background image

L a s s 

S m a l l 

J A S E Ł K A 

skan: czytelniczka 

przerobienie: AScarlett 

background image

Przepis Lass Smali 

ŚWIĄTECZNE ŁAKOCIE 

Morele suszone bez pestek 

Daktyle suszone bez pestek 

Połówki orzechów laskowych 

Cukier puder 

Lekko porozchylać suszone owoce. Powkładać do środka po­

łówki orzechów. Zacisnąć i otoczyć w cukrze pudrze. 

Skutek: lepkie ręce, leci ślinka, jeść z zamkniętymi oczami, 

przybierać na wadze i mieć to potem na sumieniu. 

background image

Rozdział pierwszy 

Pewnego gorącego sierpniowego dnia, była to środa, Jethro 

Hanna wyruszył ze swojej farmy do Hadley, siedziby hrabstwa 

w słabo zaludnionych stronach środkowo-północnej Indiany, 

a samotnik taki jak Jethro, z natury rzeczy nie śpieszy się do 

miasta. W niewielkiej mieścinie ludzie nie mają co robić, więc 

nieraz próbowali go ożenić. Kobiety mawiały: Powinieneś jesz­

cze raz spróbować. Tu jest dużo miłych dziewcząt. W przyszłym 

tygodniu będzie u mnie na obiedzie (lunchu-kawie-potarlcówce) 

moja kuzynka (siostrzenica-siostra-córka). Koniecznie musisz 

przyjść. 

Brakowało mu wymówek, a nawet on wiedział, że zwykłe 

„nie" zabrzmi niegrzecznie. 

Mężczyźni namawiali go śmiejąc się rubasznie: 

- Ożeń się, na miłość boską! Niech te baby przestaną nam 

truć. Nie możesz być jedynym szczęśliwcem w okolicy. 

Jethro zaparkował swoją półciężarówkę na rynku, na wprost 

krawężnika. Była to jedna z rzeczy typowych dla Hadley. W ten 

sposób ustawiano wozy, przywiązując konie do słupków. Nawet 

po nastaniu ery pojazdów mechanicznych parkowanie wzdłuż 

krawężnika się nie przyjęło. W małych miasteczkach niełatwo 

o zmianę obyczajów. 

Lecz są rzeczy, które się zmieniają: Jethro błogosławił fakt, że 

w miasteczku powstała przychodnia lekarska. Mogło to dać miej­

scowym ciekawskim materiał do plotek na tematy nie związane 

z jego osobą. 

Tak jak to sobie wyobrażał, liczba siedzących na ławkach lub 

stojących na rynku w pobliżu sądu wzrosła mniej więcej trzy­

krotnie; ludzie patrzyli w stronę nowej przychodni. Miała ona 

zajmować pierwsze piętro domu w drugim końcu rynku. Umeb­

lowanie przychodni przywieziono poprzedniego dnia, a teraz sto­

jąca na chodniku pielęgniarka nadzorowała rozładunek sprzętu 

background image

8 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

medycznego. Pielęgniarka miała zamieszkać na piętrze nad przy­
chodnią. Jethro spostrzegł, że miała na sobie spodnie, że była 
młoda i ładnie zbudowana i że jej krótko ostrzyżone czarne wło­
sy były kędzierzawe. Poza tym nie zauważył w niej nic szczegól­
nego. 

Uznał, że gabinet lekarski w miasteczku to dobra rzecz. 

Oprócz dwóch policjantów i ochotników straży pożarnej, którzy 
przeszli intensywne szkolenie, w Hadley potrzebny był ktoś, to 
by udzielił fachowej pomocy w nagłych wypadkach. Jethro za­
stanawiał się, czy doktor będzie przyjmował pacjentów raz czy 
dwa razy w tygodniu. 

Jethro był wysokim mężczyzną o ciemnych włosach i piw­

nych oczach. Fizyczna praca na farmie sprawiła, że był musku­
larny, gibki i poruszał się lekko. Wysiadł z samochodu i przyłą­
czył się do siedzących na ławkach. Następnie przespacerował się 
i wreszcie przystanął witając się z przedstawicielami miejscowej 
śmietanki towarzyskiej lub odpowiadając na pozdrowienia in­
nych. 

Kilka osób zawołało .Jethro", po czym z powrotem zajęło się 

obserwowaniem pielęgniarki. 

Jethro, był świadom faktu, że na rynku w pobliżu sądu prakty­

cznie nie spotyka się kobiet. Przyzwoite kobiety nie kręciły się po 
rynku. Starsze lub te, które, miały małe dzieci przesiadywały na 
ławkach przed sklepami; młode snuły się po chodniku, a jeżeli 
chciały gdzieś posiedzieć, to szły do łodziami. Była to żelazna, 
niepisana reguła. 

Jethro złapał się na tym, że rozważa problem, czy kiedykol­

wiek w Hadley zaczepiono kobietę. Doszedł do wniosku, że nie, 
bo inaczej z pewnością by o tym usłyszał. Zastanawiał się, dla­

czego kobiety, które przesiadują na ławkach w rynku, nazywano 

„łatwymi". I to właśnie wtedy stwierdził, że autorami tych ocen 
moralnych wcale nie są same kobiety, tylko stare żółwie. 

Jethro z niesmakiem popatrzył na starych mężczyzn, którzy 

za pomocą plotek szantażowali całe miasto. Nawet nie drgnęłaby 

background image

JASEŁKA 

mu powieka, gdyby ich wszystkich szlag trafił. Bezużyteczni 
starzy plotkarze. Jak wymrą, to może i obyczaje przestaną być 
takie sztywne. 

- Nic, cholera, nie widzę - zirytował się najstarszy żółw. 
- Bo źle trzymasz - odparł drugi. 

Stary pomału odwrócił lornetkę i spojrzał znowu. 

- No tak, teraz lepiej. - Zachichotał i opisał pielęgniarkę. -

Oczy niebieskie, ciemne włosy. 

- Ładna - rzekł tamten drugi. 
- Może tu zamieszkać - zawyrokował pierwszy. 
Wywołało to atak dychawicznego śmiechu; starcy wymienili 

porozumiewawcze spojrzenia. Ale dopiero kościsty łokieć, jaki 
poczuł pod żebrami, ostatecznie zraził go do tego towarzystwa. 
Nie spojrzawszy nawet w stronę pielęgniarki, z góry nastawił się 
„na nie". Żółwie już ich ze sobą kojarzyły. Kaktus mu na dłoni 
wyrośnie, jeśli do tego dopuści. 

Akurat w tym momencie na rynek zajechał pickup Petera 

Calhouna i z piskiem opon zatrzymał się na środku ulicy. 

Jethro przeczuł, że coś się stało. Z pickupa wyskoczył Pete 

i pobiegł w stronę nowej przychodni. Twarz miał zmienioną, ma­
chał rękami i krzyczał coś do pielęgniarki, która akurat wybiegła 
z gabinetu. 

- ... odebrać dziecko! 
Jethro odwrócił głowę i w samochodzie Pete'a zobaczył Chri-

sty z głową opuszczoną na piersi, z twarzą ściągniętą bólem. 
Podbiegł do niej, wpadając po drodze na pielęgniarkę, która 
również podążała z pomocą. Jethro wyciągnął rękę ponad jej 
głową i otworzył drzwi samochodu. Pielęgniarka krzyknęła, usi­
łując pochwycić osuwającą się Christy. 

Jethro zdążył złapać Christy, ale przy okazji rozciął sobie 

czoło o kant drzwi samochodu, zdołał jednak utrzymać rodzącą, 
dzięki czemu nie upadła na ziemię. Siostra wydała okrzyk świad­
czący o niezadowoleniu - Jethro wiedział, że jest zła na Calhou-
nów za to, że czekali tak długo, zamiast jechać do lekarza. 

background image

10 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Wtedy odezwał się jego brzęczyk. 
Była to jedna z nowości wprowadzonych przez starych. 

Wszyscy w ochotniczej straży pożarnej zostali wyposażeni 
w brzęczyki. I właśnie brzęczyk Jethra zadziałał w najmniej od-
powiedniem momencie. Teraz alarm! Tylko tego brakowało! Od­
sunął wszystkich na bok, wziął Christy na ręce, po czym rozejrzał 
się dokoła. Co należało teraz zrobić? 

- Tedy - usłyszał rzeczowy kobiecy głos. 
Spojrzał zdumiony. Była to pielęgniarka. O co jej chodziło? 

Gdzie miałby zanieść żonę Pete 'a, która wydawała takie rozpacz­
liwe jęki, jeśli nie do samochodu! 

Ale pielęgniarka zatrzymała go i powiedziała stanowczo: 
- Tedy. Niech pan ją tu wniesie. Mamy na górze stół. Proszę 

za mną. 

Wydała mu się zdumiewająco spokojna, jakby nie widziała po­

trzeby pośpiechu. Uważa, że uda jej się ściągnąć na czas doktora? 
Ha! Nawet on wiedział, że żaden lekarz nie zdąży do porodu, jeżeli 
nie ma go na miejscu wśród gapiów. No cóż, musi sam odebrać 
poród. Miał zamęt w głowie - nie wiedział, od czego zacząć. Spoj­
rzał na zmienioną twarz żony Pete'a i powiedział: 

- Oddychaj. 
- Daj mi ją - powiedział Pete. 
- Nie martw się-odparł Jethro. 
Pielęgniarka położyła rękę na jego ramieniu i poleciła mu 

jasno i precyzyjnie: 

- Niech pan ją niesie do gabinetu i położy na stole. Natych­

miast. 

Jethro spojrzał na nią z niechęcią i, kierując się w stronę 

gabinetu, kołyszącą się stopą Christy odsunął z drogi Pete'a. 

Mówiła do niego tak, jak on przemawiał do byka, kiedy przed 

paru laty zerwał mu się z łańcucha i Jethro nie miał pojęcia, jak 

się to zwierzę zachowa. Był to ten sam ton -jednocześnie uspo­
kajający i nie znoszący sprzeciwu. Traktowała go jak byka, który 

się urwał z postronka! 

background image

JASEŁKA 

11 

W gabinecie panował niesamowity bałagan. 
Tym samym tonem pielęgniarka powiedziała: 
- Tu. Proszę ją tu położyć. - I wskazała palcem stół. 
Zupełnie zresztą niepotrzebnie. Był to bowiem jedyny stół 

w tym pomieszczeniu, i nawet dosyć czysty. Jethro położył Chri-
sty na stole. 

Pielęgniarka zmierzyła jej puls i spojrzała w oczy, a następnie 

położyła rękę na wypukłości brzucha. Po czym, odwróciła się 
i powiedziała do tłoczących się gapiów: 

- Proszę wyjść. - Nikt się nie ruszył. - Wyjść! - powtórzyła 

z naciskiem. 

Jethro spokojnie zwrócił się do tłumu: 
- Słyszeliście?! - Ruszył w stronę gapiów i po prostu wy­

pchnął ich swoim ciałem. Zamknął drzwi i powiedział do pie­
lęgniarki: - Muszę zatelefonować. Odezwał się mój brzęczyk. 

- To pan jest ratownikiem? - wykrzyknęła z niedowierza­

niem. 

- Mhm. - Mruknął w odpowiedzi. , 
Wyjaśniła mu: 
- To ja włączyłam alarm. 
- Pani mnie wywołała. Ja jestem od pożarów i wypadków. -

I żeby ją uspokoić dodał: - Ale odbierałem już i porody. - Starał 

się przypomnieć sobie, co robić w tej sytuacji. Spokój, najważ­
niejszy był spokój. 

Pielęgniarka mimo woli otworzyła usta. 
- Czy ma pan tlen? - spytała. - Nie wiem, czy będzie nam 

potrzbny, ale powinien być pod ręką. 

- Czy jest aż tak źle? 
Na myśl o tym, że się go pozbędzie, uśmiechnęła się 

z ulgą. 

- Niech pan wyłączy alarm. Telefon jest tu. 
Jethro zawahał się, patrząc na Christy. Pete trzymał ją za ręce 

i płakał. 

- Oddychaj głęboko. 

background image

12 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Jethro pamiętał, że głębokie oddychanie ułatwia poród. Po­

szedł do telefonu i wracając znowu zajrzał do gabinetu. Miał 
rację - był pilnie potrzebny. 

Podszedł do stołu i zwracając się do pielęgniarki zapytał: 
- Ma pani rękawice? 

Uniosła dłonie, aby zobaczył, że już je włożyła. 

- Chodzi mi o rękawice dla mnie - rzekł z naciskiem. 
Spuściła oczy, uśmiechnęła się blado, po czym spojrzała mu 

prosto w oczy. 

- Niech pan idzie do drugiego pokoju i... dobrze wyszoruje 

ręce. 

Była to czynność zawarta w instrukcji, której się uczył, zasto­

sował się więc do jej polecenia. Ciągle jeszcze szorował ręce, 

kiedy usłyszał krzyk dziecka. Podszedł do drzwi wściekły, z mo­
krymi rękami. Przekrzykując rodziców i cichy płacz dziecka, 

wrzasnął ze złością: 

- Nie czekała pani na mnie! 
Siostra położyła dziecko na brzuchu matki i uśmiechnęła się 

do niego w odpowiedzi. 

Cóż to jest odebrać poród. Mógł to zrobić bez żadnej trudno­

ści. Rzucił pielęgniarce niechętne spojrzenie. Założyła na pępo­
winę dwa plastikowe zaciski i wręczyła Pete'owi nożyczki do 
ciecia gazy. Jethro zaprotestował: 

- Ja to zrobię. 
Głosem nie znoszącym sprzeciwu pielęgniarka wyjaśniła: 
- Ta czynność ma znaczenie symboliczne. 
Z wyciem syreny zajechała karetka pogotowia i zatrzymała 

się przy krawężniku na wprost przychodni. Była to przerobiona 
furgonetka, którą wybrały stare żółwie. Miała więcej błyskają­
cych świateł niż wszystkie karetki na całym kontynencie północ­
noamerykańskim. 

Jethro stał z wyszorowanymi rękami i patrzył na ogólną krzą­

taninę. Pete z żoną i dzieckiem mieli zostać przewiezieni do 
szpitala w Creighton. Czekał tam na nich lekarz. 

background image

JASEŁKA 

13 

A więc już po wszystkim. Jethro poczuł się lekko zawiedzio­

ny. Nie potrafił tego ukryć. 

Pielęgniarka podała mu wielki ręcznik i spytała: 
- Mógłby pan zanieść dziecko do karetki? 
Pot mu wystąpił na czoło i drżały ręce, kiedy brał maleńki 

węzełek w swoje wielkie dłonie i przyciskał do twardej męskiej 
piersi. Nie odrywał wzroku od dziecka. Maleństwo wyglądało 
zupełnie jak ci starcy na ulicy. Nowy żółwik. Delikatny, bezrad­
ny. A ta zadzierająca nosa pielęgniara kazała mu zanieść maleń­
stwo do karetki. Jethro pomyślał: wyobraź sobie, że to jest nowo 
narodzone prosiątko. Ale to nie było prosiątko. Był to nowo 
narodzony chłopczyk. 

Z największą ostrożnością położył maleństwo z tyłu na sie­

dzeniu. Ponieważ kierowcą karetki był John Beal, Jethro wsiadł 
do swojego pickupa i pojechał za nim aż do Creighton. John miał 

jedenaścioro dzieciaków, ale żadnego nie odbierał sam. A Pete 

najwyraźniej po raz pierwszy był świadkiem porodu. Jethro u-
znał, że może im się przydać, gdyby żona Pete'a potrzebowała 

jakiejś pomocy podczas piętnastokilometrowej jazdy z dwoma 

niedoświadczonymi mężczyznami. 

Po powrocie do Hadley Jethro wielkodusznie wpadł do pie­

lęgniarki, żeby ją pochwalić. 

- Pięknie to pani zrobiła. 
Najwyraźniej nikt jej do tej pory nie rozpieszczał komplemen­

tami, bo nie bardzo wiedziała, jak się zachować. Spojrzała na 
niego zaskoczona, po czym speszona wybuchnęła śmiechem, 
żeby pokryć zmieszanie. Jethro uznał, że należałoby ją częściej 
chwalić, żeby się z tym oswoiła. 

A była bestia ładna. Jethro znał się na tym, chociaż nie rozglą­

dał się za nową żoną. Zdumiało go nawet, że z taką łatwością 
wspomina Betsy. Ból rozstania nie był już taki dojmujący, przy­
pominał przykre ukłucie. Dziwne, jeżeli wziąć poci uwagę, jak 
cierpiał, gdy go opuściła. 

background image

14 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Niech pan siada, żebym mogła panu opatrzyć głowę -

rzekła siostra. - Musiał pan się uderzyć o drzwi samochodu. -
Była w tych słowach odrobina ironii: gdyby się nie wtrącał, 
wszystko poszłoby gładko. 

Usiadł, uniósł ręce do głowy i dotknął zranionego miejsca 

- Nie ma o czym mówić. - Ale czoło, jak na złość, zaczęło go 

boleć. 

- Proszę się nie ruszać - zwróciła mu uwagę. 
Pochyliła się niemal dotykając go krągłymi piersiami, więc 

spuścił wzrok, który natrafił na miejsce, gdzie łączyły się jej nogi. 

Zamknął oczy i spytał ponuro: 

- Ile to będzie kosztowało? 
Próbując opanować zniecierpliwienie odburknęła: 
- Nic. To za darmo. 
Zauważył jej czystą, ale zniszczoną koszulę i dżinsy. 
- Nie potrzebuję pomocy społecznej. Mogę zapłacić. - Pod­

niósł się z krzesła. 

- To w ramach świadczeń na rzecz kolegi po fachu. - Ocze­

kiwała, że się roześmieje, ale Jethro skinął przyzwalająco głową, 

usiadł i poddał się jej zabiegom. 

- Proszę to najpierw umyć - polecił. 

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że on ją bierze za niewy­

kwalifikowaną pomoc. Powiedziała: 

- Chciałam pana uspokoić, że jestem dyplomowaną pielęg­

niarką. I że dodatkowo mam praktykę jako siostra operacyjna. 

Grzecznie skinął głową. 
- Ile dzieci pani odebrała? - Było to pytanie skierowane do 

niej jako położnej. 

- Sama? Dzisiaj po raz pierwszy - odparła. 
- Bardzo dobrze pani poszło. 
- Dziękuję. - Opatrzyła ranę i zaczęła bandażować mu gło­

wę. Zastanawiała się, ile dzieci ten człowiek odebrał. W tej słabo 

zaludnionej okolicy i z jego energicznym usposobieniem, ludzie 
pewnie zdają się na niego we wszystkim, czy chcą, czy nie. Jego 

background image

JASEŁKA 

15 

nazwisko było na czele listy wolontariuszy pogotowia. - A pan 
ile noworodków odebrał? 

- Całkiem sporo. 
Zaimponowało jej to. Prawdopodobnie już nawet stracił rachubę. 
- Kiedy się ma do czynienia z żywymi istotami, to zupełnie 

co innego. 

Zdumiała się. Tymczasem Jethro ciągnął dalej: 
- Z tymi z gumy, podczas nauki, człowiek nie czuje, że to 

boli, gdy się wydobywa dziecko. Czy sprawdziła pani oczy ma­
łego? I wyczyściła mu pani nos? 

Potrwało chwilę, zanim zdała sobie sprawę, o czym on mówi. 

Dotyk jej złagodniał, za to głos stał się ostrzejszy. 

- Tak - odpowiedziała. 
- To dobrze. Oczyszczenie oczu to bardzo ważna sprawa. 
Skończyła bandażowanie. Potem zrobiła krok do tyłu i powie­

działa w sposób kończący sprawę: 

- Gotowe. 
Jethro wstał i spojrzał na nią. Przypomniało mu się, że dziewczy­

na powinna nabrać wprawy w wysłuchiwaniu komplementów, 
schylił się więc i udał, że w szybie szafki ogląda swój opatrunek. 

- Ładnie to pani zrobiła. Dziękuję. - Uśmiechnął się. 
- Czoło jest porządnie rozcięte. I nabił pan sobie siniaka. 
Pomyślał o swojej samotności i zadrwił: 
- Lady to nie przeszkodzi. 
- Czy to jej imię? 
- Czyje? 
- Czy Lady to pana żona? 
Nie zezłościły go te indagacje ani nie spojrzał w ziemię, co 

zazwyczaj robił w takiej sytuacji. 

- Nie. Lady to mój pies. Żona odeszła ode mnie już dawno. -

Zupełnie bez powodu ciągnął dalej wobo i poważnie. - Nie 
odpowiadało jej życie na wsi. Czuła się samotna. -Ciągle jeszcze 
nie mógł się z tym pogodzić. 

- Ludzie są różni. 

background image

16 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Powiedziała to, jakby wzruszeniem ramion kwitowała róż­

norodność ludzkich charakterów, różnych usposobień, róż­

nych postaw, tak jakby się już z tym zetknęła i jakby to akcep­

towała. 

Pomyślał o tych „różnych ludziach" w jej życiu. O mężczy­

znach. 

Rozdział drugi 

Po wyjściu z gabinetu lekarskiego Jethro ukradkiem zdjął 

bandaż z głowy. Nie chciał wzbudzad niczyjego zainteresowania 

ani współczucia. Taki ranny mężczyzna bardzo działa na 

wyobraźnię kobiet. 

Pozałatwiał swoje sprawy w mieście, ale zanim wsiadł do 

swojego pickupa, usłyszał kobiecy głos: 

- O, Jethro, co ci się stało w głowę? 

Starając się nie podejmować rozmowy, odparł: 
- A, to drobiazg, już jest dobrze. 

Kolejny okrzyk brzmiał: 

- Ale się zraniłeś! 
Z trudem powstrzymał się od tego, by nie burknąć zdawkowo: 

Czyżby? 

- Już jest dobrze-odparł. 

Potem ktoś spytał: 
- Jak to się stało? 
Żałował, że jednak pozbył się bandaża. Zniecierpliwiony oka­

zywanym mu zainteresowaniem uświadomił sobie, że przecież 

dla mieszkańców tego miasteczka nawet błahe zdarzenia mają 

niemałe znaczenie. Dziękował Bogu, że nie żyje w tym mieście. 

Włożył paczki z zakupami do samochodu i z ulgą opuścił 

Hadley. Jakie to jednak dziwne - pomyślał - że ludzie czują 

potrzebę tłoczenia się w miastach, podczas gdy on tęskni za 

swoją wiejską samotnią i z dała od niej czuje się nieszczęśliwy. 

background image

JASEŁKA 

17 

Byłby zadowolony, gdyby mógł żyć w jeszcze większym odo­
sobnieniu. 

Betsy jednakże uskarżała się na życie „w zupełnej samotno­

ści", tylko z nim. Ta pielęgniarka miała rację. Ludzie są różni. 
Niektóre kobiety zupełnie nie nadają się do życia na wsi. Betsy 

nie znosiła tumanów kurzu, które wiatr unosił nad zaoranymi 
polami. I nie lubiła chodzić koło zwierząt. Narzekała na długie 
godziny pracy i zmęczenie, zamiast nauczyć się dostosowywać 
wysiłek do własnych możliwości. 

Mimo niespodzianek pogody, praca na roli dawała Jethrowi 

wiele satysfakcji. Przypominała hazard - były lata, kiedy się 
wygrywało. Ale wieczne ryzyko nie każdemu odpowiadało. 

Jethro kochał wieś i piękno przyrody. Nie potrafił się zmienić. 

Betsy błagała go, żeby przenieśli się do miasta. Próbował tego, 
ale miasto go przytłaczało. Po prostu nie mógł żyć w mieście -
nawet w takim, jak Hadley. Tam stawał się częścią zupełnie 
innego mechanizmu, którym kierowały stare żółwie. 

Nie chodziło o to, że nie doceniał korzyści płynących z życia 

wśród ludzi. Studiował na Uniwesytecie Purdue i uzyskał dy­
plom. Był w Chicago. Wydało mu się szalone. Owszem, wie­
dział, co ma do zaoferowania miasto, poznał jego uroki; ale wcale 
nie śpieszył się, żeby tam wracać. 

Gdy obchodził trzydzieste piąte urodziny, doszedł do wnio­

sku, że pewnie nigdy nie ożeni się po raz drugi. Żałował wpraw­
dzie, że nie ma dzieci, ale traktował swój wolny stan jako coś 
korzystnego. O ile jednak nie potrzebował kobiety do towarzy­
stwa, do sprzątania czy gotowania, to jednak tęsknił za chwilą 
kiedy jego ciało przestanie pragnąć kobiety. 

Jechał żwirowaną drogą, obejmując spojrzeniem rozległe po­

la, otoczone drzewami zagony soi i kukurydzy. Dojrzałe kolby 
chyliły się ku ziemi. Skończył się okres wzrostu. W nocy często 
słyszał teraz szum skrzydeł odlatujących stąd ptaków. Nadejdzie 
zima i śnieg uwięzi go na wsi. Będzie sam. Wspominał inne 
zimy. 

background image

18 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Złapał się na tym, że się zastanawia, jak może mieć na imię 

poznana dziś pielęgniarka. Podniósł się nieco na siedzeniu samo­
chodu, rozejrzał się badawczo i wjechał na podwórko, zatrzymu­

jąc samochód, do którego podbiegła Lady. Mała, czama psina, 

przypominała szkockiego owczarka. Przywitała go serdecznie, 
z uczuciem. 

Jethro pamiętał, że wkrótce po ślubie Betsy wybiegała z do­

mu, by go powitać. Wołała wtedy „Jethrooo!" z takim zadowole­
niem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że to wcale nie chodzi 
o niego; że chodziło po prostu o to, żeby ktokolwiek był w pobli­
żu. Kazać Betsy mieszkać na wsi, to tak, jak uwięzić ptaka w 
klatce. Na farmie, gdzie tyle było wobej przestrzeni, czuła się jak 
w potrzasku. 

Jethro przykucnął i spytał psa: 
- A ty nie zamierzasz spytać, co z moim czołem? 
Lady usiadła przed nim i uśmiechała się: wywaliła ozór dy­

sząc w ciężkim sierpniowym upale. 

- Mówię ci, jaką ładną dziewczyną jest ta pielęgniarka, która 

zrobiła mi opatrunek. Pomagałem dziś odbierać poród. Kobiety 
sprawiają znacznie więcej kłopotu niż na przykład ty. - Pogłaskał 
bezdzietną przyjaciółkę. 

Lady schowała język i odwróciła łeb nastawiając uszu, by 

złowić jakiś dźwięk, którego Jethro nie słyszał. Wyjaśniwszy tę 
sprawę, znów zwróciła się ku niemu. 

- Zastanawiam się, jak ma na imię. Ta pielęgniarka. I jak 

brzmi jej nazwisko. 

Pies przyglądał mu się uważnie. 
Jethro wstał i wyprostował się słuchając znajomych 

dźwięków dokoła. Rozejrzał się po podwórku. Zmarszczył brwi. 
Za mało się stara. Nie było już rabatek kwiatowych. Zmarniały 
po odejściu Betsy, a nowych nie założył. Tak mu było łatwiej; 
przynajmniej nie przeszkadzały przy koszeniu trawy. Spędził 
godzinę kosząc i strzygąc trawę, potem drugą heblując i malując 
huśtawkę zawieszoną na gałęzi ogromnego klonu. 

background image

JASEŁKA 19 

Spojrzał na podwórko z zadowoleniem, po czym wszedł do 

domu i od nowa zabrał się do roboty: wyszorował do czysta 
kuchnię, wyjął naczynia z maszyny do zmywania, którą kupił dla 
Betsy, odkurzył wszystkie pokoje i zrobił trzy prania w pralce. 

Składając ostatnie sztuki bielizny zastanawiał się, po co właści­
wie tak starannie szykuje dom. Czyżby się spodziewał gości? 

W żadnym razie. 

Doktor Cory Lombard był młodym, energicznym, kompeten­

tnym lekarzem. Przyjechał we wtorek, by rozpocząć praktykę 
w Hadley. Gabinet zastał w idealnym porządku, ucieszyła go też 
lista pacjentów, nie za duża, w sam raz. Mógł każdemu z nich 
poświęcić trochę czasu, żeby się z nim lepiej zapoznać. 

Jednym z pierwszych okazał się Dan Seymore, najstarszy 

obywatel Hadley, jeden z tych, ktorzy ściągnęli tu doktora Lom-
barda i namówili go do otwarcia gabinetu. 

- Warto było tu pana sprowadzić, panie doktorze, choćby 

tylko dla tej pana pielęgniarki. Wpada w oko, bestyjka - rzekł 
Dan. 

- Mówiła mi o was to i owo. 
Stary zawołał z udaną powagą. 
- Ja jej nie dokuczałem. W zeszłym tygodniu nie mogłem się 

przepachać przez tłum, jaki się zebrał wokół żony Pete'a. 

Cory uśmiechnął się. 
- Proszę, uderz w stół, a nożyce się odezwą. Mówiła mi, że 

tu, w Hadley, ludzie są bardzo mili. 

Dan zaśmiał się. 
- Ta dziewczyna ma dużo energii. Już znalazła takich, co jej 

obiecali przywieźć drzewka do zasadzenia na trawniku przed 
sądem. Wszystkie nasze drzewa dostały jakiejś choroby i poginę-
ły chyba ze dwadzieścia lat temu. Jakoś nie zdobyliśmy się, żeby 
zasadzić nowe. 

- Jest rzeczywiście dobra. - Cory uśmiechnął się do starego. 

- Co panu dolega? 

background image

20 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Nic. Wytrzymam jeszcze następne osiemdziesiąt łat. Chcia­

łem tylko powitać pana w naszym mieście. 

Cory wstał i wyciągnął rękę. 
- Dziękuję panu. - Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie; 

lekarz odprowadził starego do holu i wskazał mu wyjście. Potem 
poszedł do drugiej części przychodni i poprosił Meg, żeby przy­
słała mu następnego pacjenta. 

Meg spojrzała na listę zgłoszeń i zajrzała do poczekalni. 
- Pan Jethro Hanna? - Patrzyła, jak wstaje, a kiedy podszedł 

bliżej, spytała: 

- Jak pana głowa? 
Zapomniał już o swojej ranie, więc odpowiedział rzeczowo: 
- Wciąż siedzi na karku. 
- Założę się, że zdjął pan bandaż zaraz po wyjściu stąd! 

A opatrunek był potrzebny. Prawdopodobnie będzie blizna. 

- Wszystko jest w porządku. Nie będę brał udziału w konkur­

sach piękności. 

Prowadząc go do drzwi gabinetu lekarskiego pomyślała, że 

mógłby spróbować. Z tą swoją ciemną cerą mógł brać udział 
w konkursach piękności i wygrać niejeden. 

- Panie doktorze, to jest Jethro Hanna - powiedziała - pier­

wszy na liście ratowników, był tu w zeszłym tygodniu, gdy żona 

Calhouna rodziła dziecko. 

Jethro podał lekarzowi rękę i nie zauważył, że Cory z pielęg­

niarką wymienili krótkie porozumiewawcze spojrzenia. 

Zanim dziewczyna zdążyła wyjść, Jethro powiedział poważ­

nie: 

- Siostra spisała się bardzo dzielnie. 
Musi się nauczyć przyjmować pochwały, a on postara się jej 

w tym pomóc. 

- Meg jest bardzo dobra - odpowiedział lekarz uprzejmie, 

bez poufałości, ale w dalszym ciągu z uśmiechem. 

Meg, pomyślał Jethro. Ma na imię Meg. W „Meg" nie ma 

płynności. Jest to imię zbyt krótkie, zbyt nagłe; jak jej włosy. 

background image

JASEŁKA 

21 

- Czy przyszedł pan pokazać swoje czoło? Wygląda dobrze. 

Nie ma infekcji. 

- Nie. Przyszedłem tylko się przedstawić i zaproponować 

pomoc. Ja sam nigdy nie choruję, ale myślę, że to dobrze, że pan 
do nas przyjechał. Będzie pan miał tu wielu pacjentów. 

- Cieszymy się z góry. 

Cory, w parę minut po wyjściu Jethra, przystanął przy biurku 

Meg i nachylił się nad nią. 

- Złap tę rybkę, dobrze ci radzę. To oryginał. 
- Mam z panem umowę tylko na dwa lata, niech pan mu 

poszuka kogoś innego. Ja jestem wyleczona raz na zawsze. 

- Każdy mężczyzna jest inny, Meg, wiesz przecież. Nie musi 

być taki jak Jack. Wierzę, że Jethro, cóż to za piękne imię, wierzę, 
że Jethro wart jest zachodu. 

- Bzdury. 
Także inni myśleli podobnie, jak doktor Lombard. Zupełnie 

jakby to była zmowa - miasto Hadley zrobiło z nich parę. Mnie­

manie to opierało się na domysłach. Żeby miejscowi plotkarze 
nie wiadomo jak się starali, ta dwójka wywijała im się jak pisko­
rze. Unikali wszelkiej okazji, by ich przyłapano razem. 

Jethro znał miasto i od razu wiedział, co się święci. A i Meg 

potrafiła unikać pułapek, nigdzie się więc nie spotykali. Pozdra­
wiali się tylko z daleka i nie rozmawiali nawet o pogodzie. A w 
Indianie pogoda jest tematem każdej rozmowy. 

W połowie września odbyły się chrzciny małego Dawida 

Calhouna. Meg pochlebiało, że została wybrana na matkę chrze­
stną. Nie zdziwiło jej to specjalnie, w końcu to ona odbierała 
poród, a większość ludzi w tej słabo zaludnionej okolicy miała 

już chrześniaków. Stary Dan Seymore twierdził, że pół hrabstwa 

to jego chrześniacy. 

Calhounowie nie mieli bliskiej rodziny. Stanowili pod tym 

względem wyjątek i dlatego prawie całe miasto przyszło na 
chrzest. Wszyscy już byli w kościele, gdy zjawił się ojciec chrze-

background image

22 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

stny. Był nim Jethro. Tego dnia Meg po raz pierwszy zobaczyła 
go w garniturze, koszuli i krawacie; wyglądał... olśniewająco. 
Oboje rodzice chrzestni zachowywali się bardzo sztywno; zale­
dwie skinęli sobie głowami. 

Jethro powiedział od niechcenia: 
- Wygląda pani jak panna młoda w tej sukni z kwiatami 

przypiętymi do ramienia. - Miał to być jeden z komplementów, 
których przyjmowania chciał ją nauczyć, ale zobaczył, że Meg 

zaciska usta. 

Trzymał się więc z daleka, dopóki pastor nie kazał im podejść 

bliżej do chrzcielnicy. Jethro zobaczył, że trzymającej dziecko Meg 
rozsunął się zamek błyskawiczny na plecach. Patrząc na dziecko 
przez jej ramię, widział niepokojąco dużą część biustu Meg. 

- Potrzymam małego - zaproponował. 
- Nie trzeba - odparła Meg i mocniej objęła dziecko. 
Dla własnego dobra jednak Jethro położył swoją silną rękę na 

plecach Meg, drugą zaś wielką dłoń podsunął pod pupkę dziecka, 
poprawiając jednocześnie suknię Meg. Miał nadzieję, że w ten 

sposób będzie w stanie słuchać księdza, ale jego dłoń przypomi­
nała mu nieustannie, że spoczywa na plecach Meg i że jest jej 
z tym dobrze. 

Chociaż wszyscy bacznie im się przyglądali, to jednak żadne 

z chrzestnych rodziców nie zwracało uwagi na drugie, tak więc 
uczestnicy uroczystości wyszli bardzo zawiedzeni. 

Gdy już nowość, jaką było przybycie lekarza do miasta, spo­

wszedniała, jedyną interesującą rzeczą, którą zajęli się ludzie, 
było zdobycie przez Pete'a Calhouna licencji pilota. 

- To bardzo głupie z jego strony. - Stary Dan Seymore nie 

miał co do tego wątpliwości. Ale cóż, Dan nie zdążył się jeszcze 
na dobre przyzwyczaić nawet do samochodów. 

Potem Pete kupił jednosilnikowy samolot i Jethro pożyczył 

go. Był to jeden z tych maleńkich komarów, które składają się 
z siedzenia, oparcia dla stóp, skrzydeł i silnika. Obsługa tego 

background image

JASEŁKA 23 

urządzenia była bardzo prosta i nie wymagała licencji pilota. 
Każdy mógł sobie kupić taką maszynkę albo zamówić w czę­
ściach i złożyć. Albo skonstruować samemu. Wiele osób uważało 
takie latanie za głupotę, ale lot Jethra śledziło mnóstwo oczu; 
gapie wrzeszczeli i machali do niego z dołu. 

Na placu przed sądem zebrały się żółwie, pogoda bowiem 

była wspaniała, jak to w końcu września; nie mogli się nadziwić, 

że tak poważnego człowieka jak Jethro, grubo po trzydziestce, 

trzymają się takie pomysły. 

Potem Jethro kupił większy samolot i zaproponował ludziom 

loty za darmo. Ku ogólnemu zdumieniu pierwszy w kolejce usta­
wił się Dan Seymore. Dosłownie ustawił się pierwszy - po prostu 
nie czekając ani chwili ominął wszystkich czekających. Nikt 
zresztą nie protestował. 

Po skończonym locie, kiedy Jethro wylądował, siedzieli przez 

chwilę w milczeniu, by Dan mógł się przyzwyczaić, że znów jest 
na ziemi. Z trudem podniósł się z siedzenia, a wszyscy widzowie 
tego spektaklu czekali, co powie. Spojrzał i na tych w kolejce, 
i na znacznie liczniejszą grupę gapiów nim oświadczył: 

- Zamierzam zacząć nowe życie. 
Wszyscy ryknęli śmiechem. 

Meg również stanęła w kolejce. 
Na jej widok Jethro zdał sobie wyraźnie sprawę z tego, że 

będzie siedziała bardzo blisko niego - bardzo blisko. Na innych 
nie zwracał uwagi, chociaż praktycznie siedzieli mu na karku. 
Dzielił z nimi cały urok lotu, a teraz miał dzielić ten urok i tę 
nadzwyczajną bliskość z... Meg. 

Ale dlaczego robiło to na nim takie wrażenie? 
Jeszcze dwóch chętnych, a potem Meg. Jeszcze jeden. Meg. 

Ręce miał spocone. Nie pozwolił jej, ot tak, po prostu wdrapać się 
na siedzenie. Wysiadł, chcąc pomóc jej wsiąść. Była trochę pod­
niecona, widział to wyraźnie, co z kolei jego podekscytowało. 
Dlaczego? Dlaczego miałby być zdenerwowany tym, że Meg jest 

background image

24 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

tak blisko, gdy wznoszą się w niebo samolotem, który on prowa­

dzi i z którego ona może rozglądać się dokoła? 

Siedziała z tyłu. Wystarczyło, by spuścił oczy, a mógł widzieć 

po obu swoich stronach jej kolana. Czuł jej bliskość przez skórę. 

- Torebki na wszelki wypadek są pod siedzeniem - powie­

dział. - Niech pani dobrze celuje. - Roześmiała się, zdyszana, 

prosto w jego ucho. Jeden podskok i już byli w górze. Meg ucze­

piła się rękami jego paska, a Jethra kusiło, żeby się przed nią 

popisać, powstrzymał się jednak. Zachwycona mówiła „och" 

i „ach" i było to po prostu czarujące. Roześmiał się głośno, a Meg 

mu zawtórowała. 

- O, Jethro... - rzekła. I jeszcze raz: - O, Jethro... - powtó­

rzyła. 

Bo tak właśnie działało na nich to latanie, w ten budzący nie 

znane dotąd emocje, magiczny sposób. 

I wtedy odezwał się brzęczyk. 

Rozdział trzeci 

Jethro zawrócił, by wylądować w tym samym miejscu, gdy 

jednak ukazał się pas startowy, stwierdził, że nie ma wokół 

żywego ducha. Zostawili go sam na sam z Meg. Skierował więc 

samolocik w stronę swojego domu. Świadomość, że to ukartowa-

na z góry intryga, podniosła mu ciśnienie; jego oddech stał się 

szybszy. Bliskość Meg odczuwał teraz niesłychanie dojmująco. 

- Musimy jechać do mnie - rzekł schylając głowę. - Nie 

wiem, o co chodzi, ale muszę się zgłosić. Jeżeli trzeba będzie 

gdzieś jechać, a jest to bardzo prawdopodobne, to może pani 

wracać do miasta moim samochodem. Umie pani prowadzić 

samochód? 

- Tak. 
Jej krótka, pełna rezerwy odpowiedź dała mu do zrozumienia, 

że i ona zdaje sobie sprawę, dlaczego umożliwiono im to sam na 
sam. Ubodło go, że ona też jest tym poirytowana. 

background image

JASEŁKA 

25 

Widząc dom, ucieszył się, że podwórze zostało sprzątnięte 

i że wewnątrz jest czysto. To było przyjemne uczucie. Przyjem­
ne? Ciekawe, dlaczego to, że jego dom wyda się tej kobiecie 
ładny, ma być czymś przyjemnym? Czyżby zależało mu na niej? 

Wylądowali w milczeniu i zaciągnęli delikatny samolocik do 

szopy, gdzie Jethro go przywiązał. Meg wysiadła sama, zanim 
zdążył jej pomóc. Rozejrzała się. 

- Zaczekaj chwilę - powiedział Jethro, a następnie pobiegł 

do domu i zadzwonił. U McHenrych był pożar. Stodoła. 

Wybiegł do Meg, rzucił jej kluczyki. 
- Samochód jest tam, w garażu. Pali się stodoła u McHen­

rych. Samochód zabiorę później. Niech pani po prostu zostawi go 
na rynku. Kluczyki proszę położyć na podłodze, pod siedzeniem. 

Pojechał. 
Stała patrząc, jak odjeżdża ciężarówką, a potem poszła do 

garażu. Otworzyła drzwi, żeby wziąć jego elegancki czerwony 
samochód. Pachniał nowością, a miał co najmniej trzy lata. Jet­

hro zrobił na nim zaledwie trzy tysiące kilometrów. Usiadła 
zamyślona, a następnie zamknęła drzwi garażu i odwróciła się, 
żeby popatrzeć na dom. 

Był świeżo pomalowany, altana pod klonem też. Trawa na 

podwórku skoszona. Meg ruszyła żwirowaną ścieżką przed sie­
bie i weszła na ganek. Drzwi nie były zamknięte. Rozejrzała się, 
ogarniając wzrokiem widok z ganku. Weszła do środka. 

Było zwyczajnie. Czysto. Dom jak dom, nie żadne przytulne 

gniazdko. Nic go nie odróżniało od innych średnio zamożnych 
domów. Umeblowanie zostało wybrane z katalogu, bez żadnych 
szczególnych upodobań. Wyraźnie dom nie był specjalnie waż­
ny dla mieszkającej w nim osoby. Miał być wygodny i użytecz­
ny. 

Kiedy Meg wróciła do drzwi, by wyjść, zobaczyła psa. Zawa­

hała się przez chwilę, nie wiedząc, czy ją wypuści. Byłoby głu­
pio, gdyby pies zatrzymał ją tu aż do powrotu Jethra. O Boże! 

background image

26 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Meg lekko uchyliła drzwi; pies patrzył z zainteresowaniem. 

Otwarła szerzej drzwi, gotowa je zatrzasnąć. Pies jednak się nie 
poruszył. Ciągle gotowa do natychmiastowej rejterady, Meg wy­
szła na ganek, ale pies... zaraz, Lady, tak, tak się wabił. 

- Halo, Lady. Złapałaś mnie na wtykaniu nosa w nieswoje 

sprawy, prawda? 

Pies kiwnął przyjaźnie ogonem. 
- Byłam bardzo ciekawa. Bo twój pan to bardzo interesujący 

człowiek. Ale widzę, że to ty jesteś tu panią. Czy mogę wsiąść do 
tego samochodu? Mam zezwolenie na to, żeby go używać, rozu­
miesz? Oddam go. - Meg wymknęła się z ganku i poszła w stronę 
samochodu. Lady wstała, bez żadnych złych zamiarów, i spokoj­
nie poszła za nią. 

Meg wsiadła i szybko zamknęła za sobą drzwi. Lady patrzyła 

tak, jakby była bardzo zdziwiona zachowaniem tej obcej kobiety. 
Meg opuściła szybę i powiedziała: 

- Jako pies łańcuchowy jesteś do niczego. Wiem, że rozu­

miesz każde moje słowo, ale przynajmniej jestem pewna, że 
niczego nikomu nie wypaplesz. 

Lady wstała i z nosem przy ziemi podeszła parę kroków. Po­

tem znów usiadła, z tym swoim szerokim psim uśmiechem na 
pysku i z wywalonym językiem, dysząc tak, jakby usiłowała po­
wstrzymać chichot. 

- Do widzenia. 
A w odpowiedzi pies, ta Lady, szczeknęła cicho. 

Zbiornik wodny na farmie McHenrych dawno nie był czyszczo­

ny, więc wodorosty zatykały węże i przeciążały pompy. Można było 
zwariować. Strażacy walczyli zaciekle o ocalenie pozostałych bu­
dynków, a McHenry pracował z nimi w milczeniu. Całe siano 
z tegorocznego zbioru znajdowało się w płonącej stodole. 

Jethro rozebrał się i brodząc w zbiorniku starał się oczyścić 

filtr w ujęciu wody. Pozostał w sadzawce przez jakiś czas, odcią-

background image

JASEŁKA 

27 

gając wodorosty od filtra; woda była zimna. Wreszcie zastąpił go 
ktoś z McHenrych, zrozumieli, ze to ich zaniedbanie. 

Jethro założył gruby płaszcz i hełm, wciągnął buty i rękawice 

i wziął jeden z węży, by skierować strumień wody na budynek 
obok stodoły, w którym stał traktor. 

Jeden z synów McHenry'ego krzyknął do niego: 
- Lej wodę na mnie! Zbiornik traktora jest pełen paliwa. Jak 

wybuchnie, to i dom pójdzie z dymem. - Dach już płonął, powie­
trze było rozprażone. 

Jethro odkrzyknął: 
- Nie! Ja tam wejdę! Mam ubiór ochronny. Są tam kluczyki? 

- Był jedynym człowiekiem nie mającym rodziny. Przywykł 
dowodzić, przywykł ryzykować w obliczu niebezpieczeństwa 
nie mając przy tym uczucia, że jest bohaterem. 

- Kluczyki wiszą na ścianie po prawej stronie drzwi, na 

wysokości ramienia. 

Jethro podał McHenry'emu wąż i powiedział: 
- Ja to zrobię szybciej. Skieruj wąż na zbiornik. - W ciężkim 

ubraniu ochronnym i w butach wbiegł do środka. Żeby jednak 
wziąć do ręki rozgrzane do czerwoności kluczyki, musiał zdjąć 
rękawicę. Skrzywił się próbując o tym nie myśleć. Wsiadł na 
traktor, uruchomił silnik i z duszą na ramieniu wyjechał spod 
wiaty, spodziewając się, że lada chwila cały świat wyleci w po­
wietrze. Ale nie wyleciał. Jethro nie odważył się usiąść na siedze­
niu; stojąc i prowadząc jedną ręką, wyjechał na zewnątrz rozwa­
lając po drodze płot. Puścił kierownicę, zdjął drugą rękawicę 
i spojrzał na ręce. Klucz poparzył mu palce. 

- Proszę. - Jeden z ochotników podał mu wiadro z wodą. 
- Włóż tu rękę - polecił mu Mark, dowódca strażaków. -

Zrobiłeś cholernie głupią rzecz, Jethro. 

- Zbiornik traktora jest pełen paliwa. 
Mark był wściekły. 

- Ktoś, kto dopuścił do tego, żeby zbiornik wodny zarósł... 

Nie, nie o to mi chodzi. 

background image

28 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Pożar dosłownie szalał. Siano płonęło wysokim kłębiącym się 

płomieniem. Wiatru nie było. Rozgrzani, zmęczeni i brudni 
mężczyźni opanowali w końcu ogień. 

- Pokaż mi rękę - rzekł Mark. - Powinieneś jechać do miasta 

do lekarza, żeby ci to opatrzyli. 

- Wystarczy trochę tłuszczu. 
- Nie, nie wystarczy - Mark był nieugięty. - Pęcherze popę­

kały. Musisz wziąć antybiotyk. 

Któryś z gapiów zgodził się z Markiem. 
- Nie stercz tu. Najgorsze już minęło. Damy sobie radę. Jedź już. 
Pomogli mu zdjąć kombinezon ochronny. Ktoś znalazł jego 

koszulę. Wszyscy byli bardzo troskliwi, a McHenry'owie nie 
wiedzieli, jak mu dziękować. 

Było już późne popołudnie. Jethro włożył koszulę, ale ręką 

praktycznie nie mógł ruszać. Wsiadł do ciężarówki i uruchomił 

silnik; okazało się nagle, że jest bardzo zmęczony. Kusiło go, 

żeby jechać prosto do domu, ale ból ręki się nasilał; udał się więc 
do przychodni. Ze zdumieniem stwierdził, że chce, by w tym 
stanie zobaczyła go Meg. Ubranie miał ciągle jeszcze mokre po 
kąpieli w zbiorniku wodnym. Był brudny i pokaleczony. 

Wracający do domu wojownik? Ranny rycerz? Jakim cudem 

zagorzały zwolennik wolnego stanu wpadł na taki zabawny po­
mysł? Niebezpiecznie jest tak myśleć. Wcale nie pragnie, żeby 
go Meg podziwiała. Po prostu jego ręka wymaga opatrzenia. 
A ona może to zrobić lepiej niż on. Przyjechał do przychodni, bo 
było to konieczne. 

Po przyjeździe zatrąbił dwa razy. Przez chwilę siedział jesz­

cze w samochodzie, zbierając siły, by wysiąść. Był naprawdę 
zmęczony. 

Wszedł na górę i właśnie uniósł rękę, żeby zapukać do drzwi, 

kiedy Meg je otworzyła. Oczy jej się rozszerzyły, kiedy objęła go 
taksującym spojrzeniem. 

- Co się stało? 
- Stodoła i cały tegoroczny zbiór siana poszedł z dymem. 

background image

JASEŁKA 

29 

Cofnęła się wpuszczając go do środka. 

- Ale wyprowadziliśmy traktor. 
- Co z ręką? - Obejrzała ją szybko, ale poza oparzeniem nie 

widziała innych obrażeń. - Coś jeszcze? 

- Nie. - Odetchnął głęboko. 
- Proszę pokazać. 
- Ja myślę, że wystarczy trochę maści i parę pigułek przeciw­

bólowych. 

- Muszę to oczyścić. - Spojrzała na niego z ukosa. - Nie 

będzie to miłe. 

- Jakoś przeżyję. 
Meg zapaliła światło w pokoju zabiegowym. Wzięła go za 

rękę i starannie ją obejrzała. Zabrała go do łazienki i włożyła mu 
dłoń do sterylnej miski, a następnie odkręciła kurek puszczając 
mu strumień wody na rękę. Woda była przyjemnie chłodna. 

Nogą przyciągnęła stołek. 

- Niech pan siada. Zadzwonię do doktora i dowiem się, czy 

powinien obejrzeć pana jeszcze dzisiaj. Chwileczkę. - Zostawiła 

go samego. 

Jethro słyszał jej głos, mówiła o jego oparzeniu. Pochylił 

głowę, uszła z niego cała energia. 

Kiedy wróciła, okazało się, że zasnął. Przez chwilę pozwoliła 

mu spać, woda lała się do miski. 

Pochylona nad nim, sama o tym nie wiedząc, obserwowała 

śpiącego Jethra. Jego rzęsy wydawały się bardzo czarne na tle 
opalonych i zaczerwienionych ze zmęczenia policzków. Ciemne 
włosy były rozczochrane i osmalone na końcach. Ciężka praca 
uczyniła jego postać szeroką w barach. Włosy na rękach były 

czarne, palce krótkie i grube, dłonie duże i silne. Przypomniało 

jej się, jak trzymał małe dziecko Christy. Na samą myśl o tym 

żywiej zabiło jej serce. Odwróciła głowę, ale w tym pomieszcze­
niu nie było nic, co mogłoby przyciągnąć jej uwagę, z powrotem 
więc przeniosła wzrok na Jethra Hannę. 

background image

30 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Po chwili, gdy uznała, że już nieco odpoczął, delikatnie ujęła 

jego rękę, próbując oczyścić ranę. Zmieszał się, oprzytomniał, 

uświadomił sobie, gdzie jest. 

- Musiał pan się ciężko napracować przy tym pożarze. 
- To jest zawsze cholerna robota - szepnął. - Wszystko zale­

ży od tempa pracy. Naprawdę jeteśmy w tym dobrzy. Ostro dzia­
łamy. Nie mamy tak wiele pożarów tu w okolicy. Przede wszy­

stkim staramy się im zapobiegać. Gdyby zbiornik McHenrych 
byl przyzwoicie oczyszczony, to by nie było tak źle. 

Potem zapadło milczenie, którego żadne z nich nie przerywa­

ło. Meg zajęta była jego ręką - najpierw położyła na niej opatru­
nek, a następnie lekko zawinęła ją bandażem. Potem ujęła w dłoń 

jego twarz i przyjrzała jej się z bliska. Serce waliło mu jak mło­

tem, był przekonany, że Meg chce go pocałować. Rozchylił 
wargi... ale ona odwróciła się, by wziąć świeżą miękką ścierecz-

kę, którą namydliła obmywając mu twarz i smarując łagodzącym 
płynem. 

Następnie wręczyła mu plastikową torebkę. 
- Niech pan w domu weźmie prysznic, ale proszę założyć tę 

torebkę na rękę, żeby nie zmoczyć opatrunku. Niech pan na razie 
nie myje twarzy. Proszę wziąć jedną z tych pigułek. Jeżeli obudzi 
się pan w nocy, proszę wziąć drugą, gdyby była potrzebna. Choć 
nie sądzę, żeby się pan obudził, jest pan zanadto zmęczony. 

A rano musi pan jechać do Creighton, do doktora Lombarda, 
żeby obejrzał pana rękę. - Nie spuszczała z niego wzroku. - Czy 

będzie pan mógł dzisiaj prowadzić samochód? 

- Nie ma sprawy. 
- Jadł pan kolację? 
- Pani McHenry karmiła nas przez cały czas. 
- Czy pan pamięta, że jest tu pana samochód? Nie wolałby 

pan jechać nim zamiast ciężarówką? Prowadzi się go znakomicie. 

- Jestem za brudny. Jutro po niego przyjadę. - Poklepał się po 

pustych kieszeniach. - Zostawiłem w domu portfel. Jak jadę na 
akcję, nigdy nic ze sobą nie biorę. Jutro pani zapłacę. 

background image

JASEŁKA 

3 1 

- To rewanż za wypożyczenie samochodu. 

Próbował się z nią targować, ale spodziewała się tego i zajęła 

sztywne stanowisko. 

- Dziękuję - powiedział więc po prostu. 

- Bardzo proszę - odparła. 
Jethro pojechał do domu. Pies powitał go serdecznie, nie 

zdradził jednak tajemnicy Meg. Ale Jethro i tak się wszystkiego 

domyślił. Wychodząc zostawił gałkę drzwi w innej pozycji, do­

myślił się więc, że ktoś był w środku. Czyżby była ciekawa, jak 

wygląda jego mieszkanie? 

Spojrzał na wnętrze domu oczami obcego. I zobaczył te same 

stare sprzęty. 

Sprawdził, czy wszystkie wartościowe rzeczy są na miejscu 

i stwierdził, że nic nie zostało ruszone. Podobnie wypadły inne 

sprawdziany obliczone na ujawnienie wizyty nieznanego intruza. 

A więc była tu Meg, która jedynie weszła i rozejrzała się. Dlaczego? 

Rozdział czwarty 

Jethro wszedł do sypialni, rozebrał się, poszedł do łazienki, 

aby wziąć prysznic. Zorientował się, że patrzy na opatrunek, 

który Meg założyła mu na rękę. Zaznaczyła, że ma być suchy. 

Westchnął z niesmakiem i poszedł po torebkę plastikową. Za­

łożył ją starannie na rękę i zabezpieczył gumkami. Potem operu­

jąc jedną ręką wziął kąpiel. Dwiema rękami byłoby wygodniej 

się umyć. 

Wytarł się niezdarnie, zażył pugułkę i wrócił do sypialni poło­

żonej w tylnej części domu. Nago wlazł do łóżka, przykrył się 

prześcieradłem i lekkim kocem. Leżąc na wznak po raz pierwszy 

w całym swoim życiu poczuł się samotny. 

Zastanawiał się nad tą sprawą przez chwilę, po czym oddalił 

tę myśl, przewrócił się na bok i zasnął. Śniły mu się pożary 

i niebezpieczeństwa. Śniło mu się latanie - nawet bez jego małe-

background image

32 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

go samolociku. Śniło mu się spadanie. Śniło mu się, że Meg 
wyciąga ku niemu ręce. I śniło mu się, że się z nią kocha. 

Obudził się w ciemnościach z piekielnym bólem ręki. Wstał, 

po omacku poszedł do łazienki i połknął jeszcze jedną pigułkę. 
Pomyślał kwaśno o tym, iż Meg była taka pewna, że będzie spał 

jak kamień, a tymczasem on łyka już drugi proszek. Stwierdził, 

że jest piąta trzydzieści i że już ptaki śpiewają. Był prawie świt, 
a on właśnie wziął środek nasenny. 

Miał do wyboru: zrezygnować z pigułki albo iść spać. Poszedł 

do łóżka i zasnął natychmiast. 

Kilka razy dzwonił telefon, prawie go budząc, ale Jethro za ; 

każdym razem myślał: do cholery z tym telefonem i znowu 
zasypiał. 

Obudził się w południe wspaniale wypoczęty. Ręka nie bolała 

go zbytnio, kiedy się przeciągał i przewracał z boku na bok. Był 
zadowolony. i 

Wygłodniały wstał i zrobił sobie śniadanie, odruchowo posłu- i 

gując się chorą ręką, która jednak nie bolała nadmiernie. Zjadł 
z apetytem i śmiał się ze swojego wczorajszego poczucia samo­
tności. On samotny? Bzdura. 

Golił się lewą ręką, gdy telefon znowu zadzwonił. Podniósł 

słuchawkę. 

- Tak? 

Usłyszał głos Meg: 

- Jak samopoczucie? 
- Świetnie. 
- Dzwonił doktor Lombard, pytał, co się z panem dzieje. 

Miał się pan do niego zgłosić. 

- Nie ma potrzeby. Z ręką wszystko jest w porządku. Właśnie 

przed chwilą pomagała mi zrobić śniadanie. Ta druga pigułka to 
musiało być coś ekstra. Dopiero wstałem. 

- Budził się pan w nocy? 
- Tak. 
- To dziwne. Te proszki są bardzo mocne. 

background image

JASEŁKA 

33 

- Przez całą noc śniły mi się pożary i różne kataklizmy. - Nie 

wspomniał, że również kochał się z nią we śnie. Zdawał sobie 

jednak sprawę, że przedłuża rozmowę. - Jeżeli pani nie potrzebu­
je samochodu, to odbiorę go dzisiaj. 

- Jeżeli pan nie potrzebuje go do wieczora, to poproszę ko­

goś, żeby ze mną pojechał i odprowadzę go panu. 

- Hmm. - Co ten jego język wyprawia? Zdumiony słuchał, 

jak mówi powoli i wyraźnie: - A może zróbmy tak, że pani 

przyjedzie, a ja panią odwiozę? Po co komuś zawracać głowę. 

Zawahała się trochę, zanim odpowiedziała: 

- Niech tak będzie. 

Pochwycił nutę ociągania się w jej glosie, ale powiedział: ,Do-

skonale" i nie mówiąc do widzenia odłożył słuchawkę. W świetnym 
nastroju kontynuował golenie. Uśmiechnął się nawet do siebie w ła­
zienkowym lustrze. Ale zaraz potem zmarszczył się i spoważniał, 
z trudem zmuszając prawą rękę, żeby wzięła się do roboty i popra­
wiła pracę lewej. Wyszedł i rozejrzał się po podwórku. Ostatnio 
utrzymywał je w wielkim porządku. Nie ma sprawy. Wrócił do 
domu, rozejrzał się i poprawił to i owo. Tak więc i wewnątrz pano­
wał porządek. Jethro był zaniepokojony; wyciągnął awionetkę, żeby 

przelecieć się nad całą swoją posiadłością - odczuwał satysfakcję 
oglądając ją z góry. Gospodarstwo było naprawdę ładne. Spory 
kawał ziemi, żadnych długów, znaczny zysk i swoboda. Był panem 
siebie. Czuł odrobinę grzesznej dumy. 

Wrócił do domu wcześniej z obawy, że się rozminie z Meg. 

Postanowił zaprosić ją na przejażdżkę samolotem. Będzie miło. 
Liście na drzewach zaczęły już zmieniać kolor, powietrze było 
chłodne. Musi dać jej coś ciepłego do włożenia. Znalazł w stodo­
le kilka kombinezonów roboczych i uprał je. Wyciągnął też jakiś 
żółty sweter, żeby włożyła pod kombinezon. W żółtym będzie jej 

do twarzy przy ciemnych włosach. Kiedy suszarka się wyłączyła, 
wziął najlepszy kombinezon i wraz ze swetrem położył na łóżku. 
Przyjrzał im się z zadowoleniem. 

background image

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Przez jakiś czas kręcił się niespokojnie, po czym wyciągnął 

jakąś pieczeń, włożył do kuchenki mikrofalowej, a następnie 

przełożył do zwykłego pieca i upiekł z kartoflami, marchwią 
i cebulą. Postanowił, że w ostatniej chwili uda zdziwionego, że to 

już pora kolacji i zaprosi ją, żeby została. 

Wyciągnął pieróg z jabłkami od babci i też włożył do piecyka. 

Babcia mieszkała w pobliżu Lafayette i robiła mu po dwanaście 
pierogów z jabłkiem na raz. Jednego zje z Meg. 

Kiedy przyjechała, stał na ganku. Patrząc, jak wysiada z jego 

samochodu, odczuł rozkosz, która go zdumiała. Wstrząsnął się na I 
samą myśl o tym, że Meg mu się podoba, przygryzł dolną wargę [ 
i postanowił, że ją natychmiast odwiezie do miasta. Zszedł po 
stopniach, żeby ją powitać i jej o tym powiedzieć, a zamiast tego 
spytał: 

- Jak brzmi pani imię? - Te słowa poruszyły ich oboje. - Czy 

Meg to zdrobnienie? 

- Moje imię? Megan. 
- Megan. - Powtórzył w zamyśleniu. Po chwili rzekł: - Czy 

nie chciałaby się pani przelecieć? Latałem już przedtem, ale 
byłoby mi bardzo miło, gdyby pani zechciała mi towarzyszyć. 
Jest jeszcze jasno i będzie widać kolory liści. - Zamarł na dźwięk 
własnych słów, znieruchomiał. 

- Dobrze - odpowiedziała sztywno po dłuższej chwili. 
Ku niezadowoleniu Jethra jego usta nie czekały ani chwili. 
- Musi pani włożyć na siebie coś cieplejszego. Mam jakieś 

kombinezony. - W tym samym momencie uświadomił sobie, że 
leżą przygotowane na łóżku. - Zaraz czegoś poszukam. - Z tru­
dem panował nad swoim niesfornym językiem. 

- Czy to Lady? - Meg udawała, że jest zaskoczona widokiem 

psa, ale zwierzę poznało ją i uśmiechnęło się ze zrozumieniem. 

- Taak. Lady, to jest... Megan. 
Ton jego głosu, gdy wymawiał jej imię, przejął Meg dziwnym 

dreszczem. Rzuciła okiem w jego stronę, lecz Jethro uśmiechał 
się do psa w jakiś dziwny właściwy sobie sposób. Miała wznieść 

34 

background image

JASEŁKA 

35 

się nad ziemię, w tej skrzydlatej zabawce - z tym mężczyzną? 
Już sam fakt, że on na czymś takim lata, wystawia mu wątpliwe 
świadectwo. A gdyby i ona z nim poleciała, okazałoby się, że jest 

równie nierozsądna. 

- Nie musimy... 
- Nie musi pani zdejmować swojego ubrania. Moje kombine­

zony są takie duże, że się zmieszczą na to wszystko. - Jego głos 
cichł w miarę, jak Jethro wyobrażał sobie tak bliski kontakt 
swego ubrania z jej ciałem. 

Potrząsnął głową. Wszystko to było jedną wielką pomyłką. 

Klasnął w dłonie i powiedział: 

- Proszę wsiadać, lecimy. 
Potem usłyszał swoje słowa i przeraził się, co ona sobie o nim 

pomyśli... Zamarł wpatrzony w nią szeroko rozwartymi oczami. 
Co ona sobie pomyśli? Pomyśli, że jest nienormalny. Pośpieszył 
więc wyjaśnić: 

- Tym razem pokażę pani, jak się prowadzi samolot, jak się 

posługiwać drążkiem i orczykiem... - Spojrzał na nią i znowu 
umilkł. 

- Ja naprawdę... - odparła skwapliwie. 
- Zrobimy tylko taki krótki wypad. - Poczuł się nagle za­

wstydzony. Może i Meg nie potrafi przyjmować komplementów, 
ale za to on nie umie nawet z nią normalnie rozmawiać. Ode­
tchnął głęboko, odwrócił się do niej plecami i wetknął ręce w kie­
szenie kombinezonu. 

- Meg, naprawdę. To będzie tylko krótki wypadzik. A potem 

odwiozę panią do domu. 

Wiedziała, że nie potrafi mu odmówić. Poleci, choćby na 

chwilę. Może mu zaufać. Jethro potrafi się obchodzić z tą zaba­
wką. Poleci, a potem poprosi go, żeby odwiózł ją do domu. Albo 
pójdzie na piechotę. Albo... 

- A może po prostu polecimy samolotem do miasta? - Po­

chwaliła w duchu sama siebie. Świetnie! 

Jethro jednakże pokręcił głową. 

background image

36 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Niech pani nie zapomina, że już nas w mieście swatają. Jak 

tam wylądujemy, będę musiał panią odprowadzić i wszyscy to 
zobaczą. Najlepiej zróbmy tak, jak proponuję: odwiozę panią j 
zaraz po locie. Dobrze? 

- Już i tak wszyscy wiedzą, że jeździłam pana samochodem, 

i... 

- Wiedzą też dlaczego. Zostawili panią samą, kiedy byliśmy 

w górze, a jak się paliło u McHenrych, to musiałem panią tu 

przywieźć, a pani musiała jakoś wrócić do miasta. Wtedy było to 

jedyne rozwiązanie, ale jeżeli teraz polecimy razem do miasta 

samolotem, to pomyślą, że istotnie coś nas łączy. - Jego ciało 
żywo zareagowało na te słowa. 

- No więc zgoda. Ale tylko króciutki lot. 
- Naturalnie. - Wbiegł na ganek, po dwa stopnie na raz, 

a następnie odwrócił się i ponownie spojrzał na nią. Naprawdę 
świetnie pasowała do jego obejścia. - Niech pani idzie. Mam dla 
pani sweter, który z pewnością będzie wystarczająco duży. -
Uśmiechnął się. 

Popatrzyła na jego piękną sylwetkę, głęboko zaczerpnęła tchu 

i z godnością, wyprostowana, ruszyła w stronę schodków. 
Wkrótce wróci do siebie, do swojego mieszkania nad przychod­
nią, i napije się gorącego kakao; za parę tygodni nie będzie już 
o tym pamiętała, w każdym razie będzie myślała o całej sprawie 
bez emocji. A teraz - musi po prostu przyjąć zaproszenie. 

Obserwował ją: był ciekaw, czy się będzie rozglądać, jakby 

tu była po raz pierwszy. Owszem, rozglądała się. Poczuł się 
zmieszany, jego dom nie zasługiwał na takie oględziny. A mo­
że wtedy to nie Megan była w jego mieszkaniu? Ale jeżeli nie 
ona, to kto? 

- Proszę chwilę zaczekać. 
Pozostała przy drzwiach. 
Jego kroki zabrzmiały głucho w pustym korytarzu, gdy szedł 

do sypialni na tyłach domu; Jethro wiedział, że Meg słyszy, jak 
bez potrzeby otwiera drzwi, wyciąga i wsuwa szuflady. Wziął 

background image

JASEŁKA 

37 

z łóżka przygotowany czysty kombinezon i żółty sweter i wrócił 
z tym do salonu. Wręczył jej odzież z uśmiechem. 

Stała niepewna, trzymając ubranie w rękach. 
Poszedł na drugą stronę korytarza, otworzył szafę i przyniósł 

dwie włóczkowe czapki. 

- Moja matka robi tego mnóstwo dla całej rodziny. A ponie­

waż ja znów jestem sam i nie mam dzieci, to na mnie przypada 
więcej czapek niż na innych. - Zmarszczył się i dodał: - Jak 
mama zrobi dla mnie tylko jedną, to ma zaraz poczucie winy, 
dlatego ja zawsze dostaję więcej. 

Mówiąc o matce i o rodzinie robił wrażenie kogoś całkiem 

innego. Meg odwróciła się i położyła ubranie na kanapie, a nastę­
pnie wciągnęła sweter przez głowę. Loki na chwilę przylgnęły jej 
do głowy, ale zaraz wróciły na swoje miejsce tworząc ciemną 
aureolę wokół twarzy. 

Przyglądał się temu uważnie, a potem rzucił: 
- Wolałbym, żeby pani nosiła dłuższe włosy. 

- Ta długość jest wygodna - odparła z godnością. - Łatwiej 

się myć do operacji. 

Zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. Wyobraził sobie tę 

rutynową czynność mycia w wykonaniu Meg i pomyślał, że wie­
le traci ten, kto tego nie podziwia, ale znów poczuł zawstydzenie 
i odchrząknął. 

Meg wkładała właśnie kombinezon, który okazał się o wiele 

za duży. Jethro podszedł do niej i przykucnął, ona zaś potknęła się 
w fałdach materiału, chcąc się od niego odsunąć. 

- Proszę się nie ruszać - ostrzegł. Postawił jedną jej stopę na 

swoim kolanie i podwinął nogawkę kombinezonu do właściwej 
długości. 

Kiedy się zajmował drugą nogawką, zobaczyła wreszcie jego 

rękę, którą niedawno opatrywała. 

- Jak pana ręka? - spytała. 
Podniósł się lekko, bez wysiłku. 
- Nie ma sprawy - odparł. 

background image

38 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Podwinął jej rękawy, a następnie odsunął się, żeby się je 

przyjrzeć. 

- Wygląda pani jak młodsza siostra w ubraniu starszego brata 

udająca dorosłą kobietę. 

- Mam przeszło trzydzieści lat - odparła rzeczowo. 
- O, to świetnie. Ja mam trzydzieści pięć. 

Patrzył na nią w taki męski sposób, że spytała szybko: 
- Czy uważa pan, żeby nie zamoczyć bandaża? 
- Tak jest, proszę pani. 

Ujrzała w jego oczach pobłażliwą wesołość. Jeszcze raz po­

myślała, że wolałaby mieć o kilka centymetrów wzrostu więcej. 

Podając jej włóczkową czapkę, próbował jej żartobliwie na­

ciągnąć tę czapkę na głowę, ale ona usunęła się i założyła ją sama. 

- Czy ma pani jakieś okulary? To osłania oczy od owadów 

i kurzu. Nie? Mam tu takie okulary ochronne, to wystarczy. Proszę. 

Byli gotowi. Jethro podszedł do drzwi pamiętając, że ma ją 

przepuścić przodem. Widziała, że nie jest przyzwyczajony do 

nadskakiwania kobiecie. Był z natury samotnikiem. 

- Chwileczkę - Jethro poszedł do kuchni i przez chwilę krzą­

tał się przy niej. 

- Wstawiłem kolację do pieca - oznajmił. 

Lady odprowadziła ich aż do samolotu. Na widok kruchej 

zabawki odżyły obawy Meg. Musiał wyczuć jej wahanie, bo 

powiedział: 

- Głupio wygląda, prawda? Ale to bezpieczne urządzenie, 

o ile nie ma zbyt porywistych wiatrów. Polecimy nisko nad zie­

mią i będziemy uważali na sznurki latawców. No, wsiadamy. 

Poczuła zew przygody. 

Rozdział piąty 

Wieczór był spokojny, słoilce zachodziło w całym swym 

wspaniałym przepychu. Jethro wystartował, z Megan przytuloną 

do niego z tyłu, uczepioną paska. Wiatr, który wywołał kołysanie 

background image

JASEŁKA 

39 

się samolotu, był ożywczy jak młode wino. Czuło się zapach 

jesieni, zapach ziemi, która wydała już plony. Panorama zapiera­

ła dech w piersiach. W pozbawionej burt awionetce szybowali 

jakby na miotle czarownicy. Naprawdę były to czary. W milcze­

niu dzielił z Megan tę chwilę. 

Latali aż do ostatnich promieni słońca, a potem zawrócili 

i wylądowali, gdy niebo jeszcze płonęło czerwienią. Nie chciało 
mu się kończyć lotu. Mimo wszystkich zalet samolociku i mimo 
upojnego poczucia wolności, jakie mu Jethro zawdzięczał, na­
strój tej chwili wynikał przede wszystkim z obecności Megan. 

Jak tylko wylądowali, zapadły ciemności. Dobrze, że Jethro 

miał w kieszeni kombinezonu latarkę. W jej blasku ujrzał lśniące 
ślepia czekającej na nich Lady. 

- Prowadź do domu, Lady! - zawołał. 
Pies zawrócił posłusznie, a za nim w ciemnościach jesiennej 

nocy potoczył się samolot. Za chwilę wzejdzie księżyc w pełni. 
To by dopiero była frajda latać po takim niebie. Ale na to jeszcze 
Jethro by się nie poważył. Brakło mu doświadczenia. 

Ciągle jeszcze skulona Megan milczała trzymając się jego 

paska. Spojrzał na nią przez ramię. 

- Zmarzła pani? 
- Nie... nie bardzo. Było cudownie. 
- Tak. 
- Chciałam panu podziękować. 
- Zawsze do usług. 
- Ja bym też chciała nauczyć się latać. 

- Nauczę panią. 
- Zbudowałabym sobie taki samolocik. 
- Pomogę pani. 
- To jest po prostu cudowne. 
- Tak. - Czuła to samo co on. 
Odstawił samolot i w milczeniu wrócili do domu. Marzył 

o tym, żeby mówić o rzeczach zwykłych. Żałował, że nie potrafi 
się wysłowić płynnie i sprawnie; ten dar jednak nie był mu dany. 

background image

40 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Widziałem dziś małego Dawida. Mówi na mnie Jeth. 
- On jest jeszcze za mały, żeby cokolwiek powiedzieć. 
Jethro nieco urażony odparł: 
- Bardzo wyraźnie słyszałem, jak powiedział „Jeth". 
- O, na pewno - rzekła z ironią; zmiękła jednak i dodała: -

Christy przyniosła go do gabinetu, żeby powiedział „dzień dobry". 

- Jeżeli nie umie powiedzieć „Jeth", to tym bardziej nie umie 

powiedzieć „dzień dobry". 

Megan westchnęła, lecz ciemność ukryła jej uśmiech. Co za 

uparciuch. Arogancki. Mężczyzna. 

- Umieram z głodu. Czy pani coś jadła? - rzekł chytrze. 
Znalazła się w niezręcznej sytuacji. Może powiedzieć, że tak, 

i wtedy musi sterczeć na ganku i czekać, aż on zje w kuchni. Albo 
może się przyznać, że jest głodna jak wilk. Było późno, a z domu 
dochodził smakowity zapach pieczeni z cebulą. Skusiło ją to. 

- Nie, ja też jestem głodna. 
- Dobrze. 
Odczekała chwilę, ale Jethro nie zaprosił jej do wspólnego stołu. 
- Tylko się przebiorę... - powiedziała. 
Zdziwił się. 
- Nie zje pani najpierw? Wszystko jest gotowe. 
- Jestem za grubo ubrana. Pan pewnie nic nie ma... 
- Gorąco pani? - objął ją spojrzeniem i ugryzł się w język. 

Co za głupie pytanie. - Pomóc? 

- Tak, bardzo proszę. 
Zdejmowanie kombinezonu wydało się nagle prowokacją se­

ksualną; Meg odwróciła się tyłem. Zsunęła z ramion kombinezon 
i zachwiała się, ale złapał ją w porę za rękę, przykucnął i pomógł 

jej wyjąć nogę z podwiniętej nogawki. 

- Jest pani bardzo mała. - Uśmiechnął się. 
- Nie. 
- Nie twierdzę, że jest pani niezaradna. Przeciwnie, uważam 

panią za osobę energiczną i przebojową. Ale jest pani sporo 
mniejsza ode mnie. 

background image

JASEŁKA 

41 

Wyprostowała się i spojrzała na niego chłodno. 
- Przebojową - powtórzyła nieprzyjaznym tonem. 
- Przebojową. - Ściągnął jej drugą nogawkę kombinezonu. -

Lubi pani dowodzić. Jak odbierałem Dawida... 

- To ja odebrałam Dawida. - Nie miała co do tego najmniej­

szej wątpliwości. 

- Pani mi przeszkodziła. 
Nie przychodziło jej do głowy nic takiego, czym by mu utarła 

nosa, a co by jednocześnie było wystarczająco taktowne, żeby nie 
urazić jego wybujałej męskiej ambicji, nie odezwała się więc wcale. 

- Wyjmę naczynia. A pani może nakryje do stołu? Talerze są 

w tej szafce, a noże i widelce w tamtej szufladzie. 

Zanim się zabrała do nakrywania, automatycznie umyła 

ręce. 

Jethro umył lewą dłoń i czubki palców prawej. Bardzo 

intensywnie reagował na jej obecność. Rzucał w jej stronę 
szybkie ukradkowe spojrzenia, kiedy krzątała się po kuchni. 

Jeszcze przed chwilą miała na sobie jego kombinezon. Ten 
kombinezon był na niej, ocierał się o jej ciało... Lepiej o tym 
nie myśleć. 

Usiedli w milczeniu i z apetytem zabrali się do smacznego 

posiłku. Meg pomyślała, że dziewczynę, która złapie tak dobrze 
gotującego mężczyznę na męża, czeka wspaniały los. Ale to nie 
będzie ona. 

- Bułeczki upiekła moja babcia. 
- Są akurat pyszne. 
- Umie pani piec ciasto? 
- Nie mam o tym zielonego pojęcia - skłamała. 
Milczał. Aha, szuka kogoś, kto by mu gotował... Z pewnością 

tym kimś nie będzie ona. 

- Dobrze, że przygotowałem kolację. Była pani głodna. 
- Bardzo mi smakowało. - Błyskotliwa rozmowa. Ale napra­

wdę jest bardzo miły... gdyby komuś na tym zależało. Ale jej nie. 
To znaczy, że nie będzie z nim więcej latać. Musi to odłożyć aż 

background image

42 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

do czasu, kiedy wyjedzie z Hadley. Nie ma sensu nawiązywać 
bliższej znajomości. 

- Jak rozumiem, nie przyjechała tu pani na stałe - zagadnął. 
-Nie. 
- Ludzie tu są przyzwoici. 
- Owszem. 
- To po co pani ma stąd wyjeżdżać? 

Była zdumiona, że jest taki bezpośredni w sposobie zadawa­

nia pytań. Widocznie uważał, że na świecie nie ma miejsca 
lepszego od Hadley. Hadley? Uśmiechnęła się. 

- Ja jestem dziewczyną z miasta. Córy, to mój dawny przyja­

ciel, pomógł mi parę lat temu w kłopotach. Chcę mu się zrewan­
żować, dlatego wzięłam tę pracę przy organizowaniu przychodni 
tu w Hadley. Jak ją rozkręcimy na dobre, to wyjadę. 

- Nigdzie pani nie znajdzie przyzwoitszych ludzi. 
- Okazali mi wielką życzliwość. - Mówiła w sposób bar­

dzo oględny. Nie wspomniała, jacy byli wścibscy, jacy cieka­

wi wszystkiego, co jej dotyczyło. I jak czasami z trudem tylko 

powstrzymywała się, żeby im nie odpowiedzieć niegrzecznie. 
Czy byli solą ziemi, czy nie, cechowało ich w gruncie rzeczy 
prostactwo. 

- Oczywiście - przyznał wspaniałomyślnie - żółwie uważa­

ją, że tu rządzą. 

- Żółwie? - zapytała ostrożnie. 

Skinął głową. 
- Ci starzy z rynku. Oni tu ustanawiają pewne reguły. Wszę­

dzie panuje przekonanie, że to stare kobiety wszystkim trzęsą, 
i może tak jest gdzie indziej, ale nie w Hadley. Tutaj od tego są 
starzy mężczyźni. A najgroszy z nich to Dan Seymore. 

Roześmiała się. Jethro nazywał ich żółwiami. Doskonałe! Ten 

człowiek nie jest stracony. Ma wyobraźnię. Tak, i uwielbia latać 
tym swoim maleństwem. 

Jej śmiech prawie go zaskoczył. Jethro chłonął jego dźwięk. 

Kiedy to ostatni raz w tym domu rozbrzmiewał śmiech kobiety? 

background image

JASEŁKA 43 

Nawet nie pamiętał, czy Betsy w ogóle kiedykolwiek śmiała się 
głośno. Próbował to sobie przypomnieć. 

- Chyba już pani mówiłem, że byłem kiedyś żonaty. 
Megan nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, więc po prostu 

skinęła głową potwierdzając, że tak, że już mówił. 

- Nie cierpiała tego miejsca. - Rozejrzał się dokoła, nie mógł 

tego zrozumieć nawet teraz. 

Megan też rozejrzała się po domu. 

- Nie potrafiła myśleć perspektywicznie. Każde niepowo­

dzenie urastało do rozmiarów tragedii, każde osiągnięcie to było 
za mało. Czuła się tu na wsi jak w klatce. - Mówiąc o tym, był 
wyraźnie wzburzony. 

- Ludzie są różni - powtórzyła Megan. 
- Czy została pani kiedyś porzucona? 
Nie powinna była się dziwić jego bezpośredniości, od prze­

szło miesiąca zarzucano ją podobnymi pytaniami. Rzuciła w jego 
stronę puste spojrzenie. 

- Czemu pan pyta? 
- Chyba pani rozumie. 
Rozmowa ta budziła przykre wspomnienia i Meg nie miała 

ochoty jej kontynuować. 

- Mam na myśli tylko to, że ludzie bywają różni. Do tego 

wniosku prędzej czy później dochodzi każdy w moim wieku. 

- Taak - powiedział rozbawiony. - W pani wieku... czyli już 

kawał czasu. 

- Owszem, dość długo. - Wstała. - Widzę, że ma pan maszy­

nę do zmywania naczyń. 

- Kupiłem dla Betsy. Zawsze ją ta praca męczyła. 
- A co ona takiego robiła? 
- Gotowała, sprzątała, zajmowała się kurczętami, dopóki się 

ich nie pozbyłem. 

- Wydawało mi się, że słyszałam gdakanie kury. 
- Znów mam parę kur od zeszłego roku. Brakowało mi piania 

koguta rano. 

background image

44 GWIAZDKA MIŁOŚCI  _ _ | 

Tak, Jethro to niewątpliwie ciekawy człowiek. I to, że starych 

mężczyzn z miasteczka nazwał żółwiami, to było coś, czego by 
się nigdy po nim nie spodziewała. Odsunęła jednak tę myśl 
i zręcznie włożyła talerze do maszyny. 

- O rany, ale pani jest szybka. 
Zaczęła się zastanawiać, dlaczego ją uznał za taką szybką, ale 

sprowokowałoby to dalszą rozmowę o jego byłej żonie, a Megan 

nie chciała o niej słuchać. Spytała tylko: 

- Czy to... Betsy meblowała ten dom? 
- Nie, mój wuj. Wszystko to obstalował według katalogu. 

Meble są wygodne, choć może niezbyt ciekawe. Betsy nie cier­
piała tego domu. 

- Będę musiała wracać. - Megan miała już dość Betsy. 
- Tak. Cieszę się, że zgodziła się pani zjeść ze mną kola­

cję. Było bardzo przyjemnie. Dam pani katalog tych samolo­
tów. Niech pani sobie jakiś wybierze, a ja pani pomogę go 
złożyć. 

- To bardzo miło z pana strony, ale widzę, że to nie taka 

prosta sprawa. Myślę, że jeszcze trochę poczekam. W każdym 
razie lot był bardzo przyjemny. Dziękuję. I jest pan wyjątkowo 
dobrym kucharzem... jak na mężczyznę. - Był tak cholernie 
pewny siebie w kwestii przewagi mężczyzn nad kobietami, że 
nie mogła sobie odmówić tej złośliwości. 

- To proszę mi pokazać, jak gotują kobiety. 
Mogła się tego spodziewać. Ugryzła się jednak w język, żeby 

nie pomyślał, że jest zarozumiała, i tylko się uśmiechnęła. 

- Touche.. 
- To jest dotknięcie przeciwnika bronią. Nie o to mi chodziło, 

tylko o to, żeby pani zrewanżowała mi się jakimś daniem. 

Może i nie jest wyrobiony, ale za to jest bystry. 
- Byłby pan przerażony. 
- Niech pani spróbuje. - Spojrzał na jej ciało, ale szybko 

odwrócił wzrok. - Mam magnetowid. Może chciałaby pani obej­
rzeć jakiś film? 

background image

JASEŁKA 

45 

- Nie, dziękuję. Muszę wracać. Przykro mi, że wyciągam 

pana do miasta. Wiem, że teraz, podczas żniw, jest pan w polu 
całe dnie, a wieczory są krótkie. 

Powiedział wesoło, żeby rozwiać jej skrupuły: 
- Nic nie szkodzi. Wieczór jest piękny. 
Chyba nie będzie jej proponował, żeby gdzieś poszli... do 

parku? Jest za stary na takie rzeczy. Przysięgła sobie, że jak już 
wreszcie dostanie się do miasta, to nigdy się stamtąd nie ruszy, 
chyba że własnym samochodem. Tylu jest swatów w Hadley, 
czyżby i jemu spodobał się ten pomysł? Nie, wykluczone. 

- Gdyby była burza śnieżna, to jest tu bardzo dużo miejsca. 

Mogłaby pani zostać. - Sam był zaskoczony tym, co mówi. Ale... 

- Mało prawdopodobne. To dopiero wrzesień. We wrześniu 

nie zdarzają się śnieżne burze. - Spojrzała na niego z wyższością. 

Uśmiechnął się do niej z wdziękiem i mruknął: 
- Psiakość. 
A ją przeszyła w tej chwili najsilniejsza z błyskawic. Niesa­

mowite. 

Jethro, jak gdyby budząc się z transu, powiedział: 

- Dobrze. - Jakby to w ogóle cokolwiek znaczyło. - Ja po­

prowadzę. 

Megan poczuła się speszona. Czy uważa ją za taką namolną, 

że będzie się upierała przy prowadzeniu? 

Wyszedł pierwszy, ale przytrzymał dla niej drzwi. Lady zosta­

ła na ganku żegnając Megan rozbawionym spojrzeniem, Megan 

odwzajemniła się jej ironicznym spojrzeniem. 

Wsiedli do niewielkiego czerwonego samochodu i Jethro ru­

szył w milczeniu drogą zalaną księżycowym blaskiem. W samo­
chodzie panowała dziwna cisza. Żadne z nich się nie odzywało. 
Podjechał pod przychodnię, wysiadł i nawet nie zdążył jej otwo­

rzyć drzwiczek, tak szybko wymknęła się z samochodu. Znikając 
w domu zawołała tylko: 

- Dziękuję bardzo. 
- Bardzo proszę - odparł i stał dalej. 

background image

46 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła klucz w zamku, po 

czym poszła na górę i wyjrzała z półpiętra na dół. Nadal stał na 

chodniku patrząc w górę. Zobaczył ją i podniósł zabandażowaną 

rękę na znak, że ją dostrzega. Złapana na gorącym uczynku 

myślała, że zapadnie się pod ziemię. Po co wyglądała? 

Szykując się do spania, była poirytowana. Nie zdawała sobie 

sprawy, dlaczego jest zła, ale wyraźnie czuła się niespokojna 

i zniecierpliwiona. Najpierw zaczęła szorować zęby, potem ener­

gicznymi ruchami wyszczotkowała włosy, a na koniec wzięła 

prysznic, myjąc się zawzięcie. Czyżby była zła? 

Wytarła się z pewnym roztargnieniem, usiłując zgłębić przy­

czyny swego zachowania. W żadnym razie nie powinna myśleć 

o romansie z tym mężczyzną. A Jethro, to typowy mężczyzna. 

Zresztą zupełnie do siebie nie pasują. Z nim byłaby nieszczęśli­

wa. Tylko patrzeć, jak i on stanie się jednym z tych żółwi z placu 

przed sądem, którzy całej okolicy narzucają swoje rządy. Tak, 

z pewnością. Jethro Hanna zostanie jednym z nich. 

Rozdział szósty 

Minął prawie tydzień, a Jethro nie odezwał się do Megan 

Denerwowało ją, że nie ma okazji spotkać się z nim i potrakto­

wać go z chłodną rezerwą. Ćwiczyła w lustrze lekceważące spoj­

rzenia i za pomocą szczoteczki znęcała się nad swoimi olśniewa­

jąco białymi zębami. Trudno jednak odtrącić kogoś nieobecnego. 

Bez żadnych zapowiedzi, na początku października, nadeszła 

pierwsza jesienna burza. Prognoza pogody mówiła o częścio­

wym zachmurzeniu. Mówiono też o burzy, ale miała ona ominąć 

północną Indianę. Nadeszła, jak każda przykra niespodzianka: 

groźna, gwałtowna, z atakami gradu i ulewnego marznącego de­

szczu. 

Wszyscy mieli tego dosyć. Część nie zebranych plonów uleg­

ła zniszczeniu. Najlepszą kołdrę Susie Fillmore wiatr zerwał 

ze sznura i wszelki ślad po niej zaginął. 

background image

JASEŁKA 

47 

Ludzie chodzili skwaszeni i właśnie wtedy rozległ się alarm. 

Rozbił się samolot Pilotowi nie można było nic zarzucić. Kto mógł 
przypuszczać, że burza będzie aż tak gwałtowna? Ktoś jednak do­
strzegł co się stało i Jethro pojechał na miejsce wypadku. 

Później zgłosił się do przychodni, do Megan, z małym zawi­

niątkiem. Był bardzo zdenerwowany. Wskazał głową, że ma za 
nim iść, i ruszył w stronę jednego z gabinetów lekarskich. Tam 
stanął wyczekująco. 

- Co to takiego? - Zmarszczyła brwi. 

Usta zaczęły mu drgać jak małemu chłopcu. Przełknął i raz 

jeszcze potrząsnął głową, po czym zamrugał oczami i rzekł krótko: 

- To Pete. Nie żyją. Zginęli oboje, i Pete, i Christy. Christy 

powiedziała: "Zajmij się Pete'em", ale on już nie żył. - Jethro 
zrobił bezradny gest, a następnie wskazał ręką na stół: - Dawido­
wi nic się nie stało. Był w poduszkach. Niech go pani zbada. 

Megan spojrzała na stół i zobaczyła, że zawiniątko się rusza. 

Z duszą na ramieniu, ostrożnie zdjęła z małego kołderkę, przera­
żona myślą o tym, co może pod nią zobaczyć. Dawid popatrzył 
na nią uważnie i bardzo szeroko ziewnął. Potem poruszył buzią 

i rozejrzał się dokoła, mrużąc oczy w jaskrawym światłe. Miał 
dwa miesiące. 

- Czy może tu na razie zostać? - spytał Jethro. 
- Oczywiście. 
- Zorganizuję coś i potem po niego przyjadę. 
- Może tu zostać. Niech się pan o niego nie martwi. 
- Taak. Byłoby bardzo dobrze, gdyby się nim pani zajęła, 

dopóki nie znajdę kogoś do opieki. 

- Nie ma sprawy, Jethro. Mały może tu być. Będę na niego 

uważała. Niech pan teraz nie zawraca nikomu głowy. Wszystko to 
można jakoś załatwić. Nie ma pośpiechu. - Widziała, jak ciężko 

Jethro to przeżywał. Zauważyła, że głos jej zmiękł, gdy mówiła: 

- Jest mi bardzo przykro z powodu Pete'a i Christy... 
- O, Boże, Megan... 
- Wiem, że pan ich bardzo lubił. 

background image

48 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Obiecałem im, że się zajmę Dawidem. - Jego głęboki zwy­

kle głos brzmiał teraz dziwnie piskliwie. - Ale nigdy nie przypu­

szczałem, że będzie taka potrzeba. 

- Niech pan się tym teraz nie martwi. - Starała się złagodzić 

przynajmniej tę jedną troskę. - Nie ma pośpiechu. Dawidowi 
będzie tu dobrze. Umiem się obchodzić z niemowlętami, jakoś 
się to wszystko zorganizuje, niech tylko minie pierwszy szok 
Czy mogę jeszcze w czymś panu pomóc? 

Miała na myśli sprawy związane z Pete'em i Christy. Jethro 

jednak wziął to dosłownie. Podszedł do niej chwiejnym krokiem, 

objął ją i drżąc ze smutku niezdarnie przytulił się do niej. 

Megan ogarnęło nieoczekiwane uczucie wzajemności. Jej 

ramiona same się ku niemu wyciągnęły. Obejmowała go gła­
szcząc po plecach i szepcząc słowa pociechy. Jej łzy, zawie­
szone na rzęsach, pociekły na policzki. Śmierć tamtych dwoj­
ga była straszną tragedią, ale Meg przede wszystkim współ­
czuła Jethrowi. 

Głos mu drżał, gdy zwrócił się do niej: 
- Bawiliśmy się razem w sadzawce na wsi jeszcze jako dzieci 

- rzekł drżącym głosem. - Znaliśmy się od urodzenia. 

- Tak - szepnęła. 
- Christy bardzo kochała Pete'a. 
- Tak. 
- Myślałem, że Betsy będzie taka jak Christy. 
Megan zrozumiała wtedy, że Jethro zawsze zazdrościł Pete'o-

wi. A teraz, gdy Pete i Christy nie żyli, odczuwał wyrzuty sumie­

nia z powodu tej zazdrości. Przekonała się, jak bardzo Jethro jest 
wrażliwy, i delikatnie głaskała go po plecach. 

- Mam okropny katar. 
- Proszę. 
Sięgnęła po pudełko z chusteczkami jednorazowymi, dała mu 

kilka i razem patrzyli na Dawida, który oglądał swoje małe łapki, 
nie mogąc jednej oderwać od drugiej. 

Jethro wytarł nos. 

background image

JASEŁKA 

49 

- Ja naprawdę nigdy nie płaczę - mówił przez zaciśnięte 

zęby. Po chwili przyznał się: - No, może raz mi się zdarzyło, 
kiedy umarł wujek. I kiedy Red wpadł pod samochód - dodał. -
I kiedy... wygląda na to, że jestem mazgaj. 

- Wcale nie. 
- Czy to ci przeszkadza? 
Teraz ona wyjęła chusteczkę. 
- Nie. 
- Prawie ich nie znałaś. Czy płaczesz ze względu na Dawida? 

Ja się nim zajmę. Chcę, żebyś to wiedziała. 

- Jestem jego matką chrzestną. 
- Tak, ale ja jestem jego ojcem chrzestnym, a on jest chłopcem. 
- Jakoś to sobie ułożymy. 
- Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Wyglądali jak kukły 

w pozorowanym wypadku. Wiesz, takim do celów ćwiczebnych. 
To nieprawdopodobne. 

- Wiem. 
- Nie potrafiłem nic powiedzieć Christy. Powiedziałem tyl­

ko: „Nie martw się". - Bezradnie machnął ręką. - Że też musia­
łem tam być. 

- Nic lepszego nie można było powiedzieć. 
- Nigdy bym nie uwierzył, że będę się musiał w ten sposób 

zajmować ludźmi tak bliskimi. To było okropne. Nic się nie dało 
zrobić. Próbowałem. - Głos mu drżał. Odwrócił się, odetchnął 
głęboko i zaczął chodzić w kółko. Po chwili znów się do niej 
zbliżył. - Cieszę się, że tu jesteś. 

- Tak. 
- Nie było do kogo ust otworzyć. 
Z holu na dole jakiś starczy głos zawołał głośno: 
- Jethro! 
Jethro wyjaśnił spokojnie: 
- To Dan Seymore. 
Zwróciła się ku drzwiom, a potem spojrzała na niego. 
- Powiem mu. 

background image

50 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Jethro skinął głową, miał napiętą twarz i wielki smutek 

w oczach. Pochylił się nad dzieckiem i rzekł łagodnie: 

- Jestem przy tobie. Nic się nie bój. Zajmę się tobą. 

Całe miasteczko było pogrążone w żałobie, zwłaszcza że Pe-

te'owie nie mieli żadnych krewnych. Ogromnie przykro, gdy 

giną młodzi ludzie, ale jeszcze gorzej, gdy nie ma rodziny, która 
by się wszystkim zajęła. A do tego jeszcze Dawid. 

Wieczorem, następnego dnia po pogrzebie, Jethro stanął pod 

drzwiami Megan i zadzwonił. 

Dzwonek obudził małego. Na dworze było ciemno. Megan 

wyjrzała z połpiętra i widziała, jak Jethro cofnął się, żeby mogła 
zobaczyć, kto przyszedł. 

Zeszła na dół i otworzyła drzwi. 
- O co chodzi? 
- Jak się czuje Dawid? Zdrowy? 
- Tak. Córy przyjechał zaraz pierwszego dnia i go zbadał, 

i wczoraj po pogrzebie też go obejrzał. Jest całkowicie zdrów. 
Nic mu się nie stało. Żadnych problemów. Je jak mały prosia­
czek, a śpi jak... kamień. - O mało nie powiedziała, jak zabity", 
ale w porę ugryzła się w język. 

- Słyszę, że popłakuje. Czy mogę go zobaczyć? 
- Bardzo proszę. 
Jethro ruszył po schodach przed nią; szedł z widocznym zmę­

czeniem. Był brudny po całodziennym sprzęcie kukurydzy. 

- Jadłeś coś? - spytała. 
- Nie. Wstąpię do jakiegoś baru. 
Był to stary miejscowy dowcip. Miasto było znane z tego, że 

jest prawdopodobnie jedyną miejscowością na całej półkuli pół­

nocnej, w której nie ma baru McDonalda. 

- Mogę ci zrobić kanapkę - zaproponowała, zastanawiając 

się, czy ma dosyć chleba. 

- Dobrze. - Jethro podszedł do łóżeczka ustawionego w po­

koju Megan. - Nic ci nie jest? - pochylił się nad dzieckiem. 

background image

JASEŁKA 

51 

Stojąc w drzwiach Megan dostrzegła, że Dawid przestał pła­

kać i spojrzał na Jethra, który spytał z czułością: 

- Płaczesz za mamą, co? 
Dawid słuchał i nieustannie machał rączkami. 
- Wiem, że chcesz, żeby cię wziąć na ręce, ale ja jestem 

okropnie brudny. Poczekaj tylko, aż się umyję, to cię zaraz wez­
mę. Wiem, że tęsknisz za mamą i tatą. Ale teraz ja jestem przy 
tobie. Nie musisz się o nic martwić. 

Jethro poszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Megan 

z kuchni słyszała szum prysznica. Ogarnęło ją dziwne uczu­
cie: uzmysłowiła sobie, że Jethro bierze prysznic! Stoi tam, 
w jej łazience, nagi. Patrząc w przestrzeń mogła myśleć tylko 

o tym. 

Wyszedł w czystej białej koszulce z krótkimi rękawami 

i w dżinsach, włosy miał jeszcze mokre. Koło drzwi na podłodze 

położył tobołek - były to jego brudne rzeczy. Potem wyszedł, po 
chwili wrócił z dzieckiem w ramionach i usiadł przy stole. 

Megan powiedziała karcąco: 
- Brałeś prysznic? 
Nie zwracając na nią uwagi Jethro zabawiał dziecko: a to 

wydawał najróżniejsze odgłosy, a to łaskotał małego w policzek 
swoim olbrzymim palcem. 

- Tak - odparł z całą swobodą. - Wiedziałem, że Dawid 

będzie w łóżeczku, pewnie czyściutki, wykąpany, więc... 

Prychnęła z ironią: 
-  P e w n i e czyściutki... 
- ... więc musiałem wziąć prysznic, bo się bałem, że mi 

zrobisz piekło, gdybym go dotknął spocony i brudny. 

- Pewnie, że bym zrobiła - przyznała nadąsana. 
- Bardzo dobrze się nim opiekujesz. 

- Dawid jest zdrowym dzieckiem. 

Postawiła przed nim talerz pełen kanapek i szklankę mleka 

i patrzyła z podziwem, jak to wszystko znika. A potem jeszcze ze 

zdumieniem stwierdziła, że znikły również ciasteczka i dolewka 

background image

52 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

mleka. Nie widziała nic podobnego od czasu, kiedy jej młodszy 
brat miał osiemnaście lat. 

Jethro najadł się, oparł wygodnie i westchnął. Przez chwilę 

w milczeniu przyglądał się Megan. 

Nie wiedziała, czy chce z nią rozmawiać, czy mu wystarczy 

samo jej towarzystwo. Na wszelki wypadek nie odzywała się, 
postanowiła jemu zostawić inicjatywę. Dawid spał spokojnie. 
Jethro wziął go troskliwie na ręce, potrzymał chwilę i zaniósł 
z powrotem do łóżeczka. Rozejrzał się po pokoju Megan. Zwró­
cił uwagę na jego kolorystykę: nasturcje na orzechowej komo­
dzie z marmurową płytą, kołdra żółto-pomarańczowa w brunatne 
cętki. Jak tu ślicznie - pomyślał. 

Podszedł do drzwi i Megan cofnęła się, żeby go przepuścić do 

living roomu. I tu było bardzo kolorowo. Poduszki na kanapie, 
miła, ciepła atmosfera. 

Spojrzał na Megan. Cały czas miała się na baczności. Uśmiech­

nął się do niej, lecz czul się jak bezpański pies, którego ktoś wyrzucił 
z domu. Jej twarz nie zmieniła wyrazu. Ktoś nadużył jej zaufania. 

- Jestem zmordowany - powiedział. - Będę już uciekał. Jak­

byś czegoś potrzebo wała, to zadzwoń. Mam automatyczną sekre­
tarkę. A jakby było coś nagłego, to jest brzęczyk. - Poklepał 
aparat. - Dobranoc, Megan. 

- Dobranoc - odpowiedziała i ze szczytu schodów patrzyła, 

jak schodzi na dół i otwiera drzwi frontowe. Sprawdził zamek, 

a potem, stojąc w świetle latarni na dworze, spoglądał w jej stro­
nę jeszcze przez chwilę. 

- Dziękuję. Musiałem być dzisiaj z tobą - rzekł i ruszył przed 

siebie. 

Co za dziwny człowiek. Drażnił ją od momentu, kiedy zoba­

czyła go po raz pierwszy - wtedy, kiedy pilnowała przeprowadz­
ki. Patrzyła, jak odjeżdża ciężarówką w ten powolny sposób, 
charakterystyczny dla niektórych mężczyzn. A potem poród 
Christy... Tak, Christy. Megan stała wciąż w oknie. Smutne. 

background image

JASEŁKA 

53 

Weszła do kuchni, żeby posprzątać, i zauważyła, że zostały już 

tylko okruchy ciastek i chleba. Poszła do łazienki wziąć prysznic 

i kiedy stała pod ciepłym strumieniem wody, uświadomiła sobie 

nagle, że dokładnie tu, w tym samym miejscu, niedawno był on: 

zupełnie nagi. Tak. Jej oddech stał się urywany, a na twarz wystąpił 

rumieniec. Nie przypuszczała, że jest tak źle wychowany. Po prostu 

i zwyczajnie wszedł do jej mieszkania - mieszkania obcej osoby -

i jakby nigdy nic wziął sobie prysznic. Nie ma zielonego pojęcia 

o tym, co można, a czego nie można. Jakie to niegrzeczne, pomyśla­

ła, a jej ręce przerwały namydlanie ciała. 

Megan powróciła do rzeczywistości. Szybko skończyła my­

cie, wytarła się do sucha ręcznikiem i włożyła swoją zwykłą za 

dużą koszulkę i stare bawełniane majteczki. Zwichrzyła włosy 

w zaparowanym lustrze; były wilgotne i mogły udawać, że są 

długie i niesforne. Miał czelność powiedzieć, że Meg to dla niej 

za krótkie imię i że włosy też ma za krótkie. Kto go o to pytał? 

Zgasiła światło i poszła do sypialni. Dawid spał słodko, jak 

przystało na takiego malca. Spokojnie. Bezpiecznie. Przy niej. 

Rozdział siódmy 

W małym Dawidku Megan znajdowała rekompensatę za 

wszystkie swoje frustracje. Nie chciała już żadnego mężczyzny, 

ale fakt, że szansa posiadania własnego dziecka w osobie Dawida 

tak bardzo ją cieszy, trochę ją przerażał. Opieka nad dzieckiem 

sprawiała jej taką przyjemność, że aż miała wyrzuty sumienia. 

W każdym razie wystąpiła z wnioskiem o adopcję, w trybie jak 

najszybszym. 

Spodziewała się pewnych przeszkód ze strony władz, ale 

dowiedziała się, że jest bardzo dużo samotnych osób przysposa­

biających dzieci. Nie należało to do rzadkości. Nawet Dan Sey-

more zgłosił się jako świadek na okoliczność kwalifikacji moral­

nych Megan, zanim jeszcze wystąpiła z wnioskiem. Phyllis Low-

man z wydziału rodzinnego w sądzie powiedziała: 

background image

54 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- O, Dan Seymore udzielił już pani swojej rekomendacji. -

Phyllis uśmiechnęła się. - I wiele innych osób też. Ale Dan byl 
pierwszy. 

Megan zrobiła coś, na co nie ważyła się przed nią żadna inna 

kobieta: wyszła śmiało na plac przed budynkiem sądu, gdzie 
wśród innych starych żółwi siedział w jesiennej mgiełce Dan 
Seymore, i powiedziała: 

- Bardzo się cieszę, że pan poparł mój wniosek o przysposo­

bienie Dawida. 

Poplecznicy Dana nie zerwali się na równe nogi, ponieważ juź 

dawno postanowili, że żadnej kobiecie, która bez eskorty odważy 
się wejść na plac przed sądem, ten zaszczyt nie będzie przysługi­

wał. Dan wstał, mocno ujął Megan pod rękę i poprowadził ją na 

drugą stronę ulicy. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. Być matką chrzestną to 

zobowiązujące. Ale pani będzie dobrą matką. - Jego starczą, 

pomarszczoną twarz rozjaśnił uśmiech. 

- Przed ukończeniem studiów zrobiłam specjalizację z pe­

diatrii. Mam przygotowanie. 

- Wiem, wiem - zapewnił ją Dan. 
Megan pomyślała, że pewnie zna wszystkie jej skazy, pie-

przyki i kurzajki. Miał czas, żeby zaspokajać swoją ciekawość. 

Ze swojej strony ulicy Megan patrzyła, jak stary wlokąc nogi 

wraca do swojej ławki i jak samochody się zatrzymują, żeby go 
przepuścić. Wszystko pięknie, dopóki są wokół sami swoi, Dan 
nie miał wątpliwości, że ruch się zatrzyma. A co by było, gdyby 
się trafił obcy kierowca? 

Obcy? Megan ze zdziwieniem stwierdziła, że już uważa sie­

bie za tutejszą. A to przecież dopiero październik. W Hadley była 
zaledwie od sierpnia, a już się uważała za tutejszą. Śmieszne. 

Tego wieczora Jethro znowu przyjechał zobaczyć Dawida. 

I niech go licho, znów przywiózł czyste rzeczy i wziął prysznic, 
zupełnie jakby był domownikiem. Wymyty, w dżinsach i koszul­
ce z krótkimi rękawami, wziął z łóżeczka śpiącego Dawida, 

background image

JASEŁKA 

55 

przyniósł go do kuchni i usiadł przy stole. Tuląc dziecko do piersi 
spoglądał na Megan. 

- Co masz dla mnie dzisiaj? - Uśmiechnął się. 
Całe szczęście, że zdążyła odnowić swoje zapasy chleba i cia­

steczek. 

Wychodząc spytał: 
- Jutro jest środa, masz wolne? Może byś wzięła małego 

i przyjechała. Zrobilibyśmy sobie piknik nad sadzawką? Weź 
kostium kąpielowy, jeżeli chcesz popływać, a bez kostiumu się 
wstydzisz. Dawid może być na golasa. Po takich upałach woda 

jest ciągle jeszcze ciepła na płyciznach. Wracam z pola około 

wpół do pierwszej. Przygotuję herbatę, ser, kiełbaski i bułeczki. 
A ty przywieź to, na co masz jeszcze ochotę. Dobrze? 

Zgodziła się zupełnie bez sensu. 
Nazajutrz Megan położyła Dawida na stole kuchennym 

i przygotowała masę pysznego jedzenia. Mężczyzna pracujący 
tak ciężko jak Jethro nie może żyć samymi hot dogami i bułecz­
kami. Co to, to nie. 

Bez pośpiechu załadowała wszystko do samochodu i pojecha­

ła przez bajecznie kolorowy jesienny krajobraz. Którego zresztą 
prawie nie dostrzegała. Była z lekka podniecona. Ale właściwie 
dlaczego? Wytłumaczyła sobie, że to pierwsza wycieczka Dawi­

da wprawiła ją w takie podniecenie. 

Jethro umówił się z nią o wpół do pierwszej, ale przyjechała 

trochę wcześniej. Sadzawki na farmach mają zastosowanie prze­
ciwpożarowe, znajdują się więc zwykle nie opodal domu. Był to 
naturalny staw obrośnięty najrozmaitszymi drzewami i krzewa­
mi. Megan podziwiała bogactwo jesiennych kolorów, ich zesta­
wienia i kontrasty. 

Przybiegła Lady i uśmiechnęła się do Megan; tym razem jed­

nak podeszła blisko, uniosła głowę i kładąc uszy po sobie, z przy­
mkniętymi oczyma, czekała, żeby ją pogłaskać. Megan, która 
bardzo przestrzegała higieny ze względu na dziecko, podzięko-

background image

56 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

wała psu za uprzejmość, ale nie skorzystała z propozycji. Lady 
skwitowała to śmiechem. 

Megan kazała jej pilnować dziecka, które obserwowało liście 

nad głową, sama zaś zajęła się wypakowywaniem z samochodu 
uczty na sześć osób. Rozłożyła obrus, rozrzuciła wypełnione 
prawdziwym pierzem haftowane poduszki i ustawiła własnej ro­
boty niebieski wazon, wykonany na kursie robót ręcznych, który 

napełniła mnóstwem chryzantem. 

Było samo południe. Wszystko gotowe. Zostało jeszcze pół 

godziny. 

Wsłuchiwała się w ciszę i patrzyła na drzewa. Wypełniał ją 

spokój, którego nigdy dawniej nie zaznała. Był to prawdziwy 
dzień babiego lata. Niesamowicie barwny. Istny cud. Kiedy od­
wróciła się w stronę sadzawki, zobaczyła wychodzącego z niej 
nagiego mężczyznę. 

Był to Jethro. Stał przez chwilę, a potem zaczął iść przez 

płytką wodę, która sięgała mu tylko do pół łydki. Zatrzymał się 
patrząc na wodę z takim samym zachwytem jak Megan. Ocieka­

jący wodą, na wpół odwrócony, wyglądał wspaniale. 

Megan nie mogła oderwać od niego oczu; stała w osłupieniu, 

z otwartymi ustami, ledwie oddychając. Był piękny. 

Odwrócił się z wolna i spojrzał na nią. Oczy Jethra zabłysły ze 

zdumienia. Dziewczyna gapiła się z zapartym tchem; przypomi­
nało to kontakt fizyczny. Jethro uśmiechnął się lekko i rzekł: 

- O, wcześnie przyjechałaś. - A potem błyskawicznie, ze 

zręcznością, której Megan się po nim nie spodziewała, pochwycił 

wiszący na krzaku ręcznik i przepasał się nim. 

Megan w dalszym ciągu zachowywała się jak dziecko do­

tknięte w samo południe lunatycznym snem, gdy tymczasem 
Jethro jakby nigdy nic przyszedł na przygotowaną przez nią 

ucztę. Przykucnął i, ryzykując, że ręcznik opadnie, wyciągnął 
rękę, żeby dotknąć policzka obserwującego ich w milczeniu Da­
wida, po czym uniósł się bez wysiłku i pochylił, żeby złożyć 

background image

JASEŁKA 

57 

delikatny pocałunek na rozchylonych ustach zahipnotyzowanej 
Megan. 

- Nigdy nie widziałaś nagiego mężczyzny? 
- Ja... - Parę kropel wody skapnęło z jego włosów i 

otrzeźwiło ją. - Nie spodziewałam się ciebie tak szybko. 

Roześmiał się gardłowo. 
Był to dźwięk bardzo niski i tak bardzo zmysłowy, że prze­

szedł ją dreszcz. Właśnie wtedy Megan doszła do ostatecznego 
wniosku, że Betsy musiała być głupia, skoro opuściła mężczyznę 

o takim uroku osobistym. Intuicyjnie stwierdziła ze zdumieniem, 
że nikt w całym Hadley nie ma pojęcia, kim jest naprawdę Jethro 
Hanna. Na pozór wyglądał normalnie. Gdyby jednak potrafili go 
zrozumieć, wiedzieliby, ile jest naprawdę wart ten mężczyzna 
latający własną awionetką. 

Jethro tymczasem zainteresował się zawartością różnych po­

jemników. Z uśmiechem wziął soczyste udko kurczęcia i zaczął 

ogryzać. Potem wstał i raz jeszcze pocałował ją prosto w usta. 
Patrzyła, jak oblizuje wargi, jakby to widziała po raz pierwszy. 

- Idziesz popływać? - zapytał. 
I tylko surowe wychowanie, jakie odebrała, sprawiło, że Megan 

całą siłą woli powstrzymała się przed chęcią zerwania z siebie ubra­
nia i zwabienia go do wody. Fakt, że coś podobnego w ogóle przy­
szło jej do głowy, wstrząsnął nią, ale w bardzo dziwny, podniecający 
sposób. Gdyby rzeczywiście tak się zachowała, to co on by zrobił? 
Ogromnie ją kusiło, żeby się dowiedzieć. 

Ale pod nakazem owego surowego wychowania, Megan dwu­

krotnie potrząsnęła głową; ten ruch był jednak powolny, jakby 
mogła zmienić zdanie - albo już je zmieniła. 

Uśmiechnął się do niej, a Meg zrozumiała, skąd Lady nauczy­

ła się tego domyślnego uśmiechu. Powiedział przymilnie: 

- Zajmę się dzieckiem. Woda jest wspaniała - dodał zachęca­

jąco i zaczął ściągać małemu koszulkę i pieluchy. 

- Bierzesz go do wody? - Wiedziała, że sadzawki są na ogół 

błotniste. 

background image

58 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Oczywiście. To też chrzest, choć innego rodzaju. Jak raz się 

zanurzy w sadzawce, stanie się prawdziwym współmieszkańcem 
farmy. 

Roześmiała się. 
Jethro wstał z uśmiechem. 
- No, śmiało-zachęcił ją. 

Poddała się. Odpięła portfełową spódnicę, ściągnęła bluzkę 

bez rękawów i odrzuciwszy je na bok, w samym tylko kostiumie 

kąpielowym, pobiegła tam, gdzie było głębiej i gdzie mogła od­
bić się i popłynąć. Po chwili zawróciła, myśląc tylko o tym, kiedy 
on... zrzuci ręcznik. 

Figa z makiem! Jethro już był w wodzie, z małym, który chla­

piąc dokoła popiskiwał i śmiał się uszczęśliwiony. Grzmot rados­
nego śmiechu Jethra spowodował, że Dawid szeroko otworzył 
oczy. Jethro wiedział, jak trzymać malca: jedną ręką podtrzymu­

jąc główkę dziecka, drugą złapał go mocno za udo, spokojny, że 

w ten sosób małe ciałko mu się nie wyśliznie. 

Megan podniecona nagością Jethra, podpłynęła do nich, ale 

nie za blisko. 

Spojrzał na nią i powiedział: 
- Teraz już jesteś tutejszą dziewczyną. 
- Jestem dziewczyną miejską - odparła żartem. 
Jethro nie spuszczał z niej oka. 
- Świeżo ochrzczona obywatelka miasta Hadley. 
Roześmiała się słuchając, jak śmiech odbija się od powierzch­

ni wody; wiedziała, że żartuje.  M i a s t a Hadley? Rzeczywiście. 
Żartowniś. Teraz też: stał w wodzie niedaleko, nagi, jak go Pan 
Bóg stworzył. Ta świadomość jakoś dziwnie ją podniecała. Daw­
niej mężczyźni też ją pociągali, ale nigdy w ten sposób. 

I nic dziwnego. W tym słabo zaludnionym okręgu niewielu 

było młodych mężczyzn. Od jej przyjazdu minęły trzy miesiące, 
a ona nie spotkała tu żadnego mężczyzny w swoim wieku, który 
byłby interesujący. Jethro zaś robił wrażenie niewrażliwego na 

wdzięki kobiet, co spowodowało, że Meg straciła czujność. 

background image

JASEŁKA 59 

Tak, to prawda, że nie chciała innego mężczyzny. Jeden wy­

starczy raz na zawsze. Ale Jethro okazał się bardziej skompliko­
wany, niż się w pierwszej chwili wydawało. Myśl, żeby go lepiej 

poznać, była dziwnie nęcąca. Jak on do tego doprowadził? 

Dopłynęła do płytkiego miejsca i stanęła na piasku. Odwróci­

ła się, żeby coś do niego powiedzieć, ale zauważyła, że Jethro jest 
bardzo blisko i że wynurza się z wody, więc szybko odwróciła 
głowę. Dlaczego nie potrafiła być tak swobodna jak on? To 

przecież on był nagi. Mimo to, wychodząc z wody na porośnięty 
krzakami brzeg, miała spuszczone oczy. 

Wzięła swoje rzeczy i nie oglądając się poszła do samochodu, 

by zamienić mokry kostium na suchą bieliznę. Ubrana wróciła do 
miejsca, gdzie leżał rozpostarty obrus piknikowy. Jethro, w czys­
tych dżinsach i trykotowej koszulce z krótkimi rękawami, zręcz­
nie przewijał Dawida. Zamiast krzyknąć: „Ubrałeś się!", spytała: 

- Skąd umiesz przewijać dzieci? 
- To jest w programie szkolenia. Oczywiście umiem roze­

brać mężczyznę, ale umiem też rozebrać kobietę czy dziecko 
i ubrać w strój ochronny. Opanowałem różnego rodzaju umiejęt­
ności. Wymieniaj, co chcesz... - spojrzał na nią w sposób niesły­
chanie prowokacyjny -... zrobię wszystko, czego sobie życzysz. 

Jego słowa sprawiły, że znów poczuła się dziwnie podnieco­

na. Zawstydzona, zaczerwieniła się, przygryzła dolną wargę 
i spojrzała w bok. Ta wycieczka była chyba jednak wielkim błę­
dem. 

Jethro, który zjadł już kurczęta, badał teraz zawartość innych 

pojemników z przysmakami. Były to: kukurydza w kaczanach, 
pomidory z pieprzem, gorące bułeczki z masłem, tort czekolado­
wy z grubą polewą. Jadł z apetytem nie szczędząc wyrazów u-
znania. Potrafił to docenić. Ależ ta jego była żona musiała być 
głupia. 

Wreszcie, najedzony, położył się na obrusie pośród resztek 

uczty, z Dawidem na piersi, i smacznie zasnął. 

background image

60 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Co, w tak zaspokojonym mężczyźnie, tak się kobiecie pod­

oba? Dlaczego jest to dla niej takie przyjemne? Megan syciła 
oczy widokiem tego mężczyzny, z małym dzieckiem śpiącym na 

jego piersi. I czuła wielkie wzruszenie. 

Rozdział ósmy 

Jethro obudził się z miłym uczuciem. Otworzył oczy i spoj­

rzał w górę na rozpostarte nad nim gałęzie. Promienie słońca 

rozmywały barwy podświetlonych liści. Z oddali dochodził cichy 

warkot traktorów, słychać było leniwe brzęczenie pszczół i ła­

godny szum liści. Cudowny dzień. 

Jethro spojrzał na śpiące na jego piersi dziecko i położył mu 

dłoń na pleckach. Potem odwrócił głowę i spojrzał na Megan. 

Siedziała parę metrów od niego oparta plecami o srebrny 

klon. Skrzyżowała nogi, ręce trzymała złożone spokojnie na 

kolanach. Obserwowała go. 

Jethro patrzył na nią inaczej. Nie odrywał od niej badawczego 

wzroku. Łapał jej spojrzenia. A to, co odczuwali, było gorącą 

rozmową bez słów. 

- Chcę się z tobą kochać - rzekł. 

Nerwowo oblizała wargi, a następnie odchrząknęła, żeby nie 

zgodzić się zbyt pochopnie, i odpowiedziała: 

- Wyjadę z Hadley, jak tylko skończę swoje zadanie. - Była 

zdeprymowana tym, że nie powiedziała kategorycznego „nie". 

- Gdybyś wyjechała, do końca życia żałowałbym, żeśmy się 

nie kochali - rzekł powolnym, ochrypłym głosem. 

Skąd on brał takie słowa? Słowa, które potrafią omamić ko­

bietę, przekonać ją, że oddanie się mężczyźnie to tylko taki 
zwykły ludzki odruch - żeby nie musiał czegoś żałować. Były to 
słowa Jethra-pilota, Jethra-nagiego pływaka. 

A czy ona nie będzie czegoś żałowała? Czy potrafi kochać się 

z nim, a potem wyjechać? A jeśli się dowie, co znaczy być ko­
chaną przez tak zdumiewającego człowieka, to czy będzie w sta-

background image

JASEŁKA 

61 

nie się tego wyrzec? Zostawić go? Czy może tańczyć w płomie­
niach i nie spalić się na popiół? Któż by przypuszczał, że Jethro 
może stać się tak dręczącą pokusą? 

Zdjął Dawidka z piersi i położył na boku, odwróconą miską 

podpierając mu plecki. Po czym delikatnie, powoli położył głowę 
na kolanach Megan,,wzbudzając w niej dreszcze rozkosznego 
lęku. 

Miała ochotę chwycić go za głowę, unieść kolana i przycisnąć 

jego twarz do swoich piersi. Mocno podparła się rękami i ode­

tchnęła głęboko dla uspokojenia. 

Jethro patrzył, jak wciąga powietrze i jak to powietrze unosi 

jej piersi, i w przypływie pożądania zamknął oczy. Kiedy je zno­

wu otworzył, jego oddech był przyspieszony i trochę chrapliwy. 

- Kochaj mnie - powiedział. 
- Boję się. 
- Mam dla ciebie zabezpieczenie. 
W pierwszej chwili zdumiało ją to, ale potem uświadomiła 

sobie, że przyszedł do niej ze swoim smutkiem. Że sprowadziła 
go nie tylko chęć zobaczenia Dawidka. Powiedziała bardzo nie­
śmiało: 

- Myślę, że chyba nie. 

- Dziś jest dzień miłości, dzień stworzony do tego, żeby tu 

być i żeby się kochać. Takich dni jest niewiele. Spójrz tylko. Czy 
nie chcesz stać się częścią natury? Wszędzie dokoła rozsypują się 
nasiona. I ziemia je przyjmuje... 

- Mówiłeś, że masz zabezpieczenie. 
- Mam. Pozwól mi się kochać. Nie stanie ci się żadna krzyw­

da. Będę się tobą opiekował. 

Usiadł i delikatnie wziął ją w ramiona. Przyciągnął do siebie 

z siłą, którą czuła w swoich rękach opartych na jego piersiach. 
Pragnęła pocałunku; tylko pocałunku. Pozwoliła mu i... w za­
chwyceniu straciła poczucie rzeczywistości! 

Czuła, że on drży! Czyżby zrobiła aż tak silne wrażenie na 

człowieku takim jak on? Jego oddech parował w tym upalnym 

background image

62 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

leniwym dniu. Jego dłonie parzyły, w jego głosie brzmiał za­
chwyt. Jak wtedy, gdy dawała mu jeść: teraz delektował się nią. 
Jego usta paliły jej ciało... ubranie Meg było w nieładzie... 

Gorączkowo próbowała doprowadzić je go porządku, zapano­

wać nad sytuacją, bez trudu jednak zdołał ją nakłonić do współ­
działania, do usunięcia ostatnich przeszkód. Pozwoli mu się ko­
chać. Ten jeden jedyny raz. Nie tylko dlatego, żeby nie miał 
czego żałować, ale i dlatego, że chciała wiedzieć, jak to jest 
z innym mężczyzną; z tym zdumiewającym mężczyzną, który 
wcale nie był taki, jak go oceniała na początku. 

Ułożył ją na wznak i patrzył jej w oczy podniecony, rozna-

miętniony, gotowy. Z uśmiechem pochylił się nad nią i pocało­

wał ją poniżej ucha. Zrobiło jej się przykro na myśl o kobiecie, 
która go miała na własność i porzuciła. 

- Powiedz, czego chcesz - wyszeptał. 
- Ciebie - odpowiedziała drżącym głosem. 
Roześmiał się dudniącym głosem, dobytym z głębi piersi. 
- A to lubisz? - nalegał, płonącym oddechem łaskocząc jej 

delikatną skórę, językiem zaś dotykając wnętrza ucha. - A to? -
Jego język muskał teraz inne miejsca, przesuwał się, lizał, draż­
nił. Gorące dłonie pieściły jej napięte jak struna ciało. 

Stało się - kochał ją, bardzo delikatnie, w tym pięknym dniu 

w tym uroczym miejscu. I to było cudowne. 

Leżeli, jeszcze ciągle złączeni, przedłużając chwilę rozkoszy. 

Wreszcie Jethro odsunął się od niej i rzekł trzymając ją za rękę: 

- Było dokładnie tak, jak przypuszczałem. 
W obliczu czegoś tak cudownego i niepowtarzalnego głos 

odmówił jej posłuszeństwa Meg milczała. 

Podniósł jej głowę i oparł sobie na ramieniu. Pragnął kontaktu 

fizycznego. Całował ją w policzek, mówił, że jest piękna. Ma już 
chyba trochę dłuższe włosy. Czy mogłaby je teraz zapuścić? Ma 
takie śliczne oczy - mówił. - Czy te rzęsy są prawdziwe? Czy 
wie, że ma malutkie piegi na nosie i trzy na prawym policzku, 
a dwa na lewym? 

background image

JASEŁKA 

63 

Pocałował ją. I jeszcze raz. I jeszcze. I znowu się kochali -

łagodnie, powolnymi, długimi ruchami, i bardzo czule, a gdy 
doszli do szczytu, trzymał ją bardzo mocno. 

Lady pilnowała śpiącego dziecka, a kochankowie weszli do 

wody, żeby się opłukać i żeby znów się całować - tym razem 
w wodzie. 

- Gorąca z ciebie dziewczyna - powiedział. - Cała sadzawka 

wyparuje. 

- Przyjechałam tylko na lunch. 
- No widzisz, a skończyło się królewską ucztą. 
Trzymając się za ręce wrócili tam, gdzie zostało ich ubranie. 

Wytarł ją czule i pomógł się ubrać. Meg tym bardziej zaczęła się 
zastanawiać, jaka była ta Betsy? 

Położyli się pod drzewem i zapadli w drzemkę. Leżeli blisko 

siebie, szczęśliwi i zaspokojeni. 

- Wiesz, że przez ciebie nie idę w pole? Powinienem ostro 

wziąć się do roboty, póki jest ładna pogoda. Nie masz pojęcia, 

jaki to koszmar, kiedy godzinami siedzisz na traktorze i jest koło 

zera, a przy tym wiatr. 

- To rzeczywiście musi być niezbyt miłe. 
- No właśnie. 
- A co teraz zbierasz z pola? 

-

 Właśnie skończyłem zwozić kukurydzę do silosów. Teraz 

zbieram soję, a tu na tych polach sieję ozimą pszenicę. Tę pszeni­
cę zbiorę w przyszłym roku, w lipcu. Łodygi kukurydzy, które 

jeszcze stoją, zaorzę... bo ja wiem... w grudniu, albo kiedy 
będzie można, zanim zmarznie ziemia. Producenci konserw na­

mawiają nas, by urozmaicić i zwiększyć produkcję warzyw. Ja 
uprawiam groch i marchew... i kartofle. Ale zbiór warzyw zaj­
muje znacznie więcej czasu, a poza tym warzywa nie są takie 

odporne. Tam, za domem, mam sad... jabłka. Babcia piecze 
z nich jabłeczniki. Jak będziesz grzeczna, to cię nimi poczęstuję. 

Wiele z tego, co tutaj uprawiam, daję rodzinie. Kurczęta są 

tylko dla mnie, trochę dla gości. Kury dają ciemne jajka, najsma-

background image

64 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

czniejsze. Większość tych jaj sam zużywam. Jak się pracuje 
w polu, to się chce jeść. Jem bardzo dużo - wyjaśnił zupełnie 
niepotrzebnie. - Mam też trochę inwentarza, więc na jesieni 
mama, tata i babcia przez parę dni przygotowują duszone mięso 
do zamrożenia. Jest wspaniałe. A moja babcia piecze bułeczki, i 
W ogóle uwielbia gotować. Jest najszczęśliwsza, kiedy może 
karmić ludzi. 

Gdy Jethro mówił o gospodarstwie, Megan myślała o tym, że 

Dawid już nigdy nie będzie sierotą. Gdyby nie wiadomo co się 

jeszcze zdarzyło, pozostanie częścią rodziny Jethra. To są ludzie, 

którzy myślą o innych, przyjmą go do rodziny w sposób natural­
ny. Ta myśl wydała jej się pocieszająca. W rodzinie Megan nie 
było takiej serdeczności. Zatroszczyć się o kogoś, owszem, ale 
wziąć do siebie obcego - co to, to nie. 

- Muszę wziąć paliwo i przeprowadzić traktor na drugie po­

le. Za chwilę będę z powrotem. Nie odchodź. - Schylił się i poca­
łował ją, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, po czym 
uśmiechnął się do niej, bez wysiłku zerwał się na nogi, spojrzał 
na nią i powtórzył: 

- Nie ruszaj się stąd. 
Jakie to dziwne, że wszystko może się zmienić w ciągu jedne­

go popołudnia... nawet niecałego. Przyjechała tutaj będąc ledwie 

jego znajomą, a została jego kochanką. Dziwne. 

Megan czekała w milczeniu. Nie, to jakieś inne traktory. Kie­

dy się wsłuchała, to mogła powiedzieć, jak daleko są od miejsca, 
w którym była. Usłyszała samochód na szosie. Gdzieś w oddali 
zaszczekał pies i Lady nastawiła uszu, ale musiała to uznać za 
zwykłe szczekanie, nie wymagające odpowiedzi. 

Jak to cudownie, że ma przed sobą prawie dwa lata, by poznać 

tego człowieka. Prawie dwa lata, żeby się nim cieszyć. Usłyszała, jak 
Jethro uruchomił traktor. Gdy ruszał, zmieniła się wysokość tonu. Po 
chwili silnik ucichł, a ona nasłuchiwała, czy dźwięk powróci. 

Zanim go zobaczyła, usłyszała gwizdanie. Patrzyła, jak do 

niej idzie mijając drzewa i krzaki: pierwotny samiec. Mężczyzna. 

background image

I on roześmiał się w odpowiedzi. Podszedł do niej, nachylił się 

i jedną ręką wsparty o drzewo znów ją pocałował. Po czym wstał, 
uniósł ją i mocno objął. 

- Jesteś taka cudowna - powiedział. - Znów cię pragnę. 
- Nie. - To samo „nie", które wyrwało jej się tak niedawno, 

a które szczęśliwie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. 

- Przekonam cię. 
Potrząsnęła głową przecząco, ale jej usta wygięły się w kuszą­

cym, delikatnym uśmiechu, który był dość zaskakujący. 

No więc oczywiście ją pocałował, ale zaraz potem puścił. 

Następnie pomógł jej posprzątać, zaniósł do samochodu rzeczy, 
po czym położył z tyłu śpiącego Dawida i przypiął go pasem. 

- Jak będziesz grzeczna, to ci przyniosę na kolację trochę 

duszonego mięsa i kilka bułeczek babci. Ale muszę mieć pew­
ność, że na to zasłużyłaś. 

Powoli otworzyła drzwi samochodu i usiadła za kierownicą. 
- Co mam zrobić? 
Nie chciał, żeby odjeżdżała. Oparł ręce na brzegu okna i po­

chylił głowę, żeby móc ją widzieć. 

- Pomyślę o czymś. - Potem wsunął się głębiej i jeszcze raz 

ją pocałował. 

Patrzył za nią tak długo, aż znikła mu z oczu. 
Zatrzymała samochód przed wejściem do przychodni. Wnios­

ła do domu budzącego się właśnie Dawida i wróciła po resztę 
rzeczy. Przy samochodzie stał stary Dan. 

- Z pikniku? - zagadnął. 
- Pojechaliśmy z Dawidem puszczać latawce. 
- Nad sadzawką? 
- Skąd pan wie? - zdziwiła się Megan. 
- Nie wiem. Zgadłem. - Dan był zachwycony. 
- Co za wścibstwo - zbeształa go Meg i znikła za drzwiami 

przychodni. Dan roześmiał się. 

Jej zaspokojone ciało przeszedł dreszcz, rozbawiły ją własne 

myśli. 

background image

66 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Rozdział dziewiąty 

Kiedy się ściemniło, Jethro zgodnie z obietnicą przywiózł 

duszoną wołowinę i babcine bułeczki. Megan patrzyła, jak wcho­

dzi po schodach z szelmowskim uśmiechem na twarzy. 

- Spotkałem dziś leśną boginkę i jestem lekko zmęczony. 

Nie odpowiedziała, ale Jethro najwyraźniej nie oczekiwał 

odpowiedzi, bo schylił się i pocałował ją w usta, po czym zaniósł 

mrożone mięso do kuchni, wyjął garnek i włożył do niego zawar­

tość pojemnika. Postawił garnek na ogniu i wysypał tające bułe­

czki. Znów pocałował ją w przelocie i poszedł do sypialni. Po­

chylił się nad łóżeczkiem i uśmiechnął do śpiącego dziecka. Na­

stępnie wziął prysznic i po chwili pojawił się w czystym ubraniu, 

jakby to było czymś najbardziej naturalnym na świecie. 

I Megan tak to właśnie czuła. Była szczęśliwa, że Jethro istnieje. 

Jego pierwszy pocałunek sprawił, że zapomniała o irytujących insy­

nuacjach starego Dana, po drugim zaczęła myśleć o trzecim... 

A Jethro tymczasem chciał wiedzieć: 

- Czy pokochasz się ze mną, zanim się mięso rozmrozi? 

Mamy dość czasu. No, chodź, idziemy. 

Poszła. 
Było tak jak przedtem, ale jeszcze bardziej namiętnie, szyb­

ciej, gwałtowniej. Ciała ich lgnęły ku sobie. Wyciągnięte łapczy­

wie dłonie szukały, otwarte usta były spragnione. Tarzając się po 

dywanie, w jakiś dziwny sposób pozbyli się ubrania, gdy zaś się 

połączyli, było to jak uderzenie pioruna, jak błyskawica, jakby 

dokoła nich oszalał cały świat. 

Rozdygotani uspokajali się powoli, w milczeniu. Było to 

druzgocące. Wreszcie Jethro uniósł głowę i spytał: 

- Kim ty właściwie jesteś, Megan Bailey? 
- Dziewicą zniewoloną przez leśnego satyra. 
- Nie jestem kozłem. Nie mam brody. 

background image

JASEŁKA 

67 

- Bo ją zgoliłeś. 
- Nie mam krzaczastych brwi. 
- Skąd tyle wiesz o satyrach? 
Roześmiał się rozbrajająco. 
- Nawet nie mogę się śmiać, tak mnie osłabiła ta leśna boginka. 
- Ja się nie ruszałam z domu. 
- Ale byłaś wielką pokusą. 
- Zajmowałam się swoimi sprawami... 
- Ale byłaś gotowa. 
- I przyszedł ten satyr... 
- No właśnie... 
W kuchni odezwał się terkot nastawionego budzika. Rozdzie­

lili się delikatnie, wstali wzdychając i poszli się umyć. Potem 
krzątali się po kuchni, podgrzewając bułeczki, nakrywając do 
stołu, nakładając sobie mięso. Jedli, ziewali, uśmiechając się do 
siebie i trzymając się za ręce. Jethro przymilał się do niej, żeby 
mu pozwoliła zostać na noc, ale Megan stanowczo odmówiła. 
Więc dość długo życzył jej dobrej nocy. 

Przez następne dni zakochani spotykali się, kiedy tylko na to 

pozwalał im czas. 

Megan zapytano, czy wystąpi w jasełkach świątecznych z Da­

widem jako Matka Boska z Dzieciątkiem. 

- Jestem brunetką - bąknęła. 
- Jesteśmy bardzo tolerancyjni - odparła Jennifer Yeager. 

Z całą pewnością Matka Boska miała ciemne włosy. To tylko 
Europejczycy dostosowali ją do swoich wyobrażeń. Oni zrobili 
z niej blondynkę. 

Październik w dalszym ciągu był bardzo ciepły i przypusz­

czano, że nie będzie ciężkiej zimy. 

Jethro i Megan pracowali ciężko. On zajmował się swoją 

farmą, ona - swoimi pacjentami. Oboje uwielbiali Dawida i bar­
dzo się o niego troszczyli. Byli naprawdę szczęśliwi. 

W Halloween przebrali się za klownów i wraz z Dawidem 

ruszyli w miasto. Tak byli pochłonięci zabawą, że stojąc przed 

background image

68 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

drzwiami mieszkańców Hadley nie dostrzegali dociekliwych 

spojrzeń i zainteresowania, jakie wzbudzali. 

Wszyscy wyrażali zdziwienie, że o tak późnej porze roku jest 

jeszcze tak ciepło. Nawet oni to zauważyli, a Megan powiedziała: 

- Cudowna pogoda. Spójrz na ten księżyc! Czy nie mogliby­

śmy dziś w nocy polatać? Co ty na to? 

- Przykryłem już samolot i schowałem w stodole na górze. 
- Na zimę? 
- Aż Dawid zda maturę. Czuję się za niego odpowiedzialny. 

Wprawdzie nie tak wielu zabija się na tych małych samolocikach, 
ale jednak jest sporo wypadków, z urazami, zwłaszcza kręgosłu­
pa. A ja nie mogę ryzykować sytuacji, w której nie będę w stanie 
sprawować nad chłopcem opieki. 

- Jestem jego matką chrzestną. 
- Doceniam twoją pomoc. 
- Pomoc? Wiesz chyba, że złożyłam wniosek o adopcję Dawida? 
Jethro stanął jak wryty. 
- Co takiego? 
- Jestem jego przybraną matką i chcę go adoptować. 
- To znaczy, że zamierzasz tu zostać? 
- Nie. 
- Więc chcesz go stąd zabrać? 
- Będzie mógł przyjeżdżać. 
- Skąd taki pośpiech z tą adopcją? 
- Jestem przecież jego matką chrzestną. 
- Mogłaś mnie spytać, czy nie mam nic przeciwko temu. 

Obiecałem Pete'owi, że zajmę się Dawidem. To moja sprawa. 

- Jako pielęgniarce łatwiej jest mi się zająć dzieckiem niż 

tobie. Musiałbyś mieć kogoś do opieki nad nim. 

- On jest mój. 
- Jethro... 
- To wyjdź" za mnie za mąż. Wtedy będziemy go mieli oboje. 

Zamieszkamy gdzieś tutaj, czy tam gdzie będziesz chciała, ale 
wyjdź za mnie. Kocham cię, Megan. 

background image

JASEŁKA 

69 

- Jethro, wiesz przecież, że jak skończę tę pracę.to wyjeż­

dżam i... 

Spojrzał na nią ponuro; oddychał szybko, nierówno. Przerazi­

ła go. Czyżby nic dla niej nie znaczył? 

- Nie chcesz ze mną zostać? - Jeszcze jedna Betsy. Gorzej, 

bo to nie była Betsy, tylko Megan. Czyli ta, której pragnął najbar­
dziej, której nigdy nie spodziewał się spotkać. I ona miałaby go 
zostawić? Po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło, 
mogłaby go zostawić? - Czy chcesz przez to powiedzieć, że mnie 
rzucisz? 

- Wiesz, że nigdy nie miałam zamiaru tutaj zostać. 
- Ale po tym, co było między nami, czy możesz tak po 

prostu... odejść? 

- Och, Jethro. Wiesz przecież, że... to, że byłam z tobą, że 

było mi z tobą... cudownie... Ale ja jestem przyzwyczajona do 
miasta. Powiedziałam ci to na samym początku. 

- I to jest ciągle dla ciebie ważniejsze niż ja? 
- Nigdy nie mówiłam, że z tobą zostaną albo że będę z tobą 

mieszkać. 

- Ale ja myślałem, że ci na mnie zależy. 
- Zależy mi... - urwała. 
- ... ale nie aż tak - dokończył za nią z goryczą. 
Jethro, przebrany za klowna, ze smutkiem patrzył na uszmin-

kowaną twarz Megan. To pewne, ma pecha do kobiet. Następna 
chce go porzucić. 

- Możesz mieszkać, gdzie chcesz - powiedział. - Możesz 

widywać Dawida, kiedy zechcesz, ale on będzie tu ze mną. Jeżeli 
spróbujesz go zabrać, to rozpętasz wojnę miedzy nami. - Nie 
spuszczając z niej wzroku uznał, że Megan musi zmienić zdanie. 

Pod wpływem tych, które oznaczały między nimi rozłam, 

poczuła się nieswojo. Kto by pomyślał, że będzie taki nieustępli­
wy w sprawie dziecka? Chyba rzeczywiście uważał Dawida za 
swoją własność. 

background image

70 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

Nagle zdała sobie sprawę z tego, ile mały dla niej znaczy. Jeżeli 

Jethro chce wojny o Dawida, to będzie ją miał. A jednak znała 
rodziców malca tak krótko w porównaniu z Jethrem, który znal ich 
całe życie. Czy ma prawo tak pragnąć Dawida tylko dla siebie? 

Tak. 
W milczeniu wrócili do jej mieszkania. Jethro wniósł małego na 

górę i położył do łóżeczka, po czym odwrócił się do Megan i rzekł: 

- Roboty w polu zakończone, jutro mogę zabrać małego do 

siebie. Doceniam twoją dotychczasową opiekę, ale teraz ja się 
nim zajmę. Przyjadę rano półciężarówką i zabiorę Dawida i jego 
rzeczy. 

Była zaskoczona. 

Zauważył to i nieco zmienił ton. 
- Wiem, że go kochasz. Ale musisz zrozumieć, że przyrze­

kłem Pete'owi. Megan, ja naprawdę będę dla małego dobrym 

ojcem. Obiecuję ci to. Będę się nim bardzo troskliwie zajmował. 
Możesz przyjeżdżać, żeby się z nim zobaczyć. Dam ci klucz, 
możesz przyjeżdżać, kiedy będziesz chciała. Jeśliby nas nie było, 
to wejdziesz i zaczekasz. Wrócimy. - I dodał: - Przyjadę po 
niego jutro około dziesiątej. Mam dziecinne łóżeczko. To niech 
zostanie tutaj, może Dawid od czasu do czasu u ciebie zanocuje. 
Nie będę miał nic przeciwko temu. Megan... 

Ale nic więcej już nie powiedział. Odwrócił się na pięcie 

i zszedł na dół. Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem, jakby coś 
się nagle skończyło. 

Następny dzień znów był piękny, ale Megan wstała z okro­

pnym bólem głowy. Nie spała całą noc. Jak to się dzieje, że 

w niespełna dwadzieścia cztery godziny można przejść od eksta­
zy do kompletnej pustki? Doskonale pamiętała, jak po tym, kiedy 

kochali się po raz pierwszy, wydawało jej się, że ma u swoich 

stóp cały świat. A teraz było dokładnie odwrotnie: świat się jej 
zawalił. Do diabła! Wszystko się zawaliło. Zamiast cieszyć się 

background image

JASEŁKA 

7 1 

perspektywą wspaniałych dwóch lat, jakie przed sobą miała, 
zastanawiała się, jak ona wytrzyma te dwa straszliwe puste lata. 

Jak na złość przez okno widziała go z Dawidem na ręku, 

rozmawiającego na placu z żółwiami. Jethro powinien wiedzieć, 
że matka jest dla dziecka ważniejsza niż ojciec. Zdawała sobie 
sprawę, że byłoby najlepiej, gdyby chłopiec miał oboje rodziców, 
ale przecież ona miała lepsze kwalifikacje po temu, by zajmować 
się Dawidem. Każdy to przyzna. 

Ale nie Jethro. 
Ten facet uważa, że dosłownie w każdej sytuacji jest mężem 

opatrznościowym. Jak choćby wtedy, kiedy próbował odbierać 
poród Christy! Ale ona nie odda Dawida. Bez względu na zalety 
Jethra jako niańki, ona nadaje się do tego znacznie lepiej. 

Jak najprędzej należało załatwić sprawę adopcji. To zwiększy jej 

szanse. A posiadanie, to dziewięć dziesiątych prawa własności. Taka 

jest prawda. Dlatego nie zrezygnuje z Dawida. Zatrzyma go. 

Było to samolubne. Westchnęła. Chciała po prostu... 
Wszedł stary Dan i powiedział: 

- Jethro prosi o receptę dla Dawida. 
- Dlaczego. - To było stwierdzenie. 
- Teraz jego kolej zajmować się małym. Złożył wniosek 

o adopcję. Czy pani o tym wie? 

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, i pomyślała, że po raz 

pierwszy w życiu zemdleje. Ale nie zemdlała. Była oburzona. 

- Ja pierwsza złożyłam wniosek. 
- Będziemy musieli przyjrzeć się wszystkim wnioskom. Po­

czątkowo wiele osób chciało go zaaodptować, ale okazało się, że 
rodzice Dawida tkwili po uszy w długach. Ten samolot nie po­
mógł. Ubezpieczenie pokryje zaledwie bieżące zobowiązania. 

Ich farmę trzeba będzie sprzedać. 

- Ja nie potrzebuję pieniędzy. Zarobię tyle, że spokojnie na 

nas dwoje wystarczy. 

- No cóż, to już nie ode mnie zależy. - Stary zrobił niewinną 

minę. - To zależy od sędziego. 

background image

72 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Czyli od pańskiego syna - powiedziała dobitnie. 
- On jest niezależny - westchnął stary Dan. 
- O ile sobie dobrze przypominam plotki, które słyszałem 

pierwszego dnia po moim przyjeździe, sędzia Seymore chciał 
zostać biologiem fauny morskiej. 

- No i ma parę złotych rybek. 
- A czy można go przekupić? 
- Za kogo pani go ma? 
- Ja tylko się zastanawiam, czy przypadkiem Jethro tego nie 

próbował. 

Stary Dan śmiał się jeszcze po wyjściu z przychodni. 

Z drzew opadły liście. Dęby i jodły były jedynymi drzewami, 

które nie uległy ogołoceniu, ponure dni wlokły się bez końca. 
Bardziej niż zwykle. Po raz pierwszy w swym dorosłym życiu 
Megan czuła się samotna. 

Święto Dziękczynienia nadeszło i minęło. Dawid zostawał pod 

opieką Megan raz na tydzień, spędzała z nim wtedy całą noc tuląc 
go i przemawiając do niego. Chodziło jej o to, żeby powstała między 
nimi podświadoma więź. Więź to było hasło tamtych dni. 

Pierwszego grudnia sędzia Seymore uroczyście przyznał 

wspólną opiekę nad dzieckiem Jethrowi Hannie i Megan Bailey. 

Megan rwała włosy z głowy; Jethro uśmiechał się. 
- To czemu się nie przeniesiesz na wieś? Dojazd jest łatwy 

i częściej widywałabyś naszego syna. 

- Taak. W twoim mieszkaniu. 
- Chodzi ci o własny pokój? 
- Jesteś naprawdę rozkoszny. Nasza sytuacja jest taka, jak­

byśmy byli rozwiedzionym małżeństwem, poza tym, że nie 
muszę płacić ci alimentów. A biedne dziecko wędruje z rąk do 
rąk. 

Jedli wspólny uroczysty lunch w kawiarni Rosę. Proste sma­

czne jedzenie. A Dawid siedział niepewnie na wysokim krześle 
obciążonym torbą pieluch i torebką Megan. Dostał kartofle 

background image

JASEŁKA 

73 

puree, które wpychał rączką do buzi i patrzył, jak ludzie podcho­
dzą i gratulują czegoś jego nowym rodzicom. 

Jethro jednak wziął Dawida do domu, a Megan wróciła do 

siebie w podłym nastroju. 

Pierwsza próba jasełek świątecznych odbywała się w połowie 

drugiego tygodnia grudnia. Wszyscy uczyli się ról od miesiąca, 

wbijając do głowy teksty i chodząc na próby. Megan i Dawid nie 

mieli nic do roboty, poza siedzeniem. Ustawiono krzesła i Megan 
czekała. Jethro miał przywieźć Dawida do miasta na próbę. 

Siedząc i czekając nie mogła się nadziwić, jak wiele osób już 

poznała. Chłopaka Abbottów, który był bez przerwy zaziębiony 
i miał się zgłosić do alergologa. Dwunastoletniego Dentona, który 
w ciągu zaledwie jednego roku urósł ćwierć metra i ciągle się prze­
wracał na lekcjach tańca. Znacznie lepiej radził sobie w koszyków­
ce, za to dzięki niemu paru zabijaków zapisało się na te zajęcia. 

Megan uśmiechnęła się- znała nie tylko nazwiska, ale niejed­

nokrotnie nawet stosunki rodzinne. 

I wtedy nagle pojawił się Jethro jako święty Józef. Megan nie 

pomyślała, żeby zapytać o świętego Józefa. Ale oczywiście mu­
siał to być Jethro. Któż inny, jak nie on, tak idealnie pasował do 
roli człowieka z Pisma Świętego. Opiekuna. Dowodem na to 
była blizna z czasów, gdy Christy wypadła z samochodu. 

Obserwował Megan z daleka. Jakby ją namierzał. Następnie 

podszedł bliżej, spojrzał na malca, którego trzymał w ramionach, 
i podał jej. 

Christy nie mogła chyba bardziej kochać Dawida niż Megan. 

Wyciągnęła ręce i wzięła dziecko. Tu, na jej kolanach, było jego 
miejsce, przytulony do piersi Megan, główkę wcisnął między jej 
ramię a policzek. Czuła, że wilgotnieją jej oczy. Co to za szczęcie 
móc go trzymać. Biedna Christy, że nie może tu być ze swoim 
dzieckiem. 

Jethro widział, jak bardzo Megan jest wzruszona tym, że 

trzyma na rękach Dawida. Z przerażeniem pomyślał, że będzie 
cierpiała, jak jej zabierze malca. Nie wiedział, co robić. Stał 

background image

74 GWIAZDKA MIŁOŚCI 

słuchając poważnych głosików małych dzieci, które recytowały 

swoje role i poruszały się po scenie, ale był świadom tylko obe­

cności Megan. Zdawał sobie sprawę, że cierpi. 

Rozdział dziesiąty 

Pewnej nocy, w połowie grudnia, Jethro zadzwonił do Megan 

przed kolacją i powiedział krótko: 

- Dawidowi coś dolega. 

Mimo deszczu ze śniegiem, Megan przyjechała w ciągu dzie-

sięciu koszmarnych minut. 

Kiedy podjeżdżała i z piskiem opon zatrzymywała samochód, 

Jethro czekał na nią przed domem. Podał jej ramię, gdy pośliznęła 

się na stopniach i jeszcze raz na ganku. Weszli przez drzwi frontowe 

i zamknęli je za sobą starannie. Megan spojrzała na Dawida. 

Dzieciak bawił się na podłodze z Lady. Podniósł główkę 

i uśmiechnął się do niej. Miał już prawie pięć miesięcy, różową 

buzię i był w świetnej formie. Leżał na brzuchu, i podparty na 

rączkach, kołysał się miarowo. Kiedy wyciągnął jedną rączkę do 

Megan, stracił równowagę i przewrócił się. Przeturlał się na plecy 

i roześmiany machał w powietrzu rączkami i nóżkami. 

Jethro pomógł jej zdjąć płaszcz. 

- Ale jemu nic nie jest. - Czuła, że musi to powiedzieć. 
- Skarżył mi się, że się źle czuje, i popłakiwał za Miggie, 

więc zadzwoniłem. Moja mama mówi, że jak już przyjdzie do­

ktor, dzieci nagle zdrowieją. A on jest taki sam jak inne dzieci. 

- Miggie? - spytała Megan. 
- To jest w jego języku twoje imię. Jak mnie pocałujesz, to ci 

pozwolę wyczuć palcem jego pierwszy ząb. Wprawdzie Dawid jest 

teraz pod moją opieką, ale się łaskawie podzielę z tobą tą frajdą. 

- Poczekam. 
- To może potrwać - rzekł zagadkowo. 
Przygryzła wargi. Był z siebie bardzo zadowlony i uśmiechał 

się chytrze. 

background image

JASEŁKA 

75 

- Zostaniesz na kolacji? Jest duszona wołowina od babci i jej 

pieróg z jabłkami. 

Dopiero wtedy zorientowała się, że salon Jethra wygląda dziś' 

inaczej: w rogu stała prawdziwa choinka z zapalonymi świateł­
kami. W powietrzu unosił się smakowity zapach jabłecznika. 

To był dom, a nie pokój nad przychodnią. Z uznaniem rozej­

rzała się dokoła i powiedziała z wyrzutem: 

- Nieczysto grasz. 
- Tak - zgodził się Jethro i z uśmiechem spojrzał w okno. 

Deszcz ze śniegiem bezlitośnie walił w szyby od północy i za­

chodu. Włączył płytę z kolędami i mocno podkręcił gałkę fonii. 

Szybko zerknął w stronę Megan, żeby się przekonać, czy 

dziewczyna się orientuje, do czego on zmierza, i stwierdził, że 
może się nie przejmować. Siedziała na podłodze z Dawidem 
i cała jej uwaga była skierowana na małego. Zrobiło mu się 
głupio, że ją wprowadził w błąd. Była tak niespokojna o malca, 
że nawet nie zauważyła brzydkiej pogody. Jethro poczuł się 
odrobinę zazdrosny o swojego nowego syna. 

Ale poskutkowało. Przyjechała. Dan mu powiedział, kiedy 

ma do niej zadzwonić. No i jest, uwięziona tu u niego przynaj­
mniej na parę dni. Jethro uśmiechnął się. Ten stary żółw dosko­
nale wiedział, co w tej sytuacji robić. Żeby to tylko pomogło. 

Jethro starał się zachowywać ostrożnie. Nie nadmiernie po­

ufale. Tak, żeby nie poczuła się zagrożona. Był miły, i cierpliwy. 

Ale ostatnia rzecz była najtrudniejsza do przeprowadzenia. 

Chciał, aby dziś spała w jego łóżku. Żałował, że nie mógł jej 
ściągnąć ot tak, po prostu, że musiał w tym celu użyć podstępu. 
Postanowił jednak nie cofnąć się przed niczym. W miłości i na 
wojnie wszelkie chwyty są dozwolone. Teraz dopiero naprawdę 
pojął sens tego powiedzenia. 

Jethro wiedział, że Megan go lubi i że mogłaby przyjść do 

niego, żeby się kochać. Miał nadzieję, że Dawid im w tym pomo­
że. Megan dosłownie uwielbiała tego malca. Może mogliby mieć 

jeszcze jedno dziecko... Jethro sam udzielił sobie reprymendy: 

background image

76 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

nie powinien nadmiernie naciskać. Najpierw niech się skompro­
mituje, niech poczuje zagrożenie skandalem, który może spowo­
dować cofnięcie jej praw macierzyńskich - a wtedy będzie ją 
miał. Od tego trzeba zacząć. 

A kiedy już poprosi, żeby się z nią ożenił, będzie dla niej 

wspaniałomyślny. 

Wszedł do kuchni, żeby na nią nie patrzeć, Meg jednak wstała 

i poszła za nim. 

- Czy na pewno masz dość jedzenia dla dwojga? 
- Z całą pewnością. 
- Nakryję do stołu. 

Spojrzał na nią uradowany. 

- Podam nakrycie. 
- Czy przewidziałeś jakąś karę, gdybym wymacała jego zą­

bek w czasie, kiedy Dawid jest pod twoją opieką? 

- Ależ skąd. Rodzice mają jednakowe prawa. 
- Bo ja go już wymacałam. 
- No, no, no, Megan Bailey! Jesteś bardzo podstępna! 
- Owszem. Czy zamierzasz zaprosić mnie tu na noc? 
Zamurowało go - odwrócił się ostrożnie, żeby na nią zerknąć. 
Nakrywając do stołu starał się to robić swobodnie. 
- Jechałam jak szalona, żeby tu w ogóle dojechać. Prawdo­

podobnie... prawdopodobnie nie będę w stanie... wyjechać 
stąd... wcześniej jak w piątek. Na najbliższe trzy dni zapowiada­

ją burzę stulecia. - Odwróciła się i spojrzała na niego. 

Jethrowi mąciło się w głowie. 
- Czuję się bez ciebie bardzo samotna. Wiedziałam, że Dawi­

dowi nic nie jest. Taki zdrowy dzieciak, że żadne choroby się go 
nie imają. 

- Ty... 
- Jestem dziewczyną z miasta. Będziesz musiał mnie tam od 

czasu do czasu zabierać. 

- Bezwzględnie - odparł. Był przerażony. Jutro Dan ze swo­

im synem miał ich „zaskoczyć" tylko we dwójkę, uwięzionych 

background image

JASEŁKA 

77 

przez pogodę, z samym tylko psem i dzieckiem. Nie, nie może 
dopuścić do tego, żeby Megan się dowiedziała, że wszyscy prze­
ciwko niej spiskowali, musi zadzwonić, i to jak najszybciej, do 
starego Dana. 

- Myślałam, że mnie pocałujesz, jak ci o tym powiem -

rzekła od niechcenia. - A może zmieniłeś zda... 

Całował ją. Nie potrzebował żadnej zachęty. 
Co za cudowne uczucie znów być w jego ramionach. Megan 

pomrukiwała z rozkoszy, a Jethro aż drżał. Kiedy oderwał usta od 

jej warg i mogli już oddychać, wyszeptała: 

- A więc nie jestem ci obojętna? 
-Nie. 
Wolałaby usłyszeć jeszcze parę słów, ale on znów ją całował, 

i to jej wystarczało. 

Żałosny skowyt Lady odwrócił na chwilę ich uwagę. Stwier­

dzili, że Dawid kurczowo trzyma psa za ucho i próbuje gryźć je 
swoim jedynym zębem. Oboje musieli uwalniać psie ucho z za­
ciśniętej piąstki małego. 

Megan wzięła Dawidka, żeby umyć mu buzię pełną sierści, 

a gdy wróciła, Jethro odkładał właśnie słuchawkę. 

- Co się stało? - spytała. - Coś złego? 
- Nie ma sygnału - odpowiedział surowo. 
Odrzekła bardzo logicznie: 
- Przy takiej burzy to nic dziwnego. Zawsze masz jeszcze 

radio. A do kogo chciałeś dzwonić? 

- Mmmmm... do nikogo. 
- Jesteś trochę dziwny. - Przyjrzała mu się. - Ale mimo to 

zdecydowałam się na ciebie. Przyjmę cię ze wszystkimi twoimi 
dziwactwami. 

Roześmiał się głośno i objął ją mocno. Po czym, z poważną 

już miną, znów ją całował. 

Kiedy już na to pozwoliły okoliczności, spytała: 
- Nie zmieniłeś planów? - Potrzebne jej były słowa zapew­

nienia. 

background image

78 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- W żadnym razie - odparł łagodnie. 
- I co jeszcze? 
- Kocham cię, Megan. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę 

mnie chcesz. Że tu jesteś i że chcesz ze mną zostać. Myślałem, że 
przyjechałaś tylko z powodu Dawida. 

- Analizując swoje uczucia do ciebie stwierdziłam, że ko­

cham cię od chwili, gdy odbierałam poród Dawidka, a ty mi 

w tym przeszkadzałeś. 

- Toja odebrałem poród. 
- Ty myłeś ręce. 
- No to bym odebrał, gdybyś się tak nie rozpychała. 
- Byłeś wspaniały. 
- Mogę być dla ciebie idealnym mężem, Megan. Daj mi tylko 

szansę. 

- Mężczyzna idealny szybko by mnie znudził. 
- A nie uważasz mnie za idealnego? 
Śmiała się. 
Trzeba było odgrzać duszoną wołowinę babci. Jedli trzymając 

się za ręce i karmiąc małego rozgniecioną marchewką z karto­
flem, który to pokarm Dawid żuł i obracał w buzi. Malec pokrzy­

kiwał i rozglądał się ciekawie dokoła. Część jego jedzenia przy­
padła Lady, której nie przeszkadzały jego lepkie rączki; pies 

wylizywał mu paluszki do czysta. Megan zamknęła oczy. 

- Żaden chłopiec nie będzie się dobrze chował bez odrobiny 

psiej śliny - zapewnił ją Jethro. 

- Brrr. 
- Wiesz co, Megan, jesteś straszną dziwaczką, ale mimo to 

zdecydowałem się na ciebie i spróbuję się dostosować do twoich 
kaprysów - wyznał jej z namysłem. 

Nachyliła się, zwichrzyła mu włosy i znów się pocałowali. 
Dawid obserwował ich z pewnym zainteresowaniem. Poszedł 

spać trochę wcześniej niż zwykle. Bawił się nóżką przemawiając 

do lampki nocnej, dopóki nie przyszła Lady i nie położyła się 
przy jego łóżeczku. 

background image

JASEŁKA 

7 9 

Kiedy Megan była w łazience, Jethro raz jeszcze gorączkowo 

próbował zadzwonić, ale z tym samym skutkiem. Weszła do 
pokoju, gdy usiłował uruchomić radio. 

- Czy są jakieś kłopoty? - spytała. 
- Nie, tylko sprawdzam sprzęt. 
- Za bardzo się przejmujesz. Znajdą cię, jak będziesz im 

potrzebny. - Spojrzał na nią tak poważnie, że aż ją to zaniepokoi­
ło. - Czy coś się stało? 

- Pragnę cię. 
Spojrzała pustym wzrokiem, usiłując zebrać myśli. 
- Teraz, w tej chwili? - Spuściła oczy i uśmiechnęła się. -

Chyba mam na to sposób. 

W dalszym ciągu bardzo poważnie spytał: 
- Można wiedzieć, jaki? 

- Zamiast spać w pokoju gościnnym, mogę spać w twoim 

łóżku. Będzie ci ciepło i wy... 

- Ale ja cały płonę. 
- No cóż, skoro nie jestem ci potrzebna, żeby cię ogrzać 

podczas takiej śnieżycy, to chyba wrócę do domu... 

- Boję się burzy. 
Roześmiała się i delikatnie dotknęła blizny na jego czole. 
- Bledną ci piegi. 
- Skoro płoniesz, to może mnie opalisz i piegi wrócą. - Rzu­

ciła mu niewinne spojrzenie. 

- Możemy spróbować. 
- W jaki sposób? 
- Musisz się rozebrać. 
- Ooo. - Udawała zainteresowanie. - Coś w rodzaju sola­

rium? 

- Coś takiego. - Pomógł jej ściągnąć sweter. 
Gdy rozpięła wełniane spodnie i zsunęła je z bioder, wzrok jej 

padł na dość skomplikowaną aparaturę radiową. 

- A gdzie jest urządzenie do opalania? - spytała Meg rezolutnie. 
Pokazał jej. 

background image

80 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Przenośne! 

Jethro roześmiał się i przytulił ją, a potem wziął ją na ręce 

i zaniósł do swojego pokoju, gdzie ją położył na nie pościelonym 
łóżku. Wyciągnął się obok niej, na wpół przykrywając ją swoim 
ciałem, i powiedział: 

- Jak to się stało, że cię w końcu znalazłem? Szukałem cię 

przez całe życie i już prawie zrezygnowałem. 

- Nie miałeś żadnej szansy. Trzeba mnie było przekonać. 
- A co cię ostatecznie przekonało? - Pomyślał, że piknik nad 

sadzawką. 

- Jasełka świąteczne. 
Zaskoczyła go ta odpowiedź. Skoro jednak żartowała, Jethro 

odchylił się, żeby zajrzeć jej w oczy: 

- Jasełka? 
- Ludzie. Ci wszyscy ludzie. Byłam zdumiona, jak wiele 

dowiedziałam się o nich w takim krótkim czasie. Zrozumiałam, 
że nie są mi obojętni. I że to jest wspaniałe miejsce dla dzieci. 
Chciałbyś mieć gromadkę takich malców? Ciekawe, jakie byłyby 
twoje dzieci? Warto się przekonać. Jesteś wyjątkowym człowie­
kiem, Jethro. Kocham cię. 

Jego oczy tryskały radością, serce mu topniało i mąciło się 

w głowie. 

- Megan, muszę ci coś powiedzieć. 
- Że masz pięć żon? 
- Nie. Widzisz, kochanie, nie wiedziałem, jak z tobą postępo­

wać. Jesteś taka niezależna i taka przebojowa, że nie dajesz szan­
sy mężczyźnie. Chciałem... 

- Przebojowa? Już kiedyś użyłeś tego słowa. 
Zauważył, że jej się to nie spodobało. Nieco zdziwiony nie­

ustępliwie ciągnął dalej, zależało mu na tym, żeby go zrozumiała. 

- Mam na myśli to, że zawsze chcesz rządzić, jak wtedy, 

kiedy Dawid... 

- Nie miałam pojęcia, że jesteś taki zręczny i że tyle potra­

fisz. Musisz pamiętać, że ja wtedy ledwie zdążyłam przyjechać 

background image

JASEŁKA 81 

do miasta. Gdybym cię wtedy znała lepiej, to może bym się nie 
wtrącała i pozwoliła ci przyjąć poród. 

- Dajmy spokój, Megan. Jeśli mam być szczery, to wcale nie 

wiedziałem, co z tym fantem zrobić, i... 

- W każdym razie świetnie udawałeś. 
- Nawet nie bardzo wiedziałem, co zrobić z Christy, kiedy 

wypadła z samochodu. Chciałem położyć ją w skrzyni ciężarów­

ki. Wiedziałem, że powinna leżeć płasko. Wydawało mi się to 
najlepsze. 

- Ale robiłeś wrażenie, jakbyś panował nad sytuacją. 
- Tak nas uczą; to ważne, bo to ludzi uspokaja. Jeśli jesteś 

spokojny, to wtedy wszyscy chętnie pomogą. Ty mi wtedy bardzo 

pomogłaś. Wspaniale odebrałaś Dawida. 

Megan spojrzała na swego mężczyznę i uśmiechnęła się. 

Ograniczyła się tylko do krótkiego: 

- Dziękuję. 
- Nie ma za co. 
- Megan, Megan - zaczął znowu - kochanie, muszę ci powie­

dzieć, że nie znalezłaś się tu przypadkiem. Widzisz... 

- Dan mi mówił. 
- Tak. Pytałem go, co powinienem zrobić, tego dnia, kiedy 

były jasełka, i on... 

- Powiedział, żebyś zaczekał, aż będzie burza, i wtedy do 

mnie zadzwonił i powiedział, że Dawid jest chory. 

- Skąd wiesz? - Jethro żachnął się, zdumiony. 
- Powiedział mi. Uważał, że to bardzo zabawne. Wpadłeś 

w jego pułapkę. Uważa, że powinniśmy się pobrać. 

- Coś takiego, bezczelny, stary żółw. 
- Chcesz się wycofać? Ja mogę wrócić do domu. Mam opony 

dojazdy terenowej. 

- Nie. Nie zgadzam się na takie ryzyko. Pewnie byś mnie 

pozwała do sądu, gdybyś na przykład zgięła zderzak. Mam dzie­

ci, które muszą skończyć szkołę, nie mogę sobie pozwolić na 
żadne sprawy sądowe. 

background image

82 

GWIAZDKA MIŁOŚCI 

- Dzieci? W liczbie mnogiej? Czyje? 
Wsunął pod nią dłonie i przycisnął ją mocno do siebie. 
- Nasze. 
- Będziesz musiał się ze mną ożenić. 
- Będę. 
- Dan zaprosił nas na wigilię. Będzie tam wielu znajomych. 
Jethro zaśmiał się. 
- Ach, te stare żółwie. To one tu rządzą. Może to o nich 

Biblia mówi, że głos żółwi słychać było po całej ziemi. One 
kierują całym naszym życiem. Wtrącają się we wszystko. - Jet­
hro westchnął zrezygnowany. - Ale dzięki nim leżymy teraz 
razem w łóżku, podczas burzy śnieżnej, skompromitowani, i my­
ślimy o szybkim ślubie i o tym, jak wykształcić nasze dzieci. 

- A więc wracamy do tego, że zamierzamy mieć dzieci? 
- Taak. 
- A jak się do tego zabierzemy? 
Zademonstrował jej, jak tego dokonać - powoli, nie spiesząc 

się, w sposób porywający. Megan była niedowiarkiem, ale Jethro 
był pewien swego i skłonił ją do powtórki. 

W pewnym momencie wysunęła się spod niego, wstała i pode­

szła do lustra. Grudki lodu biły w szyby, a Megan przyglądała się 
sobie. Stwierdziła, że jej obecnie dłuższe włosy są w nieładzie, usta 
czerwone i lekko nabrzmiałe, a piersi tu i ówdzie w plamach. 

- Wszystko w porządku? - spytał cicho. 
- Nie widzę żadnej różnicy. 
- O czym ty mówisz? - Zdziwił się Jethro. 
Podniosła wzrok w lustrze na zaniepokojonego nagiego męż­

czyznę leżącego z tyłu za nią na łóżku i odpowiedziała: 

- Chodzi mi o piegi. 
Zapadło pełne zdumienia milczenie. 
- Trzeba czasu, żeby się ich pozbyć - rzekł łagodnie. - To 

może potrwać nawet i całą zimę. Wracaj do łóżka. 

Marilyn Pappano