background image

PiS chce wydać 70 mld zł na 
program żeglugi. To 
szaleństwo, które oznacz 
śmierć Wisły 

Jakub Chełmiński 

  

16.09.2016 00:00 

A

 

A

 

A

 

 

Dziś Wisła w Warszawie meandruje, a jej prawy brzeg jest zielony i na pół dziki

 (DARIUSZ BOROWICZ)

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

Zobacz 

zdjęcia (14)

 

70 mld zł ma kosztować rządowy program przywracania żeglugi na 
rzekach. Dla Warszawy oznaczałby nową zaporę na Wiśle na Bielanach, 
dewastację przyrody i likwidację plaż. Czy o krajobrazie z płyciznami i 
wyspami możemy zapomnieć? 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

 

"Dobra zmiana" schodzi nad rzekę. 22 lipca "Monitor Polski" opublikował 
uchwałę Rady Ministrów o przyjęciu "Założenia do planów rozwoju 
śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-20 z perspektywą do roku 
2030". Niepozorny doku

ment zakłada gigantyczne zmiany polskich rzek, w tym 

Wisły, również w Warszawie. 
 
Rząd PiS odgrzebuje wielkomocarstwowe plany. Nie chodzi tylko o połączenie 
szlakiem żeglownym Warszawy z Gdańskiem czy Szczecinem. Ambicje 
autorów planu idą znacznie dalej - chcą połączyć Morze Północne z Morzem 
Czarnym. Przez Warszawę. 
 
Trudno przepłynąć kajakiem 
 
Na mapach śródlądowych dróg wodnych są zaznaczane szlaki w siedmiu 
różnych klasach. Najcieńszą linią oznaczono te historyczne, którymi nikt dziś 
nie pływa. To np. droga E-40 prowadząca z Gdańska Wisłą przez Kanał 
Żerański, Zalew Zegrzyński, Bugiem do Brześcia i dalej Prypecią i Dnieprem 
aż do Morza Czarnego i portu w Odessie. W rządowym dokumencie 
reaktywacja tego szlaku i przysposobienie go na odcinku Warszawa - Brz

eść 

do co najmniej IV klasy żeglowności jest jednym z priorytetów. IV klasa 

background image

oznacza, że rzeką mogą pływać barki o ładowności 1000-1500 ton i długości 
85 m; musi więc mieć głębokość 2,8 m na szerokości 40 m. 
 
Trudno to sobie dziś wyobrazić, patrząc na krowy zanurzone po pas w wodzie 
na środku Bugu w okolicach Kuligowa. - Tam trudno przepłynąć kajakiem, bo 
szoruje dnem po piasku - 

mówi dr Janusz Żelaziński, emerytowany hydrolog z 

półwiecznym stażem w instytucjach zajmujących się inżynierią wodną. Ma 
działkę w okolicach Kamieńczyka i często pływa po rzece kajakiem. Wie też, 
skąd w kręgach rządowych pomysł reaktywacji drogi wodnej do Brześcia. - 
Taki szlak istniał przed I wojną. Według legendy pamiątką po nim jest 
miejscowość Wywłoka, w której miała działać knajpa z panienkami oferującymi 
wdzięki flisakom - opowiada. - Poznałem ludzi, którzy pamiętali statki na Bugu. 
Z Morza Czarnego do Gdańska pływały malutkie bocznokołowce z silnikami 
parowymi. Miały ledwie kilkadziesiąt centymetrów zanurzenia. Wówczas nie 
było dobrze rozwiniętej sieci drogowej ani kolejowej, a rzeki były jedynym 
możliwym szlakiem. Ludzie decydowali się na transport towarów wodą na 
ogromne odległości. Taka podróż mogła trwać dwa lata, jeśli wydarzyła się 
susza podobna do tej, która trwa od ponad roku w dorzeczu Bugu. 
 
Rządowy program nie przesądza, czy droga E-40 miałaby prowadzić Bugiem, 
czy całkiem nowym szlakiem przekopanym od Wisły w Dęblinie do Terespola. 
Ale szacuje, że kosztowałaby od 8,1 do 25,5 mld zł. Tak dużo, bo żeby 
osiągnąć ponaddwumetrowe zanurzenie barek, nie wystarczy pogłębienie i 
skanalizowanie rzeki w betonowej rynnie. Na całej długości musiałaby powstać 
seria stopni wodnych, takich jak tama we Włocławku. 

Wisła naszych marzeń. Jak będzie nad rzeką za kilka lat?

 

 

 

background image

PiS ma plan na tamę na Bielanach 
 
Taka kaskada miałaby powstać na Wiśle. Ten projekt jest w rządowej uchwale 
opatrzony nawet wyższym priorytetem niż trasa Bugiem. Hydrolodzy i 
hydrotechnicy są zgodni, że zwykłe ocembrowanie brzegów nie zagwarantuje 
Wiśle parametrów drogi wodnej klasy międzynarodowej. Zasilana jest głównie 
wodami roztopowymi, a klimat się ociepla i śniegu jest coraz mniej. Dlatego 
częściej zdarzają się rekordowo niskie stany wód. W zeszłym roku rzeka 
odsłoniła skarby skradzione w XVII w. przez Szwedów. 
 
Dlatego potrzebna jest kaskada, czyli cała seria zapór i progów spiętrzających 
wodę, jak zapora we Włocławku. Ogromna budowla pozwala gromadzić wodę 
w długim na 58 km sztucznym jeziorze ciągnącym się od Włocławka do 
Płocka. Zbudowana w latach 60., miała być elementem całej kaskady dolnej 
Wisły planowanej już w okresie międzywojennym. Teraz hydrotechnicy 
wracają do tych wizji. Regulacja Wisły na odcinku do Gdańska ma polegać na 
stworzeniu kilku jezior takich jak Zalew Włocławski. O krajobrazie z 
malowniczymi płyciznami, zakolami i nurtem krążącym między piaszczystymi 
wyspami możemy zapomnieć. 
 
Najbliżej Warszawy taki stopień wodny miałby powstać między Łomiankami a 
Bielanami. W latach 60. stosowano już termin "stopień burakowski" (Buraków 
to osiedle na granicy Łomianek i Warszawy). Oznacza to ogromną zmianę 
nadwiślańskiego krajobrazu. Poziom wody zostałby podniesiony o kilka 
metrów. Nie ma co prawda w Warszawie miejsca na jezioro, ale woda 
wypełniłaby cały obszar między wałami. Te trzeba by wybudować nowe, 
wyższe. 
 
W Śródmieściu woda podeszłaby bliżej bulwarów - są na to przygotowane, 
przynajmniej na wyremontowanym ostatnio odcinku. Na praskim brzegu 
sięgałaby zapewne do Wybrzeża Szczecińskiego. Rzeka przykryłaby plaże i 
las łęgowy ze ścieżką rowerowo-biegową. Brzeg przy Stadionie Narodowym 
przypominałby ten po lewej stronie: z barami, ale umieszczonymi już powyżej 
wału. 
 
Wisła zaleje rezerwaty 
 
Brak miejsca do rozłożenia leżaków to nie największy problem. Podniesienie 

background image

poziomu wody oznacza zalanie rez

erwatów i obszarów Natura 2000 z 

siedliskami chronionych zwierząt. Wiślana przyroda to unikat w skali Europy, 
porównywalny jedynie ze środkową Loarą. W granicach Warszawy mamy dwa 
rezerwaty: Ławice Kiełpińskie na Białołęce i Wyspy Zawadowskie między 
Wawrem a Wilanowem. 

 
Na rządowym planie suchej nitki nie zostawiają biolodzy i ekolodzy. 
"Koncepcja ta nawiązuje zapewne w sposób niezamierzony do 
zdyskredytowanych przez skutki środowiskowe i społeczne planów sowieckiej 
Rosji, polegających na zawracaniu rzek syberyjskich oraz reanimuje 
gierkowską gigantomanię obecną w projekcie kaskadyzacji Wisły w latach 70." 

czytam w apelu podpisanym przez kilkadziesiąt organizacji i autorytetów 

przyrodniczych. 

 
Przemysław Nawrocki z WWF zauważa, że urzędnicy utworzonego przez PiS 
Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej mają siedzibę w 
dawnym gmachu KC PZPR. - 

Może wczuli się w rolę? - żartuje. 

 
Poważnie dodaje: - To utopia i szaleństwo, które oznacza śmierć Wisły. Po 
budowie kaskady woda w rzece będzie stojąca lub wolno płynąca. Wyobraźmy 
też sobie w centrum miasta ogromne barki, a każda zabiera tyle towaru co 
kilkanaście tirów. 
 
Straty trudne do uniknięcia 
 
Wielkim orędownikiem budowy kaskad jest m.in. Janusz Granatowicz, dyrektor 
Biura ds. Elektrowni Wodnych Energii w firmie Energa Invest w Grupie 
Energa. W biurze prasowym koncernu usłyszeliśmy, że nie ma możliwości 
rozmowy. W zamian dyrektor Granatowicz przysłał obszerne stanowisko, w 
którym rozpisuje się o inwestycji w samych superlatywach. 
 
Najbardziej zaawansowane są przygotowania do budowy nowego stopnia na 
Wiśle i elektrowni wodnej zlokalizowanej w Siarzewie (powyżej Ciechocinka, 
poniżej Włocławka), na 706.-707. km Wisły. "To jedna z priorytetowych 
inwestycji. Zabezpieczy istniejącą zaporę we Włocławku, a także zmniejszy 
zagrożenie powodziowe dla mieszkańców regionu Dolnej Wisły, a przy okazji 
zapewni dostawy czystej energii" - przekonuje Granatowicz. W stopniu 

background image

wodnym Energa zamierza zbudowa

ć elektrownię dającą ponad 300 GWh 

rocznie energii elektrycznej. 

Jaki będzie wpływ inwestycji na środowisko? Granatowicz przyznaje, że 
powstał raport na ten temat: "Chodzi o to, aby skala niemożliwych do 
uniknięcia strat była ograniczona. Przygotowanie projektu kompensacji siedlisk 
przyrodniczych i siedlisk gatunków związanych z doliną rzeczną na taką skalę 
było zadaniem wyjątkowym (...). Dzięki temu zachowana zostanie spójność 
sieci Natura 2000". 

 
Podobnie broni budowy całej kaskady dolnej Wisły. Miałaby ona 
"kompleksowo wykorzystać potencjał tego odcinka rzeki". Granatowicz: 
"Analiza ekonomiczna wykazała, że kaskada jest przedsięwzięciem o bardzo 
wysokiej opłacalności, bo umożliwi żeglugę i transport towarowy drogą wodną 
między portami morskimi i centrum kraju. Po wybudowaniu KDW na drodze 
wodnej pojawi się strumień towarów w ilości co najmniej 12 mln ton/rok, co 
zapewni roczne dochody państwa w wysokości ok. 12 mld zł". 

Czy wiesz, co się dzieje nad Wisłą? [QUIZ]

 

 

 
Powodzie jeszcze większe 
 
Ekolodzy i niezależni hydrolodzy ostro protestują przeciwko takiej 
argumentacji. - 

To bzdura, że zwiększy się bezpieczeństwo powodziowe po 

wybudowa

niu kaskady dolnej Wisły - podkreśla Janusz Żelaziński. I 

przypomina, że dwie wielkie powodzie na Wiśle ostatnich lat miały miejsce 
powyżej stopnia Włocławek, który wcale nie uratował mazowieckich wsi. W 
1982 r. zator lodowy, który powstał na zbiorniku, uszkodził wały i Wisła zalała 

background image

olbrzymie tereny w okolicach Płocka. Druga powódź, w 2010 r., miała miejsce 
w Świniarach powyżej Płocka. Tu - według Żelazińskiego - główną przyczyną 
było gromadzenie się piasku w cofce zbiornika włocławskiego. 
 

- W naturalnej d

olinie rzeka może się swobodnie rozlać. Nieuregulowana 

płynie spokojniej, zakolami, starorzeczami - tłumaczy Przemysław Nawrocki z 
WWF. Dlatego ta organizacja proponuje w Warszawie plan odwrotny od 
rządowego: przywracanie Wisły do stanu sprzed powojennej regulacji poprzez 
stopniowe skracanie ostróg, czyli betonowych konstrukcji wybudowanych w 
poprzek rzeki. Ich zadaniem jest spychanie wody w kierunku śródmiejskiego 
brzegu. Sprawiają, że rzeka płynie szybciej, na brzegach odkłada się mniej 
piasku, dlatego na 

plażę Poniatówka trzeba go przywozić. 

 
Podobne zabiegi nazywa się renaturyzacją i na zachodzie Europy to już realne 
działania. Rzeki uregulowane w XIX w. przywraca się do pierwotnego stanu. 
Głównym argumentem jest nie przyroda, tylko bezpieczeństwo 
przeciwpowodziowe. W 2002 r. w Niemczech 

przyjęto projekt "Żywy Ren - 

rzeka tysiąca wysp". Na długości 3 km rozebrano umocnienia brzegowe, 
pozwalając rzece rozlewać się w czasie wezbrań. Program ma odzyskać we 
Francji i Niemczech prawie 7 tys. ha powierzchni zalewowych. - W latach 90. 
wokół katedry w Kolonii stała woda po kolana. Po raz pierwszy od tysiąca lat! 
Straty szacowano na 400-500 mln euro. Niemcy w

yciągnęli z tego wnioski i 

olbrzymim kosztem starają się renaturyzować Ren, m.in. wykupują winnice, by 
stworzyć tereny zalewowe - mówi Żelaziński. - Ma to uchronić Bonn i Kolonię 
przed powodzią. U nas chcą zrobić to, z czego tam się wycofują. 
 

Jego zdaniem 

rządu nie przekonają argumenty przyrodnicze. - Oczywiście 

ekolodzy mają rację, dla natury to będzie katastrofa. Ale po drugiej stronie to 
nikogo nie obchodzi - 

mówi. - Przecież ekolodzy to wegetarianie i cykliści. 

Potrzebne są twarde argumenty ekonomiczne, bo zwolennicy kanalizacji rzek 
mówią o zyskach, nowych miejscach pracy. W tej sytuacji argumenty o 
ptakach do ludzi nie trafiają. 
 
Podsuwa główne pytanie w dyskusji o rzekach: "Co będziemy nimi wozić i po 
jakim czasie eksploatacji nastąpi zwrot poniesionych nakładów?". 
 
XIX-

wieczny transport Wisłą 

 

background image

To największa zagadka. Według Granatowicza z Energi Wisłą będzie można 
wozić "wszystko". Ekolodzy wytykają, że nie ma zbyt wielu towarów, które do 
tego się nadają. Np. węgiel z zagranicznych kopalni w portach nad morzem 
jest tańszy niż ten wydobywany w Polsce. Przewożenie piasku czy żwiru to 
biznes mało dochodowy jak na planowane 70 mld zł inwestycji. 
 
Według rządu barki do Warszawy miałyby zabierać m.in. kontenery, które do 
Gdańska przypływają statkami. W opłacalność takiego biznesu powątpiewa 
prof. Artur Magnuszewski z Zakładu Hydrologii na Wydziale Geografii UW: - 
Zwolennicy przywrócenia żeglugi argumentują, że kiedyś po Wiśle pływało 
mnóstwo statków, przewożono ogromne ilości towarów. Ale zwróćmy uwagę, 
że największe wykorzystanie Wisły do celów żeglugowych mieliśmy w XVI i 
XVII w., transportowano głównie zboże. Tamta żegluga odbywała się 
praktycznie tylko na wiosnę, w okresie wezbrań roztopowych. Była opłacalna, 
bo na przednówku były najlepsze ceny zboża. Transport odbywał się w jedną 
stronę, barki zostawały w Gdańsku. Kolejny dobry okres żeglugi wiślanej to 
XIX w. Mieliśmy porty, a nawet stocznię, w której produkowano statki. To też 
miało uzasadnienie. Wśród wodniaków funkcjonuje powiedzenie "Wisła ruska i 
W

isła pruska". Sieć kolejowa na terenie Prus była gęsta, dlatego tam nie 

rozwinęła się żegluga pasażerska. Ludzie woleli kolej. W zaborze rosyjskim 
kolej rozwinięta była słabo, dlatego transport odbywał się rzekami. 
 
Czy dziś transport wodny wytrzyma konkurencję z siecią kolejową i drogową? 
Na pewno wodą jest taniej. W uzasadnieniu do rządowych planów czytamy, że 
tę samą tonę ładunku przy tym samym nakładzie energii tir przewiezie na 
odległość 100 km, pociąg - 300 km, statek śródlądowy - 370 km. To 
oszczędność paliwa. Ale do kosztów trzeba dodać o wiele dłuższy czas 
podróży wodą i konieczność dwukrotnego przeładunku: w Gdańsku ze statku 
na barkę, a potem z barki na samochód, który przywiezie towar do klienta. 
 

Oszczędność energii nie jest na tyle duża, by warto było dewastować rzeki. 

Dziś o wiele bardziej opłacalny jest transport kontenerów koleją. Hasło "Tiry na 
tory" ma więcej sensu niż "Tiry na barki" - komentuje Przemysław Nawrocki. 
 
Zarobić na ekspertyzach 
 
Niektórym jednak opłaca się wozić towary wodą. Polscy wodniacy z 
zazdrością spoglądają na naszych zachodnich sąsiadów, gdzie transport 

background image

rzeczny jest doskonale rozwinięty. Ren czy Dunaj to prawdziwe wodne 
autostrady, którymi przewożone są ogromne ilości towarów. I choć w 
środkowym biegu Ren częściowo jest renaturyzowany, to bliżej portów 
morskich wciąż jest bardzo ważnym dla gospodarki szlakiem transportowym. - 
Transport wodny jest opłacalny i ekologiczny, jeśli mamy naturalne głębokie 
rzeki, jak dolny Ren i Dunaj, oraz istniejącą infrastrukturę, porty, zaś na 
rzekach mniejszych stopnie wodne i śluzy gwarantujące głębokości rzędu 
dwóch, trzech metrów. Niemcy wybudowali ją w XIX w. i teraz z tego 
korzystają. Pytałem niemieckich kolegów, czy dziś, znając wszystkie 
konsekwencje, zrobiliby to samo. Byli sceptyczni - 

mówi dr Żelaziński. I podaje 

przykład Francji, gdzie Loarę skreślono z listy dróg wodnych, choć przez setki 
lat cały transport wina z południowej Francji płynął na północ Loarą. Barki 
przegrały z samochodami i koleją. 
 
Jeśli nie sprawdzają się argumenty ekonomiczne, przyrodnicze czy 
powodziowe, to co pcha hydrotechników do popierania rządowego planu? Dr 
Żelaziński ma swoją teorię: - W branży pracuje kilkaset osób. Przygotowania 
do takiego przedsięwzięcia to kilka lat gromadzenia dokumentacji. Ktoś musi 
zrobić te wszystkie ekspertyzy, raporty oddziaływania na środowisko, oceny i 
analizy. O ile rząd nie ma miliardów na realizację tej inwestycji, to ma miliony 
na przygotowania do niej. I o te miliony toczy się walka.