background image

17.07.2010

Dziennik Jerzego Pilcha 27/2010 
Jerzy Pilch
Katolicy zrobili nam rzecz najgorszą i zarazem najcudniejszą z możliwych: nie zgotowali nam 
męczeństwa, a dali wizerunek męczeństwa, przedstawili hipotezę męczeństwa, stworzyli dziejową 
alternatywę męczeństwa. Katolicy to uczynili, a zwłaszcza jeden: Jarosław mianowicie Marek 
Rymkiewicz 

 

Rysunek Katarzyna Leszczyc–Sumińska na podstawie zdjęcia Bogdana Krężla 

26 czerwca
Wojny religijnej moim współbraciom nigdy wprost nie doradzałem, ale ogródkami jak najbardziej. 
Męczeństwa im nie życząc, nie mogłem nie odnotowywać (straszliwej wprost) naszej innowierczej 
ochoty i nadziei na męczeństwo – nie mogłem, albowiem nie wymagało to wielkiej przenikliwości. 
Kiedy w rozmowach z rozmaitymi dostojnikami ewangelickimi formułowałem równie mało 
odkrywczy, co nieodparty aforyzm, iż najpełniejszą postacią tożsamości wyznaniowej jest bój z 
innymi wyznaniami, śmiano się z rzekomej mojej przekory; mam opinię przekornego jajcarza – na 
wszelki wypadek dobrze się śmiać z tego, co mówię; tym większe dla mnie pomieszanie, że – jak 
przystało błaznowi – przeważnie mówię ciężko i z ponurą powagą.

Było się nie śmiać, było rozwijać proporce. Do siebie też, a może zwłaszcza, mam pretensje: było 
mówić i pisać wprost – nie ogródkami, było nie certolić się z rozmaitymi luterskimi przeczuleniami, 
było folgować wyobraźni. Było! Było! Było! Teraz wszyscy mądrzy, ja najbardziej! Teraz wybiła 
czarna godzina! Najczarniejsza z czarnych! Katolicy za nas naszą robotę zrobili! Może być coś 
czarniejszego? Nie. Katolicy za nas naszą pracę umysłową wykonali! Katolicy za nas napisali to, co 
myśmy winni byli napisać! Katolicy wyobrazili sobie to, co myśmy winni sobie wyobrazić! 
Katolicy dali nam obraz i wizję, którymi odtąd naszą kacerską wyobraźnię będziemy żywić! 
Katolicy zrobili nam rzecz najgorszą i zarazem najcudniejszą z możliwych: nie zgotowali nam 
męczeństwa, a dali wizerunek męczeństwa, przedstawili hipotezę męczeństwa, stworzyli dziejową 
alternatywę męczeństwa. Katolicy to uczynili, a zwłaszcza jeden: Jarosław mianowicie Marek 
Rymkiewicz.

Jaki on katolik, taki katolik, ale zdaje się katolik. Może niewierzący, może nihilista, może mistyk; 
może jak na rasowego, a już na pewno jak na ortodoksyjnego, katolika za zręcznie pisze – nie 
wiem. Jaki katolik, taki katolik, ale nie luter.

W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” fragment najnowszej książki „Samuel Zborowski”, we fragmencie 
tym wizja niespełnionej polskiej nocy świętego Bartłomieja. Była – twierdzi Rymkiewicz – szansa 
polskiej rzezi innowierców. Po tym jak w lutym 1574 kalwin Samuel Zborowski kalwińskim swym 

background image

czekanem zabił kasztelana przemyskiego Wapowskiego, mogły w Krakowie wybuchnąć religijne 
pogromy. Tym bardziej mogły, że dopiero co koronowany Henryk Walezy nie miałby nic przeciwko 
– jego pamięć niecałe dwa lata wcześniejszego paryskiego oryginału rzezi podpowiadała mu, że 
polska, dziksza wersja może być jeszcze bardziej widowiskowa, a on skrajne rozrywki lubił; jego 
wiedza o władzy dodawała, że „duża rzeź polskich hugenotów wszelkiego rodzaju – lutrów, 
kalwinów oraz arian (…), to jest coś, co się opłaca, bo ułatwia rządzenie”.

27 czerwca
Wobec rzezi, jaką przed chwilą urządzili na mundialu Niemcy Anglikom, imaginacyjna rzeź 
polskich innowierców trochę blednie, ale tylko trochę. Przepisuję spory kawałek, bo nie wiadomo, 
kiedy całość wyjdzie, a „Rzepę” mało ludzi czyta. Przepisuję literalnie, bo są tu strofy, które 
mniejszości wyznaniowe powinny w swych widmowych księgach wiekuiście zapisać; w 
widmowych – w realnych się nie da, realne dzieje nie były aż tak barwne – całkiem szare – prawdę 
powiedziawszy – były.
Rymkiewicz: „Niech sprowadzą tu Firlejów i Zborowskich, Górków i Radziwiłłów, luterańskich i 
kalwińskich wojewodów, i kasztelanów, niech im utną głowy, niech ich powieszą za nogi, niech ich 
wypatroszą i niech ich ciała zrzucą z krużganków na czerwony (przesiąknięty krwią) piasek 
wawelskiego dziedzińca. Niech one tam leżą – pozbawione głów, połamane, wypatroszone, 
poszarpane na strzępy. Terytorium rzezi, która zaczęłaby się na wawelskich krużgankach i na 
wawelskim dziedzińcu, z pewnością nie ograniczyłoby się do Wawelu, bowiem w Krakowie było 
wielu innowierców i wobec tego mielibyśmy też rzeź na Grodzkiej, rzeź w Bramie Floriańskiej, 
rzeź na Kleparzu i rzeź przed kościołem Najświętszej Panny Maryi.

Innowiercy wrzucani żywcem do studni, patroszeni w mięsnych jatkach na rynku, dzieci i panienki 
wrzucane do klatek wawelskich lwów albo zrzucane z wież krakowskich kościołów albo na tychże 
wieżach zawieszane za nogi – ależ to byłoby widowisko; byłoby to widowisko dziejowe, o którym 
teraz mówilibyśmy ze zgrozą, z przerażeniem albo z zachwytem; to byłoby takie fenomenalne 
widowisko, że zasłoniłoby ono wszystkie inne widowiska, wszystkie inne wielkie wydarzenia 
naszego XVI wieku; nawet Unię Lubelską, nawet Batorego pod Pskowem, nawet wydanie dzieła 
»De revolutionibus orbium coelestium« w roku 1543, nawet wydanie »Fraszek« Kochanowskiego 
w roku 1584”.

28 czerwca
Swoją drogą ten JMR ma jakiś dziwny, z lekka prowokacyjny, z lekka dziecięcy dar trafiania nie 
tyle w sedna, ile w różne słabizny; żeby trafić w sedno, trzeba mieć wielką przenikliwość, może 
nawet – jak to u nas – jakieś wieszcze predyspozycje; gdzie słabizna, wie każde dziecko – JMR z 
zajadłością basałyka wali w słabizny, szkolarskie bywają jego prowokacje – może stąd ich 
rezonans; bo przecież co gość książkę napisze – debata narodowa; co tezę postawi – spory i kłótnie 
na całą Polskę; wywiadu udzieli – na czworo każde słowo rozdzielane; dowcip o gryzieniu żubra w 
dupę rzuci – żart narodowym aforyzmem, a obraz państwową ikoną się staje; wiersz 
okolicznościowy machnie – na pamięć znają nawet kloszardzi z Hożej. Słowem: co autor bąka 
puści – burza z piorunami. Nic, tylko siedzieć i zazdrościć. I nie ma się co pocieszać, że prosta 
receptura tu działa: zirytuj wszystkich – trafisz pod strzechy. Owszem, to też, ale nie wyłącznie. Co 
jeszcze? – to mnie na razie mniej ciekawi – stokroć bardziej mnie ciekawi – imaginacyjna niestety – 
rzeź protestantów.

Czy recenzenci znów będą Rymkiewiczowi tę rzeź wypominać, tym razem boleśniej, bo przecież 
niezawodnie się pojawi zarzut powielania (wtórności) rzezi, czy będą jakieś poczciwe obrony 
świętego spokoju, pochwały kraju bez stosów i inne apologie polskiej tolerancji; i przeciwstawianie 
takiego stanu rzeczy jakimś chorym pomysłom, które – jakby się ziściły – drugą Francję, a raczej 
pierwszą barbarię, by z nas uczyniły, przed czym – akurat pod tym względem, pod względem 
wyrzynania gardeł – już wtedy Pan Bóg nas obronił; czy takie głosy będzie nad najnowszą książką 

background image

Jarosława Marka Rymkiewicza słychać – na razie nie wiadomo, pewnie będą i takie, będą też – że 
powiem coś od siebie – inne. Na razie trudno się domyślać, jaki będzie generalny wywód, tym 
trudniej że już w ogłoszonym fragmencie jest dziwny zakręt. Dziwny zakręt wywodu.

Jerzy Pilch, "Przekrój" 27/2010