background image

Andrzej Drzewiński  Jacek Inglot    
     
Diament Lady Willett 
 

Z „Fahrenheit”  
 
 
 
 
 
   Problem  zastosowania „czarnych dziur” nadal należy uważać za otwarty. Powszechnie wiadomo, że za 
pomocą takowej „dziury” można:  
   - zrobić doktorat z fizyki teoretycznej;  
   - zbudować   elektrownię   (czy   słyszeliście  o  parujących „czarnych dziurach”?);  
   - przejść  do innego wszechświata (to może chociaż słyszeliście o teorii inflacji?);  
   - wykonać  straszliwą izbę tortur (co akurat już chyba wszystkim  jest  znane):  siły pływowe rozciągają 
członki skuteczniej niż najgorliwszy oprawca;  
   Ale  to nie wszystko, jeśli przypomnieć sobie, że lata płyną, lecz  nie wszędzie równie szybko. Dzięki 
temu istnieje możliwość potraktowania  „czarnej  dziury” jako alibi, równie pewne co wyciągnięta z 
kieszeni przed sądem piłeczka pingpongowa, którą podobno  w  momencie,  gdy  popełniano przypisywaną  
nam zbrodnię zbrodnię, mieliśmy na oczach podekscytowanych tłumów grać o mistrzostwo świata.  
   A  tak  między  nami – najlepiej trzymać się od tego świństwa tak daleko, jak to tylko możliwe.  
 

 
   Taksówka przysiadła na resorach i opryskawszy chodnik mętnymi bryzgami,  stanęła  w  końcu przy 
krawężniku. Przez całą drogę z lotniska lał deszcz. Jeszcze w czasie podróży, a może wcześniej, w  
Nowym  Jorku,  pogoda  popsuła się fatalnie, ale Stan Adison, zbyt  zajęty  swoimi  myślami, nie zwracał 
na to uwagi. Dziw, że zdołał wsiąść do właściwego samolotu.  
   Otworzył  drzwi  i ku zaskoczeniu taksówkarza bez wahania wyszedł  prosto  w  kałużę.  Mokry  asfalt  
odbijał  kolorowy neon „Yachtclub – Goat”. Stan patrzył przez chwilę, jak krople tańczą wśród świetlnych 
refleksów, potem, nie zważając na chłód wciskający się wraz z wodą za kołnierz, przystanął przy gablocie. 
Jaskrawy, naderwany w rogu plakat zapraszał na prelekcję poświęconą historii yachtingu – zapowiadano 
też projekcję archiwalnych kronik.  Przetarł  szybę i przyjrzał się zdjęciu. „Flotylla jachtów pod Salaminą i 
Pireusem”, przeczytał i wzruszył ramionami.  
   Z  płaszczem  przewieszonym przez ramię wszedł do na wpół wypełnionej  salki.  Mimo cichych 
rozmów pośród wyraźnie znudzonej widowni, prelegent z miną starego wyjadacza mówił swoje. Właśnie  
tłumaczył, dlaczego jacht z żaglem bermudzkim płynie o kilkanaście  stopni ostrzej niż łódź z 
ożaglowaniem gaflowym. Adison wybrał  fotel przy oknie i mimochodem wyjrzał na zewnątrz. Światło  
ulicznych  lamp  wyłapywało  w  mroku  ruchliwe frędzle deszczu. Otarł  twarz  papierową serwetką i 
zdążył trafić kulką do kosza, zanim przygaszono oświetlenie. Rozmowy milkły jedna za drugą.  
   Czarno-biały  obraz,  w typowym dla amatora dygocie, skakał z góry  na  dół.  Mężczyźni, trzymając pod 
ramię kobiety w długich sukniach,  spacerowali  po  nabrzeżu.  Pomimo zamazujących obraz drobnych  
uszkodzeń kopii Adison rozpoznał port w Miami Beach. Na kilkudziesięciu jachtach rozkładano żagle i 
wiązano liny.  
   -  Nowojorski yachtclub na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych  wielokrotnie organizował regaty 
oceaniczne. Zawody na wodach wyspy Miami Beach, dzięki wysokim nagrodom, zawsze cieszyły  się  
wielkim powodzeniem – prelegent wskazał na ekran. – Widzimy tutaj przygotowania przed wypłynięciem 
na ocean.  
   Stan  Adison  nie słuchał dalszych wyjaśnień, szukając pośród mrowia  łodzi jachtu o nazwie „Red 
Sake”. Raptowne zmiany ujęcia wraz  z  niezdarnym  montażem utrudniały obserwację, lecz w końcu  
odnalazł  smukłą  żaglówkę.  Prowadził ją tylko jeden człowiek – John Barley. W większości artykułów z 
tych lat żeglarza zaliczano do czołówki oceanicznego yachtingu.  
   Od dnia, kiedy Adison ustalił dokładną datę kolizji „obiektu” z Ziemią, prześlęczał wiele dni w 
archiwum nad starymi gazetami. Musiał  brać  pod  uwagę całą prasę wschodniego wybrzeża. Jedyną  
interesującą  wzmiankę znalazł w „N.B. Dailly”. Wnioski, które z niej wysnuł, zaprowadziły go na tę salę.  

background image

   -  Obecnie  oglądacie  państwo scenę z dnia następnego. Nocny sztorm rozproszył załogi i jachty 
finiszowały w znacznych odstępach czasu.  
   Nawet  nie  przyglądał  się dwóm pierwszym jednostkom, trzeci był „Red Sake”. W miarę jak zbliżał się 
do głównego pomostu, oklaski stopniowo słabły. Stojący na rufie Barley wykrzykiwał coś, z  czym  ludzie  
na brzegu najwyraźniej nie chcieli się zgodzić. Nawet chłopak z obsługi ze zdumienia zapomniał złapać 
cumę.  
   -  To niezwykła historia – podjął prelegent. – Barley sprawia wrażenie  człowieka,  który zwyciężył, a 
przecież przypłynął dopiero trzeci.  
   Krępy żeglarz biegał gorączkowo po pomoście i podtykał każdemu pod nos swój chronometr. Stukał w 
szkiełko i pokazywał nienaruszone plomby.  
   -  Naturalnie  można uznać, że był z niego świetny aktor. Ale jakim cudem sprawił, że opieczętowany 
zegar pokazywał czas o ponad dwie godziny wcześniejszy?! Tego nikt nie potrafił logicznie wytłumaczyć.  
   Raz  jeszcze operator ukazał roześmiane twarze kibiców, potem taśma skończyła się.  
   -  Mimo  głosów  kilku dziennikarzy, twierdzących, że mamy do czynienia z kolejnym oszustwem N.Y. 
YachtClubu, sąd odrzucił oskarżenie  o  zmowę.  W  wielu  wypowiedziach pojawiło się jednak   
przeświadczenie  o  autentycznym  przekonaniu Barley’a, iż płynął dwie godziny krócej. Nawet jego 
niezbyt mu życzliwi koledzy mówili  o nim jako o człowieku z fenomenalnym wyczuciem czasu – 
prelegent rozłożył ręce. – Nigdy nie wyjaśniono tej zagadki.  
   Na  ekran pojawił się kolejny obraz: start do wielkich regat. Stojąca  w tle Statua Wolności 
uniemożliwiała pomylenie miejsca. Ale  to  już Adisona nie interesowało: wstał z fotela i schylony  
przeszedł  między  rzędami. Przejrzał się w szybie na korytarzu, włożył płaszcz i pchnął drzwi wychodzące 
wprost na wciąż zalewaną deszczem ulicę. Zawahał się, jakby sobie o czymś przypomniał; wrócił  do  
ś

rodka  i  na dużym afiszu, gdzie wymieniano kolejne punkty  prelekcji, przy zdaniu „Tajemnica Johna 

Barley’a” dopisał  jedno słowo – „wyjaśniona”.  
 
                              *   *   *  
 
   -  Więc powiadasz, Stan, że to cholerstwo będzie tutaj za tydzień?  -  Ted  Reynolds z lubością pociągnął 
łyk ginu z sokiem pomarańczowym  i  paroma  kroplami  białego campari, obrzydliwej  
mieszanki, której nikt poza nim na wyspie nie pijał. Stan bardzo lubił swego przyjaciela, poza, rzecz jasna, 
momentami spożywania przezeń ulubionego trunku. Z trudem pohamował mdłości.  
   - Tak sądzę – odparł. – Oczywiście, o ile moje przypuszczenia nie są czystą mrzonką. Jeśli nie są, obiekt 
przeleci nad wyspą w sobotę 29 czerwca około 23.30.  
   Siedzieli  na tarasie kawiarenki z widokiem na przystań yachtclubu. Sezon rozkwitł w pełni, toteż co 
chwila ktoś wpływał lub wypływał. Intensywnie trenowano przed zbliżającymi się regatami. Adison upił 
trochę piwa – dzień był bardzo upalny.  
   - Ostatni raz obiekt przelatywał w 1968?  
   -  Na to wygląda. Dotarłem do raportu kapitana Dowsona, który opływał  Miami Beach od zachodu na 
m/s „Hardman”. Donosił o spóźnieniu  wszystkich  chronometrów na statku o godzinę i pięćdziesiąt trzy 
minuty. Było to w nocy z piątego na szósty czerwca. Na tej  podstawie ustaliłem czas obiegu na 23 lata, 14 
dni i 18 godzin. Jak łatwo obliczyć, brakuje jeszcze tydzień.  
   -  Co  zamierzasz z tym zrobić? Mam nadzieję, że pozwolisz mi to ogłosić w „New York Times”… z 
chęcią napisałbym o czymś naprawdę  interesującym, sprawozdań z regat mam już serdecznie dosyć…  
   Adison  w  milczeniu obserwował przystań. Do molo zbliżał się piękny  jacht, dowodzony przez opaloną 
kobietę w czerwonym bikini,  na oko ryczącą czterdziestkę. Otaczał ją rój wysportowanych mężczyzn, 
którym raźno wydawała polecenia.  
   - Kto to jest? – spytał.  
   -  Ach,  ta… – Ted parsknął z rozbawieniem. – Lady Willett, osóbka  dość  znana na wyspie, posiadaczka 
nienasyconego apetytu seksualnego  i  czterdziestotrzykaratowego diamentu, wartego, po ostatniej  zwyżce 
cen, blisko cztery miliony – przerwał na chwilę.  -  Ma  wspaniałą  willę  na Cyplu Hernera, to prawie 
pałac. Często urządza tam sex party, w czasie których dokonuje publicznego wyboru nowego kochanka. 
Co tu gadać, to istna Messalina albo i Madonna!  
   - A diament? Trzyma go na wyspie?  
   - To cała historia, kolejny powód do chwały naszej lady. Diament jest na wyspie przez jeden dzień w 
roku, po zakończeniu regat.  Właścicielka  ma  go  na  sobie przez godzinę na wydawanym przez siebie 

background image

wielkim balu… – zastanowił się i uważnie spojrzał na Stana. – Wiesz, to dziwne, ale ten bal będzie właśnie 
w sobotę wieczorem, kiedy „to” ma przylecieć.  
   Na taras wkroczyła hałaśliwa grupa złożona z sześciu mężczyzn - dwóch  pierwszych trzymało na 
ramionach platynową blondynkę  a’la schyłkowa Marylin Monroe, ubraną w czerwone bikini. Lady Willett  
obrzuciła astronoma i dziennikarza bezmyślnym spojrzeniem, po czym cała grupa skierował się do baru. 
Adison odprowadził ich wzrokiem.  
   - Ted, spałeś z nią?  
   -  Nnno…  -  Reynolds,  zmieszany,  patrzył  w  głąb pustej szklanki  po ginie. – Tylko raz, na szczęście, 
kiedyś miała miesiąc, gdy sypiała tylko z dziennikarzami, a ja… byłem tu wtedy po  raz pierwszy i nie 
miałem pojęcia, że to taka kosmiczna kurwa!  Puszczanie się z kim popadnie to chyba podstawa jej 
filozofii życiowej. Dla tej nimfomanki facet to worek spermy do wydojenia.  
   -  Hm,  może tym razem, jeśli będziemy mieli szczęście, to my ją wydoimy.  
   - Co masz na myśli?  
   Zastanawiający  się nad czymś intensywnie Adison nie odpowiedział.  Z  baru  dobiegły wybuchy 
ś

miechu. Odruchowo spojrzeli w tym  kierunku.  Harem  lady  Willett bawił się doskonale – dwóch  

mężczyzn  polewało  rozrywkową  damę  szampanem, reszta zaś go z niej  zlizywała.  Lady  wyglądała  na 
zachwyconą, zrzuciła nawet stanik,  aby chłopcy mogli się bardziej wykazać. Adison odwrócił z  
niesmakiem  głowę i przysłaniając oczy popatrzył na niebo nad horyzontem.  Znowu  pomyślał  o 
diamencie, a także o zbliżającej się  ku  Ziemi  z  szybkością trzydziestu tysięcy mil na sekundę czarnej 
dziurze.  
 
                              *  *  *  
 
   Adison był zmęczony, a Ted udawał, że tego nie zauważa. Sapał z  wysiłku, lecz uparcie piął się po 
zboczu jedynej góry na MiamiBeach.  Kiedy  Stan żądał wyjaśnień, machał niecierpliwie ręką i zwiększał 
tempo. Zbliżali się do szczytu.  
   Ocean  w  dole był butelkowo zielony. Mewy, szeroko rozpostarłszy  skrzydła,  kreśliły  w podniebnej 
pustce zawiłe linie. Pod nimi,  w tej perspektywie niewiele większe od ptaków, lawirowały  
wśród fal smukłe żaglówki. Intensywnie trenowano przed sobotnimi regatami.  Zapatrzony  w  ocean 
Adison nie zauważył nawet, kiedy wyszli na płaski kawałek skały, skąd wszystkie ścieżki prowadziły już 
tylko w dół. Ciężko opadł na zwichrzoną kępę trawy.  
   - Jeśli powiesz – wysapał – że chciałeś mi pokazać widoki, to zrzucę cię na dół.  
   Ted  patrzył przed siebie, szukając czegoś wzrokiem i dopiero po chwili wyciągnął palec w kierunku 
czerwonego dachu, widocznego  u krańca położonego na zachodzie cypla, wybiegającego daleko w morze.  
   - Tam mieszka to stare próchno.  
   - Nieźle… i co?  
   Białą wstążką drogi między drzewami jechał czerwony samochód, w oddali podobny do małego żuczka. 
Możliwe, że to sama lady wracała z miasteczka, aby dokonać paru retuszy makijażu. Samo miasteczko,  
położone  teraz  za ich plecami, jak to w porze sjesty, drzemało  sielsko w południowym skwarze. 
Reynolds odwrócił głowę i spojrzał twardo na Adisona.  
   - Sądzę, że tam, na tarasie, pomyśleliśmy o tym samym.  
   Stan  potarł  podbródek, ale nic nie powiedział. Ted kopnął w dół okruch skalny i chwilę śledzili jego lot.  
   - Powiedz coś więcej na temat tych różnic w czasie – zażądał.  
   -  Obiekt, a raczej rodzaj mikro czarnej dziury wielkości sto razy  mniejszej  od  łebka  szpilki, przejdzie 
przez ocean około pięć  mil na zachód od wyspy, dokładnie na przedłużeniu cypla. – Astronom  wsunął  
ręce w kieszenie. Na tej wysokości było raczej chłodno. – Dzięki nietypowemu rozkładowi masy na styku 
płyt kontynentalnych, gdzie właśnie leży wyspa, dojdzie do zjawiska rezonansu grawitacyjnego, typu 
kolapsu…  
   Umilkł, widząc skwaszoną minę Teda.  
   - Coś nie tak?  
   - Krócej.  
   -  Dobra  - wyciągnął ręce i potarł zziębnięty nos. – Cała ta część  wyspy,  a  przede wszystkim Cypel 
Hernera, znajdzie się w strefie spowolnionego czasu. Przykładowo, gdy w miasteczku upłynie pół godziny, 
tam dopiero kwadrans. Zjawisko zacznie się około 23.00. Chwytasz?  
   Ted  obciągnął  szczelniej  kurtkę  na ramionach. Wiało coraz mocniej.  Bujające się po oceanie żaglówki 
wyraźnie przyśpieszyły.  

background image

   -  O  23.30, kiedy lady zacznie przywdziewać diament, w miasteczku minie już godzina i będzie północ.  
   -  Słusznie  - Ted stanął tyłem do wiatru, chuchając na zgrabiałe palce. – A więc dobrze myślałem: 
siedząc w knajpie, gdzieś na  oczach  wszystkich  do  wpół  do dwunastej, a potem jadąc na przyjęcie,  
zdążylibyśmy na moment wkładania diamentu. Tam 23.30 dopiero by nastąpiła. Wiesz, jak to się nazywa?  
   -  Wiem,  alibi – pomagając sobie ręką Adison wstał. – Ty naprawdę chcesz rąbnąć jej ten kamyk?  
   - A co, ty nie?  
   Uśmiechnęli  się obydwaj szelmowsko. Stan jeszcze raz obrócił się  ku  posesji  lady  Willett.  Wcześniej 
spostrzeżony samochód właśnie  przejeżdżał przez bramę i po chwili żelazne wrota zasunęły się na powrót.  
   - Jeszcze tylko jeden problem, moja pani – pomyślał, zacierając zziębnięte ręce.  
 
                              *  *  *  
 
   Sznur  jachtów  wyminął  wschodni kraniec Miami Beach i powoli zmierzał w stronę portu. Niektóre 
załogi, mniej widać odporne na zmienny kierunek wiatru, płynęły obok wywróconych żaglówek. Ted,  
reagując  na wściekły ryk porządkowego, skręcił kierownicą i motorówka zaczęła łagodnym łukiem 
oddalać się od trasy regat. Adison wciąż uparcie szukał lornetką jachtu diamentowej Lady. Przez moment  
wydawało mu się, że na jednym ze statków dostrzega kogoś w  czerwieni. Ale to było chyba złudzenie – 
pełnym gazem płynęli ku otwartemu morzu i z każdą chwilą widział coraz mniej.  
   - Gdzie właściwie płyniemy? – spytał.  
   Reynolds  nie  odpowiedział, tylko jeszcze raz skręcił. Zmierzali  teraz  z  powrotem  ku wyspie, ukosem 
w stosunku do linii brzegowej.  Opływali  jej  zachodni masyw. Po kilku minutach zza grupy  skał 
wynurzył się rozległy i płaski cypel. U jego krańca, przy  cudownej,  białej  jak  śnieg plaży stała rozległa 
willa w stylu  hollywoodzko-hiszpańskim, pokryta czerwoną dachówką. Dlaczego wszystkie dziwki lubią 
właśnie ten kolor? – zastanowił się Adison.  Mało  kto nie krył tak swych upodobań jak lady Willett.  
Podpłynęli bliżej plaży i Ted wyłączył silnik.  
   - Oto teren naszej akcji – powiedział. – Początkowo myślałem, że  wylądujemy  na  plaży  i dostaniemy 
się do domu od tyłu, ale najszybsza  motorówka  płynie tu z portu około dwudziestu pięciu minut,  poza 
tym jest wokół cypla trochę podwodnych skał, w nocy zupełnie niewidocznych.  
   - A droga dojazdowa?  
   -  To bardziej realne. Przy średniej prędkości 60 mil droga z miasta  zajmie  nie  więcej  jak  dziesięć 
minut. Sprawdziłem to wczoraj.  Pięćdziesiąt  jardów  przed  domem  jest duży parking, gdzie można 
zostawić samochód.  
   - Teren posiadłości jest z pewnością strzeżony…  
   Ted  bez słowa wskazał punkt na wybrzeżu, powyżej plaży. Adison uważnie popatrzył tam przez 
lornetkę. Kępka krzaków dotykała ogrodzenia,  a  co  więcej,  po drugiej stronie, w ogrodzie, tuż przy 
siatce, rósł jakiś krzew ozdobny.  
   -  Już  w  zeszłym  roku, kiedy jeszcze u niej bywałem, spostrzegłem, że te chaszcze stwarzają martwe 
pole dla kamer telewizyjnych. Powinni dawno wyciąć to cholerne zielsko. 
   Włączył  silnik i zręcznie zawrócił. Płynęli teraz z powrotem do portu. Adison odetchnął z ulgą – upał 
dał mu się porządnie we znaki. Z rozkoszą wystawił twarz na chłodny podmuch.  
   -  Co  zrobimy  z  płotem?  - przypomniał sobie. – Ma chyba z dziesięć  stóp!  I  zdaje się widziałem 
jakieś izolatory… jest pod napięciem?  
   -  Tylko trzy górne rzędy drutów kolczastych, niżej nie. Kiedyś było całe, ale jest tu trochę drobnej 
zwierzyny, która ciągle ładowała się na siatkę i co chwila był alarm.  
   Do  środka łodzi wpadła nieoczekiwanie latająca ryba. Adison, który  morskich  zwierząt  w  ogóle  nie 
trawił, wzdrygnął się z obrzydzeniem.  Chwilę  ganiał  plaskającą rybę po siedzeniach, w końcu  złapał 
paskudę za skrzydła i wyrzucił za burtę. Długo potem płukał ręce.  
   -  Jak w końcu przejdziemy przez płot? – zapytał, zużywszy do wytarcia się cały pakiet papierowych 
ręczników.  
   - To już załatwione – zaśmiał się Ted. – Wczoraj w nocy przez godzinę siedziałem w tych krzakach i 
przecinałem siatkę. Wystarczy mocniej pchnąć i będzie dziura co najmniej na pięć stóp. Pole martwe 
działa, skoro mnie na tym nie capnęli.  
   Zbliżali  się do portu. Na horyzoncie dostrzegli ogon regatowego  sznura. Byli to kandydaci na ostatnie 
miejsca – zwycięzców znano już co najmniej od kwadransa.  
   -  A  niech  to! – jęknął Ted. – Spóźniłem się na finisz! I z czego napiszę korespondencję?  

background image

   -  Został  nam  jeszcze  jedne  drobiazg: co będziemy robić w środku  i  jak pryśniemy? – Adison nie 
wydawał się przejęty jego jego dziennikarskimi kłopotami.  
   Ted,  zrezygnowawszy  z  oglądania  końcówki regat, zatrzymał łódź. Z kieszeni wyjął kartkę papieru i 
położył ją na desce rozdzielczej,  przyciskając  jej  róg  efektowną kapitańską czapką. Szkic na kartce 
przedstawiał schemat domu złożonego z kilkunastu pomieszczeń. Ted wskazał na fragment z samego 
skraju.  
   - To jest wejście do hallu od strony basenu. Kiedy będziemy w ogrodzie,  bez problemu wmieszamy się 
w tłum gości. Strojem obowiązującym będzie kostium i maska, tak że nikt nas nie rozpozna. W samym 
hallu interesują nas te drzwi i korytarz za nimi – wskazał  odpowiednie  miejsce  na  planie. – Prowadzi on 
do pokoju z sejfem,  gdzie  przez cały czas pobytu na wyspie przechowuje się diament.  O  23.30  lady 
Willett uda się w towarzystwie goryla z ochrony,  aby włożyć diadem, w który diament jest wmontowany. 
My musimy tam wejść zaraz za nimi…  
   - Tak na oczach wszystkich?!  
   Ted machnął lekceważąco ręką i prychnął sarkastycznie.  
   -  Ci  wszyscy  będą  w  sztok pijani. W zeszłym roku jedynym trzeźwym byłem ja… stąd wiem to, co 
wiem.  
   - Skoro tak, to pewnie wiesz też, jak obezwładnimy lady i jej goryla?  
   Reynolds ponownie sięgnął do kieszeni i wyjął małą plastykową buteleczkę z ręcznym rozpylaczem. 
Podał ją Adisonowi.  
   -  Gaz  paraliżujący.  Działa szybko i skutecznie, wyłączając każdego  na  blisko pół godziny. 
Niestandardowy, z zestawu antyterrorystycznego  firmy „Robson and Sons” Kupiłem to, kiedy 
zajmowałem się jeszcze problemami międzynarodowego terroryzmu.  
   Schował  plan  domu do kieszeni na piersi i uruchomił silnik. Płynęli  szybko w stronę portu. Dobijała 
właśnie reszta jachtów, zaś  na  molo rozdawano już pierwsze nagrody. Kiedy zacumowali i wyszli  na 
przystań, ze zdumieniem zobaczyli Lady Willett tulącą w  ramionach  złoty puchar. Szczerzyła radośnie 
sztuczne zęby do grona  adoratorów. Ted zaczepił jakiegoś gapia, rosłego osiłka w policyjnym mundurze. 
Był to sierżant Webb, zastępca szefa pilicji na wyspie.  
   - Kto wygrał w klasie do piętnastu ton?  
   - Nie widać? – odparł zagadnięty. – Nasza Red Lady. Tym razem udało jej się poderwać paru 
prawdziwych zawodowców…  
   Huknęły pierwsze korki i szampan popłynął obficie wraz z perlistym śmiechem lady Willett. Bal już się 
rozpoczynał.  
   -  Tak – mruknął w zamyśleniu Adison. – To będzie upojna noc, moja pani.  
 
                              *  *  *  
 
   Zazwyczaj  w porcie _ie Beach każdy może zjeść kolację w warunkach, jakie mu odpowiadają, na 
przykład w niewielkiej kafejce o przyćmionym świetle, nocnym barze szybkiej obsługi czy też 
ekskluzywnej,  nafaszerowanej  kryształami  i francuskimi specjałami restauracji. Jednak tej nocy tylko 
zwolennicy wrzaskliwych zabaw i  morza  przelewanego  alkoholu mogli znaleźć coś dla siebie. W Miami  
Beach  świętowano  regaty. Z daleka musiało to wyglądać na próbne podejście do końca świata.  
   -  Nie ma co – prychnął Adison. – Niezła zabawa. Wszyscy dostali tropikalnego bzika?  
   Miał  powody,  aby  tak  twierdzić. Tym razem kelner omal nie zwalił im ze stolika pokaźnego zestawu 
pustych szklanek – efektu ponad  godzinnego  siedzenia.  Ted  machnął ręką, że nic się nie stało,  a kelner 
niepewnie pożeglował w głąb Sali. Chwiejny krok jednoznacznie  wskazywał  na  głęboką  zażyłość, 
powstałą między personelem  a gośćmi. Stan, z lekka już zdenerwowany, zerknął na zegar wiszący nad 
barem, a potem nachylił się do przyjaciela.  
   - Rób coś, do cholery. Już kwadrans po jedenastej!  
   Ted westchnął chrapliwie i rozejrzał się, jakby kogoś szukał.  
   - Nie panikuj, coś wymyślę.  
   Zabawa rozkręcała się i przybywali coraz to nowi goście. Stan powiódł  wzrokiem  po  Sali, aż w końcu 
wyłowił stojącego w rogu sierżanta  Webba.  Policjant pił ten okropny pomidorowo-selerowy koktajl, 
pieszczotliwie zwany przez miłośników „Krwawą Maryśką”.  
   - Może ktoś da mu w mordę i będziemy świadkami – powiedział z nadzieją.  
   -  Myśl  piękna, ale niecelowa – Ted rozmazał palcem plamę na blacie. – Przecież to nas muszą 
zauważyć.  

background image

   Ryk,  jaki niespodziewanie wydobył się z głośników, sugerował niedwuznacznie, że wzmacniacza 
dopadł ich znajomy kelner. Trudno powiedzieć,  może to właśnie wzrost decybeli ożywił wysoką czarnulę 
przy sąsiednim stoliku. W każdym razie zerwała się na równe nogi  i  ruszyła  na  parkiet. Nieco 
przesadziła – zawadziwszy o krzesło,  machnęła  rękoma  i przebiegając parę kroków z impetem zwaliła 
się na ich stolik. Ted w ostatniej chwili złapał szklankę  z  niedopitym  koktajlem. Stolik z całym 
nakryciem poszedł w rozsypkę.  Stan,  jak  zawsze  szarmancki, podniósł dziewczynę z podłogi  i  z trudem 
wyplątał ją z obrusu, ale szybko zrozumiał, że miłosierdzie nie popłaca. Zirytowana śmiechem gości, 
czarnula odepchnęła  go  energicznie,  wierzgając  przy tym nogą. Kopniak trafił dokładnie w dno szklanki 
troskliwie trzymanej przez Teda. Naczynie wraz z zawartością wystrzeliło w nadchodzącego sierżantta 
Webba.  
   -  Niech  pan zatrzyma tę wariatkę! – zajęczał Stan, boleśnie trafiony obcasem w łydkę. – Jak ktoś nie 
umie pić…  
   Webb, ocierając twarz, popatrzył nań z podejrzaną uwagą.  
   - Cicho bądź! – syknął Ted. – To jego córka.  
   Wyglądało  na  to,  że poza Adisonem wszyscy o tym wiedzieli. Goście  rozchodzili się, a sierżant z 
latoroślą pod ramię ruszył w  stronę  szatni.  Najwyraźniej tym razem miało się skończyć na łagodnej 
reprymendzie.  
   - Córka? – Stan raptownie odsunął kelnera niemrawo grzebiącego w rumowisku. – To świetnie.  
   Na moment przykląkł, a potem uniósł dłoń.  
   - Hej, panie władzo! Ta panienka buchnęła mi portfel!  
   Zadziwiające,  lecz  mimo  delirycznej muzyki co najmniej pół setki osób usłyszało ten okrzyk. Bez 
wątpienia najcięższe i najbardziej ponure spojrzenie należało do sierżanta.  
   - Pan składa skargę? – pchnął córkę za siebie.  
   Stan z zadowoleniem dostrzegł zdziwione spojrzenie Teda. Niby przypadkiem przestąpił z nogi na nogę, 
a potem spojrzał w dół.  
   -  Najmocniej  przepraszam  -  powiedział. – Pomyliłem się. – Unosząc  leżący pod jego stopą portfel 
puścił nieznacznie oko do Teda.  
   -  Panie sierżancie – objął kumpla ramieniem. – Zapraszamy do baru na jednego. To dla wyrównania 
krzywd moralnych.  
   Napięcie  zniknęło  jak śnieg potraktowany wrzątkiem. Obsługa odciągnęła ruinę stolika pod ścianę, a 
sierżant zawołał kręcącego  się w pobliżu chłopaka. Szepnął mu coś do ucha i młodzieniec zniknął  w 
drzwiach z na wpół śpiącą dziewczyną. Potem energicznie zatarł dłonie.  
   -  Doskonale – szeroki, jowialny uśmiech przeciął jego nalaną twarz.  -  O  wpół do dwunastej nadają 
sprawozdanie z baseballu, Orły Bostonu kontra Jankeskie Wygi. Mamy jeszcze minutę.  
 

* * * 

 
   Krzaki  po  obu stronach drogi ginęły z oczu w zastraszającym tempie  -  szybkościomierz  wskazywał 
momentami 80 mil. Ted Reynolds  kurczowo trzymał kierownicę; nigdy się nie uważał za kandydata do 
"Formuły 1". Nieznacznie zwolnił przed kolejnym zakrętem,  z  całej  siły powstrzymując drżenie rąk. 
Szczęściem droga była zupełnie pusta.  
   -  Możesz  się już przebierać - powiedział do siedzącego obok Adisona. - Z tyłu masz pudło z 
kostiumami, będziemy hiszpańskimi grandami z siedemnastego wieku...  
   Astronom patrzył zdumiony w przestrzeń za oknem.  
   - Dlaczego tu tak biało? Czyżby śnieg?! W środku lata!?  
   Ted,  nie  zwalniając,  zerknął na pobocze i parsknął śmiechem.  
   -  Nie,  to pył wapienny, nawiewany przy mocniejszej bryzie z dawnych wapiennych odkrywek. Znowu 
są czynne.  
   - Po co tu kamieniołom? Potrzebują kamienia na nagrobki?  
   -  Prawie.  Na  wschodnim  wybrzeżu ma być wybudowana kolonia willowa  dla milionerów, 
zakochanych w Noir Beach starych pryków z Kaliforni i Chicago...  
   Ostro  zahamował i skręcił z przecinającej wyspę autostrady w boczną  drogę,  bezpośrednio wiodącą do 
rezydencji lady Willett. Spojrzał na zegarek - mieli zupełnie niezły czas. Drgnął, tknięty nagłą myślą.  
   -  Stan  -  zwrócił  się  do Adisona - jakie mogą być jeszcze skutki  przejścia  w pobliżu czarnej dziury, 
prócz, rzecz jasna, spowolnienia czasu?  
   -  Hm,  różne, na przykład zanik łączności radiowej, zagięcie światła, zaburzenia magnetyczne...  

background image

   - A jeśli ona przez coś przejdzie?  
   -  Zależy  przez  co, w materii stałej, jak żelazo czy kamień pozostawi  po  sobie mikroskopijny kanalik, 
tak samo w przypadku ciała człowieka czy zwierzęcia...  
   -  Dojeżdżamy  - przerwał Ted. Zjechał swoim audi na obszerny parking  w dwóch trzecich zapełniony 
pojazdami najrozmaitszych i przeważnie  drogich marek. Reynolds ustawił wóz z samego skraja, tuż przy 
wyjeździe. Sprawdził czas.  
   - Znakomicie, jechaliśmy tylko osiem i pół minuty.  
   Wyskoczył z wozu i sięgnął po leżące na tylnym siedzeniu pudło.  Zaczęli  się gorączkowo przebierać. 
Kiedy skończyli, przyjrzeli się sobie krytycznie i zbaranieli. Adison otrzeźwiał pierwszy.  
   - Kto ci powiedział, że to strój hiszpańskiego granda?  
   -  Nikt,  tak mi się wydawało, kiedy to kradłem w Tetrze Letnim...  tak czy owak przepadło, musimy 
lecieć - Ted poprawił kapelusz  i  maskę, biegnąc już w stronę rezydencji. Klnąc brzydko pod nosem Stan 
puścił się za nim. Reynolds zbiegł z drogi i kryjąc się ostrożnie za krzakami okrążał ogrodzenie. Wreszcie 
odnalazł  właściwy  punkt i gestem przywołał Adisona. Ostrożnie podpełzli  pod  samą siatkę. Ted 
rozejrzał się wokół, później delikatnie  pchnął wybrany fragment. Drut ustąpił z cichym trzaskiem  
i w ogrodzeniu utworzyła się pokaźna dziura.  
   Ted  przeszedł pierwszy. Za płotem przeczołgał się z dziesięć jardów, po czym wstał, otrzepał się i 
spokojnie podszedł do najbliższej  oświetlającej  ogród latarni. Tam poczekał na Adisona, który dołączył 
po niespełna minucie. Zabawa trwała już na całego, z willi dolatywały pijackie wrzaski zmieszane z 
torturującą uszy rockową  muzyką,  puszczaną  na przesterowanym sprzęcie. Poszli w stronę  basenu, 
udając rozbawionych balowiczów. Po drodze minęli kilka  par  miętoszących się w ciemnościach oraz 
jednego grubasa we  fraku i peruce  a’la Jan Sebastian Bach. Facet tulił w ramionach  wielką  butlę  
burbona.  Na ich widok czknął i wybełkotał:  - "Zorro? W dwóch egzemparzach? Ciotko delirko, znowuś 
przy mnie?"  -Załkał rozpaczliwie, a potem przyssał się zachłannie do burbona, niczym niemowlę do piersi 
matki. Ted przyśpieszył kroku.  
   -  Cholera  -  warknął,  rozeźlony.- Naprawdę sądziłem, że to strój hiszpańskiego szlachcica.  
   -  Trzeba  było w dzieciństwie oglądać więcej telewizji - odparł zgryźliwie Stan.  
   Doszli  do basenu, w którym wesoło pluskało się parę miejscowych  kurewek,  w towarzystwie dwóch 
leciwych dziadków w pasiastych strojach kąpielowych przypominających uniformy pensjonariuszy  Sing  
Singu. Nikt nie zwracał na nich uwagi, a tym bardziej pijany  klaun,  który  obok trampoliny pracowicie 
zwracał, zdaje się,  krewetki. Gdy skończył, wstrząsnął się i zrobił kilka kroków,  wpadając  do  basenu, 
gdzie został radośnie powitany przez dziewczyny. Adison zatrzymał się na moment przy stoliku, na którym  
dostrzegł  porzucony  niedbale zegarek. Na cyplu była w tej chwili 23.28.  
   - Szybciej - syknął ponaglająco. - Już czas!  
   Wpadli  do  hollu,  gdzie w kolorowym świetle pławił się tłum przebierańców,  w  większości  nieźle 
wstawionych. Stan zupełnie stracił orientację i musiał zdać dalszą akcję na Reynoldsa, który  pewnie  pruł  
do przeciwległego krańca sali. Kiedy wynurzyli się  z  tłumu,  dostrzegli rosłego mężczyznę w stroju 
włochatego goryla,  holującego  z lekka pijaną lady Willett. Ubrana była, a jakże,  w  krwistoczerwoną  
suknię balową o hiszpańskim kroju. Z daleka  i  w  przyćmionym świetle naprawdę wyglądała jak Marylin  
Monroe  w  okresie  romansu z JFK i Adison poczuł coś na kształt podniecenia. Ted bez wahania podążył 
za tą parą.  
   Dotarli  do  niczym nie wyróżniających się drzwi, które człowiek  z ochrony otworzył szarmancko przed 
damą. Weszła pierwsza, goryl  zaraz za nią, łypiąc podejrzliwie dookoła. Ted i Stan odczekali chwilę i 
cicho wsunęli się do środka.  
   Goryl stał kilka kroków za drzwiami i jak gdyby nigdy nic palił papierosa. Lady zniknęła w głębi 
korytarza. Reynolds natychmiast  sięgnął  do  kieszeni  i skoczył do strażnika. Biedak nie zdążył  nawet  
wypuścić  z  ust  papierosa, kiedy osunął się pod ścianę z płucami pełnymi niezawodnego gazu firmy 
"Robson i Synowie". Potem chwycił goryla za futro i odciągnął do niszy z fotelami, gdzie ułożył ciało w 
fantazyjnej pozie na wygodnej pufie.  
   -  Kolej  na  ciebie - powiedział do Adisona. - Nie każ damie czekać.  
   Stan  ruszył  w  głąb  korytarza,  chwiejnym chodem symulując nietrzeźwość. Zza załomu korytarza 
wyszła lady Willett, uśmiechnięta  i radosna. Stan też się arcysympatycznie uśmiechnął, zauważając  
przytomnie, iż kobieta na na głowie diadem, przypominający kunsztowną, tkaną jakby przez pająki koronę, 
z wprawionym w środek  dużym  diamentem.  Podszedł  do  lady i przycisnął ją do ściany,  podnosząc 
jednocześnie do góry suknię. Ręką wyczuł jędrne  jeszcze  uda.  Popracował chwilę dłonią - kobieta 

background image

sapnęła z zadowoleniem.  Drugą  rękę  unosił powoli w górę, a lady Willett rozwierała się coraz bardziej, 
mrucząc niskim, gardłowym głosem: "więcej,  więcej..." Adison, nie mając w sumie ochoty na więcej,  
nacisnął guzik rozpylacza. Lady całym ciężarem opadła na niego i mógł się przekonać, że z biustem też 
jeszcze nie jest najgorzej. Zawlókł  ciało do niszy i ułożył ma gorylu. Tworzyli ładną parę, uznał,  grupę 
erotyczną godną wręcz dłuta Fidiasza. Zdjął kobiecie  diadem  i jednym ruchem rozgniótł go o ścianę, 
krusząc del-katną,  srebrną pajęczynę. W ręku został mu tylko sławny diament lady Willett.  
   Ted  syczał  wściekle  od  drzwi,  żeby się pośpieszył. Przez chwilę myślał nad tym, gdzie schować 
kamień. Na stoliku obok foteli dostrzegł zestaw do herbaty. Opróżnił metalową cukiernicę i wrzucił  do 
ś

rodka diament. Cicho opuścili korytarz, niepostrzeżenie wtapiając się w rozbawiony tłum. Ted kątem oka 

zarejestrował dwóch mężczyzn o ponurych twarzach, rozglądających się uważnie. Byli to niewątpliwie 
agenci ochrony, zaniepokojeni przedłużającą się nieobecnością gospodyni.  
   -  Pryskamy! - ryknął Adisonowi do ucha, przekrzykując przesterowane wycie Rolling Stonesów. - Za 
parę sekund ogłoszą alarm.  
   Wymknęli  się  głównym wejściem, kryjąc w cieniu za krzewami. Nagle  opętańczo zaryczały syreny 
alarmowe i teren zaroił się od wystraszonych  gości,  którzy falami wypływali z domostwa. Wszędzie  
ganiali  uzbrojeni  strażnicy,  łapiąc na chybił trafił co bardziej  podejrzanych.  Tedy wychylił się zza 
krzaka i zawołał:  
"Uciekli na plażę, widziałem!"  
   Wszyscy bez zastanowienia ruszyli hurmem we wskazanym kierunku.  Ted  i  Stan  odczekali jeszcze 
chwilę, póki nie wywiało na plażę strażnika pilnującego wrót wejściowych. Po czym najspokojniej  w  
ś

wiecie wyszli i pobiegli do parkingu, przez nikogo nie ścigani.  Tam  zrzucili kostiumy i włożyli je do 

pudła, w którym Ted umieścił bombę benzynową z opóźnionym zapłonem. Wskoczyli do wozu  i  
Reynolds  ruszył  z  kopyta. Cały odcinek do autostrady przebył  osiemdziesiątką,  nie  zapalając świateł - 
Adison w tym czasie  odmawiał głośno litanię za dusze w czyśćcu cierpiące. Na delikatną  uwagę  Teda, że 
przecież jeszcze żyją, odparł: "Innej nie znam".  
   Wpadli  na  autostradę i wreszcie mogli włączyć światła. Parę chwil  później minął ich pędzący na 
sygnale wóz policyjny. Skrę-cił  w stronę rezydencji. Adison obejrzał się za nim i dostrzegł w oddali 
czerwony blask, tak jakby palił się parking.  
   - Z tą bombą to była chyba lekka przesada - mruknął i z zadowoleniem  poklepał  się  po kieszeni. Czuł 
tam obiecującą wypukłość, która w przyszłości miała się zamienić w sute konto w dyskretnym 
szwajcarskim zamku. Zbliżali się do miasta.  
 
                              *  *  *  
 
   -  Pamiętaj  -  Ted stuknął palcem w tors przyjaciela. - Cały czas w porcie oglądaliśmy nocne wyścigi 
jolek.  
   Adison  poślinił  zadrapanie,  jakiego  nabawił  się u nasady kciuka, a potem wsunął dłoń do kieszeni. 
Obły kształt cukiernicy dość  wyraźnie  wypychał kieszeń, ale nie chciał teraz rozstawać się z kamieniem. 
Skinął potakująco głową.  
   -  Jest  minuta  po  pół  do pierwszej, transmisja pewnie się skończyła.  
   Pchnęli  drzwi baru, gdzie przed pół godziną tutejszego czasu zostawili sierżanta Webba. Dwóch gości 
ciągnęło przez próg zalanego  w sztok kelnera. Uśmiechał się tak promiennie, jakby dopisał  komuś  do  
rachunku datę bitwy pod Waterloo. W atramentowym świetle  stroboskopowych migaczy podrygiwało 
niemrawo kilkanaście par.  W  porównaniu z uczestnikami przyjęcia u lady byli trzeźwi jak niemowlęta.  
   - Jak tam Orły Bostonu, wygrały? - pstrykając w stronę barmana Ted pochylił się nad Webbem.  
   Sierżant okręcił się na stołku i popatrzył na nich badawczo.  
   - Długo was nie było.  
   -  Tylko godzinkę - Stan sięgnął po szklankę. - Nocne wyścigi szalup to mocna rzecz. Napije się pan?  
   Butelka w ręku barmana zawisła nad naczyniem Webba.  
   - Godzinę?  
   -  No,  oczywiście  - Adison wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy wtem poczuł, jak mokra, gorąca ścierka 
zsuwa mu się po plecach.  
   Na zegarze wiszącym obok stojącego za barem telewizora dochodziła druga po północy.  
   - Nie - Webb odsunął szklankę. - Na dzisiaj starczy.  
   -  Panie sierżancie! - zawołał ktoś z zaplecza. - Znowu telefon od lady Willett.  

background image

   Obrzucając  ich  na  odchodnym długim, nieco za długim nawet, spojrzeniem, Webb zlazł ze stołka i 
zniknął na zapleczu.  
   - Hej! - Ted skinął na barmana. - Która godzina?  
   -  Pierwsza  pięćdziesiąt  - odparł obojętnie facet, zakręcił shakera  i  zaczął  nim  miotać na wszystkie 
strony. Ted zerknął nerwowo w stronę zaplecza.  
   - Co się stało, do diabła?!  
   -  Pieprona dziura - warknął Adison, wychylając duszkiem cały nalany  przed chwilą gin. - Musiała 
przejść tuż koło rezydencji, może  nawet przez sam dom. Dlatego różnica w upływie czasu zwiększyła się 
przeszło dwukrotnie.  
   - Wcześniej nie mogłeś powiedzieć?  
   -  Co ty myślisz, że mam teleskop Kerka na swoje usługi? Moje dane z założenia były orientacyjne...  
   - Sądzisz - Ted nerwowo przełknął ślinę - że sierżant coś wywąchał?  
   Stan  ponownie przetarł swędzące zadrapanie na ręce. Musiał w czasie przeprawy przez płot nadziać się 
na drut lub coś podobnego. Wyglądało na to, że przebił sobie rękę na wylot i z nadmiaru emocji wcale tego 
nie zauważył.  
   - Niedobrze, ta stara zdzira zaczęła wszystkich nakręcać, całą  policję i cholera wie kogo jeszcze - 
pstryknął w stronę bar-mana. - Dwie... albo trzy herbaty proszę. I jakiś plaster.  
   Zamówienie  było  na  tyle niecodzienne, że zostali obdarzeni kolejnym taksującym spojrzeniem.  
   -  Zaschło  mi w gardle - wyjaśnił Stan i przyciągnął Teda. - Powiemy, że byliśmy na dziewczynkach.  
   O  dziwo,  sierżant  zamiast wyjść z zaplecza wynurzył się od strony drzwi wejściowych i lawirując 
wśród par na parkiecie pod-szedł prosto do nich.  
   - Mówicie, że oglądaliście zawody w porcie?  
   Ted zaśmiał się lekko histerycznie.  
   -  Prawdę  mówiąc  tylko  na początku, potem spotkaliśmy dwie całkiem sobie Szwedki i wybraliśmy się 
na przejażdżkę.  
   Z tęgiej twarzy Webba nie można było nic odczytać.  
   -  Rozumiem  - policjant wolno założył kciuk za pas. - A może wybraliście się w stronę Cypla Hernera?  
   Stan chciał zaprzeczyć, lecz Ted zdołał go uprzedzić.  
   - Właśnie, coś się stało w rezydencji lady Willett? - wskazał na zaplecze. - Słyszeliśmy, jak pana wołano.  
   -  Dwóch bliżej nieznanych osobników wdarło się podczas przy-jęcia  na  teren  posesji,  ukradło  
diament i podobno zgwałciło właścicielkę.  
   Ted zagwizdał, a Stan zrobił głupią minę, pomyślawszy o gory-lu,  którego skojarzyli na kanapie z lady. 
O to chyba akurat nie powinna mieć pretensji.  
   - O której to się zdarzyło?  
   - O 23.30.  
   -  Dzięki Bogu - zaśmiał się Ted nie ukrywając ulgi - byliśmy tutaj i mamy alibi.  
   Sierżant Webb bynajmniej nie odzwzajemnił uśmiechu.  
   -  Tam wszyscy są pijani i trudno coś ustalić - zacisnął dłonie na pasie. - Niektórzy podają tak absurdalne 
godziny, że kradzież  przypuszczalnie miała miejsce później. Nic nie można wykluczyć.  
   Przybrał minę rozmarzonego buldoga, uraczonego po długim poście  kurczakiem na surowo. Stan 
wzdrygnął się, tknięty niedobrym przeczuciem.  
   - Możecie powiedzieć, dlaczego na waszym samochodzie są ślady wapiennego  pyłu? Takiego, jaki 
można spotkać tylko na drodze na cypel?  
   Dobrze,  że  światło  ponownie zaczęło migotać, gdyż z trudem przyszłoby im zachować kamienny 
wyraz twarzy. Ten prowincjonalny glina wyraźnie zgrywał się na porucznika Columbo.  
   -  Dziewczyny  -  wykrztusił w końcu Ted słabym głosem. - Pan rozumie, bara bara, a tam spokój.  
   Niewiele  to  pomogło  -  Webb, może wiedziony jakimś szóstym zmysłem,  miał  już swoją koncepcję. 
Następne pytanie dowodziło, że był również bystrym obserwatorem.  
   - Czy mógłby mi pan pokazać, co jest w tej kieszeni?  
   Osłabły ze strachu Stan uświadomił sobie, że sierżant wskazuje na wypychającą kieszeń cukiernicę. 
Machinalnie odsunął się od kontuaru, kiedy kelner stawiał filiżanki z herbatą.  
   -  To cukier - wydusił, rzucając rozpaczliwe spojrzenie Tedowi. - Specjalny słodzik, jestem diabetyk.  
   Reynolds  rozglądał się gorączkowo, jakby szukał ciegoś ciężkiego,  co pozbawiłoby Webba 
przytomności a ich chociaż chwilowo kłopotów.  
   -  Mógłbym obejrzeć? - sierżant uśmiechnął się samymi ustami. - Tak z ciekawości.  

background image

   Nie  mieli  wyjścia. Stan, obezwładniony miażdżącym poczuciem klęski,  zdrętwiałymi palcami 
wyciągnął cukiernicę i podał sierżantowi.  Webb uśmiechnął się pod nosem, a potem odemknął wieczko. 
Zdziwienie na jego twarzy było dość intensywne.  
   -  Rzeczywiście - mruknął i oddał cukiernicę Stanowi. - Dosyć dziwny.  
   Omal  nie rozbili sobie głów, zaglądając z Tedem do środka. W miejscu  czterdziestotrzykaratowego  
diamentu  na  dnie naczynia przesypywał  się  miałki,  krystaliczny  proszek. Stan, uderzony nagłym  
skojarzeniem, zerknął na plaster na ręce, a potem uniósł cukiernicę  pod  światło.  Zarówno  wieczko, jak i 
dno metalowej puszki  posiadały teraz ledwo widoczną, zapewne idealnie okrągłą dziurkę, na oko sto razy 
mniejszą niż łebek szpilki.  
   - Żeby ją szlag trafił - wyszeptał powoli Ted i wyjął cukiernicę z rąk Stana. Sięgnął po łyżeczkę i 
nabierając krystaliczne-go pyłu wsypał trochę do filiżanki z herbatą. Mocno zamieszał.  
   -  Może pan się napije, sierżancie. Gwarantuję, że czegoś takiego nigdy pan jeszcze nie próbował.  
     
 
 
 
Koniec.