background image
background image

Maureen Child

Sandra Hyatt

Świąteczne przyjęcie

Tłumaczenie:

Ewa

 Pawełek

background image

Maureen Child

Pieniądze czy miłość?

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Anna

 Cameron schowana za potężnym doniczkowym kwiatem zerkała poprzez liście na tłum gości.

Świąteczne  przyjęcie  zorganizowane  przez  przedsiębiorstwo  Cameron  Leather  trwało  w  najlepsze.

Niemal  wszyscy,  których  znała,  zebrali  się  w  posiadłości  jej  ojca,  by  jak  co  roku  uczestniczyć

w  festynie  radości  z  okazji  zbliżającego  się  Bożego  Narodzenia.  Anna  zazwyczaj  z  chęcią

uczestniczyła w tego typu imprezach, ale tym razem zrobiłaby wszystko, by uciec gdzieś daleko. Nie

wypadało jednak, by córka właściciela zlekceważyła tak ważne przyjęcie, więc wybrała połowiczne

rozwiązanie.  Zamiast  brylować  na  parkiecie  i  zabawiać  gości  chowała  się  po  kątach  przed  swoją

macochą. Nie żeby Clarissa Cameron była jakąś podłą wiedźmą, o nie. Po prostu wypiła trochę za

dużo i robiła, co mogła, by przekonać pasierbicę, aby spróbowała odzyskać byłego chłopaka, Garreta

Hale’a.

– Jakby mi na tym zależało – mruknęła pod nosem, wciskając się w kąt ściany, by lepiej skryć się

przed macochą i światem.

Spotkali

 się zaledwie kilka razy, bo do akcji wkroczył jego starszy brat Samuel i zażądał, by Garret

z  nią  zerwał.  Miał  czelność  sugerować,  że  Anna  wykorzystuje  Garreta,  by  pomóc  firmie  ojca.

Oczywiście spółka z przedsiębiorstwem Hale Luxury mogłaby ocalić Cameron Leather, ale Anna nie

zamierzała być kartą przetargową, choć właśnie tego pragnęła Clarissa. Zresztą i tak by nic z tego nie

wyszło.  Garret  nie  zamierzał  sprzeciwiać  się  bratu,  tym  bardziej  że  ten  oświadczył,  że  jeśli  nie

zerwie z panną Cameron, odetnie mu dostęp do gotówki.

–  Żadna  strata  –  stwierdziła,  bez  cienia  żalu.  Wbrew  oczekiwaniom  Clarissy,  która  najchętniej

położyłaby  ją  na  tacy  i  zaniosła  pod  sam  nos  młodego  Hale’a,  tym  razem  nie  mogła  ustąpić.

Zwłaszcza że w ogóle nie wzbudził jej zainteresowania. Wystarczył jeden pocałunek, by wiedziała

wszystko to, co powinna. Nie poczuła nic. Nawet najmniejszej iskry, prądu, nie ujrzała nawet jednej

gwiazdy.  Szybko  zrozumiała,  że  to  nie  był  mężczyzna  dla  niej.  Pragnęła  magii,  fajerwerków,

szaleństwa. Nie pomógł również fakt, że Garret okazał się mięczakiem, który rzucił ją ze strachu, że

brat wstrzyma mu kieszonkowe. Może byłoby lepiej, gdyby podzieliła się tą wiedzą z Clarissą; może

wtedy

 przestałaby ją swatać. Była jednak zbyt dumna, by się do tego przyznać.

– Anno, kochanie, czy

 to ty się tam ukrywasz?

Drgnęła

 przestraszona, jakby

 obudzona ze snu.

– Cześć, tato.

– Co robisz za tą rośliną, skarbie? Bawisz się w ogrodniczkę? – Zielone oczy Dave’a Camerona

wyrażały  radość,  ale  Anna  dostrzegła  w  nich  coś  jeszcze:  troskę  i  niepokój.  Jak  miała  mu

wytłumaczyć, że chowa się przed jego żoną? Nikt nie był winien temu, że ona i Clarissa nie były ze

sobą tak zżyte, jak chciałby tego Dave. Jeszcze dziesięć lat temu żyli z ojcem sami, tylko we dwoje.

background image

Matka  zmarła,  gdy  Anna  miała  zaledwie  dwa  lata,  więc  nie  mogła  jej  pamiętać.  Mimo  to,  dzięki

starym czarno-białym zdjęciom i pięknym opowieściom ojca, obraz matki wyrył się w jej

 sercu.

Clarissa

  wkroczyła  w  ich  spokojne,  ustabilizowane  życie,  gdy Anna  skończyła  siedemnaście  lat.

Wcale nie zależało jej na posiadaniu nowej „mamy” i z trudem pogodziła się z tym, że będzie musiała

dzielić  się  ojcem  z  obcą  kobietą.  Z  czasem  znalazły  nić  porozumienia,  choć  daleko  im  było  do

głębokich relacji typu matka – córka, co zawsze martwiło Dave’a.

Teraz

  więc,  zamiast  wyjawić  prawdziwy  powód,  nachyliła  się  i  lekko  przeciągnęła  palcem  po

ceramicznej powierzchni olbrzymiej donicy.

– Sprawdzałam

 tylko, czy

 wszędzie jest czysto. Doskonale, ani śladu kurzu.

Dave

 zaśmiał się, pociągając ją za ramię i zmuszając, by opuściła kryjówkę.

–  Porządki  nigdy  nie  należały  do  twoich  ulubionych  zajęć,  a  nawet  gdyby,  to  sprawdziłabyś  stan

zakurzenia przed przyjęciem, więc o co

 tak naprawdę chodzi?

Głośna

  muzyka

  uniemożliwiała  prowadzenie  dłuższej  dyskusji,  poza  tym  Anna  nie  zamierzała

wdawać się w szczegóły, przywołała więc na wargi beztroski uśmiech i ucałowała serdecznie ciepły

policzek ojca.

– O nic, wszystko w porządku. Przyjęcie

 jest

 wspaniałe.

– Tak

 wspaniałe, że musiałaś się schować za tym krzewem?

–  Szczerze?  Daren  Shivers  wypił  o  jeden  drink  za  dużo  i  koniecznie  chciał  mi  opowiedzieć

fascynującą historię, jak to w liceum odniósł spektakularne zwycięstwo w zawodach

 futbolowych.

– Och, nie

 mów, że znów to zrobił!

–  Znasz  go  –  odparła,  pocieszając  się,  że  właściwie  nie  okłamywała  ojca.  Darren  rzeczywiście

ilekroć  przekroczył  bezpieczną  dawkę  procentów,  zmuszał  napotkanych  szczęśliwców  do

wysłuchania opowieści o dniach

  pełnych  sportowej  chwały,  które  już  dawno  bezpowrotnie  minęły.

Mimo  to  uznała,  że  lepiej  będzie  zmienić  temat.  –  Zobacz,  wygląda  na  to,  że  wszyscy  bawią  się

doskonale.

–  Chyba  tak  –  przyznał,  taksując  wzrokiem  gości  tańczących  w  rytm

  szybkiej  muzyki.  –  Twoja

macocha wykonała kawał dobrej roboty.

– Zgadza się. Clarissa jest niezastąpiona w tego typu imprezach – odparła spolegliwie. Cokolwiek

by mówić, łączyła ją z macochą miłość

 do

 tej samej osoby. Obydwie kochały ojca.

–  Między  wami  wszystko  w  porządku?  –  spytał,  rzucając

  jej

  ukradkowe,  jakby  spłoszone

spojrzenie.

–  Oczywiście,  że  tak  –  zapewniła  natychmiast.  Nie  chciała  wciągać  ojca  w  matrymonialne

rozgrywki  Clarissy.  Wiedziała,  że  macocha  pragnie  ją  wyswatać  z  troski  o  męża,  i  doskonale

rozumiała jej punkt widzenia, jak również podzielała niepokój związany z rodzinną firmą.

background image

Przedsiębiorstwo

  Cameron

  Leather  znajdowało  się  w  poważnych  tarapatach,  i  choć  niektórych

mógłby zmylić blichtr wspaniałego przyjęcia, wszystko wskazywało na to, że jeśli ojciec nie znajdzie

jakiegoś rozwiązania, straci firmę, której poświęcił całe swoje życie. Mimo to starał się zachować

spokój  przed  córką  i  żoną.  Dave  Cameron  należał  do  tego  szczególnego  gatunku  mężczyzn,  którzy

swoje  ukochane  kobiety  traktują  jak  księżniczki,  nie  wciągając  w  zawodowe  problemy.  Był

modelowym przykładem rasowego dżentelmena i Anna uwielbiała go za to.

Zmusiła się

 do

 uśmiechu i powiedziała pogodnym, beztroskim głosem:

–  Nie  przejmuj  się  mną  i  Clarissą.  Wszystko  jest  w  jak  najlepszym  porządku.  A  przyjęcie

  jest

naprawdę wspaniałe. Dlaczego się nie bawisz?

–  Dobry  pomysł.  –  Zrobił  krok  w  przód,  odwracając  głowę  w  jej

  stronę.  – Ale  nie  będziesz  się

znowu chowała za tym kwiatem, co?

Anna

 uniosła dwa palce do góry w geście uroczystej przysięgi.

– Obiecuję. A teraz idź i zatańcz z żoną. – A pod nosem dodała: – I trzymaj ją z daleka

 ode mnie.

Kiedy

 zobaczyła, że ojciec wmieszał się w tłum, witając starych znajomych, natychmiast wymknęła

się z sali balowej. Już jako dziecko odkryła wszystkie zakamarki i schowki, których nie brakowało

w tym wielkim domu, więc wiedziała, że nie będzie miała problemu, by znaleźć dla siebie kryjówkę.

Byle dalej od Clarissy i jej niemądrych pomysłów.

Była już

 prawie

 na końcu długiego holu, gotowa nacisnąć klamkę drzwi do kolejnego pokoju, gdy

usłyszała za sobą wołanie:

– Anno!

Przystanęła,  starając  się  zapanować

  nad

  pełnym  rezygnacji  westchnieniem.  Nie  tak  łatwo  uciec

z  przyjęcia,  gdy  się  jest  córką  gospodarza.  Odwróciła  się  w  stronę  jednego  z  pracowników  ojca

i podeszła bliżej. Eddie Hanover był niskim i przysadzistym mężczyzną o miłym uśmiechu i wesołych

oczach. Anna znała go od dziecka i kochała jak drugiego ojca.

– Witaj, Eddie, jak

 się bawisz?

– Świetnie. To

 wspaniałe, że twój ojciec postanowił nie zrywać ze świąteczną tradycją, mimo że

czasy nie są najlepsze.

Rzeczywiście,

 Dave

 Cameron nawet nie chciał słyszeć o odwołaniu corocznego przyjęcia z okazji

świąt  Bożego  Narodzenia.  Firma  mogła  przechodzić  kryzys,  ale  jej  ociec  nie  mógł  „oszukać”

pracowników, pozbawiając ich czegoś, na co czekali cały rok.

– Widziałaś się z Clarissą? – spytała Trina, żona Eddiego. – Wszędzie cię szukała.

– Tak, wiem – odparła z niewinnym

 wyrazem twarzy.

– Naprawdę wspaniałe przyjęcie.

Anna

  odetchnęła  z  ulgą,  gdy  para  oddaliła  się,  znikając  w  tłumie  gości.  Niestety  okazało  się,  że

background image

radość była przedwczesna. Dostrzegła, że z naprzeciwka prosto w jej stronę zmierza Clarissa.

Myśl  szybko,  nakazała  sobie,  wiedząc,  że

  jeszcze

  chwila  i  już  nie  ucieknie.  Gdyby  tylko  miała

chłopaka.  Może  wtedy  macocha  porzuciłaby  niedorzeczny  pomysł,  by  dla  dobra  rodziny  poślubiła

Garreta  Hale’a.  Tak  się  jednak  złożyło,  że  w  jej  życiu  nie  było  żadnego  mężczyzny  i  nic  nie

wskazywało  na  to,  by  takowy  miał  się  pojawić.  Rozejrzała  się  nerwowo  wokół  w  nadziei,  że

dostrzeże  drogę  ucieczki,  ale  znalazła  coś  lepszego.  Przy  wejściu  do  sali,  tuż  pod  zieloną  jemiołą

przewiązaną  czerwoną  wstążką  stał  wysoki  mężczyzna,  a  co  najważniejsze  bez  kobiety  wiszącej

u jego ramienia. W sekundę podjęła decyzję. Podbiegła do niego, oparła dłonie na twardych barkach

i zawołała:

– Błagam, ratuj mnie i pocałuj!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Mężczyzna zwrócił

 na

 nią jasnoniebieskie spojrzenie, uśmiechnął się, po czym rzekł:

– Z przyjemnością.

Ledwie

 zdążyła wziąć oddech, kiedy poczuła jego wargi na swoich. Otoczył ją mocno ramionami,

przycisnął do siebie i całował tak, jak jeszcze nigdy nie była całowana, długo, głęboko, namiętnie.

Zanim  się  zorientowała,  już  odwzajemniała  pocałunek,  zatracając  się  w  niewiarygodnej

przyjemności, jaką dawały jego usta i język.

Magia,  której  pragnęła  w  intymnym  kontakcie  z  drugim  człowiekiem,  pojawiła  się  tu  i  teraz.

W ramionach człowieka, którego widziała po raz pierwszy w życiu. Ciekawe, kim był jej tajemniczy

wybawiciel?

– Och, Anno!

Piskliwy

  głos  Clarissy  wyrwał  ją  ze  słodkiego  oszołomienia.  Odsunęła  się  nieznacznie,  przez

chwilę patrząc w niebieskie oczy mężczyzny. Dopiero teraz dostrzegła, że jest nie tylko wysoki, ale

także bardzo męski i przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę, kruczoczarne włosy, a ramiona tak

silnie umięśnione, że mogły należeć do sportowca.

Muzyka

  wciąż  grała,  zewsząd  dobiegał  śmiech  gości,  a  ona  miała  wrażenie,  że  czas  stanął

w miejscu, jak gdyby specjalnie dla nich.

– Powinnaś była

 mi

 powiedzieć! – Jak przez mgłę docierał do niej głos Clarissy.

– O czym? – spytała, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od twarzy mężczyzny. – O co

 ci chodzi?

Clarissa

 podeszła bliżej, uścisnęła pasierbicę i uśmiechnęła się szeroko.

–  Powinnaś  była  mi  powiedzieć,  że  dlatego  przestałaś  spotykać  się  z  Garretem,  że  związałaś  się

z jego

 bratem!

Bratem

?

– Jesteś

 Anna

 Cameron?

– A ty

 Sam Hale?

– Jak wspaniale – zagruchała Clarissa z błyskiem satysfakcji w oczach.

To

  jakiś  koszmar,  pomyślał  Sam  Hale,  patrząc  z  góry  na  piękną  dziewczynę,  którą  przed  chwilą

całował.

Co

 za licho podkusiło go, by przyjść na coroczne świąteczne przyjęcie w domu Dave’a Camerona.

Tak  naprawdę  zjawił  się  tu  nie  dlatego,  że  był  spragniony  ciepłej,  radosnej  wrzawy,  ale  właśnie

z powodu Anny Cameron. Chciał się lepiej przyjrzeć córce Dave’a. Oczywiście widział wcześniej

zdjęcia,  ale  nie  miał  czasu,  by  w  dziewczynie,  która  rzuciła  mu  się  na  szyję,  rozpoznać  poważną

kobietę z fotografii. Kobietę, o której tyle słyszał od swojego brata. Tę samą, która teraz patrzyła na

background image

niego  z  niedowierzaniem  i  wściekłością.  Przyszedł  na  przyjęcie,  by  się  przekonać,  czy  czasami  nie

pomylił  się  w  ocenie  ukochanej  brata.  Nie  był  zachwycony,  że  Garret  spotyka  się  z  córką  Dave’a,

o którym wszyscy wiedzieli, że ma poważne kłopoty finansowe. Wyobrażał sobie Annę jako zimną,

bezwzględną  harpię,  która  zarzuciła  sieci  na  jego  młodszego  brata  tylko  z  jednego  powodu:

pieniędzy.  Postanowił  przekonać  się  na  własne  oczy,  czy  jego  podejrzenia  były  słuszne.  Gdyby  się

okazało, że nie miał racji, można by jeszcze wyprostować sprawy między tą kobietą a jego bratem.

Niech

 to szlag, świetnie zaczął.

– Nie

 mogę uwierzyć, że mnie pocałowałeś! – zawołała Anna oskarżycielskim tonem.

– Poprosiłaś mnie o to – przypomniał zimno. Najgorsze było to, że z chęcią uczyniłby

 to

 ponownie.

– Stałeś

 pod

 jemiołą. Nie miałam pojęcia, że…

– Dajcie spokój, nie kłóćcie się – wtrąciła się Clarissa. – W końcu jesteście

 na

 przyjęciu, bawcie

się.

– To

 nie tak, jak myślisz – zaprotestowała Anna.

– Moja

 droga, nie ma się czego wstydzić. Sprzeczka zakochanych… to przecież normalne.

– Och, nie. –

 Anna

 zacisnęła wargi, powoli tracąc cierpliwość.

Sam

 przyglądał jej się z ukosa, coraz bardziej zaintrygowany. Była inna, niż się spodziewał. Jego

brat zazwyczaj miał słabość do pustych, głupiutkich, rozrywkowych panienek. Anna z pewnością nie

zaliczała się do tego grona. Pytanie tylko, czy interesował ją stan konta Garreta.

– Powinieneś był się przedstawić – zwróciła się w jego

 stronę.

– Przed czy po tym, jak błagałaś mnie o pocałunek?

– Nic

 podobnego – obruszyła się.

–  Powiedziałaś:  „Błagam,  ratuj  mnie  i  pocałuj”  –  przypomniał

  jej

  ze  złośliwym  uśmiechem.  –

Czego się więc spodziewałaś?

– W porządku, tak, zrobiłam

 to, ale

 nie wiedziałam, kim jesteś.

– To

 jest nas dwoje. Ja też dopiero odkryłem, kim ty jesteś.

– Muszę znaleźć Dave’a. Będzie zachwycony, gdy się o was dowie. – Clarissa wciąż nie mogła się

otrząsnąć z wrażenia, bagatelizując

 gniewne

 spojrzenia pasierbicy.

– Ani

 się waż! – krzyknęła Anna, ale było już za późno. Clarissa zniknęła wśród tańczących par. –

Na litość boską!

– Teraz, kiedy

 już zostaliśmy sami, chcesz, żebyśmy wrócili pod jemiołę? – usłyszała tuż przy uchu

ironiczny, męski głos.

– Nie! – zaprotestowała gwałtownie, choć

 tak

  naprawdę  wiedziała,  że  nie  jest  szczera.  –  Musisz

wyjść, zanim Clarissa przyprowadzi ojca.

– A to

 dlaczego? Zostałem przecież zaproszony. Czy każesz mi wyjść, bo nagle pożałowałaś tego,

że próbowałaś mnie uwieść?

background image

Z rozbawieniem i zdziwieniem zauważył, że policzki Anny pokryły się szkarłatem. Nie sądził, że

jeszcze  istnieją  kobiety,  które  potrafią  się  rumienić.  Z  minuty

  na  minutę  był  coraz  bardziej

zaintrygowany.

–  Wcale

  nie  próbowałam  cię  uwieść  –  odparła  przez  zaciśnięte  zęby.  –  To  była  wyjątkowa

sytuacja.

– Czyżby?

– Wiesz

 co? Nie mam ochoty tego dłużej roztrząsać. Skoro ty nie chcesz odejść, ja to zrobię.

Odwróciła się z takim impetem, że jej długie kasztanowe włosy zafalowały w powietrzu. Miała na

sobie  srebrną  dopasowaną  bluzkę  bez  rękawów  i  czarną  jedwabną  spódnicę,  która  znakomicie

eksponowała  wąską  talię  i  zaokrąglone  biodra.  Wyglądała  jak  uosobienie  pokusy,  toteż  dopiero  po

chwili ocknął się i ruszył za nią, doganiając ją przy schodach. Mocno złapał ją za ramię, zmuszając

by odwróciła się w jego stronę.

– O co

 chodzi? – Popatrzyła znacząco na swoje ramię, jak gdyby zamiast męskiej ręki tkwiła tam

zielona ropucha.

Sam

 roześmiał się, cofając dłoń.

– Zawsze

 jesteś taka wyniosła? Myślisz, że to działa na mężczyzn?

– Ja przynajmniej nie mówię innym, jak mają żyć i z kim

 się spotykać – odparła, mrużąc powieki. –

To twoja specjalność, czyż nie?

Nie

  czekając  na  odpowiedź,  zbiegła  po  schodach  i  przez  podwójne  szklane  drzwi  wyszła  do

ogrodu,  gdzie  kilka  par  spacerowało  alejkami.  Wokoło  panował  przyjemny  półmrok,  rozpraszany

jedynie  światłem  z  sali  balowej  rezydencji  i  blaskiem  księżyca.  Anna,  świadoma,  że  Sam  nie

odpuścił  i  podąża  za  nią,  udała  się  w  stronę  niewielkiej  fontanny,  gdzie,  jak  przypuszczała,  będą

mogli porozmawiać bez świadków.

– Jakim prawem decydujesz, z kim

 inni mogą się umawiać? – zawołała oskarżycielskim tonem.

– Jeśli

 masz

 na myśli mojego brata…

– No

 dalej, przyznaj się! Powiedziałeś mu, żeby zerwał ze mną, bo chcę go jedynie wykorzystać!

Bo chcę się dobrać do twoich pieniędzy, by ratować firmę ojca.

Sam

  nie  wierzył,  że  jego  brat  mógł  być  tak  głupi,  by  powtórzyć  jej  wszystko  to,  co  mu  mówił.

Powinien był wiedzieć, że Garret nie potrafi trzymać języka za zębami.

– Przykro

 mi, że ci to powtórzył.

– Przykro

 mi, że mogłeś coś takiego powiedzieć.

– Muszę dbać o moją rodzinę.

– I co?

 Uważasz, że stanowię zagrożenie, że należy się mnie bać?

Sam

  uchwycił  jej  spojrzenie.  Kiedy  patrzył  w  jej  rozpłomienione  oczy,  nie  miał  wątpliwości,  że

background image

takiej kobiety powinien się bać każdy mężczyzna, który zapragnąłby dotrzymać ślubów czystości.

–  Słuchaj,  mała,

  nie

  znam  cię.  Nie  wiem,  jaka  jesteś.  Wiem  jednak,  że  zrobiłbym  wszystko,  by

chronić swoich bliskich, przypuszczam więc, że ty zrobiłabyś to samo.

– Zatem nawet nie zaprzeczasz – rzuciła ochryple. – I nie

 nazywaj mnie „mała”.

– Nie, nie zamierzam zaprzeczać. A ty zaprzeczysz, że przedsiębiorstwo twojego ojca znalazło się

w poważnych tarapatach?

– Czy tobie się wydaje, że żyjemy w średniowieczu, czy

 co? Naprawdę uważasz, że sprzedałabym

się, by ratować firmę ojca?

– Ludzie

 robią gorsze rzeczy za mniejszą stawkę – zauważył chłodno.

– Ja

 taka nie jestem. Dajmy temu spokój. Nie wydaje ci się, że już wystarczająco mnie obraziłeś?

– Tak

 – mruknął, przysuwając się bliżej. – Myślę, że oboje powiedzieliśmy za dużo.

Patrząc

 jej

  prosto  w  oczy,  ostrożnie  i  delikatnie  przyciągnął  ją  do  siebie.  Kiedy  zobaczył,  że  nie

zamierza się opierać, przycisnął ją mocniej.

–  To  nie  jest  dobry  pomysł  –  zaprotestowała  słabo,  spoglądając  mu  w  oczy.  –

  Powinnam

  cię

spoliczkować.

– Za to, że ocaliłem ci życie? – zakpił, przesuwając wzrok na jej lekko rozchylone wargi. – Chyba

jednak nie chcesz się ze mną bić. A ja

 muszę cię raz jeszcze pocałować.

–  To  naprawdę  nie  jest  dobry  pomysł  –  wyszeptała,  ale  wspięła  się  na  palce  i  odchyliła

  lekko

głowę.

Nie

  czekał  dłużej,  tylko  przycisnął  wargi  do  jej  warg,  zmuszając,  by  otworzyła  się  na  jego

pocałunek. Czuł bicie jej serca i wiedział, że jego bije tym samym rytmem. Objął ją mocniej, lekko

unosząc, by mieć ją jeszcze bliżej. Pragnął więcej.

–  To  szaleństwo!  – Anna  gwałtownie  wysunęła  się  z  jego

  ramion,  potrząsając  głową,  jakby  nie

dowierzała temu, co się stało.

– A czy

 to ma jakiekolwiek znaczenie?

– Nie

 możemy tego znowu zrobić.

– A to dlaczego? – Wiedział, że stąpa po grząskim gruncie, ale nie dbał o to.

– Dlatego… – Szukała racjonalnych argumentów, ale jakoś żaden nie przychodził jej do głowy. –

Po prostu nie i już. Muszę już iść.

– Dobranoc, Anno

 Cameron – usłyszała za plecami jego ciepły głos.

Zatrzymała się i rzuciła przez ramię:

– Żegnaj, Samie

 Hale.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Sam  nie  opuścił  rezydencji.  Zamiast  tego  wrócił  na  przyjęcie,  udając,  że  słucha

z  zainteresowaniem,  co  inni  do  niego  mówią,  choć  tak  naprawdę  wciąż  myślał  o  Annie.

O dziewczynie, którą całował pod jemiołą. Jak to możliwe, że spotykała się z kimś takim jak Garret?

Zupełnie nie pasowała do jego młodszego brata.

Wziął kieliszek wina od przechodzącego obok kelnera, wypił jednym haustem i odstawił na stolik.

Przeszukiwał  wzrokiem  tłum  gości,  skupiając  uwagę  na  świątecznych  ozdobach,  a  zwłaszcza  na

olbrzymiej,  bogato  zdobionej  choince,  pod  którą  piętrzył  się  stos  upominków  dla  gości,  każdy

zapakowany  oddzielnie  w  jasny  papier,  przewiązany  czerwoną  wstążką.  Nie  był  pewien,  czy

powinien  podziwiać  Dave’a  Camerona,  który  zorganizował  wystawne  bożonarodzeniowe  przyjęcie

w czasie, gdy jego firma miała kłopoty, czy też współczuć mu z powodu głupoty i lekkomyślności. Ze

strzępów rozmów wywnioskował, że wszyscy goście doskonale zdawali sobie sprawę z problemów

Dave’a, czyli stary Cameron nie zorganizował przyjęcia, by ukrócić plotki. W takim razie po co?

– Dobrze się bawisz?

Usłyszawszy za plecami niski głos, nie miał najmniejszych wątpliwości, do kogo należy. Powinien

był  wiedzieć,  że  Dave  Cameron  będzie  chciał  z  nim  pomówić,  zwłaszcza  jeśli  żona  przekazała  mu

relację z widowiska pod jemiołą.

Odwrócił się i wyciągnął rękę.

– Wspaniałe przyjęcie, Dave.

–  Cieszę  się,  że  przyszedłeś  –  odparł,  potrząsając  dłonią.  –  Nie  przypominam  sobie,  żebyś  był

w zeszłym roku.

Ani w żadnym innym. Sam nigdy nie skorzystał z zaproszenia Camerona. Dziś zjawił się tu tylko po

to, by popatrzeć z bliska na byłą dziewczynę brata. I było na co popatrzeć…

– Wiesz, jak to jest. Trudno znaleźć czas na relaks i przyjemności – wyjaśnił, rozkładając ręce.

– Powinieneś to zmienić. Życie to nie tylko obowiązki i interesy.

– Z pewnością.

Dave  Cameron  obserwował  go  w  zadumie,  jakby  nie  był  pewien,  czy  powinien  poruszać  pewne

kwestie.

– Clarissa powiedziała mi, że ty i Anna… poznaliście się.

–  Można  tak  powiedzieć.  To  długa  historia  –  powiedział,  obrzucając  krótkim  spojrzeniem  tłum

gości. – To nie najlepszy moment, by o tym rozmawiać.

– Cóż, w takim razie poczekam na lepszy moment.

– Oczywiście – przytaknął Sam z cierpką miną. Nie miał zamiaru rozmawiać o swoich prywatnych

sprawach z ojcem Anny. – Wpadłem tylko, by życzyć ci wesołych świąt. Czas już na mnie.

background image

– Nie ma pośpiechu – zaoponował Dave. – Zostań i baw się dobrze.

– Dziękuję, ale może innym razem. – Po chwili wahania dodał: – Przekaż Annie pozdrowienia ode

mnie.

Niech sama wytłumaczy ojcu zaistniałą sytuację, pomyślał z satysfakcją.

– Przepięknie przystroiłaś tę choinkę.

Anna zrobiła krok w tył, z dumą przyglądając się dziełu swych rąk. Jako artystka i entuzjastka świąt

dbała  o  to,  by  pracownia  była  pięknie  udekorowana,  a  Tula  Barons,  jej  najlepsza  przyjaciółka,

pełniła funkcję nieoficjalnego recenzenta. Jej prawdziwe imię brzmiało Tallulah, ale niech Bóg ma

w opiece tych, którzy ośmielili się ją tak nazwać. Miała krótkie blond włosy, miękko układające się

przy  twarzy,  w  uszach  nosiła  srebrne  kółka,  a  strój  składający  się  z  niebieskiej  tuniki  i  czarnych

jeansów, dopełniał obrazu atrakcyjnej i pewnej siebie młodej kobiety.

– Dzięki – odparła Anna. – Lubię, jak choinka cała lśni od lampek.

Tula pociągnęła przyjaciółkę w stronę baru i dała znać kelnerowi, by podał dwie kawy.

– Słyszałam o pewnym pocałunku pod jemiołą, zeszłej nocy.

Anna zakaszlała.

– Jak to? Od kogo?

– Żartujesz sobie? Przecież mieszkasz przez całe życie w Crystal Bay, tak jak ja. Zapomniałaś, że

tutaj wiadomości rozchodzą się szybko?

– O Boże! – jęknęła, niemal chora ze wstydu.

–  Rzeczywiście  masz  powody  do  wzdychania.  No,  dalej,  opowiadaj  wszystko  ze  szczegółami.

Umieram  z  ciekawości.  Czy  to  jednak  nie  był  trochę  dziwny  pocałunek?  W  końcu  to  brat  twojego

byłego chłopaka.

Dziwny  pocałunek…  Anna  pomyślała,  że  z  całą  pewnością  nie  użyłaby  takiego  epitetu.  Gorący,

namiętny, szaleńczy, intensywny. To odpowiednie określenia.

– Nie chcę o tym mówić – ucięła, wbijając wzrok w podłogę.

–  Próbujesz  mnie  zbyć?  Nic  z  tego.  Nie  wykręcisz  się.  Wcześnie  wyszłam  z  przyjęcia,  więc  nie

miałam okazji zobaczyć waszego show, ale z relacji świadków wiem, że było na co popatrzeć.

– Proszę cię, nie przypominaj mi.

– Ale było dobrze?

– Nie odpuścisz mi, co?

Tula parsknęła śmiechem.

– Przecież mnie znasz.

Anna  także  się  roześmiała.  Przyjaźniły  się  z  Tulą  od  czasów  szkolnych.  Razem  uczęszczały  do

college’u i planowały, że w przyszłości przeprowadzą się do Paryża i będą sławne. Nigdy nie udało

background image

im  się  spełnić  tego  marzenia.  Zamiast  do  Francji,  wróciły  do  Crystal  Bay  w  Kalifornii.  Anna

otworzyła  pracownię  artystyczną  w  centrum  handlowym,  zaś  Tula  zatriumfowała  jako  autorka

poczytnych książek dla dzieci o samotnym króliku.

– Niech ci będzie. Było fantastycznie. Zadowolona teraz?

– Niezupełnie. Jeśli było fantastycznie, to dlaczego jesteś taka naburmuszona?

Anna pokręciła głową z dezaprobatą.

– Zapomniałaś, że Sam Hale kazał swojemu bratu mnie rzucić?

– Nie zapomniałam, jak również o tym, że Garret okazał się nic niewartym idiotą.

– Racja. – Co to za mężczyzna, który nie potrafi sprzeciwić się starszemu bratu, zastanawiała się

Anna. Z drugiej jednak strony, co za mężczyzna z tego Sama Hale’a, skoro próbuje przejąć kontrolę

nad życiem uczuciowym Garreta?

– To jak doszło do tego, że znalazłaś się w objęciach tego przystojniaka?

– To był wypadek.

Tula pokiwała głową z politowaniem.

– Wypadek. Potknęłaś się, on cię przytrzymał i w nagrodę dostał soczystego buziaka. W porządku,

jako twoja przyjaciółka przyjmuję to pokrętne tłumaczenie. – Dopiła resztki latte i odstawiła kubek

na blat. – Pozostaje tylko pytanie, dlaczego jesteś taka drażliwa?

– Dlatego, że Sam to idiota, a ja… chyba za bardzo spodobał mi się ten pocałunek.

– Ach, teraz rozumiem. Nigdy nie poszłaś do łóżka z Garretem, prawda?

–  Oczywiście,  że  nie.  – Anna  wzdrygnęła  się  na  samą  myśl  o  tym.  Tych  kilka  pocałunków,  które

wymienili, nie zdołało nawet w najmniejszym stopniu jej rozpalić. – Spotkaliśmy się zaledwie kilka

razy.

– To dobrze – stwierdziła Tula, chichocząc. – Żaden mężczyzna nie chciałby być porównywany ze

swoim bratem. To byłoby dziwne.

– Wierz mi, że tego wczorajszego pocałunku nie da się porównać z niczym.

– Ach, więc przyznajesz, że Sam całuje lepiej niż Garret?

–  To  nie  ma  żadnego  znaczenia,  bo  ten  bałwan  wciąż  uważa,  że  zasadziłam  się  na  jego

drogocennego brata, by go uwieść, poślubić i tym samym ratować firmę ojca.

– W takim razie, to idiota – podsumowała, nie siląc się na dyplomację.

– Mówiłam przecież.

Tula zamilkła na moment, by po chwili zmienić temat.

– Muszę jechać do Long Beach, zobaczyć się z moją kuzynką, Sherry.

Ponieważ  Crystal  Bay  znajdowało  się  w  północnej  Kalifornii,  droga  do  Long  Beach  położonej

w południowej części stanu zajmowała niemal siedem godzin samochodem.

– Dlaczego musisz tam jechać? Przecież nigdy nie byłyście sobie szczególnie bliskie. O ile dobrze

background image

pamiętam, ostatni raz widziałyście się sześć lat temu.

– Niby tak, ale z drugiej strony nie mamy innej rodziny poza sobą, więc…

– Masz jeszcze mnie – przypomniała z uśmiechem.

– Wiem i dziękuję ci za to – odparła z ciepłym uśmiechem. – Sherry zadzwoniła i powiedziała, że

bardzo chce się ze mną zobaczyć, że mnie potrzebuje.

– Skoro tak, to nie mogła sama przyjechać?

Tula zmarszczyła czoło.

– Znasz przecież Sherry. Boi się prowadzić samochód, boi się samolotów. Dlatego ja do niej jadę.

Wyjeżdżam dzisiaj, a powinnam wrócić za kilka dni. Zjemy razem obiad, gdy wrócę?

– Oczywiście. Uważaj na siebie i dzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała. Wiem, jaka Sherry potrafi

być irytująca.

– Zamierzam być uosobieniem cierpliwości i wyrozumiałości.

– Dobry pomysł – poparła Anna, zdając sobie sprawę, jakie miała szczęście, że Tula wpadła do

niej tego ranka. Czuła się znacznie lepiej, gdy miała przyjaciółkę przy sobie. Niemal przez całą noc

rozmyślała  o  Samie  Hale  i  tych  dwóch  cudownych  pocałunkach.  Powinna  o  tym  zapomnieć,  im

szybciej tym lepiej. Wystarczy, że całe miasto już plotkuje.

Postanowiła skierować myśli na właściwe tory i skupić się na pracy.

– Oddzwoniłaś do pani Soren? – spytała Tula.

– Owszem, jak tylko odsłuchałam wiadomość – odparła Anna. – Jesteśmy umówione na spotkanie.

Trzymaj  za  mnie  kciuki.  Pani  Soren  chce,  bym  udekorowała  jedną  ze  ścian  w  domu.  To  piękna

rezydencja położona nad urwiskiem.

– Podobnie jak posiadłość twojego ojca.

Anna  przygryzła  wargę  i  spuściła  wzrok.  Któż  mógłby  podejrzewać,  że  właściciel  tak  pięknego

domu może mieć poważne kłopoty finansowe? Sytuacja była wręcz katastrofalna i Anna przez chwilę

poczuła się winna, że nie chciała przystać na plan Clarissy, by znaleźć sobie bogatego męża.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Wystarczyło  kilka  telefonów,  by  Sam  Hale  zdobył  wszelkie  potrzebne  informacje  dotyczące

przedsiębiorstwa Cameron Leather. Rzeczywiście, firma miała kłopoty, ale sytuacja nie była jeszcze

aż  tak  beznadziejna,  jak  plotkowano  w  środowisku.  Dave  Cameron  inwestował,  zamiast  zachować

większą ostrożność, ale jeszcze nie było za późno, by postawić Cameron Leather na nogi.

Zdobyte  informacje  potwierdzały  jednak  obawy  Sama  dotyczące Anny.  Wszystko  wskazywało  na

to,  że  była  dokładnie  taka,  jak  przypuszczał,  wyrachowana  i  gotowa  na  wszystko,  by  osiągnąć  cel.

W końcu od dziecka przyzwyczajona była do wystawnego życia.

– Przepraszam, panie Hale.

– Tak, Jenny? – Odwrócił się w stronę gospodyni.

– Tak jak pan prosił, wykonałam telefon. Pani Cameron będzie tu o pierwszej.

Na twarzy Sama pojawił się pełen zadowolenia uśmiech.

– Doskonale. Dziękuję.

Próbował  wyobrazić  sobie  minę  Anny,  kiedy  dowie  się,  kto  tak  naprawdę  chciał  ją  zatrudnić.

Z pewnością nie będzie zachwycona, ale nie dbał o to. Musiał ją lepiej poznać, by się przekonać, czy

jego podejrzenia są słuszne.

– Proszę za mną do salonu.

Anna podążyła za właścicielką do olbrzymiego pokoju, urządzonego gustownie, choć dość surowo,

w  męskim,  oszczędnym  stylu.  Uwagę  przyciągał  piękny  kominek  wypełniający  niemal  w  całości

jedną  ze  ścian.  Jednak  największe  wrażenie  zrobiła  na  Annie  olbrzymia  choinka  udekorowana

z dbałością o najmniejszy detal.

– Pięknie tu – powiedziała. – Wydaje mi się, że ten pokój należy do pani męża, prawda?

– Mojego męża? – Kobieta, którą Anna oszacowała na pięćdziesiąt lat, parsknęła śmiechem. – Ależ

nie. Mój mąż zmarł dwadzieścia lat temu. Ten dom nie należy do mnie. Jestem tu gospodynią.

Gospodynią? Anna odruchowo obejrzała się za siebie, by sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu nie czai

się tajemniczy właściciel.

– Przepraszam. Myślałam, że to pani chciała, żebym wykonała obraz na ścianie.

– Nie – usłyszała za plecami znajomy głos. – Pani Soren do ciebie dzwoniła, ale to ja chciałem cię

zatrudnić.

Anna  miała  wrażenie,  że  dała  się  schwytać  w  pułapkę  i  to  bez  walki.  Odwróciła  się  powoli

i spojrzała prosto w niebieskie oczy Sama.

–  Przykro  mi.  Zaszło  nieporozumienie  –  rzekła  ze  stoickim  spokojem,  choć  czuła  się  tak,  jakby

miała gorączkę.

background image

– Dziękuję Jenny, to wszystko – powiedział Sam, zwracając się do gospodyni.

–  Rozumiem,  proszę  pana  –  odparła  i  wyszła,  pozostawiając  swego  pracodawcę  i  jego  gościa

samych.

– Kazałeś jej kłamać. To podłe – stwierdziła Anna.

– Nie kłamała.

– Czyli naprawdę chcesz mnie zatrudnić? Ciekawe.

Sam uniósł wysoko brwi.

– Zawsze jesteś taka miła dla potencjalnych klientów? – zakpił.

– Nie jesteś klientem – odparła, chowając do torby portfolio.

–  Zatem  interesy  idą  świetnie,  tak?  Możesz  pozwolić  sobie  na  to,  by  rezygnować  z  intratnych

zleceń?

– Mogę robić, co mi się podoba.

– Owszem, ale nie uważasz, że to trochę niemądre, tracić taką okazję z powodu kilku pocałunków?

– Co takiego?

– Jesteś taka drażliwa.

– Nie jestem drażliwa, tylko wkurzona.

– Nie rozumiem dlaczego. Przyznaj, że było miło.

Prawda, do diabła, to akurat prawda.

– Posłuchaj – zaczęła spokojnie i z godnością. – Oboje marnujemy niepotrzebnie czas. Może ciebie

na to stać, ale mnie nie.

– Podjęłaś się wykonania pracy. Mogłabyś przynajmniej dotrzymać słowa.

Do  czego  zmierzał?  Czyżby  chciał  pokazać  jej  swoją  przewagę,  udowodnić,  kto  rozdaje  karty?

W porządku, podejmie się zlecania i zażyczy sobie takie honorarium, że Sam będzie musiał odmówić.

Wtedy odejdzie i już więcej go nie zobaczy. Najważniejsze to zachować spokój i mieć sytuację pod

kontrolą.

– Dobrze. Czego więc ode mnie oczekujesz? Masz jakiś konkretny pomysł?

Posłał  jej  długi,  piękny  uśmiech,  który  sprawił,  że  coś  w  niej  drgnęło.  Ten  mężczyzna  był

chodzącym seksapilem. Powinna się trzymać od niego z daleka. Żadnego flirtu, żadnych pocałunków.

– Właściwie – odparł, wskazując ręką na przestrzeń salonu – chciałbym poznać twoje zdanie. Jakie

malowidło pasowałoby tu najbardziej?

W  tak  pięknym  i  ekskluzywnie  urządzonym  pokoju  wszystko  prezentowałoby  się  dobrze,  ale  nie

zamierzała  mówić  tego  na  głos.  Nie  przyszła  tu  po  to,  by  prawić  mu  komplementy.  Popatrzyła

z uwagą na puste miejsce nad kominkiem.

– Może widok okna i ogrodu?

background image

– Okna?

– Trompe l’oeil – podpowiedziała cierpliwie.

– Rodzaj malarstwa iluzjonistycznego?

– Zgadza się. Odpowiedni artysta potrafi zupełnie zmienić wnętrze bez użycia młotka.

– Jak rozumiem, ty jesteś „odpowiednim artystą”.

– Jestem po prostu dobra w tym, co robię – stwierdziła bez fałszywej skromności.

– Nie wątpię.

Poczuła, że robi jej się gorąco i nienawidziła siebie za to. Z drugiej strony pocieszała się, że mało

która kobieta pozostałaby zimna i obojętna wobec taksującego spojrzenia Sama Hale’a.

– Wyjaśnij mi dokładnie, na czym polega twój pomysł – poprosił, krzyżując ramiona na piersiach.

Anna nie mogła się oprzeć pokusie, by opowiedzieć o czymś, co było jej pasją i miłością.

–  Na  przykład  na  tamtej  ścianie  mogłabym  namalować  stylowe,  francuskie  okno,  za  którym

rozpościerałby  się  widok  angielskiego  ogrodu.  Myślę,  że  wyglądałoby  to  na  tyle  realistycznie,  by

przekonać  cię,  że  wystarczy  zrobić  krok,  aby  poczuć  zapach  kwiatów.  Albo  zamiast  ogrodu

proponowałabym ocean z falami rozbijającymi się o brzeg i mewami ponad wodą.

– Brzmi ciekawie. A ile życzyłabyś sobie za swoje niezwykłe dzieło?

Bez  zająknięcia  wymieniła  kwotę  dwukrotnie  wyższą  od  tej,  jaką  musiałby  zapłacić  za  tego  typu

usługi. Była przekonana, że napotka opór, ale Sam nie wydawał się ani trochę oburzony wysokością

honorarium.

– Dam ci podwójną stawkę, jeśli zdążysz z pracami do Bożego Narodzenia.

– Mówisz poważnie?

Była przekonana, że to gra z jego strony. Zwabił ją tu, zaproponował pracę marzeń, tylko po co?

Jaki miał w tym interes?

– Oczywiście, jak najpoważniej – powiedział, podchodząc bliżej.

– Ale dlaczego? Dlaczego chcesz mnie zatrudnić? Dlaczego chcesz mi dać tyle pieniędzy?

– Czy to ma jakieś znaczenie?

Nie  była  tego  pewna.  Z  jednej  strony  z  dziką  rozkoszą  odrzuciłaby  jego  propozycję  i  wyszła,

trzaskając drzwiami. Z drugiej jednak strony szaleństwem byłoby odrzucenie takiej wspaniałej oferty.

– To jak będzie? – spytał, uśmiechając się przebiegle, jakby zdawał sobie sprawę, że Anna bije się

z myślami. – Zostajesz czy odchodzisz?

Powinna  odejść.  Byłoby  cudownie,  gdyby  mogła  spojrzeć  w  jego  szydercze,  niebieskie  oczy

i  powiedzieć:  „Nie,  nie  możesz  mnie  kupić”.  Pomimo  satysfakcji,  jaką  czuła,  wyobrażając  sobie  tę

scenę,  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  luksus  rezygnacji  ze  świetnie  płatnej  pracy.  Nie  było  jej  na  to

stać.

background image

– W porządku. Przyjmuję zlecenie.

– Właściwa decyzja.

Wolała  milczeć,  by  nie  powiedzieć  czegoś,  czego  musiałaby  żałować.  Sam  Hale  był  równie

irytujący co przystojny.

–  Do  twojej  wiadomości  –  zaczęła  spokojnie,  dumna,  że  potrafi  zapanować  nad  emocjami.  –

Przyjmuję to zlecenie tylko dlatego, że bardzo potrzebuję tej pracy. Ale żeby wszystko było jasne…

nie lubię cię.

– A mimo to zostajesz. Pieniądze rządzą, co?

Anna nie mogła znieść jego kpiącego spojrzenia. Oskarżył ją, że spotykała się z jego bratem tylko

dla pieniędzy. Teraz dawała mu do rąk mocny argument. Ta świadomość doprowadzała ją do szału.

– Łatwo mówić, że pieniądze nie są ważne, kiedy masz ich w bród. – Nie zamierzała się tłumaczyć,

ale nie mogła pozostawić tych wstrętnych aluzji bez komentarza.

–  Naturalnie.  Dziwię  się  tylko,  że  pomimo  całej  nienawiści  jesteś  w  stanie  brać  ode  mnie

pieniądze.

– Coraz mniejszą mam na to ochotę.

– Jasne – rzucił z prowokującym uśmiechem.

– Czy chcesz, żebym rzuciła tę robotę, zanim jeszcze zaczęłam?

– Ależ skąd, raczej chcę sprawdzić, jak długo jesteś w stanie zapanować nad temperamentem.

– Już niedługo. Dlatego wolę się pożegnać. Zaczynam od jutra, dobrze?

– Świetnie. Widzimy się o ósmej.

W  pokoju  panował  przyjemny  półmrok  rozpraszany  jedynie  światłem  lampek  na  choince.  Anna

upiła  łyk  białego  wina,  patrząc  w  ekran  telewizora.  Nieustannie  powtarzała  sobie:  „Odpręż  się,

odpocznij,  uspokój”,  ale  tym  razem  autosugestia  nie  przynosiła  oczekiwanych  rezultatów.  Jej  myśli

wciąż krążyły wokół Sama Hale’a.

Kiedy  usłyszała  dzwonek  do  drzwi,  niechętnie  podniosła  się  z  kanapy.  Czuła  się  zmęczona  i  nie

miała  ochoty  widzieć  się  z  kimkolwiek.  Kiedy  zerknęła  przez  wizjer,  poczuła  się  jeszcze  gorzej.

Z rezygnacją otworzyła drzwi.

– Cześć, Clarisso.

– Anno, kochanie. – Macocha wparowała do środka jak burza z radosnym uśmiechem na twarzy. –

Chciałam  ci  powiedzieć,  jak  mi  przykro,  że  tak  głupio  zachowałam  się  na  przyjęciu.  Nie  miałam

zamiaru cię zawstydzić.

– W porządku, nic się nie stało. Rozumiem.

– Wiem, kochanie – odparła. – Wciąż jednak martwię się o twojego ojca.

–  Tata  sobie  poradzi.  Wychodził  już  z  większych  tarapatów.  –  Nie  zamierzała  bagatelizować

background image

problemów ojca, ale nie chciała, żeby macocha znowu grała na jej emocjach.

– Ależ firma jeszcze nigdy nie była w takim dołku. Na szczęście jest nadzieja. I to dzięki tobie. Od

kiedy wiem, że spotykasz się z Samem Hale’em, odetchnęłam z ulgą.

Zaczyna się, pomyślała Anna z wściekłością.

– Clarisso, między nami nic nie ma, zrozum, że…

– Nie, nie, nie, kochanie, nie musisz mi nic tłumaczyć. Nie chcę się mieszać do twoich prywatnych

spraw.  Chcę  tylko,  żebyś  wiedziała,  że  wszystko  rozumiem.  Byłaś  bardzo  rozsądna,  przesuwając

uwagę z Garreta na Sama. W końcu, jakkolwiekby było, to on ma wpływy, a nie jego młodszy brat.

Anna poczuła mocny ból w skroniach. Nie miała już ani sił, ani cierpliwości.

– Nie jestem zainteresowana Samem – syknęła, artykułując wyraźnie każde słowo z osobna.

–  Och,  no  przecież  wszyscy  widzieliśmy  pocałunek.  Twój  ojciec  też  się  cieszy.  Chce  nawet

porozmawiać z Samem.

– Nie – krzyknęła Anna. – Clarisso, musisz powiedzieć ojcu, że nie spotykam się z Samem.

–  Ale  dlaczego?  Nie  denerwuj  się.  –  Posłała  pasierbicy  konspiracyjny  uśmiech.  –  Przecież  on

pragnie tylko twojego szczęścia.

– Clarisso, ostrzegam cię…

–  Och,  nie  wiedziałam,  że  już  tak  późno  –  zawołała,  spoglądając  na  zegarek.  –  Muszę  uciekać.

Razem z twoim ojcem zaraz po kolacji idziemy do teatru na Opowieść wigilijną.

–  Clarisso  –  Anna  próbowała  przedrzeć  się  przez  potok  słów.  –  To  nie  jest  tak,  jak  myślisz.

Naprawdę nic mnie nie łączy z Samem.

Macocha wybuchła śmiechem, wyrażając tym samym pobłażanie dla niemądrych żartów Anny.

–  Kochanie,  przecież  widziałam  ten  pocałunek.  A  razem  ze  mną  połowa  miasta.  Możesz  się

przyznać lub nie, ale z całą pewnością coś was łączy.

Cmoknęła pasierbicę w policzek i dodała radośnie:

– A tak przy okazji, śliczna choinka, pa, skarbie.

Po wyjściu Clarissy Anna została sama, z gonitwą myśli i pustą butelką po białym winie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Anna wjechała na tyły domu Sama, gdzie na końcu drogi znajdował się parking otoczony rozległym

trawnikiem.  Dalej,  za  kamiennym  murem  rozciągał  się  przepiękny  widok  na  ocean.  Anna  musiała

przyznać,  że  miejsce  jest  wyjątkowo  urokliwe.  Gdy  wysiadła,  dostrzegła,  że  na  niebie  zaczęły  się

zbierać  burzowe  chmury,  a  wiatr  zdawał  się  z  każdą  chwilą  przybierać  na  sile.  Zima  w  północnej,

nadbrzeżnej  części  Kalifornii,  nie  objawiała  się  mrozem  i  śniegiem,  a  jedynie  częstszymi

załamaniami pogody i kolorowymi liśćmi na drzewach.

Anna poprawiła szarpane wiatrem włosy, po czym sięgnęła do bagażnika sportowego samochodu

po niezbędne do pracy materiały: miarkę, farby, szablony oraz pędzle, które trzymała w starej puszce

po kawie.

Nagle dostrzegła po swojej prawej stronie jakiś ruch i machinalnie odwróciła głowę. To Sam Hale

zmierzał  w  jej  kierunku,  ubrany  w  jasne  dżinsy,  ciemnozielony  sweter  i  czarne  buty.  Nienawidziła

siebie za to, że tak mocno reagowała na jego widok. I w ogóle skąd on się tu wziął? Nie sądziła, że

pracując tutaj, będzie musiała go widywać. Nie miał nic do roboty?

– Co ty tu robisz? – spytała z wyrzutem.

– Mieszkam, nie pamiętasz?

– Pamiętam – mruknęła. – Miałam na myśli…

–  Wiem,  co  miałaś  na  myśli.  –  Wskazał  ręką  na  zawartość  bagażnika.  –  Potrzebujesz  tego

wszystkiego, by namalować obrazek na ścianie?

–  To  nie  jest  zwykły  obrazek.  Słyszałeś  o  technice  faux  finisz?  To  nie  tylko  malowanie,  to  także

naśladowanie  faktury  drewna,  marmuru,  cegły  –  powiedziała,  powstrzymując  się  przed

wygłoszeniem  referatu  z  historii  sztuki  na  temat  artystycznych  technik  malarskich.  –  I  wracając  do

twojego pytania: tak. Potrzebuję wszystkich przyborów.

Kącik warg Sama uniósł się nieznacznie i Anna ze złością musiała się przyznać sama przed sobą,

że jej ciało reaguje nawet na przelotny półuśmiech.

– Dobrze – powiedział, biorąc z bagażnika większość rzeczy. – Chodź za mną.

Nie  pozostawił  mi  dużego  wyboru,  pomyślała Anna,  próbując  dotrzymać  mu  kroku.  Ku  swojemu

zdumieniu  spostrzegła,  że  Sam  prowadzi  ją  do  garażu.  Wewnątrz  stały  dwa  samochody,  przykryte

częściowo  grubym  płótnem.  Szczerze  mówiąc,  wyglądały  dość  żałośnie,  pozbawione  opon,  szyb

i świateł.

– Czyżby nie było cię stać na taki samochód, który jeździ?

Sam prychnął, udając, że nie bawią go podobne żarty.

– To wspaniałe auta.

– Skoro tak mówisz.

background image

– Myślałem, że artyści mają bogatą wyobraźnię.

– Rzeczywiście potrzeba wyjątkowo bogatej, by zachwycać się tym czymś.

– Poczekaj tylko, aż doprowadzę je do porządku, wtedy inaczej zaśpiewasz.

Nieco zbita z tropu raz jeszcze spojrzała na szkielety samochodów. Czyżby Sam Hale nie bał się

pobrudzić  rąk?  Jedyne,  co  o  nim  wiedziała,  to  że  jego  przedsiębiorstwo  zajmowało  się  produkcją

luksusowych samochodów dla bogatych klientów.

– Samodzielnie pracujesz nad modelami?

–  Owszem  –  potwierdził,  nie  bez  satysfakcji.  –  Kiedyś  pracowałem  jako  mechanik.  Naprawdę

dobry  mechanik.  Po  śmierci  rodziców  harowałem  dzień  i  noc,  żeby  Garret  mógł  pójść  na  studia

i mieć zapewniony dobry start w życiu.

– A co z tobą?

–  Skończyłem  college,  ale  więcej  dała  mi  praktyka.  Budowałem  swoją  pozycję  powoli,  ale

skutecznie.  Pewnego  dnia  znany  producent  z  Hollywood  zamówił  u  mnie  samochód.  Moja  praca

spodobała  mu  się  tak  bardzo,  że  polecił  mnie  swoim  znajomym  i  zanim  się  obejrzałem,  powstało

przedsiębiorstwo  Hale  Custom Autos.  Mimo  że  zajmuję  się  teraz  głównie  dyrektorowaniem,  nadal

lubię  tworzyć,  czuć  jak  samochód  pod  moimi  rękami  ożywa.  Nie  wiem,  czy  jesteś  w  stanie  to

zrozumieć.

– Oczywiście, że rozumiem. – Niespodziewanie ujrzała Sama w nowym, korzystniejszym świetle.

Najwidoczniej  lepiej  się  czuł  w  garażu  z  dłońmi  pobrudzonymi  smarem  niż  za  firmowym  biurkiem

wartym  kilka  tysięcy  dolarów.  –  Malarze  często  korzystają  teraz  z  programów  komputerowych,  by

zaplanować każdy szczegół. Ja wolę własne ręce i białą ścianę.

–  Czyżbyś  próbowała  powiedzieć,  że  mamy  ze  sobą  coś  wspólnego?  –  spytał  z  tym  swoim

półuśmiechem, który wprawiał ją w popłoch.

Patrzyła  na  niego  z  rosnącą  fascynacją.  Był  taki  wysoki,  męski,  pociągający.  Miał  w  sobie

charyzmy  i  uroku  za  dwóch.  Wiedziała,  że  dla  własnego  dobra  powinna  się  pożegnać,  wsiąść  do

samochodu i zapomnieć o spodziewanych zyskach, ale nie potrafiła się na to zdobyć.

– Tak – przyznała niechętnie. – Mamy ze sobą coś wspólnego.

Na  krótką  chwilę  ich  spojrzenia  się  skrzyżowały,  a  powietrze  jakby  zgęstniało.  Czuła,  że  coś  się

dzieje,  coś  ekscytującego,  niebezpiecznego,  wyjątkowego.  Serce  biło  jak  oszalałe,  a  wargi

momentalnie zrobiły się suche.

Nie  mogło  do  niczego  dojść  między  nimi.  Przecież  jej  nie  ufał.  Uważał,  że  zależy  jej  tylko  na

pieniądzach.  Poniekąd  taka  była  prawda.  Gdyby  nie  możliwość  świetnego  zarobku,  nie  przyjęłaby

posady.

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? Chcesz, żebym wymalowała twoje samochody?

background image

– Ależ nie – zaśmiał się lekko. – Chodź ze mną.

Poprowadził  ją  do  małego  pokoju,  oddzielonego  od  garażu  cienką  ścianą.  W  środku  dostrzegła

biurko,  dwa  krzesła,  niedużą  szafkę  z  przegródkami  na  dokumenty  i  mizerną,  na  wpół  uschniętą

paprotkę  w  niebieskiej  doniczce.  W  suficie  znajdował  się  świetlik,  przez  który  wpadało  nieco

promieni słonecznych, ale brakowało okien, co Annie wydało się dość dziwne.

–  Kiedy  pracuję  nad  samochodami,  staram  się  zachować  jak  największą  sterylność,  stąd  brak

okien, przez które wpada kurz i piasek. Jak pewnie zauważyłaś, trochę tu klaustrofobicznie.

– Tak – stwierdziła. – A nie mógłbyś tu wstawić okien i ich nie otwierać?

Pokręcił głową.

– Kurz i tak by się przedostawał. Świetlik jest podwójnie uszczelniony. Kiedy dopiero zaczynam

pracować nad projektem, zostawiam drzwi garażu otwarte, żeby wpuścić trochę powietrza, ale kiedy

dochodzę  do  szczegółów,  wszystko  musi  być  pozamykane.  Chciałbym,  żebyś  ożywiła  trochę  to

pomieszczenie, uczyniła je przestronniejszym. Myślisz, że byłabyś w stanie to zrobić?

– Oczywiście.

Podeszła do torby z przyborami i wyciągnęła dwa ołówki, miarkę i taśmę.

– Czy potrzebujesz czegoś? – spytał.

–  Jedynie  świętego  spokoju.  Wolałabym  zostać  sama.  –  Wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie

skoncentrować się na pracy w jego obecności.

–  Załatwione  –  odparł,  wycofując  się  z  biura.  –  Będę  w  garażu.  Jeżeli  będziesz  czegoś

potrzebowała, po prostu zawołaj.

– Nie idziesz dziś do pracy? Zostajesz tutaj?

–  Mogę  kierować  firmą,  nie  wychodząc  z  domu.  Wystarczy  laptop  i  telefon.  Nie  ruszę  się  stąd,

dopóki nie skończysz.

– Znakomicie – rzekła z przekąsem.

Postanowiła, że pomimo mało komfortowych warunków postara się maksymalnie skupić na swoich

obowiązkach. Wtedy być może zapomni, że Sam jest tuż obok. A przynajmniej taką miała nadzieję.

Sam, choć zawsze wkładał w swoją pracę całe serce, dziś z trudem się koncentrował. Mimo to nie

żałował,  że  sprowadził  tu  Annę.  Mógł  ją  obserwować,  sprawdzić,  jaka  jest  tak  naprawdę.

Zastanawiał się, czy nie powinien zadzwonić do brata, by powiedzieć mu, że Anna jednak ma swoją

cenę, ale ostatecznie dał sobie spokój. Co prawda Garret już z nią skończył, ale nie chciał zaostrzać

sytuacji.  Jeśli  młodszy  brat  wspomni  jej  imię,  wtedy  opowie  mu  o  szczególnym  zamiłowaniu Anny

do pieniędzy. Przecież wyłącznie dlatego przyjęła zlecenie. Gdyby miała więcej dumy, odrzuciłaby

propozycję.  Czyż  to  niewystarczający  dowód  na  to,  że Anna  jest  równie  wyrachowana  co  piękna?

Garret nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, że jego brat chciał tylko jego dobra i dlatego

background image

dążył  do  zerwania.  Nieoczekiwanie  pojawił  się  kolejny  problem.  Sam,  wbrew  sobie,  zapragnął  tej

kobiety. Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.

– Słucham – rzucił ostro, niezadowolony, że ktoś przerywa mu pracę.

– Masz taki ton, jakbyś chciał komuś przyłożyć – usłyszał rozbawiony głos brata.

– A co? Zgłaszasz się na ochotnika?

– Zapomnij – roześmiał się. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że wyjeżdżam z miasta na jakiś czas.

– Co takiego? – Sam, z irytacją pomyślał, że jego młodszy brat chyba nigdy nie wydorośleje. – Nie

możesz wyjechać, przecież pracujesz.

– A, to? Już nieaktualne, nie wyszło.

– Niech cię diabli, Garret…

– Nie dzwonię do ciebie, żebyś prawił mi kazania – przerwał mu szorstko, bez śladu wcześniejszej

wesołości. – Jadę na kilka dni do Aspen. Chciałem tylko, żebyś wiedział, to wszystko.

– Świetnie, wielkie dzięki – rzucił z wściekłością.

–  Nie  chcę  się  z  tobą  kłócić,  Sam  –  powiedział  Garret  pojednawczo.  –  Potrzebuję  trochę  czasu,

rozumiesz? Ta praca, którą załatwiłeś mi w agencji reklamowej, doprowadza mnie do szału.

Sam przypomniał sobie, jak niedawno dzwonił do swojego starego przyjaciela z prośbą o posadę,

i uświadomił sobie, że teraz będzie musiał znów zadzwonić, by przeprosić za brata.

– Garret, przecież chciałeś tam pracować! Poręczyłem za ciebie!

– Pomyliłem się. To nie dla mnie.

–  W  takim  razie  co  jest  dla  ciebie?  –  Sam  doskonale  znał  odpowiedź.  Jedyną  pasją  Garreta  był

snowboard i kobiety. – Co zamierzasz robić w życiu? Z czego się utrzymasz?

–  Nie  martw  się  –  roześmiał  się  beztrosko  jak  mały,  uroczy  chłopiec,  któremu  wszelkie

przewinienia zawsze uchodzą na sucho. – Coś wymyślę.

I tego właśnie się boję, pomyślał Sam.

– Posłuchaj, obiecuję, że na święta będę z powrotem – zapewnił Garret.

– W porządku – odparł, podnosząc wzrok. W drzwiach dostrzegł Annę, więc natychmiast zakończył

rozmowę.

– Jakiś problem? – spytała.

–  Nie  –  odparł  beznamiętnym  tonem.  Nie  zamierzał  omawiać  z  Anną  problemów,  jakie  mu

sprawiał młodszy brat. – Jak ci idzie?

– Świetnie. Chcesz zobaczyć?

Oczywiście,  że  chciał.  Do  końca  nie  wiedział,  czego  powinien  się  spodziewać,  ale  wyobrażał

sobie,  że  dostrzeże  jakiś  element  krajobrazu,  toteż  w  milczeniu  patrzył  na  ścianę,  która  za  pomocą

niebieskiej taśmy upstrzona była poziomymi i poprzecznymi liniami. Nie bardzo rozumiał artystyczny

background image

zamysł Anny, ale sądząc po jej zadowolonej minie, prace zmierzały we właściwym kierunku.

– To tak ma wyglądać? – upewnił się.

– Na razie tak – odparła, wychylając się zza jego pleców. – Jestem już prawie gotowa, żeby zająć

się tłem, które wyznaczają te poprzeczne linie.

– A co to będzie?

– Niespodzianka.

Była  zbyt  blisko  i  pachniała  zbyt  kusząco.  Ciemne  włosy  związane  w  kucyk  odsłaniały  piękną

szyję, a zielone oczy błyszczały pod wpływem emocji. Wyglądała cudownie. Tak naprawdę nigdy nie

spotkał piękniejszej kobiety.

Nim zdążył pomyśleć, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Sam. – Jej głos przeszedł w urywany szept.

– Nic nie mów – zażądał miękko, po czym powoli pochylił się nad nią. Musiał się przekonać, czy

poczuje to samo co wtedy, gdy całował ją po raz pierwszy.

– To nie jest dobry pomysł – zaprotestowała nieśmiało.

– Masz rację – potwierdził, biorąc jej twarz w obie dłonie.

Kiedy  ich  wargi  się  zetknęły,  zrozumiał,  że  Anna  Cameron  będzie  większym  problemem,  niż

przypuszczał.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kolejne  dni  mijały  niepostrzeżenie,  jeden  podobny  do  drugiego. Anna  pracowała  w  biurze,  Sam

zaś  w  garażu,  udoskonalając  modele  samochodów,  a  widywali  się  jedynie  w  porze  lunchu,  który

przynosiła gospodyni. Żadne z nich nie wspominało o gorącym pocałunku, ale nie było godziny, by

o nim nie myśleli. To ich prześladowało, nawiedzało w snach i na jawie, sprawiało, że każda chwila

razem zdawała się słodką torturą.

Anna  nie  wiedziała,  co  robić.  Nie  spodziewała  się,  że  polubi  Sama,  że  zacznie  tęsknić  za  jego

obecnością i czuła się zupełnie bezradna wobec jego siły i własnej słabości. Kiedy był w pobliżu,

miała wrażenie, że jej ciało budzi się do życia, że świat nabiera barw, tak jak jej obraz na ścianie.

I nie chodziło tu tylko o pożądanie, namiętność. To było coś więcej. W ciągu ostatnich dni, za każdym

razem przy obiedzie rozmawiali ze sobą, jakby byli dobrymi znajomymi, nawet śmiali się wspólnie

z  tych  samych  żartów.  Opowiadał  jej  zabawne  historie  dotyczące  ekscentrycznych  klientów,  a  ona

rewanżowała  mu  się  tym  samym.  Lubiła  pracować  w  biurze,  słuchając  głośnych  uderzeń  młotka,

dochodzących  z  garażu.  Nadal  jednak  pamiętała,  że  Sam  jej  nie  ufa.  Uważał,  że  byłaby  w  stanie

uwieść jego brata, by ratować przedsiębiorstwo ojca. Z drugiej strony, w kwestii malowidła dał jej

wolną rękę. Czy można to było nazwać przejawem zaufania?

– To nie ma żadnego sensu – powiedziała do siebie, zadowolona, że dzień pracy powoli dobiega

końca.  Zbliżały  się  święta,  a  ona  nie  miała  jeszcze  czasu,  by  wybrać  się  na  zakupy.  Tego  dnia

postanowiła nadrobić zaległości, a przy okazji, przespacerować się przez Crystal Bay, by podziwiać

świąteczne dekoracje. To była jej mała, prywatna i surowo przestrzegana tradycja.

Włożyła  przybory  do  pudełka,  po  czym  uniosła  ramiona,  przeciągając  się  lekko.  Czuła  napięcie

w  mięśniach  i  ból  karku,  ale  również  satysfakcję,  bo  z  każdym  dniem  jej  dzieło  nabierało  wyrazu.

Nagle  usłyszała  jakiś  hałas  na  podwórzu  przypominający  warkot  potężnej  maszyny.  Zaintrygowana

podążyła  za  dźwiękiem  i  stanęła  jak  wryta,  gdy  zobaczyła,  co  było  źródłem  nieznośnego  rumoru.

Przed garażem stał czarny jak smoła, lśniący i wielki motor, a na nim siedział Sam. Nie spuszczając

z niej wzroku, podkręcał gaz, sprawiając, że maszyna ryczała jak głodny lew.

–  O  co  chodzi?  –  spytała,  siląc  się  na  obojętność,  ale  przecież  nie  mogła  nie  zauważyć,  że  Sam

w brązowej, skórzanej kurtce wyglądał fantastycznie.

– Potrzebujemy przerwy – odparł, podając jej kask. – Załóż to.

Wiedziała,  że  powinna  powiedzieć  „nie”,  ale  nagle  uprzytomniła  sobie,  jak  będzie  wyglądał  jej

wieczór. Po zakupach wróci do pustego mieszkania, gdzie jedyną rozrywką była butelka białego wina

i nudny serial w telewizji. Spojrzała w niebieskie oczy Sama i zrozumiała, że jeżeli gdzieś pojedzie,

to tylko z nim. Założyła kask, obserwując w milczeniu, jak Sam robi to samo, po czym usiadła z tyłu,

pilnując, by pozostała między nimi wolna przestrzeń.

background image

–  Złap  mnie  w  pasie,  żebyś  nie  spadła  –  polecił,  niwecząc  jej  plany,  by  zachować  przyzwoitą

odległość.

– Dokąd jedziemy?

– Niespodzianka.

Jeszcze  nigdy  nie  jechała  motorem.  Ta  myśl  wywoływała  przyjemny  dreszcz  podniecenia,  więc

kiedy Sam wyjechał za bramę, ufnie przytuliła się do jego pleców.

Sam  jechał  cały  czas  wzdłuż  wybrzeża  i  Anna  z  rosnącym  zachwytem  obserwowała  zapadający

zmrok i granatowe niebo odbijające się w ciemnej, srebrzystej toni. Jeszcze nigdy nie doświadczyła

takiej  bezgranicznej,  oszałamiającej  wolności  pomieszanej  z  ekscytacją.  Przyjemność  z  jazdy

zagłuszała niepotrzebny lęk. Miała wrażenie, że wraz z Samem i warczącą maszyną stanowią jeden

organizm, wtapiający się z ekstazą w mrok.

Kiedy zorientowała się, że Sam zatacza koło i wracają do Crystal Bay, poczuła rozczarowanie. Nie

chciała,  by  ta  podróż  i  magia  skończyły  się.  Jeszcze  nie.  Było  jej  tak  dobrze,  tak  błogo.  Poprzez

drzewa  dostrzegła  zatokę  i  mnóstwo  świątecznych  świateł  rozwieszonych  wzdłuż  promenady.

Z daleka wyglądały jak diamentowa biżuteria, oszałamiająca przepychem i blaskiem.

Uśmiechnęła  się  sama  do  siebie,  świadoma  niezwykłości  chwili,  wyjątkowej,  magicznej  aury,

której była częścią.

Gdy  wjechali  na  główną  ulicę  Crystal  Bay,  zastanawiała  się,  czy  ich  przejażdżka  nie  stanie  się

źródłem  kolejnych  plotek  i  spekulacji.  Przypuszczała,  że  wszyscy  doskonale  wiedzą,  kto  jest

właścicielem  czarnego,  potężnego  harleya.  Nietrudno  byłoby  również  zidentyfikować  pasażerkę

z powodu wydostających się spod kasku ciemnokasztanowych włosów. Anna jednak po raz pierwszy

nie  dbała  o  to,  co  sobie  inni  pomyślą.  Liczyło  się  tylko  to,  że  była  w  towarzystwie  Sama,  na  jego

lśniącym, szybkim harleyu. Nie mogli ze sobą rozmawiać, więc się nie kłócili, za to wtuleni w siebie

byli  tak  mocno,  że  mogli  poczuć  bicie  swych  serc. Anna  nie  rozumiała,  dlaczego  Sam  zabrał  ją  na

przejażdżkę, ale była mu za to wdzięczna. Pragnęła, by ten wieczór nigdy się nie kończył, żeby mogła

w  nieskończoność  upajać  się  magiczną  atmosferą  zbliżających  się  świąt,  obejmując  ramionami

twardą pierś siedzącego przed nią mężczyzny.

Kiedy  wjechali  za  bramę  posesji,  dostrzegła,  że  na  parkingu  nie  ma  samochodu  pani  Soren.

Gospodyni  musiała  skończyć  pracę  już  jakiś  czas  temu.  Nagle  Anna  zdała  sobie  sprawę,  że  są

zupełnie sami, i poczuła lęk. Bała się, choć nie była pewna, czy jego, czy też siebie samej.

Sam wjechał do garażu i wyłączył silnik. Nastała krępująca, długotrwała cisza.

– To było niesamowite, Sam, dziękuję – powiedziała w końcu, miękkim, ciepłym głosem.

– Proszę bardzo – odparł.

Zsiadł  z  motoru,  odebrał  z  jej  rąk  kask  i  położył  na  najbliższej  ławce. Anna  wciąż  siedziała  na

background image

czarnym,  skórzanym  siodełku,  bojąc  się,  że  nogi  jej  nie  utrzymają.  Kiedy  napotkała  jego  wzrok,

z trudem zaczerpnęła powietrza. W bladym świetle jego niebieskie oczy przybrały granatową barwę.

Patrzył na nią z tym samym namiętnym głodem, z jakim ona patrzyła na niego.

– Sam…

– Anno…

Zamilkli w tym samym momencie, jakby wahali się, czy jest sens wchodzić na grząski grunt, skoro

wiadomo, czym to się skończy. Anna denerwowała się, bo nie potrafiła zebrać myśli, nie wiedziała,

czy  bardziej  boi  się  tego,  że  mogłoby  się  coś  wydarzyć,  czy  też,  że  mogłoby  się  nie  wydarzyć.

Emocjonalny chaos, mieszanina podniecenia, lęku, niepewności i nadziei.

Powoli postawiła nogi na ziemi i zsunęła się z siedzenia.

– Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli już pójdę.

– Zostań.

Gdy  patrzyła  mu  w  oczy,  każdy  oddech  był  wyzwaniem.  Serce  biło  jej  tak  mocno,  że  niemal

słyszała, jak odbija się echem od ścian. Chciała zostać, rozpaczliwie chciała, ale była pewna, że to

tylko pogorszyłoby sprawy między nimi.

– Sam, wiesz przecież, równie dobrze jak ja, że nie mogę zostać.

Pokręcił przecząco głową, wkładając ręce do kieszeni kurtki.

– Nie chcę, żebyś odchodziła, i ty też tego nie chcesz.

– To nie ma nic do rzeczy.

– A właśnie, że ma – zaprotestował, zbliżając się ku niej.

Każdy  krok  słyszała  tak  wyraźnie  i  głośno  jak  wystrzał  z  pistoletu.  Rozum  podpowiadał,  by  się

cofnęła,  uciekła,  zaprotestowała,  ale  za  sprawą  jego  hipnotyzującego  spojrzenia  nie  była  w  stanie

wykonać  żadnego  ruchu.  Kiedy  już  był  na  tyle  blisko,  by  jej  dotknąć,  nie  zastanawiała  się  dłużej,

tylko sama przywarła do jego ramion. Gdzieś z tyłu głowy tłukła się nieznośna myśl, że popełnia duży

błąd, ale jakiś inny głos podpowiadał, by przyjęła to, co zostało jej ofiarowane.

Sam chwycił ją w pasie, przesunął dłonie na ramiona, a potem na twarz, aż wreszcie wplątał palce

w  miękkie  włosy,  pochylił  się  i  pocałował  ją  mocno.  Anna  zrozumiała,  że  już  po  niej.  Sam  tak

zwyczajnie,  bez  pośpiechu  zagarnął  ją,  zdobył,  pokonał.  Przywarła  do  niego  mocno,  pragnąc

ofiarować mu wszystko, co miała. Ich języki spotkały się w namiętnym tańcu, zmieszały się oddechy,

łącząc w jeden, wspólny rytm. Dłonie głaskały, pieściły, pobudzały, a ciała w swym własnym języku

szeptały wyznania pełne głodu i pasji.

Sam na chwilę przerwał pocałunek, ale tylko po to, by zażądać:

– Chodź ze mną.

Spojrzała  mu  w  oczy  i  zobaczyła  właśnie  to,  co  chciała  zobaczyć,  i  wiedziała,  że  odmowa  nie

wchodzi  w  grę.  Nie  zamierzała  protestować.  Chciała  czuć  tę  nieskrepowaną  radość  i  podniecenie,

background image

jak wtedy, gdy motocyklem przecinali mrok.

– Dobrze – wyszeptała. – Teraz.

Trzymając  się  za  ręce,  szli  w  stronę  domu,  świadomi,  że  nie  było  już  odwrotu.  Nie  mogło  być.

Decyzja została podjęta. W korytarzu Sam przygarnął ją do siebie i raz jeszcze zawładnął wargami.

– Smakujesz tak dobrze – wychrypiał, przesuwając usta na ucho.

Nie  odpowiedziała.  Nie  była  w  stanie.  Nie  potrafiła  znaleźć  słów,  które  opisałyby,  co  czuła.

W niemym zachwycie poddawała się pieszczotom, oddychając ciężko.

– Nie, nie tutaj – zaprotestował, ogłuszony pożądaniem. – Na górze. W sypialni.

Znów  usłyszała  cichutki,  słaby  głos  rozsądku,  podpowiadający,  że  to  ostatnia  szansa,  by  się

wycofać.  Ostatnia  szansa,  zanim  zrobi  coś,  czego  będzie  żałowała.  Kiedy  jednak  spojrzała  w  oczy

Sama, wahanie i lęk ustąpiły miejsca pewności, że to jest słuszne i nieuniknione.

– Tak, chodźmy.

Gdy wziął ją na ręce, zaprotestowała ze śmiechem.

– Mogę iść sama.

– Tak będzie szybciej – zapewnił.

– Racja.

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  lekko  muskając  wargami  mocny  kark.  Rękami  błądziła  po  jego  ciele,

szukając dostępu do nagiej skóry.

Gdy  Sam  wniósł  ją  do  sypialni,  szybko  ogarnęła  wzrokiem  wnętrze.  Typowo  męski  wystrój,

skonstatowała  w  duchu.  Do  środka,  przez  ogromne  okno  niezasłonięte  ciemnoniebieskimi  kotarami,

wpadało  jasne  światło  księżyca,  rzucając  srebrzysty  blask  na  olbrzymie,  gotowe  pomieścić  nawet

cztery osoby łoże. Anna jednak nie zamierzała spać, o nie. Sam postawił ją na podłodze i natychmiast

zaczął zdejmować z niej ubranie. Pomagała mu niecierpliwie, wyszarpując ze spodni koszulę i już po

chwili  byli  zupełnie  nadzy.  Czuła  jego  usta  wszędzie,  rzucała  głową  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę

przepełniona podnieceniem.

Sam  oparł  się  na  łokciu  i  patrzył  na  nią,  wyczytując  z  jej  oczu  rozkoszne  pragnienie,  by  ugasił

płomień,  który  w  niej  rozniecił.  Jakby  odpowiadając  na  tę  niemą  prośbę,  wsunął  w  nią  delikatnie

palec.  Jęknęła  głośno,  zaciskając  dłonie  na  jego  ramionach.  Pieścił  ją  intensywnie,  dopóki  nie

poczuł, że jest gotowa.

– Sam, proszę, zrób to! Teraz!

– Jeszcze nie.

Pochylił się nad nią i wziął w usta jeden sutek. Anna wplotła palce w jego włosy, zmusiła, aby na

nią spojrzał i wyszeptała:

– Potrzebuję cię, Sam.

background image

– A ja potrzebuję cię czuć całą – odparł, klękając między jej udami.

Anna  na  krótką  chwilę  zacisnęła  powieki.  Nie  minęło  kilka  sekund,  gdy  otworzyła  szeroko  oczy.

Chciała na niego patrzeć, widzieć, co jej robi. Jego wargi i język powoli wynosiły ją na sam szczyt

doznań.

Kiedy przerwał, miała wrażenie, że zawisła nad urwiskiem.

– Sam! – zawołała głośno, z desperacją, unosząc się na łokciach. – Nie waż się teraz przestawać.

Popchnął ją z powrotem na materac, spojrzał prosto w oczy i wszedł w nią głęboko. Jęknęła, gdy

poczuła, jak wypełnia ją całą i natychmiast podążyła za jego rytmem.

–  Spokojnie  –  wyszeptał  z  trudem.  –  Jeśli  będziesz  się  tak  poruszała,  nie  dam  rady  nad  sobą

zapanować i to się może za szybko skończyć.

Uśmiechnęła się, objęła dłońmi jego twarz i pocałowała go namiętnie.

– Nie mogę się doczekać.

Wchodził w nią głębiej i głębiej i Anna poczuła, że jakaś potężna, cudowna siła przejęła kontrolę

nad  jej  ciałem.  Nigdy  jeszcze  czegoś  takiego  nie  przeżyła.  Dostała  więcej,  niż  oczekiwała,  więcej,

niż mogła sobie wymarzyć.

To magiczne, nieokiełznane, pomyślała na granicy świadomości. To była właśnie ta magia, o której

fantazjowała  przez  całe  życie.  Niezwykłe  porozumienie  dusz  i  ciał.  I  co  z  tego?  Spotka  ją  tylko

rozczarowanie, tego była pewna. Przecież Sam kazał bratu z nią zerwać, bo nie była wystarczająco

dobra. Czy w takim razie będzie dobra dla niego?

Spojrzała mu w oczy, krzyknęła głośno w ostatnim akordzie rozkoszy i zatonęła pod jego ciałem.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Spałaś z nim.

Anna  nie  spodziewała  się,  że  ten  fakt  będzie  miała  wypisany  na  twarzy,  ale  nie  czuła  się

zaskoczona. Tula dopiero co wróciła od kuzynki i natychmiast przyszła prosto do niej, z butelką wina

pod pachą.

Wystarczył  jeden  łyk  mocnego  trunku  i  pięć  sekund,  by  Tula  nabrała  podejrzeń.  Anna  uciekła

wzrokiem, ale nie zamierzała zaprzeczać czemuś, co wydawało jej się oczywiste.

– Skąd wiesz?

– Cała promieniejesz! A niech, to. Wystarczy, że człowiek wyjedzie na kilka dni i dzieją się takie

rzeczy. Myślałam, że nienawidzisz Sama.

– Ja też tak myślałam – mruknęła, wtulając się w oparcie sofy. – Mówię szczerze, nie mam pojęcia,

jak do tego doszło. Z początku byłam na niego wściekła, a potem zaczęliśmy rozmawiać i… on jest

naprawdę  zabawny  i  o  wiele  lepszy,  niż  sądziłam. A  jak  całuje…  Zanim  się  obejrzałam,  jechałam

z nim na motocyklu, a potem wróciliśmy do domu i… stało się.

Tula  przez  moment  patrzyła  na  nią  w  milczeniu,  szukając  pasującego  do  sytuacji  określenia,  ale

zdobyła się tylko na krótkie:

– Wow.

– Sama widzisz. Nie wiem, co teraz zrobię.

– Zakochałaś się w nim, prawda?

–  Nie  wiem  –  odparła  automatycznie,  ale  szybko  się  zreflektowała.  –  Nie,  to  kłamstwo.  Tak,

zakochałam się, jak idiotka. Boże, co ja teraz zrobię?

– Może wam się uda – podsunęła Tula.

– Wątpię. Przecież nie chciał, by jego brat spotykał się ze mną, pamiętasz?

– I bardzo dobrze. Jesteś za dobra dla takiego chłystka jak Garret.

Anna  parsknęła  śmiechem.  Zawsze  mogła  liczyć  na  swoją  przyjaciółkę.  A  teraz  szczególnie

potrzebowała  jej  wsparcia.  Wciąż  myślała  o  tamtej  nocy  z  Samem  i  o  tym,  że  jest  na  przegranej

pozycji, skoro czuła do niego coś więcej niż on do niej. Ta historia nie mogła skończyć się dobrze.

–  Dziękuję  ci  za  te  słowa  –  powiedziała,  ściskając  mocno  dłoń  przyjaciółki.  –  Nie  mówmy  już

o mnie. Powiedz lepiej, dlaczego Sherry koniecznie chciała się z tobą zobaczyć.

Tula wyciągnęła rękę w stronę małego stoliczka i napełniła kieliszek winem.

– Nie uwierzysz, ale Sherry jest w ciąży.

– Naprawdę? A kto jest ojcem?

–  Tego  nie  wiem  –  odparła,  upijając  łyk.  –  Nie  chciała  mi  powiedzieć.  Ale  co  najgorsze  nie

powiedziała jeszcze o ciąży ojcu dziecka.

background image

Anna nie potrafiła sobie wyobrazić, by tak ważną wiadomość można było utrzymać w tajemnicy.

– Dlaczego nie chce powiedzieć?

– Nie wiem. – Tula wzruszyła ramionami. – Próbowałam jej powiedzieć, że skoro miała odwagę

pójść z tym chłopakiem do łóżka, to powinna mieć odwagę powiedzieć mu o ciąży, ale nie chciała

mnie słuchać.

– W takim razie, dlaczego chciała się z tobą zobaczyć?

Tula rozparła się wygodnie na kanapie, podkurczając nogi.

– Chciała ustanowić mnie prawną opiekunką dziecka, na wypadek gdyby coś jej się stało.

– Ale przecież to dziecko nawet się jeszcze nie urodziło.

–  Znasz  Sherry.  Boi  się  wszystkiego. A  mimo  to  nie  boi  się  samotnie  wychowywać  dziecka,  co

akurat mnie by przerażało.

– Zgodziłaś się zostać opiekunką?

– Oczywiście. Jesteśmy przecież rodziną.

–  W  takim  razie  –  zaczęła  Anna,  unosząc  kieliszek  –  wypijmy  za  to.  Obydwie  mamy  za  sobą

niełatwe dni, co?

– Tak – zgodziła się Tula. – Przypuszczam jednak, że ty miałaś dużo więcej wrażeń.

Kolejne  dni  wypełnione  były  kradzionymi  momentami  pijanego  szczęścia  i  namiętności  tak

wielkiej,  że  rozpalała  Sama  do  czerwoności.  Pragnął Anny  w  nocy  i  nie  myślał  o  nikim  innym  jak

tylko  o  niej  w  ciągu  dnia.  Za  każdym  razem,  gdy  z  nią  był,  pożądał  jej  jeszcze  bardziej.  Apetyt

zamiast opadać tylko się wzmagał.

Tego  dnia  pracował  w  biurze  swego  przedsiębiorstwa.  Obawiał  się,  że  jeśli  zostanie  w  domu,

spędzi czas jedynie na szukaniu możliwości bycia z Anną.

Wciąż czuł się nieswojo z powodu Garreta. Zmusił brata, by z nią zerwał, a sam zajął jego miejsce.

To nie wyglądało dobrze. Czy Garret mu wybaczy, gdy się dowie? Może powinien skończyć z Anną,

zanim jeszcze nie jest za późno? Jego jedyną rodziną był brat. Nie powinien ryzykować utraty jego

zaufania z powodu absurdalnego zauroczenia Anną Cameron.

– Panie Hale?

– O co chodzi, Kathy? – zwrócił się do stojącej w drzwiach asystentki.

– Pan Cameron chciałby się z panem zobaczyć.

Zaskoczenie odebrało mu mowę na sekundę czy dwie. Opanował się jednak szybko.

– Wpuść go.

Sam  podniósł  się,  by  przywitać  ojca  Anny.  Uścisnął  mu  rękę  z  wystudiowanym  uśmiechem,

starając się zachowywać swobodnie, choć tak naprawdę nie czuł się zbyt komfortowo. Przecież spał

z córką tego człowieka.

background image

– Miło cię widzieć, Dave.

– Sam. – Mężczyzna rozejrzał się po przestronnym gabinecie, nim ponownie spojrzał w oczy swego

rozmówcy. – Nie zabiorę ci wiele czasu. Chciałem tylko z tobą chwilę porozmawiać.

– O czym? – Doskonale wiedział, o czym, a raczej, o kim.

– O Annie.

– No tak.

– Crystal Bay to małe miasto. Plotki szybko się rozchodzą. Pewnych rzeczy nie da się ukryć.

– Co masz na myśli?

Dave  Cameron  zmarszczył  czoło,  jakby  czuł  się  niezręcznie,  prowadząc  tego  typu  rozmowy.

Należał do gatunku mężczyzn ceniących dyskrecję.

–  Mówmy  szczerze.  Wiem,  że  spotykasz  się  z  moją  córką  i  wiem,  że  zdajesz  sobie  sprawę

z problemów finansowych mojej firmy.

– Dave… – Cóż mógł mu powiedzieć?

Starszy pan uniósł dłoń, nakazując milczenie.

– Cokolwiek jest między tobą a Anną, to wyłącznie wasza sprawa. Oboje jesteście dorośli i mam

nadzieję, że wiecie, co robicie. Jestem tu tylko po to, by ci powiedzieć, że to nieprawda, co niektórzy

mówią. Nie próbuję za sprawą córki załatwić sobie bezzwrotnej pożyczki. Nie wykorzystałbym jej.

Sam nabrał głęboko powietrza, zyskując cenne sekundy, by zastanowić się nad odpowiedzią.

– Ja też bym jej nie wykorzystał.

Dave obserwował jego twarz w milczeniu, jak gdyby szukał oznak fałszu czy kłamstwa.

– W takim razie myślę, że się rozumiemy?

– Oczywiście.

–  Świetnie.  Życzę  ci  miłego  dnia  i  do  zobaczenia.  –  Zatrzymał  się  w  drzwiach  i  jakby  od

niechcenia  rzucił  przez  ramię.  –  Jeszcze  jedno.  Pamiętaj,  że  jeśli  skrzywdzisz  moją  córkę,

porozmawiamy sobie inaczej.

Dave  Cameron  wyszedł,  nim  Sam  zdążył  odpowiedzieć. Ale  czy  istniała  dobra  odpowiedź?  Czuł

się jak nastolatek zbesztany przez ojca dziewczyny za frywolne zachowanie. Najgorsze było jednak

to, że sobie zasłużył.

Anna  skończyła  pracę  w  prywatnym  gabinecie  Sama  zaledwie  na  kilka  dni  przed  świętami.

Początkowo, gdy podjęła się zadania, rozważała, czy nie stworzyć jakiegoś koszmarnego malowidła.

Szybko jednak porzuciła ten pomysł. Profesjonalizm nie pozwalał jej na zrobienie czegokolwiek, co

byłoby niezgodne z prawidłami estetyki. Musiała po prostu wykonać swoją pracę jak najlepiej albo

wcale.

Dlatego  teraz,  gdy  patrzyła  na  swoje  dzieło,  czuła  dumę  i  satysfakcję.  Ilekroć  Sam  znajdzie  się

background image

w  tym  pomieszczeniu  i  spojrzy  na  ścianę,  będzie  musiał  pomyśleć  o  niej.  Doskonały  prezent  na

pożegnanie.  Nie  miała  złudzeń.  Wiedziała,  że  to,  co  było  między  nimi,  musiało  się  skończyć.  Nie

istniała  przyszłość,  o  której  mogłaby  marzyć,  której  mogłaby  oczekiwać.  W  każdym  razie  nie

z Samem.

Seks  był  niewiarygodny  i  nie  miała  wątpliwości,  że  on  myśli  tak  samo.  Jednak  od  pożądania  do

prawdziwego uczucia wiodła droga daleka i kręta. Sam świetnie się z nią bawił, ale jej nie ufał.

Dlatego chciała zakończyć to teraz, póki była w stanie poradzić sobie z bólem. Potem byłoby to nie

do wytrzymania.

Poskładała  przyrządy  do  pudełka,  spakowała  się  i  zmusiła  do  beztroskiego  uśmiechu.  Dopiero

wtedy otworzyła na oścież drzwi i zawołała:

– Sam, skończyłam. Możesz teraz przyjść i zobaczyć.

Uśmiechnął się, opuszczając maskę samochodu. Anna natychmiast pomyślała, że będzie tęskniła za

tym uśmiechem.

–  Czas  na  wielką  prezentację,  co?  –  zażartował,  wycierając  dłonie  w  ręcznik  –  Nie  mogę  się

doczekać.

Cofnęła  się,  by  przepuścić  go  w  drzwiach,  i  z  napięciem  obserwowała  jego  reakcję.  Najpierw

otworzył szeroko oczy, a potem pokręcił głową jakby z niedowierzaniem.

– To jest niesamowite – powiedział, podchodząc bliżej.

– Ocean jest jeszcze mokry, więc nie dotykaj – uprzedziła.

– Ocean jest zawsze mokry, mała.

– Bardzo zabawne.

Wciąż kręcąc głową, lustrował każdy szczegół malowidła.

– To jest naprawdę wspaniałe. Jestem pod wrażeniem.

– Dzięki.

Naprawdę  nieźle  wyszło,  pomyślała,  starając  się  ocenić  swoją  pracę  obiektywnie.  Stylowe,

łukowe okno, z którego rozciągał się widok na ocean przedstawiony tak realistycznie, że mimowolnie

nasłuchiwało się krzyku mew i kojącego szumu wody. Na horyzoncie można było dostrzec zbierające

się  sztormowe  chmury  na  tle  granatowoniebieskiego  nieba.  Uroku  dodawały  również  kwiaty

i winorośl oplatające framugę. Dość klaustrofobiczne, ciemne i mało przytulne pomieszczenie teraz

wydało  się  przestronne  i  słoneczne,  jak  gdyby  przez  namalowane  okno  wpadały  autentyczne

promienie.

– A to co takiego?

–  Gdzie?  –  Powiodła  wzrokiem  za  jego  palcem  wskazującym  drobny  element  dekoracji.

Uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami. – Ach, to. Byłam trochę zła na ciebie, gdy malowałam

ten fragment.

background image

– Tak, to od razu widać – mruknął, ale nie wyglądał na obrażonego, więc Anna uznała, że dobrze

zrobiła, nadając małemu wężowi, wychylającemu się z winorośli na parapet, cechy fizjonomii Sama.

– Jesteś naprawdę zdolną artystką – stwierdził, odwracając się w jej stronę z familiarnym błyskiem

w oku.

– Czyżbyś miał wcześniej wątpliwości? – zażartowała.

Wyciągnął  ręce  i  przyciągnął  ją  do  siebie,  chcąc  pocałować,  ale  gdy  zobaczył  jej  wahanie,

nieznacznie się cofnął.

– O co chodzi?

Powinnam mu powiedzieć, myślała Anna. Muszę mu powiedzieć, że cokolwiek jest między nami,

to już koniec.

W  tej  chwili  pragnęła  jednak  tylko,  by  przed  ostatecznym  zerwaniem,  raz  jeszcze  przeżyć  te

magiczne, cudowne chwile w jego objęciach.

– Nic – odparła, zarzucając mu ręce na szyję. – To nic.

Wtedy pocałował ją, a ona zapomniała o całym świecie.

Anna  pozwoliła,  by  fala  przyjemności  przenikająca  jej  ciało  pomału  opadła,  dopiero  wtedy

odwróciła się w stronę Sama, który leżał tuż obok niej. Nie rozumiała, jak to możliwe, że obdarzyła

go uczuciem w tak krótkim czasie. Zresztą to nie miało żadnego znaczenia. Prawdą było, że kochała

tego mężczyznę całym sercem, a każda chwila z nim spędzona była źródłem zarówno szczęścia, jak

i rozpaczy.

Musiała to zakończyć, póki jeszcze była w stanie.

– Sam, to się nie uda.

Zaśmiał się, obracając się na łóżku. Dłonią zaczął delikatnie muskać nagie ramię, wprawiając jej

ciało w drżenie.

– A ja uważam, że się udaje i to jak!

– Nie – zaprotestowała, odsuwając się na bezpieczną odległość. Albo teraz to powie, albo nigdy.

Wstała z łóżka i zaczęła zbierać porozrzucane na podłodze części garderoby. – Wiesz o tym równie

dobrze jak ja.

– O czym ty mówisz?

Z rosnącym bólem patrzyła w jego niebieskie oczy, pełne podejrzeń i niepokoju.

– O tym, że nie możemy więcej tego robić.

– A dlaczego nie, do cholery?

– Nie mogę z tobą być, skoro doskonale wiem, jakie masz o mnie zdanie.

Sam natychmiast poderwał się z łóżka, nie przejmując się własną nagością.

– O co ci chodzi? Niby jakie mam zdanie o tobie?

background image

To było trudniejsze, niż Anna przypuszczała, ale nie zamierzała się wycofać. Lepiej mieć to już za

sobą.

–  Garret  mi  powiedział,  co  o  mnie  myślisz.  Nie  tylko  to,  że  jestem  wyrachowaną  łowczynią

bogatych mężów, ale także nieodpowiedzialną, niedojrzałą… Dlaczego się śmiejesz?!

– Bo to głupie.

– Aha, dziękuję serdecznie.

– Nie powiedziałem, że ty jesteś głupia. Nieodpowiedzialna i niedojrzała? Owszem, myślę tak, ale

nie o tobie, a o swoim bracie. Garret zachowuje się tak, jakby nie zamierzał dorosnąć, i naprawdę

nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi.

– Ale uważałeś, że spotykam się z nim dla twoich pieniędzy.

Nie  zaprzeczył.  To  nie  miałoby  sensu,  bo  oboje  znali  prawdę.  Po  sekundzie,  czy  dwóch  odparł

z wahaniem:

–  No,  tak.  Z  początku  tak  myślałem.  Bo  niby  dlaczego  taka  kobieta  jak  ty  mogłaby  się  spotykać

z tym moim niepoprawnym bratem?

–  Naprawdę  wierzysz,  że  byłabym  zdolna  do  czegoś  takiego?  Że  mogłabym  tak  perfidnie

wykorzystać drugiego człowieka?

–  Chyba  nie  muszę  ci  przypominać,  że  twój  ojciec  ma  problemy  finansowe,  a  ja  mam

wystarczająco dużo pieniędzy, by ocalić jego firmę. Co miałem myśleć?

– Czyli wierzysz w to! To wstrętne.

– Już nie udawaj takiej obrażonej. Nie byłabyś pierwszą kobietą, która poprzez seks próbuje ugrać

coś dla siebie.

Tego było już za wiele. Jeszcze nigdy nie była tak wściekła i jednocześnie bezradna.

– Sądzisz, że dlatego poszłam z tobą do łóżka? Żeby coś ugrać?

– A skąd mam wiedzieć, do diabła? Ty mi powiedz!

Palące łzy wstydu napłynęły jej do oczu. W pośpiechu zakładała sukienkę, ani razu nie odwracając

się w stronę Sama.

– Nigdy więcej nie chcę cię widzieć, nie zbliżaj się do mnie – syknęła. – Przyślij mi pocztą czek za

moją pracę.

– Świetnie.

Zanim wyszła, rzuciła jeszcze zjadliwie:

– Mam nadzieję, że będziesz często patrzył na węża i nie zapomnisz, dlaczego ma twoją twarz.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Boże Narodzenie było po prostu okropne. Świąteczne śniadanie Cameronów pozornie przebiegało

jak  zawsze,  pośród  dowcipnych  uwag  i  serdecznych  uśmiechów,  ale  wyraźnie  czuło  się  napiętą

atmosferę.  Anna  z  niepokojem  obserwowała  ojca,  dostrzegając  pogłębione  linie  w  kącikach  oczu

i ust. Clarissa zaś udawała, że podpuchnięte powieki i zatkany nos to efekt zwykłego „przeziębienia”.

Poza tym Anna rozpaczliwie tęskniła za Samem. Nie rozmawiała z nim od tamtego feralnego dnia.

Zdawała sobie sprawę, że to musiało się tak skończyć, ale ta wiedza jakoś nie przynosiła ukojenia.

I  jeszcze  teraz,  gdy  patrzyła  na  ojca,  gdy  widziała  jego  przygnębienie,  tym  bardziej  nie  umiała

poradzić sobie z tą sytuacją.

Po  rozdaniu  prezentów  udała  się  wraz  z  ojcem  do  gabinetu  na  filiżankę  kawy.  To  był  ich  stary

świąteczny  zwyczaj,  jak  gdyby  kropka  nad  i  po  uroczystym  śniadaniu.  Clarissa  zazwyczaj  im

towarzyszyła, ale tym razem wróciła do swojej sypialni, tłumacząc, że musi wziąć lekarstwa.

– Tato – podjęła Anna, siadając obok niego na brązowej skórzanej kanapie. – Czy jest aż tak źle?

Dave  Cameron  potrząsnął  nerwowo  głową  i  Anna  zrozumiała,  że  wtargnęła  na  zakazany  teren.

Ojciec wolał, by zarówno ona, jak i Clarissa żyły szczęśliwie, beztrosko i w błogiej niewiedzy. Po

chwili jednak spuścił głowę, jakby już nie miał sił sam dźwigać kłopotów, które na niego spadły.

– Na razie nie wygląda to dobrze, kochanie.

– Czy mogłabym ci jakoś pomóc?

–  Nie  chcę,  żebyś  się  tym  przejmowała,  rozumiesz?  –  Zmusił  się  do  krzepiącego  uśmiechu.  –

Sytuacja na pewno się poprawi. Jestem przekonany, że Nowy Rok przyniesie jakieś rozwiązanie.

Anna  wystarczająco  była  rozbita  po  rozstaniu  z  Samem,  a  teraz  jeszcze  i  to.  Czuła  się  okropnie

bezradna, że w żaden sposób nie może ulżyć ojcu, który poświęcił całe życie, by stworzyć wzorcowo

działającą firmę, z której był tak dumny. I teraz miałby to wszystko stracić?

–  Nie  smuć  się.  Poradzę  sobie,  obiecuję.  Nie  chcę  oglądać  twojej  smutnej  buzi  –  zażartował,

całując ją w czoło. – Mamy do zjedzenia pyszne świąteczne ciasto, pamiętasz?

Kolejna  rodzinna  tradycja.  Lukrowane  czekoladowe  ciasto,  przystrojone  płatkami  migdałów  było

nieodzownym elementem świąt Bożego Narodzenia w domu Cameronów.

– Pamiętam, tato. Chcesz, żebym przyniosła je z kuchni?

–  Tak,  proszę.  Może  zanieś  do  salonu,  zjemy  przy  choince  –  odparł,  podnosząc  się  z  miejsca.  –

Zajrzę do Clarissy, sprawdzę, czy wszystko w porządku i dołączę do ciebie.

– Dobrze, tato. – Miała gulę w gardle i ostatnie, o czym marzyła, to słodkie, lukrowane ciasto, ale

nie chciała martwić ojca. – Kocham cię.

Jego uśmiech był ciepły i szczery, gdy odpowiedział:

– Ja też cię kocham, córeczko. Nie martw się, dobrze?

background image

Kiwnęła głową i wyszła z gabinetu.

–  Miałaś  od  niego  jakieś  wiadomości?  –  spytała  Tula,  gdy  późnym  wieczorem  spotkały  się  na

zwyczajowej  kolacji.  Ponieważ  Tula  nie  miała  rodziny,  stało  się  tradycją,  że  świąteczną  kolację

celebrowały  razem,  przestrzegając  jednej  ważnej  zasady:  żadna  z  nich  nie  gotowała,  więc  każdego

roku  zamawiały  jedzenie  na  wynos  z  jakiejś  restauracji.  Tym  razem  padło  na  włoską,  przynajmniej

z nazwy, knajpę Garcia. Jedzenie było okropne, ale Anna i tak nie miała apetytu.

– Od Sama? – Pokręciła głową i upiła łyk wina. – Nie. I tak jest lepiej. Naprawdę.

– Akurat. Właśnie widzę. Promieniejesz szczęściem.

Anna nie próbowała nawet bronić swego stanowiska. Po co? Mogła próbować oszukać Tulę, ale

siebie?  Zastanawiała  się,  co  teraz  robi  Sam  i  czy  o  niej  myśli,  czy  tęskni.  Jak  mogła  pozwolić  tak

bardzo zawrócić sobie w głowie?

– Anno, nie gniewaj się, ale to bez sensu. Dlaczego do niego nie zadzwonisz?

– Po co? Co by to dało? Przecież nic się nie zmieniło. Uważa, że byłam z nim dla pieniędzy.

–  To  czyste  szaleństwo  –  zawyrokowała  Tula,  sięgając  po  kieliszek.  –  Na  pewno  tak  nie  myślał.

Kłóciliście się, a wtedy ludzie mówią rzeczy, których potem żałują.

– Albo właśnie wtedy mówią to, co myślą naprawdę – dodała Anna. – Tak czy inaczej, to koniec.

Nie mówmy już o tym.

Usłyszała  dzwonek  telefonu,  ale  nie  zamierzała  odebrać.  Nie  czuła  się  na  siłach  rozmawiać

z  kimkolwiek.  Przeżywała  nie  tylko  rozstanie  z  Samem,  ale  także  kłopoty  ojca,  któremu  w  żaden

sposób nie mogła pomóc.

– Nie chcesz, wiedzieć, kto dzwoni? – spytała Tula.

– Nagra się na automatyczną sekretarkę.

Po chwili mało serce nie wyskoczyło jej z piersi. Dzwonił Sam!

– Anno? Jeśli jesteś tam, odbierz!

Tula popatrzyła na nią ponaglająco, ale ona tylko pokręciła przecząco głową. Splotła mocno palce,

jakby dyscyplinowała swoje ciało, które wręcz wyrywało się, by odebrać telefon. Nie mogła z nim

rozmawiać. Nie teraz. Było jej ciężko, ale miała świadomość, że będzie jeszcze gorzej, jeśli ulegnie.

– Posłuchaj, chciałem, hm… – Głos Sama wibrował w powietrzu. – Chciałem ci po prostu życzyć

wesołych świąt.

Serce  Anny  ścisnęło  się  z  bólu.  Przymknęła  oczy,  udręczona  i  pokonana.  Gdyby  między  nimi

ułożyło  się  inaczej,  siedzieliby  tu  razem  z  Tulą,  w  trójkę,  żartując  i  utyskując  na  okropny  obiad

z restauracji. Niestety, rzeczywistość była daleka od marzeń.

– Anno, odezwij się. – Sam wciąż się nie poddawał. – Nie pozwól, by to się tak zakończyło.

– O, Boże – szepnęła.

background image

Kiedy nadal nie podnosiła słuchawki, odczekał jeszcze kilka sekund i rozłączył się.

– Świetnie. – Głos Tuli przepełniał sarkazm. – Siedzisz tu zasępiona, stęskniona i cała we łzach,

a kiedy dzwoni, nie odbierasz. Świetnie, gratuluję.

– Nie pomagasz mi.

– Tym razem tylko ty możesz sobie pomóc, uparta przyjaciółko.

Sam schował telefon do kieszeni, mrucząc pod nosem przekleństwo.

– Idiota – rzucił wściekle. Przez ostatnie dni myślał tylko o Annie, o tym, jak podle się zachował

i  co  powiedział.  Oddałby  wszystko,  by  cofnąć  czas,  cofnąć  słowa,  które  ją  zraniły.  Jak,  do  diabła,

mógł  powiedzieć  coś  tak  głupiego?  Przecież  doskonale  wiedział,  że  nie  była  z  nim  dla  pieniędzy.

Utwierdził się w tym, gdy zobaczył, ile wysiłku i serca włożyła w swoją pracę. Za każdym razem,

gdy ją całował, czuł wzajemność, głębokie zaangażowanie i ekscytację. A teraz wszystko przepadło.

Anna  nie  chciała  mieć  z  nim  do  czynienia,  skoro  nie  odebrała  telefonu.  Zresztą  wcale  się  temu  nie

dziwił. Była dumna, uparta i miała swoją godność. Niech to szlag!

Nalał  sobie  szkockiej  do  pełna  i  usiadł  na  sofie,  opierając  łokcie  na  kolanach.  Choinka

prezentowała  się  pięknie,  ozdobiona  dużymi  bombkami  i  światłami,  a  z  głośników  sączyły  się

nastrojowe  dźwięki  muzyki  jazzowej.  Byłoby  idealnie,  pomyślał,  gdyby  tylko Anna  tu  była.  Boże,

jeśli tak ma wyglądać jego życie, że będzie popijał szkocką w samotności, to…

– Siedzisz w ciemności? – usłyszał wesoły głos młodszego brata. – To zły znak.

– Nie siedzę w ciemności – zaprotestował, mało przekonująco. – Choinka się świeci.

– Jasne – mruknął Garret, sięgnął po butelkę piwa z salonowego barku i zajął miejsce obok brata. –

To co? Powiesz mi, co cię gryzie?

– Nic mnie nie gryzie.

– Przecież nie jestem ślepy. Jesteś jakiś inny. Oczywiście, jak zawsze podły – próbował żartować.

– Ale coś się zmieniło.

To rzadkie zjawisko, pomyślał Sam. Jego młodszy braciszek zauważył, że coś się dzieje. Potrafił

dostrzec to, co Sam chciał ukryć. Może to znak, że Garret dorośleje? Zrozumiał, że przyszedł czas, by

wyznać bratu prawdę. Zakochał się w Annie i nie potrafił już bez niej żyć. Długo nie dopuszczał do

siebie  tej  myśli,  ale  teraz,  gdy  sam  przed  sobą  się  przyznał,  poczuł  się  lepiej.  Popatrzył  na  brata

z rzadką w takich momentach tkliwością i uznał, że musi zaryzykować i powiedzieć mu o wszystkim.

–  Właściwie  –  zaczął  powoli,  odstawiając  szklaneczkę  szkockiej  na  stolik.  Wstał  z  miejsca,

odwrócił się w stronę Garetta i patrząc mu prosto w oczy, powiedział: – Jest coś, o czym powinieneś

wiedzieć. Mam nadzieję, że przyjmiesz to spokojnie.

Garret momentalnie zbladł, słysząc powagę w głosie brata.

– Chyba nie jesteś chory, prawda? Wszystko w porządku?

background image

– No jasne – roześmiał się i uświadomił sobie, że śmiał się po raz pierwszy od rozstania z Anną. –

Nic z tych rzeczy, nie martw się. Chodzi o coś innego. Pamiętasz, jak powiedziałem ci, żebyś zerwał

z Anną Cameron?

–  Chciałeś  powiedzieć,  kiedy  zmusiłeś  mnie,  bym  rzucił  „łowczynię  fortun”?  Tak,  pamiętam

doskonale.

– Widzisz, ona wcale nie jest „łowczynią fortun”, jak początkowo myślałem.

Garret zmarszczył brwi.

– Interesujące. Z tego, co pamiętam, mówiłem ci to wielokrotnie.

– Wiem, wiem. Sprawy trochę się zmieniły. Zamierzałem ją dla ciebie odzyskać.

– Co takiego? – Garret aż podskoczył na sofie. – Zaraz, zaraz…

–  Zamierzałem  –  powtórzył  wyraźnie.  –  Posłuchaj,  nie  planowałem  tego  i  nie  wiem,  jak  to  się

stało, ale zakochałem się w niej.

Zamilkł, patrząc wyczekująco na brata.

– Dzięki Bogu – zawołał Garret.

– Słucham?

– Wcale nie chciałem jej odzyskiwać.

Sam poczuł się zdezorientowany. Był pewien, że brat żywi do Anny szczere uczucia.

– A ja myślałem…

– Zatem to cię gryzło przez cały czas? – zapytał, podnosząc się z miejsca. Był równie wysoki jak

Sam, choć nie tak dobrze zbudowany.

– Tak, właściwie tak.

– Wyluzuj, braciszku – oświadczył i klepnął brata po ramieniu. – Skończyłem z Anną. To znaczy,

od samego początku wiedziałem, że jest uczciwa i nie leci na pieniądze, ale zrozumiałem, że to nie

jest  dziewczyna  dla  mnie.  Wkurzało  mnie  to,  że  mówiłeś  mi,  co  mam  robić,  a  czego  nie,  zupełnie

jakbym miał dwanaście lat – uśmiechnął się tajemniczo, puszczając oko. – Cieszę się ze względu na

ciebie, Sam. Pasujesz do niej lepiej niż ja kiedykolwiek. To miła i fajna dziewczyna, ale jak dla mnie

zbyt staroświecka.

– Staroświecka? – żachnął się. – Powinienem cię sprać za to, że naopowiadałeś jej jakichś głupot.

Czy ja ci mówiłem, że jest niedojrzała?

Garret z niewinną miną rozłożył szeroko ręce.

– No co? Przecież nie mogłem jej powiedzieć, że to mnie tak ładnie określiłeś.

Sam  pokręcił  głową  z  dezaprobatą,  ale  nagle  zalała  go  fala  miłości  do  młodszego  brata.  Miał

nadzieję, że kiedyś odnajdzie swoją drogę w życiu. A czy on odnajdzie drogę do serca Anny?

– No dobra, stary, wyjaśniłeś mi wszystko, ale nadal nie wyglądasz na szczególnie ucieszonego. Co

background image

jest?

– Powiedzmy, że sprawy między mną a Anną nie układają się najlepiej.

– Rozumiem. To dlatego siedzisz tu sam i słuchasz jakichś smętnych piosenek. Nic się nie martw,

masz teraz mnie. Napijmy się jeszcze, najpierw ty mi się wyżalisz, a potem ja opowiem ci o boskiej

snowbordzistce, którą poznałem w Aspen.

– O, a jak jej na imię?

– Shania. Jest naprawdę cudowna, niezwykła, utalentowana. Ma w sobie to coś. Za dwa dni lecimy

do Genewy.

Sam przyciągnął do siebie brata szorstkim gestem i uścisnął serdecznie.

– Nie jestem już o ciebie niespokojny. Myślę, że w taki czy inny sposób odnajdziesz swoje miejsce

w życiu.

– Dzięki, Sam. Zobaczysz, poradzę sobie. A teraz opowiedz mi o Annie i wspólnie zastanowimy

się, co zrobić, żebyś ją odzyskał.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Święta się skończyły, a do sylwestra został zaledwie jeden dzień. Anna w skupieniu pracowała nad

kolejnym  zleceniem.  Mateo  Corzino,  właściciel  najlepszej  włoskiej  restauracji  na  północnym

wybrzeżu Kalifornii, poprosił, by ozdobiła ściany w lokalu. Zażyczył sobie widok sycylijskiej zatoki

z  łodziami  rybackimi,  kolorowym  piaskiem  i  regionalnymi  domami  o  rdzawych  dachach.  Pomysł

bardzo jej się spodobał. Ponieważ zlecenie było duże, wszystko wskazywało na to, że będzie zajęta

przez  kilka  tygodni.  Cieszyła  się,  bo  lubiła,  jak  pod  jej  dłońmi  powstawało  coś  pięknego

i unikalnego. Gdyby tylko potrafiła skupić się na pracy i posklejać jakoś złamane serce. Nad Crystal

Bay  zbierały  się  ciężkie,  sztormowe  chmury,  idealnie  wpisujące  się  w  nastrój,  jaki  towarzyszył  jej

od tygodnia.

Może jej ojciec miał rację? Może nowy rok przyniesie rozwiązanie problemów? W każdym razie

z  każdym  dniem,  powinno  być  jej  łatwiej  pogodzić  się  ze  stratą  Sama,  a  przynajmniej  taką  miała

nadzieję.

– Od teraz koniec – powiedziała na głos, stanowczo. – Skoncentruję się wyłącznie na pracy i nie

będę dłużej o nim rozmyślała.

Brzmiało wspaniale. Przynajmniej w teorii, bo obraz Sama nie opuszczał jej myśli ani na chwilę.

Był z nią, kiedy zasypiała i kiedy się budziła. Nie chciała martwić ojca, więc dużo energii zużywała

na odgrywanie roli zadowolonej z życia dziewczyny.

– Hej, Anno, jak leci?

Podskoczyła jak oparzona, mało nie wypuszczając z ręki pędzla.

– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.

– To ja przepraszam. Zamyśliłam się tak mocno, że nawet nie usłyszałam, kiedy wszedłeś.

Mateo popatrzył na ścianę, którą zdobił zarys sycylijskiego krajobrazu.

– To wygląda jak żywe – stwierdził z podziwem. – Nie mam pojęcia, jak to robisz.

Anna uśmiechnęła się, przyjemnie połechtana komplementem.

– A ja nie wiem, jak robisz ten niewiarygodnie pyszny sos, więc jesteśmy kwita.

– Skoro o tym mowa, chyba lepiej będzie, jak wrócę do kuchni, zanim coś przypalę. Jeśli będziesz

czegokolwiek potrzebowała, wystarczy, że zawołasz. Restauracja będzie zamknięta do obiadu, więc

nikt ci nie będzie przeszkadzał.

– Dzięki, Mateo – odparła, odprowadzając go wzrokiem. Zza drzwi kuchni dobiegało gaworzenie

jego dziecka i radosny śmiech żony.

Nagle  poczuła  się  bardzo  samotna  i  jeszcze  bardziej  nieszczęśliwa.  Z  ciężkim  westchnieniem

wróciła  do  mieszania  farb.  Pracowała  przez  kolejne  dwie  godziny  bez  wytchnienia  jak  w  transie.

W  pewnym  momencie  usłyszała  energiczne  pukanie.  Na  początku  nie  zareagowała,  przekonana,  że

background image

dobija  się  jakiś  klient,  ale  kiedy  pukanie  przybrało  na  sile,  zniecierpliwiona  odłożyła  pędzel  do

puszki i podeszła do przeszklonych, wejściowych drzwi, otwierając je na oścież.

– Clarissa? O co chodzi? Coś się stało? – Anna wciągnęła macochę do środka, zauważając, że jej

oczy były czerwone, a po policzkach płynęły łzy. – Coś z tatą?

– Nie – wydukała Clarissa, pociągając nosem.

Westchnienie ulgi wyrwało się z piersi Anny. Była przekonana, że ojciec miał co najmniej zawał.

–  To  co  się  stało,  dlaczego  płaczesz?  –  dopytywała  się,  choć  domyślała  się,  że  chodzi

o przedsiębiorstwo. A więc koniec. Dzieło życia jej ojca jest stracone.

Poprowadziła macochę do stolika i zmusiła, by usiadła na krześle. Cierpliwie czekała, aż Clarissa,

się uspokoi.

–  Płaczę  ze  szczęścia  –  wyrzuciła  z  siebie.  –  To  takie  wspaniałe…  Niezwykłe…  Nie

spodziewałam się…

Anna nic nie rozumiała z tego bełkotu. Czyżby Clarissa straciła rozum z rozpaczy?

– Przyjechałam tu, by ci przekazać dobre wieści. Wiem, jak martwiłaś się o ojca, więc powinnaś

wiedzieć… Dziękuję ci, kochanie. Nie wiem, jak tego dokonałaś, ale dziękuję.

–  O  czym  ty  mówisz?  –  Anna  powoli  traciła  cierpliwość.  –  Za  co  mi  dziękujesz?  Uspokój  się

wreszcie i mów!

Clarissa otarła chusteczką oczy i roześmiała się promiennie.

– Nie wiesz? Ty nie wiesz? Byłam pewna, że za tym stoisz, z drugiej jednak strony…

– Clarisso, wiesz, że cię kocham, ale jeśli zaraz mi nie powiesz, o co chodzi, to…

–  Oczywiście,  oczywiście,  już  mówię.  –  Złapała  pasierbicę  za  rękę  w  uroczystym  geście.  –  Sam

Hale  skontaktował  się  wczoraj  z  twoim  ojcem  i…  jego  firma  podpisała  ekskluzywny  kontrakt

z naszą!

Znów zalała się łzami, jednocześnie śmiejąc się doniośle.

–  Rozumiesz,  co  to  znaczy?  Firma  twojego  ojca  jest  uratowana.  Co  za  ulga!  Co  za  szczęście!

Musiałam tu przyjść i podziękować ci za to, co zrobiłaś.

– Sam zadzwonił do ojca?

Anna wciąż nie mogła do siebie dojść. Ta wiadomość była niewiarygodna, zaskakująca, cudowna!

Sam pomógł jej ojcu. Miała wrażenie, jakby wstępowały w nią nowe siły.

–  Tak,  zadzwonił.  Mieli  spotkanie  dziś  rano  i  w  obecności  prawnika  spisali  umowę.  Nawet  nie

wiesz, jaka to radość patrzeć na szczęście twojego ojca.

– Dlaczego Sam to zrobił?

– Nie wiem, kochanie. Myślałam, że ty za tym stoisz – odparła, ocierając z policzka łzę.

Anna sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła.

background image

– Muszę lecieć. Powiedz Mateo, że niedługo wrócę, dobrze? – zawołała do Clarissy.

– Jedziesz do Sama?

– Tak. – Musiała się dowiedzieć, dlaczego jej pomógł.

–  To  świetnie.  Nie  spiesz  się,  wyjaśnię  wszystko  Mateo.  Tylko  wróć  do  domu  na  kolację.  Twój

ojciec będzie chciał wypić toast za ten wspaniały kontrakt.

– Na pewno przyjadę – odparła i spontanicznie ucałowała Clarissę w policzek.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Sam  stał  w  swoim  domowym  biurze,  zapatrzony  w  pierzaste  fale  oceanu,  stworzone  z  pasją

i niewątpliwym talentem przez Annę. Tak bardzo za nią tęsknił, a tylko to mu pozostało. Malowidło

na  ścianie  imitujące  widok  z  okna.  Powinien  się  czymś  zająć,  odwrócić  uwagę  od  niechcianych

myśli, zapomnieć…

– Wiedziałam, że cię tu znajdę.

Zza pleców dobiegł go ciepły, aksamitny głos. Należał do niej. Do kobiety, za którą tęsknił, której

rozpaczliwie potrzebował.

Odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Ubrana była w ciemne spodnie i luźną, białą koszulę. Jeszcze

nigdy nie wydawała mu się tak piękna i pociągająca. Pragnął jej każdym nerwem swego ciała.

– Masz farbę na policzku – powiedział z czułością, pieszcząc wzrokiem jej twarz.

– Pracowałam – wyjaśniła szybko. – Wiem, co zrobiłeś.

– I co w związku z tym?

– I chciałabym wiedzieć dlaczego?

– Wiesz dlaczego – odparł krótko. Po spotkaniu z Dave’em Cameronem wiedział, że prędzej czy

później zobaczy Annę, ale nie był pewien, jak zareaguje. Była dumną kobietą, między innymi dlatego

się w niej zakochał.

– Nie wiem. Nie rozumiem twojego zachowania. Powiedz mi, dlaczego pomogłeś mojemu ojcu.

– Bo cię kocham! Nie odbierałaś ode mnie telefonu, wiedziałem, że nie chcesz mnie widzieć, więc

to był jedyny sposób, by ci to udowodnić.

– Sam…

–  To  nie  wszystko  –  przerwał  jej,  podchodząc  bliżej.  –  Twój  ojciec  jest  dobrym  człowiekiem

i kontrakt z nim przysłuży się nam obydwu, ale głównym motorem moich działań byłaś ty. Zrobiłem to

z twojego powodu. Zrobiłem to dla ciebie.

Ponieważ milczała, dodał szybko:

–  Niczego  od  ciebie  nie  oczekuję.  Nie  jesteś  mi  nic  winna.  Do  diaska,  nie  oczekuję  nawet,  że

uwierzysz, że cię kocham, ale to prawda.

Gdy w dalszym ciągu nie odpowiadała, nie wytrzymał i chwycił ją za ręce.

– Zrobię dla ciebie wszystko, Anno. Wybacz mi.

Wtedy przywarła do niego całym ciałem, oplatając ramionami szyję.

– Sam, kocham cię. Tak bardzo cię kocham.

–  Boże  –  wyszeptał  i  przywarł  wargami  do  jej  warg.  Całował  ją  długo,  zachłannie,  namiętnie,

jakby nie mógł się nią nacieszyć.

–  To,  co  zrobiłeś  dla  mojego  ojca  –  zaczęła,  próbując  zaczerpnąć  tchu.  –  Nie  musiałeś.  Nie

background image

oczekiwałam tego.

– Wiem – odparł i pocałował ją drugi raz. Potem trzeci. – Zrobiłem to, żeby cię uszczęśliwić.

– Ty mnie uszczęśliwiasz, Sam. Tylko ty.

– Cieszę się, bo musisz wiedzieć, że nie pozwolę ci odejść. Już nigdy nie chcę być sam, bez ciebie.

– Nigdy – powtórzyła, całując go w usta.

– Czy wiesz, że dziś przyszedłem tu po raz pierwszy, odkąd się rozstaliśmy? Nie mogłem patrzeć

na to malowidło, nie myśląc o tobie. Nie mogłem patrzeć na węża, bo przypominał mi, że byłem tak

głupi i pozwoliłem ci odejść.

– Zamaluję tego węża – zaproponowała, głaszcząc ciepły policzek Sama.

– Nie, powinien zostać, żebym nie zapomniał.

– O czym?

– Jak byłem bliski utraty ciebie. Już nigdy do tego nie dopuszczę.

Uśmiechnęła się przez łzy, wzruszona i uszczęśliwiona.

– Wyjdziesz za mnie?

– Tak. – Nie musiała się nawet zastanowić nad odpowiedzią. Pytać siebie samej, czy jest pewna.

Sam był jej mężczyzną. Należał do niej od pierwszej chwili. – Tak, wyjdę za ciebie.

Uniósł jeden kącik ust w uśmiechu, który tak bardzo kochała.

– Właśnie taką odpowiedź chciałem usłyszeć.

Jego ręce wtargnęły pod bluzkę w poszukiwaniu piersi. Anna poczuła przyjemne łaskotanie w dole

brzucha  i  już  miała  poddać  się  pieszczotom,  gdy  nagle  przypomniała  sobie  o  niedokończonej  pracy

u Mateo.

– Och, nie mogę teraz. Muszę wracać, wyszłam tylko na chwilę.

Sam pocałował ją, ale po chwili cofnął się.

– W porządku. Mamy całą noc, by świętować.

Wtedy przypomniała sobie także o obietnicy złożonej Clarissie.

– Och, nie gniewaj się, ale dziś powinnam być w domu. Tata koniecznie chciał świętować ocalenie

firmy. Przyjdziesz, dobrze? Będziemy mogli ogłosić radosną nowinę.

– Kolacja z twoją rodziną? Niech tak będzie. I tak miałem porozmawiać z twoim ojcem, ale potem

jesteś moja.

–  Oczywiście.  –  Nie  mogła  się  już  doczekać.  Pragnęła  tylko  znów  zatonąć  w  jego  ramionach,

słuchać, jak mówi, że ją kocha.

– Po kolacji wrócimy do mnie, usiądziemy pod choinką z butelką wina i rozpakujemy prezenty.

– Rozpakujemy prezenty?

Przyciągnął ją do siebie i patrząc w oczy, zaczął powoli, na próbę odpinać guziki koszuli.

background image

–  Ach,  to  masz  na  myśli  –  zaśmiała  się,  podekscytowana.  –  Świetny  pomysł.  To  będzie  nasza

tradycja.

–  Widzę,  że  się  rozumiemy.  –  Mrugnął  do  niej  łobuzersko.  –  Chodź,  odwiozę  cię  do  Mateo.  Nie

chcę, żebyś zmokła.

Anna wspięła się na palce i uścisnęła go mocno.

– Deszcz? Jaki deszcz? Ja widzę jedynie błękitne niebo i tęczę.

Sam oplótł ją ramionami, delektując się szczęściem, które wypełniło ich oboje.

– Szczęśliwego Nowego Roku, Anno.

– Szczęśliwego Nowego Roku, Sam.

background image

Sandra Hyatt

Powrót do rezydencji

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gwar radosnej paplaniny i beztroskich chichotów niespodziewanie ustał.  W  salonie  słychać  było

jedynie  dźwięczny  baryton  Binga  Crosby’ego,  który  rzewnie  wyśpiewywał  stary  szlagier Będę

w domu na święta, oraz trzask drew w kominku.

Meg  Elliot,  skonsternowana  nagłą  ciszą,  odwróciła  się  powoli,  uważając,  by  nie  zniszczyć

piramidy tarteletek ułożonych misternie na srebrnej tacy, którą trzymała w dłoniach, i stanęła twarzą

w twarz z obcym mężczyzną. Gwoli ścisłości: twarzą w klatkę piersiową. Musiała wysoko zadrzeć

głowę,  by  zobaczyć,  kim  jest  nieznajomy.  Miał  ciemne  faliste  włosy,  gładkie  ogolone  policzki

i opaloną skórę. Zbyt opaloną, jak na tę porę roku, w zaśnieżonym Lake Tahoe. Z całą pewnością nie

była  to  typowa  opalenizna  narciarza.  Największy  niepokój  wzbudzały  zaś  jego  oczy.  Wyjątkowo

jasne,  przeszywające,  zimne.  Znała  te  oczy,  ale  nie  znała  mężczyzny.  W  przeciągu  ostatnich  kilku

miesięcy spotykała wielu ludzi, więc miała prawo nie pamiętać tej twarzy. Problem polegał na tym,

że  takiego  mężczyzny,  wyjątkowo  przystojnego,  nietuzinkowego,  imponującego,  na  pewno  by  nie

zapomniała.

Jak  się  tu  dostał?  Przecież  Cezar,  stróżujący  pies,  alarmował  głośnym  szczekaniem,  gdy

ktokolwiek, nawet ktoś z przyjaciół, wchodził do domu. Zdała sobie sprawę, że jej goście obserwują

ją w napięciu i czekają. Na co, u licha? Kim jest ten człowiek? Patrzył na nią bez słowa, a po chwili

uniósł  głowę  i  skupił  wzrok  na  okazałym,  kryształowym  żyrandolu  przyozdobionym  jemiołą.  Meg

bezskutecznie  przeszukiwała  archiwa  pamięci,  by  zidentyfikować  nieznajomego.  Mężczyzna

ponownie zwrócił się do niej, wziął tacę z jej rąk i odstawił na przyozdobiony świątecznie stół za jej

plecami. Uśmiechnął się lekko, jakby znajomo. Wtedy pojawił się jakiś przebłysk wspomnienia.

– Luke? – wyszeptała.

Z uśmiechem i spokojem obserwował jej zaskoczoną minę. Obiema dłońmi ujął jej twarz.

– Cześć, kochanie. Wróciłem – powiedział miękko i pochylił nisko głowę. Meg, zbyt zaskoczona,

by zareagować, poczuła na swoich ustach ciepłe wargi. W jego pocałunku był głód i chęć dominacji.

Nie potrafiła zareagować. Nie mogła pozwolić sobie na to, by zareagować.

Mężczyzna  wsunął  palce  w  jej  włosy,  we  władczym  geście,  ale  po  chwili  gwałtowny  pocałunek

złagodniał, stał się czuły i delikatny. Z zakamarków pamięci wyłowiła niejasne wspomnienie. Tylko

raz  ją  całował.  Pamiętała  smak  oszołomienia  i  cudownej  obietnicy.  Tak,  obietnicy,  którą  potem

złożył. Kiedy zaczęła odwzajemniać pocałunek, on nagle oderwał od niej usta i cofnął się, jak gdyby

to ona była inicjatorką, a on musiał zachować dystans, by nie doszło do tego ponownie.

Jak  przez  mgłę  usłyszała  radosny  aplauz  za  plecami.  W  sekundę  wróciła  do  rzeczywistości,  do

stanu  tu  i  teraz.  Jej  goście,  głównie  członkowie  komitetów  charytatywnych,  byli  świadkami

interesującego przedstawienia. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.

background image

– Nie przedstawisz mnie, kochanie? Rozpoznaję tylko kilka znajomych twarzy.

–  Proszę  o  uwagę.  –  Z  jej  gardła  wydobył  się  zachrypnięty  głos,  który  sprawił,  że  mężczyzna

uśmiechnął się drapieżnie. – To Luke Maitland. Mój mąż.

To,  co  działo  się  później,  rozpłynęło  się  niczym  niewyraźna  plama:  uściski,  gratulacje,

wypowiadane półgłosem uwagi, aż wreszcie stwierdzenia, że Meg z pewnością będzie chciała teraz

zostać sama ze swoim mężem, po jego niespodziewanym powrocie. Nie minęło kilka minut, jak stali

w  pustym  salonie.  Jego  salonie.  Taca  ze  smakołykami  w  dalszym  ciągu  prezentowała  się  jak

efektowna  królowa  na  okrągłym  stoliczku,  Bing  Crosby  wciąż  wyśpiewywał  zalety  świąt  Bożego

Narodzenia, ale nic już nie było takie samo. Te oczy… Jak to się stało, że nie rozpoznała go od razu?

Przestępując z nogi nad nogę, postanowiła przełamać krępujące milczenie.

– Wyglądasz… lepiej.

Kiedy  widziała  go  ostatnim  razem,  leżał,  blady  i  nieogolony,  na  prowizorycznym  łóżku,  na

indonezyjskiej  wyspie.  Teraz  ani  trochę  nie  przypominał  tamtego  wymizerowanego  pacjenta,  który

syczał z bólu, ilekroć próbował podnieść głowę. To dlatego ten pełen wigoru, przystojny, umięśniony

mężczyzna  wydał  jej  się  zupełnie  obcy.  To  dlatego  Cezar  nie  zaalarmował  jej  szczekaniem.  Pan

wrócił do domu.

– Rozczarowana? – spytał cicho.

– Nie! Jak możesz w ogóle coś takiego sugerować? To dobrze, że masz się lepiej. Nie wiedziałam,

gdzie jesteś. Nie mogłam cię znaleźć. Już myślałam, że nie żyjesz.

–  No  właśnie.  Może  wcale  nie  wyszłabyś  na  tym  źle  –  stwierdził,  rozglądając  się  znacząco  po

salonie.

Meg nie była pewna, czy mówi to, by jej dokuczyć, czy też stwierdza niezaprzeczalny fakt. Kiedyś

spędzili  ze  sobą  tylko  kilka  dni,  ale  miała  wrażenie,  że  między  nią  a  jej  cierpiącym  i  chorym

pacjentem wytworzyła się więź. Pomimo bólu potrafił sprawić, że się śmiała i zawsze patrzył na nią

ciepło i serdecznie. Mężczyzna, którego pamiętała, nie miał nic wspólnego z tym, który pojawił się

na przyjęciu – zimnym, podejrzliwym i pełnym rezerwy.

–  To  nieprawda  –  powiedziała  spokojnie.  –  Nigdy  nie  życzyłam  ci  źle  i  twoja  śmierć  wcale  by

mnie nie ucieszyła.

–  Nie  wyglądało  na  to,  byś  jakoś  szczególnie  cierpiała  z  powodu  mojej  nieobecności.  Przyjęcie,

goście, świąteczne ozdoby. Masz mój dom. Niedługo przekonasz się, że jest jeszcze dużo więcej do

otrzymania.

Wtedy,  gdy  leżał,  wyczerpany  gorączką  na  łóżku,  opowiadał  jej,  jak  bardzo  chce  przekazać  swój

rodzinny dom komuś, kto doceni jego piękno. Kiedy za niego wychodziła za mąż, nie miała pojęcia,

że  „rodzinny  dom”  jest  w  rzeczywistości  luksusową  posiadłością,  położoną  na  obrzeżach  Lake

background image

Tahoe,  z  basenem,  siłownią,  salą  posiedzeń  i  biblioteką  pełną  cennych  woluminów.  Nie  zdawała

sobie sprawy, jak bardzo zamożny jest jej poślubiony w nietypowych okolicznościach mąż.

Podeszła do kominka, patrząc przez chwilę w płomienie pożerające drewno.

– Nie masz prawa tak tu po prostu przychodzić…

– Nie miałem prawa przyjść do własnego domu?

Odwróciła się gwałtownie w jego stronę.

– Przychodzić tu – kontynuowała – i oskarżać mnie o… O co właściwie mnie oskarżasz?

–  O  nic  –  odparł  pozbawionym  emocji  głosem,  tym  samym  potwierdzając  zgłaszane  pod  jej

adresem, niesprecyzowane pretensje.

– Luke, to był twój pomysł. Praktycznie zażądałeś, żebym za ciebie wyszła. Byłeś zdesperowany,

pamiętasz?

– Pamiętam doskonale.

–  Groziłeś,  że  jeśli  ja  za  ciebie  nie  wyjdę,  oświadczysz  się  pierwszej  lepszej  kobiecie,  która

wejdzie do sali. Mówiłeś, że wyświadczę ci w ten sposób przysługę.

Teraz  wydawało  jej  się  to  czystym  absurdem.  Jaką  korzyść  mógłby  mieć  przystojny  milioner

stojący  na  czele  jednej  z  największych  instytucji  charytatywnych  na  świece  z  poślubienia  jej,

zwykłej, przeciętnej dziewczyny, prostej pielęgniarki.

Luke  podszedł  do  kominka,  oparł  dłoń  na  wystającym  gzymsie  i  zapatrzył  się  w  płomienie.

Uśmiech  pojawił  się  na  jego  wargach  i  natychmiast  zgasł,  jakby  go  cieszył  i  jednocześnie  martwił

powrót  do  domu.  Meg  sama  nie  wiedząc,  co  z  sobą  począć,  odeszła  na  bok,  w  stronę  drzwi.

Potrzebowała  przestrzeni,  powietrza,  oddechu.  Pragnęła  pójść  do  swojej  sypialni  i  spokojnie

przemyśleć wydarzenia z dzisiejszego wieczoru. Powrót Luke’a wszystko zmieniał.

– Pewnie jesteś zmęczony. – Nie miała pojęcia, skąd przyjechał ani jak długo trwała podróż, ale

było już późno, a jego oczy zdradzały chęć odpoczynku, więc zaryzykowała. – Możemy porozmawiać

jutro. Teraz nie jest najlepszy czas na poważne dyskusje.

Luke natychmiast podszedł do niej, zastawiając wyjście.

– Masz rację, jestem zmęczony. – Popatrzył na nią, okręcając sobie wokół palca jeden z kosmyków

włosów wijących się wokół jej twarzy. – Nasze łóżko jest pościelone?

Meg oniemiała.

– Jak to „nasze”?

Na pewno żartował albo poddawał ją jakiejś próbie. Przecież ich ślub był jedynie umową, niczym

więcej. Umową, która miała wygasnąć z chwilą, gdy powróci do domu.

– Nie rób takiej miny, jakbym zamierzał cię zjeść. Czerpiesz duże korzyści z bycia moją żoną, więc

to chyba normalne, że ja również chcę mieć jakąś korzyść z bycia twoim mężem.

Odepchnęła jego rękę i cofnęła się przestraszona.

background image

–  Już  skorzystałeś  na  tym  małżeństwie  –  odparła,  zadzierając  dumnie  głowę.  –  Dzięki  mnie  nie

wprowadził się do tego domu twój brat.

– Przyrodni brat – skorygował odruchowo. – Nie taką korzyść miałem na myśli.

– Owszem, miałeś, kiedy się ze mną żeniłeś. Zależało ci tylko na tym, by Jason nie przejął domu.

To dlatego oświadczyłeś się nieznajomej dziewczynie.

– Nieznajomej dziewczynie o najdelikatniejszych dłoniach. – Meg znieruchomiała. – To te dłonie

mnie pielęgnowały i sprawiły, że mniej bolało. Pamiętasz? Nie odstępowałaś mojego łóżka na krok.

Nagła  zmiana  w  jego  głosie,  pewien  rodzaj  czułości,  z  jaką  na  nią  patrzył,  wprawił  ją

w  zakłopotanie  i  zachwyt  jednocześnie.  Poczuła  się  niepewnie.  Nie  wiedziała,  czego  może  się

spodziewać po tym dominującym mężczyźnie.

– Masz mi wiele do wyjaśnienia. – Chrząknęła, próbując sprowadzić rozmowę na bezpieczne tory.

–  Gdzie  się  podziewałeś?  Dlaczego  wcześniej  nie  dałeś  znaku  życia?  Mogłeś  zadzwonić!  Nie

wiedziałam, co się dzieje, ludzie pytali, a ja…

– Już zaczynasz mnie dręczyć? – ziewnął, demonstrując zmęczenie.

– Chyba mam prawo zadawać pytania.

– Ja też mam kilka pytań do ciebie.

– To zrozumiałe. Proponuję, żebyśmy poszli spać, a rano spokojnie sobie porozmawiamy. Skrzydło

dla gości jest po tej stronie – dodała, wskazując prawy korytarz.

Roześmiał się głośno, jak gdyby usłyszał wyśmienity żart.

–  Wiem,  gdzie  jest  skrzydło  dla  gości.  Nie  rozumiem  tylko,  jak  możesz  proponować  mi  gościnny

pokój w moim własnym domu.

–  Przepraszam,  ale  ja  zajęłam  twoją  sypialnię.  Wiem,  nie  powinnam  była  tego  robić.  Rano

pozbieram swoje rzeczy, a póki co proponuję ci gościnny pokój.

Przez te kilka samotnych miesięcy, jakie tu spędziła, często wyobrażała sobie, jak będzie wyglądał

powrót Luke’a do domu. Z całą pewnością nie spodziewała się, że jego pojawienie się już na zawsze

zburzy jej spokój.

Luke nie odrywał wzroku od błękitnych oczu żony. Dawniej nie musiał namawiać żadnej kobiety,

żeby  zechciała  pójść  z  nim  do  łóżka.  Co  prawda  ostatnio  wyszedł  z  wprawy,  ale  miał  nadzieję,  że

Meg  przynajmniej  rozważy  jego  propozycję,  a  tymczasem  wydawała  się  wręcz  przerażona.  Już  za

długo żył w celibacie.

Leżąc w szpitalu marzył o tej kobiecie. Wiele z tych marzeń było produktem delirium. Wiele, ale

nie wszystkie. Pozostałe wynikały ze starego jak świat pożądania. Wciąż jednak nie był pewien, czy

słabość  do  Meg  jest  czymś  głębokim  i  trwałym,  czy  też  efektem  zbiegu  okoliczności.  Uczucie

pacjenta do pielęgniarki nie było niczym nowym. Był chory, słaby, samotny i w obcym kraju, a ona

background image

taka śliczna i opiekuńcza dawała mu nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.

Kim  była  kobieta,  którą  poślubił?  Nie  miał  pojęcia.  Co  za  ironia.  Całe  życie  trzymał  ludzi  na

dystans, a teraz miał żonę, którą ledwie znał.

Wyciągnął  dłoń,  aby  raz  jeszcze  dotknąć  jej  włosów,  ale  powstrzymała  go,  chwyciwszy  za

nadgarstek.

– Boisz się mnie, Meg?

Czuł jej zapach. Delikatny, kwiatowy, rozpraszający.

– A powinnam? – Puściła jego rękę.

– A jak myślisz?

Sam nie wiedział, dlaczego ją prowokuje. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin przespał

może dwie czy trzy. Marzył, by się położyć, wszystko jedno gdzie, i zamknąć oczy. Wrócił do domu,

bez  specjalnych  oczekiwań,  i  wcale  nie  zamierzał  na  dzień  dobry  zaogniać  relacji  z  dziewczyną,

która po prostu spełniła jego życzenie.

– Myślę, że nie.

– Jesteś pewna? – dopytywał się dwuznacznie.

– Myślę, że z jakichś perwersyjnych powodów chcesz, żebym się ciebie bała. Mężczyzna, którego

poznałam w szpitalu był inny, miły i dobry.

– Do tego słaby, chory, z gorączką czterdzieści stopni – stwierdził prześmiewczo. – Dziewczyno,

nie byłem sobą.

– Pewne rzeczy się nie zmieniają.

– A inne zmieniają się zupełnie, pani Maitland.

Dziwne.  Nagle  zrozumiał,  że  naprawdę  ma  żonę,  choć  przysięgał  sobie,  że  nigdy  nie  weźmie  na

siebie takiego ciężaru. To dlatego rozpadł się jego poprzedni związek.

–  Nie  jestem  panią  Maitland  –  zaprotestowała  gwałtownie.  –  Nigdy  nie  przyjęłam  twojego

nazwiska. To nie byłoby w porządku.

Nie był pewien, czy poczuł ulgę, czy też rozczarowanie.

– Nazwiska nie przyjęłaś. Tylko mój dom, moje pieniądze, moje życie.

– Daj spokój. Sam tego chciałeś, a teraz zaczepiasz mnie bez powodu. Idź spać.

– To chodź ze mną. – Tak naprawdę nie miał siły już na nic poza snem, ale ona o tym nie wiedziała.

– Tak długo spałem zupełnie sam.

– Luke… – Wypowiedziała jego imię z frustracją i zniecierpliwieniem.

– Wtedy, w szpitalu, zwracałaś się do mnie innym tonem. – Pamiętał, jak tkliwie mówiła do niego,

przekonana,  że  zasnął.  Ale  nawet  gdy  był  przytomny,  jej  głos  był  pewien  czułości  i  ciepła.  –

Marzyłem, że znów zwrócisz się do mnie jak dawniej.

– Najpierw moje dłonie, teraz głos. Czy jest jeszcze jakaś część ciała, o której marzysz?

background image

Luke uśmiechnął się tajemniczo.

– Nie chcesz tego wiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Luke  przebudził  się  w  szerokim,  miękkim  łóżku.  Otworzył  oczy  i  rozejrzał  się  wokoło.

Miniaturowa, pięknie przystrojona choinka stała na toaletce. Święta?

Wróciły niejasne, mgliste wspomnienia z poprzedniej nocy. Wrócił do domu, zmęczony jak nigdy,

spotkał  w  nim  Meg,  kobietę,  którą  poślubił  w  desperacji  i  gniewie.  Pamiętał  także  jemiołę

zawieszoną  na  kryształowym  żyrandolu  i  donośny  stukot  obcasów,  gdy  Meg  uciekała  przed  nim  na

piętro.

Odrzucił na bok ciepłą jeszcze pościel, podszedł do okna i gwałtownym ruchem rozsunął ciężkie

zielone  kotary.  Jakże  marzył  o  tej  chwili.  Były  momenty,  gdy  naprawdę  się  bał,  że  nie  uda  mu  się

wyzdrowieć i wrócić. Za oknem rozciągał się wspaniały widok na rozległe jezioro i majaczące się

na  horyzoncie  góry.  Ciężkie,  stalowoszare  chmury  zwiastujące  opady  śniegu  wisiały  nisko  nad

ziemią, nie dając jednak najmniejszej wskazówki co do pory dnia.

Wykrzywił  usta  w  lekkim  grymasie,  rozciągając  ramię,  które  jeszcze  nie  tak  dawno  stałoby  się

przyczyną  jego  śmierci.  Lekkie,  wydawałoby  się  niegroźne  zranienie,  w  gorącym  i  wilgotnym

klimacie rozwinęło się w infekcję. Jak się okazało – bardzo groźną infekcję, a na wyspach Indonezji

nie tak łatwo było o antybiotyk, którego potrzebował. Pojechał tam tylko po to, by wypełnić prośbę

zmarłej  przed  rokiem  matki.  Wiele  razy  nalegała,  żeby  przyjrzał  się  z  bliska  pracom  w  założonej

przez  nią  fundacji  charytatywnej,  której  filie  działały  w  wielu  odległych  miejscach.  Wizyta  na

wyspach Indonezji pomogła mu odkryć dwulicowość jego przyrodniego brata, więc nie żałował tej

podróży, pomimo że o mało nie przypłacił jej życiem. Poza tym spotkał tam Meg, poślubił ją, a teraz

miał  się  z  nią  rozwieść.  Jego  żona…  Meg  Maitland,  nie,  nie,  jakoś  inaczej.  Meg…?  Nawet  nie

pamiętał jej nazwiska.

Lepiej będzie, jeśli wezmę prysznic, zamiast stać tu i rozmyślać, nie wiadomo o czym, pomyślał.

Piętnaście  minut  później  zszedł  do  kuchni  w  poszukiwaniu  czegoś  do  zjedzenia.  Na  szczęście

spiżarnia okazała się świetnie zaopatrzona, co musiało być niewątpliwie zasługą jego żony. Słysząc

kroki, odwrócił się za siebie, stając oko w oko z Meg. Miała na sobie ciemne, dopasowane dżinsy

i  miękki  czerwony  sweter.  Wyglądała  ślicznie  i  tak  niewinnie,  jak  gdyby  wciąż  jeszcze  wierzyła

w Świętego Mikołaja. Pozory mogły jednak mylić. Miał wiele pytań i zamierzał jeszcze tego samego

dnia  uzyskać  na  nie  odpowiedź.  Poprzedniej  nocy  nie  zachował  się,  jak  powinien,  czego  teraz

żałował. Ale nie zamierzał przepraszać za tamten pocałunek. To mogła być jedyna i niepowtarzalna

okazja,  więc  skorzystał.  Niedługo  Meg  zniknie  z  jego  domu  i  życia.  Uzgodnili,  że  jeśli  uda  mu  się

przeżyć, przeprowadzą rozwód.

– Jeśli chcesz podam ci obiad – zaproponowała.

– Obiad? Zwykle zaczynam dzień od śniadania.

background image

Uśmiechnęła się łagodnie.

– Po południu zwykle podaje się obiad.

Pamiętał ten uśmiech. Pamiętał, jak często i łatwo igrał na jej twarzy, jak wówczas lśniły jej oczy,

przypominając  mu  błękit  jeziora  z  rodzinnych  stron,  za  którymi  tęsknił,  rzucając  się  w  gorączce  na

posłaniu  w  prowizorycznym  szpitalu.  Kiedy  pojawiała  się  przy  łóżku,  jej  delikatny  nieśmiały

uśmiech działał znieczulająco na wszelkie dolegliwości.

– Chyba żartujesz! Jest już tak późno?

Trudno mu było w to uwierzyć. Oczywiście, był wczorajszej nocy wykończony, ale… Rozejrzał się

po kuchni w poszukiwaniu zegara ściennego. Wskazówki pokazywały godzinę pierwszą czterdzieści.

– Musiałeś być bardzo zmęczony – stwierdziła usprawiedliwiającym tonem.

Pokiwał głową w zamyśleniu.

– Usiądź, zrobię ci kanapkę.

Czyżby  próbowała  go  zmiękczyć?  Oczarować?  Ująć  dobrocią,  wyświadczając  mu  przysługę

w jego domu? W jego życiu? Miała w tym jakiś cel?

Najwyraźniej mimowolnie na jego wargach pojawił się cyniczny uśmiech, bo przewróciła oczami

i zawołała zniecierpliwiona:

– Na litość boską, siadaj wreszcie i nie rób takiej miny. Spokojnie, nie zamierzam cię otruć i nie

oczekuję  niczego  w  zamian.  Proponuję  ci  tylko  kanapkę.  Wyglądasz  co  prawda  dużo  lepiej  niż

w  Indonezji  i  lepiej  niż  wczoraj  wieczorem,  ale  i  tak,  jeśli  mam  być  szczera,  daleko  ci  do  stanu

idealnego.

Luke uśmiechnął się, tym razem szczerze, i zajął wysoki stołek przy blacie barowym. W milczeniu

obserwował, jak Meg biega po kuchni, otwierając i zamykając lodówkę i szafki. Nie pytała, co lubi

albo czego nie jada, i bardzo dobrze, bo było mu wszystko jedno. Był głodny jak wilk. Jeszcze nigdy

żadna  kobieta  nie  krzątała  się  po  jego  kuchni.  Nie  był  pewien,  czy  mu  się  to  podoba,  czy  też  nie.

Przyglądał się jej delikatnym długim placom, cienkim przegubom rąk, wdzięcznym ruchom. Po chwili

wahania stwierdził, że jej obecność tutaj wcale nie jest taka zła.

– Dziękuję – powiedział, gdy postawiła przed nim talerz.

Ta  prosta  kurtuazja  zaskoczyła  ją.  Nie  należał  do  szczególnie  czarujących  mężczyzn  ani

wczorajszej nocy, ani tego ranka.

– Dziękuję – powtórzył, gdy obok talerza z kanapkami postawiła kubek gorącej czarnej kawy.

Na  krótką  chwilę  ich  spojrzenia  skrzyżowały  się  i  w  tym  momencie  oboje  mieli  wrażenie,  że

pojawiła się wątła nić porozumienia.

– Nie ma za co – odparła nonszalancko. – Na zdrowie. Wciąż pijesz czarną, prawda?

Obserwował,  jak  podchodzi  do  radia,  aby  znaleźć  stację  nadającą  kolędy.  Włosy  miała

background image

rozpuszczone,  więc  gęste  pukle  spływały  na  plecy  i  ramiona.  Dopiero  teraz  miał  okazję  zobaczyć,

jakie  są  długie  i  piękne.  W  Indonezji,  z  praktycznych  względów,  nosiła  je  spięte  i  schowane  pod

czepkiem.  Zeszłej  nocy  też  były  lekko  splecione  na  karku,  choć  wiele  krótkich  kosmyków  wiło  się

przy twarzy i szyi. Przypomniał sobie, jakie były miękkie i przyjemne w dotyku. Bzdura, żachnął się

w duchu. Włosy jak włosy. Nie chciał wiedzieć, jakie są. Co go to obchodziło? Jedyne, czego chciał,

to by jego życie wróciło do normy. A to wykluczało posiadanie żony.

Meg również zrobiła sobie kawę i oplatając kubek palcami, usiadła po drugiej stronie stołu.

– Byłeś głodny? – bardziej stwierdziła, niż zapytała, gdy w kilka minut opróżnił talerz.

– Bardzo – potwierdził. – Tęskniłem za takim jedzeniem.

– Mogę zrobić jeszcze albo podać ci owoce.

– Meg, to jest mój dom, sam się mogę obsłużyć.

– To powiedz mi… – zaczęli jednocześnie.

– Ty pierwszy – pospieszyła Meg.

– Dobrze. Chciałbym wiedzieć, jak spędziłaś trzy ostatnie miesiące.

– Zwyczajnie. Opuściłam wyspę i przyjechałam tutaj. Zajęło mi trochę czasu, by przekonać Marka

o prawdziwości moich słów. Nie wierzył nawet w list podpisany twoją ręką, twierdząc, że mogłeś

zostać do tego zmuszony. Dopiero historyjka o domku na drzewie przesądziła sprawę. Powiedział, że

nigdy  nie  opowiedziałbyś  tego  nikomu,  komu  byś  nie  ufał,  nawet  gdyby  celowano  do  ciebie

z pistoletu.

– Jesteś teraz jedyną osobą poza mną i Markiem, która zna tę historię.

– Mam usta zamknięte na siedem pieczęci. Mark był wspaniały. Wszystko załatwił i wytłumaczył

twoim  znajomym  moją  obecność  tutaj.  Wyobraź  sobie,  że  nikt  się  nie  zdziwił,  bo  wiedzieli,  jak

bardzo chronisz swoją prywatność, i że nie jesteś zbyt wylewny.

Luke  zasępił  się.  Miły,  pomocny,  inteligentny  Mark.  Gdyby  nie  wrócił,  pewnie  jeszcze  bardziej

zbliżyliby się do siebie. Byłaby z nich ładna para. Ta myśl go drażniła.

– Chcesz się przejść? – Musiał wyjść na zewnątrz, poruszać się.

Niepotrzebnie się zdenerwował. Powinien pamiętać, kto jest jego prawdziwym przyjacielem. Nie

miał ich wielu, ale z całą pewnością Mark się do nich zaliczał. A co z Meg? Chciał jej zaufać, ale, na

Boga,  przecież  w  ogóle  jej  nie  znał,  jeśli  nie  liczyć  tych  kilku  dni  w  Indonezji,  gdy  i  tak  przez

większość  czasu  leżał  albo  nieprzytomny,  albo  zmęczony  i  obolały.  Właściwie  dlaczego  za  niego

wyszła? Z autentycznej dobroci i litości nad umierającym czy też miała w tym jakiś interes?

– Oczywiście, z chęcią się przejdę – odparła, podążając za nim do drzwi.

Otworzył dwuskrzydłową szafę w holu, ciekawy, czy jeszcze wisi tam jego stara kurtka. Wisiała.

Na tym samym wieszaku co zawsze. Nie pozbyła się jego rzeczy. Zajęła sypialnię, ale to była jedyna

zmiana, jaką wprowadziła w jego domu, nie licząc choinki w salonie.

background image

–  Jason  cię  nie  niepokoił?  –  spytał,  gdy  szybkim  krokiem  szli  w  stronę  bramy  wjazdowej.  Był

przekonany, że przyrodni brat nie tracił czasu. Jak mógł się tak co do niego pomylić?

Meg zawahała się.

– To zależy, co przez to rozumiesz – zaczęła ostrożnie.

– Czyli jednak nie dał ci spokoju?

–  Bardzo  często  tu  przychodził.  Z  początku  był  bardzo  podejrzliwy,  wręcz  wrogi.  Nieustannie

wypytywał o nasze relacje, małżeństwo. Chyba nie bardzo wierzył w nasz ślub. Może był zły, że nie

mógł uczestniczyć w ceremonii? O, Cesar!

W  ich  stronę  biegł  wielki  kudłaty  pies,  poszczekując  wesoło.  Dopadł  do  nich,  dopraszając  się

uwagi i rytualnego głaskania. Meg przykucnęła przy nim, a ten natychmiast przewrócił się na grzbiet,

sugerując, że pieszczoty będą mile widziane. Luke stwierdził, że wierny towarzysz wszystkich jego

pieszych  wędrówek  miał  zwykle  więcej  godności,  ale  z  rozbawieniem  przyglądał  się,  jak  Meg

głaszcze ciepły brzuch zwierzęcia. Znów zwrócił uwagę na jej piękne, delikatne dłonie. Przez chwilę

wyobraził sobie te dłonie na swoim ciele… Nie, nie powinien o tym myśleć.

– Z tego, co mówił Jason – kontynuowała Meg – wywnioskowałam, że nie jestem w typie kobiet,

z jakimi zazwyczaj się umawiałeś.

– Oczywiście, że nie. Jesteś niższa. – Meg ledwie sięgała mu do brody. Ostatnią kobietą, z jaką się

spotykał, była Melinda, olśniewająca modelka.

– Poznałam twoją poprzednią dziewczynę.

– Naprawdę? – Nie wydawał się poruszony tą informacją.

– Zjawiła się tu pewnego dnia, a kilka minut później przyjechał też Jason. Powiedział jej, że jestem

twoją  żoną,  choć  przypuszczam,  że  jakieś  plotki  musiały  dotrzeć  do  niej  już  wcześniej.  W  każdym

razie Jason przedstawił mi ją jako twoją byłą dziewczynę.

– Powiedziała coś?

– Nie, po prostu uśmiechnęła się.

– To dobrze. – Melinda zerwała z nim na kilka miesięcy przed jego wyjazdem do Indonezji. Nie

miała powodu być zmartwiona.

– To nie był wesoły uśmiech – przypomniała sobie Meg.

– Ach tak?

– Wiem, że to nie moja sprawa, ale dlaczego się rozstaliście?

Zawahał się na moment, jakby wstydził się prawdy.

– Bo nie chciałem się żenić – stwierdził krótko.

– To by tłumaczyło ten „niewesoły uśmiech”.

– Tak przypuszczam.

background image

– Ona jest bardzo piękna.

Luke  nie  mógł  zaprzeczyć.  Żaden  mężczyzna  nie  przeszedł  obok  Melindy  obojętnie,  a  jednak

bardziej  pociągająca  wydała  mu  się  Meg,  która  może  nie  miała  takiego  doświadczenia

w  eksponowaniu  swojej  urody,  ale  za  to  było  w  niej  coś  szczególnego,  jakaś  tajemnica,  ciepło,

subtelność, pewien rodzaj nieśmiałości.

– Może powinieneś jej powiedzieć, dlaczego się ze mną ożeniłeś – podsunęła cicho.

– Pomyślę o tym. – Nie  rozumiał,  dlaczego  Meg  mogło  na  tym  zależeć,  nie  miała  w  tym  żadnego

interesu. Wydawała mu się jednak szczera i niewinna. – Ile ty właściwie masz lat?

– Dwadzieścia osiem.

Prawie  dziesięć  lat  młodsza  od  niego.  Dzieliły  ich  różnica  wieku  i  spojrzenie  na  świat.  On  miał

dość  cyniczne  podejście  do  życia,  ona  zaś  sprawiała  wrażenie  dziewczyny  spontanicznej

i szlachetnej. Pewnie dlatego wydawała mu się tak interesująca.

– Ja zobaczyłam datę twoich urodzin na akcie małżeństwa.

Ten kawałek papieru łączył ich od kilku miesięcy. Musiał jak najszybciej przeprowadzić rozwód,

bo choć prawie się nie znali i zawarli ślub w szczególnych okolicznościach, to jednak Meg w świetle

prawa była jego żoną. Co za absurdalna sytuacja.

– Jaki mamy dzień? – spytał, gdy schodzili w stronę jeziora.

– Sobota.

Umówił  się  z  Markiem  na  poniedziałek.  Musiał  z  nim  omówić  kwestię  Jasona.  Nie  mógł  się

doczekać, żeby dobrać mu się do skóry.

– Mówiłaś mi, że mój przyrodni brat był na początku nieufny, podejrzliwy, a potem?

–  Potem…  coś  się  zmieniło.  Zaakceptował  nasze  małżeństwo,  stał  się  miły,  oferował  pomoc.

Wciąż  jednak  zadawał  pytania.  Gdzie  jesteś,  dlaczego  ze  mną  nie  wróciłeś?  Mówiłam  tak,  jak

radziłeś,  że  zostałeś  na  wyspie  w  związku  z  działalnością  dobroczynną,  że  doglądasz  tamtejszego

ośrodka i wrócisz za kilka miesięcy.

– Przyjęłaś jego pomoc? – spytał ostro.

– Co masz na myśli?

– Po prostu, czy przyjęłaś jego pomoc. Proste pytanie.

– Ale zadałeś je takim tonem, jakbyś mnie o coś oskarżał.

– O nic cię nie oskarżam. Jednak różnie można rozumieć propozycję pomocy, jaką oferuje Jason.

–  Och,  daj  spokój.  Naprawdę  nie  rozumiem,  dlaczego  tak  go  nienawidzisz.  Może  jest  trochę

odpychający, ale nie miał łatwego życia.

Nie  tak  jak  ty.  Aluzja  była  aż  nadto  wyraźna.  Właśnie  w  taki  sposób  Jason  wzbudzał  w  nim

poczucie winy, robiąc z siebie ofiarę okrutnego ojca, ich wspólnego ojca, który nigdy go nie uznał.

background image

Luke czuł się winny i szczerze współczuł bratu, dlatego dał mu dom, pracę, pieniądze. I wtedy Jason

pięknie  „podziękował”  za  pomoc,  ohydnie  szantażując  jego  matkę.  Straszył,  że  upubliczni  pikantne

tajemnice z życia jej zmarłego męża. Gdyby to zrobił, ucierpiałaby nie tylko reputacja i pamięć ich

ojca, ale także wizerunek instytucji charytatywnej, a ta dla jego matki była całym życiem.

Luke  nie  zapoznał  nigdy  Meg  ze  szczegółami,  czego  teraz  żałował.  Wyglądało  na  to,  że  Jason

bardzo  przekonująco  odgrywał  rolę  pokrzywdzonego  przez  los  człowieka.  Pewnie  po  jego  śmierci

zrobiłby wszystko, by ją uwieść, poślubić i tym samym dobrać się do pieniędzy Maitlandów.

– Przyjęłaś jego pomoc czy nie? I co miałaś na myśli, mówiąc „odpychający”?

Sama  myśl,  że  kręcił  się  wokół  Meg,  była  już  wystarczająco  „odpychająca”.  Jason  nie  wiedział,

czym są zasady moralne i przyzwoitość.

–  Cóż,  nie  wydawał  mi  się  do  końca  szczery,  ale  próbował  być  użyteczny  –  odparła,  wsuwając

dłonie głęboko w kieszenie kurtki. – Mówił, gdzie są dobre sklepy i restauracje. Tego typu rzeczy.

Ale  to  Mark  zaproponował,  żeby  wynająć  prywatnego  oficera  śledczego.  Musiałam  cię  przecież

odnaleźć.

– Szukałaś mnie?

– Oczywiście, ale śledczy wrócił z niczym. Wtedy sama pojechałam, jak tylko wyrobiłam wizę.

– Na wyspę?

– Tak. Gdzie ty byłeś? Gdzie się wszyscy podziali?

Musiała opuścić wyspę, bo sytuacja robiła się coraz gorsza. Z dnia na dzień szerzyły się przemoc

i  chaos.  Próbowała  się  kłócić,  że  musi  zostać  przy  mężu,  ale  przedstawiciele  lokalnych  władz

przekonali  ją,  że  zaopiekują  się  nim  do  czasu,  aż  przybędzie  samolot,  by  ewakuować  jego  i  innych

rannych  do  najbliższego  szpitala  na  leczenie.  Wioska  znajdowała  się  w  pierścieniu  konfliktu

i pozostanie na miejscu groziło śmiercią.

–  Nie  wiem  dlaczego,  ale  samolot  nigdy  po  nas  nie  przyleciał.  Zostaliśmy  jeszcze  jeden  dzień,

a  kiedy  walki  zaczęły  się  nasilać,  po  prostu  uciekliśmy  z  wioski,  a  potem  z  wyspy.  Zajęło  nam  to

jednak sporu czasu.

– To by się zgadzało – przyznała po chwili. – Nikt, z kim rozmawiałam, nie wiedział, co się stało,

gdzie jesteś. Bałam się, że doszło do najgorszego.

Szła w milczeniu, wyraźnie przygaszona. A Luke, choć wcześniej uważał, że powinien wobec niej

zachować większy dystans, nieoczekiwanie wyciągnął ramię i przyciągnął ją bliżej. Przyszłość ich na

zawsze  rozdzieli,  ale  łączyła  ich  przeszłość,  której  nikt  poza  nimi  nie  mógłby  zrozumieć.  I  dlatego

chciał ją pocieszyć, tak jak przyjaciela. Wciąż miał wiele pytań, ale teraz nie uważał, żeby to była

odpowiednia chwila.

Resztę  pętli  wokół  jeziora  przeszli  w  milczeniu.  Wciąż  obejmował  ją  ramieniem,  a  ona  nie

próbowała  się  wyrwać.  Pamiętał,  jak  się  nim  opiekowała,  była  przy  nim  dzień  i  noc,  spokojna,

background image

odważna, opanowana. I wyjątkowa. Nigdy wcześniej nie spotkał takiej dziewczyny.

Dopiero  kiedy  wracali  do  domu,  zauważył,  że  posiadłość  przystrojona  jest  świątecznymi

dekoracjami. Na świerkach przed domem błyszczały srebrne i złote bombki. W ciągu ośmiu lat, które

tu spędził, ani razu tego nie zrobił. Nawet czasami myślał o tym, by postawić w domu choinkę, ale

wtedy musiałby także kupić bombki i inne świąteczne ozdoby, a jakoś nigdy się nie składało.

– Dokąd pójdziesz? Masz gdzie mieszkać? – spytał bez owijania w bawełnę. Przecież nie mogła tu

zostać, bo niby w jakim charakterze? Żony? Sytuacja była jasna: on wraca, ona odchodzi.

– Jeśli by to nie był problem, to czy mogłabym zostać do poniedziałku? Dopóki mój samochód nie

wróci od mechanika?

Zatrzymał się, pociągając ją za rękaw.

–  Oczywiście,  że  możesz  zostać.  –  Spodziewał  się,  że  nie  odejdzie  przed  upływem  miesiąca,

a  teraz  myśl,  że  zniknie  z  jego  życia,  napawała  go  niezrozumiałym  smutkiem.  Przecież  powinien

lepiej poznać swoją żonę, zanim się z nią rozwiedzie. – Zostań, jak długo zechcesz.

– Dziękuję bardzo – odparła ciepło. – Wystarczy, że będę mogła przeczekać do poniedziałku.

Łagodnie, ale stanowczo odrzuciła jego wspaniałomyślną ofertę. Czy nie tego chciał? Nie to miał

na myśli, gdy życzył sobie, by jego życie wróciło do normy?

Popatrzył  na  nią  z  ukosa,  zatrzymując  dłużej  wzrok  na  wargach.  Miała  najsłodsze  usta,  jakie

widział,  stworzone  do  całowania.  Ciekawe,  jakby  zareagowała,  gdyby  znów  ją  pocałował.  Bez

jemioły, bez świadków, bez pośpiechu. Doskonale pamiętał ich pierwszy raz, na wyspie. Urzędnik,

zaraz po tym jak udzielił im ślubu, zostawił ich samych. Zapadała ciemność i Meg jak zwykle usiadła

przy jego łóżku. Trzymała go za rękę i opowiadała zabawne historie ze swojego dzieciństwa, by choć

trochę  go  rozerwać.  Leżał  z  zamkniętymi  oczami,  a  jej  ciepły,  melodyjny  głos,  przynosił  mu  ulgę,

pomagał  zapomnieć  o  bólu.  Wtedy  zapytał,  czy  ma  kogoś,  jednocześnie  zdając  sobie  sprawę,  że

powinien był zainteresować się tym wcześniej, zanim przymusił ją do ślubu. Odparła, że niedawno

rozstała  się  z  chłopakiem,  i  aby  zapomnieć  o  złamanym  sercu,  zaangażowała  się  w  wolontariat

i przyjechała do Indonezji. Próbowała żartować, gdy mówiła o swoim szczęściu do nieodpowiednich

mężczyzn,  ale  wyczuwał,  że  wcale  nie  było  jej  do  śmiechu.  Gdy  otworzył  oczy,  zobaczył  na  jej

policzku  łzę.  Wydała  mu  się  krucha  i  bezbronna,  mimo  że  świetnie  radziła  sobie  jako  pielęgniarka

i to na obcym, niebezpiecznym terenie.

– To nasza noc poślubna – wychrypiał, próbując uchwycić jej wzrok. – Chodź do mnie.

I zrobiła to. Podniosła się z krzesła i usiadła na łóżku, tuż przy nim.

– Bliżej – nalegał.

Pochyliła się nad nim, a wtedy delikatnie otarł z jej policzka łzę, położył dłoń na karku, przyciągnął

ja  i  pocałował  w  usta,  powoli,  namiętnie,  rozkosznie.  Nie  odczuwał  wcale  bólu  i  był  pewien,  że

background image

właśnie umarł i poszedł do nieba.

–  Nieźle,  jak  na  kogoś,  kto  jeszcze  niedawno  stał  nad  grobem  –  zażartowała,  cofając  się

nieznacznie.

– Poczekaj, aż dojdę do siebie. Sprawię, że zapomnisz o wszystkich swoich smutkach.

– Obiecujesz?

– Jeśli tego chcesz.

Popatrzyła mu w oczy badawczo, chcąc się przekonać, czy żartuje, czy też mówi poważnie.

– W takim razie wracaj szybko do zdrowia.

– Teraz mam dodatkową motywację.

Wtedy po raz ostatni byli sami. Następnego dnia Meg opuściła wyspę łodzią, która zaopatrywała

okoliczne wioski w zapasy żywności.

Był pewien, że gdyby nie był chory, nie skończyłoby się na jednym pocałunku. Teraz już nic mu nie

dolegało. Zatrzymał się i objął ją ramieniem, dając wyraźnie do zrozumienia, jakie są jego intencje.

W jej spojrzeniu wyczytał niepokój, ale również ciekawość i niecierpliwość.

Wtedy Cezar zawarczał głośno. Meg zesztywniała i odwróciła się za siebie.

– Miałeś gościa.

Patrzyli  w  milczeniu,  jak  czerwona  corvetta  opuszcza  podjazd.  Luke  zaklął  bezgłośnie  A  ten  tu

czego chciał?! Nienawidził Jasona za to, co zrobił jego matce, i nie mógł znieść myśli, że ten łajdak

kręcił się wokół Meg. Zrobiłby wszystko, żeby się go pozbyć ze swojego życia.

– Chodźmy już, robi się zimno – rzekł obojętnym tonem, choć jeszcze przed chwilą zamierzał dać

upust swojej namiętności. Cudowna bliskość i porozumienie, jakie odczuwali, nagle zniknęły. Miał

wrażenie,  że  Meg  przegląda  mu  się  z  ukosa,  próbując  zrozumieć  przyczyny  jego  niechęci  do  brata.

Widział  w  jej  oczach  rozczarowanie,  jakby  raziło  ją  takie  obcesowe  zachowanie  wobec  członków

rodziny.

–  Nie  zrozumiesz  tego  –  mruknął,  gdy  weszli  do  domu.  Zamknął  za  sobą  drzwi  i  wziął  od  niej

kurtkę, by powiesić w szafie.

– I nie muszę. Rodzinne stosunki potrafią być skomplikowane. To nie moja sprawa. Nic mi do tego.

– Przecież jesteś moją żoną.

– Tylko na papierze – uściśliła.

– Ale jednak – nalegał, choć sam nie wiedział dlaczego. Może po prostu chciał, żeby zrozumiała,

dlaczego nie znosił przyrodniego brata. Nie mógł znieść myśli, że mogłaby go źle osądzić. Nie ona.

– Daj spokój, przecież nie możesz się doczekać, żeby się ze mną rozwieść. Już pewnie rozpocząłeś

procedurę.

– Nie zrobiłem tego.

– Ale zrobisz, przecież dlatego umówiłeś się z Markiem na poniedziałek, prawda?

background image

Nie  mógł  zaprzeczyć.  Między  innymi  dlatego.  W  pierwszej  kolejności  jednak  zamierzał  najpierw

rozprawić się z Jasonem.

– Chyba mi nie powiesz, że tobie nie zależy na szybkim rozwodzie?

– Oczywiście, że mi zależy – odparła bez zastanowienia. – I dlatego twój brat to nie moja sprawa.

Nie powinnam się mieszać do twoich prywatnych spraw. I tak już niepotrzebnie się wmieszałam.

– W jaki sposób?

– Zamieszkałam w twoim domu, poznałam twoich przyjaciół. Niektórzy z nich stali się także moimi

przyjaciółmi.

Skinął głową, zachęcając, by mówiła dalej.

–  Wiesz,  że  Julie  odeszła  od  męża?  A  Sally  i  Kurt  oczekują  drugiego  dziecka.  Obiecałam,  że

pomogę  przy  małym,  gdy  pójdzie  do  szpitala,  i  potem,  gdy  wróci.  Nie  planowałam  nawiązywać

głębszych relacji z twoimi przyjaciółmi. Po prostu tak wyszło.

Luke zrozumiał, że w Meg nie było cienia fałszu i wyrachowania. Zrozumiał, że ofiarność, dobroć

i altruizm są nieodłączną częścią jej charakteru. Była gotowa spieszyć z pomocą każdemu, kto tego

potrzebował,  tak  jak  wtedy,  gdy  opiekowała  się  nim  na  wyspie.  Zapragnął  dotknąć  jej  gładkiego

policzka, poczuć ciepło warg. Wstrząsnęła nim fala pożądania.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Meg cofnęła się, uciekając przed gorącym spojrzeniem Luke’a, swojego męża, którego w ogóle nie

znała, a który sprawiał, że myślała o rzeczach, o których nie powinna myśleć.

– Cieszę się, że znalazłaś tu przyjaciół, że nie byłaś sama – odparł po tak długim milczeniu, że już

sądziła, że w żaden sposób nie skomentuje jej słów.

W  jego  głosie  dźwięczała  jakaś  przyjemna  miękkość,  delikatność,  o  której  nie  wiedziała,  co

myśleć. Nie chciała go polubić. Nie w ten szczególny, wysublimowany sposób, który zdecydowanie

wykraczał  poza  przyziemną  namiętność.  Luke  był  niesamowicie  pociągający  i  z  pewnością

oddziaływał na większość kobiet, na nią też. Przed tym jednak potrafiła się bronić, zapanować nad

iskrą,  którą  rozpalał  w  jej  ciele,  ilekroć  na  nią  patrzył  albo  gdy  jej  dotykał.  Dużo  bardziej

niebezpieczna  była  bliskość  emocjonalna,  pewien  rodzaj  duchowego  porozumienia,  stanowiącego

główny składnik przyjaźni i miłości.

Zgodziła  się  wyjść  za  niego  za  mąż  dlatego,  że  groziła  mu  śmierć,  a  on  nie  chciał,  by  cokolwiek

odziedziczył  Jason.  Była  gotowa  spełnić  ostatnią  prośbę  umierającego.  Luke  jednak  przeżył.  Stał

teraz przed nią, pełen wigoru i siły z dziwnym, zagadkowym uśmiechem.

– Cieszę się jednak, że nasi przyjaciele mają na tyle rozumu, by trzymać się od nas z daleka teraz,

kiedy wróciłem. Jedyne, czego potrzebuję, to cisza i spokój.

Meg przypomniała sobie wczorajszy wieczór, gdy zastał ją w salonie pełnym gości.

– Pokaż mi cały dom – zaproponował.

– Niczego nie zmieniałam. Nie potrzebujesz mnie, by obejrzeć własny dom.

– Urządziłaś przyjęcie, a to już zmiana.

–  Ach,  mówisz  o  wczorajszym  wieczorze?  To  nie  było  żadne  huczne  przyjęcie,  tylko  ostatnie

spotkanie komitetu.

– Udekorowałaś dom świątecznymi ozdobami – mówił dalej, nie drążąc tematu komitetu. – To też

zmiana. Większa nawet, niż przypuszczasz. Zwykle nie obchodzę świąt.

Zabrzmiało to bardzo smutno. Meg nie potrafiła sobie wyobrazić, jak można nie celebrować tego

pięknego  zwyczaju.  Uwielbiała  ubierać  choinkę,  rozwieszać  girlandy  związane  czerwoną  wstążką

i słuchać kolęd.

– Dekoracje można w każdej chwili usunąć. To nie jest jakaś trwała zmiana.

– Pamiętasz naszą obietnicę? – spytał nagle, zmieniając temat.

Popatrzyła mu w oczy, nieco zbita z tropu.

– Że będziemy się kochać i szanować? W zdrowiu i w chorobie? I że pomogę ci pozbawić twojego

brata praw do spadku?

Uśmiech pojawił się na jego wargach i zaraz zgasł.

background image

– Wiesz dobrze, o czym mówię. Miałem na myśli inną obietnicę.

Czyli  nie  zapomniał.  Wtedy,  gdy  pocałował  ją  pierwszy  raz,  przysiągł,  że  jak  dojdzie  do  siebie,

sprawi, że ona zapomni o wszystkich kłopotach. Ale przecież to były żarty.

– To były inne okoliczności. Byłeś chory, obolały. Mówiliśmy sobie pewne rzeczy tylko dlatego,

żeby jakoś przetrwać, ale teraz nie mają już znaczenia.

– To prawda, zmieniły się okoliczności, ale obietnica jest obietnicą.

Zadrżała lekko pod wpływem jego spojrzenia.

– Czasami myślę, że to właśnie ta obietnica trzymała mnie przy życiu. – Meg nie była pewna, czy

mówi  do  niej,  czy  sam  do  siebie.  –  Walczyłem,  choć  powinienem  był  umrzeć,  czekając  tyle  dni  na

antybiotyki.

–  Jeśli  ci  to  pomogło,  to  cieszę  się  –  uśmiechnęła  się  nerwowo,  niepewnie,  bojąc  się  kierunku,

w jakim zmierzała rozmowa.

– Myślałaś o tym kiedyś? A może szybko o mnie zapomniałaś?

Zignorowała pierwsze pytanie, odpowiadając tylko na drugie.

– Nie zapomniałam o tobie.

Podszedł  bliżej  i  wziął  ją  za  prawą  rękę.  Na  serdecznym  palcu  błyszczała  obrączka.  Wcześniej

zachwycał się jej dłońmi, ale dopiero teraz zauważył, że nosiła biżuterię.

– Nasza ślubna obrączka? – domyślił się.

Meg kiwnęła głową, czując przyjemne ciepło jego ręki.

– Musiałam jakąś mieć. Sam rozumiesz, ludzie pytali. Nie chciałam iść do jubilera, więc kupiłam

ją przez internet.

–  I  to  ich  przekonało?  –  spytał  z  powątpiewaniem,  dotykając  palcem  prostej,  cienkiej,  złotej

obrączki. – Ja bym wybrał coś droższego.

–  Ważne  jest  to,  co  symbolizuje,  a  nie,  ile  kosztowała.  Powiedziałam  twoim  przyjaciołom,  że

zażyczyłam sobie właśnie taką skromną obrączkę. Poza tym nie chciałam zbyt wiele wydawać.

– Sama za nią zapłaciłaś?

– Oczywiście. – Próbowała uwolnić rękę, ale trzymał mocno. – Nie była droga.

– A nie pytano, gdzie masz zaręczynowy pierścionek?

– Powiedziałam, że nie znaleźliśmy odpowiedniego i że postanowiliśmy poczekać z wyborem, aż

wrócisz do domu – odparła, nareszcie uwalniając dłoń.

– Co jeszcze mieliśmy robić po moim powrocie?

Zawahała się lekko, ale dzielnie mówiła dalej.

– Ludzie pytali o miesiąc miodowy.

A teraz zamiast tego będzie rozwód, pomyślała nie bez poczucia humoru.

background image

– Ach tak. I co mówiłaś? Dokąd mielibyśmy jechać?

– Powiedziałam, że ty chciałeś do St. Moritz albo do Paryża, ale ja wolałam Wyspę Wielkanocną.

– I doszliśmy do kompromisu?

Meg uśmiechnęła się lekko.

– Hm… nie. Wybraliśmy Wyspę Wielkanocną, bo ty już byłeś w Paryżu i St. Moritz, a na Wyspie

Wielkanocnej nie było żadne z nas. Poza tym obydwoje chcemy zobaczyć kamienne posągi.

–  Rzeczywiście,  to  musiałoby  być  niesamowite  doświadczenie.  Co  nie  znaczy,  że  właśnie  tam

zabrałbym swoją żonę. Wolałbym coś dużo bardziej ekskluzywnego.

–  Nie  było  cię  przy  mnie,  a  ja  musiałam  wymyśleć  jakąś  ciekawą  historię  dla  twoich  przyjaciół,

żeby  uwiarygodnić  nasz  związek.  W  każdym  razie  spodobało  im  się  to,  że  uległeś  mojej  prośbie.

Powiedzieli,  że  jestem  inna  od  kobiet,  z  jakimi  się  do  tej  pory  spotykałeś.  Że  może  dzięki  mnie

zrozumiesz, co jest naprawdę ważne w życiu i nauczysz się przyjmować i dawać miłość.

–  Wszyscy  moi  znajomi  tak  powiedzieli  czy  tylko  Sally,  która  myśli,  że  zdobycie  dyplomu

z psychiatrii uczyniło z niej drugiego Carla Junga?

– No, właściwie to głównie Sally – przyznała spolegliwie.

Luke parsknął śmiechem.

– Cała Sally. No dobrze, to kiedy jedziemy zobaczyć te posągi? Nie mogę się już doczekać.

–  To  nie  jest  śmieszne  –  zaprotestowała  z  wyrzutem,  choć  i  jej  udzielił  się  pogodny  nastrój.  –

Kiedy decydowałam się odgrywać rolę twojej żony, nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie takie

trudne. Myślałam, że po prostu przyjadę tu i… właściwie nie wiem, co myślałam. A potem zaczęli

pojawiać się ludzie, zadawać pytania i musiałam im coś powiedzieć.

– Jestem pewien, że poradziłaś sobie najlepiej, jak umiałaś.

– A ty, co byś im powiedział?

– Że to nie ich cholerna sprawa.

– Nie można tak mówić do swoich przyjaciół.

– Prawdziwy przyjaciel nie obraziłby się.

– Być może, ale to nie w moim stylu.

– Zdążyłem się przekonać. Jesteś taka, jaką cię zapamiętałem z wyspy, miła i taktowna.

– Mam wrażenie, że upłynęło już tyle czasu od tamtych dni, i że my też nie jesteśmy tacy jak wtedy.

– Spójrz na mnie, Meg – rozkazał miękko. Powoli, z wahaniem uniosła wysoko głowę, by spojrzeć

mu w oczy. Nie musiał nic mówić. Wiedziała, co może się stać. – Chciałbym cię pocałować.

Uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– To nie jest najlepszy pomysł.

Gdyby  to  zrobił,  odwzajemniłaby  pocałunek,  a  wtedy  dowiedziałby  się,  jak  bardzo  go  pragnie.

background image

Miała czas, by odwrócić się i odejść, ale nie zrobiła tego, jakby stopy przyrosły jej do podłogi.

Luke wziął ją za rękę, przytulił wargi do wnętrza dłoni, ucałował palce. Meg wstrzymała oddech.

Ciepło  przyjemnym  prądem  rozeszło  się  po  całym  ciele.  Działając  jakby  na  przekór  rozsądkowi,

dotknęła jego policzka, mocno zarysowanej brody, zdradzającej siłę i upór. Nie opierała się, kiedy

Luke ujął jej twarz w dłonie i pochylił się nad nią. Z początku całował ją z wyjątkową delikatnością,

czule muskając wargi. Stopniowo pocałunek zmieniał charakter, stawał się coraz bardziej namiętny,

pożądliwy, cudowny.

Meg  przywarła  do  niego,  obejmując  ramionami  w  pasie.  Zapomniała  już,  dlaczego  jeszcze  przed

chwilą uważała, że to nie najlepszy pomysł, i po prostu upajała się wyjątkową chwilą.

Nie  było  przeszłości  ani  przyszłości.  Istniało  tylko  tu  i  teraz,  jego  usta  i  język,  cudowne  dłonie,

gorący  oddech.  Miała  wrażenie,  że  unosi  się  ponad  ziemią,  przepełniona  uczuciem  szczęścia

i ekscytacji.

–  Nadal  uważasz,  że  był  to  niedobry  pomysł?  –  wyszeptał  chrapliwie.  –  Ja  uważam,  że  jeden

z lepszych, o ile nie najlepszy, jaki miałem.

Nic mądrego nie przychodziło jej do głowy, więc milczała. Luke przesunął dłonie z jej twarzy na

ramiona i dalej w dół, w poszukiwaniu rąk. Chwycił je mocno, a wtedy zrozumiała, że znalazła się

w  poważnych  tarapatach,  bo  jedyne,  o  czym  była  w  stanie  myśleć,  to  kolejny  pocałunek.  Chciała

więcej, dużo więcej.

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Pierwszą reakcją Meg było rozczarowanie, ale po chwili, gdy

wrócił zdrowy rozsądek, poczuła ulgę. Taki pocałunek otwierał drogę do sytuacji, na jaką nie mogli

sobie  pozwolić,  nie  bez  olbrzymich  komplikacji,  jakby  mało  ich  było  dotychczas.  Wpatrywała  się

w drzwi z rosnącym napięciem, co Luke natychmiast zauważył.

– Nie otwieraj. Nie ma nas dla nikogo – powiedział przyciszonym głosem.

Meg wiedziała, że nie może zlekceważyć czekających pod drzwiami gości.

– Musimy otworzyć.

– Wiesz, kto to?

Meg zerknęła na zegarek na ręce.

– Może. – Byli punktualni, nawet trochę przed czasem.

– Ktoś do ciebie?

– Niezupełnie – odparła wymijająco.

– Ktokolwiek to jest, odeślij go. Dziś nie mam ochoty na towarzystwo.

– Nie mogę tego zrobić.

– Dlaczego?

Po raz drugi rozległ się dźwięk dzwonka.

– Bo to chyba firma cateringowa.

background image

– Możesz mi wyjaśnić, co tu robią?

– Chcieliby wejść do środka. – Jej głos brzmiał uprzejmie i niewinnie.

– Meg? – Spojrzenie Luke’a z całą pewnością nie było uprzejme.

– Mają przygotować kolację na dzisiejszy wieczór.

Po kolejnym dzwonku usłyszeli niecierpliwe pukanie do drzwi.

– Otwórz, a potem będzie lepiej, jeśli wytłumaczysz mi, dla kogo ta kolacja.

Meg wpuściła do środka kilkuosobową grupę cateringową i zaprowadziła ich do kuchni, która na

jeden  wieczór  miała  się  stać  ich  warsztatem  pracy.  Potem  wróciła  do  przedpokoju,  gdzie  Luke

całował ją jak szalony, ale jego już nie było. W pierwszej chwili chciała go poszukać, ale uznała, że

będą mieli jeszcze okazję, by porozmawiać, a póki co powinna zająć się czymś równie ważnym.

Wróciła do swojej – jego – sypialni, wyciągnęła z szafy dużą czarną walizkę i rozłożyła na łóżku.

Po  kolei  odsuwała  szuflady,  gdzie  leżały  ubrania  poukładane  w  równą  kostkę.  Lubiła  porządek.

Dzięki temu nigdy nie miała problemu ze znalezieniem jakiejś rzeczy.

– Co robisz?

Usłyszawszy za plecami męski głos, drgnęła przestraszona.

– Pakuję się.

– Naprawdę? Nigdy bym się nie domyślił – prychnął.

– Uzgodniliśmy, że wyprowadzę się, jak tylko wrócisz do domu.

– Owszem, ale przecież umówiliśmy się na poniedziałek, kiedy odbierzesz samochód z warsztatu.

Luke przeszedł szybkim krokiem przez pokój i stanął przy olbrzymim oknie, z którego rozciągał się

wspaniały widok na jezioro i górskie szczyty. Oparł się plecami o parapet i westchnął głośno, jakby

był zmęczony albo zniecierpliwiony.

– Czego się boisz?

– Niczego.

– A ja się boję. Ciebie.

Zamurowało ją.

– Nie sądzę. Przecież jesteś na swoim terytorium, a ja nie jestem taka groźna.

– Przeraża mnie to – zaczął, odwracając się do niej tyłem – co czuję, gdy na ciebie patrzę i gdy ty

patrzysz na mnie.

Słowa te przeszyły ją na wskroś, wypełniając nierozsądną nadzieją, dziką radością i jednocześnie

smutkiem.

– Naprawdę uważasz, że jest się czego bać? – spytała.

– Nie wiem.

Ona  też  tego  nie  wiedziała.  Za  to  była  pewna,  że  powinna  jak  najszybciej  wynieść  się  z  jego

background image

sypialni.  Wróciła  do  pakowania,  układając  na  samym  spodzie  bluzki  i  sukienki,  wsuwając  między

szczeliny  intymne  części  garderoby.  Z  natury  praktyczna  i  skromna,  miała  jednak  słabość  do

eleganckiej, nawet seksownej bielizny.

Luke podszedł do komody, częściowo wypełnionej jej rzeczami. W odsuniętej szufladzie spostrzegł

perfumy, szkatułkę na biżuterię, świeczkę zapachową i…

– Nie dotykaj tego – zawołała nerwowo.

Odwrócił się do niej, trzymając w dłoni fotografię.

– O tym mówisz?

– Tak.

– A dlaczego?

Miała takie spojrzenie, jakby chciała wyrwać mu zdjęcie z dłoni i przegonić z pokoju, ale odparła

spokojnie:

– Chciałam powiedzieć, że… właściwie możesz je sobie wziąć, a nawet wyrzucić, jeśli chcesz.

Uniósł pytająco brwi.

–  Kiedy  wróciłam  na  wyspę,  pokazywałam  to  zdjęcie  ludziom,  żeby  cię  odnaleźć  –  wyjaśniła.  –

Teraz już go nie potrzebuję.

Fotografia  przedstawiała  ich  oboje:  Luke’a,  siedzącego  na  łóżku,  patrzącego  prosto  w  obiektyw,

i ją stojącą obok z wyrytym na twarzy niepokojem. Ich ślubne zdjęcie. Nawet nie pamiętała, dlaczego

schowała je do szuflady.

Luke  odłożył  fotografię  na  miejsce,  zamiast  tego  wziął  do  ręki  mały,  przezroczysty  flakonik,

odkręcił korek i powąchał, przymykając powieki.

– Cała ty – skwitował, zaciągając się mocno. – Słodycz i kwiatowa delikatność.

Meg uśmiechnęła się, ale nie powiedziała ani słowa.

– No dobrze, widzę, że nie masz ochoty o nas rozmawiać, więc może chociaż wyjaśnisz mi, skąd ta

ekipa  cateringowa  w  kuchni.  I  żadnych  wymijających  odpowiedzi,  tylko  suche  fakty.  Zaplanowałaś

jakieś przyjęcie? A jeśli tak, to dlaczego się pakujesz?

–  To  nie  przyjęcie,  tylko  obiad  dla  Fundacji  Maitland.  Myślę,  że  twoja  matka  ucieszyłaby  się.

W  końcu  ta  fundacja  to  dzieło  jej  życia.  W  każdym  razie  przyjdzie  większość  darczyńców,

sponsorów.  To  Sally  zasugerowała,  że  ten  dom  będzie  idealnym  miejscem  na  uroczysty  obiad.  Nie

widziałam żadnych przeciwwskazań.

– A nie powiedziała ci, że co roku nagabywała mnie, bym się zgodził, a ja mówiłem „nie”?

Meg poczuła się niezręcznie. Sally mówiła, że weźmie na siebie całą winę, jeśli Luke wróci przed

Bożym Narodzeniem.

–  Uprzedziła  mnie,  że  nie  byłbyś  zachwycony,  ale  nie  rozumiem  dlaczego.  Przecież  masz  piękny

dom. I lepiej podjąć gości tutaj niż w restauracji.

background image

– Skoro już wszystko zorganizowałaś na dzisiejszy wieczór, to dlaczego się pakujesz?

– Teraz, kiedy wróciłeś, nie ma powodu, bym tu dłużej była.

Jego  reakcja  była  natychmiastowa.  Podszedł  do  łóżka  i  nim  zdążyła  zaprotestować,  chwycił

walizkę, wyrzucił jej zawartość na pościel i odstawił na bok.

– Zastanów się. Jeżeli ja mam być na tym obiedzie, to ty również – zawołał.

– Nie, wcale nie.

– Czy ci sponsorzy wiedzą, że mam żonę?

– Chyba tak – odparła niepewnie.

– W takim razie masz tu być. Nie pozwolę, by z powodu twojej nieobecności ucierpiał wizerunek

fundacji. Ostrzegam, ma się pani godnie zaprezentować, pani Maitland.

– To nie w porządku – próbowała protestować.

–  Owszem,  nie  jest  –  uśmiechnął  się  przebiegle,  zwycięsko.  –  Wyjdę  teraz,  żebyś  mogła  się

przygotować.

Odwrócił się jeszcze przy drzwiach, spojrzał na stos ubrań kłębiący się na łóżku i rzucił, jakby od

niechcenia:

– W czerwonym będzie ci do twarzy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Meg  zatrzymała  się  u  szczytu  schodów,  zaciskając  dłoń  na  lśniącej,  wypolerowanej  poręczny.

Z  trudem  rozpoznawała  przestronny  hol.  Balustrada  na  całej  długości  owinięta  była  bluszczem

przystrojonym  czerwonymi  kokardami.  Po  lewej  stronie,  przy  drzwiach  wejściowych  stała  wysoka

choinka, a wokoło rozbrzmiewały dźwięki kolęd. Niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki zwykły

korytarz  przeobraził  się  w  obrazek  z  książki  Dickensa Opowieść  wigilijna.  Meg  zastanawiała  się,

kiedy Luke zdążył to wszystko zorganizować. Minęły zaledwie dwie godziny. Najwyraźniej zależało

mu  na  tym,  by  olśnić  gości  i  być  może  zbudować  wrażenie,  że  w  tym  domu  mieszka  kochająca  się

rodzina, która przestrzega świątecznych rytuałów.

– O, właśnie miałem iść po ciebie – zawołał Luke, wychodząc z salonu. Oparł się o balustradę, by

zaczekać, aż zejdzie ze schodów. – Nasi goście już zaczęli się zbierać w salonie, moja droga.

Najwyraźniej  czarodziejska  różdżka  dotknęła  także  Luke’a,  pomyślała  Meg.  Jeszcze  nigdy  nie

wyglądał tak wspaniale. Oczywiście, nawet gdy leżał chory, emanowała od niego siła i charyzma, ale

teraz, ubrany w elegancki, ciemny smoking prezentował się tak zachwycająco, że nie mogła oderwać

od  niego  oczu.  Przeniknęła  ją  fala  dumy  i  irracjonalnej  radości.  Ten  cudowny  mężczyzna  jest  jej

mężem.

Nie,  nie  powinna  tak  myśleć.  Nie  ma  do  niego  żadnych  praw.  Zaproponował  jej  małżeństwo,  bo

myślał, że umiera. Musi o tym pamiętać i pozbyć się złudzeń. Teraz jednak czekał na nią, a w jego

oczach widziała aprobatę. Miała tylko jedną odpowiednią na uroczysty obiad sukienkę: długą, lejącą

się i akurat w czerwonym kolorze. Jeszcze Luke pomyśli, że ubrała się tak dla niego.

Zaczerpnęła powietrza i chwyciwszy końcami palców fałdy sukni, zeszła ze schodów. Dopiero na

dole  odważyła  się  ponownie  spojrzeć  Luke’owi  w  oczy.  Ich  spojrzenia  skrzyżowały  się  na  jedną,

długą,  magiczną  chwilę.  Meg  podała  mu  dłoń  i  wtedy  po  raz  drugi  doznała  niezwykłego  uczucia

porozumienia, jedności i bliskości, jakby byli bratnimi duszami. Może trzeba było słuchać babci, gdy

ostrzegała  ją  przed  zgubnym  wpływem  czytania  romantycznych  powieści.  Nie  powinna  wierzyć,  że

możliwe jest szczęśliwe zakończenie jej własnej historii o milionerze i pielęgniarce. Rozczarowanie

będzie zbyt bolesne.

– Chodźmy, pani Maitland, przyjęcie czeka – powiedział ciepło. – Służę ramieniem.

Salon udekorowany był w kolorze srebrnym i złotym, z taką ilością świec, że mogliby przez kilka

miesięcy  nie  używać  prądu.  Luke  zatrzymał  się  w  drzwiach  i  popatrzył  w  górę.  Nad  nimi,

przyczepiona do futryny, wisiała jemioła. Na oczach gości, którzy już zdążyli przybyć na przyjęcie,

pochylił  się  i  zaskoczył  Meg  krótkim,  ale  namiętnym  pocałunkiem.  Następnie,  łapiąc  ją  za  rękę,

wyszeptał  do  ucha:  „Wiedziałem,  że  będzie  ci  pięknie  w  czerwonym”.  Te  słowa  i  ciepły  oddech,

który  owionął  jej  szyję,  sprawiły,  że  skóra  pokryła  się  gęsią  skórką.  Udając,  że  nie  słyszała,  co

background image

powiedział ani że nie przejęła się pocałunkiem, pewnie weszła do środka, uśmiechając się do gości.

– Wyatt, Martho, jak dobrze was widzieć. Poznaliście już moją żonę, Meg?

Puścił jej rękę, ale zamiast tego objął w talii. Towarzyszył jej przez cały wieczór, ani na chwilę

nie pozostawiając samej, jakby się bał, że może mu uciec. Każdemu z zaproszonych gości poświęcił

trochę  czasu,  cierpliwie  i  profesjonalnie  odpowiadając  na  wszystkie  pytania.  Chociaż  stał  na  czele

Fundacji  Maitlandów,  kierowanie  pozostawił  Blake’owi,  głównemu  dyrektorowi.  Mimo  to  był  na

bieżąco  ze  wszystkimi  sprawami,  co  bardzo  imponowało  Meg.  Było  jej  również  miło,  że  Luke

podczas rozmowy z dobroczyńcami, zwracał się także do niej, pytał o zdanie, dzięki czemu nie czuła

się jak piąte koło u wozu. Nie mogła również nie zauważyć, że przez cały czas korzystał z okazji, by

jej dotykać. A to łapał za rękę, to znów obejmował ramię, ściskał w talii czy muskał palcami kark.

Raz, korzystając z pretekstu, że miała okruszek ciasta na wargach, kciukiem otarł jej usta, patrząc na

nią z takim pożądaniem, by nie miała wątpliwości, jak bardzo jej pragnie.

Wieczór upływał w miłej atmosferze i Luke musiał przyznać, że Meg miała rację, gdy mówiła, że

w  warunkach  domowych  znacznie  łatwiej  pozyskuje  się  sponsorów.  Poza  tym  czuł  się  naprawdę

dumny,  że  miał  ją  przy  sobie.  Uśmiechem  i  wdziękiem  potrafiła  zjednać  sobie  wszystkich

zaproszonych gości.

– Do zobaczenia na sylwestrowym przyjęciu – zawołała starsza dama, cała obwieszona biżuterią,

która  zdążyła  już  zadeklarować  pomoc  dla  fundacji.  Luke  rzucił  Meg  pytające  spojrzenie,  po  czym

wziął ze stołu dwa kieliszki szampana i pociągnął żonę za sobą, by nikt ich nie słyszał.

– Miałam zamiar powiedzieć ci o przyjęciu sylwestrowym – zaczęła się usprawiedliwiać, siadając

na kanapie.

–  Chyba  powinienem  zerknąć  do  kalendarza  i  sprawdzić,  jak  zaplanowałaś  nasze  życie

towarzyskie. To przyjęcie nie jest w moim domu?

– Nie.

– W takim razie się zgadzam.

Obydwoje z satysfakcją popatrzyli na tłum gości w salonie.

– Nie spodziewałam się, że jesteś taki towarzyski – powiedziała Meg.

– Bo nie jestem. Wiem jednak, jakie są reguły gry. – Całym sobą zwrócił się w jej stronę. – Oni

mało mnie obchodzą. Przez cały czas myślę o tobie, o tym, jak wspaniale wyglądasz w tej czerwonej

sukience, i jak cudownie musisz wyglądać bez niej.

Jego  bezczelność  zszokowała  ją.  Najgorsze  było  jednak  to,  że  pod  wpływem  tych  słów  jej  ciało

zaczęło  pulsować  nieznośnym  gorącem.  Była  przekonana,  że  jego  ciepłe,  czułe  zachowanie  wobec

niej  było  też  częścią  gry,  przedstawieniem  dla  gości,  a  tymczasem  wszystko  wskazywało  na  to,  że

pożądanie, które widziała w jego oczach, nie było udawane.

background image

–  Proszę,  przestań,  nie  rób  tego.  –  Próbowała  uciec  wzrokiem,  zaciskając  nerwowo  ręce  na

oparciu kanapy.

– Czego?

– Tego, co robisz przez cały wieczór. Staram się dobrze wypaść w roli twojej żony, słuchać, co

mówią do mnie goście, a ty sprawiasz, że myślę tylko o…

– O czym? – spytał uwodzicielskim, zmysłowo niskim głosem. – O tym, co chciałbym z tobą robić?

Ja właśnie o tym myślę. O moich małżeńskich prawach.

– Tak naprawdę nie jesteś moim mężem.

Przysunął się jeszcze bliżej.

– Właśnie w tym rzecz, że nim jestem. Mam na to dokument. Ty też o tym wiesz. – Zawiesił wzrok

na jej wargach, potem zsunął niżej na dekolt. – Ty też o tym myślisz.

– Proszę cię, Luke, przestań.

Coś w jej wzroku i drżącym głosie sprawiło, że spochmurniał. Cofnął się nieznacznie.

– Jeśli tego właśnie chcesz…

– Tak, dziękuję.

Nie mogła mu na to pozwolić. Nie mogła karmić się nadzieją, złudzeniem, że mu na niej zależy.

– Hej, gołąbeczki – zawołała Sally, zmierzając w ich stronę w kieliszkiem w dłoni. Ucałowała ich

mocno  w  policzki.  –  Jesteście  fantastyczną  parą.  Tak  się  cieszę,  Luke,  że  wreszcie  trafiłeś  na

odpowiednią kobietę i miałeś na tyle rozumu, by się z nią ożenić. Wieszczę wam długie i szczęśliwe

życie.

Meg uśmiechnęła się wymuszenie. Uznała, że to nie jest najlepszy moment, by informować Sally, że

ich małżeństwo jest farsą i że wkrótce ruszy procedura rozwodowa. Przez resztę wieczoru starała się

walczyć  ze  swoimi  uczuciami,  trzymając  w  ryzach  emocje,  rozhulane  pod  wpływem  słów  Luke’a.

Gdy  siedząc  przy  stole,  zorientowała  się,  że  jest  pogrążony  w  żarliwej  konwersacji  z  jednym

z  inwestorów,  przeprosiła  i  wymknęła  się  z  salonu.  Nie  zdążyła  nawet  postawić  nogi  na  stopniu

schodów, gdy usłyszała za sobą głos.

– O, nie. Nie uciekniesz ode mnie.

–  Chciałam  tylko…  –  szukała  wiarygodnej  wymówki.  –  Nie  jestem  ci  już  potrzebna,  więc

pomyślałam…

– Jesteś mi potrzebna.

Oddałaby wiele, żeby tak było w istocie.

–  Jestem  zmęczona  –  spróbowała  raz  jeszcze.  Mówiła  prawdę.  Mało  spała  tej  nocy,  rozmyślając

o  niespodziewanym  powrocie  mężczyzny,  który  przez  dziwne  zrządzenie  losu  został  jej  mężem.

Wystarczył jeden dzień, by zawrócił jej w głowie, miał nad nią władzę, która ją przerażała. Musiała

background image

odejść. Nie tylko z przyjęcia. Musiała uciec z tego domu i wyzwolić się spod zaklęcia, jakie rzucił na

nią Luke.

– Nie możesz teraz wyjść – usłyszała jego głos. – Mam wobec ciebie plany, Meg.

Kiedy  ją  przytulił,  wiedziała  już,  że  przegrała.  Pragnął  jej,  a  ona  pragnęła  jego,  nie  było  sensu

zaprzeczać.  Poddała  się  naciskowi  ciepłych  warg.  Jego  usta  i  język  rozpalały  ją,  otwierały  na

cudowne doznania.

– Coś ci obiecałem. Czy pozwolisz, że dotrzymam słowa?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Meg nie protestowała, gdy pociągnął ją do pokoju obok, wspaniałej stylowej biblioteki. Słyszała

dobiegającą z salonu muzykę i gwar rozmów, ale to wszystko nagle przestało być ważne. Liczyły się

tylko  oplatające  ją  ramiona  i  niecierpliwe  wargi  napierające  na  jej  usta.  Gdy  Luke  zaczął  powoli

podwijać jej suknię, nawet się nie zająknęła, by go powstrzymać.

– Pończochy? – spytał, zachrypniętym z pożądania głosem. Jego dotyk rozpalał ją coraz bardziej.

Nie była w stanie mówić, myśleć, kiwnęła tylko głową.

– Bardzo ładnie, siostro Meg. I bardzo seksownie. – Zrobił krok w tył. – Pokaż mi.

Zawahała się.

– Pokaż mi! – To nie była prośba, tylko rozkaz.

– Nie mogę – pisnęła zawstydzona i podniecona jednocześnie. – Nie tutaj. Ktoś mógłby wejść.

Podszedł do drzwi i przekręcił klucz.

– Pokaż mi – powtórzył niecierpliwie.

Czy  to  by  było  takie  złe,  zastanawiała  się.  Jedna  noc  z  własnym  mężem.  Czy  to  złe?  Delikatnie

uniosła  suknię,  odsłaniając  długie,  szczupłe  nogi  w  cieniutkich  pończochach.  Nie  miała  odwagi

spojrzeć  mu  w  oczy,  przepełniona  oczekiwaniem  i  lękiem.  Robiła,  co  chciał  i  sprawiało  jej  to

przyjemność.  Po  kilku  sekundach  puściła  fałdy  sukni.  Wtedy  Luke  doskoczył  do  niej  i  zaczął  tak

całować, jak tego niecierpliwie pragnęła. Ich wargi idealnie pasowały do siebie.

Meg  wypiła  zaledwie  pół  kieliszka  szampana,  ale  czuła  się,  jakby  była  pijana.  Z  trudem

utrzymywała  się  na  nogach,  gdy  Luke  zaczął  ją  rozbierać.  Sama  również  nie  pozostawała  dłużna.

Zsunęła z jego ramion smoking, rozsupłała krawat i drżącymi dłońmi rozpięła guziki koszuli.

Kiedy poczuła jego dłoń między nogami, krzyknęła cicho.

– Powiedz mi, czego sobie życzysz, Meg.

Odpowiedź mogła być tylko jedna.

– Chcę ciebie. Teraz.

Poprowadził ją do kanapy i posadził sobie na kolanach. Całował ją po policzkach, szyi, ramionach.

Wyjął klamrę z jej włosów, pozwalając, by miękkie pukle opadły na plecy.

– Pokaż mi, jak lubisz być pieszczona. Chcę ci dać rozkosz.

Już to robił. Nawet nie przypuszczała, że może być tak cudownie. Gorące dłonie i jeszcze gorętsze

usta badały każdy zakamarek jej ciała, drażniły, syciły i rozpalały ją. Był jej mężem. Potrzebowała

go. Teraz, zaraz.

– Masz zabezpieczenie? – szepnęła, modląc się, by miał, bo inaczej nie wiedziała, co by zrobiła.

Luke skinął głową i sięgnął do kieszeni. Po chwili ich spojrzenia się skrzyżowały, pełne napięcia

i  wyczekiwania.  Nie  było  już  odwrotu.  Uniosła  się  lekko,  by  ułatwić  mu  dostęp.  Chwycił  ją  za

background image

biodra,  a  ona  wbiła  palce  w  jego  ramiona  z  urywanym  westchnieniem.  Szybko  odnaleźli  wspólny

rytm.  Poruszali  się  coraz  szybciej,  mocniej.  Pożądanie  intensyfikowało  się,  buzowało  w  niej  jak

bąbelki w szampanie. Całowała go jak szalona i w końcu złapała mocno za szyję i krzyknęła głośno,

osiągając szczyt.

Oparła głowę na jego ramieniu, starając się wyrównać oddech. Kiedy Luke jej obiecał, że zapomni

o wszystkich smutkach, nie spodziewała się, że zapomni także o wszystkich zahamowaniach. W jego

oczach zobaczyła prawdziwą siebie, kobietę odważną, namiętną i wartą kochania.

Co  teraz?  Nie  znajdowała  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Nie  była  w  stanie  myśleć,  przepełniona

euforią  po  tym,  co  się  wydarzyło.  Delikatnie  wysunęła  się  z  objęć  mężczyzny,  stanęła  na  podłodze

i  z  powrotem  nasunęła  na  ramiona  sukienkę.  Pomógł  jej  z  suwakiem,  całując  w  łopatki  i  kark.  Nie

patrząc na niego, rozejrzała się wokół w poszukiwaniu majtek. Pierwszy odnalazł je Luke, podniósł

i schował do swojej kieszeni.

Nie skomentowała tego ani jednym słowem.

Razem podeszli do drzwi i w tym samym czasie sięgnęli do klamki. Ich palce splotły się ze sobą.

Luke raz jeszcze ją pocałował, delikatnie i z czułością. Otworzyli drzwi i rozglądając się, czy nikt

ich  nie  widzi,  wyszli  na  zewnątrz.  Meg  natychmiast  pobiegła  na  górę.  Wciąż  nie  mogła  uwierzyć

w to, co się stało. Nogi same ją niosły, tak jej było lekko i błogo. Chciała wejść do swojego pokoju,

ale  Luke  chwycił  ją  za  dłoń,  pokręcił  przecząco  głową  i  pociągnął  dalej,  do  kolejnych  drzwi.  Do

pokoju gościnnego. Jego pokoju.

–  Tym  razem  chcę  cię  mieć  pod  sobą  –  powiedział,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  Otworzył  drzwi

i popchnął ją lekko do środka, w rozkoszną, tajemniczą ciemność.

– Nikt mi nie zarzuci, że nie potrafiłem usatysfakcjonować swojej żony.

Meg  obudziła  się  w  łóżku  Luke’a  z  głową  opartą  na  jego  ramieniu.  Dotrzymał  obietnicy  i  dał  jej

dużo  więcej,  niż  mogłaby  marzyć.  Kiedy  myślała,  że  już  nie  może  być  lepiej,  odsłaniał  przed  nią

kolejne wyżyny doznań. Był wspaniałym kochankiem.

Powoli,  ostrożnie  wymknęła  się  z  łóżka,  uważając,  by  go  nie  zbudzić,  ale  on  nawet  nie  drgnął.

Założyła  sukienkę  i  podeszła  do  okna.  Żadne  z  nich  nie  zasunęło  kotar  i  teraz  mogła  podziwiać

zimowy poranek w pełnej krasie. Widok był tak piękny, że Meg poczuła bolesny ucisk w gardle. Już

niedługo  będzie  musiała  stąd  odejść.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  ta  noc  niczego  między  nimi  nie

zmieniała.

Wróciła  do  swojego  pokoju,  ubrała  się  ciepło  i  zeszła  na  dół.  W  kuchni  jeszcze  zostało  trochę

jedzenia z przyjęcia, ale nie czuła głodu. Potrzebowała pomyśleć, zastanowić się nad wszystkim, bo

pytania,  które  wczorajszej  nocy  ginęły  pod  wpływem  miłosnych  przeżyć,  teraz  przedarły  się  do  jej

świadomości z podwójną mocą. Co teraz? Co dalej?

background image

Założyła kurtkę, gwizdnęła na Cezara i wyszła z domu. Przez noc przybyło śniegu i teraz patrzyła,

jak  buty  zostawiają  głębokie  ślady.  Pies  podskakiwał  przez  chwilę  wesoło  przy  jej  nogach,

uszczęśliwiony porannym spacerem, po czym pognał przed siebie, zostawiając ją daleko w tyle. Meg

wiedziała,  że  Cezar  potrzebuje  dużo  ruchu,  więc  nie  wołała  za  nim.  Szła  szybkim,  sprężystym

krokiem, zimny wiatr smagał policzki i targał włosy, ale nie zważała na to. Zatrzymała się dopiero

przy jeziorze. Weszła na molo i popatrzyła na skutą lodem wodę. Chmury wisiały nisko nad ziemią,

zwiastując kolejne opady.

Nagle usłyszała za sobą kroki. Poczuła żywsze bicie serca i odwróciła się z twarzą rozpromienioną

uśmiechem.  Cóż  za  rozczarowanie.  Przed  nią  stał  Jason.  Gdyby  miała  przy  sobie  Cezara,  pewnie

zaalarmowałby  ją  warczeniem.  Była  przekonana,  że  to  Luke.  Tak  bardzo  pragnęła,  żeby  to  był  on.

Chciała zobaczyć mężczyznę, z którym spędziła najwspanialszą noc w życiu, zobaczyć jego kochaną

twarz, choć jednocześnie bardzo się bała, że nic nie zostało z wczorajszej bliskości, że nie dostrzeże

w oczach Luke’a czułości, tylko chłód i obcość.

–  Widziałem  ślady  na  śniegu  i  tak  myślałem,  że  cię  tu  znajdę.  –  Jason  uśmiechnął  się  ciepło.

Właściwie  przypominał  trochę  Luke’a.  Podobna  budowa  ciała  i  rysy  twarzy,  tyle  że  jego

wodnistoniebieskie oczy miały w sobie coś niepokojącego, fałszywego. Meg odwzajemniła uśmiech,

ale nie mogła pozbyć się wątpliwości. Co takiego zaszło między nimi? Dlaczego Luke nienawidzi go

tak bardzo, że wolał ożenić się z obcą kobietą, niż pozwolić, by Jason po nim dziedziczył?

– To prawda, co mówią? Mój brat wrócił do domu?

Przyrodni  brat,  miała  ochotę  powiedzieć.  Luke  zawsze  podkreślał  tę  różnicę,  zapewne  nie  bez

powodu.

– Tak – potwierdziła uprzejmie. – Właśnie miałam wracać. Chodź ze mną. Pewnie już się obudził.

– Nie mogę, umówiłem się z kimś i muszę jechać, nim spadnie więcej śniegu. Teraz nie mam czasu.

Zadzwonię później.

– Powiem mu, że byłeś.

– Dzięki. Czy mogłabyś…

Czekała, aż dokończy.

– Nie, nic. Może tylko szepnij o mnie dobre słowo, dobrze?

Podeszli  razem  pod  dom,  gdzie  Jason  zaparkował  samochód.  Poczekała,  aż  odjedzie,  i  dopiero

wtedy weszła do środka. Zobaczyła, jak po schodach zbiega Luke, wkładając koszulę przez głowę.

– Do diabła. Jak długo tu był i czego chciał?

Spodziewała  się  innego  powitania.  Domyśliła  się,  że  usłyszał  odgłos  silnika,  spojrzał  za  okno

i rozpoznał czerwoną corvettę Jasona.

–  Niedługo.  Chciał  tylko  wiedzieć,  czy  wróciłeś  do  domu  –  odparła,  zdejmując  kurtkę.  Nie

wiedziała,  jak  powinna  się  zachować,  co  powiedzieć.  I  pomyśleć,  że  jeszcze  wczoraj  wieczorem

background image

całowali  się  w  tym  korytarzu,  a  potem,  w  pokoju  obok…  Lepiej  o  tym  nie  myśleć.  Zrobiła  krok

w stronę kuchni, ale Luke zatrzymał ją, chwyciwszy za nadgarstki.

– Co mu powiedziałaś?

– Prawdę, że jesteś w domu – odrzekła zdziwiona jego brutalnością.

– I co jeszcze?

Stanowczo uwolniła ręce ze stalowego uścisku.

– Sam go zapytaj. Nie mam zamiaru pośredniczyć w waszych małostkowych sprzeczkach.

– To nie są małostkowe sprzeczki.

–  Wiem  –  przyznała  bez  wahania.  –  Jednak  nadal  nie  chcę  być  wciągana  w  środek  waszego

konfliktu. Jason naprawdę starał się mi pomóc, kiedy cię nie było.

– Jeśli to robił, to miał w tym jakiś interes. Nie jest tak, jak myślisz. Ja również dałem się nabrać

na jego słodkie oczy. On szantażował moją matkę.

To  niemożliwe,  pomyślała  ze  wstrętem.  Kobietę,  która  całe  życie  poświęciła  innym?  O  której

mówiono wyłącznie z szacunkiem i miłością? Jason, ten miły, pomocny Jason byłby do tego zdolny?

– Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno, w Indonezji, gdy przejrzałem jej dokumenty.

– Pamiętam, jak mówiłeś, że odkryłeś, jaki jest naprawdę. Byłeś wściekły.

– I nadal jestem.

– Teraz rozumiem. I co zamierzasz zrobić?

– Jeszcze nie wiem. Najpierw chcę z nim porozmawiać.

– Wniesiesz przeciwko niemu oskarżenie?

– To możliwe. Ale najpierw odbiorę mu dom, samochód i wyrzucę go z pracy. Straci wszystko, co

ode mnie dostał.

– Tego chcesz? – spytała ze smutkiem.

– Nie rób takiej zawiedzionej miny. Nie żałuj go. Szantażował moją matkę. Zasłużył sobie na to.

– Wiem, masz rację. Nie współczuję mu. Zastanawiam się tylko, czy nie ma innego wyjścia z tej

sytuacji.

–  Jeśli  wymyślisz  coś  lepszego,  to  daj  mi  znać  –  stwierdził  sucho,  po  czym  wyjął  telefon

komórkowy  z  kieszeni  i  wybrał  numer.  –  Jason,  wpadnij,  jak  będziesz  w  okolicy.  Mam  do  ciebie

sprawę.

Anna znała już Luke’a na tyle dobrze, by w spokojnej sugestii rozpoznać rozkaz. Weszła do kuchni

i  nastawiła  wodę  na  kawę,  by  rozgrzać  się  po  porannym  spacerze.  Kiedy  dołączył  do  niej  Luke,

siedziała już nad gorącym kubkiem i wdychała aromat świeżo zmielonych i zaparzonych ziaren.

– Przyjedzie? – spytała, podsuwając w jego stronę filiżankę kawy.

– Tak, po południu.

background image

Anna  oplotła  palcami  kubek  i  wtedy  jej  uwagę  przykuła  złota  obrączka.  Jeszcze  jej  nie  zdjęła,

a  przecież  powinna.  Przyjęcie  się  skończyło  i  nie  musieli  już  udawać  szczęśliwych  małżonków.

Luke’a  bardziej  zajmowały  sprawy  związane  z  Jasonem  niż  ich  wczorajsza  noc.  Zsunęła  cienkie

kółko z palca i podsunęła w jego stronę.

– Ja ci nie dałem tej obrączki, sama ją sobie kupiłaś, więc jest twoja – skwitował rzeczowo.

Czując,  że  zrobiła  z  siebie  kompletną  idiotkę,  chciała  schować  obrączkę  do  portfela,  ale  Luke

złapał ją za rękę.

– Załóż ją z powrotem. Uwierz mi, że kiedy ci się oświadczałem, nie chciałem cię skrzywdzić ani

wykorzystać. Zamierzałem dać ci coś w zamian.

– Ale przede wszystkim chodziło ci o Jasona.

– To też, ale o coś jeszcze.

– O co?

– Wybacz mi, nie tak chciałem zacząć ten ranek.

Podszedł do niej, objął ramionami i pocałował w usta.

– Dzień dobry – uśmiechnął się łobuzersko.

–  Dzień  dobry  –  odparła  zaskoczona,  pragnąc,  by  pocałował  ją  jeszcze  raz.  Nie  uczynił  tego

jednak.

– Jadłaś już śniadanie?

– Nie, nie jadłam, ale, Luke… powinnam się już wyprowadzić.

– Najpierw śniadanie – zdecydował, nie patrząc na nią.

Dał znać ręką, żeby usiadła, a sam zajął się szykowaniem jedzenia.

–  Pięknie  pachnie  –  wymruczała,  gdy  postawił  przed  nią  talerz  jajek  na  bekonie.  –  Gdzie  się

nauczyłeś gotować?

–  Odkąd  sięgnę  pamięcią,  mama  poświęcała  się  fundacji  i  często  nie  było  jej  w  domu.  Zamiast

czekać, aż wróci i coś przygotuje, sam się wziąłem za gotowanie. Nie umiałbym może przygotować

wystawnego obiadu, ale podstawowe dania jak najbardziej.

Jedli w milczeniu, jakby zdawali sobie sprawę, że każdy kęs przybliża ich do rozstania.

– Dziękuję – powiedziała i włożyła talerz do zlewu. – Teraz już naprawdę muszę iść.

– A twój samochód? Miałaś go odebrać dopiero jutro.

Rzeczywiście,  to  był  problem,  ale  zamierzała  poradzić  sobie  z  nim  sama.  Nie  mogła  tu  dłużej

zostać. Wczorajsza noc była jedynie pięknym snem, który musiał się skończyć.

– Odwieziesz mnie do Sally?

– Właśnie tego chcesz?

Nie. Chcę, żebyś kazał mi zostać, żebyś o mnie zawalczył.

background image

– Tak, tego chcę.

– Sally wie, że chcesz się u niej zatrzymać?

– Jeszcze nie.

Miała nadzieję, że przyjaciółka przyjmie ją i wybaczy kłamstwo. Będzie musiała jej wytłumaczyć,

że małżeństwo z Lukiem było oszustwem, mistyfikacją.

– Dlaczego tak ci się spieszy? Mogłabyś zostać jeszcze kilka dni.

–  Po  co  to  dłużej  ciągnąć?  Kiedy  się  wyprowadzę,  odzyskasz  wreszcie  swoje  dawne  życie.  –

Stanęła w drzwiach i dodała jeszcze: – Potrzebuję godziny, żeby dokończyć pakowanie.

Może miała nadzieję, że Luke będzie jeszcze próbował ją przekonywać, ale on mruknął tylko coś

pod  nosem.  Wróciła  do  sypialni  i  z  ciężkim  sercem  wkładała  ubrania  do  walizki.  W  pewnym

momencie  wyjęła  z  szafy  męski  sweter  i  wtuliła  w  niego  twarz,  z  trudem  panując  nad  łzami.  To

miejsce przez kilka miesięcy było jej domem, ale w pełni zrozumiała znaczenie tego słowa, dopiero

gdy wrócił Luke.

Podeszła do okna, by po raz ostatni nasycić wzrok wspaniałym widokiem jeziora i majaczących się

w  tle  gór,  niemal  niewidocznych  z  powodu  ciężkich,  nisko  wiszących  chmur.  Padał  gęsty  śnieg

i wszystko wokoło lśniło, niczym przykryte warstwą srebrnego pyłu. Najwidoczniej pogoda idealnie

korespondowała z jej stanem ducha. Dokończyła pakowanie, ale musiała jeszcze sprawdzić, czy nie

zostawiła w innych pomieszczeniach swoich rzeczy. Zawahała się, nim weszła do biblioteki na dole.

Nie była pewna, czy da radę skonfrontować się ze wspomniani ubiegłej nocy. Na litość, boską, nie

zachowuj  się  jak  dziecko,  zbeształa  się  w  myślach.  To  tylko  zwykły  pokój.  Zabierz  swoją  książkę

i wyjdź.

Pokrzepiona wewnętrzną determinacją nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi. Nie spodziewała się, że

zastanie tam Luke’a. Siedział na kanapie z plikiem kartek w prawej dłoni. Natychmiast powrócił do

niej obraz wczorajszej nocy: gwar przyjęcia, odgłos przekręcanego w zamku klucza, niepohamowane

dłonie, gorące wargi, przyspieszony oddech i polecenie „Pokaż mi”…

– Chciałam tylko – wyjąkała, czując, jak zasycha jej w gardle. – Chciałam tylko zabrać książkę.

Ruchem głowy wskazała powieść leżącą na stoliku przy kanapie. Ponieważ nie wypowiedział ani

słowa, uznała, że powinna zrobić to, po co przyszła, i wyjść. Nie prosił, żeby została, nie próbował

w atmosferze wczorajszych wspomnień znowu jej uwieść, co oznaczało tylko jedno. Nie zależało mu

na niej. Wczoraj pewnie dał się ponieść przekonującej zabawie w małżeństwo, poza tym pił alkohol

i…  dawno  nie  miał  kobiety,  a  ona  była  pod  ręką.  Anna  miała  ochotę  zamknąć  się  w  łazience

i porządnie wypłakać.

Dziesięć minut później Luke zastał ją, gdy schodziła po schodach. Natychmiast podbiegł, wziął od

niej walizkę, zniósł na dół i postawił obok choinki.

background image

– Jest jeszcze coś?

– Jeszcze jedna – odparła.

Podążyła za nim do sypialni, gdzie obok łóżka stała podróżna torba.

– Śpiąc tutaj, będę myślał o tobie – powiedział, rozglądając się po pokoju.

– Przestań. Nie rób tego – poprosiła udręczona.

– Mam nie myśleć o tobie, czy mam ci tego nie mówić?

– Masz… tak do mnie nie mówić.

– Rozmawiałem z Markiem – rzekł, porzucając zmysłowy ton.

– I?

– Będzie tu jutro rano. Ruszymy z rozwodem. Powiedział, że ma nadzieję, że nie spaliśmy ze sobą.

To ważne ze względu na procedury.

– Powiedziałeś mu?

– Nie chciałem psuć mu weekendu. Powiem mu jutro.

–  To  przecież  i  tak  nie  ma  znaczenia,  prawda?  Nie  chcę  niczego  od  ciebie.  Nigdy  nie  chciałam.

Fakt, że poszliśmy do łóżka, niczego między nami nie zmienia.

Nie przypuszczała, że potrafi tak kłamać.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Luke zniósł torbę na dół i postawił obok walizki.

– Musimy poczekać, aż przestanie padać i drogi będą przejezdne – stwierdził. Podążając za jego

wzrokiem,  spojrzała  przez  szybę  w  drzwiach.  Gęsty  śnieg  zasypywał  podjazd  w  błyskawicznym

tempie.

Luke  zastanawiał  się,  co  czuje  Meg.  Czy  jest  wściekła,  że  nie  może  odjechać  od  razu,  czy  też

z rezygnacją przyjmuje fakt, że utknęła z nim na dłużej.

–  Dorastałam  w  Kalifornii.  Tam  nigdy  nie  padał  śnieg.  Pięknie  to  wygląda  –  powiedziała,

odwracając się twarzą do niego.

Cała Meg, pomyślał. Potrafi dostrzec jasne strony trudnej sytuacji.

– Rzeczywiście, wygląda pięknie, ale bardzo utrudnia jazdę samochodem.

Nagle  poczuł  się  bardzo  zmęczony.  Świadomość,  że  być  może  jeszcze  przez  kilka  godzin  będzie

musiał być blisko niej, mocno go frustrowała. Najbardziej pragnął zabrać ją powrotem na górę, do

łóżka.  Wiedział  jednak,  że  to  nie  wchodzi  w  rachubę.  Musiał  więc  znaleźć  inny  sposób  na

przeczekanie.

– Chodźmy na spacer – zaproponował.

Ciepły uśmiech aprobaty rozgrzał mu serce. A może ona również cieszyła się, że nie musi być z nim

zamknięta w czterech ścianach domu? Otworzył szafę i zdjął z wieszaka damską kurtkę,

– Jest tyle rzeczy, których nie robiliśmy razem, a czy nam się to podoba, czy nie, mamy przed sobą

jeszcze parę godzin.

Wyszli  przed  dom,  brodząc  w  śniegu,  Meg  pierwsza,  a  za  nią  Luke  z  rękami  schowanymi

w  kieszeniach.  Nawet  lodowate  zimno  nie  było  w  stanie  ostudzić  jego  pożądania.  Gdy  patrzył  na

zaróżowione od mrozu policzki Meg, miał ochotę chwycić ją w objęcia i całować do utraty tchu.

– Zróbmy bałwana – usłyszał jej dźwięczny głos i w pierwszej chwili omal nie parsknął śmiechem.

Ostatni raz lepił bałwana w przedszkolu i uważał, że jest już za stary na tego typu rozrywki, ale kiedy

zobaczył,  jak  Meg  turla  w  jego  stronę  śniegową  kulę,  włączył  się  do  zabawy.  Zaśmiewając  się,

formowali pokaźny brzuch, potem głowę.

–  Przydałaby  się  marchewka  na  nos  i  coś  na  guziki  –  zasugerował,  przekrzywiając  głowę

i krytycznym wzrokiem oceniając efekt pracy.

–  Coś  wymyślę  –  odparła,  wbiegając  po  schodach  do  domu.  Już  po  chwili  wracała,  dzierżąc

dumnie w dłoniach marchew i dwie suszone śliwki. Umieściła znalezisko w strategicznych punktach,

po  czym  zdjęła  swój  szalik  i  zawiązała  wokół  szyi  bałwana.  Cmoknęła  z  zadowolenia  i  wyjęła

z kieszeni aparat fotograficzny.

– Stań przy nim, zrobię ci zdjęcie – poleciła.

background image

– Nie, to ja ci zrobię zdjęcie.

– W takim razie stańmy oboje. Mam wystarczająco długie ramię.

Podszedł do niej, ustawił się, ale wyjął z jej dłoni aparat.

– Moje ramię jest dłuższe. Uwaga. Raz, dwa, trzy.

Nacisnął przycisk i rozległo się charakterystyczne kliknięcie.

– Jeszcze jedno. Tak na wszelki wypadek.

Tym razem „na trzy” lekko cmoknęła go w policzek, dziwiąc się swojej śmiałości.

– Pokaż, jak wyszło. – Zajrzała mu przez ramię, ale Luke cofnął się i schował aparat do kieszeni.

Zdjął  z  dłoni  rękawiczki,  po  czym  dotknął  jej  twarzy,  wyczuwając  ciepło  skóry.  Powoli,

z  namaszczeniem  obrysował  kciukiem  kontur  warg,  po  czym  przywarł  do  jej  ust.  Skoro  zostało  im

zalewie  kilka  godzin  razem,  nie  mógł  pozwolić,  by  marnowali  czas  na  jakieś  niewinne  pocałunki

w  policzki.  Smakowała  cudownie,  była  dla  niego  samą  pokusą,  taka  słodka,  kobieca,  wyjątkowa.

Była jego przeszłością, teraźniejszością i… Cóż, tylko przeszłością i teraźniejszością. Na więcej nie

mógł liczyć.

To Meg pierwsza przerwała pocałunek.

– Nie powinniśmy.

– Wiem. Tylko jeszcze ten jeden raz.

Czekał,  aż  zachęci  go  uśmiechem,  spojrzeniem.  Tak  też  się  stało.  Pocałunek  smakował

wspomnieniami zeszłej nocy, ale także rozczarowaniem, że więcej takich nocy nie będzie.

– Powinniśmy wejść do środka – oświadczyła Meg z głębokim przekonaniem. – Zimno mi.

Luke  zdjął  rękawiczkę,  chwycił  jej  dłoń  w  swoją  i  pociągnął  do  domu.  Dopiero  w  środku  zdał

sobie  sprawę,  że  on  również  zmarzł.  Temperatura  w  nocy  musiała  spaść  o  kilka  stopni.  W  każdym

razie na dworze, bo jeśli chodzi o jego relacje z Meg…

– Stań tam i ogrzej się – zakomenderował, wskazując na buzujący ogniem kominek w salonie. Sam

zaś poszedł do kuchni i po chwili wrócił z dwoma kubkami gorącego kakao.

– Cieplej ci już?

Kiwnęła głową, wciąż wpatrując się w płomienie.

– Co teraz? – spytała.

– Miałbym pewien pomysł.

Rzuciła mu krótkie, spłoszone spojrzenie i zmarszczyła brwi.

– Nie martw się, nie to miałem na myśli – zaśmiał się. – Choć nie zaprzeczam, że przyszło mi to do

głowy. – Oblała się szkarłatnym rumieńcem. – Proponuję obejrzenie jakiegoś filmu. Śnieg właściwie

już przestał padać, niedługo drogi będą przejezdne i odwiozę cię do Sally.

Uznała, że to nie najgorszy pomysł, i usiadła na kanapie, a on obok niej. Podsunął bliżej małą pufę,

background image

żeby mieli na czym oprzeć stopy.

– Wiesz, nigdy nie zamierzałem się żenić – zaczął znienacka. – Nie czułem takiej potrzeby. Byłem

zadowolony ze swojego życia.

Niespodziewanie objął ją ramieniem.

–  Dlatego  też  to  może  być  moja  jedyna  okazja,  by  się  przekonać,  jakie  to  uczucie  mieć  żonę,

spędzać  z  nią  czas.  Jesteśmy  teraz  jak  stare,  dobre  małżeństwo.  Film  w  telewizji,  ciepłe  kakao,

papucie na stopach, koc w kratkę, bo reumatyzm dokucza. No, staruszko dziś oglądamy mój film, bo

tydzień temu ty wybierałaś.

Nie  zdążyli  nawet  przebrnąć  przez  reklamy,  gdy  usłyszeli  warczenie  Cezara,  a  chwilę  potem

dzwonek do drzwi. Luke spojrzał na zegarek, wzrok mu spochmurniał.

– Oglądaj, ja się tym zajmę.

Meg jednak sięgnęła po pilota i nacisnęła przycisk stop.

– Zaczekam na ciebie.

– Nie jestem pewien, jak długo to potrwa. Wszystko zależy od tego, co ma mi do powiedzenia.

– Jason?

Luke kiwnął głową. Jego mina wyraźnie mówiła, że nie pali się do rozmowy z przyrodnim bratem.

– Zaczekam – powtórzyła.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Meg odstawiła pusty kubek na intarsjowany stolik i podeszła do okna. Bałwan, którego niedawno

lepili pośród radości i przekomarzań, stał teraz samotnie, niczym wierny strażnik, a jego śliwkowe

oczy  wydawały  się  patrzeć  na  świat  z  przejmującym  smutkiem,  jakby  nie  był  jedynie  bryłą  śniegu,

a żywą, czującą osobą.

Żaden  dźwięk  nie  dochodził  z  gabinetu.  Nie  słychać  było  nawet  strzępu  rozmowy,  nic.  I  nagle

krzyk.  Po  cichu  podbiegła  do  drzwi  i  wychyliwszy  się  nieznacznie,  nasłuchiwała  głosów

dobiegających z końca korytarza. Tylko jeden mężczyzna krzyczał. Jason. Nie rozumiała, co mówił,

ale  z  całą  pewnością  był  wściekły.  Taka  rozmowa  nie  mogła  należeć  do  przyjemnych.  Po  chwili

Jason wybiegł z gabinetu jak burza, zatrzaskując z furią drzwi.

– Poradzisz sobie? – spytała odruchowo, gdy ją mijał. Mimo wszystko było jej go żal. Mógł mieć

dobre relacje z bratem i wszystko zepsuł przez chciwość. Teraz musiał za to zapłacić.

– Nie udawaj, że cię to obchodzi – warknął.

– Nie udaję.

Zbliżył się do niej ze wzrokiem wyrażającym nienawiść i rozpacz.

– To wpłyń na swojego męża, by się nie mścił.

– To nie moja sprawa. Nie mogę się mieszać.

Jason złapał się ze głowę i jęknął żałośnie.

– Indonezja! Do jasnej cholery, co ja tam będę robił?!

– Indonezja? – A więc na takie rozwiązanie zdecydował się Luke.

– Fundacja Maitlandów! Mam spędzić dwa lata w jakiejś cholernej dziczy! Równie dobrze mógłby

mnie wysłać do piekła!

– Nie przesadzaj, lepsze to niż więzienie. Może nawet spodoba ci się praca w fundacji. Kto wie,

czy dzięki temu nie wyjdziesz na prostą.

– On też tak powiedział – przyznał z niechęcią. Machnął ręką, jakby mu już było wszystko jedno,

i wyszedł z domu. Meg zaś wróciła do salonu, usiadła z powrotem na kanapie i czekała na Luke’a.

–  Dobry  wybór  –  zawołała,  gdy  tylko  pojawił  się  drzwiach.  Nie  wyglądał  na  szczególnie

zadowolonego, ale przynajmniej nie miał już tak zaciętej miny.

Podszedł do niej, pocałował ją w głowę i usiadł obok.

– Mnie też tak się wydaje – odpowiedział. – Oglądamy dalej?

Meg  włączyła  film  i  choć  udawała,  że  zajmują  ją  perypetie  głównego  bohatera,  myślami  była

daleko. Gdyby tak mogło być zawsze. Gdyby naprawdę byli parą. Gdyby mogli dzielić życie, dnie,

noce,  poranki.  Jej  nieszczęście  polegało  na  tym,  że  zakochała  się  w  mężczyźnie,  który  odetchnie

z ulgą, gdy tylko zniknie z jego życia.

background image

Film się skończył. Powinna już wstać. Podnieś się z kanapy, poprosić, by zawiózł ją do Sally, ale

milczała.

– Podobno kontynuacja jest jeszcze lepsza – powiedział na pozór nonszalancko, nie wypuszczając

jej z objęć.

– Tak słyszałam. To się rzadko zdarza. Zazwyczaj druga część jest gorsza od pierwszej – odparła

ostrożnie.

– To może obejrzymy? Chciałabyś? – spytał z nadzieją w głosie.

Oczywiście,  że  by  chciała,  bardziej  niż  czegokolwiek  na  świecie,  bo  to  by  oznaczało  kolejne

godziny  w  ramionach  Luke’a.  Ale  prędzej  czy  później  będzie  musiała  odejść.  On  chciał  jedynie

godzin, ona zaś lat, całego życia.

– Muszę już iść. Odwieź mnie do Sally.

– Musisz czy chcesz?

– Muszę.

–  Wcale  nie  musisz.  Jeśli  wolałabyś  zostać,  to  zostań.  Przygotuję  coś  pysznego  do  zjedzenia.

Lubisz spaghetti bolognese?

– Czy nie będzie lepiej dla nas obojga, jeśli odejdę teraz? Po co to przedłużać?

W milczeniu rozważał odpowiedź, aż wreszcie pokręcił przecząco głową.

–  Lubię,  kiedy  jesteś  blisko  mnie.  Nie  rozumiem,  co  się  z  mną  dzieje,  ale  przy  tobie  jest  mi  tak

dobrze. Będzie mi ciebie bardzo brakowało, kiedy odejdziesz, więc sama rozumiesz, że nie spieszę

się do rozstania z tobą.

Poruszona jego słowami nie próbowała protestować, gdy włączył kolejny film. Jeśli to wszystko,

co może dostać, niech tak będzie. Zamierzała chłonąć każdą minutę, każdą cenną sekundę spędzoną

przy jego boku, aby te wspomnienia na zawsze wryły jej się w pamięć.

Kiedy skończyli oglądać, zrobiło się już zupełnie ciemno na dworze. Zjedli spaghetti mistrzowsko

przygotowane  przez  Luke’a  i  obejrzeli  ostatnią  część  filmowej  trylogii.  Kiedy  na  ekranie  pojawiły

się napisy końcowe, żadne z nich nie spieszyło się, by wstać.

–  Poleżmy  tak  razem  –  zaproponował,  gasząc  telewizor.  Chciał  ją  jeszcze  zatrzymać,  pod  byle

pretekstem. – Nie mam nic zdrożnego na myśli. Kanapa jest wystarczająco szeroka.

Leżeli więc w milczeniu, głowa przy głowie, noga przy nodze.

– Co zamierzasz robić, kiedy się rozwiedziemy? – spytał.

– Sally zaproponowała mi pracę w fundacji.

– Zgodziłaś się?

–  Jeszcze  nie.  Najpierw  chciałam  wiedzieć,  co  ty  o  tym  myślisz.  Może  to  nie  jest  dobry  pomysł,

żebym była tak blisko ciebie?

background image

Objął ją mocniej w pasie.

– Świadomość, że będziesz blisko, nie przeraża mnie.

– Ale to może dziwnie wyglądać. Ludzie myślą, że byliśmy małżeństwem i…

– Byliśmy małżeństwem – podkreślił.

– Niezupełnie.

– Powiedz to pastorowi – uśmiechnął ze smutkiem.

– Chodziło mi o to, że jeśli przyjęłabym pracę w twojej fundacji, moglibyśmy się czuć skrępowani.

–  Posłuchaj,  nie  żałuję,  że  się  z  tobą  ożeniłem.  Nadal  uważam,  że  wtedy  to  była  jedyna  słuszna

decyzja. – Przyciągnął ją bliżej siebie. – Naprawdę niczego nie żałuję.

– Nawet tego, co zrobiliśmy zeszłej nocy?

– Jak mógłbym żałować? To wspomnienie zostanie ze mną na lata.

– A ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie zachowaliśmy się ani właściwie, ani odpowiedzialnie.

– Nie podobało ci się?

– Wiesz, że nie o to chodzi. Myślę, że…

– Chyba za dużo myślisz.

Może  miał  rację.  Niepotrzebnie  rozkładała  wszystko  na  czynniki  pierwsze,  analizowała  każde

słowo  i  gest.  Wspomnienie  tamtej  nocy  należało  do  niej  i  nikt  nie  mógł  tego  zmienić.  Leżeli  na

kanapie przez kolejne godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Jeszcze przed nikim tak się nie

otworzyła,  nie  czuła  takiego  zaufania  i  zrozumienia.  Mijały  leniwe  godziny,  nasycone  napięciem,

a jednocześnie dziwnym spokojem.

– A co jeśli się w tobie zakochałam? – wyszeptała w ciemność.

Poczuła,  jak  ramię,  obejmujące  ją  w  pasie  zesztywniało.  Usłyszał,  co  powiedziała,  i  milczał.

Wiedziała, że nie ma żadnego „jeśli”. Kochała go, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Tyle tylko, że on

nie prosił o miłość.

– To nie byłby dobry pomysł – usłyszała uprzejmą, ale stanowczą odpowiedź.

Luke  poczuł,  jak  Meg  nieznacznie  odsuwa  się  od  niego,  ale  nie  przygarnął  jej  z  powrotem.  To

niemożliwe, żeby go naprawdę kochała. Nie był odpowiednim kandydatem na męża. Był dla niej za

stary,  miał  cyniczne  podejście  do  życia  i  miłości.  Poza  tym  był  typowym  samotnym  wilkiem.  Czyż

nie? Taka subtelna, wrażliwa dziewczyna zasługiwała na jakiegoś młodego, sympatycznego chłopca,

kogoś o łagodnym usposobieniu, kto z optymizmem patrzyłby na życie. Zapewne wyobraziła sobie, że

on  pasuje  do  tego  wzorca,  ale  to  nieprawda.  Nie  byłaby  z  nim  szczęśliwa,  a  on  nie  chciał  jej

skrzywdzić. Powinien pozwolić jej odejść. Uwolnić od siebie. Uznał jednak, że zrobi to rano. Teraz

chciał  jeszcze  cieszyć  się  obecnością  Meg,  wdychać  zapach  jej  włosów  i  skóry.  Po  raz  pierwszy

w  życiu  pragnął  od  kobiety  nie  erotycznego  spełnienia,  ale  po  prostu  bliskości.  Wystarczało,  że

background image

leżała  przy  nim,  że  mógł  na  nią  patrzeć,  obejmować  ją.  Nie  wiedział,  jak  ma  sobie  poradzić

z  uczuciem,  którego  wcześniej  nie  doświadczył.  Ona  tak  wiele  dla  niego  zrobiła.  Pomogła  mu

w Indonezji, gdy był ranny, pomogła, gdy błagał, by za niego wyszła. Nawet teraz, gdy leżała obok

niego, a jej ciepły, równomierny oddech łaskotał go w policzek, miał wrażenie, że życie może być

piękne  i  pełne  harmonii.  Czuł,  wbrew  swojej  naturze  pragmatyka,  że  Meg  jest  jego  drugą,  lepszą

połówką. Jednak ona zasługiwała na coś lepszego, na kogoś lepszego. I dlatego powinien pozwolić

jej odejść.

Meg poderwała się niespokojnie na dźwięk dzwonka do drzwi. Mrużąc powieki, spojrzała za okno

i z żalem zobaczyła, że nastał już nowy, słoneczny dzień.

– To Mark – powiedział Luke, przeczesując ręką włosy.

Jego adwokat. Wiedziała już, że jej czas w tym domu dobiegł końca.

– To nie potrwa długo – dodał. – Proszę, zaczekaj w salonie.

I tak nie zamierzała uczestniczyć w spotkaniu. Było jej wszystko jedno, jakie zaproponują warunki

rozwodu.  Czuła  się  wystarczająco  upokorzona  tą  sytuacją.  Gdy  tylko  mężczyźni  zamknęli  się

w gabinecie, wymknęła się z domu. Cezar skwapliwie skorzystał z okazji i podążył za nią. W ciągu

tych  kilku  miesięcy  przywiązał  się  do  niej  i  traktował  jak  swoją  panią.  Podskakiwał  i  popiskiwał

przy jej nogach, ale tym razem Meg nie miała ochoty na zabawę. Oto nadszedł dzień, kiedy musiała

pożegnać  się  ze  wszystkimi  marzeniami  i  nadziejami.  Mimo  wszystko  nie  żałowała,  że  w  jej  życiu

pojawił się Luke. Gdyby nie on, być może nigdy nie poznałaby istoty prawdziwej miłości. Była już

w związku, ale dopiero teraz, dzięki Luke’owi, dowiedziała się, jaką jest kobietą. Wiedziała już, że

nie przyjmie pracy w fundacji. Być może on nie miałby z tym problemu, ale ona owszem. To byłoby

okropne,  widywać  go  każdego  dnia  i  ukrywać  swoją  miłość,  patrzeć,  jak  spotyka  się  z  innymi

kobietami, jak jego wzrok prześlizguje się po niej obojętny, bez cienia dawnej namiętności. Nie, nie

dałaby rady. Skoro mają się rozstać, to definitywnie i na zawsze.

Najchętniej  wzięłaby  bez  pytania  samochód  i  odjechała  już  teraz,  nie  czekając,  aż  Luke  i  Mark

ustalą  warunki  rozwodu.  Dlaczego  to  musi  być  takie  trudne,  pytała  retorycznie,  rozkopując  nogami

śnieg. Czekanie było torturą.

Spojrzała  w  błękitne,  bezchmurne  niebo  i  wtedy  podjęła  decyzję.  Nie  ucieknie.  Nie  odejdzie,

zanim nie wyzna mu swoich uczuć. Zanim nie usłyszy odpowiedzi, czy byłby w stanie ją pokochać,

czy  byłby  w  stanie  dać  im  szansę.  Przecież  nie  była  mu  obojętna,  czuła  to,  gdy  jej  dotykał  i  ją

całował.  Miała  wrażenie,  że  z  jakiegoś  powodu,  trochę  wbrew  sobie,  odpycha  ją,  ale  sam

powiedział, że będzie za nią tęsknił. Całe życie czekała na tę miłość i teraz nie mogła poddać się tak

łatwo. Jeśli istniał choć cień szansy, choć cień nadziei, powinna spróbować. Co miała do stracenia?

Tylko swoją dumę. Była gotowa ją poświęcić, byle tylko zawalczyć o ukochanego człowieka.

background image

Zaczęła  biec,  do  domu,  do  niego,  do  ich  wspólnego  życia.  Nie  pukając,  weszła  do  gabinetu,

zdyszana  i  w  kurtce.  Obydwaj  mężczyźni  wstali  jak  na  komendę.  Zauważyła,  leżący  na  biurku  plik

białych  kartek.  Dokumenty  rozwodowe?  Nie  zastanawiając  się  nad  tym,  co  robi,  podbiegła  do

Luke’a, wspięła się na palce i pocałowała go mocno. Jego ręce natychmiast objęły ją w pasie.

– Mark – zwróciła się do prawnika. – Chcę porozmawiać z mężem. W cztery oczy.

– I tak już wychodziłem – odparł rozbawiony, podnosząc z fotela czarną aktówkę. – Nie musicie

mnie odprowadzać.

Meg  poczekała,  aż  Mark  zamknie  drzwi,  i  wtedy,  patrząc  Luke’owi  prosto  w  oczy,  oświadczyła

stanowczo:

– Nie podpiszę tych dokumentów.

Zmarszczył brwi, zerknął na biurko, próbując dociec, o jakich dokumentach mówi.

–  Nieważne,  jaka  jest  twoja  oferta  –  mówiła  dalej.  –  Chcę  więcej.  Chcę  ciebie.  Nie  pozwolę,

żebyś  wyrzucił  mnie  ze  swojego  życia,  bo  uważasz,  że  nikogo  nie  potrzebujesz.  To  tak  nie  działa.

Potrzebujesz  mnie,  tylko  jeszcze  o  tym  nie  wiesz.  I…  i…  ja  też  cię  potrzebuję.  Kocham  cię.  Może

teraz nie jesteś na to gotowy, ale błagam, daj nam szansę.

Luke położył palec na jej ustach, uciszając ją w ten sposób.

– Wcale nie chcę, żebyś podpisywała te dokumenty.

– Naprawdę? Nie chcesz?

– Nie – potwierdził, uśmiechając się szeroko. – One dotyczą Jasona, a nie ciebie, nie nas.

–  Ale  ja  myślałam…  Mark…  Przecież  chciałeś  rozwodu.  Byłam  pewna,  że  przyszedł  w  tej

sprawie.

– Rozmawialiśmy o tym.

– I?

– I powiedziałem mu, że spaliśmy ze sobą.

– I co? Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności.

– I powiedziałem mu, że cię kocham, co nie było właściwe z mojej strony.

– Nie rozumiem. – Pokręciła bezradnie głową. – Kochasz mnie?

Ujął jej twarz w dłonie, delikatnie muskając palcami policzki.

–  Tobie  pierwszej  powinienem  był  to  powiedzieć.  Kocham  cię.  Jeszcze  wczoraj  w  nocy  byłem

przekonany, że najlepiej będzie, jeśli pozwolę ci odejść. Zasługujesz na kogoś lepszego, moja śliczna

optymistko.  Dziś  jednak,  kiedy  przyszedł  Mark,  zrozumiałem,  że  życie  bez  ciebie  jest  potworną

perspektywą. Od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś mi potrzebna, choć

nie do końca rozumiałem dlaczego. Chcę, żebyś była częścią mojego życia, panią tego domu i mojego

serca. Pod warunkiem, że i ty tego chcesz.

background image

Meg skinęła głową, zbyt wzruszona, by wymówić choć jedno słowo.

– Czy to znaczy „tak”?

Ponownie  przytaknęła  ze  łzami  szczęścia  w  oczach.  Wtedy  zaśmiał  się  radośnie,  a  jego

jasnoniebieskie oczy promieniały.

– Czyli możemy zacząć planować podróż poślubną na Wyspę Wielkanocną?

– Gdziekolwiek sobie życzysz, byle razem.

– Cześć, kochanie. Wróciłem – powiedział i nareszcie ją pocałował.

background image

Tytuł oryginału: Under the Millionaire’s Mistletoe
Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2010
Redaktor serii: Marzena Cieśla
Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla
Korekta: Hanna Lachowska

UNDER THE MILLIONAIRE’S MISTLETOE
© 2010 by Harlequin Books S.A.
THE WRONG BROTHER
© 2010 by Maureen Child
MISTLETOE MAGIC
© 2010 by Sandra Hyatt
© for the Polish edition by Arlekin – Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.
Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Światowe Życie Ekstra są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy
nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.
02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-0917-5

ŚŻ DUO – 553

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o. | 

www.legimi.com


Document Outline