background image

Dyskusja jest nieodzowna w humanistyce, nie tylko po to, aby ewentualnie przekonać innych do 

swoich poglądów, ale także po to, by poddać je weryfikacji w toczącej się polemice. Dlatego rozmawia-

jąc z Jarosławem Sochackim, zachęcałem go do podjęcia polemiki przede wszystkim z moimi propozy-

cjami innych rozwiązań różnych problemów badawczych, dotyczących stosunków polsko-niemieckich 

w X i XI wieku, które opublikowałem w recenzji jego rozprawy doktorskiej.  Niestety przedstawiony tekst 

jest dla mnie rozczarowujący, gdyż Autor jeśli już porusza sprawy kluczowe – a to jest chyba najbardziej 

interesujące – to bardzo powierzchownie, a najczęściej przyjmuje postawę obronną – co samo w sobie jest 

zrozumiałe – skupiając się przede wszystkim na pomniejszeniu wymowy mojej krytyki jego książki na 

przykładach, moim zdaniem, mniej istotnych dla problemu, a przy tym nie mając racji, jak niżej wykażę. 

W sprawach zasadniczych J. Sochacki nie wchodzi w dyskusję z przedstawionymi przeze mnie argumen-

tami, niemal całkowicie je ignorując. Większość zastrzeżeń Autora, co do trafności moich uwag krytycz-

nych wobec książki wzięła się z dość nieuważnego przeczytania tekstu recenzji oraz z tego, że J. Sochacki 

nie zadał sobie trudu przynajmniej częściowego zapoznania się z literaturą, na którą się powołuję.

Formalnie J. Sochacki uznał zasadność moich zastrzeżeń, co do użyteczności pojęcia „prawo mię-

dzynarodowe” dla badanego okresu (s. 412), ale odnoszę wrażenie, że akceptuje on nie to, co w swoich 

wywodach sugerowałem, lecz to, co chyba błędnie zrozumiał. Jego stwierdzenie, że „zgodnie z uwaga-

mi D.A. Sikorskiego należy przyjąć, że stosunki międzypaństwowe regulowano na zasadach obowiązują-

cych w systemie lennym” (s. 412), stoi w sprzeczności z tym, co napisałem (s. 248), iż „w pewnym sen-

sie zastępczą rolę wobec braku prawa międzynarodowego pełniły zasady obowiązujące w prawie lennym, 

StuDIA  hIStorIcA  SlAvo-GermANIcA  t. XXIX  –  2013-2013

Dariusz Andrzej  S i k o r s k i   (Poznań)

o (NIeuDANych) StoSuNkAch polSko-NIemIeckIch –  

replIkA

REPLIKA

1

 prezentowany tu tekst został napisany w 2008 roku i oddany redakcji ShSG, która przyjęła go do 

druku w tomie 27, w którym miał ukazać się równolegle do repliki J. Sochackiego. Z nieznanych mi po-

wodów nie ukazał się ani w tym, ani w kolejnym tomie. Dla przypomnienia rzecz dotyczy polemiki wo-

kół książki J. Sochackiego, Stosunki publicznoprawne między państwem polskim a Cesarstwem Rzymskim 

w latach 963-1102, Słupsk-Gdańsk 2003, moja polemika: O stosunkach polsko-niemieckich w X i XI wie-

ku,  Studia  historica  Slavo-Germanica,  26(2004-2005)  [druk  2006],  s.  245-275  i  replika  J.  Sochacki, 

Ponownie o stosunkach publicznoprawnych między Polską a Cesarstwem we wczesnym średniowieczu 

w odpowiedzi D.A. Sikorskiemu, ShSG, 27(2006-2007) [2008], s. 411-423. pomimo upływu pięciu lat 

tekst pozostawiam w niezmienionym kształcie nie wprowadzając koniecznych z dzisiejszej perspekty-

wy uzupełnień.

background image

156

Replika

z tym, że dla omawianego w pracy okresu nie da się wyróżnić cech, które byłyby charakterystyczne w sto-

sunkach między państwami, a nie występowały w jego powszechnym ‘wewnętrznym’ zastosowaniu”. 

pogląd, który imputuje mi J. Sochacki pojawia się natomiast w jego książce (s. 42), wprawdzie inaczej 

sformułowany, być może dlatego tak ochoczo się z nim zgadza. Dla uściślenia można dodać, że stosun-

ki władców Niemiec i polski były regulowane wedle tych samych zasad, jakimi były regulowane między 

władcami Niemiec a arystokracją rzeszy. Jeśli uznaje się, że to, co używając współczesnej terminologii, 

nazywamy dość nieszczęśliwie stosunkami międzynarodowymi, regulowane jest prawem lennym, to musi 

być ono realizowane wyłącznie poprzez nawiązywanie więzi osobistych. Innej drogi nie było.

J. Sochacki pisze: „Zakładając istnienie idei suwerenności dla X i XI w. recenzent jest przeświadczo-

ny, że miała ona być może bardziej spersonalizowany charakter” (s. 411). Ale ja wyraźnie stwierdzam, że 

w tym czasie idea suwerenności, jaką my się posługujemy jeszcze w ogóle nie istniała, nie mogę więc za-

kładać jakiegokolwiek jej charakteru (s. 255 i n). 

rozumiem,  że  sugerowana  przeze  mnie  koncepcja  ujęcia  stosunków  polsko-niemieckich  w  tym 

okresie w kategoriach Personenverbandstaat została przez Autora odrzucona (s. 412). Nie jestem jednak 

przekonany co do tego, że odrzucenie nastąpiło w wyniku zapoznania się z tym kierunkiem badań, gdyż 

nie ma śladów jego znajomości (sądząc po brakach w literaturze) zarówno w książce Autora jak i w po-

lemice. J. Sochacki jako kontrargument przytacza fakt, że nie znamy nawiązywania stosunków wład-

ców Niemiec z innymi rodami w polsce, co jest prawdą (s. 412). Ale z jakimi to rodami w polsce mieliby 

w tym czasie nawiązać stosunki? pozycja piastów w polsce była na tyle niewzruszona i monopolistyczna, 

że trudno było znaleźć niemieckim władcom i arystokracji jakiś innych partnerów w polsce, którzy mo-

gliby znaczenie piastów osłabić. Zresztą nie wiemy, czy prób takich ze strony władców Niemiec nie było. 

polska historiografia średniowieczna jest skoncentrowana na piastach i nic dziwnego, że ewentualne kon-

takty władców rzeszy z rodzącym się polskim możnowładztwem nie znalazły w niej odbicia. Natomiast 

po stronie historiografii niemieckiej tego rodzaju kontakty, o ile nie przynosiły trwalszych efektów, mo-

gły zostać przez tamtejszych dziejopisów nie zauważone. Wymowę przykładu miecława, który mógł być 

zainteresowany szukaniem związku z henrykiem III, osłabił wcześ niej sam Autor w książce, w której 

wspomina m.in. o koncepcji J. Bieniaka (nie wnikam w jej zasadność), który miecławowi przypisał suk-

ces zmontowania koalicji (z udziałem Niemiec) przeciw kazimierzowi. Zgadzam się z J. Sochackim, że 

władza piastów w polsce nigdy nie była kwestionowana, ale też władza i innych książąt rzeszy nie była 

tak łatwa do podważenia, o ile nie dali jawnych i powszechnie akceptowanych powodów do ich obalenia. 

Zakładając, że faktycznie piastowie chcieli stać się elementem rzeszy, to ich szczególna pozycja wyni-

kała z tego, że w polsce nie mieli konkurencji do władzy, tak jak to miało miejsce w samej rzeszy, gdzie 

lokalnych książąt lub hrabiów można było zastąpić innymi ludźmi. W polsce rozgrywanie różnic między 

piastami a ewentualnymi pretendentami do władzy było niemożliwe choćby z tej racji, że władcy Niemiec 

mieli słabe, w porównaniu do stosunków w Saksonii czy Bawarii, rozeznanie w lokalnym układzie sił, 

poza tym nie posiadali na terenie polski majątków, których rozdawnictwo mogło posłużyć do zbudowa-

nia własnego stronnictwa politycznego.

J. Sochacki wprowadził też wątek zwierzchnictwa nad kościołem polskim, mający podkreślić ewi-

dentną różnicę między pozycją piastów, a pozycją innych książąt rzeszy, gdyż ci ostatni nie mieli pra-

wa do inwestytury biskupów na ich terenie. musimy jednak pamiętać, że przywilej ten został nadany 

Bolesławowi dopiero w 1000 r. przez ottona III. Natomiast w rzeszy zdarzały się wyjątki – można przy-

pomnieć przyznanie przez henryka I prawa do inwestytury Arnulfowi księciu Bawarii, a z biegiem czasu 

niektórzy wybijający się książęta rzeszy, jak np. henryk lew, uzyskiwali władzę nad kościołem w swo-

im księstwie. Z całą pewnością pozycja polski i jej władców była specyficzna ze względu na lokalne uwa-

runkowania, ale też inne, później włączone do rzeszy, tereny (Italia, Burgundia, czechy) były z nią zwią-

zane w każdym z tych przypadków w specyficzny sposób i były to zależności odmiennie niż w rdzennych 

terenach rzeszy, jak Saksonia czy turyngia. przykładem niech będzie sprawa północnej Italii po śmierci 

ottona III. Wówczas to na króla Italii kazał się wybrać dawny margrabia ottonów, Arduin z Ivrei, co do-

prowadziło do trwającej dekadę wojny między nim a henrykiem II. Ale chyba żaden historyk nie wpadł 

na ten pomysł, aby ów konflikt traktować w kategoriach międzynarodowych – przecież od ottona I była 

to część rzeszy.

background image

157

Replika

Zdaniem Autora małżeństwa piastów z „reprezentantami [raczej reprezentantkami – D.S.] niemiec-

kiego możnowładztwa kresowego” nie miały na celu włączenia władców polskich w ottońsko-salickie 

struktury władzy, ani też nie służyły wyłącznie ich osobistemu wyniesieniu, lecz służyły głównie umoc-

nieniu ich pozycji na połabiu, w celu opanowania jak największych obszarów. po pierwsze, nie zawsze 

były to małżeństwa z „kresowiankami” jak np. żona mieszka II, rycheza, której ród nie miał bezpośred-

nich interesów w takiej koligacji. po drugie, gdzie jak nie przede wszystkim pośród możnych w Saksonii 

mieli piastowie szukać partnerów politycznych? owi „kresowi” możni należeli do ówczesnej elity wła-

dzy. przecież środek ciężkości politycznej Niemiec w tym czasie w dużej mierze skupiał się w Saksonii. 

Ze względu na krótkotrwałość wielu małżeństw z córkami niemieckiego możnowładztwa nie można ich 

z tego powodu uznawać za mało znaczące (s. 414). przecież najważniejszym owocem tych małżeństw 

było potomstwo, które łączyło nierozerwalne więzy pokrewieństwa z obiema stronami. Z tego powodu 

równie ważne były małżeństwa piastówien. 

J. Sochacki przytacza również kilka przykładów konfliktów między mieszkiem I oraz Bolesławem 

chrobrym a możnowładztwem saskim, co ma jego zdaniem pokazać „obcość” piastów w tym środowi-

sku. Jeśli jednak pozbędziemy się perspektywy „stosunków międzynarodowych”, to do podobnych kon-

fliktów dochodziło także wewnątrz możnowładztwa saskiego (jak i w innych regionach rzeszy czy mię-

dzy arystokracją bawarską a saską). przykład dobrze znany to los Wichmana, który z całą pewnością 

uważał się za element rzeszy, a który mimo to ciągle popadał w konflikty, zarówno z częścią możnych 

saskich, a w końcu też z samym cesarzem. kolejnym z kontrargumentów Autora jest przykład ody i jej 

synów z mieszkiem I, którzy zostali wygnani z kraju przez Bolesława (s. 413), a za którymi – zdaniem 

Sochackiego – nikt się nie ujął. Warto przypomnieć, że jedyne źródło w sprawie wygnania, thietmar, 

nie napisał przecież, że nie ujmowano się w Niemczech za wypędzonymi – po prostu w ogóle o nich nie 

wspomina. Skromne źródła nie pozwalają na tak ostre ujęcie sprawy. Sam zresztą Sochacki osłabia wła-

sną argumentację, wskazując na niejakiego Dytryka – syna bądź wnuka mieszka I (z małżeństwa z odą) 

– który miał otrzymać należny mu nadział w polsce wskutek interwencji cesarza konrada II. A więc jed-

nak ujmowano się za nieszczęśnikami i to być może nawet na rzecz ich spadkobierców i w kilka dekad po 

ich skrzywdzeniu. tyle, że zapewne w źródłach nie zarejestrowano wszystkich istotnych dla nas szczegó-

łów – poza owym jedynym Dytrykiem.

ogromne zdziwienie budzi stwierdzenie Autora, że „analiza źródeł potrzebna jest tam, gdzie zacho-

dzą jakiekolwiek wątpliwości bądź trudności odnośnie ich relacji. W pozostałych wypadkach nic nie stoi 

na przeszkodzie przyjęcia ich wiadomości, które należy umieścić w odpowiednim kontekście historycz-

nym” (s. 418). tymi słowy Autor próbuje bronić się przed moimi zarzutami, iż od strony analizy źró-

deł jego praca jest jałowa. J. Sochacki zapewne nie zdaje sobie sprawy, że stwierdzenie to stoi w jawnej 

sprzeczności z podstawowymi założeniami krytyki źródeł. Źródła zawsze muszą być poddane krytyce. 

W recenzji jako przykład zaniechań w analizie źródeł podałem problemy interpretacyjne wokół jednego 

z ustępów z dzieła Widukinda, starając się pokazać, że w sporze między Gerardem labudą, a henrykiem 

Łowmiańskim, argumenty tego ostatniego w świetle stanu badań nad Dziejami sas kimi Widukinda nie są 

pozbawione sensu, jak twierdził G. labuda. odrzucenie interpretacji Łowmiańskiego, jak to robi Autor, 

idąc tu za labudą, nie jest po głębszej analizie problemu uzasadnione. A co na tej podstawie można zbudo-

wać – jak zadaje pytanie Autor – to już inna sprawa. przykład ten miał wykazać (widocznie w recenzji nie 

dość dobitnie to uwypukliłem), że chcąc dokonać wyboru spośród różnych opinii historiografii na temat 

przekazu źródłowego, który odgrywa kluczową rolę w analizie, nie należy kierować się swoimi upodoba-

niami czy możliwością wpasowania do własnej koncepcji lub autorytetami za nim stojącymi, ale dokonać 

weryfikacji przesłanek, na podstawie których opinie te zostały sformułowane. to dopiero pozwala doko-

nać racjonalnego wyboru. mój wywód o Widukindzie był właśnie taką weryfikacją zastanych w polskiej 

historiografii hipotez. I faktycznie niczego w tej sprawie nowego nie udowadniam – to było znane w hi-

storiografii niemieckiej, na którą się powołuję; wykazuję tylko, że obie hipotezy opierają się na racjonal-

nych przesłankach. Żadna z nich nie jest lepiej czy gorzej uzasadniona od drugiej.

podobnie rzecz się ma z korwejską redakcją Kroniki thietmara. Zdaniem J. Sochackiego „przyto-

czone przykłady różnic – nie wnoszą nic nowego” (s. 418). Dziwi mnie pewność z jaką Autor stwierdza, 

że wskazanie przeze mnie pozornie drobnej różnicy w tekście Kroniki thietmara o pokoju budziszyńskim 

background image

158

Replika

z 1018 r. – gdzie w kodeksie drezdeńskim mowa jest o wzięciu zakładników tylko przez stronę niemiec-

ką, natomiast w redakcji korwejskiej o wzajemnym wzięciu zakładników – niewarte jest uwagi, bo i tak 

nie zmienia jego interpretacji tego faktu. to, że fakt ten zmieniłby lub nie interpretację nadaną wydarze-

niu przez J. Sochackiego, nie znaczy, że nieznajomość stanu badań nad podstawowym dla znacznej czę-

ści rozważań Autora źródłem może być usprawiedliwiona. Żeby dokonać wyboru trzeba wiedzieć – trzeba 

wiedzieć z czego wybierać. Ale co dziwne, zważając na odrzucenie znaczenia tej różnicy w tekście źró-

dłowym, w książce J. Sochacki pisze odnośnie pokoju budziszyńskiego, iż „dwustronna wymiana zakład-

ników przemawiałaby za pewną równorzędnością [Bolesława i henryka II – D.S.]” (s. 77). czyli jednak 

kwestia ta odgrywa jakąś rolę w interpretacji Autora! problem w tym, że J. Sochacki tego sobie nie uświa-

damia nawet po moim wytyku w recenzji, gdyż cytowaną opinię przytacza za kurtem Görichem, nie za-

uważając nawet, że badacz ten w swojej analizie wydarzeń z 1018 r. właśnie uwzględnił drugą redakcję 

Kroniki thietmara, której tekst rzekomo nie ma nic wspólnego z problemem!

2

 

podobnie lekceważy J. Sochacki istotną zmianę tekstu thietmara w wersji korwejskiej odnośnie rze-

komego poselstwa do Bizancjum (ks. vIII, rozdz. 33). Jego zdaniem, czy było to poselstwo do Bizancjum, 

czy do jakiegoś niewymienionego z nazwy grodu i panującego w nim króla – jak czytamy w redakcji kor-

wejskiej – i w jakim stosunku fakt ten się ma do poselstwa Bolesława do henryka II, o którym jest mowa 

w poprzednim zdaniu Kroniki thietmara „jest w zasadzie dla tematu obojętne”. podziwiam łatwość z jaką 

Autor posługuje się brzytwą ockhama. Jednak moim zdaniem wycina on byty istniejące i potrzebne, a nie 

wyimaginowane i niepotrzebne. tu potrzebna jest raczej precyzja chirurgicznego skalpela, aby owe od-

mianki tekstowe w obu redakcjach móc wykorzystać. Już sam fakt sąsiedztwa obu informacji może suge-

rować, że między tym faktami istniał jakiś związek, ale to trzeba przeanalizować. Nie chcę tu dokuczać 

Autorowi, przytaczając kolejne odmianki redakcji korwejskiej, ale na czele wspomnianego poselstwa do 

henryka II stał opat tuni, którego charakterystyka w wersji korwejskiej jest diametralnie inna od tej z ko-

deksu drezdeńskiego. W młodszej redakcji Kroniki tuni określony jest mianem virum, in quo regnabat 

tota ypocrisis. Wprawdzie drobiazg, być może mało istotny, ale z takich drobiazgów składają się nasze 

najwcześniejsze dzieje.

Autor czuje się nieusatysfakcjonowany płytkością mojej krytyki jego koncepcji, zakładającej, że ko-

ronacja królewska Bolesława chrobrego miała miejsce za zgodą cesarską (s. 420) i ma rację, gdyż odnio-

słem się do sprawy w jednym zdaniu, w którym trudno umieścić obszerniejsze uzasadnienie

3

. Zgadzam 

się z J. Sochackim w kwestii jego zastrzeżeń wobec koncepcji alternatywnej, zakładającej, że chrobry ko-

ronował się z papieską aprobatą. Ale zgoda w tym punkcie nie przymusza mnie do przyjęcia, że działo się 

to za zgodą cesarską. Alternatywa: albo zgoda papieska, albo cesarska jest alternatywą fałszywą. Jest trze-

cia droga, mianowicie koronacja bez czyjejkolwiek zgody. Założenie, że wyłącznymi (i monopolistycz-

nymi) dysponentami korony królewskiej byli cesarze i papieże, jest dla tego czasu błędna. to jest sposób 

rozumienia praw do udzielania koron charakterystyczny dla późniejszego średniowiecza.  Faktem jest, że 

często to oni wynosili do godności królewskiej różnych władców, ale nie mieli w tym zakresie monopo-

lu. koronacje w X i XI w. były dokonywane również bez uwzględnienia któregokolwiek z ówczesnych 

autorytetów, a przynajmniej źródła nic o tym nie wspominają. przykładem niech będzie wspomniany już 

Arduin z Ivrei, który po prostu kazał się koronować w 1002 r. bez pozwolenia papiestwa, ani tym bar-

dziej władców Niemiec. Gdyby Autor dokładnie przeanalizował własny tekst, to musiałby zauważyć, że 

przytoczone przez niego argumenty w żaden sposób nie tworzą logicznej konstrukcji, która uprawniałaby 

2

 k. Görich, Eine Wende im Osten: Heinrich II. und Boleslaw Chrobry, [w:] Otto III. – Heinrich II. 

Eine Wende?, hrsg. von B. Schneidmüller, S. Weinfurter, Sigmaringen 1997, s. 161.

3

 Jednak niech Autor (i czytelnicy) wybaczą mi, że wiele spraw w recenzji zaledwie zasygnalizowa-

łem, ale mimo udostępnienia mi sporej ilości miejsca przez redakcję, nie chciałem nadużywać gościnności 

recenzją, która mimo wielu uproszczeń i tak liczy trzy i pół arkusza. Na moje usprawiedliwienie pozostaje 

mi tylko przypomnieć, że aż trzy akapity powyżej owego zdania poświęciłem na omówienie nieznanych 

Autorowi argumentów wspierających (!) jego hipotezę o kontynuacji stosunku lennego między ottonem 

a Bolesławem po roku 1000 (s. 270-271).

background image

159

Replika

wniosek, że koronacja uzyskała cesarską akceptację. Wszystkie one natomiast osłabiają koncepcję dzia-

łania w tej sprawie papiestwa i ten fakt – moim zdaniem – skłonił Autora do opowiedzenia się za opcją 

„cesarską”. Wszystkie te argumenty, które Autor w podsumowaniu sam przecież zebrał, wieńcząc je sto-

sownym wnioskiem, same przez się nie świadczą o tym, że był cesarski placet na koronację piasta (a wła-

ściwie piastów), na co zwróciłem uwagę w recenzji. można przy okazji dodać, że poza źródłami przyto-

czonymi przez Autora w sprawie koronacji z 1025 r., fakt ten był odnotowany w rocznikach korwejskich: 

Eodem anno Bolizlaus Sclavus in regem unctus est

4

.

przywołanie przeze mnie w recenzji analogii węgierskich w sprawie koronacji, do których Autor na-

wiązuje w polemice (s. 420), dotyczyło koronacji Bolesława II i spowodowane było jednoznacznym od-

rzuceniem ich przez J. Sochackiego na podstawie przesłanki, która – jak dowodnie wskazałem (s. 271 

i n)  – jest bezpodstawna z tej racji, że jest fałszerstwem. uznanie przez Autora, że „orientację w proble-

mach  korony  węgierskiej  dostatecznie  jasno  naświetlają”  prace  Grudzińskiego  jest  nieporozumieniem 

wobec dorobku historiografii węgierskiej (dostępnej w językach kongresowych) i wybitnych badaczy za-

chodnich.

Zwrócenie  przeze  mnie  uwagi  na  sprawę  koronacji  Wratysława  II  Autor  kwituje  zaskakującym 

stwierdzeniem: „ponieważ te świadectwa źródłowe [potwierdzające koronację – D.S.] nie dochowały się 

w oryginale, to wszystkie dywagacje na temat stosunku kopii do podstawy są wysoce hipotetyczne i nie 

pozwalają na pewne wnioskowanie” (s. 420). W polemicznym zapale, zapewne bez świadomości kon-

sekwencji, J. Sochacki odcina tym sposobem niemal wszystkie źródła służące poznaniu wieków śred-

nich, gdyż w większości nie dochowały się w oryginale. Starałem się delikatnie zwrócić uwagę, że dys-

kusja źródłoznawcza wokół sprawy koronacji Wratysława znana jest Autorowi wyłącznie z prac polskich. 

Dorobek badaczy niemieckich i czeskich nie został uwzględniony, a wnosi on – jak starałem się pokazać – 

istotne korekty do obrazu ukształtowanego na podstawie polskiej historiografii. Nie było moim zadaniem 

wypracowanie na tej podstawie własnej koncepcji – recenzent jest w tej szczęśliwej sytuacji, że w przeci-

wieństwie do Autora zwolniony jest z tego obowiązku. J. Sochacki ma prawo uważać, że Wratysław nie 

został koronowany na króla polski (s. 420), ale mnie jako czytelnika interesują przesłanki, na podstawie 

których wyrobił sobie właśnie taki pogląd. kiedy zauważam, że nie uwzględnił istotnych przesłanek – 

a tak właśnie jest – to mam prawo powątpiewać w wartość dalszych ustaleń na nim opartych.

Autor  uważa,  że  uwzględnienie  analogii  powszechnodziejowych  „podniosłoby  walory  pracy” 

(s.  415),  ale  przytacza  uzasadnienie,  z  którym  zgodzić  się  nie  mogę.  Faktem  jest,  że  wymagałoby  to 

znacznej erudycji od Autora, ale cóż, to on podjął ten problem i powinien sięgać po takie środki, które 

umożliwią jego najpełniejsze rozpoznanie. przecież stosowanie metody porównawczej nawet w bardzo 

obszernym zakresie z pewnością nie byłoby wykroczeniem poza tematykę pracy. chodzi o to, że analo-

gie powszechnodziejowe muszą być uwzględnione w toku analiz poszczególnych przypadków rozpatry-

wanych przez Autora. Nie da się tego, jak sugeruje J. Sochacki, wydzielić w osobnym postępowaniu ba-

dawczym.

mam wrażenie, że odrzucenie mojej sugestii o konieczności uwzględnienia analizy zachowań  rytu-

alnych w polityce X i XI w. (s. 258), zostało postanowione bez znajomości kluczowych prac dla tego kie-

runku albo bez zrozumienia istoty tych badań. przekonuje mnie o tym fakt, że Autor ignoruje wyliczone 

choćby przez niego przykłady (s. 416), które ponoć niewiele znaczą. Jeśli mowa jest o wzięciu zakładni-

ków, to narzuca się pytanie, co ten fakt w ówczesnych warunkach znaczył, jaka była jego wymowa i w ja-

kich okolicznościach dochodziło do brania zakładników, jak ten fakt w badanym konkretnym przypadku 

należy rozumieć, dlaczego raz brano zakładników a innym razem nie, czy jest to znacząca różnica, czy 

też nie. oparcie się na zdroworozsądkowym założeniu roli zakładników w późniejszych czasach nie musi 

być trafne dla rzeczywistości X i XI w. o roli daru w tym czasie, jego znaczeniu, symbolice napisano już 

wiele, i dziwi fakt, że Autor uznaje, że o spotkaniu mieszka z ottonem III „nie dowiadujemy się nicze-

go ponad to, że podarował on młodocianemu władcy wielbłąda wraz z innymi darami, i że  podporządko-

wał się jego władzy” (s. 416). kwestionariusz pytań dotyczący tej problematyki został już w historiogra-

4

 Bibliotheca rerum germanicarum, t. 2, Monumenta corbeiensia, ed. p. Jaffé, Berlin 1866, s. 38.

background image

160

Replika

fii opracowany; są pierwsze, niezwykle interesujące rezultaty badań nad rytuałami, w tym także cytowany 

przeze mnie (s. 258, p. 70) artykuł G. Althoffa dotyczący „komunikacji symbolicznej” między piastami 

a ottonami. trudno mi sobie wyobrazić, żeby J. Sochacki, znając te prace, tak po prostu je odrzucił, ale 

też trudno mi sobie wyobrazić, że chciałby polemizować z poglądami, których nie zna.

Za jako bardzo istotny mankament książki J. Sochackiego uznałem brak analizy terminologii źródeł. 

Autor „jest skłonny przyznać mi rację”, ale tylko w sprawie dwóch terminów amicitia i miles. pozostałe 

pomija (m.in. cooperator imperiifraternitas), ponieważ... nie załączyłem własnej propozycji ich inter-

pretacji w związku z jego pracą! (s. 419, p. 41). Skoro Autor nawet po mojej recenzji nie widzi potrzeby 

ich interpretacji, to trudno. Ale jego odpowiedzi na moje uwagi przekonują mnie jeszcze bardziej do tego, 

że nie rozumie on wagi analizy terminologii, zwłaszcza prawnej, zastanej w źródłach. charakterystyczna 

jest wypowiedź J. Sochackiego w kwestii słowa miles użytego wobec Bolesława chrobrego na zjeździe 

merseburskim w 1013 roku: „terminowi thietmara miles – przydałem [podkreślenie D.S.] znaczenie 

lennika za obszar ówczesnej polski. Nie wiem, czy taka interpretacja jest do przyjęcia dla D.A. Sikor-

skiego [...]” (s. 419). czytając argumentację Autora zamieszczoną w polemice z G. labudą, ponownie 

nie znajduję powodu, który by mnie przekonał do tego poglądu. Nie chodzi o to, co Autor przydał lub nie 

(a raczej nie tylko o to), ale o argumentację za tym stojącą. odwołanie się do pracy G. rupp nie wystar-

cza, gdyż autorka tej pracy nie dokonuje analizy słowa miles; wyraziła w niej jedynie swoją opinię. A tu 

się prosi aż o skrupulatne wyjaśnienie jego znaczenia i funkcjonowania w tym czasie. 

Ale skoro już zostałem odesłany do polemiki Autora z Gerardem labudą, to przypatrzmy się przed-

stawionej tam w niniejszej sprawie argumentacji. W tekście, do którego zostałem odesłany, J. Sochacki 

tak widzi kwestię zakresu lenna Bolesława w 1013 r.: ponieważ w źródle jest mowa o tym, że jednego 

dnia Bolesław składa hołd lenny, a następnego uzyskuje w lenno południowe połabie, to znaczy, że pierw-

szego dnia terenem lennym musiała być cała polska

5

. Wniosek Autora opiera się na założeniu, że hołdowi 

lennemu musiało towarzyszyć nadanie lenna, ponieważ tego dnia z pewnością nadanym lennem nie mo-

gło być połabie, więc musiała być – zdaniem Autora – to cała polska, która była we władaniu chrobrego. 

rzeczywiście nie trzeba odwoływać się w tym konkretnym przypadku do analizy terminologii, aby wnio-

sek J. Sochackiego uznać za błędny, gdyż hołd lenny oznaczał przede wszystkim poddanie się drugiej oso-

bie, uznanie jej zwierzchnictwa. Aktowi temu często towarzyszyło nadanie lenna – niekoniecznie w po-

staci terytorium – ale nie to było konieczne. odstęp jednodniowy między hołdem a nadaniem połabia 

nie robi w tej sprawie żadnej różnicy. Nie znaczy to, że odrzucam koncepcję przyjmującą, iż polska była 

wówczas lennem niemieckim. Ale tak długo pozostaniemy w sferze mniemań i opinii, dopóki nie zostanie 

przeprowadzona analiza ówczesnej terminologii w kontekście powszechnodziejowym, która da solidniej-

sze podstawy, umożliwiające wyciągniecie uzasadnionych źródłowo wniosków. Zdaję sobie sprawę, że 

stawia to poważne wyzwanie przed ewentualnym badaczem problemu, ale też efekty będą trwalsze.

Dość kuriozalnie brzmi stwierdzenie Autora, że „Sikorski zarzucił mi ogółem nieznajomość czte-

rech pozycji, przyjmuję zatem, że nawet jego zdaniem przytoczona przeze mnie bibliografia jest w miarę 

pełna” (s. 241). pozwolę sobie zauważyć, że tylko w przypisie 13 wymieniam pięć prac godnych – moim 

zdaniem – polecenia, a nieznanych Autorowi, a w całej recenzji przypisów jest półtorej setki. Wydawało 

mi się, że porównanie literatury cytowanej przeze mnie – a dotyczy ona tylko problemów przeze mnie po-

ruszanych w recenzji i najczęściej w wyborze – z zamieszczoną w książce J. Sochackiego bibliografią po-

kazuje wystarczająco wyraźnie, iż erudycja Autora nie może być uznana za zadawalającą. Wydawało mi 

się, że jest to fakt sam przez się wystarczająco wymowny i nie trzeba tego przy każdej okazji podkreślać 

(m.in. dlatego, że jako byłemu studentowi rodzimej uczelni Autora znany jest mi zasób tamtejszej biblio-

teki i trudności z pozyskaniem literatury obcojęzycznej).

podobnie rzecz się ma z moją krytyką zreferowania idei cesarstwa od karola Wielkiego (s. 261 i n). 

Autor uznaje, że poza zarzutem o zbyt daleko idących uproszczeniach, „D.A. Sikorski nie neguje ich ogól-

nej słuszności” (s. 417). Sądzę, że nazwanie poglądów Autora w tej sprawie zbyt uproszczonymi jest wy-

5

 J. Sochacki, W Sprawie stosunków publicznoprawnych między Polską a cesarstwem we wczesnym 

średniowieczu. Odpowiedź Gerardowi Labudzie, „czasopismo prawno-historyczne” 59:2(2007), s. 392.

background image

161

Replika

starczającą negacją ich wartości. Autor w książce oparł się w tej sprawie prawie wyłącznie na literaturze 

przedwojennej (dwa wyjątki dotyczą prac z początku lat 50.). Zestaw ten nazywa „kluczowymi pozycja-

mi historiografii”. Gdyby Autor choćby uprzejmościowo zadał sobie trud i zajrzał do nowszych prac na 

ten temat (nie muszą być to te, które polecałem w przypisie 88), to z całą pewnością zmieniłby zdanie. 

Zresztą J. Sochacki w całkowitym ignorowaniu literatury, którą się wspieram, jest w całej polemice rygo-

rystycznie konsekwentny

6

. czy mam to rozumieć, że Autor uważa, że literatura, na której buduję swoje 

poglądy jest nieadekwatnie cytowana wobec poruszanych przeze mnie problemów? Było by to przecież 

łatwe do wykazania. czy też jest to rezultat zasklepienia się J. Sochackiego w kręgu sobie znanych prac 

i zamknięciu się na zapoznanie się z innymi? Nie przesądzam o ich użyteczności, w końcu mogę się my-

lić, ale Autor tę niewielką przecież część dorobku historiografii, którą umieszczając w przypisach uzna-

łem wedle mojego rozeznania za niezbędną do rozpoznania badanego przez niego problemu, poza jednym 

przypadkiem (Althoff, p. 42) po prostu ignoruje.

Na końcu swojej polemiki Autor ustosunkowuje się do moich uwag dotyczących sposobu wykorzy-

stania literatury. Wcale mi nie chodziło o brak „precyzyjnego cytowania literatury niemieckiej”, ale o bez-

refleksyjne  przejmowanie poglądów, które zostają wyjęte z ich kontekstu w cytowanej pracy i wcielone 

do własnych rozważań, również bez uzgodnienia z kontekstem własnego tekstu. 

W sprawie mojej uwagi odnośnie p. kehra, to być może Autor miał co innego na myśli, jak sądzę 

z innego ujęcia tej sprawy w polemice, ale czytelnik książki ma do czynienia tylko z tekstem. przypis 223 

na s. 54 w jego książce odnosi się do zdania, w którym Autor referuje wątpliwości m. Wielers wobec ist-

nienia stosunku przyjaźni między mieszkiem a ottonem. Jeśli więc w przypisie, który dotyczy ostatniego 

członu zdania

7

 – „[Wielers] wątpi w to, by mieszka łączyła z cesarstwem więź przyjaźni”  – umieszczo-

nym jak sądzę dla wykazania, że nie tylko Wielers reprezentuje tę opinię – stwierdza się, że „Dla porów-

nania p. kehr – widzi w tym [czyli we wzmiance Widukinda o przyjaźni] zaledwie znak, że mieszko I był 

już ochrzczony”, to chyba jednoznacznie należy to rozumieć tak, że – zdaniem Autora – ten badacz nie 

traktował tej wzmianki Widukinda jako śladu układu politycznego, a tylko jako „znak, że mieszko został 

ochrzczony”. Dlatego zwróciłem uwagę, że nie można uważać, iż kehr odrzuca istnienie wówczas układu 

politycznego między oboma władcami, gdyż tak nie jest. W polemice J. Sochacki zamieszcza cytat z klu-

czowego dla poruszanej sprawy  fragmentu pracy kehra, który istotnie może sprawić wrażenie, że nie-

słusznie „czepiałem” się Autora w tym miejscu. Ale Autor dokonał tu zapewne niezamierzonej manipu-

lacji, gdyż w książce nie cytuje kehra tak, jak zrobił to w polemice. Widzę więc, że Autor po prostu źle 

zrozumiał i źle oddał własnymi słowami myśl kehra – porównując oba cytaty każdy może dojść do tego 

samego wniosku – a ja tę niekonsekwencję zauważyłem i tyle.

podobnie rzecz się ma w sprawie oparcia się przez J. Sochackiego na jednej z prac G. tellenbacha, 

która została przywołana (s. 5) na poparcie tezy, która u tego badacza nie znajdzie wsparcia (w skrócie: 

zdaniem Autora cesarze i papieże współpracowali przy rozdawnictwie koron, natomiast tellenbach (s. 5) 

nie mówi o współpracy, ale o tym, że czasami ze sobą wręcz w tej sprawie konkurowali). tę rozbieżność 

opinii wytknąłem w recenzji. J. Sochacki, zestawiając cytaty (zarówno ze s. 5 i s. 25 pracy tellenbacha) 

z fragmentem własnego tekstu, sugeruje, że moje zastrzeżenia są chybione. Ale jest to pewne nadużycie, 

gdyż drugi człon zdania (od „przy czym ówczesne...”, gdzie mowa jest o niekonkurowaniu ze sobą ce-

sarstwa i papiestwa dotyczy kwestii zwierzchności lennej – a nie koronacji – i do tej części zdania od-

nosi się cytat ze strony 25 wspomnianej pracy tellenbacha – do tego problemu, ani trafności cytowa-

nia tellenbacha nie nawiązywałem. Dodatkowe podpieranie się autorytetem hirscha nie jest potrzebne, 

6

 przesyłając Autorowi kopię mojej recenzji zaoferowałem mu możliwość skorzystania z części lite-

ratury, na którą się powołuję, a która jest w moim posiadaniu. podczas spotkania z J. Sochackim udostęp-

niłem mu to, czego sobie życzył. powodem niewchodzenia w polemikę z moimi argumentami nie może 

być więc trudność w zdobyciu literatury. 

7

 W cytowanym przez Autora fragmencie brak zaznaczenia, że przy nazwiskach Wielers i Sappok są 

przypisy, co zgodnie z praktyką należy rozumieć, że każdy z przypisów w tym samym zdaniu odnosi się 

do jego innego członu, a nie całości.

background image

162

Replika

bo przecież nie kwestionowałem trafności (abstrahuję tu od słuszności samej opinii) umieszczenia go 

w przypisie. porównanie obu fragmentów tekstów Sochackiego i tellenbacha ze s. 5, jakie zestawił Autor 

pokazuje, że mam rację – istnieje tutaj sprzeczność. 

 Do sprawy ostatniego z zastrzeżeń Autora odniosę się krótko: nawet ten przykrótki – w porówna-

niu z wywodami Göricha dotyczącymi pokoju w Budziszynie w 1018 – cytat potwierdza moją opinię, że 

J. Sochacki oparł się całkowicie na poglądach sformułowanych przez niemieckiego mediewistę, do cze-

go ma przecież prawo i co zaznaczał w przypisach. Nie uwzględnienie kontekstu (o którym mówię w re-

cenzji), w którym wykute zostały poglądy Göricha na pokój budziszyński przejawia się choćby w tym, że 

Autor dwukrotnie pisze w książce o wzajemnej wymianie zakładników (s. 76, 77) – bardzo ważnej prze-

słance, która pozwala Görichowi właśnie widzieć uznanie przez henryka równorzędności Bolesława. raz 

nawet Autor opatrzył wzmiankę o dwukrotnej wymianie stosownym cytatem źródłowym z thietmara 

(s. 76, p. 95), z którego... nie wynika, iż chodziło o wzajemną wymianę zakładników, gdyż – jak już wy-

żej wspomniałem – J. Sochacki nie zwrócił uwagi na istotny fakt: Görich buduje swoją koncepcję na pod-

stawie innej wersji tekstu źródłowego (redakcja korwejska kroniki thietmara). polskie tłumaczenie frag-

mentu pracy Göricha przytoczone przez Autora w polemice nie zawiera niestety przypisów do tej części 

(zwłaszcza p. 360, gdzie sprawę tę Görich wyjaśnia), nie oddaje więc treści, do której się odnosiłem w re-

cenzji.

Do pozostałych kwestii poruszonych przez Autora nie mam możliwości odniesienia się, gdyż z mo-

imi propozycjami nie polemizuje choćby na gruncie przytaczanej przeze mnie argumentacji, natomiast ze 

swojej strony powtarza to, co zawarte było już w książce, do czego raz już się ustosunkowałem.

Doprawdy dziwny musi wydawać się czytelnikowi tej polemiki spór, w którym recenzent – jak za-

znaczyłem już w recenzji – sporo z poglądów Autora podziela, nawet tych kontrowersyjnych z punktu wi-

dzenia polskiej historiografii. Ale meritum sporu dotyczy tego, że poglądy te nie znajdują przekonujące-

go uzasadnienia i to nie dlatego, że takiego nie można się w źródłach doszukać, ale dlatego, że Autor owe 

poszukiwania przeprowadził bardzo powierzchownie.