background image

AKE

 

HOLMBERG 

 

 

 

L

ATAJĄCY 

D

ETEKTYW

 

(P

RZEŁOŻYŁA

:

 

T

ERESA 

C

HŁAPOWSKA

 

 

SCAN-

DAL

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Sventon potrzebuje krótkiego urlopu 

 

Widząc go, trudno było się domyślić, że jest praktykującym prywatnym detektywem

1

Szedł  ulicą  Królowej,  w  szarym  płaszczu  i  czarnych  butach.  Na  głowie  miał  melonik,  co 

bynajmniej nie świadczy o czymś nadzwyczajnym. Mógł być równie dobrze cukiernikiem, jak 

nauczycielem, bo wielu cukierników i nauczycieli nosi szare płaszcze i meloniki. 

Trzeba by dopiero samemu być prywatnym detektywem, żeby spostrzec, że on nim jest. 

Może zauważyłoby się wtedy, że przypomina jastrzębia, i to bardzo czujnego, o przenikliwym 

wzroku.  Gdyby  włożyć  rękę  do  prawej  kieszeni  jego  marynarki,  natrafiłoby  się  na  czarną 

sztuczną brodę i wtedy można by zacząć podejrzewać, że to jednak nie jest cukiernik. Zdarza 

się bowiem niezwykle rzadko, żeby cukiernik szedł ulicą Królowej ze sztuczną brodą w prawej 

kieszeni. A w lewej kieszeni marynarki znalazłoby się nabity pistolet i wtedy byłoby już prawie 

pewne,  że  nie  jest  nauczycielem.  Bowiem  niezmiernie  rzadko  się  zdarza,  żeby  nauczyciel 

przechadzał się z naładowanym pistoletem w lewej kieszeni. I tak pomału można by zacząć się 

domyślać,  że  to  jednak  jest  praktykujący  prywatny  detektyw,  taki,  który  ma  jakieś 

niebezpieczne  zadanie  do  wykonania  i  być  może  przebrał  się  za  emerytowanego  abonenta 

telefonicznego. 

Niosąc  białe  kartonowe  pudełko,  ów  ktoś  wszedł  do  jednego  z  domów  przy  ulicy 

Królowej. W bramie widniał napis: 

 

TURE SVENTON 

Praktykujący Prywatny Detektyw 

 

Wbiegł po schodach i otworzył drzwi, na których było napisane: 

                                                   

1

 Wcześniejsze przygody, praktykującego prywatnego detektywa, Ture Sventona, opisane zostały w książce pt. 

“Latający detektyw”. 

 

T. SVENTON 

 

Teraz już nie ulegało wątpliwości, o ile takowa mogła dotąd istnieć, że ten ktoś to Ture 

Sventon, najznakomitszy prywatny detektyw w całej Szwecji, jedyny, który posiadał latający 

dywan. 

background image

W  poczekalni  przed  jego  gabinetem  czekało  wielu  klientów,  każdy  z  jakąś  bardzo 

trudną sprawą do załatwienia. Jeden chciał, żeby Sventon odnalazł mu kanarka, który w końcu 

czerwca  wyfrunął  przez  okno  na  strychu.  Inny  chciał  stwierdzić,  gdzie  jest  pewna  osoba 

nosząca brązowe buty, widziana ostatnio na Odenplan, trzeci znów życzył sobie, by Sventon 

śledził konduktora w tramwaju na linii numer 3. Tyle było ludzi, że niektórzy nie mieli gdzie 

siedzieć.  Koło  drzwi  stał  wysoki  mężczyzna  o  posępnej  twarzy  i  zapadniętych  policzkach, 

który podejrzewał, że złośliwy sąsiad ukradł mu sztuczne zęby. Wszyscy przyszli do Sventona, 

żeby mu zlecić wykonanie jakiegoś niebezpiecznego zadania. 

Sventon przeszedł do następnego pokoju, gdzie za biurkiem siedziała jego sekretarka, 

panna  Jansson.  Była  siwa  i  nosiła  okulary.  Tyle  wciąż  miała  roboty,  że  nigdy  nie  mogła 

skończyć  szydełkować  łapki  do  podnoszenia  gorących  garnków,  dawno  zaczętej,  którą 

trzymała w szufladzie biurka. 

- Nie było nic specjalnego? - spytał Sventon, stawiając na stole kartonowe pudełko. 

- Dzwonił pan Omar. 

- Pan Omar? 

- Tak, pan Omar. 

- Dzwonił? 

- Tak, dzwonił. 

- Aha. Gdzie on jest teraz? 

- Na pustyni arabskiej. Ma właśnie urlop. Pytał, czy pan by się tam nie wybrał i nie zjadł 

z nim porcji chepchouka

2

-  Ach  tak,  naprawdę?  -  westchnął  Sventon.  Przypominał  ponurego  jastrzębia  (o  ile 

można  sobie  wyobrazić  jastrzębia  w  meloniku).  Zdjął  melonik  i  położył  go  koło  pudełka. 

,,Kiedyż  ja znajdę czas, żeby  jeść chepchoukę na pustyni arabskiej? Ledwo mam czas zjeść 

psysia”.  Wyciągnął  z  kieszeni  sztuczną  brodę  i  położył  ją  obok  melonika.  A  obok  brody 

położył swój pistolet kawaleryjski, pamiętający czasy wojny trzydziestoletniej 

3

Każdy człowiek ma coś, co go odróżnia od innych. Sventona odróżniało nie to, że był 

tak  bardzo  zajęty.  Nic  dziwnego,  że  najsprytniejszy  prywatny  detektyw  w  kraju  ma  tyle  do 

roboty.  Dziwne  natomiast  było  to,  że  Sventon  mówił  psyś  zamiast  ptyś.  A  zamiast  pistolet 

mówił piftolet. Gdy zaś chciał powiedzieć ciastkarnia Rozalii, wychodziło mu Rofalii. 

-  Wstąpiłem  do  Rofalii  i  kupiłem  kilka  psysiów  -  powiedział  otwierając  pudełko.  - 

                                                   

2

 Czytaj: czepczuka 

3

 Wojna trzydziestoletnia toczyła się w latach 1618-1648 

background image

Niech pani będzie tak dobra zaparzyć kawę. Zjemy sobie po psysiu. 

Największym przysmakiem Sventona były ptysie z bitą śmietaną, a jedynym miejscem 

w Sztokholmie, gdzie sprzedawano je przez cały okrągły rok, była ciastkarnia Rozalii. Dlatego 

Sventon, ile razy przechodził w pobliżu, zawsze wstępował do Rozalii i kupował kilka ptysiów. 

Kiedy miał dużo roboty, nic mu tak nie dodawało energii jak dobry ptyś. 

Kawa wkrótce była gotowa, usiedli więc z panną Jansson przy biurku i zjedli po jednym 

ptysiu. Wypili do tego po trzy  filiżanki kawy. Ptysie były świetne:  w miarę rumiane, z dużą 

ilością śmietany. 

- Czy pan Omar nic więcej nie mówił? - spytał Sventon. 

- Owszem. Powiedział, że codziennie urządza sobie przejażdżkę na wielbłądzie. Pytał, 

czy pan też miałby na to ochotę. 

- Ach tak, pytał o to? - rzekł Sventon ponurym głosem, ścierając z nosa odrobinę bitej 

śmietany.  Zawsze  marzył,  żeby  się  przejechać  na  wielbłądzie.  Sventon  ogromnie  lubił 

wielbłądy. 

- Nic więcej nie mówił? 

- Powiedział, że po każdej przejażdżce pije zwykle w swoim namiocie sześć filiżanek 

doskonałej arabskiej kawy. 

- Ile? 

- Sześć. 

- Aha, sześć. A ja nigdy nie mam czasu wypić więcej jak trzy  - rzekł Sventon z miną 

jeszcze bardziej ponurą. 

Obok  pokoju  panny  Jansson  był  prywatny  gabinet  prywatnego  detektywa  Ture 

Sventona. Sventon wszedł do siebie i zatrzasnął drzwi. Potem usiadł przy biurku i przymknął 

oczy. I wtedy zobaczył nie kończące się morze piasku, po którym stąpały wielbłądy, wolno i 

poważnie. Ujrzał namiot, gdzie jadło się chepchoukę, tę znakomitą, lekko strawną potrawę z 

jarzyn. 

- Potrzebuję krótkiego urlopu - wymamrotał. 

Wydawało  mu  się,  że  słyszy  dziwne,  obco  brzmiące  bicie  dzwonów  z  wysokich 

minaretów, i że  siedzi w  namiocie popijając kawę, a wszystko dookoła zalane  jest słońcem 

niczym strumieniem płynnego złota. 

- Stanowczo potrzebuję krótkiego urlopu - powiedział, i to tak głośno, że panna Jansson 

otworzyła drzwi i zapytała, czy nie życzy sobie czegoś. 

- Owszem, urlopu. 

Panna  Jansson  uznała,  że to  doskonały  pomysł.  Zależało  jej,  żeby  skończyć  łapki  do 

background image

garnków  przed  Bożym  Narodzeniem,  a  czasu  było  mało.  Jej  siostra  miała  je  dostać  pod 

choinką. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Pan Hjortron, konstruktor lodówek 

 

W  rogu  pokoju  leżał  zwinięty  latający  dywan.  Z  bliska  czuło  się  jego  specyficzny 

zapach.  W  pierwszej  chwili  miało  się  wrażenie,  że  pachnie  koniem,  lecz  jeszcze  bardziej  z 

bliska można było stwierdzić, że to raczej zapach wielbłąda. Ile razy Sventon czuł ten zapach, 

zawsze przypominał mu się pan Omar, od którego ów dywan kiedyś kupił, i myślał sobie, jak 

by to było przyjemnie odwiedzić go na jego pustyni. Omar spędzał urlop w pięknej oazie, która 

nazywała się Kaf. Przez resztę roku mieszkał w mieście Djof oddalonym o kilkanaście mil. 

A więc decyzja powzięta. Ture Sventon pojedzie na pustynię arabską! 

Podróż do Arabii to wspaniała przygoda. Po drodze  można zwiedzić wiele pięknych 

okolic, 

można  zobaczyć  Alpy  i  Morze.  Śródziemne.  A  na  miejscu  można  jeździć  na 

wielbłądach, można jeść chepchoukę i pić kawę w namiocie, razem z Omarem. 

Jedyna  zła  strona  pustyni  arabskiej,  to  że  nie  ma  tam  ptysiów.  W  całej  Azji,  która 

posiada tyle bogactw naturalnych, nie znajdziesz ani jednego ptysia. Najbogatszy nawet szejk 

nie może wejść do cukierni czy ciastkarni i poprosić o ptysia - obojętne: ze śmietaną czy bez. I 

powstaje pytanie, czy to właśnie nie jest najbardziej zagadkową sprawą w całej tej zagadkowej 

części świata. Azja cierpi na straszny brak ptysiów. 

Sventon od razu wiedział, że byłoby lekkomyślne brać ptysie z kremem w taką podróż. 

Miał  co  prawda  specjalne  blaszane  pudełko  służące  do  przewożenia  ptysiów,  lecz  gdyby  je 

naładować do pełna ptysiami od Rozalii, śmietana skwaśniałaby, zanimby dojechał. Chyba że 

ptysie  byłyby  bez  nadzienia.  Niewykluczone,  że  na  pustyni  arabskiej  można  dostać  bitą 

śmietanę i masę migdałową i może jakiś zręczny cukiernik potrafiłby napełnić ptysie zaraz po 

przyjeździe, ale czy można być tego pewnym? Czy jest ktoś, kto może zapewnić, że istnieje 

masa migdałowa na pustyni arabskiej? Sventon nikogo takiego nie znał. 

Prywatny detektyw zawsze musi na wszystko mieć sposób i Sventon w jednej chwili 

wiedział,  co  ma  zrobić.  Znał  pewnego  konstruktora  lodówek,  bardzo  mądrego  i  sławnego 

inżyniera,  ,  wynalazcę  lekkich  ręcznych  lodówek,  które  można  było  nosić  z  sobą tak  mniej 

więcej  jak  walizkę  albo  maszynę  do  pisania  czy  tranzystor.  Jego  modele  nazywały  się 

,,Lodowce” i były w różnych wymiarach:  “Lodowiec  l”, “Lodowiec 2”, “Lodowiec 3” i tak 

dalej,  aż  do  “Lodowca  12”.  Numer  12  był  największą  ręczną  lodówką. Trzeba  było  dwóch 

tragarzy,  żeby  ją  przenieść,  ale  za  to  ile  się  w  niej  mieściło  jedzenia!  Można  było 

background image

przechowywać  żywność  dla  rodziny  składającej  się  z  sześćdziesięciu  do  siedemdziesięciu 

osób.  Sventon  sądził,  że  “Lodowiec  3”  albo  “Lodowiec  4”  będzie  najodpowiedniejszym 

modelem, żeby przechować ptysie podczas podróży na pustynię arabską. 

Konstruktor  lodówek  nazywał  się  Hjalmar  Hjortron  i  miał  swoją  fabrykę  tuż  pod 

Sztokholmem. Sventon natychmiast włożył melonik i udał się tam na latającym dywanie.  

Pan Hjortron przyjął go bardzo uprzejmie w swoim biurze. Był to duży, tęgi mężczyzna 

z  opadającym  wąsem.  Sventon  zaraz  zauważył,  że  tego  dnia  był  zatroskany  i  roztargniony. 

Prywatny detektyw musi wszystko widzieć i Sventon spostrzegł, że Hjortron upuścił pięć razy 

ołówek i wywrócił wazon z kwiatami, tak że woda wylała się na podłogę. Kiedy zapukano do 

drzwi,  Hjortron  zerwał  się,  przewracając  krzesło,  i  nawet  ten  szczegół  nie  uszedł  uwagi 

prywatnego detektywa Sventona. 

- Panie Hjortron - powiedział Sventon - wybieram się w podróż na Południe i potrzebna 

mi jest ręczna lodówka. 

- W takim wypadku mogę panu polecić “Lodowiec 3”. Trójka jest szczególnie lekkim, 

lecz równocześnie pojemnym sportowym modelem, nadającym się specjalnie do podróży na 

Południe. 

- A ile się w nim zmieści psysiów? - spytał Sventon. 

- Ptysiów? Zaraz zobaczymy... - odparł inżynier Hjortron, wyjmując z kieszeni suwak 

logarytmiczny. Pogładził wąsy i zaczął obliczać. 

- Czy będą ze śmietaną, czy bez? - spytał. 

- Ze śmietaną! - wykrzyknął Sventon. - Oczywiście! 

Hjortron obliczył na suwaku i powiedział: 

- Numer trzy zmieściłby trzydzieści ptysiów. 

- Tylko trzydzieści? - rzekł Sventon i zaczął obliczać w pamięci. - To niedużo. Jadę aż 

do Kaf, na pustynię arabską. 

- Może weszłoby nawet trzydzieści dwie sztuki, ale nie radziłbym wkładać więcej, bo 

mogłyby się pognieść. 

- Czy nie lepiej wobec tego, żebym wziął numer cztery? 

- “Lodowiec” numer cztery jest nieco pojemniejszy - odparł Hjortron - ale za to waży 

znacznie więcej. Trójka  jest lekkim, zgrabnym  modelem  nadającym się do podróży. Posiada 

uchwyt na wierzchu, nosi się ją więc jak walizkę. 

-  Byłaby  bardziej  odpowiednia  -  przyznał  Sventon,  drapiąc  się  w  brodę.  -  Ale 

trzydzieści psysiów to niewiele.    

- Trzydzieści dwa - powiedział Hjortron. 

background image

-  To  tylko  o  dwa  więcej.  Trzydzieści  dwa  psysie  starczą  zaledwie  do  Alp.  Zjem 

ostatniego  gdzieś  niedaleko  Matterhornu

4

.  A  co  będę  miał  na  później?  Czy  pan  o  tym 

pomyślał? 

- Nie - odparł Hjortron. - Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. 

Milczeli przez chwilę, obaj rozważając zagadnienie. 

-  “Lodowiec  4”  zmieści  najmniej  czterdzieści  ptysiów  z  kremem  -  rzekł  w  końcu 

Hjortron. - A do piątki weszłoby, jak sądzę, około sześćdziesięciu. 

- Ale ja nie chcę podróżować z wielką, niezgrabną szafą. 

I znów zamilkli, rozmyślając jakiś czas nad tym problemem. Słychać było odgłosy z 

fabryki, stukanie narzędzi i łoskot maszyn. Produkcja słynnych “Lodowców” szła pełną parą.     

-  Panie Sventon  -  szepnął Hjortron, rozglądając się dokoła tak, jakby  się bał, że ktoś 

podsłuchuje.  -  Panie  Sventon  -  powiedział  i  zajrzał  dla  ostrożności  pod  stół.  -  Coś  panu 

powiem... - szepnął tak cicho, że Sventon musiał się nachylić, żeby go usłyszeć. - Powiem panu 

coś... 

- Co takiego? - spytał Sventon. 

- Zrobiłem... - szepnął inżynier tak cicho, że Sventon absolutnie nic nie słyszał, mimo 

że rękę przystawił do ucha. - Zrobiłem... 

“Jest bardzo nerwowy - pomyślał Sventon. - Ciekawe, co on takiego zrobił?” 

Hjortron zajrzał jeszcze raz pod stół, ponieważ jednak nie znalazł tam nic podejrzanego, 

powiedział, wciąż szeptem: 

- Panie Sventon, czy słyszał pan kiedykolwiek o ,,Arktyce”? 

                                                   

4

 Matterhorn - szczyt w Alpach Zachodnich, na granicy Szwajcarii i Włoch. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Klopsiki z borówkami 

 

- O Arktyce? - spytał Sventon nieco zirytowany. 

- Tssss... - syknął Hjortron. - Nie tak głośno! To jeszcze jest tajemnica. 

- Jaka tajemnica? - zniecierpliwił się Sventon. 

- “Arktyka”! - zasyczał Hjortron. 

- Przecież to już nie jest żadna tajemnica. Dawno została odkryta. 

- Odkryta! - inżynier zachwiał się, jakby otrzymał śmiertelny cios. Potem opanował się 

i  powiedział:  -  Ja  nie  myślę  o  Arktyce,  lecz  o  “ARKTYCE”,  mojej  nowej,  rewelacyjnej 

lodówce, najlepszym przyjacielu domu. 

Podszedł na palcach do drzwi i zamknął je. Chustką otarł czoło. Potem wyjął z kieszeni 

pęk  kluczy  i  otworzył  dużą  kasę  pancerną  wmurowaną  w  ścianę.  Z  kasy  wyjął  coś,  co 

przypominało zwykłą walizkę w której może się zmieścić piżama, ubranie, jedna para butów, 

dwie kanapki z serem i szczotka do zębów. Jedyna różnica, to że ta walizka była metalowa i 

białego koloru. Można ją było wziąć za ręczną lodówkę typu ,,Lodowiec”. Sventon był prawie 

pewien, że to, co widzi przed sobą, to “Lodowiec” numer trzy, ale potem zauważył na froncie 

małą metalową tabliczkę z napisem: “ARKTYKA”. 

- A więc to jest “Arktyka”? - spytał. 

- Tssss... To tajemnica - syknął Hjortron, rozglądając się na wszystkie strony. Zajrzał 

nawet do kosza na papiery, ale  nie  było tam  nic  niewłaściwego, więc uspokoił  się trochę.  - 

Wytłumaczę panu. “Arktyka” jest nowym wynalazkiem. Jeszcze go nie opatentowałem. 

- Ach tak - odparł Sventon. 

- Dotychczas wyprodukowałem tylko ten jeden egzemplarz. 

- Ach tak - powtórzył Sventon. 

- Tak. Jeszcze nie opatentowałem ,,Arktyki”, ale warta jest majątek. Zakładając, że nikt 

jej nie ukradnie i nie schowa gdzieś, żeby zobaczyć, jak jest skonstruowana... 

-  Ach  tak  -  rzekł  Sventon,  który  teraz  dopiero  zdał  sobie  sprawę  z  ogromu 

niebezpieczeństwa. Stał wpatrując się w “Arktykę”, coraz bardziej podobny do jastrzębia. 

- To nie jest zwyczajna lodówka - tłumaczył dalej jej wynalazca. - Przeciwnie, to jest 

zupełnie  nadzwyczajna  lodówka.  Zmieni  cały  nasz  tryb  przyrządzania  posiłków.  “Arktyka” 

jest rewelacyjnym  wynalazkiem.  Stanie  się  najlepszym  przyjacielem  zmęczonych  gospodyń 

domowych. 

background image

- Naprawdę? - rzekł Sventon. - Ale bardzo pana przepraszam, panie Hjortron, trochę mi 

się spieszy... 

- “Arktyka” - ciągnął dalej inżynier, nie słuchając Sventona  - będzie produkowana w 

dwunastu wielkościach, tak jak ,,Lodowiec”. Różnica jednak polega na tym, że jeśli włożyć 

befsztyk do “Lodowca”, na drugi dzień będzie akurat taki sam, kiedy się go wyjmie na obiad. 

- A jak wobec tego wygląda befsztyk wyjęty z “Arktyki”? - spytał Sventon, patrząc na 

zegarek. 

- Tu właśnie jest różnica - szepnął Hjortron - kolosalna różnica! 

Otworzył lodówkę. Natychmiast rozległa się muzyka. 

- Co to? - zdziwił się Sventon. 

- Marsz paradny pułku z Upplandii - odparł Hjortron, ocierając chustką pot z czoła. 

- Skąd się bierze ta muzyka? - spytał Sventon, rozglądając się po pokoju. 

- Z “Arktyki” - odparł Hjortron.  

Prywatny detektyw Ture Sventon spojrzał bacznie na Hjortrona. Zaczął podejrzewać, 

że inżynier ma nie całkiem dobrze w głowie. Zachowywał się przedziwnie. 

- ,,Arktyka” ma wbudowany aparat radiowy, który automatycznie zaczyna grać, gdy się 

otworzy drzwiczki. Niech, pan pomyśli, co znaczy trochę dobrej muzyki dla zmęczonej pani 

domu! Jak mówię: ,,Arktyka” stanie się najlepszym przyjacielem domu. 

Sventon  zaciekawiony  zajrzał  do  środka.  Wnętrze  najlepszego  przyjaciela  domu 

wyglądało jak w każdej zwykłej lodówce. Były tam dwa półmiski z jakimiś dziwnymi małymi 

rzeczami. Jakby pokurczone resztki jedzenia, bardzo nieapetyczne. Coś w rodzaju malutkich 

klopsików,  które  stały  tak  długo  w  spiżarni,  że  nadają  się  już  tylko  do  wyrzucenia.  Lecz 

Hjortron wyjął jeden półmisek i poczęstował Sventona. Z niewidocznego radia popłynęło kilka 

uroczystych akordów, tak jakby Sventon został zaproszony na bankiet. 

- Dziękuję - rzekł detektyw, patrząc podejrzliwie na półmisek - ale jadłem obfity obiad. 

-  Głupstwo!  -  wykrzyknął  przyjacielski  inżynier.  -  Koniecznie  musi  pan  skosztować 

czegośkolwiek z ,,Arktyki”. 

- Dziękuję - odparł Sventon i spojrzał na zegarek - ale niedługo będę jeść kolację. 

- Głupstwo - orzekł przyjazny, gościnny wynalazca - to są klopsiki zrobione przez moją 

żonę. Klopsiki z borówkami. 

- Ach tak - powiedział Sventon, który nie wiedział, co o tym sądzić. Z radia grzmiała 

dęta orkiestra. 

- Zawsze mówię, że nikt nie potrafi tak zrobić klopsików, jak moja żona. 

W  tym  momencie  ktoś  zapukał  do  drzwi.  Hjortron  podskoczył,  jakby  go  ugryzła 

background image

pszczoła. Zatrzasnął drzwiczki lodówki i schował ją do kasy pancernej. Zapomniał o talerzu z 

obrzydliwymi  resztkami  jedzenia  i  zostawił  go  na  stole.  Podszedł  do  drzwi  i  otworzył.  Do 

pokoju wszedł mały, blady człowieczek o chytrym wyglądzie. Miał spiczasty nos i granatowe 

ubranie  z  dobrze  zaprasowanymi  spodniami.  Nosił  duże  okulary  w  rogowej  oprawie  i  rude 

wąsiki. Sventon zauważył, że miał małe spiczaste buty. 

- Czy mogę przedstawić... asystent spiżarkowy Lodownicki... chciałem powiedzieć asy-

stent lodówkowy Spiżarnicki... i detektyw Pryvatson... chciałem powiedzieć prywatny detek-

tyw Sventon - plątał się zdenerwowany wynalazca, zerkając ukradkiem na kasę pancerną. 

Asystent  do  spraw  lodówek,  nazwiskiem  Spiżarnicki,  i  prywatny  detektyw  Sventon 

przywitali się. Sventon zauważył, że oczy Spiżarnickiego latały to tu, to tam. Nigdy nie było 

wiadomo, w którą stronę patrzy. Sventon przyglądał mu się przenikliwym wzrokiem. Zdawało 

mu się, że już go kiedyś widział, ale gdzie? 

- Miło mi - rzekł Spiżarnicki i kichnął. 

- Mnie również - odparł Sventon przybierając wyraz czujnego jastrzębia. 

- Jeśli nic już nie ma na dzisiaj - zwrócił się Spiżarnicki do Hjortrona - to ja sobie pójdę. 

-  Kichnął  przy  tym  trzy  razy,  patrząc  równocześnie  na  Hjortrona,  na  Sventona  i  na  kasę 

pancerną. 

- Tak, tak, idź już - rzekł Hjortron. 

- A więc żegnam - powiedział Spiżarnicki. 

- Żegnaj - odparł Hjortron. 

- Do widzenia - rzekł Sventon. 

Mały asystent już prawie opuszczał pokój, kichając po raz ostatni (cierpiał przez cały 

rok na katar sienny), gdy nagle zatrzymał się. 

Stanął  jak  wryty,  patrząc  na  biurko.  Hjortron  obejrzał  się.  I  nawet  Ture  Sventon, 

prywatny detektyw ze Sztokholmu, odwrócił się, by spojrzeć na biurko. 

Na talerzu leżały świeżutkie, pięknie przyrumienione klopsiki z jaskrawoczerwonymi 

borówkami. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Sventon jest zaproszony na skromna kolację 

 

-  A  więc  żegnaj  -  odezwał  się  Hjortron,  wypychając  Spiżarnickiego  za  drzwi. 

Wyglądało na to, że asystent ma ochotę zostać. Przypuszczalnie klopsiki były jego ulubionym 

daniem, bo patrzył na nie tęsknym wzrokiem. Hjortron zamknął za nim drzwi i wytarł chustką 

czoło. 

- Nie wierzę temu człowiekowi - mruknął. 

- Ach tak - rzekł Sventon. - Dlaczego? 

-  Nie  wierzę  -  odparł  Hjortron.  -  Podejrzewam,  że  chce  ukraść  to  mięso,  a  raczej 

,,Arktykę”, chciałem powiedzieć. 

Na  razie  Sventon  nie  był  w  stanie  zainteresować  się  bliżej  ani  Spiżarnickim,  ani 

,,Arktyką”. Podszedł do biurka. Nie, to nie żadne złudzenie. Klopsiki były prawdziwe. Nigdy 

nie  widział  bardziej  autentycznych.  Tak  samo  borówki.  Były  świeże,  jasnoczerwone  i 

prawdziwe.  Sventon  nachylił  się  i  powąchał.  Poczuł  delikatną  woń  dopiero  co  upieczonego 

mięsa i świeży, ostry zapach borówek. 

Przypomniały mu się wstrętne, pokurczone resztki jedzenia, które przedtem leżały na 

talerzu.  Zrobiło  mu  się  nieswojo.  Zdwoił  czujność,  stając  się  jeszcze  bardziej  podobny  do 

jastrzębia.  Włożył  rękę  do  kieszeni,  żeby  się  upewnić,  że  ma  przy  sobie  swój  kawaleryjski 

pistolet. Prywatny detektyw jest stale narażony na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa, toteż 

stwierdziwszy, że paskudne resztki, dobre chyba tylko dla szczurów, zamieniły się w klopsiki z 

borówkami,  miał  rzeczywiście  powód  do  wzmożonej  czujności.  Zacisnął  rękę  na  kolbie 

pistoletu i bacznie przypatrywał się wynalazcy i klopsikom. 

Był przygotowany na wszystko. 

- Co to znaczy? - spytał ostro. 

-  Co takiego?  - odparł roztargniony Hjortron.  - Ach tak, klopsiki! Dobrze, że mi pan 

przypomniał. Będziemy  je  mieli  na obiad. Byłbym zapomniał...  - Otworzył kasę pancerną  i 

wyjął  z  niej  “Arktykę”.  Otworzył  drzwiczki  i  natychmiast  rozległy  się  dźwięki  wspaniałej 

symfonii  a-moll.  Wziął  talerz  i  wstawił  go,  do  lodówki.  Potem  zastanawiał  się  chwilę  nad 

czymś. 

- Panie Sventon  - rzekł.  -  Mamy wiele spraw do omówienia. Niech pan przyjdzie do 

mnie do domu. 

- Co takiego?! - spytał Sventon. Symfonia brzmiała tak głośno, że trudno było usłyszeć, 

background image

co inżynier mówi. 

- Do domu! - krzyknął Hjortron. - Niech pan przyjdzie do mnie do domu! 

- O której?! - odkrzyknął Sventon wyciągając zegarek. - Nie ma jeszcze piątej! Dopiero 

za piętnaście! 

- Co, proszę?! - rzekł Hjortron przykładając rękę do ucha. 

Dźwięki symfonii rozbrzmiewały coraz to wspanialej. Każdy członek orkiestry grał, jak 

tylko, mógł najgłośniej. Hjortron podszedł o krok bliżej, żeby lepiej słyszeć Sventona. 

- Co takiego?! - spytał. 

-  Jest  za  piętnaście  piąta!  -  wrzeszczał  Sventon,  mocno  zaciskając  dłoń  na  kolbie 

pistoletu. 

- Która?! - rzekł Hjortron i wyłączył radio, tak że w pokoju zrobiło się całkiem cicho. 

Wyciągnął złoty zegarek. - Jest za piętnaście piąta - rzekł uprzejmie. 

Teraz  Sventon  był  już  absolutnie  pewien,  że  inżynier  nie  jest  całkiem  normalny. 

Wszystko  razem  było  bardzo  kłopotliwe.  Przyleciał  przecież  na  swoim  dywanie  do  fabryki 

lodówek,  żeby  spokojnie  porozmawiać  z  inżynierem  Hjortronem  na  temat  odpowiedniej 

lodówki  do  zabrania  w  podróż  po  pustym  arabskiej.  A  tymczasem  co  się  dzieje?  Żywność 

nadająca się dla szczurów zamienia się w mielone mięso z sosem. Wydaje mu się, że widział 

już kiedyś chytrze wyglądającego asystenta. A wynalazca lodówek zachowuje się tak dziwnie, 

że można spodziewać się najgorszego. 

Hjortron włożył płaszcz i kapelusz. 

- Panie Sventon - rzekł. - Jak już mówiłem, jestem przekonany, że Spiżarnicki zamierzą 

ukraść “Arktykę”. Czy pan podjąłby się go zdemaskować? Niech pan przyjdzie do mnie na 

kolację, to omówimy tę sprawę. 

Sventon  już  miał  odpowiedzieć,  że  na  razie  nie  może  podjąć  się  żadnego  zlecenia, 

ponieważ wybiera się wkrótce w podróż po pustyni arabskiej, ale właśnie w tym momencie 

Hjortron otworzył lodówkę i znów zabrzmiała symfonia, równie wspaniale jak przedtem. 

- To będzie skromna kolacja! - wrzasnął inżynier. 

Podniósł lodówkę i wyłączył radio. Trzymał ją za rączkę, zupełnie tak, jak gdyby była 

walizką. 

- Będzie tylko mała przekąska - objaśnił. - Klopsiki z borówkami. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

W willi przy Sviskonstigen 

 

W  Appelviken,  jednej  z  dzielnic  Sztokholmu,  jest  mała  ulica  zwana  Sviskonstigen. 

Jeśliby otworzyć biało malowaną furtkę do jednej z willi stojących przy tej uliczce i wejść do 

ogrodu,  miałoby  się  z  pewnością  ochotę  przystanąć  na

 

chwilę  i  nacieszyć  oko  widokiem 

pięknych  kwiatów  i  krzewów  rosnących  wśród  skał  i  kamieni.  Zakładając,  oczywiście,  że 

byłoby to latem. Teraz jednak była zima, do świąt Bożego Narodzenia zostało już tylko kilka 

dni,  można  więc  równie  dobrze  pójść  prosto  do  drzwi  frontowych,  na  których  widnieje 

mosiężna tabliczka z napisem: 

 

Konstruktor lodówek 

inżynier HJALMAR HJORTRON 

z rodziną 

 

Willa była  ładna, w sam raz dla rodziny  składającej się z czterech osób. Miała  białe 

ściany  i  zielone  okiennice  i  była  wyposażona  we  wszystkie  nowoczesne  urządzenia.  Z 

lodówkami  włącznie,  rzecz  jasna.  Żadna  willa  w  całym  Appelviken  ani  w  sąsiedztwie  nie 

posiadała tylu lodówek. Jedna, duża, stała w kuchni, druga - mała i przenośna, ,,Lodowiec l” - 

znajdowała się pod stołem w jadalni, żeby nie trzeba było iść do kuchni po sałatę, pozostałą z 

wczorajszego  obiadu.  Poza tym  był  ,,Lodowiec”  (model  numer  3)  w  sypialni,  na  wypadek, 

gdyby  komuś  zachciało  się  paru  łyków  świeżego  soku  pomarańczowego  zaraz  po 

przebudzeniu.  Trudno  sobie  wyobrazić,  żeby  w  willi  inżyniera  Hjortrona  miało  nie  być 

lodówek. W kuchni stała poza tym szafka do przechowywania gorących potraw, znanej marki 

,,Równik”. Ją także skonstruował inżynier Hjortron, ale oczywiście bardziej był znany dzięki 

lodówkom. 

Liza  i  Lars  Hjortron  siedzieli  w  holu  na  górze  i  robili  wycinanki  z  pięknych, 

różnokolorowych  bibułek.  Miały  to  być  ozdoby  na  choinkę.  To  był  pierwszy  dzień  ferii 

świątecznych,  dzień  niezwykle  przyjemny.  Oczywiście  sama  Wigilia  jest  jeszcze 

przyjemniejsza, ale kiedy święta się skończą, przychodzi myśl: ,,Gdyby tak ferie dopiero się 

zaczynały!” Otóż teraz właśnie dopiero co się zaczęły, więc Liza i Lars myśleli sobie: “Gdyby 

tak już dziś była Wigilia!” 

Oboje  mieli  wysokie  buty  na  nogach.  Dawniej  nigdy  nie  było  im  wolno  chodzić  w 

background image

butach po domu, bo mama twierdziła, że wnoszą błoto, nawet gdyby nie wiem jak wycierali 

nogi.  Ale  teraz  nie  musieli  zmieniać  obuwia  wracając  z  dworu.  Wolno  im  było  chodzić  w 

butach  po  najpiękniejszym  dywanie,  nawet  jeśli  przychodzili  prosto  z  ulicy  pokrytej 

topniejącym  śniegiem.  A  to  dlatego,  że  ich  ojciec  skonstruował  automatyczną  maszynę  do 

czyszczenia  obuwia,  która  stała  zaraz  przy  drzwiach  wejściowych.  Wkładało  się  do  niej 

najpierw  jedną  nogę,  potem  drugą.  Szybko  obracające  się  szczotki,  ogrzewane  ciepłym 

strumieniem powietrza, czyściły i osuszały w jednej chwili najbardziej nawet brudne i mokre 

buty.  Inżynier  Hjortron  obliczył,  że  dzięki  mniejszemu  zużyciu  pasty  do  podłogi  koszt  tej 

maszyny  (zwanej  rotoszczotką)  zwróci  się  już  po  jednym  roku, trzech  miesiącach  i  jednym 

tygodniu. Zadzwonił telefon. 

- Odbierzcie, Lars albo Liza! - zawołała mama, która właśnie piekła pierniki i nie mogła 

odejść od kuchni. 

Lars podniósł słuchawkę. Po krótkiej rozmowie zawołał: 

- Przyjdzie prywatny detektyw Sventon! 

- Naprawdę? - zdziwiła się pani Hjortron. Ale dlaczego?  Przecież nic nie zgubiłam. - 

Włożyła rękę pod fartuch, żeby sprawdzić, czy złota broszka znajduje się na swoim miejscu. 

- Tatuś powiedział, że prywatny detektyw Sventon przychodzi z nim na kolację, 

- Tak powiedział? - zastanowiła się mama. 

-  Nie  mam  nic  w  domu,  żeby  gościa  poczęstować,  akurat  teraz,  w  samym  środku 

przygotowań świątecznych! Ładna historia! 

- Tatuś powiedział, że nie musisz nic wymyślać specjalnego. Powiedział, że będziemy 

jeść magiczne potrawy. 

- Ach tak! - ucieszyła się pani Hjortron i odetchnęła z ulgą. - Tym lepiej. Ale zastanawia 

mnie, po co pan Sventon tu przychodzi? 

- Czy mama myśli, że przylecą z tatą na dywanie? 

- Prawda! Dywan! - zawołała Liza, która przysłuchiwała się przechylona przez poręcz. 

I  ona,  i  Lars  wiedzieli,  że  Sventon  jest  jedynym  prywatnym  detektywem  w  całej 

Szwecji, który posiada latający dywan. Któregoś dnia, bardzo niedawno, kiedy Lars jeździł na 

nartach niedaleko Drottningholmu, usłyszał  nad głową szum  i spojrzawszy w górę zobaczył 

przelatujący całkiem nisko dywan. Na dywanie siedział mężczyzna o ostrym profilu i trzymał 

w ręku lornetkę. Lars od razu się zorientował, że to musi być prywatny detektyw Sventon na 

zwiadach. To był jedyny raz, kiedy widział latający dywan. Liza nigdy go nie widziała. 

-  Co takiego?  -  spytała  mama.  -  Dywan?  Nie,  mam  nadzieję,  że  tata  będzie  bardziej 

rozsądny. Mógłby się przeziębić, bo dziś bardzo zimno. 

background image

-  Oczywiście.  Ale  czy  mama  nie  myśli,  że  my  z  Lizą  moglibyśmy  się  przelecieć, 

gdybyśmy ładnie poprosili? 

- W żadnym razie! 

- Ale, mamo, pozwól, proszę! - zaczęła błagać Liza. - Włożymy masę ciepłych rzeczy, 

tak żeby nam nie było ani trochę zimno. 

-  No  dobrze,  zobaczymy  -  odparła  mama,  wsuwając  do  pieca  ostatnią  blachę  z 

piernikami.  Dała  dzieciom  po  jednym  świeżo  upieczonym  piernikowym  człowieczku  i 

poprosiła, by nakryły do stołu. 

Obok jadalni była weranda i kiedy Lars i Liza ustawiali talerze i kładli sztućce, usłyszeli 

lekkie uderzenie, tak jakby coś upadło na podłogę na werandzie. Spojrzeli przez szklane drzwi. 

Za drzwiami stał ich ojciec, trzymając w ręku lodówkę ,,Arktykę”. Zastukał w szybę i dał im 

znak, żeby otworzyli. Obok niego stał ktoś mniejszego wzrostu, w meloniku, i zwijał dywan. 

To był Ture Sventon, prywatny detektyw. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Sventon je magiczna kolację z rodzina Hjortronów 

 

- Serdecznie witamy, panie Sventon - powiedziała pani Hjortron. A do męża szepnęła: - 

Przyniosłeś kolację, mam nadzieję? 

- Oczywiście, kochanie - odparł inżynier, podając jej przenośną lodówkę “Arktykę”. 

- Dostaniemy magiczną kolację! - zawołali Lars i Liza. 

- Co to takiego? - spytał Sventon. - Doskonale pamiętał, jakie na nim dziwne wrażenie 

zrobił widok mielonego mięsa, które się nagle pojawiło na biurku. - Magiczną kolację? - spytał 

podejrzliwie. 

- Dzieci tak to nazywają - wyjaśniła pani Hjortron z uśmiechem. - Mój mąż wymyślił 

nową metodę zamrażania żywności... 

- Tsss! - ostrzegł inżynier Hjortron, rozglądając się dokoła. - Nie tak głośno! 

- O co chodzi? - spytał Sventon. Włożył rękę do kieszeni, żeby sprawdzić, czy na pewno 

jest tam pistolet. 

- Detektyw Sventon i ja mamy kilka spraw do omówienia, zanim podasz kolację - rzekł 

Hjortron, ocierając pot z czoła. 

-  Ależ, drogi Hjalmarze, będzie gotowa za sekundę  - rzekła  jego żona, wskazując  na 

lodówkę. - Może by pan chciał zobaczyć, panie Sventon, jak ,,Arktyka” działa? 

- Tsss! - syknął inżynier i ostrożnie zamknął drzwi od werandy. 

Wszyscy weszli do kuchni. Lars i Liza przypatrywali się zwiniętemu dywanowi, który 

Sventon  niósł  pod  pachą.  Gdyby  tylko  zechciał  go odłożyć,  mogliby  go  zbadać  dokładniej. 

Dywan wydzielał przyjemny zapach, trochę przypominający zapach cyrku. 

Pani Hjortron postawiła “Arktykę” na stole, odsuwając na bok półmisek z piernikami. 

Wszyscy stali dokoła. Sventon miał się na baczności. 

Pani Hjortron otworzyła drzwiczki lodówki i natychmiast rozległy się dźwięki harmonii 

(“Pachnący las”, polka szkocka). Sventon zajrzał ostrożnie do środka. Stało tam kilka różnych 

talerzy  i  półmisków  -  widok  już  mu  znany.  Na  wszystkich  leżały  obrzydliwe,  wyschnięte 

resztki jedzenia. 

- Czy możemy pana poczęstować klopsikami, panie Sventon? 

- Dziękuję - odparł Sventon spokojnie. Nie chciał być nieuprzejmy. 

Pani Hjortron wyjęła jeden z półmisków. Na nim leżało coś, co wyglądało jak trucizna 

na szczury. Potem wyjęła coś innego, o równie nieprzyjemnym wyglądzie. 

background image

- Klopsiki z borówkami, proszę bardzo - rzekł Hjortron. - Zawsze powtarzam: dajcie mi 

tylko dobrą porcję klopsów z borówkami, a niczego innego nie będę pragnął. Nie zaprzeczam, 

że flaki są dobrą rzeczą. Albo golonka. Golonka bywa pierwszorzędna. Ale mnie dajcie raczej 

porcję smacznych, dobrze przyprawionych klopsików. 

Sventon  nie  słuchał  go.  Wpatrywał  się  w  oba  półmiski.  Zobaczył,  ku  swemu 

przerażeniu, że wstrętne, pokurczone kawałki jedzenia zaczynają rosnąć... puchnąć... zmieniać 

kształt.  Na  obu  półmiskach  leżały  teraz  (przy  akompaniamencie  melodii  “Pachnący  las”) 

apetyczne  klopsiki  i  świeże,  czerwone,  bogate  w  witaminy  borówki.  Sventon  zdziwiony 

spojrzał na domowników. Wszyscy byli spokojni i weseli. Tylko pan Hjortron nagle podszedł 

do  okna  i  spuścił  roletę.  Pani  Hjortron  wyciągnęła  z  pieca  ostatnią  blachę  z  piernikami  i 

włożyła klopsiki, żeby się zagrzały. 

Następnie wyjęła z ,,Arktyki” jakiś paskudnie wyglądający przedmiot, przypominający 

mały pieniądz (ale znacznie brzydszy), i położyła go na ozdobnym talerzu. Mały krążek zaczął 

rosnąć (przy dźwiękach polki ,,Hejże, chłopcy”), aż w końcu zamienił się w tort w rodzaju tortu 

książęcego. Takie torty są ubrane zielonym marcepanem i uważane za wyjątkowy delikates. 

- A więc, proszę - powiedziała pani Hjortron. - Kolacja podana. 

Przeszli do jadalni  i usiedli przy  stole. Sventon, nie dowierzając, skosztował klopsa. 

Wziął na widelec mały, bardzo malutki kawałek. Klops smakował zwyczajnie. 

-  Magiczną  kolację  łatwo  zrobić  -  rzekł,  Lars,  nakładając  sobie  borówki  na  talerz,  - 

Dzieci nazwały to jedzenie magicznym - wyjaśniła pani Hjortron z uśmiechem. - Wydaje im 

się,  że  rzeczywiście  coś  się  dzieje  macicznego,  kiedy  wyjęte  z  lodówki  potrawy  zaczynają 

rosnąć. 

Sventon był głodny i jadł z apetytem. Z właściwą sobie spostrzegawczością zauważył, 

że skoro cała rodzina siedzi i zajada tajemnicze dania, nie mogą one zagrażać życiu. 

-  Niech  mi  pan  powie  -  zwrócił  się  do  wynalazcy  lodówki  -  jak  to  wszystko  jest 

zrobione? 

- Nic prostszego - rzekł Hjortron. - Proszę mi podać klopsiki. Dziękuję. Cała rzecz jest 

bardzo prosta. To znaczy, jest bardzo skomplikowana. 

- Wyobrażam sobie - powiedział Sventon. 

- Czy widział pan suszone jarzyny? Otóż wynalazłem sposób, żeby odwadniać każdego 

rodzaju żywność i powodować kurczenie się jej. Jeśli włoży się do “Arktyki” wianek kiełbasy, 

skurczy się i wyschnie tak, że będzie mógł tam leżeć dowolną ilość czasu, dopóki któregoś dnia 

nie  stanie  się  znów  potrzebny.  Pani  domu  może  włożyć  do  tej  lodówki  dziesięć  funtów 

polędwicy  wołowej,  a  cała  skurczy  się  do  tego  stopnia,  że  będzie  ledwo  co  większa  od 

background image

befsztyka.  Czy  może  mi  pan  podać  borówki?  Dziękuję.  A  co  się  dzieje  potem,  to  pan  już 

widział. Jedzenie wyjęte z “Arktyki” rośnie samo z siebie aż do swej właściwej objętości. 

-  Jak  ono  może  rosnąć  samo  z  siebie?  -  spytał  Sventon.  Był  już  znacznie  mniej 

podejrzliwy i jadł ze smakiem. 

-  Dzięki  wilgotności  powietrza.  Żywność,  która  była  przechowywana  w  “Arktyce”, 

wsysa wilgoć z powietrza i wtedy powstaje pewien proces chemiczny, który w połączeniu z... 

no  tak,  krótko  mówiąc,  sprawa  jest  bardzo  prosta.  To  znaczy,  że  jest  właściwie  bardzo 

skomplikowana. 

- Znakomity ten klops - stwierdził Sventon, zupełnie już uspokojony. 

-  Podajcie  klops  panu  Sventonowi.  Jak  pan  sam  rozumie,  ,,Arktyka”  spowoduje 

rewolucję  w  całym  naszym  sposobie  życia.  Poza  tym  wbudowałem  w  nią  aparat  radiowy. 

Proszę, tu jest kilka reklam, które zaprojektowałem. 

Hjortron podał Sventonowi kartkę papieru. Sventon, nieco zdumiony, przeczytał: 

 

Przybył do Ciebie 

Najlepszy Przyjaciel Domu! 

Teraz możesz za jednym zamachem, oszczędzając sobie pracy, przygotować klops, 

który  ci  starczy  na  cały  rok.  Dodatkowym  walorem  “Arktyki”  jest  wbudowane  w  nią 

radio  tranzystorowe.  Tak  więc,  na  przykład,  wyjmując  z  lodówki  całodzienna  porcję 

klopsu z borówkami, słuchasz “Marsza gladiatorów”. 

 

- To brzmi nieźle - rzekł Sventon. I czytał dalej, z coraz większym zdziwieniem: 

 

Wypróbuj  sensacyjna  nowość:  podaj  wigilijnego  karpia  w  dzień  wianków 

czerwcowych. Zwykle zostaje trochę karpia z Wigilii, prawda? Zachowaj go na czerwiec! 

“Arktyka” ułatwia pracę w domu, przyczynia się do ogólnego komfortu! Większe 

modele  zaopatrzone  są  w  dwa  głośniki,  co  zapewnia  wyjątkowa  czystość  dźwięku. 

,,Arktyka”, Najlepszy Przyjaciel Domu, jest do twych usług! 

 

Sventon czytał, a tymczasem twarz inżyniera Hjortrona zachmurzyła się. Pani Hjortron 

wiedząc, że mąż często się niepokoi o przyszłość ,,Arktyki”, spytała, żeby odwrócić jego myśli: 

- Hjalmarze, czy nie wynalazłeś ostatnio niczego nowego? 

- Owszem - ożywił się Hjalmar. - Wczoraj wymyśliłem jedną rzecz. 

- Co takiego? 

background image

- Obrotowy stojak pod choinkę.  

Liza  i  Lars  podnieśli  wzrok  znad  swoich  kawałków  tortu.  Obrotowy  stojak  pod 

choinkę?! Święta już były za pasem, wszystko więc, co ich dotyczyło, było interesujące. 

- Przy tańcu wokoło choinki przeważnie robi się wszystkim bardzo gorąco, a poza tym 

powstaje hałas - wyjaśnił inżynier. - Dlaczego więc choinka nie miałaby się obracać? Zamiast 

tańczyć,  można  by  wtedy  stać  spokojnie!  w  miejscu.  To  znacznie  praktyczniejsze  i  nawet 

babcia staruszka mogłaby brać udział w uroczystości. 

Sventon całkiem zaniemówił, ale to głównie dlatego, że nigdy dotąd nie jadł kolacji u 

wynalazcy. Pod koniec posiłku opuściły go wszelkie najmniejsze nawet podejrzenia. Zajadał ze 

smakiem. Hjortron okazał się wspaniałym i solidnym konstruktorem lodówek, może miał tylko 

nieco  nerwowe  usposobienie.  A  magiczne  potrawy  pani  Hjortron  były  nadzwyczajne. 

Podziękował za kolację i powiedział, że już dawno nie jadł tak dobrych klopsów. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Rozmowa o interesach 

 

Po kolacji inżynier Hjortron i detektyw Sventon zasiedli w drugim pokoju. 

- Musimy porozmawiać o “Arktyce” - powiedział inżynier. 

- Z największą przyjemnością - odparł wesoło Sventon. - Borówki były znakomite i nie 

mam  też  nic  do  zarzucenia,  jeśli  chodzi  o  dźwięk  głośnika.  Najlepsza  lodówka,  jaką 

kiedykolwiek widziałem. 

Hjortron westchnął głęboko. 

- Jestem poważnie zaniepokojony przyszłością “Arktyki” - rzekł. 

- Nie ma powodu - odparł Sventon. - Lodówka ma piękny dźwięk. 

- Jestem otoczony szpiegami - powiedział Hjortron. Zrobił się bardzo blady. 

-  Naprawdę?  -  rzekł  Sventon.  Każdy  prywatny  detektyw  jest  przyzwyczajony  do 

niezwykłych i niebezpiecznych sytuacji, Sventon uważał więc za rzecz zupełnie naturalną, że 

Hjortron jest otoczony szpiegami. 

- Wyśmienite borówki - rzekł uspokajająco i zapalił duże cygaro. 

- Wyłożę wszystkie karty na stół - powiedział Hjortron, ocierając pot z czoła. - Wyłożę 

cały klops na stół... wszystkie karty, chciałem powiedzieć. Zginęły rysunki “Arktyki”. 

Sventon nie zdziwił się ani trochę. Prywatny detektyw przyzwyczajony jest do tego, że 

wszystko ginie. Naszyjniki z pereł, pieniądze, walizki i portfele - wszystko nieustannie ginie. 

Nie  mówiąc  już  o  spinkach  do  kołnierzyków.  Ciągle  o  tym  słyszy.  Prywatnego  detektywa 

najbardziej  dziwi,  kiedy  się  dowiaduje,  że  coś  nie  zginęło.  Sventon  uważał  więc  za  rzecz 

zupełnie naturalną, że zniknęły rysunki “Arktyki”. 

- Nie ma rysunków “Arktyki” - wymamrotał Hjortron. 

- Wierzę panu - rzekł Sventon, zaciągając się mocno cygarem. - Co za świetne cygaro - 

dodał z zadowoleniem. - Wspaniały aromat. 

-  Musiałem  wczoraj  rozpalić  ogień.  Włożyłem  parę  kawałków  drzewa  do  pieca  i 

podpaliłem je rysunkami. - Hjortron zrobił się jeszcze bledszy. 

-  Na  to  się  już  nic  nie  poradzi.  Spaliły  się  -  wyjaśnił  Sventon.  -  Nigdy  nie  należy 

rozpalać ognia rysunkami lodówki, nawet gdyby na dworze było nie wiem jak zimno. 

- Wiem, ale ja myślałem, że to były gazety. 

- Ach tak, rozumiem - rzekł Sventon. 

- Mogę oczywiście zrobić nowe rysunki. Wszystko mam w głowie. Zresztą mam sama 

lodówkę, ale zrobienie nowych roboczych planów wymaga dużo czasu, a najgorsze jest to... 

background image

-  Hjortron  rozejrzał  się  na  wszystkie  strony.  ściszył  głos  i  mówił  dalej  ochrypłym 

szeptem: - ...najgorsze jest to, że ktoś chce ukraść lodówkę. 

- Nic dziwnego - rzekł Sventon - taka doskonała lodówka! Nigdy jeszcze nie słyszał, 

żeby  jakaś  dobra  wartościowa  rzecz  nie  została  prędzej  czy  później  skradziona.  Właśnie 

dlatego odczuwał potrzebę krótkiego urlopu. 

-  Podejrzewam  mojego  asystenta,  Spiżarnickiego  -  mówił  dalej  Hjortron.  -  W  dzień 

trzymam  lodówkę  w  biurze.  Zamykam  ją  w  kasie  pancernej  i  już  parę  razy  zastałem 

Spiżarnickiego  majstrującego  przy  kasie,  z  pęczkiem  kluczy  w  ręku.  Któregoś  razu,  gdy 

wszedłem, Spiżarnicki wyciągnął chustkę do nosa i powiedział, że kasa była trochę zakurzona, 

innym razem znów uderzył w nią ręką i powiedział, że złapał karalucha. 

- A gdzie pan przechowuje “Arktykę” w nocy? 

-  Tu,  w  domu.  Nigdy  się  z  nią  nie  rozstaję.  Wczoraj  wieczorem  byłem  w  teatrze  i 

trzymałem  ją cały czas na kolanach. Kilkakrotnie w ciągu ostatniego tygodnia oboje z żoną 

budziliśmy się, bo ktoś skradał się koło domu, ktoś, kto chciał ukraść “Arktykę”. Trzymam ją w 

nory pod łóżkiem i co najmniej trzy razy wstaję, żeby zobaczyć, czy jeszcze tam jest. 

Sventon siedział pogrążony w myślach. Na dworze zaczynało się ściemniać. Słychać 

było, jak lekko szeleszczą korony drzew. 

-  Niech  mi  pan  powie  -  odezwał  się  w  końcu,  strącając  popiół  z  cygara  -  czy  w 

“Arktyce” można by zamrozić psysie? Psysie z kremem? 

- Oczywiście. Z kremem czy bez, to nie ma znaczenia. “Arktyka” spowoduje przewrót 

w całym naszym sposobie życia. W przyszłości umęczone gospodynie domowe będą mogły za 

jednym zamachem upiec ptysiów na kilka lat. 

- A czy psysie się skurczą? Myślę o psysiach z kremem? 

- Tak się skurczą, że nie będą większe od małych orzechów włoskich. Sventon namyślał 

się. 

- Panie Hjortron - rzekł w końcu. - Jedyny sposób uratowania lodówki, to żebym ja. się 

nią  zajął.  Wezmę  ją  z  sobą  na  pustynię  arabską.  Przez ten  czas  będzie  pan  mógł  spokojnie 

przygotować rysunki. Ile się zmieści zamrożonych psysiów w “Arktyce”? Psysiów z kremem. 

Hjortron wyjął z kieszeni suwak logarytmiczny i zaczął obliczać. 

- Tysiąc dwieście orzechów z kremem... - chciałem powiedzieć: ptysiów. 

- To by było aż nadto. Nie potrzebuję więcej jak sto sztuk. Zabiorę więc lodówkę dziś 

wieczór. 

- Świetnie. W ten sposób “Arktyka” będzie bezpieczna. 

Sventon zerwał się i upuścił cygaro. Rzucił baczne spojrzenie w kierunku okna. 

background image

- To prawdziwe błogosławieństwo - mówił dalej inżynier. - Nie będę musiał wstawać w 

środku nocy i zaglądać pod łóżko. 

Sventon wpatrywał się w okno. Wcale nie słyszał, co Hjortron mówi. 

-  Teraz  nareszcie  będę  mógł  spać  spokojnie  -  ciągnął  wynalazca,  podnosząc  cygaro 

Sventona. Dopiero wtedy zauważył, że Sventon dziwnie wygląda. 

- Może wieje od okna? - spytał grzecznie i nacisnął guzik, co spowodowało, że firanki 

zasunęły się bezgłośnie. 

Sventon zdążył zauważyć małą, spiczastą twarz zaglądającą do pokoju. Wstał z fotela. 

Wyglądał zupełnie jak jastrząb. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Przygotowania do arabskiej podróży 

 

Detektyw  Sventon  poszedł  na  przystanek  tramwajowy,  niosąc  “Arktykę”  w  prawym 

ręku, tak jak się niesie walizkę. Rzucał baczne spojrzenia to tu, to tam, ale nikogo nie widział. 

Prywatny detektyw umie śledzić innych, nie jest natomiast przyzwyczajony do tego, by ktoś 

jego śledził. Toteż Sventon nie zauważył małego, chudego człowieczka o spiczastym nosie i 

dobrze zaprasowanych spodniach, który przemykał się za nim. 

Na przystanku koło Klovervagen Sventon wsiadł do tramwaju (linia numer 12) i zajął 

miejsce  w  pierwszym  wozie,  podczas  gdy  chudy  człowieczek  wskoczył  do  wozu 

przyczepnego. 

Sventon siedział z “Arktyką” na kolanach  i  intensywnie  myślał. Gdzieś  już przedtem 

widział  tę  spiczastą  twarz,  ale  gdzie?  Kiedy  wysiadł  przy  Tegelbacken,  miał  już  problem 

rozwiązany dzięki właściwej sobie bystrości umysłu. Człowiek o spiczastej twarzy zaglądający 

przez  okno to  był  asystent  Spiżarnicki,  a  z  kolei  asystent  Spiżarnicki  był  Wilusiem  Łasicą. 

Wilhelma (Wilusia) Łasicę zna każdy praktykujący prywatny detektyw w całej Szwecji. Jest 

najtrudniejszym  do  złapania,  najbardziej  nieuchwytnym  przestępcą,  jaki  istnieje.  Nawet  nie 

praktykujący prywatni detektywi wiedzą natychmiast, kto to taki Wiluś Łasica. Złapać go jest 

prawie niemożliwością. Ture Sventon ze Sztokholmu jest jedynym człowiekiem, który potrafił 

tego dokonać. Wszyscy wiedzą też, że Łasica natychmiast mu uciekł. Nie upłynęło więcej niż 

trzy minuty od momentu złapania, i już był z powrotem na wolności. Nikt nie wie, jak to zrobił. 

Uświadomiwszy  sobie,  że  Łasica  to  Spiżarnicki  (i  odwrotnie),  Sventon  spostrzegł 

nagle, że jego dywan został u Hjortronów. Wsiadł do tramwaju, zupełnie sobie nie zdając z tego 

sprawy, ale każdy, kto kiedykolwiek widział spiczastą twarz zaglądającą przez okno, wie, jak 

trudno  jest  potem  skoncentrować  się  na  dywanach.  Teraz  było  za  późno  wracać  po  dywan. 

Rodzina Hjortronów już się pewnie położyła spać, nie pozostawało więc nic innego, jak czekać 

do następnego dnia. 

Kiedy niosąc “Arktykę” wchodził do swojego domu przy ulicy Królowej, nie wiedział, 

że jest bacznie obserwowany przez Wilusia Łasicę. Ten chytry człowieczek ustawił się przed 

oknem wystawowym na przeciwległym chodniku i przyglądał się wyrobom dziewiarskim, ale 

oczy miał jakby z tyłu głowy, bo równocześnie śledził Sventona. 

Nazajutrz  była  przepiękna  pogoda  zimowa.  Biały,  puszysty  śnieg  pokrywał  dachy, 

wzdłuż chodników utworzyły się spore zaspy. 

background image

“Prawie szkoda teraz wyjeżdżać” - pomyślał Sventon patrząc przez okno na słońce  i 

iskrzący się śnieg. Ale z drugiej strony - na pustyni arabskiej też jest słońce. Śniegu tam nie ma, 

oczywiście, ale za to jest piasek, bardzo dużo piasku. Sventon zaczął więc przygotowywać się 

do  długiej  podróży.  Sądził,  że  sto  ptysiów,  mniej  więcej,  powinno  wystarczyć  albo  może 

troszkę ponad sto, na wszelki wypadek. 

- Panno Jansson - powiedział do sekretarki - niech pani poprosi Rofalię, żeby przysłała 

trzysta psysiów z bitą śmietaną. 

Panna Jansson wpisała do notesu trzysta nadziewanych ptysiów i powiedziała, że zaraz 

zadzwoni. 

Sventon wziął lornetkę, torbę ze sztuczną brodą i ubrania, prymus i maszynkę do kawy. 

Tym razem blaszane pudełko do ptysiów było zbyteczne, bo zamiast niego miał “Arktykę”. 

Wkrótce  przyniesiono  ptysie  od  Rozalii.  Dziesięciu  gońców  dostarczyło  pięćdziesiąt 

pudeł. W każdym pudle leżało sześć dużych ptysiów, w miarę przyrumienionych i tryskających 

bitą  śmietaną.  Ponieważ  było  już  niedaleko  do  świąt,  panna  Jansson  poczęstowała  gońców 

kawą. Siedzieli więc wokół stołu w przedpokoju i popijali gorącą kawę, a Sventon przez ten 

czas zabrał się do zamrażania ptysiów. To było niesłychanie   podniecające   zajęcie.   Otworzył 

drzwiczki  do  lodówki  i  natychmiast  z  wbudowanego  w  nią  radia  rozległa  się  muzyka 

rozrywkowa.  Wyjął  znajdujący  się  tam  jeszcze  klops,  włożył  dwadzieścia  pięć  ptysiów  i 

zamknął drzwiczki. Po pięciu minutach otworzył je i zajrzał do środka. Zobaczył dwadzieścia 

pięć małych, pomarszczonych przedmiotów, nie przypominających niczego specjalnego. 

- Ten Hjortron jest rzeczywiście sprytny  - mruknął Sventon. - Nic dziwnego, że chcą 

mu ukraść ,,Arktykę”. 

Włożył  następne  dwadzieścia  pięć  ptysiów.  Lodówka  nadawała  muzykę  (trio,  tym 

razem) i zamrażała ptysie z dokładnością zegara. 

Kiedy  już  było  zamrożonych  trzysta  ptysiów,  Sventon  wybrał  się  na  miasto,  żeby 

poczynić kilka koniecznych przed podróżą zakupów. Nie uszło to oczywiście uwagi małego 

człowieczka, który przyglądał  się wyrobom dziewiarskim  i który  miał długi, spiczasty  nos i 

wąskie, filuterne, dobrze zaprasowane spodnie. Sventon szedł ulicą Królowej nie przeczuwając 

niczego. Zatrzymał  się przy najbliższym  sklepie  z galanterią  męską. Na wystawie pokazane 

były kaski tropikalne. “STOSOWNE UPOMINKI ŚWIĄTECZNE” - głosił napis na szyldzie. 

Sventon wszedł i zaczął przymierzać kaski. Wszystkie były za małe. Każdy siedział mu 

na  samym  czubku  głowy,  tak  że  bez  żadnej  wątpliwości  strąciłby  go  pierwszy  podmuch 

pustynnego  wiatru.  Obiecano  mu  w  sklepie  poszerzyć  któryś  z  nich  do  odpowiednich 

wymiarów; przez ten czas Sventon poszedł kupić kurs języka i rabskiego nagrany na płytach 

background image

gramofonowych. Pilnie pracując można było w ciągu kilku godzin nauczyć się płynnie mówić 

po arabsku. 

Kiedy  Sventon  wrócił  do  sklepu,  kask  był  tak  poszerzony,  że  spadł  mu  aż  na  oczy. 

Mając go na głowie, Sventon nie widział absolutnie nic, ale sprzedawca wytłumaczył mu, że w 

krajach tropikalnych często są gwałtowne ulewy, po których kaski zawsze się kurczą. 

- Sądzę, że ten będzie w sam raz - dodał. 

Sventon zapłacił za kask i wrócił do biura. Wszedł do swego pokoju. I cóż się wtedy 

okazało? 

“Arktyka” zniknęła! 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tragarz pomaga w pościgu

 

 

- Czy tutaj ktoś był? - zapytał Sventon ostro. 

Panna Jansson siedziała szydełkując. Spojrzała znad łapki do garnków, którą jej siostra 

miała otrzymać pod choinką. 

-  Owszem.  Był  jeden  pan.  Pytał  o  prywatnego  detektywa.  Wszedł  prosto  do  pana 

pokoju i powiedział, że tam usiądzie i zaczeka. Ale wyszedł, zanim pan wrócił. 

- “Arktyka” zniknęła! 

- Ta lodówka, co stała pod biurkiem? 

- W “Arktyce” było trzysta psysiów! 

-  Od  razu  wydał  mi  się  podejrzany.  Przez  ramię  miał  przewieszony  deszczowiec,  a 

kiedy wychodził, odniosłam wrażenie, że deszczowiec , wygląda dziwnie pękato. 

- Dlaczego pani go nie zatrzymała? - sypnęły się słowa z ust Sventona niczym strzały z 

rewolweru. Nigdy tak bardzo nie przypominał jastrzębia, jak teraz. 

- Bo on wyciągnął z kieszeni rewolwer i... 

- Rewolwer?! 

- Tak. Wymachiwał nim i mówił, że mam siedzieć cicho i zachować całkowity spokój. 

Sventon stał czochrając włosy. 

- Niech pani opisze jego wygląd - rzekł. 

- Był mały i chudy i wyglądał na bardzo chytrego, tak mi się przynajmniej wydawało - 

odparła panna Jansson, dalej szydełkując. 

- Łasica! Zawsze Łasica! Nie mogła go pani zatrzymać? 

-  Jak tylko  wyszedł,  zaraz otworzyłam  okno  i  zawołałam  do  jakiegoś tragarza,  który 

akurat przechodził, żeby śledził człowieka z deszczowcem. Pan Łasica poszedł ulicą Królowej 

i widziałam, że tragarz idzie dziesięć kroków za nim. Obaj zniknęli za rogiem ulicy Pokoju. 

Dla  prywatnego  detektywa  jest  rzeczą  pierwszorzędnej  wagi  mieć  spokojną, 

pomysłową sekretarkę. 

W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. To był tragarz. Zdjął czapkę i wytarł nos w 

czerwoną chustkę. 

- No i co? - spytał Sventon. - Prędzej! 

- Facet wskoczył do taksówki, a ja też, do drugiej. Pojechał na lotnisko Arianda. 

- Na Arianda! - wykrzyknął Sventon i zbladł. 

background image

-  Tak, na Arianda, do portu lotniczego  -  powtórzył tragarz.  -  Wskoczył do samolotu, 

który właśnie miał odlecieć. Było bardzo dużo pasażerów. Samolot zaraz wystartował, ale on 

na szczęście zdążył jeszcze wsiąść. 

- Na szczęście! Ha! - Sventon bębnił palcami po stole. 

- Nie miałem czasu, aby za nim jechać dalej jak do Arianda, bo muszę za dziesięć minut 

odebrać walizkę z Dworca Głównego - wyjaśnił tragarz nakręcając zegarek. - To będzie równo 

osiemdziesiąt koron, razem z taksówką. 

- Dokąd poleciał? 

- Do Djof. Ale ja muszę odebrać walizkę za dziesięć minut, więc... 

- Do Djof?!!! 

- Do Djof. To będzie równo osiemdziesiąt koron. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 Sventon przyjeżdża do Flen 

 

Lars  i  Liza  Hjortron  czekali  niecierpliwie,  aż  wujaszek  Sventon  wróci  po  dywan. 

Bardzo się rozczarowali poprzedniego dnia, gdy Sventon pojechał do miasta tramwajem. 

Siedzieli  teraz  i  rozmawiali.  Postanowili  polecieć  z  nim  na  dywanie.  Ale  nie  mieli 

odwagi  zapytać mamę, czy mogą. Bali się, że się nie zgodzi, bo jest za zimno i  wieje silny 

wiatr.    

Zimowy dzień trwa krótko i zmierzch już zapadł nad Appelviken, kiedy Sventon zjawił 

się ze swoim bagażem. Składały się nań:  lornetka w futerale, pistolet kawaleryjski, blaszane 

pudełko, torba z ubraniem, prymus i maszynka do kawy. (W pudełku były kanapki i dziesięć 

ptysiów). Do tego dochodził gramofon i trochę płyt. 

Pani  Hjortron  nie  poznała  Sventona  w  pierwszej  chwili.  Na  głowie  miał  kask 

tropikalny, a gęsta broda zakrywała mu pół twarzy. Gdyby chodziło tylko o zwykłą podróż na 

urlop, takie przebieranie się nie byłoby potrzebne, lecz kiedy się ściga Spiżarnickiego-Łasicę - 

nigdy dosyć ostrożności. 

Gdy pani Hjortron uspokoiła się nieco, pokazała Sventonowi, gdzie jest dywan. Leżał 

na podłodze na werandzie. 

-  Położyłam  go tu,  bo  myślałam,  że  tak  będzie  panu  wygodniej  -  wytłumaczyła  pani 

Hjortron. Nie chciała przecież powiedzieć, że wyniosła go z pokoju, bo pachniał wielbłądem. 

- Świetnie - rzekł Sventon i poszedł prosto na werandę z całym swoim bagażem. - Do 

widzenia, pani Hjortron, i wesołych świąt! Ukłony dla męża. 

-  Szczęśliwej  podróży,  panie  Sventon,  i  również  wesołych  świąt!  -  odparła  pani 

Hjortron zamykając drzwi, aby wielbłądzi zapach nie rozszedł się po domu. 

Sventon  znalazł  się  w  niemal  absolutnej  ciemności.  Światło  ulicznej  latarni  nie 

docierało do wnętrza werandy, która była z dwóch stron zarośnięta dzikim winem. Rozłożył 

dywan, ustawił bagaż i zawinął sobie szyję ciepłym szalikiem. Potem usiadł na przedzie, koło 

frędzli, i już miał ruszyć... 

Wstrzymał się jednak, bo wydawało mu się, że słyszy jakieś szmery i szelesty w mroku. 

Rozejrzał  się  dokoła,  ale  właśnie  w  tym  momencie  kask  zsunął  mu  się  na  oczy, 

uniemożliwiając zobaczenie czegokolwiek. Podciągnął go na czoło i znów się rozejrzał, lecz w 

ciemności dostrzegł tylko niewyraźny zarys bagażu stojącego za nim. 

Dotknął ręką frędzli i powiedział: 

background image

- Kaf. 

Jakby  uniesiony  niewidzialnymi  rękoma  dywan  wzniósł  się  w  powietrze  i  ruszył  w 

kierunku  południowym  nad  dachami  sąsiednich  domów.  Zrobiło  się  dość  chłodno,  więc 

Sventon mocniej okręcił szalik naokoło szyi. Jaką by mógł mieć przyjemną podróż, gdyby nie 

ten  wieczny  Łasica!  Po  przyjeździe  do  oazy  Kaf  świętowaliby  Boże  Narodzenie  w  ciszy  i 

spokoju, w namiocie pana Omara. A tak, wszystko zostało popsute. Teraz, jak tylko zejdzie z 

dywanu,  musi  rozpocząć  pościg.  Sventon  bynajmniej  nie  obawiał  się,  że  może  nie  złapać 

Łasicy, ale prywatny detektyw też potrzebuje od czasu do czasu małego urlopu. Westchnął. 

Dywan  leciał  dość  szybko.  Sventon  zapalił  prymus  i  postawił  na  nim  maszynkę  do 

kawy.  Kiedy  już  wypił  kawę  i  zjadł  ptysia,  zobaczył  pod  sobą  jakąś  miejscowość  ze  stacją 

kolejową. Tory lśniły w świetle księżyca. W wielu domach świeciło się, ale najbardziej jaśniał 

budynek stacyjny. Sventon nastawił lornetkę i przeczytał: “Flen”

5

- No tak - mruknął. - Stanowczo za dużo wagi przywiązuje się do kolei i tak samo do 

stacji. W każdym razie jeśli chodzi o podróżowanie. 

W tym momencie usłyszał wyraźnie cienki głos mówiący: 

- Wujku Sventonie.     

Odwrócił się tak gwałtownie, że kask zsunął mu się na oczy. Cudem tylko nie spadł na 

peron. Podniósł go na czoło i w dochodzącym ze stacji świetle ujrzał dwie głowy rysujące się 

za bagażem na dywanie. Wyciągnął latarkę. Ostry snop światła pozwolił mu rozpoznać Larsa i 

Lizę Hjortron z Appelviken. 

- To tylko my - odezwał się Lars trochę niepewnie. 

- Dokąd lecimy, wujaszku? - spytała Liza równie niepewnie.  

Sventon zaniemówił. 

- Myśleliśmy, że lecisz tylko do... do miasta - wyjaśnił Lars. 

- Tak, myśleliśmy, że nie lecisz dalej jak do miasta - powtórzyła Liza. 

Sventon dotknął ręką frędzli i powiedział zdecydowanym głosem: 

- Flen. 

Dywan opuścił się miękko i wylądował na tyłach stacji, między wozem rozwożącym 

mleko i ciężarówką. Sventon wziął  część bagażu i wszedł do poczekalni. Lars  i  Liza poszli 

cicho za nim, niosąc resztę rzeczy. Sventon zaprowadził ich do budki telefonicznej. Ledwo się 

w niej zmieścili - blaszane pudełko, lornetka, dywan, prymus, maszynka do kawy, Sventon, 

kask, Liza i Lars. Już nic więcej nie weszłoby do budki. 

                                                   

5

 Flen - miasto w środkowej Śzwecji 

background image

Sventon zadzwonił do willi w Appelviken. 

- Halo! - odezwał się inżynier Hjortron, który właśnie wrócił do domu. - Halo! 

- Czy to pan Hjortron? - spytał Sventon. 

-  Zaraz  się  dowiem.  Chwileczkę  -  odpowiedział  roztargniony  wynalazca.  -  Ach  tak, 

hm... tak, to ja. 

- Tu mówi prywatny detektyw Sventon. Jestem we Flen. Dzieci są ze mną. Dostały się 

ukradkiem na dywan. Jesteśmy we Flen. 

- We Flen, mówi pan? Zastanawialiśmy się właśnie, gdzie się dzieci podziały. Więc są 

we Flen? A myśmy myśleli, że poszły do sąsiadów. 

- Ja lecę na pustynię arabską - objaśnił Sventon zdecydowanym głosem. 

- No to tam będzie nieco cieplej. Nigdy tam nie byłem, ale we Flen byłem raz  - rzekł 

uprzejmy, roztargniony konstruktor lodówek. 

Sventon powiedział ostro: 

-  Co  mam  zrobić  z  dziećmi?  Spieszy  mi  się.  Czy  mam  je  może  zabrać  z  sobą  na 

pustynię? 

-  To  by  było  niezwykle  miło  z  pana  strony.  Byle  tylko  wróciły  na  początek  roku 

szkolnego. 

Sventon tak się zdziwił, że nie wiedział, co odpowiedzieć. 

- Czy pani Hjortron jest w domu? - zapytał. 

- Kto? Pani Hjortron?... Aha, pani Hjortron. Tak, wiem. Nie, nie widzę jej. Jak długo 

pana nie będzie? 

- Trzy minuty - odezwała się telefonistka. 

- Ach, tylko trzy minuty - rzekł pan Hjortron. - W takim razie sądzę, że wrócą na czas 

przed rozpoczęciem szkoły. 

Sventon zaniemówił. 

-  Czy  ja  mogę  coś  powiedzieć?  -  spytał  Lars,  zabierając  Sventonowi  słuchawkę.  - 

Tatusiu, czy możemy pojechać do Arabii? 

- Prosimy, tatusiu kochany! - krzyczała Liza obok niego. 

-  Żebyście  tylko  nie  zmarzli  w  nogi,  bo  mama  by  się  zmartwiła.  I  nie  zapomnijcie 

rozglądać się po drodze, tak żebyście się nauczyli trochę geografii. Pozdrówcie pana Sventona 

i  poproście  go,  żeby  nie  zapomniał  odwieźć  z  powrotem  ,,Arktyki”.  Więc  do  widzenia 

wszystkim! Szczęśliwej podróży! 

-  Do  widzenia,  do  widzenia,  ucałuj  mamę  -  powiedział  Lars  i  prędko  odwiesił 

słuchawkę. 

background image

-  Możemy  jechać, bylebyśmy tylko nie zmarzli  w nogi  - powiedział do Sventona.  - I 

żeby wujaszek Sventon nie zapomniał ,,Arktyki”. 

background image

ROZDZIAŁ  JEDENASTY 

Ranek na dywanie 

 

Cudowne to uczucie obudzić się na latającym dywanie i zobaczyć słońce nad Alpami. 

Wiatr był raczej słaby i pogoda nadawała się idealnie do latania, choć oczywiście było nieco 

chłodno. Sventon kupił we Flen trzy wełniane koce i siedzieli teraz, każdy zawinięty w swój 

koc, czekając, aż się kawa zaparzy. Prymus syczał wesoło... 

- Czy to Matterhorn? - spytała Liza pokazując na wyjątkowo wysoki szczyt w Alpach. 

- Bardzo możliwe - odparł Sventon. - To może też być Mont Blanc. Albo nawet Monte 

Rofa

6

.  -  Wziął  lornetkę,  żeby  lepiej  widzieć.  -  W  każdym  razie  to  jest  szczyt  alpejski  - 

zdecydował. 

Czekając na kawę ma się dobrą okazję uczyć się płynnie mówić po arabsku. Sventon 

wyciągnął więc gramofon i nauczyli się paru pożytecznych zdań po arabsku: “Oporządź lepiej 

wielbłąda,  Ali”,  “Kiedy  odchodzi  następna  karawana  do  Medyny?”,  ,,Proszę  wskazać  mi 

najbliższą ciastkarnię”., 

Gdy  kawa  już  była  gotowa,  Sventon  ustawił  trzy  filiżanki  i  wyjął  trzy  ptysie  z 

blaszanego pudełka. 

- Wujaszku Sventonie - odezwał się Lars. - Kiedy dolecimy na miejsce?  

Sventon wyciągnął zegarek. 

-  Za  trzy  godziny.  Jeżeli  jednak  złapiemy  sirocco,  może  to  być  i  za  sześć  godzin. 

Wszystko zależy od sirocco. 

- Co to jest sirocco? - spytał Lars. 

- To jest przeciwny wiatr z Maroka.  

Po  wypiciu  kawy  zabrali  się  do  ćwiczenia  wymowy  obcych  zwrotów  i  już  wkrótce 

umieli całą krótką konwersację po arabsku. 

-  ,,Wczoraj po południu widziałem wspaniałą  fatamorganę  na pustym”  -  powiedziała 

Liza. 

- “Byłoby mi niezwykle miło, gdyby pani zechciała opisać mi to zjawisko” - rzekł Lars. 

- “Widziałem trzech poganiaczy wielbłądów pod palmą” - odparła Liza. 

- “Jest dla mnie wielkim zaszczytem to słyszeć - powiedział Sventon. - Czy mogę pani 

zaofiarować filiżankę słabej kawy w moim skromnym namiocie?” 

Zdążyli nauczyć się jeszcze kilku zdań, gdy nagle ukazała się wielka, niebieska tafla 

                                                   

6

 Nazwa brzmi: Monte Rosa. Sventon jak wiecie sepleni. 

background image

wody, migocząca na horyzoncie. 

Morze Śródziemne! 

Ledwo przelecieli na drugą stronę Alp, a zaraz zrobiło się znacznie cieplej. Kiedy lecieli 

nad Morzem Śródziemnym, w powietrzu była wiosna, mimo że zbliżało się Boże Narodzenie. 

Wełniane koce nie były już potrzebne, a Sventon założył lżejszą, jaśniejszą brodę. Nareszcie 

zbliżali  się  do  słonecznych,  południowych  krain!  Sventon  tak  był  zadowolony,  że  zdjął 

marynarkę i siedział w koszuli, ale potem przypomniał sobie, że przecież jest w trakcie pościgu, 

więc z powrotem włożył marynarkę. Łasica! Wiecznie ten Łasica! 

Było  coraz  cieplej.  Dywan  leciał  równo  i  pewnie  w  spokojnym,  czystym  powietrzu. 

Słychać  było  jedynie  monotonny  szum,  który  zawsze  towarzyszy  latającym  dywanom.  Pod 

nimi, jak okiem sięgnąć, lśniła niebieska woda. Słońce mocno świeciło. Wszyscy troje położyli 

się na dywanie wystawiając twarze ku słońcu. Wczoraj jeszcze byli we Flen! Wkrótce znajdą 

się na całkiem nowym kontynencie, zobaczą drzewa palmowe i wielbłądy! 

- “Proszę wskazać mi drogę do najbliższej ciastkarni” - mówił gramofon. - ,,Będzie dla 

mnie wielkim zaszczytem...” - i płyta skończyła się. 

- Tam! - krzyknął Lars pokazując palcem. 

Sventon i Liza spojrzeli we wskazanym kierunku. 

- Tak! Tam! - wrzasnęła Liza.  

Sventon, chcąc się upewnić, chwycił lornetkę i popatrzył na horyzont. Tak, mieli rację. 

Morze kończyło się i widać było wąski pasek lądu. 

Teraz lecieli bardzo szybko. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej, ale to nie było sirocco. 

To  był  całkiem  inny  wiatr.  Sirocco  jest  wiatrem  przeciwnym,  a  ten  wiatr  był  sprzyjający. 

Chwilę  później  znaleźli  się  nad  dużym  miastem.  To  mogła  być  Aleksandria.  Na  latającym 

dywanie trudno jest zorientować się w nazwach miast. To mogła być Aleksandria, ale równie 

dobrze  mogło  to  być  całkiem  coś  innego.  Zupełnie  jest  inaczej,  gdy  się  jedzie  pociągiem. 

Wystarczy wtedy popatrzeć przez okno. Flen - głosi duży napis na budynku stacyjnym, o ile to 

nie jest Mjolby, oczywiście. W każdym razie wiadomo na pewno, że się nie jest w Sodertaije. 

Teraz duże miasto zostało za nimi i zobaczyli kanał. Domyślili się, że to musi być Kanał 

Sueski.  Potem  było  jeszcze  kilka  miast,  których  nazw  nie  próbowali  nawet  się  domyślać. 

Wreszcie dostrzegli pustynię. To chyba była pustynia arabska. 

Pod  nimi  rozciągało  się  morze  piasku.  Zauważyli  sznur  dostojnie  kroczących 

wielbłądów i śliczne, małe oazy, rozrzucone to tu, to tam. 

A wszystko zalane było słońcem niczym roztopionym złotem. 

-  Teraz  zjemy  sobie  po  psysiu  -  powiedział  Sventon  otwierając  blaszane  pudełko.  - 

background image

Zostały już tylko trzy. 

Potem  trzeba  było  spakować  rzeczy  i  zrobić  porządek  na  dywanie.  Jak  dotąd,  nie 

zwracali specjalnej uwagi na oazy, ale mógł już nadejść moment, że przy którejś z nich opadną 

na ziemię. Liza zwinęła wełniane koce z  Flen, Lars schował płyty z  lekcjami arabskiego, a 

Sventon związał sznurkiem puste pudełko po ptysiach. 

Dywan,  który  do  tej  pory  ignorował  oazy,  zaczął  lecieć  bardziej  ostrożnie.  Sventon 

zauważył, że zwalnia biegu. 

- Tak też myślałem - mruknął sam do siebie, przykładając lornetkę do oczu. 

Na razie widać było tylko piasek i piasek, ale po chwili zarysowała się na jego tle grupa 

pięknych palm. 

- A więc jesteśmy w Kaf - powiedział Sventon. - O ile to nie jest fatamorgana. 

Widać już było namioty wśród palm. Dywan zniżył lot, potem opuścił się jeszcze niżej, 

aż  wreszcie  z  lekkim  uderzeniem  wylądował  pod  piękną,  wysoką  palmą.  Stał  tam  duży 

mężczyzna o wschodnim wyglądzie i oczach czarnych jak noc. To był pan Omar. Ukłonił się 

nisko. 

- Wielka to dla mnie radość ujrzeć pana ponownie, panie Sventon - powiedział. 

- Dzień dobry, dzień dobry - rzekł Sventon płynnie po arabsku, uchylając kasku. - To są 

Lars i Liza Hjortron z Appelviken. 

Pan Omar skłonił się dwa razy. 

- Jest dla mnie wielkim zaszczytem poznać pana - rzekł Lars i też ukłonił się po arabsku. 

- Proszę mi wskazać drogę do najbliższej ciastkarni - wyrecytowała Liza bez wahania. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Skradziono wielbłąda 

 

Omar  mieszkał  właściwie  w  mieście  Djof,  ale  urlopy  zawsze  spędzał  w  oazie  Kaf, 

odległej  o  kilka  mil.  Mieszkał  w  zgrabnym,  sportowym  namiocie,  stojącym  w  cieniu  palm. 

Sventon, Lars i Liza usiedli na poduszkach, a Omar poczęstował ich chepchouką, ową lekką, 

pożywną potrawą z jarzyn, nadającą się szczególnie w gorące dni, kiedy dmie pustynny wiatr, a 

dmie on prawie zawsze. Potem wypili kawę. 

- Posiadałem wczoraj trzy wielbłądy - powiedział Omar i ukłonił się. 

- Ach tak - odparł Sventon, pociągając łyk kawy. 

- Rubina, Szmaragda i Diamenta - rzekł 

Omar. - Dziś posiadam tylko dwa: Rubina i Szmaragda. 

- Trzeciego skradziono - powiedział natychmiast Sventon. 

Omar skłonił się z uszanowaniem. 

- Diament został skradziony - rzekł. 

- Tak też myślałem - powiedział Sventon. Prywatnego detektywa nigdy nie dziwi, gdy 

się dowiaduje, że ukradziono wielbłąda. Wydaje mu się to zupełnie naturalne. 

- Dobra ta kawa - powiedział. - W miarę mocna, wspaniale aromatyczna. 

Przez  chwilę  siedzieli  wszyscy  w  milczeniu.  Słychać  było  tylko  pustynny  wiatr 

szumiący w liściach palm. 

-  Panie Sventon  - odezwał się Omar, kłaniając się szczególnie nisko.  -  Niech  mi pan 

odnajdzie Diamenta! Niech pan sprawi, żebym mógł znów zobaczyć mojego Diamenta. 

Prywatny detektyw Sventon westchnął. Miał nadzieję, że spędzi urlop spokojnie. Nie 

chciał myśleć ani o wielbłądach, ani o łasicach. 

- Muszę najpierw znaleźć ,,Arktykę” - powiedział. 

Omar nigdy nie okazywał zdziwienia. 

- “Arktykę”? - spytał smutno. 

- Mój tatuś odkrył “Arktykę” - rzekł Lars. 

- Ojciec pana jest więc podróżnikiem - rzekł Omar. 

- Bynajmniej. Jest konstruktorem lodówek - objaśnił Sventon. 

Omar ukłonił się nie zmieniając wyrazu twarzy. 

- “Arktyka” ma głośnik - dodała Liza.  

Omar ukłonił się ponownie z iście wschodnim spokojem. Wszyscy siedzieli milcząc. 

background image

Tylko palmy szumiały poruszane pustynnym wiatrem i mogło się zdawać, że pada deszcz. 

- W “Arktyce” znajduje się trzysta ptysiów - rzekł Sventon gorzko. 

Omar nawet teraz nie wyglądał specjalnie zdziwiony. 

- “Arktyka” to jest lodówka - wyjaśnił Sventon. 

- Z głośnikiem - dodał Lars. - Mój tatuś ją wynalazł. 

Omar ukłonił się z szacunkiem. 

- Jestem bardzo zajęty - rzekł Sventon. --Nie mam czasu na Diamenty...   

Przerwał,  widząc  smutek  w oczach  Omara.  A  kiedy  pomyślał  o  tym,  jaki  Omar  był 

przyjacielski i uprzejmy i jak często się kłaniał, już nie dokończył. 

- Spróbuję - rzekł i westchnął. - Jak wyglądał ten wielbłąd? - spytał wyjmując notes. - 

Proszę mi go opisać. 

- Wielka to będzie dla mnie radość - rzekł Omar smutnym głosem. - Diament był moim 

wiernym przyjacielem - zaczął. - Jakże często niósł mnie w słonecznej spiekocie... 

- Przepraszam - przerwał Sventon. - Proszę opisać mi jego wygląd. 

- Będę to uważać za wielki zaszczyt - powiedział Omar. - Według mojego skromnego 

zdania, Diament był, jeśli chodzi o wygląd, wyjątkowo postawnym i rosłym wielbłądem. W 

zeszłym roku na dużej wystawie wielbłądów wygrał... 

- Znaki szczególne? - spytał Sventon niecierpliwie. 

- Owszem - odparł Omar, kłaniając się - wierność, wytrzymałość i równy, przyjemny 

chód. 

Sventon westchnął i zastukał długopisem w notes. 

-  Byłoby  dla  mnie  wielkim  zaszczytem,  gdybym  mógł  pokazać  stajnię  wielbłądzią  - 

rzekł Omar wstając. 

Sventon,  Lars  i  Liza  również  wstali  ze  swoich  poduszek.  Niedaleko  namiotu  była 

zwyczajna, letnia stajnia dla wielbłądów. Stały w niej dwa wielbłądy i przeżuwały; trzeci boks 

był pusty. Nad każdym boksem wisiała tabliczka z imieniem wielbłąda, wypisanym arabskimi 

literami. 

- Diament, Szmaragd, Rubin - przeczytała głośno Liza. 

Szmaragd  i  Rubin  przerwały  przeżuwanie  i  odwróciły  głowy,  żeby  przyjrzeć  się 

gościom. Potem znów zaczęły przeżuwać. Lars i Liza poklepali je i dali każdemu po kawałku 

cukru. 

- Czy pan posądza kogoś? - spytał Sventon. 

- Tak - odparł Omar. - Żywię głębokie podejrzenia co do pewnej osoby. 

- Proszę opowiedzieć - rzekł Sventon, trzymając długopis w pogotowiu. 

background image

- To wielki dla mnie zaszczyt - rzekł Omar. - Samolot do Djof był wczoraj zmuszony 

lądować w tej nic nie znaczącej oazie. (Sventon tak podskoczył, że kask opadł mu aż na oczy). 

Przyczyną był raptowny brak benzyny - mówił dalej Omar. - Pasażerowie, czekając na dostawę 

benzyny z Djof, przechadzali się po oazie. Jednemu z nich najwidoczniej bardzo się spieszyło, 

bo natychmiast ukradł mojego wielbłąda, Diamenta, i pojechał na nim do Djof. 

- Proszę opisać jego wygląd. 

-  Poczytam  to  sobie  za  wielki  zaszczyt  -  rzekł  Omar  i  ukłonił  się.  -  Jedno  oko  miał 

niebieskie, a drugie brązowe. 

- Co? - wykrzyknął Sventon zdziwiony. 

-  Tak  -  odparł  Omar.  -  Diament  jest  jedynym  wielbłądem  na  całej  pustyni,  który  ma 

jedno oko niebieskie, a drugie brązowe. 

- Ciekawe - rzekł Sventon i zapisał to sobie w notesie. - Ale proszę mi opisać wygląd 

złodzieja. 

-  Miałem  możność  zobaczyć  go  tylko  z  daleka.  Jechał  na  Diamencie.  Dostrzegłem 

jednak, że był bardzo mały. Miał ze sobą białą walizkę. Zniknął w kierunku... 

- ,,Arktyka”! - przerwał mu Sventon, i a słowo to zabrzmiało w jego ustach jak strzał z 

pistoletu. 

- Nie. Według mojego skromnego zdania, udał się do Djof, które leży na południowy 

wschód od tej nic nie znaczącej oazy - rzekł Omar kłaniając się. 

- Dlaczego nie usiłował pan go zatrzymać? 

- Natychmiast osiodłałem Rubina, ale on miał już zbyt wielką przewagę. Diament jest 

wyjątkowo szybki. 

- Ale na litość boską! - wykrzyknął Sventon. - Ma pan przecież latający dywan! 

- Mój latający dywan został chwilowo oddany do artystycznej cerowni. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Zaczyna się pościg 

 

-  Zaczynam  natychmiast  pościg  -  rzekł  Sventon  i  pomacał  się  po  kieszeni,  żeby 

sprawdzić, czy na pewno ma pistolet. - Proszę osiodłać wielbłądy, panie Omar. 

Rubin  i  Szmaragd  zostały  osiodłane,  co  bardzo  ucieszyło  Lizę  i  Larsa.  Uważali,  że 

będzie  równie  zabawnie  jechać  przez  pustynię  na  wielbłądzie,  jak  lecieć  na  dywanie. 

Wielbłądy położyły się, tak żeby można było wdrapać się na ich grzbiety, i kiedy stanęły na 

swych długich nogach, jeźdźcy znaleźli się bardzo wysoko, a oczom ich ukazał się rozległy 

widok na morze piasku. Omar i Liza jechali na Rubinie, a prywatny detektyw T. Sventon i Lars 

Hjortron  na  Szmaragdzie.  Sventon  wyjął  lornetkę  z  futerału  i  już  mieli  ruszać,  gdy  Omar 

odezwał się: 

- Przepraszam, panie Sventon, ale dotarlibyśmy do Djof znacznie szybciej, gdybyśmy 

polecieli na pana dywanie. 

- Oczywiście! - wykrzyknął Sventon tak gwałtownie, że kask zjechał mu na oczy. 

Rubin i Szmaragd położyły się z irytującą powolnością, a jeźdźcy pośpiesznie z nich 

zeszli. Chwilę później siedzieli wszyscy czworo na dywanie. Sventon już miał dotknąć frędzli i 

powiedzieć: “Djof”, ale wstrzymał się. Prywatny detektyw musi myśleć o wszystkim. 

- Nie - powiedział. - Pojedziemy na wielbłądach. 

Omar  ukłonił  się  nie  zmieniając  wyrazu  twarzy  i  cała  czwórka  pośpiesznie  zeszła  z 

dywanu,  który  Sventon  zwinął  i  wziął  pod  pachę.  Omar  kazał  wielbłądom  ponownie  się 

położyć  i czworo jeźdźców znów na nie wsiadło. Mała karawana ruszyła:  Rubin prowadził, 

Szmarad szedł za nim. Sventon wyjął lornetkę z futerału. 

Zaczął wyjaśniać, dlaczego nie byłoby dobrze podróżować dywanem. Liczył na to, że 

złapie Wilusia Łasicę, jak tylko przyjadą do Djof. Musiałby wtedy lecieć z Łasicą wprost do 

Sztokholmu, a nie odważyłby się wziąć Larsa i Lizy w tę podróż. Było nie do przewidzenia, co 

Łasica może zrobić (Sventon osobiście zamierzał siedzieć cały czas z naładowanym pistoletem 

w ręku). Dlatego muszą pojechać do Djof na wielbłądach, żeby Omar i dzieci miały na czym 

wrócić do oazy. 

Trzeba  o  wszystkim  pomyśleć.  Gdy  tylko  Sventon  zostawi  Łasicę  w  Sztokholmie, 

przyleci z powrotem do oazy i wtedy będzie mógł rozpocząć urlop w ciszy i spokoju, razem z 

Omarem, Lizą i Larsem, w cieniu palm. Będą siedzieć przed namiotem o zachodzie słońca i 

będą  wyjmować  zaczarowane  ptysie  z  ,,Arktyki”  przy  dźwiękach  jakiejś  uroczej  piosenki 

background image

ludowej czy czegoś takiego. 

Wszystko  to  Sventon  tłumaczył,  jak  tylko  mógł  najgłośniej,  podczas  gdy  mała 

karawana posuwała się wolno przez piaskowe morze. Lecz Omar i Liza, jadący na pierwszym 

wielbłądzie,  dosłyszeli  tylko  kilka  niewyraźnych  słów,  bo  właśnie  zerwał  się  wiatr.  (Duża 

broda Sventona też zagłuszała część tego, co mówił). Omar odwracał się co jakiś czas i kłamał 

się ze wschodnim spokojem. 

Wkrótce widać już było tylko piasek dookoła. Lars i Liza uważali z początku, że podróż 

na  wielbłądach  jest  równie  ciekawa  jak  lot  na  dywanie,  ale  po  godzinie  zaczęli  się  trochę 

nudzić. Sventon ze swej strony rozmyślał nad problemem nie do rozwiązania. Dlaczego, pytał 

sam  siebie,  ludzie  jeżdżą przez pustynię  na wielbłądach, kiedy  istnieją  latające dywany?  W 

innych  krajach  wielbłądy  mogły  być  bardzo  przydatne,  ale  tu,  w  ojczyźnie  latających 

dywanów, chyba je nieco przeceniano. 

Spotkali  dwie  długie  karawany.  Wszystkie  wielbłądy  niosły  na  grzbietach  wielkie 

toboły,  a  poganiacze  szli  obok  z  kijami  w  ręku. Potem  zobaczyli  nareszcie  latający  dywan. 

Leciał na nim, dość nisko, stary, brodaty człowiek. Wiózł na dywanie dwie kozy. Liza i Lars 

pomachali  do  niego,  ale  on  nie  odpowiedział.  Chwilę  później  spotkali  drugi  dywan,  nieco 

większy.  Siedziała  na  nim  cała  rodzina:  dziadek,  babcia,  ojciec,  matka  i  sześcioro  dzieci. 

Rozmawiali  i  śmiali  się,  a  ubrania  ich  powiewały  na  wietrze.  Dzieci  wychylały  się  przez 

krawędź  dywanu.  Widać  było  tylko  ich  głowy.  Pomachały  do  Larsa  i  Lizy,  którzy  ledwo 

zdążyli odpowiedzieć im w ten sam sposób, a już dywan zniknął. Sventon patrzył w zadumie za 

szybkim, lekkim dywanem. Muszę zapytać o niego Omara, pomyślał. Człowiek uświadamia 

sobie korzyści latającego dywanu zwłaszcza wtedy, kiedy nosi ciepłą brodę. 

I  tak  dojechali  do  Djof.  W  miastach  Wschodu  zawsze  roi  się  od  ludzi  na  ulicach. 

Bardziej  niż  w  innych  miastach.  Kłębią  się  tam  tłumy  spacerowiczów,  nosicieli  wody, 

sprzedawców melonów czy pomarańcz, dzieci, wielbłądów, beduinów, wozów, cukierników, 

psów, tkaczy dywanów, kotów, pisarzy, fakirów, osłów i kóz. 

Djof nie jest dużym miastem, a jednak roi się w nim od ludzi. Przejechali koło Dużego 

Bazaru,  gdzie  kręcił  się  rozkrzyczany  tłum.  Sprzedawano  tam  wszystko  możliwe  (prócz 

ptysiów). 

Omar zostawił Rubina i Szmaragda w karawanseraju

7

. Sventon był gotowy do pościgu. 

Chciał zacząć od tego, żeby po prostu chodzić po mieście i pytać, czy ktoś nie widział 

małego, chytrego człowieczka z białą walizką. Omar miał mu pokazywać drogę. 

                                                   

7

  Karawanseraj - miejsce nocnego postoju karawan. 

background image

Omar powiedział: 

- Moim skromnym zdaniem, należałoby najpierw zapytać u cukiernika Mohameda na 

ulicy Karawany. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Solidny cukiernik 

 

Arabskie ciasta sławne są na całym świecie. W innych krajach ciastom prawie zawsze 

czegoś brak. Albo są przypalone, albo za miękkie i kleiste. Bywają też za duże i nieforemne. 

Inne  znów  są  za  małe.  Ciasta  arabskie  są  zawsze  odpowiedniego  wymiaru,  właściwie 

wypieczone, a ich nadzienie to istne dzieło sztuki. 

W  Djof  wielu  było  doskonałych  i  solidnych  cukierników,  lecz  Mohamed  na  ulicy 

Karawany uważany był za najlepszego i najsolidniejszego. W jego sklepie stały rzędy świeżo 

upieczonych ciast i cudownie pachniały. Mohamed był szczególnie znany dzięki swoim dwóm 

specjalnościom,  które  nazywały  się:  ,,Tęsknota  Beduina  za  Domem”  i  ,,Niedzielny  Sen 

Poganiacza Wielbłądów”. “Tęsknota za Domem” miała nadzienie z orzechów, a “Niedzielny 

Sen” - ze świeżych fig. 

Omar miał zwyczaj kupować ciasto u cukiernika Mohameda. W czasie wakacji, kiedy 

mieszkał na pustyni, wpadał czasami do niego w ciągu tygodnia, żeby sobie kupić mały zapas, 

lecz gdy mieszkał w mieście, przychodził codziennie i kupował albo “Sen”, albo “Tęsknotę”. 

Teraz  szli  ze  Sventonem  do  znanego  cukiernika.  Sklep  leżał  nieco  na  uboczu,  w 

narożnym domu przy ulicy Karawany, już na przedmieściu. Tam nie było tak rojno. Spotkali 

tylko jakiegoś przechodnia niosącego jedno ciasto, a także gońca Ibna niosącego dziesięć ciast. 

Omar,  Sventon,  Lars  i  Liza  weszli  razem  z  czarnym  kotem,  który  wracał  właśnie  ze 

spaceru po ulicy Karawany. W sklepie panował półmrok, bo zamiast okna był tylko mały otwór 

wychodzący  na  zacienioną  stronę  ulicy.  Lecz  ciemne  wnętrze  przesycone  było 

najwspanialszymi  zapachami.  Stały  tam  rzędy  wypieków,  a  w  przyćmionym  świetle  jakiś 

człowiek miesił ciasto. To był piekarz zatrudniony u Mohameda. 

Trudno sobie wyobrazić silniejszego piekarza. Wyrabiał ciasto tak energicznie, że aż 

dzieża trzeszczała. Miał wysoko podwinięte rękawy i widać było, że posiada mięśnie niczym 

zapaśnik albo nawet niczym dwóch zapaśników. Nic dziwnego, że ciasta od Mohameda były 

dobre. NAJLEPSZE CIASTA PUSTYNI - zachwalała reklama w “ Kurierze Palmowym”. To 

zresztą była święta prawda. Spytajcie pana Omara. 

Czarny  kot  wyruszył  na  wycieczkę  krajoznawczą  po  piekarni.  Gdy  go  piekarz 

zauważył,  przestał  miesić  ciasto  i  cofnął  się  pod  ścianę.  Stanął  tam  wpatrując  się  w  kota  i 

wołając: 

- Kot! Patrzcie, kot! 

background image

Kot wybiegł na ulicę. Piekarz zatrzasnął za nim drzwi, a potem splunął trzy razy przez 

lewe ramię. “Aha - pomyślał Sventon, który to wszystko zauważył - ten facet boi się kotów”. 

Wnet przybiegł sam Mohamed. 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?! - zawołał. (Przez jakiś czas Mohamed mieszkał w portowym 

mieście pomiędzy ludźmi rozmaitych narodowości i w związku z tym nigdy nie miał okazji 

nauczyć się owej przyjacielskiej gościnności, która cechowała na przykład Omara.) 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?  

Omar ukłonił się i odpowiedział: 

- I “Sen”, i “Tęsknotę”.  

Mohamed rzucił mu dwa ciasta. Omar zapłacił i powiedział: 

-  Tę  ciastkarnię  odwiedza  stale  tłum  głodnych  ludzi  z  bliska  i  z  daleka.  Czy 

przypadkiem  nie  widziałeś  wśród  nich  pewnego  osobnika  niedużego  wzrostu,  ubranego 

według mody zachodniej i niosącego trzysta ptysiów w białej walizce marki “Arktyka”? 

Mohamed  wlepił  w  niego  wzrok  i  milczał.  Piekarz  przerwał  wyrabianie  ciasta  i  stał 

nieruchomo w cieniu, zamieniony w słuch. Sventon wzmógł czujność. 

-  Ten sam człowiek ukradł  -  z powodu braku benzyny  -  wielbłąda, który  nazywa się 

Diament - mówił dalej Omar. 

Mohamed nie spuszczał  z niego wzroku. Piekarz miał  się na  baczności. Sventon był 

przygotowany na wszystko. 

-  Nie!  -  krzyknął  Mohamed, przestając wpatrywać się w Omara.  -  Nie widziałem ani 

ludzi, ani wielbłądów, ani walizek, ani diamentów. Chcesz jeszcze jakieś ciasto? Jeśli nie, to do 

widzenia. 

Omar, Sventon, Lars i Liza wyszli ze sklepu. Omar niósł dwa ciasta, w każdym ręku po 

jednym. 

- Był zły - rzekł Sventon, zsuwając kask z czoła. - Może go bolą zęby? 

-  Ja  też  się  nieraz  zastanawiałem,  czy  nie  powinien  zaplombować  jakiegoś  zęba. 

Niemniej jest solidnym cukiernikiem. Jego towary są szczególnie zdrowe. 

Szli ulicami, rozpytując, czy ktoś nie widział małego chytrego człowieczka z Zachodu, 

z białą walizką marki “Arktyka”. (Sventon uważał za zbyteczne ujawniać, że ,,Arktyka” była 

rewelacyjną  lodówką).  Nikt takiej  osoby  nie  widział.  Jeden  beduin  wskazał  zdecydowanym 

ruchem na Sventona i powiedział, że to on właśnie jest tym człowiekiem z Zachodu, lecz Omar 

zapewnił upartego i głupiego beduina, że się myli. Pewien fakir, siedzący na gwoździach, nie 

mógł  odpowiedzieć,  bo  właśnie  wbił  sobie  nóż  w  język,  oświadczył  jednak  przy  pomocy 

potrząsania głową i bulgotania w gardle, że żadnego takiego obcokrajowca nie widział. 

background image

Robiło się coraz goręcej. Upał na ulicach stał się nie do zniesienia i ludzie szli do domu 

na  południową  sjestę

8

.  Omar  zaproponował,  żeby  zaniechać  pościgu,  dopóki  nie  minie 

najgorszy skwar. 

- Nie na długo, w każdym razie - rzekł Sventon patrząc na zegarek. 

- Tylko na pięć albo sześć godzin - powiedział Omar ze wschodnim spokojem. - Moim 

skromnym zdaniem, ściganie lepiej się udaje o wieczornym chłodzie. 

Znaleźli kawiarnię i zamówili arabską kawę w małych arabskich filiżankach. Omar i 

Sventon wypili zaledwie dwanaście filiżanek, a już Lars i Liza zaczęli się nudzić siedząc tak 

długo na miejscu. 

- Wujaszku Sventonie - powiedziała Liza - pójdziemy pozwiedzać trochę miasto. 

- Dobrze, ale nie chodźcie za daleko - odparł Sventon. - Uważajcie, żeby się nie zgubić. 

Lars  i  Liza  wyszli  na  palące  wschodnie  słońce.  Tłum  na  ulicach  znacznie  się 

przerzedził. Djof drzemało w spiekocie południowej pory. 

-  Chodźmy  tędy  -  rzekł  Lars,  potykając  się  o  zdechłego  kota.  Miasto  było  istnym 

labiryntem małych białych domków. Lars i Liza zapuścili się w nieznane. 

                                                   

8

 Sjesta - odpoczynek popołudniowy, poobiednia drzemka 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Zadanie Sventona staje się coraz trudniejsze 

 

- Kiedyż te dzieci nareszcie wrócą? - zastanawiał się Sventon patrząc na zegarek. Nie 

było ich już od godziny, a Sventon chciał jak najszybciej kontynuować pościg. 

Omar spokojnie wypił filiżankę dobrej arabskiej kawy i powiedział: 

- Miasto jest raczej małe, ale stosunkowo duże dla kogoś, kto jest mały. Wiele tu jest 

domów  i  ulic,  które  mogą  przedstawiać  skromny obiekt  zainteresowania  dla  podróżujących 

obcokrajowców. 

- Spieszy nam się! - krzyknął Sventon niecierpliwie. 

Omar ukłonił się współczująco i zamówił nową porcję kawy. 

Sventon  niepokoił  się  coraz  bardziej.  Długo  już  siedzieli  pijąc  kawę,  a  rodzeństwo 

Hjortron z Appelviken wciąż nie wracało. 

- O ile pan nie życzy sobie jeszcze kawy - rzekł Omar - moglibyśmy wyjść i popytać się. 

I tak  mamy  pytać  o  pana  Łasicę,  więc  moglibyśmy  równocześnie  dowiadywać  się  o  młodą 

pannę Hjortron i młodego pana Hjortrona. 

Najgorszy upał już minął i ulice zapełniły się ludźmi. 

- Chodźmy wpierw do cukiernika Mohameda - powiedział Omar. 

- Do tego z bólem zębów? - wykrzyknął Sventon. - On nic nie będzie wiedział. 

- Ale jego wypieki są znakomite, zawsze w miarę rumiane, i można  przypuszczać, że 

rodzeństwo Hjortron udało się do niego, żeby kupić ,,Tęsknotę”. 

Poszli na ulicę Karawany i wstąpili do piekarni. Piekarz nie pracował najwidoczniej, bo 

nigdzie nie było go widać. Nie było też śladu gońca Ibna. Z półmroku wyłonił się natomiast 

Mohamed. 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?! - wrzasnął. 

- “Sen” - rzekł Omar kłaniając się. - Średniej wielkości “Niedzielny Sen”. Bądź łaskaw 

przesłać  go  za  pośrednictwem  mojego  sąsiada  Hassana,  wytwórcę  namiotów,  który  leci  do 

oazy jutro z samego rana. 

- Co jeszcze? 

- Zechciej nam powiedzieć łaskawie, czy nie widziano tu dwojga dzieci, z których jedno 

było dziewczynką, a drugie chłopcem? 

Mohamed milczał wpatrując się w nich uporczywie. W końcu rzekł: 

-  Nie  widziałem  żadnych  dzieci.  Od  kilku  lat  nie  widziałem  żadnego  dziecka.  A  w 

background image

dodatku to nie jest biuro informacji. Do widzenia. 

Sventon i Omar wyszli na ulicę. Pytali i szukali, dopóki nie zrobiło się ciemno, potem 

musieli wrócić do oazy. Sventon przez cały czas obmyślał niezawodny plan działania. Trzeba 

było  odnaleźć  dwoje  dzieci,  jednego  wielbłąda  i  jedną  lodówkę  marki  ,,Arktyka”.  Rzadko 

kiedy prywatny detektyw miał przed sobą tak trudne zadanie do wykonania. 

Po  powrocie  do  oazy  Sventon  i  Omar  usiedli  przed  namiotem,  żeby  odpocząć  w 

wieczornym chłodzie. Zjedli po talerzu chepchouki, a potem jedną “Tęsknotę” z nadzieniem z 

orzechów. Ciemność zapadła nad oazą i nad całą pustynią. Między lekko szumiącymi palmami 

błyszczały wielkie wschodnie gwiazdy. Gdzieś daleko wył szakal. 

- Czy nie uważa pan, panie Sventon, że ta zwykła pustynia jest piękna? - spytał Omar. 

Sventon był bardzo zatroskany. Jak dotąd, nie obmyślił jeszcze niezawodnego planu i 

dlatego nie mógł na razie cieszyć się urokami pustyni. 

- Za dużo tu piasku - powiedział. - Znacznie za dużo... 

Omar skłonił się cicho w ciemności. 

- Połowa by wystarczyła. I jaki użytek z wielbłądów - spytał Sventon ostrym tonem - 

skoro istnieją latające dywany? 

Omar podał mu filiżankę kawy. 

- Przy dłuższej podróży zaoszczędza się przecież dobrych kilka dni lecąc na dywanie - 

zauważył Sventon. 

- Ilość dni jest niezliczona - odparł Omar. 

- Ale gdyby tak chodziło o przewiezienie świeżo upieczonego ciasta? 

-  Moim  skromnym  zdaniem,  nie  należy  spoczywać  zbyt  świeżego,  jeszcze  ciepłego 

ciasta.  

Sventon westchnął. 

- Załóżmy jednak, że jest wpół do trzeciej po południu i że musi pan być w Djof równo 

o trzeciej. W takim wypadku wielbłądy byłyby do niczego. 

-  Czwarta  jest  również  dobrą  godziną  na  przybycie  do  Djof.  Jeśli  chodzi  o  moje 

skromne  zdanie,  najodpowiedniejsza  jest  godzina  szósta,  kiedy  zaczyna  się  przyjemny 

wieczorny chłód. 

Sventon westchnął, Omar ukłonił się. 

Tej nocy Sventon w ogóle nie spał. Leżał z otwartymi oczami i próbował obmyślić jakiś 

niezawodny plan. W końcu słońce zaczęło wschodzić, a on jeszcze myślał. Nigdy dotąd nie 

spotkał się z tak trudnym problemem. 

Ich  sąsiad  Hassan,  wytwórca  namiotów,  który  właśnie  przyleciał  z  Djof  na  swoim 

background image

dywanie,  przyniósł  Omarowi  piękny,  świeżo  upieczony  ,,Niedzielny  Sen”  od  Mohameda. 

Sventon  i  Omar  siedli,  żeby  szybko  zjeść  śniadanie  przed  wyruszeniem  do  Djof  na  dalsze 

poszukiwania. 

Omar ukroił dwa duże kawałki “Niedzielnego Snu Poganiacza Wielbłądów”.                  

-  Byłoby  dla  mnie  wielką  radością  usłyszeć,  że  pan,  panie  Sventon,  gustuje  w 

wypiekach arabskich. 

Sventon wziął talerz, z którego unosiła się  delikatna woń. 

-  To  ciasto  przypomina  psysia  bez  bitej  śmietany  -  powiedział.  Ponieważ  robiło  się 

późno, ugryzł bardzo duży kawałek. I nagle poczuł w ustach coś twardego i ostrego, coś, co 

mogło mu przeciąć język na pół! Jeśli to miał być “Niedzielny Sen Poganiacza Wielbłądów”, to 

poganiacze muszą cierpieć nocne koszmary w niedzielę! Przestał jeść i spojrzał na Omara, ale 

ten jadł dalej, bardzo zadowolony. Sventon ostrożnie wyjął z ust koszmarny kąsek i położył go 

na talerzu. Wtedy Omar przestał jeść. 

-  Byłbym  bardzo  zmartwiony,  gdyby  pan  nie  uważał,  że  moje  skromne  ciasto  jest 

smaczne - powiedział melancholijnie, z pytającym wyrazem w czarnych oczach. 

Sventon  dziobnął  widelcem  kąsek  “Snu”,  który  najwyraźniej  miał  coś  twardego  w 

środku. Kłuł go i szarpał, aż w końcu wydobył coś w rodzaju żyletki. Omar siedział bez ruchu, 

niczym posąg. Sventon wyłowił żyletkę dwoma palcami i wytarł ją w płótno namiotowe. To 

jednak nie była żyletka, lecz owalna blaszka z paroma literami. W jasnym porannym słońcu 

ujrzeli napis: 

“ARKTYKA” 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Pan Omar czyta “Kurier Palmowy” 

 

Prywatny  detektyw  T.  Sventon  ze  Sztokholmu  wyglądał  jak  jastrząb,  który  właśnie 

zauważył pięknego małego gołębia w całkiem nieoczekiwanym miejscu. Siedział nieruchomo i 

szybko myślał. 

Metalowa  plakietka,  którą  nadal  trzymał  w  dwóch  palcach,  błyszczała  w  porannym 

słońcu. Omar, żeby mu nie przeszkadzać, też siedział zupełnie bez ruchu, ale przeżuwał coś 

niepostrzeżenie i spoglądał ukradkiem na ciasto. 

- Ha! - rzekł Sventon nagle wstając. - Nie mamy czasu do stracenia. 

Wskoczył  do  namiotu  po  swój  latający  dywan  i  rozwinął  go  na  pustynnym  piasku. 

Wrzucił na dywan torbę z ubraniem i upewnił się, że ma w kieszeni pistolet. Ruszył tak szybko, 

że, kask tropikalny zsunął mu się na oczy, a Omar ledwo zdążył wdrapać się za nim. 

- “Arktyka” jest u cukiernika - rzekł Sventon, a słowa jego zabrzmiały jak seria strzałów 

z pistoletu. 

- To w takim razie pan Łasica umieścił tabliczkę z “Arktyki” w cieście  - odezwał się 

Omar siedzący za nim. - Może przez pomyłkę? 

Sventon też się nad tym zastanawiał. 

- Jeszcze za wcześnie, żeby się na ten temat wypowiadać - rzekł krótko i poprawił kask, 

który znów opadł mu na oczy. 

- Czy pan myśli, że cukiernik ukrywa też Diamenta? 

-  Na  razie  za  wcześnie,  żeby  się  wypowiadać  na  ten  temat.  Lecz  Mohamed  jest  w 

zmowie z Łasicą. Mohamed z pewnością nie  jest  solidnym  cukiernikiem, wszystkiego więc 

można się spodziewać. 

- Byłoby dla mnie wielką radością móc znowu zobaczyć Diamenta - powiedział Omar 

cicho. - Ponadto uważam, że wypieki pana Mohameda są jakby nieco przeceniane. Jakie jest 

pana zdanie o tych ciastach? 

- Obrzydliwe świństwo! - krzyknął Sventon. 

-  Swego  czasu  uważałem,  że  są  stosunkowo  smaczne,  jednak  bardzo  się  myliłem, 

według mojego skromnego zdania. 

- Najgorsze ciasta na pustyni! Nigdy nie widziałem gorszych! Łajdak, nie cukiernik!  - 

wrzeszczał Sventon wydłubując kawałek nadzienia spomiędzy przednich zębów. 

Dywan leciał szybko i wkrótce znaleźli się w Djof, gdzie już zaczęło się roić na ulicach. 

Poszli na ulicę Karawany. Spotkali kilku klientów niosących ciasta, ale gońca Ibna nie było 

background image

widać. Zajrzeli ostrożnie przez okno. Sklep był chwilowo pusty, piekarz też gdzieś zniknął. 

Sventon nie wiedział, co robić. Na wszelki wypadek położył rękę na pistolecie. Widząc, 

że Omar nachyla się nad oknem do piwnicy i usiłuje przez nie zajrzeć, podszedł do małego 

otworu. Wewnątrz widać było coś dużego i włochatego, poruszającego się nieznacznie. To była 

głowa wielbłąda. Jedno oko miał niebieskie, drugie brązowe. 

Ktokolwiek  widział  wielbłądzią  głowę  spoglądającą  z  okna  piwnicznego  na  ulicy 

Karawany, ten wie, jakie to jest zaskakujące. W takim wypadku człowiek zadaje sobie pytanie, 

dlaczego wielbłąd znajduje się w tej niezdrowej piwnicy, zamiast być na dworze, na świeżym 

powietrzu. 

- Diament! - szepnął Omar łamiącym się głosem. 

- Aha! - rzekł Sventon. - Więc tak się sprawy mają! 

- Co tu robisz, staruchu? - pytał Omar zatroskany, a Diament patrzył na niego wiernymi, 

melancholijnymi oczami różnego koloru. 

- I ,,Arktyka”, i Diament są tutaj - orzekł Sventon. - Możemy teraz upiec dwie pieczenie 

naraz. 

- Ale Diament nie nadaje się do pieczenia - rzekł Omar z cieniem wyrzutu w głosie. 

Na  ulicy  było  pusto.  Sventon  wziął  Omara  na  małą  wyprawę  rozpoznawczą  za  róg 

domu.  Były  tam  wysokie  drzwi,  podeszli  więc  do  nich  i  Sventon  poruszył  klamką.  Drzwi 

okazały się zamknięte, ale zaraz ktoś je otworzył od wewnątrz i zobaczyli olbrzymiego Araba. 

To  był  piekarz,  ten,  który  miał  mięśnie  jak  zapaśnik,  ba,  nawet  jak  dwóch.  Miał  też  długi, 

zakrzywiony  sztylet  wetknięty  za  czerwony  pas.  Podparł  się  pod  boki  i  wlepił  wzrok  w 

Sventona i Omara. Oczy błyszczały mu niebezpiecznie. 

-  Przepraszam  -  rzekł  Sventon  -  czy  tędy  jest  wejście  do  wypieków,  chciałem 

powiedzieć - do piekarni? 

- Nie, to jest wyjście - zachrypiał piekarz niskim, gardłowym głosem i położył dłoń na 

rękojeści sztyletu. - Znikajcie - warknął i zatrzasnął drzwi. 

Omar i Sventon wycofali się za róg. Podeszli jeszcze raz do okienka, żeby popatrzeć na 

głowę wielbłąda. 

I wtedy dotarł do nich szept z głębi piwnicy: 

- Wujaszku Sventonie!                     

  

Spojrzeli na siebie. 

- Tsss - syknął Sventon. 

Nagle na stopniach ukazał się cukiernik we własnej osobie. Zobaczył ich kucających 

przy oknie, stanął więc i patrzył. Omar szybko zaczął coś poprawiać przy sandale, a Sventon 

background image

udawał, że strząsa kilka włosów wielbłądzich z lewego buta. 

- Dzień dobry, Mohamedzie - odezwał się Omar. - Właśnie odbywamy taką sobie ranną 

przechadzkę. Wielką nam sprawia przyjemność móc przejść obok tej popularnej ciastkarni. 

I ruszyli dalej ulicą Karawany, a Mohamed patrzył za nimi podejrzliwie. 

- Musimy ułożyć plan działania - rzekł Sventon. - Sytuacja jest niedobra. Mohamed już 

coś podejrzewa. 

-  Wejdźmy  wobec  tego  do  kawiarni  i  pomyślmy  -  powiedział  Omar  z  orientalnym 

spokojem. 

Weszli  i  usiedli,  żeby  się  napić  arabskiej  kawy  z  arabskich  filiżanek.  Sventon 

intensywnie myślał, a Omar, żeby mu nie przeszkadzać, czytał ,,Kurier Palmowy”. 

-  Młodzi są uwięzieni u cukiernika... -  mruczał Sventon.  - ,,Arktyka” też tam  jest... I 

Diament... 

- Tak - powiedział cicho Omar. - I Diament też. 

- ...I jestem pewien, że Łasica również tam się znajduje... Piekarz jest w to wmieszany...

 

a  gdzie  zniknął  goniec?...  Cała  piekarnia  jest  w  to  wmieszana...  chodzi  o  to,  żeby  ich 

zaskoczyć...  przy  najmniejszym  cieniu  niebezpieczeństwa  Łasica  może  wynająć  dywan  i 

odlecieć z “Arktyką”... 

Rzadko się zdarza, żeby praktykujący prywatny detektyw miał tak trudne zadanie do 

wykonania. 

- Przepraszam - odezwał się nagle Omar i wskazał na ogłoszenie w gazecie. 

- O co chodzi? - spytał Sventon trochę niecierpliwie. 

Omar przeczytał:  

 

Uczciwy, niepijcicy piekarz poszukiwany od zaraz 

do stałej pracy na krótki czas w piekarni Mohameda. 

 

-  Aha  - powiedział Sventon. Potem pomyślał  jeszcze chwilę stając się coraz bardziej 

podobny do jastrzębia. 

- Biorę posadę piekarza - zdecydował. - Jestem niepijący. 

Omar  uznał,  że  to  bardzo  śmiały  pomysł,  ukłonił  się  więc  cicho  i  z  uszanowaniem. 

Potem wskazał na inne ogłoszenie, nieco dalej, i przeczytał: 

 

Szybki, obrotny goniec otrzyma natychmiast 

stałe chwilowe zatrudnienie u cukiernika 

background image

Mohameda na ulicy Karawany. 

 

- Aha - rzekł Sventon. 

-  Zamierzam  ubiegać  się  o  tę  posadę  -  powiedział  Omar.  -  W  moim  skromnym 

mniemaniu jestem szybki i obrotny. 

Sventon spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

-  Myślę,  że  może  będę  mógł  przydać  się  w  pewnej  mierze  w  pościgu  -  rzekł  Omar 

wykonując pokorny ukłon. 

- To jest niebezpieczne - uprzedził go Sventon, rozglądając się czujnym wzrokiem po 

lokalu. 

-  Nie  ma  dla  mnie  milszego  obowiązku  niż  zaproponować  moje  usługi  temu,  kto 

odnajdzie Diamenta - rzekł Omar, ponownie się kłaniając. - Moim najmilszym obowiązkiem 

jest dzielić niebezpieczeństwo. 

- Panie Omar, pan jest... pan jest prawdziwa ozdobą pustyni!  - wykrzyknął Sventon i 

żeby nie być gorszym od Omara, ukłonił się trzy razy, po czym gorąco uścisnął Omarowi dłoń. 

Zanieśli torbę z ubraniami na jakieś opustoszałe podwórko i przebrali się. 

- Rodzeństwo Hjortron z Appelviken jest bardzo sprytne - rzekł Sventon, bawiąc się w 

kieszeni owalną tabliczką z “Arktyki”. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

W piwnicy Mohameda 

 

Lars  i Liza Hjortron z Appelviken przeżyli okropny wieczór, okropną noc i okropny 

ranek. 

Kiedy po dłuższej przechadzce chcieli wrócić do kawiarni, okazało się, że są na ulicy 

Karawany. Już mieli zamiar wejść do ciastkarni i spytać o drogę, gdy nagle ukazała się im w 

okienku od piwnicy głowa wielbłąda z jednym okiem niebieskim i drugim brązowym. 

Każdy,  kto  kiedykolwiek  widział  wielbłądzią  głowę  w okienku  od  piwnicy  na  ulicy 

Karawany, wie, jakie to jest dziwne. Postanowili wejść natychmiast do ciastkarni i powiadomić 

cukiernika  Mohameda,  że  w  jego  piwnicy  znajduje  się  skradziony  wielbłąd.  Myśleli,  że 

Mohamed  doceni  tę  informację.  A  tymczasem  Mohamed  spojrzał  na  nich  wściekłym 

wzrokiem, schwycił ich za ramiona i wrzucił do piwnicy,

 

w której stał Diament,  

Tam, nadal trzymając ich mocno za ramiona, zaczął długie przesłuchanie z mnóstwem 

pytań. Lars i Liza w ogóle nie odpowiadali. Aż w końcu powiedzieli coś w obcym języku. 

Cukiernikowi, który spędził młodzieńcze lata w mieście portowym wśród ludzi różnych 

narodowości, wydało się, że poznaje tę obcą mowę. Zawołał przez drzwi do pokoju obok: 

- Panie Spiżarnicki! Proszę na chwilkę.  

Z  przyległego  pomieszczenia  wyszedł  mały  człowieczek  o  spiczastej  twarzy  i 

niespokojnym Spojrzeniu. Lars i Liza natychmiast go poznali. Nieraz go przecież widzieli w 

fabryce. To był pomocnik ich ojca, asystent Spiżarnicki.  

Asystent spojrzał na dzieci. 

- Panie Spiżarnicki, pan jest z Danii, więc może pan zrozumie, co mówią te dzieci, które 

są  z  Norwegii  -  wyjaśnił  Mohamed.  -  Niech  pan  ich  spyta,  jak  się  nazywają  i  dlaczego  tu 

myszkują. 

Łasica  stał  zupełnie  bez  ruchu  i  wpatrywał  się  w  dzieci  inżyniera  Hjortrona,  jakby 

zobaczył duchy. Świat jest przecież dosyć duży (nawet jeżeli istnieją jeszcze większe planety), 

jest na nim wiele krajów i jeszcze więcej miast, no i oczywiście jeszcze więcej piwnic. Jak więc 

się to stało, że dzieci z Appelviken znalazły się w tej arabskiej piwnicy? W końcu rzekł: 

- Nie wypuszczać ich! Zamknąć drzwi! To są szpiedzy! 

Mohamed  rozkazał  silnemu  piekarzowi  pilnować  drzwi.  Piekarz  rzucił  derkę 

wielbłądzią na ziemię przed drzwiami, usiadł na niej i siedział cały dzień i całą noc, pogryzając 

raz  ,,Tęsknotę”,  raz  “Sen”.  Co  jakiś  czas  szedł  po  nową  porcję  do  drugiej  piwnicy,  pod 

background image

schodami, do której Mohamed wstawiał świeżo upieczone ciasta, żeby wystygły. A dzieciom 

zapowiadał: 

- Spróbujcie tylko krzyczeć, to zobaczycie! Już ja wam pokażę! 

Drzwi  do  sąsiedniego  pomieszczenia  były  otwarte,  nikt  nie  troszczył  się,  żeby  ich 

pilnować. 

Liza i Lars usiedli w kącie na umączonych workach. Wkrótce przywykli do ciemności. 

Widzieli teraz wyraźnie nie tylko głowę Diamenta, na którą padało światło z okienka, ale całą 

jego postać. Widzieli też strasznego piekarza ze sztyletem u pasa. Żuł ciasto i nie interesował 

się nimi, dopóki siedzieli cicho. 

Powietrze było tak zatęchłe i wilgotne, że trudno było oddychać. Co jakiś czas Diament 

uderzał nogą w klepisko, słychać też było jakieś szurania i chroboty w ciemnych kątach. To 

pewnie były szczury. 

Tymczasem piekarz zasnął. Leżał przed drzwiami i chrapał. Lars i Liza zatęsknili za 

domem. Już im się pustynia arabska nie wydawała tak atrakcyjna, jak kiedyś. 

 

Z drugiego pokoju słychać było głosy i uderzenia. Od czasu do czasu zapadała zupełna 

cisza, a potem znów coś uderzało i ktoś coś mówił. 

- Czy myślisz, że wujaszek Sventon potrafi nas wyśledzić? - szepnął Lars. 

- A skąd ma wiedzieć, że tu jesteśmy? - szepnęła Liza. 

- Masz rację. Ale on jest przecież detektywem - szepnął Lars. 

- Tak. Być może. Byle tylko odnalazł nas jak najszybciej! 

Z drugiego pokoju dalej dochodziły uderzenia narzędzi i niecierpliwe głosy. 

- Chodź, zobaczymy, co to jest - powiedział Lars i spojrzał na piekarza, który chrapał z 

otwartymi ustami. 

Podeszli  na  palcach  do  drzwi  do  pokoju  obok.  Były  uchylone,  więc  zajrzeli  przez 

szparę. 

Na stole w środku pokoju stała ,,Arktyka”. 

- Taty lodówka! - szepnął Lars.  

Nieznajomy  młody  Arab  stał  nachylony  nad  nią,  z  dłutem  w  ręku.  Lars  i  Liza  nie 

wiedzieli, co on ma zamiar zrobić z ,,Arktyką”, ale było jasne, że nie udało mu się zrobić tego, 

co chciał. Odwracał  lodówkę i oglądał  ją ze wszystkich stron. Gdy  ją otwierał, natychmiast 

grało radio. Obok niego stał goniec Ibn i trzymał różne narzędzia: obcęgi, dłuto i łom. 

Asystent Spiżarnicki przypatrywał się temu obgryzając paznokcie i rzucając spojrzenia 

to tu, to tam. Musiał najwidoczniej przejść krótki kurs języka arabskiego, bo odezwał się po 

background image

arabsku: 

- No i co? 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  jak  ta  lodówka  jest  zbudowana.  Ani  rusz  dostać  się  do 

mechanizmu - rzekł nieznajomy Arab. 

-  Jesteś  przecież  inżynierem  mechanikiem,  nie?  -  syknął  Łasica.  -  Specjalistą  od 

lodówek?. 

- Tak jak i ty - odparł arabski inżynier. 

-  Nie  twoja  sprawa  -  syknął  Łasica  tonem  tak  groźnym,  że  arabski  inżynier  szybko 

zabrał się z powrotem do pracy. 

- Twierdzisz, że ukończyłeś Instytut Techniczny w Medynie? 

- Tak jest. 

- Jaki wydział? Dźwigów, pogłębiarek czy jaki? - pytał mały, złośliwy Łasica. 

- Wydział inżynierii chłodniczej - odparł dumnie nieznajomy. 

- Coście tam robili? Grali w ping-ponga?  

Inżynier mechanik z Medyny zacisnął zęby i dalej badał ,,Arktykę”. 

- To jest całkiem nowa . konstrukcja - orzekł. - Muszę mieć trochę czasu, zanim... Podaj 

mi to dłuto. 

Goniec  podał  mu  drugie  dłuto  i  odebrał  pierwsze.  Arabski  inżynier  nachylił  się  nad 

lodówką i usiłował znaleźć jakąś śrubkę, żeby móc użyć dłuta. 

Lars i Liza przypatrywali się przez szparę w drzwiach. Lars szepnął Lizie na ucho: 

- Teraz rozumiem. 

- Ja też - szepnęła Liza. 

Nieznajomy specjalista od lodówek oddał dłuto Ibnowi i otarł twarz kraciastą chustką 

do nosa. 

- No i co? - syknął Łasica. 

- Zbudowana jest według zupełnie nowych zasad... i... 

- Wiem o tym - rzekł Łasica, po czym kichnął. 

- ...i wszystko wymaga trochę czasu... - powiedział arabski inżynier. 

- Pytanie, ile? Zrobi pan to jeszcze za naszego życia czy zostawi pan tę robotę swoim 

potomkom? - syczał Łasica, który potrafił być niesłychanie złośliwy. 

Goniec Ibn, choć dotąd nie odzywał się, wtrącił cicho: 

- A gdybyśmy tak zjedli po jednej z tych bułeczek, co są w środku? 

- Oczywiście, możemy zrobić chwilę odpoczynku - rzekł inżynier z Medyny. 

- Ha! - splunął Łasica niecierpliwie, po czym kichnął. 

background image

Inżynier otworzył drzwiczki lodówki i zaraz zaczęło grać radio. Właśnie nadawano z 

Mekki program dla dzieci. Wyjęli z ,,Arktyki” Najlepszego Przyjaciela Domu, masę małych 

ptysiów  z  bitą  śmietaną,  nie  większych  niż  orzechy  włoskie.  Czekając,  aż  ptysie  urosną, 

słuchali programu dla dzieci z Mekki. Mały, pięcioletni Hussein śpiewał: 

 

Idzie przez pustynię mały, czarny Ali,  

Piach mu parzy stopy, głowę słonce pali. 

 

- Wyłącz - powiedział Spiżarnicki-Łasica. 

- Posłuchajmy jeszcze trochę - poprosił Ibn. 

Teraz śpiewał dwuletni Ben Hassan: 

 

Hej, wielbłądzie poczciwy,  

Weź mnie w daleką drogę,  

Jestem bardzo szczęśliwy,  

Gdy na tobie jechać mogę. 

 

- Wyłącz! - syknął Spiżarnicki-Łasica, który wcale nie był w nastroju do słuchania. 

Tymczasem ptysie z cukierni Rozalii ze Sztokholmu urosły do właściwych rozmiarów. 

Goniec  Ibn  wyjął  ich  ogromną  ilość.  Początkowo,  póki  miały  wielkość  orzechów  włoskich, 

można było sądzić, że nie ma ich tak dużo, ale teraz zdawały się wypełniać całą piwnicę. Były 

w miarę rumiane, obficie napełnione bitą śmietaną. 

Spiżarnicki-Łasica, arabski inżynier i goniec , Ibn zaczęli zjadać jeden po drugim.             

Lars i Liza wrócili cichutko na umączone worki leżące w kącie. 

- To jest lodówka taty - szepnęła Liza. 

- I ptysie wujaszka Sventona - szepnął Lars. 

- I teraz ten idiota z dłutem rozbierze ją na części, żeby zobaczyć, jak jest zbudowana -  

szepnęła Liza. 

- A to jest tajemnica - szepnął Lars.  

Siedzieli w milczeniu. Piekarz chrapał. 

- Gdyby tak można było zawiadomić wujaszka Sventona... 

- Tak... ale jak? 

- Moglibyśmy mu dać jakiś znak czy coś takiego. 

- Tak... ale jak? 

background image

- Tsss! Ktoś idzie. 

Wszedł cukiernik Mohamed. Zobaczył, że piekarz chrapie, podszedł więc i kopnął go, 

żeby go obudzić. Potem stanął przed Larsem i Lizą, bacznie się w nich wpatrując, mruknął coś 

gardłowym głosem i rzucił im kawałek “Tęsknoty”. A potem wyszedł. 

W mieście zapanowała południowa spiekota. Wkrótce ucichły głosy i stukoty w drugim 

pokoju  i  słychać  było  tylko  chrapanie.  Lars  i  Liza  zaczęli  się  zastanawiać  nad  sposobem 

przekazania wiadomości wujaszkowi Sventonowi. Zastanawiali się bardzo długo, aż w końcu 

usnęli, przytuleni do umączonych worków. 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 

Mohamed zatrudnia niepijącego piekarza i szybkiego gońca 

 

Do ciastkarni Mohameda na ulicy Karawany wszedł mężczyzna niedużego wzrostu, z 

czarną spiczastą brodą. Nosił zwykły, codzienny strój arabski i jedyną rzeczą szczególną był 

jego niezwykle ostry profil. 

Jak zwykle Mohamed wpadł krzycząc: 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?! 

- Ani jedno, ani drugie. Tylko zwykłą rzeczywistość  - odparł zdecydowanym głosem 

niewysoki  mężczyzna.  -  Szukam  zatrudnienia  jako  piekarz,  a  to  nie  jest  żaden  sen.  Jestem 

absolutnie trzeźwy. 

- Szukasz pracy? Ach, tak. Jak się nazywasz? 

- Hassan - padło niczym strzał z pistoletu z ust poszukującego pracy.  - Nazywam się 

Hassan. 

- Czy wyrabiałeś już, kiedyś ciasto? - mruknął cukiernik. 

-  Wyrabiałem  je  na  każdej  pustyni.  A  także  w  każdym  mieście.  Wyrabiałem 

dwadzieścia  pięć  lat  w  Mekce  i  dwadzieścia  pięć  lat  w  Mokce,  a  ostatnie  pięćdziesiąt  lat 

wyrabiałem w Medynie. 

-  Dwadzieścia  pięć...  i  dwadzieścia  pięć...  i  pięćdziesiąt...  jak  to  możliwe?  W  takim 

razie musisz mieć sto lat? - ryknął Mohamed. 

- Aż tyle? No tak, czas leci - rzekł piekarz. - Najważniejsze, żeby nie pić. 

Podszedł  prosto  do  dzieży,  podwinął  rękawy  i  zaczął  miesić.  Jego  ręce  chodziły  jak 

maszyna.  Cukiernik  patrzył  zdziwiony,  ale  zanim  zdążył  coś  powiedzieć,  wszedł  wysoki 

chłopak  w  pogniecionym  białym  ubraniu  marynarskim.  Na  głowie  miał  czapkę  z  napisem: 

“Marynarka Królewska”. Nosił niebieskie okulary. 

Mohamed popatrzył na niego podejrzliwie. 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?! - krzyknął jak zwykle. 

-  Tak  - odparł wysoki chłopiec w  marynarskim ubraniu.  -  Tęsknię  i  śnię  najskryciej, 

żeby  zostać  zatrudnionym  w  tej  znanej  ciastkarni.  Moje  skromne  odwiedziny  zostały 

spowodowane ogłoszeniem, które miałem nieoczekiwane szczęście przeczytać w dzisiejszym 

wydaniu  “Kuriera  Palmowego”.  W  tej  dobrze  redagowanej  gazecie  zobaczyłem,  że  jest  do 

wzięcia chwilowo stała praca... 

- Przestań ględzić! Jak się nazywasz? 

background image

- Moje skromne imię jest Ali Ben Hassan El Omar Hussein Mohamed. 

- Wystarczy - Ali. 

- Będzie dla mnie niezasłużonym zaszczytem stawić moje siły do pana dyspozycji jako 

goniec.  Z  całą  pokorą  mogę  skromnie  stwierdzić,  że  zawsze  cieszyłem  się  całkowicie 

niezasłużoną opinią zwinnego i szybkiego. Ja... 

- Nie pleć! Gdzie pracowałeś przedtem? - ryknął cukiernik. 

-  Jak dotąd, biegałem przez wielkie połacie pustyni  nosząc ciasta i  inne  mniej ważne 

artykuły. Byłoby niezasłużonym zaszczytem, gdybym mógł... 

- Zamknij się! Zaraz będzie wieczór - przerwał mu Mohamed. - Dlaczego nosisz takie 

zwariowane ubranie? - spytał podejrzliwie. W głębi sklepu Hassan miesił ciasto, zupełnie jakby 

był robotem, lecz równocześnie bacznie się przysłuchiwał. 

-  Byłem kiedyś zatrudniony w zachodnim przedsiębiorstwie  mającym do czynienia z 

rurociągami.  Nosiliśmy  tam  wszyscy  marynarskie  ubrania,  zgodnie  z  praktyczną  zachodnią 

modą. Nie oznacza to chęci obrażania floty arabskiej. Ja... . 

- Cicho bądź! Dosyć tego! Coś mi się ten twój idiotyczny strój wydaje za mały na dębie 

- Mohamed coraz bardziej był podejrzliwy. 

- Miałem w ostatnim czasie wielki zaszczyt szczególnie szybko rosnąć - powiedział Ali 

kłaniając się. - Mój poprzedni szef zawsze był łaskaw mówić: “Ali tak rośnie, że aż trzeszczy”. 

Zresztą,  moim  skromnym  zdaniem,  długie  rękawy  i  spodnie  tylko  przeszkadzają,  kiedy  się 

biegnie z ciastkami. Ja... 

-  Weź  to  ciasto  i  przestań  gadać!  -  krzyknął  Mohamed.  -  Zanieś  je  szybko  na  ulicę 

Bazarową numer 9B i zostaw u tkacza dywanów Ben Husseina. 

- To dla mnie wielki zaszczyt - odparł nowy goniec, biorąc ostrożnie ciasto - że mogę 

osobiście dostarczyć tak pięknie upieczone ciasto panu... 

- Cicho już. I bierz, co masz brać! 

-  Będzie  dla  mnie  wielkim  zaszczytem  móc  w  zupełnym  milczeniu  wziąć,  co  mam 

zabrać, i pobiec na ulicę Bazarową 9B - rzekł Ali kłaniając się parę razy. Po czym otworzył 

drzwi. 

Cukiernik rzucił za nim butem, lecz Ali zdążył zamknąć drzwi. Mohamed dostrzegł go 

stojącego przed oknem i kłaniającego się trzy razy, zanim ruszył dalej, wolno i godnie. 

Cukiernik  odwrócił  się  i  popatrzył  na  nowego  piekarza.  Ręce  małego  człowieczka 

pracowały jak maszyny. Ale Mohamed pomyślał, że on jednak wygląda cokolwiek dziwnie. I 

piekarz, i goniec wydawali mu się dziwni, postanowił więc bacznie ich obserwować. 

“Mój  biedny  Diament”  -  myślał  Omar,  idąc  wolno  i  godnie  na  ulicę  Bazarową,  z 

background image

ciastem w ręku. 

,,Ha!  -  myślał  Sventon,  wyrabiając  ciasto.  -  Zaczekaj  no  tylko,  cukierniku!  Jestem 

całkowicie trzeźwy!” 

I nowy piekarz zaczął obmyślać niezawodny plan działania, a przez ten czas jego ręce 

poruszały się niczym skrzydła wiatraka. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 

Ogromny “Sen” około południa 

 

W ciągu dnia nowy piekarz Hassan zaczął wykazywać duże zainteresowanie schodami 

do  piwnicy.  Mohamed  raz  po  raz  przyłapywał  go  na  nadsłuchiwaniu  przy  nich.  Hassan  za 

każdym  razem  wyjaśniał,  że  jest  niezwykle  muzykalny  i  że  usłyszał  dźwięki  dochodzące  z 

radia  pana  Mohameda.  I  za  każdym  razem  odskakiwał,  zanim  Mohamed  zdążył  cokolwiek 

powiedzieć, i zaczynał miesić ciasto z taką energią, że aż dzieża trzeszczała. 

Około południa, kiedy upał obezwładnił miasto i Mohamed drzemał w sklepie, tęsknota 

Hassana za odrobiną dobrej muzyki stała się tak silna, że przemknął się na palcach aż do samej 

piwnicy. Spali tam chrapiąc: Spiżarnicki-Łasica, inżynier mechanik z Medyny i goniec Ibn. Na 

stole  stała  lodówka  “Arktyka”  i  cicho  grała.  Na  niej  leżały  obcęgi,  dłuto  i  parę  ptysiów  z 

kremem. Nowy piekarz rozejrzał się, notując w pamięci każdy szczegół. 

Gdyby  nie  rodzeństwo  Hjortron  i  wielbłąd  Diament,  byłby  prawdopodobnie  zabrał 

muzykalną lodówkę i opuścił na palcach swoje miejsce pracy. 

W  ciągu  tego  samego  dnia  nowy  goniec  Ali  zaczął  okazywać  duże  zainteresowanie 

oknem  do  piwnicy.  Mohamed  kilkakrotnie  go  widział  kucającego  przy  tym  okienku.  Za 

każdym razem Ali tłumaczył się, że rozwiązało mu się jego skromne sznurowadło. I za każdym 

razem odchodził wśród gęstych ukłonów, niosąc pięknie upieczone ciasta Mohameda. 

Lars  i  Liza  wiedzieli,  że  to  wujaszek  Sventon  i  Omar.  Podczas  gdy  piekarz  chrapał 

przed drzwiami, usłyszeli nagle ciche wołanie dochodzące z okienka. Podeszli bliżej i poznali 

Omara.  Omar  wrzucił  im  małą  “Tęsknotę  Beduina”  (którą  powinien  był  zanieść  do  tkacza 

dywanów) i szepnął, żeby byli przygotowani. Potem powiedział: 

- Diament, Diament, stary druhu - i zniknął. 

Lars i Liza nie wiedzieli, na co mają być przygotowani, ale starali się, jak tylko mogli. 

W chwilę później Omar znów ukazał się w okienku i wrzucił mały “Sen Niedzielny” 

(który właściwie miał dostarczyć emerytowanemu fakirowi), mówiąc im jeszcze raz, że mają 

być przygotowani. Potem dodał: 

- Diament... już niedługo, staruchu, już niedługo. Bądź gotów - i znowu zniknął. 

Lars  i  Liza  nadal  nie  wiedzieli,  na  co  mają  być  przygotowani,  lecz  starali  się  być 

możliwie najbardziej przygotowani  i próbowali wytłumaczyć Diamentowi, że on też ma być 

przygotowany. Wsłuchiwali się w każdy odgłos i usiłowali zauważyć jakiś znak od Sventona 

czy Omara, ale nic się tego dnia nie zdarzyło. 

background image

Wieczorem  po  pracy  Sventon  i  Omar  odlecieli  do  oazy.  Zorza  po  zachodzie  słońca 

oświetlała  pustynię  na  czerwono,  powietrze  było  nieruchome.  Gdy  ukazały  się  palmy  na 

horyzoncie. Omar powiedział: 

- Kamień by mi spadł z serca, panie Sventon, gdybym mógł się dowiedzieć, czy pan już 

obmyślił jakiś plan uwolnienia Diamenta. No i oczywiście rodzeństwa Hjortron, jak również 

“Arktyki” - dodał. 

- Tak! - powiedział Sventon, a głos jego zabrzmiał niczym strzał z pistoletu. Wyglądał 

zupełnie jak zdecydowany na wszystko jastrząb (o ile można sobie wyobrazić jastrzębia z mąką 

na policzkach). 

Omar,  siedzący  za  nim  na  dywanie,  ukłonił  się  z  szacunkiem.  Żaden  z  nich  nic  już 

więcej nie powiedział, dopóki nie znaleźli się przed namiotem, przy filiżance kawy. 

-  Czy  można  liczyć  na  to,  że  wszyscy  odbywają  południową  drzemkę  w  południe?  - 

spytał Sventon częstując Omara dużym cygarem. 

-  Tak  -  odparł  Omar.  -  Niezwykle  rzadko  się  zdarza,  by  ktoś  odbywał  południową 

drzemkę wieczorem. - Zapalił cygaro i głęboko się zaciągnął. - Na Wschodzie upał w południe 

powoduje tak silną ospałość, że tylko ci, którzy cierpią na nieuleczalną bezsenność, potrafią 

odłożyć drzemkę do późniejszej pory. 

Sventon też zapalił cygaro. Dym unosił się powoli w nieruchomym powietrzu. Liście 

palm lekko szumiały, w stajni poruszały się Szmaragd i Rubin. Poza tym panowała zupełna 

cisza. 

-  Zapomniałem  niestety wyrazić  moje podziękowanie za cygaro  - odezwał się Omar, 

unosząc swoją małą czapeczkę marynarską. - Ma wyjątkowo piękny aromat. 

- Wyruszamy jutro w południe - powiedział prywatny detektyw Ture Sventon. 

Omar nie zmienił wyrazu twarzy, lecz skłonił się głęboko. 

- A teraz słuchaj mnie pan uważnie - rzekł detektyw Sventon. 

Omar nachylił się i słuchał. Jego czarne oczy były niezgłębione jak noc. 

-  Gdy  tylko  cukiernik  wyśle  pana  z  pierwszą  posyłką,  proszę  udać  się  prędko  na 

podwórze i przebrać się w swoje własne ubranie. Niech pan wróci do cukierni, już przebrany, a 

kiedy Mohamed krzyknie: ,,»Sen« czy »Tęsknota«?” - proszę odpowiedzieć, co następuje... 

Sventon rozejrzał się bacznie dokoła. Omar nachylił się jeszcze bardziej. 

- Proszę powiedzieć tak: “Wydaję dzisiaj duże przyjęcie w oazie. Zapraszam na obiad 

całe  Stowarzyszenie  Producentów  Namiotów.  Proszę  przysłać  mi  do  domu  ogromny  »Sen« 

około południa”. 

Omar początkowo nie odzywał się. Potem powiedział: 

background image

- Ogromny “Sen” około południa. 

- Kolosalny “Sen”! Niech pan powie Mohamedowi, że goniec ma się spieszyć. Nie musi 

odbywać  codziennie  drzemki  południowej.  Niech  go  Mahomed  wyśle  w  samo  południe,  z 

olbrzymim “Snem”. 

Omar ukłonił się i rzekł: 

- Olbrzymi “Sen” około południa. 

- Potem niech pan znów się przebierze w strój marynarski i wróci do ciastkarni. Gdy 

kolosalny “Sen” będzie gotowy około południa, cukiernik powie: “Ali, weź dywan i poleć z 

tym ciastem do pana Omara do oazy. On wydaje obiad dla producentów namiotów”. Niech pan 

weźmie  wtedy  ciasto  i  zaniesie  je  na  podwórze,  jak  zwykle.  Będę tam  czekał  z  dywanem  i 

razem tu przylecimy. 

- A Diament? - zapytał Omar niskim głosem. 

-  Diament  przybędzie  trochę  później.  Nic  na  to  nie  poradzę,  że  wielbłądy  są  mniej 

szybkie od dywanów. 

- A nasi młodzi przyjaciele, rodzeństwo Hjortron z Appelviken? 

- Wszyscy się tu spotkamy - odparł Sventon strząsając popiół z cygara. Po chwili Omar 

spytał: 

- A lodówka “Arktyka”? 

- Mówiłem już, że wszyscy się tu spotkamy - rzekł Sventon. - I razem zjemy sobie po 

ptysiu. 

Siedzieli chwilę w  milczeniu, głęboko zatopieni  w  myślach. Zmrok zapadł nad oazą 

Kaf. W końcu Omar odezwał się, tak cicho, że Sventon ledwie go słyszał: 

- Czy Diament też? Czy Diament też się tu z nami spotka? 

- Co? Diament? Diament przydrepcze tu jutro rano. Piwniczne powietrze nie służy mu. 

Po chwili zerwał się wieczorny wietrzyk i palmy mocniej zaszumiały. Zdawało się, że 

szumi  wodospad.  Ściany  namiotu  lekko  trzepotały.  Słońce  schowało  się  za  horyzontem, 

zostawiając po sobie czerwoną smugę, na tle której rysowały się sylwetki palm. 

Prywatny detektyw T. Sventon i Omar wyrzucili niedopałki cygar. Weszli do namiotu i 

natychmiast zapadli w głęboki, wzmacniający sen. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY 

Sventon realizuje swój plan 

 

Następnego ranka Hassan i Ali stawili się punktualnie w ciastkarni. Hassan zabrał się 

do wyrabiania ciasta z taką energią, że aż dzieża trzeszczała, Ali zaś, wśród wielu ukłonów, 

wziął  dużą  porcję  wypieków  i  powiedział,  że  będzie  dla  niego  wielkim  zaszczytem  móc  je 

osobiście dostarczyć klientom. 

Chwilę potem wkroczył do ciastkarni Omar i powiedział, że ma zaszczyt życzyć panu 

Mohamedowi dobrego dnia. 

- “Sen” czy “Tęsknotę”?! - wrzasnął Mo-hamed. 

-  “Niedzielny Sen Poganiacza  Wielbłądów”  jest ciastem  jedynym w swoim rodzaju  - 

zaczął Omar kłaniając się. - W moim skromnym mniemaniu nie ma sobie równego, chyba żeby 

wziąć  pod  uwagę  “Tęsknotę  Beduina  za  Domem  Rodzinnym”,  które  to  ciasto  jedynie 

dorównuje “Niedzielnemu Snu Poganiacza Wielbłądów”. 

- “Sen” czy ,,Tęsknotę”?! - zagrzmiał Mo-hamed. 

- Zaprosiłem dzisiaj całe Stowarzyszenie Producentów Namiotów na skromny obiad do 

mojego skromnego namiotu w oazie Kaf. Bardzo by docenili duży “Sen Niedzielny”. Czy pan 

Mohamed  byłby  tak  dobry  i  upiekł  na  mój  rachunek  “Sen”  w  największym  możliwym 

wymiarze? 

- Nic poza tym? 

- Gdyby szybki goniec pana Mohameda był tak dobry i używając dywanu dostarczył mi 

ciasto około południa, całe Stowarzyszenie Producentów Namiotów chwaliłoby pana na równi 

z pańskim gońcem, panie Mohamedzie. 

- Ciasto będzie dostarczone. Nic ponadto? 

- Jeśli chodzi o moją skromną osobę, nie mam na dzisiaj żadnych dalszych życzeń. 

- A więc do widzenia! - ryknął Mohamed. 

-  Proszę  mi  pozwolić  wyrazić  w  imieniu  Stowarzyszenia  Producentów  Namiotów 

najgłębszą wdzięczność z okazji... 

- Do widzenia! - krzyknął Mohamed. Omar ukłonił się i wyszedł. Spoglądając za nim 

Mohamed zauważył, że stanął przed oknem i trzy razy ukłonił się, zanim poszedł dalej .ulicą 

Karawany. 

Wkrótce potem wrócił Ali. Mohamed okropnie go zwymyślał za to, że go tak długo nie 

było. Ali odpowiedział z uszanowaniem, że znacznie za długo go nie było, ale że spieszył się na 

tyle, na ile pozwalały jego skromne możliwości. 

background image

-  Bzdury!  -  przerwał  mu  Mohamed  i  zabrał  się  do  pieczenia  największego  “Snu 

Niedzielnego”, jaki kiedykolwiek piekł. 

Przez cały ten czas Lars i Liza siedzieli na umączonych workach i przysłuchiwali się 

szczurom chroboczącym w kącie. Byli przygotowani, mimo że nie wiedzieli na co. Diament, 

jak  zwykle,  stał  patrząc  przez  okienko.  Krzepki  piekarz  siedział  na  swoim  miejscu  przed 

wysokimi drzwiami do piwnicy i jadł kawałek ciasta okropnie mlaskając. 

Z  drugiego  pokoju  dochodziły,  jak  przedtem,  niecierpliwe  głosy  i  uderzenia.  Dzieci 

usłyszały,  jak  inżynier  mechanik  z  Medyny  wykrzyknął,  że  zamierza  wziąć  obcęgi  i  rozbić 

lodówkę. Lecz asystent Spiżarnicki zabronił mu niszczenia drogocennego przedmiotu. Goniec 

Ibn zaproponował, żeby spróbować otwieraczem do puszek, ale musiał chyba dostać w ucho, 

bo bardzo szybko zamilkł. 

W  tym  momencie  ktoś  lekko  zastukał  do  wysokich  drzwi.  Piekarz  zerwał  się,  by  je 

otworzyć. Był to Hassan. 

- Wie pan, panie piekarzu - wyjąkał Hassan, ocierając czoło ścierką - miałem okropny 

koszmar ostatniej nocy... 

- Co mnie to obchodzi! - powiedział groźny piekarz kładąc dłoń na rękojeści sztyletu. 

- Zmiataj! 

- Śniło mi się, że jadłem ciasto - mówił dalej Hassan wcale nie znikając. - Wyglądało 

bardzo  dobrze,  lecz  kiedy  je  przekroiłem...-  Hassan  drżał  na  całym  ciele  i  trudno  mu  było 

mówić. 

- To co? - spytał piekarz przestając żuć. 

- Kiedy je przekroiłem... myślałem, że w środku będzie masa orzechowa... myślałem, że 

to  jest  znakomita  “Tęsknota  za  Domem”...  -  Zęby  mu  tak  dzwoniły,  że  ledwo  mógł  się 

wysłowić. 

- No i co dalej, mów! - Piekarz widział, że Hassan jest blady jak trup (mogło tak być 

dlatego, że był umączony, ale z drugiej strony...). 

- To nie była masa orzechowa - szepnął Hassan rozglądając się. - To był... 

- Co było? Mów! - pytał piekarz coraz szerzej otwierając usta. 

- To był...  -  powiedział Hassan  i otarł pot z czoła  - to  było coś małego, czarnego, co 

robiło się coraz większe i większe. Wtedy zobaczyłem, że to... 

Hassan zamilkł i rozejrzał się dokoła. 

- Że to co? - spytał piekarz, zdziwiony. 

- Czarny kot! - szepnął Hassan i opadł na ziemię. - To ciasto upiekł Mohamed - jęczał 

Hassan siedząc na ziemi. - I wsadził do środka kota, a kot rósł. Ciasto było zaczarowane. 

background image

Piekarz nic nie odpowiedział, tylko jeszcze szerzej otworzył usta. 

- A najgorsze było... najgorsze było to, że ja nie śniłem. To była prawda. 

Hassan  odszedł  parę  kroków  na  chwiejnych  nogach.  Potem  upadł,  biedak,  z 

wyczerpania, ale jakoś się pozbierał i poszedł dalej. 

Piekarz spoglądał za nim z otwartymi ustami, potem popatrzył na ciasto, które trzymał 

w ręku. Odrzucił je i wypluł okruszynę, która mu uwięzia między zębami. A następnie splunął 

trzy razy przez lewe ramię i wrócił na swoje miejsce przed drzwiami. I dalej tam siedział gapiąc 

się przed siebie, zatopiony w ponurych myślach. 

Zbliżało  się  południe  i  upał  zapanował  w  mieście,  a  także  w  ciastkarni.  Zrobiło  się 

okropnie gorąco. Uderzenia z sąsiedniego pokoju pomału ucichły i wkrótce słychać było tylko 

chrapanie. (Co prawda goniec Ibn nadal mamrotał, że otwieracz do puszek byłby najlepszym 

narzędziem, ale mówił to przez sen). 

Olbrzymi “Sen Niedzielny” był gotowy. Wyglądał dostatecznie duży, żeby zadowolić 

całe Stowarzyszenie Producentów Namiotów, a ponadto dziesięciu albo dwunastu źle płatnych 

poganiaczy wielbłądów. Gorący i buchający parą stał na ziemi i trzeba przyznać, że takiego 

“Snu  Niedzielnego”  jeszcze  nikt  nigdy  nie  widział.  Mohamed  musiał  go  zrobić  i  upiec  w 

kawałkach  i  potem  połączyć  te  części,  żeby  powstała  jedna  olbrzymia  całość.  Chcąc  go 

szybciej ostudzić, wstawił go do chłodnej piwnicy pod schodami. Słyszał, jak tamci chrapią po 

drugiej stronie drzwi. On sam musiał, jak dotąd, zadowolić się jedynie ziewaniem. 

Wróciwszy  do  ciastkami  natychmiast  zasnął.  Tego  dnia  upał  był  gorszy  niż 

kiedykolwiek.  Po krótkiej chwili obudziły go kroki na schodach do piwnicy. 

To  szedł  Hassan  trzymając  w  ramionach  ogromne  ciasto  (ledwo  był  widoczny,  ale 

można było go poznać po nogach.) 

-  Już  ostygło  -  wytłumaczył  Hassan,  stawiając  ciasto  na  podłodze.  -  Jest  całkiem 

chłodne - rzekł, wciskając palec w chrupiącą skórkę. 

- To moja sprawa! - ryknął Mohamed. - Cukiernik musi pilnować ciasta od początku do 

końca. 

Wtedy Hassan krzyknął: 

- Hej! Goniec! Weź dywan i leć z tym “Snem” do pana Omara w Kaf! Spiesz się! 

- To moja sprawa! - ryknął Mohamed. - Goniec! Weź dywan i leć z tym “Snem” do pana 

Omara w Kaf. Spiesz się! 

- Uważaj na ciasto - przykazał Hassan. - Żadnego zatrzymywania się po drodze na kawę 

ani nic w tym rodzaju. 

- To moja sprawa! - ryknął Mohamed. 

background image

-  Uważaj  na  ciasto!  Żadnego  zatrzymywania  się  po  drodze  na  kawę  ani  nic  w  tym 

rodzaju! 

- Rozumiesz? - spytał Hassan. 

- To moja sprawa! - wrzasnął Mohamed. 

- Rozumiesz? 

- Tak. Rozumiem - odparł Hassan. 

- Mówię do Alego - ryczał Mohamed, cały czerwony na twarzy. 

-  Naprawdę?  -  rzekł Hassan. Ali stał  trzymając w ręku małą czapeczkę  marynarską  i 

kłaniał się raz po raz to Hassanowi, to Mohamedowi. W końcu ukłonił się też ciastu. 

-  Im  większe  ciasto, tym  większy  zaszczyt  -  powiedział.  -  Zrobię,  co tylko  w  moich 

skromnych możliwościach, żeby zasłużyć na zaufanie, które mi tak wspaniałomyślnie okazano. 

- Zamknij się! - rzekł Hassan. 

- To moja sprawa! - ryknął Mohamed, teraz już siny na twarzy. - Zamknij się! 

- Bardzo chętnie - odparł Hassan. 

- Mówię do Alego! - ryczał Mohamed.  

Ali podniósł ciężkie ciasto. 

-  Będę  zawsze  z  wdzięcznością  pamiętał  o  tym  szlachetnym  cieście  -  powiedział, 

kłaniając się tak głęboko, że o mało nie stracił równowagi. 

- Pomóż temu niedołędze, niech już rusza! - wrzasnął Mohamed i ziewnął. 

Hassan i Ali wzięli ciasto między siebie i opuścili sklep Mohameda. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY 

“Niedzielny Sen” zostaje zawieziony do oazy 

 

Ulica  Karawany  była  pusta.  Ze  wszystkich  małych,  białych  domków  dochodziło 

głębokie,  melodyjne chrapanie.   Prywatny detektyw T. Sventon  i Omar nieśli  między  sobą 

największe  ciasto,  jakie  kiedykolwiek  upieczono  na  Wschodzie.  Mimo  że  szli  zacienioną 

stroną ulicy, upał był tak straszny, że marzyła im się orzeźwiająca kąpiel w łaźni. 

W  końcu  dotarli  do  podwórza,  gdzie  Sventon  zostawił  ukryty  dywan  i  torbę  z 

ubraniami.  Sventon  włożył  kask  i  rzucił  się  na  dywan,  koło  frędzli.  ,,Niedzielny  Sen 

Poganiacza Wielbłądów” stał na środku dywanu. Omar siedział za nim i trzymał go oburącz. Ze 

swego miejsca widział tylko sam czubek kasku Sventona. 

Sventon dotknął frędzli i powiedział: 

- Kaf. 

-  Dywan,  jakby  uniesiony  niewidocznymi  rękoma,  wzniósł  się  w  powietrze  i  ruszył 

prosto w stronę oazy. 

Po chwili lotu zobaczyli pod sobą ogromną karawanę. Z tej wysokości wydawało się, że 

wielbłądy stoją bez ruchu na błyszczącym, oblanym słońcem piasku. 

-  Panie  Sventon  -  odezwał  się  Omar  zza.  ciasta.  Mówił  coś  i  pokazywał  ręką,  ale 

Sventon nie słyszał go z powodu silnego pędu powietrza, a poza tym rozdzielało ich wysokie 

ciasto. Niemniej skierował lornetkę w stronę długiej karawany, która posuwała się otoczona 

tumanem kurzu. Zastanawiał się, do czego właściwie służą wielbłądy, skoro istnieją dywany. 

Sventon  był  wielkim  przyjacielem  zwierząt,  a  już  szczególnie  lubił  wielbłądy.  Były 

zachwycające w różnych okolicznościach - ale nie wtedy, kiedy się jechało na ich grzbiecie. 

W końcu Omar wstał i krzyknął: 

- To producenci namiotów! 

- Co? - spytał Sventon. Nie dosłyszał jednak odpowiedzi, bo właśnie zerwał się wiatr. 

Wkrótce  ukazały  się  palmy  na  horyzoncie.  To  była  ich  oaza.  Dywan  opuścił  się  i 

wylądował z lekkim stuknięciem przed namiotem Omara. Postawili ciasto na małym stoliku 

przed namiotem i poszli się wykąpać w strumieniu zimnej, kryształowo czystej wody. Z torby 

wyjęli swoje zwykłe ubrania. Sventon myślał, jak to miło pozbyć się umączonego fartucha, w 

którym  miesił  ciasto.  Omar,  z  kolei  cieszył  się,  że  może  zdjąć  kusy  strój  marynarski,  choć 

zapewniał,  że  było  dla  niego  wielkim  zaszczytem  chodzić  ubranym  jak  marynarze  na 

Zachodzie. 

background image

Bardzo wyczerpani usiedli przy stole, z dwóch stron ogromnego ciasta, tak dużego, że 

nie widzieli siebie nawzajem. Sventon podniósł się i poczęstował Omara dużym cygarem. 

-  No,  mamy  już  tę  małą  przygodę  za  sobą  -  rzekł.  Widział,  jak  dym  z  Omarowego 

cygara  unosi się nad ciastem. Po chwili zobaczył też duże, czarne oczy. 

- Diament jeszcze nie przybył, panie Sventon - powiedział Omar. 

- Wielbłądy są dość powolne, choć to skądinąd przemiłe zwierzęta - odparł Sventon. 

Dla  prywatnego  detektywa  rozwiązanie  trudnego  problemu  jest  sprawą  całkiem 

zwyczajną i kiedy tego dokona, nie czuje się specjalnie podniecony, w każdym razie nie więcej 

niż stroiciel fortepianów, który właśnie nastroił fortepian. 

- Urocza ta oaza, chłodna i piękna - rzekł Sventon. 

Omar westchnął cierpliwie po drugiej stronie ciasta. Wciąż jednak, bez chwili przerwy, 

badał wzrokiem pustynię. Po jakimś czasie Sventon zobaczył jego głowę wychylającą się znad 

ciasta. 

- Czy pozwoli mi pan skorzystać na chwilę z lornetki? 

Sventon  podał  mu  lornetkę.  Omar  długo  patrzył,  a  potem  powiedział  z  tłumioną 

radością: 

- Teraz spotkamy się wszyscy w oazie. Nasza przygoda skończyła się. 

Sventon odebrał od niego lornetkę i spojrzał przez nią. Najpierw zobaczył tylko piasek. 

Potem jeszcze więcej piasku i jeszcze znacznie więcej piasku, aż w końcu dostrzegł niewyraźną 

kropkę. To był prawdopodobnie Diament, choć Sventon w ogóle nie mógł rozpoznać, czy to 

wielbłąd,  a  tym  bardziej,  czy  to  Diament.  Lecz  Omar  zauważał  każdą  zmianę  na  pustyni. 

Siedział  teraz  za  ciastem,  spokojny  i  szczęśliwy,  a  dym  z  jego  cygara  nareszcie  unosił  się 

spokojnie i równiutko do góry. 

Sventon odłożył lornetkę do futerału. 

- Zgadza się - powiedział. - To Diament idzie. Tak sobie też myślałem. 

Kropka  zbliżyła  się,  urosła  i  zmieniła  się  w  dużego,  okazałego  wielbłąda  z  jednym 

okiem niebieskim, a drugim brązowym. Na grzbiecie niósł dwoje dzieci z Appelviken. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI 

Rodzeństwo Hjortron wraca do Kaf 

 

Lars i Liza zauważyli, że coś się dzieje tego ranka. Przechodząc koło okienka Omar za 

każdym razem szeptał, że mają być gotowi. A kiedy mówił: ,,Diament, kochany staruchu”  - 

brzmiało to mniej smutno niż zwykle. 

Piekarz też zachowywał się bardzo dziwnie. Siedział bez ruchu w mroku i tylko gapił 

się prosto przed siebie. Do tej pory zawsze jadł kawałek ciasta, a kiedy kończył jeść, zaczynał 

chrapać  albo  szedł  do  chłodnej  piwnicy  po  drugiej  stronie  pomieszczenia,  w  którym  stała 

lodówka, i wybierał sobie następne ciasto wśród tych, co stygły. Widocznie dzisiaj znudziły mu 

się ciasta. Znudziło mu się też najwidoczniej spanie. 

W  Djof  było  bardzo  dużo  kotów.  Wszędzie  je  było  widać,  na  ulicach  i  w  oknach 

domów, na podwórkach i w oknach piwnic. Z pewnością nie brakowało kotów w Djof, ale w 

ciastkarni na ulicy Karawany Lars i Lipa nigdy jeszcze kota nie widzieli. Dlatego też bardzo się 

zdziwili, że właśnie tego ranka pojawił  się duży,  czarny kot. Wpadł przez okienko z. takim 

impetem,  jakby  go  pies  gonił.  Ale  nie  było  słychać  szczekania,  więc  chyba  ktoś  go  musiał 

wrzucić. 

Wylądował  na  podłodze  i  stał  wyginając  grzbiet  w  pałąk,  z  czarnym,  puszystym 

ogonem  sterczącym  prosto  do  góry.  Żółte  oczy  lśniły  niesamowicie  w  mroku.  Diament 

niespokojnie uderzał nogami w polepę. Szczury pochowały się w dziurach. Lars i Liza siedzieli 

bez ruchu, przygotowani na wszystko. 

Ale  co  się  stało  z  piekarzem?  Przylgnął  do  ściany  z  otwartymi  szeroko  ustami. 

Wyciągnął zakrzywiony sztylet i splunął trzy razy przez lewe ramię. 

Kot stał nieruchomo na środku podłogi, wyginał grzbiet i prychał. 

Piekarz przypłaszczył się do ściany i pokazał na kota. 

- Widzicie go? - wymamrotał tak niskim, gardłowym głosem, że Lars i Liza nie mogli 

właściwie zrozumieć, co mówi. Więc tylko potrząsnęli głowami. 

- Nie - odezwał się Lars. 

- Nie - powiedziała Liza.       

Piekarz  otworzył  drzwi  na  oścież,  także  zrobiło  się  całkiem  jasno.  Kot  prychnął  i 

wyskoczył  na dwór. Krzepki piekarz splunął trzy razy przez  lewe ramię. Zatrzasnął drzwi  i 

opadł, wyczerpany, na swoje miejsce. I siedział tam długą chwilę całkiem bez ruchu. 

Upał stawał się coraz gorszy i mechanicy w pokoju obok już zaczęli chrapać. Z ulicy nie 

background image

dochodził  żaden  odgłos.  Słychać  było  natomiast  powtarzające  się  burczenie  w  brzuchu 

piekarza. To dlatego że nie zjadł ani jednego kawałka ciasta od paru godzin. Burczało mu coraz 

bardziej. W końcu piekarz podniósł się i poszedł do sąsiedniego pokoju. A stamtąd dalej, do 

chłodnej  piwnicy.  Stały  tam  tylko  dwa  ciasta.  Jedno  było  średniej  wielkości  ,,Tęsknotą”, 

roztaczającą dookoła delikatny zapach. Drugie było wyjątkowo dużym “Snem Niedzielnym”, 

olbrzymim  “Snem”.  Piekarz  spojrzał  podejrzliwie  na  oba  ciasta.  W  końcu  wziął  to  średniej 

wielkości. Trzymał je ostrożnie, tak jakby je chciał wynieść na śmietnik. Ale w brzuchu mu 

okropnie  burczało,  poszedł  więc  odważnie  dalej  w  stronę  swego  miejsca  przy  drzwiach  od 

piwnicy. 

Tam postawił ciasto na podłodze  i patrzył  na  nie, jakby  się spodziewał, że  może go 

ugryźć  w  nogę.  Przyłożył  sztylet,  żeby  ukroić  kawałek,  ale  zaraz  go  cofnął.  W  brzuchu 

burczało mu jeszcze bardziej, więc znów zrobił ruch, jak gdyby chciał ukroić ciasta, i znów 

szybko cofnął rękę, tak jakby ciasto go ugryzło. 

Lars i Liza przypatrywali mu się zdziwieni. 

W  końcu  piekarz  zacisnął  zęby.  Twarz  jego  miała  wyraz  rozpaczliwej  determinacji. 

Zrobił  taką  minę,  jakby  zamierzał  zamordować  ciasto,  a  potem,  przy  akompaniamencie 

gorszego niż kiedykolwiek burczenia w brzuchu, wbił sztylet w chrupiącą, dobrze wypieczoną 

skórkę i odciął kawałek u góry. Nachylił się ostrożnie i zajrzał do środka. 

To,  co  się  potem  stało,  było  tak  dziwne  i  tak  okropne,  że  trzeba  było  nazywać  się 

Hjortron i mieć ojca wynalazcę, żeby się nie przestraszyć. Nawet Sventon poczuł się nieswojo, 

kiedy pierwszy raz zobaczył obrzydliwą odrobinę jedzenia, jakby dla szczurów, przemieniającą 

się w klops z borówkami, a przecież - proszę pamiętać - Sventon lubił klops, a poza tym był 

doświadczonym prywatnym detektywem. Nic więc dziwnego, że piekarz się wystraszył. Po 

pierwsze był piekarzem, a nie praktykującym prywatnym detektywem, a po drugie nie  lubił 

kotów. 

Ciasto  nie  zawierało  masy  orzechowej.  Nie  zawierało  właściwie  nic  poza  wstrętną, 

małą, czarną rzeczą, która szybko urosła i wyskoczyła ze środka. Teraz widać było, że to mały 

kot,  z  posypaną  cukrem  sierścią.  Rósł  coraz  bardziej,  aż  stał  się  wyjątkowo  dużym,  dobrze 

rozwiniętym  arabskim  kotem.  Zaczął  przechadzać  się  spokojnie  po  podłodze  i  lizać 

pocukrzoną sierść. 

Tego już było za dużo dla piekarza. Otworzył drzwi i wyskoczył na ulicę. Z pewnością 

nikt  nigdy  nie  biegł  tak  szybko  ulicą  Karawany  w  Djof.  W  każdym  razie  nie  podczas 

najgorszego upału w samo południe. 

Lars i Liza Hjortron byli przygotowani i tym razem wiedzieli nareszcie na co. Wierny 

background image

Diament też był przygotowany. Z dziećmi na grzbiecie wyszedł przez wysokie drzwi na dwór 

w jasny blask słoneczny. Czarny kot patrzył, jak odjeżdżają, i w pierwszej chwili chciał pobiec 

za  nimi,  ale  zatrzymał  się  słysząc  zachęcające  chrobotanie  w  ciemnym  kącie.  Przypomniał 

sobie, że nie jadł obiadu, postanowił więc zostać jeszcze trochę w piwnicy. 

Na  ulicy  Karawany  Lars  i  Liza  spotkali  dwunastu  poganiaczy  wielbłądów 

maszerujących miarowym krokiem, aż pot z nich spływał. Wszyscy mieli wielkie czarne brody 

i niebieskie okulary i byli uzbrojeni po zęby. Podążali prosto do ciastkarni Mohameda. Lecz 

Lars i Liza, szczęśliwi i przejęci, nie zwrócili na nich specjalnej uwagi. 

Diament  od  razu  znalazł  drogę  do  domu.  Bez  najmniejszego  wahania  skierował  się 

prosto w stronę pustyni. Lars i Liza pomachali do kilku przelatujących nie opodal dywanów i 

pomyśleli sobie, że pustynia arabska jest wyjątkowo sympatyczną pustynią. 

W pewnej odległości zamajaczyła im długa karawana, tak długa, że nie było widać ani 

jej  początku,  ani  końca.  Wierny  Diament,  który  chciał  się  znaleźć  jak  najszybciej  w  swojej 

chłodnej, letniej stajni, przyspieszył kroku i po chwili stracili karawanę z oczu. 

- Wujaszek Sventon jest niezwykle sprytny - powiedział Lars. - Nikt inny nie wpadłby 

na pomysł, żeby zamrozić kota w “Arktyce”. 

- Nie - rzekła Liza.- Ani żeby-go wsadzić do ciasta. 

- Ale musisz pamiętać, że on jest prywatnym detektywem - dodał Lars. 

- Wiem - odparła Liza.  

Po jakimś czasie zobaczyli wierzchołki palm rysujące się na tle zamglonego horyzontu, 

a wkrótce potem całą piękną oazę. Nareszcie wysokie palmy, nareszcie letnia stajnia. W końcu 

zobaczyli też piękny, zgrabny namiot wujaszka Omara. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI 

Południe w oazie 

 

-  Jak już  mówiłem  -  zauważył Sventon  -  wielbłądy są  nieco powolne. Jak się  macie, 

młodzi przyjaciele! 

- Wujaszku Sventonie - powiedziała Liza i dalej nie wiedziała już, co mówić. 

- Wujaszku Sventonie - powiedział Lars. - Więc... jesteśmy. 

Potem przywitali się z Omarem. 

- Jest dla mnie wielką przyjemnością widzieć was wszystkich z powrotem w tej nic nie 

znaczącej oazie - powiedział Omar patrząc na Diamenta. A Diament patrzył na Omara jednym 

okiem niebieskim, a drugim brązowym. Omar dał mu dziesięć kawałków cukru i zaprowadził 

go do stajni. “Diament”, “Rubin” i “Szmaragd” informowały, tabliczki nad trzema boksami i 

teraz nareszcie w każdym z nich znajdował się wielbłąd. 

Sventon, Omar, Lars i Liza zasiedli wokoło stołu, na którym stało ogromne ciasto.  

- Wujaszku Sventonie - zapytał Lars. - Gdzie jest “Arktyka”? 

- Jeszcze za wcześnie, żeby wypowiadać się w tej sprawie - odparł Sventon.  

Omar spojrzał na ciasto i rzekł: 

-  Choć  w  moim  skromnym  mniemaniu  ciasta  pana  Mohameda  są  nieco  przeceniane, 

niemniej wiele osób w Djof uważa, że są znakomite. Jego ciastkarnię odwiedza tłum... 

- O co chodzi? - przerwał mu Sventon z lekkim zniecierpliwieniem.    

Omar ukłonił się i mówił dalej: 

- ...tłum, w którym jest wielu producentów namiotów, cieszących się dobrym apetytem, 

i  mam poważną obawę, czy  Mohamed  nie powiedział  im:  “Dziś Omar zaprasza całe wasze 

Stowarzyszenie na obiad do oazy. Właśnie upiekłem olbrzymie ciasto”. 

- Niemożliwe! Ten przeklęty cukiernik! - wybuchnął Sventon. 

- Obawiam się, że to jest możliwe, panie Sventon. Taka wiadomość zawsze szybko się 

rozchodzi w mieście tej wielkości co Djof. 

- Ach, głupstwa! - rzekł Sventon. - Na pewno nie. 

-  Obawiam  się,  że  wszyscy  producenci  namiotów  odłożyliby  natychmiast  robotę  i 

przygotowali się do przybycia tutaj. 

- Z pewnością nie, panie Omar - rzekł Sventon zdecydowanym głosem. 

Omar ukłonił się, niewzruszony, i powiedział: 

-

  Obawiam  się  ze  nawet  emerytowani  producenci  namiotów  dowiedzą  się  o  tym 

background image

zaproszeniu.  Obawiam  się,  że  całe  Stowarzyszenie  jest  w  drodze  do  nas.  -  Uważnie  badał 

wzrokiem pustynię, nie zmieniając wyrazu twarzy. 

- Widzieliśmy ogromną, długą karawanę - powiedziała Liza. 

-  Ja  też  miałem  zaszczyt  w  drodze  do  oazy  widzieć  wyjątkowo  dużą  karawanę  i 

wydawało mi się, że rozpoznaję producentów namiotów. Cieszę się więc, że mam w domu duże 

ciasto. 

-  Karawanę!  -  wybuchnął  Sventon,  który  stawał  się  coraz  bardziej  niecierpliwy.  - 

Dlaczego nie miałoby być karawan na pustyni? Nigdy nie słyszałem o pustyni bez karawan. Ta 

przewozi prawdopodobnie figi. Albo daktyle. Albo cokolwiek innego. 

Omar ciągle wpatrywał się w piaskowe morze. 

- Nie - mówił dalej Sventon. - Zamiast tego przyjrzyjmy się bliżej temu “Niedzielnemu 

Snu”. Panie Omar, czy mogę prosić o nóż do krajania, największy, jaki pan ma. 

Omar przyniósł olbrzymi wschodni nóż do krajania. 

- Dziękuję - rzekł Sventon i przekroił ciasto. Chrupiąca, lekko brunatna skórka pękła, a 

na stole ukazał się Najlepszy Przyjaciel Domu - lodówka “Arktyka”. 

Sventon  otworzył  drzwiczki  i  po  oazie  popłynęły  piękne  akordy  uwertury  do  “Snu 

Nocy Letniej”. Sventon wyłączył radio i powiedział krótko: 

- Psysie się skończyły. 

- Uważałbym za wielki zaszczyt móc pana zaprosić na chepchoukę - powiedział Omar i 

ukłonił się nie zmieniając wyrazu twarzy. 

- No cóż, chętnie... - rzekł Sventon. 

- Opowiedz nam, wujaszku Sventonie! - zawołali Lars i Liza. 

- Co mam opowiedzieć? - spytał Sventon. 

- Jak uratowałeś “Arktykę”? 

- “Arktykę”? Ach tak. To była drobnostka. Najprostsza rzecz na świecie  - powiedział 

Sventon  i  zapalił  następne  cygaro.  -  Przemknąłem  się  do  piwnicy,  gdzie  stygło  ciasto. 

Ostrożnie  odciąłem  kawałek  skórki,  a  potem  wydłubałem  cały  środek.  Wziąłem  łopatę  i 

wyrzuciłem dobrych kilka kilogramów obrzydliwego nadzienia z fig. Na to miejsce włożyłem 

,,Arktykę”, a potem razem z panem Omarem po prostu wzięliśmy ciasto i przylecieliśmy z nim 

tutaj - powiedział Sventon, strząsając odrobinę popiołu z rękawa. 

- A co właściwie chciał zrobić Łasica?- spytała Liza. 

-  Spiżarnicki-Łasica?  Współpracował  z  jednym  inżynierem  z  Medyny,  który  miał 

pewne wykształcenie w dziedzinie lodówek, ale na tej absolutnie się nie rozumiał. W tym kraju 

technika chłodnictwa nie stoi tak wysoko jak u nas. Chociaż z drugiej strony - Sventon-zwrócił 

background image

się uprzejmie do Omara - tutaj stoi wyżej nauka o doglądaniu wielbłądów. A także uprawa fig. 

W Szwecji uprawa  fig  nigdy  nie  była czymś, czym  można by  się chwalić. Śmieszne. Bo w 

końcu wychodzi to na jedno. 

Omar ukłonił się taktownie. 

-  Usiłowali  dojść,  jak  ta  lodówka  jest  skonstruowana  -  ciągnął  dalej  Sventon.  - 

Widocznie zamierzali rozpocząć produkcję na wielką skalę. 

- A Diament? - spytał Omar spoglądając dla pewności w kierunku stajni. 

- Ach, Diament! Najwidoczniej cukiernik zamierzał rozwozić na nim po pustyni duże 

ilości zamrożonych psysiów i robić w ten sposób dobre interesy. 

-  Wujaszku  Sventonie.  -  zawołał  Lars,  który  coś  sobie  przypomniał.-  Na  ulicy 

Karawany, spotkaliśmy dwunastu maszerujących tajemniczych poganiaczy wielbłądów. Mieli 

duże czarne brody i niebieskie okulary. 

- To byli detektywi - rzekł Sventon. - Zgłosiłem kradzież na policji w Djof i obiecali, że 

złapią cały gang z ciastkarni. 

Omar poprosił ich na chepchoukę, ową smaczną i lekką potrawę z jarzyn, a potem pili 

arabską kawę w cieniu palm. Wielka przygoda z lodówką była skończona. ,,Teraz - pomyślał 

Sventon będę mógł spokojnie spędzić święta Bożego Narodzenia w pięknej oazie, będę mógł 

jeździć na spacer na wielbłądach i pić kawę pod drzewami palmowymi. I codziennie promienie 

słońca będą spływać na wszystko niczym roztopione złoto, i...” 

Omar wstał. Nie zmieniając wyrazu twarzy wskazał w kierunku pustyni. 

- Stowarzyszenie Producentów Namiotów!  

Dłużej nie mogło być wątpliwości. Podczas gdy rozmawiali, na zamglonym horyzoncie 

ukazała się karawana. Niekończący się szereg  jeźdźców na wielbłądach zbliżał się do oazy. 

Omar spojrzał z żalem na okruchy olbrzymiego ciasta, a Sventon zrozumiał, jak jest mu ciężko, 

że nie będzie  mógł okazać producentom namiotów swej tradycyjnej gościnności. ,,Przeklęci 

cukiernicy!”  -  pomyślał.  Omar  nic  nie  powiedział,  ale  Sventon  zdał  sobie  sprawę,  że  to 

wszystko jego wina. Gdyby było choć trochę klopsików w lodówce... 

Rzadko się zdarza, żeby praktykujący prywatny detektyw miał aż taki trudny problem 

do  rozwiązania.  Sventon,  z  lornetką  przy  oczach,  szybko  myślał  obserwując  karawanę. 

Wyglądał jak jastrząb. 

Potem podał lornetkę Omarowi i powiedział spokojnie: 

- To była tylko fatamorgana. 

Omar spojrzał. Nie było już śladu karawany. Oddał więc lornetkę i spytał, czy może 

zaproponować jeszcze trochę kawy w cieniu palm. 

background image