background image

Margaret Moore 

Tajemnica 

jednej nocy 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Lady Bodenham, która z wdziękiem opadła na sofę 

w swoim bogato udekorowanym salonie, spojrzała ba­
dawczo na księcia Deighton. 

- No cóż, kuzynie - zauważyła, marszcząc brwi z ma­

cierzyńskim zatroskaniem - muszę powiedzieć, że wło­
skie powietrze ci służy, choć jesteś dość opalony. 

Wypowiadając kolejne słowa, delikatnie uderzała Ga­

lena w ramię wachlarzem z kości słoniowej. 

- Naprawdę, dość opalony. 
Na szczęście była tak szczupła, że wydawała się całko­

wicie pozbawiona mięśni, wskutek czego uderzenia 
wachlarzem przypominały zaledwie muśnięcia gęsiego 
puchu. 

Tymczasem znane ze zmysłowości wargi księcia 

Deighton wygięły się w uśmiechu - równie znane było 
ironiczne poczucie humoru Galena. Spokojnie popatrzył 
na kuzynkę. 

Eloise miała na sobie nader wyszukaną toaletę- można 

powiedzieć, że ozdobiła własną osobę z taką samą dbało­
ścią jak duży salon, który stanowił niegdyś część średnio­
wiecznego opactwa. Rodzina Eloise weszła w posiadanie 

background image

tego opactwa za panowania króla Henryka VIII Tudora 
i od tego czasu bez przerwy poddawała je renowacjom -
raz z większym, a raz z mniejszym smakiem. 

Dziś wieczorem Eloise prezentowała się towarzystwu 

w bogato przybranej muślinowej sukni z podniesionym 
stanem. Niestety, jasnozielony kolor tkaniny wydobywał 
bladość cery Eloise. Włosy, które nigdy nie grzeszyły ob­
fitością, zostały spiętrzone w nad wyraz skomplikowaną 
fryzurę, na której widok Galen aż się skrzywił. 

- Z pewnością zbyt długo żyłeś jak wieśniak - mówiła 

dalej Eloise, nie kryjąc zniecierpliwienia. 

- Jeżeli już, to jak nader bogaty i leniwy wieśniak -

odrzekł Galen tonem lekkim, jeżeli nie wręcz żartobli­
wym, a zaraz potem zapytał: - Czy tylko takie zmiany we 
mnie dostrzegasz? 

- A co jeszcze miałabym dostrzec? Tatuaż albo coś 

równie okropnego? - zdziwiła się nieco zaskoczona 
Eloise. 

Galen nie miał pojęcia, dlaczego zadał sobie trud, żeby 

o to zapytać. Eloise przecież nigdy nie odznaczała się spo­
strzegawczością. 

Jednak w kwestii jego wyglądu miała najzupełniejszą 

rację. Poza tym że się opalił i że przybyło mu kilka zmar­

szczek wokół oczu, nie zmienił się zewnętrznie od czasu, 
gdy przed dziesięcioma laty opuścił Anglię. 

Galen westchnął i zaczął przyglądać się gościom. Było 

to zwykłe zgromadzenie przyjaciół i pochlebców korzy­
stających z gościnności jego towarzyskiej kuzynki. Jak się 

background image

można było spodziewać, niektóre z kobiet, nagle zarumie­
nione, odwracały od niego wzrok. 

No cóż, najwidoczniej opinia, jaką się kiedyś cieszył, 

wciąż żyła własnym życiem. 

Uświadomił to sobie już wcześniej, wkroczywszy do 

klubu, zaraz po powrocie. Powitały go tam bowiem zna­
czące uśmieszki i żarciki. Do jego. uszu dotarły złośliwe 
uwagi, że teraz powinno się trzymać żony i siostry pod 
kluczem. 

Dziesięć lat temu Galen nawiązywał i kończył romanse 

pod wpływem chwilowego kaprysu, był bowiem najbar­
dziej aroganckim, bezczelnym i wytrawnym uwodzicie­
lem, jakiego można sobie wyobrazić; mężczyzną znajdu­

jącym się niemal na łasce własnych żądz, nie przestrzega­
jącym żadnych zasad moralnych - aż do chwili gdy pewna 

noc, jedna, jedyna noc, odmieniła jego życie. 

- Wyznaję, że nie mogę zrozumieć, dlaczego przez 

ostatnie dziesięć lat mieszkałeś za granicą - usłyszał sło­
wa wypowiedziane przez kuzynkę tonem lekkiej urazy. 

Galen odczuł wielką pokusę, by wyznać, że dlatego, iż 

woli włoskich wieśniaków od swojej rodziny, a także od 
całej brytyjskiej arystokracji. Powstrzymał się jednak. Jest 
w końcu gościem Eloise, i to z własnej nieprzymuszonej 
woli - nikt go tu nie trzymał, szantażując pistoletem przy­
tkniętym do skroni. 

- Lubię Włochy - powiedział zdawkowo. 
- Może powinieneś tam zostać - zasugerowała Eloise, 

najwyraźniej urażona jego niefrasobliwym tonem. 

background image

- Zostałbym, gdyby nie umarł mój ojciec - odparł spo­

kojnie. 

Eloise zarumieniła się, a on - chcąc oszczędzić jej za­

kłopotania z powodu gafy, którą popełniła - ciągnął tym 

samym tonem: 

- Wróciłem z powodu śmierci ojca. Jednakże, droga ku­

zynko, nie zapytałaś mnie, dlaczego w Anglii pozostałem. 

- Musisz się zająć majątkiem - zauważyła Eloise, a po 

chwili dodała domyślnie: - Albo, jak przypuszczam, 
w grę wchodzi jakaś kobieta. 

- Nie, wcale nie muszę zajmować się majątkiem. Może 

to robić Jasper, całkiem bez mojego udziału - odrzekł Ga­
len, wymieniając imię zarządcy dóbr. - Masz rację, za tym 
wszystkim rzeczywiście kryje się kobieta - dodał, przysu­
wając się do kuzynki i zniżając głos do konfidencjonalne­
go szeptu. 

Eloise, zżerana ciekawością, otworzyła szeroko oczy. 
- Postanowiłem poszukać sobie żony - oznajmił 

melodramatycznie Galen. 

- Co?... Co takiego? - zapytała, jąkając się ze zdumie­

nia. 

- Postanowiłem poszukać sobie żony - powtórzył. -

Kobiety, z którą spędzę resztę moich dni i która da mi po­
tomka. Powróciłem, żeby się ożenić. 

- Nie wierzę... Nie rozumiem... - bąkała, nadal zde­

tonowana Eloise. 

Galen zmarszczył brwi. 

- Czy mam wezwać lokaja z solami trzeźwiącymi, ku-

background image

zynko? - zapytał. - Albo ze szklanką wody? Wyglądasz 
tak, jakbyś miała za chwilę zemdleć. 

- Nie! Nie! - zaprotestowała gwałtownie. - Nic mi nie 

jest. Doznałam po prostu wstrząsu! Jestem zaskoczona! 

Co mówię, zachwycona! Ty chcesz się ożenić! - Wyrzu­
cając z siebie te słowa, błądziła równocześnie wzrokiem 
po salonie. - Mam! - zawołała nagle, jak ktoś, kto doko­
nał wielkiego odkrycia. Zapewne tembr głosu Archimede-
sa, gdy ten wołał: „Eureka", brzmiał podobnie. Dyskret­
nym ruchem wachlarza wskazała młodą kobietę ubraną 
w suknię w kolorze dziewiczej bieli, przepasaną różową 
szarfą. W lśniące czarne włosy, które kontrastowały ze 
świeżą brzoskwiniową cerą, miała wplecioną różę. Długą 
szyję otaczał stosunkowo skromny, cienki złoty łańcuszek. 
- To lady Mary, córka hrabiego Pillsborough - szepnęła 
Eloise. - Jest właścicielką ogromnego majątku. A ponad­
to, jak widzisz, nie brak jej urody. 

Być może, pomyślał Galen bez zbytniego entuzja­

zmu. Obcował z wieloma pięknościami, blondynkami, 
rudymi i czarnowłosymi. Postanowił ożenić się z kobie­
tą, z którą będzie łączyło go coś więcej niż tylko pociąg 
fizyczny. 

- Odebrała także staranne wychowanie - mówiła dalej 

Eloise. - Potrafi grać na fortepianie, śpiewać i ślicznie 

szydełkuje... 

- Ależ, droga kuzynko, nie miałem zamiaru wybierać 

narzeczonej już dzisiaj - wpadł jej w słowo Galen, oba­
wiając się, że za chwilę dojdzie do zaręczyn. 

background image

Eloise zmarszczyła brwi. 
- Wiesz, że nie jesteś już taki młody. Przekroczyłeś 

trzydziestkę. 

Galen wiedział o tym aż nadto dobrze, bo od czasu po­

wrotu do Anglii przypominali mu to niemal wszyscy -
różni krewni, a zwłaszcza krewne, zatroskane tym, że na­
dal tkwi w kawalerskim stanie, a także przyjaciele i kom­
pani z klubu. 

- Zdaję sobie sprawę - odpowiedział więc kuzynce - że 

zmarnowałem już dość czasu, ale miałem swoje powody. 

- Czy tak? 
- Prywatne i osobiste powody, kuzynko - dodał Galen 

ze znaczącym naciskiem. 

Zmarszczka między brwiami Eloise pogłębiła się. 
- Potrzebuję twojej rady - mówił dalej pospiesznie, bo 

rzeczywiście potrzebował rady, ale również chciał jakoś 
zrekompensować kuzynce to, że wprawił ją w zakłopota­
nie. - Nie chciałbym ulec czarowi jedynie pięknej buzi 
czy wykwintnych manier. Pragnąłbym znaleźć osobę nie 
tylko ładną i starannie wychowaną, ale także taką, która 
by mi odpowiadała pod wieloma innymi względami. 

Eloise uśmiechnęła się rozpromieniona. 

- Będę zachwycona, mogąc ci pomóc, kuzynie, po 

prostu zachwycona! 

- Jak to? Czy pod tym dachem znajduje się ktoś, kto 

ma ładną buzię i wykwintne maniery, a nie jest osobą dla 
mnie właściwą? Droga kuzynko, powiedz, kto to taki, bo 
zżera mnie po prostu ciekawość. 

background image

- Właściwie tak, jest tu taka kobieta - odrzekła z na­

mysłem Eloise. - Ale jest ona osobą niewłaściwą nie z po­
wodów, których mógłbyś się domyślać, ani też z takich, 
o jakich może plotkować towarzystwo. Jest to osoba bar­
dzo mi droga. Przyjaciółka z lat szkolnych. 

Galen pamiętał Eloise z tamtych czasów - zawołaną 

śmieszkę, podlotka skorego do różnych psikusów, otoczo­
nego wianuszkiem podobnych do siebie przyjaciółek. 

Znana była zwłaszcza z tego, że lubiła płatać różne zło­

śliwe figle młodym, przystojnym kuzynom. W związku 
z tym drżeli na jej widok. Jeżeli ta przyjaciółka przypo­
mina moją kuzynkę z czasów szkolnych, pomyślał Galen, 
to ostrzeżenie jest całkiem niepotrzebne. I tak się nią nie 

zainteresuję. 

- Kobieta, o której mówię, jest wdową - kontynuowa­

ła Eloise. - Jej mąż zmarł dwa lata temu, a ona od tego 
czasu wiedzie życie pustelnicy. Dlatego nie pokazywała 

się u mnie bardzo długo i odwiedziła mnie dopiero teraz. 

- Nie widzę tu żadnej damy w czerni - zauważył Ga­

len, rozejrzawszy się po salonie. 

- Bo jeszcze nie przybyła - odrzekła Eloise. - Powin­

na jednak niedługo zejść. Uczyni to z pewnością, chyba 
że jej mała córeczka coś nabroiła. Moja przyjaciółka 
uwielbia bowiem swoje dziecko i wydaje mi się, że je za­
nadto rozpieszcza. 

- Mam nadzieję, że doradziłaś jej, jak nie dopuścić do 

rozpuszczenia dziecka - zauważył Galen, uśmiechając się 
dyskretnie. 

background image

Wiedział bowiem, że Eloise ma, jak na kobietę bez­

dzietną, nader zdecydowane poglądy w kwestii wychowa­
nia dzieci. 

- Oczywiście, kuzynie, ale wątpię, czy ona mnie po­

słucha. Jest osobą bardzo upartą. Zawsze taka była. 

- Sytuację więc mamy jasną. Postanowiłem unikać 

upartych kobiet, a uparte wdowy, na dodatek obarczone 
dziećmi, napawają mnie wprost przerażeniem. 

- Proszę cię, nie mów takich rzeczy przy mojej przy­

jaciółce. Na pewno się zgorszy. 

- Za nic nie chciałbym wywołać niczyjego zgorszenia 

- zapewnił Galen z powagą, po czym dodał: - Obiecuję 
ci solennie -jak tylko zostaniemy sobie przedstawieni, za­
cznę twoją owdowiałą przyjaciółkę ignorować. 

Eloise nie wyczuła ironii w jego głosie. 
- O, z całą pewnością nie mogę na to liczyć! - po­

wiedziała. - Wszyscy wiedzą, że nie jesteś w stanie zo­
stawić w spokoju żadnej ładnej kobiety, żadnej z nich 
nie przepuścisz. Ostrzegam, nie flirtuj z moją przyja­
ciółką, bo to sprawi, że natychmiast ucieknie do Jefford. 
Słyszała o tobie i obawiam się, że... - Eloise zarumieniła 
się. - Obawiam się, że opisałam cię w nader żywych 

barwach. 

Galen mógł sobie wyobrazić, jak kuzynka przedstawiła 

jego życie sprzed wyjazdu z Anglii. Wdowa z pewnością 

sądzi, że mam rogi i ogon, pomyślał. 

- Oczywiście nie jest ona już taka ładna jak kiedyś. 
- Czy śmierć męża wpłynęła tak bardzo na jej urodę? 

background image

- Była tą śmiercią wprost zdruzgotana. Szczerze mó­

wiąc, jej mąż wydawał mi się trochę dla niej za sta­
ry. Uwielbiał ją jednak i szalał z radości, kiedy urodziło 
im się dziecko. Cieszył się niezmiernie, choć to tylko 
córka. 

Eloise przysunęła się do Galena, który z niejaką przy­

krością poczuł, że owiewa go ciężki zapach jej perfum, 
i ciągnęła dalej konfidencjonalnie. 

- Jej szwagier i szwagierka nie posiadali się ze złości. 

Przez całe lata spodziewali się, że odziedziczą pieniądze, 
a tu nagle on nie tylko się ożenił, ale także urodziło mu 
się dziecko. Dziewczynka dziedziczy główną część mająt­
ku, a jej matka ma rentę pochodzącą z odsetek. Szwagro-
stwu dostała się jedynie niewielka kwota. Słyszałam, że 
chcieli nawet, aby wszczęto śledztwo w sprawie przyczy­
ny zgonu Daniela Davis-Jonesa. 

- Czy śmierć tego dżentelmena była aż tak tajemni­

cza? - zapytał zaintrygowany Galen. 

- No cóż... Trzeba przyznać, że istotnie była dość 

nagła. Jednak lekarz wyraził absolutną pewność, że 
spowodowało ją zapalenie płuc. Jak można było nawet 
pomyśleć, że moja biedna przyjaciółka posunęłaby się 
do... 

- Zabójstwa? 
- Nawet nie wypowiadaj tego słowa! - zaprotestowała 

Eloise, naprawdę przerażona. - Kiedy ją poznasz, przeko­
nasz się, że to niemożliwe. Ta kobieta jest najłagodniej­
szym stworzeniem pod słońcem! 

background image

- Sama zasugerowałaś mi takie przypuszczenie - za­

uważył Galen. - Ale, ale... skąd to wszystko wiesz? 

- No cóż, Galenie, mam swoje sposoby, potrafię się 

różnych rzeczy dowiedzieć. 

Oczywiście, miała swoje sposoby. Wydawała przyjęcia, 

nieustannie rezydowali w jej domu goście, jeździła do 

wód - do Bath i Baden-Baden - i prowadziła obfitą kore­

spondencję. Skupiła wokół siebie licznych plotkujących 
przyjaciół i potrafiła zbierać informacje zręczniej i lepiej 
niż rządowe służby specjalne. 

- Och, zdaje mi się, że popełniłam poważny błąd - po­

wiedziała teraz. - Wygląda mi bowiem na to, że jesteś tą 
kobietą zainteresowany. 

- Ależ nie - zaprzeczył Galen. - Nie ciekawią mnie 

dawne plotki, a poza tym zapewniam cię, droga kuzynko, 
że wdowy z dziećmi nie wydają mi się w najmniejszym 
stopniu atrakcyjne. 

- To dobrze. A teraz chodź, przedstawię cię lady Mary 

- powiedziała Eloise i skinieniem głowy dała znak młodej 
kobiecie znajdującej się w drugim końcu salonu. 

- Potrzebuję chyba trochę czasu na pozbieranie myśli 

przed tym doniosłym wydarzeniem - odrzekł Galen, czę­
ściowo zgodnie z prawdą. - Wybacz, kuzynko, ale zanim 
mnie przedstawisz tej młodej damie, wybiorę się na krótki 
spacer po twoim pięknym ogrodzie. 

Zanim Eloise zdążyła zaprotestować, odwrócił się 

i wyszedł na taras. Obejrzawszy się przez ramię, przeko­
nał się, że Eloise nie idzie za nim, i odetchnął z ulgą. 

background image

Z przyjemnością zaczerpnął świeżego powietrza, uwal­

niając się od zapachu perfum, pomady do włosów i pudru 
do peruk - gdyż niektórzy z gości Eloise nosili peruki. 

Powinien wiedzieć, że w Potterton Abbey natknie się 

na tłumy. Przez dziesięć lat zdążył jednak zapomnieć, że 

jego kuzynka uważa, iż dom świeci pustkami, jeżeli znaj­

duje się w nim mniej niż dwadzieścioro gości. 

Ten ścisk go irytował, a poza tym, ujawniwszy świato­

wej kuzynce swój plan, Galen zaczął czuć się tak, jakby 
miano go wystawić na licytację. Oddychając świeżym po­
wietrzem ogrodu, pomyślał, że mógłby powiesić na szyi 
tabliczkę z napisem: „Do sprzedania: książę, w stanie 
z lekka używanym". 

Zatrzymał się i rozejrzał wokół. Eloise bywała czasami 

nieznośną plotkarką, ale musiał przyznać, że ogród ma 
piękny, i wie, jak o niego dbać. Galen, wdychając głęboko 
powietrze, czuł tu zapachy, jakie można spotkać wszędzie, 
na przykład zapach wilgotnych liści, ale także takie - ulot­
ne i tajemnicze - po których poznawał nieomylnie, że 
znajduje się w swojej ojczyźnie, w Anglii. 

Czy jest na świecie zieleń mogąca się równać z zielenią 

angielskiej wsi? - pomyślał. 

Szybkim krokiem ruszył w stronę pobliskiej kępy 

krzewów. Teoretycznie krzewy w ogrodzie miały repre­
zentować naturę w stanie dzikim. Jednak Eloise pozwa­
lała naturze na dzikość w stopniu nie większym niż włas­
nemu mężowi na kłótnie czy dyskutowanie podczas gry 
w wista. 

background image

Mimo to kępa krzewów była kępą krzewów, obiecywa­

ła, że Galen - znalazłszy się w jej środku - może liczyć 
na nieco prywatności. Obserwując go teraz, można by mu 
zarzucić, że unika ludzi, że chowa się przed towarzy­
stwem, lecz on o to nie dbał, chciał pobyć sam wśród ciszy 
i zieleni. 

- Proszę pana! - rozległ się nagle jakiś głosik. 
Zaalarmowany tym ostrzegawczym okrzykiem Galen 

schylił głowę, koło której przeleciało coś w rodzaju pocisku. 

- Co, do diab...! - wyrwało mu się; powstrzymał jed­

nak przekleństwo. 

- Bardzo przepraszam! - zawołała dziewczynka, która 

wybiegła spomiędzy krzewów i dogoniła toczącą się po 
ziemi piłkę. 

Podniosła piłkę i przystanęła, rumieniąc się i patrząc na 

Galena błyszczącymi, błękitnymi oczami. Na jej czoło 
opadała burza ciemnych loków. 

- Nie wiedziałam, że ktoś tu jest, i kopnęłam piłkę -

tłumaczyła się głosikiem dźwięcznym i przepraszającym. 

Galen pomyślał, że może mieć lat osiem -jeżeli jest wy­

soka na swój wiek - albo nawet dwanaście -jeżeli jest niska. 
Była dobrze ubrana w ciemny, pozbawiony ozdób strój, któ­

ry znamionował żałobę i który uszyto z porządnego, drogie­
go materiału. Dzięki temu Galen zorientował się, że dziew­
czynka musi być dzieckiem kogoś spośród gości Eloise. 

Zrobiło mu się przykro na widok małej dziewczynki 

w żałobie. Powinna nosić raczej coś jasnego, pastelo­
wego, ozdobionego kolorowymi kwiatami. 

background image

Galen zaczął się zastanawiać, czy nie jest to przypad­

kiem córka przyjaciółki, o której opowiadała mu kuzynka, 
owej upartej wdowy. 

Jeżeli tak, to Eloise nie miała racji, twierdząc, że dziec­

ko jest zanadto rozpieszczane. Galen znał dobrze rozpu­

szczone, nieznośne bachory, a ta dziewczynka bardzo się 
od nich różniła. Potrafiła przeprosić, w przeciwieństwie 

do jego najmłodszego brata przyrodniego, który z całą 
pewnością wyprawiałby brewerie, gdyby ktoś przeszko­
dził mu w zabawie, tak jak on tej małej. 

- Nic się nie stało, moje dziecko - powiedział. 
Uśmiechnął się przy tym szczerze i serdecznie, co było 

u niego ewenementem, bo choć uśmiech gościł często na 

jego twarzy, to uśmiech szczery i serdeczny pojawiał się 

doprawdy rzadko. 

- Miło mi dowiedzieć się, że tym razem nie byłem ce­

lem umyślnego ataku - dodał żartobliwie. 

Dziewczynka popatrzyła na niego szeroko otwartymi 

oczami, ściskając piłkę. 

- To znaczy, że był pan kiedyś w życiu celem umyśl­

nego ataku? - zapytała z podziwem. 

- Kilka razy - odrzekł Galen ze smutkiem. 

Niekłamany zachwyt odmalował się na twarzy dziew­

czynki. 

- Mówiąc całkiem szczerze - dodał - bronią, którą 

mnie atakowano, były słowa, a nie szpada. 

Twarz dziewczynki wyrażała teraz zawód, a Galen po­

czuł nagle, że traci w jej oczach. 

background image

- Pozwól, że ci się przedstawię - powiedział. - Jestem 

książę Deighton - dodał oficjalnie, składając przepisowy 
ukłon. 

Z zadowoleniem dostrzegł, że na twarz jego małej roz­

mówczyni powraca wyraz zachwytu. Dziewczynka dyg­
nęła z ogromnym wdziękiem. 

- A ja się nazywam panna Jocelyn Davis-Jones -

oznajmiła z powagą. 

- Jak się pani miewa, panno Davis-Jones? 
- Bardzo dobrze, Wasza Wysokość. 
Zaimponowało mu, że zna etykietę, że wie, jak się do 

niego zwracać. 

- Czy jesteś tutaj sama? - zapytał, rozglądając się 

w poszukiwaniu innych dzieci. 

- Tak - odrzekła tonem pełnym urazy. 
Musiała przy tym zauważyć, że jej rozmówca jest zain­

trygowany, bo pospiesznie wyjaśniła: 

- Inni nie chcieli iść do ogrodu, więc wyszłam sama. 

Umiem się sama bawić. 

- To godna podziwu niezależność, panno Davis-Jones 

- skomentował Galen to stanowcze oświadczenie. 

- Wolałabym być w domu. Nie podoba mi się tutaj -

mówiła dalej, równie stanowczo. 

- Przykro mi to słyszeć. 
Dziewczynka oblała się rumieńcem. 
- Lady Bodenham jest bardzo miła, jej rezydencja jest 

wspaniała, a kucharka robi pyszne puddingi, ale ja tęsknię 
za własnym domem. 

background image

- Ja też - wyznał szczerze Galen. - Mój dom jest bar­

dzo daleko stąd, we Włoszech. 

- Jest pan Włochem? - zapytała, marszcząc czoło. 
Pokręcił głową przecząco. 
- Nie, ale mieszkałem we Włoszech przez dziesięć lat 

i uważam, że tam jest mój dom. 

Rzeczywiście, jego włoska willa była mu bliższa niż 

rodowa siedziba w Anglii. 

- Wydaje mi się, że powinnam już pójść na herbatę -

oznajmiła panna Davis-Jones. 

- Chyba jeszcze nie czas - odrzekł Galen i kiwnął gło­

wą, patrząc na piłkę, którą trzymała w ramionach. - Daw­
no nie grałem w piłkę. Dasz mi szansę? 

Jocelyn Davis-Jones przechyliła głowę i przyjrzała mu 

się sceptycznie. A on uświadomił sobie w tej chwili, że -
sam nie wiedząc dlaczego - bardzo pragnie, żeby dziew­
czynka go polubiła. 

- Może pan pobrudzić sobie ubranie - zauważyła re­

zolutnie. 

Galen podejrzewał, że często słyszała tego rodzaju 

ostrzeżenia. 

- Jestem gotów pogodzić się z konsekwencjami - oz­

najmił odważnie. 

Został za to nagrodzony uśmiechem. Następnie dziew­

czynka położyła piłkę na ziemi i - podczas gdy on zasta­
nawiał się, czy jej loki są naturalne - kopnęła ją nagle 
w jego stronę. 

Galen uskoczył zgrabnie, a potem zatrzymał piłkę nogą 

background image

i kopnął ją w stronę Jocelyn, po czym przykucnął w ocze­
kiwaniu, nie zwracając uwagi na to, że pogniotą mu się 
spodnie i że jego lokaj może czynić mu wyrzuty. 

Dziewczynka poruszała się szybko i zgrabnie. Piłka zna­

lazła się natychmiast przed jej nogami. W chwilę później to­
czyła się w stronę Galena, który niezgrabnie wystawił nogę, 
by ją zatrzymać. 

Po czym z okrzykiem, upadł na ziemię. 
- Czy coś się panu stało?! - zawołała Jocelyn, najwi­

doczniej zaniepokojona. 

. - Nie - wymamrotał w odpowiedzi i, schwyciwszy 

piłkę, stanął na nogi tak szybko, jak pozwoliły mu na 
to jego kondycja trzydziestolatka i z lekka naciągnięty 
mięsień. 

Podrzucił piłkę i kopnął ją mocno. Piłka poszybowała 

w stronę dziewczynki, która rzuciła się w jej kierunku. 
Tymczasem Galen skorzystał z przerwy, by otrzepać 
spodnie zazielenione od trawy. 

A potem podniósł wzrok i pędem ruszył na otwartą prze­

strzeń, by zatrzymać piłkę wyrzuconą w powietrze energi­
cznym kopniakiem. Zdążył i, z okrzykiem tryumfu, posłał 
z powrotem ku dziewczynce. 

Zanim jednak ta zdołała do niej dobiec, piłka zniknęła 

między krzewami. Jocelyn schyliła się, zaglądając pod 
zwisające gałęzie. 

- Nie widzę jej! - zawołała. 

Galen pospieszył dziecku z pomocą. 
Oboje, zgięci wpół, zaglądali właśnie pod gałęzie krze-

background image

wów, gdy usłyszeli miły kobiecy głos wołający dziew­
czynkę po imieniu. 

Jocelyn wyprostowała się. 
- To moja mama - powiedziała. - Pewnie już czas na 

herbatę. - Popatrzyła zmartwiona na krzewy, wśród któ­
rych zaplątała się jej ulubiona zabawka. - Będzie zła, że 
zgubiłam piłkę. 

- Zostanę i poszukam - zaproponował rycersko Ga­

len. - Musi przecież gdzieś tutaj być. Choć dałem jej po­
rządnego kopniaka. 

- To był oszukańczy kopniak, bo inaczej zatrzymała­

bym piłkę - oznajmiła Jocelyn. 

- Piłka poleciała dokładnie tam, gdzie zamierzałem ją 

skierować. To znaczy poleciała we właściwą stronę - od­

rzekł Galen obronnym tonem. 

Wyraz twarzy Jocelyn świadczył o tym, że dziewczyn­

ka ma co do tego wątpliwości. 

- Chciał pan, żeby zniknęła w krzakach? 
- Nie, oczywiście, że nie. Celowałem w ciebie. 
- Ale ja byłam tam! 
- No cóż... - Galen nie mógł powstrzymać się od 

śmiechu. - Dobrze, nie za bardzo celnie kopnąłem. Ale ty 

biegłaś w tamtą stronę, prawda? 

- Jocelyn?! - rozległo się znowu wołanie. 

Galen i jego nowa przyjaciółka odwrócili się i nie­

opodal zobaczyli młodą kobietę, która patrzyła na nich 
pytająco. 

Galena zalała gwałtowna fala sprzecznych emocji. Ra-

background image

dość, konsternacja, gniew i podniecenie niemal pozbawiły 
go tchu. 

Zrobił krok do przodu, w jej stronę, ale zaraz się poha­

mował i stanął w miejscu. 

Nie chciał tej kobiety już nigdy oglądać. Przez dziesięć 

ostatnich lat miał nadzieję, że jej więcej nie spotka. Dobry 
Boże, dlaczego musi ją znów widzieć? Dlaczego musi 
przeżywać to znów? 

Upłynęło dziesięć lat, jednak Verity Escombe nie zmie­

niła się prawie wcale. Miała te same błękitne oczy o py­
tającym spojrzeniu, które odziedziczyła po niej córka, i te 

same usta, z lekka rozchylone, jakby chciały zadać pyta­
nie albo oczekiwały pocałunku. Smukła, gibka figura na­

brała nieco krągłości, prawdopodobnie z powodu macie­
rzyństwa, nie na tyle jednak, by nie można jej było nadał 
nazwać szczupłą. 

Galen zauważył czarną suknię z podwyższonym sta­

nem, uszytą zgodnie z tym, co nakazywała moda. Cienki, 
czarny koronkowy szal spowijał szczupłe ramiona. Jasno­
brązowe włosy tworzyły prostą fryzurę. Verity nie nosiła 
rękawiczek. 

Galen spojrzał szybko na jej lewą dłoń i zauważył ob­

rączkę. 

- Mamusiu, to jest książę Deighton - oznajmiła Joce­

lyn, podbiegając do matki i biorąc ją za rękę, po czym po­
prowadziła matkę ku swemu nowemu przyjacielowi. -
Graliśmy w piłkę. 

Galen spojrzał na dziecko, które patrzyło na niego uf-

background image

nymi, pełnymi sympatii oczami. Bez względu na to, co 
czuł do Verity, nie miał zamiaru urazić dziewczynki, nie 
chciał być niegrzeczny, więc ukłonił się elegancko i ode­
zwał się tak, jakby nigdy przedtem nie spotkał Verity Es-
combe. 

Jakby ona, przed dziesięcioma laty, nie przyszła do jego 

sypialni i nie porzuciła bez słowa. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Wstrząśnięta do głębi, walcząc z przerażeniem, Verity 

z bijącym sercem przypomniała sobie, w jakich okolicz­
nościach widziała ostatnio księcia Deighton. 

Przypomniała sobie, jak on, siedząc nagi we własnym 

łóżku, błagał ją, żeby mu powiedziała, o co chodzi. I jak 
ona sama, szlochając nad swoim samolubnym, wynikają­
cym z popędu zmysłów postępkiem, nie odpowiedziała na 
to ani słowem. Uciekła tak szybko, jak pozwoliły na to jej 
drżące nogi i bose stopy. 

A potem, żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że nigdy więcej 

nie spotka Galena Bromneya, opuściła w pośpiechu dom, 
który gościł ich oboje, wytłumaczywszy lordowi Lan-
gleyowi, że czekają na nią bliscy. 

Teraz Galen stał przed nią, równie elegancki i przystoj­

ny jak dziesięć lat temu, kiedy go ujrzała po raz pierwszy. 
Błyszczące oczy wyrażały, jak dawniej, zainteresowanie 
i zarazem pewność siebie, uśmiech wciąż wydawał się być 
wielkim komplementem dla kobiety. 

A poza tym, mimo upływu czasu i zmieniających się 

mód, Galen nosił takie same długie włosy - ciemne i fa­
lujące. 

background image

Zanim go poznała, słyszała, jak różni ludzie snują 

domysły, że zapewne słynny książę Deighton uważa się 
za Samsona, którego siła tkwi w długich włosach. Kry­
tykowano go za to, choć rzadko który z dżentelmenów, 
nosząc włosy do ramion, miałby przy tym tak męski wy­
gląd jak on. Te długie włosy upodabniały go nieco do 
dzikusa, nasuwając myśl, że jest zdolny do nieokiełza­
nej, wielkiej namiętności, godnej człowieka pierwot­
nego. 

Tak pomyślała Verity, gdy zobaczyła go po raz pier­

wszy, i tak uważała teraz, czując przy tym, że zalewa ją 
nagła fala gorąca. 

Natomiast co do miłosnych umiejętności księcia, wie­

działa z własnego doświadczenia, że ci, którzy o nich mó­
wią, nie przesadzają ani na jotę. Wiedziała to bardzo do­
brze, choć spędziła z nim tylko jedną noc, lecz jakże upoj­
ną, nie dającą się zapomnieć. 

Spojrzała teraz na córkę, która była nieświadoma faktu, 

że jej matkę i tego człowieka coś łączy. 

I musi pozostać nieświadoma, podobnie jak wszyscy in­

ni ludzie, bo inaczej obie staną się celem gorszących plo­
tek, a niewinne dziecko zostanie okryte hańbą. 

- Jestem zachwycony, mogąc panią poznać - powie­

dział książę głębokim, uwodzicielskim głosem, jakiego 
nie miał żaden inny mężczyzna. - Jest pani zapewne panią 
Davis-Jones, skoro to dziecko jest pani córką - dodał, 
skłaniając lekko głowę. 

- Tak, to prawda, Wasza Wysokość. Jestem matką tego 

background image

dziecka i nazywam się Davis-Jones. Chodź, Jocelyn, mu­
simy przeprosić pana i iść na herbatę - powiedziała Verity, 
unikając wzroku Galena. 

- Czy pan też idzie na herbatę? - zwróciła się Jocelyn 

do świeżo pozyskanego przyjaciela. 

- Nie - brzmiała odpowiedź. - Mam zamiar przejść 

się po ogrodzie, zanim wkroczę do jaskini lwów. 

- To tutaj są lwy? - zapytała podnieconym tonem Jo­

celyn, spodziewając się najwyraźniej, że na terenie posiad­
łości znajduje się menażeria pełna wszelkiego rodzaju -
łagodnych i drapieżnych - zwierząt. 

Książę omal się głośno nie roześmiał, a Verity mimo woli 

zauważyła, że wokół oczu utworzyły mu się zmarszczki. 

- To tylko taki zwrot, moje dziecko - wytłumaczył 

małej przyjaciółce. 

Verity stanowczym ruchem ujęła córkę za rękę. 

- Chodź, Jocelyn. Nie powinnyśmy się spóźnić na her­

batę. 

Czuła opór dziecka, ale nie miała zamiaru pozostawać 

w towarzystwie Galena i narażać się tyra samym na prze­
żywanie sprzecznych uczuć. 

- Pozostali goście nie mogą na nas czekać - dodała 

stanowczo. - A poza tym jestem pewna, że książę ma... 
że książę życzy sobie... - Urwała. 

Galen uśmiechnął się. 
- Jocelyn była dla mnie bardzo miłym towarzystwem 

- zapewnił z galanterią. 

- O, jest moja piłka! - zawołała nagle dziewczynka, 

background image

wyrywając się matce, by pobiec po piłkę leżącą pod po­
bliskim krzewem. 

Verity na krótką chwilę została sam na sam z księciem 

Deighton - uśmiechniętym, uwodzicielskim i wciąż, nie­
stety, wciąż tak bardzo, bardzo pożądanym. To sam na sam 
trwało ledwie okamgnienie, bo Verity przerażona własną 
konsternacją pobiegła za córką, dogoniła ją i wzięła za 
rękę. 

- Do widzenia, Wasza Wysokość - powiedziała, pro­

wadząc Jocelyn w stronę domu i starając się zachować 
spokój. 

- To więcej, niż powiedziałaś ostatnim razem, moja słod­

ka - mruknął do siebie książę, patrząc, jak się oddalają. 

- Nic z tego nie rozumiem. Przecież dopiero co przy­

jechałyśmy - zauważyła z naciskiem Nancy Knickernell, 

zaczynając, zgodnie ze stanowczym życzeniem swojej pa­
ni, pakować bagaże. 

Siedząc przy toaletce i kończąc układanie fryzury 

przed zejściem na dół, gdzie przed kolacją miała spotkać 
Eloise, lorda Bodenhama oraz ich gości, Verity obserwo­
wała w lustrze zniechęconą minę Nancy. 

Verity, wprowadziwszy się do domu męża i poznawszy 

Nancy, uznała początkowo, że służąca jej nie lubi. Po kil­
ku dniach uświadomiła sobie, że Nancy na ogół bywa nie­
zadowolona i że ma taki sposób bycia. Szybko więc prze­

stała się tym przejmować. 

- Jest tutaj uroczo i lady Bodenham była bardzo miła, 

background image

zapraszając nas do siebie, jednak sądzę, że spędziłyśmy 

u niej już dość czasu - odrzekła teraz Verity. - Nie należy 

nadużywać gościnności. Poza tym Jocelyn chce wracać do 
domu, zresztą ja także. Słyszałam, że wkrótce przyjedzie 

jeszcze więcej gości, co nie zachęca mnie do pozostania 

w Potterton Abbey. Okazuje się, że nie jestem jeszcze go­

towa do przebywania w gwarnym towarzystwie. Potrze­
buję raczej spokoju i samotności. 

Piegowata i rudowłosa Nancy wyprostowała się i po­

spiesznie ujęła młodą wdowę za rękę, po czym poklepała 

jej dłoń współczująco. 

- Proszę na mnie nie zwracać uwagi, proszę pani. Ot, 

gadałam tak bez zastanowienia. 

- Przykro mi, że robię wszystkim tyle kłopotu - od­

rzekła Verity. 

Przykro jej było także okłamywać kobietę, którą trakto­

wała raczej jak troskliwą starszą siostrę niż służącą, jednak 
nie miała wyjścia. 

Naprawdę nie miała wyjścia - musiała ją okłamać, mu­

siała także jak najszybciej wywieźć stąd Jocelyn i ukryć 

córkę w bezpiecznym miejscu, w domu. 

Mimo że bardzo tego pragnęła, Verity nie miała odwagi 

zostać dziś wieczorem w swoim pokoju. Gdyby tak zro­
biła, całe towarzystwo zaczęłoby się nią interesować, a to 
pociągnęłoby za sobą niepożądane domysły. 

- Jak wyglądam? - zapytała. Wstała, obracając się pod 

krytycznym spojrzeniem Nancy i udając, że jest zadowo­
lona ze swego stroju i fryzury. 

background image

Prawdę mówiąc, żałowała, że wciąż musi chodzić 

w czerni i że nie może ułożyć włosów mniej surowo. 

- Jest pani śliczna jak obrazek - zapewniła ją entuzja­

stycznie Nancy. - Może to i lepiej, że wyjeżdżamy i nie 
będziemy miały dłużej do czynienia z tymi wszystkimi 
snobami i ich służącymi - ciągnęła. - Mówię pani, nie­
którzy są tak strasznie zarozumiali jak ich panowie. Na 
przykład ten lokaj, który próbował mi wmówić, że się na­
zywa Klaudiusz Cezar Rhodes. Akurat, powiedziałam mu 
na to. Jeżeli tak jest, to ja się nazywam Królowa Saby 
Knickernell. 

Verity uśmiechnęła się, współczując biedakowi, bo 

wyobraziła sobie, jak zjadliwym tonem posłużyła się 
Nancy. 

- On jest lokajem księcia Deighton - wyjaśniła służą­

ca - więc czego innego można się po nim spodziewać? 
- Nancy spojrzała bystro na swoją panią. - Czy to dlatego 
chce pani wyjechać? - zapytała. 

Verity starała się zachować spokój i nie dać nic po sobie 

poznać. 

- Dlaczego miałabym wyjeżdżać z tego powodu, że 

przyjechał książę Deighton? - zapytała, siląc się na obo­

jętny ton. 

- Bo jest pani piękną kobietą - brzmiała stanowcza 

odpowiedź. - Wszyscy słyszeli o miłostkach księcia. Ktoś 
mi mówił, że on ma mnóstwo kochanek. Jeśli go o nie za­
pytać, nie potrafi ich wszystkich wymienić. 

- Albo raczej nie chce - sprostowała Verity. - Zresztą 

background image

to impertynencja zadawać takie pytanie, a poza tyra mnie 
nic z jego strony nie grozi, bo on na pewno nie zaintere­
sowałby się wdową w moim wieku. 

- No to ma pani szczęście! - Na twarzy Nancy pojawił 

się wyraz nieposkromionej ciekawości. - To prawda, że 
miał mnóstwo kochanek? Była wśród nich ponoć jakaś pa­

ryska aktorka i inna kobieta, którą właściwie podarował 
księciu regentowi. 

- Nancy! 
- Przecież pani dobrze zna lady Bodenham! Jest jego 

kuzynką, więc może dużo na ten temat wiedzieć i mog­
ła... - Nancy nagle zamilkła, widząc surowe i karcące 
spojrzenie swej pani. - Ja tylko głośno myślałam - uspra­
wiedliwiła się, wracając do pakowania. - Niech mi pani 
wybaczy, bardzo proszę. 

Verity westchnęła. Nie mogła winić Nancy za domysły, 

gdyż Eloise w istocie nieraz bawiła przyjaciół opowieścia­
mi o romansach, wojażach, zakładach, pojedynkach i naj­
różniejszych przygodach swego budzącego powszechną 
ciekawość kuzyna. 

Gdyby tego nie czyniła, pomyślała teraz Verity, najpra­

wdopodobniej nie zainteresowałabym się i nie zafascyno­
wała nim do tego stopnia. I nie byłabym tak zachwycona, 

poznając go. 

- Drżą pani ręce - zauważyła Nancy tonem ostrzeże­

nia i oskarżenia zarazem. - Czy pani jest chora? Czy dla­
tego chce pani wracać do domu? 

- Nie, nie jestem chora, tylko zmęczona - odpowie-

background image

działa Verity, siląc się na spokój. - Męczy mnie to, że o tak 
późnej godzinie muszę jeszcze przebywać wśród ludzi. Je­
stem przyzwyczajona wstawać rano i wcześnie kłaść się 
spać. 

- A może raczej męczy panią ta bezustanna gadanina 

lady Bodenham? - spytała Nancy, składając jedną z su­
kien. - Powiadam pani, po mojemu zaprosiła tu panią tyl­
ko dlatego, że była ciekawa, jak pani wygląda w stroju 
wdowy. 

- Nancy! 
- Tak, tak, proszę pani, to prawda - upierała się przy 

swoim Nancy. 

- No, może częściowo - zgodziła się Verity. - W tej 

sytuacji chyba nie dziwi cię, że chcę wracać do domu. 

- Ani trochę mnie to nie dziwi. Przepraszam za całe 

gadanie. Kiedy wyjeżdżamy? 

- Zapytam Eloise, czy może nam wczesnym rankiem 

dać powóz, który zawiezie nas do gospody - powiedziała 
Verity. - Tam przesiądziemy się do dyliżansu. Zdążysz 
wszystko spakować, prawda? 

- O, tak, proszę pani - potwierdziła Nancy. 
- Dziękuję ci. Nie zabawię długo na dole. 

Służąca kiwnęła głową, a Verity weszła do sąsiedniego 

pokoju, który miał pełnić funkcję garderoby. Verity prze­
znaczyła go jednak na sypialnię córki, ponieważ wolała, 
żeby Jocelyn spała właśnie tutaj, blisko, a nie w pokoju 
dziecinnym, który znajdował się dalej. Eloise nie miała nic 
przeciwko temu, żeby garderobę zamienić czasowo na sy-

background image

pialnię. Nocowała tu także Nancy i dlatego w niewielkim 
pokoju między łóżkami nie pozostało wiele miejsca. 

Jocelyn, już umyta, leżała w pościeli. Na stoliku obok 

płonęła świeca. 

- Wyglądasz bardzo ładnie, mamusiu - pochwaliła 

dziewczynka z uśmiechem zadowolenia na twarzy. 

- Dziękuję ci, kochanie. - Verity otuliła córkę kołdrą. 

- Spróbuj zaraz zasnąć. Jutro wszystkie trzy musimy 
wstać bardzo wcześnie. 

- Nie chcę jechać do domu. 
Verity, zaskoczona, usiadła na brzegu łóżka. 
- Myślałam, że ci się tutaj nie podoba. Tak przecież 

mówiłaś - powiedziała. 

- Nie podobało mi się, zanim nie poznałam księcia. 

Teraz jest inaczej - odrzekła dziewczynka. 

Verity otuliła ją szczelniej. 
- Nie będziesz się cieszyła, kiedy wrócisz do domu? 

- zapytała z troską. 

- Polubiłam go. Jest wesoły, zupełnie inny, niż się spo­

dziewałam. Myślałam, że książę musi być poważny. On 
nie gra za dobrze w piłkę, ale bardzo się starał. A tobie on 
się nie podoba? 

- Jest chyba miły. 
- Myślałam, że wyjedziemy dopiero w piątek, to zna­

czy za pięć dni. 

- Wiem, kochanie, ale lady Bodenham spodziewa się 

licznych gości, a ja tęsknię za domem. Pomyślałam więc, 
że powinnyśmy wyjechać. A teraz bądź grzeczna i śpij. 

background image

Czeka nas długa podróż. Jednak u jej końca jest nasz dom, 
a przecież lubisz być w domu, prawda? 

Jocelyn, choć niezbyt zadowolona, kiwnęła głową 

i wtuliła się w kołdrę. 

- Szkoda, że nie mogę pożegnać się z księciem. 
- Nancy musi skończyć pakowanie. Będzie w drugim 

pokoju. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, to ją zawołaj 
- powiedziała Verity, udając, że nie słyszała uwagi córki. 

Zdmuchnęła świecę. Mała sypialnia była teraz skąpana 

w srebrnym księżycowym blasku. 

- Dobranoc, pchły na noc, kochanie. 
- Dobranoc, mamusiu. 
Przed zejściem na dół, do pięknie umeblowanego salo­

nu, Verity odetchnęła głęboko. W salonie zastała już sporo 
gości, wśród których - zauważyła to od razu - znajdował 
się książę Deighton. Stał oparty o obramowanie kominka 
i uśmiechał się promiennie do lady Mary. 

Verity poprzysięgła sobie, że jeżeli tylko zdoła, to nie 

spojrzy więcej na niego, i zaczęła szukać wzrokiem Eloise. 

Nie spojrzy na niego, zwłaszcza że jest taki przystojny i ele­
gancki w czarnym, wieczorowym stroju. 

I ta poza... swobodna, a jednak przywodząca na myśl 

lwa drzemiącego w słońcu. 

Lwa potrafiącego, jeżeli tylko zechce - skoczyć i do­

paść ofiary. 

Niestety, Eloise nigdzie nie było widać. Może jest jeszcze 

na górze i namawia męża, żeby się przebrał w wieczorowy 
strój i zszedł wreszcie na dół, pomyślała Verity. Nie stano-

background image

wiło bowiem dla nikogo tajemnicy, że lord Bodenham nie 
znosi przyjęć. Kochał natomiast polowania, konie, a psy 
myśliwskie, zwłaszcza ogary, wprost uwielbiał. 

No cóż, nie mogę tkwić w drzwiach jak manekin kra­

wiecki, doszła do wniosku Verity i ruszyła w stronę naj­
bliżej stojącej grupki kobiet. 

- Więc była ta aktorka z Royal Theater, a potem ta pa­

ryska tancerka - mówiła z ogromnym przejęciem genera­
łowa Ponsonby w momencie, gdy Verity zbliżyła się do 
kobiet, ubranych w wytworne suknie z kolorowych ko­

sztownych materiałów. 

Kobiety te były też obwieszone biżuterią, a ich skom­

plikowane fryzury ozdobione zostały perłami, piórami 
i wstążkami. 

Verity powiedziała sobie, że nie powinna czuć się jak 

uboga krewna. Ma pełne prawo być tutaj, a poza tym nosi 

żałobę. 

I nie chce zwracać na siebie niczyjej uwagi. 
- No i księżna... - Generałowa Ponsonby, chuda ko­

bieta w średnim wieku, zamilkła na widok Verity, a po 
chwili zmierzyła ją od stóp po czubek głowy taksującym 
i nieco pogardliwym spojrzeniem zmrużonych oczu. 

Verity odruchowo zacisnęła zęby, zastanawiając się, 

czy ta dama potępia ją za brak modnego stroju, czy też 
może przypomina sobie skandale z przeszłości. 

- Proszę sobie z mojego powodu nie przerywać - po­

wiedziała z takim wdziękiem, na jaki ją było w tej chwili 
stać. 

background image

Wzrok generałowej pobiegł w stronę księcia. 
- Nie mówiłyśmy o niczym ważnym - oznajmiła, si­

ląc się na obojętność. 

- Przypuszczam, że mówiły panie o księciu Deighton 

- odważyła się powiedzieć Verity. 

Przysunęła się konspiracyjnie do lady Smurston - oty­

łej kobiety w źle skrojonej fioletowej sukni, która opinała 

jej obfite kształty. Marszczony stanik nie był w stanie za­

maskować wydatnego brzucha. 

- Wyznam, że książę mnie przeraża - mówiła dalej Ve­

rity. - Wygląda na tak nieopanowanego, że nie wiem, co 
by się stało, gdyby do mnie przemówił. Najprawdopodob­
niej padłabym zemdlona. 

- Śmiem twierdzić, że pani jest całkiem bezpieczna -

odrzekła lady Smurston. - On teraz patrzy na Mary, która 
wygląda na bardzo zadowoloną z faktu, że wzbudziła jego 
zainteresowanie. Sądzę, że już obmyśla dla siebie suknię 
ślubną. Zapewne śnieżnobiałą z długim trenem i wspania­
łym welonem. 

- Och, ona z pewnością nie jest aż tak naiwna! - za­

wołała siwowłosa i czarnooka lady Percy. - Żaden z braci 
Bromneyów nie ustatkuje się przed pięćdziesiątką! 

- Nie wiedziałam, że książę ma braci - zauważyła jed­

na z dam. 

- Ależ ma - odrzekła z przejęciem lady Percy. - Stary 

książę był dwa razy żonaty. Deighton jest jego synem 
z pierwszego małżeństwa, z córką hrabiego Hedgeford. 
Po jej śmierci książę poślubił lady Crathorn, znaną i du-

background image

mną ze swojej urody piękność. Małżeństwo z księciem 
sprawiło, że stała się osobą wprost nieznośną. A jakie 
imiona wybrała dla swoich dzieci! Jestem pewna, że 
chciała za ich pośrednictwem przypomnieć wszystkim 
swoją genealogię. Każde z tych imion jest bowiem nazwi­
skiem rodziny, do której poprzez małżeństwo wchodziły 
w różnym czasie panny z rodu Crathornów. 

W tej chwili zbliżyła się do nich dość młoda kobieta, 

tak blada, że Verity zdawało się, iż dostrzega żyły pod jej 
przezroczystą skórą. 

- Jakie więc imiona noszą? - zapytała ciekawie. 
- Buckingham, Warwick i Huntington. Ten pierwszy 

służy w marynarce i przebywa teraz gdzieś na morzu. 

Drugi jest adiutantem Wellingtona, a trzeci, najmłodszy 
i największy spośród nich łobuz, to znaczy Huntington, 
uczy się w Harrow z moim synem. Pewnego razu podpalił 
surdut dyrektora, wskutek czego cała szkoła omal nie po­
szła z dymem. Innym razem zamknął opiekuna internatu 
w jakiejś komórce i podczas gdy ten biedak usiłował się 
stamtąd wydostać, urządził z kolegami szaloną bitwę na 
poduszki. A znowu kiedy indziej wymknął się na wagary 
poza teren szkoły i nie wrócił do wieczora. Szukali go 
wszyscy woźni, aż znaleźli wreszcie w pobliskim pubie 
palącego fajkę i pijącego piwo z jakimiś podejrzanymi in­
dywiduami. Zresztą nabroił już tyle, że nie wystarczyłoby 
mi czasu, żeby o tym opowiedzieć. 

- Jego występki są więc tak liczne jak kochanki jego 

brata - skomentowała złośliwie pani Ponsonby. 

background image

- Dlaczego nie usunięto go ze szkoły?! - zawołała 

panna Pale. 

- Książę jest niezmiernie bogaty i ma wielu wpływo­

wych przyjaciół - odrzekła lady Percy tonem osoby do­
brze poinformowanej. 

- Gdybym była złośliwa - powiedziała pani Ponsonby 

z ironicznym uśmieszkiem - poradziłabym naszej drogiej 
gospodyni, lady Bodenham, żeby przed drzwiami lady 
Mary postawiła strażnika. 

- Ja sądzę, że pojedynczy strażnik nie powstrzymałby 

księcia, gdyby ten postanowił wejść - zauważyła lady 
Smurston. 

Uśmieszek pani Ponsonby stał się jeszcze bardziej iro­

niczny, gdy ta dama przeniosła spojrzenie przymrużonych 
oczu na Verity. 

- Proszę nam wybaczyć, jeżeli panią szokujemy. Być 

może nie... 

Nie dokończyła, tylko wzruszyła swoimi przeraźliwie 

białymi ramionami. 

- Słyszałam dużo o księciu i wiem, jaką cieszy się sławą. 

Znam też plotki, które pewni ludzie rozgłaszają wszem i wo­
bec - odrzekła Verity nieco przekornie. - Chciałabym zwró­
cić uwagę, że jeżeli panie uznały, iż zamiary księcia wobec 
lady Mary nie są uczciwe, to powinnyście ją ostrzec, zamiast 
dyskutować we własnym gronie o przewinach księcia. 

Zanim pani Ponsonby zdążyła zamknąć usta, które na 

takie dictum otworzyła ze zdumienia, lady Smurston po­
czerwieniała. 

background image

- Cśś - szepnęła. - On tutaj idzie. 
- Kto? - zapytała Verity z pozornym spokojem, choć 

wyczuła, że to książę się zbliża, tak jakby jego osobę ota­
czała niewidzialna, a jednak dająca się odczuć pozazmy-
słowo aura. 

Verity nie poruszyła się, dopóki u jej boku nie pojawiła 

się Eloise, za którą postępował ten, o którym była mowa, 
czyli książę Deighton. 

- Sądzę, Wasza Wysokość, że został pan już przedsta­

wiony wszystkim obecnym tu damom - zwróciła się do 
niego Eloise - z wyjątkiem bawiącej od niedawna mojej 
drogiej przyjaciółki, pani Davis-Jones. 

Verity nie miała wyboru, musiała odwrócić się w stronę 

Galena i dygnąć. 

- Wasza Wysokość, proszę pozwolić przedstawić sobie 

panią Davis-Jones. Droga Verity, oto książę Deighton. 

- Miło mi pana poznać, Wasza Wysokość - odpowie­

działa Verity zgodnie z wymaganiami etykiety. 

Popatrzył jej w oczy, jakby chciał ją zahipnotyzować. 

Z tak bliskiej odległości Verity zauważyła złote punkciki 
w orzechowych tęczówkach. Gdy po raz ostatni widziała 

je z bardzo bliska, myślała, że pochodzą od złocistego 

światła świecy, które sprawiało, iż jego nagie ciało wyglą­
dało tak, jakby promieniowało ciepłym blaskiem. 

Książę wyciągnął rękę i ujął jej dłoń w cienkiej ręka­

wiczce. Przez chwilę Verity pomyślała z przerażeniem, że 
złoży na niej pocałunek - co w towarzystwie osób pos­
tronnych byłoby rzeczą skandalicznie intymną. 

background image

Na szczęście pochylił tylko nisko głowę. 
Mimo to jej serce zaczęło bić jak oszalałe. Verity po­

czuła, że oblewa ją fala gorąca. Odczuwała bowiem za­

równo wielkie podniecenie, jak i zażenowanie. 

- Pani Davis-Jones, miło mi poznać, zwłaszcza że, jak 

rozumiem, jest pani znawczynią rozkoszy małżeńskich -
powiedział książę z oczywistym i pełnym arogancji sarka­
zmem. 

Nie dam się wyprowadzić z równowagi, postanowiła 

Verity. I, cofając dłoń, odrzekła: 

- Obawiam się, książę, że się pan myli. Nie jestem 

znawczynią niczego. 

Eloise popatrzyła najpierw na jedno, a potem na drugie, 

wachlując się energicznie. Czyżby było jej tak gorąco jak 
mnie? - zastanowiła się Verity. 

Nie zdziwiłaby się, gdyby wszystkie kobiety w salonie 

czuły to samo podniecenie spowodowane obecnością 
księcia - nad wyraz męskiego i dysponującego nieodpar­

tym, uwodzicielskim urokiem. 

- Wygląda na to, że mój drogi kuzyn postanowił 

w końcu się ustatkować i ożenić - oznajmiła Eloise na ty­
le głośno, że usłyszeli ją wszyscy obecni. 

Starsze damy nie byłyby bardziej zaskoczone, gdyby 

książę nagle wyraził chęć zostania cyrkowcem. 

- To prawda, to prawda - potwierdził książę z wes­

tchnieniem i błyskiem drwiny w oczach. - Postanowiłem 
założyć sobie na kark małżeńskie jarzmo, jak tylu męż­

czyzn przede mną. - Stanął twarzą w twarz z Verity. - La-

background image

dy Bodenham mówiła mi, że pani i pani mąż byliście so­
bie bardzo oddani, choć mąż pani był o wiele starszy od 
pani. Cóż, przypuszczam, że na targowisku małżeńskim 
trzeba brać to, co się nawinie pod rękę. 

Na tak oczywistą impertynencję Verity wyprostowała 

ramiona i uniosła dumnie głowę. 

- Kochałam mojego męża, choć rzeczywiście był zna­

cznie starszy ode mnie - powiedziała stanowczym tonem. 

- Bez wątpienia. Wszystkie wdowy twierdzą, że ko­

chały męża. 

- Czy Wasza Wysokość oskarża mnie o kłamstwo? -

zapytała pełna urazy. 

Koniuszki uszu księcia Deighton poczerwieniały. 
- Ależ skąd! Nigdy nie oskarżyłbym damy o to, że 

z rozmysłem kłamie. 

- Może nie powinniśmy zajmować się tym tematem -

odezwała się cicho panna Pale. 

Książę najwyraźniej puścił mimo uszu sugestię, iż mó­

wienie o małżeństwie w obecności wdowy nie jest w naj­
lepszym guście, bo powiedział: 

- Wyznaję, że fascynuje mnie małżeńskie życie i jego 

rozkosze. Czy pani twierdzi, że różnica wieku w małżeń­

stwie jest czymś dobrym? 

Nie dam się złowić na tę przynętę, postanowiła Verity. 

Czyż nie nauczyłam się już dawno temu, że należy igno­
rować tych, którzy chcą nam dokuczyć? 

- Nie wiedziałam, że miłość zwraca uwagę na wiek -

powiedziała. 

background image

- Wszyscy zwracamy uwagę na wiek - odrzekł tonem 

znawcy. 

- Najwyraźniej niektórzy bardziej niż inni. - Verity 

otwarcie przyjrzała się księciu. - Czy pan, Wasza Wyso­
kość, ma zamiar ożenić się bez miłości? Jeżeli tak, to 
chciałybyśmy usłyszeć, co według pana jest gwarancją 
małżeńskiego szczęścia? 

- Opierając się na obserwacji, powiedziałbym, że po­

dobna pozycja, podobne zainteresowania oraz - tu książę 
uśmiechnął się szeroko i zuchwale - podobny wiek. 

- Wydaje mi się, że najlepiej znane są panu małżeń­

stwa nieszczęśliwe - stwierdziła stanowczo Verity - gdyż 
my z moim zmarłym mężem stanowiliśmy wyjątek od 
pańskich reguł. Byliśmy bardzo szczęśliwi do czasu, gdy 
śmierć zabrała męża. 

Zapadła niezręczna cisza, a Verity dopiero po chwili 

odezwała się znowu: 

- Oczywiście małżeństwa bez miłości są bardzo częste 

w wyższych sferach, nieprawdaż? 

- Nie sądzę, by drogi książę musiał się o to martwić 

- wtrąciła lady Smurston, wdzięcząc się. - Kobiety aż za 
bardzo pragną się w nim zakochać. 

- Albo w każdym razie kochać się ze mną - rzucił lek­

kim tonem książę. 

Ponieważ wszystkie damy, z wyjątkiem Verity, wyglądały 

na zgorszone tą uwagą, Eloise uderzyła Galena wachlarzem. 

- A fe, kuzynie! Doprawdy, cóż to za sposób wysła­

wiania się! Powinieneś się wstydzić! 

background image

- Wybacz mi, Eloise - powiedział książę bez cienia 

skruchy. 

Verity miała wielką nadzieję, że książę uzna, iż czas się 

oddalić, lecz on utkwił w nią ironiczne spojrzenie orze­
chowych oczu. 

- Davis-Jones to nazwisko walijskie, prawda? - zapytał. 
- Istotnie. Mój mąż był Walijczykiem - potwierdziła 

spokojnie. 

- Doprawdy? Więc z całą pewnością pięknie śpiewał. 
- Rzeczywiście. 
- Pieśni miłosne? 
Do czego on zmierza? - zadała sobie w duchu pytanie 

Verity. 

- Czasami - odrzekła. 
- A czy pani też śpiewa? 
Uśmiechnął się, a jego uśmiech zachęcał ją usilnie, że­

by skłamała, mówiąc, że tak. Lecz ona równie spokojnie 

jak dotąd odpowiedziała: 

- Nie, Wasza Wysokość. 
Popatrzył na nią zdziwiony. 
- Nie? 
- Nie. 
- To szkoda - stwierdził i zwrócił się do Eloise: - Czy 

lady Mary śpiewa? 

- Oczywiście. Jak ci mówiłam, kuzynie, lady Mary 

odebrała staranne wychowanie. 

- Tak przypuszczałem - rzekł, a potem zwrócił się do 

wszystkich dam, nie wyłączając Verity: - Proszę mi wy-

background image

baczyć, spróbuję przekonać lady Mary, żeby nam zade­
monstrowała swoje umiejętności. 

To rzekłszy, oddalił się w stronę bogatej, utytułowanej 

młodej damy, która, jak się zdawało, była przedmiotem je­
go zainteresowania i która, zorientowawszy się, że ku niej 
zmierza, zarumieniła się aż po korzonki włosów. 

- Nie sądzę, by on miał na myśli jedynie muzykę- za­

uważyła ironicznie pani Ponsonby. 

Verity pogratulowała sobie decyzji, by wyjechać na 

dragi dzień rano. Dzięki temu nie będę musiała dłużej 
znosić obecności tych plotkarek... ani nikogo innego, po­
myślała. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Galen postanowił zapomnieć o istnieniu Verity Escombe. 

To, co się między nimi wydarzyło, miało miejsce bardzo 
dawno temu; w dodatku łączyło ich tak niewiele, a już 

w żadnym razie nie nazwałby tego uczuciem. 

Jednak wbrew temu postanowieniu wciąż się zastana­

wiał, w jaki sposób ta nieśmiała, bojaźliwa dziewczyna 
stała się pełną życia kobietą o zdecydowanych poglądach, 
która nie tylko świetnie ripostowała w słownym pojedyn­
ku, ale nawet wprawiła Galena w zakłopotanie. Dobry Bo­
że, przecież od lat nikt nie sprawił, by on, biegły w szer­
mierce słownej, pożałował, że powiedział to, co powie­
dział. 

Może małżeństwo tak ją ukształtowało. Jeżeli tak, to 

rzeczywiście musiało być szczęśliwe - rzecz nader rzadka 

w dzisiejszym świecie. 

- Biedna pani Davis-Jones - zauważyła lady Mary, 

podążając wzrokiem za spojrzeniem księcia. - Podobno 
kiedyś była bardzo ładna. 

W głosie młodej kobiety nie wyczuwało się złej woli 

ani złośliwości, jednak Galen odwrócił się, by jej się 
uważnie przyjrzeć. 

background image

Lady Mary oblała się intensywnym rumieńcem i bar­

dzo zmieszana sięgnęła dłonią do złotego łańcuszka, który 
miała na szyi. 

- O co chodzi? Czy coś jest nie tak? - zapytała nie­

pewnie. 

- Wszystko jest w jak najlepszym porządku - zapew­

nił Galen. 

Nie byłoby bowiem grzecznie przyznać się, że próbuje 

sprawdzić, co jest nie w porządku z jej wzrokiem. Czyż 
bowiem nie widzi, że Verity, ładna w młodości, teraz -
z zaokrągloną przez macierzyństwo figurą i pewnością 
siebie - jest po prostu piękna? 

- Czy Wasza Wysokość nie zechciałby mi towarzyszyć 

przy fortepianie? - zapytała nieśmiało młoda kobieta. -
Lady Bodenham ma nuty wspaniałych duetów. Jestem 
pewna, że niektóre z nich znamy oboje, pan i ja. Mogli­
byśmy je razem zaśpiewać - zaproponowała równie nie­
śmiało. 

Czekając na odpowiedź, uśmiechała się drżącymi war­

gami, jakby sam fakt, że z nim rozmawia, dowodził ogro­
mnej odwagi z jej strony. 

Była to reakcja, z którą książę spotykał się aż nadto 

często. W młodości stanowiła dla niego inspirujący kom­
plement, ale teraz po prostu go męczyła. 

- Niestety - odrzekł zgodnie z prawdą - obawiam się, 

że żaden ze mnie śpiewak. 

W przeciwieństwie do walijskiego męża Verity. 

Książę zaczął się zastanawiać, czy Jocelyn odziedziczy-

background image

ła głos po ojcu. Prawdopodobnie miała po nim ciemne 
włosy, ponieważ te lśniące czarne loki z całą pewnością 
nie przypominały splotów Verity - jasnobrązowych, 
o miedzianym połysku. 

- Może zechciałby pan przewracać nuty, kiedy będę 

grała? - zapytała cicho lady Mary. 

Gdyby jej uśmiech nie był taki prostoduszny, Galen po­

dejrzewałby, że młoda dama dobrze wie, iż stojąc obok 
niej, będzie widział rozkoszny dołek między jej piersiami. 

No cóż, dlaczego by nie miał przewracać kartek? Nie 

było nic innego, czym mógłby się zająć, a poza tym rze­
czywiście zamierzał zrobić to, o czym powiedział Eloise. 
Wrócił do Anglii zdecydowany się ożenić, a lady Mary nie 
była najgorszą kandydatką na żonę, jaką udało mu się 
spotkać. 

Podprowadził ją więc do fortepianu i lady Mary zaczę­

ła grać. 

Okazało się, że wychwalając tę pannę, Eloise ani trochę 

nie przesadziła. Dziewczyna dysponowała pięknym sopra­
nem i wspaniałą dykcją, a ponadto doskonale grała na for­
tepianie. W przeciwieństwie do innych znanych mu dam, 
nie wybierała utworów z zamiarem zaimponowania zna­

jomością języka włoskiego czy niemieckiego. Lady Mary 

zaśpiewała po angielsku „Płyń łagodnie, słodka Afton" 
i uczyniła to z wielką wrażliwością, tak jak tę pieśń śpie­
wać należy. 

Brakowało w jej wykonaniu tylko jednego - zdecydo­

wanego, emocjonalnego zaangażowania. 

background image

Gdy skończyła, popatrzyła na księcia z nadzieją. 
- Pięknie - pochwalił Galen. - Czy uczyni nam pani 

przyjemność, śpiewając następną pieśń? Może coś wesel­
szego, co by pasowało do mojego obecnego nastroju? 

Lady Mary uśmiechnęła się i bezzwłocznie zaśpiewała 

śliczną piosenkę o wiośnie, bawiących się dzieciach i do­
kazujących jagniętach. Grała tak energicznie, iż Galen za­
czął się obawiać, że dziewczyna spadnie ze stołka. 

Żywe tempo utworu absorbowało jego uwagę, utrud­

niając mu nieco obserwację salonu. Zauważył jednak 
Eloise i Verity w kącie salonu i zastanawiał się, o czym 
tak poważnie rozmawiają. Może o nim? Czy kuzynka 
znowu przeprasza za jego zachowanie? Czy tłumaczy go 
przed przyjaciółką? 

Nie, musi to być coś całkiem innego, bo rzadko zda­

rzało mu się widzieć u Eloise wyraz tak wielkiego rozcza­
rowania na twarzy. 

Przewrócił kartkę, a potem spojrzał w duże, ozdobne 

zwierciadło wiszące nad gzymsem kominka. Uczynił to cał­
kiem przypadkowo i natychmiast pomyślał: Dobry Boże! 

Przyglądał się swemu odbiciu, jakby zobaczył je po raz 

pierwszy. Widział ciemne włosy wijące się nad czołem, 
linię podbródka, na którą zwracał uwagę jedynie podczas 
golenia, kształt nosa. 

Dostrzegł też wyraz zaskoczenia na własnej twarzy. 
Ile lat ma Jocelyn? Czy ktoś mu powiedział, w jakim 

dziewczynka jest wieku? 

Może mieć dziewięć lat. 

background image

I ma jego włosy? I jego podbródek? 
Czy jest jego dzieckiem? 
Nie, z pewnością nie jest! To niemożliwe. Verity prze­

cież... Przecież co? Przybiegłaby do niego z płaczem, 
oskarżając, że ją zhańbił? Pojechałaby za nim do Włoch 
i zażądała, żeby się z nią ożenił? 

Biorąc pod uwagę, jakim był mężczyzną, z pewnością 

by tego nie uczyniła. 

Co nie usprawiedliwia faktu, że zachowała w tajemni­

cy tak istotną wiadomość. Jeżeli jest ojcem dziecka, to po­
winien o tym wiedzieć. 

W tejże chwili uświadomił sobie, że lady Mary przesta­

ła grać i sama przewróciła kartkę partytury. 

- Proszę mi wybaczyć - powiedział, uśmiechając się 

czarująco i dotknął kosmyka jej włosów. - Zamyśliłem 

się... 

Lady Mary oblała się rumieńcem. 

Marszcząc brwi, Galen wszedł do sypialni, którą Eloise 

oddała mu na czas pobytu w posiadłości. Podobnie jak 
wszystkie pokoje w jej domu, i ten wyposażono w najdroż­
szy sprzęt, co wcale nie znaczyło, że urządzone je w naj­
lepszym guście. Meble były nazbyt masywne, a dominu­

jące w sypialni kolory - zieleń limony i złoto - przypra­

wiały Galena o ból głowy. 

- Możesz iść spać, Rhodes - powiedział książę do 

lokaja. 

Starał się nie okazać zniecierpliwienia ani nie zdradzić, 

background image

że czuje się tak, jakby świat nagle nieodwracalnie się zmie­
nił. Nie mógł pójść za Verity, kiedy opuściła salon przed 
kolacją. Zwróciłoby to uwagę całego towarzystwa. Wię­
kszą część wieczoru spędził, przekonując samego siebie, 
że podobieństwo rysów Jocelyn i jego jest tylko przypad­

kowe. 

Lokaj zrobił urażoną minę. Przez chwilę poruszał war­

gami jak nadąsane dziecko, a potem przemówił: 

- Iść spać, Wasza Wysokość? Teraz? Zanim pan się po­

łoży? 

- Tak. Teraz. Sądzę, że potrafię rozebrać się sam, bez 

pomocy - odrzekł Galen. 

- Wasza Wysokość - zaczął Rhodes z godnością, 

zdradzając cockneyowskim akcentem swoje pochodzenie 

- muszę zwrócić panu uwagę, że najprawdopodobniej roz­
rzuci pan ubranie, a ja wtedy będę miał więcej pracy rano, 
doprowadzając je do pożądanego stanu. Te plamy z trawy 

sprawiły, że już się napracowałem. Naprawdę uważam, że 

powinien pan rozważyć zmianę decyzji. 

- Słuchaj, Rhodes, obiecuję, że nie porozrzucam ubra­

nia na podłodze ani na krzesłach, a co do plam, to tutaj 
nie ma trawy, więc nie istnieje najmniejsze niebezpieczeń­
stwo ich powstania. 

Rhodes przybrał pobłażliwy wyraz twarzy. 
- Czy jest może jakaś dama...? - zapytał domyślnie. 
- Wiem, że się spodziewałeś, iż po powrocie do Anglii 

będziemy wiedli życie nader podniecające, jednak muszę 
cię rozczarować: nie, nie ma żadnej damy. Nie będzie też 

background image

hazardu ani picia, ani walk kogutów, ani szczucia psów na 
niedźwiedzia. Nie będzie także zadawania się z kobietami 
lekkich obyczajów. Krótko mówiąc, Rhodes, moje życie 
stanie się teraz wręcz nudne. A co do dzisiejszego wieczo­
ra, to zamierzam czytać. - Galen spojrzał na swego służą­
cego ironicznie i dodał: - Dobranoc. 

Rhodes poruszył się, lecz bardzo powoli. Skierował 

kroki ku drzwiom, ale wyglądał tak, jakby się spodziewał, 
że jego pan zaraz każe mu wracać i powie, iż żartował. 

- Ma pan zamiar siedzieć i czytać „Timesa"? 
- Jeżeli jest to dla ciebie takie zaskakujące, to mogę 

cię zawsze zwolnić z pracy. 

Rhodes wzdrygnął się, a potem pospieszył do wyjścia 

jak człowiek, którego ścigają demony. 

- Dobranoc, Wasza Wysokość! Miłej lektury! 

Galen wydał z siebie coś pomiędzy westchnieniem 

a śmiechem. Następnie spojrzał na ozdobny zegar stojący 
na kominku. Dobiegała północ. 

Podszedł do okna wychodzącego na duży trawnik 

i podjazd. Księżyc świecił jasno, na niebie nie było prawie 
chmur. Galen odetchnął głęboko i poczuł wilgoć w po­
wietrzu. Zanosiło się na deszcz. 

Widok za oknem różnił się bardzo od tego, który przed­

stawiał się jego oczom, gdy dziesięć lat temu wyglądał 

przez okno sypialni w rezydencji lorda Langleya w York­

shire. Dom lorda Langleya stał w pięknej kotlinie, która 

jednak nie chroniła przed potężnymi wichurami hulający­

mi w górzystej okolicy. 

background image

Tamtej nocy, dziesięć lat temu, wiał silny wiatr, a sa­

motne rosnące przed domem drzewo aż jęczało, chyląc się 
w jego podmuchach. 

W każdym razie myślał, że jęczy drzewo. W rzeczywi­

stości jednak możliwe było, że jęki wydobywały się z jego 
własnej piersi. 

Patrząc teraz przez okno nie widzącymi oczami, Galen 

przypomniał sobie po raz setny, a może tysięczny, wyda­
rzenia tamtej nocy. 

Spędził wieczór z lordem Langleyem, wprost nieopisa­

nym nudziarzem. Mimo to nie zauważył cichej jak myszka 

panienki siedzącej milcząco w kąciku. Wreszcie, znudzo­
ny i całkiem trzeźwy, znalazł się w sypialni. Zapadał już 
w sen, gdy obudziło go ciche stuknięcie otwierających się 
drzwi. A potem w mroku pojawił się płomyk pojedynczej 

świecy. 

W tym świetle było coś prawie nierzeczywistego, coś, 

co sprawiło, że książę usiadł na łóżku całkiem już rozbu­
dzony. Nie zwrócił nawet uwagi, że jego obnażony, pod­
noszący się i opadający pod wpływem gwałtownego od­
dechu tors owiało chłodne powietrze. 

Do pokoju weszła Verity. To ona właśnie trzymała 

w ręku świecę. Dziewczyna miała na sobie prostą białą ko­
szulę nocną, a jej długie brązowe rozpuszczone włosy 
spływały na ramiona i plecy bujną kaskadą. 

Zdziwienie Galena byłoby tylko odrobinę mniejsze, 

gdyby się okazało, że do jego sypialni wchodzi duch. Za­
czął się zastanawiać, czy dziewczyna jest lunatyczką, czy 

background image

spaceruje we śnie. Zamarł w bezruchu i czekał, pragnąc 
się przekonać, co ona zrobi. Słyszał, że lunatyka znajdu­

jącego się w takim stanie nie należy budzić. Nie chciał 

dziewczyny przestraszyć ani sprawić, by upuściła świecę 
na nocną koszulę. 

Koszula ta była bardzo cienka, tak cienka, że widział 

przez nią wyraźnie różowe koniuszki piersi, widział też 
niżej ciemniejszy trójkąt. Koszulę podtrzymywała na ra­
mionach jedynie wąska tasiemka wciągnięta wokół wy­
cięcia przy szyi. Jedno pociągnięcie wystarczyłoby, by ko­
szula opadła na podłogę. 

Dziewczyna podeszła prosto do jego łóżka i postawiła 

świecę na stoliku obok. Następnie skierowała wzrok 
wprost na Galena. 

Książę natychmiast zorientował się, że tak samo jak on 

jest najzupełniej przytomna, że wcale nie śpi. 

Zaskoczony, chciał coś powiedzieć, ale ona pochyliła 

się bez słowa w jego stronę i położyła mu na ustach szczu­

pły palec. A potem delikatnie przeciągnęła tym palcem po 

jego wargach, jakby badając ich kształt. 

Był to gest prosty i bezpretensjonalny, a jednak spra­

wił, że Galenowi krew zaczęła gwałtownie pulsować 
w żyłach. Obudził w nim takie pożądanie, jakiego nie 
wznieciły najśmielsze i najnamiętniejsze pieszczoty in­
nych kobiet. 

Poczuł lekki zapach nagiej skóry dziewczyny zmiesza­

ny z zapachem wosku z topiącej się świecy i zobaczył, jak 
cienki i delikatny materiał koszuli napina się na jej pier-

background image

siach, które nagle nabrały wyglądu oszałamiająco zmysło­
wego. 

Gdy dziewczyna się cofnęła, Galen poczuł, że traci coś 

cennego. Trwało to jednak tylko krótką chwilę, bo ona za­
raz pociągnęła tasiemkę przy szyi i zgrabnym ruchem ob­
ciągnęła prostą koszulę nieco niżej. 

A potem jeszcze niżej. I wkrótce koszula leżała na po­

dłodze. 

Galen bez słowa i bez tchu wyciągnął ramiona i po­

mógł tej gibkiej piękności, która w całej krasie swojej uro­
dy ukazała się jego oczom, znaleźć się w łóżku. Żadne 
z nich nie wypowiedziało ani jednego słowa, gdy zaczęli 
oddawać się namiętnym pieszczotom. 

Słowa nie były potrzebne, bo wszystko odbywało się 

tak, jakby on przez całe życie czekał na to, by ona znalazła 
się w jego ramionach. Ofiarowywał rozkosz i otrzymywał 

ją w zamian. 

Nigdy przedtem ani potem Galen nie czuł się tak godny 

miłości, tak pożądany i tak upragniony. Żaden akt miłosny 
nigdy go tak nie podniecił i żaden nie był tak słodki. 

Gdy Verity rozwarła nogi, wchodził delikatnie, po­

wstrzymując się z lekka, dopóki nie natrafił na barierę jej 
dziewictwa. 

Zawahał się, straciwszy nagle pewność siebie i odwa­

gę, ale ona przyciągnęła go do siebie i objęła nogami. 

Dalsza zachęta nie była mu potrzebna. Poruszając się, 

jakby tworzyli jedno ciało, oddychając zgodnym rytmem, 

wkrótce osiągnęli szczyt. 

background image

Później, gdy Galen leżał spocony, uspokojony i w naj­

wyższym stopniu usatysfakcjonowany, czuł jej ciało pod 
swoim i słyszał jej lekki oddech. 

Ogarnięty niespodziewaną nawet dla samego siebie 

ogromną czułością wyszeptał miłosne zaklęcia i chciał ją 
do siebie przygarnąć. 

W tej samej chwili poczuł, że ona mu się wymyka. Otu­

liwszy się jego szlafrokiem, wybiegła z pokoju. 

Uczyniła to, nie zważając na jego gorące prośby, na bła­

gania, by powiedziała mu, o co chodzi. Po prostu od niego 
uciekła. 

Tak jakby był zarażony jakąś straszną chorobą. 
Przez dziesięć lat Galen zastanawiał się, co sprowadzi­

ło tę dziewczynę do jego sypialni, co pchnęło ją w jego 
ramiona. 

I przez dziesięć lat próbował przekonać samego siebie, 

że całe to zdarzenie nie miało żadnego znaczenia. Naka­
zywał sobie zapomnieć o tym, co się wydarzyło, i wma­
wiał sobie, że ten niezwykły akt miłosny nie miał żadnych 
poważnych konsekwencji - ani dla niego, ani dla niej. 

Tak było przez dziesięć lat, jednak teraz, w tym mo­

mencie, wiedział, że gdyby wszystko to zdarzyło się po­
nownie, gdyby wszystko to zdarzyło się dzisiaj, nie po­
zwoliłby Verity uciec bez jednego słowa wyjaśnienia. 

- Mamusiu? 
Verity usiadła. Jocelyn stała na progu drzwi łączących 

ich sypialnie. 

background image

- O co chodzi, kochanie? Co się stało? - zapytała Ve­

rity bardzo łagodnym tonem. 

Aż wstrzymała oddech, gdy dotknęła stopami zimnego 

parkietu i pospieszyła ku Jocelyn. Ukucnąwszy, objęła 
dziewczynkę ramionami. 

- Czy jesteś chora, córeczko? A może miałaś zły sen? 

- dopytywała się z troską. 

Po śmierci Daniela Jocelyn przez długie tygodnie prze­

śladowały senne koszmary. Od jakiegoś czasu było już le­
piej, ale Verity pomyślała teraz, że być może przebywanie 
wśród obcych ludzi sprawiło, że złe sny powróciły. Jeżeli 
tak, jest to kolejny powód, żeby wracać do domu. 

Jocelyn pokręciła przecząco głową. 

- Obudziłam się, kiedy się kładłaś, a później nie mo­

głam już zasnąć - wyjaśniła. 

Verity wzięła córkę za rękę i poprowadziła ją do swo­

jego wielkiego łoża z ciężkimi zasłonami i śliską atłasową 

pościelą. 

- Zmarzłaś? 
- Trochę. 
- Wejdź do łóżka i przytul się do mamy - powiedziała 

Verity, moszcząc się pod kosztowną kołdrą obok córki. -
O, tak. Prawda, że teraz lepiej? 

Jocelyn kiwnęła głową. 

- Kiedy wrócimy do domu, będziesz znowu dobrze 

spała - zapewniła ją Verity. 

- Opowiesz mi bajkę, mamusiu? - poprosiła dziew­

czynka. 

background image

- Dobrze, kochanie. A o czym? 
- O dziewczynce, która spotkała księcia. 
- To znaczy o Kopciuszku? 
- Nie, nie o Kopciuszku. O Kopciuszku już znam. 

O takiej dziewczynce jak ja, która spotkała ładnego, we­
sołego księcia i grała z nim w piłkę. 

Verity, niemal przerażona takim zainteresowaniem 

dziecka księciem Deighton, pomyślała, że jest to jeszcze 

jeden, kto wie czy nie najważniejszy powód, żeby wracać 

do domu. I to jak najszybciej. Tymczasem postanowiła 
odwrócić uwagę Jocelyn od tego tematu. 

- A może ci coś zaśpiewać? - zaproponowała ostrożnie. 
- No dobrze, to już zaśpiewaj mi tę piosenkę o statkach 

- zgodziła się Jocelyn, ziewając. 

Verity śpiewała spokojnie i monotonnie ulubioną pio­

senkę córki dopóty, dopóki oczy dziewczynki nie zamknę­

ły się i miarowy oddech nie sprawił, że nabrała pewności, 
iż mała zasnęła. 

We śnie Jocelyn wyglądała jak aniołek o ciemnych lo­

kach i długich rzęsach, rzucających cień na gładkie po­
liczki. 

Czy książę, śpiąc, także wygląda młodo? - zastanowiła 

się Verity. I zaraz pomyślała, że z całą pewnością tak. Po­
myślała także, że teraz, gdy Jocelyn śpi, podobieństwo po­
między nią a jej rodzonym ojcem jest nawet bardziej wi­
doczne. 

Ta myśl sprawiła, że jeszcze bardziej umocniła się 

w swoim postanowieniu. Tak, muszą stąd wyjechać, za-

background image

nim ktokolwiek zauważy, że jej mała Jocelyn jest tak po­
dobna do księcia. 

Postanowiła zanieść dziewczynkę do jej własnego łóż­

ka. Bo inaczej Nancy, obudziwszy się, zobaczy, że małej 
nie ma i będzie przerażona. 

Verity wstała, wsunęła stopy w ranne pantofle, jeszcze 

raz spojrzała na swoje dziecko - żywe wspomnienie peł­
nej namiętności nocy z mężczyzną, którego prawie nie zna­
ła. Jak zwykle, na myśl o własnym pełnym zmysłowego 
pożądania egoizmie, poczuła wstyd i wyrzuty sumienia. 
Przyszło jej do głowy, że gdyby ją i jej dziecko spotkała 

jakaś tragedia, musiałaby za to winić samą siebie. 

A potem, tak jak za każdym razem, gdy przeklinała się 

za swój egoizm, pomyślała, że gdyby nie książę, nie by­
łaby matką, nie miałaby Jocelyn. Z powodu Jocelyn -
swojej malej, uroczej córeczki - nie potrafiła tak do końca 

żałować tego, co zrobiła dziesięć lat temu. 

Teraz podniosła dziewczynkę delikatnie, by zanieść ją 

do sąsiedniego pokoju. Nie było to łatwe, gdyż Jocelyn 
była już sporym dzieckiem, ale Verity dała sobie z tym 
radę. Ułożyła córkę w łóżku, nie budząc ani jej, ani Nancy. 

Cicho wróciła do swojej sypialni, zamknęła łączące oba 

pokoje drzwi, odwróciła się i... zderzyła z Galenem Bro-
mneyem. 

Cofnęła się gwałtownie, ale on w tej samej chwili 

chwycił ją za ramiona. 

Jak dobrze pamiętała dotyk jego dłoni na swym ciele 

i własne ogromne pragnienie, by wziął ją w objęcia. Po-

background image

myślała, że są to wspomnienia, których musi się pozbyć. 
Tak, musi, za wszelką cenę. 

Oddychając ciężko, wywinęła się z jego rąk i próbowa­

ła odzyskać równowagę ducha. 

- Proszę wyjść! - rozkazała cicho, pamiętając, że Nan­

cy i Jocelyn znajdują się za drzwiami, zaledwie o kilka 
kroków od nich, że, co prawda, obie śpią, ale mogą się 
w każdej chwili obudzić. 

- Nie jest to zbyt grzeczne powitanie - zauważył ksią­

żę - zwłaszcza jeżeli się weźmie pod uwagę, czym ty i ja 
dla siebie byliśmy. 

Verity cofnęła się. 
- Nic dla siebie nie znaczyliśmy. 

- No cóż, Verity, moim zdaniem stanowczo zbyt nisko 

się cenisz - odrzekł Galen cichym i uwodzicielskim głosem, 
wpatrując się w nią orzechowymi oczami. - Ja ze swej stro­
ny mogę cię zapewnić, że pamiętam każdą chwilę tamtej no­
cy, a zwłaszcza sposób, w jaki mnie opuściłaś. I to, że wy­

jechałaś, zanim zdążyłem zejść na śniadanie. 

Verity czuła ogromną pokusę, by mu powiedzieć, dla­

czego opuściła go w taki sposób. Mogłaby spróbować wy­
tłumaczyć mu, dlaczego postąpiła właśnie tak, jednak na 
cóż by się to zdało? 

- Proszę wyjść, Wasza Wysokość. Nikt nie może się 

dowiedzieć, że pan tu jest - powiedziała, uświadamiając 
sobie nagle, że ma na sobie jedynie cienką, prawie prze­
zroczystą nocną koszulę. 

- No tak, pragniesz mnie się stąd pozbyć, bo nie 

background image

chcesz, żeby ktokolwiek się dowiedział, że to ja jestem 
ojcem Jocelyn. 

Verity, pobladłszy, patrzyła na niego szeroko otwartymi 

oczami. 

- Przecież nie zaprzeczysz, że to prawda - kontynuo­

wał bezlitośnie Galen, podchodząc bliżej. - Wiek się zga­
dza, a poza tym ona jest do mnie podobna. 

Verity cofnęła się w drugi koniec pokoju. 
- Proszę wyjść, Wasza Wysokość - powiedziała sta­

nowczo. 

- Posłuchaj, Verity, mam prawo wiedzieć, czy dziecko 

jest moje. 

- Proszę, Wasza Wysokość, proszę teraz wyjść -

zmieniła ton na błagający - a ja wyjaśnię wszystko jutro 
rano. 

- Chcę wiedzieć już teraz. 
- Jest późno... 
- Rzeczywiście zrobiło się późno. Zwłaszcza na to, 

bym się dowiedział, czy jestem jej ojcem. 

Przysunął się do Verity. 
- To moje dziecko, prawda? - zapytał szeptem, wycią­

gając rękę i ujmując Verity za ramię. - Zresztą nie musisz 
nic mówić. Jestem i bez tego pewien, że tak jest. 

Przyciągnął ją do siebie i objął, a ona nadaremnie sta­

rała się przekonać samą siebie, że nie powinna do tego 
dopuścić. 

- Silniejszy, szlachetniejszy mężczyzna odesłałby cię 

tamtej nocy. Ja okazałem się słaby. - Zniżył znowu głos 

background image

do zmysłowego szeptu. - To ty sprawiasz, że jestem słaby. 
Sprawiasz to nawet w tej chwili. 

Pochylił głowę i pocałował ją. 
Wbrew jego słowom, pocałunek nie zdradzał żadnych 

oznak słabości. Podobnie jak kiedyś, dawno temu, Galen 
wziął jej usta w pełne namiętności posiadanie, żądając, że­
by się poddała - zarówno jego sile, jak i własnemu po­
żądaniu. 

Jakiż był kuszący! Jak niebezpiecznie, grzesznie kuszą­

cy... 

Jednak Verity znała już konsekwencje, jakie wynikają 

z poddania się takiej pokusie. 

Odepchnęła go od siebie. 

- Wasza Wysokość, proszę już iść. Wyjaśnię panu 

wszystko jutro rano. 

Było to kolejne kłamstwo. Verity wolałaby wejść do ja­

skini zgłodniałych lwów, niż spotkać się sam na sam 
z księciem Deighton. 

Przybrał poważny wyraz twarzy. 
- Widzę, że nie jestem dla ciebie tak pociągający jak 

kiedyś. 

- Byłam wtedy młoda i głupia. 
- Dobry Boże, pani, ja także byłem młody i głupi. -

Skłonił się sztywno i oficjalnie. - Dobrze. Będzie tak, jak 
sobie życzysz. Porozmawiamy jutro rano. Proponuję, że­

byśmy się spotkali w bibliotece. Powiedzmy o dziewiątej. 
Z pewnością nikt nam nie przeszkodzi. Goście mojej dro­
giej kuzynki raczej nie lubią czytać. 

background image

O dziewiątej. O tej godzinie ani jej, ani Jocelyn już tu­

taj nie będzie. 

Kierując się rozpaczliwym pragnieniem pozbycia się 

Galena, Verity skinęła głową, a potem szybko podeszła do 
drzwi i wyjrzała na korytarz. 

- Nie ma nikogo. Może pan iść. 
Poczuła, że zbliża się do niej, i odsunęła się, pozwala­

jąc mu przejść. A on, przechodząc, dotknął jej dłoni. 

Verity wstrzymała oddech. Postanowiła, że nie spojrzy 

więcej w jego zniewalające oczy. 

I zabroni mu po raz drugi się pocałować. 
Wszystkie te postanowienia zdały się na nic, bo nim je 

do końca sprecyzowała, Galen zniknął w mroku holu. 

Galen ubrał się w bladym świetle poranka bez pomocy 

lokaja. Nie chcąc nikogo sobą absorbować i nie odczuwa­

jąc głodu, poszedł prosto do biblioteki, gdzie chciał zacze­

kać na Verity. W ten niedzielny poranek w bibliotece pa­
nowała taka cisza jak w jego włoskiej willi. 

Postanowił poczytać, jak to miał w zwyczaju w nie­

dzielne poranki. Gdyż on, książę Deighton, tak, słynny 
książę Deighton, był - o czym mało kto wiedział -
prawdziwym koneserem literatury. Zwłaszcza poezji 
ojczystej. Znał dobrze angielskich poetów od Chaucera, 
poprzez przedstawicieli epoki elżbietańskiej i Wieku 
Rozumu aż po współczesnych - Shelleya, Byrona i Keat­
sa. Nade wszystko jednak cenił geniusz Szekspira. By­
wał często w teatrze, znał wszystkie jego dramaty, teraz 

background image

jednak, rozejrzawszy się uważnie po półkach, sięgnął po 

tom jego sonetów. Gdy go otworzył, jego wzrok padł na­
tychmiast na smutny początek wiersza oznaczonego nu­
merem 29: 

W niełasce u Fortuny, wzgardzony przez ludzi, 

Gdy w samotności płaczą, że świat mnie odpycha, 
Gdy jęk niebiosa głuche nadaremno budzi, 
Gdy wstrętem mnie przejmuje dola moja licha 

I gdy zazdroszczę bliźnim; temu

 - że aż tylu 

Ma przyjaciół, owemu

 - że sławny i wzięty, 

Innym

 - ich głębi myśli czy gładkości stylu, 

Przyćmiewających moje najtęższe talenty; 
Gdy tak gardzę wręcz sobą, trosk dźwigając brzemię...

 * 

Nie dokończył czytania, gdyż w jego trakcie zauważył 

na kartce wilgotną plamę oraz ślady działalności jakiegoś 
robactwa. I jedno, i drugie świadczyło o tym, że książki 
z biblioteki Eloise służyły raczej ozdobie niż rozkoszom 
lektury czy to gospodarzy, czy ich gości. 

Zamknął książkę, odstawił ją na półkę i zaczął przecha­

dzać się po pokoju, spoglądając od czasu do czasu na zło­
cony zegar stojący na kominku. Był on ozdobiony tak 
skomplikowanymi ornamentami, że Galenowi z początku 

trudno przychodziło rozeznać, która jest godzina. 

Co powiem Verity? - zastanawiał się. Muszę okazać 

stanowczość, bo przecież postanowiłem usłyszeć prawdę. 

*„Od Chancera do Larkina" - wybór, przekład, opracowanie Stanisław 

Barańczak, Wyd. „Znak", Kraków, 1993r.) 

background image

Równocześnie nie mogę działać zbyt obcesowo, bo chcę 
dowiedzieć się jak najwięcej o córce. Pragnę ją też widy­
wać. Jeżeli przestraszę Verity, stracę wszelkie szanse, u­
znał, wiedząc, że w gniewie potrafi być człowiekiem prze­
rażającym. 

Obmyślił już, jak zacząć, jakim zwrócić się do Verity 

tonem, i... tylko tyle, gdyż wybiła już dziewiąta. 

Wybiła i minęła. 
Dał Verity piętnaście minut. Kwadrans, podczas które­

go usiłował nie dopuścić do siebie myśli, że po raz drugi 
uciekła i że on wyszedł na głupca, ponieważ jej zaufał. 

Dał sobie piętnaście minut na oczekiwanie. Na niepo­

kój i nadzieję, i ponowny niepokój. Na takie opanowanie 
emocji, dzięki któremu nie odezwie się do niej ostro i nie 
sprawi, że ona umknie. 

Po tych długich piętnastu minutach wyszedł do holu 

i przywołał skinieniem dłoni pierwszego lokaja w liberii, 
na jakiego się natknął. 

- Chciałbym, żebyś zaniósł wiadomość pani Davis-Jo­

nes - powiedział. 

- Pani Davis-Jones? - powtórzył głupkowato młody 

służący. 

- Tak. Pani Davis-Jones. 
- Ale, Wasza Wysokość - zaczął się jąkać lokaj, spu­

szczając wzrok, jakby chciał policzyć wszystkie guziki 
u swego fioletowego kubraka. - Pani Davis-Jones wyje­
chała. Opuściła rezydencję. 

. - Opuściła rezydencję? - powtórzył Galen. 

background image

- Tak, Wasza Wysokość. Wyjechała dziś rano, o szó­

stej. Wyjechały wszystkie trzy: pani, jej mała córeczka i ta 

jędzowata służąca. 

- Dziękuję - powiedział Galen spokojnym głosem, po 

czym wrócił do biblioteki i zamknął za sobą drzwi. 

Podszedł do okna i popatrzył pustym wzrokiem na 

piękny ogród Eloise i na kępę krzewów. 

Do diabła, Verity uczyniła to po raz drugi. Uciekła jak 

złodziejka, bez wyjaśnienia, nie licząc się z nim w naj­
mniejszym stopniu. 

Dziesięć lat temu nie pojechał za nią. Tym razem jed­

nak sytuacja jest inna. 

Tym razem ma bardzo doniosły powód, żeby za nią po­

jechać. 

A powód ten nosi imię Jocelyn. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Wynajęty powóz zatrzymał się przed domem Verity. 
Podróż była dość męcząca, lecz upłynęła im raczej 

szybko. Wyruszywszy o szóstej rano, dojechały wygod­
nym powozem Eloise do gospody. Tu zjadły pożywne an­

gielskie śniadanie, złożone z owsianki na mleku i jajek us­
mażonych na bekonie oraz grzanek z pysznym dżemem 
i herbaty, po czym bez zbyt długiego oczekiwania prze­
siadły się do dyliżansu, który dowiózł je do wioski Jefford 

położonej w hrabstwie Warwickshire, liczącej pięćset 
dusz. W Jefford wynajęły służącego z gospody, który za­
wiózł je powozem do ich własnego domu, położonego nie­
daleko za wsią, przy bocznej drodze. 

- Jesteśmy na miejscu, całe i zdrowe, choć bolą mnie 

okropnie plecy - oznajmiła Nancy. - Przysięgłabym, że te 
dyliżansy są coraz mniejsze. 

- Albo ty się robisz coraz większa - zauważyła ze 

śmiechem Jocelyn. 

Służąca spojrzała na nią ostro, jednak nagłe szarpnięcie 

powozu odwróciło jej uwagę. Nancy popatrzyła na służą­
cego z gospody, zgarbionego chłopaka o długich rękach 

i nogach, przypominającego zaspanego pająka. 

background image

- Uważaj, nicponiu! - zawołała, co spowodowało, że 

Jocelyn zaczęła chichotać, a Verity spojrzała na służącą 
karcąco. 

Nieraz rozmawiały o tym, że Nancy powinna uży­

wać bardziej eleganckiego języka, jednak rezultaty były 
raczej mierne. Tym razem nie wyraziła się jeszcze naj­
gorzej. 

Wzruszając ramionami, Nancy zgarnęła spódnice, 

przygotowując się do wysiadania, tymczasem Verity ob­
rzuciła pełnym miłości spojrzeniem swój przytulny dom 
o ścianach z pruskiego muru. Daniel był zamożnym ku­
pcem, handlującym wełną, zatrudniał też miejscowych 
chałupników do przędzenia wełny, z której wyrabiano 
doskonałe materiały. Kupił ten dom dla niej jeszcze 

przed ślubem. 

Był bardziej towarzyski niż ona w tamtym okresie swe­

go życia, jednak zaakceptował jej pragnienie mieszkania 
poza wioską, z dala od wścibskich, choć życzliwych są­
siadów. 

Pokochała ten dom niewidoczny z drogi i otoczony ka­

miennym murem, a także szpalerem wysokich dębów 
i kasztanów - właśnie za to, że pozwalał jej żyć w odo­
sobnieniu. Za domem, na terenie ich posiadłości, znajdo­
wał się mały zagajnik, przez który przepływał niewielki 
strumień. 

Teraz liście kasztanów przybierały barwę złota, a buki 

robiły się czerwone. Jocelyn będzie mogła niedługo zbie­
rać jagody dzikiego bzu, a także grzyby. No i kasztany, 

background image

z których jeszcze w zeszłym roku robiła śmieszne ludziki. 
Teraz jest już być może trochę na to za duża, pomyślała 
z czułością Verity. Dziewięcioletnia dziewczynka to prze­
cież młoda dama. Będą więc obie z tą młodą damą space­
rowały sobie po łąkach, połach i po zagajniku, myślała da­
lej, a do jej uszu dobiegł śpiew zięb ukrytych w gałęziach 
drzew i krakanie gawrona. 

Z ich posiadłością sąsiadował duży majątek sir Myrona 

Thorpe'a, mężczyzny po trzydziestce, który interesował 
się głównie polowaniami i łowieniem ryb. Verity znała go 
właściwie tylko z widzenia i nie chciała poznać bliżej, bo 
nie zależało jej zbytnio na bywaniu w towarzystwie, a zre­
sztą otoczenie sir Myrona składało się przede wszystkim 

z mężczyzn. 

Jocelyn, tak samo jak jej mama, bardzo kochała dom. 

Wkrótce po śmierci Daniela Verity wspomniała, że mo­
głyby przeprowadzić się do miasta, ale Jocelyn w odpo­
wiedzi wybuchnęła płaczem. Prawdę mówiąc, Verity przy­

jęła tę reakcję z ulgą, gdyż i ona nie chciała opuszczać 

bezpiecznego wiejskiego schronienia. 

- Bywanie w gościnie jest przyjemne - powiedziała 

teraz z westchnieniem, pomagając Jocelyn wysiąść z po­

wozu - ale nie ma to jak w domu. 

- Jestem głodna - oznajmiła jej córka, gdy tylko po­

stawiła stopę na ziemi. 

- Przygotuję ci coś, kiedy Nancy będzie się zajmowała 

bagażami - odrzekła Verity, biorąc Jocelyn za rękę i pro­
wadząc do drzwi. 

background image

Z zewnątrz wszystko wyglądało tak jak w chwili ich 

wyjazdu. 

Jednak kiedy Verity położyła dłoń na klamce ciężkich, 

rzeźbionych drzwi, przekonała się natychmiast, że są 
otwarte. 

Próbując zachować spokój, puściła rękę Jocelyn i cof­

nęła się ostrożnie. 

- Proszę cię, Jocelyn, idź zapytaj Nancy, czy nie po­

trzebna jej pomoc - powiedziała, uśmiechając się blado 
do córki. 

- Ale... 
- Jocelyn, proszę! 
Dziewczynka zmarszczyła brwi, ale zrobiła to, o co 

prosiła ją matka. 

Gdy się odwróciła i zeszła po schodkach, Verity powoli 

pchnęła drzwi i ostrożnie zajrzała do holu. 

- O, moja droga Verity, więc jesteś! - zawołał Clive 

Blackstone, ukazując się w drzwiach salonu. Jego wargi 
rozciągnęły się przy tym w uśmiechu, odsłaniając krzywe 
przednie zęby. 

Verity byłaby bardziej zadowolona, gdyby ujrzała wła­

mywacza czy nawet księcia Deighton. Widok uniżonego, 
płaszczącego się szwagra nie ucieszył jej natomiast w naj­
mniejszym stopniu. 

- A właśnie, jesteś - zawtórowała swojemu mężowi 

siostra Daniela, Fanny, również wychodząc z salonu. 

Chude ciało spowijała ciemnoszara peleryna. To, oraz 

blada twarz i wielkie krowie oczy sprawiały, że Fanny 

background image

przypominała widmo wynurzające się z cienia. Jej wygląd 
kontrastował zdecydowanie z wyglądem jaskrawo odzia­
nego Clive'a. Jasny blondyn w średnim wieku miał na so­
bie surdut w kolorze musztardy, kamizelkę o barwie bur­
gunda, upstrzoną złotym wzorkiem oraz brązowe spodnie 
w paski. U jego stóp stał wypchany sakwojaż. 

- Przyjechaliśmy z wizytą i byliśmy zaskoczeni, prze­

konawszy się, że nie ma was w domu - odezwał się, cze­
kając, aż Verity podejdzie bliżej. 

Tak jakby znajdował się we własnym, a nie w jej domu. 
Pomimo zdenerwowania, Verity przywołała na twarz 

uśmiech. 

- Przepraszam, ale wybrałyśmy się w odwiedziny do 

mojej przyjaciółki - wyjaśniła, nie okazując zaskoczenia. 

Zmuszała się do spokoju, rozmawiając z Blackstone'a-

mi, czyniła tak zwłaszcza po śmierci Daniela. Nie chciała 
dać im żadnego powodu do kłótni. 

- Jak dostaliście się do środka? 
- Ach, nie wiedziałaś o tym, że mamy klucz? Drogi 

Daniel był tak dobry, że dał go przed swoją śmiercią Fan­
ny. Nie mieliśmy nigdy okazji, żeby się nim posłużyć, jed­
nak, na szczęście, wzięliśmy go z sobą. 

Verity uśmiechała się nadal. 
- Mam nadzieję, że nie czekaliście długo - powiedzia­

ła, patrząc na pelerynę, którą miała na sobie Fanny. 

- Nie, nie. Przyszliśmy pieszo z gospody dosłownie 

przed chwilą. Gdybyśmy znali sytuację, zaczekalibyśmy 
w gospodzie. 

background image

No tak, i przyjechaliby powozem, za który ja bym za­

płaciła, pomyślała Verity. 

Clive i Fanny wcale nie musieli iść pieszo. Clive mógł 

sobie pozwolić na wynajęcie powozu tak samo jak ona, 
choć, jak twierdził, zainwestował mnóstwo pieniędzy 
w przędzalnie. Był po prostu zbyt wielkim skąpcem, by 
oszczędzić żonie trudów marszu. 

- Gdybyście napisali, dając mi znać o swoich zamia­

rach.. . - zaczęła Verity. 

I nie skończyła, bo od drzwi rozległ się głos Jocelyn: 
- Nancy nie potrzebuje pomocy. 
Zadowolona z tego, że córka jej przerwała, gdyż ina­

czej powiedziałaby coś, czego by potem żałowała, Verity 
odwróciła się, by spojrzeć na małą. Jocelyn stała 
w drzwiach, zaskoczona. Verity spojrzała na nią znacząco 
i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, dając jej tym znak, że 
ma być grzeczna dla gości. Dla każdych gości, bez wzglę­
du na to, jak bardzo byliby niepożądani. 

- Przywitaj się z wujkiem i ciocią. 
- Dzień dobry, wujku - powiedziała dziewczynka bez 

entuzjazmu. - Dzień dobry, ciociu. 

- Proszę cię, idź do swojego pokoju i zdejmij płasz­

czyk i kapelusz. A potem, gdy przyjdzie Nancy, możesz 

jej pomóc rozpakować swoje rzeczy. 

Jocelyn kiwnęła głową. Cała jej radość z powrotu do 

domu zgasła, zupełnie tak samo jak radość jej matki. 

- To wielkie szczęście, że wróciłyście właśnie teraz -

powiedział Clive, gdy Jocelyn powoli poszła na górę scho-

background image

dami znajdującymi się na prawo od frontowych drzwi. -
Właśnie mówiłem, że musimy udać się do Jefford do go­
spody i tam zanocować, prawda, Fanny? 

Jego żona kiwnęła głową. 
Uwagę zebranych zwróciło głośne i w sposób oczywi­

sty pogardliwe pociągnięcie nosem, dobiegające od fron­
towych drzwi. 

Na progu stała Nancy, trzymając pod każdą pachą po 

jednym małym kuferku, a w prawej ręce pudło na kape­

lusze. Stała tam i mierzyła Clive'a i jego żonę ponurym, 
wrogim spojrzeniem. 

Verity pospieszyła w jej kierunku. Była teraz odwróco­

na plecami do niespodziewanych gości, więc żadne z nich 
nie mogło widzieć wyrazu jej twarzy. 

- Patrz, kto przyjechał! - powiedziała z naciskiem do 

Nancy. 

- Widzę - odrzekła służąca. - Oni. 
- Nancy, bardzo cię proszę! - wyszeptała Verity bła­

galnym tonem. 

Spojrzawszy z rezygnacją na swą panią, Nancy zrobiła 

minę, która miała uchodzić za uśmiech, choć bardziej 
przypominała grymas. 

- Dzień dobry państwu - burknęła. 
Zanim Blackstone'owie zdążyli odpowiedzieć, ruszyła 

w górę po schodach, perorując: 

- No cóż, dosyć gadania. Czeka na mnie praca. Muszę 

się do niej zabrać, a nie stać tutaj jak chińska cesarzowa 
i gadać albo zajmować się kimś, kto przyjechał w gości. 

background image

- Mam nadzieję, że mi wybaczycie, jeżeli pójdę teraz 

na górę i zdejmę podróżne ubranie - powiedziała pospie­

sznie Verity, po czym, nie czekając na odpowiedź szwa-
grostwa, pospieszyła za Nancy. 

- Te sępy zawsze przyjeżdżają wtedy, kiedy im jest 

wygodnie - burknęła ze złością Nancy, wszedłszy na 
podest na półpiętrze. - Im się wydaje, że to jest hotel, że 
można tu przyjeżdżać, kiedy się chce. On niby zajmuje się 
interesami. Głowę dam, że jak tak będzie marnował czas, 
to szybko zbankrutuje! 

Verity pozwoliła służącej sarkać dopóty, dopóki nie 

znalazły się w sypialni. Zamknęła drzwi, a Nancy posta­
wiła na podłodze bagaże. 

- Proszę cię jeszcze raz, spróbuj odnosić się do pań­

stwa Blackstone'ów z szacunkiem. 

- Ale, proszę pani, ja naprawdę próbuję. Tylko nie bar­

dzo mi to wychodzi - wyznała służąca, stając twarzą 
w twarz ze swoją panią. 

Verity zaczęła rozwiązywać wstążki skromnego czar­

nego kapelusza. 

- Postaraj się o to jeszcze usilniej, bardzo cię proszę. 

To są w końcu moi krewni, a poza tym chciałabym, żebyś 
uszanowała moje życzenia. 

Nancy westchnęła ciężko. 
- Dla pani zrobię, co będę mogła. Nie mogę jednak 

obiecać, że zrobię więcej. Oni przyprawiają mnie o dresz­
cze i gęsią skórkę na całym ciele. 

- Wiesz, że ja ich też nie lubię, jednak musimy być dla 

background image

nich miłe. Ze względu na Daniela. I Jocelyn - podkreśliła 
Verity, zdejmując płaszcz. - Oni są jedynymi krewnymi, 

jakich mamy. 

- No tak, grunt to rodzinka. - Nancy westchnęła, tak 

jakby mówiły już o tym wiele razy, co było zresztą 

prawdą. 

- Tak, rodzina jest ważna. Jocelyn słyszy, jak się do 

nich odnosisz, a ty masz na nią wielki wpływ. Gdyby coś 

się stało ze mną, oni zostaliby jej opiekunami, więc mu­
simy uważać, żeby Jocelyn ich nie denerwowała. 

- Wiem o tym - przyznała Nancy ze skruchą. - Posta­

ram się, naprawdę się postaram. 

Verity uśmiechnęła się. 
- Wiem. A teraz, proszę, idź i zobacz, co robi Jocelyn. 

Jeżeli nie chce, nie musi schodzić na dół od razu. 

- Oczywiście, że nie chce, ale ja ją przekonam, żeby 

zeszła. 

- Dziękuję ci, Nancy. 
- Jak długo zabawią tym razem? 
- Widziałam tylko niewielki sakwojaż, więc być może 

będzie to krótka wizyta. 

- Mam nadzieję, że pani ma rację! - oznajmiła Nancy, 

kiwając głową i idąc ku drzwiom. - Inaczej pęknę, pró­
bując zachować swoje myśli dla siebie. 

Kiedy służąca wyszła, Verity pokręciła głową, starając 

się pozbyć napięcia, o jakie zawsze przyprawiał ją kontakt 
z Clive'em. 

Wyglądało na to, że wywinęła się z jednej denerwują-

background image

cej sytuacji po to tylko, żeby znaleźć się w drugiej. Przy­
najmniej wiedziała, jak w tym przypadku postępować. 

Mimo to pomyślała, że chętnie schowałaby się na górze 

i poczekała, aż Clive i Fanny, obrażeni, wyniosą się z jej 
domu. Jednak byłoby to zbyt niegrzeczne postępowanie. 
Została więc na górze tylko przez kilka minut, tyle, ile by­
ło potrzeba na poprawienie fryzury. 

- Och, uspokój się wreszcie i przestań jęczeć! - roz­

kazał Clive żonie ochrypłym szeptem. 

Przesunął palcem po marmurowym obramowaniu ko­

minka, a potem po ciężkim srebrnym lichtarzu. 

- Jesteśmy tutaj i nie wyjedziemy, dopóki ja nie po­

wiem, że wyjeżdżamy. 

- Ależ, kochanie... - zaczęła Fanny, kręcąc się przy 

drzwiach. 

Clive wykrzywił się gniewnie. 
- Czy jesteś aż taką idiotką, że nie możesz zapamiętać, 

co mówię? Jestem pewien, że za tą jej wizytą u przy­

jaciółki kryje się coś więcej niż tylko chęć zmiany oto­

czenia. 

- Co mogłoby się...? 
- Coś więcej - podkreślił Clive ponuro. - Chcę wie­

dzieć, co to takiego. 

- Jak ja mam się tego dowiedzieć? 
- Nie wiem. To już twoja sprawa. 
- Co mam zrobić, jeżeli nie będzie chciała mi powie­

dzieć? - spytała Fanny. 

background image

- Powtarzam ci, nie wiem. 
- Ależ, Clive... 
- Postępuj tak, żeby z niej jak najwięcej wyciągnąć. 

Jesteś przecież kobietą. Powinnaś znać te różne chytre 
babskie sztuczki. 

Fanny nie mogła opanować płaczu, jednak wiedziała, 

że mąż nie cierpi, kiedy płacze. Odwróciła się więc 
i ukradkiem otarła łzy. 

Czyniąc to, ponownie pożałowała, że ojciec Verity poznał 

jej brata Daniela. I że później, gdy, roztrwoniwszy majątek, 

zmarł bez grosza, jej dobry brat zaopiekował się Verity. Gdy­
by do tego nie doszło, nie wydałby wszystkich pieniędzy na 
ten śliczny dom, który był o wiele piękniejszy niż dom, 
w którym ona sama, Fanny, mieszkała z Clive'em. 

Jej wzrok zaczął błądzić po ścianach w kolorze delikat­

nej zieleni, a potem skierował się na brokatowe obicie ka­
napy, na zasłony i portret Daniela wiszący nad komin­
kiem, a także na srebrne lichtarze, których Clive zazdro­
ścił Verity, jakby były zrobione ze szczerego złota, i 
w końcu na puszysty, piękny dywan, który miała pod 
nogami. 

Fanny nigdy nie przypuszczała, że jej spokojny brat 

ożeni się z Verity Escombe ani że na świecie pojawi się 
dziecko, które odbierze jej spadek. 

Wiedziała, że Clive także się tego wszystkiego nie spo­

dziewał. 

- Co ty tam robisz, taka zgarbiona? - zapytał gderli­

wie Clive. - Wyprostuj się, no już! 

background image

Posłusznie zrobiła, co kazał. 
- Ona już idzie. Uśmiechnij się, na miłość boską! Po­

staraj się wybadać, po co tak naprawdę pojechała do lady 
Bodenham. 

- Dobrze, Clive. 
Na nieszczęście dla Fanny Verity pojechała do lady Bo­

denham jedynie z przyjacielską wizytą, a nie z żadnego 
innego powodu. Jeżeli zaś chodzi o inne rzeczy, takie jak 
na przykład niespodziewane przybycie księcia Deighton, 
to Jocelyn nie pisnęła o nim słówka, a Verity miała za so­
bą dziesięcioletni trening w zachowywaniu sekretów. 

Dwa tygodnie później, siedząc w skórzanym fotelu 

z wysokim oparciem, wśród książek, których nigdy nie 
czytał, i obrazów, na które nigdy nie zwracał uwagi, 
otoczony przez ulubione psy, które zajęły miejsce u je­
go stóp, sir Myron Thorpe kiwał się nad kieliszkiem 
brandy. Miał za sobą długi, nudny dzień, jeden z tych, 
podczas których nic się nie działo - nikt go nie odwie­
dził, nie przyszły żadne listy ani zaproszenia na polo­
wanie. Szczególnie dotkliwie odczuł samotność. Po­
myślał, że on, stary kawaler, dużo by dał za to, by po­

jawił się ktoś, kto dotrzyma mu towarzystwa podczas 

sezonu myśliwskiego. 

Ziewając szeroko, sięgnął po kolejny kawałek ananasa 

leżący na talerzu i przypadkiem spojrzał przez okno gabi­
netu. 

Wyprostował się nagle, czujny jak ogar, do którego 

background image

nozdrzy dotarł zapach zająca. Psy, obudzone jego nagłym 
ruchem, podniosły głowy i zaczęły węszyć. 

- Charles, moja luneta! - zawołał do starego służące­

go, który bez zbytniego zapału oddawał się czyszczeniu 
paleniska w kominku. 

Charles wstał tak szybko, jak mu na to pozwoliły strzy­

kające kolana, i podreptał w stronę biurka. Myron nakazał 

swoim czujnym teraz psom, żeby siedziały, włożył do ust 

kawałek ananasa i podszedł do okna. 

Nie zdążywszy jeszcze przełknąć, zwrócił się ponownie 

do Charlesa. 

- Może to jednak nie on. Zapraszałem go przecież da­

remnie co roku, od czasu gdy skończyliśmy Harrow. Wła­

ściwie już przestałem mieć nadzieję, że mnie kiedykol­
wiek odwiedzi. 

Służący znalazł lunetę i przyniósł ją sir Myronowi, któ­

ry przyłożył ją do oka i w następnej chwili omal jej nie 
upuścił. 

- Dobry Boże, to jest książę Deighton, przysięgam na 

wszystko, co mi drogie. A co za koń! Skąd on takie bie­
rze? Dałbym za niego sześć swoich. 

- Czy ten dżentelmen zostanie na herbacie? - zapytał 

Charles, przyzwyczajony do sposobu, nad wyraz głośnego 
i entuzjastycznego, w jaki komunikował się ze światem je­
go pan. 

- Na herbatę? Galen Bromney na herbatę? Zwariowa­

łeś? Nie. Galen Bromney przyjął w końcu moje zaprosze­
nie na polowanie. Po cóż innego miałby tu się pojawić? 

background image

- Ach, tak. Najlepiej będzie, jeżeli poinformuję panią 

Minnigan - powiedział służący. 

- Oczywiście! Powinieneś poinformować gospodynię, 

i to natychmiast! Niech przygotuje dla niego najlepsze po­
koje, a także zawiadomi kucharkę, że mamy gościa. 

- Tak jest, sir - wyrecytował Charles, kłaniając się, po 

czym opuścił pokój. 

Myron odrzucił lunetę na najbliższe krzesło, chwycił 

tweedową kurtkę i wybiegł na dwór, na schody przed fron­
towym wejściem, a za nim podążyły psy, spodziewające 
się bez wątpienia, że wkrótce pogonią znowu za królikami 
lub sarnami. 

- A niech mnie, nie widziałem Deightona od ilu to?... 

od szesnastu lat - rzekł do siebie podniecony. - Słysza­
łem, że po skończeniu szkoły stał się niezłym uwodzicie­
lem. No tak, tak przynajmniej twierdził Justbury Mniejszy. 
Ale przecież Deightonowi nie przynosi to ujmy. Boże, jak 
on siedzi na koniu! Jak się trzyma w siodle! Przypusz­

czam, że jego służący podąża za nim z bagażami. Witam! 
Witam! 

Galen musiałby zauważyć Myrona, nawet gdyby nie 

miał na to najmniejszej ochoty. Zawsze tak było, od dnia 
gdy spotkali się w szkole. Głos Myrona był bowiem, dzię­
ki jakiemuś psikusowi natury, donośny, nawet wtedy, kie­
dy Myron mówił szeptem, co oznaczało, że szkolne łobu­
ziaki nie mogły go Włączać do swoich eskapad. Poza tym 

Myron absolutnie nie potrafił oszukiwać. Galen był prze­
konany, że jego ufna i prawdomówna natura wykluczała 

background image

wszelką nieszczerości. To, niestety, także sprawiało, że 
szkolni koledzy często traktowali go jak wiejskiego głup­
ka. Działo się tak jednak jedynie do chwili, gdy Galen się 
z nim zaprzyjaźnił, za co Myron okazywał mu wprost że­
nującą wdzięczność. Z początku ta jego wdzięczność Ga­
lenowi przeszkadzała. Potem okazało się, że dobrze jest 
mieć kolegę, który żywi bezgraniczny podziw. 

Po ukończeniu szkoły Galen prawie natychmiast zapo­

mniał o Myronie. I nie pamiętał o nim aż do chwili, gdy 
się dowiedział od niczego nie podejrzewającej Eloise, 
gdzie mieszka Verity, i nie przypomniał sobie, że dom 
dawnego kolegi także znajduje się w Jefford. Przypomniał 
sobie również, że Myron co roku zapraszał go na polowa­
nia, choć on, jak dotąd, nigdy jego zaproszenia nie przyjął. 

Galen miał ogromną ochotę ruszyć co koń wyskoczy 

do Jefford na drugi dzień po wyjeździe Verity z Potterton 
Abbey, powstrzymał się jednak. Nauczył się bowiem pa­
nować nad odruchami, i z reguły to mu się udawało. Wy­

jątek stanowił pocałunek, który wymienił z Verity w sy­

pialni w rezydencji Eloise. 

Gdy ich usta się spotkały, wezbrały w nim natychmiast 

namiętność i pożądanie. Galen poczuł się tak, jakby ktoś 
go nagle obudził z długiego snu albo jakby od chwili, kie­
dy po raz ostatni trwali w namiętnym uścisku, upłynęło 
zaledwie parę minut. 

Jedynie wysiłkiem woli powstrzymał się od kolejnych 

pocałunków i wyszedł z sypialni. Okazało się bowiem, że 

jedno dotknięcie Verity wystarczyło, by wzbudzić w nim 

background image

takie pragnienie, że wszystko to, czego doznał w ciągu 
ostatnich dziesięciu lat, wydawało się nie warte funta 
kłaków. 

Patrząc na Myrona, który uśmiechał się do niego, kle­

piąc po łbach psy myśliwskie, Galen uświadomił sobie, że 
kiedyś, przed laty, nie czułby żadnych wyrzutów sumie­
nia, wykorzystując przyjaciela. 

Jednak tak było kiedyś, a teraz jest inaczej, powiedział 

sobie, zsiadając z konia i podchodząc do Myrona, żeby się 
z nim przywitać. Myron wydał mu się nieco grubszy niż 

przed laty, ale poza tym zupełnie taki sam jak w dawnych 
czasach. Był wciąż wysoki i krzepki, miał ciemne włosy 
nie naznaczone siwizną i rumianą twarz. 

- Witam w skromnych progach mojego domku myśli­

wskiego! - zawołał Myron uszczęśliwiony. 

Galen popatrzył na okazały dwór zbudowany z kamienia. 
- Dziękuję za zaproszenie, Myronie, choć nie każ­

dy nazwałby tak wspaniałą rezydencję domkiem myśli­
wskim. 

Myron zarumienił się jak dziewczyna, której na balu 

ktoś powiedział pierwszy w jej życiu komplement. 

- To nic takiego, naprawdę - odrzekł, siląc się na skro­

mność, co niezbyt mu się udało, gdyż widać było, jak bar­
dzo jest dumny ze swojej posiadłości. - To po prostu miej­
sce, w którym mogę trzymać trofea i broń. 

- Jeżeli w tych okolicach są takie wspaniałe tereny 

łowieckie, to powinienem przyjechać tu o wiele wcześ­
niej. 

background image

Myron wybuchnął radosnym śmiechem i klepnął Gale­

na po ramieniu tak mocno, że ten się aż skrzywił. 

- Robię, co mogę, żeby trzymać tutejszą zwierzynę 

pod kontrolą. Ale, ale, jesteś z pewnością spragniony. Na­
pijesz się? 

- Z przyjemnością - odrzekł Galen, idąc za gospoda­

rzem. 

Weszli do holu, który ozdobiony był zadziwiającą ilo­

ścią broni. Psy przydreptały za nimi, a potem odeszły 
w głąb korytarza. 

- Mam nadzieję, że nie spodziewasz się oblężenia? -

zapytał Galen, przyglądając się różnym kopiom, kuszom, 
strzałom, łukom, mieczom i dzidom. 

- Dotychczas nie, ale teraz się spodziewam! - zaśmiał 

się Myron, patrząc na Galena z uznaniem. - Do diabła, 
Deighton, z wiekiem stałeś się przystojniejszy. Będziemy 

musieli odpierać tutaj szturm kobiet, kiedy dowiedzą się 
o twoim przybyciu! 

Galen westchnął ciężko i nic nie odpowiedział. Weszli 

do gabinetu wyłożonego dębową boazerią. Wisiały tu por­
trety psów myśliwskich i koni. Książę uświadomił sobie, 
że psy skierowały się właśnie tutaj - leżały wokół starego 
skórzanego fotela. Ich obecność oraz to, że najwyraźniej 
każdy miał tu swoje miejsce, stanowiły wyjaśnienie dla 
faktu, że w pokoju panował wyraźnie psi zapach. 

- No cóż, już taki mój los. Jestem oblegany, gdy tym­

czasem potrzebuję tylko trochę rozrywki - powiedział 
Galen. 

background image

Myron z szerokim uśmiechem nalał mu duży kieliszek 

brandy. 

- Właśnie: rozrywka! To jest to, czego pragną także 

i one, co, przyjacielu? 

Galen nie mógł zaprzeczyć. 
- Jednakże, Myronie, zmęczyły mnie już takie puste 

związki. Postanowiłem się ożenić. Jeżeli znasz jakieś ład­
ne, bogate, utytułowane damy na wydaniu, które miesz­
kają w tej okolicy, to mi o nich powiedz. Będę szczęśliwy, 
mogąc je poznać. 

Myron podszedł do Galena, za każdym krokiem roz­

chlapując na dywan nieco brandy. Biorąc od niego kieli­
szek, Galen zauważył, że na dywanie jest więcej śladów 
tego rodzaju beztroski. 

- Postanowiłeś się ożenić? Ty? - zdziwił się gospo­

darz. 

Galen usadowił się na kanapie i popatrzył na szkolnego 

kolegę z rozbawieniem. 

- Nie mam chyba odpychającej powierzchowności? 
Myron roześmiał się na całe gardło. 
- Książę Deighton i odpychająca powierzchowność? 

A niech mnie! Dobre sobie! 

- Kilka życzliwych osób zwróciło mi uwagę, że nie je­

stem już taki młody i że najwyższy czas, bym się ożenił. 

Dlatego, jeżeli masz jakieś propozycje, zamieniam się 
w słuch. 

Myron odchrząknął, na jego miłej twarzy pojawił się 

wyraz powagi. 

background image

- No cóż, niech się zastanowię... Jest lady Alice de 

Monfrey, ale ona jest za stara. Jest też córka księżnej 
Tewkesbury, lecz ona wygląda jak charcica. - Podrapał się 
w podbródek. - Jest Verity Davis-Jones... chociaż nie, 
ona nie... 

- Co jej masz do zarzucenia? - zapytał lekkim tonem 

Galen. 

- To wdowa. 
- Bogata wdowa mogłaby się nadać. Ale może jest 

wiekowa? 

Myron prychnął. 
- Nie, wcale nie, ale nie jest bogata. Nie ma też odpo­

wiedniej pozycji. Jej córka odziedziczy sporą sumę po doj­

ściu do pełnoletności, lecz ona sama ma niewiele. A co do 
tej dziewczynki, to dzieciak z piekła rodem! 

- Ależ, Myronie, od kiedy to słuchasz plotek? 
- Nie słucham ich! Ona raz przepędziła przez wieś sta­

do krów. 

Galen omal się nie uśmiechnął od ucha do ucha. 

- Trudno w to uwierzyć. 
- Mówiła, że bramka na pastwisku była otwarta, ale 

śmiała się przy tym tak głośno, iż uwierzyła jej tylko mat­
ka i ta ich jędzowata służąca. Słyszałem też, że innym ra­
zem, gdy jej matka odwiedzała we wsi pewną chorą ko­

bietę, ta mała diablica - zamiast czekać grzecznie przed 
domem - poszła do kurnika i wypuściła na drogę wszy­
stkie kury. Powiedziała potem, że zrobiła to z litości, bo 
ptactwu było w zamknięciu nudno i smutno. Nie muszę ci 

background image

mówić, że właściciel, biedny człeczyna, ścigał potem drób 
po całej wsi. A o tych gęsiach, które ta nieznośna dziew­
czynka gania za każdym razem, gdy przechodzi przez 
wieś, już nawet nie wspomnę. Tak, tak, to naprawdę dziec­
ko z piekła rodem. Jest w świetnej komitywie z tą imper­
tynencką służącą, która - widać to na pierwszy rzut oka 

- skoczyłaby za nią w ogień. 

Galen zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie miał 

okazję zapytać Jocelyn o te wydarzenia. Jeżeli nawet nie, 
to i tak wierzę, że mówiła prawdę, pomyślał. 

Myron odchrząknął. 
- Zgon Daniela Davisa-Jonesa był, jak mówiono, ra­

czej... szybki. 

Galen spojrzał na gospodarza z pozornie niewielkim 

zainteresowaniem. 

- To jakiś wypadek? Czy może ludzie podejrzewają 

coś innego? 

- Nikt, kto zna wdowę, nie może jej podejrzewać. To 

nie do pomyślenia, by taka kobieta popełniła coś złego! 
Jednak jej mąż cieszył się doskonałym zdrowiem, a zmarł 
w ciągu tygodnia. 

- Więc to był młody człowiek? 

- Dobry Boże, nic. Miał z pięćdziesiąt lat, ale nie cho­

rował ani na nic się nie uskarżał. 

- Co orzekł lekarz? 
- Że to było zapalenie płuc. 
- Czy to możliwe, że skłamał? 
Myron pokręcił głową. 

background image

- Doktor Newton jest bardzo szanowanym człowiekiem. 

Zdajesz sobie sprawę, jak potrafią plotkować kobiety, w do­
datku kiedy mąż jest o tyle starszy od żony i wynosi się tak 
szybko na tamten świat. Wyznaję, że początkowo sam się nad 
tym zastanawiałem, lecz uznałem, że to absurd. Widziałem 
ich kilka razy razem. Nie ma wątpliwości, że ona bardzo ko­
chała męża. Nie rozstawała się z nim nawet wtedy, gdy był 
zdrowy. - Myron westchnął. - Dobry Boże, każdy by chciał 
mieć przy sobie taką kobietę pod koniec życia! 

- Mówisz o niej tak, jakby była raczej pielęgniarką niż 

żoną. 

- Chciałbym mieć taką pielęgniarkę, Bóg mi świad­

kiem! - zaśmiał się Myron. - Tworzyli kochającą się ro­
dzinę. Daniel wprost uwielbiał córkę! 

- To wzruszające, że okazywał ojcowskie uczucia. 
Myron spojrzał na Galena kpiąco, a potem uśmiechnął 

się od ucha do ucha. 

- Co ja ci tu opowiadam! Ty przecież nie chcesz słu­

chać historii o jakichś tam wdowach i ich dzieciach. 

- Nie chcę też spędzać całego czasu z przedstawiciel­

kami płci pięknej. Zwłaszcza wtedy, kiedy mogę polować 
z takim zawołanym myśliwym jak ty. Naprawdę żałuję, że 
nie odwiedziłem cię wcześniej. Przez dziesięć ostatnich lat 
mieszkałem we Włoszech. 

- Wiem, do diabła! - oznajmił Myron. - Justbury 

Mniejszy informuje mnie o wszystkim, co dzieje się 
z chłopakami z naszej klasy. 

Galen uświadomił sobie, że powinien się tego domyślić. 

background image

Młodszy z braci Justburych - skąd przezwisko „Mniej­
szy" - był plotkarzem wręcz natchnionym. Przy nim 
Eloise to sfinks. 

- Słuchaj, będziemy musieli wydać tu kilka kolacji -

myślał na głos Myron - bo inaczej damy mi nie wybaczą. 

Galen uśmiechnął się skromnie i pochylił głowę. 
- Mam nadzieję, że nie dzisiaj? 
- Nie! Nie dzisiaj ani jutro. Zanosi się na to, że jutro 

będzie piękna pogoda i zabiorę cię na bażanty. A potem 
na ryby. Damy będą musiały trochę poczekać, co? 

- Jak sobie życzysz, Myronie. 
- To dziwne, że dzisiejsze młode damy dożywają wie­

ku, w którym mogą wyjść za mąż. Przy tych dekoltach, 

jakie się teraz nosi... Przecież aż się proszą o suchoty! 

- Mnie się podoba dzisiejsza moda. 
- No oczywiście. To coś dla ciebie! 

Galen ocknął się z zamyślenia i podniósł kieliszek 

w górę. 

- Za twoje zdrowie, Myronie, i za odnowione przy­

jaźnie. 

Myron poczerwieniał, a Galen mógłby przysiąc, że 

w oczach poczciwca zakręciły się łzy. 

- Jestem zachwycony, że Wasza Wysokość w końcu 

przyjechał. Brakowało mi Waszej Wysokości. 

Galen uświadomił sobie, że na bardzo długo pozbawił 

się czegoś bardzo cennego. 

- Daj spokój tytułom. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. 

Mam nadzieję, że pozwolisz mi zabawić tutaj dłużej. 

background image

Chciałbym nadrobić te wszystkie lata, podczas których się 
nie widywaliśmy. 

- Oczywiście, Wasza... Oczywiście, Galenie, oczy­

wiście. 

Na drugi dzień pogoda była tak piękna, jak przewidy­

wał Myron. I rzeczywiście, zgodnie z jego obietnicą, obaj 
dżentelmeni wybrali się na bażanty. Galen z przyjemno­
ścią oddychał czystym, świeżym powietrzem i cieszył się 
zielenią i słońcem bardziej niż samym polowaniem, po­
nieważ myśliwy był z niego nietęgi. Psy myśliwskie oka­
zały się doskonale wyszkolone i dwaj dżentelmeni z ich 

pomocą upolowali sporo dorodnych ptaków. A ściślej mó­
wiąc, upolował je Myron, bo Galen nie zdołał ustrzelić ani 

jednego. 

Wróciwszy do domu, oszołomieni świeżym powie­

trzem, spędzili popołudnie na miłej pogawędce o starych, 
dobrych czasach. Wspominali kolegów z Harrow i, racząc 
się brandy, rozmawiali o ich obecnym życiu, o którym 
Myron miał dość świeże informacje pochodzące głównie, 
choć nie tylko, od Justbury'ego Mniejszego. Okazał się 

przy tym nie mniejszym od niego plotkarzem, dzięki cze­
mu Galen w ciągu dwóch godzin został dokładnie o wszy­
stkim poinformowany - o tym, kto z kim się ożenił, kto 
i ile miał dzieci, kto z kim polował, kto u kogo bywał, kto 
i w jakim stopniu pomnożył majątek. 

Kolejny poranek upłynął dwóm przyjaciołom na łowie­

niu ryb w pobliskiej rzece, a dzień - po lunchu, na który 
podano smażonego pstrąga, świeżo złowionego przez My-

background image

rona - na kolejnych męskich przyjemnościach w rodzaju 
brandy, fajki i lektury „Timesa". Czas płynął wartko i mi­
ło, jednak Galen, zajęty tym wszystkich, nie zapominał, 
po co się tutaj znalazł. Nie tylko myślał o Verity i Jocelyn, 
ale także podjął pewne zdecydowane kroki. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Verity spojrzała na list, który trzymała w dłoni. Mały, 

biały arkusik z jej adresem wypisanym prostym, bezpre­
tensjonalnym charakterem przyniosła dzisiejsza poczta. 
Verity przypuszczała, że jest to list od któregoś ze znajo­
mych zmarłego męża, nie wiedzącego jeszcze o jego 

śmierci. Z ciężkim westchnieniem złamała pieczęć i roz­
łożyła arkusik. 

Spojrzała na podpis i, nie oglądając się, wyciągnęła za 

siebie rękę, by znaleźć najbliżej stojące krzesło, po czym 

usiadła na nim ciężko. 

Droga Pani! 

Ufam, że ma się Pani dobrze i że Pani nagły wyjazd z re­

zydencji naszej wspólnej przyjaciółki nie został spowodowa­
ny żadną poważną niedyspozycją. Jeżeli tak było, to mam 
szczerą nadzieję, że wróciła już Pani do zdrowia na tyle, by 

pozwolić mi na przyjemność odbycia z Panią rozmowy. 

Ponieważ mamy wspólne sprawy, bardzo pragną spot­

kać się z Panią. Przybędę dzisiaj po południu. 

Z wyrazami poważania 

Deighton 

background image

Verity była całkowicie zaskoczona. 
Miał przybyć, tu, do jej domu! Dzisiaj! Nie pytając, czy 

jej to odpowiada, nie dając jej szansy na odmowę. 

„Wspólne sprawy" mogły oznaczać jedynie Jocelyn. 
Nie, nie wolno jej ryzykować. Nie może pozwolić, by 

książę Deighton zjawił się w jej domu. Co by było, gdyby 
go ktoś zobaczył? Co taki ktoś by pomyślał? Co w ogóle 
pomyśleliby ludzie? 

No cóż, zawsze można powiedzieć część prawdy... 

przyznać, że poznała go u lady Bodenham. 

Nie, nie, to wystarczyłoby w przypadku każdego inne­

go dżentelmena, ale nie tam, gdzie chodziło o niego, 
o człowieka o takiej reputacji. Jestem młodą wdową, roz­
myślała Verity, ludzie z pewnością wyciągnęliby z tego 
najbardziej niekorzystne dla mnie wnioski. 

A później, patrząc na Jocelyn, domyśliliby się... 
Do jej uszu dobiegł radosny śmiech córki, której wtó­

rowała z kuchni, Nancy. 

Jocelyn niezmiernie poweselała od chwili, gdy Clive 

i Fanny opuścili ich dom. Dziewczynka nie cierpiała wuja, 
nieomylnym instynktem dziecka rozpoznając fałsz w uni­
żonej uprzejmości. Wiecznie przestraszona i brzydko 
ubrana ciotka nudziła ją i niecierpliwiła. Ich obecność by­
ła dla Jocelyn tym bardziej uciążliwa, że matka wymagała, 
by zachowywała się wobec wuja i ciotki grzecznie, żeby 
się ładnie uśmiechała, dygała i nie robiła zniechęconej mi­
ny. Jocelyn wydawało się, że gdy wujostwo są u nich, je­
dyną osobą, która ją rozumie, jest Nancy, bowiem służąca 

background image

nie znosiła Blackstone'ów równie serdecznie. Verity wie­
działa o wszystkim, nie mogła jednak nic na to poradzić. 
Z wielką ulgą przyjęła wyjazd szwagrostwa. 

Tak więc Clive'a i Fanny już nie było. Natomiast książę 

musiał przyjechać do Jefford, skoro zapowiedział się na 
dziś po południu. Zatrzymał się zapewne albo u sir Myro-
na, albo w miejscowej gospodzie. 

Tak pomyślała, ale zaraz zdała sobie sprawę, że gdyby 

nawet miała pewność, gdzie on mieszka, to i tak nie mo­
głaby do niego napisać. Spowodowałoby to natychmiast 
falę plotek. 

Dlaczego Galen Bromney zamierza ją odwiedzić? Cze­

go on chce? Co może być przedmiotem ich rozmowy? To 
ona opiekuje się Jocelyn. A od niego nic nie żąda. Ani te­
raz, ani nigdy. 

Przecież Galen nie powinien odgrywać w życiu ich dzie­

cka żadnej roli. Nikt nie może się dowiedzieć o tym, że Jo­
celyn jest córką księcia Deighton, obiecała sobie w duchu 
Verity. Jocelyn nie będzie żyła z piętnem wstydu i upokorze­
nia wynikającym z tego, że jest dzieckiem nieślubnym. 

Gdyby Clive odkrył prawdę, z pewnością odebrałby 

Jocelyn spadek. Zrobiłby to, nie oglądając się na nic. Nie 

zastanawiałby się nad tym, jaką krzywdę wyrządziłby 
dziewczynce. 

Verity spojrzała na zegar, próbując się uspokoić. Do­

chodziła pierwsza. Może książę się rozmyślił? Może da im 

spokój? Może zapomni o nich i nie pojawi się więcej 
w ich życiu? 

background image

Tak myślała, czepiając się nadziei, ale nagle wstrzyma­

ła oddech, bo na drugim końcu długiego podjazdu pojawił 
się koń niosący na swym grzbiecie jakże dobrze znanego 

jej jeźdźca. Rozpoznałaby tę sylwetkę wszędzie i w każdej 

sytuacji: tę dumnie uniesioną głowę, wyprostowane plecy 
i postawę pełną władczości i arogancji. 

On nie może wejść do jej domu! Nie wolno mu spotkać 

się z Jocelyn ani z Nancy. A ona, Verity, w żadnym razie 
nie może do takiego spotkania dopuścić! 

Z tą myślą Verity pospieszyła przed dom. Czekając na 

księcia na stopniach przed frontowymi drzwiami, założyła 
ręce na piersi. Dzień był chłodny i wilgotny, ale to nie 
z powodu zimna drżała na całym ciele. 

Książę zatrzymał konia i spojrzał na nią. 
Choć tak bardzo pragnęła skłonić go do tego, żeby 

się oddalił, poczuła, że robi jej się gorąco, a - co gor­
sza! - poczuła także, że ogarnia ją zawstydzające pożą­
danie. 

Jakiż jest wspaniały w dobrze skrojonym ubraniu, pod­

kreślającym szerokie ramiona, wąskie biodra i muskular­
ne uda! Jakiż jest męski! - pomyślała mimo woli. 

I zaraz skarciła samą siebie. 
Jak mogę być tak głupia? Tak głupia po wszystkim, co 

się stało! 

- Wasza Wysokość, nie powinien pan... - zaczęła sta­

nowczo. 

- Powinienem - odrzekł równie stanowczo i popatrzył 

na nią znowu, a ona dostrzegła w jego orzechowych 

background image

oczach zdecydowanie. - I zapewniam panią, że tym razem 
nie oddalę się dopóty, dopóki pani nie odpowie na moje 
pytania. 

- To jest moja posiadłość, Wasza Wysokość, a pan 

wtargnął na jej teren. 

Jego uważne spojrzenie sprawiło, że serce Verity zaczę­

ło bić jeszcze szybciej niż poprzednio. 

Muszę być silna! Nie mogę mu pozwolić, żeby tu dłużej 

został! - postanowiła. 

- Wiem, że po śmierci pani męża posiadłość odziedzi­

czyła pani córka. Czy mam poprosić Jocelyn, żeby mi po­
zwoliła tu zostać? 

- Nie! - odrzekła ostro, przeklinając w duchu plotkar­

ski język Eloise. Powinna doskonale wiedzieć, że to, 
o czym wie Eloise, dotrze do uszu Galena. - Proszę wziąć 

konia i pójść za mną. 

Skinął głową, więc poprowadziła go, idąc energicz­

nym, zdecydowanym krokiem, do powozowni znajdują­
cej się za domem. Otworzyła ciężkie, skrzypiące wrota, 
mając przy tym nadzieję, że nikt ich skrzypienia nie 
usłyszy. 

Znaleźli się w mrocznym wnętrzu. Przez małe zakurzone 

okienka wpadało nikłe światło, w którego blasku tańczyły 
drobiny pyłu. Choć powozowni nie używano od śmierci Da­
niela, jej wnętrze wciąż pachniało sianem i końmi. 

Verity była bardzo zdenerwowana, ale zamknąwszy 

wrota za księciem, który wszedł za nią, poczuła się tak, 

jakby odcięła się od całego zewnętrznego świata pełnego 

background image

plotkarzy nie potrafiących zrozumieć, co mogłoby skłonić 
młodą kobietę do tego, by zapomniała o obowiązkach 
i honorze i spędziła namiętną noc w ramionach księcia 
Deighton. 

Galen przywiązywał konia, tymczasem Verity roz­

myślała o tym, że i inne kobiety nie były wolne od takiej 
pokusy. 

Jeżeli choć połowa z tego, co opowiadała Eloise, jest 

prawdą, to niejedna jej uległa. 

Jednak myśl, że ona sama przypominała w jakiś sposób 

liczne kochanki księcia, nie była dla Verity pocieszeniem. 
Obiecała sobie, że po raz kolejny nie ulegnie pokusie. Na­
wet tutaj. 

Gdzie byli sam na sam. 
Książę rozejrzał się po powozowni. 

- Obawiam się, że nie jest to dokładnie takie miejsce, 

jakie wybrałbym, żeby odbyć naszą rozmowę. No, ale bę­

dzie musiało wystarczyć. 

- Musi wystarczyć, Wasza Wysokość. Nikt w Jefford 

nie wie, że ja kiedykolwiek pana spotkałam. 

Popatrzył na nią spokojnie. 
- Wystarczy powiedzieć, że poznaliśmy się u mojej 

kuzynki. 

Verity zacisnęła dłonie tak mocno, że pobielały jej kły­

kcie. 

- Wasza Wysokość, muszę ponowić moją prośbę. Pro­

szę, żeby pan stąd wyjechał. 

Uśmiechnął się. 

background image

- O, więc nie usłyszę już obietnicy, że spotkamy się 

kiedyś, później? 

Jego wzrok błądził po nie używanym wnętrzu, a potem 

zatrzymał się na zamkniętych wrotach. 

- Jest to doskonałe miejsce na potajemną schadzkę, 

choć trochę za dużo tu kurzu. 

- To nie jest potajemna schadzka! 
- Tym większa szkoda. 
Verity zacisnęła usta. 
- Być może dla Waszej Wysokości wszystko to jest za­

bawne - powiedziała po chwili - ale ja zapewniam pana, 
że pańska wizyta, jeżeli wyjdzie na jaw, może mieć nader 
poważne reperkusje. 

Wyraz jego twarzy niespodziewanie złagodniał. 
- Doskonale wiem, co mogą plotki - odparł - i dlatego 

przyjechałem przez pani śliczny zagajnik. 

- Dobre i to - rzekła szorstko Verity, zakładając ręce 

na piersiach i starając się usilnie, żeby zmiana w jego za­
chowaniu nie zachwiała jej postanowieniem. 

On przecież nie powinien się tutaj wpraszać, nie powi­

nien też być z nią sam na sam. I nie powinien wyglądać 
na tak... na tak... życzliwego. 

- Jednak nie przypuszczałem, że będę musiał kryć 

się za domem jak żebrak albo wędrowny sprzedawca. 

- To powiedziawszy, stanął tak, że zasłonił sobą jedyne 

wyjście z pomieszczenia. - Nie wyjdę stąd ani nie po­
zwolę pani uciec, póki nie dostanę odpowiedzi na moje 
pytania - oznajmił stanowczo. - Pierwszą, jaką muszę 

background image

uzyskać, jest odpowiedź na pytanie: czy Jocelyn jest moją 
córką? 

Stał przed nią w postawie człowieka, który spodziewa 

się ciosu, a ona dostrzegła w jego orzechowych oczach 
determinację. Gdyby jednak to było wszystko, co kryło się 
w jego spojrzeniu, okłamałaby go. 

W tym spojrzeniu było jednak coś więcej. Było w nim 

błaganie i niepokój. Gdyby go teraz okłamała, to nie tylko 
ukryłaby przed nim prawdę. Zrobiłaby coś więcej - dopu­

ściłaby się kradzieży czegoś cennego i cudownego. 

Powoli skinęła głową i powiedziała: 
- Tak, i właśnie dlatego nie może pan tutaj więcej 

przychodzić. Jocelyn jest do pana podobna. Każdy, kto zo­
baczy was razem, może domyślić się prawdy. Nie możemy 
podejmować takiego ryzyka. 

- Mógłbym wymienić nazwiska kilku znajomych, któ­

rzy są bękartami, o czym większość ludzi wie - powie­
dział. - Tego rodzaju... potknięcia... nie są rzadkie. 

- Być może, ale my do tej sfery nie należymy. Poza 

tym z punktu widzenia mężczyzny wszystko wygląda ina­
czej. Przecież nieślubne dzieci uważane są za dowód 
męskości. 

- Wiem, że społeczeństwo mierzy różną miarą zacho­

wanie człowieka w zależności od jego zamożności, pozy­
cji i płci. 

- Pana, Wasza Wysokość, przez całe życie chroniły pie­

niądze i pozycja społeczna. Nie może pan wiedzieć, co to 
oznaczałoby dla mnie, a zwłaszcza dla Jocelyn. Oświadczam 

background image

panu, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie do­
puścić do splamienia dobrego imienia mojego dziecka. 

- Czy to dlatego, zamiast przyjść do mnie, wolałaś po­

ślubić Daniela, szukając u niego ochrony? 

- A jeżeli tak, to co? - wybuchnęła. - Czy pan zapro­

ponowałby mi małżeństwo, mimo że nie miałam majątku 
i nie pochodziłam ze znakomitej rodziny? Przecież mię­
dzy nami nie padło ani jedno słowo na temat miłości. 

Nie odwrócił wzroku. 
- Nie, nie padło. To prawda. I masz rację. Nie ożenił­

bym się z tobą, ale opiekowałbym się tobą ze względu na 
dziecko. - W jego oczach zabłysnął gniew. - Zapewniam 
cię, że zaopiekowałbym się tobą i Jocelyn, pomimo że... 
- zamilkł. 

- Pomimo że przyszłam do pańskiego łóżka nie zapro­

szona, jak kobieta najgorszego pokroju? - dokończyła za 
niego Verity. 

- Tak. 
- Nie miałam przecież pojęcia, co pan zrobi, jeżeli 

zwrócę się do pana, prosząc o opiekę nad dzieckiem 
i sobą. 

- I dlatego nie dałaś mi szansy na jakąkolwiek reakcję? 

Nie było to z twojej strony postępowanie honorowe. 

- Honorowe? Ja przecież już straciłam honor, na włas­

ne życzenie... i to ja ponoszę odpowiedzialność za to, co 
się stało. To przecież ja przyszłam do pana tamtej nocy, 
Wasza Wysokość. 

- Pamiętam. 

background image

- A więc - mówiła dalej głosem stłumionym i pełnym 

napięcia - nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby obar­
czać pana jakimikolwiek obowiązkami, które z tego faktu 
wyniknęły. 

Odwrócił wzrok. 

- A poza tym bez wątpienia uważałaś, że na nic by się 

to zdało. 

- Być może, ale wszystko to wydarzyło się dziesięć lat 

temu i już minęło. 

- Przeszło, ale dla mnie nie minęło. 
- Musimy myśleć o Jocelyn - powiedziała, przypomi­

nając o tym nie tylko jemu, ale także i sobie. - Musimy 
się zastanowić, co będzie dla niej najlepsze. Przecież pan, 

Wasza Wysokość, nie chce, żeby ktokolwiek wiedział 
o jej hańbie? 

- Okoliczności urodzenia jej nie hańbią. Chciałbym, 

żeby Jocelyn wiedziała, iż ma rodzonego ojca, który jej 
nie opuścił, kiedy się dowiedział o jej istnieniu. Posłuchaj, 
Verity - ciągnął zdecydowanie - ona jest moim dzieckiem 
i chcę mieć udział w jej życiu. Od śmierci matki nie ucze­
stniczyłem w żadnych formach życia rodzinnego. Co pra­
wda, mam krewnych, ale to nie to samo. 

- Wyjaśniłam już... - zaczęła, ale on jej przerwał. 
- Dlaczego to zrobiłaś, Verity? - zapytał tonem spo­

kojnym, ale z wielkim naciskiem. - Dlaczego przyszłaś 
do mnie? 

- Jakie to ma dzisiaj znaczenie? 
- Dla mnie ma. 

background image

Po chwili milczenia Verity uznała, że jest winna Gale­

nowi prawdę. 

- Miałam wyjść za mąż za człowieka, który mógłby 

być moim ojcem. Ślub wyznaczono za miesiąc. A chcia­
łam wiedzieć, co bym czuła, doświadczając choć raz na­
miętności młodego mężczyzny - odrzekła, a całe jej ciało, 

wskutek upokorzenia, zalała fala nieznośnego gorąca. 

- Okazałem się szczęśliwym kandydatem na człowie­

ka, który zaspokoi twoją ciekawość. Biorąc pod uwagę 

fakt, że wybuchnęłaś płaczem i uciekłaś z pokoju, muszę 
przyjąć, że cię rozczarowałem. 

Pokręciła głową. 
- Nie, Wasza Wysokość, nie rozczarował mnie pan. 
- Więc śmiem mieć nadzieję, że to doświadczenie mia­

ło jakieś dobre strony? 

- To doświadczenie dało mi Jocelyn. 
Ruszył w jej kierunku, lecz nagle się zatrzymał. 
- Dlaczego mnie w ten sposób opuściłaś? 
Verity cofnęła się. 
- Czy to nie oczywiste? Bo się wstydziłam. 
- Niosłaś od tego czasu cały ciężar winy na własnych 

barkach? 

- Nie, nie dźwigałam go sama. Powiedziałam o moim 

postępku Danielowi. 

Spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

- Powiedziałaś o tym swojemu mężowi? 
- Gdy mu wyznałam, co uczyniłam oraz jakie są kon­

sekwencje mojego czynu, nie był jeszcze moim mężem. 

background image

Nie byłam do tego stopnia pozbawiona honoru, by to 
przed nim zataić. 

- Muszę powiedzieć, że jestem pełen uznania dla two­

jej prawości. Mówiąc szczerze, dziwię się, że on cię po­

ślubił. 

- Daniel mnie kochał i wybaczył mi. A kiedy urodziła 

się Jocelyn, pokochał ją tak, jakby była jego własnym 

dzieckiem. 

- I nigdy nie wypominał ci grzechu? 
- Nie. 
- Doprawdy, święty człowiek. Aż trudno uwierzyć. 
- Daniel był wyjątkowym mężczyzną, a ja odpłaciłam 

mu się monetą z nieszlachetnego metalu. 

- Może nie powinnaś za niego wychodzić. 
- A jednak za niego wyszłam - odrzekła ostro. - Wy­

szłabym za niego nawet wtedy, gdybym nie oczekiwała 
dziecka. 

- Ponieważ spędziłaś godzinę czy dwie w moim łóżku? 
- Ponieważ go kochałam! Daniel mnie uratował. Dał 

mi dom, którego nie miałam. Mój ojciec był pijakiem, któ­
ry roztrwonił całą fortunę, uprawiając hazard. Kiedy 
umarł, nie zostawił mi ani grosza. Gdyby nie Daniel, by­
łabym zmuszona pójść na ulicę albo liczyć na miłosierdzie 
gminy. 

- Daniel Davis-Jones wziął do siebie biedną sierotę 

i dzięki temu dostał piękną, młodą żonę. 

- W pańskich ustach to brzmi tak podle... a wcale tak 

nie wyglądało. Kiedy zamieszkałam w jego domu, był dla 

background image

mnie z początku jak ojciec. Pokochałam go bardzo. Do­
piero później... o wiele później... on wyznał mi swoje 
uczucie i wszystko między nami się zmieniło. 

- A jakie były twoje uczucia dla niego? Czy one także 

się zmieniły? Czy przestałaś widzieć w nim ojca, a zaczę­
łaś widzieć kochanka?Skan Anula, przerobiła pona. 

Twarz Verity poczerwieniała. 
- Chce pan poznać cały mój wstyd, Wasza Wysokość? 

Chce pan, żebym się przyznała, iż za każdym razem, kiedy 
Daniel mnie dotykał, myślałam o panu? Że kiedy się ze 
mną kochał, ja miałam przed oczami pańską twarz, cało­
wałam pańskie usta, pieściłam pańskie ciało? 

- Czy to prawda? 
- Tak! - wyszeptała, a do jej oczu napłynęły łzy. 
- Posłuchaj, Verity, czy ty się nigdy nie zastanawiałaś, 

co ja czułem tamtej nocy? 

Spojrzała na niego zaskoczona. 
- Myślałam... myślałam... że uzna mnie Wasza Wy­

sokość za kobietę niemoralną - wyjąkała. - I miałby pan 

rację, gdyby tak było. Nie powinnam była przychodzić do 
pańskiego pokoju. 

- Nie prosiłem cię, żebyś mi powiedziała, co twoim 

zadaniem myślałem. Pytałem, czy kiedyś się zastanowiłaś, 

jak ja się z twojego powodu czułem? 

Oblała się rumieńcem. 

- Nie - przyznała cichym głosem, nie patrząc mu 

w oczy. 

- Otóż wiedz, że sprawiłaś, iż poczułem się jak męski 

background image

odpowiednik kobiety lekkich obyczajów. Zawstydziłaś 
mnie. Z twojego powodu wstydziłem się wtedy tak jak 
nigdy przedtem. 

Schyliła głowę, jakby brała na szczupłe ramiona cały 

ciężar świata. 

- Przeprosiłam Daniela, a teraz przepraszam pana, 

Wasza Wysokość. Żałuję bardzo tego, co tamtej nocy 
uczyniłam. Żałowałam przez cały czas. - Uniosła głowę. 
- Ale nie żałuję tego, że mam Jocelyn. 

Wyciągnął ręce, by ująć w swoje jej zimne dłonie. 
- Verity, to, co uczyniłaś tamtej nocy, uratowało mnie. 
Patrzyła mu uważnie w twarz, w jej oczach pojawiła 

się słaba iskierka nadziei. 

- Uratowało? Przed czym? 
- Przede mną samym. Przed wesołym, beztroskim 

marszem w stronę zguby. Dzięki tobie zobaczyłem, jakim 

jestem uwodzicielem, bezmyślnym i pozbawionym uczuć 

człowiekiem. Uświadomiłaś mi to jasno, tak jasno, że nie 
mogłem się tego wyprzeć. Gdybyś wtedy nie przyszła do 
mojej sypialni, byłbym dzisiaj jeszcze większym łajda­
kiem. Ty mnie uratowałaś, Verity, i za to będę ci zawsze 
wdzięczny. 

- Chyba rzeczywiście tak jest - wyszeptała. 
- Wyznaję, że ta lekcja nie była dla mnie niczym przy­

jemnym. Ale dzięki niej jestem dzisiaj lepszym człowie­

kiem. - Położył jej ręce na ramionach. - Od tamtej pory 
nie było dnia, żebym o tobie nie myślał. Początkowo cię 
przeklinałem - wyznał. - Po powrocie do Anglii ludzie 

background image

traktują mnie tak, jak na to zasłużyłem swoim dawnym 
życiem, wskutek czego widzę, jakim byłem nikczemni­
kiem. 

- Ja także myślałam o panu, ale przeklinałam tylko 

siebie. 

- Musisz mi obiecać, że nie będziesz tego więcej ro­

biła. - Przybliżył się do niej jeszcze bardziej. - Mnie po­
trzebny był ratunek, Verity, i ty mnie uratowałaś. Będę na 
zawsze twoim dłużnikiem, który jest wdzięczny za dług. 

Ostrożnie, jak gdyby się obawiał, że ona w jego uścisku 

rozkruszy się jak delikatne szkło, przyciągnął ją do siebie. 

- Dziękuję ci, Verity, dziękuję ci, moja piękna wyba­

wicielko - wyszeptał, pochylając głowę i składając na jej 
ustach pocałunek. 

Pocałunek ten różnił się od wszystkiego, co zdarzyło 

się między nimi poprzednio. Był powolny, delikatny i czu­

ły. Całowali się tak, jakby oboje byli bardzo młodzi, a po­
całunek był pierwszym pocałunkiem w ich życiu. 

Pragnąc, żeby się nigdy nie skończył, Verity objęła Ga­

lena za szyję i oddała się bez reszty przyjemności i pra­
gnieniu, które wypełniły jej serce. 

Ach, gdybyż ten pocałunek był rzeczywiście ich pier­

wszym! Jak wiele dałaby za to, by odwrócić bieg zdarzeń. 
Za to, by nie wyszła za mąż z rozpaczy i lęku przed ubó­
stwem. Za to, by nie musiała spędzić ostatnich dziesięciu 
lat, żałując swego postępku i bojąc się, że ich sekret zo­
stanie odkryty przez szwagra lub przez kogokolwiek in­
nego! 

background image

Jednak takiego dokonała wyboru i musiała z tym żyć. 

Żyła z tym dotychczas i będzie żyła w przyszłości. 
W przeciwnym razie czeka ją wstyd i hańba. 

Cofnęła się z ociąganiem. 
- Proszę, Wasza Wysokość, niech mnie pan więcej nie 

całuje. 

- Nie? 
- Nie. Jestem teraz szanowaną wdową. 
- Podczas gdy ja jestem wciąż rozwiązłym łajdakiem? 
- Ja... ja... nie jestem pewna, kim pan jest. 
Jeżeli nawet ta odpowiedź go rozczarowała, to nie dał 

po sobie nic poznać. Zamiast tego uśmiechnął się smutno 
i położył sobie dłoń na sercu. 

- Jestem na pani rozkazy. Obiecuję nie robić nic 

wbrew pani woli. 

Uśmiech zniknął z jego twarzy, a w jego miejsce poja­

wił się wyraz błagania. 

- Proszę, pozwól mi odwiedzać Jocelyn. Ona jest 

w końcu moim dzieckiem. 

Verity próbowała uspokoić swoje serce, lecz ono biło 

jak oszalałe. Tymczasem umysł podpowiadał jej, że po­

pełni szaleństwo, jeżeli się na to zgodzi. Niebezpieczne 

szaleństwo, które może skończyć się katastrofą. 

Jednak... jednak on jest rodzonym ojcem Jocelyn. 
Nie pozwoliła mu poznać córki przez te wszystkie lata. 

A teraz on patrzył na nią z taką nadzieją, tak błagalnie. 
Jak mogę mu odmówić? - zadała sama sobie pytanie. Być 
może, jeżeli zachowamy najwyższą ostrożność... 

background image

- Może pan przyjść w odwiedziny w sobotę rano. Je­

żeli pogoda będzie ładna, spotkamy się w zagajniku, niby 
przypadkiem. 

Kiwnął głową, a ona się trochę odprężyła, zadowolona, 

że zaakceptował jej propozycję. 

- Gdzie pan mieszka? 
- U Myrona Thorpe'a, w jego tak zwanym domku my­

śliwskim. 

- Zna pan sir Myrona? 
- Chodziliśmy razem do szkoły. W Harrow. Myron był 

moim bardzo dobrym kolegą. Właściwie przyjacielem. 
Porządnym, uczciwym chłopakiem kierującym się zawsze 
zasadami i postępującym honorowo. Wyrósł na prawdzi­
wego dżentelmena. Niestety, po skończeniu szkoły nasze 
drogi się rozeszły. Zapraszał mnie co roku na polowanie, 
lecz ja z jego zaproszeń nie korzystałem, czego teraz ża­
łuję. Mówił mi, że prawie się nie znacie. 

- Nie mamy z sobą nic wspólnego. 
- Ja też niewiele mam z nim wspólnego, z wyjąt­

kiem szkolnych wspomnień - powiedział książę 
z uśmiechem i zaczął odwiązywać konia. - Słyszałem, 
że Jocelyn wyprowadziła go z równowagi? Chodziło 
o jakieś krowy. 

- To był wypadek. 
- Tak myślałem. - Pogłaskał konia długimi, silnymi 

palcami. - A co będzie, jeżeli pogoda w sobotę okaże się 
brzydka? 

Verity oderwała wzrok od jego dłoni. 

background image

- Będzie pan musiał zaczekać do następnej soboty. 
Kiwnął głową, prowadząc konia w stronę wrót. 
- Dobrze. 
- Doceniam fakt, że chce pan zachować ostrożność. 
- Nie mam chyba wyboru. 
Nie mogła temu zaprzeczyć. 
Ruszyła pospiesznie przodem, uchyliła wrota i wyjrza­

ła ostrożnie. 

- Nie widzę Jocelyn ani Nancy, więc może pan wrócić 

tą samą drogą, którą pan tu przybył. Co powie pan w so­
botę sir Myronowi? 

- Że jadę do wsi. 
- Dlaczego? 
- A dlaczego nie? 
- Musi pan mieć jakiś powód. 
- W takim razie powiem, że jadę do kowala, żeby 

sprawdził podkowy u mojego konia. Jestem pewien, iż 

Myron to zrozumie. 

- Mam nadzieję, że się pan nie myli. 

Książę podprowadził konia do wrót. Verity już miała je 

otworzyć, gdy on położył rękę na jej dłoni spoczywającej 
na skoblu. Ciepły uścisk silnych palców sprawił, że spo­

jrzała na niego pytająco. 

- Verity, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby 

utrzymać w tajemnicy prawdę na temat Jocelyn. Zrobię to, 
bo ty mnie o to prosisz. Masz na to słowo księcia Deigh-
ton. Dziesięć lat temu to słowo znaczyło pewnie bardzo 
mało. Teraz jednak jest zupełnie inaczej, i to dzięki tobie. 

background image

Przez chwilę Verity miała nadzieję... myślała... że 

książę jeszcze raz ją pocałuje. 

Ale on tego nie zrobił. Otworzył natomiast wrota i wy­

prowadził konia. 

Verity nie wyszła za nim. Nie mogła tego zrobić od razu. 

Musiała odzyskać władzę nad rozbudzonymi zmysłami. 

Przycisnęła palce do warg - do warg, które on całował 

tak czule, odbierając jej rozsądek i poczucie tego, co jest 
właściwe. 

Przypominając sobie, jak jego dotyk i pocałunki zmą­

ciły jej umysł i osłabiły wolę, zastanawiała się, czy nie 
popełniła właśnie kolejnego błędu, którego skutki mogą 
się okazać katastrofalne. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Czy wypatrujesz czegoś, co ma spaść z nieba? - za­

pytał dobrodusznie Myron, odwracając nagle uwagę Ga­
lena od kontemplacji pogody. 

Ubrani w płaszcze, których poły trzepotały, obijając się 

o cholewy długich butów, i wyposażeni w strzelby, któ­
rych kolby tkwiły im pod pod pachami, a długie lufy skie­
rowane były ku ziemi, zmierzali właśnie w stronę domu 

Myrona. Obaj dżentelmeni spędzili cały ranek na polowa­
niu na dzikie ptactwo. Za nimi szli gajowi, niosąc bażanty 
i kuropatwy upolowane przez Myrona oraz jednego, jedy­
nego jarząbka ustrzelonego przez Galena. 

Pogoda tego ranka była wietrzna. W powietrzu czuło 

się typową angielską wilgoć, a po niebie przepływały od 
czasu do czasu szare chmury. Przy takiej aurze trudno było 

przewidzieć, jak będzie na drugi dzień. 

- Zastanawiałem się po prostu, czy jutro dopisze nam 

słońce, czy raczej lunie deszcz - odpowiedział Galen. 

Jutro, czyli w sobotę, miał się bowiem spotkać z Verity 

i Jocelyn, pod warunkiem, że aura dopisze. Jeśli nie, to 
musi się uzbroić w cierpliwość i poczekać aż do następnej 
soboty, ponieważ zgodził się dostosować do wymagań Ve-

background image

rity. Zresztą było dla niego rzeczą najzupełniej zrozumia­
łą, że Verity chce za wszelką cenę uniknąć skandalu. 

Lecz jakim kosztem? Jej lęki kosztowały go już dzie­

więć lat niewiedzy o istnieniu własnego dziecka. 

- Powinno być tak ładnie jak dzisiaj - powiedział My­

ron tonem człowieka pewnego tego, co mówi - pod wa­
runkiem, że zachodzące słońce będzie dziś równie czer­
wone jak wczoraj. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz. Zamierzam bowiem 

pojechać do wioski, do kowala, żeby sprawdzić podkowy 
mojego konia. 

- Wybierasz się do Jefford do kowala, co? A może 

chcesz się spotkać z jego nadobną córką? 

Galen już miał odpowiedzieć ostro, ale się powstrzy­

mał. Myron bez przerwy powtarzał takie rzeczy, a on mu­
siał to znosić. Była to cena, jaką płacił za grzechy 
młodości. 

- Nawet nie wiedziałem, że kowal ma córkę. 
- Zapewniam cię, że jest hoża i nadobna. Pięknie śpie­

wa i ma zalotny uśmiech. Jak słyszałem, bardzo interesują 

ją dżentelmeni, którym jej ojciec kuje konie. 

- Uwierz mi, Myronie, nie interesuje mnie córka ko­

wala, bez względu na to, czy jest nadobna, czy szpetna. 

Myron zmieszał się i poczerwieniał. 
- Nie chciałem cię urazić, mój drogi - zapewnił przy­

jaciela. - Wybacz mi, proszę. 

Galen uświadomił sobie, że nie udało mu się ukryć 

zniecierpliwienia. 

background image

- Ależ nie, to ty mi wybacz, że okazałem się opryskli­

wy. Przed laty zapracowałem sobie z własnej woli na 
określoną reputację. Obawiam się, że będzie mi ona towa­
rzyszyła do końca moich dni, bez względu na to, jak po­
stępuję już jako człowiek dojrzały. 

- Człowiek dojrzały, a to dobre! - zawołał Myron. -

Sądzę, że nie powinieneś się martwić. Niektórzy mężczyź­
ni zazdroszczą ci twojej sławy. 

Z tonu Myrona wynikało jasno, że sam należy do tego 

grona mężczyzn. 

- Taka wątpliwa sława może się wydawać pożądana 

tylko tym, którzy jej nie zakosztowali. Wierz mi, Myronie, 
że ciężko jest żyć z balastem szaleństw i grzechów mło­
dości. 

Myron pokiwał głową w zamyśleniu, jakby przypomi­

nając sobie szaleństwa i grzechy własnej młodości. Galen 

jednak nie wątpił, że grzechy były lekkie, bo Myron to 

człowiek zbyt uczciwy i dobry, by popełnić jakikolwiek 
czyn niemoralny. 

Myron - wtedy, dziesięć lat temu - wyprosiłby Verity 

ze swojej sypialni. Albo sam by z niej uciekł. Postąpiłby 

jak dżentelmen. 

- Jestem pewien, że damy będą zadowolone, słysząc 

o twoim postanowieniu poprawy - zauważył Myron. 

Galen nic na to nie odpowiedział, ale na jego twarzy 

pojawił się wyraz świadczący o sceptycyzmie. Wypływał 
on z faktu, że nie tylko jego lokaj oczekiwał, iż powróci 
do rozwiązłego trybu życia. Oczekiwało tego także kilka 

background image

zamężnych dam, z którymi zabawiał się w młodości, gdyż 
zareagowały gniewem i oburzeniem, kiedy po powrocie 
z Włoch nie odpowiedział pozytywnie na ich awanse. 

Jednak, wbrew powszechnej opinii, prawdą było to, co 

Galen powiedział Verity - rzeczywiście się zmienił i nie 
zamierzał w przyszłości wieść tak rozwiązłego trybu życia 

jak przed laty. 

Miał zamiar zostać najszacowniejszym i najprzy-

zwoitszym księciem w całym królestwie. Nosił się 
z tym zamiarem nie tylko ze względu na siebie, ale tak­
że ze względu na Jocelyn. Liczył na to, że pewnego 
dnia, gdy dziewczynka będzie starsza, powie jej pra­
wdę. A Jocelyn, poznawszy tajemnicę swojego pocho­
dzenia, nie może wstydzić się własnego ojca. 

Gdy zastanowił się nad tym głębiej, doszedł do wnio­

sku, że zostać najszacowniejszym i najprzyzwoitszym 

księciem w całym królestwie to zadanie łatwe. Wystarczy 
tylko nie szastać pieniędzmi, nie uprawiać gier hazardo­
wych, nie pić zbyt wiele i nie mieć kochanek. 

Jednak przed nim stoi zadanie trudniejsze, polegające 

na tym, by stać się człowiekiem tak dobrym i zasługują­
cym na szacunek jak... jak zmarły mąż Verity! 

Ta myśl go olśniła. W następnym jednak momencie 

przyszło zastanowienie: jak on to, do diabła, zrobi? W jaki 

sposób zdoła dorównać wzorowi doskonałości? 

- To musi być nie lada przyjemność wiedzieć, że ko­

biety czatują na człowieka jak myśliwi na zwierzynę -
kontynuował w zamyśleniu Myron. 

background image

- Sądzę, że nie lada przyjemnością jest być takim do­

skonałym strzelcem jak ty - odrzekł Galen. 

Nie był to w jego ustach pusty komplement, gdyż My­

ron trafiał zwierzynę z łatwością, zawsze jednym strza­
łem, skupiwszy się uprzednio w sposób doskonały. 

Gdyby nie widział tego na własne oczy, Galen nigdy 

by nie uwierzył, że ten gadatliwy Myron Thorpe jest 
w stanie tak się skoncentrować. 

Myron promieniał. 
- To praktyka, Wasza Wysokość, praktyka. Przecież ja 

poluję codziennie, jeżeli tylko nie pada. 

- Chciałbym móc powiedzieć, że w moim przypadku 

to też jest kwestia praktyki. Niestety, to tylko sprawa przy­
padku, czyli urodzenia. Gdybym nie był księciem, moje 
„stadko" znacznie by się przerzedziło. 

- Bzdura! Przecież jesteś diabelnie przystojny. 
- To też przypadek. A zresztą tutaj, do twojego domku 

myśliwskiego, jakoś kobiety się nie zbiegły, a my żyjemy 
w nim jak dwóch zatwardziałych starych kawalerów. 

Myron uśmiechnął się jak ktoś, kto za chwilę spełni naj­

większe marzenie swego gościa. 

- Ale nie będziemy tak już dłużej żyli! - oznajmił. 
Weszli do domu tylnym wejściem. Odgłos ich kroków 

rozległ się w holu o kamiennej posadzce. Myron, nie 
zwracając uwagi na to, że pozostawił na kamieniach ślady 
błota, usiadł na drewnianej ławie. Oczy mu się świeciły. 

- Czy potrafisz zgadnąć, do czego zmierzam? 
- Spróbuję - odrzekł Galen, tłumiąc westchnienie. 

background image

Tymczasem Myron wezwał swoim donośnym głosem, 

który tutaj, w rozległym holu, wydawał się jeszcze donio­
ślejszy, jednego z wielu swoich służących i wręczył mu 
broń. 

- Twój domek myśliwski mają zamiar odwiedzić krew­

ne. Jeżeli tak, to musiały szybko przygotować się do tej wi­
zyty - powiedział Galen, oddając strzelbę służącemu. 

- Nie są to moje krewne. Nie zaprosiłem ich, bo głu­

pszych kobiet niż one nie ma na świecie. Rozmawiają tyl­
ko o balach, przyjęciach i o swoich fatałaszkach. No 
i, oczywiście, plotkują; obgadują się nawzajem. W tym są 
niezmordowane. Z wyjątkiem kuzynki Charity, ale ona 
woli książki. Mężczyzn wprost nienawidzi. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że zamierzają tu 

przyjechać moje krewne? 

- Właśnie! - zawołał Myron uszczęśliwiony i pod­

niósł nogę, tak żeby kolejny służący mógł mu zdjąć but. 
- Przyjeżdża lady Bodenham! 

Galen omal nie jęknął. 
- I George? 
- Oczywiście! George też. Wraz ze swoimi najlepszy­

mi ogarami. Prosiłem go, żeby mi jednego pożyczył do 
pokrycia moich suk. 

- Nie wiedziałem, że go znasz. 
- Spotkałem go kiedyś w Newmarket. George ma fioła 

na punkcie swoich psów, ale to zrozumiałe. 

Galen pomyślał, że zaniedbywana przez męża Eloise 

nie zgodziłaby się z opinią, iż to zrozumiałe, jednak w tej 

background image

chwili małżeństwo kuzynki interesowało go mniej niż to, 
co mogła przynieść jej wizyta. Wizyta ta mogła oznaczać 
uroczyste kolacje, spacery i inne rozrywki, a także - ze 
względu na George'a - dodatkowe polowanie. No 
i wszechobecność psów, bo George z pewnością przywie­
zie liczną sforę swoich pupilów. Natomiast Eloise z pew­
nością zechce zobaczyć się z Verity, w związku z czym 
Myron pewnie zaprosi Verity. 

- Twoja kuzynka zapytała także, czy mogłaby 

przywieźć swoją czarującą młodą przyjaciółkę, lady Mary 
- powiedział Myron, a na jego twarzy pojawiło się coś, co 
sam z pewnością uważał za przebiegły uśmieszek. - Od­
powiedziałem oczywiście, że z radością ją tutaj powitam. 

Jednak przypuszczam, że lady Mary nie przybędzie tu 
z chęci spotkania się ze mną. 

Galen próbował udawać uradowanego tymi wieściami, 

a ściślej rzecz ujmując, próbował rzeczywiście być urado­
wany. Chciał się ożenić, założyć rodzinę i nie widział po­
wodu, dla którego nie miałby brać pod uwagę lady Mary 

jako kandydatki na żonę. Była osobą uroczą i łagodną, by­

ła utytułowana, bogata i miała wpływowego ojca. 

- Kiedy przyjeżdżają? - zapytał. 
- Nie możesz się doczekać, co? We wtorek, po południu. 
Dobrze, że dopiero we wtorek, a nie wcześniej, pomy­

ślał Galen. 

- Nie zbliżaj się tak bardzo do wody i nie zamocz się. 
Jocelyn, ubrana w lekki płaszczyk i kapelusik, który 

background image

przytrzymywały wstążki i który przekrzywił się jej nieco 
na głowie, cofnęła rękę, bo zauważyła, że zamoczyła sobie 
skraj rękawa. Na szczęście Verity tego nie widziała. Joce­
lyn przykucnęła tuż nad strumieniem płynącym wartko 
przez zagajnik w pobliżu ich domu, odwróciła głowę 
i podniosła wzrok na matkę stojącą nieco dalej. 

- Muszę puścić jeszcze jedną łódeczkę - powiedziała. 
- Więc to są łódeczki? - zapytała Verity, patrząc na pa­

tyczki, które dziewczynka rzucała do wody. 

- Tak, to są łódeczki, a płyną nimi dobre wróżki. Takie 

jak ta z bajki o Kopciuszku. Może dzięki nim i ja spotkam 

jeszcze księcia... 

Jocelyn, pochłonięta zabawą, nie była świadoma zanie­

pokojenia matki wynikającego z tego, że po niebie prze­

suwały się szare chmury pędzone dość silnym wiatrem. 

Deszcz jednak nie padał i dlatego Verity postanowiła 
przyprowadzić Jocelyn na spotkanie z księciem. Nie po­
wiedziała mu dokładnie, o której godzinie mają się spot­
kać, nie wiedziała więc, kiedy książę się pojawi. Miała jed­
nak nadzieję, że nastąpi to szybko. 

Starała się zachować spokój, mimo to musiała przyznać 

sama przed sobą, że jej się to nie udaje. Nie znała żadnego 

innego mężczyzny, który działałby na nią tak, jak działał 
książę, i to jeszcze zanim go poznała. 

Wtedy, przed laty, z wypiekami na twarzy słuchała 

opowieści Eloise o jego wyczynach. Na ich podstawie u-
znała go za ogromnie przystojnego i odważnego pirata, 
rycerza i Casanovę w jednej osobie, bohatera starodaw-

background image

nych opowieści, który mógłby zasiadać przy Okrągłym 

Stole wraz z rycerzami Króla Artura. 

Gdy spotkała go wreszcie w rezydencji lorda Langleya, 

prawie zaniemówiła z podniecenia i zachwytu. Szybko 
uświadomiła sobie, że w porównaniu z księciem, jej przy­

szły mąż jest stary i łagodny jak baranek. 

I wtedy podjęła tę złą decyzję i poszła do jego sypial­

ni. 

Jakież było jej zaskoczenie, gdy książę, siedząc nagi 

w łóżku, patrzył na nią nie z wyrazem aroganckiego za­
dowolenia ani rozpustnego cynizmu, tylko z zaskocze­
niem. Miał przy tym w twarzy coś, co świadczyło o jego 
wrażliwości, podatności na ciosy. Gdyby był arogancki 
lub pełen bezwstydnego pożądania, pewnie uciekłaby 
z sypialni od razu. Tymczasem jednak zobaczyła w jego 
oczach zdziwienie, a miękkie, pełne wargi układały się 
tak, jakby miały za chwilę zadać pytanie... 

W milczeniu ją pieścił, podniecał czule i umiejętnie. 

Okazało się, że wobec czułości i namiętności ona jest bez­
bronna, nie może im się oprzeć. 

Chociaż nie, nie była bezradna. 
Z zapamiętaniem oddała się rozkoszy, którą on wzbu­

dzał. Przyjęła go tak, jakby był jej mężem, jakby właśnie 

spędzali noc poślubną. 

Dopiero później, gdy on się delikatnie wycofał, zdała 

sobie w pełni sprawę z tego, co uczyniła. 

Oddała się mężczyźnie, który nie był jej mężem, 

mężczyźnie, którego prawie nie znała, oddała się mu, jak-

background image

by była kobietą lekkich obyczajów. Ogarnęły ją wyrzuty 

sumienia, straszne, palące, powodujące ogromne cierpie­
nie. Uciekła. 

- Wydaje mi się, że ktoś zamoczy sobie nogi. 
Verity podskoczyła, jakby na kołnierz jej płaszcza spadł 

oślizgły wąż, i odwróciła się gwałtownie. Wąską ścieżką 
zbliżał się książę. 

Prowadził swego cudownego czarnego ogiera, który, 

rżąc niecierpliwie, rzucał łbem. Patrząc na niego, Veri­
ty miała pewność, że tylko doskonały jeździec potrafi 

sobie poradzić z takim pełnym temperamentu zwierzę­
ciem. 

- Proszę mi wybaczyć - powiedział książę, uwiązując 

konia do pobliskiego drzewa. - Nie chciałem was prze­
straszyć. 

- Ja... ja się zamyśliłam - odrzekła Verity, nie patrząc 

mu w oczy. 

Jocelyn obejrzała się i otworzyła szeroko oczy ze zdzi­

wienia. A potem podbiegła do księcia i zatrzymała się na­
gle tuż koło jego. wierzchowca. 

- Dzień dobry, Wasza Wysokość. Co pan tutaj robi? 
- Co za wspaniała niespodzianka! - odrzekł książę. - ' 

Przebywam z wizytą u sir Myrona, który jest moim przy­

jacielem. 

Koń zarżał nagle, a Jocelyn, przestraszona, aż pod­

skoczyła. 

- Nie zwracaj uwagi na Harry'ego. On tylko wygląda 

tak groźnie. Łowisz ryby? 

background image

- Nie! - zawołała Jocelyn, przerażona na samą myśl 

o tym. - Przecież gdybym łowiła ryby, to musiałabym do­
tykać robaków! 

- Rzeczywiście - przyznał poważnie książę. 
Popatrzył na Verity, która uśmiechnęła się, nie mogąc 

powściągnąć rozbawienia. 

- Chyba muszę odpocząć - stwierdził książę i usiadł 

na pobliskim pniu. 

Siedząc tam, nie wyglądał jak zwykły śmiertelnik, któ­

ry po prostu przysiadł na chwilę. Z długimi włosami, sze­
rokimi ramionami i królewską postawą, wyglądał jak 
średniowieczny monarcha. 

- Jocelyn lubi robić łódeczki z gałązek i puszczać je 

na wodę - wyjaśniła Verity. 

- A ja zawsze na statku dostaję choroby morskiej -

powiedział książę z zaskakująco zakłopotanym uśmie­
chem. 

Jocelyn patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Pływał pan po morzu? 
- Kilka razy, ale zdecydowanie wolę podróżować lą­

dem. Zawsze wybieram podróż lądem, jeżeli to jest mo­
żliwe. 

- Książę mieszkał we Włoszech - wyjaśniła Verity. 
- Mówił mi o tym u lady Bodenham - odrzekła Joce­

lyn z zadowoloną miną. 

- O, nie wiedziałam. - Verity popatrzyła na Galena 

i ujrzała na jego twarzy psotny uśmiech. 

Ogarnęło ją wzruszenie płynące z czułości. Czy ta ros-

background image

nąca czułość jest tylko odbiciem głębokiej miłości, jaką 
żywiła dla swojej córki, której on jest ojcem? 

- Obawiam się, że się trochę zgubiłem. Czy do domu sir 

Myrona trzeba jechać w tym kierunku? - zapytał książę. 

Jocelyn zachichotała. 
- Nie. W przeciwnym - poinformowała, a potem zmar­

szczyła brwi. - Byłabym ostrożna, Wasza Wysokość, bo sir 

Myron zawsze strzela. 

- Mam nadzieję, że nie do ludzi. 
- Nie, do ludzi nie - zgodziła się Jocelyn - ale mógłby 

pana trafić przez pomyłkę. 

- Czyżbym tak bardzo przypominał bażanta? 
Jocelyn roześmiała się, a na twarzy Verity pojawił się 

uśmiech. 

- Nie, wcale nie - odrzekła dziewczynka. - Jest pan 

za to bardzo przystojny. 

- Jocelyn! - skarciła ją Verity. 
Galen zwrócił się do niej z udawaną rozpaczą. 
- Czyżby mama nie zgadzała się z córką? 

- Mama też uważa, że pan jest przystojny, prawda? -

domagała się odpowiedzi Jocelyn. 

- Sądzę, że książę cieszy się powodzeniem, i wie, że 

jest przystojny, bez moich zapewnień. 

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy, a Verity pożało­

wała, że była taka opryskliwa, ale doprawdy, co mogła 
w tej sytuacji powiedzieć? 

- Ja uważam, że twoja mama jest ładna. Prawie tak 

ładna jak ty - wtrącił Galen. 

background image

Jocelyn uśmiechnęła się i spojrzała z dumą na matkę. 
- Muszę stwierdzić, że o tej porze roku we Włoszech 

jest znacznie cieplej niż w Anglii - mówił dalej, zmienia­
jąc temat i obciągając na sobie obcisłą kurtkę. 

Verity z zadowoleniem przyjęła fakt, że skończył już 

z pochlebstwami. 

- Wiesz co, Jocelyn, jeżeli usiądziesz obok mnie na 

tym balu - zaproponował - to opowiem ci o wiosce, 
w której mieszkałem we Włoszech. Chcesz? 

Dziewczynka kiwnęła z zapałem głową i usiadła obok 

księcia. 

Galen spojrzał na Verity. 
- Jest tu jeszcze miejsce i dla pani. 
Verity poprawiła koszyk przerzucony przez ramię i oz­

najmiła: 

- Ja idę zbierać grzyby. 
- No to pomyślnych zbiorów. 
Wyglądał tak, jakby nie miał nic przeciwko temu, by 

się oddaliła. Tak jej się wydawało, kiedy odchodziła wą­
ską ścieżką. No cóż, czego innego mogła się spodzie­
wać. Przecież on przybył tutaj, by pobyć z Jocelyn, 
a nie z nią. 

Kiedy uszła kawałek drogi, obejrzała się. 
Córka siedziała jak zahipnotyzowana, wpatrując się 

z podziwem w księcia i słuchając uważnie, podczas gdy 
on uśmiechał się do niej, jakby... jakby kochał ją naj­
czystszą ojcowską miłością. 

Verity wierzyła, że ją kocha. Wierzyła również, że się 

background image

zmienił i nie jest już rozpustnym łajdakiem z opowieści 
Eloise. 

Wciąż jednak emanował męskością. O, tak, był nadal 

zachwycający, i taki atrakcyjny, chyba nawet bardziej te­
raz, będąc uczciwym człowiekiem, niż kiedyś, gdy towa­
rzyszyła mu zła sława uwodziciela. 

Uczyniwszy kilka daremnych prób znalezienia grzy­

bów, Verity zawróciła, przywoływana brzmieniem głębo­
kiego męskiego głosu, a także popychana własną cieka­
wością. Pragnęła bowiem dowiedzieć się czegoś o pobycie 
Galena we Włoszech. 

Z jego opowieści wynikało, że na obczyźnie wiódł ży­

cie proste i spokojne, iż miał tam tylko kilkoro dobrych 
przyjaciół, którzy odwiedzali go od czasu do czasu. Verity 
zastanawiała się, jak spędzał dni, bo jej zdaniem był męż-
czyną zbyt pełnym energii, by zadowolić się po prostu sie­
dzeniem na słońcu. 

Galen opowiadał o mieszkańcach wioski, szkicując ich 

charaktery w kilku dobrze dobranych słowach, dzięki cze­
mu z łatwością mogła wyobrazić sobie ich wszystkich -
od Guida, pełnego temperamentu najbliższego sąsiada, 
który miał równie pełną temperamentu żonę, aż po roz­
targnionego księdza, ojca Paola. 

Przekonała się, że Galen ma wielki dar żywego opo­

wiadania. Gdyby teraz wyznał, że za granicą zaczął pisać 
książki, wcale by się nie zdziwiła. 

- Moja willa jest mała i skromnie umeblowana, ale za 

to stoi tak blisko wsi, że gdy Guido kłóci się z żoną An-

background image

gelą, ja słyszę każde ich słowo - zakończył, gdy Verity 
podeszła bliżej. 

- Czy oni często się kłócą? - zapytała Jocelyn. 
- Prawie codziennie. 
Dziewczynka skrzywiła się. 
- To okropne. 
Galen uśmiechnął się szeroko. 
- Tak naprawdę to oni nie są na siebie źli i godzą się 

każdego wieczora. To także słyszę. 

Verity popatrzyła na niego, przerażona tym, co kryje 

się za tymi słowami. 

- Kiedy się już pogodzą, śpiewają arie z oper. Ich ulu­

bioną operą jest „Wesele Figara" - dodał Galen, który był 

znawcą muzyki operowej i podczas podróży po Europie 
starał się odwiedzać wszystkie wielkie teatry muzyczne. 
Szczególnie zaś podziwiał dzieła Mozarta. 

Pomyślał teraz, że Jocelyn z pewnością byłaby za­

chwycona, mogąc obejrzeć uroczą baśń, jaką jest „Czaro­
dziejski flet". Jednak w obecnych okolicznościach, 
stwierdził w duchu ze smutkiem, nie mogę zrobić nic, że­
by jej to dzieło pokazać. 

- Wiesz, kto napisał muzykę do „Wesela Figara"? -

zapytał. 

- Nie - odrzekła Jocelyn. - A Wasza Wysokość 

wie? 

- Wiem. 
- Kto? 
- Wolfgang Amadeusz Mozart, genialny kompozytor. 

background image

Czy wiesz, że zaczął komponować, gdy miał zaledwie 
sześć lat? Był wtedy młodszy od ciebie. 

- Taki mały i już komponował? - zdziwiła się dziew­

czynka. 

- Tak. Doskonale grał na klawesynie, organach 

i skrzypcach i komponował. Podróżował po całej Euro­
pie. A ty umiesz na czymś grać? 

- Ja jeszcze nie, ale mamusia gra na fortepianie - po­

wiedziała z widoczną dumą. - A kto to był Figaro? 

- O, Figaro to wielki spryciarz. Był najpierw cyruli­

kiem, czyli fryzjerem, a potem pokojowcem hrabiego Al-
mavivy. 

- I to było jego wesele? 
- Tak. 
- A jak nazywała się jego narzeczona? 
- Zuzanna. 
- Ona też była sprytna? 
- Tak, Zuzanna to była sprytna dziewczyna. Służyła ja­

ko pokojówka u hrabiny, żony hrabiego. 

- To tak jak Nancy u mojej mamy! Nancy też jest 

sprytna! 

- Figaro ożenił się z Zuzanną. Mógłbym ci zaśpiewać 

coś z tej opery, chociaż, jak mówiłem twojej mamie, nietęgi 
ze mnie śpiewak. Mógłbym ci też coś zaśpiewać z innej ope­
ry Mozarta, która się nazywa „Czarodziejski flet"... 

- Czarodziejski? To bajka dla dzieci? 
- Dla dzieci i dla dorosłych. Piękna bajka. 
- Występuje w niej dobra wróżka? 

background image

- Jest zła Królowa Nocy, ale także dobry kapłan-cza-

rodziej, i księżniczka... 

- A książę? 
- Jest też i książę, i ptasznik Papageno. To bardzo 

piękna opera. Na pewno by ci się spodobała. 

- Wasza Wysokość, proszę mi ją opowiedzieć. 
- Opowiem ci ją może kiedyś. Jeżeli się jeszcze spot­

kamy... 

Urwał i spojrzał prosto na Verity, podnosząc pytająco 

brwi. Verity zarumieniła się, bo nie zdawała sobie sprawy, 
że stoi aż tak blisko. 

- No i co, nie udało się? - zapytał. 
- Co takiego... ? - nie zrozumiała Verity. 
- Znaleźć grzybów - wyjaśnił. 

- Nie miałam szczęścia. 
- Ja widziałam grzyby. O tam - powiedziała Jocelyn, 

wskazując pobliską zacienioną polankę i wyciągnęła rękę 
po koszyk. 

- Pozbieram trochę, mamusiu - oznajmiła i spojrzała 

na księcia. - Ja zawsze potrafię znaleźć grzyby. 

- Rzeczywiście, Jocelyn ma bardzo bystry wzrok -

potwierdziła Verity. 

- No to idź, a twoja mama poczeka tutaj ze mną. 
Dziewczynka chwyciła pusty koszyk i pobiegła na po­

lankę. 

- Nie oddalaj się z polanki! - zawołała za nią Verity. 

- Nie wchodź między drzewa. Bądź tam, gdzie cię będę 
mogła widzieć. 

background image

Jocelyn kiwnęła głową, a Verity odwróciła się do Ga­

lena, który poklepał pień, wskazując jej miejsce, gdzie 
może usiąść. 

- Nie usiądziesz? 

- Mogę postać. 
- Zapewniam cię, że nie gryzę. 
- Wiem. 
- I nie pocałuję cię więcej. 
- To dobrze. 
Zdecydowała, że może usiąść. 
- Czy Wasza Wysokość powiedział sir Myronowi, że 

jedzie do kowala? 

- Tak - odrzekł i popatrzył na ich córkę. - Mam 

nadzieję, że Jocelyn potrafi odróżnić dobre grzyby od 
muchomorów. 

- Oczywiście. 
- Nie chcielibyśmy, żeby ktoś się rozchorował. 
Było w jego tonie coś, co sprawiło, że Verity spojrzała 

na niego podejrzliwie. 

- Oczywiście, że nie. 
- Przepraszam - powiedział poważnie. - Rozumiem, 

że wokół nagłego zgonu twojego męża powstały... po­

wstały pewne kontrowersje. 

Verity westchnęła. Galen pomyślał, że mądrzej by 

zrobił, gdyby nie podjął tego tematu, zwłaszcza że Ve­
rity nie za bardzo chciała pozwalać mu widywać się 
z Jocelyn. 

Zanim zdążył ją przeprosić, Verity powiedziała: 

background image

- Jedynymi osobami, które miały jakieś podejrzenia co 

do śmierci Daniela, byli moi szwagrostwo. Nikt więcej ni­
czego nie podejrzewał. 

- To dobrze. Przykro mi, że dotknąłem tak bolesnego 

tematu. 

- Proszę mi powiedzieć, Wasza Wysokość - odezwała 

się Verity po chwili milczenia - co pan robi we Włoszech? 

- Czytam, chodzę do tawerny i biorę udział w dysku­

sjach na temat polityki. I... 

- Przyjmuje pan gości? 

Spojrzał na nią bystro. 

- Nie przyjmuję kobiet. 
- Nie to miałam na myśli. 
- Nie będę twierdził, że przez całe dziesięć lat żyłem 

w celibacie. Moje związki z kobietami dostarczały takiej 
samej rozrywki mnie, jak i moim partnerkom, które za­
wsze miały świadomość, że nie będą one trwały długo 
i nie są związkami poważnymi. 

- To nie moja sprawa, Wasza Wysokość. 
- Rzeczywiście - zgodził się - lecz mimo to chcę, że­

byś o tym wiedziała. 

Nie odpowiedziała, a on zaczął się zastanawiać, czy 

przypadkiem nie powinien pominąć milczeniem również 
i tego tematu. 

Właściwie sam nie wiedział, dlaczego jej o tym powie­

dział. 

Chociaż nie, wiedział dlaczego. Chciał ją przekonać, że 

jest wolny i nie ma zobowiązań wobec żadnej kobiety. 

background image

- Kiedy brakuje mi towarzystwa, piszę ludziom listy, 

pomagam młodym uczyć się angielskiego. 

- To niewiele jak na człowieka w pańskim wieku i 

o pańskiej energii. 

- Niewiele, i robiłbym więcej - odrzekł, zadowolony 

i nie do końca pewien, czy jej słowa są komplementem, 
czy wprost przeciwnie. - Niestety, mężczyźni z wioski nie 
lubią, kiedy rozmawiam z kobietami, więc przeważnie 
przebywam na terenie swojej posiadłości. No i pilnuję in­
teresów. Korespondencyjnie. 

Verity nie odpowiedziała uśmiechem na jego uśmiech. 
- Czy zamierza pan wkrótce wrócić? 
- To zależy od tego, co się wydarzy tutaj. - Odchrząk­

nął i podniósł głos, wskazując głową Jocelyn. - Ona wy­
gląda tak, jakby całe jej życie zależało od tego, czy na­
zbiera grzybów, prawda? 

- Jocelyn jest z reguły bardzo pilna. 
- Myron opowiedział mi o tych krowach. 

Ku jego zachwytowi, Verity uśmiechnęła się szelmowsko. 

- Ach, tak, biedny sir Myron. Kiedy próbował ustąpić 

pędzącym krowom z drogi, wpadł do kałuży. 

- O tym nawet nie wspomniał. 
- Być może to zbyt upokarzające wspomnienie. 

Galen zastanowił się, czy Verity, wypowiadając te sło­

wa, miała na myśli coś więcej. 

- Słyszałem, że rozpieszczasz Jocelyn. 

Verity spojrzała na niego gniewnie, ale zanim coś po­

wiedziała, on powstrzymał ją, unosząc dłoń. 

background image

- Miałem właśnie dodać, że ja się z tym poglądem nie 

zgadzam. Widziałem w swoim życiu naprawdę rozpusz­
czone dzieci, a Jocelyn ich nie przypomina. Wspaniale ją 
wychowałaś, Verity. Powinnaś być bardzo dumna. 

- Nie wychowywałam jej sama. Daniel był bardzo do­

brym ojcem. 

- Jestem mu za to wdzięczny. 
Spojrzała na niego z ukosa. 
- Nie wiedziałam, że masz jakikolwiek kontakt 

z dziećmi. 

- Miałem na myśli moich przyrodnich braci. 
- Ach, tak. Słyszałam coś o nich u Eloise. Najmłodszy 

jest chyba największym łobuziakiem. 

- Lepiej pasuje określenie dziecko z piekła rodem. 

Tak, Hunt jest najbardziej rozpuszczony z nich wszyst­
kich. 

Verity popatrzyła na Galena w zamyśleniu. 
- Nie mogę powiedzieć, bym słyszała, żeby mówiono 

kiedykolwiek o tobie jako o kimś rozpuszczanym w dzie­
ciństwie. 

- Gdybym tak było, to może później, gdy dorosłem, 

nie pozwalałbym sobie na tak wiele. 

- Dlaczego twoi bracia byli rozpuszczeni, a ty nie? 
- Bracia przyrodni - poprawił automatycznie. - O wy­

jaśnienie tego faktu musiałabyś się zwrócić do mojego oj­

ca, a on już nie żyje. 

- Przepraszam. Nie chciałam zrobić ci przykrości. 

Zastanawiając się, co Verity pomyślałaby o całym tym 

background image

napięciu i strachu, które towarzyszyły mu codziennie 
w dzieciństwie, Galen wzruszył ramionami. 

- Po tak długim czasie powinienem już reagować spo­

kojniej. 

- Rany z dzieciństwa są bardzo głębokie - powiedzia­

ła łagodnie, ze współczuciem. 

Ujęty jej łagodnym tonem oraz faktem, że być może go 

rozumie, a także zmęczony ukrywaniem przykrych prze­
żyć z dzieciństwa, książę Deighton zrobił coś, czego nigdy 
dotąd nie czynił. 

Zaczął mówić o swoich rodzicach. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Nie byłem ulubieńcem ojca, mimo że miałem dzie­

dziczyć jego fortunę - zaczął Galen rzeczowym tonem. -
Być może gdybym lepiej się uczył lub gdybym miał wię­
kszą skłonność do żołnierskiego rzemiosła... albo gdyby 
on nie poślubił mojej macochy. 

- Macocha cię nie lubiła? 
- Nie znosiła mnie. Posłała mnie do szkoły z interna­

tem, gdy nadarzyła się pierwsza po temu okazja. I, przykro 
mi stwierdzić, zrobiła to, mając błogosławieństwo mojego 
ojca. Nie cierpiała mnie od pierwszej chwili. Miałem wte­
dy sześć lat. 

- Dlaczego? - zapytała łagodnym tonem Verity. 
- Obawiam się, że zrobiłem na niej bardzo złe wraże­

nie. 

- Jak dziecko może zrobić złe wrażenie? Przecież jej 

nie uderzyłeś, prawda? 

Galen uśmiechnął się smutno. 

- Nie, nie uderzyłem jej, ale nie byłem zachwycony jej 

przybyciem. Bardzo kochałem matkę. Nie zachowywała 

się wyniośle i autokratycznie jak mój ojciec. Zdenerwo­
wałem się, gdy zobaczyłem macochę i uświadomiłem so-

background image

bie, co zrobił ojciec. Przestraszyłem się, widząc obcą ko­
bietę uwieszoną u jego ramienia. Próbowałem jednak nie 
płakać. Mój ojciec nienawidził widoku łez. 

- Przecież ona by zrozumiała - zaprotestowała Verity. 
- Najwyraźniej nic nie rozumiała, bo powiedziała: 

„Co za naburmuszone dziecko". Ojciec bardzo się wów­
czas zirytował i... nasze stosunki już nigdy się nie po­

prawiły. 

- Ale przecież byłeś tylko dzieckiem! 
- Byłem spadkobiercą, moja droga- odrzekł książę 

gorzko - a dziedzic fortuny się nie dąsa, nie płacze i nie 
tęskni za matką. Dziedzic fortuny nigdy się nie poddaje. 
Nie miewa koszmarnych snów, a będąc w szkole, nie tę­
skni za domem. Nie przytula się do rodziców ani nawet 
ich nie dotyka, nie dotyka też rodzeństwa ani służących. 

Żyje bez takich przyziemnych kontaktów z innymi istota­

mi ludzkimi. 

- Och, Galenie, tak mi przykro! 

Galen uśmiechnął się sardonicznie. 

- Przepraszam. Dziedzic fortuny nie powinien mówić 

o sobie. Chyba że skłoni go do tego para współczujących, 
błękitnych oczu. 

Verity wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń. 
- Dobrze, że mi o tym powiedziałeś - wyszeptała. -

Oboje mieliśmy nieszczęśliwe dzieciństwo. Ja nie znałam 
matki. Zmarła wkrótce po moim urodzeniu. A ojciec... 

- Mówiłaś mi o nim już przedtem. Ze względu na mnie 

nie musisz powracać do przykrych wspomnień. 

background image

- Ty opowiedziałeś mi o swoich rodzicach. Pozwól mi 

opowiedzieć o moich. Chcę... pragnę to zrobić. 

Skłonił głowę poważnie, wyrażając w ten sposób 

zgodę. 

- Mówiłam ci już, że ojciec był utracjuszem, który roz­

trwonił rodzinny majątek. Na szczęście nie widywałam go 
często. Jako małe dziecko miałam nianię, a później posła­
no mnie do szkoły. Jednakże w moim przypadku - ciąg­
nęła - wyszło to na dobre. Dla mnie szkoła okazała się 
azylem, zwłaszcza gdy wzięła mnie pod swoje skrzyd­
ła Eloise. A poza tym dobrze było wiedzieć, czego ode 
mnie oczekują i jak mam się zachowywać. - Uśmiechnęła 
się czarująco. - Jednak nie zawsze zachowywałam się 

dobrze. 

- Ja w Harrow także, a jeszcze gorszy stałem się po 

ukończeniu szkoły. 

- Podczas gdy ja zrobiłam się lepsza i taka byłam aż 

do... . 

- Aż do tej nocy, którą spędziłaś ze mną. 
- Właśnie. 
Uścisnął jej dłoń, a potem wyciągnął rękę, żeby pogła­

dzić Verity po policzku. 

- Może już czas, żebyśmy wybaczyli to sobie na­

wzajem. 

Kiwnęła głową, patrząc mu w oczy. 
- Być może. 
Aczkolwiek niechętnie, cofnął jednak rękę i chcąc 

zmniejszyć panujące między nimi napięcie, powiedział: 

background image

- Gdy Eloise przyjedzie do domu Myrona, skorzystam 

z okazji i zapytam, co takiego wyrabiałaś w szkole. 

Verity otworzyła szeroko oczy. 
- Eloise tu przybędzie? 
- Tak. Myron jest zachwycony, że przyjedzie z nią tak­

że George. Następnym razem, gdy się spotkamy, będę na 

pewno pachniał psami. Jestem pewien, że George spałby 
z nimi, gdyby Eloise mu na to pozwoliła. - Galen zmar­
szczył brwi. - Jeżeli Eloise zechce cię odwiedzić, ja z nią 
nie przyjadę. Nie zobaczy mnie z Jocelyn, jeżeli tym się 
martwisz. 

- Przykro mi, ale naprawdę sądzę, że musimy być 

ostrożni. Eloise jest dobrą przyjaciółką, ale... 

- Lubi plotkować? O, dobrze o tym wiem! 
Verity uśmiechnęła się smutno. 
- Gdyby jej plotki nie były takie interesujące, ludzie 

z pewnością mniej chętnie by ich słuchali. Kiedy opo­
wiadała o tobie, wydałeś mi się bardzo romantycznym 
hultajem. 

- „Hultaj" to chyba dobre określenie - przyznał - ale 

„romantyczny"? O, nie, byłem zbyt wielkim egoistą. 

Pełne współczucia i zrozumienia błękitne oczy popa­

trzyły na niego przez dłuższą chwilę. Jak cudownie byłoby 
mieć ją zawsze koło siebie, widzieć te oczy i wiedzieć, że 
oto istnieje jedna, jedyna osoba, która go rozumie. 

I która kiedyś była równie samotna i spragniona miło­

ści jak on. 

- Kiedy oni się zjawią? 

background image

Wyrwany z marzeń Galen odpowiedział: 
- We wtorek. Przyjedzie z nimi także lady Mary. 
Verity schyliła się i usunęła ze swojego pantofla źdźbło 

trawy. 

- O? 
- Obawiam się, że to moja wina. Powiedziałem Eloise, 

że chcę się ożenić, i wygląda na to, że zdecydowała za 
mnie, kto powinien zostać moją żoną. 

Verity wyprostowała się. 
- A co ty myślisz o tej kandydatce? 
Choć wiedział, że nie powinien się tym denerwować, 

nieprzyjemnie zaskoczył go rzeczowy ton, jakim zadała 
pytanie. 

- Wydaje mi się, że by się nadała. 
- Nie brzmi to zbyt entuzjastycznie. 
- Eloise ma wystarczająco dużo entuzjazmu za nas 

oboje. Jest przekonana, że lady Mary jest kobietą, którą 
powinienem poślubić. 

- A ty jesteś o tym przekonany? 
- Cóż, chyba mógłbym dokonać gorszego wyboru. 
- Nie kochasz jej. 
Serce Galena zabiło mocniej. 
- Nie. 
- Nie zmieniłeś zdania w kwestii, którą poruszyłeś 

wtedy, w domu Eloise? 

- Niestety, uważam, że miłość w małżeństwie to lu­

ksus, który nie jest dany klasom wyższym. Musimy my­

śleć o majątku i potomstwie, a dopiero potem o miłości. 

background image

- Dlatego na targowisku małżeńskim musicie brać to, 

co się nawinie pod rękę. 

- Właśnie - odrzekł ze smutkiem. - Wybacz, że tam­

tego wieczora cię obraziłem. 

- I to bardzo. 
- Byłem wtedy na ciebie zły. 
Nagle Verity zerwała się na równe nogi. 
- Jocelyn! - zawołała głośno i pobiegła na polankę. -

Jocelyn! 

- Co się stało? - zapytał Galen i podniósł się z miej­

sca, a potem pospieszył za Verity. 

- Nie widzę jej! 
- Jocelyn! - krzyknął głośno i ogarnęła go panika, ja­

kiej nigdy dotychczas nie odczuwał. 

Przyspieszył kroku i wyprzedził Verity. 
Co będzie, jeżeli dziewczynka wpadła do wody? Bra­

tanek Guida utonął w strumieniu, i to znacznie płytszym 
niż ten. Cała wieś pogrążyła się wtedy w rozpaczy. Gale­
na, który przypomniał sobie to wydarzenie, ogarnęła jesz­
cze większa panika. Na szczęście po chwili do uszu Verity 
i jego własnych dobiegło wołanie: 

- Tu jestem! 
Jocelyn wyjrzała zza grubego dębu. Galen podbiegł do 

niej i objął ją ramionami, uszczęśliwiony. 

Dziewczynka roześmiała się, gdy ją podniósł i zakręcił 

się z nią w kółko. 

- Wysypały mi się grzyby! 
- Pomogę ci je pozbierać. 

background image

- Jocelyn, co ja mówiłam? Przecież miałaś się nie od­

dalać! - skarciła córkę Verity. - Bardzo mnie przestra­
szyłaś! 

- Chciałam zobaczyć, czy nie znajdę więcej grzybów 

i... 

- A czy nie powiedziałam ci, że nie wolno ci oddalać 

się z polanki? - Verity nie podniosła głosu, ale jej ton był 
stanowczy, a wyraz twarzy surowy. 

Schylając się po koszyk i po rozsypane na ziemi grzy­

by, Galen odczuwał zadowolenie, że to nie jego karci w tej 
chwili Verity. Cieszył się też, że to nie on musi skarcić 
Jocelyn. 

- Powiedziałaś - odrzekła drżącym głosikiem dziew­

czynka. 

- Rozumiesz, że mnie przestraszyłaś? 
- Tak - odparła Jocelyn, pociągając nosem. 
Galen wyprostował się. 
- Ale jest cała i zdrowa i wszystko dobrze się skoń­

czyło, no może poza tym, że kilka grzybów trzeba spisać 
na straty - rzekł dobrodusznie, nie chcąc, żeby jego wizy­
ta zakończyła się nieprzyjemnie. 

Verity uśmiechnęła się z pewnym przymusem. 
- Tak, wszystko w porządku, pod warunkiem, że Jo­

celyn rozumie, iż nie wolno jej być nieposłuszną. 

- Przepraszam, mamusiu, bardzo żałuję tego, co zrobi­

łam. 

Verity uśmiechnęła się promiennie. 
- Wiem, malutka, wiem. 

background image

- Mamo! - zaprotestowała Jocelyn tonem podobnym 

do tego, jakim przed chwilą mówiła jej matka. - Przecież 
książę...! 

Verity zrobiła komicznie skruszoną minę. Zwracając się 

do Galena, powiedziała: 

- Przepraszam. Ona nie jest żadną maleńką, Wasza 

Wysokość. Jocelyn jest młodą damą. 

- Miałem właśnie poprawić ten błąd, bo dla mnie to 

jest oczywiste - odrzekł Galen równie poważnie, tak jak­

by uczestniczył w debacie parlamentarnej o najwyższym 
znaczeniu dla kraju. - Teraz, choć bardzo żałuję, muszę 

się już z paniami rozstać. 

Zobaczył, że na twarzy Verity pojawił się wyraz żalu. 

Miał nadzieję, że się nie pomylił. 

Wyciągnął rękę i ujął drobną dłoń Jocelyn. 
- Do widzenia, panno Davis-Jones. 
- Złoży nam pan wizytę? 
- Być może - wtrąciła Verity -jeżeli książę nie będzie 

miał innych zajęć, odwiedzi nas w przyszłą sobotę. 

- Zostanie pan na herbacie? 
Galen popatrzył pytająco na Verity. 
Zawahała się przez sekundę, która jemu wydała się wie­

cznością. 

- Sądzę, że w przyszłą sobotę książę może zostać na 

herbacie. 

Galen pomyślał, że zaproszenie od samego księcia re­

genta nie sprawiłoby mu większej przyjemności. 

- To świetnie! - zawołała Jocelyn. 

background image

Galena zachwycił entuzjazm córki. 
- Idź przodem, Jocelyn, a ja pożegnam się z Jego Wy­

sokością i dogonię cię - powiedziała Verity. - Ale bądź na 
widoku - ostrzegła córkę. 

- Czy chcesz odwołać zaproszenie na przyszłą sobotę? 

- zapytał cicho Galen, gdy Jocelyn oddaliła się, pod­

skakując. 

- Nancy raz w tygodniu pomaga w sprzątaniu kościo­

ła. Będzie to robiła w przyszłą sobotę. Myślę, że jeżeli 
przyjedziesz przez zagajnik, to wszystko przebiegnie po­
myślnie. Jednak muszę cię prosić, żebyś nikomu nie mó­
wił, dokąd jedziesz. 

- Oczywiście. 
- Powiem też Jocelyn, żeby nie wspominała nikomu 

o naszym dzisiejszym spotkaniu, bo ty wstydziłbyś się, 
że zgubiłeś drogę. Ja... ja nie chcę prosić jej, żeby kła­
mała. 

- Ja także tego nie chcę. 

Przybliżył się, jakby popychany niewidzialną silą. Wie­

dział, że nie powinien jej całować, jednak... 

Popatrzyła na niego tak, jakby odczuwała tę samą po­

trzebę, ten sam przymus, to samo nieodparte pragnienie. 

- Mamo? 
- Już idę - zawołała Verity, odwracając się i pospie­

szyła w stronę córki. 

We wtorek rano Galen i sir Myron wybrali się na ryby. 

Galen był z tego zadowolony, bo jego przyjaciel, który 

background image

prawie nie odzywał się w trakcie polowań, podczas łowie­
nia ryb stawał się jeszcze bardziej milczący. 

Galen, mimo całej sympatii, jaką miał dla Myrona, ła­

pał się na tym, że jego gadatliwość i donośny głos po pro­

stu go męczą. Ich przyjaźń byłaby głębsza, gdyby Myron 
miał jakieś zainteresowania poza polowaniem i łowieniem 
ryb. 

Po raz pierwszy w życiu Galen z przyjemnością oczeki­

wał na przybycie George'a, gdyż przewidywał, że Myron 
i George będą mieli sobie wiele do powiedzenia, a on trochę 
odpocznie od słowotoku dawnego szkolnego kolegi. 

Tak jak poprzednio, Myronowi i jego gościowi towa­

rzyszyli dzisiaj gajowi, tyle że tym razem, zamiast ptactwa 
nieśli złowione przez swego pana pstrągi. 

- Następny połów z pewnością okaże się dla ciebie 

szczęśliwszy - pocieszał przyjaciela Myron, klepiąc go po 
ramieniu. - Po deszczu pstrągi będą lepiej brały. 

- Obawiam się, że żaden ze mnie wędkarz - odrzekł 

Galen szczerze, gdy zbliżali się do lśniących w słońcu in­
spektów. 

- Ty łowisz co innego, co? - zauważył Myron z chy­

trym mrugnięciem. 

Galena nieco irytował fakt, że jego przyjaciel nie za­

uważa, iż nie jest już młodym birbantem mającym ambicję 
uwiedzenia jak największej liczby kobiet w Anglii. 

- Mówiłem ci, że to już przebrzmiała historia. Teraz 

chcę zaczekać, aż pojawi się w moim życiu kobieta odpo­

wiednia na żonę. 

background image

- Ach, Wasza Wysokość! Sir Myronie! Więc jesteście! 

- zawołała Eloise, wyłaniając się zza szklarni. 

Miała na sobie turban przyozdobiony opadającym stru­

sim piórem oraz spencerek, w którym jej figura nie wy­
glądała zbyt powabnie. 

- Przyjechaliśmy niedawno, a ja powiedziałam do 

George'a: „Jeżeli bardzo chcesz, to idź od razu obejrzeć 
psiarnie, a tymczasem my z lady Mary pospacerujemy po 
ogrodzie". 

- Czy zaczęłaś się interesować uprawą ananasów? -

zapytał Galen poważnie. 

Eloise obejrzała się przez ramię. 
- Mówiłam ci, że będą wracali właśnie tędy - powie­

działa do kogoś, kogo Galen jeszcze nie mógł dostrzec. 

Domyślał się jednak, kim jest ten ktoś, i nie mylił się, 

gdyż w tejże chwili zza budynku szklarni wyszła lady Mary. 

Jej strój cechował dystyngowany umiar. Miała na sobie 

pelerynę z kapturem w twarzowym kolorze błękitnego 
nieba, ozdobioną szkarłatnymi chwaścikami. Wyglądała 

świeżo i ładnie, a także bardzo młodo i niewinnie. 

Galen poczuł się przy niej jak stary rozpustnik, podczas 

gdy przy Verity czuł się... dojrzały. 

- Witam, Wasza Wysokość - powiedziała lady Mary 

z nieśmiałym uśmiechem. 

- Sir Myronie, proszę pozwolić przedstawić sobie lady 

Mary Seddens, córkę hrabiego Pillsborough - powiedział 
Galen, zauważając przy tym, że przyjaciel rumieni się jak 
wstydliwy młodzik. 

background image

Myron podszedł i ujął drobną dłoń lady Mary, a ona 

dygnęła i po chwili wahania cofnęła dłoń. 

- Obawiam się, że pachnę rybą - powiedział niewy­

raźnie Myron. 

Dziewczyna odrzekła cicho, że to nic nie szkodzi. 

- A więc, kuzynko, chodziłyście tutaj, szukając nas? 

- spytał Galen, odwracając uwagę dam od zawstydzonego 
Myrona. - Muszę powiedzieć, że to bardzo miły zbieg 
okoliczności, że znalazłyście się tutaj w tym samym cza­

sie co ja. 

- Och, Galenie, naprawdę! - zawołała Eloise w istocie 

mniej oburzona, niżby wskazywał na to jej ton. - Jest piękny 
dzień, to wszystko. Z lady Mary spędziłyśmy długi czas 
w karecie, więc co w tym dziwnego, że wyszłyśmy, by się 
przejść i przy okazji was spotkać? A co do naszej wizyty, to 
my powinniśmy być bardziej zdziwieni twoją tutaj obecno­
ścią, bo, o ile wiem, nigdy nie odwiedzałeś sir Myrona. 

Galen poniewczasie uświadomił sobie, że należało się 

powstrzymać od uwagi, którą uczynił. 

- Zgadzam się, że tego zaniedbałem. 
- Kazałem gospodyni przygotować lekki posiłek. Je­

stem pewien, że pani Minnigan już się z tym uporała - po­

wiedział Myron, uśmiechając się uszczęśliwiony, a potem 
spojrzał na lady Mary i podał ramię Eloise. 

- Z chęcią skorzystam z pańskiego ramienia, sir My-

ronie. Moim zdaniem nie pachnie pan wcale rybą - po­
spieszyła z niezbyt fortunnym zapewnieniem Eloise. 

background image

Lady Mary odprowadziła wzrokiem Eloise i sir Myro-

na, po czym popatrzyła nieśmiało na Galena, który z ga­
lanterią podał jej ramię. 

- Ja wcale tutaj nikogo nie szukałam - zapewniła mło­

da kobieta, wspierając się na jego ramieniu i kładąc mu na 
przedramieniu rękę tak bezwładną jak ryby, które złowił 
Myron. - Nigdy w życiu nie widziałam, jak uprawia się 
ananasy, i byłam ciekawa, jak to wygląda. Gdybym wie­
działa, że panowie będą tędy szli... 

Przerwała i zakaszlała z zakłopotaniem. 
Galen po raz kolejny przypomniał sobie, dlaczego 

wrócił do Anglii. Chciał znaleźć żonę i założyć rodzinę. 
A ta kobieta jest młoda i bogata, a na dodatek to córka 
hrabiego. 

- Chce pani powiedzieć, że rozmyślnie by mnie pani 

unikała? - zapytał Galen miękkim, uwodzicielskim to­
nem. - Muszę wyznać, że to mnie zasmuca. 

Na policzkach lady Mary pojawił się rumieniec, a jej 

palce zacisnęły się na ramieniu Galena. 

Niestety, jej dotknięcie wcale na niego nie podziałało 

i nie wzbudziło w nim żadnych tęsknot. Pomyślał, że po­
winien się bardziej starać. 

- Ależ, sir Myronie, z pewnością nie mówi pan tego 

poważnie! - zawołała nagle Eloise. 

- Co takiego powiedziałeś, Myronie, że tak to oburzy­

ło moją kuzynkę? - zapytał Galen wesoło. 

Eloise, która patrzyła surowo na Myrona, zwróciła 

wzrok na Galena. 

background image

- Sir Myron mówi, że nigdy dotąd nie zaprosił do sie­

bie drogiej pani Davis-Jones i że od wielu miesięcy jej nie 
widział. 

- Tej wdowy, z którą się przyjaźnisz? To ona mieszka 

w pobliżu? - zapytał Galen, udając kompletnie nie świa­
domego tego faktu. 

- Wydaje mi się, że ci o tym mówiłam. 
- Doprawdy? Jesteś tego pewna? Może wspomniałaś 

mi o kimś innym. 

Eloise zmarszczyła czoło, zaczynając wątpić, czy do­

brze pamięta. 

- Nie sądzę, żeby zechciała tu przyjechać, nawet gdybym 

ją zaprosił - rzekł zmieszany Myron. - Znamy się oczywi­

ście, ale tylko z widzenia. Wiem też coś niecoś o jej rodzinie. 

Galen pospieszył mu na ratunek. 
- Słuchaj, Eloise, wspominałaś, że pani Davis-Jones 

nie przyjmuje zaproszeń. 

- To wcale nie oznacza, że on nie powinien jej zapro­

sić! - oznajmiła Eloise, tak bardzo pragnąc skarcić sir My-

rona, że zapomniała o dobrym wychowaniu. 

- No cóż, teraz, kiedy mam gości, naprawię ten błąd. 

Wydam kolację i zaproszę panią Davis-Jones - powie­

dział dzielnie Myron. 

Galen poczuł, że na myśl o tym, iż zobaczy się z Verity, 

serce bije mu mocniej. Poruszył też pewnie ręką, bo lady 
Mary spojrzała na niego zaskoczona. 

- To nerwowe - szepnął konfidencjonalnie. - Mam 

awersję do wdów. 

background image

Kiwnęła głową. 

- Ja także - przyznała. - Ich obecność sprawia, że 

wszystko staje się ponure. Pani Davis-Jones jest... jest ta­
ka surowa. 

Rzeczywiście, Verity może robić takie wrażenie na 

kimś, kto jej dobrze nie zna, pomyślał Galen. 

- Ta kobieta nie miała lekkiego życia - powiedziała 

Eloise tonem z lekka krytycznym. 

Galen w duchu podziękował kuzynce za to, że broni 

Verity. Bardzo chciał móc zrobić to sam. Niestety, łącząca 
ich tajemnica czyniła takie posunięcie ryzykownym 
i zmuszała do milczenia. 

- Zapewniam was, że kiedyś wprost promieniała rado­

ścią życia - mówiła dalej Eloise. - W szkole była pier­
wsza do robienia różnych psikusów nauczycielom. Nie za­
pomnę, jak raz wymyśliła, żeby posmarować schody me­
lasą, a potem krzyknąć, że się pali. Trzeba było widzieć 
naszych nauczycieli, jak biegli z krzykiem, jak wołali, że­

byśmy natychmiast wychodziły ze szkoły, i przyklejali się 
do schodów! 

Eloise roześmiała się na to wspomnienie, a Galen wy­

obraził sobie Verity w dzieciństwie. Na pewno miała takie 

same niebieskie, błyszczące i żywe oczy jak Jocelyn, po­

myślał. 

- Moim zdaniem to okropne - zaprotestowała lady 

Mary. - Ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. 

Oczywiście, zgodził się w głębi ducha Galen. Lady 

Mary nic takiego nie przyszłoby do głowy. Nie miał wąt-

background image

pliwości, że była ona spokojnym, obowiązkowym i nud­
nym dzieckiem. 

I pewnie będzie spokojną, obowiązkową i nudną żoną. 
- Zaproszę panią Davis-Jones z największą przyje­

mnością - odezwał się Myron. 

- Świetnie! Wiedziałam, że okaże się pan dżentelme­

nem - pochwaliła Eloise. - Z przyjemnością zawiozę jej 
osobiście zaproszenie od pana, skoro tylko zdecyduje pan, 
kiedy ta kolacja ma się odbyć. 

- W tej sprawie decyzję pozostawiam pani, droga lady 

Bodenham - oznajmił Myron. - Nie znam się na wy­
dawaniu uroczystych kolacji, więc będę liczył na pomoc 
pani... a także, oczywiście, na pomoc lady Mary - do­
kończył, patrząc nieśmiałym wzrokiem na towarzyszkę 
Galena. 

- Doskonale - odrzekła Eloise, która organizując przyję­

cia, czuła się w swoim żywiole. - Będę nalegała, żeby Verity 
przyjęła zaproszenie. Sądzę bowiem, że kobieta nie powinna 
się marnować tylko dlatego, że umarł jej mąż. 

- A może ona woli być sama ze swoimi wspomnienia­

mi? - wtrąciła lady Mary, gdy podążali w stronę domu. 

- Kobieta, która bardzo kochała męża, może po jego 

śmierci nie mieć ochoty na uczestniczenie w życiu towa­

rzyskim. To zrozumiałe. 

Mówiąc to, uśmiechnęła się zachęcająco do Galena, 

a on poczuł, jak zaciska mu się na szyi przedmałżeńska 
pętla. 

- Jeżeli tak, to trzeba ją zmusić do zmiany - oznajmiła 

background image

Eloise. - Ciągłe siedzenie w domu nie jest zdrowe. Kiedy 
pomyślę, jak zabawna potrafiła być kiedyś Verity... No 
cóż, nie wolno jej pozwolić oddawać się rozpaczy. 

- Nie wiedziałem, droga kuzynko, że znasz się na ża­

łobie tak samo dobrze jak na wychowaniu dzieci - rzekł 
Galen spokojnym tonem, który pozostawał w sprzeczno­
ści z gniewem, który właśnie odczuwał. 

- Wcale się nie znam! I rozumiem, że nie powinnam 

mówić o zamykaniu się w domu przy tobie - odcięła się 
Eloise, patrząc na niego znacząco. 

- Eloise, proszę cię! - powiedział ostrzegawczo Ga­

len. 

- No dobrze, już dobrze, nie będę cię krytykowała. Ve­

rity ma przynajmniej powód do takiego postępowania. Nie 
izoluje się od towarzystwa z powodu kaprysu. 

Wargi Galena rozciągnęły się w uśmiechu, jednakże je­

go oczy pozostały poważne. 

- No cóż, kuzynko, znasz mnie tak dobrze. Wiesz na 

pewno, że mieszkałem przez dziesięć lat we Włoszech 
z powodu kaprysu. 

- A jakiż miałeś inny powód, żeby tak postępować? 
Lady Mary i Myron popatrzyli na siebie zmieszani, 

a Galen przeklinał siebie za to, że doprowadził do tego, 
by Eloise zaczęła mówić o jego sprawach. 

- Jak powiedziałaś, czyniłem to z powodu kaprysu. 

A potem powrót wiązał się z tak ogromnym wysiłkiem, że 

skłonić do niego mogła mnie jedynie śmierć mojego dro­
giego ojca. 

background image

- To mi przypomina, jak książę wysmarował końskim 

łajnem klamkę u drzwi mieszkania dyrektora szkoły - o-
znajmił nagle Myron. - A potem schował wszystkie świe­
ce. Dyrektor szedł, potykając się na schodach, a kiedy po­
łożył rękę na klamce, ryknął z wściekłości. 

Lady Mary zmarszczyła nos, a Eloise skrzywiła się. 
- Myronie, mogłeś przywołać bardziej urocze wspo­

mnienie - zauważył Galen, odczuwając wdzięczność za 
to, że jego przyjaciel próbował zmienić temat. - Byłem 
wtedy bardzo młody - dodał, by usprawiedliwić się przed 
damami. 

- Miałeś piętnaście lat! - zaoponował Myron. 
- To prawda - zgodził się Galen. - Byłem młodym 

i niedojrzałym piętnastolatkiem. 

- Zimno mi się robi na myśl, co moglibyście wymyślić 

razem z Verity, gdybyście się wtedy znali - zauważyła 
Eloise. 

- Rzeczywiście, moglibyśmy niejedno zdziałać -

powiedział Galen lekkim tonem, gdy wchodzili już po 
stopniach tarasu. - Jeżeli uważasz, że warto, to zaproś 

swoją poważną owdowiałą przyjaciółkę. Podczas wizy­
ty u ciebie wydawało mi się, że nie jest ona zachwyco­
na, przebywając wśród ludzi, ale oczywiście tutaj towa­
rzystwo będzie o wiele mniej liczne i bardziej doboro­
we - mówił dalej, sugerując, że Verity, jeżeli zostanie 
zaproszona, zepsuje im wieczór, i starając się za wszel­
ką cenę, żeby Eloise nie przyszło do głowy, iż on przy­
był tutaj ze względu na panią Davis-Jones. - A teraz, pro-

background image

szę mi wybaczyć, moje panie, ale muszę się umyć i prze­

brać. 

- Ja także. I także proszę o wybaczenie - powiedział 

Myron, kłaniając się. 

- A ja powinnam chyba pójść i zobaczyć, co robi 

George - stwierdziła Eloise z ciężkim westchnieniem, po 
czym zostawiła lady Mary przechadzającą się w zamyśle­
niu po tarasie. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

W sobotę po południu Verity, pełna nadziei, siedziała 

w saloniku, udając, że ceruje skarpetki. Jocelyn dostarcza­
ła jej tego rodzaju zajęcia bardzo często, gdyż jako dziec­
ko żywe i lubiące ruch na świeżym powietrzu darła skar­
petki para za parą. Jednak teraz Verity udawała tylko, że 
ceruje. 

Chociaż, ściślej mówiąc, nie, nie udawała. Naprawdę 

próbowała skupić się na tej pracy, wykonywać ją uważnie, 

jednak ściegi, które wychodziły spod jej igły, nie wyglą­

dały lepiej niż niezdarne próby autorstwa Jocelyn. 

Verity spojrzała na córkę, która z dyndającymi noga­

mi siedziała na kanapie i czytała - zapewne baśnie 
o książętach i księżniczkach, gdyż ostatnio ukochała po 
prostu tego rodzaju tematy. Verity zauważyła też, że 
bardziej niż przedtem przykłada się do nauki muzyki 
i ich wspólne lekcje fortepianu stają się coraz przyje­
mniejsze. Teraz Jocelyn czytała, a raczej była pogrążo­
na w lekturze w tym samym stopniu, w jakim jej matka 
oddawała się cerowaniu, gdyż spoglądała w okno rów­
nie często jak Verity. 

Co oznacza, powiedziała sobie surowo Verity, że ja 

background image

zachowuję się wcale nie bardziej dojrzale niż dziewięcio-
latka. 

Podobnie też jak jej córka, Verity postanowiła ubrać się 

w jedną ze swoich najlepszych sukien. Była to oczywiście 
suknia czarna, ale skrojona odrobinę bardziej modnie niż 
większość jej strojów żałobnych, i miała obcisłe, długie 
rękawy. 

Jocelyn nosiła białą sukienkę, a Verity pozwoliła 

dziewczynce wpleść we włosy różową wstążkę. Od śmier­
ci Daniela upłynęło ponad dwa lata, więc ten strój nie był 
niewłaściwy. Poza tym Jocelyn prosiła z takim wdzię­
kiem, mówiąc, że dla księcia chce wyglądać jak najlepiej, 
że Verity nie miała serca jej odmówić. 

Ponownie spróbowała skupić się na cerowaniu. 
- Mamusiu, czy myślisz, że wyjdziesz jeszcze kiedyś 

za mąż? 

Verity drgnęła i ukłuła się w palec. 
- Dlaczego to cię interesuje? - zapytała, upewniając 

się, że palec nie krwawi. 

- Po prostu jestem ciekawa. 
Verity pochyliła się nad cerowaniem. 
- Sądzę, że nie. 
- Dlaczego? 
Verity spojrzała na córkę spokojnie, ale aby zachować 

ten spokój przywołała cały swój hart ducha. 

- Kochałaś papę, więc chyba nie myślisz, że ktoś mó­

głby go zastąpić, prawda? 

Jocelyn podrapała się w nos. 

background image

- Zastąpić nie, mamusiu, oczywiście, że nie - powie­

działa tak, jakby już dłużej się nad tym zastanawiała. -
Wiem, że czujesz się samotna. 

- Mam przecież ciebie i Nancy, a to aż nadto wy­

starczy. 

- Książę jest bardzo miły - zauważyła z zapałem Jocelyn 

- i przystojny. Myślę, że on cię bardzo lubi. A poza tym jest 
bogaty. Zgodziłabyś się, gdyby poprosił cię o rękę? 

- On mnie nigdy nie poprosi o rękę - odrzekła Verity 

z wymuszonym uśmiechem. - Sądzę, że zamierza popro­

sić o rękę lady Mary Seddens, młodą i bogatą hrabiankę. 

Jocelyn zmarszczyła brwi. 
- O! 
- Musisz mi obiecać, że nie będziesz księciu zadawała 

żadnych pytań tego rodzaju. 

- Ale... 
- Jocelyn? 
- No dobrze, obiecuję. 
- Świetnie. 
Verity próbowała nawlec igłę. Nitka wciąż się rozdwa­

jała, a ona, zniecierpliwiona, miała ochotę krzyczeć. 

- Lubisz go, prawda? 
- Kogo, kochanie? - zapytała Verity, zwilżając 

w ustach koniec nitki. 

- Księcia oczywiście. 

Verity miała tyle kłopotu z tą uprzykrzoną nitką, że za­

częła się zastanawiać, czy nie pogorszył jej się przypad­
kiem wzrok. 

background image

- Lubię go. 
- Gdybyś chciała wyjść znowu za mąż, to ktoś taki jak 

on byłby odpowiedni, prawda? 

Verity zrezygnowała z nawlekania nitki i popatrzyła na 

córkę. 

- Tak, gdybym go kochała. 
- Gdybyś wyszła za kogoś takiego jak książę, nie mu­

siałybyśmy już być miłe dla wuja Clive'a i cioci Fanny. 

- Powinnyśmy zawsze być miłe dla wuja Clive'a i cio­

ci Fanny - odrzekła Verity, odkładając nie zacerowaną 
skarpetkę do koszyczka stojącego u jej stóp. - Oni są na­
szymi krewnymi. 

- Ale ja ich nie lubię. 
- Proszę cię, córeczko, nie mów takich rzeczy. 
- I Nancy też. 
- Co masz na myśli? 
- Ona też ich nie lubi. Po prostu ich nie cierpi i nie 

chce, żeby do nas przyjeżdżali. 

- Widzę, że będę musiała odbyć z nią kolejną rozmo­

wę. A ty wiesz dobrze, Jocelyn, jak masz się zachowywać, 
kiedy ciocia i wujek przyjadą. 

W tej chwili usłyszały dźwięk, na który czekały od go­

dziny - odgłos kopyt końskich na drodze. 

Dziewczynka odłożyła książkę i podbiegła do okna. 
- To on! To książę! 
Verity wstała. 
- Odejdź od okna, Jocelyn. 
- Ale ja chcę zobaczyć... 

background image

- Odejdź od okna. Dama powinna umieć poskromić 

emocje. 

Tymi samymi słowy mogłabym skarcić samą siebie, 

pomyślała Verity, gdy tymczasem Jocelyn, choć z ociąga­
niem, usłuchała jej. 

- Niech na ciebie popatrzę - powiedziała Verity do córki, 

lustrując jej ubiór i włosy. - Czy umyłaś ręce i uszy? 

- Dlaczego książę miałby zaglądać mi do uszu? 
Doskonałe pytanie, pomyślała Verity, ale powiedziała: 
- Chcę tylko wiedzieć, czy zrobiłaś to, co należy. Daj, 

poprawię ci szarfę. 

- Ale, mamusiu...! 
- To potrwa sekundę, a książę i tak musi uwiązać ko­

nia. I pamiętaj, co mówiłam: masz nie zadawać mu pytań. 

Jocelyn z widoczną niechęcią poddała się zabiegom 

matki. 

Gdy Verity skończyła, dziewczynka zakręciła się wko­

ło. Oczy jej błyszczały. 

- Jak myślisz, czy ciasteczka z konfiturą będą księciu 

smakowały? 

- Jestem tego pewna. Spisałaś się bardzo dobrze, przy­

gotowując je. 

Rozległo się pukanie do frontowych drzwi. 
- To on! - zawołała dziewczynka i ruszyła biegiem do 

wejścia. 

- Jocelyn - upomniała ją Verity, której zaschło nagle 

w gardle i podążyła za córką wolniejszym nieco krokiem. 
- Dama nie biega. 

background image

Gdyby była szczera, dodałaby, że sama nie mogłaby 

podbiec do drzwi, bo nogi ma jak z waty. 

- Dzień dobry! - powiedziała Jocelyn, otwierając 

z rozmachem drzwi i patrząc z zachwytem na Galena 
Bromneya. 

- Dzień dobry, panno Davis-Jones. Dzień dobry pani 

- powiedział Galen, kłaniając się. 

- Proszę wejść - zaprosiła go nieco sztywno Verity, 

starając się odzyskać spokój. 

Gdy wszedł, doznała nagle wrażenia, że wpuściła 

w progi swego domu tajfun. 

- To piękny dom. 
- Dziękuję, Wasza Wysokość. Nie wejdzie pan do sa­

lonu? 

- Będę zachwycony. 
Jocelyn pobiegła naprzód w podskokach, a za dziew­

czynką godnie podążyła Verity, świadoma tego, że tuż za 
nią znajduje się Galen. 

Wskazała mu gestem kanapę koło okna. 
Wzrok Galena padł na portret Daniela wiszący nad ko­

minkiem pomiędzy dwoma srebrnymi lichtarzami. 

- To mój tata - oznajmiła Jocelyn. 
- Wygląda... wygląda na miłego człowieka - powie­

dział Galen, siadając. 

Verity zajęła krzesło naprzeciwko księcia. 
- Był bardzo miły - powiedziała stanowczym tonem 

Jocelyn. - Czy chciałby pan zobaczyć moją książkę? - za­

pytała. 

background image

Verity pragnęła, by patrzył na cokolwiek, pod warun­

kiem, że nie będzie patrzył raz na nią, a raz na portret Da­
niela. 

- Bardzo bym chciał. Powiedz mi coś o tej książce -

poprosił Galen. - Usiądź obok mnie, to będę mógł też 
oglądać obrazki. 

Jocelyn z wesołym uśmiechem i bez cienia wahania 

usiadła obok księcia. Przysunęła się bardzo blisko, a Ve­
rity zauważyła w tej chwili, że książę jest nieco spięty. 

- Jocelyn, nie przysuwaj się tak blisko, to nie wypada. 
- Ależ to nic nie szkodzi - rzekł Galen chłodno. 
Verity natychmiast pożałowała, że zwróciła córce uwa­

gę, dając nią Galenowi do zrozumienia, że żałuje mu tej 
bliskości. 

Jocelyn otworzyła ulubioną książkę, która była ostat­

nim podarunkiem Daniela. 

- Poczytajmy „Ali Babę". 
- A może ty poczytasz mi głośno? - zaproponował 

Galen dziewczynce. 

Jocelyn uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym 

zaczęła czytać: 

„Dawno, bardzo dawno temu, w pewnym mieście 

perskiej prowincji Horasanu żyło sobie dwóch braci, sy­
nów tego samego ojca i tej samej matki. Jeden z nich 
nazywał się Kasim, a drugi Ali Baba. Ojciec ich już 
dawno umarł, a to, co im w spadku pozostawił, niewielką 
przedstawiało wartość i nie stanowiło mienia, które 
mogłoby stać się ciężarem. Obaj bracia podzielili między 

background image

siebie dziedzictwo równo i sprawiedliwie, bez waśni 
i swarów. 

Po podzieleniu ojcowizny Kasim ożenił się z bardzo 

bogatą niewiastą. Jego brat Ali Baba natomiast pojął za 
żonę biedną dziewczynę, która nie miała ani denara, ani 
domu, ani kawałka gruntu". * 

Gdy Jocelyn czytała, Verity nawet nie próbowała uda­

wać, że szyje. Zamiast tego obserwowała słuchającego 
Galena, którego ciemnowłosa głowa, pochylona nad 

książką, stykała się prawie z główką Jocelyn. 

Verity przypuszczała, że w towarzystwie dziecka Galen 

Bromney będzie czuł się zażenowany i skrępowany. Jego za­
chowanie w Potterton Abbey, pierwsza rozmowa z Jocelyn 
i dzisiejsze zachowanie dowodziły jednak, że się myliła. 

Radził sobie z Jocelyn wspaniale i oczywiste było, że 

dziewczynka czuje się z nim szczęśliwa. 

Czy to powinno mnie zaskakiwać? - pomyślała Verity. 

Oboje są przecież z tej samej gliny, krew z krwi i kość 
z kości. Tego nie zmieni fakt, że Jocelyn o tym nie wie. 
Istnieje między nimi więź, której nie może zniszczyć ani 
oddalenie, ani niewiedza. 

Ach, gdyby ona, Verity, i Galen mogli zacząć wszystko 

od nowa! Gdybyż ona nie była kiedyś taka lekkomyślna... 
No ale z drugiej strony, gdyby wtedy, dziesięć lat temu, 
nie poszła do jego sypialni, nie miałaby teraz Jocelyn. 
A gdyby nie Jocelyn, on by nie siedział dziś w jej salonie. 

przekład Krzysztofa Radziwiłła i Janiny Zeltzer 

background image

Jednak książę Deighton nie będzie mógł nigdy uczest­

niczyć w ich życiu w stopniu większym niż obecnie. 

Verity wstała. 
- Zrobię herbatę - powiedziała. - Czy Wasza Wyso­

kość zje ciasteczka z konfiturą? Upiekła je Jocelyn. 

Galen uśmiechnął się z zachwytem do córki. 
- Oczywiście, że zjem. Są z pewnością bardzo dobre. 
- Są pyszne - zapewniła szczerze Jocelyn. - Upuści­

łam trochę konfitur, kiedy je robiłam, i Nancy była na 
mnie zła. 

- Nancy? Kto to jest Nancy? - zapytał książę tonem, 

który kazał Verity zatrzymać się w progu. 

- Nancy jest naszą służącą - odparła Jocelyn, - Prze­

cież mówiłam już o niej Waszej Wysokości. Jest tak spryt­
na jak Zuzanna. 

- Ach, tak, rzeczywiście, mówiłaś mi wtedy, gdy roz­

mawialiśmy o „Weselu Figara". A co ona robi, kiedy jest 
na ciebie zła? 

- Każe mi bardzo długo siedzieć w kącie. 
- I co jeszcze? 
- Jeżeli jestem bardzo niegrzeczna, to czasami dostaję 

na kolację chleb bez dżemu - poskarżyła się Jocelyn, pa­
trząc na niego nieśmiało, a zarazem z nadzieją, jakby od­
woływała się do jego poczucia sprawiedliwości. 

Książę uśmiechnął się. 
- Przeważnie jestem grzeczna - pospieszyła z zapew­

nieniem dziewczynka - ale czasami po prostu muszę zro-

background image

bić coś, czego nie powinnam, a kiedy już to zrobię, to nie 
mam innego wyjścia, jak tylko przeprosić. 

- To brzmi poważnie. 
Jocelyn popatrzyła na niego pytająco. 
- A pan nigdy nie robi rzeczy, których nie należy ro­

bić? Czy nie czuje pan czasami, że musi pan coś takiego 
zrobić, bo inaczej pan nie wytrzyma? 

- Szczerze mówiąc, nieraz postępowałem pochopnie 

i bez zastanowienia - odparł Galen, spoglądając na Verity 
wzrokiem, który sprawił, że serce zaczęło jej mocno bić. 

- Powiedz mi, co nabroiłaś? 

Jocelyn zmarszczyła brwi i pokręciła głową. 
- Nie powiem! 
- Mam nadzieję, że nie dopuściłaś się zdrady ani wiel­

kiej zbrodni? 

- Nie! 
- Nie jesteś też rozbójnikiem? 
- Nie. 
- Nie włamujesz się do domów ani nie jesteś kieszon­

kowcem? 

- Nie - zaprzeczyła kolejny raz i zachichotała. 
Galen odetchnął głośno. 
- Jestem bardzo zadowolony, że nie mam do czynienia 

z zawodową kryminalistką - rzekł z powagą. - Myślę, że 
tak naprawdę lubisz Nancy nawet wtedy, gdy ona jest na 
ciebie zła. 

- Ja ją kocham! - wyznała Jocelyn. 

Galen powiedział sobie, że nie ma prawa być zazdros-

background image

ny. Jocelyn poznała go przecież dopiero przed miesiącem, 
a Nancy zna od urodzenia. 

- Choć nie jest zbyt grzecznie zostawiać gościa same­

go, chciałabym, żeby Jocelyn pomogła mi przygotowy­
wać herbatę - odezwała się Verity. 

- Ja także proponuję pomoc - zaoferował się Galen, 

wstając. - Wiem, jak się gotuje wodę, i chciałbym pójść 
z wami do kuchni. 

- Dobrze - odrzekła Verity z uśmiechem, a Galen po­

myślał, że przystoi on pensjonarce, która płata figle 
w szkole. - Chciałabym zobaczyć księcia w kuchni. 

Galen w odpowiedzi skłonił się szarmancko. 
- Postaram się nie narobić sobie wstydu, jeżeli wska­

żecie mi drogę. 

- Proszę za mną, Wasza Wysokość. 
- Z przyjemnością. 
- Czy możemy wziąć lepsze talerze? - zapytała Joce­

lyn, podskakując. 

- Księciu nie mogłybyśmy podać ciasteczek na ni­

czym innym. 

- Czy ona zawsze tak tańczy? - zapytał po cichu 

Galen. 

Verity próbowała nie zauważyć, jak blisko niej się znaj­

duje. 

- Zawsze, kiedy jest szczęśliwa. Najwidoczniej pan 

tak na nią wpływa. 

- Miło mi, że nie uważa mnie za człowieka lubiącego 

narzucać swą wolę. 

background image

- Być może przyjdzie taki dzień, w którym będzie pan 

tego pragnął - odrzekła Verity w zamyśleniu. - Ona po­
trafi być uparta. 

- Ja też. 
Położył dłoń na ramieniu Verity, zatrzymując ja na mo­

ment. 

- Naprawdę nie przeszkadzało mi, że ona siedzi tak 

blisko - powiedział. 

- Zauważyłam, że był pan spięty - odparła Verity, pra­

gnąc, żeby zrozumiał, dlaczego zwróciła córce uwagę. 

- To prawda, że nie jestem przyzwyczajony do takich 

poufałości. - Tu uśmiechnął się ironicznie, choć trochę 
smutno. - Jedyna intymność, jakiej doświadczyłem w cią­
gu ostatnich trzydziestu lat, to taka, jaka była naszym 
udziałem. 

Intymność, którą ona pamiętała tak dobrze. 
- Przykro mi to słyszeć. 
- A mnie było przykro tak żyć. 
Ich spojrzenia spotkały się na bardzo krótką chwilę, 

jednak Verity poczuła, że ziemia pod jej stopami zadrżała. 

Do jej serca powróciła miłość, słodka, zachwycająca, 

pełna oddania miłość. Powróciła, pokonując wszelkie za­
pory czasu i doświadczenia. 

Książę puścił ramię Verity, a ona cofnęła się i lekko za­

chwiała. 

- Mamusiu, co tam robisz tak długo?! - zawołała Jo­

celyn z kuchni. 

Czuję się jak ktoś, kogo nagle obudzono ze snu, uznała 

background image

Verity i pospieszyła do kuchni - dużego pomieszczenia 
o pobielanych ścianach, wyposażonego w najnowsze wy­
nalazki, w którym zwykle królowała Nancy. 

Weszła tam i aż wstrzymała oddech z przerażenia na 

widok tego, co przedstawiło się jej oczom. 

Dziewczynka stała na stołku przed kredensem i sięgała 

na górną półkę, na której znajdował się duży talerz. 

- Jocelyn! - zawołała Verity, okrążając duży sosnowy 

stół i chwytając córkę w talii. - Co ty wyrabiasz? 

- Chciałam zdjąć ciasteczka z malinową konfiturą. 
- Trzeba było zaczekać. Ja je zdejmę, kiedy nadejdzie 

pora, by je podać - powiedziała Verity, pomagając córce 
zejść ze stołka. 

- Chciałam zdjąć je dla księcia - tłumaczyła się Joce­

lyn ze spuszczoną głową. 

- Mogłaś spaść - napomniał surowo Galen, stając 

obok Verity. 

Gdy dolna warga Jocelyn zaczęła drżeć, ukląkł na jedno 

kolano. 

- Gdybyś spadła, mogłabyś zrobić sobie krzywdę, a ja 

bym się bardzo martwił, zwłaszcza gdyby coś ci się stało 
dlatego, że chciałaś mnie poczęstować. 

Wstał i wskazał przykryty cynowy talerz. 
- A co by było, gdyby one też spadły? Istna tragedia! 
Jego ostatnie słowa wywołały uśmiech na twarzy Joce­

lyn. Verity tymczasem przypomniała sobie nagle, po 
co przyszli do kuchni, i pospieszyła nalać wody do 
czajnika. 

background image

- Stop! 
Verity zatrzymała się w pół kroku, słysząc okrzyk 

Galena. 

Mrugnął do Jocelyn, sprawiając, że napięcie panujące 

w kuchni natychmiast zniknęło, i podszedł do Verity. 

- Pani, proszę mi pozwolić - powiedział władczo. -

Przecież to ja miałem zagotować wodę. 

- A tak - przypomniała sobie Verity. 
Wziął od niej czajnik, przy czym ich dłonie na chwilę 

się dotknęły. 

Galen odchrząknął. 
- No więc, tak jak mówiłem, potrafię zagotować wodę 

- oznajmił. - Ale, niestety, to jest wszystko, co umiem 
zrobić w kuchni. 

- Jeżeli potrafi pan zagotować wodę, to musi pan 

umieć ugotować jajko - zauważyła Jocelyn. 

- Niestety, nigdy mnie tego nie uczono. Kiedy pomy­

ślę, ile to razy chciałem zjeść jajko, a nie było przy mnie 
służącego, który by mi je ugotował, to... 

Westchnął ciężko, ale oczy mu błyszczały, gdy stawiał 

czajnik na ogniu. 

- Umiem ugotować jajko - powiedziała z dumą Jocelyn. 
- Czy to jest trudne? 
Verity powstrzymała uśmiech, wyjmując z kredensu 

herbatę, imbryk i inne rzeczy potrzebne do posiłku. 

- Wcale nie! - zawołała Jocelyn. - Mamo, możemy 

ugotować księciu jajko? 

background image

- Tak, oczywiście - odrzekła Verity. - Przynieś jajko 

ze spiżarni, a ja tymczasem znajdę garnuszek. 

Jocelyn pobiegła do spiżarni, a Verity podeszła do pół­

ki, na której stały garnki różnych rozmiarów, i wybrała je­
den, mały, odpowiedni do ugotowania jednego jajka. 
Spojrzała przez ramię na Galena, który przyglądał się ku­
chni i piecowi. 

- Wyglądają bardzo nowocześnie - zauważył. 
-

 Daniel lubił mieć to, co najlepsze. 

- Powiedziałbym, że to dostawał. 
Verity wzięła garnuszek i spojrzała na niego. 
- Mimo to nasze gospodarstwo musi ci się wydawać 

bardzo wiejskie. 

- Przeciwnie, zazdroszczę ci. 
- Zazdrościsz mi? 
Pokiwał powoli głową. 
- Zazdroszczę ci uroczego domu i spokojnego życia. 

Zazdroszczę ci przyjaciół, bo nawet Eloise cię broni, a ma­
ło jest osób, w obronie których by wystąpiła. - Obszedł 
stół dookoła i podszedł do Verity. - A najbardziej zazdro­

szczę ci czasu, który spędziłaś z Jocelyn. 

Zarumieniła się i ścisnęła mocniej garnuszek. Przypo­

mniała sobie usta Galena na swoich, przypomniała sobie, 

jak silne były jego ramiona, gdy ją obejmował. 

- Galenie, ja... 
- Przyniosłam największe! - zawołała Jocelyn od 

drzwi. 

- Co robimy teraz? - zapytał Galen, podchodząc do 

background image

niej i wymijając zręcznie duży kosz z kartoflami stojący 
przy stołowej nodze. 

- Po pierwsze, bierzemy garnek. 
- Bierzemy garnek - powtórzył Galen. 
Wziął garnuszek od Verity, nie patrząc na nią, za co ona 

była mu wdzięczna. 

- Teraz trzeba nalać wody z wiadra stojącego koło ku­

chni. Tyle, żeby przykryła jajko. 

- Dobrze, wody tyle, żeby przykryła jajko - powtórzył 

Galen tak poważnie, jakby to były instrukcje dotyczące 

jakiegoś zabiegu chirurgicznego. 

Podał garnuszek Jocelyn, która wciąż trzymała jajko. 

- Teraz wkładamy jajko do garnka i stawiamy gar­

nek na kuchni. Woda musi się zagotować, a potem, kie­
dy już się przez chwilę pogotuje, zanurzamy jajko w zi­
mnej wodzie w wiadrze - dokończyła tryumfalnie 
dziewczynka. 

- Rozumiem - powiedział Galen, stawiając garnek na 

kuchni, zgodnie z instrukcją. - Teraz musimy poczekać, 

aż woda się zagotuje. 

- A przez ten czas Jocelyn i ja ustawimy wszystko na 

tacy, którą zaniesiemy później do salonu. 

- Ależ nie, możemy przecież wypić herbatę tutaj - po­

prosił Galen. - Mam dosyć oficjalności. 

- Ale przecież pan jest księciem! - zaprotestowała 

Jocelyn. 

- Być może, nigdy jednak nie miałem przyjemności 

wypić herbaty w kuchni. 

background image

- Ale mnie się wydaje... 
- Jocelyn, książę jest naszym gościem. A pamiętasz, 

co mówiłam? Jak masz się zachowywać, gdy są goście? 

- O... 

Galen nie miał pojęcia, jakie instrukcje dała córce Ve­

rity, ale podejrzewał, że chodziło o to, by dziewczynka za­
spokajała życzenia gości, i był z tego zadowolony. Powie­
dział prawdę - rzeczywiście nigdy nie miał przyjemności 
pić herbaty w kuchni. 

Poza tym ta kuchnia podobała mu się bardzo, była wy­

godna i przytulna. Podobał mu się piec i palenisko, po­
dobał mu się kredens - porysowany i popękany, co świad­
czyło o tym, że służył mieszkankom tego domu na co 
dzień; zapach wędzonej szynki i cebuli zwisającej z belek 
pod sufitem. Podobały mu się kwiaty w doniczkach stoją­
ce na parapecie. 

Jednak najbardziej podobało mu się towarzystwo, 

w którym przebywał. 

Przed przyjazdem do kraju mówił sobie, że może wró­

cić do Anglii, ponieważ ludzie z pewnością zapomnieli 
o grzechach jego młodości; mówią już o innych, śwież­
szych skandalach. Przekonał się jednak, że w momencie 
gdy się pojawił, wszystko odżyło w pamięci ludzi, którzy 
go znali bezpośrednio czy tylko ze słyszenia. 

Przekonał się, że musi nauczyć się z tym żyć. 
Przed przyjazdem przekonywał także i siebie, że zdążył 

już zapomnieć o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat. Wie­

rzył, że zapomniał, jak się czuł, gdy Verity przyszła do 

background image

jego sypialni, że nie pamięta już, jak gładka jest jej skóra, 
jak miękkie są jej wargi, że nie pamięta, co czuł, ujmując 

w dłoń jej pierś. Wmawiał sobie, że nie pamięta tego ci­
chego pomruku pożądania, który wyrwał się z jej gardła, 
gdy ją po raz pierwszy całował, ani gorącej namiętności, 
która go ogarnęła, gdy Verity zsunęła koszulę. 

I że zapomniał, jak jej błękitne oczy błyszczą pod wpły­

wem pragnienia i jak jej nieśmiały uśmiech przenika 
w głąb jego duszy, sięgając czegoś, co było przez długi 
czas głęboko ukryte, i wydobywając to coś na powierzch­
nię, przywracając do życia. 

Jakimż okazałem się głupcem! - pomyślał. 
Pożałował też, że wzrok jego w ogóle padł na portret 

Daniela Davis-Jonesa. Wyobrażał sobie tego człowieka al­
bo jako słabowitego staruszka, albo jako otyłego, starsza­
wego człowieka. 

Okazało się jednak, że Daniel Davis-Jones był, jak ma­

wiają kobiety, „przystojnym mężczyzną" o ciemnych 
oczach patrzących przyjaźnie spod stalowoszarych brwi. 
Daniel miał szerokie ramiona i w żadnym razie nie można 
powiedzieć, żeby groziła mu otyłość, a jego dłonie były 

bardzo męskie. 

Dłonie, które dotykały Verity. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Galen podniósł się gwałtownie z miejsca. 

- Pomyślałem, że powinienem sprawdzić, czy woda 

się gotuje - powiedział, by się usprawiedliwić. - Nie mam 
wprawy, a chciałbym, żeby mi się udało. 

Jocelyn i Verity wymieniły uśmiechy, a jemu ponow­

nie zrobiło się żal. Czegóż bym nie dał za to, żeby to był 
mój dom! - pomyślał, zbliżając się do kuchni. Żeby to by­
ła moja żona i dziecko, które zna swego prawdziwego 
ojca. 

Łzy nabiegły mu do oczu. Weź się w garść, upomniał 

się w duchu, dżentelmeni nie płaczą. 

- Czy woda się gotuje? - zapytała Jocelyn, porzucając 

talerz z ciasteczkami i ukradkiem oblizując sobie palec 
umazany konfiturą. 

- Jeszcze nie, ale chyba zaraz będzie się gotowała. Czy 

mogę otworzyć okno? - zapytał Galen Verity. - Wydaje 
mi się, że tutaj jest bardzo ciepło. 

- Mnie się też tak wydaje - powiedziała Verity, nie pa­

trząc mu w oczy. 

- Woda w czajniku się gotuje, mamo! - wykrzyknęła 

Jocelyn, a Verity poruszyła się, jakby zadowolona z tego, 

background image

że dziewczynka odwróciła ich uwagę od poprzedniego te­
matu. 

- Woda w garnuszku z jajkiem też - zauważyła. 
- A! - Galen pospiesznie sięgnął po garnuszek. -

Mam go teraz zdjąć... 

- Chwileczkę! - zawołała Verity, powstrzymując go. -

Oparzy się pan. 

- Ależ jestem głupi - mruknął Galen. 
Tymczasem Verity wzięła ściereczkę i zamierzała sama 

zdjąć garnek z ognia. 

- Nie, nie, proszę dać mi ścierkę - powiedział. -

Chciałbym wszystko sam zrobić. Inaczej będę się czuł cał­
kiem nieprzydatny i pomyślę, że jedyne, co potrafię, to 
wieść wygodne życie leniwego arystokraty. 

Verity wręczyła mu ścierkę. 
- Sądzę, że nie jest możliwe, by pan okazał się nie­

przydatny, Wasza Wysokość. 

- Dlaczego? - zapytał, owijając sobie dłoń ścierką. -

Dotychczas nie byłem specjalnie przydatny. 

- Ale pan jest księciem! - zawołała Jocelyn, która 

znajdowała się oczywiście w pobliżu ciasteczek. 

- A ty jesteś małą dziewczynką, której nie ominą kłopoty, 

jeżeli jeszcze raz sięgnie po ciasteczko - ostrzegła Verity. 

- Ja tego nie zrobiłam! 
- Chcesz być jak mały Jack Horner? 
- Nie. Ja teraz naprawdę nie dotknęłam ciastek. 
- No dobrze, już dobrze, wierzymy ci, prawda, Wasza 

Wysokość? 

background image

- Oczywiście, że tak - odrzekł Galen. 
Uznał, że to „my" było urocze, choć nie bardzo mu się 

podobało, że Verity, zwracając się do niego, posłużyła się 
oficjalnym tytułem. 

- Musisz jednak wiedzieć - powiedział Galen do Jo­

celyn - że nie zasłużyłem sobie niczym na tytuł. Przyna­
leży mi po prostu dlatego, że jestem najstarszym synem 
mojego ojca - wyjaśnił, podnosząc ostrożnie garnek i od­
stawiając go na bok. - Dwaj z moich przyrodnich braci 
dokonali w życiu więcej niż ja, choć są ode mnie znacznie 
młodsi. Co teraz? - spytał, mając na myśli gotowanie. 

- Proszę wziąć tę dużą, drewnianą łyżkę i ostrożnie za­

nurzyć jajko w wiadrze z zimną wodą - poleciła Jocelyn. 

Galen kiwnął głową, a potem przygryzając wargę, za­

stosował się do jej instrukcji. Kiedy jajko znalazło się już 
szczęśliwie w wiadrze, spojrzał na swoją młodziutką na­

uczycielkę. 

- Czy to wszystko? - zapytał. 
- Tak, to wszystko! Trzeba je jeszcze tylko wyjąć i ob­

rać ze skorupki. 

- Ach, tak, oczywiście. - Galen wyjął jajko i położył 

na przygotowanym do tego celu talerzu, a potem usiadł na 
ławie stojącej przy kuchennym stole. 

Verity i Jocelyn nakryły stół, ustawiając na nim porce­

lanowe talerzyki, filiżanki i spodeczki, a także umieszcza­

jąc białe serwetki i srebrne łyżeczki. 

- Herbata gotowa - oznajmiła Verity, siadając naprze­

ciwko Galena, a obok córki, która usadowiła się na wprost 

background image

talerza z ciasteczkami, z których jedno nosiło ślady jej 
palców. 

Verity wzięła jedną z filiżanek. 

- Herbaty, Wasza Wysokość? - zapytała oficjalnym 

tonem, tak jakby znajdowali się w pałacu Buckingham. 

- Z przyjemnością - odrzekł Galen równie poważnie. 
- Czy Wasza Wysokość słodzi? 
- Nie, dziękuję. 
- A czy Wasza Wysokość dodaje mleka? 
- Nie. Wolę herbatę bez dodatkowych ingrediencji -

powiedział i spojrzał na Jocelyn. - To znaczy bez niczego 
- szepnął, co sprawiło, że dziewczynka zachichotała. 

Verity wręczyła mu filiżankę, a potem spojrzała zna­

cząco na Jocelyn i na talerz z ciasteczkami. 

- Ciasteczko, Wasza Wysokość? - zapytała dziew­

czynka. 

- Z rozkoszą skosztuję. Ciasteczka wyglądają pięknie 

- powiedział szczerze Galen, wyciągając rękę i sięgając 
po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i sięgając 

po ciasteczko leżące tuż obok tego, które nosiło ślady rękę i

background image

Myron wszedł pomiędzy nich i podniósł dwa kieliszki 

brandy, która mieniła się w świetle świec. 

- Wasza brandy, panowie. 
- Dziękuję - mruknął Blackstone. 

Galen przyjął kieliszek ze skinieniem głową. 

- Sądzę, że powinniśmy przyłączyć się do pań - za­

proponował Myron, wypiwszy pospiesznie brandy. - Zgo­
dzisz się ze mną, Galenie? 

- Oczywiście - odrzekł Galen. 
Nie chciał pić alkoholu. Gdyby się napił, z pewnością 

powiedziałby temu przeklętemu Blackstone'owi, który 
miał czelność pożądać Verity, co o nim myśli, a potem 
wyzwałby go na pojedynek. 

Myron ruszył przodem i poprowadził panów z jadalni 

do salonu. Blackstone podążył za nim bez ociągania. Na­
tomiast Galen nieco zwlekał, gdyż chciał trochę ochłonąć 
i odzyskać panowanie nad sobą. 

Gdy znalazł się w salonie, natychmiast, instynktownie 

zaczął szukać wzrokiem Verity. Siedziała przy fortepianie, 
który nie za bardzo pasował do wyposażenia „domku my­
śliwskiego" Myrona. Galen podejrzewał, że został kupio­
ny razem z domem i że nie grano na nim od lat, bo był 
nieco rozstrojony. 

Mimo to miło mu było widzieć Verity przy instru­

mencie. Na jej twarz padało światło świec osadzonych 
w lichtarzu, który najprawdopodobniej sama postawiła 
na fortepianie. Delikatna poświata oraz lekkie pochyle­
nie głowy sprawiały, że przypominała madonnę. Poru-

background image

szała się z wdziękiem, grając uroczy, melodyjny utwór 

i nie posługując się przy tym nutami. Patrząc na nią, Galen 
przypomniał sobie, z jaką dumą w głosie Jocelyn powie­
działa mu, że mamusia gra na fortepianie, gdy - rozma­
wiając z nią o Mozarcie - zapytał, czy umie na czymś 
grać. 

Galen mógłby tak patrzeć na Verity godzinami. Mógłby 

godzinami czekać, aż między jej delikatnie zarysowanymi 

brwiami pojawi się zmarszczka znamionująca koncentra­
cję albo aż delikatne rysy wydobędzie łagodny blask 
świecy. 

Tłumiąc westchnienie, Galen podszedł bliżej. 
Fanny Blackstone siedziała sztywno, jakby kij połknęła. 

Clive czaił się w pobliżu, a Myron stał przy kominku, tak 

jakby sam nie wiedział, co ma z sobą począć, choć był prze­

cież we własnym domu. Eloise usadowiła się wygodnie na 
kanapie, bawiąc się wstążką u sukni, a lady Mary przycu­
pnęła na pobliskim krześle z nieśmiałym uśmiechem. 

Lady Mary zawsze uśmiechała się nieśmiało. 
- W Potterton Abbey nie miałem przyjemności sły­

szeć, jak gra pani Davis-Jones - powiedział Galen. 

Spojrzenie Clive'a pobiegło w stronę Verity. 
- Nie mówiłaś mi, szwagierko, że książę był w Potter­

ton Abbey. 

Verity podniosła wzrok znad instrumentu. 
- Naprawdę? 
- Czy pani Davis-Jones musi panu zawsze mówić, ko­

go spotkała i z kim rozmawiała? - zapytał Galen. 

background image

- Nie, oczywiście, że nie - odrzekł Clive. 
- A, to przepraszam. 
- Pięknie, po prostu cudownie! - chwaliła Eloise grę 

przyjaciółki, gdy utwór się skończył. - George będzie ża­
łował, że tego nie słyszał. 

- Czy komuś oprócz mnie wydaje się, że w tym pokoju 

jest trochę duszno? - zapytał Galen. - Lady Mary? 

- Tak, rzeczywiście - odważyła się odpowiedzieć lady 

Mary, rumieniąc się równocześnie. 

Eloise spojrzała na Galena porozumiewawczo, ten jed­

nak udawał, że tego nie zauważył i skierował się ku 
drzwiom prowadzącym na taras, które znajdowały się tuż 
za fortepianem. 

- Słuchaj, Myronie, a może opowiedziałbyś damom 

o swoich ananasach? - zasugerował. 

- Ależ oczywiście! - zawołał jego uszczęśliwiony 

przyjaciel. 

A potem zaczął mówić o sprawie, która - po polowa­

niu, wędkowaniu, psach, koniach i broni - była jego ulu­
bionym tematem. Opowiadał długo i ze szczegółami 
o tym, jak w cieplarni hoduje się ananasy. Wszyscy zda­
wali się słuchać z zainteresowaniem, tak jakby uprawa 

tych południowych owoców miała się stać także i ich ulu­
bionym zajęciem. Galen tymczasem - idąc w stronę tara­
su - zbliżył się do fortepianu, przy którym siedziała, znów 
grając, Verity. 

Gdy był już bardzo blisko, palce Verity potknęły się na 

klawiszach, na szczęście jednak nikt tego nie zauważył. 

background image

Uchyliwszy drzwi prowadzące na taras, odwrócił się 

i jego wzrok padł na odsłonięty delikatny kark Verity. 

Miał ogromną pokusę, żeby ten kark pocałować. 
Boże drogi, może nie powinien podchodzić do niej tak 

blisko! Jednak z drugiej strony, to najlepsza okazja, żeby 

z nią porozmawiać. 

Mając pewność, że Myron zajmie uwagę gości jeszcze 

przez jakiś czas, ale równocześnie wiedząc, że goście 
w końcu się znudzą, Galen przysunął się do Verity. 

Zanim jednak cokolwiek powiedział, ona wyszeptała: 
- Wasza Wysokość, muszę z panem porozmawiać. 

Sam na sam. Jutro, jeżeli to możliwe. 

- Oczywiście - odrzekł, również szeptem, Galen. 
Choć było to coś, czego sam pragnął, poczuł, że na 

dźwięk jej poważnego tonu przechodzi go dreszcz nie­
pokoju. 

- Czy możemy spotkać się w zagajniku po południu? 
- Tak. 
- Ach, sir Myronie, jakie to interesujące! - zawołała 

nagle Eloise. - Nie miałam pojęcia, że ananasy to takie 
fascynujące owoce! A teraz, co by pan powiedział na 
karty? 

- Karty? - zająknął się Myron, całkiem zdetonowany. 
- Karty. Na przykład może moglibyśmy zagrać 

w wista? 

- Ja chętnie zagrałabym w wista - poparła Eloise lady 

Mary. 

- Ach tak... no tak, w wista... ja umiem w to grać - od-

background image

rzekł Myron, zapominając o ananasach. - Każę ustawić 
stół. Panie Blackstone, pani Blackstone, czy państwo za­
grają? 

Clive wykrzywił usta w uśmiechu. 

- Bylibyśmy zachwyceni. 
- Za dużo nas do jednego stołu - zauważył Galen, od­

chodząc od fortepianu - a za mało do dwóch. 

- Moja żona może nie grać - odezwał się Blackstone. 
- Ja wolałabym zostać tutaj, przy fortepianie - powie­

działa Verity. - Nie przepadam za kartami. 

- A ja zadowolę się zaglądaniem w karty lady Mary 

- powiedział Galen - jeżeli, oczywiście, lady Mary znie­

sie moją obecność. 

- Będę wdzięczna za pańską pomoc, Wasza Wysokość, 

gdyż obawiam się, że nie mam wielkiego talentu do kart. 

- A może gra pani lepiej w inne gry? - zasugerował 

po cichu Galen, gdy tymczasem jeden z lokajów zaczął 
ustawiać okrągły stół do gry i krzesła dla grających. 

Lady Mary spłonęła rumieńcem, a Verity uderzała 

w klawisze, jakby była ślepa i głucha na wszystko poza 
fortepianem. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Na drugi dzień w południe, wciągając na nogi dosko­

nałe wypolerowane długie buty, Galen spojrzał przez 
okno. Dzięki Bogu, wypogodziło się. Przez całą noc pa­
dało, ranek wstał mglisty i wilgotny, ale teraz przynaj­
mniej na chwilę wyjrzało słońce. 

Galen nie powiedział Rhodesowi, że wychodzi. Nie za­

mierzał też brać konia. Chciał wymknąć się z domu tyl­
nymi schodami, a potem przejść obok inspektów, robiąc 
wszystko, by nie natknąć się na kogokolwiek ze służby, 
która w tym czasie powinna jeść lunch. 

Nie wiedział, dlaczego Verity chce się z nim zobaczyć, 

wiedział jednak, że sprawa musi być dla niej ważna, skoro 

podejmuje ryzyko potajemnego spotkania. Być może to, 
co chce mu przekazać, jest tak samo istotne jak to, co on 
pragnie jej powiedzieć. 

Przez całą noc Galen przewracał się z boku na bok, za­

stanawiając się, czy Verity chce mu wyznać, że jej uczucia 
do niego uległy zmianie. Marzył, że Verity powie mu, że 
go kocha. 

Niestety, istniały także inne przypuszczalne wyjaśnie­

nia jej prośby. 

background image

Mogło przecież chodzić o coś tak prostego, jak zmiana 

terminu kolejnej jego wizyty u Jocelyn, w związku z obe­
cnością Blackstone'ów. A może Verity przyprowadzi Jo­
celyn z sobą? 

A jeżeli Jocelyn jest chora? - zatrwożył się nagle Ga­

len. Ależ nie, z pewnością nie, uspokoił się, bo gdyby tak 

było, Verity nie udałaby się na przyjęcie, zostawiając cho­
rą córkę tylko z Nancy. 

Jakikolwiek był powód prośby Verity, Galen - od cza­

su, gdy zaproponowała ona spotkanie - miotał się między 
niecierpliwością, nadzieją i strachem. 

W końcu jednak przyszła chwila, w której należało 

skończyć ze wszystkimi pytaniami oraz niepewnością 

i wyjść z domu. 

Stwierdziwszy, że na korytarzu nikogo nie ma, Galen 

wyszedł i zamknął na klucz drzwi pokoju. Po powrocie 
wyjaśni, że poczuł się zmęczony i zdrzemnął się trochę, 
gdyż chciał wieczorem być w dobrej formie. A zamknął 
drzwi na klucz, żeby mu nikt nie przeszkadzał. 

- Wymknął się z domu tak sprawnie, że zaczął żałować, 

iż nigdy w życiu nie pomyślał o zrobieniu kariery szpiega 
w służbie zagranicznej. 

Niestety jednak, to wymagałoby, by w młodości miał 

jakieś ambicje, tymczasem on był ich raczej pozbawiony. 

Nie zastanawiając się dłużej na tym, jak mogłoby po­

toczyć się jego życie, Galen poszedł szybko ścieżką bieg­
nącą przez zagajnik. Wkrótce dotarł do miejsca, z którego 
widoczny był dom Verity. Obawiając się, że znajduje się 

background image

za blisko i że ktoś może go zauważyć, skręcił za krzewy 
czarnego bzu i postanowił tam poczekać. Uważał bardzo, 
żeby wśród mokrych zarośli nie zamoczyć ubrania, ponie­
waż nie chciał wzbudzić podejrzeń Rhodesa. 

Gdzieś w oddali odezwało się stukanie dzięcioła. Ptaki 

śpiewały i świergotały, lekki wietrzyk poruszał gałązkami. 

Zapach wilgotnej ziemi i liści przywiódł mu na myśl 

cmentarz, pogłębiając jego niepokój. Galen patrzył na kro­
ple spadające z drzew, zauważył też, jak na ziemię spadło 
prawie bezszelestnie dzikie jabłko. 

Dlaczego nękają mnie takie ponure, żałobne myśli? -

zastanowił się. To chyba z powodu klimatu, odpowiedział 
sam sobie. Po tylu latach spędzonych we Włoszech nie je­
stem przyzwyczajony do szarego nieba i deszczowej po­
gody. Z pewnością aura ma wpływ na nastrój. 

Za jego plecami trzasnęła gałązka. Galen obejrzał się 

szybko. Nic. To pewnie wiewiórka albo borsuk, pomyślał. 

Boże drogi, znajduję się w angielskim lesie, w chłodny 

wilgotny dzień i jestem spocony, dodał w duchu, czując, 
że jest mu gorąco. 

Zaczął się zastanawiać, co robią teraz Guido i inni mie­

szkańcy wioski we Włoszech. Czy Guido, tak samo jak 

kiedyś, kłóci się ze swoją żoną Angelą? I czy, pogodzi­
wszy się, tak samo jak kiedyś śpiewają arie z „Wesela Fi­
gara"? Ta ostatnia myśl sprawiła, że znów powrócił nie­
pokój o zdrowie Jocelyn, jednak Galen ponownie odsunął 
od siebie przypuszczenie, że dziewczynka jest chora. I po­
nownie wrócił do swoich Włochów. Czy mieli dobre żni-

background image

wa? Czy dalej kłócą się o figurę, która ma stanąć na placu? 
Nie mogli podjąć decyzji, jakiego świętego ma ona przed­
stawiać, choć większość była zdania, że świętego Michała. 

Czy kiedykolwiek wspominają samotnego Anglika, czy 

zastanawiają się, kiedy wróci? 

I czy w ogóle wróci? 
Skąd mają to wiedzieć, skoro on sam nie ma pojęcia, 

czy to zrobi. I nie będzie miał pojęcia, dopóki nie dowie 
się, co czuje Verity. 

W chwili gdy to pomyślał, ukazała się jego ukochana. 

Ubrana w długą, ciemną pelerynę, szła z poważnym i sku­
pionym wyrazem twarzy. Była sama, bez Jocelyn, z czego 
Galen się ucieszył, bo choć bardzo chciał widywać córkę, 

tym razem pragnął porozmawiać z Verity w cztery oczy. 
Nie chciał wyznawać miłości przy świadku, zwłaszcza że 
nie miał absolutnej pewności, jak jego wyznanie zostanie 
przyjęte. 

- Verity!-zawołał ściszonym głosem. 
Zatrzymała się, a potem gestem podniesionej dłoni po­

wstrzymała go od wyjścia zza krzewów bzu. 

- Będzie lepiej, jeżeli tam zostaniesz, bo ktoś może na­

dejść ścieżką - powiedziała spokojnie. 

- Czy jest prawdopodobne, że ktoś będzie tędy prze­

chodził lub spacerował? Może powinniśmy pójść gdzie 
indziej. 

Przyszła mu na myśl powozownia i pocałunek, który 

tam złożył na ustach Verity. 

- Nie, nie, zostańmy tutaj. To miejsce musi nam wy-

background image

starczyć. Musimy być bardzo ostrożni. Usiądę na tym ka­
mieniu, tyłem do ciebie. 

Wybrała kamień, suchy, bo znajdujący się pod drzewem. 
Galena znowu ogarnął niepokój, gdy usłyszał jej chłod­

ny ton. 

- Nie chcę mówić do twoich pleców - powiedział. 
- Tak będzie... łatwiej - szepnęła tak cicho, że ledwie 

ją usłyszał. 

- Dlaczego? 
Verity westchnęła. 
- Doszłam do wniosku, że nasze spotkania łączą się ze 

zbyt wielkim ryzykiem. 

Galen poczuł ściskanie w żołądku. 

- Jak to? Co masz na myśli? 
- Sądzę, że nie powinieneś nas już więcej odwiedzać. 
Podszedł do niej i spojrzał jej w twarz. 
- Dlaczego? - zapytał. 
Wstała. 
- Bo to jest zbyt niebezpieczne! Ludzie mogą zacząć 

coś podejrzewać. 

- Twoja służąca niczego nie zauważyła, podobnie twój 

szwagier i szwagierka. Jeżeli oni nie... 

- To prawda, że tym razem niczego nie spostrzegli. 

Jednak twoje wizyty u nas mogą ich bardzo zdziwić. 

Odwróciła głowę, głos jej się załamał. 

- Jocelyn jest naprawdę bardzo do ciebie podobna. 
- Być może, żeby to zauważyć, potrzebne jest oko 

matki. 

background image

Podniosła głowę i spojrzała na niego wzrokiem osoby 

zdecydowanej. 

- Albo więcej niż jedno spotkanie. 
- Może nie jest aż tak źle. 
- Jeżeli nawet nie jest, to ja i tak nie mogę podejmo­

wać tak wielkiego ryzyka. Poznałeś mojego szwagra 
i szwagierkę. Możesz się domyślić, jak postąpi Clive, je­
żeli dowie się prawdy. 

- Co według ciebie zrobi? 
- Jesteś przecież mężczyzną. Jak myślisz, co on zrobi, 

gdy odkryje, że jego szwagierka, na której widok on dyszy 

jak pełna pożądania bestia, nie jest tak cnotliwa, jak przy­

puszczał? Jak sądzisz, czego od niej zażąda w zamian za 
milczenie? 

- Nie podejrzewałem, że ty wiesz, iż on... 
- Nie jestem idiotką. Mam oczy. Jak myślisz, jaką bro­

nią posługiwałam się od śmierci Daniela, żeby trzymać 

Clive'a na dystans? Posługiwałam się tarczą mojej do­
mniemanej cnoty. Jeżeli ta tarcza zniknie, Clive nie zawa­
ha się przed wykorzystaniem mojego sekretu przeciwko 
mnie i przeciwko Jocelyn. 

- Jeżeli jednak jego żona się dowie... 
- Widziałeś przecież, jak między nimi jest. On jej mo­

że nakłamać, ile zechce, a ona we wszystko uwierzy. 

- Czy nie ma jakiegoś sposobu, by pozbyć się tych 

Blackstone'ów? 

Pokręciła głową. 
- Nie. Jeżeli cokolwiek stanie się ze mną, oni będą 

background image

opiekunami Jocelyn. Są jej najbliższymi żyjącymi krew­
nymi. 

- Nie podoba mi się myśl, że może ci się coś stać. 
- Zrobię, co w mojej mocy, by nic się nie stało. Obie­

cuję ci to. 

- Jeżeli jednak coś się wydarzy, Jocelyn ma mnie. 
- Nie w świetle prawa. 
- Zmieniłbym ten stan rzeczy, gdybym tylko mógł. 

Ten człowiek jest zachłannym, obrzydliwym prosta­
kiem. 

- Wydawało mi się, że nie masz zastrzeżeń co do jego 

sposobu traktowania robotników. 

- Milczałem, bo ty nie chcesz przecież, żeby w naj­

mniejszym nawet stopniu dać komukolwiek powód do po­
dejrzeń, że coś nas łączy. Zapewniam cię jednak, nie 
usprawiedliwiam wyzysku, z jakim w dzisiejszych cza­
sach mamy do czynienia. W rzeczywistości od lat nie chcę 
inwestować w podobne przedsięwzięcia i wspieram finan­
sowo tych, którzy próbują w sposób legalny poprawić wa­

runki życia robotników. 

- Milo mi to słyszeć, Galenie. Doceniam to, że próbo­

wałeś nie dopuścić do wyjścia na jaw naszego sekretu. 
Jednakże tak dalej być nie może. 

- Straciłem cię już raz, i to wystarczy - powiedział 

Galen głosem schrypniętym od tłumionej emocji. - Nie 
chcę powtórnie cię stracić, nie chcę stracić Jocelyn. Ja cię 
kocham, Verity. Pragnę, żebyśmy byli razem, wszyscy tro­

je - ty, nasza córka i ja - żebyśmy tworzyli rodzinę. 

background image

Verity podniosła dłoń i położyła mu palec na ustach. 

Dotknęła go tak samo jak kiedyś, dawno temu. Jednak jak­
że inny był teraz wyraz jej oczu! 

Wtedy oczy te wyrażały tęsknotę, pragnienie, a dzisiaj 

Galen widział w nich mękę i mocne postanowienie. 

- Proszę cię, Galenie, nie... 
- Mam cię nie kochać? Dobry Boże, Verity, czy my­

ślisz, że nie próbowałem zapomnieć? Opuściłaś mnie 

przecież bez słowa wyjaśnienia i pozwoliłaś mi żyć przez 
dziesięć lat w niewiedzy, dlaczego wtedy chciałaś się ze 
mną kochać. Urodziłaś moje dziecko i nie powiedziałaś mi 
o tym. Wyszłaś za mąż za innego, a ja o tobie nie zapo­
mniałem. Tylko... tylko w jaki sposób miałem cię ko­
chać? 

Jej oczy napełniły się łzami. 
- W ten sam sposób, w jaki ja kochałam ciebie - po­

wiedziała miękko - wbrew wszystkim racjonalnym prze­
słankom, które mówiły, że nie powinnam. 

Popatrzył na nią uszczęśliwiony. 
- Więc ty mnie kochasz? O Boże, Verity! Naprawdę 

mnie kochasz, tak jak ja kocham ciebie! 

Zachłystując się radością, przygarnął ją do siebie, wziął 

w ramiona i zaczął całować głodnymi ustami, dając upust 
wielkiej namiętności, którą w nim wzbudzała. 

Verity jednak po chwili uwolniła się z jego objęć. 
- Nie, Galenie, nie rób tego! Nie utrudniaj mi rozsta­

nia. Nie utrudniaj go nam obojgu. Nie możemy się więcej 
zobaczyć. 

background image

- Bo boisz się skandalu i plotek? 
Wyciągnął ręce i wziął ją delikatnie za ramiona, wpa­

trując się w nią pełnym miłości wzrokiem. 

- Verity, jestem księciem, ja, jak powiedziałaś wczoraj, 

mam wpływy. Mogę cię obronić, osłonić... 

- Nie, nie możesz! 
- Verity - zaczął znowu, gdyż postanowił, że zmusi ją 

do tego, by go wysłuchała i zgodziła się z jego argumen­
tami. - Wiem, że od lat ciąży ci świadomość, iż twój ojciec 
był mało wartościowym człowiekiem, że wzbogacił się 
w sposób, który nie jest godny pochwały, ale... 

- Chodzi ci o handel niewolnikami? 
- Tak, i... 
- Och, Galenie, gdybyż to było wszystko! Ale to nie 

była rzecz najgorsza. 

- To jest coś więcej? - zdumiał się i ogarnął go obez­

władniający strach. 

Czyżby jego łóżko nie było ostatnim, do którego wesz­

ła? Czyżby później byli jacyś inni mężczyźni, inni kochan­
kowie? 

- Ja jestem bękartem, owocem cudzołóstwa - oznaj­

miła Verity. 

Galen milczał przez dłuższą chwilę. 
- Czy to wszystko? - spytał wreszcie. 

- Wszystko? - powtórzyła, patrząc na niego ze zdu­

mieniem. - Czyż to nie... 

Poczerwieniała, a w jej oczach pojawił się gniew. 

- Wybacz mi, Verity! Ja... ja się bałem, że... 

background image

- Bałeś się? Bałeś się, że się zakochałeś w kobiecie 

niewiele lepszej od kobiet lekkiego prowadzenia? 

- Nie - odparł łagodnie, patrząc na nią z powagą 

i zdecydowaniem. - Obawiałem się, że w porównaniu 
z innymi mężczyznami wypadłem niekorzystnie. 

- Posłuchaj, Galenie, w swoim życiu kochałam tylko 

dwóch mężczyzn - ciebie i Daniela. Przy czym Daniela 
kochałam bardziej jak ojca niż jak męża. 

- Verity, jeżeli mnie kochasz, to nie boję się niczego. 

Dostrzegła w jego oczach czułość, jednak nie chciała 

jej się poddać, postanowiła mówić dalej. Galen nie mógł 

wiedzieć, co znaczy być bękartem w angielskim społe­
czeństwie, a ona musiała mu to wyjaśnić, musiała go prze­
konać, że wie, o czym mówi. 

- Opowiem ci, jak wyglądało moje życie, zanim wy­

szłam za Daniela - powiedziała, po czym, zamyślona, 

umilkła na dłuższą chwilę. Niechętnie wracała do przy­
krych wspomnień. - Inni ludzie wiedzieli o moim hań­
biącym pochodzeniu na długo przedtem, zanim ja po­
znałam tę rodzinną tajemnicę. Szeptali, wytykali mnie 
palcami i szydzili, jakby to ze mną było coś nie w po­
rządku. Tak jakbym to ja popełniła jakiś wielki grzech 
i nie okazywała z tego powodu skruchy. Jak mogłam 
okazywać skruchę? - zapytała, odczuwając na nowo 
dawne rozgoryczenie i żal. - Nie wiedziałam, o co cho­
dzi, nie miałam pojęcia, co jest nie w porządku. A po­
tem powoli, stopniowo, odkryłam wszystko. Wszystko 
to, co moja rodzina próbowała ukryć. Dowiedziałam się, 

background image

dlaczego mój ojciec mnie nie kochał i dlaczego szukał po­
cieszenia w alkoholu. 

Verity załamała ręce. 

- Galenie - mówiła dalej - ja wiem, co to znaczy 

być zawsze na marginesie społeczeństwa, i to nie 
z własnej winy. Mówisz, że będąc księciem, możesz nas 
ochronić. Znasz przecież obyczaje wielkiego świata. Al­
bo powinieneś je znać. Być może są one subtelniejsze 
niż obyczaje sfery, w której ja żyłam, ale z pewnością 
tak samo okrutne. A co będzie, kiedy Jocelyn dorośnie, 

co będą myśleli mężczyźni? Ja to wiem doskonale. Bę­
dą myśleli: Niedaleko pada jabłko od jabłoni; będą ko­
mentowali: Jaka matka, taka córka. I będą jej czynili ta­

kie propozycje, jakie się czyni kobiecie lekkich obycza­

jów. - Verity zniżyła głos do szeptu. - Nawet ona może 

zacząć myśleć w ten sposób o sobie i wskutek tego od­
dawać się niekochanym mężczyznom - z czystej na­
miętności lub z potrzeby zapewnienia sobie bezpie­
czeństwa. 

Verity podeszła bliżej do Galena, wpatrując się w niego 

oczami pełnymi determinacji. 

- Nie dopuszczę, żeby moja córka przeżywała coś ta­

kiego. Ty także, jeżeli się o nią troszczysz, nie powinieneś 
chcieć dla niej takiego losu. 

- Troszczę się o nią, naprawdę - odrzekł Galen - i dla­

tego właśnie nie mogę jej wykluczyć ze swego życia. 
Chcę odgrywać rolę przyjaciela rodziny, jeżeli to cię za­
dowoli. 

background image

- Już ci wyjaśniałam, że pewnego dnia ludzie mogą 

się domyślić, co się kryje za okazywanym przez ciebie 

zainteresowaniem. 

Popatrzyła na Galena błagalnie. 
- Musisz zrobić to, o co cię proszę. Ze względu na 

Jocelyn. 

- Czy nie ma sposobu, żebym ją widywał? Nawet gdy 

wyjedzie do szkoły? 

- Nigdzie dalej jej nie puszczę - oznajmiła Verity. 
- Ona jest zdolnym dzieckiem i powinna mieć wszel­

kie szanse, jakie mogą zapewnić jej moje pieniądze - od­
rzekł Galen. - Będę dostarczał pieniądze w sekrecie, a jej 
związek ze mną może pozostać nie ujawniony. 

- Nie. Ja jej nie wyślę z domu. Miała już dość boles­

nych przeżyć. Poza tym bez niej czułabym się zbyt samo­
tna. Ona jest wszystkim, co mam. 

- Tak mówisz... a równocześnie z taką łatwością mnie 

skazujesz na samotność. Verity, ja... - Galen zawahał się 

przez moment. - Ja oprócz Jocelyn nie mam nikogo na 
świecie. 

- Masz wielu przyjaciół, wiele zainteresowań - od­

rzekła Verity. - Niedługo się ożenisz, przyjdą na świat 
dzieci. Zapomnisz... 

- O tobie i Jocelyn? Nigdy! Nie zapomniałem cię 

przez dziesięć lat, choć bardzo się starałem, a teraz, kiedy 
dowiedziałem się, że mam córkę, nie wykreślę jej z mo­

jego życia. 

Verity wzięła go za rękę. 

background image

- Mimo to musisz postarać się to uczynić. Musisz roz­

począć nowe życie, Galenie, i zapomnieć o przeszłości. 

Zacisnął palce na jej dłoni i badawczo wpatrywał się 

w jej twarz. 

- A ty? Czy ty rozpoczniesz nowe życie, czy może 

przeciwnie, będziesz się dalej ukrywała, mając za całe to­
warzystwo Jocelyn i Nancy? 

Verity pochyliła głowę, z jej oczu popłynęły łzy. 
- Ja cię kocham, Verity - mówił dalej Galen. - Nie 

chcę rozpoczynać nowego życia bez ciebie! Proszę, nie 
odpychaj mnie. Kocham cię i potrzebuję. Chcę się z tobą 
ożenić!Zeskanowała Anula, przerobiła pona. 

To powiedziawszy, wziął ją w ramiona i pocałował. 
Gdy jego usta - delikatnie, lecz stanowczo - dotknęły 

jej warg, Verity nie oparła się pragnieniu swego serca i tę­

sknocie za jego miłością. 

Z jej gardła wyrwał się cichy jęk, a ona cała poddała 

się pragnieniu, odwzajemniając pocałunek. 

- O mój Boże, Verity - szepnął cicho Galen, całując 

jej zaróżowiony policzek - przecież dopiero co na powrót 

cię odnalazłem. 

Żeby się od niego oderwać, Verity musiała przypo­

mnieć sobie każdą zawoalowaną zniewagę, każdą obelgę, 
każde pogardliwe spojrzenie, jakie w życiu musiała 
znieść. 

- Musi tak być, Galenie, dla dobra naszej córki - po­

wiedziała, uwalniając się z jego uścisku. - Naprawdę tak 
być musi. 

background image

- Nie wyjdziesz więc za mnie? 
- Nie. 

Galen zniżył głos do szeptu. 

- Powiedziałaś, że mnie kochasz, a jednak upierasz 

się, by mnie znowu opuścić. 

- Na świecie jest tylko jedna osoba, którą kocham tak 

bardzo jak ciebie, Galenie. Tą osobą jest Jocelyn. Proszę 
cię o to jedynie ze względu na nią. To dla niej gotowa je­
stem złamać serce tobie - i sobie. 

- Verity! 
- Proszę cię, Galenie, odejdź - wyszeptała, przywoła­

wszy całą siłę woli. 

Wyciągnął ręce, by wziąć ją w objęcia. 

- Jeżeli, ze względu na naszą córkę, mam cię już nigdy 

nie zobaczyć, to pozwól, że jeszcze raz ci powiem, jak 
bardzo cię kocham. 

- Galenie, proszę cię, to za wiele - wyjąkała, trzy­

mając go na odległość ramienia. - Ja tego nie mogę 
znieść. 

- Pozwól mi się jeszcze raz pocałować. 
- Galenie - protestowała słabym głosem, podczas gdy 

on przygarniał ją do siebie. 

Nie miała siły mu odmówić, i nie chciała. 
Pocałunek był łagodny, czuły i był w nim słony smak 

jej łez. 

Galen cofnął się z ciężkim westchnieniem. 

- Czy mogę do ciebie pisywać? 
- Nie byłoby to mądre. 

background image

- A czy ty napiszesz do Londynu, żeby mnie poinfor­

mować, jak obie z Jocelyn się czujecie? Nikt w moim do­
mu się nie zdziwi, jeżeli dostanę list zaadresowany ręką 
damy. 

Słysząc jego rozpaczliwe, płynące z głębi serca błaga­

nie, Verity nie mogła odmówić. 

- Będę pisała do ciebie, Galenie - obiecała - ale nie 

mogę robić tego często. Będę musiała znaleźć jakiś spo­
sób, który mi pozwoli wysyłać listy, ale będę pisała. Daję 
ci na to słowo. 

Ujął jej dłoń i podniósł do ust. 
- Jeżeli tak, to postaram się być zadowolony. 
- Ja też muszę być zadowolona. 

Verity cofnęła dłoń. 

- A co z lady Mary? - spytała. 
- Ach, tak, lady Mary. - Galen wzruszył ramionami. 

- Być może... z czasem... kiedy będę w stanie pomyśleć 

o poślubieniu kogokolwiek poza tobą... 

Odwrócił się nagle i oddalił o kilka kroków, a potem 

równie nagle zatrzymał się i obejrzał. 

- Do widzenia. Uściskaj ode mnie Jocelyn. 
Verity kiwnęła głową. 
Galen ruszył przed siebie wąską ścieżką. Wkrótce znik­

nął za zakrętem. 

Zniknął z jej życia. Jeszcze raz. Na zawsze. 
A ona miała ochotę jęczeć z rozpaczy lub krzyczeć 

z bólu. Chciała płakać i zawodzić, rwać sobie włosy 
z głowy. 

background image

A nade wszystko pragnęła przywołać go do siebie z po­

wrotem. 

Nie uczyniła tego jednak, bo nie mogła pozwolić, żeby 

córka cierpiała dla jej szczęścia. 

Po kilku minutach wytarła oczy chusteczką, westchnęła 

ciężko, wyprostowała ramiona i skierowała kroki ku do­
mowi. 

Nie zauważyła, że za dębem, po drugiej stronie ścieżki 

stoi mężczyzna, który widział i słyszał wszystko i którego 

rysy wykrzywia ohydny grymas. 

- Do Londynu? - upewnił się wyrwany z drzemki My­

ron. Był tak zdumiony, że omal nie spadł z fotela. Wbił 
wzrok w Galena. Spędzał spokojne przedwieczorne chwi­
le w salonie, przed kolacją, na którą wkrótce miały zejść 
damy oraz - być może - George, gdy Galen nagle oznaj­
mił mu niespodziewaną nowinę. 

- Tak - potwierdził Galen. - Przykro mi, Myronie, ale 

obawiam się, że muszę tam wracać natychmiast. Jutro. 
Mam do załatwienia pewną sprawę, o której przypomnia­
łem sobie dopiero teraz. Dotychczas nie pamiętałem 
o niej, z pewnością dlatego, że tak świetnie się tutaj bawię. 

- Zapewne dzięki lady Mary, co? 
Galen zmusił się do nikłego, niewiele mówiącego 

uśmiechu. 

- No cóż, skoro musisz, to musisz. Co do mnie, to 

jestem ci niezmiernie wdzięczny, że w ogóle przyje­

chałeś. 

background image

- Ależ, Myronie, to ja jestem ci winien wdzięczność 

- odrzekł Galen zgodnie z prawdą i szczerze. - Przykro 

mi doprawdy, że wcześniej cię nie odwiedziłem. 

Gdyby to zrobił, spotkałby pewnie Verity i Jocelyn i, 

być może, znalazłby sposób na to, żeby zacząć uczestni­
czyć w ich życiu. 

Po rozmowie z Verity wiedział, że nie będzie mógł już 

więcej przyjechać, bo przebywając tak blisko, nie miałby 
siły powstrzymać się od złożenia im wizyty. 

- Musisz mi obiecać - powiedział do Myrona - że od­

wiedzisz mnie w Londynie. 

Nie chciał bowiem utracić jego przyjaźni, którą odzy­

skał tak niedawno i którą dopiero teraz zaczął naprawdę 
cenić. 

A poza tym przypuszczał, że przyjaciel będzie pewnie 

mógł od czasu do czasu powiedzieć mu, co się dzieje z Ve­

rity i Jocelyn. 

- To bardzo miło z twojej strony. Chętnie do ciebie 

wpadnę - zapewnił ochoczo Myron. 

Wyglądał na tak zachwyconego, że Galen poczuł się 

winny, iż nie zaprosił go wcześniej. 

Po chwili Myron zmarszczył brwi i powiedział: 
- Panie będą zapewne bardzo rozczarowane tym, że 

nas opuszczasz. 

- Sądzę, że przeceniasz moją atrakcyjność. 
- Naprawdę? Jestem pewien, że lady Mary żywi pew­

ne nadzieje. 

- Z pewnością dzięki sugestiom mojej szanownej ku-

background image

zynki. Zresztą uważam, że lady Mary nie powinna się czuć 
rozczarowana. 

- Ach, tak. Myślałem, że twoja uwaga skupiła się na 

tej ładnej wdowie - powiedział Myron zakłopotany. 

Galen roześmiał się nieszczerze. 
- Nie, nie. Nie chcę żadnych wdów. 
Wyglądało na to, że Myron odczuł ulgę, wskutek czego 

Galenowi zaświtała nowa myśl. 

Czyżby Myron interesował się Verity? 
Nie, to niemożliwe. 
Z drugiej jednak strony, jeżeli Verity wyszłaby za ko­

gokolwiek, chociażby za Myrona, uwolniłaby się od szwa­
gra i szwagierki. Zatem jeżeli on, Galen, chce, żeby Verity 
była wolna, to powinien ją nawet zachęcać do takiego kro­

ku. A Myron jest przecież dobrym, życzliwym, hojnym 
człowiekiem. 

Mimo racjonalnych przesłanek takiego rozumowania, 

Galen czuł się fizycznie chory na samą myśl o tym, że Ve­
rity mogłaby poślubić kogokolwiek poza nim samym. 

Być może jednak, pomyślał, wyciągam zbyt pochopne 

wnioski. 

- Pani Davis-Jones to ładna kobieta - odezwał się. -

Czy coś do niej czujesz, Myronie? 

- O, nie, do diabła, nie! - zawołał Myron, szczerze 

przerażony. 

A potem zarumienił się jak wyrostek, który opowiada 

sprośną historyjkę. 

- Myślałem, że nie wierzysz w te plotki na temat 

background image

śmierci jej męża - powiedział Galen, szukając wyjaśnie­
nia reakcji Myrona. 

- A, w te plotki... Nie, nie wierzę w nie. 
- Więc o co chodzi? 

- Ona nie jest... To znaczy jej matka... 

Galen zacisnął zęby. 

- Co z jej matką? 
- No wiesz, w ostatnim swoim liście do Justbury'ego 

Mniejszego napisałem o twojej wizycie, wspomniałem też 
o urodziwej, owdowiałej sąsiadce. Dzisiaj otrzymałem 
odpowiedź. Obawiam się, że zauważałem osobę, której 
nie powinienem zauważać. I muszę powiedzieć, że szoku­

je mnie fakt, że twoja kuzynka się z nią przyjaźni, chociaż 

z drugiej strony, rozumiem, że szkolne przyjaźnie mogą 

być tak samo silne i trwałe u płci nadobnej jak wśród nas. 

- O czym ty, u diabła, mówisz? - zniecierpliwił się 

Galen. 

Myron zaczerwienił się. 

- Wygląda na to, że... no, że pani Davis-Jones nie jest 

dzieckiem męża swojej matki. 

Gdzieś w głębi serca Galen pragnął wierzyć, że Verity 

przesadza, mówiąc o hańbie, jaka spada na dziecko z nie­
prawego łoża. Jeżeli dobroduszny, jowialny Myron spra­

wia wrażenie człowieka, który właśnie wyjawił, że Verity 

jest morderczynią, to jak na tego rodzaju wieść reagują 

inni ludzie? Inni mężczyźni? 

- Ponieważ pani Davis-Jones wydaje się łagodną, 

skromną kobietą, a z własnego doświadczenia wiem, jak 

background image

szybko rozprzestrzeniają się plotki - powiedział Galen -
mam nadzieję, że nie będziesz powtarzał tego, czego się 
dowiedziałeś. Trzeba przecież wziąć także pod uwagę jej 

niewinne dziecko. 

- Tak, masz rację - zgodził się Myron, a Galen stłumił 

westchnienie ulgi. 

Jeżeli uda mi się sprawić, by choć jedna osoba nie plot­

kowała o przeszłości Verity, pomyślał, to już będzie pe­
wien postęp. 

W tejże chwili zaszeleściły spódnice i obaj panowie 

usłyszeli głos Eloise. Myron wstał i odchrząknął. 

- Będziesz musiał sam rozczarować damy, mówiąc im, 

że wyjeżdżasz - zwrócił się do Galena. 

- Naturalnie. 
Po czym, tłumiąc westchnienie, pozdrowił kuzynkę, 

która wkroczyła do pokoju z furkotem koronek i w obłoku 
zapachu perfum. Miała na sobie toaletę zarówno wiele od­

słaniającą, jak i brzydką. Lady Mary, ubrana ze znacznie 
większym smakiem w suknię z bladoróżowego jedwabiu, 
weszła tuż za Eloise. 

- Obie panie wyglądają czarująco - rzekł szarmancko 

Galen. 

Lady Mary uśmiechnęła się bojaźliwie i podeszła bli­

żej. Galen pomyślał z nagłą irytacją, że patrząc na jej za­
chowanie, można by pomyśleć, że obcując z nim, dama ta 
ustawicznie żyje w lęku. 

- Dziękuję ci, dziękuję - zapewniła wylewnie Eloise, 

siadając na brzegu kanapy i poprawiając koronkę. - Po-

background image

wiedziałeś więcej, niż kiedykolwiek mówi George. Wła­
ściwie mogłabym stanąć przed nim naga, a on nawet by 
tego nie skomentował. 

Bo pewnie by oniemiał, dodał w myślach Galen. 
- A gdzie on jest? - zapytał. 
- Wciąż usiłuje zawiązać krawat - odrzekła Eloise. -

Twój Rhodes przyszedł mu z pomocą, więc wkrótce po­
winniśmy go zobaczyć. 

Galen postanowił nie zwlekać dłużej. 

- Przykro mi, drogie panie - oznajmił - jutro wczes­

nym rankiem wyjeżdżam do Londynu. Jeżeli mają panie 
coś, co mógłbym tam załatwić, lub jakieś wieści, które 
mógłbym przekazać, z przyjemnością to uczynię. 

Lady Mary wyglądała na oszołomioną, a Eloise zmar­

szczyła brwi. 

- Jednak jeżeli o was chodzi, moje panie, to bardzo 

proszę, zostańcie u mnie tak długo, jak zechcecie - po­
spieszył z zaproszeniem Myron. - Tak przyzwyczaiłem 
się do znakomitego towarzystwa, że gdy wyjedziecie, po­
czuję się jak stary niedźwiedź, który się zaszył w matecz­
niku, zdany tylko na siebie. 

- Co sprawiło, kuzynie, że wyjeżdżasz w takim po­

śpiechu? - zapytała Eloise. 

- Sprawy związane z prowadzeniem majątku - od­

rzekł Galen. 

Im mniej powiem, tym lepiej, pomyślał. 
- Sądziłam, że tymi sprawami zajmuje się Jasper. 
- Jasper nie może podpisać za mnie dokumentów. 

background image

Było to zgodne z prawdą, choć nie miało nic wspólne­

go z powrotem do Londynu. 

- No cóż, tak musi widocznie być - powiedziała 

z westchnieniem rezygnacji Eloise, sadowiąc się wygod­
niej na kanapie. 

- Będzie nam pana brakowało, Wasza Wysokość - od­

ważyła się wyznać lady Mary. 

- Mam nadzieję, że odnowimy naszą znajomość 

w późniejszym terminie - odrzekł na to Galen. 

Gdy zobaczył jej pełen zadowolenia uśmiech, poczuł, 

że przedmałżeńska pętla zaciska się coraz ciaśniej. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Następnego ranka, czyniąc chaotyczne wysiłki, by po­

zamiatać podłogę w kuchni przed powrotem Nancy z tar­
gu, Verity usiłowała odsunąć od siebie wspomnienie mi­
łych chwil spędzonych z Galenem i córką, wspólnego pi­
cia herbaty i jedzenia ciasteczek przygotowanych przez 
Jocelyn. 

Nagle ciszę panującą w kuchni przerwał odgłos rap­

townie otwieranych drzwi. Do kuchni wkroczyła energi­
cznie Nancy. Postawiła koszyk na stole i - z rękami 
wspartymi na biodrach oraz w czepku przekrzywionym na 
głowie - zaczęła przyglądać się swojej pani z miną nad­
zorcy kontrolującego leniwego robotnika. 

- Jak pani myśli, co się znowu wydarzyło? - zapytała. 
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała Verity, odstawia­

jąc miotłę pod ścianę. - Proszę cię, mów ciszej. Blacksto­

ne'owie jeszcze się nie obudzili. 

Nancy posłała pogardliwe spojrzenie w stronę sufitu, 

a potem spojrzała na Verity. 

- Nigdy pani nie zgadnie. 
- Sądzę, że masz rację, nie zgadnę. Więc mi powiedz. 
- On wyjechał! 

background image

Verity podeszła do stołu i zaczęła wyjmować jarzyny 

z koszyka. 

- Kto? 
- Książę Deighton... i ten jego szanowny Tytus Mini­

mus! 

Sądząc po sposobie, w jaki wrzuciła jarzyny do koszy­

ka, Nancy była zirytowana już podczas kupowania. 

- Ale dlaczego, droga Nancy, ten fakt do tego stopnia 

wyprowadza cię z równowagi? - zapytała Verity. - Kupi­
łaś mąkę? 

- Ludzie nie przestawali o tym gadać. Kramarka nie 

zwróciła uwagi, że czekam, nawet kiedy chciałam jej za­
płacić! A ta Jill z młyna to wprost przeszła samą siebie! 

Tu Nancy dała wyraz swoim uczuciom, odwracając się 

i potrząsając pięścią w stronę Jefford. 

- Pomyślałby kto, że ją porzucił przed ołtarzem! 
- Kto? Książę czy jego lokaj? 
- Jeden albo drugi... albo obaj! Upłynęło Bóg wie ile 

czasu, zanim ta lebiega odmierzyła mi mąkę! 

- A tak, rzeczywiście, jest mąka. 

Verity odstawiła pusty koszyk na miejsce koło drzwi. 

- No cóż, skoro wyjechał, to wszystko wkrótce powin­

no powrócić do normy. Czy lady Bodenham wciąż gości 
u sir Myrona? 

- Chyba tak. Nikt nie mówił, że wyjechała. Ta druga 

też jeszcze jest. Zresztą nikt by ich wyjazdu nie zauważył, 
chyba że te damy zamieniłyby się w ptaki i odleciały na 

skrzydłach. 

background image

W tej chwili z salonu dobiegło pytanie Jocelyn: 
- Czy to Nancy wróciła? 
- Tak, córeczko. 
- To dobrze, bo książę chce także z nią porozmawiać 

- oznajmiła Jocelyn. 

Verity musiała oprzeć się o stół, gdyż na dźwięk tych 

słów ugięły się pod nią nogi. 

- Kto?! - zawołała. 
- Książę. Właśnie go wpuściłam. 
Jak mógł? Jak mógł to zrobić? Po tym wszystkim, co 

mu powiedziała... Po wszystkich jej wyjaśnieniach i pro­
śbach... Dlaczego zlekceważył jej życzenie? 

A co będzie, jeżeli ma zamiar nadal je lekceważyć? 

A ona... ona nie będzie w stanie go powstrzymać. 

Spojrzała na Nancy, chcąc się przekonać, czy na jej 

twarzy maluje się podejrzliwość. 

- No cóż, to niewątpliwie niespodzianka - powiedzia­

ła, siląc się na wesołość. - Pomyśleć, że książę chce się ze 
mną pożegnać. - Następnie zniżyła głos do konfidencjo­
nalnego szeptu. - Wiesz, Nancy, obawiam się, że miałaś 
co do niego najzupełniejszą rację. Ja też czuję ulgę na 
myśl, że on opuszcza Jefford! 

- Ta idiotka Jill, ta poczwara z krzywymi zębami, na 

pewno pomyśli, że on zwleka z jej powodu. 

- No cóż, pożegnajmy się szybko. 
Verity pospieszyła do salonu, a Nancy poszła za swoją 

panią, jakby musiała jej bronić. 

Po raz pierwszy widok Galena i jego czarującego 

background image

uśmiechu nie poruszył serca Verity. Myślała bowiem 

jedynie o jego egoizmie, o beztrosce, z jaką zlekce­

ważył ryzyko związane ze złożeniem wizyty w jej 
domu. 

- Dzień dobry, Wasza Wysokość - powiedziała chłod­

no, wchodząc do saloniku. 

- Dzień dobry. Proszę wybaczyć, że zajmuję pani czas 

o tak wczesnej godzinie. 

- Książę mówi, że przyjechał się pożegnać - oznajmiła 

Jocelyn, a Verity zauważyła, że jej córka ma w oczach łzy 

i że drżą jej usta. 

Dziewczynka czyniła, co w jej mocy, żeby się nie roz­

płakać. 

Verity spojrzała ostro na Galena i w tejże chwili jej 

gniew zniknął. Galen wpatrywał się bowiem w Jocelyn 
z takim wyrazem cierpienia w oczach i z taką intensyw­
nością, jakby próbował nauczyć się na pamięć rysów 
dziewczynki. Widać też było, że sam z trudem panuje nad 
wzruszeniem. 

Na ten widok Verity domyśliła się, że nie przyszedł jej 

grozić ani błagać, by zmieniła zdanie. Przyszedł tu po to, 
by - prawdopodobnie po raz ostatni - zobaczyć swoją 
córkę. 

- Nie mogłem wyjechać, nie pożegnawszy się z wami 

wszystkimi. Nigdy nie zapomnę waszej życzliwości i go­

ścinności - powiedział z uśmiechem, w którym jednak 

nie było radości. 

- No to witamy i do widzenia - odezwała się Nancy, 

background image

stojąc w drzwiach i patrząc na gościa z widoczną podej­

rzliwością. 

- Przyjedzie pan jeszcze do nas, prawda? - błagała Jo­

celyn. - Przyjedzie pan z wizytą do sir Myrona? Nastę­
pnym razem mogę panu pokazać, jak się robi grzanki. 

- Zobaczymy. 
- Jocelyn, Jego Wysokość jest człowiekiem bardzo za­

jętym. 

- A teraz bez wątpienia musi już jechać - dokończyła 

Nancy. - Żeby odwiedzać znajomych, zarządzać majątka­
mi, bywać na przyjęciach i chrapać w Izbie Lordów. 

- Nancy, tak się cieszę, że cię widzę. Chcę cię poprosić 

o wielką przysługę - powiedział Galen, uśmiechając się 
do niej z wyrozumiałością. 

- Prosić o przysługę? Mnie, Wasza Wysokość? - py­

tała Nancy tonem pełnym wątpliwości. 

- Bardzo chciałbym dostać przepis na ciasteczka. 

Wiem, że nikt nie umie ich upiec tak jak ty i Jocelyn, ale 
może mój kucharz w Londynie zdoła się nauczyć. Czy bę­
dziesz tak dobra i dasz mi przepis? 

- Ale ja... ja go nie mam... To znaczy nie mam go na 

piśmie. Mam go tutaj - odrzekła Nancy, pukając się 
w skroń. 

- To może zapiszesz go później i prześlesz do mnie do 

Londynu? Tu jest mój adres. 

Sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę. 

- Czy może pani przekazać tę wizytówkę Nancy? -

zwrócił się z pytaniem do Verity. 

background image

Oczywiście, pomyślała Verity, wyciągając rękę po wi­

zytówkę i dotykając na okamgnienie jego dłoni. Przecież 
muszę mieć adres Galena, jeżeli mam do niego pisać. Ina­
czej musiałabym prosić o niego Eloise albo sir Myrona, 
a to wiązałoby się ze stosowaniem podstępów i różnymi 
komplikacjami. O wiele łatwiej będzie przeczytać go i za­
pamiętać, przekazując wizytówkę Nancy. 

- A może Wasza Wysokość chciałby trochę ciasteczek 

na drogę? Jocelyn i Nancy upiekły wczoraj świeże. 

- Byłbym zachwycony. 
- Są lepsze niż te, które jedliśmy wtedy - zapewniła 

Galena Jocelyn. 

- Nancy, czy mogłabyś je przynieść? 

Służąca kiwnęła głową. 

- Dobrze. A teraz się pożegnam. Do widzenia, Wasza 

Wysokość. 

- Do widzenia, Nancy. 

Kiwnęła jeszcze raz energicznie głową, a potem wysz­

ła, zostawiając Galena z Verity i Jocelyn. 

Wiedział, że lepiej by zrobił, odchodząc od razu. Nie miał 

wątpliwości, że im dłużej będzie zwlekał, tym trudniej bę­
dzie się rozstać. Musiał tu przyjść jeszcze raz, przekazać Ve­
rity londyński adres i ostatecznie pożegnać się z Jocelyn. Nie 
potrafił wyjechać bez rozmowy z córką. 

Ze smutnym uśmiechem spojrzał dziewczynce w oczy, 

które tak bardzo przypominały oczy jej matki, i dotknął 
ciemnych loków, które tak bardzo przypominały jego 

własne włosy. 

background image

- Jocelyn, czas na mnie - rzekł łagodnie. - Mam przed 

sobą długą podróż, podczas której będę mógł się pocieszać 
tylko ciasteczkami. 

- Nie pobawiliśmy się w Indian - powiedziała z żalem 

Jocelyn. 

- Rzeczywiście. 
Popatrzyła na niego tak poważnie, jakby była osobą do­

rosłą. 

- Ale tak naprawdę to dlaczego pan wyjeżdża? 
Galen usłyszał, że Verity wciąga gwałtownie powietrze. 
- Czasami ludzie muszą robić to, czego robić nie 

chcą. 

- Pan jest przecież księciem, i do tego bogatym. 
Zanim Verity zdążyła się odezwać, Galen odpowie­

dział: 

- To nie oznacza, że nie mam obowiązków. Chciałbym 

zostać trochę dłużej, ale nie mogę. 

Nagle usłyszeli jakiś hałas dobiegający z góry. Galen 

spojrzał na Verity i zobaczył, że jest bardzo zdenerwowana. 

- Nie sądzę, żeby to była mysz - odważył się powie­

dzieć. 

- To wuj Clive i ciocia Fanny - oznajmiła Jocelyn. -

Przespali cały ranek. 

- Jeszcze nie ma dziesiątej - przypomniała jej Verity. 

- Wasza Wysokość, czy pan chce pożegnać się także 
z państwem Blackstone'ami? 

- Niestety, już i tak zabawiłem zbyt długo - odparł 

Galen. 

background image

Nie chciał oglądać ponownie Blackstone'ów, zwłasz­

cza Clive'a, ponieważ sobie nie ufał. Gdyby się z nim zo­
baczył, na pewno ostrzegłby tę kreaturę, żeby się trzymała 
z daleka od Verity, inaczej będzie miał z nim, Galenem, 
do czynienia. 

Przykucnął i znalazł się twarzą w twarz z córką, którą 

tak bardzo pragnął uznać. 

- Do widzenia, Jocelyn. Mam nadzieję, że pewnego 

dnia usłyszę ponownie twój okrzyk wojenny. 

Wargi Jocelyn znowu zaczęły drżeć. 
- Do widzenia - powiedziała niewyraźnie. 
Odwróciła się gwałtownie i wybiegła z pokoju. Usły­

szeli, że pędzi na górę po schodach, a potem trzasnęły 

drzwi. 

- Przykro mi, Galenie - wyszeptała Verity - ale musi 

tak być. 

Westchnął ciężko i uśmiechnął się niewyraźnie. 
- Wiem - powiedział. 
A potem wyciągnął rękę i delikatnie ujął jej dłoń. 
- Chcę tylko... - zaczął wbrew postanowieniom, że 

nie będzie poruszał drażliwych tematów. - Czy... czy mo­
żesz... pewnego dnia, gdy ona będzie na tyle dorosła, by 
zrozumieć... Czy powiesz jej prawdę? 

Verity powoli skinęła głową. 
- I proszę cię, nie przedstawiaj mnie jako zbyt wiel­

kiego łotra. 

- Powiem jej, jakim dobrym i wielkodusznym czło­

wiekiem był jej rodzony ojciec - przyrzekła Verity. 

background image

W drzwiach saloniku ukazała się Nancy z zawiniątkiem 

w ręce, a Galen uniósł dłoń Verity do ust, chcąc złożyć na 
niej pocałunek. 

- Do widzenia pani - powiedział. 
- Zegnam, Wasza Wysokość - szepnęła Verity, dy­

gając. 

Następnie Galen podszedł do Nancy, wziął zawiniątko, 

posłał Verity ostatnie, pełne bezbrzeżnego smutku spoj­
rzenie i wyszedł. 

- No i dobrze - mruknęła Nancy, zamykając za nim 

drzwi. - Co za czaruś i pochlebca! 

Verity już otworzyła usta, by jej powiedzieć, że się my­

li, i to bardzo. Bo przecież było w nim coś więcej. Znacz­

nie więcej. 

A wszystko to chciała poznać. 
Ale on już odszedł. 
Odszedł na zawsze. 
- Nie powiedziałabym, żeby był aż taki przystojny -

odezwała się znowu Nancy, kierując się do kuchni. - Te 
włosy i te maniery! I ten sposób patrzenia, jakby chciał 
człowieka pożreć. 

Verity sięgnęła po szal wiszący na kołku w pobliżu 

drzwi. 

- Idę przejść się trochę po zagajniku - powiedziała. -

Niedługo wrócę. 

Nie czekała na odpowiedź Nancy. 
Uciekła w przyrodę i samotność. 

background image

Kilka dni później Galen siedział w bibliotece w swo­

im domu w londyńskiej dzielnicy Mayfair. Biblioteka 
została urządzona w jednym z największych pokoi, a 
w szafach bibliotecznych i na półkach znajdowało się 
parę tysięcy przeważnie oprawnych w skórę tomów, 
które gromadziło kilka pokoleń Deightonów. Nie był to 

jednak cały księgozbiór należący do książęcej rodziny, 

lecz zaledwie niewielka jego część, obejmująca książki 
z dziedzin, którymi interesował się Galen - począwszy 
od poezji i prozy aż po dzieła poświęcone uprawie roli. 
W tej chwili jednak ich właściciel nie oddawał się lek­
turze; szukał ciszy i samotności. Siedział w fotelu, wpa­
trując się nie widzącymi oczami w ogień płonący na ko­
minku. Ciężkie, ciemnofioletowe aksamitne draperie 
zasłaniały okna, dzięki czemu nie dochodził hałas z uli­
cy. Galen nie zadał sobie trudu, by zapalić świece, 
a służba wiedziała, że panu nie należy teraz prze­

szkadzać. 

Przy zasłoniętych oknach i braku oświetlenia wyłożona 

ciemną boazerią biblioteka była mroczna niczym grobo­
wiec. Galenowi to nie przeszkadzało. 

Westchnął i przeciągnął dłonią po nie uczesanych 

włosach, a potem po nie ogolonym podbródku. Jego po­
liczki miały ziemistą barwę, a oczy były zaczerwienione 
i zapadnięte. Nie wychodził dzisiaj z domu; wieczorem 
też się nigdzie nie wybierał. Wolał siedzieć w samotności 
w bibliotece, tak jak to czynił niezmiennie w ostatnich 
dniach. 

background image

Popatrzył na list od Eloise, który leżał rozpieczętowany 

na biurku. Wynikało z niego, że w przyszłym miesiącu do 
Londynu zawita lady Mary. 

Galen wstał nagle, nalał sobie brandy i wypił ją jednym 

haustem. Jakąż odrazą napawała go myśl o poślubieniu la­
dy Mary! Nie chciał poślubić nikogo poza Verity. Miał 
pewność, że nigdy nie pokocha żadnej innej kobiety! 

Podszedł do biurka i sięgnął po list od Eloise. Z saty­

sfakcją zmiął go w małą kulkę i cisnął w stronę kominka. 

List odbił się od obramowania i wpadł w ogień. Z uśmie­
chem zadowolenia Galen patrzył, jak papier zwija się, 
czernieje i rozsypuje w popiół. 

- No cóż, zachowuję się jak na dorosłego człowieka 

przystało - mruknął ironicznie do siebie. - A już myśla­
łem, że nabrałem rozsądku. 

Bardzo żałował, że przez całe życie nie był człowie­

kiem rozsądnym! Gdyby nim był, nie skazałby się sam na 
dobrowolne wygnanie. Gdyby nim był, od początku za­
sługiwałby na miłość Verity, a ona może nie wyszłaby za 
mąż... 

No cóż, takie spekulacje nie mają sensu. Przeszłości nie 

da się zmienić. Galen nie mógł odwrócić tego, co się już 

stało. Trzeba żyć dalej, pomyślał, a w każdym razie spró­

bować żyć dalej. 

Wziął do ręki drugi list leżący na biurku. Rozpoznał 

pismo Bucka. Dało się zauważyć, że ręka kreślącego litery 
była słaba. 

Jeszcze nie tak dawno temu Galen nie napisałby do 

background image

przyrodniego brata ani słowa, nie napisałby nawet po to, 
by się dowiedzieć, jak brat się ma po chorobie. Jednak stra­
ciwszy Jocelyn i Verity... straciwszy je obie, zmienił swo-

ją postawę wobec rodziny. Napisał listy do wszystkich 

trzech braci. 

Buck chorował dość ciężko na malarię, a teraz powoli 

wracał do zdrowia. Nie wiedział, kiedy przyjedzie do 
Anglii, a z tonu jego, napisanego drżącą rękę, listu wyni­
kało, że sądzi, iż Galena to wcale nie obchodzi. 

Jednak Buck się mylił. Galen naprawdę ucieszył się na 

wieść, że jego przyrodni brat ma się lepiej i że zamierza 
wrócić do kraju. Postanowił poczekać na jego powrót i zo­
baczyć się z nim przed swoim ponownym wyjazdem do 

Włoch. Postanowił też zaprosić do Londynu Wara i Hunta. 
Gdybyż mógł do tego zjazdu rodzinnego włączyć także 
Verity i Jocelyn! 

- Wasza Wysokość? 
- O co chodzi? - burknął, spoglądając w stronę 

drzwi. 

- Pukałem, Wasza Wysokość - tłumaczył się lokaj 

w liberii, wyciągając ku niemu srebrną tacę, na której le­
żała wizytówka. 

- Nie chcę nikogo widzieć. 
- Ten człowiek mówi, że to bardzo ważne, Wasza Wy­

sokość, i nalega. 

- Nalega? - powtórzył szyderczym tonem Galen, bio­

rąc wizytówkę. - Kto śmie naprzykrzać się księciu Deigh-
ton? 

background image

Zmarszczył brwi, gdy w migotliwym padającym od og­

nia na kominku świetle zobaczył na wizytówce nazwisko 
- Clive Blackstone. 

Galen absolutnie nie życzył sobie oglądać tego uniżo­

nego, płaszczącego się człowieka ani z nim rozmawiać. 
Blackstone prawdopodobnie chce mu ponownie zapropo­
nować, żeby zainwestował w jego przędzalnie, czego on 
nie zamierza uczynić. 

- Powiedz mu, że nie ma mnie w domu. 
- Przepraszam, Wasza Wysokość - odrzekł lokaj, 

blednąc pod pełnym złości spojrzeniem Galena - ale on 
powiedział, żebym, w razie gdyby pan nie chciał go wi­
dzieć, powiedział panu, że chodzi o bardzo ważną spra­
wę osobistą... dotyczącą jakiejś wdowy, Wasza Wyso­
kość. 

Galena ogarnął niepokój. 

- Poproś go. 

Gdy lokaj wyszedł, spróbował się uspokoić. Powiedział 

sobie, że to naturalne, iż Blackstone wymienił Verity, bo 

przecież Verity to przyjaciółka Eloise, jego, Galena, ku­

zynki. 

Blackstone wszedł do biblioteki energicznym krokiem. 

Pokora i uniżoność, które cechowały go w Jefford, znik­
nęły. Clive, ignorując Galena, zaczął bezczelnie błądzić 
wzrokiem po licznych, bogato oprawnych tomach, po dy­
wanie i po pięknych meblach z wiśniowego drewna. Przy­
pominał licytatora, wezwanego dla wycenienia sprzętów, 
które mają zostać wystawione na sprzedaż. 

background image

Galen nie powiedział ani słowa. Zdawał sobie jednak 

sprawę, że ta zmiana w wyglądzie i zachowaniu Blacksto­

ne' a nie zapowiada nic dobrego. 

Skończywszy się rozglądać, Blackstone zwrócił wzrok 

na gospodarza i ukłonił się. 

- Wasza Wysokość, jestem bardzo zadowolony, że pan 

zechciał się ze mną zobaczyć - zapewnił z uśmiechem. 

- Dano mi do zrozumienia, że przychodzi pan 

w związku z jakąś ważną sprawą natury osobistej - od­
rzekł Galen najbardziej lodowatym tonem, na jaki się 

umiał zdobyć. 

Chytrze uśmiechnięty Blackstone nie zareagował od ra­

zu. Zamiast tego usiadł, nie czekając na zaproszenie. 

- Co pana tu sprowadza? - zapytał Galen. 
- Interesy, Wasza Wysokość, interesy. Bardzo szcze­

gólnej natury. 

Galenowi nie podobał się ton tego człowieka - nieprzy­

jemnie poufały, a zarazem lekko protekcjonalny. 

- Tak? 
Przybysz uśmiechnął się szerzej. 
- Sprawa dotyczy mojej szwagierki i jej dziecka. 
- Muszę wyznać, że nie rozumiem, dlaczego taka spra­

wa sprowadza pana do mnie. 

- Wie pan, jak bardzo ona troszczy się o Jocelyn, pra­

wda, Wasza Wysokość? - odpowiedział Blackstone. -
Zresztą jak każda matka. 

Mówił to w sposób, który sprawił, że Galen zaczął się 

mieć na baczności. 

background image

- Tak, sądzę, że pani Davis-Jones bardzo kocha swoją 

córkę. Co to ma wspólnego ze mną? 

Blackstone odpowiedział mu pytaniem na pytanie: 
- A ojciec dziecka? Do jakiego stopnia on troszczy się 

o córkę? 

Galen poczuł, że po plecach spływa mu strużka zimne­

go potu. 

- To dziwne pytanie. Ojciec dziecka nie żyje. 
Blackstone uśmiechnął się szeroko i rozparł się wygod­

niej w fotelu, tak jakby był panem tego domu. 

- O, doprawdy? 
- Niech pan nie próbuje uprawiać ze mną jakichś gier 

- ostrzegł Galen surowo. 

Blackstone wyprostował się, lecz z jego twarzy nie 

zniknął ten przeklęty, bezczelny uśmieszek. 

- Ja nie przyjechałem tutaj, żeby uprawiać jakieś gry, 

Wasza Wysokość. Zapewniam pana, że mam przed oczami 
bardzo poważny cel. Naprawdę bardzo poważny. 

- Zatem co jest tym pańskim celem? 
- Chwileczkę, Wasza Wysokość, omówmy sprawę jak 

dwaj ludzie interesu, spokojnie i z rozsądkiem. 

- A kim pan jest, żeby mi rozkazywać? 
Blackstone przełknął ślinę, ale nie odwrócił wzroku. 
- Sądzę, że jestem człowiekiem, który zna pańską ta­

jemnicę, a co za tym idzie pańską największą słabość, po­

dobnie jak tajemnicę i słabość mojej szwagierki. 

Galen walczył z sobą, by nie okazać gniewu ani też 

znajomego z dzieciństwa uczucia całkowitej bezradności. 

background image

Nie był już jednak dzieckiem. 
- Śmiem twierdzić, że szybko dojdziemy do porozu­

mienia. 

- Do porozumienia? W jakiej sprawie? 
- W sprawach finansowych. Do porozumienia co do 

ceny za moje milczenie. 

- A więc to szantaż. Powinienem się domyślić - po­

wiedział cicho Galen. 

Jego nienawiść do tego człowieka rosła z każdym sło­

wem, które tamten wypowiadał, i z każdą minutą jego 
obecności. 

- Nieładne słowo, ale odpowiednie - zgodził się 

Blackstone. 

- Co takiego, pańskim zdaniem, pan wie? 
- Wiem, że Jocelyn Davis-Jones jest pańskim dziec­

kiem, a nie dzieckiem mojego drogiego zmarłego szwa­
gra. 

Galen wydał z siebie szydercze prychnięcie. 
- To niesłychane! 
- Wiem to z najlepszego źródła. 
- Tak? Z jakiego? - szydził Galen. - Wie pan to od ja­

kiegoś ducha? Od wróżki? A może od Cyganki? 

- Usłyszałem to z ust Verity. 
Przez chwilę Galen czuł się tak, jakby dostał obuchem 

w głowę. Potem jednak jego usta wykrzywił grymas po­
gardy. 

- Jest pan, mój panie, największym kłamcą, jakiego 

zdarzyło mi się w życiu spotkać. 

background image

Blackstone nawet nie mrugnął. 
- Książę, pańskie inwektywy są co najmniej nie na 

miejscu, bo potwierdził pan to, co mówię, wtedy, w zagaj­
niku. No i ściskaliście się tak namiętnie. 

Uśmiech Blackstone'a stał się jeszcze bardziej bezczel­

ny i zjadliwy. 

Galen zacisnął pięści. Czy to możliwe, że Blackstone 

ich podglądał i podsłuchiwał? Galen przypomniał sobie 
teraz, że w pewnej chwili trzasnęła gałązka. O Boże, jakiż 
byłem nieostrożny! - pomyślał. 

- Zazdroszczę panu, Wasza Wysokość, tych uścisków. 

A także wszystkiego, co miało miejsce przed dziesięcio­
ma laty. A może były jeszcze jakieś inne schadzki, o któ­
rych nie wiem? 

- Jeżeli były, to z pewnością żałujesz, draniu, że nie 

mogłeś podglądać. 

- Czy ma pan zamiar zaprzeczyć, że Jocelyn jest pań­

ską córką? 

Galen uśmiechnął się lodowato. 

- Nie. 
- Miło mi to słyszeć. 
- Dlaczego miałbym temu zaprzeczać? Posiadanie 

nieślubnego dziecka nie jest zbrodnią. 

- Nie, ale Verity nie chce, żeby ktokolwiek o tym wie­

dział. A skoro wiem o tym ja, to ile jest mi pan skłonny 
zapłacić za milczenie? 

- To zależy od tego, z iloma osobami zdążył się pan 

podzielić owymi rewelacjami. 

background image

- Nie powiedziałem nikomu. Jeszcze nie. Nawet dro­

giej, czarującej, ślicznej Verity. 

Więc Verity nie wie. Dzięki Bogu. 
- A co do tego, komu powiem, Wasza Wysokość - za­

groził Clive - to cóż, wszystkim, po prostu Każdemu, 
z kim będę rozmawiał. 

- A jaki pan przedstawi dowód? Będzie przecież tylko 

pańskie słowo przeciwko naszemu. 

- Ludzie uwierzą w to nawet bez dowodu. Bo kimże 

była matka Verity, jeżeli nie cudzołożnicą? I kimże jest 
pan, jeżeli nie rozpustnikiem? Myśli pan, że ludzie potrze­
bują prawnie potwierdzonych dokumentów, by uwierzyć 
w plotkę? 

Galen nie mógł odmówić słuszności jego argumentom. 

- A poza tym, Wasza Wysokość, dziecko naprawdę jest 

bardzo do pana podobne. 

- Jak już pan słusznie wykazał, moja reputacja jest ta­

ka, że nie mam nic do stracenia. Dlaczego miałbym panu 
płacić za milczenie? 

- Ze względu na osoby, które pan kocha. 
Galen uważał dotychczas, że małżeństwo to jarzmo, to 

pętla na szyi, to pułapka, tymczasem teraz znalazł się 
w prawdziwej matni. Blackstone odkrył powód, dla któ­
rego Galen może postąpić w sposób, budzący jego najwy­
ższy opór. Ze względu na Verity i Jocelyn zrobiłby wszy­
stko, nawet oddałby się w ręce tego nikczemnika. 

Ale jeszcze nie teraz. Nie odda się w jego ręce, dopóki 

nie będzie miał pewności, że nie ma innego wyjścia. 

background image

- Powiedzmy, że zrujnuje pan opinię Verity. Jaką bę­

dzie pan miał z tego korzyść? Testament Daniela Davis-
-Jonesa pozostanie w mocy, więc nie skorzysta pan na tym 
finansowo. 

- Testament pozostanie w mocy w takich okoliczno­

ściach? Być może. Ale może być też tak, że obalenie go 
stanie się po jakimś czasie możliwe. Albo że zacznie się 
rozważać przyczyny nagłej śmierci zdradzonego męża. 

- Daniel Davis-Jones zmarł na zapalenie płuc. 
Clive wyszczerzył zęby w ohydnym uśmiechu. 
- Naprawdę? 
- Wie pan o tym tak samo dobrze jak ja. Lekarz nie 

stwierdził niczego, co budziło by wątpliwości. 

- Jednak ława przysięgłych złożona z dwunastu niepo­

szlakowanych osób mogłaby uznać, że kobieta, która za­

chowała się tak haniebnie, jest zdolna do wszystkiego. Po­
za tym, jeżeli nawet Verity nie popełniła zbrodni, ta spra­
wa stanie się gratką dla gazet. Jestem tego pewien. Czy­
telnicy się na to rzucą, zwłaszcza że w sprawę będzie 
zamieszany książę. Spróbujemy się przekonać, czy mam 
rację? 

- Nie odważy się pan. Ja mogę wynająć najlepszych 

prawników z całej Anglii, którzy będą jej bronić. 

- Oczywiście, że pan może - przyznał Blackstone 

z protekcjonalnym grymasem, który zaraz zamienił się 
w kpiący uśmiech. - Tymczasem, drogi książę, proszę po­
myśleć o skandalu. Verity o nim pomyśli, zapewniam pa­
na. Zna pan jej troskę o dziecko. Ja też znam i dlatego po-

background image

myślałem, że stworzę panu okazję do zostania rycerzem 
Verity. Jest to raczej nowa rola dla księcia Deighton, co? 

Zaniósł się cichym śmiechem. 
- Jeżeli pan nie zapłaci mi za milczenie, to ona zapłaci. 

A jaką monetą, to się jeszcze okaże. 

Rozjuszony Galen rzucił się na Clive'a, chwycił go za 

kołnierz, uniósł z fotela, potrząsnął nim potężnie i krzyk­
nął: 

- Jeżeli tkniesz ją nawet palcem, przysięgam na Boga, 

że cię zabiję, ty łotrze! 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Clive wił się w rękach Galena. 
- Czy chce pan zyskać na dodatek sławę mordercy? 

- zapytał, ciężko dysząc. 

Galen cisnął Blackstone'em tak, że ten obił się o półki 

i na podłogę posypała się lawina książek. Clive, skulił się, 
zasłaniając głowę rękami. Tymczasem Galen usiłował 
uspokoić oddech. 

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi. 
- Wasza Wysokość? - zapytał ostrożnie lokaj. - Czy 

coś się stało? 

- Spadło parę książek. To nic poważnego - odrzekł 

Galen, nie spuszczając wzroku z Clive'a Blackstone'a, 
który wstał i pocierał dłonią szyję. 

- Nie było to pociągnięcie mądre - wyszeptał ochry­

ple. 

Zaciskając usta, Galen zmierzył go wrogim spojrze­

niem. Całym sercem pragnął powiedzieć temu łajdakowi, 
żeby poszedł do diabła, jednak nie mógł tego zrobić. 

Tak samo jak nie mogła tego uczynić Verity. 
Galen nigdy nie podziwiał jej bardziej niż teraz, kiedy 

zdał sobie sprawę, jak była silna, dając sobie radę z tym 

background image

chytrym, bezwzględnym typem i zachowując przy tym ty­
le silnej woli i determinacji. 

- Ile będzie kosztował wyjazd twój i twojej żony 

z kraju? 

- Z kraju? - powtórzył Clive, poprawiając na sobie 

ubranie. 

- Tak, dobrze usłyszałeś. Z kraju. Ile będzie mnie ko­

sztowało wyekspediowanie was z Anglii? 

- Ja muszę myśleć o przędzalniach... 
- Odkupię je. Więc ile? 
Blackstone zastanawiał się przez chwilę. Jego oczy za­

błysły zachłannie. 

- Trzydzieści tysięcy funtów. 

Galen wstrzymał oddech. Był bogaty, ale nie dyspono­

wał wolną gotówką. Taka suma spustoszyłaby jego konto 
bankowe. Nie miał jednak zamiaru targować się z tym łaj­
dakiem, chodziło przecież o bezpieczeństwo Verity. 

- Dobrze - powiedział i podszedł do biurka. - Dam ci 

teraz połowę, a resztę wręczę ci osobiście na pokładzie 
statku, tuż przed opuszczeniem portu. 

Szybko wypisał czek. 

- Wytłumaczę bankierowi, że inwestuję w przemysł 

bawełniany. 

Nie miał natomiast pojęcia, jak wyjaśni Jasperowi ten 

nagły zakup. Nie przejmował się tym jednak. Ochronić 
Verity i Jocelyn, to jest najważniejsze, uznał. 

Z grymasem odrazy podał Blackstone'owi czek, tak 

jakby człowiek, któremu go wręczał, był trędowaty. 

background image

- Pamiętaj, że przed wyjazdem nie wolno ci rozma­

wiać z Verity. Nie muszę ci też chyba przypominać, że 
mam w Jefford znajomego i że sir Myron zawsze może 
mnie poinformować, czy Verity miała gości. A teraz wy­
noś się stąd, i to już! 

Blackstone obejrzał dokładnie czek, a potem niezwy­

kle pieczołowicie włożył go do kieszeni. 

- Robienie interesów z panem, Wasza Wysokość, jest 

przyjemnością. Nie znaczy to, że robienie interesów z Ve­
rity nie byłoby nią... 

Galen postąpił krok w jego stronę. 
- Nie zapominaj, Blackstone, że stoisz przed księciem, 

i to takim, który w swoim czasie miewał do czynienia 

z mętami Londynu. Jeżeli mnie zmusisz, jeżeli chociażby 
do niej napiszesz, to przysięgam: pożałujesz, że się w ogó­
le urodziłeś. 

Blackstone zbladł, a potem odwrócił się i pospiesznie 

opuścił bibliotekę. 

Gdy zniknął, Galen zaczął przechadzać się w tę i z po­

wrotem po dywanie, ze wzrokiem wbitym we wzór, który 
miał pod nogami, tak jakby był tkaczem i chciał obejrzeć 
każdą nitkę. 

Jednak w rzeczywistości jego oczy nie dostrzegały ni­

czego. Skupił się całkowicie na tym, jak ochronić Verity 
i Jocelyn. 

Czy Blackstone będzie się trzymał od nich z daleka? 

Z pewnością przestraszył się, ale czy po pewnym czasie 
wiara w potęgę sekretu, który posiadł, go nie ośmieli? 

background image

Galen doszedł do wniosku, że to możliwe, zwłaszcza 

że nagrodą za odwagę byłaby Verity. 

Trzydzieści tysięcy funtów to wystarczający bodziec, 

by się zastosować do zaleceń Galena. Nieraz jednak sły­

szał opowieści o szantażystach, którzy dostawszy już ja­
kąś sumę, żądali coraz więcej i więcej. Na jak długo te 

pieniądze zadowolą Blackstone'a? Ile czasu upłynie, za­
nim poprosi on o kolejną sumę albo uda się do Verity i za­

żąda od niej, by... 

Być może wcale nie tak wiele. Może Blackstone zary­

zykuje i pojedzie do Verity prosto z Londynu, wierząc, że 
Verity, której tak bardzo zależy na uniknięciu skandalu, 
zatrzyma jego wizytę w tajemnicy. 

Powinienem natychmiast pojechać do Verity i ją 

ostrzec, uznał Galen. 

Z drugiej strony jednak, co będzie, jeżeli się myli 

i jeżeli Blackstone, wziąwszy pieniądze, zrobi tak, jak 
mu kazał? W takim razie niepotrzebnie zaniepokoi Ve­
rity, a kto wie, może nawet przerazi. Być może ona 
ucieknie wraz z Jocelyn i zaszyje się w miejscu, o któ­
rym on, Galen, nie będzie miał pojęcia i ich nie odnaj­
dzie. Prawdopodobnie nawet nie odważy się do niego 
napisać. 

Wskutek czego on zostanie zupełnie sam na świecie, 

bardziej osamotniony niż przedtem, bo mający świado­

mość, co stracił. 

Galen osunął się na kolana. Czuł się tak bezradny jak 

nigdy w życiu. Do tej pory ani razu nie miał takich trud-

background image

ności z podjęciem decyzji, ale też sprawa bezpieczeństwa 
Verity i Jocelyn była najwyższej wagi. 

- Co robić? - wyszeptał. - Pragnę, żeby były całe, 

zdrowe i bezpieczne, ale nie chcę być sam. Boże, dopo­
móż mi, proszę z całego serca! 

Skupił się na modlitwie, a po chwili podniósł głowę 

z wyrazem zdecydowania na twarzy. 

Galen Bromney, książę Deighton, który kiedyś uciekł 

i na dziesięć lat ukrył się przed kłopotami, teraz wiedział 

już, co ma robić. 

Musi ostrzec Verity. Musi jej powiedzieć, że Clive zna 

ich tajemnicę i że możliwe jest, iż spróbuje wykorzystać 

swoją wiedzę. 

Jeżeli to sprawi, że Verity i Jocelyn znikną i że on nie 

będzie się mógł z nimi kontaktować, nawet od czasu do 
czasu, jeżeli nawet to będzie oznaczało, że Verity do niego 
nie napisze, musi podjąć to ryzyko. 

I podejmie je. Uwolni się od Clive'a Blackstone'a bez 

względu na to, jaką cenę za to zapłaci. 

Verity spędziła ostatnie kilka dni pogrążona w nastroju 

przygnębienia i odrętwienia, który nie opuszczał jej po 
śmierci Daniela. Tuż po rozstaniu z Galenem, szukając 
ukojenia w samotności i ciszy, pobiegła do zagajnika. Wi­
dok uroczych zakątków, w których ona i Jocelyn spędziły 
z księciem takie dobre chwile, wywołał tylko jeszcze wię­

kszy ból w jej sercu. Gdy Verity zobaczyła pień, na któ­
rym siedział Galen, rozmawiając z Jocelyn, i polankę, na 

background image

której dziewczynka zbierała grzyby, podczas gdy oni obo­

je byli pogrążeni w rozmowie na temat dzieciństwa Gale­

na oraz innych dotyczących go spraw, jej oczy napełniły 
się łzami. A gdy doszła do miejsca, w którym odbyła 
z Galenem tę doniosłą ostatnią rozmowę, podczas której 
powiedziała mu, że nie mogą się więcej widywać, jej pierś 
rozdarł rozpaczliwy szloch. Usiadła na obalonym pniu 
i płakała długo, tak długo, aż zmęczona poczuła, że nie 
ma już więcej łez. 

Gdy wróciła do domu, Nancy popatrzyła na nią tylko 

i bez słowa podała jej herbatę. Verity wypiła, a potem za­
brała się w milczeniu do porządkowania szaf. Czuła, że 
musi się czymś zająć, bo inaczej rozszlocha się znowu. 

Przez następne dni, gdy Jocelyn bawiła się lub uczyła, 

a Nancy krzątała się w kuchni albo wychodziła na targ, 
ona oddawała się porządkom. 

Teraz, dmuchając na kosmyk opadający na oczy, Verity 

wyżęła szmatę, a potem powróciła do szorowania podłogi 
w holu. Nie zwracała uwagi na pot spływający jej po ple­
cach ani na ból w kolanach spowodowany tym, że klęczy 
na twardej kamiennej podłodze. Od chwili gdy Galen opu­

ścił Jefford, czyściła, szorowała, sprzątała, tak jakby jej 
życie zależało od tego, czy jej dom stanie się nieskazitelnie 

czysty. 

W pewnym sensie tak było, gdyż dzięki sprzątaniu mia­

ła zajęcie przez cały dzień, a z nadejściem nocy czuła się 
tak zmęczona, że zapadała w pozbawiony marzeń sen. 

Gdyby każdego wieczoru nie padała tak wyczerpana, 

background image

leżałaby pewnie, nie mogąc zasnąć i myśląc o Galenie, 
a także o tym, co mogłoby się zdarzyć. 

Nagle do jej uszu dobiegł tętent kopyt końskich i turkot 

powozu. Verity przestała szorować i wstała z obolałych 
kolan najszybciej, jak potrafiła. Nie spodziewała się gości. 

Weszła do saloniku i wyjrzała przez okno. 
W kariolce, którą powoził chłopak z gospody, siedział 

Clive ubrany w nowy płaszcz i kapelusz. 

Verity odeszła od okna. Interesy szwagra najwidocz­

niej kwitną. Być może Clive przyjechał, żeby się po­
chwalić albo żeby zaproponować jej ponownie, by zain­
westowała w przędzalnie. Ona naturalnie tego nie zrobi. 
Nie zrobiłaby tego nawet wtedy, gdyby szwagier zaje­
chał tu karetą należącą do księcia regenta, zaprzężoną 
w parę najwspanialszych koni w całej Anglii. Jakże 
pragnęła, żeby on to zrozumiał! I nie pokazywał się tu 
więcej. 

Jednak skoro już przyjechał, i to bez Fanny, bardzo ża­

łowała, że w domu nie ma Nancy ani Jocelyn. Niestety, 
Nancy poszła do wioski odwiedzić przyjaciół, a Jocelyn 
była u koleżanki. 

Mając nadzieję, że służąca wkrótce wróci, Verity zdjęła 

kuchenny fartuch, spuściła zawinięte rękawy i poprawiła 
włosy. Popatrzyła na swoje czerwone, pomarszczone 
i wilgotne ręce, wytarła je w fartuch i, usłyszawszy puka­
nie, otworzyła drzwi. 

- Ach, to ty - powiedziała bez zbytniego entuzjazmu. 

Clive uśmiechnął się, odsłaniając krzywe, żółte zęby, 

background image

po czym zmierzył ją niewiarygodnie bezczelnym spojrze­
niem. W jego oczach pojawił się lubieżny błysk. 

Verity poczuła, że przechodzi ją dreszcz przerażenia. 

Patrząc przez drzwi, zauważyła, że znajdująca się przed 
domem kariolka zawraca. Miała wielką ochotę zawołać na 
chłopaka, kazać mu zostać. Powstrzymała się jednak, bo 
byłoby to dla Clive'a dowodem, że się go boi. 

- Dzień dobry, siostro - przywitał się Clive. - Mogę 

wejść? 

Verity nie od razu cofnęła się, robiąc mu przejście. 
- Gdzie jest Fanny? - zapytała. - Mam nadzieję, że 

nie zachorowała? 

- Nie. Fanny została w domu. 
Verity poczuła zapach wina. Zmarszczyła nos, starając 

się, żeby Clive tego nie zauważył. Szwagier nie był jednak 

pijany. Wydawał się bardziej ożywiony niż kiedykolwiek 
przedtem. 

- Nie masz bagażu? - zapytała Verity. 
Nie było to właściwie zaproszenie do wejścia, jednak 

Clive się tym nie przejął. Minął Verity i wszedł do holu. 

- Nie - powiedział. - Nie mam zamiaru pozostać tu 

długo. 

- Ach, tak - odrzekła Verity. 

Doznała ulgi, którą zaraz zastąpiło zniecierpliwienie, 

gdyż Clive wkroczył do salonu z taką miną, jakby był jego 
właścicielem. Znalazłszy się obok kominka, odwrócił się 

w stronę Verity, a ona po raz drugi ujrzała w jego oczach 
pożądanie, które przyprawiało ją o zimny dreszcz. 

background image

- Co cię sprowadza? - zapytała. 
- No cóż, chciałem cię odwiedzić. 

Uśmiechnął się, ale jego uśmiech był inny niż zwykle. 
Verity nie znosiła szwagra, wiedząc, jaki jest naprawdę. 

Obawiała się jego odwiedzin, jednak nigdy przedtem nie 
odczuwała strachu, raczej niechęć czy obrzydzenie. A te­
raz się bała. 

- Jak długo zamierzasz się u mnie zatrzymać? 
- Czy coś jest nie w porządku, droga siostro? 
Verity wyprostowała się. 
- Uważam, że powinieneś opuścić mój dom. 
Clive założył ręce na piersi. 
- O co chodzi? Dlaczego jesteś dzisiaj taka zła? 
Verity nie odpowiedziała. 
- Proszę cię, siostro, usiądź. 
- Wolałabym, żebyś opuścił mój dom - powtórzyła 

Verity. 

Nie ruszył się z miejsca. Uśmiechnął się szerzej, a ją 

znowu przeszedł zimny dreszcz. 

- Sądzę, że powinnaś być dla mnie miła. W przeciw­

nym razie pożałujesz. 

Ruszył w jej kierunku, a Verity serce podeszło do 

gardła. 

- Bo widzisz, ja znam prawdę. Całą prawdę, moja dro­

ga Verity. 

- Prawdę o czym? - zapytała, cofając się. 

Serce waliło jej jak oszalałe, w uszach czuła pulsowa­

nie krwi. 

background image

Więc on wie! No tak. Jak inaczej wyjaśnić tę zmianę 

w zachowaniu? Jak wytłumaczyć tę pewność siebie i aro­
gancję? 

Ale skąd się dowiedział? 
- Nie powinnaś być aż tak niedyskretna. Nie powinnaś 

rozmawiać na ten temat w zagajniku, gdzie każdy prze­
chodzień mógł usłyszeć, że Jocelyn nie jest dzieckiem Da­
niela. 

Verity poczuła, że brakuje jej tchu. Przypomniała sobie 

spotkanie z Galenem w zagajniku. Wtedy myślała tylko 
o nim i o własnych zmartwieniach. Nie słyszała niczego. 

Możliwe, że ktoś stał w pobliżu, patrzył i słuchał. 

Być może był to właśnie Clive. Szpiegowanie to prze­

cież zajęcie najzupełniej w jego stylu. 

- Muszę wyznać, że jestem naprawdę zdumiony, iż 

udało ci się tak długo trzymać to w tajemnicy - powie­
dział cicho Clive, podchodząc jeszcze bliżej. - Wiesz, ja­
kim rozpustnikiem był zawsze książę. Mężczyźni tego po­
kroju uwielbiają chwalić się podbojami. Miałaś szczęście, 
że wyjechał z kraju. Co bynajmniej nie oznacza, że winił­
bym go za to, że chce się chwalić tym, iż miał ciebie, moja 
droga - mówił dalej niskim i zachrypniętym głosem. -

Gdy przyjdzie moja kolej, będę o tym krzyczał na całe 
gardło. 

Gdy Verity usłyszała te słowa, wydało się jej, że zawie­

rają się w nich wszystkie obraźliwe uwagi, jakie musiała 
w życiu znieść, wszystkie kunsztowne złośliwostki, wszy­

stkie oburzające propozycje i chytre aluzje. Wszystkie one 

background image

zawarły się w tym jednym zdaniu, wypowiedzianym przez 
człowieka, który napawał ją wstrętem. 

- Wyjdź! - rozkazała, wskazując mu drzwi, a ręka jej 

przy tym drżała nie ze strachu czy wstydu, tylko z wiel­
kiego, latami tłumionego gniewu. 

Jak on śmie patrzeć na nią w ten sposób? Jak śmie 

przypuszczać, że pozwoli mu się dotknąć tymi brudnymi 
łapami? 

Nie jest już sama na świecie, nie jest bezradna. 
Clive zapomniał, że ona nie musi już stawiać samotnie 

czoła tym, którzy chcą skrzywdzić ją lub jej dziecko. 

Nie musi, bo ma Galena. 
- Wynoś się! - powtórzyła ostrym tonem. 
Clive zmrużył oczy i zacisnął pięści. 
- Ciągle taka dumna, co? Wyrzucasz mnie? A wiesz, 

że ten dom powinien być mój? Wszystko, co masz, po­
winno do mnie należeć. Jak myślisz, po co miałbym się 
żenić z tą idiotką Fanny? Dla jej urody? 

- Bez względu na to, co myślisz, ten dom jest mój, a ty 

go natychmiast opuścisz. 

- Gdzie jest Nancy? - zapytał i uśmiechnął się po 

swojemu: złośliwie i bezczelnie. - Jest w domu? Chyba 
nie, bo inaczej już by się pokazała. 

Verity zaschło w ustach. 
- Jesteśmy sami. Śmiem twierdzić, że możesz krzy­

czeć do woli, a i tak cię nikt nie usłyszy. 

Verity odwróciła się i rzuciła ku drzwiom, lecz on 

chwycił ją wpół i wciągnął z powrotem do salonu. 

background image

- O, nie, nie, moja droga. Nie sądzę, żebyś już chciała 

stąd wyjść. . 

Próbowała się wyrwać, ale on był silniejszy, niż się spo­

dziewała. 

- Rozumiem, że fakt, iż ja wiem wszystko o tobie 

i tym twoim przystojnym księciu, jest dla ciebie rzeczą 
okropną. To rzeczywiście straszne. Zwłaszcza że reputacja 
twojej rodziny i bez tego jest, jaka jest. 

- Zabierz ręce! Nie dotykaj mnie! 
Pociągnął ją w stronę kanapy. 
- No cóż, wreszcie ciebie dotknąłem. Dobrze wiesz, 

że musisz pozwolić, żeby moje ręce zostały tam, gdzie są. 
Przecież chcesz, żebym dochował tajemnicy. 

- A co z Fanny? 
- Ona nie wie. Tylko ja znam twój sekret, więc jest on 

bezpieczny. 

- Nie wierzę ci. 
- Zapewniam cię, moja piękna, że jest bezpieczny. Na 

razie. Znam cię na tyle dobrze, żeby być pewnym, iż zro­
bisz, co ci każę, by kupić moje milczenie. 

- Jesteś odrażający! 
- Ogłoszę wszem i wobec - zagroził, przyciągając ją 

do siebie i dysząc jej w twarz oddechem cuchnącym wi­
nem - że Jocelyn jest bękartem. Dzieckiem-bękartem, 
które ma matkę-bękarta. 

- Czy zastanowiłeś się, co zrobi książę Deighton, jeżeli 

skrzywdzisz nas w jakikolwiek sposób? - zapytała Verity 
bez tchu. - Słyszałeś przecież, co mówił w zagajniku. Jo-

background image

celyn to jego krew. Czy myślisz, że człowiek taki jak on 
będzie siedział bezczynnie, kiedy ktoś grozi jego dziec­
ku... albo matce jego dziecka? 

- On nie troszczy się o nikogo poza sobą samym. 

Clive nie widział twarzy Galena wtedy, gdy Verity bła­

gała go, by zostawił ją i Jocelyn w spokoju. 

- Jeżeli Jocelyn spadnie przez ciebie choćby włos 

z głowy albo jeżeli weźmiesz mnie siłą, już on dopilnuje, 
żebyś został powieszony! 

Te słowa chyba w końcu dotarły do Clive'a. Jednak 

w chwilę później na jego twarz powrócił obleśny uśmiech. 

- Wziąć cię siłą? Gwałcić? Ależ, droga szwagierko, źle 

mnie oceniasz. Nie wezmę cię wbrew twojej woli. Ty mi 
się oddasz. 

- Chyba zwariowałeś! 
- Jestem człowiekiem bez skrupułów, być może, ale 

nie wariatem - odparł, a oczy pociemniały mu z pożą­
dania. - Daj mi to, czego pragnę, a nie ujawnię twojego 
sekretu - wymamrotał, pochylając się i próbując ją po­
całować. 

Verity plunęła mu w twarz. 
Podniósł rękę i uderzył ją mocno. 
- Ty niewdzięczna dziwko! - wykrzyknął. - Kim ty 

jesteś? Jesteś nikim, jesteś szmatą! Znalazłaś głupca, który 

zrobił z ciebie niby to porządną kobietę. Powinnaś być za­
dowolona, że chcę dochować tajemnicy za jakąkolwiek 
cenę! 

Verity przygryzła wargę, żeby nie krzyknąć z bólu. 

background image

- Dlaczego się opierasz? - zapytał, zmuszając ją, żeby 

usiadła na kanapie. - Przecież nie ze względu na cnotę, 
której już dawno nie masz. A poza tym zrobisz to dla Jo­
celyn. Musisz tylko mi się oddać, a ja nie wydam twojego 
sekretu. Pomyśl o Jocelyn i przestań się opierać. 

Verity znieruchomiała. 
- Jeżeli pozwolę ci to zrobić, to dasz mi słowo, że nie 

powiesz nikomu, iż książę Deighton jest ojcem Jocelyn? 

Clive zwolnił nieco uścisk. 
- Dam. 
- Idź do diabła, Clive! 
Mobilizując wszystkie siły, Verity kopnęła go kolanem 

w pachwinę. Clive, jęcząc i zataczając się, chwycił się za 
obolałe miejsce. Verity zerwała się z kanapy. 

- Blackstone! 
Verity, zaskoczona, wstrzymała oddech i odwróciła się 

błyskawicznie. Zobaczyła Galena. Stał w drzwiach. Po­
czuła niewiarygodną ulgę, a w następnej chwili ogarnęła 

ją radość. Podbiegła do Galena i przytuliła się do niego 

z całej siły. 

Trzymając ją w ramionach, spojrzał w jej oczy z ogro­

mną troską. 

- Czy on zrobił ci jakąś krzywdę? 
Verity pokręciła głową. 
Przeniósł wzrok na Clive'a. 
- Słuchaj no, Blackstone, masz szczęście, że przybyłem 

na czas. Inaczej już byś nie żył - powiedział Galen ponuro. 

Nie ulegało wątpliwości, że mówi poważnie. 

background image

- Nie uwierzyłem, że trzydzieści tysięcy funtów po­

wstrzyma cię od napastowania. Verity, i widzę, że miałem 
rację. 

- Trzydzieści tysięcy funtów! - zawołała Verity, cofa­

jąc się, żeby popatrzeć na nich obu. 

- Tyle zażądał, gdy odwiedził mnie w Londynie. A ja 

się zgodziłem dać mu pieniądze pod warunkiem, że będzie 

milczał, a także trzymał się z daleka od ciebie. A ściślej 
pod warunkiem, że wyjedzie z kraju. 

- A dlaczego nie miałby mi pan tyle zapłacić? - zapy­

tał Clive. - Tyle bym dostał, gdyby Daniel nie ożenił się 
z pańską dziwką. 

Galen w jednej chwili znalazł się przy Blackstonie. 

Chwycił go i przyciągnął do siebie, tak że omal nie zde­
rzyli się nosami. 

- Rzuć jeszcze raz taką obelgę, a klnę się na Boga, że 

cię zabiję! 

- Puść go - powiedziała Verity. 

Galen obejrzał się przez ramię i spojrzał na nią, po 

czym, po dłuższej chwili, zrobił to, o co prosiła. Verity 
podeszła do niego, wzięła go za rękę, a potem stanęła twa­
rzą w twarz ze swoim wrogiem. 

Z wrogiem, którego nie będzie się już więcej bała. 

Z wrogiem, który nie będzie miał już nad nią przewagi; 
którego pokona, mając przy sobie Galena. 

- Clive, radzę ci, oddaj pieniądze księciu, bo inaczej 

zostaniesz oskarżony o szantaż. 

- Nie... nie mówisz chyba poważnie? - wybełkotał 

background image

Clive. - Wiesz, jak ludzie zaczną gadać. Jak potraktują 
twoją córkę. 

- Oczywiście, to będzie trudne. Nikt nie wie o tym le­

piej ode mnie. Jednak nie może to być gorsze od konta­
któw z kimś takim jak ty. Źle się stało, że nie uświadomi­
łam sobie tego wcześniej i że ukrywałam się wraz z Joce­
lyn ze strachu i wstydu. 

Galen uścisnął jej dłoń i popatrzył na nią wzrokiem peł­

nym miłości. 

- Jocelyn jest córką księcia. A to się z pewnością liczy 

- powiedziała Verity. 

Galen zwrócił tryumfalne spojrzenie na Clive'a. 

- Naprawdę, Blackstone, powinieneś się zastanowić. 

Jeżeli Verity chce ujawnić prawdę, ja będę zachwycony, 
mogąc powiedzieć światu o mojej córce. Mądrzej zrobisz, 
zachowując swoją wiedzę dla siebie. - Uśmiechnął się sze­
roko, a potem kontynuował: - Cóż, czuję przypływ 
wielkoduszności. Oświadczam ci zatem, że jeżeli zacho­
wasz dyskrecję, to pozwolę ci zatrzymać piętnaście tysię­
cy funtów, które już dałem za przędzalnie i na podróż za 
granicę. 

Twarz księcia ponownie przybrała wyraz powagi i zde­

cydowania. 

- Pod warunkiem, że nigdy więcej o tobie nie usłyszy­

my ani cię nie zobaczymy. 

Clive przez chwilę patrzył na nich gniewnie. Gdy zdał 

sobie sprawę, że działają solidarnie i zdecydowanie, jego 
pycha zniknęła. 

background image

- Z rozkoszą się z wami rozstanę! - wykrzyknął. -

Mam nadzieję, że będziecie się smażyli w piekle, razem 
z tym bachorem. 

To powiedziawszy, wymaszerował z pokoju. Za chwilę 

Galen i Verity usłyszeli trzaśnięcie drzwi. 

Galen objął Verity ramieniem. 
- Możliwe, że jeszcze go zobaczymy. 
- To nie ma znaczenia. Wolałabym, żeby nic nie do­

stał, a już na pewno nie twoje piętnaście tysięcy. 

- Jeżeli te pieniądze uwolnią nas od niego, to chętnie 

się z nimi rozstanę. 

- Bez względu na to, czy on nas zostawi w spokoju, 

czy nie, jesteśmy teraz wolni, Galenie - powiedziała Ve­

rity, uśmiechając się łagodnie. - Naprawdę wolni. 

Galen przygarnął ją do siebie. 
- Tak, jesteśmy wolni. Jednak każę go śledzić aż do 

chwili wyjazdu. 

Pochylił się i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. 

- Poza tym - powiedział, wędrując wargami po jej po­

liczku - myślałem o tym, o czym mówiłaś. Być może po­
winienem coś zrobić dla robotników pracujących w przę­
dzalniach. Zacznę od tego, że pokażę, jak można prowa­
dzić przędzalnię, traktując robotników po ludzku i spra­
wiedliwie. Jeżeli nie osiągnę w życiu nic innego, to okażę 
się przynajmniej lepszym właścicielem przędzalni niż 
Blackstone. I będę zdecydowanie lepszy dla moich pra­
cowników. Powiększy to nasze zwycięstwo. 

Verity roześmiała się cicho. 

background image

- Oczywiście, Galenie. 
W tej chwili usłyszeli tętent kopyt końskich. 
Galen puścił Verity i podszedł do okna. 
- Zabrał Harry'ego - stwierdził. 
- Och, Galenie! 
- To nic. Niech jedzie. 
Nagle otworzyły się z trzaskiem frontowe drzwi. 
- Widziałam właśnie tego Blackstone'a...! 
Gdy wzrok Nancy padł na Galena, służąca stanęła jak 

wryta. Czepek zsunął jej się na oczy. Odgarnęła go ener­
gicznie, nie zwracając uwagi na to, że zniszczyła rondko. 

- Słodki Jezu! A co, u diabła, on tutaj robi? 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

- Usiądź, Nancy - poprosiła Verity. - Mam ci coś do 

powiedzenia. 

- Nie przyjechał tu, żeby narobić nam kłopotu, pra­

wda, proszę pani? - zapytała Nancy podejrzliwie i zaraz 
dodała z niepokojem: - Czy chce mi pani opowiedzieć 
o Jocelyn? 

- Co takiego? 
- No... czy chce mi pani powiedzieć, że Jocelyn jest 

jego córką? - odrzekła Nancy, wciąż mierząc Galena wro­

gim spojrzeniem i podchodząc do drzwi, tak jakby chciała 
komuś je wskazać. - Jeżeli pan myśli, że pozwolimy tu 
panu przychodzić i... 

- Wiedziałaś o tym? - zdumiał się Galen. 
Tymczasem Verity znalazła po omacku krzesło i usiad­

ła na nim ciężko. 

Czuła się wyczerpana jak biegacz, który przebył długi 

dystans. 

- Przez cały ten czas wiedziałaś o księciu i o mnie? 
- Oczywiście. Pan Davis-Jones nie miał przede mną 

tajemnic. Powiedział mi przed waszym ślubem. Chciał, 
abym rozumiała, że muszę być dla pani dobra. „Nancy -

background image

rzekł do mnie - wybaczyłem jej, bo bardzo ją kocham, i ty 
masz zrobić to samo". 

Pociągnęła nosem, po czym się uśmiechnęła 
- To nie było trudne. Nigdy w życiu nie widziałam żo­

ny bardziej oddanej mężowi niż pani. 

- Dlaczego wcześniej nawet o tym nie wspomniałaś? 
- Pani tak bardzo się wstydziła. Zresztą słusznie. Gdy­

by pani się nie wstydziła, to zatrułabym pani życie, może 
mi pani wierzyć. Jednak w takiej sytuacji nie chciałam, 
żeby pani musiała się bardziej wstydzić, więc milczałam. 
Bałam się jednak, że ten Blackstone to odkryje. Za każ­
dym razem, kiedy przyjeżdżał, cierpiałam katusze. Proszę 
mi wierzyć. 

To wyjaśniało, dlaczego tak łatwo wybuchała złością 

podczas wizyt Blackstone'ów. 

- Galen nie ma zamiaru sprawiać nam kłopotów - wy­

jaśniła Verity. - Chce uznać Jocelyn. Zresztą, teraz, kiedy 

dowiedział się o jej istnieniu, powinien ją znać. 

- Zapewniam cię, Nancy, że kocham córkę i pragnę 

tylko tego, co jest dla niej najlepsze. 

- Galen chciał się zgodzić na to, by nas w ogóle nie 

widywać, ponieważ ja uważałam, że tak będzie najlepiej 
- potwierdziła Verity. 

- Więc co tutaj robi? - zapytała Nancy. 
- Przyjechał, żeby mnie ostrzec, iż Clive odkrył pra­

wdę. Przybył w samą porę. Jeżeli musisz się złościć, to 
złość się na Clive'a. Przyjechał tu sam, bez Fanny, i chciał 
posłużyć się moim sekretem... żeby mnie zmusić... 

background image

- Mogę się domyślić - powiedziała Nancy ze współ­

czuciem. - Wiedziałam, że ten gad czeka na okazję. - Po­
trząsnęła pięścią w stronę drogi. - Szkoda, że go tu nie 
ma. Już ja bym się z nim rozprawiła! 

- Nie wątpię - powiedział Galen. - Cieszę się, że Ve­

rity ma w tobie tak oddaną przyjaciółkę. Jednakże mam 

szczerą nadzieję, że więcej nie zobaczymy Blackstone'a. 
Wyjechał, prawdopodobnie na zawsze. 

- Dzięki Bogu... Oby pan miał rację! 
Nancy popatrzyła na nich uważnie. 
- Mówi pani, że książę nie ma zamiaru przysporzyć 

nam kłopotów? 

- Nie, książę nie przysporzy nam kłopotów - zapew­

niła Verity. 

- Obiecuję ci to, Nancy. Za bardzo je kocham, żeby 

uczynić cokolwiek, co mogłoby zagrozić ich spokojnej 
egzystencji. 

Twarz Nancy rozjaśniła się nagle szerokim uśmie­

chem. 

- Wierzę panu - rzekła uroczyście wierna służąca, ki­

wając energicznie głową. - Widzę po pańskich oczach, że 
pan nie kłamie. A teraz może napijemy się herbaty? 

- Tak, napijmy się - zgodziła się Verity. 

Bez dalszej zwłoki Nancy pospieszyła do kuchni. Za­

trzymała się jednak w progu i spojrzała na Galena. 

- Jocelyn to wykapany książę. Tylko oczy ma inne. 

Jednak nikomu nie przyjdzie do głowy, że pani Davis-Jo­
nes postąpiła niewłaściwie. Zwłaszcza nie przyjdzie to do 

background image

głowy tym, co ją znają. Wasza tajemnica jeszcze przez ja­
kiś czas będzie bezpieczna. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - stwierdził Galen 

w chwili, gdy Nancy wymaszerowała z pokoju. 

- Ona wiedziała... Coś podobnego - powiedziała 

z niedowierzaniem Verity, podchodząc do Galena. - Wie­
działa przez cały czas. A ja ani przez chwilę nie podejrze­
wałam... nie uwierzyłabym, że potrafi utrzymać taką 
rzecz w tajemnicy. 

- Jest to jeszcze jedna niespodzianka w dniu pełnym 

niespodzianek. 

- Jesteś taki blady. Źle się czujesz? 
- Nie. Jestem tylko bardzo zmęczony. Kiedy wyjecha­

łem z miasta, Harry zgubił podkowę. Bałem się, że nie do­
trę na czas. Równocześnie nękała mnie obawa, że moje 
podejrzenia są przesadne i że mój przyjazd niepotrzebnie 
cię zdenerwuje. 

- Bo zapłaciłeś, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo? 

Kiwnął głową. 
- Mam nadzieję, że to wystarczy, by je wam zapewnić. 

- Jeżeli jednak nie wystarczy, to ja i tak się nie boję. 

Naprawdę, Galenie - zapewniła Verity. - Jestem zmęczo­
na strachem. Nie pozwolę też, żeby Jocelyn żyła w cią­
głym strachu, tak jak ja. Poza tym Jocelyn ma ojca, który 

ją kocha, i ja nie będę jej go odbierała. 

Pocałował ją czule i z wielkim szacunkiem. 
- Jednakże lepiej będzie, jeżeli odjadę, zanim zauważy 

moją obecność - powiedział. - Przenocuję u Myrona, któ-

background image

ry zapewne chętnie na to przystanie, chociaż może pomy­

śli, że do reszty zgłupiałem i miotam się w tę i z powrotem 

pomiędzy Jefford a Londynem. 

Verity przytuliła się do Galena. 
- Albo też dojdzie do wniosku, że powróciłeś do daw­

nych zwyczajów. 

- To też możliwe. Tak bardzo żałuję, że wtedy, gdy cię 

poznałem, nie byłem lepszym człowiekiem. 

- Gdybym ja przed laty okazała się silniejsza... 
Galen pokręcił głową. 
- Byłaś młoda i zupełnie sama. Gdybym ja zachował 

się odpowiedzialnie, wyprosiłbym cię z sypialni albo 
przynajmniej odszukał cię, zanim wyszłaś za mąż. Oboje 

popełniliśmy błędy, więc nie wyrzucajmy ich sobie wię­
cej. Zapomnijmy o przeszłości, ona przeminęła. 

Verity z westchnieniem pokiwała głową. Czuła się wre­

szcie bezpieczna. 

Galen pogładził ją po policzku. 

- Jeżeli Nancy dochowa tajemnicy, to być może nikt 

inny nie będzie musiał się dowiedzieć prawdy na temat 
pochodzenia Jocelyn. 

- Może być też tak, że Clive rozgłosi naszą tajemnicę. 
Verity podniosła głowę i spojrzała na Galena. 
- Jeżeli nawet wszyscy się ode mnie odwrócą, uwierz, 

dla mnie nie będzie to już miało znaczenia. Najgorszą rze­
czą byłaby dla mnie konieczność życia bez ciebie. Teraz 
to wiem. 

Galen objął ją mocniej. 

background image

- Możliwe, że moje groźby poskutkują i Clive nie piś­

nie ani słówka. Miejmy nadzieję na to, co najlepsze. 

- Jakkolwiek rzeczy się potoczą, Jocelyn pewnego 

dnia dowie się prawdy - przyrzekła Verity. - Bo powinna 
się jej dowiedzieć. Przyznaję, że nie zachwyca mnie myśl, 
iż będę musiała się przyznać do tego, co zrobiłam, ale ona 
ma prawo wiedzieć, że ty jesteś jej ojcem. 

- No cóż, powiemy jej prawdę, kiedy przyjdzie na to 

czas, ale nie wcześniej, kochanie - wyszeptał i pochylił 
głowę. 

Zawładnął jej ustami z namiętnością, której nie hamo­

wały już ani bolesna tajemnica, ani świadomość dawnych 
błędów. 

- Mamusiu? 
Verity drgnęła i obejrzała się przez ramię. W drzwiach 

stała Jocelyn i przyglądała im się szeroko otwartymi ocza­

mi. Pod pachą trzymała książki, a błoto na jej bucikach 

świadczyło o tym, że szła do domu krótszą drogą, przez 
zagajnik. 

- Za chwilę zjawi się tu szalony król George - zażar­

tował Galen, odsuwając się od Verity, ale wciąż trzymając 

ją za ręce. - Dzień dobry, panno Davis-Jones. 

- Więc pan wrócił. 
- Nie mogłem wytrzymać i wróciłem. 
- Całował pan mamę. 
- Wyznaję, że tak. 
- Ja także całowałam księcia - powiedziała Verity, pra­

gnąc, żeby jej córka zrozumiała, że nie było w tym nic złego. 

background image

Jocelyn weszła powoli do pokoju. 
- Czy chce pan ożenić się z mamą? 

Galen popatrzył na Verity z takim oddaniem, że jej ser­

ce zaczęło bić jak oszalałe. 

- Tak, bardzo tego pragnę - odpowiedział. 
Jocelyn uśmiechnęła się szeroko i rzuciła książki na ka­

napę. A potem wydała z siebie bardzo głośny okrzyk wo­

jenny. 

- Jocelyn... - zaczęła Verity, czując, że powinna coś 

powiedzieć albo przynajmniej zachować się jak budząca 

szacunek osoba dorosła, choć w rzeczywistości sama mia­

ła ochotę krzyczeć z radości. 

- Proszę, mamusiu, zgódź się! - błagała Jocelyn. - On 

jest taki miły. Ja go tak lubię. I wiem, że ty też go lubisz. 

Chcę, żebyś była szczęśliwa, mamusiu. Wiem, że jesteś 
szczęśliwa, kiedy jesteś z księciem. 

Verity popatrzyła na Galena oczami pełnymi łez. 
- Nie chciałbym w żaden sposób rozczarować Jocelyn 

- powiedział Galen, zanim zdążyła się odezwać. - Przy­
kląkł na jedno kolano i ujął jej dłoń. - Verity, czy uczynisz 
mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? 

- Powiedz „tak", mamusiu, powiedz „tak"! - zawołała 

Jocelyn. - Zobacz, on przed tobą klęczy. Zupełnie jak 
książę z bajki! 

- Jakżebym więc mogła powiedzieć „nie"? - odrzekła 

cicho Verity. 

- Moja kochana - zawołał Galen, biorąc ją w ramiona 

i całując namiętnie. 

background image

Dopiero po chwili uświadomili sobie, że nie są sami, 

i przerwali pocałunek. Galen wyciągnął rękę, przygarnął do 

siebie Jocelyn i trwali wszyscy troje w serdecznym uścisku. 

- Galen! - zawołała Eloise, gdy kilka dni później ku­

zyn wszedł do salonu jej londyńskiej rezydencji. - Co za 
miła niespodzianka! Przecież ty nieczęsto składasz wizyty 
po południu. 

Galen uśmiechnął się i zmobilizował wewnętrznie, 

gdyż zamierzał ujawnić nowiny, które miały stanowić je­
szcze większą niespodziankę. 

- Dzień dobry, Eloise - powiedział. 
Choć postanowił powiedzieć kuzynce o wszystkim 

i stawić czoło jej, zapewne elokwentnej, reakcji, wahał się 

jeszcze. 

- Czy George jest w domu? - zapytał. 
Eloise zmarszczyła brwi i usiadła na kanapie wyścieła­

nej złocistym brokatem, kładąc ramię na rzeźbione maho­
niowe oparcie. 

- Jest w swoim gabinecie. Mówił, że ma zamiar napi­

sać list do pewnego właściciela wyżłów. Ale ja wiem, że 

nie pisze żadnego listu, tylko ucina sobie drzemkę. 

- O! 
- Dlaczego o niego pytasz? Chcesz z nim pomówić? 
- Nie - odrzekł Galen i usiadł na lekkim krześle na­

przeciwko kuzynki. - Przyjechałem, żeby podzielić się 
z wami obojgiem cudowną nowiną. Jeżeli jednak George 
śpi, to nie będę mu przeszkadzał. 

background image

Eloise wyprostowała się. 
- Nowiną? Jaką nowiną? 
- Żenię się. 
- Och, drogi kuzynie! - zawołała Eloise, klaszcząc 

w dłonie. - Lady Mary będzie dla ciebie idealną żoną. Ta­
ką czarującą, uroczą, taką uległą! 

- Moją narzeczoną nie jest lady Mary. 
- Taką wykształconą, śliczną, taką...! - Eloise zamru­

gała gwałtownie. - Co powiedziałeś? 

- Powiedziałem, że moją narzeczoną nie jest lady Mary. 
- Nie ona? A więc... kto? 
- Mam zamiar ożenić się z Verity Davis-Jones. 
Eloise zaczęła chwytać powietrze ustami jak ryba wy­

jęta z wody. 

- Ver... Verity Davis-Jones? Nie mówisz chyba po­

ważnie? 

- Jak najpoważniej - odrzekł, a potem uśmiechnął się. 

- Ja ją kocham, Eloise, a ona zapewniła, że moje uczucie 

jest odwzajemnione. 

- Kochasz... ty ją kochasz? 
- Nie miałem zamiaru cię zdenerwować. Czy mam 

wezwać lokaja? 

- Nie, nie! - zawołała, wachlując się gwałtownie dło­

nią. - Tylko... tylko... to taka niespodzianka! No cóż... 
Kiedy wy... jak wy... 

- Myślałem, że lubisz Verity. 
- Ależ oczywiście! Ona jest wspaniałą kobietą... Jed­

nak. .. jednak nie jest... 

background image

- Utytułowana i bogata? - dokończył za nią. 
- Właśnie! 
- Ja o to nie dbam. 
Eloise zmarszczyła brwi. 
- Oczywiście, oczywiście. Jesteś mężczyzną i księ­

ciem. Ludzie będą gadali. Poza tym jej córka... 

Eloise zamilkła i wpatrzyła się szeroko otwartymi 

oczami w kuzyna. 

- Co z jej córką? - zapytał spokojnie Galen. 
Eloise zarumieniła się i spojrzała mu w oczy. 
- Nic, Galenie. Nic ponad to, że ona istnieje. 
- Tak, istnieje, i od tej chwili będzie stanowiła część 

mojego życia. 

- Oczywiście. Tak. Rozumiem - odrzekła Eloise 

i uśmiechnęła się. - Zapewniam cię, Galenie, że możesz 
na mnie liczyć. 

Wstała i pocałowała go w policzek, po czym znowu 

usiadła. 

- Naprawdę bardzo się cieszę ze względu na was oboje. 
Odetchnąwszy głęboko, Galen uświadomił sobie, z ja­

kim niepokojem oczekiwał reakcji Eloise i jak bardzo się 
bał, czy kuzynka nie domyśli się prawdy na temat Jocelyn. 
Wydawało się jednak, że zrozumiała, jak on potraktuje 
każdego, kto ośmieli się kwestionować pochodzenie 
dziewczynki. 

- Dziękuję ci, Eloise - powiedział. 
- Jestem pewna, że będziecie z sobą naprawdę bardzo 

szczęśliwi. 

background image

- Ja też jestem tego pewien. 
- Gdzie będziecie mieszkać? We Włoszech? 

Galen pokręcił głową. 

- Wiemy, że ludzie będą trochę gadali. Musimy stawić 

temu czoło, kuzynko. Wystarczająco długo uciekaliśmy. 

Eloise pokiwała głową z uznaniem. 
- To bardzo mądre postanowienie, Galenie. A kiedy 

ślub? Ja, oczywiście, urządzę dla was przyjęcie i... 

- Eloise? 
- Tak, Galenie? 
- Może nie tak szybko, dobrze? Daj nam, proszę, tro­

chę czasu. Chcielibyśmy wziąć cichy ślub. Zaprosimy tyl­

ko kilkoro przyjaciół i członków rodziny, wśród których 
będziesz naturalnie ty z George'em. 

- Ta wiadomość stanie się sensacją, Galenie, bez 

względu na to, jak cichy ślub urządzisz. 

- Wiemy to oboje. Ani Verity, ani ja nie oczekujemy 

tej sensacji z przyjemnością. Ty, kuzynko, nie masz nic 
przeciwko temu, żeby wywołać sensację, prawda? - za­
pytał. - Pomyśl tylko, co się będzie działo, gdy opowiesz 
przyjaciołom, jak zakochałem się od pierwszego wejrze­
nia i jak wpadłem w rozpacz i myślałem o samobójstwie, 
kiedy się okazało, że zdobycie ręki mojej wybranki nie 

jest takie łatwe. 

Eloise popatrzyła na niego zaskoczona. 
- O samobójstwie? 

- Być może moje uczucia nie były aż tak skrajne, jed­

nak nie chcę, żeby to miało wpływ na twoją opowieść. 

background image

Możesz im powiedzieć, co ci się podoba... oczywiście 
w granicach rozsądku - dodał. - Chodzi o to, byś dała lu­
dziom do zrozumienia, że kocham Verity tak bardzo, iż 
nie będę tolerował niegrzecznych uwag czy złośliwych in­
synuacji. 

- Jeżeli spojrzenie, którym obdarzyłeś mnie przed 

chwilą, kuzynie, podziała na innych tak, jak podziałało na 
mnie, to sądzę, że nie musisz się obawiać ani uwag, ani 
insynuacji - w każdym razie wypowiadanych wprost, 
w oczy. 

- Wiem, że nieuniknione są inne, powtarzane za na­

szymi plecami - przyznał Galen. - Jednak na to nic nie 
możemy poradzić. 

- Możecie tylko stawić im czoło. I, moim zdaniem, tak 

będzie najlepiej. Inaczej spekulacje zaczną żyć własnym 

życiem. Wystarczy sobie przypomnieć plotki krążące po 
twoim wyjeździe do Włoch. Czy uwierzysz, że kilka osób 
rozpowiadało, iż zamknięto cię w domu wariatów? 

- Naprawdę? 
- A inni uważali, że siedzisz w więzieniu, gdzieś za 

granicą. 

- Rzeczywiście byłem w więzieniu, Eloise. W więzie­

niu, które sobie sam stworzyłem. 

Spojrzenie kuzynki złagodniało. Eloise obdarzyła go 

macierzyńskim uśmiechem. 

- Jak sądzę, już z niego wyszedłeś. Galenie, naprawdę 

jestem szczęśliwa ze względu na was oboje. 

Nagle zerwała się na równe nogi. 

background image

- Ale teraz po prostu muszę o tym powiedzieć Geor­

ge'owi! 

Pospieszyła do drzwi, po czym zatrzymała się na progu, 

oglądając się przez ramię i uśmiechając się do Galena szel­
mowsko. 

- To powinno oderwać jego myśli od psów. 
Gdy Eloise wyszła z pokoju, zjawił się podekscytowa­

ny lokaj. 

- Przepraszam, Wasza Wysokość - powiedział - jest 

tu jakiś człowiek do pana. Mówi, że się nazywa Franklin. 

Był to człowiek, którego Galen wynajął do obserwo­

wania Clive'a. 

Po co on tu, do diabła, przyszedł? - zastanowił się Ga­

len. 

Mniej więcej w tym samym czasie Verity wbiegła po 

stopniach prowadzących do drzwi frontowych domu Fan­
ny w Heathrow. Zanim zdążyła zapukać, drzwi się otwo­

rzyły i Fanny padła jej z płaczem w ramiona. 

- Och, Verity, tak się cieszę, że przyjechałaś! Nie 

wiem, co mam robić! Och, Clive! 

Verity objęła ją delikatnie. 
- Dostałam twój list, więc naturalnie przyjechałam tak 

szybko, jak mogłam. Wejdźmy do środka. Zrobię herbaty, 

dobrze? 

Fanny pociągnęła nosem i kiwnęła głową, a potem po­

zwoliła się wziąć za rękę - jak małe dziecko - i wprowa­
dzić do ciemnego wnętrza niewielkiego domku. Gdy Ve-

background image

rity zdjęła płaszcz i zabrała się do robienia herbaty w cias­
nej kuchni, Fanny wciąż płakała i pociągała nosem. Verity 
nie miała pojęcia, gdzie podziała się służąca szwagierki, 
ale nie miała zamiaru jej o to pytać. 

Gdy czajnik z wodą stał już na ogniu, usiadła przy 

stole i przyjrzała się swojej pogrążonej w rozpaczy go­
spodyni. 

- Wciąż nie masz od niego wiadomości? - zapytała. 
- Ani słowa, ani linijki, od chwili gdy pojechał do 

Londynu! Boję się, że stało się z nim coś strasznego. Ja... 

ja wiem, że ty go nie lubisz. Ale tak się boję. 

Verity westchnęła, wyciągnęła obie ręce i ujęła w nie 

dłoń Fanny. 

- Posłuchaj, Fanny, mam ci coś do powiedzenia. 
- Na temat Clive'a? - zapytała Fanny ostrożnie. 
- Tak, na temat Clive'a. 
- Czy on nie żyje? - wyszeptała Fanny. 
- Nie, nie o to chodzi. Mimo to, muszę ci powiedzieć, 

że najprawdopodobniej on nie wróci. 

- Nie wróci? - powtórzyła bezradnie Fanny. - Poje­

chał do ciebie, nie do Londynu? Co się stało? Co ty zro­
biłaś? 

- Nic nie zrobiłam. Sądzę, Fanny, że ty o tym wiesz. 

Clive chciał postąpić nikczemnie. 

Twarz Fanny poczerwieniała, z jej oczu popłynęły łzy. 

- Nie dopuścił do tego książę Deighton. 

Fanny pobladła. 
- Książę? 

background image

- Fanny - zapytała bardzo łagodnie Verity - co wiesz 

na temat spraw, jakie Clive miał z księciem? 

- Ja nie wiem nic na temat spraw, jakie Clive miał 

z kimkolwiek. On nigdy nie rozmawiał ze mną o intere­
sach. Powiedział tylko, że jedzie do Londynu, bo ma coś 
do załatwienia. 

- Pojechał do Londynu, żeby szantażować księcia. 
Fanny otworzyła usta ze zdumienia. 
- To prawda - potwierdziła Verity. - Dowiedział się 

o czymś i miał zamiar to wykorzystać przeciwko księciu 
i przeciwko mnie. 

- Dowiedział się o Jocelyn, prawda? - wyszeptała. -

Bałam się, że pewnego dnia to się stanie. 

Verity otworzyła usta ze zdumienia. Ilu jeszcze osobom 

Daniel powiedział o Jocelyn? 

- Ty o tym wiedziałaś? Skąd? 
- Nie wiedziałam, nie byłam pewna, ale ona w ogóle 

nie przypomina Daniela, ani wyglądem, ani zachowaniem. 
Nie jest też zbyt podobna do ciebie, więc tylko podejrze­
wałam. Nie miałam żadnego dowodu. A przy tym ty byłaś 
taka dobra dla Daniela i Daniel kochał tak bardzo i ciebie, 
i Jocelyn... 

Fanny zaczęła znowu szlochać. Verity uklękła i objęła 

ją czule ramionami. 

- Nie powiedziałaś o swoich podejrzeniach Clive'owi 

- stwierdziła łagodnie, zdając sobie sprawę, że tak musia­
ło być, bo inaczej Clive już dawno wykorzystałby tę wie­
dzę przeciwko niej. 

background image

- Nie. 
- Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Ale skąd wiedzia­

łaś o księciu? Ja nigdy nie powiedziałam Danielowi, z kim 

byłam. 

- Nie wiedziałam, że to książę, dopóki go nie zoba­

czyłam. Wtedy zauważyłam podobieństwo, a także spo­

sób, w jaki on na ciebie patrzy. - Fanny spojrzała na Ve­

rity oczami pełnymi łez. - Gdzie jest Clive? Czy książę 
kazał go aresztować? - Podniosła się z miejsca. - Ja muszę 

do niego jechać - dodała. 

- Nie, książę nie spowodował aresztowania Clive'a -

odrzekła Verity, dziwiąc się równocześnie oddaniu Fanny 
dla brata, który na takie oddanie w pełni zasługiwał, i dla 

męża, który nie zasługiwał na nie w najmniejszym sto­
pniu. 

A potem odezwała się niechętnie, wiedząc, że jej słowa 

zranią Fanny. 

- Książę dał Clive'owi pieniądze, których Clive żądał, 

pod warunkiem, że opuści on Anglię. 

To powiedziawszy, obserwowała Fanny, która najpierw 

uświadomiła sobie, że Clive jest cały i zdrowy, a zaraz po­
tem zrozumiała, że już do niej nie wróci. 

- Bardzo mi przykro, Fanny, że musiałam ci to po­

wiedzieć. 

- On mnie porzucił? 
- Tak mi się wydaje. 
Fanny ukryła twarz w dłoniach, a z jej piersi wyrwał 

się pełen rozpaczy szloch. 

background image

Tymczasem woda w czajniku się zagotowała. Verity 

pospiesznie przygotowała cały imbryk mocnej herbaty, po 
czym napełniła filiżankę Fanny. 

- Fanny - powiedziała łagodnie, głaszcząc ją po gło­

wie - proszę, napij się. 

Gdy Fanny uniosła głowę, na jej twarzy malował się 

nieutulony żal. 

- Dokąd ja teraz pójdę? Co ja zrobię? Poza Clive'em 

nie mam przecież nikogo! 

- To nieprawda, Fanny. Masz swoją rodzinę - mnie 

i Jocelyn. 

- Ale my byliśmy dla was tacy niedobrzy. 
Verity pokręciła głową. 

- Ty nie byłaś dla nas niedobra. Poza tym, jeżeli wy­

baczysz mi, tak jak wybaczył mi twój brat, to ja także wy­
baczę tobie wszystko, co zaszło w przeszłości. 

- Próbowałam ci nie wybaczyć - wyznała Fanny, po­

ciągnąwszy w końcu łyk herbaty. - Gdyby nie ty, miała­
bym pieniądze i Clive by mnie kochał. 

Verity popatrzyła na nią ze współczuciem.. 

- On nie był wart twojej miłości. 
- Ja jednak go kochałam. Nigdy nie pokocham nikogo 

innego. 

Verity pomyślała, że nadszedł czas, by powiedzieć Fan­

ny więcej. 

- Możesz mieć jeszcze w życiu szansę. Książę i ja 

właśnie ją dostaliśmy. Dlaczego więc nie miałoby się to 

zdarzyć i tobie? 

background image

- Szansę? 
- Książę i ja bierzemy ślub. 
Fanny znowu zaczęła płakać, w czym nie było nic nie­

oczekiwanego. Łzy kapały do filiżanki. 

Verity nie wiedziała, co robić, co powiedzieć, więc po­

zwoliła jej płakać. 

Gdy Fanny zaczęła się nieco uspokajać, rozległo się pu­

kanie do frontowych drzwi. Obie kobiety drgnęły. 

- Pójdę zobaczyć, kto to jest - zaproponowała Verity. 
Pospieszyła wąskim korytarzykiem i otworzyła drzwi. 

Na progu stał Galen. Wyglądał na zaskoczonego jej obe­
cnością. Zresztą Verity była nie mniej zaskoczona poja­
wieniem się księcia w domu Fanny. 

- Nie dostałeś mojego listu? 
- Nie. 
Wszedł do środka i zamknął drzwi. 
- Skąd ty się tutaj wzięłaś? Gdzie jest pani Blackstone? 
- Clive nie wrócił do domu. Fanny była tak zrozpaczo­

na, że napisała do mnie, prosząc, bym przyjechała. 

- O Boże - westchnął Galen, opierając się o drzwi 

i patrząc na Verity ze smutkiem. 

Verity zauważyła, że jest bardzo blady. 
- O co chodzi? - zapytała. - Co się stało? 
- Jej mąż nie żyje. W gospodzie koło doków, w której 

się znalazł, wybuchła awantura i bójka. Zginął w ich tra­

kcie. Jeżeli miał przy sobie pieniądze, które mu dałem, to 
pieniądze te przepadły. 

Oboje usłyszeli głos przypominający skowyt rannego 

background image

zwierzęcia. Verity odwróciła się i zobaczyła, że Fanny pa­
da zemdlona na podłogę. 

Nim Fanny oprzytomniała, Verity opowiedziała Gale­

nowi wszystko, czego dowiedziała się od szwagierki. Te­
raz oboje zaproponowali Fanny, że Galen zajmie się po­
grzebem oraz wszystkimi sprawami prawnymi i innymi, 
związanymi z prowadzeniem interesów Clive'a. Fanny 
przystała na tę propozycję, po czym Galen wyjechał. 

Verity została ze szwagierką. Siedziała przy jej łóżku, 

czuwając nad nią ze współczuciem. 

- Czy pojedziesz ze mną do Jefford? - zapytała 

w pewnej chwili. - Powinnaś być teraz z rodziną. 

Fanny uśmiechnęła się blado. 
- Dziękuję ci, Verity - powiedziała. - Bardzo chętnie 

pojadę. 

background image

EPILOG 

Trzy miesiące później, pewnego wieczora, Galen po­

woli otworzył drzwi sypialni. 

- Verity? - szepnął, zastanawiając się, czy panna mło­

da jest już w łóżku, czy jeszcze się rozbiera. 

Myron i George zatrzymali go stanowczo zbyt długo, 

wznosząc niezliczone toasty. 

Jednak biorąc pod uwagę fakt, że George opuścił swoje 

ukochane psy, żeby pojawić się na ślubie, oraz to, że My­
ron gościł Galena u siebie już na tydzień przed ceremonią, 
Galen uznał, że opuścić ich zbyt wcześnie byłoby dopra­
wdy niegrzecznie. 

Nancy już dawno położyła do łóżka szczęśliwą i obje­

dzoną tortem Jocelyn, a damy rozeszły się wkrótce potem. 

- Verity, jesteś tutaj? 
Być może jest w swojej sypialni, która łączyła się z je­

go sypialnią i garderobą. Mieli za sobą długi dzień. Rano 
w kościele Świętego Jerzego przy Grosvenor Square od­
był się skromny ślub, potem Eloise przyjęła wszystkich 
uroczystym lunchem, a pod wieczór wrócili oboje do do­
mu wraz z Jocelyn, Fanny, Rhodesem i Nancy na skromną 
kolację. 

background image

Galen wszedł w głąb sypialni. W garderobie paliła się 

jedna, jedyna mała świeca, a sypialnia pozostawała po­

grążona w ciemności. Łóżko stało w najciemniejszej jej 
części. 

Może Verity poszła sprawdzić, czy Jocelyn już śpi? Ga­

len nigdy dotąd nie widział córki tak podekscytowanej 
i uszczęśliwionej, jednak dzisiaj przypominała ona pod 
tym względem wszystkich uczestników uroczystości. 

- Jestem tutaj, Galenie - rozległ się cichy głos Verity. 
Dobiegał od strony łóżka. 

Galenowi serce zabiło mocniej. Zamknął drzwi. 

- Nie widzę cię. 
- Jestem w łóżku. 
Nigdy w całym swoim życiu nie słyszał nic bardziej 

podniecającego. 

- Przyjdź zaraz. 
Nie, mylił się. Najbardziej podniecającym zdaniem, ja­

kie w życiu słyszał, było to właśnie. 

Zdając sobie sprawę, że uwielbiana przez niego kobieta 

obserwuje go, zdjął surdut i powiesił go na oparciu krzes­
ła. Następnie zaczął rozwiązywać krawat, lecz szło mu to 
zaskakująco niezbornie. 

- Jocelyn wyglądała na bardzo szczęśliwą - zauważył. 
- Jest szczęśliwa - odrzekła Verity. - Od dawna nie 

widziałam jej tak zachwyconej. 

- Czy zastanawiałaś się, kiedy jej powiesz, że to ja je­

stem jej ojcem? 

- Kiedy będzie trochę starsza. Ostatnie tygodnie do-

background image

starczyły jej aż wystarczająco dużo niespodzianek. Wolę 

poczekać, aż wszystko się trochę uspokoi, a ona stanie się 
bardziej dojrzała. 

- Zrobisz to, co będziesz uważała za najlepsze dla niej. 

Znasz ją lepiej ode mnie. 

- Przykro mi z tego powodu, Galenie. Naprawdę 

przykro. 

Gdy Galenowi wreszcie udało się rozwiązać krawat, 

spojrzał w stronę ukrytej w ciemnościach Verity. 

- Pamiętaj, kochanie, żadnego więcej wzajemnego ob­

winiania się. Zaczynamy wszystko od początku - powie­
dział, a potem, by poprawić nastrój, dodał: - Muszę przy­
znać, że uważam, iż to niesprawiedliwe. Nie widziałem, 

jak się rozbierałaś. 

- Widziałeś. Dziesięć lat temu. Teraz moja kolej. 
Uśmiechnął się szeroko. 
- Mam nadzieję, że cię nie rozczaruję. 
- Sądzę, że nie, choć muszę powiedzieć, że żałuję, iż 

obciąłeś włosy. 

- Rhodes twierdził, że pan młody nie może wyglądać 

na zaniedbanego. 

- Rhodes powinien przedtem zapytać o zdanie pannę 

młodą. Poza tym nigdy nie wyglądałeś na zaniedbanego. 

Galen roześmiał się cicho. 
- Odrosną. 
Zdjął krawat i cisnął go na krzesło. 
- Szkoda, że Buck i War nie mogli być na ślubie. 
- To prawda. Cieszę się, że poznałam Hunta. Wy-

background image

obrażam sobie, że ty będąc w jego wieku, wyglądałeś tak 

jak on. 

Galen podszedł do łóżka i rozpoczął kolejne zmagania 

- tym razem z guzikami koszuli. Jestem zdenerwowany 

jak młodzik, pomyślał ironicznie. Być może wynikało to 

ze zdenerwowania, być może jednak z tego, że drżał 
z emocji. 

Podejrzewał, że raczej z tego drugiego powodu. 
- Niestety, zdaje się, że Hunt ma skłonności do tak sa­

mo głupich zachowań jak ja w młodości - powiedział. -
Przyłapałem go w spiżarni z jedną z pokojówek. 

- Naprawdę? 
- Naprawdę, a myślałem, że Nancy będzie rządziła go­

spodarstwem żelazną ręką. 

- Daj jej trochę czasu. Tymczasem nie mów jej nic 

o pokojówce. Najpierw ja porozmawiam z tą dziewczyną. 

- Dobrze. Jestem pewien, że będziesz dla niej trochę 

łagodniejsza. 

- Muszę taka być, prawda? 
- A ja porozmawiam z Huntem przed jego powrotem 

do szkoły. - Galen westchnął. - Mam nadzieję, że weźmie 

pod uwagę opinię człowieka doświadczonego. 

- Moim zdaniem Fanny wyglądała o wiele lepiej, cho­

ciaż wciąż jeszcze nie doszła do siebie. 

- Bez Clive'a jej życie stanie się znacznie lepsze. 
- Wiem i sądzę, że z czasem i ona to zrozumie. To bar­

dzo miło ze strony Eloise, że zaprosiła ją do siebie. 

- Fanny nie przyjęła zaproszenia. 

background image

Usłyszał, że Verity poruszyła się. 
- Dlaczego? 
- Chyba woli dłużej zostać u nas. 

- Naprawdę? 

Verity roześmiała się cicho. 

- Po chwili zastanowienia muszę powiedzieć, że się 

nie dziwię. Rhodes bardzo się o nią troszczy. Wydaje mi 
się, że Fanny bardzo mu się podoba, i odniosłam wrażenie, 
że jej nie są niemiłe jego awanse. 

- Ja wolałbym, żeby mu się podobała Nancy. Bo jak 

to będzie wyglądało: szwagierka żony księcia Deighton 
żoną jego lokaja. 

- Mówisz jak Eloise i jej przyjaciółki plotkarki. 

Galen roześmiał się cicho. 

- Rzeczywiście. Jeżeli o mnie chodzi, to wystarczy, że 

Fanny i Rhodes się kochają. 

- A skoro już plotkujemy - powiedziała rozbawiona 

Verity - to co powiesz o Myronie i lady Mary? Eloise za­

pewniła mnie, że niedługo się zaręczą. 

- Eloise ma chyba rację. Lady Mary od samego po­

czątku zrobiła na Myronie ogromne wrażenie, a od chwili 
gdy ja się wycofałem, on okazał się zaskakująco dobrym 
myśliwym. Moim zdaniem lady Mary nie ma szans, żeby 
mu się wymknąć. 

- Moim zdaniem nie doceniasz lady Mary. Ona jest za­

kochana w Myronie. Jestem tego pewna. To dobrze o niej 

świadczy, bo Myron to bardzo miły i uczciwy człowiek. 

Galen wysilił wzrok, chcąc dostrzec w ciemności pan-

background image

nę młodą, ale zobaczył tylko zarys jej głowy oraz kołdrę 
naciągniętą aż po szyję. Patrząc tak, zdjął koszulę. 

- Czy próbujesz wzbudzić moją zazdrość? - zapytał. 
- A czy to powolne rozbieranie się ma wzmóc moje 

pożądanie? - odpowiedziała mu pytaniem na pytanie. 

- Być może. Działa? 
- Muszę wyznać, że tak - odrzekła niskim, zmysło­

wym głosem, na dźwięk którego Galen poczuł jeszcze 
większe podniecenie. 

- Wiesz, drogi mężu, masz wspaniałą figurę - mówiła 

dalej Verity tym samym niewiarygodnie zmysłowym 
głosem. 

- Ty też. 
Galen zdjął spodnie, po czym odrzucił je na najbliższe 

krzesło. 

- Pognieciesz sobie spodnie. 
- Teraz mówisz jak Rhodes - odrzekł, podchodząc do 

łóżka. 

- Nie rozebrałeś się jeszcze do końca. 

Galen zaczerwienił się. 

- Ależ, moja droga, nie pozwala mi na to skromność. 
- Dobrze. Odwrócę głowę, choć muszę przyznać, że 

jestem zaskoczona, że ty mówisz o skromności. 

- Tu... tu przecież chodzi o co innego. 
- Tak? A o co? 
Już bez bielizny wsunął się między prześcieradła. 
- Chodzi o to, że nie chcę cię rozczarować. 
- Zapominasz, że już się kiedyś kochaliśmy. 

background image

- Zapewniam panią, madame, że nigdy o tym nie za­

pomniałem. 

Poczuł, że Verity przysuwa się do niego i - ku swojemu 

zaskoczeniu, a także zachwytowi - zorientował się, że jest 
naga. 

- Więc nie ma między nami żadnych sekretów. 
Galen roześmiał się, a potem przeciągnął dłonią po jej 

obnażonej nodze - od stopy aż po biodro. 

- Ani ubrania. 
- Połóż się, Galenie. 
- Co takiego? 
- Połóż się na chwilę. Muszę coś zrobić. 
Poczuł, że puchowe łoże się porusza, bo ona z niego 

wychodzi. 

- Mam nadzieję, że nie wkładasz koszuli? - zapytał. 
- Nie. 
Wróciła do łóżka. 
- Nie trwało to długo - zauważył. 
- Musiałam tylko coś przynieść. 
Omal nie wyskoczył z łóżka, kiedy poczuł, jak jej palce 

wędrują po jego torsie. 

Te palce były lepkie. 
- Co, u diabła...? 
Do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach. 

- Czy to miód? 
- Podobał ci się mój dziecięcy dowcip z melasą. 

Galen miał trudności z myśleniem. Palce wędrujące po 

jego klatce piersiowej i zatrzymujące się na sutkach zu-

background image

pełnie go rozpraszały. A kiedy Verity założyła nogę na je­
go nogę - myślenie stało się całkiem niemożliwe. 

- Więc to melasa? 
Był tak podniecony, że nie obeszłoby go, nawet gdyby 

posmarowała go naftą. 

- To miód - odparła Verity, pochylając głowę. - Ja nie 

lubię smaku melasy. 

- Nie miałem pojęcia.... - zaczął i aż jęknął, kiedy po­

czuł, że ona go liże. 

- Nie podoba ci się to? 
W odpowiedzi jęknął tylko po raz drugi. Verity pochy­

liła się niżej, a on poczuł, że ociera się piersią o jego ra­
mię. Wyciągnął rękę i zaczął pieścić jej jedwabistą skórę. 
Rozpoczął pieszczoty od ramienia, a potem przesuwał się 
powoli w dół. 

A potem było jeszcze trochę miodu i jej palce pieściły 

go jeszcze niżej. Minęły sutki... i pępek... i wciąż sunęły 
w dół. 

Galen przygryzł wargę, żeby nie krzyknąć. Napięcie 

w jego wnętrzu, i tak już wielkie, wciąż rosło i rosło. 

- Och! 
- Co się stało? 
- Właśnie zdałam sobie sprawę, że narobiłam okropne­

go bałaganu. Masz miód we włosach. 

- Moja droga, słodka i czarująca żono, ja jestem księ­

ciem, a książęta mają służbę. Zabraniam ci się o to mar­
twić. Chcę, żebyś myślała tylko o nas. 

Mówiąc to, wyciągnął rękę i przygarnął ją do siebie, 

background image

wyciskając gorący pocałunek na jej miękkich, słodkich od 
miodu ustach. 

Przylgnęła do niego, namiętna i zapamiętała - tak na­

miętna i tak zapamiętała jak on. Wydała z siebie pełen po­
żądania jęk i rozchyliła wargi. Galen nie potrzebował dal­
szej zachęty. 

A potem, powoli, delikatnie, wciąż ją całując, pchnął 

ją na poduszki. Jego usta oderwały się od jej warg i po­

wędrowały w dół po jej szyi, napotykając pulsującą 
tętnicę. 

- Wygląda na to, kochanie, że istnieje coś słodszego 

od twojego ciała - powiedział niewyraźnie, gdy napotkał 
ustami smugę miodu na jej piersi. 

Jedyną jej odpowiedzią był kolejny jęk, który powie­

dział Galenowi, jak jego ukochana się czuje. 

Powiedział mu, że czuje się tak, jak nigdy przedtem. 
Gdyż tamtej nocy, dziesięć lat temu, doświadczyła je­

dynie przedsmaku tego namiętnego pożądania, które 
pod wpływem jego pieszczot narastało w niej w tej 
chwili. 

Tak długo była głodna. A teraz nareszcie brała udział 

w uczcie. Wtedy, dziesięć lat temu, zakosztowała tylko 
ulotnego pragnienia. Teraz miała do czynienia z namięt­
nością i miłością. Wtedy skradła tylko krótkotrwałe uści­
ski, które przyniosły jej wstyd i lęk. 

Teraz była żoną, miała męża, wyznali swoje uczucia 

przed rodziną i przyjaciółmi, ogłosili je całemu światu. 

Nie będzie więcej żadnych tajemnic. Żadnych kłamstw. 

background image

Teraz wolno jej było kochać go tak, jak tego pragnęła, 

wolno jej było pokazać mu, że należy do niego na zawsze. 

- Kochany - wyszeptała. 
- Moja żono. Moja kochana, najdroższa żono - sze­

pnął Galen. 

Przylgnęła do niego silniej, przyjmując jego pieszczoty 

z radością. Zaczęła szybciej oddychać. Wtedy, dziesięć lat 
temu, on nie zrobił niczego takiego. Dotychczas nie miała 
pojęcia, jak to jest, kiedy we wnętrzu kobiety narasta roz­
koszne napięcie. 

- O, tak! - zawołała cichym głosem, wyginając się 

w łuk, by lepiej czuć nacisk jego dłoni. 

Pod wpływem coraz bardziej intensywnej pieszczoty 

Verity zaczęła wić się z rozkoszy, pragnąc dalszych do­
tknięć. Wkrótce napięcie sięgnęło szczytu, a ona krzyknę­
ła, unoszona na fali pulsującej ulgi. 

W następnej chwili połączyli się i zaczęli poruszać 

w odwiecznym miłosnym rytmie. Verity wygięła się 
i oparła nogi o puchowy materac, pragnąc, by Galen cał­
kowicie wypełnił ją sobą. 

A on poruszał się coraz szybciej. Jego podniecenie zin­

tensyfikowało jej własne. Odpłynęły od niej wszystkie 
myśli, a na ich miejsce pojawiło się gorące pożądanie. By­
ło jej tak dobrze, tak rozkosznie... Marzyła o czymś takim 
wiele razy, jednak jej marzenia nigdy nie przypominały 
tej rzeczywistości, której doświadczała teraz. Jej 
wyobraźnia nigdy nie zdołała wyczarować takiej roz­
koszy. 

background image

Z jego gardła wyrwał się jęk, a równocześnie jej ocze­

kiwanie, jej szczytowe napięcie przemieniło się w fale, 
w zmarszczki na wodzie, w rytmiczną rozkosz. 

Jego ruchy stały się powolniejsze, a potem ustały. Leżał 

na niej, oddychając ciężko. 

Dopiero wtedy ona zdała sobie sprawę, że także ciężko 

oddycha. 

- Verity - powiedział niewyraźnie, wtulając twarz 

w jej szyję - kocham cię. 

- Ja także cię kocham, Galenie - odrzekła, podnosząc 

dłoń i gładząc jego wilgotne od potu włosy. 

Galen był doskonałym kochankiem. 
Verity była zachwycona. 

- Wydaje mi się, że rano musimy wziąć kąpiel - wy­

mamrotał Galen sennie. 

- Możemy wziąć ją razem. 

Galen podniósł głowę i odszukał wzrokiem jej twarz. 

- Mówisz poważnie? 
Uśmiechnęła się szeroko. 
- Jak najpoważniej. 
- Dobry Boże, Verity! Skąd ty bierzesz takie pomysły? 
- Czy Eloise cię nie ostrzegała? Myślałam, że ci po­

wiedziała, że jestem figlarką, że mam szelmowską 
wyobraźnię. 

- Cóż, tak, chyba mi mówiła, jednak nie miałem po­

jęcia... 

Verity pocałowała go delikatnie. 
- Jeżeli nie chcesz... 

background image

- Tego nie powiedziałem. 
Położył głowę na jej miękkiej piersi i uśmiechnął się 

z rozkoszą. 

- I pomyśleć, że kiedyś uważałem, że małżeństwo nie 

przyniesie mi radości.