background image

Arianrod, Warszawa 2007

SZAŁWIA

Are you going to Scarborough Fair 
Parsley, sage, rosemary and thyme 

Remember me to one who lives there 
She once was a true love of mine. 

Tell her to make me a cambric shirt 

Parsley, sage, rosemary and thyme 
Without no seams nor needle work 

Then she'll be a true love of mine. 

Tell her to find me an acre of land 
Parsley, sage, rosemary and thyme 

Between the salt water and the sea strands 
Then she'll be a true love of mine. 

Tell her to reap it with a sickle of leather 

Parsley, sage, rosemary and thyme 
And bind it all in a bunch of heather 

Then she'll be a true love of mine

Każde miasteczko ma swojego wariata. Po Stonehed chodzi Stara Kobieta z Lalką. Tuli ją 
do  piersi  i  śpiewa  dziwaczne,  stare  kołysanki  o  poszarpanych  melodiach.  Abernyte  ma 

swojego Szalonego Mleczarza,  który codziennie o świcie wymienia puste butelki  na tak 
samo puste, dzwoniąc przy tym przeraźliwie dzwonkiem przedpotopowej rikszy. Wariaci z 

małych   miasteczek   nie   mają   imion.   Lindean   też   ma   swojego   wariata.   Nazywają   go   po 
prostu Szaleńcem. Szaleńcem z Lindean. 

Mówią, że jest stary, jak przydrożne kamienie. Mówią, że był tam zawsze i będzie, póki 

jarzębina   będzie   miała   czerwone   owoce,   głóg   cierpki   smak,   a   wrzosy   będą   kwitły   na 
wrzosowiskach.   Jest   stary   i   pochylony,   jak   powyginana   przez   wiatr   sosna   na   morskim 

wybrzeżu. Jest stary i siwy jak dym ognisk Beltaine. I jest szalony. 

Drwią   z   niego.   Kiedy   stoi   nieruchomo   przy   drodze   do   Selkirk,   dzieci   wrzucają   mu   do 
kaptura  grudki  błota.  Szaleniec  nie  zwraca   uwagi  na  dzieci,  ani  na  samochody,  ani  na 

mieszkańców   Lindean,   ani   na   ich   śmiechy.   Mówią,   że   oczy   Szaleńca   poszarzały   od 
wpatrywania   się  w  dal   i   teraz   są   odległe   i  tajemnicze,   jak   niewyraźna   linia   horyzontu. 

Szaleniec   ożywia   się   tylko   wtedy,   kiedy   do   Lindean   przybywają   nieznajomi.   Wędrowcy 
rzadko teraz przybywają do Lindean. Zamiast echa kroków na gościńcu, Szaleniec słyszy 

ryk silników, a samochody mijają go szybko i obojętnie, jak jeden z przydrożnych kamieni. 
Czas płynie teraz inaczej i nikt nie zatrzymuje się, żeby słuchać Szaleńca. 

Powiedz jej, żeby zrobiła dla mnie batystową koszulę, bez żadnych szwów, bez pracy igły.  

Powiedz   jej,   żeby   znalazła   dla   mnie   akr   ziemi   pomiędzy   słoną   wodą,   a   morskim 

background image

wybrzeżem.   Pietruszka,   szałwia,   rozmaryn,   tymianek…   Powiedz   jej,   żeby   ścięła   je 
skórzanym sierpem, niech zbierze je wraz z bukietem wrzosu. Przypomnij jej o mnie.  

Powiedz jej… 

Czas   płynie   teraz   inaczej   i   nikt   nie   zatrzymuje   się,   żeby   słuchać   opowieści   Szaleńca   z 
Lindean. Jego słowa zamierają na plecach odchodzących, a wzrok znów wsiąka w horyzont. 

Mógłby powiedzieć im więcej. Ale nikt go nie słucha. 

***

 

- Jestem kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora… Jestem kwiatem lotosu, kołysanym 
wiatrem   na   spokojnej   tafli   jeziora…   Jestem   kwiatem   lotosu,   kołysanym   łagodnym 

wietrzykiem na spokojnej tafli jeziora… Luna, proszę cię! 
-  Znalazłam  –  Luna  wychyliła  głowę   z  łąki.  –   Popatrz,   czterolistna   –  uśmiechnęła  się, 

wyciągając w stronę Hermiony listek koniczyny. 
-   Jestem   sennym   kwiatem   lotosu,   kołysanym   łagodnym   wietrzykiem   na   spokojnej   tafli 

jeziora – wymamrotała Hermiona. Morderczy wzrok jakby przeczył tej deklaracji. Luna 
spokojnym   ruchem   odgarnęła   z   twarzy   długie   włosy   i   obdarzyła   koleżankę   lekko 

nieprzytomnym, ale życzliwym spojrzeniem. 
- Hermi, nie denerwuj się – odparła z uśmiechem. – Przecież nigdzie się nam nie śpieszy… 

Poza tym – dodała – tu jest przecież tyle różnych kwiatów, a ty nawet ich nie obejrzałaś. A 
może by ci któryś pasował? 

Hermiona   zamknęła   oczy   i   policzyła   w   myślach   do   dziesięciu.   A   potem   jeszcze   raz. 
Odetchnęła głęboko. 

- Luna, nie będę ci kolejny raz tłumaczyć, że interesuje mnie wyłącznie Salvia officinalis, w 
dodatku występująca wyłącznie w okolicy Lindean, ponieważ wyłącznie tamtejsza  Salvia 

officinalis,   z   racji   szczególnej   aury   magicznej   miejsca,   wykazuje   nietypowe   działanie   i 
nietypowo reaguje z innymi składnikami eliksirów odkażających, a nawet… 

- A mówiłaś, że nie będziesz – przerwała Luna z wyrzutem. 

Hermiona   lubiła   Lunę  Lovegood.   Chętnie   umawiała  się   z   nią   na  drinka,   nie   miała   nic 
przeciwko   wspólnym   wyprawom   po   zakupy.   W   jej   skromnym   londyńskim   mieszkanku 

Luna była rzadkim, ale mile widzianym gościem. Niemniej, absolutnie nie miała ochoty 
zabierać „nieco ekscentrycznej” koleżanki na wyjazd badawczy. Ale profesorom Hogwartu 

się nie odmawia. 
- Martwię się o nią, panno Granger – powiedziała profesor Vector. – Ostatnio dziwnie się 

zachowuje. Myślę, że potrzebuje pomocy. 
Prywatnie, Hermiona była przekonana, że obawy profesor Vector są absolutnie słuszne, 

tyle   tylko,   że   o   kilka   lat   spóźnione.   Była   również  przekonana,  że   Lunie   przydałaby   się 
pomoc   –   tyle,   że   mugolskiego   lekarza.   Takiego   od   głowy.   Nie   bardzo   rozumiała,   jak 

przeszkadzanie jej w badaniach może zastąpić terapię… ale profesorom Hogwartu się nie 
odmawia. 

Nie mogła zresztą powiedzieć, że praca w towarzystwie Luny przekroczyła jej najczarniejsze 
obawy – najczarniejsze obawy były takie, że konsekwencje zabrania ze sobą Luny może 

przewidzieć tylko Trelawney. Aż tak źle nie było. Luna oczywiście zatrzymywała się przy 
każdej okazji, jak również bez okazji. Oglądała dokładnie każdy leżący na drodze kamyczek, 

zaglądała   pod   każde   drzewo   i   wykazywała   skłonność   do   zaprzyjaźniania   się   z   każdym 
spotkanym przy drodze zwierzakiem, od zbłąkanego kota, do ujadającego psa na łańcuchu. 

Luna zdecydowanie więcej czasu poświęcała chmurom nad głową, niż drodze pod nogami. 
Generalnie, Luna była taka jak zawsze. Kilka godzin zajęło Hermionie zauważenie, że Luna 

jest taka  jak  zawsze  –  tylko  jakby  bardziej.  Bardziej   pogrążona   w  swoją rzeczywistość, 
bardziej oderwana od realnego świata, bardziej wpatrzona w niedostępne innym obrazy i 

wsłuchana w tajemnicze głosy. I smutniejsza. 

background image

Nawet bez towarzystwa Luny, wyprawa do Lindean okazała się być o wiele trudniejsza, niż 

się Hermionie z początku wydawało. 
Najpierw   okazało   się,   że   Magiczna   Akademia   Nauk   odmówiła   Hermionie   grantu.   W 

uzasadnieniu   stało,   że  Salvia   officinalis,   jako   roślina   typowo   mugolska,   nie   może   być 
przedmiotem badań magicznych, co było o tyle bzdurą, że równolegle grant dostała niejaka 

Padma Patil, która robiła doświadczenia na Taraxacum officinale, w dodatku na obszarach 
typowo mugolskich. 

Potem okazało się, że w miasteczku nie ma ani jednego magicznego hotelu. 
- W Lindean nie mieszka żaden czarodziej – poinformował ją suchym, formalnym głosem 

urzędnik w wydziale do spraw informacji magicznej. – Nie ma żadnej infrastruktury. 
Z   początku  była  pewna,   że   urzędas   się   po   prostu   pomylił.   Aura   magiczna   w   okolicach 

miasteczka była tak silna, że wpływała na roślinność, a w samym Lindean miałoby nie być 
magii? Ale wyglądało na to, że urzędnik miał rację – panienka w Magicznej Informacji 

Turystycznej   spojrzała   na   Hermionę   z   delikatnym   zdziwieniem   i   zaproponowała 
„wyjątkowo okazyjny nocleg w Shampton”. Tym razem badaczka darowała sobie wykład o 

Salvia officinalis. Wychodząc z wypożyczalni świstoklików z plikiem reklamówek podróży 
last minute w ręku Hermiona nuciła już pod nosem Wysockiego –  Pariż adkryt, a mnie 

tuda nie nada... 
Na koniec, panienka w Departamencie Wyjątkowo Ważnych Wypadków Pracy Na Terenie 

Mugolskim poinformowała Hermionę, że jej podanie o możliwość skorzystania z miotły 
nad terenem zamieszkałym przez Mugoli zostało odrzucone. Suchym głosem dodała, że 

Hermiona   ma   czas   na   odwołanie   się   od   decyzji,   przy   czym   w   postępowaniu 
administracyjnym   i   sądowo-administracyjnym   jest   to   siedem   dni,   podczas   gdy   w 

postępowaniu cywilnym tydzień. A potem profesor Vector dorzuciła Hermionie Lunę, jak 
wisienkę na czubku pięter niepowodzeń, więc badaczka niewiele myśląc spakowała torbę i 

zdecydowała ruszyć do Lindean pieszo, zanim powódź, albo seria pożarów odetną również 
tą drogę. 

Do miasteczka dotarły późnym popołudniem. W pochyłych promieniach słońca Lindean 

nie wyglądało ani ładnie, ani zapraszająco. Niewielkie, pochylone do ziemi domki tuliły się 
do siebie, jakby z lękiem. Zasłonięte firanki w oknach drżały lekko. Luna zacisnęła palce na 

dłoni Hermiony, rozglądając się z obawą, jakby wyczuwała śledzące je z domów spojrzenia. 
Przed nimi, tuż za ostatnim domem, napierała na miasteczko ciemna, nieprzebita ściana 

lasu. 
Wydawało się, że jest zupełnie pusto. 

Tamten człowiek  wyłonił się znikąd.  Hermionie w pierwszej chwili wydawało się, że to 
wstał jeden z przydrożnych głazów - szary, zwalisty i nieruchomy. Hermiona widziała, jak 

idzie w ich stronę i zaczęła się cofać, aż zatrzymały ją kurczowo zaciśnięte palce Luny. Luna 
stała nieruchomo, czerwone słońce zabarwiło jej włosy dziwnym krwawym blaskiem, a w 

jej wypukłych oczach odbijała się sylwetka nadchodzącego człowieka. 
Potem,   kiedy   podszedł,   Hermionie   chciało   się   śmiać   z   samej   siebie,   że   pozwoliła   sie 

przestraszyć zwykłemu żebrakowi, w dodatku niespełna rozumu. Ale nie śmiała się – może 
dlatego, że przed samą sobą nie umiała się przyznać, że gdzieś w środku czuła jeszcze chłód 

nagłej paniki, a serce nie od razu zechciało wrócić na swoje miejsce. 
- Dobry wieczór – powiedziała Luna przyjaźnie i dopiero wtedy Hermiona się uspokoiła i 

mogła przyjrzeć dziwnemu nieznajomemu. 
Nie było w nim groźnego, raczej budził litość. Zgarbiony, mimo ciepłego wieczoru ubrany w 

niezliczone warstwy szmat, które kiedyś musiały być kolorowe, a teraz wszystkie przybrały 
mniej   więcej   jednolity   odcień   brudnej   szarości.   Tak   samo   szare   były   jego   długie, 

skołtunione włosy i broda – jakby cały chciał się wtopić w tło przydrożnych kamieni. I 
nawet jego głos przypominał kamień – był chropowaty i chłodny, jak jego powierzchnia. 

- Idziesz tam – powiedział do Luny cicho, właśnie do Luny, chociaż stały tuż obok siebie. - 

background image

Idziesz tam – powtórzył i to nie było pytanie. 
- Gdzie? - zapytała Luna, a Hermiona westchnęła z irytacją i odsunęła się. 

- Do Nich... - wyszeptał stary konspiracyjnie. - Masz księżyc w oczach dziewczyno, księżyc 
w oczach, księżyc cię do nich zaciągnie. 

- Ale do kogo? - próbowała zrozumieć Luna. 
- Luna, na wszechwładnego Merlina, toż to zwykły wariat, chodźmy – wysyczała Hermiona, 

nieszczególnie nawet zastanawiając się, czy ją słychać. 
- Pietruszka, szałwia, rozmaryn, tymianek – zanucił mężczyzna, potwierdzając tym samym 

podejrzenia Hermiony. - Księżyc cię do nich zaciągnie, dziewczyno... 
- Przepraszam, ale my już musimy iść – powiedziała Hermiona stanowczo i złapała Lunę za 

ramię. 
- Powiedz jej, że na nią czekam – mówił stary, nie zwracając na Hermionę najmniejszej 

uwagi.   W   koszuli   bez   szwów,   bez   pracy   igły,   na   akrze   ziemi   między   morzem,   a   skałą, 
pietruszka, szałwia, rozmaryn, tymianek... 

- Luna, idziemy! 
- Dobry wieczór! - usłyszały nagle. - Panie do nas? 

Hermiona odetchnęła z ulgą. Zażywna niewiasta, idąca szybkim krokiem w ich stronę, była 
podobna do Molly Weasley i na pewno wyglądała normalnie. 

- Niech panie nie zwracają na niego uwagi – powiedziała kobieta. - To nasz Szaleniec. 
Wyszłam,   bo  już   się  zaczęłam   niepokoić,   tu   po  ciemku   trudno  trafić.   A  my   szyldu   nie 

mamy, prawie nikt tu nie przyjeżdża... Proszę ze mną, akurat kolacja będzie gotowa. 
Wariat szeptał jeszcze coś do Luny. Hermiona spojrzała na nią z politowaniem – nachylała 

się do starego, jakby nie chciała uronić ani słowa z jego bezsensownego bełkotu. A on 
wsunął jej coś w dłoń, Hermiona przyjrzała się i zobaczyła krzyżyk z nanizanych na nitkę z 

wysuszonych, jarzębinowych korali. 

***

- Wiesz – powiedziała nagle Luna, kiedy Hermiona była już przekonana, że towarzyszka 
dawno śpi. – Samotność to jest coś takiego jak blizna po zwycięskiej walce. Trzeba być z 

niej dumnym i można się nią chwalić, ale czasem, jak zaboli... 
Hermiona milczała, uświadamiając sobie, że o tym, co właśnie najbardziej je łączyło, nigdy 

dotąd nie rozmawiały. Oparła się na łokciu. Luna leżała na sąsiednim łóżku, na wznak, 
zupełnie płasko i Hermiona nie wiedzieć czemu była pewna, że oczy ma szeroko otwarte i 

odbija się w nich światło księżyca sączące się z zza firanki. 
- Wiesz, ja właściwie nie czuję się samotna... Tylko czasem, jak pomyślę, że tak już będzie 

zawsze, to jest takie dziwne. Rozumiesz? 
-   Chyba   rozumiem   –   odpowiedziała   Hermiona,   myśląc,   że   Luna   rzeczywiście   jest 

smutniejsza i inna i może profesor Vector miała rację. 
- I wiesz, czasem, jak jestem sama w domu i to jest takie nie do wytrzymania i myślę, że to 

niemożliwe,   żeby   tak   miało   już   być   –   mówiła   Luna   cicho,   jakby   do   siebie,   jakby   nie 
obchodziło   jej,   czy   Hermiona   słucha,   czy   może   już   zasnęła.   –   Myślę,   że   coś   musi   się 

zmienić, czuję, że coś musi się wydarzyć. I chcę tego... Chciałabym czegoś tak strasznego i 
tak pięknego jednocześnie, że potem można tylko umrzeć. Ale boję się... boję się, że potem 

nie umrę. Czuję to coś, wiem, ze to się zbliża. Czasem tak strasznie za tym tęsknię, a czasem 
tak strasznie boję. Tak strasznie. 

Hermiona   milczała   i   teraz   już   miała   nadzieję,   że   Luna   zamilknie.   Drażniły   ją   słowa, 
drażniła  ją ta  dziwna maniera,  z którą Luna nigdy dotąd nie mówiła,  jakaś śmiertelna 

powaga i górnolotne wyrazy, zupełnie jakby Luna miała lat piętnaście, a nie dwadzieścia 
pięć i właśnie przeżywała pierwszą, szczenięcą, nieszczęśliwą miłość. Hermiona wolałaby 

już zasypiać,  rozmyślając o szczególnej aurze magicznej, która wpłynęła na właściwości 
[i]Salvia   officinalis[/i].   Luna   jakby   się   tego   domyśliła,   bo   nie   mówiła   już   nic   więcej   i 

Hermiona   zasypiała,   tylko   nie   widzieć   czemu   wydawało   jej   się,   że   światło   księżyca, 

background image

przenikające zza firanki, odbija się w oczach Luny i w wąskich strumyczkach, spływających 
jej na skronie i moczących włosy. 

***

Lindean, oświetlone porannym słońcem, wyglądało zupełnie inaczej niż wieczorem. Nie 

było tu nic z pustki ani smutku. Domki nie sprawiały już wrażenia zalęknionych, raczej 
przytulnych,   a   ich   pochylone   dachy   przywodziły   na   myśl   średniowieczną   wioskę   ze 

szkockiej   ballady.   Najbardziej   zaś   zmienił   się   las.   Wczoraj   zdawał   się   wisieć   nad 
miasteczkiem   jak   chmura   cienia,   napierać   i   grozić.   Dziś,   rozświetlony   plamami   słońca 

skaczącymi  po  mchu, nasycony  wszystkimi   odcieniami  zieleni,   zdawał  się zapraszać  na 
przechadzkę. 

Luna   wystawiała   twarz   do   słońca,   na   twarzy   miała   swój   zwykły,   nieco   nieprzytomny 
uśmiech i nic z poprzedniego podniosłego nastroju. Hermiona zresztą też nie rozumiała już 

powodów   swojej   irytacji,   doszła   do   wniosku,   że   musiała   być   wywołana   po   prostu 
zmęczeniem. 

Dziewczyna,   która   podawała   im   kawę   w   przytulnej,   słonecznej   jadalni,   miała   włosy   w 
odcieniu miedzi i zaraźliwy uśmiech. Widać też było, że interesuje ją cel wizyty – Lindean 

nie   słynęło   ani   z   zabytków,   ani   z   przyrody   i   maleńki   hotelik   rzadko   widywał   gości. 
Hermiona, zawsze gotowa popularyzować naukę, uraczyła ją długim wykładem na temat 

właściwości Salvia officinalis, pomijając oczywiście elementy magiczne. 
Salvia officinalis – powtórzyła dziewczyna ze zdziwieniem obce słowa. – Nie wiedziałam, 

że coś takiego tu rośnie. 
- Och, na pewno słyszałaś – uśmiechnęła się Hermiona. – Choć może nie łacińską nazwę. 

Potocznie mówi się szałwia i... 
- Szałwia – powtórzyła dziewczyna i Hermiona ze zdumieniem zauważyła, że jej uśmiech 

znikł, jak zdmuchnięty. – Tak, szałwia tu rośnie... 
- Przypuszczam, że na łące pod lasem – stwierdziła Hermiona, uważnie przypatrując się 

kelnerce,   której   nagle   zaczęły   drżeć   dłonie.   Co   takiego   mogło   być   w   szałwii,   używanej 
przecież tak często przez każdą gospodynię? 

- Chcecie tam iść? – w głosie dziewczyny zabrzmiało niedowierzanie i przerażenie. – Nie 
możecie! 

- Dlaczego? – nie rozumiała Hermiona. 
- Nie możecie! – powtórzyła dziewczyna. – Przecież... – urwała nagle i wybiegła z jadalni. 

Hermiona   dostrzegła   tylko,   jak   szybkim   ruchem   wsunęła   za   dekolt   krzyżyk   z   suchych 
owoców jarzębiny. 

***

Dyrektor McGonagall spokojnie piła kawę w pokoju nauczycielskim, kartkując najnowszy 

Przegląd Magiczny. Dzień zapowiadał się spokojnie i leniwie. Nawet najmłodsza latorośl 
Weasleyów,   córeczka   Charliego   i   Susan   po   ostatnim   szlabanie   powstrzymywała   się   od 

bardziej spektakularnych akcji. 
- Dzień dobry, Minerwo – przerwała jej rozmyślania profesor Vector. – Znów tutaj? 

Profesor McGonagall uśmiechnęła się w odpowiedzi. Była dyrektorką od ładnych kilku lat, 
a nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do picia porannej kawy w gabinecie, bez towarzystwa 

innych nauczycieli. 
- Co słychać, Septimo? 

- Lepiej – odparła profesor Vector. – Martwię się nadal o Lunę, mam wrażenie, że jest z nią 
coraz gorzej – od śmierci ojca mieszka sama w tym olbrzymim domu i kiedy ostatnio u 

mnie była, wyglądała na bardzo przygnębioną. 
- Już jest lepiej? – zapytała Minerwa, woląc nie wgłębiać się w problemy umysłowe panny 

Lovegood. 

background image

- Och, Hermiona zgodziła się zabrać ją ze sobą do Lindean i mam nadzieję... 
- Gdzie?! – przerwała ostro profesor McGonagall. 

-   Na   swoją   wyprawę   badawczą   –   odparła   Septima   ze   zdziwieniem.   –   Panna   Granger 
odkryła jakieś niezwykłe właściwości... 

- Gdzie one pojechały, Septimo? – Minerwa wstała nerwowo. 
- Do Lindean – powtórzyła profesor Vector. – To gdzieś w... 

- Wiem, gdzie to jest – przerwała Minerwa. – Aż za dobrze. Kiedy wyjechały? 
- Wczoraj. Co się stało, Minerwo? – w głosie Septimy zabrzmiał niepokój. 

- Do Lindean, Merlinie, ze wszystkich miejsc na świecie... 
- Ale co się stało?! 

- Nie słyszałaś o Lindean, Septimo? Widocznie ta wiedza nie dotarła poza granice Szkocji, 
ale ja... Merlinie – urwała i zbladła jak ściana. – Septimo, który dzisiaj jest? 

- Pierwszy maja – odpowiedziała zdezorientowana profesor Vector. 
- Uprzedź wszystkich, ze wyjechałam – rzuciła Minerwa. 

- Ale... – Septima przerwała. Profesor McGonagall wybiegła z pokoju. 

***

Las z bliska wyglądał pięknie. Luna od razu ruszyła w tamta stronę, Hermiona z początku 
próbowała zabrać się za obowiązki, ale poszukiwania szałwii spełzły na niczym – badaczka 

nie mogła oderwać oczu od potężnych dębów i bielejących wśród zieleni pni brzóz. Między 
gałęziami   śpiewały   ptaki   i   ten   obraz   lasu   wydał   się   Hermionie   bardziej   prawdziwy   i 

skończony   niż   cokolwiek   innego,   co   widziała.   Luna   powoli   weszła   między   drzewa, 
niepewnym, ostrożnym krokiem, jakby wchodziła do świątyni. Hermiona ruszyła za nią, ale 

Luna   nie   odwróciła   się.   Przyspieszyła.   Hermiona   podbiegła,   czując   jakiś   niezrozumiały 
niepokój. Luna nie zatrzymywała się, tylko nagłym, gwałtownym ruchem zerwała z szyi 

krzyżyk z jarzębinowych korali. 

***

Wydawało   jej   się,   że   parzy.   Korale,   które   w   przyćmionym   świetle   zmierzchu,   w   dłoni 
starego   żebraka   były   podobne   do   szlachetnych   kamieni,   w   pulsującym   życiem   lesie 

przywodziły   na   myśl   wyschniętą   skórę   mumii.   Stały   się   obrzydliwe.   W   dłoni   Luny 
zachrzęściły jak spróchniałe kości, kiedy szarpnęła krzyżyk, żeby zerwać go z szyi. I kiedy 

korale rozsypały się na mchu, Luna poczuła, ze przekroczyła jakąś granicę, za którą wrócić 
już niepodobna. 

Zaciągnęła się powietrzem, przesiąkniętym zapachem żywicy, liści i grzybów, to powietrze 
upajało, jak narkotyk, jak wino. Podniosła głowę, słońce parzyło powieki. Uczucie nagłego, 

nieprawdopodobnie   intensywnego   istnienia   byto   tak   silne,   że   odbierało   oddech   i   Luna 
pomyślała, że nigdy wcześniej naprawdę nie istniała, że całe jej życie prowadziło tylko do 

tej chwili i tego lasu. 
A   kiedy   otwarła   oczy,   on   tam   stał.   Opierał   sie   o   drzewo   i   patrzył   na   nią   ciemnymi, 

spokojnymi oczami. Pomyślała, że właściwie powinna się przestraszyć – sama w środku 
lasu,   w   towarzystwie   obcego   mężczyzny.   Nie   mógł   budzić   zaufania,   zwłaszcza   twarz, 

zeszpecona długą, brzydko zrośniętą blizną, biegnącą od ust aż po skroń. Pomyślała, że 
powinna  się   przestraszyć   i   wtedy   się   uśmiechnął.   Powietrze   zgęstniało   i   Luna   poczuła, 

jakby pływała w ciepłej, pachnącej żywicy. 
Nie   mogła   oderwać   oczu   od  jego  dłoni,   szczupłych   palców,  pieszczotliwie   dotykających 

chropowatej kory dębu. 
- Nie musisz mówić. 

- Co? - nie zrozumiała. 
- Nie musisz nic mówić - powtórzył. 

Chciała się uśmiechnąć, ale twarz przestała jej słuchać. Zamiast tego podeszła i spokojnym, 

background image

miękkim ruchem dotknęła jego twarzy. Nie odsunął się. Nie poruszył się również, kiedy 
zawahała się i zabrała rękę. 

-   Nie   wiem,   co   będzie   później   –   powiedział,   patrząc   jej   w   oczy,   jakby   odpowiadał   na 
niezadane pytanie. - I nie obchodzi mnie to. 

- Mnie też – wyszeptała Luna. - Mnie też. 
I rozpinając pierwszy guzik u koszuli, zrozumiała, że nie czuje już żadnego strachu i żadnej 

tęsknoty. 
Nie czerwieniła się, kiedy ubrania opadały na mech, choć widziała, że jego oczy błądzą po 

detalach   jej   ciała,   po   czubkach   piersi   i   zaokrągleniu   bioder.   Nasłuchiwała   rwących   się 
oddechów i bicia  własnego serca.  Poruszył się dopiero, kiedy zdjęła z siebie wszystko i 

wyciągnął dłoń, żeby jej dotknąć. I Luna nie mogła zrozumieć tej dziwnej świadomości, że 
życie zamyka się między jej ciałem, a jego palcami. 

*** 

Stara czarownica, pikująca na miotle pomiędzy drzewami, mogłaby wzbudzić rozbawienie. 

Hermiona   nie   poczuła   jednak   rozbawienia,   choć   włosy   profesor   McGonagall   sterczały 
wariacko na wszystkie strony, a spódnica w szkocką kratę podwinęła się, ukazując sporą 

część lnianych niewymownych. Hermiona nie poczuła rozbawienia, tylko strach – bo zbyt 
dobrze   pamiętała,   że   już   to   kiedyś   widziała,   a   potem   był   Mroczny   Znak   wiszący   nad 

domami, powietrze cuchnące krwią i zwierzęcym strachem, i trupy. 
- Pani profesor?! Co się stało? 

- Gdzie Luna? 
- Poszła do lasu. Coś w Hogwarcie? 

- Dawno? 
- Jakąś godzinę temu. Chciałam za nią iść, ale... 

-   Znikła   ci   z   oczu   –   wyszeptała   Minerwa.   -   Załóż   to.   -   Podała   Hermionie   krzyżyk   z 
nanizanych na nitkę jarzębinowych korali. - I chodź. Może jeszcze zdążymy. 

Hermiona spojrzała na krzyżyk. 
- Luna taki miała – stwierdziła ze zdziwieniem. - Dał jej tutejszy wariat. Ale go zerwała... 

- Oczywiście – odparła Minerwa, wchodząc szybkim krokiem w las. - Niektórzy twierdzą, że 
to przesąd, że wystarczą czary przeciw hipnozie, ale tak naprawdę przed Nimi chroni tylko 

stara magia natury... 
- Chroni przed kim? - Nie zrozumiała Hermiona. - I skoro chroni, to dlaczego Luna... 

-   Bo   chciała.   Magia   nie   uratuje   Cię   przed   sobą   samą.   -   urwała   nagle   i   westchnęła 
gwałtownie. - Za późno... 

Hermiona podeszła bliżej. Nie mogła zrozumieć rozpaczy w głosie opiekunki Gryffindoru. 
Luna spała – z łagodnym uśmiechem na szerokich ustach, ze spokojnie przymkniętymi 

oczami i lekkim rumieńcem na policzku. Jasne włosy rozsypywały się miękko na posłaniu z 
kwiatów, którymi była okryta od stóp do szyi. Obok, niedbale rozrzucone leżały jej ubrania. 

- Nic jej nie jest – stwierdziła Hermiona. 
- Tak myślisz? Nie, nie budź jej. Niech śpi... jak najdłużej. 

Minerwa ostrożnie okryła Lunę swoim płaszczem i wylewitowała w powietrze. 
- Chodź my stąd, jak najszybciej. Merlinie, Las Carterhaugh w Beltaine...W najgorszych 

snach tego nie przewidywałam... 
Hermiona usiłowała wyciągnąć z zakamarków pamięci skojarzenia z Lasem Carterhaugh – 

kilka taktów Ballady o Tam Linie, mgliste wspomnienie dzwoneczków orszaku Majowej 
Królowej...  Ale to przecież  były  baśnie,  ludowe legendy,  a profesor McGonagall  prawie 

biegła i Hermiona naprawdę zaczynała się bać. To wyglądało jak ucieczka, a Hermiona nie 
widziała jeszcze swojej opiekunki uciekającej przed kimkolwiek. Kiedy wyszły na skraj lasu, 

rozświetlona słonecznym blaskiem łąka wydała jej się światem żywych po wyjściu z grobu. 
Temu życiu przeczyła tylko szara, przypominająca kamień sylwetka starego żebraka, który 

na ich widok roześmiał się suchym, drwiącym, a jednocześnie pełnym rozpaczy śmiechem. 

background image

- Mówiłem – wyszeptał. - Księżyc w oczach, dziewczyno... Pietruszka, szałwia, rozmaryn i 
tymianek... 

Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę lasu. 
- Zaczekaj – krzyknęła Hermiona. - Zaczekaj! 

Stary odwrócił się i Hermiona zatrzęsła się na widok jego oczu. To nie było spojrzenie 
wariata. Szare oczy były przepełnione rozpaczą i tęsknotą. 

- Czego ode mnie chcesz? 
- Powiedz mi... Rozmawiałeś z nią wczoraj, Powiedz mi, co się stało? Czy ona umrze? 

- Nie – roześmiał się ponuro. - Ona też o to pytała... Nie umrze... Chyba, że zrobisz jej tą 
łaskę, że ją zabijesz. Nie umrze, pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek. Nie umrze. I nie 

zapomni. 

***

Każde miasteczko ma swojego wariata. Po Stonehed chodzi Stara Kobieta z Lalką. Tuli ją 
do  piersi  i  śpiewa  dziwaczne,  stare  kołysanki  o  poszarpanych  melodiach.  Abernyte  ma 

swojego Szalonego Mleczarza,  który codziennie o świcie wymienia puste butelki  na tak 
samo puste, dzwoniąc przy tym przeraźliwie dzwonkiem przedpotopowej rikszy. Wariaci z 

małych miasteczek nie mają imion. Hogsmeade też ma swoją wariatkę. Nazywają ją po 
prostu Pomyloną. Pomyloną z Hogsmeade. 

Mówią, że jest stara, jak przydrożne kamienie. Mówią, że była tam zawsze i będzie, póki 

jarzębina   będzie   miała   czerwone   owoce,   głóg   cierpki   smak,   a   wrzosy   będą   kwitły   na 
wrzosowiskach.   Jest  stara   i   pochylona,   jak   powyginana   przez   wiatr   sosna   na   morskim 

wybrzeżu. Jest stara i siwa jak dym ognisk Beltaine. I jest szalona. 

Drwią z niej. Kiedy stoi nieruchomo przy drodze, dzieci wrzucają jej do kaptura grudki 
błota. Pomylona nie zwraca uwagi na dzieci, ani na dorosłych, ani na ich śmiechy. Mówią, 

że oczy Pomylonej poszarzały od wpatrywania się w dal i teraz są odległe i tajemnicze, jak 
niewyraźna   linia   horyzontu.   Pomylona   ożywia   się   tylko   wtedy,   kiedy   do   Hogsmeade 

przybywają nieznajomi. Opowieść snuje się jak echo kroków na gościńcu. 

Powiedz mu, żeby zrobił dla mnie batystową koszulę, bez żadnych szwów, bez pracy igły.  
Powiedz   mu,   żeby   znalazł   dla   mnie   akr   ziemi,   pomiędzy   słoną   wodą,   a   morskim 

wybrzeżem.   Pietruszka,   szałwia,   rozmaryn,   tymianek…   Powiedz   mu,   żeby   ściął   je 
skórzanym sierpem, niech zbierze je wraz z bukietem wrzosu. Przypomnij mu o mnie, w 

orszaku Majowej Królowej… Piękny jest świat pod zielonym pagórkiem, pięknie dzwonią 
dzwoneczki  Majowej Królowej.   Kamień  zamiast serca,  a w miejsce oczu   drewienka…

Przypomnij mu o mnie. Powiedz mu…Powiedz, że czekam.