background image

 

CARTLAND  BARBARA 

DIONA I DALMATYNCZYK 

 

Najpiękniejsze miłości 

background image

 

Rozdział 1 

Rok 1819  

Sir Hereward Grantley z trudem sadowił się w ogromnym fotelu. 

Krzywiąc  się  i  sapiąc,  dźwignął  opuchniętą  stopę  na  taboret  i 

ostrożnie próbował znaleźć oparcie dla obolałych pleców.  

W  tej  samej  chwili  w  radosnych  susach  ruszył  ku  niemu  młody 

dalmatyńczyk.  Nagle,  potrącona  psim  ogonem,  szklanka  brandy 

zsunęła się ze stolika. Sir Hereward wpadł we wściekłość:  

— Pilnuj swego przeklętego psa! — krzyknął na bratanicę i dodał 

z  pretensją  w  głosie:  —  Mówiłem  ci  już,  że  nie  ma  prawa  tutaj 

przebywać. Nie życzę go sobie w domu. Jego miejsce jest w psiarni.  

Diona pospiesznie zbierała z dywanu kawałki szkła.  

—  Bardzo  przepraszam,  stryju  Herewardzie.  Syriusz  zrobił  to 

niechcący.  Chciał  tylko  przywitać  się  z  tobą.  Wiesz  przecież,  że  cię 

lubi.  

— Mam dostatecznie dużo własnych psów. Albo pójdzie do budy, 

albo trzeba będzie go zastrzelić.  

Diona,  przerażona,  krzyknęła,  a  z  drugiego  kąta  pokoju  odezwał 

się głos:  

—  Sądzę,  ojcze,  że  to  dobra  myśl!  W  domu  psy  sprawiają  tylko 

kłopot.  Niedawno  też  widziałem,  jak  Syriusz  polował  w  lesie,  gdzie 

bez wątpienia wystraszył wysiadujące ptaki...  

background image

— To nieprawda! — zaprotestowała Diona. — Syriusz nigdy beze 

mnie nie wychodzi. Wiem, że jest pora lęgowa,  więc trzymamy się z 

dala od lasu.  

— Widziałem na własne oczy!  

Diona wiedziała, że kuzyn Simon kłamie i domyślała się powodu 

jego  zachowania.  Odkąd  zamieszkała  w  wielkim,  brzydkim  domu 

stryja,  Simon  prześladował  ją  zalotami,  a  gdy  je  odrzuciła,  stał  się 

złośliwy. Teraz zaś wtrącił się do sporu zapewne powodowany chęcią 

zemsty za domniemaną zniewagę. Dwa dni temu bowiem, spotkawszy 

Dionę  na  schodach,  usiłował  ją  pocałować.  Broniła  się,  a  kiedy 

zrozumiała,  że  jest  od  niej  silniejszy,  nadepnęła  mu  na  nogę  tak 

mocno, że jęknął z bólu.  

Wyrwała się kuzynowi, wołając:  

—  Zostaw  mnie  w  spokoju!  Nienawidzę  cię!  Jeżeli  jeszcze  raz 

ośmielisz się mnie dotknąć, powiem stryjowi Herewardowi!  

Simon  tylko  czekał  na  stosowną  okazję.  Wstał  od  stołu,  przy 

którym  łapczywie  pochłaniał  obfite  śniadanie,  mimo  że  pora 

porannego posiłku już dawno minęła, i podszedł do ojca.  

—  Koniecznie  trzeba  zabić  tego  psa  —  stwierdził,  wycierając 

usta.  —  Powiem  Heywoodowi,  żeby  go  zastrzelił,  tak  jak  starego 

Rufusa, kiedy przestał się już do czegokolwiek nadawać.  

— Nie tkniesz mojego psa! — krzyknęła gniewnie Diona. — Jest 

młody,  a  szkodę  wyrządził  nieumyślnie!  To  pierwsza  rzecz,  którą 

stłukł w tym domu!  

— Pierwsza, którą zauważyliśmy! — warknął Simon.  

Diona spojrzała na stryja.  

background image

—  Bardzo  proszę.  Wiesz  jak  ogromnie  kocham  Syriusza,  jak 

wiele dla mnie znaczy. Tylko on pozostał mi po ojcu...  

Raptem  uświadomiła  sobie,  że  mówiąc  w  ten  sposób  postępuje 

nierozważnie.  Wszak  sir  Hereward  Grantley  nie  znosił  młodszego 

brata.  Ojciec  Diony  był  o  wiele  bardziej  popularny  w  hrabstwie, 

znacznie  lepszy  w  różnych  dziedzinach  sportu  i,  w  dodatku,  o  wiele 

przystojniejszy.  

Czasami  Diona  miała  wrażenie,  że  stryj  jest  w  gruncie  rzeczy 

zadowolony, iż młodszy brat przypłacił życiem upadek z porywistego 

ogiera, gdy koń brał wysoką przeszkodę. Wypadek taki nie powinien 

był się zdarzyć jeźdźcowi równie doświadczonemu jak jej ojciec.  

Całe  hrabstwo  opłakiwało  Harry'ego  Grantleya  i  Diona 

zrozumiała, że właściwie wtedy umarła także jej matka! Pani Grantley 

z każdym dniem robiła się coraz słabsza, a w rok później i ją również 

pochowano. Od tej pory stryj stał się prawnym opiekunem bratanicy. 

Diona musiała opuścić strony, gdzie tak szczęśliwie upływało niegdyś 

jej życie.  

Rodzinny  dom  zdawał  się  zawsze  wypełniony  słońcem,  podczas 

gdy należący od trzystu lat do Grantleyów dwór był ogromny, ciemny 

i  ponury.  Wkrótce  też  Diona  pojęła,  że  kuzyn  Simon  przyczyni  jej 

wielu  zmartwień.  Sir  Herewardowi  wydawało  się,  że  przynajmniej 

pod  jednym  względem  był  lepszy  od  nieżyjącego  brata  —  miał 

dziedzica.  

Na  nieszczęście  Simon  nie  był  synem,  z  którego  jakikolwiek 

ojciec  mógłby  być  dumny.  Miał  dwadzieścia  cztery  lata,  ale  jego 

rozwój  psychiczny  zatrzymał  się  na  etapie  niedojrzałego  nastolatka. 

background image

Nie 

wyróżniał 

się 

też 

niczym 

szczególnym, 

oprócz 

nieprawdopodobnego  wręcz  apetytu.  Kuzyn  Diony  jadł  za  czterech  i 

wciąż był głodny.  

W  przyszłości  Simon  miał  zostać  szóstym  baronetem.  Wątła, 

wiecznie  cierpiąca  lady  Grantley  nie  mogła  mieć  więcej  dzieci,  toteż 

sir Hereward uwielbiał jedynaka i dogadzał mu we wszystkim. Żywił 

przy  tym  nie  uzasadnioną  nadzieję,  że  podsycając  wrodzony  egoizm 

syna, wychowa Simona na mężczyznę.  

Diona,  z  natury  spostrzegawcza,  szybko  zauważyła  niewesołą 

sytuację  stryja  i  szczerze  z  nim  współczuła.  W  niczym  jednak  nie 

poprawiło to jej własnego losu.  

Była  nie  tylko  wyjątkowo  ładna,  ale  też  inteligentna.  Wkrótce 

więc  zrozumiała,  że  irytuje  stryja,  jak  niegdyś  irytował  go  jej 

tragicznie zmarły ojciec. Próby ułagodzenia sir Herewarda spełzały na 

niczym.  Rzadko  dzień  mijał  bez  złorzeczeń  na  wyimaginowane 

przewinienia  bratanicy,  zmuszonej  cierpliwie  znosić  wybuchy  złości 

starszego pana.  

Żona  sir  Herewarda  całe  dnie  spędzała  leżąc  i  skarżąc  się  na 

okropne  bóle.  Płakała  i  narzekała,  nigdy  nie  uczyniła  jednak 

najmniejszego  bodaj  wysiłku,  by  pokonać  własną  słabość. 

Zachowanie Simona zaś stanowiło pasmo rozczarowań. Sir Hereward 

zaczął  szukać  pociechy  w  alkoholu.  Nadmierne  picie  powodowało 

kolejne ataki podagry. Chory cierpiał na srogie bóle gośćcowe, puchły 

mu nogi i ręce.  

Teraz, kiedy gniew osiągnął stan wrzenia, starszy pan warknął do 

syna:  

background image

—  Masz  rację.  Powiedz  Heywoodowi,  żeby  dziś  wieczorem 

zastrzelił to zwierzę. Nie dopuszczę, by przez jakiegoś psa, miały nie 

udać się jesienne polowania!  

Diona uklękła przy fotelu stryja. W jej głosie brzmiało błaganie.  

—  Nie  możesz  tego  zrobić,  stryju  Herewardzie!  Nie  możesz  być 

tak okrutny. Wiesz ile Syriusz dla mnie znaczy.  

Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  sir  Hereward  ustąpi.  I  wtedy 

odezwał się Simon:  

— Ten pies poluje na wszystko, co się rusza! Wczoraj widziałem, 

jak  gonił  kury  i  jeśli  nie  dostaniemy  jaj  na  śniadanie,  będzie  to  jego 

wina!  

— To kłamstwo! Kłamstwo! — krzyknęła Diona.  

Jednak zmyślona przez Simona historyjka zaważyła na decyzji sir 

Herewarda.  

—  Wydaj  polecenie  Heywoodowi!  —  rzekł  do  syna.  —  I  niech 

przekaże  leśniczym,  żeby  zastrzelić  każdego  błąkającego  się  po  lesie 

kota czy psa!  

Diona zrozumiała, że nie ma sensu prosić stryja o litość. Chciało 

jej  się  krzyczeć  z  oburzenia  na  tę  rażącą  niesprawiedliwość  i 

bezsensowne  okrucieństwo.  Naraz  dostrzegła  błysk  złośliwego 

zadowolenia  w  oczach  kuzyna  Simona.  Wstała  więc  i  z  wysoko 

podniesioną głową wyszła z jadalni. Dopiero gdy zamknęły się za nią 

drzwi,  rzuciła  się  jak  szalona  do  swojego  pokoju.  Dalmatyńczyk 

pobiegł za nią.  

Syriusza  ofiarował  Dionie  ojciec  nie  na  długo  przed  tragicznym 

wypadkiem.  Piesek  był  śmieszny  i  nieporadny.  Na  białym  futerku 

background image

zaczęły  pojawiać  się  ciemne  plamki,  gdyż  Syriusz  skończył  właśnie 

dwa  tygodnie.  Kiedy  patrzył  na  Dionę  z  miłością,  przytuliła  go 

delikatnie  i  poczuła,  że  bardzo  go  kocha.  Tylko  Syriusz  potrafił 

pocieszyć  dziewczynę  po  śmierci  rodziców.  Lizał  jej  policzki  i  tulił 

się,  gdy  płakała  bezradnie,  jakby  rozumiał  jej  rozpacz  i  samotność. 

Teraz miała już tylko jego.  

Oczywiście żyli jeszcze inni członkowie rodziny Grantleyów, ale 

niestety  mieszkali  poza  granicami  hrabstwa.  Nikt  z  nich  jednak  nie 

kwapił się, by udzielić Dionie gościny. Nie miała przecież pieniędzy. 

Jej ojciec cały swój niewielki kapitał wydał na zakup koni. Liczył, że 

ujeżdżone  będzie  można  sprzedać  z  zyskiem.  Wyniki  treningu 

pierwszych trzech czy czterech wierzchowców przekroczyły wszelkie 

oczekiwania, więc zachęcony sukcesem nabył następne.  

—  Może  to  ekstrawagancja  —  powiedział  żonie  —  ale  mam 

okazję za bezcen kupić od znajomego z Irlandii kilka rasowych koni. 

Głupio przepuścić taką szansę.  

—  Oczywiście,  najdroższy  —  przytaknęła.  —  Nie  znam  nikogo, 

kto byłby zręczniejszy od ciebie w ujeżdżaniu koni. Jestem pewna, że 

twój nowy nabytek przyniesie nam wielkie korzyści.  

Harry Grantley nawet o tym nie wątpił. Gdy nadszedł oczekiwany 

przez  niego  transport,  z  radością  odkrył,  że  wierzchowce  wyglądały 

znacznie  bardziej  obiecująco,  niż  się  tego  spodziewał.  Był  jednak 

świadom,  że  są  na  tyle  dzikie,  iż  okiełznanie  ich  wymagać  musi 

ogromnej cierpliwości i wysiłku.  

— Cóż to będzie za przyjemność obserwować pracę nad nimi — 

mówiła sobie Diona.  

background image

W  obawie  o  bezpieczeństwo  córki  ojciec  nie  pozwalał  jej 

dosiadać  nie  wytrenowanego  konia.  A  przecież  Diona  była 

doświadczoną  amazonką.  Jeździła  konno  niemal  od  chwili,  gdy 

nauczyła się chodzić.  

I właśnie jeden z irlandzkich wierzchowców stał się mimowolnym 

sprawcą  śmierci  jej  ojca.  Nie  ujeżdżone  konie  sprzedano 

przygodnemu kupcowi. Mimo, że nie udało się uzyskać za nie dobrej 

ceny,  panie  Grantley  mogły  żyć  dość  wygodnie  podczas  smutnych 

miesięcy, które nastąpiły po śmierci sir Harry'ego.  

Wkrótce Diona zauważyła, że matka z dnia na dzień robi się coraz 

słabsza  i  trudno  ją  czymkolwiek  zainteresować.  Tylko  córce 

poświęcała  jeszcze  nieco  uwagi.  Nie  śmiała  się  już  jednak  nigdy  i 

rzadko  na  jej  twarzy  gościł  blady  uśmiech.  W  ciągu  dnia  pani 

Grantley  udawało  się  zachować  pozory  opanowania,  ale  Diona  była 

przekonana,  że  noce  matka  musiała  spędzać  rozpaczając  za  zmarłym 

mężem.  

Później  Diona  nie  raz  zastanawiała  się,  czy  nie  mogła,  mimo 

wszystko,  uratować  matki.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że 

przyczyną śmierci nie była żadna z chorób ciała. Wdowa po Harry'm 

Grantleyu po prostu nie potrafiła żyć bez mężczyzny, którego kochała 

ponad wszystko.  

Świadomość, że rodzice byli ze sobą szczęśliwi, dodawała Dionie 

sił  do  zniesienia  ponurej  atmosfery,  panującej  we  dworze  stryja. 

Dopiero  teraz  zrozumiała,  że  to  nie  mury  i  sprzęty  tworzą  dom,  ale 

ludzie,  którzy  w  nim  żyją!  Właściwie  Grantley  Hall  powinien 

background image

uchodzić za piękny. Zdobiła go bowiem wyśmienita kolekcja obrazów 

i mebli, dziedziczonych z pokolenia na pokolenie.  

Sir Hereward jednak był człowiekiem trudnym, rozgoryczonym, a 

w  gruncie  rzeczy,  nieszczęśliwym.  Nic  więc  dziwnego,  że  cały  dom 

wydawał  się  Dionie  ponury  i  równie  zimny,  jak  serca  jego 

mieszkańców.  Służący,  starzy  i  zgorzkniali,  boleśnie  odczuwali 

sposób,  w  jaki  wydawano  im  polecenia,  lecz  ze  strachu  przed  utratą 

posady nigdy nie odważyli się otwarcie zaprotestować.  

Sir Hereward utrzymywał stajnię, słynną z doskonałych koni oraz 

psiarnię,  jedną  z  najlepszych  w  hrabstwie.  Ale  nawet  zwierzęta 

wydawały  się  Dionie  inne  niż  wierzchowce  i  psy  hodowane  w  jej 

rodzinnym  majątku. Może  dlatego,  że  nikt nie  odnosił  się  tu do  nich 

jak do indywidualnych istot.  

Na początku stryj zgodził się, by Syriusz zawsze jej towarzyszył, 

a nawet sypiał koło łóżka Diony. Po pewnym czasie jednak Simonowi 

udało  się  nastawić  ojca  wrogo  wobec  Syriusza.  Sir  Hereward 

przeklinał  ulubieńca  bratanicy,  ilekroć  ów  wszedł  mu  w  drogę  i 

wykrzykiwał, że „ten pies przeżre wszystko, do ostatniego pensa."  

W  taki  to  właśnie  sposób  stryj  dawał  Dionie  do  zrozumienia,  że 

znalazła  się  w  Grantley  Hall  na  łaskawym  chlebie  i  nie  pozwolił 

bratanicy  zapomnieć,  iż  musiał  spłacić  długi  po  jej  ojcu.  Nie  były  to 

duże  sumy,  ale  nawet  niewielkie  rachunki  rozwścieczały  sir 

Herewarda.  

Służących,  których  zatrudniali  jej  rodzice,  kazał  zwolnić  i  tylko 

dwoje  najstarszych  zatrzymał  na  posadzie  dozorców,  lecz,  jak 

background image

zapowiedział,  jedynie  do  momentu,  kiedy  znajdzie  się  nabywca 

posiadłości Harry'ego Grantleya.  

— A potem — lubił straszyć — o ile nie trafi się jakieś miejsce, 

pójdziecie do przytułku.  

Dionie krajało się serce z rozpaczy, ale nie miała żadnego wpływu 

na  decyzje  despotycznego  stryja.  W  głębi  duszy  żywiła  jednak 

nadzieję,  że  sir  Hereward  nie  spełni  swojej  groźby.  Natomiast 

staruszkowie  dniami  i  nocami  zamartwiali  się  o  swój  niepewny  los. 

Wyjeżdżając  z  rodzinnego  majątku,  Diona  zapewniła,  że  zrobi 

wszystko,  co  w  jej  mocy,  aby  im  pomóc,  kiedy  dom  zostanie 

sprzedany.  

—  Myślę,  że  to  mało  prawdopodobne  —  pocieszała  ich.  —  Z 

pewnością niewiele osób chciałoby mieszkać na takim odludziu i stryj 

szybko nie znajdzie nabywcy posiadłości. Przecież tatuś tylko dlatego 

tak bardzo lubił to miejsce, iż trudno o lepsze tereny jeździeckie.  

Diona wiedziała też jak ważny dla jej ojca był kontakt z domem, 

gdzie spędził szczęśliwe dzieciństwo i, przede wszystkim, ze starszym 

bratem. Za życia dziadka Diony, Harry'ego i jego przyjaciół zawsze w 

Grantley  Hall  życzliwie  witano.  Później  ojciec  wstąpił  do  armii, 

walczył  przez  wiele  lat  i  w  1802  roku,  gdy  wreszcie  zapanował  czas 

pokoju, ożenił się z kobietą, którą pokochał od pierwszego wejrzenia. 

Zdecydował  się  wówczas  osiąść  w  małym  dworku  i  rozpocząć 

przykładne życie rodzinne.  

Chociaż  Harry  Grantley  musiał  odczuwać  rozczarowanie,  że 

dochował się tylko jednej córki, nigdy jej tego nie okazywał. Marzył 

zapewne  o  męskim  potomku,  który  miałby  szansę  na  godność 

background image

baroneta.  W  tej  sytuacji  jako  dziedzic  rodowego  tytułu  pozostał 

jedynie Simon.  

Diona musiała przezwyciężyć obezwładniający smutek i zmierzyć 

się  z  kłopotami,  jakie  niosło  życie.  Gdy  stryj  stawał  się  szczególnie 

dokuczliwy,  rozmyślała  gorączkowo,  czy  nie  ma  jakiegoś  sposobu, 

aby  sama  mogła  zarabiać  na  swoje  utrzymanie.  Rozważała  też 

możliwość wyjazdu do innych krewnych. Lecz krewni Diony byli też 

krewnymi sir Herewarda...  

— Jestem twoim opiekunem. Masz robić to, co ci każę — zwykł 

powtarzać bratanicy.  

Widać było, że terroryzowanie sieroty po znienawidzonym bracie, 

sprawia mu wiele przyjemności. Wrażliwą, a zarazem spostrzegawczą 

dziewczynę raziła nie tyle złośliwość wypowiedzi stryja, co wyraźnie 

wrogie uczucia.  

Chociaż  rodzice  Diony  dobrze  znali  życie  wielkomiejskie, 

przedkładali  jednak  wiejskie  zacisze  nad  uroki  Londynu.  Czasami 

matka wspominała mimochodem, że gdy córka skończy naukę, trzeba 

będzie  wprowadzić  ją  w  wielki  świat  i  zaprezentować  na  dworze 

królewskim.  Lecz  ojciec  zmarł  sześć  miesięcy  przed  osiemnastymi 

urodzinami Diony. Nie zdążyła więc zobaczyć Londynu, ani nie brała 

dotąd udziału w żadnym balu z prawdziwego zdarzenia.  

Oczywiście,  jako  dziecko  bywała  wraz  z  matką  na  przyjęciach 

wydawanych w hrabstwie, ale gdy podrosła, wolała towarzyszyć ojcu 

w  polowaniach  lub  obserwować  gonitwy,  w  których  uczestniczył. 

Podczas  wypraw  myśliwskich  poznała  szlachtę  hrabstwa.  Jednak 

szczególną  sympatią  darzyli  ją,  uwielbiający  Harry'ego  Grantleya, 

background image

okoliczni farmerzy. Nazywali Dionę „ładną małą panną Grantley", na 

jej widok zrywali kapelusze z głów i częstowali smacznym, świeżym 

wiejskim jedzeniem. Jakkolwiek byli uprzejmi i dobrzy, nie stanowili 

towarzystwa, o jakim marzyła dla niej matka.  

—  Chcę,  żebyś  odniosła  taki  sam  sukces,  jak  ja,  kiedy  byłam 

debiutantką  —  mówiła  pani  Grantley.  —  Nie  jestem  próżna,  moja 

najdroższa, ale powiem ci, że miałam wielu wielbicieli, czarujących i 

bogatych  młodych  ludzi,  którzy  pytali  mego  ojca,  czy  mogą  się  o 

mnie starać.  

— To znaczy, że chcieli cię poślubić, mamusiu?  

—  Tak,  ale  ja  ich  nie  chciałam.  Czekałam,  choć  wtedy  nie 

zdawałam sobie z tego sprawy... Na twojego ojca.  

— A w jaki sposób się poznaliście? Jak to się stało?  

—  Zakochałam  się  w  nim!  Był  taki  przystojny,  onieśmielający, 

niezwykły!  —  pani  Grantley  westchnęła.  —  Szkoda,  że  nie  miałaś 

okazji  zobaczyć  go  w  mundurze!  Już  sam  ten  widok  wystarczał,  aby 

serce młodej dziewczyny zaczęło bić mocniej!  

— A czy on też zakochał się w tobie od pierwszego wejrzenia?  

—  Tak!  Natychmiast!  I  nie  sądzę,  żeby  jakakolwiek  para  mogła 

być od nas szczęśliwsza!  

Diona tęskniła za takim szczęściem, czystym i słonecznym. Życie 

z rodzicami było po prostu cudowne.  

Wbiegła  do  pokoju,  a  za  nią  Syriusz.  Starannie  zamknęła  drzwi. 

Wiedziała,  że  musi  spokojnie  zastanowić  się,  by  znaleźć  wyjście  ze 

strasznej sytuacji, w której się znalazła. Uklękła i objęła Syriusza. Łzy 

spływały  jej  po  policzkach.  Pies,  wyczuwając  rozpacz  swojej  pani, 

background image

lizał ją po mokrej twarzy. Diona wiedziała, że w żadnym wypadku nie 

może rozstać się z Syriuszem. Po cóż miałaby wtedy żyć? Głaszcząc i 

tuląc  czworonożnego  przyjaciela,  raptem  poczuła  przypływ  sił  i 

zdecydowania, czego nie doświadczała już od dawna.  

Zamieszkawszy  w  domu  stryja,  Diona  czuła  się  tak  bardzo 

nieszczęśliwa,  iż  bez  protestu  przyjmowała  wszystkie  upokorzenia. 

Pretensje,  zaczepki  i  złośliwe  uwagi,  na  które  naprawdę  ani  razu  nie 

zasłużyła,  znosiła z anielską cierpliwością. Przepraszała i obiecywała 

poprawę.  Teraz  jednak  pojęła,  że  musi  się  zbuntować,  nie  tylko  ze 

względu  na  siebie,  ale  i  z  powodu  Syriusza.  Przytuliła  go  mocniej,  a 

pies  znów  polizał  ją  w  policzek  i  zamerdał  ogonem.  Patrzył  z  niemą 

prośbą, jakby proponował wyjście na spacer.  

— Tak zrobimy, Syriuszu. Pójdziemy i nie wrócimy więcej. Och, 

dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam...  

Wstała  i  przekręciła  klucz  w  drzwiach,  by  nikt  nie  zaskoczył  jej 

podczas  przygotowań.  Musiała  być  dyskretna.  Rozłożyła  na  łóżku 

ogromny  jedwabny  szal,  który  należał  ongiś  do  jej  matki.  Na  szalu 

zaczęła układać wszystko, co uznała za absolutnie niezbędne. Starała 

się nie wybierać rzeczy ciężkich. Przecież sama będzie musiała nieść 

węzełek.  Zapakowała  drobiazgi  i  dwie  cieniutkie,  muślinowe  suknie. 

Mimo to, pakunek okazał się całkiem spory.  

Diona  zawahała  się  przez  moment.  Potem  zmieniła  suknię  na 

najlepszą,  jaką  miała,  włożyła  nowe  buciki  i  elegancki  czepeczek, 

który należał dawniej do jej matki. Od miesiąca nie nosiła już żałoby. 

Sir  Hereward  w  przypływie  złego  humoru  oznajmił,  że  nienawidzi 

lamentujących mu po domu „czarnych wron".  

background image

Miała  ładne  stroje,  gdyż  stryj  zmuszony  był  dać  jej  trochę 

pieniędzy  na  zakupy.  Było  to  na  samym  początku  pobytu  Diony  w 

Grantley  Hall.  Kiedy  stanęła  przed  sir  Herewardem  w  eleganckim 

stroju, kupionym w pobliskim miasteczku, przyjrzał się jej z niechętną 

aprobatą.  Wkrótce  jednak  zaczął  znowu  narzekać,  wypominając 

Dionie poniesione wydatki. Ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. 

Suknie były nowe, a to znaczyło, że starczą na wiele lat.  

Teraz  zaś  Diona  martwiła  się  przede  wszystkim  brakiem 

pieniędzy.  Żałowała,  że  musi  zostawić  tyle  nowych  rzeczy,  ale  na 

szczęście  mogła  wziąć  ze  sobą  odziedziczoną  po  matce  biżuterię: 

zaręczynowy  pierścionek,  wysadzaną  diamentami  broszę  —  prezent 

od  Harry'ego  z  okazji  narodzin  córki  i  raczej  brzydką,  ale 

wartościową, bransoletę po babce.  

—  Bransoletę  można  spieniężyć  —  pomyślała.  —  Jeśli  ją 

sprzedam, będę miała za co kupić jedzenie dla Syriusza.  

Włożyła  pieniądze  i  biżuterię  do  torebeczki,  podniosła  tobołek  i 

szepnęła do Syriusza, by szedł za nią. Cicho zamknęła za sobą drzwi. 

Pies przekonany, że idzie na spacer, zaczął radośnie podskakiwać, ale 

Diona uspokoiła go gestem dłoni. Zrozumiał w lot. Wychowywała go 

od  szczeniaka  i nauczyła  spełniać  różne  polecenia.  Syriusz  nigdy  nie 

zachowywał  się  nieposłusznie,  toteż  kłamstwa,  które  rozpowiadał  o 

nim  Simon,  tym  bardziej  ją  oburzały.  Nie  było  w  nich  nawet  ziarna 

prawdy!  

Syriusz  ruszył  za  swoją  panią.  Przemknęli  się  do  bocznej  klatki 

schodowej,  do  tylnego  wyjścia.  Diona  nie  chciała  przechodzić  koło 

kuchni. O tej porze, a była już jedenasta, służba miała wolny czas na 

background image

drugie  śniadanie.  Jedynie  w  hallu  na  parterze  mogła  zostać 

zauważona, ale, na szczęście, nikogo nie spotkała.  

Znalazłszy  się  na  podjeździe,  skierowała  się  ku  niewidocznej  z 

frontowych  okien  ścieżce.  Niemal  biegła.  Syriusz,  węsząc  za 

królikami,  od  czasu  do  czasu  znikał  w  zaroślach,  ale  posłusznie 

wracał, gdy wołała go przyciszonym głosem.  

Po  mniej  więcej  dziesięciu  minutach  dotarła  do  niedużej  bramy. 

Było  to  boczne  wejście,  nie  tak  okazałe  jak  główny  wjazd.  Diona 

wiedziała,  że  zastanie  bramę  otwartą.  Para  staruszków-dozorców 

zamykała  ją  tylko  na  wyraźny  rozkaz.  Nie  było  ich  teraz  nigdzie 

widać, lecz Diona, mijając stróżówkę, przyspieszyła kroku.  

Wybiegła  na  zakurzoną  drogę.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  w 

którą  stronę  się  skierować,  ale  uświadomiła  sobie,  że  właściwie  nie 

ma wyboru. Droga w prawo prowadziła do wioski. Zwróciła się więc 

w  lewo  i  w  tym  momencie  dostrzegła  nadjeżdżającą  dwukółkę. 

Dziewczyna  zaniepokoiła  się,  czy  to  przypadkiem  nie  ktoś,  kogo 

powinna  się  wystrzegać.  Wkrótce  jednak,  ku  swej  uldze,  rozpoznała 

właściciela  powoziku.  Gdy  dwukółka  podjechała  bliżej,  pomachała 

mu przyjaźnie.  

Wszyscy  we  wsi  znali  starego  Teda. Dostarczał  paczki,  mleko,  a 

czasami  nawet  podwoził  podróżnych.  Ted  ściągnął  lejce  tłustemu 

pstrokatemu koniowi i powozik zatrzymał się koło Diony.  

— Dobry dzień, panienko! Mogę w czym pomóc?  

— Och, tak! Czy możecie mnie zabrać ze sobą?  

Stary zdziwił się.  

— A dokąd to panienka życzy jechać?  

background image

— Za chwilę wam powiem.  

Podała mu tobołek i wspięła się na dwukółkę, a Syriusz wskoczył 

w  ślad  za  nią.  Cały  tył  powozu  zajmowały  klatki  z  młodymi 

kogucikami, więc Diona usiadła koło woźnicy.  

—  Dawno  nie  widziałem  panienki,  ale  widzę,  panienka  i  pies 

zdrowi — zagadnął Ted.  

Tymczasem  Syriusz,  zbyt  podniecony,  by  leżeć  spokojnie  na 

podłodze, zdołał wcisnąć się na ławeczkę obok Diony. Pies rozglądał 

się bacznie, a jego pani objęła go opiekuńczym gestem, jakby chciała 

ochronić ulubieńca przed czyhającymi niebezpieczeństwami.  

Przez  jakiś  czas  jechali  w  milczeniu.  Wreszcie  dziewczyna 

zdecydowała się zapytać:  

— Dokąd jedziecie? Chyba daleko?  

—  A  daleko  —  odparł  Ted.  —  Zabieram  te  koguciki  do  jednej 

farmy  w  majątku  jego  lordowskiej  mości.  To  szmat  drogi.  Potrzeba 

całego dnia, żeby tam dojechać.  

— Jego lordowskiej mości? — zdziwiła się Diona.  

Ted skinął głową.  

— Do markiza Irchester. One tam będą...  

Mówił  coś  jeszcze,  ale  Diona  już  nie  słuchała.  Znała  nazwisko 

markiza  Irchester,  ale  nigdy  nie  spotkała  go  osobiście.  Słyszała,  że 

jego dobra leżały gdzieś w sąsiednim hrabstwie, bliżej Londynu.  

— Markiz Irchester — powtórzyła zamyślona.  

Ojciec  czasem  opowiadał  o  koniach  wyścigowych  markiza. 

Niedawno też czytała w gazecie, że Irchester wygrał wielki wyścig w 

Newmarket. Poza tym nic o nim nie wiedziała. Znów przez jakiś czas 

background image

jechali  w  ciszy.  Słychać było  tylko  stąpanie konia i  skrzypienie  piast 

dwukółki.  

— Jak sądzicie? Czy jest nadzieja, żebym dostała jakieś zajęcie na 

którejś z farm należących do markiza?  

— Zajęcie, panienko? Czemu panienka miałaby pracować?  

— Bo uciekłam!  

—  Chce  panienka  tam  pojechać  i  harować  jak  biedni  ludzie?! 

Ojciec panienki to by sobie chyba tego nie życzył.  

Zamilkł, smutno kiwając głową. Po dłuższej chwili mówił dalej.  

— Dobry koniarz był z ojca panienki. Wielem go razy widział, a 

to na polowaniu, a to jak jechał do Grantley Hall. Nikt nie siedział w 

siodle lepiej niż on.  

— Tak, tak — przytaknęła Diona. — Ale zrozumcie, ja musiałam 

uciekać! Stryj Hereward kazał zastrzelić Syriusza!  

Ted spojrzał jej w oczy z niedowierzaniem.  

—  Nie  może  być!  To  młodziutki  pies!  Dlaczego  go  zabijać?!  — 

wykrzyknął.  

— Tatuś dał mi go tuż przed śmiercią. Nie mogę stracić Syriusza! 

Nie  mogę!  —  Diona  miała  łzy  w  oczach.  —  Nie  pozwoliłabym  go 

zabić nawet, gdyby był stary i niedołężny!  

— Jasne, że nie! — zgodził się Ted. — Ale może by go panienka 

komuś oddała?  

— Nie. Zawsze mieszkał ze mną. Zamartwiałabym się tylko, czy 

jest należycie traktowany i żywiony. To byłoby nie do zniesienia!  

background image

Rozpacz,  brzmiąca  w  jej  głosie,  powiedziała  Tedowi  więcej  niż 

słowa.  Zrozumiał,  w  jak  trudnej  sytuacji  znalazła  się  jego  młoda 

pasażerka.  

—  Ale  przecie  panienka  sama  sobie  nie  poradzi.  Nie  może 

panienka jechać do jakichś krewnych?  

—  Myślałam  o  tym,  ale  jestem  pewna,  że  stryj  Hereward 

zmusiłby mnie do powrotu. Straciłabym szansę na ocalenie Syriusza.  

Ted zamyślił się.  

—  Więc  co  panienka  chce  robić?  —  zapytał  po  chwili 

zatroskanym tonem.  

— Mogłabym pracować na farmie.  

— Ale panienka nie ma pojęcia o... krowach!  

— Nauczę się.  

Srokaty  koń  spokojnie  przemierzał  dobrze  znaną  trasę.  Diona 

dalej snuła swoje rozważania, jakby chciała przekonać nie tylko Teda, 

lecz i samą siebie.  

— Znam się dobrze na koniach i psach — oświadczyła.  

—  Tak,  jego  lordowska  mość  trzyma  psy.  Zdaje  się  spaniele. 

Nawet ładne — zauważył stary.  

Diona spojrzała na Teda z nieukrywaną radością.  

— Może potrzebuje kogoś do opieki nad nimi?  

— Tam już jest chłopak od psów.  

—  A  nie  może  być  dziewczyna  od  psów?  —  zapytała  z 

uśmiechem.  

— Ale tam, panienka żarty sobie stroi. Nigdy o czymś takim nie 

słyszałem.  

background image

Diona uchwyciła się jednak tej myśli.  

—  Och,  jest  mnóstwo  zajęć,  które  kobiety  mogą  wykonywać 

równie  dobrze  jak  mężczyźni!  —  starała  się  przekonać  Teda.  — 

Mogłabym  opiekować  się  szczeniakami  i  chorymi  zwierzętami. 

Mogłabym też tresować psy nie gorzej niż niejeden mężczyzna!  

—  W  żadnym  z  domów,  które  znam  —  odezwał  się  powoli  Ted 

—  gdzie  są  jakieś konie  czy  psy,  nie  widziałem,  żeby  zajmowała  się 

nimi kobieta!  

—  Ale  to  nie  znaczy,  że  właściciel  majątku  nie  zatrudniłby 

kobiety,  gdyby  nadarzyła  się  taka  okazja!  —  upierała  się  Diona.  — 

Rolnicy  mają  dziewki  do  krów.  Dlaczego  nie  mogłoby  być 

dziewczyny do psów i koni?  

Ted  przełożył  lejce  do  jednej  dłoni  i  wolną  ręką  podrapał  się  po 

głowie. Był zakłopotany.  

—  Po  prawdzie,  to  sam  nie  wiem.  Może  panienka  ma  rację. 

Tylko, jak żyję, nigdy czegoś podobnego nie widziałem...  

— Jednak spróbuję — oświadczyła Diona, ale już znacznie mniej 

pewnym głosem. — Jeżeli powiedzą: nie, będziemy musieli wymyślić 

coś innego... to znaczy ja będę musiała coś wymyślić.  

Diona  nagle  uświadomiła  sobie,  że  natknięcie  się  na  dwukółkę 

Teda było nieprzewidzianym łutem szczęścia. Jednak, gdy dojadą już 

na  miejsce,  będzie  zdana  tylko  na  samą  siebie.  W  tej  samej  chwili, 

Ted, jakby czytając w jej myślach, powiedział:  

— Jeśli mogę, dam panience radę. Niech panienka wraca do stryja 

i  jeszcze  raz  go  poprosi.  Czuję,  że  inaczej  napyta  sobie  panienka 

biedy...  

background image

—  Biedy?  Myślicie  o  zabójcach,  złodziejach?  Syriusz  mnie 

obroni!  

— Zdarzają się gorsze rzeczy, panienko Diono.  

— A co, na przykład?  

Ted  nie  chciał  dać  odpowiedzi,  albo  nie  dosłyszał.  Przejechali 

kawał drogi, zanim znów się odezwał:  

—  Mnie  tam  panienka  nie  przeszkadza,  ale  myślę  sobie,  że 

panienka źle robi, odjeżdżając tak daleko od domu.  

—  Zaoszczędziliście  mi  długiego  spaceru.  A  ja,  i  tak  nie  mam 

zamiaru wracać! — odparła.  

Jechali  już  dość  długo.  Diona  poczuła  głód.  Na  śniadanie  zjadła 

mało, a i to było kilka godzin temu.  

—  Miałem  przegryźć  coś  „Pod  Zielonym  Człowiekiem"  w  Little 

Ponders  End,  ale  jeśli  panienka  nie  chce,  żeby  ją  ktoś  zobaczył, 

pojedziemy mimo karczmy.  

—  Ale  ja  też  jestem  głodna  —  smętnie  zauważyła  Diona.  —  A 

poza  tym  w  Little  Ponders  End  byłam  tylko  raz.  Na  polowaniu.  Nie 

sądzę, żeby mnie tu ktoś poznał.  

Po chwili namysłu dodała:  

— Jeśli zdejmę kapelusz i owinę głowę szalem, możemy udawać, 

że jestem dziewczyną ze wsi, która prosiła o podwiezienie...  

—  Dobry  pomysł,  panienko  Diono  —  ucieszył  się  Ted.  — 

Wezmę  sera  i  chleba.  Panienka  nie  musi  nawet  wysiadać.  Znam 

karczmarza.  Jest  prawie  ślepy,  pewnie  nawet  na  panienkę  nie 

popatrzy.  

Z dala majaczyły domki Little Ponders End.  

background image

Diona odwiązała wstążki kapelusza, który po chwili wsunęła pod 

ławeczkę.  Rozsupłała  tobołek  i  wyciągnęła  należący  niegdyś  do 

matki, bladobłękitny jedwabny szal.  Nie był ozdobny, więc  z pewnej 

odległości mógł uchodzić za wiejską chustkę.  

Miała  nadzieję,  że  zdoła  go  udrapować  na  wzór  nakryć  głowy 

noszonych przez miejscowe dziewczęta. Wjechali do wsi. Było pusto, 

tylko po stawie pływało stadko kaczek, a nieco dalej szczypały trawę 

dwa  osły.  Zatrzymali  się  przed  karczmą.  Ted  pozwolił  koniowi 

swobodnie  skubać  trawę,  a  sam  wszedł  do  środka.  U  wejścia  do 

„Zielonego  Człowieka"  stała  drewniana  ława,  którą  popołudniami 

zajmowali  mężczyźni  z  wioski.  Teraz  jednak  nie  było  tu  nikogo. 

Diona przysiadła na ławie i czekała.  

Wkrótce  pojawił  się  Ted.  Niósł  dwa  talerze  z  plastrami  sera  i 

kromkami świeżego, jeszcze ciepłego, chleba. Diona jadła z apetytem. 

Dawno już nic jej tak nie smakowało. Ted znów zniknął w karczmie. 

Tym razem wrócił z dwoma cynowymi kubkami. Dla Diony przyniósł 

jabłecznik, sobie zaś piwo.  

Jedli  w  pośpiechu,  nie  chcąc  ściągać  na  siebie  uwagi.  Gdy 

skończyli,  stary  poszedł  zapłacić,  a  dziewczyna  usadowiła  się  w 

dwukółce. Syriusz usiadł obok niej. I znów ruszyli w drogę.  

Po chwili milczenia Diona zwróciła się do Teda:  

— Proszę mi powiedzieć, ile jestem wam winna?  

— Panienka jest moim gościem. Skoro panienka uciekła, powinna 

oszczędzać każdego pensa dla siebie i dla pieska.  

— Ależ nie mogę się na to zgodzić! — wykrzyknęła speszona.  

background image

— Zapłaci mi panienka, kiedy już się wzbogaci. Mam nadzieję, że 

uda się to panience niebawem — powiedział z uśmiechem.  

— Ja też mam taką nadzieję — westchnęła Diona.  

Podróż  w  nieznane  naraz  wydała  jej  się  smutna  i  przerażająca. 

Lecz  przecież  zdanie  się  na  łaskę  stryja  było  jeszcze  gorsze.  Sir 

Hereward  niechybnie  rozkazałby  zarządcy  Heywoodowi  zabić 

Syriusza.  A  bez  ukochanego  psa  samotność  stałaby  się  nie  do 

zniesienia.  Diona  pocieszała  się  w  duchu,  że  sprosta  wszystkim 

przeciwnościom.  Najważniejsze,  to  nie  rozstawać  się  z  Syriuszem. 

Miała uczucie, iż ojciec będzie nad nimi czuwał.  

Ojciec  szczególnie  nienawidził  okrucieństwa  w  jakiejkolwiek 

postaci.  Cierpiał,  gdy  musiał dobić  starego  lub  nieuleczalnie  chorego 

konia. Z pewnością byłby  wstrząśnięty pomysłem starszego brata, by 

zastrzelić Syriusza tylko dla kaprysu.  

Mimo  przekonania,  że  ojciec  będzie  się  nią  opiekował,  Diona 

odczuwała  coraz  większe  zaniepokojenie.  Dopiero  teraz  zaczęła 

uświadamiać  sobie,  jak  małą  posiadała  wiedzę  o  świecie,  jak 

niewielkie  doświadczenie  życiowe.  Owszem,  dzięki  trosce  matki, 

zdobyła  wykształcenie  ogólne.  Pobierała  bowiem  nauki  nie  tylko  u 

mieszkającej  w  sąsiedztwie  emerytowanej  guwernantki,  lecz  również 

u miejscowego proboszcza, znakomitego humanisty.  

Diona  pokochała  starego  pastora  jakby  był  jej  własnym 

dziadkiem.  Gdyby  żył,  właśnie  do  niego  zwróciłaby  się  o  pomoc. 

Choć  nawet  wtedy  stryj  mógłby  odebrać  ją  spod  gościnnego  dachu 

plebanii. Był wszak jej prawnym opiekunem.  

— Sprawiłabym tylko kłopot — pomyślała ze smutkiem.  

background image

Od starego przyjaciela myśli Diony podążyły ku innym postaciom 

z  dzieciństwa.  Wspominała  guwernantkę,  bardzo  już  leciwą  osobę,  i 

nauczyciela  z  wiejskiej  szkoły,  który  wprowadzał  małą  Dionę  w 

tajemnice algebry i geometrii.  

—  Właściwie  dlaczego  muszę  się  uczyć?  —  zapytała  kiedyś 

matkę.  

— Ćwiczysz umysł, kochanie — odparła pani Grantley. — Chcę, 

byś otrzymała wszechstronne wykształcenie. Będzie to z korzyścią dla 

ciebie, bez względu na to, jak potoczy się twoje życie.  

Diona była  wówczas  zbyt  młoda, by  zrozumieć, co  matka  ma na 

myśli.  Wiedziała  jednak,  że  rodzice  przywiązują  ogromną  wagę  do 

spraw  edukacji.  Dziadek  Diony,  dzięki  wybitnym  zdolnościom  i 

gruntownemu  wykształceniu,  piastował  ongiś  ważne  stanowisko  w 

Ministerstwie Spraw Zagranicznych.  

On to właśnie zaszczepił córce szacunek dla nauki i świadomość, 

jak  wielką  rolę  odgrywa  sprawny  umysł,  nie  tylko  w  życiu 

mężczyzny, ale i kobiety.  

Niedługo przed śmiercią pani Grantley oznajmiła córce:  

—  Bardzo  pragnęłam  i  modliłam  się,  aby  dać  twemu  ojcu  syna. 

Wiele dla niego znaczyłaś, bo, mimo że jesteś dziewczyną, doskonale 

rozumieliście się. Mógł rozmawiać z tobą, jak z chłopcem.  

Widząc  wyraz  przykrości  i  rozczarowania  na  twarzy  Diony, 

pospiesznie dodała:  

-  Ojciec  był  z  ciebie  bardzo  dumny,  gdyż  jesteś  prześliczna,  ale 

wiedział,  że  uroda  nie  wystarcza.  Mężczyzna  potrzebuje  partnerki 

background image

umiejącej  inspirować  i  bawić.  Niestety,  większość  kobiet  tego  nie 

potrafi. — Ostatnie słowa mówiła już bardzo cicho.  

Diona ucałowała matkę i rzekła:  

— Zawsze pragnęłam, by ojciec mógł być ze mnie dumny i wiesz, 

mamo, że uwielbiałam z nim rozmawiać. Ale teraz dopiero widzę, że 

było to możliwe właśnie dzięki lekcjom, które wydawały mi się takie 

trudne, a szczerze mówiąc, czasem okropnie nudne.  

Pani Grantley uśmiechnęła się do córki.  

— Pewnego dnia będziesz miała z nich prawdziwy pożytek. Mój 

ojciec, a twój dziadek, mawiał: w najmniej spodziewanym momencie 

nawet drobiazgi nabierają ogromnej wartości.  

Diona wiedziała, że matka nie ma na myśli spraw materialnych.  

—  Oczywiście.  To  coś  takiego,  jak  posiadanie  skarbów,  których 

nikt nie może ci ukraść — przytaknęła z powagą.  

Stwierdzenie Diony wywołało kolejny uśmiech na twarzy chorej.  

—  Właśnie  to  chciałam  powiedzieć!  A  ty,  kochanie,  posiadasz 

wiele  nieoszacowanych  skarbów.  Pewnego  dnia przekonasz  się  o  ich 

wielkiej wartości.  

Wspominając  tamtą  rozmowę,  Diona,  mimo  woli,  poczuła  się 

rozbawiona.  Rzeczywiście,  praca  przy  doglądaniu  krów  lub  psów 

będzie  wielkim  wyzwaniem  dla  inteligencji  i  wiedzy.  Gdybym  była 

starsza,  rozmyślała,  może  dostałabym  posadę  opiekunki  biblioteki. 

Ale czy ktoś słyszał o bibliotekarce z psem? Pomysł ten wydał się jej 

tak zabawny, że dziewczyna roześmiała się cichutko.  

Słysząc to, Ted powiedział:  

background image

—  Dobrze,  że  się  panienka  śmieje.  Śmieje  się  panienka,  jak  jej 

świętej pamięci tatuś. To był dopiero pan. Każdy kłopot umiał obrócić 

w śmiech.  

—  To  prawda.  Zawsze,  kiedy  będzie  mi  się  źle  działo,  postaram 

się śmiać. I nigdy nie stracę nadziei, że będzie lepiej.  

—  Racja,  panienko  —  pokiwał  głową  Ted.  Jednak  jego  głos  nie 

brzmiał zbyt pewnie.  

Diona poczuła, że znów ogarnia ją smutek.  

Koń zwolnił kroku i zaczął wspinać się na niewielkie wzniesienie. 

Wreszcie  znaleźli  się  na  szczycie  wzgórza.  Diona  spojrzała  w  lewo. 

Na tle nieba rysowała się sylwetka pięknego, wielkiego budynku.  

W popołudniowym słońcu pałac wyglądał imponująco. Na jednej 

z wież powiewała wspaniała chorągiew.  

Dziewczyna nie mogła powstrzymać okrzyku zachwytu:  

— Cudowne! Czyj to dom?  

—  Jego  lordowskiej  mości.  A  majątek  leży  po  drugiej  stronie 

doliny. Właśnie tam jedziemy.  

Diona przez moment milczała. Po chwili powiedziała dobitnie:  

— Chcę jechać do pałacu. Wiem, że znajdę tam pomoc!  

 

background image

Rozdział 2 

Markiz  Irchester  wrócił  do  domu  znacznie  wcześniej  niż  się  go 

spodziewano.  Mimo  to,  w  Irchester  Park  zastał,  jak  zwykle,  idealny 

porządek.  Służący,  chociaż  nie  byli  uprzedzeni  o  przyjeździe  pana, 

znajdowali  się  na  posterunkach,  a  szef  kuchni  potrzebował  zaledwie 

pół godziny, by uraczyć markiza wspaniałym obiadem.  

Młody  właściciel  Irchester  Park  właściwie  nie  miał  zamiaru 

przyjeżdżać  na  wieś.  Przypadkiem  jednak  poprzedniej  nocy  usłyszał, 

iż  książę  regent  planuje  znów  pobyt  w  Brighton  i  przeraził  się,  że 

będzie zmuszony mu towarzyszyć.  

Rok  wcześniej  już  przekonał  się,  jak  bardzo  Brighton  go  nudzi. 

Markiz dysponował, co prawda, własnym domem i nie był zmuszony 

stawać w Pawilonie Królewskim, nie mógł jednak uniknąć monotonii 

życia  towarzyskiego,  konieczności  słuchania  pospolitych  truizmów  i 

męki rozmów z ludźmi, z którymi nie miał już o czym mówić.  

Owszem, markiz szanował księcia regenta * i nawet mieli ze sobą 

sporo  wspólnego:  obaj  byli  znawcami  i  miłośnikami  sztuki.  Kochali 

doskonałe malarstwo i meble pochodzące ze znakomitych warsztatów, 

cenili  piękno  nie  dostrzegane  przez  większość  członków  świty  jego 

wysokości.  

*  Książę  Regent  —  późniejszy  Jerzy  IV  (1762-1830),  najstarszy  syn 

Jerzego  III,  znany  z  urody,  intelektu  i  romansów.  Z  powodu  choroby 

psychicznej  ojca  parokrotnie  pełnił  funkcję  regenta.  Od  1811  r.  występuje  już 

zawsze jako książę regent. Niepopularny  w kraju z powodu ekstrawaganckiego 

trybu życia. W 1820 r. wstępuje na tron. (przyp. red.)  

background image

Jednakże  teraz  markiz  uznał,  że  nie  warto  marnować  już  więcej 

czasu  na  jałowe  rozrywki.  Ciągnące  się  w  nieskończoność  obiady  w 

Carl-ton  House  znaleźć  miały  godną  kontynuację  w  Brighton,  gdzie 

szef  książęcej  kuchni  z  pewnością  zechce  rywalizować,  w 

różnorodności i przepychu dań, z kuchmistrzami okolicznych panów.  

Nagle markiz odczuł niesmak i przesyt. Ale, prawdę mówiąc, był 

jeszcze  jeden  powód  tak  pospiesznego  odjazdu.  Romanse  pana  na 

Irchester  Park  budziły  powszechne  zainteresowanie,  lecz  wrodzone 

rozwaga i dyskrecja chroniły go jak dotąd od skandalu.  

W  affaires  de  coeur  markiz  okazał  się  równie  biegły,  jak  w 

prowadzeniu  rozległych  interesów,  czy  jeździe  konnej.  Przy  jego 

urodzie i majątku flirty były nieuniknione. Jak dotąd udawało mu się 

jednak  uniknąć  sytuacji,  w  której  musiałby  się  ostatecznie 

zdeklarować.  

Ale  markiz  Irchester  dał  się  poznać  nie  tylko  w  londyńskich 

salonach.  Dosłużył  się  wysokich  odznaczeń  w  armii  Wellingtona. 

Odegrał bowiem wielką rolę w działaniach operacyjnych, aż w końcu 

mianowany został jednym z dowódców armii okupacyjnej.  

Kiedy  nareszcie  wrócił  do  domu,  tak  jak  wielu  innych  żołnierzy, 

pragnął odrobić lata zmarnowane na ciągłej grze ze śmiercią. Londyn 

czekał,  aby  ofiarować  weteranom  każdą  możliwą  rozrywkę  i 

przyjemność.  Po  trudach  i  niebezpieczeństwach  wojny  smaczne 

jedzenie, wino i oczywiście kobiety zajęły młodego oficera bez reszty.  

Markiz  otworzył  dom  przy  Park  Lane,  a  z  jego  fantastycznymi 

przyjęciami konkurować  mogły  jedynie  obiady  wydawane  w  Carlton 

House  przez  następcę tronu. Markiz był  jednak bardziej  wybredny  w 

background image

doborze  gości,  a  zdobione  sztychami  zaproszenia  do  Irchester  House 

cieszyły  się  szczególną  popularnością  wśród  słynnych  piękności 

londyńskiego Beau Monde.  

Ambitne  matki  córek  na  wydaniu  dość  szybko  zorientowały  się, 

że  nie  uda  im  się  upolować  przystojnego  pana  Irchester  House  na 

zięcia. Młody człowiek miał wyraźną predylekcję do wyrafinowanych 

i  uwodzicielskich  mężatek  i  do  wesołych  wdówek,  których  mężowie 

stracili  życie  na  wojnie.  Jedną  z  takich  dam,  może  najwybitniejszą, 

była lady Sybille Malden.  

Lady Malden pochodziła ze starego książęcego rodu. Miała już za 

sobą nieudane małżeństwo. W osiemnastym roku życia zakochała się 

w  niejakim  Christopherze  Maldenie,  tylko  dlatego,  że  wyglądał 

niezwykle  atrakcyjnie  w  oficerskim  mundurze.  Dopiero  po  jakimś 

czasie odkryła, że jej urodziwy mąż, mówiąc oględnie, jest wyjątkowo 

nudnym  człowiekiem  i,  jeszcze  zanim  poległ  pod  Waterloo,  ich 

małżeństwo otwarcie uchodziło za nieporozumienie.  

Lady  Sybille  owdowiała  w  wieku  dwudziestu  trzech  lat.  Była 

wówczas  świadomą  swych  wdzięków  światową  damą.  Gdy  skończył 

się  rok  żałoby  objawiła  się,  jako  nowa  gwiazda,  na  firmamencie 

londyńskiego  życia  towarzyskiego.  Natychmiast  odniosła  sukces,  z 

którego  też  umiała  korzystać.  Jej  kochankami  zostawali  tylko 

mężczyźni  o  wielkim  znaczeniu  i  jeszcze  większym  majątku.  Byli 

jednak żonaci.  

Mniej  więcej  sześć  miesięcy  wcześniej  piękna  wdowa  poznała 

markiza  Irchester  i  wtedy  właśnie  przyszedł  jej  do  głowy  pewien 

pomysł.  Pierwsze  małżeństwo  okazało  się  nudne  i  nie  dało 

background image

oczekiwanego  szczęścia.  Teraz  zdecydowana  była  nie  wychodzić  za 

mąż, lecz korzystać z życia na wszelkie możliwe sposoby.  

Jako  córka księcia,  jakkolwiek  by  się  nie  zachowywała,  mogła  z 

całą  pewnością  liczyć  na  zaproszenia  do  najdostojniejszych  domów. 

Natomiast  jako  kobieta  wyjątkowej  urody  miała  zawsze  wokół  tłum 

mężczyzn gotowych złożyć serce i majątek u jej ślicznych stóp.  

To,  że  potrzebowała  raczej  nie  wielbicieli,  a  ich  bogactwa  było 

dla  wszystkich  jasne.  Jej  ojciec  nie  posiadał  dużego  majątku,  z 

którego  utrzymywał  i  tak  jeszcze  kilku  synów.  Mąż  natomiast  nie 

zostawił  jej  w  spadku  fortuny  niezbędnej  do  zaspokojenia  licznych 

potrzeb wykwintnego życia.  

Mimo kłopotów finansowych, nic nie mogło przeszkodzić Sybille 

w  wynajęciu  domu  przy  Berkeley  Square  i  protekcjonalnym 

traktowaniu  najdroższych  krawców  z  Bond  Street.  Trudno  było 

oderwać  od  niej  oczy,  gdy  przejeżdżała  przez  Hyde  Park  powozem 

zaprzężonym w najpiękniejsze konie pełnej krwi. Jednak lady Malden 

uznała, że teraz, w dwudziestym ósmym roku życia, osiągnęła właśnie 

apogeum urody i czeka ją już tylko zmierzch starzenia się.  

A  przecież  wysławiali  ją  wszyscy  wybitni  artyści,  niemal  na 

kolanach  błagali,  by  zgodziła  się  pozować.  Porównywali  ją  z 

Afrodytą,  Simonettą  Botticellego  i  ślicznymi  kobietami  Fragonarda. 

Mimo to, piękna wdowa z niepokojem myślała o najbliższych latach, 

gdy  na  jej  twarzy  pojawią  się  zmarszczki,  a  w  złotych  włosach 

pierwsze srebrne nitki.  

Pewnego  dnia  ujrzała  markiza  Irchester  i  zrozumiała  czego 

pragnie. Nie spotkali się wcześniej, gdyż ubiegłe dwa lata lady Sybille 

background image

spędzała  głównie  za  granicą.  Następca  tronu  jakiegoś  bliżej 

nieznanego  bałkańskiego  księstewka  podczas  wizyty  w  Londynie 

zakochał  się  w  niej  bez  pamięci.  Wiedziała,  że  nie  może  pozwolić 

sobie  na  tak  dwuznaczny  związek  z  cudzoziemcem.  Straciłaby  wiele 

w  oczach  swych  angielskich  wielbicieli.  Pozwoliła  więc  zaprosić  się 

do Paryża.  

Miasto  podźwignęło  się  już  z  upadku  czasu  wojny  i  na  powrót 

stało  się  jednym  z  najbardziej  uroczych  i  najweselszych  miejsc  w 

Europie.  Sukcesy  towarzyskie,  jakie  tam  odniosła,  uderzyły  lady 

Sybille  do  głowy  niczym  młode  wino.  Nadszedł  jednak  dzień,  kiedy 

uznała, że ma już dość Paryża i czas wracać do domu.  

Z  okazji  powrotu  lady  Sybille  wydano  w  Devonshire  House 

wspaniałe  przyjęcie.  Właśnie  na  tym  balu  poznała  markiza. 

Oczywiście  słyszała  już  o  nim  wiele,  lecz  nie  poznali  się  wcześniej, 

gdyż  ona  była  zajęta  swoimi  romansami,  a  on  swoimi.  Wystarczyło 

jednak,  że  raz  tylko  zerknęła  na  markiza  przez  pełną  gości  salę 

balową. Natychmiast poprosiła gospodarza, aby go jej przedstawiono.  

W ciągu następnych dwóch miesięcy markiz przekonał się, że jest 

obiektem  przemyślnego  polowania.  Dostrzegli  to  nawet  mniej 

spostrzegawczy  od  niego  i  sprawa  stała  się  publiczną  tajemnicą. 

Trudno  zresztą  było  nie  dostrzec  licznych,  niby  przypadkowych, 

spotkań na przyjęciach, kiedy to Sybille  wciąż przebywała w pobliżu 

markiza.  Gdziekolwiek  by  się  nie  pojawił,  ona  znajdowała  się  tam 

również.  

Początkowo  mówił  sobie,  że  nie  jest  szczególnie  zainteresowany 

czynionymi  mu  awansami.  Owszem,  lady  Malden  była  piękna,  nie 

background image

można  temu  zaprzeczyć,  ale  on  odznaczał  się  wybrednym  gustem  w 

doborze  kochanek.  A  poza  tym  w  owym  czasie  polował  na  ponętną 

żonę pewnego węgierskiego dyplomaty.  

Sam  markiz  lubił  określać  swoje  zabiegi  wokół  płci  pięknej 

słowem  „polowanie".  Zdecydowanie  jednak  wolał  uchodzić  za 

myśliwego,  niż  za  zwierzynę  łowną.  W  rzeczywistości  sprawy 

wyglądały  wręcz  przeciwnie:  większość  kobiet  okazywała  mu 

zainteresowanie w sposób zupełnie jednoznaczny. Często zastanawiał 

się, czemu w tych ładnych główkach tak mało kryje się rozumu.  

W  końcu,  może  pragnąc  podsycić  jawną  zazdrość  przyjaciół, 

zaczął  ulegać  lady  Sybille.  Na  początku  nie  był  ani  trochę 

rozczarowany.  Choć  wyglądem  przypominała  olimpijską  boginię,  jej 

usta  czarowały  całkowicie  ziemskim  ogniem,  a  całe  ciało  niespożytą 

namiętnością.  

Jednak  markiz  z  wolna  zaczął  nabierać  przekonania,  że  Sybille 

pragnęła  czegoś  więcej,  niż  tylko  przelotnego  związku  miłosnego, 

podczas gdy on sam nie oczekiwał, by romans ten potrwał dłużej niż 

którykolwiek  z  dotychczasowych.  Nie  musiał  tego  kochance 

oznajmiać.  Była  zbyt  przebiegła,  aby  nie  dostrzec  jego  intencji.  On 

zaś,  z  taką  samą  intuicją,  z  jaką  dowodził  oddziałami,  umiał  dociec 

tajników myśli kobiety. I doszedł do wniosku, że lady Malden planuje 

małżeństwo.  

Markiz  wiedział,  iż  kiedyś  wreszcie  musi  się  ożenić.  Krewni 

dawali  mu  do  zrozumienia,  że  jego  powinnością  jest  spłodzenie 

dziedzica.  Istotnie,  powinien  mieć  synów,  aby  było  komu  przekazać 

stary tytuł szlachecki oraz majątek.  

background image

Jednak  od  powrotu  z  wojny  nie  odczuwał  żadnej  potrzeby 

ustatkowania  się.  Długie  lata  żołnierskiej  tułaczki  obudziły  w  nim 

przemożną  chęć  odrobienia  straconej  młodości.  Teraz  był  panem 

samego  siebie,  co  mu  ze  wszech  miar  odpowiadało.  Gdy  służył  pod 

rozkazami księcia Wellingtona, takie poczucie wolności wydawało się 

nie do pomyślenia.  

— Ożenię się kiedyś — powtarzał sobie — ale nie z przymusu.  

Na  razie  jednak  kłopotał  się  głównie  swoim  majątkiem,  który, 

podczas ostatnich lat życia ojca, mocno podupadł. Stary pan Irchester 

zaniedbał 

rozległe 

dobra, 

na 

domiar 

złego 

powierzył 

administrowanie  nimi  ludziom  nieudolnym.  Markiz,  podnosząc 

Irchester  Park  z  upadku,  odczuwał  radość  i  ogromną  satysfakcję. 

Małżeństwo mogło  więc poczekać. Odkrył przy tym, że ciężka praca 

także bywa doskonałą rozrywką. Związek z kobietą, która, nawet jeśli 

piękna, z pewnością okazałaby się głupiutką gąską przeszkadzałby mu 

tylko w zajmowaniu się majątkiem.  

Kiedyś  w  „White  Club",  popijając  w  towarzystwie  jednego  z 

najlepszych przyjaciół, oświadczył z zadumą w głosie:  

—  Nie  wiem,  jak  to  tłumaczyć,  że  większość  kobiet,  z  którymi 

spędziłem  tyle  czasu,  jest  tak  zatrważająco  źle  wykształcona? 

Niepodobna rozmawiać z nimi o czymkolwiek, pomijając jeden tylko 

temat amorów.  

Przyjaciel,  z  którym  markiz  służył  ongiś  w  tym  samym  pułku, 

roześmiał się tylko.  

background image

—  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  pieniądze  wydaje  się  na 

kształcenie  synów.  Córkami  zajmują  się  guwernantki,  a  one  same 

niewiele umieją.  

—  Masz  rację  —  powiedział  markiz,  kiwając  w  zamyśleniu 

głową.  

Pamiętał,  że  kiedy  jego  wysłano  do  Eton,  a  potem  do  Oksfordu, 

siostry  zostały  w  domu  w  towarzystwie  bladych,  myszowatych 

kobietek, których twarzy nie sposób było zapamiętać.  

—  Przypuszczam,  że  dlatego  właśnie  damy  na  kontynencie 

sprawiają  wrażenie  znacznie  inteligentniejszych...  —  ciągnął  swoje 

rozważania.  

— Nie powiem, żeby mi nadmiernie zależało na umyśle kobiecym 

—  odparł  przyjaciel.  —  Jeśli  kobieta  jest  ładna,  to  ją  uwodzę,  jeżeli 

brzydka, nie zauważam jej.  

Markiz  roześmiał  się.  Nadal  myślał  jednak  o  banalnej  wymianie 

zdań  z  lady  Sybille,  przy  tych  nielicznych  okazjach,  gdy  nie  byli 

zajęci igraszkami miłosnymi.  

Pewnego  wieczoru  przyłapał  kochankę,  gdy  rozmawiała  z 

regentem,  w  sposób,  który  wydał  mu  się  wysoce  podejrzany.  Nie 

mógł  słyszeć,  co  mówili,  ale  bez  wątpienia  odnosiło  się  to  do  jego 

osoby.  Lady  Malden  zerkała  na  markiza  od  czasu  do  czasu.  W  jej 

oczach  malował  się  wyraz,  z  jakim  głodny  kot  wlepia  wzrok  w 

miseczkę  śmietanki,  wyraz  pożądliwości  i  zadowolenia.  Markiz  czuł 

w powietrzu kłopoty.  

background image

Tymczasem  jednak  prowadził  uprzejmą  konwersację  z  jednym  z 

ambasadorów. I od swego rozmówcy niespodziewanie otrzymał klucz 

do rozwiązania zagadki.  

—  Przypuszczam,  że  to  ostatnie  przyjęcie  w  Carlton  House  — 

mówił  ambasador  —  jakim  cieszymy  się,  zanim  jego  wysokość 

wyjedzie do Brighton.  

— Zapewne — zgodził się markiz.  

—  Moja  żona  i  ja  zostaliśmy  zaproszeni  do  Pawilonu 

Królewskiego  w  Brighton  —  ciągnął  dygnitarz  z  nutą  satysfakcji  w 

głosie  —  jesteśmy  zachwyceni,  że  pan  i  lady  Sybille  również  tam 

będą. Jego wysokość wspominał o tym.  

Markiz  spojrzał  na  ambasadora,  starając  się  dobrze  zrozumieć 

zawartą  w  jego  wypowiedzi  sugestię.  Po  chwili  milczenia  dyplomata 

wzruszył bezradnie ramionami i dodał:  

—  Moja  żona  zawierzyła  mi  pański sekret,  ale  obiecuję,  że  będę 

szalenie,  ale  to  szalenie  dyskretny.  Naturalnie  ja  też  jestem 

wielbicielem lady Sybille.  

Nawet,  gdyby  podłoga  otworzyła  się,  ziejąc  u  jego  stóp  głęboką 

przepaścią,  markiz  nie  byłby  bardziej  zaskoczony  i  zakłopotany. 

Zrozumiał  teraz,  co  robi  Sybille.  Jak  mógł  być  tak  niedomyślny? 

Używała  wszak  tej  samej  broni,  którą  posługiwało  się  tyle  kobiet: 

opinii publicznej.  

Tylko  że  Sybille  zaczęła  od  szczytu:  od  następcy  tronu  i  jego 

otoczenia.  Chciała  zmusić  kochanka  do  oświadczyn.  Presję  mieli 

wywierać  krewni  i  znajomi  regenta.  Irchester  znał  już  podobne 

przypadki wśród swoich przyjaciół.  

background image

Korzystając  z  tego,  że  gospodarz  zajęty  był  rozmową  z  licznym 

gronem gości, markiz czym prędzej opuścił Carlton House, omijając z 

daleka  lady  Sybille.  Wrócił  do  domu,  na  Park  Lane.  Zastanawiał  się, 

co  powinien  w  tej  sytuacji  zrobić.  Z  wprawą  zdobytą  podczas 

planowania  wojennych  operacji,  błyskawicznie  podjął  decyzję. 

Pierwszym krokiem musi być opuszczenie Londynu, postanowił.  

Wydał  dyspozycje  służbie:  trzeba  wszystko  przygotować  do 

natychmiastowego  wyjazdu  do  Irchester  Park.  Przeprowadził 

rozmowę z sekretarzem i wreszcie zasiadł przy biurku, by napisać list 

do  regenta.  Dziękował  za  gościnność  i  wyjaśniał,  że  został  wezwany 

na wieś w nie cierpiącej zwłoki sprawie rodzinnej.  

Do  lady  Sybille  nie  posłał  ani  słowa.  Miał  cichą  i  okrutną 

nadzieję,  że  będzie  się  martwiła  jego  zniknięciem.  Natychmiast  po 

śniadaniu  wyruszył  z  największym  pośpiechem  do  Irchester  Park. 

Czuł się okropnie, jak lis ścigany przez sforę psów gończych.  

Widok  rodzinnych  stron  i  pełne  dostojeństwa  piękno  starego 

pałacu przyniosły mu ulgę jak dotyk kojącej ból dłoni.  

—  Czy  jego  miłość  oczekuje  towarzystwa?  —  zapytał  z 

szacunkiem kamerdyner.  

— Nie w tej chwili, Dawson — odparł markiz. — Mam sporo do 

zrobienia w Irchester Park i potrzebuję spokoju.  

—  Wasza  miłość  znajdzie  tu  spokój.  Tak  się  cieszymy,  że  pan 

wrócił, milordzie.  

Szczerość brzmiąca w jego głosie spodobała się markizowi. Lecz 

kiedy  Irchester  został  sam,  na  twarzy  pojawił  mu  się  grymas 

zniecierpliwienia.  Myślał  o  narastającej  nudzie,  przenikającej  jego 

background image

życie  w  ciągu  ubiegłego  roku.  Jak  melodia  wygrywana  przez 

katarynkę.  Te  same  bale,  przyjęcia,  zebrania  w  Carlton  House, 

Vauxhall, Ranelagh.  

I ciągle te same kobiety. Piękne, doświadczone, kuszące, budzące 

pożądanie,  przy  bliższym  poznaniu  odkrywały  bezwiednie  swą 

próżność,  samolubstwo,  skąpstwo,  niewiarygodną  głupotę  i 

bezwzględność, gdy chodziło o ich małe, egoistyczne cele.  

— Czego ja chcę, czego szukam?  

Markiz nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Poczuł tęsknotę za wojną, 

za 

podnietą, 

jaką 

daje 

skrajne 

niebezpieczeństwo, 

za 

odpowiedzialnością, za najwyższym napięciem uwagi. Tam był cel — 

jaśniejący niczym gwiazda przewodnia — zwycięstwo.  

Cel został osiągnięty i... rozczarował.  

— Czego naprawdę chcę?  

To pytanie wciąż dręczyło go, gdy samotnie jadł obiad. Wyszedł 

na  taras.  Słońce  zachodziło  powoli  za  starymi  dębami  w  wielkim 

ogrodzie,  a  w  gasnącym  świetle  dnia  ukazywały  się  już  na  niebie 

pierwsze gwiazdy i nów księżyca.  

Za  plecami  markiza  wznosił  się,  wsparty  na  tych  samych  od 

pięciuset  lat  fundamentach  pałac  —  Irchester  House.  W  początkach 

ubiegłego  wieku  pradziad  markiza  zdecydował  się  na  całkowitą 

przebudowę 

rezydencji. 

rezultacie 

powstał 

jeden 

najświetniejszych  w  kraju  przykładów  architektury  georgiańskiej. 

Paradne  apartamenty  pałacu  zachwycały  pięknem  wystroju.  Markiz 

bowiem  posiadał  zbiory  sztuki,  które  były  przedmiotem  zazdrości 

samego księcia regenta.  

background image

Irchester  House  otaczały  ogrody  i  lasy.  Ogrodom  markiz 

przywrócił  ich  pierwotny  kształt,  toteż  zadowolić  mogły  swą  urodą 

każdego  konesera  piękna.  Rozległe  lasy  zaś  pozwalały  na 

organizowanie  wspaniałych  polowań.  W  dolinie  płynął  strumień, 

którego  rozlewiska  tworzyły  bagna.  Tam  właśnie,  późną  jesienią 

strzelał kaczki i bekasy.  

Na  ogromnych  obszarach  swej  posiadłości  markiz  mógł 

rozkoszować  się  nie  tylko  polowaniem,  ale  i  jazdą  konną.  A  odkąd 

wrócił z Francji jego stajnie słynęły z najlepszych wierzchowców.  

Mam  wszystko,  myślał,  dlaczego  miałbym  pragnąć  więcej? 

Jednak czegoś mu brakowało, czegoś niezmiernie ważnego, czego nie 

umiał określić. Zmęczony postanowił położyć się wcześniej. Nie mógł 

jednak  zasnąć  w  ogromnej  sypialni,  w  której  jego  przodkowie 

przychodzili na świat i umierali.  

Rozmyślał o sobie. Zawsze uważał, że jest panem samego siebie i 

doskonale  daje  sobie  radę.  W  armii  zaś  przekonał  się,  że  posiada 

umiejętność  dowodzenia.  Pewna  kobieta  —  nie  była  Angielką  — 

porównywała  go  do  Aleksandra  Wielkiego  i  szczerze  mówiąc, 

podobało  mu  się  to  wyróżnienie.  Aleksander  był  nie  tylko 

wojownikiem,  ale  też  człowiekiem  wykształconym,  idealistą  nie 

poprzestającym na łatwych celach.  

— Taki przecież i ja jestem — mówił sobie markiz.  

A  przecież  nie  czuł  się  zadowolony.  Szczęście  jest  zawsze 

związane  ze  zmaganiami,  z  podjęciem  walki,  ze  zwycięstwem.  W 

czasie wojny  wiedział, jak odnosić zwycięstwa. Podczas pokoju miał 

wrażenie, iż cel wymyka mu się z rąk.  

background image

Następnego dnia markiz wstał w kwaśnym humorze. Z drwiącym 

uśmiechem  wspominał  wczorajsze  rozterki.  Po  śniadaniu,  by 

odwrócić uwagę od przykrych myśli, wyruszył na konną przejażdżkę. 

Specjalnie wybrał tym razem szczególnie narowistego ogiera.  

Wrócił  w  lepszym  nastroju.  Samotnie  zjadł  obiad,  obmyślając 

listę  osób,  które  chciałby  gościć  w  Irchester  Park.  Miał  kilku 

przyjaciół,  których  mógł  zaprosić  bez  obawy,  że  będzie  się  z  nimi 

nudził.  Lecz  towarzystwo  wyłącznie  męskie,  prędzej  czy  później, 

stałoby się nieznośne, przeto zastanawiał się nad kandydaturami dam.  

Nie  wypadało  zapraszać  żadnej  z  pań,  z  którymi  flirtował  zanim 

poznał  lady  Sybille.  Doświadczenie  podpowiadało,  że  każda  spośród 

jego  dawnych  kochanek  natychmiast  żądałaby  przeprosin,  robiła 

nieprzyjemne 

sceny 

domagała 

się 

zadośćuczynienia 

za 

wyimaginowane krzywdy.  

—  A  niech  to!  Z  kobietami  zawsze  same  utrapienia.  Obejdę  się 

bez nich! — oświadczył sam sobie.  

Od  powrotu  z  Londynu  nie  miał  i  nie  chciał  mieć  utrzymanki, 

chociaż było to modne w wyższych sferach. Raz tylko zastanawiał się, 

czy  by  nie  wziąć pod  opiekę  ładnej baletniczki  z  Covent  Garden, ale 

w  ostatniej  chwili  doszedł  do  wniosku,  że  drażni  go  jej  akcent  i 

pretensjonalność.  Markiz  był  wybredny  i  takie  właśnie  drobiazgi 

często  odpychały  go  od  kobiet.  Przyjaciele  nie  mogli  zrozumieć  jego 

postępowania,  a  ponieważ  nigdy  nie  rozmawiał  o  swoich  sercowych 

perypetiach,  cieszył  się  opinią  wyjątkowo  dyskretnego.  Salonowa 

plotka przypisywała mu zaś tłum pań na utrzymaniu.  

background image

— Czego ja właściwie chcę? — zapytał siebie po raz setny i, jak 

zwykle, nie mogąc znaleźć odpowiedzi, kazał osiodłać konia.  

Wrócił o czwartej. Czuł się już znacznie lepiej. Udał się więc do 

biblioteki, gdzie każdego popołudnia spędzał czas na lekturze. Rzucił 

spojrzenie  na  nagłówki  właśnie  dostarczonych  gazet  i  zaczął 

przeglądać  wiadomości  sportowe.  Nie  znalazł  niczego  zajmującego. 

Ziewnął  lekko  i  w  tym  momencie  drzwi  otworzyły  się,  a  Dawson 

zaanonsował:  

— Pan Roderic Nairn, proszę pana!  

Markiz  spojrzał  zaskoczony  na  wkraczającego  do  biblioteki 

siostrzeńca.  Młody  człowiek,  ubrany  zgodnie  ze  wszystkimi 

wymogami mody, wyciągnął dłoń na powitanie.  

— Co tutaj robisz, Roderiku? — zdumiał się Irchester.  

— Jesteś zaskoczony wuju Lenoxie?  

Dwudziestodwuletni  syn  starszej  siostry  markiza  był  miłym 

młodym  człowiekiem.  Rozpieszczany  od  chwili  urodzenia  uparł  się, 

że  musi  spróbować  życia  w  Londynie.  Matka  wylała  potoki  łez,  a 

wreszcie  ubłagała  markiza,  by  zechciał  wziąć  pod  opiekę  jej 

„najdroższy skarb".  

Lady  Beatrice  Nairn  była  wdową  po  Szkocie,  który  zostawił  w 

spadku  wielkie,  lecz  nie  przynoszące  specjalnych  dochodów,  dobra. 

Nie mogła więc opuścić Szkocji, aby doglądać debiutu syna w stolicy, 

obawiając  się  pozostawić  rozległą  posiadłość  bez  swojego  dozoru. 

Lady  Nairn  była  przekonana,  że  najukochańszy  synek  będzie  w 

Londynie  wydany  na  pastwę  licznych  pokus.  A  markiz  traktował 

swoje obowiązki nader lekko.  

background image

—  Chłopak  musi  samodzielnie  stanąć  na  nogi  —  powiedział 

siostrze, kiedy zaklinała go, aby dbał o Roderika.  

— Ależ on jest taki młodziutki, a przy tym taki przystojny!  

—  Jak  większość  jego  rówieśników.  Przecież  nie  może  być  na 

wieki przywiązany do mamusinego fartuszka!  

—  Martwię  się  o  niego.  Nie  ma  ojca,  do  którego  w  nagłej 

potrzebie mógłby się zwrócić o radę — odparła strapiona matka.  

—  Nie  dręcz  się  na  zapas  —  zirytował  się  markiz.  —  Jeśli 

wpadnie w kłopoty, to go wyciągniemy.  

—  Właśnie  o  to  przez  cały  czas  cię  proszę  —  i  lady  Beatrice 

rozpłakała się. — Nie umiałabym go ochronić, tak jak ty! Boję się, że 

przy  swoim  braku  doświadczenia  wpadnie  w  ręce  jakiejś  zepsutej 

kobiety.  

Markiz  rozumiał  siostrę.  Uważał  jednak,  że  Roderic,  zgodnie  z 

prawami  młodości,  powinien  się  wyszaleć.  Nie  dręczył  więc 

siostrzeńca  kazaniami,  a  wręcz  przeciwnie,  zapowiedział  mu,  że  w 

razie potrzeby może liczyć na pomoc. Dlatego rok temu, Irchester bez 

zmrużenia  oka,  uregulował  niewysokie  długi  karciane  młodzieńca  i 

nie rzekł mu z tego powodu złego słowa.  

Pełne  zrozumienia  podejście  spowodowało,  że  chłopak, 

początkowo  nieufny,  zaczął  traktować  opiekuna  jak  przyjaciela.  Nie 

ukrywał  też  przed  nim  niczego.  Markiz  szybko  zorientował  się,  że 

Roderic  jest  człowiekiem  prostolinijnym,  chociaż  może  niezbyt 

inteligentnym. Roderic zbliżył się do fotela, w którym zasiadał wuj, i 

zaczął niepewnym głosem:  

— Mam problem wuju Lenoxie, dlatego przyjechałem.  

background image

— Jak się tu dostałeś?  

Po krótkiej chwili milczenia młody człowiek odrzekł:  

— Twoim powozem.  

Markiz mocno zacisnął usta i ostro zapytał:  

— Sam powoziłeś?  

— Chciałem, ale Sam mi nie pozwolił.  

Irchester odetchnął. Sam doskonale radził sobie z końmi.  

— No i...?  

— Nie wiedziałem, że  wyjechałeś  z  Londynu — mówił Roderic. 

—  Kiedy  udałem  się  do  Irchester  House,  pan  Swaythling  powiedział 

mi,  że  pojechałeś  na  wieś.  Oznajmiłem,  że  muszę  się  z  tobą 

natychmiast zobaczyć.  

— I Swaythling kazał Samowi odwieźć cię do Irchester Park?  

— Tak. Miałem nadzieję na pobicie twojego rekordu.  

— Jak długo jechaliście?  

Trzy godziny i czterdzieści pięć minut. Oczy markiza błysnęły.  

— O dziesięć minut dłużej.  

— To samo powiedział Sam. Byłem rozczarowany.  

—  Cieszę  się,  że  nadal  jestem  w  dobrej  formie  —  stwierdził 

markiz z ukontentowaniem.  

—  Jak  mogłoby  być  inaczej?  —  pospieszył  z  komplementem 

Roderic.  

—  A  teraz  opowiedz  mi,  dlaczego  tak  prędko  przybyłeś  z 

Londynu. Masz wierzycieli na karku?  

— Nie! Nie! Tym razem to nie pieniądze.  

Markiz przyjrzał mu się z niepokojem.  

background image

— Chodzi o zakład ze znajomymi z klubu — kontynuował młody 

człowiek.  

— Ach, tak. O zakład.  

— Chcę zwyciężyć i myślę, że nikt poza tobą nie jest w stanie mi 

pomóc.  

Lenox  Irchester  poprawił  się  w  fotelu.  Szykowało  się  dłuższe 

opowiadanie.  

— Mów, słucham. Tylko zacznij od początku.  

—  To  zdarzyło  się  wczoraj  po  lunchu.  Wszyscyśmy  już  sporo 

wypili...  

— Co to znaczy „my"? — przerwał markiz.  

—  Och,  moi  znajomi,  poznałeś  ich.  Edward,  George,  Billy  i 

Stephen...  

Markiz  skinął  głową.  Znał  ich.  Byli  młodymi  arystokratami, 

przyjaciółmi  Roderika  z  Eton.  Zdaniem  markiza  pili  zbyt  dużo,  a 

jakichkolwiek  pożytecznych  zajęć  mieli  za  mało.  Siostra,  gdyby  ich 

razem zobaczyła, byłaby jednak pewnie zachwycona. Typowi chłopcy 

z dobrych domów.  

—  Rozmawialiśmy  i  żartowaliśmy  —  mówił  dalej  Roderic.  —  I 

wtedy dołączył do nas sir Mortimer Watson.  

Markiz skrzywił się lekko. Wiedział wiele o sir Mortimerze, lecz 

nic  co  by  świadczyło  na  jego  korzyść.  Rozmyślnie  więc  go  unikał. 

Przez  jakiś  nieszczęśliwy  zbieg  okoliczności  Watson  został  przyjęty 

do  „White  Club".  Często  bywał  też  na  wyścigach.  Większość 

przyzwoitych dżentelmenów oddalała się pospiesznie na jego widok.  

background image

—  Ta  świnia,  Watson,  znów  chce  oskubać  przy  kartach jakiegoś 

dzieciaka — markiz przypomniał sobie niedawno usłyszaną w klubie 

uwagę.  

—  Postawił  nam  drinka,  i  sam  nie  wiem  kiedy,  zaczęliśmy  się 

spierać,  czy  zagraniczne  kurtyzany  są  ładniejsze  od  angielskich,  czy 

odwrotnie.  

Przerwał na moment, po czym dodał:  

—  Sir  Mortimer  twierdził,  że  zagraniczne  Córy  Koryntu  są  nie 

tylko  ładniejsze,  ale  i  inteligentniejsze  i  z  łatwością  umieją  grać  role 

osób z lepszych sfer.  

Markiz  pomyślał,  że  sir  Watson  ma  sporo  racji.  Roderic 

tymczasem mówił dalej.  

—  Potem  Edward,  który  jak  wiesz,  nie  lubi  sir  Mortimera, 

powiedział,  że  cudzoziemki  są,  przepraszam  za  wyrażenie 

„rynsztokowe",  jeśli  tylko  zajrzeć  pod  puder  i  szminkę.  A  angielskie 

dziewczyny  mają  wrodzoną  ogładę  i  umieją  zachowywać  się 

elegancko.  

Markiz  przypomniał  sobie,  że  ów  Edward  to  lord  Somerford, 

który całkiem niedawno otrzymał tytuł i fortunę.  

—  Oczywiście,  większość  z  nas  poparła  Edwarda  —  opowiadał 

Roderic.  —  Potem  sir  Mortimer  postawił  tysiąc  funtów  przeciw 

jednemu,  że  nikt  z  nas  nie  dostarczy  dziewczyny,  która  mogłaby 

współzawodniczyć  z  pewną,  znaną  mu  dobrze,  Francuzką.  Jest  ona 

ponoć nie tylko piękna, ale też bez trudu może uchodzić za damę.  

background image

—  Nigdy  nie  słyszałem  podobnej  bzdury!  —  zawołał  wtedy 

Edward.  —  Z  pewnością  dziewczyny  od  krów  w  naszym  majątku 

bardziej przypominają damy niż jakaś importowana piękność!  

Roderic uśmiechnął się i mówił dalej:  

—  Byliśmy  naturalnie  bardzo  rozgorączkowani i  zgodziliśmy  się 

spotkać  z  sir  Mortimerem  za  tydzień.  Każdy  ma  przyprowadzić 

służącą  lub  kurtyzanę,  żeby  udowodnić,  że  byle  Angielka  będzie 

lepsza od jego zagranicznej panienki.  

Roderic skończył i popatrzył na wuja z obawą.  

— Ile musicie wpłacić do wspólnej puli?  

—  Złożyliśmy  się  po  sto  gwinei  —  odpowiedział  Roderic  — 

które  oczywiście  stracimy,  jeśli  bezstronny  sędzia  wybierze  jego 

dziewczynę. Sir Mortimer wyłożył pięćset funtów.  

Markiz  był  pewien,  że  Watson  nie  ryzykowałby,  ni  z  tego  ni  z 

owego,  takiej  sumy.  Po  człowieku  jego  pokroju  należało  spodziewać 

się jakiegoś podstępu. Ładne wyzwanie znalazł dla głupich, podpitych 

młodzików.  

— Więc cóż zamierzasz zrobić? — zapytał siostrzeńca.  

— To dlatego przyjechałem do ciebie wuju Lenoxie!  

— Tak? A to czemu?  

— Żebyś mi wynalazł jakąś piękną dziewczynę od krów.  

Markiz roześmiał się.  

—  Drogi  chłopcze,  zdajesz  sobie  chyba  sprawę,  że  Watson 

wystrychnął was na dudków. Nie stanąłby do zakładu, gdyby nie miał 

czegoś specjalnego w zanadrzu.  

Roderic zrobił nadąsaną minę.  

background image

— Wuju, żaden z nas nie chce przegrać.  

—  Ja  też  nie  pragnę,  żeby  on  wygrał.  Nie  lubię  go  —  uspokoił 

siostrzeńca markiz.  

—  Musimy  coś  zrobić.  Edward  wyjechał  do  swego  majątku  w 

Hertfordshire, a reszta rozgląda się po teatrach...  

— No i...?  

—  Co  mamy  zrobić?  —  w  głosie  młodego  człowieka  brzmiała 

desperacja.  

— Zapłać sto gwinei i uznaj przegraną.  

Roderic, który przysiadł wcześniej na krześle, wstał gwałtownie.  

— A niech to. Już nie pierwszy raz sir Mortimer mnie nabrał!  

— Tak?  

— Nie mówiłem ci, już kiedyś założyłem się z nim. Byłem wtedy 

lekko  wstawiony,  w  efekcie  straciłem  dwieście  gwinei.  Następnego 

ranka czułem się okropnie. Nawet żółtodziób nie powinien okazać się 

takim durniem.  

—  Zatem  dostałeś  nauczkę.  Taki  człowiek  jak  Watson  zawsze 

wyciągnie pieniądze od naiwnych.  

— Tak, ale tym razem chciałem go pobić jego własną bronią. Czy 

mogę jutro rozejrzeć się po twoich farmach, wuju? Może znajdę jakąś 

piękność, która ich zaskoczy?  

— To dopiero będzie cud! Sam byłbym zaskoczony!  

—  Właśnie,  potrzebuję  cudu!  Jestem  optymistą  i  wierzę,  że  się 

wydarzy.  

background image

—  Mam  nadzieję,  że  twoja  wiara  zostanie  wynagrodzona. 

Uważam,  że  najpiękniejsza  wiejska  dziewczyna  przeniesiona  na 

Picadilly może dużo stracić ze swej atrakcyjności.  

—  Ty  mnie  rozmyślnie  chcesz  przygnębić  —  jęknął  Roderic.  — 

Czy wiesz, co mi powiedział Edward, zanim przyjechałem tutaj?  

—  Opowiedz  —  zachęcił  go  markiz,  sam  w  coraz  lepszym 

humorze.  

— Powiedział: jedyną osobą, która może ci pomóc, jest twój wuj.  

— A to dlaczego?  

—  Dodał  jeszcze,  że  jeśli  jest  ktoś, kto  zna  ładne  kobiety  i  umie 

sprawić, żeby nie uciekły, to chyba tylko Irchester!  

—  Dziękuję  —  powiedział  markiz.  —  Podoba  mi  się  ten 

komplement.  Jednak  zapewniam  cię,  że  kobiety,  z  którymi  byłem 

związany nie były i nie są dziewczynami od krów.  

— Więc co mam zrobić? — Roderic był smutny.  

Markiz  zastanawiał  się  nad  odpowiedzią,  kiedy  drzwi  dyskretnie 

się uchyliły.  

—  Przepraszam  jaśnie  pana  —  rzekł  Dawson.  —  Jest  tu  młoda 

dama. Nalega na widzenie z panem.  

— Jak się nazywa? — zapytał markiz.  

—  Nie  podała  nazwiska,  ale  twierdzi,  że  to  bardzo  ważne,  aby 

mogła z panem pomówić osobiście.  

— Powiedziałeś „młoda dama", Dawson?  

—  Właściwie  powinienem  powiedzieć  „młoda  kobieta",  proszę 

jaśnie pana. Ma ze sobą dużego psa.  

background image

—  Młoda  kobieta  z  psem,  która  nie  chce  powiedzieć  jak  się 

nazywa?  —  zastanowił  się  markiz.  —  To  brzmi  jak  jedna  z  twoich 

zagadek, Roderiku.  

Siostrzeniec spoglądał przez okno, minę miał smutną. Milczał.  

—  Wydaje  mi  się,  że  to  dość  dziwaczna  prośba,  Dawson.  Czy 

sądzisz, że ona zamierza wejść tu z psem?  

—  Zaproponowałem,  żeby  został  na  zewnątrz,  ale  powiedziała: 

pies  przyjechał  ze  mną  i  chcę,  żeby  jego  wysokość  go  zobaczył  — 

odparł Dawson.  

— Podejrzewam, że chce mi sprzedać psa.— rzekł sucho markiz. 

—  Trzeba  jej  będzie  powiedzieć,  że  mam  już  dużo  psów  i  nie 

potrzebuję więcej.  

Spodziewał się, że kamerdyner opuści pokój, ale ten zawahał się.  

—  To  bardzo  piękny  pies,  proszę  jaśnie  pana.  Niezwykły.  Może 

zabrzmi  to  impertynencko,  ale  ta  kobieta  jest  wyjątkowo  ładna  i  coś 

dziwnego  było  w  sposobie,  w  jaki  nalegała  na  widzenie  z  panem, 

milordzie.  

Roderic odwrócił się od okna.  

— Ładna? Dawson, powiedziałeś, że jest ładna?  

— Bardzo, bardzo ładna, paniczu, niezwykle ładna!  

Roderic spojrzał na markiza.  

—  Słyszałeś  wuju  Lenoxie?  Mam  przeczucie,  że  właśnie  stał  się 

cud!  

Markiz zaśmiał się z przymusem.  

—  Jeśli  to  naprawdę  cud,  w  co  nie  wierzę,  to  zapłacę  tych  sto 

gwinei za ciebie.  

background image

—  Dobrze!  —  wykrzyknął  zachwycony  Roderic.  —  Dawson, 

zawołaj ją! Natychmiast zawołaj tę młodą kobietę i jej psa!  

Dawson spojrzał na markiza, aby się upewnić. Ten skinął głową.  

— Tak jest, milordzie — powiedział kamerdyner i wyszedł.  

 

Rozdział 3 

Ted spojrzał na Dionę zaskoczony.  

— Panienko, myślę że to błąd — powiedział bez przekonania. — 

Jego wysokość chyba jest w domu. Powinniśmy pojechać na farmę.  

Diona potrząsnęła głową.  

— Nie, Ted. Pójdę od razu do pałacu, czuję że mam rację.  

Intuicja  podpowiadała  jej,  że  w  Irchester  Park  otrzyma  pomoc. 

Wiedziała, że to szansa, aby uratować Syriusza.  

Powóz jechał powoli, zmęczony koń Teda wlókł się noga za nogą.  

—  Proszę  mi  obiecać,  że  nie  powiecie  nikomu,  gdzie  jestem. 

Gdyby  wiadomości  o  miejscu  mego  pobytu  doszły  do  stryja 

Herewarda, zabrałby mnie stąd i zabił Syriusza.  

—  Panienka  Diona  może  mi  zaufać,  to  jasne  —  odparł  stary  i 

zamyślił się.  

Po chwili znów się odezwał:  

— Gdyby panienka znalazła się w kłopotach, proszę powiadomić 

farmera Burrowsa. Pośle po mnie. Przyjadę tak szybko, jak tylko dam 

radę.  

— Dziękuję, dziękuję za pomoc i za waszą dobroć.  

background image

Ted  ściągnął  lejce  i  powóz  zatrzymał  się.  Diona  wysiadła,  a 

Syriusz zeskoczył za nią. Ted podał dziewczynie jej niewielki bagaż.  

—  Proszę  dbać  o  siebie,  panienko  Diono.  Niech  panienka 

pamięta, przyjadę, kiedy dostanę wiadomość.  

— Nie zapomnę. Jeszcze raz dziękuję.  

Ruszyła  w  stronę  domu.  Wiedziała,  że  stary  człowiek  patrzy  za 

nią  z  troską.  Doszła  do  szarego  kamiennego  mostu  nad  jeziorem  i 

zatrzymała się. Pomyślała, że może to dziwnie wyglądać, jeśli pojawi 

się w pałacu, dźwigając owinięty szalem cały swój dobytek.  

Obok  mostu  rosła  kępa  krzaków.  Diona  ukryła  tobołek  między 

gałęziami  i  poczuła  się  lepiej.  Miała  nadzieję,  że  nikt  nie  natrafi  na 

kryjówkę  zanim  będzie  mogła  zabrać  stąd  swoje  rzeczy.  Była 

zdenerwowana  i przerażona,  ale  nie  widziała  innego  wyjścia.  Wolała 

szorować  podłogi  niż  wrócić  do  stryja  i  narazić  Syriusza  na  śmierć. 

Prośby  na  pewno  by  nie  poskutkowały.  Powiem  markizowi, 

rozważała,  że  mogę  robić  cokolwiek,  ale  najbardziej  użyteczna 

byłabym w psiarni.  

Przebycie  szarych,  kamiennych  schodów  wiodących  do 

frontowego  wejścia wymagało ogromnego wysiłku woli. Nie musiała 

kołatać. Lokaj pełniący służbę w sieni dostrzegł ją i, gdy znalazła się 

przed wielkimi drzwiami, otworzył.  

— Chcę widzieć się z markizem Irchester! — powiedziała tonem, 

jakiego używała jej matka.  

Lokaj bez słowa spojrzał na kamerdynera, który nadszedł właśnie 

w tej chwili. Miał siwe włosy i wyglądał niezwykle dostojnie.  

— Panienka do jego wysokości? — spytał namaszczonym tonem.  

background image

— Tak. Chcę się z nim zobaczyć.  

— Kogo mam zaanonsować?  

Diona  nie  chciała  zdradzić  swego  nazwiska.  Kamerdyner 

oświadczył  więc, iż nie może przeszkadzać jego  wysokości, o ile nie 

będzie  wiadomo,  że  sprawa  jest  naprawdę  istotna.  Ale  Diona  nie 

ustępowała.  Musiała  spotkać  się  z  człowiekiem,  na  którego  pomoc 

liczyła.  

Wreszcie  kamerdyner,  pokonany  jej  uporem,  odszedł.  Stała  w 

westybulu  i  czuła,  że  trzech  innych  służących  przygląda  się  jej  i 

Syriuszowi z zachwytem.  

— Piękny pies — powiedział jeden z nich.  

Diona  pomyślała,  że  jeśli  wzięli  ją  za  osobę  z  wyższych  sfer,  są 

zapewne  zdziwieni,  dlaczego  nie  przybyła  w  towarzystwie  matki  lub 

opiekunki.  

— Ma na imię Syriusz. Mam go od szczeniaka — odparła.  

— To szybkie psy, dobre na gonitwy.  

— Tak, wiem — uśmiechnęła się z dumą.  

Usłyszeli  kroki  powracającego  kamerdynera.  Lokaj  wyprostował 

się służbiście i zamilkł. Diona poczuła niepokój.  

— Tędy, panienko, proszę — rzekł kamerdyner.  

Więc  udało  się.  Ale  to  dopiero  początek.  Pomóż  mi  tatusiu, 

proszę.  Kamerdyner  otworzył  drzwi  z  taką  miną,  jakby  wiedział,  że 

popełnia błąd, wpuszczając nieznajomą przed oblicze jaśnie pana.  

Usłyszała:  

— Młoda kobieta, milordzie!  

background image

Weszła.  W  pierwszym  momencie  widziała  tylko  tysiące  książek, 

od  sufitu  do  podłogi.  Dopiero  po  chwili  dostrzegła,  że  w  bibliotece 

jest dwóch mężczyzn. Jeden, całkiem młody, patrzył na nią w dziwny 

sposób.  Drugi  był  chyba  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego 

widziała  w  życiu.  Wydał  się  jej  władczy  i  potężny.  Tak  właśnie 

wyobrażała sobie markiza Irchester.  

Siedział  odprężony  w  fotelu  z  wysokim  oparciem.  Nogi 

skrzyżował  niedbale.  Wyglądał  jak  król  na  tronie.  Ogarnęło  ją 

nieprawdopodobne uczucie, że powinna paść przed nim na kolana.  

Zamiast  tego  dygnęła  wdzięcznie.  Ponieważ  obydwaj  milczeli, 

podeszła  bliżej.  Nie  mogła  wiedzieć,  iż  jej  widok  zaskoczył  ich 

zupełnie. W najlepszej sukience ze wzorzystego muślinu przewiązanej 

błękitną wstążką wyglądała nadzwyczaj pięknie. Wianuszek z polnych 

kwiatków zdobił jej słomkowy kapelusz, a ponieważ rękawiczki były 

dla  niej  za  drogie,  założyła  mitenki,  które  nie  zakrywały  kształtnych 

palców.  

Podeszła  jeszcze  kilka  kroków.  U  jej  boku  stąpał  dalmatyńczyk. 

Kiedy  znalazła  się  blisko  markiza,  uznała  że  należy  jeszcze  raz 

dygnąć.  

—  Panienka  życzyła  sobie  widzieć  się  ze  mną?  —  spytał 

Irchester.  

— Tak, proszę pana.  

— Powiedziała panienka, że to pilne?  

— Bardzo pilne, wasza wysokość.  

— Ciekawe. Jak się panienka nazywa?  

Po chwili wahania powiedziała:  

background image

— Diona...  

Markiz spojrzał nieco zdziwiony.  

— I to wszystko?  

— Tak. Tak, proszę pana. Mam powody aby nie podawać mojego 

nazwiska.  

—  Proszę  mi  więc  powiedzieć,  jaki  jest  powód  pani  przyjazdu 

tutaj.  

Z trudem zaczęła:  

— Zastanawiałam się, czy  wasza  wysokość nie zatrudniłby mnie 

jako dziewczynę do psów...  

W  oczach  markiza  dostrzegła  wyraz  zaskoczenia.  Drugi 

mężczyzna  podszedł  teraz  bliżej  i  przyglądał  się  jej  w  sposób,  który 

wprawił ją w jeszcze większe zakłopotanie.  

— Jako dziewczynę do psów? — upewnił się markiz.  

—  Tak,  proszę  pana.  Może  na  to  nie  wyglądam,  ale  mam  duże 

doświadczenie z psami i końmi... Potrzebuję pracy.  

— Nigdy nie słyszałem... — zaczął markiz, ale Roderic przerwał 

mu.  

— Dlaczego nie miałaby być dziewczyną do krów?  

Diona spojrzała na niego i odpowiedziała:  

— Mogę pracować w oborze, ale wolałabym w psiarni. Wiem, że 

kobiety  zwykle  nie  doglądają  psów.  Lecz  przecież  nic  nie  stoi  na 

przeszkodzie...  Umiem  wiele  rzeczy,  które  uważa  się  za  trudne  tylko 

dlatego, że wykonują je mężczyźni.  

Spojrzała markizowi prosto w oczy.  

— A co panienka potrafi?  

background image

—  Kobieta  lepiej  opiekuje  się  szczeniakami,  jeśli  muszą  być 

karmione ręką. Umiem też zajmować się chorymi końmi. Uczył mnie 

tego ojciec i jego stajenni...  

W tej chwili uświadomiła sobie, że pragnąc zaprezentować się jak 

najlepiej, nieopatrznie popełniła błąd.  

— Ojciec panienki ma konie? — zainteresował się markiz.  

— Tak, proszę pana.  

— I nie chce, aby panienka pomagała dalej w stajni?  

— Mój ojciec... Nie żyje, proszę pana.  

Markiz  dosłyszał  drżenie  jej  głosu,  mimo  że  było  ledwo 

wyczuwalne.  

— Domyślam się, że nie zostawił panience żadnych pieniędzy?  

Suchy,  rzeczowy  ton  rozmówcy  pomógł  Dionie  opanować  się. 

Odparła całkiem spokojnie:  

— To prawda, proszę pana. Muszę teraz sama zarabiać na życie. 

Dla  mnie  to  ważne,  bym  mogła  zacząć  pracę  jak  najszybciej.  Nawet 

od zaraz.  

Gdyby  nie  była  tak  zdenerwowana,  szybka  odpowiedź  markiza 

zastanowiłaby ją.  

—  To  znaczy,  jeśli  dobrze  zrozumiałem,  że  panienka  nie  ma 

dokąd pójść, gdybym jej nie przyjął?  

— Tak...  

W tym momencie Roderic wydał cichy okrzyk tryumfu:  

—  Cud!  Wuju  Lenoxie,  cud!  Wygrałem  zakład!  Spójrz  na  nią! 

Spójrz! To osoba, której szukamy!  

background image

Markiz machnął niecierpliwie ręką. Roderic postąpił ku przybyłej 

i natarczywie poprosił:  

— Czy możesz zdjąć kapelusz?  

Diona spojrzała na niego ze zdziwieniem.  

— Zaraz wyjaśnię, ale proszę zdjąć kapelusz.  

Było  to  dziwne  żądanie,  ale  nie  miała  powodu  odmawiać. 

Pomyślała, że dziewczyny na farmie nie noszą się tak jak ona. Szkoda, 

że  nie  wzięła  ze  sobą  stroju  do  pracy.  Zabrała  jednak  spódnicę  do 

jazdy  konnej.  Zapakowała  ją  w  ostatniej  chwili,  mimo  że  sporo 

ważyła.  

Diona sięgnęła do wstążek przy kapeluszu.  

—  Rozumiem,  iż  są  jakieś  powody,  dla  których  przyprowadziła 

panienka swego psa? Panienka chce go sprzedać?  

—  Ależ  nie!  Nie  oddałabym  go  nawet  za  milion  funtów.  To 

właśnie z jego powodu szukam pracy. Chciałam pracować w psiarni, 

aby on mógł mi zawsze towarzyszyć.  

Markiz wyciągnął dłoń. Diona zdziwiła się, gdy Syriusz podszedł 

do niego bez oporu. Pies był zazwyczaj nieufny wobec obcych.  

— To wyjątkowo piękny okaz swojej rasy — zauważył właściciel 

Irchester  Park.  —  Rozumiem,  dlaczego  panienka  nie  chce  się  z  nim 

rozstać.  

—  Mam  go  odkąd  był  szczeniakiem.  Jest  dla  mnie  całym 

światem, moją miłością.  

Dziewczyna  powiedziała  to  tak  gorąco,  że  markiz  uniósł  brwi 

zaskoczony.  

background image

Zdjęła  kapelusz  i  przygładziła  złociste  włosy,  które  spadły  na 

ramiona. Roderic jęknął z zachwytu.  

— Wuju, ona jest piękna! Właśnie jej szukałem!  

Diona  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  To  bardzo  dziwny 

młodzieniec, pomyślała.  

Natomiast  markiz  w  duchu przyznał  Roderikowi  całkowitą  rację. 

Ta  dziewczyna  istotnie  była  piękna.  Chociaż,  pomyślał  żartobliwie, 

nie  miała  różowych  policzków  angielskiej  wieśniaczki,  o  jaką 

chodziło Roderikowi.  

Tymczasem Roderic dalej wykrzykiwał:  

—  Znalazłem!  Jestem  pewien,  że  sir  Mortimer  zgłupieje  z 

wrażenia i tysiąc gwinei nasze!  

—  Roderiku!  Spokojnie.  Musisz  jeszcze  przekonać  Dionę,  aby 

pomogła ci w tym doniosłym zadaniu.  

Ze  sposobu,  w  jaki  markiz  to  powiedział,  Diona  wyczuła,  że  nie 

pochwalał zamysłów młodego mężczyzny.  

—  Proszę  jaśnie  pana.  Ja  chcę  pracować  u  milorda,  z  psami  — 

powtórzyła.  

—  Rozważę  tę  niezwykłą  propozycję.  Myślę  jednak,  iż  powinna 

panienka wysłuchać najpierw, co do powiedzenia ma mój siostrzeniec. 

Pozwoli  panienka,  że  przedstawię.  Pan  Roderic  Nairn  —  panna 

Diona!  

Znów  w  głosie  gospodarza  wyczuła  ironię.  Dygnęła.  Syriusz 

podbiegł  do  niej.  Położyła  dłoń  na  jego  łbie  i  poczuła  otuchę.  Nie 

może stchórzyć. Co zrobiłaby ze sobą i Syriuszem? Syriusz polizał jej 

background image

rękę,  a  ona  pogłaskała  go  po  karku.  Spojrzała  na  markiza.  Zupełnie 

innym niż przed chwilą tonem powiedział:  

—  Proponuję,  żeby  pani  usiadła  i  wysłuchała  mego  siostrzeńca. 

Jego  propozycja  może  w  pierwszej  chwili  wydać  się  nie  tyle 

niepojęta, co nieprzystojna.  

— Przepraszam, jeśli zachowałem się nieelegancko — powiedział 

szybko  Roderic.  —  To  dlatego,  że  wuj powiedział  mi,  iż  to,  co  chcę 

znaleźć jest niemożliwe. I że tylko cud może mi pomóc...  

Uśmiechnął się bardzo miło i dokończył:  

— Kiedy pani weszła, cud się dokonał!  

Diona  poczuła,  że  nogi  odmawiają  jej  posłuszeństwa.  Przysiadła 

ostrożnie na krzesełku blisko fotela markiza, a Syriusz ułożył się przy 

niej.  Położyła  kapelusz  na  kolanach  i  podniosła  ogromne,  fiołkowe 

oczy  na  Roderika  Nairna.  Zastanawiała  się,  cóż  on  ma  zamiar 

powiedzieć.  Wszystko,  co  do  tej  pory  usłyszała  w  bibliotece, 

zaskakiwało ją. Myślała, że markiz zechce sprawdzić jej umiejętności 

i  będzie  wypytywał  o  nazwisko.  Bardzo  ją  to  niepokoiło,  gdyż  nie 

lubiła kłamać. Roderic przysiadł na poręczy fotela i zaczął:  

— Przypuszczam, że wie pani, iż mężczyźni w Londynie lubią się 

zakładać. Szczególnie dotyczy to członków mojego „White Club".  

— Wiem, ponieważ... — w ostatniej chwili ugryzła się w język.  

Harry  Grantley  nie  raz  rozbawiał  żonę  i  córkę  opowiadaniami  o 

zakładach,  spośród  których  najdziwaczniejsze  zapisywano  w 

specjalnej księdze. Diona pomyślała, że musi bardzo uważać. Dobrze, 

że nie dokończyła!  

background image

—  Ja  i kilku  moich przyjaciół  —  mówił  Roderic  —  założyliśmy 

się  z  pewnym  członkiem  klubu,  że  uda  nam  się  znaleźć  Angielkę, 

najlepiej prostą dziewczynę od krów, ładniejszą i inteligentniejszą niż 

zachwalana przez naszego przeciwnika cudzoziemka.  

Diona zdumiała się.  

—  Z  pewnością  —  powiedziała  —  będzie  to  nierówne 

współzawodnictwo,  o  ile  dziewczęta  pochodzą  z  różnych  klas 

społecznych. Przecież wieśniaczki nie mają żadnego wykształcenia.  

Markiz  zacisnął  usta  i  zwrócił  twarz  w  stronę  siostrzeńca. 

Wiedział,  że  Roderic  dobiera  ostrożnie  słowa,  by  nie  dać  poznać,  że 

chodzi o zawodniczki podejrzanej konduity. A więc znacznie bardziej 

błyskotliwe  niż  zwykła  wieśniaczka.  To,  że  Diona  wytknęła  słabość 

wywodu, rozbawiło Irchestera.  

Tymczasem Roderic usiłował znaleźć logiczną odpowiedź.  

—  To  nie  musi  być  dziewczyna  od  krów.  Podałem  tylko  taki 

przykład. Lecz cudzoziemka, którą sir Mortimer chce zaprezentować, 

jest  nie  tylko  piękna,  ale  i  błyskotliwa.  I  oczywiście  ma  maniery 

damy.  

Diona zastanawiała się przez chwilę.  

— Nie myślę, aby którakolwiek ze znanych mi wieśniaczek miała 

szansę na wygranie takiego współzawodnictwa.  

— Ależ — zaoponował Roderic — właśnie pani jest odpowiednią 

osobą.  Powiedziała  pani,  że  może  pracować  w  oborze.  A  jestem 

pewien, że wuj Lenox z zachwytem zatrudni panią w psiarni...  

Urwał i po chwili dodał z naciskiem:  

— Ale najpierw musi pani wygrać dla mnie ten zakład.  

background image

— Co... muszę... zrobić? — jęknęła Diona.  

Obawiała się, że młody człowiek proponuje coś, czego absolutnie 

nie zaaprobowaliby rodzice. Ojciec wyrażał się bardzo niepochlebnie 

o  zatwardziałych  hazardzistach  i  bezmyślnych  dandysach,  których 

nazywał  „niczym  więcej  jak  wieszakami  na  ubrania".  Podawał  za 

przykład Beau Brummella*, znanego z dbałości o swój wygląd, choć 

minęły już lata od czasu kiedy słynny galant zmuszony został opuścić 

Anglię.  

— Nie pojmuję — mówił Harry Grantley — jak to możliwe, żeby 

mężczyzna  chciał  spędzić  dwie  lub  trzy  godziny,  strojąc  się.  To  już 

nie tylko marnowanie cennego czasu, to marnowanie życia!  

— A ja słyszałam, ojcze — zaoponowała Diona — że Brummell 

był szalenie inteligentnym człowiekiem.  

—  Dowcipnym.  I  na  tyle  bystrym,  że  potrafił  uczynić  z  siebie 

arbitra  elegancji  i  osobę  pożądaną  w  towarzystwie.  Jednocześnie 

jednak  nie  miał  ani  odrobiny  samokontroli.  Nie  umiał  powstrzymać 

się  od  hazardu  i  zgrywał  się  do  ostatniego  pensa.  Czy  może  być 

przykład większej głupoty?  

 

* Brummell, George Bryan (1778-1840) — zwany Beau Brummell, słynny 

dandys  narzucający  modę  soc-jecie  londyńskiej  w  pocz.  XIX  w.  Przez  lata 

cieszył się opieką księcia regenta, późniejszego Jerzego IV. Z powodu długów i 

kłótni  z  księciem,  zbiegł  ok.  1813  r.  do  Francji,  gdzie  w  kilkanaście  lat  potem 

zmarł w szpitalu dla obłąkanych, (przyp. red.)  

 

background image

—  Całkowicie  się  z  tobą  zgadzam  —  do  rozmowy  włączyła  się 

matka  Diony.  —  Wydaje  mi  się  jednak,  że  to,  w  dużej  mierze,  wina 

tych  wszystkich  klubów.  Tam  młodzi  ludzie  wystawiani  są  na  różne 

pokusy.  Chcą  się  pokazać  przed  pozostałymi,  więc  nieuchronnie 

zaczynają  pić  zbyt  dużo,  żeby  dodać  sobie  odwagi  do  ponoszenia 

wydatków, na które nie mogą sobie pozwolić.  

Ojciec uśmiechnął się.  

—  Doskonałe  usprawiedliwienie,  ale  mężczyzna  musi  się 

zachowywać  jak  na  mężczyznę  przystało  i  radzić  sobie  o  własnych 

siłach.  

—  Obawiam  się  jednak,  że  zazwyczaj  sprowadza  się  to  do 

szukania oparcia w innych — odparła spokojnie pani Grantley.  

Wspomnienie  tej  rozmowy  sprzed  lat  sprawiło,  że  Diona 

zdenerwowała się jeszcze bardziej.  

—  Wszystko,  o  co  chcę  panią  prosić  —  tłumaczył  tymczasem 

Roderic  —  to  żeby  przyjechała  pani  do  Londynu  i  pozwoliła  zabrać 

się  do...  Nie  do  klubu,  bo  tam  kobiety  nie  mają  wstępu,  ale  do 

pewnego  domu,  gdzie  będą  oczekiwały  inne  zawodniczki,  no  i  ta 

cudzoziemka.  Ona  z  pewnością,  nawet  w  połowie,  nie  jest  tak  ładna 

jak pani.  

— A w jaki sposób oceniana będzie inteligencja zawodniczek? — 

zapytała Diona.  

Roderic  znów  musiał  się  namyślić.  Markiz  był  w  coraz  lepszym 

humorze.  Podobało  mu  się  pytanie  Diony.  Było  rozsądne.  Zapewne 

sam sir Mortimer nie umiałby na nie odpowiedzieć.  

background image

— Przypuszczam — rzekł wreszcie młody człowiek — że będzie 

to rozmowa, chyba po obiedzie, a potem może zatańczymy. Sędziowie 

ocenią maniery dziewcząt podczas jedzenia i tańca.  

Diona z trudem złapała oddech. Propozycja wzięcia udziału w tak 

podejrzanym  konkursie  była  dla  niej  absolutnie  nie  do  przyjęcia. 

Obiad  z  jakimiś  nieznanymi  mężczyznami,  bez  przyzwoitki,  tańce  w 

towarzystwie  dziewczyn  od  krów  i  Bóg  wie  kogo  jeszcze,  kiedy  na 

dodatek nie wiadomo, kto jest panią domu. Matka z pewnością nigdy 

by jej na to nie pozwoliła.  

— Nie mogę tego uczynić — powiedziała szybko.  

— A to dlaczego? — zdumiał się Roderic.  

Po chwili, jakby sobie coś przypomniał, dorzucił:  

—  Naturalnie  zostanie  pani  wynagrodzona.  —  Zawahał  się  i 

dodał. — Otrzyma pani dwadzieścia funtów i nową suknię.  

Diona wyprostowała się na krzesełku.  

—  Nie!  —  zawołała.  —  Nie  mogę  się  zgodzić,  aby  nieznajomy 

mężczyzna  kupował  mi  suknię!  Nie  chcę  brać  udziału  w  tych... 

zawodach!  

Przyszło  jej  na  myśl,  że  gdyby  zgodziła  się  i  pojechała  do 

Londynu,  w  klubie  mógłby  zobaczyć  ją  jakiś  dawny  znajomy  ojca. 

Było  mało  prawdopodobne,  ażeby  starsi,  szacowni  dżentelmeni 

należeli  do  towarzystwa  Nairna,  ale  jednak  możliwe.  Cóż  by 

pomyśleli, widząc córkę Grantleya, udającą wiejską dziewczynę.  

Roderic przerażony krzyknął:  

— Nie mów tak! Musisz mi pomóc!  

background image

Ponieważ  zarówno  postawa,  jak  i  ton  głosu  nie  pozostawiały 

wątpliwości, że dziewczyna czuje się obrażona, Roderic zwrócił się o 

pomoc do markiza.  

—  Zrób  coś  wuju  Lenoxie  —  jęknął.  —  Wytłumacz  pannie 

Dionie, że jest cudem, o który się modliłem, nawet jeszcze większym 

cudem, niż mogłem sobie wymarzyć!  

—  Myślę  —  odparł  markiz  powoli  —  że  twoja  propozycja 

wydałaby  się,  podobnie  jak  i  Dionie,  przerażająca  i  szokująca  także 

wielu godnym szacunku wiejskim dziewczętom.  

— Szokująca? — zdziwił się niepomiernie Roderic.  

Nagle  dotarło  do  niego,  że  wuj  specjalnie  zaakcentował  słowa 

„godnym szacunku" i zrozumiał, dlaczego.  

Wstał z poręczy fotela i błagalnie zwrócił się do dziewczyny:  

—  Proszę,  panno  Diono,  niech  mi  pani  nie  odmawia  pomocy, 

której tak rozpaczliwie potrzebuję.  

Diona milczała, więc po chwili dodał:  

— Mówi pani, że musi zarobić. To jest najprostsza droga. Zapłacę 

pięćdziesiąt funtów, jeżeli przyjmie pani moją propozycję.  

— To... za dużo! — zaprotestowała Diona. — Zresztą, nie mogę... 

jechać do Londynu.  

—  Nie  takie  to  straszne,  jak pani  sądzi  —  przekonywał  Roderic. 

— Obiecuję, że będę się panią opiekował.  

Markiz  spojrzał  przenikliwie  na  Dionę.  Nie  może  jechać  do 

Londynu,  pomyślał.  Miał  wrażenie,  iż  Roderic  niewłaściwie  pojął 

odpowiedź dziewczyny.  

background image

Irchester  przepadał  za  wszelkiego  rodzaju  łamigłówkami  i 

tajemnicami,  dla  rozwiązania  których  musiałby  szczególnie  natężać 

swój  bystry  umysł.  Po  powrocie  do  Anglii  z  zapałem  zabrał  się  do 

wykrywania  słabych  punktów  w  organizacji  odziedziczonych  dóbr 

rodowych.  Sporo  czasu  poświęcił  na  dociekanie,  w  jaki  sposób 

pieniądze  ojca  zostały  roztrwonione  bądź  ukradzione  i  kto,  spośród 

zatrudnionych w majątku, nie zasługuje na zaufanie.  

Teraz  ożywił  się  również,  gdyż  tajemnicza  panna  wydała  mu  się 

nadzwyczaj intrygująca. I to nie z powodu niecodziennej urody. Było 

jasne, że dziewczyna ukrywa coś ważnego i z pewnością nie pochodzi 

z prostego stanu. Postanowił przerwać Roderikowi.  

— Mam pewną propozycję i pragnę, abyście oboje jej wysłuchali 

— oświadczył.  

Diona  zwróciła  się  w  stronę  markiza,  to  samo niechętnie  uczynił 

Roderic.  

— Wyobrażam sobie, choć mogę się mylić, że Diona ma za sobą 

daleką  drogę  i  musi  być  zmęczona.  Wspomniała,  iż  nie  ma  dokąd 

pójść. Proponuję więc, aby przyjęła moją gościnę na dzisiejszą noc, a 

jutro,  czy  też  po  dzisiejszym  obiedzie,  rozważyła  twoją  propozycję 

ponownie.  

Diona  już  rozchyliła  usta,  żeby  powtórzyć  swoją  odmowę,  lecz 

markiz nie pozwolił jej dojść do słowa.  

— Chciałbym również porozmawiać z moim zarządcą, czy uważa 

za  możliwe  zatrudnienie  kobiety  w  psiarni.  Mamy  już  bowiem 

czterech mężczyzn do opieki nad psami.  

background image

Diona spojrzała z wdzięcznością. Jej twarz rozjaśniła się, a z oczu 

zaczął znikać wyraz lęku.  

— Wasza wysokość naprawdę tak zrobi? — zapytała bez tchu.  

— Zrobię, jeśli zgodzisz się przenocować tu dziś.  

— Z Syriuszem? — upewniła się.  

— Oczywiście, moje zaproszenie obejmuje również i jego.  

— Och, więc serdecznie dziękuję. Dziękuję milordzie!  

Wstała, a markiz powiedział:  

— Przypuszczam, iż ma pani jakiś bagaż?  

Mówił  z  lekką  ironią,  jakby  przypuszczał,  że  nic  ze  sobą  nie 

zabrała. Diona zarumieniła się.  

—  Nie  chciałam,  aby  było  mi  ciężko,  spakowałam  więc  tylko 

kilka rzeczy do tobołka. Zostawiłam go w krzakach, po drugiej strome 

mostu.  

Pomyślała,  że  musiało  to  zabrzmieć  dziecinnie.  Markiz  nie 

sprawiał wrażenia zaskoczonego. Rzekł:  

— Roderiku, zadzwoń.  

— Mam nadzieję — zwrócił się do Diony — że nie odmówi nam 

pani przyjemności swego towarzystwa przy obiedzie?  

Spodziewał  się,  że  przyjmie  zaproszenie  z  taką  samą 

skwapliwością,  z  jaką  przyjęła  propozycję  noclegu,  ale  ku  swemu 

zdziwieniu,  dostrzegł,  że  zawahała  się  przez  moment,  zanim 

odpowiedziała:  

— Chyba nie będzie mi wypadało?  

— Słucham?  

background image

—  Skoro  mam  być  dziewczyną  do  psów,  nie  wypada,  abym 

zasiadała przy jednym stole z chlebodawcą.  

Markiz uśmiechnął się.  

—  Jesteś  dosyć  niezwykłą  dziewczyną  do  psów.  Pragnę 

zauważyć,  że  jeszcze  cię  nie  zatrudniłem.  Więc  będzie  w  porządku, 

jeśli zjesz z nami obiad.  

Przez chwilę Diona rozważała jego argumenty.  

—  Dziękuję,  milordzie  —  powiedziała  w  końcu.  —  Czuję  się 

zaszczycona pańskim zaproszeniem.  

— Przestrzegam londyńskich pór posiłków. Obiad jemy o ósmej. 

Myślę,  że  zechce  pani  odpocząć.  Spotkamy  się  w  Błękitnym  Salonie 

kwadrans przed posiłkiem. Służba wskaże pani drogę.  

— Dziękuję milordzie.  

Do biblioteki wszedł Dawson.  

— Pan dzwonił, milordzie?  

— Tak, panna Diona zostaje tu dziś na noc. Umieść ją w pokoju 

gościnnym.  Zostawiła  swoje  rzeczy  w  krzakach,  po  drugiej  stronie 

mostu.  

Twarz Dawsona nawet nie drgnęła. Powiedział obojętnie:  

— Zabiorę je, milordzie.  

—  Poproś  panią  Fielding,  aby  zaopiekowała  się  panną  Dioną. 

Panna Diona zje obiad wraz z paniczem Roderikiem i ze mną.  

Dawson skłonił głowę. Diona dygnęła.  

— Dziękuję panu, milordzie. Bardzo, bardzo dziękuję.  

Była już zupełnie spokojna.  

background image

Markiz przyglądał się jej, gdy ruszyła za Dawsonem. Zastanawiał 

się,  co  naprawdę  ukrywa.  Intrygowało  go  to.  Gdy  drzwi  się 

zatrzasnęły,  Roderic  poderwał  z  krzesła  poduszkę,  podrzucił  ją  i 

radośnie zawołał:  

— Wygrałem! Wygrałem! Nikt, powtarzam nikt, nie dostarczy tak 

ładnej dziewczyny!  

Rzucił poduszkę na krzesło.  

—  Dziękuję,  wuju  Lenoxie!  Zawsze  wiedziałem,  że  masz 

sportowego  ducha,  a  teraz  jestem  gotów  tysiąc  razy  wypić  twoje 

zdrowie i publicznie ogłosić, że nie ma drugiego takiego jak ty!  

— Jestem bardzo wdzięczny — powiedział oschle markiz.  

—  Przez  moment  byłem  przerażony,  że  ona  ucieknie,  ale 

zrozumiałem twoje ostrzeżenie, aby odnosić się do niej z szacunkiem. 

Sam bym o tym nie pomyślał.  

—  Oczywiście,  ona  jest  godna  szacunku!  —  powiedział  ostro 

markiz. — A co więcej, wątpię, czy kiedykolwiek w życiu słyszała o 

„Córach  Koryntu",  a  jeśli  nawet,  to  czy  wie,  co  ten  zwrot  naprawdę 

oznacza.  

Roderic wbił w niego wzrok.  

— Naprawdę tak sądzisz, wuju?  

— Myślę, Roderiku, że musisz nauczyć się oceniać ludzi nie tylko 

według pozorów.  

—  Ale,  tu  nie  ma  o  czym  mówić.  Przyjechała  bez  przyzwoitki, 

chce dostać pracę w psiarni. Co mam myśleć o takiej panience?  

Markiz dopiero po chwili odpowiedział:  

background image

—  Sam  powinieneś  umieć  wyciągnąć  wnioski.  Po  prostu 

ostrzegam cię Roderiku, że ona zapewne uciekła z domu i ukrywa się. 

Jeśli będziesz ją dalej straszył, odejdzie.  

Roderic zaprotestował gwałtownie.  

— Nie pozwolę na to!  

— Więc uważaj, jak się zachowujesz i co mówisz.  

Roderic przez chwilę zastanawiał się nad słowami wuja. Wreszcie 

rzekł:  

—  Jeśli  ona  jest,  jak  mówisz,  godna  szacunku,  na  pewno  nie 

będzie zachwycona poznaniem wybranki Watsona, która z pewnością 

jest,  jak  mawiają  Francuzi,  „kurtyzaną".  Chociaż  nigdy  nie  byłem  w 

Paryżu,  wiele  o  nich  słyszałem.  Są  ponad  zwykłe  filles  de  joie.  

oczekują,  że  każdy  wystarczająco  bogaty  mężczyzna  obsypie  je 

diamentami i orchideami.  

Przerwał, przypomniawszy sobie z kim rozmawia.  

—  Zresztą  komu  to  mówię?  Byłeś  w  Paryżu  i  wiesz,  o  co  mi 

chodzi.  

Markiz zmrużył oczy.  

— Uważam, że  w  Anglii nie ma prawdziwych kurtyzan. Dlatego 

Watson  mógł  bez  obawy  sprowokować  zakład  z  bandą  naiwnych 

młodzików.  

— A niech go licho! Kawał łajdaka! I powiadasz wuju, że żaden z 

nas nie ma szans z Watsonem?  

—  Przeciwnie,  uważam,  że  macie  szansę.  Jeśli  sędziowie  będą 

uczciwi, Diona zaćmi każdą francuską kurtyzanę!  

Roderic wyprostował się.  

background image

— Naprawdę tak uważasz, wuju Lenoxie?  

— Tak.  

— Więc muszę ją namówić, albo... ty!  

— Ja nie mam z tym nic wspólnego! — zaprotestował markiz.  

— Ale musisz mi pomóc. Wiesz, równie dobrze jak i ja, że każda 

kobieta zrobi wszystko, co zechcesz. Na twoją prośbę nawet skoczy ze 

skały!  

Markiz roześmiał się.  

— Taką cieszę się reputacją?  

—  Edward  kiedyś  powiedział  o  tobie:  niepokonany  na  wojnie  i 

niepokonany w łóżku.  

Roderic  dostrzegł  zmarszczkę  między  brwiami  wuja,  więc  dodał 

szybko:  

—  Ja  tylko  powtarzam,  co  powiedział  Edward.  Nie  obrażaj  się. 

Proszę,  wiesz  przecież,  że  muszę  pokonać  tego  łobuza.  W 

przeciwnym razie, on roztrąbi swoje zwycięstwo po całym Londynie! 

—  I  tego  właśnie  należy  uniknąć  za  wszelką  cenę  —  zauważył 

markiz — ale nie wolno być zbyt pewnym siebie. Nie, żeby Diona nie 

miała  wszelkich  szans  na  zwycięstwo,  ale  dlatego,  że  może  nie 

zgodzić się na wzięcie udziału w takim współzawodnictwie.  

Markiz  wstał  i,  nie  czekając  na  odpowiedź  Roderika,  wyszedł  z 

biblioteki. Uśmiechał się, sytuacja zdecydowanie bawiła go.  

 

 

 

 

background image

Rozdział 4 

Schodząc  na  obiad,  Diona  czuła  się  jak  bohaterka  sztuki 

teatralnej.  Wprawdzie  matka  opisywała  jej  piękne  domy,  w  których 

gościła  za  młodu,  a  potem  już  jako  mężatka,  ale  przepych  Irchester 

Park  zupełnie  Dionę  oszołomił.  Sypialnia  nie  była  wprawdzie  duża, 

lecz  urządzono  ją  wygodnie  i  elegancko.  Łoże  pod  baldachimem 

wspartym  na  czterech  kolumienkach  ozdobiono  przewiązanymi 

srebrnym sznurem zasłonami.  

Gdy  dziewczyna  rozglądała  się  z  zachwytem  po  przydzielonym 

jej  pokoju,  gospodyni  powiedziała  tonem  wyrażającym  najwyższą 

dezaprobatę:  

— Rozumiem panienko, że bagażem są rzeczy, które ma panienka 

w szalu?  

Właśnie  w  tej  chwili  lokaj  wręczył  wystrojonej  w  koronkowy 

czepeczek pokojówce węzełek Diony.  

—  Nie  chciałam  zabierać  w  drogę  zbyt  ciężkiego  bagażu  — 

tłumaczyła się speszona — dlatego nie wzięłam żadnych kufrów.  

Pani Fielding zacisnęła usta, więc Diona dodała:  

— Dom opuściłam w wielkim pośpiechu.  

Gospodyni  milczała.  Diona,  aby  dodać  sobie  animuszu  uniosła 

podbródek i oświadczyła, naśladując sposób mówienia matki:  

— Bardzo miło z pani strony, że się  pani o mnie troszczy.  A ten 

dom, to najładniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziałam.  

Pani  Fielding  udobruchała  się.  Po  chwili  już  zupełnie  innym 

tonem zwróciła się do Diony:  

background image

— Panienka życzy sobie, aby pies spał obok panienki w pokoju?  

—  Tak,  oczywiście.  Obiecuję,  że  nie  będzie  z  nim  żadnych 

kłopotów. Jest przyzwyczajony do warunków domowych.  

Gospodyni sapnęła niedowierzająco, więc Diona dodała:  

—  Mam  go  od  szczeniaka.  Opiekuje  się  mną.  Gdyby  złodzieje 

próbowali  włamać  się  tutaj,  to  zapewniam,  że  stanąłby  w  obronie 

domu. Potrafi być groźny!  

Gospodyni  spojrzała  trochę  dziwnie,  lecz  po  chwili  uśmiechnęła 

się.  

— Myślę, że to rozsądnie ze strony panienki, mieć go przy sobie. 

Emilia  będzie  się  opiekować  panienką.  Niech  ją  panienka  prosi  o 

wszystko, czego tylko panienka potrzebuje.  

Mówiąc  to,  wysunęła  się  majestatycznie  z  pokoju,  dumna  jak 

królowa. Dionie zachciało się śmiać.  

Zaczęła żałować, że nie ma tu matki. Razem mogłyby podziwiać 

dom  i  śmiać  się  z  zabawnych  sytuacji.  Zastanawiała  się,  czy  będzie 

miała okazję zobaczyć obrazy i inne piękne rzeczy. Żeby tylko markiz 

dał jej pracę, westchnęła w duchu. Przypomniała sobie o czym mówił 

pan  Nairn.  Jakże  mogłaby  jechać  do  Londynu  i  brać  udział  w  tym 

dziwnym przyjęciu?  

Diona  miała  zaledwie  mgliste  wyobrażenie,  na  czym  polegać 

będzie  konkurs, ale  przeczuwała,  że  jest  to  impreza  zupełnie  dla  niej 

niestosowna.  Przecież  chciała  tylko  pracować  przy  psach  i  mieć 

pewność,  że  stryj  jej  tu  nie  znajdzie.  Propozycja  pana  Nairna 

komplikowała wszystko.  

background image

W  Londynie  czyhały  tysięczne  zasadzki,  a  gdyby  ktoś  ją 

rozpoznał,  to  byłaby  katastrofa.  Wiedziała  o  tym  bardzo  dobrze, 

dlatego  pomysł  młodego  człowieka  przerażał  ją.  Ulgę  natomiast 

przynosiła Dionie myśl, że ona i Syriusz mają gdzie spędzić dzisiejszą 

noc i że za darmo dostaną posiłek.  

Objaśniła  Emilii,  co  Syriusz  jada  na  kolację.  Zaledwie  Diona 

zdążyła  się  umyć,  gdy  służąca  wróciła  z  miską  pełną  świeżego, 

pociętego  w  kawałeczki  mięsa.  Syriusz  aż  podskoczył  z  radości. 

Diona  obawiała  się  czymkolwiek  narazić  pani  Fielding,  więc  na 

wszelki  wypadek  rozłożyła  na  dywanie  ręcznik  i  dopiero  wtedy 

pozwoliła  Emilii  ustawić  miskę  dla Syriusza.  Chciała  mieć  pewność, 

że nie dostarczy powodu do narzekań na nią i na psa.  

Kiedy  pokojówka  pomagała  jej  przebrać  się  w  białą  muślinową 

suknię, jedną z tych, które zabrała z Grantley Hall, Dionie przyszło do 

głowy,  że  markiz  i  pan  Nairn  wystąpią  w  strojach  wieczorowych. 

Sukienka  była  bardzo  ładna,  ale  matka na  pewno  nie  uznałaby  jej  za 

odpowiednią na  wieczór.  Chyba powinnam  odmówić uczestnictwa  w 

obiedzie, pomyślała spłoszona. Może poprosić o jedzenie do sypialni? 

Jednak jedzenie w samotności wydawało jej się smutne i nudne.  

Posiłek  w  towarzystwie  markiza  z  pewnością  okaże  się 

przyjemniejszy  i  w  niczym  nie  będzie  przypominał  obiadów  w 

Grantley Hall. Sir Hereward zawsze monopolizował konwersację przy 

stole.  Monologował,  wiecznie  zirytowanym  tonem,  o  sprawach 

hrabstwa  lub  własnym  majątku.  Od  pozostałych  biesiadników  stryj 

oczekiwał jedynie pomruków aprobaty.  

background image

Diona  dobrze  pamiętała  ciekawe  rozmowy  rodziców,  dyskusje, 

podczas których mierzyli się na dowcip i intelekt.  

— Jeżeli jest coś, czego nie mogę  znieść — mawiał ojciec — to 

młode dziewczęta z nieobecnym spojrzeniem, myślące jedynie o tym, 

ile jedzenia mogą sobie nałożyć na talerz.  

— Chyba nie mówisz tego o naszej córce? — roześmiała się pani 

Grantley.  

—  Chciałbym,  żeby  była  taka  jak  ty.  Piękna  i  dowcipniejsza  od 

innych kobiet — odparł jej mąż.  

—  Miło  mi  to  słyszeć,  ale  Diona  jest  jeszcze  bardzo  młoda.  Nie 

podróżowała tyle, co ty. Nie zna świata. Dopiero wkracza w życie.  

— Nauczy się błyskotliwej rozmowy. Nie znoszę dzwonów, które 

nie  dzwonią, ptaków,  co  nie  śpiewają  i  kobiet, które  nie  mają nic  do 

powiedzenia!  

Roześmieli się wszyscy troje.  

Wspominając  tę  rozmowę,  Diona  pomyślała,  że  nawet  jeśli  nie 

będzie  miała  wiele  do  powiedzenia,  może  przynajmniej  posłuchać 

mądrzejszych  od  siebie.  Markiz  onieśmielał  ją,  ale  była  pewna,  iż 

wszystko,  co  mówi  warte  jest  uwagi.  Wolała  słuchać  jego  niż  pana 

Nairna.  

Dawson  czekał  na  dole.  Dziewczynie  wydało  się,  że  spojrzał  z 

dezaprobatą  na  jej  prostą  muślinową  suknię.  Kiedy  ją  kupowała, 

suknia wyglądała zbyt skromnie. Diona poprosiła zatrudnione u stryja 

szwaczki  o  przyszycie  falbany  z  prawdziwej  koronki.  Koronka 

otaczała  też  dekolt,  a  przód  sukni  zdobiły  wstążki  z  niebieskiej 

background image

paryskiej  satyny.  Wprawdzie  strój  ten  nie  przypominał  wymyślnych 

modeli z „Lady's Journal", lecz był naprawdę ładny.  

Błękitny Salon, do którego Dawson  wprowadził Dionę, oświetlał 

ogromny, kryształowy żyrandol, w którym płonęła chyba setka świec. 

W  ich  migotliwym  blasku  wszystko  zdawało  się  błyszczeć.  Diona 

uśmiechnęła  się.  Ruszyła  przed  siebie  po  miękkim  dywanie  z 

Aubusson. Opodal kominka stał wielki wazon z bukietem kwiatów.  

Markiz  i  Nairn  trzymali  w  dłoniach  kielichy  szampana.  Markiz 

wygląda  wspaniale,  pomyślała  Diona.  Nawet  bardziej  wytwornie  niż 

ojciec na balach myśliwskich lub obiadach z dostojnikami z hrabstwa.  

Miał  biały  fular,  zawiązany  w  przemyślny  węzeł,  nad  który 

wystawały  rogi  wysokiego  kołnierzyka.  Śnieżna  biel  materiału 

odcinała  się  od  lekko  opalonej  twarzy.  Na  doskonale  skrojonym 

surducie nie było widać najmniejszej fałdki, a krój spodni „drain-pipe" 

zgodny  był  z  wymogami  ostatniej,  lansowanej  przez  księcia  regenta, 

mody.  Nowy  ten  fason  uwalniał  dżentelmenów  od  konieczności 

wkładania przy mniej formalnych okazjach jedwabnych pończoch do 

satynowych, sięgających kolan bryczesów.  

Roderic Nairn wyglądał miło i elegancko, lecz markiz nosił swój 

wykwintny strój z taką naturalnością, jakby nieświadom był własnego 

wyglądu.  

Gdy szła ku nim przez salon, obaj mężczyźni zamilkli. Dygnęła, a 

markiz powiedział:  

—  Dobry  wieczór,  Diono!  Mam  nadzieję,  że  dobrze  się  panią 

zajęto?  

background image

— Wszyscy są tacy mili, a Syriusz dziękuje panu za  wyśmienity 

obiad.  

Syriusz na dźwięk swego imienia podniósł ogon i zamerdał. Cały 

czas trzymał się za plecami Diony.  

— Dziwne imię dla zwierzęcia — zauważył markiz.  

—  Dziwne?  Wasza  wysokość  zapewne  wie,  że  Syriusz  to  pies 

Oriona. Razem polowali.  

Markiz  zdziwił  się.  Znał,  rzecz  jasna,  mitologiczne  pochodzenie 

imienia, ale nie spodziewał się, że Diona też coś wie na ten temat.  

— Och, starożytni Grecy... Uczyłem się o nich w Oksfordzie, ale 

już wszystko zapomniałem! — zawołał Roderic, jakby było się czym 

chwalić.  

— Jest to raczej powód do żalu — zauważył markiz. — Nie wiesz 

też zapewne, że Diona to imię utworzone od Dione.  

Roderic wyglądał dość niemądrze i Diona musiała się roześmiać.  

—  Ma pan  rację  —  powiedziała.  — Mama  chciała  nazwać  mnie 

Dione,  bo,  jak  żartowała,  jestem  córką  Nieba  i  Ziemi,  czyli  mojej 

matki i ojca.  

Znowu roześmiała się i opowiadała dalej:  

—  Tatuś  uznał,  że  Dione  to  imię  za  trudne  dla  Anglików  i 

mogłabym  mieć  z  tego  powodu  kłopoty.  Wolał  formę  Diona  i  tak 

mnie ochrzczono.  

Oczy markiza błysnęły.  

—  Myślę,  drogi  Roderiku  —  zwrócił  się  do  siostrzeńca  —  że 

szykuje  się  nam  bardzo  intelektualny  wieczór!  Szkoda,  że  sędziowie 

zakładu nie słyszą nas teraz.  

background image

—  Chciałbym,  żeby  panna  Diona  powtórzyła  to  wszystko  w  ich 

obecności — oświadczył Nairn.  

Diona  nie  chciała  popsuć  nastroju  oświadczeniem,  że,  za  żadne 

skarby,  nie  weźmie  udziału  w  nieprzyzwoitym  konkursie,  więc 

zręcznie zmieniła temat rozmowy.  

— Chciałam, aby Syriusz miał na imię Tisz-trja, jak gwieździsty 

pies  czczony  w  Persji,  ale  tata  powiedział,  że  to  imię  jest  nazbyt 

trudne do wymówienia. Zbyt skomplikowane.  

Przerwała.  Markiz  słuchał  z  zamyśloną  miną.  Po  chwili  mówiła 

dalej:  

—  Wtedy  pomyślałam,  że  nadam  mu  imię  innego  niebiańskiego 

psa, mianowicie chińskiego T'ien-kon, który odpędza złe duchy.  

W  chwili,  gdy  wymówiła  „złe  duchy",  przyszło  jej  na  myśl,  iż 

T'ien-kon mógłby „odpędzić" stryja Herewarda.  

—  Obawiam  się,  że  imiona  moich  psów  wydadzą  się  pani  zbyt 

pospolite — zauważył markiz. — Wybierał je zarządca psiarni.  

— Czy wasza wysokość ma jakiegoś dalmatyńczyka?  

—  Dwa.  Starsze,  ale  z  dobrym  rodowodem.  Ciekaw  jestem,  jak 

wypadną w porównaniu z Syriuszem.  

— Będzie mi przykro, jeśli Syriusz okaże się gorszy.  

—  A  ja,  oczywiście,  poczuję  się  dotknięty,  jeśli  zwycięży  — 

odpowiedział markiz żartobliwie.  

Roześmiała się w sposób uroczy i naturalny. Jakże inaczej brzmi 

afektowany  śmiech  kobiet,  które  spotykałem  w  Londynie,  pomyślał 

markiz.  

Po chwili Diona rzekła:  

background image

—  Muszą  panowie  wybaczyć  mi  ten  nieodpowiedni  strój,  ale 

opuściłam  dom  w  wielkim  pośpiechu  i  nie  mogłam  zabrać  ze  sobą 

zbyt wielu rzeczy.  

Po ustach markiza przemknął słaby grymas.  

—  Więc  uznałaś,  Diono,  że  ta  bardzo  ładna  sukienka,  w  której 

pani przyjechała, jest odpowiednia do pracy w psiarni?  

Diona  spłonęła  rumieńcem.  Pomyślał,  że  chyba  zachował  się 

nieuprzejmie.  

Po chwili milczenia dziewczyna odpowiedziała:  

—  Ja  naprawdę  przyjechałam  tu  tylko  po  to,  aby  dostać  pracę. 

Oczywiście,  jeśli  wasza  wysokość  zatrudni  mnie,  to  sprawię  sobie... 

odpowiednie ubranie.  

Markiz  nie  zdążył  nic  odrzec,  gdyż  w  tej  chwili  Dawson 

zapowiedział, że obiad został podany. Roderic podał Dionie ramię.  

— Wygląda pani bardzo ładnie, ale wątpię żeby psy mojego wuja 

mogły wyrazić swój zachwyt równie elokwentnie jak ja!  

Diona roześmiała się.  

—  Jeśli  okaże  się  pan  zbyt  wymowny,  wówczas  Syriusz  będzie 

zazdrosny. A on robi się niebezpieczny, kiedy mnie broni.  

— Przez panią staję się nerwowy — oświadczył Roderic.  

Patrząc  na  Dionę  pomyślał,  że  kiedy  się  śmieje  wygląda 

powabniej  niż  jakakolwiek  Francuzka,  nawet  wybitna  piękność. 

Postanowił być ostrożny i niczym jej nie zrażać. Miał nadzieję, że wuj 

Lenox pomoże mu.  

Weszli  do  jadalni.  Na  widok  tego  wnętrza  Diona  aż  krzyknęła  z 

zachwytu.  Utrzymaną  w  tonacji  bladej  zieleni  salę  projektował  sam 

background image

Robert  Adam.  W  ścianach  podzielonych  jońskimi  pilastrami 

znajdowały  się  nisze,  w  których  ustawiono  posągi  greckich  bóstw. 

Plafon  przedstawiał  Wenus  w  otoczeniu  tłuściutkich  putt,  które 

pozdrawiały  wyłaniającego  się  z  pienistych  fal  Neptuna.  Obok  boga 

morza pląsały nereidy.  

Jadalnię  oświetlały  ogromne  świece  osadzone  w  rzeźbionych 

kandelabrach  pochodzących,  jak  sądziła  Diona,  z  Włoch  lub 

Hiszpanii.  Na  stole  ustawiono  mniejszy,  srebrny  kandelabr.  Nie  było 

natomiast  białego  obrusa,  zgodnie  z  modą  wprowadzoną  przez 

następcę tronu.  

Diona  usiadła  po  prawej  stronie  markiza.  Czuła  się  tak 

podekscytowana, że musiała podzielić się swoimi wrażeniami.  

— Ojciec mówił, że panuje moda, aby nie kłaść obrusa na stole z 

politurowanym  blatem,  ale  nigdy  jeszcze  czegoś  takiego  nie 

widziałam.  Jak,  dzięki  temu,  pięknie  prezentuje  się  ten  kandelabr  w 

stylu Jerzego I.  

Markiz znów się zdziwił.  

— Ma pani rację. Skąd pani wie, że to Jerzy I?  

— Słucham? — zapytała zaskoczona.  

Markiz postanowił sformułować pytanie inaczej.  

—  Jeśli  chodzi  o  srebra,  to  myli  się  powszechnie  trzy  style 

georgiańskie — Jerzego I, II i III.  

— Przecież srebra z okresu Jerzego I są dużo prostsze w rysunku. 

Dlatego  ten  kandelabr  tak  świetnie  pasuje  do  wnętrza  ozdobionego 

jońskimi, a nie korynckimi, kolumnami.  

background image

Markiz pomyślał, że nawet wyrobiona Francuzka przegra z Dioną. 

Zresztą  w  tej  chwili  mało  go  obchodzili  sir  Mortimer,  Roderic  i  ich 

zakład.  Markiz  usiłował  bowiem  złożyć  fragmenty  układanki  i 

notował  w  myśli  każdy  ślad,  mogący  naprowadzić  na  rozwiązanie 

tajemnicy: kim jest Diona.  

Tymczasem  Roderikowi  znudziło  się  milczenie  i  też  postanowił 

błysnąć erudycją. Zaczął więc mówić o koniach i wyścigach w Ascot. 

Diona  dowiedziała  się,  że  markiz  zdobył  tam  złoty  puchar  i  nie 

zaskoczyło  jej  to.  Musiał  wspaniale  finiszować,  gdyż  jego  koń  pobił 

faworyta o szyję.  

— Szkoda, że tego nie widziałam. Zawsze pragnęłam pojechać do 

Ascot, lecz obawiam się, iż nigdy nie będę miała okazji.  

Zapewne  kiedyś  obiecywano  zabrać  ją  na  wyścigi,  ale  z  jakiejś 

przyczyny jej marzenia się nie spełniły, pomyślał markiz.  

Diona  zamilkła.  Markiza  coraz  bardziej  intrygowała  zagadka 

pochodzenia dziewczyny. Bez wątpienia była damą, choć zdawało się 

niemożliwe,  aby  panna  z  dobrego  domu  podróżowała  wyłącznie  w 

towarzystwie  psa.  I  jakim  cudem  zdobyła  się  na  tyle  odwagi,  żeby 

chcieć samodzielnie zarabiać na życie? Dlaczego nie miała pieniędzy? 

Dlaczego krewni pozwolili jej na równie niebezpieczną eskapadę?  

To tajemnica, którą musiał rozwiązać. Najprościej było pozwolić, 

aby  mówiła  o  sobie.  Miał  zbyt  wiele  doświadczenia,  zdobytego  w 

czasie przesłuchań dezerterów i niesubordynowanych żołnierzy, żeby 

wystraszyć  dziewczynę  dociekliwymi  pytaniami.  Zamiast  tego 

prowokował ją do rozmowy na różne tematy.  

background image

—  Chyba  nie  muszę  cię  pytać,  czy  lubisz  jazdę  konną,  ale  czy 

jesteś dobrą amazonką? — zapytał.  

—  Myślę,  że  nie  będzie  to  próżność,  jeśli  powiem  „tak".  Ojciec 

tak uważał, a on znał się na tym i był surowym sędzią.  

— Czy twój ojciec brał udział w jakichś wyścigach?  

Diona zawahała się, nie chcąc zapewne, aby odpowiedź zdradziła 

jej  sekret.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że  markiz  nie  mógł  słyszeć  o 

ojcu i odpowiedziała:  

— Brał udział w lokalnych gonitwach, to wszystko.  

—  To  mi  przypomina,  że  powinienem  zorganizować  tutaj  bieg  z 

przeszkodami.  Wydałem  już  polecenie,  aby  tor  wyścigu  został 

odpowiednio  przygotowany,  ale  jeszcze  go  nie  sprawdzałem.  Chcę 

mieć takie same przeszkody, jak na Grand National.  

—  Wspaniały  pomysł,  wuju  Lenoxie!  —  zawołał  Roderic.  — 

Gdybym  mógł  pojechać  na  którymś  z  twoich  koni,  miałbym 

zwycięstwo w kieszeni!  

Markiz roześmiał się.  

—  Gdybyś  dosiadł  mojego  wierzchowca  w  swoich  barwach, 

uznano by to za czyn niegodny sportowca.  

— W takim razie zainwestuję we własne konie!  

—  Niestety,  sądząc  z  obecnego  stanu  twoich  oszczędności,  nie 

byłaby to rozsądna decyzja.  

—  Skoro  więc  nie  pożyczysz  mi  żadnego  konia  ze  stajni  w 

Irchester Park, będę zmuszony pozostać obserwatorem — oświadczył 

Roderic wesoło.  

background image

Diona  zrozumiała,  że  Nairn  i  tak  postawi  na  swoim,  więc 

uśmiechnęła się do niego, a on rzekł:  

— Jeśli masz zamiar brać udział w tych zawodach, doradzam ci: 

uklęknij  przed  wujem  Lenoxem  i  błagaj,  żeby  pozwolił  ci  dosiąść 

jednego ze swoich koni — są lepsze od najlepszych.  

—  Domyślam  się  —  powiedziała  Diona.  —  Mam  nadzieję,  że 

będzie mi wolno opiekować się w razie potrzeby również końmi jego 

wysokości.  

Markiz poprawił się w fotelu.  

— Poważnie rozważasz pracę w stajniach i psiarni?  

— Ależ, czemu nie? Nie rozumiem! — rzekła nieco buńczucznie. 

—  Konie  dobrze  znoszą  kobiecą  rękę  i  czasami  to  właśnie  my 

posiadamy  magiczną,  znaną  Cyganom,  moc,  która  nieokiełznanego 

wierzchowca skłania do spokoju i posłuszeństwa.  

—  A  ty  znasz  jakieś  cygańskie  zaklęcia?  —  zapytał  markiz  z 

lekką ironią w głosie.  

Diona odwróciła od niego wzrok. Rozważała, co odpowiedzieć.  

Lenox  Irchester  również  potrafił  zmuszać  do  posłuszeństwa. 

Używał  do  tego  magii  własnej  osobowości.  Skoncentrował  myśli  na 

Dionie, aż wreszcie znów na niego spojrzała.  

—  Niewiele  wiem  na  ten  temat  —  odparła.  —  Cyganie  mają 

swoje sekrety.  

—  A  czy  zawierzali  je  kiedykolwiek  tobie?  —  spytał  cicho 

markiz.  

Oczy Diony zamigotały.  

background image

— Wtajemniczyli ojca. Traktował ich jak przyjaciół. Kiedy mieli 

do  sprzedania  jakiegoś  naprawdę  świetnego  konia,  zawsze 

proponowali go najpierw nam.  

— I nie zdarzyło się, żeby was oszukali?  

—  Nie.  Oczywiście,  że  nie.  Cyganie  nigdy  nie  oszukają 

przyjaciela. A nas uważali za przyjaciół.  

— Dlaczego? — Pytanie zostało postawione z takim naciskiem, iż 

Diona nie śmiała odmówić udzielenia odpowiedzi.  

— Mieli obozy na naszej ziemi i co roku wracali. — Spojrzała na 

markiza i ciągnęła: — Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nigdy nie 

tknęli  niczego,  co  do  nas  należało.  Ani  razu nie  zginęło  nam  kurczę, 

czy choćby jajko. A kiedy ruszali w drogę, zostawiali po sobie idealny 

porządek.  Jedynie  ślady  wypalonych  ognisk  przypominały  nam  o 

nich.  

Diona  sięgnęła  myślami  w  przeszłość.  Nie  tylko  Cyganie,  ale 

każdy kto poznał jej rodziców, musiał ich pokochać. Szczęście, które 

od nich promieniowało, ogarniało całe ich otoczenie. Gdy znalazła się 

u  stryja,  miała  wrażenie,  że  otoczyły  ją  ciemności.  W  Grantley  Hall 

nie  kochano  jej,  a  nawet  nie  akceptowano.  Twarz  dziewczyny 

wyrażała więcej niż Diona mogła przypuszczać.  

Nagle  jej  oczy  napotkały  badawczy  wzrok  markiza  i  przez 

moment  obydwojgu  wydawało  się,  że  sprzęgła  ich  ze  sobą  jakaś 

dziwna  siła.  Nie  miało  znaczenia  ani  gdzie  byli,  ani  kim  byli.  Na 

chwilę stali się cząstką wieczności.  

I  wtedy  odezwał  się  Roderic,  przywracając  obydwoje  do 

rzeczywistości.  

background image

—  Pomówmy  o  zawodach.  Wuju  Lenoxie,  jakie  przewidujesz 

nagrody? Kogo zamierzasz zaprosić?  

—  Przyjaciół  i każdego  z  sąsiadów,  który  ma  dostatecznie dobre 

konie.  

Jego  odpowiedź  uświadomiła  Dionie,  że  osobą,  która  na  pewno 

nie  powinna  wziąć  udziału  w  zawodach  jest  właśnie  ona.  Okoliczni 

ziemianie,  a  przynajmniej  niektórzy  spośród  nich,  mogli  okazać  się 

znajomymi jej rodziców i bez trudu ją rozpoznać.  

A może będą wśród nich przyjaciele stryja, których znała, chociaż 

nigdy  nie  miała  okazji  z  nimi  rozmawiać.  Ilekroć  w  Grantley  Hall 

próbowała  przyłączyć  się  do  konwersacji,  sir  Hereward  ostro 

przywodził  ją  do  porządku,  każąc  pilnować  własnego  nosa  zamiast 

wściubiać  go  tam,  gdzie  nie  powinna.  Znajomi  stryja  na  pewno  ją 

pamiętali.  Jeśli  chciała  pozostać  w  ukryciu,  absolutnie  nie  mogła 

dopuścić, aby zobaczyli ją sąsiedzi markiza.  

Diona  nie  odzywała  się,  ale  markiz  zauważył,  że  jej  nastrój 

przygasł.  Tym  bardziej  poczuł  się  zaintrygowany.  Przyszło  mu  na 

myśl,  że  uciekła  z  powodu  narzucanego  jej  przez  rodzinę 

narzeczonego.  Potem  jednak  doszedł  do  wniosku,  a  pomogła  mu  w 

tym doskonała znajomość duszy kobiecej, że dziewczyna jest jeszcze 

zupełnie niewinna, nietknięta nawet pocałunkiem.  

Kiedy po raz pierwszy na niego patrzyła, w jej wzroku malowały 

się  tylko  szacunek  i  obawa.  Nie  uczyniła  najmniejszego  gestu 

obliczonego  na  przyciągnięcie  męskiej  uwagi,  zapewne  nawet  nie 

potrafiłaby zachowywać się kokieteryjnie.  

background image

Markiz spojrzał na Roderika i uznał, że młody człowiek rozmawia 

z  Dioną  nader  ochoczo,  a  przy  najmniejszej  zachęcie  z  jej  strony  z 

pewnością zacząłby flirtować. Jednakże dziewczynie taka myśl nawet 

nie  zaświtała  w  głowie.  Nie  wyglądało  też,  by  Diona  czuła  się 

zażenowana  faktem,  iż  zasiada  do  obiadu  sama  z  dwoma 

atrakcyjnymi,  młodymi  mężczyznami.  Zachowywała  się  jak  dziecko. 

Z zapałem zachwycała się jadalnią, srebrami i wykwintnymi daniami.  

—  Nigdy  nie  jadłam  nic  wspanialszego!  —  zawołała,  gdy  obiad 

się skończył. — Lecz jednej rzeczy nie potrafię zrozumieć.  

— Jakiej? — zapytał markiz.  

— Jeśli wasza wysokość ma doskonałego kuchmistrza w Irchester 

Park,  a  w  Londynie  drugiego,  który  pewnie  tutejszemu  w  pełni 

dorównuje,  to  w  jaki  sposób  wasza  wysokość  zdołał  zachować  tak 

dobrą linię?  

Pytanie  zabrzmiało  jak  przejaw  czystej  ciekawości,  nie  jak 

komplement, więc markiz odpowiedział skromnie:  

— Dużo ćwiczę.  

—  Tak  myślałam.  Tatuś  zawsze  narzekał,  że  jadamy  zbyt  dużo 

posiłków przyprawionych śmietaną. Obawiał się utyć, a to nie byłoby 

wskazane przy jeździe konnej.  

— Ja także nie chcę być zbyt ciężki dla moich koni. Ale przez tyle 

lat  służby  w  armii  otrzymywałem  posiłki  tak  skromnie  racjonowane, 

że  teraz  lubię  się  wprost  przejadać.  Za  długo  miałem  do  czynienia  z 

przymusowym postem — wyjaśnił markiz.  

— Muszę przyznać, że i ja byłam dzisiaj bardzo łakoma. Jadłam o 

wiele więcej niż zazwyczaj i cieszył mnie każdy kęs.  

background image

Roześmiała  się,  a Roderic  wraz  z  nią.  Razem  przeszli  do  salonu, 

gdyż  markiz  i  Roderic  zgodnie  oświadczyli,  iż  pragną  jeszcze  w 

towarzystwie Diony wypić kieliszek portwajnu.  

Diona podeszła do wysokiego, wychodzącego na ogród, okna. Jej 

smukła sylwetka spowita w białą suknię rysowała się na tle  gwiazd i 

ginących w mroku drzew. Mogłaby  być niebiańską istotą, grecką czy 

rzymską boginią, która przybyła tu, aby uwodzić i czarować zwykłych 

śmiertelników, myślał Irchester, przyglądając się jej z zachwytem.  

Markiz  był  pewien,  że  Diona  nie  pomoże  Roderikowi.  Miał  też 

uczucie,  że  dziewczyna  może  zniknąć  równie  tajemniczo,  jak  się 

pojawiła  i  nie  uprzedzi  o  swoich  planach.  Zostali  sami.  Roderic 

wyszedł odetchnąć wieczornym powietrzem. W ogrodzie słychać było 

Syriusza  buszującego  po  krzakach.  Markiz  stanął  obok  Diony  w 

otwartym oknie.  

Odwróciła głowę i spojrzała na gwiazdy.  

—  Czy  błaga  pani  Oriona,  tam  nad  naszymi  głowami  jest  jego 

konstelacja, aby nie domagał się powrotu Syriusza?  

Pytanie  zostało  zadane  lekkim  tonem  i  markiza  zaskoczyła 

niespodziewana żarliwość i emocja w głosie Diony.  

—  Nikt,  nikt  nie  zabierze  mi  Syriusza!  Jest  mój!  Mój...  Nikt  go 

nie skrzywdzi!  

Markiz  spojrzał  na  nią  szeroko  otwartymi  ze  zdziwienia  oczami. 

Jej  reakcja  zaskoczyła  go  w  najwyższym  stopniu.  Po  chwili  spytał 

cicho:  

— Pani protest... Brzmi tak, jakby ktoś groził, że to zrobi?  

background image

Diona spojrzała w stronę Syriusza, biegającego między ciemnymi 

krzewami.  

— Ja... Nie chcę o tym mówić.  

Zamilkli. Dopiero po dłuższym czasie odezwała się.  

— Czy mogę pana prosić o łaskę?  

— Oczywiście.  

— Czy może pan obiecać, że nie powie o mojej obecności tutaj, i 

o tym, że jestem razem z dalmatyńczykiem?  

— Uważa pani, że pieskowi coś grozi?  

— Tak! Jest w niebezpieczeństwie! Proszę, może mi pan obiecać?  

— Chyba zrozumiałe, że jestem ciekaw przyczyn takiej prośby.  

—  Przykro  mi,  że  muszę  tyle  ukrywać,  ale  dla  pana  to  nie  ma 

wielkiego  znaczenia,  a  dla  mnie...  ogromne.  Musimy  zachować... 

anonimowość.  

—  Oczywiście,  będę  respektował  pani  życzenie,  ale  mam  w 

zamian za to prośbę.  

Podniosła  oczy  i  znów  zobaczył  w  nich  strach.  Zrozumiał,  że 

Diona  obawia  się,  iż  ponowione  zostanie  życzenie  Roderika.  Jednak, 

ku zdumieniu dziewczyny, markiz rzekł:  

—  Jeśli  boi  się  pani  i  myśli,  że  mógłbym  jej  w  czymś  pomóc, 

proszę powiedzieć mi o tym.  

Usłyszał westchnienie ulgi.  

— Dziękuję z całego serca! Wiedziałam, że u pana znajdę pomoc.  

—  Tak?  —  Pomyślał,  że  ona  nie  powie  już  ani  słowa.  Lecz 

spojrzała na gwiazdy i rzekła:  

background image

— Coś, co tatuś nazywał intuicją kazało mi wejść do tego domu. 

Czułam, że otrzymam pomoc... I nie omyliłam się.  

Markiz  wiedział,  o  czym  mówi  Diona.  Nieraz,  gdy  rozum, 

doświadczenie  i  rozsądek  nie  na  wiele  się  zdawały,  intuicja  ratowała 

mu życie. I nigdy go nie zawiodła.  

— Była pani pewna, że jej pomogę?  

Spojrzała na niego.  

—  Byłam  też  przede  wszystkim  bardzo  wystraszona...  — 

przyznała.  

— A teraz?  

— Nadal, ale to nie z pana powodu.  

— Pomogę pani uwolnić się od strachu...  

Potrząsnęła głową.  

— Nikt mi w tym nie pomoże, ale jeśli moglibyśmy, ja i Syriusz, 

zostać tu przez jakiś czas, będziemy bardzo wdzięczni.  

—  Mówiłem  już,  iż  zastanawiam  się  jak  pomóc.  Nie  lubię 

podejmować  pospiesznych  decyzji.  Na  razie  będzie  pani  po  prostu 

moim gościem.  

Kiedy odpowiadała, ujrzał w jej źrenicach odbicie gwiazd.  

—  Dziękuję...  Dziękuję  panu!  Nie  będę  musiała  spać  w  stogu 

siana, ani pod płotem! Bałam się tego!  

Markiz roześmiał się.  

— Myślę, że łóżko w sypialni jest znacznie wygodniejsze.  

Diona  wpatrywała  się  w  ciemność,  lecz  Irchester  miał  wrażenie, 

że nie widzi ani Syriusza biegającego gdzieś daleko, ani Roderika, ani 

gwiazd odbijających się w jeziorze.  

background image

Powiedziała niemal szeptem:  

— Myślę, że mamusia byłaby zaszokowana moim pobytem tutaj. 

Ale ja, nie wiem dlaczego, czuję, że to dobre i właściwe miejsce i sam 

Bóg mnie tu przywiódł.  

Kiedy  wrócił  Roderic,  a  za  nim  nadbiegł  pies,  Diona  znów 

zadziwiła markiza.  

—  Mam  nadzieję  —  powiedziała  —  że  nie  będzie  to  zbyt 

niegrzecznie,  jeśli  Syriusz  i  ja  pójdziemy  już  do  sypialni.  Jestem 

bardzo  zmęczona,  mam  za  sobą  długi  dzień,  dużo  zdenerwowania  i 

niepokoju. Czuję się tak wyczerpana... Jakbym cały dzień spędziła w 

siodle.  

Markiz  przyzwyczajony  był  do  kobiet,  które  szukały  wszelkich 

możliwych pretekstów, aby nie rozstawać się z nim.  

—  Myślę,  że  to  rozsądny  pomysł.  Mam  nadzieję,  Diono,  że  w 

swoim obfitym bagażu ma pani ubrania nadające się do jazdy konnej! 

Proponuję, aby nazajutrz, po śniadaniu wyruszyła pani z Roderikiem i 

ze mną na konną przejażdżkę.  

Diona przez chwilę  wpatrywała się  w niego bez słowa. Wreszcie 

odezwała się, nie ukrywając radości:  

—  Naprawdę?!  Mam  spódnicę  do  jazdy  konnej.  Obawiam  się 

tylko, że jest nieco dziwna.  

—  Och,  przecież  jedynie  konie  będą  ją  oglądały.  Nie  sądzę,  aby 

chciały składać skargę!  

Dziewczyna roześmiała się cicho:  

— O której godzinie jest śniadanie? Nie chcę się spóźnić.  

background image

— O ósmej. Oczywiście, jeśli będzie pani jeszcze spała, Roderic i 

ja zrozumiemy to i pojedziemy we dwóch — dokuczał jej markiz, ale 

Diona oświadczyła z powagą:  

— Wstanę i będę ubrana już o szóstej na wypadek, aby panowie 

nie czekali na mnie!  

—  Nie  ma  takiej  potrzeby.  Wystarczy  poprosić  panią  Fielding, 

aby obudziła panią o odpowiedniej porze.  

—  Tak,  oczywiście.  Nie  przyszło  mi  to  do  głowy,  bo  w  domu 

musiałam się sama budzić.  

To następny ślad, pomyślał markiz. Mieszkała w domu, w którym 

nie  było  wielu  służących.  Choć  podczas  obiadu  zauważył,  że  była 

przyzwyczajona  do  tego,  aby  obsługiwano  ją  przy  stole.  Zwróciło 

również jego uwagę, że stanowczo i bez zastanowienia dziękowała za 

niektóre gatunki win, musiała więc je znać.  

Kładąc  się  spać,  markiz  rozmyślał  o  sprawach  dotyczących 

Diony.  Przedstawiała  sobą  pasjonującą  zagadkę.  Prędzej  czy  później 

będzie  musiał  również  poważnie  zastanowić  się  nad  problemem 

posady  i  związanymi  z  nią  komplikacjami.  Nie  może  przecież 

zatrudniać  dziewczyny  w  psiarni,  a  jednocześnie  gościć  przy  swoim 

stole.  Gdyby  miała  pracować  przy  psach,  nie  mogłaby  też  dłużej 

mieszkać w pałacu. Diona, zapewne, jeszcze o tym nie pomyślała, ale 

wkrótce i ona zda sobie sprawę z kłopotliwej sytuacji.  

Chociaż  nie  powiedziała  tego  wprost,  rozumiał  że  wszystko,  co 

dotyczyło jej tajemniczej ucieczki, miało związek z Syriuszem. Nigdy 

dotąd  nie  spotkał  kobiety,  której  uwaga  byłaby  bardziej  skupiona  na 

background image

tym, czy psu nie dzieje się jakaś krzywda niż na atrakcyjnym męskim 

towarzystwie. Dziwne.  

Piękne kobiety chętnie, odchylając głowy, spoglądały w gwiazdy, 

aby  uwydatnić  długą  linię  szyi.  Diona  uczyniła  to  samo,  jednak  w 

sposób  całkiem  naturalny.  Nieświadoma  spojrzenia  markiza,  nawet 

nie  pomyślała,  że  ten  gest  mógłby  zrobić na nim  wrażenie.  Żegnając 

się  przed  pójściem  na  górę,  wyciągnęła  do  Irchestera  rękę  i 

powiedziała:  

—  Dziękuję,  milordzie,  za  dobroć.  Ten  wieczór  był  dla  mnie 

przeżyciem, którego nigdy nie zapomnę.  

Markiz,  mimo  wszystko,  spodziewał  się,  że  Diona  doda  to,  co 

kobiety  zawsze  mówiły  mu  miękkim,  kuszącym  tonem:  nigdy  nie 

zapomnę spędzonego z panem wieczoru.  

Ona zaś zamiast tego powiedziała:  

—  Dziękuję  za  możliwość  obejrzenia  pańskiego  pięknego  domu. 

Mam  nadzieję,  iż  jutro  zwiedzę  go  dokładniej.  Dziękuję  też  za 

wspaniały obiad.  

— Miło mi, że jest pani zadowolona — odparł uprzejmie markiz.  

—  Syriusz  także  dziękuje.  —  Dała  znak  dalmatyńczykowi  i  pies 

natychmiast  do  niej  podszedł.  —  Powiedz:  dziękuję,  Syriuszu!  — 

rozkazała. Zwierzę przysiadło na tylnych łapach i pochyliło łeb.  

—  Coś  wspaniałego!  Widzę,  że  jest  doskonale  wychowany  i 

naprawdę szczerze okazuje wdzięczność.  

— Oboje dziękujemy! — oświadczyła Diona.  

Uśmiechnęła się, ale  w jej spojrzeniu nie było nic intymnego ani 

prowokującego. Z oczu zniknął również wyraz lęku.  

background image

Markiz  i  Roderic  odprowadzili  Dionę  do  podnóża  schodów. 

Dziewczyna  powiedziała  dobranoc,  dygnęła,  po  czym,  jak  podlotek, 

pomknęła  razem  z  Syriuszem  na  górę.  Zanim  zniknęła  im  z  oczu, 

odwróciła się jeszcze i radośnie pomachała dłonią.  

—  Jest  doskonała!  —  wykrzyknął  Roderic.  —  Doskonała!  Och, 

wuju Lenoxie! Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zaprezentuję ją 

sir Mortimerowi!  

Markiz  nie  odpowiedział.  Ruszył  z  powrotem  do  salonu,  a  minę 

miał zafrasowaną. Ostatnia uwaga Roderika rozdrażniła go. Nie chciał 

nawet  myśleć,  że  ktoś  tak  nie  zepsuty  jak  Diona,  miałby  mieć 

cokolwiek do czynienia z sir Mortimerem Watsonem.  

 

Rozdział 5 

Kiedy  Simon  wszedł  do  jadalni,  ojciec  siedział  już  za  stołem. 

Młody człowiek obficie napełnił talerz i zapytał:  

— Są jakieś wiadomości od Diony?  

Przez chwilę sir Hereward milczał. Wreszcie mruknął:  

— Wróci, kiedy będzie głodna.  

Simon  rozsiadł  się  wygodnie  i  rozpoczął  śniadanie.  Sposób,  w 

jaki rzucał się na jedzenie zawsze przyprawiał Dionę o mdłości.  

Tymczasem  sir  Hereward  czytał  listy.  Nagle  wykrzyknął 

wzburzonym głosem:  

— Dobry Boże!  

Simon oderwał wzrok od talerza:  

— Co się stało, tato?  

background image

— Trudno uwierzyć.  

— W co? — dopytywał się Simon.  

Sir  Hereward  jeszcze  raz  z  największym  niedowierzaniem 

popatrzył na trzymaną w ręku kartkę papieru.  

—  To  jest  list  od  radcy  prawnego  twego  stryja.  Pisze,  że  Diona 

właśnie  odziedziczyła,  zapisany  jej  przez  matkę  chrzestną  duży 

spadek.  

— Spadek?  

— Osiemdziesiąt tysięcy funtów!  

— Myślałem,  że ona nie dysponowała żadnymi pieniędzmi — w 

głosie Simona zabrzmiało szczere rozczarowanie.  

— Oczywiście! — przytaknął z wściekłością sir Hereward. — Ale 

teraz,  dzięki  chrzestnej  matce,  o  której  istnieniu  nigdy  nawet  nie 

słyszałem,  Diona  stała  się  bogata.  Adwokat,  zresztą  najzupełniej 

słusznie, skontaktował się ze mną, jako prawnym opiekunem.  

— Ale ty nie wiesz, gdzie ona teraz jest.  

Simon,  jak  zwykle,  odkrywczym  tonem  stwierdzał  to,  co 

oczywiste,  więc  sir  Hereward  nawet  nie  zwrócił  na  niego  uwagi. 

Zmarszczył natomiast brwi i rzekł sam do siebie:  

— 

Osiemdziesiąt 

tysięcy 

funtów! 

Ona 

ma 

zaledwie 

dziewiętnaście  lat!  Simonie,  mam  pomysł.  I  ty  zyskasz  dzięki 

spadkowi Diony.  

— Ja, ojcze?  

— Tak.  

Sir  Hereward  uśmiechnął  się  w  sposób,  który  z  pewnością 

przeraziłby Dionę, gdyby tylko mogła zobaczyć wyraz twarzy stryja.  

background image

Diona  rozmyślała  wracając  konno  przez  park.  Ostatnie  dni 

należały  do  najszczęśliwszych  w  jej  życiu.  Jeździła  na  doskonałych 

wierzchowcach,  a  radosna  perspektywa  wypraw  w  towarzystwie 

markiza  i  Roderika  sprawiała,  że  każdego  ranka  Diona  ochoczo 

zrywała się z łóżka i witała rozpoczynający się dzień uśmiechem.  

Zaraz  po  śniadaniu  galopowali  na  łąki,  wjeżdżali  w  chłód  lasów, 

przesadzali tuziny żywopłotów i ogrodzeń.  

Wracali  właśnie  z  takiej  wyprawy.  W  pałacu  czeka  na  nich 

wyśmienity  posiłek,  który  upłynie  przy  interesującej  rozmowie.  Od 

czasu śmierci ojca Diona nie miała okazji do prawdziwie błyskotliwej, 

intelektualnej  konwersacji,  toteż  teraz  przyłapywała  samą  siebie  na 

tym, że przed zaśnięciem obmyśla tematy do kolejnych dyskusji.  

Większość  ożywionych  utarczek  słownych  odbywała  się  między 

nią  a  markizem.  Roderic  zaś  był  doskonałym  słuchaczem.  Od  czasu 

do  czasu  wspierał  to  jedną,  to  drugą  stronę,  co  czyniło  spór  bardziej 

interesującym.  

Czasami, gdy nie mogła spać, Diona rozmyślała. Miała wrażenie, 

iż jeśli zapali świecę, zobaczy nie pięknie udrapowane kotary łoża, w 

którym spędziła ostatnich kilka nocy, lecz ciemnobrązowe, aksamitne 

zasłony sypialni w Grantley Hall, równie ponure jak cały dom stryja i 

wszyscy jego mieszkańcy.  

Tutaj czuła się szczęśliwa. Powoli zapominała o strachu przed sir 

Herewardem  i  o  niebezpieczeństwie  grożącym  Syriuszowi.  Psy 

markiza, co stwierdziła z zadowoleniem, mimo że bardzo rasowe, nie 

dorównywały jej ulubieńcowi. Nawet zarządca psiarni przyznawał, że 

Syriusz to zwierzę wyjątkowej urody.  

background image

Poranne biegi za końmi dobrze wpłynęły na jego sylwetkę. Jest po 

prostu  piękny,  myślała  Diona.  Zwróciła  wzrok  na  markiza  i  nagle 

przyszło  jej  do  głowy,  że  tym  samym  przymiotnikiem  można  by 

określić właściciela Irchester Park.  

—  Pora  wypróbować  tego  konia  na  torze  przeszkód  —  odezwał 

się  Roderic.  —  Przekonam  się,  jak  skacze.  Muszę  przecież 

zadecydować,  na  którym  z  twoich  wierzchowców  pojadę  podczas 

zawodów.  

Markiz uśmiechał się. Milczał. Roderic zawrócił i pogalopował w 

stronę trasy wyścigów po drugiej stronie parku.  

— Jest pełen zapału — stwierdziła Diona.  

Jechali właśnie stępa przez kamienny most.  

— Czy sądzi pan, że ma szansę na zwycięstwo?  

Zanim  markiz  zdążył  otworzyć  usta,  roześmiała  się  i  sama  sobie 

udzieliła odpowiedzi:  

—  Wiem:  zwycięży,  o  ile  pan  osobiście  nie  weźmie  udziału  w 

wyścigu.  

— Chce pani przez to powiedzieć, że powinienem dać mu fory?  

—  Oczywiście  —  odparła.  —  Ponieważ  jest  pan  za  dobry  we 

wszystkich konkurencjach, co odbiera szansę innym śmiertelnikom.  

—  To  pochlebstwo!  Podejrzewam,  że  ma  pani  ochotę  poprosić 

mnie  o  pozwolenie,  by  podczas  zawodów  dosiąść  Championa  lub 

Merkurego.  

Istotnie,  właśnie  te  konie  podobały  się  Dłonie  najbardziej  i  była 

zdumiona,  że  markiz  to  zauważył.  Przypomniała  sobie  jednak,  iż  nie 

powinna pokazywać się na zawodach. Odparła więc:  

background image

— Obawiam się, że na długo przed terminem wyścigu będzie pan 

musiał  zadecydować,  czy  zaangażuje  mnie  pan  do  pracy...  Jeśli  nie, 

poszukam miejsca gdzie indziej.  

Każdym  nerwem  czuła,  że  za  nic  w  świecie  nie  chce  opuścić 

Irchester  Park,  a  ściślej  mówiąc,  że  nie  może  rozstać  się  z  Lenoxem 

Irchesterem.  

Reszta  drogi  upłynęła  w  milczeniu.  Dopiero  gdy  przystanęli  na 

schodach pałacu, markiz powiedział:  

— Muszę z panią porozmawiać. Kiedy się pani przebierze, Diono, 

proszę zejść do biblioteki. Będę tam na panią czekał.  

Zaniepokojona  podniosła  na  niego  oczy,  ale  on  nawet  na  nią  nie 

spojrzał. Diona pobiegła do sypialni. W napięciu zastanawiała się, co 

też markiz ma jej zakomunikować. Nie chciała tracić czasu na toaletę, 

więc  tylko  rozpuściła  włosy,  upięte  do  konnej  jazdy,  a  pokojówka 

Emilia pomogła jej się przebrać.  

Tym  razem  Diona  wybrała  skromną  sukienkę  z  białego  muślinu, 

ozdobioną bladozielonymi, jak wiosenne pączki, wstążkami. Przypięła 

jeszcze do gorsu dwie malutkie, wyjęte z wazonu, różyczki i już była 

gotowa.  

—  Panienka  zawsze  taka  ładna!  —  z  zachwytem  pochwaliła 

pokojówka.  

Diona uśmiechnęła się do niej i szybko wyszła z pokoju. Tak jak 

oczekiwała, markiz odpoczywał w swoim ulubionym fotelu w pobliżu 

pięknego  kominka  projektu  braci  Adamów.  Nad  kominkiem  wisiała, 

malowana na desce, tarcza herbowa rodu Irchesterów.  

background image

Kiedy  tak  zbliżała  się  do  markiza,  przyszło  Dionie  na  myśl,  iż 

siedząc  bez  ruchu,  Lenox  Irchester  wygląda  jak  postać  z  obrazu 

jakiegoś  wybitnego  artysty,  jeszcze  jeden  wizerunek  w  galerii 

portretów przodków.  

Markiz  powitał  ją  bez  uśmiechu.  Poważny  wyraz  jego  szarych 

oczu sprawił, że znów poczuła się zdenerwowana.  

—  Co  się  stało?  Chyba  nie  zrobiłam  niczego...  złego?  — 

wyjąkała.  

— Oczywiście, że nie. Jednak nadszedł czas, żeby porozmawiać o 

pani przyszłości.  

Diona, czując, jak lodowata dłoń ściska jej serce, zapytała:  

— Czy pan Nairn wspomniał znowu o tym... konkursie?  

— Rzeczywiście, mówił o tym — potwierdził markiz.  

—  Ja...  obawiam  się,  że  pan  będzie  się  na  mnie  gniewał,  ale... 

Proszę... nie mogę zrobić tego, o co on mnie prosi.  

— Dlaczego?  

— Bo, wiem, że to coś... coś, czego  moi rodzice z pewnością by 

nie zaakceptowali, a poza tym... nie mogę jechać do Londynu.  

— Dlaczego? — po raz wtóry zapytał Irchester.  

Diona  była  pewna,  że  odmowa  odpowiedzi  rozgniewa  markiza, 

więc spojrzała na niego błagalnie i rzekła:  

—  Proszę  spróbować  zrozumieć.  Ja...  się  ukrywam.  Gdybym 

pojechała do Londynu, ktoś mógłby mnie rozpoznać.  

Zauważyła, że popatrzył na nią ze zdziwieniem.  

—  Podobno  nigdy  nie  była  pani  w  Londynie  —  przypomniał  jej 

własne słowa.  

background image

—  To  prawda,  ale  znam  ludzi,  którzy  tam  mieszkają  i  gdybym 

wzięła udział w konkursie pana Nairna... To...  

Jej  głos  się  załamał.  Przerażona,  iż  markiz  będzie  nalegał  na 

przyjęcie propozycji Roderika, padła na kolana.  

—  Proszę  o  pomoc  —  błagała.  —  Wszystko  jest  straszliwie 

poplątane... Byłam tutaj taka... szczęśliwa... z panem...  

Markiz spojrzał Dionie w oczy. Milczał, ale pojęła, że ją rozumie. 

Po dłuższej chwili powiedział cicho:  

—  Mówisz  Diono,  że  była  pani  tu  ze  mną  szczęśliwa.  Ja  także 

czułem się bardzo szczęśliwy. Pragnę więc coś zaproponować.  

Nie  spuszczała  z  niego  wzroku.  Irchester  zawahał  się,  jakby 

zastanawiając, nad doborem słów:  

— Mam nadzieję, że pewnego dnia powierzy mi pani swój sekret. 

Jednak  tymczasem  nie  może  pani  przebywać  tutaj  jako  osoba  o 

nieokreślonym statusie. Pojedziemy do Londynu. Tam ukryję panią w 

bezpiecznym miejscu.  

— Do Londynu? Przecież ja muszę pracować.  

— Ale nie jako dziewczyna do psów!  

— Więc, co mam robić?  

Przez chwilę się zastanawiał, wreszcie odparł:  

—  Mam  mały,  ale  wygodny  dom.  Obydwoje  z  Syriuszem 

będziecie  tam  bezpieczni.  Nie  zamieszkam  z  wami  na  stałe,  ale 

możemy  widywać  się  dość często.  Będę  też  zabierać panią do  moich 

wiejskich posiadłości, gdzie możemy jeździć konno.  

Diona  spoglądała  na  niego  zdumiona  jakby  nie  dokładnie 

rozumiała, co jej proponuje. Wreszcie powiedziała:  

background image

—  Z  panem  czułabym  się  bezpiecznie,  ale  w  jaki  sposób 

miałabym zarabiać na życie?  

Markiz  wyciągnął  do  niej  rękę,  a  ona,  po  sekundzie  wahania, 

również  podała  mu  dłoń.  Przyciągnął  Dionę  bliżej  i  otoczył 

ramieniem.  Poczuła  siłę  jego  mięśni  i  te  dziwne  wibracje,  które  już 

wcześniej poznała.  

—  Jesteś  śliczna  —  rzekł  głębokim  głosem  —  i  bardzo  młoda. 

Ktoś musi się tobą opiekować.  

Sposób, w jaki to powiedział sprawił, że ogarnęło Dionę dziwne, 

nie  znane  jej  wcześniej  uczucie.  Patrzyła  na  markiza  szeroko 

otwartymi oczami i nic już poza nim nie widziała.  

— Razem będziemy szczęśliwi — powiedział Irchester łagodnie. 

Nagle drzwi do biblioteki uchyliły się. Diona i markiz odsunęli się 

od siebie gwałtownie. Do pokoju wszedł Dawson i zaanonsował:  

— Sir Hereward Grantley i pan Simon Grantley, milordzie!  

Diona wydała stłumiony okrzyk, a Syriusz, który przez cały czas 

spokojnie  leżał  obok  fotela,  zawarczał  głucho.  Do  pokoju,  kulejąc  z 

powodu podagry, wkroczył sir Hereward. Szedł  z trudem, wspierając 

się  na  lasce  wykończonej  gałką  z  kości  słoniowej.  Na  jego  widok 

Diona poczuła, że kamienieje. Zapadła cisza.  

Sir  Hereward  stanął  w  odległości  kilku  stóp  od  markiza.  Nie 

zwrócił  jednak  na  gospodarza  uwagi,  tylko  szorstko  warknął  do 

Diony:  

—  A  więc  tutaj  jesteś!  Ładnie  mnie  urządziłaś,  znikając  w  tak 

haniebny sposób!  

background image

Dopiero  teraz  Diona  odważyła  się  odetchnąć.  Ze  zdenerwowania 

drżała  na  całym  ciele.  Syriusz  znowu  zawarczał.  Reakcja  psa 

przywróciła  dziewczynie  przytomność  umysłu.  Odważyła  się 

odezwać:  

— Stryju... uciekłam, aby ratować Syriusza. Przecież chciałeś go 

zabić. A ja nie mogłam go stracić! Nie mogłam...  

—  Trzeba  było  porozmawiać  ze  mną,  a  nie  postępować  jak 

ostatnia idiotka. — Sapnął i po chwili dodał: — Możesz teraz wrócić 

do domu. Jeśli Syriusz będzie grzeczny, daruję mu.  

Zmiana  tonu  była  tak  niespodziewana,  że  Diona  aż  otworzyła 

szerzej  oczy.  Tymczasem  Simon,  pragnąc  włączyć  się  do  rozmowy, 

wykrzyknął:  

—  Ojciec  chce  powiedzieć,  że  teraz,  kiedy  odziedziczyłaś 

majątek,  sama  możesz  utrzymywać  Syriusza  i  spłacić  długi  swojego 

ojca!  

—  Simonie!  Bądź  cicho!  —  ryknął  sir  Hereward  i  dopiero 

wówczas dostrzegł stojącego nie opodal markiza.  

Wyciągnął do niego rękę w geście powitania i powiedział:  

—  Proszę  mi  przebaczyć,  milordzie,  tak  nieoczekiwane 

wtargnięcie  do  pańskiego  domu,  ale  dopiero  ostatniej  nocy 

dowiedziałem  się,  że  moja  niesubordynowana  podopieczna  właśnie 

tutaj przebywa.  

Markiz  zignorował  wyciągniętą  dłoń  i  chłodnym  tonem  zwrócił 

się do sir Herewarda:  

— Chciałbym usłyszeć, o co w tej historii chodzi.  

background image

— Wyjaśnię panu — wyrwał się znów Simon. — Moja kuzynka, 

Diona,  otrzymała  właśnie  spadek  po  matce  chrzestnej.  Proszę  sobie 

wyobrazić:  osiemdziesiąt  tysięcy  funtów  dla  takiej  młodej 

dziewczyny!  

— Simonie, o czym ty mówisz? — wyjąkała Diona.  

—  Nie  ma  potrzeby,  abyśmy  przed  obcymi  omawiali  nasze 

rodzinne  sprawy!  —  wtrącił  sir  Hereward  nerwowo.  —  Na  zewnątrz 

czeka  powóz.  Diono,  pójdziesz  teraz  ze  mną.  Wszystko  ci  później 

wytłumaczę.  

— Przepraszam, stryju Herewardzie, ale nie zamierzam wracać do 

Grantley Hall. Byłam tam nieszczęśliwa. Mimo moich próśb i błagań, 

chciałeś zastrzelić Syriusza. Nie chcę ryzykować, że taka sytuacja się 

powtórzy.  

—  Już  ci  powiedziałem,  że  możesz  zatrzymać  psa  —  odparł  ze 

złością stryj.  

—  Możesz  go  sobie  mieć  —  znowu  wtrącił  się  Simon  — 

ponieważ  mnie  poślubisz!  Z  takim  posagiem  trzymaj  i  tuzin  psów, 

jeżeli ci na tym zależy.  

— O czym ty mówisz...?  

Diona tak się zdenerwowała, że słowa z trudem wydobywały się z 

jej ust.  

— Cicho bądź, Simonie! — huknął na syna sir Hereward. — Ja to 

załatwię.  

Simon,  który  lekceważył  wszystkich  z  ojcem  włącznie,  zupełnie 

nie  zmieszany  uśmiechnął  się  do  Diony.  Na  widok  wyrazu  jego 

twarzy  dziewczynę  przeszły  ciarki.  Był  to  ten  sam  obrzydliwy 

background image

uśmiech,  z  jakim  młody  człowiek  usiłował  niegdyś  całować 

stawiającą opór kuzynkę.  

Sir  Hereward  gestem  dłoni  nakazał  synowi  milczenie,  po  czym 

zwrócił się do markiza:  

—  Milordzie,  proszę  przyjąć  moje  przeprosiny  za  zakłócanie 

pańskiego  spokoju  naszymi  rodzinnymi  kłopotami.  Zabiorę  zaraz 

moją bratanicę i więcej nie będziemy pana niepokoić.  

Diona nieśmiało przysunęła się do markiza. Miała wrażenie, że za 

chwilę się udusi.  

—  Ponieważ  zostałem  już  niejako  wprowadzony  w  sprawy 

pańskiej  bratanicy  —  odezwał  się  Lenox  Irchester  —  należy  mi  się 

wyjaśnienie  z  pańskiej  strony.  Jakie  są  pana  zamiary  co  do  jej 

przyszłości?  

—  Nie  widzę  żadnego  powodu...  —  zaczął  sir  Hereward,  ale 

przełknął  ślinę  i  opanował  się.  —  Diona  jest  sierotą.  Pragnę,  aby 

poślubił ją mój syn, który odziedziczy po mnie tytuł i majątek.  

— I sądzi pan, że pańska bratanica przystanie na taki plan?  

W  głosie  markiza  zabrzmiała  wyraźna  ironia.  Twarz  sir 

Herewarda pokraśniała. Odrzekł gniewnie:  

—  Jestem  jej  opiekunem  i,  jak  jego  wysokość  dobrze  wie, 

zgodnie z prawem musi mi być posłuszna.  

W  jednej  chwili  Diona  pojęła  grozę  sytuacji.  Zapragnęła 

natychmiast  ukryć  się  przed  zbliżającym  się  niebezpieczeństwem  i 

gotowa  była  w  każdej  chwili  rzucić  się  do  drzwi.  Markiz  jakby 

przeczuwając  decyzję  Diony,  mocno  ujął  dziewczynę  za  nadgarstek, 

uniemożliwiając jej ucieczkę.  

background image

Spojrzała mu w oczy z wyrzutem. Widział, że była blada i drżała 

ze strachu. Syriusz zawarczał ostrzegawczo. Markiz zacieśnił uścisk i 

przyciągnął  Dionę  bliżej  ku  sobie,  po  czym  zwrócił  się  do  sir 

Herewarda:  

—  Obawiam  się,  sir  Grantley,  że  pana  plany  są  nieaktualne, 

ponieważ panna Diona dziś właśnie zaręczyła się ze mną!  

Zapadła  długa  cisza.  Nagle  jednocześnie  dało  się  słyszeć  głośne 

westchnienie Diony i wściekły wrzask Simona.  

— Nie możesz jej mieć! Ona jest moja! Moja! Tata powiedział, że 

ona wyjdzie za mnie! I tak ma być!  

Markiz  nie  zwracał  uwagi  na  krzyki  młodego  człowieka. 

Obserwował  sir  Herewarda.  Ten  zaś świadom  był  w  pełni  wagi  słów 

wypowiedzianych przez Irchestera. Sir Hereward czuł beznadziejność 

sytuacji.  W  pierwszej  chwili  zaskoczenia  nie  potrafił  zebrać  myśli, 

więc,  gdy  wreszcie  umilkł  przenikliwy,  histeryczny  głos  Simona, 

rzekł tylko:  

— Ona nie może wyjść za mąż wbrew mojej woli!  

—  Wiem  o  tym  —  markiz  zachowywał  całkowity  spokój  —  ale 

nie sądzę, by odmówił pan swej zgody.  

Ich  oczy  spotkały  się.  Spojrzenie  Irchestera  było  pełne  pogardy. 

Sir Hereward opuścił wzrok.  

— W tych okolicznościach mogę mieć tylko nadzieję, milordzie, 

że  jest  pan  świadom  swych  czynów  i  nie  będzie  pan  później 

rozczarowany.  

Markiz nie odpowiedział, więc sir Hereward dodał:  

background image

—  Sądzę,  że  kolejnym  krokiem  będzie  sporządzenie  przez 

pańskich prawników intercyzy małżeńskiej...  

Markiz  nadal  milczał.  Nie  wykonał  też  żadnego  gestu 

zapraszającego,  by  niespodziewani  goście  usiedli.  Jego  opanowanie 

jeszcze bardziej zirytowało sir Herewarda. Rzucił więc z pasją:  

— Żegnam, milordzie!  

Sir Grantley, nie obdarzywszy Diony nawet jednym spojrzeniem, 

ruszył powoli w stronę drzwi.  

—  Ależ,  tato!  —  protestował  Simon.  —  Obiecałeś  mi! 

Powiedziałeś,  że  poślubię  Dionę!  Jak  ona  może  wyjść  za  kogoś 

innego?! To nie w porządku! Przecież on nie potrzebuje jej pieniędzy. 

Ma swoje własne!  

Sir  Hereward  w  milczeniu  opuścił  bibliotekę.  Simon  wybiegł  za 

nim.  Przez  otwarte  drzwi  słychać  było  jeszcze  jego  jękliwe  skargi, 

słabnące w miarę, jak nieproszeni goście oddalali się.  

Dopiero,  gdy  głosy  zupełnie  ucichły,  markiz  puścił  rękę  Diony. 

Dziewczyna osunęła się na kolana i objęła ramionami Syriusza, który, 

wyczuwając  stan  ducha  swojej  pani, polizał  ją delikatnie  w  policzek. 

Markiz podszedł do drzwi.  

—  Zaraz  po  lunchu  jedziemy  do  Londynu.  Natychmiast!  — 

oświadczył stanowczo.  

Diona  przez  chwilę  nie  mogła  pojąć  znaczenia  jego  słów. 

Wreszcie szepnęła:  

— Do Londynu...  

W bibliotece zostali już tylko ona i Syriusz.  

background image

Jechali  na  tyle  szybko,  iż  nie  sposób  było  rozmawiać.  Diona  z 

zadowoleniem  pomyślała,  że  w  tej  sytuacji  nie  musi  zadać  pytań, 

których  i  tak  w  najbliższej  przyszłości nie uniknie.  Wypłakawszy  się 

w  samotności  swojej  sypialni,  Diona  ogromnym  wysiłkiem  woli 

zdołała  nakazać  sobie  opanowanie  i  na  lunch  zeszła  już  całkiem 

spokojna.  

W  bibliotece,  oprócz  Irchestera,  zastała  również  Roderika.  Nie 

miała  pojęcia,  czy  Nairn  słyszał  o  scenie,  która  rozegrała  się  tu  pod 

jego nieobecność, nie chciała jednak, by poruszano ten temat. Markiz 

wyczuwając  jej  nastrój,  rozpoczął  rozmowę  o  biegach  terenowych  z 

przeszkodami.  Przedstawił  Roderikowi  przepisy  zawodów,  po  czym 

zaczęli rozważać, kogo należałoby zaprosić.  

Zanim  lunch  dobiegł  końca  Diona  nabrała  przekonania,  że 

Roderic  nie  ma  pojęcia  o  niespodziewanej  wizycie  sir  Herewarda  i 

Simona.  Zaskoczyło  ją  natomiast  i  wydało  się  zastanawiające,  iż  nie 

był  ciekaw,  dlaczego  tak  nagle  wyruszają  do  Londynu.  Czy 

przypadkiem  nie  wziął  takiego  obrotu  spraw  za  początek  realizacji 

planu związanego z zakładem. Zapewne uznał, że markiz zabiera ją do 

stolicy  wcześniej,  aby  zdążyła  odpocząć  i  należycie  przygotować  się 

do konkursu.  

Ta  myśl  ogromnie  Dionę  niepokoiła.  Był  już  najwyższy  czas,  by 

ujawnić  Roderikowi  całą  prawdę  i  uświadomić  mu,  że  córka 

Harry'ego  Grantleya  absolutnie  nie  może  brać  udziału  w  podobnie 

podejrzanych przedsięwzięciach.  

A zresztą — pomyślała nieco spokojniej — najlepiej będzie zdać 

się na pomoc markiza. Uratował ją raz, uratuje więc znowu.  

background image

Mimo że nie potrafiła przeniknąć uczuć i myśli Irchestera, Diona 

była przekonana, że nie ma on zamiaru się z nią ożenić. Słowa, które 

wypowiedział  podczas  wizyty  stryja  zapewne  nic  nie  znaczyły. 

Intrygowała  ją  natomiast  niezrozumiała  propozycja  markiza,  by 

zamieszkać  w  Londynie,  a  wspomnienie  tonu,  jakim  to  mówił,  i 

dotyku  obejmujących  ją  ramion  budziły  w  Dionie  nieznane  jej  dotąd 

emocje.  

Pomyślała,  choć  natychmiast  wydało  jej  się  to  niedorzeczne,  iż 

gdyby  nie  przybycie  stryja  Herewarda,  markiz  z  pewnością  by  ją 

pocałował. Stali wtedy tak blisko siebie, a kiedy ją obejmował, czuła 

zawrót  głowy,  nagły  jak  światło  błyskawicy.  Przez  chwilę  nie  mogła 

oddychać, ani myśleć.  

Teraz  obserwowała  markiza  ukradkiem,  gdy  całą  swoją  uwagę 

skupiał  na  powożeniu.  Wyglądał  niezwykle  pociągająco.  Diona 

zrozumiała, iż tęskni do dotyku jego ust. Tak, pragnęła pocałunków.  

Dawniej pocałunek kojarzył się jej tylko z obrzydliwymi zalotami 

Simona.  Kiedy  uciekła, pełna  wstrętu  obiecywała  sobie,  że  nigdy  nie 

pozwoli  dotknąć  się  żadnemu  mężczyźnie.  A  teraz,  musiała  szczerze 

to  przyznać,  niepokoiła  się,  czy  Lenox  Irchester,  wiedząc,  że  ma  do 

czynienia  z  panną  Grantley,  zechce  kiedykolwiek  znowu  ją 

pocałować. Rozsądek podpowiadał, iż „zaręczyny"  zostały ogłoszone 

stryjowi, aby ratować ją przed zakusami Simona.  

Zbliżali  się  już do  Londynu, a  Diona  ciągle  zastanawiała  się  nad 

uczuciami  markiza  i  raz  po  raz  powtarzała  sobie  w  duchu,  że 

niemożliwe jest, ,by naprawdę myślał o małżeństwie. Zapewne, doszła 

do wniosku, postanowił się nią po prostu zaopiekować.  

background image

Diona  niewiele  wiedziała  o  mężczyznach  i  o  miłości,  choć  życie 

rodziców było dla niej przykładem szczęścia, które pragnęła osiągnąć 

we  własnym  małżeństwie.  Simon  chciał  ją  obejmować  i  całować,  co 

napawało  Dionę  wstrętem.  Markiz  był  zupełnie  inny,  lecz  i  on  nie 

ofiarowywał  jej  takiej  miłości,  na  którą  czekała  i  którą  mogłaby 

przyjąć, nie tracąc przy tym szacunku dla samej siebie.  

— Uratował mnie, ale nie mogę mu ulegać — postanowiła.  

A  jeśli  stryj  odnajdzie  ją  i  ponownie  zacznie  nakłaniać  do 

małżeństwa z Simonem? Byłoby to straszne i poniżające. Sama myśl 

o  związku  z  kuzynem,  o  jego  dotyku  i  pieszczotach,  sprawiła,  że 

Dionę zalała fala obrzydzenia.  

Musiała chyba zadrżeć, gdyż markiz obrócił się ku niej i zapytał:  

— Wszystko dobrze? Nie jest ci zimno?  

— Nie, oczywiście, że nie.  

Zatrzymali  się  tylko,  by  wymienić  konie  i  natychmiast  ruszyli 

dalej.  Roderic  podróżował  w  towarzystwie  Sama  innym  faetonem. 

Markiz  powoził  osobiście  i  Diona  domyśliła  się,  że  ma  on  zamiar 

pobić swój własny rekord przejazdu do Londynu.  

Gdy  nareszcie  dotarli  do  Irchester  House,  Dionę  znów  ogarnął 

lęk. Weszła za markizem do ogromnej sieni, gdzie powitał ich starszy 

mężczyzna. Był to pan Swaythling, osobisty sekretarz, mający pieczę 

nad  wszystkimi  domami  markiza.  Diona  znała  go  ze  słyszenia,  gdyż 

jego  nazwisko  padało  niejednokrotnie  podczas  rozmów  markiza  i 

Roderica.  

— Otrzymałeś wiadomość, Swaythling? — zapytał Irchester.  

— Tak, milordzie. Posłaniec przyjechał pół godziny temu.  

background image

— Wykonałeś moje instrukcje?  

— Wszystko zostało urządzone zgodnie z pańską wolą, milordzie.  

— Świetnie! — wykrzyknął markiz i zwrócił się do Diony:  

— To jest mój sekretarz, pan Swaythling, który z właściwą sobie 

operatywnością zdołał już znaleźć dla ciebie przyzwoitkę.  

Sekretarz z szacunkiem skłonił się przed Dioną.  

—  Mam  nadzieję,  panno  Grantley,  że  będzie  pani  zadowolona. 

Przypuszczam, że teraz pragnie pani obmyć się i przebrać po podróży, 

bo,  jak  sądzę,  była  to  bardzo  szybka  jazda.  Na  górze  czeka  na  panią 

ochmistrzyni, pani Norton.  

— Dziękuję — odparła krótko Diona.  

Markiz w milczeniu przyglądał się, jak powoli idzie po schodach 

—  smutna,  onieśmielona  i  samotna.  Gdy  pan  Swaythling  zwrócił  się 

do  niej  po nazwisku,  zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  nadszedł  moment, 

kiedy  jej  pozycja  w  domu  markiza  musi  zostać  ostatecznie  jasno 

sprecyzowana.  

Pani Norton dygnęła. Diona skinęła jej głową.  

—  Panienka  jest  pewnie  śmiertelnie  zmęczona.  Jechać  ze  wsi  z 

taką  szybkością,  z  jaką  jego  wysokość  zawsze  pędzi!  Gdybym  to  ja 

miała podróżować, w którymś z tych szybkich powozów, umarłabym 

chyba ze strachu.  

—  Mnie  to  sprawiło  przyjemność,  chociaż,  mam  wrażenie,  że 

jestem cała pokryta kurzem — uśmiechnęła się dziewczyna.  

Wyruszając  w  drogę,  Diona  włożyła  najlepszą  suknię  i kapelusz. 

Nie  musiała  więc  wstydzić  się  swojego  wyglądu  w  tym  eleganckim 

background image

domu. Rozejrzała się po pokoju. Był ogromny, a okna wychodziły na 

ogród.  

— Słyszałam, że bagaż panienki gdzieś się zapodział. Krawcowe 

będą tu w ciągu godziny.  

— Krawcowe? — zdumiała się Diona.  

Już  miała  powiedzieć,  że  nie  stać  jej  na  nowe  suknie.  Tym 

bardziej  nie  miała  zamiaru  pozwolić,  aby  markiz  za  nie  płacił,  gdy 

nagle  przypomniała  sobie,  że  przecież  teraz  jest  bardzo  bogata. 

Podczas  podróży  tak  zaprzątnięta  była  rozmyślaniami  o  Lenoxie 

Irchesterze,  że  zupełnie  zapomniała,  po  co  w  gruncie  rzeczy 

przyjechał  stryj  i  jak  ważną  wiadomość  uzyskała  dzięki  tej 

nieprzyjemnej wizycie.  

Była  naprawdę  bogata.  Niezwykłe  uczucie  po  długim  okresie 

niedostatku.  Od  momentu  przybycia  Diony  do  Grantley  Hall 

nieustannie  podkreślano  jej  ubóstwo,  ciągle  przypominano  o  długach 

ojca.  Teraz  to  już  się  nigdy  nie  powtórzy.  Dobrze  pamiętała  matkę 

chrzestną.  Lady  Campbell,  choć  dużo  starsza,  przyjaźniła  się 

ogromnie  z  panią  Grantley.  Obecnie  musiała  by  mieć  już  chyba 

dobrze po siedemdziesiątce, myślała Diona.  

Udręczona atmosferą panującą w domu stryja, Diona nie raz miała 

ochotę zwrócić się o pomoc do lady Campbell, lecz wszelki kontakt z 

nią urwał się na dwa lata przed śmiercią matki. Chrzestna mieszkała w 

Northumberland, za daleko dla Diony.  

—  Widocznie  przez  ten  czas  jednak  myślała  o  mnie.  Wiem 

przecież,  jak  bardzo  nas  kochała  —  snuła  rozważania  Diona  —  i 

dlatego uczyniła mnie swoją spadkobierczynią.  

background image

Dziewczyna żałowała, że nie próbowała zobaczyć się, czy choćby 

napisać  do  staruszki,  ale  po  śmierci  rodziców  czuła  się  tak 

przygnębiona  i  bezradna,  iż  nie  potrafiła  zdobyć  się  na  jakikolwiek 

wyraz sprzeciwu wobec stryja.  

—  Byłam  słaba  i  samolubna  —  skarciła  się  w  duchu.  —  Ojciec 

nigdy  nie  zaniedbał  starych  przyjaciół.  Jaka  szkoda,  że  nie  można 

cofnąć czasu.  

Potem  myśli  jej  popłynęły  innym  torem.  Gdyby  pieniądze 

nadeszły  za  życia  rodziców,  mogliby  cieszyć  się  nimi  we  trójkę. 

Diona  kupiłaby  ojcu  najlepsze  konie  i  nie  doszłoby  do  wypadku  z 

dzikim  ogierem.  Pojechaliby  też  do  Londynu,  jak  pragnęła  matka,  i 

Diona wystąpiłaby na wielkim balu jak prawdziwa debiutantka. Teraz 

było  już  za  późno.  Pieniądze  nie  miały  dla  niej  znaczenia,  tyle  że 

uniezależniały ją od łaski stryja.  

Raptem przypomniała sobie o czymś bardzo ważnym, co powinno 

zostać  zrobione  od  razu!  Musiała  się  pospieszyć.  Nie  przebierała  się 

więc,  a  tylko  zmyła  kurz  z  twarzy  i  rąk  i,  z  pomocą  pokojówki, 

ułożyła  włosy.  Zbiegła  na  dół.  Kamerdyner  wskazał  jej  drogę  do 

salonu,  gdzie  spodziewała  się  znaleźć  markiza.  Zauważyła  go 

stojącego w pobliżu kominka i ruszyła ku niemu prawie biegiem, lecz 

nagle z rozczarowaniem stwierdziła, że nie był sam.  

Na  sofie  siedziała  przystojna  pani  w  średnim  wieku,  ubrana  z 

niebywałą elegancją i przymilnie spoglądała na markiza.  

— Oto Diona Grantley — przedstawił Irchester. — Diono, sądzę, 

że  powinna  pani  podziękować  mojej  kuzynce,  pani  Lamborn,  która 

zgodziła się przybyć tutaj i pełnić rolę twojej opiekunki.  

background image

Diona dygnęła, a pani Lamborn wyciągnęła rękę:  

—  Niezmiernie  mi  miło,  iż  mogę  panią  poznać,  Diono  Grantley. 

Kuzyn wspominał mi o wielkim szczęściu, które panią spotkało. Moje 

gratulacje.  

—  Pieniądze  szczęścia  nie  dają  —  uciął  markiz  tonem  tak 

chłodnym,  jakby  chciał  ostudzić  entuzjazm  pani  Lamborn.  Ale  ta 

roześmiała się tylko:  

— Owszem, tak się mówi. Ale wielu pannom, niezbyt powabnym, 

odziedziczony  majątek  dziwnie  dodał  atrakcyjności.  Oczywiście,  nie 

dotyczy to panny Grantley.  

—  Dziękuję  —  odparła  Diona,  zdenerwowana,  że  tracą  czas  na 

tak  bezsensowne  rozważania,  po  czym  zwróciła  się  naglącym  tonem 

do markiza:  

— Czy mogę spytać o coś bardzo ważnego i pilnego?  

— O co chodzi?  

—  Jeśli  rzeczywiście  mam  tyle  pieniędzy,  w  co  nadal  trudno  mi 

uwierzyć, to czy mogę wysłać od razu zasiłek ludziom, których zaraz 

po  śmierci  ojca  odesłano  na  emeryturę?  Stryj  Hereward  potraktował 

ich w taki sposób, że zapewne przymierają głodem. To samo dotyczy 

służących, pozostawionych aby opiekować się naszym domem, zanim 

zostanie sprzedany.  

—  Proszę  zwrócić  się  do  Swaythlinga,  żeby  wykonał  pani 

zarządzenia — odparł markiz.  

— Czy mogę pójść do niego natychmiast?  

— Oczywiście.  

— Gdzie go znajdę?  

background image

Markiz,  z  pobłażliwą  miną,  jakby  opędzał  się  od  natrętnego 

dziecka, ruszył w stronę drzwi. Mijając kuzynkę, skłonił się lekko:  

— Wybacz mi na chwilę, Noreen.  

— Ależ oczywiście — odparła pani Lamborn.  

Markiz  szybkim  krokiem  przemierzył  korytarz,  potem  drugi  i 

wskazał  Dionie  drzwi,  za  którymi  mieścił  się  gabinet  sekretarza.  Na 

ich widok pan Swaythling podniósł się zza biurka.  

—  Panna  Grantley  —  powiadomił  go  Irchester  —  ma  dla  pana 

szereg  poleceń.  Ponieważ  przejęcie  spadku  zajmie  nieco  czasu,  na 

razie ja będę pełnił funkcję bankiera panny Diony.  

Dziewczyna wyglądała na skonsternowaną.  

—  Nie  chcę  sprawiać  kłopotu,  ale  bardzo  leży  mi  na  sercu  los 

tych ludzi. Służyli wiernie moim rodzicom i ufali im.  

Lenox Irchester spojrzał na nią łagodnie.  

— Byłoby niegodziwością pozostawienie ich w niedostatku.  

— Wiedziałam, że pan to zrozumie — uśmiechnęła się Diona.  

— Proszę poinformować pana Swaythlinga dokładnie, czego pani 

sobie  życzy  —  markiz  ruszył  ku  drzwiom,  lecz  Diona  zatrzymała  go 

na moment, kładąc mu dłoń na ramieniu.  

— Chciałabym później porozmawiać z panem na osobności.  

—  Oczywiście,  ale  sądzę,  że  najpierw  powinna  pani  poznać  się 

lepiej z panią Lamborn. Na pewno okaże się bardzo pomocna.  

Markiz  powiedział  to  tonem  innym  niż  poprzednio  i  odszedł. 

Spoglądając za nim, poczuła nagle pustkę, sama nie mogła zrozumieć 

dlaczego.  

background image

— Proszę mi dokładnie wszystko powiedzieć, panno Grantley — 

dobiegł ją, jakby z oddali, głos sekretarza.  

Straciłam  markiza  —  ta  rozpaczliwa  myśl  kołatała  się  w  głowie 

Diony.  Nie  umiała  powiedzieć,  na  czym  polegało  zerwanie  więzi. 

Zdarzenia  toczyły  się  tak  szybko,  że  czasami  Diona  miała  wrażenie, 

jakby brakło jej tchu. A przecież, gdy ujrzała stryja w  Irchester Park, 

od razu pojęła, iż wszystko musi się zmienić.  

W  Londynie  zasiadali  do  stołu  we  czworo.  Pani  Lamborn 

opowiadała o ludziach, których Diona nie znała, głównie o krewnych 

jej  i  markiza.  Roderic  wciąż  się  dąsał,  gdyż  markiz  stanowczo 

zabronił mu mieszać Dionę w sprawę zakładu z Watsonem.  

Pewnego razu Roderic szepnął Dionie, tak aby pani Lamborn nie 

usłyszała:  

—  Wuj  przynajmniej  mógł  się  nie  sprzeciwiać,  żebym  rozejrzał 

się  po  wsi.  Może  znalazłbym  jakąś  ładną  dziewczynę.  Mogłem 

chociaż spróbować...  

—  Jest  pan  pewien,  że  markiz  nic  tu  nie  pomoże?  —  również 

ściszonym głosem zapytała Diona.  

—  Powiedział,  żeby  zdać  się  na  niego.  Ale  przecież  nie  mogę 

stracić  twarzy  przed  wszystkimi  znajomymi  z  klubu,  sam  muszę  coś 

zrobić.  

Diona uśmiechnęła się.  

—  Jestem  pewna,  że  markiz  wymyśli  coś  mądrego  i  przechytrzy 

tego obrzydliwego człowieka.  

— Wątpię — ponuro odparł Roderic.  

background image

Rozmawiali  w  odległym  kącie  salonu.  Diona  pomyślała,  że  jeśli 

będą  zachowywać  się  tak  tajemniczo,  pani  Lamborn  zacznie 

podejrzewać ich o jakieś wspólne sekrety. Podeszła zatem do markiza 

i jego kuzynki. Odniosła jednak wrażenie, że nie mieli oni ochoty na 

jej  towarzystwo,  więc,  smutna  i  zmęczona  wydarzeniami  dnia, 

zapragnęła znaleźć się już w swojej sypialni.  

Wyszła  jeszcze  tylko  z  Syriuszem  na  krótki  spacer  do  ogrodu. 

Ogród był niewielki, ale jak wszystko co należało do markiza pięknie 

utrzymany.  Widok  kwiatów  i  drzew  na  chwilę  pocieszył  Dionę. 

Kładąc  się  do  łóżka,  czuła  się  jednak  straszliwie  samotna  i 

nieszczęśliwa.  

Następnego  dnia  pani  Lamborn  zabrała  Dionę  po  zakupy,  które 

zajęły  im  czas  od  rana  do  wieczora.  Diona  i  jej  nowa  opiekunka 

samotnie  zjadły  szybki  posiłek,  gdyż  Irchester  wyszedł  gdzieś 

wcześniej.  Zobaczyli  się  dopiero  wieczorem,  podczas  obiadu,  ale 

markiz  znowu  rozmawiał  głównie  z  kuzynką.  Dionie  przypomniały 

się smutne obiady  w domu stryja, w  czasie których siedziała milcząc 

— smutna i znudzona.  

A jednak tu było inaczej. Mogła przynajmniej patrzeć na markiza 

i słyszeć jego głos. Starając się, by tego nie zauważył, przyglądała mu 

się  ukradkiem  i  próbowała  siłą  myśli  ściągnąć,  choć  na  chwilę,  jego 

uwagę.  Kiedy  życzyli  sobie  dobrej  nocy,  czuła  że  markiz  staje  się 

wobec niej coraz bardziej oficjalny. Miała ochotę uciec i ukryć się.  

Rozsądek  podpowiadał,  iż  zamiarem  markiza  jest  wprowadzenie 

Diony do towarzystwa i znalezienie dla niej, z pomocą pani Lamborn, 

odpowiedniego męża. Bo przecież właśnie za stosowną partią powinni 

background image

się  rozglądać  opiekunowie  debutante.  Dzięki  staraniom  markiza, 

Diona  ubierała  się  teraz  szczególnie  elegancko,  a  pani  Lamborn  dała 

jej  do  zrozumienia,  że  uzyskała  zaproszenia  na  wszystkie  liczące  się 

bale  aż  do  końca  sezonu.  Mimo,  że  był  już  środek  lata,  sporo  osób 

zdecydowało  się  pozostać  w  Londynie.  Kiedy  jednak  życie 

towarzyskie  w  stolicy  zamrze  całkowicie,  wezmą  udział  w  wielu 

przyjęciach w wiejskich rezydencjach.  

— Kuzyn  Lenox  zna, rzecz jasna, wszystkie te miejsca — i pani 

Lamborn  zaczęła  wymieniać,  pełnym  szacunku  tonem,  nazwy 

posiadłości  —  Syon  House  należący  do  księcia  i  księżnej 

Northumberland, Osterley — dom hrabiostwa Jersey w Chiswick...  

Lista  ciągnęła  się  bez  końca,  a  wreszcie  Diona  przestała 

cokolwiek rozumieć i nie próbowała już nawet zapamiętywać nazwisk 

wszystkich tych nie znanych jej ludzi.  

—  Chcę  tylko  jednego  —  powtarzała  sobie  w  duchu  — 

porozmawiać z markizem, tak jak w Irchester Park.  

Bolała  ją  myśl  o  tamtych  szczęśliwych  chwilach.  Wspominała 

wspólne  konne  wyprawy  i  pasjonujące,  a  czasem  zabawne,  dyskusje 

przy  stole.  Diona  czuła,  jak  ogarnia  ją  rozpacz.  Przewracała  się  w 

łóżku z boku na bok, zmęczona i niespokojna. Było  zbyt gorąco, aby 

mogła zasnąć.  

Nagle usłyszała dziwny dźwięk dochodzący zza okna. Wiedziona 

ciekawością  wyskoczyła  z  pościeli,  odsunęła  zasłony  i  wyjrzała. 

Księżyc  bladosrebrzystym  blaskiem  oświetlał  ogród.  Wśród  cieni 

drzew Diona odróżniała zarysy rabat kwiatowych.  

background image

Dźwięk  powtórzył  się.  Brzmiał  jak  jęk  bólu  jakiegoś  zwierzęcia. 

Syriusz wspiął się na okno przednimi łapami i warknął.  

— Co to może być, Syriuszu? — szepnęła.  

Pies  znów  zawarczał.  Jednocześnie  Diona  usłyszała  cichutki 

skowyt.  Teraz  była  już  pewna,  że  jakieś  małe  zwierzę,  może  kot, 

wpadło w pułapkę. Nie zastanawiając się dłużej, Diona narzuciła szal 

na  koszulę  nocną,  otworzyła  drzwi  i  wybiegła  na  korytarz.  Pies  nie 

odstępował jej ani na krok. Dotarli do bocznej klatki schodowej, którą 

odkryła wieczorem, wychodząc na spacer z Syriuszem.  

Tamtędy  najszybciej  będzie  można  wydostać  się  z  domu.  Teraz 

od  ogrodu  dzieliły  ją  już  tylko  drzwi  wejściowe.  Diona  przekręciła 

tkwiący w zamku klucz i odsunęła skobel. Syriusz wybiegł pierwszy, 

a ona podążyła za nim.  

Nagle  zatrzymała  się  w  pół  kroku.  Przerażona    chciała  wzywać 

pomocy,  lecz  krzyk  został  stłumiony,  nim  jeszcze  wydobył  się  z 

gardła.  Na  głowę  zarzucono  jej  jakąś  grubą  i  ciężką  tkaninę. 

Próbowała  walczyć,  ale  nie  potrafiła  się  wyrwać.  Z  przerażeniem 

poczuła, że traci równowagę i jacyś ludzie niosą ją przez ogród.  

 

Rozdział 6 

Lenox  Irchester  położył  się  późno  i  chociaż  był  zmęczony,  nie 

mógł  zasnąć.  Sprawy,  o  których  myślał  bez  przerwy,  i  teraz  nie 

pozwalały mu zmrużyć oka. W końcu jednak zmorzył go sen.  

Obudził  się  nagle  z  uczuciem  niepokoju.  Zza  drzwi  dobiegał 

niezwykły  hałas.  Coś  w  nie  drapało,  po  chwili  usłyszał  ostre 

background image

szczekanie. Przez moment wydawało mu się, że jest na wsi i to jeden 

z  jego  psów  próbuje  dostać  się  do  pokoju.  Ale  zaraz  oprzytomniał. 

Leżał w swojej londyńskiej sypialni, a za drzwiami musiał znajdować 

się Syriusz.  

Markiz  zapalił  świecę,  wyskoczył  z  łóżka  i  otworzył  drzwi. 

Syriusz,  jak  burza,  wpadł  do  pokoju.  Głośno  zaszczekał  i,  oglądając 

się,  czy  markiz  idzie  za  nim,  wybiegł  na  korytarz.  Zatrzymał  się  po 

raz  kolejny,  znów  odbiegł  kawałek  i  obejrzał  ponownie.  Przy  tak 

wymownym  zachowaniu  psa,  Irchester  nie  mógł  nie  zrozumieć,  że 

stało się coś złego, i Syriusz prosi o pomoc.  

Markiz  chwycił  szlafrok,  pozostawiony  przez  lokaja  na  krześle 

obok  łóżka,  i  narzuciwszy  go  na  koszulę,  z  zapaloną  świecą  w  ręku 

podążył  za  Syriuszem.  Spodziewał  się,  że  pies  pobiegnie  prosto  do 

sypialni  Diony.  Idąc  ciemnym,  wąskim  korytarzem,  zastanawiał  się, 

co też mogło się zdarzyć. Czy aby Diona nie zachorowała?  

A  jeśli  tak, dlaczego  nie  posłużyła  się  dzwonkiem  i  nie  wezwała 

pokojówki?  Syriusz  minął  jednak  otwarte  drzwi  sypialni  Diony  i 

nawet  się  nie  obejrzał.  Na  widok  pustego  łóżka  i  otwartego  okna, 

markiz  poczuł  lęk.  To  bardzo  dziwne.  Musiało  się  wydarzyć  jakieś 

nieszczęście.  Syriusz  wyraźnie  prowadził  go  w  stronę  drzwi 

wejściowych.  Co  jakiś  czas  przystawał,  by  upewnić  się  czy  markiz 

nadal mu towarzyszy.  

Irchesterowi  zaświtało  w  głowie  straszne  podejrzenie.  Zawrócił 

szybko  do  swojej  sypialni.  Jeśli  jego  domysły  są  słuszne,  musi  się 

ubrać.  Syriusz  przystanął  przed  drzwiami  i  tylko  cichym  wyciem 

okazywał  zniecierpliwienie.  Markiz  błyskawicznie  naciągnął  obcisłe, 

background image

jasne spodnie, które nosił poprzedniego dnia, po czym wsunął nogi w 

wysokie  buty.  Złapał  pierwszą  ze  stosu  białych,  starannie  ułożonych 

koszul  w  szufladzie  komody.  Owinął  jeszcze  szyję  fularem,  narzucił 

lekki płaszcz i już był gotów.  

Lata  służby  wojskowej  przyzwyczaiły  go  do  sprawnego, 

szybkiego działania. Tymczasem Syriusz skomlał nagląco. Jeszcze od 

drzwi  markiz  zawrócił  i  otworzył  szufladę  komody.  Wyciągnął 

pistolet, z którym nie rozstawał się podczas nie zawsze bezpiecznych 

podróży.  

Syriusz  zaskomlał  głośniej.  Markiz  wsunął  broń  do  kieszeni  i 

pobiegł  za  psem.  Ku  zdumieniu  markiza  ruszyli  nie  do  głównego 

wejścia,  ale  w  kierunku  rzadko  używanej  bocznej  klatki  schodowej. 

Dopiero na dole, na widok otwartych drzwi do ogrodu, Irchester pojął, 

co  stało  się  z  Dioną.  Syriusz  mknął  już  między  drzewami,  a  markiz 

spieszył  za  nim.  Wiedział,  że  Dionę  uprowadzono.  Zapewne 

wyniesiono ją przez wiodącą do stajen bramę na końcu ogrodu.  

Irchester  gorączkowo  zastanawiał  się,  gdzie,  u  diabła,  złoczyńcy 

mogli ukryć dziewczynę. To oczywiste, że została porwana i wiadomo 

przez kogo. Okazał naiwność, sądząc, że sir Hereward tak łatwo da za 

wygraną.  A  przecież  brak  jakichkolwiek  prób  kontaktu  ze  strony 

radców  prawnych  starego  Grantleya  powinien  był  wydać  się 

wystarczająco podejrzany.  

Markiz  stał  w  pustej  alejce.  W  ciemności  nocy  słyszał  jedynie 

dźwięki dolatujące ze stajni. Sam już nie wiedział, co czynić. I nagle 

przypomniał  sobie.  Przecież  sir  Grantley  ma  dom  w  Londynie! 

Dowiedział  się  o  tym  przez  przypadek  dawno  temu,  tuż  po 

background image

zakończeniu  wojny,  ale  z  łatwością  potrafił  jeszcze  odtworzyć  w 

pamięci  potrzebną  mu  scenę.  Oczyma  wyobraźni  zobaczył  pewną 

śliczną młodą damę, która mówiła:  

—  Mam  nadzieję,  że  przyjdzie  pan  jutro  na  kolację.  Bez  trudu 

znajdzie  pan  mój  dom  na  Park  Street.  Nieduży,  wciśnięty  między 

znacznie  bardziej  imponujące  budowle,  z  których  jedna  należy  do 

hrabiego Warnshaw, druga zaś do sir Herewarda Grantleya.  

Po czym roześmiała się i dodała:  

—  Chociaż  jestem  wciśnięta  między  tych  dwóch  panów,  nie  ma 

pan powodu do zazdrości. Obaj są wiekowi i niezbyt pociągający.  

Markiz pamiętał, że jej dom stał naprzeciwko szeregu budynków 

wzniesionych w miejsce ciągnących się wzdłuż całej Park Street stajni 

pałacowych. Przypomniał sobie coś jeszcze. Dama dbając o reputację, 

po  dwóch  wizytach  dała  mu  klucz  do  ogrodu.  Co  prawda,  ogród 

należał  do  kilku  sąsiadujących  ze  sobą  domów,  ale  czasami, 

zwłaszcza  nocą,  markiz  używał  klucza  i  nigdy  nie  natknął  się  na 

nikogo  obcego.  Teraz  zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  wykorzystać 

posiadaną znajomość terenu.  

—  Byłoby  błędem  —  pomyślał,  prawie  biegnąc  —  dzwonić  lub 

pukać do domu Grantleya. Służba zapewne otrzyma rozkaz, by nikogo 

nie wpuszczać, a sam nie zdołam sforsować drzwi.  

Zwolnił  kroku  i  przeszedł  na  drugą  stronę  Park  Street.  Odnalazł 

przejście  prowadzące  do  ogrodów  na  tyłach  szeregu  domów  z 

czerwonobrunatnej  cegły.  Bez  trudu  dotarł  do  bramy.  Tak  jak 

przypuszczał,  była  zamknięta.  Pomyślał,  że  wyłamanie  zamka 

spowoduje  hałas,  który  w  ciszy  nocnej  z  pewnością  zwróci  na  niego 

background image

uwagę.  Położył  więc  dłoń  na  łbie  Syriusza,  i  głaszcząc  powiedział 

rozkazującym tonem:  

— Siad, Syriuszu. Siad.  

Pies  posłuchał.  Markiz,  bez  większego  trudu,  wdrapał  się  na 

mierzący  blisko  sześć  stóp  *  wysokości  mur  i  po  chwili  był  już  w 

ogrodzie.  Odsunął  zasuwę  blokującą  furtkę  i  wpuścił  Syriusza.  Pies 

zdawał się doskonale rozumieć, o co chodzi. Bezszelestnie podążał za 

markizem gdy ten skradał się między drzewami i krzewami.  

Pomimo  panujących  ciemności,  markiz  bez  trudu  odnalazł  dom 

sir  Herewarda.  Na  dole  paliło  się  światło,  zasłony  nie  były 

zaciągnięte, 

dwa 

okna, 

szczęśliwym 

zrządzeniem 

losu, 

pozostawiono  szeroko  otwarte.  Najpierw  uszu  markiza  doszedł 

bełkotliwy,  męski  głos,  a  w  chwilę  potem  Irchester  usłyszał  Dionę. 

Mówiła:  

— Nie poślubię go! Nie poślubię!  

Jeszcze  w  ogrodzie  Diona  zorientowała  się,  kto  ją  porwał.  Z 

głową owiniętą ciężką tkaniną, miała wrażenie, że za chwilę się udusi. 

Niosący  ją  mężczyźni  szli  bardzo  szybko.  Po  jakimś czasie  usłyszała 

głos, który od razu rozpoznała.  

— Uważaj na bramę! — warknął sir Hereward.  

Mężczyźni przystanęli na chwilę. Stryj zaklął, tak dobrze znanym 

jej, rozwścieczonym tonem:  

— Z drogi, precz, przeklęty psie!  

 

* 1 stopa ~ 30,5 cm  

background image

Usłyszała skowyt. Pewnie to sir Hereward uderzył laską Syriusza. 

W  tym  samym  momencie  trzasnęła  furtka  i  Diona  domyśliła  się,  że 

Syriusz  został  zamknięty  w  ogrodzie.  Zadrżała  ze  strachu,  sukno  na 

twarzy  dusiło  ją  coraz  bardziej.  Wiedziała,  iż  tylko  jeden  człowiek 

mógłby  ją  uratować.  Trzeba  więc  skłonić  Syriusza,  by  obudził 

markiza.  

Gdy  dalmatyńczyk  był  jeszcze  całkiem  malutki,  oprócz 

zwyczajnej  tresury,  Diona  próbowała  na  nim  też  ćwiczeń  w 

wykonywaniu  rozkazów  przekazywanych  jedynie  za  pomocą  siły 

umysłu.  Ojciec  opowiedział  jej  o  zdumiewających  przykładach 

transferencji  myśli.  Zjawisko  to  było  ponoć  dobrze  znane  w  Indiach. 

Zdarzały się przypadki, że ludzie potrafili kontaktować się ze sobą na 

bardzo dużą odległość.  

— Tato, nie rozumiem. Jak to możliwe? — dziwiła się Diona.  

—  Uczeni  od  dawna  wiedzą,  że  żywe  istoty  emitują  specyficzne 

fale. Myślę, iż na tym właśnie opiera się zjawisko transferencji myśli.  

— Dalej nie rozumiem...  

— Nasze myśli są falami — tłumaczył ojciec. — Wysyłamy je w 

określonych  kierunkach,  do  innych  ludzi.  Ale  odebrać  taki  przekaz 

potrafi tylko ktoś szczególnie wrażliwy.  

—  Tato,  to  fascynujące.  Spróbuję przesłać  ci  w  ten  sposób  jakąś 

informację.  

—  Często  robimy  to  z  twoją  matką.  Czasami  ona  odpowiada  na 

pytanie, którego jeszcze nie zdążyłem wypowiedzieć na głos.  

Diona  postanowiła  wypróbować  tę  metodę  w  tresurze  Syriusza. 

Wkrótce  też  zaczęła  odnosić  sukcesy.  Potrafiła  wezwać  go  do  siebie 

background image

bez użycia słów, nawet z drugiego końca ogrodu. Jednak, gdy chciała 

aby  Syriusz  spełnił  jakikolwiek  inny  rozkaz,  efekty  były  znikome. 

Toteż teraz Diona obawiała się, że pies nie zrozumie jej polecenia.  

—  Biegnij  po  markiza!  Biegnij  po  markiza!  —  powtarzała  w 

myśli.  

Czuła napięcie każdego nerwu, gdy tak natężała umysł, by zmusić 

Syriusza do wykonania rozkazu. Tymczasem mężczyźni wnosili ją już 

do  jakiegoś  budynku.  Wreszcie  pozwolono  Dionie  stanąć  na  nogi  i 

zdjęto jej z twarzy okropne sukno.  

Przez  moment  niczego  nie  mogła  dostrzec,  było  jej  tylko 

straszliwie gorąco i duszno. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, 

zobaczyła  że  znajduje  się  w  wielkim,  oświetlonym  świecami  pokoju. 

Przed  nią  stali  stryj  i  Simon.  Mimo  że  spodziewała  się  ich  widoku, 

zadrżała ze zgrozy. Simon przyglądał się jej z wyrazem twarzy, który 

wzbudził w Dionie wstręt, a zarazem przerażenie. Nerwowo zagarnęła 

szal na piersi, okrywając szczelniej nocną koszulę.  

—  Dostarczyłem  ją  tutaj  —  oświadczył  sir  Hereward.  —  Teraz 

wszystko załatwimy!  

Stryj mówił do kogoś za jej plecami. Odwróciła głowę i zobaczyła 

ubranego  na  czarno  mężczyznę.  Kim  mógł  być?  Wydawał  się  zbyt 

niski  i  wątły,  jak  na  jednego  z  porywaczy.  Może  więc  lokaj?  Nagle, 

ku  swemu  przerażeniu,  dostrzegła  białą  koloratkę.  Nieznajomy  był 

duchownym!  Dionę  przejęła  trwoga.  Nie  było  trudno  domyślić  się 

powodu, dla którego sprowadzono pastora.  

Dziewczyna  poczuła  się  schwytana  w  pułapkę  bez  możliwości 

ucieczki.  Jakiś  wewnętrzny  głos  podpowiedział  jej,  żeby  za  wszelką 

background image

cenę grać na zwłokę. Powoli osunęła się na podłogę i mocno zacisnęła 

powieki. Miała nadzieję, że stryj da się oszukać i uzna, że ze strachu 

straciła przytomność.  

— Zemdlała! — zawołał Simon. — Widzisz ojcze, co narobiłeś?! 

Zemdlała, a może nawet umarła!  

— Oczywiście, że żyje! — odburknął gniewnie sir Hereward. — 

Przynieś szklankę wody!  

— Skąd? Nie mam pojęcia, gdzie tu jest woda!  

— Rozkaż służącemu, głupcze! — zagrzmiał sir Hereward.  

Spiesznie  wychodząc,  Simon  potknął  się  i  Diona  z  nadzieją 

pomyślała,  że  zbyt  prędko  nie  zdoła  spełnić  rozkazu  ojca.  Stryj 

pozostał przy niej. Tuż obok siebie słyszała jego ciężki oddech. Nadal 

udając  omdlenie,  Diona  nie  przerywała  wewnętrznego  wołania  o 

pomoc.  Tym  razem  jednak  zwracała  się  w  myślach  bezpośrednio  do 

Irchestera.  

Jeśli  Syriusz  zdołał  zrozumieć  przesłany  mu  rozkaz,  markiz 

zauważył już jej tajemnicze zniknięcie. Ale czy domyśli się, gdzie jej 

szukać?  Pamiętała,  że  stryj  ma  w  Londynie  dom,  z  którego  rzadko 

korzystał.  Ale  nigdy  w  tym  domu  nie  była  i  nie  potrafiła  nawet 

przypomnieć sobie, gdzie się dokładnie znajduje.  

— A markiz przecież nie znał stryja — myślała gorączkowo — i 

mało  prawdopodobne,  by  w  ogóle  wiedział,  że  sir  Hereward  ma  tu 

jakąś posiadłość.  

Jednak tlący się jeszcze w jej sercu wątły płomień nadziei sprawił, 

iż  znów  zaczęła  wzywać  pomocy.  Oczyma  wyobraźni  ujrzała  twarz 

markiza  i  całą  siłą  woli  skoncentrowała  się  na  przekazywaniu  mu  w 

background image

myślach,  tak,  jak  zgodnie  z  opowiadaniami  ojca,  robili  to 

wtajemniczeni Hindusi.  

— Pomóż mi! Uratuj mnie! Proszę... Uratuj mnie! Kocham... cię!  

Kiedy  dopowiadała  dwa  ostatnie  słowa,  uświadomiła  sobie,  iż 

przecież  on  jej  nie  kocha  i  przestraszyła  się,  czy  w  tej  sytuacji 

zrozumie jej przesłanie.  

Rozmyślania Diony przerwały kroki powracającego Simona. Stryj 

zapytał:  

— Masz wodę? Podnieś jej głowę i wlej do gardła.  

— A jeśli nie przełknie?  

Duchowny odezwał się po raz pierwszy:  

— Ja to zrobię.  

Diona  wyczuła,  że  przyklęknął  obok  niej.  Simon  zapewne  podał 

mu  szklankę.  Kiedy  podłożył  jej  ramię  pod  plecy  i  uniósł  głowę, 

poczuła  wstręt.  Ten  człowiek  był  równie  odpychający  jak  Simon. 

Dotyk  jego  rąk  kojarzył  jej  się  z  czymś  obrzydliwym,  diabelskim. 

Miała ochotę wyszarpnąć się, lecz on radził sobie znacznie lepiej niż 

młody Grantley. Przycisnął brzeg szklanki do jej ust i chociaż stawiała 

opór,  musiała  przełknąć  odrobinę,  a  woda  spływała  stróżką  po 

podbródku i na koszulę nocną.  

— No, dalej! — ponaglał sir Hereward.  

— Myślę, że wraca do siebie — zawiadomił pastor. — Poruszyła 

oczami.  

—  Najlepiej chlusnąć  jej  wodą  w  twarz!  —  zniecierpliwił  się  sir 

Hereward.  

background image

Tego  Diona nie życzyła sobie zupełnie, więc ostrożnie poruszyła 

rękoma i odepchnęła od ust szklankę.  

—  Już  w  porządku!  —  stwierdził  sir  Hereward.  —  A  teraz 

wstawaj  i  przestań  nam  opóźniać  ceremonię  —  zwrócił  się  ostro  do 

Diony.  

— Niedobrze mi, stryju — jęknęła omdlewająco.  

—  Zaraz  będzie  ci  jeszcze  gorzej,  jeśli  nie  zrobisz  tego,  co  ci 

każę! Simon! Pomóż jej, niech wstanie i rozpoczynamy!  

Simon niezdarnie usiłował podźwignąć Dionę z podłogi, w czym, 

równie nieudolnie, pomagał mu pastor. Diona, widząc, że dalszy opór 

nie  ma  sensu,  sama  podniosła  się  i  odgarnąwszy  włosy  z  czoła 

zwróciła się do sir Herewarda:  

— Stryju, proszę pozwolić mi ubrać się w coś przyzwoitego.  

—  Po  ślubie  będziesz  mogła  wrócić  do  Irchester  House  i  zabrać 

swoje ubrania — odrzekł sir Grantley z drwiną w głosie. — Teraz nie 

ma powodu, abyś narażała narzeczonego na dalszą stratę czasu.  

—  Jeśli  masz  zamiar  wydać  mnie  za  Simona ja...  Nie  godzę  się! 

Nigdy  go  nie  poślubię!  Diona  wiedziała,  że  nie  ma  już  nic  do 

stracenia, więc krzyczała dalej. — Jak śmiałeś postąpić ze mną w taki 

sposób!  Porwałeś  mnie!  To...  Bezczelność!  To  bezprawie,  dobrze  o 

tym wiesz!  

—  Milcz!  —  ryknął  sir  Hereward.  —  Byłaś  sierotą  bez  grosza 

przy duszy, kiedy wziąłem cię do swego domu. Ubrałem, nakarmiłem, 

spłaciłem  długi  twego  ojca!  Mieszkałaś  w  Grantley  Hall  za  darmo  i 

oto podziękowanie, ty niewdzięcznico!  

background image

—  To  nie  kwestia  wdzięczności  —  odparła  Diona  chłodno.  — 

Jestem  gotowa  podziękować  ci  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłeś, 

chociaż ani przez moment nie byłam u ciebie szczęśliwa! Ale twojego 

syna nie poślubię! On nie może być moim mężem. W ogóle... niczyim 

mężem!  

Diona  zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  słowa  brzmią  obraźliwie,  ale 

teraz,  gdy  musiała  stoczyć  samotną  walkę  w  obronie  własnej  czci  i 

honoru,  nagle  przestała  się  bać.  Wolałaby  raczej  umrzeć,  niż 

pozwolić,  by  Simon  choćby  ją  dotknął  i  z  pewnością  zabiłaby  się, 

gdyby musiała z nim żyć, jako żona. Słysząc jej zuchwałą odpowiedź, 

sir Hereward spurpurowiał na twarzy i ostro zwrócił się do pastora:  

— Rozpoczynaj! No, dalej!  

—  Nie  poślubię  go!  Nie  poślubię!  —  powtarzała  z  rozpaczą 

Diona.  

Sir Hereward Grantley podniósł laskę.  

—  Będę  cię  bić  dotąd,  dopóki  nie  zrobisz  tego,  co  każę...  — 

zasyczał już niemal fioletowy ze złości.  

Postąpił  krok  w  jej  stronę.  Przerażona  krzyknęła.  Naraz  rozległo 

się  szczekanie  i  do  pokoju  wskoczył  Syriusz.  Usłyszawszy 

podniesione  głosy,  nie  czekając  na  markiza,  ruszył  swojej  pani  na 

pomoc.  Teraz  biegał  radośnie  wokół  niej,  szczęśliwy,  że  ją  odnalazł. 

Diona  westchnęła  z  ulgą,  gdy  w  otwartym  oknie  ukazał  się  również 

markiz.  

Tylko moment zajęło mu przedostanie się do środka. Ale tę krótką 

chwilę  sir  Hereward  zdołał  wykorzystać.  Ze  zdumiewającą  w  jego 

background image

wieku  szybkością  i  siłą  chwycił  Dionę  za  szyję  i  odciągnął  aż  pod 

ścianę. Teraz trzymał dziewczynę przed sobą, jak tarczę.  

Lenox Irchester spojrzał z pogardą na rozgrywającą się przed nim 

scenę.  Pastor  i  Simon  wlepiali  weń  osłupiały  wzrok.  Stary  Grantley 

zaś,  niemal  zgniatając  Dionę  w  stalowym  uścisku,  wolną  ręką 

wyszarpnął z kieszeni płaszcza pistolet i zawołał:  

—  Milordzie!  Wdarłeś  się  do  mojego  domu!  Albo  natychmiast 

wyniesiesz  się  stąd,  albo  przydarzy  ci  się  przygoda,  którą  nazwać 

można pożałowania godnym wypadkiem.  

—  Pan poważnie  grozi  mi  śmiercią? —  ton  markiza  świadczył  o 

chłodnym opanowaniu.  

— Nie zawaham się ani chwili, jeśli będzie się pan dalej wtrącał 

— odparł gniewnie sir Hereward, celując w pierś Irchestera.  

Diona  z  trudem  chwytała  powietrze,  gdyż  stryj  coraz  mocniej 

ściskał jej szyję. Przerażona pomyślała, że gotów jest wypełnić swoje 

groźby,  jeżeli  tylko  markiz  będzie  próbował  interweniować. 

Zrozumiała,  że  musi  ulec,  poddać  się  życzeniu  stryja  i  poślubić 

Simona, aby nie dopuścić do tragedii. Spróbowała  więc odezwać się, 

ale stryj wzmocnił uścisk i, zamiast słów, z ust Diony wyrwał się jęk 

bólu.  

W  tym  momencie  Syriusz  zrozumiał,  że  jego  pani  grozi 

śmiertelne niebezpieczeństwo. Rzucił się na sir Herewarda i wbił mu 

zęby  w  rękę.  Zaatakowany  starzec  podniósł  pistolet  i  wymierzył  do 

dalmatyńczyka.  Ale  markiz  był  szybszy.  Huk  wystrzału  odbił  się 

echem  w  ogromnym  pokoju.  Sir  Hereward  zatoczył  się,  a  broń 

background image

wypadła mu z bezwładnej dłoni. Puścił Dionę i zdrową ręką złapał się 

za zranione prawe ramię.  

Dziewczyna rzuciła się rozpaczliwie w stronę markiza. Nie mogła 

mówić,  trzymała  się  go  tylko  kurczowo,  jakby  był  ostatnią  deską 

ratunku na wzburzonym morzu. Markiz objął ją wolną ręką i, mierząc 

z pistoletu, wycofywał się tyłem w kierunku wyjścia. Gdy znaleźli się 

wreszcie przy drzwiach, z naciskiem powiedział:  

— Jeżeli myśli pan, że zdoła mnie zatrzymać, to się pan myli!  

—  Bandyto!  Nie  miałeś  prawa  strzelać  do  mojego  ojca!  — 

histerycznie wrzasnął Simon.  

Lenox  Irchester  nie  zadał  sobie  trudu,  aby  zwrócić  na  niego 

uwagę,  spojrzał  natomiast  z  wyrzutem  na  pastora.  Czarno  ubrany 

mężczyzna  z  modlitewnikiem  w  ręku  kulił  się  pod  ścianą,  jakby  był 

oskarżony o dokonanie bezprawia.  

—  To  nie  moja  wina!  Robiłem  tylko  to,  co  mi  kazano  —  zaczął 

się tłumaczyć, ale markiz nie zniżył się do odpowiedzi.  

Wiedział,  jakiego  typu  duchownego  najął  sir  Hereward.  W 

Londynie było takich wielu. Za odpowiednio wysoką zapłatą udzielali 

nielegalnych ślubów, a potem przysięgali, że ceremonia odbyła się w 

świątyni i zgodnie z prawem.  

Markiz  po  raz  ostatni  spojrzał  na  zgromadzonych  w  pokoju.  Sir 

Hereward  opadł  ciężko  na  krzesło,  krew  spływała  mu  z 

przedramienia.  Irchester  pociągnął  Dionę  do  sieni.  Dopiero  teraz 

uważniej  przyjrzał  się  dziewczynie  i  dostrzegł,  że  jest  bosa.  Wziął  ją 

więc na ręce, a kiedy lokaj otwierał  przed nimi drzwi, zwrócił się do 

niego:  

background image

— Poślij po doktora. Twój pan skaleczył się!  

Nie  czekając  na  odpowiedź,  markiz zniósł  Dionę  po  schodkach i 

ruszył  w  stronę  Irchester  House.  Diona  ukryła  twarz  w  jego 

ramionach, obejmowała go kurczowo, jakby bała się go znów utracić i 

cicho płakała.  

Markiz  szedł  szybkim  krokiem,  a  Syriusz  biegł  za  nim,  radośnie 

machając  ogonem.  Niebawem  znaleźli  się  przed  domem.  Markiz 

otworzył  furtkę  i  weszli  do  ogrodu.  Kiedy  kroki  markiza  przestały 

uderzać o bruk, Diona uniosła głowę i rozejrzała się.  

— Przyszedłeś... — szepnęła. — Byłam pewna, że Syriusz jakoś 

da panu znać, co mi się przydarzyło.  

— I dał mi znać — odparł cicho markiz.  

— Próbowałam też przekazać panu wiadomość, gdzie jestem...  

— Znalazłem cię! I na szczęście zdążyłem.  

Diona  znów  wtuliła  twarz  w  klapę  jego  płaszcza  i  objęła  go 

mocniej. Markiz wniósł ją do domu, ale zamiast pójść na górę, skręcił 

w korytarz prowadzący do frontowego holu. W dużym, wyściełanym 

fotelu  obok  głównego  wejścia  drzemał  lokaj.  Na  dźwięk  kroków 

ocknął się nagle i zerwał na równe nogi.  

— Zapal świece w salonie — rozkazał markiz.  

Służący  pospieszył  spełnić  polecenie,  a  markiz  wniósł  Dionę  do 

pokoju. Po chwili zapłonęły dwa kandelabry.  

—  Wystarczy,  dziękuję  —  powiedział  markiz  i  lokaj  wyszedł, 

cicho zamykając drzwi.  

background image

Diona uniosła głowę. Włosy spływały jej na ramiona, a w oczach 

odbijał  się  blask  świec.  Próbowała  coś  powiedzieć,  lecz  wzruszenie 

tłumiło jej głos.  

— Uratowałeś mnie! Uratowałeś mnie! — wyszeptała wreszcie.  

— Tak, uratowałem cię.  

Irchester postawił Dionę na podłodze, ale nadal nie wypuszczał jej 

z  ramion.  Pochylił  się  nad  nią  i  zbliżył  usta  do  jej  warg.  Miała 

wrażenie, że zaraz zacznie krzyczeć ze szczęścia, ale on już całował ją 

gwałtownie,  jakby  sam  sobie  chciał  udowodnić,  że  jest  bezpieczna,  i 

że znów są razem.  

Nie mogła uwierzyć, że to prawda. Wszystko, co się z nią działo 

okazało się jeszcze cudowniejsze, niż sobie wyobrażała. Usta markiza 

były  twarde,  sprawiały  niemal  ból,  ale  ona  już  się  nie  bała,  bo 

wiedziała,  że  nie  straciła  wcale  uczuć  człowieka,  który  był  dla  niej 

całym światem.  

Irchester  ze  wzruszeniem  tulił  Dionę,  taką drobną i bezbronną  w 

jego  objęciach.  Coraz  czulej  i  delikatniej  całował  jej  nienawykłe  do 

pieszczot  wargi.  I  właśnie  wtedy  Diona  pojęła,  iż  odkryła  skarb, 

którego  istnienia  nawet  nie  przeczuwała.  To  było  piękno  kwiatów, 

gwiazd,  księżyca  i  jego  srebrnych  błysków  w  tafli  wody.  To  była 

muzyka,  słyszana  w  marzeniach  i  słońce,  i  miłość,  za  którą  tęskniła, 

odkąd opuściła dom i zamieszkała w Grantley Hall.  

Cudowną  tę  doskonałość  ofiarowywał  jej  ukochany  mężczyzna. 

Wiedziała,  że  należy  do  niego  duszą,  sercem  i  ciałem.  Kiedy  na 

moment uniósł głowę, szepnęła:  

background image

—  Kocham  cię...  Byłam  pewna,  że...  moja  miłość...  przywiedzie 

cię do mnie...  

Markiz  milczał  i  nie  przestawał  jej  całować.  Obydwoje  czuli, 

jakby  ogarniał  ich  płomień,  a  ich  usta  zdawały  się  coraz  bardziej 

rozpalone. Nieoczekiwanie markiz chwycił Dionę na ręce i zaniósł na 

sofę.  

—  Tyle  przeszłaś  —  oświadczył  —  że  powinnaś  czymś  się 

wzmocnić. Bóg mi świadkiem, że obydwoje zasłużyliśmy na kieliszek 

czegoś dobrego.  

Chciała  mu  powiedzieć,  że  nic  jej  nie  potrzeba,  ale  Irchester 

wyciągnął  już  butelkę  szampana  ze  srebrnego  kubełka  z  lodem. 

Napełnił kielich, podał  jej  i,  nie  odrywając  od niej  wzroku, przysiadł 

na  brzegu  sofy.  Wyraz  jego  szarych  oczu  onieśmielał  Dionę  i  nagle 

zdała  sobie  sprawę,  że  ubrana  jest  tylko  w  nocną  koszulę,  a  szal 

całkiem  zsunął  jej  się  z  ramion.  Speszona,  próbowała  otulić  się 

szczelniej,  nadającą  się  raczej  do  ozdoby,  jedwabną  tkaniną.  Na  ten 

widok markiz nie mógł powstrzymać uśmiechu.  

— Kto by uwierzył, że tak maleńkiej osobie mogły się przydarzyć 

równie wielkie przygody?  

— Na szczęście zdążyłeś... W porę.  

— Myślę, że za to powinnaś podziękować Syriuszowi.  

Dalmatyńczyk,  który  przez  cały  czas  leżał  grzecznie  przy 

kominku, usłyszawszy swoje imię, nastawił uszy.  

— Czy Syriusz... powiedział ci, co się ze mną dzieje? — zapytała 

nieśmiało Diona.  

background image

—  Opowiedział  wszystko  w  najbardziej  wymowny  sposób. 

Najpierw  obudził  mnie  drapaniem  w  drzwi  i  wyciem.  Potem 

zaprowadził  do  ogrodu,  gdzie  zobaczyłem,  że  zamek  u  furtki  jest 

wyłamany — relacjonował markiz.  

—  Usiłowałam  dawać  mu  polecenia  za  pomocą  myśli,  ale 

obawiałam się, że tego nie zrozumie.  

W oczach markiza odmalowało się zdumienie. Zacinając się, gdyż 

była mocno wytrącona z równowagi pocałunkami, Diona przytoczyła 

teorię  ojca  na  temat  przenoszenia  myśli.  Opowiadała,  jak  porywacze 

nieśli  ją  zawiniętą  w  grube  sukno,  a  ona  próbowała  przekazywać 

rozkazy Syriuszowi.  

Markiz słuchał uważnie, wreszcie cicho rzekł:  

— Potem chyba wysyłałaś myśli bezpośrednio do mnie.  

— Czułeś to?  

— Teraz jestem tego pewien. To twoje myśli musiały sprawić, że 

nagle  przypomniałem  sobie,  gdzie  znajduje  się  dom  sir  Herewarda. 

Udało mi się dostać do ogrodu i kiedy dotarłem aż pod otwarte okno, 

usłyszałem, jak ten łajdak straszył cię pobiciem.  

— Próbowałam grać na zwłokę — westchnęła Diona — ale chyba 

jestem...  tchórzem...  więc,  gdybyś  nie  przybył  na  czas,  nie 

potrafiłabym już dłużej się opierać.  

Markiz ujął dłoń dziewczyny i podniósł do ust.  

—  Nigdy  nie  widziałem  kogoś  równie  dzielnego  i... cudownego! 

— szepnął, patrząc jej prosto w oczy.  

Jego  głos  brzmiał  tak  dziwnie,  że  spojrzała  na  niego 

rozszerzonymi ze zdumienia oczami.  

background image

Wstał i wyjął kielich z jej ręki.  

— Nalegam, abyś położyła się już spać. Przeszłaś piekło... Jutro o 

wszystkim porozmawiamy.  

— Nie chcę cię opuszczać — zaprotestowała Diona.  

—  Wiem,  kochanie.  I  ja  nie  pragnę  się  z  tobą  rozstawać,  ale 

powinienem być rozsądny za nas obydwoje.  

Odstawił kielich na stolik i pomógł Dionie podnieść się z sofy.  

—  Poza  tym,  pomyśl  o  Syriuszu.  On  także  potrzebuje 

odpoczynku.  

Roześmiała  się,  a  o  to  mu  właśnie  chodziło.  Gdy  tak  stała  obok 

niego,  bosa,  z  jasnymi  włosami  opadającymi  na  ramiona  i  oczami 

niemalże  zbyt  ogromnymi  w  porównaniu  z  delikatną  twarzyczką, 

wydała mu się drobna jak dziecko.  

— Diono, mamy sobie tyle do powiedzenia, ale wiem, nawet jeśli 

nie chcesz się do tego przyznać, że jesteś śmiertelnie zmęczona.  

To  była  prawda.  Dionę  zaskoczyło,  że  markiz  tak  doskonale 

wyczuwa jej reakcje. Ponownie wziął ją w ramiona.  

— Mogę iść sama — broniła się.  

—  Lubię  cię  nosić,  jesteś  taka  lekka,  że  mogłabyś  być  nimfą  z 

naszego jeziora w Irchester Park — odparł.  

—  Od  kiedy  ujrzałam  to  jezioro,  byłam  pewna,  że  rzeczywiście 

można tam napotkać nimfy, ale nie mówiłam o tym, bo bałam się, że 

mnie wyśmiejesz za takie fantazje.  

—  W  dzieciństwie  wierzyłem  w  czarodziejskie  mieszkanki 

jeziora. Teraz, gdy jestem dorosły, nagle przekonałem się,  że istnieją 

naprawdę — roześmiał się markiz, wynosząc Dionę z salonu.  

background image

Lokaj  spojrzał  na  nich  zaskoczony.  Markiz  zaniósł  Dionę  do 

sypialni.  Zdjął  z  niej  szal,  ułożył  dziewczynę  w  łóżku,  otulił  do  snu 

jak dziecko i rzekł:  

— Śpij smacznie, najdroższa, śnij, że oboje z Syriuszem jesteście 

bezpieczni. Nic złego już się nie zdarzy.  

Ponieważ  nie  znała  słów,  jakimi  mogłaby  wyrazić  tak  wielką 

miłość,  Diona  po  prostu  wyciągnęła  ramiona.  Całował  ją  dopóki  nie 

poczuła,  że  cały  pokój  zaczyna  wirować,  a  oni,  spleceni  uściskiem, 

zdają  się  wzlatywać  do  gwiazd.  Chciała  żeby  to  szczęście  trwało 

wiecznie, lecz markiz raptem powiedział zmienionym głosem:  

— Dobranoc, moja droga.  

Wysunął  się  delikatnie  z  jej  ramion  i  przez  chwilę  jeszcze  stał  i 

spoglądał  na  nią  z  góry,  a  ona  czuła,  że  w  nich  obydwojgu  płonie 

nadal jakiś tajemniczy ogień.  

Markiz zgasił świecę i wyszedł, cicho zamknąwszy za sobą drzwi. 

Przez moment Diona nie mogła uwierzyć, że już go nie ma. W ciągu 

tej nocy stał się dla niej tak bliski, że czuła się jego częścią, jakby byli 

ze sobą nierozerwalnie związani. Zamknęła więc oczy i powtarzała:  

—  Dziękuję  Ci,  Boże,  dziękuję!  To  miłość,  o  której  zawsze 

marzyłam! Dziękuję! Dziękuję!  

 

background image

Rozdział 7 

Diona  ocknęła  się  przepełniona  uczuciem  szczęścia.  Leżała  i 

rozmyślała, jakie to cudowne, że już nigdy nie będzie musiała się bać i 

nie będzie już nigdy samotna. Syriusz spoglądał na nią sponad brzegu 

łóżka. Domyśliła się, że to właśnie on ją obudził.  

—  Pewnie  chcesz  wyjść,  Syriuszu?  —  pociągnęła  za  brokatowy 

pas dzwonka i niemal natychmiast w drzwiach ukazała się pokojówka.  

—  Czy  ktoś  może  wyprowadzić  Syriusza  do  ogrodu?  I  proszę  z 

nim tam pozostać.  

— Dobrze, panienko — dygnęła służąca.  

Syriusz wyczuł, że idzie na spacer i radośnie podbiegł do drzwi, a 

jego pani przeciągnęła się i zapytała:  

— Która to godzina?  

— Prawie jedenasta, panienko.  

Diona jęknęła ze zgrozy.  

— Nie miałam pojęcia, że jest tak późno!  

— Jego wysokość nakazał, żeby panienki nie budzić!  

— Czy jego wysokość jest na dole?  

— Nie, panienko. Wyszedł i powiedział, że wróci na lunch, a pani 

Lamborn  kazała  powtórzyć,  że  przedpołudnie  spędzi  chodząc  po 

sklepach.  

Ponieważ  Syriusz  wymknął  się  już  na  korytarz,  pokojówka 

pospieszyła za nim.  

Diona  wyskoczyła  z  łóżka  i  rozsunęła  zasłony.  Wyjrzała  do 

ogrodu  i  przypomniała  sobie  wydarzenia  ubiegłej  nocy.  Gdyby  nie 

background image

Syriusz i markiz byłaby teraz żoną Simona. Ta myśl przyprawiła ją o 

dreszcz  zgrozy.  Ale  przecież  wszystko  co  złe,  skończyło  się.  Była 

absolutnie  przekonana,  że  stryj  zostawi  ją  już  teraz  w  spokoju.  Nie 

powinna  nigdy  więcej  myśleć  o  smutnych  dniach  spędzonych  w 

Grantley  Hall,  ani  o  Simonie.  Czuła się  znów  jak  za  życia  rodziców. 

Słońce  świeciło  specjalnie  dla  niej,  śpiewały  ptaki,  a  ziemia  zdawała 

się być jej własnym rajem.  

Diona  włożyła  jedną  z  najładniejszych  sukienek.  Miała  nadzieję, 

że  spodoba  się  w  niej  markizowi.  Nie  chciała  tracić  ani  chwili,  więc 

zbiegła  na  dół  w  towarzystwie  Syriusza,  który  wrócił  ze  spaceru, 

właśnie  gdy  się  ubierała.  Postanowiła  pójść  do  biblioteki,  gdyż 

wiedziała,  że  jest  to  ulubiony  pokój  markiza.  Było  tutaj  znacznie 

mniej  książek  niż  w  Irchester  Park,  za  to  ściany  zdobiła  piękna 

kolekcja płócien przedstawiających głównie konie i sceny myśliwskie.  

Diona  przyglądała  się  obrazom,  wspominając  jednocześnie,  jak 

dobrym  jeźdźcem  jest  markiz  i  jaka  to  radość  jeździć  konno  w  jego 

towarzystwie.  

Nagle  drzwi  biblioteki  otworzyły  się.  Diona  odwróciła  się 

radośnie,  przekonana,  że  to  markiz  wcześniej  wrócił  do  domu,  i 

zastygła ze zdumienia. Zobaczyła bowiem najpiękniejszą kobietę, jaką 

kiedykolwiek  zdarzyło  jej  się  spotkać.  Nieznajoma  ubrana  była  z 

wyszukaną  elegancją  w  suknię,  która  musiała  kosztować  majątek  i 

najmodniejszy  kapelusz-budkę,  przybrany  strusimi  piórami  o  barwie 

srebrzysto-zielonej  morskiej  wody.  Efektu  dopełniały  brylantowe 

kolczyki i piękna kolia otaczająca szyję.  

background image

Przez  moment  Diona  nie  mogła  wykrztusić  słowa,  tymczasem 

dama podeszła bliżej. Dopiero wtedy dziewczyna przypomniała sobie 

o dobrych manierach i dygnęła. Dostrzegła przy tym ze  zdumieniem, 

że niespodziewany gość patrzy na nią z nieukrywaną niechęcią.  

—  A  więc  to  prawda!  —  głos  nieznajomej  zabrzmiał  ostro  i 

nieprzyjemnie.  —  Mówiono  mi,  że  markiz  trzyma  u  siebie  młodą 

kobietę, ale nie wierzyłam!  

Diona, oszołomiona agresywnym tonem rozmówczyni, odparła:  

—  Tak,  mieszkam  tutaj,  ale  opiekuje  się  mną  kuzynka  markiza, 

pani Lamborn.  

Uprzejme  wyjaśnienie  bynajmniej  nie  uspokoiło  pięknej  pani. 

Wprost przeciwnie. Wydawała się coraz bardziej rozgniewana.  

—  Kim  jesteś  i  skąd  się  tu  wzięłaś?  —  zapytała  już  wręcz 

niegrzecznie.  

Diona stropiła się, lecz odpowiedziała:  

—  Nazywam  się  Diona  Grantley.  Przyjechałam  do  Londynu 

razem z jego wysokością dwa dni temu.  

—  Jak  sądzę,  narzucałaś  się  mu!  —  warknęła  dama.  —  Twoja 

obecność  tutaj  wywołała  mnóstwo  plotek  bardzo  niepożądanych  dla 

reputacji  jego  wysokości!  Czy  masz  przyzwoitkę,  czy  nie,  młody 

mężczyzna  z  jego  pozycją  nie  może  trzymać  w  domu  jakiejś 

dziewczyny. Im wcześniej stąd wyjedziesz, tym lepiej.  

— Mam wyjechać...?  

— Tak, wyjedziesz stąd natychmiast.  

— Ja... nie... rozumiem.  

background image

—  Więc  mogę  ci  to  wyjaśnić!  Jestem  lady  Sybille  Malden. 

Markiz, do którego domu wtargnęłaś ma zamiar mnie poślubić!  

— Poślubić...? — Dionie pociemniało w oczach.  

Miała wrażenie, że sufit zaraz spadnie jej na głowę.  

— Tak, poślubić — powtórzyła lady Sybille ostro i dobitnie. — I 

nie  pozwolę  wystawiać  na  pośmiewisko  mego  przyszłego  małżonka. 

Jestem  przekonana,  że  nie  przyszło  ci  nawet  na  myśl,  iż  tak 

dwuznaczna sytuacja kompromituje markiza w towarzystwie.  

— Nie... Nie przyszło mi to na myśl.  

—  No,  to  teraz  już  wiesz  —  rzekła  szorstko  lady  Sybille.  —  Im 

szybciej wyjedziesz i wrócisz tam, skąd przybyłaś, tym lepiej dla mnie 

i dla niego!  

Przyglądała  się  Dionie.  Zauważyła  słoneczne  światło  na  jej 

włosach  i  bezbrzeżny  smutek  w  ogromnych  oczach  o  zdumiewającej 

barwie.  Nagle,  jakby  ten  widok  zupełnie  wytrącił  ją  z  równowagi, 

lady Sybille tupnęła nogą.  

—  Słyszałaś,  co  mówiłam!  —  krzyknęła.  —  Wynoś  się  stąd  i 

nigdy nie wracaj! Lenox Irchester należy do mnie!  

Diona,  wstrzymując  płacz,  odwróciła  się  i  wybiegła  z  biblioteki. 

Drzwi  oddzieliły  ją  od  tej  strasznej  kobiety.  Teraz  prędko  na  górę. 

Prawie  bez  tchu  wpadła  do  sypialni.  Wiedziała  już,  dlaczego  markiz 

nie poprosił jej o rękę. Była głupia i naiwna. Jak mogła myśleć, kiedy 

całował ją wczorajszej nocy, że należy do niego i pozostanie z nim na 

zawsze?  

Gorączkowo  zastanawiała  się  dokąd  powinna  się  udać,  gdzie  się 

ukryć. Chcę do domu, pomyślała, niczym skrzywdzone dziecko. Stryj 

background image

wprawdzie  może  odnaleźć  ją  w  majątku  rodziców,  ale  zapewne  już 

tam jej szukał i jest nadzieja, że prędko nie powróci.  

—  Tak,  muszę  wrócić  do  domu  —  powtórzyła  i  otarła  łzy.  — 

Nigdzie indziej.  

Nieopodal  szafy,  na  krześle  leżało  duże  okrągłe  pudło  na 

kapelusze,  które  pani  Lamborn  kupiła  poprzedniego  dnia  na  Bond 

Street.  Diona  sprawnie  je  opróżniła,  a  na  miejsce  eleganckich  okryć 

głowy wrzuciła kilka sukienek, które, prawie im się nie przyglądając, 

ściągnęła z wieszaków. Dołożyła jeszcze nocną koszulę i szczotkę do 

włosów.  Pudełko  było  pełne.  Przykryła  je  i  obwiązała  wstążkami. 

Wydało jej się dosyć ciężkie, chociaż niewiele się w nim pomieściło. 

Dziewczyna  przypomniała  sobie  jeszcze  o  szalu  matki,  którego 

przecież  nie  mogła  tu  zostawić.  Wreszcie  włożyła  kapelusz, 

rękawiczki i przypasała satynową sakiewkę na chusteczki.  

Przyszło  jej  na  myśl,  że  powinna  mieć  pieniądze.  Przez  moment 

zastanawiała  się,  czy  są  jej  rzeczywiście  niezbędne,  lecz  rozsądek 

podpowiadał,  że  brak  pieniędzy  może  uniemożliwić  jej  sprawną 

ucieczkę. Zeszła na dół z Syriuszem u nogi. Służący chciał odebrać od 

niej pudło, więc wyjaśniła, siląc się na naturalny ton:  

—  Muszę  spotkać  się  na  mieście  z  panią  Lamborn.  Proszę 

sprowadzić mi dorożkę.  

—  Mogę  posłać  do  stajni,  żeby  zaprzęgli,  panienko  — 

zaproponował lokaj.  

— Nie potrzeba. Pani Lamborn ma powóz i dołączenie do niej nie 

zajmie mi więcej niż kwadrans.  

background image

—  Racja,  panienko  —  potwierdził  i  wyszedł  poszukać  dorożki. 

Diona zaś pospieszyła do biura pana Swaythlinga.  

Sekretarz pracował przy biurku. Na jej widok wstał i uśmiechnął 

się.  

— Dzień dobry, panno Grantley. Czym mogę panience służyć?  

—  Chciałabym  dostać  trochę  pieniędzy  —  powiedziała  i 

zaczerwieniła się lekko.  

— Ależ, oczywiście! Ile panienka potrzebuje?  

—  Sporo,  będę  dzisiaj  miała  duże  wydatki.  Może  dwadzieścia 

funtów?  

Swaythling  uniósł  brwi.  Wysokość  kwoty  zdziwiła  go 

niepomiernie, ale uprzejmie odpowiedział:  

—  Naturalnie.  Jednak,  gdyby  panienka  zechciała  poprzestać  na 

piętnastu funtach wypłaciłbym je od razu panience w banknotach.  

—  Dobrze  —  zgodziła  się  Diona  i  otworzyła  uwiązaną  przy 

nadgarstku satynową sakiewkę.  

Sekretarz  wyciągnął banknoty  z szuflady, a po chwili dołożył do 

woreczka Diony jeszcze pięć złotych suwerenów.  

—  Niech  panienka  uważa  na  kieszonkowych  złodziejaszków  — 

zażartował.  

— Dziękuję za przestrogę, będę uważała.  

— Mam nadzieję, że zakupy się udadzą.  

Gdy  Diona  wyszła,  usiadł  znowu  przy  biurku.  W  tym  czasie 

służący przywołał dorożkę i zdążył umieścić w niej pudło Diony.  

— Chcę pojechać do sklepu madame Bertin na Bond Street.  

background image

Polecenie zostało przekazane dorożkarzowi i ruszyli. Nie ujechali 

daleko, gdy Diona zawołała:  

—  Proszę  się  zatrzymać!  Zmieniłam  zdanie!  —  a  po  chwili 

dodała:  

— Jedziemy na Picadilly do „Białego Niedźwiedzia".  

Dorożkarz  pokiwał  głową  na  znak,  że  zrozumiał  i  skręcił  z  Park 

Lane.  Cóż  za  szczęśliwy  zbieg  okoliczności,  pomyślała  Diona,  że 

wiem gdzie można wynająć karetkę pocztową. Dowiedziała się o tym 

przez  zupełny  przypadek.  Kiedy  w  drodze  powrotnej  do  Londynu 

udało  się  markizowi  wygrać  wyścig  z  Roderikiem,  ten  ostatni 

oświadczył:  

— Naturalnie! Pobiłeś mnie! Miałeś najlepsze konie! Te, którymi 

powozi  Sam  są  okropnie  powolne.  Lepiej  już byłoby  wynająć pocztę 

na Picadilly „Pod Białym Niedźwiedziem"!  

—  Czy  ty  mnie  przypadkiem  nie  chcesz  obrazić?  —  zapytał 

markiz z udaną groźbą w głosie.  

Roderic roześmiał się.  

—  Ależ  skąd.  Po  prostu  doprowadza  mnie  do  szału,  że  żaden 

woźnica nie może się z tobą równać.  

—  Tak  mi  pochlebiasz,  że  zaczynam  się  zastanawiać,  o  co  mnie 

za chwilę poprosisz.  

Wszyscy się roześmieli. Diona pomyślała, że w towarzystwie tych 

mężczyzn nie sposób być smutną. Czasami, nawet podczas poważnej 

rozmowy,  markiz  albo  Roderic  wtrącali  jakieś  żartobliwe  uwagi. 

Nazwa  „Biały  Niedźwiedź"  wydała  jej  się  dziwaczna  i  być  może 

dlatego utkwiła w pamięci.  

background image

Kiedy  dorożka  wjechała  na  podwórko,  Diona  była  już  całkiem 

pewna,  że  doskonale  zatarła  za  sobą  ślady.  Ani  stryj,  ani  markiz  nie 

odnajdą  jej.  Być  może  markiz  nawet  nie  będzie  próbował  mnie 

szukać,  pomyślała,  albo,  wręcz  przeciwnie,  uzna  to  za  swój 

obowiązek?  Wiedziała,  iż  teraz,  gdy  poznała  prawdę,  nie  mogłaby 

znieść jego uprzejmości i troski. On ma zamiar poślubić lady Malden, 

powtarzała w duchu. Jakaż byłam głupia, gdy wyobrażałam sobie, że 

mogę coś dla niego znaczyć!  

Diona  zapłaciła  za  dorożkę  i  wynajęła  zaprzężoną  w  dwa  konie 

karetkę. Wydała sporo pieniędzy, ale to nie miało dla niej znaczenia. 

Dziesięć  minut  później,  z  Syriuszem  u  boku,  jechała  zatłoczonymi 

ulicami. Aż wreszcie wydostali się z miasta na gościniec. Wracała do 

domu.  Było  to  jedyne  miejsce,  o  którym  mogła  bez  wahania 

powiedzieć,  że  należało  naprawdę  do  niej.  Ale  czuła,  że  jej  serce 

pozostało w Londynie. Ofiarowała je markizowi, a on wkrótce poślubi 

lady Sybille Malden.  

Kiedy  tylko  markiz  pojawił  się  w  klubie,  Roderic  natychmiast 

odciągnął go na bok i konfidencjonalnym szeptem zapytał:  

—  Jak  to  załatwiłeś?  W  jaki  sposób  dokonałeś  tak  zręcznej 

sztuki?  

Markiz uśmiechnął się nieznacznie.  

—  Z  tego  co  mówisz,  wnioskuję,  że  konkurs  sir  Mortimera  nie 

odbędzie się.  

—  Właśnie  nas  poinformował,  że  z  powodów,  których  nie  może 

wyjawić,  musi  wycofać  się  z  zaproponowanego  przez  siebie  zakładu 

— Roderic nie ukrywał radości.  

background image

— Wspaniale! — stwierdził markiz.  

—  Jak  tego  dokonałeś?  Co  zrobiłeś,  że  Watson  poddał  się  bez 

walki?  

— Myślę, że najrozsądniej zapomnieć o tej sprawie.  

—  Nie  możesz  mnie  zostawić  dręczonego  ciekawością  przez 

resztę życia — nalegał Roderic.  

Markiz pomyślał, że byłby to zaiste okrutny los.  

—  Naprawdę  podziękowania  należą  się  pewnemu  mojemu 

przyjacielowi,  który  zdołał  dowiedzieć  się,  dzięki  komu  to  sir 

Mortimer chciał wygrać zakład.  

— Odnalazł francuską kurtyzanę!  

— No, właśnie — potwierdził markiz.  

—  Ale  ty  musiałeś  przekonać  ją  jakoś,  żeby  nie  przyjeżdżała  do 

Anglii — powiedział domyślnie Roderic.  

—  Udział  w  konkursie  wyperswadował  jej  jeden  z  moich 

znajomych. Paryż jest znacznie zabawniejszym miejscem niż Londyn.  

Roderic wydał okrzyk tryumfalnej radości:  

—  Wuju  Lenoxie!  Należy  cię  nazwać  geniuszem!  Jestem  ci 

wdzięczny  na  wieki  za  ocalenie  honoru  tak  własnego,  jak  i  moich 

przyjaciół!  Widzisz,  nie  znaleźliśmy  żadnej  kobiety,  która  byłaby 

wystarczająco piękna i inteligentna!  

— Następnym razem wystrzegaj się sir Mortimera i nie przyjmuj 

jego zakładów — oświadczył poważnie markiz.  

—  Nie,  nie  będę.  Możesz  być  tego  całkiem  pewnym  —  zaklinał 

się Nairn. — Kto się raz sparzył, na zimne dmucha!  

background image

W tym momencie zauważył znaczący wyraz twarzy markiza, więc 

dodał z lekkim żalem:  

— Jeżeli o mnie chodzi, to sparzyłem się nawet dwa razy.  

— Świetnie, jestem zadowolony, że mogłem ci pomóc.  

Markiz uśmiechnął się i odszedł, aby porozmawiać ze znajomym, 

który  dawał  mu  znaki  z  drugiego  końca  sali.  Ale  pobyt  w  klubie  nie 

sprawiał tego dnia markizowi przyjemności. Irchester ze zdumieniem 

uświadomił  sobie,  że  tęskni  za  Dioną  i  zdecydował  się  natychmiast 

wracać do domu.  

Chciał  zobaczyć  się  z  nią  już  z  samego  rana,  ale  wiedział,  że  po 

tak męczącej nocy musiała dobrze się wyspać. Teraz czuł, że musi ją 

jak  najszybciej  zobaczyć.  Narastał  w  nim  dziwny  niepokój, 

przypominający zamęt uczuć, którego doznawał, gdy została porwana. 

Dręczony irracjonalnym lękiem, markiz popędził konie.  

Gdy dotarł do domu, ujrzał czekającego na schodach Swaythlinga. 

Ogarnęło  go  przeczucie  nieszczęścia.  Wysiadł  z  faetonu  i  skierował 

szybkie kroki do holu. Sekretarz podążał za nim, a wyraz niepewności 

malował się na jego twarzy. W końcu odezwał się cicho:  

—  Czy  pozwoli  pan,  milordzie,  do  gabinetu?  Muszę  panu  coś 

powiedzieć.  

— Tak, oczywiście.  

W milczeniu weszli do środka i dopiero wtedy markiz zapytał:  

— Czy stało się coś złego?  

—  Milordzie,  myślę,  że  powinienem  pana  uprzedzić,  iż  lady 

Sybille jest tutaj już od ponad godziny...  

Sekretarz dostrzegł, że oczy markiza pociemniały.  

background image

— Kiedy przyjechała, udała się prosto do biblioteki, chociaż lokaj 

usiłował wprowadzić ją do salonu. A w bibliotece była właśnie panna 

Grantley.  

Markiz zesztywniał, lecz milczał. Swaythling zaś kontynuował:  

— Milordzie, może martwię się bez potrzeby, ale panna Grantley 

przyszła zobaczyć się ze mną w dwadzieścia minut po przybyciu lady 

Sybille. Oświadczyła, że wybiera się do sklepów w towarzystwie pani 

Lamborn.  

Swaythling  zawiesił  głos,  jakby  zbierając  myśli  przed 

przekazaniem najgorszej wiadomości. Po chwili zaczął szybko mówić 

dalej:  

—  Poprosiła  mnie  o  wydanie  dwudziestu  funtów.  Mówiła,  że 

musi  kupić  masę  drobiazgów.  Nie  uznałem  tego  za  dziwne  czy 

niepokojące,  dopóki  nie  wróciła  pani  Lamborn,  która  twierdzi,  że 

panna Grantley wcale nie spotkała się z nią w mieście.  

—  W  jaki  sposób  Diona  opuściła  dom?  —  zapytał  rzeczowo 

markiz.  

— Odjechała dorożką, milordzie.  

— Dorożką? Przecież mamy konie w stajniach.  

— Lokaj powiedział mi, że doradzał jej wzięcie powozu, ale ona 

uparła  się,  żeby  wezwać  dorożkę.  I  to  właśnie  mnie  zdziwiło  i 

zaniepokoiło, milordzie.  

Na czole markiza pojawiła się głęboka bruzda. Zapytał:  

— Czy panna Diona wzięła coś ze sobą?  

— Niosła duże pudło na kapelusze. Lokaj mówił, że ciężkie. No i 

naturalnie miała ze sobą sakiewkę.  

background image

Markiz starał się spokojnie rozważyć sytuację. W tym momencie 

rozległo  się  pukanie  i  w  drzwiach  stanęła, przydzielona  Dionie przez 

markiza, pokojówka.  

—  Przepraszam  panie  Swaythling,  ale  domyśliłam  się,  że  jego 

wysokość jest u pana i postanowiłam znieść to na dół...  

— A cóż to takiego? — zapytał sekretarz.  

—  List,  który  znalazłam  na  toaletce  w  sypialni  panny  Grantley. 

Nie  wiedziałam,  że  jeszcze  raz  wchodziła  na  górę.  List  zauważyłam 

dopiero przed chwilą.  

— Dziękuję.  

Swaythling zamknął drzwi i wręczył papier markizowi. Pomyślał 

jednocześnie,  że  jednak  chyba  nie  pomylił  się  podejrzewając,  że 

panna Grantley wcale nie zamierzała odwiedzać sklepów.  

Tymczasem markiz otworzył list.  

„Dziękuję za ocalenie mnie przed stryjem Herewardem i dziękuję 

za  okazanie  mi  serca  —  pisała  Diona.  —  Mam  nadzieję,  że  będzie 

Pan  bardzo,  bardzo  szczęśliwy,  ale  ponieważ  moja  obecność  w 

Pańskim  domu  szkodzi  Panu,  Syriusz  i  ja  musimy  odejść  tam,  gdzie 

nikt nas nie znajdzie. Proszę się o mnie nie martwić. Jestem pewna, że 

dam sobie radę. Jeszcze raz ogromnie dziękuję.  

Diona"  

Markiz  przeczytał  list  jeszcze  raz,  po  czym  zwrócił  się  do 

sekretarza:  

—  Swaythling,  gdybyś  był  sam  jeden  na  świecie  i  musiał  się 

ukrywać, to dokąd byś się udał?  

background image

Sekretarz, który znał markiza od lat, ledwie rozpoznał głos swego 

pana.  

—  ...I  gdybyś  miał  przy  duszy  tylko  dwadzieścia  funtów?  — 

dokończył markiz zupełnie cicho.  

Swaythling zamyślił się, zanim udzielił odpowiedzi:  

—  Nie  wyobrażam  sobie,  dokąd  w  tych  okolicznościach  mogła 

pojechać panna Grantley. Przecież ona nie ma domu...  

Nie dokończył, gdyż markiz przerwał mu raptownie.  

— Co to był za adres, który ci dała, gdy chciała wysłać pieniądze 

dla starych służących ojca?  

Sekretarz  przez  chwilę  szukał  wśród  stosu  papierów  na  biurku, 

wreszcie podał markizowi zapisaną kartkę.  

— Co pan zamierza, milordzie?  

— Idę do stajni.  

— Zapomniał pan, że lady Sybille czeka w bibliotece?  

—  Niech  czeka  —  odparł  markiz  i  szybkim  krokiem  wyszedł  z 

gabinetu.  

Diona  znów  znalazła  się  w  starym  dworze,  w  którym  przeżyła  z 

rodzicami  tyle  szczęśliwych  lat.  Dotarła  na  miejsce  w  południe. 

Podróż  trwała  długo,  gdyż  za  każdym  razem,  kiedy  zmieniali  konie, 

Diona 

pozwalała 

Syriuszowi 

trochę 

pobiegać. 

Właściciele 

przydrożnych  zajazdów  namawiali  ją,  aby  coś  zjadła  i  wypiła,  ale 

Diona nie czuła głodu.  

Natomiast z każdą milą oddalającą ją od Londynu, narastał w jej 

sercu  nieznośny  ciężar.  Wyobraźnia  przywoływała  wspomnienie 

urodziwej twarzy markiza i dotyku jego warg, które całowała ubiegłej 

background image

nocy.  Rozmyślała  o  cudownym  uczuciu  wzlatywania  do  gwiazd  i 

zjednoczenia ze wszechświatem — i ze sobą nawzajem.  

— Już nigdy nie będę szczęśliwa — szepnęła do siebie.  

Diona  bała  się  przyszłości.  Może  już  zawsze  będzie  musiała 

ukrywać  się  przed  stryjem.  W  jaki  sposób  ma  się  obronić,  by  nie 

wydał  jej  za  Simona?  Lecz  gdy  przekroczyła  próg  domu,  w  którym 

spędziła pogodne dzieciństwo, poczuła, jakby to ojciec i matka znów 

wzięli  ją  w  ramiona  i  pojęła,  że  ich  miłość  będzie  ją  nadal  chronić 

przed złem.  

Starzy  Briggsowie  ucieszyli  się  z  jej  przyjazdu  ogromnie.  Nie 

otrzymali  jeszcze  wiadomości  o  zmianie  sytuacji  majątkowej  Diony, 

więc  zasiadła  z  nimi,  jak  dawniej,  w  kuchni  i  długo  opowiadała  o 

kłopotach  i  smutkach,  których  zaznała  od  czasu,  gdy  ostatni  raz  się 

widzieli.  Znała  Briggsów  od  wczesnego  dzieciństwa  i  uważała  za 

członków  rodziny.  Gdy  usłyszeli,  w  jaki  sposób  stryj  Hereward 

usiłował  zmusić  ją  do  poślubienia  Simona,  wydawali  się  równie 

wstrząśnięci  i  przerażeni,  jak  z  pewnością  byliby  przerażeni  jej 

rodzice.  

— Od razu, kiedy zobaczyłam oczy tego młodego, wiedziałam, że 

coś  jest  z  nim  nie  w  porządku  —  oświadczyła  pani  Briggs.  — 

Wyglądał  jak  ten  biedny  Jake  ze  wsi,  co  to  zawsze  wszyscy  się  z 

niego śmiali i nazywali „głupkiem". Nikt nie pomyślał nawet, że może 

być czyimś mężem.  

—  Teraz  rozumiecie,  dlaczego  musiałam  się  ukrywać  — 

powiedziała smutno Diona.  

background image

Diona  miała  rację  przypuszczając,  że  stryj  odwiedzi  dwór 

Grantleyów  w  poszukiwaniu  zbiegłej  bratanicy.  Briggsowie 

opowiadali,  że  sir  Hereward  przybył  w  towarzystwie  lokaja, 

ogromnego  mężczyzny  o  srogim  wyglądzie,  który,  mimo  ich 

protestów, zrewidował cały dom.  

—  Panno  Diono,  to  była  obraza  i  despekt,  nie  ma  na  to  słów  — 

relacjonował stary Briggs, oburzony w najwyższym stopniu.  

—  Nie  przypuszczam,  żeby  stryj  Hereward  szukał  mnie  tutaj 

ponownie. Ale jeśli zrobi to, jestem gotowa ukryć się w lesie, albo w 

piwnicy, dopóki nie odjedzie.  

—  Nie  dopuścimy  do  tego,  kochanie  —  powiedziała  łagodnie 

pani Briggs. — Teraz idź na górę, przebierz się  w coś świeżego, a ja 

zabiorę się do przygotowania smacznego obiadu.  

Diona uczyniła to, co poleciła jej staruszka. Jednak nie poszła do 

siebie,  lecz  otworzyła  drzwi  do  sypialni  matki.  Pokój  był  uroczy. 

Wprawdzie  Grantleyowie  mieli  mało  pieniędzy,  ale  matka  Diony 

odznaczała się wyśmienitym gustem.  

Diona rozwarła okiennice i, kiedy światło słoneczne zalało pokój, 

przekonała  się,  że  Briggsowie  utrzymywali  wszędzie  nieskazitelną 

czystość.  Białe,  muślinowe  draperie  ocieniały  duże  łóżko,  w  którym 

sypiała  niegdyś  jej  matka.  Pościel  była  nadal  śnieżnobiała,  podobnie 

jak delikatna tkanina zdobiąca toaletkę.  

Przez otwarte okno napływał do pokoju oszałamiający zapach róż. 

Ojciec  ze  znawstwem  sadził  je  i  pielęgnował.  Znajoma  woń 

uzmysłowiła  Dionie,  że  rodzice  nadal  czuwają  nad  nią.  Atmosfera 

miłości, za którą tak tęskniła w pałacu stryja, znów ją otoczyła. Mimo 

background image

dręczącego smutku i rozpaczy, Diona poczuła ulgę. Była tu sama, nie 

musiała zważać na opinię innych, mogła więc wreszcie wypłakać swój 

żal i poczucie straty.  

— On ma zamiar się ożenić — powtarzała we łzach.  

Tęskniła za ramionami, których siłę i urok poznała ostatniej nocy. 

Czuła jego usta na swoich wargach i słyszała piękny, głęboki głos, od 

którego zamierało jej serce w piersiach.  

— Kocham go, kocham go — powtarzała na głos, jakby zwierzała 

się matce. — On wypełnia cały mój świat, niebo i ziemię... Nigdy nie 

pokocham nikogo innego...  

Zaszlochała i dodała:  

—  Mamo,  w  taki  sam  sposób  kochałaś  ojca,  teraz  to  rozumiem. 

Co mam teraz zrobić? Jestem całkiem sama.  

Poczuła  mokry  nos  Syriusza  na  dłoni.  Pies  usiłował  pocieszyć 

swoją panią. Objęła go i rzekła:  

— Teraz zostaliśmy sami, Syriuszu. Ja i ty. Sami. Musisz się mną 

opiekować, gdyż nikt inny tego nie uczyni...  

Siedziała  tak  w  sypialni  matki,  nie  zauważając  upływającego 

czasu.  Słońce  zaczęło  zachodzić  w  powodzi  czerwonego  blasku. 

Dopiero  wtedy  Diona  zorientowała  się,  że  już  zapada  zmierzch. 

Włożyła  szybko  czystą  suknię,  a  te  które  przywiozła  ze  sobą 

rozwiesiła, zupełnie jakby chciała pokazać je matce.  

Strój  podróżny  był  całkiem  zakurzony.  Odłożyła  go  na  bok. 

Trzeba  poprosić  panią  Briggs  by  później  się  nim  zajęła,  pomyślała. 

Biała,  ozdobiona  różyczkami  krepdeszynowa  suknia,  w  którą 

przebrała  się  Diona,  pochodziła  z  eleganckiego  sklepu  przy  Bond 

background image

Street.  Była  wykwintna,  a  zarazem  odpowiednia  dla  młodej 

dziewczyny,  najpiękniejsza  spośród  wszystkich,  jakie  Diona 

kiedykolwiek  posiadała.  Gdy  spojrzała  na  siebie  w  lustrze, 

dziewczyna  zrozumiała,  że  prosiła  o  tę  suknię,  aby  wydać  się 

ładniejszą  markizowi.  Teraz  nawet  najwspanialsza  kreacja  nie 

potrafiła wzbudzić jej zainteresowania.  

I  znów  myśli  wróciły  do  markiza.  Broniąc  się  przed  narastającą 

rozpaczą,  Diona  postanowiła  zejść  na  dół  do  Briggsów.  Miała 

nadzieję,  że  rozmowa  z  nimi  zaprzątnie  jej  uwagę  choćby  na  krótki 

czas.  

Była  już  na  schodach,  gdy  usłyszała  turkot  kół  na  podjeździe. 

Drzwi  wejściowe  o  tej  porze  dnia  stały  jeszcze  otworem  i  Dionę 

ogarnął  strach,  że  pomimo  zastosowania  tylu  środków  ostrożności, 

stryj ją właśnie odnalazł. Nawet jeśli to ktoś z miejscowych, myślała 

gorączkowo, ważne jest by nie wiedział, że jestem tutaj. Wieść o mnie 

mogłaby wszak dotrzeć do sir Herewarda.  

Owładnięta paniką, nie zdołała wymyślić nic innego, jak ukryć się 

za pierwszymi z brzegu drzwiami. To był gabinet ojca. Podobnie jak u 

markiza,  sceny  myśliwskie  i  półki  z  książkami  wypełniały  ściany. 

Wnętrze  tonęło  w  półmroku.  Diona  ruszyła  do  kąta,  gdzie 

spodziewała  się  znaleźć  duży  fotel,  za  którym,  w  razie  potrzeby, 

mogła  się  schować.  Przykucnęła  i  pełna  nadziei,  że  nikt  jej  tu  nie 

zdoła  dostrzec,  przytuliła  się  do  Syriusza,  dotknięciem  dłoni 

nakazując mu absolutną ciszę.  

Wkrótce  usłyszała  odgłos  otwieranych  drzwi.  Ktoś  wszedł  do 

sieni. Po krokach rozpoznała, że to był mężczyzna. Boże, jednak stryj 

background image

ją  odnalazł.  Ale,  w  jaki  sposób?  Zapewne  sir  Hereward  i  Simon 

rozpowiadali  we  wsi  o  majątku,  który  odziedziczyła,  a  miejscowi 

farmerzy,  w  najlepszej  wierze,  zrobili  wszystko,  by  pomóc  ją 

odnaleźć. Diona zaczęła się gorąco modlić, aby stryj, mimo wszystko, 

nie zorientował się, że ona tu jest.  

Nagle  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Przypomniała  sobie,  że  swój, 

ozdobiony  piórami  i  kwiatami,  kapelusz  rzuciła  niedbale  na  stół  w 

sieni. Zacisnęła palce na sierści Syriusza. Pies poruszył się i cichutko 

zawył. Diona syknęła, żeby go uciszyć i w tej chwili drzwi do pokoju 

otworzyły  się.  Zamarła  i  wstrzymała  oddech,  ale  Syriusz,  radośnie 

szczekając,  wyrwał  się  z  jej  ramion.  Podskakiwał  zachwycony  i 

merdał ogonem.  

— Diona?  

To  był  głos  markiza.  Wstała  i  zobaczyła  jego  sylwetkę  na  tle 

jasnego  prostokąta  drzwi.  Rzuciła  się  biegiem  przez  pokój,  prosto  w 

objęcia  Lenoxa  Irchestera,  a  on  przytulił  ją  mocno  i  całował,  jak 

poprzedniej nocy. Dla Diony nic już nie miało znaczenia, prócz tego, 

że znów należała do ukochanego mężczyzny. Wreszcie markiz zapytał 

zdławionym głosem:  

— Jak mogłaś uciec w taki sposób? Jak mogłaś opuścić mnie po 

tym, co powiedziałem ci ostatniej nocy?  

Diona  milczała,  więc  znów  ją  przytulił.  Miała  wrażenie,  że  leci 

wprost do nieba. Wreszcie odezwała  się cichym, lekko dosłyszalnym 

głosem:  

—  Zrobiłam  ci  krzywdę.  Skompromitowałam  cię,  mieszkając  w 

twoim domu w Londynie...  

background image

—  Skąd  ci  przyszły  do  głowy  takie  niedorzeczności?  —  zdziwił 

się markiz.  

—  Lady  Sybille...  Ona  właśnie  wyjaśniła  mi,  że  zamierzasz  ją 

poślubić.  

Markiz  złapał  Dionę  za  rękę  i  wyciągnął  z  ciemnego  pokoju. 

Wpadający  przez  okna  blask  zachodzącego  słońca  pozwolił  mu 

dostrzec delikatne rumieńce, ślady pocałunków i smutek w jej oczach. 

Ogarnęła  go  czułość  i  wzruszenie,  gdy  patrzył  na  maleńkie  usta  i 

jasnozłote włosy, lśniące niczym nimb wokół drobnej twarzy.  

Rzekł bardzo cicho:  

— Weź kapelusz, widziałem że leży na stoliku.  

Diona,  wstrząśnięta  spotkaniem,  stała  nadal  jak  skamieniała. 

Markiz  sięgnął  więc  po  kapelusz,  włożył  go  dziewczynie  na  głowę  i 

zawiązał  pod  brodą  wstążki.  Spoglądała  na  niego  spokojnie,  z 

miłością  której  nie  umiała  i  nie  chciała  już  nigdy  ukrywać.  Podali 

sobie ręce i wyszli.  

Powóz, którym przyjechał markiz pokryty był kurzem, lecz konie 

wyglądały  całkiem  rześko.  Stajenny,  krzątający  się  przy  powozie, 

uśmiechnął  się  do  Diony  i  dotknął  dłonią  kapelusza  na  powitanie. 

Rozpoznała  go,  gdyż  często  towarzyszył  swemu  panu,  i  również  się 

uśmiechnęła.  

Markiz  pomógł  jej  wsiąść,  potem  wziął  lejce,  usadowił  się  na 

miejscu  woźnicy  i  zaciął  konie.  Dopiero  gdy  wyjechali  na  polną 

drogę, Diona odzyskała głos.  

— Dokąd mnie zabierasz? — zapytała nieśmiało.  

— Do kościoła.  

background image

Spojrzała  na  niego,  jakby  się  przesłyszała.  Powtórzyła  ze 

zdumieniem:  

— Do kościoła?!  

—  Pobierzemy  się,  proboszcz  już  na  nas  czeka  —  odparł 

spokojnie Irchester.  

Diona  milczała,  ogłuszona  niezwykłym  biegiem  wydarzeń.  Po 

jakimś  czasie  w  oddali  ukazał  się,  zbudowany  z  szarego  kamienia 

kościółek. Diona znała go doskonale.  Każdej niedzieli chodziła tu na 

msze.  Tutaj  też  na  przykościelnym  cmentarzu  pochowani  byli  jej 

rodzice. W czasie podróży dziewczyna ochłonęła na tyle, by zapytać:  

— Ale jak możesz mnie poślubić?  

—  Zupełnie  po  prostu  —  odparł  markiz  radośnie.  I  natychmiast 

dodał:  —  Powinienem  był  zrobić  to  wcześniej.  Nie  chcę  więcej 

ryzykować, że mi znów uciekniesz!  

Zajechali przed bramę kościoła i markiz pomógł Dionie wysiąść.  

—  Czy  małżeństwo  ze  mną  przyniesie  ci  szczęście?  —  zapytała. 

— Naprawdę tego chcesz?  

Markiz zwrócił się do niej łagodnie:  

— Myślę, że oboje tego chcemy...  

Diona  spojrzała  mu  uważnie  w  oczy  i  zrozumiała,  że  miał  rację. 

Już teraz stanowili jedność.  

Markiz  ujął  Dionę  pod  rękę  i  wprowadził  ją  do  kościoła. 

Usłyszała  łagodny  dźwięk  organów.  Na  stopniach  ołtarza  czekał  na 

nich pastor. Parę lat temu zastąpił starego proboszcza, jej nauczyciela 

i  w  krótkim  czasie  zdołał  zaskarbić  sobie  przyjaźń  rodziny 

Grantleyów.  

background image

Markiz  powiódł  Dionę  wzdłuż  głównej  nawy  do  ołtarza.  Po 

chwili  obrządek  zaślubin  rozpoczął  się.  Wracali  polną  drogą  do  jej 

rodzinnego  domu.  Z  trudem  mogła  uwierzyć,  że  jest  mężatką.  Jak 

przez  mgłę  pamiętała  zdecydowane  słowa  markiza  i  własną,  złożoną 

drżącym  głosem  przysięgę.  Marzenie  stało  się  rzeczywistością. 

Muzyka  wypełniała  ich  serca.  Diona  czuła,  że  jej  rodzice  są  razem  z 

nią  szczęśliwi,  bo  pragnęli,  aby  ich  córka  przeżyła  tak  wspaniałe 

chwile.  

Jestem  zamężna,  myślała,  i  kocham  go  bardziej  niż  umiem 

wypowiedzieć. Nikt nie mógł mieć nigdy piękniejszego ślubu. Diona 

czuła  miłość  i  szczęście promieniujące  od  markiza.  Serce  biło  jej jak 

oszalałe. Nawet Syriusz zdawał się dzielić ich radość.  

Wierny dalmatyńczyk biegł za faetonem, gdy jechali do kościoła i 

przez  cały  czas  trwania  ceremonii  zaślubin  nie  odstępował  swojej 

pani. Gdy tak wspominała niedawne przeżycia, powóz zajechał przed 

dwór.  Markiz  wziął  Dionę  na  ręce  i  przeniósł  ją  przez  próg.  Syriusz 

biegł przed nimi.  

Weszli do bawialni. Pani Briggs zostawiła wszystkie okna otwarte 

i  dom  wypełniał  cudowny  zapach  kwiatów  z  ogrodu.  Markiz 

niespiesznie  rozwiązywał  wstążki  kapelusza  Diony.  Przez  moment 

patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Potem  schylił  się  nad  nią  i  pocałował  w 

czoło, w oczy, w usta. Całował ją tak delikatnie, że Dionie chciało się 

płakać ze szczęścia. Przytuliła się do niego z całej siły.  

— Jesteś moja. Moja, nigdy cię nie stracę...  

background image

—  Kocham  cię...  Kocham  cię...  —  odpowiedziała  mu 

oszołomiona.  —  Kocham  cię,  ale  chyba  nie  powinieneś  był  mnie 

poślubiać...  

—  Nigdy  przez  całe  moje  życie  nikogo  tak  nie  kochałem.  Moja 

najdroższa, moja śliczna, to było nieuchronne.  

Znów ją pocałował, a po chwili dodał:  

—  Żadne  z  nas  nie  potrafiłoby  już  żyć  bez  drugiego.  Jesteśmy 

jednością.  

— To właśnie czuję, ale nie wiedziałam, że i ty tak to odbierasz.  

Markiz uśmiechnął się.  

—  Wiem  o  tym  od  chwili,  gdy  cię  ujrzałem.  Walczyłem  z  tą 

miłością, gdyż sądziłem, że nie chcę nikogo poślubić...  

— ... Ale lady Sybille powiedziała...  

—  Zapomnij  o  niej  —  przerwał.  —  Ona  nie  ma  dla  mnie 

najmniejszego  znaczenia.  Myślę,  że  postąpiłem  głupio  zabierając  cię 

do Londynu, ale uczyniłem tak z uwagi na twoje dobro.  

— Z uwagi na moje dobro?  

— Tak. Jesteś bardzo młoda, słabo znasz świat. Postanowiłem dać 

ci  to,  co  nazywa  się  sportową  szansą.  W  ten  sposób  mogłaś  poznać 

innych  mężczyzn.  Gdybyś  zechciała,  mogłabyś  pokochać  któregoś  z 

nich.  

Diona krzyknęła z oburzenia:  

— Jak mogłeś coś podobnego pomyśleć? To oczywiste, że nigdy 

nie pokochałabym nikogo bardziej niż ciebie. To byłoby niemożliwe!  

— Tak. Popełniłem błąd i zostałem za to ukarany. Nie chciałbym 

już  nigdy  więcej  cierpieć  takich  męczarni  jak  ostatniej  nocy,  gdy 

background image

zorientowałem  się,  że  zostałaś  porwana,  albo  jak  dzisiaj,  gdy 

dowiedziałem  się,  że  uciekłaś.  I  to  tylko  dlatego,  że  lady  Malden 

opowiadała jakieś nonsensy.  

— To znaczy, że nie obiecywałeś lady Sybille małżeństwa?  

— Nigdy nie prosiłem o rękę żadnej kobiety, z wyjątkiem ciebie.  

Diona roześmiała się.  

— Mnie również nie prosiłeś! Dlatego, kiedy ona opowiadała, że 

macie  się  pobrać,  pomyślałam,  że  chciałeś  ukryć  mnie  w  jakimś 

małym domku na uboczu, gdzie bylibyśmy razem, ale nie jako mąż i 

żona.  

Markiz przytulił ją.  

—  Musisz  zapomnieć  o  złych  chwilach.  W  głupi  sposób 

próbowałem  obronić  źle  pojętą  wolność  i  niezależność.  Od  początku 

powinienem wiedzieć, że to przegrana bitwa.  

Markiz pomyślał, że wyraża się niezbyt jasno, więc dodał:  

—  Kocham  cię.  Moje  serce  tęskniło  za  tobą,  ale  jak  większość 

mężczyzn  obawiałem  się  związać  na  zawsze  z  jedną  kobietą,  która 

mogłaby mnie znudzić. Diona struchlała.  

—  A  co  się  stanie,  jeżeli...  ja cię  znudzę?  —  spytała  z  lękiem  w 

głosie.  

— Nie, najdroższa, to niemożliwe. Nigdy nie zdarzyło się, abym 

się  nudził  w  twoim  towarzystwie.  Gdy  byłaś  przy  mnie,  jedna 

dramatyczna  scena  następowała  po  drugiej.  Myślę,  że  teraz  jestem 

wręcz upoważniony do odpoczynku, czyli... Do miodowego miesiąca.  

— A gdzie spędzimy miodowy miesiąc?  

— Pojedziemy do Dover, a stamtąd popłyniemy moim jachtem.  

background image

Oczy Diony rozszerzyły się z zachwytu.  

— Dokąd? Powiedz, dokąd?  

— Popłyniemy tam, gdzie tylko będziesz sobie życzyła. Świat jest 

ogromny  i  znam  wiele  pięknych  miejsc, które  chciałbym  ci  pokazać. 

Będziemy  się  kochać,  a  gdy  wrócimy,  razem  podejmiemy  wspólne 

obowiązki.  

Diona zaczerpnęła tchu.  

—  To  brzmi  tak  cudownie,  cudownie!  Jesteś  pewien,  że  nie 

będziesz mną znudzony?  

— A oczekujesz tego po mnie? — zapytał z uśmiechem.  

— Nie, ale obawiam się, że...  

Markiz przerwał jej delikatnie.  

—  Zapomniałaś  już,  że  łączy  nas  nie  tylko  związek  uczuć,  ale  i 

myśli. Że ty potrafisz odczytać moje myśli, a ja twoje.  

—  To  znaczy,  że  naprawdę  słyszałeś  mnie  wtedy,  w  noc 

porwania?  

— Tak. I dzisiaj też — potwierdził markiz. — Jestem pewien, że 

podświadomie  wzywałaś  mnie,  choć  chciałaś  uciec  ode  mnie  jak 

najdalej.  

—  Byłam  absolutnie  przekonana,  że  masz  zamiar  poślubić  lady 

Sybille... Przeżyłam straszne chwile, chciałam umrzeć.  

Ostatnie słowa Diona wymówiła na tyle cicho, że ledwie zdołał ją 

dosłyszeć.  Ich  usta  spotkały  się.  Całował  ją  tak  długo,  aż  wszystko 

wokół stało się ciemnością. Czuła tylko zapach róż i słyszała muzykę 

w głębi serca.  

— Kocham cię... Kocham cię...  

background image

Nie była pewna, czy powiedziała to głośno, czy tylko pomyślała.  

 

Znacznie  później,  gdy  pokój  oświetlał  już  tylko  blask  gwiazd  i 

stojącego  wysoko  na  niebie  księżyca,  Diona  poruszyła  się  w 

ramionach markiza.  

— Nie śpisz? — wyszeptała.  

— Jestem zbyt szczęśliwy, żeby spać.  

— Naprawdę? Nie jesteś znudzony, rozczarowany?  

Roześmiał się.  

— Wątpię, czy kiedykolwiek mi się to przy tobie przydarzy! A ty 

moja najdroższa? Czy nie skrzywdziłem cię, ani nie uraziłem?  

Diona głęboko westchnęła.  

— Ach... Nie wiedziałam, że miłość jest taka cudowna!  

Pocałowała go w ramię i stwierdziła:  

—  Być  z  tobą,  to  jak  być  w  niebie.  Teraz  czuję  się  jeszcze 

szczęśliwsza.  I  cieszę  się,  że  tę  noc  mogliśmy  spędzić  w  domu 

wypełnionym  miłością  moich  rodziców,  że  mogliśmy  leżeć  w  ich 

łóżku. Oni byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie!  

—  Oprócz  nas!  —  poprawił  ją  markiz.  —  Jestem  przekonany, 

moja  śliczna,  że  żaden  mężczyzna  nie  może  się  nazwać  takim 

szczęściarzem  jak  ja.  Będę  walczył  mężniej  niż  wtedy,  gdy  byłem 

żołnierzem, aby cię chronić, abyś nie doznała żadnej krzywdy.  

Diona przytuliła się mocniej do niego.  

—  Kocham  cię,  mój  najdroższy...  Kocham  cię.  Kocham  cię  — 

szeptała  namiętnie.  —  Nie  znam  innych  słów,  prócz  tych  dwóch: 

kocham cię. Kocham cię!  

background image

—  I  one  mi  wystarczą.  To  właśnie  pragnę  usłyszeć.  Ale  możesz 

kochać  mnie  bez  słów.  Za  każdym  razem,  moja  najdroższa,  gdy 

dotykam twego ciała czuję, że wyznaje mi miłość. Za każdym razem, 

kiedy patrzę w twoje oczy,  widzę  w  nich wszystko, co chciałabyś mi 

wyznać.  

— Mówisz  właśnie to, o czym chciałam ci powiedzieć — rzekła 

cicho Diona. — Jesteś wspaniały, cudowny.  

— Chciałbym, najdroższa, chciałbym być cudowny. Teraz wiem, 

jak  wiele  szczęścia  dawali  innym  twoi  rodzice.  My  także  musimy 

kochać się podobną miłością.  

Diona lekko westchnęła.  

—  Jak  mogłam  kiedykolwiek  wątpić,  że  mama  i  ojciec  opiekują 

się mną nawet po śmierci? To oni skierowali moje kroki do Irchester 

Park.  Myślę,  że  od  samego  początku,  chociaż  budziłeś  we  mnie 

ogromny  respekt,  podświadomie  wiedziałam,  że  to  właśnie  ty  jesteś 

człowiekiem, z którym chcę spędzić resztę życia.  

Na chwilę przerwała, zaczerpnęła tchu i zapytała nieśmiało:  

— Czy nasze małżeństwo nie będzie miało negatywnego wpływu 

na  twoją  pozycję  społeczną?  Poślubiłeś  dziewczynę  z  niezamożnej 

rodziny.  

Markiz  wiedział,  że  Dionę  znów  gnębi  myśl  o  lady  Sybille. 

Odparł więc łagodnie, ale z naciskiem:  

—  Nie  jesteś,  moja  uwielbiana  żono,  jedyną  osobą  na  świecie, 

której  zdarzyło  się  ratować  ucieczką.  Pamiętasz,  że  kiedy  pojawiłaś 

się  w  Irchester  Park,  przybyłem  tam  właśnie  niespodziewanie  dla 

background image

służby.  Otóż,  musisz  wiedzieć,  że  wówczas  uciekłem  z  Londynu 

przed pewną kobietą, która próbowała złapać mnie w sidła...  

Nagle jego ton zmienił się.  

—  Ale  oczywiście,  tak  jak  i ty,  wierzę,  że  było  to  przeznaczenie 

wiodące  mnie  na  spotkanie  z  tobą.  Zwróciłaś  się  wtedy  do  mnie  o 

pomoc, właśnie wtedy...  

—  Och!  Naturalnie,  że  to  los,  przeznaczenie!  —  przytaknęła 

Diona.  —  No,  i  Syriusz.  Gdyby  nie  strącił  szklanki  brandy  stryja 

Herewarda...  I  gdyby nie obudził cię  wtedy, byś uchronił mnie przed 

małżeństwem z Simonem... Nie byłabym tutaj teraz...  

Markiz instynktownie przytulił ją mocniej, a Diona mówiła dalej:  

—  To  była  ekscytująca,  frapująca,  niezwykła  historia.  Mam 

wrażenie,  że  przeczytałam  o  niej  w  książce,  a  nie  przeżyłam 

naprawdę...  

— A może powinnaś napisać o tym książkę? A na pewno kiedyś 

opowiemy ją naszym dzieciom.  

W ciemności markiz nie mógł dostrzec rumieńca, który wypłynął 

na policzki Diony, ale wyczuł jej konsternację. Diona wtuliła twarz w 

ramię męża. Usłyszał jej stłumiony głos.  

— Czy sądzisz, że teraz zostało poczęte nasze dziecko?  

Markiz uśmiechnął się zanim odpowiedział:  

— Jeśli chcesz, możemy zrobić to dla pewności jeszcze raz.  

— Aż do tej... chwili... nie wiedziałam... skąd się biorą dzieci... — 

mówiła  urywanym  głosem.  —  To  jest...  coś  cudownego....  nie  chcę 

tylko  jednego...  Chcę  mieć  kilkoro  dzieci...  Czy  możesz,  bardzo 

proszę, kochać się ze mną dalej?  

background image

—  Moja  śliczna,  mogę  cię  kochać,  przytulać,  pieścić,  dopóki 

gwiazdy nie zgasną na niebie, dopóki księżyc nie zajdzie.  

Jego  usta  wędrowały  po  miękkiej  skórze  żony,  delikatnie  gładził 

jej  ciało.  I  znów  poczuła,  że  ogień  zapłonął  w  jej  piersiach  i  na  jej 

wargach.  Aż  wreszcie  poddała  się  i  bez  reszty  pogrążyła  w  radości  i 

zapomnieniu.  To  było  boskie  uczucie  i  wiedziała,  że  Bóg  błogosławi 

ich szczęściu.  

Namiętność  ogarnęła  ich  swoim  płomieniem  i  stali  się  jednością 

ciała i duszy. Na wieczność.