background image

 

 

Romuald Pawlak 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Pusty ogród 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

© Romuald Pawlak 2005 

www.fantastykapolska.pl

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska. 

background image

 

 

 

Wciąż krążę po ogrodzie i szukam jej, z coraz mniejszą wiarą. 
Wciąż  pytam  o  nią  drzewa,  ale  żadne  nie  odpowiada.  Jabłonie  chylą  ku  ziemi  swe 

ciężkie korony, grusze wręcz uginają się od wiecznie dojrzałych owoców. Czasem pomiędzy 
drzewami  przemknie  wiewiórka  lub  syty  lis,  znikając  w  bezkresnych  przestrzeniach  tego 
sadu. 

Wszędzie światło, dzień pozbawiony końca. 
Już  nie  umiem  czekać…  na  ciemność  albo  na  cokolwiek,  co  uwolni  mnie  od  tego 

jałowego światła. 
 

*** 

 

Najpierw ziemia zaszeleściła jak zmięty celofan. Zaraz potem, bez dalszych ostrzeżeń, 

w  górę  wystrzelił  gruby,  wysoki  na  kilometr  słup  ognia.  W  jednej  chwili  wypalił  grunt  w 
promieniu stu metrów i z paskudnym cmoknięciem wyssał powietrze dokoła. Odległy o trzy 
kilometry od naszej kryjówki pałacyk Schoena przestał istnieć, spowiły go płomienie i gęsty 
dym. 

Raz, dwa, trzy, już nadbiegał stamtąd tajfun sprężonego powietrza. Wtuliliśmy się w 

ziemię,  wczepiliśmy  pazurami  w  nierówność  gruntu,  która  musiała  wystarczyć  jako 
prowizoryczny okop. Czekaliśmy, aż fala przewali się nad naszymi plecami, zasypie grudami 
ziemi.  Na  szczęście  odległość  osłabiała  jej  impet.  Zmiatała  niewielkie  kamyki,  nabijała 
siniaki, ale nie łamała już kości, ani nie siekła odłamkami szkła wielkości sporych sztyletów. 

Po  wszystkim  zerknąłem  na  swój  oddział.  Nikomu  nic  się  nie  stało.  Archib,  Fajzel, 

Banach, Gryczewski oraz piękna Veidana ze spokojem zbierali z ziemi plecaki. Ich działania 
były zupełnie rutynowe, choć pół roku temu jeden z takich wybuchów zabił Ihario, poza mną 
najstarszego  stażem  członka  naszej  grupki.  Tylko  w  oczach  Kurczaka  wciąż  błyskał  strach, 
dzieciak zawsze bał się hałasów. No i Strosz nie reagował, ale on tak po prostu miał, można 
było  czasem  pomyśleć,  że  jest  głuchoniemy.  Flegmatyczny  Visarianin  wnosił  do  zespołu 
spokój,  jakiego  zazwyczaj  brakowało  nam  wszystkim.  A  Kum-kumbi  tylko  uśmiechał  się 
tymi  żabimi  ustami,  choć  gdyby  podmuch  był  silniejszy,  to  właśnie  jego  delikatne  ciało 
odniosłoby najwięcej obrażeń. 

-  Blisko  było  –  chrapliwie  odezwał  się  Archib,  przerywając  moje  rozmyślania. 

Nerwowo  potarł  popielate  futro  na  karku.  Był  tak  zarośnięty,  że  nie  dało  się  tego  nazwać 
inaczej,  choć  dziwnie  się  używało  takich  określeń  do  opisu  rozumnej  istoty,  podobnej  do 
człowieka. – I ogień jakby wyższy niż dotąd. 

Złożyłem w kostkę mapę Silesii i skinąłem ponuro głową, przyznając mu rację. Przez 

długi czas od chwili, gdy zostaliśmy zaatakowani (czy też nastąpiła „katastrofa”, jak upierali 
się  to  nazywać  niektórzy)  ogień  spadał  z  nieba  wąskimi  smugami  niszczącego  żywiołu, 
przypominającymi wiązki wystrzeliwane z orbitalnego lasera. Ostatnio jednak coraz częściej 
wyskakiwał spod ziemi. Ostrzał z góry dawał cień szansy na przeżycie, jakąś minutę czy dwie 
by  zebrać  się  do  ucieczki.  Atak  od  dołu  –  nie.  Zaskakiwał  i  niszczył.  Tylko  szczęście 
decydowało o przetrwaniu. 

Veidana  spokojnie  obsysała  paznokcie,  nie  zważając  na  sardoniczne  spojrzenie 

Archiba. Wyglądało na to, że wybuch nie sprawił na niej żadnego wrażenia, nie widziała w 
nim żadnego zagrożenia dla siebie. Co oznaczało, że my również byliśmy bezpieczni. Każdy 
z  członków  naszej  grupy  był  swoistym  barometrem,  rozpoznającym  specyficzny  rodzaj 
niebezpieczeństw. Dbając o siebie, jednocześnie zapewnialiśmy ochronę reszcie grupy. Z tego 
wynikała  nasza  siła:  połączenie  zdrowych  egoizmów,  zapewniających  przetrwanie  całej 
drużynie. 

Nagle  dziewczyna  gwałtownie  poderwała  głowę  i  wysyczała  coś  w  tym  dziwnym, 

atonalnym  języku.  W  jej  krótkich  włosach  pojawiły  się  niebieskie  rozbłyski,  sygnalizujące 
ogromne zaniepokojenie, a na wiotkich, odkrytych ramionach wystąpiły szkarłatne plamy. 

background image

 

 

 

Wszyscy  momentalnie  zamarli.  Paranoiczne  odruchy  to  podstawa  przetrwania  w 

ruinach  aglomeracji.  Fałszywy  alarm  można  zawsze  wyśmiać.  Później,  po  sprawdzeniu. 
Przeoczenie prawdziwego zagrożenia oznaczało śmierć. 

Veidana złapała się za głowę i wydała przenikliwy, bolesny okrzyk. W tym momencie 

nawet Fajzel oderwał grube, kanciaste paluchy od sprzączek plecaka, przy których spokojnie 
dotąd  gmerał  i  omiótł  okolicę  czujnym  spojrzeniem,  nie  wiedząc  skąd  i  jakie  nadchodzi 
zagrożenie. W powietrzu unosił się gryzący zapach karbolu, a spomiędzy palców dziewczyny 
zaczęła skapywać pienista różowa ciecz. Najwyraźniej Veidana porzygała się ze strachu. 

Niespodziewane „puuuf!” wstrząsnęło powietrzem  w miejscu, gdzie jeszcze dziesięć 

minut  temu  w  wielkim  parku  stał  niemal  nietknięty  dziewiętnastowieczny  pałacyk  starego 
niemieckiego rodu. Powietrze dziwnie zmętniało, a chwilę później coś delikatnie opadło  na 
ziemię. Jasnożółty, wyglądający jak pestka cytryny, kilkudziesięciometrowy kształt. Ziarno. 

Niech to szlag! 
- Wiać! – krzyknąłem rzucając się do ucieczki i łapiąc plecak z mapą, bez której nie 

zdołalibyśmy przeżyć. Cała reszta dobytku została na ziemi, nie warto było za nią umierać.  

Gnaliśmy  na  oślep,  byle  dalej  od  Ziarna.  Półnagi  Gryczewski,  oblepiony  kurzem, 

osłabiona  Veidana,  uwolniona  od  ciężaru  plecaka.  Dopóki  nie  odnajdziemy  którejś  z 
bezpiecznych bram do jej świata, będzie zdychała z braku jedzenia. 

Pobiegliśmy na Stawiki, kierując się na pierwszy z kilku zbiorników, odległy o jakieś 

sto metrów. Irytujące brzęczenie, od którego drętwiały mięśnie i pękały bębenki, stawało się 
coraz głośniejsze, unosiło się tuż za naszymi plecami. 

Kum-kumbi  wysforował  się  naprzód  i  wpadł  z  chlupotem  do  stawu,  wzbijając 

fontanny zimnej, cuchnącej wody. Rzuciliśmy się za nim  szukając schronienia jakieś dziesięć 
metrów od brzegu. Tyle powinno wystarczyć, dalej robiło się zbyt głęboko. 

Ziarno  eksplodowało  bez  żadnego  ostrzeżenia,  wyrzucając  w  powietrze  dziesiątki 

łusek,  które  wirowały  setki  metrów  w  górę  niczym  gigantyczne  łodzie  wikingów,  mocno 
zagięte  na  obu  końcach.  Przyglądałem  im  się  bez  niepokoju,  nie  stanowiły  żadnego 
zagrożenia,  spadną  na  zrujnowane  dzielnice,  zmiażdżą  resztki  opustoszałych  blokowisk 
odległych o kilka kilometrów od tego miejsca. 

Znacznie  większe  niebezpieczeństwo  stanowiła  rozprężająca  się  na  wszystkie  strony 

główna masa Ziarna, która sunęła po ziemi w gigantycznej chmurze pyłu, porywając domy i 
drzewa jak potężny lodowiec, któremu gwałtownie przyspieszył zegar biologiczny. Walcząc o 
lebensraum, Ziarno jak każda żywa istota, wchłaniało wszystko, co stanęło mu na drodze. 

Nie radziło sobie jednak z wodą. Z niewiadomego powodu pęczniejąca tkanka Ziarna 

przestawała się rozrastać, jeśli z którejś strony ograniczał ją jakiś zbiornik wodny. Pędy, które 
w  dogodnych  warunkach  mogły  wystrzelić  na  pięć  kilometrów,  w  podmokłej  okolicy  nie 
dorastały  nawet  pięćdziesięciu  metrów.  To  właśnie  dlatego  szukaliśmy  schronienia  na 
Stawikach. Stojąc po szyję w pełnej brudu wodzie wpatrywaliśmy się w masę tajemniczego, 
obcego  cielska,  poprzedzaną  przez  wirujący  wał  ziemi,  gruzu  i  wyrwanych  z  korzeniami 
drzew. Powietrze drżało od potwornego huku, przypominającego wycie wszystkich demonów 
zamieszkujących  podziemne  korytarze  starożytnej  aglomeracji.  Dźwięk  wspinał  się  na 
wysokie,  niemal  niesłyszalne  rejestry,  zniżał  się  ku  basom,  od  których  falowała  ziemia, 
obracał w gruzy domy i wyciskał z nas resztki tchu. 

Wreszcie z dziwnym cmoknięciem Ziarno przestało rosnąć. Lawina gruzu zatrzymała 

się pół kilometra od nas. 

Choć  wiedziałem,  co  teraz  nastąpi,  nadal  nie  potrafiłem  na  to  spokojnie  patrzeć. 

Opadająca chmura pyłu odsłaniała po kawałku całą grozę i potęgę przerażającej budowli.  

Owalna, szara podstawa, obejmująca obszar jakichś dwóch kilometrów, w jej centrum 

jaskrawozielony  pień,  strzelający  w  górę  na  pięćset  metrów.  Setki  gałęzi,  prostych, 
pokrzywionych,  rosnących  wprost  na  boki,  lub  wijących  się  wokół  pnia,  tworzyły  splątaną 
barierę,  praktycznie  niemożliwą  do  przebycia.  Istniały  sposoby  przedostania  się  do  wnętrza 

background image

 

 

Ziarna, o ile ktoś wiedział, jak uniknąć ruchomych, cholernie czułych ostrzy, porastających i 
gałęzie i pień, pełen niebezpiecznych zakamarków. Choć tak właściwie same ostrza to mały 
pikuś,  dużo  gorsze  były  przemieszczające  się  fragmenty  liści,  które  potrafiły  się  nagle 
pojawić parę metrów dalej, tak jakby nic nie łączyło ich z pniem. Potrafiły przeniknąć przez 
każdą przeszkodę, a ludzkie ciało nie stanowiło dla nich żadnej bariery. 

Archib  twierdził,  że  Ziarna  żyją  w  co  najmniej  sześciowymiarowej  przestrzeni.  Nic 

nie  rozumiałem  z  hesterniańskiej  matematyki,  ale  tutaj  ważny  był  tylko  wniosek.  Obaj 
wierzyliśmy, że te obiekty pochodzą ze świata, w którym obowiązują inne reguły. Takiego, w 
którym istnieje wiedza o wymiarach dla nas niedostępnych. Nikt nie rozumiał, jakim cudem 
te  paskudztwa  potrafiły  w  kilka  minut  osiągnąć  takie  rozmiary,  skoro  nie  czerpały  masy  i 
energii z zewnątrz. 

W  ramach  eksperymentu  pewnego  dnia  spróbowaliśmy  zbadać  te  dziwaczne, 

niewidoczne  płaszczyzny,  na  których  zdawały  się  trzymać  liście.  Rzucając  różnymi 
przedmiotami,  chcieliśmy  sprawdzić,  czy  coś  je  zatrzyma,  czy  przelecą  na  drugą  stronę  i 
spadną? Nic z tych rzeczy. Niezależnie od tego, czy był to nóż, kamień czy patyk, wszystko 
znikało bezpowrotnie, tak, jakby trafiało do innego wymiaru. 

- Obudź się – trącił mnie łokciem Gryczewski. – Bo cię ryby zeżrą. 
Odepchnąłem  jego  rękę,  próbując  ukryć,  jak  bardzo  mnie  wkurzał..  Odbijając  się 

lekko nogami od dna, podpłynąłem kawałek w stronę brzegu. Parę metrów dalej Kum-Kumbi 
taplał się jak dziecko, ciesząc się każdą chwilą spędzoną w wodzie. Dla tych zdecydowanie 
ziemno-wodnych  stworzeń,  nie  istniało  nic  przyjemniejszego  niż  brodzić  w  gęstym  mule  i 
tarzać się wśród wodorostów. 

Z  głośnym  mlaśnięciem  wygrzebałem  się  z  przybrzeżnego  błocka  i  spojrzałem  na 

resztę  grupy,  nadal  niezbyt  skłonną  do  opuszczenia  bezpiecznego  zbiornika.  Tym  razem 
obyło się bez strat, nie licząc plecaka Veidany. Dziewczyna przestała już wymiotować, wciąż 
jednak nie wyglądała najlepiej. Zrobiła sobie mokry okład na czoło, a w jej spojrzeniu można 
było znowu wyczytać lekkie roztargnienie, które zdawało jej się nigdy nie opuszczać. 

Jej reakcja na Ziarna należała do tych dziwnych. Ale tylko dzięki temu wciąż żyjemy. 

To ona jako jedyna potrafiła wyczuć w porę Ziarna. 

 

*** 

 

My, czyli ja, Gryczewski,  Kurczak i  Banach, pochodziliśmy z Silesii,  nigdy się stąd 

nie  ruszaliśmy.  Fajzel  dotarł  do  nas  ze  świata,  do  którego  nie  miał  najmniejszego  zamiaru 
wracać, wyglądającego w jego opowieściach niczym krzyżówka upalnej i wilgotnej miejskiej 
dżungli  porastającej  całą  planetę,  z  totalitarną  fabryką,  zatrudniającą  wszystkich 
mieszkańców. W naszym klimacie wciąż kulił się z zimna. Zupełnie odwrotnie wyglądało z 
Kum-Kumem, który ciągle jak żaba szukał cienia i wilgoci, bezbłędnie wyszukując wszystkie 
źródła  wody.  Chociaż  tak  różni,  obaj  polubili  się  z  mety,  a  jeden  za  drugiego  bez  wahania 
nadstawiłby karku. 

Archib  był  urodzonym  wojownikiem  pochodzącym  ze  świata,  który  wciąż  mnie 

zadziwiał. Gigantyczna, chłodna planeta o niskiej grawitacji, na której Hesternianie stawiali 
swoje  dziwaczne,  przysadziste  miasta,  skryte  w  olbrzymiej  mierze  pod  ziemią,  pełne 
budynków sięgających ledwie czterech pięter w górę, lecz rozciągających się na szerokość aż 
po kres horyzontu. 

O  świecie  Strosza  wiedzieliśmy  tylko  tyle,  że  z  niego  uciekł  przy  pierwszej 

nadarzającej się okazji. Nigdy nie znaleźliśmy właściwej bramy do jego rzeczywistości, choć 
istniała  również  możliwość,  że  celowo  wprowadzał  nas  w  błąd.  Na  szczęście  nie  musiał 
wracać  do  siebie  po  jedzenie,  potrafił  wyżyć  na  ziemskich  produktach.  Choć  sporo  czasu 
musiał z tego powodu spędzić w krzakach. 

Wśród poległych członków naszej grupy mieliśmy Bonettiego ze świata, którego nikt 

background image

 

 

poza  mną  nie  rozumiał,  on  za  to  potrafił  porozumieć  się  każdym  zwierzęciem  czy  rośliną, 
Gzara, istotę z gumy, przy której nawet Kum-Kum sprawiał wrażenie humanoida oraz Ihario, 
do  złudzenia  przypominającego  człowieka,  pod  warunkiem,  że  istniała  gdzieś  alternatywna 
Ziemia, w której zwyciężyli bizantyjscy ikonoklaści. 

Veidana  była  jedyna  kobietą  pośród  nas.  Jednak  nawet  ona,  choć  wiedziała  o 

otwierających  się  bramach  do  świata  Ziaren,  nie  potrafiła  powiedzieć,  dlaczego  towarzyszy 
temu słup ognia. Coś wybuchało lub spadało z niebios, chwile później pojawiało się Ziarno i 
zagnieżdżało  w  oczyszczonym  miejscu.  Wyglądało  to  tak,  jakby  wzrastało  na  popiele  i 
zgliszczach,  czerpiąc  energię  z  destrukcji,  wystrzeliwując  pod  niebiosa  straszliwą  budowlę 
pełną  bram,  które  wiodły  do  nieznanych  światów.  Nie  potrafiliśmy  tego  zrozumieć, 
wiedzieliśmy  jednak,  że  każdy  słup  ognia  oznaczał,  iż  kolejne  Ziarno  rozpoczęło  swoją 
ekspansję. 

Ich  świat  powoli  zaczynał  dominować  nad  naszą  planetą.  Dwa  lata  temu  straciłem 

ostatni  kontakt  z  grupami  działającymi  poza  terytorium  Silesii,  ale  obserwując  rozmiar 
zniszczeń,  jakie  ostatnio  zaszły,  miałem  powody  podejrzewać,  że  reszta  świata  wcale  nie 
wygląda lepiej.  

My na szczęście mieliśmy Veidanę. Jej dar nieraz już ocalił nam życie. Uśmiechnąłem 

się do niej kącikiem ust i skinieniem ręki przywołałem resztę grupy. 

- Alarm odwołany – oznajmiłem. – Spadamy stąd. 
Nie czekając aż się wygramolą odwróciłem się plecami do wody, mierząc wzrokiem 

splątane konary gigantycznego miasta, które wyrosło z Ziarna. 

 

*** 

 

Archib nerwowo podrapał swoją rudą brodę w miejscu, gdzie z gęstwy płomienistych 

kędziorów  wyłaniała  się  ciemna  plamka  popalonych  włosów.  Był  to  ślad  po  jednym  z 
wybuchów, który trafił w jakieś magazyny chemiczne i na parę kilometrów dokoła rozrzucił 
żrącą  substancję.  Hesternianin  miał  w  tym  miejscu  wciąż  niezagojoną  ranę,  której  się 
wstydził. Jak widać, było to uczucie wspólne co najmniej kilku gatunkom. 

- Kalafiory pojawiają się coraz częściej – mruknął. 
Jak zwykle, trafił w sedno. Kalafiorem, rzecz jasna, nazywał Ziarna. 
– Zabraknie zaraz miejsca, ja ci to mówię – dodał, rozglądając się dokoła. Na miejsce 

odpoczynku wybrałem płaski teren kilkadziesiąt metrów od brzegu jeziora, lekko zaklęśnięty, 
dzięki  czemu  my  nie  byliśmy  widoczni,  natomiast  ktoś  podchodzący  na  pewno  zostałby 
zauważony. O ile ktoś miałby ochotę podejść do świeżo otwartego Ziarna. 

Skinąłem  głową.  Tak,  Archib  miał  rację.  Nawet  ten  chybotliwy  świat  po  katastrofie 

ulegał niepokojącym przeobrażeniom. 

- Odejdziemy stąd, jeśli będzie trzeba – mruknąłem, przyglądając się Veidanie, wokół 

której jak zwykle kręcił się Kum-kumbi. Coś go przyciągało do Santarianki, nawet kiedy nie 
miała okresu. 

-  A  dokąd?  –  burknął  Fajzel,  podchodząc  niepostrzeżenie.  Na  jego  ciemnej, 

niesymetrycznej twarzy błysnęło zainteresowanie. 

- A choćby do twojego świata – odparłem. 
Odwróciłem się w drugą stronę, gdzie za stawami leżały Katowice. Kolumny Ziaren 

sterczały tam niby gęsty las. 

Zapewne sytuacja wszędzie wyglądała tak samo źle. Nie zamierzałem nigdzie iść, do 

jakiegoś  innego  świata.  I  póki  to  ja  rządziłem  grupą,  nigdzie  się  stąd  nie  ruszymy.  A  w 
każdym razie nie Fajzel będzie o tym decydować. 

Pewno byśmy rozmawiali dalej, gdyby nie Kurczak. Zaczął znów popiskiwać i rzucać 

się dokoła jak szalony. Tańczył niby koguci derwisz, modląc się nie wiadomo do kogo i o co. 
Może o łagodną śmierć dla siebie, a może o magazyn pełen żywności dla nas. 

background image

 

 

- Łapię! – krzyknęła Veidana, która była najbliżej kamienia, na którym jeszcze chwilę 

temu siedział nastolatek. 

Znów  miał  atak.  Wymykał  się  rękom  próbującym  go  pochwycić,  zamknąć  w 

opiekuńczym  uścisku  –  uciekał,  jakby  jego  ręce  i  nogi  musiały  swoje  wyskakać,  a  gardło 
wypiszczeć,  żeby  przez  następny  tydzień  Kurczak  przypominał  normalnego  młodego 
człowieka, zachowywał się przewidywalnie i stanowił wsparcie dla reszty grupy. 

Miał  szczęście,  że  trafił  na  nas.  Dokładnie  taki  atak  wywiódł  go  kiedyś  z  kryjówki, 

gdy  przechodziliśmy  tuż  obok.  Nagle  wyskoczył  taki  dziwoląg  z  jakiejś  piwnicy,  piszcząc, 
jęcząc i sprawiając wrażenie, że jest albo święty, albo szalony. Dziś już bym go nie wziął, ale 
wtedy  uważałem,  że  należy  brać  do  grupy  każdego,  kto  da  się  wciągnąć,  choćby  za  uszy. 
Miałem nadzieję, że uda się odtworzyć jakąś społeczność na tych ziemiach. Cztery czy pięć 
lat temu byłem jeszcze bardzo naiwny. 

Kurczak  przydawał  się  jednak.  Gdy  nie  był  ogarnięty  amokiem,  umiał  wleźć  w  tak 

ciasne dziury, w jakie nie mieścił się żaden z nas. Co czasem miało znaczenie. Choć kiedyś 
jego atak w najmniej wygodnej chwili może zabić nas wszystkich, dobrze zdawałem sobie z 
tego  sprawę.  Jednak  po  śmierci  Gzara,  który  bardziej  przypominał  węża  niż  człowieka, 
musieliśmy mieć kogoś,  kto  wciśnie się w małe okienko i  od środka  otworzy magazyn albo 
przeciśnie przez szyb komina. 

Wreszcie Fajzel  złapał  chłopca i  trzymał  szamocącego się w ramionach,  aż Kurczak 

zwiądł mu w rękach, zasnął, a z ust zaczęła ciec ślina. 

Biedny chłopak – pomyślałem. A potem odwróciłem głowę od Fajzela i Kurczaka. 
Pora było rozejrzeć się za schronieniem na noc. 

 

*** 

 

Żyłem w Aglomeracji od początku, kiedy jeszcze nie była jednym wielkim miastem, 

tylko  całym  szeregiem  miast  i  miasteczek  nanizanych  na  kilka  sznurków  tras  kolejowych  i 
dróg szybkiego ruchu. 

Znałem  ją nieźle. Łapałem kierunki,  wiedziałem, gdzie jest zabudowa, a gdzie puste 

tereny przemysłowe. 

Jednak  po  katastrofie  wszystko  się  zmieniło  i  każde  miejsce  trzeba  było  badać  od 

nowa.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  wylezie  z  piwnicy  domu.  Co  albo  kto.  Pozornie  puste 
przestrzenie pomiędzy domami mogły zawierać pułapki. Mur mógł skruszeć, a komin spaść. 

Każda noc to było wyzwanie. Staraliśmy się nocować w jednym miejscu tylko raz. Bo 

z każdą chwilą wzrastało ryzyko, że inna grupa albo jakieś zagrożenie zechcą nas odwiedzić. 

Kiedyś,  na  początku,  w  trakcie  rozmowy  z  szefem  innej  grupy,  Hirszem,  usłyszałem 

od niego, że lepiej wciąż być w ruchu, bo inaczej zbiera się pod ziemią ogień. Po tygodniu 
czy dwóch ryzyko jest już bardzo wielkie. Choć nie uznałem tego za niepodważalny pewnik, 
lepiej nie kusić licha. I tak ciężko było przetrwać na tym terenie. Potem sprawa rozstrzygnęła 
się w inny sposób, dzięki sieciom. Szkoda, że nie mogłem tego powiedzieć Hirszowi, ale jego 
grupa zniknęła, zapewne pochłonięta przez jakąś katastrofę. 

Teren  na  skraju  jeziora  porośnięty  był  rachitycznymi  krzewami.  Dalej,  w  stronę 

Katowic, rozciągały się  ruiny wielkiego osiedla  wieżowców. Te  w czasie swoich wędrówek  
omijałem, chyba że mieliśmy czas i siły na sprawdzanie całego domu. Wciąż nie wyrosła tam 
żadna  budowla  z  innego  świata,  ale  spadające  z  wysokości  kilku  pięter  płyty,  inne 
wojowniczo  nastawione  grupy  –  których  było  najwięcej  –  albo  kanibale  ukrywający  się  w 
labiryntach piwnic stanowili duże ryzyko. 

Mogliśmy zanocować w szczerym polu. Zdarzało się nie raz. Ognie przestawały być 

groźne  po  zmierzchu,  jedynie  inni  ludzie  i  ciche  pułapki  były  pewnym  ryzykiem.  W  nocy 
sieci zdawały się nie być groźne. 

Lepiej  jednak  było  nocować  w  pomieszczeniach.  Łatwiej  się  bronić,  no  i  nie  cały 

background image

 

 

świat wiedział wtedy o naszej obecności na danym terenie. 

Do  zmierzchu  zostały  jeszcze  ze  trzy  godziny.  Ruszyliśmy  skrajem  stawu  w  stronę 

szeregu niskich budynków. 

Po godzinie dotarliśmy do willowej dzielnicy. Miałem tu swoje ulubione ulice,  nawet 

domy. Teraz jednak znajdowaliśmy się po drugiej stronie osiedla. 

-  Dobra,  sprawdzamy  ten  dom  –  wskazałem  czerwony  budynek  stojący  pośrodku 

ulicy.  Nie  wyróżniał  się  niczym,  był  tylko  może  mniej  zadbany.  Jednak  drzewa  rosły  tu 
zdrowo, a podchodząc, spłoszyliśmy parę ptaków. Odfrunęły, gniewnie łopocząc skrzydłami i 
złorzecząc nam w swoich językach. 

Nie musiałem nikogo wyznaczać. Archib poprawił swoją strzelbę na ramieniu, wyjął 

zza cholewy buta długi cienki nóż i niemal bezszelestnie ruszył w tamtą stronę. Ktoś, kto go 
nie  widział  w  akcji,  zdziwiłby  się,  jak  ten  rosły,  studwudziestokilogramowy  humanoid  o 
posturze niedźwiedzia potrafi niemal bezszelestnie się skradać. 

W  ciemnych,  ciasnych  pomieszczeniach  radził  sobie  bez  porównania  lepiej  niż  my. 

Nocami, kiedy nie mogliśmy zasnąć, trochę mi opowiadał o swoim świecie. Jego Hestern był 
piękny,  ale  brutalny.  Mężczyźni  walczyli  wciąż  w  pojedynkach.  Archib,  jak  sam  przyznał, 
strasznie  się  kontrolował,  żeby  nie  wchodzić  w  rywalizację  tutaj.  Tym  chętniej  chodził  na 
zwiad i miał już kilka wygranych pojedynków z różnymi istotami. 

Odprowadzałem  go  jednak  niespokojnym  wzrokiem.  W  grupie  mieliśmy  tylko 

jednego Archiba. Każdy mógł iść na zwiady, ale czy każdy by wrócił? 

Hesternianin  szybko  jednak  ponownie  pojawił  się  na  ulicy.  Wracał,  sapiąc  po 

swojemu.  Zatrzymał  się  w  połowie  uliczki  i  dał  mi  znak,  żebym  podszedł.  Starając  się 
powstrzymać nerwowe drgnięcie serca, ruszyłem w jego stronę. 

- Nadaje się – mruknął. - Ale te trupy w piwnicy nie budzą zaufania. 
Zasępiłem się. 
- Świeże? 
Archib głośno wypuścił nosem powietrze, co w tym przypadku oznaczało „nie”. 
- Stare, sprzed miesiąca lub dwóch. Nie podobają mi się, mają wycięte mięśnie. 
W milczeniu popatrzyłem na resztę grupy, oczekującą ze dwadzieścia kroków od nas. 
-  Nocowałbym  –  uprzedził  moje  pytanie  Archib.  –  Ale  ze  wzmocnionymi  wartami. 

Tylko  do  świtu,  a  potem  wiałbym  jak  najdalej  stąd,  kapitanie.  W  ogóle  bym  na  jakiś  czas 
opuścił tę ziemię. Nie lubię walczyć z kanibalami – skrzywił się ze wstrętem. Dla niego było 
to mało honorowe zabijanie. 

- Tak zrobimy – zadecydowałem, spoglądając na domy po drugiej stronie ulicy. Grupa 

potrzebowała odpoczynku, szalona ucieczka nadszarpnęła siły, a zbliżała się noc. No i trzeba 
było pomyśleć, co z pozostawionym sprzętem. 

-  Daj  ich  na  górę,  zabezpiecz  piętro,  a  ja  idę  zobaczyć  martwiaków  –  nakazałem 

wielkoludowi. 

Pchnąłem furtkę i trzymając broń w pogotowiu wszedłem do środka domu głównymi 

drzwiami. Wewnątrz wirował jeszcze kurz, wzbity przez Archiba. Nic nie wskazywało na to, 
aby po katastrofie nadal mieszkali tu ludzie. 

Zszedłem do piwnicy. 
Czworo  martwych  ludzi  leżało  na  podłodze.  Ktoś,  jakieś  stworzenie  lub  człowiek, 

pozbawiło ich największych mięśni. Pochyliłem się, uważnie oglądając przedramiona, plecy i 
uda. Szukałem śladów ostrych cięć – i znalazłem je. 

Wszyscy byli ludźmi, jak ja. Nie Obcymi z innych światów. Miesiąc temu zanocowali 

tu, chyba że ktoś ich zatargał do tej piwnicy. 

Na przykład kanibale. 
Gdy nastąpiła katastrofa, bardzo szybko okazało się, że wyjście na otwarty teren grozi 

złapaniem  przez  sieci  czy  inne  pułapki,  natomiast  nie  ma  jedzenia  dla  tylu  ludzi.  Głód 
sprawił,  że  zaczęło  się  wzajemne  zjadanie.  Po  roku  w  Aglomeracji  –  roku  głodu,  chorób  i 

background image

 

 

katastrof, w tym ognia z nieba i ziemi - pozostała może jedna setna wcześniejszej populacji. 
W tym wiele grup żywiących się ludzkim mięsem. Polujących na słabszych lub  pechowych. 
Ładnych kilka razy walczyliśmy o życie z takimi watahami. 

Potem  przez  kilka  lat  nie  słyszałem  o  ludożercach,  bo  choć  mogły  się  zdarzać 

pojedyncze osobniki, na terenie Aglomeracji żyło już tak niewielu ludzi, a ci trzymali się w 
grupach, że ludożercy nie znajdowali dla siebie dość ofiar. 

Ostatnio pojawiły się ślady – ale ofiarami byli Obcy, nie ludzie, zatem podejrzewałem, 

że napastnicy przyszli z któregoś ze światów wrośniętych w nasz. 

Nagle za sobą usłyszałem szelest. Odwróciłem się gwałtownie, kierując tam broń… i 

opuściłem ją łagodnie. 

- Kurczak, nie strasz ludzi – mruknąłem. 
Dzieciak nie odpowiedział. Patrzył na trupy, a jego twarz z wolna szarzała. 
Wreszcie z rykiem uciekł na górę. 
W  pierwszej  chwili zgłupiałem,  dopiero  po  chwili  przyszła  myśl,  że  może  mały  coś 

rozpoznał.  Może  miał  kiedyś  do  czynienia  z  kanibalami?  Będę  musiał  z  nim  o  tym 
porozmawiać, jak już dojdzie do siebie. 

Powędrowałem  na  górę,  gdzie  było  kilka  pokoi.  Moja  grupa  rozłożyła  się  w 

największym, na wprost schodów. Kiedyś był to sporych rozmiarów pokój gościnny. Nawet 
teraz zostało sporo mebli, w tym wielkie łoże w barwie czerwonego wina. 

Kurczak chlipał wciśnięty w pierś Veidany, która głaskała jego włosy, szepcząc w nie 

jakieś uspokajające słowa. 

Popatrzyłem na resztę grupy. Rozłożyli się dookoła ścian. 
Trupy  były  stare.  Ci,  którzy  się  nimi  pożywili,  pewno  dawno  odeszli.  Jednak  lepiej 

było nie ryzykować. 

- Podwójne straże na dzisiejszą noc – zarządziłem. 
Archib  przestał  obserwować  kruki  na  ulicy  przez  wielkie  okno  balkonowe,  podniósł 

się i zrobił krok w moją stronę. 

-  Straciliśmy  sporo  sprzętu,  Adam  –  mruknął.  –  Wrócę  i  pozbieram,  co  się  da.  To 

niedaleko, warto spróbować. 

Wyprowadziłem  go  na  korytarz,  a  potem  w  bok,  w  stronę  innego  okna, 

przypominającego okrętowy bulaj. 

- Wolę stracić sprzęt niż ciebie, przecież wiesz  – powiedziałem półgłosem, kiedy już 

uznałem, że reszta grupy raczej nas nie usłyszy. 

Hesternianin wzruszył ramionami. 
- Tam jest sporo naszej broni, sprzętu Veidany i jej jedzenia. Łatwiej wrócić do naszej 

kryjówki niż szukać go w malezjańskim mieście, przypomnij sobie – zauważył cierpko. 

Miał  rację.  Świat  Veidany  wyglądał  słodko,  była  to  jednak  słodycz  krwi.  Któregoś 

razu,  kiedy  tam  poszliśmy,  omal  nie  zginęliśmy  w  pułapce.  Potem  już  nigdy  się  to  nie 
powtórzyło, ale uraz pozostał. 

-  Uwinę  się  w  dwie  godziny,  a  chyba  coś  koło  tego  mamy  do  zmierzchu  –  mruknął 

Hesternianin. – Pójdę sam, wrócę cało. A jak zauważę niebezpieczeństwo, cofnę się, obiecuję. 

Skinąłem głową. 
-  Szanuj  tę  włochatą  skórę  –  powiedziałem.  –  Chciałbym  sobie  z  niej  kiedyś  zrobić 

kurtkę. 

Roześmiał  się  chrapliwie  i  ruszył  po  swoje  rzeczy.  Wyjmował  z  kieszeni  zbędny 

balast, za to z plecaka brał broń i wszystko, co było niezbędne do przeżycia. 

Kiedy  odchodził,  patrzyłem  na  niego.  Stąpał  równo,  jakby  wcale  się  nie  bojąc.  Ale 

wiele  ze  sobą  rozmawialiśmy  –  jego  język,  hardu,  poznałem  chyba  najlepiej,  a  on  dobrze 
nauczył się polskiego – i wiedziałem, że teraz Archib się boi. Tylko że umie zapanować nad 
swoim strachem, przekuć go na ostrożność. Dlatego wyszedł z niejednej opresji, a moja grupa 
wraz z nim. 

background image

 

 

Tak,  miałem  dobrą,  mocną  grupę.  Niewielką,  ale  zdolną  przeżyć  lata,  a  nie  dni  czy 

miesiące w tym wielkim mieście pełnym pułapek. 

Wyszedłem na taras. Dobrze zapamiętałem, że z boku, niknąc w gęstych zdziczałych 

krzewach, biegła drabinka. Zawołałem Fajzela i razem oderwaliśmy drabinkę najpierw z dołu, 
później z góry i wciągnęliśmy ją na taras. 

Potem zaminowaliśmy drzwi, na razie wszystkie poza głównym wejściem do willi, a 

na piętrze wszystkie okna poza wyjściowym na taras – te dokończymy, kiedy wróci Archib. 
Błogosławiłem dzień, w którym wdarliśmy się do opuszczonej jednostki wojskowej niedaleko 
Gliwic,  leżących  niemal  na  skraju  Aglomeracji.  Szliśmy  tam  po  długą  broń,  ale  materiał 
wybuchowy  i  skrzynka  granatów  też  bardzo  się  przydały.  Oczywiście,  część  tej  zdobyczy 
samodzielnie ukryłem – wciąż tam były, żadne Ziarno nie wyrosło na pustkowiach poligonu. 
Reszta służyła nam  dotąd. Nikt  nie zaskoczy nas w czasie snu, nigdy nie odstępowałem od 
minowania wszystkich wejść. Ten towar mieliśmy rozdzielony w zasobnikach, których nigdy 
nie zdejmowaliśmy, poza porą snu. 

- A teraz możemy coś zjeść – mruknąłem. 
Wciąż  mieliśmy  trochę  zapasów.  Wiedziałem  jednak,  że  wkrótce  nadejdzie  taki 

tydzień, gdy będziemy musieli podjąć ryzyko odwiedzenia kilku światów, aby każdy z grupy 
miał swoje jedzenie. 

Na  pewno  łatwiej  by  było  stworzyć  grupę  z  jednej  rasy,  najlepiej  ludzi.  Ale  oprócz 

zalet, takie rozwiązanie miało wiele wad – w tym tę największą. Aglomeracja przestała być 
jednym światem, stała się czymś na kształt skrzyżowania. Ziarna, patrzące na nas z wysoka, 
zawładnęły przestrzenią, a bramy do światów sprawiły, że pojawiło się kilka obcych ras. A 
zapewne niektórzy ludzie poszli do Hesterna czy Jestu. 

Jednak  różnorodność  grupy  komplikowała  zaopatrywanie  się  w  żywność.  Nie 

mogliśmy  jeść  wszyscy  tego  samego.  Woda  –  tak,  pasowała  wszystkim,  i  nie  było  z  nią 
problemu. Ale owoce, mięso i inne rodzaje jedzenia – tu było różnie. Wolałem nie ryzykować 
i zapuszczaliśmy się od czasu do czasu na sam skraj danego świata, aby nasz członek grupy 
mógł uzupełnić zapasy na jakiś czas. Zbudowałem też dwa magazyny. Tyle, że w tej chwili 
byliśmy od nich dosyć daleko. 

Veidana  obierała  pambu,  owoc  w  smaku  podobny  do  cytryny.  W  jej  świecie  pełnił 

rolę podobną do ziemniaka – choć ja po zjedzeniu pewnie miałbym biegunkę. 

Reszta  jadła swoje. Tylko Fajzel stanął na warcie obok drzwi wiodących na parter. 
Powoli zmierzchało. Przez okno balkonowe wpadł nagle cichy syk – to ognista pięść 

wypaliła ziemię wiele kilometrów stąd. Od dawna nie reagowałem na to. Wszystko, co działo 
się  daleko,  miało  takie znaczenie,  jak  kiedyś  doniesienia  w  telewizji  o  szarańczy  na  polach 
odległych o tysiące kilometrów. 

Nagle  Gryczewski  podniósł  głowę  znad  swoich  sucharów.  Katem  oka  pochwyciłem 

jego ruch w stronę tarasu. 

- Gdzieś bardzo daleko ktoś śpiewa – powiedział ze zdziwieniem. 
Gryczewski  był  muzykiem,  miał  znakomity,  wyczulony  słuch.  W  grupie  ta 

umiejętność nieraz się przydała.  

Zamarłem. Nie słyszałem o śpiewających ludożercach, co najwyżej o syrenach. Albo o 

szczurołapie grającym na flecie. Takie niezbyt miłe skojarzenia przychodziły mi do głowy. 

- Człowiek? – spytałem. Bo przecież mógł to być jakiś Obcy. 
Gryczewski pokręcił głową.  
- Nie wiem. 
Wstał i wyszedł na taras. Poszedłem za nim. 
Po chwili skupienia, oparty o balustradę, dodał: - Już nie śpiewa. 
Wrócił do jedzenia posiłku. 
Zostałem na balkonie. Patrzyłem w nadchodzącą ciemność i zastanawiałem się, co się 

dzieje z tym światem. 

background image

 

 

I jak długo na nim przetrwamy. 
Kiedy skończyliśmy jeść, zarządziłem naukę. Chociaż niechętnie, wszyscy poza wartą 

skupili się w kręgu. 

Była  to  moja  idee  fixe  –  niech  cała  grupa  każdego  dnia  poznaje  po  kilka  słówek  i 

prostych  zdań  w  językach  pozostałych.  To  może  się  przydać.  I  już  działało,  bo  umieli  się 
porozumieć ze sobą w sprawach praktycznych, choć pewnie – inaczej niż ja - nie pogadaliby 
o  zaskakujących  podobieństwach  naszych  ras  i  tego,  czy  wynika  to  z  jakiejś  lokalnej  cechy 
czy  uniwersalnej  reguły.  Nie  mogliby  snuć  rozważań  o  rachunku  różniczkowym  versus 
kataplian  Suarfu  (sądząc  z  opisu,  na  Hesternie  ten  drugi  z  grubsza  odpowiadał  właśnie 
rachunkowi różniczkowemu). 

Ale o przeżyciu nie decydowała wyższa matematyka, tylko bardzo prozaiczne sprawy. 

Umiejętność porozumienia się w podstawowym zakresie mogła kiedyś uratować nam życie, a 
na razie integrowała grupę. 

 

*** 

 

Archib minę miał mocno skwaszoną. Rzucił na ziemię mocno wypchany plecak i kilka 

powiązanych ze sobą pakunków. Wyglądało, że odzyskał prawie wszystko, co porzuciliśmy 
salwując się ucieczką. 

Wyglądał jednak jak dąb, któremu ktoś wykrada żołędzie. Ruchy rąk miał zamaszyste, 

kanciaste, w oczach wściekłość. Broń oparł o ścianę z taki impetem, że zabrzęczała jak stado 
pszczół  broniących  dostępu  do  ula.  Myślałem,  że  zamek  wypadnie  na  podłogę,  a  naboje 
rozsypią się u moich stóp. 

- A ty czego? 
-  Swoich  spotkałem  –  warknął  w  odpowiedzi  wielkolud,  odsuwając  mnie  ręką  na 

bezpieczną odległość. 

- No i co? – zainteresowałem się życzliwie, strząsając te dwa kafary z ramion. 
-  No  i  strzelali,  kurwa  ich  mać  palami  nabijana  –  wrzasnął  na  cały  pokój  Archib, 

budząc tych, którzy przeoczyli rzucanie pakunkami. Jak widać, przekleństwa miał opanowane 
w kilku językach. – Do mnie strzelali, rozumiesz? 

Wiedziałem, że nie ma sensu z nim teraz dyskutować, emocje muszą opaść. On też to 

rozumiał. Zajął się zaminowywaniem schodów. 

 

*** 

 

Moja  warta  przypadała  o  czwartej  nad  ranem.  Veidana  obudziła  mnie  lekkim 

dotknięciem  ręki,  potem  uśmiechnęła  się  łagodnie  i  odeszła  w  kąt,  aby  złapać  trochę  snu, 
zanim ruszymy w dalszą drogę. 

Zapewne Archib tylko na to czekał. Usłyszałem szelest i po chwili rosły Hesternianin 

usiadł koło mnie. 

- Przepraszam – powiedział, a jego szeroką twarz zalało światło księżyca, nadając jej 

dziwny,  niespokojny  wyraz.  -  Poniosło  mnie.  Ale  oni  nawet  nie  chcieli  rozmawiać,  tylko 
ostrzeliwali się jak wariaci. Trzech ziomków i żaden nie chciał pogadać o czymkolwiek, od 
razu częstował kulą… 

Wzruszyłem ramionami. 
- Pewno się boją. Może nowi? Zbłądzili? 
- Może – przyznał Archib, powstając. – Ale i tak mnie wkurwili. Wybacz. 
Warta upływała mi w spokoju. Noc powoli się kończyła, miałem czas, aby zastanowić 

się nad słowami krasnoluda. 

Tamto zdarzenie sprzed pięciu laty znacząco zmieniło nasz świat. Jedni mówili, że te 

wszystkie uderzenia światła z nieba i wyrastanie Ziaren to efekt eksperymentu wojskowego 

background image

 

 

gdzieś w Europie, a może w Stanach? Albo pod Gliwicami, w fabryce czołgów, jak twierdzili 
niektórzy w tych pierwszych dniach po katastrofie? Inni woleli wersję, że to atak z kosmosu, 
co miały potwierdzać miasta wrastające w nasze miasta i wyłażący stamtąd mieszkańcy. 

Jednak  czas  mijał,  większość  ludzi  umarła,  a  ci  nieliczni,  co  przeżyli,  musieli  się 

dostosować. I jedną z zasad tego dostosowania było, iż grupy nie wchodziły sobie w paradę. 
Czasem  nawiązywano  kontakty,  następowała  jakaś  wymiana  –  ale  za  dużo  było  innych 
niebezpieczeństw, aby walczyć ze sobą. 

Były  wyjątki,  jak  grupy  skupione wokół wariatów siłą chcących tu  stworzyć  własne 

państwo albo ludożercy. Hesternianie cieszyli się jednak opinią trzymających się na dystans, 
nie stanowiących zagrożenia. Archib nie był szczególnie towarzyski, ale czasem ucinał sobie 
ze swoimi pogawędkę. Podejrzewam, że sprawdzał, czy w jego świecie coś się nie poprawia. 
Lecz  wszędzie  było  tak  samo,  każdy  ze  światów  był  zjadany,  choć  niekoniecznie  przez  ten 
sam zestaw ras i w tym samym tempie. Wszędzie dominowały jedynie miasta z Ziaren. 

Archiba musiał zaboleć nie sam fakt, że ktoś posłał w jego stronę parę kul, tylko że i 

tam robiło się coraz gorzej, skoro nawet swoim Hesternianie przestali ufać. 

Świtało,  kiedy  postanowiłem  trochę  się  przejść  po  piętrze.  Nasłuchiwałem,  ale  noc 

była  spokojna,  czasem  tylko  rozlegało  się  posapywanie  –  to  Ziarna  zasysały  w  siebie 
powietrze.  Czyniły  to  nieregularnie,  najczęściej  te  najdłużej  tkwiące  w  ziemi,  jakby 
potrzebowały nabrać tchu. 

Nagle przeszyła mnie myśl, że trupy w piwnicy mogą ożyć. Poszedłem tam. Wszystko 

było  w  porządku,  o  ile  można  nazwać  porządkiem  martwych  leżących  nieruchomo  w 
śmiertelnej ciszy. 

Wyszedłem na taras. Ulica była cicha, ciemna i pusta, w brzasku rodzącego się dnia 

wyglądała jak nakryta ciemnogranatową warstwą waty. Kiedyś może przejechałby tędy jakiś 
samochód,  może  mrok  nieba  przekreśliłyby  pozycyjne  światła  samolotu  z  Pyrzowic  –  teraz 
jednak  tylko  odległe  gwiazdy  rozświetlały  niebo.  A  że  świt  rozcierał  je,  rozmglił  do  coraz 
bardziej nieostrych plam, miałem wrażenie, jakbym wsadził głowę do umarłego planetarium. 

Do moich uszu dobiegł niegłośny szelest, jakby kawałek materiału otarł się o gałązkę 

żywopłotu oddzielającego naszą willę od ulicy. Natychmiast skierowałem w tę stronę karabin, 
delikatnie dociskając spust… już tylko drobne zwiększenie nacisku dzieliło mnie od posłania 
serii w tamto miejsce, skąd dobiegł hałas… 

W przerwie pomiędzy dwiema kępami krzaków stanęła jakaś postać, z podniesionymi 

pustymi rękoma. 

Opuściłem karabin, oniemiały z wrażenia. 

 

*** 

 

Była  zjawiskowo  piękna.  Piękna  i  zapewne  niebezpieczna.  Łagodne  baranki  już 

dawno poszły na rzeź. 

Stała  w  brzasku  dnia,  a  ja  z  ogłupiałą  miną  wpatrywałem  się  w  nią,  jakby  fala 

feromonów  wkręciła  mnie  w  wyżymaczkę  i  przecisnęła  na  drugą  stronę  w  postaci 
odmóżdżonego  samca  rozpłodowego.  Chociaż  była  przecież  Obcą,  trudno  było  tego  nie 
poznać na pierwszy rzut oka. 

Na  szczęście  na  taras  wylazł  Fajzel,  zapewne  z  zamiarem  zrobienia  siku  –  i  to 

wyrwało mnie to z otępienia. 

-  Kim  jesteś?  –  warknąłem.  Zaraz  powtórzyłem  to  w  pozostałych  językach  Obcych, 

które  poznałem,  chociaż  stojąca  na  ulicy  kobieta  nie  przypominała  żadnej  rasy,  którą 
widziałem.  Była  znacznie  bardziej  szczupła  i  wyższa,  niesamowicie  wiotka,  a  światło 
padające na jej skórę wydobywało pomarańczową świetlistość. Bardzo jednak przypominała 
ludzką  kobietę,  miała  znacznie  bardziej  zbliżoną  do  człowieka  budowę  ciała  niż  wszystkie 
humanoidy, z którymi dotąd zetknąłem się po katastrofie. 

background image

 

 

Byłaby niemal aniołem, gdyby nie drobny fakt: te słodkie istoty nie chadzają ulicami 

Aglomeracji. Jedyny, który często tu zagląda, to Anioł Śmierci. 

Nad sobą usłyszałem chrząknięcie i szept: 
- Ładna. 
Dziewczyna powiedziała coś cicho. 
Mówiła  językiem  nieco  podobnym  do  tego,  jakim  posługiwał  się  Bonetti. 

Spróbowałem więc zagadać. 

Odpowiedziała, staranniej niż poprzednio akcentując wyrazy. 
Rozumiałem ją z grubsza 
Pytała, czy nie mamy wody. 
Nie wierzyłem jej. A moje oszołomienie było podejrzane. 
Nakazałem jej zostać. Nie wiedziałem, co robić. 
I  wtedy  powiedziała  coś,  co  mnie  zaszokowało:  że  wyszła  z  budowli  wyrosłej  z 

Ziarna. Że pochodzi ze świata Ziaren. Że ono ją tu przyniosło. 

 

*** 

 

Ziarna  były  tajemnicą.  Dlaczego  te  słupy  ognia  tryskające  z  nieba  lub  spod  ziemi 

wypalały  miejsce  właśnie  dla  nich? Skąd  spadały,  skoro  nie  z  wysokości  wielu  kilometrów 
(istniały  wiarygodne  obserwacje,  poczynione  przy  użyciu  narzędzi  optycznych  na  początku 
katastrofy, że Ziarna nie spadały z jakiejś wielkiej wysokości)? 

Wyrastały niby  chwasty, coraz bardziej zabijając wszystko  inne. Podczas kiedy inne 

światy karlały, tylko pędy Ziaren rosły, pęczniały, wciąż ich przybywało. Być może tu kryło 
się  rozwiązanie  zagadki  nieszczęścia,  które  nas  dotknęło  –  one  żyły  kosztem  naszych 
światów, jak klasyczny pasożyt. 

I nagle pojawia się ktoś, kto twierdzi, że pochodzi właśnie stamtąd. W dodatku jest to 

oszałamiająca swą urodą dziewczyna! 

Willa  wciąż  była  zaminowana.  Wątpiłem  jednak,  czy  dziewczyna  ma  cokolwiek 

wspólnego z ludożercami. 

Musiałem z nią porozmawiać. 
- Fajzel, wpuścimy ją, po czym znów zaminujesz teren, dobra? – poprosiłem. 
Dziewczyna  spokojnie  patrzyła,  jak  oczyszczamy  dla  niej  przejście.  Nastał  świt, 

miękkie wrześniowe światło z wolna wkradało się w każdy zakamarek. 

Nie chciałem prowadzić jej do naszej kryjówki na górze. Gdy droga była już wolna, 

przeprowadziłem  dziewczynę  do  jednego  z  pokoi  na  parterze.  Posadziłem  ją  pod  ścianą,  a 
resztę grupy przywołałem do siebie. W kilku słowach streściłem im sytuację. I odkrycie, że 
ona, Eilo, pochodzi ze świata Ziaren. 

-  Nie  wierzę  –  burknął  Gryczewski.  –  Co  by  tu  robiła?  –  Widać  było,  że  nie  jest 

specjalnie  przyjaźnie  nastawiony  do  przybysza.  –  Nie  słyszałem,  żeby  ktoś  wylądował  w 
Ziarnie. I niby po co? 

Archib wzruszył ramionami. 
- Wszystko być może. Ale co to by nam dawało, nie wiem. Jakby ci od Ziaren mieli 

pokojowe zamiary, to by nie rozwalali naszych światów, nie? 

Uwaga  Hesternianina  była  słuszna.  Mimo  to  widziałem  możliwości  wykorzystania 

dziewczyny. 

- Trzeba by ją sprawdzić – wyjaśniłem. – Jeżeli nie kłamie, może nam pomóc unikać 

zagrożenia albo zaprowadzić nas do środka, może tam są jakieś cenne rzeczy. No i kto wie, 
może ten język nam się kiedyś przyda? 

Veidana  uparcie  milczała.  Nawet  ją  rozumiałem.  Druga  kobieta  w  grupie  oznaczała 

rywalizację, która dotąd nie miała miejsca. 

Za to Kurczak zrobił minę zbuntowanego nastolatka. 

background image

 

 

-  Podoba  ci  się,  to  i  tak  zostanie  –  oznajmił  piskliwie.  Wstał  i  poszedł  do  innego 

pokoju, zostawiając mnie z zamiarem strzelenia mu w plecy. 

Veidana  zaśmiała  się,  odrzucając  głowę.  Nie  miała  powodów  do  kompleksów,  była 

naprawdę piękna, ale w jej śmiechu wyczuwałem nerwowość. I w gronie facetów także. Choć 
tu  przynajmniej  wiedziałem,  na  czym  stoję.  Wszyscy  byliśmy  tacy  sami  –  kolejny  członek 
grupy  zmuszał  nas  do  ustanowienia  nowej  hierarchii  w  grupie.  Choćby  miała  na  końcu 
pozostać taka sama jak przedtem. 

- Nie dołączy do nas wbrew waszej woli – rzekłem sucho. – Mnie ona zainteresowała, 

chciałbym z nią porozmawiać, a ten język i jej wiedza wydają mi się ważne. Ale ryzyko jest. 

Archib wstał. 
- Ryzyko jest, Adam. Ryzyko jak cholera, bo Fajzel widział, jak cię zgłuszyła. 
Zrobił krok w moją stronę. 
- Ale ryzykiem jest życie tutaj. Bierz ją i nie gadajmy na próżno. Pora się zwijać. 
- Dobra, dajcie mi pół godziny. Porozmawiam z nią i zadecyduję, co dalej. 
Tylko Gryczewski ponuro skinął głową, reszta nie raczyła mi odpowiedzieć. 
Wiedzieli, że póki prowadzę ich ku dalszemu cierpieniu w tym świecie, nie prosto w 

śmierć, warto dać mi kredyt zaufania. 

Westchnąłem,  skupiając  w  sobie  całą  umiejętność  uczenia  się  nowych  narzeczy.  

Wciąż na mnie czekała ta ciemna, dziwna istota. 

 

*** 

 

Talent do języków miałem po rodzicach. Ojciec Sudańczyk, matka Ukrainka, spotkali 

się w Polsce i tu zamieszkali. W domu ich rodzime języki mieszały się z polskim. Tworzyły 
naturalny  metajęzyk,  zawierający  podzbiory  ukraińskiego  i  nubijskiego  przeplatanego 
arabskim. 

Dodatkowo,  choć  literacki  polski  był  w  Aglomeracji  Silesia  podstawą,  gwara  wciąż 

była tu żywa, mówiło się nią na podwórkach i ulicach. Dobrze więc było nie tylko mówić, ale 
i „godoć”, jak czasem chociażby Kurczak. Co dawało mi czwarty język w tej mozaice. 

Kiedy nadeszła katastrofa i pojawili się mieszkańcy innych światów, starałem się do 

nich dotrzeć i  czegoś dowiedzieć. Tutaj  byłem chyba jedynym, który to  robił  – ale to  moja 
grupa wciąż się tu utrzymywała… a nie takiego Sobaczyńskiego, z obrzydzeniem patrzącego i 
komentującego Obcych w mojej grupie. Po czym wszedł do hesterniańskiego miasta i już nie 
wrócił. A ja, przy pomocy Archiba, wracałem. Wracaliśmy ze wszystkich światów, choć nie 
bez strat. 

-  Nie  myśl  tyle  –  burknął  zza  moich  pleców  Archib,  jakby  przywołany  moimi 

myślami. – O czym tak rozmyślasz, hę? 

- O językach – przyznałem. 
Wielkolud popatrzył na mnie z zainteresowaniem. 
- No i…? 
-  Zastanawia  mnie  spora  ilość  wspólnych  słów  –  mruknąłem.  –  Przecież  inne 

wymiary, brak kontaktów… 

- Skąd wiesz, że brak kontaktów? – zauważył trzeźwo. 
Tu mnie zastrzelił. Nim jednak zdążyłem to przemyśleć, pchnął mnie w stronę wciąż 

siedzącej daleko od nas Eilo. 

- Bądź ostrożny – mruknął. - Ona mi pachnie kłopotami. 
Ruszyłem w jej stronę. 
Na mój widok jej migdałowe oczy rozjaśniły się lekko. 
Była piękna. Piękna i bardzo tajemnicza. 

 

*** 

background image

 

 

 

Mozolnie budowaliśmy podstawy wspólnego języka, co zabrało dobre pół dnia. Kiedy 

zacząłem ją wreszcie lepiej rozumieć, przyznała się, że podążała tropem Archiba, ale bała się 
w nocy wchodzić, bo wiadomo, czym się to kończy. 

Im dłużej jej słuchałem, tym bardziej miałem wrażenie, że ona także ma wielki talent 

do języków.  Być może  w jej świecie było  to  normalne? Stwierdziła, że pochodzi  ze świata 
Ziaren,  ale  jest  stamtąd  uciekinierką,  a  Ziarno  przeniosło  ją  tu  we  własnym  wnętrzu,  nie 
weszła  bramą.  I  tu  musi  odkupić  swoje  winy.  Nie  zrozumiałem  jednak,  w  jaki  sposób,  bo 
mówiła coś o ogrodach. 

Już nie wywierała na mnie tak magnetyzującego wpływu, jak w tej pierwszej chwili, 

lecz Archib miał rację: należało być ostrożnym. 

Choć  nie  miałem  zamiaru  rezygnować  z  kogoś,  kto  mógł  być  dla  nas  bezcennym 

źródłem wiedzy o Ziarnach. I umiał tak tropić Archiba, że ten się nawet nie zorientował.  Z 
tym  spostrzeżeniem  nie  zamierzałem  się  dzielić  z  Hesternianinem,  jednak  skrzętnie 
zanotowałem je w głowie. 

Powiedziałem  jej,  że  może  się  przyłączyć,  o  ile  chce.  W  zamian  za  odpowiedzi  na 

pytania. 

Chciała. 

 

*** 

 

Gdyby na jakiejś wielkiej mapie wykreślić trasy wędrówek wszystkich grup, byłby to 

fascynujący materiał do analizy. 

Nie  miałem  pojęcia,  ilu  ludzi  przeżyło.  Sporo  na  zawsze  pozostało  w  swoich 

mieszkaniach,  część  na  drogach,  w  samochodach  albo  na  poboczach.  Kiedy  Ziarna  zaczęły 
wbijać się w miasta, ludzie uciekali w stronę pustki. Nie byłem ciekaw, co się z nimi stało, 
chociaż wiedziałem od innych grup, że nic dobrego. Opowiadali o stosach kości i złomu. Ja 
nie  zamierzałem  uciekać,  aż  za  dobrze  wiedziałem,  co  się  dzieje  z  takimi  rzekami  ludzi. 
Postanowiłem przeczekać na znanym terenie, licząc, że szybko coś się wyjaśni. 

Nic się nie wyjaśniło, a nasza wędrówka przerodziła się w tułaczkę Wiecznego Żyda i 

jego równie przeklętych przyjaciół. 

Nie jest łatwo wędrować bezdrożami albo pośród morza ruin porośniętych krzewami i 

chaszczami, a czasem też ostrą trawą. Niekiedy oznaczało to wyjście na otwarty teren, czego 
starałem się unikać. 

Ale  większość  ruchomych  pułapek  krążyła  wokół  linii  wytyczonych  przez  dawne 

drogi oraz tory kolejowe. Albo wisiała ponad dużymi otwartymi przestrzeniami. 

Przeskakiwanie  pojedynczo  przez  najbardziej  zagrożone  miejsca  minimalizowało 

ryzyko, choć zawsze mogło się zdarzyć, że ktoś z nas zginie. 

Teraz wiodłem grupę w stronę Mysłowic, gdzie dawniej był pewien stary cmentarz. 
Tutaj  znajdowało  się  kiedyś  sporo  magazynów  spożywczych.  Oczywiście,  teraz 

zostały rozkradzione. Ale ja byłem jednym z pierwszych, którzy pojęli, że trzeba zgromadzić 
zapasy  na  lata.  I  z  różnych  magazynów  wynosiłem  jedzenie,  szczególnie  to  mające  długą 
trwałość, z nadzieją, że część moich schowków przetrwa. 

Teraz  zmierzaliśmy  w  stronę  jednego  z  nich,  a  zarazem  miejsca,  gdzie  dwa  światy, 

Fajzela i Veidany, otwierały się w sposób pozwalający tam wejść. 

 

*** 

 

Zawsze, kiedy zbliżałem się do Ziaren, ogarniał mnie niepokój. Te twory były dziwne, 

obce nawet na terenie Silesii, która przecież nie słynęła z sielskiego krajobrazu. Przecinały go 
kopalniane  szyby,  hutnicze  piece  wielkie  niby  garnki  gigantów,  wreszcie  całe  osiedla 

background image

 

 

wieżowców  mających  po  kilkanaście  pięter.  Ale  nic  nie  równało  się  z  tym,  co  wyrastało  z 
Ziarna: krzepkimi u postawy, zwężającymi się ku górze łodygami, od których niby pochylnie 
odchodziły spiralne, zawsze lekko przechylone  liście. O ile były to liście. Niektóre dotykały 
ziemi,  tymi  można  było  iść  ku  łodydze,  uważając    na  ich  niesamowicie  ostre  krawędzie. 
Zewsząd sterczały ostre nieregularne zadziory. 

 To  na  liściach  dotykających  ziemi    najczęściej  znikała  przestrzeń  i  pojawiała  się 

zagadkowa  pustka  jak  wloty  do  innych  wymiarów.  Tam,  ostatni  odcinek  wypłaszczał  się  i 
rozszerzał, zwykle znajdowało się przy łodydze kilka otworów. Najczęściej trzy, ale czasem 
jeden  albo  pięć,  bez  żadnej  uchwytnej  dla  nas  reguły..  To  były  bramy,  przynajmniej  tak  je 
nazwaliśmy, bo przez te membrany można było przejść do środka jak przez kurtynę. 

Chyba  że  spróbowało  się  wejść  w  strasznie  ciemną,  czarno-granatową  plamę  o 

kształcie rombu. Ta zawsze położona była w zaklęśnięciu i prowadziła, jak podejrzewaliśmy, 
do najgłębszych części łodygi, a nie do światów humanoidów. Według mnie, była bramą do 
świata tych, którzy stworzyli i zesłali tu Ziarna. Tak podejrzewałem, ze względu na centralne 
i najbardziej chronione miejsce, w których były położone, chociaż ludzka logika załamywała 
się przy tych tworach. 

Ale Bonetti uważał tak samo i dlatego podjęliśmy próbę wejścia tam. Próbę nieudaną. 

Wtedy nie pomogła nawet moneta. 

Bonetti  pierwszy  przekroczył  membranę,  wyprzedzając  mnie  w  ostatniej  chwili,  ja 

ruszyłem za nim, przebiłem się przez tę czerń i trafiłem na oślepiające światło, a zaraz potem 
cofający się Bonetti wypchnął mnie z powrotem do Ziarna rosnącego w Silezji. Sam utknął 
pośrodku,  dziwnie  zniekształcony,  przecięty  przez  membranę.  Umarł  na  moich  rękach, 
mówiąc, że tam jest tylko światło, energia. 

Teraz  nie  ryzykowaliśmy.  Wybraliśmy  jedną  z  par  bram,  którymi  już  do  światów 

Fajzela i Veidany wchodziliśmy. 

Do Ziarna weszła cała grupa. Tak kiedyś postanowiłem. Może to niemądre, ale w razie 

potrzeby lepiej mieć przy sobie wszystkich, czy to do obrony, czy do ataku albo udzielenia 
pomocy. A jeśli mielibyśmy zginąć… może lepiej w Ziarnie niż z ręki jakiegoś kanibala. 

Posuwaliśmy się wzdłuż liści,  unikając  ruchomych zadziorów, trzymając się czegoś, 

co wytyczało mniej więcej środek liścia: cienkiej jasnoróżowej żyłki. Nic się nie działo, tylko 
Kum-Kumbi  omal  nie  stracił  jednej  ze  swoich  płetwowatych  kończyn,  gdy  zapatrzył  się  na 
kroplę  wody  wielką  jak  ludzka  głowa,  a  za  nim  wyrósł  pionowy  zadzior  i  śmignął  w  jego 
stronę.  Nerwowo  obracałem  w  palcach  swój  magiczny  amulet,  poczerniałego  ze  starości 
sudańskiego dinara. 

Przez  bramy  przechodziła  zwykle  trójka.  Ja,  ktoś  ze  swojego  świata  i  albo  Archib, 

albo Gryczewski, rzadko Fajzel. 

Z Veidaną poszliśmy ja i Strosz. Świat Veidany był nieprzyjemny, mroczny, w dzień 

ogrzewało  go  słabe  słońce  wyglądające  jak  pomarańczowa  stokrotka,  nocą  właściwie  tylko 
gwiazdy, bo chociaż krążyły nad nim dwa księżyce, to albo były dalej, albo znacznie mniejsze 
od naszego. 

Był to świat pełen zaskakujących kontrastów. Santarianie poruszali się wyglądającymi 

na  prymitywne  pojazdami  po  zwykłych  ziemnych  drogach,  chociaż  wyprzedzali  nas  w 
podboju  kosmosu.  Inaczej  niż  nasz,  ten  świat  pełen  był  dźwięków.  Wszystko  tu  strasznie 
hałasowało, miałem wrażenie, że nawet krzewy, na które wyleźliśmy schodząc z ostatniego 
liścia, dźwięczą. W mroku te odgłosy sprawiały straszne wrażenie – a wyszliśmy właśnie na 
mrok,  gdy  ostrożnie  opuściliśmy  tutejsze  Ziarno.  Kusiło,  żeby  skrzesać  ogień  albo  zużyć 
resztki  baterii  w  latarce.  Powstrzymałem  się,  podobnie  jak  Strosz,  stojąc  w  bezruchu,  póki 
całkiem nie przywykliśmy do nikłego światła. 

Jedzenie Veidana potrafiła znaleźć bez problemu, krążąc po dziwnych domach, które 

częściowo  wkopane  były  w  ziemię  i  otoczone  roślinnością  wyglądającą  jak  mur  albo 
wiatrochron. W środku były połączone podłużnymi, biegnącymi wzdłuż dróg tunelami. 

background image

 

 

Strosz został na straży, a ja z Veidaną zanurzyłem się w mrok ziemnych domów. 
Kiedy  wędrowaliśmy  krętymi  tunelami,  musiałem  uważać  na  ściany.  Ciekła  po  nich 

substancja, która paliła jak kwas, a pachniała jak jakiś płyn czyszczący – niby przyjemnie, ale 
pod substancjami  zapachowymi była druga nuta,  gryząca,  ujawniająca prawdziwy charakter 
płynu. 

Poprzednim  razem,  gdy  szukaliśmy  jedzenia,  w  jednym  z  tych  domów  Veidana 

sporządziła za moją radą skrytkę, i to czego nie zdołaliśmy wynieść, teraz czekało na nią, o ile 
nikt schowka nie rozszabrował. 

Na  szczęście  zapasy  były  nietknięte.  Wyjęła  ze  schowka  kilka  wielkich 

ciemnozielonych  kul,  owoców,  owinięte  w  liście  mięso,  które  jakimś  cudem  zachowywało 
świeżość  i  chyba  ze  sto  paczek  płaskich  ostrych  batonów.  Dla  reszty  były  trujące,  ale  jej 
wystarczał jeden czy dwa dziennie. 

Podzieliliśmy się ładunkiem i zaczęliśmy się wspinać po liściu Ziarna, zmierzając w 

stronę bramy. Zawsze się bałem, że nie trafimy na właściwą – a z jakiegoś powodu brama do 
danego  świata  w  konkretnym  Ziarnie  i  jego  konkretnym  miejscu  wiodła  do  jakiegoś  ściśle 
określonego  punktu.  Wejście  do  świata  Veidany  w  Ziarnie  stojącym  obok  Gliwic  dawało 
całkiem inny punkt wyjścia po drugiej stronie niż gdy dokonywało się tego w Katowicach. I 
odwrotnie: mogliśmy wyjść w Siemianowicach, gdy reszta grupy czekała np. w Czeladzi. 

Teraz na szczęście amulet zadziałał, spotkaliśmy się za bramą. 
Pozostało drugie wejście. Świat Fajzla. 
Poszliśmy Fajzel, Veidana i ja. 
Tu  było  ciężko  o  jedzenie.  Trzeba  było  coś  upolować.  Z  niechęcią  przekraczałem 

bramę. Ten świat był zbyt gorący dla mnie, ciepło zdawało się niemal spalać człowieka, choć 
dla Fajzla było  to  normalne środowisko  – on musiał z kolei marznąć w  Silesii, chociaż nie 
skarżył się wcale. 

Jego świat był jeszcze bardziej techniczny niż nasz, Ziarna lądowały na terenach, na 

których  grunt  był  niemal  niewidoczny,  przesłonięty  kratownicami  ze  śliskiego  materiału 
przypominającego  plastik  polany  olejem.  Pełne  były  zgrubień,  bulw  i  jakichś  cudacznych 
odrośli. Wszystko to utrzymane w sepii i brązach, do czego ciężko było się przyzwyczaić. A 
poruszało się po tych kratownicach nie łatwiej niż po liściach Ziarna. 

Tym  bardziej,  że  musieliśmy  wędrować  po  kratownicach,  które  pod  wpływem 

uderzenia powyginały się, splątały, przebite przez lądujące Ziarno i jego wybuchowy wzrost. 
Fajzel  proponował,  że  pójdzie  sam,  ale  na  to  nie  mogłem  pozwolić.  Zatem  mozolnie 
przedzieraliśmy  się,  przeszukując  różne  bulwy.  Parę  razy  z  daleka  widziałem  ziomków 
Fajzla, oni omijali nas jednak, chociaż Fajzel dawał im znaki. 

Wokół  bulw  czasem  skakały  zwierzęta,  kilkunogie  potworki  pozbawione 

dostrzegalnych  otworów, mimo to  uciekające, jakby nas  widziały. Fajzel  strzelał do nich, a 
potem wiązał za nogi. Taki pęczek wystarczał mu na miesiąc. Przerabiał go już w Silezji, ale 
zdobyć te zwierzęta, czy czymkolwiek były, musiał tu, w swoim mieście. Na szczęście było 
ich sporo, jakby były przywiązane do bulw. 

Nagle Fajzel  głośno siorbnął,  co u niego oznaczało  zdenerwowanie. Gdy spojrzałem 

na niego, pokazał mi w dali kilka sylwetek. Przyjrzałem się… 

-  A  niech  mnie!  –  mruknąłem.  To  byli  ludzie.  Oddalali  się  od  Ziarna,  zmierzając  w 

głąb tego świata. 

Nie  tylko  Obcy  nas  nachodzili,  także  nasi  szukali  tu  szczęścia.  Ciekawe,  czy 

znajdowali? 

Chciałem  krzyknąć,  machnąłem  ręką,  ale  w  porę  się  opamiętałem.  To  nie  czas  i 

miejsce  na  uprzejmości,  jeszcze  ściągnę  nam  jakiś  kłopot  albo  spadnę  na  samo  dno  tego 
zakratowanego piekła. 

- Wracamy – zarządziłem. – Bóg z nimi i kopa w dupę na szczęście – mruknąłem pod 

nosem. Desperaci, szukać szczęścia w takim ponurym świecie? 

background image

 

 

Byliśmy  o  sto  metrów  od  wspornika  Ziarna,  kiedy  nagle  kratownica  pod  nami 

zatrzęsła się lekko. Mrugnąłem oczyma – wyglądało to, jakby brązowa ziemia poskoczyła. 

Fajzel  machnął  ręką  w  stronę  bramy.  Jasne,  rzuciliśmy  się  jeszcze  szybciej  w  tamtą 

stronę, biegnąc po wąskich kratownicach. 

Byliśmy już w Ziarnie, gdy wstrząs się powtórzył. Był mocniejszy i objął także sam 

pień Ziarna, który  się zakołysał. Zakołysał? Chryste, cóż za siła była zdolna popchnąć tego 
mastodonta? 

Spojrzałem  w  bok  i…  zobaczyłem,  jak  kratownica  skręca  się  na  moich  oczach, 

zupełnie  jakby  ktoś  na  pasku  papieru  pokazywał,  czym  jest  wstęga  Moebiusa.  Przekręcona 
część wciąż była widoczna, chociaż zgodnie z prawami optyki znajdowała się na dole, poza 
zasięgiem naszego wzroku. 

- Uciekać! – wrzasnąłem. 
Wszyscy rzucili się do bramy. 
Dałem  nura  i  czując  obok  siebie  lecącego  Fajzela,  wypadłem  na  zewnątrz,  gdzie 

mogło nas czekać coś równie miłego. Na szczęście wylądowałem na przewróconych Archibie 
i Gryczewskim, na których wpadł Fajzel. 

Za  mną  z  bramy  wyskoczyła  Veidana.  Wypadła  z  krzykiem,  dziwnie  stąpając  na 

prawej nodze. 

Z  lękiem  patrzyłem  na  pociemniałą,  nerwowo  pulsującą  membranę.  Jeśli  zmiana  ją 

przekroczy… 

- Przestrzeń oszalała! – szepnął zdławionym głosem Fajzel. – Oszalała! 
Archib  już  brał  na  ramię  Veidanę,  z  drugiej  strony  ujął  ją  Gryczewski  i  zaczęliśmy 

pospiesznie schodzić, uważając na pułapki liścia. 

Na szczęście po naszej stronie przestrzeń była tak samo chłodna, pusta i nieprzyjazna 

jak dotąd. 

 

*** 

 

Odeszliśmy  na  kilkaset  metrów  i  zatrzymaliśmy  się  w  ruinach  jakiejś  hali 

przemysłowej.  Częściowo ocalałe dźwigary sufitu nad naszymi  głowami  sprawiały posępne 
wrażenie,  a  leżąca  przy  jednej  ze  ścian  poskręcana  suwnica  wyglądała  jak  wielki,  zdechły 
pająk. 

Dopiero tu mogliśmy naprawdę zająć się nogą Veidany. 
Wyglądała  paskudnie,  skręcająca  się  przestrzeń  –  albo  cokolwiek  to  było  innego  – 

wyrwała  kawał  mięśnia  wielkości  paznokcia  małego  palca.  Odsłonięta  skóra  ujawniała 
mięśnie, cieńsze i fioletowe, zupełnie inne niż u człowieka. 

Veidana zagryzała wargi, żeby nie wrzeszczeć z bólu. W swoim plecaku miała jakieś 

środki przeciwbólowe. Szukała ich drżącymi rękoma, a na jej ciele wystąpiły fioletowe plamy 
podobne do tych, jak gdy wyczuła nowe Ziarno. Połknęła je z jękiem. 

Wreszcie usiadła i przygryzła wargę. Nic nie mówiła. 
- Ta brama zawsze działała – jęknął załamany Fajzel. – Zawsze… 
Archib stuknął pięścią w mur. W drodze opowiedzieliśmy mu, co się wydarzyło. 
- Nie twoja wina. 
-  Musimy znaleźć nową  bezpieczna bramę do  jego  świata  –  mruknąłem, spoglądając 

na martwego  robala.  Kiedyś byłby cennym  łupem  dla złomiarzy. Dziś  ta kupa żelastwa  nie 
była nikomu potrzebna. 

-  To  może  nie  być  łatwe.  Możemy  trafić  znów  na  coś  takiego.  Ale  gdy  Fajzelowi 

skończy  się  jedzenie  albo  leki,  będziemy  musieli  zaryzykować  –  ciągnąłem.  –  Jak  ktoś  ma 
jakiś dobry pomysł, co z tym zrobić, chętnie posłucham. Veidana, dasz radę iść? 

Widać było, że ledwie żyje, środki przeciwbólowe działały, niepewnie przytaknęła. To 

mi  wystarczyło.  Wolałem  nie  czekać,  aż  to  cholerstwo  zza  membrany  jednak  postanowi 

background image

 

 

sprawdzić, co jest po naszej stronie. 

Trzy kilometry dalej był park, a w środku zrujnowany pawilon handlowy. 
Nikomu nie chciało się gadać, gdy udawaliśmy się na spoczynek. Archib z Fajzlem na 

przemian  ze  mną i  Gryczewskim  całą  drogę  dźwigali  Veidanę,  która  starała  się  udawać,  że 
właściwie wszystko jest dobrze, za minutkę wstanie i będzie mogła nawet biec. 

Zabezpieczyliśmy teren. Potem każdy zajął się sobą. Rozeszli się po budynku, jedynie 

Kum-Kumbi zaczął szukać dobrej ziemi, a kiedy znalazł – zapewne nawożony kiedyś klomb 
kwiatów – szybko się w niej zakopał po głowę, żeby jego nagie ciało mogło wchłonąć trochę 
wilgoci. 

My z Eilo poszliśmy do osobnego pokoju. Chciałem porozmawiać o Ziarnach. I tych 

cudach ze skręcającą się przestrzenią. 

Eilo  nie  była  jednak  w  nastroju.  Nie  potrafiła  albo  nie  chciała  mi  powiedzieć,  co 

właściwie stało się z tą przestrzenią, jakim cudem w Ziarnach dzieją się takie rzeczy. Powoli 
dochodziłem do wniosku, że niczego wartościowego się od niej nie dowiem, jeśli nie znajdę 
sposobu  na  przełamanie  bariery  strachu  albo  –  no  właśnie,  czego?  Zadawałem  sobie  to 
pytanie od kilku dni. Właściwie od samego początku. Odkąd powiedziała, że przyleciała tu w 
Ziarnie. Bo potem nie powiedziała mi już nic naprawdę ważnego. 

Wyszedłem przed  kryjówkę. 
Strosz  bardziej  niż  na  boki,  wyszukując  potencjalne  zagrożenia,  spoglądał  w 

rozgwieżdżone  niebo.  Szukał  swojej  gwiazdy.  Był  bardzo  małomówny,  jego  ciało,  jak  na 
humanoida, bardzo odbiegało od typowych wyobrażeń. Z grubsza zgadzała się jedynie ilość 
kończyn,  choć  w  swoim  ubraniu  nosił  chyba  szczątkowy  ogon.  I  gardło  też  miał  dziwne, 
wydobywał  stamtąd  piski  i  skrzeki,  co  tylko  wzmagało  jego  niechęć  do  udzielania  się  w 
dyskusjach. 

Kiedyś  powiedział  mi,  że  jego  gwiazda  musi  być  widoczna  na  tym  niebie,  takie  ma 

przeczucie, ale która to jest? 

Pewno teraz też jej szukał. 
Reszta mojej grupy nie szukała ukojenia w gwiazdach, wręcz przeciwnie. 
Kiedy usiedliśmy do posiłku, patrzyli wrogo na Eilo, która zajęła miejsce obok mnie, 

podśpiewując  pod  nosem.  Były  to  te  same  melodie,  które  słyszeliśmy,  zanim  do  nas 
dołączyła. 

- No co? – mruknąłem w końcu, wyczuwając rosnące napięcie. 
- Chodź na papierosa – zaproponował nagle Gryczewski. 
Zdziwiłem się, skąd ma papierosa. No, ale miał, gdzieś znalazł i nie przyznał się. W 

pierwszych  chwilach  po  katastrofie,  wcale  o  nich  nie  pomyślałem,  a  potem  ciężko  było  je 
znaleźć.  I  dobrze  na  tym  wyszedłem  -  niejeden  z  tych,  którzy  teraz  gryźli  piach,  najpierw 
poszedł po fajki, gdy ja gromadziłem jedzenie. 

- Oni chcą, żeby Eilo odeszła – wyjaśnił po cichu Gryczewski, gdy znaleźliśmy się za 

ścianą budynku. – Uważają, że wypadek to jej sprawka. Że go ściągnęła, rozumiesz. Żeby nie 
mieć konkurencji, być jedyną kobietą w grupie. 

-  Zgłupieli?  –  warknąłem,  z  całych  sił  zaciskając  w  kieszeni  dłoń  na  swojej 

szczęśliwej  monecie.  –  Przecież  ona  trzyma  się  mnie,  reszty  się  boi,  to  po  co  by  miała 
walczyć? 

-  Adam  –  Gryczewski  nerwowo  zdeptał  papierosa,  rozglądając  się  czujnie,  czy  z 

ciemności  nie  wyskoczy  jakiś  kanibal  albo  inny  potwór.  –  Oni  myślą,  że  cię  opętała. 
Zastanów się nad tym. 

Wróciliśmy  do  ogniska.  Minę  miałem  chmurną,  nic  nie  mówiłem,  dokończyłem 

posiłek  i  pociągnąłem  Eilo  za  sobą.  Nie  opierała  się.  Chyba  nawet  szła  za  mną,  z  ulgą 
zostawiając tamtych przy ognisku. 

- Masz coś wspólnego z wypadkiem Veidany? – spytałem wprost, gdy znaleźliśmy się 

w pokoju. 

background image

 

 

- Nie – spojrzała mi prosto w oczy. Jej twarz była spokojna, niezwykłe okrągłe oczy 

barwy  morza  prześwietlonego  słońcem  patrzyły  na  mnie  bez  drgnienia.  –  Nie.  Nie 
wiedziałam, że tam się utworzy htardig

Otwarłem oczy. 
- Htar… htardig? – powtórzyłem za nią. 
Skinęła głową. Namyśliła się. 
-  Przestrzeń zawinie  się sama w siebie  –  pokazała mi wyprostowane dłonie, a potem 

splotła  je  i  pokazała  mi,  jak  jej  cienkie  palce  przenikają  się  nawzajem,  tworząc  dziwną 
plątaninę. – To śmierć dla każdego. 

Skinąłem głową. Do tego jeszcze wrócimy. 
- Chodź – pociągnąłem ją za sobą. 
Dołączyliśmy  do  grupy,  kazałem  jej  usiąść  obok  siebie  i  popatrzyłem  na  resztę. 

Czekali chyba na wynik mojej cichej rozmowy z Eilo, bo nikt nie odszedł od ogniska, nawet 
Veidana, pojękująca cicho. 

Popatrzyłem na nich i chyba po raz pierwszy od bardzo dawna, od śmierci Bonettiego, 

postawiłem  sprawę  tak  ostro.  Wtedy  szło  o  to,  czy  będziemy  nadal  wchodzić  do  Ziaren  i 
przekraczać  bramy.  Gdybyśmy  nie  pokonali  strachu,  grupa  by  się  szybko  rozpadła, 
pozostalibyśmy  we  trzech:  Gryczewski,  Kurczak  i  ja,  może  jeszcze  Banach.  Reszta  szybko 
zaczęłaby  ogryzać  własne  palce.  Teraz  znów  szło  o  całość  grupy.  Mojej  grupy.  To  ja  ją 
zebrałem i spoiłem w jeden organizm. 

-  Grupa  to  grupa,  razem  łatwiej  –  zacząłem  szorstko.  –  I  nie  wszyscy  muszą  się 

kochać. Ale jak ktoś chce, może odejść. Wolna droga, no już.  

Milczeli. Zaskoczyłem ich. 
-  W  każdej  chwili  możecie  odejść  –  powtórzyłem.  –  Eilo  zostaje.  Mam  zamiar 

któregoś dnia wejść do świata Ziaren i spróbować porozmawiać z tymi, którzy rozpierniczyli 
nasze światy. Do tego potrzebujemy wiedzy. A ja będę potrzebował grupy w tej wycieczce. 
Was. 

Skrzywiłem się, czując jak popadam w zbyt patetyczne tony. 
– Szlag, róbcie sobie, co chcecie – mruknąłem, zdegustowany machając ręką. – Eilo, 

idziemy. – I pociągnąłem ją za rękę, zmierzając w stronę swojego pokoju. 

Ziarna za nami cicho posapywały. Noc była jasna, rozgwieżdżona, ale zamiast ociekać 

romantyzmem, niosła nam zapowiedź kolejnych kłopotów. 

 

*** 

 

Nie rozumieli mnie. Poza dwoma dorosłymi mężczyznami i Kurczakiem, reszta z nich 

była tu sama i każde w obcym świecie. 

A ja byłem u siebie. Brakowało  mi jednak kogoś, komu  mógłbym  się zwierzyć.  I… 

przytulić.  Eilo  nie  była  ludzką  kobietą,  ale  była  ciepła  i  trochę  zagubiona.  Bardzo 
przypominała Sonię czy Agnieszkę, z którymi byłem kiedyś, przed katastrofą. 

Być  może  tylko  ogrzewaliśmy  swoje  ciała  własnym  ciepłem,  jednak  w  jej  uścisku 

czułem się spokojniej, a w świecie poprzerastanym Ziarnami, nieuchronnie zmierzającym do 
fiaska,  każda  chwila  spędzona  tak  w  odosobnieniu  była  więcej  warta  niż  cały  dzień  na 
dworze, w obecności sieci oraz innych zagrożeń. 

Czy  to  było  opętanie?  Czy  jej  śpiew  był  zawodzeniem  syreny?  Przecież  oni  też 

szukali, cały czas szukali. Trafialiśmy na ślady obcych, a czasem Archib czy Fajzel chodzili 
do  swoich  światów  sami,  nie  po  jedzenie,  sprawdzając,  czy  coś  się  nie  zmieniło  na  lepsze. 
Strosz też by poszedł, ale wszystkie bramy do jego świata były zamknięte, tak twierdził. Więc 
szli,  a  potem  wracali,  bo  tam  panował  chaos,  a  tu,  chociaż  na  obcej  dla  nich  ziemi, 
tworzyliśmy wspólnotę. 

Nie rozumieli, kim jest dla mnie Eilo, chociaż kogoś takiego sami szukali. 

background image

 

 

Ja już prawdziwych kobiet przestałem szukać, bo były słabsze, padały łatwym łupem, 

te nieliczne, które ocalały, szybko trafiły do band, które sprzedały je – podobno w niektórych 
miejscach żyły pod ziemią, jak niewolnice. Tu, w Silesii, nigdy żadnej nie spotkaliśmy. 

Pojawienie  się  Eilo  znów  rozbudziło  we  mnie  niemal  już  stłumioną  tęsknotę  za 

dawnym życiem. 

 

*** 

 

Strosz nigdy się tak nie zachowywał. Był cichy. Ale kiedy przechodziliśmy obok ruin 

fabryki  kosmetyków,  zupełnie  pozbawionej  dla  nas  znaczenia,  nagle  zaczął  jęczeć  i 
popiskiwać. Jego karykaturalnie długi nos nagle jakby się powiększył, a oczy na ruchomych 
wypukłościach wbiły w ruiny. 

Wiedziałem,  że  coś  tam  wypatrzył.  Machnięciem  ręki  odsunąłem  od  siebie  grupę 

pomagającą  wciąż  kulejącej  Veidanie,  odepchnąłem  Eilo,  która  starała  się  przecisnąć  do 
mnie, wskazałem Archibowi i Gryczewskiemu miejsce po bokach. Odbezpieczyłem karabin. 

Strosz wciąż chlipał i jęczał na przemian. Teraz dopiero odwrócił się w naszą stronę. 

Widząc broń, najeżył się po swojemu: na całej odsłoniętej skórze pojawiły się jakieś skórne 
wytwory. 

- Nie idzie tam! – chlipnął. – Tam zły! 
-  Jak  zły,  to  trzeba  zabić  albo  wykurzyć  –  mruknąłem.  Tak,  Strosz  wyczuł 

niebezpieczeństwo, mogłem się tego spodziewać. – Odsuń się. 

- Ale on jest bez honoru. Ja go zabiję – wyjęczał Strosz. 
Nigdy go takim nie widziałem. I nadal stał mi na linii ognia, psiakrew, a w ruinach coś 

się poruszyło, jakby słysząc naszą rozmowę. 

Nagle Strosz zrobił coś jeszcze gorszego. Nie używał naszej broni, miał własny krótki 

laser, i teraz strzelił nim gdzieś w okolice ruin. 

Wybuchł  stamtąd  wrzask  nieporównywalny  z  niczym,  może  jedynie  ze  stadem 

żywcem podpalonych owiec. 

Strosz  zagadał  do  tego  kogoś,  ale  tak  szybko,  że  niewiele  pojąłem  poza  „odejść”. 

Patrzyłem zdezorientowany – za chwilę ktoś stamtąd ubije mi Strosza… Nie, żeby akurat on 
był  najważniejszym  członkiem  grupy,  jednak  przy  ostrzale  się  przydawał,  bo  jego  spokój 
potrafił się udzielić grupie. 

Nagle  coś  wybiegło  z  ruin  –  coś  podobnego  do  Strosza.  Zdziwiło  mnie,  że  nasz 

kompan nie chce  wciągnąć do  grupy ziomka. Ale to  jego sprawa.  Ciekawsze wydało  mi się 
odkrycie, że któraś brama do jego świata jest jednak czynna. 

Teraz  Strosz  energicznie  wskoczył  w  ruiny,  a  my  za  nim,  cały  czas  trzymając  na 

muszkach tamtego, który uciekał zygzakami, pewno bojąc się, że któryś z nas strzeli mu w 
plecy. 

Strosz  oglądał  skrzynkę  pozostawioną  przez  uciekiniera.  Było  to  romboidalne,  ostro 

pozakańczane na każdym wierzchołku pudełko. Szare, ale zdawało się pochłaniać światło. 

Nagle energicznie dotknął jednego z wierzchołków i skrzynka się otworzyła. 
-  No  masz!  –  mruknąłem,  domyślając  się,  co  kryje  zawartość  i  skąd  nagle  ta 

żywiołowa reakcja Strosza. 

Wewnątrz były długie na pół metra lasery, trzy razy dłuższe od tego trzymanego przez 

Strosza w ręku. Jedenaście sztuk. 

Podszedłem i wziąłem jeden do ręki. Archib zrobił to samo. 
Wzięliśmy pięć sztuk. Resztę Strosz znów zamknął w skrzynce. 
Laser Strosza miał tę cechę, że w słonecznym świetle ładował się sam. Te mogły być 

podobne,  bo  nie  dostrzegłem  żadnego  sprzętu  do  ładowania,  jakiegoś  akumulatora,  albo 
czegoś  podobnego.  Bardzo  pożyteczne.  Naboje  do  karabinów  któregoś  dnia  się  przecież 
skończą. 

background image

 

 

-  Nie  będziemy  nosić,  ukryjemy  –  popatrzyłem  na  Strosza.  Zgodził  się  ze  mną 

spojrzeniem. 

Ponieśliśmy skrzynkę i zakopaliśmy niedaleko ruin pawilonu. 
Broń się przyda. Tylko musieliśmy trochę poćwiczyć. 

 

*** 

 

Zawsze w drodze – takie wyznanie powinno obowiązywać tego, kto chciał przeżyć w 

Silesii  poprzerastanej  Ziarnami  i  tym,  co  z  nich  wyrosło.  Zatrzymasz  się,  a  prędzej  czy 
później  dopadną  cię  kanibale,  nadlecą  sieci  albo  pojawi  się  jakieś  nowe,  nieznane  dotąd 
niebezpieczeństwo. 

Ta  podróż  bez  celu  miała  trwać  do  końca  życia.  Być  może  gdzieś  tu  istniały  stałe 

osady.  Słyszałem  o  podziemnych  osiedlach  na  północy.  Ale  tu  trzeba  było  chodzić.  Wciąż 
chodzić. Bez celu, bez sensu, ciągle w ruchu, unikając niebezpieczeństw. Ruch stał się formą 
życia. 

Starałem  się  mieć  w  pobliżu  wodę,  jakiś  strumień  albo  rzekę  czy  jezioro,  ale  nie 

zawsze było  to  możliwe. Zastanawiałem się nad zalaniem  jakiegoś terenu i  stworzeniem na 
nim  sztucznej  wyspy,  na  której  dałoby  się  pływać.  Tylko  czy  wtedy  nie  bylibyśmy  zbyt 
łatwym celem? 

Nikt  z  nas  nie  był  maszyną,  czasem  zatrzymywaliśmy  się  gdzieś  na  dzień  czy  dwa. 

Raz, krótko po śmierci  Bonettiego, zatrzymaliśmy się na trzy dni w podziemiach jednego z 
wieżowców  na  granicy  Sosnowca  i  Czeladzi.  Było  tam  nadal  gęsto  od  budynków,  ale 
dzielnica wyglądała na spokojną. 

I taka była, póki tego trzeciego, feralnego dnia nie zaczęły się zbierać nad naszą głową 

sieci.  Nigdy  byśmy  ich  nie  zauważyli,  gdyby  nie  wprawne  oko  Kurczaka,  który  dostrzegł 
zbliżające  się  błyski.  Zwykle  sieć  widać,  gdy  już  spada  –  i  wtedy  nie  ma  szans,  żeby  nie 
zabiła. Parę razy widzieliśmy jak spadała na kogoś kilka kilometrów dalej. Stąd znaliśmy ich 
rozmiary. Były gigantyczne. 

Kurczak zobaczył, jak trzy sieci nadlatują. Od razu narobił wrzasku i zaczęliśmy się 

wycofywać.  Ale  od  tamtej  pory  wiedziałem,  że  obecność  żywych  istot  je  przyciąga.  To 
dlatego wędrowaliśmy, tylko na noc rozbijając obóz. 

Teraz jednak postanowiłem  gdzieś się zatrzymać. Zatrzymać, pomyśleć nad kilkoma 

sprawami,  przyprzeć  do  muru  Eilo,  dać  odpocząć  Veidanie  i  zebrać  grupę  ponownie,  bo 
dostrzegałem, że coś się między nami psuje. 

Na krótkim postoju odwołałem na bok Gryczewskiego, Fajzla i Archiba. 
- Chcę stanąć gdzieś na kilka dni  – oznajmiłem, bardziej niż na nich, spoglądając na 

boki. A może uciekałem spojrzeniem? – Damy radę? 

Milczeli. Wreszcie Archib, jakby się umówili, rzekł za wszystkich: 
- Zależy gdzie. Ale damy, co mamy nie dać. 

 

*** 

 

Gdybym wiedział, co się stanie, nigdy bym nie zarządził tego popasu. 
Czy jednak ktoś mógł przewidzieć zachowanie Veidany? 
Zatrzymaliśmy  się  w  Batorym,  dzielnicy  Chorzowa  graniczącej  z  Katowicami. 

Właściwie  za  czasów  Silezji  (starej  Silezji,  uściśliłem  w  myślach,  tej  niepoprzerastanej 
nowotworem  Obcych)  granice  pomiędzy  miastami  były  dosyć  ulotne,  często  w  zwartej 
zabudowie  tylko  tabliczki  informowały  o  administracyjnie  zarządzonej  zmianie  nazwy.  W 
Katowicach pół pewnego osiedla należało do Katowic, a drugie pół – do Chorzowa. 

Na  miejsce  wybraliśmy  sobie  mały,  opuszczony  magazyn,  ale  nie  taki  słaby,  z 

aluminiowych, łatwych do przebicia ścianek, lecz solidną betonową konstrukcję, pozostałość 

background image

 

 

po czasach, kiedy nie liczono się z kosztami. Miał dużą halę na dole, i pomieszczenia biurowe 
na górze. Wchodziło się tam z boku, po schodach przytulonych do ściany. Barak stał na pustej 
parceli, łatwej do strzeżenia. Strażnicy z dachu zobaczą każdego intruza, ostrzał z góry był w 
stanie  zatrzymać  nawet  stado  kanibali.  A  w  nocy  zaminowane  schody  nie  pozwolą  łatwo 
dostać się do biur, gdzie się rozlokujemy. 

Nie przewidziałem, że niebezpieczeństwo przyjdzie od wewnątrz. 
Kiedy się już rozlokowaliśmy, wyznaczyłem warty i można się było trochę rozluźnić. 

Każdy  znalazł  sobie  jakiś  kąt  w  środku  albo  na  zewnątrz.  Ja  postanowiłem  się  trochę 
przespać, a potem pomyśleć. Veidana i Eilo rozmawiały przez chwilę, na ile potrafiły, reszta 
raczej szukała samotności, tak rzadkiej w tych podłych czasach. Potem i one się rozeszły, Eilo 
poszła poszukać samotności, jak często robiła. 

Kiedy się obudziłem, był wieczór, zapadał zmrok. Do mojej warty brakowało jeszcze 

trochę,  więc  poszedłem  na  dach  i  siedząc  obok  komina,  zacząłem  się  zastanawiać  nad  tym 
wszystkim. 

Któregoś dnia jedzenia nie starczy, bramy się zamkną, zagrożeń z zewnątrz, takich jak 

sieci, przybędzie zbyt wiele, by się przed nimi bronić. A broni – tej zabraknie. Lasery Strosza 
były świetne, ale też nie będą działać w nieskończoność… 

O, właśnie, lasery. Trzeba będzie trochę poćwiczyć – pomyślałem. 
To zabawne, jaką drogą cuda technologii Obcych trafiły na Ziemię. Żaden normalny 

kontakt  –  po  prostu  katastrofa  tu  i  tam,  a  nieszczęśnicy  łączą  się  poprzez  otwarte  drzwi  i 
podają sobie prezenty. Na przykład broń. 

Po  czym  –  uśmiechnąłem  się  niewesoło  do  własnych  myśli  –  strzelają  nią  sobie  w 

głowę.  Bo  do  zniszczenia  Ziaren  broń  się  nie  nadaje,  jak  packa  na  muchy  nie  powstrzyma 
szarżującego nosorożca czy zwłaszcza buldożera. 

Nagle usłyszałem cienki krzyk Eilo. Zdawał się przenikać przez ściany, ciąć je jak stal 

tnie papier. Nie wiedziałem, że umie tak głośno wrzeszczeć. 

Zerwałem  się  na  równe  nogi  i  wymieniając  nerwowe  spojrzenia  z  Fajzlem,  który 

chodził po dachu, dopadłem wyjścia na dach i spuściłem się drabinką na dół, do biur. 

Tu  zobaczyłem  przez  otwarte  drzwi  Archiba,  który  trzymał  mocno  Veidanę  za  ręce. 

Eilo odbierała od niej właśnie nóż. Fioletowy. Od razu pojąłem, o co chodzi i poczułem, jak 
ogarnia mnie fala gorąca. 

Veidana cała się trzęsła, ociekała fioletowym potem, a jej oczy… W jej oczach strach 

mieszał się z nienawiścią. Patrzyła na Eilo i powtarzała coś, czego nie rozumiałem ani w ząb. 

- Zabierzcie ją – rzuciłem. 
Archib  odprowadził  dziewczynę,  która  przestała  się  opierać,  do  jednego  z  pustych 

pomieszczeń.  Coś  do  niej  mówił  naszą  łamaną  uniwersalną  mową  mieszającą  słowa 
wszystkich języków. 

Ja  tymczasem  spytałem  Eilo,  co  się  stało.  Potwierdziła  moje  podejrzenia:  Veidana 

chciała  się  zabić,  Eilo  weszła  do  pokoju,  gdy  tamta  wodziła  nożem  po  szyi  i  mówiła,  że 
lepsza śmierć niż takie życie. 

Zacisnąłem  zęby.  Tak  to  jest.  Czasem  filmowe  teksty  mają  sens.  Sam  musiałem  od 

siebie odpędzać zwątpienie, czy to wszystko jest cokolwiek warte, to całe przedłużanie życia 
o tydzień czy miesiąc. 

Mimo  to,  kiedy  się  uspokoiła,  poszedłem  i  usiadłem  obok  niej,  dając  odpocząć 

Archibowi. 

- Vei, nie powinnaś tego robić. Musisz żyć – zacząłem. 
Mówiąc to, czułem niesmak do samego siebie, bo te słowa zabrzmiały pretensjonalnie, 

w tej sytuacji, tu, w Silezji ogarniętej destrukcją ponad nasze rozumienie. 

- Po co? – odparła głucho. – Po co? 
Wiedziałem,  że  jej  świat  jest  pusty.  Mieli  trochę  kolonii  na  innych  planetach, 

wyprzedzali  nas  pomimo  tego,  co  zobaczyłem  przy  bramie.  Veidana  uważała,  że  ci  co  nie 

background image

 

 

zginęli, siedzą na koloniach. Ale to ją jeszcze bardziej przygnębiało, bo nigdy tam nie trafi. 

- Żeby nam pomagać – odparłem. – Wyczuwasz Ziarna. 
Patrzyła na mnie w milczeniu. 
- Eilo jest zła – powiedziała. Pomyślała chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. – 

Zepsute ziarno – rzuciła w końcu. 

Eilo  uratowała  jej  życie.  No  cóż,  uratowanie  życia  było  złe,  skoro  chciała  się  zabić. 

Nie zamierzałem jednak o tym dyskutować. 

- Wkrótce znów będziesz sprawna – pocieszyłem ją. 
Smętnie pokiwała głową. 
- Wkrótce będę martwa – burknęła, oglądając paznokcie. 
Odszedłem,  nakazując  Archibowi  dyskretnie  jej  przypilnować.  Sam  poszedłem  do 

Eilo, wypytać, o czym rozmawiały przed próbą samobójczą. 

- O świecie Ziaren – odparła Eilo. – O tym, czy skoro Ziarna wbijają się w jej ojczystą 

planetę, dotrą na kolonie na innych planetach. 

- I co? – spytałem. 
Eilo westchnęła ciężko. Przynajmniej tak to odebrałem. 
- Dotrą – powiedziała. – Już dotarły. Od razu. Wszędzie. 

 

*** 

 

Veidana  jakoś  zebrała  się  w  garść,  chociaż  na  wszystkich  się  boczyła.  Krzywo 

spoglądała zwłaszcza na Eilo. 

Reszta grupy nadal nie ufała Eilo, ale przynajmniej nie manifestowała tego. W końcu 

uratowała  życie  komuś  z  grupy.  Gdyby  naprawdę  chciała  śmierci  Veidany,  wystarczyło 
odejść  w  bok.  Nikt  by  jej  nie  winił,  nikt  by  nie  wiedział.  Może  więc  nie  stała  za  tamtym 
wypadkiem. 

Po  trzech  dniach  –  nerwowych,  bo  zaczęliśmy  się  obawiać  sieci  –  ruszyliśmy  na 

wschód, przecinając Siemianowice zamierzaliśmy się udać znów do Sosnowca. 

Raz,  gdy  podążaliśmy  wzdłuż  uregulowanego  strumienia,  nagle  Kum-Kumbi,  który 

czasem wślizgiwał się do wody, wskazał ręką drogę przed nami. 

- Ktoś idzie – skrzeknął. – Sprawdzę. 
Zatrzymałem się, a tymczasem nasz zwiadowca strumieniem przemykał się do przodu. 

Wrócił po półgodzinie z wieścią, że jakaś  duża  grupa  wędruje  przed nami, ale nie w naszą 
stronę.  Zatrzymałem  się  więc  na  parę  godzin,  po  czym  odbijając  w  bok,  kontynuowaliśmy 
marsz. 

Byliśmy  w  zrujnowanym  centrum  Chorzowa,  tam  gdzie  szokująco  dla  przybysza  z 

innych  zakątków  pośrodku  miasta  tkwiła  huta  z  całym  bogactwem  przemysłowej 
architektury, gdy nagle Archib energicznie trącił mnie w ramię. 

-  Patrz!  –  Wskazał  ręką  jakiś  punkcik  wysoko  na  niebie,  w  kierunku  pozostałości 

hutniczych pieców. To dziwne, że dotąd ani  nie zmiotły ich rozrastające się Ziarna, ani  nie 
rozszabrował  żaden  złomiarz.  Ziarna  ominęły  ten  teren,  a  złomiarze  przeszli  do  historii, 
obawiam się, że na długo minionej. Albo na zawsze. 

Widok jednak był oszałamiający. Blisko, z kilometr od nas, dwa nieczynne, ale wciąż 

budzące grozę swym majestatem, szerokie, trzydziestometrowe u podstawy, niewiele węższe 
u szczytu walce pieców. W drugim planie rozrzucone gigantyczne kolumny Ziaren, nadające 
terenowi wygląd zapalikowanego kołkami różnej wielkości pola. 

A  ponad  tym  polem  chwastów  i  pierwszych  ingerencji  jakiegoś  zagadkowego 

ogrodnika frunął ku nam okruch czerni, wyglądający jak kanciasty przecinek. 

O ten właśnie punkcik Hesterianinowi chodziło. 
Kiedy patrzyliśmy na niego, zbliżył się – i teraz wyglądał jak ptak. Tylko że ptaki nie 

osiągają dziesięciu metrów wielkości, nie mają skrzydeł przypominających nietoperza. Kiedy 

background image

 

 

był jakieś sto metrów od nas, nagle przestał frunąć prosto, wszedł w zakręt, przyglądając się 
naszej grupie. My, z zadartymi głowami, patrzyliśmy w jego kierunku. Teren był płaski, nie 
mieliśmy gdzie uciekać. 

Stwór  w  absolutnym  milczeniu  wykonał  nad  naszymi  głowami  jeszcze  dwie  pętle  i 

wreszcie  runął  w  dół,  pikując  jak  nadlatujący  myśliwiec  albo  bomba.  Złożone  skrzydła, 
ciasno przylegające do tułowia, wyglądały jak szybko rosnące w oczach lotki. 

Archib nie czekał dłużej, skierował broń w stronę potwora, podczas kiedy reszta grupy 

rozbiegła  się  w  panice.  Jeszcze  tylko  ja  stałem  obok  Hesternianina,  strzelając  w  górę  z 
karabinu. 

Laser  ze  świata  Fajzla  uderzył  w  zwierzę  niczym  kula  ognia,  z  sykiem,  jaki  wydaje 

płomień trzaskający na nie do końca wysuszonych polanach. 

Stwór  niemal  zatrzymał  się  w  locie,  rozpaczliwie  zamachał  skrzydłami,  skrzecząc 

przeraźliwie.  Po  czym  runął  w  dół.  Upadł  z  łomotem  jakieś  dwadzieścia  kroków  od  nas. 
Pomyliłem  się:  to  czarno-żółte  bydlę  miało  z  piętnaście  metrów  jak  nic.  Przypominało 
dinozaura.  Uniosło  wąski  łeb  i  patrzyło  na  nas  trojgiem  piwnych  oczu,  rozmieszczonych  w 
taki  sposób,  aby  obejmowały  po  120  stopni  pola  widzenia.  Musiał  nas  dojrzeć  z  dziesięciu 
kilometrów. Nie wyglądał na łagodnego roślinożercę. 

Archib też miał takie odczucia, bo laser w jego ręku drgnął i druga kula ognia trafiła w 

bok zwierzęcia. 

- Być może chciał się porozumieć – zauważyłem z ponurym uśmiechem. 
Archib wzruszył ramionami. 
- Chciał nas zjeść albo zdeptać. Nie wyglądał na chętnego do spokojnej konwersacji, 

wybacz – dodał uszczypliwie. 

Ścierwo  istoty  podobnej  do  smoka  wciąż  drgało  w  agonii.  Zastanawiałem  się,  skąd 

przyszedł  – i  nie potrafiłem  tego ustalić.  Zbyt  odmienny stwór.  Za mało  ludzki. Jak widać, 
mój  pierwotny  wniosek,  że  w  jakiś  sposób  bramy  w  Ziarnach  łączyły  światy  zamieszkane 
wyłącznie  przez  humanoidy,  okazał  się  błędny.  Chyba  że  był  to  tylko  głupi  zwierzak,  jak 
nasza jaszczurka czy motyl. 

Rozejrzałem się nerwowo. Może mieliśmy towarzystwo istot, których istnienia dotąd 

nie podejrzewałem? Niejeden raz czułem na sobie wzrok, ale nigdy nie zobaczyłem tego, kto 
na mnie patrzył. Może był niewidzialny? 

Ale przede wszystkim, jakim cudem ten stwór latał pomiędzy miastami? Dlaczego nie 

pochwyciła go żadna z sieci, żadna z powietrznych pułapek? 

Tymczasem  grupa znów zebrała się wokół nas, przyglądając zabitej istocie. Nikt nic 

nie mówił, nawet Eilo. 

- Ciekawe, skąd jest? – mruknął Gryczewski. 
Trzeba będzie o tym porozmawiać, ale nie teraz. 
- Potem – zarządziłem. – Na biwaku. Teraz brać dupę w troki i zwiewamy. To ścierwo 

może na nas ściągnąć nieszczęście. Ktoś mógł widzieć, gdzie ta bestia upadła i już tu idzie. 

Do  zmierzchu  musieliśmy  odejść  jak  najdalej.  Dopiero  po  dobrej  godzinie  oddałem 

prowadzenie Gryczewskiemu, a sam odciągnąłem Archiba do tyłu. Stanowiliśmy ariergardę 
grupy i mogliśmy po cichu porozmawiać. 

Przejścia pomiędzy miastami były ryzykiem nawet w ramach Aglomeracji Silezja czy 

Nowego Jorku, jak słyszałem. A wyjście na puste przestrzenie rozdzielające miasta oznaczało 
pewną  śmierć.  Grasowały  tam  niewidzialne  pułapki,  sieci  oraz  ostrza.  Widziałem,  jak 
skończyła  jedna  z  grup.  Szli  tyralierą,  żeby  w  razie  czego  nie  wszyscy  zginęli  –  i  nagle 
omiotła ich jakaś sieć pojawiwszy się znikąd. Pokazał  mi to  Fajzel  na nagraniu.  Nie  wiem, 
skąd je miał – twierdził, że przez chwilę dysponował maleńkim aparatem powietrznym. 

Stwór,  jeżeli  umiał  się  poruszać  pomiędzy  miastami,  byłby  dla  nas  bezcenny.  O  ile 

dałby się udomowić. 

-  Może  błąka  się  tutaj  od  miasta  do  miasta?  –  zacząłem.  –  Trochę  szkoda,  że  go 

background image

 

 

zabiliśmy. 

Archib rozumiał moje rozczarowanie, ale go nie podzielał. 
-  Leciał  na  nas  –  rzekł  usprawiedliwiająco.  –  Co  miałem  zrobić,  dać  mu  się  zeżreć? 

Czekałbyś spokojnie? 

Położyłem mu dłoń na ramieniu. 
- Jeżeli zobaczymy następnego, trzeba spróbować się dogadać, Archib. O ile toto jest 

rozumne. Widziałeś kiedyś coś takiego? 

Zaprzeczył ruchem głowy. I wrócił do drapania się po udzie. 
Klepnąłem go w ramię i poszukałem wędrującej w środku grupy Eilo. 
- Znacie takie stwory w waszym świecie? 
Wzruszyła ramionami. 
- Ja nie znam. 
Czułem, że coś ukrywa. Gdyby tak bardzo nie przypominała ludzkiej kobiety, byłbym 

na nią wściekły, ale miękłem w jej obecności jak wosk. 

- A inni? 
Zawahała się. 
- Nie wiem, Adam, nie wiem. Za to ci powiem, że on nie był rozumny. 
- Skąd to wiesz? – spytałem ze zdziwieniem. 
- Czuję – odparła. – On był głodny. Jak dziki pies, nawet nie jak kanibal czy głodny, 

zdesperowany człowiek. Albo Hesternianin – wskazała podbródkiem obserwującego nas spod 
oka Archiba. – Po prostu zwierzę. 

Trochę mi ulżyło.  Chociaż dobrze, że Archib  jej nie słyszał.  Mógłby ją potraktować 

laserem jak tego stwora. 

 

*** 

 

Chociaż nikt nie wypowiedział tego na głos, z ranną Veidaną wędrowało się po Silezji 

ciężko.  Zagryzała  wargi  i  szła,  ale  spowalniała  marsz,  a  grupa  póty  będzie  istniała,  póty 
będziemy mogli wciąż krążyć, zmieniać miejsce, zacierać za sobą ślady. 

A z ranną i mającą okres Veidaną to już się nie wędrowało ciężko, tylko modliło do 

wszystkich bogów światów Ziaren, aby nikomu nic się nie stało. 

My,  Gryczewski,  milczący  Banach,  wiecznie  niedojrzały  Kurczak  i  ja  jakoś 

dawaliśmy  sobie  radę.  Jednak  Archib  sapał  ciężko,  a  pociąganie  nosem  Strosza  stawało  się 
głośne jak gwizd parowej lokomotywy. Veidana wydzielała coś, co zdecydowanie podnosiło 
poziom agresji u innych. A teraz była ranna i nerwowa. Napięcie w grupie rosło. Szczególnie 
podczas noclegów. Jak dziś. 

Eilo  pogłaskała  mnie  po  ręce,  gdy  nasłuchując  różnych  nocnych  odgłosów,  nagle 

zakląłem, słysząc gniewne krzyki Veidany niosące się po nocy. 

- Chcesz do niej iść? – spytała, uśmiechając się lekko. 
Zaprzeczyłem ruchem głowy, wpatrując się w ciemność. 
-  Strosz  chyba  tam  siedzi  –  mruknąłem,  nadając  swemu  głosowi  lekkie  zabarwienie 

ironią. – Przynajmniej póki go nie wyrzuci. 

Pilnowaliśmy Kurczaka, pilnowaliśmy i Veidany. 
- Ale potem? 
Spojrzałem  na  nią.  W  świetle  księżyca  jej  profil  zachwycał.  Miała  wąską,  ale 

niezwykle piękną twarz o regularnych rysach. Gdyby startowała w konkursie piękności, ktoś 
po prostu uznałby, że ma egzotyczną urodę. Na finał może by to wystarczyło. 

- Potem będzie świt. A ja już mam się do kogo przytulić. – Mocniej oparłem się o jej 

udo. 

Milczała.  Lecz  w  jej  pięknym  profilu  zarysowały  się  lekko  rozchylone  w  uśmiechu 

usta. 

background image

 

 

 

*** 

 

Zmieniłem zdanie co do marszruty, zatoczyliśmy łuk i kilka dni później dotarliśmy w 

okolice  dawnego  Bumaru  pod  Gliwicami.  Samo  miasto  było  szczególnie  przerośnięte 
Ziarnami  –  no  i  mówiło  się,  że  to  stąd  wyszło  nieszczęście,  że  w  jednym  z  tajnych 
laboratoriów ktoś zrobił coś, czego nie powinien, i sprowadził Ziarna. Otworzył lekko bramę, 
w którą wtargnęli napastnicy. 

Nikt nie wiedział, ile w tym prawdy. Ale nigdy bym nie zaryzykował tej drogi, gdyby 

nie  magazyn.  Prowadziłem  ich  do  jednego  ze  swoich  schowków,  gdzie  ukryłem  sprzęt 
średnio przydatny tutaj, może poza kilkoma granatnikami, za to mogący się przydać w czasie 
wyprawy z Eilo do jej świata, świata Ziaren. Tam przyda się i licznik Geigera, i granatniki, 
wreszcie  druga  apteczka  z  lekami.  Te  oszczędzałem  na  czarną  godzinę,  bo  łatwo  pod 
pretekstem  ciężkich  zranień  czy  gorączki  zagrażającej  życiu  zużyć  je  zbyt  szybko.  A  ja 
planowałem  życie  tutaj  na  lata,  może  na  dekady  i  nie  mogłem  sobie  pozwolić  na 
roztrwonienie czegoś, czego nie umiem uzupełnić. 

- Pójdę z tobą – zaproponował Archib, kiedy dotarliśmy do skraju poligonu. 
Pokręciłem głową. 
- Archib, zostaniesz, przypilnujesz grupy i… i jej – wskazałem na siedzącą na uboczu 

Eilo,  której  chwilę  wcześniej  wyjaśniłem,  że  muszę  iść  sam.  Trochę  się  teraz  dąsała.  – 
Cholera wie, czy nie wyfrunę w powietrze, jak ruszę ładunek, nikogo nie chcę narażać. 

-  Chcesz zwiać?  –  szorstko mruknął  Hesterianin.  Ale zaraz się zaśmiał.  Przecież bez 

mojej Eilo bym nigdzie nie zniknął. Popatrzył na mnie, jakbym mu zostawiał zakładniczkę. 

-  Idę  –  wstałem.  –  Jeśli  nie  wrócę  do  popołudnia,  prowadź  ich  w  stronę  miasta,  a 

potem to już radź sobie sam. Zostawiam ci mapę – podałem mu ciasno złożony pakiet. Sam 
ruszyłem w głąb poligonu, ścigany ich spojrzeniami. 

Oni zastanawiali się, czy uciekam. Ja zastanawiałem się, czy i kogo zastanę żywym, 

gdy  tu  wrócę.  Czy  nie  zrobią  krzywdy  Eilo?  Miałem  przeczucie,  że  w  razie  potrzeby 
umiałaby zadbać o siebie. Ale czy nie kosztem grupy? Archib był w gorącej wodzie kąpany, 
widać było, że szuka pretekstu, by mi dowieść, że dla naszej grupy Eilo jest niczym baba na 
okręcie, tylko przyciąga niebezpieczeństwo. 

Odsunąłem na bok te myśli, skupiając się na marszu. I wsłuchiwaniu się we wszelkie 

odgłosy,  zapachy  i  barwy  mogące  zwiastować  niebezpieczeństwo.  Na  otwartych 
przestrzeniach  było  niebezpiecznie,  tu,  pośród  rzadkiego  zagajnika,  chyba  nie  musiałem  się 
bać sieci.  Co nie oznaczało,  że nie wyskoczy ktoś inny. Miałem w ręku laser Fajzla, bo po 
przygodzie ze smokiem zamieniłem karabin na to urządzenie. Jednak nawet laser nie pomoże, 
jeśli z drzewa skoczy ci na plecy trzech kanibali, przewracając przez zaskoczenie albo chwyci 
za szyję niewidzialna łapa. 

Wreszcie zobaczyłem polanę, a na niej szczyt małego bunkra, wyglądający jak czubek 

głowy jakiegoś łysonia, żywcem zakopanego w ziemi. 

Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Na ułamek sekundy zamarłem w bezruchu, a 

potem  okręciłem  się  powolnym  ruchem  dookoła  własnej  osi,  sprawdzając,  czy  nie  widać 
żadnego napastnika. 

Pokrywa bunkra była odwalona, jakby ktoś dokonał trepanacji czaszki owego żywcem 

pogrzebanego  nieszczęśnika  i  zapomniał  dokończyć  operacji.  Sterczała  teraz  pionowo,  a  ja 
zastanawiałem się, czy ktoś jest w środku. 

Przez  jakieś  pół  godziny  obserwowałem  to  miejsce,  ale  nic  się  nie  działo.  Wreszcie 

znalazłem pod stopami w darni mały kamyk i zacząłem się skradać w stronę wlotu. 

Kiedy byłem blisko, rzuciłem kamyk. Zobaczymy, co się stanie, gdy spadnie na dno. 

Był to niewielki bunkier, ciasny, trzy pomieszczenia, nie wiedziałem nawet, dlaczego tu stoi. 

Nagle  kamyk  dotarł  do  środka  i…  rozległ  się  plusk,  a  nad  właz  wystrzeliła  mała 

background image

 

 

fontanna wody. 

- Cholera! – mruknąłem zdziwiony. Bunkier był zalany wodą! 
Moim  zapasom  nie powinno to  zaszkodzić.  Skrytka była  w fałszywej  ścianie. Woda 

nie powinna się tam dostać. A jeśli nawet, i tak wszystko było w wodoszczelnych workach. 
Tyle  że  zanim  się  tam  dostanę,  trzeba  będzie  odpompować  wodę.  Albo  zdecydować  się  na 
pomoc Kum-Kumbiego, który w wodzie czuł się tak pewnie, jak dziecko w łonie matki. 

Podszedłem  na  dwa  kroki  i  spojrzałem  w  dół.  Woda  była  ciemna,  mało  przejrzysta. 

Ale  nie  brudna.  Pewnie  niedawne  deszcze  albo  jakiś  wyciek  przez  szczelinę  musiały  zalać 
wnętrze bunkra. 

Zastanawiałem  się, ile wytrzymam  bez powietrza  – przyszła mi do głowy myśl,  aby 

sprawdzić przynajmniej, czy moja ściana trzyma. A potem się zobaczy. 

Byłem dosyć zdecydowany. Nawet przed pojawieniem się Eilo planowałem w końcu 

znów  spróbować  wejść  do  świata  Ziaren.  Z  Bonettim  się  nam  nie  udało,  ale  wciąż  o  tym 
myślałem. I o błędach, które popełniliśmy. Głównie o nich. 

Nagle w wodzie poniżej przesunął się jakiś kształt! Gwałtownie odsunąłem się od tafli 

wody, kierując w tę stronę laser. Zacząłem się cofać. 

Byłem  już  ze  dwadzieścia  kroków  od  bunkra,  znów  przy  drzewach,  kiedy  na 

powierzchni bunkra rozległo się skrobanie. Przypadłem do pnia, starając się zachowywać jak 
najciszej. 

Ze  środka  wyjrzała  długa  szyja…  smoka.  Stworzenia  podobnego  do  tego,  które 

spaliliśmy laserem. 

Gdyby był tylko ten jeden, zabiłbym  go  od razu. Jednak nagle odeszła mi ochota na 

walkę.  Mój  bunkier  był  zajęty.  Może  tu  wrócę,  ale  wtedy  trzeba  by  urządzić  na  te  stwory 
regularne polowanie. Psiakrew! 

Tylko  co,  jeśli  one  nie  muszą  wychodzić  na  powietrze  albo  mają  nory  w  jakichś 

pęknięciach w ścianie? 

Chciałem  natychmiast  uciekać,  z  trudem  zmusiłem  się  do  pozostania  na  miejscu  w 

bezruchu, aż zaniepokojony smok zniknął znów w środku. Dopiero potem zacząłem się cicho 
wycofywać. 

 

*** 

 

Czekali na mnie. 
Nie  musieli  nawet  pytać  o  wyniki.  Moja  twarz,  ruchy  i  postawa  powiedziały  im 

wszystko. 

- Rozszabrowali? – spytał Gryczewski. 
Usiadłem zdyszany koło nich. Zaprzeczyłem ruchem głowy. 
- Bunkier stoi, tylko zalany wodą. Ale w środku był smok. Taki, jakiego Archib zabił 

kilka dni temu. 

 Popatrzyłem na nich i dodałem to, co przyszło mi do głowy, gdy do nich wracałem: 
- Coraz więcej tu różnych istot. Robi się hotel. A za chwilę zacznie jatka. 
Strosz nieznacznie się skrzywił. Miałem to gdzieś. Coraz więcej tu było Obcych. 
Zupełnie, jakby ktoś wypychał ich z ich własnych światów. 

 
 

*** 

 

Dwa dni później, w nocy, kiedy obozowaliśmy w ruinach na wpół zburzonego domu, 

który  zawalił  się,  gdy  w  pobliżu  wyrosło  Ziarno,  nagle  ze  snu  wyrwał  mnie  Archib. 
Bezceremonialnie  odsunął  Eilo  obejmującą  mnie  ramieniem,  szturchnął  mocno  w  bark, 
poczekał, aż oprzytomniałem i rzucił: 

background image

 

 

- Wstawaj. Mamy widowisko. 
- Gości? – zapytałem sennie. 
- Nie wiem! – warknął wielkolud. – Stąd nie widać, sam zobacz. 
Poczłapałem za nim. Nikt nie spał, wszyscy byli na nogach. Archib poprowadził mnie 

na drugą stronę domu. 

Nie  musiałem  nawet  wyglądać  na  zewnątrz,  by  zrozumieć,  o  co  mu  chodzi.  Przez 

prostokąt  okna  mieliśmy  widok  na  dwa  Ziarna,  jedno  bliskie,  drugie  stojące  jakieś  siedem-
osiem kilometrów dalej. 

Pomiędzy nimi jarzyło się światło, jakaś wstęga, spleciona z oddzielnych nitek (które 

zapewne  musiały  mieć  kilkanaście  czy  kilkadziesiąt  metrów  grubości,  skoro  je 
rozróżnialiśmy). 

Miały  różne  barwy,  przez  ciemne,  rozgwieżdżone  niebo  –  patrząc  na  nie,  z  żalem 

wspominałem  czasy  smogu  i  spokojnego  przemysłowego  życia  –mknęły  barwy  od  niemal 
białej,  aż  po  ciemnoczerwoną.  Łuki  łączące  oba  Ziarna  splecione  były  z  wielu  kolorowych 
nici. 

To  nie  wszystko.  Z  obu  Ziaren  wyrastały  nowe  świetlne  nici!  Były  krótkie,  kreśliły 

smugi po widnokręgu, po czym wybiegały poza nasze pole widzenia. Jednego mogliśmy być 
pewni: Ziarna w jakiś sposób zaczynały się łączyć ze sobą. 

Wyglądały  jak  ogrodowe  zraszacze,  których  zasięg  się  pokrywa.  Może  jeszcze  nie 

wszystkie się włączyły, ale czułem przez skórę, że te świetlne nici któregoś dnia pokryją cały 
świat. Jak sieci. Albo siatka gigantycznej woliery. 

- Coraz gorzej – mruczał Archib. 
- Warty i idziemy spać – odpowiedziałem. – Rano zobaczymy, czy coś się zmieniło. 
Wróciłem do łóżka. Eilo nadal próbowała spać, jakby to, co za oknem, wcale jej nie 

zainteresowało. 

- Wiesz, co tam się dzieje? – machnąłem ręką w stronę ściany. – To robota twoich? 
Eilo patrzyła na mnie, zabawnie marszcząc nos. Unikała mojego spojrzenia, i czułem, 

że nie chce mi powiedzieć prawdy. 

-  Zaczęły  świecić?  –  A  widząc  moje  kiwnięcie  głową,  wzruszyła  ramionami.  –  To 

tylko maszyny. 

Od jakiegoś czasu w rozmowach o świecie Ziaren trafiałem na ten sam mur. Albo Eilo 

nie  chciała  o  nim  więcej  mówić,  albo  jej  nie  rozumiałem.  Teraz  jednak  powiedziała  coś 
konkretnego. 

- A wiec to nie są nasiona? – spytałem. – Po prostu maszyny? 
Skinęła głową. 
-  Ale  czasem  maszyna  zachowuje  się  jak  coś  naturalnego  –  powiedziała.  –  Albo 

odwrotnie. To ma jakieś znaczenie? 

Zaprzeczyłem ruchem głowy, kładąc się obok niej. 
W  mojej  głowie  przewalały  się  różne  myśli.  W  tym  te  najważniejsze:  skoro  to  jest 

maszyna, można ją popsuć. Zablokować. Wysadzić w powietrze. Roślinę można zatruć, to też 
rozważałem. Ale maszynę popsuć łatwiej. Domyślałem się tego, jednak czasem zachowywały 
się jak rośliny, miałem więc wątpliwości. 

Skoro  to  są  maszyny,  można  z  nimi  powalczyć.  Każdy  mechanizm  ma  słaby  punkt, 

wystarczy go odkryć. Przypomniały mi się czasy młodości, gdy robiliśmy kęsim pociągom na 
Śląsku,  gdy  ten  jeszcze  nie  był  Silezją.  Rozłączało  się  wagony  z  węglem  albo  blokowało 
ruchome schody w supermarketach. Zakłócało bramki magnetyczne, żeby wariowały, obsługa 
musiała je na parę minut wyłączyć, a wtedy… no sami wiecie, co wtedy. Ktoś wychodził z 
wnętrza, obładowany towarem. 

Leżeliśmy  obok  siebie,  i  śniłem  sen  o  grupie,  którą  skrzyknę,  aby  niby  partyzanci 

Polski Podziemnej, powalczyć o nasz kraj. 

 

background image

 

 

*** 

 

Rankiem Ziarna wyglądały jak dotąd, nie świeciły się  – chyba że promienie były tak 

słabe, że niewidoczne w dziennym świetle. 

Ale raczej nie świeciły. Byłem jednak prawie gotów dać w zakład własną głowę, że 

gdy zapadną ciemności, te tajemnicze kolumny znów rozjarzą się niby latarnie. 

Ruszyliśmy z powrotem w stronę Katowic. Tam było najwięcej dobrych kryjówek. Do 

bunkra wrócę, musiałem się jednak zastanowić. Nic pochopnie, bo skończymy jak inne grupy. 
Muszę porozmawiać z Bonettim, koniecznie muszę, zanim podejmę jakąś decyzję. 

- Mam coś do ciebie – odwołał mnie na bok Fajzel, gdy wędrowaliśmy gęsiego jakimś 

torem kolejowym. – Wczoraj nie zdążyłem, bo poszedłeś do… do niej. 

Popatrzyłem na niego zdziwiony. Że wielkolud nie lubi Eilo, to wiedziałem. Ale skąd 

się brała niechęć Fajzla? 

- Widziałem już takie światła – rzekł cicho. 
Spojrzałem  na  niego  ze  zdziwieniem.  To  była  nowina.  Od  pięciu  lat,  gdy  zapadały 

ciemności,  rozświetlały  je  tylko  wybuchy  pięści  ognia  albo  księżyc.  Powietrze  powoli 
oczyszczało się ze smogu, gwiazdy świeciły czasem tak jak nad morzem. Ale czegoś, co by 
przypominało blask płynący z elektrycznych lamp, nie miało tu prawa być. 

Fajzel nieznacznym ruchem wskazał Eilo idącą za nami, na końcu grupy. 
- Widziałem trzy noce temu, jak świeciła. 
- Świeciła? – powtórzyłem zaskoczony. – Eilo? – upewniłem się. – Nie przywidziało 

ci się, Fajzel? 

-  Takie  promienie  wychodziły  z  jej  głowy  –  szepnął  Fajzel.  –  Wtedy  myślałem,  że 

może  śnię.  Ale  jak  zobaczyłem  te  fajerwerki  dzisiejszej  nocy…  takie  same,  przysięgam, 
Adam, takie same, tylko cieńsze. 

Patrzyłem  na  niego  badawczo.  Rozumiałem  go  dobrze,  tu  nie  było  pomyłki.  Może 

jakiś wstrząs? 

Nagle prowadzący Kurczach gwizdnął cicho. Raz. Kogoś zobaczył z daleka. 
Wszyscy  w  milczeniu  przykucnęli,  poszukali  broni.  Mógł  to  być  jakiś  samotnik,  ale 

równie dobrze wabik w zasadzce. Albo coś całkiem nowego. 

Dałem Kurczakowi chwilę na rozeznanie się w sytuacji. Zrobił kilkadziesiąt kroków, 

wrócił i na palcach pokazał mi, że jeden i oddala się w prawo, łukiem w stronę Zabrza. 

Gestami  skierowałem  grupę  przez  tory  na  drugą  stronę.  A  Kurczak  jeszcze  przez 

chwilę  patrzył  za  tamtym,  dumny,  że  i  jemu  udało  się  wypatrzyć  niebezpieczeństwo, 
potwierdzić, że jest ważny dla grupy. 

Gdy dołączył, z zadowoleniem poklepałem go po ramieniu. Widać było, jak urósł pod 

dotykiem mojej dłoni. 

W głowie wciąż miałem słowa Fajzla. 

 

*** 

 

Bonetti nauczył mnie jednego: czuć powietrze. Pochodził ze świata, w którym zapach 

odgrywał większą rolę niż w naszym. I potrafił powiedzieć, czy coś pachnie bezpiecznie, czy 
nie. Nawet spalenizny wyczuwał ze sześć rodzajów, w tym dwa „zdrowe”. 

Chodziłem  na  jego  grób,  bo  za  życia  był  mi  bliski.  Ryzykowałem,  wyciągając  jego 

pocięte ciało z membrany. Chociaż mało kto by w to uwierzył, ten Obcy był moim mentorem. 
To dzięki niemu przeistoczyłem się w osobę, która potrafiła przeżyć w tak trudnym  terenie. 
Przedtem  myślałem  o  zapasach,  ale  marzeniem  było  powrócić  do  starego  świata  sprzed 
katastrofy. Bonetti uświadomił mi, że należy nauczyć się żyć w 

NOWYM

 świecie. 

Popatrzyłem na swoich. Grupa nie powiększała się zanadto, ale też nie malała – byłem 

dumny, że potrafiliśmy wejść i wyjść z Ziaren, otworzyć bramy do niektórych światów. 

background image

 

 

Co  Bonetti  powiedziałby  o  dziewczynie  z  Ziarna?  Że  „pachnie”  dobrze,  czy  jednak 

źle? – Źle tu pachnie – powiedział kiedyś, gdy szabrowaliśmy magazyn supermarketu. Nikt 
poza nim nie czuł nic, nawet Veidana, więc nie rozumiałem, o co mu chodzi. Byliśmy głodni, 
a przed nami piętrzyła się sterta puszek, paczek i plastikowych naczyń z jedzeniem i piciem. 
Gdy  takich  rzeczy  jest  dużo,  zawsze  można  trafić  na  coś,  co  się  zaplątało  nieodpakowane, 
nieodkręcone,  z  pełną  zawartością.  Kurczak  już  zniknął  w  wydrążonej  dziurze,  tylko  nogi 
wystawały mu z tunelu obudowanego kartonami. Ale Bonetti nalegał. 

Odeszliśmy  na  pół  kilometra,  gdy  nagle  na  wzgórzu  ponad  supermarketem  pojawiło 

się  kilka  postaci.  A  zaraz  potem  następnych  kilkanaście.  Wiatr  wiał  w  naszą  stronę,  więc 
nawet  gdybym  nie  widział  ich,  poczułbym  że  to  kanibale.  Śmierdzieli  w  zupełnie 
niepowtarzalny sposób. 

Skąd Bonetti wyczuł zagrożenie, pojęcia nie miałem. Zaprzeczył, że wyczuł kanibali, 

bo byli już wcześniej w środku, a supermarket traktowali jak przynętę. 

Jak by czuł Eilo? 
Po  tym,  co  powiedział  Fajzel,  po  raz  pierwszy  zaświtała  mi  w  głowie  myśl,  aby  się 

jednak  pozbyć  Eilo.  Tym  bardziej,  że  gdy  próbowałem  ją  wypytać  o  światła,  wzruszyła 
ramionami.  –  Nic  więcej  nie  wiem  –  ucięła.  A  kiedy  zacząłem  ją  pytać,  jak  przeżyła  lot  w 
Ziarnie cała i zdrowa, tylko wzruszyła ramionami. – Czasem można. 

- Czasem? – spytałem. – A kiedy te maszyny to umożliwiają? 
Wzruszyła ramionami. 
- Nie wiem. Ale teraz to nie jest właściwy czas. 
Ta rozmowa odbyła się kilka godzin wcześniej, bez świadków. Mogłem być szczery. 

Spojrzałem na nią, nie kryjąc gniewu. Podniosłem głos. 

–  Ten  świat  się  kończy  –  prawie  krzyknąłem.  –  Jeśli  nie  da  się  go  odbudować,  to 

chociaż może warto zapytać budowniczych, dlaczego go zniszczyli? 

- Zemsta? – spytała Eilo. – Zemsta nie ma sensu, Adam. Mrówka nie przegryzie skóry 

buta. Nie wślizgnie się w szczeliny, jeśli ich nie ma, rozumiesz? 

Patrzyłem na nią i widziałem, jak wiele ukrywa. 
Ale  co  mogłem  zrobić?  Miałem  w  ręku  dziwną  kartę,  niby  otwartą,  niby  zakrytą,  w 

gruncie rzeczy zagadkową. Z jakiegoś powodu Eilo nas odnalazła. Z jakiegoś powodu była z 
nami.  Już  wiedziałem,  że  to  nie  przypadek.  Zacząłem  się  jej  bać.  Światła  nie  były  wcale 
jedynym powodem. 

To dlatego postanowiłem pójść pogadać z Bonettim. 

 

*** 

 

-  A  ty  jak  zwykle  –  stwierdził  z  ironią  Gryczewski.  –  Pilna  potrzeba  pogadania  z 

trupem. 

Jego cierpki humor wcale mnie nie drażnił, przeciwnie. Lubiłem to. Czasy egzaltacji i 

słodkich  sentymentów  odeszły.  Raczej  bezpowrotnie,  patrząc  na  ruinę,  w  jaką  obracała  się 
Silezja,  coraz  mocniej  poprzerastana  Ziarnami,  coraz  bardziej  wypełniona  istotami,  które 
przepełzły  tu  lub  przeszły  przez  bramy  ze  swoich  światów.  Wręcz  czułem,  jak  zgodnie  z 
tezami Darwina pachnie walką o zbyt małe zasoby. Wkrótce ktoś wyleci z tej niszy. A potem 
zniknie cała nisza. 

Grób Bonettiego znajdował się w… domu. W piwnicy. W pewnym sensie tak samo, 

jak  potraktowałem  sprzęt  przydatny  do  jakiejś  akcji,  który  teraz  leżał  w  zalanym  bunkrze 
strzeżonym  przez  smoki,  tak  też  potraktowałem  zmarłego  przyjaciela.  Zamurowałem  go  w 
jednej z piwnic. Nikt nie wygrzebie jego zwłok, żaden kanibal się nimi nie pożywi ani dzikie 
zwierzęta nie rozwłóczą kości. 

Była  to  niegdyś  samotna  kamienica  niedaleko  drugi  szybkiego  ruchu.  Być  może 

właściciel nie zgodził się na jej sprzedanie, a drogowcy uznali, że da się ją ominąć i nie płacić 

background image

 

 

za wykup, no i stała taka sierota, jakieś dwadzieścia metrów od sześciopasmówki biegnącej z 
Ligoty do centrum Katowic, niby pojedynczy ząb. 

Teraz  droga popękała, bo materiał, osłabiony eksploatacją, nie wytrzymał  wstrząsów 

powodowanych przez Ziarna. Kamienica też już nie stała w całości, tylko jedna z bocznych 
ścian jeszcze sterczała, niby ułomek trzonowca. Ale piwnice wciąż nie zostały zniszczone. W 
jednej z nich leżał Bonetti. 

Zostawiłem  swoich  po  drugiej  stronie  drogi,  bo  przeskakiwanie  przez  drogę  zawsze 

było trochę ryzykowne, nawet jeśli trwało to dziesięć sekund, stanowczo za krótko, by sieć 
mogła zareagować, chyba że pechowo akurat wisiała rozciągnieta niemal nad głową. Nawet 
tu,  w  mieście,  na  takim  pustym  terenie  należało  się  liczyć  z  niebezpieczeństwem.  Od 
niedawna obawiałem się też smoków. Nie miałem pojęcia, czy są drapieżne, jednak wolałem 
tego nie sprawdzać. 

Ziarna posapywały jak zwykle. Były to ciężkie westchnienia, które teraz, po wyznaniu 

Eilo,  że  to  maszyny,  przypominało  mi  już  nie  płuca,  tylko  kowalskie  miechy.  Płynna  stal 
podgrzewa się i wytapia. Proces trwa. 

Zabrałem  Eilo  ze  sobą.  Nie  chciałem,  aby  została  z  Archibem  i  Gryczewskim, 

obawiałem się, że jej coś zrobią. Ale chciałem też mieć ją przy sobie, gdy będę rozmawiać z 
Bonettim. Kto wie, co z tego wyniknie?  

Przeskoczyliśmy,  kuląc  się  z  przestrachem,  przez  drogę.  Dotarliśmy  w  milczeniu  do 

kamienicy. Czujnie rozglądałem się dokoła,  jednak niczego niepokojącego nie dostrzegłem. 
Byłem pewien, że bacznie strzeże okolicy także Archib z nieodłączną bronią w ręku. 

Patrzyła zdziwiona, jak odnajduję ledwie widoczne schody do piwnicy. Wydawało się, 

że  gdy  kamienica  runęła,  zasypało  wszystko,  ja  wiedziałem  jednak,  że  w  tym  miejscu  pod 
cienką  warstwą  gruzu  znajduje  się  blacha,  a  pod  nią  powinno  być  już  czysto.  W  razie 
potrzeby grób Bonettiego mógł też stać się dobrze zabezpieczoną kryjówką. 

Wreszcie  odgruzowane  z  ułomków  czerwonej  cegły  wejście  stanęło  otworem. 

Pociągnąłem  nosem.  Ze  środka  nie  wionął  żaden  zły  zapach.  Rozejrzałem  się  dokoła,  po 
czym pociągnąłem Eilo do wnętrza. 

W  środku  było  dosyć  ciemno,  póki  wzrok  się  nie  przyzwyczaił.  Podniesiony  kurz 

wirował w powietrzu niby gęsta mgła, prowokując na siatkówce oka tajemnicze wzory. 

- No to przyszedłem, Bonetti – zacząłem cicho. – Chyba po raz ostatni, wybieram się 

tam gdzie ty. Nie, nie w zaświaty. Do świata Ziaren. Co myślisz? 

Powiecie,  że  oszalałem.  Być  może.  Ale  to  tutaj,  choć  zwykle  sam,  mogłem  na  głos 

wypowiedzieć tych kilka dręczących mnie pytań i poczekać, aż z wnętrza głowy albo od tego 
ducha za ścianą napłyną odpowiedzi. Miałem wrażenie, że Bonetti nie całkiem umarł. Tutaj 
napływały,  czasem  od  razu,  czasem  po  dłuższej  chwili,  myśli,  które  niekiedy  mnie 
zaskakiwały, jakby nie pochodziły ode mnie. 

A jeśli nawet, to i tak dobrze, że w ogóle przychodziły. 
- Mówisz, że zginę – mruknąłem. Eilo za moimi plecami poruszyła się niespokojnie. – 

To  zginę,  co  robić.  Słyszałeś  o  światłach?  A  Ziarna  huczą  coraz  głośniej,  Bone.  Tu  i  tak 
wszystko zaraz szlag trafi. 

Pomilczałem. 
-  Zginę,  wiem  –  potwierdziłem.  –  Ale  co  robić.  Każdego  kiedyś.  Grupa?  Pójdą  za 

mną, Bone. Razem, jak wtedy. 

Kątem oka obserwowałem Eilo. Denerwowała się coraz bardziej. 
- Muszę wracać, oni czekają – wstałem z kucek. – Trzym się, Bone. Wrócę albo i nie. 

Ale  niech  twoich  kości  nie  dotknie  żaden  szalach  –  pożegnałem  go  tak,  jak  chciał. 
Czymkolwiek było to stworzenie z jego świata, bał się go. I tylko jego. Nie bał się membrany, 
świata Ziaren, bał się jedynie, że jakiś stwór zje jego kości, a on nie zazna odpoczynku. 

Eilo z ulgą wyszła na światło dnia. 
Patrzyłem na nią zamyślony. 

background image

 

 

 

*** 

 

Najbardziej cięty na moją towarzyszkę był oczywiście Archib. 
Ale  to  nie  on  udowodnił  mi,  jak  niewiele  wiem  o  Eilo.  Jak  bardzo  jestem  ślepy.  W 

pewnym sensie otworzył mi oczy. 

Było  to  następnego  dnia  po  wizycie  na  grobie  Bonettiego.  W  nocy  Ziarna  szalały, 

połączeń wydawało się coraz więcej. 

- Już nie spadają – zauważył Gryczewski, paląc papierosa. 
Ze zdziwieniem przyznałem mu rację. 
- Nie spadają, od kilku dni nie ma ognia, ale jest to przeklęte światło – ciągnął. – Już 

po nas – podsumował. Odwrócił się i ruszył w swoją stronę, nie czekając na mój komentarz. 

Którego nie miałem, bo i cóż można było dodać do jego słów? 
W dzień oddalaliśmy się znów w stronę Sosnowca. Ziarna rozrosły się, właściwie nie 

było  to  już  to  samo  miasto,  co  kiedyś.  Chociaż,  może  wszystkie  miasta  tak  wyglądały?  Z 
jakiegoś powodu Ziarna nie chciały rosnąć na pustkowiach. Tam krążyły sieci i inne pułapki 
albo wypuszczone przez ludzi ze świata Ziaren, albo przez kogoś innego. 

W  każdym  razie  ruiny  wieżowców,  wież  kopalnianych,  wszelkich  wysokich 

budynków poprzerastane były konstrukcjami Ziaren. Nie były to  ciasne labirynty,  ale czuło 
się, że nasz świat zaczyna się dławić tą obcą, wrastającą niby nowotwór tkanką. 

I  co  dalej?  –  pytałem  sam  siebie.  Chociaż,  cóż  można  było  robić,  poza  próbą 

przeżycia? Próbować wejść do świata Ziaren. O  tym  myślałem.  Ale jak  miałbym  to  zrobić, 
nie wymyśliłem. 

Następnej nocy rozbiliśmy obóz niedaleko ruin dawnego stadionu piłkarskiego. Wciąż 

było  to  jedno  z  najspokojniejszych  miejsc  tutaj,  chociaż  niedaleko  dworca  kolejowego, 
kilometr dalej, wyrosło Ziarno. 

Nocą  wyszedłem  przed  kryjówkę,  żeby  zaczerpnąć  tchu  i  zebrać  myśli.  Co  robić? 

Wracać do Gliwic po sprzęt i wchodzić do Ziarna? A jeśli skończę jak Bonetti? 

Patrząc na niezrozumiałe przerastanie się tych potężnych kolumn niciami świetlnymi, 

czułem,  że  pomysł  z  miejską  partyzantką  nie  wypali.  I  nawet  nie  dlatego,  że  nie  zacząłem 
szukać  innych  grup.  Po  prostu  szybko  narastał  jakiś  proces,  natury  którego  kompletnie  nie 
pojmowałem. Eilo w jednym miała rację: mrówka niewiele może zrobić swoimi żuwaczkami 
komuś obutemu w solidny but. 

Stałem więc, patrząc na miasto, gdy nagle jeszcze przed chwilą czuwający obok mnie 

na warcie Fajzel trącił mnie w ramię. 

- Muszę ci coś pokazać, Adam – rzekł niewyraźnie. Zawsze mówił niewyraźnie, miał 

dziwne  zęby  wyglądające  jak  rybie  kołki,  ale  teraz  naprawdę  ledwie  go  rozumiałem,  jakby 
bardzo się denerwował. 

Poprowadził mnie w bok od naszej kryjówki. Rosło tam sporo zieleni, stadion otaczały 

małe, sztucznie uformowane pagórki obsadzone krzewami i drzewami. 

Eilo stała właśnie w głębi jednej z takich małych dolinek pomiędzy pagórkami, ukryta 

przed  naszym  wzrokiem.  Z  rozrzuconymi  rękoma,  nieruchomo.  Twarzą  obrócona  była  ku 
najbliższemu Ziarnu, którego czubek wystawał ponad nieckę. 

Smuga srebrzystej mgły otaczała twarz dziewczyny, czy tego, czym była. Cieniała w 

odległości  metra  czy  dwóch,  wydłużała  się  w  srebrną  nitkę,  która  biegła  w  stronę  łuku 
pomiędzy dwoma Ziarnami, łączyła się gdzieś w środku jego długości. 

Miałem  ochotę  zapłakać,  ale  Fajzel  energicznym  szarpnięciem  pociągnął  mnie  za 

ramię. Starając się zachować ciszę, cofnęliśmy się do naszej kryjówki. 

Tam czekał już na nas Archib. Wiedział. Albo Fajzel mu powiedział, albo  wielkolud 

poszedł za nami, ciekaw, co chce mi pokazać Fajzel. 

– To przesądza sprawę. Trzeba ja zabić – szorstko rzekł. – Myślisz inaczej? – spojrzał 

background image

 

 

na mnie badawczo. 

Nie  zaprzeczyłem.  Coś  we  mnie  się  skręcało  z  bólu,  ale  nie  zaprzeczyłem,  nie 

umiałem. 

– Jeśli się da. Może lepiej odejść, upozorować jakiś wypadek i zgubić ją? 
-  Zgubić?  -  z  goryczą  powiedział  Hesterianin.  –  Chcesz  ją  zgubić?  A  jak?  Ona 

przyszła naszym śladem, a ja myślę, że nas szukała. Nie wiem tylko, dlaczego. Zapytaj, jeśliś 
odważny. 

Archib popatrzył na mnie z miną, która nie wróżyła niczego dobrego. 
-  Jeszcze  jedno,  człowieku.  Masz  dzień  na  wyjaśnienie  sprawy.  Jutro  wieczorem 

odchodzę, jeśli nadal będę uważać, że ona jest dla mnie zagrożeniem. Rozumiesz? 

Skinąłem głową. 
- Rozumiem. 

 

*** 

 

W nocy, gdy wszystko ucichło, a my z Eilo zajęliśmy odrębny pokój, postanowiłem 

dłużej nie czekać. Gdzieś tam pewno siedział Archib, czyszcząc broń. Wiedziałem, co myśli. 
Wiedziałem, że podjął decyzję. Albo on, albo Eilo. 

Nie chciałem stracić ani jego, ani jej. Wciąż się łudziłem. 
Ale tylko do pierwszych jej słow. Bo gdy stwierdziłem, że widzieliśmy ją z Fajzlem i 

Archibem  w  dolinie,  przez  twarz  Eilo  przebiegł  dziwny  grymas,  którego  nie  umiałem 
zinterpretować i rzekła: 

- Zatem domyślasz się, kim naprawdę jestem. – W jej słowach nie było pytania. Było 

stwierdzenie. Przeniknąłem ją. Odkryłem jej tajemnicę. 

Nie, nie odkryłem. Wiedziałem już, że mnie okłamywała, a prosto skojarzyć fakt, że 

kontaktowała się poprzez Ziarna ze swoimi. 

-  Jesteś szpiegiem?  – mruknąłem.  – Nie prościej  było  nas  zabić? Kula ognia i  cześć. 

Albo sieć. Albo cokolwiek innego. Jaki opór może stawić mrówka, czyż nie? 

Eilo usiadła ze skrzyżowanymi nogami. 
- Ale my nie chcemy was zabijać – stwierdziła. – Ja przybyłam po ciebie, Adam. Masz 

imponującą łatwość dogadywania się z innymi. Chcemy, żebyś pomógł nam wyciągnąć stąd 
ludzi, a może też innych. Twoja grupa mogłaby stać się ambasadorami dla wielu gatunków. 

- A nie prościej było zostawić nas w spokoju? – spytałem gorzko. 
-  Nie  –  odparła,  wciąż  z  nieruchomą  twarzą.  -  Nie.  Znaleźliśmy  inny  sposób  na 

podróże  w  przestrzeni  niż  liniowe  trasy  i  z  tego  nie  zrezygnujemy.  Ziarna  niszczą  wasze 
światy tu, możemy odbudować je gdzie indziej. 

- Rezerwaty, tak? – spytałem gorzko, przeklinając własną głupotę. Choć już pojąłem, 

że  ona  właściwie  nie  pozostawiła  mi  żadnego  wyboru,  poza  pozornym,  którego  dokonałem 
tam, w tej małej willi, rozmawiając z nią. 

- Miejsce do życia, tak – odparła Eilo. 
- Gdzieś na uboczu waszego życia? 
Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. 
-  Adam,  ubocze  naszego  życia  może  być  środkiem  waszego.  Rozumiesz,  jak  działa 

Ziarno?  Postrzegasz  świat  w  ośmiu  wymiarach?  Chciałam  cię  oswoić  z  myślą  o  zostaniu 
takim  pośrednikiem,  nie  zdążyłam.  Teraz  to  się  nie  uda.  Ale  możesz  zabrać  tę  grupę, 
reprezentujecie kilka gatunków, możecie zostać ambasadorami. 

- A jeśli nie? – spytałem. 
-  Za  kilka  tygodni  Ziarna  zaczną  zmieniać  tę  planetę.  Inne,  na  których  mają  część 

korzeni, też – sucho oznajmiła Eilo. – Nikt tego nie cofnie. Za kilka tygodni nie dacie rady tu 
żyć. 

 

background image

 

 

*** 

 

W ciągu dnia nie miałem za wiele czasu na rozmyślania. Prowadziłem grupę na drugą 

stronę miasta, ale może była to bardziej ucieczka przed samym sobą? 

Nawet  przed  pojawieniem  się  Eilo  dostrzegałem  narastające  problemy  ze 

zdobywaniem jedzenia. Kryjówek było pod dostatkiem, jednak zdobywanie jedzenia stawało 
się koszmarem – szczególnie dla innych ras, gdy musieliśmy się wślizgiwać do Ziaren. 

Wreszcie pod wieczór, wciąż łapiąc kose spojrzenia Archiba i reszty, poddałem się. 
Odwołałem Hesterianina na bok. 
- Nie dałem rady – wyznałem z kwaśną miną. – Daj mi jeszcze dzień. Ona dużo wie o 

Ziarnach – dodałem usprawiedliwiająco. – Może powie coś, co zmieni sytuację? 

Popatrzył na mnie i podrapał się po wypustkach na szyi. 
- Może odejdę – powiedział twardo. – Taka była umowa. 
- Tylko proszę. 
-  Może  zostanę  –  rzekł,  patrząc  na  mnie  z  wahaniem.  –  Ale  w  każdej  chwili  mogę 

odejść. Bez uprzedzenia – ostrzegł. 

Skinąłem głową. 
- Dziś się z nią rozmówię, Archib. Dziś albo jutro, przysięgam. 
Zmełł w ustach przekleństwo, którego nie zrozumiałem. 
- Zgubisz nas. Zgubisz nas wszystkich – syknął wreszcie ze złością i poszedł w bok, w 

ciemność. 

Po chwili zobaczyłem strzał z lasera. Strzelał w krzaki, i pewno nikogo tam nie było, 

ale… Archib się denerwował. 

 

*** 

 

Ale  nie  rozmówiłem  się  tego  wieczora.  Znaleźliśmy  sobie  miejsce  na  nocne  leże, 

niski,  solidny  blok  z  betonu,  który  ostał  się  w  całości,  a  szybki  zwiad  Archiba  i  Fajzla  nie 
wykazał  żadnych  użytkowników.  Blok  miał  trzy  klatki,  jak  zwykle,  rozbiliśmy  obóz  w 
środkowej,  w  mieszkaniach  na  najwyższym  piętrze.  Zaminowaliśmy  dach  i  dół  klatki 
schodowej. 

Nim  nadciągnął  zmierzch,  nagle  zza  okien  rozległo  się  dziwne  posapywanie, 

przerywane co minutę czy dwie jękiem przypominającym łkanie. Rzuciśmy się do okien… w 
samą porę, aby zobaczyć, jak niebo ciemnieje od strony Szopienic. Nadlatywało stamtąd sto, 
dwieście, może tysiąc czegoś, co nawet z tej odległości nie przypominało ptaków wielkości 
kruka. Od razu domyśliłem się, co to. 

- Smoki! – Powiedzieliśmy to równocześnie z Kurczakiem. Tyle że ja z niesmakiem, 

on z grozą pomieszaną z nutą fascynacji. 

- Wszyscy do kuchni i łazienki, odsunąć się od okien! – zakomenderowałem. – Broń w 

pogotowiu! 

Właściwie nie musiałem tego mówić. Było jasne, że stwory mogą nas wypatrzyć przez 

okna. Na szczęście mieszkania miały ślepą kuchnię i łazienkę łączoną z ubikacją. Budowane 
seryjnie  za  Gierka  bloki  były  kiedyś  szczytem  marzeń,  choć  nie  wygody.  Teraz  mogły  nas 
ukryć  przed  stworzeniami,  chyba  że  któreś  spróbuje  tu  wlecieć,  zwabione  naszymi 
zapachami. 

W  kuchni  stłoczyliśmy  się  ja,  nieodłączna  Eilo,  Archib  i  Kurczak,  reszta  utknęła  w 

łazience. 

Posapywanie  i  łkanie  pozostały  na  tym  samym  poziomie,  teraz  jednak  dołączyły  do 

nich inne odgłosy: skrzeki i mokre chlupanie. A także cienkie piski. 

Nagle  to,  co  na  pewno  mogłem  przypisać  tym  stworom,  ucichło.  A  po  dziesięciu 

sekundach rozległ się głos. Potężny bas, który wibrował jak głos wzmocniony przy pomocy 

background image

 

 

jakiegoś narzędzia. Choć równie dobrze mógł to być tylko worek powietrzny. 

Ucichł, wtedy odpowiedział mu inny. 
A po chwili znów wybuchła wrzawa, miałem wrażenie, że z jakąś złością. 
- Kłócą się? – szepnąłem Archibowi do ucha. 
Wielkolud,  wciąż  mierzący  laserem  w  balkonowe  okno,  przez  które  mógł  próbować 

dostać się jakiś smok, skinął głową. 

Nagle głosy zawibrowały, a potem wybuchła prawdziwa wojna, słyszeliśmy gryzienie, 

wrzaski bólu, smród dolatywał aż do nas, bo stwory musiały się rozłożyć na pustej przestrzeni 
pomiędzy blokami. 

Walczyły przez pół nocy. Spaliśmy kolejno, ale cóż to była za drzemka. 
Świat  się  kończył.  Wszyscy  zagryzali  samych  siebie.  Gdy  nadejdzie  ostatni  dzień, 

może już nie być nikogo, kto by obejrzał jego świt – pomyślałem. 

 

*** 

 

Następnego dnia po smokach pozostał tylko smród i trochę kości tych, które zginęły w 

potyczce. Objedzone do kości szkielety. 

Wciąż docierało do nas posapywanie, odmienne w tonacji od tego, co zawsze. To nie 

były  smoki.  To  były  Ziarna.  Wciągały  powietrze  łapczywie  jak  człowiek,  który  się  dusi, 
nieregularnie, z jakimś bolesnym napięciem. 

Z zaniepokojeniem spojrzałem na Eilo. Nie musiała mówić nic więcej ponad to, co już 

powiedziała. „Za kilka tygodni nie będziecie już mogli tu żyć”. 

Za kilka tygodni, a może szybciej. Po południu jedno z Ziaren, w bok od naszej trasy, 

nagle wydało z siebie przenikliwy dźwięk skargi, jakby coś je bardzo bolało, po czym nagle 
nastąpił błysk, który nas oślepił – zupełnie jakby kilometr od nas wybuchła bomba atomowa – 
a w miejscu Ziarna stanął słup ognia. Nie wydawał się rozlewać na okolicę, ale musiało tam 
być potwornie gorąco, bo powietrze drżało. Cieszyłem się, że dzieli nas od niego z dziesięć 
kilometrów,  martwiłem  się  jednak,  bo  przecież  wciąż  omijaliśmy  któreś  z  tych  czarcich 
nasion. 

- Partyzanci – zażartował ponuro Archib. – Może te stwory z wczoraj, smoki. 
- Może – mruknąłem. 
Pamiętałem to, co mi ostatnio powiedziała Eilo, gdy zadałem jej pytanie: 
- Ale po co wam bramy do innych światów? 
Pokręciła wtedy przecząco głowa. 
-  To  nie  są  bramy,  Adam,  chociaż  można  nimi  przejść  między  światami.  To  tunele. 

Nimi ruszy kiedyś przestrzeń… nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Wszystko się połączy. Nie 
w waszych trzech wymiarach. 

Zamyśliłem się. Nie rozumiałem jej.  Jednak czy wiewiórka biegająca po parku musi 

rozumieć postępowanie tych, którzy posadzili tu wiązy, dęby i kasztanowce, wytyczyli alejki? 

Eilo  powtarzała  mi,  że  kasztanów  i  żołędzi  zaraz  zabraknie.  I  teraz  płonące  Ziarno 

uświadomiło mi, że może wkrótce park stanie cały w ogniu? Bo ludziom potrzebna jest pusta 
przestrzeń? 

 
 
 

*** 

 

Nie,  nie  było  co  zwlekać.  Płonąca  pochodnia  przesądziła  sprawę.  Przez  godzinę 

zastanawiałem  się,  czy  istnieje  alternatywa.  Wreszcie  wieczorem,  gdy  rozbiliśmy  obóz, 
usadziłem wszystkich w kręgu, Eilo mając obok siebie – i powiedziałem im, co myślę. Że tu 
nie  mamy  szans.  Że  Eilo  nie  jest  uciekinierką,  że  przyszła  po  mnie.  Po  nas,  jeśli  chcą. 

background image

 

 

Wejdziemy razem z nią do jej świata. Przeżyjemy. Ona to gwarantuje. Tu popatrzyłem na nią. 
Potwierdziła. 

-  Kiedy  wszystkie  Ziarna  zapłoną,  nic  tu  po  nas  –  mówiłem.  –  Trzeba  skorzystać  z 

oferty, chociaż miewałem lepsze propozycje. 

- Niech ona odejdzie – chrapliwie powiedziała Veidana. – Niech zostawi w spokoju. 
Eilo uratowała jej życie. Mimo to nawet Veidana jej nie ufała. Nawet ona. 
Milczeli, lecz ich spojrzenia były jasne. 
-  Nie –  powiedział Gryczewski.  –  Niech ona odejdzie, a my pójdziemy swoją drogą, 

Adam? 

Pokręciłem przecząco głową. 
-  Kanibale,  smoki,  pochodnie  z  Ziaren…  ty  wiesz,  co  się  stanie,  jak  będziesz  sto 

metrów od tego cholerstwa, kiedy zapłonie? A co będzie jutro? 

Popatrzyłem na nich. 
- Nikt nie chce iść ze mną i Eilo? 
Milczeli. Nikt nie chciał. Nawet Strosz zaprzeczył zdecydowanym  ruchem kanciastej 

głowy. Na ustach Kum-Kumbiego pękła cuchnąca bańka. Nikt. Nie. 

Z goryczą, ale i zrozumieniem skinąłem głową. 
-  Skoro  tak,  odejdziemy  sami.  Wiecie,  gdzie  są  schowki  i  magazyny,  Gryczewski, 

dostaniesz mapę. Ja odchodzę. Niespieszno mi tutaj umierać. 

- Pójdziesz za tą syreną? – spytał gorzko Gryczewski, patrząc na mnie. – Porzucisz nas 

dla tych słodkich i zdradzieckich śpiewów? 

Zaś  Archib,  ten  Archib,  za  którego  dałbym  sobie  obciąć  głowę,  nagle  wyjął  nóż  i 

rzucił nim prosto w Eilo. 

Nie zdążyła się uchylić, zresztą nawet nie próbowała. Nóż wbił się w jej pierś, i wtedy 

stało się coś, co sprawiło, że zrozumiałem, iż naprawdę mam przed sobą Obcą. Nie kobietę 
trochę inną, z planet podobnych Ziemi, tylko rozsianych gdzieś w kosmosie. Nóż zaczął jakby 
płonąć, topić się i dymić. A kiedy spłynął po jej stroju, w ranie zobaczyłem światło. Miliony, 
miliardy oślepiająco jasnych, migotliwych nici. Była pełna obcości. Nie była z krwi i kości, 
jak my. 

Nie…  nie  zamierzam  kłamać.  Sprawiło  mi  to  ulgę.  Byłem  zarazem  wściekły  na 

Archiba, który stał oniemiały, widząc skutek swego zdradzieckiego ciosu, jak i zadowolony, 
że Eilo nie kłamała. Nie mogła kłamać. Była z całkiem innej bajki niż my, tlenowcy, jadający 
jakieś brykiety czy owoce, ale w sumie dosyć do siebie podobni. 

Ucieszyłem  się  jeszcze,  że  nie  próbowałem  się  do  niej  dobierać.  To  mogło  być 

doświadczenie. Kochałem ją coraz mocniej, lecz obawiałem się jej coraz bardziej. 

Patrzyła na nas i jej twarz smutniała coraz bardziej. Przyłożyła ręce do rany, zwierając 

jej brzegi. Momentalnie jej ręce też zaczęły świecić. 

- Moja propozycja pozostaje w mocy – powiedziała cicho. – Ale ja muszę wracać do 

Ziarna. Więc kto z was chce, idzie ze mną. Drugiej szansy nie będzie. Adam? – popatrzyła na 
mnie. 

A  ja  popatrzyłem  na  nich.  Na  Archiba,  który  teraz  stał z  opuszczonymi  rękoma.  Na 

Fajzela.  Na  wciąż  utykającą  Veidanę.  Na  Kurczaka.  Gryczewskiego  i  Kum-Kumbiego, 
przyglądających mi się z niesmakiem. Na Banacha, który zawsze stał gdzież z boku. 

Byli moją grupą, to ja ich stworzyłem. Stworzyłem i byłem odpowiedzialny. 
Ciężko było podjąć decyzję. 
- Pójdziesz za tą syreną? – zachrypiał Kurczak. – Na zgubę? 
- Tu zginiemy – powiedziałem. – Tam… kto wie? 
- Bonetti też wierzył – powiedział Gryczewski. – Odwiedzasz jego grób, prawda? 
Wzruszyłem ramionami. 
- Właśnie. I Bonetti by poszedł teraz do tych od Ziarna. Próbował, nie mając klucza. 
- Przestań! – krzyknął nagle Archib. – Jesteśmy grupą! Zróbmy głosowanie! 

background image

 

 

Przecząco pokręciłem głową, już wiedząc, co się wydarzy. 
- Ja idę. Odwrócę się i pójdę, a kto chce, może iść z nami. Archib, nie rzucaj więcej 

nożami, chyba że w te latające straszydła. 

I poszliśmy z Eilo w stronę najbliższego Ziarna, które sapało, pulsowało i zmieniało u 

podstawy kolor jak ciężko pracująca macica. 

Patrzyli  na  mnie.  Byłem  zdrajcą.  Jednak  Eilo  pokazała  mi  alternatywę  wobec 

samotności i bezsensownej śmierci. 

 

*** 

 

Do  końca  miałem  nadzieję,  że  chociaż  jedno  z  nich,  Gryczewski?,  Archib?,  a 

zwłaszcza Kurczak, ruszą za mną. A to złamie pozostałych. Zwalniałem kroku, jak się dało. 

- Oni nie pójdą za tobą – powiedziała nagle Eilo. – Oni się boją. 
- Też się boję – mruknąłem, patrząc jej prosto w twarz. O ile miała twarz. Po tym, co 

zobaczyłem w ranie zadanej przez Hesterianina, nie byłem już pewien, 

CZYM

  jest  Eilo.  Czy 

też nie jest maszyną. 

-  Oni  się  boją,  że  jesteś  zmieniony,  że  już  nie  jesteś  Adamem  –  wyjaśniła  do  końca 

swoją myśl. 

Pokiwałem głową, starając się nie złamać nogi na gruzie wokół huczącego Ziarna. 
- Też mi to przyszło do głowy. 
Mniej więcej to samo niedawno powiedział Gryczewski. Ale w środku czułem się tym 

samym Adamem Rapackim co kiedyś. Może tylko twardszym. 

Tymczasem Ziarno znów otwierało się przed nami, gigantyczna kolumna, wsparta na 

liściach wielkich jak transatlantyki, ostrych jak brzytwy. Po nich wspinaliśmy się w głąb, w 
stronę łodygi. 

Wreszcie  minęliśmy  szypuły  z  bramami  światów  znanych  i  nieznanych  i,  unikając 

ostrzy,  weszliśmy  w  głąb  łodygi.  Wkrótce  zrobiło  się  ciemniej,  tylko  przez  szczeliny 
docierało światło. Wreszcie pojawiła się jedna z bram do świata Ziaren. Miała dziwny kolor, 
czerń  obwiedziona  była  jaskrawym  pomarańczem,  jak  ogień  przeświecający  przez  ciemną 
zasłonę. 

- Musimy ja ominąć – nakazała Eilo. 
I znów wędrowaliśmy wzdłuż łodygi, aż dotarliśmy do kolejnej bramy, ze sto metrów 

ponad ziemią. 

Eilo nagle wyjęła skądś pas materii. 
- Musisz założyć na głowę – nakazała. 
Popatrzyłem  na  nią.  Wciąż  coś  do  niej  czułem,  ale  Eilo  wymagała  ode  mnie  bardzo 

dużo zaufania. 

Chociaż, zreflektowałem się, przecież  gdyby  chciała mnie zabić, to  otwarte oczy mi 

nie pomogą. Posłusznie wziąłem materię w ręce, dziwiąc się jej szorstkości, i dałem zawiązać 
nie tylko na oczach, na całej głowie, dookoła szyi. Mogłem jednak przez nią oddychać. 

A potem Eilo pociągnęła mnie za ręce i przeszliśmy przez bramę. Poczułem gorąco, i 

nagle chłód. 

Ale  ona  ciągnęła  mnie  dalej.  Znów  gorąco,  chłód,  coś  zatrzeszczało  –  Ubranie  się 

pali?  –  pomyślałem  z  przerażeniem  –  fala  gorąca  objęła  moje  ciało,  już  chciałem  zerwać  z 
twarzy tę szmatę – gdy nagle wszystkie przykre wrażenia ucichły. 

- A teraz patrz – powiedziała Eilo. I zdjęła z mojej głowy osłonę. 
Spojrzałem… 
To  był  ogród,  niemal  jak  z  rozdawanych  na  kolędzie  obrazków.  Słodki  raj,  pełen 

drzew  i  krzewów,  starannie  wypielęgnowany.  W  moje  nozdrza  uderzył  zapach,  jakiego  nie 
powstydziłby się najlepszy sadownik. 

Zaśmiałem  się,  a  potem  spojrzałem  na  Eilo.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo 

background image

 

 

zabawny był to widok. 

Nasi  niszczyciele,  nasi  zwycięzcy,  nasi  łaskawcy  stworzyli  dla  nas  rajski  ogród. 

Zapewne uznali, że to jest to, za czym ludzka zbiorowość, przynajmniej największa jej część 
tęskni: do biblijnego Edenu. 

Edenu dla przegranych. 
Śmiałem  się,  obejmowałem  ją,  śmiałem  się  znów,  tańczyłem  z  nią  niezgrabnie  i 

brakowało mi tylko drzewa, z którego mogłem zerwać jabłko. 

Ale że gdzieś tu takie drzewo rośnie, byłem pewien i postanowiłem go poszukać. 
Nagle  Eilo  zaskoczyła  mnie  znów.  Och,  jak  bardzo  miałem  zostać  zaskoczony, 

bogowie  przenajświętsi.  Gdy  ja  planowałem,  że  ściągnę  tu  ludzi,  a  potem  odnajdę  tego 
cholernego  Hesterianina  i  resztę,  i  jego  też  za  uszy  wytargam,  jakoś  przekonam  do 
współpracy  –  gdy  ja  snułem  te  wizje,  oszołomiony  światem  tak  różnym  od  naszego 
obróconego w perzynę, ona, ona po dokonaniu swego dzieła myślała już o kolejnych krokach. 

- Idź – powiedziała, wskazując mi ręką kierunek, przypadkowy, bo przecież ogród był 

taki sam w każdym kierunku, w który skierowałem spojrzenie. 

- A ty? – spytałem zdziwiony. 
- Ja muszę odejść – odparła. – Teraz muszę odejść, Adam. 
Coś  we  mnie  krzyknęło.  Nim  jednak  zdołałem  coś  powiedzieć,  zaprotestować,  ona 

rozwiała się jak smuga wielokolorowego światła. 

I tylko te cząstki światła i cisza przyjęły mnie na spotkanie w tym przeklętym Edenie. 
Prawdziwa miłość nie była tu mile widziana. 

 

*** 

 

Wciąż krążę po tym ogrodzie, czekając na Eilo, która nie wraca. 
Wciąż zastanawiam  się,  czy jej uroda, jej  kuszenie nas, były tylko  narzędziami,  aby 

mnie tu sprowadzić? Czy poszedłem za syreną, pozostawiwszy na pastwę losu swą grupę? 

Czy moja miłość była tylko wyobrażeniem? 
Nikt po mnie nie przyszedł. Ani ona, ani nikt inny. Wciąż tu czekam, wywiedziony do 

pustego Edenu. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska.