background image

 

Donna Carlisle 

 

Jeźdźcy burzy 

 

background image

Rozdział 1 

 
Przez  otwarte  drzwi  wtargnął  ostry,  zimny  powiew 

wiatru,  wywołując  zniecierpliwienie  pięciu  mężczyzn 
zebranych  wokół  telewizora  stojącego  w  tak  zwanym 
wspólnym  pokoju.  Meg  weszła  do  środka,  szybko 
zamknęła  drzwi  i  zaczęła  rozwijać  kolejne  warstwy 
opatulających ją szalików, zdjęła ośnieżone zimowe boty i 
postawiła przemarznięte stopy na gumowej macie leżącej 
tuż przy drzwiach. Czynności te wykonywała niezmiennie 
każdego ranka przez ostatnie dwa lata. 

Koledzy 

nazywali 

to 

pomieszczenie 

wspólnym 

pokojem, 

zamiast 

zwyczajnie 

sekretariatem. 

rzeczywiście,  ta  frontowa  sala  w  Carstone  Industries 
Adinorack  na  Alasce  była  miejscem,  gdzie  wszyscy 
pracownicy  zbierali  się,  gdy  akurat  nikt  nie  miał  nic  do 
roboty.  Posiadała  wyposażenie  typowe  dla  pokoju 
gościnnego  – łóżka polowe, okryte tanimi  pledami, kilka 
lichych  wyściełanych  krzeseł  i  telewizor.  Jedynym 
sygnałem,  że  jest  także  miejscem  pracy,  było  biurko 
stojące  w  pobliżu  frontowych  drzwi,  zawalone  plikami 
folderów,  druków,  okólników  i  pozostawionych  bez 
odpowiedzi  listów.  Meg  dostrzegła  ogromny  dzbanek  z 
kawą  i  napełniła  swój  kubek.  Nareszcie  zrobiło  się  jej 
ciepło i przyjemnie. 

–  Dzień  dobry,  pani  Forrest  –  przywitała  ją  Sadie, 

wchodząca  właśnie  przez  obrotowe  drzwi.  Sadie 

background image

zajmowała  stanowisko  o  budzącej  respekt  nazwie: 
urzędnik  organizacyjny,  a  tak  naprawdę  była  zwykłą 
sekretarką. Obrotowe drzwi prowadziły do laboratorium i 
pokojów  mieszkalnych.  Sadie  trzymała  przed  sobą 
wypełnioną  listami  torbę,  która  zdradzała  prawdziwy 
charakter jej pracy. 

– Samolot jest już gotów do startu – powiedziała Meg, 

skinąwszy nieznacznie głową. – Gdzie jest pilot? 

–  W  kabinie  radiooperatora  z  Joem.  –  Sadie  posłała 

Meg  niepewne  spojrzenie  znad  otwartej  torby  i  zaczęła 
wyrzucać  jej  zawartość  na  biurko,  i  tak  prawie 
niewidoczne spod papierów. 

– Hm, pani Forrest, myślę... 
– W porządku – przerwała natychmiast Meg – powiedz 

mu,  że  będę  gotowa  do  drogi  za  około  godzinę. 
Chciałabym spakować jeszcze trochę rzeczy. 

– Wzięła kilka kopert i zaczęła je szybko przeglądać. 
– A zresztą nieważne, powiem mu to sama. 
– Hej, Sadie, czy jest coś dla mnie?  – zawołał jeden z 

mężczyzn  siedzących  przed  telewizorem.  Cała  piątka 
obserwowała  snującą  się  po  ekranie  Godzillę  z  takim 
zachwytem  i  uwagą,  z  jaką  zagorzali  fanatycy  futbolu 
śledzą ostatni kwadrans meczu finałowego superligi. 

–  Poczta  przychodzi  o  dziesiątej  trzydzieści  – 

odpowiedziała ostro Sadie. – Wiesz o tym doskonale. 

Mężczyzna  posłał  jej  szyderczy  uśmiech  i  lekko 

pochylił się, trzymając w ręku filiżankę kawy. 

– Nie próbuj się stawiać – odparł. 

background image

Meg  skierowała  chłodne  spojrzenie  w  jego  stronę,  ale 

on,  szyderczo  szczerząc  zęby,  znów  wpatrywał  się  w 
telewizor. 

Meg zawsze irytował widok połowy personelu Carstone 

siedzącego  przed  telewizorem  już  o  dziesiątej  rano.  Dziś 
jednak  drażnił  ją  bardziej  niż  zwykle.  Wydawało  się  jej, 
że  koledzy  postępują  tak  celowo,  aby  wyprowadzić  ją  z 
równowagi. Postanowiła nie dać im tej satysfakcji. Powoli 
zaczęła  wybierać  zaadresowane  do  niej  listy  i  spokojnie 
zwróciła się do sekretarki: 

–  Pozwól,  Sadie,  że  jako  twoja  szefowa po  raz  ostatni 

zadam ci służbowe pytanie. 

Sadie spojrzała sponad sterty metodycznie układanej w 

alfabetycznym porządku korespondencji. 

– Naturalnie, pani Forrest. 
–  Dlaczego  –  zapytała  Meg  –  jeżeli  dostajemy  pocztę 

tylko 

raz 

tygodniu, 

ty 

zawsze 

zalegasz 

odpowiedziami? 

Sadie spojrzała zaskoczona. 
–  Odpowiadam  na  listy  tego  samego  ranka,  gdy 

otrzymuję pocztę. Przecież pani o tym wie, pani Forrest. 

–  Owszem,  odpowiadasz,  ale  na  osobiste  listy, 

pomijając  służbową  korespondencję.  –  Wskazała  ręką  na 
stos  leżący  nieporządnie  na  biurku.  –  Zapominasz,  na 
czym polega twoja praca. 

Sadie  patrzyła  na  nią  przez  chwilę,  jakby  zupełnie  nie 

rozumiała,  o  co  chodzi.  Wydała  więc  z  siebie  tylko 
uprzejme „och” i powróciła do sortowania listów. 

background image

Meg  na  chwilę  przymknęła  oczy.  Byle  do  jutra, 

pomyślała.  Już  jutro  opuści  na  zawsze  to  zapomniane 
przez Boga i ludzi, wiecznie mroźne pustkowie! 

Już niedługo będzie leżeć na plaży w Waikiki i spędzi 

tam  całe  dwa  tygodnie.  Te  myśli  miały  poprawić  jej 
nastrój,  tak  się  jednak  nie  stało.  Zadała  sobie  pytanie  – 
dlaczego? 

Meg Forrest miała trzydzieści dwa lata i była jednym z 

najwybitniejszych  inżynierów-konstruktorów  Carstone 
Industries.  Wysoka  i  szczupła,  smukłość  swej  sylwetki 
utrzymywała  bez  najmniejszego  wysiłku.  Jej  owalna 
twarz,  duże  brązowe  oczy  i  zmysłowe,  wyraziste  usta 
podobały  się  mężczyznom,  ale  też  często  wprowadzały 
ich  w  błąd.  Delikatna  kobieca  twarz  sugerowała  bowiem 
słaby  charakter,  a  Meg  miała  silną  osobowość. 
Kasztanowe  włosy  nosiła  zwykle  zaczesane  za  uszy,  ale 
przez ostatnie dwa lata brak dobrego fryzjera sprawił, że 
pozwoliła  im  rosnąć  swobodnie.  Nie  chcąc  jednak 
wyglądać  nieporządnie,  spinała  je  w  klasyczny  węzeł  z 
tyłu  głowy.  Odpowiadał  jej  ten  nie  rzucający  się  w  oczy 
spokojny  styl.  Ktokolwiek  popatrzyłby  teraz  na  Meg 
Forrest, nie mógł się pomylić. W tym surowym uczesaniu 
wyglądała na szefa. 

A jednak po dwóch latach kierowania Energy Research 

Station  oczy  pracujących  tam  mężczyzn  wciąż 
nieuchronnie  zatrzymywały  się  na  jej  tyłeczku.  Modliła 
się  o  wyzwolenie  z  tego  piekła  już  od  momentu,  kiedy 
samolot  dotknął  brudnego  pasa  startowego  w  odległym 

background image

zakątku Alaski. Stało się to dwa lata temu; zaznaczyła ten 
„czarny  dzień”  w  swoim  kalendarzyku  i  od  tej  chwili 
liczyła  dni  i  godziny,  które  pozostały  do  końca 
służbowego pobytu. 

Nienawidziła osady, w której przyszło jej żyć. 
Miała dość oglądania na co dzień monotonnego szeregu 

brzydkich  chat  ustawionych  na  skutym  lodem  i 
przewianym  wiatrem  niegościnnym  obszarze,  dość 
temperatury minus trzydzieści pięć stopni. 

Miejscem wieczornych towarzyskich spotkań był „Blue 

Jay  Bar  and  Grill”,  gdzie  jako  główne  danie  serwowano 
kanapkę  z  wołowiną  i  serem.  Pozostawała  jeszcze 
„Brownie’s  Video”,  wypożyczalnia  oferująca  klientom 
ponad sto kaset, ale ani jeden film nie liczył mniej niż pięć 
lat. 

W  całej  wiosce  znajdowało  się  może  ze  dwadzieścia 

książek, w tym fachowe, techniczne pozycje, które zresztą 
Meg  przywiozła  ze  sobą.  Jej  podwładni:  inżynierowie, 
mechanicy,  specjaliści  i  personel  pomocniczy,  czyli 
śmietanka wioskowej społeczności, byli to ludzie skłóceni 
z życiem i wzajemnie sobie nieżyczliwi. 

Tak  się  żyło  w  Adinorack  na  Alasce,  osadzie  liczącej 

ogółem siedemdziesięciu pięciu mieszkańców. 

Jutro  będzie  siedemdziesięciu  czterech,  pomyślała 

ponuro  Meg,  wieszając  swój  płaszcz  i  liczne  szale  na 
wieszaku  w  pobliżu  drzwi  obrotowych  prowadzących  do 
jej biura. Dlaczego nie czuję się szczęśliwa? 

Adinorack nazywany był pieszczotliwie Przedsionkiem 

background image

Piekła. Tę nazwę nadali mu ci straceńcy, którzy z powodu 
braku życiowego fartu musieli w nim mieszkać przez jakiś 
czas. 

Osadę  zbudowano  dwadzieścia  lat  temu  jako  jedną  ze 

stacji  badawczych  wojskowej  bazy.  Bazę  w  końcu 
zlikwidowano,  ale  wioska  została  i  kiedy  Carstone 
potrzebował  odpowiedniego  miejsca  do  przeprowadzenia 
testów,  będących  elementami  rządowych  badań  nad 
sposobem  wykorzystania  alternatywnych  energii,  jego 
wybór padł na Adinorack. 

Czy  rzeczywiście  była  tam  potrzebna  obecność 

głównego  inżyniera?  Meg  Forrest  czuła  się  obowiązana 
czuwać,  aby  w  zaprojektowanym  przez  nią  systemie  nie 
pojawiły  się  usterki.  I  musiała  wytłumaczyć  tym 
wszystkim gryzipiórkom, że jej wyjazd do Adinorack jest 
konieczny!  Nadgorliwość  okazała  się  podstawowym 
błędem, błędem, za który została ukarana. 

Przez kilka pierwszych miesięcy po przyjeździe tutaj jej 

obecność  była  właściwie  zbyteczna.  Mechanicy  i 
inżynierowie systematycznie budowali swoje konstrukcje, 
dzień  po  dniu,  według  planu.  Meg  pozostawało  tylko 
rozglądanie  się  dookoła  i  wydawanie  poleceń,  których 
nikt nie chciał słuchać. Zresztą w dwa lata później też nikt 
jej nie słuchał. 

Weszła  do  własnych  pomieszczeń  biurowych,  które 

były  równie  nieprzytulne,  jak  reszta  budynku.  Postawiła 
na biurku filiżankę, położyła przed sobą korespondencję. I 
nagle  zrozumiała  prawdziwy  powód  swych  mieszanych 

background image

odczuć  związanych  z  opuszczeniem  Adinorack.  W 
zadumie patrzyła na filiżankę z kawą. 

To właściwie był kubek, lśniący połyskiem porcelany, z 

biegnącym  wokół  szlaczkiem  i  ozdobiony  napisem:  „As 
Przestworzy”  wykonanym  dużymi  czerwonymi  literami. 
Ten  kubek  z  wyszczerbioną  krawędzią...  Szczerba 
powstała  wówczas,  gdy  rzuciła  kubkiem  w  niego...  Jaki 
był  powód  wybuchu  gniewu?  Dziś  już  zupełnie  nie 
pamiętała. Minęło sześć miesięcy, a ona wciąż piła z tego 
samego naczynia. 

Przecież  wiedział,  że  dziś  wyjeżdża,  musiał  o  tym 

wiedzieć i nawet nie zadzwonił, aby się pożegnać. 

– Błąd numer dwa – wyszeptała do siebie. 
Próbując  się  otrząsnąć  z  natrętnych  wspomnień,  które 

stawały się coraz bardziej dokuczliwe, usiadła za biurkiem 
i zagłębiła się w lekturze listów. 

Nie było w nich nic szczególnie interesującego, nic, co 

mogłoby  przyciągnąć  jej  uwagę.  Zresztą  cała  zawodowa 
energia Meg wyczerpała się już tydzień temu, pochłonęły 
ją  ostatnie  prace  związane  z  rządowym  projektem.  W 
korespondencji  natrafiła  na  kartkę  od  ojca,  który  prosił, 
aby podała mu godzinę swego przylotu do Waszyngtonu, 
a  wtedy  zleci  komuś,  by  wyszedł  po  nią  na  lotnisko. 
Zwrot  „ktoś  przyjdzie  po  ciebie”,  zamiast  po  prostu  „ja 
przyjdę”,  wywołał  u  Meg  lekkie  zdenerwowanie.  No 
oczywiście  –  generał  był  przecież  człowiekiem  tak 
zajętym! Nie mogła więc oczekiwać, że odstąpi od swego 
codziennego  rozkładu  zajęć  i  popędzi  na  lotnisko.  Nie 

background image

zrobiłby  tego  dla  nikogo,  nawet  dla  swojej  dawno  nie 
widzianej córki. 

Większość przeglądanych przez Meg listów spoczęła w 

koszu  na  śmieci,  kilka  zostawiła  dla  Sadie,  gdyż 
wymagały  odpowiedzi.  Kartkę  od  ojca  schowała  do 
torebki  i  oparłszy  łokcie  na  biurku,  małymi  łykami 
popijała  kawę  błądząc  nieobecnym  wzrokiem  po  pokoju. 
Nic  jej  tutaj  nie  trzymało,  dlaczego  nie  wyjechała 
wcześniej? 

Pokój  wyglądał  dokładnie  tak  samo  jak  wtedy,  gdy 

zobaczyła  go  po  raz  pierwszy.  Tania,  udająca  drewno 
wykładzina,  dwie  stalowe  szafki,  stół  kreślarski  i  czarna 
kanapa, na której spędziła wiele uciążliwych nocy, kiedy 
pogoda była zbyt niełaskawa, aby mogła wrócić do siebie, 
do  mieszkania,  które  w  gruncie  rzeczy  wydawało  się 
równie niegościnne jak  biuro.  Jednak  nie wszystkie noce 
spędzone  tutaj  pozostawiły  tak  niemiłe  wspomnienia. 
Były  też  inne  nocne  godziny  przeżyte  na  tej  samej 
kanapce, kiedy nie dokuczała jej samotność... 

Otworzyła oczy i spojrzała w kierunku okna. Okiennice 

były jak zawsze zamknięte, ponieważ widok zamarzniętej 
i jałowej ziemi mógł budzić w ludziach uczucie depresji. 
Teraz Meg rozchyliła je trochę i raz jeszcze popatrzyła na 
ponury pejzaż. Zamarznięte ślady opon w śnieżnej mazi, a 
gdzieniegdzie  nagie  spłachetki  gruntu,  z  których  wiatr 
zwiał  resztki  śniegu,  dalej  przykucnięty,  niezgrabny 
budynek Blue Jay, przysłonięty nieco przez przerdzewiałą 
i niepotrzebną nikomu stację pomp, która powinna zostać 

background image

zburzona  już  rok  temu.  Wszystko  wokół  tonęło  w 
ponurym zmierzchu i nikomu nie przychodziło do głowy, 
że przecież jest już marzec i dni powinny być dłuższe. 

–  Ziemia  północnego  słońca  –  wyszeptała  do  siebie 

Meg  i  trzasnęła  okiennicami.  Na  palcach  jednej  ręki 
mogła  policzyć,  ile  razy  widziała  słońce,  od  kiedy  się  tu 
znalazła. 

Poza  tym  zauważyła  na  wschodzie  ciężkie  ołowiane 

chmury,  zwiastujące  burzę  i  zazwyczaj  znamionujące 
obfite  opady  śniegu.  Naprawdę  nie  było  powodu,  aby  tu 
pozostawać  choćby  chwilę  dłużej. Każdy pilot  dbający o 
swe  dobre  imię  powinien  odmówić  lotu  w  czasie  burzy 
śnieżnej,  a  ją  czekał  naprawdę  niełatwy  czterogodzinny 
lot  do  Juneau  i  Meg  powinna  wziąć  to  wszystko  pod 
uwagę. Postanowiła natychmiast opuścić Adinorack. 

On już z pewnością nie zadzwoni. 
Zarzuciła  torbę  na  ramię  i  ruszyła  w  kierunku 

radiostacji,  zatrzymując  się  jeszcze  na  chwilę  we 
wspólnym pokoju, gdzie ponownie napełniła kubek kawą. 
Tym  razem  nie  zwróciła  uwagi  na  porozumiewawcze  i 
ukradkowe 

spojrzenia 

rzucane 

przez 

mężczyzn 

skupionych wokół telewizora. 

– Jestem Meg Forrest – powiedziała stając w drzwiach 

pokoju  mieszczącego  radiostację  –  i  jeśli  paliwo  zostało 
zatankowane,  to  chyba  moglibyśmy  lecieć.  Zdaje  mi  się, 
że  będziemy  mieli  trochę  śniegu,  dobrze  byłoby  uniknąć 
burzy. 

W  ciasnym  pomieszczeniu,  służącym  także  jako  wieża 

background image

kontrolna i stacja meteorologiczna, znajdowało się dwóch 
mężczyzn. Radiotelegrafista Joe siedział na swym stałym 
miejscu naprzeciw radia i ze słuchawkami opuszczonymi 
na  szyję  żartował  z  pilotem,  który  przysiadł  na  krawędzi 
biurka.  Z  chwilą  wejścia  Meg  śmiech  zamilkł  i  pilot 
powoli odwrócił się. 

– To ty? – spytała cicho. – My się chyba znamy. 
Meg  znalazła  się  twarzą  w  twarz  z  Redem 

Worthingtonem, swym błędem numer dwa. 

Tego  mężczyznę rozpoznałaby bez trudu nawet z tyłu. 

Baseballowa  czapeczka  wciśnięta  na  faliste  brązowe 
włosy,  luźna  czerwona  wiatrówka  z  błyskawicznym 
zamkiem  i  niewymuszony  wdzięk  w  sposobie  trzymania 
głowy. 

Nie mogło jej się przytrafić nic bardziej zaskakującego 

niż to spotkanie. 

Już na pierwszy rzut oka wielu ludzi określiłoby twarz 

Reda  jako  przystojną  lub  co  najmniej  interesującą,  ale 
Meg,  wielokrotnie  analizując  jego  oblicze,  dawno  doszła 
do  wniosku,  że  tak  naprawdę  była  to  twarz  zupełnie 
pospolita. Nie wyróżniające się niczym szczególnym rysy 
i  zupełnie  zwyczajne,  jasnobrązowe  oczy  nie  powinny 
zapadać w pamięć. Byłby przeciętnym facetem, gdyby nie 
szczery chłopięcy uśmiech, który powodował niespokojne 
bicie niejednego kobiecego serca, i gdyby nie to chmurne 
spojrzenie, dzięki któremu każda dziewczyna natychmiast 
byłaby  gotowa  wybaczyć  mu  wszystkie  grzechy.  W 
gniewie  nazbyt  energicznie  zaciskał  szczęki,  ale  umiał 

background image

także patrzeć na kobietę ze zmysłową tkliwością, patrzeć 
tak,  że  prawie  każda  czuła  się  zniewolona  i  nie  potrafiła 
mu się oprzeć. Tak, gdyby nie to wszystko... 

Serce Meg mocno zakołatało. Jedno spojrzenie na Reda 

wystarczyło,  żeby  nagle  straciła  oddech  –  był  przecież 
najwspanialszym  mężczyzną,  jakiego  kiedykolwiek 
spotkała. 

Tymczasem  jego  oczy  błądziły  po  postaci  Meg. 

Swobodnie  i  bez  skrępowania  mierzył  ją  wzrokiem  od 
stóp do głów. Badał spojrzeniem okrągłość piersi rysującą 
się  pod  swetrem,  kształt  ud  w  obcisłych  dżinsach. 
Nienawidziła tej bezpośredniości Reda i zarazem kochała 
go za nią. 

Red uśmiechnął się kpiąco i pozdrowił Meg skinieniem 

dłoni, w której trzymał plastikowy kubeczek. 

– No i cóż, pani Worthington – wycedził – jakoś żyję i 

jeszcze oddycham. 

Meg  patrząc  w  skupieniu  na  plastikowe  naczynie 

powiedziała zimno: 

– Wiesz, że niszczysz ten świat i żyjące na nim istoty. 
Wzruszył ramionami i dalej popijał kawę. 
Nie miała pojęcia, , skąd Red wziął się tutaj, wiedziała 

tylko,  że  jego  twarz  i  kasztanowa  czupryna,  ujrzane 
niespodziewanie w tym pokoju, zupełnie zbiły ją z tropu. 
Zawahała  się,  następnie  zamknęła  drzwi  kierując 
równocześnie  wymowne  spojrzenie  na  Joego.  Joe  nie 
mógł  mieć  więcej  niż  dwadzieścia  lat,  był  absolutnym 
geniuszem w sprawach elektroniki i młodzieńcem niezbyt 

background image

bystrym, gdy chodziło o cokolwiek innego. 

Joe  z  ogromnym  zainteresowaniem  przysłuchiwał  się 

rozmowie  i  było  jasne,  że  nic  na  świecie  nie  skłoni  go 
teraz  do  opuszczenia  swego  stanowiska.  To  bez 
znaczenia, zdecydowała w końcu Meg. Przecież ona i Red 
nie mają sobie do powiedzenia niczego takiego, czego nie 
powinniby usłyszeć inni. 

Przechodząc  przez  pokój  starała  się  uspokoić  i 

zapanować nad nie kontrolowanym biciem serca. 

– Co ty tu robisz? 
– To moja trasa, prawda? – Udawał zaskoczenie. 
–  Jakoś  nie  widywałam  cię  tu  przez  ostatnie  sześć 

miesięcy  –  stwierdziła  Meg.  Jej  puls  powoli  zaczął  się 
uspokajać.  Zwyczajny,  całkiem  zwyczajny  facet, 
powtarzała w duchu. 

Red  uśmiechnął  się  znowu,  trzymając  przy  ustach 

kubek z kawą. 

–  Czy  mógłbym,  kochanie,  pozwolić  ci  odjechać  bez 

pożegnania? Czy to chciałaś usłyszeć? 

Myślała,  że  już  całkowicie  panuje  nad  sobą,  ale  serce 

nadal  biło  zbyt  szybko,  tym  razem  jednak  powodem 
emocji był gniew. 

– Oczywiście – odpowiedziała krótko. – Jesteś jedynym 

mężczyzną, który potrafi przelecieć pół kontynentu  tylko 
po to, aby eskortować swą żonę w drodze do stolicy stanu, 
ponieważ pragnie ona złożyć tam pozew rozwodowy. 

–  Masz  rację  –  odpowiedział  –  to  istotnie  jedyna 

sprawa, dla której warto przelecieć pół kontynentu. 

background image

Zacisnęła wargi. 
Red wstał nagle i rozkładając szeroko ramiona zawołał: 
–  Chodź  tu,  Megan,  i  ze  względu  na  pamięć  dawnych 

dobrych czasów daj mi małego całusa. 

Nawet  nie  drgnęła,  gdy  zbliżył  się  do  niej.  Jego 

żartobliwe słowa przywołały natychmiast tyle wspomnień. 
Broniła  się  przed  tym,  ale  wciąż  desperacko  pragnęła 
Reda.  Kiedy  znalazł  się  tuż  przy  niej,  wysunęła  dłoń  w 
geście  protestu.  Megan...  Mój  Boże,  jak  ja  nienawidzę 
tego  imienia,  pomyślała.  A  przecież  Red  był  jedynym, 
który  mówiąc  tak  do  niej  nie  wywoływał  odruchu,  aby 
uderzyć go w szczękę. 

Stał teraz przed nią i bezczelnie się uśmiechał. 
Patrzyła  na  Joego,  który  włożył  słuchawki  i  gorliwie 

kręcił  gałką  aparatu  radiowego.  Jednak  słuchawki  nie 
całkiem zakrywały uszy i była pewna, że chłopak nie ma 
zamiaru stracić ani słówka z ich rozmowy. 

–  Zostawiłeś  u  mnie  trochę  rzeczy,  zamierzałam  ci  je 

oddać, leżą na moich torbach – powiedziała Meg. 

Red ponownie uniósł kubek z kawą. 
– Nie zwykłem chodzić z torbami. Aha, przy okazji, co 

zamierzasz  zrobić  z  samochodem?  –  zapytał  od 
niechcenia. 

Jak  długo  rozmawiał  z  nią  tonem  żartobliwym  i 

kpiarskim,  odczuwała  podniecenie  lub  gniew,  ale  wtedy 
nie  był  jej  obcy.  Teraz  to  grzeczne,  chłodne  pytanie 
zupełnie  ją  pokonało.  Zadał  je,  jakby  rzeczywiście  był 
przypadkowym  znajomym.  To  chyba  już  koniec  ich 

background image

związku.  Nie  pozostało  między  nimi  nic  prócz  zwykłej, 
banalnej uprzejmości. 

Musiała  przełknąć  łyk  kawy,  inaczej  nie  zdołałaby 

wykrztusić z siebie ani słowa. 

– Dancer obiecała go sprzedać. 
– Być może ja go wezmę. 
–  Należna  część  z  tytułu  ślubnego  kontraktu,  co?  – 

odcięła się Meg gwałtownie, zanim ugryzła się w język. 

– Do diabła! Przecież powinienem coś dostać. 
– O tak, należy ci się, za te lata absolutnego oddania. 
– Hej, kochanie! Ja naprawdę byłem oddanym mężem. 
– Nawet nie rozumiesz sensu tych słów! 
– A ty rozumiesz? 
– Przynajmniej próbowałam być dobrą żoną. 
–  Ty  również  nie  znasz  sensu  niektórych  słów.  Mam 

nadzieję, że masz w swoich bagażach odpowiednio gruby 
słownik. Powinnaś się jeszcze wiele nauczyć, Meg! 

– Nie będę więcej marnować życia dla ciebie, mój czas 

jest zbyt cenny. 

– Marnowałaś ze mną życie, do licha! Podoba mi się to 

określenie.  Nigdy  przedtem  nie  powodziło  ci  się  tak 
dobrze. 

– Och, przepraszam, rzeczywiście masz rację. Pobyt na 

arktycznym  pustkowiu  jest  przecież  marzeniem  każdej 
romantycznej 

dziewczyny. 

Ekscytujące 

wspólne 

oglądanie  w  telewizji  meczu  bokserskiego  sprzed  trzech 
tygodni. 

– Nie musieliśmy tego robić wspólnie. 

background image

Twarz  Meg  była  rozpalona,  ręce  kurczowo  ściskały 

kubek.  Najbardziej  denerwowało  ją  to,  że  Red 
najwyraźniej bawił się tą rozmową i tylko udawał, że jest 
zagniewany. Wprawdzie jego  oczy rzucały  iskry  i  gdyby 
Meg  starała  się  podnieść  jeszcze  bardziej  temperaturę 
dialogu,  z  pewnością  dorównałby  jej  temperamentem. 
Tylko że ta burząca krew w żyłach szermierka słowna nie 
kosztowała go wiele i to właśnie złościło Meg najbardziej. 
W słownych grach małżeńskich był zawsze lepszy od niej. 
Dlaczego mu na to pozwalała? 

Z  impetem  postawiła  kubek  na  brzegu  biurka  i 

powiedziała twardo: 

– Ty, Red, jesteś jak nagłe pchnięcie. 
– Nagłe pchnięcie? Jak ładnie to powiedziałaś, Megan. 

– Uniósł brwi, a jego oczy rozbłysły zadowoleniem. – Czy 
wiesz, że mówiąc coś takiego, zrobiłaś mi wielką frajdę? 

– Tak... – zastanowiła się. – To jest to, do czego mnie 

redukujesz. 

Wciąż  śmiał  się  hałaśliwie.  Dobrze,  że  odstawiła  już 

swój kubek, inaczej z pewnością rzuciłaby nim znowu. 

Przypomniała  sobie  o  Joem,  który  przyglądał  im  się  z 

coraz większym zainteresowaniem. 

–  Mam  nadzieję,  że  zaspokoiłeś  dostatecznie  swoją 

ciekawość, Joe. Teraz wywołaj Juneau i przekaż im trasę 
naszego lotu. Poczekam na zewnątrz. 

Joe  spojrzał  na  Reda, jakby szukając u  niego  pomocy. 

Red  pocierał  dłonią  podbródek  i  uśmiechał  się 
nieznacznie. 

background image

– No cóż, trzeba będzie powiedzieć... – mruknął. 
Meg patrzyła na niego wyzywająco. 
–  Nie  próbuj  ze  mną  swoich  gierek,  Redzie 

Worthington. Wolałabym spędzić dwa tygodnie w klatce z 
olbrzymią iguaną, niż cztery godziny w samolocie z tobą, 
musimy  jednak  lecieć  do  Juneau.  Dobrze  wiedziałeś,  co 
robisz, kiedy decydowałeś się na ten lot. Nie wykręcaj się! 
Bierz swój płaszcz, czapkę i chodźmy. 

Meg  trzymała  już  rękę  na  klamce,  gdy  głos  Reda 

zatrzymał ją. 

–  Najdroższa,  wiesz,  że  pragnę  twojej  obecności  w 

równym  stopniu  jak  ty  mojej,  jednak  wydaje  mi  się,  że 
będziemy mieli trochę kłopotu z naszym lotem. 

Odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego.  Jakież  to  złe 

wiadomości pragnie jej przekazać? 

– Wydaje mi się, że mały burzowy front przesuwa się tu 

z  północy  i  dlatego  wszystkie  loty  z  Juneau  zostały 
odwołane. 

Powiedział to z taką satysfakcją, że nagle zapragnęła go 

udusić. 

–  Niestety,  kochanie,  musimy  tu  zostać  razem  przez 

jakiś czas. 

 

background image

Rozdział 2 

 
Meg nie mogła uwierzyć, że prawie godzinę temu czuła 

żal na myśl o opuszczeniu tego miejsca i szukała sposobu, 
aby  odwlec  moment  odjazdu  –  w  nadziei,  że  Red 
zadzwoni.  Teraz,  gdy  zjawił  się  w  Adinorack  osobiście, 
wiedziała, że nie powinna tu zostać ani minuty dłużej. 

Dlaczego próbuje ją zatrzymać? Sam jest szalony, więc 

chce, abym i ja również nie była normalna, pomyślała. 

Przeszła  przez  pokój  i  chwyciła  dokument,  na  którym 

Joe  na  bieżąco  nanosił  informacje  dotyczące  pogody. 
Uważnie  przebiegła  wzrokiem  papier.  Niskie  ciśnienie... 
silne wiatry... duże opady śniegu. 

–  Sami  to  spreparowaliście  –  rzuciła  patrząc 

oskarżycielsko znad arkusza na obu mężczyzn. 

– Ależ co pani mówi, pani Worthington – zaprotestował 

Joe. 

– Forrest, nazywam się Forrest – odpowiedziała krótko. 
– Jeszcze nie – przypomniał jej łagodnie Red. 
Nerwowo krążyła wokół krzesła Joego i wpatrywała się 

w  ekran  radaru.  Mogła  już  nawet  rozpoznać  wyraźny 
punkt na ekranie oznaczający burzowy front. 

Odwróciła się do Reda. 
–  No  dobrze,  nawet  jeśli  to  prawda,  to  w  czym 

problem? Burza jest o jakieś dwie godziny stąd! Latałeś w 
trudniejszych  warunkach,  zrobiłeś  przecież  te  cholerną 
karierę, pilotując samoloty podczas gorszej pogody niż ta. 

background image

Dlaczego  teraz  chcesz  opóźnić  lot?  Zabieraj  się  stąd, 
przygotuj urządzenia kontrolne. Idę po bagaże. 

Była  już  przy  drzwiach,  gdy  Red  odpowiedział 

stanowczo: 

– Nie. 
Utkwiła  w  nim  wzrok  i,  aby  się  opanować,  zaczęła 

liczyć  do  dziesięciu.  Siedział  rozparty  na  krześle  ze 
swobodnie wyciągniętymi nogami i zsuniętą na tył głowy 
czapeczką.  Spoglądał  przed  siebie  spokojny  i  obojętny. 
Pomyślała,  że  być  może  jedną  z  najbardziej  irytujących 
cech  Reda  była  ta  umiejętność  całkowitego  relaksu, 
niezależnie  od  miejsca,  w  którym  się  znajdował.  Umiał 
być na luzie w każdej sytuacji. 

– Celowo opóźniasz lot – zawołała. 
–  Jasne,  zbudziłem  się  dziś  rano  i  powiedziałem  do 

siebie:  Co  mam  zrobić,  aby  uczynić  życie  Meg 
trudniejszym? Już wiem. – Strzelił palcami. – Wyczaruję 
burzę śnieżną, wtedy nie będzie mogła odlecieć do domu. 

Meg  z  gniewną  miną  zrobiła  dwa  kroki  w  kierunku 

Reda. 

–  Wiesz,  do  cholery,  co  ja  myślę?!  Siedzisz  tu  i  tylko 

marnujesz  czas,  chociaż  mógłbyś  zdążyć  przed  burzą, 
gdybyś  zdecydował  się  lecieć  natychmiast,  i  poleciałbyś, 
jeśli poprosiłby cię o to ktoś inny, a nie ja! 

W  odpowiedzi  uśmiechnął  się  szeroko.  Meg 

gwałtownie obróciła się do Joego. 

–  No  dobrze,  ile  mamy  spóźnienia  i  jak  długo  jeszcze 

będę musiała tu tkwić? – spytała. 

background image

Joe włączył radio. 
–  Właśnie  próbuję  przelecieć  całą  skalę.  Jest  coraz 

gorzej.  Burza  przechodzi  już  nad  tundrą.  Mówią  o 
zamknięciu lotniska Fairbanks i nie będę zaskoczony, jeśli 
za chwilę powiedzą to samo o Juneau. – Spojrzał na Meg. 
–  Możemy  tu  pozostać  bez  możliwości  manewru  przez 
dobre kilka dni. 

Meg skierowała zimny, oskarżycielski wzrok na Reda. 
– Oddałam klucz od mojego mieszkania – powiedziała 

starając się, aby jej głos brzmiał spokojnie. 

– Nie mam nawet gdzie się przespać tej nocy. 
–  Jest  przecież  zawsze  kanapa  w  twoim  biurze  – 

przypomniał jej ironicznie. 

Odstawił kubek i podniósł się. 
–  Oczywiście  wtedy  ja  nie  będę  miał  gdzie  spać,  ale 

pracując  tutaj  razem  jakoś  nigdy  nie  mieliśmy  z  tym 
kłopotów, no nie? 

Kątem  oka  Meg  dostrzegła  lekki uśmieszek  Joego,  ale 

zlekceważyła tę drobnostkę. 

– Jesteś bardzo przewidujący – odparła chłodno. 
– Nie, Megan, jest mi jedynie przykro. 
Ruszył  w  stronę  drzwi,  lecz  Meg  schwyciła  go  za 

ramię. 

–  Pozwól  sobie  coś  powiedzieć,  ty  cwaniaku  – 

zawołała.  –  FCC  miało  swoje  zasady  stosowane  wobec 
ludzi  takich  jak  ty.  Myślę,  że  wyrządziłeś  mi  tyle 
przykrości, że dziś powinnam po prostu cisnąć ci w twarz 
twoją licencję. 

background image

Jego oczy patrzyły współczująco na Meg  i nie uczynił 

nic, aby wyswobodzić ramię z uścisku. 

– Kocham, kiedy mówisz tak stanowczo – powiedział. 
–  Ponieważ  możesz  latać,  wyobrażasz  sobie,  że  nie 

jesteś zwyczajnym człowiekiem stworzonym przez Boga. 
Siedzisz  dumny  jak  paw  w  tej  swojej  kabinie  pilota  i 
myślisz, że jesteś ponad wszystkimi i nikt nie potrafi cię 
zrozumieć.  Wydajesz  nieodwołalne  rozkazy,  tworzysz 
własne  prawa  i  dlatego  czujesz  się  wielki  jak  udzielny 
książę. 

Red zakrył dłonią jej usta. 
–  Niestety,  nie  potrafię  w  inny  sposób  zmusić  cię  do 

milczenia – stwierdził. 

W odpowiedzi jej paznokcie boleśnie wpiły się w ramię 

Reda,  ale  trwało  to  tylko  chwilę.  Nagle  cała  energia 
opuściła  ją.  Poczuła  taki  przypływ  pożądania,  że 
zaskoczyło  ją  to  zupełnie.  Jakże  nienawidziła  własnej 
słabości!  Nie  mogła  nic  zrobić,  aby  powstrzymać  to 
obezwładniające  uczucie.  Dotknięcie  Reda  zawsze 
działało na nią w podobny sposób, nawet teraz, po długiej 
rozłące. 

Była jak urzeczona. Wciągnęła w nozdrza woń świeżej 

bawełny  i  ten  jedyny  w  swoim  rodzaju  zapach  płynu  po 
goleniu,  którego  chyba  nikt  poza  nim  nie  używał. 
Obezwładniał  ją  dotyk  stwardniałych  rąk  na  policzku, 
palce Reda delikatnie muskały jej włosy na skroniach. 

Nie  potrafiła  się  opanować  patrząc  na  władczy  zarys 

jego ust, ich widok rozniecał żar w jej piersiach. Chciała 

background image

pić  z  tych ust bez opamiętania,  chciała  zamknąć  Reda w 
swoich  ramionach,  posiąść  całkowicie,  a  później  poddać 
mu się zupełnie. 

Myślała, że zobojętniała na niego tak bardzo, jak tylko 

może  zobojętnieć  kobieta,  która  wiele  wycierpiała, 
poświęcając mężczyźnie wszystko, całą namiętność i całą 
życiową  energię;  nagle  jednak  uświadomiła  sobie,  jak 
wielkie  było  jej  pożądanie  i  z  jak  olbrzymią  siłą  Red 
wciąż nad nią panował. 

Nawet  wówczas,  gdy  przestał  ją  obejmować,  trwała 

nieruchomo,  sztywnością  mięśni  próbując  obronić  się 
przed  trudnym  do  opanowania  zmysłowym  drżeniem, 
ignorując  rumieńce,  które  paliły  jej  policzki.  Stała  przed 
swym  mężem  twarzą  w  twarz  oddychając  ciężko, 
wyczuwała  podziw  Joego,  który  bez  skrępowania 
obserwował ten pojedynek. Jeszcze czuła oddech Reda na 
swojej  skórze  i  to  uczucie  było  niezwykle  podniecające. 
Była  wściekła,  że  wciąż  go  pragnie,  a  on  z  całym 
rozmysłem  pobudzał  ją  erotycznie.  Nadal  czegoś  od  niej 
chciał  i  wiedziała,  że  właśnie  to  c  o  ś  było  celem,  dla 
którego przeleciał pięćset kilometrów. 

Miała  ochotę  okładać  go  pięściami  ze  złości,  ale  jej 

widoczny  gniew  mógłby  mu  sprawić  zbyteczną 
satysfakcję.  Spokojnie  spojrzała  wprost  w  oczy  Reda  i 
powiedziała łagodnie: 

– Zabawne. Nie myślałam, że zrobiłeś tak duże postępy. 
Zauważyła, że jego szczęki zacisnęły się gniewnie, a to 

było  wszystko,  czego  chciała.  Odwróciła  się  na  pięcie  i 

background image

wyszła z pokoju starannie zamykając za sobą drzwi. 

Red  obserwował  Meg,  jak  z  wysoko  uniesioną  głową 

opuszcza kabinę radiooperatora. Takiego opanowania nie 
widział  jeszcze  nigdy  u  nikogo  i  z  trudem  powstrzymał 
się, aby nie pobiec za nią. 

Zazwyczaj  bawiło  go  to,  że  Meg  chodzi  jak  dowódca 

przed  bitwą,  ale  teraz  uświadomił  sobie,  że  jej  sposób 
poruszania się urzekał go najbardziej. 

– Niesamowita kobieta – wyszeptał. 
Do  diabła  z  jej  sposobem  chodzenia!  Utracił  nie  tylko 

to,  utracił  przecież  wszystko.  Jej  płomienne  oczy,  bystry 
umysł  i  ostry  jak  brzytwa  język...  Włosy  rozrzucone  na 
poduszce, sposób, w jaki przed pójściem spać spoglądała 
na niego, gdy z parą ciężkich okularów na nosie siedziała 
ubrana  w  jedną  z  tych  jego  starych  flanelowych koszul  i 
pilnie  studiowała  sterty  papierów.  Utracił  możliwość 
patrzenia  na  nią,  dotykania  jej  i  słuchania  jej  ciętych 
ripost. Utracił możliwość walki z Meg i wszelką szansę na 
pójście z nią do łóżka. 

Chwycił gwałtownie nie opróżniony jeszcze papierowy 

kubek i zmiażdżył go. Zaklął, gdy letnia kawa trysnęła mu 
wprost na koszulę. 

–  Właściwie  mogłeś  lecieć  –  skomentował  Joe,  w 

pośpiechu  wycierając  przód  jego  koszuli  garścią 
papierowych serwetek. 

Red rzucił mu ponure spojrzenie. 
–  Mogłeś  zdążyć  przed  burzą,  gdybyś  wyleciał 

wcześniej – wyjaśniał dalej Joe. 

background image

–  Tak,  być  może.  –  Red  spoglądał  spode  łba  na 

chłopaka,  gdy  ten  wrzucał  mokre  serwetki  do  kosza.  – 
Jednak czy powinienem narażać na szwank mój samolot, i 
to jeszcze dla takiej wiedźmy? 

Joe udawał,  że  podziela  jego  zdanie,  ale  tak  naprawdę 

czegoś  tu  nie  rozumiał.  Myślał,  że  gdyby  Red  otrzymał 
zadanie  przewiezienia  do  Juneau  jakiegoś  cennego 
ładunku  –  na  przykład  poczty,  elektronicznego  sprzętu, 
nawet przemycanego alkoholu czy papierosów – wówczas 
nie  zawahałby  się  ani  chwili.  Zawsze  aż  się  trząsł  z 
radości  na  myśl  o  nowym  wyzwaniu.  Gdyby  jego 
samolotem  miał  lecieć  lekarz  z  życiodajnym  serum  w 
swojej  torbie,  Red  natychmiast  podjąłby  ryzyko.  Lubił 
hazard. 

Robert 

„Red” 

Worthington 

był 

jednym 

najznakomitszych pilotów obsługujących nie zamieszkane 
tereny Alaski. Doskonałą reputację zyskał głównie dzięki 
umiejętności  brawurowego  lądowania.  Pociągały  go 
trudne 

sytuacje, 

lądował 

najbardziej 

nieprawdopodobnych  miejscach,  a  oblodzone  skrzydła 
jego  samolotu  prześlizgiwały  się  między  szczytami  gór. 
Potrafił  wystartować  w  najciemniejszą  noc,  mając  na 
domiar  złego  zepsuty  pulpit  sterowniczy  czy  przerwaną 
łączność i pasjonował się każdą minutą takiego lotu. 

Pragnął  silnych  przeżyć.  Gwałtownie  wzrastający 

poziom  adrenaliny  we  krwi,  nagłe  wstrzymanie  bicia 
serca,  suchość  w  gardle  ekscytowały  go. I  wreszcie  lubił 
ten  szczególny  moment,  kiedy  cichy  głos  wewnętrzny 

background image

rozkazywał  mu,  aby  dodał  gazu  lub  wzniósł  się  jeszcze 
trochę.  Dążył  do  zwycięstwa,  fascynowała  go  walka  z 
przeciwnościami  losu  i  zawsze  miał  nadzieję,  że  będzie 
mógł  zaryzykować  znowu.  Mówiono  o  Redzie,  że  jest 
pilotem, który sam pakuje się w kłopoty. Red myślał, że w 
tych sądach jest sporo prawdy, gdyż jeśli sam nie szukał 
życiowych  utrudnień,  to  z  pewnością  nie  uciekał  przed 
nimi.  Grać  bezpiecznie  czy  ryzykować  życiem  –  ten 
wybór nigdy nie stanowił dla niego dylematu. 

Wszystko to jednak uległo zmianie z chwilą pojawienia 

się  Meg.  Początkowo  prawie  sobie  nie  uświadamiał  tych 
zmian,  ale  później  stały  się  one  już  zbyt  wyraźne.  Nikt, 
poza  innym  pilotem,  nie  może  zrozumieć,  jak  wiele 
podczas lotu zależy od instynktu. Instrumenty są sprawne, 
rozmawiasz z wieżą kontrolną, gdy czujesz się samotny, a 
jednak to wszystko nie to. Autentyczne odczucie lotu jest 
czymś innym, odbywa się przez ustawiczne nasłuchiwanie 
drgań  silnika, obserwację  światełek  kontrolnych,  a  dobry 
pilot  wyczuwa  nawet  ciężar  powietrza.  Samolot  staje  się 
po prostu przedłużeniem jego ciała. Ważny jest tylko on i 
maszyna, wszystko inne przestaje mieć znaczenie. 

No tak, ale jeśli ktoś bliski oczekuje cię w domu, wtedy 

te inne rzeczy nie są już tak obojętne, a ty nie jesteś sam w 
powietrzu!  Red  wielokrotnie  przyłapywał  się  na  tym,  że 
nie ufa już swoim instynktom, maszyna przestała być dla 
niego jedyną kochanką. Stał się ostrożniejszy. To właśnie 
dlatego  nie  chciał  zaryzykować  lotu  z  Meg,  ale  Joe 
oczywiście  nie  mógłby  tego  zrozumieć;  co  gorsza,  Meg 

background image

również niczego nie rozumiała. 

Wciąż  jeszcze  zachmurzony  przejechał  po  raz  ostatni 

ręką po wilgotnej koszuli, następnie podniósł kubek, który 
Meg pozostawiła na biurku. Był jeszcze ciepły. Odprężył 
się,  usiadł  i  wypił  pozostawiony  napój.  Meg  piła  tylko 
czarną  kawę  i  nigdy  nie  zostawiała  śladów  szminki  na 
brzegu filiżanki. Za to również ją lubił. 

Joe szybko zanotował jakiś komunikat radiowy i zdjął z 

uszu słuchawki. Odwrócił się i uważnie spojrzał na Reda. 

– Czy mogę cię o coś zapytać? 
Red podniósł oczy. Prawie zapomniał o istnieniu Joego 

i teraz był mu wdzięczny za przerwanie ciszy i tych jego 
wewnętrznych rozważań, które mogłyby sprowokować go 
do  zrobienia  jakiegoś  szaleńczego  kroku,  na  przykład 
nowej próby pogadania z Meg. 

– Dlaczego się z nią ożeniłeś? 
Red uśmiechnął się smutno. 
– Sam chciałbym to wiedzieć. – Zatopił oczy w kubku z 

kawą,  jakby  tam  mogła  pojawić  się  odpowiedź.  –  Ona 
była  najzgrabniejszą  dziewczyną,  jaką  kiedykolwiek 
widziałem. – Wzruszył ramionami i dodał:  – Najbardziej 
myślącą, najbardziej seksy... 

Zachmurzył  się.  Wiedział,  że  były  sprawy,  o  których 

nie  mógł  rozmawiać  z  Joem.  Chłopak  taki  jak  on 
zrozumiałby je opacznie. 

Życie  z  Meg  było  jak  lot  z  uszkodzonym  silnikiem 

tysiąc  metrów  nad  ziemią  w  czasie  szalejącej  wokół 
burzy.  Czasem  wydawało  mu  się  podobne  do  jazdy  na 

background image

karuzeli. Meg była jak grom i błyskawica, nagły fajerwerk 
i  przypływ  morza.  Chciał  ją  mieć  właśnie  taką,  a  kiedy 
szła,  mógł  patrzeć  na  nią  i  zmysłami  odbierać  impulsy 
idące  od  jej  ciała.  Elektryczne  wyładowania  w  jej 
spadających na ramiona włosach, tętniąca krew... Na samą 
myśl o tym czuł podniecenie. Niszczyła go dzień po dniu, 
a  on  wciąż  nie  mógł  się  nią  nasycić,  dosłownie  i  w 
przenośni. Dlaczego ją poślubił? Po prostu nie mógł tego 
nie zrobić. 

Przynajmniej tak myślał w tej chwili. 
Patrzył  na  Joego,  który  wciąż  nie  spuszczał  z  niego 

oczu  w  oczekiwaniu  i  nadziei,  że  usłyszy  dalszy  ciąg 
zwierzeń; uśmiechnął się więc. 

– Dobrze gotowała – wyjaśnił. – Ożeniłem się z nią, bo 

lubię dobrą kuchnię. 

Taką odpowiedź Joe mógł zaakceptować. Skinął głową 

usatysfakcjonowany  i  wrócił  do  radiostacji,  aby  odebrać 
kolejny komunikat. 

 
Wyraz twarzy Meg, gdy opuszczała kabinę, musiał być 

wystarczająco wymowny nawet dla najmniej ciekawskich 
i niezbyt uważnych obserwatorów. Wszyscy zgromadzeni 
we wspólnym pokoju bez wątpienia słyszeli każde słowo 
jej rozmowy z Redem i z zafascynowaniem oglądali teatr 
cieni  widoczny  na  matowej  szybie  drzwi,  ale  na  widok 
Meg natychmiast wlepili wzrok w ekran telewizora. 

Omiotła ich spojrzeniem pełnym pogardy zmieszanej z 

furią,  które  to  uczucia  żywiła  do  całego  świata,  i 

background image

stwierdziła krótko: 

–  Nadchodzi  burza.  Gilly,  sprawdź  poziom  paliwa, 

Shark,  ty  i  Lewis  dajcie  mi  instrukcję  bezpieczeństwa. 
Reszta  z  was  niech  zabezpieczy  stanowiska  i  proszę  nie 
zapominać o hangarze. No już, ruszać się! 

–  Tak,  proszę  pani  –  rzekł  Gilly  przeciągając  słowa  i 

rzucając ostatnie spojrzenia na Godzillę. 

Meg przeszywała ich spojrzeniem, dopóki wszyscy nie 

podnieśli się. Uczynili to w sposób znamionujący leniwą 
obojętność,  która  mogła  być  porównana  jedynie  do  tępej 
opieszałości  więźniów  wypędzanych  z  celi  na  plac 
apelowy.  Meg  oczywiście  wiedziała,  że  jej  polecenia  nie 
były  sprawą  życia  i  śmierci.  Burza  taka  jak  ta  była  dla 
nich  zjawiskiem  powszednim,  a  poza  tym  mieli  ponad 
godzinę,  aby  się  przygotować.  To  jednak  nie  miało 
znaczenia.  Kiedy  wydawała  rozkazy,  oczekiwała 
bezwzględnego posłuszeństwa. 

 –  Wydaje  mi  się,  że  zostaniesz  tu  jeszcze  chwilkę.  – 

Lewis skomentował niewinnie jej zachowanie i podnosząc 
się, znacząco szturchnął łokciem swojego kompana. – Tak 
przypuszczam – powiedział i obaj mężczyźni wybuchnęli 
śmiechem.  Meg  nie  widziała  w  tym  nic  szczególnie 
zabawnego,  a  w  ogóle  to  nigdy  nie  rozumiała  męskiego 
poczucia humoru, a już szczególnie tych ludzi. 

Nawet  nie  zauważyła,  że  Dancer  również  była  w 

pokoju,  dopóki  ta  nie  zeskoczyła  z  biurka,  na  którym 
siedziała w niewymuszonej pozie. 

–  Cześć  –  powiedziała  –  właśnie  idę  podstawić 

background image

samochód. 

Dancer  była  długonogą  istotą  o  nieprawdopodobnie 

kanciastych 

kształtach, 

ubraną 

jaskrawo-

pomarańczowe,  zrobione  na  drutach  getry,  wąską 
skórzaną spódniczkę i błyszczącą satynową bluzkę. W jej 
nastroszonych  blond  włosach  widoczne  były  ciemne 
odrosty. Nieustannie żuła gumę. Trochę pracowała w Blue 
Jay,  a  resztę  czasu  spędzała  miło  w  towarzystwie 
mężczyzn.  Kontakt  z  nią  niekiedy  irytował  Meg,  ale  tak 
naprawdę była jedną z niewielu dziewczyn, które lubiła. 

W  tym  momencie  jednak  nie  miała  nastroju  do 

rozmowy  z  nią  czy  kimkolwiek  innym,  a  to  dlatego,  że 
wciąż przeżywała niedawny dialog z pewnym pilotem. 

– Zaparkuj samochód z powrotem – rzuciła szorstko. 
Szybko  weszła  w  drzwi  obrotowe  prowadzące  do 

pomieszczeń biurowych, ale Dancer pobiegła za nią. 

– Wygląda na to, że utkwiłaś tu na dobre. Upór został 

złamany, co? 

– Po co mi to mówisz? 
– Nie jest ci przyjemnie, że mężulek wrócił? 
– Jasne, przyjemnie jak z dwoma wężami w śpiworze. 
Dancer zachichotała. 
– Chyba masz jednak bzika na punkcie Reda, nie? 
Meg  nie  odpowiedziała.  Zanurzyła  dłoń  w  kieszeni, 

szukając klucza do metalowych drzwi na końcu korytarza. 
Przekazanie służbowych kluczy było ostatnią czynnością, 
którą miała wykonać, na szczęście nie uczyniła tego. 

Wszystkie światła na górze zapalały się automatycznie 

background image

po  otwarciu  drzwi.  Meg  zstąpiła  po  stalowych  stopniach 
do  samego  centrum  instalacji  Carstone.  Blade  światło 
lamp  odbijało  się  w  sieci  przewodów  i  rur,  maszyny 
pulsowały,  jakby  miały  tętniące  serca,  i  prawie 
natychmiast odczuła ogarniający ją spokój. 

–  Kapitalne!  –  Głos  Dancer  unosił  się  ponad  nią.  – 

Siedziba duchów, co? Czy również mogę zejść na dół? 

Meg  podeszła  do  kontrolnego  pulpitu.  Jej  obcasy 

dźwięczały  po  betonowej  podłodze.  Włączyła  kilka 
przycisków. 

– Możesz, to nie jest ściśle tajne. Jestem zdziwiona, że 

żaden  z  tych  twoich  chłopaków  nie  przyprowadził  cię 
tutaj wcześniej. 

Dancer wciąż wyglądała na nieco spłoszoną. 
– Do czego służy to wszystko? – spytała. 
Meg  nie  mogła  powstrzymać  prawie  matczynego 

uśmiechu,  kiedy  patrzyła  na  tę  rozległą  salę  wypełnioną 
najrozmaitszymi  urządzeniami.  Wszystkie  pracowały  w 
pełnej synchronizacji ze sobą. 

Dancer skojarzyły się z duchami, Meg zaś uważała, że 

są piękne. 

–  Widzisz  –  powiedziała  –  te  urządzenia  tutaj  grzeją, 

chłodzą  i  dostarczają  energię  elektryczną  do  wszystkich 
budynków w osadzie. Co więcej, ten system pracuje tylko 
częścią swojej mocy. Mógłby dać energię miastu dziesięć 
razy większemu i nawet jeden bezpiecznik by nie wysiadł. 

Dancer  podniosła  głowę,  aby  obejrzeć  pajęczynę 

przewodów rozsnutych dookoła. 

background image

–  Więc  to  jest  to  miejsce,  do  którego  uciekasz?  W 

odpowiedzi  Meg  uśmiechnęła  się  tylko.  Dancer  patrzyła 
na nią z przejęciem. 

–  I  ty  to  wszystko  sama  zaprojektowałaś?  Meg 

zaprzeczyła  z  żalem,  równocześnie  robiąc  notatki  na 
karcie kontrolnej. 

– Nie, niezupełnie. Ten projekt był gotowy dziesięć lat 

przed  moim  przybyciem.  –  Zapisała  na  dole  karty 
końcowy  odczyt.  Burza  zaczęła  właśnie  osiągać  punkt 
kulminacyjny  i  zapotrzebowanie  miasta  na  energię 
wzrosło.  Przeszła  przez  pokój  i  położyła  dłoń  na 
metalowym,  szczelnie  zamkniętym  pojemniku,  o 
wymiarach  około  metr  na  półtora,  obudowanym 
mnogością  liczników,  kabli  i  rur,  które  łączyły  się  w 
rozmaity  sposób  z  innymi  urządzeniami  wypełniającymi 
pokój. 

–  To  –  powiedziała  –  ja  zaprojektowałam,  a 

przynajmniej część z tego. 

–  Och!  –  Dancer  czuła  się  zobowiązana  wyrazić  swój 

podziw pełnym szacunku spojrzeniem. – To ładnie. Co to 
właściwie jest? 

–  To...  –  Meg  próbowała  przywołać  słowa,  które 

mogłyby  być  zrozumiałe  dla  laika.  –  To  jest  rodzaj  – 
słonecznej baterii, myślę, że wiesz, o co mi chodzi? 

– Podobnej do tych w kalkulatorach? 
– No, coś w tym rodzaju. – Meg nie znosiła opisywać 

ważnych dla niej spraw w sposób tak uproszczony. – Nie 
całkiem.  Widzisz,  urządzenie,  które  oglądasz,  może 

background image

pobierać  energię  nawet  w  pochmurne  dni.  To  jego 
ogromna  zaleta,  jest  przez  to  o  wiele  bardziej  skuteczne. 
Wszystkie  doświadczenia  odbywają  się  tutaj.  –  Gestem 
dłoni  wskazała  wnętrze  sali.  –  Mamy  dwa  takie 
urządzenia.  Jedno  powinno  pozostać  tu  jako  wzór,  a 
drugie iść do produkcji. Jestem gotowa pracować nad nim 
tak długo, aż będzie mogło służyć do użytku domowego. 
Powinno  mieć  mniejsze  rozmiary,  to  podstawowy 
problem.  Gdybyśmy  mogli  umieścić  takie  urządzenie  w 
każdym amerykańskim domu, bylibyśmy w ciągu jednego 
pokolenia  niezależni  od  problemów  energetycznych, 
bowiem koszt uzyskanej energii byłby praktycznie żaden. 

Ten  klarowny  wywód  spowodował  jednak  zamęt  w 

głowie Dancer. 

– Jesteś chyba niewolnicą tego dziwnego urządzenia? – 

spytała. 

Meg,  lekko  zakłopotana,  wzruszyła  ramionami.  Nie 

lubiła opowiadać o swojej pracy i pamiętała, że większość 
ludzi w ogóle się tym nie interesuje. 

– Dlaczego więc tego nie zrobisz? 
– Czego? 
– Dlaczego nie dasz tego każdej rodzinie? 
–  Bo  wiesz,  tak  naprawdę,  to  byłoby  zbyt  drogie. 

Koszty  wdrożenia  tego  pomysłu  będą  –  astronomiczne. 
Przypuszczam,  że  są  również  polityczne  powody; 
wprowadzenie tego systemu mogłoby wywołać trudne do 
przewidzenia skutki. Jednak doświadczenia nad projektem 
Carstone  powinny  być  kontynuowane  aż  do  momentu, 

background image

gdy  ktoś  znajdzie  sposób,  aby  to  urządzenie  uczynić 
tańszym  i  lepszym.  Oczywiście  tym  kimś  nie  będę  ja  – 
powiedziała Meg, a nagły żal w głosie zaskoczył ją samą. 

– Wylali cię – stwierdziła Dancer ze współczuciem. 
Meg spojrzała na nią zaskoczona. 
– Kto ci to powiedział? 
– Nikt mi nie mówił, tak sobie pomyślałam. 
Meg mogła być pewna, że będą teraz plotkować na jej 

temat. 

–  Nie,  nie  dostałam  wymówienia.  Podpisałam  z  firmą 

dwuletni  kontrakt,  który  właśnie  się  kończy.  Wyjeżdżam 
w poszukiwaniu szczęśliwej przyszłości. Chcę być wolna. 

–  A  co  się  stanie  z  tym?  –  Dancer  zrobiła  wymowny 

gest w stronę generatora. 

– Zostanie tutaj. 
– Nie chcesz już nad tym pracować? 
Ukłucie  żalu  w  sercu  sprawiło,  że  Meg  powróciła  do 

równowagi. 

– Myślę że znajdzie się ktoś, kto przejmie moją pracę i 

będzie ją kontynuował. 

– Nie wyglądasz na kogoś, kto zmierza do szczęśliwej 

przyszłości – bystro zauważyła Dancer. 

Meg nachmurzyła się. 
–  Zrozum,  nienawidzę  tego  miejsca.  Zawsze  go 

nienawidziłam.  Jest  zimne  i  brzydkie.  Ludzie  tutaj  też 
mnie  nie  cierpią,  równie  mocno  jak  ja  ich.  Jestem 
zadowolona, że stąd odchodzę. 

– Nie wszyscy cię nie cierpią – sprostowała Dancer. – 

background image

Ja  cię  lubię,  tylko  że  ja  –  uśmiechnęła  się  –  lubię 
wszystkich. 

Humor  Dancer  był  zaraźliwy  i  Meg  nie  miała  siły  mu 

się oprzeć. 

–  Wszyscy  wiedzą,  że  jesteś  dziwna.  –  Dancer  bujała 

się na metalowym krześle, kiwając długimi nogami. – Coś 
mi się wydaje, że prawdziwy powód twego odejścia siedzi 
teraz na górze, w radiostacji. 

–  Odmawiając  pracy,  którą  miał  wykonać,  jak  zwykle 

utrudnił mi życie. 

– No więc czemu wyszłaś za niego? 
Meg głośno westchnęła. 
–  Dlaczego?  Gwałtowny  atak  gorączki?  Bezmyślność, 

błąd?  Z  jakich  innych  powodów  mogłam  poślubić 
mężczyznę,  którego  znałam  zaledwie  sześć  tygodni? 
Później  żyłam  z  nim  osiemnaście  miesięcy,  dopóki  nie 
uzyskałam  całkowitej  pewności,  że  jest  obłąkanym 
maniakiem. 

–  Moim  zdaniem  oboje  jesteście  maniakami  – 

powiedziała  szczerze  Dancer,  starannie  oglądając 
paznokcie,  z  których  odpryskiwał  lakier.  –  Nigdy  nie 
widziałam  dwojga  ludzi,  którzy  paliliby  się  do  siebie 
bardziej niż wy dwoje. 

– Chwilowy obłęd. – Meg pieściła ośmiocalową rurkę, 

ciesząc  się  przytłumionym  dźwiękiem  przepływającej 
wewnątrz  energii.  –  Nie  wiem  –  powiedziała  w 
zamyśleniu – to było takie dziwne i nagłe uczucie, prawie 
jak  trąba  powietrzna  albo  jedna  z  tych  alaskańskich 

background image

zamieci nadciągających z wybrzeża. 

Odwróciła  się  i  spojrzała  na  swą  towarzyszkę, 

świadoma,  że  mówiąc  jej  o  sobie  tak  dużo,  traktuje 
Dancer  jak  przyjaciółkę.  Ubieranie  uczuć  w  słowa  nigdy 
nie  przychodziło  Meg  łatwo.  Dancer  zaś  umiała 
wysłuchać  wszystkiego  i  czynione  jej  zwierzenia  nigdy 
nie wywoływały u Meg poczucia winy. 

–  Nie  przypuszczałam,  że  wyjdę  za  mąż  – 

kontynuowała.  –  Nawet  nigdy  tego  nie  chciałam.  Wiele 
kobiet mówi, że lubią być same i że nie rozglądają się za 
facetami,  ale  w  głębi  ducha  pragną  zdobyć  męża.  Nie 
należałam  do  nich.  Zwykłam  mawiać,  że  jeżeli  znajdę 
mężczyznę  dziwniejszego  niż  ja  i  oczywiście 
przystojnego,  poślubię  go.  Wiedziałam,  że  nigdy  się  taki 
nie  znajdzie  i  to  było  fajne.  Był  to  rodzaj  psychicznego 
zabezpieczenia,  mogłam  nie  myśleć  o  tym  więcej.  Tak, 
mogłam, dopóki nie poznałam Reda. 

– Wpadłaś we własne sidła – skomentowała Dancer, a 

Meg  popatrzyła  na nią  zaskoczona.  – Od  czasu do  czasu 
czytam  książki  –  dodała,  gdyż  wyczuła  zdziwienie 
przyjaciółki. 

Meg  zaśmiała  się,  lecz  rozbawienie  w  jej  głosie 

natychmiast przeszło w tłumiony patos, gdy powiedziała: 

– On był... jedynym mężczyzną, który nie bał się mnie, 

no może z wyjątkiem mego taty. Był jedynym mężczyzną, 
który  podejmował  ze  mną  walkę.  I  na  Boga,  był  taki 
seksy! 

–  Taak,  o  tym  możesz  mi  opowiedzieć  –  zamruczała 

background image

zmysłowo Dancer. 

–  Meg  spojrzała  na  nią  ostro,  czując,  że  ogarnia  ją 

zazdrość. 

– Nie ma powodu do obaw. – Dancer szybko podniosła 

dłonie  w  geście  samoobrony.  –  Nigdy  nie  spałam  z 
Redem,  przysięgam  na  swoje  życie.  Nie  –  dodała  – 
przysięgam  na  swoją  śmierć  i  życie  uczuciowe.  To  nie 
znaczy,  że  nie  chciałam,  ale  on nigdy  nie dał  mi  szansy, 
nigdy się mną nie interesował. Próbowałam raz czy dwa. 
Przed  twoim  przyjazdem,  oczywiście.  Red  jest  taki 
kapryśny  i  to  jest  w  nim  zresztą  najzabawniejsze.  Jest 
jedynym  mężczyzną,  który  mnie  odtrącił.  Nigdy  nie 
wyobrażałam go sobie jako męża. 

– On również nie, uwierz mi. 
– Chyba zwariował na twoim punkcie. 
– Tak uważasz? 
Dancer roztropnie skinęła głową. 
–  Wiesz,  tak  sobie  rozmyślam  o  wielu  sprawach.  Na 

przykład  jestem  przekonana,  że  twoim  największym 
błędem  było  małżeństwo.  Czuliście  się  tacy  szczęśliwi, 
gdy  tylko  sypialiście  ze  sobą.  Dlaczego  musiałaś  to 
popsuć? Zachciało ci się zostać legalnie ubóstwianą żoną? 
I wreszcie, gdy zerwaliście, nie wróciłaś do domu, a Red 
musiał  przez  sześć  miesięcy  latać  po  trasie,  której  nie 
lubił,  tylko  dlatego,  by  się  z  tobą  nie  spotkać.  Umiesz 
dokręcać  śrubę!  Powinnaś  czasem  porozmawiać  ze  mną, 
poradzić  się,  zanim  dokręcisz  ją  do  końca.  Potrafiłabym 
oszczędzić wam wielu kłopotów. 

background image

Meg roześmiała się. 
– Zapamiętam to na przyszłość. Co jeszcze przyszło ci 

do głowy? 

Dancer  zeskoczyła z krzesła  i otrzepała ręce,  mimo  że 

pomieszczenie utrzymane było w sterylnej czystości. 

–  Sądzę,  że  jeszcze  z  tym  nie  skończyłaś,  oboje  nie 

skończyliście.  Możesz  być  jeszcze  szczęśliwa,  jeżeli 
umiejętnie wykorzystasz tę burzę i swoją przewagę. Jeżeli 
tego  nie  zrobisz,  znienawidzisz  samą  siebie  na  resztę 
swego życia. 

– Wykorzystać przewagę? Jaką? Co kryje się w twoich 

słowach? – Meg wpatrywała się w twarz Dancer. 

–  Jeśli  nie  wiesz,  to  jesteś  w  gorszej  formie,  niż 

myślałam.  Czy  możemy  stąd  wyjść?  To  miejsce 
powoduje, że mam gęsią skórkę. 

Poszły w stronę drzwi. 
– Dancer, chyba już nigdy nie porozmawiamy w cztery 

oczy,  więc  wytłumacz  mi.  Najpierw  mówisz,  że  nikt  nie 
należał  bardziej  do  siebie  niż  ja  i  Red  i  że  zrobiliśmy 
wielki błąd pobierając się, a teraz mnie namawiasz, żebym 
wróciła do niego. Chyba oszalałaś. 

Dancer  rzuciła  jej  jedno  z  tych  niecierpliwych,  a 

zarazem wyrozumiałych spojrzeń. 

– Nie musisz znów być z nim razem, ty ptasi móżdżku! 

Uprawiaj  z  nim  seks.  To  jedyny  sposób,  aby  posiadać 
mężczyznę. Czy mama niczego cię nie nauczyła? 

Meg  była  nieco  oszołomiona  słowami  dziewczyny. 

Zaczerwieniła  się;  nie  z  zakłopotania,  ale  dlatego, 

background image

ponieważ  uświadomiła  sobie,  że  długo  skrywana  prawda 
została nagle objawiona. Na szczęście Dancer niczego nie 
zauważyła i spokojnie szła dalej. 

Przed  chwilą  Red  ją  całował;  nie,  to  było  dawniej,  a 

jednak nie mogła przestać wciąż o tym myśleć. 

To  było  śmieszne.  Nie  chciała  zwątpić  w  swój 

rozsądek.  Powinna  darować  sobie  lunch  z  ojcem  i  po 
powrocie  do  domu  natychmiast  udać  się  do  Bellevue  na 
intensywne leczenie psychiatryczne. 

Spędziła sześć miesięcy, próbując skończyć z Redem i 

ten  czas  był  jak  przedłużająca  się  agonia.  Czy  teraz 
naprawdę  musi  myśleć  o  rozpoczynaniu  wszystkiego  od 
nowa?  To  szaleństwo,  nawet  jeśli  ta  chęć  powoduje 
zaburzenia w systemie hormonalnym. 

–  Prędzej  mi  kaktus  wyrośnie  na  dłoni  –  mruknęła 

wchodząc za Dancer po schodach. 

– Zrób to – powiedziała Dancer jakby nigdy nic. – Albo 

będziesz  żałować.  – Otworzyła  drzwi.  – Myślę,  że  skoro 
zostajesz,  to  nie  ma  powodu,  bym  zajmowała  się  twoim 
samochodem? 

– Nie, w porządku – odpowiedziała machinalnie Meg. – 

Zabiorę tylko swoje bagaże. 

– Jak zamierzasz dostać się do domu? 
–  Oddałam  już  klucz  od  mojego  mieszkania,  nie  mam 

domu. 

–  O,  to  niedobrze!  Potrzebne  ci  miejsce,  gdzie 

mogłabyś przeżyć swój gwałtowny moralny upadek. 

–  Dzięki  ci,  Dancer,  ale  postanowiłam  spać  dziś  na 

background image

kanapce  w  moim  biurze.  Chcę  być  gotowa  do  drogi,  jak 
tylko niebo się przejaśni. – Meg uśmiechnęła się. 

–  W  porządku,  ale  wysłuchaj  mojej  rady.  –  Dancer 

mrugnęła  do  niej.  –  Nie  śpij  sama.  Kto  wie,  kiedy 
będziesz miała następną okazję być z mężczyzną. 

  

background image

Rozdział 3 

 
Meg  spędziła  następną  godzinę  w  biurze,  próbując 

zmienić  swoje  plany  podróży.  System  telefoniczny 
Adinorack  był  kapryśny  i  często  zawodził.  Założyło  go 
dopiero Carstone, przedtem w ogóle nie funkcjonowały tu 
telefony,  zatem  było  lepiej  używać  radia.  Żadna  siła 
jednak  nie  skłoniłaby  Meg  do  ponownego  wejścia  do 
kabiny Joego. 

Następny  samolot  do  Waszyngtonu  odlatywał  za  trzy 

dni  i  można  było  zakładać,  że  do  tego  czasu  burza 
ucichnie. Meg spędziła kilka uroczych minut, przeklinając 
Reda i jego maszynę, człowieka, który wyznaczył mu ten 
lot  i  jego  mamusię,  a  także  wszystkich  tych,  którzy  w 
jakiś  sposób  spowodowali,  że  znalazła  się  w  tak  trudnej 
sytuacji. 

Red,  oczywiście,  nie  był  odpowiedzialny  za  burzę. 

Nawet  gdyby  zabrał  ją  do  Juneau,  najprawdopodobniej 
utkwiłaby  tam  nieodwołalnie.  Nie  o  to  jednak  chodziło. 
Meg była kobietą zdyscyplinowaną, planującą wszystko i 
niezmiernie  dokładną.  Nie  lubiła,  jeśli  nieprzewidziane 
wydarzenia  burzyły  jej  plany.  I  od  momentu  gdy  Red 
Worthington  wkroczył  w  jej  życie,  musiała  być 
szczególnie ostrożna. 

Zaczęła  zastanawiać  się  nad  skomplikowanym 

sposobem  połączenia  telefonicznego  z  Waszyngtonem. 
Trzy  razy  Sadie  przerywała  jej  brzęcząc  interkomem.  W 

background image

końcu Meg wcisnęła guzik. 

– Mam międzymiastową, do cholery! 
Kiedy  wreszcie  udało  się  jej  porozmawiać  z  ojcem,  a 

później  z  dyrektorem  Carstone,  informując  ich  o 
niespodziewanej  burzy  i  opóźnieniu  przyjazdu,  nie  miała 
już nic więcej do roboty. Mogła wpatrywać się w ponure 
wnętrze  biura  i  rozmyślać.  Jeszcze  jedną  noc  będzie 
musiała  spędzić  na  niewygodnej  kozetce,  słuchając 
samotnie wycia wiatru. 

Starała  się  odsunąć  te  myśli.  W  życiu  spotkały  ją 

przecież  gorsze  rozczarowania.  Można  by  nawet 
powiedzieć,  że  minione  dwa  lata  były  jednym  wielkim 
rozczarowaniem.  Nie  zamierzała  więc  rozczulać  się  nad 
sobą  z  powodu  opóźnienia  powrotu  do  domu  lub 
konieczności  spędzenia  najbliższej  nocy  na  kanapce, 
zamiast w łóżku. Postanowiła również zignorować fakt, że 
Red  znajduje się o  kilka metrów stąd, a ona nie wie, jak 
uniknąć  spotkania  z  nim  przez  następne  dwadzieścia 
cztery godziny, a może czterdzieści osiem, a może nawet 
siedemdziesiąt dwie? 

Niecierpliwie  uderzyła  pięścią  w  przycisk  interkomu. 

Wciąż  słyszała  ponure  wycie  wiatru  za  oknem  i  poczuła 
dreszcz zimna. 

– Sadie! 
Nie było odpowiedzi. 
Wcisnęła przycisk, który to już raz z kolei? 
– Sadie, gdzie jesteś? 
– Pani Forrest? – usłyszała bojaźliwy głos. Kto jeszcze 

background image

mógłby tam być? – szepnęła do siebie z rozdrażnieniem. 

Roztarła ramiona, aby trochę się rozgrzać, i powiedziała 

do mikrofonu: 

–  Każ  Lewisowi  albo  panu  Reese  pójść  do  mego 

samochodu  i  przynieść  stamtąd  bagaże,  dobrze?  Jest 
otwarty. 

– Kiedy... nie ma ich tutaj. Meg nachmurzyła się. 
– Więc gdzie są? 
– Chyba poszli do Blue Jay. 
– Po jaką cholerę ich tam zaniosło?! 
Meg znów zadrżała; winien był temu chłód panujący w 

pokoju. 

– Nie przypuszczam, aby potrafili na to odpowiedzieć, 

ale... 

–  Sadie,  tu  jest  zimno  –  przerwała  Meg.  –  Dlaczego 

tutaj jest tak zimno? 

– Nie wiem, pani Forrest... 
– Gdzie jest Gilly? 
–  Tutaj,  psze  pani  –  odezwał  się  męski  głos 

przeciągający słowa. 

– Gilly, w moim biurze zrobiło się chłodno, co na to ci 

twoi  faceci  –  zasnęli  nad przełącznikami?  Oczywiście  ci, 
którzy nie poszli do Blue Jay. 

–  Tak,  psze  pani,  już  odpowiadam.  Przeszliśmy  na 

awaryjne  zasilanie  i  wyłączono  wszystkie  zbędne 
urządzenia. 

Wpatrywała  się  w  interkom,  nie  wierząc  własnym 

uszom. 

background image

– Jakie znów awaryjne? Kto tak zdecydował? 
–  No,  Red,  właśnie  chcieliśmy  to  pani  jakoś 

powiedzieć... 

Meg  podbiegła  do  obrotowych  drzwi,  zanim  skończył 

mówić.  Jej  oczy  płonęły,  twarz  była  rozogniona,  pięści 
zaciśnięte. 

Sadie odruchowo usiadła na krześle i zaczęła coś pisać 

na maszynie; nawet Gilly, ważący ponad sto kilogramów 
eksmarynarz, wycofał się drobnymi kroczkami. 

–  Co  za  diabeł  –  zapytała  złowieszczo  –  dał  Redowi 

Worthingtonowi  prawo  do  uruchamiania  awaryjnego 
zasilania bez mojej zgody? 

Gilly,  który  już  przyszedł  do  siebie,  wziął  z  biurka 

wydruk dalekopisu. 

– To krajowa prognoza pogody – powiedział wręczając 

jej papier. 

Meg  wyszarpnęła  raport  z  rąk  Gilly’ego  i  przeglądała 

go szybko, desperacko próbując uspokoić się i przeczytać 
komunikat 

zawodową 

obiektywnością. 

Burza 

rzeczywiście nasilała się w takim stopniu, że wymagało to 
już  zastosowania  określonych  przepisami  środków 
bezpieczeństwa.  Podczas  czytania  raportu  doszła  do 
wniosku, że zrobiłaby dokładnie to samo, co zrobił Red. I 
to właśnie tak ją rozwścieczyło. 

–  Dlaczego  nie  otrzymałam  raportu  w  momencie  jego 

przesłania? – spytała. 

–  Pani  Worthington  –  odpowiedział  szczerze  Gilly  – 

pani  już  tu  nie  pracuje.  Red  i  Joe  byli  właśnie  w 

background image

radiostacji, gdy to nadeszło. 

– Gdzie on jest? 
– Joe? 
– Red! – prawie zaryczała Meg. 
Gilly wzruszył ramionami. 
–  Wydawało  mi  się,  że  słyszałem,  jak  z  kimś 

rozmawiał, zanim poszedł do Blue Jay. 

Meg  przeszła  godnie  przez  pokój,  wpychając  zwinięty 

raport  do  kieszeni.  Zatrzymała  się  tylko  raz,  by 
skonsultować z Joem najświeższe informacje o pogodzie i 
gwałtownie opuściła budynek. 

Zimno  dosłownie  zaparło  jej  dech.  Owinęła  szalikiem 

usta i momentalnie poczuła, jak zesztywniał na mrozie. W 
powietrzu  wirowało  tylko  kilka  suchych  płatków  śniegu, 
ale  wiatr  był  wystarczająco  silny,  by  w  razie  nagłego 
porywu zwalić ją z nóg. Między kompleksem biurowym a 
Blue  Jay  ktoś  rozpostarł  tak  zwaną  linę  życia  –  długi 
jasnożółty  marynarski  sznur;  to  było  także  częścią  planu 
bezpieczeństwa.  W  przypadku  przedłużającego  się 
zagrożenia  Blue  Jay  mógł  być  dla  wszystkich  jedynym 
źródłem  żywności  i  gdyby  nie  ta  lina,  byłoby  zupełnie 
prawdopodobne, że ktoś zgubiłby się nawet parę metrów 
od  drzwi  wejściowych  baru.  Meg  chwyciła  mocno  linę  i 
ruszyła przeciw wiatrowi. 

Weszła  do  przedsionka  Blue  Jay  oddychając  ciężko, 

rozmasowując  zmarznięte  palce  i  tupiąc  nogami,  aby 
przywrócić ciału właściwe krążenie. 

Skoczne tony muzyki country i odgłosy śmiechu ledwie 

background image

dochodziły zza ciężkich drzwi odgradzających wnętrze. 

Zdjęła okrycie, powiesiła na haku i pchnęła drzwi. 
W  pokoju  było  aż  gęsto  od  tytoniowego  dymu  i 

wyziewów  przypalonego  tłuszczu.  Dobiegający  z  szafy 
grającej  głos  piosenkarki  wył  rozdzierająco,  a  ponad 
połowa  personelu  Meg  zebrała  się  wokół  stołu 
bilardowego, śmiejąc się, żartując i popijając piwo. 

Między  nimi  znajdował  się,  oczywiście,  Red 

Worthington. 

Meg stała pod drzwiami ze skrzyżowanymi ramionami i 

zaciśniętymi ustami, dopóki jej nie zauważyli. 

To trwało jakieś pół minuty. 
Nagle  na  widok  Meg  ktoś  zaczął  gwizdać  piosenkę 

„Czarownica nie żyje” z filmu „Czarnoksiężnik z Oz”, po 
chwili  inni  podchwycili  tę  melodię  i  teraz  prawie 
wszyscy,  z  wyjątkiem  tych,  którzy  nie  mogli  stłumić 
śmiechu, zgodnie gwizdali. 

Meg  pozwoliła  im  na  ten  zbiorowy  występ,  później 

rzekła sucho: 

– Nie jestem w nastroju, panowie. Czy ktoś mógłby mi 

powiedzieć,  dlaczego  w  czasie  pierwszego  stopnia 
zagrożenia  muszę  przeczesywać  bary,  szukając  mojej 
załogi? 

Lewis potarł kredą swój kij bilardowy. 
–  Tylko  dlatego,  że  po  pierwsze  już  nie  jesteśmy  pani 

załogą,  a  pod  drugie  jest  właśnie  przerwa  na  lunch  – 
odparł. 

Meg popatrzyła na zegarek. 

background image

–  Jest  dokładnie  jedenasta  czterdzieści  pięć.  Lunch,  o 

ile  sobie  przypominam,  nigdy  nie  zaczyna  się  przed 
dwunastą. 

– Ósma kula do środkowej kieszeni – powiedział Red i 

pochylił się, aby dokonać uderzenia. 

Meg  zbliżyła  się  do  stołu  i  schwyciła  bilę.  Kula 

uderzyła  ją  boleśnie  w  rękę,  a  jej  zachowanie  wywołało 
głośny wrzask protestu wśród graczy. 

Patrzyła na Reda, a gniew napinał jej mięśnie. 
–  A  ty!  Może  mi  powiesz,  kto  cię  upoważnił  do 

uruchamiania systemu bezpieczeństwa za moimi plecami? 
– spytała. Red wyprostował się wolno. 

– Proszę cię, kochanie, nie przy dzieciach... 
–  Zrobiłeś  to  celowo  –  odrzekła,  tylko  odrobinę 

ściszając głos. – Wiedziałeś, że moje biuro będzie odcięte 
od  dopływu  energii  jako  pierwsze  i  sądziłeś,  że  to  może 
być niezwykle zabawne. 

Próbował  spojrzeć  na  nią  niewinnie,  ale  było  to 

niemożliwe,  ponieważ  ironiczny  uśmiech  wciąż  igrał  w 
jego oczach. 

– Ja, skąd, ja przecież nigdy nie łamałem zasad! 
–  I  mogę  się  założyć,  że  to  również  nie  ty  zarządziłeś 

wcześniejszy lunch? 

–  Ludzie  nie  mogą  żyć  tylko  pracą.  Połóż  tę  bilę  z 

powrotem, kochanie. Przeszkadzasz nam w grze. 

Meg nadal ściskała kulę i gorączkowo szukała dalszych 

argumentów. 

Red 

obserwował 

ją 

wyraźną 

przyjemnością. Wyglądał tak, jakby czytał w jej myślach. 

background image

Po chwili, w pełni już opanowana, obrzuciła całą grupę 

badawczym spojrzeniem i powiedziała: 

– Mam nadzieję, że to was ucieszy, chłopcy: za godzinę 

osiągniemy drugi stopień  zagrożenia  i ten, kto nie  będzie 
znajdował  się  na  swoim  posterunku,  nie  dostanie 
przepustki.  Wszystko  mi  jedno,  nawet  gdybym  miała 
wrócić z Waszyngtonu, by osobiście je wam odebrać. 

Położyła bilę obok Reda z siłą, która mogłaby przebić 

stół  na  wylot,  odwróciła  się  i  uroczyście  pomaszerowała 
do  baru.  Usiadła  na  stołku  i  Maudie  postawiła  przed  nią 
szklaneczkę burbona. 

Maudie, szefowa i właścicielka Blue Jay, była wysoką 

kobietą  w  nieokreślonym  wieku,  której  pochodzenie 
uwidaczniało  się  w  szerokim  czole,  ciemnej  skórze  i 
ciemnych oczach. Mówiono o niej, że kiedyś była piękna, 
ale  teraz  została  jej  już  tylko  imponująca  postawa.  Na 
rzemieniu opasującym biodra nosiła nóż do ciecia skór, a 
pod  ladą  trzymała  spluwę,  którą  była  zdolna  rozwalić 
wszystko. Nie trzeba dodawać, że w Blue Jay zdarzały się 
od czasu do czasu małe kłopoty. 

Meg wypiła burbona drobnymi łykami, wstrząsając się 

lekko. Było za wcześnie na drinka, ale oczywiście winna 
była nie tylko pora dnia. 

–  Czy  widziałaś  kiedyś  większą  bandę  nałogowych 

pijaczków? – zwróciła się z pytaniem do Maudie. 

–  Gdyby  pracowali  za  darmo,  to  i  tak  jeszcze  byliby 

przepłacani. Co się z nimi, do diabła, dzieje?! 

Maudie,  która  raczej  nie  była  małomówna,  popatrzyła 

background image

na Meg z zadowoleniem, że wreszcie będzie mogła sobie 
pogadać, ale właśnie Red wślizgnął się na stołek tuż obok 
Meg. 

– Nie lubią cię tutaj i mają ku temu powód – powiedział 

wprost. 

Posłała mu nienawistne spojrzenie znad szklanki. 
– Dzięki za tę nieco spóźnioną wiadomość. 
Red pchnął pusty kufel od piwa wzdłuż baru, a Maudie 

natychmiast podsunęła mu pełny. 

– Dostałaś zgraną załogę, Megan – poinformował ją. – 

Twój  problem  polega  na  tym,  że  nie  dajesz  im  spokoju, 
nie pozwalasz wykonywać swojej roboty. 

Meg  wskazała  niedowierzającym  gestem  na  grupkę 

przy stole bilardowym. 

– To jest ta ich robota? 
– Pomyśl – odpowiedział spokojnie Red – za – chwilę 

będzie tu okropna burza. Nikt nie potępiłby tych facetów, 
gdyby się spakowali i wrócili do domu, do swoich rodzin, 
a ty nie mogłabyś ich zatrzymać. Jednak nie odchodzą. Są 
tu  całą  noc  i  cały  dzień,  nikt  nie  potrafi  przewidzieć  jak 
długo,  dopóki  nie  zastąpi  ich  następna  zmiana.  Tuzin 
mężczyzn  ściśniętych  jak  króliki  w  klatce...  Jeśli  to 
zrozumiesz  i  dasz  im  pewną  swobodę,  dopiero  wtedy 
będziesz  mogła  nimi  kierować,  a  może  nawet  otrzymasz 
coś fajnego w zamian. 

Meg  wypiła  jeszcze  jedną  lampkę  burbona.  No 

oczywiście,  Red  wziął  wszystko  we  własne  ręce. 
Nienawidziła  go,  kiedy  miał  rację.  Red  zawsze  potrafił 

background image

udowodnić, że ma rację. 

Meg  Forrest  musiała  teraz  po  cichu  rozwiązać  swój 

złożony  problem.  Dobrze  wykonywała  powierzoną  jej 
pracę  i  oczekiwała  od  ludzi  tego  samego.  Wszystkie 
zagadnienia były dla niej czarne lub białe. Nie rozumiała, 
że  ktoś  mógłby  mieć  na  ich  temat  odmienną  opinię.  Nie 
grzeszyła  wyrafinowaniem  i  tłumaczenie  jej  złożonych 
spraw  było  stratą  czasu.  Naturalnie  że  chciałaby,  tak  jak 
Red, cieszyć się powszechną sympatią. Ludzie lubili Reda 
za jego wyrozumiałość, dowcip i wdzięk osobisty, a Meg 
po prostu nie umiała zachowywać się tak jak on. 

Raniły ją słowa Reda, a frustracja potęgowała jeszcze to 

uczucie. 

Nie chciała przyznać się do tego przed Redem. 
–  Rzeczywiście  nie  mogłeś  zrobić  nic  lepszego,  tylko 

przylecieć tutaj i nakłaniać załogę do buntu w tak trudnej 
sytuacji – powiedziała z przekąsem. 

Nie  wyglądał  na  zdenerwowanego  i  spokojnie  popijał 

piwo. 

– Rozpogódź swe czoło, sierżancie. Nie biegniesz teraz 

do  wojskowego  baraku  i  nieważne,  co  powie  tatuś.  Nie 
każdy jest urodzonym żołnierzem. 

Patrzyła  na  niego  wilkiem.  Jej  ojciec,  generał,  był 

człowiekiem, który zawsze imponował Meg. 

Wolałaby, aby barowe stołki nie stały tak blisko siebie, 

albo żeby Red nie zbliżał się tak do niej. Stopami zahaczał 
o  jej  stołek,  a  kolanami  przyciskał  kolana  Meg.  Kiedy 
podnosił kufel z piwem, lekko odsunęła ramię. 

background image

Teraz, kiedy patrzyła w dół, widziała wyraźnie, że uda 

Reda  zbliżają  się  nieuchronnie  do  jej  ud.  I  nawet  wtedy, 
gdy  uprzejmie  przesunął  stopy,  aby  jej  przypadkiem  nie 
dotknąć, wciąż czuła ciepło jego ciała. 

Burbon nie mógł przytępić w pamięci Meg smaku jego 

skóry, gdy delikatnie dotykała jej językiem. 

Pił piwo, a po chwili znów otarł się ramieniem o Meg. 

Była pewna, że zrobił to celowo. 

–  Co  tu  porabiasz  o  tak  wczesnej  godzinie,  popijając 

piwo? Czy nie wiesz, że to szkodzi na wątrobę? – spytała. 

– Ty z pewnością nie masz takich problemów. 
– Popatrzył znacząco na szklaneczkę whisky. 
– Lepiej coś zjedz, inaczej padniesz trupem. 
Meg pociągnęła jeszcze łyk. 
– Nie jestem głodna. 
– Hej, Maudie, daj nam dwa Buffalo-burgery z cebulką, 

dobrze? – Uśmiechnął się do Meg. 

– 

Przyjemnie 

obserwować 

sposób, 

jaki 

przygotowujesz  się  do  spędzenia  czasu  w  zamkniętej 
strefie. 

 – Ponosi cię wyobraźnia. 
Meg  upiła  łyk  ze  szklanki.  Oczy  Reda  śledziły  każdy 

ruch jej ręki. Zauważyła, że patrzy na jej ślubną obrączkę. 

Postawiła szklankę i opuściła rękę na kolana. 
– Próbowałam sobie z tym poradzić – szepnęła – ale nie 

chce zejść. Mój palec musiał zgrubieć. 

Popatrzył na nią z żartobliwym błyskiem w oku. 
– Wszystkiemu winien ten wilgotny, tropikalny klimat. 

background image

Spoglądając na swoją dłoń wzruszyła ramionami. 
– Nie myśl, że będę ci się tłumaczyć. Zachowam ją, bo 

słyszałam, że to chroni przed rekinami i ułatwia spędzenie 
nocy z żonatym mężczyzną. 

– Jesteś wstrętna. – Sięgnął po kufel. – Nauczyłaś mnie 

wszystkiego, co umiem, dziecino. 

Odsunęła się, ale chwycił ją za ramię. 
– Hej! – zawołał. 
Popatrzyła  mu  w  oczy  i  nagle  zatrzymała  się.  Z  oczu 

Reda wyzierał spokój, w jego spojrzeniu była szczerość i 
nieme pytanie. W ten sposób nigdy nikt na nią nie patrzył. 

–  Byłem  ci  wierny  cały  czas,  gdy  byliśmy 

małżeństwem. Nawet teraz – powiedział. 

Serce  Meg  zabiło  mocno  powolnym,  ciężkim  rytmem. 

Wpatrywała  się  w  Reda,  próbując  odgadnąć  jego  myśli, 
ale on puścił jej ramię i znów zajął się piwem. 

Uścisk jego palców Meg odczuła jako pieszczotę. Była 

pewna, że w czasie ich krótkiego małżeństwa Red był jej 
wierny, ale żyli w separacji już od sześciu miesięcy. Mógł 
robić,  co  chciał,  a  myśl  o  tym  stawała  się  nieznośną 
udręką. 

Pragnął,  żeby  o  tym  wiedziała.  To  było  pierwsze 

osobiste zwierzenie, od czasu gdy powiedział – żegnaj. 

Rozluźniła  się  i  usiadła  ponownie  na  stołku.  Wzięła 

jeszcze  jednego  burbona,  aby  zwilżyć  gardło.  Po  chwili 
spytała: 

– Dlaczego mi to mówisz? 
Patrzył  zakłopotanym,  a  nawet  przepraszającym 

background image

wzrokiem. 

–  Nie  wiem.  Może  dlatego,  abyś  wiedziała,  że  nie 

jestem taki najgorszy i może nie powinienem winić się za 
to,  że  nigdy  nie  byłaś  zadowolona  z  mojego 
postępowania. 

Wyraźnie  próbował  jej  dopiec  i  udało  mu  się  to. 

Naruszył jej strefę ochronną. 

– A ja – powiedział z zastanowieniem – jakoś nigdy nie 

oskarżałem cię o to. 

–  No  to  robisz  to  teraz.  –  Mówiąc  to  czuła  się  jak 

kłótliwa jędza. 

W jego spojrzeniu dostrzegła satysfakcję. 
– Znów w swojej typowej roli. 
Meg  spojrzała  mu  w  oczy,  lecz  teraz  były  puste. 

Bezmyślnie wpatrzyła się w blat stołu. 

Po  chwili  ukazała  się  Maudie,  niosąc  dwa  talerze 

hamburgerów  otoczonych  stertą  frytek  z  dodatkiem 
marynaty. 

Meg trąciła łokciem swoją szklankę, Maudie zabrała ją 

i napełniła ponownie. 

– Kobietka lubi sobie poeksperymentować – powiedział 

Red. – Radziłbym popić to wodą. 

– Nie widziałeś jeszcze prawdziwych eksperymentów – 

ostrzegła. , Śmiał się i jadł hamburgera. 

– Uwierz mi, mógłbym napisać książkę na ich temat. 
Meg  patrzyła  zdegustowana  na  swój  talerz. 

Hamburgery  nie  były  zrobione  z  wołowiny,  ich  szumna 
nazwa „Buffalo-burger” nieudolnie maskowała twardość i 

background image

podły smak mięsa. 

Niestety Red miał rację: może jej się tu przydarzyć coś 

niemiłego,  jeśli  natychmiast  nie  spróbuje  zjeść  czegoś 
gorącego.  Przysunęła  hamburgera  bliżej.  Dzięki  Bogu, 
nadpłynęła  nowa  szklaneczka  burbona,  pomagając  zabić 
przykry smak mięsa. 

– Pierwszą rzeczą, jaką zrobię po powrocie do domu – 

powiedziała  –  to  pójdę  do  Georgetown  Hotel  i  zamówię 
największy, najgrubszy i najbardziej soczysty stek. 

– No to zamów także jeden dla mnie, dziecinko. 
Powiedział to tak zwyczajnie, wkładając do ust kolejny 

kawałek mięsa. Naprawdę nie było powodu, aby te słowa 
podziałały  na  nią  jak  pchnięcie  noża.  A  przecież...  przez 
dwa lata pobytu tutaj miała jedno szczególne marzenie  – 
wyłożony  pluszem,  nowocześnie  urządzony  pokój 
hotelowy,  wielkie  łóżko  z  szorstkimi  białymi 
prześcieradłami  i  obsługa  gotowa  na  każde  skinienie. 
Przede wszystkim to właśnie sobie wyobrażała. 

Jakaś kostka utkwiła jej w gardle, wypluła ją. Do licha, 

on przypuszczał, że to rzeczywiście może się zdarzyć! 

–  To  będzie  wiosną  w  Waszyngtonie,  gdy  zakwitną 

wiśnie – powiedział nagle. 

Walczyła  z  ogarniającym  ją  uczuciem.  Byłoby  głupio 

wyprzedzić jego reakcje. 

–  Przez  najbliższy  miesiąc  z  pewnością  nie  zakwitną. 

Jest  dopiero  marzec  i  czeka  nas  jeszcze  dużo  chłodnych 
dni. 

– Ja też tak myślę. Dawno nie byłem w centrum kraju i 

background image

wielu  prawidłowości  przyrody  już  nie  pamiętam.  Wciąż 
wybierasz się na Hawaje? 

Jeszcze  jedno  marzenie.  Zalana  słońcem  plaża,  zapach 

kokosowego  mleka,  obnażone  ciało  na  plażowym 
ręczniku i pieszczota słońca na piersiach... Mógłby to być 
ich  miodowy  miesiąc.  Czy  całe  jej  życie  upłynie  na 
marzeniach, które nigdy się nie spełnią? 

–  Tak  –  odpowiedziała  i  z  determinacją  wbiła  zęby  w 

swojego  hamburgera.  –  Mam  jeszcze  sporo  rzeczy  do 
zabrania.  Powinnam  spędzić  jakąś  godzinkę  w  biurze  na 
posegregowaniu  ich.  W  czasie  tej  pracy  będę  mogła 
błądzić myślami gdzieś po południowym Pacyfiku. 

Wciąż czuła na sobie jego wzrok i zastanawiała się, czy 

pamięta. Nie wiedziała, co może się stać, gdy nadal będzie 
tak  patrzeć  w  jego  oczy,  więc  z  zakłopotaniem  spuściła 
głowę. 

Zapadła  cisza.  Meg  przełknęła  ostatni  kawałek 

hamburgera i stwierdziła: 

– Znów to robisz. 
– Co? 
– Uporczywie gapisz się na mnie. 
–  Och,  przepraszam.  –  Odwrócił  wzrok  i  nadal  sączył 

piwo. – Myślałem, że powinnaś sprawić sobie jakieś nowe 
ubrania. 

Oczywiście  nie  o  tym  myślał,  jednak  Meg  była  mu 

wdzięczna za to kłamstwo. Odsunęła talerz. 

–  Jeśli  będę  dłużej  patrzeć  na  tego  hamburgera,  to  z 

pewnością zwymiotuję. Maudie, czy jest szarlotka? 

background image

– Nie ma dziś szarlotki, niestety, mam tylko dwie ręce. 

– Maudie chciała zabrać talerze, ale Red walczył jeszcze z 
ostatnimi frytkami. – Jeśli chcesz szarlotkę, to przyślij mi 
tu tę zwariowaną dziewczynę do pomocy. 

– Dancer? 
– Wciąż się spóźnia. 
– Jestem pewna, że przyjdzie dzisiaj. 
Maudie parsknęła. 
–  Myślisz,  że  jestem  głupia?  Z  pewnością przytula  się 

teraz do jakiegoś faceta, zamiast wziąć się do pracy! Mam 
tylko trochę bananowego chleba, ale jest wczorajszy. 

– Gdzie dostaliście banany? 
Maudie  spojrzała  na  nią,  jakby  Meg  była  największą 

idiotką na świecie. 

–  Zrobiony  z  prasowanej  mieszanki,  czy  chcesz 

kromkę? 

– Dzięki. – Meg usiłowała się nie skrzywić. 
Maudie odwróciła się z kolejnym parsknięciem. 
– Jak tam ostatnia prognoza pogody? – zapytał Red. 
–  Wygląda  na  to,  że  zbliża  się  potężna  burza  – 

odpowiedziała  Meg.  –  W  Little  Falls  wichura 
spowodowała 

wiele 

uszkodzeń 

zamknięto 

siedemdziesiątą  drugą  autostradę.  W  czasie  ostatniej 
godziny przybyło pół metra śniegu. 

–  Można  będzie  ulepić  niezgorszego  bałwana  – 

powiedział  Red.  Słysząc  to  Meg  uśmiechnęła  się  mimo 
woli. 

Chciała to ukryć, więc zwróciła się do Maudie: 

background image

– Jak tam zaopatrzenie? 
– Red przywiózł trochę żywności dziś rano. Myślę, że 

to wystarczy. 

–  Możemy  jej  sporo  potrzebować,  zanim  ta  burza  się 

skończy. 

–  Nie  martw  się,  jeśli  zapłacisz,  to  dostaniesz  – 

odburknęła Maudie. 

– Za odpowiednio wyższą cenę – szepnęła Meg. 
Maudie puściła to mimo uszu. 
–  Jeśli  będziesz  tak  narzekać,  to  możesz  nie  dostać 

niczego. 

Twarz Meg przybrała przepraszający wyraz. 
– Czy mogę zajrzeć do twojej spiżarni? 
– Po co? – Maudie spojrzała podejrzliwie. 
–  Chciałabym  zobaczyć,  co  dostałaś,  może  mogłabym 

coś kupić. 

Maudie  patrzyła  sceptycznie,  wreszcie  zdecydowała 

niechętnie: 

– Red ci pokaże. Wie, gdzie leży towar. 
– Czy myślisz, że mam zamiar coś ukraść? 
– Red ci pokaże – powtórzyła stanowczym głosem. 
–  No,  trzeba  zapłacić  –  mruknęła  Meg.  –  Nigdy  nie 

spotkałam bardziej nieprzyjemnej kobiety. 

Red pchnął pieniądze w kierunku Maudie i wstał. 
– Jestem dziś przy forsie, to mój atut. Chodź, zobaczmy 

tę spiżarnię. 

 

background image

Rozdział 4 

 
Red objął ją ramieniem. 
–  Czego  potrzebujesz?  –  zapytał,  szerokim  gestem 

wskazując  dwoje  drzwi,  które  prowadziły  do  kuchni.  – 
Świeża żywność czy mrożona? 

Skierowała się do drzwi na lewo. 
– Skąd wiesz, gdzie się co znajduje? – spytała. 
– Rozładowywałem większość tych skrzyń osobiście. 
Obrzuciła go nieufnym spojrzeniem. 
– Mnie nigdy nie pomagałeś przy czymś takim. 
– Ty nie jesteś nieszczęśliwą kobietą. 
Ściany  magazynu  od  dołu  do  góry  zastawione  były 

puszkami  konserw,  pozostała  przestrzeń  zawalona 
najprzeróżniejszymi kartonami. 

– Dobry Boże – powiedziała cicho Meg – zgromadziła 

tyle  tego  wszystkiego,  że  mogłaby  tu  przeżyć  trzecią 
wojnę światową. 

– Taka jest właśnie Maudie – zgodził się z ochotą – lubi 

się zabezpieczyć. 

Meg przeciskała się między stertą wojskowych koców a 

stosem kartonów wypełnionych serwetkami. Red szedł za 
nią, czuła, że coraz bardziej się zbliża. 

–  Czy  myślisz,  że  powinniśmy  powiedzieć  jej  o  tych 

kocach?  Jeśli  chłopcy  będą  musieli  tu  tkwić  całą  noc, 
trzeba pomyśleć o spaniu. 

Jego głos był beznamiętnie rzeczowy, ale Meg zdawało 

background image

się, że znów przysunął się do niej nieco bliżej. 

Nie odwróciła się jednak, aby to sprawdzić. 
– Mam nadzieję, że pożyczy te koce. 
– Najprawdopodobniej nie. 
Oparł ramię o półkę tuż przed nią i nagle zamknął ją w 

pułapce  między  kartonami  serwetek  a puszkami  konserw 
z siekaną wołowiną. 

– Specjalny rodzaj przyjemności, co? – spytał, a w jego 

głosie  pobrzmiewał  żartobliwy  ton.  –  Czy  niczego  sobie 
nie przypominasz? 

Meg  wiedziała  dobrze,  do  czego  się  odwoływał,  i  jej 

policzki  zaczerwieniły  się.  Pierwsze  przyjęcie,  w  którym 
uczestniczyli 

jako 

małżeństwo, 

skończyło 

się 

gwałtownym  aktem  miłosnym  w  garderobie  pełnej 
płaszczy, w pokoiku o wiele mniejszym niż ten. 

– Nie – odpowiedziała oschle i odepchnęła jego rękę. 
–  Ależ  Megan,  gdzie  się  podziały  twe  romantyczne 

porywy?  –  Ze  śmiechem  uniósł  ją  i  obrócił  wokoło. 
Patrzyli sobie w oczy. Red uśmiechał się. 

Jej  puls  bił  coraz  szybciej,  ciało  było  jak 

naelektryzowane, a brzuch napięty. Czuła na szyi gorący 
oddech. Porażała ją świadomość takiej bliskości. 

Podobne  uczucia  mogła  wyczytać  z  twarzy  Reda. 

Malowały  się  na  niej  zaskoczenie  i  obezwładniające 
pragnienie seksu. 

– Zabierz ręce – powiedziała prawie szeptem. 
–  Tak,  myślę,  że  tak  będzie  lepiej  –  zgodził  się  –  od 

razu, ale nie wykonał najmniejszego ruchu. Patrzył na nią 

background image

i nadal pożerał ją wzrokiem. Przełknęła ślinę. 

– Red, pozwól mi odejść. 
– W porządku. 
Jego  ciemne  oczy  połyskiwały  zielonkawym  blaskiem 

klejnotów.  Znajomy  zapach  ciała  uniemożliwiał  chłodne 
rozumowanie. Tak bardzo pragnęła go dotknąć. Tak łatwo 
byłoby  wsunąć  się  teraz  w  jego  ramiona,  zatonąć  w 
silnym uścisku i połączyć się z nim ten ostatni raz. 

Resztką  sił  próbowała  wymknąć  się  z  pułapki,  ale 

nagle, z lunatycznym spojrzeniem, odrzuciła głowę w tył i 
kurczowo  objęła  go  w  pasie.  Pod  materiałem  koszuli 
wyczuwała  napięte  mięśnie.  Zbliżyli  się  do  siebie  tak 
bardzo, że nie mogła zrobić już ani kroku. 

Wzięła głęboki oddech mając nadzieję, że w ten sposób 

wróci 

do 

równowagi. 

Jednak 

to 

spazmatyczne 

westchnienie  tylko  spotęgowało  uczucie  słabości  i 
oszołomienia. Jeden jedyny, ostatni raz... 

Dotknęła  ustami  jego  ust  i  zatraciła  się  w  miłości. 

Poczuła  rozkoszny  ból  w  dole  brzucha  i  dreszcz 
wstrząsnął jej ciałem. 

– Proszę cię, rozchyl wargi, najdroższa – wyszeptał. 
– Nie. – Podniosła ręce w geście samoobrony, ale nagle 

natrafiła  na  jego  miękkie  włosy  i  jeszcze  mocniej 
przyciągnęła go do siebie. Poczuła w  ustach  język  Reda; 
jej pocałunki stały się chciwe, a pożądanie wzrosło. 

Pomogła mu włożyć ręce pod sweter. Były tak gorące, 

nawet  w  porównaniu  z  jej  rozpaloną  skórą.  Pieścił  teraz 
jej  piersi,  na  pozór  szorstko  i  mało  delikatnie,  a  jednak 

background image

traciła  oddech  i  myślała,  że  łomot  własnego  serca  zabije 
ją. 

– Przestań, to szaleństwo – wyszeptała. 
– Wiem. – Jego wargi okrywały szybkimi pocałunkami 

jej ciało, a gwałtowny oddech oblewał żarem szyję. 

Meg  przesunęła  dłonie  w  dół,  pieszcząc  uda  Reda. 

Pomiędzy ich ciasno splecionymi ciałami poczuła twardy 
kształt. 

–  Nie  możemy  –  wyszeptała,  ale  zaczęła  rozpinać 

guziki koszuli Reda. 

– Jesteśmy małżeństwem. 
Włożył ręce w jej dżinsy i gładził nagie pośladki. 
– Ktoś może tu wejść – szepnęła. 
Zawahał się tylko na moment, sprawdzając jedną ręką, 

czy drzwi są zamknięte. Po krótkiej chwili znów wpił się 
w jej usta. 

–  Nie  możemy  tego  robić  –  powtórzyła  słabo,  a  on 

zgodził  się,  zdyszany.  Oboje  wiedzieli,  że  jest  już  za 
późno, aby się wycofać. 

Ostatni  raz,  myślała,  jeden  raz  w  odwecie  za  te 

wszystkie  przyszłe  samotne  noce...  I  gdy  na  moment 
przestał ją całować, szepnęła: 

– Zrobimy to, nikt się przecież nie dowie. 
– Tak, Megan. 
– To nie ma znaczenia, jesteśmy dorośli. 
– To niczego nie zmieni. 
– Niczego. 
– To tylko seks. 

background image

– Kłamca! 
Patrzyła  w  jego  przymglone  oczy,  w  tę  podnieconą 

twarz i jeszcze raz wyszeptała: 

 – Tak. 
Pod  sobą  czuła  szorstki  koc,  a  wewnątrz  ciała 

przeszywającą  rozkosz.  Objęła  Reda  konwulsyjnie 
ramionami  i  nogami,  gotowa  wyjść  mu  na  spotkanie. 
Przeżywała  udrękę  oczekiwania  i  nadzieję  na  spełnienie. 
Otrzymała już tak wiele, teraz, w tej chwili, ale pragnęła 
jeszcze więcej i zupełnie nie czuła się nasycona. 

Oczekiwała  tej  ostatniej  chwili  palącej  przyjemności, 

która mogła być zawsze jeszcze większa. 

Pogrążyła się w nim. Cały był płomieniem i wspaniałą 

męską  stanowczością.  Wszystko,  o  czym  chciała  teraz 
pomyśleć, stawało się jego imieniem. Red należał do niej, 
był jej częścią. 

Przez długi czas oddychali ciężko, spleceni ramionami 

tak  ciasno,  aż  uścisk  stał  się  bolesny.  Otwarte  usta  Meg 
dotykały  ramion  Reda,  palce  zaciskała  wciąż  na  jego 
pośladkach.  Nie  otwierała  oczu,  aby  jeszcze  przedłużyć 
stan  rozkoszy.  Nadal  czuła,  że  Red  należy  do  niej  i  nie 
mogła  powstrzymać  w  myśli  gwałtownie  powracającego 
błagania. Nie zostawiaj mnie Red, nie... 

Jednak  w  końcu  stało  się.  Napięcie  opadło  i  w 

milczeniu,  z  trzęsącymi  się  rękoma,  pospiesznymi 
ruchami  zaczęli  szukać  swoich  ubrań.  Maudie  z 
pewnością  była  zaciekawiona,  co  się  z  nimi  stało.  Ktoś 
mógł tu wejść lada moment. 

background image

Meg  czuła  się  rozbita  i  oszołomiona.  To  było  ich 

ostateczne  pożegnanie  –  szaleństwo  w  ponurym 
magazynku.  Chyba  zasługiwali  na  coś  więcej?  Zacisnęła 
usta, aby się nie rozpłakać. 

Powinni  po  tym  wszystkim  poczuć  się  lepiej,  tak  się 

jednak  nie  stało.  Tęsknota  i  pragnienie  dokuczały  Meg 
jeszcze bardziej. Myślała na przemian: powiedz coś, Red, 
dotknij mnie, obejmij, to znów: nie, nic nie mów i niczego 
nie rób. 

O czym on teraz myśli i czy także cierpi? 
Oczywiście,  że  nie.  Mężczyźni  nie  reagują  na  seks  w 

ten  sposób,  nie  zawracają  sobie  głowy  sentymentami. 
Akceptują wszystko, co im się przydarza. 

To, co zrobili, było szaleństwem, ale Meg postanowiła 

niczego  nie  żałować.  To  nie  miało  znaczenia.  Jeśli 
mężczyźni w takich chwilach po prostu wstają i odchodzą, 
to dlaczego ona nie mogłaby zrobić tego samego? 

Ależ mogła! 
Zapięła pasek, przeczesała palcami włosy. 
– Czy wszystko w porządku? Długo nie odpowiadał. 
– Taak, wspaniale. 
Wstała  z  drżącymi  kolanami,  żar  wciąż  przenikał  jej 

ciało. Jednak powoli zaczęła się już kontrolować. 

–  Wyjdę  pierwsza  –  powiedziała,  wciąż  nie  mogąc 

spojrzeć mu w oczy. 

Red  wstał  również,  a  jego  głos  był  szczególnie 

zmieszany, gdy wyszeptał: 

– A więc to jest to... 

background image

Poczuła  się  dotknięta,  ale  umiała  być  przecież  równie 

chłodna jak on. 

–  Czy  chcesz, abym  ci  powiedziała,  że  to  było  dobre? 

To  zawsze  było  dobre  między  nami,  Red.  –  Głos  jej  się 
łamał  i  posłała  mu  wymuszony  uśmiech.  –  Dlatego  cię 
poślubiłam, pamiętasz? 

Na chwilę jego oczy zapłonęły gniewem. 
–  W  porządku  –  odpowiedział  beztrosko.  –  Gdybym 

miał tę świadomość wcześniej, mógłbym brać za to forsę 
„od godziny”. 

Meg rzuciła się do drzwi. 
– Poczekaj chwilę. 
Wstrzymała  oddech,  ale  Red  tylko  poprawił  jej 

skręcony pasek i odszedł. 

– Dzięki – odpowiedziała bezbarwnym głosem. 
– Zawsze do usług. 
Wciąż oczekiwała, że zrobi coś ważnego, ale nie miała 

pojęcia, co by to mogło być. 

Kłaniając się głęboko, otworzył przed nią drzwi. 
Zdusiła łzy i wyszła. 
Red  poczekał,  aż  zostanie  sam,  potem  z  całych  sił 

zaczął walić w ścianę pięściami. Nie była tak twarda, jak 
sobie wyobrażał, a tylko dotkliwy ból mógł w nim stłumić 
rodzącą się potrzebę krzyku. 

Zacisnął powieki i oparł głowę o ścianę. 
– Cholera – szepnął. – Niech ją diabli wezmą, ją, mnie i 

te wszystkie szalone bóstwa, które zetknęły nas razem na 
nowo. Czy to wspólne obcowanie nie mogłoby być trochę 

background image

łatwiejsze? 

Źle  podszedł  do  sprawy.  Nie  powinien  wracać  do 

Adinorack.  Skąd  wzięła  się  w  nim  ta  potrzeba 
samoudręczenia? 

To  było  proste.  W  swoim  stosunku  do  Meg  nie 

kierował się zdrowym rozsądkiem i nie umiał postępować 
właściwie. 

Musiał się jakoś od niej uniezależnić. Czy mógł uczynić 

coś,  co  zmieniłoby  na  lepsze  jej  uczucia  do  niego? 
Przyglądała  mu  się  tak  szorstko  i  badawczo,  jakby 
myślała,  że  to,  co  się  między  nimi  przed  chwilą 
wydarzyło,  było  jedynie  nieważnym  incydentem  w  jej 
rozkładzie dnia. Czy wiedziała, że zawsze gdy kochał się 
z nią, oddawał jej cząstkę własnej duszy? 

– Do diabła – wyszeptał znów i otwierając oczy, ponuro 

rozejrzał się dokoła. Jego ręka już tak nie drżała, ale ból w 
piersiach nie ustępował. 

A  burza,  z  powodu  której  znalazł  się  w  tej  pułapce, 

jeszcze się nawet nie zaczęła. 

 
Przenikliwy i paraliżujący podmuch arktycznego wiatru 

popychał  Meg  przez  ulicę.  O  niczym  nie  myślała  i  nie 
czuła niczego prócz zimna. Wreszcie zatrzasnęła za sobą 
drzwi i zrzuciła wierzchnie okrycie. 

Twarz  miała  zarumienioną,  oczy  jej  błyszczały,  ale 

mogło  to  być  spowodowane  ujemną  temperaturą 
powietrza.  Nikt  nie  zauważył  nic  niezwykłego  w  jej 
wyglądzie.  Wspólny  pokój  spełniał  teraz  rolę  klubu 

background image

karcianego. 

Nagle usłyszała swój własny głos: 
–  Gilly,  twoi  chłopcy  powinni  się  już  wymienić. 

Wygląda,  że  będzie  to  męcząca  noc.  I  poślij  kogoś  do 
Blue Jay, nie mam ochoty znowu tam iść. 

Sześciu 

graczy 

zgromadzonych 

wokół 

stołu 

wytrzeszczyło  na  nią  oczy,  jakby  nie  byli  pewni,  czy 
dobrze słyszą. 

– Wszystko, czego sobie życzysz, szefie! 
– Ty też powinnaś wrócić do siebie, oczekuję telefonu – 

Meg zwróciła się do Sadie. 

–  Nic  z  tego  –  odparła  z  satysfakcją  sekretarka.  – 

Telefony nie działają. 

–  – Skoro tak, możesz właściwie iść do domu. Nie ma 

powodu, abyś tu tkwiła. 

Sadie uniosła brwi. 
– Nie nabierasz mnie? – Ale nie czekała na odpowiedź. 

– No to lecę, cześć! 

Meg weszła do kabiny radiooperatora. 
– Jakie wiadomości, Joe? 
Odwrócił krzesło i rzekł zadowolony z siebie: 
– Temperatura spadła o dwadzieścia stopni. 
– To wszystko? 
–  Zbliża  się  centrum  burzy  i  będzie  to  coś  w  rodzaju 

piekła, pani Worthington. 

– Kiedy to nastąpi? 
Spojrzał w notatki. 
–  Najsilniejszy  wiatr  i  śnieg  są  jeszcze  około  stu 

background image

pięćdziesięciu kilometrów stąd. 

Meg skinęła głową. 
– W porządku, Joe, idź, zjedz lunch. I jeżeli masz jakieś 

osobiste  sprawy,  to  załatw  je  teraz.  Będziesz  nam 
potrzebny dziś w nocy. 

– Tak, wyobrażam sobie, ale zabrałem kanapkę... 
Potrząsnęła głową. 
– Nie, idź zjeść coś gorącego, napij się piwa. Kto wie, 

jak długo tu zostaniemy. 

–  Ale  co  z...  –  Wskazał  wzrokiem  na  urządzenia 

radiowe. 

– Rzucę na to okiem, idź. 
Wyplątał się z licznych przewodów i wstał. 
– Jeżeli pani tak mówi... 
W drzwiach odwrócił się jeszcze. 
– Aha, wnieśliśmy pani rzeczy.  – Wskazał gestem róg 

pokoju. – Nie wiedzieliśmy, gdzie je położyć. 

Meg  patrzyła  na  swój  bagaż:  dwie  walizki,  kartonowe 

pudło,  wszystko,  co  zostało  z  dwóch  ostatnich  lat  jej 
życia, a to pudło nawet nie należało do niej. 

– Dzięki, Joe. 
Włączyła  radio,  radar  i  dalekopis,  które  wydawały  się 

tak samo martwe jak telefony. 

Wreszcie, wiedziona jakby magnetyczną siłą, podeszła 

do  swoich  bagaży.  Zignorowała  drogie  skórzane walizki, 
uklękła obok kartonowego pudła i otworzyła je. 

Niedługo po tym, jak Red ją opuścił, zebrała wszystkie 

rzeczy,  które  pozostawił,  i  wrzuciła  je  do  kartonowego 

background image

opakowania.  Planowała  wręczenie  mu  tego  pudła  w 
drzwiach, gdyby kiedykolwiek jeszcze się tu pojawił. Nie 
pokazał się jednak i pudło leżało w kącie jej gabinetu. Nie 
myślała o nim już od miesięcy. Teraz spoglądała na nie na 
wpół  z  lękiem,  na  wpół  ze  wzruszeniem  i  nie  mogła 
oderwać od niego oczu. 

Nie  było  duże.  Odchodząc  zabrał  swoje  ubrania  i 

większość  przedmiotów  osobistych.  Przynęta  na  ryby, 
zmięty kapelusz, przygodowa książeczka o nazistowskich 
szpiegach  i  zagubionym  skarbie.  Ich  wspólne  zdjęcie  z 
bożonarodzeniowego  przyjęcia  u  Sadie.  Spoglądał  w 
obiektyw  z  uśmiechem.  Wpatrywała  się  w  to  zdjęcie  tak 
długo, aż rozbolały ją oczy. 

Były  tu  i  inne  rzeczy.  Jakaś  pojedyncza  skarpetka, 

grzebień,  piłka  golfowa,  śrubokręt  i  scyzoryk  ze 
złamanym  ostrzem.  Rupiecie  należące  do  mężczyzny, 
odpadki,  które  porzucił  tak  łatwo  i  niedbale.  Z  podobną 
niedbałością  odnosił  się  do  ich  małżeństwa.  Symbolem 
tego związku były właśnie strzępy zamknięte w pudle. 

Na  dnie  spoczywała  flanelowa  koszula  w  czerwoną 

kratę. Lubiła w niej sypiać, pachniała jego ciałem. Wolno 
wyciągnęła  ją  na  zewnątrz  i  przyłożyła  materiał  do 
policzka.  Był  miękki  i  ciepły.  Red  sprawiał  wrażenie 
mocnego  mężczyzny,  wydawał  się  twardy  i  szorstki,  ale 
kiedy  o  nim  myślała,  kojarzył  się  jej  z  miękkością  i 
ciepłem.  Przez  te  minione  dwa  lata  czuła  ciepło  tylko 
wówczas, gdy znajdowała się w jego ramionach. 

Koszula  pachniała  ich  ciałami.  Nie  potrafiła  już 

background image

oddzielić od siebie tych dwóch zapachów. 

Nie wiedziała, że jej twarz jest mokra od łez, gdy nagle 

usłyszała  dźwięk  otwieranych  drzwi.  Szybko  wrzuciła 
koszulę do pudła. 

– A  więc zmusił cię do płaczu  – zauważyła Dancer.  – 

Mężczyźni to świnie! 

–  Nie  wygłupiaj  się  –  powiedziała  Meg,  jednak 

ukradkiem  wytarła  twarz.  Wiedziała,  że  Dancer  nie  jest 
skończoną  idiotką.  –  Maudie  cię  szukała.  Lepiej  byś  się 
wzięła do roboty. 

–  Tak,  już  idę.  Wpadłam  tylko  na  chwilę,  by  zapytać, 

czy nie poszłabyś ze mną na lunch. 

–  Już  jadłam,  dziękuję.  –  Meg  ze  sztucznym 

zainteresowaniem szukała jakiejś stacji radiowej. 

Dancer  siadła  na  biurku  machając  nogami  i 

obserwowała Meg bez skrępowania. 

– Nie pozwoliłaś mu przyjść do siebie, prawda? 
– Nikt do mnie nie przychodzi. 
–  Tak  to  bywa.  Jakiś  facet  cię  porzuca  i  traktuje  jak 

śmieć, więc czujesz się jak śmieć i zaczynasz myśleć, że 
jesteś rzeczywiście śmieciem. Musisz wziąć – się w garść, 
zafundować sobie jakąś prawdziwą przyjemność. 

– Och, na miły Bóg! 
–  Mówię  z  własnego  doświadczenia,  to  zawsze 

pozwalało mi się podnieść. – Dancer zsunęła się z biurka, 
zrzucając  na  ziemię  papiery  Joego.  Pospiesznie 
wyładowywała zawartość swej ogromnej torby. 

–  Zajmij  się  sobą  –  mówiła  –  włosy,  paznokcie, 

background image

makijaż! Spraw, by mężczyźni zwrócili na ciebie uwagę. 
Zaraz poczujesz się lepiej, zobaczysz! I nigdy więcej nie 
hamuj swych seksualnych potrzeb. 

– Czy mogłabyś przestać? – Meg próbowała się bronić, 

gdy  Dancer  zaczęła  wyciągać  spinki  z  jej  włosów.  –  To 
ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję... 

–  Rzeczywiście,  jesteś  taką  ładną dziewczyną.  Zawsze 

myślałam,  że  o  tym  wiesz,  ale  może  nie  miałam  racji  i 
może nikt inny nie miał okazji tego zauważyć. 

– Daj spokój, nie jestem w nastroju. 
–  Słuchaj,  zawsze  myślałam,  że  mogę  być  fachowcem 

od  kosmetyków.  Nawet  startowałam  do  szkoły  o  tym 
profilu,  ale  w  takim  miejscu  jak  to  niewiele  osób 
potrzebuje  salonu  piękności  –  opowiadała,  rozluźniając 
kok na głowie Meg. 

–  Psujesz  wszystko,  przestań.  –  Meg  schwyciła  się  za 

włosy. 

–  Nie,  już  ci  się  to  podoba.  Pewnie  nie  masz  w  tej 

walizce niczego fajnego do włożenia. Musimy jednak coś 
zrobić, żeby facetom gały wyszły na wierzch. 

– Meg spuściła z rezygnacją głowę, gdy Dancer zaczęła 

rozczesywać jej włosy. 

– Nie, nie mam niczego ładnego do włożenia i nie chcę, 

aby ktokolwiek gapił się na mnie. 

–  No  dobrze,  zrobię  tak,  że  będziesz  wystarczająco 

ładnie  wyglądać  i  bez  wkładania  na  siebie  czegoś 
wystrzałowego. 

Dancer  wykonała  kilka  ruchów  grzebieniem,  a  potem 

background image

odeszła, aby podziwiać swoje dzieło. Meg patrzyła na nią 
cierpliwie. 

– Czy już skończyłaś? Czy mogę je znowu odrzucić do 

tyłu? 

– Nie możesz! Wyglądasz wspaniale. 
– Daj spokój, nie mam na to czasu i nie chcę, aby włosy 

opadały mi na twarz, nie chcę, aby się na mnie gapiono. 

– A  więc ktoś jednak zamierza cię oglądać? Poczekaj, 

jeszcze cienie do oczu i trochę dobrej szminki. 

–  Słuchaj,  to  jest  miejsce  pracy,  a  nie  gabinet 

kosmetyczny. 

– Nie ruszaj ustami! 
Pomimo  protestów  Meg,  Dancer  umalowała  jej  wargi. 

W tym wszystkim było jednak coś zabawnego. Meg nigdy 
nie  miała  przyjaciółki,  która  by  dotykała  jej  włosów  i  z 
którą  mogłaby  poplotkować  w  nocy.  Zawsze  była  zbyt 
zajęta, zbyt rozsądna i zbytnio się spieszyła. 

–  Wiesz  –  powiedziała  Dancer  –  możesz  sobie  być 

ważną osobistością, kierować mnóstwem ludzi, którzy są 
gotowi  wypełnić  każdy  twój  rozkaz,  ale  założę  się,  że 
byłabyś szczęśliwsza, gdybyś nieco mniej pracowała. 

–  Tak,  na  pewno  masz  rację.  –  Meg  usiłowała 

przytrzymać jej rękę, gdyż Dancer próbowała raz jeszcze 
pociągnąć jej usta szminką. 

–  Dlaczego  musisz  wszystko  traktować  tak  poważnie? 

Jeśli  ci  się  coś  przydarza,  po  prostu  zgódź  się  na  to.  – 
Odłożyła szminkę i krytycznie przyglądała się zestawowi 
cieni do powiek. 

background image

–  Zostaw  to  paskudztwo,  i  tak  wyglądam  jak 

czarownica! 

Dancer wybrała inny zestaw. 
– Dobrze – powiedziała, wyjmując mały pędzelek. 
– Czy Red zostanie tutaj na noc? 
– Oczywiście, a gdzie mógłby pójść? 
Meg  była  tak  zaskoczona  pytaniem,  że  nie 

protestowała,  gdy  Dancer  zbliżyła  się  ze  swoim 
pędzelkiem. 

Baza nie była duża, ale miała dostatecznie wiele pokoi i 

łóżek,  w  których  mógłby  przenocować  samotny 
mężczyzna.  Nie  było  powodu,  by  miał  koczować  na 
betonowej podłodze. 

Od  pierwszego  dnia  gdy  się  spotkali,  nigdy  nie  spali 

osobno.  Oczywiście,  kiedy  Red  był  tutaj.  Spali  zawsze 
razem  albo  na  kanapie  w  biurze,  albo  w  łóżku  w  jego 
mieszkaniu.  Nawet  nie  pomyślała,  że  mogłoby  być 
inaczej. 

To  dowodziło,  jak  bardzo  jej  myśli  były  zmącone  od 

chwili pojawienia się Reda. 

– Zresztą nie wiem, gdzie będzie spał, to jego sprawa – 

dodała. 

– Tak. – Dancer cofnęła się o krok i z pełnym zachwytu 

spojrzeniem podziwiała efekt swojej pracy. 

–  Wiem,  gdzie  jest  wygodne,  ciepłe  łóżko  zupełnie  w 

jego guście. Wprawdzie z nim skończyłaś, ale... 

Meg  patrzyła  na  nią  osłupiała  i  na  moment  straciła 

mowę.  Nie  wiedziała  nawet,  co  mogłaby  odpowiedzieć, 

background image

ponieważ właśnie w tej chwili męski głos odezwał się za 
nimi: 

–  Dziękuję  za  ofertę,  Dancer,  ale  sądzę,  że  nie 

skorzystam. 

To  był  Red.  Stał  pochylony  w  drzwiach,  z  kubkiem 

kawy w ręce i obserwował je z wyraźnym zadowoleniem. 
Uśmiechnął się niewinnie i wszedł do środka. 

–  Nie  myśl,  że  tego  nie  doceniam  –  powiedział,  dając 

Dancer  delikatnego  klapsa.  –  Jednak  wiesz,  jak  to  jest.  – 
Wciąż  się  uśmiechał  i  patrzył  w  zadumie  na  Meg.  – Nie 
lubię opuszczać mego samolotu – wyjaśnił. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Red  nie  zamierzał  szukać  Meg.  Chciał  po  prostu 

znaleźć odpowiednie miejsce, aby przeczekać burzę – być 
może  w  wolnym  pokoju  Maudie  albo  u  któregoś  z 
mężczyzn  pracujących  tej  nocy.  Miał  wiele  możliwości. 
Było jasne, że Meg nie pragnie być z nim razem. 

Jednak gdy wszedł do kabiny radiooperatora i zobaczył 

ją  z  pasmami  włosów  rozwianymi  wokół  twarzy, 
zabawiającą  się  makijażem  niczym  podrastająca 
uczennica,  stanął  jak  urzeczony.  Nie  widział  Meg  z 
rozpuszczonymi  włosami  od...  od  ostatniego  razu,  kiedy 
sam własnoręcznie je rozplótł. 

Dancer  zachowywała  się  być  może  odrobinę  zbyt 

wulgarnie,  ale  była  na  tyle  taktowna,  aby  umieć  się 
znaleźć w trudnej sytuacji. 

– Lepiej będzie, jak sobie pójdę – powiedziała. 
– Spieszę się do pracy. 
– Tak – zgodziła się Meg, ścierając szminkę z ust. 
–  Bądź  ostrożna,  przechodząc  przez  ulicę  –  poradził 

Red. 

Dancer  zatrzymała  się  jeszcze  na  chwilę  w  drzwiach  i 

przesłała im na pożegnanie wymuszony uśmiech. 

–  Nigdy  nie  lubiłem  cię  w  makijażu  –  skomentował, 

gdy  Meg  wyrzucała  do  śmieci  chusteczkę  ubrudzoną 
szminką. 

–  Nigdy  nie  obchodziło  mnie,  co  lubisz  – 

background image

odpowiedziała, wiążąc włosy w węzeł. 

– Zauważyłem to. 
Zajął miejsce za biurkiem i popijał kawę. 
– Więc skończyłaś ze mną? – dopytywał się łagodnie. 
Meg spojrzała na niego; twarz Reda znajdowała się nie 

więcej  niż  kilka  centymetrów  od  jej  twarzy,  oczy  miał 
prawie zamknięte, a koszulę rozchełstaną na piersiach. To 
nie  miało  znaczenia,  Red  często  chodził  w  rozpiętych 
koszulach i kiedyś Meg uważała, że jest to seksowne. 

Nadal tak uważała. 
– Czego chcesz? – spytała opryskliwie. 
– Gilly powiedział, że potrzebujesz kogoś do pomocy. 
–  Powinnam  być  bardziej  precyzyjna,  kiedy  mówiłam 

mu, żeby kogoś przysłał. 

–  Ty  zawsze  mówisz  dokładnie  to,  co  chcesz 

powiedzieć. Musiałaś mieć jeszcze coś innego na myśli. 

Rozbolały  ją  zaciskane  z  wysiłku  szczęki,  tak  chciała 

zdusić  cisnące  się  na  usta  słowa.  Nie  miała  zamiaru 
wywlekać tego na nowo, nie miała zamiaru... 

Zaczęła więc porządkować papiery porozrzucane przez 

Dancer. Jeden z nich leżał w pobliżu Reda, schwyciła go 
gwałtownie i niechcący przedarła na połowę. 

– Spokojnie, spokojnie – strofował ją Red. 
– Wstał, wziął oddarty kawałek i podał jej. 
– Przyniosłem kilka koców – mówił – trochę konserw i 

skrzynkę  piwa.  Jeżeli  będziesz  potrzebować  czegoś 
jeszcze, musisz pójść po to sama. 

–  Meg  wciągnęła  hałaśliwie  powietrze  i  nic  nie 

background image

odpowiedziała.  To  ona  powinna  zatroszczyć  się  o 
jedzenie.  Zapomniała  o  tym,  a  Red  zjawił  się,  aby 
naprawić  jej  błąd.  Wyświadczał  jej  grzeczność,  którą 
doceniała, chociaż nie pragnęła żadnych względów z jego 
strony. 

– Dobra myśl, harcerzu. Skrzynka piwa to jest to, czego 

szczególnie będziemy potrzebować tej nocy – wykrztusiła 
wreszcie. 

Wzruszył ramionami. 
–  Zdaje  się,  że  już  ci  powiedziałem,  że  jeśli  chcesz 

czegoś jeszcze, to możesz sama sobie przynieść. 

Podmuch  wiatru  targnął  metalowym  uchwytem 

podtrzymującym 

okna.  Meg  aż  się  wzdrygnęła. 

Nienawidziła odgłosów wiatru; wyglądało na to, że burza 
jest już blisko. 

Patrzyła z niepokojem na frontowe drzwi. 
– Jak też tam może być na zewnątrz? 
–  Taka  sobie  typowa,  wiosenna  zadymka.  Zaczyna 

padać śnieg – powiedział. 

–  Nie  powinnam  pozwolić  chłopcom  wychodzić. 

Jeszcze gdzieś na dobre ugrzęzną. 

– Znają się na pogodzie. Powinni zaraz tu wrócić. 
Red uszczelnił okno i otworzył zamek mocujący osłonę 

zewnętrznych  drzwi.  Spoglądał  niespokojnie  na  hangar 
będący  pozostałością  po  wojskowej  bazie,  zbudowany  z 
arkuszy blachy. 

– Ten hangar stoi tu już dwadzieścia lat – powiedziała 

Meg  niecierpliwie.  –  I  nie  rozleci  się  tylko  dlatego,  że 

background image

właśnie twój samolot jest w środku. 

– Być może opuszcza mnie szczęście. 
Uznała, że będzie lepiej, jeśli nie zareaguje na te słowa. 

Usiadła  przy  biurku  i  uruchomiła  mikrofon  radia.  Udało 
jej  się  znaleźć  jakąś  stację,  ale  wiadomości  nie  były 
zachęcające.  Wiatr  poczynił  olbrzymie  spustoszenia. 
Wyglądało na to, że będą tkwić tu trochę dłużej niż jedną 
noc. 

Gdy  skończyła  słuchać  radia,  usiadła  na  chwilę, 

popijając  kawę  i  próbując  sobie  przypomnieć,  czy  nie 
przeoczyła  czegoś  ważnego.  Dzięki  Carstone  Adinorack 
był  daleko  lepiej  wyposażony  w  sprzęt  przeciwburzowy 
niż  większość  placówek  tego  typu.  Nie  pozostawało  nic 
innego, tylko czekać. 

Jakże tego nienawidziła! 
– To moja kawa – powiedział Red. 
Jego głos  przestraszył  Meg. Dopiero  teraz spostrzegła, 

że  stał  tak  blisko  niej,  że  mogłaby  go  pieścić,  nawet  nie 
wyciągając ręki. Odstawiła kubek z głuchym stuknięciem. 

–  Może  byś  sobie  poszedł  i  zajął  się  czymś 

pożytecznym? 

– Myślę, że już się zająłem. 
– Przeszkadzasz mi. 
– Czy tak, jak u Maudie? 
Meg  nie  mogła  uwierzyć,  że  to  właśnie  powiedział. 

Ostatnie  słowa  uderzyły  w  nią  jak  nagła  salwa  o  burtę 
statku. Nadpłynęła fala gorąca, potem zimna i dosłownie 
odebrało jej mowę. To był szok. 

background image

Wstała od biurka. Wziął ją za ramiona i przyciągnął do 

siebie. Nie dostrzegła jednak ciepła w jego oczach, tylko 
zły, cyniczny błysk. 

–  Chodź,  dziecinko  –  wyszeptał  –  nic  tu  po  nas. 

Znajdźmy jakieś miejsce dla siebie i spędźmy miło czas. 

Oślepiona wściekłością uderzała go z całej siły rękami, 

ale on znosił to z całkowitym spokojem. 

– Musiałeś mi to przypomnieć, tak?! Nie mogłeś sobie 

tego darować! 

– Nie mogłem, do cholery! – odpowiedział, a jego głos 

stwardniał  od  gniewu  i  pogardy.  –  Sądziłem,  że  to 
pozwoli mi poczuć się mężczyzną. Nie wiedziałaś o tym? 

Red  nie  rozumiał,  jak  to  się  zaczęło,  ten  rozszalały 

płomień  między  nimi,  gwałtowny  pożar,  nagły  wybuch 
wściekłości  i  pełne  nienawiści  słowa.  Każde  z  nich 
sięgało  teraz  do  własnych  arsenałów  broni,  by  móc  się 
skutecznie  ranić.  Nie  przyszedł  tu,  by  walczyć,  ale 
wiedział, że nie ustąpi, jeśli ona rozpocznie atak. 

Zmusiła się do cierpkiego uśmiechu. 
–  A  więc  to  tak!  Czujesz  się  wykorzystany  i 

zlekceważony. Następnym razem będę pamiętać o twoim 
wrażliwym męskim ego! 

– Twoje słowa są wyjątkowo plugawe! 
–  Z  pewnością.  Stały  się  takie  dlatego,  że  przez  dwa 

lata żyłam ze szczurem, który ciągle uciekał! 

– No, skocz mi do gardła, Meg – szydził. – To umiesz 

najlepiej. 

Patrzyła  na  niego  przez  chwilę,  oddychając  ciężko. 

background image

Zacisnęła  dłonie  w  pięści  i  ze  wszystkich  sił  próbowała 
zachować resztkę spokoju. 

–  Och,  rzeczywiście  umiem.  Nie  jestem  tylko  pewna, 

czy warto tracić na to czas. 

Chciała odejść, lecz pochwycił ją w mocny uścisk. 
– Co się dzieje, Meg? Czy twoje ostrze już tak stępiało? 
Wyswobodziła się. 
–  Jedyną  rzeczą,  jaką  utraciłam,  jesteś  ty  i  stało  się  to 

dawno temu. 

– Od godziny pozwalasz mi wałęsać się bez celu – kpił. 

–  Nie  widziałem  kobiety,  której  by  mniej  zależało  na 
facecie  niż  tobie.  Do  diabła,  powinienem  znaleźć  sobie 
jakąś inną dziewczynę, która zechciałaby uwolnić mnie od 
tego... 

–  Nic  nie  rozumiesz.  Nie  potrafisz  pogodzić  się  z 

myślą, że kobieta może tak samo nonszalancko traktować 
seks, jak mężczyzna. Wszystko było w porządku, kiedy to 
ty nie pamiętałeś niczego po minucie. Wkładałeś spodnie i 
już,  czy  nie  tak?  Wierz  mi,  to  nie  jest  zabawne  czuć  się 
odrzuconą jak wczorajsza gazeta. 

Chwycił  Meg  za  ramiona,  kiedy  próbowała  go 

wyminąć,  i  okręcił  dookoła.  Czuła  krew  pulsującą  jej  w 
skroniach. 

– Po jakie licho o tym mówisz? Nigdy nie traktowałem 

cię w ten sposób! 

–  Robiłeś  to  za  każdym  razem,  gdy  wsiadałeś  do  tego 

cholernego samolotu i zostawiałeś mnie samą! 

– krzyknęła. 

background image

Red milczał. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi i czuł się 

naprawdę  zaskoczony,  a  to  sprawiło,  że  stał  się  jeszcze 
bardziej zły. 

Miała rację. Wszystko, co powiedziała, było prawdą i to 

go  przede  wszystkim  zirytowało.  Oczy  Meg  lśniły,  a  jej 
twarz  zarumieniła  się.  Pragnął  potrząsnąć  nią  mocno  i 
równocześnie  pragnął  ją  całować.  Całować  tak  długo, 
dopóki nie roztopi się jak wosk w jego objęciach. Chciał 
ją pieścić w ten jedyny, jemu tylko znany sposób. Kochać 
się  z  nią  na  podłodze.  Przypomnieć  jej  to  wszystko,  co 
potrafili robić ze sobą. Pożądał jej tak mocno, jak tylko to 
było możliwe i nienawidził się za to. Raptownie wypuścił 
ją z uścisku. 

–  Dobrze  –  powiedział  zduszonym  głosem  –  oboje 

jesteśmy chorzy. 

Meg  musiała  oprzeć  się  o  biurko,  aby  ukryć  drżenie 

nóg.  Czuła  wewnętrzną  pustkę,  a  każdy  nerw  był 
podrażniony.  Ich  pełne  nienawiści  słowa  huczały  jej  w 
głowie,  natrętnie  wracało  wspomnienie  jego  twarzy,  gdy 
tak patrzył na nią, jakby nie wiedział, czy chce ją uderzyć, 
czy  pocałować.  A  ona,  co  by  wolała?  Niszczymy  się 
nawzajem,  pomyślała  trzeźwo.  Zjadamy  się  po  kawałku, 
niczym  szakale  na  biesiadzie,  i  nie  możemy  tego 
zaprzestać. 

Podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Zrobił  to, 

chociaż  tak  naprawdę  nie  było  na  co  patrzeć. 
Przedłużająca  się  cisza  wciąż  była  gorąca  od  emocji 
wypełniającej pokój. 

background image

– Zazwyczaj byliśmy w trochę lepszej formie niż teraz 

– powiedział w końcu. 

– Tak. 
To  jedno  słowo  wyrażające  całkowitą  zgodę  zdawało 

się  zamykać  w  sobie  cały  ich  smutek  i  całą  ponurość 
sytuacji, zdawało się także obnażać tę psychiczną ranę, w 
której wciąż tkwił ostry nóż. 

– Co się z nami stało, Red? 
–  Czy  to  jest  pytanie  za  milion  dolarów?  –  spytał 

miękko  i  spróbował  się  uśmiechnąć.  –  Pobraliśmy  się  w 
gorączce  namiętności  –  albo  w  ogóle  w  gorączce.  Nie 
potrafię  znieść  tortur,  jakie  mi  zadajesz,  a  ty  nie  możesz 
znieść... Do licha! To chyba wszystko. Nie pasowałem do 
ciebie.  Chciałaś,  abym  się  przystosował.  Próbowałem 
zmienić  ciebie,  a  ty  mnie...  Skąd  przyszło  zło?  Byłoby 
łatwiej odpowiedzieć, skąd przyszło dobro. 

–  Nigdy  nie  chciałam  cię  zmienić  –  odpowiedziała 

spokojnie. 

–  Trele-morele!  Żadne  moje  zachowanie  cię  nie 

zadowalało. Żaden facet nie miał u ciebie szans, nawet ja! 
Tylko  twój  tatuś  był  dla  ciebie  niedościgłym  wzorem.  – 
Przerwał  nagle  i  z  lękiem  na  twarzy  podniósł  ręce  w 
geście  obrony.  –  Nie,  nie  powiedziałem  tego.  Zapomnij. 
Nie chcę wszystkiego zaczynać od nowa. 

– O Boże, Red, czy ty naprawdę nie możesz przestać? – 

Meg  odetchnęła  ciężko  i  przycisnęła  palce  do  skroni.  – 
Doprowadzasz  mnie  do  szaleństwa.  –  Ściszyła  głos.  – 
Rozwodzimy  się  i  to  powinno  załatwić  wszystko.  Nie 

background image

możemy  nawet  spokojnie  porozmawiać  o  tym,  dlaczego 
się  rozwodzimy,  aby  natychmiast  nie  skoczyć  sobie  do 
gardła.  Red,  jak  długo  będziemy  tak  postępować?  Kiedy 
to się skończy? 

Wyraz jego twarzy był smutny i gorzki. 
– To się. nigdy nie skończy – odpowiedział zwyczajnie. 

– Jesteśmy tak sprasowani ze sobą, jak dwa samochody po 
wypadku drogowym. – Uśmiechnął się trochę smutno. – I 
jeżeli myślisz, że kawałek papieru to wszystko unieważni, 
to jesteś niemądra. 

Meg  przymknęła  oczy,  próbując  znów  zapanować  nad 

sobą. 

–  To  nie  zawsze  była  moja  wina  –  powiedziała.  –  Ja 

wiem,  że  ty  tak  myślisz,  ale  to  właśnie  ty  odszedłeś  ode 
mnie. Pamiętaj o tym. 

–  A  co  miałem  zrobić?  Czekać,  aż  któreś  z  nas  – 

weźmie  do  ręki  śmiercionośną  broń?  Do  diabła,  życie  z 
tobą było niemożliwe. Wiesz o tym. 

–  Ty  także  byłeś  okropny,  a  jednak  nie  odeszłam  od 

ciebie. 

–  Przestań  już,  dobrze?  Oboje  wiemy,  że  to  nie  moje 

odejście  tak  cię  zmartwiło,  ale  fakt,  że  nie  umiałaś  mnie 
przy  sobie  zatrzymać!  Byłem  twoją  własnością,  zgadza 
się?  Ten  mąż,  czy  inny,  co  to  za  różnica.  Należy  go 
trzymać pod pantoflem i bez przerwy kontrolować. 

Chciała  krzyknąć,  że  to  nieprawda,  zaprzeczyć  z  całą 

mocą,  odrzucić  idiotyczne  oskarżenie,  które  raniło  ją  jak 
ostrze, ale nie mogła. 

background image

Zacisnęła dłonie, tłumiąc gniew. 
–  Lubisz  to,  prawda?  Myślę,  że  walka  jest  dla  ciebie 

najlepszym sposobem wypoczynku. 

–  W  przeciwieństwie  do  ciebie,  która  od  samego 

początku byłaś małą męczennicą. 

–  Znowu  zaczynasz.  Zawsze  musisz  mi  wbijać  szpile. 

Jesteś  chory,  jeśli  nie  zranisz  mnie  do  krwi.  Dlaczego  to 
robisz, Red? 

–  A  ty?  –  Wsunął  palce  we  włosy  gestem 

znamionującym frustrację i odwrócił się do niej. – Chcesz 
wiedzieć,  dlaczego  to  robię?  Powiem  ci,  Meg.  Ponieważ 
jesteś  jak  ta  zamarznięta  tundra,  której  tak  bardzo 
nienawidzisz.  Czasem  pod  tymi  warstwami  lodu  można 
odnaleźć  coś  wartościowego,  ale  mężczyzna  musi  się 
piekielnie  napracować,  aby  to  wydobyć.  –  Zbliżył  się  o 
krok, a jego twarz wyrażała tysiące sprzecznych uczuć. – 
Są  kobiety,  które  sprawiają  wrażenie  skutych  lodem,  a 
jednak  wewnątrz  płoną  mocno  i  sądzę,  że  czasem  warto 
nad nimi popracować. 

– Jego głos i spojrzenie stały się czułe. Patrzył na nią. 
–  Tylko  w  dwóch  momentach  jesteś  dla  mnie 

prawdziwą  kobietą,  Meg  –  powiedział  rozplatając  jej 
włosy  i  pieszcząc  je.  –  Kiedy  się  kochamy  i  kiedy 
walczymy ze sobą. I myślę, że nawet dla tych momentów 
warto było... – Opuścił ręce i spojrzał na nią zmęczonym 
wzrokiem.  –  Tak  naprawdę  nigdy  nie  osiągnąłem  celu. 
Gdy  myślałem,  że  już  cię  odnalazłem,  gdy  sądziłem,  że 
naprawdę staniesz się moja, nagle natrafiałem na kolejną 

background image

warstwę lodu. 

Chciała  krzyczeć,  że  to  kłamstwo  i  omal  nie 

powiedziała  tego  na  głos.  Była  to  jedna  z  tych  rzadkich 
chwil,  kiedy  oboje  docierali  do  prawdy.  Patrzyli  sobie  w 
oczy  z  pożądaniem,  oczekiwaniem  i  nadzieją,  chociaż 
zdawało  się,  że  wszystkie  nadzieje  są  już  stracone. 
Powinna mu  powiedzieć, co myśli, ale nie  mogła. Nigdy 
nie  miała  dość  odwagi,  aby  się  przed  nim  otworzyć. 
Wymagała  od  niego  dużo,  oczekiwała,  że  będzie 
doskonały. Zawiodła się na nim, tak jak on na niej, i teraz 
było już za późno. 

Zacisnęła  wargi.  Był  obcy.  Miał  mocne  ramiona, 

szeroką  klatkę  piersiową,  emanowało  z  niego  ciepło  i 
spokój.  Tym  wszystkim  ją  wzbogacał,  przenikał  do  jej 
zamkniętego  wnętrza  i  trzymał  przy  sobie.  Wszystko 
mogło ułożyć się inaczej. Dlatego wciąż chciała wrócić do 
Reda,  dlatego  tylko  on  mógł  dać  jej  radość,  mimo  iż 
wcześniej ją ranił. 

Wiatr  wył  nieustannie  wokół  budynku  i  Meg  wciąż 

słyszała  ten  nieprzyjemny  i  przerażający  dźwięk.  Skuliła 
się w nagłym odczuciu chłodu. 

Nie  mogła  dostrzec  jego  oczu,  gdy  powiedziała  nieco 

sztucznym głosem: 

–  Przepraszam  za  to,  co  było.  –  Wykonała  jakiś 

nieokreślony  gest,  jakby  niczego  już  nie  potrafiła 
wyjaśnić. – Nie chciałam cię zranić. 

– Tak – odparł głucho. – Wiem o tym. 
Objął jej szyję czułym gestem i próbował złagodzić ton 

background image

głosu. 

–  Tak,  to  w  końcu  coś  nowego,  nigdy  przedtem  nie 

staczaliśmy bojów o seks. 

–  Zawsze  to  w  tobie  lubiłam,  Red.  –  Usiłowała  się 

uśmiechnąć. 

Pieszczota  jego  palców  stawała  się  powoli  coraz 

delikatniejsza, a w jego oczach pojawiały się na przemian 
tęsknota i rezygnacja. 

Chciała, by ją pocałował. Jeden pocałunek, nic więcej. 

To  by  jej  wystarczyło,  ale  inicjatywa  powinna  wyjść  od 
niego. Nie zrobił jednak żadnego ruchu. 

Po chwili uśmiechnął się cierpko i powiedział ochryple: 
– Do diabła, dziecinko, nigdy nie mieliśmy szansy. 
Jego palce nadal pieściły szyję Meg. Sprawiał wrażenie, 

że w ten sposób pragnie się z nią pożegnać. 

Wycie wiatru zawsze przygnębiało Meg. Nagle w jego 

porywach usłyszała odgłos eksplozji i była pewna, że się 
nie przesłyszała. 

Spojrzała  na  Reda,  który  natychmiast  pobiegł  włączyć 

alarm i wtedy jakiś rozpaczliwy głos krzyknął: 

– Pani Worthington! Red! O Boże, niech ktoś tu szybko 

przyjdzie! 

 

background image

Rozdział 6 

 
Oboje  popędzili  do  wyjścia,  ale  Red  był  szybszy  i  już 

zmagał  się  z  frontowymi  drzwiami,  usiłując  zamknąć  je, 
zanim  silny  wiatr  i  śnieg  zdołają  wedrzeć  się  do  środka. 
Lewis  leżał  na  podłodze  przemarznięty,  z  oszronionymi 
rzęsami, wargi miał zsiniałe, szczękał zębami z zimna. 

–  Szedłem  przez  ulicę  –  wykrztusił.  –  Widziałem  to. 

Stacja pomp... Blue Jay... chciałem wrócić... na pomoc... 

Red  otworzył  okiennice  i  pomimo  śniegu  wpatrzył  się 

w przestrzeń. 

–  Wydaje  się,  że  to  runęło  wprost  na  dach  baru  – 

powiedział twardo. – Jesteś ranny? – zapytał ostro Lewisa. 

Lewis, trzęsąc się konwulsyjnie, zaprzeczył. 
Zanim Red skończył mówić, Meg pobiegła i wyłączyła 

urządzenia  zasilające  Blue  Jay.  Pomimo  obfitości  taniej 
energii  przesyłanej  przez  Carstone,  Maudie  gotowała 
używając  ropy  i  odcięcie  elektryczności  było 
najmniejszym  problemem.  W  drodze  powrotnej  zajrzała 
do  specjalnego  pomieszczenia  i  wyciągnęła  stamtąd 
lampy, zwój sznura i osobiste pakiety bezpieczeństwa. Po 
chwili wróciła do Reda, który wkładał już polarną kurtkę, 
kask  narciarski,  okulary  i  zabierał  się  do  pakowania 
koców. Tymczasem Lewis usiłował wstać. 

– Zostań tutaj – poleciła Meg, rzucając mu koc ze stosu 

leżącego na podłodze. – Wyskakuj z tych mokrych rzeczy 
i sprawdź odmrożenia. Później idź do radiostacji i zobacz, 

background image

czy nie możesz nam w czymś pomóc. 

–  To  chyba  wszystko  –  powiedział  Red,  gdy  pomogła 

mu  umocować  rynsztunek  chroniący  przed  wiatrem.  – 
Jesteś gotowa? – zapytał. 

Skinęła głową, zapinając szczelnie płaszcz z kapturem. 

Włożyła rękawice i podała mu lampę. Bez zbędnych słów 
otworzył przed nią drzwi i oboje znaleźli się nagle wśród 
szalejącej wokół burzy. 

Red,  który  szedł  tylko  o  kilka  kroków  przed  nią, 

wydawał  się  jej  teraz  ledwo  widocznym  cieniem 
zagubionym w tumanach śniegu. Najpierw poczuła zimno 
w  stopach,  a  później  przenikliwy  ból  przeszył  ją  całą. 
Czuła  go  nawet  w  płucach,  gdy  próbowała  oddychać. 
Naciągnęła  więc  mocniej  kaptur  na  głowę.  Wiatr  wciąż 
był  tak  porywisty  i  niebezpieczny  jak  w  chwili,  gdy 
rozwalił  stację  pomp.  W  pewnym  momencie  wydało  się 
jej,  że  zabłądziła,  tracąc  kontakt  z  „liną  życia”. 
Zapomniała,  że  powinna  iść  za  cieniem  Reda,  a 
skoncentrowała się na posuwaniu się do przodu. Myślała 
wciąż  o  tych  ludziach  schwytanych  w  pułapkę.  Ci  na 
zewnątrz mieli niewielką szansę przeżycia. Mogli umrzeć, 
zanim ona i Red dotrą do nich. 

Pragnęła  mocno  zamknąć  oczy,  aby  nie  mogły  jej 

dosięgnąć kłujące żądła wiatru, ale nie miała odwagi; bała 
się,  że  jeśli  to  zrobi,  jej  powieki  pozostaną  zamarznięte. 
Pole  widzenia  miała  tak  ograniczone,  że  nawet  nie 
zauważyła, kiedy Red się zatrzymał. 

Desperacko  mocował  się  z  kawałkiem  metalu 

background image

blokującym  drzwi.  Usiłowała  mu  pomóc,  mocno 
napierając ciałem. Przez jakiś czas walczyli ze śniegiem i 
wiatrem,  który  wprost  rozrywał  im  płuca  i  paraliżował 
mięśnie, ale wreszcie pokonali blokadę. Red przecisnął się 
przez  wąską  szparę  i  otworzył  drzwi,  a  Meg  podążyła  w 
ślad za nim. 

Najpierw  odczuła  wielką  ulgę  spowodowaną  brakiem 

wiatru,  ale  po  chwili  to,  co  zobaczyła,  wywołało  u  niej 
szok.  Światło  sączyło  się  z  okien  i  z  dziury  ziejącej  z 
dachu,  którą  wdzierało  się  przeraźliwe  zimno.  Pokój  był 
gęsty od dymu, a z kuchni wydobywały się języki ognia. 
Stoły, krzesła i stołki były wywrócone, dźwigary zwisały 
niebezpiecznie  z  sufitu.  Błysk  latarki  Reda  wprawdzie 
przebił  mgłę,  lecz  i  tak  trudno  było  cokolwiek  dostrzec. 
Meg usłyszała jęki i nagle zrozumiała. 

Dancer,  Joe,  Gilly,  Maudie,  Shark...  Wszyscy  tu  byli  i 

leżąc  tak  w  dymie  i  ciemności  mogli  wykrwawić  się  na 
śmierć...  Przez  ułamek  sekundy  pomyślała  o  Redzie. 
Przecież on też mógł się tu znaleźć. 

– Hej! – zawołał ktoś. To chyba Gilly. 
– Daj mi rękę! 
Red  zdjął  z  twarzy  maskę,  zrzucił  plecak,  a  Meg 

sparaliżowana strachem sięgnęła do torby. 

– Biorę pierwszy pakiet. Idziemy. 
Uklękła i zaczęła wyciągać zapasowe ubrania. Było ich 

za mało dla wszystkich. Płaszcze, pomyślała. Nikt z nich 
nie miał ze sobą płaszcza, a temperatura wciąż spadała. 

Wstała 

przeszła 

do 

przedsionka, 

gdzie 

background image

przechowywano okrycia. 

– Wszystko w porządku, Red? – zawołała. 
–  Tam  jest  Joe  –  krzyknął  w  odpowiedzi.  –  Jest 

uwięziony pod barem, czy ktoś nie mógłby nam pomóc? 

– Człowieku, w kuchni się pali! – usłyszała jakiś głos. 
A później ktoś inny zawołał: 
– Ratunku! Nie mogę poruszać nogami! 
Na chwilę sparaliżował ją strach. Była gotowa rzucić to 

wszystko  i  uciec.  Trwało  to  jednak  bardzo  krótko. 
Koncentracja myśli i wewnętrzna dyscyplina pozwoliły jej 
przezwyciężyć  kryzys.  Uświadomiła  sobie,  co  należy 
zrobić  w  czasie  podobnej  katastrofy:  udzielić  pierwszej 
pomocy, dostarczyć poszkodowanym schronienia i ciepła, 
ocenić zniszczenia. 

Stawiała stopy nawet nie czując, że idzie po podłodze, 

potknęła  się  o  coś  i  serce  skoczyło  jej  do  gardła,  bo 
zrozumiała, że to ludzkie ciało. Kolana zachwiały się pod 
nią. Promień latarki oświetlał szczupły, znajomy kształt. 

– Nie, mój Boże, proszę, nie... 
Odłamki  gruzu  przygniatały  dziewczęce  ramiona,  a 

blond  włosy  leżącej  postaci  zlepione  były  krwią. 
Wstrzymując oddech, Meg odwróciła ją ostrożnie. 

– Dancer – wyszeptała łamiącym się głosem. 
– A to idiotka. – Usłyszała głos Maudie i zobaczyła łzy 

na  jej  twarzy.  –  Zawsze  musi  się  w  coś  wpakować. 
Kretynka. 

Z  uczuciem  suchości  w  gardle  Meg  pochyliła  się  nad 

dziewczyną. 

background image

– Dancer! – Uderzyła ją w policzek i schwyciła za puls. 

Był  prawidłowy.  –  Dancer!  Otwórz  oczy,  popatrz  na 
mnie... 

Dancer  jęknęła  i  odemknęła  powieki,  patrząc 

nieprzytomnie.  Toczyła  wzrokiem  bez  celu  i  wreszcie 
rozpoznała Meg. 

– Co to za bałagan? – spytała. 
Maudie  uklękła,  położyła  głowę  Dancer  na  swych 

kolanach  i  tak  czekały,  dopóki  Meg  nie  wróciła,  niosąc 
kilka kocy i pakiet bezpieczeństwa. Ledwie obandażowała 
głowę Dancer, znów ktoś wzywał pomocy. Ścisnęła dłoń 
rannej. 

– Muszę już iść, przepraszam... 
–  Idź.  Czuję  się  dobrze.  –  Dancer  drgnęła  dotykając 

czoła. – Zupełnie tak, jakbym miała potężnego kaca. 

Meg spojrzała na Maudie. 
– Zostań i zaopiekuj się nią. 
Maudie  tylko  skinęła  głową  i  Meg  wiedziała,  że 

zostawia przyjaciółkę w dobrych rękach. 

Reese, inżynier z dziennej zmiany, został przygnieciony 

szafą  grającą.  Pobieżne  oględziny  wskazały,  że  może 
mieć złamane żebra. 

–  Nie  mogę  oddychać  –  wyszeptał  ochryple.  Meg 

spróbowała odsunąć szafę, ale mebel nawet nie drgnął. 

–  Trzymaj  się  –  odparła,  równocześnie  myśląc  z 

roztargnieniem,  że  nie  może  sobie  przypomnieć  jego 
imienia.  Pracowała  z  tym  mężczyzną  przez  dwa  lata,  co 
tydzień  podpisywała  listę  płac  i  przecież  powinna 

background image

pamiętać.  –  Zaraz  wrócę  –  powiedziała.  –  Trzymaj  się, 
jakoś cię z tego wyciągnę. 

Rozglądała  się  nerwowo  po  rumowisku,  aż  wreszcie 

znalazła  jakąś  belkę  –  była  to  jedna  z  nóg  stołu 
bilardowego. Usiłowała nią podważyć szafę, ale podniosła 
ją tylko o kilkanaście centymetrów. 

– Reese – zasapała – możesz mi... 
I  nagle  ktoś  znalazł  się  tuż  obok  niej  i  ciężar  stał  się 

lżejszy. 

–  Jestem,  dziecinko  –  powiedział  Red  stęknąwszy 

lekko. Po chwili udało mu się podnieść szafę nieco wyżej. 

– Zobacz, czy nie można go już wyciągnąć – zawołał. 
Meg  uklękła  i  pociągnęła  Reese’a  za  ramiona.  Red 

uniósł szafę jeszcze odrobinę. 

–  Jeżeli  ktoś  kiedykolwiek  będzie  mi  opowiadał 

historyjki  o  przerażonych  matkach  wyciągających  swe 
maleństwa  z  pogruchotanych  samochodów,  to  powiem 
mu,  że  jest  głupim  bucem  –  wyszeptał  klękając  koło 
Reese’a. – To nie ma nic wspólnego ze strachem. 

– Jak się masz, przyjacielu? – spytał. 
– Teraz lepiej. – Reese próbował z pomocą Meg i Reda 

wygramolić  się  spod  szafy.  Jego  twarz  była  blada  i 
skurczona z bólu. 

– Mam tu coś, co cię postawi na nogi. – Red wyciągnął 

płaską butelkę z kieszeni płaszcza i odkręcił zakrętkę. – A 
oto jedna z korzyści bycia uwięzionym w barze. 

–  Nie  musisz  mi  dwa  razy  powtarzać  –  powiedział 

Reese, biorąc butelkę w drżące dłonie. 

background image

– To złagodzi szok – wyjaśnił spokojnie Red i dodał: – 

Powinnaś bardziej uważać na ręce. 

Skinęła głową i zapytała: 
– Co z Joem? 
–  Ma  paskudnie  złamane  nogi.  Gilly  stara  się  je 

unieruchomić. Ugasiliśmy pożar w kuchni. 

– Z Maudie wszystko w porządku. Dancer ma – chyba 

wstrząs  mózgu,  ale  jest  przytomna  –  zrelacjonowała  w 
odpowiedzi. 

Red odwrócił się do Reese’a i zabrał mu butelkę. 
–  Nie  bądź  taki  chciwy,  przyjacielu,  mam  i  innych 

pacjentów. – Poklepał go przyjaźnie po ramieniu. 

– Trzymaj się. Niczego ci na razie już nie trzeba, a my 

musimy jeszcze trochę popracować. 

– Pewnie, Red. Dzięki! 
Meg patrzyła na Reese’a z bezsilnością. 
– Red... 
–  Najdroższa  moja  –  odpowiedział  spokojnie  –  w  tym 

barze  jest  trzydziestu  pięciu  ludzi  i  może  pięciu  z  nich 
potrafi  zrobić  parę  kroków,  większość  jest  ranna. 
Dotychczas 

użyliśmy 

tylko 

dwóch 

pakietów 

bezpieczeństwa. Róbmy dalej, co możemy, i to szybko, bo 
jeżeli temperatura jeszcze trochę spadnie, to nie będziemy 
mieli tu już nic więcej do roboty. Jasne? 

Wiedziała,  że  Red  ma  rację,  ale  przygnębiało  ją 

myślenie  o  Dancer,  Joem  i  Reesie,  którzy  leżąc  tu  mogą 
się  wykrwawić,  a  najbliższy  punkt  medyczny  jest  o 
prawie  dwieście  kilometrów  stąd!  Myślała,  jak  też  w 

background image

końcu poradzą sobie z tym wszystkim. 

– Hej! – zawołał Red, ściskając jej ramię. 
–  To  ja  wysłałam  ich  tutaj  –  powiedziała  cienkim, 

płaczliwym  głosem.  –  Nawet  Dancer,  która  przecież  nie 
chciała iść, ale ja... 

Uścisk Reda nagle stał się bolesny. 
–  Przestań  –  zawołał.  –  To  przecież  był  mój  pomysł, 

pamiętasz? 

Zaczerpnęła  powietrza  i  z  największym  wysiłkiem 

spróbowała się opanować. Popatrzyła na niego. 

– Tak – szepnęła – już w porządku. – I ponieważ wciąż 

patrzył  na  nią  z  niepokojem,  zmusiła  się  do  uśmiechu.  – 
Co za piekielna prywatka! 

– Jesteś moim  małym, dzielnym żołnierzykiem.  – Red 

uśmiechnął się ciepło i odszedł. 

Nie  wiedziała,  ile  czasu  minęło  od  chwili,  kiedy 

przestała pracować. Teraz z nową energią rozdzielała koce 
i  płaszcze,  pomagała  rannym  wydostać  się  z 
niebezpiecznych  miejsc,  unieruchamiała  złamania, 
obdzielając porcją brandy co cięższe przypadki. Mogłaby 
przestać  i  powiedzieć  sobie  –  dość,  a  jednak  w 
poplamionym  krwią  płaszczu  nadal  zajmowała  się  tymi 
silnymi  mężczyznami,  którzy  jeszcze  godzinę  temu 
wyśmiewali się z niej  i chwilami doprowadzali do  szału. 
Teraz,  gdy  widziała  ich  płaczących  z  bólu,  z  pobladłymi 
od  szoku  twarzami,  nie  czuła  się  ani  odrobinę 
szczęśliwsza i oni z pewnością także nie. 

Przestała  już  liczyć  rannych,  przestała  martwić  się 

background image

kolejnymi 

obrażeniami. 

Bez 

zmrużenia 

powiek 

wyciągnęła  dziesięciocentymetrową  drzazgę  z  barku 
jakiegoś  mężczyzny  i  dopiero  później  zaczęła  drżeć.  Na 
szczęście  nikt  nie  został  zabity,  a  przecież  mogło  tak  się 
stać.  Nikt  nie  miał  przeciętych  arterii  ani  złamanego 
kręgosłupa; naprawdę mogło być gorzej. 

Rozejrzała  się  wokół  –  nie  było  już  nikogo,  kto 

potrzebowałby 

natychmiastowej 

pomocy. 

Byli 

zmarznięci,  poranieni  i  oszołomieni,  ale  najgroźniejsze 
rany zostały już opatrzone. 

Red pojawił się tuż obok niej. 
– Jak myślisz, jaka tu jest temperatura? – zapytał. 
Podniosła dłonie do ust i chuchała, aby je rozgrzać. 
– Poniżej pięciu? 
 – Jeszcze nie, ale blisko. 
Spojrzał  na  sufit,  skąd  nie  docierało  już  światło  dnia, 

tylko zimny powiew wiatru i wirujące płatki śniegu. 

– Gdyby udało nam się podeprzeć ten dach i naprawić 

okna,  czy  myślisz,  że  to  pomieszczenie  ogrzałoby  się 
wtedy choć trochę? 

Potrząsnęła przecząco głową. 
–  Nie  ryzykuj.  Za  dużo  zerwanych  przewodów. 

Mogłabym je jakoś połączyć, ale... 

– Za późno – westchnął. – Wygląda na to, że nie mamy 

szansy. 

Meg wiedziała dobrze, że najbardziej niebezpieczna jest 

próba  przeprowadzenia  tych  ludzi  przez  ulicę  podczas 
zamieci. Ona i Red, choć zdrowi, ledwo to przeżyli. 

background image

– Ilu z nich może iść? 
–  Około  połowa,  a  tylko  dwoje  lub  troje  jest  w  stanie 

użyć liny bezpieczeństwa. 

Meg zamyśliła się. 
– Ty i Gilly musicie zbudować nosze, które umieścimy 

między dwoma sznurami jak hamak i za pomocą bloczka 
przeciągniemy na drugą stronę. Wychodzę, aby zawiązać 
drugą linę. 

–  Mylisz  się.  –  Zatrzymał  ją,  gdy  chciała  odejść.  –  Ja 

pójdę i zawiążę tę linę. 

Odsunęła się niecierpliwie. 
– Nawet nie wiesz, co chcę zrobić. 
–  Kochanie  –  odezwał  się  łagodnie  Red.  –  Być  może 

jestem  tylko  małym  chłopcem  z  Arkansas,  ale  myślę,  że 
lepiej  dam  sobie  radę  z  mechanizmem  bloczka.  Oprócz 
tego,  ważę  o  dobre  trzydzieści  kilogramów  więcej  od 
ciebie, więc ja pójdę. Na prawdę porwie cię wiatr, zanim 
zdążysz otworzyć drzwi. 

– Red, pomyśl tylko... – Chciała mu powiedzieć, że na 

zewnątrz  panuje  zamieć,  ale  to  zabrzmiałoby  głupio.  Po 
prostu bała się, że Red mógłby zostać ranny, a to byłoby 
straszne.  Nie  chciała,  aby  wychodził,  ale  nie  wiedziała, 
jak go zatrzymać. 

– Pójdziemy razem – powiedziała nagle. 
– Megan! 
–  Daj  spokój,  Red.  –  Włożyła  rękawice.  –  Idziemy. 

Musimy  działać  wspólnie.  To  jedyny  sposób,  żeby  nie 
zginąć  w  czasie  takiej  burzy.  Zawsze  to  powtarzałam 

background image

moim chłopcom, więc zamknij się i chodź. 

– Meg! – Objął ją. 
Skrzywiła  się  gniewnie, ale  słowa protestu  uwięzły  jej 

w gardle. Uświadomiła sobie, jak piękna jest twarz Reda i 
jak  bardzo  jej  bliska.  Chciałaby  móc  oglądać  ją  zawsze. 
Znajome wargi, ogorzała od wiatru skóra, napięta silnie na 
kościach  policzkowych,  zmierzwione  brązowe  loki 
ocieniające czoło, orzechowe oczy – tak czułe i rozumne. 
Ta  twarz  należała  do  niej,  twarz  jedynego  mężczyzny, 
jakiego kiedykolwiek kochała. 

Dotknął delikatnie palcami jej policzków. Patrzył na nią 

w  takim  skupieniu,  jakby  ta  ich  bliskość  była  czymś 
najważniejszym  w  świecie.  Długo  upajał  się  tą  chwilą, 
zanim wreszcie pocałował Meg. 

To  był  czuły,  subtelny  pocałunek.  Słodki  koncentrat 

ciepła  i  rozkoszy.  Zatopili  się  w  sobie  nawzajem.  Ich 
oddech stał się wspólny. Ten pocałunek niósł w sobie tyle 
miłości i wyzwolenia, że Meg zagubiła się w nim. Czuła 
się  tak,  jakby  wystawiła  twarz  na  ostatnie  promienie 
zachodzącego słońca. Objęła dłońmi jego kark i w ułamku 
sekundy  uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  go  kocha. 
Naprawdę była teraz żoną Reda. Nikt nigdy i nigdzie nie 
umiał kochać się tak wspaniale, jak ich dwoje. 

Nie  chcieli  przerywać  tego  pocałunku,  który  wydawał 

się trwać wieki. Stali razem objęci ciasno i patrzyli sobie 
w oczy. 

– Ten pocałunek – powiedział miękko – niech idzie na 

konto naszej wspólnej pracy. 

background image

Odsunęli się od siebie gwałtownie. Potrzebowali trochę 

czasu, aby znów stawić czoło burzy. 

 

background image

Rozdział 7 

 
Z pomocą Lewisa udało im się zainstalować bloczek w 

niecałe  pół  godziny.  Najgorsza  była  walka  z 
obezwładniającym  zimnem  i  śniegiem,  który  miejscami 
sięgał  im  do  kolan.  Meg  była  zirytowana  faktem,  że 
pracownicy  ośrodka  nie  zostali  wyposażeni  w  polarne 
kombinezony.  O  tej  porze  roku  wykonywano  mało  prac 
na zewnątrz i nikt nie pomyślał, że mogą być potrzebne. 

W drodze powrotnej przywiązali się do „liny życia”, tak 

jak  to  czynią  alpiniści.  W  ten  sposób  chcieli 
przetransportować rannych. 

Zostawili  Lewisa  przy  korbie  bloczka  i  wysłali 

pierwszą  ofiarę  wypadku  w  bezpieczne  miejsce.  Tylko 
pięcioro spośród ciężko poszkodowanych można było bez 
ryzyka  przetransportować  w  czasie  burzy.  Maudie,  Meg, 
Lewis, Red i Gilly pracowali kolejno przy korbie bloczka, 
zmieniając  się  co  dziesięć  minut.  Te  zmiany  były 
konieczne  nie  tylko  ze  względu  na  bardzo  niską 
temperaturę,  ale  także  dlatego,  że  wiatr  i  śnieg 
spowalniały proces myślenia. Każda minuta w tym białym 
i  lodowatym  świecie  wydawała  się  godziną  i  już  po 
krótkim  czasie  ogarniało  człowieka  poczucie  zagubienia. 
Meg  wciąż  musiała  sobie  przypominać,  co  powinna 
zrobić.  Myślała  też,  że  śmierć  przez  zamarznięcie  musi 
być  najgorszym  rodzajem  umierania.  A  przecież  mogła 
ich spotkać w tych warunkach. 

background image

Bała  się  nie  tyle  własnej  śmierci,  ile  drżała  na  myśl  o 

tym,  że  inni  mogliby  umrzeć.  Przerażała  ją  chwila 
wysyłania  noszy  w  drogę.  Był  to  jej  pomysł, 
wstrzymywała  więc  oddech  za  każdym  razem,  gdy 
podnoszono je do góry i przypinano do „liny życia”. Cała 
konstrukcja  wydawała  się  tak  krucha,  chwiejna  i 
prowizoryczna. Wszystko to nie powinno sprawdzić się w 
praktyce, ale jednak się sprawdziło. Liny nie pękły, wiatr 
ich  nie  splątał,  ofiary  nie  wypadły  z  noszy  i  jedna  po 
drugiej zostały uratowane. 

Było  już  po  piątej,  kiedy  ostatnia  osoba  została 

bezpiecznie  przetransportowana.  Wokoło  panowały 
nieprzeniknione  ciemności,  a  śnieg  na  podłodze  był 
prawie  tak  głęboki  jak  na  zewnątrz,  mimo  iż  Maudie 
próbowała  go  usuwać,  a  drzwi  otwierano  tylko  na  kilka 
sekund.  Wiatr  szalał  bez  przerwy  i  Meg  zaczęła  myśleć, 
że już nigdy nie będzie jej ciepło. 

Niebawem ratownicy opadli z sił i stali się równie słabi, 

jak pozostający pod ich opieką ranni. Było to widoczne na 
ich  twarzach  i  w  ich  zesztywniałych  ruchach,  gdy 
zdejmowali  ubrania  i  sprawdzali  odmrożenia.  Meg  nie 
była  wyjątkiem,  ale  stały  dopływ  adrenaliny  utrzymywał 
ją w formie. Wiedziała, że prawdziwa robota dopiero  się 
zacznie. 

Poleciła  Maudie  zagrzać  wodę  i  wysuszyć  koce,  a 

Lewisa  poprosiła,  aby  usiadł  przy  radiu.  W  części 
budynku  przeznaczonej  na  szpital  włączyła  mocne 
ogrzewanie,  tak  jednak,  by  nie  przekroczyć  granicy 

background image

bezpieczeństwa.  Nie  interesowała  się  uszkodzeniami 
systemu  zasilania,  ale  nie  miała  wystarczającej  liczby 
ludzi  zdolnych  do  utrzymania  w  porządku  urządzeń 
pracujących z maksymalną wydajnością dla całej osady. 

Wielu  rannych  mogło  chodzić  i  szukało  miejsca  tylko 

po  to,  aby  przez  chwilę  odpocząć.  Poważniej 
poszkodowanym  Red  i  Gilly  robili  wygodne  posłania  na 
sofach, krzesłach i kocach rozłożonych na podłodze. Meg 
doglądała  chorych,  przemywając  im  rany  i  opatrując 
odmrożenia. 

–  Przydałoby  się  więcej  środków  antyseptycznych  – 

rzuciła w przestrzeń, ale nikt jej nie usłyszał. 

– I coś w rodzaju bandaży. 
–  Zachowujesz  się  jak  prawdziwa  pielęgniarka.  Nie 

wiedziałem,  że  masz  w  sobie  tyle  opiekuńczości  – 
powiedział Red. 

Meg  spojrzała  na  niego  i  już  nie  pierwszy  raz  tego 

popołudnia  pomyślała,  jaką  przyjemność  sprawia  jej 
patrzenie na niego. Twarz Reda była posiekana wiatrem i 
naznaczona  wyczerpaniem.  Czoło  i  ręce  nosiły  ślady 
zadrapań i Meg uświadomiła sobie, że jest równie podatny 
na fizyczne cierpienia, jak i ona. Jego obecność w samym 
środku  tego  piekła,  jakie  się  wokół  niej  dziś  rozpętało, 
dodawała jej sił. 

–  Tu  gdzieś  powinien  być  karton  pełen  spirytusu 

salicylowego.  Widziałam  go  w  zeszłym  tygodniu. 
Poszukaj  i  zobacz,  czy  nadaje  się  do  użycia.  Przydałoby 
się też trochę wody utlenionej – powiedziała. 

background image

– Rozkaz, szefie. – Red wstał. 
–  Będziemy  potrzebowali  środków  przeciwbólowych. 

W przypadku złamań ból stale narasta i jeżeli chorzy nie 
otrzymają leków uśmierzających, doznają szoku – zwrócił 
się Gilly wprost do Reda. 

– Meg popatrzyła na niego i zauważyła z zaskoczeniem, 

że zachowuje się tak, jakby jej tu nie było. 

– Mam trochę morfiny w  moim pakiecie ratunkowym. 

Niedużo.  Na  pewno  nie  starczy  dla  wszystkich,  ale...  – 
odpowiedział Red poufnym głosem. 

–  Przynieś  ją  –  zgodził  się  ponuro  Gilly.  –  Chodzi  tu 

przede wszystkim o Joego. Z nim jest najgorzej. 

Meg wstała i podeszła do nich. 
– O co chodzi? Co za morfina? Co chcecie zrobić? 
–  Umożliwić  niektórym  przeżycie  –  szepnął  Red  z 

jakimś dziwnym uśmieszkiem. 

Meg odwróciła się teraz do Gilly’ego. 
–  Przecież  nie  możesz  tak  sobie  chodzić  i  rozdzielać 

wszystkim wokół morfinę... 

– Gilly był felczerem na statku – przerwał jej łagodnie 

Red. – Nie wiedziałaś o tym? Więc radzę ci, powierz mu 
reżyserię tej części widowiska. 

Meg znów spojrzała na Gilly’ego. Przecież powinna to 

o  nim  wiedzieć,  mogłaby  wtedy  lepiej  wykorzystać  jego 
obecność tutaj. 

– Tak, dobrze. Wiem, że możecie mi wiele pomóc. 
– Gdy powiedziała te słowa, odczuła wielką ulgę. 
Red położył jej na ramieniu ciężką rękę. 

background image

– Pozwól mu działać swobodnie, Meg. 
Mówił  głosem  łagodnym  i  wyciszonym,  ale  wciąż 

widziała  płomień  w  jego  oczach.  Speszona,  spuściła 
wzrok i odwróciła się do Gilly’ego. 

–  Mam  tu  jeszcze  aspirynę  i  trochę  środków  do 

tamowania krwotoków. 

– To pewnie wszystko, co powinniśmy mieć – zgodził 

się z pewną ironią. 

Podniosła głos i krzyknęła na cały pokój: 
– No dobra, kto ma narkotyki? 
Pokasływania  i  szmery  ucichły  i  ponad  tuzin  oczu 

spojrzało  na  nią.  Kątem  oka  dostrzegła  Reda  i  Gilly’ego 
uśmiechających się z niedowierzaniem. 

–  No  prędzej,  panowie  –  wołała  niecierpliwie.  –  Nie 

powiecie  mi  chyba,  że w  takiej  dużej grupie  nikt  nie  ma 
ani  odrobiny  prochów.  Potrzebujemy  tego,  więc 
wywróćcie kieszenie. Może coś się znajdzie. 

W dziesięć minut później Gilly trzymał już pół butelki 

diazepamu  i  pewną  ilość  psychotropów,  a  także  kilka 
fiolek  penicyliny.  Razem  z  bezcenną  morfiną  leki  te 
stanowiły  zabezpieczenie  i  mogli  już  w  miarę  spokojnie 
oczekiwać nadejścia pomocy. 

–  Dobra  robota,  szefowo  –  rzucił  w  przestrzeń  Gilly  i 

Meg  z  zaskakującą  przyjemnością  zauważyła,  że  po  raz 
pierwszy powiedział jej coś miłego. 

Doglądając  rannych  Gilly  rzeczywiście  pomógł  Meg, 

ale niezbędna była tu interwencja lekarza. Poszkodowani 
leżeli  we  wspólnym  pokoju,  na  korytarzu  i  w  biurze, 

background image

słowem  wszędzie.  Szczęśliwcy,  którzy  mieli  tylko 
złamane  ręce  lub  żebra,  chodzili  ostrożnie  i  robili 
wszystko, aby pomóc innym, ale wokół słychać było jęki 
bólu i należało obawiać się paniki. Wciąż dął wiatr i padał 
śnieg.  Co  będzie,  jeśli  pomoc  nie  nadejdzie  w  porę?  A 
jeżeli  stan  rannych  się  pogorszy?  Takie  miejsce  jak 
Adinorack  mogło  być  odcięte  od  świata  przez  tygodnie. 
Jak poradzą sobie bez pomocy lekarza? 

Meg uklękła przy Dancer i podała jej kubek kawy. 
–  To  od  Maudie  –  powiedziała  zmuszając  się  do 

uśmiechu. 

Dancer  siedziała  na  podłodze,  a  biel  bandaży  na  jej 

czole potęgowała jeszcze bladość twarzy. 

– Czuję się głupio, siedząc tutaj bezczynnie – szepnęła 

biorąc kubek. – Właściwie powinnam wziąć się w garść i 
pomóc wam, ale gdy próbuję się podnieść, mam wrażenie, 
że dostaję świra. 

– Masz wstrząs mózgu – uspokoiła ją Meg. 
–  Powinnaś  odpoczywać.  Niczego  nie  musisz  teraz 

robić. 

– Taak. – Dancer rozglądała się wokół ponuro, dopóki 

jej oczy nie spoczęły na Joem leżącym na sofie. Trząsł się 
pod  stertą  koców,  a  jego  twarz  była  pobladła  i 
konwulsyjnie skrzywiona z bólu pomimo leków, jakie dał 
mu  Gilly.  Rzucał  głową  i  majaczył  w  półprzytomnej 
drzemce. 

– Jest taki miły, a oberwał najgorzej ze wszystkich, nie? 

– powiedziała ze spokojem Dancer. 

background image

Meg mogła tylko skinąć głową. 
– Zawsze go lubiłam. Jakieś złe fatum ciąży nad twoimi 

chłopcami.  –  Zadrżała,  gdyż  kolejny  poryw  wiatru 
wstrząsnął budynkiem. 

–  O  Boże!  –  zawołała.  –  Jak  ja  nienawidzę  tego 

miejsca. 

– To nie jest pierwsze miejsce, do którego próbowałam 

uciec – powiedziała Dancer. 

Meg uśmiechnęła się z zainteresowaniem. 
– Co cię tu sprowadziło? 
– Pewien facet. – Wzruszyła ramionami. – Sądziłam, że 

dzięki niemu moje marzenia się ziszczą, jednak tak się nie 
stało.  Porzucił  mnie  na  tym  pustkowiu,  nawet  bez  biletu 
autobusowego. Oto historia mego życia. 

– Nie pomyślałaś nigdy, aby wrócić do domu? 
–  zapytała  Meg  i  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  nie 

wie,  gdzie  jest  ten  dom.  Przez  dwa  lata  traktowała  ją 
nieomal  jak  przyjaciółkę,  a  nawet  nie  wiedziała,  skąd 
Dancer pochodzi. Tutaj nie mówiło się o przeszłości. 

– Myślałam o tym czasami. Wiesz, to zabawne. Krótko 

po twoim przyjeździe tutaj coś zaczęło się jakby zmieniać. 
Nie  dlatego,  aby  to  miejsce  zaczęło  mi  się  wydawać 
lepsze,  ale  jakby  stało  się  mniej  realne.  Czy  wiesz,  co 
chcę powiedzieć? 

Meg  rozglądała  się  po  pokoju  i  wreszcie  odnalazła 

Reda,  który  rozdzielał  brandy  wśród  grupy  mężczyzn  z 
rękami na temblakach. 

–  Tak,  sądzę,  że  wiem  –  mruknęła  w  odpowiedzi  i 

background image

lekko klepnęła przyjaciółkę po kolanie. 

–  Siedź  tutaj  i  odpoczywaj,  ale  nie  próbuj zasnąć.  Daj 

mi znać, jak będziesz czegoś potrzebowała. 

Dancer skrzywiła się drwiąco. 
–  Dziewczyno,  tego,  czego  ja  naprawdę  potrzebuję,  ty 

nie możesz mi dać. 

Meg roześmiała się. 
Zrobiła może dwa kroki, kiedy poczuła nagły skurcz w 

nodze. Był tak silny, że aż krzyknęła głośno i oparła się o 
ścianę, aby nie upaść. 

– Hej, Meg, co się stało? – zawołała przerażona Dancer. 
– Nic, nic – odpowiedziała zduszonym głosem, masując 

napięty  mięsień.  –  To  się  zdarza  koniom  wyścigowym, 
głupstwo. 

–  Pewnie  tak.  –  Red  objął  Meg  w  pasie,  gdy  pomagał 

jej usiąść. 

–  Powinnaś  zawsze  chronić  nogi  przed  zimnem  w 

czasie  forsownych  ćwiczeń  –  mruknął.  Usiadł  – 
naprzeciwko Meg  i położył jej nogi na swoich  kolanach. 
Jego  zwinne  i mocne  palce  ugniatały  skurczony  mięsień. 
Westchnęła z bólu i próbowała odsunąć jego ręce. 

– Przestań, to jest okropne. 
– Wiem. 
Zacisnęła wargi, aby się nie rozpłakać. Zdjął jej buty, a 

potem zaczął masować talię i biodra. 

– No widzisz, to przynosi ulgę. Gdzie jest twoja ciepła 

bielizna? – zapytał niespodzianie. 

–  W...  śmietniku  –  szepnęła,  czyniąc  jeszcze  jedną 

background image

bezowocną próbę pozbycia się jego rąk. 

– A twoja? 
– Noszę ją, nie zauważyłaś tego? 
Kiedy 

indziej 

byłaby 

zakłopotana, 

ponieważ 

rzeczywiście tego nie zauważyła. 

– Może powinienem przynieść ci gorący ręcznik? 
– zapytał. 
– Nie. 
Położyła  nogi  na  jego  udach,  a  Red  nadal  delikatnie 

masował jej talię. 

– Powinnaś się wstydzić. Jak można wyjść na zewnątrz 

w takim ubraniu? Generał byłby niezadowolony z ciebie. 

Skurcz  powoli  ustępował  i  Meg  z  ulgą  przymknęła 

oczy.  Sprawne  ręce  Reda  przyniosły  wreszcie  uczucie 
ulgi. 

–  Generał  byłby  niezadowolony  z  wielu  rzeczy  – 

odpowiedziała. 

– A jak tam palce? – Zdjął jej skarpetkę. – Odmrożone? 
Trzymał jej stopę w dłoniach i powoli rozcierał. 
–  Do  licha!  Masz  najzimniejsze  nogi  ze  wszystkich 

kobiet, które znałem. 

Po  chwili  zaczął  masować  również  drugą  stopę  Meg. 

Chciała  zaprotestować,  ale  nie  mogła.  To  było  takie 
niezwykłe. 

Masował  jej  kostki,  gładził  palce.  Nigdy  przedtem  nie 

zaznała podobnego uczucia. Przyjemność spłynęła na nią 
jak  ciepła  fala.  Musiała  walczyć  ze  sobą,  aby 
powstrzymać jęk rozkoszy. 

background image

–  Czuję  się  winna  –  szepnęła  po  chwili.  –  Powinieneś 

poświęcić swój czas bardziej potrzebującym. 

– Dziecinko, nie chciałabyś chyba wynająć mnie, abym 

masował stopy tym wszystkim facetom. 

Rozśmieszył ją; nagle poczuła, że jest im dobrze razem 

i wydawało się jej, że zawsze tak było. 

Przymknęła  oczy,  myśląc,  że  wszystko,  co  było  dobre 

między nimi, zdarzało się w najbardziej nieoczekiwanych 
momentach.  Wspomnienie  niemiłego  poranka  zatarło  się 
już w jej pamięci. 

Szkoda byłoby zniszczyć ich związek. 
Z zamyślenia wyrwał ją głos Reda. 
–  Ktoś  musi  stąd  wyruszyć  po  zapasy.  To,  co  mamy, 

nie wystarczy na długo. 

– Byle nie ty! 
Niespodziewana  twardość  w  jej  głosie  nie  zaskoczyła 

go. Patrzył cierpliwie. 

– Więc kto? Kogo chcesz posłać? 
– Nie wiem, kto mógłby pójść, ale... nie ty. Zrobiłeś już 

wystarczająco dużo. 

Ten  upór  był  dziecinny  i  naiwny,  nie  potrafiła  się 

jednak pohamować. 

– Nie pójdziesz stąd nigdzie – powtórzyła stanowczo. 
Spuścił oczy. 
– Myślę, że możemy zaczekać jeszcze trochę. Nikt nie 

będzie głodny tej nocy, a rano może wiatr się uspokoi. 

Ponownie spróbowała się odprężyć. 
– Jakie są ostatnie wiadomości radiowe? – spytała. 

background image

Wciąż  trzymał  w  dłoniach  jej  stopy.  Czuła  przyjemne 

ciepło. 

–  Burza  uszkodziła  połączenia.  Lewisowi  jakiś  czas 

temu  udało  się  wywołać  Chicago,  ale  nie  mógł  złapać 
Brownsville. 

–  Masz  potargane  włosy.  Powinnaś  się  uczesać.  – 

Uśmiechnął się do niej. 

– Ty też nie wyglądasz najlepiej, zuchu. 
Chciałaby  pozostać  z  nim  na  zawsze,  szczęśliwa, 

uspokojona i rozgrzana ciepłem jego ciała. 

Cieszę się, że tu jesteś, Red, pomyślała. Co ja bym bez 

ciebie zrobiła? 

Nie mogła się zmusić, aby mu to powiedzieć. 
Otworzyła oczy i delikatnie wysunęła stopy z jego rąk. 
– Będzie lepiej, jeżeli zajrzę do urządzeń kontrolnych. 

Temperatura  jest  bardzo  wysoka,  a  nie  życzylibyśmy 
sobie chyba wybuchu bezpieczników. 

– Zmień skarpetki – powiedział wstając. 
– Tak, mamusiu. 
– Meg... 
Pogładził  delikatnie  jej  brzuch.  Zarumieniła  się  i 

odwróciła  twarz.  Chciała  odczytać  w  jego  oczach  ukrytą 
intencję tego gestu. 

Potrząsnął tylko głową i posłał Meg obojętny uśmiech. 
– Wracaj do pracy. 
Zgromadzeni  we  wspólnym  pokoju  zabrali  się  do 

kolacji. Jedzenie skutecznie przytłumiało niepokój, a Meg 
najbardziej  bała  się  paniki.  Ktoś  znalazł  kasetowy 

background image

magnetofon i dookoła słychać było dźwięki muzyki heavy 
metal. Ten hałas drażnił jej nerwy, ale pozostałych chyba 
uspokajał. 

Usiadła na sofie obok Joego i próbowała go nakarmić. 

Bardzo cierpiał, a na dodatek martwił się o swój nadajnik 
radiowy. 

– Ktoś tam jest cały czas – uspokajała go. 
– Oczywiście, jesteś niezastąpiony, ale mimo to... 
– Co za próżniak ze mnie – mruknął i wtulił się znów w 

poduszki.  –  Naprawdę  mi  przykro,  pani  Worthington  – 
wymamrotał. 

Jego  skóra  była  zbyt  chłodna,  a  przecież  zrobili  dla 

niego  wszystko,  co  było  możliwe...  Był  taki  młody. 
Powinien  znajdować  się  teraz  w  domu  z  rodziną. 
Bezpieczny  na  swojej  farmie  i  myślący  tylko  o 
dziewczynach  i  samochodach.  Co  on  tu  robi,  co  my 
wszyscy tu robimy? 

Czuła  na  sobie  oczy  Reda.  Gdy  się  odwróciła, 

spostrzegła, że jego twarz ma dziwny wyraz. 

–  Wiesz,  czego  mi  najbardziej  brak?  –  spytał  faceta 

siedzącego obok. – Zapachu węgla drzewnego. Pamiętam 
ten  zapach,  unosił  się  wokół  grilla  przy  ulicy  Czwartego 
Lipca.  Przypomniał  mi  się,  kiedy  przyniosłeś  ten  stek. 
Tutaj stek nigdy nie pachniał jak należy. 

–  Do  licha,  zjadłbym  gorącego  hot-doga  –  powiedział 

jego kumpel. 

– A mnie najbardziej brakuje kąpieli w basenie – podjął 

wątek ktoś inny. – W tym stanie nie ma nawet przyzwoitej 

background image

kałuży. 

 –  Tęsknię  za  kuchnią  mojej  żony  –  szepnął  Gilly, 

patrząc niepewnie znad łyżki z potrawką. – To jest to, co 
utraciłem. 

Meg przyjrzała mu się uważnie. 
– Jesteś żonaty? 
Wyglądał  na  zaskoczonego  nie  pytaniem,  lecz 

dźwiękiem jej głosu. 

– Pewnie. – Odsunął potrawkę. 
– Gdzie ona jest? Dlaczego... 
Gilly wzruszył ramionami. 
–  Nie  mogłaby  przecież  tkwić  tu  ze  mną  przez  całą 

zimę.  Potrójna  zapłata  to  prawdziwa  pokusa  –  dodał.  – 
Myślę,  że  w  przyszłym  roku  będziemy  już  sobie  mogli 
pozwolić na mały dom w Fernando Valley. 

–  Znam  ten  dom  i  zamierzam  sobie  kupić  podobny 

obok – zażartował ktoś. 

Spacerowali rozmawiając o swoich marzeniach, o tym, 

co zostawili gdzieś daleko. 

Meg  słuchała  zdumiona.  Fragmenty  życia  tych 

mężczyzn,  z  którymi  pracowała  przez  dwa  lata,  ożywały 
w  jej  wyobraźni,  tworząc  obraz  ludzkiego  losu.  Shark 
został wylany z West Point. Reese pracował przedtem w 
NASA.  Większość  tych  mężczyzn  było  żonatych,  wielu 
miało  dziewczyny  w  rodzinnych  stronach.  Przyjechali  tu 
dla  pieniędzy,  to  prawda,  ale  znaleźli  coś  więcej.  Północ 
przyciągała  ludzi  specjalnego pokroju,  tych, którzy  lubili 
żyć  w  samotności  i  niewygodach,  czasem  na  granicy 

background image

bezprawia.  Czerpali  z  tego  dziwną  satysfakcję.  Wszyscy 
byli  skłóceni  z  życiem,  uparci  i  niezależni  duchem,  nie 
było  dla  nich  żadnych  autorytetów.  Ten  gatunek  ludzi 
mógł tutaj przetrwać. Ona i Red byli właśnie tacy. 

Dancer dotknęła ramienia Meg. 
–  Dlaczego  nie  pójdziesz  czegoś  zjeść?  Ja  z  nim 

posiedzę. 

Patrzyła  na  Dancer  i  próbowała  stłumić  niespokojne 

myśli. 

– Jesteś pewna, że temu sprostasz? 
–  Mogę  siedzieć  równie  dobrze  tu,  jak  gdzie  indziej  – 

odpowiedziała biorąc od niej talerz z potrawką. – Dam mu 
jeść, jak się obudzi. Idź już! 

Red zauważył wychodzącą Meg, ale nie poszedł za nią. 

Nie  wiedział,  czy  zatrzyma  się  w  jakimś  przytulnym 
kąciku, w którym mogliby kontynuować rozmowę. 

I  ty  myślisz,  że  znasz  kobiety,  wyrzucał  sobie.  Meg 

Forrest  była  jedyną  kobietą,  jaką  chciał  poznać.  Przez  te 
ostatnie dwa lata poznał ją lepiej niż kogokolwiek. Wciąż 
go  jednak  zaskakiwała.  Przypatrywał  się,  gdy  przed 
chwilą  słuchała  wynurzeń  tych  wszystkich  mężczyzn  i 
zauważył,  że  po  raz  pierwszy  zaczęła  wnikać  w  siebie. 
Nie zdziwiła go jej opiekuńczość i ten szczególny rodzaj 
czułości,  którą  okazywała  rannym.  Znał  tę  stronę 
charakteru  Meg,  chociaż  rzadko  ją  objawiała.  Wiedział 
też,  że  często  próbowała  ukrywać  swoje  emocje. 
Zaskoczyła  go  jej  bezbronność.  To  było  coś  zupełnie 
nowego.  Obserwował  pobladłą  ze  zmęczenia  twarz  i 

background image

przygarbione  ramiona  Meg.  Wydała  mu  się  nagle 
niezwykle  samotną  istotą,  kiedy  przysłuchiwała  się 
dowcipom  i  żartom.  Nigdy  nie  widział  takiej  Meg.  I 
obserwując  ją,  zapragnął  znaleźć  jakiś  dyskretny  kącik  i 
pochwycić ją w ramiona. Trzymać w objęciach tak długo, 
aż znów stanie się silna. 

Nie wytrzymał i poszedł za nią do kuchni. 
Meg wiedziała, że jest znów przy niej, ale nie obejrzała 

się; zmywała naczynia. 

– No  tak  – powiedział.  –  Przestałaś  być  pielęgniarką  i 

stałaś się gospodynią. Jakie jeszcze talenty ukrywasz? 

– Mógłbyś coś zrobić z tą muzyką? – spytała. 
– Doprowadza mnie do szału. 
– Nie udawaj, lubisz głośną muzykę. Podnosi ciśnienie 

i powoduje gwałtowny przypływ adrenaliny. 

–  Myślę,  że  mam  wystarczająco  dużo  adrenaliny  we 

krwi. Wyłącz magnetofon i połóż tych ludzi spać. 

– O czym teraz myślisz? – Roześmiał się. 
Odwróciła się i spojrzała na niego. 
– Jak ty to robisz? – spytała poważnie. – Przeżyliśmy tę 

katastrofę, wszyscy są chorzy i wycieńczeni, a ty mimo to 
zmusiłeś ich do śpiewu. 

Oparł biodro o ladę. 
–  Nie  wiem  –  odpowiedział.  –  Chyba  mam  wrodzony 

talent. 

Pokręciła głową z niedowierzaniem. 
–  Nie  znam  tych  chłopców.  Mieszkam  tu  z  nimi  dwa 

lata i nic o nich nie wiem. Ty wiesz o nich wszystko. 

background image

– Hołdujemy różnym stylom życia, to wszystko. 
– Wzruszył ramionami. 
–  Nie,  to  coś  więcej  –  szepnęła.  –  Ukończyłam  kursy 

menedżerskie, wiem, jak powinnam postępować z ludźmi, 
ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę w stosunku 
do nich zastosować te reguły. 

– Nie przejmuj się – powiedział z uśmiechem. 
– Bardzo trudno jest wniknąć do męskiego świata. 
Robisz to lepiej od innych kobiet. To właśnie jest jedna 

z  cech,  za  którą  cię  lubię.  Spróbowała  odpowiedzieć  mu 
uśmiechem. 

–  Jedynie  ty  zawsze  akceptowałeś  mnie  taką,  jaką 

jestem. 

Patrzył na nią czule i wyraźnie pragnął przedłużyć ten 

moment między nimi, chwilę prawdy. 

– Nic się nie zmieniło. 
Kuchnia była ciasna i wciąż musieli ocierać się o siebie. 

Oboje  czuli  przypływ  pożądania  i  oboje  bali  się  tego 
uczucia. 

Meg wytarła ręce w chusteczkę. 
–  Lewis  powinien  coś  zjeść,  zastąpię  go  przy 

radiotelefonie. 

–  Kochanie,  nikogo  nie  wywołasz  teraz  przez  radio.  – 

W jego głosie usłyszała przygnębienie. – A nawet jeśli to 
zrobisz,  to  po  co?  Medevac  nawet  nosa  nie  wyściubi, 
dopóki  burza  nie  minie.  Co  zamierzasz  osiągnąć, 
dzwoniąc do piechoty morskiej? Tatuś nie przybędzie na 
ratunek, uwierz mi. 

background image

Spojrzała na niego, ale była zbyt zmęczona, aby okazać 

gniew. 

– Tatuś jest w armii – powiedziała. 
– Wiem. 
– Dlaczego właściwie tak go nienawidzisz? Przecież go 

nawet nie poznałeś. 

–  Wcale  nie,  nienawidzę  tylko  krzywdy,  jaką  ci 

wyrządził,  zmuszając  do  myślenia,  że  jesteś  lepsza  niż 
wszyscy. 

Patrzyła skonsternowana, jakby chciała coś powiedzieć, 

lecz brakowało jej słów. Czuł, że za chwilę może nastąpić 
przełom  w  ich  wzajemnych  stosunkach  i  nie  był  pewny, 
czy naprawdę tego pragnie. 

Nagle  silny  wiatr  wtargnął  przez  żaluzję  okienną, 

zrzucając  szklanki  i  pojemniki  z  przyprawami  stojące  na 
parapecie. Nastrój prysł. 

–  Boże,  jak  ja  nienawidzę  wiatru  –  powiedziała  Meg, 

kierując się w stronę drzwi. 

– Oczywiście, że go nienawidzisz, jest bowiem jednym 

z niewielu zjawisk, nad którymi nie potrafisz zapanować. 

Rzuciła mu ostre spojrzenie i spróbowała go wyminąć. 
– Hej. – Wziął ją za rękę i wyjął czekoladki z kieszeni. 

– Zjedz. Szykuje się długa noc, będziesz potrzebować sił. 

Patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Wzięła  czekoladkę  i 

wyszła. 

 

background image

Rozdział 8 

 
Red uklęknął obok Dancer, która trzymała na kolanach 

głowę Joego i pieszczotliwie gładziła jego włosy. 

– Jak on się czuje? 
–  Jest  spokojniejszy.  Gilly  dał  mu  jakiś  środek 

uśmierzający. 

Cisza  panowała  w  całym  budynku.  Przyciemniono 

światła i ci, którzy mogli usnąć, spali. Maudie drzemała za 
biurkiem  z  głową  opuszczoną  na  piersi.  Nawet  Gilly 
zasnął. Red nie widział Meg od kilku godzin. 

Dancer  spojrzała  w  kierunku  radiostacji  i  uśmiechnęła 

się. 

–  Ta  kobieta  opętała  cię,  no  nie?  Popatrzył  na  swój 

kubek z kawą. 

– Nie wiem, o czym mówisz. 
– Zrobiłeś poważny błąd przyjeżdżając tutaj. 
– Przeciągnęła się lekko i pogładziła dłońmi biodra. 
–  Kiedy  dziewczyna  trzyma  cię  już  w  garści,  to  nie 

należy pozwolić, aby zacisnęła pięść. 

– Nie jestem pewien, czy masz rację – odpowiedział. 
– Oczywiście, że mam. Co zaszło teraz między wami? 
– To niepotrzebne pytanie. – Wzdrygnął się. 
– Nie, sterczałeś tu półtora roku. Na pewno masz jakieś 

zamiary. 

– Mam. 
– Więc? 

background image

Red długo patrzył na nią. 
– Powiedz mi, Dancer, co każe kobietom wychodzić za 

mąż,  a  później  próbować  zmienić  charakter  tego 
mężczyzny.  Czy  nie  mogłybyście  poślubić  od  razu 
właściwego chłopaka, tego, którego naprawdę pragniecie? 

– Mogłabym o to samo zapytać mężczyzn. – Wzruszyła 

ramionami. – Myślę, że nie mamy wyboru. 

–  I  ja  sądzę,  że  nie.  –  Spuścił  wzrok.  –  Ona  ma 

idiotyczne  pomysły.  Chce,  żebym  został  pilotem 
handlowym  albo  nauczycielem  w  szkole  latania,  kimś... 
Do  diabła,  gdybym  chciał  to  robić,  nie  ruszałbym  się  z 
Arkansas.  Starałem  się  jej  to  wszystko  wytłumaczyć, 
zanim odszedłem. 

–  Chciała  ci  uwić  gniazdko.  Kobiety  zawsze  o  tym 

marzą. 

Był zaskoczony, nigdy nie myślał o Meg jako o istocie 

wijącej gniazda. 

– O nie! To nie było tak – zaprzeczył bezwiednie. 
–  Niemądry  jesteś  –  zawołała  niecierpliwie  Dancer.  – 

Wszyscy  jesteście  niemądrzy.  Bóg  wie,  że  nie  jesteście 
wcale  tacy  dobrzy,  ale  jeśli  kobieta  zamierza  mieć 
gniazdo, mężczyzna bierze się do jego budowy. Tak to już 
jest. 

Znów  potrząsnął  głową,  rozbawiony  i  trochę 

zirytowany. 

–  No  dobrze,  ale  jeśli  tak  jest,  to  wybrała  sobie 

niewłaściwego ptaka. Nie chciałem jej pozwolić... 

– Obciąć sobie skrzydeł? 

background image

– Właśnie tak. 
– Mam dla ciebie dobrą wiadomość, słodziutki. Ona już 

o tym wie. – Uśmiechnęła się. 

Popatrzył na nią przeciągle i wstał. 
– Na razie, Dancer. 
Ponownie  napełnił  kubek  kawą  i  udał  się  w  stronę 

radiostacji.  Lewis  spał,  a  i  Meg  pewnie  się  zdrzemnęła. 
Nie chciał jej zakłócać snu. Położył śpiwór na podłodze i 
ostrożnie otworzył drzwi pokoju radiowego. 

Siedziała  przy  biurku,  z  głową  podpartą  rękami.  Jej 

włosy  opadały  w  dół,  skrywając  twarz.  Nie  spała  i 
natychmiast, gdy wszedł, odrzuciła głowę do tyłu. 

– Coś ci przyniosłem. – Podał jej kubek kawy. 
– Dzięki. – Jej głos był aż ochrypły ze zmęczenia. 
–  I  to.  –  Rzucił  śpiwór.  –  Jeżeli  chcesz  odpocząć,  to 

posiedzę przy radiu. 

Przełknęła odrobinę kawy i skrzywiła się. 
– Co to jest? Smakuje jak burbon. 
– Zgadłaś. Przyniosłem ci mały prezent od Maudie. 
– Jesteś okropny. 
– Wiem. – Usiadł na brzegu biurka. – Ale nie wiadomo, 

co ci się jeszcze przydarzy tej nocy. 

Przechyliła się w tył wraz z krzesłem i zaplotła ręce na 

karku. 

– Co słychać u poszkodowanych? 
– Większość zasnęła. Jaka temperatura? 
– Trzydzieści trzy poniżej zera. 
– Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. 

background image

– Jaki? 
–    –  Mała  przechadzka  przy  świetle  księżyca,  aby 

odświeżyć umysł. 

Jej wargi rozchylił niespodziewany uśmiech. 
– Nie ma księżyca. Wstał i podszedł do okna. 
– Nawiązałaś z kimś kontakt? Potwierdziła skinieniem 

głowy. 

–  Niedawno  złapałam  Little  Creek,  ale  są  w  takiej 

samej  sytuacji  jak  my.  Niestety,  nie  ma  nowej  prognozy 
pogody. 

–  Gdzie  są  ci  wspaniali  mężczyźni,  kiedy  ich 

potrzebujesz – zamruczał. – Podniósł żaluzję i wpatrywał 
się  w  ciemną  przestrzeń  tak  uporczywie,  jakby  chciał  ją 
przewiercić wzrokiem. – Czy wiesz – rzekł w zamyśleniu 
– że gdybym mógł wznieść się ponad pokrywę chmur... 

– Nie – powiedziała szybko Meg. 
– Teraz jeszcze nie, ale wiatr przycicha już chwilami. 
–  Tutaj  może  tak,  ale  kto  wie,  co  się  dzieje  o  parę 

kilometrów  stąd?  Zresztą  nie  wiesz,  jak  się  zachowa 
metalowy sprzęt w takiej temperaturze. 

–  Daj  spokój,  Meg,  ja  wiem,  co  potrafi  mój  samolot. 

Latałem w niższych temperaturach. 

– I straciłeś maszynę. 
– Przecież znów wystartowałem, prawda? 
–  Zapomnij  o  tym,  Red.  –  Zacisnęła  ręce  na  kubku  i 

całe  zmęczenie  nagle  ją  opuściło.  –  To  nie  jest  wyjście, 
więc nie myśl o tym. 

Stał odwrócony do okna i nie odpowiadał. Meg wolno 

background image

piła kawę, licząc, że burbon pomoże jej się rozluźnić, ale 
tak  się  nie  stało.  Dlaczego  nie  próbuje  wyperswadować 
Redowi  jego  idiotycznych  pomysłów?  Zawsze  robił,  co 
chciał  i  nie  zważał  na  jej  argumenty.  Nie  mogła,  nie 
potrafiła go kontrolować. 

Wreszcie  odezwała  się,  próbując  przybrać  zasadniczy 

ton. 

– Czy myślisz, że był kiedyś czas, gdy nie walczyliśmy 

ze sobą? 

Odwrócił się. 
– Nie, pamiętam jedynie, że pierwszego dnia, gdy cię tu 

przywiozłem, tuż po wyjściu z samolotu usłyszałem kilka 
niecenzuralnych słów. 

Uśmiechnęła się na to wspomnienie. 
–  Byłeś  maniakiem.  Myślałam,  że  chcesz  zabić  nas 

oboje, ten twój sposób latania... 

–  Wydałaś  mi  się  tak  apodyktyczną  osobą,  a  przecież 

zupełnie nie znałaś się na tych sprawach. Chciałem zrobić 
na tobie wrażenie. 

– I udało ci się. 
O tak. Zrobił na niej wrażenie. Zaledwie w dwadzieścia 

godzin od chwili, gdy jej stopa dotknęła „ziemi Carstone”, 
leżała  już  naga  w  ramionach  Reda  i  to  było najlepsze  ze 
wszystkiego.  Sześć  tygodni  szczęścia  i  niezliczone 
potyczki  później.  Prosił,  aby  została  jego  żoną.  Nie 
przyszło jej na myśl, że mogłaby zrobić coś innego. 

–  Chociaż  mówią,  że  walka  dobrze  robi.  Odświeża 

atmosferę – powiedział Red podchodząc do niej. 

background image

– Nie sądzę, aby nam służyła. Przecież postanowiliśmy 

się rozwieść. 

Podniósł kubek Meg i napił się z niego. 
– Ale żadne z nas nie nabawiło się wrzodów żołądka. 
 –  Wspaniale.  –  Osunęła  się  na  krzesło.  –  Jeśli  chcesz 

zachować zdrowie, rozwiedź się. 

Jego  oczy  patrzyły  łagodnie  z  jakąś  wewnętrzną  siłą. 

Nie  pragnęły  jej  osądzać  ani  przekonywać  o  niczym, 
niczego też nie oczekiwały. 

Odwróciła wzrok. 
–  Przyzwyczaiłam  się  być  dobra  we  wszystkim.  Nie 

lubię  sprawiać  zawodu  –  powiedziała  przytłumionym 
głosem. 

– Ja też tego nie lubię. – Spuścił oczy. 
– A małżeństwo nie spełniło mych oczekiwań. 
– Czego się spodziewałaś? – Spojrzenie Reda stało się 

czujne i pełne ciekawości. 

Meg  musiała  chwilę  się  zastanowić  i  była  zaskoczona 

prostą odpowiedzią, która nagle nasunęła się sama. 

–  Nie  jestem  pewna,  ale  sądzę,  że  wyobrażałam  sobie 

ten  związek  jako  bardziej  cywilizowany.  Poprzez 
obserwację moich rodziców małżeństwo kojarzyło mi się 
z koktajlami o szóstej i obiadami o ósmej... 

– A nie z gorącym seksem na podłodze w pralni? 
Meg musiała być bardziej zmęczona, niż mogła to sobie 

uświadomić, gdyż roześmiała się serdecznie. 

–  Racja.  A  moja  mama  zawsze  przestrzegała  zasad 

etykiety. 

background image

Wytrzeźwiała  już  trochę  i  patrząc  na  Reda  z 

zainteresowaniem, szepnęła: 

– A czego ty oczekiwałeś? 
– Gorącego seksu na podłodze w pralni – odpowiedział 

bez  wahania.  Rozejrzał  się  po  pokoju,  jakby  szukał 
odpowiedzi.  –  Nigdy  nie  chciałem  małżeństwa  z  byle 
powodu. 

– Ja także nie. 
Wypił łyk kawy. 
– Domyślam się, czego oczekuje większość mężczyzn. 

Szukają miejsca, do którego mogliby wracać. Kogoś, kto 
chciałby na nich czekać. 

Zmarszczył brwi, stojąc tak z kubkiem kawy w rękach. 

Myślał o tym, czego właściwie oczekiwał od Meg. Chciał 
być dla niej najważniejszy na świecie, pragnął, aby trwała 
obok niego i dawała mu poczucie sensu życia. 

Westchnęła zmęczona. 
– Nigdy nie myśleliśmy o tym, jakie powinno być nasze 

małżeństwo.  Gdybyśmy  zastanowili  się  chociaż  przez 
minutę,  wiedzielibyśmy,  że  to  nie  takie  trudne.  Żadne  z 
nas  nie  miało  nawet  nieśmiałego  pomysłu  na  wspólne 
życie. 

–  Być  może  postępowaliśmy  ze  sobą  zbyt  brutalnie  – 

powiedział  Red  wolno.  –  Być  może  –  wbił  wzrok  w 
podłogę  –  małżeństwo  jest  niczym  więcej,  niż  piciem  z 
tego samego kubka. – Uśmiechnął się. 

Wstał, świadomy wahania w oczach  Meg  i położył jej 

rękę na ramieniu. 

background image

– Idź i zdrzemnij się trochę, ja cię zastąpię. 
W odpowiedzi usłyszał jej opanowany głos. 
–  Dzięki,  ale  nie  mogę  zasnąć.  Muszę  jeszcze  uporać 

się  z  paroma  sprawami;  zaraz  wrócę.  Nie  ma  powodu, 
abyśmy oboje czuwali przez całą noc. 

Meg  przeszła  cicho  przez  pokój  pełen  śpiących  ludzi, 

starając  się  nie  obudzić  nikogo.  Dancer  spała  z  głową 
Joego  na  swoich  kolanach;  wydawali  się  tak  spokojni, 
jakby spoczywali w najwygodniejszym łóżku. Kilka osób 
pozdrowiło  ją,  gdy  przechodziła.  Niektórzy  nawet  się 
uśmiechali.  Nie  ma  to  jak  katastrofa,  pomyślała,  nic  nie 
zbliża  ludzi  bardziej.  Zastanawiała  się  uporczywie  nad 
wszystkim, co się wydarzyło przez kilka ostatnich godzin. 
Szczególnie nad tym, co zaszło między nią a Redem. 

Ich  małżeństwo  było  katastrofą,  jeden  kryzys  za 

drugim,  ustawiczna  burza  i  bunt;  lepiej  funkcjonowali  w 
stanie  zagrożenia.  Być  może  nie  było  w  tym  nic  złego, 
pomyślała. 

Chciała  być  teraz  sama,  z  pewnością dobrze  zrobiłoby 

jej trochę zimna, ma zbyt gorącą głowę. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  w  Redzie  pociągają  ją 

najbardziej wady, a przynajmniej wiele kobiet nazwałoby 
te  cechy  wadami  –  jego  upór,  dzika  niezależność, 
szorstkość,  która  niektórym  mogła  zdawać  się 
brutalnością.  Zawsze  wiedziała,  czego  może  się 
spodziewać i niczego nie musiała przed nim ukrywać. Czy 
to  wszystko  było  wystarczającym  fundamentem 
małżeństwa? 

background image

Weszła  do  maszynowni.  Było  tu  ciepło,  a  rytmiczna 

praca maszyn dawała poczucie bezpieczeństwa. 

Dlaczego  wciąż  próbuje  znaleźć  odpowiedzi  na  te 

pytania? Czy jeśli uświadomi sobie, co było złego między 
nimi, to uratuje coś z ich związku? Czy nie jest na to za 
późno? 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wiele złego jest już 

poza nimi i że niektóre z tych złych rzeczy były po prostu 
jej urojeniami. 

Gdy  analizowała  tę  fatalną  listę  błędów,  doszła  do 

wniosku, że można by wypełnić nimi specjalny małżeński 
poradnik. Nie mieli ze sobą nic wspólnego i zarazem byli 
zbyt  podobni  do  siebie.  Ich  cele  i  wartości  skrajnie  się 
różniły. Ona nie mogła żyć w tym strasznym miejscu, a on 
nie potrafił stąd odejść. Miała tyle kompleksów, o których 
do  tej  pory  nie  mogła  z  nim  nawet  porozmawiać.  Nigdy 
nie dał jej szansy. 

Co  było  złego  w  ich  związku?  Obopólna  walka,  lęk, 

gdy odchodził, wściekłość zmieszana z namiętnością, gdy 
był blisko. Żyła z tym wszystkim i kochała go na przekór 
temu. Kochała tak bardzo. Opuścił ją, zanim była gotowa 
pozwolić  mu  odejść.  Nie  mogła  mu  tego  wybaczyć.  To 
właśnie  dlatego  miłość  zamieniła  się  w  nienawiść. 
Przynajmniej tak jej się wydawało. 

– Och, Red – szepnęła bezgłośnie. – Cóż za bałagan. 
Rozejrzała  się po pokoju  i  poczuła  lekkie ukłucie  żalu 

na  wspomnienie  porannej  rozmowy  z  Dancer.  Ta 
dziewczyna  uzmysłowiła  jej,  jak  wiele  z  siebie  będzie 

background image

musiała  tutaj zostawić. To było niewygodne, bo przecież 
naprawdę  chciała  opuścić  to  miejsce.  Wykonała  kawał 
dobrej  roboty,  nie  tej,  oczywiście,  na  którą  podpisała 
kontrakt. Przede wszystkim udoskonaliła generator; nigdy 
nie  miała  takiego  poczucia  twórczej  wolności  w 
Waszyngtonie.  Uniemożliwiały  jej  to  przymiarki  u 
krawców,  spotkania  o  dziesiątej  wieczorem,  sterylne 
laboratoria i nie kończąca się biurokracja. 

O Boże, pomyślała. Chyba oszalałam jak wszyscy tutaj 

i właśnie zaczynam to lubić. 

W podobny sposób pomyślała o Redzie. 
Jej życie było proste do dzisiejszego ranka. Wiedziała, 

dlaczego  stąd  odchodzi  i  wierzyła,  że  jej  wybór  jest 
słuszny, ale teraz... nawet szum maszyn, który zawsze był 
przyjazny,  zmienił  się.  To  było  miejsce  pracy,  a  nie 
schronienie, maszyny są tylko maszynami, niczym więcej. 
Zamknęła oczy walcząc z natłokiem myśli. 

– O co chodzi? – wyszeptała. – On się nigdy nie zmieni, 

więc dlaczego nie pozwala mi odejść? 

Ponieważ wie, że go kocha, tak ślepo i desperacko jak 

wtedy,  gdy  spotkała  go  po  raz  pierwszy.  To  było  proste. 
Kochała mężczyznę, który zmusił ją do miłości w spiżarni 
u  Maudie.  Kochała  człowieka,  który  podporządkował 
sobie  tylu  wystraszonych  rannych  ludzi  i  pozwolił  im 
zapomnieć  na  chwilę  o  kłopotach.  Podziwiała 
nieustraszonego  pilota  i  czułego  kochanka.  Pragnęła  go 
nawet w gorączce gniewu, kiedy mówił do niej w okrutny 
sposób.  Kochała  go  dziko,  –  beznadziejnie  i  nie  chciała 

background image

już dłużej panować nad  tym uczuciem. Niech wypełni ją 
całą i odnajdzie się w biciu jej serca. 

Kiedy  wróciła  na  górę,  Lewis  i  Gilly  nie  spali. 

Spojrzała  przelotnie  na  Gilly’ego  i  gdy  Lewis 
zadeklarował  chęć  dyżurowania  przy  radiostacji, 
zaprotestowała. 

– Idź spać – rzekła miękko. – Ja się tym zajmę. 
Weszła  do  kabiny  radiooperatora,  zamykając  za  sobą 

drzwi. 

Red rozłożył śpiwór w rogu pokoju i siedział na nim. Z 

jego  twarzy  nie  dało  się  odczytać  żadnych  uczuć. 
Zobaczyła tylko, że wkładał fotografie do pudełka. 

– Kontrolujesz mnie? – zapytał. 
– Myślę, że to mogłoby być niegłupie. Uniósł brwi. 
–  Sprawdzanie  tego,  co  robię,  o  to  ci  chodzi?  Czy 

myślisz, że mógłbym opuścić swój posterunek? 

Nie  słychać  nic  nowego.  –  Wskazał  gestem  radio.  – 

Sądzę, że wszyscy po prostu śpią. 

Popatrzyli  na  siebie  i  Meg  poczuła  bicie  własnego 

serca. 

– O czym myślisz? – spytała. 
– Mam ci powiedzieć prawdę? Przytaknęła. 
Odchylił głowę w tył i uśmiech rozjaśnił jego twarz, był 

pełen współczucia i trochę zakłopotany. 

–  To  brzmi  szaleńczo,  ale  myślałem  o  twojej  skórze, 

jest  taka  gładka  i  elastyczna,  a  twój  brzuch  jest  tak 
przyjemnie  zaokrąglony.  Właśnie  o  tym  myślę.  – 
Przymknął oczy. – Pewnie zwariowałem. 

background image

Wstał  i  powiesił  kurtkę  na  haku,  przysłaniając  nią 

zamarznięte okno. Meg odwróciła się i zamknęła drzwi na 
zasuwkę. 

Powoli  ściągnęła  sweter.  Red  patrzył  na  nią,  gdy 

rozpinała biustonosz. Temperatura w pokoju sprawiła, że 
przeszedł  ją  dreszcz  zimna.  Podeszła  do  Reda  i  uklękła 
między  jego  nogami.  Powoli  zaczął  gładzić  ciało  Meg. 
Pieścił  ramiona,  piersi  i  biodra,  a  jego  oczy  błyszczały  z 
podniecenia. 

–  Kochanie  –  powiedział  łagodnie.  –  Czy  nie 

popełniamy znów tego samego błędu? 

– Prawdopodobnie. 
Wsunęła palce pod kołnierzyk jego koszuli i westchnęła 

głęboko,  czując  ręce  Reda  na  swych  piersiach.  Masował 
sutki  Meg,  najpierw  delikatnie,  później  coraz  bardziej 
niecierpliwie. 

– Red – wyszeptała. – Rozbierz się. 
– Mam zdjąć wszytko? 
– Do najmniejszego drobiazgu. 
Zupełnie nadzy patrzyli sobie bezwstydnie w oczy. 
Nogi Reda oplatały biodra Meg, a dłonie niecierpliwie 

obrysowywały  kształt  jej  ciała.  Ogarnęła  ją  słodka 
gorączka.  Czuła  język  Reda  muskający  jej  sutki  i  palce 
pieszczące  ledwo  zarysowującą  się  wypukłość  brzucha. 
Rozgrzana  z  podniecenia  odbierała  pocałunki  na  skórze 
niczym dotknięcie rozpalonego żelaza. Jak cudownie być 
małżeństwem. Jak wspaniale jest czuć, że twój kochanek 
uważa cię za najwspanialszą dziewczynę na świecie! Jak 

background image

dobrze  wiedzieć,  że  tylko  on  jeden  zna  twoją  tajemnicę 
rozkoszy, on jedyny daje ci szczęście. Wie, jak to zrobić i 
w  każdej  jego  pieszczocie  odczuwasz  zaskoczenie,  jak 
gdyby dotknął cię po raz pierwszy w życiu. 

Zanurzyła  palce  w  jego  włosach,  przesuwała  je  po 

szorstkich  policzkach  Reda,  wodziła  językiem  po  jego 
szyi.  Bliskość  ukochanego  doprowadzała  ją  do 
szaleństwa,  zaciskała  desperacko  dłonie  wokół  jego 
jędrnych pośladków i w tej samej chwili obojgiem targnął 
spazm rozkoszy. Ich usta spotkały się teraz w namiętnym 
pocałunku. 

Kiedy był już w niej, zapragnęła gwałtownie wyjść mu 

naprzeciw.  Stał  się  jej  tak  bliski,  jak  nigdy  przedtem. 
Rozkosz  narastała  z  porażającą  siłą;  wstrzymała  oddech 
wpijając paznokcie w jego ramiona. 

– Czy tak jest dobrze? – zapytał. 
W odpowiedzi mogła tylko skinąć głową. 
Dotyk  Reda  stał  się  teraz  pełen  uwielbienia.  Czuła 

wewnątrz narastającą twardość. Pogrążał się w niej coraz 
głębiej, brzuchem mocno uciskał jej łono. Padła bez sił w 
jego objęcia, oddychając coraz słabiej. 

– Meg – wyszeptał. – Meg. 
Przez  długi  czas  kołysali  się  wzajemnie  w  ramionach, 

naprawdę złączeni. Wszystko, co było nim, stało się teraz 
nią.  Przeniknęli  się  wzajemnie  i  zdawali  się  myśleć,  że 
było  tak  zawsze,  że  nigdy  nie  będzie  inaczej.  Nic  nie 
mogło  już  teraz  spotęgować  łączącej  ich  bliskości.  Nie 
musieli  nic  robić,  wystarczyło,  że  trzymali  się  razem, 

background image

połączeni  przez  ciała  i  serca.  Meg  wypełniła  niebiańska 
radość  i  pozwoliła  jej  tak  trwać  w  oczekiwaniu  na 
spełnienie. 

Rozplótł jej włosy i nie spiesząc się gładził je, bawił się 

nimi, a ona z czułością dotykała jego twarzy. 

Nagle  przywarli  do  siebie  mocniej,  z  jakąś  gwałtowną 

chciwością.  Zaczął  poruszać  się  w  niej  szybkimi 
pchnięciami.  Tulił  ją  w  ramionach,  aż  ostry  dreszcz 
przeniknął jej ciało i przez chwilę widziała wyraz triumfu 
na  jego  twarzy,  zanim  ogarnęły  ją  oszałamiające  fale 
rozkoszy. 

Ułożył  Meg  na  śpiworze,  którym  okrył  ich  oboje. 

Mogła czuć bicie jego serca, ciepło jego ciała i rytm jego 
oddechu. 

Była  bezbronna,  a  zarazem  mocniejsza  niż 

kiedykolwiek  przedtem.  Jak  mogła  nawet  pomyśleć,  że 
potrafiłaby żyć bez niego! Bez niego była nikim, cieniem 
osoby,  którą  mogła  się  stać  trwając  przy  nim,  i  dlatego 
właśnie tak trudno było pozwolić mu odejść. 

Podniosła  na  niego  oczy  z  wyrazem  pełnym  bólu  i 

miłości, pragnęła go bardzo i już nie usiłowała tego ukryć. 

–  Red  –  szepnęła.  –  Nigdy  nie  byłam  twarda,  to  tylko 

strach. 

Spojrzał na nią. 
– Co, kochanie? – Delikatnie odsunął kosmyk włosów z 

jej policzka. – Czym się martwisz? 

–  Tym,  że  kocham  cię  za  bardzo,  pożądam  zbyt 

gwałtownie... tym, że cię stracę. 

background image

W odpowiedzi przytulił ją jeszcze mocniej. 
– Nigdy więcej nie zabieraj mnie do swego samolotu – 

powiedziała nie patrząc na niego. – Kiedy byłam z tobą w 
samolocie,  czułam,  jakby  ta  część  twojego  życia  nie 
należała do mnie. Byłam poza nią i to mnie przeraziło. 

Słyszała jego ciężki oddech, długo milczał, a po chwili 

odpowiedział ochryple: 

–  Ja  też  chyba  się  bałem.  Zamknęła  oczy,  skrywając 

łzy. 

– Och, Red, co będzie z nami? 
Całował  jej  palce,  mocno  trzymając  je  w  swoich 

dłoniach, ale nic nie odpowiedział. Meg również milczała. 

 

background image

Rozdział 9 

 
Myślał,  że  Meg  już  zasnęła,  więc  ostrożnie  wstał,  aby 

zgasić  światło.  Leżała  na  boku,  włosy  opadały  jej  na 
twarz.  Róg  śpiwora  zakrywał  jej  nogi  i  biodra,  górna 
część  ciała  pozostawała  odsłonięta.  Przez  chwilę  patrzył 
na  nią,  podziwiając  jej  urodę.  Wyraźnie  zaznaczone 
wcięcie w talii podkreślało smukłość ciała. Ramiona miała 
umięśnione  i  delikatne  zarazem.  Przecież  pracowała 
fizycznie  w  tak  ciężkich  warunkach  i  nawet  czasem 
zapominała, że jest kobietą, nie przychodziło jej po prostu 
do głowy, że wielu silnych mężczyzn mogłoby jej pomóc. 
I  kiedy  Red  uświadomił  sobie,  z  kim  ma  do  czynienia, 
skonstatował  z  przerażeniem  i  podziwem  równocześnie, 
że spotkał na swej drodze szczególną kobietę. 

Nie  mógł  uwierzyć,  że  pozwolił  jej  odejść.  Nie 

wyobrażał sobie jednak, co należałoby teraz zrobić, aby ją 
zatrzymać. 

Położył się w śpiworze obok Meg, delikatnie otaczając 

ją  ramieniem.  Nie  słychać  już  było  wycia  wiatru;  burza 
ucichła.  Jeszcze  kilka  dni  temu  można  było  bezpiecznie 
odlecieć stąd samolotem, ale teraz stało się to niemożliwe. 

Myślał  o  wszystkim,  co  należałoby  zmienić,  ale  jak 

dotychczas  zmienił  się  tylko  wewnętrznie  on  sam.  Był 
bardziej  pusty,  bardziej  obolały  i  przerażony.  Nie  będzie 
umiał jej zatrzymać. Wiedział o tym od pierwszej chwili, 
od kiedy ujrzał ją na pasie startowym w Juneau, rzucającą 

background image

szybkie rozkazy i zajętą urzędowymi sprawami. Już wtedy 
poczuł, że nigdy naprawdę nie zdobędzie tej kobiety. 

Nawet po tej ostatniej nocy, kiedy odszedł, nie myślał, 

że  to  już  koniec.  Wciąż  szukał  pretekstu,  aby  wrócić, 
każdego  tygodnia,  każdego  dnia,  ale  walczył  z  tym 
pragnieniem,  do  chwili  gdy  przysłała  mu  wiadomość,  że 
chce się rozwieść. Wtedy zaczął pić i pił przez długi czas. 
Musiał  przekonywać  siebie,  że  tak  jak  jest,  jest  dobrze. 
Czy ktokolwiek mógł wiedzieć, że nigdy tak naprawdę nie 
byli  mężem  i  żoną,  że  od  razu  wykopali  topór  wojenny? 
Miał  swoją,  dobrze  chronioną,  intymną  sferę  życia  bez 
Meg.  Uwolnił  się  od  niej  i  nareszcie  mógł  zacząć 
wszystko  od  nowa.  Tylko  że  bez  niej  nie  było  sensu 
zaczynać niczego. 

Zdawał sobie sprawę, jakie błędy popełnili oboje. Przez 

sześć miesięcy w bezsenne noce rozpamiętywał je, gryząc 
się  nimi,  złorzecząc  sobie  i  Meg.  Oboje  byli  egoistami, 
upartymi  i  myślącymi  zawsze  po  swojemu.  Byli  jak 
nieokiełznane konie, każde z nich ciągnęło w swoją stronę 
z tą samą dziką, niepohamowaną determinacją. Nie mogli 
żyć  bez  siebie,  ale  ostatnim  krokiem,  na  jaki  winni  się 
zdecydować, było małżeństwo. 

Małżeństwo, które niczego nie zmieniło. Chciała odejść 

stąd,  gdy  tylko  otrzymała  bilet  powrotny.  Jak  mógł 
wybłagać  zmianę  decyzji?  Jej  życiem  był  Waszyngton, 
jego  –  Adinorack.  Wciąż  nie  mógł  jej  dać  tego,  czego 
pragnęła,  a  Meg  nigdy  nie  potrafiła  zrozumieć,  na  czym 
mu naprawdę zależy. 

background image

Nie  było  wyjścia.  Ich  sprawy  wydawały  się  teraz 

jeszcze  bardziej  skomplikowane  niż  wczoraj,  miesiąc 
temu  czy  rok  temu.  Dlaczego  właściwie  miałby  nie 
pozwolić jej odejść? 

– Red – powiedziała cicho. 
Spojrzał na nią zastanawiając się, jak długo już mu się 

przygląda.  Pokój  był  lekko  oświetlony  zieloną  poświatą 
bijącą od radiostacji, jej oczy były spokojne, błyszczące, a 
skóra  lśniła  w  świetle  księżyca.  Pomyślał,  że  nigdy  nie 
będzie umiał wyrazić, jak bardzo podziwia jej urodę. 

–  Śpij  –  szepnął  muskając  jej  włosy.  –  Jesteś 

wyczerpana. 

–  Nie  spałam.  I  ty  też  nie.  Uśmiechnął  się  w 

ciemnościach. 

– Jestem mężczyzną i jakoś to wszystko zniosę. 
– Bajki opowiadasz. – Próbowała wstać, ale natrafiła na 

jego delikatny opór. 

– Zostań przez chwilę, może ktoś tutaj cię potrzebuje. 
– Brzmi to podejrzanie – zamruczała sennie. Usadowiła 

się  naprzeciwko  niego  kładąc  ręce  na  jego  biodrach  i 
zrobiła to w jakiś ciepły, delikatny sposób. 

– Co cię rozbudziło? – zapytał. 
Zawahała  się.  Jej  głos  brzmiał  niepewnie  i  wydawało 

się, że jest trochę spięta. 

–  Zastanawiałam  się,  czy  nie  moglibyśmy  znów  się 

kochać. 

Red odwrócił się i spojrzał jej w oczy. 
–  Megan  –  powiedział  spokojnie.  –  Chcę  cię  o  coś 

background image

zapytać i pragnę usłyszeć prawdę. 

Była czujna, ale wytrzymała jego spojrzenie. 
– Czy kiedy mnie poślubiłaś, chciałaś, abym zbudował 

ci gniazdo? 

– Co? 
– Koktajle o szóstej, obiad o ósmej – dodał. 
– Czy tego oczekiwałaś? 
Potrząsnęła przecząco głową. 
–  To  nie  jest  gniazdo,  to  klatka.  Znasz  mnie  chyba 

dobrze. 

–  Nie  –  odpowiedział  wolno.  –  Zaczynam  myśleć.  że 

nigdy  nie  wiedzieliśmy  o  sobie  tych  najważniejszych 
rzeczy. Czego pragniesz, najdroższa? – nalegał. 

– Powiedz mi to teraz. 
Przymknęła oczy, pieszcząc jego ramiona. 
–  No,  może  nie  musi  to  być  gniazdo  –  odpowiedziała 

miękko.  –  Może  wystarczy  żerdź.  Wiesz,  takie  miejsce 
zabezpieczone przed burzą. 

– A ja wprowadzam burzę do domu. 
Znów zaprzeczyła. 
– Nie, Red. Naprawdę bezpiecznie czułam się jedynie z 

tobą. Byłeś kimś, kogo zawsze mogłam być pewna. 

Red  uświadamiał  sobie  z  wolna,  że  i  on  czuł  się  obok 

niej  bezpieczny.  Aż  do  tej  chwili,  nigdy  nie  było  to  dla 
niego ważne. 

Dotykała  jego  rzęs  wargami,  a  te  muśnięcia  były  jak 

pocałunki motyla. 

– Teraz ty odpowiedz na moje pytanie. 

background image

– Jakie? – Uśmiechnął się. 
–  Czy  kiedykolwiek  jeszcze  będziemy  się  znów 

kochać? 

Rozsunął jej nogi i wśliznął się w nią. 
– Czasami – mruczała, obejmując go mocno – życie jest 

takie proste. 

Nie  potrafił  jej  się  oprzeć.  Uczucie  pożądania 

wypełniało  mu  mózg,  wzbierało  w  żyłach  i  napinało 
mięśnie.  Pragnął  zatopić  się  cały  w  tym  pragnieniu. 
Zawsze płonął, gdy myślał o niej, zawsze był gotów. 

Całował jej czoło, oczy i policzki. 
– Czy kiedykolwiek mówiłem ci, jak wspaniale jest być 

w tobie? 

–  To  coś  cudownego,  gładkie  jak  atłas  i  gorące  jak 

ogień – wyszeptała. 

– Zawsze myślę, że już lepiej być nie może. 
Ręka  Meg  błądziła  po  jego  pośladkach,  piersiach, 

karku. Czuła, że jej dotknięcie parzy mu skórę. 

Uniósł  się  trochę  na  rękach,  aby  móc  na  nią  patrzeć. 

Światło  w  jej  oczach,  miękkość  jej  ciała  działały  jak 
alkohol.  Widział  swoją  rozkosz  odbijającą  się  w 
tęczówkach Meg. Chciał odczuwać to samo co ona, chciał 
stawać  się  tym,  kim  była  ona  i  pragnął,  aby  to  trwało 
wiecznie.  Naturalne  rytmy  ich  ciał  zlały  się  w  jedno.  I 
kiedy  wreszcie  potężny  spazm  targnął  jego  ciałem, 
zatracił  się  w  niej  zupełnie.  Wszystko,  o  czym  myślał, 
czego  pragnął,  wszelkie  swoje  słabości  i  tajemnice 
ofiarował w tym momencie Meg. 

background image

Była  niewiarygodnie  gładka,  gdy  tak  przytulał  ją  do 

siebie. 

– Kocham cię, Red – wyszeptała. 
–  Wiem  –  odpowiedział,  a  w  jego  głębokim 

westchnieniu  zawierała  się  i  radość,  i  rozpacz.  – 
Próbowałem przestać cię kochać, ale Bóg mi świadkiem, 
nie mogę. 

Dotknęła palcem warg Reda. 
– Rozumiem – szepnęła czule. Zsunęła rękę i objęła go 

za  szyję.  Zamknęła  oczy  i  po  krótkiej  chwili  zapadła  w 
sen. Red zasnął również. 

 
Dźwięki dobywające się z radia były jak przytłumiony 

szum dalekiego oceanu. Meg pogrążyła się w marzeniach 
o  białej  piaszczystej  plaży  i  lazurowej  wodzie.  Ciepło 
promieni  słonecznych  pieściło  jej  skórę  i  przeświecało 
pomarańczowo przez zamknięte powieki. Red leżał obok 
niej, czuła jego nagie uda tuż przy swoich. Słyszała jego 
spokojny,  równy  oddech  i  wyobrażała  sobie,  że  oboje  są 
zupełnie nadzy na tej całkiem opustoszałej plaży... 

Nagle  zbudziła  się.  Usiadła  wsuwając  ramiona  w 

rękawy  koszuli  Reda.  Owinęła  się  nią  i  automatycznie 
przeszła przez pokój, zanim na dobre zdała sobie sprawę, 
że  dźwięki,  które  ją  obudziły,  dochodzą  z  radia.  Wzięła 
mikrofon i włączyła przycisk. 

– Tak, tu baza Adinorack. Powtórz. Odbiór. 
Odległy  głos  zabrzmiał  teraz  w  jej  uszach  jak  pieśń 

anielska. 

background image

– Adinorack, tu Bixby Jeden. Przyjęłaś? Odbiór. 
–  Tak  –  wrzasnęła.  –  Przyjęliśmy.  Jaka  jest  wasza 

sytuacja? Odbiór. 

Usłyszała, że Red już wstał i zaczął się ubierać. Usiadła 

wygodnie na krześle, czując wyraźną ulgę. 

– Nie gorsza niż u innych – informował głos z oddali. – 

Ta burza przypominała bombardowanie. Słyszeliśmy was, 
ale nasz nadajnik był zepsuty. Jak pogoda? Odbiór. 

– W porządku – powiedziała Meg. Jej serce – zabiło ze 

wzruszenia, że oto słyszy jakiś ludzki głos dobiegający do 
niej przez to pustkowie. 

– Mamy rannych. Czy latają jakieś samoloty? Odbiór. 
– Dziewczyno, jedyne, co mamy w  tej chwili, to kupa 

poskręcanego  żelastwa.  Pomoglibyśmy,  gdyby  to  było 
możliwe. Odbiór. 

To  był  lodowaty  prysznic,  od  którego  skurczył  się  jej 

żołądek. Ledwo dotarło do niej, że Red stoi tuż obok. 

– Mamy kilka poważnych przypadków. Jak długo... 
–  Chcę  ci  przekazać  dwie  wiadomości,  dobrą  i  złą  – 

przerwał  inny  operator.  –  Dobra:  są  z  nami  lekarze.  Zła: 
zamierzamy  rozpocząć  ewakuację  naszej  bazy.  To 
polecenie  władz.  Klinika  jest  pozbawiona  prądu, 
generatory  nie  pracują.  –  Jego  głos  aż  drżał  ze 
zdenerwowania.  –  Może  za  jakiś  tydzień...  Czy  mnie 
słyszysz? Odbiór. 

Meg  w  jednej  chwili  podjęła  decyzję,  zawsze  działała 

szybko  pod  wpływem  stresu.  Uczyniła  to  bez  emocji.  W 
tym  momencie  mogła  to  być  jedyna  sensowna  decyzja. 

background image

Nie miała wyboru. 

–  Możemy  dać  wam  zasilanie  –  krzyknęła.  – 

Zaczekajcie  na...  –  Spojrzała  na  Reda.  Wiedziała  już 
doskonale, co trzeba zrobić. 

– Sześć godzin – szepnął. – Nie wiem, w jakim stanie 

jest ich pas startowy. 

– Sześć godzin, najwyżej – powtórzyła do mikrofonu. – 

Przygotujcie  wasze  lądowisko.  I  niech  lekarz  będzie 
gotowy do drogi. Będziemy w kontakcie. Bez odbioru. 

Meg wyłączyła aparat i opadła na krzesło. 
Dopiero  w  tej  chwili  uświadomiła  sobie  liczne 

konsekwencje swojej decyzji. 

Zaledwie w kilka godzin po tym, jak zabroniła Redowi 

ryzykować,  zdecydowała  o  jego  locie. A  przecież  ten  lot 
wydawał  się  prawie  niemożliwy.  To  był  hazard  grożący 
utratą życia. Nie porozumiała się z Redem, nie wiedziała 
nic  o  warunkach  atmosferycznych  i  gdzie  akurat  szaleje 
burza.  Zrobiła  to,  co  było  konieczne.  Osobiste 
bezpieczeństwo pilota w tej sytuacji nie odgrywało żadnej 
roli.  Gdyby  nie  podjęła  tej  decyzji,  Red  uczyniłby  to  za 
nią. 

Oboje popatrzyli na siebie i trwało to długą chwilę. W 

jej  mózgu  wciąż  dźwięczał  spóźniony  sygnał  alarmowy. 
Pragnęła  odczytać  coś  z  wyrazu  oczu  Reda,  twarz  jego 
była jednak słabo widoczna w mroku. 

– Włącz radar, zuchu – powiedziała cicho. 
Odwrócił  się,  aby  to  zrobić,  a  ona  wpatrzyła  się  w 

ekran. 

background image

–  Wygląda  całkiem  dobrze  –  skomentował.  – 

Oczywiście  to  małe  urządzenie  potrafi  ukryć  wiele 
niebezpieczeństw. 

– Jakich na przykład? – Przełknęła ślinę. 
–  Turbulencję  w  górnych  warstwach  atmosfery  czy 

nagłe zmiany wiatru. 

– W takim razie nie można na nim polegać. 
Jego głos był absurdalnie wesoły, gdy przyznawał Meg 

rację. 

–  No  tak,  ale  w  czasie  lotu  tamta  baza  powinna 

utrzymywać  z  nami  łączność  i  sygnalizować  wszelkie 
możliwe kłopoty na trasie. 

–  Jeżeli  sami  będą  o  nich  wiedzieć.  –  Meg  nabrała  – 

powietrza  w  płuca.  –  Ostatni  raz  kierowałam  się 
impulsem, wychodząc za ciebie za mąż. 

Popatrzył na nią kpiąco. 
– To zły przykład, dziecino. 
Przez  moment  odczuwała  jego  obecność  tak 

intensywnie, że aż poczuła uderzenie krwi do głowy. Stał 
blisko  w  obcisłych  dżinsach,  wdychała  jego  zapach, 
podziwiała  wijące  się  włosy,  mocny  kark.  Nagle 
dostrzegła  błysk  zadowolenia  w  jego  oczach...  Owładnął 
nią paniczny lęk i pomyślała: Nie! 

Nie! Nie może mu na to pozwolić. Była szalona, że w 

ogóle brała to pod uwagę. Powinien znaleźć się jakiś inny 
sposób.  Znalazłby  się,  gdyby  chwilę  pomyśleli.  Trochę 
czasu...  to przecież  nie  była  sprawa  życia  i  śmierci.  Nikt 
nie  zmuszał  jej  do  podjęcia  decyzji.  A  gdyby  Reda  nie 

background image

było  tutaj?  Gdyby  nie  posiadali  przenośnego  generatora, 
gdyby nikt przez radio nie odpowiedział na jej wołanie o 
ratunek... 

Zatem  ranni  leżący  w  Carstone  będą  cierpieć  nadal,  a 

ich  stan  bez  opieki  medycznej  może  się  pogorszyć. 
Centrum  Medyczne  Bixby  przez  najbliższą  dobę 
pozostanie  bez  energii  i  wszyscy  przebywający  tam 
narażeni  będą  na  niebezpieczeństwo.  Powinna  wreszcie 
odpowiedzieć na pytanie: w którym momencie należy się 
zgodzić na podjęcie ryzyka? 

Byłoby łatwiej odpowiedzieć, gdyby to ona znajdowała 

się w skórze Reda. 

Podszedł  właśnie  do  sterty  ubrań,  szukając  butów  i 

skarpetek. Była nim zafascynowana. Czerpała z niego całą 
swą siłę i energię. 

–  Ilu  ludzi  potrzeba,  aby  przenieść  generator  do 

samolotu? – zapytał. 

– Oboje damy sobie z tym radę. – Podeszła do niego i 

zaczęła zbierać swoje ubranie. 

– Dobrze. Potrzeba kogoś do obsługi pługa śnieżnego. 

Cholera, musimy odkopać drogę do hangaru. Bóg wie, ile 
śniegu napadało. 

Trzymał  w  rękach  jej  majtki,  a  ją  ogarnęła  nagle 

niewytłumaczalna irytacja. 

–  Cóż,  spodobało  ci  się  to  wszystko,  nie?  Wciągał 

podkoszulek przez głowę. 

– Nie zaczynaj Meg, proszę. Usłyszała złośliwą nutę w 

jego głosie. 

background image

– A właśnie że będę. – Czy on nie zdaje sobie sprawy z 

tego, co robi? Czy o nic nie dba? Chwyciła swoje dżinsy i 
rzuciła  w  niego.  –  Kochasz  to,  prawda?  Kochasz  każdą 
możliwość zaryzykowania życiem... 

– Na miłość boską, Meg, zastanów  się. To przecież ty 

zgłosiłaś mnie na ochotnika, i to jeszcze zanim zdążyłem 
się ubrać. 

– Nie miałam wyboru. Objął ją mocno ramieniem. 
– No widzisz. – Włożył buty. 
Czuła,  że  zaczyna  opowiadać  jakieś  głupstwa,  ale  nie 

potrafiła  się  opanować.  To  był  wciąż  ten  sam  strach,  ta 
sama niepewność, bezsilność i złość, ponieważ on niczego 
nie rozumiał. Ich odwieczna walka trwała. 

–  W  porządku  –  powiedziała  twardo.  Zbliżyła  się  do 

drzwi.  –  W  porządku  –  powtórzyła.  –  Być  może  nie 
miałam wyboru, a jeśli nawet, jaka to różnica? Decyzja i 
tak  była  twoja.  Wiesz,  że  zrobiłbyś  wszystko,  aby 
polecieć. 

–  Po  cholerę  znów  z  tym  wyskakujesz!  Oboje  wiemy, 

co należało zrobić i powinnaś być szczęśliwa, że akurat tu 
jestem i mogę działać. 

– Nie o to chodzi. 
– A o co? 
– O to, że właśnie czekasz na takie okazje, a im większe 

niebezpieczeństwo,  tym  bardziej  jesteś  podekscytowany, 
nigdy się nawet nie zastanowisz... 

– Oczywiście, że lubię takie sytuacje, to przecież moja 

praca. Myślisz, że robię to dla pieniędzy? 

background image

Meg  walczyła  z  zapinką  do  włosów.  Zniecierpliwiony 

podszedł do niej i sam spiął jej włosy. 

– Mówisz jak typowa kobieta, Meg. O Boże, jak ja tego 

nienawidzę! 

–  Jestem  kobietą!  –  krzyknęła  i  gwałtownie  odsunęła 

się  od  niego.  –  Kobietą,  która  cię  kocha.  Nie  wiem, 
dlaczego tak trudno ci to pojąć. Czy naprawdę masz taką 
zakutą łepetynę? Zawsze kiedy pilotujesz samolot, jestem 
przy tobie. Wszystko, co robisz ze sobą, robisz także i ze 
mną.  Kiedy  ryzykujesz  swoim  życiem,  wówczas 
ryzykujesz także moim! I – już prawie szlochała – to, co 
mnie  doprowadza  do  szaleństwa,  ciebie  w  ogóle  nie 
obchodzi! 

Red  wpatrywał  się  w  nią.  Stoczyli  setki  takich  walk 

przez ostatnie dwa lata. To były wciąż te same słowa, te 
same  bezsensowne  oskarżenia.  A  jednak  żałował,  że 
dotychczas nie słuchał jej uważniej. Wszystko nagle stało 
się jasne. 

To  była  ta  istotna  przyczyna  ich  rozstania.  Od  chwili 

gdy po raz pierwszy kochał się z Meg, przestał być jedną 
osobą, stał się dwiema. Była obok niego zawsze. I już nie 
myślał osobno, nie czuł osobno i nie doświadczał osobno. 
Była  z  nim  na  ziemi  i  powtarzała  nieustannie,  ab,  y 
zachował  ostrożność.  Siedziała  obok  niego  przy  pulpicie 
sterowniczym  i  mówiła,  by  dwukrotnie  sprawdzał 
wszystkie urządzenia. Nienawidził tego uczucia i pragnął 
się  od  niego  uwolnić.  A  gdy  to  się  nie  udało,  porzucił 
Meg. To było proste. Przeczesał palcami włosy. 

background image

–  Meg  –  powiedział,  starając  się  jasno  formułować 

myśli. – Tak to już ze mną jest. Przez całe życie miałem 
ukrytą potrzebę pokonywania przeszkód, potrzebę walki z 
trudnościami,  pragnienie  zdobywania  wciąż  nowych 
szczytów.  To  jest  coś,  z  czym  się  urodziłem.  Muszę  to 
przemyśleć.  Wiem,  że  ryzykuję  życiem,  że  to 
niebezpieczne,  ale  nie  potrafię  żyć  bez  tego.  Ty  też  nie 
umiesz przestać być zasadnicza, nie potrafisz wyzbyć się 
swoich cech przywódcy. Skarbie... – Zrobił krok ku niej. – 
Ja naprawdę troszczę się o ciebie, ale czasami... 

– Jeżeli jeszcze powiesz, że powinnością mężczyzn jest 

robić to, co do nich należy, to chyba napluję ci w twarz! 

Uśmiechnął  się,  ale  po  chwili  ten  uśmiech  zniknął  z 

jego twarzy. 

–  Nie  chciałem  tego  powiedzieć.  Latanie  jest  moim 

życiem.  I  tak  naprawdę  chodzi  ci  o  to,  że  wówczas,  gdy 
prowadzę  samolot,  znajduję  się  poza  twoją  kontrolą.  I 
tego  nienawidzisz  najbardziej.  Nie  mojego  latania,  ale 
tego,  że  nie  masz  wtedy  nade  mną  żadnej  władzy.  A 
przecież powinniśmy mieć do siebie zaufanie, więc udziel 
mi małego kredytu i pozwól mi teraz odejść. Zaufaj mi. 

Meg  odebrało  mowę.  Jego  słowa  brzmiały  szorstko, 

zbyt  egoistycznie  i  zbyt...  prawdziwie.  Był  jej  mężem, 
częścią  niej  samej.  Właściwie  miała  do  niego  zaufanie. 
Posiadał  coś,  co  nie  należało  do  niej,  jakąś  własną  sferę 
życia  i  tu  rzeczywiście  nie  potrafiła  mu  zaufać.  Czy 
istotnie  była  tak  despotyczna  i  wymagająca,  aby 
kontrolować 

każdą 

sekundę 

życia 

ukochanego 

background image

mężczyzny? 

I  pojawiła  się  odpowiedź,  doskonale  prosta  i  zupełnie 

jasna. 

Podniosła sweter. 
–  Będę  musiała  ci  zaufać  –  powiedziała.  Włożyła 

sweter przez głowę. – Ponieważ polecę z tobą. 

Rzuciła  mu  koszulę  i  otworzyła  drzwi.  Przytrzymał  je 

ręką. 

– Co powiedziałaś? 
– Słyszałeś. Ktoś musi dopomóc ci w kontroli systemu. 
–  Nie  ty,  moja  pani.  –  Postąpił  krok,  wciąż  na  nią 

patrząc,  jakby  nie  wiedział,  czy  lepiej  będzie  roześmiać 
się, czy rozgniewać. – Nie ty! 

– A więc kto? 
– W tym budynku jest kupa facetów... 
– Z których tylko dwóch może chodzić! 
– Świetnie – zawołał. – Zabiorę Gilly’ego! 
– A co się stanie z tymi wszystkimi ludźmi, jeśli on ich 

opuści? 

Nie pozwolił jej skończyć. 
– Lewis. On też tu przecież jest, Lewis jest... 
–  Mechanikiem?  Chyba  oszalałeś,  Red.  Ja  jestem 

najlepszym  inżynierem  i  konstruktorem  tego  projektu, 
przecież  wiesz  o  tym.  Nie  pozwoliłabym  nikomu  na 
uruchomienie tego systemu. 

–  Oczywiście.  –  Klepnął  się  w  czoło  z  udanym  – 

przerażaniem.  –  Jak  mogłem  zapomnieć?  Nikt  na  całym 
świecie oprócz ciebie nie wie, jak to zainstalować. 

background image

Zacisnęła  zęby,  aby  nie  powiedzieć  czegoś 

niepotrzebnego. 

– To prawda. – I skręciła ostro w stronę drzwi. 
Schwycił ją mocno za ramię. 
–  Do  diabła,  Meg!  Nie  zabiorę  cię.  To  nie  jest 

przejażdżka, to jest... 

–  Niebezpieczne,  prawda?  –  Patrzyła  na  niego  zimno. 

Oswobodziła  ramię.  –  Wierzę.  Nie  ma  o  czym  mówić, 
Red. 

Wyszła. Nie mógł jej zatrzymać. 
 

background image

Rozdział 10 

 
Meg  weszła  do  wspólnego  pokoju  i  stwierdziła,  że 

większość  ludzi  już  nie  śpi.  Widocznie  było  później,  niż 
sądziła.  Prawie  cała  noc  upłynęła  jej  w  ramionach  Reda. 
Teraz  zauważyła,  że  śledzą  ją  ciekawskie  i  wymowne 
spojrzenia.  Dawniej  czułaby  się  tym  rozdrażniona,  teraz 
była tylko zażenowana. No cóż, spędziła noc kochając się 
z  własnym  mężem.  Nie  żałowała  tego,  chociaż 
prawdopodobnie był to największy błąd w jej życiu. 

Myślała,  że  zabrał  jej  wszystko,  nawet  duszę,  czuła 

kompletną  wewnętrzną  pustkę.  Otworzyła  się  przed  nim 
zupełnie, ofiarowała mu siebie jak nigdy przedtem... i co? 
Nic  się  nie  zmieniło.  Wciąż  dzieliła  ich  dawna  bariera. 
Red nadal miał swoją wyłączną, intymną i niedostępną dla 
niej sferę życia. Rana, którą jej zadał, krwawiła mocno. 

I jak zawsze, ten dotkliwy ból przemienił się w gniew, 

tylko w taki sposób umiała sobie poradzić z cierpieniem. 
Po tym wszystkim, co przeżyli razem, Red nadal niczego 
nie  rozumiał.  No  nie,  w  wielu  sprawach  miał  rację.  W 
ciągu  ostatniej  doby  nauczyła  się  dostrzegać  motywacje 
jego  czynów,  o  których  dawniej  nie  miała  pojęcia. 
Dlaczego  nie  potrafił  zrozumieć  tego  jednego?!  Nie 
chodziło  tu  przecież  o  latanie  czy  przedłużającą  się 
nieobecność męża, nie o jego beztroskę i jej lęk. 

Na  czym  więc  polegał  problem?  Otóż  niezależnie  od 

rodzaju ich związku Red zawsze będzie  posiadał własną, 

background image

osobną sferę życia, jakże ważną, może najważniejszą, do 
której ona nigdy nie uzyska wstępu. 

Dancer  spojrzała  na  nią  i  powiedziała  z  niewinną 

minką: 

– Dzień dobry, Meg. Chyba dobrze spałaś? 
Słowom  dziewczyny  zawtórował  chóralny  wybuch 

śmiechu.  Meg  nie  potrafiła  przyjąć  tych  złośliwości  z 
wdziękiem i spytała oschle: 

– Czy ktoś wie, co dzieje się na zewnątrz? 
–  Niektóre  okiennice  zupełnie  zamarzły  –  odrzekł 

Reese  –  ale  udało  się  otworzyć  kilka  z  tyłu  budynku. 
Największe zaspy są od południa i sięgają aż po dach. 

Meg odetchnęła z ulgą. Na szczęście nie byli uwięzieni, 

a  tego  obawiała  się  najbardziej.  Podeszła  do  Gilly’ego, 
który właśnie pochylał się nad Joem. 

– Co z nim? – spytała. 
Gilly miał zmartwioną twarz. 
– Gorączka rośnie i biedak zaczyna kaszleć. Zapalenie 

płuc  jest  w  tym  przypadku  nieuniknione.  –  Zniżył  głos  i 
powiedział:  –  Słuchaj,  szefie,  upłynęło  już  wiele  lat  od 
chwili,  kiedy  musiałem  pełnić  podobną  rolę.  Nie  wiem, 
czy  jeszcze  potrafię  być  w  tym  dobry,  poskładaliśmy  im 
jakoś  te  połamane  kości,  ale  teraz  naprawdę  potrzebuję 
pomocy. 

Meg posłała mu uspokajający uśmiech i klepnęła go po 

plecach. 

– Pomoc jest w drodze. 
Nie  była  pewna,  czy  Gilly  był  zaskoczony  tym 

background image

przyjacielskim gestem, z wyrazu jego twarzy nie potrafiła 
nic odczytać. Dotychczas nigdy nie chwaliła go za dobrze 
wykonaną robotę. Teraz miała o to żal do siebie. 

Ujęła go za ramię i dodała: 
–  Nigdy  nie  zapomnimy  ci  tego,  co  zrobiłeś  dla  nas 

wszystkich,  Gilly.  Możesz  się  spodziewać  specjalnej 
premii na Boże Narodzenie, masz moje słowo! 

Gilly stał jak oniemiały. 
Rozejrzała się po pokoju i powiedziała głośno: 
–  Słuchajcie,  nawiązaliśmy  kontakt  z  Bixby.  Obiecali 

przysłać nam tutaj lekarza. 

Podniósł się gwar. 
– Niestety, musimy go tu sami przywieźć. Wkrótce już 

będziemy 

mogli 

przetransportować 

wszystkich 

potrzebujących pomocy do Centrum Medycznego,  ale na 
razie musimy sobie radzić na miejscu. Reese, czy możesz 
włączyć radiostację? 

Reese, podtrzymując jedną ręką bandaże owijające mu 

żebra, uśmiechnął się z wysiłkiem. 

– Tak jest, szefie! 
–  W  porządku.  Oczekuję  informacji  dotyczących 

pogody.  I  spróbuj  wywołać  kilka  domów  w  okolicy. 
Dowiedz się, czy nie potrzebują czegoś. Lewis, przygotuj 
się  do obsługi  pługu  śnieżnego.  Dancer,  chodź  ze  mną  – 
zawołała  i  w  tej  samej  chwili  poczuła  na  sobie 
przenikliwy wzrok Reda. 

Stał nieruchomo w drzwiach, a Gilly był tuż przy nim i 

spoglądając na Reda spytał spokojnie: 

background image

–  Czy  myślisz,  że  dasz  radę?  Red  wytrzymał  jego 

spojrzenie. 

– Nie wiem – odpowiedział. 
– Przygładził włosy, wyjął z kieszeni czapkę i wcisnął 

ją na głowę z wyraźną złością. 

–  Bixby  potrzebuje  generatora,  a  tymczasem  ona  –  tu 

wskazał  głową  Meg  –  ubzdurała  sobie,  że  jest  jedyną 
osobą, która potrafi go zainstalować. 

– Ma rację – odpowiedział Gilly. 
Red  nagle  poczuł  się  zdradzony  i  odwrócił  wzrok. 

Widząc taką reakcję, Gilly wyraźnie się zmieszał. 

–  Na  czym  polega  problem?  –  zapytał.  –  To  jej 

urządzenie,  więc  dlaczego  ktoś  inny  miałby  się  nim 
zajmować? 

Red zacisnął szczęki. 
–  Nie  powinna  wybierać  się  do  Bixby.  Nie  powinna 

podróżować  w  czasie  takiej  pogody.  Nie  chcę  mieć 
kobiety w samolocie podczas tego lotu. 

– Jesteś przesądny? – Gilly uśmiechnął się lekko. 
– Tak, jestem. – Red spojrzał na niego chmurnie. 
Gilly pokręcił głową z wyrazem rozbawienia i niechęci 

równocześnie. 

–  Wy  dwoje  jesteście  najbardziej  szaloną  parą,  jaką 

kiedykolwiek widziałem. Nawet kiedy jesteście zgodni co 
do  sensu wykonywanej  przez  was  pracy,  to  i  tak  musicie 
trochę  powalczyć  ze  sobą.  –  Wzruszył  ramionami.  – 
Długo nie mogłem zdecydować się na małżeństwo i może 
właśnie  dlatego  tak  trudno  mi  jest  dogadać  się  z  własną 

background image

żoną, ale widzę, że i tobie niełatwo to przychodzi. Myślę 
jednak, że ja prędzej uporam się z moimi kłopotami niż ty. 
–  Ruszał  już  w  stronę  wyjścia,  nagle  zatrzymał  się  i 
powiedział: – Nie wiesz, stary, jak wielki masz wpływ na 
innych ludzi. Obserwując cię, postanowiłem zmienić swój 
sposób  postępowania  z  żoną,  jeśli  się  tu  znowu  pojawi. 
Zabawne, co? 

–  Tak  –  odburknął  Red.  Patrzył  na  wychodzącego 

kolegę,  ale  naprawdę  nie  myślał  o  nim.  Jedyne,  co 
zapamiętał z całej przemowy Gilly’ego, to słowa: Myślę, 
że prędzej uporam się z moimi kłopotami niż ty. 

Czy  rzeczywiście  wszystko  nadal  musi  kończyć  się 

udręką?  Zaczęło  się  od  wybuchu  namiętności  i  gniewu  i 
tak  już  zostało.  Czy  doprawdy  nie  nauczyli  się  niczego 
przez te dwa lata? 

Być  może  realizowali  się  najpełniej,  żyjąc  osobno. 

Akurat!  Próbował  przecież  to  sobie  udowodnić  przez 
ostatnie sześć miesięcy i pozbawiony jej obecności wcale 
nie czuł pełni życia. Przez cały ten czas po prostu czekał 
na Meg. 

Dlaczego  nie  mogła  zrozumieć,  jaki  ma  na  niego 

wpływ?  Czy  myśli,  że  to  przez  przekorę  nie  chce  jej 
zabrać?  Ten  lot  będzie  lotem  o  najwyższym  stopniu 
trudności, kto wie, co się stanie tam w górze. Kto wie, jak 
wygląda teraz lądowisko w Bixby. Czy ona nie rozumie, 
jak wielkie jest jego ryzyko? Czy nie zdaje sobie sprawy, 
że on nie chce zgodzić się na jej udział w locie, ponieważ 
ją  kocha,  czy  nie  wie,  że  jest  jedyną  osobą  na  świecie, 

background image

której nie może utracić? 

Właściwie to już ją utracił. Nareszcie wie, co czuła, gdy 

unosił się tam w górze bez niej. 

Jak  długo  jeszcze  będzie  trwał  między  nimi  ten 

konflikt? 

Odpowiedź  była  prosta  i  bolesna  zarazem.  Dopóki 

jedno z nich, lub oboje, nie przerwą walki. 

W hangarze było zimno. Meg włożyła ciepły płaszcz i 

rękawice,  aby  pomóc  Gilly’emu  w  załadowaniu 
generatora do oświetlonego luku samolotu. 

– Zrobione. – Zeskoczyła na ziemię i zatarła dłonie. W 

hangarze  było  chyba  zimniej  niż  na  zewnątrz.  –  Po 
wylądowaniu  połączymy  się  z  wami  przez  radio. 
Pamiętaj, by sprawdzić maszyny i jeżeli... 

– Wiem, co do mnie należy – przerwał jej uprzejmie. 
Meg  zamilkła.  Oczywiście,  że  wie.  To  przecież  jego 

praca. Uśmiechnęła się. 

– W takim razie zostawiam wszystko na twojej głowie. 
Gdyby  ktoś  mógł  obserwować  ich  teraz,  wyczytałby 

zapewne  z  twarzy  obojga  zwątpienie  i  nadzieję  zarazem. 
Meg  była  pewna,  że  nawet  Lindberg  przed  swym  lotem 
przez  Atlantyk  nie  otrzymał  tylu  gorących  życzeń  na 
drogę od swych wielbicieli. 

Od  momentu,  gdy  opuścili  kabinę  radiooperatora,  Red 

nie odezwał się do Meg ani słowem. W milczeniu po raz 
ostatni  skontrolował  maszynę.  Pas  startowy  został  już 
dokładnie  oczyszczony  z  zasp  śnieżnych  i  gruzu,  a 
Centrum Bixby zawiadomiło, że jest gotowe ich  przyjąć. 

background image

Wykres prognozy pogody nie wydawał się Meg zupełnie 
czytelny, ale Red niewiele się tym przejmował. 

– Dancer! – zawołała Meg i podeszła do dziewczyny. – 

Pamiętaj... 

–  Rany  boskie!  Jesteś  gorsza  od  mojej  matki  – 

przerwała jej. – Co zamierzasz zrobić? Zostawisz mi listę 
zadań? 

Meg zmusiła się do uśmiechu. Spędziła ponad godzinę 

pouczając  Dancer  i  Maudie,  w  jaki  sposób  powinny 
postępować  z  rannymi  i  próbowała  przygotować  je  na 
każdą  ewentualność.  Zostawiła  wszystkich  w  dobrych 
rękach. Nie pozostało już nic innego jak odlecieć. Dancer 
wyglądała na zaniepokojoną. 

–  Powiedz,  Meg,  zobaczymy  się  znowu,  prawda?  – 

szepnęła. 

Meg poczuła zakłopotanie, więc Dancer dodała szybko: 
– Wiem, że to zabrzmiało okropnie, ale nie miałam nic 

złego na myśli. Chciałam cię tylko zapytać, czy planujesz 
powrót tutaj. 

Prawda, że to pytanie nie przyszło jej do głowy. Bixby 

znajdowało  się  o  jeden przystanek bliżej  do  Juneau  i  nie 
było  powodu,  aby  wracać  do  Adinorack.  Burza  już 
przeszła  i  chociaż  od  wczoraj  wiele  wydarzyło  się  w  jej 
życiu, nie była pewna, czy pragnie tu zostać. 

–  Nie  potrafię  odpowiedzieć,  Dancer  –  przyznała 

szczerze. – Skontaktuję się z wami, kiedy będę w Bixby... 
Myślę, że zawsze możecie przesłać mi moje rzeczy. 

Wargi Dancer zadrżały. 

background image

– Bądź dzielna – powiedziała szorstko. – Wracaj do nas 

i nie pozwól mu uciec. 

–  Uciec?  Co  przez  to  rozumiesz?  –  Meg  odczuła 

zmieszanie. 

– Uciec ze zwycięstwem! Panie Boże, dziewczyno, czy 

ja  ci  muszę  wszystko  mówić!  Jeżeli  pozwolisz  mu  teraz 
odejść, to będzie to cios wymierzony w dumę wszystkich 
kobiet. Powinnaś zostać i walczyć. Uporać się z tym, tak 
czy inaczej. 

–  Myślę,  że  mam  to  za  sobą  –  odparła  potrząsając 

głową. Poczuła się zmęczona. 

–  Dancer  spoglądała  na  nią  z  sympatią  i  odrobiną 

zniecierpliwienia. 

–  Wiem,  że  postanowiłaś  wrócić.  Powinnaś  poznać 

życie i wyszumieć się, zanim podejmiesz decyzję, aby na 
dobre  związać  się  z  innym  mężczyzną.  Mam  zamiar 
nauczyć cię wielu nowych rzeczy. 

Meg  o  mało  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Nigdy  nie 

odczuwała potrzeby „wyszumienia się”. W tym momencie 
do  wnętrza  hangaru  wtargnął  powiew  zimnego  wiatru  i 
obie  dziewczyny  zadrżały.  Cofnęła  się  i  po  raz  pierwszy 
od  dwudziestu  czterech  godzin  zobaczyła,  jak  wygląda 
otoczenie budynku. 

Powietrze było mgliste i wszystko wokół było pokryte 

kryształkami  lodu  skąpanymi  w  delikatnej  poświacie, 
która  zdawała  się  lśnić  różowym  i  złotym  odblaskiem. 
Słoneczne  promienie  przebijały  przez  chmury.  Pas 
startowy  na  całej  długości  był  pokryty  ubitym  śniegiem, 

background image

na  którym  światło  zapalało  tysiące  migocących 
diamentów. Tylko tutaj blask słońca dawał tak wspaniałe 
efekty. Meg przez dłuższą chwilę obserwowała ten widok, 
starając  się  zapamiętać  go  i  przechować  w  pamięci  na 
inne, gorsze czasy. 

– Wiesz – powiedziała miękko. – Czasem zapominam, 

jak pięknie może być tutaj. 

Dancer schwyciła ją za rękę. 
– Wrócisz tu – powtórzyła. 
W  tej  chwili  Red  stanął  obok  niej  i  Meg  poczuła,  jak 

wszystkie jej mięśnie napinają się. W mgnieniu oka była 
gotowa do walki. 

– Nie chcę, abyś ze mną leciała – powiedział na pozór 

beznamiętnie. 

Nie mógłby jej zranić bardziej, nawet gdyby użył noża, 

i,  niczym  w  ostatniej  sekundzie  życia,  doznała  nagłej 
wizji.  Przed  oczyma  Meg  przesuwały  się  teraz  obrazy 
przeszłości – minione szepty i dotknięcia, postać Reda w 
najrozmaitszych  sytuacjach,  krańcowo  różne  uczucia  do 
niego. A  przez tę  mieszaninę doznań  przebijały sztywne, 
suche słowa: Nie chcę, abyś ze mną leciała. 

–  Wiem  –  odrzekła  szorstkim  tonem  i  ruszyła 

gwałtownie w stronę samolotu. 

Uchwycił  mocno  jej  ramię  i  tak  posuwali  się  oboje. 

Próbowała wyrwać się z uścisku, ale był zbyt silny. 

– Przestań! – zawołała z furią. – Już jutro nie będziesz 

musiał się o mnie martwić, ale teraz po raz ostatni pozwól 
mi zrobić to, co chcę. Nie możesz mnie zatrzymać! 

background image

– Myślisz, że o tym nie wiem? 
– Więc pozwól  mi iść swobodnie. Ludzie gapią się na 

nas. 

Uścisk Reda stał się jeszcze mocniejszy. 
–  Nie,  dopóki  mnie  nie  wysłuchasz.  –  Oczy  mu 

pociemniały, a twarz miała zacięty wyraz. Było jednak w 
jego  zachowaniu  coś,  czego  nigdy  wcześniej  nie 
zauważyła.  Jakiś  rodzaj  desperacji,  jakaś  szczelina  w 
dawnej niezłomności, miękkość; czuła, że łatwo go zranić. 
To sprawiło, że postanowiła słuchać. 

–  W  porządku,  miałaś  rację  –  powiedział  zdyszanym 

głosem.  –  Nigdy  nie  chciałem  wpuścić  cię  do  kabiny 
pilota,  ponieważ  bałem  się,  że  przejmiesz  stery. 
Pragnąłem ocalić malutką cząstkę swej osobowości przed 
tobą,  na  wypadek  gdybym  musiał  jej  potrzebować,  to 
znaczy,  jeśli  musiałbym  żyć  bez  –  ciebie.  Oboje  już  w 
chwili  poznania  pragnęliśmy  uciec  na  koniec  świata, 
ponieważ  najstraszniejsze  dla  nas  obojga  było  to 
całkowite  zatracenie  się  w  drugim  człowieku.  A 
najbardziej  przerażało  nas  to,  że  zatraciliśmy  się 
wzajemnie. – Puścił jej rękę. – Chcę ci teraz powiedzieć, 
że  jednak  nie  udało  mi  się  ocalić  niczego  przed  tobą. 
Byłaś  zawsze  przy  mnie.  Podobnie  część  mojej 
osobowości zawsze pozostawała z tobą na ziemi. Nie chcę 
cię stracić, Meg. 

Nagle poczuła, że traci całą energię. Wszystko dookoła 

–  zimowy  pejzaż,  otaczający  ich  ludzie,  pastelowy  w 
swym pięknie dzień – odpłynęło od niej i nie było już nic i 

background image

nikogo  oprócz  Reda  i  jego  wpatrzonych  w  nią  oczu.  To 
nie  mogło  być  aż  tak  proste.  Nie  powinna  ulegać 
chwilowym impulsom ani czarowi pospiesznie rzucanych 
słów. Wytrzymując długo jego wzrok, powiedziała: 

– Ja także nie chcę cię stracić, Red. 
A  może  to  właśnie  miało  być  tak  proste?  Patrzyli  na 

siebie i nie było już nic do ukrycia. Nie potrafiliby mieć 
teraz przed sobą żadnych tajemnic, nie było między nimi 
miejsca na gniew czy strach. 

Położył delikatnie rękę na jej ramieniu. 
– No więc chodź, mamy jeszcze sporo pracy. 
Życzenia  szczęśliwej  podróży  żegnały  Meg,  gdy 

zajmowała  miejsce w  kabinie  pilota,  swoje  miejsce obok 
Reda. Po dłuższej chwili doszła do siebie na tyle, aby móc 
pomachać wszystkim ręką. 

Red  patrzył  na  nią,  uśmiechając  się  nieznacznie  i 

włączył urządzenia kontrolne. 

Obserwowała,  jak  z  mężczyzny,  który  był  jej  mężem, 

stawał  się  pilotem.  Jego  oczy  wpatrywały  się  w  deskę 
rozdzielczą, ręce trzymały stery. Czuła, że zamyka się w 
sobie,  cały  koncentrując  się  na  pracy.  Była  tym 
zafascynowana.  Samolot  powoli  ruszył  po  zaśnieżonym 
lądowisku. 

– Trzymaj się, dziecinko – zamruczał. – Osiemdziesiąt 

procent  wszystkich  wypadków  lotniczych  zdarza  się 
podczas lądowania i startu. 

Silniki zawyły i zaspy śnieżne zaczęły uciekać do tyłu. 

Meg  starała  się  trzymać  fason.  To  wszystko,  co  mogła 

background image

zrobić. 

Gwałtownie nabierali prędkości w śnieżnym tunelu. Nie 

mogła  dostrzec  końca  pasa  startowego,  wokół  widziała 
tylko  migotliwe  plamy  bieli.  Pas  był  tak  krótki,  że  aż 
krzyknęła,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  odrywają  się  od 
ziemi.  Jakaś  siła  wgniotła  ją  w  fotel.  Red  zaklął,  gdy 
samolot  zatrząsł  się  tak  mocno,  jakby  miał  za  chwilę 
wywinąć  kozła.  Zamknęła  oczy  myśląc:  To  jest  to,  to 
jest... 

Nie  zdążyła  dokończyć  tej  myśli,  a  już  byli  w 

powietrzu.  Czuła,  jak  przeciążenie  ustępuje,  i  gdy 
otworzyła oczy, nie widziała nic oprócz mgły za oknem. 

– Czy możesz zdjąć ręce z moich kolan? Wpiłaś mi w 

ciało paznokcie aż do krwi – oznajmił Red. 

Spojrzała w dół. Rzeczywiście, jej palce były kurczowo 

wczepione  w  spodnie  Reda.  Z  wysiłkiem  rozluźniła 
uchwyt.  Przełknęła  ślinę  i  próbowała  powiedzieć 
opanowanym głosem: 

– Co... to było? 
– Myślę, że rozbiliśmy śnieżny bank. Czy nie mogłabyś 

wyjrzeć  przez  okno  i  zobaczyć,  czy  skrzydło  jest  nie 
uszkodzone? 

–  Właśnie  odwróciła  się,  aby  to  sprawdzić,  gdy 

dostrzegła jego kpiarski uśmieszek. 

– Bardzo zabawne, królu niebios – powiedziała. 
Obserwowała go, jak nabierając wysokości powoli brał 

zakręt  pod  kątem  prostym,  a  gdy  odwróciła  się,  mogła 
zobaczyć  dachy  budynków  i  korony  drzew  w  śnieżnej 

background image

mgle. 

– Czy nie lecimy trochę za nisko? 
Przesunął drążek steru do środka. 
– Dlaczego musisz mi przypominać, że nie lubię kobiet 

w kabinie? 

Zdjęła  płaszcz  i  spróbowała  się  odprężyć  w  ciepłym 

wnętrzu samolotu. 

– Tak, oczywiście czujesz się silniejszy, kiedy myślisz, 

że robisz coś lepiej ode mnie. 

– Wiele rzeczy robię lepiej niż ty. Jasne, że są sprawy, z 

którymi ty radzisz sobie doskonale i sądzę, że to się jakoś 
wyrównuje. 

Pochylił się do przodu i dotknął wskaźnika, a w oczach 

Meg zapaliło się światełko alarmowe. 

– Czy dzieje się coś złego? – spytała. 
Wyprostował się powoli i rzekł, nie patrząc jej w oczy: 
– Wiesz, zmieniłaś się od czasu, gdy jesteś tutaj. 
Meg  spojrzała  po  raz  drugi  na  wskaźnik,  ale  nie 

zauważyła  nic  niepokojącego.  Poprawiła  się  w  fotelu, 
myśląc o tych wszystkich zmianach, jakie w niej zaszły w 
ciągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin.  Tak,  chyba 
się zmieniłam, powiedziała do siebie w duchu. 

–  Jak  ty  możesz  widzieć  coś  w  tej  mgle?  –  spytała.  – 

Czy wiesz chociaż, dokąd lecimy? 

–  To  nie  jest  mgła,  kochanie,  to  jest  śnieg.  I  co  – 

najmniej  jeszcze  przez  pół  godziny  będzie  tak  zła 
widoczność. 

Coś  gwałtownie  poderwało  samolot  do  góry,  a  po 

background image

chwili  rzuciło  nim  w  dół.  Meg  przez  chwilę  sądziła,  że 
jest to jakaś sztuczka Reda, aby raz na zawsze odechciało 
się  jej  krytykować  pilota.  Gdy  jednak  zobaczyła,  jak 
szybko stara się naprowadzić maszynę na właściwy kurs, 
zrozumiała,  że  podejrzewała  go  o  nadmierne  poczucie 
humoru. 

–  Jeszcze  maleńka  turbulencja,  panie  i  panowie  – 

zamruczał, spoglądając na wskaźnik. – Nic takiego, czym 
należałoby się martwić. 

Siedziała odchylona w fotelu i Red patrzył na nią. 
–  Nie  bój  się,  kochanie.  To  rani  moją  ambicję,  a 

przecież nie powinnaś wpędzać pilota w depresję. 

–  Należało  zaczekać  –  odpowiedziała.  –  Przynajmniej 

do  czasu  otrzymania  bardziej  precyzyjnych  informacji  o 
pogodzie. O Boże, Red, dlaczego mnie nie zatrzymałeś? 

Uśmiechnął się i pogładził jej kolano. 
– Nie mogłem, pamiętasz? 
Odpowiedziała mu uśmiechem. 
–  Tak  naprawdę,  to  się  nie  martwię.  Wiem,  że  jesteś 

najlepszym pilotem w tym kraju. 

Spoglądali na siebie i znów wszystko było proste. Meg 

wydawało się nawet, że nigdy przedtem nie czuła się tak 
dobrze. Spuściła oczy. 

– Czy mogę cię o coś zapytać? 
– O wszystko, z wyjątkiem tajemnic pilotażu. 
–  Zawsze  uważałam  cię  za  bohatera,  Red  – 

powiedziała.  –  Nigdy  nie  myślałam,  że  te  twoje 
zawodowe  umiejętności  są  sposobem,  w  jaki  odgradzasz 

background image

się od świata. Sądzę, że właśnie o to ci – chodzi. Chcesz 
być  w  tym  najlepszy  i  nikomu  nie  pozwolisz  się 
wyprzedzić.  Przepraszam,  że  tak  długo  nie  potrafiłam  ci 
tego powiedzieć. 

Milczał  przez  chwilę,  widziała  jego  profil,  gdy 

uporczywie wpatrywał się w przednią szybę, jakby chciał 
wzrokiem przeniknąć szalejącą zamieć. I nagle wyszeptał 
cicho: 

– Zabawne, a ja zawsze chciałem ci się z tego zwierzyć. 
Bicie  serca  ustąpiło.  Pozostał  tylko  warkot  silnika  i 

szum powietrza na skrzydłach. 

–  Coś  dziwnego  dzieje  się  z  ludźmi,  którzy  tu 

przyjeżdżają  –  powiedział  Red  rzeczowo.  –  Być  może 
zauważyłaś, że wszyscy stają się nieustępliwi, niezależni i 
samotni.  Coś  ich  ciągnie  na  to  pustkowie,  tylko  tutaj 
potrafią  żyć.  Ja  też  jestem  takim  człowiekiem,  Meg.  I  ty 
również.  –  Popatrzył  na  nią.  –  Byłabyś  biedna  w 
Waszyngtonie, dziecinko – stwierdził po prostu. – Już nie 
należysz  do  tamtego  świata,  jeśli  kiedykolwiek  doń 
należałaś. 

Serce Meg  zatrzymało się na  moment, a gdy spojrzała 

w  jego  oczy,  zobaczyła  w  nich  pytanie.  Chciała,  aby  je 
wypowiedział.  Nie  wiedziała  jeszcze,  jaka  będzie 
odpowiedź, ale pragnęła tego pytania. 

Maszynę znów podrzuciło do góry i Meg zdawało się, 

że  słyszy  jęk  silnika.  Red  skoncentrował  się  na 
urządzeniach  kontrolnych,  bo  wydawało  się,  że  za 
moment  samolot  rozleci  się  w  drobne  kawałki.  Nabrał 

background image

jednak  właściwej  wysokości,  zanim  sercu  Meg  mógł 
zagrozić atak. Uspokoiła się. 

– No więc – powiedział Red – sprawa wydaje się chyba 

załatwiona.  Mam  kolegę,  który  chciałby  założyć  ze  mną 
szkołę  pilotażu.  To  nie  znaczy,  że  zrezygnuję  ze  swojej 
pracy, czasem odpoczniesz ode mnie, ale większość nocy 
chcę  spędzać  w  domu.  Wiesz,  że  właściwie  nie 
ukończyłaś  tutaj  swojego  zadania  i  nikt  nie  zaoferuje  ci 
lepszej  posady,  kiedy  wrócisz  do  Waszyngtonu,  sama  mi 
to  kiedyś  powiedziałaś.  Moja  propozycja  jest  taka: 
spędźmy dwutygodniowy urlop na Hawajach, a przedtem 
ofiaruj swemu szefowi przedwczesny urodzinowy prezent 
i powiedz mu, że zostajesz. 

Meg  była  oszołomiona.  Uczepiła  się  kurczowo  tej 

propozycji. Trzeba było jeszcze wiele rozważyć, ale... 

– Mam zostać tutaj? – powtórzyła z niedowierzaniem. – 

Ależ ja nienawidzę tego miejsca. 

–  Sama  nie  wiesz,  co  lubisz,  a  czego  nienawidzisz. 

Myślałaś,  że  to  mnie  nienawidzisz.  Byłaś  o  tym 
przekonana  przez  całe  sześć  miesięcy.  Oboje  zarabiamy 
bardzo  dużo  i  nie  ma  powodu,  abyśmy  musieli  spędzać 
całą zimę na tej skutej lodem ziemi. Wybierz jakiekolwiek 
miejsce, a ja zbuduję ci tam dom. 

Wciąż czuła się jak pijana. 
– Nie wiem, czy w Carstone potraktują mnie poważnie, 

gdy  im  zaproponuję  pozostanie,  ale  będę  musiała 
porozmawiać z nimi. Zawsze sądziłam, że chcą ode mnie 
tylko  wdrożenia  eksperymentalnego  programu.  Zresztą 

background image

nawet jeśli powiedzą: nie, jestem wystarczająco dobra, by 
pracować, dla kogo  tylko  zechcę.  Mogę  być  niezależna  i 
sprzedawać się za najwyższe stawki... 

–  Zdecyduj  się,  dziecino,  mamy  jeszcze  tylko 

trzydzieści minut lotu... a może nawet mniej. 

– Nagle przerwał, wziął ją za rękę i zmusił, aby wstała. 
– Chwileczkę, wyświadcz mi przysługę. 
Zanim zdążyła odetchnąć, posadził ją na miejscu pilota 

i położył jej ręce na drążkach sterowniczych. 

– Pilnuj małego samolotu – powiedział. 
–  Red,  to  chyba  jakiś  głupi  żart!  –  krzyknęła.  –  Czy 

dzieje się coś złego? 

–  Albo  to  uderzenie  o  ziemię  spowodowało 

przedziurawienie  zbiornika  z  paliwem,  albo  nie  działa 
wskaźnik.  Jeżeli  to  wskaźnik,  to  muszę  sprawdzić  go 
natychmiast. 

Słyszała,  jak  szuka  narzędzi.  Z  desperacją  rzuciła  się 

znów  do  pulpitu  i  w  końcu  znalazła  na  ekranie  sztuczny 
horyzont  z  maleńkim  samolotem,  markującym  każde 
aktualne położenie maszyny w stosunku do ziemi. Wpadła 
w panikę. 

– Red, przecież ja nie wiem jak... 
– Przyciągnij drążki do siebie, jeśli chcesz wznieść się 

wyżej, od siebie, jeśli chcesz zniżyć lot. Teraz wyrównaj 
poziom i prowadź spokojnie. 

Meg  przełknęła  ślinę,  a  jej  oczy  skupiły  się  na 

sztucznym  horyzoncie.  Red  położył  się  na  podłodze 
poniżej pulpitu. 

background image

Nagle  samolot  zachwiał  się  i  sztuczny  horyzont 

podskoczył  gwałtownie  do  góry.  Nerwowo  zachłysnęła 
się  powietrzem  i  przesunęła  drążki.  Horyzont  stopniowo 
się obniżył. 

– Co byś ty zrobiła beze mnie? – zapytał miękko Red. 
Czuła kropelki potu wokół ust. 
–  Myślę,  że  to,  co  każesz  mi  teraz  robić,  jest  jakąś 

formą kary. 

– Nie sądzę, aby mi się to udało. 
Horyzont  zaczął  się  znów  pochylać,  ale  teraz  była  już 

na  to  przygotowana.  W  skupieniu  przyciągnęła  do  siebie 
drążki steru. 

–  Będzie  to  nasze  wspólne  lądowanie...  jeśli 

wylądujemy – powiedziała. 

– Pragnę tego, kochanie – odparł spokojnie. 
Meg  zacisnęła  wargi  i  postanowiła  dorównać  mu 

opanowaniem. 

– A szkoła pilotażu? – spytała. – Zawsze nienawidziłeś 

tego pomysłu. – Wreszcie odważyła się oderwać oczy od 
pulpitu. – Nie musisz tego robić ze względu na mnie. 

Red  powoli  odkręcał  śrubki  pod  pulpitem.  Widziała 

jego twarz i ramiona. 

–  Nienawidziłem  tego  projektu  stabilizacji,  ponieważ 

był  twój,  a  także  dlatego,  że  myśląc  o  nim  czułem  się 
stary  i,  niestety,  naprawdę  się  starzeję.  Rzeczywiście 
powinienem  zastanowić  się  nad  przyszłością.  Być  może 
będziemy  mieli  dzieci.  Chciałbym  spędzać  czas  z  nimi  i 
przestać  nieustannie  się  sprawdzać.  Ciekawe,  czy  takie 

background image

myślenie jest oznaką starzenia się, może to raczej znamię 
dorastania. Ty też powinnaś przestać się sprawdzać, Meg. 

Linia horyzontu pochyliła się niebezpiecznie. 
– Co się dzieje, Red?! – krzyknęła. 
–  Trzymaj  się  mocno.  –  Głos  Reda  był  niski  i 

uspokajający, ale mogła odczuć w nim nutkę niepokoju. 

– Co się stało, co znalazłeś? Na miłość boską, powiedz 

mi! 

–  Nie  mogę  ci  nic  powiedzieć,  dopóki  nie  zapanujesz 

nad tym cholernym samolotem! 

i  Z  trudem  udało  się  jej  przywrócić  linii  horyzontu 

właściwe położenie. 

–  Dobrze,  dobrze.  Mam  go!  Red,  czy  to  zbiornik 

paliwa? 

– Ubijamy interes, czy nie? – spytał po chwili. 
– Interes? – powtórzyła bezwolnie. – O jakim interesie 

mówisz, Red? – Ogarniała ją panika. 

– Czy zostajesz? 
A  jeżeli  to  nie  jest  zbiornik  paliwa?  Jeżeli  nie,  to 

znaczy,  że  zmierzają  wprost  w  ramiona  śmierci, 
pomyślała. 

Odetchnęła  głęboko  i  zacisnęła  palce  na  drążkach 

sterowniczych. 

–  Miesiąc  urlopu  na  Hawajach  i  ubijamy  interes  – 

odpowiedziała. 

– Załatwione. 
Usiadł, trzymając żółte i niebieskie przewody w rękach. 
– Przerwane połączenie – rzekł spokojnie. 

background image

Otworzyła  usta  i  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy 

płakać. Wtedy wstał, objął ją i pocałował mocno w usta. 

– Witaj w moim świecie, dziecino – szepnął, odsuwając 

lok  z  jej  czoła.  Uśmiechnął  się.  –  I  natychmiast  zabieraj 
się z mojego fotela! 

Red  stał  obok  hangaru  na  lądowisku  w  Bixby, 

zziębnięte  ręce  trzymał  w  kieszeniach  i  patrzył  na  Meg, 
która pilnowała wyładunku generatora. 

–  Uważaj,  gapo!  –  krzyczała  na  jednego  z  dwóch 

mężczyzn  próbujących  wyciągnąć  urządzenie.  –  To  nie 
jest  zabawka,  chyba  nie  jesteś  ślepy?!  Czy  mam  wam 
napisać gdzie góra, a gdzie dół? Chodźcie za mną! 

Szła  przodem,  kierując  ludźmi  i  Red  pomyślał,  że  jest 

piękna.  Cudowna,  opanowana  Meg,  Meg  wydająca 
polecenia,  Meg  wciskająca  się  tam,  gdzie  nie  powinna  – 
to  było  wspaniałe.  Był  wdzięczny  losowi,  że  ta  kobieta 
należy do niego. 

–  Uważaj,  na  miłość  boską!  Do  góry,  przecież 

powiedziałam. Wyżej! 

Postawiła ostrożnie urządzenie na ziemi i powierzyła je 

opiece asystentów. 

–  Czy  w  tej  żałosnej  grupie  znajdę  kogoś,  kto  potrafi 

nastawić  złamania?  Gdzie  jest  lekarz,  który  ma  lecieć  z 
nami? Powiedzcie mu, aby zabrał narzędzia i był gotowy 
za dwie godziny! 

Mężczyzna  stojący  obok  Reda  patrzył  na  Meg 

zdumiony. 

– Kim jest ta kobieta? – zapytał. 

background image

– To moja żona. – Red uśmiechnął się dumnie. 
– Twarda sztuka, nie? 
Red  nie  odpowiedział,  zbliżył  się  do  Meg  i  objął  ją 

ramieniem. Razem szli przez hangar.