background image

L.J. SMITH 

 

 

 

 

Świat nocy 2 

 

 

 

Wybrani 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  1 

 

 

Stało się to na przyjęciu urodzinowym Rashel, w dniu, w którym skończyła pięć lat. 

-  Możemy  wejść  do  tuneli?  -  Urodziny  Rashel  odbywały  się  w  wesołym  miasteczku,  w 

którym znajdowała się największa konstrukcja z tuneli i zjeżdżalni, jaką dziewczynka kiedy-

kolwiek widziała. 

-  Dobrze,  kotku - odparła  mama  z  uśmiechem.  -  Ale  uważaj  na  Timmy'ego,  nie  chodzi  tak 

szybko jak ty. 

To  były  ostatnie  słowa  matki,  jakie  Rashel  usłyszała.  Zresztą  mama  nie  musiała  jej  tego 

powtarzać. Rashel i tak zawsze uważała na Timmy'ego. Był od niej młodszy o cały miesiąc i 

nawet  nie  chodził  jeszcze  do  przedszkola.  Miał  jedwabiste  czarne  włosy,  błękitne,  oczy  i 

bardzo słodki uśmiech. Włosy Rashel także były ciemne, ale oczy zielone, Mama zawsze po-

wtarzała, że są zielone jak szmaragdy. Zielone jak oczy kota. 

Czołgając  się  przez  tunele,  Rashel  co  chwila  odwracała  się,  by  zerknąć  na  chłopca.  Gdy 

dotarli do wysokich wyłożonych winylem schodów- tak śliskich, że łatwo można było z nich 

spaść - chwyciła go za rękę. Timmy rozpromienił się, a w jego zmrużonych błękitnych oczach 

zalśniło uwielbienie. Rashel pomogła chłopcu wspiąć się na górę, po czym puściła jego dłoń. 

Kierowała  się  teraz  w  stronę  wielkiej  pajęczyny,  całej  sali  zbudowanej  wyłącznie  z  sieci  i 

sznura.  Co  jakiś  czas  wyglądała  przez  wypukłe,  okrągłe  okienko  w  jednym  z  tuneli,  by 

spojrzeć  na  mamę,  która  machała  do  niej  z  dołu.  Po  chwili  mamę  Rashel  zaczepiła  jednak 

jakaś  inna  mama,  wiec  dziewczynka  przestała  wyglądać.  Rodzice  nigdy  nie  potrafią 

rozmawiać i machać jednocześnie. 

Rashel  skoncentrowała  się  na  przejściu  przez  labirynt  tuneli,  które  śmierdziały  jak  plastik  i 

stare skarpetki. Udawała, że jest królikiem przekradającym się przez podziemne korytarze. I 

nie spuszczała Timmy'ego z oka - aż dotarli do podstawy wielkiej pajęczyny. Znaleźli  się z 

tyłu całej konstrukcji. Nie kręciły się tam inne dzieci, było zupełnie cicho. Nad Rashel wisiała 

długa  biała  lina  z  rozmieszczonymi  w  tej  samej  odległości  od  siebie  supłami.  Prowadziła 

wysoko w górę, aż do samej pajęczyny. 

-  W porządku, teraz zaczekaj tu na mnie, wejdę i zobaczę, jak to wygląda - powiedziała do 

Timmy'ego,  ale  tak  naprawdę  trochę  go  oszukiwała.  Nie  sądziła,  że  Timmy'emu  uda  się 

tak wysoko wspiąć, a gdyby na niego czekała, żadne z nich nie dotarłoby na górę. 

-  Nie chcę, żebyś szła beze mnie. - W głosie Timmy'ego zabrzmiał niepokój. 

background image

-  To zajmie tylko chwilkę - uspokoiła go Rashel. Wiedziała, czego chłopiec się boi. - Żadne 

duże dzieci tu nie przyjdą i nie będą cię popychać. 

Timmy wciąż miał niepewną minę. 

-  Nie  masz  już  ochoty  na  ciastko  z  lodami  po  powrocie  do  domu?  -  spytała  przebiegle 

Rashel. Groźba była całkiem jawna. Timmy przez chwilę myślał, po czym westchnął ciężko i 

kiwnął głową. 

-  Okej, zaczekam. 

I to były ostatnie słowa, które Rashel usłyszała od niego 

Zaczęła  się  wspinać  po  sznurze.  Okazało  się  to  trudniejsze,  niż  przewidywała,  ale  wysiłek 

bardzo się opłacił. Cały świat przemienił się w falującą, drżącą masę sznurków. Musiała przy-

trzymywać  się  obiema  rękami,  by  nie  stracić  równowagi,  i  usiłowała  opierać  stopy  na 

szorstkich, trzęsących się linach. Czuła świeże powietrze i promienie słońca. Roześmiała się 

ze szczęścia, kołysząc się w sieci. Wokół rozpościerał się labirynt kolorowych plastikowych 

tuneli. 

Gdy zerknęła w dół, zobaczyła, że Timmy'ego tam nie ma. 

Poczuła skurcz w żołądku. Chłopiec musiał tam stać. Obiecał czekać. 

Ale  go  nie  było.  Z  góry  Rashel  widziała  cale  pomieszczenie.  Zupełnie  puste.  W  porządku, 

zatem musiał wrócić do tuneli. Rashel błyskawicznie ruszyła w drogę, huśtając się i łapiąc za 

kolejne  uchwyty.  Wreszcie  dotarła  do  liny  i  błyskawicznie  zsunęła  się  w  dół.  Zajrzała  w 

wylot tunelu, mrugając w ciemnościach. 

-  Timmy?  -  usłyszała  tylko  dziwnie  stłumione  echo  swojego  głosu. 

Żadnej odpowiedzi. Tunel wydawał się pusty. 

-  Timmy! 

Żołądek  podszedł  Rashel  do  gardła.  W  głowie  wciąż  słyszała  słowa  matki:  „Uważaj  na 

Timmy'ego".  Nie  uważała  na  niego.  A  teraz  mógł  być  wszędzie,  zagubiony  w  ogromnej 

konstrukcji, może płakał, może dopadły go duże dzieci. Może nawet poleciał na skargę do jej 

matki. 

I wtedy Rashel zauważyła szczelinę w wyściełanej ścianie. 

Była  na  tyle  szeroka,  że  zdołałby  się  przez  nią  przecisnąć  czterolatek  albo  bardzo  szczupła 

pięciolatka. Prześwit między dwiema obitymi ścianami prowadził na zewnątrz. Rashel od ra-

zu wiedziała, że to tam poszedł Timmy. Wybieranie najkrótszej drogi do celu bardzo do niego 

pasowało. Prawdopodobnie właśnie biegł do jej mamy 

background image

Rashel  była  bardzo  szczupłą  pięciolatką.  Prześliznęła  się  przez  szczelinę  niemal  bez  trudu  i 

stanęła po drugiej stronie, bez tchu, w dusznym cieniu. 

Właśnie miała ruszyć w stronę wejścia do pajęczyny, gdy zauważyła, że na wietrze trzepocze 

fragment  ściany  pobliskiego  namiotu.  Namiot  wykonany  był  z  winylowych  płytek 

pomalowanych  w  jaskrawe  czerwone  i  żółte  paski,  znacznie  bardziej  jaskrawe  niż  kolory 

tuneli. Klapa unosiła się na wietrze. Rashel zobaczyła, że niemal każdy mógłby ją podnieść i 

dostać się do środka. 

Przecież Timmy na pewno by tam nie wszedł, pomyślała. To zupełnie do niego niepodobne. 

A jednak dręczyło ją dziwne przeczucie. 

Wbiła wzrok w klapę. Przez chwilę wahała się, wdychając powietrze gęste od kurzu i aromatu 

prażonej  kukurydzy.  Jestem  dzielna,  powiedziała  sobie  w  końcu,  po  czym  ruszyła  naprzód. 

Odepchnęła  nieco  poluzowaną  klapę,  by  poszerzyć  otwór,  i  zajrzała  do  wnętrza.  Było  zbyt 

ciemno,  by  mogła  cokolwiek  zobaczyć,  ale  woń  kukurydzy  wydawała  się  intensywniejsza. 

Rashel  powoli  przesuwała  się  do  przodu,  aż  w  końcu  znalazła  się  w  środku.  Gdy  jej  oczy 

przyzwyczaiły  się  do  mroku,  zorientowała  się,  że  nie  jest  sama.  W  namiocie  stał  wysoki 

mężczyzna.  Miał  na  sobie  długi,  jasny  płaszcz,  chociaż  na  zewnątrz  było  ciepło.  Nie 

zauważył Rashel, bo jego uwagę przyciągało coś, co trzymał w ramionach. Mężczyzna miał 

pochyloną głowę i coś z tą rzeczą robił. 

Nagle Rasheł zobaczyła co. Dorośli kłamali, mówiąc, że ogry, potwory i inne istoty z bajek i 

legend nie istnieją naprawdę. Bo mężczyzna trzymał Timmy'ego i powoli go pożerał... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  2 

 

 

Pożerał albo rozdzierał. Wsysał. Wydawał takie sarnę dźwięki jak Pal, gdy zjadał psią karmę. 

Przez  chwilę  Rashel  stała  jak  sparaliżowana.  Cały  świat  nagle  się  zatrzymał.  Wydawało  jej 

się, że śni. Usłyszała, że ktoś krzyczy, poczuła ból w gardle i zorientowała się, że to właśnie 

ona. 

I wtedy wysoki mężczyzna na nią spojrzał. 

Podniósł głowę i spojrzał. A ona wiedziała, że widok jego twarzy będzie ją prześladował w 

koszmarach do końca życia. 

Nie był wcale brzydki. Miał tylko dziwne czerwone włosy jak krew i oczy lśniące złotawym 

blaskiem  jak  oczy  zwierzęcia.  Błyszczało  w  nich  takie  światło,  jakiego  jeszcze  nigdy  nie 

widziała. 

Zerwała się do biegu - Nie powinna była porzucać Timmy'ego, ale za bardzo się bała. Czuła, 

że  zachowuje  się  jak  tchórz,  jak  małe  dziecko,  ale  nie  mogła  nic  na  to  poradzić.  Wciąż 

krzycząc, odwróciła się i wybiegła jak strzała przez szczelinę w pokrywie namiotu. To znaczy 

prawie  wybiegła.  Zdążyła  wychylić  tylko  głowę  i  ramiona,  zobaczyła  czerwone  plastikowe 

tunele  wznoszące  się  przed  jej  oczami  i  wtedy  właśnie  czyjaś  ręka  zacisnęła  się  na  jej 

koszulce  z  Gymboree.  Wielka,  silna  dłoń  zatrzymała  ją  w  pół  kroku.  W  porównaniu  z  nią 

Rashel była bezsilna jak kociak. 

W  chwili  gdy  ręka  wciągała  ją  z  powrotem  do  namiotu,  zobaczyła  coś  jeszcze.  Matkę. 

Jej  własną  matkę,  która  właśnie  minęła  sieć  do  wspinania.  Pewnie  usłyszała  krzyk 

Rashel.  Matka  miała  szeroko  otwarte  oczy  i  usta,  chyba  biegła.  Przybywała  Rashel  na 

ratunek. - Mamuuuuusiuuuuuuuuu! - krzyknęła Rashel i w tej samej sekundzie znalazła 

się z powrotem w namiocie. 

Mężczyzna  cisnął  nią  o  ziemię  daleko  od  szczeliny  -  dzieci  w  przedszkolu  rzucały  tak 

kulkami papieru. Rashel wylądowała twardo, czując ból w nodze. Normalnie rozpłakałaby się 

, ale w tej chwili  ledwo go poczuła. Wpatrywała się w Timmi'ego, który  leżał  na ziemi, tuż 

obok. 

Timmy  wyglądał  dziwnie,  jak  szmacian  lalka  z  rozrzuconymi  rękami  i  nogami.  Był  bardzo 

blady i wpatrywał się w sufit namiotu. 

Na  szyi  miał  dwie  wielkie  dziury,  z  których  sączyła  się  krew.  Rashel  zawyła.  Była  zbyt 

przestraszona  by  krzyczeć.  Ale  dokładnie  w  tym  momencie  zobaczyła  białe  światło  dnia  i 

background image

jakąś  postać  w  szczelinie  namiotu.  To  mama  odsłoniła  płachtę -weszła  do  środka,  szukając 

Rashel. 

I  wtedy  stało  się  to,  co  najgorsze.  Najgorsze  i  najdziwniejsze.  Coś,  co  Rashel  usiłowała 

potem opowiedzieć policji, ale nikt jej nie uwierzył. 

Rashel zobaczyła, jak matka otwiera usta i patrzy na nią jak gdyby chciała coś powiedzieć. I 

nagle usłyszała glos. To nie był głos mamy. 

I nie był normalny. Rozbrzmiewał gdzieś w jej głowie. 

Zaczekaj!  Wszystko  jest  w  porządku.  Nie  ruszaj  się,  tylko  się  nie  ruszaj.  Stój  spokojnie, 

bardzo spokojnie. 

Rashel  spojrzała  na  wysokiego  mężczyznę.  Jego  usta  się  nie  poruszały,  ale  głos  należał  do 

niego. Mama także na niego patrzyła. Stopniowo zmieniał się wyraz jej twarzy, początkowo 

na  mniej  spięty,  potem  na...  lekko  zamglony.  Mamusia  stała  bardzo,  bardzo  spokojnie.  I 

wtedy  wysoki  mężczyzna  uderzył  ją  w  kark,  przewracając  na  ziemię.  Upadla  z  głową 

wykrzywioną  w  nienaturalny  sposób,  jak  u  zepsutej  lalki.  Jej  włosy  brudziły  się  od  ziemi. 

Gdy Rashel to ujrzała, poczuła się, jakby śniła. Mama nie żyła. Timmy nie żył. A mężczyzna 

patrzył prosto na nią. 

Nie  jesteś  zdenerwowana,  rozległ  się  głos  w  jej  głowie.  Nie  jesteś  przerażona.  Chcesz 

podejść bliżej, tu do mnie. 

Glos zaczął ją przyciągać, coraz bliżej i bliżej. Uspokajał ją, koił jej strach, tłumił pamięć o 

tym, co się stało z jej mamą. Ale wtedy spojrzała w złote oczy wysokiego mężczyzny. Był w 

nich głód. I nagle przypomniała sobie, co chciał jej zrobić. Nie, nie ja! 

Odskoczyła  od  głosu  i  znów  rzuciła  się  ku  odsuniętej  płachcie  namiotu.  Tym  razem 

wydostała się na zewnątrz. Natychmiast wcisnęła się w szczelinę wiodącą do labiryntu tuneli. 

Jeszcze nigdy nie myślała w taki sposób jak teraz. Rashel, która patrzyła, jak mama pada na 

ziemie, była zamknięta w małym pokoiku i płakała. Nowa Rashel desperacko przedzierała się 

poprzez obitą ścianę - nowa, sprytna Rashel, która wiedziała, że płacz nie ma sensu, bo nikt 

go nie wysłucha. Mama nie mogła jej ocalić, więc musiała uratować się sama. 

Poczuła, że palce mężczyzny zaciskają się na jej kostce z miażdżącą siłą. Potwór zaczął 

szarpać Rashel, by wciągnąć ją z powrotem do szczeliny. Wierzgnęła najmocniej, jak 

potrafiła, i wyrwała stopę tak gwałtownie, że została mu w ręku tylko skarpetka. W końcu 

znalazła się w sali zabaw. 

Wracaj tu! Musisz tu natychmiast wrócić! 

Tym razem przemówił głosem nauczyciela. Trudno było nie posłuchać polecenia, ale Rashel 

przedzierała  się  już  przez  pierwszy  z  plastikowych  tuneli.  Odpychając  się  bosą  stopą,  po-

background image

ruszała się tak szybko, że pozdzierała kolana. Gdy dotarła do pierwszego okienka, zobaczyła 

w nim twarz. 

Była  to twarz  mężczyzny.  Patrzył  na  nią.  Walił  rękami  w  plastikowe  ściany  tunelu,  którym 

uciekała. 

Strach ścisnął ją za gardło jak skórzany pas. Czołgała się coraz szybciej, ale odgłosy uderzeń 

towarzyszyły każdemu jej ruchowi. 

Mężczyzna  był  teraz  dokładnie  pod  Rashel,  gonił  ją  po  zewnętrznej  stronie  tunelu. 

Dziewczynka  wyjrzała  przez  kolejne  okno.  Widziała,  jak  jego  włosy  połyskują  w  słońcu.  I 

bladą twarz. Nie spuszczał z niej wzroku. I zobaczyła jego oczy. 

Zejdź tu do mnie, powiedział głos, tym razem już nie surowy, tylko pełen słodyczy. Zejdź tu 

do mnie, zabiorę cię na lody. Jaki smak lubisz najbardziej? 

Rashel  wiedziała,  że  właśnie  w  ten  sposób  mężczyzna  zwabił  Timmy'ego  do  namiotu.  Nie 

zatrzymała się nawet na chwilę. 

Ale  nie  mogła  od  niego  uciec.  Podążał  za  nią,  oddzielony  tylko  plastikową  ścianą  tunelu; 

czekał,  aż  Rashel  wydostanie  się  na  zewnątrz  albo  dotrze  do  takiego  miejsca,  do  którego 

mógłby się wedrzeć i ją wyciągnąć. Wyżej! Muszę wejść wyżej, pomyślała. 

Poruszała  się  instynktownie, szósty zmysł podpowiadał  jej, dokąd zmierzać,  ilekroć stawała 

przed wyborem. Przemierzyła plątaninę tuneli, przebyła proste rury, wreszcie dotarła do trasy 

zrobionej  już  nie  z  plastiku,  a  ze  splątanych  sznurków,  i  znalazła  się  w  miejscu,  skąd  nie 

mogła wspiąć się wyżej. 

Było  to  kwadratowe  pomieszczenie  z  wyściełaną  podłogą  i  ścianami  z  sieci.  Rashel 

miała  teraz  przed  sobą  całą  trasę  wspinaczkową.  Widziała  rodziców,  którzy  stali  lub 

siedzieli w małych grupkach. Czuła powiew wiatru. 

Dokładnie pod nią stał wysoki mężczyzna. Wciąż patrzył prosto na nią. 

A może masz ochotę na brownie? Miętową czekoladkę? Gumę do żucia? 

Głos wkładał jej w umysł obrazy i smaki. Rashel rozejrzała się w panice. 

Wokół panował zbyt duży hałas - wszystkie wspinające się dzieci bez przerwy krzyczały. 

Nikt nawet by nie usłyszał, gdyby Rashel zaczęła wzywać pomocy. Pomyśleliby, że się 

wygłupia. 

Po prostu zejdź tu do mnie. Przecież wiesz, że w końcu będziesz musiała zejść. 

Rashel  spojrzała  na  zwróconą  ku  niej  bladą  twarz  mężczyzny.  Jego  oczy  wyglądały  jak 

czarne 

dziury. Widać w nich było głód. Cierpliwość. I spokój. 

Był pewny, że w końcu ją dorwie. 

background image

Musiał wygrać. Nie miała jak się przed nim obronić. 

I wtedy nagle coś w niej pękło. Wykorzystała jedyną broń, jaką pięciolatka może walczyć z 

dorosłym. 

Gwałtownie  wcisnęła  dłoń  między  szorstkie  sznury  siatki,  ocierając  sobie  skórę.  W  końcu 

udało jej się wyciągnąć rękę na zewnątrz. 

Wrzeszcząc  tak  przeraźliwie,  jak  jeszcze  nigdy  wżyciu,  wskazała  palcem  na  wysokiego 

mężczyznę. Jej przenikliwy pisk zagłuszy! radosne okrzyki pozostałych dzieci. Tak właśnie 

pani Bruce z przedszkola kazała jej krzyczeć, gdyby jakaś obca osoba chciała zrobić jej 

krzywdę. 

- Pomoooooey! Pomoooooooocy! Ten pan chciał  mnie dotknąć! 

Wrzeszczała tak długo, aż ludzie wreszcie zwrócili na nią uwagę. 

Ale niczego nie zrobili. Po prostu zaczęli jej się przyglądać. Rashel zobaczyła mnóstwo 

twarzy. Tylko że nikt nawet nie drgnął. 

W pewnym sensie to było najgorsze ze wszystkiego, co się stało. Wszyscy ją słyszeli, ale nikt 

nie zamierzał jej pomóc. 

Aż nagle zobaczyła, że ktoś jednak się ruszył. 

To był chłopiec, ale jeszcze nie dorosły mężczyzna. Miał na sobie mundur podobny do tego, 

który nosił tata Rashel, zanim umarł. 

Chłopak podszedl do wysokiego mężczyzny z bardzo zagniewaną miną. Pozostali ludzie też 

się poruszyli, jak gdyby chłopiec dał im jakiś znak, którego potrzebowali. Do intruza zaczęło 

się  zbliżać  kilku  ojców  i  kobieta  z  telefonem  komórkowym.  Mężczyzna  odwrócił  się  na 

pięcie i uciekł. 

Przecisnął się pod torem wspinaczkowym i ruszył w stronę namiotu, w którym została matka 

Rashel.  Biegł  znacznie  szybciej  niż  ktokolwiek  z  tłumu.  Zanim  zniknął,  przekazał  jeszcze 

Rashel dwa słowa. Do zobaczenia. 

Kiedy  poszedł  sobie  na  dobre,  Rashel  przecisnęła  się  przez  siatkę,  raniąc  policzek  o  sznur. 

Ludzie krzyczeli do niej z dołu, a dzieci bawiące się tuż obok szeptały coś między sobą. To 

wszystko nie miało żadnego znaczenia. 

Teraz mogła już sobie pozwolić na płacz, ale łzy nie chciały płynąć. 

Policja była beznadziejna. Zjawiło się dwoje oficerów, mężczyzna i kobieta. Kobieta jej nie 

dowierzała. Ilekroć Rashel wydawało się, że policjantka jej wierzy, tamta kręciła głową. 

- Ale  co  ten  pan  robił  Timmy'emu?  -  pytała.  -  Wiem,  że  to  okropne,  kochanie,  ale  postaraj 

sobie coś przypomnieć. 

Mężczyzna nie wierzył jej wcale. Rashel wolałaby dostać zwykłego żołnierza do ochrony. 

background image

Policjanci znaleźli w namiocie tylko ciało jej mamy z przetrąconym karkiem. Ani śladu po 

Timmym. Rashel była prawie pewna, że mężczyzna gdzieś go zabrał. 

Nie chciała nawet się zastanawiać, po co. W końcu policjanci odwieźli Rashel do ciotki 

Corinne, jej jedynej krewnej. Rashel bolało, gdy ciocia obejmowała ją kościstymi dłońmi i 

płakała. 

Sypialnia  Rashel  była  pełna  dziwnych  zapachów.  Ciotka  usiłowała  dać  dziewczynce  jakieś 

lekarstwo na sen. Smakowało jak syrop na kaszel i drętwiał od niego język. Rashel zaczekała, 

aż ciotka wyjdzie, po czym wypluła lekarstwo na dłoń i wytarła je w tę część prześcieradła, 

którą zawijało się o krawędź łóżka. Potem usiadła, obejmując rękami kolana, i wpatrzyła się 

w ciemność. 

Była zbyt mała, zbyt bezradna. Na tym polegał problem. Gdyby wrócił, nie miałaby szans. A 

on, oczywiście, wróci. 

Wiedziała, kogo spotkała, chociaż dorośli jej nie uwierzyli. Mężczyzna był wampirem, takim, 

jakie pokazywali w telewizji, potworem pijącym ludzką krew. I wiedział, że ona wie. Właśnie 

dlatego obiecał, że jeszcze się zobaczą. 

Gdy w domu ciotki Corinne nareszcie zapadła cisza, Rashel podeszła na paluszkach do szafy i 

otworzyła drzwi. Wspięła się po wieszaku na buty i wśliznęła na najwyższą półkę, nad ubra-

niami.  Była  dość  wąska,  ale  wystarczająco  duża,  by  Rashel  mogła  się  na  niej  zmieścić -  to 

jedyna dobra rzecz w byciu bardzo małą dziewczynką. 

Rashel  musiała  wykorzystać  wszystkie  swoje  atuty.  Palcem  u  nogi  zatrzasnęła  drzwi,  po 

czym okryła się swetrami i innymi złożonymi ubraniami, zasłaniając także głowę. Na koniec 

zwinęła się na drewnianej półce i zamknęła oczy. W nocy nagle poczuła dym. Zeszła, a 

właściwie bardziej spadła na ziemię i zobaczyła, że w sypialni jest pożar. 

Nigdy nie wiedziała, jak właściwie udało jej się przedostać przez płonący pokój i wybiec z 

domu. Cała ta noc zapisała się w jej pamięci jak długi, niezrozumiały koszmar. 

Ciocia Corinne nie zdołała uciec, a kiedy nadjechały wozy straży pożarnej z syrenami i 

migającymi światłami, było już za późno. 

Chociaż Rashel wiedziała, że dom podpalił on, wampir, który chciał  ją zabić, policja  jej  nie 

uwierzyła. Nie rozumieli, czemu musiał się jej pozbyć. 

Rano  zawieźli  ją  do  domu  dziecka,  pierwszego  z  wielu.  Opiekunowie  byli  dla  niej  bardzo 

mili, ale nie dawała się ani przytulać, ani pocieszać. Wiedziała, co powinna zrobić. 

Żeby przetrwać, musiała  być twarda i silna. Nie  mogła troszczyć się o nikogo innego, nie 

mogła ufać ani polegać  na  żadnej osobie. Nikt nie zdołałby  jej obronić. Nawet  mamie się 

nie udało. Rashel musiała ochronić się sama. I nauczyć się walczyć. 

background image

Rozd ział  3 

 

 

Rany, ależ to śmierdziało. 

Rashel  Jordan  widziała  w  swoim  siedemnastoletnim  życiu  wiele  legowisk  wampirów,  ale 

żadne jeszcze nie było tak obrzydliwe. Wstrzymała oddech i czubkiem buta dotknęła kawałka 

poszarpanego  materiału.  Historia  tej  zaśmieconej  nory  była  tak  łatwa  do  odczytania,  jak 

gdyby  właściciel  złożył  szczegółowe  zeznania,  podpisał  je  i  powiesił  na  ścianie,  Jeden 

wampir.  Wyrzutek  żyjący  na  granicy  zarówno  świata  ludzi,  jak  i  świata  nocy. 

Najprawdopodobniej  co  kilka  tygodni  przenosił  się  do  innego  miasta,  by  uniknąć 

zdemaskowania.  Niewątpliwie  wyglądał  jak  zwykły  bezdomny,  tyle  że  żaden  bezdomny 

człowiek  nie  włóczyłby  się  po  bostońskich  dokach  we  wtorkową  noc  na  początku  marca. 

Pewnie  sprowadza  tu  swoje  ofiary,  pomyślała  Rashel.  Nabrzeże  jest  opuszczone,  nikt  się  tu 

nie pęta,  może bawić się  nimi do woli. I oczywiście  nie powstrzymałby się przed zostawie-

niem sobie czegoś na pamiątkę. 

Pogrzebała delikatnie nogą w trofeach wampira. Był tam ręcznie dziergany różowo-niebieski 

kaftanik  dla  dziecka,  naszywka  z  mundurka  szkolnego,  tenisówka  ze  Spidermanem. 

Poplamione krwią. I bardzo małe. 

W ostatnim czasie zaginęło kilkoro dzieci. Bostońska policja nigdy nie odkryłaby, co się z 

nimi stało, ale Rashel już to wiedziała. Odsłoniła zęby w grymasie, który naprawdę nie był 

uśmiechem. 

Była  świadoma  każdego  szczegółu  otoczenia:  słyszała  cichy  plusk  wody  uderzającej  o 

drewniany  pomost,  czuła  stęchły,  miedziany  odór,  tak  intensywny,  jakby  go  smakowała, 

Widziała,  jak  wąski  księżyc  rozświetla  mrok  nocy.  Zdawała  sobie  nawet  sprawę  z  tego,  że 

chłodny  wiatr  pozostawia  na  jej  skórze  cieniutką  warstwę  wilgoci.  Ale  żadna  z  tych  rzeczy 

nie  zajmowała  jej  uwagi.  Gdy  usłyszała  za  sobą  cichutki  szczęk,  zareagowała  natychmiast, 

poruszając  się  tak  płynnie,  jak  gdyby  wykonywała  krok  w  tańcu.  Odwróciła  się  na  lewej 

stopie,  jednocześnie  wyciągając  bokhen,  i  w  tym  samym,  płynnym  ruchu  dźgnęła  wampira 

prosto w serce. Zadała cios z  biodra, wkładając w niego całą  siłę. Gdy ostrze sięgnęło celu, 

wypuściła powietrze z sykiem. - Za wolny jesteś - powiedziała. 

Wampir, przeszyty na wylot jak bułka do hot doga, zamachnął się i zachwiał. Miał na sobie 

brudne szmaty, a jego włosy wyglądały jak jeden wielki supeł. W oczach, lśniących srebrnym 

blaskiem  jak  ślepia  nocnego  zwierzęcia,  widać  było  zaskoczenie  i  nienawiść.  Kły  wampira 

przypominały ciosy słonia; w pełni rozwinięte sięgały mu niemal do brody. 

background image

- Wiem,  naprawdę  chciałeś  mnie  zabić  -  ciągnęła  Rashel.  -Ale  życie  jest  ciężkie.  Wampir 

wydał  z  siebie  jeszcze  jedno  warknięcie,  ale  po  chwili  srebrny  blask  w  jego  oczach  zgasł  i 

pozostało tylko wielkie zdziwienie. Jego ciało zesztywniało, przewróciło się i leżało na ziemi 

bez ruchu. 

Rashel skrzywiła się, wyciągając drewniany miecz z jego klatki piersiowej. Zaczęła wycierać 

ostrze  o  spodnie  wampira,  ale  gdy  przyjrzała  się  im  bliżej,  zmieniła  zdanie.  Tak,  to  z  całą 

pewnością  były  jakieś  wijące  się  stworzonka.  Koce  wydawały  się  również  ruszać.  No  cóż. 

Użyje własnych dżinsów. To nie będzie pierwszy raz. 

Uważnie oczyściła cały bokhen. Jej miecz miał prawie osiemdziesiąt centymetrów, był lekko 

zakrzywiony i miał wąski, ostry czubek. Został zaprojektowany tak, by mógł z największą 

łatwością przeszyć każde ciało, o ile ciało to dało się zaatakować drewnem. 

Miecz z szelestem powrócił do pochwy. Rashel raz jeszcze zerknęła na wampira. 

Proces mumifikacji już się rozpoczął. Skóra pana wampira pożółkła i stwardniała, rozwarte 

oczy wyschły, wargi skurczyły się, a kły zanikły. 

Rashel  pochyliła  się  nad  ciałem,  sięgając  do  tylnej  kieszeni.  Po  chwili  wyciągnęła  coś,  co 

wyglądało  jak odcięta końcówka bambusowej skrobaczki do pleców - i dokładnie tym  było. 

Rashel używała tego przedmiotu od lat. 

Precyzyjnym  ruchem  przeciągnęła  pięcioma  lakierowanymi  palcami  skrobaczki  po  czole 

wampira.  Na  żółtej  skórze  pojawiło  się  pięć  brązowych  szram  jak  po  pazurach  kota,  Skóra 

wampirów daje się oznaczyć bardzo łatwo tuż po śmierci. 

- Ten  kotek  ma  pazurki  -  wymamrotała.  Była  to  jej  rytualna  kwestia,  którą  powtarzała  za 

każdym razem, gdy zabiła wampira, odkąd dokonała tego po raz pierwszy w wieku dwunastu 

lat.  Mama  zawsze  nazywała  ją  kotkiem.  Ale  w  wieku  pięciu  lat  na  zawsze  utraciła 

niewinność. Już nigdy nie będzie bezradnym kotkiem. 

Uważała to zresztą za swój mały żart. Wampiry to nietoperze. Ona - kot. Ludzie wychowani 

na Batmanie Kobiecie-Kocie nie mogli nie zrozumieć dowcipu. 

No  tak.  Wszystko  gotowe.  Rashel,  cicho  pogwizdując,  przetoczyła  stopą  ciało  wampira  w 

stronę  końca  pomostu.  Nie  miała  ochoty  wieźć  mumii  aż  na  moczary,  gdzie  zazwyczaj 

porzucano  zwłoki  w  Bostonie.  Przepraszając  w  myślach  wszystkie  osoby  zajmujące  się 

sprzątaniem  portu,  kopnęła  ciało  po  raz  ostatni,  żeby  zepchnąć  je  do  wody.  Zaczekała  na 

plusk. 

Wracając  na  brzeg,  wciąż  pogwizdywała.  „Hej  ho,  hej  ho,  do  pracy  by  się  szło..." 

Miała znakomity humor. 

background image

Czuła  tylko  zwykłe  rozczarowanie,  że  to  nie  był  ten  wampir,  ten,  którego  szukała,  odkąd 

skończyła  pięć  lat.  Zabiła  kolejnego  zwyrodnialca,  zdeprawowanego  potwora,  który 

mordował dzieci i z głupoty trzymał się zbyt blisko ludzkich osad. Ale nie zabiła jego. Rasheł 

na  zawsze  zapamiętała  tamtą  twarz.  I  wiedziała,  że  pewnego  razu  znów  ją  zobaczy. 

Tymczasem nie pozostało jej nic innego, jak nadziewać na rożen tyle pasożytów, ile tylko się 

da. 

Idąc,  przyglądała  się  uważnie  ulicy,  wypatrując  jakichkolwiek  oznak  obecności  ludzi  nocy. 

Widziała  tylko  ciemne,  ceglane  budynki  i  latarnie  rzucające  blade,  złote  światło.  Szkoda. 

Czuła, że jest tej nocy w znakomitej formie. Była najgorszym wrogiem każdej pijawki. Mogła 

załatwić  sześcioro  pasożytów  jeszcze  przed  śniadaniem,  a  potem  zjawić  się  w  pełni  sił  na 

lekcji chemii w liceum Wassaguscus. 

Rashel nagle się zatrzymała. Bezwiednie schowała się w cieniu na widok policyjnego wozu, 

który  bezszelestnie  patrolował  najbliższe  skrzyżowanie.  Już  wiem,  co  zrobię,  pomyślała. 

Pójdę zobaczyć, co porabiają Lansjerzy. Oni na pewno wiedzą, gdzie są wampiry. 

Ruszyła  w  stronę  North  End.  Pół  godziny  później  stała  już  przed  apartamentowcem  z 

brązowej cegły. Zadzwoniła do drzwi. 

-  Kto tam? 

-  Noc ma tysiąc oczu - rzuciła Rashel zamiast odpowiedzieć na pytanie. 

-  A dzień tylko jedno - odparł głos z domofonu. - Witaj, właź na górę. 

Rashel  wspięta  się  na  ciemne,  wąskie  schody  i  dotarta  do  odrapanych  drewnianych  drzwi. 

Ustawiła się tak, by można było ją zobaczyć przez wizjer, po czym ściągnęła z głowy czarny, 

jedwabisty  i  bardzo długi szal, który  jak woal osłaniał całą  jej twarz z wyjątkiem oczu. Ale 

oczy też pozostawały zawsze w cieniu. 

Potrząsnęła włosami i wyobraziła sobie, co zobaczy osoba, która podejdzie do drzwi: wysoką 

dziewczynę  ubraną  na  czarno  jak  ninja,  z  czarnymi  rozpuszczonymi  włosami  do  ramion  i 

lśniącymi  zielonymi  oczami.  Niewiele  się  zmieniła,  odkąd  skończyła  pięć  lat  -  może  tylko 

trochę urosła. Wykrzywiła się do wizjera jak barbarzyńca i usłyszała śmiech po drugiej stro-

nie. Po chwili ktoś przesunął zasuwy. 

-  Cześć  Elliot  -  powiedziała  Rashel  po  chwili,  gdy  drzwi  zamknęły  się  za  nią  ponownie. 

Elliot,  kilka  lat  starszy  od  Rashel,  był  wysoki,  szczupły,  miał  płomienny  wzrok  i  małe, 

błyszczące  okularki,  które  bezustannie  zsuwały  mu  się  z  nosa.  Niektórzy  ignorowali  go, 

uważając,  że  jest  jakimś  komputerowym  maniakiem  albo  zwykłym  kujonem.  Ale  Rashel 

widziała kiedyś,  jak samodzielnie  walczył z dwoma wilkołakami, podczas gdy ona ratowała 

background image

małą dziewczynkę przez okno. Wiedziała też, że Elliot praktycznie sam stworzył Lansjerów -

jedną  z  najskuteczniejszych  zorganizowanych  grup  łowców  wampirów  na  Wschodnim 

Wybrzeżu. 

-  Co tam, Rashel? Dawno cię nie było. 

-  Byłam zajęta. Ale teraz się nudzę, więc wpadłam zobaczyć, co robicie. - Mówiąc to, Rashel 

przyjrzała  się  pozostałym  osobom  obecnym  w  pokoju.  Była  tam  dziewczyna  o  ciemnych 

włosach,  która  przerzucała  rzeczy  z  pudeł  do  zielonego  plecaka.  Inna  z  kolei  siedziała  z 

jakimś  chłopakiem  na  kanapie.  Rashel  kojarzyła  go  ze  spotkań  Lansjerów,  ale  nie  znała 

żadnej z dziewczyn. 

-  Masz  szczęście  -  powiedział  Elliot.  -  To  jest  Vicky,  moja  nowa  prawa  ręka.  -  Skinął  na 

dziewczyną  siedzącą  na  podłodze.  -  Właśnie  przeniosła  się  do  Bostonu  z  Południowego 

Wybrzeża, gdzie  była przywódczynią grupy. Dziś wieczorem wybiera  się  na  małą wyprawę 

do magazynów na Mission Hill. Dostaliśmy cynk, że coś tam się dzieje. 

-  Co dokładnie? Pijawy? Szczeniaki? 

-  Wampiry  na  pewno  -  odparł  Elliot,  wzruszając  ramionami.  -  Może  także  wilkołaki. 

Słyszeliśmy wieści, że porwano ostatnio kilka nastolatek i że tam je przetrzymują. Problem w 

tym, że  nie wiemy, gdzie ani w  jakim  celu. - Elliot przekrzywił głowę z  błyskiem w oku. -

Wybierzesz się z nami? 

-  Może  zapytałbyś  o  zdanie  mnie?  -  powiedziała  nagle  Vicky,  prostując  się  i  wbijając 

spojrzenie jasnych niebieskich oczu w Rashel. - Pierwszy raz ją widzę. Równie dobrze sama 

mogłaby być wampirem. 

Elliot poprawił okulary z rozbawionym wyrazem twarzy. 

-  Gdybyś ją znała, nie powiedziałabyś tego, Vicky. Rashel jest jedna z najlepszych łowczyń. 

-  Najlepsza w czym? 

-  We  wszystkim.  Przetrząsała  slumsy  w  Chicago  w  poszukiwaniu  wampirów,  kiedy  ty 

zaczynałaś  swoją  elitarną  podstawówkę. Pracowała  w  Los  Angeles,  Nowym  Jorku,  Nowym 

Orleanie... Nawet w Vegas. Wykończyła więcej pasożytów niż  my wszyscy razem wzięci. -

Elliot  zerknął  porozumiewawczo  na  Rashel,  po  czym  nachylił  się  nad  Vicky.  -  Słyszałaś 

kiedyś o Kocicy? 

Vicky gwałtownie podniosła głowę. 

-  Tej Kocicy? Tej, której  boją się wszyscy  ludzie  nocy. Tej, za którą wyznaczono nagrodę? 

Tej, która zostawia po sobie znak... 

background image

Rashel rzuciła Elliotowi ostrzegawcze spojrzenie. 

-  Nieważne - powiedziała. 

Nie  była pewna, czy  może ufać tym  nowym znajomym. Vicky  miała racje:  nigdy dość 

ostrożności. 

Chociaż Vicky  jej się  nie spodobała, nie potrafiła nie wykorzystać tak znakomitej okazji do 

dobrego polowania. Tej nocy musiała wykorzystać wspaniałą formę. 

-  Pójdę z wami... Jeśli się zgodzicie. 

Vicky przez chwilę świdrowała Rashel wzrokiem, po czyni pokiwała głową. 

-  Tylko pamiętaj, że to ja dowodzę - ostrzegła. 

-  Jasne - wymamrotała Rashel, widząc kątem oka, że Elliot znów się uśmiecha. 

-  Steve'a już znasz, a to jest Nyala. - Elliot wskazał jej parę siedzącą na kanapie. 

Steve  był  blondynem  o  umięśnionych  ramionach  i  spokojnym  wyrazie  twarzy.  Nyala  miała 

skórę barwy czekolady i nieobecne spojrzenie, jak gdyby lunatykowała 

-  Nyala jest nowa, miesiąc temu straciła siostrę - wyjaśnił Elliot ściszonym głosem. Nie 

musiał już dodawać, w jaki sposób. 

Rashel  skinęła  dziewczynie  głową  ze  współczuciem.  Odkrycie,  że  istnieje  świat  nocy,  że 

wampiry,  czarownice  i  wilkołaki  żyją  naprawdę  i  są  wszędzie,  zjednoczone  w  jednej, 

ogromnej tajnej organizacji, było przeżyciem nieporównywalnym z niczym. Nagle okazywało 

się,  że  każda  napotkana  osoba  może  być  potworem  i  nigdy  się  nie  wie,  z  kim  ma  się  do 

czynienia, dopóki nie jest za późno. 

-  Wszyscy gotowi? W takim razie ruszamy - stwierdziła Vicky, na co Steve i Nyala 

poderwali się z miejsc. Elliot odprowadził ich do drzwi. 

-  Powodzenia - rzucił. 

Vicky skierowała się w stronę granatowego samochodu, którego tablice rejestracyjne zostały 

strategicznie pokryte błotem. 

Rashel poczuła ulgę. Umiała poruszać się po mieście niezauważona - to istotna umiejętność, 

gdy  niesie  się  spory  i  dość  trudny  do  ukrycia  miecz  -  ale  wątpiła,  czy  pozostała  trójka 

poradziłaby sobie równie dobrze. Niektóre rzeczy wymagały praktyki. Po drodze nikt się nie 

odzywał,  nie  licząc  Steve'a,  który  od  czasu  do  czasu  podpowiadał  Vicky  szeptem,  dokąd 

jechać.  Minęli  eleganckie  osiedla  i  stateczne  dzielnice  pełne  imponujących  starych 

budynków. W końcu przejechali ulicę, za którą krajobraz drastycznie się zmienił,  jak gdyby 

nagle  przekroczyli  jakąś  niewidzialną  granicę.  Rynsztoki  zaczęły  być  pełne  przemoczonych 

background image

śmieci,  a  płoty  wieńczyły  druty  kolczaste.  Oprócz  domów  wybudowanych  przez  rząd, 

mrocznych magazynów i podejrzanych I ni rów nie było tam żadnych budynków. 

Vicky  zjechała  na  parking  i  zatrzymała  samochód  z  dala  od  świateł  ochrony,  po  czym 

przeprowadziła  ich  przez  wysokie  do  kolan  chwasty  na  pozbawioną  świateł  i  bardzo  cichą 

ulicę. 

-  To  jest  stanowisko  obserwacyjne  -  szepnęła,  gdy  dotarli  do  opuszczonego  ceglanego 

budynku, jednego z powstałych w ramach rządowego programu. 

Ruszyli za nią, przedzierając się przez odpadki i metal, aż doszli do bocznych drzwi. Klatka 

schodowa pokryta graffiti, rozświetlona wyłącznie ich latarkami, zaprowadziła ich na trzecie 

piętro. 

-  Sympatycznie tu - szepnęła Nyala, rozglądając się wokół. Najwyraźniej nigdy jeszcze 

czegoś  podobnego  nie  widziała.  -Nie  sądzicie,  że  mogą  tu  mieszkać  ludzie,  nie  tylko 

wampiry? 

-  Nie, nie, wszystko w porządku - uspokoił ją Steve, poklepując po ramieniu. 

-  Owszem, wygląda na to, że nawet ćpuny już się stąd wyniosły - dodała Rashel z ponurym 

rozbawieniem. 

-  Z okna widać całą ulice - wtrąciła krótko Vicky. - Wczoraj obserwowałam z Elliotem 

magazyny po drugiej stronie ulicy. 

U wylotu widzieliśmy faceta, który bardzo przypominał wampira. Wiecie, co mam na myśli. 

Nyala otworzyła usta, jak gdyby chciała zaprzeczyć, ale Rashel weszła jej w słowo. 

-  Sprawdziliście go? 

-  Nie chcieliśmy się zbliżać. Dziś to zrobimy, o ile znów się pojawi. 

-  Jak się sprawdza wampiry? spytała Nyala. 

Vicky  nie  odpowiedziała.  Wraz  ze  Steve'em  odepchnęła  kilka  nadgryzionych  przez  szczury 

materaców i zaczęła rozpakowywać plecaki. 

-  Jeden ze sposobów to zaświecić im latarką w oczy. Zazwyczaj rozbłyskują wtedy jak ślepia 

zwierząt. 

-  Są też inne metody - dodała Vicky, układając rzeczy na gołych deskach podłogi. Były 

wśród  nich  maski,  noże  z  metalu  i  drewna,  kolekcja  kołków  w  różnych  rozmiarach  i 

drewniany młotek. Steve dołożył do sterty dwie pałki z białego dębu. 

background image

-  Drewno  rani  je  bardziej  niż  metal  -  wyjaśniła  Vicky  Nyali.  -  Jeśli  ugodzisz  takiego 

stalowym  nożem,  rana  zasklepi  się  na  twoich  oczach,  ale  wystarczy  wbić  w  niego  kawałek 

drewna i będzie krwawił i krwawił. 

Rashel nie spodobał się ton Vicky. Zaniepokoił ją także ostatni przedmiot, który dziewczyna 

wyciągnęła  ze  swojego  plecaka.  Wyglądał  jak  małe  wagoniki.  Składał  się  z  dwóch 

drewnianych  desek  na  zawiasach,  które  można  było  zacisnąć  na  nadgarstkach  i  zatrzasnąć 

zamek. 

-  To  są  kajdanki  dla  wampirów- oświadczyła  z  dumą  Vicky,  widząc  spojrzenie  Rashel.  -  Z 

białego dębu. Utrzymają każdego pasożyta. Sprowadziłam je z południa. 

-  Ale  po  co  zakuwać  pasożyty  w  kajdanki?  I  do  czego  używasz  tych  wszystkich  małych 

nożyków  i  kołeczków?  Przecież  to  musi  trwać  wieczność,  zanim  zabijesz  wampira  czymś 

takim. 

-  Wiem - przyznała Vicky z okrutnym uśmiechem. 

Ach tak. Serce Rashel zabiło głośniej, po czym zamarło. Odwróciła wzrok, żeby opanować 

emocje. Teraz już rozumiała, co Vicky ma na myśli. 

Tortury. 

-  Nie zasługują na szybką śmierć - stwierdziła Vicky, nie przestając się uśmiechać. - Powinny 

cierpieć, tak jak cierpią ich ofiary, my, ludzie. Poza tym można z nich wydobyć informacje. 

Musimy widzieć, gdzie trzymają porwane dziewczyny i co z nimi robią. 

-  Vicky  -  odparła  poważnie  Rashel.  -  Przecież  wampirów  praktycznie  nie  da  się  zmusić  do 

mówienia. Są uparte. A im bardziej je ranisz, tym bardziej są agresywne, jak zwierzęta. Vicky 

uśmiechnęła się kwaśno. 

-  O, mnie się już udało z niejednym. Wszystko zależy od tego, co im robisz. I jak długo. W 

każdym razie nie szkodzi spróbować. 

-  Czy Elliot o tym wie? 

-  Elliot pozwala mi działać po mojemu. - Vicky wzruszyła ramionami w obronnym geście. -

Nie muszę mu się spowiadać każdego szczegółu. Ja też kiedyś byłam przywódczynią. Rashel 

spojrzała bezradnie na Nyalę i Steve'a. I po raz pierwszy zobaczyła, że oczy Nyali tracą senny 

wyraz. Teraz wydawała się zupełnie przytomna - i bardzo zadowolona. 

-  O  taak  -  powiedziała.  -  Powinniśmy  próbować  wydobyć  z  nich  informacje.  Cóż,  wampir 

przez  to  cierpi,  ale  moja  siostra  też  cierpiała.  Kiedy  ją  znalazłam,  prawie  już  nie  żyła,  ale 

wciąż mogła mówić, l opowiedziała mi, jak to jest, gdy ktoś wysysa z ciebie całą krew. A ty 

background image

nawet  na  chwilę  nie  tracisz  przytomności.  Powiedziała,  że  to  boli.  I  jeszcze,  że...  -  Nyala 

urwała, przełknęła ślinę i zerknęła na Vicky. - Chcę ci pomóc - powiedziała, tłumiąc emocje. 

Steve milczał, ale Rashel znała go na tyle, że nie była zdziwiona. Steve rzadko się odzywał. 

Tym razem nie zaprotestował. 

Rashel poczuła się dziwnie, jak gdyby nagle zobaczyła w lustrze swoje najgorsze oblicze. I to 

ją... zawstydziło. Była wstrząśnięta. 

Ale  jakie  mam  prawo,  żeby  ich  osądzać?  -  zapytała  się  w  myślach.  Pasożyty  są  złe, 

wszystkie. Te pijawki trzeba usunąć z powierzchni ziemi. Vicky ma rację, dlaczego miałyby 

umierać  szybko  i  bez  bólu,  skoro  nie  tak  wygląda  śmierć  ich  ofiar?  Nyala  ma  prawo  się 

zemścić za siostrę. 

-  Chyba,  że  masz  coś  przeciwko?  -  zapytała  ostro  Vicky,  a  Rashel  poczuła  na  sobie 

spojrzenie  jej  błękitnych  oczu.  -Może  jesteś  jakimś  obrońcą  wampirów  albo  przeklętą 

Poszukiwaczką Świtu? 

Rashel  mogłaby  się  roześmiać,  ale  nie  była  w  odpowiednim  humorze.  Zaczerpnęła  głęboko 

powietrza. 

-  To twoja impreza - odparta w końcu, nie odwracając się. - Zgodziłam się na to, żebyś ty tu 

szefowała. 

-  W porządku - powiedziała Vicky, wracając do pracy. Ale Rashel wciąż czuła ucisk w 

żołądku. Miała niemal nadzieję, że wampir tym razem się nie pojawi. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  4 

 

 

Quinnowi  było  zimno.  Naturalnie  nie  w  sensie  fizycznym  -  ten  go  nie  dotyczył.  Lodowate 

marcowe  powietrze  nie  robiło  na  nim  wrażenia.  Jego  ciała  nie  imały  się  takie  drobiazgi  jak 

pogoda. Nie, to zimno płynęło z wnętrza. 

Spoglądał  na  zatokę  i  tętniące  życiem  miasto  po  drugiej  stronie.  Boston  w  świetle  gwiazd. 

Długo zwlekał, nim powrócił tu po... przemianie. 

Kiedyś już tu mieszkał, w czasach, gdy byt jeszcze człowiekiem. Ale wówczas Boston składał 

się z trzech wzgórz,  latarni  morskiej  i garści domków krytych  strzechą. Tam, gdzie właśnie 

stał Quinn, kiedyś była plaża otoczona kopalniami soli i lasem. Kiedyś, czyli w roku 1639. 

Boston  znacznie  się  rozrósł  od  tamtego  czasu,  ale  Quinn  wcale  się  nie  zmienił.  Wciąż  miał 

osiemnaście  lat,  byt  dokładnie  tym  samym  chłopcem,  który  bardzo  kochał  słoneczne  łąki  i 

błękitne dzikie wody. Żył prosto, cieszył się, ilekroć na matczynym stole było dość jedzenia 

na kolację,  i  marzył, by pewnego dnia  mieć własny szkuner rybacki  i poślubić piękną Dove 

Redfern. 

I  tak  to  się  właśnie  zaczęto,  od  Dove.  Ślicznej  Dove  o  miękkich,  kasztanowych  włosach... 

słodkiej Dove, kryjącej w sobie taką tajemnicę, jakiej prosty chłopak nie mógł się nawet do-

myślać. 

Cóż. Quinn poczuł, że wargi mu drżą. To była przeszłość. Dove nie żyła już od setek lat i 

tylko Quinn wiedział, że jej krzyk wciąż dręczył go w snach. 

Może i nie postarzał się od czasów kolonialnych, ale nauczył się wielu sztuczek. Na przykład 

tej,  jak  skuć  serce  lodem,  Ink  by  nic  na  świecie  nie  mogło  go  zranić.  I  jak  wlać  ten  lód  w 

spojrzenie,  żeby  każdy,  kto  popatrzy  w  jego  czarne  oczy,  zobaczył  tylko  nieskończoną, 

mroźną  ciemność.  Nauczył  się  tego  znakomicie.  Zdarzało  się  nawet,  że  ludzie,  którzy 

napotykali jego wzrok, bledli i cofali się o kilka kroków. 

Już  od  lat  skutecznie  wykorzystywał  te  sztuczki,  dzięki  czemu  nie  tylko  przetrwał  jako 

wampir, ale nawet odniósł znaczący sukces. Stał się tym Quinnem, bezlitosnym jak wąż, o 

krwi  lodowatej  jak  woda  z  przerębli  i  cichym  głosie,  który  niósł  zagładę  każdemu,  kto  go 

usłyszał. Quinn, istota ciemności, napawał lękiem serca ludzi i istot nocy. Jednak akurat w tej 

chwili czuł się zmęczony. 

Zmęczony i zmarznięty. Czuł chłód i pustkę, tak jak gdyby zima nigdy nie miała zmienić się 

w wiosnę. 

background image

Nie wiedział, co robić. Przyszło  mu do głowy, że gdyby wskoczył do zatoki, skrył głowę w 

jej  ciemnych  wodach  i  został  na  dnie  przez  parę  dni,  nie  szukając  pożywienia...  Wtedy 

wszystkie problemy rozwiązałyby się same. 

Ale  ta  myśl  wydała  mu  się  absurdalna.  Przecież  był  Quinnem.  Nic  nie  mogło  go  dotknąć. 

Uczucie lodowatej pustki także musiało w końcu minąć. 

Ocknął się z zamyślenia i odwrócił od lśniącej czerni wód zatoki. Może powinien wybrać się 

do  magazynu  na  Mission  Hill  i  sprawdzić,  co  porabiają  jego  mieszkańcy.  Potrzebował 

pracy, czegoś, co powstrzymałoby go od myślenia. 

Uśmiechnął  się,  wiedząc,  że  takim  uśmiechem  mógłby  straszyć  dzieci.  I  wyruszył  do 

Bostonu. 

 

Rashel usiadła przy oknie, ale  nie w zwyczajnej  pozycji.  Klęczała, opierając ciężar ciała  na 

lewej nodze. Prawą zgięła w kolanie i wysunęła do przodu. W każdej chwili mogła wykonać 

szybki ruch w dowolnym kierunku. Przy niej spoczywał bokhen gotowy do walki w ułamku 

sekundy. 

Opuszczony budynek wydawał się bardzo spokojny. Steve i Vicky zostali na zewnątrz i 

patrolowali  ulicę.  Nyala  była  pochłonięta  swoimi  myślami.  Nagle  wyciągnęła  rękę  i 

dotknęła pochwy miecza. 

-  Co to? 

-  Słucham?  A,  to  taka  japońska  broń.  Japończycy  używają  takich  drewnianych  mieczy  do 

fechtunku,  bo  ćwiczenia  stalowymi  byłoby  zbyt  niebezpieczne.  Ale  bokhen  może  zadać 

śmierć nawet człowiekowi. Jest wyważony tak samo jak stalowy miecz. - Rashel wyciągnęła 

broń  z  pochwy  i  oświetliła  ją  latarką,  by  Nyala  mogła  podziwiać  satynowy  błysk 

czarnozielonego drewna. 

Nyala  wciągnęła  gwałtownie  powietrze  i  delikatnie  dotknęła  elegancko  zakrzywionego 

ostrza. 

-  Jest piękny - powiedziała. 

-  Został  wykonany  z  lignum  vitae,  Drzewa  Żyda.  To  najtwardsze  i  najcięższe  drewno 

świata, równie gęste jak żelazo. Zrobiono go na moje specjalne zamówienie. 

-  I używasz go do zabijania wampirów. 

-  Tak. 

-  Wiele ich już zabiłaś? 

background image

-  Owszem. - Rashel wsunęła miecz z powrotem do pochwy. 

-  To dobrze - stwierdziła Nyala, gwałtownie chwytając powietrze. Odwróciła się, by wyjrzeć 

na ulicę. Uczesana była jak Nefretete, włosy miała upięte w kształcie korony. Gdy ponownie 

odwróciła  się  do  Rashel,  ściszyła  głos.  -  Jak  to  się  w  ogóle  stało,  że  zaczęłaś  to  robić? 

Wydajesz się taka doświadczona... Kiedy nauczyłaś się tego wszystkiego? 

-  Krok po kroku - odparła krótko Rashel, śmiejąc się. Nie lubiła rozmawiać na ten temat. -

Zaczęłam tak samo jak ty. Zobaczyłam, jak jeden z nich zabija moją mamę. Miałam wtedy 

pięć  lat.  Potem  usiłowałam  dowiedzieć  się  wszystkiego  o  wampirach,  żeby  z  nimi 

walczyć.  Opowiadałam,  co  się  stało,  każdej  rodzinie,  która  się  mną  opiekowała,  aż 

wreszcie  ktoś  mi  uwierzył.  To  też  byli  łowcy  wampirów.  Wiele  się  od  nich  nauczyłam. 

Nyala miała zawstydzoną minę. 

-  Jestem  taka  głupia.  Niczego  nie  zrobiłam.  Nie  dowiedziałabym  się  nawet  o  istnieniu 

Lansjerów,  gdyby  nie  Elliot.  Zobaczył  w  gazecie  artykuł  o  mojej  siostrze  i  domyślił  się,  że 

mogła to być sprawka wampira. Sama nigdy bym go nie znalazła. 

- Po prostu nie miałaś dość czasu. 

Nie. Myślę, że tu trzeba być kimś specjalnym. Ale teraz nie wiem, jak walczyć z wampirami. 

I zamierzam to robić. Głos Nyali  był  nieco roztrzęsiony  i  napięty, więc  Rashel spojrzała  na 

nią przenikliwie. W tej dziewczynie było coś niezrównoważonego. 

- Nikt nie wie, który wampir zabił moją siostrę, więc postanowiłam dopaść ich jak najwięcej. 

- Chcę... 

- Cicho! - syknęła Rashel, zamykając buzię Nyali dłonią, dziewczyna zamarła. 

Rashel nasłuchiwała w napięciu, po czym wyskoczyła w górę jak sprężyna i wystawiła głowę 

przez  okno.  Jeszcze  przez  chwilę  słuchała  odgłosów  z  ulicy,  po  czym  podniosła  szalik  i 

wprawnym gestem osłoniła twarz. 

- Bierz maskę i chodź. 

- Co się dzieje? 

- Twoje  życzenie  się  spełni.  Zaraz.  Na  dole  toczy  się  walka.  Trzymaj  się  za  mną  i  nie 

zapomnij o masce. 

Rashel zauważyła, że akurat o masce nie musiała wspominać. Była to pierwsza rzecz, jakiej 

dowiadywał  się  każdy  łowca  wampirów.  Jeśli  zostałeś  rozpoznany,  a  wampirowi  udało  się 

uciec...  No  cóż,  wtedy  było  już  po  tobie.  Ludzie  nocy  ścigali  kogoś takiego  aż  do  skutku  i 

atakowali w najmniej spodziewanym momencie. 

background image

Rashel  zbiegła  lekko  ze  schodów  prosto  na  ulicę,  a  Nyala  posłusznie  podążyła  za  nią. 

Odgłosy  dochodziły  z  ciemnego  zakątka  przy  jednym  z  magazynów  oddalonym  od 

najbliższej latarni. Gdy Rashel dotarła na miejsce, wypatrzyła postaci Steve'a i Vicky. Oboje 

mieli maski i dzierżyli w rękach pałki. Walczyli z kimś. 

Na  Boga!  -  pomyślała  Rashel,  zamierając  w  bezruchu.  Dwoje  na  jednego.  Para  łowców, 

uzbrojonych  po  zęby,  atakująca  z  zaskoczenia,  nie  mogła  sobie  poradzić  z  jednym  małym 

wampirem?  Sądząc  z  odgłosów,  Rashel  myślała  raczej,  że  dali  się  zaskoczyć  całej  armii 

pasożytów. 

Wampir  radził  sobie  całkiem  nieźle,  a  nawet  wygrywał  walkę.  Rzucał  napastnikami  z 

nadnaturalną  siłą,  jak  gdyby  byli  zwykłymi  ludźmi,  a  nie  wytrenowanymi  pogromcami 

wampirów. W dodatku świetnie się przy tym bawił. 

- Musimy im pomóc! - syknęła Nyala prosto do ucha Rashel. 

- Owszem przyznała Rashel bez entuzjazmu. - Zaczekaj tu na mnie - dodała, wzdychając. -

Palnę go w głowę. 

Nie  było to wcale takie  łatwe. Rashel  bez trudu podeszła wampira od tyłu, zajętego walką  i 

zbyt  aroganckiego,  by  uważać  na  to,  co  się  dzieje.  Jednak  potem  pojawił  się  problem.  Jej 

bokhen,  szlachetna  broń  wojowniczki,  mógł  być  użyty  wyłącznie  w  jednym  celu: 

wymierzenia  pojedynczego,  śmiertelnego  ciosu.  Rashel  nie  mogła  się  zdobyć  na  to,  by 

ogłuszyć nim wamipira. 

Naturalnie  nie  była to jej  jedyna  broń -  miała  mnóstwo innych  narzędzi, tyle że w domu, w 

Marblehead. Dysponowała całym arsenałem wojownika ninja, a także paroma przedmiotami, 

0 których  żaden  ninja  nigdy  nawet  nie  słyszał.  Znała  też  sporo  wyjątkowo  paskudnych 

sposobów prowadzenia walki, potrafiła łamać kości i miażdżyć ścięgna. Umiała gołymi 

rękami wyrwać wrogowi z szyi tętnicę i wbić mu stopą żebra w płuco. 

Ale to były środki, po które wolno sięgać wyłącznie w akcie najwyższej desperacji, w obliczu 

zagrożenia życia i wobec przeważającej siły przeciwnika. Rashel po prostu nie umiała zniżyć 

się do takich chwytów wobec jednego wampira, którego w dodatku atakowała z zaskoczenia. 

1 wtedy  właśnie  ten  wampir  cisnął  Steve'em  o  ścianę,  tak  że  chłopiec  odbił  się  od  niej  z 

głuchym  uderzeniem.  Rashel  zrobiło  się  go  żal,  a  wątpliwości  natychmiast  się  rozwiały. 

Chwyciła dębową pałkę Steve'a, która potoczyła się ku niej po betonie, zgrabnie wycofała się, 

gdy  wampir  odwrócił  głowę,  by  stanąć  z  nią  twarzą  w  twarz.  W  tej  samej  chwili  do  walki 

przyłączyła się Nyala, odwracając uwagę wroga. Rashel mogła nareszcie wykonać plan. 

background image

Palnęła wampira w tył czaszki, używając pałki  jak bejsbolista, który szykuje się do wybicia 

piłki w trybuny. Zamachnęła się i uderzyła z ogromną siłą. Wampir krzyknął, po czym osunął 

się na ziemię. 

Rashei ponownie zamierzyła się pałką, przypatrując się leżącemu. Po chwili jednak opuściła 

broń i spojrzała na Steve'a i Vicky. 

-  Wszystko w porządku? 

Vicky sztywno przytaknęła. Usiłowała odzyskać oddech. 

-  Zaskoczył nas - wyjaśniła. 

Rashel milczała. Poczuła się nagle bardzo nieszczęśliwa. Jej znakomita forma gdzieś się 

ulotniła. Już dawno nie widziała takiej nie fair walki, a poza tym... 

Poza tym krzyk wampira dziwnie nią wstrząsnął. Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. 

-  Nie miał prawa nas zaskoczyć - stwierdził Steve, podnosząc się. - To nasza wina. 

Rashel  spojrzała  na  niego. Steve powiedział prawdę. W tej grze  albo w każdej  chwili  było 

się gotowym na zaskoczenie, albo... było się martwym. 

-  Po  prostu  jest  niezły  -  podsumowała  krótko  Vicky.  -Chodź  już,  lepiej  zabierzmy  go  stąd, 

zanim ktoś nas zobaczy. Pod tym drugim budynkiem mieści się piwnica. 

Rashel  chwyciła  wampira  za  nogi,  a  Steve  za  ramiona.  Był  niezbyt  wysoki,  mniej  więcej 

wzrostu  Rashel,  i  dość  szczupły.  Wyglądał  młodo,  mógł  mieć  tyle  lat  co  Rashel.  Co 

oczywiście  o  niczym  nie  świadczyło,  powiedziała  sobie  dziewczyna.  Taki  pasożyt  często 

wyglądał  młodo,  chociaż  żył  już  od  tysiąca  lat.  Wampiry  życie  czerpały  z  ludzkiej  krwi.  Z 

pomocą  Steve'a  zniosła  wampira  po  schodach  do  dużego,  ciemnego  pokoju  cuchnącego 

zgnilizną  i  pleśnią.  Upuścili  ciało  na  chłodną,  betonową  podłogę.  Rashel  wyprostowała  się, 

by dać odpocząć karkowi. 

-  W porządku. Teraz zobaczmy, jak wygląda - powiedziała Yicky, oświetlając wampira 

latarką. 

Był blady, a jego czarne włosy wydawały się jeszcze czarniejsze w kontraście z białą twarzą. 

Na  policzkach  czerniały  długie  rzęsy.  Z  tyłu  głowy  kosmyki  lśniących  włosów  sklejała 

matowa krew. 

-  To chyba nie  jest ten sam, którego widziałam tu wczoraj z Elliotem. Tamten wydawał  się 

większy - stwierdziła Vicky. 

Nyala podeszła bliżej, by obejrzeć swojego pierwszego schwytanego wampira. 

-  A  co  to  za  różnica?  W  końcu  to też  pasożyt,  jeden  z  nich,  prawda?  Zwykły  człowiek  nie 

dałby rady tak rzucić Steve'em. Kto wie, może to właśnie ten, który zabił moją siostrę. A teraz 

background image

jest nasz. - Nyala uśmiechnęła się nieomal jak zakochana kobieta do nieprzytomnego chłopca 

leżącego na podłodze. - Jest: nasz. Już my sobie z tobą pogadamy. 

Steve zaczął masować obolałe miej sce na ramieniu, którym uderzył o ścianę. 

-  No, owszem - powiedział, ale uśmiechał się krzywo. 

-  Mam tylko nadzieję, że nie umrze zbyt szybko - skwitowała Vicky, przypatrując się bladej 

twarzy. - Nieźle go walnęłaś. 

-  Nie  umrze  -  zapewniła  Rashel.  -  Przeciwnie,  prawdopodobnie  obudzi  się  w  ciągu  kilku 

minut. Powinniśmy tylko mieć nadzieję, że nie jest jednym z tych supersilnych telepatów. 

-  Kim? - spytała Nyala, gwałtownie podnosząc głowę. 

-  No  tak...  Wszystkie  wampiry  mają  zdolności  telepatyczne  -  wyjaśniła  Rashel,  skupiając 

uwagę  na  czym  innym.  -  Większość  potrafi  się  porozumiewać  tylko  na  krótkie  dystanse, 

powiedzmy, w obrębie tego samego budynku. Jednak niektóre są znacznie silniejsze. 

-  Nawet jeśli jest bardzo silny, nic mu to nie pomoże, o ile w okolicy nie ma innych 

wampirów - odparła Vicky. 

-  A mogą być. Wczoraj przecież widzieliście tu innego. 

-  No cóż... Możemy rozejrzeć się na zewnątrz - dodała po i chwili namysłu. - Lepiej 

sprawdzić, czy jego kumple nie czają się w magazynie. 

Steve  przytaknął,  a  Nyala  słuchała  z  uwagą.  Rashel  już  chciała  powiedzieć,  że  z  tego,  co 

zdążyła zauważyć, żaden z pozostałych łowców nie zdołałby znaleźć wampira, choćby miało 

od tego zależeć czyjeś życie, ale nagle zmieniła zdanie. 

- Świetny pomysł - zgodziła się. - Weźcie Nyalę i  rozejrzyjcie się po okolicy. Lepiej  iść we 

troje niż we dwoje. Tymczasem ju go zwiążę, zanim zdąży oprzytomnieć. Mam sznur z łyka. 

Vicky  wbiła  w  Rashel  świdrujący  wzrok,  ale  odkąd  zobaczyła,  jak  jej  rywalka  powala 

wampira ciosem pałki, okazywała znacznie mniej wrogości. 

- W  porządku.  Lepiej  użyj  kajdanek.  Nyalo,  skocz  po  nie.  Nyala  posłusznie  przyniosła 

kajdanki, które następnie razem z Vicky zacisnęły na nadgarstkach wampira. Na koniec cała 

trójka wyszła z pomieszczenia. Rashel usiadła na podłodze. 

Nie wiedziała, co robi ani dlaczego właściwie odesłała Nyalę. Wiedziała tylko, że chce zostać 

sama... I że czuje się paskudnie. 

Nie  chodziło  o  to,  że  nie  czulą  gniewu.  Momentami  wściekała  się  na  świat  tak  bardzo,  że 

nieomal słyszała w sobie cichy głos mówiący: „zabij, zabij, zabij!" Chwilami chciała uderzać 

mieczem na ślepo, nic dbając o to, kogo zrani. 

background image

Jednak w tej chwili glos milczał, a Rashel czulą obrzydzenie. Chcąc zająć się czymkolwiek, 

związała nogi wampira sznurem wykonanym z wewnętrznych warstw kory. Nadawał się do 

unieruchomienia wampira równie dobrze jak idiotyczne kajdanki Vicky. 

Gdy skończyła, znów oświetliła go latarką. Był bardzo przystojny. Miał wyraziste rysy, 

stanowcze, ale jednocześnie delikatne. Usta w tej chwili wydawały się dość niewinne, ale gdy 

przebudzi się, mogły być bardzo zmysłowe. Ciało było szczupłe i muskularne, choć 

niewysokie. 

Na Rashel wszystko to nie wywarło najmniejszego wrażenia. Nieraz widywała już atrakcyjne 

wampiry. Wyjątkowo wiele pasożytów obdarzonych było wielką urodą. To nic nie znaczyło. 

Stanowiło tylko wielki kontrast z paskudnym wnętrzem. 

Wysoki mężczyzna, który zabił jej matkę, także byt przystojny. Rashel nie mogła zapomnieć 

jego  twarzy  i  złotych  oczu.  Obrzydliwe  pasożyty.  Szumowiny  ze  świata  nocy.  Nie 

zasługiwały na miano ludzi. Potwory. 

Wciąż jednak czuły ból tak sarno jak ludzkie istoty. Ten naprawdę cierpiał, gdy go uderzyła. 

Rashel podskoczyła i zaczęła przechadzać się po piwnicy. 

W porządku. Wampir zasługiwał na śmierć. Jak każdy inny. Ale to nie znaczyło, że musiała 

czekać, aż wróci Vicky i zacznie go dźgać zaostrzonymi patykami. 

Rashel nagle zrozumiała, dlaczego odesłała Nyalę. Po to, by zadać wampirowi godną śmierć. 

Być  może na nią  nie zasługiwał, ale ona  nie  mogłaby stać  i patrzeć,  jak Vicky go torturuje. 

Zatrzymała się i podeszła do nieprzytomnego chłopca. 

Latarka  na  podłodze  wciąż  oświetlała  jego  twarz.  Miał  na  sobie  lekką,  czarną  koszulę  -

żadnego  swetra  czy  płaszcza.  Wampiry  nie  potrzebowały  ochrony  przed  zimnem.  Rashel 

rozpięła  koszulę,  odsłaniając  klatkę  piersiową.  Chociaż  zakrzywione  ostrze  miecza  mogło 

przebić  warstwę  ubrań,  łatwiej  było  wbić  je  bezpośrednio  w  ciało  wampira,  bez  żadnych 

dodatkowych przeszkód. 

Rashel stanęła w rozkroku nad wampirem i ujęła swój ciężki i drewniany miecz. Uniosła go 

obiema rękami. Jedną trzymała za gardę, drugą za guz na końcu rękojeści. Wymierzyła ostrze 

precyzyjnie w serce wampira. 

- Ten kociak ma pazury - szepnęła, niemal nieświadoma tego, że coś mówi. 

A  potem  wzięła  głęboki  oddech,  nie  otwierając  oczu.  Z  wielkim  trudem  zdobywała  się  na 

koncentrację,  bo  jeszcze  nigdy  czegoś  podobnego  nie  zrobiła.  Wampiry,  które  zabijała, 

przeważnie  były  w  ruchu  -  i  wszystkie  walczyły  aż  do  końca.  Rashel  jeszcze  nigdy  nie 

zadźgała nieprzytomnej ofiary. 

background image

Skup  się!  -  zdyscyplinowała  się  w  myślach.  Potrzebujesz  osiagnąć  zanshin,  stan 

nieskończonego  umysłu,  świadomość  wszystkiego,  co  się  dzieje,  bez  skupiania  uwagi  na 

czymkolwiek. 

Poczuła, że jej stopy stają się częścią chłodnego betonu, a mięśnie i kości to tylko wypustki 

ziemi. Siła uderzenia miała wychodzić z samego wnętrza planety. 

Była gotowa na dokonanie zabójstwa. Otworzyła oczy, by jeszcze dokładniej wymierzyć cios. 

I wtedy zobaczyła, że wampir jest przytomny. A jego otwarte oczy spoglądają prosto na nią. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  5 

 

 

Rashel  zamarła, wciąż trzymając miecz w górze, z ostrzem skierowanym w serce wampira. 

- I na co czekasz? - zapytał spokojnie wampir. - No dalej, zrób to. 

Rashel  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Wampir  mógł  zablokować  jej  cios  drewnianymi 

kajdankami,  ale  tego  nie  zrobił.  Coś  mówiło  Rashel,  że  nawet  nie  zamierza  się  bronić.  Po 

prostu  leżał  bez  ruchu,  patrząc  na  nią  oczami,  które  były  czarne  i  puste  jak  kosmiczna 

próżnia. 

W porządku, pomyślała Rashel. Zrób to. Nawet pasożyt się zgodził. Zrób to szybko. Teraz. 

A jednak po chwili, niemal wbrew swojej woli, odstąpiła od niego i cofnęła się parę kroków. 

- Przykro mi, nie przyjmuję poleceń od pasożytów - oznajmiła głośno. 

Trzymała  miecz  w  pogotowiu  na  wypadek,  gdyby  wampir  wykonał  gwałtowny  ruch.  On 

jednak  spojrzał  tylko  na  drewniane  kajdanki,  poruszył  nadgarstkami  i  z  powrotem  położył 

głowę na ziemi. 

- Ach tak - powiedział z dziwnym uśmiechem. - Czyli tym razem będą tortury, tak? No cóż, 

niewątpliwie będziecie się świetnie bawić. 

Dźgnij  go,  idiotko,  powiedział  cichy  głos  w  głowie  Rashel.  Nie  rozmawiaj  z  nim. 

Niebezpiecznie jest wdawać się w podobne konwersacje. 

Ale Rashel nie potrafiła znowu się skupić. Za chwilę, powiedziała sama do siebie. Najpierw 

muszę odzyskać panowanie nad sobą. 

Przyjęła  pozycję  gotowa  do  walki  i  podniosła  latarkę.  Zaświeciła  wampirowi  w  twarz. 

Zamrugał i odwrócił wzrok. 

Nareszcie. Teraz ona mogła widzieć jego, ale on był oślepiony. Oczy wampirów są wrażliwe 

na  światło.  A  nawet  gdyby  zdołał  na  nią  spojrzeć,  miała  na  sobie  ochronny  szalik.  Miała 

przewagę, dzięki czemu czuła się panią sytuacji. 

- Skąd pomysł, że chcielibyśmy cię torturować - spytała. Wampir 

uśmiechnął się do sufitu, nie usiłując patrzeć w jej stronę. 

- Stąd,  że  wciąż  żyję.  -  Uniósł  dłonie  skute  kajdankami.  -  Czy  to  nie  jest  wymowne? 

Znaleziono  ciała  kilku  wampirów  z  Południowego  Wybrzeża.  Bardzo  zmasakrowane  ciała. 

Dłonie miały skute takimi kajdankami. Ktoś się dobrze bawił. - Uśmiech. 

Robota Vicky, pomyślała Rashel. Wolałaby, żeby on wreszcie przestał się uśmiechać. To był 

wyjątkowo niepokojący uśmiech, piękny, ale trochę szalony. 

background image

- Oczywiście  może  też  chodzić  o  zdobycie  informacji  -ciągnął  wampir. 

Rashel prychnęła. 

- Twierdzisz, że mogłabym z ciebie coś wyciągnąć, gdybym naprawdę chciała? 

- No cóż. - Uśmiech. - Mało prawdopodobne. 

- Też tak sądziłam - stwierdziła sucho Rashel. Wampir głośno się roześmiał. 

Na  Boga,  dźgnij  go!  -  pomyślała  Rashel.  Teraz!  Nie  wiedziała,  co  się  z  nią  dzieje.  W 

porządku,  na  swój  dziwny  sposób  ten  wampir  był  czarujący.  Jednak  poznała  już  wielu 

pochlebców, którzy słodkimi słówkami usiłowali  wymigać się od kołka. Niektórzy nawet ją 

uwodzili. 

Niemal  wszyscy  próbowali  przejąć  kontrolę  nad  jej  umysłem.  Rashel  zawdzięczała  życie 

silnej woli, dlatego opierała się telepatii. 

Ale ten wampir nie zachowywał się  normalnie. A  jego śmiech przyprawił  ją o dziwne  bicie 

serca.  Uśmiech  zmienił  jego  twarz,  jak  gdyby  nagle  zapłonęło  w  niej  światło.  Dziewczyno, 

masz problem. Zabij go szybko. 

- Posłuchaj - powiedziała, odkrywając, ku swemu  zdumieniu, że trochę trzęsie  jej  się głos. -

To nic osobistego. Pewnie nie robi ci to różnicy, ale to nie ja zamierzałam cię torturować. Tu 

chodzi  o  interesy.  Muszę  spełnić  obowiązek.  -  Wzięła  głęboki  oddech  i  sięgnęła  po  miecz, 

który dyndał jej u kolan. 

Wampir odwrócił twarz ku światłu. Już się nie uśmiechał. 

- Rozumiem  -  odparł  tym  razem  bez  rozbawienia.  -  Kwestia..  .  honoru.  Masz  rację  -  dodał, 

wbijając wzrok w sufit. - Tak zawsze musi się skończyć spotkanie dwóch ras. Albo zabijesz, 

albo zostaniesz zabita. To prawo natury. 

Przemawiał  do  niej  jak  wojownik  do  wojowniczki.  Rashel  nagle  poczuła  coś,  czego  nie 

wzbudził w niej jeszcze żaden wampir. Szacunek. Dziwny żal, że w tej wojnie znaleźli się po 

przeciwnych  stronach  barykady.  Że  muszą  być  śmiertelnymi  wrogami.  To  ktoś,  z  kim 

mogłabym  rozmawiać,  pomyślała.  Ogarnęło  ją  uczucie  dziwnej  samotności.  Wcześniej  nie 

zdawała sobie sprawy, że potrzebuje kogoś do rozmowy. 

- Czy chcesz, żeby kogoś zawiadomić? - zapytała niezręcznie i niemal wbrew swojej woli. -

Masz może jakąś rodzinę? Mogłabym zadbać o to, by się dowiedzieli, co się z tobą stało. Nie 

oczekiwała,  że  poda  jej  jakiekolwiek  imiona,  to  byłby  szalony  pomysł.  W  tej  grze  wiedza 

stanowiła  o  sile.  Każda  ze  stron  usiłowała  ustalić,  kto  gra  w  przeciwnej  drużynie.  Jeśli  już 

wiedziało się, że ktoś jest wampirem, wiadomo było, kogo trzeba zabić. 

background image

Batman  i  Kobieta-Kot.  Najważniejsze  to  zachować  w  tajemnicy  prawdziwą  tożsamość. 

Ten wampir był najwyraźniej kompletnym szaleńcem. 

- Hm, mogłabyś wysłać jakąś wiadomość do mojego przyszywanego ojca, Huntera Redferna, 

Przykro  mi,  że  nie  mogę  podać  adresu.  Powinien  mieszkać  gdzieś  na  wschodzie. -  Kolejny 

uśmiech. - Ach, zapomniałem ci się przedstawić. Jestem Quinn. 

Rashel  poczuła  się  tak,  jak  gdyby  to  ją  uderzono  pałką  w  głowę.  Quinn.  Żaden  z 

najgroźniejszych  wampirów  świata  nocy.  Może  nawet  najgroźniejszy  ze  wszystkich 

„nowych" wampirów tych, które niegdyś były ludźmi. Znała jego reputację, jak każdy łowca. 

Uważano  go  za  śmiertelnie  niebezpiecznego  przeciwnika,  błyskotliwego  stratega, 

pomysłowego  wojownika...  Słynął  z  lodowatego  chłodu.  Gardził  ludźmi.  Chciał,  by  świat 

nocy wymazał ludzką rasę, z wyjątkiem paru osobników niezbędnych jako pokarm. Myliłam 

się, pomyślała Rashel zamroczona. Powinnam była pozwolić Vicky go torturować. On akurat 

na pewno na to zasłużył. Bóg jeden wie, co ma na sumieniu. 

Quinn znów odwrócił się w jej stronę, patrząc prosto w światło latarki, chociaż musiało 

sprawiać mu ból. 

- Sama widzisz, że  lepiej  mnie  jak  najszybciej zabić - powiedział głosem cichym  jak szelest 

padającego śniegu. - Ja nie zawacham się zabić ciebie, kiedy się uwolnię. 

Rashel zaśmiała się z wysiłkiem. 

- Czy mam się bać? 

- Tylko  jeśli  zdajesz  sobie  sprawę,  kim  jestem.  -  Jego  głos  wydawał  się  teraz  zmęczony  i 

pełny pogardy. - Najwyraźniej nic nie rozumiesz. 

- Zastanówmy się. Chyba coś tam słyszałam o Redfernach... Czy to nie ta rodzina, która ma 

pod  sobą  grupę  wampirów  w  radzie  świata  nocy?  Najważniejszy  ze  wszystkich  klanów 

rodzonych wampirów. Pochodzący bezpośrednio od Mai, legendarnej pierwszej wampirzycy. 

A  Hunter  Redfern  to  przywódca  i  prawodawca  świata  nocy,  odpowiedzialny  za  kolonizację 

Ameryki  Północnej  przez  wampiry  jeszcze  w  XVII  wieku.  Popraw  mnie,  jeśli  się  mylę. 

Popatrzył na nią chłodno. 

- Mamy  swoje źródła. Twoje  imię też brzmi dziwnie znajomo. Zdaje się, że Hunter zrobił z 

ciebie wampira... A ponieważ wszystkie jego dzieci to córki, stałeś się także jego dziedzicem. 

- To  bardziej  złożona  sprawa,  niż  myślisz  -  odparł  Quinn,  uśmiechając  się  kwaśno.  -  Z 

Redfernami wiążą mnie bardzo skomplikowane relacje. Większość czasu spędzamy na obmy-

ślaniu, jak się nawzajem potopić w Atlantyku. 

background image

- Ajaj, rozłam w wampirzej rodzinie... - zadrwiła Rashel. -Czemu nie umiecie pokojowo 

ułożyć sobie życia... - Mimo żartów czuła, że coraz trudniej jej oddychać. 

Nie  chodziło  o  strach.  Naprawdę,  zupełnie  się  go  nie  bała.  Przeszkadzało  jej  raczej  dziwne 

niezdecydowanie.  Powinna  przebić  go  kołkiem,  a  nie  oddawać  się  pogaduszkom.  Nie  rozu-

miała, czemu tak postępuje. 

Usprawiedliwiało ją tylko to, że wampir był jeszcze bardziej zdezorientowany i wściekły. 

- Chyba  jednak  nie  słyszałaś  o  mnie  wszystkiego  -  wycedził,  odsłaniając  zęby.  -  Jestem 

twoim najgorszym koszmarem. Nawet inne wampiry boją się mnie. A stary Hunter... Trzyma 

się pewnych zasad. Na przykład kogo i jak wypada zabijać. Gdyby wiedział o paru historiach 

z mojego życia, chyba sam by umarł z wrażenia. 

Poczciwy stary Hunter, pomyślała Rashel. Strażnik moralności i patriarcha rodu Redfernów, 

mentalnie uwięziony w XVII wieku. Może i był wampirem, ale przede wszystkim reprezento-

wał purytańskie wartości pierwszych kolonistów w Ameryce. 

- W takim razie może powinnam go o tych historiach poinformować - powiedziała z udanym 

namysłem. 

Quinn  obdarzył  ją  kolejnym  chłodnym  spojrzeniem,  tym  razem  jednak  w  jego  oczach 

dostrzegła przebłysk szacunku. 

- Gdybym wierzył, że jesteś w stanie go odszukać, to może bym się zmartwił. 

- Wiesz co, chyba nigdy nie słyszałam twojego imienia - powiedziała Rashel uderzona nagłą 

refleksją.- Zakładam, że masz jakieś imię? 

Wampir zamrugał. 

- Nazywam się John - wyjawił zdziwiony własnym zachowaniem. 

- John Quinn. John. 

- Nie mówiłem, że możesz używać tego imienia. 

- Jak sobie życzysz - mruknęła z roztargnieniem, ponieważ zaprzątały ją inne myśli. 

John Quinn. Takie zwykłe bostońskie imię. Imię kogoś rzeczywistego. Rashel nagle zaczęła 

myśleć o wampirze jak o prawdziwej osobie, nie tylko o Tym Strasznym Quinnie. 

- Powiedz  mi  -  Rashel  zdecydowała  się  wypowiedzieć  pytanie,  którego  nie  zadała  dotąd 

żadnej istocie należącej do świata nocy - czy chciałeś, żeby Hunter Redfern przemienił cię w 

wampira? 

Zapadła długa cisza. 

background image

- Prawdę  mówiąc,  chciałem  go  za  to  zabić  -  odparł  Quinn  głosem  wypranym  z  wszelkich 

emocji. 

- Rozumiem. 

Sama czułabym się podobnie, pomyślała Rashel. Nie planowała zadawania więcej pytań, 

ale zanim zdążyła się powstrzymać już postawiła kolejne. 

- W  takim  razie  czemu  to  zrobił?  Dlaczego  wybrał  akurat  ciebie? 

Znów milczenie. 

- Byłem...  -  zaczął  wreszcie  Quinn,  gdy  Rashel  straciła  już  nadzieję  na  odpowiedź.  -

Chciałem ożenić się z jedną z jego córek. Dove. 

- Ożenić się z wampirzycą? 

- Nie  wiedziałem,  że  jest  wampirzycą.  -  W  głosie  Quinna  zabrzmiało  zniecierpliwienie.  -

Hunter  Redfern  cieszył  się  sympatią  elit  Charlestown.  Owszem,  niektórzy  przebąkiwali,  że 

jego żona jest czarownicą, ale w tamtych czasach ludzie podejrzewali każdego o konszachty z 

diabłem, jeśli pozwoliłeś sobie na uśmiech w kościele. 

-  Więc nikt nie zdawał sobie sprawy... - zaczęła Rashel. 

-  Większość  ludzi  utrzymywała  z  nim  normalne  stosunki.  -Wargi  Quinna  wykrzywił 

szyderczy uśmiech. - Mój własny ojciec nie miał  nic przeciwko niemu, a był pastorem. 

Rashel, wbrew własnej woli, była coraz bardziej zainteresowana. 

-  Musiałeś więc przemienić się w wampira, żeby poślubić Dove? 

-  Nie doszło do ślubu - sprostował Quinn niemal bezdźwięcznie. 

Wydawał  się  równie  zdziwiony  jak  Rashel,  że  pozwolił  sobie  na  zwierzenia.  Mówił 

właściwie sam do siebie. 

-  Hunter chciał, żebym ożenił się z jedną z jego pozostałych córek. Oświadczyłem, że prędzej 

poślubię  świnię.  Garnet,  najstarsza,  była  tępa  jak  kołek.  Lily,  średnia,  miała  złe  oczy, 

Chciałem tylko Dove. 

-  I tak mu powiedziałeś? 

-  Oczywiście.  W  końcu  wyraził  zgodę  i  wtedy  zdradził  mi  rodzinny  sekret.  No  cóż. 

Właściwie nic mi nie powiedział, tylko zademonstrował na żywej ofierze. Obudziłem się 

martwy. I odkryłem, że jestem wampirem. Niezłe doświadczenie. 

Rashel  otworzyła  usta,  a  po  chwili  znów  je  zamknęła.  Nic  potrafiła  sobie  nawet  wyobrazić 

czegoś tak strasznego. 

background image

-  Nie wątpię - wydusiła w końcu. 

Przez  chwilę  oboje  siedzieli  w  milczeniu.  Rashel  jeszcze  nigdy  nie  czuła  takiej...  bliskości 

między sobą a wampirem. Zamaist nienawiści i obrzydzenia przepełniała ją litość. 

-  Ale co się stało z Dove? 

Quinn znów zesztywniał. 

-  Umarła - odparł oschle. Wyraźnie nie życzył sobie dalszego spoufalania się. 

-  Jak? 

-  Nie twoja sprawa. 

Rashel przekrzywiła głowę i spojrzała na niego bez emocji. 

-  Powiedz  mi,  John.  Wiesz,  są  pewne  rzeczy,  o  których  powinieneś  rozmawiać.  To  ci 

pomoże. 

-  Nie potrzebuję cholernej psychoanalizy - warknął. Był wściekły, a  w  jego oczach pojawił 

się mroczny blask, który miał przerazić Rashel. 

Quinn  wyglądał  teraz  zupełnie  dziko  -  Rashel  czuła  się  podobnie,  gdy  traciła  nad  sobą 

panowanie, i wymierzała ciosy na oślep, nie dbając, kogo dosięgną. 

Nie  bała  się.  Była  dziwnie  spokojna,  taki  spokój  przynosiły  mi  ćwiczenia  oddechowe,  w 

czasie których czuła jedność z ziemią i pewność, że obrała właściwą drogę. 

-  Posłuchaj, Quinn... 

-  Naprawdę myślę, że powinnaś mnie teraz zabić - powiedział rzeczowo. - Chyba że jesteś na 

to za głupia lub zbyt tchórzliwa. To drewno nie wytrzyma długo. A kiedy się uwolnię, użyję 

tego miecza przeciwko tobie 

Rashel  w  zdziwieniu  spojrzała  na  kajdanki  Vicky.  Były  wygięte.  Deski  się  nie  wykrzywiły, 

ale  metalowe  zawiasy  powoli  puszczały.  Wampir  już  wkrótce  mógł  mieć  dość  miejsca,  by 

wyswobodzić nadgarstki. 

Nawet jak na wampira wydawał się wyjątkowo silny. 

Rashel, nie tracąc tego dziwnego spokoju, uświadomiła sobie, co musi zrobić. 

-  Owszem,  to  dobry  pomysł  -  zgodziła  się.  -  Wygnij  ten  metal  do  końca,  będę  mogła 

wytłumaczyć, jak uciekłeś. 

-  O czym ty mówisz? 

Rashel wstała i sięgnęła po nóż, by przeciąć mu pęta na nogach. 

-  Jesteś wolny. 

Quinn na chwilę przestał manewrować kajdankami. 

background image

-  Oszalałaś - stwierdził, jak gdyby dopiero teraz to odkrył. 

- Być może. - Rashel przecięła sznur. Wampir poruszył rękami w kajdankach. 

- Jeśli  myślisz, że skoro kiedyś  byłem człowiekiem, to teraz ulituję się nad przedstawicielką 

tej  rasy,  bardzo  się  mylisz  -odparł  z  namysłem.  -  Nienawidzę  ludzi  jeszcze  bardziej  niż 

Redfernów. 

- Za co? - Odsłonił zęby. 

- Nie,  nie  zamierzam  ci  wszystkiego  tłumaczyć.  Po  prostu  uwierz  mi  na  słowo.  Rashel 

uwierzyła. Wydawał się teraz wściekły i groźny jak dzikie zwierzę schwytane w pułapkę. 

- W porządku - powiedziała, odstępując o krok i chwytają rękojeść bokkena. - Pokaż, co 

potrafisz. Ale pamiętaj, już raz cię pobiłam. To ja cię ogłuszyłam. 

Wampir pokręcił głową z niedowierzaniem. 

- Idiotko - prychnął. - Przecież nawet nie zwróciłem na ciebie uwagi. Myślałem, że należysz 

do tej bandy partaczy którzy przewracali się o własne nogi. Na nich zresztą też nie zwróciłem 

specjalnej uwagi. - Quinn jednym płynnym ruchem który zdradzał całą jego silę i panowanie 

nad własnym ciałem przybrał pozycję siedzącą. 

- Nie masz szans - dodał cicho, spoglądając na Rashel czarnymi oczami. Teraz, gdy nie 

oślepiała go latarka, było widać, jak ogromne ma źrenice. - Już nie żyjesz. 

Rashel miała niepokojące przeczucie, że wampir mówi prawdę. 

- Jestem szybszy od jakiegokolwiek człowieka- ciągnął Quinn. - I silniejszy. Lepiej widzę w 

ciemnościach i potrafię być naprawdę nieprzyjemny. 

Rashel wpadła w panikę. 

Uwierzyła  w  każde  jego  słowo.  Nie  była  w  stanie  zaczerpnąć  powietrza,  poczuła  ucisk  w 

żołądku. Nic nie pozostało z jej dawnego opanowania. 

On ma rację, a ty naprawdę jesteś idiotką, westchnęła z wysiłkiem. Mogłaś go powstrzymać 

bez trudu \ 

zmarnowałaś szansę. I to dlaczego? Bo zrobiło ci się go żal? Żal nikczemnego, zwariowanego 

potwora, 

który teraz rozerwie cię na strzępy? Ktoś takgłupi jakty po prostu zasługuje na śmierć. 

Rashel poczuła, że stacza się w otchłań, nie mogła uchwycić się żadnego punktu oparcia... 

Ale nagle coś jednak wpadło jej w ręce. Przytrzymała się tej myśli z całą desperacją, starając 

się oprzeć lękowi, który wciągał ją w ciemność. 

Nie mogłaś postąpić inaczej. 

background image

To znów odezwał się cichy głos w jej umyśle. Rashel wiedziała, ku swojemu zdumieniu, że 

głos ma rację. Naprawdę nie mogła zabić Quinna, gdy leżał przed nią związany i bezbronny. 

Gdyby to zrobiła, sama stałaby się potworem. A po wysłuchaniu jego historii nie potrafiła mu 

nie współczuć. 

Prawdopodobnie  zaraz  zginę,  pomyślała.  I  wciąż  się  boję.  Ale  postąpiłabym  taksamo. 

Zrobiłam to, co powinnam. 

Rashel uchwyciła się tej myśli, by dzielnie znieść ostatnie minuty swojego życia. Straciła 

szansę, by przebić wampira mieczem, gdy jeszcze miał skrępowane dłonie. Wiedziała, że 

czas już się wypełnia, i wiedziała, że wampir także to czuje. 

- Jaka  szkoda.  Będę  musiał  rozerwać  ci  tętnicę  -  powiedział. 

Rashel nie drgnęła. 

Quinn  wykręcił  kajdanki  po  raz  ostatni,  tym  razem  wyrywając  zawiasy  Drewniane  części 

upadły  ze  szczękiem  na  betonową  posadzkę.  Wstał  wolny.  Rashel  nie  widziała  już  jego 

twarzy, bo znalazła się poza zasięgiem światła latarki. 

- Cóż - zaczął. 

- Cóż - szepnęła Rashel. Stanęli naprzeciwko siebie. 

Rashel czekała na mimowolne drgnienie ciała, które zdradziłoby jej, w którą stronę Quinn się 

rzuci. Ale z takim wrogiem jeszcze nigdy nie walczyła. Napięcie skrywał głęboko w środku, 

gotów  uwolnić  wszystkie  siły  w  chwili,  kiedy  będzie  ich  potrzebował.  Wydawał  się 

doskonale opanowany. 

To jego zanshin, pomyślała. 

-  Dobry jesteś - powiedziała cicho. 

-  Dziękuję. Ty też. 

-  Dzięki. 

-  Ale to i tak nie ma znaczenia. 

Rashel właśnie zaczynała mówić: „Jeszcze zobaczymy", gdy Quinn ruszył do ataku. Musiała 

zareagować w ułamku sekundy. Niemal niewidoczny ruch nogi podpowiedział jej, że wampir 

rzuci  się  w  prawo,  a  w  jej  lewą  stronę.  Zareagowała  zupełnie  automatycznie,  płynnym 

ruchem...  I  dopiero  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  użyła  miecza.  Wyszła  o  krok  do 

przodu, odpierając  atak  lustrzanym  blokiem.  Uderzyła  lewą  ręką  w  wewnętrzną  stronę  jego 

prawego ramienia. Celowała w nerwy, żeby unieruchomić rękę. Ale nie chciała go zranić. Z 

background image

przerażeniem,  od  którego  zakręciło  jej  się  w  głowie,  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  chciała 

przeszyć wampira mieczem. 

-  Zginiesz - wysyczał. 

Przez chwilę nie była nawet pewna czy to on, czy też cichy głos w jej głowie to powiedział. 

Usiłowała  go  odepchnąć.  Wiedziała  tylko,  że  potrzebuje  czasu  by  odzyskać  instynkt 

samozachowawczy. Zamierzyła się na niego ...  

..... i wtedy jej dłoń dotknęła jego dłoni. Stało się coś, czego nie doświadczyła jeszcze nigdy 

w życiu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  6 

 

 

 Wstrząs poczuła we wnętrzu dłoni, ale prąd pomknął w górę ramienia jak piorun. 

Łaskotało ją w ciele. Jednak prawdziwy szok przeżyła, gdy sięgnął jej głowy. Umysł Rashel 

eksplodował - inaczej nie umiała tego opisać. Była to bezgłośna eksplozja, która rozbiła ją w 

drobny  mak.  W  jednej sekundzie straciła grunt pod nogami - oparcie znalazła w ramionach 

Quinna. 

Nic zdawała sobie sprawy z istnienia czegokolwiek wokół. Unosiła się na fali białego światła, 

a  Quinn  był  jedynym  punktem  którego  mogła  się  uchwycić.  Podobnie  jak  wcześniej,  gdy 

ratowała  się  przed  otchłanią  lęku...  Ale  tym  razem  nie  czuła  strachu.  Przeciwnie,  choć 

wydawało się to niemożliwe, ogarnęła ją dziwna ekstaza. 

Mocny  uścisk  Quinna  sprawiał  jej  ból.  Ale  jeszcze  wyraźniej  niż  dotyk  jego  ramion  czuła 

kontakt z jego umysłem. Pomiędzy  nimi otworzyło się  bezpośrednie połączenie. Doznawała 

jego  zdumienia,  zaskoczenia,  niedowierzania.  I  wiedziała,  że  on  ma  taki  sam  dostęp  do  jej 

emocji. 

To telepatia, powiedziała jakaś część Rashel, rozpaczliwie walcząc o odzyskanie kontroli nad 

sytuacją. Jakaś wampirza sztuczka. 

Ale Rashel wiedziała, że to nie jest tylko sztuczka. Quinn był równie zszokowany, jak ona -

czuła  to  doskonale.  Może  nawet to on  wyszedł  na  tym  gorzej.  Oddychał  płytko  i  szybko,  a 

jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. 

Rashel nie dawała się wypuścić z rąk, pochłonięta przez szalone myśli. Chciała go pocieszyć. 

Wyczuwała,  prawdopodobnie  lepiej  niż  on  sam,  że  za  maską  okrucieństwa  skrywa 

przerażająco kruche wnętrze. 

Tak samo jak ja, pomyślała niepewnie Rashel. I nagle zdała sobie sprawę, że on dostrzega jej 

słabą  stronę  tak  samo  wyraźnie.  Strach  wezbrał  w  niej  gwałtownie,  wywołując  falę  paniki. 

Rashel  usiłowała  jakoś  odciąć  się  od  wampira,  oprzeć  mu  się,  tak  jak  potrafiła  opierać  się 

próbom kontrolowania  jej  umysłu.  Wiedziała  jednak, że to na  nic. Quinn przedarł się przez 

wszelkie zasieki. Był w samym jej wnętrzu. 

- Już dobrze - powiedział, a ona nagle zorientowała się, że Quinna przeszyły dreszcze. Mówił 

beznamiętnym głosem, choć zarazem był obezwładniająco delikatny. Rashel czuła, że posta-

nowił opanować sytuację poprzez całkowite poddanie się szaleństwu. 

Co najdziwniejsze, jego słowa rzeczywiście podziałały kojąco. 

background image

Pod lodem, który go skuwał, krył się ogień. Rashel czuła to doskonale. Obezwładniała ją 

myśl, że prawdopodobnie nikt przed nią tego nie odkrył. 

W jakiś sposób znaleźli się na podłodze i teraz siedzieli na krawędzi pola światła rzucanego 

przez  latarkę.  Quinn  obejmował  ją  mocno,  a  Rashel  była  zdumiona  reakcją  na  jego  uścisk. 

Dotyk wampira odebrał jej dech i zupełnie zniewolił. 

W tej samej chwili Quinn - ruchem przemyślanym w najdrobniejszych szczegółach - ujął ko-

niec jej szalika i zaczął go odwijać 

Był delikatny i spokojny. Rashel nawet nie usiłowała go powstrzymać. Wampir właśnie od-

słaniał jej twarz, a ona nie zamierzała nic z tym zrobić. 

Chciała,  żeby  ją  zobaczył.  Mimo  przerażenia  pragnęła,  żeby  zobaczył  jej  twarz,  dowiedział 

się,  kim  jest.  Marzyła,  by  spotkać  się  z  nim  twarzą  w  twarz  w tym  dziwnym  świetle,  które 

ogrzewało ich umysły. To, co stanie się potem, nie ma znaczenia. 

- John - wyszeptała. 

Odwinął  kolejną  warstwę  szala,  tak  skoncentrowany,  jak  gdyby  dokonywał  ważnego  arche-

ologicznego odkrycia. 

- Nie znam twojego imienia. - To zabrzmiało jak stwierdzenie faktu. Do niczego jej nie zmu-

szał. 

Gdyby  Rashel  mu  je  podała,  wydałaby  na  siebie  wyrok  śmierci.  Quinn  mógł  ujawniać  lu-

dziom swoją tożsamość, ale on w każdej chwili mógł się zapaść pod ziemię, zniknąć w jakiejś 

zapomnianej  wampirzej  norze,  gdzie  nie  sięgało  ludzkie  oko.  Wiedział,  że  jest  łowczynią. 

Gdyby  poznał  jej  imię  i  twarz,  mógłby  ją  zniszczyć  w  każdej  chwili.  A  najbardziej 

przerażające było to, że jakaś część Rashel wcale się tym nie przejmowała. 

Quinn pozbył  się  już przedostatniej warstwy. Za  chwilę twarz Rashel  będzie wystawiona  na 

chłodne  nocne  powietrze...  i  ukarze  się  oczom  wampira,  który  widział  w  ciemnościach. 

Jestem  Rashel,  pomyślała.  Nie  potrafiła  zmusić  się,  by  wypowiedzieć  słowa  głośno. 

Odetchnęła  głęboko.  I  w  tej  samej  chwili  oślepiło  ją  światło.  Nic  przytłumiony  błysk  jej 

umysłu.  Prawdziwe  światło  płynące  z  kilku  latarek,  ostre  i  straszliwie  jaskrawe.  Snopy 

przeszyły mrok piwnicy, zatapiając Rashel i Quinna w powodzi blasku. 

Rahel  struchlała.  Jedną  ręką  instynktownie  przytrzymała  szalik  na  twarzy.  Poczuła  się  tak, 

jak gdyby ktoś przyłapał j ą nago. 

Przeraziło  ją  to,  że  nie  słyszała,  by  ktokolwiek  wchodził  do  piwnicy.  Jej  uwaga  była 

całkowicie  pochłonięta  czym  innym,  cały  Świat  zewnętrzny  zniknął.  Co  się  stało  z  jej 

wytrenowanymi umiejętnościami łowczyni? Co się stało z nią? 

background image

Nie widziała nic poza światłem. Pomyślała, że to na pewno wampiry przychodzące z pomocą 

Quinnowi. On także tak sądził. Stanął ramię w ramię z nią, a nawet usiłował ją zasłonić. Ze 

zdziwieniem  uświadomiła  sobie,  że  teraz  może  się  tyłko  domyślać,  co  dzieje  się  w  jego 

głowie.  Połączenie  zostało  gwałtownie  przerwane.  Zza  oślepiającego  światła  dobiegł 

stanowczy i pełen oburzenia krzyk: 

- Jak on się uwolnił? Co wy wyprawiacie? 

Vicky. Ja chyba zwariowałam, pomyślała Rashel. Kompletnie zapomniałam, że oni tu wrócą. 

Że w ogóle istnieją. Na schodach lśniły jednak więcej niż trzy latarki. 

- E. przysłał nam wsparcie - powiedziała Vicky, a Rashel ogarnął lęk. Naliczyła pięć snopów 

świateł i zauważyła zarysy wojowniczych sylwetek. To przybywali Lansjerzy. 

Rashel  desperacko  usiłowała  zebrać  myśli.  Przynajmniej  wiedziała,  co  trzeba  zrobić. 

Szturchnęła Quinna w bok. 

- Wynoś się stąd - szepnęła. - Po drugiej stronie jest wyjście na inne schody. Biegnij, ja ich 

zatrzymam. - Mówiła tak cicho, że dźwięk  jej słów  mogły wychwycić tylko wampirze uszy 

Dzięki szalikowi na twarzy miała zasłonięte usta. 

Ale Quinn nigdzie się nie wybierał. Wyglądał tak, jak gdyby ktoś właśnie wybudził go ze snu 

wiadrem  lodowatej  wody  Był  wstrząśnięty,  wściekły  i  nieco  oszołomiony.  Stał  bez  ruchu, 

wpatrując się w blask latarek jak osaczone zwierzę. 

Tymczasem  światła  się  zbliżały.  Rasheł  rozpoznawała  postać  Vicky  na  czele  pochodu. 

Szykowała się walka, w której ktoś musiał zginąć. 

- Co on ci zrobił? - zapytał Steve. 

- Zapytaj raczej o to, co ona tu z nim wyrabiała? - warknęła Vicky. - Pamiętajcie, że chcemy 

go wziąć żywego - dodała stanowczo. 

Kashel jeszcze mocniej pchnęła Quinna. 

- No już. 

Tylko na nią popatrzył. 

- Nie rozumiesz, co oni chcą z tobą zrobić? - syknęła. 

Quinn odwrócił się tak, by nadchodzący łowcy nie mogli zobaczyć jego twarzy. 

-  Nie można też powiedzieć, żeby szaleli z radości na twój widok -prychnął. 

-  Ja sobie poradzę. - Rashel trzęsła się z wściekłości. - Po prostu idź. Teraz! 

Wydawało się, że Quinn pała ku niej taką samą nienawiścią, jak w stosunku do pozostałych 

łowców. Rashel zrozumiała nagle, że on nie chce jej pomocy. Nie przywykł do prezentów od 

background image

losu. Teraz był do tego zmuszony, i to doprowadzało go do furii. Ale nie miał innego wyboru. 

I w końcu musiał to sobie i uswiadomić. Popatrzył na nią po raz ostatni, po czym zerwał się 

do biegu i zniknął w ciemnościach. 

Snopy świateł splątały się w zamieszaniu. Rashel szczęśliwa wreszcie może się poruszyć, ze-

rwała się na równe nogi i wskoczyła pomiędzy łowców a wampira. Nastąpiła kotłowanina, lu-

dzie  potrącali  się  nawzajem,  przeklinali  i  wrzeszczeli.  Rashel  z  przyjemnością  rozładowała 

napięcie.  Wpadała  wszystkim  pod  nogi  tak  długo,  aż  bardzo  szybki  wampir  oddalił  się  wy-

starczająco daleko. Potem jednak musiała się zmierzyć z pozostałymi. Oświetliło ja pięć lata-

rek. Siedmioro rozzłoszczonych ludzi wbiło w nią badawczy wzrok. Rashel wstała i się otrze-

pała. Czas ponieść konsekwencje. Wyprostowała głowę, nie spuszczając oczu. 

-  Co się stało? - spytał Steve. - Czy on cię zahipnotyzował? 

Poczciwy Steve. Rashel poczuła przypływ ciepła. Ale nie mogła skorzystać z ratunku, który 

jej proponował. 

-  Nie wiem, co się stało - przyznała. 

I to była prawda. Nawet nie usiłowała się tłumaczyć, co wydarzyło się między nią a wampi-

rem. Jeszcze nigdy o czymś podobnym nie słyszała. 

-  Myślę, że celowo pozwoliłaś mu uciec - powiedziała Vicky. 

Rashel  nie  mogła  w  ciemnościach  dostrzec  jej  jasnych  oczu,  ale  wyczuwała,  że  wyglądają 

jak lśniące kamienie. 

-  Myślę,  że  zaplanowałaś  to  od  samego  początku  -  dodała  Vicky.  -  Dlatego  kazałaś  nam 

sprawdzić ulicę. 

-  Czy to prawda? - Jeden ze snopów światła gwałtownie się poruszył. Nagle przed Rashel 

stanęła Nyala, zesztywniała z napięcia. W głosie dziewczyny brzmiało błaganie. - Napraw-

dę zrobiłaś to celowo? 

Rashel  poczuła  się  bardzo  zmęczona.  Nyala  była  delikatna  i  trochę  niezrównoważona.  W 

dodatku zdążyła już zrobić z Rashel bohaterkę. Teraz ten obraz został zburzony. 

Z uwagi na Nyalę Rashel niemal żałowała, że nie może skłamać. Ale to w końcu i tak by się 

wydało. 

-  Tak, zrobiłam to celowo - odparła. 

Nyala skuliła się, jak gdyby Rashel wymierzyła jej policzek Nie winie cię, pomyślała Rashel. 

Ja też sądzę, że chyba oszalałam. 

background image

Prawda była taka, że im dalej znajdowała się od Quinna, tym mniej rozumiała własne zacho-

wanie. Wydawało jej się teraz, że to wszystko był sen, i to niezbyt składny. 

-  Dlaczego? - spytał jeden z Lansjerów. Znali Rashel i jej reputację. Nie chcieli myśleć o niej 

źle. Podobnie jak Nyala, rozpaczliwie poszukiwali wymówki. 

-  Nie wiem - powiedziała Rashel,  nie patrząc  im w oczy.  Ale  nie panowałam  nad własnym 

umysłem. 

Nyala wreszcie wybuchła. 

-  Nienawidzę cię - wykrzyknęła. Trzęsła się z wściekłości, a każde jej zdanie było jak zatruta 

strzała. - Ten wampir mógł być tym, który zabił moją siostrę. Mógł też wiedzieć, kto to zrobił 

zamierzałam  go  o  to  zapytać,  ale  nie  dostałam  szansy.  Przez  ciebie.  To  ty  go  wypuściłaś. 

Mieliśmy go, a ty pozwoliłaś mu uciec! 

-  Jest  jeszcze  gorzej  -  wtrąciła  Vicky  chłodnym  i  pogardliwym  głosem-  Planowaliśmy 

wypytać go o te porywane nastolatki. Teraz nie możemy. Będą kolejne tragedie i to z twojej 

winy. 

Miała rację. Nyala także. Skąd Rashel wiedziała, że to nie Quinn zabił jej siostrę? 

-  Sympatyzujesz z wampirami. Nie wiem, może należysz do tych cholernych Po-kojowców, 

którzy chcą, żebyśmy wszyscy żyli w zgodzie,. Ale nie jesteś po naszej stronie. 

Kilkoro Lansjerów zaczęło protestować, ale przerwał im krzyk Nyali. 

-  Jesteś po ich stronie? - przenosiła wzrok z Vicky na Rashel  i z powrotem, zesztywniała  z 

emocji.  -  Poczekaj  tylko.  Poczekaj,  aż  powiem  wszystkim,  że  Rashel  to  Kobieta-Kot.  I  że 

naprawdę działa dla świata nocy. Poczekaj tylko! 

Rashel  zdała  sobie  sprawę,  że  dziewczyna  dostała  histerii.  Vicky  wydawała  się  zdziwiona, 

jak gdyby trochę zaniepokoiło ją to, co sama rozpętała. 

-  Nyala, posłuchaj - zaczęła Rashel. 

Ale Nyala wpadła w taką furię, że nic do niej nie docierało. 

-  Powiem wszystkim w Bostonie! Zobaczysz! - odwróciła się na pięcie i wybiegła na schody, 

jak gdyby zamierzała od razu zrealizować groźby. 

Rashel obejrzała się za Nyala. 

-  Lepiej wyślij kogoś za nią - powiedziała do Vicky. - Nie jest bezpieczna w tej okolicy. 

Vicky popatrzyła na Rashel wzrokiem, w którym krył się zarazem gniew i zdumienie. 

-  Jasne. Dobra. Wszyscy oprócz Steve'a biegnijcie za Nyalą. Zabierzcie ją do domu. 

Wyszli, obrzucając Rashel oburzonymi spojrzeniami. 

background image

-  Odwieziemy  cię  do  domu -  zdecydowała  Vicky.  Jej  głos  nic  brzmiął  ciepło,  ale  i  nie  tak 

wrogo jak kilka minut wcześniej. 

-  Pojadę własnym samochodem - powiedziała cicho Rashel 

-  W  porządku.  -  Vicky  milczała  przez  chwilę.  -  Ona  pewnie  tego  nie  zrobi  -  wypaliła  w 

końcu. - Po prostu się zdenerwowała. 

Rashel  nic  nie  mówiła.  Nyala  wyglądała  tak,  jak  gdyby  zamierzała  zrobić  dokładnie  to,  co 

zapowiedziała. A gdyby rzeczywiście tak postąpiła... 

No  cóż.  Wówczas  można  by  było  postawić  pytanie:  Kto  zabije  Rashel  pierwszy.  Wampiry 

czy łowcy wampirów. 

 

Środowy poranek był szary, lodowaty i deszczowy. Rashel pogrążona w myślach wlokła się z 

zajęć na zajęcia w Wassaguscus High. Jej obecna rodzina zastępcza zostawiła ją w spokoju, 

przyzwyczaiła się już, że Rashel chadza własnymi drogami Dziewczyna usiadła w małej sy-

pialni przy przygaszonych światłach i pogrążyła się w refleksjach. 

Wciąż nie rozumiała, co się stało, a z każdą godziną wspomnienia stawały się mniej wyraźne. 

Wszystko to było zbyt dziwaczne, by mogło być częścią rzeczywistości i coraz bardzie] przy-

pominało sen. Jeden z tych snów, w których człowiek zachowuje się zupełnie inaczej niż za-

zwyczaj i rano bardzo się tego wstydzi. 

Ciepło, bliskość... Czy naprawdę poczuła coś podobnego w obecności wampira? Zelektryzo-

wał ją dotyk pasożyta. Chciała pocieszyć pijawkę? 

I to nie byle jaką pijawkę. Samego Quinna. Legendarnego wroga ludzi. Jak mogła pozwolić 

mu uciec? Ilu ludzi ucierpi z powodu jej niepoczytalnego zachowania? Kto wie, pomyślała w 

końcu,  może  rzeczywiście  jej  umysł  został  poddany  kontroli.  Inaczej  nie  umiała  tego 

wyjaśnić. 

W czwartek Rashel wiedziała  jedno. Vicky  miała rację co do konsekwencji  jej działań. Mu-

siała to naprawić. Musiała sama znaleźć porwane dziewczyny - o ile rzeczywiście ktoś je po-

rywał. W „Globe" nie znalazła żadnego artykułu na podobny temat. Ale jeśli rzeczywiście do-

chodziło do porwań, Rashel musiała to rozwikłać. I ukrócić ten proceder. O ile tylko mogła. 

W  porządku.  A  zatem  dziś  wieczorem  wróci  do  Mission  Hill  i  rozpocznie  śledztwo. 

Ponownie sprawdzi magazyn. Tym razem po swojemu. 

Rashel zrozumiała jeszcze jedną rzecz, gdy tylko uświadomiła sobie, jakie ma priorytety. Mu-

siała zrobić jeszcze coś, nie dla Nyali, Vicky czy Lansjerów. Tylko dla siebie. W obronie wła-

background image

snego  honoru  i  dobra  wszystkich  istot,  które  cieszyły  się  dziennym  światłem.  Następnym 

razem musiała zabić Quinna. 

Rashel bezszelestnie poruszała się po opuszczonych ulicach. Trzymała się cieni. Nie było to 

łatwe, gdy ziemię pokrywało bloto i odłamki rozbitych szyb. Nie było chodników, trawników, 

żadnych roślin, z wyjątkiem zeschniętych chwastów w opuszczonych domostwach. Wszędzie 

leżały tylko mokre śmieci i potłuczone butelki. 

Ponure miejsce. Pasowało do nastroju Rashel, w chwili gdy przedzierała się w stronę nieza-

mieszkanego  bloku,  do  którego  we  wtorek  zaprowadziła  ich  Vicky.  Stojąc  w  drzwiach 

wejściowych, sprawdziła resztę ulicy. 

Wszędzie były magazyny. Niektóre z nich chroniły wysokie płoty zwieńczone gęstym drutem 

kolczastym.  Wszystkie  miały  zakratowane  okna  lub  nagie  ściany  i  metalowe  drzwi.  Rashel 

nie martwiła się jednak o podobne zabezpieczenia. Umiała przecinać siatkę i otwierać zamki. 

Niepokoiło ją to, że nie wiedziała, od czego zacząć. 

Ludzie  nocy  mogli  wykorzystywać każdy  z tych  magazynów. Nie pomogło  jej  nawet to, że 

wiedziała, w którym miejscu Steve i Vicky walczyli z Quinnem, bo to on ich zaskoczył Do-

strzegł intruzów ze swojego legowiska i ruszył do ataku. Oznaczało to, że właściwym celem 

Rashel mógł być każdy z budynków. Albo żaden z nich. 

W  porządku.  Należało  zachować  cierpliwość.  Musiała  po  prostu  od  czegoś  zacząć.  Nagle 

Ra-shel  uskoczyła  w  mrok,  zanim  jeszcze  zdała  sobie  sprawę,  dlaczego  to  robi.  Jej  uszy 

pochwyciły jakiś dźwięk - cichy szelest dochodzący z drugiej strony ulicy. 

Przywarła plecami do ceglanego muru. Nawet nie drgnęła Przeskakiwała wzrokiem z budyn-

ku na budynek, wstrzymując oddech, by lepiej widzieć. 

To tam. Dźwięk dochodził z tamtego magazynu, na końcu ulicy. Teraz Rashel mogła już go 

zidentyfikować. Był to dźwięk silnika. 

Zobaczyła, że w jednym z magazynów unoszą się metalowe drzwi. Za nimi ukazały się świa-

tła jakiegoś samochodu. Po chwili na ulicę wyjechała ciężarówka. 

Nie była to duża ciężarówka. U-Haul. Wyjechała na zewnątrz, po czym przystanęła. Jakaś po-

stać zasunęła  metalową bramę  i po chwili wspięła się do kabiny kierowcy. Rashel wytężyła 

wzrok,  usiłując  wypatrzyć  jakiekolwiek  oznaki  wampiryzmu.  Wydawało  jej  się,  że  ruchy 

postaci  są  po  podejrzanie  płynne,  ale  z  takiej  odległości  nie  można  było  uzyskać  pewności. 

Nic poza tym nie pozwalało odgadnąć, co się dzieje. 

To  może  być  człowiek,  pomyślała.  Jakiś  właściciel  magazynu  wracający  do  domu  po  nocy 

spędzonej nad księgowaniem rachunków. 

Ale instynkt podpowiadał Rashel co innego. Zjeżyły jej się włoski na karku. 

background image

l wtedy, gdy ciężarówka zaczęła już ruszać, stało się coś, co utwierdziło ją w podejrzeniach i 

skłoniło do wyskoczenia na ulicę. 

Tylne drzwi ciężarówki otworzyły się i wypadła z niej dziewczyna. Była bardzo szczupła, a 

światło  latarni  ukazało  jej  blond  włosy.  Wylądowała  na  pokrytej  gruzem  drodze  i  przez 

chwilę leżała bez ruchu, jak gdyby oślepiona. Potem podskoczyłą i rozejrzała się dziko wokół 

siebie i zaczęła biec w stronę Rashel. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  7 

 

 

W chwili gdy Rashel przechwyciła dziewczynę, ciężarówka już hamowała, by zawrócić. 

-  Wypadła! Zgubiliśmy jedną z nich! - krzyknął ktoś. 

-  Tędy - powiedziała Rashel, wyciągając do dziewczyny rękę i wskazując jej drogę uciecz-

ki. 

Z  bliska widziała, że dziewczyna  jest niska, a  włosy  bezładnie opadają  jej  na czoło. Ciężko 

oddychała. Nie wydawała się wdzięczna, raczej wystraszona. Przez chwilę wpatrywała się w 

Rashel, po czym usiłowała uciec. Rashel złapała ją. 

-  Jestem  po  twojej  stronie!  Chodź!  Musimy  uciekać  tam,  gdzie  ciężarówka  za  nami  nie 

wjedzie. 

Samochód  właśnie  zakręcał.  Światła  reflektorów omiotły  dziewczyny.  Rashel  objęła  ucieki-

nierkę w pasie i razem zerwały się do dobiegu. Dziewczyna dała się ponieść. Jęczała, ale się 

nie zatrzymywała. 

Rashel  kierowała  się  między  dwa  magazyny.  Wiedziała,  że  jeśli  w  ciężarówce  naprawdę  są 

wampiry, to jedyną szansą na ocalenie uciekinierki był jej samochód. Wampiry potrafiły biec 

szybciej niż jakikolwiek człowiek. 

Wybrała  akurat  te  dwa  magazyny,  ponieważ  nie  ogradzała  ich  zbyt  wysoka  siatka  ani  drut 

kolczasty. Gdy dotarły na miej sce, Rashel popchnęła lekko dziewczynę. 

-  Wejdź na górę! - nakazała. 

-  Nie  potrafię! -  Dziewczyna  trzęsła  się,  walcząc  o  odzyskanie  oddechu.  Rashel  przyjrzała 

się  jej  uważnie  i  uznała,  że  mówi  prawdę.  Prawdopodobnie  nigdy  w  życiu  na  nic  się  nie 

wspięła. Miała na sobie imprezowe ciuchy i szpilki. 

Kątem oka Rashel zobaczyła światła ciężarówki w ulicy. Hamowała. 

-  Musisz!  -  krzyknęła.  -  Chyba,  że  chcesz  wrócić  do  nich.  -Rashel  złączyła  palce  dłoni, 

układając je w siodełko. - Tu postaw nogę i chwyć się czegoś na górze. Podsadzę cię. 

Dziewczyna była zbyt wystraszona, by nie spróbować. Postawiła nogę na dłoni Rashel. W tej 

samej chwili ciężarówka zgasiła światła. 

background image

Rashel tego się spodziewała. W ciemnościach wampiry miały przewagę - były obdarzone lep-

szym  wzrokiem  niż  ludzie.  A  zatem  napastnicy  zamierzali  dopaść  ofiarę,  porzucając  samo-

chód. 

Rashel wzięła głęboki oddech, po czym gwałtownie wypuściła powietrze, naprężając mięśnie. 

Dziewczyna z krzykiem wystrzeliła w górę, docierając na sam szczyt płotu. Sekundę później 

Rashel wspięła się za nią, chwyciła krawędź siatki i przerzuciła nogi na drugą stronę. Niemal 

bezgłos nie opadła na ziemię, po czym wyciągnęła ręce do dziewczyny, 

-  Puść się! Ja cię złapię. 

Dziewczyna niezgrabnie gramoliła się właśnie na drugą stronę płotu. 

- Nie dam rady... - jęknęła, patrząc w dół przez ramię. 

- Już! 

Dziewczyna  posłusznie  zeskoczyła.  Rashel  pochwyciła  ją  r  w  połowie  drogi,  postawiła  na 

nogach i złapała za przedramię. 

-  Spadamy stąd! 

Biegnąc, Rashel przypatrywała się budynkom. Potrzebowała jakiejś wnęki w murze, miejsca, 

w którym mogłaby się ustawić plecami, chroniąc dziewczynę. To mogło się udać... o ile wam-

pirów nie było więcej niż dwóch czy trzech. 

- Ilu ich jest? -spytała. 

- Co? - Dziewczyna z trudem walczyła o oddech. 

- Ilu! Ich! Jest! 

- Nic wiem, nie mogę już biec! - Dziewczyna zatrzymała się i zgięła wpół, opierając dłonie 

na kolanach. Nie mogła złapać oddechu. 

- Mam nogi... jak z waty... - wydyszała. 

Rashel uświadomiła sobie z rozpaczą, że popełniła błąd. Nie mogła wymagać od tej blond la-

leczki,  żeby  ścigała  się  z  wampirami.  Ale  gdyby  zatrzymały  się  tu,  na  otwartej  przestrzeni, 

zginęłaby  natychmiast.  Rashel  desperacko  rozejrzała  się  dokoła,  l  nagle  zobaczyła  szansę. 

Zgodnie z bostońską tradycją na uboczu stał porzucony samochód. W tym mieście niechciane 

auta po prostu zostawiano na nabrzeżu. Rashel pobłogosławiła w myślach nieznanego dobro-

czyńcę. Gdyby tylko udało im się dostać do środka... 

-  Tędy! - Nawet nie czekała, aż dziewczyna zaprotestuje, tylko od razu pociągnęła ją za sobą. 

- No już, dasz radę! Jak dobiegniemy do samochodu, nie będziesz już musiała nigdzie biec... 

background image

Słowa zmotywowały dziewczynę do działania. Gdy dobiegły do samochodu, Rashel zauwa-

żyła, że jedno z tylnych okien jest wybite. 

-  Do środka! 

Dziewczyna  była  drobna,  z  łatwością  więc  wśliznęła  się  do  wnętrza,  a  Rashel  zanurkowała 

tuż za nią. Potem wepchnęła ją pod siedzenie. 

-  Ani mru-mru - syknęła. 

Leżała  w  napięciu,  nasłuchując.  Nie  zdążyła  nawet  odetchnąć  po  raz  drugi,  gdy  usłyszała 

kroki.  Ciche,  ostrożne,  jak  stąpanie  skradającego  się  tygrysa.  Kroki  wampira.  Rashel 

wstrzymała oddech w oczekiwaniu. 

Coraz bliżej i bliżej... Rashel czuła, że jej podopieczna sie trzęsie. Spoglądała na ciemny sufit 

samochodu, usiłując zaplanować obronę na wypadek, gdyby zostały schwytane. 

Kroki dobiegały teraz z bardzo bliska. Rashel słyszała zgrzytanie szkła trzy metry od drzwi 

samochodu. 

Tylko  błagam,  niech  w  tej  paczce  nie  będzie  wilkołaków,  pomyślała.  Wampiry  widzą  i 

słyszą  lepiej  niż  ludzie,  ale  to  wilkołakpotraf  odnaleźć  ofiarę  węchem.  Nie  mógłby 

przegapić zapachu ludzi w samochodzie. 

Kroki  nagle  ucichły.  Rashel  poczuła  ścisk  w  sercu.  Z  otwartymi  oczami,  bezgłośnie, 

zacisnęła dłoń na mieczu. 

I wtedy usłyszała szybki ruch - napastnicy się oddalali Rashel nie wydała żadnego dźwięku, 

dopóki ich kroki całkiem nie ucichły. Potem policzyła jeszcze do dwustu. Dopiero wówczas 

bardzo ostrożnie podniosła się i wyjrzała przez okno. Ani śladu wampirów. 

-  Czy teraz mogę wreszcie się podnieść? - rozległ się cichy jęk z podłogi. 

-  Jeśli  potrafisz  być  zupełnie  cicho-  szepnęła  Rashel  Mogą  wciąż  być  w  pobliżu.  Musimy 

dotrzeć do samochodu, tak żeby nas nie zauważyli. 

-  Co  tylko  chcesz,  bylebym  nie  musiała  biec  -  powiedziała  błagalnie  dziewczyna.  Teraz 

wyglądała  jeszcze  żałośniej  -  Próbowałaś  kiedyś  sprintu  na  dwunastocentymetrowych 

szpilkach? 

-  Nie  noszę szpilek - wyjaśniła  Rashel, uważnie  lustrująci ulicę. - W porządku. Ja wysiądę 

pierwsza, ty za mną. 

Wyśliznęła się przez okno, nogami do przodu. Dziewczyna wystawiła głowę. 

-  Czy ty nigdy nie używasz drzwi? 

background image

-  Cicho. Chodź już - ponagliła Rashel. Poprowadziła dziewczynę mroczną ulicą, przesuwa-

jąc się jednej plamy cienia do drugiej. Przynajmniej potrafi cicho się poruszać, pomyślała. No 

i ma poczucie humoru, nawet w obliczu niebezpieczeństwa. To rzadkie. 

Rashel odetchnęła z ulgą, gdy dotarły do wąskiej, krętej alejki, przy której zaparkowała swo-

jego Saturna. Nie były jeszcze bezpieczne. Musiała wydostać tę blondyneczkę z Mission Hill. 

-  Gdzie mieszkasz? - spytała, zapuszczając silnik, ale odpowiedź jednak nie nadeszła. Ra-

shel odwróciła się i zobaczyła, że dziewczyna patrzy na nią z nieskrywanym niepokojem. 

-  Dlaczego  jesteś  tak  dziwnie  ubrana?  -  spytała.  -  I  w  ogóle  kim  ty  jesteś?  To  znaczy 

oczywiście cieszę się, że mnie uratowałaś, ale nic z tego nie rozumiem... Rashel się zawahała. 

Potrzebowała  wyciągnąć  od  tej  dziewczyny  informacje,  a  to  wymagało  czasu  i  zaufania. 

Nagle podjęła decyzję i zaczęła jedną ręką odwijać szalik z głowy. 

-  Tak jak mówiłam, jestem tu, żeby ci pomóc - odparła, gdy odsłoniła już całą twarz. - 

-  Ale najpierw odpowiedz mi. Wiesz, kim byli ludzie, którzy więzili cię w ciężarówce? 

Dziewczyna odwróciła wzrok. Już wcześniej trzęsła się z zimna, teraz zadrżała jeszcze moc-

niej. 

-  To nie byli zwykli ludzie... To były... 

-  A zatem wiesz. No to ja jestem kimś, kto właśnie te typy łowi. 

Dziewczyna przeniosła spojrzenie z twarzy Rashel na miecz, który leżał pomiędzy nimi. 

Otworzyła usta ze zdziwienia. 

-  O mój Boże! Ty jesteś Buffy Postrach Wampirów! 

-  Co?  Aha. -  Rashel  nie  miała  okazji  obejrzeć  tego  filmu. -Zgadza  się.  Możesz  mówić  do 

mnie Rashel. A ty jak się nazywasz? 

-  Daphne Childs. Mieszkam w Somerville, ale nie chcę jechać do domu. 

-  To się świetnie składa, bo muszę z tobą porozmawiać. Znajdźmy Dunkin Donuts. 

Rashel skierowała się do restauracji na przedmieściach Bostonu. Wiedziała, że to bezpieczne 

miejsce, niezwiązane ze światem nocy. Okryła płaszczem kostium ninja i pożyczyła Daphne 

sweter, który trzymała w bagażniku. Potem weszły do środka i zamówiły paluszki z galaret-

ką, a do picia czekoladę. 

-  A  teraz  opowiedz  mi,  co  się  stało  -  poprosiła  Rashel,  -Dlaczego  wylądowałaś  w  tej 

ciężarówce? 

background image

Daphne objęła dłońmi kubek z czekoladą. 

-  To było takie straszne... 

-  Wiem. - Rashel starała się mówić kojącym głosem. Nie miała w tym wprawy. - Ale spró-

buj mi o tym opowiedzieć. Zacznij od początku. 

-  No więc wszystko zaczęło się od Krypty. 

-  Od Opowieści z krypty? Czy od starego cmentarza? 

-  Od klubu na Prentiss Street. Mieści się pod ziemią. Na prawdę głęboko pod ziemią. Nikt o 

nim nie wie, z wyjątkiem stałych bywalców. Chodzą tam ludzie w naszym wieku, szesnasto- 

czy siedemnastolatki. Nigdy nie widuję żadnych dorosłych nawet DJ-ów. 

-  Mów  dalej.  -  Rashel  słuchała  bardzo  uważnie.  Ludzie  nocy  często  prowadzili  kluby,  za-

zwyczaj skrzętnie ukryte przed ludzkim wzrokiem. Czy to możliwe, że Daphne trafiła do jed-

nego z nich? 

-  No cóż. Jest fantastyczny. Przynajmniej tak mi się wy dawało. Grają niesamowitą muzykę. 

To mocniejsze niż dooni cięższe niż gotyk... , jakiś taki próżniowy rock. Od samego słuchania 

czujesz  się  zupełnie  bezcieleśnie  i  dziwnie.  Wnętrze  wygląda  jak  krajobraz  po  apokalipsie. 

Albo  może  jak podziemny  świat ,.. - Daphne zapatrzyła  się przed  siebie.  W  jej chabrowych 

oczach okolonych długimi, gęstymi rzęsami błyszczało rozmarzenie i fascynacja. 

Rashel dźgnęła ją palcem. Daphne rozlała czekoladę. 

-  Pomarzysz potem. Teraz powiedz, kto tam chodzi, wampiry? 

-  Och nie. - Daphne była wstrząśnięta. - Zwykłe dzieciaki. Niektórych znam ze szkoły. No i 

sporo uciekinierów, dzieci ulicy. 

-  Uciekinierów? - Rashel zamrugała. 

-  Tak. Większość jest w porządku, tylko niektórzy biorą narkotyki i trochę się ich boję 

Nielegalny  klub pełny dzieciaków z ulicy, z których wiele zrobiłoby wszystko, żeby dostać 

działkę. Rashel poczuła mrowienie. Chyba odkryłam jakąś grubszą aferę. 

-  No w każdym razie - ciągnęła Daphne - chodzę tam od trzech tygodni, kiedy tylko uda mi 

się wyrwać z domu. 

-  Nie powiedziałaś rodzicom - stwierdziła Rashel bez emocji. 

background image

-  Żartujesz  sobie?  O  takich  miejscach  nie  mówi  się  starym.  Zresztą  oni  nie  interesują  się, 

dokąd  chodzę.  Mam  cztery  siostry  i  dwóch  braci,  a  mama  i  ojczym  są  w  trakcie  rozwodu. 

Nawet nie zauważą, kiedy mnie nie ma. 

-  Mów dalej - poprosiła ponuro Rashel. 

-  No  i  jest  tam  taki  facet...  -  Daphne  znów  się  rozmarzyła.  -  Naprawdę  boski  i  taki 

tajemniczy... No po prostu... inny niż wszyscy. I myślałam, że się mną interesuje, 

bo dwa razy na mnie popatrzył. Więc przyłączyłam się do dziewczyn, które kręcą się wokół 

niego. Gadaliśmy o dziwnych rzeczach. 

- Jakich na przykład? 

- No, na przykład o ciemności i takich tam. To było trochę w stylu tej muzyki. Gadaliśmy o 

śmierci.  Jak  nie  chcielibyśmy  umrzeć,  jakie  są  najstraszliwsze  tortury  i  jak  się  wygląda  w 

grobie. Tego typu sprawy. 

- Ale dlaczego, na litość boską? - Rashel nie umiała ukryć obrzydzenia. 

- Nie wiem. - Daphne nagle wydała się smutna i mała. - I chyba dlatego, że nasze życie jest 

do  bani.  Więc  staramy  się  zmierzyć  z  różnymi  rzeczami,  żeby  jakoś  to oswoić.  Pewnie  nie 

rozumiesz - dodała, krzywiąc się. 

Rashel  rozumiała  doskonale.  Z  zaskoczeniem  zdała  sobie  sprawę,  że  znakomicie  potrafi  się 

wczuć w sytuację Daphne. Te dzieciaki były wystraszone i przygnębione. Bały się przyszło-

ści.  Musiały  robić  coś,  żeby  zagłuszyć  ból...  Nawet  jeśli  oznaczało  to  jeszcze  więcej  bólu. 

Uciekały z jednej ciemności w inną. 

Czyja  nie  zachowuję  się  taksamo?  Moja  obsesja  na  punkcie  wampirów... To  naprawdę  nie 

jest zdrowe ani normalne. Całe życie spędzam na radzeniu sobie ze śmiercią. 

- Przykro mi - powiedziała Rashel o wiele delikatniejszym głosem niż wcześniej, gdy na siłę 

starała się uspokoić Daphne. Niezręcznie klepnęła dziewczynę w ramię. - Nie powinnam była 

na ciebie krzyczeć. Naprawdę rozumiem. Proszę, mów dalej 

- No  więc...  -  Daphne  wciąż  patrzyła  na  nią  tak,  jak  gdyby  chciała  się  bronić.  -  Niektóre 

dziewczyny  pisały  wiersze  o  umieraniu...  a  inne  kłuły  się  szpilkami  i  zlizywały  krew. 

Mówiły,  że  są  jak  wampiry.  Po  prostu  udawały.  -  Daphne  ostrożnie  spojrzała  na  Rashel. 

Rashel tylko pokiwała głową. 

background image

- Więc  ja  też  mówiłam  takie  rzeczy  i  robiłam  to  samo  co  one.  I  Quinnowi  strasznie  się  to 

podobało. Hej, uważaj! - Daphne w ostatniej chwili uskoczyła przed gorącą czekoladą. Rashel 

nieumyślnie przewróciła kubek. 

Rany, co się ze mną dzieje? - pomyślała Rashel. 

- Przepraszam - powiedziała przez zęby, sięgając po zwitek serwetek. Powinna była się tego 

spodziewać.  Wiedziała  przecież,  że  Quinn  musi  być  w  to  zaangażowany.  Ale  sam  dźwięk 

jego nazwiska sprawił, że nagle straciła równowagę. Nie zapanowała nad swoją reakcją. 

- A zatem nasz boski, tajemniczy mężczyzna nazywa się Quinn - stwierdziła, przez zaciśnięte 

zęby. 

- Uhm.  -  Daphne  wytarła  rękę  z  czekolady.  -  I  naprawdę  zdawało  mi  się,  że  mnie  polubił. 

Zaprosił  mnie  do  klubu  w  zeszłą  niedzielę  i  powiedział,  żebym  się  z  nim  spotkała  sama  na 

parkingu. 

- Więc tak zrobiłaś. 

O tak, zabiję go, zabiję, pomyślała Rashel. 

-  No  pewnie...  Wystroiłam  się...-  Daphne  zerknęła  na  swoją|  sfatygowaną  kreację...  -Cóż, 

jeszcze  wieczorem  to  wyglądało  naprawdę  fantastycznie.  W  każdym  razie  spotkałam  się  z 

nim i wsiadłam do jego samochodu. I wtedy powiedział, że mnie wybrał. Ucieszyłam się tak 

strasznie,  że  omal  nie  zemdlałam,  myślałam,  że  wybrał  mnie  na  swoją  dziewczynę.  Ale 

potem...  -  Daphne  ściszyła  głos  i  po  raz  pierwszy,  odkąd  rozpoczęła  tę opowieść,  przybrała 

naprawdę przerażony wyraz twarzy. - Potem zapytał 

mnie,  czy  naprawdę  chciałabym  poddać  się  mocy  ciemności.  To  zabrzmiało  niesamowicie 

romantycznie. 

-  Nie  wątpię  -  mruknęła  Rashel,  podpierając  głowę  dłonią.  Teraz  wiedziała  już  wszystko. 

Quinn  sprawdzał  dziewczyny  Ustalał,  której  nie  będą  szukać,  a  potem  porywał  z  parkingu. 

Nikt ich nie widział - nikt nawet nie łączył porwania z Kryptą. Kto zauważyłby, gdyby któraś 

z dziewcząt przestała się pojawiać w klubie? Coście bez przerwy pojawiają się i znikają. 

W gazetach nie było żadnych doniesień, bo nikt nie wiedział, że porwano jakieś dziewczęta. 

Uprowadzał bez wałki - ofiary chciały być porywane. 

-  Musiała cię zdziwić propozycja Quinna - powiedziała sucho Rashel. 

-  Tak.  To  byt  szok.  Ale  wtedy  jeszcze  nie  wiedziałam.  Powiedziałam  tylko,  że  spoko. 

Chciałam  z  nim  iść.  Powiedziałabym  to  samo,  gdyby  zaproponował  mi  oglądanie  powtórek 

background image

Lawrence'a Welka. Jest taki boski. I patrzył na mnie w taki uduchowiony sposób, jak gdyby 

zaraz  zamierzał  mnie  pocałować...  No  a  później  zasnęłam...  -  Daphne  zmarszczyła  brwi, 

wbijając wzrok w kubek. 

-  Nie, nie zasnęłaś. 

-  Naprawdę. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale obudziłam się dopiero tam, na miejscu, w tym 

magazynie.  Leżałam  na  stalowej  pryczy  przykrytej  tylko  jakimś  żałosnym,  niewygodnym 

materacem. Byłam przykuta. Miałam łańcuchy na kostkach, jak więźniarka, Quinna nie było, 

zobaczyłam  tylko  dwie  inne  dziewczyny  na  pryczach  obok.  -  Daphne  bez  ostrzeżenia 

wybuchła płaczem. 

Rashel podała jej chusteczkę, czuła się niezręcznie. 

-  To też były dziewczyny z Krypty? 

-  Nie  wiem.-  Daphne  wytarła  nos.-  Możliwe.  Ale  nie  chciały  ze  mną  rozmawiać.  Za-

chowywały się jak w jakimś transie. Po prostu leżały tam i gapiły się w sufit. 

-  Ale ty nie byłaś w transie - stwierdziła z namysłem Rashel. - Jakoś wyzwoliłaś umysł spod 

kontroli. Musisz być odporna, tak jak ja. 

-  Nic o tym  nie wiem. Tak się  bałam, że udawałam taki sam trans. Przychodził do nas taki 

facet, dawał nam jedzenie i wyprowadzał do łazienki. A ja patrzyłam prosto przed siebie jak 

inne dziewczyny. Myślałam, że może w ten sposób zyskam jakąś szansę na ucieczkę. 

-  Sprytna jesteś - przyznała Rashel. - Ten facet to Quinn? 

-  Nie. Quinna już nie widziałam. To był taki blondyn z klubu nazywał się Ivan. Nazywałam 

go  Iwanem  Groźnym.  Czasem  przychodziła  też  dziewczyna,  nie  wiem,  jak  się  nazywa,  ale 

też widziałam ją w klubie. Oni oboje mieli grupkę fanów jak Quinn. 

CzyCi oprócz Quinna w szajce jest co najmniej dwoje innych wampirów; pomyślała Rashel. 

A prawdopodobnie nawet więcej. 

-  Nie zrobili nam krzywdy, nie marzłyśmy  i jedzenie było w porządku, ale tak strasznie się 

bałam...-  powiedziała  Daphne.  -  Nie  rozumiałam,  co  się  dzieje.  Nie  wiedziałam,  gdzie  jest 

Quinn, ani jak się tam dostałam, ani co z nami zrobią... - przełknęła ślinę. 

Rashel  też  tego  nie  rozumiała.  Co  te  wampiry  wyprawiały  z  dziewczynami  w  magazynie? 

Ewidentnie nie zamierzały ich zabić. 

- Ostatniego  wieczoru...-  Głos  Daphne  zadrżał.  Dziewczynie  zabrakło  tchu.  -  Ostatniego 

wieczoru  Ivan  przyprowadził  nową.  Wniósł  ją  do  środka  i  położył  na  pryczy.  A 

background image

potem...potem  ją  ugryzł.  W  szyję.  Tylko  to  nie  była  zabawa.  -  Chabrowe  oczy  Daph-ne 

rozszerzyły się z przerażenia na to wspomnienie. 

- On naprawdę ją ugryzł. Poleciała krew. Wypił ją. Kiedy podniósł głowę, zobaczyłam jego 

kły... - Daphne zaczęła oddychać bardzo szybko. 

- Już dobrze.  Teraz jesteś bezpieczna - uspokoiła ją Rashel 

- Nie  wiedziałam!  Nie  wiedziałam,  że  takie  rzeczy  dzieją  się  naprawdę!  Myślałam,  że  to 

tylko... - Daphne pokręciła głową - Nie wiedziałam - dokończyła cicho. 

- W  porządku.  To  wielki  szok.  Ale  świetnie  sobie  z  nim  radzisz.  Przecież  zdołałaś  uciec  z 

ciężarówki, prawda? Opowiedz mi o niej. 

- To  się  zaczęło  dziś  wieczorem.  Widziałam,  że  jest  już  ciemno,  ho  było  tam  takie  małe 

okienko.  Ivan  przyszedł  do  nas  z  tamtą  wampirzycą,  zdjęli  nam  łańcuchy  i  kazali  wejść  do 

ciężarówki.  I  wtedy  naprawdę  się  przestraszyłam.  Nie  wiedziałam  dokąd  nas  zabierają. 

Usłyszałam, że  mówią coś o  jakiejś  łodzi. I pomyślałam,  że  bez względu  na to, o  jaką  łódź 

chodzi, ja nie chcę tam jechać. 

- Chyba 

słusznie 

zrobiłaś. 

Daphne odetchnęła głęboko. 

- Dlatego  patrzyłam,  jak  Ivan  zamyka  drzwi.  Usiadł  z  tyłu,  razem  z  nami.  Kiedy  odwrócił 

głowę, rzuciłam się do drzwi i jakoś je otworzyłam. Potem po prostu wypadłam. I biegłam... 

nie  wiedziałam,  w  którą  stronę  uciekać,  chciałam  tylko  znaleźć  się  jak  najdalej  od  nich. 

Wtedy  zobaczyłam  ciebie.  Chyba...  Chyba  uratowałaś  mi  życie.  -  Daphne  zamyśliła  się  na 

chwilę. - Zdaje się, że nawet ci nie podziękowałam. Rashel machnęła ręką. 

- Żaden  problem.  Tak  naprawdę  sama  się  ocaliłaś.  -  Uniosła  brwi,  wbijając  niewidzące 

spojrzenie w kroplę czekolady na plastikowym stoliku. 

- No,  ale  jestem  wdzięczna.  Nie  wiem,  co  chcieli  ze  mną  zrobić,  ale  myślę,  że  coś 

strasznego. Daphne zamilkła mi chwilę. 

- Rashel. A czy ty wiesz? 

- Słucham? - Rashel powoli pokiwała głową, podnoszą wzrok na Daphne - Tak, tak sądzę. 

 

 

 

background image

Rozd ział  8 

 

Co chcieli ze mną zrobić? - spytała Daphne. 

-  Chyba trafiłaś na handlarzy niewolników. 

Miałam  rację,  pomyślała  Rashel.  To  gruba  afera.  Prawa  świata  nocy  zakazywały  handCu 

niewolnikami  od  czasów  średniowiecza,  o  ile  Rashel  dobrze  pamiętała.  Rada  uznała,  że 

porywanie  i  sprzedawanie  łudzi  w  zamian  za  jedzenie  tub  rozrywki  jest  po  prostu  zbyt 

niebezpieczne. Ale zdaje się, że Quinn wrócił do starej tradycji, prawdopodobnie bez zgody 

Rady. Jakże śmiałe przedsięwzięcie. 

Miałam  rację,  trzeba  go  zabić,  pomyślała  Rashel.  Teraz  już  nie  ma  wyboru.  Jest  dokładnie 

takim potworem, za  jakiego go uważałam.  A  może  jeszcze gorszym.  Daphne wytrzeszczyła 

oczy. 

-  Chcieli zrobić ze mnie niewolnicę? - wrzasnęła. (' 

-  Cicho. - Rashel zerknęła na mężczyznę stojącego za kontuarem. - Tak sądzę. Niewolnicę i 

stałe  źródło  pożywienia,  gdyby  kupiły  cię  wampiry.  Wilkołakom  posłużyłabyś  za  jedną 

kolację. 

Usta  Daphne  bezgłośnie  powtórzyły  słowo  „wilkołakom".  Ale  Rashel  podjęła  wątek,  zanim 

dziewczyna zdążyła o cokolwiek zapytać. 

-  Posłuchaj,  Daphne,  czy  masz  jakikolwiek  pomysł  dokąd  chcieli  was  zabrać? 

Wspominałaś o jakiejś łodzi. Ale dokąd płynęła ta lodź? Do którego miasta? 

-  Nie wiem. Nie mówili nic o żadnym mieście. Powiedzieli tylko, że łódź już czeka. Mówili 

coś  o  jakiejś  ą-klaw.  Ta  dziewczyna  tak  powiedziała.  Kiedy  dostaniemy  się  do  ą-klaw...  - 

Daphne urwała, bo Rashel chwyciła ją za nadgarstek. 

-  Enclave, enklawa - szepnęła Rashel. Poczuła dreszcz podniecenia. -Mówili o enklawie. 

-  No  chyba  tak  -  odparła  Daphne  lekko  wystraszona.  To 

była gruba sprawa... WieCka sprawa. Niewiarygodna! 

Enklawa  wampirów.  Porwane  dziewczęta  były  zabierane  do  jednej  z  ukrytych  kryjówek 

wampirów, sekretnych twierdz, do których nie dotarł nigdy żaden łowca. Ludzie jeszcze nig-

dy nie odkryli żadnej z nich. 

Cdybym tyCkp się tam dostała... Cdybym tyCkp mogła przeniknąć do środka... 

background image

Dowiedziałaby się dość, by zniszczyć cale wampirze miasto. Zmieść enklawę pijawek z po-

wierzchni ziemi. Tego była pewna. 

-  Rashel, sprawiasz mi ból. 

-  Przepraszam. - Rashel puściła rękę Daphne. - A teraz posłuchaj - powiedziała gwałtownie. - 

Ocaliłam ci życie, tak? Oni zrobiliby ci straszną krzywdę. Jesteś mi coś winna, prawda? 

-  No, owszem, oczywiście. - Daphne wykonywała łagodzące gesty. - Wszystko w porządku? 

-  Tak. Ale potrzebuję twojej  pomocy.  Chcę, żebyś  mi powiedziała absolutnie wszystko 

na temat tego klubu. Muszę się tam dostać. I dać się wybrać. 

Daphne wbiła w nią oszołomiony wzrok. 

-  Ty chyba oszalałaś. 

-  Nie, nie, dobrze wiem, co robię. Dopóki nie wiedzą, że je tem łowczynią. nic mi nie grozi. 

Muszę dotrzeć do tej enklawy. 

Daphne powoli pokręciła głową. 

-  Ale  co  ty  właściwie  zamierzasz?  Pozabijać  je  wszystkie?  Sama?  Nie  możemy  po  prostu 

powiedzieć policji? 

Nie, nie sama. Mogę zabrać ze sobą innych łowców. A co się tyczy policji... - Ra-shel urwała 

na  chwilę,  po  czym  westchnęła.  -  W  porządku.  Chyba  powinnam  ci  wyjaśnić  pare  spraw, 

żebyś mnie lepiej zrozumiała. - Podniosła wzrok i wbiła go w Daphne. - Po pierwsze, muszę 

ci  opowiedzieć  o  świecie  nocy.  Przypomnij  sobie,  zanim  jeszcze  poznałaś  te  wampiry,  czy 

nigdy nie miałaś wrażenia, że z naszym światem jest coś nie tak? Że obok zwyczajnych spraw 

dzieją się jakieś mroczne rzeczy, do których nie mamy dostępu? 

Starała  się  mówić  najprościej,  jak  potrafiła,  i  cierpliwie  odpowiadała  na  pytania.  W  końcu 

Da-phne wyprostowała się, przerażona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. 

-  One  są  wszędzie -  stwierdziła,  jak  gdyby  wciąż  nie  mogła  w  to  uwierzyć. -  W  policji.  W 

rządzie. I nikt nie może nic z tym zrobić. 

-  Można  z  nimi  skutecznie  walczyć  wyłącznie  w  tajemnicy,  samotnie  lub  w  małych 

grupkach.  Żyjemy  w  ukryciu.  Jesteśmy  ostrożni.  I  powoli  usuwamy  te  chwasty,  jeden  po 

drugim.  Tak  właśnie  działa  łowca  wampirów  -  wyjaśniła  Rashel.  -  Teraz  już  rozumiesz, 

dlaczego to dla mnie takie ważne, żeby dostać się do tej enklawy. W ten sposób mam szansę 

powybijać wszystkie  naraz, zniszczyć  jedną z  ich twierdz. Już nie wspominając o ukróceniu 

handlu niewolnikami. Nie sądzisz, że trzeba ich powstrzymać? 

background image

Daphne otworzyła usta i znów je zamknęła. 

-  W porządku - powiedziała w końcu i westchnęła. - Pomogę. Powiem ci, o czym mówić i jak 

się  zachowywać.  A  przynajmniej  jak  mnie  się  to  udało.  -  Przekrzywiła  głowę.  -Będziesz 

musiała trochę inaczej się ubrać. 

-  Zbiorę paru innych łowców i spotkamy się jutro po szkole. Powiedźmy, o wpół do siódmej. 

A teraz zabieram cię do domu. Musisz się przespać. - Rashel czekała, aż Daphne zaprotestuje, 

ule ona tylko pokiwała głową i znów ciężko westchnęła. 

-  Dobra. Wiesz, po tym, co tu usłyszałam, nawet trochę się stęskniłam za domem. 

-  Jeszcze  jedno  -  dodała  Rashel.  -  Nie  wolno  ci  powiedzieć  nikomu  o  tym,  co  ci  się 

przytrafiło.  Mów  cokolwiek,  że  uciekłaś...  Co  ci  przyjdzie  do  głowy.  Ale  nie  prawdę. 

Dobrze? 

-  Okej. 

-  Przede wszystkim nie mów nic o mnie. Rozumiesz? Moje życie może od tego zależeć. 

-  Elliota nie ma. - Głos w słuchawce brzmiał chłodno i wrogo. 

-  Vicky,  muszę  z  nim  porozmawiać.  Z  kimś  z  Lansjerów.  Powtarzam  ci,  to  nasza  szansa, 

żeby  dostać  się  do  enklawy.  Dziewczyna  z  magazynu  słyszała,  jak  oni  mówią  o  swojej 

kryjówce. 

Było piątkowe popołudnie, Rashel stała w budce telefonicznej w pobliżu szkoły. 

-  Całymi dniami patrolowaliśmy tę ulicę  i  niczego nie zauważyliśmy - powiedziała surowo 

Vicky. - A ty przypadkiem znalazłaś się we właściwym miejscu i we właściwym czasie, żeby 

pomóc tamtej dziewczynie w ucieczce, tak? 

-  Tak. Już ci mówiłam. 

-  Co za szczęśliwy zbieg okoliczności, nie uważasz? 

Rashel ścisnęła słuchawkę w dłoni. 

-  Co sugerujesz? 

-  Wycieczka  do  enklawy  wampirów  to  niezwykle  niebezpieczne  przedsięwzięcie.  Trzeba 

bardzo ufać osobie, od której czerpiemy informacje. Trzeba być absolutnie pewnym, że to nie 

pułapka, 

Rashel wbiła wzrok w tarczę telefonu, starając się zapanować nad oddechem. 

- Rozumiem. 

background image

- No  cóż,  nie  jesteś  szczególnie  wiarygodna.  Nie,  odkąd  dałaś  wampirowi  uciec.  A  teraz 

robisz dokładnie to, co zrobiłby ktoś będący z nimi w zmowie. 

Świetnie, pomyślała Rashel. Udało mi się ją przekonać, że przeszłam na stronę wampirów. 

- Czy tak twierdzi Nyala? - powiedziała do słuchawki.- Że pracuję dla świata nocy. 

- Nie wiem, co robi Nyala - odparła Vicky kąśliwie, ale i z niepokojem. - Nie widziałam jej 

od wtorku. W domu nikt nie odbiera telefonu. 

- Może w takim razie przekażesz chociaż Elliotowi, co planuję? - Rashel starała się, by jej 

głos brzmiał spokojnie i rozsądnie. - Jeśli będzie chciał, oddzwoni. 

- Nie czekaj - stwierdziła Vicky, po czym odłożyła słuchawkę. 

Cudownie.  Super.  Rashel  odwiesiła  słuchawkę,  zastanawiając  się,  czy  nie  miała  czekać  na 

telefon Elliota, czy na to aż Vicky w ogóle przekaże mu wiadomość. 

Jedno było jasne: na Lansjerów nie mogła liczyć. Na innych łowców również nie. Nyala pew-

nie rozgłaszała  najróżniejsze plotki, a Rashel  nawet nie  śmiała odezwać się do  innych grup. 

Nie miała wyboru. Musiała zrobić to sama. 

 

Tego wieczoru pojechała do domu Daphne. 

- Daphne ma szlaban - oświadczyła pani Childs, stając w drzwiach. Była niewysoką kobietą. 

Na jednym ręku trzymała małe dziecko, w drugim pieluchę. U nóg uwiesił jej się dwulatek 

- Możesz wejść na górę. 

Dnphne musiała wygonić młodszą siostrę z pokoju, by Rashel mogła usiąść. 

- Sama widzisz. Nie mam nawet własnego pokoju - powiedziała. 

- No i dostałaś szlaban. Ale przynajmniej żyjesz. - Rashel uniosła brwi. - Cześć. 

- Cześć. - Daphne wyglądała na zawstydzoną, ale po chwili uśmiechnęła się i usiadła po tu-

recku na łóżku. - Dziś jesteś inaczej ubrana. 

Rashel zerknęła na swój sweter i dżinsy. 

- Owszem. Kostium ninja to taki mój mundurek. 

- I  tak  będziesz  musiała  się  przebrać,  jeśli  chcesz  wybrać  się  do  klubu-  odparła  Daphne  z 

uśmiechem. - Zaczniemy od razu, czy czekamy na resztę? 

Rashel wbiła wzrok w buteleczki perfum stojące na toaletce. 

background image

- Nie będzie żadnej reszty. 

- Ale wydawało mi się, że mówiłaś... 

- Posłuchaj. Trudno mi to wyjaśnić, ale mam pewne kłopoty z tutejszym środowisku. Muszę 

sobie radzić bez nich. To żaden problem. Zacznijmy od razu. 

- Mhmm... -  Daphne  wydęła  wargi.  Wyglądała  zupełnie  inaczej  niż  to  żałosne  dzikie  zwie-

rzątko,  które  Rashel  ocaliła  poprzedniego  wieczoru.  Miała  falujące  blond  włosy,  ogromne 

chabrowe i niewinne oczy i okrągłą, słodką twarz. Była ubrań w modne ciuchy i zupełnie wy-

luzowana. Wyglądała  jak zwykła nastolatka w zwykłym pokoju. To Rashel  nie pasowała do 

tego miejsca. 

- Czyli co... po prostu będziesz moją przyjaciółką? - spytała Daphne. 

-  Nie mam przyjaciół - odparła twardo Rashel. - Przyjaciele to ludzie, o których trzeba 

się troszczyć. Balast. Nie potrzebuję balastu. 

Daphne zamrugała zdziwiona. 

- Ale przecież w szkole... 

- Nigdy nie spędziłam w jednej szkole więcej niż rok. Mieszkałam u rodzin zastępczych 

i  zazwyczaj  załatwiam  to  tak,  żeby  co  roku  zmieniać  miasto.  Dzięki  temu  wygrywam 

wyścig z wampirami Słuchaj, tu nie chodzi o mnie. Chcę tylko wiedzieć... 

- Ale... - Daphne spojrzała w lustro. 

Rashel  podążyła  za  jej  wrakiem.  Szkło  było  niemal  całkowicie  pokryte  zdjęcia:  Daphne  z 

chłopakami. Daphne z dziewczynami. Liczba przyjaciól Daphne szła w tuziny. - Nie czujesz 

się samotna? 

-  Nie  -  odparła  Rashel  przez  zęby.  Nagle  poczuła  się  niezręcznie  z  małą  koronkową  podu-

szeczką na kolanach. - Lubię być samodzielna. Czy możemy skończyć ten wywiad? 

Daphne przytaknęła z urażoną miną. 

- W porządku. Pogadałam z paroma osobami ze szkołv W klubie wszystko bez zmian. Tyle 

tylko, że Quinn nie pojaw się tam już od niedzieli. Ivan i ta dziewczyna byli tam we wtorek i 

w środę, ale Quinna nie. 

- Naprawdę? 

To brzmiało interesująco. Rashel od początku wiedziała, że Quinn sprawi jej największy pro-

blem. Pozostałe wampiry nigdy jej nie widziały. Pewnie nawet nie zorientowały się, że Daph-

background image

ne  uciekła  z  łowczynią  wampirów.  Ale  Quinn  z  nią  rozmawiał.  Bardzo  blisko...  blisko.  Co 

jednakmógł  właściwie  zobaczyć  w  tamtej  piwnicy,  nawet  wyostrzonym  wampirzym 

wzrokiem?  Przecież  nie  odsłoniła  twarzy.  Nie  odsłoniła  nawet  włosów.  Kostium  ninja 

okrywał  całe  jej  ciało,  od  szyi  przez  nadgarstki  po  kostki.  Mógł  tylko  zauważyć,  że  jest 

wysoka. Gdyby zmieniła ton głosu i nie patrzyła mu w oczy, nie miał prawa jej rozpoznać. 

Mimo  wszystko  byłoby  łatwiej,  gdyby  nie  musiała  się  z  nim  zmierzyć,  a  raczej  spróbować 

swoich sił z Ivanem. 

-  No właśnie - podjęła wątek. - Ivan  i tamta dziewczyna... Czy  ich  fani także ekscytują się 

śmiercią? 

Daphne przytaknęła. 

-  Jak wszyscy tam. To tego typu miejsce. 

Innymi  słowy  idealne  miejsce  dła  wampirów.  Rashel  zastanowiła  się  przez  chwilę,  czy  to 

wampiry były właścicielami tego klubu, czy też to ludzie stworzyli im tak idealne warunki. 

Musiała to sprawdzić. 

-  Mam    dla    ciebie    wierszyk  -  powiedziała  nieśmiało  Daphne  -  Pomyślałam,  że  mogłabyś 

udać, że to twój własny, i udowodnić, że pasjonuje cię to samo co inne dziewczyny. 

Rashel wzięła od niej zapisaną kartkę. 

 

I  w  lodzie  ciepło,  i  w  ogniu  chłodu  chwila, 

Wśród  nocy  światło  roziskrza  drogi  cień, 

Płomieni  taniec  w  ofiarny  stos  się  schyla.  A 

Ciemność  mocniej  skusiła  mnie  niż  Dzień. 

Rashel zerknęła uważnie na Daphne. 

-  Napisałaś to, zanim dowiedziałaś się o świecie nocy. 

Daphne przytaknęła. 

-  Quinnowi  podobały  się  takie  rzeczy.  Mawiał,  że  to  on  jest  ciemnością  i  ciszą,  i  tym 

podobne. 

Rashel żałowała, że Quinn  nie  stoi w tej  chwili przed nią, a ona  nie trzyma w dłoni dużego 

kołka.  Te  dziewczyny  krążyły  wokół  niego  jak  ćmy  wokół  płomieni.  Nawet  nie  udawał,  że 

jest nieszkodliwy. Zachęcał je, by pokochały to, co miało je zniszczyć. I myślały, że same to 

sobie wymarzyły. 

background image

-  A teraz kwestia twoich ubrań - ciągnęła Daphne. - Moja przyjaciółka Marnie nosi mniej 

więcej twój rozmiar. Pożyczyła mi trochę ciuchów. Przymierz, zobaczymy, czy dobrze na 

tobie leżą. 

Rashel  rozwinęła  ubrania  i  przyjrzała  im  się  pełna  wątpliwości.  Kilka  minut  później  z 

jeszcze większą niepewnością przyglądała się własnemu odbiciu. 

Ubrana była w aksamitny czarny kostium, który przylegał do niej jak druga skóra. Z przodu 

miał głęboki dekolt w kształcie litery V, ale gotyckie mankiety sięgały niemal do środkowego 

palca. Czarny skórzany kołnierz wyglądał na jej szyi jak obroża. 

- No nie wiem... - mruknęła Rashel. 

- Wyglądasz świetnie. Trochę jak Betsey Johnson. Przejdź się kawałek... Odwróć się... Okej. 

No  ładnie.  Teraz  musimy  tylko  pomalować  ci  paznokcie  na  czarno,  zrobić  makijaż  i...  - 

Daphne urwała i zmarszczyła brwi. 

- Co jest nie tak? 

- Dziwnie chodzisz. Tak jak... No tak jak one, te wampiry Jak gdybyś się skradała, l robisz to 

bezszelestnie. Po tym poznają, że jesteś łowczynią. 

Daphne miała rację, ale Rashel nie umiała nic na to poradzić. 

- No... 

- Już wiem! - krzyknęła radośnie Daphne. - Ubierzemy cię w szpilki. 

- Tylko nie to - odparła Rashel. - Nie ma mowy, żebym włożyła coś takiego. 

-  Przecież o to właśnie chodzi. Nie będziesz w stanie normalnie się poruszać. 

-  Nie. I nie będę też w stanie biec. 

- Ale nie idziesz tam po to, żeby biegać. Będziesz rozmawiać, tańczyć i w ogóle. - 

Daphne położyła ręce na biodrach i pokręciła głową. - No nie wiem, Rashel, chyba naprawdę 

potrzebujesz,  żeby  ktoś  poszedł  tam  z  tobą  i  ci  pomógł.  -  Daphne  urwała  i  zmrużyła  oczy. 

Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  lustro.  -  Tak,  nie  ma  innego  wyjścia  -stwierdziła, 

wypuszczając powietrze i popatrzyła prosto w oczy Rashel.- Po prostu muszę iść tam z toba. 

- Co takiego? 

- Potrzebujesz  kogoś  do  towarzystwa.  Sama  nie  dasz  rady.  Nikt  nie  nadaje  się  lepiej  ode 

mnie. Pójdę z tobą i tym razem obie zostaniemy wybrane. 

Rashel usiadła na łóżku. 

background image

- Bardzo  mi  przykro.  Tym  razem  to  ty  oszalałaś.  Jesteś  ostatnią  możliwą  kandydatką. 

Przecież wiesz już o nich prawie wszystko. 

Ale  oni  nie  wiedzą,  że  ja  wiem  -  odparła  pogodnie  Daphne-  Wszystkim  w  szkole  na-

opowiadałam dziś, że nie pamiętam nic z tego, co się wydarzyło w niedzielę. Przecież jakoś 

musiałam  to  wytłumaczyć.  Więc  powiedziałam,  że  wcale  nie  spotkałam  się  z  Quinnem,  że 

nie wiem, co się stało, ale obudziłam się później sama na ulicy w Mission Hill. 

Rashel zastanowiła się, czy jakikolwiek wampir mógłby uwierzyć w tę bajeczkę. Odpowiedź 

ją  zdziwiła.  Owszem,  mógłby.  Jeśliby  Daphne  wyzwoliła  się  spod  kontroli  umysłu  w 

ciężarówce...  Jeśliby  wyskoczyłai  zerwała  się  do  biegu,  a  przytomność  odzyskała  dopiero 

potem... 

Tak. To miało szansę zadziałać. Wampiry mogły myśleć, że Daphne miała amnezję albo 

przez cały ten czas była w transie.... To miało szansę. 

-To jest zbyt niebezpieczne - westchnęła Rashel. - Nawet jeśli pozwolę ci iść ze sobą do 

klubu, absolutnie nie zgadzam się żebyś, znów została wybrana. 

-  Dlaczego nie? Sama powiedziałaś, że muszę być odporna na ich sztuczki, zgadza się? - 

Chabrowe oczy  Daphne  lśniły  energią,  a  na  policzkach  pojawiły  się  rumieńce. -W  takim 

razie jestem idealna do tej roboty. Mogę ci pomóc. 

Rashel  poczuła  się  bezradna.  Miała  zabrać  tę  słodką  blond  dziewczynkę  do  wampirzej 

enklawy?  Pozwolić,  żeby  ją  sprzedano  potworom  wysysającym  ludzką  krew?  Prosić,  by 

walczył z bezlitosnymi pijawkami takimi jak Quinn? 

-  Lubię pracować sama - obstawała przy swoim Rashel. Daphne skrzyżowała ręce na pier-

siach, nie dając się zastraszyć. 

-  W takim razie  może pora, żebyś spróbowała czegoś  innego. Posłuchaj. Jeszcze  nigdy  nie 

poznałam nikogo takiego jak ty. Jesteś taka niezależna, taka wojownicza... zadziwiająca, ale 

nawet  ty  nie  dasz  rady  zrobić  wszystkiego  sama.  Wiem,  że  nie  jestem  łowczynią,  ale 

chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić. Może powinnaś tym razem komuś zaufać. 

Napotkała wzrok Rashel. W tej chwili nie wyglądała już jak puchaty króliczek, tylko jak 

mała, ale pewna siebie i inteligentna młoda kobieta. 

-  Poza  tym  to  ja  zostałam  porwana  -  powiedziała  Daphne  wzruszając  ramionami.  -  Nie 

sądzisz, że powinnam jakoś i odegrać? 

Rashel przyłapała się na uśmiechu. Nie mogła nie lubić tej dziewczyny - nie mogła też ukryć 

przed sobą, ile ciepła wzbudziły w niej jej pochwały. Mimo wszystko... Ostrożnie zaczerpnęła 

powietrza, po czym przyjrzała się Daphne. 

background image

-  Nie boisz się? 

-  Oczywiście,  że  się  boję.  Byłabym  głupia,  gdybym  się  nie  bała.  Ale  strach  mnie  nie 

paraliżuje. 

Prawidłowa  odpowiedź.  Rashel  rozejrzała  się  po  pokoju  pełnym  najróżniejszych  babskich 

drobiazgów. 

-  W  porządku  -  poddała  się  wreszcie.  -  Biorę  cię  do  spółki,  Jutro  jest  sobota.  Pójdziemy 

razem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  9 

 

 

Kiedy po raz ostatni utożsamił się z człowiekiem? Chyba w dniu, w którym sam przestał 

nim być. Nie w tej samej chwili. Początkowo cały gniew skierował na Huntera Redferna... 

Przebudzenie się martwym to doświadczenie, którego się nie zapomina. Quinn ocknął się w 

domu Redfernów przed kominkiem. 

Otworzył oczy i zobaczył nad sobą trzy piękne dziewczęta. 

Garnet, z lśniącymi włosami koloru wina, Lily, brunetkę z oczami barwy topazu, i Dove, jego 

delikatną  Dove,  o  kasztanowych  włosach,  z  wyrazem  pełnej  niepokoju  miłości  na  twarzy. 

Wtedy właśnie Hunter powiedział mu, że od trzech dni nie żyje. 

- Powiedziałem twojemu ojcu, że pojechałeś do Playmouth, nie prostuj tego. I nie staraj  się 

ruszać, jesteś jeszcze słaby. Wkrótce przyniesiemy ci coś na wzmocnienie. - Redfern stał za 

córkami  obejmując  je  ramionami.  Wszyscy  patrzyli  na  Quinna.  -  Ciesz  się.  Jesteś  teraz 

jednym z nas. 

Ale  Quinn  czuł  tylko  przerażenie.  I  ból.  Kiedy  dotknął  kciukami  zębów,  zrozumiał,  gdzie 

tkwiło źródło bólu. Jego kły stały się tak długie jak u dzikiego kota i pulsowały bólem przy 

najmniejszym dotyku. 

Był  potworem.  Nieludzką  kreaturą,  która  potrzebowała  krwi,  by  przetrwać.  Hunter  Redfern 

mówił  mu  prawdę  o  swojej  rodzinie.  Teraz  przemienił  Quinna  w  jednego  z  nich.  Quinn, 

oszalały  z  wściekłości,  podskoczył  i  usiłował  chwycić  Huntera  za  gardło.  Ale  Hunter  się 

zaśmiał,  z  łatwością  odpierając  atak.  Następne,  co  Quinn  pamiętał,  to  to,  jak  biegł  leśną 

ścieżką w stronę domu ojca. A właściwie przedzierał się przez las, potykając się co chwila. Z 

trudem  znajdował  siły,  by  iść.  Nagle  tuż  za  nim  znała  zła  się  Dove.  Jego  mała  Dove,  która 

biegła tak szybko jak wiatr Uspokoiła Quinna, podniosła i przekonała do powrotu. 

Ale Quinn potrafił myśleć tylko o jednej rzeczy; musiał dostać się do ojca. Jego ojciec był 

pastorem, wiedziałby, co zrobić, mógł pomóc. 

I wtedy Dove zgodziła się iść z nim. 

Później zdał sobie sprawę z błędu, który popełnił. 

Dotarli  do  domu  Quinna.  W  tym  momencie  Quinn  najbardziej  bał  się,  że  jego  ojciec  nie 

uwierzy  w  historię  o  śmierci  i  pragnieniu  krwi.  Ale  wystarczyło  jedno  spojrzenie  na  nowe 

zęby Quinna, by go przekonać. Jak sam oświadczył, potrafił rozpoznać diabła z daleka. 

I  dobrze  wiedział,  co  musi  zrobić.  Jak  każdy  purytanin,  czuł  się  w  obowiązku  wykorzeniać 

zło i grzech, ilekroć się z nimi zetknął. 

background image

Chwycił kawał drewna z kominka - sosnową szczapę - i złapał Dove za włosy. 

Dopiero wtedy rozległ się krzyk. Quinn nigdy go nie zapomni. Krucha Dove nie zdobyła się 

na walkę. Quinn miał zbył mało sił, by ją ocalić. 

Starał się. Rzucił się na nią, by osłonić jej ciało przed uderzeniem kołka. Na zawsze pozostała 

mu  po  tym  blizna.  Ale  drewno,  które  tylko  go  drasnęło,  przeszyło  serce  Dove.  Umarła, 

patrząc mu w twarz, a on widział, jak gaśnie światło w jej oczach. 

Nastało  ogromne  zamieszanie.  Jego  ojciec  przeklinał  go  i  płakał,  wyrywając  zakrwawiony 

kołek  z  ciała  Dove.  Wszystko  skończyło  się,  gdy  w  drzwiach  stanął  Hunter  Redfern  w 

towarzystwie  Lily  i  Garnet.  Zabrali  Quinna  i  Dove  do  domu.  Ojciec  Quinna  pobiegł  do 

sąsiadów po pomoc, Chciał spalić dom Redfernów. 

I wtedy Hunter wypowiedział słowa, które przerwały wszelką więź, jaką Quinn wciąż jeszcze 

utrzymywał ze swoim starym światem. 

-  Była zbyt delikatna, by żyć w świecie ludzi - powiedział Redfern, patrząc na swoją martwą 

córkę. - Czy myślisz, że sobie poradzisz? 

A  Quinn,  oszołomiony  i  wygłodzony,  zbyt  przerażony,  by  mówić,  uznał,  że  owszem,  on 

poradzi sobie lepiej. Ludzie byli wrogami. Nie zaakceptowaliby go niezależnie od tego, co by 

robił. Stał się czymś, co potrafili wyłącznie nienawidzić - zdecydował zatem, że stanie się zły. 

-  Nie masz już rodziny - stwierdził Hunter. - Z wyjątkiem Redfernów. 

Od tamtej pory Quinn uważał się wyłącznie za wampira. Pokręcił 

głową, po raz pierwszy od wielu dni myśląc dosyć jasno. 

Ta dziewczyna go zaniepokoiła. Ta dziewczyna z piwnicy. Której twarzy nigdy nie zobaczył. 

Przez te dwa dni, które upłynęły od ich spotkania, myślał wyłącznie o tym, by ją odnaleźć To, 

co  stało  się  pomiędzy  nimi...  Wciąż  nic  nie  rozumiał.  Gdyby  była  czarownicą,  uznałby,  że 

rzuciła na niego urok. Ale byłą człowiekiem. I sprawiła, że zwątpił we wszystko, co myślał na 

temat ludzi. 

Obudziła  w  nim  uczucia,  których  nie  zaznał,  odkąd  Dove  umarłą  w  jego  ramionach.  Ale 

teraz...  Może  to  i  lepiej,  że  nie  zdołał  jej  znaleźć.  Dziewczyna  z  piwnicy  była  łowczynią 

wampirów.  Tak  jak  jego  ojciec.  Jego  ojciec,  który  z  szaleństwem  w  oczach  i  szlochem  na 

ustach przebił serce Dove. 

Quinn jak zwykle na to wspomnienie poczuł, że jest bliski obłędu. 

Jaka szkoda, że musi zabić tamtą dziewczynę z piwnicy. 

background image

Nie  mógł  nic  na  to  poradzić.  Łowcy  wampirów  byli  jeszcze  gorsi  niż  zwykli  głupi  ludzie. 

Łowcy wampirów byli złem tego świata, które należało wykorzenić. A świat nocy to jedyne 

miejsce, w którym chce żyć. 

W  tym  tygodniu  ani  razu  nie  poszedłem  do  klubu,  pomyślał  Quinn,  odsłaniając  zęby. 

Roześmiał się głośnym, chropowatym i dziwnym śmiechem. Może lepiej pójdę tam dziś. 

Wszystko  jest  częścią  wielkiego  tańca,  powiedział  w  myślach  do  dziewczyny  z  piwnicy, 

chociaż ona oczywiście nie mogła go usłyszeć. Tańca życia i śmierci. Tańca, który toczą się 

w każdej chwili na całym świecie, od afrykańskiej sawanny aż po arktyczne lodowce i krzaki 

w parku miejskim w Bostonie. 

Zabijanie  i  jedzenie. Polowanie  i umieranie. Pająk chwyta  muchę, niedźwiedź polarny  fokę. 

Kojot rzuca się na króliku i tak zawsze wyglądał świat. Ludzie także stanowili jego część, tyle 

że  pozwalali,  by  część  pracy  odwalały  za  nich  rzeźnie.  A  ofiary  spożywali  w  postaci 

hamburgerów z McDonalda. 

Wszystko  działo  się  w  pewnym  porządku.  Do  tańca  potrzeba  było  łowców  i  ofiar.  Gdy 

pojawiały się dziewczyny, które pragnęły ofiarować się mocy ciemności, okrucieństwem było 

gdyby Quinn nie dostarczył im owej ciemności. Wszyscy odgrywali tylko swoje role. 

Quinn ruszył w stronę klubu, śmiejąc się w taki sposób, że wystraszył nawet samego siebie. 

Klub  oddalony  był  zaledwie  o  kilka  przecznic  od  magazynu  zauważyła  Rashel.  Rozsądne 

rozwiązanie.  Wszystko  w  tej  operacji  wydawało  się  niezwykle  dopracowane.  Rashel 

wyczuwała tu rękę Quinna. 

Ciekawe, czy płacą mu za dostarczanie dziewczyn na sprzedaż, pomyślała. Słyszała, że Quinn 

lubi pieniądze. 

-  Pamiętaj,  kiedy  wejdziemy,  nie  znasz  mnie  -  powiedziała  do  Daphne  -  To 

bezpieczniejsze rozwiązanie. Jeśli wiedzą, że uciekłaś, nabraliby podejrzeń, gdybyś teraz 

zjawiła się w towarzystwie nieznajomej. 

-  Rozumiem.  -  Daphne  miała  podnieconą  i  lekko  wystraszona  minę.  Pod  płaszczem  miała 

obcisły czarny top i krótką spódniczkę. Czarne pończochy migotały na jej nogach, gdy biegła 

do drzwi. 

W płaszczu Rashel miała nóż, schowany w szwie. Wykonany był z Lingum vi4tae, 

najtwardszego drewna na ziemi. Pochwa kryła wiele interesujących schowków. 

To był nóż wojownika ninja. Sensei, który uczył Rashel sztuk walki, na pewno nie byłby 

zadowolony- podobnie jak nie zaakceptowałby faktu, że Rashel ubiera się w kostium 

wojownika. Sensei pochodził z rodziny samurajów i uczył ją, by zawsze walczyć honorowo. 

background image

Ale Sensei nie znał się na wampirach... Aż było za późno. Dopadły go we śnie, szły po tropie 

Rashel. 

Czasem  honor  po  prostu  nie  wystarcza,  pomyślała  Rashel,  wchodząc  do  klubu.  Z  wielkim 

trudem  utrzymywała  równowagę  na  szpilkach.  Czasem  trzeba  walczyć  wszystkimi 

sposobami.  Do  Krypty  można  było  wejść  przez  sfatygowane  zielone  drzwi  z  wąskim, 

zmatowiałym okienkiem. Budynek wyglądał, jak gdyby kiedyś mieściła się w nim niewielka 

fabryka. Na drzwiach wciąż wisiała zardzewiała tabliczka: „Osobom nieupoważnionym wstęp 

wzbroniony". 

Rashel  skrzywiła  się  lekko  i  zapukała  do  drzwi,  tuż  pod  znakiem.  Chwilę  później  odniosła 

wrażenie,  że  ktoś  ją  sprawdza  albo  ocenia.  .Stanęła  z  rękami  w  kieszeniach  płaszcza. 

Rozchyliła poły, by odsłonić aksamitny kostium. Usiłowała przybrać wyraz twarzy podobny 

do miny Daphne. 

Po drugiej stronie okienka zapaliło się światło, ponure, fioletowo granatowe, lekko 

rozświetlane  czerwoną  smugą.  Rashel  zgrzytnęła  zębami  i  czekała  cierpliwie.  W 

końcu drzwi się otworzyły. 

-  Hej,  witaj.  Skąd  się  o  nas  dowiedziałaś?  -  wymamrotał  z  wystudiowaną  niedbałością 

blondyn,  wyciągając  dłoń.  Chociaż  był  zgarbiony  i  sztucznie  wyluzowany,  w  oczach 

błyszczało coś wyrazistego. Rashel musiała zapanować nad instynktem żeby natychmiast nie 

rzucić się do walki. 

To był wampir. 

Nie miała najmniejszej wątpliwości. Miał srebrzystobłękitne oczy mordercy. 

Mam  przyjemność  z  Iwanem  Groźnym,  pomyślała  Rashel.  Podała  mu  rękę,  umyślnie 

rozluźniając 

dłoń. 

-  Przyjaciółka  mówiła  mi,  że  to  hiperfajne  miejsce  -  powiedziała  z  uśmiechem.  Użyła 

nowego głosu, który w zamierzeniu miał brzmieć melodyjnie i uwodzicielsko. Jak zauważyła 

z pewnym żalem, brzmiał raczej jak mruczenie głodnego kota przed pełną miską. - Po prostu 

musiałam przyjść, żeby się przekonać. Chciałabym cię bliżej poznać. - Podeszła krok bliżej i 

znów  się  uśmiechnęła.  Może  powinna  mrugnąć?  Ivan  był  jednocześnie  zainteresowany  i 

zaniepokojony. 

-  Jaka przyjaciółka? 

-  Marnie Emmons - odparła Rashel, patrząc mu w oczy. Wiedziała, że Marnie nie przyjdzie 

tej nocy do klubu. 

background image

Iwan Groźny pokiwał głową i gestem zaprosił ją do środku 

-  Baw się dobrze. No i może spotkamy się później. 

-  Mam nadzieję - powiedziała Rashel i weszła. Przeszła pierwszy test. Nie wątpiła, że gdyby 

nie  spodobała  się  Ivanowi,  wylądowałaby  na  chodniku.  Daphne  też  udało  się  wejść,  co 

znaczyło, że wampiry uwierzyły w jej historyjkę. 

Wnętrze  przypominało  piekło.  Nawet  nie  przypominało.  To  po  prostu  było  piekło.  Hades. 

Podziemny  świat.  Światła  lśniły  jak  piekielny  ogień,  rzucając  wygięte  fioletowe  cienie. 

Muzyka,  dziwaczna,  pełna  dysonansów,  brzmiała,  jak  gdyby  ktoś  puszczał  taśmy  od  tyłu. 

Rashel pochwyciła strzępki rozmów: 

-  potem wybieramy się na śmieci... 

-  zero kasy, muszę z kogoś ściągnąć... 

-  powiedziałam  mamie,  że  będę  na  spotkaniu  koła... 

Różnorodne towarzystwo, pomyślała. 

Wszyscy mieli jednak coś wspólnego: byli młodzi. Najstarszy z dzieciaków mógł skończyć 

osiemnastkę. Najmłodsi... kilku dziewczynkom Rashel nie dałaby więcej niż dwanaście lat. 

Chciała natychmiast zawrócić i wepchnąć w Ivana jakiś drewniany przedmiot. 

Chłodna wściekłość, którą poczuła, gdy po raz pierwszy usłyszała o Krypcie, coraz bardziej 

się w niej rozpalała na widok wszystkiego, co tu zobaczyła. To wielka pułapka, gigantyczne 

wnyki, pomyślała, zdejmując płaszcz i kładąc go na stertę ubrań lżących na ziemi. 

Ale jeśli chciała położyć temu kres, musiała opanować nerwy i trzymać się planu. Przystanęła 

przy kolumnie z czystego żelaza i zlustrowała pokój, poszukując wampirów. 

Na jego widok Rashel poczuła dziwne ukłucie. Chciała odwrócić wzrok, ale nie potrafiła. 

Śmiał się i to właśnie przykuło jej uwagę. Na chwilę upiorne wnętrze rozświetliło się 

kolorami tęczy. Ten śmiech promieniował. 

Rashel  z  obrzydzeniem  uświadomiła  sobie,  że  ma  rumieńce  i  bardzo  szybko  bije  jej  serce. 

Nienawidzę go, pomyślała. I naprawdę nienawidziła go za to co z nią robił. Usuwał jej grunt 

spod nóg. Czuła się bezbronna i zdezorientowana. 

Rozumiała, dlaczego dziewczęta gromadzą się wokół niego, pragnąc oddać się ciemności jak 

stado  dziewic  poświęconych  na  ofiarę.  Co  innego  można  zrobić  z  takim  facetem?  - 

pomyślała.  Zabić  go.  Rashel  nie  widziała  innego  rozwiązania,  nawet  gdyby  Quinn  nie  był 

wampirem,  co  uświadomiła  sobie  w  przypływie  nagłej  radości.  Dłuższy  kontakt  z  kimś  o 

takim uśmiechu musiałby ją unicestwić. 

background image

Rashel mrugała szybko, usiłując się opanować. W porządku. Skup się na tym, co masz zrobić. 

W końcu go zabijesz, ale nie w tej chwili. Teraz musisz dać się wybrać. Ostrożnie stąpając na 

szpilkach, zbliżyła się do grupki Quinna 

Początkowo  nawet  jej  nie  zauważył.  Patrzył  na  Daphne  i  pozostałe  dziewczyny,  często  się 

śmiejąc - zbyt często. Rashel wydał się dziki i trochę rozgorączkowany. Jak diabelski Szalony 

Kapelusznik na zwariowanej herbatce. 

-  ...czułam  się  tak  okropnie,  że  nie  dotarłam  na  spotkanie...-  mówiła  właśnie  Daphne.- 

Chciałabym przynajmniej wiedzieć, co się stało, bo kompletnie nic z tego nie rozumiem 

Opowiada swoją bajeczkę, stwierdziła Rashel. Na szczęście żaden ze słuchaczy nie zdradzał 

nawet najmniejszej podejrzliwości. 

-  Nie  widziałam  cię  tu  wcześniej  -  powiedział  głos  za  nią  Należał  do  uderzająco  pięknej 

dziewczyny  o  ciemnych  włosach,  bardzo  bladej  cerze  i  oczach  jak  bursztyny  albo  topazy 

Trochę  jak  oczy  jastrzębia.  Rashel  zamarła,  napinając  każdy  najdrobniejszy  mięsień,  by  nie 

zmienić wyrazu twarzy. 

Kolejny wampir. 

Nie miała wątpliwości. Skóra koloru płatków kamelii, światło w oczach... To musiała być ta 

wampirzyca, która przynosiła Daphne jedzenie do magazynu. 

-  Tak, to mój pierwszy raz - powiedziała Rashel, zdobywając się na radosny i entuzjastyczny 

ton. - Nazywam się Shelly. - Imię w wystarczającym stopniu przypominało prawdziwe żeby 

mogła reagować na nie automatycznie. 

-  Jestem  Lily  -  powiedziała  chłodno  dziewczyna,  nie  przestając  świdrować  Rashel 

spojrzeniem jastrzębich oczu. 

Rashel z trudem zachowała równowagę. To Liły Redfern! - pomyślała, rozpaczliwie usiłując 

się 

uśmiechać. Wiem, że to ona. Czy jakaś inna Lilly mogłaby pracować z Quinnem? 

Stoi przede mną prawdziwy członekkfanu Redfernów. Córka Huntera Redferna! 

Przez chwilę kusiło ją, by zwyczajnie sięgnąć po nóż. Zabiliście kogoś tak sławnego jak Lily 

było niemalże warte porzucenia pomysłu dostania się do enklawy. 

Ale z drugiej strony Hunter Redfern należał do umiarkowanego stronnictwa wampirów i 

cieszył się wielkimi wpływami w radzie świata nocy. Pomagał trzymać w ryzach inne 

wampiry. Atak na jego córkę mógłby go tylko rozwścieczyć i w efekcie skłonić do poparcia 

tej części rady, która życzyła sobie masowych mordów na ludziach. 

background image

A Rashel straciłaby wszelką nadzieję na to, by dotrzeć do samego serca organizacji handlarzy 

niewolników, tam, gdzie kryły się prawdziwe szumowiny. 

Nienawidzę polityki, pomyślała Rashel. Ale już uśmiechała się promiennie do Lily, szepcząc 

coś tak niewinnie, jak tylko potrafiła. 

-  Marnie opowiedziała mi, jakie to świetne miejsce, i strasznie cieszę, że przyszłam, bo 

podoba mi się jeszcze bardziej, niż myślałam. Napisałam taki wierszyk... 

-  Czyżby? Oddam wszystko, żeby nie musieć go słuchać - powiedziała Lily. Zainteresowanie 

w jej oczach zgasło, a na twarzy pojawiła się pogarda. Najwyraźniej uznała Rashel za ostatnią 

idiotkę i postawiła na niej kreskę. Odeszła, nie odwracając się. 

Dwa sprawdziany zdane. Został jeszcze jeden. 

-  I za to właśnie lubię Lily. Jest tak zupełnie zimna - powiedziała jakaś dziewczyna obok 

Rashel. Miała falujące kasztanowe włosy i nabrzmiałe wargi. - Cześć, nazywam się Huanita 

- dodała. 

Ona  mówi  serio, pomyślała Rashel, przedstawiając się. Grupa Quinna  nareszcie zwróciła  na 

nią uwagę. Wszyscy podzielali zdanie Huanity. Fascynowała ich chłodna osobowość Lily i jej 

nieczułość. Uznawali to za silę. 

Tak.  Uczucia  przynoszą  ból.  Może  także  powinnam  podziwiać  Lily,  pomyślała  Rashel. 

Czuła, że ma z tymi dziewczynami zbyt wiele wspólnego. 

-  Lily, Księżniczka Śniegu - wymamrotała inna dziewczyna. - Zachowuje się tak, jak gdyby 

w ogóle nie pochodzili z Ziemi, tylko z jakiejś innej planety. 

-  Trzymaj się tej myśli - powiedział nowy głos, roześmiany lekko szalony. 

Ten głos wywarł na Rashel kolosalne wrażenie. Zesztywniał jej kark, a po nadgarstkach 

przebiegły iskry. Poczuła dławienie w gardle. 

W  porządku,  sprawdzian  numer  trzy,  pomyślała,  wykorzystując  całe  zdyscyplinowanie, 

którego  nauczyła  się,  gdy  opanowywała  sztuki  walki.  Nie  trać  zimnej  krwi.  Spokój,  chłód  i 

zdecydowanie. Dasz radę. 

Odwróciła się, by spojrzeć Quinnowi w oczy. 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  10 

 

A właściwie po to, by omieść wzrokiem jego twarz i zatrzymać spojrzenie na podbródku. Nie 

śmiała patrzeć mu w oczy zbyt długo. 

-  Może  ona  naprawdę  pochodzi  z  innej  planety  -  mówił  właśnie  Quinn.  -  Może  nie  jest 

człowiekiem. Może ja też nie jestem człowiekiem. 

Świetnie,  pomyślała  Rashel.  Baw  się  dobrze,  mówiąc  im  prawdę,  w  którą  i  tak  nigdy  nie 

uwierzą. 

Jednak  Quinn  sprawiał  raczej  takie  wrażenie,  jak  gdyby  wcale  go  nie  obchodziło,  czy 

dziewczyny się zorientują, że z nich. 

-  A może pochodzi z innego świata? - spytał. - Nigdy nie przyszło wam to do głowy? 

Rashel znów się zdziwiła. Quinn najwyraźniej starał się o wyrok śmierci. Był o krok od 

zdradzenia  dziewczynom  tajemnicy  świata  nocy  -  a  prawo  tego  świata  karało  takie 

przestępstwa śmiercią. 

Naprawdę  już  nad  sobą  nie  panujesz  Quinn,  pomyślała  Rashel.  Najpierw  handel 

niewolnikami, a teraz to. Myślałam, że porządniejszy z ciebie obywatel 

-  Istnieją wymiary rzeczywistości dużo mroczniejsze, niż wam się wydawało -wyznał Quinn. 

-  Ale  wszystko  to  jest  częścią  wielkiego  projektu  życia.  Więc  nie  należy  się  tego  bać.  Czy 

wiedziałaś, że pewien gatunek osy składa jaja wewnątrz gąsienicy ?- spytał, obejmując jedną 

z dziewczyn i drugą rękę wyciągając przed siebie, jak gdyby pokazywał jej linię horyzontu. - 

Wewnątrz  żywych  gąsienic.  Taka  gąsienica  wciąż  żyje,  gdy  z  jaj  wykluwają  się  larwy  i 

powoli pożerają ją od środka. Kto coś takiego wymyślił, jak ci się wydaje? 

Rashel zastanawiała się, czy wampiry mogą być pijane. 

- To chyba najstraszliwsza śmierć- wtrąciła Daphne, nadając  melodyjnemu głosowi upiorne 

brzmienie. - Bycie pożartym przez robaki. A może spalenie. 

- Zależy  od  tego,  jak  szybko  płoniesz  -  odparł  z  namysłem  Quinn  -  Mocny  płomień  o 

odpowiednio  wysokiej  temperaturze  wypaliłby  ci  układ  nerwowy  w  kilka  sekund.  Gorsze 

byłoby powolne pieczenie. 

- Pisze właśnie wiersz o ogniu - powiedziała Rashel. 

Ze  zdziwieniem  odkryła,  że  jest  zirytowana.  Quinn  nie  zwracał  na  nią  uwagi.  Naturalnie 

irytacja była usprawiedliwiona: 

powodzenie  jej planu zależało od tego, by nie tylko ją zauważył, ale  i wybrał. 

Musiała jakoś go zainteresować. 

background image

- Masz go przy sobie? - spytała pomocnie Daphne. 

- Nie, ale pamiętam początek. - Rashel zmusiła się, by popatrzeć na Quinna. 

I w lodzie ciepło, i w ogniu chłodu chwila, 

Wśród nocy światło  roziskrza drogi cień, 

Płomieni taniec w ofiarny stos się schyla, 

A Ciemność mocniej skusiła mnie niż Dzień. 

Quinn zamrugał, a potem uśmiechnął się i otaksował Rashel wzrokiem. Przyjrzał się uważnie 

twarzy i aksamitnemu kostiumowi... Ominął tylko oczy. 

-  Bardzo  dobrze  to  uchwyciłaś  -  powiedział  ze  sztucznym  podekscytowaniem.  -Tej 

ciemności nie zabraknie dla nikogo 

Rashel niesłusznie obawiała się, że wampir spojrzy jej zbyt głęboko w oczy. Quinn nie 

przyglądał się uważnie nikomu. 

-  Ciemność  jest  nieskończona  -  odparła,  przysuwając  się  bliżej  niego.  Czuła  dziwny 

przypływ  odwagi.  Wyczuwała  w  Quinnie  jakąś  słabość,  skazę.  -Wszechobecna. 

Nieunikniona.  Pozostaje  nam  tylko  oddać  się  jej  w  posiadanie.  -  Stała  teraz  tuż  przy  nim  i 

patrzyła mu na usta. - Jeśli będziemy trzymać się bliżej, mniej ucierpimy. 

-  Właśnie tak. - Quinn odsłonił  zęby, ale  nie uśmiechnął się teraz  jak  szaleniec.  Raczej  się 

krzywił.  Nie  wydawał  się  już  szczęśliwy.  Sprawiał  wrażenie  zmęczonego  i  chorego. 

Niemalże odsuwał się od Rashel. 

-  Po  to  tu  przyszłam-  powiedziała  Rashel  zmysłów  głosem.  Trochę  się  bała.  W  imię 

podstępu  robiła  wszystko,  uwieść  Quinna,  ale  okazywało  się  to  niepokojąco  łatwe  i 

przyjemne. Czuła mrowienie na całym ciele, jak gdyby kostium się naelektryzował. 

-  Przyszłam  tu  szukać  ciemności  -  dodała  cicho. 

Quinn się roześmiał. Znów wróciła mu wesołość. 

-  Dobrze trafiłaś - odparł, wciąż się śmiejąc.  Wyciągnął rękę, by  dotknąć policzka Rashel. 

Nie mu pozwól na to! 

Myśl przemknęła  jak  błyskawica  i została  natychmiast wprowadzona w czyn przez  mięśnie. 

Nie  wiedząc,  skąd  to  wie,  ale  była  pewna,  że  gdyby  Quinn  jej  dotknął,  cała  zabawa 

natychmiast  by  się  skończyła.  Kontakt  cielesny  poprzednim  razem  wywołał  spięcie  we 

wszystkich obwodach. 

Odskoczyła tanecznym ruchem i uśmiechnęła się kusząco, czując oszałamiające bicie serca. 

background image

-  Bardzo tu tłoczno - powiedziała gardłowym głosem. 

-  Co  takiego?  Ach  tak.  Może  spotkamy  się  w  bardziej  ustronnym  miejscu?  Jutro 

wieczorem? Niech będzie o siódmej na parkingu 

Bingo. 

-  Ale Quinn! - Daphne miała zrozpaczony wyraz twarzy. -Przecież umówiłeś się już ze mną. 

- Zadrżała jej broda. 

Quinn wbił w nią wzrok i przez moment. Rashel bez trudu odczytywała jego myśli. Sądził, że 

ktoś tak potwornie głupi po prostu zasługiwał na karę. 

-  W takim razie przyjdźcie obie - oświadczył. - Czemu nie? Im nas więcej, tym weselej. 

Odszedł, śmiejąc się. 

Rashel  z  trudem  powstrzymała  się  od  pokręcenia  głową.  Udało  się  jej.  Zdała  ostatni 

sprawdzian i została wybrana. Tylko czemu wciąż biło jej serce? Zerknęła spod oka na 

Daphne. 

-  Nie  wiem  jak  inni,  ale  ja  mam  dość  na  dziś.  -  Poszła  po  płaszcz.  Fanki  Quinna 

odprowadziły  ją  zazdrosnym  wzrokiem.  Wychodząc,  spotkało  ją  jeszcze  jedno  przyjemne 

doświadczenie. W drzwiach zatrzymał ją Iwan Groźny. 

-  Hej, Shelly! Myślałem, że chcesz mnie trochę lepiej poznać. 

Rashel już go nie potrzebowała, dostała zaproszenie. 

-  Już  dużo  chętniej  zapoznałabym  się  z  wszą  -  oświadczyła  niezwykle  słodkim 

głosikiem i nadepnęła mu mocno na stopę obcasem. 

Czekała w samochodzie przez dwadzieścia minut, zanim Daphne do niej dołączyła. 

-  Przepraszam, ale nie chciałam, żeby ktoś zobaczył, że razem wychodzimy. 

-  Znakomicie  się  spisałaś  -  pochwaliła  Rashel,  odjeżdżając.  -  Udało  ci  się  nawet  zdobyć 

zaproszenie dla siebie na ten sam wieczór. Ryzykowne, ale skuteczne. Zdziwiło mnie tylko to, 

że zaprosił nas tak otwarcie, przy wszystkich. 

-  Poprzednim razem też się tak zachował? 

-  Nie,  zupełnie  nie.  Ostatnio  szepnął  mi  to  do  ucha,  kiedy  nikogo  nie  było  w  pobliżu.  Ale 

dzisiaj  wszystko  wyglądał  inaczej.  Zwykle  pyta  nowe  dziewczyny  o  różne  rzeczy.  Chyba 

usiłuje ustalić, czy mają rodziny, które będą ich szukać. I nie zachowuje się tak... 

-  Maniakalnie? 

background image

-  Uhm. Ciekawe, co się z nim dzieje? Rashel zacisnęła wargi i wbiła wzrok w szybę. 

-  Jesteś pewna, że chcesz to ciągnąć? 

Był niedzielny wieczór i zbliżały się do parkingu pod Kryptą. 

-  Przecież mówiłam ci tyle razy - odparła Daphne. - Jestem gotowa. Mogę ci pomóc. 

-  W  porządku.  Ale  posłuchaj  mnie.  Jeśli  cokolwiek  pójdzie  nie  tak,  masz  uciekać.  Biegnij 

przed siebie i nie oglądaj się na mnie, Umowa stoi? 

Daphne  przytaknęła.  Zgodnie  z  sugestią  Rashel  ubrała  się  bardziej  rozsądnie:  w  czarne 

spodnie  dające  trochę  ciepła,  ciepły  sweter  i  buty,  w  których  mogła  biec.  Rashel  miała  na 

sobie podobny strój, tylko uzupełniony wysokimi butami. W jednym z nich trzymała nóż. 

-  Ty idź pierwsza - powiedziała, parkując o przecznicę od klubu, - Dojdę do ciebie za parę 

minut. 

Patrzyła,  jak  Daphne  odchodzi  w  nadziei,  że  nie  prowadzi  tego  blond  pluszaka  na  pewną 

śmierć. 

Sama stanowiła zagrożenie. Quinn zamierzał kontrolować ich umysły, by spokojnie 

zaprowadzić je do magazynu. Rashel nie była pewna, co potem nastąpiło. 

Tylko nie daj mu się dotknąć, powtarzała sobie. Nie możesz dopuścić, żeby cię dotknął. 

Pięć minut później ruszyła w kierunku Krypty. Quinn stał na parkingu przy srebrzystoszarym 

lexusie. Gdy Rashel dotarła do samochodu, zobaczyła w szybie bladą twarz Daphne. 

-  Już  myślałem,  że  się  nie  zjawisz.  -  W  szaleńczej  wesołości  Quinna  kryła  się  teraz 

domieszka  wściekłości.  Jak  gdyby  gniewał  się  na  nią,  że  nie  była  dość  mądra,  by  się 

uratować. 

-  Za nic nie przegapiłabym takiego spotkania. - Rashel nie spuszczała wzroku z auta. Chciała 

już mieć to za sobą. - Pojedziemy gdzieś? 

Ilekroć się do niego odzywała, Quinn milczał przez chwilę, jak gdyby potrzebował czasu na 

skupienie. Albo jak gdyby usiłował coś zrozumieć, dodała w myślach ze zdenerwowaniem. 

-  A,  owszem.  Wsiadaj  -  powiedział  gładko.  Rashel  posłusznie  wsiadła.  Zerknęła  na 

Daphne siedzącą z tyłu. 

-  Co  tam?  -  zaszczebiotała,  a  w  jej  głosie  brzmiała  kobieca  zazdrość. 

Grzeczna dziewczynka. 

Quinn  zajął  miejsce  za  kierownicą,  Po  zamknięciu  drzwi  zapuścił  silnik,  żeby  włączyć 

ogrzewanie. Okna natychmiast zaparowały. 

background image

Rashel weszła w stan maksymalnej koncentracji, gotowa na wszystko, co nastąpi. 

Ale nieoczekiwane nie nadeszło. Nic w ogóle się nie zdarzyło. Quinn po prostu siedział. 

I patrzył na nią. 

Rashel  poczuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła.  Było  zbyt  ciemno.  To  wszystko 

wyglądało zbyt podobnie. Znów siedzieli razem, w milczeniu, tak blisko siebie. Widzieli 

nawzajem tylko swoje sylwetki. Tak jak wtedy w piwnicy. Czuła, jak bardzo Quinn jest 

zdezorientowany i próbuje ustalić, co jest nie tak. 

Rashel  bała  się  odezwać.  Najbardziej  rozkoszny  ton  nie  starczyłby,  żeby  zakamuflować  jej 

tożsamość. Poczucie, że są połączeni, narastało w niej tak bardzo, jak gdyby tonęła pod jakąś 

ogromną  zieloną  falą.  Jeszcze  chwila,  a  woda  opadnie  i  powie:  „Ja  cię  znam".  A  potem 

włączy  światło,  by  przyjrzeć  się  jej  twarzy.  Palce  Rashel  poszukały  rękojeści  noża.  Wtedy 

usłyszała głos Daphne. 

-  Masz absolutnie fantastyczny samochód. Musi być okropnie szybki. To takie podniecające, 

tak się cieszę, że tym razem dotarłam na spotkanie. 

Daphne bez wysiłku paplała dalej, a Rashel opadła siedzenie z ulgą. Połączenie między nią a 

Quinnem  zostało  przerwane.  Wampir  wpatrywał  się  teraz  w  deskę  rozdzielczą,  jak  gdyby 

chciał  uciec  od  szczebiotu  Daphne.  Tymczasem  dziewczyna  właśnie  zwierzała  mu  się,  że 

strasznie lubi jeździć po ciemku. Sprytnie, bardzo sprytnie. 

-  Więc  pragniecie  oddać  się  ciemności? -  spytał  przerywając  Daphne.  Powiedział  to takim 

tonem, jak gdyby pytał, czy mają ochotę na pizzę. 

-  Tak - przytaknęła Rashel. 

-  Tak - dodała Daphne. - Przecież ci mówiłam. Myślę, że to będzie strasznie fajne... 

Quinn  wykonał  taki  gest,  jak  gdyby  chciał  ją  błagać,  żeby  się  zamknęła.  Nie  był  brutalny, 

przypominał  raczej  zdesperowanego  dyrygenta,  który  usiłował  zapanować  nad  primadonną 

notorycznie wychodzącą poza kreskę taktową. Błagam, skończ tę frazę! Daphne umilkła. 

Od  tak.  Jak  gdyby  przełączył  w  niej  jakiś  guzik.  Rashel  odwróciła  się,  by  zerknąć  na  tylne 

siedzenie. Daphne osunęła się na bok i leżała bezwładnie, oddychając miarowo. O mój Boże, 

pomyślała Rashel. Przywykła już do tego, w jaki sposób wampiry usiłowały zapanować nad 

jej  umysłem.  Do  szepczących  głosów  w  głowie.  Ale  kiedy  Quinn  nie  użył  tej  sztuczki  w 

piwnicy, uznała, że jest słabym telepatą. 

Teraz znała prawdę. Quinn miał moc jak zawodnik karate, który energię potrafi skierować w 

jeden cios, szybki, precyzyjny, śmiertelny. 

background image

Odwrócił się. Rashel zobaczyła jego ciemną sylwetkę na tle jaśniejszej nocy. Spięła się. 

-  Reszta  jest  milczeniem  -  powiedział,  wskazując  ją  ręką. 

Rashel zapadła się w pustkę. 

Obudziła  się, gdy ktoś niósł  ją do  magazynu. Była dość przytomna,  by  nie otworzyć oczu  i 

nie dać po sobie poznać, że odzyskała świadomość. To Quinn ją niósł, co do tego nie miała 

wątpliwości nawet z zamkniętymi oczami. 

Gdy cisnął ją na materac, umyślnie padła tak, by odwrócić głowę w drugą stronę i osłonić ją 

włosami. 

Przez  chwilę  bała  się,  że  przykuwając  jej  kostki  łańcuchem,  wampir  odkryje  nóż  ukryty  w 

bucie,  ale  na  szczęście  nawet  ni  podwinął  jej  nogawek.  Wszystko  robił  jak  najszybciej  i 

nieuważnie. 

Rashel  usłyszała  szczęk  zamykanej  kłódki.  Nie  drgnęła.  Leżała,  nasłuchując.  Po  chwili 

przynieśli Daphne i także przykuli ją do łóżka. Wokół Rashel rozległy się głosy i inne kroki. 

-  Połóż tę tutaj. Gdzie jej torebka? - To pytała Lily. 

-  Została w samochodzie. - Ivan. 

-  Przynieś ją razem z tamtą. Ja się zajmę nogami. 

Huk  ciała  padającego  na  materac.  Oddalające  się  kroki.  Metaliczny  szczęk  łańcuchów. 

Westchnienie Lily. Rashel nieomal widziała, jak prostuje się i rozgląda wokół z satysfakcją. 

-  No  i  gotowe.  Ivan  ma  numer  dwudziesty  czwarty  w  samochodzie.  Zdaje  się,  że 

uszczęśliwimy naszego klienta. 

-  Super - odparł Quinn głuchym głosem. Dwadzieścia cztery? Dla jednego klienta? 

-  Zostawię wiadomość, że wszystko gotowe na wielki dzień. 

-  Tak zrób. 

-  Jesteś  ostatnio  strasznie  humorzasty.  I  nie  tylko  ja  tak  uważam.  Milczenie. 

Rashel wyobraziła sobie, jak Quinn patrzy ponuro na Lily. 

-  Ironia  losu. Kiedyś odrzuciłem ofertę pracy  jako handlu  niewolników. Ale to było dawno 

temu.  Pamiętasz,  Lily?  Jak  mieszkaliśmy  w  Charleston,  a  twoja  siostra  Dove  jeszcze  żyła. 

Pewien kapitan z Marblehead zapytał, czy nie popłynę z nim do Gwinei z ludzkim towarem. 

Chyba nazwał to „czarnym złotem". O ile pamiętam, dałem mu w twarz. A Walcz-za- Dobro -

Walcz-za- Wiarę Johnson doniósł na mnie. 

background image

-  Quinn, co się z tobą dzieje? 

-  Po prostu wspominam dawne czasy. Naturalnie ty nie wiesz, jak to jest, prawda? Ty jesteś 

lamią, taka się urodziłaś Mówiąc ściśle, urodziłaś się martwa. 

-  Mówiąc ściśle, ty chyba gubisz właśnie piątą klepkę. Ojciec zawsze mnie ostrzegał, że 

tak będzie. 

- Owszem. Ciekawe, co twój ojciec by na to wszystko powiedział? Jego córka sprzedaje ludzi 

za pieniądze. I to jeszcze takiemu klientowi, z takiego powodu... 

Właśnie  wtedy,  gdy  Rashel  wsłuchiwała  się  rozpaczliwie  w  każde  słowo,  rozmowę 

zagłuszyły  ciężkie  kroki.  Wrócił  Ivan.  Quinn  urwał.  W  milczeniu  patrzył  razem  z  Lily,  jak 

kolejne ciału ląduje na materacu. 

Rashel  zaklęła  w  myślach.  Jaki  klient?  Jaki  powód?  Podejrzewała,  że  dziewczyny  są 

sprzedawane jako niewolnice albo pokarm. Ale najwyraźniej chodziło o coś innego. I wtedy 

stało się coś, co wytrąciło  ją z równowagi. Usłyszała kroki  i zdała sobie sprawę, że ktoś się 

nad nią nachyla. Nie Quinn. Zapach się nie zgadzał. Ivan. 

Szorstka ręka chwyciła ją za włosy i odciągnęła głowę do tyłu. Drugą ręka objął ją w pasie i 

podniosła. 

Rashel  wpadła  w  panikę.  Zmusiła  się,  by  pozostać  bezwładna  i  nie  otwierać  oczu,  nie 

usztywniać rąk. 

Powinnam była się tego spodziewać, pomyślała. 

Zdawała sobie sprawę, że jej rola mogła wymagać, by dała się ukąsić. Poczuć wampirze kły 

na szyi, pozwolić pijawce przelać własną krew. 

Ale  jeszcze  nigdy  tego  nie  przeżyła  i  całą  siłą  woli  musiała  powstrzymywać  się  od  walki. 

Bała się. Jej wykrzywiona w łuk szyja była teraz całkowicie odsłonięta i wystawiona na atak. 

Czuła gwałtowne pulsowanie krwi w żyłach. 

- Co ty wyprawiasz? - Głos Quinna był ostrzejszy niż krawędź lodu. Rashel poczuła, że Ivan 

sztywnieje. 

- Mam coś do załatwienia z tą panną. Niezłe z niej ziółko. 

- Zabieraj łapy. Zanim cię stąd wyrzucę. 

- Quinn... - powiedziała Lily. 

- Zostaw  ją.  W  tej  chwili.  -  Głos  Quinna  był  inny  niż  zwykle  Ivan 

upuścił Rashel na materac. 

background image

- On ma rację - powiedziała chłodno Lily. - One nie są dla ciebie i muszą być w dobrej 

kondycji. 

Ivan  wymamrotał  coś  ponuro  i  Rashel  usłyszała  oddalające  się  kroki.  Leżała  przez  chwilę, 

przysłuchując się biciu własnemu sercu, które powoli się uspokajało. 

-  Idę się zdrzemnąć - powiedział Quinn głosem wypranym z emocji. 

-  Do zobaczenia we wtorek - odparła Lily. 

We wtorek, pomyślała Rashel. Super. To będą bardzo długie dwa dni... 

To  były  najnudniejsze  dwa  dni  w  jej  życiu.  Zapoznała  się  z  każdym  kątem  niewielkiego 

pomieszczenia. Okna stanowiły problem, bo nigdy nie była pewna, czy nie stoi za nimi Lily 

albo  Ivan.  Uważnie  nasłuchiwała  pod  drzwiami  magazynu  i  zamierała,  słysząc  jakikolwiek 

podejrzany odgłos. Polegała na swoim szczęściu. 

Daphne  obudziła  się  w  poniedziałek  rano.  Rashel  właśnie  leżała  z  wykręconą  szyją  i 

wpatrywała  się  w  malutkie  okienku  wysoko  na  ścianie  magazynu.  Gdy  tylko  nastał  świt, 

Daphiu wstała i krzyknęła. 

-  Cicho! Wszystko w porządku. Jesteś w magazynie, ze mną. 

-  Rashel? 

-  Tak. Udało się nam. Cieszę się, że odzyskałaś przytomność. 

-  Jesteśmy same? 

-  Mniej  więcej  -  odparła  Rashel.  -  Leżą  tu  jeszcze  dwie  dziewczyny,  ale  obie  są 

zahipnotyzowane. Zobaczysz je, kiedy się przejaśni. 

Daphne wypuściła powietrze. 

-  Udało nam się. Świetnie. Tylko dlaczego jestem tak kompletnie przerażona? 

-  Bo  bystra  z  ciebie  dziewczyna  -  stwierdziła  ponuro  Rashel.  -  Wszystko  okaże  się  we 

wtorek, kiedy nas stąd zabiorą. 

-  Dokąd? 

-  Tego właśnie nie wiemy. 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  11 

 

 

Ciężarówka z piskiem opon zatrzymała się na gładkim chodniku, a Rashel usiłowała 

odgadnąć, gdzie właściwie jest. Cały czas rysowała sobie w umyśle mapę, na której 

zaznaczała każdy skręt i każdą zmianę nawierzchni. 

Ivan siedział przygarbiony przy drzwiach, blokując drogę ucieczki. Miał małe, podłe oczy, 

którymi bezustannie obserwował porwane dziewczyny. W prawej ręce trzymał paralizator. 

Rashel wiedziała, że marzy o tym, by go użyć. 

Ale  jego  ładunek  zachowywał  się  wyjątkowo  potulnie.  Daphne  siedziała  blisko  Rashel, 

przytulając  się  do  niej  lekko.  Chabrowe  oczy  wpatrzone  były  bezmyślnie  w  ścianę 

ciężarówki.  Dziewczyny  zostały  skute  razem.  Chociaż  zarówno  Lily,  jak  i  Ivan  bezustannie 

sprawdzali, czy Daphne się nie przebudziła, i tak nie zamierzali ryzykować. Po drugiej stronie 

ciężarówki  siedziały pozostałe dwie dziewczyny.  Jedną z  nich  była Huanita. Jej kasztanowe 

włosy splątały się po dwóch dniach leżenia, miała półotwarte usta i puste spojrzenie. Włosy 

drugiej  dziewczyny  były  tak  jasne,  że  niemal  białe,  a  jej  oczy  spoglądały  zupełnie  bez 

wyrazu. Ivan nazywał ją Missy. Miała około dwunastu lat. Rashel pozwoliła sobie na chwilę 

zapomnienia i zaczęła wymyślać, co mogłaby zrobić Ivanowi. 

Potem jednak skupiła uwagę. Ciężarówka już parkowała, Ivan zerwał się na nogi i otworzył 

tylne  drzwi.  Potem  z  pomocą  Lily  rozkuł  dziewczyny  i  wyprowadził  je  na  zewnątrz, 

poganiając po drodze. 

Rashel  odetchnęła  głęboko  świeżym  powietrzem.  Poczuła  w  nim  słony  posmak.  Rozejrzała 

się, zachowując bezmyślny wyraz twarzy. Zmierzchało. Była w doku Charlestown. 

- Ruszaj się - ponaglił ją Ivan, trzymając jej rękę na ramieniu. 

Rashel  zobaczyła  przed  sobą  dziesięciometrowy  krążownik,  kołyszący  się  łagodnie  na 

wodzie. Na pokładzie stała jakaś postać o ciemnych włosach, gmerająca przy linach. Quinn. 

Nawet  nie  podniósł  wzroku,  gdy  Ivan  i  Lily  zagonili  dziewczyny  na  pokład.  Nie  pomógł 

złapać  Missy,  gdy  ta  omal  nie  straciła  równowagi  przy  wsiadaniu.  Znowu  zmienił  mu  się 

humor 

uświadomiła sobie Rashel. Wydawał się wycofany, zamknęły, zamyślony. 

- Ruszaj się! - krzyknął Ivan, popychając Rashel. 

To  zwróciło  uwagę  Quinna.  Popatrzył  na  Ivana  wzrokiem,  który  był  jak  czarna  śmierć, 

nieskończony i bezdenny. Nie powiedział nawet słowa. Ivan puścił Rashel. Lily poprowadziła 

background image

dziewczyny  na  dół,  do  ciasnej,  ale  czystej  kabiny  i  wskazała  im  miejsca  na  kanapie  w 

kształcie litery L stojącej za stołem. 

- Usiądźcie tu. Dwie z tej strony, dwie z tamtej. 

Rashel wsunęła się na swoje miejsce, patrząc na zlew w malutkiej kuchni. 

- Zostańcie tu - powiedziała Lily. - Nie ruszać się. Zostać. 

Byłaby świetnąpoganiaczką niewolników\ pomyślała Rashel Albo treserkąpsów. 

Lily zniknęła na górze, zatrzaskując za sobą drzwi. Rash i Daphne jednocześnie wypuściły 

powietrze. 

- Wszystko w porządku? - szepnęła Rashel. 

- Trochę się trzęsę. Dokąd płyniemy, jak myślisz? 

Rashel  tylko  pokręciła  głową.  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  znajdowały  się  enklawy  wampirów. 

Miała jednak pewien pomysł. Musiał być powód, dla którego płynęły statkiem. Bezpieczniej i 

łatwiej  byłoby  trzymać  ofiary  w  ciężarówce.  A  zatem  do  enklawy  nie  dało  się  dotrzeć 

ciężarówką. 

Wyspa. Dlaczego niektóre enklawy nie miałyby się znajdować Na wyspach? Na Wschodnim 

Wybrzeżu wysp nie brakowało. To była bardzo niepokojąca myśl. 

Wyspa oznaczała całkowitą izolację. Nie miałyby dokąd uciec gdyby coś poszło nie tak. Nikt 

z zewnątrz nie mógłby im pomóc. 

Rashel  zaczynała  żałować,  że  zabrała  ze  sobą  Daphne.  Miała  ponure  przeczucie,  że  na 

miejscu pożałuje tego jeszcze bardziej. 

Dziob łodzi gładko przecinał wodę, kierując się w stronę ciemności. Za Quinnem roztaczały 

się  światła  Bostonu,  wskazując,  gdzie  kończy  się  ocean,  a  zaczyna  miasto.  Przed  nim  nie 

roztaczał się jednak żaden horyzont. Nie widać było różnicy między niebem a morzem. Tylko 

bezkształtna, nieskończona pustka. 

Atramentową czerń rozświetlały tylko maleńkie, punktowe światełka - łódki rybackie. Tylko 

one sprawiały, że bezkresne puste wody wydawały się mniej samotne. 

Quinn nie zwracał uwagi na Lily i Ivana. Nie był w dobrym nastroju. 

Pozwolił, by zimne powietrze przeniknęło przez jego ciało i zmieszało się z wewnętrznym 

chłodem. Wyobraził sobie, że zamarza, i ta myśl sprawiła mu przyjemność. 

Byle tylko dotrzeć do enklawy, pomyślał bez emocji. Iskończyć z tym wszystkim. 

Ostatni transport dziewczyn niepokoił go. Nie wiedział dlaczego i nie chciał o tym myśleć. 

Ludzie to tylko robactwo. Nawet ta czarnowłosa, taka śliczna... Aż szkoda, że była na tyle 

szalona, żeby wpaść mu w ręce. Mała blondyna też miała nie równo pod sufitem. Ta, co 

background image

kiedyś wypadła z jego sideł i natychmiast wróciła, by znów w nie wskoczyć. 

Idiotka... Ktoś taki po prostu zasługuje... 

Quinnowi urwała się myśl. Gdzieś głęboko w nim mały głosik mówił, że nikt, nawet ta 

ostatnia, nie zasługiwał na taki los jaki miał przypaść w udziale tym dziewczynom. Sam 

jesteś  idiotą.  Po  prostu  doholuj  je  do  enklawy  i  zapomnij  o  wszystkim.  Enklawa...  To 

Hunter Redfern wymyślił enklawy na wyspach. Powiedział, że z powodu Dove. 

- Potrzebujemy  miejsca,  gdzie  Redfernowie  będą  mogli  żyć  bezpiecznie,  nie 

oglądając się na ludzi uzbrojonych w kołki. Wyspa znakomicie by się nadawała. 

Quinn nie protestował, gdy Hunter zaliczał go do Redfornów, chociaż nie zamierzał poślubić 

ani Garnet, ani Lily. 

- Te  wyspy  bez  przerwy  odwiedzają  rybacy-  powiedział  rzeczowo.  -  Ludzie 

stopniowo je zasiedlają. Wkrótce nie będziemy tam sami. 

- Istnieją zaklęcia, które strzegą miejsc, żeby ludzie się da nich nie zapuszczali. 

Znam czarownicę, która rzuci je dla mnie, by chronić Lily i Garnet. 

- Czemu? 

- Bo to ich matka odparł Hunter z uśmiechem. Quinn nie odpowiedział. Później poznał 

Maeve  Harma,  czarownicę  która  zmieszała  krew  z  łamią,  rodowitym  wampirem.  Nie 

przepadała  za  Hunterem  i  trzymała  ich  najmłodszą  córkę,  Roseclear,  z  dala  od  ojca, 

wychowując ją na czarownicę. Ale rzuciła zaklęcie. 

Wszyscy  przenieśli  się  na  wyspę.  Garnet  w  końcu  postawiła  kreskę  na  Quinnie  i  poślubiła 

chłopca  z  miłego  wampirzego  rodu.  Jej  dzieciom  pozwolono  przybrać  nazwisko  Redfern. 

Czas mijał, pojawiały się kolejne enklawy... 

Żadna jednak nie przypominała tej, do której właśnie zmierzał Quinn. 

Popatrzył w dal. Przed nim znów roztoczył się horyzont. Nad czarną taflę wody wzniósł się 

księżyc. Lśnił jak zaklęcie, prowadził Quinna właściwą drogą. 

Skkkkkkrrrrzzzzzzzzzzzzyp. 

Rashel skrzywiła się, gdy  łódź wpłynęła do portu. Ktoś niezbyt delikatnie wprowadził  ją do 

doku.  Ale  dotarli  na  miejsce.  I  to  musiała  być  wyspa.  Płynęli  na  wschód  przez  ponad  dwie 

godziny. 

Daphne uniosła głowę. 

- NIE  obchodzi  mnie,  czy  zaraz  nas  zjedzą,  czy  nie,  muszę  znowu  poczuć  twardy 

grunt pod nogami. 

background image

- To  w  zasadzie  było  jak  twardy  grunt,  przez  całą  drogę  nawet  nie  zawiało  -

szepnęła Rashel. 

- Powiedz to mojemu żołądkowi -jęknęła Daphne,a Rashel dźgnęła ją lekko, bo ktoś 

właśnie schodził po schodach. 

To była Lily. Ivan czekał na górze z paralizatorem w ręku. Razem sprowadzili dziewczyny z 

łódki do niewielkiego doku. 

Rashel znów rozejrzała się ostrożnie, błogosławiąc w duchu księżycową poświatę. 

To nie był nawet port, tylko malutka przystań z pompą gazową i chatką. Obok cumowały trzy 

inne lodzie motorowe. 

I tyle. Rashel nie zauważyła żadnych śladów życia. Łodzie kołysały się cicho jak duchy. 

Ciszę zakłócał tylko plusk fal. 

Prywatna wyspa, pomyślała Rashel. 

Było w tym miejscu coś, od czego jeżyły jej się wioski na 

Lily  prowadziła  grupę,  a  Ivan  pilnował  ich  z  tyłu.  Wyruszyli  szlakiem  wiodącym  w  górę 

skały. 

To tylko wyspa, powiedziała sobie Rashel. Powinnaś tańczyć z radości. Jesteś blisko enklawy, 

do 

której tak chciałaś dotrzeć. Powinnaś skakać z radości. Nie ma w tym miejsc nic... 

niepokojącego. 

W  tej  samej  chwili  jednak  dotarli  na  szczyt  wzgórza  i  Rashel  zobaczyła  skały.  Ogromne 

skały. Monolity, które przypomina kamienny krąg w Stonehenge.  Wyglądały tak, jak gdyby 

postawiły je tam jakieś olbrzymy. 

Pomiędzy  nimi  stały  domy,  przycupnięte  na  wzgórzu  nad  wielką,  czarną  wodą.  Wszystkie 

wydawały  się  opuszczone  i  z  jakiegoś  powodu  przypominały  Rashel  gargulce,  przyczajone, 

wyczekujące. 

Lily skierowała się do ostatniego domu przy piaszczystej drodze. Był to jeden z domów 

letniskowych,  który  jednak  okazał  się  całkiem  sporą  rezydencją.  Ogromny,  drewniany, 

biały  dwupiętrowy  budynek  z  bogato  zdobioną  elewacją.  Rashel  poczuła  dreszcz. 

Drewniany dom? Wampiry ich nie zbudowały. 

Lamie używały cegieł lub kamieni, nigdy drewna, które mogło je śmiertelnie zranić. Musiały 

kupić tę wyspę od ludzi. 

Rashel  trzęsła  się  na  całym  ciele.  To  z  pewnością  nie  była  zwyczajna  enklawa.  Gdzie  byli 

ludzie? Gdzie miasto? Co my tu właściwie robimy? 

background image

- No  szybciej,  szybciej.  -  Lily  popędziła  dziewczyny  na  tył  domu.  Tu  Rashel  wreszcie 

usłyszała jakieś oznaki życia. Wewnątrz domu rozlegały się jakieś głosy. 

Ale nie zdołała zobaczyć, kto mówił. Lily zabrała je do dużej, staromodnej kuchni i 

przeprowadziła przez pustą spiżarnie. 

Po  drugiej  stronie  spiżarni  znajdowały  się  wielkie  drewniane  drzwi,  przy  których  siedział 

chłopak  mniej  więcej  w  wieku  Rashel.  Miał  rozwichrzone  ciemne  włosy  i  kowbojskie  buty 

Czytał jakiś komiks. 

- Cześć Rudi - powiedziała cierpko Lily. - Jak się mają nasi goście? 

- Są cicho jak te owieczki - odparł lakonicznie Rudi, ale wstał, by powitać Lily. Omiótł 

wzrokiem Rashel i pozostałe dziewczyny. 

Wilkołak. 

Wszystko  w  Rashel  krzyczało,  że  to  wilkołak.  I  jeszcze  to  imię.  Wilkołaki  często  nosiły 

imiona,  które  w  obcych  językach  oznaczały  wilka.  Jak  Loyell  albo  Felan.  Rudi  to  po 

węgiersku wilk. 

Najlepsi strażnicy, pomyślała ponuro Rashel. Będzie trudno mu się wymknąć. 

Rudi już otwierał drzwi. Rashel, popchnięta przez Lily, ruszyłą w dół wąskimi i niezwykle 

stromymi schodami.  U  ich 

podstawy 

były 

kolejne 

wielkie 

drzwi. 

Rudi 

otworzył 

zamek 

poprowadził  je  do  środka. 

Rashel weszła do piwnicy. 

Ukazał jej się widok, jakiego jeszcze nigdy nie miała okazji oglądać. Było to spore, niskie  i 

słabo oświetlone  pomieszczenie,  z  dwoma  rzędami  pryczy,  po  dwanaście  na  każdej  ścianie. 

Leżały  na  nich  dziewczyny.  Były  to  nastolatki.  W  różnym  wieku,  wysokie  i  niskie,  ale 

wszystkie wyjątkowo piękne. Wyglądało to jak szpital albo więzienie. Idąc pomiędzy rzędami 

łóżek,  Rashel  musiała  walczyć  ze  wszystkich  sił,  by  nie  zmienić  wyrazu  twarzy.  Te 

dziewczyny  były  przykute  do  łóżek,  przytomne  i  bardzo  wystraszone.  Z  każdej  pryczy 

spoglądały  przerażone  oczy,  wpatrzone  to  Rashel,  to  w  wilkołaka.  Rudi  machał  do 

dziewczyn. Tylko niektóre odważyły się cokolwiek powiedzieć. 

- Przepraszam... 

- Jak długo będziemy musiały tu zostać? 

- Ja chcę do domu! 

background image

Ostatnie dwa  łóżka w każdym rzędzie  były puste. Jedno z nich dostała Rashel. Daphne 

przeraziła się, gdy łańcuch znów zacisnęły się jej na kostkach, ale dalej grała swoją role 

- Słodkich snów, lale - powiedział Rudi. - Jutro wielki dzień. 

Potem wyszedł wraz z Lily i Ivanem. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nimi, a huk długo niósł 

się echem po kamiennej piwnicy. Rashel błyskawicznie się podniosła. 

- Można mówić? - spytała Daphne, odwracając głowę. 

- Tak myślę - powiedziała głośno Rashel. Przypatrywała się rzędom łóżek. Niektóre 

dziewczyny patrzyły na nią, inne płakały, jeszcze inne zaciskały powieki. 

- Co oni z nami zrobią? - Daphne nagle wybuchła. 

- Nie  wiem  -  odparła  Rashel  stanowczym  i  cichym  głosem.  Każdy  jej  ruch  był  teraz 

precyzyjny i zdyscyplinowany. Wysunęła nóż z buta. - Ale zamierzam się dowiedzieć. 

- Przepiłujesz łańcuch? 

- Nie. - Rashel wyciągnęła cienki skrawek metalu ze skrytki przy pochwie. Odsłoniła zęby w 

uśmiechu. - Ale otworzę kłódkę. 

- Super.  Ś  wietnie.  A  co  potem?  Co  tu  się  dzieje?  Gdzie  my  jesteśmy? 

Spodziewałam  się  raczej  rzymskiego  targu  niewolników...  Że  wszyscy  będą 

przebrani w togi, a wampiry będą licytować... 

- Wciąż  jeszcze  możesz się go doczekać - stwierdziłą Rashel. - Zgadzam się, że to 

wygląda  dziwnie.  To  nie  jest  normalna  enklawa.  Nie  wiem,  może  to  tylko  taka 

stacja pośrednia i zabiorą nas stąd gdzieś indziej... 

- Obawiam się, że nie - powiedział cichy głos po lewej i Rashel odwróciła się i zobaczyła, że 

dziewczyna obok usiadła. 

Miała płomiennorude włosy, zamyślone oczy i pewny siebie ton. 

- Nazywam się Fayth. 

- Shelly - odparła krótko Rashel. Nie ufała tu nikomu. - To jest Daphne. Co masz na 

myśli? 

- Nie sprzedadzą. - Fayth powiedziała to nieomal przepraszającym tonem. 

- W takim razie chciałabym  się dowiedzieć, co planują z  nami zrobić - odparła Rashel. 

Rozbroiła  jeden  zamek  i  właśnie  wkładała  wytrych  do  drugiego.  -  Dwadzieścia  cztery 

dziewczyny na wyspie, na której tylko jeden dom jest zamieszkany? To szaleństwo. 

- Nie, to czerwona uczta. 

background image

Rashel nieruchomiała z dłonią nad zamkiem. 

- Co takiego? - spytała bardzo cicho. 

- Wyprawiają  czerwoną  ucztę.  Z  okazji  wiosennej  równonocy,  tak  sądzę.  Zaczyna 

się jutro o północy. 

Daphne wyciągnęła rękę do Rashel. 

- Co? Co to jest? Co to jest czerwona uczta? Powiedz mi! 

- To  ...  -  Rashel  odwróciła  wzrok  od  Fayth.  -To  taka  uczta  dla  wampirów.  Bankiet, 

wielkie przyjęcie. Trzy dania. - Rozejrzała się po pokoju. - Czyli trzy dziewczyny. Jest 

nas dwadzieścia cztery... 

- W sam raz dla ośmiorga wampirów - powiedziała cicho Fayth. 

- Czyli każdy wampir wysysa po odrobinie krwi z trzech dziewczyn, tak? - Daphne 

z lekkim niepokojem przysunęła się do Rashel. - To właśnie powiedziałaś? Łyczek tu, łyczek 

tam.. - przerwała, bo Fayth i Rashel popatrzyły na nią jednocześnie. - Jedna nie.. 

- Przykro mi, Daphne. Przepraszam, że cię w to wpakowałam. - Rashel wzięła głęboki oddech 

i  otworzyła  drugi  zamek,  unikając  wzroku  Daphne.  -  Czerwona  uczta  polega  na  tym,  że 

jednego dnia wypija się krew z trojga ludzi. Całą krew. Do ostatniej 

kropli. 

Daphne otworzyła usta, po czym znowu je zamknęła. 

- I one nie pękają od tego? - spytała żałośnie. Rashel wbrew sobie uśmiechnęła się blado. 

- Ponoć  doprowadza  je  to  do  niesłychanej  ekstazy.  Z  krwi  sił  życiowych,  zyskują  ogromną 

moc.- Rashel zerknęła na Fayth. - Ale czerwonych uczt zakazano już jakiś czas temu. 

- Podobnie jak niewolnictwa- potwierdziła Fayth. - Ktoś chyba chce wrócić do gry. 

- Kto na przykład? 

- Wiem  tylko,  że  jakiś  wielki  bogacz  zaprosił  do  siebie  siedmioro  najpotężniejszych 

przemienionych wampirów na ucztę. Najwyraźniej dba o to, żeby jego goście dobrze się 

bawili. 

- Pewnie chce zawrzeć jakiś sojusz - powiedziała wolno. Rashel. 

- Możliwe. 

- Przemienione wampiry kontra lamie. 

- Niewykluczone. 

background image

- A  wiosenne  zrównanie  dnia  z  nocą...  Pewnie  świętują  rocznicę  pierwszej 

przemiany w wampira. Noc. gdy Maya ugryzła Thierry'ego. 

- Na pewno. 

- Hej,  zaczekaj  ~  powiedziała  Daphne.  -  Troszkę  wolniej  dobrze?  Skąd  wy  wiecie  o  tym 

wszystkim? - Daphne wbiła wzrok w Fayth. - O tych wszystkich wampirach, jakiejś Mai.? Ja 

nic o nich nie słyszałam. 

- Maya  była  pierwszą  lamią  -  wyjaśniła  szybko  Rashel,  zerkajać  na  Daphne.  -  Jest 

założycielką  rodu  wszystkich  wampirów,  które  dorastają  i  mogą  się  rozmnażać. 

Wampiry  przemienione  są  inne.  To  ludzie,  którzy  stali  się  wampirami  na  skutek 

ugryzienia. Nie starzeją się ani nie mają dzieci. 

- I Thierry był pierwszym człowiekiem, który stał się wampirem - dodała Fayth. -Maya 

ugryzła  go  w  dzień  wiosenniego  zrównania  dnia  z  nocą...  Tysiące  lat  temu.  Rashel 

uważnie przypatrywała się Fayth, 

- To może teraz ty odpowiedz  mi  na pytanie,  skąd to wszystko wiesz?  Żaden  człowiek 

nie  wie  takich  rzeczy  o  świecie  nocy,  o  ile  nie  jest  łowcą  wampirów  albo  przeklętą 

Poszukiwaczką. 

Fayth się skrzywiła. 

- Jestem przeklętą Poszukiwaczką - powiedziała, a  Rashel od razu zrozumiała, czemu  Fayth 

wcześniej mówiła takim przepraszającym tonem. 

- Rany. 

- Co to jest Poszukiwaczka? - Daphne dźgnęła Rashel. 

- Poszukiwaczki  Świtu  to  grupa  czarownic,  które  usiłują  doprowadzić  do... 

właściwie nie wiem czego. Zdaje się, że po prostu tańczą i piją dużo coca-coli -

wyjaśniła Rashel, nie mogąc wyjść ze zdumienia. 

- Chodzi  o  to,  żeby  wszyscy  żyli  w  harmonii.  Żebyśmy  przestali  się  zabijać  -

sprostowała Fayth. 

- Jesteś czarownicą? - Daphne zmarszczyła nos. 

- Nie,  człowiekiem.  Ale  przyjaźnię  się  z  czarownicami.  Przyjaźnię  się  także  z 

wampirami. Widziałam przypadki, gdy człowiek odkrywał pokrewną duszę w lamii... 

background image

- Nie bądź obrzydliwa! - Rashel omal nie zaczęła krzyczeć. Dopiero po chwili odzyskała 

panowanie  nad  sobą.  -  Dobra,  ty  lepiej  uważaj,  Poszukiwaczko.  Potrzebuję  informacji, 

więc zamierzam z tobą pracować. Tymczasowo. Ale uważaj na język 

albo zostawię cię tutaj, kiedy już uwolnię całą resztę. Wtedy będziesz sobie żyła w 

harmonii z tymi uroczymi ośmioma wampirami. 

Mimo starań nie zdołała powstrzymać drżenia głosu. Słowa Fayth odbiły się echem w jej 

umyśle, jak gdyby niosły ze sobą szczególne, straszne znaczenie. Zwłaszcza odkrywanie 

pokrewnej duszy odcisnęło w niej piętno. 

Fayth także zachowywała się dziwnie. Zamiast wpaść w szał, patrzyła na Rashel długo i 

uważnie. 

- Rozumiem  -  powiedziała  cicho. 

Rashel nie spodobał się ten ton. 

- Więc  wydostaniemy  się  stąd?  Jak  w  Prison  Break?  -  spytała  Daphne,  wbijając  w 

Rashel wzrok. 

- Oczywiście.  Ale  musimy  to  zrobić  szybko.  -  Rashel  zmrużyła  oczy.  -  Zakładałam,  że 

będziemy  mieć  więcej  czasu..  No  i  jest  jeszcze  ten  wilkołak.  A  nawet  kiedy  się 

wydostaniemy. Ta wyspa... Nie damy rady długo przetrwać w dziczy. Jest i zimno, poza 

tym mogliby nas wytropić. Jednak musi być jakiś sposób. - Spojrzała na Fayth. -Raczej 

nie ma szans, żeby pomogły nam inne Poszukiwaczki, prawda? 

Fayth pokręciła głową. 

- Nikt  nie  wie,  że  tu  jestem.  Słyszałyśmy,  że  w  bostońskim  klubie  wampiry 

porywają  dziewczyny  na  czerwoną  ucztę,  i  poszłam  to  sprawdzić.  I  wpadłam, 

zanim zdążyłam złożyć pierwszy raport. 

- W  takim  razie  poradzimy  sobie  same.  Świetnie.  -  Umysł  Rashel  pracował  teraz  na 

najwyższych  obrotach,  wypluwają  setki  pomysłów.  -  Najpierw  sprawdźmy,  co  mogą  te 

pozostałe dziewczyny, może któraś nam pomoże... 

Fayth i Daphne słuchały uważnie, ale wtedy głos Rashel zagłuszyło coś, czego w tym miejscu 

się nie spodziewała. Ktoś wykrzyczał jej imię. 

- Rashel! Rashel Łowczyni Wampirów. Rashel Kocica! 

 

 

 

background image

Rozd ział  12 

 

 

Głos  był  przenikliwy,  niemal  histeryczny.  Któraś  z  nich  zwariowała,  pomyślała  Rashel, 

rozglądając się. Została zdemaskowana. 

Ale zdziwienie prędko minęło. Chodziła między rzędami zaglądając dziewczynom w twarze. 

- Nyla! 

- Wiem, czemu tu jesteś! - Nyala siedziała sztywno na łóżku i wyglądała dokładnie tak samo 

jak  wtedy,  gdy  Rashel  widziała  ją  po  raz  ostatni.  Skóra  barwy  kakao,  królewska  postawa, 

nawiedzone oczy. Była nawet ubrana w ten sam ciemny strój co tamtej nocy, gdy schwytały 

Quinna. - Jesteś tu, bo od początku dla nich pracowałaś! Udawałaś, że 

łowisz wampiry.. 

- Zamknij  się!  -  powiedziała  rozpaczliwie  Rashel.  Nyala  była  tak  głośno,  że  można  ją  było 

usłyszeć po drugiej stronie drzwi. Rashel uklękła na jej łóżku. - Ja niczego nie udaję. 

- W  takim  razie  dlaczego  jesteś  wolna,  a  my  skute?  Przeszłaś  na  ich  stronę! 

Nazywasz się Kocicą... 

Rashel zamknęła jej usta dłonią. 

- Posłuchaj  mnie  -  syknęła.  Serce  omal  nie  wyskoczyło  jej  z  piersi.  Wszystkie  dziewczyny 

gapiły  się  na  Nyalę,  a  Rashel  tylko  czekała  kiedy  otworzą  się  drzwi  piwnicy.  -  Posłuchaj. 

Wiem, że mnie nie lubisz i mi nie ufasz, ale musisz przestać krzyczeć. Mamy 

tylko jedną szansę, żeby się stąd wydostać. 

Nayla oddychała ciężko, wbijając spojrzenie śliwkowych oczu w Rashel. 

- Jestem  łowczynią  wampirów-  szepnęła  Rashel,  marząc,  by  Nayla  jej  uwierzyła.  -  Tamtej 

nocy popełniłam błąd, pozwalając jednemu z nich uciec. Przyznaję. Ale usiłuję to naprawić. 

Dałam się złapać, żeby ustalić, co tu się dzieje. Zaraz uwolnię te dziewczyny. - Mówiła wolno 

i  wyraźnie.  Miała  nadzieję,  że  Nyala  jej  uwierzy.  -  Ale  jeśli  ludzie  nocy  dowiedzą  się,  że 

jestem łowczynią, i do tego Kocicą, zabiją mnie w tej samej sekundzie. A wtedy wy nie macie 

żadnych  szans.  -  Wzięła  oddech  -Wiem,  że  bardzo trudno  ci  jest  mi  zaufać,  ale  proszę  cię, 

żebyś spróbowała. Możesz się postarać? 

Długie  milczenie.  Nayla  spojrzała  jej  prosto  w  oczy.  Wreszcie  przytaknęła. 

Rashel zdjęła dłoń z jej ust, usiadła na łóżku i przez chwilę patrzyła na Nyalę. 

- Dziękuję.  Będę  potrzebowała  twojej  pomocy  -  powiedziała,  po  czym  pokręciła 

głową. - Ale jak ty się tu dostałaś? Jak trafiłaś do klubu? 

background image

- Nie  trafiłam  do  żadnego  klubu.  W  środę  wróciłam  na  ulicę  przy  magazynach. 

Pomyślałam, że może spotkam tam tego wampira. I wtedy ktoś złapał mnie od tyłu. 

- Och, Nyala... 

Środowy  wieczór,  pomyślała  Rashel.  Wtedy  Daphne  widziała,  jak  Ivan  przynosi  nową 

dziewczynę. Była nią Nyala. Rashel chwyciła się za głowę. 

- Nyala,  mogłam cię uratować. Byłam tam kolejnej nocy, kiedy  Daphne wypadła z 

ciężarówki. Pamiętasz to? Gdybym tylko wiedziała... 

Nyala nie słuchała. 

- Słyszałam  taki  szept  w  głowie,  który  kazał  mi  spać.  Nie  mogłam  się  ruszyć.  Nie  mogłam 

ruszyć ręką ani nogą. Ale nie spałam. A potem zaniósł mnie do magazynu i ugryzł. - Mówiła 

beznamiętnym,  niemal  uprzejmym  tonem.  Tylko  wyraz  jej  oczu  zmroził  Rashel.  -  Ugryzł 

mnie w szyję. Wiedziałam, że umrę tak jak moja siostra. Czułam, 

że  wycieka  ze  mnie  krew.  Chciałam  krzyczeć,  ale  nie  mogłam  się  ruszyć.  Niczego  nie 

mogłam  zrobić.  -  Nyala  uśmiechnęła  się  dziwnie.  -  Zdradzę  ci  sekret.  Ono  wciąż  tam 

jest. To ugryzienie. Nie zobaczysz  śladu, ale  ja  je czuję. - Odwróciła głowę, pokazując 

Rashel gładką, nietkniętą szyję. 

- Nyala... - Rashel czuła się niezręcznie, gdy usiłowała pocieszyć Daphne, ale tym razem nie 

musiała się zastanawiać prostu wzięła Nyalę w ramiona i mocno uścisnęła. - Posłuchaj mnie 

teraz - powiedziała gwałtownie. - Właściwie to nie wiem co czujesz, bo mnie się to 

nie przytrafiło. Ale bardzo mi przykro, bo wiem, co czułaś, kiedy straciłaś siostrę. 

- Odchyliła  się  i  spojrzała  na  Nyalę  i  potrząsnęła  nią. -  Musimy  walczyć  dalej.  To  jest 

ważne. Nie damy im wygrać. Tak? 

- Tak... - Nyala rozejrzała się powoli po łóżku, po czym zerknęła na Rashel. - Masz rację. 

- W oczach Nyali pojawiło zrozumienie. 

- Opracowuję plan ucieczki. Musisz być skupiona i spokojna żeby mi pomóc. 

- Dobrze.  -  Głos  Nyali  zabrzmiał  pewniej.  Potem  uśmiechnęła  się  pogodnie.  -  I  wtedy  się 

zemścimy - szepnęła. 

- Tak. Rashel ścisnęła jej dłoń. - Zemścimy się. Jakoś. Obiecuję. 

Wróciła na pryczę, czując na sobie wiele spojrzeń, chociaż nikt nie zadawał pytań. Czuła łzy 

w oczach. Wszystko, co się stało, było jej winą. Dziewczyna już wcześniej była na krawędzi. 

Z  powodu  Rashel  dała  się  schwytać  i  została  zaatakowana  przez  wampira.  I  teraz...  Teraz 

Rashel  martwiła  się,  że  nawet  jeżeli  uda  im  się  wydostać  z  wyspy,  Nyala  już  nie  wróci  do 

background image

zdrowia.  Ma  jednak  racje,  pomyślała.  Zemsta  to  jedyny  sposób,  by  wymazać  wszystkie 

krzywdy, jakie wyrządzono tym dziewczynom. 

Znów czuła ogień w piersiach, silę do walki. Pozwoliła, by płomień wypaliły w niej wszelkie 

ciepłe uczucia, takie jak litość dla Quinna. To dziwne, wciąż zdarzało jej się myśleć o nim z 

litością chociaż dawno postanowiła go zabić. 

- Wszystko z nią w porządku? - spytała Daphne z troską. - Pamiętam ją z magazynu. 

- Wiem. - Rashel podniosła wytrych i usiadła na pryczy Daphne. Zaczęła majstrować przy jej 

kłódkach.  -  Nie  jestem  pewna.  Wampiry  nie  żyły  z  nią  w  harmonii.  -  Tu  Rashel  zerknęła  z 

goryczą na Fayth, która odpowiedziała poważnym spojrzeniem. 

- Nikt nie myśli, że wszyscy ludzie nocy są dobrzy - powiedziała Fayth. - Nie 

pochwalamy przemocy. Chcemy z tym wszystkim skończyć. 

- Czasem  trzeba  użyć  przemocy,  by  z  nią  skończyć  -  odparła  krótko  Rashel.  Fayth  nie 

odpowiedziała. 

- Ale czemu ona nazywa cię kocicą? - spytała Daphne. 

- Tą Kocicą. To imię łowczyni wampirów, która zabiła bardzo dużo wampirów. 

- I naprawdę nią jesteś? - Chabrowe oczy Daphne rozszerzyły się nieco. 

Rashel wyłamała zamek. Pod ostrzałem spojrzeń tych dwóch dziewczyn nie czuła się już taka 

pewna siebie jak przed chwilą. Nie była tak dumna z tego, że jest Kocicą. 

- Owszem - odparła, nie podnosząc wzroku. Potem odwróciła się, by spojrzeć na Fayth. 

Fayth milczała. 

- Zanim  się  stąd  wydostaniemy,  będę  musiała  zabić  ich  jeszcze  trochę  -  oznajmiła 

Rashel.  -  Uważam,  że  te  wampiry,  które  nas  tu  sprowadziły,  zasługują  na  śmierć 

dużo  bardziej  niż  ktokolwiek  inny.  Więc  pozwólcie,  że  ja  się  tym  zajmę  i  już  nie 

będziemy  się  już  o  to  kłócić,  dobrze?  -  Otworzyła  drugi  zamek  i  Daphne  mogła 

rozprostować nogi. Fayth pokiwała tylko głową. 

- W  porządku.  Posłuchajcie.  Po  pierwsze,  trzeba  jakoś  zorganizować  te  dziewczyny.  - 

Rashel zaczęła uwalniać z łańcuchów Fayth. - Przejdziecie się po sali i porozmawiacie z 

każdą  indywidualnie. Chcę wiedzieć, która nam pomoże, a której umysł  jest ciągle pod 

kontrolą wampirów. Szczególnie interesuje mnie to, która z nich umie żeglować. 

- Żeglować? - spytała Fayth. 

background image

Na  tej  wyspie  nie  ma  bezpiecznych  miejsc.  Musimy  stąd  uciekać.  W  porcie  są  teraz  cztery 

motorówki,  ktoś  musi  je  sterować.  -  Rashel  spojrzała  na  Fayth.  -  Chcę,  żebyście 

przyprowadziły mi tu co najmniej dwie rozsądne dziewczyny, które nie zatopią łodzi. Jasne? 

Daphne i Fayth popatrzyły po sobie i kiwnęły głowami. 

- Tak jest, szefie - wymamrotała Daphne. 

Rashel usiadła na pryczy, ważąc w ręku łańcuch, i zamyśliła się. Nie musiała mówić Daphne 

-na razie - że wcale nie planowała ucieczki z wyspy na łodziach. 

Pół godziny później Daphne i Fayth stały przed nią całe rozpromienione. To znaczy Daphne 

promieniała, bo Fayth miała na twarzy smutny uśmiech, który powoli zaczynał doprowadzało 

Rashel do szału. 

- Oto Anne-lise - powiedziała Daphne, prowadząc Rashel do pryczy. - Pochodzi z Danii. 

Brała udział w wyścigach wokół I. Antiguy. W każdym razie twierdzi, że da sobie radę z 

łódką. 

Dziewczyna  na pryczy  była  jedną z  najstarszych. Miała osiemnaście  czy dziewiętnaście  lat, 

blond włosy, długie nogi i figurę walkirii. Rashel od razu ją polubiła. 

- A to Keiko - powiedziała z charakterystyczną prostotą Fayth - Jest jeszcze  młoda, ale 

twierdzi, że wychowała się na łódce. 

Rashel  nie  poczuła  do  niej  szczególnego  zaufania.  Keiko  była  malutka,  miała  czarne  włosy 

lśniące jak jedwab i małe różowe usta. Wyglądała jak laleczka. - Ile ty masz lat? 

- Trzynaście - odparła cicho  Keiko. - Ale urodziłam się w Nantuckct. Moi rodzice 

mają jacht „Cierę Sunbridge". Chyba dam radę zrobić to, o co prosicie, tylko mogę 

mieć kłopoty z nawigacją. 

- Nikt inny się nie zgłosił- szepnęła Daphne.- Musimy jej zaufać. 

- Nawigacja  nie  sprawi  ci  kłopotu,  popłyniemy  prosto  na  zachód  -  powiedziała  Rashel, 

uśmiechając się zachęcająco do Keiko. - W każdym razie lepiej zgubić się na oceanie niż 

zostać tu. - Skinęła na Daphne i Fayth, po czym wróciła na pryczę. 

- W porządku, dobra robota, Masz rację, musimy jej zaufać, nie mamy wyboru. 

Potrzebujemy przynajmniej dwóch łodzi. Czego jeszcze się dowiedziałyście? 

- Te, które z nami przyjechały, nadal nie kontaktują. Huanita i Missy. Kłopoty 

może  sprawiać  jeszcze  twoja  kumpela  Nyala.  Jest  trochę  niestabilna,  jeżeli 

rozumiesz, co mam na myśli 

Rashel przytaknęła. 

background image

- Kontrola umysłu może stanowić problem. Kiedy  oprzytomniały dziewczyny, 

które przyjechały z tobą, Fayth? 

- Jakiś  dzień  po  przyjeździe.  Ale  to  niejedyny  problem  Rashel.  Anne-lise  i  Keiko 

posterują łódkami, ale raczej nie dziś. 

- Nie  możemy czekać do  jutra - powiedziała  niecierpliwił  Rashel. - Nie wolno nam tak 

ryzykować! 

- Chyba nie mamy wyboru. Wszystkie dziewczyny są na środkach uspokajających. 

- Jak to? - Rashel zamrugała, po czym przymknęła oczy. No 

tak. 

- W jedzeniu - wyjaśniła Fayth, a Rashel pokiwała głową zrezygnowana. - Od razu 

zorientowałam się, że dodają do niego prochy. Większość dziewczyn wolała jednak 

jeść. Nie chciały wiedzieć, co się z nimi stanie. 

Rashel potarła czoło. Nic dziwnego, że dziewczyny nie zadawały jej żadnych pytań. Nic 

dziwnego, że nie krzyczały. Były po prostu naćpane. 

- Od tej pory nie pozwalamy im jeść - zarządziła. - Muszą być zupełnie przytomne. 

- Spojrzała  na  Fayth.  -No  dobrze.  W  takim  razie  czekamy.  Jak  często  przynoszą 

jedzenie? 

- Dwa razy dziennie. Koło południa i o ósmej wieczorem Zabierają nas wtedy 

parami do łazienki. 

- Kto to robi? 

- Rudi. Czasem zabiera też ze sobą drugiego wilkołaka. 

Daphne przygryzła wargę. 

- Mamy sprzęt na wilkołaki? 

Rashel się uśmiechnęła. Wyjęła nóż i wyciągnęła z pochwy ozdobny guz, pod którym ukazało 

się  ostrze.  Odwróciła  guz  i  wsunęła  go  z  powrotem  do  pochwy,  przemieniając  ją  w  mały 

bagnet. Pochwa stanowiła teraz broń niezależną od noża. 

- Norze pokryte jest srebrem - stwierdziła z satysfakcją. - Więc tak, mamy sprzęt na 

wilkołaki. 

- Widzisz?  -  powiedziała  Daphne  do  Fayth.  -  Ta  dziewczyna  myśli  o  wszystkim. 

Rashel odłożyła nóż. 

background image

- W  porządku.  A  teraz  porozmawiajmy  ze  wszystkimi  jeszcze  raz.  Muszę 

przedstawić im mój plan. Jutro potrzebna nam będzie współpraca i precyzja. 

sporo szczęścia, pomyślała. 

- Wyżerka! 

Rudi przeszedł się między pryczami, ciskając na obie strony paczuszki, które wyjmował z 

plastikowej  torby.  Wygląda  zupełnie  jak  treser  rzucający  śledzie  fokom,  pomyślała 

Rashel. Wyjrzała na korytarz. Drugi wilkołak się nie pojawił. Dobrze. 

To byłą długa noc i jeszcze dłuższy dzień. Dziewczyny słabły z głodu, niewygody i tego, że z 

każdą godziną bez  leków uspokających coraz bardziej się  bały. Kilka z  nich  było nieufnych 

po zdarzeniu z Nyalą. 

- Szamajcie, małe. Musicie być silne. - Na kolanach Rashel wylądowała ciepława paczuszka, 

druga  uderzyła  w  materac.  W  środku  kryło  się  to  samo,  co  dostały  na  śniadanie:  hot  dogi 

wysmarowane  musztardą  i  prochami.  Dziewczyny  musiały  przetrwać  o  szklance  soku 

grejpfrutowego. 

Gdy  Rudii  odwrócił  się,  by  cisnąć  Huanicie  jej  porcję,  Rashel  bezszelestnie  podniosła  się  z 

pryczy. Jednym, miękkim ruchem zerwała się i skoczyła prosto na swoją ofiarę. 

- Nawet  nie  piśnij  -  szepnęła  Rudiemu  do  ucha.  -  I  nie  myśl  o  tym,  żeby  się 

przemienić. 

Wykręciła  mu  rękę,  trzymając  srebrny  nóż  przy  gardle.  Rudi  nie  zdążył  nawet  zareagować. 

Wszędzie leżały rozrzucone hot - dogi. 

- A  teraz  porozmawiajmy  sobie  o  dżiu-dżitsu.  To  się  nazywa  prawidłowo  wykonane 

trzymanie.  Opór  sprawi  silny  ból.  Rozumiesz  mnie,  Rudi?  -  Rudi  wzdrygnął  się,  więc 

Rashcl nacisnęła. Zawył i wspiął się na palce. 

- Cicho. Chcę wiedzieć, gdzie jest drugi wilkołak? 

- Pilnuje doku. 

- Kto jeszcze siedzi w doku? 

- Ja... Nikt. 

- Czy ktoś jest na schodach lub w kuchni? Nie kłam, Rudi bo się wkurzę. 

- Nie. Wszyscy są w pokoju zebrań. 

Rashel skinęła na Daphne, która wyskoczyła z łóżka. 

- Pamiętajcie,  szybko  i  cicho  -  powiedziała,  jakby  awansowała  na  sierżanta 

prowadzącego musztrę. 

background image

Gdy  dziewczyny  zrzuciły  kołdry  i  stanęły  obok  prycz,  Rashel  poczuła,  że  Rudi zaczyna  się 

wić. 

- Co tu się... Co tu się dzieje? 

- Rudi, spokojnie. - Wciąż trzymając łokieć wilkołaka. Rashel znów nacisnęła delikatnie 

na jego staw i popchnęłą do wyjścia. - Ty pierwszy. Otworzysz nam drzwi na górze. 

- Anne-lise i Keiko z przodu - poleciła Daphne. - Missy tu po prawej. Idziemy. 

- Nie  mogę  ich  otworzyć.  Nie  mogę.  Zabiją  mnie  -  wymamrotał  Rudi,  gdy  Rashel 

zmusiła go do wejścia na schody. 

- Rudi, popatrz na te młode kobiety. - Rashel odwróciła wilkołaka tak, by mógł przyjrzeć 

się  więźniarkom.  Stały,  wpatrywały  się  z  nienawiścią  w  swojego  oprawcę,  oddychając 

płytko. - Jeśli  nie otworzysz tych drzwi, zwiążę cię  i  zostawię z  nimi  sam  na sam... I z 

tym srebrnym nożem. Obiecuję, że cokolwiek wampiry ci zrobią, to będzie gorsze. 

R

UDI 

popatrzył na dziewczyny. Bez względu na wiek i wzrost stanowiły siłę 

- Otworzę drzwi. 

- Grzeczny chłopiec. 

Rudi niezręcznie przekręcił klucz w zamku. Gdy w końcu się z nim uporał, Rashel wypchnęła 

go  przez  drzwi,  rozglądając  się  w  napięciu.  Jeśli  wampiry  jednak  tu  były,  musiała 

błyskawicznie zmienić taktykę. 

Jednak w kuchni  nikt na  nich  nie  czekał, a gdzieś z głębi  domu dochodziła głośna  muzyka. 

Rashel uśmiechnęła się dziko. Na takie szczęście nawet nie liczyła. Ta muzyka mogła ocalić 

dziewczynom życie. 

Zepchnęła Rudiego z drogi i skinęła na Daphne. Daphne stała u szczytu schodów, wskazując 

drogę  kolejnym  dziewczynom.  Fayth  poprowadziła  pochód,  za  nią  podążyła  walkiria, 

Annelise 

i malutka Keiko. Rashel była dumna, że dziewczęta przedostały się tak szybko na górę. 

- Dobra-  szepnęła,  ciągnąc  Rudiego  z  powrotem  na  klatkę.  -  ostatnie  pytanie.  Kto 

wydaje ucztę? 

Rudi pokręcił głową, 

- Kto cię wynajął? Kto kupił niewolnice? Kim jest klient? 

- Nie  wiem!  Powtarzam  ci!  Nikt  nie  wie,  kto  nas  wynajął.  Wszystko  zostało 

załatwione przez telefon! 

background image

Rashel się zawahała. Chciała przesłuchiwać go dalej, ale w tej chwili najważniejsze było to, 

by wydostać dziewczyny 

Daphnee wciąż czekała w kuchni, obserwując Rashel. 

Rashel popatrzyła na nią, a potem bezsilnie na krzaczastą brodę Rudiego. Powinna go zabić. 

To 

było  jedyne  rozsądne  wyjście  i  to  właśnie  zamierzała  zrobić.  Uczestniczył  w  porwaniu 

dwudziestu 

czterech dziewczyn i dobrze się przy tym bawił. 

Ale Daphne patrzyła. A Fayth zmroziłaby Rashel wzrok gdyby się o tym dowiedziała. Rashel 

wypuściła powietrze. 

- Ś pij dobrze- powiedziała, po czym uderzyła Rudiego w tył głowy rękojeścią noża. 

Osunął się na posadzkę nieprzytomny, a Rashel zamknęła za nim drzwi. 

- Idziemy!  -  powiedziała  szybko  do  Daphne.  Daphne  omal  nie  wyrwała  się  przed  nią. 

Razem  wyszły  przez  tylne  drzwi  i  ruszyły  na  ścieżkę  wiodącą  przez  wzgórze.  Rashel 

poruszała  się  szybko,  niemal  skacząc  po  ubitej  dzikiej  trawie.  Szybko  dogoniła 

dziewczęta. 

- Fantastycznie,  Missy  -  szepnęła.  -  Cicho  i  spokojnie,  Nyala,  ty  kulejesz,  boli  cię 

noga? Czy możemy iść trochę szybciej? 

Wysunęła się na czoło pochodu. 

- W porządku. Anne-lise i Keiko, kiedy dotrzemy na miejsce, ja zajmę się 

strażnikiem. A wy wiecie już, co robić. 

- Ustalić, które motorówki możemy wziąć. Zniszczyć co się da na pozostałych i 

odcumować je, żeby odpłynęły od brzegu. Potem podzielić się dziewczętami  i 

płynąć na zachód -recytowała Anne-lise. 

- Właśnie. Musicie dotrzeć do lądu, a potem zadzwonić do Straży Przybrzeżnej. 

Ale  nie  od  razu  -  wtrąciła  Keiko.  -  Wielu 

Wyspiarzy  używa  krótkofalówek  zamiast 

telefonów.  Wampiry  mogą  je  monitorować. 

Rashel ścisnęła ją za ramię. 

- Mądra  z  ciebie  dziewczyna.  Wiedziałam,  że  nadajesz  się  do  tej  roboty.  I 

pamiętajcie,  jeśli zadzwonicie do straży, nie podawajcie prawdziwej  nazwy  łódki  i 

nie wspominajcie o tej wyspie. - Nie można wykluczyć, że i w straży świat nocy ma 

swoich ludzi. 

background image

Znalazły się u stóp wzgórza i do tej pory nie rozległ się żaden alarm. Rashel jeszcze raz 

przypatrzyła się idącej grupie, po czym zdała sobie sprawę, że Daphne stoi tuż za nią. 

- Wszystko w porządku? 

- Jak na razie - odparła Daphne bez tchu. - Jesteś w tym świetna, wiesz? Tak je 

zachęcasz i w ogóle... 

Rashel pokręciła głową. 

- Po prostu staram się utrzymać je razem, aż będą bezpieczne. 

- Chyba to właśnie powiedziałam. - Daphne się uśmiechnęła. 

Przystań była dokładnie pod nimi, łódki obijały się o siebie z cichym stukotem na lśniących 

wodach oceanu. Srebrzyste światło nadawało tej scenie pocztówkowy wygląd. Znów wyrwała 

się do przodu. 

- Poczekajcie na mnie - poleciła. -A teraz pokażę ci, w czym naprawdę jestem 

dobra - rzuciła do Daphne. 

Pokonała kilka metrów piasku i skał i znalazła się na przystani. Poruszała się cicho, z nożem 

w ręku. Chciała załatwić sprawę z wilkołakiem najciszej jak się da. 

Nagle z cienia wyskoczył jakiś ciemny kształt. Stwór spojrzał na Rashel, odrzucił łeb do tyłu i 

zawył. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  13 

 

Rashel  wiedziała,  że  musi  powstrzymać  strażnika,  zanim  wyda  jakikolwiek  dźwięk. 

Posiadłość 

wampirów mieściła się nieco dalej na wzgórzu, a jej okna wychodziły na otwarte morze - no i 

muzyka powinna stłumić wszelkie hałasy - ale lepiej, żeby nikt niczego nie usłyszał, dopóki 

dziewczyny nie znajdą się w bezpiecznej odległości. 

Rashel rzuciła się gwałtownie na wilkołaka, atakując go w klatkę piersiową. Słyszała, jak 

wypuszcza powietrze, padając na plecy. Dobrze. Nie będzie mógł zawyć. Przygniotła go 

kolanami. 

- To jest srebro - syknęła, przyciskając mu ostrze do gardła. - Bądź cicho albo go 

użyję. 

Wilkołak wbił w nią wściekły wzrok. Miał splątane włosy i całkiem zwierzęce oczy. 

- Czy na łódkach ktoś jest? - Gdy nie odpowiedział. Rashel przycisnęła ostrze mocniej. - 

Jest? 

- Nie - wycharczał niemal bez tchu. Jego zęby zaczęły się zmieniać, wyostrzać i wydłużać... 

- Nie waż się... - zaczęła Rashel, ale wilkołak zaczął się szarpać. Postanowił zrzucić ją z 

siebie. 

Rashel mogła lekko poruszyć nadgarstkiem, by zatopić srebrne ostrze w jego gardle. Wolała 

jednak zrobić salto w tył chowając głowę i lądując na prawym kolanie. Kiedy wilkołak na nią 

skoczył, wbiła mu osłonięty pochwą nóż w szczękę. Upadł nieprzytomny. 

Jaka szkoda, chciałam go wypytać o klienta. Rashel .spojrzała w stronę brzegu. Daphne, 

Anne-lise i Nyala przybiegły do niej na nabrzeże, ściskając w rękach kamienie i drewno. 

Chciały mi pomóc, pomyślała Rashel, i myśl ta napełniła ją dziwnym ciepłem. 

- W  porządku  -  uspokoiła  je.  -  Anne-lise  i  Keiko,  idziecie  za  mną.  Cała  reszta 

zostaje tutaj. Daphne, ty na straży, 

W ciągu kilku minut we trójkę sprawdziły motorówki i znalazły dwie, z którymi dałyby sobie 

radę. Anne-lise zdemontowała silniki pozostałych łodzi. 

- Wyjęłam z nich wirniki i solenoidy - powiedziała tajemniczo, wyciągając do Rashel 

usmarowaną dłoń. 

- Świetnie!  W takim razie puśćcie  je  na wodę. Cała reszta niech wskakuje  na  łódki. 

Jak najszybciej znajdźcie sobie miejsca. I nie stójcie. - Rashel przesunęła się 

na tył grupy. Fayth obejmowała kilka dziewczyn, które bały się wypłynąć na mroczny ocean. 

background image

- No już, dalej. - Chciała pogonić je jak stado kurczaków. I 

wtedy właśnie to się stało. 

Ostrzeżenie nadeszło ułamek sekundy wcześniej - tuż za Rashel trzasnęła ułamana gałązka. A 

potem  coś  uderzyło  ją  ze  straszliwą  siłą  w  sam  środek  pleców.  Wylądowała  na  ziemi, 

wypuszczając nóż z ręki. 

Co  gorsza,  straciła  też  panowanie  nad  umysłem.  Nie  była  na  to  gotowa.  Ostrzeżenie  jej  nie 

wystarczyło, bo już wcześniej straciła zanshin. 

Nie miała już daru nieskończonej koncentracji. Straciła swój jedyny cel. Dawniej skupiała się 

tylko na jednej rzeczy: zabijaniu ludzi nocy. Nie wahała się ani przez chwilę 

Jednak teraz... Tego wieczoru już dwukrotnie dała plamę, gdy ogłuszyła dwa wilkołaki, 

zamiast je zabić. Była zdezorientowana i niepewna. I w rezultacie niegotowa. 

Słyszała w uchu dziki charchot. Czuła palący ból w dole pleców. Zwierzęce szpony. Siedział 

na niej wilk. 

To Rudi musiał uwolnić się z piwnicy. 

Rashel próbowała go zrzucić. Usiłowała wyczołgać się spod niego, osłaniając rękami gardło. 

Wilkołak  był za ciężki  i za  bardzo wściekły.  Zatopił pazury w  jej  ciele  jak drwal  wbijający 

siekierę w szczapę. Charczący pysk raz po raz zbliżał się do jej gardła. Rashel widziała jego 

zjeżoną sierść. 

Poczuła ogień  na żebrach, to pazury wilkołaka przeszyły  na wylot  jej koszulę. Zignorowała 

ból.  Myślała  tylko  o  tym,  by  osłonić  gardło.  Unosząc  się  na  jednym  łokciu,  drugą  ręką 

sięgnęła po nóż. 

Nic  z  tego.  Nie  potoczyła  się  wystarczająco  daleko.  Widziała  tylko  ostre,  wilgotne  zęby, 

czarne  dziąsła  i  płonące  żółte  oczy.  Jej  twarz  pochłonął  gorący  wilczy  oddech.  Każde 

szczęknięcie  pyska  wilkołaka  niosło  ze  sobą  głuchy  dźwięk.  Rashel  pozostało  tylko  jedno: 

blokować  każde  kolejni  kłapnięcie.  Ale  nie  mogła  tak  robić  w  nieskończoność.  Już  teruaz 

zaczynała się męczyć. 

To już koniec, pomyślała. Dziewczyny, które mogłyby jej pomóc - Daphne, Nyala i Anne-lise - 

były po 

drugiej stronie przystani albo na łódkach. Pozostałe z pewnością za bardzo się bały, by 

próbować. Rashel 

została sama i wkrótce umrze. 

Moja  wina,  pomyślała  lekko  zamroczona.  Trzęsły  jej  się  ręce.  Była  zakrwawiona.  Z  każdą 

chwilą słabła. I wilk to czul. Ledwo o tym pomyślała, popełniła błąd. Ręka ześliznęła jej się 

na bok, odsłaniając gardło. Jak w zwolnionym filmie zobaczyła, jak szczęki wilka otwierają 

background image

się szeroko i zbliżają do jej szyi. Widziała triumf w jego żółty oczach. Wiedziała, ogarnięta 

dziwnym  poczuciem  rezygnacji,  że  następne,  co  poczuje,  to  zęby  rozszarpujące  jej  ciało. 

Przykro mi, Daphne, pomyślała. Przepraszam, Nyalo. Uciekajcie i bądźcie bezpieczne. Wtedy 

czas 

się zatrzymał. 

Wilk stanął w pół gestu, wykrzywiając łeb do tyłu. Miał rozszerzone oczy i otwarte szczęki, 

ale już się nie poruszał. Wyglądał tak, jak gdyby zaraz mógł zawyć. 

Ale nie wydał żadnego dźwięku. Legł na ziemi jak gorący rozedrgany worek, z 

zesztywniałymi łapami. Rashel wyczołgała się spod ciała. 

I zobaczyła, że z podstawy czaszki wilkołaka wystaje jej nóż. 

Nad nią stał Quinn. 

- Nic ci nie jest? 

Oddychał bardzo szybko, ale wyglądał spokojnie. Księżyc oświetlał jego czarne włosy. 

Cały  świat  nagle  zogromniał,  zadrżał  i  dziwnie  się  rozświetlił.  Rashel  wciąż  odnosiła 

wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Wbiła wzrok w Quinna, potem 

spojrzała na wybrzeże. 

Dziewczyny  stały rozproszone po całej przystani,  jak gdyby  biegły  w różnych kierunkach  i 

ktoś  zatrzymał  je  w  pół  kroku.  Niektóre  były  już  na  pokładzie  łodzi,  inne  zmierzały  w  jej 

stronę.  Daphne  i  Nyala  były  zaledwie  kilka  metrów od  niej,  ale  obie  zamarły  wpatrzone  w 

Quinna. Na twarzy Nyali malował się strach, nienawiść i rozpoznanie. Fale uderzały cicho o 

dok. 

Myśl.  Myśl,  dziewczyno,  powiedziała  sobie  Rashel.  Jeszcze  nigdv  nie  znalazła  się  w  tak 

dziwnym, tak intensywnym stanie świadomości. Miała ręce zimne jak lód i wydawało jej się, 

że płynie, ale poza tym myślała jasno. 

Wszystko zależało od tego, jak zachowa się przez najbliższych kilka minut. 

- Dlaczego  to  zrobiłeś?  -  spytała  cicho.  W  tej  samej  chwili  rzuciła  Daphne  najszybsze  i 

najbardziej wyraziste spojrzenie w życiu. Znaczyło: „Idźcie już". Miała nadzieję, że Daphne 

zrozumie. 

- Właśnie  straciłeś  strażnika  -  powiedziała,  próbując  się  podnieść. 

Przyciągnij jego uwagę.. Ruszaj się. Zmuś go do mówienia. 

- Niezbyt dobrego strażnika. - Quinn przypatrywał się z obrzydzeniem kupce futra. 

"Uciekaj, Daphne, biegnij! -pomyślała Rashel. Wiedziała, że dziewczyny wciąż mają szansę 

na 

background image

ucieczkę. Na ścieżce nie pojawiły się żadne nowe wampiry, co znaczyło, że Rudi za bardzo 

się  bał  albo  za  bardzo  się  wściekł,  by  podnieść  alarm.  I  to  była  jedna  dobra  rzecz  w 

wilkołakach: działały impulsywnie. Teraz, to Quinn stanowił główne niebezpieczeństwo. 

- Niezbyt dobrego? - spytała. - Bo zniszczył towar? - Odkleiła od żebra poszarpany 

strzęp koszuli. 

Quinn odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał. Rashel poczuła ukłucie w klatce piersiowej, ale 

wykorzystała  tę  chwilę,  żeby  zmienić  pozycję.  Siedziała  obok  wilka,  lewą  rękę  miała  na 

poziomie noża. 

- Zgadza się - odparł Quinn z dzikim i gorzkim uśmiechem. - Poczynał sobie nieco zbyt 

śmiało.  Omal  nie  poddałaś  się  niewłaściwemu  rodzajowi  ciemności,  Shelly.  A  tak  w 

ogóle skąd miałaś srebrny nóż? 

On nie wie, kim jestem, pomyślała Rashel. Poczuła jednocześnie ulgę i żal. Quinn wciąż 

uważa 

mnie za jakąś dziewczynę z klubu. Może i za łowczynię wampirów, ale nie za Kocicę, którą 

sam nazwał „dobrą". 

W każdym razie teraz nie jest skoncentrowany. 

Jeśli zabiję go jednym ciosem, zanim zdąży krzyknąć, dziewczyny zdołają uciec. 

Zerknęła na przystań, z rozmysłem chcąc przyciągnąć jego spojrzenie. Ale on nie obejrzał się 

za siebie, a Daphne i pozostałe dziewczęta wcale nie uciekały. 

Nie chcą beze mnie płynąć. Idiotki! 

Teraz albo nigdy, pomyślała Rashel. 

- No cóż. Myślę, że ocaliłeś mi życie. Dziękuję. 

Nie podnosząc wzroku, wyciągnęła do niego prawą rękę. Quinn wydawał się zdziwiony i 

automatycznie zareagował tym samym gestem. 

Rashel zaatakowała szybkim ruchem jak wyprężający się wąż. 

Jej prawa dłoń zacisnęła się mocno na jego nadgarstku, lewą sięgnęła po nóż. Palcami objęła 

rękojeść,  po  czym  pociągnła.  Pochwa  wraz  z  srebrnym  ostrzem  została  w  szyi  wilkołaka. 

Dokładnie  tak  jak  Rashel  zaplanowała.  Nóż,  prawdziwy  drewniany  nóż  trzymała  teraz  w 

dłoni. 

Wtedy  Quinn  spróbował  ją  rzucić.  Zareagowała  odruchowo.  Poruszała  się  świadomie, 

przewidując  wszystkie  jego  ataki  i  blokując  je,  zanim  zdołał  wykonać  ruch.  Ich  walka 

przemieniła się w taniec. Rashel, szybsza niż myśl, pełna gracji jak lwica, odpowdała na 

każde jego posunięcie. Zanishin na maksa. 

background image

Na koniec przyszpiliła go, błyskawicznie przystawiając mu nóż do gardła. 

Teraz. Szybko. Skończ to! Nie drgnęła. 

Musisz,  powiedziała  sobie.  Szybko,  zanim  zawoła  resztę.  Zanim  użyje  telepatii.  Przecież 

wiesz, że 

potrafi to zrobić. 

W takim razie czemu nie próbuje? 

Quinn  leżał  bez  ruchu.  Ostrze  drewnianego  noża  tkwiło  w  zagłębieniu  jego  szyi,  dokładnie 

tam, gdzie rozchylał się ciemny kołnierz. Jego gardło wydawało się blade w świetle księżyca, 

włosy czerniały na piasku. 

Za Rashel rozległ się odgłos kroków. Usłyszała pośpieszny, płytki oddech. 

- Daphne, zabierz łódki i uciekaj. Zostaw mnie tu. Rozumiesz? 

- Ale Rashel! 

Zrób  to.  Natychmiast!-  Rashel  włożyła  w  te  słowa  siłę,  o  jaką  się  nawet  nie 

podejrzewała.  Usłyszała,  że  Daphne  gwałtownie  nabiera  powietrza,  potem  odgłos 

oddalających się kroków. 

Przez cały ten czas nie spuszczała wzroku z Quinna. 

Zielonoczarne  ostrze  noża  lśniło  w  blasku  księżyca,  tak  jak  wszystko  inne,  i  wyglądało 

niemal  jak  płynne  srebro.  Lignum  vitae.  Drzewo  Życia  miało  przynieść  Quinnowi  śmierć. 

Jedno pchnięcie- w gardło. Drugie - w samo serce. 

- Przykro mi - szepnęła Rashel, 

Mówiła szczerze. Naprawdę żałowała, że musi to zrobić, nie miała wyjścia. Musiała uczynić 

to  dla  Nyali,  dla  wszystkich  tych  dziewczyn,  które  zostały  porwane  i  zwabione  tutaj.  Dla 

bezpieczeństwa innych. 

- Jesteś  łowcą-  stwierdziła  cicho  Rashel,  walcząc  z  emocjami.  -  Ja  także.  Oboje 

rozumiemy.  Tak  to  właśnie  jest.  Zabijasz  albo  zostajesz  zabity.  Wszystko 

sprowadza się właśnie do tego. - Urwała, żeby zaczerpnąć powietrza. - Rozumiesz? 

- Tak. 

- Jeśli  cię  nie  powstrzymam,  na  zawsze  pozostaniesz  zagrożeniem.  A  na  to  nie  mogę 

pozwolić.  Nie  mogę  dopuścić,  że  byś  skrzywdził  jeszcze  kogokolwiek. -Zdawała  sobie 

sprawę  z  tego,  że  kręci  głową,  usiłując  mu  to  wytłumaczyć.  Czuła  ból  w  płucach  i  łzy 

napłynęły jej do oczu. - Nie mogę... 

background image

Quinn  nie  odezwał  się  słowem.  Patrzył  na  nią  czarnymi  i  bezdennymi  oczami.  Miał  lekko 

zmierzwione włosy na czole, ale poza tym nie było po nim widać żadnych śladów walki. Nie 

będzie stawiał oporu, uświadomiła sobie Rashel. 

Muszę zrobić to szybko i bezboleśnie. Nie może czuć, jak drewno przeszywa mu gardło. 

Rashel 

zmieniła  uchwyt  i  uniosła  nóż  nad  klatką  piersiową  wampira.  Obiema  rękami  nakierowała 

nóż na jego serce. Jedno pchnięcie i będzie po wszystkim. 

Po raz pierwszy, odkąd zaczęła zabijać istoty nocy, nie wypowiedziała swojej kwestii. W tej 

chwili nie czuła się Kocicą. Nie mściła się za swoją krzywdę. Robiła to, co konieczne. 

- Przykro mi - szepnęła i zamknęła oczy. 

- Ten  kotek  ma  pazurki  -  odparł. 

Rashel zacisnęła mięśnie. 

I otworzyła oczy. 

- No dalej - powiedział Quinn. - Zrób to. Powinnaś była mnie zabić za pierwszym razem. 

- Patrzył na nią nieprzeniknionym wzrokiem jak Fayth. Widziała w jego oczach księżyc. 

Na jego twarzy nie widać było ani dzikości, ani goryczy, ani szyderstwa. Miał poważny i 

może nieco zmęczony wyraz twarzy. 

- Powinienem  był  się  zorientować  wcześniej.  Że  to  ciebie  spotkałem  w  piwnicy. 

Wyczułem, że coś w tobie jest, tylko nie wiedziałem co. Przynajmniej zobaczyłem 

twoją twarz. 

Ręka Rashel nie poruszyła się. 

Co się ze mną dzieje? Traciła zdecydowanie. Całe jej ciało osłabło. Czuła, że zaczyna się 

trząść. 

Z przerażeniem uświadomiła sobie, że nie może się opanować. 

- Wszystko  co  mówiłaś  było  prawdą  -  powiedział.  -  Tak  to  musi  się  skończyć. 

Inaczej  ja zabiję ciebie. To już chyba  lepsza  jest ta pierwsza opcja. -  Wyglądał  na 

wyczerpanego. Albo chorego. Odwrócił głowę i zamknął oczy. 

- Tak- odparła Rashel głosem wypranym z emocji. Czy on na prawdę w to wierzył? 

- Poza tym teraz, gdy widziałem już twoją twarz, nie mogę znieść swojego 

odbicia w twoich oczach. Wiem, co o mnie myślisz. 

Rashel opuściła ręce. 

Bezwładnie. Ostrze noża odwróciła do góry. Siedziała tak, opierając dłonie na jego piersiach, 

i wpatrywała się w dziki krzew malin rosnący na skale, 

background image

Zawiodła Nyalę,  jej siostrę  i  niezliczonych  innych  ludzi,  ludzi  dnia. Zawiodła  ich, gdy 

naprawdę jej potrzebowali. 

- Nie mogę cię zabić - szepnęła. - Na Boga. Nie mogę. - Pokręcił głową, nie otwierając 

oczu. Czekała na atak, ale Quinn nie wykonał żadnego ruchu. 

W końcu spojrzał jej w oczy. 

- Już ci mówiłem. Jesteś głupia. 

Rashel uderzyła go w podbródek. Rękojeść sztyletu wbiła mu się w szczękę. Nie zrobił nic, 

by uniknąć ciosu. Stracił przytomność. 

Rashel  otarła  policzki  i  podniosła  się,  by  znaleźć  coś,  czym  mogłaby  go  związać.  Całe  jej 

życie właśnie legło w gruzach. Nic z tego nie rozumiała. Mogła tylko starać się skończyć to, 

po co tu przyjechała. 

Działanie,  tego  właśnie  potrzebowała.  Myślenie  mogło  poczekać.  Musiało 

Wtedy zerknęła na przystań. 

Nie mogła w to uwierzyć. Odkąd krzyknęła na Daphne, minęły wieki. A one wciąż tam były! 

Łodzie  wciąż  stały  przy  brzegu,  dziewczyny  wciąż  włóczyły  się  po  przystani,  a  Daphne 

właśnie do niej biegła. 

Rashel wyszła jej na spotkanie. Chwyciła ją za ramiona i mocno potrząsnęła 

- Wynoście się stąd! Zrozumiałaś? Co mam zrobić, wrzucić was do wody? 

Oczy Daphne były wielkie i chabrowe. Włosy rozwiały się, gdy Rashel nią potrząsnęła. 

- Ale teraz możesz płynąć z nami! - wystękała, gdy Rashel wreszcie przestała ja szarpać. 

- Nie mogę! Mam tu jeszcze sporo do zrobienia. 

- Na  przykład  co?  -  Spojrzała  na  wzgórze,  po  czym  znowu  skoncentrowała  się  na  Rashel.  -

Chcesz  ich dopaść? Oszalałaś! - Z przerażeniem  ujęła dłonie Rashel, wciąż zaciśnięte na  jej 

ramionach.  -  Rashel,  przecież  ich  jest  ośmioro,  tak?  Jeszcze  Lily  i  Ivan,  i  niewiadome  kto! 

Naprawdę sądzisz, że możesz ich wszystkich pozabijać? Myślisz, 

że po prostu ustawią się do ciebie w kolejce? 

- Nie,  nie  wiem.  Nie  muszę  zabić  wszystkich.  Jeśli  dopadnę  tego,  kto  to 

zorganizował, klienta, to moja wyprawa będzie warta swojej ceny. Daphne 

ze łzami w oczach pokręciła głową. 

- Nie,  nie  będzie  tego  warta!  Nie,  jeśli  cię  zabiją.  A  to  właśnie  zrobią.  Już  jesteś 

ranna... 

background image

- Będzie tego warta, jeśli powstrzymam go na zawsze - odparła Rashel cicho. Nie mogła 

już krzyczeć, brakowało jej sił. Mówiła zdławionym głosem, ale wytrzymała spojrzenie. 

-  Poproś  kogoś,  żeby  rzucił  mi  kawałek  liny,  muszę  związać  tych  gości,  A  potem 

odpływajcie. Nie. Zostawcie mi jeszcze pięć minut, żebym zdążyła dotrzeć 

na szczyt wzgórza. Może sześć. W ten sposób zaskoczę ich, zanim się zorientują, że 

was nie ma. 

Daphne płakała już otwarcie. Rashel nie dała jej dojść do głosu. 

- Daphne. Nie mamy czasu. Ktoś na pewno zajrzy do piwnicy przed północą. Liczy 

się każda sekunda. Proszę, nie walcz już ze mną. 

Daphne otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. W oczach zabłysła jej rozpacz. 

- Proszę,  postaraj  się  uważać  na  siebie  -  szepnęła.  Puściła  dłonie  Rashel,  po  czym 

mocno ją uścisnęła. - Wszyscy wiemy, że robisz to dla nas. Jestem dumna, że się z 

tobą przyjaźnie. 

Potem odwróciła się i pobiegła, zgarniając za sobą pozostałe dziewczyny. 

Chwilę później cisnęła Rashel dwie liny. Rashel związała najpierw Quinna, potem wilkołaka. 

- Sześć minut - powiedziała do Daphne, która przytaknęła usiłując powstrzymać łzy. 

Rashel nie zamierzała mówić do widzenia. Nie znosiła tego. Chociaż wiedziała, że nigdy już 

nie zobaczy Daphne. Nie oglądając się, wyruszyła na szczyt wzgórza. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozd ział  14 

 

Pierwszą osobą, którą Rashel spotkała w rezydencji, był Ivan. 

Wciąż sprzyjało jej to samo głupie szczęście, dzięki któremu przeżyła tak długo. Wślizgnęła 

się do środka przez tylne drzwi, tą samą drogą, którą wyszła wraz z dziewczynami. Stanęła w 

ogromnej  cichej  kuchni  i  przez  chwilę  słuchała  muzyki  dudniącej  gdzieś  w  głębi  domu. 

Potem  odwróciła  się,  by  sprawdzić  piwnicę,  i  wpadła  prosto  na  Ivana  Groźnego,  który 

właśnie biegł po schodach na górę. 

Najwyraźniej odkrył, że zniknęły dwadzieścia cztery cenne niewolnice. Pędził przed siebie z 

rozwianym włosem, szeroko otwartymi oczami i wykrzywioną twarzą. W jednej ręce dzierżył 

paralizator,  w  drugiej  pęk  plastikowych  kajdanek-  przypominających  te,  których  policja 

używa do krępowania prowodyrów zamieszek ulicznych. 

Kiedy  Rashel  nagle  pojawiła  się  na  schodach,  oczy  Ivana  jeszcze  bardziej  się  powiększyły. 

Wampir otworzył usta ze zdumienia, ale w tej samej chwili stopa Rashel boleśnie zetknęła się 

z  jego  czołem.  Rozległ  się  trzask.  Kopniak  przewrócił  go  na  plecy.  Ivan  sturlał  się  na  dół  i 

uderzył o drewnianą podłogę. 

Rashel  skoczyła  za  nim,  docierając  na  dół  w  pół  sekundy  po  nim.  Ale  Ivan  stracił  już 

przytomność. 

- Co to jest? Miałeś zaprowadzić dziewczyny  na górę? -Kopnęła w stertę 

plastikowych kajdanek. Jednak Ivan, nieprzytomny, nie odpowiedział. 

Rashel  spojrzała  na  zegarek.  Była  dopiero  za  kwadrans  dziewiąta.  Może  zamierzał  zabrać 

dziewczyny do kąpieli. Było za wcześnie na zaczynanie uczty. 

Po cichu pobiegła z powrotem na górę i zamknęła za sobą drzwi. Teraz musiała tylko podążać 

za  dźwiękami  muzyki.  Musiała  się  dowiedzieć,  gdzie  są  wampiry,  by  jak  najlepiej  je 

zaatakować. Zastanawiała się też, gdzie jest Lily. 

Z  kuchni  przeszła  do  wykwintnej  jadalni  z  ogromnym  wbudowanym  bufetem 

przystosowanym  chyba  do  serwowania  pieczonych  prosiąt  w  całości.  Rashel  miała  jednak 

straszliwą wizje, że na mahoniowym blacie leży dziewczyna ze związanymi rękami, a kolejne 

wampiry  podchodzą,  by  upić  łyczek  krwi.  Błyskawicznie  pozbyła  się  wizji  i  cicho  ruszyła 

dalej. 

Jadalnia prowadziła na korytarz. Z jego końca dochodziła muzyka. Łowczyni wśliznęła się w 

półmrok, zbliżając się powoli do drzwi. Ze szpary pod nimi  wydobywało się światło. To tu, 

pomyślała. 

background image

Zanim zdołała podejść bliżej, światło przesłoniła jakaś postać. 

Rashel  w  mgnieniu  oka  ukryta  się  we  wnęce.  Wstrzymała  oddech,  obserwując  korytarz. 

Gdyby  wyszły  tylko  dwa  wampiry,  mogłaby  sobie  z  nimi  poradzić.  Ale  nikt  nie  wyszedł  i 

Rashel  zdała  sobie  sprawę,  że  ktoś  tylko  na  chwilę  przesłonił  źródło  światła.  Dopiero teraz 

uświadomiła sobie, jak głośno gra muzyka. 

Do pokoju weszła drugimi drzwiami. To był gigantyczny salon przedzielony drewnianym 

przepierzeniem. Solidnym, ale ażurowe i zdobne otwory przepuszczały odrobinę światła. 

Rashel zatknęła nóż za pas, podkradła się do przepierzenia i wyjrzała na drugą stronę. 

Zobaczyła duży pokój wyłożony podobnie jak kuchnia mahoniową boazerią i parkietem z 

wiśniowego drewna. Okna w ceglanych oprawach były z matowanego szkła. Rashel zupełnie 

niepotrzebnie martwiła się, że ktoś będzie stał na straży. Na kominku płonął wielki ogień, 

rozświetlając pomieszczenie. Cały pokój był czerwony i tajemniczy. 

I tam właśnie siedzieli wszyscy. Wampiry zgromadzone na czerwoną ucztę. 

Siedmiu najpotężniejszych przemienionych wampirów świata. Fayth mówiła prawdę. Rashel 

szybko przeliczyła głowy. Owszem, siedem. Nie było wśród nich Lily. 

Wcale  nie  wyglądacie  tak  przerażająco  -  mruknęła.  To  była  jedna  z  cech 

przemienionych wampirów. W przeciwieństwie do lamii, które mogły decydować, jak bardzo 

się  zestarzeją,  przemienione  wampiry  na  zawsze  pozostawały  młode,  tylko  młodzi  ludzie 

mogli przemieniać się w wampiry. Spróbuj przemienić w wampira kogoś po dwudziestce, a 

zobaczysz, jak się wypala. Smaży. Umiera. 

Rashel  miała  wrażenie,  że  ogląda  serial  telewizyjny  o  przyjaciołach  z  liceum.  Siedmiu 

młodych  facetów  różniło  się  wzrostem  i  kolorem  skóry,  ale  wszyscy  byli  wystrojeni  i 

przystojni  jak  hollywoodzcy  aktorzy.  Mogliby  żartować  o  wyprawie  na  ryby  albo  szkolnej 

potańcówce... Tylko te oczy nie pasowały do obrazka. 

To  właśnie  zdradzało  wampiry,  pomyślała  Rashel.  Oczy  ukazywały  głębię,  której  zwykły 

nastolatek  nigdy  nie  mógłby  osiągnąć.  Doświadczenie,  inteligencję...  i  chłód.  Niektórzy  z 

tych nastolatków mieli setki lat, niektórzy tysiące. Wszyscy byli śmiertelnie groźni. 

W przeciwnym wypadku nie znaleźliby się tutaj. Każdy z nich spodziewał się, że poczynając 

od północy, zabije trzy dziewczyny. 

Wszystkie te myśli przeleciały przez głowę Rashel w kilka sekund. Zdążyła już zdecydować, 

w jaki sposób wkraść się do pokoju i rozpocząć atak. Powstrzymywała ją tylko jedna rzecz. 

Było tam siedem wampirów. A ona najbardziej chciała dorwać ósmego. Tego klienta. Tego, 

który wynajął Quinna i wydał tę ucztę. 

background image

Może to był jeden z nich. Na przykład ten wysoki, czarnoskóry, o władczym wyglądzie. Albo 

ten jasny blondyn o dziwnym uśmiechu... 

Nie. Nikt tu nie wygląda na gospodarza. Myślę, że to ten który jeszcze się nie zjawił. Ale nie 

mogła  czekać.  Mimo  głośnej  muzyki  wampiry  mogły  usłyszeć  ryk  odpływających 

motorówek. Może powinna po prostu... Ktoś chwycił ją od tyłu. 

Tym razem nic jej nie ostrzegło. I nie była nawet zdziwiona. Jej opinia na temat samej siebie 

jako wojowniczki uległa gwałtownemu pogorszeniu. 

Zamierzała jednak walczyć. Rozluźniła mięśnie, by zmniejszyć uścisk, po czym sięgnęła 

między  nogi,  żeby  złapać  napastniku  za  kostkę.  Jedno  szarpnięcie  pozbawiłoby  go 

równowagi... 

Nie rób tego. Nie chcę cię ogłuszać. Quinn. 

Rozpoznała ten głos w umyśle i tę rękę na twarzy. Zarówno telepatyczny przekaz, jak i dotyk 

wywarły  na  niej  wrażenie.  Nic  było  tak  jak  poprzednio:  z  fajerwerkami.  Ale  poczuła 

przejmujące  doznanie  jego  obecności,  jak  gdyby  tonęła  w  mrocznym  chaosie.  Burzy,  która 

mogła równie dobrze zabić i Quinna. Podniósł ją, po czym wycofał się z pokoju w korytarz. 

Zaprowadził ją na górę po schodach. Rashel nie walczyła. Usiłowała oczyścić umysł i czekać 

na okazję. Kiedy dotarli do pokoju na piętrze, Quinn zatrzasnął drzwi. Rashel zrozumiała, że 

nie będzie żadnej okazji. 

Był po prostu zbyt silny i mógł ją ogłuszyć telepatycznie, gdyby spróbowała uciec. Role się 

odwróciły. Mogła liczyć teraz nie na to, że w obliczu śmierci zachowa się tak spokojnie jak 

on. Przynajmniej położyłoby to kres jej mękom. Puścił ją. Powoli podniosła na niego wzrok. 

To co zobaczyła, przyprawiło  ją o dreszcze. W  jego oczach błyszczała  ciemność  i chaos, to 

samo wyczuwała w jego umyśle. Było to bardziej przerażające niż zimny głód, jaki widziała 

w oczach wampirów na dole. A potem się uśmiechnął. 

Jego uśmiech był jak tęcza. Rashel wcisnęła plecy w ścianę, usiłując się opanować. 

- Oddaj mi nóż. 

Po prostu na niego spojrzała. Wyciągnął go zza jej paska i rzucił na łóżko. 

- Nie znoszę  być ogłuszany - powiedział. - Nie wiem  czemu , ale coś  mnie w tym 

drażni,  

- Quinn, zrób to od razu. 

- Trochę  czasu  mi  to  zajęło,  zanim  zdołałem  się  odwiązać.  Ilekroć  cię  spotykam, 

zawsze kończę nieprzytomny i zaplątany w sznurek jak świnia. To się robi nudne. 

- Quinn... jesteś wampirem. Ja łowczynią. Rób to, co musisz zrobić. 

background image

- Zawsze  też  wygrażamy  sobie  nawzajem,  zauważyłaś?  Oczywiście  wszystko,  co 

mówimy,  jest  prawdą.  Zabij  lub  zostaniesz  zabity.  Zabiłaś  wielu  moich  ludzi 

Rashel-Kocico. 

- A ty moich, John. 

Odwrócił wzrok i spojrzał przed siebie. Miał ogromne źrenice. 

- Mniej niż sądzisz. Zazwyczaj nie zabijam, by zjeść. Ale owszem, mam swoje 

ofiary na koncie. Jak już mówiłem, wiem, co o mnie myślisz. 

Rashel milczała. Była wystraszona, zdezorientowana i od długiego czasu spoczywała na niej 

zbyt wielka odpowiedzialność. Czuła, że w każdym momencie może się załamać. 

- Należymy do dwóch różnych ras. Ras, które nienawidzą się nawzajem. Nie ma 

od  tego  ucieczki.  -  Popatrzył  na  nią  wielkimi  czarnymi  oczami  i  nagle  uśmiechnął  się 

promiennie 

- Oczywiście możemy to zmienić. 

- O czym ty mówisz? 

- Zamierzam przemienić cię w wampira. 

Coś w Rashel nagle pękło. Poczuła, że zaraz się przewróci. Nie mógł mówić poważnie. Ale 

najwyraźniej jednak tak zamierzał zrobić. Wiedziała to. Czarne, kłębiące się chmury w jego 

oczach przegonił na chwilę wiatr. 

A zatem tak zamierzał rozwiązać problem, którego nie dało się pokonać. Rzeczywiście chyba 

oszalał. 

- Przecież wiesz, że nie możesz tego zrobić - szepnęła Rashel. 

- Wiem, że  mogę. To całkiem proste, wystarczy, że wymienimy odrobinę krwi. To 

także jedyny sposób. - Chwycił ją za ramiona tuż powyżej łokci. - Nie rozumiesz? 

Dopóki  jesteś  człowiekiem,  prawa  świata  nocy  skażą  mnie  na  śmierć,  jeśli  cię 

pokocham. 

Rashel stała bez ruchu, oszołomiona. Quinn urwał na chwilę, jak gdyby sam zdziwił się tym, 

co powiedział. Potem roześmiał się dziwnie i pokręcił głową. 

- Jeśli cię pokocham - powtórzył. - No i w tym właśnie problem. Bo ja już cię 

pokochałem. 

Rashel  jeszcze  mocniej  oparła  się  o  ścianę,  żeby  się  nie  przewrócić.  Nie  mogła  już  myśleć. 

Nie mogła nawet oddychać. Miała dreszcze, które nie chciały ustać. 

background image

- Pokochałem  cię  od  pierwszego  wejrzenia,  Rashel-Kocico.  Nie  chciałem  się  do  tego 

przyznać,  ale  to  prawda.  -  Wciąż  trzymał  ją  mocno  w  ramionach,  stojąc  bardzo  blisko,  ale 

jego oczy wydawały się teraz odległe, zagubione w przeszłości. - Jeszcze nigdy nie poznałem 

takiej  dziewczyny-  powiedział  cicho,  jak  gdyby  coś  sobie  przypominał.  -Byłaś  silna,  a  nie 

słaba i żałosna. Nie szukałaś własnej zguby. Ale pozwoliłaś mi 

uciec. Połączyłaś w sobie siłę i współczucie. I... honor. Oczywiście, że cię 

pokochałem. -Jego czarne oczy znów skupiły się na Rashel. Popatrzył jej prosto w oczy. - 

Byłbym szalony, gdybym cię nie pokochał. 

Upadanie  w  ciemność...  Rashel  poczuła  przerażające  pragnienie,  by  po  prostu  wpaść  mu  w 

ramiona. Poddać się. Był tak tak niesłychanie piękny, a moc jego osobowości obezwładniała. 

Ona też go pokochała. Oczywiście. 

To  nagle  stało  się  jasne.  Nie  podlegało  zaprzeczeniom.  Już  na  samym  początku  poruszył  w 

niej taką strunę, której nikt wcześniej nie tknął. Był tak podobny do niej - polował, walczył . I 

także  cenił  sobie  honor.  Nawet  gdyby  zaprzeczył,  gdzieś  w  głębi  zachował  swój  honor. 

Podobnie jak ona poznał ciemną stronę życia, ból i przemoc. Oboje widzieli - i robili rzeczy, 

których normalni ludzie by nie zrozumieli. 

Powinna go nienawidzić, ale od samego początku widziała w nim swoje odbicie. Czuła więź, 

połączenie... Rashel pokręciła głową. 

- Nie! - Musiała przestać o tym myśleć. Nie wolno jej było poddać się ciemności. 

- Nie  powstrzymasz  mnie  -  odparł  cicho  Quinn.  -  To  powinno  ci  ułatwić  sprawę.  Nie 

musisz nawet podejmować decyzji. To wszystko moja wina. Jestem bardzo, bardzo zły i 

zamierzam przemienić cię w wampira. 

Słysząc to, Rashel jakimś cudem odzyskała głos. 

- Jak możesz zrobić coś takiego komuś, kogo kochasz? - warknęła. 

- Bo nie chcę, żebyś umarła! Bo dopóki jesteś człowiekiem, w każdej chwili narażasz się 

na śmierć! - Przybliżył twarz do jej twarzy, niemal dotykając jej czołem. -Nie pozwolę ci 

na to, byś dała się zabić - wycedził przez zaciśnięte zęby. 

- Jeśli przemienisz mnie w wampira, zabiję się - zagroziła Rashel. 

Nareszcie  myślała  jasno.  Chociaż  tak  bardzo  chciała  się  poddać,  ulec  ciemności,  wiedziała, 

jak to się skończy. Stanie się wampirem. Żądza krwi zmuszałaby ją do robienia rzeczy, które 

teraz ją przerażały. I  niewątpliwie znalazłaby wiele wymówek Stałaby się potworem. Quinn 

był wstrząśnięty. Przestraszyła go i widziała to w jego oczach. 

- Zmienisz zdanie, gdy będzie po wszystkim - powiedział 

background image

-Nie. Posłuchaj mnie, Quinn. - Patrzyła mu głęboko w oczy, by mógł zobaczyć, że 

mówi  prawdę,  -  Jeśli  przemienisz  mnie  w  wampira,  po  przebudzeniu  przebiję  się 

własnym nożem. Myślisz, że nie mam dość odwagi? 

- Ależ masz. I na tym polega twój problem. - Quinn wyraźnie się wycofywał. Pozorny spokój 

pryskał, odsłaniając agonię  i rozpaczliwą dezorientację. Quinn  naprawdę  nie widział  innego 

wyjścia. Rashel nie potrafiła mu pomóc... Tyle że ona nie spodziewała się przeżyć tej nocy. 

Rysy Quinna stwardniały. Widziała, że odpędza wątpliwości. 

- Przyzwyczaisz  się-  powiedział  stanowczo,  chrapliwym  głosem.  -  Zobaczysz.  Zacznij 

od dziś. 

I wtedy ją ugryzł. 

Zrobił to tak szybko... Tak niewiarygodnie szybko... Chwycił  ją za brodę i przechylił głowę 

na  bok.  Nie  brutalnie.  Z  bezlitosną  precyzją.  Zanim  Rashel  miała  czas  krzyknąć,  poczuła 

gorące  ukłucie.  Zęby,  wampirze  zęby,  nieprawdopodobnie  ostre  i  wydłużone,  delikatnie 

przebiły jej ciało. 

To jest właśnie to. Tak smakuje śmierć. 

Zalała ją panika. Oczywiście wcale nie umierała. Jeszcze nie. Pojedyncza wymiana krwi nie 

mogła  jej  nawet przemienić w wampira. Czekały  ją powolne tortury... agonia... ból... Wciąż 

czekała na ból. 

Czuła  jednak  dziwne  ciepło  i  błogość.  Czy  on  naprawdę  pił  jej  krew?  Wiedziała  tylko,  że 

Quinn muska ustami jej szyję, jednocześnie mocno ją obejmując. I... Czuła też jego umysł. 

Wszystko stało się naraz, jak gdyby coś eksplodowało. Ogarnęło ją białe światło. Unosiła się 

na fali tego światła, a Quinn razem z nią. Światło lśniło wokół nich i przenikało przez nich. 

Była  teraz  złączona  z  Quinnem.  Teraz  go  znała.  Widziała  jego  duszę,  istotę,  jakkolwiek  to 

nazwać, to, co czyniło go Johnem i Quinnem. Razem unosili się w innym wymiarze, w tym 

nagim  nagim  świetle,  które  ujawniało  wszystko  i  bezlitośnie  ukazywało  najbardziej  skryte 

miejsca. 

Gdyby  ktoś  ją  zapytał  o  wrażenia,  Rashel  musiałaby  powiedzieć,  że  było  to  potworne  i  że 

najchętniej uciekałaby ze wszystkich sił. 

Ale to wcale nie było potworne. Widziała straszne czarne plamy w umyśle Quinna i mroczne 

obszary  własnej  duszy.  Splątane,  kłujące,  straszliwe  fragmenty  pełne  gniewu  i  nienawiści. 

Ale  było  też  tyle  innych  części,  pięknych,  silnych  i  bogatych.  Tyle  potencjału.  Tęczowych 

miejsc,  które tak  bardzo  chciały  się  im  wijąc.  Plamki  drżące  od  skrywanego  światła,  które 

czekało na uwolnienie. 

Tak mało od siebie wymagamy, pomyślała Rashel w osłupieniu, jeśli każdy ma w sobie tyle 

background image

możliwości, czemu tak je skrywa ... Moglibyśmy osiągać o tyleż więcej... 

Nie chcę ,żebyś była kimś więcej. Jesteś wystarczająco niesamowita już teraz. 

To mówił Quinn. Nie głos w umyśle Rashel. Po prostu Quinn Słyszała jego myśli. Rashel 

wiedziała, że jej myśli płyną do niego bez żadnego wysiłku. 

Przecież  wiesz,  co  chciałam  powiedzieć.  Czy  to  nie  dziwne?  Czy  wampiry  tak  mają?  Nic 

podobnego nigdy mnie nie spotkało, odparł Quinn. On doznawał jeszcze więcej i Rashel czuła 

to  bezpośrednio.  Ogarnęła  ją  obezwładniająca  słodka  fala.  Porozumienie  między  nimi  stało 

się głębsze, niż mogły to wyrazić słowa. 

Cokolwiek  się  działo,  jakkolwiek  osiągnęli  ten  stan,  jedno  było  jasne.  W  białym  świetle, 

które  odsłaniało  ich  najgłębsze  różnice,  chociażby  takie,  że  on  był  wampirem,  a  ona 

człowiekiem,  przestały  mieć  znaczenie.  Oboje  byli  po  prostu  ludźmi,  John  Quinn  i  Rashel 

Jordan. Ludźmi brnącymi przez życiu i walczącymi z bólem. 

W umyśle Quinna kryło się wiele krzywd. Rashel wyczuwała je bez słów ani nawet bez 

obrazów.  Doznawała  dokładnie  tych  samych  uczuć,  które  na  zawsze  wyryły  blizny  w 

psychice Quinna. 

Twój  ojciec...  zabiłDove.  Och,  John.  John.  To  takie  straszne.  Gdy  mówiła  do  niego  po 

imieniu, zapalały się tęczowe światła. To tę tajemnicę skrywał i to ona zawładnęła jego 

umysłem. 

Nic dziwnego, że znienawidziłeś ludzi. Po tym wszystkim, co przeszedłeś. 

Nic dziwnego, że znienawidziłaś wampiry. Zabiły ci kogoś bliskiego... Matkę? Byłaś taka 

młoda... Przykro mi... 

Quinn nie radził sobie ze słowami z taką łatwością jak ona, ale teraz nie potrzebowali słów. 

Rashel wyczuwała jego żal, wstyd i gorące pragnienie chronienia jej. I wiedziała, jak wielkie 

emocje kryją się za jego kolejnym pytaniem. Kto to zrobił? 

Nie wiem. Pewnie nigdy się nie dowiem. Rashel nie chciała i ciągnąć tematu. Wolała nie 

rozbudzać  mrocznej  strony  Quinna,  pragnęła  zobaczyć  więcej  lśniącego  światła,  by 

całkowicie rozświetliło mrok. 

Rashel, to może być niemożliwe. Myśl  Quinna  nie brzmiała gorzko, tylko raczej poważnie  i 

delikatnie,  z  lekkim-  odcieniem  nieskończonego  żalu.  Może  już  nie  mogę  stać  się  kimś 

lepszym... 

Oczywiście, że możesz. Każdy może. Rashel przerwała mu z determinacją. Wyczuwała głęboki 

chłód,  jaki  zagnieździł się we wnętrzu Quinna wiele  lat wcześniej. Quinn  sam tego pragnął. 

Nie pozwolę, żebyś cierpiał z zimna, powiedziała, po czym wybrała się na wędrówkę po jego 

umyśle, by go ogrzać, ucałować, utulić. 

background image

Proszę, przestań. Chyba właśnie mnie zabijasz. Myśl Quinna była zupełnie roztrzęsiona, na 

pół poważna, na pół histeryczna, jak bezradny okrzyk kogoś, kto właśnie jest bardzo mocno 

łaskotany. 

Rashel  stała  się  jedną  wielką  fontanną  radości.  Była  młoda  -  jakie  to  dziwne,  że  aż  do  tej 

chwili nigdy nie czuła się młoda. Była zakochana i silniejsza niż kiedykolwiek. Doprowadziła 

Johna Quinna niemalże do ekstazy. Nic nie mogło jej zatrzymać. Wszystko stało się możliwe. 

Ja się wszystkim zajmę, przekazała Quinnowi i stwierdziła z radością, że to rozwiało jego lęki 

i  smutek, przynajmniej  na chwilę. Naprawdę chcesz,  żebym przestała?  Nie. Quinn  był teraz 

oszołomiony. I ogarnęła go błogość. Uznałem, że z przyjemnością umrę w ten sposób... Ale... 

Rashel nie zrozumiała reszty jego myśli, ale poczuła nowy chłód - coś jak podmuch wiatru. Z 

zewnątrz. 

Całkiem zapomniała o świecie na zewnątrz. Tu, w kokonie ich połączonych umysłów byli 

tylko ona i Quinn. 

Ale... 

Tam krył się inny świat. Inne istoty. Działy się różne rzeczy. I Rzeczy, którym Rashel musiała 

położyć kres. 

- Boże, Quinn! To wampiry! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  15 

 

 

Dźwięk własnego głosu wybudził Rashel z transu. Było tak, jak gdyby nagle musiała 

wynurzyć  się  z  głębokiej  wody.  Wpadła  z  jednego  świata  w  drugi.  Jak  gdyby  wracała  do 

własnego  ciała.  Przez  chwilę  czuła  wyłącznie  chaos.  Nie  wiedziała,  gdzie  jest  ani  w  jakiej 

pozycji... Nagle zorientowała się, gdzie są jej własne ręce i nogi, i zobaczyła żółte światło. Ś 

wiatło lampy. Siedziała na piętrze w czyjejś posiadłości na prywatnej wyspie. Quinn trzymał 

ją w ramionach. 

W jakiś sposób znaleźli się na podłodze. Leżeli, oplatając się ramionami. Rashel trzymała mu 

głowę  na  ramieniu.  Nie  miała  pojęcia,  kiedy  przestał  ją  gryźć,  ani  ile  czasu  minęło. 

Chrząknęła, wstrząśnięta tym, co właśnie nastąpiło. 

Ten  inny  świat,  rozświetlony  na  biało...  Tamto  miejsce  wciąż  wydawało  się  bardziej 

rzeczywiste niż lśniące panele podłogi i białe ściany pokoju. Ale było także odizolowane. Jak 

sen. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek zdołają tam wrócić. 

- Quinn? - Przestała nazywać go John. 

- Tak? 

- Wiesz, co się stało? Rozumiesz coś z tego? 

- Chyba tak - powiedział. Jego głos brzmiał delikatnie i precyzyjnie. - Dzielenie się 

krwią zacieśnia telepatyczną więź. Do tej pory zawsze udawało mi się uniknąć tego 

efektu, ale... - Nie dokończył. 

- Ale to stało się już za pierwszym razem. A przynajmniej coś podobnego. 

Wtedy, kiedy cię poznałam. 

- Owszem. No cóż... Chyba... Chyba... - Poddał się  i postawił  na komunikację  bez słów. To 

nazywa  się  pokrewieństwo.  Nigdy  w  to  nie  wierzyłem  i  śmiałem  się  z  ludzi,  którzy  mi  tym 

opowiadali. Założyłbym się, że... 

- Ale co to jest, Quinn? - Rashel także o tym słyszała, zwłaszcza ostatnio. Ale w jej świecie 

nigdy  się  z  tym  nie  zetknęła  i  chciała,  by  wampir  jej  to  wyjaśnił.  Chodzi  o  to,  że  podobno 

każda  osoba  ma  na  świecie  pokrewną  duszę.  Kiedy  się  ją  odnajdzie,  natychmiast  się  ją 

rozpoznaje... I... no cóż, to chyba tyle. 

- To się przecież nie powinno zdarzyć między ludźmi i wampirami, prawda? Niektórzy sądzą, 

że  to  jest  możliwe  miedzy  rasami.  A  nawet,  że  z  jakichś  powodów  ostatnio  zdarza  się  to 

background image

szczególnie często między ludźmi i istotami nocy. Redfernowie szczególnie wyznają tę teorię... 

Quinn zamilkł na chwilę, po czym odezwał się głośno. 

- Pewnie  powinienem  ich  przeprosić.  -  W  jego  głosie  zabrzmiało  rozbawienie.  Rashel 

wyprostowała  się,  co  nie  było  łatwe.  Nie  chciała  teraz  tracić  kontaktu  z  Quinnem.  Na 

szczęście wciąż trzymał ją za rękę. 

Wyglądał  teraz  na  bardziej  sponiewieranego  niż  na  przystani  po  walce.  Miał  włosy  w 

całkowitym  nieładzie  i  wielkie  czarne  oszołomione  oczy.  Rashel  spojrzała  mu  prosto  w 

twarz. 

- Myślisz, że jesteśmy pokrewnymi duszami? 

- No cóż. - Zamrugał, - A znasz lepsze wyjaśnienie? 

- Nie. - Zaczerpnęła powietrza -Wciąż chcesz przemienić mnie w wampira? Popatrzył na 

nią. W jego oczach coś zapłonęło, po czyni utonęło w bólu. Przez chwilę wyglądał tak, 

jak gdyby go uderzyła, ale wkrótce był w nim już tylko żal. 

- Och, Rashel. - Jednym ruchem pochwycił ją i przytulił. Wtulił twarz w jej włosy. Czuła 

jego  oddech, oddech  jakiegoś  chorego  i  słabego stworzenia.  Po  chwili  jednak  odzyskał 

panowanie 

nad sobą i obudził w sobie siłę. Oparł podbródek na jej głowie. 

Przykro mi, że musisz o to pytać. Ale rozumiem. Nie chcę przemienić cię w wampira. 

Chcę... Chcę, żebyś była taka jak dwie minuty temu. Tak szczęśliwa, tak pełna ideałów... 

Brzmiał tak, jak gdyby myślał, że to wszystko jest już stracone. 

Ale Rashel poczuła nowy przypływ szczęścia i siły. Quinn się zmienił. Już teraz widziała, jak 

bardzo  się  zmienił.  Wrócili  do  rzeczywistego  świata,  a  on  przestał  powtarzać,  że  musi  ją 

zabić, a ona musi zabić jego. 

- Chciałam się tylko upewnić. - Objęła go mocniej. - Nie wiem, co się teraz stanie. 

Ale dopóki jesteśmy razem, dam sobie radę ze wszystkim. 

Od tej pory jesteśmy razem, na śmierć i życie, powiedział po prostu Quinn. 

Tak,  pomyślała  Rashel.  Wciąż  wyczuwała  w  nim  smutek,  a  sama  była  nieco 

zdezorientowana, 

ale razem radzili sobie ze wszystkim. Nie musiała go już o nic pytać. 

Ufali sobie nawzajem. 

- Musimy coś zrobić z wampirami na dole - powiedziała. 

- Tak. 

background image

- Ale nie możemy ich zabić. 

- Nie. Dość już zabijania. Z tym trzeba skończyć. - Quinn brzmiał jak pływak, który 

po długiej walce odnalazł grunt pod stopami. 

Rashel usiadła i spojrzała mu w twarz. 

- Ale  nie  możemy też pozwolić  im tak po prostu odejść. Co, jeśli spróbują  jeszcze raz? 

Niezależnie  od  tego,  kto  zorganizował  tę  ucztę...  -  Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  nie 

pytała  jeszcze  o  to  Quinna.  -  Słuchaj,  kto  właściwie  to  wszystko  zorganizował? 

Uśmiechnął się trochę tak jak dawniej. Teraz był to uśmiech ponury i pełen pogardy dla 

samego siebie. 

- Nie wiem. 

- Nie wiesz? 

- Jakiś  wampir,  który  chciał  zebrać  razem  przemienione  wampiry.  Nigdy  go  nie 

poznałem.  Wszystko  odbywało  się  za  pośrednictwem  Lily,  ale  nie  jestem  pewien, 

czy  ona  w  ogóle  wie  z  kim  miała  do  czynienia.  Rozmawiała  z  nim  tylko  przez 

telefon.  Żadne  z  nas  nie  zadawało  pytań.  Robiliśmy  to  dla  pieniędzy -  powiedział 

bez emocji, nie usprawiedliwiając się. 

I po to, żeby wyrazić bunt, pomyślała Rashel. Żeby stać się tak złym i przeklętym, jak to 

możliwe. 

- Ktokolwiek  to  jest,  może  zwrócić  się  do  kogoś  innego  zamówić  kolejne  ofiary -

powiedziała  tylko.  -  Tych  siedmiu  facetów  może  urządzić  sobie  ucztę  już  za 

miesiąc. 

- To trzeba natychmiast ukrócić - stwierdził Quinn. - Ale pytanie polega na tym, 

jak  zrobić to bez przemocy. -  Wciąż oplatał palcami dłonie Rashel,  ale patrzył teraz w 

przestrzeń zagubiony w ponurych myślach. 

Rashel właśnie poznawała Quinna od nowa. Widywała go już w najróżniejszych stanach, od 

rozpaczy aż po nienawiść, ale jeszcze nigdy z nim nie pracowała. Teraz zdała sobie sprawę, 

że znalazła w nim silnego i rozsądnego sojusznika. Nagle Quinn zwrócił na coś uwagę. 

- Mam! - powiedział, uśmiechając się nagle, wciąż z ironią, ale bez goryczy - Skoro 

przemoc niczego nie rozwiąże, trzeba spróbować perswazji. 

- To nie jest śmieszne. 

- Nie żartuję. 

background image

- Zamierzasz ich poprosić, żeby nie zabijali już więcej dziewczyn? 

Zamierzam ich poprosić, żeby nie zabijali więcej dziewczyn, bo jak nie, to doniosę na nich do 

Połączonych  Rad.  Posłuchaj  Rashel.  -  Objął  ją  i  otworzył  szerzej  roziskrzone  oczy.  -W 

świecie  nocy  cieszę  się  pewnym  autorytetem.  Jestem  dziedzicem  Redfernów.  A  Hunter 

Redfern  to  jeszcze  grubsza  ryba.  Między  nami  mówiąc,  możemy  napytać  tym  wampirom 

niezłych kłopotów. 

- Ale  Fayth,  moja  przyjaciółka,  powiedziała,  że  one  są  bardzo  potężne.  -  Rashel 

uświadomiła sobie, że właśnie nazwała Fayth swoją przyjaciółką. 

Quinn pokręcił głową. 

- To ty  musisz  mnie  zrozumieć.  To  nie  są  jakieś  wyrzutki,  tylko obywatele  świata 

nocy.  Robią  coś  zupełnie  nielegalnego.  Nie  wolno  tak  po  prostu  pozabijać  grupy 

dziewcząt  z  jednego  miasta  bez  specjalnego  zezwolenia.  Niewolnictwo  jest 

nielegalne,  podobnie  jak  czerwone  uczty.  Nieważne,  nie  wygrają  z  Radą  świata 

nocy. 

- Ale... 

- Zagrozimy  im,  że  doniesiemy  Radzie.  Hunterowi  Redfernowi  i  lamiom.  Lamie 

oszaleją,  gdy  się  dowiedzą,  że  przemienione  wampiry  formują  jakieś  sojusze. 

Uznają to za groźbę wojny domowej. 

To  może  zadziałać,  pomyślała  Rashel.  Przemienione  wampiry  nie  mogły  się  zmierzyć  z 

całymi 

wampirzymi rodami. Zwłaszcza z klanem Redfernów, najstarszym i najbardziej szanowanym 

rodem wampirów. 

- Wszyscy boją się Huntera Redferna - powiedziała wolno. 

- Ma niesamowite wpływy. Jest praktycznie właścicielem Rady. Może wyrzucić ich 

ze świata nocy, jeśli tylko zechce. Myślę, że nas posłuchają. 

- Naprawdę uważasz go za ojca, prawda? - spytała łagodnie Rashel, patrząc Quinnowi w 

oczy. - Możesz mówić, że go nienawidzisz, ale bardzo go szanujesz. 

- Nie j est taki zły j ak inni... Ma honor. Zazwyczaj. 

Ijestpurytaninem,  dodała  Rashel  w  myślach.  Co  oznacza,  że  brzydzi  się  występkiem. 

Zastanawiała się  jeszcze przez chwilę, po czym pokiwała głową. Serce  biło  jej teraz bardzo 

szybko, nic na twarzy powoli pojawiał się uśmiech. 

- Spróbujmy zatem perswazji. 

background image

Wstali i przez dłuższą chwilę wpatrywali się  w siebie. Jesteśmy silni, pomyślała Rashel. 

Stanowimy jedno. Musi się nam udać. 

Niemal bezwiednie podniosła nóż. To było dzieło sztuki i nie chciała go stracić. Razem zeszli 

po schodach.  W sali zebrań  na końcu korytarza  wciąż pulsowała głośna  muzyka. Wcale nie 

minęło wiele czasu, uświadomiła sobie Rashel. Przez tych kilka chwil zmienił 

się cały świat, ale wciąż było to tylko kilka chwil. 

Teraz, powiedział Quinn bezgłośnie, gdy weszli do pomieszczenia. Nie powinno się stać nic 

złego - wątpię, czy ktoś będzie na tyle głupi, żeby mnie zaatakować -ale bądź czujna. Rashel 

przytaknęła.  Zachowywała  się  spokojnie  i  rzeczowo.  Uważała,  że  postępuje  racjonalnie. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że weszli do tego pokoju jak para baranków do klatki 

ze stadem tygrysów. Wciąż jeszcze nie doszli do siebie po tym, jak odkryli, czym jest miłość. 

Quinn  wszedł  pierwszy.  Usłyszała,  że  wszyscy  umilkli.  Polem  przeszła  przez  drzwi  i  sama 

wkroczyła  do  czerwonej  lśniącej  sali,  na  której  ścianach  tańczyły  cienie.  I  znów  zobaczyła 

tych przystojnych młodzieńców jak z telewizyjnego serialu. Patrzyli na Quinna z mieszanką 

ciekawości  i  zdziwienia.  Na  jej  widok  miny  nieco  się  zmieniły  -  były  teraz  bardziej 

zadowolone i pytające. 

- Witaj, Quinnie! 

- Cześć! 

- Wreszcie  się  zjawiłeś.  Długo  kazałeś  nam  czekać.  -  Ciemnoskóry  wampir  zerknął  na 

zegarek. 

- Wyłączcie muzykę - poprosił Quinn. 

Ktoś  podszedł  do  wieży  wbudowanej  w  mahoniową  szafkę  i  wyciszył  dźwięk.  Quinn 

rozejrzał się po pokoju, jak gdyby chciał otaksować wszystkich wzrokiem. 

- Campbell - powiedział, kłaniając się lekko. - Radhu. Azarius. Max. 

- Czyli  to  ty  nas  tu  sprowadziłeś?  -  zapytał  Campbell.  Miał  włosy  koloru  rdzy  i  senny 

uśmiech. - Umieraliśmy z ciekawości. 

- A to kto? - spytał ktoś, zerkając na Rashel. - Przystawka? 

Na twarzy Quinna pojawił się cień uśmiechu, ale jego spojrzenie zmusiło pytającego do 

cofnięcia się o krok. 

- Nie. To nie jest przystawka - oznajmił cicho. - Niestety wszystkie dania zniknęły. 

Zapadła cisza. Wszyscy wbili w niego wzrok. 

- Co takiego? - spytał wampir o niemal białych włosach. 

background image

- Wszystkie zniknęły. Pfff! Ot tak. - Quinn wykonał wymowny gest. - Uciekły. 

Wyparowały. 

Zapadła cisza. Rashel to się nie spodobało. Zaczynała mieć dziwne wrażenie, że znalazła się 

w pokoju, w którym zamiast ludzi siedziały zwierzęta. Ich pora karmienia już minęła. 

- O czym ty, do cholery, mówisz? - spytał ten, którego Quinn nazwał Azariusem. 

- Co to za żarty? - dodał Campbell. 

- Nie żartuję. Dziewczyny sprowadzone na ucztę zniknęły - powiedział Quinn wolno 

i wyraźnie, na wypadek gdyby do kogoś jeszcze to nie dotarło. - I to dobrze - dodał po 

chwili. 

- Dobrze? My tu zdychamy z głodu.... 

- Nie mogły uciec daleko - zauważył blondyn. - W końcu to wyspa. Chodźmy i... 

- Nikt  nigdzie  nie  pójdzie  -  odparł  Quinn.  Rashel  przysunęła  się  bliżej.  Wciąż  trochę  się 

denerwowała. Ci faceci byli na krawędzi i w każdej chwili mogli wymknąć się spod kontroli. 

Ale ufała Quinnowi  i  widziała, że oni  się go boją. Za chwilę  będą się  bali  jeszcze  bardziej, 

powiedziała sobie. 

- Posłuchaj no, Quinn, jeśli sprowadziłeś nas tutaj, żeby... 

- To nie  ja was tutaj  sprowadziłem. Nawet nie wiem, kto was sprowadził, ale to w 

tej chwili nieistotne. Muszę wam coś powiedzieć. Nie będzie czerwonej uczty. Ani 

teraz,  ani  nigdy.  Jeżeli  ktoś  chce  protestować,  niech  zgłosi  swoje  zastrzeżenia 

Radzie. 

To  zamknęło  wszystkim  usta.  Po  prostu  wbili  wzrok  w  Quinna.  Najwyraźniej  zupełnie  się 

tego nie spodziewali, 

- Jeśli  nie chcecie,  by  Rada się o tym dowiedziała, radziłbym, aby wszyscy obecni 

rozeszli się spokojnie do domów  i udawali, że  nic w ogóle  nie zaszło. Następnym 

razem, gdy ktoś zaprosi was na czerwoną ucztę, warto wymówić się bólem głowy. 

Tym razem ciszę przerwało czyjeś mamrotanie... 

- ...ty przeklęty... 

Tymczasem Rashel słyszała ostrzegawcze tykanie w umyśle. Jak właściwie ci faceci mieli się 

dostać  do  domu?  W  przystani  nie  zostały  już  żadne  łodzie.  Chyba  że  przypłynąłby  nią 

gospodarz. 

O ile w ogóle zamierzał się zjawić. Kim on w ogóle był? Gdzie zniknęła Lily? 

background image

- Quinn - powiedziała cicho. Ale akurat mówił ktoś inny. 

- Doniesiesz Radzie, tak? - spytał szczupły brunet o wyglądzie twardziela. 

- Nie.  Poproszę  Huntera  Redferna,  żeby  poinformował  Radę -  odparł  Quinn.  -  Nie 

sądzę,  żebyście  sobie  tego  życzyli.  On  mógłby  przedstawić  całą  sprawę  w  złym 

świetle. Kto myśli, że Hunterowi spodobałoby się to przyjęcie, ręka do góry! 

- Czy ja też mogę głosować? 

Głos  dobiegł  z  korytarza.  Był  niższy  niż  głosy  wampirów  z  pomieszczenia.  Rashel  od  razu 

rozpoznała niebezpieczeństwo i się odwróciła. Po chwili uświadomiła sobie, że jeszcze zanim 

spojrzała, już wiedziała, co zobaczy. 

Stal tam wysoki mężczyzna w towarzystwie dziewczyny i dziecka skrywającego się w cieniu. 

Migoczące  rubinowe  płomienie  rzucały  na  niego  kolorowe  światło,  ale  Rashel  i  tak 

zauważyła, że miał krwistoczerwone włosy. I złote oczy. 

Złote jak oczy jastrzębia albo bursztyn. Jak oczy Lily Redfern. Dlaczego wcześniej nie zdała 

sobie z tego sprawy? 

Tej  twarzy  nigdy  nie  miała  zapomnieć.  Powracała  do  niej  każdej  nocy  w  snach.  To  był 

mężczyzna, który zabił jej matkę. Człowiek, który gonił ją w wesołym miasteczku, obiecując 

lody. 

Nagle Rashel znów miała pięć lat. Czuła się słaba, bezradna i przerażona. 

- Witaj - powiedział Hunter Redfern. 

Quinn stał zupełnie nieruchomo u boku Rashel. Odnosiła wrażenie, że nie jest w stanie nawet 

myśleć.  I  rozumiała,  dlaczego,  w  końcu  czytała  w  jego  umyśle.  Hunter  reprezentował  dla 

niego  konieczność,  bezlitosność,  ale  także  honor.  Teraz  okazywało  się,  że  to  wszystko 

kłamstwo. 

- Nie denerwuj się tak. - Hunter podszedł bliżej z uroczym uśmiechem. Nie spuszczał złotych 

oczu z Quinna, nawet nie zerknął na Rashel. - Nic nie dzieje się tu bez powodu. -Skinął ręką 

na  wampiry  siedzące  w  pomieszczeniu.  -  Potrzebujemy  sojuszników  w  Radzie  -  wyjaśnił 

łagodnym,  rozsądnym  tonem.  -  Lamie  robią  się  zbyt  ugodowe.  Zrozumiesz  wszystko, tylko 

muszę ci to wytłumaczyć. 

Tak jak kiedyś wytłumaczył Quinnowi, czemu musi zostać wampirem, pomyślała Rashel. Albo 

tak jak 

wytłumaczył mu, czemu ludzie to jego najgorsi wrogowie. 

Cała się trzęsła, ale płonął w niej taki ogień, który zagłuszał strach. 

background image

- A  jak  wytłumaczysz  zabójstwo  mojej  matki?  -  spytała.  Złote  oczy  spojrzały  na  nią. 

Hunter wydawał się zdziwiony. 

Quinn podniósł gwałtownie głowę. 

- Miałam tylko pięć lat, ale pamiętam wszystko - powiedziała Rashel, podchodząc o 

krok  bliżej  do  Huntera.  -  Zabiłeś  ją  ot  tak!  Po  prostu  skręciłeś  jej  kark.  Dlaczego 

zabiłeś  też  Timmy'ego.  Miał  tylko  cztery  lata.  Wypiłeś  jego  krew.  A  moja  ciocia? 

Podpaliłeś jej dom, żeby dopaść mnie, ale to ona zginęła. 

Urwała, patrząc w jego drapieżne złote oczy. Szukała tego mężczyzny od dwunastu lat, a on 

nawet jej nie poznał. 

- No co, pogubiłeś się w rachunkach, aż tyle małych dzieci zabijasz? - spytała. - A 

może stałeś się już takim wariatem, że uwierzyłeś we własną wyjątkowość? 

- Rashel... - szepnął Quinn. 

- Jestem pewna, że to on - upierała się Rashel. 

W  tej  samej  sekundzie  twarz  Quinna  stężała.  Patrzył  na  człowieka,  który  przemienił  go  w 

Redferna.  Jego  oczy  wyglądały  jak  dwie  czarne  dziury,  z  których  nie  mogło  wydobyć  się 

żadne  światło.  Rashel  nagle  poczuła  lodowaty  chłód.  Samo  spojrzenie  w  oczy  Quinna  w  tej 

chwili 

może zabić, pomyślała. 

Ale w niej płonął inny ogień, ogień zemsty. Nóż tkwił za pasem. Gdyby tylko zdołała dostać 

się wystarczająco blisko... 

- Zniszczyłeś  mi  życie  -  wycedziła,  przysuwając  się  do  Huntera  Redferna.  -I  nawet  nie 

pamiętasz, prawda? 

- Pamiętam  -  powiedział  mały  cień  obok  Huntera.  Wtedy  świat  przewrócił  się  do  góry 

nogami, a Rashel zakręciło się w głowie. Chłopczyk stojący wcześniej za Hunterem wyszedł 

do  światła.  Nagle  poczuła  zapach  plastiku  i  starych  skarpetek  i  dotyk  winylu  pod  palcami. 

Wspomnienia zalały ją tak szybko, że omal w nich nie utonęła. 

- Timmy  -  wyjąkała  tylko.  -  Boże. Timmy.  Timmy.  Wyglądał  identycznie  jak  wtedy,  kiedy 

widziała go po raz ostatni, dwanaście lat temu. Miał lśniące ciemne włosy i szeroko otwarte 

błękitne oczy. Tyle że teraz oczy te nie były już oczami dziecka. Przypominały jakieś straszne 

połączenie oczu dziecka i dorosłego. Kryło się w nich za dużo wiedzy. 

- Zostawiłaś  mnie  -  powiedział  Timmy.  -  Nie  zależało  ci  na  mnie. 

Rashel zagryzła wargę, ale i tak polały jej się łzy. 

background image

- Przepraszam... 

- Nikt się o mnie  nie troszczył. - Timmy chwycił  Huntera za ramię. - Nikt z ludzi. 

Ludzie to robactwo. - Uśmiechnął się słodko. 

Hunter zerknął na Timmy'ego, a potem na Quinna. 

- To  zadziwiające,  jak  szybko  się  uczą.  Nie  poznałeś  jeszcze  Timmy'ego,  prawda? 

Mieszkał  w  Vegas,  ale  myślę,  że  przyda  się  tutaj.  -  Hunter  spojrzał  na  Rashel.  W 

jego oczach  lśniło  samo  zło. - Oczywiście, że cię pamiętam. Po prostu troszkę się 

zmieniłaś, postarzałaś się. Jesteś inna niż my. 

- Słaba - wtrąciła Lily. Ona także podeszła bliżej i stanęła przy boku ojca, biorąc go pod 

ramię. - Będziesz krótko żyła. Nie jesteś ani bystra, ani ważna. W skrócie, 

jesteś... kolacją. 

- Ładnie to ujęłaś - odparł Hunter z uśmiechem, po czym natychmiast spoważniał. -

Odsuń się, synu - rzucił do Quinna. 

Quinn przysunął się bliżej do Rashel. 

- To jest moja pokrewna dusza - oznajmił bardzo cichym głosem i bardzo wzruszony. -

Wyjdziemy stąd razem. 

Hunter  Redfern  wpatrywał  się  w  niego  z  uwagą  przez  kilka  chwil.  W  jego  oczach 

zamigotało coś na kształt niedowierzania. 

- Jaka szkoda - westchnął, gdy ocknął się z szoku. 

Za  Rashel  znów  rozległy  się  jakieś  szmery.  Było  tak  jak  na  sawannie,  gdy  powieje  gorący 

wiatr, a lwy i tygrysy właśnie wywęszyły ofiarę. 

- Wiesz, już od dawna się o ciebie martwiłem - powiedział Hunter.- Zeszłego lata 

pozwoliłeś Ash-owi i jego siostrom uciec, chociaż widziały enklawę. Nie sądź, że 

tego nie zauważyłem. Rozprężasz się, miękniesz. Coś za dużo tego ostatnio. 

Stańmy  do  siebie  plecami,  poinstruował  Rashel  Quinn.  Ona  zresztą  już  zajmowała  pozycję. 

Wampiry uformowały pierścień i prawie ich otoczyły. Na każdej twarzy widniał uśmiech. 

- Lily mówi, że ostatnio też dziwnie się zachowywałeś. Byłeś humorzasty. 

Zainteresowałeś się ludzką dziewczyną. 

Rashel wyciągnęła nóż. Wampiry obserwowały ją z uwagą, jaką dziki kot obdarza swoją 

przyszłą ofiarę. Skupienie. Potrzebowała absolutnej koncentracji. 

- Jednak ten pomysł z pokrewną duszą to już przesada. To się szerzy wśród naszych 

jak choroba. Rozumiesz, czemu  mówię ci wszystko tak brutalnie - dodał Hunter. - 

W imię starych, dobrych czasów. Zakończmy to szybko. 

background image

Mówiłem  ci,  że  się  jeszcze  spotkamy,  powiedział  głos  w  umyśle  Rashel,  ale  tym  razem  nie 

był to głos Quinna. 

Rashel  stanęła  na palcach, czekając, aż słowa Huntera spłyną po niej  i znikną.  W tej chwili 

nie  mogła  nawet  o  nim  myśleć.  Musiała  skoncentrować  się  na  świadomości,  otworzyć 

energię, oczyścić umysł. Szykowała się na największą bitwę w życiu i potrzebowała zanshin. 

Jednak cichy głos w jej umyśle wciąż szeptał jej prawdę. Wampirów było po prostu za dużo. 

Ona i Quinn nie zdołaliby podjąć walki z wszystkimi naraz. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozd ział  16 

 

 

Wojownik instynktownie wie, kiedy nie ma szans. Rashel jednak i tak zamierzała walczyć. 

Wtedy zauważyła, że coś jest nie tak. 

Wampiry pierwsze powinny były to wychwycić, jako posiadacze dużo bardziej wyostrzonych 

zmysłów.  Ale w tej chwili  całą uwagę  skupiali  na swoich ofiarach. Tylko Rashel otwierała 

się na całość otoczenia, choć na niczym się nie koncentrowała. 

Poczuła  zapach,  zarazem  dziwny  i  normalny.  Był  wyrazisty,  drażniący  i  dobiegał  z  bliska. 

Towarzyszył mu cichy, odległy, ale rozpoznawalny dźwięk. 

Benzyna.  Rashel  poczuła  benzynę.  Słyszała  też  ciche  dudnienie,  które  brzmiało  trochę  jak 

odgłos  w  kominku  w  sali  zebrań,  ale  dobiegało  z  jakiegoś  innego  punktu. To  wszystko  nie 

miało sensu. Rashel nic nie rozumiała. Ale wierzyła. 

- Quinn, przygotuj się do biegu - powiedziała bardzo cicho. Coś miało się zaraz 

wydarzyć. 

Nie, musimy walczyć... 

Myśl Quinna urwała się w połowie. Rashel popatrzyła na korytarz. 

Hunter Redefern wszedł do sali zgromadzeń - ale za nim ktoś był. Ten ktoś postąpił naprzód 

i Rashel zobaczyła jego twarz, 

Nyala uśmiechała się promiennie. Jej oczy lśniły. W jednej ręce trzymała czerwoną puszkę z 

benzyną, a w drugiej litrową butelkę po soku grejpfrutowym, prawie pełną płynu, z płonącą 

szmatą zaczepioną na górze. 

Benzyna. Benzyna z pompy na przystani, pomyślała Rashel Koktajl Mołotowa generacji X. 

- Rozlałam ją po całym domu - oznajmiła Nyala trzęsącym się głosem. - Poszły tego 

galony. Zmoczyłam wszystkie pokoje i drzwi. 

Ale nie powinnaś trzymać tego w ręce, pomyślała Rashel. Ta butelka zaraz wybuchnie. 

- Widzisz,  ja  naprawdę  jestem  łowczynią  wampirów,  Rashel.  W  ten 

sposób pozbędziemy się wszystkich naraz. Dom już płonął... 

Za  rzeźbionym  przepierzeniem  po  prawej  stronie  pokoju  migotało  rudawe  światło.  Cichy 

syk, który zaniepokoił Rashel, przybierał na sile. Był coraz bliżej. 

Wszystko tu  jest  z  drewna,  pomyślała  Rashel.  Podłogi,  boazeria.  To  prawdziwa  pułapka  na 

wampiry. 

- Łapać ją! - krzyknął Hunter Redfern. 

background image

Ale  żaden  z  wampirów  nie  chciał  się  zbliżyć  do  dziewczyny  z  butelką-bombą  w  ręku. 

Wszyscy wycofywali się na środek pokoju. Hunter odwrócił się, by zmierzyć się z Nyala 

twarzą w twarz. 

Musisz to odłożyć - zaczął przekazywać jej telepatycznie, absolutnie władczym tonem. 

- Nyala,  nie!  -  krzyknęła  Rashel  w  tej  samej  chwili.  Telepatia  wyzwoliła  coś  w  Nyali. 

Uśmiechnęła się dziko, po czym roztrzaskała butelkę po soku u swoich stóp. Cisnęła również 

puszkę  z  benzyną,  która  łagodnym  łukiem  pofrunęła  w  stronę  kominka,  rozlewając  paliwo. 

Wampiry rozproszyły się w panice. 

I nagle wszystko wybuchło. To było  jak wybuch wulkanu. Jak gdyby smok ryknął ogniem. 

Ale  Rashel  nie  miała  czasu  podziwiać  tego  widoku.  Razem  z  Quinnem  zanurkowali  w 

płomienie.  Quinn  usiłował  pociągnąć  za  sobą  Rashel.  Rashel  chciała  uratować  Timmy'ego. 

Nie  wiedziała,  dlaczego  to  robi.  Nie  myślała  o  tym  świadomie.  Po  prostu  musiała  go 

wydostać z płomieni. 

Uderzyła Timmy'ego całą mocą rozpędzonego ciała i przewróciła go na ziemię. Osłoniła go 

przed eksplozją ognia. Potem uklękła, obejmując go rękami. 

Wokół  zapanował  hałas,  żar  i  zamieszanie.  Wampiry  krzyczały,  biegnąc  wokół  i 

przepychając 

się do wyjść. Te, które zostały oblane paliwem, płonęły powoli  i usiłowały za wszelką cenę 

zgasić płomienie. Przy okazji bez przerwy wpadały sobie nawzajem w drogę. 

- Chodź! - Quinn szarpnął Rashel za rękę. - Wiem, jak się stąd wydostać. 

Rashel  rozejrzała  się  za  Nyalą.  Nie  widziała  jej.  Gdy  Quinn  ciągnął  ją  na  górę, 

zobaczyła  smugę  czarnego  dymu  dochodzącą  z  jadalni.  Cały  korytarz  skąpany  był  w 

czerwonawym świetle. 

- Chodźże! 

Quinn  przepchnął  ją  przez  korytarz,  przez  kłęby  dymu  do  pokoju,  który  był  pełny 

pomarańczowych płomieni. 

- Quinn... 

Timmy miotał się w ramionach Rashel. Wrzeszczał na nią, ale trzymała go mocno. I 

pobiegła za Quinnem. Musiała mu ufać. Znał ten dom. 

Nie  zdawała  sobie  jednak  sprawy  z  tego,  jak  przerażający  jest  ogień.  Był  jak  bestia  o 

gorącym, przenikliwym oddechu. Wydawał się żywy i chciał ją dopaść, co chwila wyłaniając 

się z rykiem z najbardziej niespodziewanych miejsc, 

I bardzo szybko się rozprzestrzeniał. Rashel nigdy nie uwierzyłaby, że pożar może tak szybko 

pochłonąć cały  dom,  nawet podlany  benzyną.  W  ciągu kilku  minut budynek zamienił  się  w 

background image

piekło. Gdziekolwiek się odwróciła, był dym i przerażające płomienie. Znaleźli się po drugiej 

stronie  pomieszczenia.  Quinn  kopniakiem  wyważył  drzwi.  Palił  mu  się  rękaw.  Rashel 

wykręciła rękę, żeby to ugasić, przy czym omal nie straciła Timmy'ego. Drzwi otworzyły się 

na zewnątrz. Chłodne powietrze wtargnęło do środka, a ogień wybuchnął na jego spotkanie. 

Rashel już tylko biegła, w panice, myśląc wyłącznie o tym, by trzymać Timmy'ego i nie tracić 

Quinna z oczu. 

Znaleźli się  na zewnątrz. Rashel poczuła swąd. Quinn  schwycił  ją  i przeturlał kilka razy po 

piaszczystej drodze. Rashel  nagle uświadomiła sobie, że ubranie zapaliło  jej się  na plecach. 

Wstała i usiłowała sprawdzić, czy już zgasło. Na koniec rozejrzała się za Timmym. Siedział 

skulony na drodze, wpatrując się w dom. Rashel widziała płomienie wypełzające przez okna. 

Dym unosił się wysoko, a na dole było jasno jak w dzień. 

- Nic ci nie jest? - spytał Quinn, przyglądając jej się bardzo uważnie. 

Rashel drżała z emocji. Serce biło jak oszalałe. Nie potrafiła oderwać wzroku od domu. 

Zerwała się na nogi. 

- Nyala została w środku! Muszę po nią wrócić. 

Quinn  spojrzał  na  nią tak,  jak gdyby  bredziła, ale Rashel tylko pokręciła głową  i ruszyła w 

stronę domu. Wiedziała, że ogień chce ją zabić. Ale nie mogła zostawić tam Nyali. 

- Zostań tu. - Quinn odsunął ją brutalnie ramieniem. - Ja po nią pójdę. 

- Nie! Ja muszę... 

- Ty musisz pilnować Timmy'ego! Patrz, ucieka. 

Rashel  obróciła  się  na  pięcie.  Nie  wiedziała,  dokąd  Timmy  mógłby  się  wybierać,  ale 

chłopczyk  ewidentnie  gdzieś  się  przemieszczał.  Szedł  w  stronę  domu,  po  czym  zawracał. 

Rashel znów wzięła go na ręce. Gdy odwróciła się do Quinna, wampira już nie było. Jednak 

nie...  był...  tam  daleko.  Biegł  w  stronę  domu.  Timmy  znów  wrzeszczał,  wijąc  się  w  jej 

uścisku. 

Rashel  spojrzała  na  płonący  budynek.  Quinn  znalazł  się  w  środku.  W  orgii  płomieni.  I 

poszedł 

tam  z  jej  powodu,  by  ona  nie  musiała  ryzykować  życia. 

Proszę, pomyślała nagle. Proszę, nie pozwól mu umrzeć. 

Płomienie  wznosiły  się  coraz  wyżej,  rozświetlając  całą  noc.  Pożar  lal  się  z  nieba 

płonącymi kroplami. Nos  i oczy Rashel zaczęły piec.  Wiedziała, że powinna odsunąć się 

dalej, ale nie potrafiła odejść. Musiała czekać na Quinna. 

- Dlaczego to zrobiłaś? Nienawidzę cię! Czemu mnie stamtąd zabrałaś? 

background image

Rashel przyjrzała się dziwacznemu stworzeniu, które trzymała w ramionach. Chłopczyk 

miotał się, gryzł i kopał, jak gdyby chciał wrócić do płonącego domu. Rashel nie wiedziała, w 

co przemienił się Timmy. Był teraz jakąś dziwną mieszaniną dziecka, dorosłego i zwierzęcia. 

I nie dało się przewidzieć, jaka przyszłość może go czekać. 

Ale Rashel doskonale wiedziała, dlaczego wyciągnęła go na zewnątrz. 

Spojrzała w jego dziecięcą twarz i oczy pełne nienawiści. 

- Bo mama kazała mi się tobą opiekować - szepnęła. 

I nagle zaczęła płakać. Chwyciła go w objęcia i zaszlochała. Timmy nie starał się jej 

przytulić, ale przestał też gryźć. 

Wciąż płacząc, Rashel obejrzała się przez ramię. Wszystko płonęło. A Quinn  nadal  nie 

wracał... 

Nareszcie zobaczyła zarys postaci na tle płomieni. Dwóch postaci! Jedna z nich 

podtrzymywała drugą, nieomal ją niosąc. 

- Quinn! 

Quinn biegł do niej, wlekąc za sobą Nyalę. Oboje pokryci byli popiołem. Nyala chwiała się, 

wstrząsana atakami śmiechu. Miała wielkie puste oczy. 

Rashel objęła oboje. Ulga, która ją zalała, była jeszcze bardziej bolesna niż strach. Czuła się 

tak, jak gdyby w każdej chwili mogła się przewrócić. Bełkotała. 

- Żyjesz - szepnęła w przypalony kołnierz Quinna. -I udało ci się ją wydostać. - Czuła, że 

Quinn mocno obejmuje ją ramieniem. Nic innego się nie liczyło. 

Ale teraz Quinn zabrał rękę i prowadził ją wzdłuż drogi. 

- Chodź. Musimy dostać się na przystań przed nimi. 

Rashel błyskawicznie zrozumiała, o co chodzi. Jeszcze mocniej złapała Timmy'ego i ruszyła 

biegiem w stronę ścieżki. Trzęsły jej się kolana, ale wciąż biegła. 

Rzucili się w dół ścieżką wiodącą przez dziką trawę. Ona niosła Timmy'ego. Quinn wspierał 

Nyalę.  Rashel  nie  wiedziała,  ile  wampirów  uciekło  z  płonącego  domu  -  sama  żadnego  nie 

zauważyła - ale była pewna, że każdy, kto przeżył, musiał ruszyć w stronę doku. A tam stały 

motorówki uszkodzone przez nią i Anne-lise. 

Jednak gdy przystań znalazła się  już w polu widzenia, Rashel rzuciło się w oczy coś, czego 

przedtem tam nie widziała. W porcie na kotwicy stał jacht. 

- To łódka Huntera - wyjaśnił Quinn. - Szybko! - Pomknęli w dół wzgórza i wpadli prosto na 

przystań.  Rashel  nie  zobaczyła  śladu  wilkołaka,  którego  wcześniej  związała,  za  to  do  kei 

uwiązany był nadmuchiwany różowy ponton. 

background image

- Szybko! Ty wsiadasz pierwsza! 

Rashel  wypuściła  na  chwilę  Timmy'ego  z  objęć  i  wskoczyła  do  pontonu.  Quinn  podał  jej 

chłopca,  po  czym  pomógł  wsiąść  Nyali.  Nyala  rozglądała  się  wokół,  od  czasu  do  czasu 

wybuchając  śmiechem.  Co  chwila  też  traciła  oddech.  Rashel  objęła  ją  wolną  ręką,  podczas 

gdy Quinn wskoczył do pontonu. 

W każdej sekundzie Rashel spodziewała się zobaczyć Huntera Redferna, poczerniałego i 

tlącego się jeszcze, w pozie demona zemsty, z wyciągniętymi ramionami. 

Po chwili jednak zapuścili malutki motor i oddalili się od przystani. Zostawili ją za sobą. 

Wypłynęli na ocean. Zimny, mroczny ocean. Oddalali się od lądu i czyhającego na nim 

niebezpieczeństwa. 

Rashel patrzyła, jak jacht rośnie na ich oczach. Byli już blisko. W końcu dopłynęli. 

- Chodź tu. Możemy się wdrapać po drabince. Szybko -powiedział Quinn. 

Wyciągnął rękę do Rashel. Jego twarz, pokryta warstwą sadzy, wyglądała nieznajomo. Oczy 

błyszczały z determinacji. Był absolutnie skupiony. 

Dzięki Bogu, że wie, jak sobie poradzić z łódką. Z pomocą Quinna wspięła się po drabince, 

po czym pomogła Timmy'emu i Nyali. Nyala przestała się śmiać. Teraz tylko dyszała i robiła 

miny. 

- Co się stało? Co? - Wbiła wzrok w skały, po których pełzały pomarańczowe płomienie. -To 

ja to zrobiłam? Czy to moje dzieło? 

Quinn wyciągnął kotwicę. Skierował się do kabiny. Timmy zaczął płakać. Rashel uklękła na 

pokładzie  i  objęła  Nyalę.  Zobaczyła,  że  rzęsy  dziewczyny  są  wypalone  i  przypominają 

skręcone sprężynki. Na końcach lśnił biały popiół. Usta Nyali drżały, dziewczyna dygotała. 

- Musiałam  to  zrobić  -  wyrzuciła  z  siebie  głosem  pełnym  łez.  -  Przecież  wiesz,  że 

musiałam. 

Timmy szlochał dalej. Rozległ się warkot silnika. Po chwili jacht ruszył, a wyspa jak wielka 

płonąca pochodnia zaczęła niknąć w oddali. 

- Musiałam. - Nyala zaczynała się dławić. - Musiałam, musiałam. 

Jacht  płynął  szybko,  a  Rashel  owiewał  delikatny  wiatr.  Jedną  ręką  obejmowała  małego 

wampira,  a  drugą  roztrzęsiony  dziewczynę.  I  patrzyła,  jak  płomienie  na  wyspie  zmniejszają 

się, i zmniejszają, aż wreszcie wyglądały jak mała gwiazda na bezkresnym oceanie. 

 

 

 

background image

Rozd ział  17 

 

 

Jacht Huntera był większy niż motorówka, którą Quinn przywiózł porwane dziewczyny na 

wyspę. Na dole mieścił się salon i dwie sypialnie. Quinn położył Timmy'ego w jednej z nich, 

a Nyalę w drugiej. 

Teraz razem z Rashel siedzieli w kabinie. 

- Myślisz, że któryś z wampirów mógł się stamtąd wydostać? - szepnęła Rashel. 

- Nie wiem. Pewnie tak. - Mówił równie cicho jak ona. Był brudny, pokryty piaskiem i sadzą, 

gdzieniegdzie  poparzony  i  kompletnie  rozczochrany.  W  oczach  Rashel  nigdy  jeszcze  nie 

wyglądał tak pięknie. 

- Ocaliłeś Nyalę - szepnęła. - Wiem, że zrobiłeś to dla mnie. 

Popatrzył na nią i napięcie w jego spojrzeniu odrobinę zelżało. Także surowy wyraz twarzy 

natychmiast złagodniał. 

Rashel wzięła go za rękę. 

Nie wiedziała, jak wyrazić to, co czuje. 

To, że widziała, jak bardzo się zmienił, i że zmieniał się z każdą minutą. Niemal czula, jak 

jego umysł otwiera się i rozkwita - te stare wspomnienia, które z rozmysłem zamknął, gdy 

przestał być człowiekiem. 

- Dziękuję, John - powiedziała. 

Roześmiał  się.  Nie  był  dziki  ani  gorzki,  ani  nawet  tak  zwariowany  jak  śmiech  Szalonego 

Kapelusznika. Był to śmiech kogoś bardzo zmęczonego, ale radosny. 

- Co innego mogłem zrobić? 

Wyciągnął  do  niej  ręce  i  uścisnęli  się.  Może  i  wyglądali  jak  para  uciekinierów  z  filmu 

katastroficznego, ale Rashel czuła tylko radość płynącą z bliskości. Tak bardzo cieszyła się, 

że może przytulić Quinna i poczuć, że on odwzajemnia jej uścisk. Ogarnął ją spokój. 

Wciąż czekały ich problemy, zdawała sobie z tego sprawę, jej umysł już zaczynał się z nimi 

mierzyć, tworząc listę spraw, którymi należało się martwić. Kiedy już odzyska zdolność do 

martwienia się czymkolwiek. 

Po pierwsze, Hunter i pozostałe wampiry. Mogli przeżyć. Mogli chcieć się mścić. Ale nawet 

jeśli... Rashel spędziła całe życie na samotnej walce z wampirami. Teraz, z Quinnem u boku, 

mogła stawić czoło wszystkiemu. 

background image

Po  drugie,  Daphne  i  dziewczyny.  Rashel  była  całkowicie  pewna,  że  bezpiecznie  dotarły  do 

brzegu.  Ufała  Anne-lise  i  Keiko.  Ale  dziewczyny  wiele  przeszły  i  potrzebowały  pomocy. 

Ktoś  musiał  ustalić,  co  właściwie  powinny  powiedzieć  reszcie  świata.  Oczywiście  gdyby 

powiedziały,  że  zostały  porwane  przez  prawdziwe  wampiry,  i  tak  nikt  by  im  nie  uwierzył. 

Policja uznałaby, że chodziło o jakąś sektę. Jednak te dziewczyny znały prawdę. Może dałyby 

się zwerbować do walki... 

Do walki z czym? Jak mogła teraz wciąż nazywać się łowczynią wampirów? Jak mogła 

niszczyć świat nocy? 

Dokąd mógł uciec nawrócony wampir i wypalona łowczyni wampirów, którzy zakochali się 

w sobie? 

Odpowiedź  była  oczywista.  Rashel  zobaczyła  ją,  zanim  jeszcze  sformułowała  pytanie. 

Przeklęci Poszukiwacze Świtu. 

Jasne,  ona  i  Quinn  nie  nadawali  się  do  tańczenia  w  kółeczku  z  kwiatami  we  włosach  i 

śpiewania o miłości oraz harmonii Ale jeśli Poszukiwacze mieli zrobić jakiekolwiek postępy, 

potrzebowali kogoś takiego jak oni. 

Potrzebowali  ludzi  nadających  się  do  walki.  Wojowników,  którzy  poradziliby  sobie  z 

naprawdę złymi wampirami. Kogoś, kto ocaliłby niewinne ofiary takie jak siostra Nyali. 

Kogoś,  kin  ochroniłby  dzieci  takie  jak  Timmy. 

Poszukiwacze, to była też szansa dla Nyali i Timmy'ego. 

Teraz  potrzebowali  wytchnienia,  czasu  na  dojście  do  zdrowia,  i  ludzi,  którzy  zrozumieliby, 

przez co przeszli. 

Sama  nie  wiem,  pomyślała  Rashel.  Może  czarownice  będą  pomocne.  Miała  taką  nadzieję. 

Wierzyła, że Nyala wydobrzeje. W tej dziewczynie tkwiła siła, która trzymała ją na nogach. 

Bardziej  niepokoił  ją  Timmy.  Timmy  uwięziony  w  ciele  czteroletniego  dziecka  i  karmiony 

przez  kłamstwa  Huntera  Redferna...  czy  mógł  liczyć  na  normalne  życie?  Dopóki  żył,  była 

nadzieja.  Może  i  w  jego  umyśle  zachowały  się  jasne  strony,  które  tylko  czekały,  by  je 

uwolnić. 

Po  trzecie,  Elliot,  Vicky  i  reszta  łowców.  Rashel  musiała  z  nimi  porozmawiać, 

jakoś  wytłumaczyć  to,  czego  się  nauczyła.  Nie  wiedziała,  czy  jej  wysłuchają.  Ale 

musiała spróbować. 

- Wszystko co można robić, to próbować - powiedziała  bardzo cicho. 

Quinn poruszył się, po czym odchylił, by spojrzeć jej w twarz. 

- Masz rację - odparł, a ona uświadomiła sobie, że myśleli u tym samym. 

background image

Nasze  umysły  działają  podobnie,  powiedziała  do  siebie.  Odnalazła  swojego  partnera,  kogoś 

równego sobie, kogoś, z kim mogła pracować, żyć i kochać. Pokrewną duszę. 

- Kocham cię. 

I  wtedy  pocałowali  się,  a  ona  odnalazła  w  nim  taką  czułość,  o  jaką  go  nie  podejrzewała. 

Wszystko  to  składało  się  w  jedną  całość.  Przeciwieństwem  absolutnej  bezwzględności  jest 

absolutna  czułość.  Kiedy  zniknie  bezwzględność,  pozostaje  czułość. Ciekawe,  czego  jeszcze 

się o 

nim dowiem, pomyślała oszołomiona tym odkryciem. W każdym razie z pewnością będzie to 

interesujące. 

- Kocham cię, Rashel Jordan - powiedział. 

Nie  Rashel-Kocico.  Kocica  już  nie  żyła,  a  stary  gniew  i  nienawiść  dawno  się  wypaliły. 

Rashel Jordan właśnie zaczynała nowe życie. 

Pocałowała Quinna jeszcze raz i ponownie doświadczyła piękna i tajemnicy jego umysłu. 

- Przytul mnie mocniej - szepnęła. - Trochę mi zimno. 

- Zimno? A ja czuję w sobie takie ciepło. Jutro zaczyna się wiosna, wiesz? 

A potem oboje umilkli zasłuchani w siebie. Jacht mknął przez lśniący ocean oświetlany 

blaskiem księżyca. 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONIEC