background image

Na dobre i złe 

Jennifer Greene 

Gwiazdka miłości 

 

background image

 
 
 
 

Rozdział 1 

 
Laura Stanley właśnie wycierała ręce w ścierkę, 

kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Było już po jede- 
nastej i o tej porze nie spodziewała się nikogo. Nie 
nakładając nawet kapci, czym prędzej pobiegła przez 
hol do drzwi wejściowych. Gdy zobaczyła stojącego 
w progu mężczyznę, zaniemówiła z wrażenia. 

-    Święty Mikołaj! Co ty tu robisz? W Wigilię po- 

winieneś chyba roznosić prezenty. 

-    Właśnie to robię. 
Laura obrzuciła go uważnym spojrzeniem. 
-    Nie wiem, czy powinnam cię wpuścić. Masz jakiś   

dokument stwierdzający, że jesteś prawdziwym Miko-   
łajem? Wydajesz mi się raczej podejrzany. Nie widać   
również twojego renifera... 

Laura spojrzała ponad ramieniem niespodziewanego 

gościa. Czarny, sportowy samochód zaparkowany na 
jej podjeździe zdecydowanie nie pasował do wizerunku 
Mikołaja. Wprawdzie mężczyzna miał na głowie czer- 
woną czapkę z białym pomponem, a na ramieniu ol- 
brzymi worek, ale i tak nie wzbudzał zaufania. Ele- 
gancka skórzana kurtka w ogóle nie kojarzyła się ze 
strojem Świętego Mikołaja, a jej smukły, wysportowa- 
ny właściciel nie miał nawet rumieńców na policzkach, 
nie mówiąc już o białej brodzie. Co więcej, jego włosy 

R

 S

background image

 
były zupełnie czarne, a ciemne oczy błyszczały taje- 
mniczo. 

-    Sama nie wiem - powiedziała Laura niezdecydo- 

wanym głosem. 

-    Ależ z pani trudna klientka. Proszę posłuchać, 

mam prezenty. - Nieznajomy potrząsnął workiem. - 
Musi mnie pani wpuścić, inaczej nie będę mógł ich 
wręczyć. 

-    Myśli pan, że można przekupić mnie prezentami? 
-    Ależ nie. Tylko aby pani udowodnić, że jestem 

prawdziwym Mikołajem, muszę je wyjąć. Nie chcę ich 
kłaść na śniegu. Gdyby więc pani mogła mnie na chwi- 
lę wpuścić... 

Laura nie cierpiała takich rozmów, ale nie mogła 

już dłużej stać w otwartych drzwiach. Na zewnątrz 
wiał silny wiatr, unosząc tumany śniegu. W tym roku 
w Madison, w stanie Wisconsin, nie można było na- 
rzekać na słabą zimę. Przed domem piętrzyły się śnież- 
ne zaspy. Laura skuliła się z zimna i z ociąganiem, 
wpuściła nieznajomego do środka. 

Mężczyzna prześlizgnął się obok niej i położył wo- 

rek na fotelu obciągniętym kretonowym pokrowcem. 
Laura zamknęła drzwi na zasuwkę, nie spuszczając go 
z oka. Zdjął czapkę i rozpiął skórzaną kurtkę, po czym 
rozprostował plecy i rozejrzał się bez pośpiechu. 

Niewielki salonik rozświetlały świece i choinkowe 

lampki. Gałązki drzewka, pod którym poukładano pre- 
zenty, aż uginały się pod ciężarem różnokolorowych 
bombek. Zapachowe świece wydzielały aromat cyna- 
monu i jagody wawrzynu, a liczne świąteczne deko- 
rację zajmowały niemal każde wolne miejsce w poko- 

R

 S

background image

 
ju. Refleksy czerwonych i zielonych lampek kontra- 
stowały z niebieskim wystrojem wnętrza. 

To przesadnie przyozdobione pomieszczenie zda- 

wało się nie robić na gościu większego wrażenia. Za- 
bawne, choć nie widział go nigdy w okresie przed- 
świątecznym, zachowywał się tak, jak gdyby spodzie- 
wał się takim właśnie je zastać. Wyprostował przycze- 
pionego na czubku choinki aniołka, spojrzał przez ok- 
no domku z piernika imbirowego i dotknął figurki 
nadtłuczonego Mikołaja. 

Następnie skierował się w stronę holu i zatrzymał 

pod wiszącą na mosiężnym świeczniku jemiołą. Laura 
poczuła, że serce bije jej coraz szybciej. Mężczyzna 
pokiwał palcem i powiedział: 

-    Proszę tu podejść. 

Laura wskazała na siebie. 

-    Mówi pan do mnie? 
-    Czy w tym domu jest jeszcze jakaś inna brunetka 

z kręconymi włosami o imieniu Laura? Waga około 
sześćdziesięciu kilogramów, brązowe oczy? 

-    Zgadza się. To ja... choć ważę pewnie ponad 

sześćdziesiąt. 

Mężczyzna znowu pokiwał palcem. 
-    Nie szkodzi. Reszta przecież się zgadza. Proszę 

tu podejść, a pokażę pani, że wszystko, co mówiłem, 
jest prawdą. 

Zbliżała się wolno i ostrożnie. Ten mężczyzna nie 

pasował do jej domu. Na nosie Laury pozostały jeszcze 
resztki mąki, ponieważ dopiero co skończyła pieczenie 
świątecznych ciast. Ubranie, które miała na sobie - 
czerwona koszulka, dżinsy i skarpetki z wizerunkiem 

R

 S

background image

 
Myszki Miki, - było mocno znoszone i wyglądało, 
jakby je kupiono na wyprzedaży. 

Tymczasem biała wykrochmalona koszula mężczy- 

zny była ze znakomitego materiału, a zegarek, błysz- 
czący na jego ręku, kosztował pewnie fortunę. Jednak 
to nie tylko oznaki zamożności sprawiały, że jego obe- 
cność tak onieśmielała Laurę. Nawet gdy się nie po- 
ruszał, biła od niego zniewalająca siła - uosabiał wi- 
talność i energię. Miał wyraziste cysy: wydatne kości 
policzkowe i zdecydowanie zarysowaną szczękę. 
Ciemne włosy kontrastowały z jasną skórą, a oczy 
o przenikliwym spojrzeniu zdawały się rejestrować 
wszystko wokół. Nie była to twarz ładnego chłopca, 
ale interesującego dojrzałego mężczyzny, z pewnością 
warta zapamiętania. 

Laurze zawsze bardziej podobali się mężczyźni 

mniej demoniczni, o łagodniejszych rysach. Cóż z te- 
go, że czarne oczy jej gościa były tak uwodzicielskie. 
W wieku trzydziestu jeden lat nie można dać się zwieść 
czemuś tak ulotnemu jak urokliwe męskie spojrzenie. 
Byłaby szalona, gdyby odważyła się myśleć o znajo- 
mości z kimś takim. 

A Laura nie była szalona. Kiedy stanęła przed męż- 

czyzną, założyła ręce na piersi obronnym gestem. 

On ujął ją pod brodę tak, że musiała spojrzeć mu 

w oczy, a następnie pochylił się nad nią. 

Pierwszy pocałunek był zimny. Przejmująco zimny. 

Usta mężczyzny były lodowate jak śnieżne bryły przed 
domem, jak powiew wiatru za szybą. Okazały się w do- 
tyku zadziwiająco miękkie, zważywszy na ostre linie 
jego twarzy. Niczym bożonarodzeniowy prezent z nie- 

R

 S

background image

 
spodzianką. Oczekiwanie przyspieszyło puls Laury, 
krew zaczęła żywiej płynąć w jej żyłach, a ciało prze- 
biegł dreszcz emocji. 

Usta mężczyzny stawały się coraz cieplejsze. 
Kiedy Laura powoli uniosła ręce i dotknęła ramion 

mężczyzny, poczuła, że opuszcza go napięcie, a sta- 
lowe mies'nie się rozluźniają. Will Montana rzadko tra- 
cił nad sobą kontrolę, zawsze przygotowany do od- 
parcia ataku. Uświadomienie sobie, że w jej domu nie 
musi z nikim walczyć, zajmowało mu zwykle jakiś 
czas. 

Tego wieczoru zrozumiał to szybko. Bardzo szybko. 

Jego czarne oczy zapłonęły żądzą. Znowu pochylił się 
nad nią, całując z taką namiętnością, jakby w tej chwili 
liczył się dla niego tylko smak pocałunku. 

Sześć miesięcy temu, kiedy złapała gumę, Will za- 

trzymał się i pomógł jej zmienić koło. Była oczaro- 
wana tym gestem, ale nie spodziewała się, że jeszcze 
kiedykolwiek go zobaczy. Przez długi czas nie mogła 
zrozumieć, dlaczego Will w ogóle się nią zaintereso- 
wał. Różnili się pod każdym względem, poczynając 
od statusu majątkowego, kończąc na temperamencie. 
Will był ambitny, pracowity i spragniony sukcesu, do 
którego dążył wszystkimi siłami, ale zupełnie nie po- 
trafił się rozluźnić. 

Niczym przygotowany na wszystko wojownik cały 

czas był pod bronią... dopóki nie dotknął Laury. Budził 
strach swoją siłą, zanim otoczyła go ramionami. 

Palcami zaczęła gładzić go po włosach na kar- 

ku. Pocałunek stawał się coraz głębszy, słodszy, 
pełniejszy. Laura zakołysała się, a następnie przytuliła

R

 S

background image

 
do niego, czując, jak fala gorąca przepływa przez jej 
ciało. 

Czasami uświadamiała sobie, że tak naprawdę 

w ogóle nie jest pewna Willa. Nigdy nie wspominał 
o ślubie, przyszłości lub dzieciach, a więc o tym, na 
czym jej najbardziej zależało. A jednak tak bezna- 
dziejnie łatwo się zakochała. To jemu zawdzięczała, 
że obudziła się w niej prawdziwa kobieta. To on spra- 
wił, że czuła mu się niezbędna do życia jak woda czy 
powietrze. Nigdy wcześniej nie doświadczyła tak silnej 
tęsknoty i tak wielkiej namiętności. Zdawała sobie 
sprawę, że nie ma takiego drugiego mężczyzny jak Will 
Montana. 

Pożądanie, które ich ogarnęło, narastało do punktu 

kulminacyjnego. Laura odsunęła się nieco, aby nabrać 
tchu i dotknęła policzka Willa. W jego gorącym spoj- 
rzeniu dostrzegła czułość i wrażliwość, choć pewnie 
Will wybuchnąłby śmiechem, gdyby powiedziała mu, 
że jest delikatny. 

-    A niech mnie - mruknęła Laura. - Więc to jed- 

nak ty, a nie Święty Mikołaj. 

-    Musiałaś mnie pocałować, żeby się o tym prze- 

konać? Całujesz się z każdym, kto tu wchodzi, żeby 
ustalić jego tożsamość? 

-    Skądże. Tylko z tymi, którzy przychodzą do mnie 

w stroju Mikołaja. To było znakomite przebranie. 
Przez chwilę dałam się nabrać. 

Na twarzy Willa rzadko gościł uśmiech. Początko- 

wo Laura raczej nieśmiało się z nim przekomarzała. 
Will sprawiał wrażenie bardzo poważnego mężczyzny, 
który nie lubi babskiej paplaniny. A jednak to właśnie 

R

 S

background image

 
dzięki tym żartom w jego oczach zapalały się wesołe 
ogniki. 

Will chwycił ją za rękę, którą gładziła go po karku. 
-    Masz kłopoty, Lauro Stanley. 
-    To żadna nowina. Wiedziałam to już wtedy, gdy 

wpuszczałam cię do środka. 

-    Jeśli nie będziesz grzeczna, nie dostaniesz pre- 

zentu - powiedział niskim głosem. 

Laura pomyślała, że ten jego baryton musiał od- 

straszać wielu ludzi. Ale ona słyszała go już wcześniej 
i miała swoje kobiece sposoby, by złagodzić ostry ton. 

-    Nie potrzebuję żadnych prezentów. Ten, który 

mam, całkowicie mi wystarcza. 

-    Ten dostaniesz na samym końcu. - Will chwycił 

ją za dragą rękę. - Nie mogę się już doczekać, kiedy 
otworzysz swój prezent. 

-    Boże Narodzenie jest dopiero jutro - powiedzia- 

ła, ale Will zaczął ciągnąć ją w stronę saloniku. 

Kiedy usadowiła się wreszcie na dywanie obok cho- 

inki, zaczaj wyjmować prezenty. Laurę ogarnęło wzru- 
szenie. Domyśliła się, że Willowi będzie zależeć na spę- 
dzeniu świąt tylko z nią. Musiała się mocno napracować, 
żeby przekonać go do przyjścia następnego dnia na obiad, 
w którym zresztą i tak miał uczestniczyć tylko jej ojciec. 
Siostra Laury przeprowadziła się bowiem w inne strony. 
Will wychowywał się bez rodziców i czuł się skrępowany 
podczas rodzinnych spotkań. 

Laura rozumiała, że pragnął ten czas dzielić tylko 

z nią. Nie wiedziała, jak zareagować na jego niezwykłą 
hojność. Rozwijając kolejne paczki, czuła się coraz bar- 
dziej skrępowana. W pierwszej znajdowała się biała at-

R

 S

background image

 
łasowa koszula nocna. W drugiej kasety magnetowi- 
dowe ze słynnymi filmami sprzed lat. Były tam rów- 
nież niezliczone pary skarpetek z podobizną Myszki 
Miki, pudełko czekoladek Godiva, olbrzymi szkarłatny 
ręcznik i włoski sweter z kaszmiru. 

Laura czuła się nieswojo. Zawsze bardziej cieszyło 

ją dawanie niż branie, ale nie chciała psuć przyjemno- 
ści Willowi. Tak było aż do chwili, gdy zobaczyła 
ostatni prezent. Will wręczył jej malutkie, aksamitne 
pudełeczko, wewnątrz którego znajdował się szafirowy 
wisiorek w kształcie serca. 

-    Will - powiedziała poważnie - nie mogę tego 

przyjąć. 

-    Nie musisz, jeśli ci się nie podoba. 
-    Nie chodzi o to. Jest śliczny. Po prostu dajesz 

mi za dużo drogich prezentów. Nie mogę tego wziąć, 
to wykluczone. 

Laura nie śmiała nawet dotknąć klejnociku. Złoty 

łańcuszek był niezwykle delikatny, a szafir, odbijając 
niebieskie refleksy, sprawiał wrażenie żywego. 

-    Dlaczego? 
-    Dlaczego? Ponieważ ja nie mogę ci się zrewan- 

żować podobnymi. 

Wokół Willa leżały otwarte pudełka i rozwiązane 

wstążeczki. Laura sprezentowała mu rękawiczki i sza- 
lik, którym od razu owinął sobie szyję. 

-    Kiedy byłem nastolatkiem, Lauro, nie miałem 

grosza przy duszy. A teraz mam tyle pieniędzy, że nie 
wiem, co z nimi robić. Czy to coś złego, że lubię je 
wydawać na ciebie? 

Laura już kilkakrotnie próbowała rozmawiać z Wil-

R

 S

background image

 
lem na temat jego ekstrawaganckich pomysłów, ale na 
razie bez rezultatów. 

-    Oczywiście nie ma nic złego w sprawianiu ko- 

muś niespodzianek. Ale przyjęcie takiego prezentu... 
to jednak trochę za dużo; Jest stanowczo za drogi. Nie 
chcę, abyś myślał, że twoje pieniądze mają dla mnie 
jakiekolwiek znaczenie. 

-    No cóż, jeśli chodzi tylko o to... - powiedział 

leniwie. - Znam już twoje zdanie na temat moich pie- 
niędzy. Już dawno naprawiłbym ci dach i kupił nową 
maszynę do zmywania naczyń, gdybyś odstąpiła choć 
trochę od swojej niezależności. Pamiętam, jak nakrzy- 
czałaś na mnie, kiedy naprawiłem ci hamulce. Boże! 
Myślałem, że udusisz mnie gołymi rękami. 

-    Zawsze sama radziłam sobie w takich sytuacjach. 
-    Ależ wiem, pani Samowystarczalska. Tylko że 

pensję miałaś dostać w piątek, a hamulce już we wto- 
rek były do niczego. Chodziło o bezpieczeństwo, nie 
o pieniądze. 

-    Dobrze, dobrze, nie zmieniaj tematu. - Laura po- 

groziła mu palcem. - Rozmawiamy teraz o szafiro- 
wym wisiorku. 

-    Możesz go wyrzucić, jeśli ci się nie podoba. 
-    Chyba żartujesz. Jezu, ty naprawdę potrafisz być 

irytujący. Chcę ci tylko uświadomić, że nie musisz ku- 
pować mi tak kosztownych prezentów. Wystarczyłoby, 
gdybyś podarował mi breloczek do kluczyków. 

-    A co? Potrzebny ci nowy breloczek? 
Tego było już za wiele. Laura rzuciła się na Willa 

z krzykiem. Will Montana był tak nieprzewidywalnym 
mężczyzną, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby zo-

R

 S

background image

stawił ja teraz samą i ruszył do sklepu w poszukiwaniu 
breloczka. Musiała go przed tym powstrzymać. 

Przywarła mocno do jego ust, obdarowując go naj- 

bardziej żywiołowym pocałunkiem, na jaki było ją stać. 
Trudno bowiem powstrzymać tak silnego mężczyznę. 

Will przewrócił się na podłogę. Zdążył jeszcze po- 

ciągnąć ją za sobą, kiedy padał na stosy papierów, 
wstążek i kartonów. 

W innych okolicznościach obraziłaby się na niego, 

ale teraz była zbyt pochłonięta całowaniem. 

Ich języki natychmiast się odnalazły. Will był 

spragniony tego pocałunku. Coraz bardziej napięty 
i niecierpliwy, przyciągnął Laurę najbliżej, jak po- 
trafił. 

Laura z trudem wysunęła się z jego ramion, czując, 

że za chwilę nie będzie w stanie się opanować. 

- Nie mogę przyjąć tego wisiorka - ostrzegła. - 

Porozmawiamy o tym trochę później. 

Will na powrót przywarł do niej całym ciałem. 

Szybko zauważył, że pod koszulką nie nosiła stanika. 
Laura uświadomiła sobie, co prawda za późno, że po- 
stąpiła lekkomyślnie, choć tak widoczne pożądanie jej 
pochlebiało. Will był zachwycony. 

Zakochała się w tym tajemniczym i skomplikowa- 

nym mężczyźnie, choć martwiła się, że często nie po- 
trafiła go zrozumieć. Wiedziała, że nigdy nie znał włas- 
nego nazwiska. Przybrał nazwisko Montana, ponie- 
waż w tym stanie się urodził. Nie istniały więzy, które 
łączyłyby go z kimkolwiek lub czymkolwiek. Może dla- 
tego z taką pasją oddawał się kochaniu. Niewykluczone, 
że był to jedyny znany mu sposób wyrażania emocji. 

R

 S

background image

Laura miała wiele wątpliwości, ale jednego była 

pewna: swoich uczuć do tego mężczyzny. 

Jego pas uwierał, ale w końcu udało się go rozluźnić 

i Laura wyciągnęła koszulę Willa. Chciała poczuć pod 
palcami dotyk jego nagiego ciała, tylko że Will wcale 
jej w tym nie pomagał. Odrzucił na bok koszulkę 
i wtulił twarz w jej piersi. Szorstkie, łaskoczące poli- 
czki sprawiały jej prawdziwą rozkosz. Chyba więcej 
wiedział o jej ciele niż ona sama. 

Udało jej się wreszcie rozpiąć guziki jego koszuli 

i zrzucić mu ją z ramion. Gdy tylko ukazał się nagi 
tors, Laura zanurzyła palce w gęstwinie włosów. By- 
ła to zupełnie inna forma pieszczoty, przedłużająca 
zmysłowe doznania. Will był niecierpliwy. Szkoda 
mu było czasu na takie subtelności. Jednak niekiedy 
Laura potrafiła być uparta, zmuszając go do ule- 
głości. 

Migotliwe światło świec odbijało się w ciemnych 

oczach Willa, kolorowe refleksy lampek choinkowych 
tańczyły na jego nagich ramionach. Miała wrażenie, 
że Will zapomniał o zbliżających się świętach Bożego 
Narodzenia. 

Przypomniała sobie teraz, jak pewnego weekendu 

Will wynajął samolot i poleciał z nią w góry. Innym 
razem ubrany w elegancki smoking przyjechał po nią 
wspaniałą limuzyną, ale z torbą kupionego po drodze 
jedzenia. Od samego początku ich znajomości zaska- 
kiwał ją przeróżnymi pomysłami, poczuciem humoru 
i nieokiełznaną żywiołowością. 

Mimo to, ilekroć o nim myślała, zawsze miała przed 

oczami samotnego, spragnionego rodzinnego ciepła 

R

 S

background image

 
mężczyznę, choć Will nigdy nie wspominał o małżeń- 
stwie, dzieciach czy wspólnej przyszłości. 

Nagle ogarnął ją jakiś niezrozumiały niepokój. Cała 

ta znajomość z Willem była niczym sen, romantyczny 
sen, i nie miała prawa przydarzyć się takiej zwyczajnej 
dziewczynie. Może wpadła w pułapkę własnych ma- 
rzeń? Może jej królewicz z bajki nie poruszał takich 
tematów jak dzieci i rodzina, ponieważ ten temat kom- 
pletnie go nie interesował i nigdy nie zainteresuje? 

-    Co się dzieje, kochanie? - zapytał. 
-    Nic - odpowiedziała czym prędzej i pocałowała 

go, starając się zapomnieć o wątpliwościach; Biorąc 
pod uwagę wcześniejsze życiowe doświadczenia Willa, 
trudno się dziwić, że nie był chętny do składania obiet- 
nic. Coś takiego jak szczęście rodzinne było w jego 
przypadku nic nie znaczącym zwrotem. Nie należał 
przy tym do mężczyzn, których można było do cze- 
gokolwiek zmusić. Laura miała wrażenie, że im bar- 
dziej oboje angażowali się w ten związek, tym więcej 
lęku to w niej wzbudzało. Nigdy wcześniej nie podej- 
mowała tak wielkiego ryzyka. 

Nigdy jeszcze tak strasznie się nie zakochała. 
-    Lauro... 
-    Cii... 
Będzie go kochać aż do utraty tchu, bez względu 

na wszystko. Nie miała wyboru. W każdym razie na 
pewno nie wtedy, gdy chodziło o Willa. 

-    Lauro, kochanie... 
-    Cii... 
Zorientował się, że nie powinien teraz przerywać. 

Zawsze wyczuwał chwile, kiedy Laura nie była w od- 

R

 S

background image

 
powiednim nastroju. Taki kochanek jak on był pra- 
wdziwym wyjątkiem. Mężczyźni zazwyczaj nie orien- 
tują się, co kobieta tak naprawdę czuje. Dla Willa nie 
było w tym względzie żadnych tajemnic. 

Laurą kierowało nie spełnione pragnienie. 
Ręką zjechała niżej, dotykając suwaka jego spodni. 

Will ciężko oddychał. Jego oczy były zamglone, a całe 
ciało rozpalone. Nagle chwycił ją za rękę. 

-    Lauro, ktoś puka. 
-    Co? 
-    Ktoś chyba puka do drzwi - powtórzył. 
To niemożliwe. Sama przed chwilą słyszała, jak ze- 

gar w kuchni wybił dwunastą. Jedyny Mikołaj, na ja- 
kiego czekała, już się pojawił. O tej porze nikt inny 
nie mógł składać jej wizyty. 

Ale wtedy właśnie usłyszała pukanie - niecierpli- 

we, głośne i szybkie. Spojrzała zdziwiona na Willa. 

-    Kto to może być? 
-    Nie wiem, ale ktoś cię jednak odwiedził. Trzeba 

otworzyć. 

Will uwolnił się z jej uścisku, podniósł koszulę 

i stanął na nogi. 

Laura przeczesała ręką włosy. Leżała teraz prawie 

naga na stosie tasiemek, papierów i pudełek. Nie była 
to odpowiednia pozycja do przyjmowania gości. Pod- 
niosła się z podłogi i zaczęła szukać swojej koszulki. 
Szybko włożyła ją na siebie, jeszcze raz poprawiła ręką 
włosy i ruszyła w stronę drzwi. 

W pierwszej chwili, kiedy Will otworzył drzwi, 

Laura nic nie widziała. Zimny wiatr wtłoczył do środka 
tumany śniegu. 

R

 S

background image

-    Kto... - zaczęła, ale zanim dokończyła, jej 

oczom ukazała się postać gościa. 

Nie widziała swojej siostry od roku i tęskniła do 

niej zwłaszcza w tym świątecznym okresie. Nigdy nie 
polubiła i nie obdarzyła zaufaniem jej wygadanego 
męża, bawidamka, którego Deb poślubiła przed trzema 
laty. Młodzi zamieszkali w stanie Oregon - dla Laury 
gdzieś na końcu świata - toteż kontakt z siostrą siłą 
rzeczy ograniczał się do rozmów telefonicznych. Kiedy 
Deb była w ciąży ze swoim pierwszym dzieckiem, 
Laura wydała na telefony fortunę. 

I chyba dlatego tak dużo myślała w te święta 

o dzieciach, że doczekała się wreszcie siostrzeńca. 
Martwiła się, jak siostra daje sobie radę. Deb zawsze 
ją zapewniała, że czuje się świetnie i jest bardzo 
szczęśliwa. 

Nie było powodu w to nie wierzyć, mimo to Laura 

wyczuwała w jej głosie fałszywą nutę. 

A teraz przekonała się, że jej podejrzenia były cał- 

kowicie uzasadnione. 

Deb nie miała na głowie czapki, jej wytarta, we- 

łniana kurtka była rozpięta i w niektórych miejscach 
podarta. Schudła o jakieś dziesięć kilo, choć nigdy 
wcześniej nie miała kłopotów z nadwagą. Deb ucho- 
dziła za piękność, a teraz miała zapadnięte policzki 
i włosy w kompletnym nieładzie. Najgorsze zaś było 
to, że jej oczy, z których kiedyś wprost tryskała radość 
życia, teraz przepełnione były strachem. 

-    Lauro... 
Deb popatrzyła z niepokojem na Willa, a potem za- 

trzymała wzrok na siostrze. Jej twarz natychmiast się 

R

 S

background image

 
wykrzywiła, a z oczu trysnęły łzy. W ciszy rozległ się 
przeraźliwy szloch. 

Laura zaniemówiła z wrażenia, ale natychmiast wy- 

ciągnęła ramiona i rzuciła się w stronę siostry. 

W zawiniątku, które ściskała Deb, wierciło się 

dziecko. Jego płacz był jeszcze donośniejszy niż szloch 
matki. 

R

 S

background image

 

 

Rozdział 2 

 
-    Chcę tylko, żebyś na jakiś czas zabrała Archiego 

- mówiła z przejęciem Deb, z trudem powstrzymując 
łzy. - Przysięgam, Lauro, że nie na długo. Muszę się 
gdzieś zatrzymać, chociaż na razie nie wiem jeszcze 
gdzie. Roger... on nie chce dziecka. Ale chce mnie. 
Zanim więc znajdę miejsce, w którym oboje będziemy 
bezpieczni... 

-    Czy możesz się wreszcie uspokoić? Doskonale 

wiesz, że zajmę się dzieckiem i pomogę ci, jak tylko 
potrafię. Ale dlaczego, do diabła, nie powiedziałaś mi, 
że masz kłopoty? 

-    Bo nie. 
-    Bo nie? Co to za odpowiedź! O Boże, czy to 

ten bydlak zrobił ci taki siniak na szyi? 

-    Nic mi nie jest, Lauro. 
-    Wręcz przeciwnie. Nie chcę, żebyś gdziekolwiek 

się stąd ruszała. Ty i Archie możecie u mnie zostać. 

-    Nie. 
Laura wolałaby usłyszeć inną odpowiedź, ale jej 

siostra wybiegła już z domu i skierowała się w stronę 
zdezelowanego, niebieskiego samochodu. Zaczęła 
przynosić stamtąd rzeczy dziecka - pieluchy, ubranka, 
składany stolik, nosidełko, kosz na brudną bieliznę wy- 
pełniony zabawkami i pluszowymi zwierzątkami. Ile- 

R

 S

background image

 
kroć Deb wychodziła na ulicę, nerwowo rozglądała się 
wokół, jak gdyby spodziewając się, że zaraz ktoś za- 
cznie ją ścigać. Jej twarz robiła się coraz bledsza, 
a oczy nabierały jakiegoś niesamowitego wyrazu. 

-    Nie puszczę cię stąd - powiedziała stanowczo 

Laura, mając chyba nadzieję, że tonem zmusi siostrę 
do uległości. Jednak Deb pozostawała nieugięta. 

-    Naprawdę nie mogę tu zostać. Nie chcę mieszać 

ciebie i ojca w moje sprawy. Jestem przekonana, że 
jeśli Roger zacznie mnie szukać, w pierwszej kolej- 
ności odwiedzi właśnie was. Natomiast Archie będzie 
tu bezpieczny. Kiedy zaszłam w ciążę, wszystko za- 
częło się psuć. Roger nie chce dziecka i nie sądzę, żeby 
zamierzał je odnaleźć. O Boże, mam nadzieję, że Ar- 
chie będzie tu bezpieczny. 

-    Bądź spokojna. Ze mną nic mu się nie stanie. 

Jeśli ktokolwiek zechce go tknąć, gorzko tego po- 
żałuje. 

Deb uśmiechnęła się do Laury, a potem przytuliła 

ją do siebie. 

-    Zawsze imponowała mi twoja rogata natura. Nie 

wiesz nawet, jak bardzo za tobą tęskniłam. Strasznie 
mi przykro, że ściągam ci na głowę tyle kłopotów. 

-    Ależ o czym ty mówisz?! Jesteś przecież moją 

siostrą i zawsze możesz liczyć na moją pomoc. W ra- 
zie czego wezwiemy policję i adwokata. 

Deb przecząco pokręciła głową. 
-    Byłam już na policji i u adwokata. Złożyłam po- 

zew o rozwód i uzyskałam orzeczenie o ograniczeniu 
praw rodzicielskich. Dla Rogera to tylko nic nie zna- 
czące świstki papieru. Mężczyzny, który traci nad sobą 

R

 S

background image

 
kontrolę, nie powstrzymają żadne przepisy. Wierz mi, 
wiem, o czym mówię. 

-    Deb... 
-    Chcę, żebyś kochała Archiego. Kochaj go tak 

mocno jak ja, dobrze? Nie zniosłabym myśli, że on 
za mną tęskni. Wrócę po niego. Obiecuję. Wrócę, jak 
tylko będę mogła... 

-    Deb... 
Zanim Laura zdążyła dokończyć, Deb odwróciła się 

i czym prędzej wyszła. Kiedy drzwi się za nią zamknę- 
ły, w przedpokoju zapanowała całkowita cisza. Laura 
rozejrzała się wokół, zatrzymując wzrok na stercie ba- 
gażu pozostawionego przez siostrę. Wciąż nie mogła 
uwierzyć, że Deb wpędziła się w takie tarapaty. Ucie- 
kała przed własnym mężem, ukrywając po drodze ich 
dziecko. To wyglądało jak koszmarny sen. 

Jak mogło do tego dojść? Kobiety z rodziny Stan- 

leyów zawsze potrafiły uniknąć takich sytuacji. Deb 
miała nie tylko urodę. Była subtelna, wrażliwa i ży- 
czliwa dla innych. Dlaczego ktoś miałby ją krzywdzić? 
Jakim prawem mąż podniósł na nią rękę? Laura po- 
prawiła sobie włosy drżącą dłonią. Uświadomiła sobie 
nagle, że zapomniała zapytać Deb o wiele rzeczy. Te- 
raz nie mogła się z nią nawet skontaktować. Nie wie- 
działa, gdzie pojechała jej siostra ani czy ma ze sobą 
jakieś pieniądze. 

-    Lauro? 
Spojrzała na Willa, który stał obok z kieliszkiem 

w ręku. 

-    Mam tu brandy. Wiem, że za tym nie przepadasz, 

ale powinnaś się trochę napić. To ci dobrze zrobi. 

R

 S

background image

 
Laura przechyliła kieliszek. Poczuła w gardle go- 

rąco, ale wcale nie zrobiło się jej od tego lepiej. 

-    Will... nie mogłam jej zatrzymać. Nie mogłam 

jej nawet trochę uspokoić. 

-    Wiem o tym. Twoja siostra była dziś w takim sta- 

nie, że nikt nie zdołałby przemówić jej do rozsądku. 

-    Była przerażona. 
-    To prawda - zgodził się Will. 
-    Nie przypuszczałam, że Roger to taki drań. Już 

wcześniej domyślałam się, że coś nie jest w porządku. 
Wielokrotnie rozmawiałam z nią przez telefon i wy- 
czuwałam to w jej głosie. Powinnam była coś zrobić. 

-    Przecież dobrze wiesz, że to i tak by nie pomog- 

ło. Żeby ktoś przyjął pomoc, musi najpierw zrozumieć, 
że sam z czymś sobie nie radzi. 

Laura poruszyła gwałtownie ręką, wychlapując za- 

wartość kieliszka. 

-    Ja go chyba zabiję. I to gołymi rękami. Jeśli ten 

drań pojawi się tutaj... Do diabła, to jest po prostu 
nie do zniesienia. Nie wiem nawet, gdzie pojechała 
Deb, nie wiem, czy jest bezpieczna, i nie wiem, co 
zamierza zrobić jej mąż... 

-    Dowiemy się tego, nie martw się - powiedział 

Will głębokim, spokojnym głosem. - W tej sprawie 
nie będziesz się chyba kłócić ze mną o pieniądze. Ma- 
my kilka możliwości. Po pierwsze, możemy zoriento- 
wać się, jak wygląda sytuacja od strony prawnej . Po 
drugie, jeśli twoja siostra posługuje się kartami kredy- 
towymi, możemy wynająć prywatnego detektywa, żeby 
ją odnalazł, a potem zastanowić się, jak zapewnić jej 
ochronę. To może oznaczać zarówno pomoc prawną

R

 S

background image

 
i finansową, jak i opiekę świadczoną przez wynajętych 
ludzi. 

Laura popatrzyła mu prosto w oczy. Will również 

próbował rozmawiać z jej siostrą, ale dał sobie spokój. 
Chyba szybko zrozumiał, że Deb nie przyjmowała do 
wiadomości żadnych argumentów, a już na pewno nie 
od obcego mężczyzny. Will nie narzucał się ze swoją 
osobą, ale przez cały czas pilnie przysłuchiwał się roz- 
mowie. Nie miał zwyczaju unikać problemów. Prze- 
ciwnie, bardzo je lubił, i to tym bardziej, im większe 
stanowiły wyzwanie. Właśnie jego rzeczowe sugestie 
były w tej chwili Laurze najbardziej potrzebne. 

-    Pozwól, że się tym zajmę, Lauro - powiedział 

cicho. - Nie chcę, żeby twoja duma okazała się teraz 
ważniejsza niż moja pomoc w tej sprawie. 

-    Nie martw się. Zresztą moja duma nie ma tu żad- 

nego znaczenia. Chodzi przecież o moją siostrę, nie o 
mnie. O Boże, Will, możemy wynająć kilku zabijaków? 

-    No, szczerze mówiąc, nie brałem pod uwagę ta- 

kiego rozwiązania. Może napijesz się jeszcze brandy? 
Wiem, że kiedy kierują nami emocje, trudno racjonal- 
nie myśleć. Spróbuj się jednak uspokoić. 

-    Nie chcę się uspokajać. Nie chcę racjonalnie my- 

śleć. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z tego typu 
ludźmi i nie mam pojęcia, jak ich wynająć. Ale wiem, 
że są nam potrzebni. Co najmniej dwudziestu... Tak, 
żeby mieć pewność, że ten łotr nie zbliży się ani do 
Deb, ani do dziecka. 

Dziecko. Laura zupełnie zapomniała o dziecku. 

Błyskawicznie podała kieliszek Willowi i biegiem ru- 
szyła do saloniku. 

R

 S

background image

 
Archibald Merle Gerard Thompson leżał na podło- 

dze, koło choinki, nadal ubrany w to, w czym przy- 
wiozła go matka. Chociaż serce Laury waliło jak osza- 
lałe, próbowała zapanować nad sobą. 

To długie i poważne imię zupełnie nie pasowało do 

maleńkiej istoty. Deb zawsze miała specyficzne poczu- 
cie humoru, ale Laura wiedziała, że wybór imion nie 
miał z tym żadnego związku. Jej siostra chciała dać 
dziecku poczucie przynależności, dlatego nadała mu 
imiona dziadków i pradziadków. 

Rzecz jednak w tym, że dziecko nie było podobne 

do żadnego członka rodziny. Było po prostu sobą. Jego 
twarzyczka zaczerwieniła się od gorąca. Ale chłopiec 
już od dawna nie płakał, wpatrzony w kolorowe lamp- 
ki na choince. 

Laura poczuła ucisk w sercu. Nigdy nie miała do 

czynienia z niemowlętami. Nie wiedziała, jak malca 
nakarmić, przewinąć, jak dowiedzieć się, czego potrze- 
buje. Jedno tylko wydawało się proste i oczywiste - że 
pokochała siostrzeńca. 

Niezdarnie rozpięła nosidełko i poluzowała zapięcia 

przy jego szyi. Twarz dziecka zwróciła się w jej kie- 
runku. Patrzyły na nią niebieskie niewinne oczy. Drob- 
ne, pulchne ciałko mieściło się w obu jej rękach. 

Laura była tak zauroczona siostrzeńcem, że nie spu- 

szczała z niego oczu. 

Wreszcie dostrzegła, że Will spogląda to na nią, to 

na dziecko. 

- W przedpokoju został jeszcze stolik. Chcesz, że- 

bym go tu przyniósł? Bo resztę rzeczy przeniesiemy! 
chyba do innego pokoju, prawda? 

R

 S

background image

 
-    Tak - mruknęła, czując znów ogarniające ją 

zdenerwowanie. Will w typowy dla siebie sposób za- 
jął się technicznymi szczegółami, ale z jego zacho- 
wania nie wynikało, że jest poruszony niecodzienną 
sytuacją. 

A przecież, pomyślała Laura, powinno go to choć 

trochę obejść. W końcu nie co dzień miał do czynienia 
z niemowlętami. Nawet w chwilach największej na- 
miętności Will nie zapominał o zabezpieczeniu Laury 
przed niepożądaną ciążą. Ani razu też nie wspomniał, 
że chciałby mieć dziecko. 

Laura przytuliła do siebie Archiego. Nawet przez 

chwilę się nie wahała, kiedy Deb poprosiła ją o po- 
moc. Will nie sprzeciwił się, rozumiejąc, że Laura 
nie mogła zostawić siostry samej w tak trudnej sy- 
tuacji. 

Jednak Laura wyczuwała, że intymność jej związku 

z Willem została naruszona, może nawet zniweczona. 
Nie miała wątpliwości, że Will nie jest zachwycony 
tą zmianą. Najgorsze, że zupełnie nie wiedziała, jak 
Will poradzi sobie w nowej sytuacji. 

 
-    Wesołych Świąt, Danielu. 
Laura była zajęta w kuchni i Will, pełniąc obowiąz- 

ki gospodarza domu, otworzył drzwi. Ojciec Laury 
miał zarumienione policzki i uśmiechał się, choć ze 
względu na artretyzm miał trudności z chodzeniem. 
Will od razu odgadł, że to właśnie po ojcu Laura odzie- 
dziczyła wyniosłą dumę. Starszy pan nigdy nie prosił 
o pomoc. Will wziął od Daniela prezent i zaprosił go 
do środka. 

R

 S

background image

 
-    Wesołych Świąt, Will. Cieszę się, że znowu cię 

widzę. - Daniel powiesił kapelusz na wieszaku. - 
Pewnie nie muszę pytać, gdzie jest Laura. - Mężczyźni 
wymienili znaczące spojrzenia. - Czy indyk jest na ty- 
le duży, że starczy dla wszystkich sąsiadów? 

-    Starczy dla całego batalionu żołnierzy. - Will 

wziął od Daniela płaszcz. - Chyba lepiej, żebym cię 
od razu ostrzegł. Laura zagroziła, że jeśli ktokolwiek 
zbliży się do kuchni, spotka go surowa kara. 

-    Tyle razy jej mówiłem, żeby nie przesadzała 

z tym gotowaniem. Ale to jak rzucać grochem o ścia- 
nę. Laura uwielbia Boże Narodzenie i związaną z nim 
tradycję kulinarną. Gdzie jest mój mały wnuczek? 

-    Zasnął przy choince. 
Will przyglądał się, jak Daniel, podpierając się la- 

ską, idzie w stronę saloniku. 

Laura zadzwoniła rano do ojca i powiadomiła, że 

syn Deb jest u niej. Przedstawiła jednak nieco zmie- 
nioną wersję wydarzeń. Powiedziała mianowicie, że 
Deb bierze rozwód i przeprowadza się, a na czas jej ' 
przenosin Laura zgodziła się zaopiekować dzieckiem. 

Willowi nie podobały się te kłamstwa. Rozumiał,:[ 

że Laura chciała oszczędzić ojcu niepotrzebnych stre- 
sów. Ale przecież Daniel miał prawo wiedzieć, co na- 
prawdę przydarzyło się jego córce. Mimo to Will nie 
spierał się w tej sprawie z Laurą. Byli tak pochłonięci 
niemowlęciem, że nie mieli już czasu na tego rodzaju 
dyskusje. 

-    Napijesz się czegoś, Danielu?                                                       
-    Owszem. Poproszę o szklaneczkę sherry - odparł; 

Daniel, ale zaraz westchnął. - Nie, właściwie to dzię- 

R

 S

background image

 
kuję. Laura zaraz by mi zmyła głowę, a muszę jej je- 
szcze złożyć życzenia. 

Daniel udał się do kuchni, skąd po chwili zaczęły 

dobiegać odgłosy powitania, śmiechu, przekomarzania 
i połajanek. Taka typowa rozmowa ojca z dorosłą cór- 
ką. W podobnych okolicznościach Will czuł się nieco 
skrępowany. Choć Daniel od początku odnosił się do 
niego życzliwie i nigdy nie zadawał kłopotliwych py- 
tań, Will nie mógł się pozbyć wrażenia, że w oczach 
ojca nie jest idealnym kandydatem na zięcia. 

Nagle dziecko zaniosło się płaczem. 
Will spojrzał najpierw w jego stronę, później 

w stronę kuchni. Jednak ani Laura, ani Daniel chyba 
niczego nie usłyszeli. 

Z rękami w kieszeni Will zbliżył się do przenośnego 

łóżeczka. Archie. Co za idiotyczne imię dla tej małej, 
czerwonej na buzi istoty o niebieskich oczach. Chło- 
piec zwrócił głowę w stronę Willa, badawczo mu się 
przyglądając. Po chwili z jego ust znowu wydobył się 
wrzask. 

Najwyraźniej Will nie przypadł mu do gustu. 
Poprzedniego wieczoru mężczyzna nawet go nie do- 

tknął, ale od razu stało się jasne, że on i dziecko wkro- 
czyli na wojenną ścieżkę. Gdy tylko w pobliżu pojawił 
się Will, malec od razu zaczynał płakać. Może wyczu- 
wał, że Will nie należy do miłośników dzieci. W końcu 
matka zostawiła go, kiedy był mniej więcej w tym sa- 
mym wieku. Nie miało to wprawdzie żadnego związku 
z Archiem, ale widok dziecka przypominał Willowi, 
że kiedyś sam czuł się nie chciany i nikomu niepo- 
trzebny. 

R

 S

background image

 
Krzyk zaczął przybierać coraz wyższe tony, ale na- 

dal nie było widać Laury ani Daniela. 

Z pewnym wahaniem Will pochylił się i pogłaskał 

dziecko po brzuszku. Jednak w odpowiedzi usłyszał 
jeszcze bardziej natężony wrzask. Chłopiec nie mógł 
być głodny. Laura nakarmiła go przed niecałą godziną. 
Archie skopał kocyk i wciskał się w siatkę łóżeczka. 
Jednak wcześniej też to robił i nigdy przy tym nie pła- 
kał. Najwidoczniej prawdziwa przyczyna jego niezado- 
wolenia tkwiła gdzieś indziej. 

Will uznał, że mógłby wziąć chłopca na ręce i za- 

nieść go do Laury. Nie było to przecież nic trudnego. 
A Laura na pewno domyśliłaby się, o co mu chodzi. 
Zeszłej nocy malec wielokrotnie płakał i Laura za każ- 
dym razem wiedziała, jak go uspokoić. 

Zdecydował się wreszcie podnieść dziecko. Od razu 

zauważył, że ma mokro. Nie mógł trzymać go na wy- 
ciągniętej ręce, bo zgodnie z tym, co powiedziała Lau- 
ra, powinien podtrzymywać mu główkę. Nie mając wy- 
boru, poszedł za jej radą i biegiem rzucił się w stronę 
kuchni. Archie natychmiast przestał płakać. Co więcej, 
zaczął wydawać dźwięki świadczące o tym, że jest bar- 
dzo zadowolony. 

Kiedy Will stanął w progu kuchni, już otworzył 

usta, by zawołać Laurę, ale zawahał się. To nie było 
takie proste. Kuchnia wyglądała jak pobojowisko. Lau- 
ra pochylała się nad otwartym i dymiącym piecykiem, 
mówiąc coś głośno do ojca. Przewracała przy tym zaru- 
mienionego indyka. Z garnków na kuchence buchała 
para. Daniel miał ręce pełne roboty, wyjmując z lo- 
dówki pojemniki z jedzeniem. Oboje wydawali się bar-

R

 S

background image

 
dzo zajęci przygotowaniami do uroczystego obiadu. 
Nie należało przeszkadzać im w takiej chwili. Tylko 
co w takim razie Will miał zrobić z dzieckiem? 

Jego wzrok spoczął na Laurze. Jej policzki były 

czerwone od gorąca, a do czoła przylepiły się wzbu- 
rzone włosy. Laura często tak wyglądała, kiedy kochała 
się z Willem. Zrzuciła kapcie i chodziła po kuchni tyl- 
ko w rajstopach. Miała na sobie czerwoną krótką spód- 
nicę i długą bluzkę w takim samym kolorze. Materiał 
był miękki i delikatny, taki jak lubiła Laura. Na jej 
szyi nie zauważył szafirowego wisiorka, ale w uszach 
świeciły maleńkie kolczyki. Prawdopodobnie nosiła je, 
ponieważ Will powiedział, mijając się z prawdą, że nie 
są złote. Ta dziewczyna miała jakiś chory stosunek do 
pieniędzy. Gdyby choć raz pozwoliła mu kupić to, na 
co ma ochotę, obsypałby ją brylantami. Will czuł, że 
jego ciało płonie. Wczorajsze spotkanie nie zakończyło 
się tak, jak to sobie zaplanował. Nieoczekiwanie sy- 
tuacja w rodzinie się skomplikowała. Will nie miał złu- 
dzeń, że w tej chwili sprawy Deb były dla Laury naj- 
ważniejsze. Tylko że patrząc na jej powabne ciało, nie 
mógł przestać jej pożądać. 

Archie szturchnął Willa rączką w twarz. Zrobił to 

nieumyślnie, ale trafił go prosto w nos. To przywróciło 
Willa do rzeczywistości. Zrozumiał, że nie może 
w nieskończoność stać z dzieckiem na ręku. Spoglą- 
dając złowrogo na malca, ruszył korytarzem w stronę 
gabinetu. W całym domu nie było dużych pokoi, ale 
gabinet był już doprawdy mikroskopijny. Znajdował 
się tam tylko telewizor, biurko i stara, wytarta kanapa 
w czerwonym kolorze. Po raz pierwszy kochali się 

R

 S

background image

 
właśnie na niej. Jednak teraz była całkowicie przykryta 
rzeczami dziecka. 

Archie znowu zapłakał. Will położył go na kocu, 

a sam zajął się poszukiwaniem pieluch i ubrań. Po 
chwili chłopiec zapłakał jeszcze głośniej. 

-    Co się tak złościsz? Zaufaj mi. Potrafię to zrobić. 

Nie jest to chyba aż takie trudne. Coś tu zaraz dla 
ciebie znajdę. Masz do wyboru albo tę białą rzecz 
z klownami, nieco dziewczęcą jak na mój gust, albo 
zieloną piżamę z piłką. Co wybierasz? 

Chłopiec najwyraźniej nie był zainteresowany wy- 

borem. Z jego ust zaczęły się wydobywać bańki śliny. 
Zdenerwowany Will czym prędzej zdjął z malca wil- 
gotne śpioszki. Gdy chłopiec był już w połowie nagi, 
poczuł się zdecydowanie lepiej. Will odpiął pieluchę, 
odłożył ją na bok i zatrzymał się, nie wiedząc, co robić 
dalej. 

To wszystko nie było jednak takie proste. 
-    Mógłbyś mi trochę pomóc - mruknął do Archie- 

go. - Nieraz byłeś już przewijany, więc znasz się na 
tym. Ja jestem w tych sprawach zupełnie zielony, 
a twoja mama nie zostawiła, niestety, żadnego podrę- 
cznika. Podejrzewam, że teraz należałoby cię umyć, 
prawda? A potem założyć czystą pieluchę. Czy taki 
plan ci odpowiada? 

Dziecko znowu zaczęło się ślinić. Wydawało się, 

że był to jedyny sposób, jakim chłopiec potrafił się 
porozumiewać. Will poczuł, jak po czole spływa mu 
pot. Już od dawna nie wykonywał żadnej fizycznej pra- 
cy. Nic dziwnego, że znalezienie kosza na brudną bie- 
liznę, pieluch i ubranek zabrało mu sporo czasu. 

R

 S

background image

 
Kiedy wreszcie wszystko było przygotowane, Archie 

znalazł sobie nowe zajęcie - zaczął ssać palec u nogi. 

Kompletnie tym zaskoczony, Will klęknął i za- 

stygł w niemym oczekiwaniu. Kto wie, może przerwa- 
nie tego rytuału wpłynie negatywnie na rozwój dzie- 
cka? Teraz wszystkie niepowodzenia w dalszym życiu 
człowieka przypisywało się błędom, jakie popełnili 
wcześniej jego rodzice. Will wyobraził sobie, jak po 
dwudziestu latach jakiś psychiatra odzywa się do Ar- 
chiego: „No cóż, teraz już wiemy, dlaczego został pan 
terrorystą. To dlatego, że w dzieciństwie jakiś bęcwał 
nie pozwolił panu ssać palca u nogi". 

Jednak czekanie nic nie dawało. Chłopiec nawet na 

chwilę nie wyjął palca z buzi. Chcąc go czymś zająć, 
Will zaczął łaskotać jego małe ciałko, po czym wy- 
głosił przemówienie. 

-    Pozwól, że ci coś powiem - zaczął. - Ludzie nie 

powinni płodzić dzieci, jeśli nie mają ochoty się nimi 
zajmować. To nieuczciwe wobec nich. Uwierz mi, bo 
wiem coś o tym. Kiedy będziesz większy, nie rozpinaj 
za często rozporka. Musisz mieć pewność, że naprawdę 
ci zależy na kobiecie, z którą jesteś. Rozumiesz? 

Wydawało się, że Archie słuchał, w każdym razie 

przestał ssać palec i wpatrywał się w Willa. 

-    To co, zmieniamy pieluchę? - zapytał Will. 
Nie przypuszczał, że coś takiego może mu się 

przytrafić. Sięgając ręką po pieluchę, pochylił się 
nad chłopcem i wtedy poczuł na twarzy strumień moczu. 

R

 S

background image

 

 

Rozdział 3 

 
-    Maleństwo wreszcie usnęło. - Laura weszła do 

saloniku, podchodząc do Willa. - Nie wiem, jak bym 
sobie dzisiaj bez ciebie poradziła. 

-    Przecież nic nie zrobiłem. 
-    Zniknęła olbrzymia sterta garów. To ma być nic? 

Nie wiem, po co marnujesz czas w laboratorium, wy- 
konując te zadziwiające badania naukowe, skoro mógł- 
byś wykorzystać swoje czarodziejskie umiejętności 
w życiu. 

Will uśmiechnął się i zrobił Laurze miejsce na ka- 

napie. Nie musiał jej dwa razy zapraszać. Usadowiła 
się tuż obok niego, podciągając nogi. Zauważyła, że 
wcześniej Will zaciągnął zasłony i zgasił lampy. W ko- 
minku buzował ogień, a rozżarzone węgle rzucały wo- 
kół jasną poświatę. Dopiero teraz w domu zapanowała 
cisza. Laura przysunęła się jeszcze bliżej. Wieczorami 
bardzo lubili siedzieć blisko siebie. 

-    Znakomicie dogadujesz się z moim ojcem. 
-    Po prostu go lubię. 
-    Tak się składa, że ja go nawet kocham. A jednak 

on zawsze mnie strofuje, że niepotrzebnie tak się wszy- 
stkim przejmuję. Co to byłyby za święta, gdybym nie 
nadała im odpowiedniej oprawy? Poza tym obecność 

R

 S

background image

 
dziecka przysparza dodatkowych obowiązków. Nie 
przypuszczałam, że Arenie będzie aż tak absorbujący. 

-    O, tak. Dziecko to prawdziwa rewolucja w domu. 

Nawet jeśli pojawia się tylko na krótko. 

Laura spojrzała uważnie na Willa. Przez cały dzień 

próbowała odgadnąć, jaki właściwie jest jego stosunek 
do dziecka. Kilka godzin wcześniej usłyszała krzyk do- 
biegający z pokoju chłopca i czym prędzej tam po- 
biegła. Will opowiedział jej, co przydarzyło się podczas 
zmiany pieluchy. Na szczęście potrafił zachować do 
tego odpowiedni dystans i potraktował całą sprawę 
z przymrużeniem oka. Laura zauważyła jednak, że 
choć Will chętnie pomagał jej w pracach domowych, 
zdecydowanie unikał kontaktu z Archiem. 

Wielu mężczyzn odczuwa obawę przed małymi 

dziećmi. Zresztą nie było przecież żadnego powodu, 
aby Will zapałał nagle miłością do chłopca. Choć Laura 
miała nadzieję, że tak się kiedyś stanie. Może dzięki 
temu, że w ich życiu nieoczekiwanie pojawił się jej 
siostrzeniec, Will zmieni swoje nastawienie do rodziny 
i dzieci. 

Will zaczął przebierać palcami w jej włosach. 
-    Czy zastanawiałaś się nad tym, co zrobisz 

z dzieckiem w poniedziałek? Jak pogodzisz nowe obo- 
wiązki z pracą? 

-    Tak, trochę o tym myślałam. Nie za dużo. Wszy- 

stko stało się tak nagle i niespodziewanie, że nie mia- 
łam na razie do tego głowy. 

Po Laurze widać było ogromne zmęczenie. Zeszłej 

nocy prawie w ogóle nie spała, a w ciągu dnia też nie 
mogła pozwolić sobie na odpoczynek. Nie zdążyła się 

R

 S

background image

 
jeszcze przyzwyczaić do obecności dziecka w swoim 
domu. A praca była tylko jednym z problemów, z któ- 
rymi w nowej sytuacji będzie musiała się uporać. 

-    Myślę, że będę zabierała go do pracy. Przynaj- 

mniej dopóki nie znajdę lepszego rozwiązania. Nie mo- 
gę przecież przestać pracować. 

-    Ależ możesz. Rzecz w tym, że nie chcesz. 
-    Will, nie próbuj ofiarowywać mi pomocy teraz, 

gdy odgrywam rolę mamy. Nie zgadzam się na to. Moja 
mama nie wychowała swoich córek na księżniczki, któ- 
re w każdym pojawiającym się mężczyźnie upatrują 
księcia z bajki. 

-    Ja nie jestem pierwszym lepszym mężczyzną. 

I nie widzę niczego zdrożnego w przyjęciu pomocy fi- 
nansowej. W końcu w twoim życiu ogromnie dużo się 
ostatnio zmieniło. 

-    Cóż z tego? Archie nie będzie przecież ze mną 

wiecznie. Pracowałam ciężko przez sześć lat, żeby 
osiągnąć obecną pozycję. Zmarnowanie tego wszy- 
stkiego, zwłaszcza teraz, kiedy Archie i moja siostra 
potrzebują wsparcia, byłoby szaleństwem. 

-    Zauważyłem, że bardzo przejęłaś się nową rolą. 

Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie powinnaś od- 
rzucać mojej pomocy. Naprawdę czasami cię nie rozu- 
miem - jak można się tak głupio przy czymś upierać? 

-    Czy się przesłyszałam? Nazwałeś mnie głupią? 

- Laura uniosła wojowniczo głowę. 

-    Myślę po prostu, że gdybyś się pozbyła choćby 

połowy swojej dumy i tak miałabyś jej więcej niż kto- 
kolwiek inny. 

-    Czy mam to potraktować jak kolejną zniewagę? 

R

 S

background image

- Laura zwróciła się w stronę Willa. - Rozgrzewasz 

mnie - szepnęła. 

-    Wiem. - Nawet w półmroku bezbłędnie odnalazł 

usta Laury. Rozkoszował się ich smakiem, jak gdyby 
ostatni raz całowali się wieki temu. - Uwielbiasz, kie- 
dy się z tobą przekomarzam. Wprawdzie nigdy tego 
nie rozumiałem, ale ważne, że potrafię to wykorzystać. 

Laura odpowiedziała na jego pocałunek. 
-    Nie sądzisz, że takie podejście jest obrzydliwie... 

manipulatorskie? 

-    No cóż, może trochę. Choć na pewno zdajesz so- 

bie sprawę, że możesz odpłacić mi się tym samym. - 
W jego oczach pojawiły się wesołe błyski. - Chodź 
do mnie, kochanie, i wykorzystaj mnie. 

Zmęczenie od razu ją opuściło. Przez cały dzień 

nie mieli dla siebie czasu. Dopiero teraz uświadomiła 
sobie, jaką męką jest całodobowa rozłąka z uko- 
chanym. 

Ich usta i języki rozpoczęły miłosny taniec. Poca- 

łunki stawały się coraz dłuższe i bardziej zachłanne, 
a ciała spragnione bliskości. Powietrze w pokoju zda- 
wało się przepojone namiętnością i oczekiwaniem roz- 
koszy. Will wiedział, co może ofiarować rnu Laura. 
Ona również wiedziała, na co go stać. 

Żaden mężczyzna, którego znała wcześniej, nie zna- 

czył dla niej tyle co Will. I przyrzekła sobie, że nie 
dopuści, aby cokolwiek miało to zmienić. Will nie miał 
w życiu nikogo, na kim mógłby polegać, cały czas 
zmagając się z przeciwnościami losu. Laura zdawała 
sobie jednak sprawę, jak bardzo pragnął komuś zaufać, 
i nie zamierzała go zawieść. 

R

 S

background image

 
Gdzieś z oddali dobiegł ją jakiś odgłos, ale nie 

zwróciła na niego uwagi. Kiedy całowała się z Willem, 
rzeczywistość niemal przestawała istnieć. 

Ponownie dał się słyszeć niewyraźny dźwięk z od- 

dali. Później płacz, przytłumiony krzyk, aż wreszcie 
wrzask. 

To był Archie. 
Intymny nastrój wieczoru ulotnił się w mgnieniu 

oka. Dziecko płakało, a jedyną osobą, która mogła za- 
stąpić matkę, była teraz Laura. 

Will nie protestował, gdy zerwała się z jego kolan. 

Przecież Archie jej potrzebował i Will na pewno to 
rozumiał. 

 
-    Proszę mi powiedzieć, panie Redling, dlaczego 

zrezygnował pan z ostatniej pracy? 

-    Musieliśmy się przeprowadzić. Mój ojciec nie 

czuł się dobrze po wypadku, a ja jestem jego jedynym 
dzieckiem. Madison to moje rodzinne miasto i miałem 
nadzieję, że uda mi się tu znaleźć pracę. 

Laura siedziała naprzeciwko młodego człowieka 

o ujmującej aparycji. 

-    Zdaje pan sobie sprawę, że oferujemy niższą pła- 

cę od tej, którą otrzymywał pan w Chicago. 

-    Oczywiście, ale wydaje mi się, że życie w mniej- 

szym mieście jest tańsze. Poza wszystkim naprawdę 
potrzebuję tej pracy. 

Laura wiedziała, że jej potrzebuje. Mężczyzna był 

przejęty, a po jego twarzy spływały kropelki potu. Go 
chwila nerwowym ruchem poprawiał okulary. Na pew- 
no bardzo zależało mu na posadzie, tylko że Laura 

R

 S

background image

 
nie była pewna, czy po jakimś czasie mężczyzna nie 
zacznie szukać czegoś lepszego. Ocena kandydatów na- 
leżała do jej obowiązków jako dyrektora personalnego. 

-    Panie Redling... 
Mężczyzna czekał, aż Laura sformułuje pytanie, ale 

jego treść zupełnie uciekła jej z głowy. Musiała pod- 
nieść się z krzesła, żeby uspokoić Archiego, który za- 
czął się nerwowo kręcić. 

Malutki pokój Laury można było przejść sześcioma 

krokami. Pan Redling usiadł w kącie, żeby zostawić 
więcej miejsca Laurze. Był jednak niezmiernie zdzi- 
wiony obecnością dziecka. Zadzwonił telefon. Znów 
ktoś przeszkadzał im w rozmowie. Po chwili w lekko 
uchylonych drzwiach pojawiła się głowa June. 

-    Nie zapomnij, że za dziesięć minut masz spot- 

kanie. 

-    Dziękuję, June, pamiętam. 
Laura zapomniała o tym spotkaniu, jak również 

o kilku innych, choćby o zebraniu z pracownikami 
działu kadr. Nie potrafiła uświadomić sobie, o co 
chciała zapytać pana Redlinga, a gdyby ktoś nagle ka- 
zał jej powiedzieć, jak się nazywa, miałaby poważne 
kłopoty z przypomnieniem sobie własnego nazwiska. 
W ciągu minionego tygodnia Laura zdążyła się prze- 
konać, że biuro to ostatnie miejsce, do którego powin- 
no się przychodzić z dziećmi. 

Piętrzyły się nie załatwione sprawy, jej szef, James 

Simaker, tracił resztki cierpliwości, a Laura nie potra- 
fiła już zwiększyć tempa... Pan Redling nadal siedział 
naprzeciw Laury, jednak ona zupełnie nie pamiętała, 

R

 S

background image

 
o co miała go zapytać. Przełożyła dziecko do lewej 
ręki i wyciągnęła do gościa prawą dłoń. 

-    Dziękuję panu za przybycie na rozmowę. Wysoko 

oceniam pańskie kwalifikacje zawodowe i jestem pew- 
na, że znakomicie spisywałby się pan na oferowanym 
przez nas stanowisku. Myślę jednak, że przed podję- 
ciem ostatecznej decyzji przyda się nam kilka dni na- 
mysłu. W poniedziałek skontaktuję się z panem tele- 
fonicznie. 

Pan Redling wyglądał na nieco wystraszonego, ale 

chyba ucieszył się, że rozmowa dobiegła wreszcie koń- 
ca. Laura była zadowolona, że mimo obecności dziecka 
wybrnęła jakoś z sytuacji. Przed trzecią uporała się 
z najpilniejszymi sprawami. Archie słodko drzemał 
w nosidełku, lekko przy tyrri posapując. 

W ciągu ostatniego tygodnia Laura przeczytała trzy 

książki na temat pielęgnacji niemowląt. Autorzy wszy- 
stkich z nich pisali, że niemowlęta przesypiają prakty- 
cznie cały dzień. Okazało się to, niestety, niezgodne 
z prawdą. Laura uświadomiła sobie, że jeśli znowu cze- 
ka ją nie przespana noc, nie przetrzyma następnego 
dnia. W skroniach poczuła pulsujący ból. June zasyg- 
nalizowała przez interkom, żeby odebrała telefon. Lau- 
ra podniosła słuchawkę. 

-    Próbuję odnaleźć najbardziej seksowną kobietę 

w Madison, stan Wisconsin. 

Laura przymknęła oczy, rozparła się wygodnie 

w fotelu i lekko się uśmiechnęła. 

-    Właśnie ci się to udało, Montana. Mam nadzieję, 

że bawiłeś się dzisiaj lepiej niż ja. 

-    Widzę, że jesteś zmęczona. 

R

 S

background image

 
-    Nie. Miałam po prostu zupełnie zwariowany 

dzień. Ale poza tym świetnie sobie radzę. 

Po takim kłamstwie Laura za przykładem Pinokia 

złapała się za nos, sprawdzając, czy przypadkiem się 
nie wydłuża. 

W ciągu ostatniego tygodnia Will spisał się na piąt- 

kę. Ani trochę nie protestował, kiedy wzięła go ze sobą 
na zakupy. Zaprosiła go na kolację, ale oczywiście nie 
zdążyła niczego przygotować. Will bez słowa wszy- 
stkim sam się zajął. Trzykrotnie udało im się prawie 
zatracić w sobie, kiedy w ostatniej chwili przeszkodził 
im płacz Archiego. 

Will okazał się niezwykle wyrozumiały, a jego do- 

broć wydawała się wprost nieludzka - ani razu nie ode- 
zwał się zniecierpliwionym tonem, ani razu na nic nie 
narzekał. Swoją drogą Laura nie przypuszczała, że ma- 
łe dziecko może być aż tak absorbujące. Jednocześnie 
czuła, że powinna zatroszczyć się o to, by Will nie 
poczuł się zaniedbywany. 

Na to Laura absolutnie nie mogła się zgodzić. Od 

tego, jak poradzą sobie w obecnej sytuacji, zależeć bę- 
dzie ich przyszłość. Na razie udawało się jej sprostać 
wszystkim obowiązkom. Może nie zawsze robiła to do- 
kładnie, ale trudno od razu za wiele wymagać. 

-    W gruncie rzeczy dzwonię w pewnej istotnej 

sprawie - przyznał Will. 

-    Czyżbyś dowiedział się czegoś nowego o mojej 

siostrze? 

- Nie, kochanie. - Laura usłyszała, jak przekłada 

słuchawkę do drugiej ręki. - W swojej podróży musi 
posługiwać się gotówką, a nie kartą kredytową, ponie-

R

 S

background image

 
waż na razie nasi ludzie nie odkryli żadnego śladu. 
Potraktuj to jednak jako dobrą wiadomość, Lauro. Sko- 
ro my nie możemy zlokalizować Deb, tym bardziej 
nie może tego zrobić ten łobuz. Wynająłem również 
prawnika, który bada jej status prawny, ale to oczy- 
wiście trochę potrwa. Na razie więc niewiele możemy 
zdziałać. 

Laura potarła skronie. 
-    Zastanawiam się, jak udało ci się to wszystko tak 

szybko zorganizować. W każdym razie wielkie dzięki. 
Gdybym sama miała się tym zająć... Nie wiem nawet, 
jak się wynajmuje takich ludzi, o co ich pytać, na co 
zwracać uwagę. 

-    Gdybyś dorastała tam, gdzie ja, szybko byś się tego 

nauczyła. Nie martw się, wyciągniemy twoją siostrę 
z kłopotów. A teraz już o czym innym. Znalazłem opie- 
kunki do dzieci. Mają doskonałe referencje, wszystkie 
z odpowiednim doświadczeniem. Gdybyś się tylko zgo- 
dziła, mogłyby do ciebie wpaść jeszcze dzisiaj. 

Laura zawahała się. Była oczywiście bardzo wdzię- 

czna Willowi za to, co dla niej robił. Błyskawicznie 
przejął od niej część obowiązków. Problem polegał jed- 
nak na tym, że czasami zapominał, iż ona również 
chciała mieć coś do powiedzenia. 

-    Hm, to bardzo miło z twojej strony, że wykazałeś 

tyle inicjatywy, ale ja umówiłam już kogoś na dzisiej- 
szy wieczór. 

Will nie odzywał się przez chwilę. 
-    Aha, to wspaniale, że udało ci się kogoś znaleźć. 

Posłuchaj, Lauro, gdyby się okazało, że jej oczekiwania 
finansowe przekraczają twoje możliwości... 

R

 S

background image

-    Z tym na pewno nie będzie problemu. Rozma- 

wiając z nią przez telefon, odniosłam wrażenie, że nie 
jest zbyt droga. 

-    Rozumiem. Ale gdybyś umówiła się również 

z pozostałymi opiekunkami, łatwiej byłoby ci wybrać 
tę odpowiednią. - Will zmienił ton na bardziej stanow- 
czy. - Przyjadę po ciebie po pracy. 

-    Nie musisz tego robić. Mam przecież samochód. 
-    Twoim samochodem również się zajmę. Nasza 

tymczasowa mama jest ostatnio przemęczona i powin- 
na się trochę zrelaksować. Mam dla ciebie niespodzian- 
kę. Nie możesz mi przecież odmówić. 

Willowi niczego nie potrafiła odmówić, ale gdy pięć 

po piątej zobaczyła białą limuzynę zaparkowaną przed 
wejściem do budynku, przecząco pokręciła głową. Will 
już kilkakrotnie wynajmował dla niej luksusowy sa- 
mochód i Laura zdążyła się przyzwyczaić do takich 
kaprysów. Przypomniała sobie teraz, jakie zdziwienie 
ją ogarnęło, kiedy po raz pierwszy znalazła się w mie- 
szkaniu Willa. Była tam waga, która mówiła, elektry- 
czna półka do podgrzewania ręczników, sprzęt stereo 
zapewniający nieprawdopodobnie czysty dźwięk i mi- 
niaturowa kolejka elektryczna, poruszająca się wokół 
pokoju. 

Laura od razu domyśliła się, że w dzieciństwie Will 

nie miał zabawek. Z tego też powodu pewnie nigdy 
nie wydoroślał. Nauczyciel ze szkoły Willa zorientował 
się, że chłopiec ma niezwykłe uzdolnienia matematy- 
czne. Dzięki temu dostał stypendium i mógł ukończyć 
studia. Potem znalazł pracę w prywatnej firmie zajmu- 
jącej się badaniami naukowymi. Jednak nie zagrzał tam

R

 S

background image

 
długo miejsca. Pieniądze nigdy nie motywowały go 
bardziej niż coraz to nowe wyzwania. Kiedy zaczął 
opatentowywać niektóre ze swoich rozwiązań, popły- 
nęły szerokim strumieniem. I tak było do dzisiaj. Will 
miał po prostu zdolność wymyślania rzeczy, za które 
chciano bardzo dużo płacić. 

Zarabiał pieniądze i miał absolutne prawo robić 

z nimi, co zechce. Jednak kwoty, jakie wydawał na 
Laurę, przyprawiały ją o zawrót głowy. Obawiała się, 
że Will ma niezbyt zdrowy stosunek do pieniędzy i po- 
czucia bezpieczeństwa, jakie one dają. Jednakże wi- 
działa go przy pracy. Dysponował własnym laborato- 
rium i kierował zespołem ludzi. Praca badawcza po- 
chłaniała go do tego stopnia, że zapominał o bożym 
świecie. Potrafił nawet spóźnić się dwie godziny na 
randkę z Laurą. 

Nie stał się niewolnikiem pieniędzy. Kiedy już zde- 

cydował sieje wydawać, robił to z gestem szejka na- 
ftowego. 

-    No i jak, czy taki wózek nadaje się dla dziecka? 
-    Ty naprawdę oszalałeś - powiedziała, ale w jej 

głosie nie było złości. 

Will miał roześmiane oczy. Uwielbiał robić niespo- 

dzianki. 

-    Wewnątrz jest danie z krabów. Do tego szampan. 

I muzyka Czajkowskiego, żeby wprowadzić się w od- 
powiedni nastrój. To nie było wcale trudne. 

Otworzył drzwiczki, wpuszczając Laurę do luksu- 

sowego wnętrza. 

-    Gorzej było z zamocowaniem krzesełka dla 

dziecka. 

R

 S

background image

Obok krzesełka leżało pięć smoczków - każdy w in- 

nym kolorze. Na stoliku chłodził się otwarty już szam-
pan. 
W środku samochodu panowało przyjemne ciepło. Will 
nakłonił Laurę, żeby zdjęła płaszcz, buty i odprężyła się. 

Kiedy troskliwie ulokowała Archiego w krzesełku, 

poszła za radą Willa i uwolniła się ze zbędnych ubrań. 
Dopiero jednak po jakimś czasie przyszło odprężenie. 
Nikt wcześniej nie dbał o nią tak jak Will. Nigdy też 
nie rozkoszowała się takimi luksusami. Skłamałaby, 
mówiąc, że jej to nie odpowiada. 

Tylko że kiedy Will robił jej te drogie niespodzianki, 

czuła się nieswojo. Nie mogła uwierzyć, że akurat jej, 
takiej zwyczajnej młodej kobiecie, to się przytrafiło. 
Często wydawało się, że śni na jawie, a piękny i bo- 
gaty królewicz zniknie. 

A przecież Will był człowiekiem z krwi i kości. 

Siedział obok niej taki sam jak zawsze. 

-    Dałeś jej dzisiaj nieźle popalić, co, mały? - ode- 

zwał się do Archiego, który w odpowiedzi wypuścił 
bańki śliny. - Tak, od razu się tego domyśliłem. Łatwo 
przewidzieć twoje zachowanie. 

-    Dzisiaj był bardzo grzeczny - wtrąciła Laura. 

Will spojrzał na nią sceptycznie. 

-    Nie uwierzę, że ten mały rozrabiaka był choć 

przez chwilę grzeczny. Dobrze, że lubi być w ruchu. 
Istnieje szansa, że pozwoli nam w spokoju coś zjeść 
podczas przejazdu samochodem. - Will napełnił kie- 
liszki szampanem i usiadł koło Laury. - Wiem, że cze- 
ka nas spotkanie z kandydatką na opiekunkę do dzie- 
cka. Warto choćby na krótko wyrwać się z codziennej 
rutyny. 

R

 S

background image

 
-    Miałeś dziś ciężki dzień w laboratorium? 
-    Nie najlepszy. W połowie doświadczenia wyłączyli 

nam prąd. Dwie osoby są chore. A gdy tylko zabierałem 
się do jakiejś pracy, ktoś oczywiście do mnie dzwonił. 
To była dobra ilustracja prawa Murphy'ego: gdziekol- 
wiek się obróciłem, tam dostawałem po głowie. 

-    No cóż, współczuję, ale znam cię dobrze - Laura 

pociągnęła go delikatnie za krawat - i wiem, że 
w gruncie rzeczy to lubisz. 

-    Dlaczego nie potrafię cię już nabrać? 
-    To nie moja wina. Należysz do tych dziwnych 

osobników, którzy uwielbiają być w środku bitwy. 
Działasz dzisiaj na wysokich obrotach, widzę to po 
twoich oczach. 

-    Chyba rzeczywiście zaczynam się trochę nudzić, 

kiedy wszystko gładko się układa. 

-    I wtedy wszystkiego ci się odechciewa. 
-    Wiesz co? Moi pracownicy czują przede mną re- 

spekt, twierdzą, że ich onieśmielam. Jak to się dzieje, 
że ty jesteś inna? 

-    Może dlatego, że łatwo mi się z tobą przekoma- 

rzać? - odpowiedziała pytaniem. 

-    A ja myślę, że należysz do tych niebezpiecznych 

kobiet, które szukają kłopotów... ej, cóż to takiego? 

Will przytrzymał palce na jej karku. 
-    O czym ty mówisz? 
-    Masz bardzo napięte mięśnie. Jakby ci wszczepili 

pod skórę metalowy pręt. 

Zabrał jej kieliszek z ręki. 
-    Nic mi nie jest, naprawdę. 
-    Odwróć się do mnie tyłem i opuść głowę. 

R

 S

background image

 
-    Ależ, Will, to naprawdę niepotrzebne. Poza tym 

tu nie ma miejsca. 

-    Miejsca jest wystarczająco dużo. 
Zanim Laura zdążyła jeszcze cokolwiek powie- 

dzieć, Will usadowił się wygodniej i zaczął masować 
jej kark. 

Oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę, że ma 

napięte mięśnie. Zmęczenie i stresy ostatniego tygo- 
dnia zrobiły swoje. Pod wpływem dotyku Willa na- 
pięcie powoli ustępowało. 

-    Potem ja zrobię ci masaż pleców - zaofiarowała 

się Laura. 

-    Świetnie. 
-    Ugniatasz mnie, jakbyś wyrabiał ciasto. Skąd 

u ciebie taki talent? Powiedz mi, tylko bez kłamstw, 
na ilu kobiecych ciałach doszedłeś do takiego mistrzo- 
stwa? 

-    Żartujesz chyba. Nigdy nie masowałem kobiet. 
-    Aha. Akurat ci uwierzę. 
-    Naprawdę. Przez cały czas pielęgnowałem dzie- 

wictwo, aby ofiarować je właściwej kobiecie. 

-    Montana? 
-    Tak? 
-    Jesteś kompletnie szalony. 
Dziecko zapadło w drzemkę. Ciepłe wnętrze samo- 

chodu i przyciemniane szyby szczelnie izolowały od 
ponurego zimowego krajobrazu. Laura miała wrażenie, 
że całe jej ciało się roztapia. 

Nie wiedziała, jak Will to robił. Sprawiał, że wszy- 

stko, co przeżyła wcześniej, wydawało się takie nie- 
rzeczywiste. Może wiara w to, że we dwoje tworzą 

R

 S

background image

 
swój własny, kompletny świat, była złudna? Ale przy 
nim czuła się tak bezpiecznie. To prawda, że rzeczy- 
wistość nie dawała o sobie zapomnieć - Laura mar- 
twiła się o los siostry, przywiązała się do Archiego, 
była świadoma, że jutro przyniesie nowe kłopoty. Kie- 
dy jednak była z Willem, wiedziała, że nie ma takiej 
przeszkody, której razem nie mogliby pokonać. 

Zamknęła oczy. Stresy i napięcia dnia powoli ją 

opuszczały. Cudowne dłonie Willa przynosiły ulgę jej 
ramionom, plecom i kręgosłupowi. 

Tego właśnie mi było trzeba, pomyślała. Nie cho- 

dziło nawet o masaż, ale o chwile spędzone razem, 
kiedy sycili się swoją obecnością. Wszystko za szybko 
się toczyło. Musi porozmawiać z Willem, choć on głę- 
boko skrywa swoje uczucia. Chce z nim porozmawiać. 
Musi to zrobić. 

W ostatnim tygodniu ani razu nie udało się jej prze- 

spać całej nocy. Z jej ust wydobyło się westchnienie. 
Czuła, jak zapada się w bezdenną głębię. Jego ręce 
były takie zmysłowe, takie delikatne. 

Powieki stały się jeszcze cięższe. I to była ostatnia 

rzecz, jaką zapamiętała. 

R

 S

background image

 

 

Rozdział 4 

 
Lokal nazywał się „U Joe", co mogłoby sugerować, 

że chodzi o małą, przytulną knajpkę. Nic bardziej myl- 
nego. Okna tej okazałej restauracji wychodziły na je- 
zioro i prywatne pole golfowe. Stoliki były nakryte 
śnieżnobiałymi obrusami, a kelnerzy nosili czarne 
smokingi. Na stoliku, który zamówił Will, pyszniła się 
w wazonie orchidea, a także mroziła się butelka Pinot 
Noir. 

W rogu stał fortepian. Po klawiszach biegały palce 

kobiety ubranej w krótką, czarną spódnicę i bluzkę 
z głębokim dekoltem. Długie, jedwabiste rude włosy 
opadały na plecy, dopełniając wizerunku tego uoso- 
bienia pokusy. 

Will zauważył kątem oka obecność pianistki, ale 

jedyna kobieta, która mogła go skusić, siedziała na- 
przeciwko. 

Nagle wezbrało w nim gorącą falą pożądanie. Laura 

miała na sobie zwykłą, kremową sukienkę z długimi 
rękawami. Włosy ciasno upięła spinkami. Tylko w ten 
sposób mogła zapanować nad burzą brązowych loków. 
Niektóre z nich nie dały się jednak spiąć i wiły się 
zalotnie na karku i przy czole. Laura malowała się osz- 
czędnie: pociągnęła pomadką wargi i delikatnie przy- 
czerniła rzęsy. 

R

 S

background image

 
Wyglądała prześlicznie, choć nie była typem kobie- 

ty, w której towarzystwie mężczyzna traci głowę. 
A jednak tak się stało z Willem. Przypuszczał, że pod 
sukienką ma czerwoną jedwabną bieliznę, która była 
jej skrytą słabością. Nagle zupełnie irracjonalnie za- 
niepokoił się, że obecni na sali mężczyźni mogą się 
o tym dowiedzieć. Bał się również, że odkryją, iż jej 
ciepłe, uczciwe spojrzenie potrafi rozbłysnąć ogniem 
namiętności, a różowe, zmysłowe usta są w stanie do- 
prowadzić do szaleństwa. Will nakazał sobie w duchu 
spokój. 

-    Chyba dawno nie jadłaś żeberek - zauważył. 
-    Mówisz tak, ponieważ rzuciłam się na jedzenie 

jak zgłodniały wilk? - Laura uśmiechnęła się. - Każdy 
człowiek powinien sobie od czasu do czasu pofolgo- 
wać. Boże, jak ja lubię sobie dogadzać. Zwłaszcza gdy 
nikt mi nie przeszkadza. Chyba od dwóch tygodni nie 
udało mi się zjeść normalnie obiadu. Za każdym razem, 
kiedy chwytam za widelec, słyszę płacz Archiego. 

-    On po prostu chce, żebyś zajmowała się wyłącz- 

nie nim - domyślił się Will i uznał, że życzyłby sobie 
tego samego. - Na szczęście dzisiaj wieczorem nie mu- 
sisz się o niego martwić. 

-    Will? 
-    Tak? 
Will przyglądał się, jak kelner stawia przed nią deser 

lodowy. Był zaintrygowany tym, że po sutym obiedzie 
ma jeszcze ochotę na słodycze. 

Laura wzięła do ręki łyżeczkę i spojrzała na Willa, 

czekając, aż kelner się oddali, po czym powiedziała: 

-    Trochę się martwię tym, że mogłeś poczuć się ura- 

R

 S

background image

 
żony moim wyborem opiekunki do dziecka. Zadałeś 
sobie dużo trudu, wyszukując kandydatki. I tak jak 
mówiłeś, wszystkie one miały znakomite kwalifikacje. 

-    Nie ma się czym martwić. Wiadomo, że musiałaś 

wybrać kogoś, komu możesz zaufać. 

Laura skinęła głową. 
-    No właśnie. A tak naprawdę potrzebna mi była 

moja mama. 

-    Twoja mama? 
Laura ponownie skinęła głową. 
-    Wiem, że to brzmi trochę dziwnie. Moja mama 

nie żyje od dziesięciu lat i nigdy nie miałeś okazji jej 
poznać. Gdyby żyła, bardzo ucieszyłaby się z wnuka 
i na pewno by go rozpieszczała. Pani Apple będzie 
dla Archiego jak rodzona babcia. Ma taki sam stosunek 
do dziecka jak moja mama i mówi, że jeśli dziecko 
potrzebuje opieki, nic innego nie jest ważniejsze. Mam 
wrażenie, że inne opiekunki wykonywałyby tylko swo- 
ją pracę. 

-    Lauro, przecież nie musisz się przede mną tłu- 

maczyć. Nie będę wysuwał zastrzeżeń w sprawie two- 
ich wyborów... Uważaj, rozpuszczają ci się lody. 

Laura spojrzała na swój deser. 
-    Rzeczywiście. - Nagle odezwała się zrezygnowa- 

nym tonem: - Wiem, że nie powinnam tego jeść, nie 
powinnam. To wszystko pójdzie mi w uda. 

Will podparł brodę rękami i obserwował, jak Laura 

pochłania kolejne kalorie. Robiła to z takim samym 
zapałem, z jakim zjadła żeberka, szparagi, swoją sa- 
łatkę, część jego sałatki i dużą porcję ziemniaków. Zu- 
pełnie nie rozumiał, w jaki sposób Laura wyczuła, że 

R

 S

background image

 
nie jest mu obojętne, kto będzie zajmował się dziec- 
kiem. Nie powinno to mieć dla niego żadnego zna- 
czenia. A jednak miało. 

Chodziło chyba o to, że pragnął ułatwić jej życie, 

a ona się przed tym wzbraniała. Przez całe swoje życie 
spotykał ludzi, którzy czegoś od niego chcieli. Wie- 
dział, jak zachować się w takich sytuacjach. Jednak 
Laura nie zamierzała ani korzystać z jego pieniędzy, 
ani godzić się na jego pomoc. 

Rodzice też go nie potrzebowali. Już dawno temu, 

wychowując się na ulicy, przyswoił sobie następującą 
zasadę: jeśli nie masz czegoś, na czym innym zależy, 
będziesz zawsze traktowany jak śmieć. 

Laura skończyła wreszcie deser, odkładając łyżecz- 

kę z ciężkim westchnieniem. 

-    To była prawdziwa rozkosz. 
Will rozejrzał się za kelnerem, by zamówić jeszcze 

jedną porcję. Jednak zanim zdążył podnieść rękę, Laura 
go powstrzymała. 

-    Nawet się nie waż. Jeśli pozwolisz mi zjeść je- 

szcze jeden deser, uduszę cię gołymi rękami. 

Will przełożył swoją dłoń tak, że ich palce się splotły. 
-    Widzę, że nie żartujesz. Kiedy zaczynasz mi gro- 

zić, cały się trzęsę ze strachu. 

-    Akurat. - Laura wskazała głową na niewielki 

parkiet. - Jeśli nie boisz się ryzyka, możesz mnie tam 
zabrać. Ale ostrzegam: mam dwie lewe nogi. 

-    Czuję w tym wyzwanie. - Will wstał od stolika. 

- Nie wątpisz chyba, że dla ciebie zaryzykowałbym 
własne życie. Myślałem, że już dobrze mnie znasz i 
i wiesz, że jestem twardym facetem. - Will prze-

R

 S

background image

 
rwał na chwilę. - A tak przy okazji, to kto prowadzi 
w tańcu? 

Laura wybuchnęła śmiechem, a Will przyciągnął ją 

do siebie. Na parkiecie znajdowały się tylko dwie pary. 
Starsze małżeństwo, które obchodziło chyba jakąś ro- 
cznicę, i bardzo młodzi ludzie, tak pochłonięci sobą, 
że nikogo wokół nie zauważali. 

Will nie znał żadnych piosenek miłosnych, nigdy 

też nie uczył się tańczyć. Ale to nie miało znaczenia. 
Nad parkietem panował półmrok. Laura zaczęła coś 
mówić, ale po chwili zamilkła. 

Oparła głowę na jego ramieniu i objęła go za szyję. 

Poczuł jej zapach - ostry, tajemniczy, kobiecy. Laura 
od razu przywarła do niego całym ciałem - czuł jej 
piersi, brzuch, uda. Uśmiechnęła się, gdy natychmiast 
zareagował na jej bliskość. 

Kołysząc się w rytm muzyki, szybko zapomnieli 

o otaczającym ich świecie. Podczas ich pierwszego 
spotkania Laura nie próbowała go uwodzić, a Will nie 
spodziewał się, że miłość z Laurą wyzwoli w nim taką 
namiętność. Teraz miała okazję go prowokować i roz- 
koszować się jego podnieceniem. 

A on mógł uczynić to samo z nią. Dźwięki muzyki 

były jak gra wstępna, kiedy ciała i dusze powoli za- 
czynają łączyć się ze sobą. 

Pianistka grała już inny utwór, a oni nadal tańczyli 

w rytm poprzedniej melodii. 

Will poczuł się odprężony. Nie przypuszczał, że był 

aż tak spięty. To wszystko przez... dziecko. Laura po- 
święcała mu niemal każdą wolną chwilę. Wiedział, że 
nie brakuje jej instynktu macierzyńskiego, ale nie przy- 

R

 S

background image

 
pominał sobie, żeby kiedykolwiek wspominała o po- 
siadaniu dzieci czy założeniu rodziny. Laura do nicze- 
go go nie zmuszała, także do małżeństwa. 

Zdawał sobie sprawę ze swoich wad. Gdy tylko ktoś 

chciał go do czegoś na siłę nakłonić, od razu stawał 
dęba. Ale to nie znaczy, że nigdy nie zastanawiał się 
nad ułożeniem sobie życia. Nie chodziło przecież o to, 
że się obawiał odpowiedzialności. 

Rzecz w tym, że nigdy wcześniej nie spotkał ko- 

goś, kto stałby się dla niego wszystkim. Dopiero po- 
jawienie się Laury uświadomiło Willowi, że i on po- 
znał taką osobę. Szybko przekonał się, że chce ją mieć 
tylko' dla siebie. Will uwielbiał rozpieszczać Laurę, 
zaskakiwać ją miłymi niespodziankami, w zamian 
oczekiwał, że ukochana poświęci mu cały swój wolny 
czas. 

Miał się z nią ożenić i ryzykować, że oboje utracą 

swobodę i wezmą na siebie obowiązki? 

Will przygarnął Laurę jeszcze bliżej, rozkoszując się 

bijącym od niej zapachem kobiecości. Miała jakby 
stworzone dla niego ciało, którego krągłości cudownie 
wpasowywały się w jego twardy tors. 

Pomyślał, że wieczorem będą się kochać. U niego 

w domu. Wyłączy telefon, zamknie drzwi i splotą si| 
w namiętnym uścisku, który da początek ich miłości! 
Od chwili gdy pojawił się Archie, Will wyczuwał jakiśi 
emocjonalny dystans dzielący go od Laury. Dzisiaj 
wieczorem muszą raz na zawsze się z nim uporać. Pol 
trzebowali tylko trochę czasu, który mogliby wspólnie 
spędzić. 

- Pani Laura Stanley? 

R

 S

background image

 
 
Will usłyszał za sobą nieco przepraszający, męski 

głos. Laura podniosła głowę. 

Kelner trzymał w ręku telefon komórkowy. 
-    Pani Laura Stanley? - powtórzył. 
-    Tak - odpowiedziała. - Boże drogi, czy coś się 

stało? 

-    Tego nie wiem. Ale ktoś chce się z panią skon- 

taktować. 

Laura wzięła do ręki telefon. Will zauważył, że jej 

rozmarzony wzrok staje się niespokojny, znika błogi 
uśmiech, a postawa wyraża gotowość do działania. 

-    To pani Apple - zwróciła się do Willa. - Musimy 

wracać do domu. I to natychmiast. Archie ma gorączkę 
i przez cały czas płacze. 

 
-    Musimy poważnie pogadać o naszych sprawach, 

przyjacielu. Masz zapalenie ucha. Słyszałeś chyba, co 
powiedział lekarz. Brzdące w twoim wieku są bardzo 
podatne na tę chorobę. Wiem, że nie jest to przyjemne, 
ale takie jest życie. Tylko że przy okazji na śmierć 
wystraszyłeś Laurę. Słyszysz, co mówię? Nie chcę, że- 
by to się jeszcze kiedykolwiek powtórzyło. 

Archie wpatrywał się w Willa, po czym wypluł 

smoczek, który wylądował na ziemi, odbijając się od 
kuchennego blatu. Trzeba go teraz po raz kolejny 
umyć, zanim powróci do buzi niemowlęcia. 

Will schylił się po smoczek, umył go, wysuszył 

i wetknął dziecku do ust. W ciągu dnia musiał te czyn- 
ności wielokrotnie powtarzać, toteż zdążył już nabrać 
wprawy. Następnie powrócił do rozpakowywania torby 
z zakupami. Po kolei wyciągał rosyjski kawior, ciastka, 

R

 S

background image

 
winogrona, ser, butelkę dwudziestoletniego wina i cia- 
sto czekoladowe z lukrem, na którego widok nie mógł 
powstrzymać uśmiechu. Wiedział, że Laura od razu 
sięgnie po ciasto, zapominając o winien 

-    Will? Dajecie sobie radę beze mnie? - zawołała 

Laura z łazienki. 

-    Za kogo ty nas masz? Jasne, że tak - krzyknął 

do niej, a potem ściszając głos, odezwał się do Ar- 
chiego: - Ona myśli, że ja nie mogę sobie z tobą po- 
radzić. Tak jakby przypilnowanie takiego brzdąca jak 
ty było dla mnie problemem. 

Will wytarł ręce, uniósł krzesełko z Archiem i skie- 

rował się w stronę pokoju. Kolejne zadanie polegało 
na przygotowaniu posłania dla malca. W wyposażeniu 
mieszkania Willa nie było oczywiście dziecięcego łó- 
żeczka. Dwa krzesła przysunięte do kanapy miały za- 
stąpić barierkę i zabezpieczyć dziecko przed upadkiem. 
Problem polegał tylko na tym, że obicie kanapy było 
białe i trzeba było je czymś osłonić. 

Will zaczął szukać czegoś odpowiedniego, kiedy Ar- 

chie ponownie wystrzelił swoim smoczkiem. Zaraz po 
tym jego twarz skrzywiła się i chłopiec przygotował 
się do kolejnego wrzasku. 

-    Cholera, nie rób tego. Jeśli ona usłyszy, że pła- 

czesz, znowu zacznie się martwić. - Will błyskawicz- 
nie uwolnił Archiego z krzesełka i położył go sobie 
na ramieniu. - Nie skończyliśmy jeszcze naszej roz- 
mowy na temat twojego zachowania. Rozumiem, że 
chcesz, żeby się tobą zajmować. Rozumiem, że wkurza 
cię twoja bezsilność. Ale przecież cały świat nie może 
się kręcić wokół ciebie. Laura też musi jeść. Musi spać. 

R

 S

background image

 
A ty nawet na chwilę nie dajesz jej odpocząć. Mówię 

ci, to się musi skończyć. 

Archie głośno beknął, a Will nie ustawał w pokle- 

pywaniu go po pleckach. Wprawdzie nie interesował 
się nigdy pielęgnacją niemowląt, ale teraz mógłby na 
ten temat dawać wykłady. 

Laura leżała właśnie w ogromnej wannie, pławiąc się 

w wodzie nasączonej solami o zapachu migdałów. Wo- 
kół migotały płomyki świec, a z odtwarzacza kompakto- 
wego rozbrzmiewały dźwięki ,3olera" Ravela. To nie 
była łazienka, w której Laura powinna być teraz sama. 

Kiedy Will wyobraził sobie to wszystko, jego tętno 

gwałtownie wzrosło. Do diabła! Od czasu gdy pojawił 
się Archie, Laura nie miała chwili dla siebie. To pra- 
wda, że pani Apple okazała się niezwykle pomocna, 
ale przecież oprócz dziecka Laura miała również inne 
obowiązki - pracę zawodową, dom, zakupy. To wszy- 
stko było ponad jej siły. 

Will musiał coś z tym zrobić. A w swoim własnym 

domu miał ku temu najlepsze warunki. 

Dziecko znowu zaczęło płakać. Will poklepał go 

jeszcze mocniej. 

- Lepiej ze mną nie zaczynaj, mały. Laura zażywa 

kąpieli, a moim zadaniem jest dopilnować, żeby nikt 
jej w tym nie przeszkadzał. Nawet ty. 

Will pochylił się i uruchomił kolejkę elektryczną. 

Chłopiec lubił hałas. Podobał mu się włączony odku- 
rzacz, głośna muzyka, gwiżdżący pociąg. Jednak i ten 
pomysł nie usatysfakcjonował go teraz. 

Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je z niepra- 

wdopodobnym wrzaskiem. 

R

 S

background image

 
-    Will? 
-    Nic mu nie jest, kochanie, wszystko w porządki 

- zapewnił Will, poklepując chłopca i chodząc z nim 
coraz szybciej. 

-    Wiem, że mnie nie lubisz. Gdy tylko na mnie 

spojrzałeś, wiedziałeś, że nie będziesz moim przyja- 
cielem. Ale zawarliśmy porozumienie. Nie zsiusiałeś 
się, nie jesteś głodny, dlaczego więc, do diabła, jesteś 
taki znudzony? Czego ty chcesz? 

Chłopiec chciał chyba pobiegać. Gdy Will zaczął prze- 

mykać po pokoju, wokół kanapy, między stołami, w tę 
i z powrotem, Archie zapominał o złym nastroju i łzach 
Jego ciałko odprężyło się i leżało spokojnie na ramieniu 
Willa. Dziecko zaczęło nawet bulgotać, co można byk 
od biedy uznać za śmiech. Tego Will już zupełnie się 
nie spodziewał. Malec był najwyraźniej szczęśliwy 
Dźwięki, które wydawał, jasno wskazywały, że czuł się 
bezpiecznie i dobrze. Przy jedenastym okrążeniu Will 
musiał się zatrzymać, żeby zaczerpnąć tchu. 

Archie od razu zaprotestował. 
Will zamknął oczy, otworzył je i znowu zaczął biegać 
 
Laura wyszła z wanny i zaczęła wycierać się gru- 

bym, szmaragdowym ręcznikiem. Czuła się jak nowo 
narodzona. Nie przypuszczała, że aż tak bardzo po- 
trzebne jej było tych kilka chwil wytchnienia. 

Na początku ciepła woda tak na nią podziałała, że 

o mało nie usnęła. Jednak po jakimś czasie, kiedy zmę- 
czenie ustąpiło, poczuła się bardziej ożywiona i zaczęła 
nawet nucić.                                                                                                                   

Will specjalnie przygotował dla mnie te luksusy, po- 

R

 S

background image

 
myślała. Czyżby nie brał pod uwagę tego, że prędzej 
czy później będzie musiał ponieść konsekwencje swo- 
ich poczynań? Jeśli tak, to grubo się mylił. 

W łazience unosił się zapach wanilii i migdałów. 

Skóra Laury nabrała atłasowej miękkości. Spojrzała na 
swoje twarz odbitą w ogromnym lustrze. Jej loki je- 
szcze bardziej się skręciły, ale nie przejmowała się tym 
zbytnio. Wiedziała, że Willowi i tak będą się podobać. 
Przyjrzała się uważniej swoim brązowym oczom, które 
uważała za najzupełniej przeciętne, i spostrzegła 
w nich obietnicę miłosnych rozkoszy. 

Will chyba nie był na to przygotowany. 
Laura odwiesiła ręcznik na miejsce. Na blacie, obok 

umywalki, leżała czarna, cieniutka koszula nocna. Kie- 
dy wkładała ją na siebie, koszula zsunęła się po jej 
ciele z szelestem. 

Oczywiście zanim przeprowadzi swój plan, trzeba 

będzie położyć Archiego spać. Chłopiec nie należał, 
niestety, do dzieci, które łatwo zasypiały. Ale to nic. 
Paradowanie po pokoju na oczach Willa w tej prze- 
zroczystej, delikatnej jak mgiełka koszulce to dopiero 
początek. Will nie oprze się jej tego wieczoru. 

Kiedy Laura otworzyła drzwi łazienki, uderzył ją 

chłodny powiew powietrza. Zadrżała lekko, ale nie 
przestawała się uśmiechać. Dobiegał ją tylko dźwięk 
jeżdżącej po podłodze kolejki elektrycznej. Archie nie 
płakał, nie wydawał też żadnych innych odgłosów. 
Najwyraźniej dogadał się jakoś z Willem. Wiedziała, 
że jeśli tylko Will zostanie sam na sam z dzieckiem, 
nawiąże się między nimi nić porozumienia. Miała przy- 
najmniej taką nadzieję. 

R

 S

background image

 
-Will? 
Laura wyprostowała się, wciągnęła brzuch i, wy- 

suwając do przodu piersi, weszła do kuchni. Natych- 
miast jednak zapomniała o uwodzicielskiej postawie. 
Wewnątrz nie było żywej duszy. 

Wróciła na korytarz i skierowała się w stronę salo- 

nu. W pierwszej chwili również nikogo nie zauważyła, 
Kiedy nachyliła się, żeby wyłączyć kolejkę, odruchowe 
rozejrzała się po pokoju. Nigdy jej się nie podobał, 
Zupełnie nie pasował do Willa, był bezosobowy - do> 
minował biały kolor i nikiel, w oknach zamiast zasłoń 
zamontowano żaluzje, wszędzie porozstawiano marko- 
wy sprzęt elektroniczny, poczynając od wieży stereOi 
skończywszy na ogromnym telewizorze. Wszystko tę 
kosztowało majątek, ale zabrakło ciepła i osobistego 
wyrazu. Will twierdził, że kocha to miejsce, i by] 
ogromnie podekscytowany, kiedy po raz pierwsza 
przyprowadził tu Laurę. Ciekawe jednak, że większość 
czasu spędzali w jej mieszkaniu, i to za namową Willa 

Laura wyprostowała się i już chciała ruszyć do sy- 

pialni, gdy nagle usłyszała czyjeś westchnienie. 

Zajrzała za oparcie kanapy. Will leżał na plecach: 

a na jego brzuchu, lekko posapując, spał Archie. Do 
kanapy przysunięte były dwa krzesła, które miały chro- 
nić chłopca przed upadkiem. 

Laura z tkliwością i wzruszeniem przypatrywała się 

tej scenie. Miała, co prawda, trochę inne plany na ten 
wieczór, ale mniejsza z nimi. Czyż właśnie nie w ta- 
kim Willu się zakochała? Czułym, opiekuńczym, od- 
danym? Tyle razy dręczyła się tym, że mieli zupełnie 
odmienne systemy wartości. Will początkowo sprawiał 

R

 S

background image

 
wrażenie człowieka, któremu zależy przede wszystkim 
na gromadzeniu dóbr i pieniędzy. 

Ale teraz patrzyła na swojego Willa, mężczyznę, 

który od razu podoił jej serce. Nawet kiedy spał, ota- 
czał niemowlę obronnym gestem, z czego zresztą na- 
wet nie zdawał sobie sprawy. Will nie wiedział, że 
w głębi duszy chciałby się kimś zaopiekować. Tak bar- 
dzo chciał uwierzyć, że był samowystarczalny. A prze- 
cież zależało mu na tym, żeby kogoś pokochać. 

I być kochanym, dodała od razu. 
Podeszła do drugiej kanapy, żeby zdjąć z niej koc 

i przykryć swoich mężczyzn. Po raz pierwszy od czasu 
przybycia Archiego poczuła się spokojniej. Wszystko 
na pewno się ułoży. Dzięki obecności w ich domu dzie- 
cka Will przekona się, jaką radość może sprawić ro- 
dzina. 

R

 S

background image

 

 

 

Rozdział 5 

 
Pani Apple przywitała go w progu, wycierając ręce 

w kuchenną ścierkę. 

-    Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu, 

że pana wezwałam - powiedziała. 

-    Postąpiła pani słusznie - zapewnił ją Will. 
Gdzieś z tyłu dobiegało gaworzenie dziecka, 

dźwięk muzyki i szum odkręconej wody. Will strzepał 
śnieg z butów i zdjął płaszcz. 

-    Nie chciałabym, żeby pani Stanley miała mi to 

za złe. W końcu jest moim pracodawcą i nie powin- 
nam robić niczego za jej plecami. Chodzi tylko o to, 
że... 

-    Laura nie będzie zła, bo o niczym się nie dowie. 

Przyjmijmy po prostu taką wersję, że wpadłem przy- 
padkowo, dobrze? 

Will konspiracyjnie mrugnął do starszej pani. Na- 

stępnie wziął od niej ścierkę i podał jej płaszcz. 

-    Mogłabym jeszcze zostać i zająć się dzieckiem 

- powiedziała. - Tyle że niepokoję się o panią Stanley. 
Mówiąc szczerze, mam obawy, czy pan sobie poradzi. 

-    Proszę się o mnie nie martwić. Dawałem już so- 

bie radę w znacznie trudniejszych sytuacjach. 

Kiedy pani Apple zapięła wreszcie ostatni guzik pła- 

szcza, Will odprowadził ją do drzwi. 

R

 S

background image

 
-    Ugotowałam rosół z kurczaka i... 
-    To bardzo miło z pani strony. Dziękuję. 
-    Przygotowałam też sok z pomarańczy. 
-    Doskonale. Dziękuję bardzo, pani Apple. Za- 

dzwonię wieczorem i opowiem, co porabiał mały. 

Will uśmiechnął się na pożegnanie, a następnie 

szybko zamknął drzwi i westchnął głęboko. Czekała 
go ciężka przeprawa. Zdjął buty i czym prędzej skie- 
rował się w stronę, z której dochodziło dziecięce ga- 
worzenie. Po drodze rozejrzał się po mieszkaniu. Laura 
nie należała do przesadnie porządnickich, ale tego dnia 
jej dom wyglądał jak prawdziwe pobojowisko. 

Choinka została rozebrana przed dwoma tygodnia- 

mi i w saloniku zrobiło się więcej miejsca. Dziś pa- 
nował tam jednak wyjątkowy bałagan. Na kanapie pię- 
trzył się stos dziecięcych ubranek, a na podłodze wa- 
lały się zabawki, buciki, kocyki, smoczki i mnóstwo 
innych rzeczy. 

W kuchni sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej. 

Zmywarka była wypełniona po brzegi brudnymi na- 
czyniami i niemowlęcymi butelkami, blat wokół zlewu 
był zasypany wprost okruchami, a na stole walały się 
resztki lunchu, jak gdyby ktoś nie tylko nie miał czasu 
sprzątnąć po sobie ale i skończyć jedzenia. 

Will pospieszył korytarzem do łazienki. Zobaczył 

Archiego, który radośnie pokrzykując, machał w wo- 
dzie rączkami i nóżkami, i pochyloną nad nim Laurę. 

Jego ukochana miała potargane włosy, wory pod 

oczami, bladą cerę i wyraz ogromnego zmęczenia na 
twarzy. Zawsze pełne blasku oczy były teraz przyga- 
szone. 

R

 S

background image

 
Will chrząknął. 
-    Cześć, kochanie. 
-    Will! 
-    Mam nadzieję, że cię nie wystraszyłem. - Uśmie- 

chnął się do niej zawadiacko. - Jakoś nie szła mi dziś 
praca w laboratorium, więc postanowiłem cię odwie- 
dzić. Ty też wcześniej dzisiaj skończyłaś? 

-    Do diabła, Will. Czy pani Apple powiedziała ci, 

że jestem chora? 

Każda inna kobieta w takim stanie jak Laura za- 

chowywałaby się choć trochę łagodniej. 

-    Chora? Przed wyjściem coś tam wspominała, że 

nie czujesz się dziś najlepiej... 

-    Nie jestem chora! Nie mam czasu chorować! Nie 

mogę być chora! I nikt nie będzie mi mówił, że za 
dużo pracuję. Każdemu może się przytrafić lekkie prze- 
ziębienie. 

Will domyślił się, że pani Apple zbeształa Laurę za 

to, że za dużo pracuje. 

-    Oczywiście, kochanie - powiedział pojednaw- 

czym tonem i pochylił się, żeby ją pocałować. 

Kiedy dotknął policzkiem jej policzka, od razu po- 

czuł, że Laura ma gorączkę. 

-    Nic mi nie jest, naprawdę - zapewniła go. 

Will wiedział, że jeśli ma pomóc Laurze, musi wy- 
kazać maksimum ostrożności. 

-    Wyglądasz wspaniale - powiedział radosnym 

głosem. - Nie miałabyś nic przeciwko temu, żebym 
zajął się teraz Archiem? Chciałbym go wykąpać. Nie 
boisz się chyba, że go utopię. 

Upór i napięcie od razu zniknęły z twarzy Laury. 

R

 S

background image

 
-    Naprawdę chcesz go wykąpać? - zapytała z wa- 

haniem. 

Spojrzała mu prosto w oczy. Will zupełnie nie ro- 

zumiał, dlaczego okazanie zainteresowania dziecku 
działało na jego ukochaną jak najlepszy afrodyzjak. 
Choć Laura czuła się podle, jej oczy od razu rozświetlił 
blask. 

-    Archie uwielbia pluskać się w wodzie. Boję się, 

że cię całego ochłapie. 

Will zauważył, że Laura była wręcz mokra. Cienka 

przylegająca bluzka uwydatniała jej pełne piersi i ster- 
czące brodawki. W innej sytuacji wziąłby Laurę w ra- 
miona, lecz teraz martwił się tylko o jej zdrowie. 

-    Nic mi nie będzie. Zresztą mam przy sobie ko- 

szulę na zmianę. Jeśli oczywiście to jest prawdziwy 
powód. Chyba że nie masz do mnie zaufania... 

-    Ależ, Will, oczywiście, że ci ufam. Zresztą kąpiel 

z Archiem to niezła zabawa. On uwielbia się pluskać. 

Will nie był przekonany, czy akurat tak wyobraża 

sobie dobrą zabawę, choć musiał przyznać, że chłopiec 
rzeczywiście nie bał się wody. Przekonał się o tym 
w ciągu następnych trzech dni. 

-    Myślę, że zatrzymałeś się w rozwoju na etapie 

ryby - powiedział Archiemu w środę po południu. 

Zdążył już nabrać wprawy w kąpaniu malca. Po 

pierwsze, musiał zawsze mieć cztery ręczniki. Po dru- 
gie, wiedział, że koniecznie trzeba podtrzymywać 
główkę dziecka, ponieważ, kiedy był mokry, łatwo 
mógł się wyślizgnąć. Po trzecie, należało go szybko 
i sprawnie wycierać. 

-    Po kąpieli utniesz sobie drzemkę, dobrze? No, 

R

 S

background image

 
nie patrz na mnie takim wzrokiem. W porządku, wiem, 
że racjonalne argumenty do ciebie nie przemawiają. 
W takim razie zawrzyjmy umowę - gdy się zbudzisz, 
dostaniesz ode mnie swoją ulubioną kaszkę. Co ty na 
to? Podoba ci się taki układ? 

Will usłyszał dzwonek telefonu. Pomyślał, że Laura 

odbierze. A zresztą gdyby tego nie zrobiła, Will i tak 
nie ruszyłby się z miejsca. Nie mógł spuścić Archiego 
z oka nawet na sekundę. Zastanawiał się czasami, jak 
w podobnych sytuacjach radzą sobie inne matki. Jego 
wyobraźnia, inteligencja i wola były w ostatnich 
dniach wystawione na ciężką próbę. 

W sumie jednak opieka nad niemowlęciem dla wię- 

kszości dorosłych nie powinna stanowić problemu. 
Will nie mógł tylko wyjść z podziwu dla ilości po- 
. karmu, jakie dziecko potrafi przyswoić, i wydalania, 
które zdawało się nie mieć końca. Najbardziej iryto- 
wały go pieluchy, zbyt sztywne, żeby włożyć je między 
małe nóżki dziecka. Najciekawsze było to, że wszy- 
stkie problemy związane z pielęgnacją niemowlęcia 
w gruncie rzeczy nie psuły mu humoru. 

Will czuł się dobrze. Naprawdę dobrze. 
Po raz pierwszy, od kiedy pojawił się Archie, Will 

mógł zrobić coś dla Laury. Mógł jej pomóc, i to w bar- 
dzo konkretny sposób. I nie ulegało wątpliwości, że 
okazał się potrzebny. 

-    Will? 
Usłyszał za sobą jej głos. 
-    Co się stało? Kto dzwonił? 
-    Moja siostra. 
Will nie mógł na nią spojrzeć. Dopiero kiedy wyjął 

R

 S

background image

 
z wody dziecko i położył na ręczniku, zdołał się od- 
wrócić w jej stronę. 

Laura wyglądała teraz dużo lepiej niż trzy dni temu. 

Miała rumieńce, jasne spojrzenie i zdecydowanie le- 
pszy nastrój. Była ubrana w obszerną koszulkę z po- 
dobizną Myszki Miki i czarne legginsy. Świeżo umyte 
włosy okalały twarz, a oczy odzyskały dawny blask. 
Will zdawał sobie sprawę, z jaką niecierpliwością Lau- 
ra wyczekiwała na telefon od siostry. Wprawdzie na 
jej ustach pojawił się uśmiech, ale dłonie zacisnęła 
w pięści. 

-    Z Deb wszystko w porządku? - zapytał Will. 
-    Tak. Mieszka w schronisku dla kobiet. Nie chcia- 

ła mi podać adresu ani numeru telefonu. Zdaje się, że 
to wbrew przepisom. - Laura była tym wyraźnie za- 
wiedziona. - Powiedziałam jej, że Archie świetnie się 
u nas czuje. 

Will nabrał już takiej wprawy w przewijaniu 

i ubieraniu dziecka, że mógł to robić, nieomal nie 
spuszczając wzroku z Laury. Od razu wyczuł, że 
choć jest zadowolona z telefonu od siostry, coś ją 
niepokoi. 

-    Deb powinna była zadzwonić wcześniej. Domy- 

ślała się chyba, że się o nią niepokoisz. 

-    Tak... pewnie masz rację. - Laura przeciągnęła 

ręką po włosach. - Wspomniałam o prawniku, którego 
wynająłeś. Dałam jej jego numer telefonu i adres i wy- 
jaśniłam, jak przedstawia się jej sytuacja z prawnego 
punktu widzenia. Miałam wrażenie, że słucha mnie ze 
zrozumieniem. To była zupełnie inna Deb niż ostatnio. 
Wtedy byłam przerażona jej stanem. Aha, prosiła, żeby 

R

 S

background image

 
ci podziękować za wszystko, co dla niej zrobiłeś, i że 
gdy tylko będzie mogła, zwróci ci poniesione koszty. 

-    Nic mi nie będzie zwracać. Kiedy zdecydowałem 

się jej pomóc, nie liczyłem przecież na zwrot pieniędzy. 
Na wszelki wypadek rachunki schowam tak, żeby żad- 
na z was ich nie odnalazła. 

Will wziął dziecko pod pachę jak piłkarze biorą pił- 

kę i skierował się w stronę przyległego pokoju. 

-    Uprzedziłam, żeby nie próbowała dyskutować 

z tobą o pieniądzach. Ale wiem, że tak łatwo się nie 
podda. Deb jest bardzo dumną kobietą. 

-    Nie ona jedna w tej rodzinie. 
Will włożył Archiego do łóżeczka i przewrócił go 

na brzuszek. Był to czas drzemki, przed którą niemowlę 
zazwyczaj albo ssało kciuk, albo domagało się smo- 
czka. Tym razem Archie wybrał kciuk. Laura przykryła 
chłopca kołderką, a Will zgasił światło w pokoju. 

-    A więc twoja siostra wreszcie zadzwoniła i była 

w dużo lepszym stanie ducha niż ostatnio, czyli same 
dobre wiadomości. To co w takim razie cię gryzie? 

-    A czy ja powiedziałam, że coś mnie gryzie? 
-    Nie musiałaś, bo od razu się domyśliłem, że coś 

jest nie w porządku. 

Laura zupełnie nieświadomie skierowała się w stro- 

nę sypialni. Kiedy przez te kilka dni czuła się gorzej, 
Will nakazał jej, aby po ułożeniu dziecka spać sama 
przez chwilę poleżała. 

-    Po prostu nie mogę zrozumieć, dlaczego moja 

siostra znalazła się w takim położeniu. Deb ma mięk- 
kie serce, ale nigdy nie zachowywała się jak głupia   
gęś. Chłopcy, z którymi chodziła na randki w szkole   

R

 S

background image

 
średniej, byli naprawdę bardzo przyzwoici i rozsądni. 
Nie wiem, jak to się stało, że padła ofiarą takiego ło- 
buza. 

-    Pewnie na początku zachowywał się całkiem do 

rzeczy. Myślę, że to typ, który potrafi odgrywać kogoś 
innego, niż jest, przynajmniej dopóki mu na tym za- 
leży. 

Will wziął kilka poduszek z łóżka i położył się koło 

Laury. 

-    Masz rację - powiedziała, przysuwając się do 

niego. - Na początku był dla niej rzeczywiście bardzo 
miły. Wydawało się, że jest zainteresowany wszystkim, 
co jej dotyczy - w co się ubiera, o czym myśli, gdzie 
bywa. - Laura westchnęła. - Doszło nawet do tego, 
że gdy Deb kupowała buty, prosiła go o radę. Powie- 
działam jej kiedyś, że ten narzeczony za bardzo ją omo- 
tał, ale nie chciała mnie oczywiście słuchać. 

-    I z tego powodu nosisz w sobie poczucie winy. 
-    Poczucie winy? - zapytała. 
Wprawdzie w pokoju panował półmrok, ale Will 

dobrze widział wyraz twarzy Laury. Dotknął palcem 
jej czoła. 

-    To jest tutaj wyraźnie wypisane. I nie możesz się 

tego pozbyć, prawda? Uważasz, że powinnaś coś zro- 
bić, żeby pomóc siostrze w trudnej sytuacji. 

Laura nie odsunęła się od Willa. Przez chwilę zda- 

wało się nawet, że nie oddycha. 

-    Wiesz co, Montana, kiedy zaczynasz czytać 

w moich myślach, czuję się nieswojo. 

-    Czułbym się znacznie lepiej, gdybym to mógł ro- 

bić częściej. Nie mam pojęcia, co takiego stało się 

R

 S

background image

 
z twoją siostrą, że dała się omotać temu draniowi. Ale 
wiem, że kiedy potrzebowała pomocy, zwróciła się do 
ciebie. A to oznacza, że ci ufa. Wiedziała, że jej nie 
odmówisz. Nie możesz obwiniać się za to, że twoja 
siostra wcześniej nie zwracała się do ciebie o radę czy 
pomoc. 

Laura zastanawiała się nad tym, co usłyszała. Po 

jakimś czasie jej zmarszczone czoło się wygładziło 
i kciukiem zaczęła gładzić Willa po policzku. 

-    Montana? 
-    Hm? 
-    Jak ty to robisz, że przy tobie czuję się lepiej? 

Nawet gdy wpadam w psychiczny dołek. 

-    Czy rzeczywiście mam na ciebie taki wpływ? 
-    Owszem. I jeszcze jedno. Sama nie wiem, jak 

udało ci się wytrzymać ze mną przez te ostatnie kilka 
dni. Kiedy jestem chora, zamieniam się w złośliwego 
i perfidnego stwora. 

-    Z tym akurat w zupełności się zgadzam. Przeby- 

wanie z tobą pod jednym dachem to prawdziwa mę- 
czarnia. 

Laura uśmiechnęła się. A po chwili przysunęła się 

jeszcze bliżej i zaczęła go całować. 

Will musiał długo czekać, zanim pozwoliła mu za- 

czerpnąć trochę powietrza.                                                                               

-    Zdejmij tę koszulkę. 
-    Nie wiem, czy powinniśmy to robić. Zeszłej nocy 

miałaś jeszcze gorączkę. 

-    Chcesz, żebym sama ci ją ściągnęła? 
Will zrobił, co mu kazała. Następnie ściągnął z Lau- 

ry legginsy i zaczął gładzić jej piersi pod koszulką. 

R

 S

background image

 
-    Na nic ci się to nie zda - powiedziała nagle 

Laura. 

-    Nie? - zapytał. 
Po jakimś czasie Will leżał już nagi, a Laura miała 

na sobie tylko stanik. Will uważał, że wszystko prze- 
biega znakomicie. 

-    Zdaje się, że mnie nie zrozumiałeś, Montana. To 

ja cię uwodzę, nie ty mnie. Złap się teraz rękami za 
poręcz łóżka i zostań w takiej pozycji. 

-    Litości - jęknął Will. 
-    Nawet o to nie proś. Nie będzie dla ciebie litości. 
Laura zawładnęła jego ustami, a potem przesunęła 

w górę ręce Willa i zacisnęła jego palce na poręczy 
łóżka. Will pragnął, żeby to właśnie z nim Laura speł- 
niała swoje nawet najskrytsze zachcianki. Laura uwiel- 
biała odgrywać rolę bezlitosnej uwodzicielki. Pieściła 
dłońmi całe jego ciało, najpierw nieśmiało, potem z co- 
raz większą odwagą. Jednocześnie cały czas bacznie 
obserwowała jego reakcje. 

Niebo przybrało ciemnoszary odcień i przez okno 

sypialni wpadało tylko anemiczne światło. Zapadał zi- 
mowy zmierzch. W sypialni panował bałagan i raczej 
mało romantyczny nastrój. To Laura rozsiewała wokół 
siebie blask. Słabe światło ożywiało refleksy w jej wło- 
sach, odbijało się od gładkiej skóry, która tu i ówdzie 
przybierała różowawy odcień. Laura przerwała na 
chwilę, zaczęła szukać czegoś w pokoju, aż wreszcie 
pojawiła się z zasypką dla dzieci w ręku. 

Siedząc na Willu, wsypała sporo zasypki na ręce. 

Zapach, jaki natychmiast rozniósł się po całym pokoju, 
kojarzył się z niemowlęciem, a nie namiętną kochan- 

R

 S

background image

 
ką. Jednak ręce Laury stały się dzięki temu bardziej 
miękie i delikatne. Ich wzrok spotkał się, kiedy Laura 
masowała klatkę piersiową i brzuch Willa. Upłynę- 
ło trochę czasu, zanim dotknęła jego najwrażliwszej 
części. 

Will ciągle zaciskał palce na poręczy łóżka, choć 

był już u kresu wytrzymałości. W pewnym momencie 
pozwolił, by zawładnęły nim zmysły. Przez głowę prze- 
mknęła mu myśl, że choć w tej grze jest całkowicie 
bezbronny, nie przeszkadza mu to. Może dlatego, że 
Laura całkowicie mu ufała i była z nim zawsze szcze- 
ra. Uwielbiała dawać. Tak samo zresztą jak Will. 

Kochanie się z nią można by przyrównać do pre- 

zentów na Boże Narodzenie. Za każdym razem czekała 
go niespodzianka poprzedzona pełnym napięcia ocze- 
kiwaniem. 

Przez całe życie Will wmawiał w siebie, że nikogo 

nie potrzebuje. Nie chciał znowu poczuć się słaby 
i bezbronny. Nie chciał, aby jego szczęście i dobrobyt 
zależały od kogokolwiek. Przy Laurze nie musiał się 
tego obawiać, potrzeba bycia z nią dodawała mu siły. 

Zagarnął Laurę ramionami i wzniósł na szczyt roz- 

koszy. Krzyknęła, wbijając paznokcie w plecy Willa. 

- Kocham cię, Will - powiedziała gwałtownie. - 

Kocham cię, kocham... 

Leżeli spleceni w miłosnym uścisku, a ich serca bi- 

ły obok siebie, stopniowo zwalniając tempo. Gdy wre- 
szcie ich oddechy całkowicie się uspokoiły, nagle z są- 
siedniego pokoju dobiegł krzyk niemowlęcia. Archie 
musiał być czymś bardzo rozdrażniony. 

R

 S

background image

 
 
 

 

Rozdział 6 

 
Kurczak się przypalał. Will, ubrany tylko w dżinsy, 

szybko wyciągnął skwierczącą brytfankę z piekarnika 
i postawił z hukiem na kuchence. 

Rozejrzał się po kuchni. Sałatka była już gotowa, 

pozostawało jeszcze zająć się fasolką. Will miał nie- 
jasne przeczucie, że powinien zrobić to wcześniej. 
Szanse na to, że wszystkie potrawy będą gotowe w tym 
samym czasie, coraz bardziej się zmniejszały. Ziemnia- 
ki buzowały już od dawna. Skąd mógł wiedzieć, że 
to potrwa tak długo? Czy kobiety rodziły się już z wie- 
dzą na temat gotowania? 

-    Will, dobrze sobie radzisz? Zaraz ci pomogę - 

zawołała Laura. 

-    Nie przejmuj się mną. Masz przecież na głowie 

Archiego. Za kilka minut obiad będzie gotowy. 

Ta obietnica była chyba nieco na wyrost. Will pod- 

rapał się w nagą klatkę piersiową rękawiczką do chwy- 
tania garnków. Zapomniał oczywiście, że powinien 
jeszcze nakryć do stołu, przynieść sztućce, przypra- 
wy etc. 

Kręcąc się po kuchni, bezwiednie gwizdał pod no- 

sem jakąś melodię, co już od dawna mu się nie zda- 
rzało. Zastanowił się przez chwilę, czy w ciągu ostat- 

R

 S

background image

 
nich kilku dni brakowało mu laboratorium, pracy, kon- 
taktów z ludźmi. 

Z ulgą skonstatował, że tak. Tęsknił już za swoimi 

zwykłymi obowiązkami, za wysiłkiem intelektualnym. 
Kiedy Laura zachorowała, bez namysłu porzucił co- 
dzienne zajęcia i przyjechał jej pomóc. Jednak myśl 
o poświęceniu się bez reszty życiu domowemu wyda- 
wała mu się nie do przyjęcia. Lubił poszukiwania ba- 
dawcze, moment koncentracji nad problemem nauko- 
wym, dochodzenie do rozwiązania. Gdy jednak pomy- 
ślał o powrocie do swojego pustego mieszkania, ogar- 
nęło go nagle poczucie osamotnienia i przygnębienia. 

Zirytowany, starał się zwalczyć w sobie to uczucie. 

Przecież musiał w końcu wrócić do siebie i zacząć 
funkcjonować jak dawniej. Laura czuła się już znako- 
micie i w gruncie rzeczy jego stała obecność była 
zbędna. 

Will przypomniał sobie, jak się kochali, i znowu 

zaczął gwizdać. Wyciągnął kilka serwetek, wyjął sztuć- 
ce, nastawił fasolkę, zdjął rękawiczki i stanął w progu 
kuchni. Miał przed sobą salonik oświetlony tylko jedną 
lampą, a niebieski abażur sprawiał, że całe wnętrze to- 
nęło w delikatnej poświacie. Ten pastelowy blask padał 
na Laurę, która karmiła butelką Archiego. Miała na 
sobie szlafrok w kolorze kości słoniowej. Siedziała 
w bujanym fotelu, który wprawiała w ruch bosą nogą, 
a siostrzeńca trzymała w ramionach niczym drogocen- 
ny klejnot. 

Przez ułamek sekundy Will wyobraził sobie, że jego 

ukochana tuli w objęciach inne dziecko - ich dziecko. 
Laura na pewno jeszcze bardziej by go rozpieszczała, 

R

 S

background image

 
gotowa na każde jego wezwanie, spełniająca każdą je- 
go zachciankę. Will rozmarzył się, a na jego ustach 
pojawił się uśmiech. Nie mógł zrozumieć, dlaczego 
kiedyś myśl o wspólnym dziecku napawała go niechę- 
cią. Teraz miał do tego zupełnie inny stosunek. Błogi 
wyraz zniknął z twarzy Willa, gdy uświadomił sobie, 
że oddaje się czysto teoretycznym rozważaniom, po- 
nieważ do tej pory nie rozmawiał z Laurą o wspólnej 
przyszłości. A obecna chwila nie sprzyjała podejmo- 
waniu tego tematu. Jego ukochana niepokoiła się losem 
siostry i starała się sprostać dodatkowym obowiązkom. 
Laura uniosła głowę, dostrzegła Willa i uśmiech- 
nęła się do niego. 

-    Już prawie skończyłam. Mały miał prawdziwie 

wilczy apetyt. 

-    Właśnie widzę. - Will spojrzał w stronę kuchen- 

ki, zaklął pod nosem i czym prędzej rzucił się do garn- 
ka z fasolką. Po chwili jednak znowu pojawił się 
w drzwiach. 

-    Czy chciałeś o coś spytać? 
-    Owszem. Zapomniałem, zapytać, czy... czy twoja 

siostra mówiła ci przez telefon, kiedy przyjedzie po 
Archiego? 

Laura przytuliła do siebie chłopca tak mocno, że 

jego zaspane oczy otworzyły się szerzej. Nie uszło to 
uwagi Willa. 

-    Nie - odpowiedziała krótko. - Powiedziała tyl- 

ko, że przyjedzie niedługo. Bardzo tęskni za synkiem. 

Will skinął głową. 
-    Nie zapominaj, kochanie, że Deb zabierze go kie- 

dyś od nas. 

R

 S

background image

 
-    Wiem o tym. 
-    Im bardziej przywiążesz się do tego dziecka, tym 

trudniej będzie ci się z nim rozstać. 

Laura przestała bujać się w fotelu. 
-    Nie jestem do niego aż tak bardzo przywiązana. 
-    Nie? 
-    Na litość boską, Will. Archie został oddzielony 

od swojej matki, co z pewnością zaburzyło jego po- 
czucie bezpieczeństwa. Teraz potrzebuje dużo miłości. 
I ja mu tę miłość muszę dać. Moje przywiązanie nie 
ma tu żadnego znaczenia - liczą się tylko jego po- 
trzeby. 

Will zawahał się. To, co powiedziała Laura, było 

w gruncie rzeczy prawdziwe i logiczne. Jednak w jej 
głosie pobrzmiewał ton zirytowania. Znał go dobrze. 
Pojawiał się na przykład wtedy, gdy gorzej się czuła. 
Laura nie znosiła chorować, potrafiła być wtedy nie- 
miła i nieprzyjemna. 

Właściwie Will nie mógł sobie przypomnieć, aby 

kiedykolwiek była na niego zła. Czasami spierali się 
o pieniądze, ale nigdy nie kończyło się to awanturą. 
Will był zresztą przekonany, że Laura nie miała żad- 
nego powodu, aby się na niego gniewać. Nie lubiła 
tylko jednego - kiedy zadawano jej zbyt dużo pytań. 

-    Wiem, że czujesz się odpowiedzialna za małego, 

ale poświęciłaś mnóstwo czasu... 

-    Jemu, a nie tobie, tak? - przerwała mu. 
-    Ależ, Lauro, nie to chciałem powiedzieć. 
Laura postawiła na stole butelkę, ułożyła dzie- 

cko na ramieniu i zaczęła je delikatnie poklepywać 
po pleckach. 

R

 S

background image

 
-    Martwi cię to, prawda? Wiem, wiem, nie mówiłeś 

przecież, że chcesz mieć dzieci. Aż tu nagle pojawił 
się w naszym życiu Archie i przekonałeś się, ile czasu 
trzeba mu poświęcić. Gdyby nawet tak się nie stało 
i Deb nie musiała zostawiać u mnie synka, prędzej czy 
później ta sprawa stanęłaby między nami. Mówię tu 
o naszej przyszłości - nie mogę w nieskończoność 
udawać, że nie zależy mi na dzieciach i rodzinie. 

-    Nigdy tak nie uważałem. 
Laura nie przestawała poklepywać małych plecków, 

zbyt podekscytowana, żeby spokojnie usiedzieć w fo- 
telu. 

-    Obawiam się, że uważałeś. Zresztą oboje byliśmy 

tak pochłonięci sobą, że zapomnieliśmy o wielu waż- 
nych sprawach. To było przyjemne, ale nie mogło wie- 
cznie trwać. 

Will odniósł wrażenie, że cały pokój zawirował. 

Laura dość jasno dała mu do zrozumienia, że ałbo się 
z nią ożeni i będzie miał dzieci, albo będzie musiał 
się z nią rozstać. 

Powinien się tego spodziewać. W końcu pomiędzy 

kochającymi się ludźmi ten temat musiał kiedyś wy- 
niknąć. Nie przypuszczał tylko, że akurat teraz. Nie 
był na to przygotowany, a nie chciał postąpić pocho- 
pnie czy lekkomyślnie. Sam miał złe doświadczenia. 
Jego rodzice okazali się ludźmi nieodpowiedzialnymi, 
którzy nie potrafili i nie chcieli ofiarować dziecku mi- 
łości i poczucia bezpieczeństwa. Will podświadomie 
obawiał się, że odziedziczył tę emocjonalną ułomność 
i że dziecko, które sprowadzi na świat, będzie nieszczę- 
śliwe. Chciał najpierw uzyskać pewność, że tak się nie 

R

 S

background image

 
stanie. Ale kto z nas może mieć gwarancję na szczę- 
śliwe życie? 

-    Lauro, nie rozmawiajmy na razie o nas, ale o to- 

bie i Archiem. Zdajesz sobie chyba sprawę, że im moc- 
niej przywiążesz się do chłopca, tym bardziej będzie 
ci go brakować i tym większy smutek cię ogarnie. 

Archiemu wreszcie się odbiło. 
-    O wiele większy smutek, Will, wywołuje twoja 

postawa. Ja coraz bardziej poważnie angażuję się 
w nasz związek, podczas gdy ty traktujesz go jak przy- 
jemne urozmaicenie, dodatek do życia. 

Te słowa bardzo go zabolały. W ten sam bowiem 

sposób Will określał zachowanie swoich rodziców. 

-    Nigdy tak nie podchodziłem ani do ciebie, ani 

do naszej miłości... 

-    Wierzę, że nie miałeś takiego zamiaru. Ale je- 

śli mam być szczera, twój stosunek do pieniędzy za- 
wsze wprawiał mnie w zakłopotanie. - Laura uniosła 
wyżej głowę, by patrzeć Willowi prosto w oczy. - 
Nigdy nie wiedziałam, ile w tym szczerości, a ile gry. 
Zrobiłeś mi tyle kosztownych, wspaniałych i roman- 
tycznych niespodzianek, ale bałam się, że próbujesz 
mnie kupić, że wolisz inwestować w rzeczy, zamiast 
w uczucia. 

Do czego prowadziła ta dyskusja? Laura chyba już 

sama nie wiedziała, co mówi. 

-    Nigdy nie próbowałem cię kupić, na miłość bo- 

ską... 

-    Jesteś tego absolutnie pewien? 
Will nie był już niczego pewien. Wiedział tylko, 

że od bardzo dawna nie czuł się tak rozgoryczony. 

R

 S

background image

 
-    Posłuchaj, Lauro, to chyba nie najlepszy czas na 

taką dyskusję. Dziecko zupełnie się rozbudziło... 

-    Dziecko czuje się znakomicie - ucięła. 
Za to on czuł się fatalnie. Obecność Archiego wszy- 

stko zmieniła. Gdyby Will był sam na sam z Laurą, 
mógłby wziąć ją w ramiona, udowodnić, że nadal ist- 
nieje między nimi silna więź. Jednak przy Archiem 
trudno było nawet myśleć. 

-    Obiad już gotowy - powiedział nagle. 
-    Ja i tak nie jestem głodna. 
-    Powinnaś coś zjeść i nabrać sił. 
Will również stracił apetyt. A poza tym nie miał 

ochoty kontynuować tej dyskusji. Ruszył w stronę 
drzwi wyjściowych. Włożył buty i zdjął z wieszaka 
marynarkę. 

-    I tak musiałbym wyjść po obiedzie. Już zapo- 

mniałem, jak wygląda moje mieszkanie. Teraz, kiedy 
wyzdrowiałaś, mogę wrócić do pracy. Muszę nadrobić 
zaległości. 

-    Montana - Laura nie kryła gniewu - ty uciekasz! 
 
O siódmej wieczorem w gmachu nie było żywej 

duszy. Laboratorium spowijały ciemności. Światło pa- 
liło się jedynie w gabinecie Willa. 

Już od trzech dni tyrał niczym koń pociągowy. 

Z dwojga złego wolał spędzać wieczorne godziny 
w pracowni niż we własnym mieszkaniu. Zrobił sobie 
przerwę - rozsiadł się wygodnie w fotelu z wyciąg- 
niętymi nogami. Rozmyślał o swoim życiu, zastana- 
wiając się, ile kobiet wiązało nadzieje z jego osobą. 

Było ich rzeczywiście sporo, i to w większości ład- 

R

 S

background image

 
niejszych od Laury. Żadna nie czyniła Willowi wyrzu- 
tów z powodu pieniędzy. Co więcej, dla niektórych to 
właśnie pieniądze stanowiły o jego atrakcyjności. 
Wszystkie były rozsądnymi kobietami. Nie kłóciły się 
z nim, nie miały szczególnych wymagań, łatwo się 
z nim dogadywały. 

Nawet teraz mógłby zadzwonić do którejś i na pew- 

no żadna nie odmówiłaby mu spotkania. To śmieszne, 
że Laura oskarżyła go o to, że ucieka. Will nigdy przed 
niczym nie uciekał. Po prostu nie lubił, gdy ktoś przy- 
pierał go do muru. W dzieciństwie musiał się na to 
godzić i stosować do kaprysów innych, ale teraz nie 
widział po temu najmniejszego powodu. Stał się nie- 
zależny, miał pieniądze i poczucie, że nikt ani nic mu 
nie zagraża. 

Nagle przeszył go ostry ból. Do diabła, tylko nie 

to. Już dwukrotnie tego dnia wymiotował. Miał wpraw- 
dzie koński żołądek, ale należało się spodziewać takiej 
reakcji. Przebywał z Laurą i najwyraźniej zaraził się 
od niej grypą. Przypomniał sobie, że miała podobne 
objawy. Nie mogła to przecież być konsekwencja ich 
rozstania. 

Powoli ostry ból ustąpił. Will znowu poczuł się le- 

piej. Po prostu jakimś cudem zaraził się grypą, która 
u niego trwała nadzwyczaj krótko. 

W blasku światła widać było wytarty blat biurka i sta- 

rą skórzaną kanapę, na której Will przesypiał czasami 
noce. Laboratoria zostały wyposażone w najlepszy sprzęt 
i nowocześnie urządzone. Will już od dawna zamierzał 
zająć się wreszcie swoim gabinetem i zastąpić stare graty 
nowymi meblami. Wyglądał nieciekawie - porównanie 

R

 S

background image

 
z własnym samopoczuciem narzucało się samo. 
A w dodatku wokół panowała denerwująca cisza. 

Na dworze padał śnieg. Miękkie płatki lśniły sre- 

brzyście w ciemnościach nocy. Gdy przywierały do 
szyby, widać było ich przepiękną strukturę, ale już po 
chwili zmieniały się w kroplę wody. Na świecie są rze- 
czy, których żywot jest bardzo krótki, pomyślał me- 
lancholijnie Will. 

Zrozumiał to już wtedy, gdy był małym chłopcem. 

Na nikogo nie można było liczyć. Należało czerpać 
radość z każdej chwili, jaką ofiarowało życie, i nie ro- 
bić sobie złudzeń. Człowiek, który nie zachowywał się 
racjonalnie, mógł łatwo upaść i już nigdy się nie pod- 
nieść. Will zawsze starał się o tym pamiętać. 

Na pewno jeszcze kogoś w życiu znajdę, pocieszył 

się w duchu. 

Jego logiczny umysł dość jasno sprecyzował kry- 

teria, jakie należało przyjąć. Musi to być kobieta o jas- 
nych bądź rudych włosach. Kolor brązowy lub czarny 
wykluczony. Powinna znajdować przyjemność 
w otrzymywaniu prezentów. Dzięki temu Will będzie 
mógł do woli ją rozpieszczać. Ponieważ większość ko- 
biet nie miała nic przeciwko temu, ten warunek łatwo 
było spełnić. Zamiast nosić koszulki z Myszką Miki, 
powinna raczej skłaniać się ku biżuterii. I wreszcie bę- 
dzie to kobieta, która zrozumie, że mężczyzny nie na- 
leży do niczego zmuszać. 

Will jeszcze wygodniej umościł się w fotelu i pró- 

bował wyobrazić sobie taki ideał kobiety. 

Okazało się jednak, że nie jest to wcale takie proste. 

Jego wyobraźnia z uporem podsuwała mu postać Lau-

R

 S

background image

 
ry. Miała na sobie luźne skarpety, legginsy, włosy 
w nieładzie, a na jej twarzy igrał tajemniczy uśmiech, 
który doprowadzał Willa do szaleństwa. Patrzyła na 
niego zranionym spojrzeniem jak wtedy, gdy się z nią 
pożegnał. Wiedział, co to oznacza - Laura w sposób 
zupełnie beznadziejny przywiązała się do małego Ar- 
chiego, choć ją przecież ostrzegał. 

Kocham ją, pomyślał posępnie Will. 
Laura zawsze będzie miała momenty zaślepienia. 

Będą takie chwile, kiedy nikogo nie posłucha i z upo- 
rem godnym lepszej sprawy będzie trwała przy swoim 
zdaniu. 

Jakie to okropne, pomyślał Will, że znam jej wady, 

i za to jeszcze bardziej ją kocham. 

Szukanie innej kobiety to czyste mrzonki. Bez Lau- 

ry jakby jakaś część jego jestestwa go opuściła na za- 
wsze, i nie widział wokół siebie niczego, co mogłoby 
wypełnić tę pustkę. 

Laura nie była pewna, czy uda jej się wejść do la- 

boratorium, ale okazało się, że drzwi są otwarte. Ból 
żołądka nie ustępował. Wchodząc do ciemnego pomie- 
szczenia, bała się, że za chwilę zwymiotuje. 

Samochód Willa stał na parkingu, a w oknach jego 

gabinetu paliło się światło. Gdyby zresztą pojechał do 
domu, włączyłby zabezpieczenie alarmowe. Wszystko 
wskazywało więc na to, że jest w środku. 

Laura chciała go odnaleźć. 
Tylko że chwilowo brakowało jej odwagi. 
Pani Apple obiecała zaopiekować się Archiem przez 

całą noc, toteż Laura nie musiała się spieszyć. Położyła 

R

 S

background image

 
kurtkę na krześle w holu, wzięła głęboki oddech i sta- 
rając się nie myśleć o skurczach żołądkach, ruszyła na- 
przód. 

Na ścianach korytarza układały się tajemnicze cie- 

nie, ale to nie z ich powodu Laura zwolniła kroku. 
Znała przecież drogę. Nieraz odwiedzała Willa w ga- 
binecie. Tyle że wcześniej zawsze miała pewność, że 
ucieszy się na jej widok. 

Przez uchylone drzwi gabinetu padała smuga świat- 

ła. Nie dobiegał jednak stamtąd żaden dźwięk. Laura 
poprawiła włosy, obciągnęła czerwony kaszmirowy 
sweter, który dostała w prezencie od Willa, i niepew- 
nie się uśmiechnęła. 

Kiedy weszła do środka, Will nie od razu ją za- 

uważył. Widząc go, Laura natychmiast zapomniała 
o skurczach żołądka i mdłościach. 

Will siedział w głębokim fotelu przy biurku i miał 

taki wyraz twarzy, jakby stracił bliską osobę. Z nie- 
wiadomego powodu ściągnął fartuch laboratoryjny 
i przewiesił go przez oparcie fotela. Wyglądał, jakby 
niebieskiej koszuli nie zdejmował nawet do spania - 
była tak pognieciona. Policzki pokrywał trzydniowy 
zarost, włosy były potargane, a pod oczami utworzyły 
się sińce. Will zawsze był niezwykle witalnym, try- 
skającym energią mężczyzną. Teraz wyglądał jak zbity 
pies. 

- Will? 
Mężczyzna, wpatrujący się nie widzącym spojrze- 

niem w okno, odwrócił głowę w jej stronę. Laura bała 
się, że nie będzie nawet chciał jej widzieć po tym, co 
zaszło między nimi. Sama nie wiedziała, jak zacho- 

R

 S

background image

 
wałaby się na jego miejscu. Jednak Will popatrzył na 
nią wzrokiem człowieka, któremu na pustyni podaro-. 
wano dzbanek z wodą. 

-    Trudno się z tobą skontaktować. Wielokrotnie 

dzwoniłam do ciebie do domu, ale nigdy nie mo- 
głam cię zastać. - Laura zamilkła. Niepotrzebnie za- 
częła tę rozmowę lekkim tonem. Wszystko przez tę 
jej dumę. Wzięła głęboki oddech i ponownie się ode- 
zwała: - Will, domyślam się, że jesteś na mnie wście- 
kły... 

-    Wcale nie jestem - odparł spokojnym tonem. 
-    Ale powinieneś. Chciałabym cię przeprosić. Tyle 

dla mnie zrobiłeś, pomagałeś mi, kiedy byłam chora, 
a ja zamiast być wdzięczna, urządziłam ci awanturę. 
To w ogóle nie był odpowiedni moment na poważną 
rozmowę. Miałeś rację. 

-    A może to ty miałaś rację, zarzucając mi chęć ucie- 

czki. - Will nie spuszczał z niej wzroku. - Nie zrobię 
tego więcej. Jeśli zamierzasz ze mną porozmawiać, cały 
zamieniam się w słuch. 

Jednak Laura nie chciała rozmawiać z nim z dru- 

giego końca pokoju. Podeszła bliżej, a potem usiadła 
Willowi na kolanach. 

-    Nie znoszę się z tobą kłócić, Montana. Nigdy 

więcej mi na to nie pozwól. 

-    Obawiam się, kochanie, że to zbyt wygórowane 

żądanie. Tak to już jest na świecie, że ludzie się ze 
sobą kłócą. 

-    Nie obchodzą mnie inni ludzie. 
Laura ujęła jego twarz w dłonie i cały swój niepo- 

kój, że go straci, całą miłość włożyła w pocałunek. 

R

 S

background image

 
Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Garnęła się 

do Willa jak zagubione i przestraszone dziecko. 

Zareagował natychmiast. Przytulił Laurę, wsunął 

dłonie pod sweter, żeby przypomnieć sobie gładkość 
jej skóry, ciepło ciała, żeby upewnić się, że to ona, 
jego ukochana, i że znowu trzyma ją w ramionach. 

-    Kochanie... - szepnął, wiedząc już, że to jego 

Laura, wspaniały człowiek i namiętna kochanka, która 
już rozpina guziki jego koszuli i tuli się w jego ra- 
mionach. 

Serce Laury zaczęło bić przyspieszonym rytmem, 

objęła ją fala gorąca, znajomy dreszcz przebiegł ciało. 

-    Cii. - Nie powinna naciskać na Willa. Nigdy wię- 

cej nie popełni tego błędu. Nikt i nic nie było dla niej 
tak ważne jak on. Nie wiedziała, jak ułoży się ich przy- 
szłość, ale to nie miało na razie znaczenia. Bez Willa 
wszystko traciło sens. Oczywiście, że poradziłaby so- 
bie jakoś bez niego. Kobieta musi być przygotowana 
na każdą ewentualność. Ale rezygnować z miłości by- 
łoby czystym szaleństwem. 

Will oderwał się na chwilę od jej ust, ale tylko po 

to, żeby obsypać pocałunkami szyję i włosy. 

-    Niewygodnie w tym fotelu. 
-    Jakoś sobie poradzimy. 
Laura przez cały czas gładziła jego odsłonięty tors. 

Pod ciepłą skórą wyczuwała szybkie bicie serca. Zro- 
zumiała nagle, że Will nie potrafił zapomnieć o tym, 
iż został kiedyś odrzucony. Pojęła, że nadal obsesyjnie 
się tego obawia, dlatego odżegnywał się od myśli o po- 
ważnym związku. Zakładał, że nie może on się po- 
wieść. Will nie wierzył w zapewnienia o miłości, i to 

R

 S

background image

 
niezależnie od tego, jak często je wypowiadała i jak 
wiele wkładała w nie serca. Trzeba było to natychmiast 
zmienić. 

-    Tu obok jest kanapa. 
-    Uhm. - Fotel lekko skrzypnął, kiedy Will wziął 

ją na ręce. Laura nie odrywała od niego wzroku. 

-    Kocham cię - powiedziała gwałtownie. - Ko- 

cham cię aż do bólu. I postaram się, żebyś czuł to samo 
co ja. 

Will położył ją na kanapie i zdjął z niej sweter. 

Rozpalonymi, niecierpliwymi dłońmi zaczął delikatnie 
pieścić jej ciało. Nie odrywali od siebie zachwyconych 
spojrzeń. 

-    Nie masz na sobie bielizny - zauważył w pew- 

nym momencie Will. 

-    Zapomniałam. 
-    Nie sądzę. Myślę, że doskonale wiedziałaś, jaka 

będzie moja reakcja, kiedy to zauważę. 

- No, może - szepnęła z udaną skromnością. 
Will wybuchnął śmiechem. Jest taki szczęśliwy, po- 

myślała Laura. A przecież tak mało zaznał szczęścia 
w życiu. 

-    Pomożesz mi zdjąć dżinsy? 
-    Nie. 
-    Nie pomożesz mi zdjąć dżinsów? 
-    Nie mam teraz czasu, Will. Może kiedy mnie po- 

prosisz innym razem... 

Will nie miał ochoty czekać. Poradził sobie sam, 

i to w rekordowym tempie. Szybko wrócił do Laury 
i wziął ją w ramiona. 

-    Kocham cię - szepnął. - Kocham cię, kocham 

R

 S

background image

 
cię - powtarzał raz za razem, gdy prowadził ich na 
szczyt rozkoszy. 

Nigdy wcześniej nie wyznał jej miłości. Laura mó- 

wiła sobie, że nie przywiązuje do tego wagi. Wiedziała, 
że Will ją kocha - okazywał to na każdym kroku. 
A jednak teraz zrozumiała, jak bardzo się wcześniej 
myliła. Te słowa miały dla niej ogromne znaczenie. 
Czyż nie jesteśmy dla siebie stworzeni? - przemknęło 
jej nagle przez myśl. 

Tak silna miłość pokona wszystkie trudności. Laura 

bardzo chciała w to wierzyć. 

R

 S

background image

 

 

Rozdział 7 

 
-    Och, Will, nie wiesz nawet, jak bardzo się cieszę. 

- Laura już chyba po raz dziesiąty zerkała przez okno 
na podjazd. - Mam nadzieję, że Deb jest w dobrej for- 
mie. Nie widziała Archiego całe dwa miesięce. Wprost 
nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ich razem. 

-    Wiem, że powrót twojej siostry sprawia ci wielką 

radość, kochanie. Mam wrażenie, że jesteś trochę po- 
denerwowana. - Delikatnie mówiąc, dodał w duchu 
Will. Laura nawet sekundy nie mogła usiedzieć w spo- 
koju. I od dwóch godzin nie wypuszczała z ramion 
siostrzeńca. 

-    Ależ skąd. Po prostu nie mogę się jej doczekać. 
-    Rozumiem - powiedział Will. Przez cały dzień 

czuł się nieswojo z powodu wyjazdu malca, do którego 
zdążył się już przyzwyczaić, a nawet polubić go. Być 
może Laura zdołała jakoś wytłumaczyć sobie konie- 
czność rozstania, a na pewno cieszyła się, że życie jej 
siostry wraca do normy. 

Will przesunął ręką po kręgosłupie, tam, gdzie od- 

czuwał ból, i rozejrzał się wokół. Kojec, łóżeczko, 
ubranka i kosz na bieliznę wypełniony zabawkami cze- 
kały na przyjazd matki Archiego. 

W ciągu ostatnich kilku tygodni pomoc Willa dla 

Deb okazała się nieoceniona. Wynajął jej mieszkanie 

R

 S

background image

w St. Louis, kupił komputer i wspomógł niewielkim 

kapitałem umożliwiającym otwarcie w domu biura 
rozrachunkowego. Proces rozwodowy dobiegał końca. 
Wprawdzie mąż Deb nie miał prawa zbliżać się do 
niej, ale na wszelki wypadek Will nadal wynajmował 
detektywa. 

Okazało się, że w bardzo krótkim czasie pieniądze 

umożliwiły rozwiązanie wielu problemów. Will oba- 
wiał się jednak, że ta za mało, by pomóc Laurze, prze- 
żywającej ból rozstania z Archiem. 

Oczywiście ona do niczego się nie przyznawała. Co 

więcej, jak ognia unikała rozmów na temat dzieci. 

- Przyjechała! - krzyknęła stojąca przy oknie Lau- 

ra i pobiegła w stronę drzwi. 

Deb wpadła niczym burza i rzuciła się w objęcia 

siostry. Przez dwadzieścia minut były tak sobą zaafe- 
rowane, że gdyby obok wybuchł pożar, niczego by nie 
zauważyły. Will próbował wtrącić się do rozmowy, ale 
oczywiście żadna nie zwracała na niego najmniejszej 
uwagi. 

Deb wzięła dziecko na ręce, a Will z zaintereso- 

waniem przyglądał się ich powitaniu. Zauważył, że 
choć Deb nadal jest wychudzona, nie garbi się tak już, 
jej cera nabrała rumieńców, a oczy żywszego blasku. 

Gdy tylko Archie znalazł się w objęciach swojej 

matki, Laura ani razu na niego nie spojrzała. Przez 
ostatnie dwa miesiące nie spuszczała z niego oka, a te- 
raz zachowywała się tak, jakby chłopiec w ogóle nie 
istniał. 

Nagle spokojną rozmowę przerwał płacz małego. 
Will westchnął. 

R

 S

background image

 
-    Nie przeszkadzajcie sobie. Ja oddam mu honory. 
-    Oddasz mu honory? - zapytała zdziwiona Deb, 

która najwyraźniej zapomniała już, co taki płacz oz- 
nacza. 

Will podszedł do niej i wziął na ręce chłopca. 
-    Nie martw się. W tej chwili jesteśmy profesjona- 

listami w sztuce przewijania. Zaraz wrócimy. Nie prze- 
rywajcie sobie rozmowy. 

-    Naprawdę myślisz, że on się zsiusiał? 

Czyż można było w to wątpić? 

-    Jestem tego absolutnie pewien. 
Will przeszedł do drugiego pokoju, gdzie z niezwy- 

kłą wprawą rozebrał Archiego, wyrzucił starą pieluchę 
i przygotował czyste rzeczy. Całą operację wykonał 
w rekordowym czasie. 

-    Zdajesz sobie sprawę, że robię to po raz ostatni? 

Archie próbował włożyć sobie do ust palec u nogi. 

Will znał tę sztuczkę. 
-    Jesteś za gruby, żeby to zrobić. I za duży. O, wi- 

dzę, że zaczynają ci rosnąć włosy. 

Will pochylił się nad głową chłopczyka. 
-    Na razie tylko trzy. Twoja mama nie musi jeszcze 

kupować grzebienia. W każdym razie jest nadzieja, że 
będziesz wyglądać jak normalny człowiek. Kto by po- 
myślał? 

Umył malca, posypał zasypką, włożył nową pielu- 

chę i strzelił z dumą palcami. 

-    Już nie będzie cię miał kto nosić tak szybko jak 

ja. Ty mnie chyba nigdy nie lubiłeś, prawda? Podej- 
rzewam, że od razu się zorientowałeś, że nie mam do- 
świadczenia w zawodzie ojca. Ale uwierz mi, ja też 

R

 S

background image

 
mam co do ciebie mieszane uczucia. Jeśli myślisz, że 
będę za tobą tęsknił... 

Archie wypuścił bańkę ze śliny. 
Will podniósł chłopca i udawał, że gryzie go 

w szyję. 

-    No dobrze, niech ci będzie. Trochę jednak będę. 

Jesteś twardy, zresztą tak samo jak ja. Pomyśl czasami 
o tym, jak bardzo potrzebny jesteś mamie. Jeśli za- 
dzwoni do niej jakiś nieodpowiedni facet, któż wystra- 
szy go lepiej niż ty? Słyszysz, co mówię? Niech ci 
faceci zawczasu wiedzą, z kim będą mieli do czy- 
nienia. 

Will chciał coś jeszcze powiedzieć, ale z drugiego 

pokoju wołała go Deb. Razem z Laurą pomogli jej 
przenieść bagaże do samochodu i gdy wszystko już 
było na miejscu, serdecznie się z nią pożegnali. Deb 
miała jeszcze wstąpić na obiad do ojca, a nocą zamie- 
rzała ruszyć w powrotną drogę do St. Louis. 

Laura dała siostrze mnóstwo prezentów bożonaro- 

dzeniowych, kompletnie nie zważając na fakt, że od 
świąt upłynęły już dwa miesiące. Will ciągle im 
o czymś przypominał, ale siostry nie zważały na to. 
Wreszcie załadowany samochód ruszył sprzed domu. 

Zapadał wieczór. Niebo przybrało pastelowy odcień, 

a powietrze stało się rześkie. Laura przytuliła się do 
Willa. 

-    Deb dobrze wyglądała, prawda? 
-    Tak - zgodził się Will. 
-    Nie doszła jeszcze do siebie, ale wszystko jest 

na dobrej drodze. 

-    Odniosłem podobne wrażenie. 

R

 S

background image

 
-    Tyle dla niej zrobiłeś, Will. Dla nas zresztą też. 
-    No cóż. Ludziom trzeba czasami pomagać. Nie 

ma lepszej nagrody niż świadomość, że to my w jakimś 
stopniu przyczyniamy się do ich szczęścia. 

-    Deb nawet na chwilę nie rozstawała się z Ar- 

chiem. Widziałam błysk w jej oczach, kiedy go zoba- 
czyła. Dobrze, że znowu są razem. To powinno dodać 
mojej siostrze sił. 

Laura nawet jednym słowem nie wspomniała 

o swoich uczuciach, ale jej twarz odzwierciedlała 
szczere zadowolenie. 

-    To był męczący dzień. Co byś powiedziała na 

chwilę odpoczynku? 

-    Brzmi to zachęcająco. 
Chciał zająć czymś Laurę, aby choć na chwilę za- 

pomniała o rozstaniu z siostrzeńcem. Gdy tylko za- 
mknęły się za nią drzwi łazienki, ruszył biegiem do 
sypialni. 

Położył na łóżku kołdrę, koce i gruby, welurowy 

ręcznik. W kieszeni marynarki miał schowany migda- 
łowy olejek do masażu. Butelka czerwonego wina stała 
już otwarta w kuchni. Will wyłączył jeszcze górne 
światło i zapalił nocną lampkę. 

Następnie przyjrzał się całemu wystrojowi. Wszy- 

stko gra, pomyślał i aż cmoknął z zadowolenia. 

Z łazienki dobiegł go zduszony szloch Laury. 
Laura wycierała oczy serwetką, kiedy poczuła zim- 

ny powiew powietrza, wpadający przez otwarte drzwi 
łazienki. Po chwili przez łzy dostrzegła olbrzymi szkar- 
łatny ręcznik zbliżający się w jej kierunku. Dopiero 
później zobaczyła, że za nim stoi Will. 

R

 S

background image

 
-    Nic mi nie jest - powiedziała. 
-    Może jednak wyjdziesz stąd i porozmawiamy. 
-    Nie, naprawdę czuję się dobrze. - Głos Laury 

drżał. - Jestem szczęśliwa. Uwierz mi. 

-    O, tak, na pewno. Wyprostuj się, kochanie. 

Kiedy Laura spojrzała Willowi prosto w oczy, wie- 
działa, że nie ukryje przed nim łez. 

-    Nie wiem, co się ze mną dzieje. To takie głupie. 

Brałam kąpiel, odprężyłam się, poczułam się naprawdę 
wspaniale i... 

-    I co? 
-    Wtedy przypomniałam sobie... - Will okrył ją 

ręcznikiem. Choć łazienka pełna była pary, Laura cała 
się trzęsła. - Przypomniałam sobie, że nie powiedzia- 
łam Deb, iż Archiego trzeba naprawdę mocno poklepać 
po jedzeniu. Tylko wtedy dobrze mu się odbija. - Lau- 
ra nie mogła dalej mówić. Miała kompletnie ściśnięte 
gardło, huczało jej w głowie, a z oczu płynęły łzy. - 
Jeśli Deb o tym nie wie, Archie zbudzi się w nocy 
z płaczem. 

Will zsunął z niej ręcznik i pomógł włożyć szla- 

frok. 

-    Kochanie, przecież Deb jest matką i na pewno 

potrafi troszczyć się o swoje dziecko. Martwi mnie, 
że ty tak za nim tęsknisz. 

-    Wcale nie tęsknię. 
-    No już dobrze, niech ci będzie. 
-    Musiałabym być potworną egoistką, żeby za nim 

tęsknić. 

-    Akurat tej cechy jesteś prawie zupełnie pozba- 

wiona - powiedział Will. 

R

 S

background image

 
-    Bądź co bądź, Archie jest dzieckiem mojej sio- 

stry. Nie znasz jej dobrze, ale ja przecież wiem, że 
Deb ma wspaniałe podejście do dzieci. Mogę się tylko 
domyślać, ile zdrowia kosztowała ją ta rozłąka. Dlatego 
właśnie jestem taka szczęśliwa, że oni znowu są razem. 

-    Cieszę się, kochanie. 
Will starannie założył poły szlafroka i pchnął Laurę 

lekko do przodu, tak jakby nie potrafiła samodzielnie 
chodzić. W korytarzu mocno pocałował ją w czoło. 

-    Byłaś bardzo naiwna, sądząc, że nie będziesz tę- 

sknić za małym. 

-    Nie obrażaj mnie, Montana. 
-    Już nie będę. 
-    A poza tym ja wcale za nim nie tęsknię. Chcę, 

żeby był razem ze swoją mamą. 

-    No już dobrze, dobrze. 
Will poprowadził Laurę w stronę bujanego fotela. 

Czasami kiedy kołysał się na nim razem z Archiem, 
miał wrażenie, że zajmuje się nie tym, czym powinien 
zajmować się mężczyzna. Jednak teraz, trzymając 
w ramionach ukochaną kobietę, czuł, że jest na swoim 
miejscu. Przycisnął do piersi jej wilgotny od łez po- 
liczek. 

-    Chyba jednak jestem egoistką — powiedziała. 
-    Och, znowu zaczynasz te nonsensy. Nie jesteś 

żadną egoistką. Ty nawet nie wiesz, co znaczy egoizm. 

Will oparł brodę o jej głowę. Laura pachniała cu- 

downie, kobieco, uwodzicielsko. 

-    Ależ jestem, Will, uwierz mi. A prawda jest taka, 

że się bałam. 

-    Bałaś się? Czego? 

R

 S

background image

 
-    Bałam się, że cię stracę. Jestem naprawdę szczę- 

śliwa, że w życiu mojej siostry wszystko pomyślnie 
się układa. Ale cieszę się również, że to wszystko wre- 
szcie się skończyło. Teraz możemy zająć się naszymi 
sprawami. Chcę, żeby między nami znów było tak jak 
dawniej. 

Will pogłaskał ją po głowie. 
-    Mówię poważnie, Will. Byłeś cierpliwy, cudow- 

ny, opiekuńczy, ale... od tygodni nie mieliśmy czasu 
dla siebie. Każdą wolną chwilę zabierał nam Archie. 
Na pewno byłeś tym zirytowany. Zresztą ja też chwi- 
lami miałam już tego dość. Cieszę się, że wreszcie na- 
leżysz tylko do mnie. Teraz będziemy mogli żyć tak 
jak dawniej. 

Will przestał się kołysać. Laura opuściła niżej głowę 

i westchnęła, najwyraźniej uśpiona monotonnym ru- 
chem. Po tak ciężkim dniu należał się jej odpoczynek. 

Słowa Laury dźwięczały mu w głowie. Nagłe doT 

znał olśnienia. 

Przecież nie było już powrotu do dawnego życia. 

Prezent, jaki otrzymali w Boże Narodzenie, wszystko 
zmienił. 

Powrót do przeszłości był niemożliwy. 
Will będzie tu lada chwila. Laura obróciła głowę, 

żeby nałożyć kolczyki, wsuwając jednocześnie stopy 
w czarne zamszowe pantofle na wysokim obcasie. Tak 
wysokim, że kiedy zrobiła w nich kilka kroków, o ma- 
ło się nie przewróciła. 

Tym razem to ona postanowiła zrobić mu niespo- 

dziankę. Założyła skąpą, jedwabną bieliznę, którą Will 

R

 S

background image

 
na pewno będzie chciał z niej zerwać, pończochy i ob- 
cisłą, czarną sukienkę z olbrzymim dekoltem. Nadgar- 
stki i miejsca za uszami skropiła swoimi ulubionymi 
perfumami. Nigdy nie było wiadomo, co w tym ze- 
stawie będzie działać na niego najbardziej podnieca- 
jąco. 

Will był ostatnio zbyt spokojny. Laura wiedziała, 

jak wielką wagę przykładał do ich związku. Wiedziała, 
jak bardzo cenił sobie spontaniczne zbliżenia i możli- 
wość zaspokajania właściwie każdej zachcianki. 

Laura była najpierw pociągającą kochanką Willa, 

a kiedy pojawił się Archie, stała się zmęczoną, ziryto- 
waną i spiętą kobietą. Nie w takiej kobiecie zakochał 
się Will. I nie o takiej na pewno marzył. 

To się musi zmienić, pomyślała i w tym momencie 

usłyszała dzwonek. 

Gdyby nie buty na wysokim obcasie, znalazłaby się 

pod drzwiami w ciągu kilku sekund. 

-    Cześć - powiedział Will. 
Wyglądał jakby biegał na wietrze, ponieważ miał 

zupełnie potargane włosy. Nachylił się nad Laurą 
i musnął jej usta. 

Laura zaniepokoiła się takim powitaniem. Nie dość, 

że Will w ogóle nie zwrócił uwagi na jej wytworny 
strój, to jeszcze miał taki dziwny wyraz oczu. Jakby 
myślami błądził gdzie indziej. 

-    Will? Dobrze się czujesz? 
-    Oczywiście - odpowiedział szybko, uśmiechając 

się do niej. 

Laura poczuła się nieswojo. Will zachowywał się 

inaczej niż zwykle. Ani słowem nie skomentował jej 

R

 S

background image

 
wyszukanego stroju, nie chwycił jej w objęcia. Zwrócił 
jedynie uwagę na perfumy, mówiąc: 

-    Ten zapach może doprowadzić do szaleństwa. 
Laura doszła do wniosku, że miał chyba inne niż 

ona plany na ten wieczór. Zdjął marynarkę, buty i ru- 
szył w stronę kuchni. Laura trzymała tam schłodzone 
wino, ale zanim zdążyła je zaproponować, Will po- 
częstował się piwem. Od razu zajrzał do piecyka, 
sprawdzając, czy kurczak jest już gotowy, i przełożył 
ryż do normalnego półmiska. W pokoju zapalone były 
boczne światła i świeczki, jednak gdy Will tylko tam 
wszedł, od razu włączył górne oświetlenie. 

Okazało się, że ani Will, ani Laura nie mieli ochoty 

na jedzenie. Laura odniosła wrażenie, że coś niedo- 
brego wisi w powietrzu. 

Will odłożył wreszcie widelec i zapytał: 
-    Nie chciałabyś pójść ze mną na spacer? 
-    Na spacer? - powtórzyła. 
Kiedy przygotowywała się do tego wieczoru, przez 

myśl jej nie przeszło, że Will coś takiego zaproponuje. 
Nigdy nie zapraszał jej na spacery. 

-    Odnoszę wrażenie, że żadne z nas nie ma apetytu. 

A poza tym chciałbym z tobą o czymś porozmawiać. 

-Cóż... no dobrze... oczywiście możemy się 

gdzieś przejść - powiedziała. 

Kiedy wstawała od stołu, serce biło jej coraz szyb- 

ciej. A więc nie pomyliła się. Will rzeczywiście miał 
jej coś ważnego do powiedzenia. Nie wiedziała tylko, 
czy będzie miała odwagę tego wysłuchać. 

Will poszedł do sypialni po ciepłą kurtkę. Laura 

założyła ją na sukienkę, która śmiesznie odstawała na 

R

 S

background image

 
dole. Ponieważ na dworze było zimno, musiała włożyć 
jeszcze odpowiednie buty. 

Will pocałował ją w policzek, co odebrała jako po- 

dziękowanie za to, że zgodziła się wyglądać jak strach 
na wróble. Na szczęście ulice były puste i Laura za- 
oszczędziła sąsiadom swojego widoku. W taką pogodę 
ludzie siedzieli w zaciszu swoich domów. Hebanowe 
niebo upstrzone było gwiazdami. Noc była mroźna, ale 
na szczęście bezwietrzna. 

Will szedł szybkim krokiem, co uniemożliwiało ja- 

kąkolwiek rozmowę. Po chwili jednak zwolnił i deli- 
katnie wziął Laurę za rękę. 

-    Potrzebuję twojej pomocy, Lauro - odezwał się. 
-    Ależ, Will. Wiesz przecież, że zawsze możesz na 

mnie liczyć. 

Spojrzała mu w oczy, ale było tak ciemno, że nie 

potrafiła z nich nic wyczytać. 

-    Chcę cię o coś zapytać, Lauro, tylko trochę się 

obawiam, że to źle zabrzmi. 

-    Przecież to ja. Nie musisz się przy mnie niczego 

bać. Myślałam, że wiesz o tym. 

-    No tak, ale to dosyć trudna sprawa. 
Will wziął głęboki oddech i sięgnął do kieszeni pła- 

szcza. Kiedy otworzył dłoń, Laura zobaczyła małe, 
czarne, aksamitne pudełeczko. 

-    Mam nadzieję, że to przyjmiesz. 
Zdjęła rękawiczkę i otworzyła pudełeczko. W środku 

leżała złota obrączka. Laura aż podskoczyła z radości. 

-    Byłem na ciebie naprawdę obrażony, kiedy oskar- 

żyłaś mnie o to, że próbuję kupić twoje uczucia. Ale my- 
ślę, że miałaś rację, Lauro. Jako dziecko wzbudzałem 

R

 S

background image

 
zainteresowanie tylko wtedy, gdy byłem dla kogoś uży- 
teczny. W końcu nabrałem przekonania, że to pienią- 
dze gwarantują poczucie bezpieczeństwa. Ale to nie- 
prawda. Bo tego, co naprawdę w życiu jest ważne, nie 
da się kupić. 

-    Masz rację - szepnęła. 
-    Pomyślałem, że muszę ci udowodnić, że się zmie- 

niłem. Swoją drogą, nawet nie wiesz, ile kosztowało 
mnie wręczenie ci tego zwykłego pierścionka. O wiele 
bardziej chciałbym zabrać cię na tydzień na Tahiti i 
w blasku księżyca, przy butelce rumu, przeprowadzić 
z tobą tę rozmowę. Ale wtedy mogłabyś mi nie uwie- 
rzyć. A tak wiesz, że niczego nie ukrywam i że ofiaruję 
ci tylko siebie samego. 

Laura rzuciła mu się na szyję. 
-    Właśnie takiego cię kocham, Will. Kocham cie- 

bie, a nie twoje prezenty. 

-    Potrzebowałem dużo czasu, żeby to zrozumieć. 

Za dużo. Nie wiem, skąd się wzięło to moje przeświad- 
czenie, że nie nadaję się do małżeństwa i wychowy- 
wania dzieci. Od urodzenia byłem niespokojnym du- 
chem. Nie chciałem, żeby moja żona i dzieci były prze- 
ze mnie nieszczęśliwe. Żeby oskarżały mnie o to, że 
nie zapewniam \m poczucia stabilizacji. - Will prze- 
łknął ślinę. - Ale wszystko zmieniło się od czasu, kiedy 
pojawił się Archie. 

-    To prawda. Archie oboje nas zmienił. 
-    Ty przynajmniej świetnie sobie z nim radziłaś. 

Ale ja? Miałem wrażenie, że największą przyjemność 
sprawiało mu wymiotowanie na moje koszule. Bałem 
się go jak ognia. Doszedłem do wniosku, że zupełnie 

R

 S

background image

 
nie radzę sobie z dziećmi. Nie wyobrażałem sobie sie- 
bie w roli ojca. Nie potrafiłem zmienić się w przykład- 
ną głowę rodziny. Lauro? 

-    Tak? - Tyle słów cisnęło mu się na usta. Laura 

rozumiała, że Will musi się wygadać. - Cały czas cię 
słucham. 

-    Podczas tych dwóch miesięcy, kiedy Archie był 

pod twoim dachem, zrozumiałem, co to znaczy rodzi- 
na. A kiedy po jego wyjeździe powiedziałaś, że chcesz, 
aby między nami było tak jak dawniej, wystraszyłem 
się. Nie chcę tego, co było. Chcę cię całej, Lauro. Chcę 
żyć z tobą pełnią życia. 

Laura pogładziła go po policzku. 
-    Nie powiedziałam ci chyba wtedy całej prawdy. 

Chciałam, żebyś wiedział, jak bardzo cię kocham i jak 
wiele dla mnie znaczysz. Oczywiście zdawałam sobie 
sprawę, że Archie mógł zniechęcić cię do posiadania 
dzieci na całe życie. 

-    To prawda. Zwłaszcza że doszedłem do wniosku, 

że nasze dzieci byłyby jeszcze bardziej uciążliwe. 

-    Z tym akurat absolutnie się zgadzam. Gdyby 

odziedziczyły po tobie inteligencję, temperament i nie- 
poskromioną energię... 

-    Gdybyśmy do tego dodali jeszcze twoją dumę, 

prawdziwie ośli upór... 

-    Ja niby jestem uparta? Montana, ty mnie chyba 

obrażasz? 

-    Tylko dlatego, że to cię naprawdę rozgrzewa. 

R

 S

background image

Świąteczny przepis Jennifer Greene 
 
To nie jest przepis kulinarny. Co roku na Boże Na- 

rodzenie robimy wraz z dziećmi figurki, które nie są 
przeznaczone do jedzenia, ale by zdobiły naszą choinkę 
i wypełniały cały dom cudownym, świątecznym zapa- 
chem. Nazywamy je 

 
CYNAMONOWE FIGURKI 
 
10 dużych łyżek cynamonu 

4-6 dużych łyżek soku z jabłek 

 
Wymieszaj w miseczce cynamon z sokiem i utrzyj tak, 

by otrzymać gęste ciasto. Rozwałkuj albo delikatnie roz-
łóż cynamonowe ciasto na oproszonej cynamonem desce. 
Powinno być cienkie, około 0,5 cm. Wytnij z ciasta fo-
remką lub nożem świąteczne kształty (choinki, gwiazdki, 
itp.), tak jakbyś wycinała ciasteczka. W każdej z figurek 
możesz zrobić dziurkę, aby łatwiej ją było zawiesić na 
choince. 

Rozłóż figurki na specjalnej folii lub pergaminie do pie- 

czenia ciasteczek i wstaw do lekko ciepłego piekarnika. 
Uwaga! Temperatura nie powinna być wyższa niż 50-60 
stopni - figurek bowiem nie pieczemy, a jedynie suszy-
my, by stały się trwałe i twarde, co zajmuje z reguły do 3 
godzin. 

To wszystko! Teraz zawieś cynamonowe figurki na 

choince i rozkoszuj się ich wspaniałym zapachem. Za rok 
możesz wykorzystać je jeszcze raz, albo upiec nowe. 

Dobrej zabawy i Wesołych Świąt! 

R

 S


Document Outline