background image
background image
background image

Table of Contents

I
II
III

background image

PRACY!

 
Władysław Stanisłw Reymont
  

background image

I

 
Pracy!
— Czego? Czego pan sobie życzysz?
—  Przyszedłem  prosić  pana  naczelnika  o  jakiekolwiek  zajęcie  —odparł

zapytany,  młody,  dwudziestokilkoletni  człowiek  o  ostrych,  ciemną  skórą
powleczonych rysach twarzy.

—  Ha!  ha!  ha!  paradny  sobie!  —  wybuchnął  tytułowany  naczelnikiem  i

odsunął  krzesło  dalej  od  biurka,  jakby  chcąc  się  przyjrzeć  występującemu  z  tak
dziwnym żądaniem.

Zmierzył  go  wzrokiem  ścisłym,  zimnym  i  lekkie  szyderstwo  osiadło  mu  na

twarzy ozdobionej senatorską brodą — stłumił je siłą i przypatrywał się bacznie
— jego szare, przenikliwe oczki z inkwizytorską drobiazgowością przebiegały po
stojącym.

Rzeczywiście  na  całej  proszącego  postaci  i  stroju  nędza  z  zimą  jaskrawe

wycisnęły piętno.

Strój  miał  lada  jaki,  prawie  letni,  palto  niezdecydowanego  koloru  było

straszliwie  zużyte,  na  wydatniejszych  częściach  ciała  świeciły  szwy  —  łaty
różnokolorowe,  spodnie  czarne,  grube,  do  połowy  zakrywały  cholewy  butów,
zmizerowanych  użyciem  i  ciągłymi  naprawami,  że  zdawały  się  stekiem  łat  —
kawałków  nieproporcjonalnie  dopasowanych.  W  ręku  trzymał  barankową,
niegdyś czarną, dziś rudą prawie czapkę.

Na  śmiech  siedzącego  nie  drgnął  nawet,  tylko  oczy  siwe  przymrużył  mimo

woli czy też z wrażenia. Stał wpatrzony w przeciwległą ścianę. Ból niepewności
oczekiwania  coraz  wyraźniej  przebijał  się  na  jego  sinej,  obrzmiałej  od  zimna,
wiatru,  twarzy.  Spojrzenie,  które  przeniósł  na  siedzącego,  pełne  było  niemej
prośby. Naczelnik milczał, przeżuwał wrażenie, sumował; prawą ręką poprawiał
binokle,  a  lewą  wybębniał  po  biurku,  wzrokiem  błądził  po  pokoju,  to  chwilami
zatrzymywał go na butach stojącego przed nim, któremu z niecierpliwości wargi
drżały,  miął  czapkę  w  pogryzionych  przez  mróz  rękach,  przestępował  z  nogi  na
nogę i nie mogąc się doczekać pierwszy zaczął:

—  Panie  naczelniku,  będzie  mi  darowane,  że  śmiem  zaczynać  pierwszy,  że

śmiem prosić o pracę, o zajęcie jakiejkolwiek...

— Bardzo pięknie, że pan pracować chce...
—  Tak,  nie  tylko  chcę,  nie  tylko  mogę,  ale  potrzebuję  —  muszę,  tak!  —

mówił,  ośmielony  milczeniem  —  i  gdyby  pan  naczelnik  był  łaskaw  uwzględnić
moją prośbę...

— A wiesz pan, to ważne!
— Jak dla mnie, to kwestia życia.
— Dlaczego?
—  Dlatego,  że  chcąc  żyć,  muszę  pracować,  a  chcąc  pracować,  muszę  mieć

pole  jakiekolwiek  do  pracy.  Szukałem  wszędzie,  nie  znalazłem  —  sądziłem,  że
już  nigdzie  nie  znajdę.  Powiedziano  mi  w  ostatnim  miejscu,  gdziem  prosił  o

background image

zajęcie, aby się udać do pana naczelnika. Przeto przychodzę nie z nieśmiałością
w duszy, ale z rozpaczą, nie z prośbą na ustach, ale z błaganiem o jakiekolwiek
zajęcie z najskromniejszym wynagrodzeniem, abym tylko mógł wyżyć.

—  Nie  ma  żadnego  w  tej  chwili  miejsca,  mój  łaskawco  —  odpowiedział

flegmatycznie naczelnik.

Proszący  na  te  słowa  posiniał  jeszcze  więcej,  oczyma  niespokojnie  rzucał

naokoło.  Przez  chwilę  zapanowało  milczenie,  przerywane  tylko  monotonnym
cykaniem  zegara;  ż  bocznego  pokoju  dochodziły  od  czasu  do  czasu  głosy
rozmawiających i denerwujący brzęk szklanek — pito widocznie w sąsiedztwie.

Słońce zimne przedzachodnie promienie, przesiąknięte purpurą, kładło przez

okno na posadzkę. Pyłki zaledwie dostrzegalne wibrowały w nim jak złote opiłki.
Drzewa,  rosnące  za  oknem,  okryte  szronem,  omglone  słonecznym  promieniem,
lśniły jak ze srebra oksydowanego i brylantów. Mróz zaczął zahaftowywać okna
w fantastyczne, o cudnym rysunku arabeski.

— Nazwisko pańskie?
—  Jan  Baliński...  —  I  jakiś  cień  nadziei,  coś  na  kształt  i  radosnego

oczekiwania przemknęło mu po twarzy.

— Gdzieś pan pracował dotychczas?
— Na drodze żelaznej.
— W jakiej miejscowości?
— Na oddziale pana naczelnika.
— Jak to? nie przypominam sobie, abym go kiedy widział, a ja przecież znam

swoich ludzi.

—  Nie  mógł  pan  naczelnik  znać  na  tyle  prostą  siłę  roboczą,  aby  jaka  twarz

mogła zostać w pamięci.

— Toś pan pracował jako...?
— Prosty robotnik.
— No, proszę... hm, to nie żarty, potrzeba zmusiła pana jąć się takiej pracy?
— O, nie żarty — głód!
— Głód?
— Tak...
—  No,  proszę...  hm  —  i  mimo  woli  zrobił  charakterystyczny  ruch  ręką  po

wydatnym brzuchu. — Przykra rzecz — pomyślał.

— Gdy wszystko sprzedałem, co miałem i mogłem sprzedać, a jednocześnie

wyczerpałem  wszystkie  środki  i  sposoby  dostania  jakiego  bądź  zajęcia
odpowiedniego dotychczasowym moim mniemaniom, a nędza i z nią głód zajrzały
do mnie, musiałem się brać choćby do najcięższej pracy, jaka była pierwsza. O! z
jaką  ona  mi  przychodziła  trudnością!  Pracowałem,  dopóki  mogłem,  niechaj  te
ręce  panu  naczelnikowi  dopowiedzą  —  i  wyciągnął  przed  siebie  ręce  grube,
napracowane,  poranione,  sine  od  mrozu,  ręce  wstrętne,  gdyby  nie  były  święte
przez piętno trudu.

— Ach!!... teraz nie robi już na plancie? — to mówiąc odwrócił twarz w inną

stronę, z pewnym wstrętem czy też podziwem.

— Odprawiono mnie z roboty.

background image

— Dlaczego?
—  Pierwsze,  że  roboty  teraz  znacznie  mniej,  a  drugie,  że  jestem  nie  dość

silny, bo nie mogę tyle zrobić, ile zrobi każdy z robotników, bo jestem chory — a
tymi rękami odparzonymi trudno mi podjąć oskard lub młot, trudno pchać taczki.
Och, nie mówię, ile cierpię, ile mnie to upokarza, że ja, trochę więcej wiedzący,
trochę  więcej  wykształcony,  wobec  chłopa,  bydlęcia  roboczego,.  stoję
nieskończenie  niżej,  bo  nie  mam  sił  jak  on,  aby  stanąć  do  roboty  na  równi  i
zarobić w pocie czoła na kawałek suchego chleba — na byle jakie legowisko pod
dachem...

— Hm! praca... praca, mój panie... jakże tam?
— Baliński!
—  Aha,  mój  panie  Baliński,  to  dźwignia  w  życiu,  prawdziwa  dźwignia  —

odparł bezmyślnie a sentencjonalnie naczelnik.

— O, głód — jeszcze większa!
— Masz pan jakie kwalifikacje naukowe?
— Mam! — i wyjąwszy z zanadrza, podał świadectwa szkolne.
Naczelnik przeglądał uważnie.
— No, proszę — toś pan skończył z odznaczeniem, hm...
—  Tak  —  odpowiedział  gorzko  Jan.  —  Na  to  odznaczenie,  na  tę  trochę

elementarnej nauki pracowałem lat ośm, pracowałem o głodzie, kosztem zdrowia,
kosztem  najwyższych  wysiłków,  ale  pracowałem,  bo  mi  wszędzie  i  wszyscy
mówili: „Jasiu, ucz się! Jasiu, ucz się, a będziesz miał wszystko“. — I Jasio się
uczył, nie sypiał, nie jadał, nie wiedział, co to przyjemność, co to słońce, wiosna,
swoboda, bo się uczył, bo był głupi. Myślałem, że skończywszy gimnazjum, pole
pracy dobrze płatnej zastanę otworem, i zastałem — wszystkie drzwi zamknięte!
Rzucałem się, prosiłem, pukałem wszędzie, gdzie mogła być praca — na próżno!
Odprawiano  mnie  prostym  „nie  ma“  lub  uśmiechem  szyderczym,  że  byłem  tyle
naiwny,  aby  nie  mając  protekcji  starać  się  o  posadę.  Słówka  tu  i  ówdzie
zasłyszane oświeciły mnie. Więc po cóż mi się uczyć było? Trzeba coś umieć —
na co? I bez wiedzy można umieć zdychać z głodu. Wiedza to potęga przecież, a
w  moim  położeniu  była  przeszkodą  do  zapewnienia  sobie  obiadu.  Potęga
prawdziwa,  niezaprzeczona  —  to  plecy  wpływowych  osób.  Pokazywałem
chlubne świadectwa szkolne — wzruszano na nie ramionami. „Dobre to jest, ale
może  pana  zna  kto  wpływowy?“—mówiono,  i  odchodziłem  z  niczym,coraz
więcej zrozpaczony. Żelazne koło nędzy coraz więcej mnie cisnęło. Och! te lata
nauki, te lata zmarnowane! gdybym był obrócił na uczenie się rzemiosła, wreszcie
na zwykłą ręczną pracę wyrobnika — to nie cierpiałbym nędzy, nie przeszedłbym
tylu upokorzeń okrutnych, nie miałbym tyle świadomości, a z nią nie myślałbym i
nie cierpiał, nie odprawiono by mnie z roboty.

Tyle  goryczy  było  w  jego  słowach,  w  tych  zdaniach  krótkich,  urywanych,

prawie  paradoksalnych,  brzmiał  taki  ból,  taka  beznadziejna  rozpacz,  mrowie
przechodziło  —  twarz  mu  pałała,  ręce  drżały  ze  wzruszenia,  całe  ciało
wstrząsały  febryczne  dreszcze  gorzkich  przypomnień.  Oczy  świeciły  ponuro,
zatamowane  łzami,  siność  jego  twarzy  przeszła  w  fiolet,  cała  postać  się

background image

wyprostowała,  wypełniła  i  stał  tak  na  wprost  okna,  cały  oblany  ostatnimi
blaskami  zachodzącego  słońca,  odziany  w  swoją  nędzę  jak  w  purpurę,  stał  jak
uosobienie starej, odwiecznej niedoli ludzkiej.

— Rozumiem pańskie położenie — hm! tak, w zupełności rozumiem i boleję

nad nim, hm! tak, boleję —ozwał się naczelnik, oddając świadectwa Janowi. —
Ale nic nie mogę panu poradzić, teraz kompletnie nic, wszystkie miejsca zajęte,
hm! zapchane! — Pomilczał chwilę. — Gdybyś się pan później zgłosił, może się
jakie miejsce otworzy. Dowiaduj się pan — hm! Gdybyś pan miał świadectwa z
ukończenia szkoły technicznej — to, hm! może by się prędzej coś poradziło, ale
tak...— ścisnął ramiona, rozkładając ręce, jakby się usprawiedliwiał.

— Panie naczelniku — szepnął Jan — przecież kurs nauk gimnazjalnych nie

stoi niżej od technicznych.

—  Ogólnie  jest  nawet,  hm...  przeciwnie,  ale  hm...  technicy  są  fachowcami,

można rzec, że mają w danym kierunku specjalność.

— O, i my ją mamy! Naczelnik spojrzał pytająco.
— Umierania z głodu!
— Wstąp pan do szkoły technicznej, to łatwiej będzie dostać później miejsce

na drodze żelaznej.

Jan  spojrzał  mu  w  oczy  wzburzony,  sądził,  że  żartuje,  ale  w  nieruchomej

twarzy ujrzał powagę i pewien rodzaj dobroduszności.

—  Dziękuję  za  radę  —  rzekł  drwiąco  —  ale  mnie  jeść  potrzeba.  —  To

mówiąc skłonił się i zabierał do odejścia.

— Gdzie pan teraz myślisz iść?
— Na ulicę...
— No, hm... ja wiem, ale czy ma pan tu znajomych, rodzinę, dom?
—  Nie,  panie.  Dom  mój  tam,  gdzie  wszystkich  do  mnie  podobnych  —

wszędzie i nigdzie... czasem pod parkanem, czasem gdzie w szopie nie zamkniętej
— gdzie się zdarzy — a co do rodziny, nie mam nikogo i prawie nie wiem, czy
miałem kiedy kogo. Przyjaciół zaś nie mam za co utrzymywać, a nędzy mojej nikt
by nie był tak głupi dzielić...

— Hm, po stoicku pan znosisz niedolę.
—  Bo  muszę,  boć  przecie  żyję  w  społeczeństwie  cywilizowanym,  które  ma

wypisane w swojej religii: „Kochaj bliźniego swego“. Muszę znosić, aby godnie
uczcić  dary  tej  pani,  co  się  zwie  cywilizacją,  światłem,  postępem,  ale  w  nędzy
swoich naznacza. Muszę jeszcze jakiś czas znosić.

— Więc masz pan jaką nadzieję? — spytał żywo naczelnik.
— Tak, skończenia szkoły technicznej —i dostania miejsca.
Tyle ironii było w jego głosie, że naczelnik szybko odwrócił oczy utkwione

w okno, ale już nie ujrzał twarzy Jana, który pochylił się w głębokim ukłonie — i
wyszedł.

 

background image

II

Prawie  że  nie  myślał,  szklistym  wzrokiem  patrzył  gdzieś  w  próżnię  i  szedł

wolno jak człowiek ugodzony w samo serce.

Po  co  miał  się  śpieszyć?  Gdzie?  Schował  ręce  w  kieszenie,  bo  mróz  brał

siarczysty. Kryształki śniegu brylantami, skrzyły się na ulicy. Był jakby odurzony.
Starał  się  porządnie,  logicznie  myśleć,  nie  mógł,  bo  zapytanie:  co  dalej?
uporczywie  wracało  mu  na  usta.  Gdy  szedł  tam,  skąd  idzie,  nie  miał  pewności,
nadziei i czuł w duszy lęk przed jasnym postawieniem sobie pytania: dostanę czy
nie — powracał bez cienia wątpliwości.

— Czas już skończyć! — pomyślał i lata całe cierpień i walki ustawicznej o

byt  stanęły  mu  w  myśli,  jak  słupy  przydrożne,  które  już  przeszedł.  —  Wszystko
przechodzi...Wydziedziczony  od  losu,  możesz  się  spodziewać,  że  Ananke  nie
będzie  logiczna  dalej?  —  Czas  skończyć!  Najgorsze  nieznane  nie  może  już  być
więcej złe od dotychczasowego.

Spojrzał przed siebie.
Mrok szybko zalegał, czerwone zorze z obłoków rzucały różowawy odcień na

śnieg.  Cienie  nocy  włóczyły  się  leniwie  po  załamkach  i  zagłębieniach  murów,
taiły  się  w  ogołoconych  z  liści  gałęziach  drzew.  Zapalano  latarnie  na  ulicach,
gdzieniegdzie z okien domów i drzwi sklepów wylewała się aż na chodnik smuga
złotego  światła.  Ruch  na  ulicach  ustawał,  każdy  biegł  szybko  do  domu,  do
ciepłego  ogniska,  do  uśmiechniętych  twarzy  swoich  bliskich,  gwarzyć  o
sprawach  dnia  ubiegłego.  Kilkoro  sanek  z  głośnym  brzękiem  dzwonków
przemknęło  ulicą,  srebrna  rulada  śmiechów,  echa  wesołych  rozmów  unosiły  się
nad nimi...

Jan wlókł się w kierunku dworca kolei i myślał, czy też ci wszyscy, co go tak

szybko  wymijali,  mieli  się  po  co  spieszyć?  Z  pewną  zawiścią  przypatrywał  się
oknom oświetlonym i cieniom migającym poprzez szyby.

—  Ciepło  mają...  —  i  wyobraźnią  przenosił  się  w  ich  miejsce,  tak  że

zdawało  mu  się,  iż  czuje  ciepło,  ogarniające  jego  członki.  Delektował  się
wspomnieniem ognia jak pijak alkoholu.

— Są tacy, co mają wszystko! — myślał gorzko. — „A i ty masz — nędzę“

—  podszepnął  mu  jakiś  głos  z  głębi  i  zwolna  dusza  poczęła  mu  się  okrywać
mrokiem buntu na niesprawiedliwość podziału.

— Jak to? kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu mają wszystko, a tysiące, miliony

—  nic!  Skąd  doszli  do  tego  tamci?  A  on  i  jemu  podobni  nic  nie  zyskali.  „Bo
głupcy  czekają  na  przyjście  tego,  czego  pragną“  —  dorzucił  mu  znowu  głos
wewnętrzny.

A więc? — to „więc“ jak znak tajemniczego zapytania zawisło mii w mózgu.

Wychodzi się na spotkanie losu. Szuka się i pomaga się mu!...

Czarne cienie osnuwały zwolna jego umysł. Spostrzegł przechodnia jakiegoś

pod latarnią, patrzącego na zegarek duży, złoty.

— Pół roku mógłbym żyć za niego — szepnął i ciekawie patrzył, jak go tenże

wolno  chował  do  kieszeni.  Przystanął  i  nie  wiedział,  dlaczego  obejrzał  się  za

background image

oddalającym,  i  zdało  mu  się,  że  w  cieniach  nocy  jeszcze  raz  zabłysła  żółta,
wielka koperta zegarka.

Głód  zaczął  mu  dokuczać,  sięgnął  do  kieszeni,  aby  policzyć,  ile  mu  jeszcze

zostało z ostatniego zarobku. Naliczył kilka złotych — co z tym zrobić?

Przed  dworcem  wszedł  w  gorączkowy  ruch,  gwar  zwykły  przed  odejściem

pociągów.  Wszedł  do  sali,  ciepło  pomieszane  z  oddechami  tylu  osób
natłoczonych  owionęło  go.  Wyszukał  sobie  miejsce  koło  bufetu  i  usiadł
rozmyślając,  co  sobie  kupić  jeść.  Denerwujące,  wstrętne  opary  podnosiły  się  z
podłogi  zabłoconej,  z  śniegu  naniesionego  nogami.  Dym  z  papierosów,  cygar
najgorszego  gatunku  zaciemniał  całą  salę  i  podrażniał  mu  pragnienie  zapalenia
papierosa.  Kupił  sobie  paczkę  obrzydliwych,  zapalił  jednego  i  zwolna
delektował się jego smakiem.

Obok niego usiadło jakichś dwóch ze służby kolejowej, poznać to było można

po ich umundurowaniu, i rozpoczęli zwykłą rozmowę — wyrzekaniem na ciężkie
czasy, podłych zwierzchników itd.

— Co ty robisz z sobą dzisiaj? — zapytał jeden drugiego.
— Jadę do N.
— Po co?
— Odwiedzić bardzo chorego kolegę.
— Ach!
— Pisał do mnie dziś, nie mógłbym mu się wymówić — to mówiąc wyjął list

i podał go' pytającemu, ten przejrzał go uważnie i zwrócił ze słowami:

— Józef P., skądś znam to nazwisko?
— Służy na naszej drodze!
— Tak! — Gdzie?
— W N.
— Ach,  przypominam  go  sobie,  szczupły,  brunet,  twarz  jak  u  kobiety,  ładny

chłopak.

Jan  niewiele  zwracał  uwagi  na  rozmawiających  i  na  treść  prowadzonej

rozmowy,  lecz  usłyszawszy  znajome  sobie  nazwisko,  obrócił  się  żywo  ku
siedzącym i zapytał spiesznie:

— Który z panów zna Józefa P.? Przepraszam, że zapytuję tak obcesowo —

dodał widząc ich trochę zdziwionych.

— Ja — odparł ten, który list pokazywał. — Czy on daleko stąd mieszka?
— O pięć stacyj.
— Pan jedzie do niego?
— Tak.
— Prędko?
— Pierwszym odchodzącym pociągiem.
— To on zajmuje jaką posadę na kolei?
— Tak jest — i wymienił rodzaj zajęcia.
— I chory bardzo?
— Niebezpiecznie, suchoty płuc w ostatnim stadium.
— Czy być może?

background image

— Choruje blisko rok i lekarze nie robią żadnej nadziei.
— A  ja  o  nim  nie  wiedziałem.  Prawda  —  westchnął  Jan  —  skąd?  od  kogo

mogłem  wiedzieć?  Niech  się  panowie  nie  dziwią,  iż  się  interesuję  tak  losem
Józia,  ale  to  jeden  z  moich  dobrych  kolegów  szkolnych.  Od  czasu  wyjścia  ze
szkoły, to jest od lat kilku, nie widzieliśmy się i nie wiedzieli o sobie.

— Pan stale tu mieszka? — zapytał udzielający informacyj.
— O, nie.
— Zapewne czeka pan na pociąg?
—  Doprawdy  nie  wiem,  co  robić,  tak  mnie  ta  wiadomość  o  chorobie  Józia

zaabsorbowała,  chciałbym  co  prawda  go  widzieć,  ale...  staje  na  przeszkodzie
kwestia tego rodzaju...

— Że nie ma pan czasu...
— O nie, za dużo — tylko że nie mam pieniędzy na. podróż...
Pytający otworzył szeroko oczy zdumiony. Jan się uśmiechnął.
— A! dziwi panów moja otwartość? Zaraz ją wyjaśnię — nie przedstawiłem

się jeszcze, więc to czynię. Jestem Jan B. — i podał rękę pierwszemu.

— A ja Antoni K.
— Roman D.
Nazwiska  się  skrzyżowały  jednocześnie  z  uściśnieniem  dłoni  i  banalnym

„bardzo mi przyjemnie“.

Jan mówił dalej swobodnie, z pewnym nawet cynizmem człowieka, któremu

wszystko jedno.

—  Tak,  panowie,  nie  mogę  zadośćuczynić  życzeniom  serca,  aby  odwiedzić

dawno nie widzianego kolegę, bo nie mam za co kupić sobie biletu.

Patrzyli  na  niego  zdziwieni  odwagą,  z  jaką  się  przyznawał  do  braku.  Ten,

który się nazwał Antonim, szepnął coś na kształt usprawiedliwienia:

— No, przecież chwilowe braki każdemu z nas się zdarzają...
Jan odparł z uśmiechem trochę przykrym:
— O, u mnie jest on chroniczny i chyba nieuleczalny, mówię to tak otwarcie,

boć nędzy uczciwie nabytej nie potrzebuję się wstydzić.

Spojrzeli znów na niego jakoś dziwnie. Ciągnął dalej:
—  I  właśnie  przed  przyjściem  panów,  paląc  papierosa,  obierałem  sobie

rodzaj  śmierci,  to  jest,  jak  lepiej  umierać.  Mam  tylko  dwa  rodzaje  do  wyboru:
drzewo  —  lub  pod  pociąg;  skłaniałem  się  ku  ostatniemu,  bo  to,  co  daje  śmierć
prędszą, jest lepsze.

— E! żartuje sobie pan z nas! — żachnął się pan Antoni.
— Nie, panowie! nie żartowałem! To, co powiedziałem, wykonać muszę —

powiedział  silnym  głosem  i  w  oczach  zapalił  mu  się  ogień  niezłomnego
postanowienia. — “Wprawdzie żal mi się teraz zrobiło, usłyszawszy o dawnym
druhu,  który  jest  niedaleko,  a  tak  daleko  ode  mnie,  iż  go  odwiedzić  nie  mogę,
zamienić kilku słów — ha! ale cóż robić? może to i boleśniej, ale może i lepiej,
prędzej  skończę,  a  tak  mógłbym  się  łudzić  jeszcze  czym,  żałować  życia,  a  tu...
Czas kończyć! O, czas — i nie zważał prawie, gdzie jest, do kogo mówi. Zamilkł
i wpadł w ponurą zadumę...

background image

—  Ależ,  panie,  cóż  za  powody,  które  mogą  skłamać  do  tak  potwornego

kroku? — pytał Antoni.

Jan  spojrzał  na  pytającego  suchą  źrenicą  i  głosem  cichym,  matowym,

odpowiedział:

—  Głód!  Nie  mam  miejsca,  zajęcia,  i  nie  dostanę,  pracą  rąk  zarobić  nie

mogę, nie umiem. Nie jest to wesołe, ale prawdziwe...

A  oni  obaj  siedzieli  milcząc,  jakby  rozważali  to,  co  dopiero  usłyszeli,  i  od

czasu  do  czasu  niespokojny  wzrok  kierowali  na  Jana,  sprawdzali  słowa  jego  w
nędznym stanie garderoby i twarzy. Po kilku chwilach przykrego milczenia Antoni
odezwał się:

— To jedź pan ze mną, ja się postaram przewieźć pana na miejsce.
Jan spojrzał nań niechętnie, lecz rzekł:
— Dobrze, dziękuję naprzód.
— Nie ma za co, niema. Niech pan tu na mnie poczeka, ja idę wystarać się o

furmankę — dodał żartobliwie i wyszedł.

A  Jan  siedział  nieruchomy,  milczący,  palił  papierosy  jeden  po  drugim  i

odganiał cisnące się uporczywe myśli:

— To będzie, co będzie — wszystko mi jedno — odwlecze to śmierć na kilką

dni,  to  i  cóż  z  tego?  i  tak  w  końcu  rzucę  się  w  jej  ramiona.  Niebyt  może  jest,  a
może nie jest nicością, ale z pewnością nie jest czuciem. Nieśmiertelność byłaby
okrutną  niegodziwością  i  straszną  pułapką  dla  tych,  co  chcą  uciec  przed
cierpieniem — gdyby była świadomością. Hej! Hej! gdzie te czasy rojeń, gdzie te
czasy,  w  których  się  z  upragnieniem  wpatrywało  w  przyszłość?  gdzie?  Przeszło
wszystko!  ale  nie  jako  dalszy  ciąg  marzeń,  o  nie,  tę  resztę,  co  mi  pozostała,
niedługo zlikwiduję — pomyślał i mimo woli podniósł rękę ku szyi, bo czuł coś
na  kształt  łkania.  Skąd  mu  to  przyszło?  przecież  nie  z  żalu  za  potworną  farsą
życia? o nie! Biedny Józio mógłby żyć, a musi umierać...

Dalszy tok tych bezładnych myśli i uczuć przerwał pan Antoni, który zaraz od

progu odezwał się:

— No, chodź pan... — i wszyscy trzej wyszli na peron.
Pociąg stał już na stacji. Tłumy podróżnych z  pośpiechem  usadawiały  się  w

otwartych wagonach. Widno było od mnóstwa świateł pozapalanych na peronie.
Śnieg miejscami od świateł przybierał złotawofioletową barwę. Czerwone mury
stacji,  posępnie  rozświecone  z  dołu,  miały  w  sobie  jakąś  nieruchomą,  martwą
zadumę kamieni. Dzwonek zadźwięczał silnie.

—  Chodźmy,  prędzej!  —  zawołał  pan Antoni  i  poprowadził  Jana  na  przód

pociągu.

Stanęli  przy  maszynie,  poszeptał  coś  z  maszynistą  i  przedstawił  mu  Jana,  i

żegnając się z nim rzekł jak na usprawiedliwienie:

—  Nie  mogłem  pan  umieścić  w  wagonie,  bo  kontrola  będzie,  ale  tu  pan

swobodnie dojedziesz, zobaczymy się w N.! Do widzenia!

Jan wdrapał się na maszynę. Stanął z boku i jednocześnie prawie rozległ się

świst. Pociąg ruszył.

Jan  przymknął  oczy,  bo  przez  chwilę  zdawało  mu  się,  że  jakaś  nieznana  a

background image

potężna siła porywa go i niesie ku nieznanym, obcym światom, w przestrzeń losu
nieznanego.

A  pociąg  biegł  przed  się  po  wyciągniętych  jak  węże  szynach,  które  przez

okienko maszyny można było widzieć czarną linią, odrzynającą się od tła śniegu.

Nierówny łoskot, jaki sprawiały uderzenia kół o złączenia szyn, tworzył dziką

melodię.  Cała  ta  masa  żelaza,  ten  potwór  tytanicznych  rozmiarów  biegł  z  furią,
wił  się  na  łukach,  gubił  w  głębokich  przekopach,  tonął  w  cieniach  lasów
rosnących  tuż  przy  plancie  i  biegł.  Na  lewo  i  na  prawo  ziemia  zdawała  się  z
ogromnym  pośpiechem  uciekać  w  tył,  pozapalane  wzdłuż  linii  latarnie  przy
domkach dróżników tworzyły mur nie kończący się o węzłach ze świateł. Pociąg
przelatywał  obok  nich,  pożerał  przestrzeń,  mijał  kiedy  niekiedy  światełka
czuwającej  służby,  sapał,  harkotał,  kołysał  się  czasami  jakby  dla  nabrania
większego rozmachu i biegł, przyświecając sobie dwiema latarniami z przodu.

Czasem otwierał paszczę od strony tendra, a wtedy można było widzieć w jej

wnętrzu  obraz  piekła,  jakieś  eumenidy  o  konturach  z  czerwonych  płomieni  wiły
się  tam  w  głębi  w  paroksyzmach  bólu  czy  chaosu,  kłębiły  bezładnie,  gryzły 
płomieniami, oślepiały dymem, tańczyły w wystrzelających płomieniach — pięły
się po ścianach paleniska, lubieżnie zmieszane w oślepiających blaskach.

Rzucano w tę gorejącą paszczę po kilkanaście szufli  węgla.  Potwór  syty  już

biegł  dalej,  czasami  kominem  wybiegały  roje,  miliony  złotych  pszczół,
rozsypujących  się  jak  płaszcz  ognisty  na  śnieg,  na  lasy,  na  przestrzeń,  i  biegły
chwilę  porwane  atrakcją  jak  ogon  komety.  Cudny  widok  na  tle  ciemnej  nocy,
rozświeconej z dołu tylko śniegiem.

Jan  siedział  na  węglach,  wprost  drzwiczek  pieca,  twarz  mu  palił  ogień,  a

plecy kostniały pod przejmującym mrozem.

Niewiele  czuł  z  tego.  Było  mu  dobrze,  zdawało  mu  się,  że  jest  cząstką  tego

olbrzyma,  który  biegł  pchany  potworną  siłą.  Czuł  jakieś  nie  znane  przedtem
podniecenie,  zamykał  chwilami  oczy  i  poddawał  się  z  przyjemnością  tej
nieznanej,  która  nie  jest  snem  i  nie  jest  marzeniem,  ale  jakimś  powolnym
pogrążaniem się w spokoju, w niepamięci, w nieistnieniu...

Zatrzymywali się prawie na każdej stacji.
— Daleko jeszcze do N.? — spytał maszynisty.
— Za pół godziny będziemy — brzmiała odpowiedź.
Jan  wstał,  oparł  się  o  rezerwuar  z  wodą  zapasową  i  ogarnął  ogromną

przestrzeń  wzrokiem.  Księżyc  się  był  już  ukazał  w  całej  pełni,  oświecając
rozległe  przestrzenie.  Na  prawo  ciągnęła  się  długa  linia  lasów,  ale  z  dala  od
linii,  szarzejących  się  tylko  w  jakimś  srebrnym  tle.  Na  lewo  rozrzucone
gdzieniegdzie  wioski  czerniły  się  nie  bielonymi  ścianami  domów  w  krótkich
liniach  —  siedziały  poważne,  otulone  dachami  pokrytymi  śniegiem.  Gromady
drzew,  ogołoconych  z  liści,  stały  surowe,  czarne  jak  stado  stróży.  Od  czasu  do
czasu  do  uszów  patrzącego  dochodziły  odgłosy  naszczekiwania  psów  i  jakiś
niewyraźny  szmer  —  to  wiatr  pewnie  niósł  echa  tych  tani  uśpionych,  echa
przebrzmiałych  uśmiechów  lub  płaczów,  które  się  tułały  wokoło  miejsc
zamieszkanych w powietrzu spokojnym.

background image

—  Dojeżdżamy,  panie!  —  zawołał  maszynista  i  rozległ  się  przeraźliwy

gwizd.  Przed  nimi  w  oddaleniu  nieznacznym  zamajaczyła  gromada  czarnych
murów, zbiorowisko światełek.

Pociąg stanął. Jan, podziękowawszy uściśnieniem dłoni maszyniście, wysiadł

i ciekawie się rozglądał.

Pan Antoni  zaraz  się  też  znalazł  i  obszedłszy  pociąg  z  drugiej  strony  stacji,

weszli do niewielkiego domu.

 

background image

III

 
Z progu zaraz, wchodząc do dobrze oświetlonego i ogrzanego pokoju, ujrzał

chorego na łóżku. Chory na widok wchodzących chciał  się  podnieść,  ale  brakło
mu sił, jęknął tylko cicho i wychudzoną rękę, przezroczystą prawie, wyciągnął do
Antoniego, a oczy jego niespokojne, badające zatrzymały się na Janie.

— Józiu, nie poznajeszże mnie?
Chory  popatrzył  chwilę  głęboko  w  twarz  pytającego  i  uśmiechając  się

radośnie zawołał:

— Jaś! Jasiek mój! Uściskali się serdecznie.
—  Co  za  szczęśliwe  zdarzenie!  Co  za  traf  błogosławiony  —  szeptał  chory,

lecz wysiłek, wzruszenie zatamowały mu oddech i krew rzuciła się ustami.

Gdy  odpływ  zatamowano,  chory  leżał  spokojnie  jakiś  czas,  po  czym

zwracając się do Jana, wyszeptał cicho:

—  Ot,  widzisz,  co  się  ze  mną  stało?  Konam  powoli  już  od  paru  miesięcy  i

umrzeć  nie  mogę.  Pamiętasz,  jaki  zdrów  byłem?  Pamiętasz?  —  i  uśmiech  mu
rozjaśnił  wyniszczoną  przez  chorobę  twarz.  —  Ale  i  ty  nieszczególnie,  mój.
Jaśku,  wyglądasz,  zmizerniałeś!  Mój  Boże,  tyle  lat,  tyle  lat,  jakeśmy  się  nie
widzieli!

— Osiem się skończyło w lipcu — dodał Jan.
I poczęli sobie opowiadać, co przeszli, co przecierpieli przez ten czas. Jan z

gorzką  rezygnacją  przedstawił  swoje  smutne  borykania  się  z  losem  —  ostatni
zawód  opowiedział  szczegółowo  i  zimno,  jakby  lubując  się  wrażeniem,  jakie
mowa  jego  wywierała  na  schorowanym,  nerwowym  Józiu,  który  co  chwila
przerywał opowiadanie wykrzyknikami pełnymi współczucia, a gdy Jan skończył,
opowiedział  krótko  swoje  dzieje.  Prawie  zaraz  po  wyjściu  z  gimnazjum  dostał
się na drogę żelazną, a nie mając poparcia znikąd, pozostał na skromnej posadzie,
z niewielką płacą 40 rs. miesięcznie.

—  Czterdzieści  rs.  miesięcznie  —  pomyślał  Jan  i  coś  go  w  głębi  duszy

zabolało.

No, od kilku miesięcy choruje, zachorował na zapalenie płuc, a teraz się jakaś

inna choroba przyplątała.

Dziwna rzecz, Jan mimo radości, jaką mu sprawiała myśl, że jadąc, dawnego

towarzysza,  druha  dawnego  uściśnie,  gdy  go  ujrzał,  ochłódł,  coś  się  w  nim
przerwało, jakby ta nić sympatii, która ich, dawno nie widzianych, łączyła.

Zamknął się więcej w sobie, choć na zewnątrz był wylany i szczery, tylko na

serdeczności,  na  ciepło  zdobyć  się  nie  mógł.  W  pewnym  niewytłumaczonym
wrażeniu  wzrok  jego  ślizgał  się  po  skromnych  meblach  przenikliwie,  że  się  tak
wyrazimy, taksacyjnie a bezwiednie.

Długo w noc gwarzyli o minionych czasach, chory ożywiał się, zapalał, twarz

mu jaśniała, a serce przepełniało zadowolenie. Zwierzył się Janowi z uśmiechem
poczciwej radości, że miał narzeczoną. Pobiorą się, jak wyzdrowieje.

— A żebyś wiedział, jaka dobra, jaka rozumna, serdeczna dziewczyna!

background image

— Kochacie się? —szepnął Jan z tajoną jakąś niechęcią w głosie.
—  Czy  się  kochamy?  dobry  sobie!  —  i  uśmiechnął  się  z  pobłażliwym

politowaniem, że on może pytać o to. — No, a ty, Jasiu, nie kochasz, nie żenisz
się?

—  Ja?!  ja?!  Ha!  ha!  —  zaśmiał  się  głośno  pytany,  ale  w  uśmiechu  tym

dźwięczała  jakaś  nuta  zgryźliwa,  sucha,  brutalna,  że  aż  Józef  spojrzał  na  niego
niemile dotknięty— Ja kochać? Ja żenić się?

—  Prawda,  w  obecnym  położeniu!  daruj,  zapomniałem,  ale  bo  widzisz,

przypomniałem sobie twoją dawną miłość, Janinę, pamiętasz?

— At! głupstwo.
— No, nie ze wszystkim, byłeś nią zajęty dość długo, a to coś znaczy.
—  Żakowskie  zachwyty.  W  szesnastym  roku  uwielbia  się  pierwszą  lepszą,

aby tylko trąciła kobietą.

—  Ależ  Jania  nie  była  pierwszą  lepszą!  Z  porządnego  domu,  dobrze

wychowana...

— Pudel!
— Przystojna, nawet piękna...
— O! cudna! może się teraz każdy za rubla nasycić jej pięknością.
— Co ty mówisz?
— To, co jest. Spotkałem ją trzy lata temu na ulicy... ladacznicą.
— Ależ na Boga, jestże to możliwe, co mówisz?
— Na szczęście czy nieszczęście, prawdziwe.
— Ale dlaczego? z jakich powodów? — pytał silnie zainteresowany.
— Nie wiem, przyznasz, że nie mogłem mieć ochoty dowiadywać się.
— A wiesz, że to nie do uwierzenia! To okropne! potworne!
—  Co?  że  swój  wyśniony  ideał,  swoją  Beatrycze  spotyka  się  w  lupanarze?

To widocznie już taki los ideałów.

— Żal mi cię szczerze. Toż musiałeś cierpieć?
—  Och,  nie!  nie  za  wiele,  uczułem  się  tylko  swobodniejszy  jeszcze  od

jednego  uczucia  i  zobowiązania  nierozważnie  danego.  Cóż  chcesz?  —  dodał
widząc, że Józef patrzy nań z pewnym niesmakiem.— Życie nie daje nam tego, co
chcemy, tylko to, co ma dla nas.

— I nie kochałeś się już więcej?
—  Mój  drogi  Józiu,  daruj,  ale  powiem,  że  kochają  się  tylko  ci,  którzy  mają

wiele  pieniędzy,  wiele  czasu,  wiele  naiwności  i  jeszcze  więcej  wiary  w
braterstwo  dusz,  w  szlachetność  pobudek  i  tym  podobne  rzeczy,  nie  istniejące
nigdzie  prócz  moralnych  ksiąg,  pisanych  gwoli  większego  umoralnienia
moralnych szczepów, moralnych latorośli. Wierzą w miłość ci tylko, co nie żyli
jeszcze, i ci, którzy sami, bez jakiegoś opiekuńczego bóstwa, żyć by nie mogli i
którzy  koniecznie  potrzebują  fetyszai  znajdują  go,  o  głupoto!—w  kobiecie!
Składają  na  tym  ołtarzu  wszystką  wiarę,  miłość,  honor,  nieraz  wiedzę...  Za  co?
może za rozum? za uczucie? za piękność? a przecież każde bydlę, dobrze pasione,
jest  piękne.  A  więc  za  piękno  —  więc  to  pociąg  płciowy,  nie  oddziaływanie
pobratymstwa  jaźni,  ale  zmysłów  dobrze  odkarmionych  osobników  ludzkiego

background image

gatunku.  Ha!  ha!  z  rzeczy  tak  prostej  zrobić  tak  skomplikowaną?  Wystawiać  z
najlepszej  cząstki  swego  ja  ołtarz  i  posadzić  na  nim...  papugę...  to  przecież
śmieszne i godne politowania... Zresztą — dodał po chwili — może się ja mylę!
Może i są kobiety dobre, rozumne, pełne poświęcenia i pełne miłości, może są?
Jam  o  takich  nie  słyszał  i  nie  miałem  szczęścia  czy  sposobności  widzieć  je.
Takie,  jakie  dotychczas  spotykałem,  są  mi  wstrętne,  gęsi,  ptasie  mózgi,
kłamczynie, po prostu istoty robiące wrażenie manekinów.

— Nie mówmy już o tym — szeptał Józef.
W przymkniętych oczach widniała uraza, czuł się mocno dotkniętym. Dopiero

po jakimś czasie milczenia rozjaśnił twarz, odsunął się gdzieś w głąb i starał na
nowo  zawiązać  rozmowę.  Nie  udawało  mu  się,  rwała  się  co  chwila,  bo  Jan,
zatopiony  w  ponurej  medytacji,  odpowiadał  monosylabami  i  niechętnie.  Był
poruszony tym. wspomnieniem, cyniczne określenia wyrywały mu się na usta, a w
sercu czuł jeszcze, że coś tlało do tej malującej się w błocie rynsztoków, coś, co
go  bolało.  Są  cierpienia,  na  które  ziemia  nie  ma  lekarstwa.  Cierpienie  nie  jest
tylko  prawem  natury,  jest  to  czasami  jej  przywilej,  bo  w  tajnikach“  dusz
niektórych nadmiar boleści staje się kolebką geniuszu lub zbrodni. Wszystko nie
zależy od nas samych, ale my od wszystkiego.

Józef kazał posłać na sofce, stojącej wprost swego łóżka.
Gdy się Jan rozebrał, chory zawołał nań:
— Uściśnij mnie na dobranoc!
— Przebacz, nie miałem nigdy komu życzyć dobrej nocy, więc odwykłem.
Uścisnęli się serdecznie.
A Janowi, idącemu do łóżka, przyszły na myśl słowa naczelnika: „Gdybyś się

pan  później  zgłosił,  może  się  jakie  miejsce  otworzy“.  Może?  —  i  z  tym
zapytaniem  na  ustach  położył  się.  Czysta  pościel  podziałała  nań  upajająco,
rozkoszował się, przewracał z błogą ociężałością, pił prawie tę rozkosz dawno,
dawno  nie  odczuwaną,  przykładał  twarz  do  poduszki  z  lubieżną  pieszczotą,
przesuwał dłonią po prześcieradle, wgłębiał się w przyjemność — aż zasnął.

Dzień  był  jasny,  kiedy  się  obudził,  i  przypomniał  sobie  zaraz,  gdzie  jest  i

wypadki dnia poprzedniego.

— I w rezultacie co zyskałem? — myślał. — Jedną noc przespaną w ciepłej

izbie, może jeden dzień, w którym się odżywię porządnie, a później? a co potem?
— Przymknął oczy, bo światło, padające z okna na twarz mu, oślepiało go. — A
później?  —  ponowił  sobie  zapytanie  z  jakąś  dziką  upartością...  Jasno,  bez
złudzeń  całe  okropne  jutro  stawało  przed  nim.  Bez  wyjścia.  —  Ha,  żebrać  nie
będę... — To zdychać musisz — powiedział sam sobie. A gdyby był jakiś sposób
wywinięcia się ze szponów nędzy? Ale jaki? Znał na kilku stacjach urzędników i
oficjalistów. Myśl pracująca nad wynalezieniem środków jakich zaczęła snuć się
przypomnieniem  ich  twarzy,  wyglądu,  możliwej  ilości  lat,  aż  postawiła  sobie
pytanie: „Może który z nich umrze albo go wyrzucą?“ — i rozsnuwała coraz inne
obrazy z jednego tematu, coraz śmielsze. Wydało mu się niedorzeczne tak myśleć,
ale  powracał  do  tego  samego.  Opierał  się  jeszcze,  starał  się  sam  przed  sobą
tłumaczyć,  ale  ulegał.  Tyle  niemożliwych  rzeczy  się  dzieje,  dlaczegóżby  jemu

background image

jakie niespodziewane wypadła nie miały przyjść z pomocą?

—  Są  tacy,  którzy  sprowadzają  wypadki,  to  nawet  prawo  walki!  Podstęp!

Walki!  z  kim?  Z  człowiekiem,  którego  słaby  oddech  zaledwie  dał  się  słyszeć?
Nie! — z losem. Kula nie zawsze trafia, choć zawsze wyrzucona jest w tym celu.
Cóż z tego — fatalność ją niesie. Nie zawsze — częściej oko posłuszne chęci... i
trafia? Musi, gdy się chce trafić, gdy potrzeba...

Podobne  myśli  snuły  się  w  mózgu  Jana  jak  szare  cienie,,  odgradzał  się  od

nich wstrętem, stawały się ciemniejsze, natarczywsze.

— Ładne mieszkanie — myślał, zwracając gwałtem uwagę w inną stronę, na

ściany, meble, firanki.

Pokój  umeblowany  był  starannie  i  ze  smakiem.  Tuż  przy  łóżku  stało  krzesło

wyściełane,  nie  mógł  się  przemóc,  aby  nie  dotknąć  ręką  materii,  jaką  było
pokryte.

—  Droga  —  szepnął  —  kilka  rubli  kosztuje  łokieć!  Kilka  rubli?  Ha!  kto

może... to powinien — dokończył w myśli.

Zapalił papierosa. Józef się jednocześnie przebudził.
— Dzień dobry!
— Dzień dobry.
— Jakże spałeś?
—  Jak  nie  można  lepiej  —  to  mówiąc  Jan  przeciągał  się  i  z  przyjemnością

wypuszczał kłęby dymu.

Józef zakrztusił się silnie.
—  Och,  jakiż  szkaradny  zapach!...  proszę  cię,  przestań  palić,  bo  mi  ten  dym

piersi rozrywa...

Jan  cisnął  papierosa  gniewnie  i  wstał,  ubierając  się  pośpiesznie,  naciągał

spodnie, zapiął starannie kamizelkę i kładł palto.

— Wychodzisz?
— Nie!
— A palto?
— Palto? palto jest tak dobrą okrywką w mieszkaniu, jak surdut, którego nie

mam — odparł prawie wesoło.

Chory zmarszczył się trochę, kąty ust mu drżały, a oczy niespokojne wodził po

Janie. Słowa jakieś miał na ustach, których nie mógł czy nie śmiał wypowiedzieć.
Wahanie widać było w twarzy.

— Jasiu!
Wołany odwrócił się i słuchał.
— Mój drogi, nie gniewaj się na mnie, to jest na propozycję; jaką ci zrobię

—  szeptał  chory  jąkając  się.  —  Ot,  po  co  tu  omówienia!  Nie  masz  wiele
garderoby,  a  ta,  którą  masz,  nie  jest  w  zbyt  świetnym  stanie.  A  ja,  widzisz  —
mówił, jakby się usprawiedliwiając — mam jej dosyć zbytecznej. Wybierz...

Jan mu przerwał dość szorstko.
— Dziękuję, ale nie mogę i nie chcę...
—  Nie  robię  ci  podarunku,  nie  śmiałbym,  ale  pożyczam,  proszę,  przyjmij,

przyjdą dla ciebie lepsze czasy, to mi oddasz.

background image

—  Jeszcze  raz  ci  dziękuję  serdecznie.  Jest  to  przyjacielska  usługa,  poznaję

cię w tym, ale mnie w obecnym położeniu wydałaby się jałmużną.

— Przykrość mi robisz.
— Daruj, muszę.
— Mógłbyś wziąć.
— Tak, ale nie wiem, czy mógłbym oddać.
— Bo... bo... w tych dniach ma, przyjechać Stefcia z mamą, odwiedzić mnie.
— A! rozumiem — moja prezencja jest niemożliwa w tym ubraniu!
— Och, nie! ale kobiety...
— Ależ nie będę cię krępował, wyjdę sobie na czas ich wizyty.
— Kiedy właśnie mnie chodzi o coś wręcz przeciwnego.
— A!
—  Żebyś  się  mógł   poznajomić,  ciekaw  jestem  wrażenia,  jakie  zrobią  na

tobie.

— Mój Józiu, po co mi to? po co ja się mam zaznajamiać? na co mi ludzie?

czy ja będę żył z nimi? Jestem dziś tutaj, jutro — jutro mogę iść w świat, nawet
pójdę — i więcej ich widzieć nie będę. Jeżeli są szczęśliwi — to beze mnie, a
jeśli przeciwnie, to im nie pomogę. Nie zrobiłbym na nich wrażenia dodatniego.
Nawet  kto  wie,  czy  nie  robiłyby  tobie  wymówek,  że  masz  kolegów  takich
hołyszów!  Widzisz,  to  przecie  kobiety!  —  rzekł  na  usprawiedliwienie,  gdy  mu
Józef  podczas  ostatnich  słów  energicznym  gestem  chciał  zaprzeczyć  możliwość
spełnienia podobnych przypuszczeń.

— Jaśku! nie możesz tak mówić, nie będziesz, bo mi sprawiasz przykrość, to

jedno, a drugie, nie znasz, więc nie sądź!...

— Et, wszystkie kobiety jednakowe — sądzą tylko z tego, co widzą.
— Ale nie Stefa. Mój drogi, zrób to dla mnie, poznaj się z nimi, one nie znają

nikogo z moich.

— A  to  poznają  ładny  egzemplarz  —  roześmiał  się  Jan.  Józef  spojrzał  nań

jakoś dziwnie i ciągnął dalej:

—  A  widzisz,  jeśli  choć  trochę  mi  dobrze  życzysz,  jeśli  cię  cokolwiek

obchodzę,  to  nie  mów  o  odjeździe,  nie  mów...  Tak  dawno  nie  widzianego
miałbym  znów  stracić  na  długo?  nie!  I  wreszcie,  gdzie  pojedziesz?  co  z  sobą
zrobisz? Teraz zima, o zajęcie najtrudniej; masz się gdzie poniewierać pomiędzy
obcymi sobie? po co? kiedy zrobisz mi łaskę, jeśli zostaniesz u mnie do wiosny
przynajmniej.  Jestem  chory,  będzie  mi  czas  przechodził  milej,  a  żebyś  się  nie
nudził,  sprowadzę  ci  książki.  Możesz  czytać,  rozmyślać.  A  z  wiosną...  będę
zdrowszy...  to  się  będę  z  całych  sił  starał  gdzie  wynaleźć  miejsce  dla  ciebie,
łatwiej mi to pójdzie niż tobie, boć mam przecież stosunki, znajomości... Zostań,
Jaśku, zostań, nie myśl, że mi zrobisz jaką różnicę w wydatkach... żadnej... wobec
przyjemności, jaką mi to sprawi, mieć przyjaciela i móc mu choć troszkę pomóc...
Nawet  Stefę  nie  urażę!  ale  wdzięczność  mieć  dla  ciebie  będzie,  że  ze  mną
będziesz. Zostań! Zostaniesz, prawda?

Jan stał milcząc, wpatrzony gdzieś przed siebie, zatopiony w marzeniu czy też

obliczaniu.  Co  chwila  rzucał  przenikliwe  spojrzenia  na  twarz  mówiącego,

background image

pokrytą ciemnymi plamami, mającymi znaczyć rumieńce, spoconą wysiłkiem, jaki
sprawiała  mu  rozmowa.  Chory  w  przestankach  oddychał  ciężko,  z  utrudzeniem
urywane zdania wyrzucał, z pośpiechem, jakby bojąc się, aby mu sił nie brakło.
Chustka, którą co chwila przykładał do ust, pokryła się plamami krwi. Znać było
ogromne sił wyczerpanie.

Jan  dopiero  na  dźwięk  słów:  „Zostaniesz,  prawda?“  rozjaśnił  twarz  jakąś

zimną serdecznością, uścisnął rękę Józefa i rzekł jakoś cicho a długo:

— Zostanę... — I nic więcej.
Józef wynurzał mu swoją wdzięczność.
— Więc wybierz sobie ubranie!
—  Dobrze!...  ale  jeszcze  nie  dzisiaj  —  nie  —  za  wiele  od  razu,  za  wiele...

Przygniatasz mnie swoją dobrocią, oszałamiasz, zobowiązujesz na całe życie. Bo,
i  właściwie  dlaczego  to  robisz?  —  mówił  cicho,  prawie  dla  siebie,  ale  każde
słowo  chory  słyszał  dokładnie.  —  Dlaczego?  By  mi  pomóc?  A  wiesz,  komu
pomagasz? Czy pomyślałeś, że między mną a tamtym Janem ze szkolnych czasów
nie ma najmniejszego podobieństwa? Czy pomyślałeś, że tyle lat mogło i musiało
mnie  zmienić  do  gruntu,  że  taka  ciągła  walka  o  byt  musiała  wycisnąć  głębokie
piętna  na  usposobieniu,  charakterze,  wszystkim?  Czy  pomyślałeś,  kto  ja  jestem?
Nie...  nie  zrobiłeś  tego.  Znałeś  mnie  dobrym,  łagodnym,  prawomyślnym,
poświęcającym się za drugich, szlachetnym idealistą. Takim mnie znałeś i takim
zostałem  w  twoim  sercu  i  myśli.  Takim  ci  się  teraz  wydaję  być,  tobie,  któremu
matka  natura  nie  poskąpiła  prawie  niczego,  tobie,  który  nie  rozumiesz  biedy,
nędzy,  boś  jej  nie  doświadczył,  tobie,  który  jesteś  uosobieniem  szlachetności  i
dobrego  serca.  Ale  osiem  lat  mojego  życia  to  streszczenie  ośmiu  tysięcy  lat
niedoli  ludzkiej...  Nie  mogłem  zostać  dobrym,  bom  miał  codzienną  strawę  —
poniżenie.  Nie  mogłem  zostać  szlachetnym,  poświęcającym  się,  prawomyślnym,
o,  nie  —  bo  mi  nędza  nie  pozwoliła,  złość  ludzka,  gorycz  upokorzień,
niesprawiedliwość  losu,  ludzie.  Dlaczego?  Przecież  nie  kradłem,  nie
oszukiwałem,  nie  krzywdziłem  nikogo...  Nie  piąłem  się  zajmować  pierwsze
miejsce  przy  stole  życia,  chciałem  wreszcie  zostać  tylko  skromnym  i  jako  tako
użytecznym  pracownikiem  w  społeczeństwie,  chciałem  żyć  —  boć  to  prawo
moje,  a  wegetuję  nędznie...  Wyrzucono  mnie  z  kantoru  jednego  z  banków  za  to,
żem czytał Marxa. Z redakcji, gdziem się przyczepił następnie, za to, żem chciał
w  czyn  wprowadzić  mniemanie  swoje  o  prasie,  że  to  żona  jednej  idei,  gdy
tymczasem to ulicznica, która wszystkich przyjmuje. Byłem subiektem w sklepie,
nie okradałem swojego pryncypała, więc moi współtowarzysze postarali się, aby
mnie  wypędzono.  Nigdzie  być  nie  mogłem,  bo  nic  nie  umiałem  i  byłem  za
uczciwy!  Po  takich  wysiłkach,  po  takich  przejściach,  nie  mogłem  wewnętrznie
zostać tym, czym byłem, czym mnie znałeś. Wiele rzeczy z tych, co były we mnie,
co stanowiły moją istotę moralną, odrzuciłem na śmieci. A w te, co pozostały, nie
wierzę  i  wszystkimi  zresztą  gardzę  i  nienawidzę  ich  —  nienawidzę,  bo  są,  były
sprawcami wszystkich moich cierpień. Zresztą już doszedłem do granicy, takiej,
że zaczyna mi być wszystko jedno! Upadłem! nie przez czyny, ale gorzej, bo przez
rozmyślanie o ich spełnieniu. Wszystko mi już jedno, czy będę wyżej, czy niżej,

background image

czy  na  świecie  źle  komuś  lub  nie  —  ja  wiem  to  jedno,  że  mnie  jest  źle.  Czy
cierpią,  czy  się  radują,  czy  się  rodzą,  czy  umierają,  wszystko  mi  jedno.  Sam
prawie już nie cierpię, chyba wtedy, gdy wspominam i gdy zwierzę z wnętrzności
moich ryczy „jeść!“, gdy mu nie mam co rzucić na uspokojenie głodu. Ale to ból
fizyczny. Jeżeli na co czekam z utęsknieniem jak na najmilszą, najukochańszą —
to na śmierć. Oby prędko przyszła ta boska pocieszycielka, to zapomnienie. Oby
prędko... bo... bo się boję sam siebie...

Mówił  to  głosem  spokojnym  na  pozór,  tylko  przez  twarz  przelatywały  mu

błyskawice nienawiści i bólu, a oczy płonęły ponuro, krótko. Chodził po pokoju,
przystawał, zapalił bezmyślnie papierosa, jak i bezwiednie brał różne drobiazgi z
biurka do ręki i oglądał je nie widząc, i stawiał na powrót, nie wiedząc o tym.

—  Takim  jestem!  Więc  widzisz,  że  mnie  nie  znasz  i  chcesz  wspomagać

nieznanego?

—  Mój  Jasiu,  przez  to,  żeś  tyle  wycierpiał,  jesteś  mi  stokroć  droższy,  boś

nieszczęśliwy niezasłużenie...

— Politowanie! i tego mi życie nie oszczędziło!
—  Powiedz  raczej:  współczucie  braterskie  —  szepnął  Józef  wzruszonym

głosem  i  pochwyciwszy  przechodzącego  mimo  za  rękę,  przyciągnął  i  ucałował
serdecznie.

Jan  pozostał  prawie  nieporuszony.  Ta  serdeczność  mu  okazywana,

współczucie,  pomoc  niespodziewana,  wszystko  to  robiło  na  nim  bardzo  małe
wrażenie.  Nie  dziwił  się,  nie  czuł  najmniejszej  wdzięczności.  Ale  coś  jakby
zawiść  wkradła  mu  się  do  duszy,  że  musi  przyjmować.  Gorycz  upokorzenia
nadzwyczaj  bolesnego  rozchodziła  się  po  nim  jak  trucizna.  „Dlaczego  on  to
robi?“ — pytał się w myśli, nie znajdując odpowiedzi. Nie zrozumiał po prostu
pobudek. „Głupiec — dorzucił. — Głupiec dobry!“

Kilka  dni  zeszło  im  dość  szybko.  Józef  ożywił  się,  miał  się  lepiej,  lecz  Jan

natomiast  sposępniał.  Tak  na  oko  był  dość  serdeczny,  czuwał  nad  chorym  z
pewną nawet troskliwością. Czytywał mu książki, uprzedzał prawie życzenia, na
każdym  kroku  starał  się  mu  okazywać  miłość  i  przywiązanie.  Rozmawiali  po
całych  dniach.  Ale  w  głosie  jego  dźwięczał  jakiś  przymus,  serdeczność  była
prawie  politowaniem,  a  szorstkość  nieznaczna,  bo  w  porę  tłumiona,  gniewem.
Czasem  wzrok  mu  mimo  woli  wybiegał  błyskawicą  skośną  a  przenikającą  i  jak
sztylet  padał  na  chorego.  Usta  zacinały  się  złowrogo  w  uśmiechu.  Wtedy,  czy
czytał,  czy  też  mówił,  przerywał  i  wielkimi  krokami  chodził  po  pokoju.  Jakiś
niepokój, walka jakaś toczyła się w jego mózgu. Miał jakieś popędy, które starał
się tłumić i panować nad nimi.

Czasami  stawał,  podnosił  rękę  do  góry,  oczy  rzucały  błyskawice,  w  piersi

miał  jakiś  okrzyk  straszny,  ale  usta  pozostawały  nieme.  Co  to  było?  Skąd
przyszło?

Było  to  coraz  lepsze  ogarnianie  swego  położenia,  dotychczasowej  nędzy,

zaprawne  goryczą,  wściekłym  wyrzutem  i  buntem  zdrowego,  pełnego  sił
organizmu  przeciw  wydziedziczeniu,  przeciw  skazaniu  na  zatratę  poniewierki.
Jakiś  szał  druzgoczący  wszystko,  szalona  chęć  walki,  chęć  zwycięstwa,  triumfu,

background image

wypełniała  mu  duszę,  naprężała  muskuły,  na  usta  przywodziła  groźne  a
barbarzyńskie vae victis . Ale nie walki takiej, jaką dotychczas prowadził, walki
apatycznej, zgorzkniałego i ustępującego pierwszym. Nie, nie takiej walki... Czuł
w  sobie  nadmiar  siły,  która  potrzebowała  ujścia,  nadmiar  woli,  potrzebującej
tylko  celu.  Ale  czasami  rzucał  sam  w  swoją  rozognioną  wyobraźnię  słowa
chłodnej rozwagi: „Po co mi to? Zwycięstwo zetrze z duszy pamięć cierpień? Czy
wytrwam w postanowieniu? Jakiż cel ostateczny? Triumf — to za nic. Wszystkie
idee najwznioślejsze i najdziksze muszą mieć jakiś cel ostateczny, nie materialny.
A  jakiż  ja  mogę  mieć  cel?  Co  chcę  zyskać  przez  zwycięstwo?  Pełny  żołądek,
przyzwoite mieszkanie, trochę grosza!“ — Roześmiał się w duszy pogardliwie i
szepnął: „Nie warto! O, nie warto!“

A  jednak  z  pewną  przyjemnością  żył  we  względnym  dobrobycie,  z  pewną

przyjemnością  rozglądał  się  po  mieszkaniu  eleganckim,  spożywał  obiady,  palił
dobry tytoń.

Z pewną przyjemnością spoglądał ,,codziennie w lustro, widząc twarz swoją

wypełniałą,  bielszą,  delikatniejszą  znacznie,  wyprzystojniałą.  Śmiał  się  sam  z
siebie, ale z pewnym zajęciem śledził, jak porządne odżywianie się wpływało na
niego. Było to chwilowe zadowolenie człowieka pognębionego dotychczas. Miał
głód,  zimno,  niewygody.  Dostał  jeść,  ciepłe  mieszkanie,  uprzedzającego  jego
chęci  przyjaciela.  „Używajmy!  —  zawołało  zwierzę  w  głębi  niego.  —  Hola!
ogryzajmy kość rzuconą zwolna, a myślmy, jak się dostać do mięsa!“

Nie  pokazywał  się  na  stacji,  bo  zobaczył,  że  gdy  się  kilka  razy  z  początku

pokazał, zwracał na siebie uwagę — ubraniem. Litościwe spojrzenia oburzały go
do głębi. Patrzał na to z politowaniem niemocy. Byłby kopał taką głupotę ludzką,
a że nie mógł, więc tylko gniew oblewał mu rumieńcem twarz. Zaciskał pięści i
odchodząc pluł na całe to stado ludzkie. Złość jakaś wkradała mu się do duszy.
Walczył  jednak  ze  sobą,  znajdował  w  sobie  jeszcze  męstwo  powstrzymywania
się, odpędzania myśli, ale marzeń ponurych nie mógł się pozbyć...

Jakoś  w  miesiąc  po  jego  zainstalowaniu  się  w  N.  przyjechała  narzeczona

Józia.  Stanęła  u  brata,  zawiadowcy  miejscowej  stacji,  skąd  uprzedzono  o
przyjeździe i odwiedzinach.

Józef  był  w  wyśmienitym  humorze,  czuł  się  prawie  zdrowym,  promieniał

szczęściem.  Zmusił  Jana  do  przebrania  się,  sam  mu  nawet,  oparty  o  poduszki,
wybierał,  doradzał...  Gwarzył  wesoło,  śmiał  się,  dowcipkował,  kaszel  miał
mniejszy, blade rumieńce na twarzy. Uczesał się z pewną starannością i pomimo
energicznego  protestu  Jana  wstał  i  ubrany  w  szlafrok,  w  wysokim,  skórzanym
fotelu siedział oczekując niecierpliwie...

Jan,  jak  mógł,  dopasowywał  się  do  trochę  za  ciasnego  surduta  i  z  pewną

ciekawością  spoglądał  w  okno.  Wyglądał  bardzo  przyzwoicie,  pominąwszy  za
czerwone  ręce,  twarz,  miejscami  pokutą  czerwonymi  plamami  od  mrozu,  robił
wrażenie przystojnego mężczyzny.

— A dobra... a poczciwa! — szeptał Józef.
Jan  uśmiechał  się  pod  wąsem  z  zakochanego.  Ciekaw  był  ujrzeć  ten  ideał

folwarcznej Heby, gęsi czy kobiety?

background image

Doczekali  się  nareszcie.  Przyszła  z  matką.  Józef  wyciągnął  ręce  do  niej,

podała mu swoje obie — całował namiętnie, szepcząc:

— Dziękuję, dziękuję...
— Kocha go — śliczna! — zauważył Jan, gdyż już cały akt rekomendacji się

odbył i zakochani wrócili do siebie.

Odsunął  się  w  głąb  z  matką,  aby  nie  przeszkadzać.  Matka,  cicha  jakaś

dotychczas,  przysunęła  się  do  niego,  rozwodząc  szeroko  żale  i  troski  swego
matczynego  serca  nad  chorobą  Józia.  Poczciwość  biła  staruszce  z  twarzy,  jak
wymowa  z  ust,  niepowstrzymanym  potokiem.  Słuchał  dość  cierpliwie,
odpowiadał  w  miarę  przytakiwaniem.  Ale  stara,  wyczerpawszy  cały  zapas
wiadomości,  tyczących  się  Józia,  córki,  siebie,  syna  zawiadowcy,  wzięła  się
obcesowo wybadać jego.

— Pan dawno Józia zna?
— Dawno, bardzo dawno, szesnaście lat.
— O! o! poznaliście się dziećmi?
— Tak, w piewszej klasie.
— A Józio edukowany, wiem, wiem, był w klasach. Stara zamilkła, pokręciła

się trochę, popatrzyła w twarz Jana i szepnęła niby dyplomatycznie:

— Pan także, jak i Józio, służy na kolei?
— Nie, pani. — A widząc, że otwiera już usta, aby się zapytać, gdzie, odparł

prędko: — Nigdzie!

—  O!  o!  nigdzie,  nie  na  kolei,  bo  widzi  pan,  teraz  wszyscy  młodzi  to  się

starają zaczepić na kolei — bo widzi pan, jakby powiedzieć, na ten przykład, to
jest dobre, na ten przykład, dają pensję, mieszkanie, opał, światło, o! o! i na ten
przykład, honor jest. A jakże — dodała, widząc drwiące spojrzenie Jana. — Mój
syn,  panie,  na  ten  przykład,  zawiadowca,  żeby  pan  wiedział,  co  się  nastarał,
nachodził, był także w klasach, na ten przykład, i dostał miejsce...

Jan już prawie nic nie słyszał, co mówiła, bo słuch miał wytężony w kierunku

zakochanych,  którzy  siedząc  przy  sobie,  oparci  ramionami,  szeptali  półgłosem.
Twarzami zwróceni do niego, a nie widzący nic prócz siebie.

—  A  jaki  był  chorowity  ten  mój  jedyny,  jaki  delikatny,  na  ten  przykład  —

ciągnęła  dalej  stara  —  leczyłam,  chuchałam  i  wyleczyłam,  ale  nie  tym,  co
doktorzy, na ten przykład, napisali, ale kamforą. Tak, mój syn zawiadowca, na ten
przykład...

— Kamforą — szepnął Jan bezmyślnie, nie słysząc, co mówiła. Cały był we

wzroku.

— A tak, panie, kamforą, na ten...
Nie dokończyła, bo panna Stefania wstała:
—  Muszę  ci  tu  porządek,  ład  zaprowadzić  —  szczebiotała  spoglądając  na

biurko, stoliki, zarzucone mnóstwem bezładnie poustawianych cacek.

— Pomogę — zawołał Józef chcąc się podnieść. Jednym skokiem znalazła się

przy  nim,  przytrzymała  mu  ręce  i  z  minką  figlarną  a  porywającą  wołała  tupiąc
nogą:

— Siedzieć, słuchać! nie ruszać się, być zdrowym — musnęła mu rączką po

background image

twarzy i odbiegła wesoło, krzątając się po mieszkaniu z. komicznym narzekaniem:
— Ach, jak ci kawalerowie mieszkają, ach, jak mieszkają!

Jakoś jasno zrobiło się w pokoju, wesoło, ciepło. Jan mimo woli spojrzał ku

oknu.  Nie  to  ona  wniosła  z  sobą  promień  słońca,  wiosnę,  życie.  Wiało  od  niej
urokiem,  oddychało  czarem.  Niewielką  główkę,  okoloną  ciemnymi  splotami
włosów, nosiła prosto, dumnie. Dwa grube warkocze spływały jej po ramionach,
prawie  do  stóp.  Piwne,  ogromne  oczy  miały  jakiś  blask  i  miękkość  aksamitu.
Zamglone spoglądać musiały jak toń o zmroku, lecz teraz wyzierały tak jasno, tak
serdecznie,  z  jakąś  rzewliwością.  Dwa  łuki  brwi  ciemnych,  prawie  czarnych,
odznaczały się wydatnie regularnym rysunkiem. Czoło wąskie, gładkie, białe, na
skroniach poprzerzynane siatką niebieskawych żyłek, wypukłe występowało spod
gładko przyczesanych włosów. Nos długi, cienki, troszkę garbaty, usta dość duże,
o  pełnych,  wiśniowego  koloru  wilgotnych  wargach,  miały  słodycz  i  wdzięk
nieświadomości. Owal dobrze zarysowany, tylko broda trochę naprzód wystająca
i szczęki dość odznaczone nadawały dolnej połowie twarzy charakter szczególny
zmysłowości, tym wybitniej występujący przy sąsiedztwie idealnym czoła, ócz.

Wzrost  więcej  niż  średni,  kibić  wysmukła,  kształtna,  dopełniały  całości  —

całości robiącej wrażenie arcyprzyjemne.

Uwijała  się  z  żywością,  wesoło  gospodarując,  perlista  rulada  śmiechu

brzmiała  od  czasu  do  czasu,  przeplatana  śmiechem  krzątania  i  rozmową.  Józef
siedział  zapatrzony  w  nią  jak  w  cud  dawno  oczekiwany,  w  niemej,  pełnej
szczęścia kontemplacji.

Jan, jakoś roztargniony, dotknięty, obserwował. Wzrok biegał bezustannie po

całej  jej  postaci,  chwytał  spojrzenie,  uśmiech,  profil,  kontur  postaci,  wdzięk
poruszeń, wszystko.

Poustawiała,  pooczyszczała  wszystko,  odsunęła  się  w  drugi  kąt  pokoju,

obrzuciła całość okiem znawczyni i zawołała wesoło:

— No, teraz możliwie!
—  Czy  wpierw  było  aż  tak  niemożliwie?  —  spytał  Jan,  który  od  kilkunastu

minut miał ogromną chęć rozmowy i czekał sposobności.

—  Tak  zupełnie,  nie  powiem,  ale  dla  panów  wszystko  jest  możliwe.  Co  też

panowie  robili  przez  dnie  całe?  —  spytała,  zmieniając  treść  rozmowy,  bo  oczy
jej przypadkiem spoczęły na otwartej książce, porzuconej na kozetce.

— Da się streścić w dwóch słowach: czytali i rozmawiali.
— I?
— I czasami rozmyślali o... nieobecnych.
—  Czy  o  nieobecnych  —  nie  wiem,  ale  że  czytali,  widzę  —  to  mówiąc

przechyliła się, aby wziąć książkę, leżącą obok Jana.

Zakrył śpiesznie książkę i zawołał z komicznym przerażeniem:
— Nie wolno — na indeksie — wyklęte... — Przez kogo?
— Przez Wielkiego Jałmużnika dóbr duchowych.
— A! a tytuł książki? autor...
— Urania Plammariona .
— Urania! to kobieta, bohaterka pewnie tego romansu?

background image

— O, nie, to gwiazda, planeta!
—  E!  to  nie  musi  być  zajmujące.  Czytałam  jakąś  powieść  pod  podobnym

tytułem,  to  jest  nie  takim  samym,  ale  także  dziwnie  brzmiącym...  ach!
przypominam sobie — Safo !

— Daudeta!
— Nie, tam było napisane tylko „Safo“, a nie „Safo Daudeta“.
— Gęś — mruknął Jan i spuścił wzrok, bo wstyd mu było spojrzeć jej w oczy

i Józiowi, który się przypatrywał. — Szkoda!

Zabawiły jeszcze z pół godziny. Odchodząc, obiecała codzienne odwiedziny.

Na pożegnanie podała rękę Janowi. Ciepła, delikatna, miękka ręka podziałała nań
dziwnie przyjemnie... byłby ją dłużej zatrzymał w swoim ręku, lecz nie śmiał.

Skoro  tylko  wyszły,  Józef  zawołał  triumfująco:  —  A  cóż?  Przesadziłem?

Jakże ci się wydała? Jan milcząc chodził po pokoju.

— Nie odpowiadasz? sumujesz wrażenia, prawda?
—  Tak,  i  to  wrażenia  bardzo  dziwne  a  przyjemne.  —  A  widzisz  —  w

rezultacie jednak?...

— Jest bardzo ładna, wdzięczna gracja. Szczęśliwy wybór zrobiłeś, o ile mi

się zdaje.

— O, jestem aż nadto przekonany...
— Dawno się znacie?
— Rok przeszło... poznaliśmy się tutaj na stacji, u jej brata...
— Zawiadowcy.
— A tak — wiesz, że to jej brat?
—  Mówiła  matka  o  synu  zawiadowcy.  —  Uśmiechnął  się  podkreślając  ten

wyraz. Józef zrozumiał i rzekł tłumacząc:

— Widzisz, to prosta kobieta, prosta, ale zacności, chlubi się dziećmi, bo je

własną  pracą  wychowała  i  wykształciła,  jak  mogła...  Syn  skończył  kilka  klas.
Stefcia pensję...

— Musi mieć nieźle w głowie — spytał indagacyjnie.
—  A  tak!  Rozumna,  wykształcona,  ślicznie  gra  na  fortepianie,  mówi  po

francusku...

Jan o mało nie parsknął śmiechem, ale w porę się powstrzymał, że Józef nie

spostrzegł.

— Tak, kobieta z talentami, rozumiem — odpowiedział.
Śmiać  mu  się  chciało  na  to  określenie  „rozumna,  wykształcona,  gra  na

fortepianie, mówi po francusku“. Bo u nas kobieta w całej średniej klasie niech
tylko gra i mówi po francusku, to się już nazywa wykształconą. Uprawiają w niej
te  talenta  jak  w  pudlu  noszenie  koszyka  itp.,  i  zostaje  też  pudlem,  popisującym
się, gdzie się tylko zdarzy, muzyką, śpiewem, francuszczyzną, czasami od siedmiu
boleści,  gwoli  ogólnemu  aplauzowi  mężczyzn  i  cichej  zawiści  rówieśnic,  nie
mogących się tym samym popisać.

— Cóż ci matka mówiła?
— O! bardzo wiele, coś o twojej chorobie, o synu i jego wyleczeniu kamforą,

byłaby  mi  nawet  opowiedziała  period  ząbkowania  panny  Stefanii,  ale  nie  miała

background image

czasu.

— Tak, jest czasami śmieszna, ale ponieważ to z przywiązania robi, więc...
— Więc nie godzi się żartować? Rozumiem. Zresztą ja nie żartowałem, tylko

tak mimo woli wtrąciłem uwagę — usprawiedliwiał się, widząc, że Józef nierad
słuchał, choć zresztą był w wyśmienitym usposobieniu.

Rozbierał  każde  słowo  Stefci,  uśmiech,  spojrzenie  i  zachwycał  się

uszczęśliwiony.  Miał  ją  ciągle  przed  oczyma  i  na  ustach.  Był  jak  bateria
elektryczna naładowany miłością i wyładowywał się uwielbieniem i projektami
przyszłości szczęśliwej. Wesoło a głośno opowiadał Janowi:

— Żebym to jak najprędzej wyzdrowiał, to... co to teraz? a luty — to w maju

już bym się ożenił.

—  Jeżeli  wyzdrowiejesz,  jeżeli  żyć  będziesz  —  pomyślał  Jan,  który  z

obserwacji  i  od  doktora  dokładnie  znał  stan  choroby.  Zresztą  niewiele  się
odzywał. Przemierzał szerokimi krokami po raz może tysięczny pokój i rozmyślał,
a raczej dał się porwać marzeniom bezładnym o szczęściu drugich — marzeniom,
w których nierzadko twarz dopiero poznanej przesuwała się przed oczyma duszy.
„Są  szczęśliwi,  są!  niewiele  im  do  szczęścia  potrzeba,  to  prawda!  A  jeśli  to
niewiele go daje, to już jest wiele“.

—  Więc  tobie  niewiele  brakuje  do  zupełnego  szczęścia?  —  zapytał  stając

przed Józefem.

— A tak! niewiele. Wyzdrowieć, ożenić się!
— I?
— I nic więcej, cóż mogę więcej żądać? Być kochanym — kochać, mieć jaki

taki byt, to dla mnie wystarczające.

Stworzyć  sobie  maleńki  świat  swój.  Wypełnić  obowiązki  serca  i  musu

wesoło,  zharmonizować  się  z  otoczeniem,  dostroić  do  okoliczności.  Nie  zaznać
wielkich cierpień, nie marzyć, nie szybować po wyżynach myśli ani nie pełzać —
tylko iść, iść gładko, równo, wielkim gościńcem...

— Pospolitości — dorzucił Jan.
—  A  tak,  niech  będzie  pospolitości,  jeśli  ta  pospolitość,  jak  ją  nazywasz,

będzie szczęściem.

— Względnym!
—  Jeśli  się  czuję  być  szczęśliwym,  to  mniejsza,  czy  to  szczęście  jest  sobie

zwyczajnym,  pospolitym  szczęściem,  aby  tylko  nim  było.  Zresztą  może  będąc
szczęśliwym nie rozróżnia się jego rodzaju.

— A może?
—  I  cóż  więcej  potrzeba  człowiekowi  tej  miary,  co  ja?  nic,  prawie  że  nic.

Przejść  przez  życie  spokojnie,  wysnuć  rozumnie  pasma  życia  z  najmożliwszą
oszczędnością i skończyć z przeświadczeniem, że się było...

— Asinus asinorum in saecula saeculorum — wtrącił Jan, przypomniawszy

sobie szkolną sentencję.

— Człowiek, który spełnił wszystko co był powinien spełnić.
—  O,  tak!  Przejść  przez  życie  pod  pachę  z  żoną  —  do  tego  ładną,  być

elegancko  ubranym,  dobrze  odżywionym,  z  pewnym  zapasikiem  grosza  na

background image

nieprzewidziane,  z  kapeluszem  w  ręku,  z  ukłonem  dla  zwierzchników,  z
uściśnieniem dla kolegów, z gotowym pocałunkiem dla powinowatych. Stosować
się  przede  wszystkim  do  okoliczności,  a  być  zawsze  grzecznym,  ujmującym,
uśmiechniętym,  gotowym.  Mieć  w  kieszeni  lewej  kodeks  prawa,  w  prawej
kodeks  przyzwoitości  towarzyskiej,  a  na  czole  wypisane:  „poczciwiec“,  i  nie
myśleć,  przede  wszystkim  nie  myśleć,  i  być  wszystkim,  byle  tylko  nie  sobą,  i
spocząć,  opłakiwany  przez  ogół  swych  znajomych...  To  szczyt,  to  ideał  życia
porządnego człowieka! Tfy! małpy, psiakrew! — zaklął gburowato. Szyderstwo,
gniew, buchało z niego.

Był  dziwnie  wzburzony.  Ta  jasna  perspektywa,  jaką  Józef  mu  ukazywał,  tak

go poruszyła, przepoiła go żółcią, prawie zawiścią. Miraż ukazywany stał mu się
wstrętnym,  bo  on  mógł  tylko  oglądać,  a  tamten  posiąść.  Jego  marzenia  kto  inny
urzeczywistniał dla siebie.

— A  ja  nigdy  tak  mieć  nie  mogę?  Zawsze  mi  wlec  się  na  łańcuchu  nędzy?

Zawsze  mam  nie  zaznać  spokoju,  szczęścia...  A  niech  cię  pioruny  spalą!  —
Ciskał się wewnątrz siebie, jak tygrys w klatce, do słońca, przestrzeni, wolności!
Żal  do  świata,  do  ludzi,  losu,  opanował  go  okrutny,  a  potem  ból  jakiś  czuł  w
sercu, mózgu, wszędzie, i jakąś chęć potworną szałem i siłą, pragnienie szczęścia
owładnęło mu duszę tak, że wyciągał mimo woli ramiona, jakby chciał przyjąć w
ogromnym  uścisku  nadchodzącą,  oczy  zachodziły  mu  łzami  prośby  do  tej
nieznanej,  a  tak  upragnionej  szczęśliwości,  usta  szeptały  słodkie,  choć  groźne
słowa  zaklęć:  „Muszę  cię  posiąść!  musisz  przyjść  do  mnie  choć  na  dzień,  na
godzinę. Musisz! zniewolę cię siłą, jeśli nie uproszę, porwę choć przez łzy czyje,
przez  krew  czyją,  jeśli  sama  nie  przyjdziesz! Ale  moją  być  musisz!“  —  I  upadł
prawie na kanapę, wyczerpany, rozstrojony, zakrył twarz rękami, bo łzy mu mimo
woli spływały po policzkach, i łkał...

Józef nie rozumiał nic prawie z tej na poły niemej sceny, nie mógł pojąć, co

mu  się  stało,  chciał  się  dowiedzieć,  ale  Jan  mu  nie  odpowiadał,  więc  zamilkł,
odwrócił  się  trochę  od  niego,  wyciągnął,  ile  mógł,  w  fotelu,  okrył  nogi  lepiej
kołdrą i zasnął marząc...

Codziennie  po  południu,  na  godzinę,  czasami  na  dwie,  przychodziła  panna

Stefania  z  matką,  czasami  z  bratem  lub  ze  służącą.  Codziennie  jej  obecność
rozjaśniała  niejako  dość  ponure  mieszkanie.  Była  zawsze  pełna  wesela  i
niewyczerpanej  troskliwości  o  zdrowie  Józefa,  nad  którym  czuwała  z
macierzyńską dobrocią.

Był to umysł nie rozwinięty zbyt wiele, charakter nie wypróbowany w życiu,

ale  serce  wielkie,  serce,  które  potrzebowało  kochać,  a  kochając  czuło   miłość
głęboko  —  na  zawsze.  Dusza  jej  nie  wdzierała  się  na  wyżyny,  może  nawet  nie
wiedziała o innym, wyższym życiu, ale obowiązki tego, jakie było jej udziałem,
brała serio i spełniała“ chętnie. Była to pospolitość — złota, zadawalniająca się
tym, co miała. Pokochała Józefa całym swoim osiemnastoletnim, czystym sercem.
Kochała go głęboko — tak jej się przynajmniej zdawało. Choroba jego, której nie
znała  grozy,  nie  budziła  w  niej  trwogi,  tylko  współczucie  nad  cierpieniem
ukochanego.

background image

Przyjście jej rozjaśniało twarz Józefa, ożywiało go, wlewało weń nowe wraz

siły,  a  zachmurzało  coraz  częściej  Jana.  Dlaczego?  sam  jeszcze  nie  umiał  sobie
zdać sprawy, czuł tylko, że między nimi jest zbytecznym.

Sprawiało  mu  niewypowiedzianie  gnębiącą  przykrość  patrzeć  i  słuchać  tych

dwojga  kochających  się.  Wychodził  najczęściej,  pozostawiając  ich  z  sobą,
wychodził po to, aby za chwilę wrócić i siąść gdzieś w zagłębieniu, i patrzeć w
tę słodką twarz, pożerać wzrokiem cudne linie jej postaci i śmiać się w duchu z
siebie,  a  złorzeczyć  wszystkim...  Szorstkie,  prawie  nieprzychylne  usposobienie
względem  niej  zanikało  w  nim  powoli.  Robił  się  jakimś  cichym,  powolnym.
Mógł jej nie widzieć, ale nie mógł nie myśleć o niej.

Nie  robił  jej  uderzających  grzeczności,  ale  na  każdym  kroku  starał  się

okazywać  przychylność  i  szczere  zainteresowanie  wszystkim,  co  się  jej  tyczyło.
Robiło  mu  to  wielką  przyjemność,  gdy  mógł  jej  wyświadczyć  jaką  małą
przysługę.  Czasami  oburzał  się  na  swoje  „lokajstwo“  i  wyrywał  się  z  jakim
żartem  rubasznym  lub  gburowatą  odpowiedzią,  lecz  widząc  ją  zaciskającą  usta
lub marszczącą brwi, milknął wściekły na siebie, niespokojny; byłby przepraszał
—  nie  umiał.  Tylko  wzrokiem  głębokim,  serdecznym  a  żałującym  prosił.
Przebaczano mu, widział to — i był rozradowany.

Powoli  przywykł  do  tych  codziennych  odwiedzin,  potrzebował  ich,  żył  nimi

prawie. Z niecierpliwością czekał, z utęsknieniem niejako. Nie wiedział, co się z
nim działo, ale z pewną chciwością zagłębiał się w to zaczarowane bez wyjścia
koło.  Tylko,  w  miarę  posuwania  się  po  tej  nie  znanej  dotychczas  drodze,  czuł
coraz większą, niewytłumaczoną niechęć do Józefa.

Po wyjściu Stefy, jak ją w myśli nazywał, siedział nieraz godzinami milczący,

nieruchomy,  obezwładniony  marzeniami,  uczuciem,  jakie  się  rozwijało  w  jego
sercu.

To  znów  chciał  zrywać  się  i  biec,  biec  przed  siebie,  gdzieś  w  dal,  opuścić

Józefa,  wszystko,  i  zniknąć  z  własnym  wspomnieniem,  ale  nie  mógł.  Wola  jego
leżała skrępowana tymi godzinami odwiedzin, tym czarem, jaki roztaczała Stefa,
urokiem, jakim nań działała, jakąś rozkoszną niemocą, jaką czuł w sobie patrząc
nań, dotykając rąk jej na przywitanie i pożegnanie.

Nie mógł iść, bo i gdzie? i po co? I patrzył prawie z przestrachem w okna, na

świat,  gdzie  marcowa  pogoda  wyprawiała  harce  lejąc  deszczem,  sypiąc
śniegiem,  to  znów  lodowatym  tchnieniem  wiatru  mrożąc.  Nie  mógł  się
zdecydować i zaczynał nie chcieć.

—  Co  jutro  będzie?  jaką  zobaczę...  —  myślał  wpatrując  się  w  twarz  Józefa

wzrokiem tak uporczywym, świdrującym go do głębi, jakby chciał rozpatrzyć, na
jak  długo  mu  jeszcze  życia  starczy,  i  nie  mógł  wzroku  złagodzić,  nie  mógł
oderwać.

Wiedział, że mu z źrenic wypełzają jadowite, potworne życzenia, a nie mógł

patrzeć lepiej, inaczej — lepiej.

—  Jemu  myśleć  o  żonie  —  jemu!  o  uściskach,  o  pocałunkach!  —  myślał  z

gniewem,  z  politowaniem,  i  wstrząsał  się  cały,  widząc  lub  przypominając
pocałunki, jakie zamieniali narzeczeni.

background image

Niechęć  jego  miała  coraz  głębsze  źródło.  Z  niepokojem,  z  zazdrością

gwałtownie  rosnącą  i  z  trudem  ukrywaną  patrzył,  jak  szeptał  do  niej,  jak  się
pochylał ku jej twarzy, jak ją całował, jak swymi długimi, wychudłymi palcami
przesuwał  po  jej  włosach.  Zazdrościł  mu  wszystkiego.  Najwięcej  go
rozdenerwywały szepty ich.

—  Co  to  bydlę  może  mieć  jej  do  powiedzenia?  —  myślał  pochylając  się

więcej jeszcze nad książką, której nie czytał.

Położenie  jego  stawało  się  z  każdym  dniem  nieznośniejsze.  Cierpiał  bardzo

fizycznie i moralnie.

— Muszę być chory — tłumaczył sobie. — Po tylu czasach nędzy odmieniłem

warunki życia i to mnie rozstroiło — ale nie — wytłumaczył. — Wrażenie pewne
zrobiła na mnie, ale nic więcej — odpowiadał ukrytemu w głębi zapytaniu.

Że  daleko  więcej,  niż  sobie  zdawał  sprawę,  nie  czuł  nawet  świadomie,

przekonał się niebawem. Miłość zajmowała całą jego istotę, jak fala rozlewająca
się w równinę.

Pozwalał się ogarniać uczuciu prawie bez protestacji, bo i po co? czy byłby

nie kochał nie chcąc? Nie myślał jeszcze, gdzie go ta miłość zaprowadzi, jak nie
wiedział  o  całej  sile  uczucia,  do  jakiej  niewystudzone  jego  serce  było  zdolne.
Dopiero naprawdę przekonał się, że kocha, w następującej okoliczności:

Któregoś  z  dni  marcowych,  wyjątkowo  ciepłego  i  pogodnego,  przyszła

wcześniej ze służącą „zrobić wiosenne porządki“, jak mówiła. Była szczególnie
dnia tego w wybornym usposobieniu, które się wyraziście odbijało na jej twarzy
pięknej  jak  nigdy.  Oczy  rzucały  żywe  i  ogniste  spojrzenia,  twarz  lekko
powleczona  rumieńcem  jaśniała  całą  krasą  piękna,  młodości,  zadowolenia,
purpurowe  usta  zdawały  się  oddychać  pragnieniem  pocałunków,  rozkoszy.  Była
w jakimś podnieceniu. Dyrygowała służącą z wdziękiem i humorem. Przyszło do'
zawieszania firanek. Służąca wgramoliła się na stół i niezgrabnie, z obawą, aby
nie  spaść,  chciała  zawiesić  gzymsy  na  hakach,  lecz  nie  mogła  dosięgnąć.  Panna
Stefania,  niewiele  myśląc,  przysunęła  krzesło  do  ściany,  dostała  się  za  pomocą
niego  na  poręcz,  jedną  ręką  trzymając  się  ramy  okna,  drugą  swobodną  odebrała
firanki, wyciągnęła się, o ile mogła, zawiesiła gzyms po jednej stronie i siliła się
dostać do drugiej, nie zważając, że krzesło przez nachylenie odsunęło się trochę
od ściany i zaczęło wykonywać ruchy ekwilibrystyczne. Nie zważała na to, tylko
z  uporem  pośpiechu  i  nierozwagą  starała  się  dosięgnąć  haka.  Zrobiła  to  tak
szybko,  że  Józef  nie  zdążył  zaprotestować,  a  Jan  wyręczyć,  tylko  ten  ostatni
podbiegł w sam czas, gdy ręka jedna, nie  mogąc  utrzymać  gładkiej  powierzchni
ramy,  osuwała  się  bezsilnie,  a  krzesło  wykonywało  ostatni  swój  ruch
oscylacyjny.  I  nim  miała  czas  upaść,  a  nawet  poznać  niebezpieczeństwo,  Jan
schwycił ją prawie w powietrzu w swe potężne ramiona. Pierś do piersi, usta do
ust!  I  nie  wiedział,  jak  i  kiedy  usta  jego  wpiły  się  z  żarłocznością
niepowstrzymaną  w  na  pół  rozchylone  jeszcze  uśmiechem  jej  usta,  a  ramiona
obejmowały  i  cisnęły  do  siebie  z  siłą  i  miłością.  Była  to  chwila,  a  starczyła  za
wieczność! Było to w mgnieniu, a wystarczyło na wieczność. Było to mgnienie, a
wystarczyło, żeby stracić rozum, świadomość, żeby oszaleć! Było to mgnienie, a

background image

wystarczyło,  aby  miłość  nieświadoma  siebie  wybuchła  w  całej  sile,  aby  było
rozstrzygające  o  losie  całej  gromadki  ludzkiej.  Nim  Józef  mógł  wydać  okrzyk
przerażenia i dojrzeć cośkolwiek, już Jan postawił ją na podłodze i sam, prawie
nieprzytomny, bezwładny, upadł na kanapę. Był straszliwie zmieniony! Usta białe
drżały  konwulsyjnie.  Twarz  pokryła  jakaś  straszna  siność.  Oczy  o  źrenicach
rozszerzonych, wyszłych z orbit, gorzały fosforycznie, a nic nie widziały. Całym
wstrząsały  dreszcze.  Nogi  i  ręce  latały  jak  w  febrze.  Kolumna  pacierzowa
wygięła  mu  się  naprzód  i  była  jak  sparaliżowana  —  atrakcją.  Długą  chwilę
siedział,  nim  przyszedł  cokolwiek  do  siebie.  Obejrzał  się  jak  człowiek
przychodzący  do  przytomności,  nic  nie  widząc.  Oddychał  krótko,  chrapliwie  i  z
trudem.

— Strwożyłeś się, Jaśku? — zapytał chory widząc w części jego stan.
—  Co  to  było?  Kto  mówi? A!  a!—  I  jak  błyskawica  przebiegła  przez  myśl

jego chwila miniona. Więc to on miał ją przed chwilą w ramionach, tuż przy swej
piersi,  całował,  całował,  i  czuje  na  ustach  jakąś  słodycz,  dotknięcie  tych
delikatnych  ust,  ciśnienie  piersi  jędrnych,  młodych,  ciężar  ciała  rozkosznie
obezwładnionego, zapach włosów. I jakiś dreszcz przebiega mu wzdłuż pleców,
zęby zaciskają się, gwałtownie ramiona rozszerzają, a na usta i policzki powraca
purpura,  kłucie  ostre  a  delikatne  czuje  na  skroniach,  pod  skórą,  a  potem  ciepło
jakieś rozchodzi mu się od serca po nim całym.

— Stefuś mój, widzisz, jak to nie trudno o nieszczęście!
—  A  tak  —  odpowiada  nie  wiedząc,  co  mówi.  Dopiero  teraz  zdaje  sobie

sprawę z tego, co się stało.

Oblała się rumieńcem i z oczami przymkniętymi, z piersią podaną naprzód a

wstrząsana  dreszczem  siedziała,  cała  przejęta  wrażeniem.  Paliły  ją  usta,  a  nie
pomogło  bezwiedne  oblizywanie  się.  Paliło  ją  wszystko.  Doznawała  czegoś  nie
znanego sobie jeszcze, czegoś, co jak płomień rozchodziło się po całym jej ciele.
Serce  jej  biło  przyśpieszonym  tętnem.  W  uszach  miała  szum,  w  głowie  chaos,
przycisnęła  się  bezwiednie  silniej  plecami  do  grzbietu  krzesła.  Nie  czuła  się
obrażoną, tylko niezmierny niepokój owładnął jej duszą. Zadawała sobie pytanie:
„Co mi jest?“ — i nie umiała odpowiedzieć. Nie rozumiała jeszcze wrzenia krwi.
Wkrótce  odeszła  zakłopotana,  wystraszona  tym  nieznanym,  które  ją
wyprowadzało  z  równowagi.  Odchodząc  nie  podała  Janowi  ręki,  nie  spojrzała
nawet na niego. Szepnęła mu tylko półgłosem:

— Do widzenia.
Dzień był jeszcze jasny, prawie ciepły. Słońce lało po prostu światło i ciepło

w  atmosferę  —  przenikało  wszędy.  Czuć  było  wiosnę  w  powietrzu  jasnym,
przejrzystym,  silnie  niebieskawym  w  krańcach  widnokręgu.  Szmaty  ziemi,
miejscami  zupełnie  wyswobodzone  ze  śniegu,  ciemniały  plamami  szklistymi,
przepojonymi  wodą.  A  wszędzie  woda,  śnieg  topniejący,  błoto...  A  wszędzie
jakiś  odruch  spętanej  przez  zimę  przyrody,  jakieś  wrzenie  życia  utajonego
jesz,cze, jakieś przygotowania do walki, przedsmak zwycięstwa i triumfu.

Jan wyszedł. Zaraz za stacją wszedł na plant.  Głowę  trzymał  wzniesioną  do

góry, oczy, otwarte szeroko, patrzyły na wszystko ze szczególną przenikliwością,

background image

a  wrażeń  mózg  nie  przyjmował,  nie  wiedział,  na  co  patrzy.  Czuł  tylko  ciepło
rozkoszne  słońca  i  ciepło  wewnątrz  siebie  miłości.  Zagłębiał  się  w  przestrzeń
rozmarzenia  miłością  i  szedł  wydłużoną  do  nieskończoności  linią  szyn...  Nogi
brodziły mu w błocie powstałym ze stopionego śniegu, a głowa w słońcu, a serce
w miłości...

— Kocham! — szeptał z uśmiechem niewypowiedzianie dobrym. — Kocham!

—  szeptał  wpatrując  się  w  kulę  słoneczną,  w  przestrzeń,  w  cudne  białością
gromady  chmur.  —  Kocham!  —  powiadał  swemu  sercu  zmartwychwstałemu,
duszy 

uciśnionej, 

życiu 

pozbawionemu 

szczęścia, 

miłości, 

uczuć

szlachetniejszych. I wstawał w nim inny, nowy człowiek, który kochał i pragnął
być  kochanym,  pragnął  żyć.  Rozpamiętywanie  marzeń  ukazywało  mu  cel  życia,
którego  nie  znał.  Miłość!  Był  olśniony  tym  słowem,  które  mu  dźwięczało  tak
słodko,  tak  cudnie.  Stare  nędze,  stare  krzywdy,  cała  rzeczywistość  rozpaczliwa
jego położenia zanikały na chwilę przytłumione. Nie pamiętał ich.

Zmierzch  zwolna  opadał  na  ziemię,  gdy  się  zwrócił  do  powrotu.  Niebo  na

zachodzie przybierało kolor miedzi. Wiatr niewielki, ale mroźny, ścinał ziemię w
cienkie  warstwy,  załamujące  się  za  każdym  stąpnięciem.  Gdzieniegdzie  świecił
jeszcze  odblask  niezagasły,  płonął,  blednął  i  rozpraszał  się  w  cieniach.
Gdzieniegdzie długie linie wiosek gorzały w ostatnich ogniach zachodu. Dęby o
zeszłorocznym liściu miały szczyty skąpane w purpurze, a pnie tonęły w ciemnych
masach  mroku.  Zwolna  posępność  jakaś  wysuwała  się  zewsząd  i  okrywała
płaszczem ziemię.

Jan  wracał  do  domu  powracając  równocześnie  zwolna  do  rzeczywistości.

Wyłamał  się  sam  z  siebie.  Przestawał  marzyć,  a  zaczynał  myśleć.  Ale  myśl
rozbujała wlokła się leniwie, niechętnie wracała z zaczarowanej krainy miłości.
Ale wracała. Przeszedł dość szybko przestrzeń dzielącą go od mieszkania Józefa.

W  sieni  usłyszał  jakieś  pomieszane,  niewyraźne  dźwięki  rozmowy

prowadzonej w mieszkaniu. Zadrżał. Serce się mu poruszyło.

— Stefa! — pomyślał, szybko wchodząc.
Zobaczył  naczelnika,  siedzącego  przy  łóżku  Józia  i  coś  mu  dość  żywo

opowiadającego. Na stuk sprawiony otwieraniem drzwi opowiadający odwrócił
się dość szybko.

— Właśnie mówiłem o tobie panu naczelnikowi — zawołał Józio.
Jan skłonił się, szepcząc jakieś banalne przywitanie.
— A ja to samo, co panu, mówię koledze, że teraz nie ma jeszcze nic, musisz

pan poczekać.

— Pan naczelnik był łaskaw obiecać, że przy pierwszym wakansie o tobie nie

zapomni.

—  Przy  pierwszym?!  Dziękuję...  dziękuję...  —  odpowiedział  Jan,  aby  coś

powiedzieć.  Bo  jakieś  kołysanie  czuł  w  samym  sobie,  jakąś  gorączkową  pracę
mózgu. Majak rzeczywistości zasłaniał mu już w części marzenia. Rozpościerała
się w nim zwolna ta codzienna, szara troska. Przytłumione głosy życia przeszłego
przebijały się z trudem przez świetlaną oponę i wołały nań: Głupi, głupi!

— No, tak, przy pierwszym. Ale ja sobie pana doskonale przypominam, hm.

background image

—  ...Kocham,  kocham!  ja,  nędzarz,  ja,  żywiony  z  łaski,  kocham  narzeczoną

mego  przyjaciela,  bez  którego  pomocy  zdechłbym  z  głodu.  Kocham  kobietę
kochającą innego, łudzę się miłością, ja, nie mający dachu własnego...

— Tylko pan teraz znacznie lepiej wygląda!
—  ...nawet  łacha  na  grzbiet.  Nic  w  przeszłości,  a  co  gorsza,  nic  w

przyszłości...  Marzę,  a  tu  rzeczywistość  tak  smutna,  kocham  się,  a  tu  proszą,
żebrzą  jak  o  zmiłowanie  o  jakiekolwiek  miejsce  dla  mnie,  abym  mógł  żyć...  O,
głupi! o, głupi!

Takie myśli snuły mu się w mózgu, przywiedzionym do równowagi słowami

Józia. Serce szarpało się w pierwszym bólu miłości świadomej, a myśl siliła się
na rozwiązanie, na wyszukanie jakiej drogi do wyjścia z tego położenia! Był na
zewnątrz  rozgorączkowany,  pełen  wysiłku,  a  nie  mógł  myśleć  logicznie,  bo
musiał  odpowiadać  na  pytania  naczelnika,  który  się  rozgadał  .  na  dobre.  Plótł  z
sensem  i  bez  sensu,  ale  trzeba  było  odpowiadać,  przytakiwać,  dziękować  za
łaskawość jego odwiedzin, za zaszczyt, jaki wyświadczył, przepraszać za fatygę,
trud,  jaki  sobie  zadał,  być  pełnym  wdzięczności  za  jego  dobroć,  a  podziwu  dla
jego  wielkiego  rozumu.  Unosić  się  w  dytyrambach  czci  nad  nim,  nad  jego
dziećmi,  domem,  odegrać  całą  kłamliwą  scenę  komiczną  pomiędzy
zwierzchnikiem a podwładnym.

W  ostatku  naczelnik  raczył  wstać,  raczył  się  pożegnać,  raczył  przyjąć  futro

podane przez Jana i raczył wyjść — śpieszył do pociągu, jaki właśnie przyszedł
na stację, a jakim wypadło mu wrócić do domu.

Jan odprowadził go, jak tego grzeczność kolejowa wymaga.
— Pański przyjaciel chory, poważnie chory, hm. — Zamilkł. — Dowiaduj się

pan, może jakie miejsce zawakuje, otworzy się — mówił, nieznacznie skłaniając
głowę w stronę mieszkania Józefa, w oczach miał więcej, niźli chciał powiedzieć
słowami.

Jan  zrozumiał  doskonale  i  nawet  nie  oburzył  się  na  obojętność,  z  jaką

naczelnik  dał  mu  do  zrozumienia  o  możliwej  śmierci  Józefa.  Nie  zamienili  już
słowa  więcej.  Naczelnik  odjechał.  Jan  powrócił  do  mieszkania.  Był  prawie
spokojny. Radość oczekiwania czegoś, chyba spełnienia otrzymanej przed chwilą
obietnicy,  i  miłość  zrobiły  go  małomównym  i  zamyślonym.  Okrutny  egoizm
zapanował  w  nim  zupełnie.  Zdawało  mu  się,  że  widzi  jasno  przed  sobą  kąt
spokojny  i  przy  boku  kochaną  —  narzeczoną  innego.  „Przecież  jej  ze  sobą  do
grobu  nie  weźmie  —  myślał.  — A  kobiety,  choćby  kochały,  gdy  kochanego  nie
stanie,  zapomnieć  muszą...  zapomną“.  Tak  jasno  teraz,  po  słowach  naczelnika
zobaczył, tak mu się logicznie jedno z drugiego wysnuwało, że ani przypuszczał,
iż może przyjść coś takiego, co cały ten gmach zwali...

— ...Cóż by mogło mi przeszkodzić? Józef umrze, dni jego policzone — i ze

szczególną troskliwością badał wszystkie objawy choroby.

Nie widział dla siebie nic niepokojącego. Wstąpiła weń energia, ruchliwość i

pragnienie życia czynnego. Poznajomił się przy pomocy zawiadowcy, który także
dość  często  odwiedzał  Józefa,  ze  wszystkimi  na  stacji.  Nie  robił  tego  z
wewnętrznej  potrzeby,  ale  dlatego,  że  mogą  mu  być  potrzebni.  I  byli

background image

rzeczywiście,  bo  zrobił  z  siebie  miłego,  ugrzecznionego  towarzysza  i  kompana,
chętnie  zapraszanego  na  karciane  posiedzenia,  tego  chciał,  iżby  móc  częściej,
poza domem Józefa, spotykać Stefę. A ona? Ona, o ile w obecności Józefa była
dość chłodna, lękliwa, umyślnie unikająca nie tylko słów, ale i spojrzeń Jana, o
tyle  gdzie  indziej  była  swobodną,  nastręczającą  się,  rozmowną  aż  do
gadatliwości,  uprzejmą  do  przesady.  Pociągała  ją  do  Jana  jego  męska,  trochę
dzika  piękność,  jego  siła,  widoczna  w  nim,  a  może  —  któż  odgadnie  serce
kobiety?  —  jego  dola  nieszczęsna  i  miłość  potężna,  jaką  musiała  spostrzec  w
jego oczach? Kochała Józefa, kochała, powtarzała sobie codziennie, a jednak nie
przeszkadzało  to,  że  chętniej  pozostawała  z  Janem.  Agitowała  nawet  na  jego
korzyść  pomiędzy  znajomymi,  delikatnie,  niepostrzeżenie,  aby  mu  dali  jakie
zajęcie. Współczuciem jego niedoli nazywała swoje postępowanie. I dzięki tym
jej  zabiegom  Jan  dostał  korepetycję  niedaleko  stacji  u  jednego  z  dozorców
drogowych. Obrzydliwie niesfornego bębna miał uczyć po dwie godziny dziennie
i za to miał dostać sześć rubli miesięcznie.

— Dobre i to — pomyślał i po pierwszej lekcji, w trakcie której dowiedział

się,  komu  zawdzięcza  możność  zarobku,  szukał  sposobności  podziękowania.
Nadarzyła się tegoż samego dnia. Zawiadowca przyszedł prosić go do siebie na
karty.

Przystał z radością i poszedł. Zawiadowca zatrzymał się jeszcze na stacji, a

on poszedł wprost do mieszkania.

Prócz matki i Stefy nie było w saloniku nikogo. Wkrótce brzęk szkła tłukącego

się doszedł z kuchni i wyrwał matkę z pokoju, spiesznie wybiegła, narzekając na
sługi.

Zostali sami... Dość ożywiona rozmowa przerwała się. Czuli się zakłopotani.

Ona wlepiła oczy w trzymaną robótkę i z jakąś szczególną uwagą liczyła oczka w
kółku i migotała szydełkiem.

On rzuciwszy badawcze spojrzenie na drzwi i okna podniósł się z krzesła.
Przeczuwała  to,  bo  drgnęła  i  jeszcze  niżej  opuściła  głowę  nad  robotą.  I

ująwszy jej rękę przycisnął do ust gorących szepcąc:

— Dziękuję, dziękuję...
Podniosła  twarz  ku  niemu  cudnie  zarumienioną,  w  oczach  rozszerzonych  był

jakiś blask, jakiś upajający rzewnością i uczuciem.

—  Za  co  mi  pan  dziękuje?  —  w  głosie  dźwięczała  jakaś  nuta  słodka,

pieszczotliwa.

—Za dobroć serca, dzięki któremu dostałem lekcje.
— Ależ to nie moja zasługa, to brat; ja mu tylko wspomniałam.
— Więc dzięki stokrotne właśnie za to wspomnienie, za . wszystko, co mam z

łaski pani...

— I za cóż więcej? — spytała.
— Za szczęście!
—  Za  szczęście,  jak  to?  —  i  chciała  nieznacznym  ruchem;  wysunąć  rękę  z

jego dłoni.

Nie  pozwolił.  Ujął  obie  jej  ręce  i  okrywał  pocałunkami.  Czuła  się

background image

skrępowana jego wolą. Jego drżenie wewnętrzne, które odczuwała w nerwowych
pocałunkach,  w  głosie  przerywanym,  cichym  a  przenikającym  ją  magnetycznie,
udzieliło się jej. Zesłabła. Oddech miała cięższy, serce biło szybciej. Wzrok jej
gorzał,  całą  ją  ogarniało  drżenie  takie,  jak  wtedy.  Dłonie  jego  paliły,  oczy
hipnotyzowały.  Myśl  jej  rzucała  mu  się  w  ramiona,  przyciskała  z  miłością  do
jego  piersi,  całowała  jego  oczy,  usta,  czoło,  włosy  i  zapadała  w  jakimś
bezmiarze rozkoszy nieznanej. Ale nic z tego nie robiła, nie miała sił, czuła tylko,
że  coś  wielkiego  się  stać  musi,  bała  się  tego,  a  czekała  z  upragnieniem.  Krew
młoda, ciało nie zużyte, nie wystygłe, nie znające, co to uniesienie, co to rozkosz,
zmysły młodej kobiety w pełni sił i zdrowia, podrażnione bliskością mężczyzny,
jego  gorącym  oddechem,  jego  spojrzeniem  pełnym  czułości  i  ognia,  jego  usta
pełne,  nabrzmiałe,  gotowe  do  pocałunków  —  wszystko  to  ją  wstrząsało,
rozpłomieniało. Reszta tylko świadomości chaotycznie, jak mamidło, przesunęła
przed  jej  rozognioną  wyobraźnią  twarz  Józia.  Była  w  tym  wieku,  w  którym
wszystko w pannie poprzedza kobietę, w którym się czeka i oddaje.

— Panie Janie, co pan robi? — szepnęła cicho, tak cicho.
—  Kocham  panią...  kocham!  kocham  cię,  ukochana!  —  odpowiedział

półgłosem, przyciągając ją do siebie.

Nie  opierała  się  już,  słaniała  mu  się  w  ramiona  bezwiednie,  na  pół

przytomna.

—  Kocham  cię,  życie  moje,  szczęście,  światło,  kocham  —  szeptał  upojony,

porwany, obsypując twarz jej, włosy, oczy, usta pocałunkami.

Nawet nie oddawała pocałunków, tylko na ostatku przylgnęła ustami do jego

ust i zawisła na nich bez oddechu, bez pamięci, długą, długą chwilę...

Cień  jakiś  mignął  za  oknem.  Jan  spostrzegł  to  i  posadził  ją  prawie

nieprzytomną na krześle, sam siadając z dala.

Przepędzili  wieczór  jak  zwykle,  tylko  Jan  zniewalał  wszystkich  humorem  i

wymową. Szczęście mu służyło w grze szalenie, karty same, jak mówią, szły do
rąk. Stefa cały wieczór się nie pokazywała w saloniku.

— Głowa ją boli, trochę słaba... —usprawiedliwiała matka jej nieobecność.
Jan  na  to  uśmiechał  się  nieznacznie,  on  wiedział,  dlaczego  nie  przyszła.

Widział ją jeszcze, jak zapłoniona, drżąca wymykała się, aby zapewnię w ciszy
swego panieńskiego pokoiku uciszyć wzburzone serce i nerwy.

—  Droga...  kochana...—myślał  ze  słodyczą  —  kocha  mnie  —  dodawał,

przypominając sobie z rozkoszą jej pocałunek — kocha mnie.

Nigdy nie był kochany, więc nie silimy się opowiadać wrażenia, jakie na nim

wywarła ta świadomość, że jest kochanym.

Za powrotem do domu ni stąd, ni zowąd zagadnął Józefa:
— Wiesz co, miłość jest jednak cudowną rzeczą — cudowną.
—  Skąd  przyszło  do  tego,  wręcz  przeciwnego  dawnym  twierdzeniom,

przekonaniom?

—  Bo  kocham!  —  chciał  powiedzieć,  miał  już  na  ustach,  ale  w  porę

powstrzymał się. Twarz rozpromienioną powlókł jakiś cień, i odpowiedział:

— Bo... rozmyślałem o tej kwestii, o tym przedmiocie; dzisiaj u zawiadowcy

background image

mówiliśmy o tym...

— Cóż was sprowadziło na ten wieczyście świeży temat?
—  Już  nie  pamiętam.  Ale  przyszedłem  do  przekonania,  że  bez  miłości

istnienia nie byłoby nawet możliwości chcieć żyć. Bo i po co? Gdzież byłby cel?

— Zawsze coś więcej musiało oddziałać na ciebie, że snujesz na tej kanwie?
— E, cóż by?
— Może widok szczęścia mojego i Stefy, kochających się i szczęśliwych?
— A tak, może! — i byłby wybuchnął grubym, drwiącym śmiechem. — Jego

Stefy kochającej, szczęśliwej, zakochanej w nim. Pyszna sobie ta małpa konająca
ze  swoim  optymizmem  i  prawami.  —  I  błysnął  ku  niemu  wzrokiem  pełnym
wzgardy  i  nienawiści.  Tak,  pierwszy  raz  poczuł,  że  go  nienawidzi.  Pierwszy
prawie  raz  pomyślał,  że  jednak  ta  małpa,  jak  go  nazywał,  ten  suchotnik  stał  w
poprzek jego celu i jego marzeń.

—  Niech  mu  się  uda  wyzdrowieć,  a  wszystkie  projekty  diabli  wezmą  —

myślał  ponuro.  Nie  zyska  miejsca  i  straci  ukochaną!  Och,  niedoczekanie  twoje
pozbawić mnie tego, niedoczekanie! Nie dam się okraść!

I jednocześnie trwoga wżerała mu się w serce, i niespokojne zapytanie tkwiło

w mózgu:

— A  jak  wyzdrowieje?  a  jak  wyzdrowieje?  —  teraz  codziennie  to  pytanie,

tkwiące w jego istności głęboko, nie dało mu spokoju — trawił się nim.

Ostatnia  bytność  naczelnika,  jego  słowa  pełne  znaczenia  i  zachęty,  osobiste

obserwacje,  wszystko  to  utwierdzało  go  tylko  mocniej,  że  śmierć  Józia  jest  dla
niego wybawieniem.

A  miłość  dorzucała  tylko  to,  że  pragnął  tej  śmierci,  czekał  z  upragnieniem.

Dopiero  teraz  przyszło  mu  na  myśl,  że  mógł  wyzdrowieć  lub  chorować  jeszcze
długo,  bardzo  długo. A  czyż  on  mógł  błogosławić  podobne  zrządzenie  losu?  O,
nie! tysiąc razy nie!

— Co robić? co robić? — powtarzał sobie, wpatrując się w twarz chorego,

który mu się zdawał przez pryzmat własnych obaw zdrowszym, pełniejszym sił i
życia.

Chodził,  pogrążał  się  coraz  więcej  w  dręczącym  niepokoju.  Ucząc  dzieci

zdawało  mu  się  nieraz,  że  widzi  twarz  Józefa  ponad  głowami  chłopców,  twarz
pełną,  czerstwą,  jaśniejącą  zadowoleniem.  Budził  się  nieraz  w  nocy  oblany
zimnym potem, bo wyobraźnia, myśl zajęta ciągle Józefem, powtarzała w sennym
majaczeniu fantastyczne obrazy jego obaw. Śnił mu się w tysiącznych scenach, a
zawsze zdrów, a prawie zawsze ze Stefą przy boku. Weseli, szczęśliwi, zdawali
się szydzić z niego.

Nie wierzył w nie, ale czuł bezwiedną obawę przed snami. Zdawało mu się,

że ktoś nieznany a okrutny umyślnie przesuwał przed mózg jego te obrazy straszne
ich szczęścia. „Co robić“ — powtarzał sobie z bezsilną wściekłością wśród nocy
nie  dającej  ani  uspokojenia  na  chwilę.  Och!  te  noce  bezsenne!  Takie  długie
godziny,  nieskończone  jak  wieczność,  te  godziny  pełne  męki  niewysłowionej,
godziny, w których minuty wydają się wiekami! Godziny, w których życie czynne
ustępuje  utajonemu  jakiemuś  nadmiarowi  czucia,  w  których  szelest  myszy  robi

background image

wrażenie  piorunu,  w  których  się  słyszy  własne  nasze  ja..  Cienie  niepochwytne,
jak  chimery,  wydają  się  widmami  pełnymi  grozy.  Wszystkie  myśli,  obawy,
pragnienia,  bóle,  cierpienia  wypełzają  z  ukrytych  nor  mózgu  i  nerwów  i  wstają
przyobleczone  w  potworne  cielska  fantazji,  kołyszą  się,  otaczają,  odurzają
straszliwym chaosem wspomnień i ustępują innym, aby dać miejsce nowym! Och,
te  noce,  gdzie  czekasz  snu  jak  błogosławieństwa  —  nie  przychodzi!  Chcesz
zapomnieć o wszystkich i wszystkim — nie możesz. Zamknąłeś oczy — widzisz
mózgiem, przewracasz się z boku na bok, przekładasz — nic nie pomaga. Czasem
tylko  trwoga  niezmierna  wstaje  z  głębi  komnaty  ciemnej  czy  z  nas  samych  i 
przytłacza  swym  ogromem,  że  zmęczony,  oblany  potem,  na  pół  żywy  zasypiasz
nareszcie.  Jan  przechodził  przez  takie  męczarnie,  większe  nieskończenie  nawet,
niż język ludzki mógłby wyrazić. Jan przechodził te męczarnie! Nie słysząc nieraz
cichego oddechu Józia wstawał z łóżka tylko w koszuli, cicho podchodził do jego
łóżka  wstrzymując  oddech  w  sobie,  aby  go  nie  budzić,  nachylał  się  i
przypatrywał śpiącemu.

W  rogu  pokoju  obraz  Matki  Boskiej  zawieszony  przez  Stefę  zdawał  się

patrzeć poprzez słabe olejne światełko, migoczące w lampce, zawieszonej przed
nią.  Światło  słabe,  brudnożółtawe  rzucało  niepewny  refleks  na  całą  twarz
chorego.  W  tym  półświetle  migotliwym  rysy  występowały  w  ostrych  konturach,
twarz  wydawała  się  wydłużona,  więcej  zapadnięta,  oczy  o  powiekach
zamkniętych podobne były do oczodołów trupa.

Odchodził  zadowolony,  aby  znów  w  dzień  trapić  się  wręcz  przeciwnymi

wrażeniami.  I  nie  miał  chwili  spokoju,  wytchnienia,  jak  na  dobitkę  nie  mógł
spotkać się ze Stefą, po ostatnim widzeniu prawie nie wychodziła nigdzie. Była
słaba, jak mówiła matka, cierpiąca na nerwy, jak dodawał brat.

Józef  czuł  rzeczywiście  ogromne  polepszenie.  Z  wiosną,  ze  słońcem,  z 

ciepłem powracały siły, zdrowie. Doktor, dawniej prawie codzienny gość, bywał
teraz  rzadko  —  raz  na  tydzień.  Zacierał  ręce,  klepał  chorego  po  ramieniu  i
ukazując ręką przez okno na świat jasny, polepszony wiosną, mówił:

— To, panie, medycyna, to medycyna najlepsza dla pana. A taki medykament

— wprost cudowny, cudowny — dodawał ciszej, spotkawszy u chorego Stefę z
matką. Wiedział o ich stosunku.

Raz spotkał się z Janem na stacji. Znali się.
— No, jakże tam chory? — spytał Jan, siląc się na obojętność.
—  Widzi  kochany  pan,  to  jest  tak:  jeśli  nasz  chory  przetrzyma  ten  miesiąc...

— Było to w połowie kwietnia.

— To... — podchwycił Jan silniejszym głosem i żywo.
—  To  może  doczekać  jesieni,  a  najdalej  drugiej  wiosny.  To  są,  panie

kochany,  najprawdziwsze  suchoty,  choroba  w  skutku  jedna,  ale  w  przebiegu
mająca  bardzo  ciekawe  momenta,  szczególniej,  kochany  panie,  te  ciągłe
wahania...  Zdaje  ci  się,  że  już  mortus  ,  a  tu  poprawa,  jest  poprawa,  zupełnie
nawet dobrze, trach! i nie żyje... Ot, co, kochany panie... ot, co! Pan Józef może
żyć tydzień, a może żyć rok... Ot, co!

— Nie będzie żył dłużej nad tydzień, nie będzie — mruknął przez zaciśnięte

background image

zęby i pożegnał doktora. Bo mu w oknie mignęła twarz Stefy. Podszedł.

Wyglądała oknem i nieznacznym ruchem przywoływała go.
Wszedł  do  mieszkania  spiesznie.  Panna  Stefania  stała  przy  fortepianie,

machinalnie przerzucając nuty.

Na  jego  powitanie,  pełne  serdecznego  ciepła  i  troskliwości,  nic  nie

odpowiedziała,  nie  wyciągnęła  ręki  do  uścisku.  Twarz  miała  trochę  pobladłą,
powleczoną  jak  cieniem  surowością;  oczy  podkreślone  ciemnymi  obwódkami
miały w sobie jakiś wyraz stanowczości, siłą nabytej i powstrzymywanej. Usta,
lekko ściśnięte, były spalone gorączką. W całej jej postaci było widoczne jakieś
naprężenie,  jakaś  sztuczna  energia.  Niewiele  zważał  na  to.  Ujął  ją  za  rękę,
wysunęła ją śpiesznie.

— Pani! Stefuś moja! tak dawno już cię nie widziałem! tak...
Przerwała mu śpiesznie:
— Panie Janie! umyślnie chciałam się z panem zobaczyć...
— Dziecko! błogosławię nieba, jeśli cię natchnęły podobną myślą...
— Umyślnie chciałam się widzieć z panem, aby mu powiedzieć... — Mówiła

to cicho i z trudem, nie patrzyła na niego.

On podchwycił ostatnie słowo i z siłą a radością w oczach dokończył:
— Aby mi powiedzieć, że mnie kochasz... O droga, ukochana...
— O, nie! ażeby powiedzieć, że nie kocham pana, aby go prosić o wymazanie

z  pamięci  tej  fatalnej  chwili,  aby  mu  powiedzieć,  że  to,  co  się  stało,  stało  się
jakoś  bezwiednie  i  stało  się  źle...  Jeżeli  w  mojej  troskliwości  dopatrzył  pan
czego  innego,  to  mylnie...  bo  ja  jestem  narzeczoną  Józefa  i  kocham  go...  Tak,
kocham! — mówiła to z jakąś mocą, jakby w tym „kocham“ czerpała całą siłę do
tej  sceny.  —  Byłoby  podłością  z  mojej  i  pana  strony,  gdybyśmy  tego  chorego
oszukiwali — mówiła cicho, ale dobitnie, słowo po słowie.

Rozumiał dokładnie.
— Więc? — zapytał.
— Więc proszę pana... zapomnijmy... i bądźmy przyjaciółmi.
— A jeśli ja panią kocham? — zapytał, patrząc jej prosto w oczy.
— Zapomnij...
—  Nie,  pani,  tego  nie  potrafię.  Gdybym  czuł,  że  nawet  kiedyś,  kiedyś

mógłbym  cię  zapomnieć,  to  bym  poszedł  zaraz  i  na  pierwszym  haku  skończył  z
całą  nędzą  swoją.  Nie,  Stefuś!  Nie,  ukochana!  —  szeptał  głosem  błagalnym,
pełnym łez, bólu i miłości. — Ukochałem cię nad wszystko, nad życie. Stałaś się
dla mnie szczęściem, glorią, nie tylko bóstwem, ale Bogiem. Bez ciebie życia nie
rozumiem,  nie  chcę...  I  wtedy,  kiedy  mam  prawo  czuć  się  szczęśliwym,  kiedy
mnie kochasz, bo wiem, że mnie kochasz, wiem, wtedy każesz mi zapomnieć. O!
miej litość — mnie nikt nie kochał, ja na ziemi, prócz ciebie, nie mam nikogo. I
wtrącasz  mnie  na  nowo  w  czarną  otchłań  życia  rozpaczliwego,  w  grób  bez
słońca, bez światła, bez blasku, i to ty, którą tak kocham i któraś mi dała dowody
swej miłości!

— Nie kochałam pana, nie kocham — szepnęła, bezwiednie schylając głowę,

aby ukryć łzy, gwałtem do oczów cisnące się.

background image

— Nie kochasz mnie, pani?... nie kochałaś?...
—  Nie...  nigdy...  —  odpowiedziała  ledwo  dosłyszalnym  głosem;  łkania

chwyciły ją.

Zamilkli.  Milczenie  to  miało  w  sobie  jakieś  złowrogie  tętna.  Jej  serce  biło

jakąś  rozpaczliwą  stanowczością.  Czuła,  że  jeszcze  kilka  takich  słów,
wypowiedzianych  w  tym  tonie,  złamie  ją  i  rzuci  mu  w  ramiona.  Drżała
przerażona  i  słuchała,  czy  nie  przemówi.  Biedny  jej  umysł  skołatany  prawie  że
śnił, poplątane myśli biegły w chaosie. Nie myślała, że tak pójdzie.

—  Nigdy...  —  powtórzył  po  chwili  prawie  naturalnym  głosem.  —  Ma  się

rozumieć! Kochać nędzarza bezdomnego toż nonsens, toć przecież jasne. Czy to ja
jestem partią w rozumieniu panien? Sam na łasce cudzej... żebrak, włóczęga bez
jutra... Rozumnie, nie ma co, rozumnie...

—  Panie  Janie  —  zawołała  spiesznie  i  lica  pokraśniały  jej  oburzeniem.  —

Panie  Janie,  przysięgam  na  wszystko,  że  ani  o  pańskim  położeniu  nie  myślałam,
niesłusznie mnie pan obwinia... Niech pan wierzy, że to nie dlatego...

Nie mogła mówić więcej, łzy powstrzymywane długo pobiegły sznurem pereł

po twarzy. Cała energia rozpłynęła się we łzach..

—  Dobrze,  wierzę,  zrobię,  jak  powinienem...  moja  ukochana,  święta.  —

Ucałował jej ręce i wybiegł.

Rozumiał ją zupełnie i usprawiedliwiał. I to wszystko dla tego i przez tego...

Święta  kobieta!  zacny  charakter.  —  Dość  już  wszystkiego!  Trzeba  to  jakoś
skończyć...  Może  żyć  jeszcze  z  tydzień?  Nie  będzie  żył  dłużej,  pomogę  mu,
pomogę,  oddam  ostatnią,  przyjacielską  usługę...  Po  co  się  mamy  wszyscy
męczyć? Nieprawdaż, po co? — rzucił zapytanie gdzieś w zmrok, opadający na
ziemię,  w  głębiny  ciemnego  eteru,  w  przestrzeń  bezmierną.  A  może  tylko  w
sumienie swoje? Nie wiedział, jak się to stanie, ale czuł, że zrobi, zrobić musi!
Postanowił w umyśle swoim z nim skończyć i nie wahał się już. Szukał sposobu.
Umysł  jego  był  dziwną  anomalią.  Prawie  nie  rozróżniał,  co  złe,  a  co  dobre  w
rozumieniu  ogólnym.  Dla  niego  było  to  tylko  złe,  co  jemu  stawało  na
przeszkodzie.  Instynkta  jego  drzemały,  nie  mając  sposobności  wybuchnąć.
Zwierzę spod powłoki ludzkiej wyło do swobody — na żer! Wypuścić go!

—  Powoli!  powoli!  trzeba  wszystko  gładko  zrobić.  Nie  dla  pospolitego

rabunku będziemy zabijać — myślał, wchodząc do mieszkania.

Józef  siedział  w  fotelu,  z  książką  w  ręku.  Stojąca  przed  nim  lampa,  pokryta

różowym abażurem, rzucała   delikatne a wesołe światło na cały pokój. Podniósł
twarz na wchodzącego z serdeczną życzliwością:

— Dobrze, żeś przyszedł!
— No?
—  Mam  tu  cudnie  piękną  rzecz,  poemat  Shelleya Prometeusz  rozpętany  .

Przeczytamy razem, dobrze?

— Ach! poezja pisana! — zawołał pogardliwie. — Cóż to jest wobec żywej,

tętniącej  nieśmiertelnością  w  przyrodzie!  Ale  mniejsza,  mogę  i  innej  się
przyjrzeć. Shelley Byshe, lord, pan! organizacja mimozy — histeryk, patrzący na
przyrodę  oczyma  wielkiego  pana,  poganin  i  panteista  razem.  Patologicznie

background image

ciekawy okaz, harfa o roztarganych. strunach, płaczek duszy, Hamlecik z pełnym
żołądkiem i kieszenią... Wieszcz ekstatyczny, a żyjący z trzema kobietami na raz.
O! poeci — narodzie szalbierzy!

Zaczął czytać. Józef ułożył się w fotelu wygodnie, głowę oparł o poręcz, oczy

błądziły,  siedział  przechylony  w  tył,  tak  że  cała  głowa  tonęła  w  cieniu...  Tylko
gardło  białe,  delikatne,  wychudzone  chorobą  występowało  naprzód  w  pełnym
świetle lampy.

Jan czytał, a w przestankach ciekawie a natarczywie rzucał oczyma na gardło

siedzącego.  Z  trudem  odrywał  oczy.  Ulegał  jakiemuś  nieznanemu  przyciąganiu.
Czuł  szaloną  chęć  dotknięcia  tej  skóry,  lśniącej  jak  atłas.  Nareszcie,  nie  mogąc
się już powstrzymać, wstał i końcami palców dotknął się ciepłej, miękkiej skóry.
Józef poruszył się gwałtownie.

— Co takiego? — pytał, starannie obmacując sobie gardło.
—  Nic...  zdawało  mi się... że...  pośmiało...  Nachyliłem  się,  aby  zobaczyć,  i

mimo woli dotknąłem cię.

Czytał dalej.
Na drugi dzień obudzili się późno. Józef posmutniały i przygnębiony skarżył

się na sny niemiłe.

— Cóż ci się śniło?
—  Nic  prawie...  bagatela.  Jakieś  olbrzymie  wody,  pełne  ryb  potwornych.

Będziesz  się  śmiał,  gdy  ci  powiem,  że  ile  razy  mi  się  to  śni,  tyle  razy  jakieś
nieszczęście mnie spotyka...

— E! cóż cię ma spotkać! Głupstwo podobne przypuszczenia!
— Że nie jest głupstwem, przekonałem się nieraz. Coś mnie dotknie! Ale co?

— i pogrążył się w dumaniu. Jan zadrżał cały.

— Przeczucie! — szepnął. — Więc to prawda, że można, przeczuć! Dziwne!
Ale  nie  zachwiał  się  w  postanowieniu.  Nie  czuł  żadnych  niepokojów

sumienia.  Nic  go  wewnętrznie  nie  powstrzymywało  od  popełnienia  zbrodni,  ani
serce;  ani  obawa  odpowiedzialności,  nic.  A  wszystko  popychało  do  tego.  Był
zupełnie zimny, zupełnie spokojny, obliczał jak zdolny rachmistrz.

Miejsce  pewne,  Stefa  go  kocha,  krępują  ją  tylko  słowa  dane  choremu.

Nareszcie zacznie żyć, nareszcie!

Przebiegł szybko myślą poprzednie życie, ale tak pobieżnie rzucał spojrzenie

duszy  w  przeszłość,  bez  żalu,  bez  tęsknoty,  jak  umierający,  który  nigdy  w  życiu
nie zaznał nic, oprócz cierpień i zawodów, żegna życie nie kochając i nie będąc
kochanym.

— Nie wrócę już tam, nie wrócę — szepcze i myśl biegnie gdzie indziej, w

nieznane kręgi przyszłości nowej...

Jednej nocy, leżąc już w łóżku, postanowił Jan, że to „dziś“, a nie chciało mu

się jednocześnie, odwłóczył już od paru dni, sam nie wiedząc, dlaczego. Nie czuł
lęku, tylko jakąś fizyczną niechęć do wysiłku. Ale dzisiaj już trzeba.

Ubiegłego dnia Józef był słaby, cierpiał, skarżył się przed nim i przed Stefą

na  rozstrojenie,  niepokój,  na  duszność  w  piersiach,  był  zdenerwowany  jakąś
obawą.

background image

Jan  spojrzał  w  stronę  łóżka  jego.  Spał  niespokojnie,  dręczony  snadź

widziadłami  sennymi.  Mówił  coś,  poruszał  ustami,  przekładał  ręce.  Jan  widział
go doskonale, leżał wznak, w pokoju było dość widno. Lampka, jak zwykle, tliła
przed  obrazem,  rzucając  szeroki  kręg  światła.  Księżyc  w  pełni  wsuwał  przez
okno długi pęk srebrnych promieni, padających skośnie, wprost na łóżko Józefa.

Cicho  było  zupełnie.  Od  czasu  do  czasu  tylko  pociąg  z  hukiem  przebiegał

przez  stację.  Szyby  drżały  i  cały  pokój  z  hukiem  wstrząsał  się.  Melancholia  tej
ciszy  była  głęboka,  światło  księżycowe  oblewało  jakąś  zadumą  wszystko.  Ze
ścian,  z  ram  obrazów  wychylały  się  gdzieniegdzie,  w  żywszym  półświetle,
głowy,  postacie  malowane,  tak  plastycznie  odrzynały  się  od  ciemnego  tła,  że
zdawały się drgać, żyć...

Cienie  szare,  rozrzedzone  światłem,  jak  opony  mgły,  przylgnęły  do  sufitu,

zagłębień, kątów.

Jan  cicho,  bez  najmniejszego  szelestu,  wstał  z  łóżka,  boso,  w  koszuli  tylko

stanął  i  słuchał.  Cisza  panowała  wszędzie..  Echa  tylko  rozmów  przebrzmiałych,
śmiechów, westchnień przemilkłych, całego życia toczącego się w tych ścianach,
zdawały się drgać, rozbrzmiewać w nie dosłyszanych dla ucha ludzkiego tonach,
pełzać  po  ścianach,  kołysać  się  w  cieniach  i  brzmieć  coraz  ciszej,  ciszej  —  i
uchodzić w nieskończoność.

Nie  myślał,  ma  się  rozumieć,  o  tym.  Cały  był  we  wzroku,  cały  w  słuchu.

Podszedł do okna na palcach i wyjrzał, nie zobaczył nikogo! Wrócił się do drzwi
wchodowych,  pomacał  —  zamknięte!  Potem  do  kuchni  —  zamknięte  od
wewnątrz.  Było  mu  trochę  zimno,  ale  nie  drżał.  Posuwał  się  automatycznie,
spokojnie,  w  jakichś  krzywych  liniach.  Robił  wrażenie  demona.  Twarz  blada,
oko, cofnięte głęboko pod czaszką, biegało z niesłychaną żywością z przedmiotu
na przedmiot. Dłonie miał otwarte i spocone a zimne. Zęby ściął silnie, żeby nie
dzwonić  nimi,  bo  chłód  przejmował  go  coraz  większy.  Twarz  mu  się  zrobiła
jakaś stara, zmizerowana, pomięta jak łachman, wyszarzana. Zmarszczki koło ócz
ryły  się  jak  bruzdy,  wydobyły  na  wierzch  i  w  gęstej  siatce  osiadły  na  skroni.
Pochylił  się  naprzód  jak  do  skoku,  obejrzał  raz  jeszcze  badawczo  i
niedosłyszalnie  skradał  się  do  Józia.  Przejście  przez  pokój  wydało  mu  się
wiecznością.  Oczy  teraz  trzymał  utknięte  w  gardle  leżącego  odkrytym  i
swobodnie ułożonym na poduszce. Józef oddychał bardzo słabo, lewą rękę miał
podłożoną  pod  głowę,  prawą  na  kołdrze.  Jan  dotknął  się  jej,  była  rozpalona  i
sucha,  i  zwolna  posuwając  rękę  doszedł  do  szyi.  Naprężył  się  strasznie,  wygiął
plecy w kabłąk, objął całą prawą dłonią gardło śpiącego i przycisnął do poduszki
z szaloną siłą. Józef otworzył szeroko oczy, wyszłe prawie z orbit, oczy jeszcze
powleczone  nieruchomością  snu,  a  pełne  bólu  i  przerażenia.  Zrobił  jakiś  ruch
poprzeczny głową, chciał ją unieść... Źrenice ich zbiegły się po raz ostatni.

—  Ja...  —  chciał  wykrztusić,  ale  reszta  rozpłynęła  się  w  jęku  ciężkim  jak

westchnienie,  i  jakimś  instynktem  samozachowawczym  wiedziony,  rzucił  się
całym  ciałem  w  poprzek.  Jan  szybko  jak  błyskawica  lewą  ręką  wyciągnął
poduszkę spod niego, rzucił mu ją na twarz i całą swą potężną postacią przycisnął
całego.  Kilka  chrapliwych,  niedosłyszalnych  rzężeń,  kilka  drgnień  całego  ciała,

background image

kilka poruszeń nóg i rąk coraz słabszych i w dłuższych odstępach, i już nie żył...

Jan, przeczekawszy jeszcze chwilę, podniósł się.
Wsunął  mu  poduszkę  pod  głowę,  poprawił  trochę  pomiętą  kołdrę,  odstąpił

kilka kroków i spojrzał... Józef leżał prawie w tej samej pozycji, co przedtem. Na
usta  tylko  wystąpiła  lekka  piana,  a  policzki  posiniały  przy  uszach.  Oczy  miał
otwarte  szeroko,  bez  życia,  szklistą  powierzchnią  wpatrzone  w  nicość,  z
okrzykiem, z trwogą jakąś okrutną “ w wyrazie — zastygłe.

— Stało się... — szeptał i z tym wyrazem na ustach położył się spać...
Było  mu  bardzo  zimno  i  czuł  się  ogromnie  zmęczony.  Całego  przebiegały

dreszcze jakieś, szczękał zębami. Pot kroplisty, zimny spływał po twarzy. Nic nie
myślał.  Drżał  cały  jak  w  febrze.  Wszystkie  części  ciała  drgały  jakoś  dziwnie,
głowa  wahadłowo,  prawa  ręka  popychana  odruchem  naprzód.  Skulił  się  cały,
zwinął  jak  kłębek,  otulił  się  szczelnie  kołdrą  aż  po  same  czoło  i  odwrócony
twarzą do ściany — zasnął...

Cisza była jak przedtem, nic się nie zmieniło, nie poruszało.
Księżyc zniżył swój lot, zaglądając przez okno, płynął wspaniale na ciemnym

tle  niebios,  zasianych  gwiazdami.  Szedł  w  swej  wędrówce,  niosąc  w  załamach
swego  światła  ciszę,  spokój,  zapomnienie.  Płynął  jak  okręt  o  żaglach  z
nieskończoności do nieznanego celu, oświecając góry, lasy; pola, dzieci, starców,
cnotę i zbrodnię, rozpustę i wesele, jednako obojętnie, jednako zimno...

Cisza była jak przedtem. Dwóch ich było jak przedtem, tylko jednego oddech

głośny  rozbrzmiewał  się  w  tonach  podobnych  do  łkania,  do  prośby,  a  drugi,
pogrążony w nieistnieniu, martwą bez blasku źrenicą, otwartą szeroko, patrzył już
w nieśmiertelność, a wykrzywione bólem skonu usta zdawały się wydawać krzyk
żalu i skargi. I obaj zdawali się biec z ogromnym wyrzutem i skargą aż tam, hen,
ku  nieznanemu,  na  matkę  ziemię,  która  zmusza  synów  swoich  zabijać  jeden
drugiego, aby móc żyć...

Na  drugi  dzień  rano  służący,  który  przyszedł  zabrać  buty  do  czyszczenia,

pierwszy spostrzegł śmierć Józefa. Zrobiło się zamieszanie. Jan obudził się, ubrał
jak  najspokojniej,  tylko  unikał  spojrzeń  na  umarłego.  Nadeszli  znajomi  ze  stacji
—  zawiadowca,  matka  wpadła  z  krzykiem,  potem  panna  Stefania  ze  łzami  w
oczach,  blada,  przerażona  przypadła  na  kolana,  głowę  ukryła  w  dłoniach  i
pomodliła  się  chwilę.  W  południe  przyjechał  doktor.  Popatrzył,  kiwnął  głową  i
odwrócił się do Jana, i zawołał:

— Ot, co! panie kochany. A mówiłem: może tydzień, a może rok? Więc pan

nawet nie słyszałeś?

— Nie... dopiero służący rano krzykiem mnie obudził, że Józio umarł.
— Ot, co! Ot, co! był i już go nie ma... Szkoda... szkoda. Ponarzekał, pokręcił

się po stacji i odjechał zapowiadając swój przyjazd na pogrzeb.

Jan  tegoż  samego  dnia  przeniósł  się  na  mieszkanie  tam,  gdzie  dawał  lekcje.

Był swobodny, w miarę smutny, tyle, ile przyzwoitość nakazywała. Zdawało mu
się,  że  nic  nie  czuje.  Starał  się  przytłumić  niejasne  jeszcze  wspomnienia  pracą,
bieganiem,  absorbowaniem  uwagi  na  wszystkie  strony.  Udawało  mu  się  to.
Zdawało mu się, że przedzieliła go ogromna przestrzeń od tej chwili. Byłby dziś

background image

jeszcze  pojechał  do  naczelnika  prosić  o  wakujące  miejsce,  ale  wydało  mu  się
takie postępowanie zbyt rażącym, zbyt wiele nastręczającym otoczeniu materiału
do  uwag.  Byłby  te  kilka  dni  musowych  przeczekał  w  odosobnieniu,  z  dala  od
miejsca  przypomnień  —  nie  mógł,  bo  na  drugi  dzień  przysłano  po  niego.
Przyjechała siostra nieboszczyka, więc musiał opowiadać, pokazywać pozostałe
sprzęty,  odgrywać  komedię  żalu,  przywiązania,  potem  być  obecnym  na
eksportacji zwłok.

Był  bez  zarzutu,  tylko  czuł,  że  naturalność  miał  trochę  za  sztywną,  za

przymuszoną. Przyszedł dzień pogrzebu, poszedł nań odważnie.

Prowadził pod rękę matkę panny Stefanii. Kilkanaście osób znajomych, kilka

ciekawskich  stanowiło  cały  orszak  pogrzebowy,  dążący  na  skromny  wiejski
cmentarz.

Tam,  na  tym  czworokącie,  opasanym  tylko  rowami,  porosłymi  wierzbiną,

wśród  odwiecznych,  poodzieranych  burzami  i  piorunami  z  gałęzi  i  kory  topoli,
wśród  skromnych  mogiłek,  których  ozdobą  były  tylko  zeszłoroczne  łodygi
dziewanny,  żółty  rozchodnik,  wonna  macierzanka,  a  gdzieniegdzie  krzyż,
wyrobiony prostą ręką, i krzak bożego drzewka odarty z liści zimą, miał spocząć
zamordowany...  Stanęli  na  miejscu.  Zeszłoroczne  liście  zaścielały  ziemię,
miejscami  przez  warstwę  poschniętych  roślin  przebijały  się  z  trudem  kępki
młodej,  zielonej  trawki.  Lilie  swe  długie,  ostre  liście  ostrożnie  wysuwały  z
ziemi,  rozchodniki  zaczynały  tkać  pagórki  mogił  w  żółtozielonkawy  kobierzec.
Głęboka jama grobu, wygrzebana w żółtej ziemi, przyjęła trumnę w swe objęcia,
bez protestu.

Ksiądz  śpiewał  pogrzebowe  psalmy.  Odpowiadały  mu  gdzieś  niedaleko

ćwierkaniem wróble i daleki odgłos szumu i świstania pociągów przynosił wiatr.

Rozległ  się  ponury  odgłos.  To  ksiądz  pierwszy  grudę  zmarzłą  jeszcze  rzucił

na  trumnę.  Za  nim  poszli  wszyscy.  Jan  drgnął,  zdawało  mu  się,  że  w  tych
odgłosach  słyszy  jakieś  ciche  jęki.  Spojrzał  dokoła.  Wszyscy  mieli  smutne
twarze.  Stefa  płakała.  Otaczali  wieńcem  grób,  dreptali  po  świeżo  wyrzuconej
ziemi i oddawali umarłemu ostatnią posługę, rzucając na trumnę grudkę ziemi.

Był  spokojny,  tylko  coś  w  nim  straszliwie  dygotało,  coś,  co  mu  zatykało

gardło,  tłumiło  oddech.  Pochylił  się  i  on  i  ująwszy  garść  ziemi  sypnął  ją  na
trumnę.  Lodowate  jakieś  tchnienie  owiało  go.  Spojrzał  w  grób,  jakby  chcąc
sprawdzić, czy ziemia padła tam, gdzie była przeznaczona, i szybko cofnął się w
tył. Zdawało mu się, że te dwie jasne źrenice, pełne bólu, przerażenia, jak wtedy,
przebiły się przez wieko i patrzą nań z tym samym wyrazem.

—  Przywidzenie...  —  szepnął  przecierając  sobie  oczy  i  całą  siłą  woli

przytłumiając wrażenie.

Skończył się wreszcie smutny obrzęd. Wszystko się kończy.
Wszyscy wrócili do swoich zajęć, interesów, zabiegów. Gdy się kamień rzuci

w prąd, to tylko woda zabulgocze, kilka baniek się pokaże na powierzchni, kilka
kręgów  roztoczy  się  i  w  mgnieniu  zwierciadło  wody  toczy  się,  jak  toczyło,  z
szumem — obojętnie...

Jan wrócił do lekcji, był chory, rozstrojony, że ledwie mógł się utrzymać na

background image

nogach.  Po  kilku  godzinach  wysiłków  musiał  się  położyć  do  łóżka,  ale  nie  czuł
polepszenia,  przemęczył  się  dzień  cały,  nie  mogąc  ani  leżeć,  ani  spać.  Bał  się
tylko  zostać  sam  z  myślami.  Pod  jakimi  bądź  pozorami  przywoływał  dzieci,  to
służącego,  i  rozmawiał,  rozpytywał  się  o  rzeczach,  które  go  nic  a  nic  nie
obchodziły.  Trzeciego  dnia  po  pogrzebie  przyjechał  zawiadowca,  tak  niby  po
drodze  wstąpiwszy.  Ubolewał  nad  jego  chorobą,  którą  wzruszeniom  i  żalowi
przypisywał, i tak sobie, od niechcenia, wybadywał, co Jan myśli z sobą zrobić?

— Doprawdy to nie wiem jeszcze — mówił Jan wymijająco.
— Przecież pan tu nie zostanie? Ani to odpowiednie, ani korzystne. Ot, wie

pan, powiem jasno myśl, jaką powziąłem: Jechać starać się o miejsce po Józiu!

Jan spojrzał nań tylko i spuścił oczy.
—  Bo,  proszę  pana,  miejsce  niezłe  i  zresztą  nie  potrzebuje  się  pan  przecież

krępować  niczym.  Co  się  stało,  trudno,  to  z  nas  każdego  czeka.  Wiem,  że  pana
boli strata przyjaciela, ale cóż robić? Umarli już nic nie potrzebują, a żywi muszą
żyć... Dla nas wszystkich będzie to bardzo miłe mieć w panu kolegę. Więc ja tak
ze  szczerego  serca  radziłbym  panu,  aby  przemóc  chorobę,  wstać  i  jechać  do
naczelnika z prośbą... Tylko trzeba to zrobić zaraz — żeby nie było za późno...

— A może by to tak można zrobić, może by się dało?
— Ale da się z pewnością, tylko zaraz trzeba się wziąć do tego.
—  Ha,  spróbuję.  Nic  na  próbie  nie  stracę  —  mówił,  wstając  z  pościeli,  a

myślał, żeby wszystko stracił, i nie brał nieudania w rachunek.

Ubrał  się  i  razem  z  zawiadowcą  pojechał  na  stację.  Ponieważ  było  dość

czasu  jeszcze  do  pociągu,  więc  zjadł  u  nich  obiad  i  rozmawiał  długo  z  matką  i
panną Stefanią o bardzo drobnych, obojętnych sprawach.. Na pożegnanie podając
rękę  Stefie,  uczuł  delikatne,  odruchowe  może  uściśnienie.  Stefa  była  cały  czas
poważna,  ale  nie  melancholijna,  matka  ożywiona  i  serdeczna,  zawiadowca
przyjacielski, usłużny.

Wsiadł  do  pociągu  i  wkrótce  znalazł  się  tam,  skąd  kilka  miesięcy  temu

wyjechał z rozpaczą. Poszedł prosto do biura naczelnika.. Jak różne miotały nim
wrażenia wtedy a dziś... Jak różni ludzie w nim byli — jak różni!

Naczelnik  przyjął  go  z  miną  jakąś  zafrasowaną  i  starał  się  to  ukryć  pod

rozmownością i życzliwym współczuciem.

—  Proszę  pana...  —  zaczął.  —  Niechże  pan  usiądzie...  —  i  przysunął  sam

krzesło. — Hm, jakże tam zdrowie?

— Dziękuję panu naczelnikowi, zdrów jestem.
— To dobrze, to bardzo dobrze... Hm, proszę pana... Czemuż mam przypisać

przyjemność oglądania pana?

—  Panie  naczelniku,  jeśli  mi  wolno  przypomnieć  obietnicę  łaskawie  mi

uczynioną, to...

—  Ach!  obietnica!  Przypominam  sobie,  przypominam!  Proszę  pana,

zdawałoby się, że ja, jako naczelnik, mogę rozporządzać niejako miejscami, które
się otworzą, nieprawdaż? co?

—  Ja  sądzę,  że  w  zupełności  —  odpowiedział,  nie  wiedząc,  do  czego  to

powiedział.

background image

— A tu tymczasem jest wręcz przeciwnie. Na wakujące miejsce przysyła mi

dyrekcja człowieka, wprost narzuca, i ja muszę go przyjąć.

— No, czasami to się przytrafia, ale stale nie mogliby przecież narzucać.
— A jednak wczoraj, niedalej jak wczoraj, narzucili mi. O! popatrz pan! — i

podsunął pod oczy Jana papier jakiś.

Wzrok prześliznął po nim, nie czytając.
— Narzucili panu naczelnikowi, kogo?
— At, jakiś tam...
— I gdzie przeznaczony?
— A na miejsce po tym biednym P.
— W miejsce P. w N.? — pytał żywo, nie wierząc własnym uszom.
— A tak, tak, proszę pana! Hm...
— Ależ... to nie może być! — wyszeptał Jan z trudnością.
—  Jest  jednak,  jest.  Hm,  proszę  pana,  szczerze  pragnąłem  panu  pomóc,

szczerze,  no,  ale  cóż  poradzić  mogęż  wobec  tego?  Gdybyś  pan  był  przyjechał
zaraz po śmierci, choć na drugi dzień, no, to jeszcze by się coś poradziło, ale tak,
za  późno!  Gdybyśmy  nawet  powodowani  chęcią  szczerą  chcieli  co  zrobić
przeciwko narzuconemu, to wszystko będzie na próżno!

— Na próżno!... Więc miejsca nie ma... nie ma... Więc wszystko na próżno!

Wszystko na próżno — szeptał głosem trwogi i rozpaczy, skamieniały usłyszaną
wiadomością...

— Na próżno!... — i wstrząsnął się cały. Świadomość, odebrana tym słowem

usłyszanym, wracała z trudnością... cała energia, siła woli, panowanie nad sobą,
wszystko padało w gruzy.

— A ja go na próżno zabiłem... Och! — krzyknął prawie głosem zdławionym

jękiem  okrutnym.  Pochylił  twarz  posiniałą  na  piersi  i  dziko,  szeroko  otwartymi
oczyma wpatrywał się w podłogę.

—  Na  próżno!  —  jęknął  i  zasłonił  z  gestem  szalonego  strachu  oczy  rękami.

Rzucił się cały w tył, drżąc okrutnie — zdawało mu się, że wszystko gdzieś z nim
zapada,  wali  się,  że  z  każdego  zakątka,  ze  wszystkich  stron  wypływają  te  oczy
jasne,  napiętnowane  bólem  i  przestrachem,  że  te  źrenice  zbliżają  się...  bliżej...
bliżej jeszcze, otaczają go kołem, wirują nad nim wszędzie, widzi je przez palce,
przez  drzewa,  przez  mózg.  I  strach!  strach  okropny,  trwoga,  sumienie,  żal,
wszystko  to  burzy  się,  wyje  w  jego  piersi,  skacze  do  mózgu,  mąci,  kołysze  się,
wyje, kąsa, pożera go!... Zgarbiony, z twarzą zlaną potem, poczerniałą, z włosami
w nieładzie wysuwa się z pokoju chyłkiem, przebiega schody, wybiega na ulicę i
pędzi  gdzieś  przed  siebie...  Przeskakuje  ulice,  potrąca  ludzi,  depcze  dzieci,
przewraca  się  o  latarnie,  o  domy,  a  podnosi  i  biegnie,  ścigany  przez  wszystkie
furie  pomieszanych  zmysłów,  a  poprzedzany  przez  te  oczy,  przez  widmo  tego
pokoju, przez strach...

— Na próżno! — szepcze ustami bez krwi i bez dźwięku. — Na próżno!
Za rogatkami skręca gdzieś w pola, nie wie, gdzie.
Źrenice  zabiegłe  przerażeniem  widzą  tylko  tamte  oczy.  Ręce  czują  jeszcze

ciepło tamtego gardła i bezwiednie zaciska pięści, zdaje mu się, że słyszy chrzęst

background image

gniecionej krtani...

Przewraca się na ziemię w błoto, tarza w kałużach z dzikimi przekleństwami

pełnymi bólu, skargi i rozpaczy.

To  znów  wstaje,  podnosi  powalaną  błotem,  krwią  twarz  ku  jasnej  tarczy

słońca.  Wyciąga  w  jakichś  konwulsyjnych  ruchach  ręce  groźnie  zaciśnięte  i
pogryzionymi 

usty 

policzkuje 

nieznanego 

jednym 

słowem, 

pełnym

niewypowiedzianej  nienawiści  i  złorzeczenia:  „Ty!...“  —  i  pluje  ze  wzgardą  i
obrzydzeniem  w  przestrzeń  niebieskawą,  ku  białym  gromadom  chmur...  w
nieskończoność!

To  znowu  milknie.  Dusza  obezsilona  wyczerpaniem  skarży  się  w  potokach

łez.  Cały  sztywnieje,  porusza  się  z  trudnością,  łkanie  ciężkie  wstrząsa  nim  co
chwilą. Na ustach, na twarzy, w oczach osiada ból, ból bezbrzeżny, bez pamięci,
bez woli, bez świadomości i bez sił...

Idzie  przed  siebie  w  nicość  jakąś,  odrętwienie  martwe,  które  go  obejmuje

coraz więcej, w niepamięć własną, która Wstaje mu z serca, z mózgu i czarnym,
nieprzenikliwym  całunem  pokrywa  mu  zwolna  oczy,  umysł,  przeszłość  i
teraźniejszość... Przestaje czuć, przestaje myśleć, przestaje widzieć...

Twarz  zastyga  w  jakiejś  barwie  napiętnowanej  wszystkimi  nędzami.  Oko

obsycha z łez, patrzy szeroko wytrzeszczoną źrenicą, nieruchomą, bez blasku, jak
martwą. Idzie jak automat i szepcze od czasu do czasu:

— Na próżno!
Słońce  złoci  naokół  przestrzenie,  wlewa  siłę,  życie  poczyna  tętnieć,

rozbrzmiewać w przyrodzie harmonią cudów.

—  Na  próżno!  —  szepcze  dusza  unicestwiająca  się.  Skowronek  zerwał  mu

się  spod  nóg  i  z  pieśnią,  z  hymnem  wesela,  radości,  uniósł  się  w  błękitne
przestworza.

— Na próżno!
Cisza  pól  ogarnia  ze  wszystkich  stron.  Narodziny  wiosny  mają  w  sobie

majestat bóstwa.

Czuć, słychać rozwijanie się przyrody — życia!
Wiatr  ciepły,  upajający  pieszczotą  przeleci,  zawtonie,  zaszumi  długą  linią

trzcin  nadbrzeżnych,  zmarszczy  w  tysiączne  kręgi  czarną  toń  jeziora  i  mknie
dalej...

—  Na  próżno!  —  szepcze  białymi  ustami  Jan,  idąc  wprost  na  brzeg  wysoki

jeziora.

W dole huczała, pieniła się woda, rozszalała przypływem.
Krok jeden naprzód, jeden szept cichy — jak trzepotanie skrzydeł motylich:
—  Na  próżno!  —  i  zwalił  się  całym  ciężarem,  głową  na  dół,  w  wodę.

Rozległ się plusk — woda pokazała swoje modre łono i zamknęła ciężko...

Kurki wodne nawoływały się gdzieś z oddali. Na drugiej stronie uwijały się

szybko,  migając  białymi  podbrzuszami,  czajki.  Krzyk  ich,  podobny  do  kwilenia
dziecka, rozchodził się długo w powietrzu spokojnym.

Potem stado wron przeciągnęło na żer, krążąc nad zalanymi powodzią łąkami,

nad bocianem majestatycznie brodzącym po wodzie.

background image

Było jakoś dobrze, spokojnie!
Słońce nabierało koloru czerwonego i. oświecało widnokrąg coraz skośniej.

Drzewa rzucały długie cienie... Woda miała kolor miedzianopurpurowy.

Chmury  robiły  się  jakieś  szarawe  a  miejscami  złote,  zdawały  się  wlec

leniwo, ociężale.

Dalekie widnokręgi zaciemniały się.
Ptaki  z  ćwierkaniem  fruwały %  gałęzi  na  gałąź,  jakby  szukając  miejsca  na

spoczynek.

Woda  miała  kolor  ołowiu.  Słońce  zniżało  się  coraz  szybciej  :  w  gąszczach

olszyn, sitowia, tataraków, trzcin — ciemniało...

Wieczór nadchodził...
Czas spoczynku, snu i zapomnienia... na chwilę!
Krosnowa, 16 II 91 r.


Document Outline