background image

J

OSÉ

 C

ARLOS

 S

OMOZA

Szczegół.

Trzy krótkie powieści

El detalle. Tres notelas breves

Anna Topczewska

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2006

background image

Nota od autora

W tej książce po raz pierwszy ukazują się razem wszystkie krótkie powieści, jakie 

dotychczas napisałem

1

. Łączy je nie tylko forma: wspólny jest także ich wydźwięk, ponieważ 

wszystkie relacjonują historię obsesji.

Chociaż można by rzec, że każda historia jest historią obsesji (obsesji tego, kto ją 

opowiada),   obsesja  nękająca   bohaterów  niniejszych  powieści   jest   szczególna   pod  paroma 

względami: stanowi podstawę i formę narracji, jest dla niej punktem wyjścia i decyduje o jej 

przebiegu. Poza tym dostrzegam jeszcze inne podobieństwa: dwaj z głównych bohaterów to 

lekarze; wszyscy trzej są prawdopodobnie szaleni.

Akcja  Płaszczyzn  (1994), tekstu, od którego w pewnym sensie rozpoczęła się moja 

kariera   literacka,   rozgrywa   się   w   miasteczku   zwanym   Roquedal   -   scenerii   późniejszych 

powieści, jak na przykład Listy od zabójcy bez znaczenia czy Szkatułka z kości słoniowej. W 

Płaszczyznach  obsesja Marcelina Roimara, młodego lekarza, który przyjeżdża tu na letnie 

zastępstwo, zamienia się w koszmarną fantazję: wyobrażenie, że w naszym świecie można 

dostrzec inne światy i poznać zamieszkujące je dziwne istoty.

Pierwsza wersja Szczegółu, dotychczas niepublikowanego po hiszpańsku, ukazała się 

we Francji w 2003 roku. Narratorem jest „oficjalny wariat” Roquedal, Baltasar Párraga, który 

na   własną   rękę   przeprowadza   osobliwe   śledztwo.   Mimo   że   don   Baltasar   uchodzi   za 

pomyleńca,  jego obsesja okazuje  się, paradoksalnie,  bardziej  racjonalna  niż  w przypadku 

Roimara: pochłania go badanie, w jaki sposób najdrobniejsze, ledwo zauważalne szczegóły, 

jeśli przyjrzeć im się uważnie, mogą kryć w sobie tajemny klucz do każdej zagadki. Párraga 

twierdzi, że za zbrodnią zawsze stoi niewidzialny morderca, a ja przyznałbym mu rację.

Usta  również   ukazały   się   po   francusku   w   2003   roku   i   do   tej   pory   nie   zostały 

opublikowane po hiszpańsku. To jedyna spośród zamieszczonych tu powieści, której akcja 

nie rozgrywa się w Roquedal. Jej struktura jest równie dziwna jak obsesja głównego bohatera: 

1

 Nie liczę powieści Listy od zabójcy bez znaczenia, która, jako że została opublikowana w osobnym 

tomie, być może zasługuje na określenie „niezbyt krótka”.

background image

całość stanowi monstrualne zdanie, bez przystanków chociażby na wzięcie oddechu. Narrację 

prowadzi dentysta, właściciel dobrze prosperującej przychodni, którego życie rodzinne jest 

nudne, a relacja z kochanką mu spowszedniała. Jednak ta monotonna egzystencja zmienia się 

diametralnie w chwili, gdy bohater dokonuje szczególnego odkrycia: nosi w sobie kości. Fakt, 

że pod skórą mamy szkielet, może przerodzić się w przerażającą oczywistość.

Chciałbym podziękować francuskiemu wydawnictwu Mille et Une Nuits oraz mojej 

tamtejszej   tłumaczce,   Marianne   Milion,   za   entuzjazm,   jaki   wykazali   przy   okazji 

„zmartwychwstania” tych niewielkich tekstów, jak również pracownicom agencji literackiej 

Carmen   Bacells,   ponieważ   bez   nich   te   dziełka   nigdy   nie   ujrzałyby   światła   dziennego   w 

żadnym języku; podziękowania należą się też mojemu hiszpańskiemu wydawcy, Claudiowi 

Lopezowi   z   Random   House   Mondadori,   który   zasugerował   mi   kilka   bardzo   korzystnych 

poprawek w ostatecznej postaci Szczegółu.

Trzy   historie,   trzy   oblicza   szaleństwa   albo   trzy   sposoby   opowiadania.   Czuję 

uzasadnioną satysfakcję, widząc te pierwotne obsesje zebrane w jednym tomie.

José Carlos Somoza

Madryt, lipiec 2004

background image

Płaszczyzny

background image

Dla Joségo, 

Marii del Mar, Sergia, Mariny 

czy jakkolwiek ma na imię

background image

NOTA WYDAWCY: Oto zapiski don Marcelina Roimara Ruiza z czasu jego pobytu 

w Roquedal. Niniejsza publikacja nie ma na celu rozwikłania zaistniałej tragedii, lecz próbę 

naświetlenia sylwetki jej protagonisty.

1

Do   Roquedal   dotarłem   dziś   późnym   popołudniem,   kiedy   słońce   jeszcze   mocno 

świeciło,  i  od  razu   przytrafiły  mi  się  dwie   dziwne  rzeczy,  o  których   muszę  wspomnieć. 

Miasteczko,   nieduże   i   białe,   po   raz   pierwszy   wyłania   się   w   miejscu,   gdzie   linia   szosy 

okręgowej zaczyna opadać. Na szczycie przez chwilę odnosisz wrażenie, że domki można 

zamknąć w dłoni, zagarniając przy okazji spory kawał lśniącego niebieskiego morza w tle. 

Kiedy podjeżdżasz bliżej, widzisz, że z jednej strony (z lewej, zgodnie z pozycją gościa) pola 

uprawne przecina okropny szary mur, ciągnący się zaledwie tyle, żebyś zdążył go zobaczyć z 

samochodu  i przeczytać  napis na zardzewiałej  tabliczce,  która wisi na  łukowej  bramie  o 

otwartych skrzydłach: „Cmentarz miejski”. W głębi wznoszą się niskie cyprysy. Zmieniając 

bieg na dole, dostrzegłem wielkie białe litery. Były to cztery krzywe, pokaźnych rozmiarów 

litery drukowane, namalowane farbą tak jaskrawą, że wyobraziłem sobie, jak fosforyzują w 

ciemności. Nie sposób było ich nie przeczytać: ETER.

Pochodzę   z   dużego   miasta   i   przywykłem   do   ulicznych   graffiti,   ale   widok   tak 

wielkiego   mozołu   literniczego   na   murze   cmentarnym   wzbudził   we   mnie   owo   jałowe   i 

uporczywe zaciekawienie, które służy temu, żeby mieć potem o czym opowiadać albo pisać w 

pospiesznych notatkach, teraz, w nocy, w moim pokoju. Intrygujące wydało mi się nie samo 

słowo,   lecz   jego   usytuowanie.   Co   anonimowy   malarz   chciał   powiedzieć,   wypisując   te 

skandalicznie białe litery na cmentarnym murze? Pomyślałem, że to jakiś skrót, skojarzenie, 

jakiś tajemniczy żart albo że może ktoś chciał namalować coś innego, ale się pomylił lub mu 

przeszkodzono. Dziwne, jak bardzo mnie drażni to, co niejednoznaczne,  obraz, który coś 

mówi, a zarazem milczy. Pochodzę z miasta i dlatego odruchowo doszukuję się przesłania w 

reklamach. Jednak dla mojego samochodu, który w tamtej chwili posuwał się dość powoli, 

czas   płynie   inaczej   niż   dla   mnie.   Pozwoliłem   sobie   na   rzut   oka   w   stronę   miejscowego 

background image

cmentarza,   przelotny   romans   z   błyskającymi   literami   (ETER),   które   ktoś   namalował   w 

niewiadomym   celu,   i   nastawiony   na   inne   wrażenia,   prędko   o   wszystkim   zapomniałem 

(niemniej teraz przypominam to sobie). Mój zegarek (ostatni prezent od Marieli) o tarczy 

rozlanej jak jajko sadzone (naśladuje „miękki zegarek” Dalego) wskazywał kilka minut po 

siódmej, a ja wjeżdżałem na główną ulicę (rozgrzane wnętrze samochodu, kierownica paląca 

w dłonie). I wtedy po raz drugi zdarzyło się coś dziwnego.

Zacznę od tego, że miasteczko wzbudziło we mnie poczucie samotności, chociaż, jak 

sądzę, winne temu jest lato. Lato w małym miasteczku zawsze jest samotne - bez różnicy, czy 

chodzi o Roquedal, czy jakiekolwiek inne miasteczko na wybrzeżu albo w głębi lądu. Surowe 

dni zimy zmuszają w pewnym sensie do samotności aktywnej, natomiast w letnie popołudnia 

aktywność odparowuje, a samotność opada z sił i zmusza cię, żebyś się położył i razem z nią 

opadał z sił, wśród bzyczenia much i uporczywego upału. Południe oznacza porę słońca i snu 

- życie zamiera, a miasteczko staje się puste i białe. I zawsze jest jedna długa ulica, której 

zakręt   tam,   w   głębi,   przyciąga   spojrzenie,   żeby   odwrócić   uwagę   od   reszty   miasteczka. 

Pamiętam, że przyszła mi na myśl niedziela: żywię głębokie przekonanie, że niedziele to dni 

szczególnie samotne. W niedzielę zawsze jest miejsce na nieprzerwane lato i ciszę, długą i 

nudną.   To   właśnie   przyszło   mi   na   myśl:   wjechałem   do   Roquedal,   redukując   bieg,   silnik 

odpowiedział jakby ledwie słyszalnym pytaniem, przysłonięty ciszą, opony smażyły żwir na 

źle wyasfaltowanej ulicy, prostokątne cienie domów trwały na swoich miejscach, a w głębi, 

wśród dachów i sosen, widniała sztywna krawędź morza, i pomyślałem, że to prawdziwa 

niedziela w samym środku wtorku.

I jakby tego było mało, na ulicy, między cieniem a słońcem, kilku chłopców kopało 

biało-czarną   piłkę,   wyrzucając   ją   w   powietrze   z   cichym   pokrzykiwaniem.   Wyglądali   jak 

wspomnienie z dzieciństwa. Zatrzymałem się obok nich.

- Gdzie jest dom doktora Roberta? - spytałem.

Popatrzyli na mnie, popatrzyli po sobie, marszcząc twarze, jakby wyciskali z nich sok. 

Byli ubrudzeni kurzem i błotem, ale w istocie wydawali się czyści, jakby w ten brud przebrali 

się specjalnie na mój przyjazd. Wymienili między sobą jakieś uwagi i w końcu najwyższy z 

nich, chudy chłopak o zmierzwionych kasztanowych włosach, ubrany w stary za ciasny strój 

piłkarski o barwach tak zatartych, że nie mogłem odgadnąć, czy drużyna jest prawdziwa, czy 

zmyślona, odezwał się:

- Don Roberta?

- Tak. Lekarza.

- Nie wiem.

background image

- To miasteczko nie nazywa się Roquedal? - spytałem z uśmiechem.

Chłopiec popatrzył na mnie z powagą i zdumieniem, które nie dopuszczały żartów, i 

odparł, że nie.

- Kanikuła - powiedział. - To miasteczko nazywa się Kanikuła.

A   koledzy   zawtórowali   mu   kanonicznie,   prześcigając   się,   który   pierwszy   udzieli 

dorosłemu informacji:

- Kanikuła.

- Kanikuła.

- Kanikuła.

Może to absolutna pewność, z jaką spodziewałem się innej odpowiedzi, nie pozwoliła 

mi wyjaśnić nieporozumienia. Dzieci nie mają cierpliwości do mało pojętnych dorosłych: z 

nimi trzeba jak ze świeżo wyrobioną gliną - bezpośrednio i zwięźle, bo inaczej nic się nie 

ulepi. Nie wiem, co im powiedziałem, już nie pamiętam. Mamrotałem jakieś pytania, gdy 

tymczasem piłka wracała pod niebo, a dzieci rozchodziły się, rzucając w odpowiedzi:

- Nie. To miasteczko nazywa się Kanikuła. Kanikuła.

Nie wiem, co by mogło wyniknąć z tej gry nieporozumień. Na szczęście zacienioną 

stroną   ulicy   podążał   ku   mnie   potężny   zwalisty   mężczyzna   w   niebieskim   kombinezonie 

roboczym na szelkach, całym zapapranym na czarno, i cienkiej czerwonej koszuli w kratę. 

Miał okulary i beret, w tej kolejności, bo te pierwsze były tak masywne, że wyglądały jak 

maska, a ten drugi, cienki i mały, leżał rozpłaszczony na jego ogromnej głowie jak skóra. Pod 

pachą niósł oponę. Później dowiedziałem się, że ma na imię Joaquin i za niewielkie pieniądze 

naprawia wszelki sprzęt mechaniczny. Jego słowa, wypowiadane głosem przywiędłym jak 

głos staruszki, nie zawiodły mnie:

- Don Roberto? Niech pan wali tą ulicą do końca. Na rogu stoi niebieski dom. To tam.

Zachwycają   mnie   tacy   poczciwi   ludzie.   Z   jaką   prostotą   dzielą   planszę   swojego 

miasteczka na domy czerwone, niebieskie, amarantowe, z kamienia albo bielone wapnem 

(chociaż,   jak   się   właśnie   dowiedziałem,   „niebieski   dom”   jest   określeniem   niefortunnym: 

Rosa, moja gospodyni, poinformowała mnie, że w Roquedal przez pewien czas planowano, 

żeby wszystkie domy bliżej morza pomalować na niebiesko. Niewykluczone, że niedługo 

wpadną na pomysł, by na zielono pomalować wszystkie domy od strony wzgórza). Tylko 

swoją gestykulacją Joaquín spłatał mi małego figla (dłonie ma krótkie i prawie kwadratowe, 

tak że palce zdają się kiełkować prosto z nadgarstków), chociaż chłopców nie rozśmieszył: 

czegokolwiek oczekiwali po swoim żarcie, teraz już zupełnie mną niezainteresowani, dalej 

bawili się piłką - albo piłka nimi. Zostawiłem ich za sobą.

background image

Pierwsze wrażenie z mojego miasteczka (poza wspomnianą niejednoznacznością) było 

budujące: domy czyste, ulice szerokie, w sam raz do pieszych spacerów, wiekowe staruszki 

spędzające   życie   w   otwartych   drzwiach   albo   we   wnękach   okien,   sklep   kolonialny   tak 

mroczny i zamorski jak jego nazwa, donice pełne kwiatów, podrostki w zbitych grupkach 

podążające do baru i, oczywiście, intensywny zapach morza, niesiony wiatrem, który nigdy 

nie cichnie.

I oto, wreszcie na miejscu, opowiadam swoją pierwszą przygodę. Piętrowy dom don 

Roberta rzeczywiście jest niebieski. Stoi u wylotu ulicy, która dzieli miasteczko na pół. Ma 

wewnętrzne patio, gdzie od oddechów roślin paruje wilgoć jak w szkłami. Z pokojów don 

Roberta   widać   sąsiednią   parcelę,   a   dalej,   jak   na   dłoni,   fioletowoniebieską   plamę   morza. 

Pozostałe zajmuje Rosa, starsza, silna kobieta, której twarz i figura noszą znamiona dawnej 

urody. Ma miłą twarz: kiedy się uśmiecha, wszystkie zmarszczki, niby rowerowe szprychy, 

zbiegają się wokół ust, opromieniając twarz. Jej żywe oczka przywierają do przedmiotów jak 

magnesy. To ona otworzyła mi drzwi.

-  Don  Roberto  przeniósł   swoje  rzeczy  do  schowka,   żeby  panu  nie   przeszkadzały. 

Powiedział, żeby się pan czuł jak u siebie w domu.

- Dziękuję bardzo.

- Proszę mi dać bagaże.

- Sam zaniosę, to naprawdę żaden kłopot.

- Taki pan objuczony! Niechże mi pan da chociaż jedną walizkę!

Posłusznie   oddałem   najlżejszą   (wybraną   na   chybił   trafił),   a   ona   jak   błyskawica 

wbiegła z nią po kamiennych schodach. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy chudość i 

energia   Rosy   nie   wskazują   przypadkiem   na   zaburzenia   tarczycy,   teraz   jednak   jestem 

przekonany, że to życie w Roquedal tak na nią działa! Mówiła bez przerwy: Proszę tędy. 

Uwaga na ten stopień. To sypialnia. Jest mała, wie pan, ale czysta. Drzwi trochę się zacinają. 

Łazienka. Wszystko w najlepszym porządku, wie pan, tak uważa don Roberto.

A jeśli don Roberto tak uważa, don Marcelo rzecz jasna też musi tak uważać.

Prawda jest taka, że na mnie to wszystko nie zrobiło żadnego wrażenia. Rosa pokazała 

mi cały dom, zanim zdążyłem obrazy przełożyć na odczucia. Podejrzewam, że mieszkając w 

dużym mieście, świat odbierasz bez emocji, czysto intelektualnie: ja potrzebuję czasu, żeby 

określić,   czy   coś   mi   się   podoba,   czy   nie.   Podejrzewam,   że   oduczyliśmy   się   kochać   i 

nienawidzić spontanicznie, pełną piersią, jak dzieci. Idąc za Rosą, powtarzałem tylko:

- Tak. Bardzo dobrze. Bardzo ładnie.

I   nawet   teraz   wciąż   próbuję   ustalić,   czy   mi   się   tu   podoba,   czy   nie.   W   końcu, 

background image

uporawszy się z rolą przewodnika, Rosa spytała mnie prosto z mostu:

- A pan jest...?

- Marcelino Roimar. Ale wolę, żeby się do mnie zwracać Marcelo - pospieszyłem z 

odpowiedzią.

- Don Marcelo - powtórzyła, żeby zapamiętać.

- Don Marcelo - uśmiechnąłem się.

- Musi pan być bardzo zmęczony podróżą. Zrobić panu coś do jedzenia przed kolacją?

- Nie, dziękuję.

- A o której chce pan kolację?

Wyczuwałem, że oboje chodzimy na paluszkach, nie chcąc naruszyć delikatnej tkanki 

pierwszego spotkania. Jak mi się wydaje, ważne jest - i chyba nietrudne - żeby z Rosą być w 

dobrych   stosunkach.   Musiałem   dla   świętego   spokoju   podać   jej   jakąś   godzinę   i   rzuciłem 

jedenastą. Potem wyciągnąłem z niej trochę na temat mojej pracy: gdzie jest przychodnia, jak 

się nazywa pielęgniarka i położna (dwie potężne instytucje Roquedal) i co powinienem, a 

czego nie powinienem robić, biorąc pod uwagę obyczaje don Roberta. Domyśliłem się, że 

Rosa lubi letnie zastępstwa, bo teraz, w ciemnej kuchni na niskim parterze szykując dla mnie 

tortillę, odwrócona plecami, dyktowała mi całą listę babcinych porad. Oświetlała ją samotna 

żarówka na długim białym kablu, wygiętym jak gałąź. Z trudem dostrzegałem krągły zarys jej 

siwiejącej głowy, nie dość, że zasłaniała ją kifoza, to Rosa jeszcze pochylała się nad swoją 

pracą. Od stóp do głów była w czerni, ale na niej nie przypominało to żałoby. Pomyślałem, że 

smutniej wyglądałaby ubrana na kolorowo.

- Podoba się panu miasteczko? - padło pytanie od strony jej pleców. - No, jeszcze go 

pan nie obejrzał, prawda.

A mnie udawało się wtrącić jakieś zdanie, kiedy rytmiczny potok jej stów na chwilę 

ustawał:

- Tak. To, co widziałem, podobało mi się.

Bo   tutaj   wszystko   musi   się   tak   właśnie   podobać:   natychmiast,   od   pierwszego 

wejrzenia.   Ja   jednak   mam   niewprawne   oczy.   Poza   tym   rzeczywiście   nie   znałem   jeszcze 

miasteczka   (chociaż   jej   się   wydawało,   że   od   przyjazdu   zdążyłem   je   całe   obejść).   Potem 

wziąłem szybki i skąpy prysznic (woda płynie tu zwartym strumieniem, nie tryskając na boki, 

z czegoś na kształt wysokiego kranu. Skosztowałem trochę: słona. Zaśmiałem się na myśl, że 

morze   załatwia   się   w   mojej   łazience)   i   włożyłem   przed   kolacją   czyste   ubranie.   Byłem 

zaskoczony, widząc, że na moim zegarku jest już za piętnaście jedenasta, a kiedy zszedłem, 

Rosa właśnie wojowała z tortillami i całe patio w środku nocy pachniało smażonym jajkiem i 

background image

tuberozą.

Podała   kolację   i   przez   chwilę   siedzieliśmy   w   milczeniu,   jak   gdyby   cała   nasza 

wcześniejsza pogawędka stanowiła tylko pretekst, żeby coś ugotować. Przyszedł mi do głowy 

pewien temat.

- Czy Roquedal ma jeszcze jakąś inną nazwę?

Z   uśmiechem   wykonała   ręką   nieokreślony   gest,   dając   mi   do   zrozumienia,   że   nie 

dosłyszała.   Postanowiłem,   już   nieco   głośniej,   opowiedzieć   jej   o   dziwnym   spotkaniu   z 

miejscowymi dziećmi. Wciąż się uśmiechając, kiwała głową, jakby zupełnie niepotrzebnie 

zachęcała mnie, żebym mówił dalej, ale kiedy skończyłem, błyskawicznie odwróciła swoje 

smoliste oczy i wzruszyła ramionami.

-   Kanikuła?   -   udało   jej   się   bezbłędnie   powtórzyć.   -   W   życiu   nie   słyszałam.   A 

mieszkam tu od urodzenia. - W ostatnim zdaniu zabrzmiało usprawiedliwienie, jak gdyby w 

Roquedal można było zamieszkać na długo przed przyjściem na świat, a ona jakby czuła się 

gorsza od własnych wspomnień.

W życiu nie słyszała. Podejrzewam, że także nie rozumie znaczenia słowa ETER na 

murze cmentarza. Teraz jednak muszę pozwolić, żeby te i jeszcze inne kwestie uszły ze mnie 

wraz z ziewaniem. Jutro zaczynam i trzeba wcześnie wstać.

Pisząc, widzę swoje odbicie w oknie.

background image

2

Dzień bogaty i dziwny. Piszę te słowa o wpół do trzeciej nad ranem, siedząc, tak samo 

jak wczoraj - jakże odległe wczoraj! - za starym biurkiem don Roberta, przy świetle małej 

lampy,  której abażur ktoś naprędce sklecił z kartonu (Niech pan jej długo nie świeci, bo 

karton się pali, radzi mi biedna Rosa), i dla rozrywki śledzę układ słojów na blacie, usiłując 

odtworzyć w pamięci wszystko, co się wydarzyło (opowiedzieć „wszystko” jest niemożliwe, 

albo przynajmniej tak trudne, jak opisać każdą z tych rys na drewnie: gubią się, plączą, mylą). 

Postaram się przynajmniej odmalować dziwne oblicze dnia, który wciąż mnie zdumiewa, a 

robiąc to, sam siebie osądzę (kiedy siadam do pisania, w zamkniętym oknie odbija się moja 

postać, jeden wielki symbol).

W pracy bardzo dobrze. Don Roberto nie skłamał, mówiąc przez telefon, że nie ma 

wiele roboty.  Przychodnia mieści się w budynku, który okrutnie gryzie się z architekturą 

Roquedal - to klocek o płaskim dachu i lustrzanych szybach, nasycony upałem. Od wewnątrz 

rozpala go lodowate światło świetlówek, a ty wcale nie czujesz się lepiej, widząc wokół 

mnóstwo ostrych krawędzi (Roquedal jest obłe i miękkie, ale tam, w przychodni, wszystko 

kłuje - nie tylko strzykawka - groźnie strosząc ostre kąty:  jakby chciało przekonać samo 

siebie i mieszkańców, że to miejsce naukowe, obce miasteczku): moje biurko i krzesło są z 

białego metalu, a jasnoniebieskie kafelki na ścianach i podłodze nie zostawiają szczeliny, na 

której dałoby się zawiesić wzrok. Jest duże okno, ale widok malowniczych domków, jaki 

można by przez nie podziwiać, tak rozdzierająco kłóci się z wnętrzem, że automatycznie 

nasuwa się wniosek, iż otwór zakratowano po to, żeby nie dało się wyjść, a nie odwrotnie. Na 

biurku toporne prostokąty recept i druczków, a obok Marta, pielęgniarka, która bierze urlop 

od przyszłego miesiąca.

- Żeby w przychodni nie pracowały jednocześnie dwie nowe osoby - tłumaczy. - A 

tak: don Roberto albo ja, które z nas akurat jest pod ręką, pomagamy zastępcy.

Podziękowałem jej za wyjaśnienie. Mam poczucie,  że od pierwszej chwili Marcie 

background image

trzeba za wszystko dziękować: jest tak serdeczna, tak obfita, o piersi i rysach tak matczynych, 

że nie wiadomo,  dlaczego  zaczynasz jej za wszystko  dziękować, jakby i ona miała swój 

udział w tym, że przyszedłeś na świat. Nosi się jak miastowa (farbuje włosy na jaskraworudy 

kasztan i pieczołowicie się maluje), ale w Roquedal jest bardzo poważana. W mig złapaliśmy 

kontakt   (podejrzewam   niecnie,   że   podobam   jej   się   bardziej   niż   sam   don   Roberto), 

rozmawiając o jej urlopie, o tym, że chce pojechać do Segowii (ma tam rodzinę), a potem do 

Barcelony i Paryża.

- Uciekam z południa, uciekam z południa - powtarza.

- Gorąco tu - podpowiadam. - Człowiek się dusi, chociaż jest nad morzem.

Mruży migdałowe oczy (z wieczorowym  makijażem, choć jest środek dnia) i robi 

minę „tak, ale to nie to”.

- Tak, ale to nie to. W tych małych miasteczkach człowiek w końcu... Nie wiem, czy 

rozumiesz   -   od   razu   przeszliśmy   na   ty.   -   Miasteczko   jest   piękne.   Roquedal   jest   piękne. 

Śliczne, naprawdę. - Na tym, zadowolona, zamyka listę przymiotników. - Jednak z czasem 

życie staje się monotonne i w końcu... - Macha rękami jak wiatraczek, a bransoletki zgodnie 

pobrzękują. - Ludzie myślą, że w mieście się wariuje, ale nikt nie wie, jak się rzeczy mają w 

takich dziurach.

- Ty nie wyglądasz na bardzo zwariowaną.

Parska śmiechem, aż jej się kołyszą piersi, tak olbrzymie, jakby były zbędne i miały 

upaść na stół.

- Poczekaj, jeszcze mnie nie znasz!

Jest gruba i sympatyczna - obie cechy zbyt intensywne jak na jej wiek - ale ma piękne 

dłonie i wie o tym: dłonie o giętkich palcach, które wykonują niewiarygodne i wyjątkowo 

karkołomne figury, zwłaszcza kiedy gestykuluje, podnosi recepty i wypełnia druczki albo po 

prostu kładzie ręce spokojnie na stole. Małe palce są kształtne i śliczne: chciałoby się jeden 

uciąć (biedulka), napisać na nim: „Pamiątka z Roquedal”, i zabrać do domu. Powiem jej to, 

kiedy poznamy się bliżej.

W przychodni, jak mówiłem, w porządku. Ani na chwilę nie zapominając, że jestem 

dla   nich   sztucznym   i   tymczasowym   don   Robertem,   trzymałem   się   tej   roli.   O  drugiej   po 

południu zdjąłem fartuch, wyłączyłem wentylator (też kolczasty, też naostrzony), z którym 

toczyliśmy   boje,   żeby   nas   ochłodził,   nie   podrywając   jednocześnie   papierów   do   lotu,   i 

wyruszyłem na popołudniową misję, przygotowany już do niej przez Martę: powitalny obiad 

na tarasie baru w towarzystwie nieodzownych władz - aptekarza, księdza i prawdopodobnie 

także alkada. Trzeba ich poznać, przejść święte rytuały, dostąpić wtajemniczenia i przyjąć 

background image

dowody wdzięczności. Szykuję się do inicjacji, a Marta (która raz-dwa zrzuciła fartuch i oto 

ukazuje mi się przebrana za egzotyczną kobietę do wzięcia - elegancka biała sukienka w 

rozrzucone różowe i zielone kwiaty) mi towarzyszy.

O   tej   porze   miasteczkiem   włada   niczego   niezapowiadający   upał,   nudny   jak 

niezapisana kartka. Przerzucam marynarkę przez ramię (po co ją brałem?, w niej czułem się 

pewniej?) i mrużę oczy jak Marta, a nawet zazdroszczę jej tych długich wywiniętych rzęs, 

przesiewających blask. W cieniu jakieś dzieci z przejęciem rysują kredą koła na ziemi, a cel 

ich działania wydaje się następujący: mieć o czym śpiewać:

Czym one są? Gdzie one są?

Jak tu je odnaleźć?

Nie wiedziałem, o co chodzi, choć przez sekundę odpowiedź na to pytanie wydała mi 

się niezwykle istotna, jednak w miarę jak się oddalaliśmy, wrażenie to się zatarło, i nawet 

odwracając głowę, nie mogłem się dopatrzyć tam żadnej niesamowitej tajemnicy: widziałem 

trzy dziewczynki z warkoczykami, ubrane w podobne proste sukienki w kratkę i buciki na 

bosych   stopach.   Jedna   skakała,   śpiewając,   a   pozostałe   wtórowały   jej   głośnym   refrenem. 

Poczułem, że to idiotycznie tak im się przyglądać.

Bar się jakoś nazywał, ale nie pamiętam jak: Paco albo Pedro, albo Luis. Rzeczywiście 

mieli tam taras, gdzie stały metalowe stoliki i krzesła, a w oddali, za trzcinowym zadaszeniem 

i wypalonym od słońca trawnikiem, widać było kępę drzew, szosę biegnącą skrajem plaży i 

samą   plażę   wzdłuż   morza,   które   sięgało   aż   po   horyzont.   W   cieniu   trzcinowego   daszku 

panował chłód.

Aptekarz ma na imię Juan i jest łysym chudym mężczyzną z czarnym wąsikiem, w 

złotych okularkach i pachnie wodą kolońską. W poprzek ciemienia biegną mu cztery wilgotne 

włosy, które, jak podejrzewam, smaruje sobie naftą. Już czekał na miejscu, z tęgą Marią (tęga 

María   jest,   zdaje   się,   nieodzowna   i   przypadła   akurat   jemu),   swoją   przyczesaną   i 

bezdyskusyjnie potężną żoną w błękitnej sukience usianej grubymi białymi grochami. Ona 

wydaje się poczciwa. On wydaje mi się wykształcony. Kiedy przyszliśmy, jedli smażoną rybę 

i on, zanim mi podał rękę, wytarł ją ostentacyjnie serwetką, jak gdyby koniecznie chciał 

zamanifestować   swoje   dobre   wychowanie.   Ona,   bardziej   spontaniczna,   wlepiła   mi 

potwornego całusa.

- Proszę tego skosztować, don Marcelo - zwraca się do mnie - i porównać z rybą, jaką 

pan jada w stolicy.

background image

Naturalnie muszę go poprosić, niemal gwałtem wyegzekwować, żeby zwracał się do 

mnie na ty. Korzystając z okazji, sięga po prerogatywy własnego wieku.

- Mógłbym być twoim ojcem, więc będę ci mówił na ty, owszem, ale wobec tego ty 

mnie też - mówi, a tęga María się śmieje. Zgaduję, że słynie ze swoich dowcipów, ponieważ 

Marta też wydaje z siebie ostrożny śmieszek.

Pachnie morzem, koło nas przechodzą ludzie, pozdrawiając się wzajemnie. Wszystko 

bardzo powoli, jakby mieli zbyt wiele czasu. Za moimi plecami toczy się monosylabiczna, 

oporna rozmowa:

- Ee.

- Co.

- No.

- Dobra.

A od czasu do czasu Juan, aptekarz,  wyciąga całą swoją chudość, żeby do kogoś 

pomachać ręką, lecz monosylabę połyka. Ma dłonie pianisty i pierścionki na obu palcach 

serdecznych. Wydaje się, że kusi go stolica, a on z tą pokusą flirtuje, dochowując jednak 

wierności domowym pieleszom: w swoich pogadankach miasto zawsze po równo krytykuje i 

chwali, tak, że nigdy nie wiesz, jakie naprawdę jest jego zdanie. Podobnie wyraża się o swojej 

żonie, tęgiej Marii: przeplata jej zalety i wady, nie robiąc odstępów (albo robiąc mały odstęp 

na przełknięcie kalmara), zresztą tak samo mówi o wszystkim, jakby obawiał się, że obrazi 

czyjeś gusta albo nie do końca był pewien własnych. Jest uosobieniem sprzeczności: kocha 

morze, ale woli góry; szanuje don Roberta za jego wiek i doświadczenie, ale woli młodszych 

lekarzy takich jak ja.

Z tego dwoistego monologu, prawie stereofonicznego, wyratowało mnie nadejście don 

Fernanda, księdza. W oddali zadźwięczały dzwony i raptem wychynął zza rogu, tak idealnie z 

nimi zsynchronizowany, że zadałem sobie pytanie, czy aby tego tak nie zaplanował. Miał na 

sobie   sutannę   (później   dowiedziałem   się,   że   to   jego   strój   wyjściowy.   Zwykle   stawia   na 

wygodę, wkładając luźną koszulę i czarne letnie spodnie) i szedł, jakby właśnie wykonał jakiś 

ogromny wysiłek fizyczny (to moje drugie z nim spotkanie, licząc wcześniejszy przyjazd tu 

na wiosnę, i za każdym razem miałem to samo wrażenie): cały spocony, lekko garbił szerokie 

ramiona i z ciężkim sapaniem wycierał sobie dłonie. Siwe włosy nosi zaczesane do tyłu, bez 

przedziałka.   Jest   sympatyczny,   bardzo   typowy   i   kocha   wszystko,   co   praktyczne.   W  jego 

otoczeniu  rzeczy psują się tylko  po to, żeby mógł je naprawić. W świecie  doskonałym  i 

pierwotnym ludzie tacy jak on prędko by powymierali. Gdy tylko padł na krzesło, spostrzegł, 

że stół się kiwa, więc (nadal sapiąc) wstał w poszukiwaniu kawałka drewna, który można by 

background image

podłożyć   pod   nogę.   Usiadł   i   znowu   zaczął   się   rozglądać   w   nadziei,   że   znajdzie   coś 

przekrzywionego,   źle   zmontowanego,   zepsutego   albo   wymagającego   jego   pomysłowości. 

Oczywiście wszystko było do przyjęcia poza mną, i to we mnie wycelował klingę swego 

wzroku.

- Wziął pan ze sobą marynarkę? Zimno panu?

- Źle zrobiłem - odparłem. - Powinienem zostawić ją w domu.

-   Zaraz   panu   spadnie.   -   Wskazał   na   nią   krótkim   opalonym   palcem:   przerzuciłem 

marynarkę  przez poręcz krzesła,  tak że dotykała  podłogi.  Poprawiłem ją, ale jego to nie 

zadowoliło. - Niech pan da.

Zawiesił mi ją na oparciu z taką znajomością rzeczy, że nawet umyślnie nie zdołałbym 

rady jej zrzucić. Z powrotem usiadł, teraz już wyraźnie rad z efektu.

- O tej porze roku w Roquedal nie jest zimno - powiedział do mnie.

- Nocami robi się chłodniej, ale ciepło jest i w dzień, i w nocy, bez różnicy - wyjaśnił 

Juan z właściwym mu dualizmem.

Do tej pory jakoś sobie radziłem,  pokrótce szkicując własną biografię, ale wraz z 

nadejściem   don   Fernanda   pytania   nabrały   wigoru.   Kiedy   wspomniałem,   że   jestem 

rozwiedziony,  zapadło milczenie,  zaledwie  na sekundę, ale przez to dziwne i kłopotliwe, 

odwrotnie niż zazwyczaj. W Roquedal chwile przyjaznego milczenia są bezkresne i czyste jak 

niebo. Ta trwała tyle co nic. Powiedziałem:

- Rozstałem się z żoną dwa lata temu.

I po króciutkiej przerwie, w której nikt nawet nie przeżuwał ryby, Marta (czy to przez 

wzgląd na jej zawód, czy na matczyne usposobienie) jakby chciała przyjść mi na ratunek:

- A teraz jest pan samotny i bez zobowiązań?

Byłem jej wdzięczny za tę pozorną niedyskrecję, bo wesołość, jaką wywołała (ona 

także jest samotna i bez zobowiązań), pomogła mi się rozluźnić.

- Jak na razie jestem sam - odparłem.

- Już Bóg się o to zatroszczy - zapewnił don Fernando, ponieważ jednak spojrzał w 

stronę ciemnego wejścia do baru i gestem przywołał chłopaka, który podawał do stolików, nie 

wiedziałem, co ma na myśli: wyglądało to, jakby Bóg stał za barem i dyrygował tacami ze 

smażoną rybą.

Kiedy wszyscy zaspokoili już ciekawość, w głębi duszy poczułem lęk, że wraz z 

pojawieniem się każdej nowej osoby (alkada, na przykład) będę musiał jeszcze raz powtarzać 

informacje   o   sobie.   Moje   przeczucie   częściowo   się   sprawdziło,   ponieważ   powolnym, 

statecznym krokiem nadeszła Carmen, oficjalna położna, bardzo elegancka, z rozkołysaną od 

background image

wiatru pionową trwałą, i mocno uścisnęła mi dłoń, i mocno ucałowała policzek (to zabawne, 

ale mógłbym przysiąc, że pachniała jak noworodek). Obok niej stała młoda dziewczyna o 

poważnej i pokornej twarzy.

- A to jest Rocío, moja córka.

W pierwszej chwili nie przyjrzałem jej się dokładnie, jak gdyby coś ją przesłaniało, 

może nijakość miasteczka, ale kiedy usiadły naprzeciwko mnie, zmuszając nas do rozsunięcia 

krzeseł   w   chaosie   metalicznych   zgrzytów,   zaczęła   mi   się   jakby   stopniowo   ukazywać   i 

zaintrygowała mnie.

Już mówiłem, że cierpię (między innymi) na coś, co chyba jest zgubnym skutkiem 

mieszkania w mieście: muszę się zastanowić, zanim uznam, czy coś mi się podoba, czy nie. 

Nad Rocío zastanawiałem się dość długo: ma mocną,  owalną twarz, włosy ciemnoblond, 

starannie uczesane, i wielkie oczy,  zdumiewającej  barwy najjaśniejszego błękitu. Szeroko 

otwarte, nieruchomo patrzą (patrzyły) przed siebie, czego nie przerywa mruganie, ulotne i 

niedostrzegalne,  jakby zamiast  powiek Rocío  miała  ptasie błony,  które zamykają  się, nie 

zakrywając oka. Była... dojrzała?, nastoletnia? Jej wiek zupełnie się zacierał. Miała na sobie 

sukienkę w szkocką kratkę, nieco przed kolano, a krzyżując nogi, podsuwała ją jeszcze wyżej. 

Białe nogi, białe ramiona, pokryte delikatnym puszkiem. Podobała mi się: zwłaszcza te oczy. 

Powiew strącił jej na nos kosmyk włosów i zadrżałem, widząc, że nawet teraz nie wygląda 

śmiesznie: nie dotyczyło jej nic, co groteskowe - ani sukienka w kratkę, ani włosy na twarzy. 

Ona, jakby ukryta gdzieś w głębi poza tym, wciąż patrzyła z powagą.

Jakby chcąc jej dotrzymać towarzystwa, chmura zakryła słońce i cienie się wydłużyły.

- Coś wisi w powietrzu - powiedział don Fernando, ale jego dziwna wypowiedź - co 

jeszcze dziwniejsze - nie zwróciła niczyjej uwagi.

Przestałem przyglądać się Rocío (ona na mnie nie patrzyła), chcąc pochwycić wątek 

rozmowy, którą zdominowała Carmen. Jest prowincjonalna i poczciwa, ale ma w sobie jakieś 

prymitywne okrucieństwo, jak gdyby odbierając porody, doszła do wniosku, że wszystko, co 

w życiu istotne, osiąga się w ten właśnie sposób: kontrolowaną siłą, mocą natychmiastowego 

działania, zdecydowanym ruchem ramion. Cały czas zajadała sardelę, nie plamiąc sobie przy 

tym   wymalowanych   ust.   Jest   wyjątkowo   zabawna   ze   swoim   południowym   dialektem, 

szczebiotliwym i słodkim, który zawsze pozostawia po sobie echo śmiechu. W głębi jednak to 

przenikliwa kobieta. Od razu wydało jej się dziwne, że lekarz, co prawda jeszcze nie całkiem 

wyrobiony,  ale też niezbyt  już młody,  jak ja, zastępuje kolegów w małych miasteczkach, 

szukając stałej pracy.

- I nie udało się panu jeszcze zahaczyć w stolicy? - pytała.

background image

- Wolę dorywcze zajęcia w miejscach takich jak to.

- To dlaczego się pan nie przeprowadzi na stałe na wieś?

- Bo to nie takie proste, nawet nie mam odpowiedniego przygotowania.

Tak naprawdę to dlatego, że na razie nie chcę, ale tego nie powiedziałem. Od kiedy 

Mariela odeszła, zarazem szukam i nie szukam samotności. Pod tym względem jestem tak 

samo dwoisty jak Juan, aptekarz. Wydaje mi się, że jej pragnę, ale na tym koniec: mieć ją tuż-

tuż, na wyciągnięcie ręki, nie posiadając jej jednak do końca. Czuję miłosny dreszcz przed 

byciem samemu: ów dreszcz niedoświadczonego kochanka, który pragnie, lecz boi się wziąć. 

Ale   nie   powiedziałem   tego.   Zwłaszcza   że   rozmowa,   sterowana   przez   Carmen,   zgrabnie 

ześliznęła się ze mnie, celując w inne tematy. Wtedy Juan opowiedział mi o don Baltasarze.

- Może byś któregoś dnia poszedł go odwiedzić? - wyciągał szyję między dwoma 

potokami stów: Carmen i tęga María mówiły do siebie jedna przez drugą, krzyżując się z 

Martą i don Fernandem, którzy robili to samo. - Bardzo źle z nim.

- A co mu jest?

- Źle z nim - powtórzył. - Boimy się, żeby sobie czegoś nie zrobił. Przed wojną jego 

rodzina   należała   do   najbogatszych   w   okolicy,   on   sam   ożenił   się   z   córką   właściciela 

ziemskiego i dobrze mu się żyło, aż jakieś dziesięć, dwanaście lat temu ona zmarła. Od tamtej 

pory jest z nim tylko coraz gorzej. Nie mieli dzieci, więc został sam w domu na odludziu. 

Kiedyś przychodził trochę do miasteczka, teraz już nawet tego nie robi. Czasami wpadam do 

niego i przyjmuje mnie jak przyjaciela. Bardzo mnie lubi. Parzy kawę i rozmawiamy. Ma 

zupełnie nie po kolei w głowie, ale rozumuje tak samo jak ty czy ja.

Była   to   typowa   ambiwalencja   jego   języka,   więc   przytaknąłem,   jakbym   wszystko 

rozumiał. Zadziwiająco celnym  ruchem palca wskazującego błyskawicznie poprawił sobie 

okulary, po czym zaproponował, żebyśmy któregoś dnia wspólnie się tam wybrali.

- Może we dwóch zdołalibyśmy go przekonać i dałby się obejrzeć w jakimś szpitalu. 

Mną się w ogóle nie przejmuje, a don Roberto ma już go powyżej uszu.

- Ten to w końcu w łeb sobie strzeli - zawyrokował don Fernando.

I jakby samo wypowiedzenie słów „w łeb sobie strzeli” prowokowało rzeczywistość, 

zapadła napięta cisza. Niewiele już mówiliśmy. Upał nie zelżał mimo chmur, które chwilami 

zasłaniały słońce, zanurzając nas w kałuży cienia. Patrzyłem na Rocío i niepokoiła mnie jej 

tajemniczość.   Dziewczyna   wyglądała   jak   ze   świętego   obrazka:   w   drżącym   cieniu 

naprzeciwko mnie wiatr gładził jej włosy, a ona siedziała bez ruchu, oczy miała utkwione w 

jednym punkcie (mógł to być ktoś z nas, ale nigdy jego oczy) - szeroko otwarte, skupione, jak 

gdyby nie należały do niej, jak gdyby tkwiły w jej twarzy nie po to, by patrzeć, ale wręcz 

background image

odwrotnie - żeby to na nie patrzono. Oczy niewidzące, otwarte tylko  po to, żebym  ja je 

widział.

Zamówiliśmy jeszcze po piwie, ale sjesta stopniowo przejmowała nad nami władzę. 

Kiedy przyszło do płacenia, wszystkie ręce się poderwały, ale Juan wziął cały rachunek na 

siebie, niemal z obowiązku, żeby dawać przykład i z powodu nieobecności drugiego Juana, 

alkada, który nie mógł przyjść. Wszyscy wstaliśmy i w jednej chwili spotkanie zakończyło się 

z łagodnym pośpiechem spokojnego popołudnia: każdy polecał mi siebie na tysiąc sposobów 

w razie jakichkolwiek kłopotów i wszyscy po kolei odłączali się od grupy, każdy w swoją 

stronę.   Ostatnie   oderwały   się   ode   mnie   Carmen   i   jej   córka   (serdeczność,   z   jaką   mnie 

pożegnały, i późniejsze poczucie osamotnienia były wręcz paradoksalne): rzuciły krótkie „do 

widzenia” i po chwili zobaczyłem, jak wspinają się na kamienisty, zakurzony pagórek, matka 

i córka - ta z rękami na plecach i spódnicą falującą na wietrze - i znikają po drugiej stronie 

niby dwa żaglowce na krągłości Ziemi.

Przemożna senność jak ciężar nabrzmiałej chmury sprawiła, że porzuciłem pierwotny 

zamiar, żeby obejrzeć miasteczko, decydując się na powrót do niebieskiego domu i drzemkę.

Szedłem zatopiony w myślach, kiedy raptem usłyszałem dziewczynki.

Nadal   grały   w   to   samo,   gdzieś   w   swojskiej   odległości   miejsc   bliskich,   ale 

niewidocznych, śpiewając piosenkę: łagodna melodia o coś pytała, czegoś chciała, mdła i 

apatyczna.   Pamiętając,   że   są   niedaleko   domu,   powodowany   ciekawością,   bezwiednie 

ruszyłem za ich głosem.

Skręciłem na rogu i wiatr gwałtownie ustał. Znalazłem się sam na falującej ulicy, 

nieruchomy w znieruchomiałym powietrzu, a cienie domów kładły mi się pod stopami. Na 

chodniku   przed   jedną   bramą   leżało   wiklinowe   krzesło,   całkowicie   wyzute   ze   znaczenia. 

Szedłem dalej, obracając w myślach dźwięki piosenki, wyszydzony przez ciszę samotnego 

marszu. Minąłem plątaninę przesmyków między domami - nie prawdziwych uliczek, lecz 

pustych korytarzy, w które się zagląda, żeby zobaczyć, jak chodzą po nich koty. Spojrzałem 

przelotnie w tamtą stronę i coś dostrzegłem.

Napisałem to wszystko i mam zamiar pisać dalej, chociaż wiem, że relacjonuję zwykłe 

oszustwo zmysłów. Ale obiecałem sobie opowiedzieć przynajmniej „wszystko” to, co dziwne, 

a jeśli cokolwiek można by powiedzieć o mojej popołudniowej przygodzie, to właśnie, że 

była dziwna, zupełnie absurdalna w tej rybackiej osadzie.

Doświadczyłem czegoś, co człowieka spotyka,  kiedy nagle dostrzega kogoś kątem 

oka.   Mózg   błyskawicznie   emituje   jakąś   ryzykowną   hipotezę   (nie   możemy   istnieć,   nie 

dorabiając do wszystkiego wyjaśnień), którą później oczy potwierdzają lub nie. Jeśli jednak 

background image

to, co widzisz, diametralnie różni się od tego, co sobie wyobraziłeś, nie jesteś skłonny uznać, 

że to zwykła pomyłka: jeśli mignęło ci drzewo, może wyda ci się naturalne, że zamiast niego 

zobaczysz słup latarni, ale nie psa.

A ja widziałem postać.

Piszę   „postać”   i   wątpię.   Na   balkonie   w   głębi   zaułka   suszyła   się   bielizna   i 

prawdopodobnie jej ruch na wietrze zmylił mnie bardziej, niż można by przypuszczać. Ale w 

rzeczywistości zamieszkanej przez nasze codzienne pomyłki, ja widziałem postać. Tańczyła, 

czy też podrygiwała na środku ulicy zalanej słońcem, na tle domów. Wydało mi się możliwe, 

a   nawet   bardzo   prawdopodobne,   że   porusza   się   w   rytm   dziecięcej   piosenki,   która   nadal 

dźwięczała mi w uszach.

Wszystko zamknęło się w dwóch spojrzeniach i patrząc ponownie, gdzie wcześniej (i, 

powtarzam:   owo   „wcześniej”   oznaczało   niemal   to   samo,   co   „teraz”)   tańczyła   postać, 

zobaczyłem już tylko rozwieszoną pościel. Ale właśnie z owego „wcześniej” zapamiętałem 

wiele szczegółów: że jest zupełnie naga, że ma ogoloną głowę, łysą, pięknie wysklepioną i 

lśniącą jak całe ciało (to właśnie owo ruchliwe lśnienie, jak płomień, sprawiło, że dojrzałem 

ją kątem oka), i że wykonuje słodkie i precyzyjne ruchy baletnicy. Dostrzegłem śnieżnobiałe 

piersi   i   wyobraziłem   sobie,   że   to   kobieta.   Taka   właśnie   mi   się   ukazała:   skończona   i 

niespodziewana, do tego stopnia realna, że jej zniknięcie w chwilę później wydało mi się 

równie   zaskakujące   jak   przedtem   jej   obecność,   która   stała   się   poniekąd   nieodzowna, 

wykluczając pomyłkę moich oczu.

Przyznaję, że zdezorientowany zawróciłem, żeby spojrzeć jeszcze raz, i wszedłszy w 

błędny zaułek, przemierzyłem  cały (zupełnie  idiotycznie) w poszukiwaniu jakiegoś śladu. 

Niczego  jednak nie znalazłem:  wciąż tylko  pusta ulica, bezkresna, oflankowana domami, 

jakby się suszyły na słońcu, o balkonach ozdobionych praniem.

A w głębi, pod dyskretnym nadzorem drzewa, w tym samym miejscu, w którym je 

zapamiętałem, dziewczynki śpiewały i co chwila wtórowało im szczekanie psa w oddali:

Czym one są? Gdzie one są?

Jak tu je odnaleźć?

Znów   dopadło   mnie   obezwładniające   poczucie,   że   odpowiedź   na   te   pytania   jest 

ogromnie ważna, i tam, w tym słońcu, dreszcz przebiegł mi po plecach.

Skąd   ten   strach?   Teraz   nie   potrafię   go   wytłumaczyć.   Przez   chwilę,   pamiętam, 

wydawało mi się, że oszalałem, przyspieszył mi puls, huczało w skroniach. Usta miałem jak 

background image

wystrugane z kory, szorstkie i suche. Minąłem dziewczynki, nadal opętany przywidzeniem 

(nie   wiem,   skąd   mi   przyszło   do   głowy,   że   one   także   widziały   postać   tancerki   i   teraz 

wyśmiewają   się   ze   mnie   za   plecami),   i   szybko   doszedłszy   do   niebieskiego   domu, 

wyciągnąłem się w mrocznym chłodzie sypialni, zamykając oczy.

Wciąż ją widziałem, w czerni pod powiekami. Osiadła we mnie głębiej niż wszystkie 

rzeczywiste widoki z miasteczka! Nadal tańczyła, poruszała się, z niezrównanym wdziękiem. 

Jej piękno było porażające, lecz jakby płochliwe, jak piękno sarny albo krystalicznej wody w 

strumieniu.

Kiedy otworzyłem oczy, dochodziła siódma. Odświeżyłem się w umywalce, słuchając 

jednostajnego   pomruku   radia   gdzieś   dalej.   Cały   strach   zniknął   (wszystko   przypisałem 

zmęczeniu pierwszym dniem w pracy), lecz nadal niepokoiła mnie przyczyna tej nad wyraz 

sugestywnej halucynacji. Kiedy zszedłem na patio, Rosa parzyła kawę.

- Wypije pan filiżankę kawy? - spytała, poruszając się bezbłędnie po ciemnej kuchni 

(Rosa oszczędza prąd do późna, a nawet w nocy. Pewnie też dlatego mówi mi, żebym uważał 

na lampę).

- Będę zobowiązany.

- Jak się panu udał pierwszy dzień, don Marcelo? - spytała z kuchni, odwracając się 

tak, żeby mnie widzieć. - Panienko Przenajświętsza, jaki pan blady! Coś panu dolega?

- Jestem zmęczony i jeszcze nie przywykłem. Kawa dobrze mi zrobi.

Była na tyle wyrozumiała, żeby nie zadawać więcej pytań. Przespacerowałem się po 

patio, czekając na kawę. Panował tam mokry spokój roślin, wilgotne powietrze wpadało do 

płuc, nim zdążyłem odetchnąć. Uznałem, że to niezbyt przyjemne, i wszedłem do kuchni. 

Tam, na blacie ze starego marmuru, Rosa postawiła filiżankę kawy i jakieś wielkie ciastka 

posypane   cukrem.  Nalała   mi  trochę  mleka,  a  ja  patrzyłem,  jak płatki   śmietanki   łagodnie 

rozpływają się po powierzchni.

Kawa   postawiła   mnie   na   nogi,  ale   po  kilku   łykach   poczucie   odrealnienia   wróciło 

dokładnie w chwili, kiedy Rosa stanęła tyłem do mnie w najciemniejszej części kuchni, gdzie 

puste   miejsce   na   okopconym   wapnie   wskazuje,   że   kiedyś   mógł   tam   być   piec   opalany 

drewnem. Zauważyłem, że drżą mi dłonie, czoło zrasza zimny pot, a puls w nadgarstkach bije 

jak   szalony.   Teraz   znów   czuję   to   samo.   Bez   dwóch   zdań,   przedpołudnie   w   pracy   tylko 

pozornie nie było męczące. No i ten upał.

Rosa   musiała   coś   zauważyć.   Z   głową   dryfującą   w   półmroku   jak   w   teatrze   cieni 

wstawiała na pawlacz talerze, które postukiwały, jakby ktoś głośno grał na kastanietach, i 

nagle rzuciła, nie patrząc na mnie:

background image

- Może by się pan trochę rozerwał pierwszej nocy, don Marcelo? W Roquedal nie ma 

wielu miejsc dla pana, ale zawsze można się przejść po plaży.  Jeśli nie będzie pan miał 

ochoty wracać na kolację, to niech pan nie wraca. Gdyby ktokolwiek pana pilnie szukał, 

powiem, że jest pan na plaży w jednym z barów. Albo gdzie indziej, jak pan woli.

Zgodziłem się, ale nie miałem ochoty wychodzić na długo. Powiedziałem, że wrócę za 

dziesięć minut i ustaliliśmy, że gdyby ktoś chciał się ze mną widzieć, niech poczeka na dole 

w przedpokoju. Wyszedłem na fiołkowy chłód zachodu słońca i poczułem się jak nowy. 

Dobry lekarz z tej doñi Rosy! Nocne powietrze pachniało plażą, a całe Roquedal było tak 

ożywione, że miało się ochotę zabłądzić. Ruszyłem bez celu wąskimi uliczkami, trąc oczy, 

póki nie odniosłem wrażenia, że przywykły do półmroku i że mogę korzystać z ostatnich 

różanych blasków, by obserwować linię dzielącą morze od nieba tam, w oddali.

Za radą mojej opiekunki poszedłem w stronę morza. Ostatni odcinek głównej ulicy 

pokonałem   prawie   biegiem,   w   niejasnym   przeświadczeniu,   że   muszę   dotrzeć   nad   morze, 

zanim coś mi się stanie. I rzeczywiście nie dotarłem tam.

Grupa   młodych   ludzi   szła   w   górę   ulicą,   którą   ja   schodziłem.   Kiedy   mnie   mijali, 

usłyszałem:

- Dobry wieczór.

Obejrzałem się. Kilka głów zwróciło się obojętnie w moją stronę, ale tylko jedna z 

nich pozostała odwrócona na tyle długo, że ją rozpoznałem. To była Rocío. Podniosła białą 

rękę, jakby na potwierdzenie, że to ona mnie pozdrawiała. Machnąłem jej w odpowiedzi i 

patrzyłem, jak odchodzą. Miała na sobie czarne ubranie, które wyglądało lepiej i bardziej 

nowocześnie niż poranny zestaw w kratkę. Jej białe odkryte nogi przyciągnęły mój wzrok i 

nie potrafiłem sobie dopowiedzieć ich dalszego ciągu pod czarnym prostokątem - ze złotą 

głową Rocío łączyła je ta sukienka, prowokująca wyobraźnię. Widziałem, jak znika w głębi 

ulicy idącej w górę zbocza, jakby skazana na wieczną wędrówkę wzgórzami, ukrywanie się w 

grzebieniu spienionej rzeczywistości.

Postanowiłem ją śledzić.

Nie było to trudne. Grupa wlokła się niespiesznie, bardzo przy tym hałasując. Podczas 

gdy towarzysze Rocío przepychali się wśród śmiechów i pokrzykiwań, ona szła w milczeniu, 

z rękami na plecach.

O dziwo, ani przez chwilę nie obawiałem się, że mnie zauważą. W Roquedal nie ma 

zbyt wielu dróg do wyboru: ludzie mijają się i chodzą za sobą, chociaż nie chcą za sobą 

chodzić, patrzą na siebie mimowolnie, wystarczy, że otworzą oczy, pozdrowienie (teraz już 

się nauczyłem) jest rytualną wymianą monosylab bez znaczenia, ponieważ wszyscy stale są w 

background image

komplecie, nikogo nie ubywa. Ja śledziłem Rocío, ale równie dobrze nie musiałbym tego 

robić, żeby i tak iść po jej śladach. Czułem się bezkarny wobec ciasnoty miasteczka.

Dotarliśmy do ulicy, gdzie po jednej stronie biegł parkan, a po drugiej ze ściany domu 

wyrastała   latarnia,   żeby   rzucić   na   scenę   skąpe   światło,   odpowiednio   ją   wycieniować. 

Zobaczyłem, jak idą w stronę kolorowego budynku w głębi, skąd dochodził potworny łomot 

jednostajnej   muzyki.   Weszli.   Młodzi   ludzie   z   butelkami   piwa   siedzieli   na   chodniku   jak 

tobołki albo kręcili się przy drzwiach. Podszedłem bliżej, chroniąc się w ciemności. Obok 

wejścia   widniała   plątanina   rybich   ogonów   i   kobiecych   piersi   i   głów,   namalowanych   bez 

krztyny polotu, jakby autor lepiej znal ryby niż ludzi. Literami, które miały udawać niebieskie 

fale, wiła się nazwa: La Sirena. Muzyka otępiała wszystkie zmysły, nie pozwalając skupić 

uwagi na czymkolwiek poza nią.

Wszedłem. Nie wiem,  dlaczego  tak mnie zdumiał czerwony wystrój  wnętrza. Być 

może spodziewałem się świata błękitnego i podmorskiego, a nie czerwonego jądra ziemi. 

Ściany, oświetlenie, krzesła, stoliki, twarze i ciała - wszystko było czerwone i przytłaczające. 

Ludzie poruszali się niepewnie, stale zmieniając kierunek, unosząc w rękach kruche szkło 

pełne cieczy, rozwibrowani poruszając się w niby-tańcu. Mimo to bez trudu odnalazłem jej 

twarz.

Przyglądała   się   innym,   ale   sama   nie   tańczyła,   stała   nieruchomo,   ledwo   się 

uśmiechając, a ja zadrżałem po raz drugi (od kiedy zobaczyłem ją przy obiedzie), ponieważ 

dotarło do mnie, że nie udawała powagi przed matką: naprawdę była poważna. Jej ruchom, 

pewnym i stanowczym, brakowało spontanicznej energii, jakby nie harmonizowały ani z jej 

wiekiem,  ani  z  otoczeniem.  Nie   potrafiłem  powiedzieć,   czy  mi   się  podoba,  czy  nie,  czy 

rzeczywiście jest piękna (chwilami wydawało mi się, że jest), czy też zupełnie zwyczajna. 

Jednak ta jej absolutna powaga niepokoiła mnie. Gdzie ona się nauczyła tego uśmiechu bez 

radości,   który   wyraża   właśnie   jej   brak?   Czy   istnieje   szkoła,   w   której   tłumaczą,   jak 

mimowolnie   robić   wrażenie,   jak   podświadomie   wyczuć,   że   na   ciebie   patrzą?   Kiedy   ją 

zobaczyłem, pomyślałem nawet, że wie o mojej obecności i pozwala, żebym na nią patrzył. 

Prowadziliśmy   niewidzialną   grę   -   ona   stanowiła   zagadkę,   przedmiot   obserwacji,   ETER 

wypisany na murze cmentarza, a ja próbowałem złamać szyfr. Całą sobą mówiła mi, że się 

nie waha: że stoi tam, poważna i rzeczywista, zalana czerwonym światłem, bo tak jej się 

podoba, w istocie jednak należy do prastarej krainy milczenia.

Tym bardziej zdumiało mnie to, co wydarzyło się później. Ale nie będę wyprzedzał 

faktów.

Przez   chwilę   tak   staliśmy:   ona   słuchała   niewidocznego   rozmówcy   (ktoś   do   niej 

background image

mówił),   a   ja   patrzyłem   na   nią.   Nagle   zauważyłem,   że   coś   odpowiada   i   niespodziewanie 

wychodzi.

- Rocío! Hej, Rocío! - usłyszałem czyjeś wołanie (nie jestem tego pewien).

Ale ona, jakby nagle nic już jej nie dotyczyło, nawet te wszystkie spojrzenia, wyszła 

dumnie, odeszła, ukryła się na zewnątrz. Znów ruszyłem za nią, a moje zamiary chyba zostały 

odkryte, bo nagle poczułem się obserwowany. Mimo to wyszedłem.

-   Rocío!   -   usłyszałem   za   plecami.   Ktoś   ją   wołał.   Może   pokłóciła   się   z   jakimś 

chłopakiem, który teraz tego żałował. Widziałem, jak idzie wyprostowana, do połowy ginąc 

w cieniu. Odczekałem chwilę. Muzyka została za mną i znów ten głos: - Hej!

Odchodziła szybkim krokiem, z pośpiechem młodzieńczego impulsu, żeby zrobić coś 

już, teraz, natychmiast. Skręciła w gwałtownym piruecie, który targnął jej czarną sukienką, i 

zniknęła za rogiem. Zrobiłem to samo i ujrzałem wąską, wyboistą uliczkę, którą nie szedł nikt 

oprócz niej. Wtedy już nie mogłem ukryć, że ją śledzę.

A ona (tak sądzę) przestała ukrywać, że o tym wie.

-   Cześć   -   powiedziałem.   Zatrzymała   się   w  głębi   zaułka,   przy   parceli   ciemnej   jak 

morze, a jej pachnące mydłem jasnokasztanowe włosy falowały od podmuchów wiatru.

- Cześć. - Stała ze skrzyżowanymi ramionami. Mówiąc „cześć” spojrzała na mnie, 

lecz nie wiedziałem, czy moja obecność cieszy ją, czy nie. Utkwiła wzrok w ciemnej parceli.

Domyślałem się, że nie życzy sobie towarzystwa, ale stałem jak przygwożdżony, bo 

przecież musiałem się jakoś wytłumaczyć.

- Wszedłem  do dyskoteki  i zobaczyłem  cię  - powiedziałem.  - Wyszłaś  tak  nagle, 

pomyślałem, że coś się stało. - Liczyłem, że w swojej młodzieńczej prostocie nie wyśmieje tej 

głupiej wymówki. Nie zrobiła tego, ale też nie pomogła mi: stała bez ruchu, również jak 

przygwożdżona, wpatrując się w pustkę.

- Posłuchaj - powiedziała nagle.

Wytężyłem   słuch.   Dochodziły   do   nas   dalekie,   nieokreślone   dźwięki,   odgłosy 

spokojnej nocy i różnych bezimiennych zdarzeń: jakaś muzyka (z dyskoteki), wiatr, splątany 

wielogłos ujadających psów i być może (ale raczej tak) obecność morza.

- Słyszysz to?

- Co?

Znowu na mnie spojrzała, jakby mimo woli.

- Sama nie wiem. Nigdy nie zapada absolutna cisza, prawda? Kiedy jest cicho, wcale 

nie jest cicho. Tutaj w Roquedal łatwo to zauważyć.

Chyba   zrozumiałem,   co   mówi,   i   skinąłem   głową.   Miejski   zgiełk   sprawia,   że 

background image

wyobrażamy sobie ciszę jako całkowitą pustkę. Ale tutaj, w Roquedal (teraz to wiem), cisza 

jest wypełniona. Miałem to właśnie powiedzieć, kiedy patrząc na nią, pojąłem, że i tak by 

mnie nie wysłuchała. Coś powoli spływało jej po policzkach, lśniące, bezgłośne.

- Przepraszam - rzekłem. - Pewnie wolisz być sama.

Zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób płacze, jak gdyby coś jej tego zabraniało, lecz 

łzy wymykały się wbrew woli. Nie wstrząsał nią szloch, twarz pozostawała nieruchoma. Był 

to   płacz   pozbawiony   atrybutów   płaczu,   sygnałów,   które   by   go   zdradzały,   powolny   i 

intensywny, nieświadomy. Jakby stała przed kimś, kto jej zakazywał płakać, a ona, dotknięta 

do żywego, mimo to płakała; lub też bezskutecznie usiłując powstrzymać łzy, sama sobie 

przeczyła słowami: „Ja wcale nie płaczę, tylko łzy mi płyną. Zobacz”.

Przez chwilę staliśmy w tej rozległej ciszy, a potem przytuliłem ją.

- Dobrze już, dobrze. No, już. - Na twarzy czułem jej włosy pachnące mydłem. - Ktoś 

sprawił ci przykrość, tak? Już po wszystkim.

Spojrzała na mnie swoimi ogromnymi wilgotnymi oczami, dorosła i opanowana, lekko 

marszcząc brwi w wyrazie smutku i troski, a ja poczułem, że ta dziewczynka może stać się 

obsesją. Puściłem ją i odsunąłem się, przestraszony, że mogłem ją urazić.

Ale ona powiedziała:

- Wyjedź z miasteczka, Marcelo.

- Co?

- Miej się na baczności. Lepiej, żebyś stąd wyjechał.

- Dlaczego? Co się stało?

- Wyjedź, Marcelo. Miasteczko nie jest dla ciebie.

- Mówisz o Roquedal czy o Kanikule? - zapytałem głupio.

Moje słowa musiały ją uderzyć, jakbym rzucił kamieniem. Zobaczyłem, że się cofa, 

ulotna   jak   zjawa,   wlepiając   we   mnie   oczy,   szeroko   otwarte   jak   usta   do   krzyku.   Po   raz 

pierwszy coś (coś, co powiedziałem?) sprawiło, że jej wargi rozchyliły się drżące, a twarz 

stężała pod wpływem dziwnego lęku. Szepnęła:

- Boże.

Coraz bardziej odsuwała się ode mnie, potykając się o kamienie, na które nie zwracała 

uwagi, jakbym istniał tylko ja, tylko moja twarz lewitująca jej przed oczami. Znowu szepnęła:

- Boże.

Nie rozumiałem, co się dzieje. Pomyślałem, że jest chora, bo jej reakcja była dość 

zaskakująca,   ale   jeszcze   bardziej   zdumiało   mnie   to,   co   powiedziała   chwilę   później   (też 

szeptem):

background image

- Marcelo, Boże, wyjedź natychmiast, choćby jutro, Boże, ty nie wiesz...

I w końcu puściła się biegiem, z dziwną gracją, jakby powabna wbrew własnej woli. 

Odwróciła się tylko raz, na końcu uliczki, samotna jak kotka, żeby jeszcze krzyknąć:

- Wyjedź stąd!

I zniknęła, o wiele szybciej niż jej obraz: widziałem ją nadal, kiedy jej już nie było. 

Szybciej niż jej postać, którą ulica zatrzymała jeszcze na kilka chwil, zachowując jakby ciche 

echo jej obecności, nim w końcu znów opustoszała.

Wróciłem   do   niebieskiego   domu,   zjadłem   kolację   i   nie   mogłem   zasnąć.   Teraz,   o 

świcie, kiedy kończę tę pisemną rekapitulację dnia, nadal nie mogę spać. Rocío jest dziwna. 

Co   się   stało?   Dlaczego   mówi,   że   powinienem   uważać?   I   co   ją   tak   przeraziło,   kiedy 

przywoływałem „Kanikułę” (może sama nazwa?), absurdalny żart dzieci z wczoraj?

Kończę i idę do łóżka, chociaż wiem, że moje myśli jeszcze przez jakiś czas będą 

czuwać.

background image

3

Dwa dni nie pisałem, a tymczasem tyle się wydarzyło! A może nic, wszystko zależy 

od   punktu   widzenia   i   osądu.   I   oby   nic,   bo   powątpiewam   w   słuszność   obydwu   (chyba 

zaczynam chorować, jak wtedy, kiedy Mariela mnie zostawiła). A przecież wczoraj nic tego 

nie zapowiadało.

Obudziłem   się   wczoraj   bez   żadnych   dziwnych   odczuć,   pełen   chęci   do   pracy, 

zapomniawszy już albo właśnie zapominając o złudzeniu optycznym z poprzedniego dnia, o 

szalonych pomysłach małej Rocío (chyba mówię tak o niej przez zazdrość: jest doroślejsza 

ode   mnie)   i   jej   dziwnym   napadzie   paniki.   W   przychodni   znowu   wypadłem   całkiem 

zadowalająco.   Poszło   na   szczęście   szybko:   przypadków   niewiele   i   same   proste,   głównie 

badania   kontrolne.   W   długich   przerwach   aż   do   zamknięcia   mogłem   gawędzić   z   Martą. 

Wyglądało na to, jakby przenikliwością zaraziła się od Carmen, ponieważ lekko i naturalnie 

podjęła temat, z którym wczoraj tak łatwo się uporałem:

- Nie potrafię zrozumieć, wybacz mi, jak to jest, że całe lato spędzasz, zastępując 

kolegów na wsi. A co przez resztę czasu?

- Lubię pracować, kiedy inni są na urlopie - wytłumaczyłem jej. - Zwłaszcza w małych 

miasteczkach. To właśnie robię przez cały rok.

- I nigdy nie pracowałeś w szpitalu?

- No, dobrze, pracowałem. Kilka lat temu.

Milczała, spragniona wyjaśnień. Postanowiłem połowicznie zaspokoić jej ciekawość, 

bo w sumie co mi za różnica. Przez chwilę bawiłem się długopisem bez wkładu, żłobiąc w 

blacie niewidzialne rowki. Ona patrzyła na mnie, a ja patrzyłem na jej dłonie, które cierpliwie 

czekały, zakute w grube bransolety.

- Poprosiłem o zastępstwo. Praca w szpitalu jest bardzo wymagająca i doszedłem do 

punktu, w którym... No, po prostu wypaliłem się. Poradzili mi odpoczynek, więc wziąłem 

urlop.

background image

- Dobrze zrobiłeś.

Do   tego   miejsca   mówiłem   prawdę.   Po   co   opowiadać   dalej?   Wyglądała   na 

usatysfakcjonowaną,   a   nawet   dodała   coś,   co   świadczyło   o   tym,   że   moje   życie   prywatne 

bynajmniej nie należy do jej głównych zmartwień:

- Ja też chętnie poprosiłabym o zastępstwo.

Powiedziała to bez większego przekonania,  jakby w przeświadczeniu,  że i tak już 

wszystko jedno.

- Z tego, co widzę, nie jest ci tu najlepiej.

- Nie, dobrze mi tutaj, ale nie o to chodzi. Roquedal jest - pomyślałem, że powie 

„śliczne”, i musiałem sobie pogratulować - śliczne, ale...

- Bardzo małe.

- Nie, to nie to. Dobrze mi tutaj właśnie dlatego, że jest takie malutkie. Ale czasami 

wydaje   mi   się,   że   jest   dokładnie   odwrotnie:   że   jest   ogromne   i   choćbyś   szedł   w 

nieskończoność, i tak nigdy do końca się stąd nie wydostaniesz. - Roześmiała się, a jej bujne 

piersi ściśnięte sukienką zatańczyły.  - To znaczy, jeśli mieszkasz tu dość długo, w końcu 

udaje ci się to miejsce zgłębić - wszystko z pozoru wygląda jednakowo, chociaż tak naprawdę 

każda rzecz jest inna, każda historia odmienna, każdy człowiek... poznajesz wszystkich ludzi! 

Ich losy, poszczególne historie. W końcu myślisz, że wścibstwo jest nieuniknione, bo inni 

żyją w tobie dokładnie tak samo, jak ty żyjesz w nich, i każde istnienie wydaje się... zależne 

od pozostałych. W końcu wszystko tak się gmatwa, że marzysz o malutkiej samotności w 

wielkim   mieście.   -   Znowu   się   roześmiała   i   zauważyłem,   że   robi   to   niechętnie   i   bez 

przekonania, jakby od dziecka uczyli ją, że śmiech i radość nie mogą iść w parze. - Nie wiem: 

to tak, jakby patrzeć przez mikroskop. Z bliska małe rzeczy są strasznie skomplikowane!

-   A   zatem   oboje   uciekamy   od   tego   samego,   tylko   że   z   przeciwnych   stron   - 

powiedziałem. - A może całe to zagmatwanie jest w nas samych?

Ta idea chyba jej przypadła do gustu: bawiła się nią, małymi oczkami wpatrując się w 

sufit, a jej falujące dłonie zdradzały, co myśli, zanim się odezwała. Wyglądała jak kociak, 

który za wszelką cenę chce rozwinąć kłębek wełny większy niż on sam.

- Nie wiem, nie wiem - mówiła - możliwe. Chcesz powiedzieć, że ty też uciekasz od 

jakiegoś zagmatwania, ale w tym przypadku chodzi o zagmatwanie wielkiego miasta, tak? Ja 

nie to miałam na myśli: zagmatwanie Roquedal jest inne. Miasteczko samo w sobie jest inne: 

nie ma dwóch identycznych rogów, dwóch podobnych ulic, nie wiem...

- Mam wrażenie, że się mylisz.

- To znaczy, że nic jeszcze nie zauważyłeś! Jesteś tu dopiero jeden dzień, więc tego 

background image

nie widzisz. Czy czułeś to, o czym mówię, w jakimkolwiek innym miasteczku?

Marta kryje w sobie intrygującą umysłowość. Słysząc jej pytanie, pomyślałem, że nie 

uwierzyła - i słusznie - w moje kłamstewko o zastępstwach na wsi, ale, co zupełnie naturalne, 

nie   miałem   ochoty   zwierzać   się   jej   ze   swojego   kompletnego   braku   doświadczenia   w  tej 

materii. Może kiedyś, kiedy się lepiej poznamy, powiem jej, że Roquedal to moja pierwsza 

praca po wyjściu z kryzysu, który przez dwa lata nie pozwalał mi wykonywać zawodu. Tak 

czy inaczej, przemilczałem kwestię swojej paranoi i odparłem:

- Nie. Wydaje mi się, że nie.

Moja   niechęć   do   zwierzeń   i   przyjście   drugiego   pacjenta   zamknęły   temat.   Teraz 

zastanawiam się: czy Marta wie coś ponad to, co mi  powiedziała?  Co właściwie znaczy 

„zagmatwanie” tego, co małe? Ale do rzeczy.

Po pracy przyszła moja kolej, żeby z niej wyciągnąć jakieś informacje. Zapytałem o 

Carmen, położną, w nadziei, że dowiem się czegoś na temat Rocío. Powiedziała, że jest stąd i 

jakieś dziesięć lat temu owdowiała. Jej mąż był pielęgniarzem i laborantem, a Marta przyszła 

na   jego   miejsce,   kiedy   umarł   (zdaje   się   na   zawał).   Rocío   to   ich   jedyna   córka,   bardzo 

rozpieszczona   i   bardzo   dziwna,   chociaż,   według   Marty,   ta   jej   dziwność   jest   typowa   dla 

rozpieszczonych jedynaków (powiedziała to ze współczuciem, jakby i siebie miała na myśli). 

Nigdy nie chciała się uczyć, ale matce to nie przeszkadzało: chowała ją tylko dla siebie, taką 

nietykalną   ignorantkę,   jednak   z   wiekiem   Rocío   zaczęła   się   buntować,   stała   się   zimna   i 

niezależna. Carmen cierpi, „bo ją bardzo kocha”, ale tylko zaciska zęby i ustępuje. Rocío ma 

już osiemnaście lat (tak się Marcie wydaje) i chodzi własnymi ścieżkami. Domyśliłem się, że 

Marta   uważa   Rocío   za   małą   bestyjkę,   nieunikniony   efekt   wieloletniego   gromadzenia   się 

frustracji Carmen. Niczego więcej nie potrafiła albo nie chciała o niej powiedzieć (poza tym, 

że   jest   „samotnicą”),   a   ja,   w   odwecie,   uznałem,   że   nie   wspomnę   o   wydarzeniach 

poprzedniego   wieczoru.   Na   tym   więc   poprzestaliśmy,   oboje   być   może   nieświadomi 

wzajemnych  interesów - jej, żeby mi  to opowiedzieć, i mojego, żeby to usłyszeć - i tak 

porzuciliśmy drugi temat tego dnia.

Wczoraj miałem dwa wezwania domowe i postanowiłem odbyć wizyty przed sjestą. 

Musiał być dzień targowy, bo w miasteczku panowało niezwykłe ożywienie, z budek na plaży 

ulicami   wspinał   się   zapach   wyłowionych   ryb,   a   mężczyźni,   bosi   albo   w   klapkach 

przezroczystych jak meduzy,  kursowali w tę i z powrotem, taszcząc anakondy splątanych 

sieci, które patroszyli na placu, żeby je tam porzucić rozwarte, rozwleczone. Poczułem się 

jakby   odmieniony   przez   tę   inwazję   morza   z   jego   rybakami,   kutrami   i   sieciami,   które 

wdzierało   się   na   ulice   i   do   domów,   i   zadałem   sobie   pytanie,   dlaczego   do   tej   pory   nie 

background image

poszedłem na plażę. Miałem ochotę powłóczyć się po miasteczku i popatrzyć na morze, ale 

przyszło mi do głowy, że ono właściwie jest tutaj: osiadło na ulicach jak mleczna piana fal, 

jak biżuteria ślimaków i muszli. Powiedziałem sobie: to już nie preludium morza, to samo 

morze. Bujny gwar życia wokół mnie. Nieustanna komplikacja tego, co małe.

Pomyślałem to i nie wiedzieć czemu, poczułem strach.

Pierwsza   konsultacja   była   prosta:   comiesięczne   badanie   kontrolne   starszego 

mężczyzny (siwy zarost zaniedbania, lśniące oczy dokładnie jak u ryb, żyły jak postronki) 

porażonego paraliżem połowy ciała. Dom, gdzie mieszkał z żoną, wychodził na patio dzielone 

z „sąsiadami od zawsze”, którzy zaglądali, chciwie spijając moje słowa (chmara dzieci, a 

najmniejsze,   prawie   symboliczne,   w   ramionach   matki),   żeby   się   dowiedzieć,   co   powiem 

„dziadkowi”.

Druga wizyta  zrazu wydawała  się podobna: córeczka właściciela  jednego z barów 

obudziła się rozpalona jak piasek na plaży. Kiedy tylko wszedłem (był to parterowy dom o 

dwóch oknach od ulicy, w których za kratami marniały uwięzione pelargonie, i z ciemną, 

chłodną sienią), przywitała mnie spora grupa sąsiadów i rodziny, a wśród nich rozpoznałem 

chudą strzelistość Juana, aptekarza.

- Witaj, Marcelo, dzień dobry. No, zobaczymy, co jest tej małej.

Tymi   słowami   jakby   ustępował   mi   miejsca   w   hierarchii,   o   które   aż   do   mojego 

przyjazdu nie musiał z nikim rywalizować. Pozdrowiłem wszystkich, a oni mi odpowiedzieli. 

Ktoś zorientował się, że nie wiem, którędy iść, i jako pierwszy (za nim cały chór) wyjaśnił:

- W lewo, doktorze. Do końca i w lewo.

Poszedłem   tam   (korytarz   był   krótki)   pod   baldachimem   pełnych   szacunku   i 

uroczystych spojrzeń, a Juan podążał za mną na odległość oddechu.

- Ja podejrzewam, że to grypa, ale rodzice są naprawdę przerażeni. Dałem jej salicylan 

dla dzieci, bo miała ponad trzydzieści dziewięć. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem.

- Bardzo dobrze, Juan, bardzo dobrze.

-   Jestem   przyjacielem   rodziny   -   odpowiedział   na   pytanie,   którego   nie   zadałem.   - 

Zawiadomili mnie i obiecałem przyjść, jak tylko zamknę aptekę.

Pokój był mały i czuło się w nim przyjemny, lekko klasztorny zapach. Do środka, 

przez okno wychodzące na ulicę za domem (albo na którąś z bocznych), słońce bezładnie 

ciskało promienie, jakby ktoś nimi chciał pozłocić ściany i podłogę. Biały regalik wielkości 

domu dla lalek pełnił wartę przy drzwiach, a tuż obok kuliło się - takie było małe - ręcznie 

ciosane łóżeczko (przypuszczam, że to wyrób rodzinny, może ojca), na którym leżała kołdra 

haftowana   w   czerwone   serduszka.   Pod   kołdrą   wzgórek.   Matka   weszła   razem   z   nami   i 

background image

wysunęła się naprzód (wciąż jeszcze była piękna, miała wydatne kości policzkowe i oczy o 

nieco wschodnim wykroju, włosy lekko przyprószone siwizną, w nieładzie po niespokojnej 

nocy), żeby pokazać nam, co jest pod przykryciem.

Najpierw czuło się zleżały, ale nie odpychający zapach gorączki i choroby, a dopiero 

potem widziało się dziewczynkę.

Była ładna, chociaż mizerna, miała długie czarne włosy, mokre od potu i temperatury, 

oraz wielkie, rozgorączkowane i pełne strachu oczy jak osaczony królik. Dałbym jej najwyżej 

osiem lat. W ramionach tuliła najbrzydszą z lalek w całym pokoju (zawsze mnie zdumiewa 

owa   sympatia   dzieci   dla   tego,   co   najprostsze):   gałgankowego   ludzika   bez   twarzy,   z 

wychodzącymi żółtymi nitkami i spódniczką w kratkę.

- No, Veronico, przyszedł pan doktor.

Ale Veronica tylko skuliła się jeszcze bardziej, nie spuszczając ze mnie wzroku. Miała 

śmieszną przerażoną minę.

- Veronico, kochanie - ze znużeniem napomniała ją matka. - Ten pan cię wyleczy.

- Jest przestraszona - powiedział Juan nad moim ramieniem.

Na malutkiej szafce nocnej (też białej) przy łóżku stała kolorowa szklanka i budzik o 

twarzy klauna,  któremu  z czerwonego nochala  wyrastały cienkie wskazówki. Wydawał  z 

siebie głośne, miarowe tykanie. Dziewczynka, wciąż przerażona, wpatrywała się w budzik, 

jakby w tej czynności szukała schronienia. Korzystając z tego, że przez chwilę na mnie nie 

patrzy,   postawiłem   torbę   w   nogach   łóżka,   tak   żeby   była   dla   niej   niewidoczna,   i   cicho 

poprosiłem matkę o łyżeczkę. W milczeniu dałem ciekawskim znak, żeby się cofnęli do progu 

(łącznie z Juanem), i zastygając w miejscu, jakbym chciał chwycić  ręką ptaka albo jakiś 

szczególnie kruchy przedmiot, przemówiłem do niej:

- Cześć, Veronico.

Dziewczynka nie zareagowała, nadal wpatrzona w swój budzik, tuliła lalkę.

- Jaki piękny zegarek.

Za plecami usłyszałem szmery, które uznałem za wyraz niepokoju o stan dziecka albo 

zniecierpliwienia moim postępowaniem. Ciągnąłem spokojnie:

- Budzi cię codziennie?

Nadal nie patrzyła na mnie i milczała. Nagle zza mojej głowy wychynęła metalowa 

łyżeczka: to matka, która stała za mną, nie mając odwagi mi przerywać, trzymała ją dwoma 

palcami   za   trzonek,   jakby   parzył.   Wziąłem   łyżeczkę   i   podziękowałem,   dając   znak,   żeby 

podeszła. Ostrożnie pochyliłem się nad łóżkiem.

- Teraz zobaczę, która jest godzina, Veronico.

background image

Duży   zielony   uchwyt   na   budziku   imitował   pusty   w   środku   kapelusz   klauna. 

Podniosłem  zegarek  i poruszałem  nim przed  oczami  dziewczynki  jak wahadłem.  Miałem 

nadzieję, że zaintrygowana budzikiem, nie zechce oderwać od niego wzroku, a ja będę mógł 

wygodniej obejrzeć jej gardło. Próbowała mi go odebrać, ale bardzo niepewnie, jakby mimo 

wszystko wolała przyglądać mu się z daleka.

- Zobacz, robi tik-tak. Ty też powiedz: tik-tak.

Zachęcająco  wyciągnąłem łyżeczkę.  Dziewczynka  trzymała  głowę w odpowiedniej 

pozycji, ale nie otwierała ust. Wiedziałem, że w końcu zrobię to na siłę, ale postanowiłem 

jeszcze poczekać.

- Wiesz, która godzina, Veronico? - Kątem oka dostrzegłem, że matka nie patrzy już 

na dziewczynkę, tylko na mnie. Uznałem, że intryguje ją moja cierpliwość i uśmiechnąłem 

się: - Chcesz, żebym ci powiedział, która godzina? Potem ty mi powiesz, szeroko otwierając 

buzię.

Wtedy spojrzałem na zegarek i zrozumiałem, że to niemożliwe: na zegarku nie było 

cyfr.   Co   więcej,   miał   pięć   małych   wskazówek   o   różnych   kształtach   i   dwie   duże,   tak 

powykręcane, jakby nie wskazywały punktów na tarczy, tylko gdzieś wewnątrz.

Pod spodem, na uśmiechniętych ustach klauna niby znak firmowy widniały niebieskie, 

rozchwiane litery: KANIKUŁA.

Poczułem, jakby ktoś na mnie wylał kubeł zimnej wody. Na chwilę zapomniałem, co 

tam robię, pochylony nad łóżkiem z łyżką w ręku. I pojąłem - chyba sekundę później - z 

absolutną trzeźwością, jaka cechuje chwile napięcia: muszę udawać, że nic nie zauważyłem. 

Na   szczęście   matka   wyglądała   teraz   na   bardziej   skupioną   na   dziewczynce   niż   na   mnie, 

zachęcając ją, żeby otworzyła usta.

Jeden rzut oka (oględziny tak błyskawiczne, że ledwo zdążyłem zarejestrować obraz, 

nim dziewczynka zamknęła usta) i lekkie obmacanie węzłów chłonnych upewniły mnie, że to 

zapalenie migdałków. Wypisując stosowne zalecenia, powiedziałem mimochodem:

- Jaki ładny budzik. Gdybym miał dzieci, też bym im chętnie taki podarował. Gdzie go 

państwo kupili?

Matka uśmiechnęła się do mnie i już miała odpowiedzieć, ale wtedy rozległ się głos:

- Kupiliśmy go już dość dawno, nie pamiętam gdzie, żeby mieć niespodziankę dla 

małej, i tak czekał. Powiedziałem sobie: teraz, kiedy choruje, postawimy go jej przy łóżeczku.

Musiał to być ojciec: niski i gruby, w białej koszuli poplamionej kawą, opiętej na 

wystającym brzuchu; dłonie - wilgotne i czerwone - zwisały mu wzdłuż ciała, jakby z nich 

kapało.   Miał  kasztanowe  włosy i  lekko  skośne  oczy,  podobne  do oczu  żony.  Odniosłem 

background image

wrażenie, że przyszedł prosto z pracy, niespokojny o dziecko. Domyśliłem się tego od razu.

Poza tym domyśliłem się, że kłamie.

Wszyscy (oprócz Juana, który wyszedł przynieść przepisane lekarstwa i zawiadomić 

Martę) wpatrywali się we mnie z pełną napięcia powagą.

- No, na mnie już pora - powiedziałem.

Nikt się nie poruszył.

I   nagle   budzik   zaczął   cicho   wydzwaniać   godzinę.   Dźwięki   były   delikatne   jak 

tchnienie, ale słyszałem je jeszcze długo po tym, jak ucichły: melodia składająca się z siedmiu 

czy ośmiu nut wydawała mi się znajoma. Bez trudu dośpiewałem sobie słowa:

Czym one są? Gdzie one są?

Jak tu je odnaleźć?

Chociaż   przy   pożegnaniu   dziękowano   mi   serdecznie,   wychodząc   z   domu,   miałem 

niejasne   poczucie,   że   zrobiłem   coś   niestosownego,   popełniłem   drobny   błąd,   którego 

konsekwencji jednak nie da  się powstrzymać,  jak kiedy odgłos rozmowy pod urwiskiem 

pociąga   za   sobą   lawinę;   ledwo   wyczuwalne   zagrożenie   podążało   za   mną   krok   w   krok, 

niewidoczne,   lecz   narastające,   zapowiedź   szczególnej   katastrofy   (płomyk   zapałki   w   lesie 

podczas suszy). „Wyjedź stąd, Marcelo. To miasteczko nie jest dobre - słyszałem ostrzeżenie 

Rocío jak bezgłośny krzyk. - Wyjedź stąd!”.

Nie   mogłem   wyciągnąć   innych   wniosków   poza   tym,   że   wszyscy   mnie   okłamują, 

prawdopodobnie od samego początku. Całe Roquedal wiedziało o czymś, o czym  się nie 

mówiło, a co miało związek z dziećmi, dziecięcymi piosenkami i kołami rysowanymi kredą, z 

nazwą   „Kanikuła”   (która   tak   przeraziła   Rocío,   kiedy   ją   wymówiłem)   i   z   zegarami   o 

absurdalnych wskazówkach, które nie wskazują godziny.

Przygnębiony dotarłem do niebieskiego domu i powiedziałem Rosie, że nie będę jadł 

kolacji.   Czy  mogłem  jej  zaufać?  Uznałem,   że  nie.   Bez  pośpiechu   wszedłem  do  swojego 

pokoju   i   postanowiłem   się   przespać,   przekonany,   że   i   tak   mi   się   to   nie   uda.   A   jednak 

zasnąłem, niedowiarek.

Coś mi się śniło. Teraz częściowo już zapomniałem co. Pamiętam tylko huk wiatru, 

bryzgające krople piany, grube i słone, i czyjąś obecność przy mnie. Miała przejrzyste oczy, 

poprzez które widziałem plażę, wzburzone fale, prastare kamienie na brzegu, perłowe trąby 

muszli. W ustach czułem słonawy smak saletry. Zdawałem sobie sprawę, że widzę nie istotę, 

lecz poszukiwanie. Nie wiedziałem tylko, czy patrząc w te oczy, odnajdę to, czego szukam, 

background image

czy na zawsze stracę: mój niepokój wypływał z koszmarnej świadomości, że jeśli odwrócę 

wzrok, nigdy na to nie trafię. Dopadło mnie, owszem, słodko-gorzkie uczucie rozpoznania, 

zetknięcie   z   czymś   odległym   o   całe   jedno   istnienie,   jakby   przybywając   do   celu,   poczuć 

cierpki smak rozłąki. I brzydziłem się sobą, ponieważ - choć osiągnąłem cel - mnie już nie 

było.  Bo chociaż mój  wzrok - utkwiony w tych  granatowych  oczach - posiadł to, czego 

szukał, jednocześnie od tego uciekał, niezdolny zatrzymać  go na dłużej (jakby na chwilę 

zobaczyć   wiatr   i   fale,   zamknąć   oczy   i   pomyśleć:   takie   są).   W   samym   akcie   patrzenia 

posiadałem i traciłem.

Obudziło mnie wściekłe pianie kogutów na podwórku i delikatny trzepot chustek i 

zobaczyłem przerażonego wróbla uwięzionego między parapetem a kratami w moim oknie. 

Jakby tkwił tam tylko po to, żebym go dostrzegł i ulitował się - natychmiast się wyswobodził, 

znikając w słonym powietrzu.

Kiedy wieczór już deptał mi po piętach, nieco spokojniejszy zacząłem analizować 

własne myśli. Szczególnie zajmowała mnie jedna z nich: pomysł, żeby dowiedzieć się jak 

najwięcej o historii Roquedal i jego mieszkańców. Podejrzewałem, że wyjaśnienia związku 

miasteczka   z   nazwą   „Kanikuła”   należy   szukać   w   przeszłości.   Może   don   Roberto   ma 

przypadkiem jakąś książkę na ten temat?

Ledwie mi to przyszło do głowy, przypomniałem sobie, że tuż po moim przyjeździe 

Rosa napomknęła o schowku: „don Roberto zostawił swoje rzeczy w schowku, żeby panu nie 

przeszkadzały”. Wymyśliłem banalny pretekst - poszukiwanie jakichś książek medycznych, 

które akurat są mi absolutnie niezbędne - i udało się: Rosa wręczyła mi klucz do pokoiku.

Schowek był na stryszku pod bardzo spadzistym dachem, w gołębniku wieńczącym 

niebieski dom, jakby ścięty wierzchołek trójkąta wycelować w niebo - od wewnątrz wydawał 

się   większy   niż   z   zewnątrz,   oddzielony   od   całej   reszty   krótkim   biegiem   skrzypiących 

schodów i drzwiami z sękowatego drewna, które się zacinają, nawet otwarte.

Wewnątrz - pokłady kurzu i zaduch, mnóstwo przeróżnych rupieci, szarych jak zima, 

zgromadzonych tu przez nie wiadomo kogo, nie wiadomo po co i dlaczego (przez chwilę 

myślałem, że po to, abym ja je znalazł), rączki od parasoli, obręcze kół do roweru, silniki, 

szpule drzemiącego drutu, walizki, wachlarze, skrzynia w kolorze porzeczki, regały, które 

dawno już straciły swoją pierwotną formę, nie tracąc jednak książek na półkach, jakieś rzeczy 

przykryte całunem ze szmat i dwudrzwiowa szafa. W walizkach i skrzyni leżały pogryzione 

przez mole i sprasowane przez czas ubrania z haftowanym inicjałem (najczęściej V); książki 

okazały się starymi podręcznikami do medycyny, część jeszcze sprzed czasów Fleminga, i 

mogłem się domyślać, że należą do don Roberta - podobnie jak rzeczy w pudłach przykrytych 

background image

szmatami, bo były to nowe ubrania na zimę i kilka drobiazgów osobistych. W końcu dotarłem 

do szafy, żeby przekonać się, że jest zamknięta na klucz.

Po chwili wahania postanowiłem ją otworzyć. Szarpnąłem za okucia i chociaż jedno 

zostało mi w ręce, drugie pociągnęło za sobą drzwi, naruszając wytarte drewno przy zamku. 

Podniosła   się   wielka   chmura   kurzu   i   kaszląc,   musiałem   przeczekać,   aż   opadnie.   Wtedy 

odemknąłem obydwa skrzydła i zajrzałem do środka.

Tam je znalazłem, w niemal idealnym porządku: przedmioty, a jednak nie przedmioty, 

przedmioty bezprzedmiotowe, jak pozornie daremne zabiegi, zagadki bez rozwiązania.

Był tam ceramiczny dysk wielkości męskiej dłoni, podzielony w połowie, który po 

obu stronach miał wyrytą chmurę, z jednej jasną, z drugiej ciemną. Wzdłuż krawędzi, jak na 

monetach, biegł napis: „Kanikuła”. Ponadto dwie metalowe sztaby, długie i ciężkie, ale bez 

wartości, rżnięte topornie jak pospolity stop. Na każdej z nich wokół chwiejnej linii oplatała 

się gałązka o symetrycznych, pięciopalczastych listkach, marnie imitując kaduceusz, a pod 

spodem widniał ten sam napis: „Kanikuła”. Leżał tam jeszcze jeden dysk, większy i bardziej 

spłaszczony,   z   brązu   -   sądząc   po   kolorze   i   ciężarze,   podobny   do   dysków   używanych   w 

tradycyjnym  tańcu Śiwy, lecz o niewłaściwej, nieregularnej fakturze i brzydko wykonany, 

irytująco krzywy, z innym napisem: „Kolista Jesień”. Na koniec szklaneczka z kryształu albo 

z   czegoś,   co   do  złudzenia   kryształ   imitowało,   bo  -   czuję  się   winny  -  kiedy  chciałem   ją 

podnieść, rozpadła mi się w palcach jak sypki śnieg. Na nienaruszonym denku był nieznany 

mi znak i znowu napis: „Kolista Jesień”.

Powiedziałem „na koniec”, ale umknął mi przecież jeszcze jeden przedmiot, który 

mam   teraz   przed   sobą,   ponieważ   tylko   to   odważyłem   się   ukraść:   dziwny   metalowy 

mechanizm   koloru   starej   miedzi   albo   pracowicie   tlenionego   żelaza,   złożony   -   jak   model 

świata   w   laboratorium   astrologicznym   -   z   wygiętej   blaszki,   pod   którą,   na   przeciwnych 

końcach   malutkiej   równoważni   podpartej   pośrodku,   jest   kwadratowe   lusterko   i   figurka 

jakiegoś zwinnego zwierzęcia (królika?, szczura?, oposa?) gotowego do skoku. Na owalnej 

podstawie wygrawerowano napis: „Kanikuła”.

Nie   byłem   w   stanie   odgadnąć   znaczenia   tych   bezużytecznych   przedmiotów 

pogrzebanych na dnie domu don Roberta, nie miałem też pojęcia, czy on sam był świadom 

ich istnienia (skoro nie pochodzi z Roquedal). Wiedziałem jedno: ta nazwa - „Kanikuła” - w 

tajemniczy sposób wiąże się z przeszłością albo teraźniejszością Roquedal (albo z jednym i 

drugim), jako legenda utrwalona na różnych niedoskonałych przedmiotach (zegary, co nie 

pokazują   godziny,   powyginane   koła),   których   przeznaczenie   stale   mi   umyka.   Teraz 

przyglądam się prymitywnemu, jak gdyby wykonało go dziecko, mechanizmowi lusterka i 

background image

zwierzęcia: jest czymś więcej niż ozdobą, ale daleko mu do przedmiotu użytkowego. Jakby 

zatrzymał  się   w połowie   drogi  między  pięknem  -  nieszczególnym  -  a   przydatnością   (ale 

przydatnością do czego?). Odkrywam tylko tępy ruch huśtawki, która nawet nie próbuje bujać 

się o własnych siłach: niepopychana, natychmiast staje. Może brakuje jakiejś części? I co ma 

oznaczać pojawienie się tej dziwnej drugiej nazwy - „Kolista Jesień”?

Wczorajszy   dzień   umarł,   nie   przynosząc   odpowiedzi.   Dwa   razy   (o   ile   pamiętam) 

kusiło mnie, żeby wyjść na morski chłód w poszukiwaniu Rocío, która, jak przypuszczam, 

zna rozwiązanie zagadki i zechce mi je zdradzić, ale czas strwoniłem na rozważania, czy 

byłoby to rozsądne, biorąc pod uwagę jej niepokój z poprzedniego wieczoru.

Po nocy bez snów wstałem dziś zdecydowany.  Godziny przyjęć dłużyły mi się w 

nieskończoność, a pogaduszki z Martą nie wykraczały poza zwykłe tematy (chociaż mam 

wrażenie, że z nią też mógłbym o tym porozmawiać i wiele by mi wyjaśniła). Wyszedłszy z 

wizyty   u   chorego   bez   powikłań,   wpadłem   na   Rocío,   która   jakby   mnie   oczekiwała   pod 

niebieskim domem (rzeczywiście na mnie czekała, jak się później dowiedziałem).

O  tej   porze   dnia,   kiedy   zalane   żółtym   słońcem   ulice   przypominają   bezkresny   łan 

pszenicy,  a nieruchome  powietrze  przesycone jest solą, tylko  ona przechadzała się tam z 

wolna,   ze   skrzyżowanymi   ramionami,   jakby   pełniła   wartę.   Nie   umknęło   jednak   mojej 

uwadze, że okna w pobliskich domach lekko rozsuwają zasłony, żeby móc nas obserwować.

- A więc nie wyjechałeś - powiedziała, ale nie było w jej słowach wymówki: raczej 

powściągana radość, że jej domysły się potwierdziły.

Miała na sobie ciemną  sukienkę  w niebieskie  kwiatki,  obszytą  frywolną  falbanką, 

jakby w pół drogi do stroju, w jakim tańczy się sevillanę. Nie mrugała oczami: wpatrywały 

się we mnie cały czas, ogromne, niebieskie i słodkie, kiedy ona znieruchomiała wyczekująco 

ze skrzyżowanymi ramionami; jej sylwetka przywodziła na myśl cień zegara słonecznego. 

Podszedłem do niej i powiedziałem:

- Rocío, chciałem z tobą porozmawiać.

- A ja chciałam, żebyś wyjechał.

Odwróciła   wzrok.   Pomyślałem,   że   przypomina   wyniosłą   aktorkę,   która   chociaż   z 

powagą   wczuwa   się   w   swoją   rolę,   doskonale   panując   nad   mimiką   twarzy   i   właściwą 

modulacją głosu, w istocie powtarza tylko wyuczoną kwestię.

Rozejrzałem się dookoła: dwie kobiety, które nas obserwowały z głębi wąskiej bramy, 

szybko odwróciły się do siebie, żeby podjąć fikcyjną rozmowę. Przeszliśmy między domami 

w stronę plaży. Nie wiem, jakie zagmatwane intuicje pozwoliły mi zrozumieć opaczny język 

Rocío; pragnęła powiedzieć: „chciałam, żebyś nie wyjeżdżał”, mówiła zaś: „chciałam, żebyś 

background image

wyjechał”. Przyszła, żeby mnie zobaczyć, a odwracała wzrok. Czekała, nie czekając, żeby 

później w moim towarzystwie pragnąć samotności. Jej słowa były jak lustrzane odbicia i 

należałoby użyć drugiego lustra, by je odszyfrować. Ta gra wydała mi się słodsza niż sama 

rzeczywistość.

Bez   wstępów   powiedziałem   jej   o   przedmiotach:   o   budziku   z   klaunem,   który   nie 

pokazuje   godziny   i   ma   ponad   sześć   wskazówek,   o   rzeczach   zalegających   na   strychu   w 

niebieskim domu. Ona też bez wstępów wyjaśniła:

- To są przedmioty.

- Ale do czego służą?

Wzruszyła ramionami.

- Tego nikt nie wie.

- A dlaczego jest na nich napisane „Kanikuła” i „Kolista Jesień”?

-   Podejrzewam,   że   mogą   stamtąd   pochodzić.   Nie   wiem.   Często   je   znajdujemy   w 

Roquedal.

- Chcesz powiedzieć, że Kanikuła to miejsce, a Kolista Jesień to inne miejsce?

- Tak myślę.

- To dlaczego nikt nie chce o nich mówić, dlaczego nikt nawet nie wymienia ich 

nazw?

Rocío szła ze wzrokiem utkwionym w ziemię, jakby po niewidzialnych śladach.

- Może dlatego, że nie bardzo rozumiemy, co się dzieje: nie wiemy, gdzie one są.

- Teraz to ja nie rozumiem: czy nikt nigdy nie poszedł do Kanikuły ani do Kolistej 

Jesieni? - spytałem z niedowierzaniem.

- O ile wiem, to nikt. Ale w Roquedal jest wielu ludzi, którzy nigdy nigdzie nie poszli, 

a jednak nikt nie wątpi, że świat istnieje. I że istnieją Kanikuła i Kolista Jesień.

Zastanawiałem się przez chwilę.

- Rocío, tamtego wieczoru powiedziałaś, że muszę stąd wyjechać. Dlaczego?

- Bo tak - ucięła. Idąc, przyglądała się swoim bladym rękom, nadal splecionym na 

piersi. - My, mieszkając tu na stałe, przywykliśmy, ale dla przyjezdnych, kiedy dowiadują się 

tak nagle jak ty, Kanikuła i Kolista Jesień stają się obsesją, za wszelką cenę chcą tam iść...

- No i?

Znowu wzruszyła ramionami, z brodą opartą na piersi, tak że lekko kasztanowe włosy 

całkiem   zasłaniały   jej   twarz.   Kiedy   zrozumiałem,   że   nie   otrzymam   innej   odpowiedzi, 

usiłowałem się uśmiechnąć.

- Nie przejmuj się, Rocío. Ja nie chcę za wszelką cenę iść od Kanikuły ani do Kolistej 

background image

Jesieni.  Prawdę  mówiąc,  nawet  wątpię,  czy istnieją.  Wydaje   się,  że  to  raczej  jakaś stara 

legenda, tradycja, którą koniecznie chcecie podtrzymać naiwną wiarą w bajki.

Ona nadal milczała, a ja znów się uśmiechnąłem.

- Od tego  słońca wszyscy robimy się zbyt  naiwni - powiedziałem  - jednego dnia 

wydawało mi się, że mam wizję.

- Wizję?

- Złudzenie optyczne.

Stanęła gwałtownie i spojrzała mi prosto w oczy. Usłyszałem jej cichy szept, jakby nie 

chciała wypowiedzieć pytania:

- Jakie?

- Wydawało mi się, że widzę postać łysej kobiety, która tańczy na środku ulicy.

Rocío   zbladła.   Odwróciła   ode   mnie   te   swoje   olbrzymie   oczy   i   ruszyła   dalej   w 

milczeniu.

- Co ci jest?

Nie odpowiedziała. Dotarliśmy na skraj miasteczka, gdzie jest wał i kępa drzew, za 

którymi rozciąga się plaża: na piasku w oddali rysowały się zielonobiałe grzbiety rybackich 

łodzi, ustawionych  w szeregu. Rocío weszła na soczysty trawnik i usiadła tam, w cieniu, 

powoli, jakby w istocie uosabiała własne imię - ruczaj. Chciałem zrobić to samo, ale mi nie 

pozwoliła:

- Nie. Wyjedź. Lepiej wyjedź.

Znowu mówiła do mnie z tą samą niepohamowaną wściekłością jakby prosto z trzewi, 

tym dorosłym tonem, wobec którego czułem się bezbronnym dzieckiem. Pomyślałem, że to 

niezwykła dziewczyna, czarodziejka, że z nią można by poznać obcą twarz miłości (całe życie 

kochasz   i   wpatrujesz   się   w   księżyc,   ale   nigdy   nie   dostrzegasz   jego   ukrytego   oblicza), 

zasłoniętą i niepowtarzalną: miłość negatywną, srebrzystoczarną, wydobytą z ciemności. Tak 

myślałem, nie patrząc na Rocío, lecz słysząc jej twarde, ponaglające słowa, które brzmiały jak 

rozkaz kobiety ukrytej gdzieś w głębi niej. Morze dopowiedziało jej myśl, rycząc w oddali.

Znowu płakała.

- Zgubiłeś się, zgubiłeś się - usłyszałem jej szept. Nagle jakby wzięła się w garść: 

otarła twarz dłońmi i podniosła głowę, żeby na mnie spojrzeć. I to spojrzenie, choć patrzyła z 

dołu, było zaskakująco władcze i twarde.

- Wyjedź, Marcelo, tak będzie najlepiej - powiedziała pogodnie. - Ale jeśli nie chcesz 

wyjeżdżać, posłuchaj mnie: zapomnij o wszystkim, o czym mówiliśmy. Nie myśl więcej o 

Kanikule, Kolistej Jesieni ani o postaci, którą widziałeś. Nie mają najmniejszego znaczenia, a 

background image

mogłyby stać się twoją obsesją. Zostaw wszystko, co znalazłeś, niczego sobie nie zachowuj. 

A przede wszystkim nie zbliżaj się nocą do cmentarza. Obiecaj mi, że się nie będziesz zbliżał 

nocą do cmentarza.

Ta szybka  seria porad wydała  mi się śmieszna, ale już wcześniej zauważyłem,  że 

Rocío   nigdy   nie   jest   śmieszna   -   ani   w   tym,   co   robi,   ani   w   tym,   co   mówi   -   więc   nie 

roześmiałem się.

- Obiecuję - odparłem, unosząc rękę. - I tak nie miałem takiego zamiaru.

- To bardzo ważne, żebyś tam nie chodził. Ale jest jeszcze jedno...

Szybko wstała, nie pozwalając sobie pomóc, i otrzepała sukienkę z trawy. Spojrzała na 

mnie   prawie   ze   współczuciem   (jej   blada   twarz   znalazła   się   tuż   przy   mojej,   czułem   jej 

nieodłączny   zapach   mydła   i   czystej   wody,   widziałem   naturalnie   różowe   wargi, 

nieumalowane, słodki meszek na policzkach: była tak piękna, że chciałem ją pocałować, ale 

bardziej dziecinna niż zwykle, więc nie zrobiłem tego).

- Najważniejsze: zapomnij o mnie.

- Co?

- Chcę, żebyśmy się już więcej nie widywali. Od tej pory nie odzywaj się do mnie ani 

się do mnie nie zbliżaj - urwała, mrugając oczami - choćbym ja to robiła... Nie odzywaj się do 

mnie, choćbym ja się do ciebie odzywała, nie idź za mną, choćbym cię o to prosiła. To bardzo 

ważne, Marcelo, proszę.

- Rocío, dość już tych głupstw. Co chcesz osiągnąć przez te absurdalne pomysły? 

Chcesz mnie przestraszyć? Co ci jest?

Ale ona już odchodziła: jak zawsze wyprostowana, poważna, z sukienką trzepoczącą 

niby na pożegnanie. Zawołałem za nią:

-  Nie  zrobię   nic  z   tego,  co   mi  kazałaś,  dopóki   się  nie  dowiem,   co  tu   się  dzieje! 

Słyszysz?

Odwróciła   się   dokładnie   w   chwili,   kiedy   pomyślałem,   że   mnie   zignoruje,   i   nagle 

dotarło do mnie, że, w gruncie rzeczy, to tylko samotna dziewczyna, może chora. Z daleka i 

pod słońce, jej chude ciało w falującej sukience nawet nie wydawało mi się atrakcyjne.

- Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! - rzuciłem. - Skoro ty nie chcesz mi tego wyjaśnić, 

sam się wszystkiego dowiem! Ale do tej pory się nie znamy!

Czułem   się   prawie   jak   zwycięzca,   widząc,   że   ze   zbolałą   miną   spuszcza   głowę   w 

jasnych lokach. Przez chwilę stała nieruchomo, a potem odezwała się:

- Nie sądzę, żebym  potrafiła  ci to  wyjaśnić.  Porozmawiaj  z  don Baltasarem,  jeśli 

chcesz. On dużo wie. Żegnaj, Marcelo. Uważaj na siebie.

background image

I odeszła na dobre. Albo nie na dobre: znów wydawało mi się, że nadal tu jest, choć 

już jej nie widzę.

Don   Baltasar.   Przypomniałem   sobie:   to   mężczyzna,   o   którym   opowiadał   Juan. 

Miejscowy bogacz  (był   bogaty,  a  teraz  zwariował),  mieszkający  na  obrzeżach   Roquedal. 

Może przy cmentarzu? Uśmiechnąłem się.

Wszystko  wydało  mi  się nagle jakąś swawolną grą, lokalnym  żartem albo mitem. 

Śmiałem   się   na   głos,   wracając   do   niebieskiego   domu:   cmentarz   nocą,   niewidzialne 

przedmioty, nazwy miejsc, których nikt nie zna, i mądrość don Baltasara stanowiły jakby 

elementy jednej i tej samej legendy albo sploty w sieci wielu różnych legend powiązanych ze 

sobą, efekt komplikacji tego, co małe, jakby szczegółowi nadać strukturę wieży Babel. A ja 

kroczyłem przez to wszystko, jak po uliczkach Roquedal, miasteczka pełnego legendarnych 

tajemnic,   wśród   których   nie   ma   dwóch   identycznych,   niby   ryba   w   sieci,   coraz   bardziej 

zaplątany, coraz głębiej i głębiej, nie znajdując wyjścia, „choćbym szedł w nieskończoność”.

A teraz, nocą, spoglądam na swoje odbicie w szybie i czuję się chory. „Nie popadnij w 

obsesję - słyszę głos Rocío - uważaj, Marcelo, nie popadnij w obsesję”. Nie popadam: to 

przez   to koszmarne   zmęczenie  tak  ciążą  mi  ręce   i nogi,  wycieńczenie   otępia  mnie   tak  i 

osłabia, że ledwie starcza mi sił, żeby zasnąć.

Jutro sobota i przychodnia jest zamknięta, ale przypuszczam, że wstanę wcześnie.

Muszę odwiedzić don Baltasara.

background image

4

Wczoraj we śnie znalazłem się w Kanikule. Oczywiście tak naprawdę nie byłem tam 

albo przynajmniej nie wierzyłem w to po przebudzeniu, ale teraz uważam inaczej: uważam, 

że rzeczywiście tam trafiłem,  może właśnie dlatego, że we śnie. Przeszedłem się ulicami 

Kanikuły - albo ulicami Roquedal, albo Roquedal z mojego snu - spojrzałem z daleka na 

burzliwą plażę, wciąż powtarzając w myślach: a więc nareszcie jestem w Kanikule. A tam, na 

jaśniejącym  piasku,   czekała  na  mnie  ona   (naga,  z  ogoloną   głową,  o  oczach  błękitnych   i 

przejrzystych, przez które widziałem morze). Jej piękno było bardzo szczególne: jak gdyby 

nie należało do niej albo nie tylko do niej; jakby należało też do miasteczka. W jej urodzie 

widziałem obraz dzieci, ich wesołość, zabawy w cieniu drzew. Brałem te dzieci za ręce i 

bawiłem się z nimi na placu, na rozciągniętych sieciach (dzieci wilgotne, gołe, srebrne od 

wody i złote od słońca jak wizje Sorolli, niestrudzone jak ławica albo biały narybek rzucony 

w miasteczko, ruchliwe, skaczące), i obudziłem się z oczyszczającym wspomnieniem słońca, 

plaży, wesołych dzieci i grubego, rozgrzanego piasku, które są wspomnieniami silniejszymi 

niż inne, ponieważ to jedyne możliwe wspomnienia. I powiedziałem do siebie: a więc byłem 

w Kanikule.

Później jednak, już przytomniejszy, kiedy umyłem twarz zimną wodą, ogolony i w 

końcu ubrany, przestałem tak myśleć. Coś jednak pozostało: palące pragnienie, żeby zawrócić 

i znowu uwierzyć, uporczywe próby, żeby samego siebie oszukać snem, który nie opuszczał 

mnie ani na chwilę. Na stole leżał mój dziwny mechanizm ze ssakiem z brązu i lusterkiem na 

równoważni; i wyobraziłem sobie, że istnieje niemożliwa rzeczywistość, a oto dezerter ze 

snu, i obawiając się czegoś - nie wiem czego: może, że go zgubię albo że zupełnie przestanę 

w to wszystko wierzyć - schowałem go do kieszeni, a później, tuż przed wyjściem, owinąłem 

w chusteczkę, żeby jego dziwna bezużyteczność nie doznała najmniejszego uszczerbku, jak 

gdybym zaczął myśleć, że może nadal absolutnie do niczego nie służyć, tylko jeśli pozostanie 

nienaruszony.

background image

I wyszedłem dziś z domu, w sobotę, kiedy przychodnia jest zamknięta, żeby pójść 

gdzieś daleko, wydostać się z miasteczka albo przynajmniej spróbować się wydostać, ale 

przede wszystkim - żeby odwiedzić don Baltasara, szaleńca.

U  wylotu   głównej   ulicy,   skąd   prosta,   zachęcająca   droga   biegła   dalej   na   wzgórze, 

spotkałem Joaquína, tego od maszyn,  w kombinezonie roboczym  na szelkach,  sflaczałym 

berecie   i   w   okularach   jak   wstęp   do   niego   samego   (dla   mnie   Joaquín   jest   człowiekiem-

drogowskazem, ponieważ pomógł mi wejść do miasteczka - do Roquedal, nie do Kanikuły - i 

wiedziałem, że mogę mu zaufać), więc przystanąłem.

- Dzień dobry, Joaquínie.

- Dzień dobry, doktorze. - Już mnie zna. Zamieniliśmy raz parę słów, kiedy kręcił się 

przy starym, wypatroszonym samochodzie o kołach pokrytych pyłem, regulując coś to tu, to 

tam przez zatłuszczoną szmatę. Można powiedzieć, że jego głos też warto by podregulować: 

jest bezpłciowy i pozbawiony wieku, jak u aniołów, przez co brzmi  groteskowo. Biedny 

Joaquín.

- Którędy dojdę do domu don Baltasara?

- Skręci pan w lewo; na końcu tej drogi zobaczy pan szałas. Stamtąd jeszcze tylko 

kawałek prosto.

Wyglądał,  jakby chciał  w magiczny sposób przenieść  mnie  tam samym  głosem,  i 

prawie tak było w istocie, bo jego wskazówki okazały się bardzo precyzyjne. Rzeczywiście 

bez trudu znalazłem duży dom, choć nie bardzo duży, z zaniedbanym ogrodem i rozległym 

terenem uprawnym. Cały czas gdzieś szczekały psy, jak uwięzione. Dalej było widać płaski 

cień cmentarza, jego krótki, niski mur, niezmiennie na skraju szosy. Z tej odległości nie dało 

się zobaczyć,  czy białe litery (ETER) nadal tam są. Od wejścia do domu oddzielił mnie 

ogródek z kwiatami w donicach, kipiący roślinnością. Z otaczających go zielonych żerdek na 

długich kablach zwieszały się żarówki. Wyciągnięty w cieniu pies przyglądał mi się z uwagą, 

niezdolny się zezłościć. Przez otwarte drzwi dobiegały jakieś odgłosy, więc postanowiłem 

czekać, nie wchodząc do ogrodu.

Wkrótce stanął w nich mężczyzna: powoli i niezdarnie dźwigał metalową konewkę. 

Miał na sobie za luźne brązowe spodnie przewiązane sznurkiem, do tego rozpiętą koszulę na 

nagim, bezwłosym torsie i niebieskie przydeptane espadryle.  Był  opalony i łysy.  Po jego 

przyspieszonym   oddechu   i   pożółkłych   palcach   odgadłem,   że   pali,   a   po   przekrwionych 

policzkach  - że pije. Resztki siwych, kręconych  włosów kuliły się na karku, za to twarz 

zakrywały nieokiełznane wąsy i jednodniowy zarost. Jego małe czarne oczy były tak żywe, że 

z trudem mogłem od nich oderwać wzrok, kiedy na mnie spojrzał.

background image

- Don Baltasar? - spytałem.

Odparł   z   równie   nieoczekiwaną   gwałtownością,   z   jaką   drobne   fale   potrafią   nagle 

popchnąć od tyłu.

- Niech pan stąd idzie, nie potrzebuję pana!

I   zaczął   podlewać   rośliny,   mrucząc   coś   pod   nosem.   Nie   słyszałem,   co   mówi,   ale 

wydawało się, że słowa są skierowane do psa, bo ten poszedł w drugi kąt ogrodu.

Patrząc, jak chodzi z konewką, po raz pierwszy dostrzegłem posążki: z całą pewnością 

były to rzeźby, ale toporne, jakby niedokończone. Wyglądały na zrobione z gliny. Ich rozmiar 

(nie sięgały mi nawet do kolan) i prostota sprawiły, że w pierwszej chwili wziąłem je za 

nieduże głazy.  Były  to cztery niepasujące jedna do drugiej abstrakcyjne postaci o rysach 

równie przypadkowych jak te, których czasem dopatrujemy się w kształcie chmur. Gdybym 

nie   widział   ich   wszystkich   czterech   razem,   wziąłbym   je   za   wytwory   przyrody,   skały 

wymodelowane zmiennym działaniem wody i czasu. Stały po dwie po obu stronach drzwi. 

Wskazałem je ręką:

- Są piękne. To pan je zrobił?

Przerwał podlewanie i wydawało się, że usiłuje się pohamować, nim zaatakuje:

- Czego pan właściwie chce?

- Jestem lekarzem, który zastępuje don Roberta...

- Wiem. Czego pan chce?

- Porozmawiać o Kanikule i Kolistej Jesieni - odparłem.

Znów spojrzał na mnie bez słowa. Wrócił do podlewania, a ja postanowiłem mu nie 

przeszkadzać. Kiedy z absolutnym  spokojem dokończył  grządkę (miałem wrażenie, jakby 

robił   to,   cierpliwie   na   coś   czekając),   odwrócił   się   do   mnie   plecami   i   wszedł   do   domu. 

Usłyszałem,  że ze środka się odzywa, i ruszyłem  za nim,  sądząc, że to do mnie. Coś w 

rzeźbach w ogrodzie (może sam fakt, że tam stały) odebrało mi pewność siebie. Wewnątrz, w 

chłodnym mroku sieni, rozlegał się szum wody płynącej gdzieś z kranu i głos don Baltasara, 

tak samo powolny, monotonny, nieprzerwany:

- Miesiące, lata, zawsze, zawsze, zawsze. I nigdy nie ustają - mówił.

-   Don   Baltasar?   -   cicho   zawołałem.   Poczułem   się   hałaśliwym   intruzem   w   tym 

martwym półmroku. Nawet słuch na niewiele się zdał: jego głos dobiegał jakby z daleka, z 

innego miejsca, z innego świata, prawie jakby z innego czasu:

- ...i zawsze przychodzić, i zawsze tutaj zostawać, tutaj, w ciszy, zawsze poszukując...

Ale po chwili przestało mnie interesować, skąd dolatuje (bez wątpienia był to jego 

głos; mówił sam do siebie w którejś części domu), ponieważ tuż przy wejściu odkryłem 

background image

potężne,   szerokie   schody,   a   u   ich   stóp   jeszcze   jedną   postać   podobną   do   tych   z   ogrodu, 

znieruchomiałą  w ciemności.  Popatrzyłem  w górę:  na podeście  stało ich  jeszcze  kilka,  a 

schody biegły dalej. Pomyślałem:  okruchy chleba? I wszedłem po schodach, nie umiejąc 

określić, co czuję.

Na piętrze, ponad nietkniętą ścieżką z kurzu, unosiła się uśpiona cisza. Niewielkie 

figury - w sumie trzy - sterczały w głębi niczym znak. Po obu stronach korytarza widniały 

ciemne otwory, framugi o nagich zawiasach, w głębi zaś ostatnia figura nachylała się ku 

drzwiom w kolorze ściany (wszystko w kolorze kurzu, a kurz w kolorze czaszek w kostnicy), 

z dziurką od klucza niby pusty oczodół. Nie wiem, dlaczego pomyślałem, że ostatnia z figur 

gestem zachęca mnie, żebym je otworzył. Tak też zrobiłem.

Za drzwiami nie było ciemno: przez świetlik wpadał snop światła, równie mały jak 

pokój, który ukazał się moim oczom. Przy wejściu stało rozklekotane łoże przykryte jutą, a na 

nim,   zupełnie   nieoczekiwanie,   z   przerażeniem   zobaczyłem   ciało,   nieznaną,   pustą   maskę. 

Wtedy pojąłem.

To   był   manekin.   Kobieca   postać   naturalnej   wielkości,   stara   i   spękana   jak   ściany, 

bardziej naga niż sama nagość. Łysa, bez dłoni i stóp, o byle  jak namalowanych  oczach 

nieruchomo wpatrzonych w sufit. I zrozumiałem: to ona.

Poza tym pokój był pusty.

Przepełniony łagodnym, dobrze znanym  bólem - może to współczucie, tyle  że nie 

wiadomo dla kogo - zszedłem z powrotem po schodach i ruszyłem za głosem, który nie milkł 

ani na chwilę:

- ...tam, wśród cieni, wśród ostatecznych cieni...

Jak gdyby poczuł się śledzony, don Baltasar nagle urwał. W końcu znalazłem go w 

kuchni: siedział tyłem do wejścia, konewka stała na podłodze, a długi metalowy kran pochylał 

się w ciszy nad kamiennym zlewem splamionym wąskim strumyczkiem żółtej wody. Zdjął 

koszulę i ukrywał teraz głowę w dłoniach; na szerokich, zgarbionych plecach pełno miał 

myszek równie czarnych jak jego oczy.

- Przepraszam - rzekłem.

Wiedziałem,  w  istocie  wiedziałem  to   już  wcześniej,  zanim  zobaczyłem  manekina, 

spojrzawszy tylko w jego smoliste oczy.

- Nie przyszedłem tu, żeby pana zranić. - Mój głos brzmiał teraz równie łagodnie jak 

jego, jakbym nauczył się mówić w kontrapunkcie z ciszą, jak ci, którzy są sami. - Chcę tylko, 

żeby mi pan wytłumaczył...

Milczał,   nie   wydając   najmniejszego   jęku,   ale   drżenie   jego   ramion   było   dla   mnie 

background image

oznaką   bezgłośnego   płaczu.   Ile   razy   tak   płakał,   sam   w   tym   nieprzychylnym   domu? 

Odważyłem się ciągnąć dalej:

- Pan też ją widział.

Nadal płakał w ciszy.

- Widział ją pan i trzyma ją pan na górze, jak święty obrazek. Nie może pan o niej 

zapomnieć.

Z gardła ściśniętego płaczem z trudem wydobył głos:

- A pan? Pan mógłby o niej zapomnieć?

Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, czując lekki dreszcz.

-   Ja   jej   właściwie   nie   widziałem.   Tak   nie   do   końca.   Zobaczyłem   ją   przelotnie   i 

uznałem, że jest nieprawdziwa. Prawie jej nie widziałem.

Parsknął dziwnym śmiechem:

- I teraz pan jej szuka.

Kiedy mnie tak podsumował, uspokoił się. Zakaszlał i ciężko dysząc, wyprostował się, 

ale wciąż pozostawał do mnie tyłem.

- Czym... ona jest? - wyszeptałem.

Wzruszył   cętkowanymi   ramionami.   Przesunął   dłońmi   po   niewidocznej   dla   mnie 

twarzy.

- Kto to wie - odparł. - Pochodzi stamtąd, jak wszystkie rzeczy.

- Jak przedmioty? Jak przedmioty z nazwami miejsc pochodzenia?

Zrazu odpowiadał mi nieufnie, potem nagle wybuchnął z furią:

- Tak, tak jak przedmioty! W całym Roquedal! Jedno miasteczko, ale wiele miast! 

Jedno miejsce i wiele miejsc!

- Gdzie jest Kanikuła? - spytałem.

-  Tutaj!  -  zdumiała   mnie   jego  wściekłość:  skoczył   na  równe   nogi  i  odwrócił   się, 

wbijając we mnie zaczerwienione oczy. Drewniane krzesło upadło z hałasem na podłogę. - 

Tutaj! - powtórzył. - Zawsze tutaj! Jeśli chce je pan znaleźć, niech pan idzie do dzieci: one 

będą   wiedziały!   Kolista   Jesień   to   przywilej   najstarszych.   Niech   pan   z   nimi   wejdzie   w 

najciemniejsze zakamarki domów, na bujane fotele, w których drzemią, do łóżek, w których 

umierają! Oni będą wiedzieli! - Krople śliny pryskały mu z ust bez przerwy, jak słowa. - Tutaj 

jest Kanikuła i Kolista Jesień!

Zamilkł i popatrzył w sufit, jakby w obawie, że się zarwie od tego krzyku. Po chwili 

przemówił już nieco spokojniej, teraz jednak szaleństwo jak krew podchodziło mu do twarzy:

- Bo wszystko... wszystko to jest jak poszczególne plany na filmie. Obrazy,  które 

background image

ogląda się razem niby jeden obraz, które zlewają się, jakby istniał tylko jeden obraz, chociaż 

różnią   się   między   sobą.   Wszystkie   plany,   rozumie   pan?   Roquedal   to   sala,   w   której...   - 

machnął ręką, dmuchając jednocześnie jak magik - odbywa się projekcja.

- Różne światy w jednym świecie? - spytałem.

- Nawet nie to: różne płaszczyzny. Są pozbawione granic, a my przechodzimy z jednej 

w drugą, nie mając o tym pojęcia: możliwe, że teraz jesteśmy w Kanikule, pan i ja, i nie 

mamy o tym pojęcia.

- A przedmioty...

Złożył dłonie, jak do modlitwy.

- To osad: tym właśnie są przedmioty. Ja je porównuję z morzem i wspomnieniami: w 

nich   też   bez   przerwy   gromadzą   się   rzeczy,   bezużyteczne   przedmioty,   mniej   lub   bardziej 

piękne, i piętrzą się - na brzegu albo w mózgu - tylko po to, żeby na nie patrzeć. W Roquedal 

zbierają się fusy istnienia, pozostałości po nieustannym przelewaniu się płaszczyzn.

- A skąd te nazwy: „Kanikuła” i „Kolista Jesień”?

Spojrzał   na   mnie,   jakby   potrzeba   mu   było   wiele   cierpliwości,   żeby   mi   to 

wytłumaczyć:

- To jakby nazwy dzieciństwa i starości: oznaczają dwa różne etapy naszego istnienia. 

Możliwe, że jest jeszcze więcej stanów, prawdopodobnie całe mnóstwo, ale trudno je nazwać: 

umiałby pan ochrzcić każdy moment ruchu fal?

Raptem zaczął sobie podśpiewywać, bardzo łagodnie. Było to prawie jak kołysanka. 

Przerwał, tylko żeby powiedzieć:

- Nawet domy się zmieniają, stając się nagle wspomnieniem tego, czym były. Tak 

samo cmentarz...

- Cmentarz? - przeraziłem się.

- Cmentarz jest ostatnia tajemnicą. Tam płaszczyzny przechodzą w odmienny stan.

Miałem zupełnie sucho w ustach, zadając pytanie:

- Nazywa się Eter, prawda?

Przyjrzał mi się trochę zaskoczony. Lekki uśmiech rozjaśnił mu twarz.

- Pan dużo wie. Od kiedy pan tu mieszka?

- Jeszcze nie ma tygodnia.

- To ciekawe. - Przesunął dłonią po twarzy, jakby myślał, że powinien się ogolić. - 

Oczywiście, że ci, co przychodzą z zewnątrz, zawsze o wszystkim najszybciej się dowiadują.

I dalej podśpiewywał w ledwo słyszalnym diapazonie, chyba wyłącznie dla siebie.

- A ona? - spytałem wtedy.

background image

Nie odpowiedział: po prostu odwrócił wzrok, wciąż pomrukując i nucąc.

Podszedłem do biednego starca: nagle usta wypełniła mi straszna wściekłość, jak haust 

żółci:

- A ona? - krzyknąłem. - A ona?

Nie  mogłem  znieść   tego  podśpiewywania:   złapałem  go  za  ramiona   (nadal  zwarte, 

nadal mocne) i ryknąłem mu w twarz, jakby była ze szkła, a ja chciałbym  ją rozbić siłą 

swoich płuc:

- Niech mi pan o niej opowie!

Ale   on   poddał   się,   wyraźnie   zniechęcony,   stale   mamrocząc,   i   popatrzył   na   mnie 

zgaszonymi  oczami - czarnymi  i zgaszonymi  jak jego znamiona. Bez słowa pozwalał się 

popychać, wykrzywiając usta w powolnym uśmiechu, jak gdyby ten jedyny gest miał większą 

siłę niż cała moja przemoc, i nawet mu nie przeszkadzało, że bezwładnie uderzył o ścianę i 

tak   już  został,  przyklejony  do  niej,  jak  ulepiony  z  plasteliny,   wciąż  uśmiechnięty,  wciąż 

wpatrzony we mnie, wciąż niepokojąco rozśpiewany. Ruszyłem do sieni i wyszedłem na ostre 

słońce południa.

„I teraz pan jej szuka”, wciąż słyszałem jego głos.

Wypowiedział te słowa tak, jakbym był przeklęty,  jak absolutną oczywistość - nie 

wyrok, lecz raczej coś, co od zawsze mnie dotyczyło, narzucone z zewnątrz, otaczające mnie, 

wielkie i niewidzialne; jakieś ciało - nie moje, lecz także moje - w którym byłem zamknięty i 

wyglądałem ze środka, nie dostrzegając jego samego, nie mając pojęcia o jego istnieniu, dla 

wszystkich jednak widoczne (oprócz mnie, powtarzam, który tkwiłem wewnątrz).

Nieważne: całe popołudnie pisałem, rozmyślając o figurach don Baltasara: to znaki 

prowadzące do niej, te jego rzeźby, które w pierwszej chwili wziąłem za głazy oszlifowane 

przez wodę. Może to szlak oznaczony na brzegu?

Zapada noc. Muszę zejść na plażę, żeby to sprawdzić.

background image

5

Teraz wiem, że jestem przeklęty. Ale odkryłem jedno: tragedia bycia przeklętym ma w 

sobie coś ze zwycięstwa, z dopełnionego losu; to domknięty krąg pragnienia. Przekleństwo 

nie spada na mnie: to ja spadam, pękając dokładnie w tych miejscach, gdzie przebiegają 

niewidzialne szwy (niewidzialne, ale prawdziwie moje), z którymi się urodziłem, posklejany. 

Jestem własnym przekleństwem, ponieważ byłem nieunikniony.

Piszę po ciemku, bez lampy ani żadnego światła, w chłodnym brzasku. To już ostatnie 

kartki,  choć  coś mi  mówi,  że nic  się nie  kończy,  że  odejdę z  Roquedal, nie  odchodząc, 

ponieważ Roquedal jest bezkresne i gdziekolwiek by się szło, zawsze idzie się w jego stronę. 

Mądre były słowa Marty, ale ona sama (co za ironia losu) nie posiadła tej mądrości. Nie 

posiadł jej nikt oprócz mnie, a ja prędko pojąłem. Wiem też, skąd moja przewaga: Marielo, to 

przez ciebie. Wtrąciłaś mnie w niezrównaną samotność. A może sam to zrobiłem, kiedy mnie 

zostawiłaś - jednak ty przecież  także nie byłaś bez winy - tyle  że ostatnie pchnięcie nie 

należało do ciebie. Zostawiłaś mnie, ale nie zniknęłaś, stale majacząc w przyszłości, jakbyś 

kazała mi za sobą iść. Jestem chory (teraz to wiem), ale to, być może, tylko jeszcze jedna 

spełniona obietnica.

I w końcu poszedłem na plażę.

Czekałem aż do dzisiejszej nocy (może już wczorajszej), żeby wyjść z niebieskiego 

domu, bez strachu, że Rosa będzie mnie śledzić (nie miałem strachu w sercu, strach jednak 

czaił się w oddali, jak koszmarna latarnia morska), i zszedłem na plażę. Chociaż wał i drzewa 

mijałem po ciemku, rozpoznałem miejsce, gdzie Rocío wczoraj usiadła, mówiąc, żebym się 

nie zbliżał do cmentarza nocą (nie chcę tego robić - kto wie, może któregoś dnia tak, ale teraz 

nie chcę: wciąż nie czuję się na siłach, żeby wejść w ten stan); przeciąłem uśpioną szosę 

(szary   jęzor,   martwy,   pusty)   i   zapadłem   się   w   piaszczystych   wydmach   na   plaży, 

posrebrzonych   rosnącym   księżycem   (dalej,   w   ciemności,   huk   niewidocznego   czarnego 

morza).   Pomyślałem:   nareszcie   blisko   morza.   Dlaczego   tak   długo   zwlekałem?   Nadało   to 

background image

mojemu przybyciu pewnych znamion kulminacji.

Był tam szlak z kamieni albo przynajmniej tak mi się zdawało. Ustawione równolegle 

do linii brzegu, tworzyły długi rząd, ginący w ciemności (także gwiazdy nade mną wydawały 

się doskonałe i poukładane w dziwne linie). Doszedłem do kamieni, ledwo domyślając się 

morza   z  jego  brudną   pianą,   potajemnie   białą,   jak   kości   na  prześwietleniu,   ogłuszającą,   i 

ruszyłem szlakiem, który wolałem wyobrażać sobie jako nieprzypadkowy.

Dalej (wkrótce się tego dowiedziałem) był falochron, ramię ciemnych skał wchodzące 

w   fale,   ociekające   pianą   jak   skamieniały   wieloryb.   Szereg   głazów   kończył   się   u   jego 

początku.

Tam czekała na mnie Rocío.

To była ona, jeszcze zanim stała się sobą: odległa sylwetka (a jednak ona) stopniowo 

przybierała jej postać. Miała na sobie prostą białą sukienkę (tkanina lekko odsłaniała uda, 

szarpana gwałtownym wiatrem od morza) i sandały. Nie przeszkadzały jej włosy opadające 

na twarz. Patrzyła, jak się zbliżam, wpatrzony w nią.

- Cześć - rzuciła. - Przyszedłeś.

Powiedziała to tak, jakby w grę nie wchodziła randka, lecz naturalne zdarzenie, coś 

jak wzrastanie roślin albo wieczorna przechadzka drapieżników; jakaś widoczna odmiana, 

która jednak w niczym nie narusza porządku rzeczy.

Wyprzedziła mnie, wchodząc na falochron, nie musiała łapać równowagi, nie czekała 

na mnie. Jednak w jej ruchach nie było pośpiechu: należały do świata wydarzeń możliwych, 

podobne   łagodnej   reakcji,   bez   zastanowienia,   ale   i   bez   gwałtowności,   jak   deszcz,   który 

skrapia ziemię. Tym razem, widząc, jak znowu odchodzi, poszedłem za nią, za jej prostymi 

plecami, jej białymi nogami.

Don Baltasar ma rację: przechodzimy z jednej płaszczyzny w drugą, nie mając o tym 

pojęcia. Ale też nigdy nie jesteśmy tacy sami, choćbyśmy o tym także nie mieli pojęcia. To 

one składają się na życie: nieskończone płaszczyzny, kolejne obrazy, zmienne... W Roquedal 

różnica polega na tym, że każda płaszczyzna to inne życie, także niepojęte. I dlatego czasami 

dochodzi do nałożenia: coś, jakiś przedmiot, jakaś osoba (tak, osoba, byt), stapia się z drugą i 

zaskakuje, poraża nasze oczy jak rozszczepienie  obrazu. Czy Rocío o tym  wie i dlatego 

zabroniła   mi   za   sobą   iść,   choćby   sama   mnie   o   to   prosiła?   Przypomniawszy   sobie   to 

ostrzeżenie, nagle stanąłem.

Ona, coraz dalej przede mną, również stanęła i odwróciła się. Prawie nie widziałem jej 

twarzy na tle ciemnych fal, kiedy krzyknęła:

- Chodź!

background image

I ruszyła  dalej. Posłuchałem jej (teraz to wiem), ponieważ domyślałem się tego. I 

ponieważ jestem przeklęty. Kiedy pochłonęła ją ciemność, jej biała sukienka pomagała mi nie 

stracić jej z oczu, a gdy nagle zniknęła na jedną chwilę wahania i niepewności, wiedziałem, 

że Rocío jest naga.

Poszedłem   za   tym,   co   było   już   tylko   cieniem   jej   ciała.   Skały   -   śliskie,   wilgotne, 

dudniące - spowalniały krok. Nagle pod stopami zobaczyłem jej białą sukienkę, rzuconą na 

skałę jak martwa meduza. Tuż obok, jakby przeciwne dalszemu marszowi, sandały (kamienne 

figury, wskazówki, okruchy chleba), a jeszcze kawałek stamtąd - stała ona sama, wyraźnie 

widoczna i namacalna pomimo zupełnej nagości, jakby jej ciało było bardziej realne teraz niż 

chwilę wcześniej, gdy kroczyła po falochronie w stronę morza, gdzie cienie biły się z falami.

- Rocío! - zawołałem.

Ale ona niewzruszona szła dalej powoli (i pewnie) ku przepaści na końcu. Zanim 

ciemność otuliła ją całkowicie, zobaczyłem, jak zdejmuje z siebie ostatnią rzecz i rzuca ją na 

mokre kamienie przede mną, zimne od morza i księżyca (wiedziałaś o tym, biedna Rocío, i 

dlatego nie chciałaś, żebym szedł za twoją samotną postacią?). Nie zdziwiło mnie to. Nie 

musiałem patrzyć (chociaż patrzyłem), żeby dowiedzieć się, co to było: skręcone, zaplątane w 

kamieniach, te jasnokasztanowe włosy, ostatnia część przebrania.

I nie miałem wątpliwości, kto w istocie na mnie czeka, tam, pośród cieni.

NOTA OD WYDAWCY: W tym miejscu rękopis się urywa. Jak wiadomo, ciało don 

Marcelina Roimara  Ruiza, lat trzydzieści trzy,  lekarza zastępującego don Roberta Torresa 

Berastegui, zostało znalezione zeszłego lata na plaży w Roquedal, mniej więcej dwa tygodnie 

po jego przyjeździe do miasteczka. Wiadome skłonności depresyjne zmarłego, które nasiliły 

się po separacji małżeńskiej, pozwalają przypuszczać, że życie  zakończył  z własnej woli. 

Niniejsze papiery znaleziono nietknięte w domu, w którym mieszkał w Roquedal.

background image

Szczegół

background image

Kazałem wydrukować kilka egzemplarzy tego dzieła na wypadek, gdyby okazało się 

interesujące dla szerszego grona odbiorców. Chociaż opisuję tu wydarzenia prawdziwe, które  

miały   miejsce   w   moim   miasteczku   dziesięć   lat   temu,   postanowiłem   zrobić   to   według  

klasycznego schematu powieści kryminalnej, mając na uwadze rozrywkę święcie cierpliwego  

czytelnika.   Dlatego   już   teraz,   w   niniejszej   nocie   wstępnej,   zastrzegam,   żeby   pod   żadnym  

pozorem nie czytać ostatnich stron, nim dotrze się do końca: podobnie jak w przypadku  

pierwszej nocy miłosnej, rozwiązanie zagadki wymaga także rozkoszy oczekiwania.

B. P.

Roquedal, styczeń 1997

background image

1

Śmierć Jacinta Guernoda

Od kwietnia do czerwca 1987 roku byłem bez reszty pochłonięty badaniem dwóch 

zabójstw dokonanych w naszym miasteczku. Policja nikogo nie zatrzymała i, o ile wiem, nie 

miała   żadnych   podejrzanych,   musiałem   więc   zająć   się   tą   sprawą   osobiście.   W   efekcie 

żmudnej   i   ukośnej   (później   wytłumaczę,   co   przez   to   rozumiem)   pracy   detektywa   mój 

wrodzony talent, dodatkowo wzbogacony doświadczeniem, pomógł mi najpierw namierzyć, a 

później   pojmać   stale   wymykającego   się   zabójcę   i   bezzwłocznie   oddać   go   w   ręce 

sprawiedliwości.   Oto   możliwie   pełna   kronika   wydarzeń,   jakimi   je   zapamiętałem.   Niech 

łaskawy   czytelnik   ma   na   uwadze,   że   upłynęło   dziesięć   lat   -   tyle   czasu   postanowiłem 

odczekać, zanim wydobędę tę historię na światło dzienne - i moja pamięć, tak samo jak mój 

pies, coraz dotkliwiej odczuwa niepowstrzymany upływ czasu i nie jest mi już tak wierna, jak 

można by sobie tego życzyć.

Każda zagadka musi mieć jakiś początek, a ta - której pod żadnym względem niczego 

nie brakowało - rozpoczęła się dnia 8 kwietnia 1987 roku o godzinie 12.45, kiedy umarł 

Jacinto Guernod.

Przeglądając zapiski, jakie sporządziłem w trakcie dochodzenia, czytam, co następuje:

Wtorek, 8 kwietnia. Dziś zmarł Jacinto Guernod, właściciel serwisu samochodowego 

Guernod przy wyjeździe z miasteczka.

Zbadać nazwisko. Co to za dziwne nazwisko: Guernod?

Tego ranka, według zeznań rodziny, obudził się nękany mdłościami i nie poszedł do 

pracy. Za dziesięć dwunasta zwymiotował krwią. Kwadrans po dwunastej jego brzuch był  

napięty  jak  skóra   na   bębnie.   Dwadzieścia   po  dwunastej   doktor   Torres,   który  początkowo 

zdecydował   o   natychmiastowym   przewiezieniu  go  do  szpitala   w   mieście,   zmienił   zdanie, 

background image

widząc, że stan chorego jest beznadziejny.

O dwunastej pięćdziesiąt, dokładnie pięć minut po jego śmierci, wiedziałem, że został 

zamordowany.

Dobrze pamiętam tamten dzień. Wszystkie dni są do siebie podobne, tak samo jak 

ludzie, różnią się zwykle jedną czy dwiema cechami, a ja dobrze pamiętam, czym wyróżniał 

się tamten dzień. Na południu ołowiane chmury żeglowały nad morzem, a zmienny wiatr 

szarpał poły mojej marynarki - chociaż była to raczej kłótnia dwóch przeciwnych wiatrów. 

Inna ciekawa okoliczność to moja decyzja, żeby przejść się w stronę miasteczka, a nie - jak 

poprzednio   -   w   stronę   szosy,   lasu   albo   cmentarza.   Wybrałem   lewe   pobocze   (środek 

ostrożności, jaki zawsze stosuję) i wystukując laską powolny rytm, ruszyłem ku pierwszym 

domom, w kapeluszu nasuniętym głęboko na czoło, z chustką idealnie osłaniającą szyję, w 

czystej koszuli i sztruksowych spodniach przewiązanych nowym sznurkiem. Kwiat w klapie 

marynarki był, naturalnie, zupełnie zwiędły.

Kiedy   przechodziłem   koło   warsztatu   Guernoda,   natarł   na  mnie   jego   zniewieściały 

pomocnik, Joaquín.

- Don Baltasarze, dzień dobry.

- Dzień dobry, Joaquínie.

- Wie pan, że don Jacinto jest umierający?

Zazwyczaj   nie   zwracam   uwagi,   co   ludzie   do   mnie   mówią,   kiedy   idę   ulicą,   a   już 

zwłaszcza gdy w grę wchodzą indywidua podobne Joaquínowi z warsztatu: nie sposób z 

szacunkiem   wysłuchać   człowieka   potężnego,   tęgiego   i   umorusanego   jak   opony,   które 

wiecznie  dźwiga  pod  pachą,  o zdartym  głosie  staruchy i  przyklejonym   do twarzy tępym 

uśmiechu,   który   wyłącznie   drażni.   Tym   razem   jednak   uznałem,   błyskawicznym   ruchem 

poprawiając goździk w klapie, że warto stanąć i wysłuchać go.

- Don Jacinto? - upewniłem się.

- Tak,  tak.  Właśnie  dziś  rano  poważnie   zachorował.  Wszyscy  poszli  do niego   do 

domu.

Bez mrugnięcia wytężałem  wzrok, wpatrując się w jego zezowate oczy,  potrojone 

przez grube szkła: zwykle bacznie obserwuję swojego rozmówcę, kiedy opowiada coś, co 

uważam za ciekawe. On tymczasem brudził szmatę mniej czarną niż jego ręce, a pyzata twarz 

błyszczała mu olejem.

- Cóż, taka wola boża - dodał bez cienia żalu.

Jego głos stręczycielki działał mi na nerwy.

background image

- Taka wola boża - przytaknąłem i ruszyłem dalej swoją drogą, obserwując niebo.

Oto co tego dnia zanotowałem:

Dwie spirale i czarne zagłębienie pośrodku, jak kok tancerki (?) albo skamieniały dym  

z paleolitycznego pożaru (??): dziś rano chmury przybrały takie kształty.

Sprawdzić dlaczego. Zbadać zależności.

Prawie zawsze schodzę dalej ulicą Principal, aż do niebieskich domów na plaży, tam 

zawracam i ruszam z powrotem tą samą drogą albo zatrzymuję się, żeby wypić miętę w barze 

Przecinka. Tamtego dnia jednak błyskawicznie zdecydowałem, że na pierwszym rogu, przy 

Sklepie Kolonialnym Peredy, skręcę w lewo i pójdę ulicą Barracón aż pod dom Guernoda. 

Nie   okłamał   mnie   ten   motylek   Joaquín:   drzwi   Guernodów   oblegał   tłum.   Od   razu 

spostrzegłem Jorgego Blazqueza, sąsiada i przyjaciela Jacinta, aptekarza Juana Hernandeza, 

Remigia ze stoiska ze słodyczami i panią Aurorę, jak zawsze piękną. Poruszył mnie także 

widok   panienki   Bernabé,   stojącej   w   drzwiach   domu   po   drugiej   stronie   ulicy   (mieszka 

naprzeciwko):   jej   poczciwa   twarzyczka   wyrażała   szczerą   troskę.   Ten   cwaniak   Alberto 

Gracián, tymczasowy zastępca pielęgniarki Marty, biegał w tę i we w tę przy wejściu jak 

najgorszy plotkarz. Gracián umarł śmiercią naturalną (chłoniak) dwa miesiące temu i tylko to 

powstrzymuje   mnie,   żeby   w   niniejszej   kronice   nie   nazwać   go,   jak   na   to   zasłużył:   dość 

powiedzieć o tym nader światłym pielęgniarzu, że pod jego wpływem doktor Torres o mały 

włos   poparłby   moją   dożywotnią   hospitalizację.   Niemniej   zapiski   z   tych   wydarzeń   nie 

podlegają   żadnej   cenzurze,   ponieważ   powstały   na   długo   przed   jego   śmiercią.   Cytuję   w 

całości:

Alberto Gracián, ten wąż z rozlewiska, ta żmija o czerwonej twarzy, prześlizgiwał się 

wśród zgromadzonych.

- Juan, w pięć minut będę miał gotowy samochód, żeby zawieźć Jacinta do szpitala - 

niezmordowanie powtarzał Hernandezowi. - Za pięć minut mogę go zawieźć do szpitala, niech 

doktor Torres o tym wie...

W związku z tym przychodzi mi na myśl pewna strofka:

Judasz zawsze całuje bez skargi.

Czy to przez jego mięsiste wargi?

Wargi Graciána są bez wątpienia mięsiste.

background image

Nic więcej nie powiem, przez szacunek dla jego pamięci.

W mgnieniu oka przecisnąłem się przez tłumek gapiów przy drzwiach i wszedłem do 

sieni. Jun Hernández, aptekarz, zauważył mnie:

- Don Baltasarze, niech pan nie stoi w przejściu. Niewykluczone, że będzie trzeba 

szybko wynieść Jacinta...

- Biedny człowiek, cóż on może zaszkodzić? - broniła mnie señora Aurora, również 

zza moich pleców. - Niech pan da mu spokój.

- Nie mówię, że może zaszkodzić - odparł farmaceuta - tylko że jeśli będzie stał w 

przejściu, a Jacinta trzeba będzie gazem wynosić, to sama pani wie, co się stanie...

Nie interesowała mnie ta rozmowa, więc wszedłem do domu. Ruszyłem  ciemnym 

korytarzem po prawej stronie, skąd dobiegały jęki, a w głębi paliło się światło. „Pierwszy 

trop:   brudna   podłoga   i   pajęczyny   w   kątach”,   zapisałem   w   swoim   zeszycie   tamtej   nocy. 

Doskonale zapamiętałem ten szczegół.

W pokoju, do którego wszedłem - sypialnia - znajdowało się sporo osób i w pierwszej 

chwili moje przybycie było im nie w smak, ale spazm umierającego odwrócił ich uwagę i 

przestały  się  mną   zajmować.   Doktor  Roberto  Torres  stał  w samej  koszuli   nad brzuchem 

Jacinta; trzymał basen, w którym pieniła się krwawa zawiesina, i bacznie się jej przyglądał. 

„Nie ma jak na własnych śmieciach - pomyślałem - albo wolnoć Tomku w swoim domku”. 

Obok   niego   jakaś   pomarszczona,   jęcząca   zjawa   pieczołowicie   międliła   paciorki 

miniaturowego różańca: matka Guernoda, dobrze ją znałem. Remedios, jego małżonka, była 

tutaj  na posyłki  - przynosiła  i wynosiła  różne rzeczy,  szklankę  wody,  łyżkę,  chusteczkę. 

Miałem wrażenie, że agonię własnego męża traktuje jak dodatkową pracę domową, coś jak 

nakrywanie do stołu dla większej liczby gości. Ponadto w kącie stały dwa małe stworzenia, 

które z ciekawością wytrzeszczały oczy, a ich jedyna rola, jak się domyśliłem, polegała na 

wzbudzaniu pewnych kontrowersji, żeby każdy mógł ulżyć sobie w cierpieniu:

- Zabierzcie stąd te dzieci, na Boga! - mówił jeden.

- Taką decyzję mogą podjąć tylko rodzice - odpowiadał drugi.

- To bratankowie Jacinta - cicho wtrącał się trzeci.

- I co z tego? Że niby dlatego muszą tu siedzieć?

- Nie chcemy wychodzić - oznajmiała dziewczynka, drobniejsza z tej dwójki, urocze 

stworzonko o czarnych lokach.

- Tak naprawdę powinno się stąd zabrać... - przerwał nagle doktor Torres z tą swoją 

nieskazitelną kastylijską wymową i gładką intonacją - tego człowieka, i to do szpitala, ale...

Urwał w połowie zdania i nikt mu nie pomógł dokończyć. To „ale” wzbudzało wielki 

background image

respekt. Nawet starucha na chwilę przerwała swoje modły. Absurdalna była właśnie pustka po 

tym „ale”.

Przestałem  się nimi  interesować,  z szacunkiem  zdjąłem kapelusz i podszedłem do 

Guernoda, w skupieniu obserwując, jak usiłuje się zamienić w trupa.

Powszechnie wiadomo, że trudno jest umierać w łóżku: skóra się nagrzewa, człowiek 

cierpi na skurcze żołądka, poci się, traci i odzyskuje przytomność, majaczy, popełnia tysiące 

obrzydliwości  i musi  przełykać  współczucie  jak kiepską truciznę.  Trzeba przyznać,  że w 

świetle jego banalnego życia Jacinto Guernod szykował sobie całkiem nieprzeciętną śmierć: 

łapczywie chwytał ustami powietrze jak ryba wyjęta z wody, wlepiając w sufit zachwycone 

oczy, jakby rysy na spękanym wapnie układały się w renesansowy fresk. Wyglądał jak ktoś 

zrozpaczony walką, w której właśnie przegrywa nie on sam, lecz ukochana osoba. „Drugi trop 

- zapisałem później - ledwo dostrzegalne kołysanie głową na poduszce, któremu towarzyszy 

toczenie oczami. Dryfująca łódź. A jego żona Remedios nieustannie unosi brwi. To nie jest 

jednak   istotny   szczegół:   unosi   w   ten   sposób   brwi,   od   kiedy   ją   znam.   Zdumiewa   mnie 

natomiast fakt, że nie jest w stanie zmienić zwykłego wyrazu twarzy nawet w obliczu agonii 

własnego męża... Ach, szczegóły!”.

Dość dobrze znałem Guernodów. W Roquedal zwracało uwagę ich obco brzmiące 

nazwisko i kiedyś dowiedziałem się, że ojciec Jacinta był Francuzem. Osiedli tu na początku 

lat siedemdziesiątych: Jacinto, jego żona, matka i najmłodszy brat z rodziną. Jacinto nie miał 

dzieci. Kupili magazyn przy wjeździe do miasteczka i urządzili w nim pierwszy porządny 

warsztat samochodowy w Roquedal. Później do warsztatu dobudowali nieduży sklep, żeby 

sprzedawać   w   nim   części   zamienne   do   silników.   Jacinto   z   początku   pracował   ciężko   i 

uczciwie, zatrudnił mechanika, dwóch, potem czterech, po czym przestał pracować i ciężko, i 

uczciwie. Pieniądze i nieróbstwo zbliżyły go do alkoholu: pił tyle albo i więcej, niż zdążył 

wypocić w ciągu całego życia. Wszyscy wiedzieli, że Remedios, do której przylgnęła ksywka 

„Chinka” - nie tylko z powodu uniesionych brwi, lecz także przez jej małe, wąskie oczy - 

dzielnie znosiła te straszne popijawy, zawsze kończące się wyzwiskami, a nawet pogróżkami, 

bo   Guernod   wyobrażał   sobie,   że   żona   puszcza   go   kantem.   Jacinto   raz   już   się   omal   nie 

przekręcił i zabrali go do szpitala w mieście, ale chociaż doktor Torres do znudzenia zabraniał 

mu alkoholu, w domu nigdy nie brakowało piwa. Kiedy zaczęli sprzedawać wino w kartonie - 

smutny przykład estetycznych koszmarów naszego wieku! - Guernod podobno kupił u Peredy 

dwanaście litrów, żartując sobie: „Doktor Torres kazał mi przysiąc, że w domu nie znajdzie 

ani jednej butelki, choćby wody sodowej”. To jedna z tych rzeczy, jakie każdy wiedział o 

Jacincie.

background image

Przestałem   śledzić   walkę   Guernoda   z   bólem,   żeby  uważnie   obejrzeć   pokój.  Kilka 

dostrzeżonych wcześniej szczegółów - dziwne chmury nad morzem, kurz zebrany w kątach - 

napawało mnie niepokojem. Postanowiłem zbadać rzecz z ukosa.

Nadszedł czas, żeby wyjaśnić, co rozumiem przez to pojęcie. W zeszycie z czasów o 

wiele dawniejszych niż te wydarzenia zanotowałem:

Badacz   ukośny.   Łowienie   szczegółów   kątem   oka.   Wzrokowa   pętla   do   chwytania 

nieistniejących  ptaków,  które   na   bliżej   nieokreślony  czas  przysiadają  na  parapecie  uwagi. 

[Skreślić to, co napisałem. Bardzo pretensjonalne]. Cierpliwa obserwacja tego, co nigdy nie 

następuje albo nigdy nie następuje do końca. Szpiegowanie życia.

Jeśli ktoś to sobie postanowi, może dostrzec, jak rosną liście na drzewie.

Dbałość o kulturę każe mi naszkicować bibliografię: Hindusi mówią, że pomarańcza 

leży w trawie albo właśnie ma spaść z gałęzi, ale nigdy nie widzimy, jak spada.

Niemniej badać z ukosa to widzieć, jak pomarańcza spada.

Pominąłem   szczegóły   wstępne:   przestrzeń   dość   spora   jak   na   sypialnię,   w   oknie 

okiennice i firanki, lampa pod sufitem i na nocnej szafce, u wezgłowia rysunek tuszem z 

Virgen del Gato z Roquedal, poniżej duży krzyż, dziesięć osób w pokoju - umierający się nie 

liczy - w tym dwójka dzieci i dwoje starców, reszta w średnim wieku, połowa płacze, druga 

połowa nie. Nie płakali: doktor Torres, „Chinka” Remedios, małżonka Guernoda, dzieci i ja - 

umierający się nie liczy. Tak wyglądałby typowy opis scenerii, kiść zbędnych informacji.

No   dobrze,   dalej:   na   nocnej   szafce   stał   w   szeregu   mały   szwadron   zdjęć   różnej 

wielkości,   każde   obramowane   mgiełką   starej   kliszy.   Na   wszystkich   ten   sam   chłopiec: 

chłopiec z rodzicami, chłopiec z dziadkami, chłopiec u pierwszej komunii, chłopiec sam. 

Guernod,   nie   mając   dzieci,   schronił   się   w   kontemplacji   własnego   dzieciństwa.   Obok 

portretów   stały   dwie   róże:   jedna   chowała   się   między   ramki,   druga   ukazywała   labirynt 

płatków.

Przeraziłem   się.   Trudno   było   nie   zauważyć,   nawet   nie   badając   sprawy   z   ukosa. 

„Zestaw   zdjęć   Guernoda   z   dzieciństwa   i   dwie   róże.   W   płatkach   róży   z   prawej   strony 

dostrzegłem identyczne krzywizny jak w chmurach dzisiaj rano - napisałem później. - Co do 

portretów...”.

Sprawdziłem godzinę na starym zegarku kieszonkowym: 12.25. Brat Guernoda, który 

właśnie nadszedł, opowiadał obecnym dzieje jego konania:

- O dwunastej albo chwilę wcześniej dostał torsji i zwymiotował krwią. Od samego 

rana, kiedy tylko  wstał, miał mdłości i nie poszedł do pracy,  ale kiedy zobaczyliśmy,  że 

background image

wymiotuje krwią, posłaliśmy po doktora. Dziesięć po dwunastej torsje się powtórzyły, ale 

tym   razem   na   sucho.   Od   tamtej   pory   nie   powiedział   już   ani   słowa,   biedaczek.   Kiedy 

wydawało się, że chce przemówić, znowu przychodziły torsje.

- No to niech już lepiej nie mówi, biedny człowiek - zawyrokował jakiś współczujący 

sąsiad.

„Zdjęcia przywodzą mi na myśl moje własne wspomnienia z dzieciństwa”, zapisałem 

tamtej nocy. Zwłaszcza jedno silnie kojarzy mi się z przeszłością.

Miałem   pięć   lat,   może   sześć.   Przeraźliwie   bolało   mnie   lewe   ucho,   a   moja   matka 

uznała, że to przez skawaloną woskowinę, więc któregoś dnia przygotowała miskę i gumową 

gruszkę i wstrzyknęła mi do ucha strumień letniej wody. I rzeczywiście: do miski wypadł 

kawałek zbitej woskowiny koloru zardzewiałego żelaza, ale nie tylko. Był tam też malutki 

owad   o   bardzo   długich   odnóżach.   Zobaczyłem   go   pierwszy,   zanim   moja   matka   zdążyła 

zabrać   miskę.   Był   to   martwy   pająk,   jeden   z   tych,   które   uwijają   się   w   kurzu,   zupełnie 

niegroźne, ale wstrętne. Najprawdopodobniej dostał się do mojego lewego ucha kilka tygodni 

wcześniej i powoli umarł tam z wycieńczenia, nie mogąc znaleźć wyjścia. To bez wątpienia 

jego potworna agonia była przyczyną mojego bólu.

Ta anegdota, z pozoru banalna, była dla mnie pierwszą poważną lekcją życia: wokół 

nas zachodzą niezauważalne procesy, których znaczenie jednak jest kluczowe; ukryte groźby 

motające   w   naszym   wnętrzu   cienkie   nici;   podziemne   przemiany,   drobne   potworności, 

pogrzebane   jak   głębokie   warstwy   ziemi   pod   naszymi   stopami,   niedostępne   zwyczajnej 

percepcji, które niby Parki decydują o powszednich losach. Te drobiazgi, jak już mówiłem, 

można wychwycić badaniem z ukosa.

W tamtej chwili, wspominając swoje doświadczenie z dzieciństwa, pomyślałem: Do 

czego są podobne zakamarki ucha? Do spiralnych chmur i płatków róży!

Być może doszedłbym do zaskakujących wniosków, gdyby mi nagle nie przeszkodził 

nieznoszący sprzeciwu rozkaz doktora Torresa:

- No, dobrze, proszę wyjść z pokoju! Wszyscy! Już dobrze, dobrze...!

Wśród   obecnych   podniósł   się   krzyk   wywołany   nowym   trzęsieniem   ziemi   u 

konającego Guernoda, który rzucał się, sapiąc jak wilk, i sprawiedliwy sędzia don Roberto 

uznał, że dość już się napatrzyliśmy.

Dzieci (zawsze oporne, kiedy mają stracić jakiś koszmarny widok) zostały na siłę 

wyciągnięte z pokoju przez swojego ojca, młodszego brata Jacinta; „Chinka” Remedios i 

starucha (uczepiona różańca) wyszły w towarzystwie reszty sąsiadów o wiele szybciej, niż 

nakazywałaby ich rola; publiczność rozpoczęła  powolny exodus do drzwi, gdzie wszyscy 

background image

stłoczyli się jak przy wyjściu z kina. Ja ociągałem się jeszcze.

- Doktorze Torres... - zwróciłem się z błaganiem do don Roberta.

- No, już, don Baltasarze - poklepał mnie po plecach niezbyt cierpliwie - niech pan 

teraz nie przeszkadza, pan nie jest członkiem rodziny. Czy pan zawsze musi być obecny przy 

każdej tragedii?

- Na co on umiera? - chciałem wiedzieć, gotów puścić mimo uszu jego słowa.

- Na wątrobę. No, już, idziemy. Niech pan stąd wyjdzie!

Już   miałem   podzielić   się   z   nim   swoimi   strasznymi   podejrzeniami,   gdy   „Chinka” 

Remedios   znowu   weszła   do   pokoju,   otulona   szarym   rozpinanym   swetrem,   z   płynącymi 

myślnikami oczu.

- A gdyby tak zawieźć go do szpitala, panie doktorze? Nie dałoby się? Przecież don 

Alberto mówi, że w pięć minut...!

- Przecież Jacinto dogorywa. Gdzie pani woli, żeby stało się to, co się musi stać?

Zostawiłem ich samych. Korytarz był zatłoczony ludźmi, którzy zmierzali do wyjścia 

albo   przyczajeni   oczekiwali   dalszych   wydarzeń,   i   choć   ten   i   ów   rzucił   mi   ciekawskie 

spojrzenie, w tej chwili to nie ja byłem w centrum uwagi, więc pozwoliłem sobie na luksus 

przemówienia na głos, jak to zwykle robię w samotności w domu:

- Na wątrobę?... Człowieku, przecież to zabójstwo! I nikt się nie spostrzegł...! To 

zabójstwo!

Postanowiłem poczekać na zewnątrz, na chodniku. Czas wlókł się wyjątkowo gnuśnie, 

jak  to   ma   w  zwyczaju,   kiedy  gorąco   pragniemy,   żeby   płynął   szybko.   W  końcu   o   12.45 

rozległy się dwa bliźniacze krzyki. Opisałem to tak:

12.45. Ryczenie tak dzikie, że do niczego niepodobne. A przecież wszyscy czekaliśmy 

na nie.

Z   domu   wyszła   „Chinka”   Remedios;   dostała   ataku   nerwowego   i   wyła   coś 

niezrozumiale.   Za   nią   wymknęła   się   starucha   (uczepiona   różańca)   jak  dusza   potępiona,   a 

sąsiedzi ustępowali jej z drogi, póki nie padła w ramiona swojego drugiego syna, jedynego, 

jaki jej teraz został. Podtrzymywało ją kilku ochotników. Wtedy w drzwiach ukazał się Jacinto 

Guernod.

Słaniał się, jak zmarłym przystoi, bledszy niż papier, na którym piszę, i zdecydowanie 

o wiele bledszy niż anonimowe tabliczki z czasów wojny domowej, które mieszkają obok 

siebie na cmentarzu, bledszy nawet niż wszystkie białe ściany domów w blasku lata. Jego 

bladość   była   jak   krzyk   i   przypominała   bandaż   na   gnijącej   ranie   albo   robaka   spasionego 

mięsem trupa. Spojrzał na mnie twardo niewidzącym wzrokiem i powiedział:

background image

- Don Baltasarze, zabili mnie. Ja jestem pierwszy, ale po mnie będą następni...

Oczywiście, w rzeczywistości nie widziałem Jacinta Guernoda ani też nie słyszałem 

tych słów, ale równie dobrze mogło tak być, a wówczas żaden spryciarz nie mógłby temu 

zaprzeczyć: każdy fakt jest niemożliwy, dopóki nie zaistnieje, dokładnie tak samo jak dzieci 

są dziećmi, dopóki nie wejdą w okres dojrzewania, i koniec dyskusji. Jednak - po co kłamać? 

- nie widziałem Guernoda. A przynajmniej nie w tamtym momencie. Później, nocą, naszła 

mnie ochota, żeby mieć jakąś wizję, i napisałem to.

A w rzeczywistości,  kiedy żona Guernoda i starucha  z krzykiem  wyszły z domu, 

skorzystałem z ogólnego zamieszania, żeby ponownie wśliznąć się do środka i ruszyć  do 

sypialni. Ponieważ kapelusz trzymałem w dłoni, nie musiałem go drugi raz zdejmować. Przy 

drzwiach stał doktor Torres i brat Guernoda, który wszedł przede mną, a teraz mazał się jak 

dzieciak.

Zauważyłem, że zawsze, kiedy płacze mężczyzna - a przynajmniej tu, w Roquedal - 

zapada   cisza.   Płacz   kobiety   wywołuje   słowa   pociechy,   perswazje   albo   upomnienia,   lecz 

płaczu mężczyzny  słucha się z większym  nabożeństwem niż religijnego zawodzenia. Tak 

więc brat Guernoda płakał, a doktor Torres nic nie mówił.

Podszedłem do martwego Guernoda i nagle poczułem się niewidzialny jak on - bo nikt 

nie zwracał na nas uwagi.

Jest   taka   mglista   chwila,   kiedy   nawet   najbliżsi   nas   nie   dostrzegają:   dzieje   się   to 

pomiędzy umieraniem a śmiercią. Jeśli ktoś dopatruje się tu sprzeczności, musi przyznać, że 

to nie to samo - umrzeć i być trupem, podobnie jak urodzić się i być czyimś dzieckiem: jest 

istota, która się rodzi, a później staje się czyimś  dzieckiem,  i jest istota, która umiera,  a 

później zostaje zmarłym. Jednak w trakcie tej ostatniej przemiany następuje uskok czasu, w 

którym zawsze dostajemy się w ślepą plamkę ludzkich oczu i nikt nas nie widzi. Wszyscy 

płaczą nad tym, co odeszło, lecz jeszcze nie są zdolni przyjrzeć się temu, co zostało. W tym 

stanie był Guernod: chociaż już umarł, jeszcze nie był  trupem  i dlatego nikt na niego nie 

patrzył.   Jego   niewidzialna   obecność   ukryła   moją   i   mogłem   sobie   do   woli   obserwować, 

samemu nie będąc niepokojonym.

W istocie nie były to najlepsze chwile Jacinta. Jedno oko miał otwarte, a drugie prawie 

zamknięte, ale wygląd tego pierwszego zdecydowanie przemawiał za estetyką drugiego. Usta, 

na mocy potwornej symetrii, rozwierały się pod otwartym okiem, zamykając się pod tym 

drugim.   Spomiędzy   rozchylonych   warg   wypływała   strużka   owych   płynów   organicznych, 

które   ukazują   się   tylko   wówczas,   kiedy   wymiotujemy.   Jego   skóra   miała   ciemny   odcień 

background image

krowiego łajna, a na rogówce otwartego oka barwa ta stawała się jeszcze bardziej intensywna, 

przypominając   kwaśne,   siekane   cytryny.   Wszystko,   co   nie   było   głową   albo   ręką,   było 

brzuchem;   prawda,   że   Jacinto   zawsze   miał   duży   brzuch,   ale   teraz   stał   się   on   wręcz 

natarczywy,   obsceniczny,   brzemienny;   miało   się   wrażenie,   że   pęknie,   gdyby   go   nakłuć: 

niewykluczone, że intuicja mnie nie myliła. Koszula, której guziki prężyły się na torsie, była 

przesiąknięta krwią i żółcią, we mnie jednak większe współczucie wzbudziły stare plamy po 

kawie, jakie dostrzegłem na lewym rękawie. Resztę ciała, teraz zupełnie zbędną, zakrywały 

prześcieradła.

Jeszcze raz obejrzałem plejadę jego portretów z dzieciństwa na nocnej szafce oraz 

intymne, pochwowe zakamarki podwiędłej róży.

Nie miałem już cienia wątpliwości.

Właśnie zamierzałem wyjść z pokoju, gdy nagle na moich oczach rozegrał się finał. 

Nie był on absolutnie niezbędny, jednak zdecydowanie ugruntował moje podejrzenia. Już po 

wszystkim - a stało się to szybko i gwałtownie - wetknąłem na głowę kapelusz, ścisnąłem w 

garści laskę i wyszedłem z domu, pogwizdując starą piosenkę wojskową, której nauczył mnie 

dziadek, kiedy byłem mały, każąc mi powtarzać ją do znudzenia. Tamtej nocy zakończyłem 

notatki w swoim zeszycie tymi oto zdaniami:

Tak więc w końcu spojrzeliśmy sobie w twarz, ty i ja. Kto będzie twoją następną 

ofiarą?   Ach,   ale   przecież   ja,   znając   cię,   zdołam   cię   usunąć,   zanim   wywołasz   następne 

nieszczęście! Kości zostały rzucone: Bóg zdecyduje, który z nas dwóch ma wygrać!

Oddalając się od domu Guernoda, żałowałem, że nie zwróciłem uwagi, w którą stronę 

pobiegł ten straszliwy pająk, który zaledwie kilka chwil wcześniej wymknął się z lewego 

ucha Jacinta.

Na to jednak miał jeszcze przyjść czas.

background image

2

Ostatnie dni

Marii Auxiliadory Bernabé

Tydzień po Wielkim Piątku, dwa, jeśli liczyć od zabójstwa Jacinta Guernoda, została 

zamordowana María Auxiliadora Bernabé; to wielka tragedia. Oczywiście można jej było 

uniknąć   (to   dotyczy   wszystkich   tragedii;   te   nieuniknione   nazywają   się   „fatalnymi 

zrządzeniami losu”), lecz zainteresowana puściła mimo uszu moje przestrogi, a ja byłem zbyt 

otępiały, kiedy należało działać.

To prawda, że w moje przestrogi trudno było uwierzyć,  a jeszcze trudniej było je 

uzasadnić,   lecz   prawdą   jest   także,   iż   stan   moich   nerwów   nie   pozwalał   mi   na   zbytnie 

subtelności: po pogrzebie Guernoda trzy noce spędziłem pod gołym niebem, obserwując jego 

dom   z   rogu   ulicy,   żeby   przyłapać   pająka,   kiedy   będzie   stamtąd   wychodził.   Instynkt 

podpowiadał mi, że to ohydne stworzenie nie ucieknie w świetle dnia: dokonawszy zbrodni, 

mordercy jego pokroju z reguły wolą kryć się w mroku nocy.

A zatem, kiedy zamieszanie wokół pogrzebu nieco przycichło, postanowiłem czekać 

na rogu ulicy Barracón, na wprost domu Guernoda. Wybrałem właśnie ten róg, a nie sąsiedni, 

z następujących powodów: po pierwsze i przede wszystkim ulica Cruz, czyli biegnąca obok 

domu, wiedzie po zboczu na plażę, tak że stojąc w jej najwyższym punkcie, ma się ją całą jak 

na   dłoni;   po   drugie   dom   przylegający   do   domu   Guernoda   od   tamtej   strony   stał 

niezamieszkany, a więc nie musiałem obawiać się wścibskich sąsiadów; w końcu po trzecie - 

na Barracón byłem osłonięty od kapryśnego wiatru znad morza, który hula po ulicy Cruz, jak 

mu się żywnie podoba, co nie jest bez znaczenia dla kogoś, kto tak jak ja nosi kapelusz. 

Muszę sam sobie pogratulować tego pomysłu, chociaż, ach, niestety, nie na dłuższą metę.

Przyznaję,   że   pierwszej   nocy   prawie   zasnąłem,   nogi   się   pode   mną   uginały   i 

background image

kilkakrotnie musiałem oprzeć się o najbliższą rynnę, żeby nie runąć jak długi. Wpadłem w 

popłoch,  że pająk wymknął  się w chwili  mojego  omdlenia,  lecz  stłumiłem  go takim oto 

prostym sylogizmem: gdyby rzeczywiście tak się stało, nic już nie można by na to poradzić, a 

więc nie ma sensu się tym przejmować. Następnego dnia specjalnie postarałem się pospać 

przed południem, żeby być przytomnym nocą, i tym razem już nie morzył mnie sen.

Dopiero podczas trzeciej straży stało się. Wróg niewątpliwie musiał wiedzieć, że to ja 

go obserwuję, i długo odwlekał ucieczkę, żeby przedtem uspokoić nerwy.

On   także   dokonał   świadomego   wyboru   -   wyruszył   w   noc,   kiedy   księżyc   został 

zasztyletowany.

Doskonale   to   pamiętam:   była   pełnia,   lecz   ostra   i   przebiegła   chmura   w   kształcie 

brzytwy z powolną perfidią przeszywała czysty dysk satelity, wyraźnie rysujący się na czarnej 

kurtynie nieba u wylotu Cruz, tnąc go na dwie idealne połówki. Później zapisałem:

Przerażające zdarzenie, preludium innego, jeszcze straszniejszego: księżyc  pękł jak 

podpłomyk. Przecinająca go chmura przypominała hinduski sztylet o bardzo ostrym czubku i 

falujących brzegach.

Na chwilę przed tą kosmiczną zbrodnią spostrzegłem, że ulicą Cruz idzie z kolegą syn 

Diosdada z drobiarni. Oni też mnie zobaczyli i zaczęli rechotać jak imbecyle.

- Patrz, przecież to wariat z cmentarza! - zadrwił kolega. - Ale nas przestraszył!

Syn Diosdada (nazywał się Ángel, Ángel Diosdado; nie mieści się w głowie, żeby 

mieć takie imię i być takim łobuzem) szturchnął swojego towarzysza łokciem i uśmiechnął się 

do mnie jak kretyn od urodzenia:

- Don Baltasarze! Co pan tu robi tak po cichutku? Niech pan idzie do domu, przecież 

już późno!

Chociaż ten „anioł” mnie nie obraził, wydał mi się o wiele bardziej demoniczny niż 

jego kolega:  mam nosa do hipokrytów.  Wolałem ich zignorować, a oni zaśmiewając się, 

poszli dalej w dół ulicy. To głupie chłopaki i żaden ani przez chwilę nie podejrzewał, że 

zaledwie kilka metrów za nimi czai się wielkie niebezpieczeństwo.

Kiedy   zniknęli   za   rogiem   Cruz,   a  ja   z  przerażeniem   spostrzegłem   zasztyletowany 

księżyc, przez kratę w jednym z okien na parterze domu Guernoda wyskoczył wielki czarny 

pająk.

Chociaż - co zupełnie naturalne - dreszcz przebiegł mi po krzyżu, ograniczyłem się do 

obserwacji: wiedziałem, że jeden fałszywy ruch z mojej strony może go spłoszyć i ucieknie, a 

background image

ja nie miałbym najmniejszych szans w pościgu, zważywszy na jego przewagę pod względem 

liczby   odnóży;   pająk   zniknąłby   definitywnie   i   ukryty   w   jakimś   ciemnym   kącie,   czekał 

kolejnej nocy, żeby przejść do czynu. Mój plan zakładał, że należy udzielić mu pewnego 

kredytu zaufania.

Tkwiłem więc nieruchomo na rogu, nie spuszczając wzroku z potwora. Zdawało się, 

że ten mnie prędko zwietrzył: stanął nagle na środku jezdni, szczecinę na włochatym odwłoku 

nastroszył jak jeżozwierz kolce, tak że w świetle połówek rannego księżyca na ulicę padał 

jego groteskowy cień, i wyciągnął to, co powinno mu służyć za głowę. Na jedną koszmarną 

chwilę wstrzymałem oddech, przekonany, że mnie odkrył. Ale ohydny stwór ruszył dalej i 

chyłkiem   jak   złodziej   wspiął   się   po   ścianie   domu   naprzeciwko...   gdzie   mieszkała   María 

Auxiliadora Bernabé, i wszedł do środka przez okratowane okno!

Nie była to najlepsza wiadomość. Panienka Bernabé... Boże mój, panienka Bernabé... 

Tylko nie ona, proszę!, błagałem w myślach.

Oczywiście tamtej nocy nie mogłem nic powiedzieć ani zrobić: morderca zaatakuje 

najwcześniej za kilka  dni, tego byłem  pewien, bo w przeciwnym  razie  mógłby zasiać  w 

sąsiedztwie niebezpieczne podejrzenia. Jednak teraz, wiedząc, że kryje się w domu panienki 

Bernabé - jak mogłem go złapać? W głowie tłukły mi się sprzeczne myśli.

Kiedy wróciłem do domu, ze zdenerwowania nie byłem w stanie nawet się rozebrać 

ani jak co dzień pomodlić się do urny, w której przechowuję prochy mojego ojca: jak stałem, 

tak   padłem   na   łóżko   i   ciężko   dysząc,   utkwiłem   wzrok   w   suficie.   Nie   wiem,   ile   czasu 

przeleżałem otumaniony. W mojej świadomości powracała wciąż ta sama myśl: Tylko nie 

panienka Bernabé...! Tylko nie panienka Bernabé...! W końcu wziąłem się w garść, dzięki 

czemu zdołałem się poruszyć  (w przeciwieństwie do większości ludzi w sytuacji lękowej 

ogarnia mnie całkowita martwota, jak niektóre psy myśliwskie), a kiedy poczułem się lepiej, 

wstałem,   żeby   bezzwłocznie   opisać   w   zeszycie   ostatnie   wydarzenia.   Później,   dopóki   nie 

powaliło   mnie   zmęczenie,   byłem   zajęty   szkicowaniem   planu   dalszego   działania.   Jacinto 

Guernod miał koszmarną śmierć i nie dopuszczę, żeby to samo przydarzyło  się panience 

Bernabé! Dlaczego wypadło właśnie na nią? Niezbadane są wyroki Pana, który od czasu 

Sodomy nie ma względu na sprawiedliwych!

Panienka Bernabé, zielarka z ulicy Cruz, była słodkim stworzeniem: miła i łagodna, o 

szczodrobliwym   sercu,   mimo   że   w   życiu   zaznała   wiele   goryczy.   Wyrosła   na   uczciwą   i 

sympatyczną kobietę, chociaż samotną, a dla mnie - jako dziewczynka, podlotek i kobieta - 

zawsze miała w zanadrzu uśmiech, monetę szczególnie cenną, od kiedy ludzie tak jej zaczęli 

skąpić. Jej ojciec, Aparicio Bernabé, był właścicielem żałosnej spelunki na rogu Cruz, która 

background image

dzięki Bogu w końcu przeobraziła się w drogerię: drogerię Mohedanów. W okolicy mówiono, 

że stary marzył, aby ten nędzny sklepik odziedziczył po nim syn i, zaczepiony tam jak omułek 

na mokrej skale, dalej pociągnął groszowy interes, który Aparicio rozkręcił i z którego był 

taki   dumny   (powiedziałem   „groszowy”   i   nie   mam   racji,   bo   sklep   przynosił   zyski,   a 

powszechnie wiadomo, że cała bieda bierze się ze skąpstwa). Ale - może dlatego, że nie miał 

męskiego potomstwa, a może dlatego, że u swojej jedynej córki nie widział odpowiednich 

predyspozycji do podążania tą imponującą ścieżką, czy może wreszcie dlatego, że ona sama 

zdecydowanie stawała okoniem - tak czy siak, starzec odsprzedał lokal o wiele wcześniej, niż 

zamierzał,   i   począł   cierpliwie   umierać   u   boku   Marii   Auxiliadory.   Na   domiar   złego   jego 

małżonka zmarła przedwcześnie, a jemu przedłużona starość przeżerała mózg. María była ich 

jedynym   dzieckiem   i   tylko   ona   mogła   się   zająć   ojcem,   toteż   dla   biednej   dziewczyny 

oznaczało to dożywotni wyrok.

Ukończywszy czterdzieści lat, María Auxiliadora nadal mieszkała w ciasnym domu 

rodziców, razem ze swoim zmumifikowanym ojcem, wciąż atrakcyjna, samotna i całkowicie 

stracona dla życia. Nic nie ubyło z jej uroku osobistego, ale to dobrowolne zamknięcie i 

żmudna   praca   pielęgniarki   przemieniły   ją   w   istotę   bladą,   postarzałą   i   budzącą   żal,   co 

napawało mnie bezbrzeżnym smutkiem: te szaroniebieskie oczy jak dwa leśne gołębie albo 

jak   zimowe   morze   i   ten   słodki   uśmiech,   który   jak   jutrzenka   rozświetlał   jej   liczko, 

niewątpliwie zasługiwały na coś więcej niż owo smutne więzienie. A najsmutniejsze, że ona 

sama miała tego świadomość.

Jej jedynym zajęciem była sprzedaż roślin leczniczych, co wiele lat wcześniej robiła 

także jej matka, z tą różnicą, że María Auxiliadora nie zbierała ich na polach, tylko zamawiała 

w mieście, w Madrycie czy Barcelonie. Niemniej, w Roquedal zasłynęła jako zielarka, a Paca 

Cruz, wróżka z hotelu na plaży, powiedziała mi kiedyś, że jak zioła panienki Bernabé czegoś 

nie uleczą, to sam doktor Torres nie pomoże.

Spisuję   to   wszystko,   żeby   wyrazić   szczerą   sympatię,   jaką   żywiłem   dla   tej 

czterdziestoletniej panny. Postanowiłem nie dopuścić, by stało jej się coś złego (albo i co 

gorszego).

Następnego   dnia,   pokrzepiony   krótkim,   lecz   wystarczającym   snem,   ubrałem   się   i 

ogarnąłem możliwie najstaranniej - nowy sznurek w pasie, w klapie lekko podwiędły kwiat - i 

ruszyłem w stronę miasteczka, do domu panienki Bernabé. Byłem o wiele spokojniejszy niż 

poprzedniej nocy: odrzucając kolejne strategie działania, doszedłem do wniosku, że nie mogę 

niczego  planować,  póki nie  odkryję,  gdzie tak  naprawdę ukrywa  się morderca,  ponieważ 

istniała szansa - nikła, lecz dająca nadzieję - że opuścił jej dom, aby schronić się w innym.

background image

Przyjęła mnie panienka Bernabé - i nic w tym dziwnego, ponieważ zawsze była w 

domu, a podczas jej sporadycznych nieobecności po prostu nikt by nie otworzył drzwi: nie, 

zdecydowanie   nie   otworzyłaby   mi   Sarita   -   czarna,   wyliniała   kotka,   która   w   milczeniu 

szorowała brzuchem po podłodze, oprócz Marii Auxiliadory jedyna żywa istota w tym domu - 

a już na pewno nie stary Aparicio, bo ten tkwił, gdzie go córka posadziła, jak doniczka.

- Don Baltasar, co za niespodzianka! - Znów ten słodki uśmiech. - Proszę wejść!

Już mówiłem, że oczy miała szaroniebieskie jak leśne gołębie albo jak zimowe morze, 

ale powiem więcej: w spojrzeniu tych oczu i tylko w nim panienka Bernabé była wolna. 

Chociażby otaczały ją żelazne sztaby, jej spojrzenie zdradzało, że w duchu fruwa ze śpiewem 

jak szczygieł. Dodam, że posiwiałe już włosy upinała szpilkami w staromodny kok, a białą 

szyję okrywała czystą chustką w szare grochy, do swetra zaś - niech będzie błogosławiona! - 

nosiła przypięty suchy kłos pszenicy, niby naturalną broszę, symbol zawodu zielarki (choć 

sądzę, że w istocie przypinała go sobie, bo jej przypominał matkę). Nigdy się nie malowała, 

lecz jej twarz jaśniała pogodnym pięknem górskiego świtu. Ponieważ prawie nie opuszczała 

domu, zapach roślin osiadał na jej ciele i stojąc obok niej, wąchałeś tymianek, eukaliptus i 

miętę, jakbyś nagle wszedł do zagajnika w samym środku miasteczka, gdzie zawsze pachnie 

wyłącznie morzem.

Dodam, że należała do tych niewielu osób w Roquedal, które nigdy mnie nie obrażały: 

zawsze okazywała mi należyty szacunek i nie słyszałem, żeby mówiła o mnie: „wariat z 

cmentarza”.   Być   może  wyczuwała  moje   osamotnienie,   tak  jak ja wyczuwałem   jej: oboje 

byliśmy mistrzami tego samego nieszczęścia - ona z wyboru, ja z konieczności; chociaż, kto 

wie, czy nie było odwrotnie! - i rozumieliśmy się bez słów.

- Nie chciałbym przeszkadzać... - zacząłem, zdejmując kapelusz, niezdecydowany, czy 

wejść do środka.

- Proszę  nie pleść  głupstw! Właśnie  wstawiłam  wodę!  Nie miałby pan ochoty na 

poranną miętę?

- Dziękuję, z przyjemnością.

Wcześniej   kilka   razy   odwiedziłem   panienkę   Bernabé   (żeby   kupić   zioła   na 

reumatyzm), więc uznałem, że nie postąpię niestosownie, przyjmując zaproszenie. Chyba już 

wspominałem, że dom jest malutki, a teraz miałem szansę się o tym przekonać na własne 

oczy: z kuchni przechodziło się bezpośrednio do sypialni Marii Auxiliadory i do ciasnego 

salonu, a jedyną wentylację zapewniał lufcik wysoko na ścianie, zresztą zamknięty. Samotne 

dwuskrzydłowe   okno saloniku  otwierało   się  na szeroką  ulicę   Solar,  równoległą  do  Cruz. 

Oprócz tego znajdowały się tam drzwi do pokoju jej ojca, czyli dużej sypialni, również od 

background image

strony Solar; do sypialni Marii Auxiliadory wchodziło się tylko  przez kuchnię. Dom był 

ciasny   i   zrujnowany   jak   mózg   jego   właściciela   i   każdy   kafel   tutaj,   każda   deszczułka   w 

boazerii   odzwierciedlały   skąpstwo   człowieka,   który   nie   chciał   gotówki   wkładać   w 

mieszkanie.

Kotka Sarita, jeszcze brzydsza niż zwykle, usadowiła się na podłodze w kącie kuchni i 

wpatrywała   we   mnie   mądrymi,   opalowymi   oczami,   jakie   mają   stare   koty.   Tamtej   nocy 

zapisałem po powrocie do domu:

Ważne odkrycie. Kotka mnie ostrzegła. Jej planetarne oczy były podzielone czarnymi  

wrzecionami z przędzalni losu, tak jak wczoraj księżyc. Zbadać zależności z chmurami  w 

kształcie spirali.

Kiedy panienka Bernabé zamknęła za sobą drzwi do kuchni, wszedłem głębiej do 

saloniku i usiadłem przy niskim stole, nie omieszkawszy przedtem uprzejmie się przywitać ze 

starym Apariciem, który mi nie odpowiedział.

Nie   widziałem   go   od   dłuższego   czasu   i   byłem   zmuszony   powstrzymać   grymas 

obrzydzenia: jak ktoś, kto zapomniał schować ser do lodówki, a później znajduje go oblazły 

przez robaki. Aparicio jakby miał do dyspozycji niewyczerpane zasoby starości: był łysy i 

pomarszczony jak wosk, który topi się, żeby później zastygnąć u podstawy świecy; kurczył 

się w ponadczasowym fotelu bujanym, aż jego barki zaczęły współzawodniczyć z głową o 

wysokość; naga skóra świeciła także na jego dużych  dłoniach: u prawej miał karygodnie 

długie paznokcie z czarną obwódką (w bójce na szpony Sarita z pewnością by przegrała); z 

jego spojrzenia, jak i z całej postaci, emanowało zło. Mój Boże - pomyślałem - to z taką 

poczwarą mieszka ta biedna kobieta?

Milczący i nieruchomy w swoim bujaku, tonął w zbyt obszernym ubraniu, lecz dłonie 

- a zwłaszcza tę prawą, o czarnych i długich paznokciach - miał odkryte. Uznałbym za mniej 

obsceniczne, gdyby odsłonił pozostałe części ciała. Za nim, na regale sięgającym sufitu, w 

równych szeregach stały niezliczone pojemniki opatrzone etykietkami i plastikowe torebki 

pełne ziół. Widok Aparicia przywiódł mi na myśl stary, spróchniały pień, który ktoś posadził 

w środku lasu.

Odwróciłem wzrok, żeby skupić się na celu swojej wizyty. Jak zbadać sypialnię Marii 

Auxiliadory, nie wzbudzając jej podejrzeń? Późniejsze wypadki oszczędziły mi tego trudnego 

doświadczenia...   ale   nie   wiem,   czy   dobrze   się  stało!   Przytaczam   wszystko,   co  zapisałem 

później w zeszycie:

background image

Panienka Bernabé przyniosła dwie szklanki naparu. Podała mi miętę i usiadła obok 

ojca, żeby go napoić herbatką z gorzkich ziół, która, jak wyjaśniła, jest dobra na nerki. Widząc 

uwielbienie, z jakim przechyla szklankę, żeby Aparicio mógł wygodnie siorbać, można by 

pomyśleć,   że   to   Indianka,   składająca   kamiennemu   bóstwu   codzienną   ofiarę.   Jednocześnie 

mówiła do mnie:

- To taki źle wychowany chłopiec - szszrlp, siorbał stary - chce, żeby mu wszystko  

dać, a potem bierze tylko niektóre rzeczy, prawda, tato? - szszrlp, siorbał stary. - Oczywiście,  

że mógłbyś wziąć wszystko, ale bardzo grymasisz... Co sobie pomyśli don Baltasar? - szszrlp, 

siorbał stary.

Wypiłem   miętę,   posłuszny   ohydnemu   rytuałowi.   Kiedy   Aparicio   skończył   swoją 

herbatkę - chrumkanie oznaczało, że ma dość - panienka Bernabé zaczęła mi opowiadać o 

bukiecie kwiatów, który proboszcz don Fernando zamówił u niej na procesję Virgen del Gato 

w Wielki Piątek. Bardzo ją cieszyło to zadanie.

- Jakich kwiatów pani użyje, jeśli to nie tajemnica? - spytałem natychmiast.

- Fioletowych, oczywiście - odparła. - Jakiż inny kolor byłby właściwszy dla Naszej 

Pani w jej nieskończonym smutku?

Po sposobie, w jaki wymówiła słowo „smutek” - ze spuszczoną głową, niebieskie 

oczy utkwiwszy gdzieś daleko - można  by zgadywać, że ma  na myśli  siebie samą,  a ów  

prześliczny bukiet, który tak ją cieszył, jest przeznaczony na jej własny grób.

Nie przychodził mi do głowy żaden wiarygodny pretekst, żeby obejrzeć jej sypialnię, 

skoro nie mogłem wyznać prawdy i powiedzieć na przykład: „Przepraszam, ale jeśli nie ma 

pani nic przeciwko temu, wejdę do pani pokoju, żeby poszukać czarnego pająka wielkości 

mojej   dłoni,   nabrzmiałego   trucizną   i   złem,   bo   on   chce   panią   zabić.   Zaraz   wracam”. 

Skrępowany zacząłem nerwowo zerkać w stronę kuchni, przez którą, jak mówiłem, wiodła 

jedyna droga do jej pokoju, lecz ponieważ nawet to nie skutkowało, mój niepokój wzrastał. 

Ona, widząc to, źle zinterpretowała mój stan:

- Ale co się dzieje? Zimno panu? Mam zamknąć okno?

- Nie, nie, dziękuję. Wszystko w porządku.

- Lepiej  zamknę  i tak - powiedziała  już od okna; znów uśmiechnęła  się do mnie 

czarująco i puściła oko. - Bo pewnie pan nie wie, ale „chłopiec” życzy sobie, żeby okno w 

saloniku było zamknięte nawet latem. Prawda, tato? - Stary nie odpowiedział; nadal patrzył na 

mnie z pogardą. - Ale okno w pokoju bardzo lubi mieć otwarte! Pan rozumie? Te jego manie. 

Na wszystko się skarży: że zimno, że ciepło... Chce siedzieć opatulony kocami jak niemowlę. 

Jest taki kapryśny...! I jeszcze jedno: żeby ani na chwilę nie zostawiać go samego. Nie wiem, 

background image

jakim cudem nie protestował, widząc, że idę do kuchni. Wieczorem, kiedy zabieram się do 

pracy przy ziołach i do gotowania, też musi posiedzieć ze mną w kuchni, wyobraża pan 

sobie? Mówię mu: ale, tato, przecież dom jest taki mały, że leżąc w łóżku, otwierasz oko i już 

mnie widzisz! - Wybuchnęła śmiechem, szukając wzrokiem aprobaty starego; ale Aparicio 

wciąż   mi   się   przyglądał   tymi   swoimi   nieruchomymi   oczami,   zimnymi   jak   dwa   kawałki 

czarnego lodu. - Nie ma rady: trzeba być na jego usługi. Ach, panu też nie podobają się te 

paznokcie...!

Zaskoczyła mnie ta uwaga i wzdrygnąłem się, jak wybudzony ze snu: to prawda, że w 

napięciu obserwowałem prawą dłoń Aparicia.

-   Oczywiście,   że   tak!   Niech   pan   mu   powie,   niech   pan   mu   to   koniecznie   powie, 

zobaczymy, czy pana posłucha! Czy potem też nie da sobie obciąć paznokci u tej ręki? Ale się 

awanturuje...! Uważa pan, że to ładnie, żeby mężczyzna miał takie długie paznokcie?

- Oczywiście, że nie - wymamrotałem.

-   Słyszałeś,   tato?   Don   Baltasar   uważa,   że   to   nieładnie   tak   zapuszczać   paznokcie! 

Wstyd, prawda? - Znowu puściła do mnie oko.

- Wstyd - powtórzyłem machinalnie.

- Straszny maniak się z niego zrobił! Gdybym panu powiedziała...!

I rzeczywiście coś mi zaczęła opowiadać, ale ja nie słuchałem. Moją uwagę znów 

pochłaniała   ta   potworna   żylasta   dłoń   porośnięta   splątanymi   włosami,   cała   w   starczych 

plamach.

Te długie czarne paznokcie.

Puk, puk, puk-puk. Paznokcie stukały w poręcz fotela jak kruki dziobiące drzewo. 

Wtedy zdałem obie sprawę, że Aparicio ani na chwilę nie przerywał tego rytmu: puk, puk, 

puk-puk, dwa osobne stuknięcia, a po nich jeszcze dwa, jedno po drugim. Ruch jego palców 

przypominał   tik   -   zwykła   rzecz   w   tym   wieku   -   niezmienny   i   precyzyjny.   Postanowiłem 

zbadać z ukosa tę dziwną dłoń i jej rytmiczne podrygiwanie.

Wnet pojąłem koszmarną prawdę.

Strach zjeżył mi włosy na karku. „Niewiarygodny podstęp! Szczwany, podły wróg! - 

napisałem tamtej nocy. - To już nie pająk! Przestał być pająkiem, żeby stać się...!”.

-   Don   Baltasarze,   źle   się   pan   poczuł?   -   Panienka   Bernabé   przyglądała   mi   się   z 

niepokojem.

Ryki starego uratowały mnie od udzielania odpowiedzi. Później zapisałem: „Idealna 

zbieżność! Głos zachrypnięty, pusty, złowrogi...! «Odkryłeś mnie!» - to oznaczał jego ryk”.

- Tak, tato. To don Baltasar, nie poznajesz?

background image

Drugi okropny ryk.

- Nie wiem, co mówisz, tato...

Jeszcze jeden ryk, głośniejszy i dłuższy.

- Tato, nie rozumiem. Co ty chcesz? - Panienka Bernabé szukała wzrokiem mojego 

zrozumienia.  - Zawsze to samo:  wciąż czegoś chce, ale trzeba  by znać  chiński, żeby go 

zrozumieć, biedaczek! Wody, tato? Chcesz może wody? Kolejny ryk. „... «Ciebie chcę!» - to 

oznacza! ten ryk”.

- Zimno ci? Mam cię położyć...?

„...«Chcę twojego młodego życia!» - to oznaczał ryk”.

- Czy... pobrudziłeś się?

„...«Twojego serca zza krat! Chcę twojego niewinnego serca!» - to oznaczał ryk”.

Poderwałem  się na równe nogi, niezdolny  wykrztusić  słowa. Bez wątpienia  oboje 

słyszeliśmy te same nieludzkie dźwięki, ale w mojej wyobraźni, rozgorączkowanej okropnym 

odkryciem, składały się one w zdania.

-   Niech   pan   jeszcze   nie   idzie,   don   Baltasarze,   migiem   tatę   umyję   -   powiedziała 

panienka Bernabé. - Zapewniam pana, że zajmie mi to tylko chwilkę... Umyję go, położę i już 

do pana wracam.

W tych miłych słowach pobrzmiewało nieśmiałe błaganie, więc opanowałem nerwy. 

No,   dalej,   Baltasarze:   dobry   detektyw   nie   może   się   poddawać   w   decydującej   chwili, 

pomyślałem, dodając sobie otuchy.

- Niech pan siedzi, to rozkaz! - powiedziała wesoło. - Albo niech pan idzie do kuchni i 

zaparzy sobie drugą miętę!

- Zaczekam - odparłem, siląc się na uśmiech.

Zamknąłem oczy, a panienka Bernabé odgrywała tymczasem skomplikowaną scenę 

podnoszenia ojca z fotela, przemawiając do niego z szacunkiem i czułością:

- Chodźmy, tato... prawa noga... nie, jeszcze trochę... uwaga teraz... idziemy... teraz... 

tak, tato... Jeśli się postarasz, będzie łatwiej... tak... teraz druga noga...

Czekając na nią, rozważałem różne możliwości działania. Co powinienem zrobić? Jak 

go teraz  złapać?  Jak zapobiec  okrutnej  zbrodni?  Z pokoju obok dobiegał  szelest  ubrań i 

porykiwanie Aparicia. Nagle czysty głos panienki Bernabé przeszedł w pełen obrzydzenia 

falset:

- Nie, tato, zostaw to! Nie ruszaj tego, tato...! Tyle razy ci mówiłam...!

W pierwszej chwili zupełnie zdębiałem, lecz prędko dotarło do mnie, o co chodzi. Od 

pewnego   czasu   wszyscy   znali   wstrętne   upodobanie   starego   (choć   wybaczane   mu   przez 

background image

wzgląd  na jego ohydną  zramolałość)  do zabawy własnymi  odchodami.  Mieszkańcy ulicy 

Solar, na którą wychodziły okna sypialni Aparicia, skarżyli się, że niezwykle celnie rzuca tym 

przez okno (właśnie z tego względu było zawsze otwarte), trafiając w różne przedmioty, a 

także w niefortunnych przechodniów (zdarzyło się kilka godnych ubolewania przypadków). 

W istocie było to nad wyraz paskudne upodobanie... ale dokonawszy odkrycia, uznałem, że i 

tak najmniej groźne!

A jednak - cóż ja mogłem zrobić? Nagle poczułem się słaby i samotny jak stara kotka 

Sarita, która wtedy akurat wyszła z kuchni, z urywanym miauczeniem ciągnąc po podłodze 

swoje groteskowe ciało. Tak, już wiem... - pomyślałem smutno - już wiem, gdzie jest wróg, 

ale co ja mogę zrobić? A gdybyś ty, węsząc po domu, zamiast małego szczurka, znalazła 

stare, wielkie psisko z ostrymi zębami - co byś zrobiła? Co byś mogła zrobić?

Panienka   Bernabé,   rzeczywiście,   prędko   była   z   powrotem,   ale   mnie   zastała   już 

gotowego do wyjścia.

- Jak to, to pan już idzie, don Baltasarze?

- Tak, późno już - odparłem. - Dziękuję za miętę. I za chwilę rozmowy.

- Boże, jaki pan jest dzisiaj ą i ę! Niech mi pan więcej nie dziękuje, tylko przyjdzie 

jutro. Tak właśnie ma pan zrobić!

Myślę, że to jej uśmiech sprawił, że postanowiłem działać. Odprowadziła mnie do 

drzwi, żeby się pożegnać, a wtedy, nie mogąc dłużej wytrzymać, odwróciłem się do niej, 

nerwowo gniotąc rondo kapelusza.

- Panienko Bernabé... muszę pani coś powiedzieć.

- To brzmi niepokojąco! Co się dzieje?

Nadal przechowuję w pamięci jej wyprostowaną postać i zdumioną buzię samotnej 

dziewczynki w ciemnym pokoju, gdy tak staliśmy w otwartych drzwiach - ona za plecami 

miała mroczne wnętrze domu, a ja - jasną ulicę. Zamykam oczy i znów widzę te obrazy.

- Nic się nie dzieje, niech się pani nie martwi - uspokoiłem ją kłamstwem. - Chodzi 

o... pani ojca. Niech pani uważa na ojca.

-   Mam   na   niego   uważać?   Ja   na   ojca   rzeczywiście   prawie   nie   zwracam   uwagi!   - 

uśmiechnęła się. - No, niech się pan o niego nie martwi, pan ma po prostu za dobre serce...!

- Nie o niego się martwię, lecz o panią. Niech pani uważa na ojca.

- Naprawdę powinnam bardziej uważać: kiedy najmniej się będziemy spodziewali, 

spłata nam niezłego figla...

- Proszę mi  powiedzieć  - przerwałem  jej - czy pani  sypialnię  można  zamknąć  na 

haczyk?

background image

Okrutnie zmieszana, wytrzeszczyła na mnie swoje dobroduszne, szaroniebieskie oczy.

- Tak... Jakie pytania pan zadaje...!

- Niech pani na noc zamyka się na haczyk, zaklinam. I niech pani otwiera okno: tym 

sposobem   będzie   pani   mogła   uciec,   jeśli   zajdzie   potrzeba.   To   bardzo   ważne,   proszę   mi 

wierzyć! Ale to jeszcze nie wszystko: czy dałoby się zamknąć pokój pani ojca od zewnątrz?

- Boże święty! Po co?

- Niech mu pani nie da wyjść z pokoju!

- Wyjść? Przecież on się nie może ruszyć bez mojej pomocy...!

- Niech mnie pani posłucha: niech mu pani nie da wyjść, niech pani na niego uważa, 

niech ma go pani stale na oku, niech się pani nie odwraca do niego plecami, niech pani nie 

zasypia, nie upewniwszy się przedtem, że on już zasnął, a i tak niech pani stara się możliwie 

najwięcej czuwać...!

- Don Baltasarze, proszę, niech się pan uspokoi!

Nigdy nie zapomnę jej spojrzenia w tamtej chwili: było takie samo jak u owiec, kiedy 

oszukane idą na rzeź.

- Niech mi pani uwierzy, błagam panią! - jęknąłem.

- Dobrze, dobrze, niech się pan nie martwi, niech mnie pan już zostawi, niech mnie 

pan zostawi...! - rzuciła pospiesznie.

Zbyt   dobrze  znałem   ten  sposób  zwracania   się do  mnie!  U niej   jednak  należał  do 

rzadkości. Skoro zrozumiałem, że nie warto dalej nalegać, a w dodatku zaczęliśmy zwracać 

na siebie uwagę przechodniów, pożegnałem się ostatnim ostrzeżeniem, wcisnąłem kapelusz 

na głowę i ruszyłem ulicą zalaną słońcem, czując w brzuchu lodowate skurcze.

Jak nietrudno się domyślić, miałem słuszność, powątpiewając, że panienka Bernabé 

będzie   drobiazgowo   przestrzegała   moich   instrukcji.   W   tej   sytuacji   postanowiłem   sam 

odbywać warty.

Nie było to proste zadanie: musiałem obserwować na zmianę ulicę Cruz, na którą, jak 

już mówiłem, wychodziło okno jej pokoju, i ulicę Solar, od strony sypialni jej ojca. Jednak 

istotnie niewiele jest rzeczy zdolnych pokonać ludzką wolę, a to, co z początku wydawało się 

nie tylko trudne, lecz wręcz niemożliwe, zdołałem zrealizować dzięki uporowi i wierze w 

słuszność obranego celu.

Jakże samotne było to czuwanie! Codziennie około jedenastej w nocy opuszczałem 

swoje domostwo,  żeby bez pośpiechu  dotrzeć  do miasteczka,  które o tej  porze  tonęło  w 

mroku, opustoszałe, pozamykawszy większość sklepów, okien i oczu - z wyjątkiem knajp. Na 

miejsce   docierałem   jakiś   kwadrans   później,   co   nie   jest   złym   czasem,   i   jakby   nigdy   nic, 

background image

stawałem   na   tym   samym   rogu   ulicy   Barracón,   skąd   poprzednio   obserwowałem   dom 

Guernoda, choć teraz pod nadzorem miałem sypialnię panienki Bernabé. Uznawszy, że więcej 

zachodu wymaga wróg niż sojusznik, chwilę po drugiej nad ranem przenosiłem się na ulicę 

Solar i z przeciwległego chodnika patrzyłem w okno starego, zostając na posterunku do rana.

O tej porze nasilał  się chłód. Był  kwiecień,  a my tu na południu,  zwłaszcza ci z 

wybrzeża, niedobrze znosimy wilgoć. Co gorsza, przez dwie kolejne noce padał deszcz, tuż 

przed rozpoczęciem procesji - cudowne zdarzenie w tej zapadłej wiosce andaluzyjskiej, gdzie 

w morzu jest zbyt wiele wody, a na niebie zawsze jej brakuje. Ja jednak wszystko byłem 

gotów   znieść   -   nawet   ulewę,   jaka   dwukrotnie   złapała   mnie   na   ulicy   Solar,   zupełnie 

nieprzygotowanego,   bez   parasola   i   wiary   w   świadectwo   własnych   zmysłów,   tak   że   na 

chybcika musiałem kryć się pod wąski gzyms domu Huertasów, sąsiadów z naprzeciwka, cały 

przemarznięty   i   drżący.   Mimo   wszystko   lęk   o   los   panienki   Bernabé   zdawał   mi   się 

nieskończenie większy niż moje własne cierpienia. Biedna, biedulka - myślałem - niczemu 

nie jest winna, niczym sobie nie zasłużyła, zawsze była dobra i słodka... Nie zasługuje na taką 

śmierć... Wszystkie moje wysiłki, żeby do tego nie dopuścić, to jeszcze za mało.

Z   nadejściem   procesji   warty   stały   się   nieco   mniej   uciążliwe.   Tłum   świętujących, 

maluchy, które późno kładły się spać i wrzaskiem ożywiały noc, dźwięk trąbek i bębenków, 

dalekie  saety  na placu i wreszcie wszystkie nieodzowne ceremonie łagodziły trochę moje 

tortury: sama obecność ludzi może stanowić pociechę, choćby nikt nie zwracał na nas uwagi! 

Ponadto w tych dniach przestało padać i łatwiej mi było znosić czuwanie.

Kończyłem   wartę,   kiedy  na   horyzoncie   pojawiały  się   pierwsze   zwiastuny  świtu,   i 

wracałem zmęczony, ale szczęśliwy - jak zwycięska armia po ciężkiej bitwie - do swojego 

samotnego, zimnego domostwa. I było całkiem naturalne, że wstając tak dzień za dniem o 

zachodzie i kładąc się co noc o brzasku, zadawałem sobie pytanie, ile jeszcze wytrzyma moje 

ciało,   ile   jeszcze   będę   zmuszony   poświęcić   dla   cennego   życia   tej   poczciwej   kobiety.   I 

nasuwał się równie naturalny wniosek, że jestem skazany na klęskę, ponieważ człowiek da 

radę zmierzyć się z niemożliwym, ale nigdy nie z nieskończonym.

Którejś z nocy poprzedzających tragedię, już po Wielkim Piątku, mój wróg postanowił 

zawołać „a ku-ku!” na wypadek, gdybym o nim zapomniał.

Po gwarnych procesjach warty znów stały się nudne, ale przynajmniej nie lało. A 

ponieważ   nawyk   jest   wielkim   mistrzem   i   niezrównanym   treserem,   było   mi   teraz   łatwiej 

wytrwać do chwili, nim zdemaskują mnie jaśniejące chmury. Nawiasem mówiąc, przez cały 

ten czas nie zauważyłem nic osobliwego ani w pokoju panienki Bernabé, ani u jej ojca, i 

niemal zacząłem żywić nadzieję, że zabójca, widząc mój niezachwiany upór, lepiej sobie całą 

background image

sprawę przemyślał i poszukał innej ofiary. To jednak, czego pragniemy, zwykle okazuje się, 

ach!, lustrzanym odbiciem rzeczywistości: mój wróg był bowiem przynajmniej równie uparty 

jak ja i dwie albo trzy noce po Wielkim Piątku miałem się o tym przekonać.

Nastąpiło   to,   kiedy   obserwowałem   pokój   starego,   chwilę   po   drugiej   nad   ranem   - 

żadnych   niepokojących   znaków,   hałasu   ani   fantasmagorii.   Zdarzenie   na   pozór   zupełnie 

zwyczajne, lecz tak straszliwe, że odjęło mi mowę i zdolność działania.

Nie stało się nic ponad to, że stary wychynął z ciemności pokoju i tkwił nieruchomo w 

uchylonym oknie, wpatrując się we mnie bez słowa, jak kilka dni wcześniej u nich w domu.

To wszystko, a jednak nawet teraz, dziesięć lat później, na samo wspomnienie dostaję 

gęsiej   skórki.   Nie   wiem,   skąd   wziąłem   odwagę,   żeby   stać   równie   spokojnie   jak   on,   z 

wyzywającym spojrzeniem. A jakim cudem zdołałem się odezwać, kiedy następnej nocy całe 

zajście się powtórzyło?!

Rzeczywiście, Aparicio znów tam stał bez ruchu i przez chwilę na mnie patrzył - lecz 

inaczej niż ja na niego, ponieważ on spoglądał od strony śmierci, a ja od strony życia, on od 

strony zbrodni, a ja - sprawiedliwości; nasze spojrzenia dzieliła przepaść bez dna. Później, 

wiedząc chyba, że zrozumiałem jego ostrzeżenie, spokojnie cofał się w ciemność sypialni. 

Pierwszej   nocy,   dławiony   strachem,   ledwie   zdołałem   wydać   z   siebie   urywane   okrzyki, 

jakbym chciał przegonić tygrysa, ciskając kamienie:

- Wychodź...! Na dwór...! Uciekaj...! Już...! Nie...!

A   gdyby   tak   zawołać   panienkę   Bernabé?   -   myślałem.   -   Przekonałaby   się,   że   nie 

kłamię. Ona sądzi, że jej ojciec nie może chodzić o własnych siłach, a tak musiałaby wreszcie 

uwierzyć,   że...   Lecz   świadom,   jakie   to   wszystko   niespójne,   natychmiast   odrzucałem   ten 

pomysł. Na nic by się to nie zdało; w rzeczywistości ona ma rację, jej ojciec nie chodzi. To 

nie jej ojca teraz widzę. Na nic jest tłumaczyć dziecku, czym jest zło. Na nic dyskutować z 

szaleńcem,   samemu   będąc   przy   zdrowych   zmysłach,   i   gadać   w   malignie   ze   zdrowym, 

samemu   będąc   wariatem.   Nie:   każda   rzecz   wymaga   swojego   porządku,   a   każde   zadanie 

swojego wykonawcy. Tak oto rozumowałem, żeby odegnać strach.

Następnej nocy postanowiłem pokazać zabójcy, że ja też się nie poddam. Kiedy w 

słabym (lecz dostatecznie jasnym) świetle latarni w prostokątnym obrysie okna ukazała się, 

jakby pobielona wapnem, jego koścista czaszka i pomarszczone szpony, zebrawszy w sobie 

całą odwagę, na jaką nigdy wcześniej ani nigdy później nie było mnie stać, natarłem:

-   Zostaw   ją   w   spokoju,   ty,   umarły   za   życia!   Nie   waż   się   jej   tknąć!   Wynoś   się 

natychmiast z tego domu! Myślisz, że mnie pokonasz? Tu jestem! Wytrzymasz dłużej niż ja? 

Zobaczymy! Nie bądź taki pewny swego, już ja cię znam! Tylko ja, spośród wszystkich istot, 

background image

które mordujesz, znam cię...!

Mój wróg nie poczuł się zobowiązany do odpowiedzi: dalej na mnie patrzył, chociaż 

co   do   tego   nie   miałem   zupełnej   pewności,   bo  nie   widziałem   jego   oczu,   tylko   zamazane 

oczodoły,   w   których   te   bez   wątpienia   były   pogrzebane   -   czarne   i   zimne   jak   zapowiedź 

śmierci.   Chociaż   nie   podnosiłem   zbytnio   głosu   z   obawy,   żeby   nie   pobudzić   sąsiadów, 

wiedziałem jednak doskonale, że mnie słyszy.

- Zabiłeś Jacinta Guernoda! To było podłe, chociaż ten pijak może i sobie zasłużył...! 

Ale daj ostatnią szansę panience Bernabé! Pozwól jej skorzystać z resztek młodości, jakie jej 

jeszcze zostały, ty wstrętny potworze...! Przysięgam ci, że jeśli ją skrzywdzisz, będziesz tego 

żałował do końca swoich dni w piekle, słowo Baltasara Párragi...!

Mniej więcej tak brzmiały moje brawurowe okrzyki, po których wróg z absolutnym 

spokojem ponownie wycofał się w ciemność sypialni.

Poczytuję sobie za zaszczyt, że gdyby nie działanie siły wyższej, winą za to, co się 

stało, nigdy nie można  by obarczyć  mojej nieugiętej  woli, która - kto wie - wytrwałaby 

pewnie jeszcze bardzo długo, aż cierpliwość albo siły zabójcy zupełnie by się wyczerpały.

Jednakże tym,  co okazało się zupełnie wyczerpane, był mój  organizm. Bo za tyle 

nieprzespanych nocy, straszne zwidy, a przede wszystkim za ten przeklęty deszcz trzeba było 

zapłacić i dzień po tym, jak wyzwałem potwora, złapałem pospolity katar, jaki zdecydowanie 

nie przystoi bohaterskiemu detektywowi, a on, źle leczony, przerodził się w poważną infekcję 

oskrzeli. Infekcja oskrzeli nie służy nikomu, a już zwłaszcza w moim wieku, więc jedną 

jedyną noc musiałem przeleżeć w łóżku, trawiony gorączką, w malignie, samotności i strachu, 

zanosząc  się straszliwym  kaszlem.  W dodatku, ponieważ nie mam  w domu  telefonu,  nie 

mogłem nawet przyjąć pomocy doktora Torresa, zazwyczaj zupełnie zbytecznej.

Jedna jedyna noc, ale to wystarczyło.

Następnego   dnia   otworzyłem   oczy   późnym   przedpołudniem.   Czułem   się   o   wiele 

lepiej, wstałem i wyjrzałem przez okno sypialni. Wydało mi się, że jest to najcudowniejszy 

dzień tej kapryśnej wiosny, i pomyślałem: Nie czuwałem przez jedną noc! Co za koszmar! 

Biedaczka, biedna dziewczyna...

Ubrałem się szybko, nie przestając kaszleć i pluć flegmą, a mój niepokój rósł, w miarę 

jak poranek stawał się coraz piękniejszy, i ruszyłem biegiem do miasteczka.

Wycieńczony  i   zdyszany,  zdążyłem   jeszcze  zobaczyć,  jak  wynoszą   ciało   panienki 

Bernabé i pospiesznie wkładają je na noszach do niepotrzebnej już karetki. Wyglądała, jakby 

jej oczy, straszliwie otwarte, zabarwiły całą twarz niby rozlany atrament: była szaroniebieska, 

a policzki pokrywał krwawy osad czerwonych plam. Usta miała wykrzywione śmiertelnym 

background image

przerażeniem. Poza tym była taka sama: ten sam siwy kok upięty szpilkami, chustka w grochy 

i   nawet   kłos   pszenicy   przypięty   do   swetra   kołysał   się   w   rytm   noszy.   Niosło   ją   dwóch 

sanitariuszy,  a trzeci  prześcieradłem  zakrywał  krzywdę  wołającą o pomstę  do nieba - jej 

nieszczęsną twarz. Byli też policjanci i kilku strażaków. Dom stał otwarty i wywietrzony, ale 

nadal cuchnęło gazem.

- Jak to się mogło stać? - powtarzał jeden z wielu sąsiadów, którzy tłoczyli się w 

drzwiach.

- Pękł gumowy wąż od butli z gazem - wtrącił się drugi - a że dom jest taki mały, jej 

pokój natychmiast się napełnił; biedaczka, już się nie obudziła...

-   Odwiedziłam   ją   kilka   razy   -   powiedziała   inna   sąsiadka.   -   To   prawda,   dom   jest 

naprawdę ciasny, a biedaczka w dodatku spała obok kuchni...

- Co za koszmar.

- Kotka też nie żyje.

- Co za tragedia, Boże Święty.

- Szczęście miał biedny Aparicio - oceniła mądra sąsiadka, która ich odwiedziła „kilka 

razy”. - Nic dziwnego, skoro śpi w najdalszym pokoju i zawsze ma otwarte okno... my już 

wiemy po co...!

-   Kto   by   pomyślał,   że   to   wyrzucanie   świństwa   na   dwór   uratuje   staremu   życie   - 

powiedział jakby w roztargnieniu mężczyzna stojący koło niej; musiał być jej mężem, bo 

skarciła go kuksańcem.

- Całe życie poświęcić opiece nad ojcem, żeby później tak skończyć... - rzekła inna 

sąsiadka, staruszka. - Wszyscy jesteśmy w rękach Pana...

Nie tracąc więcej czasu, prześliznąłem się między ludźmi i udało mi się wejść do 

domu. Dwaj strażacy i jeden policjant (rozpoznałem kaprala Marchenę) sprawdzali w kuchni 

rury od gazu. Wszystkie drzwi były otwarte, podobnie okno w saloniku, ale dom nie pachniał 

już żadnym  obozem wakacyjnym  tylko obozem zagłady.  Zrozumiałem,  że mam zaledwie 

kilka sekund, nim sanitariusze wrócą po starego - o ile już go nie zabrali.

- Ej, wariat, wariat się wkręcił! - zawołał ktoś za moimi plecami; do dziś nie wiem, kto 

mnie wydał.

Jak wystrzelony z procy wpadłem do pokoju starego, z laską uniesioną na kształt 

oręża, przewidując, co może mnie spotkać.

- Jesteś aresztowany za zabójstwo Jacinta Guernoda i Marii Auxiliadory Bernabé! - 

krzyknąłem do tego, co leżało na łóżku.

Don Aparicio, zagrzebany w poduchach pod ogromnym krzyżem, który wyglądał jak 

background image

kosa, roztaczając wkoło smród martwoty, warknął na mnie ostrzegawczo. Prawą ręką, tą ze 

szponami,   coś   powoli   ugniatał   i   musiałem   dwa   razy   się   przyjrzeć,   żeby   zrozumieć   co. 

Natychmiast przejrzałem zamiary wroga.

- Nie! - krzyknąłem i właśnie miałem rzucić się na starego, kiedy do pokoju wpadli 

dwaj policjanci i skrępowali mi ręce.

Ale nic to! Teraz cieszę się, że powstrzymali mój pierwszy odruch, przytrzymując 

mnie siłą. W tym momencie Aparicio nie był najważniejszy; co więcej: przestał być ważny w 

ogóle; odegrał swoją rolę, wykonał swoje zadanie tak, jak zabójca sobie tego życzył, i został 

odsunięty. Z drugiej strony, nijak nie zdołałbym mu przeszkodzić w tym, co i tak by zrobił, 

bo kiedy tylko policjanci mnie pojmali, stary, nazbierawszy dosyć kału, cisnął nim przez 

otwarte okno. Zrobił to z taką siłą, że ładunek przeleciał przez wąską ulicę Solar jak diabelski 

pocisk i rozprysnął się na oknie sąsiada z naprzeciwka. Gdy funkcjonariusze wyprowadzali 

mnie   z   pokoju,   zdążyłem   jeszcze   zobaczyć,   że   ktoś   otwiera   to   okno,   niewątpliwie 

zaintrygowany   dziwnym   gradobiciem,   i   z   wyraźnym   wstrętem   patrzy   na   swoje   własne 

przeznaczenie, zapisane lśniącym gównem ześlizgującym się po szybie.

Była to młoda córka Huertasów.

Miała na imię Paz.

background image

3

Tragiczny lament

nad Paz Huertas Mohedano

Paz miała dopiero piętnaście lat i była córką Casimira Huertasa i Ramony Mohedano. 

Rodzina Mohedanów już wcześniej zapoczątkowała smutne wypadki w naszym miasteczku: 

życie kuzynki Ramony, Amparito, zostało tragicznie przecięte w kwiecie wieku, kiedy spadła 

z urwiska w drodze do lasu. Pomyślałem, że to zły znak dla dziewczyny, która choć niezbyt 

podobna do Amparo, też jest bardzo urodziwa. Paz nosiła długie, rozpuszczone włosy (byłyby 

jeszcze piękniejsze, gdyby nie robiła sobie tych jasnych pasemek, jak to teraz modne wśród 

dziewcząt), miała zgrabną figurkę, którą starała się dodatkowo podkreślać obcisłymi strojami, 

a kiedy tańczyła, jej pełne wdzięku ruchy stawały się zupełnie zniewalające, czym zwracała 

powszechną uwagę - a to rzadkość tutaj, gdzie przywykliśmy do zdumiewającej gracji już u 

małych dziewczynek.

Casimiro, jej ojciec, sprzedawał w tamtych czasach ryby na targu, a ostatnio założył 

nowy  interes   przy   ulicy   Constitución   i   dobrze   mu   się   wiedzie.   Już   wtedy  nieźle   mu   się 

wiodło, więc gotów był trójce swoich dzieci zapewnić każdą szkołę, na jaką by się zgodziły.

Niestety, żadne nie godziło się na wiele. Julio, najstarszy, postanowił pomagać ojcu i 

dziś prowadzi drugi sklep z rybami. Ramiro, najmłodszy, po kilku szczeniackich wybrykach 

chyba też woli pracować, niż się uczyć (chociaż Ramiro wydaje mi się bardziej niepokorny i 

myślący niż ten uparciuch Julio, tak że jeszcze zobaczymy). Co do Paz, ukochanej córeczki 

Casimira, to z niej ni pies, ni wydra (lepiej nie można tego ująć): Casimiro zawsze uważał, że 

jest wyjątkowa; nie chce sobie plamić paluszków ścierwem dorszy, leszczy i sardeli, ale też 

nie ma chęci do nauki - i co tu zrobić?!; najważniejsze, żeby była  szczęśliwa. Jej ojciec 

oczywiście marzył, żeby skończyła jakieś studia, na przykład farmację, zamieszkała w stolicy 

background image

i wiodła swobodne życie; ale jeśli to pierwsze nie było  możliwe, to niechby spełniło się 

chociaż to drugie, a jeśli to też nie - to przynajmniej niech wiedzie swobodne życie. Żeby 

tylko była szczęśliwa, bez względu na okoliczności.

W czasie, kiedy zacząłem się nią interesować, Paz już podjęła konkretną decyzję, 

niezupełnie po myśli Casimira. Winna? Niewinna? Dziewczyna w jej wieku, choćby uważała 

się za całkiem dorosłą, zawsze jest niewinna - przynajmniej ja tak uważam - i żadną miarą nie 

zasługuje na los, jaki był pisany Paz. Oceny moralne odłożyłem więc na bok, by całkowicie 

poświęcić się pojmaniu mordercy, zanim ten dokona kolejnej zbrodni.

Jak powiedziano w poprzednim rozdziale, policjanci w domu panienki Bernabé puścili 

mnie   wolno.   Otrzymałem   tylko   upomnienie   od   kaprala   Marcheny   -   on   mnie   zna   i   jest 

człowiekiem   sympatycznym   i  wyrozumiałym.   Udawałem  pokorę  i skruchę,  dzięki   czemu 

mogłem spokojnie podjąć swoje śledztwo.

Postanowiłem śledzić Paz. Nie było to trudne: przed południem prawie nie wychodziła 

z   domu   (zapewne   pomagała   swojej   matce   przy   gospodarstwie   albo,   co   bardziej 

prawdopodobne, robiła się na bóstwo), a wieczorami - oprócz poniedziałków, wtorków i śród, 

kiedy odpoczywała - szła się zabawić z grupą przyjaciół. Tak więc mój nadzór ograniczał się 

przede wszystkim do tych nocnych eskapad, ponieważ wydedukowałem, że w domu zabójca 

nie będzie rozrabiał, mając na karku całą jej rodzinę.

Koledzy Paz byli tacy jak ona, tylko jeszcze gorsi: chamy, nożownicy, moczymordy - 

lista może być długa. Zwykle najpierw szli do Przecinki, potem do baru Romeral, a kiedy i 

tam zaliczyli już sevillanę (tańczyła przede wszystkim Paz), wieczór kończył się albo w La 

Sirena, jedynej dyskotece Roquedal, albo na opustoszałej plaży. Czasem zabierali ze sobą 

jeszcze inne dziewczęta (chociaż przeważnie Paz była jedyną kurką w gromadce kogutów) i 

wtedy córka Huertasów nigdy nie traciła okazji, żeby proklamować się królową balu. Poza 

znaczeniem łacińskiego źródłosłowu jej imienia Paz nie miała w sobie pokoju za grosz.

Podczas gdy oni pili pierwsze piwa, ja siadałem dyskretnie przy odległym stoliku, 

zamawiałem miętę i patrzyłem. Zabawę rozpoczynali, przekazując sobie litrowe butelki z ust 

do   ust,   Joaquín   włączał   muzykę,   najczęściej   flamenco,   a   obrazu   dopełniały   sevillany   w 

świetnym wykonaniu Paz, solo albo z kolegą (było jej wszystko jedno). Tańczyła  bardzo 

swobodnie, rozgrzana alkoholem i spojrzeniami tych, którzy klaskali do rytmu. Dalej szlak 

wiódł przez Romeral, gdzie były kolejne litry piwa i podrygiwanie, do La Sirena - ja tam nie 

wchodziłem,  ponieważ z nadzorem nie należy przesadzać,  a poza tym  i tak by mnie nie 

wpuścili - by czasami zaprowadzić na plażę, gdzie wszyscy tańczyli i Bóg wie co jeszcze 

wyprawiali.  Taki był  normalny (czy raczej  „zwykły”)  program wieczoru  od czwartku do 

background image

niedzieli, a ja zaczynałem odnosić wrażenie, że Casimiro w trosce o to, żeby jego córka 

wiodła swobodne życie, pozwalał jej na zbyt wielką „swobodę”.

Co do mojego cwanego przeciwnika i jego nieprzeniknionych planów, pierwsze znaki 

zacząłem dostrzegać dopiero na kilka dni przed świętem Majowych Króli - najważniejszym 

po   Wielkim   Tygodniu   święcie   w   naszym   miasteczku:   obchodom   o   stuletniej   tradycji 

towarzyszy pochód kukieł o wielkich głowach, a obecnie, podobnie zresztą jak wiele innych 

uroczystości, święto stało się po prostu kolejnym  pretekstem, żeby zarwać noc i za dużo 

wypić. Dwa dni wcześniej, w czwartek, coś mnie tknęło, kiedy Paz tańczyła z kolegami w 

barze Przecinka. Oto, co mam w zapiskach z przebiegu śledztwa:

Zdania, zdania wyrwane z kontekstu, czasem zaledwie pojedyncze słowa, kołują nad 

jej głową jak kruki, gdy tańczy! Należałoby je spisać, żeby poznać cały tekst! Ale jednego 

jestem pewny: układają się w pieśń żałobną.

Nadal widoczne są ślady po kawie (ciemnobrązowe kręgi), którą zaplamiłem kartki 

zeszytu, pisząc powyższe słowa, ponieważ notowałem od razu na stoliku w barze.

Oto co się wydarzyło: skończywszy pierwszą sevillanę, Paz bezbłędnie przytupywała 

do drugiej; wzburzone włosy to zasłaniały, to odkrywały jej twarz, a wtedy widać było krople 

potu   na   czole.   W   pewnej   chwili   któryś   z   jej   towarzyszy,   oparty   łokciami   o   bar,   przy 

akompaniamencie rytmicznego klaskania pozostałych wycelował w nią palcem:

- Jesteś...! - zawołał.

Niby   nic   szczególnego!   A   jednak   odniosłem   wrażenie,   że   kryje   się   w   tym   jakiś 

tajemny   klucz.   Postanowiłem   zbadać   rzecz   z   ukosa   i   zamknąłem   oczy.   Chłopak   znowu 

krzyknął, aż kilku kolegów odwróciło głowy w jego stronę. Potem, przy trzeciej sevillanie, 

wszyscy się śmiali. Zapisałem pospiesznie:

O, dziwna transfiguracjo, tajemna symultaniczności! Czyżby alkohol - zważywszy, że 

potrafi   zbratać   nieznajomych   -   mógł   przypadkiem   zsynchronizować   myśli   i   działania? 

Niezgłębiona   tajemnico!   To   nie   błąd   mojej   percepcji:   choć   najwyraźniej   nikt   tego   nie 

dostrzega, ci młodzi ludzie śmieją się jednocześnie, jednym jednogłośnym wybuchem, serią 

identycznych sylab, jakby wyćwiczoną, żeby przynieść efekt groteskowy lub niepokojący. I co 

myśleć o tym „Jesteś”, które dwukrotnie powtórzył główny młodzieniec - może powinienem 

powiedzieć „koryfeusz”? O, nieba!

W najokrutniejszych bajkach dla dzieci często są nawiązania do głosu: z ust wylatują 

background image

ropuchy   i   żmije,   królewna   traci   mowę,   książę   przemieniony   w   żabę   kumka   w   swojej 

sadzawce, padają pytania, na które istnieje tylko jedna właściwa odpowiedź, rozprzestrzenia 

się niegroźna dolegliwość - jąkanie - wokalny paroksyzm, który rozśmiesza dzieci, zawsze 

mądre, choć niczego nieświadome. Głos! W nim właśnie odkryłem pierwszy ślad obecności 

mojego wroga.

Nadstawiłem   ucha,   żeby   lepiej   słyszeć   poprzez   hałaśliwą   muzykę,   klaskanie   i 

rozmowy przy barze: nie było najmniejszej wątpliwości - koledzy Paz śmiali się, krzyczeli, 

rozmawiali i śpiewali w synkopowym rytmie, który, przez kompletną ignorancję w dziedzinie 

muzyki, musiałem zapisać w następujący sposób: „Tap, tap, tap-tap, tap, tap...”!

- Ea! - wołał jeden.

- Ae! - odpowiadał drugi.

- A, a! - dorzucał kolejny.

Potem następował ogólny wybuch śmiechu, pomruk niezadowolenia albo krzyk, jak 

refren, i rytm ruszał dalej. A Paz tańczyła wśród nich, nieświadoma, że jej stopy nie gonią już 

pulsu sevillany, lecz sznur ukręcony z ich głosów! To zjawisko tak mną wstrząsnęło, byłem 

nim   tak   zdumiony,   że   natychmiast   postarałem   się   znaleźć   dlań   jakieś   naturalne 

wytłumaczenie:

Alkohol to alkohol: pijemy,  a coś sprawia, że przyłączamy się do tego, kto pije, i 

równamy   z   nim   krok,   zbiegamy   się   w   skojarzeniach,   śmiejemy   się   równocześnie   z   tego 

samego głupiego dowcipu... Gdy im się przyjrzeć z daleka, pijacy tworzą dość tragiczny chór. 

A   może   to   młodość?   Niewykluczone,   że   w   grę   wchodzi   tu   młodzieńcza   potrzeba 

naśladownictwa, pragnienie przywódcy, w którym jak w zwierciadle wszyscy się przeglądają i 

któremu są ślepo posłuszni, potrzeba kojącego poczucia, że jest się częścią drużyny, że można 

przeklinać razem słowami jednego slangu... W każdym razie - dziwna symbioza gardeł!

Niemniej, na następnym przystanku, w barze Romeral, prawda stała się tak ewidentna, 

że nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby jej zaprzeczyć, widząc ją w takiej postaci jak ja.

Paz   znów   zaczęła   tańczyć,   a   butelki   krążyły   z   ust   do   ust.   Nikt   nic   nie   mówił, 

ograniczając  się   do  wydawania  dźwięków:   klaskania,   tupania,   brzęku  szklanek  i  butelek, 

stukania w drewniany blat baru... Teraz jednak niezwykłe wydały mi się właśnie te odgłosy! 

„Teatr marionetek!”, zapisałem. Pamiętam, że miałem na myśli ich ruchy - nie wyłączając 

Paz:   mechaniczne,   bezosobowe,   równoczesne,   jak   gdyby   wytrawny   lalkarz   pociągał   za 

niewidzialne sznurki u ich ramion i nóg!

Ja wiedziałem, kim jest ów lalkarz o przerażającym obliczu.

background image

Był to bez wątpienia ten sam rytm, który wystukiwały nogi pająka, kiedy biegł przez 

ulicę Cruz, i paznokcie Aparicia na poręczy fotela: puk, puk, puk-puk...! O, chytry przestępco, 

a   więc   to   ty!   Jak   sprawnie   ukrywasz   się   przed   oczami   niewinnych!   Cóż   bowiem   mogą 

wiedzieć ci chłopcy na temat odgłosów, jakie wydają? I cóż wie biedna Paz, której stopy 

wystukują rytm niczym muzycy w jej własnym kondukcie żałobnym? Gdyby jednak potrafili 

obserwować z ukosa, tak jak ja, bez alkoholu we krwi, zauważyliby coś szczególnego we  

współbrzmiących zderzeniach szkła, drewna i ciał. To nie jest kwestia muzyki, choć myślą, że 

jej wtórują: oni każdym gestem jak wyrok wykonują (doskonałe określenie) własną melodię, 

w jednym rytmie, a razem z nimi podskakuje pająk i stukają paznokcie. Oto szczegół, którego 

nikt nie dostrzega!

To   doprowadzało   do   szaleństwa:   jak   bębnienie   deszczu   o   płytę   nagrobną   albo 

metaliczny  kaszel  karabinu   w  nocy  (dobrze  je  pamiętam  z  czasów  wojny).  Albo  jeszcze 

lepiej:  stara maszyna  do pisania,  na której  kościste palce śmierci,  klawisz za klawiszem, 

wystukują - co?

Ostatnie dni życia Paz.

Tekst   niewątpliwie   zaczynał   się   od   słowa   „Jesteś”,   które   wskazywało   biedną 

dziewczynę   jak   promień   księżyca.   „Patrz,   przyglądaj   się,   jak   głuchym,   monotonnym 

stukaniem potrafię zdruzgotać czyjeś istnienie - mówił do mnie niestrudzony rzeźnik. - Swoje 

życie ma pod własnymi stopami i sama je druzgocze”.

Wracając tamtej nocy do domu, nie mogłem się powstrzymać, żeby przez całą drogę 

nie wybijać końcem laski ponurego, lecz chwytliwego rytmu: puk, puk, puk-puk (czasem 

dzieje się tak z jakąś utrapioną melodią, która jakby nie miała nas nigdy opuścić, a także ze 

zbyt słodkimi myślami, które w końcu duszą nas w swoich objęciach). Leżąc już w łóżku, 

przypomniałem sobie legendę o średniowiecznym tańcu śmierci: kościotrup prosił do tańca 

księdza, feudała, dworzanina, dziwkę i rycerza, i wystukiwał rytm kosą. O tym wszystkim 

biedny Casimira nie miał  pojęcia, bardziej  naiwny i ślepy niż leszcze, które sprzedaje w 

swoim   sklepie.   Powodowany   współczuciem,   poszedłem,   żeby   mu   o   tym   powiedzieć,   i 

powodowany   tym   samym   współczuciem,   nie   zrobiłem   tego...   lecz   była   jeszcze   jedna 

przyczyna: dziwne zdarzenie, straszniejsze niż wszystko, co widziałem dotychczas.

Nazajutrz,  w  przeddzień   obchodów (wspaniały  majowy poranek)  znalazłem   go na 

rynku, pogrążonego w cuchnącym oceanie targowiska, na które w istocie składają się trzy 

albo cztery sklepy w jednej półsuterenie, ale panujący tam ścisk, półmrok i brud sprawiają 

wrażenie,   jakby   ich   była   setka.   Casimiro   wielkim   tasakiem   psychopaty   ćwiartował   rybę 

miecz,   głośno   rozmawiając   z   doñą   Asunción   Portero   i   jej   znajomą,   które   czekały,   aż   je 

background image

obsłuży. Podszedłem powoli, obmyślając, co i jak mu powiem, ale jego słowa rozwiązały ten 

problem za mnie. Mówił o swojej córce.

- Co mi panie będą mówić, skoro ja dobrze wiem! Teraz któregoś dnia sam ją nauczę, 

jak się pije alkohol! Już jej obiecałem! Tylko że człowiek nie może noc w noc za nią łazić jak 

jakiś pies przewodnik!

- Pewnie - zgodziła się doña Asunción.

- A jakże - zawtórowała jej przyjaciółka.

- Poza tym to nie tylko jej wina! Ani nasza, bo przyzwoite wychowanie otrzymała...!

Casimiro wymierzył rybie kolejny cios maczetą. Co chwila unosił łapsko do wąsów w 

kolorze błota, biegnących mu w poprzek twarzy (wyhodował też długie bokobrody).

- Jak można potem chcieć, żebyśmy wychowywali, skoro to nie my, ale społeczeństwo 

deprawuje nam dzieci? Czego można wymagać od nas, rodziców? Uwijamy się jak wróble, 

żeby bachory miały co do gęby włożyć, a im się wydaje, że jedzenie spada z nieba...! Przecież 

jej nie zamknę w domu jak jakiś sułtan i nie powiem: „Żebyś mi nie wychodziła, póki nie 

ukończysz osiemnastu lat” ani: „Wychodzisz, ale bawisz się tylko tak, jak ja chcę”. Tak się 

nie da!

- Pewnie, że nie.

- A jakże.

- Za dużo ciepła, za dużo ciepła... tu jest błąd! - otarł łapskiem kawałeczki ryby, które 

prysnęły mu na twarz. - Tak je kochamy, że...! Bo teraz są inne czasy: za moich czasów każdy 

prowadził się wzorowo i nosa z domu nie wyściubiał, ale nie było wolności, tak jak teraz, i to 

nie było dobre. Niech to licho! Łatwo jest wychowywać, kiedy masz dziecku tylko jedno do 

powiedzenia:   „Pracuj!”.   Ale   teraz   młodzież   się   bawi...   i   nie   ma   w   tym   nic   złego...   Ja 

powiedziałem swojej córce: „To najlepszy okres w twoim życiu, więc idź i używaj!”.

Tasak   wciąż   opadał   miarowo.   Ryby   ubywało,   za   to   plastrów   przybywało.   Topór 

uderzał w wyżłobiony pieniek, ani razu nie muskając nagich, posiniałych z zimna paluchów 

Casimira.

Przestałem  śledzić rozmowę,  żeby skupić się na tym  szczególnym  dźwięku:  czak, 

czak,   czak-czak.   „A   repliki   Asunción   i   jej   przyjaciółki?   A   śmiech   klientów   w   sklepie 

mięsnym? A topór rzeźnika, który wyznacza rytm, i nóż rybaka w kontrapunkcie? Antonio, 

tancerz, mógłby to zagrać w stroju kościotrupa: tasak, śmiechy, repliki, chór katów. Biedny 

Casimiro: nie ma pojęcia, że pod maczetą córka mu się rozpada na kawałki!”. Zapisałem to tej 

samej nocy, blady i dławiony niepokojem, spostrzegłszy, że straszny rytm kroków zabójcy 

jak nowotwór rozprzestrzenił się już po całym miasteczku i nawet ojciec przyszłej ofiary 

background image

wykonuje go tasakiem w swoim sklepie! Cóż miałem ci powiedzieć, Casimiro, skoro nawet 

ryba, którą rąbałeś na pieńku - jej srebrzyste łuski roztrwonione, różowe mięso i ciemne oko 

kręgosłupa (znowu motyw koncentrycznych oczu) zmiażdżone obojętną siłą - mówiła ci to 

wszystko przy każdym twoim ciosie...!

A prześmiewczy chór śpiewał:

- Tak!

- Nie!

- A skąd!

A nóż:

- Czak, czak, czak-czak!

A rzeźnik:

- Ha, ha, ha-ha!

Czując straszliwe zawroty głowy, co sił w nogach uciekłem ze sklepu, by na chwilę 

schronić się na placu zalanym słońcem. Gdzieś w tym miasteczku - myślałem, opierając się o 

kamienny brzeg sadzawki z rybami - zostałaś, biedna Paz, omotana pajęczyną, a chór owija 

cię w całun pieśni żałobnej... Śpiewa ją nawet twój własny ojciec, nieświadomie - a może 

świadomie,   ale   nie   chcąc   jej   wysłuchać!   A   ty,   biedaczko,   jak   święty   orszak   procesji, 

przystajesz na swojej drodze krzyżowej, gdy rozlega się ten straszliwy śpiew!

Jacyś   chłopcy,   dzieci   znajomych,   bawili   się   przy   sadzawce,   a   kiedy   podszedłem, 

zaczęli ze śmiechem wytykać mnie palcami:

- Wariat! Wariat!

- Wariat! Wariat z cmentarza!

Kiedy spojrzałem na nich, puścili się pędem w dół ulicy Principal jak stadko jeleni. 

Najmłodszy z nich (nie mógł mieć więcej niż pięć lat), biegnący na szarym końcu, zatrzymał 

się na rogu i zanim zniknął razem z innymi, krzyknął:

- ...ariat!

Siedziałem   na   brzegu   sadzawki,   wachlując   się   kapeluszem,   dopóki   nie   ustąpiły 

mdłości. Później przez chwilę płakałem, bo dzień był tak piękny i nie mieściło się w głowie, 

że można czuć się aż tak samotnym. Był w moim życiu czas, kiedy niebo malowane czystym 

błękitem jak to, na które patrzyłem w tamtej chwili, napawało mnie radością i wprawiało w 

dobry humor. Niedobrze jest odcinać się od pejzażu! Źle jest się chmurzyć, kiedy wstaje świt, 

marznąć, kiedy wychodzi słońce, i być samotnym w tłumie! Źle jest czuć, że ani słońce, ani 

wiosna, ani lato nad morzem, ani śmiech dzieci nie docierają do naszego wnętrza, bo my do 

nich nie należymy! „Lecz płakałem także nad tobą, Paz, niewinną i samotną w tym świecie - 

background image

zanotowałem   tamtej   niespokojnej   nocy   w   zeszycie.   -   Jakże   łatwo   byłoby   cię   uratować, 

gdybyśmy wszyscy dostrzegli te same znaki!”. I dalej:

Nasze losy są zapisane pismem równie subtelnym, jak dotyk gitarzysty na gitarze bez 

strun. Trzeba nauczyć się wąchać niewidzialne kwiaty, napawać się ich widokiem i kropla po 

kropli   smakować   ten   delikatny   miód!   Wówczas   wszystko   staje   się   ważne!   Najmniejsze 

okazuje się istotne. To, co małe, jeśli na to spojrzeć z daleka, stanowi część wielkiego obrazu: 

każde wydarzenie jest pociągnięciem pędzla, każdy gest - nową barwą. Lecz cóż wie szklany 

paciorek o figurze, którą tworzy, przetaczając się razem z innymi w kalejdoskopie?

Zgodnie z moim przewidywaniem, tej samej nocy w fatalnej pieśni żałobnej przybył 

jeszcze jeden element. Było to wyznanie - może miłosne, a może śmiertelne - które całe 

miasteczko zadedykowało Paz, choć ona o tym nie wiedziała.

-  Moja!   -   głos  miasteczka   powtarzał   wieloma   parami   ust.   Wypowiadało   to   słowo 

dziecko, wychodząc z bramy, żeby się bawić, staruszka, wznosząc do księżyca swoje puste 

oczy,   i   rybak,   wypluwając   niedopałek.   Przechodziło   z   ust   do   uszu   jak   nadawane 

niewidocznym telegrafem, wtrącało się w rozmowy, biegło od grupki do grupki, zabawne i 

magiczne   jak   regionalny   akcent,   wśród   pomruków   i   śmiechu,   komplementów,   płaczu 

niemowląt, kichania i przekleństw: Moja! Moja...!

A ja, jedyny tłumacz tej pieśni, którą układał kat, starałem się przewidzieć jej tekst w 

całości! Pamiętałem słowo z dnia poprzedniego: „Jesteś”. Należało do niego dodać następne: 

„Jesteś moja”. Jak podczas seansów spirytystycznych, kiedy zmarły porusza palcami żywych, 

żeby sformułować zdania, tak poruszało się miasteczko, niczym jedne drżące usta, posłuszne 

rozkazom złowrogiego autora.

„Na!” - to wołanie, które najczęściej rozlegało się następnego ranka, pierwszego dnia 

święta   Majowych   Króli.   „Na!”,   krzyczano   na   ulicach,   placach   i   przez   okna.   „Zawsze”   - 

domyśliłem się, że tak brzmi ostatnie słowo, zachowane na wieczór. A kiedy i ono, podawane 

z   ust   do   ust,   obiegnie   wszystkie   domy   jak   czarna   jaskółka   rzucona   w   powietrze   przez 

mieszkańców Roquedal, maleńka Paz osiągnie wieczysty pokój, którego zapowiedź kryje się 

w tych słowach. Zdanie bowiem miało brzmieć: „Jesteś moja na zawsze”, i brakowało już 

tylko słowa, żeby się dopełniło.

Postanowiłem wypróbować jedyne rozwiązanie, jakie mi przychodziło do głowy: nie 

dopuścić, żeby dziewczyna zatańczyła tonadillę własnej śmierci.

Wiedziałem,   że   kiedy   zacznie   się  arrastrá,   czyli   pochód   Majowych   Króli,   i 

background image

gigantyczny Król o czarnej twarzy powiedzie swoją małżonkę ulicą Principal nad morze, cała 

młodzież  z miasteczka  popędzi za nimi.  Prawdopodobnie wpadną do Przecinki,  żeby dla 

pokrzepienia wypić piwo, bo na plaży, gdzie odbywa się wielka hulanka,  parás, naprawdę 

będą się musieli nabiegać od stoiska do stoiska. Czułem, że muszę działać zawczasu.

Koło siódmej  wieczorem,  dwie godziny przed  arrastrá, usadowiłem  się wygodnie 

przy pustym stoliku w Przecince i poprosiłem Joaquína o miętę.

-  Nie  idzie  pan  na   rynek,   don  Baltasarze?   -  pytał   mnie   ten  poczciwiec.   -  Trzeba 

zobaczyć Króli!

- Od tylu lat oglądam to święto...

- Ale zawsze można spróbować czegoś nowego! Na przykład zatańczyć w parás...

- Dzisiaj nikt nie powinien tańczyć - odparłem ponuro.

- A to dlaczego?

Rozmawiając   ze   mną,   polerował   ścierką   dno   szklanki   i   przerażony   rozpoznałem 

rzępolenie czarnego świerszcza, monotonny śpiew mojego wroga, nie do pomylenia: nik, nik, 

nik-nik. Poczułem lodowaty ból w zębach: jakby nieboszczyk zaskrobał w wieko trumny. A 

ten biedny Joaquín, chociaż gra na złowrogiej piszczałce, o niczym nie ma pojęcia!

- Już ty powinieneś wiedzieć. - Posłałem mu świdrujące spojrzenie.

- Ja? - zaśmiał się. - Ależ ja nigdy nic nie wiem, don Baltasarze!

I właśnie dlatego zabiją Paz - pomyślałem - bo oprócz mnie nikt tutaj nic nie wie.

Kiedy   Joaquín   podał   mi   parującą   miętę,   wyciągnąłem   zeszyt   (mój   myśliwski 

notatnik), wyrwałem kartkę i drukowanymi literami napisałem parę słów. Złożyłem papier 

raz, dwa, trzy, cztery razy... Byłem całkowicie pochłonięty tą czynnością, gdy nagle do moich 

uszu doleciało tykanie śmiertelnego zegara: za barem kapał niedokręcony kran: klip, klip, 

klip-klip. Drwisz sobie ze mnie! - pomyślałem. - Chcesz mnie sprowokować! W odpowiedzi 

o brudną szybę w oknie przy moim stoliku zaczął się obijać giez; odgłos, jaki przy tym 

wydawał, przypominał lilipucie kastaniety: pik, pik, pik-pik. Albo chcesz mnie przestraszyć - 

zgadywałem - albo to próba generalna przed finałową symfonią. Podmuch wiatru otworzył 

okno, przewracając kartki mojego zeszytu w niezwykłym, synkopowym rytmie: zip, zip, zip-

zip. Czy to znaczy, że próbujesz mnie przekonać, żebym dał za wygraną? Żebym się poddał? 

Taki jesteś pewny, że Paz będzie twoja, jak Guernod i panienka Bernabé? Ha, zobaczysz, jaką 

lekcję muzyki da ci stary! W tym momencie huknęły cztery petardy; rozpoczynały nocny 

pokaz   sztucznych   ogni,   lecz   ja   wiedziałem,   że   oznaczają   coś   innego   -   dla   mnie   były 

bezczelną, gwałtowną odpowiedzią przeciwnika, rozwścieczonego moim uporem: bum! bum! 

bum-bum!   Aha,  nie  jesteś  już   taki  pewny swojej   przewagi,  co?   Napędzam   ci  większego 

background image

stracha niż ty mnie! Rytm eksplozji na rynku przypominał bojowe tam-tamy: bum! bum! 

bum-bum! „Niech wygra silniejszy”.

Mój   wróg   bał   się   tak   samo   jak   ja.   Obaj   wiedzieliśmy,   że   to   decydująca   bitwa. 

Skończyłem   składać   kartkę   i   nadal   czekałem,   powoli   sącząc   miętę.   Teraz   potrzebuję 

niewinnej dłoni, jak to się mówi na loterii.

Do   baru   wszedł   Manolo   Guerín,   samotny   poeta   o   rzadkich   siwych   włosach   i 

czerwonych   policzkach,   który  mieszka   kawałek   za   kamienną   wieżą.   Przywołałem   go   jak 

kelnera:

- Manolo!

- A, don Baltasar.

Ze współczuciem położył mi dłoń na ramieniu. W każdej innej sytuacji nawet bym na 

niego nie spojrzał, ale teraz był mi potrzebny.

- Mógłbyś coś dla mnie zrobić?

- Do usług.

Z   ust   zionie   mu   papierosami   i   alkoholem,   ale   w   tamtej   chwili   bardziej   niż   jego 

cuchnący oddech obchodziło mnie, że jest dobrym człowiekiem. Podałem mu złożoną kartkę:

- Przekaż ten bilecik córce Huertasa, sprzedawcy ryb. Znasz ją?

- Paz?

-  Właśnie.   Przyjdzie   tu  z   grupą   znajomych,   kiedy   zacznie   się  arrastrá.  Jak   tylko 

zobaczysz, że wchodzi, dasz jej liścik. Ale posłuchaj, Manolo: nie mów, że to ode mnie.

Nie podobał mi się ani obleśny uśmieszek, z jakim na mnie spojrzał badawczo, ani też 

jego znaczące milczenie. Było to obraźliwe i poniżające, że Manolo w taki sposób odczytał 

moje intencje. Ale wiadomo - złodziej w koło widzi samych złodziei, a o Guerínie można by 

powiedzieć niejedno (weźmy na przykład jego skandaliczny związek z Carmelą Cruz, tą z 

hotelu), zwłaszcza od zeszłego lata, kiedy się zadał z młodszą o dwadzieścia lat pisarką z 

Madrytu,   pomieszkującą   w   domu   Gómeza   Ostii,   nad   morzem.   Przywołuję   te   fakty 

powodowany chęcią odwetu, bo w istocie wspomnienie drwiny w jego zmrużonych oczach 

nadal boleśnie mnie kłuje.

- Myśl sobie, co ci się żywnie podoba, bylebyś jej oddał liścik - wycedziłem przez 

zęby.

Pożółkłymi palcami podrapał się w brodę, udając filozofa.

- W porządku - zgodził się. - Nie będę go czytał,  don Baltasarze.  Ale niech pan 

pamięta o dwóch rzeczach: po pierwsze, że jest mi pan winny przysługę...

- Dobrze.

background image

- A po drugie, że jeśli dziewczyna się wścieknie... powiem, kto napisał list. Nie chcę 

zbierać za innych.

- Bardzo dobrze, Manolo, ale koniecznie musisz jej to dać, jak tylko wejdzie. Później 

już nie ma sensu.

W zamyśleniu pokręcił głową: choć sam nie zdawał sobie z tego sprawy, jego czaszka 

poruszyła się najpierw w lewo, potem w prawo, żeby na koniec podskoczyć szybko dwa razy. 

Tak   właśnie   wyglądał   teatrzyk   koszmarów,   w   którym   mój   wróg   pociągał   za   wszystkie 

sznurki, a ja, jedyny widz, nie mogłem dopuścić, żeby farsa dobiegła końca!

- Powie mi pan później, o co chodzi? - spytał Guerín.

- Obym mógł - odparłem.

Nie zrozumiał, co mam na myśli, a ja też nie chciałem niczego tłumaczyć. Poza tym 

Joaquín włączył właśnie telewizor, który, nastawiony bardzo głośno, zaatakował nam bębenki 

wrzaskiem młodziutkiej aktorki mordowanej gołymi  rękami (nadawali film o zbrodniach). 

Krzyknęła cztery razy: dwa osobno, a potem jeszcze dwa, jeden po drugim. Upadła na trawę z 

zakrwawionym szalikiem na szyi. Joaquín przełączył na inny program i ściszył. Zachowując 

zimną krew, upewniłem się, czy podwiędły goździk w klapie nadal jest na swoim miejscu. Na 

próżno usiłujesz mnie zastraszyć - pomyślałem - jedyne, czego się boję, to przegranej.

Chwilę   później   z   rynku   dobiegły   owacje   i   krzyk   rozpoczynający   pochód   Króli: 

Arrastrá! Wyjrzałem  na zewnątrz: zapadał  zmierzch. Nieliczni klienci  baru rzucili się do 

okien, żeby widzieć przemarsz kukieł. Manolo Guerín, mój posłaniec, został przy kontuarze, 

w samotności sącząc piwo. Ja też się nie ruszyłem od stolika. A jeśli dziś akurat przyjdzie im 

do głowy ominąć Przecinkę?, ogarnęło mnie przerażenie. Ale nie ominą, bo taka jest wola 

boża. Przeszli monarchowie (zobaczyłem tylko falowanie purpurowych płaszczy), a wszyscy 

goście w barze - w większości emeryci - wyli i klaskali razem z tłumem. „Jacy piękni w tym 

roku”, powiedział jeden. Za Królami, uderzając w okna, przemknęła ulicą czarna kawalkada 

Szlachty, jak banda zbójów w żałobie. „Jacy śmieszni! - wykrzyknął Joaquín - że też nigdy 

się nie połapią!”. Biegli z takim hałasem, jaki wydaje przelatująca chmara kruków (ciekawe: 

nigdy nie przyszło mi do głowy to porównanie, choć Majowych Króli oglądam od dziecka). 

Za Szlachtą nadciągnęły tłumy młodzieży z miasteczka: piski dziewcząt, stuk butów o bruk, 

radosny harmider - a wszystko jak pod dyktando mojego wroga: tupoty, okrzyki, śmiech, 

muzyka, klaskanie! Nadchodzi ofiara, pomyślałem.

Wtedy do Przecinki wpadła wielka fala śmiechu, niosąc Paz, jak na barkach tragarzy: 

piękna fryzura, czerwony golf, obcisłe dżinsy. Towarzyszył temu taki hałas, że mogło pójść 

całe szkło w barze.

background image

Paz była piękna i gotowa na śmierć.

Złożywszy   zamówienie   wśród   pomyłek   i   śmiechu,   młodzi   zaczęli   rozmawiać   tak 

głośno, jakby byli sami.

Tym   razem   oprócz   Paz   przyszła   jeszcze   jedna   dziewczyna:   gruba,   mocno 

wymalowana   brzydula   i   krzykaczka.   Jednak   nie   ulegało   wątpliwości,   że   obiektem 

powszechnego zainteresowania pozostaje córka Huertasa.

Butelki piwa unosiły się w dłoniach jak trofea. Joaquín wyłączył telewizor, a ja w 

jednej   chwili   zrozumiałem,   że   idzie   za   kontuar,   żeby   puścić   sevillany   i   tym   sposobem 

przyciągnąć do baru jeszcze więcej młodocianych gości. Straciłbym tylko czas, perswadując 

mu, żeby tego nie robił, ale gdyby miał choć szczyptę wrażliwości, sam przemyślałby swoje 

postępowanie. Czy nie widzisz tych ust, tych błyskających zębów, grdyk, które podskakują 

przy każdym łyku piwa? - pytałem w myślach Joaquína - a przede wszystkim: czy nie widzisz 

tych oczu spragnionych krwi? Morderca chce, żeby ofiara tańczyła! A kiedy zatańczy, całe 

miasteczko zaśpiewa: „Zawsze!” - i Paz umrze. Nie wiem, jak do tego dojdzie, ale umrze na 

pewno.

Opętańczy rytm  towarzyszący nadejściu Paz sprawił, że na chwilę zapomniałem o 

Guerínie. Nie oddał jej kartki! Szukałem go wzrokiem, ale bez skutku, bo ludzie już zaczęli 

napływać i bar powoli się zapełniał. Manolo, do cholery, gdzie cię poniosło?, irytowałem się. 

W głośnikach brzdęknęły gitary, a para cygańskich głosów zaintonowała pierwszą sevillanę. 

Ramiona dziewcząt uniosły się jak pod wpływem zaklęcia, wykonując w powietrzu powolne 

arabeski. Wśród nich była także Paz: chłopcy zrobili jej miejsce i zobaczyłem, jak delikatnie 

porusza dłońmi, wyginając nadgarstki, jak koncentruje się, gotowa wystukać pierwsze takty. 

Uniósł się jej przy tym sweterek i teraz szelmowsko odsłaniał jej płaski brzuch aż po pępek. 

Co za maskarada! On wszystkimi kieruje, ale nikt tego nie dostrzega!, myślałem wstrząśnięty.

- Nie tańcz - mówiłem, utkwiwszy wzrok w nieszczęsnej dziewczynie. - Nie tańcz.

To   właśnie   było   w   liściku,   którego   Guerín   jej   nie   dostarczył.   Jak   sprężyna 

odskoczyłem od stolika, gotów zrobić wszystko, żeby nie doszło do tragedii.

Ale nie zdążyłem przebić się przez tłum. Paz już tańczyła.

Zresztą zachwycająco.

Klaskanie i chór śmiechów otoczyły ją jak palisada; zaliczyłem cztery kuksańce - dwa 

pojedyncze i dwa jeden po drugim - i byłem zmuszony usiąść z powrotem. Poczułem się stary 

i przegrany, patrząc, jak na rozkaz mojego wroga Paz wiruje w czarnym słupie powietrza, 

podobna do płyty gramofonowej, w którą niebawem wbije się bezlitosna igła, jak pajęcza 

noga, żeby z niej wydrzeć muzykę.

background image

-   Zawsze!   -   krzyknął   gruby   mężczyzna   obok   mnie;   wpatrywał   się   w   nią   jak 

zahipnotyzowany.

-   Zawsze!   -   zawtórowała   mu   dziewczyna   o   mięsistych   wargach,   rozmawiająca   z 

chłopakami przy sąsiednim stoliku.

- Zawsze! - przechodziło  z ust do ust jak butelki  piwa. Po chwili  zadyszaną  Paz 

otoczył lont podpalony tym słowem: „Zawsze! Zawsze! Zawsze!”. Wierszyk się kończy - 

pomyślałem - i kosa opada.

Sevillany dobiegły końca i jeden z chłopaków podszedł do córki Huertasa, żeby z nią 

pomówić   na   osobności.   Jakież   było   moje   zdumienie,   kiedy   zobaczyłem,   że   to   Ángel 

Diosdado,   ten   hipokryta,   który   się   ze   mnie   wyśmiewał   kilka   tygodni   wcześniej,   gdy 

obserwowałem dom Guernoda! Paz słuchała go w skupieniu, kiwając głową. Nie przerywali 

rozmowy mimo zaczepek innych chłopaków i wkrótce powstały dwie grupy: Paz i Ángel z 

jednej strony i cała reszta z drugiej. Czego ten bezwstydnik może od niej chcieć?, zadawałem 

sobie pytanie.

Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Paz i jej nowy przyjaciel pożegnali nagle 

kolegów i wyszli. Postanowiłem ich śledzić. W progu zobaczyłem, że Manolo, wyraźnie już 

wstawiony,   siedzi   przy   barze   nad   kieliszkiem   wina.   Nie   widział   mnie.   Przełknąłem 

przekleństwo,   dochodząc   do   wniosku,   że   Guerín   w   istocie   nie   ponosi   winy.   On   też   jest 

samotny, tylko że dla niego to nie do zniesienia. Samotność pragnie towarzystwa, a śmierć 

pragnie życia. Mój morderca z definicji jest najbardziej samotną z istot i dlatego pragnie 

wszystkich. Mój morderca jest tutaj jedynym winnym: tylko on grzeszy; wszyscy pozostali 

popełniają wybaczalne błędy. Tak rozmyślając, opuściłem gwarny bar i poszedłem za nimi w 

przyzwoitej odległości, przez ulice udekorowane kolorowymi żarówkami.

Od razu zrozumiałem, że idą na plażę. Na parás, gdzie Paz zatańczy ostatni taniec na 

piasku, który składa się z nieprzeliczonych czaszek ziemi - pomyślałem. - I tam zakończy się 

żałobna pieśń. Na poczekaniu ułożyłem strofkę na ten temat:

W mojej pieśni jest śmierć twoja,

tu Baltasar nie pomoże,

pójdziesz tańczyć w morze,

bo na zawsze jesteś moja!

Jednak   czekała   mnie   jeszcze   jedna   niespodzianka:   kupiwszy   butelkę   piwa   przy 

pierwszym stoisku, Paz i jej przyjaciel ruszyli w stronę falochronu, to jest w przeciwną niż 

background image

parás, które zajmuje całą plażę aż do kamiennej wieży. O tym, że falochron to przeklęte 

miejsce, wiedziałem na długo, zanim zastępca doktora Torresa, Marcelino Roimar, dwa lata 

temu popełnił samobójstwo, rzucając się z niego do morza. Rzeczywiście, w całym Roquedal 

nie było bardziej wymarzonej scenerii dla nadchodzącej zbrodni mojego bezlitosnego wroga.

Oddalali się, a za nimi zamykała się łagodnie ciemność nadmorskiej nocy. Z daleka 

słyszałem chichotanie Paz, mechaniczne i monotonne jak u nakręcanej lalki: cha, cha, cha-

cha. Nie namyślając się dwa razy, zdjąłem buty i w samych skarpetkach pospieszyłem za nimi 

po piasku.

Kilkakrotnie zdawało mi się, że się zgubiłem: noc była bezkresna i nieprzyjazna, i 

znikąd światła, ani jednej barki rybackiej na horyzoncie. Po dłuższej chwili poprzez oddech 

fal   usłyszałem   stłumione   bicie   bębnów.   Musiało   dobiegać   gdzieś   od   falochronu,   bo   już 

wyraźnie widziałem jego dogorywające, wychudzone ciało z kamienia zanurzone w morzu. 

Pobliskie głazy zapewniały doskonałą kryjówkę i tam właśnie podążyłem.

Pragnę z góry zaznaczyć, że scenie, którą teraz zrelacjonuję, przyglądałem się tylko i 

wyłącznie w imię detektywistycznej rzetelności: zbyt byłem udręczony reumatyzmem, który 

nasilał się jeszcze w wilgotnym morskim powietrzu, późną porą oraz tygodniami wytężonego 

wysiłku, żeby bawić się w zwykłego gapia. Po tym zastrzeżeniu mogę pisać dalej: w słabym 

świetle pierwszej kwarty księżyca na piasku wśród skał ujrzałem Paz i jej koleżkę Ángela. W 

swojej   naiwności   pomyślałem   zrazu,   że   chłopak   jest   ranny   i   cierpiący,   bo   leżał   u   stóp 

dziewczyny, wijąc się i pojękując, jakby potrzebował natychmiastowej pomocy.

Jednak sekundę później spostrzegłem, że obie ręce przyciska do rozporka.

Dziewczyna   odpowiadała   mu   śmiało:   stojąc   nad   nim,   powolnym,   wyzywającym 

ruchem zsuwała z siebie spodnie, a potem majtki, kręcąc przy tym biodrami o kobiecych już 

kształtach. Co byś pomyślał o swojej swawolnej córce, gdybyś ją teraz widział, Casimiro? - 

przemknęło   mi   przez   głowę.   Muzyka   -   prymitywny,   agoniczny   rytm   tam-tamów 

towarzyszący rozbierance Paz - dobiegała z przenośnego odtwarzacza ustawionego na piasku 

(nie   przypominałem   sobie,   żeby   go   ze   sobą   nieśli,   więc   doszedłem   do   wniosku,   że   mój 

przeciwnik   wszystko   przewidział).   Przy   magnetofonie,   jak   zbutwiały   wodorost,   sterczała 

butelka po piwie.

- Aaa...! Aaa...! Mmm...! - jęczał syn Diosdada.

- Tam, tam, tam-tam! - dźwięczała muzyka.

„Wszystko   układało   się   w   całun   dla   niej   -   napisałem   kilka   dni   później   -   każdy 

przedmiot na plaży był jak kwiat na jej grobie. Otaczały ją odnóża olbrzymiego pająka. Od 

strony falochronu dobiegał chóralny śpiew - jakież inne słowo mogłoby wypowiadać morze, 

background image

jeśli nie «Zawsze», przeciągając szumiące «sz» odgłosem miażdżonych kamyczków? A ona, 

jeszcze okryta swetrem, z włosami odrzuconymi w tył, była gotowa na ofiarę. Słyszałem jej 

śmiech,   ale   w   istocie   chwytała   tylko   powietrze   jak   umierający   karp.   Tańczyła   w   rytm 

bębnów, lecz ja wiedziałem, że ryby wyciągane z wody zachowują się identycznie. Każdy 

szczegół potwierdzał powolną agonię”.

Zamknąłem oczy - trochę przez przyzwoitość, a trochę dlatego, że mnie swędziały. 

Kiedy spojrzałem ponownie, Paz zdjęła już spodnie, majtki, lewy but i skarpetkę i podnosząc 

nogę,   mocowała   się   z   prawym.   W   tym   momencie   postanowiłem   interweniować: 

wyskoczyłem z ukrycia, wrzeszcząc jak opętany i bojowo wygrażając laską i pięścią.

Dopiero   teraz,  po  latach,   jestem  gotów  przyznać,  że  moje   zachowanie  było  nieco 

groteskowe.   Pamiętam,   że   krzyczałem,   owszem,   ale   w   słowie   „krzyczeć”   nie   ma   tych 

wszystkich skoków, donkiszotowskiej szermierki z niewidzialnymi istotami, nieposkromionej 

zajadłości i pragnienia, żeby uratować życie, a śmierć zgładzić, kiedy śpi.

- Nie! Stój! Nie tańcz! - wołałem na przykład. - Pozwól mi stanąć z nim twarzą w 

twarz! Już ja mu pokażę, kim jest Baltasar Párraga...!

Słowo   „krzyczeć”   nie   oddaje   podniosłego   stanu   mojego   ducha,   w   którym   po   raz 

pierwszy od śmierci żony nie gościł lęk, ani nie mówi nic o lekcji, jaką otrzymałem owej 

nocy i teraz chętnie przekazuję każdemu, kto zechce posłuchać: w trudnej potyczce jedynym 

godnym   sprzymierzeńcem   jest   brawurowa   odwaga.   Nierzadko   jeden   szaleńczy   krok   w 

odpowiedniej chwili jest więcej wart niż setka mądrych myśli poniewczasie. Pierwszy cios 

(tego uczy nas - ach, niestety - etyka) zawsze zadaje zło, ale kiedy już dojdzie do walki, cóż 

stoi nam na przeszkodzie, żeby się zrewanżować? Tak więc puściłem się cwałem, wrzeszcząc 

jak dusza potępiona, którą Bóg nagle ułaskawił specjalnym przywilejem.

Z   tego,   co   działo   się   później,   pamiętam   tylko   pojedyncze   obrazy:   Paz   krzyknęła 

przenikliwie,   krzyżując   ręce   na   wstydliwej   części   ciała;   Ángel   nie   pisnął   nawet,   jednym 

susem zerwał się na równe nogi i rzucił do ucieczki. Ona pobiegła za nim, chwytając po 

drodze spodnie, żeby lepiej zakryć to, co miały osłonić jej dłonie. Myślę, że ich śmiertelnie 

przestraszyłem. Myślę też, że sama śmierć ich śmiertelnie przestraszyła.

Kiedy z Paz pozostał już tylko sens jej imienia, a ja, rozbiwszy butelkę po piwie, 

odzyskałem panowanie nad sobą - wyłączając kasetę, zauważyłem, że ów obsesyjny rytm 

niemal całkowicie zniknął ze świata. Niemal całkowicie - ponieważ wciąż rozbrzmiewał pod 

moimi stopami, pomniejszony, ale złowrogi:

- Chrup, chrup, chrup-chrup.

Uklęknąłem na piasku i na ile pozwalało mi lumbago, pochyliłem się, żeby lepiej 

background image

widzieć:   okrągły  i   czarny  jak  hostia   satanistów   (chociaż   teraz,   kiedy  się   nad   tym   dłużej 

zastanawiam, przypominam sobie, że był owalny jak oko ryby), mały krab uciekał po piasku, 

zostawiając za sobą dziwny ślad: pięć równoległych linii, na których od czasu do czasu jego 

szczypce rysowały wklęsłe punkty!

Ach, mój złowrogi kompozytorze - pomyślałem - więc tak wygląda pentagram twojej 

straszliwej muzyki! Krab cwałował bokiem co sił w nogach, dźgając piasek szczypcami w ten 

sposób, że zostawał na nim zapis ohydnego rytmu. Ja się tym jednak zbytnio nie przejąłem: 

byłem szybki i wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby mieć kraba w kapeluszu. Spróbowałem.

Och, na tym padole łez my, śmiertelnicy, nieustannie jesteśmy poddawani próbom: w 

ten  sposób ma  się  okazać,   czy  możemy  wejść  do krainy wiecznej  szczęśliwości!   To,  co 

wydarzyło się później, stanowiło okrutną próbę, jaką metal, z którego jestem zrobiony, musiał 

przetrwać   niby   cios   młota   na   kowadle:   potknąłem   się   i   jak   długi   runąłem   na   piasek,   a 

morderca tymczasem błyskawicznie smyrgnął w szczelinę między dwiema skałami, równie 

czarnymi jak on, wymykając mi się bezpowrotnie.

Skały  były  częścią   długiego,   wąskiego   grzbietu,   którego   jeden  koniec  prostopadle 

zagłębiał się w morze, a drugi w piasek. Jęczący i obolały - poza tym że ledwie żywy i 

otumaniony - co sił powlokłem się w stronę kamienistego wzniesienia.

Wydedukowałem, że absurdem byłaby próba ucieczki z drugiej strony, prosto w fale, 

o   wiele   bardziej   prawdopodobne   wydawało   się,   że   wyjdzie   na   plażę   przez   nieregularny, 

mroczny otwór (centralne wgłębienie!). Tam też postanowiłem na niego czekać, z laską w 

pogotowiu. Nie wiedziałem, pod jaką postacią ukaże się tym razem, ale jeśli będzie to coś, w 

co można uderzyć, niewątpliwie w tym właśnie miejscu jego ohydne życie dobiegnie kresu. 

Lecz - ach! - mój arcydoświadczony przeciwnik rozumował dokładnie tak samo jak ja!

Po kilku  minutach  długich   jak  wieczność  z  czarnego  otworu  buchnął  gorzki  odór 

zepsutej   ryby,   cuchnący   powiew   wyrzucony   spomiędzy   skał   jak   powietrze   z   miechu 

(przychodzi mi do głowy jeszcze jedno porównanie, lecz pominę je milczeniem, ponieważ 

jest   niesmaczne):   pozostał   przez   kilka   sekund,   po   czym   rozpłynął   się   przed   moimi 

zdumionymi   oczami   i   nie   mniej   zdziwionym   nosem.   A   więc   tym   sposobem   uciekasz!   - 

pojąłem.   Każdy   rozsądny   morderca   planuje   ucieczkę   na   wypadek,   gdyby   okoliczności 

okazały się niesprzyjające, a to, co się wydarzyło, było świetną ilustracją tej prawdy. Nie 

miałoby sensu łapać go teraz: jak aresztować, sądzić i skazać śmiertelny, potężny podmuch 

pozbawiony ciała? Tylko Bóg może uwięzić duszę.

Lecz moja detektywistyczna intuicja podsunęła mi obraz pułapki niemal doskonałej, 

majstersztyk  zdolny pokonać przeciwnika teraz, kiedy pod nową postacią musiał czuć się 

background image

zupełnie bezpieczny.  W następnych dniach postanowiłem swój plan wprowadzić w życie. 

Przeszkadzał mi tylko strach - choć niezbyt wielki.

Gdybym poniósł porażkę, następną ofiarą byłbym ja sam.

background image

4

Otoczenie

i pojmanie zabójcy

Wyzwij go na swoim terenie - podpowiadał mi wewnętrzny głos. Przyjdź i walcz ze 

mną!, wykrzykiwałem w myślach. Wiedziałem, co należy robić: nie było to zbyt trudne, ale 

wymagało absolutnej koncentracji i wyjątkowej zręczności palców.

Tej samej nocy, kiedy miało miejsce moje spotkanie z krabem, sporządziwszy w domu 

należne notatki, zająłem się przygotowaniami. Poszedłem do saloniku na parterze, w którym 

po śmierci Eloísy czas stanął w miejscu, i otworzyłem  okno wychodzące  na lichy ogród 

otoczony murem. Wytarłem z kurzu okrągły stolik, nawet nieprzykryty serwetą, stanowiący 

całe umeblowanie pokoju. Z jednego ze schowków wyjąłem szachownicę, która poniewierała 

się tam znudzona, i rozłożyłem ją na stole, chociaż była krzywa i bujała się nieustannie. Nic 

dziwnego, że tak się wypaczyła - szachy, podobnie jak karty, nie znoszą samotników, a z kim 

ja miałem grać w wolnych chwilach? Teraz jednak liczyłem na potężnego przeciwnika.

Potem przyszła pora na rzecz najdelikatniejszą: urna z prochami mojego ojca.

Mój ojciec chciał, żeby spalić jego szczątki i żebym to ja je przechowywał. Mówił, że 

dość się namieszkał opodal cmentarza i nie zamierza tkwić tam także po śmierci. Historia 

naszej rodziny,  od kiedy pierwszy Párraga osiadł w tym słonecznym  domu na obrzeżach 

Roquedal i kupił przyległe tereny, to nieustająca walka ze śmiercią: cmentarz, z początku 

mały, rozrastał się, w miarę jak my traciliśmy ziemie. Po wojnie nekropolia wyparła nas za 

szosę (wcześniej mieliśmy parcele po obu jej stronach) i musieliśmy się ograniczyć do lokum 

w postaci naszego domu. Teraz, kiedy z rodu Párragów zostałem tylko ja, cmentarz zamienił 

się w idealne miejsce do życia - pełen kwiatów, lśniących płyt i nowoczesnego marmuru - za 

to nasz dom jest już tylko starym cmentarzyskiem.

background image

Nie byłem w stanie wyobrazić sobie lepszego narzędzia niż łyżka do zupy - żeby 

delikatnie uszczknąć garstkę popiołu, który przed laty spoglądał na mnie czułym wzorkiem, 

wpajając mi niejedno z tego, co dziś wiem o życiu. Usypałem na stole kopiec (powinienem 

powiedzieć „ojcowski kopiec”, ale z tego mogłyby wyniknąć uciążliwe pomyłki) miękkiego 

szarego proszku i za pomocą łyżeczki do kawy zacząłem go dzielić na małe kopczyki - w 

sumie szesnaście - stojące w dwóch rzędach po jednej stronie szachownicy, dokładnie jak 

figury   szachowe   przed   rozpoczęciem   partii:   szczypta   popiołu   na   każde   pole,   aż   do 

zapełnienia, jak powiedziałem, szesnastu. Od początku dobrze oszacowałem ilość proszku i 

nie musiałem nic dorzucać, toteż zakryłem urnę i ostrożnie odstawiłem ją na właściwą półkę, 

gdzie  stoją świeczki  i czarno-biały portret  mojego  rodziciela,  Raimunda  Párragi.  „Znowu 

stajemy ramię w ramię, tato - rzekłem, patrząc na dobrotliwą twarz z pokaźnym wąsem - w 

walce ze śmiercią, jak zawsze”.

Usiadłem przy stoliku, laskę opierając w kącie, kapelusz powiesiłem na krześle i tak 

ustawiłem   szachownicę,   żeby   figury   z   popiołu   znajdowały   się   z   mojej   strony,   a   figury, 

którymi   miał   grać   mój   wróg,   były   niewidzialne.   Zrozumiałem,   że   symetria   układu   jest 

właściwa: pierwszy ruch należał do mojego przeciwnika, więc to on dostał białe (więcej niż 

białe - przezroczyste); ja wziąłem czarne (szare).

Przez otwarte okno spojrzałem na wątłą ćwiartkę księżyca nad nieregularną linią muru 

otaczającego   ogród.   Ponownie   skupiłem   się   na   szachownicy:   piramidki   popiołu   stały   na 

swoich miejscach. Czekałem.

Tamtej nocy nie wydarzyło  się nic więcej. Tuż przed świtem, kiedy ciemność już 

rzedła,   zamknąłem   okno   i   poszedłem   do   sypialni,   poddając   się   przemożnej   senności. 

Wówczas   po   raz   pierwszy,   od   kiedy   zająłem   się   tą   sprawą,   dobrze   spałem,   ukołysany 

satysfakcją, że chociaż jedną z ofiar udało mi się ocalić.

Mimo to obudziłem się przygnębiony, grubo po południu, z gorzkim posmakiem w 

ustach i pamięci. Poszedłem do kuchni, przygotowałem sobie miętę i francuską jajecznicę i 

wróciłem do saloniku: figury z popiołu były nienaruszone, a okno zamknięte.

Wspiąłem się po schodach na pierwsze piętro, dokąd po śmierci mojej żony Eloísy 

prawie nigdy nie chodzę. Tam była kiedyś nasza sypialnia (teraz sypiam na dole, w izdebce 

dla   służby)   i   pokoje   dzieci,   których   nie   mieliśmy.   Przez   dłuższą   chwilę   siedziałem   przy 

starym manekinie kobiety z łysą głową, leżącym na małżeńskim łożu w pokoju na końcu 

korytarza.  Uspokaja   mnie  ta  mizerna,  statyczna   postać  o  pięknych  brwiach,   malowanych 

oczach i ustach w kolorze skóry. Przykręcone do tułowia członki są niekompletne: brakuje 

dłoni i stóp. Figurę zdobyłem wiele lat temu, przy okazji przenoszenia sklepu odzieżowego 

background image

Gomezów   Osti,   którzy   teraz   mieszkają   w   mieście.   Podarowali   mi   ją   nagą   i   tak   też   ją 

przechowuję. W miasteczku uważają mnie za wariata, bo mieszkam z manekinem i zbieram 

kamienie oszlifowane przez morze, jakich wiele można znaleźć przy falochronie, a potem 

ustawiam je po obu stronach ścieżki wiodącej do mojego domu. Śmiech mnie bierze na myśl 

o umęczonych Chrystusach i żałosnych dziewicach z gipsu, o niepokojących wizerunkach 

zmarłych krewnych i niemniej niepokojącej obecności żywych krewnych, jakie kolekcjonuje 

większość   ludzi   z   miasteczka.   Biedacy   -   myślę   czasami   -   skoro   przed   nami   zawsze   jest 

śmierć, a za nami wspomnienia, to jakie ma znaczenie, co umieścimy pośrodku? Jednak w 

tamtej chwili nawet manekin nie umiał rozproszyć mojego niepokoju.

- Co jest przyczyną zła? - spytałem go cicho.

Malowane oczy wpatrywały się w sufit. Nie znał odpowiedzi.

Później, w jadalni, zabrałem się do pisania.

Eloíso, nie potrafię cię zapomnieć. Tato, Ty wiesz, że zawsze będziesz przy mnie. 

Mamo, nigdy mnie nie opuściłaś. A przecież w istocie nic po was nie mam oprócz Twoich 

prochów, Tato: reszta jest niewidzialna. Powiedzcie: skoro mój brat Pedro umarł w Ameryce,  

a moja siostra Juani, która mieszka w Madrycie, starzeje się i ma coraz większą sklerozę - 

gdzie   indziej   trwa   wspomnienie   o   was,   jeśli   nie   w   małych,   niewidzialnych   myślach 

zamieszkujących moją pamięć? Czym jesteście - czym jesteśmy - jeśli nie drobinkami? A 

jednak, czy byłbym w stanie dalej żyć bez drobinek, którymi jesteście w moim wnętrzu, bez 

delikatnego śladu waszego istnienia (bardziej ulotnego niż popiół czy piasek)? Oto tajemnica, 

którą   Baltasar   Párraga   chciałby   przekazać   innym:   przyglądajcie   się   światu   uważnie,   a 

przekonacie się, że nic z tego, co was otacza, nie ma znaczenia i że jeśli przesiać wasze życie  

przez  sito,  zostanie  z  niego tylko  garstka  prawdy tak nikła,  że  porwie  ją  jeden  podmuch 

wiatru! Przyjrzyjcie się takiej drobince i powiedzcie: tylko to MA ZNACZENIE!

Na   koniec,   przewidując,   co   może   się   wydarzyć,   uznałem   za   stosowne   sporządzić 

krótką notatkę dla kaprala Marcheny, policjanta z Roquedal, z opisem całego zajścia:

Szanowny Przyjacielu Marchena, począwszy od kwietnia bieżącego roku, w naszym 

miasteczku   popełniono   przynajmniej   dwie   krwawe   zbrodnie.   Dzięki   specjalnej   strategii 

działania   zdołałem   udaremnić   trzecią.   Mam   na   myśli   śmierć   Jacinta   Guernoda   i   Marii 

Auxiliadory   Bernabé   oraz   nieudaną   próbę   zabójstwa   Paz   Huertas   Mohedano.   Wszystkie 

zbrodnie   zostały   zaplanowane   przez   tego   samego   osobnika:   zuchwałego   i   przebiegłego 

mordercę, którego można  zdemaskować  (i dzięki temu złapać), jeśli się zwraca uwagę na 

najmniej  oczywiste  szczegóły i najsubtelniejsze poszlaki,  jak na przykład  ostry paznokieć 

background image

starca, pajęczyna, a także uporczywie powracający rytm.

W   ciągu   tygodnia,   Drogi   Panie   Marchena,   zamierzam   pojmać   tego   zwinnego 

psychopatę   w swoim  własnym   domu:   przygotowałem  wyjątkowo  skuteczną  pułapkę  i  nie 

mam wątpliwości, że w końcu w nią wpadnie. Jeśli jednak, wbrew moim nadziejom, to on 

odniesie zwycięstwo (wszak moja porażka oznacza pewną śmierć), pragnąłbym  chociaż w 

niniejszym liście zdać Panu relację z tego, co się wydarzyło, i kiedy morderca znów zechce 

uderzyć w nasze niewinne miasteczko - żeby Pan wiedział, z kim ma Pan do czynienia i kto tu 

jest naprawdę winny.

Jeśli chce Pan poznać jego tożsamość, powiem Panu jeszcze jedno, Drogi Kapralu 

Marchena: możliwe, że morderca jest zaledwie wytworem wyobraźni, lecz jego zbrodnie są 

jak najbardziej rzeczywiste. Właśnie zbrodnie stanowią jego tożsamość. Niech Pan zbada jego 

zbrodnie, Przyjacielu.

Pański oddany sługa,

BALTASAR PÁRRAGA

Nigdy jednak nie przekazałem tej wiadomości kapralowi Marchenie, chyba dlatego, że 

w głębi duszy wierzyłem we własne zwycięstwo.

Minęły   dwie   noce   i   nic   się   nie   wydarzyło.   W   pamiętną   trzecią   noc   jak   zwykle 

usiadłem przy szachownicy z figurami z popiołu i otworzywszy okno do ogrodu, czekałem. 

Chodź. Zaczynamy.  Przybądź dzisiaj, myślałem. Byłem podniecony jak myśliwy, który w 

swojej kryjówce czeka na pojawienie się wymarzonej sztuki.

I przyszedł.

Zrazu czułem tylko lekki chłód, powiew, który wpadając przez okno, ledwo muskał 

włoski na moich ramionach i struny w mojej duszy. A jednak cały stężałem i dostałem gęsiej 

skórki.   Popatrzyłem   w   mrok   ogrodu   i   w   niebo   przecięte   pazurem   księżyca.   Już   tu   jest, 

pomyślałem. Usłyszałem na patio szczekanie Pasterza, mojego starego psa, który chciał mnie 

ostrzec. Jest tutaj, pomyślałem znowu.

Wtedy   powiew   przybrał   na   sile,   a   przez   okno   wpadł   fetor   morowego   powietrza. 

Wiedziałem,   że   pochodzi   z   cmentarza.   To   jasne,   rzekłem   do   siebie.   Spojrzałem   na 

szachownicę: kopczyk z prochów mojego ojca odpowiadający pionkowi c7 przesunął się siłą 

tego nagłego podmuchu o dwa pola do przodu, na pole c5. Wróg mi go zbił, rozwiewając w 

powietrzu, i partia toczyła się dalej. Z każdym podmuchem wiatru, znikały mi kolejne figury. 

Ja nie mogłem zbijać pionków przeciwnika, ponieważ takie jest prawo śmierci: jedyna szansa 

wygranej polegała na tym, żeby mój król (kopczyk z pola c8) zdołał przetrwać do końca. 

Zanotowałem każdy ruch tej szaleńczej partii, najważniejszej w moim życiu:

background image

Białe: On. Czarne: Ja.

1 d4 c5 2 d:c d5 3 e4 g5 4 e:d e7 5 d:e a5 6 e:f+ Ke7! 7 e:g8 H h5 8 H:h8 i H:h5 i 

H:g5+ (wielka żarłoczność mojego przeciwnika, który w ogóle nie przestrzega zasad, 

robiąc trzy ruchy z rzędu!) Ke6!! (rozwiewa po szachownicy mojego króla, ale ten 

nadal się trzyma!)  9 Hg5:d8 i H:c8+  Kf6!! (uciekając tym  sposobem kryminalnej 

damie); 10 H:b8 i H:a8 i H:a5 Gh6 11 Hc7 i H:b7 i Hh7 i H:h6+ Kf5!! (mój król ratuje 

się cudem!!). Białe schodzą? (Wiatr zaczyna słabnąć i całkiem zamiera)

.

Wygraliśmy, tato!, pomyślałem triumfalnie. Na polu f5 nadal pozostawała szczypta 

popiołu z figury mojego króla. Wziąłem ją w dwa palce. On tam był: uwięziony w szczypcie 

szarego pyłu.

- Teraz jesteś mój! - zawołałem.

Bieg do miasteczka był koszmarem, a dla mojego wycieńczonego serca okazał się 

prawie śmiertelny, ale nie ulegało wątpliwości, że nie ma czasu do stracenia. Zamiast szosy 

wybrałem   starą   drogę   przez   las,   żeby   prędzej   dotrzeć   na   miejsce.   To   za   panią,   Marío 

Auxiliadoro - myślałem, czując, że umieram - a także za pana, Guernod. To zaraza! Pan też 

był niewinny. Nikt nie powinien umierać. Każda śmierć to zbrodnia, potajemne przestępstwo. 

Zabójca może być niedostrzegalny, ulotny i nieuchwytny, ale zawsze jesteśmy w stanie go 

złapać. Do miasteczka dotarłem bez tchu, w piersi rwało mnie ze zmęczenia. Co gorsza, 

mimo całej ostrożności, im szybciej się ruszałem, tym więcej popiołu uciekało mi spomiędzy 

palców, aż w końcu prawie przestałem wyczuwać obecność mordercy. Dostrzegłszy światła 

posterunku policji, pobiegłem tam ostatkiem sił. Ucieknie mi - myślałem zrozpaczony - och, 

bo mi ucieknie... wyślizguje się spomiędzy palców... odchodzi, ucieka...

Niniejszą kronikę zamyka wyjaśnienie, że w końcu dotarłem na komisariat, oddając 

zabójcę w ręce władz. W pierwszej chwili policjant przez pomyłkę zatrzymał mnie, lecz to 

nie miało większego znaczenia, ponieważ prędko ustalono moją tożsamość, dostrzeżono, w 

jakim   jestem   stanie,   i   przewieziono   mnie   do   szpitala,   skąd   wyszedłem   trzy   dni   później 

zdecydowanie   wzmocniony,   dzięki   Bogu,   i   dumny,   że   rozegrałem   -   i   zwyciężyłem!   - 

decydującą   bitwę   z   najprzebieglejszym   kryminalistą   w   historii.   Wobec   tak   triumfalnego 

finału, jakie znaczenie ma współczucie w oczach niektórych ludzi, fałszywe słowa pociechy, 

środki uspokajające, jakie mi wstrzyknęli, i zdawkowe pytania lekarzy?!

 Kiedy zrekonstruowałem tę partię na szachownicy z prawdziwymi figurami, zauważyłem, że ruchy 

białego pionka zmienionego w damę (figura, której mój wróg najczęściej używał) układają się w wyświechtany 
symbol nieskończoności: ∞, bardzo charakterystyczne!

background image

Pamiętam,   że   przez   dwie   albo   trzy   kolejne   noce   po   wyjściu   ze   szpitala   przed 

zaśnięciem długo rozmyślałem o tym, co by się stało, gdybym na posterunek policji nie dotarł 

na czas.

Co by się stało, gdybym  między kciukiem a palcem wskazującym prawej ręki nie 

znalazł choćby najdrobniejszej szczypty popiołu, mniejszej niż ta, którą w środę popielcową 

proboszcz don Fernando posypuje nam głowy, przypominając, że z prochu powstaliśmy i w 

proch się obrócimy. Co stałoby się z ludźmi w naszym miasteczku, gdybym nie zdołał wejść 

na   posterunek,   nie   zastał   dyżurnego   policjanta   i   nie   otworzył   dłoni,   pozwalając,   by   na 

zasypane   raportami   biurko   spadła   ostatnia   materialna   postać   zabójcy:   ledwo   widoczne 

drobiny pyłu, które rzuciłem, jakby mnie paliły, na oczach zdumionego policjanta, krzycząc 

jednocześnie, zadyszany:

- Tu jest! W końcu go złapałem: odpowiedzialny za te wszystkie zgony, prawdziwy 

winny, najpierw pająk, potem gówno, potem muzyka i krab, a w końcu wiatr i popiół! Oto 

jedyny zabójca!

Dyżurny policjant spuścił wzrok i zobaczył rozsypane ciemne szczątki kata; ledwo 

widoczne, lecz przerażające drobiny ludzkiego zła.

Styczeń 1997

background image

Usta

background image

Nigdy dzwonienie do drzwi nie było równie okropne: nie mam na myśli dźwięku, lecz 

samo   przyciskanie   dzwonka,   napór   guzika   na   palec   albo   palca   na   guzik,   nikt   nigdy   nie 

doświadczył  tego co ja; z drugiej strony to, co czułem,  wydawało  się zupełnie  logiczne, 

ponieważ   fizycznie   nie   dałoby   się   przycisnąć   dzwonka,   nie   mając   kości,   chcę   przez   to 

powiedzieć,   że   bez   kości,   palec   wygiąłby   się   nam   na   przycisku   jak   gumowa   rurka   albo 

rozpłaszczył groteskowo, albo wsunąłby się w głąb siebie niby pusta rękawiczka, więc do 

pewnego stopnia logiczne było twierdzenie, że dzwonek naciska się kością, że to mój szkielet 

dzwoni   do   drzwi,   jednak   czegoś   takiego   nikt   nigdy   nie   doświadczył   i   poczułem   żal   i 

zdumienie,  gdy dotarło do mnie,  że aż do tamtej  chwili nie wiedziałem,  czym  w istocie 

jesteśmy, i że prawdy można dostąpić właśnie tak, nieoczekiwanie, podczas gdy elektryczny 

brzęczyk nadal drażni słuch, że objawiło mi się to w tak zwyczajnej chwili, a kiedy Galia 

otworzyła   drzwi,   już   byłem   odmieniony,   bo   dźwięk   jej   dzwonka   wyrwał   mnie   z   letargu 

niewiedzy, wtrącając w rzeczywistość jawy, która, choć niegościnna, jest prawdziwsza, wszak 

jeśli mój palec wydobył z dzwonka dźwięk, to wyłącznie dlatego, że miał w środku kość; 

doznałem nagłego olśnienia: mój palec ma w środku kość, i to dzięki kości jest użyteczny; 

macając  go, pod skórą i nieuświadamianymi  powłokami  mięśni  wyczułem  coś twardego, 

czego   niezaprzeczalna   obecność   wprawiła   mnie   w   osłupienie,   zdumienie   trwałe,   choć 

nieporażające: o Boże, mam w środku  kość, mój palec  nie  jest  palcem, lecz  układem kości 

chronionych przed wytarciem; myśl ta naszła mnie niespodziewanie, a była tak bezlitośnie 

logiczna, iż bardziej niż ona sama w sobie, zaskoczył mnie fakt, że aż do tamtego dzwonka 

nigdy się nie pojawiła; nie chodziło o jakąś dziwną i niewiarygodną ideę, lecz o dziwne i 

niewiarygodne pomijanie tej idei na całym  świecie aż po ów historyczny moment, kiedy 

zadzwoniłem   do   drzwi   mieszkania   Galii,   a   Galia   stanęła   na   progu   w   swojej   błękitnej 

podomce,   z   lokami   jakby   nakręconymi   na   niewidzialne   wałki,   przyglądając   mi   się 

background image

podejrzliwie; bo to bardzo spostrzegawcza kobieta: wystarczyło, że po przywitaniu zbyt długo 

stałem   w   drzwiach,   by   zaczęła   wypytywać,   co   mi   jest:   kciukiem   tarłem   palec,   który 

wskazywał na moje odkrycie, wciąż niezdolny uwierzyć, że oczywistość może być aż tak 

utajona, prawie bałem się w to uwierzyć, i w nadziei, że zyskam więcej czasu na zebranie 

myśli, postanowiłem wejść jak gdyby nigdy nic, pocałowałem ją, zdjąłem wilgotny płaszcz i 

szalik i przelotnie przywitałem się z Cesarem, który ciągle szczekał na patio za kuchnią: Galia 

spytała jak tam, a ja odparłem, że bardzo dobrze, i głupio spytałem o to samo, na co ona 

odpowiedziała identycznie, i nagle ten lustrzany dialog wydał mi się absurdalny, ale możliwe, 

że to dokonanie odkrycia zakłóciło rutynę, weźmy choćby taki przykład: wchodząc, prężyłem 

wszystkiemu winny palec wskazujący i nie zgiąłem go nawet przy zdejmowaniu płaszcza, 

jakbym się przed chwilą zranił i nie mógł go używać, bo od kiedy dotarło do mnie, że kryje w 

sobie kość, przyglądałem mu się z pewną rezerwą, z jaką się ogląda fetysze albo magiczne 

amulety;   poza  tym   zachowywałem   się zwyczajnie:   usiadłem  na  jednej   z  dwóch  wielkich 

kanap o prostym oparciu, wyciągnąłem przed siebie nogi, wyjąłem papierosa - kciukiem i 

palcem   środkowym   -   i   powiedziałem:   poproszę,   prawie   dokładnie   w  chwili,   kiedy   Galia 

spytała, czy napiję się kawy, bo tak nakazuje tradycja, a dla matczynej Galii to ważne, żebym 

przyjmował wszystko, co ona mi daje, i odrzucał wszystko, czego mi dać nie może; chwila, 

kiedy w salonie pijemy kawę, dopalając papierosa, tuż przed przejściem do sypialni, jest dla 

nas   obojga   tak   naprawdę   najbardziej   podniecająca;   gawędzimy   o   tym,   co   się   działo   w 

minionym  tygodniu,  Galia  wypytuje  mnie  o Ameli  i Hectora Luisa, o moje  problemy,  o 

swoich prawie nie opowiada, ale rozmowa to dla niej tylko pretekst, żeby mnie wybadać, 

wychwycić   coś   w   moim   spojrzeniu,   w   ubraniu,   w   gestach,   ponieważ   Galia,   w 

przeciwieństwie   do   Alejandry,   jest   kobietą   uczuciową,   impulsywną   i,   jak   już   mówiłem, 

spostrzegawczą,  i sam dialog nie pochłania  jej w równym  stopniu co niesłyszalna  mowa 

powierzchowności, więc to zupełnie naturalne, że mi przerywa pytaniem: jesteś zmęczony, 

prawda? albo też: powiedz, co się dzieje, no, powiedz, pokłóciłeś się z Alejandrą, prawda?, i 

obojętne, czy rozmawiamy o pogodzie, o studiach Hectora Luisa czy o czymś innym,  jej 

wzrok zawsze mnie ogarnia, wychwytując najdrobniejsze zmiany; dlatego nie zdziwiło mnie, 

że   tamtego   wieczora   nagle   zauważyła:   jesteś   jakiś   nieswój,   Hectorze,   a   ja,   z   udawaną 

naiwnością: tak?, a ona niepewnie zgaduje, że może to przez Alejandrę albo Ameli: nie, to nie 

przez Alejandrę, mówię, ani przez Ameli; nie bój się, Alejandra nadal o nas nie wie, a co do 

Ameli, to machnąłem już ręką, ale ona upiera się, że mam dziś bardzo dziwną minę, więc ją 

uspokajam,   mówiąc,   że   jestem   zmęczony,   ona   jednak   nalega:   ale   nie   wyglądasz   na 

zmęczonego tylko raczej na zmartwionego, a ja: ale naprawdę nic mi nie jest, Gali, bo jak tu 

background image

jej powiedzieć, że nie mogę przestać myśleć o kościach swojego palca wskazującego, jak jej 

powiedzieć, że dzwoniąc do drzwi jej domu, nagle odkryłem własne kości: czy nie poczułaby 

się urażona?, czy nie uznałaby tego za zwykły wybieg mający jej dać do zrozumienia, że 

znudziły mi się te cotygodniowe  wizyty u niej co czwartek od lat?, przecież dziwnie by 

zabrzmiało, gdybym oznajmił: dzwoniąc do twoich drzwi, Gali, zdałem sobie sprawę, że mam 

w palcu kości, że mój palec wskazujący to trzy ukryte kości, dodając natychmiast: no, Gali, 

zapomnijmy  już o tym,  że  mój  palec  wskazujący to  tak naprawdę  trzy kości, dobrze?, i 

chodźmy do łóżka, bo robi się późno; brzmiałoby to dziwnie, przede wszystkim dlatego, że z 

Galią, tak samo jak z Alejandrą, trzeba się obchodzić jak z jajkiem: nasz związek trwa już tak 

długo,   że   zdążył   nabrać   pewnych   znamion   rutyny,   chociaż   ona   nadal   nazywa   go 

„szaleństwem”; swoją drogą to ciekawe, bo Galia jest niezależną wdową, ja mam żonę i 

dwoje dzieci, ale dla niej nasza historia to „szaleństwo”, podczas gdy ja coraz częściej czuję 

tu   tylko   nudę   niewierności,   zdradę,   z   której   monotonne   trwanie   odarło   cały  perwersyjny 

powab   przygody,   pozostawiając   same   niedogodności:   nigdy   nie   będę   mógł   opowiedzieć 

Alejandrze o Galii, teraz  już  nie, i nigdy nie będę mógł skończyć  z Galią,  teraz  już nie, 

obydwie relacje skostniały w rutynie i teraz już nie mam co marzyć, że się z którejś wymknę, 

ponieważ teoretycznie każda z nich istnieje właśnie po to, żeby się wymknąć z tej drugiej: 

moim obowiązkiem jest pielęgnować obydwie, być blisko Galii i Alejandry, wiedzieć, co by 

chciały usłyszeć, czego nie, a to oczywiście trudne zadanie, i dlatego wypracowałem sobie 

swoją osobistą rutynę polegającą na zachowaniu milczenia przy obydwu kobietach; jednak w 

takich   chwilach   jak   ta   milczenie   też   kosztuje   sporo   wysiłku,   bo   jeśli   wyczuwam   nawet 

połączenie między kośćmi i potrafię je sobie wyobrazić przy każdym dotyku, czując ból albo 

nagłe ukłucie, jakim cudem miałbym o tym nie myśleć?; i, jak już mówiłem, to nie sam palec 

mnie drażnił, lecz błąd, że dotychczas z niczego nie zdawałem sobie sprawy: to właśnie owa 

ślepota  trochę mnie wkurwiała, przepraszam za wyrażenie; bo to było tak, jakbym na balu 

przebierańców wyobrażał sobie, że we wnętrzu arlekina nikt się nie ukrywa, gdy tymczasem 

to jasne jak słońce, że właśnie ten ktoś wewnątrz arlekina nadaje mu formę i bez niego arlekin 

nie mógłby istnieć: istniałyby rajtuzy w białe i czarne romby, rogata czapka z dzwonkami, 

szpiczaste trzewiki i maska, ale nie  arlekin, i tak samo ze mną: wskutek jakiej to fatalnej 

pomyłki aż do owego wieczora żyłem w przekonaniu, że mój palec wskazujący to palec?; 

jeśli się nad tym trzeźwo zastanowić, palec jest  przebraniem, elegancką skórą skrywającą 

kość, albo trzy kości, gwoli precyzji, a gdy nasza refleksja dotrze do tego punktu, gdzie, by 

tak rzec, trafi na kość, nie ma już dla niej odwrotu: nie da się już na przykład powiedzieć, że 

kość to wewnętrzna część palca; to tak jak gdyby nagle ujrzeć duszę: czy wówczas nadal 

background image

można by myśleć o ciele z jednakową ciekawością?; ale kiedy rozmawiałem z Galią, usiłując 

ją uspokoić, równolegle prowadziłem następujący monolog: moje odkrycie pociąga za sobą 

dalsze kłopoty, ponieważ ma donosicielski charakter, to jakby przechwycić członka bandy, a 

on   zdradziłby   kryjówkę   pozostałych:   skoro   palec   wskazujący   mojej   prawej   ręki,   ten   od 

dzwonka, kryje w sobie kości, to najprostsza analogia jak zakażenie przenosi się na pozostałe 

cztery palce i, czemu nie?, także na pięć palców drugiej ręki: czyli w sumie, lekko licząc, w 

obu dłoniach mam dziesięć razy po trzy kości, po piętnaście w każdej, a najgorsze, że te kości 

się ruszają: dopiero ta myśl jest naprawdę straszna: czy ktoś widział, żeby trzydzieści kości 

poruszało się samoczynnie?, otóż każdego dnia dokonuje się to na państwa oczach, na jednym 

końcu ramion: proszę podnieść rękę, tak jak ja zrobiłem, korzystając z okazji, że Galia pucuje 

się w łazience (ponieważ Galia pucuje się zarówno przed spotkaniem miłosnym, jak i po), 

proszę którąkolwiek z rąk podnieść na wysokość oczu, a poczują państwo wstręt: piętnaście 

obrzydliwych kości (nie są to w dodatku czyste kości, lecz obłożone mięsem) porusza się pod 

powłoką skóry zgodnie z państwa życzeniem, piętnaście kości przyczepionych do państwa i 

przez państwa używanych: kośćmi się drapiemy, kośćmi podnosimy łyżkę do ust, kośćmi 

ściskamy   cudze   kości   na   przywitanie   i   pieścimy   nimi   skórę   kobiety   takiej   jak   Galia: 

świadomość tego wszystkiego jest okropna, lecz nie mniej realna niż same kości, uświadomić 

to sobie to pogrążyć się na całe życie; najgorsze, że zupełnie nie mogłem się pozbierać: nie 

żeby mi ani razu nie stanął, przepraszam za te intymne szczegóły, bo owszem, stawał, nawet 

kiedy sobie przypominałem, że palce to palce; nie, najgorsza była ostrożność: poruszałem się 

z taką ostrożnością, że wyglądało to, nie jakbym się kochał z kobietą, lecz przeprowadzał 

operację na szczególnie wrażliwym zębie; nie mogłem pozbyć się dojmującego współczucia 

dla   Galii,   wciąż   ślicznej   mimo   pięćdziesiątki   na   karku,   bo   stale   wyobrażałem   sobie,   że 

wszystkie te jej krągłości i miękkości obmacuję twardymi, zimnymi gnatami: pełen poczucia 

winy bełkotałem nawet coś nieskładnie, kiedy leżeliśmy nadzy w łóżku: czy nie jestem zbyt 

twardy?, zacząłem, a ona mruknęła, że nie, i przytuliła mnie matczynym gestem, ja jednak 

nalegałem, cały drżący: nie jestem chwilami może trochę chropawy?, a ona: nie, kochanie, nie 

przestawaj, nie przestawaj, więc dotykałem ją delikatnie, jakbym zamykał oczy zmarłemu, nie 

mogąc   zapomnieć,   że   jej   uda   pieszczę   kośćmi,   w   dodatku   nękało   mnie   pytanie:   jak   to 

możliwe,  żeby ona  nie  wiedziała?, czyżby nie spostrzegła,  kiedy leciutko  szczypałem  jej 

ciało, że swoje ulubione pieszczoty zawdzięcza kościom?: bez nich równie dobrze mógłbym 

ją miętosić pierzastą zmiotką do odkurzania: jak bym zdołał przytłamszać jej piersi, nie mając 

kości? czym  bym  ugniatał jej pośladki, nie mając  kości? i wreszcie, jak bym  sprawił, że 

dojdzie, nie pocierając kością jej rzeczy, przepraszam za wulgaryzm?: bez kości moje palce na 

background image

chuj by się zdały, przepraszam za obsceniczność, czyli na nic: jak mogła bez trwogi czerpać 

przyjemność  z   naszego  swawolenia,  wiedząc,  że   to  wyłącznie   igraszka  martwych  kości?, 

przecież, mój Boże, czyż jej własne dłonie i moje ramiona są czymś więcej niż tylko długimi, 

masywnymi kośćmi, które, połączone stawami, przesuwają się po naszych ciałach, obejmują 

je, ściskają i tulą?, czyż  można było  nie czuć grubiańskiego dotyku kości ramieniowych, 

skrzypiącej   cieśniny   kości   łokciowej   i   promieniowej,   guzków   łokcia   i   nadgarstka?; 

opanowany tą obsesyjną wizją, spytałem: czy nie jestem dla ciebie zbyt  kanciasty?, a ona: 

co?,   i   zrozumiałem,   że   to   absurdalne:   „kanciasty”,   jak   człowiek   może   być   dla   drugiego 

„kanciasty”?, i prawie natychmiast dotarło do mnie, że pytanie było właściwe, najwłaściwsze, 

najcelniejsze: bo przecież są kości i kości, jedne kanciaste, drugie obłe, jedne szorstkie i 

chropowate   jak   kamienie   księżycowe,   a   inne   oszlifowane   jak,   dajmy   na   to,   jaspis: 

niewykluczone zresztą, że faktura tej samej kości zmienia się zależnie od kąta, pod jakim 

dotyka skóry, bo kość to wielościan, prawie jak diament, i żeby zrozumieć moją sytuację, 

trzeba sobie wyobrazić, że pieścisz ukochaną dziesięcioma lodowatymi kryształami kwarcu, 

wybierając najdogodniejszą fasetę, którą będziesz gładzić jej skórę, najmniej niebezpieczną 

krawędź, żeby uściski nie przypominały cięcia ostrym brzegiem kartki ani łaskotek brzytwą 

fryzjera, od których  włos na głowie się jeży;  i tak, na tym  i owym  upłynął  nam czas, i 

skończyliśmy   jak   zawsze,   tylko   że   gorzej,   dysząc   na   plecach   niby   dwie   boje   na   morzu, 

wpatrzeni w sufit, z poczuciem łagodnego spełnienia, jakie daje tylko wieczne niespełnienie: 

ile to już lat, Galio, żadne z nas nie odczuwa przyjemności, zastanawiam się w myślach, 

przecież ciągniemy to, żeby nie czekać na śmierć z pustymi rękami, i to jest czas powtarzalny, 

ale nie do odzyskania, bo nigdy go nie tracimy, w monotonnym biegu dni rutynowe stają się 

nawet   odstępstwa   od   reguły:   ponieważ,   Galio,   naszą   piękną   przyjaźń   zmieniliśmy   w 

małżeństwo, chociaż i tak moglibyśmy być szczęśliwi, gdyby to wszystko miało jakiś sens, 

gdyby istniał jakiś inny powód, poza inercją, żeby to podtrzymywać; słysząc tuż obok jej 

pięćdziesięcioletnią zadyszkę, usiłowałem wyobrazić sobie, że ona myśli tak samo: dlaczego 

koniecznie trzeba wyobrażać sobie to wszystko odarte ze słów, tę ciszę, Galio, której niczym 

nie wypełniamy, dystans naszej bliskości, twoje zdanie o mnie, twoje zdanie o sobie, po co 

rozmawiać o rzeczach błahych, a wtedy ona znowu zaczyna mnie indagować: jak tam w 

pracy?, bo wyobraża sobie, że się za bardzo poświęcam, mówię jej, że dobrze, a ona, oparta 

na łokciu tak, że piersi wyglądają jak miękkie poduszki, pochylając się nade mną, znowu 

czepia się Alejandry: przecież tobie coś jest, Hectorze, mówi, od kiedy przekroczyłeś próg, 

widzę, że jesteś jakiś nieswój, czy to aby nie dlatego, że Alejandra coś podejrzewa, a ty mi nie 

chcesz powiedzieć?, a ja po raz kolejny odpowiadam, że nie, sam sobie zadając pytanie: po co 

background image

to wszystko?, po co w kółko to samo, po co to wieczne tam i z powrotem?, co by się stało, 

gdybym któregoś dnia wszystko wyznał?, co by się stało, gdybym w końcu zdecydował się 

otwarcie  porozmawiać   nie  tylko   z  Alejandrą,  ale  też   z  Galią  i  z   samym  sobą?,  gdybym  

powiedział: dość już sekretów, kłamstw i tajemnic: jaki w tym wszystkim widzicie sens?, po 

co wiecznie odprawiać rytuał codzienności?, i żeby zmienić temat, opowiadam jej, że Ameli 

przechodzi teraz trudny wiek dojrzewania i często się ze mną kłóci, a Héctor Luis postanowił, 

że nie będzie dentystą, tylko pilotem; Galia lubi wiedzieć, co słychać u moich dzieci, to ją 

zawsze interesuje, radzi mi nawet, jak je lepiej wychować, i mam wrażenie, że to urojone 

macierzyństwo daje jej większą radość niż Alejandrze prawdziwe; tak czy inaczej, to dobry 

temat na zmianę tematu i przez dłuższą chwilę prowadzimy nieciekawą rozmowę, a ja myślę, 

jakie to dziwne, że przychodzę do Galii, żeby mówić o czymś, co mnie prawie nie obchodzi, 

bo to praktycznie jedyne, co robię z Alejandrą; w ciszy, jaka zapada, zanim wyjdę, patrzymy 

w sufit albo Galia się do mnie przylepia z przesadną, trochę irytującą słodyczą i coś do mnie 

mówi  - dziś wieczorem na przykład:  podoba mi  się twoja owłosiona klatka,  tak właśnie 

mówi: „owłosiona”, i nie wiem dlaczego, ale nagle taki komplement wydaje mi się wstrętny, 

choć oczywiście nie zdradzam jej tego, ona tymczasem natarczywie bawi się włosami na 

mojej   klatce   i   uśmiecha   się;   zapach   Galii,   jej   smak,   wygląd,   głos   i   gładkość   jej   skóry 

przywodzą   mi   na   myśl   dziką   orchideę   i   łapię   się   na   tym,   że   wyobrażam   ją   sobie   jako 

orchideę,   kiedy   nagle   się   odzywa:   dlaczego   pytałeś   mnie,   czy   jesteś   kanciasty?,   tak 

powiedziałeś?, i łapie mnie za części miękkie, przepraszam za wyrażenie, bo nie wiem, o co 

jej chodzi, a kiedy wreszcie pojmuję, nie chcąc się zdradzić, odpowiadam, że byłem ciekaw, 

czy sprawiam jej ból, gryząc ją w szyję, a ona wybucha śmiechem: oj, wampirku, wampirku!, 

i znowu zaczyna mnie głaskać, a ponieważ jeden temat pociąga za sobą drugi, przypomina jej 

się, że musi  sobie zrobić nową plombę,  bo dwa dni temu,  kiedy jadła galicyjski  pieróg, 

ukruszyła   jej   się   zaleczona   szóstka,   więc   któregoś   dnia   wstąpi   do   mojego   gabinetu   bez 

uprzedzenia   i   tym   sposobem   zobaczymy   się   jeszcze   przed   czwartkiem,   mówi,   a   z   jej 

uśmiechu można wyczytać, że pamięta dzień, kiedy się poznaliśmy, bo kobiety uwielbiają 

rocznice, pamięta siebie wyciągniętą na fotelu dentystycznym i mnie w białym fartuchu, ze 

srebrnymi narzędziami w dłoni, i jakby na potwierdzenie moich domysłów, znowu gładzi 

moją „owłosioną” pierś: spodobałeś mi się już pierwszego dnia, Hectorze, sprawiłeś mi ból, 

ale mi się spodobałeś, i oczywiście śmiejemy się krótko, a ja mówię, że nigdy nie zrozumiem, 

dlaczego się we mnie zakochała w gabinecie i co mogło ją pociągać w moim wyglądzie: 

niski,   łysy   i   wąsaty,   owinięty   białym   fartuchem   niby   całunem,   stałem   pośród   zapachu 

alkoholu, benzolu, formaliny i innych substancji lotnych, uzbrojony w haczyki, szczypczyki, 

background image

gumowe rurki, lancety i pazurki, bo nie żeby mój zawód mi się nie podobał, przeciwnie, ale 

trzeba przyznać, że gabinet dentystyczny to nie balkon w świetle księżyca, z widokiem na 

ogród pełen tulipanów, mówię, a ona się śmieje, a potem znowu zapada nieunikniona cisza, 

ponieważ ona jest przeciwnikiem, który zawsze wygrywa ostatnią potyczkę; w końcu muszę 

iść, tym razem wcześniej niż zwykle, bo teść przychodzi do nas na kolację, a kiedy wstaję, 

pyta,   jakby   mimochodem:   dlaczego   ciągle   trzesz   palce,   Hectorze?,   swędzą   cię?,   dopiero 

wtedy dociera do mnie, że rzeczywiście, cały czas, w koło Macieju, poruszam palcami prawej 

ręki, jakbym non stop wykonywał gest oznaczający liczenie banknotów albo chciał się pozbyć 

jakiegoś śluzu, przepraszam za dosadność, co zresztą  wygląda  prawie tak samo,  jak gest 

oznaczający   liczenie   banknotów,   i   czerwienię   się   jak   uczniak   złapany   na   kłamstwie,   nie 

wiedząc, co powiedzieć, aż wreszcie postanawiam wyjawić jej swoje odkrycie: to nic takiego, 

mówię, a ty nigdy nie macałaś sobie kości, które masz pod skórą?, udaję przy tym zdziwienie, 

jak gdyby niezwykłe wcale nie było to, że ja pocieram, lecz że ona tego nie robi: co ty 

mówisz?,   patrzy   na   mnie,   nic   nie   rozumiejąc,   a   ja   wzruszam   ramionami   i   tłumaczę:   to 

przecież ciekawe, nie?, jeśli dotkniesz swoich palców, wyczujesz w środku  stwardnienia

prawda?, i te  stwardnienia  to kości, nie uważasz, że to ciekawe, Gali?, no, dotknij moich 

palców: nie wyczuwasz ich pod skórą, tłuszczem i ścięgnami?, to zupełnie zwyczajne kości, 

takie same jak te, które codziennie obgryza Cesar, mówię, a ona cofa rękę ze wstrętem, co ci 

strzeliło   do   głowy,   Hectorze,   to   obrzydliwe,   a   ja   przyznaję   jej   rację:   pewnie,   to  jest 

obrzydliwe, ale naturalne, tak jak kości, Gali, nagie kości, białe, zimne i twarde kości bez 

życia, nie bez życia, ona na to, ale ja się upieram: bez życia, Gali, bo nie można żyć z kośćmi 

na  zewnątrz, kości to  śmierć, dlatego kiedy umieramy, wychodzą, wyłaniają się, żeby tak 

trwać wiecznie, ale póki żyjemy, są ukryte, ciekawe, nie?, to znaczy, ciekawe, że nie możemy 

żyć bez kości, które są naszą własną śmiercią, i nie koniec na tym: nosimy je w sobie jak 

groby,  z nich jesteśmy zbudowani, choć są zakryte skórą, jesteśmy kostiumem szkieletu, nie 

wydaje ci się, Gali?, a ona: czy tobie coś jest, Hectorze?, a ja: nie, dlaczego?, a ona: bo 

mówisz takie dziwne rzeczy, a ja na to, że możliwe, i milknę, ciekaw, co mnie podkusiło, 

żeby opowiedzieć Galii o swoim odkryciu, uśmiecham się, żeby ją uspokoić, i wstaję z łóżka, 

zasłaniając się najpierw prześcieradłem, jak przystoi, ponieważ zawsze uważałem, że nagość 

ma swoją porę i miejsce, tak samo jak śmierć, biorę ciuchy złożone na krześle, żeby się ubrać 

w łazience, a kiedy wychodzę, Galia czeka na mnie we wzorzystej podomce, pod którą widać 

zarys   łona   i   obfite   piersi,   daje   mi   długiego,   mokrego   całusa,   spowijając   mnie   matczyną 

czułością i dobrocią: kocham cię, Hectorze, mówi, ja ciebie też, odpowiadam, nie martw się, 

pociesza, następnym  razem pójdzie nam lepiej, i przypomina mi  tamten  czwartek zeszłej 

background image

wiosny, chociaż może to było rok wcześniej, kiedy daliśmy radę zrobić to dwa razy z rzędu, a 

ona   ochrzciła   mnie   przydomkiem   „wilkołak”;   biorąc   pod   uwagę,   że   dzisiaj   zostałem 

„wampirkiem”, typem bardziej intelektualnym, a mniej zwierzęcym, można się spodziewać, 

że pewnego dnia zamienię się w „mumię”, i tak zakończy się ten cykl okropnych przemian, 

który zapoczątkował  „frankenstein”  w zimnym  świetle  lamp,  wśród srebrnych  łyżeczek  i 

zapachu leków, ale mówię to żartem, bo wiem, że to, co jest między nami, nigdy się nie 

skończy, ponieważ, mimo wszystko - mimo to nawet, że nie jestem szczególnie namiętny - to 

naprawdę jest „szaleństwo”, a może wcale nie, bo istnieje rytuał: pożegnanie z Cesarem, 

który   szczeka   na   patio,   przykuty   do   zardzewiałej   rury,   ostatni   pocałunek   Galii,   i   kiedy 

znajduję się z powrotem na ulicy, w kieszeni płaszcza pocierając palce, jest już ciemno, idę na 

piechotę, bo mieszkam niedaleko Galii i pracuję niedaleko domu, tak że mogę sobie pozwolić 

na spacer z jednego miejsca w drugie, mając wszystko w zasięgu ręki zawsze, poza okresem 

wakacji, kiedy jeździmy do mieszkania na wybrzeżu, chociaż nawet wtedy, ze względu na ich 

powtarzalność, także mamy pod ręką mieszkanie, wybrzeże i cały wszechświat, tak myślę, 

bliski jak moje własne dłonie, a jednak nieraz też zaskakująco obcy jak one: bo czasem 

niespodziewanie odkrywasz coś, co jest ukryte, kości, zazwyczaj schowane pod spodem, nie?, 

myślę,   trąc   palce   w   kieszeni   płaszcza,   a   w   domu,   widząc,   że   teść   już   przyszedł, 

usprawiedliwiam się przed nim i przed Alejandrą, chociaż oboje myślą, że w czwartki zostaję 

w   pracy   do   późna,   przeprowadzając   „inwentaryzację”,   i   to   właśnie   mówię   na   swoje 

usprawiedliwienie,   dzięki   czemu   kłamstwo   mniej   mnie   kosztuje,   bo   wspominając   o 

„przeprowadzaniu inwentaryzacji”, chyba daję Alejandrze wskazówkę, że te nadgodziny to 

zmyślenie, szalona fantazja pośmiertnego wieku dojrzewania, oto do jak skrajnego fałszu i 

zmęczenia   doprowadziło   mnie   milczenie   ostatnich   lat;   poza   tym   podejrzewam,   że   stary 

wybiera czwartki, żeby pobyć przez chwilę sam na sam z Alejandrą, kiedy mnie nie ma, co w 

pewnym sensie wydaje mi się godną rekompensatą: Alejandra ma swojego ojca, a ja mam 

Galię,   i   podejrzewam,   że   od   dawna   obie   pary   spędzają   czas   w   podobny   sposób:   palą 

papierosy, rozmawiając o głupstwach; ojciec Alejandry, chociaż po osiemdziesiątce, jest tak 

przytomny  i   sprawny umysłowo,  że   nieraz,   niech   Bóg  mi  wybaczy,   aż  chciałoby   się  go 

zobaczyć w trochę gorszej formie, bo w dodatku przez całe życie był księgarzem, miał stary 

sklep, obecnie  już sprzedany,  na ulicy Tudescos, człowiek  wykształcony,  miłośnik  słowa 

drukowanego,   a   zwłaszcza   czasopism,   obdarzony   złośliwą   inteligencją,   która   doskonale 

współgra z jego bezużyteczną wiedzą i zgarbioną sylwetką oraz szpiczastą brodą pozbawioną 

zarostu; Alejandra, która po starym odziedziczyła sympatię do łatwej lektury i podbródek, a 

poza   tym   lekkie   uciekanie   lewego   oka,   co   trudno   nazywać   zezem,   wdaje   się   z   nim   w 

background image

prawomyślne   dyskusje,   w   których   oboje   zawsze   zgodnie   występują   przeciwko   mnie, 

chociażbym   się   w   ogóle   nie   wypowiadał,   bo   stary   nigdy   nie   był   zachwycony   naszym 

małżeństwem, i to nie dlatego, żeby uważał mnie za złą partię, ale dla „zasady”, bo stary 

należy do ludzi, którzy nienawidzą  a  priori, a ja nigdy nie stanę się nim, nigdy nie będę 

podzielał wszystkich jego poglądów, nigdy nie przyjmę wszystkich jego rad, a już z całą 

pewnością   nigdy   nie   pozwolę,   żeby   Alejandra   z   powrotem   dostała   się   pod   jego   wpływ 

(obecnie   bezprzedmiotowy,   bo   brat   Alejandry   usamodzielnił   się   już   jakiś   czas   temu   i 

prowadzi własną księgarnię w innej prowincji); poza tym mój zawód niemal urąga dobremu 

smakowi „dyskretnej inteligencji”, którą on reprezentuje, bo to przecież oczywiste, że jedyne, 

co dentysta potrafi, to zadawać ból, jest okropnie grubiański i właściwie nie da się z nim 

porozmawiać, czego nie można powiedzieć o fryzjerze i pedikiurzyście (bo nie da się mówić, 

kiedy ktoś ci dłubie w zębach), w dodatku dentysta nawet nie cieszy się w społeczeństwie 

prestiżem chirurga; fakt, że zarabiam więcej niż dosyć, żeby utrzymać Alejandrę i naszych 

dwoje   dzieci,   mieć   własny   gabinet   z   sekretarką   i   wizytami   domowymi,   nie   umniejsza 

pospolitości mojego zawodu, choć prawdą jest, że stary nigdy otwarcie nie wyłożył mi tych 

wszystkich   racji:   w   mojej   obecności   zawsze   milczy   z   udanym   szacunkiem,   jak   przed 

pomnikiem dyktatora, stale jednak czyha na mój błąd, wypatruje sposobności, aby wytknąć 

mi, że się mylę, bo nie słuchałem, co mówił, chociaż, naturalnie, nigdy nie robi tego otwarcie 

ani też nie bezpośrednio po mojej małej porażce, wszak nie jest myśliwym z licencją, a tylko 

po   kryjomu   krąży   wokół   mnie,   wyczekując   odpowiedniej   chwili,   żeby   jego   nienawiść, 

bezbłędnie   wycelowana,   mogła   porazić   niemal   bezgłośnie,   i   wówczas   przemawia   z 

subtelnością,   jakiej   sam   u   innych   nie   znosi,   twierdząc,   że   należy   być   „szczerym   i 

bezpośrednim jak mężczyźni za dawnych czasów”, ale ja, daleki od niechęci, współczuję mu 

(i   udaję,   że   go   nie   znoszę,   właśnie   dlatego,   że   mu  współczuję):   pytam   siebie,   po   co   to 

milczenie,   po   co   wszystkie   przekleństwa   zabierać   ze   sobą   do   grobu?,   jakie   zalety   ma 

powściągliwość i codzienne tłumienie emocji albo przelewanie ich na niewłaściwe obiekty?; 

jednak najtrudniej przychodzi mi  znieść udawaną obojętność starego, te błahe pogawędki 

przy stole, tajny pakt, żeby nikogo nie denerwować, samemu nie będąc denerwowanym, i ten 

jego nienaganny strój, ciemną marynarkę i pięknie zawiązany krawat: któregoś dnia umrzesz 

przy pracy, mówi, kiedy tłumaczę się ze spóźnienia, i nic ci z tego nie przyjdzie - państwo nie 

zwraca straconego czasu pana Joyce'a, dodaje (ma w zwyczaju cytować autorów, których 

nigdy nie czytał, od czego gorsze jest tylko to, że zawsze cytuje z błędami), co ja mówię, 

Prousta,   poprawia   się,   mnie   ci   francuscy   pisarze   zawsze   wychodzili   bokiem,   za 

przeproszeniem, mówi, i dlatego się mylę, a Alejandra zwraca mu uwagę: tato; udając, że 

background image

słucham   starego,   przyglądam   się   Alejandrze,   kiedy   kursuje   między   kuchnią   a   pokojem, 

wydając służącej polecenia co do kolacji, i dochodzę do wniosku, że moja żona jest jak dom, 

w którym mieszkamy: za duża, a przy tym duszna, niepotrzebnie ustrojona, żeby ukryć wiek, 

i   pełna   wspomnień,   przez   które   nie   można   jej   zostawić;   Alejandra   ma   przyjaciółki: 

przychodzą   z   wizytą   i   gratulują,   kiedy   Ameli   albo   Héctor   Luis   dostaną   szóstkę;   w 

przeciwieństwie   do   Galii   Alejandra   jest   chłodna,   dystyngowana   i   na   swój   sposób 

intelektualna;   jak   wielu   ludzi,   żyje   w   przekonaniu,   że   niedobrze   jest   żyć   tak,   jakby   się 

naprawdę chciało, bo Alejandra uważa, że małżeństwo kończy się kilka miesięcy po ślubie i 

zostaje po nim tylko lęk przed separacją; podobnie jest z jej religijnością: dawno przestała 

wierzyć w wieczne szczęście i teraz boi się już tylko codziennych przykrości; mimo to często 

zaprasza na obiad proboszcza, a do kościoła chodzi ubrana z dyskretną elegancją, co uważa za 

istotny element dobrego wychowania, w kościele zaś klęka, modli się i spowiada, po cichu 

mamrocząc   coś,   co   wydaje   się   ważne;   czasem   przychodzi   mi   do   głowy   takie   oto 

bluźnierstwo: gdyby Bóg nagle przestał istnieć, ileż zmarnowanych sekretów moglibyśmy 

byli sobie wyznać!, przecież tak wiele opinii o sobie nawzajem powierzamy obcym ludziom!, 

ale   najstraszniejsze,   że   w   istocie   nie   ma   znaczenia,   czy   Bóg   istnieje:   wątpię,   żebym 

kiedykolwiek dowiedział się wszystkiego, co o mnie i o naszym małżeństwie opowiadasz w 

kościele,   Alejandro;   gdzie   tam,   chociaż   to   zupełny   absurd,   kościół   rzeczywiście   jest 

miejscem, w którym ludzie tacy jak my mówią najwięcej i najchętniej, słowa jednak nikną w 

szmerze, ciszy i modlitwach, a prawda gubi się bezpowrotnie: może sedno tkwi w tym, że, 

ilekroć chcemy porozmawiać, trzeba by uklęknąć przed drugą osobą albo mówić szeptem i 

bardzo   szybko,   bez   zastanowienia,   jakby   odmawiając   różaniec;   pogrążony   w   tych 

rozmyślaniach, słyszę, że stary zwraca się do mnie z tajoną złośliwością, chcąc przyłapać 

mnie na kolejnym błędzie: coś ci się stało w palec, Hectorze?, i dopiero teraz zdaję sobie 

sprawę, że od powrotu do domu cały czas obmacuję sobie koniuszki paliczków, twarde kości 

śródręcza; co by o mnie stary powiedział, gdybym wyznał, co odkryłem?, uśmiecham się na 

samą myśl o tym: nie, mówię, machając mu kośćmi przed nosem, i zmieniam temat; Ameli i 

Hectora   Luisa   nie   ma   w   domu   i   podejrzewam,   że   to   synowska   forma   „sporządzania 

inwentaryzacji” na własny rachunek, co samo w sobie nie wydaje mi się ani złe, ani dobre, 

więc siadamy do stołu prawie od razu, a kiedy Alekjandra srebrną łyżką ze srebrnej salaterki 

nakłada czwartkowe kotlety mielone, z należytym szacunkiem słuchamy przemowy starego, 

jakby to było niekończące się błogosławieństwo pokarmów, przerywane z rzadka krótkimi 

uwagami Alejandry, ale dzisiejszy temat wydaje mi się dziwny, prawie alegoryczny,  a w 

dodatku, kiedy tylko zaczynam jeść, czuję się cokolwiek niewygodnie, ponieważ ciężar rąk na 

background image

krawędzi   stołu   uświadamia   mi   obecność   ukrytych   w   nich   kości,   kości   łokciowej   i 

promieniowej, które w tym czcigodnym towarzystwie wydają mi się równie nieodpowiednie i 

prymitywne, jak gdyby ktoś na stole położył szczękę osła, tymczasem stary mówi, a w jego 

dzisiejszym monologu raz za razem powraca słowo „zepsucie”: widział kto takie zepsucie?, 

mówi, jesteście świadomi zepsucia rządu?, czy zepsucie systemu nie staje się ewidentne?, 

czyż wszyscy politycy nie są zepsuci?, nie dostrzegacie zepsucia na każdym kroku?, czy w 

końcu nie ujawniło się całe zepsucie?, słuchając go, staram się nie robić hałasu rękami, bo 

nagle wydaje mi się, że przy dotknięciu kośćmi drewnianego blatu powstaje odgłos, jakby 

nieboszczyk skrobał wieko trumny, co chyba nie jest odpowiednim tłem dla wykładu starego; 

mimo wszystko muszę jeść, więc biorę nóż i widelec i kroję kotlet na dwoje, a podnosząc 

mięso do ust, staram się nie patrzyć na kości trzymające sztuciec, bo absurdalna wizja, że 

karmi   mnie   szkielet,   choćby   i   własny,   nie   należy   do   przyjemnych,   ale   kiedy   żuję   z 

zamkniętymi  oczami,  słuchając opowieści starego o „zepsuciu”, wyczuwam  językiem  coś 

twardego,   a   poskarżywszy   się   nieśmiało   Alejandrze,   otrzymuję   odpowiedź:   to   pewnie 

kawałek jakiejś kosteczki, to kotlety z kurczaka, Hectorze, więc przy pomocy kości kciuka i 

palca   wskazującego   muszę   wyjąć   z   ust   kosteczkę   i   położyć   ją   na   brzegu   talerza,   gdy 

tymczasem moje myśli nieuchronnie podążają dalej tym tropem: wewnątrz tego, co miękkie, 

zawsze musi istnieć  to,  co  zostaje, kość, rusztowanie, twardość, znalezisko, ukryta  część, 

biała i wieczna, to, co zostaje na sicie, kamień, to, czego „nikt nie chce”; nie sposób uciec od 

„tego, co zostaje”, ponieważ ono jest wewnątrz, chowam wobec tego ręce pod stół, przez 

chwilę nawet kusi mnie pomysł, żeby zajadać jak Cesar, prosto z talerza, ale czyż wobec 

apokaliptycznego przebiegu kolacji wszelkie oszustwo nie okazuje się daremne?, bo to, co 

teraz oglądam, przypomina domowe zmartwychwstanie: nawet prawdziwy ewangelista - mój 

teść - woła „zepsucie”: Alejandra bierze chrupiący chleb w swoje kości i łamie go, stary 

wystukuje kośćmi rytm na obrusie, Alejandra ujmuje kośćmi łyżkę, żeby nałożyć  kolejne 

kotlety mielone, w których pełno jest kosteczek zabitego kurczaka, stary serwetką wyciera 

sobie kości ubrudzone cudzym mięsem, Alejandra kością wskazuje koszyk z chlebem, a ja jej 

go podaję, wyciągając kości, po czym ona bierze go w swoje; krzyżują się kości ramieniowe, 

łokciowe i promieniowe, kości nadgarstka i śródręcza i paliczki, podajemy sobie z kości do 

kości ocet winny, oliwę, sól, wino i wodę mineralną, w końcu wracają Ameli i Héctor Luis, 

ona z kina, on ze szkoły, witają się, a Ameli przesuwa swoje delikatne, piętnastoletnie kości 

po mojej łysej głowie, krótkimi kośćmi ramieniowymi obejmuje mnie za szyję, całując w 

policzek: gdzieś ty była do tej pory?, pytam, a ona: w kinie, przecież ci mówiłam, a ja: ale tak 

długo?; tak, mówi, nie patrząc na swoje ręce skostniałe z zimna, na kości swoich martwych 

background image

dłoni, swoje ramiona jak białe szczypce; tak, tato, film skończył się bardzo późno; nagle, 

kiedy   siada   do   stołu,   zwracam   uwagę   na   jej   ciemne,   lśniące   włosy,   wielkie   oczy   i 

jasnoniebieski sweter, napięty dzięki obecności kości, i ogarnia mnie strach o nią, chciałbym 

porwać  ją,  złapać  i   powiosłować   razem   z  nią   przez   ten  niezbadany  strumień  bez   końca, 

płynący ku ostatecznej ciemności: myślę, że od dzisiaj powinnaś wcześniej wracać do domu, 

Ameli, mówię, a ona: dlaczego?, i oczy aż błyskają jej z niezadowolenia, a ja, nadal nie 

ujawniając rąk ukrytych pod stołem, odpowiadam: myślę, że na ulicach o tej porze nie jest 

bezpiecznie, na co stary mi przerywa: dzisiaj nigdzie nie jest bezpiecznie, Hectorze, po czym 

dalej je, Alejandra nakłada kotlety, Héctor Luis marudzi, że za dużo, a Ameli protestuje: ale ja 

mam   już  piętnaście   lat,  tato!,   a  ja:  nieważne,  na  co  Alejandra:  nie  bądź  taki  twardy dla 

dziecka, Hectorze, mówi, dzisiaj pozwoliliśmy jej wrócić tak późno, ale przecież ona wie, że 

to był wyjątek; milczę: tak naprawdę wszystko pogrąża się w ciszy poza grzechotem kości; 

Ameli i Héctor Luis bardzo się od siebie różnią, myślę, ale jedno ich chyba łączy - że oboje 

od nas odchodzą; nie widzę, jak rosną, lecz widzę, jak odchodzą: po chwili jednak dociera do 

mnie, że to nie do końca tak jest, bo nigdy, ani przez chwilę, nie miałem zupełnej pewności, 

czy  tu naprawdę i bez reszty; Ameli ma chłopaka, ale to tajemnica; wiemy, że Héctor Luis 

chodził z różnymi dziewczynami, ale pozostaje tajemnicą, co o nich myśli; oboje mają plany 

na przyszłość, marzenia, chcą coś robić, ale to wszystko jest tajemnicą: może rozmawiają o 

tym w pubach, z braku dobrego kościoła, w którym mogliby się z nami do woli nagadać, tak 

czy inaczej, w domu oboje wypełniają główne przykazania rodzinne: nie będziesz rozmawiał 

o niczym ważnym i kochaj tajemnicę jak siebie samego; gdyby chociaż wszyscy milczeli!, ta 

czcza gadanina jest nie do zniesienia, a teraz jeszcze te odgłosy: stukot i skrzypienie naszych 

kości; czuję coś bardzo podobnego do żalu, ale jest to żal biologiczny, jak paproch w oku albo 

zapach surowej cebuli, więc przepraszam i wstaję od stołu, bo muszę wyjść do łazienki, żeby 

się wypłakać z powodu czegoś, czego nie rozumiem, a później, kiedy leżę w łóżku obok 

Alejandry, która z zadowoloną miną czyta jakieś romansidło, przychodzi mi do głowy, żeby 

spytać:  czy nie jestem dla ciebie zbyt  twardy?, jednocześnie patrzę na swoje nieruchome 

kości   na   materacu:   martwe,   owłosione   dłonie,   kość   łokciowa   na   krzyż   z   promieniową, 

stykające się kości ramieniowe, a ona na chwilę odkłada książkę, kośćmi zaznaczając stronę, i 

patrzy na mnie ze zdumieniem: nie, Hectorze, dlaczego pytasz?, a ja nalegam: czy nigdy nie 

byłem dla ciebie twardy?, a ona: nigdy, a ja: może jestem zbyt szorstki?, a ona: Hectorze, co z 

tobą?, a ja: to może zbyt ostry?, a ona: nie bądź głupi, czy pytasz mnie o takie rzeczy, bo 

gryzie  cię, że przy kolacji głównie milczałeś?, przecież  wiem, że nie przepadasz za tatą, 

potem mnie całuje i mówi: postaraj się zasnąć, ta praca cię wykańcza, a ja widzę, jak wyciąga 

background image

połączone stawami białe paliczki, żeby zgasić lampę z różowym kloszem, po czym pokój 

pogrąża   się   w   mroku   i   tylko   chropowata   powierzchnia   naszych   kości   połyskuje   we 

wpadającym przez okno świetle księżyca; później we śnie odwiedzam teatr cieni, w którym 

mogę  się poruszać wyłącznie za pomocą  ramion, ponieważ  tylko  one  istnieją, tutaj  życie 

odwróciło się jak negatyw i teraz liczy się tylko to, co dotychczas ukryte, ujawniony sekret, z 

chrzęstem, z jakim dawniej kurczyły się drewniane sprężyny w niektórych zabawkach, kości 

moich dłoni powoli wyłaniają się ze spowijającego je czarnego całunu: istnieją tylko one, są 

całym światem, bezwładne ramiona i dłonie, które łączą się i rozpadają, powstają i niszczeją, 

nie rodzą się ani nie giną, po prostu zmienia się ich układ, w poziomie, w pionie, pod kątem, 

w górę, w dół, ramiona kołyszą się przy chodzeniu, a dłonie kośćmi chwytają niewidzialne 

przedmioty; rano, po nocy wypełnionej urywanymi snami i przewracaniem się z boku na bok, 

wydaje mi się, że pojąłem, a moje odkrycie rozprzestrzenia się niepowstrzymane jak trąd, bo 

kiedy   rozlega   się   gęgający   sygnał   budzika,   jakże   podobny   do   dźwięku   mosiężnej   trąby, 

wsuwam bose stopy w kapcie  i dociera do mnie:  stwardniałe  podeszwy,  futerko, którym 

wyściełane są kapcie, dotyka stępu, tej łamigłówki nieregularnych kości, z nogawki piżamy 

wystają   końce   piszczeli   i   kości   strzałkowych,   łękotki   rysują   się   owalnie   pod   naciągniętą 

tkaniną, a gdy wstaję, rozlega się chrzęst kości udowych, to odkrycie nie czyni mnie ani 

bardziej, ani mniej szczęśliwym niż dotychczas, ponieważ spodziewam się go, mimo to ze 

zdumienia   coś   we   mnie   nieruchomieje   jak   pomnik;   kiedy   biorę   prysznic,   przychodzi 

najgorsze, bo właśnie wtedy spostrzegam, że krople wody nie zmywają ze mnie brudu, lecz 

tylko rozprowadzają go po kościach: wypłukują błoto z moich ociekających żeber, zbierają 

wapno   na   moich   stopach,   odrywają   glinę,   wnikają   w   stawy,   szczeliny,   niedoskonałości, 

kruszą mi kosteczki śródręcza niby skorupkę jajka, perforują obojczyki i łopatki, w dodatku 

nie dziś ani jutro, lecz każdego dnia bez wyjątku, w niewzruszonym procesie niszczenia, 

czuję, że rozpuszczam się w wodzie i z autentycznym popłochem wyskakuję z wanny, żeby 

osuszyć swój ociekający szkielet, owijam ręcznikiem cylinder kości długich, jakbym wiązał 

wiklinę, szoruję nim niezgrabnie po konstrukcji kręgów, trę kości płaskie jak przy myciu 

okien, postanawiam już nigdy się nie zamoczyć, ponieważ nagle dociera do mnie, że jestem 

pięćdziesięcioletnim rusztowaniem, które zraszać wolno wyłącznie olejem, i właśnie wtedy, a 

może chwilę później, przesuwając po twarzy maszynką do golenia, czuję ostateczny atak tego 

trądu i opuszczają mnie siły, tak że ledwie daję radę odsunąć od policzka mechaniczne ostrza: 

paraliżuje mnie uczucie podobne do koszmarnego bólu zębów, jakby grabiami jeździć po 

tablicy albo metalowym krzesłem szurać po kafelkach, wyobrażam sobie nawet, że lecą iskry, 

kiedy maszynka dotyka kości szczęki albo policzka; wolną ręką macam sobie głowę, czuję 

background image

twardości  czaszki,   łuk   oczodołów,   pomost   żuchwy,   wygięcie   szczęki   i   myślę:   po   kiego 

grzyba ja się  golę?, czyż moja twarz nie jest zaledwie dodatkiem, powłoką, maską?; w tej 

chwili wchodzi Alejandra i spodziewam się, że zaraz zacznie krzyczeć  na widok obcego 

faceta, ale ona ledwo rzuca na mnie okiem i staje przy umywalce; ja się odsuwam, wyciągam 

wtyczkę   z   kontaktu   i   chowam   maszynkę   do   futerału,   Alejandra   pyta:   już   się   ogoliłeś, 

Hectorze?, a ja: tak, i szybko wychodzę z łazienki, nie mógłbym dotknąć golarką kości swojej 

czaszki!; wszystko to jest tak oczywiste, że wręcz rzuca się w oczy, myślę, przed lustrem w 

sypialni zapinając białą koszulę na cienkich kręgach szyjnych: nosić w sobie czerep, mieć 

czaszkę na karku, całować się czaszką, myśleć czaszką, uśmiechać się czaszką, patrzeć przez 

otwory w czaszce jak przez bulaje na statku-widmie, mówić przez zęby czaszki: oto cała 

zagadka, tak prosta, że można by pęknąć ze śmiechu, gdyby nie była tak przerażająca, z 

trudem staram się zawiązać krawat, podzwaniając kośćmi palców, jakbym robił na drutach; za 

moimi   plecami   Alejandra   rozczesuje   czarne   kędziory,   które   obnosi   na   swojej   czaszce,   a 

szczotka, rozdzielając pasma włosów, odsłania białe partie skóry, gdzie włosy wdzierają się 

pod   powierzchnię:   wiedzieć   to   wszystko   i  patrzyć  na  nią  w   tej   chwili   wydaje   mi   się 

wyjątkowo   koszmarne;   w  zębach   trzyma   dwie   szpilki:   obrzydzenie   sięga   zenitu   i   muszę 

odwrócić wzrok: tam oto  wyłania  się  kość, myślę,  przebranie  szwankuje, jak kiedy znad 

brzegu pończochy ukazuje się prostokąt białego uda; tam, zakryte wargami, są zęby, jedyne 

kościktóre wystają, a my żyjemy, szczerząc je w uśmiechu, lubimy je pokazywać, dbamy o 

nie, a mój zawód polega właśnie na tym, żeby utrzymać je w dobrym stanie, białe i lśniące, 

czyste, oskrobane, gładkie, odarte z mięsa, jak po nalocie padlinożernych ptaków: oto szereg 

odłamków   śmierci,   twardość   ukryta   za   tym,   co   miękkie;   czyż   to   nie   jest   karygodne 

zaniedbanie?; nagle mam ochotę powiedzieć: Alejandro, ty pokazujesz kości!, schowaj kości, 

Alejandro, szanująca się kobieta jak ty, co łatwo się czerwieni, jest kulturalna i zadbana, 

posiada   całą   kolekcję   powieści   miłosnych,   ma   rodzinę   i   chodzi   do   kościoła   -   żeby   tak 

obnosiła  się  z  kośćmi?,  czy nie  widzisz,  że  nawet  gryziesz   tymi  kośćmi?,  Alejandro,  na 

miłość boską, toż to twoje kości zatopione w niewidocznej czaszce, kości, które przetrwają, 

kiedy ty zgnijesz, kobieto, nie pokazuj ich!; to gorzej niż niemoralne, to jakby przedwczesna 

ekshumacja zwłok, każdy uśmiech jest profanacją grobu, ponieważ odkopujemy swoje kości 

jeszcze przed śmiercią; powinniśmy chodzić z zamkniętymi ustami i krzyżem na wargach, 

mówić jak bezzębni starcy, uczyć dzieci, żeby nie pokazywały zębów przy jedzeniu: to błąd, 

poważny błąd ludzkości, przecież to tak, jakby pokazywać obojczyki obdarte ze skóry i nagie 

łopatki,   odsłaniać   szorstki   czubek   kości   ramieniowej   przy   zginaniu   ręki,   odkrywać   szwy 

czaszki, witając się uprzejmie z damą, demonstrować rzepki, klękając w kościele, i talerze 

background image

biodrowe w tańcu albo ostrą powierzchnię krzyża w czasie aktu seksualnego, a jednak oboje, 

z naszymi ohydnymi zębami, stanowimy niezbity dowód istnienia czaszki, absurd, mruczę, a 

ona: słucham?, ale ze względu na szpilki, mówi  przez zęby, poprzez zwarte szeregi białych 

płytek, jakby powiało morowym powietrzem między nagrobkami, albo jeszcze gorzej: to głos 

zza   grobu,   słowa   dochodzące   spod   ziemi;   nie,   nic,   odpowiadam,   a   ona,   zaintrygowana, 

podchodzi do mnie i przesuwa mi paliczkami po kręgach, od wczoraj jesteś jakiś nieobecny, 

Hectorze,   coś   ci   dolega?,   czy   to   przez   pracę?,   i   przysięgam,   że   o   mały   włos,   a   bym 

powiedział: od wielu lat zdradzam cię z dawną pacjentką, w każdy czwartek o tej samej 

porze, ale nie przejmuj się, bo jedno niewiarygodne odkrycie sprawiło, że ją rzuciłem, już 

nigdy nie wrócę do Galii, już nie warto (i dlaczego tego nie powiedzieć, myślę, po co tłumić 

pragnienie i nie powiedzieć prawdy, dlaczego nie oczyścić sumienia, nie wyrzucić z siebie 

wszystkiego); a jednak zamiast katartycznego wyznania, mówię, że tak, za dużo pracuję, i 

udaję głupiego, zachowując dla siebie całą mądrość, jaką posiadłem, czuję, jak jej paliczki 

zsuwają się po łańcuchowej konstrukcji mojego kręgosłupa, i słyszę słowa skargi: już od 

dawna   nie   uśmiechasz   się   do   mnie,   i   myślę:   mylisz   się!,   jesteśmy   jednym   wielkim 

uśmiechem, nie widzisz? - zęby wystają nam ze szczęk i nie możemy przestać się uśmiechać, 

uśmiechamy się z krzykiem i przez łzy, kiedy bijemy się i zabijamy,  umieramy i śnimy, 

wiecznie się uśmiechamy, Alejandro, chciałbym jej powiedzieć, a w uśmiechu jest śmierć, nie 

widzisz?, chciałbym  jej powiedzieć,  nasze czaszki uśmiechają  się wiecznie,  a największą 

szczerością jest rozchylenie warg, uniesienie rąbka skóry, tak żeby możliwie najdoskonalej 

powtórzyć nasz wewnętrzny uśmiech, mina, która oznacza, że jesteśmy pogodzeni z myślą o 

nadchodzącym końcu, ponieważ uśmiechając się, odsłaniamy zęby, a więc „trochę bardziej 

odsłaniamy czaszkę”, żadna ludzka forma ekspresji nie zdradza nas równie mocno, uśmiech, 

chciałbym   jej   powiedzieć,   zdradza   naszą   śmierć,   demaskuje   ją;   każdy   uśmiech   jest 

przepowiednią, która zawsze się spełnia, Alejandro, a więc uśmiechnijmy się, rozchylając 

wargi,   i   pokażmy   zęby,   uśmiechnijmy   się,   żeby   odsłonić   trupie   czaszki   naszych   twarzy, 

sprawmy, że z ukrycia wychynie zimne rusztowanie, przeczeszmy twarz uśmiechem jak dno 

jeziora,  żeby wydobyć   czaszkę  spod powierzchni   naszych   dzieci,   ciebie   i mnie,   dziadka, 

przyjaciół, krewnych i księdza; ale nic nie mówię, wykręcam się półsłówkami, a ona patrzy 

mi w oczy i słyszę chrzęst, tarcie żebra o żebro, zderzenie czaszek, i myślę, że ona też to 

czuje: nie bądźmy tacy twardzi, mówię, a ona ściska mnie jeszcze mocniej: nie, ty nie jesteś 

twardy, Hectorze, więc jej odpowiadam: oboje jesteśmy twardzi, i mam rację, bo przy objęciu 

rozlega   się   stukot,   dekoracja   w   teatrze   naszej   miłości,   odgłos   podobny   do   tego,   jaki 

towarzyszy   wróżbom   z   patyczków   I   Ching   na   marmurowym   stole   albo   przesuwaniu   po 

background image

szachownicy marmurowych  figur, łomot  ciężkich  kołków albo kamienny ping-pong, owo 

pozornie   słodkie   zderzenie   naszych   szkieletów,   jakby   potrząsnąć   pustymi   wieszakami; 

odsuwam się od Alejandry, żeby się ubrać do końca, może rzeczywiście jestem dla ciebie za 

twarda, mówi, ja też jestem twardy, odpowiadam, myśląc: i Ameli, i Héctor Luis, i wszyscy 

między sobą i każdy z osobna wobec samego siebie, jesteśmy tacy twardzi i ostrzy, i szorstcy, 

i zimni, i biali, i grzechoczący!; już idziesz?, pyta, tak, rzucam, bo nie chcę jeść śniadania w 

domu, w istocie nie chcę już nigdy jeść śniadania, ale przede wszystkim, nade wszystko, nie 

chcę natknąć się na szkielety swoich dzieci, które dopiero co wstały z łóżek, tak więc prawie 

wybiegam na ulicę z płaszczem przerzuconym przez ramię, prosto w zimny i ciemny świt; już 

mówiłem, że do gabinetu mam blisko, co zawsze uważałem za plus, ale nie dziś: chciałbym 

przenieść się tam wyłącznie siłą woli, nie tracąc nawet czasu na sformułowanie pragnienia, 

idę, pustymi oczodołami obserwując domy, z których przez otwarte drzwi wyłaniają się białe 

postaci, jak zjawy w ciemności, pierwsze sklepy spożywcze pełne kości i trupów odartych ze 

wszystkiego; idę i gdy tak patrzę przez czarne oczodoły, ogarnia mnie dziwny, uporczywy 

popłoch: co robić po tym odkryciu?, gdzie, w jakim miejscu znajdę wytchnienie?; bo teraz 

odczuwam potrzebę, żeby  otulić  się, teraz, bardziej niż kiedykolwiek, trzeba mi  miękkości

idąc w stronę gabinetu, rozmyślam, wszyscy tęsknimy za miękkością: rękawiczki z jagnięcej 

skórki,   wełniane   płaszcze,   szaliki,   wygodne   buty;   tymczasem   świat   składa   się   z   ostrych 

krawędzi, a wokoło słychać tylko metaliczny szczęk; jak niewiele jest rzeczy miękkich, a jak 

dużo szorstkości, żyjemy niby w klatce najeżonej drzazgami, stale ryzykując, że rozpadniemy 

się jak wiązka trzciny, popękamy; ten świat zamieszkują same szkielety, zakryte i odsłonięte, 

ruchome i statyczne, jak po biało-czarnej inwazji nagich kości, toż to jeden wielki cmentarz: 

każde działanie oznacza rozpad, wszystko, co nowo powstałe, ma posmak destrukcji, a my 

niby upiory kroczymy wśród krzyży,  marmuru, inskrypcji, krat i kamiennych  aniołów, w 

porannej mgle, która nas przenika, dookoła same kości rozkołysane w tę i we w tę, szkielety, 

które mijają mnie w pośpiechu, jeden czyści kości na rogu ulicy, drugi, opatulony w płaszcz 

przeciwdeszczowy,   czeka   na   autobus,   białe   kości   wystają   z   kołnierzy,   a   śmierć   czai   się 

wewnątrz jak choroba, która dopada nas w chwili poczęcia, czyż  nie ma ratunku?; nagle 

wpadam na jakiegoś człowieka,  postać odmienną  ode mnie  i wszystkich  wokoło, ten się 

zatrzymuje i pyta: ma pan ogień?, to jakiś niechlujny typ o bujnej czuprynie i brodzie, spod 

których ledwo wyziera jego drobna twarz, ma brudną kurtkę i ręce, zatacza się, jakby samo 

ustanie na nogach kosztowało go mnóstwo wysiłku; podaję mu ogień, a on obiema rękami 

osłania do połowy wypalonego papierosa, mówi: dziękuję, i odchodzi; zatrzymuję się, żeby 

mu się przyjrzeć: dość niepewnym krokiem idzie na róg, potem odwraca się twarzą do ściany, 

background image

twarzą pozbawioną rysów, i widzę rosnącą plamę wilgoci u jego stóp, stoję jeszcze przez 

chwilę,   żeby   zobaczyć,   jak   się   odwraca   i   odchodzi,   wzruszając   ramionami   z   wulgarną 

odzywką;   sikający   pijak,   myślę,   a   jednocześnie   dedukuję:   on   się   zrekonstruował, 

urzeczywistnił własne wnętrze, ekshumując wszystko, co do niego należy, i teraz wypełnia go 

od   środka,   płyny,   które   kiedyś   stanowiły   jego   integralną   część;   to   właśnie   jest   proces 

autoafirmacji, myślę: on jest  czymś, czym ja nie jestem albo czym przestałem być, zdołał 

osiągnąć to, co ja stopniowo tracę: integralność; jest tak prawdopodobnie dlatego, że on nie 

musi milczeć, wolno mu powiedzieć, co mu się podoba, a co nie, myślę i kośćmi stopy kopię 

po chodniku trupa starej puszki, a może to dlatego, że zaakceptował życie takim, jakie jest, a 

może dlatego, że jest głodny i spragniony, i musi zapalić, wyspać się i wysikać na rogu, może 

dlatego, że we własnym wnętrzu odczuwa potrzeby, wewnątrz owej intymności żeber, która u 

mnie jest tylko czarną dziurą: jego potrzeby go  wypełniają, a ja, nie potrzebując niczego, 

jestem pusty,  myślę;  a zatem  należy  się  zreformować, powrócić do życia,  poczynając  od 

kości, zmartwychwstać, choć przecież gdzieś w moim wnętrzu istnieją ślady życia, to, co 

poruszało się pod żebrami albo w przestrzeni między nimi a kością łonową, teraz tylko trzeba 

to sprawdzić; drżąc z niecierpliwości, wchodzę do jednego z barów, które o tej porze są 

otwarte, i ruszam prosto do łazienki, gestem odpowiadając na pozdrowienie mężczyzny za 

kontuarem;  w toalecie, bardzo podniecony,  wyłuskuję swojego na pół zwiędłego  ptaszka, 

przepraszam za wyrażenie, i napinam się: po chwili pojawia się cienka żółta strużka i czuję w 

dole brzucha stopniową ulgę, którą uznaję za odkrycie pęcherza moczowego: wreszcie na coś 

mi się przydaje, mówię do siebie, otrząsając siurka, przepraszam za kolokwializm; tak więc, 

zamieniony   w   pęcherz,   wychodzę   znów   na   ulicę   i   głęboko   oddycham:   po   obu   stronach 

mostka   wyczuwam   bliźniacze   torby,   worki,   które   nadymają   się   chłodnym   powietrzem 

poranka, i tym samym odkrywam swoje płuca; w nieopisanej euforii mierzę sobie puls i z 

radością, jaka towarzyszy dotknięciu piersi świeżo wyklutego ptaka, wyczuwam pod palcem 

leciutkie   uderzenia   tętnicy,   jej   delikatne,   lecz   jakże   charakterystyczne   domowe   ciepło,   i 

pojmuję, że mam krew i że oto pojawiło mi się serce; idąc do gabinetu, dopełniam swojego 

zmartwychwstania, powolnego wcielenia szkieletu; tak więc staję się płucami i pęcherzem, 

staję się jelitem, kiszkami, żołądkiem, staję się mięśniami penisa, ścięgnami, krwią, wątrobą, 

pęcherzykiem żółciowym, śledzioną i trzustką, staję się gruczołami i limfą, a wszystko jest 

miękkie,   wszystko   kompletne   i   wypełnia   szczeliny,   jakby   wylano   na   mnie   nadwyżki   z 

człowieka: wreszcie staję się wilgotnymi gałkami oczu, staję się językiem i wargami, staję się 

powolnym   otwarciem   powiek,   podniebieniem,   delikatnym   nosem   z   dziurkami,   czystą 

wilgocią śliny, letnią łzą i potem wypływającym z porów; staję się przede wszystkim swoim 

background image

mózgiem, szarą plątaniną nerwów, materią niewidzialnych idei, wolą, pragnieniem, myślą; do 

gabinetu docieram już stworzony na nowo, jeszcze bez skóry, lecz już uformowany i zdolny 

do działania,  otwieram ciemne  drzwi ze  złotą  tabliczką,  która informuje:  „Héctor  Galbo, 

stomatolog”, wchodzę po schodach i popycham drzwi z subtelnością mięśni zegarmistrza i 

precyzją złodzieja albo pianisty; Laura, moja sekretarka, już na mnie czeka, a przedpokój jest 

oświetlony,   podobnie   jak   obraz   marynistyczny   wiszący   na   ścianie   na   wprost,   wdycham 

zapach cedrowych mebli i rozkoszuję się miękkością wykładziny pod stopami, a kiedy moje 

gałki   oczne   zwracają   się   w   stronę   Laury,   mogę   nawet   zamrugać   na   dowód   własnej 

doskonałości;   teraz   muszę   przejść   próbę   ogniową:   nachylam   się,   żeby   ją   pocałować   na 

powitanie,   i   czuję   jędrność   swojego   policzka,   delikatne   embriony   warg,   i   pojmuję,   że 

wreszcie pojawiła się skóra: włosy, rzęsy, brwi, paznokcie, kępy moich czarnych wąsów; 

całując ją, czuję się, jakbym całował samego siebie: dzień dobry, doktorze Galbo, mówi, 

czuję   łaskotanie   koszuli   na   swojej   owłosionej   piersi,   bardzo   owłosionej,   dzień   dobry, 

odpowiadam,   dzień   dobry,   Lauro,   i   uświadamiam   sobie   własną   krtań   w   kanale   ukrytym 

między głową a piersią, czuję, jak powietrze przepływa  przez rurę tego długiego organu: 

dzień   dobry,   powtarzam   powoli,   pozdrawiając   całe   swoje   ciało   odbite   w   lustrze   w 

przedpokoju, ciało obdarzone skórą i uczuciami, ciało ubrane i niskie, łysą głowę i wąsatą 

twarz: dzień dobry, doktorze Galbo, w jakim pan dziś świetnym humorze, zauważa Laura, 

tak, odpowiadam, tak mi lekko, dodaję w myślach, bo załatwiłem się w jednym barze, przez 

co  wreszcie  odkryłem, że mam pęcherz, a więc i całą resztę, ale zamiast tak powiedzieć, 

pytam: czy już są pacjenci?, a ona: jeszcze nie, a ja: ile mam osób na dzisiaj?, a ona: pięć,  

wszystkie na przedpołudnie, pierwsza jest Francisca, a, tak, Francisca, mówię, tak: proteza 

pewnie ją trochę uwiera, i z zadowoleniem myślę: ach, moja doskonała pamięć, moje żywe 

zmysły, moja świetna koordynacja ruchów, tak, tak, Francisca, bardzo dobrze, i moja bujna 

wyobraźnia, bo nagle widzę siebie, jak zmierzam w stronę gabinetu, mam potężne mięśnie 

tygrysa i całe ciało pokryte czarnymi pręgami, rozwieram paszczę, stroszę wąsy, widzę swoje 

szmaragdowe oczy i swoją płeć, nareszcie widzę swoją płeć: ponieważ Laura, dwa razy ode 

mnie młodsza, wydaje się łatwą zdobyczą dla moich instynktów, byłby to połów, na który 

warto się wybrać, naga gazela w pościeli; i teraz już jestem do końca sobą, łącznie z moimi 

niecnymi   myślami,   łącznie,   wreszcie,   z   moim   okrucieństwem:   proszę   dać   mi   znać,   jak 

przyjdzie,   rzucam,   wchodząc   do   gabinetu,   zdejmuję   płaszcz   i   marynarkę,   wkładam 

nieskazitelnie biały fartuch, widzę swój fartuch i zegarek wodoszczelny i wstrząsoodporny, i 

swoją obrączkę ślubną, i gazety, które Laura kupuje i układa na stole, i komputer, książki i 

plansze anatomiczne: sekcje szczęki, wyszczerzone zęby, połówki głów, nerwy, języki, oczy, 

background image

lepiej  nie patrzyć,  myślę,  bo to ludzie  niekompletni, sam teraz jestem skończony,  myślę, 

obleczony wreszcie w swoją czystą powłoczkę, prosto ze sklepu; rozmyślam: oto powróciłem 

do zarania, odzyskałem siebie, uniknąłem rozmycia, kryjąc się w świeżo stworzonym ciele; 

nie wiem, jak długo siedziałem przy biurku, upajając się własnym zwycięstwem, ale wiem, że 

później nastąpiło drugie, jeszcze straszliwsze odkrycie, wraz z pierwszym pacjentem, i od 

tamtej chwili nie umiem już być ten sam, gorzej: zaczynam zadawać sobie pytanie, czy w 

ogóle kiedykolwiek  byłem  sobą, czy moja integralność  to coś więcej  niż czysta  iluzja:  i 

dzwoni dzwonek do drzwi, kolejny dzwonek, jeszcze jeden dzwonek wyrywający mnie z 

letargu (jak dzwonek do drzwi Galii i dzwonek budzika o dźwięku mosiężnej trąby, a teraz 

ten w gabinecie, myślę, nie mogąc doszukać się między nimi żadnego związku, poza tym, że 

są   jak   raptowne   ostrzeżenie,   wołanie,   elektryczne   zapowiedzi),   Laura   anonsuje   panią 

Franciscę,  kobietę  dojrzałą   i  zamożną,  jak  Galia,   jak  Alejandra,  z   żylakami  na   nogach  i 

czerwoną twarzą pod sztywnym uczesaniem, powoli wkracza do gabinetu, mówiąc coś, czego 

nie pamiętam, nadal pochłonięty triumfem własnej kreacji; na jej widok postanawiam, że po 

pracy pójdę do Galii i powiem,  że wszystko  będzie  po staremu,  że nie musimy  niczego 

kończyć, że nic nam nie stoi na przeszkodzie, a potem wrócę do domu i powiem Alejandrze, 

że ją kocham, że już nigdy nie będę twardy wobec niej ani wobec Ameli, decyduję, i witam 

panią Franciscę z uprzejmym  uśmiechem, sadzam ją na fotelu, który za pomocą pedałów 

odchylam  do  tyłu,  kieruję  na   nią  światło   lamp   i  proszę,  żeby  otworzyła  usta,   bo  jest  to 

pierwsze,   o   co   proszę   moich   pacjentów,   nie   wysłuchawszy   nawet   do   końca   ich   skarg: 

ponieważ przywykłem, że większość osób wykonuje to polecenie dość niechlujnie, nachylam 

się nad nią, samemu otwierając usta, żeby pokazać, jak to się robi: o, tak, szeroko, mówię, a-

a-a; zadziwiające, jacy jesteśmy niewinni w chwilach poprzedzających katastrofę: także i ona 

zrazu jakby nadchodzi chyłkiem, objawiając się w szczególe, w zdarzeniu, na które w innych 

okolicznościach nikt by nie zwrócił uwagi, ponieważ, kiedy Francisca posłusznie otwiera 

usta,   ja   widzę   coś   strasznego,   jak   blask   błyskawicy,   którego   istota   ludzka   nie   powinna 

oglądać: ostateczny rozpad, tyleż nagły i przerażający, co nieunikniony, jak kiedy naciskałem 

dzwonek u Galii, lecz jeszcze dotkliwszy, bo tym razem nie chodzi o to, co ukryte, lecz o to

czego  nie  ma, o to, czego  brakuje, nie to, co się ukrywa, lecz to, co  nie  istnieje, to nowe 

odkrycie dosłownie mnie przerżnęło, przepraszam za dosadność, tak brutalnie, że wszystkie 

moje   poprzednie   osiągnięcia   natychmiast   wydały   się   snem,   który   pamiętamy   tylko   we 

fragmentach,  i skamieniały,  sterczę zastygły nad tą kobietą, oboje otwieramy usta, ona z 

zamkniętymi oczami, czekając z pewnością na dotyk instrumentów; ale ponieważ niczego nie 

czuje, otwiera oczy i na mojej twarzy widzi najczystsze możliwe przerażenie: co się stało, 

background image

panie doktorze, pyta, co pan tam zobaczył?, ale ja nie jestem zdolny odpowiedzieć, ani nawet 

dalej tak stać, więc cofam się jak pijany, niezbornymi ruchami zdejmuję fartuch i rzucam go 

na podłogę, wkładam marynarkę i wychodzę, biegnę do przedpokoju, nie zwracając uwagi na 

krzyki   pacjentki   i   pytania   Laury,   otwieram   drzwi,   jak   oszalały   zbiegam   po   schodach   i 

wypadam na ulicę: nie wiem, dokąd iść, ani nawet czy warto iść dokądkolwiek; przyglądam 

się przechodniom o wiele bardziej podejrzliwie niż oni mnie: czy to możliwe, żeby nikt nie 

wiedział?, czyżby istnienie do tego stopnia nas otępiało?; przez jedną koszmarną chwilę nie 

wiem, co dalej: czy powinienem samotnie runąć w przepaść, czy raczej jak prorok pociągnąć 

za sobą nieświadomych; to oczywiste, że każdą wielką prawdę należy głosić, ale absurd mojej 

obecnej sytuacji polega na tym, że owa prawda ostateczna jest niewyrażalna: chcę przez to 

powiedzieć, że ową prawdą ostateczną nie jest coś, lecz raczej jest nią nic, więc nie można tu 

nawet   marzyć   o   wyrażaniu   czegokolwiek:   może   tylko   cisza   lodowatej   przestrzeni 

międzygwiezdnej   mogłaby   stanowić   wyjaśnienie,   nie   cisza,   która   stopniowo   zapada,   lecz 

raptowna   i   urywana:   pęknięcie   martwej   przestrzeni,   które   niby   antybomba  wciągałoby 

wszystko do środka, przenosząc nas poza granice przestrzeni i czasu, gdzie nicość nabiera 

szczególnego, potwornego znaczenia, i niewykluczone, że dopiero wtedy, myślę, puszczając 

się biegiem po chodniku, powodowany przeczuciem, że każda stracona minuta może mieć 

fatalne skutki: coś panu jest?, takie pytanie zadaje mi pewien osobnik przy przejściu dla 

pieszych,   kiedy   się   do   niego   zbliżam,   i   dopiero   teraz   zdaję   sobie   sprawę,   że   obie   ręce 

przyciskam do ust, jakbym starał się powstrzymać wielki przypływ mdłości; moja odpowiedź 

jest enigmatyczna, ponieważ kręcę głową na znak, że nie, ale mam nadzieję, że on zrozumie, 

że właśnie to mi jest: że nie; gdybym mógł się odzywać, powiedziałbym: nic, i właśnie to mi 

jest: cierpię na nic, ale nie sposób mu wytłumaczyć, że nic jest dalece straszniejsze niż każde 

„coś”,   jakie   nas   codziennie   spotyka;   pozostaje   mi   tylko   ruszyć   biegiem,   z   rękami   wciąż 

przyciśniętymi do ust, ale nieświadom celu, w skrytości ducha żywię nadzieję, że nie zdążam 

donikąd, że nigdzie nie dotrę, że już zawsze będę tak biegł, bo przecież nie mogę w takim 

stanie   pokazać   się   w   domu,   nie   z   taką  usterką,   należy   za   wszelką   cenę   zaradzić   temu 

rozszczepieniu,   może   trzeba   zacząć   od   początku,   z   powrotem   zwinąć   nitkę   w   kłębek: 

pomyśleć   o   chwili  poprzedzającej  odkrycie,   zauważyć   obecność,   żeby  brak  stał   się 

zrozumiały;   lecz   jakże   to   opisać:   jakże   powiedzieć,   że   nagle   uświadomiłem   sobie  usta?, 

pacjentka otworzyła usta, a ja, chcąc pokazać jej, jak to się zrobi, otworzyłem swoje; wtedy 

stało się: czas znieruchomiał wokół mnie i zostałem sam ze swoim odkryciem, niby rozbitek, 

sparaliżowany ostatecznym objawieniem, jak za pierwszym razem, niezdolny pojąć, jakim 

cudem wcześniej tego nie widziałem:  usta, oczywiście, tam, tutaj, pod spodem, pod moim 

background image

nosem,  w  mojej  twarzy,  usta,  nagle  ujrzałem  prawdę,  banalnie   prostą   i  właśnie   przez   to 

niedostrzegalną:  usta  nie    niczym; zrozumiałem to, jednocześnie z pacjentką otwierając 

usta:   co   otwieram?,   pomyślałem:   usta;   ale   w   takim   razie,   jeśli   otwarte   usta   to   też   usta, 

rozwiązaniem zagadki jest ciemność, pusta dziura, otchłań; to znaczy, że nagle, widząc usta, 

nachylając się, żeby zobaczyć,  nie widziałem ich, ale nie widziałem ich dlatego, że właśnie 

tym są: brakiem ich, gdybym zobaczył usta tak samo, jak widzę, dajmy na to, swoje palce, nie 

byłyby ustami albo byłyby zamknięte; niemniej cały koszmar polega na tym, że otwarte usta 

to także usta: jak można nazywać „palcami” pustą przestrzeń między nimi; ale to jeszcze nie 

wszystko!; skoro ów defekt, owa nicość, istnieje, jak uniknąć nadejścia pustki?, jak sprawić, 

żeby w  nicości  wszystko nadal było  tym,  czym  jest?, jakim sposobem odzyskiwać ciało, 

skoro stale  wymykam  się  przez tę absurdalną czarną dziurę?; i nagle staje się to dla mnie 

jasne:   jeśli   wszystko   wokoło   zostanie   zamknięte!,   jeśli   krawędzie   idealnie   się   do   siebie 

dopasują, bez szczelin i rys!, ale przecież  usta, otwarte usta, pozostaną  ustami, jak zatem 

ocaleć  bez szwanku?, jakim sposobem zachować  integralność,  nie zmienić  się wewnątrz, 

skoro właśnie tam jest to, co nie jest, owa czarna nicość tkwiąca we mnie?; nie pamiętam, jak 

długo biegłem na oślep przed siebie, póty nowe doznanie okazało się silniejsze niż rozpacz: 

ktoś leżał w bramie, ten sam pijak, którego widziałem rano, a teraz wydawało się, że śpi albo 

nie   żyje   -  szary  kapelusz   zasłaniał  mu   górną  połowę  twarzy,   a  poniżej,  ukryty  w  gęstej 

brodzie, zionął otwór bez zębów i bez języka, rzecz czarna i kolista jak dół kloaczny albo 

źrenica ślepego cyklopa wpatrzonego we mnie, choć ja byłem „nikim”; przeraźliwa pustka, 

nicość;   poczułem   przerażenie   i   bezgraniczną   odrazę   na   widok   ostatecznej   syntezy 

wszystkiego, co wstrętne, i odszedłem w rozpaczy, zakrywając dłońmi to „pominięcie”, tę 

śmiercionośną „pustkę”, porażony szokującym doznaniem, panicznym strachem, jakby ktoś 

przecedził   moje   myśli   przez   sito,   żeby   się   rozpadły,   miałem   świadomość   własnego 

zagubienia,   dezintegracji   woli   w   obliczu   nieodwołalnego;   te  otwarte  usta,   owo 

niedopatrzenie,   przez   które   wszystko   przelatuje:   sekrety,   słowa,   wymioty,   ślina,   życie, 

ostatnie   tchnienie;   otulając  się  własnym  ciałem,   odkryłem   rzecz  ostateczną,   która  się  nie 

zamyka, ów koszmarny defekt ukryty za wargami złożonymi  do pocałunku, za codzienną 

mową, za jedzeniem i przeżuwaniem, głębiej niż zęby i język,  odkryłem coś, co nie jest 

podniebieniem   ani   krtanią,   ani   ujściem   gruczołów,   ową   pustkę,   która   przenika   mnie  od 

środka,   niezamieszkany   tunel   dżdżownicy,   nicość,   negację,   przez   którą   teraz   ulegam 

stopniowej   korozji;   bo   skoro   istnieją  usta,   nic   nie   zdoła   powstrzymać   pustki;   tak   więc 

dobiegając już do domu, zaczynam się rozpadać, dzielić się na części, perforować: najpierw 

skóra, zwykle odczuwana wyłącznie jako wrażenie dotykowe, skóra, upadając na chodnik, 

background image

zachowuje mój kształt, zsunąwszy się ze mnie jak z gada, który zmienia łuski, bo pustka 

wdarła się pod nią jak ostrze powietrza; potem mięśnie i ścięgna, bezgłośnie: jaką one mogą 

stanowić   ochronę   w   tunelu   nicości?,   jak   mają   obronić   przed   zalewem   pustki,   przed   tym 

defektem, który wyziera ze mnie jak studzienka uliczna?, one także opadają, odwiązują się jak 

olinowanie na statku w czasie burzy; ulica, na której mieszkam, przyjmuje daninę powolnej, 

lecz nieodwracalnej utraty moich wnętrzności: to zatruty haust nicości, którego nie widać, 

lecz który jest, sprawia, że odrywa się mój żołądek i kiszki, roztapia się wątroba i śledziona, 

uwolnione płuca odlatują jak dwa szare gołębie, serce przestaje tętnić, dojrzewa, twardnieje i 

spada, lodowate jak zaciśnięta pięść zmarłego, bo nic nie może tętnić wobec ust, nerwy leżą 

na chodniku rozciągnięte jak sznurki zepsutej marionetki, oczy jak krople rozlanego mleka, 

miękka materia mojego mózgu, precyzja zmysłów, ekscytująca słodycz pożądania, zew głodu 

i instynktów, doznania,  impulsy:  wszystko  nieustannie  upada i ginie, wszystko  skapuje z 

rusztowania, wszystko oddala się i znika w głębi ulicy;  wreszcie wchodzę do domu pod 

postacią nagiego, martwego szkieletu, i myślę: dzieci na szczęście są w szkole; idę do salonu, 

a   na   mój   widok   Alejandra   wytrzeszcza   oczy;   siedzi   na   kanapie   i   robi   na   drutach,   a 

prawdopodobnie też pruje, tworzy i niszczy w wahadłowym ruchu bezgranicznego oddania; 

staję przed nią, powoli rozwieram swoje białe szczęki, żeby wreszcie odsłonić otwór w całym 

jego   przerażającym   ogromie:  otwarte  usta,   głęboka   pustka   pomiędzy   żuchwą   a   szczęką, 

prawdziwe usta, których  nie  ma, odarte z szalbierstwa śluzówki, czarna przestrzeń, która 

niczego nie zawiera, i nareszcie przemawiam, po całych stuleciach milczenia, a moje słowa, 

dobyte z tej pustki, same także są pustką, która przewierca wszystko na wskroś: Alejandro, 

mówię, od lat cię zdradzam z kobietą, którą poznałem w gabinecie, a ona: Hectorze, co ty 

mówisz?, a ja: jest ładna, ale bez przesady,  czuła, ale bez przesady, inteligentna, ale bez 

przesady: najlepsze w niej jest to, że mnie kocha i starała się uczynić mnie szczęśliwym, a w 

dodatku nigdy nie przysporzyła mi żadnych kłopotów poza tym, że musiałem cię okłamywać, 

ukrywać  wszystko  przed tobą, jest to kobieta,  dzięki której  odkryłem,  że istnieje pewien 

rodzaj pospolitego szczęścia, którego nie wolno sobie odmawiać, co ty i ja zawsze robiliśmy, 

zawsze odmawialiśmy sobie nawet najdrobniejszego pospolitego szczęścia, kobieta, wreszcie, 

przy której  zrozumiałem,  że  teraz   nic  już  nie  ma  znaczenia,   bo nawet  grzech  gdzieś  się 

kończy, nawet wina, nawet to, co zabronione, a ona pyta: Hectorze, Hectorze, co ci jest?, dość 

już tych kłamstw, odpowiadam, uwalniając się z jej omdlałego uścisku i łez, i dosyć już tego 

milczenia, wcześniej powinniśmy byli rozmawiać, ale nie tylko my dwoje, nie, nie tylko my 

dwoje, a ona krzyczy: dokąd idziesz?, ale jej krzyk ginie w moim własnym krzyku, który 

słyszę już tylko ja, i to jest najstraszniejsze: ponieważ nie mam już gardła, zostały mi tylko 

background image

cienkie kręgi i pragnienie, żeby ktoś mnie wysłuchał; biegnę więc do domu Galii, z trudem 

wlokąc po chodniku odłam

ki kości, i gdy otwiera mi drzwi, krzyczę: nie, Galio, nie możemy dłużej być razem, 

nic tu po mnie, ty, samotna wdowa, a ja samotny małżonek, nic się nie da zrobić, Galio, już 

nie   będzie   pocieszania,   nie   będzie   sekretów,   dość   już   szczęścia   i   matczynej   czułości, 

ponieważ nadeszła chwila, Galio, w której wszystko się kończy, a najgorsze, że ty nic tutaj 

nie  możesz  pomóc:   dlaczego?,   pyta,   bo   trzeba   powiedzieć   prawdę   i   wyjawić   kłamstwo, 

mówię, chociażby została w nas tylko pustka, trzeba wreszcie otworzyć usta, Galio, tłumaczę 

jej, i wylać z siebie wszystko, mówić i mówić, i zniszczyć wszystko słowami, ciągnę, bo jeśli 

w ogóle czymkolwiek jesteśmy, Galio, to tylko oddechem, więc nie ma wyjścia i dlatego to 

robię, kończę i zostawiam ją, a ona krzyczy za mną: dokąd idziesz?, ale jej krzyk ginie w 

moim, który stał się już tak potężny jak podniebna cisza; i zostawiam wszystkich, zostawiam 

miasto, które nie było moim miastem, życie, które nie było moim życiem, biegnę już prawie 

niesiony wiatrem, cienkie kości mojego ciała szybują nad ziemią, pędzę, lecę w stronę lasu, 

porwany   silnym   podmuchem   niby  pył   albo   śmieci,   sunę   po   trawie,   między   drzewami,   z 

każdym słowem zdzierając się coraz bardziej: dosyć tego, mówię, już nie będzie domu, już 

nie   będzie   życia,   już   nie   będzie   pracy;   mówię,   krzyczę   bezgłośnie:   dosyć   już   świata   i 

istnienia,   dosyć   już   wysiłków   i   starań,   wytrwałości,   milczenia   i   spojrzeń   w   nadziei   na 

odpowiedź, nie, nie będzie już światła na moich oczach, już nigdy nie wstanie dzień, dosyć 

już   marzeń   i   starań,   zdobywania,   żeby   potem   utracić,   co   się   osiągnęło,   i   chorowania,   i 

umierania, i odchodzenia w niebyt, wszystko jest puste, nieistotne, ograniczone, przeciętne: 

dosyć, nosimy w sobie defekt, wieczną szczelinę, znamię nicości, te usta zawsze otwarte, ten 

otwór   ku  czemuś   i  od   czegoś,   popatrzcie:   nosicie   w  sobie   ściek,   wir  cyklonu;   wszystko 

cierpliwie znosiłem, nawet lata milczenia, jednakowe lata i milczenie, wewnętrzną śmierć, 

background image

wewnętrzną   pustkę,   fałszywą   nadzieję   i   pozbawienie   marzeń,   ale   nie   mogę   znieść   tego 

połączenia: jeśli musi istnieć ten otwór, pusty i nijaki, ta nieobecność mojego mięsa i ciała, 

jeśli   muszą  istnieć  usta,   wolę   wszystko   z   siebie   wyrzucić,   nim   się   rozwieje   jak   czysty 

podmuch, żeby wszyscy usłyszeli, żeby do każdego dotarło, wolę to niż fałszywą pewność 

martwego ciała, wypowiadając te słowa, wykrzykując to wszystko, w końcu widzę siebie 

obróconego w nicość, pustka wypełnia moje kości, zrazu dziurawe jak milczące fletnie, potem 

starte na proch, ostateczny pył, zaledwie lekki ich zarys, który rozwieje wiatr, ogromna pustka 

tych ust, które mają mówić i wyjawiać, i odkrywać, i krzyczeć, i oskarżać, i opróżnić mnie od 

środka, i zmieszać ze wszystkim, te otwarte, bezkresne usta absolutnego milczenia, przez 

które przemawiam, chociaż nikt nie słucha.

Czerwiec 1995


Document Outline