background image

Harry Harrison

Młot i miecz

Część pierwsza - Thrall

The Hammer And The Cross

Przełożył Piotr Szarota

Wydanie oryginalne: 1993

Wydanie polskie: 1995

background image

 Qui credit in Filium, habet vitam aeternam; qui autem incredulus 

est Filio, non videbit vitam, sed ira Dei manet super eum.

Kto wierzy w  Syna,  ma  żywot  wieczny,  kto  zaś nie  słucha  Syna, 

nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim.

- Ewangelia Św. Jana, 3:36

Angusta  est domus: utrosque  tenere  non  potent. Non vult  rex  ce-

lestis cum paganis et  perditis nominetenus regibus communionem ha-
bere;  quia  rex  ille  aeternus  regnat  in  caelis,  ille  paganus  perditus 
plangit in inferno.

Domostwo  jest  wąskie;  nie  pomieści  wszystkich.  Król  Niebieski 

nie  ma  życzenia  wiązać  się  z  tymi,  którzy  sami  mienią  się  królami; 

jeden  tylko  nieśmiertelny  król  włada  w  Niebiesiech,  pogańscy 

królowie niechaj jęczą w Piekle.

- Alcuin, diakon Yorku, A.D. 797

Gravissima  calamitas umquam supra  Occidentem  acci-dens erat 

religio Christiana.

Największą  plagą,  jaka  spadła  dotąd  na  Zachód,  było  chrześci-

jaństwo.

- Gore Vidal, A.D. 1987

 Rozdział pierwszy

background image

PÓŁNOCNE WYBRZEŻE ANGLII, A.D. 865

Wiosna.  Początek wiosny  na przylądku Flamborough,  gdzie skały Yorkshire wcinają  się 

w  morze,  niczym  harpun  ważący  miliony  ton.  Z  przylądka  rozciąga  się  widok  na  Morze 

Północne,  skąd  nieustannie grozi atak wikingów. W obliczu tego zagrożenia władcy niewiel-

kich królestw  anglosaskich  zaczęli  niechętnie  jednoczyć swe  siły.  Niechęć brała początek w 

naznaczonej zbrodniami  i  wzajemną nienawiścią historii Anglów i Sasów,  którzy przybyli  na 

Wyspy  przed  kilkoma  wiekami.  Były  to  plemiona  dumnych  i  szlachetnych  wojowników, 

którzy pokonali wojska walijskie i - jak powiedziałby poeta - zawładnęli tą ziemią.

Wielmożny Godwin  zaklął  cicho  okrążając  drewnianą  palisadę  otaczającą  niewielki  fort 

wzniesiony na  najdalej wysuniętym  krańcu przylądka. Wiosna! Być może w innych rejonach 

tego kraju wydłużające się dni  i  jasne wieczory to zieleń traw,  kwitnienie  jaskrów  i krowy  z 

nabrzmiałymi  mlekiem wymionami,  jednak tu,  na  przylądku Flamborough,  wiosna  zwiastuje 

wiatr. Oznacza towarzyszące  zrównaniu  dnia z nocą burze  i  wichury. Za  plecami  pozostawił 

Godwin niskie i powykrzywiane  drzewa,  które  stały w szeregu jak ludzie;  te na samym  poc-

zątku były najniższe,  każde  następne było o  kilka cali  wyższe. Wskazując w  ten sposób kie-

runek wiatru,  wskazywały jednocześnie morze. Z trzech stron szara toń wznosiła się i opadała 

powoli,  żywa i groźna niczym olbrzymie zwierzę. Pojawiające się na powierzchni fale  rozry-

wane były po chwili gwałtownymi podmuchami wiatru,  tak że toń znowu stawała się płaska. 

Szare  morze,  szare niebo,  szkwał  zacierający linię horyzontu,  cały  ten świat pozbawiony  był 

żywszego  koloru,  nie  licząc  chwil,  kiedy  rozpędzone  fale  rozbijały  się  o  skalne  ściany 

przylądka wzbijając fontanny rozpylonej wody. Godwin stał  tam już tak długo,  że nie zwracał 

uwagi na grzmot rozbryzgującej się wody. W końcu poczuł  jak woda,  która zdążyła już zmoc-

zyć jego płaszcz i kaptur,  zaczyna spływać po twarzy. Początkowe uczucie świeżości zastąpił 

teraz smak soli.

W sumie to bez różnicy - pomyślał  zrezygnowany. Tak czy inaczej woda była jednakowo 

zimna.  Mógłby  wrócić  do  szałasu,  wyrzucić  precz  niewolników  i  ogrzać  przy  ogniu 

zmarznięte  stopy  i  dłonie.  W taki  dzień nie  należało  obawiać  się  najazdu.  Wikingowie  byli 

żeglarzami,  mówiono  nawet,  że  najlepszymi  na  świecie,  a  nie  trzeba  być  przecież  wielkim 

żeglarzem,  aby  wiedzieć,  że  wypływanie  na  morze  w  taki  dzień  nie  ma  sensu.  Wiatr  był 

wschodni,  północno-wschodni  -  jak  zauważył  Godwin,  doskonały  gdy  płynęło  się  z  Danii, 

jednak  trudno  wyobrazić  sobie  manewrowanie  na  tak  wzburzonym  morzu.  Niepodobna  też 

myśleć  o  bezpiecznym przybiciu  do brzegu. Nie,  to było zupełnie  wykluczone. Równie  do-

brze mógłby wygrzewać się teraz przy ogniu.

Godwin  popatrzył  z  tęsknotą  w  stronę  szałasu  i  sączącego  się  stamtąd  dymu  roz-

wiewanego  wciąż  przez  wiatr,  odwrócił  się  jednak  i  znów  zaczął  przechadzać  się  wzdłuż 

palisady.  Tak  jak  nauczył  go  jego  władca.  „Lepiej  nic  nie  myśl,  Godwin”  -  zwykł  mawiać. 

background image

„Nie  myśl:  może  przypłyną  dzisiaj,  może  nie  przypłyną. Nie  myśl,  że  lepiej  jest  czuwać  o 

pewnej porze dnia niż o innej. Gdy jest widno,  stój na skale. Obserwuj morze przez cały czas. 

W przeciwnym  razie,  któregoś dnia  będziesz  myślał  jedno,  a  jakiś Stein  albo Olaf  pomyśli 

sobie co innego i  zdąży przybić do brzegu i wedrzeć  się  dwadzieścia mil  w  głąb lądu,  zanim 

zdołamy  go zatrzymać,  jeżeli w  ogóle  nam się to  uda. A będzie nas to kosztować  sto istnień 

ludzkich i sto funtów w srebrze,  naszą trzodę i spalone obejścia. Potem przez lata całe  ludzie 

nie będą płacić dzierżawy. Bądź więc czujny, mój tanie, inaczej ucierpią twoje własne dobra”.

Tak  mówił  jego  władca,  Ella,  a  czarny  kruk  Erkenbert  pochylił  się  nad  pergaminem  i 

skrzypiącym piórem począł  wypisywać tajemne  wersy,  których Godwin lękał  się bardziej niż 

wikingów. „Dwa miesiące służby na przylądku Flamborough - odczytał  w końcu - powierzam 

mojemu tanowi Godwinowi. Ma czuwać aż do trzeciej niedzieli po Ramis Palmarum”.

Kazali  mu czuwać,  więc  będzie im  posłuszny. Jednak  nie musi  się przy  tym umartwiać. 

Godwin  wrzasnął  na  niewolników,  aby  przynieśli  mu  gorącego  piwa  z  przyprawami,  które 

kazał  wcześniej przygotować. Natychmiast pojawił  się jeden z nich niosąc przed sobą  kubek. 

Godwin spojrzał  na niewolnika z głęboką niechęcią. Przeklęty głupiec. Godwin trzymał  go u 

siebie,  miał  bowiem  ostry  wzrok,  lecz  był  to  powód  jedyny.  Zwał  się  Merla. Kiedyś był  ry-

bakiem.  Raz  przyszła  ciężka  zima,  Merla  prawie  nic  nie  łowił  i  popadł  w  długi  u  swoich 

dziedziców,  mnichów  z  opactwa  Św.  Jana  w  Beverley.  Najpierw  sprzedał  łódź,  aby  spłacić 

długi  i  nakarmić  żonę oraz  przychówek. Potem,  kiedy  pieniądze  się  skończyły  i  nie  stać  go 

już było na jedzenie,  musiał  sprzedać swą rodzinę komuś bogatszemu. Na końcu sprzedał  się 

sam  swoim  mnichom,  a  oni  oddali  go  na  służbę  Godwinowi. Przeklęty  głupiec.  Gdyby  ten 

niewolnik był  człowiekiem  honorowym,  sprzedałby się  na  samym  początku,  a  pieniądze  od-

dał  krewnym  żony,  tak że  mogliby  przyjąć  ją  do  swego  domu.  Gdyby  był  rozsądny,  sprze-

dałby najpierw  żonę  i  dzieci,  a  zatrzymał  łódź,  wtedy miałby jeszcze  szansę  na ich wykupi-

enie. Lecz Merla nie  był  ani rozsądny, ani honorowy. Godwin odwrócił  się plecami do wiatru 

i morza  i pociągnął  tęgi łyk z wypełnionego po brzegi kubka. Przynajmniej widział,  że nikt  z 

niego nie pił. Można ich było wyszkolić jedynie porządnym biciem.

Ale na co się teraz gapi ten żałosny rogacz? Na co wskazuje, rozdziawiając usta?

-  Statki!  -  krzyknął  wreszcie  Merla.  -  Statki  wikingów,  dwie  mile  od  brzegu!  Są  tam! 

Spójrz, panie!

Godwin  odwrócił  się  bez  zastanowienia  i  zaklął,  gdy  gorące  piwo  prysnęło  na  dłoń. 

Usiłował  dojrzeć  to,  co  wskazywał  niewolnik.  Czy  to  nie  jakiś  punkt,  w  miejscu,  gdzie 

chmura  styka  się  prawie  z  falami?  Nie,  nic  tam  nie  ma.  Chociaż...  Naprawdę  trudno  było 

dostrzec coś dokładnie,  wysokość  fal  dochodziła chyba  do dwudziestu  stóp,  co wystarczyło, 

aby przesłonić praktycznie każdy statek płynący ze zwiniętymi żaglami.

background image

- Znowu je widzę - krzyknął Merla. - Dwa statki, jeden niedaleko drugiego.

- Długie łodzie?
- Nie, panie, to knory.

Godwin  cisnął  za  siebie  kubek,  chwycił  rękę  niewolnika  swoim  żelaznym  uściskiem  i 

spoliczkował  go dwukrotnie przemokniętą skórzaną rękawicą. Merla stracił  oddech i skulił  się 

z bólu, lecz nie miał odwagi zasłonić się przed ciosem.

- Mów po angielsku, ty sobacze pomiotło! I mów do rzeczy.

- Knor,  panie,  to statek handlowy. Głęboko wydrążony,  do przewożenia towarów  - zawa-

hał  się przez chwilę, bojąc się ujawnić swoją wiedzę, a zarazem wystraszony konsekwencjami 

jej zatajenia. - Mogę je rozpoznać dzięki... dzięki kształtowi ich dziobów. To muszą być wik-

ingowie. Nasze statki wyglądają inaczej.

Godwin spojrzał  ponownie  na morze,  jego  gniew  zaczynał  stopniowo  ustępować wątpli-

wościom i rosnącemu przerażeniu, które ścisnęło zimną obręczą żołądek.

- Merla,  słuchaj co teraz powiem - szepnął. - Zastanów  się dobrze. Jeżeli to wikingowie, 

muszę  postawić  na  nogi  całą  naszą  straż  przybrzeżną.  Każdego,  stąd  aż  do  Bridlington.  W 

gruncie rzeczy to tylko nędzni kerlowie i niewolnicy. Nic się nie stanie, jeśli wyciągniemy ich 

teraz z wyrek i  odciągniemy od nie domytych małżonek. Ale będę musiał  zrobić  coś jeszcze. 

Jak tylko straże  zostaną  zwołane,  poślę posłańców  do opactwa  w  Beverley,  do mnichów  od 

Św. Jana, twoich panów, jak pewnie pamiętasz.

Urwał  wpatrując się w rozszerzone przerażeniem oczy Merli, który pamiętał aż za dobrze 

swoich opiekunów.

- ...A oni wezwą tanów Elli i ogłoszą werbunek. Nie będzie najlepiej, gdy przyjadą tutaj,  a 

piraci zmylą  nas i zamiast  na Flamborough wylądują na Spurn,  dwadzieścia mil stąd. Wtedy 

będzie  już  za  późno,  lecz  teraz  możemy  się  jeszcze  namyślić,  gdzie  posłać  oddziały.  Jeśli 

przyjadą tu w taką pogodę,  w deszcz,  zupełnie na próżno,  z powodu fałszywego alarmu jakie-

goś durnia,  a  na  dodatek  jeśli  wikingowie  zajdą  ich  od tyłu... Oj,  będę  miał  wtedy  kłopoty, 

Merla  - Godwin pchnął  osłabionego  z  niedożywienia niewolnika  na ziemię,  a  jego głos stał 

się  ostrzejszy.  -  Przysięgam  jednak  na  wszechmogącego  Boga,  że  ty,  Merla,  będziesz  tego 

żałował  do  końca  życia.  Zresztą  po  laniu,  jakie  ci  sprawię,  może  nie  będzie  to  trwało  tak 

długo.  Wiedz  jednak,  że  jeśli  tam  są  naprawdę  statki  wikingów,  a  ty  pozwolisz,  żebym  nie 

wszczął alarmu, oddam cię z powrotem czarnym mnichom i powiem im, że nic mi po tobie.

Odetchnął głęboko i popatrzył na Merlę.

- A teraz, gadaj! Są tam statki wikingów, czy nie?

Niewolnik spojrzał badawczo na morze - na jego twarzy znać było napięcie. Pomyślał, że 

nie  powinien  był  w  ogóle  się  odzywać. Co  to  dla  niego  za  różnica,  czy  wikingowie  zajmą 

Flamborough,  albo Bridlington,  albo nawet samo opactwo Beverley? Nie  wezmą go przecież 

background image

w  gorszą  niewolę,  a  może  nawet  ci  obcy  poganie  okażą  się  lepszymi  panami  niż  jego 

chrześcijańscy władcy. Za późno już jednak na takie myśli. Niebo przejaśniło się na chwilę  i 

raz  jeszcze dostrzegł  statki,  których Godwin,  stary szczur lądowy,  wciąż  jeszcze nie  widział. 

Merla skinął głową.

- Dwa statki wikingów. Dwie mile stąd na południowy wschód.

Po  chwili  Godwin  był  już  daleko  wykrzykując  rozkazy,  wołając  pozostałych  niewol-

ników,  krzycząc aby przyprowadzić mu konia,  przynieść róg. Zwoływał  swój niewielki oddz-

iał  rycerzy. Merla  wyprostował  się i  rozglądając się uważnie  podszedł  wolno do południowo-

zachodniego naroża  palisady. Co jakiś czas niebo przejaśniało się. Merla  widział  rozbijające 

się  na  brzegu  fale,  najbardziej  nieprzyjazny,  najniebezpieczniejszy  dla  statków  odcinek 

angielskiego wybrzeża. Zebrał  z palisady kępkę mchu i  patrzył  jak ulatuje  porwana  wiatrem. 

Na jego zatroskanej twarzy pojawił się ponury uśmiech.

Może i ci wikingowie to dobrzy żeglarze, ale znaleźli się  w  złym miejscu,  z bardzo złym 

wiatrem wiejącym im prosto w plecy. Jeżeli wiatr nie osłabnie,  jeśli nie powstrzymają ich na-

gle  pogańskie bóstwa  z Walhalli,  nie ma  dla nich ratunku. Nie zobaczą już  nigdy swojej Jut-

landii.

Dwie  godziny  później  setka  ludzi  stała  już  wzdłuż  piaszczystego  wybrzeża  na  południe 

od przylądka.  Ubrani byli  w  grube kamizelki  ze  skóry  i  skórzane  nakrycia  głowy,  uzbrojeni 

zaś we włócznie i drewniane tarcze. Jedynie Godwin miał  hełm z metalu, kolczugę i przypas-

any u boku miecz  z  mosiężną rękojeścią.  Ludzie  ci byli  wartownikami,  strażą  wybrzeża.  Ich 

zadaniem  nie  miało  być  odparcie  wroga,  gdyż  nigdy  nie  byliby  w  stanie  sprostać  świetnie 

wyszkolonym  wojownikom  z  Danii  i  Norwegii. Gdyby  pozostawić  ich samych  sobie,  uciek-

liby  niechybnie  zabierając  ze  sobą  w  pośpiechu  dobytek  i  rodziny.  Mieli  jednak  zostać 

wkrótce  wsparci  przez  zwerbowanych  przez  tanów  Northumbrii  rycerzy,  dla  których  walka 

oznaczała  możliwość  powiększenia  majątku. Także  wartownicy  liczyli,  że  uda  im się  w  od-

powiednim  momencie  włączyć do  potyczki  i  zebrać  łupy. Lecz  ostatnie  łupy wzięte  zostały 

przez Anglików aż czternaście lat temu,  a na dodatek miało to miejsce w odległym królestwie 

Wessex, gdzie działy się różne cuda.

Przyznać  jednak trzeba,  że  pośród  wartowników  brak  było  oznak  trwogi,  wydawali  się 

nawet pogodni. Byli to w przeważającej większości rybacy, których żywiołem stało się Morze 

Północne,  najgorszy zbiornik wodny na  świecie,  biorąc  pod uwagę  nawiedzające  to miejsce 

mgły,  sztormy,  olbrzymie fale i zdradzieckie prądy. Z biegiem czasu, kiedy statki stały się już 

bardziej widoczne,  wszyscy zaczęli myśleć podobnie jak Merla - wikingowie nie mieli szans. 

Wartownicy byli zgodni, że szansę udanego ataku ze strony nieprzyjaciół były znikome.

background image

-  Problem  polega  na  tym  -  rzekł  główny  sędzia  okręgu zwracając  się  do Godwina  - że 

jeśli postawią teraz żagiel, mogą pożeglować w trzy strony: na zachód,  północ albo na połud-

nie.  Jeżeli  popłyną  na  zachód  -  mężczyzna  nakreślił  linię  na  mokrym  piasku  -  wpadną  w 

nasze  ręce,  jeśli  popłyną na północ - rozbiją  się  o przylądek,  biada  jednak jeśli uda  im się go 

wyminąć,  wtedy bowiem  będą  mieli wolną drogę  aż do samego Cleveland. Ale  na szczęście 

wiemy coś, czego oni nie mogą wiedzieć. W okolicy przylądka jest silny prąd. Diabelnie silny 

prąd. Będą  mogli co najwyżej posterować swymi... - zawahał  się,  niepewny jak daleko może 

się posunąć w obecności Godwina.

- Dlaczego nie popłyną więc na południe? - wtrącił Godwin.
- Tego właśnie będą  próbować.  Myślę,  że  ich przywódca,  jad,  jak  go nazywają,  wie,  że 

jego ludzie są już wycieńczeni. Mają za sobą  koszmarną noc i ponury poranek,  kiedy zorien-

towali się gdzie ich wiatry przywiodły - sędzia pokiwał głową jakby w geście zrozumienia.

- A więc nie są tak wspaniałymi żeglarzami - wykrzyknął  Godwin z satysfakcją. - A poza 

tym Bóg jest po naszej stronie. Parszywi z nich poganie, wrogowie Kościoła.

Zamieszanie,  jakie  nagle  wybuchło  w  szeregach  wojowników,  uwolniło  sędziego  od 

konieczności  repliki, na którą  nie mógł  się jakoś zdobyć. Obaj mężczyźni odwrócili się auto-

matycznie.

Na ścieżce biegnącej wzdłuż  linii  przypływu zatrzymała się grupka dwunastu mężczyzn. 

Właśnie zsiadali  z koni. Czyżby  to pospolite  ruszenie - pomyślał  Godwin. Tanowie z Bever-

ley? Nie,  przecież  nie  zdążyliby przyjechać w  tak krótkim  czasie. Pewnie  dopiero  dosiadają 

swych koni. Mężczyzna kroczący na samym przedzie był  z pewnością szlachcicem. Potężny i 

krzepki,  miał  jasne włosy i jasnoniebieskie oczy oraz dumną  postawę człowieka,  który nigdy 

nie  musiał  trudnić  się  orką i siewem. Jego szkarłatne nakrycie głowy ozdobione było złotem, 

złoto połyskiwało też na rękojeści miecza. Za plecami mężczyzny kroczył  młodzieniec,  który 

wydawał  się jego mniejszą i młodszą kopią,  z pewnością syn. Obok zaś szedł  inny młodzian, 

wysoki  i  wyprostowany  jak wojownik,  lecz  o ciemnej karnacji,  ubrany  skromnie  w  tunikę  i 

wełniane  spodnie.  Parobkowie  z  trudem  utrzymywali  w  miejscu  wierzchowce  pozostałych 

sześciu  dobrze  uzbrojonych  wojowników,  należących  bez  wątpienia  do  świty  jakiegoś  bo-

gatego tana.

Idący na przedzie mężczyzna w geście powitania wzniósł otwartą dłoń.

- Nie znacie mnie - zaczął. - Jestem Wulfgar, tan króla Edmunda z East Anglii.

Przez oddział wartowników przeszedł szmer dezaprobaty.

- Zastanawiacie się,  co tutaj robię. Zaraz  wam  wytłumaczę. Nienawidzę wikingów  - sze-

rokim gestem wskazał  wybrzeże. - Wiem o nich więcej niż niejeden człowiek. W moim kraju, 

na północy, jestem strażnikiem wybrzeża z rozkazu króla Edmunda. Już dawno zrozumiałem, 

że  my Anglicy nigdy  nie pozbędziemy się  tego  plugastwa,  jeżeli walczyć  będziemy osobno. 

background image

Przekonałem  o  tym  swojego  króla,  a  on  wysłał  poselstwo  do  waszego  władcy.  Obaj 

postanowili,  że powinienem pojechać na północ i porozmawiać z mądrymi ludźmi z Beverley 

i Eoforwich, aby ustalić wspólne plany. Zeszłej nocy zmyliłem drogę i spotkałem twoich ludzi 

niosących posłanie do Beverley. Przyjechałem więc na pomoc. Czy dasz mi swe pozwolenie?

Godwin  skinął  głową.  W  końcu,  któż  może  wiedzieć  czy  ten  prostak  sędzia  nie  gada 

bzdur,  pomyślał.  Może  tym  psubratom  uda  się  jednak  tu  wylądować,  a  wtedy  parunastu 

rycerzy więcej bardzo się przyda.

- Witaj i podejdź bliżej - rzekł po namyśle.

Wulfgar pokiwał  głową z widoczną satysfakcją - Widzę,  że  zjawiam się w  odpowiedniej 

chwili.

Na  morzu  miała  rozegrać  się  za  chwilę  tragedia.  Jeden  ze  statków  wyprzedził  drugi  o 

jakieś  pięćdziesiąt  jardów  i  nieuchronnie  zbliżał  się  do  brzegu.  Wiatr  i  fale  miotały nim  na 

wszystkie  strony.  Nagle  wpłynął  na  mieliznę  i  przechylił  na  bok.  Załoga  zaczęła  biegać  w 

popłochu po pokładzie próbując zepchnąć statek z powrotem na pełne morze.

Było  już  jednak  za  późno.  W kierunku  statku  pędziła  ogromna  fala. Anglicy  usłyszeli 

stłumiony przez wiatr krzyk rozpaczy, który przywitali z entuzjazmem. Była to siódma fala, ta 

która  zawsze  dochodzi  najdalej  w  stronę  lądu.  W  jednej  chwili  okręt  znalazł  się  na  jej 

wierzchołku,  a  przez  burty  posypała  się  kaskada  skrzyń  i  beczek.  Potem  ze  straszliwą  siłą 

statek rzucony został  o skaliste nabrzeże i oczom Anglików ukazały się walczące z żywiołem 

postacie,  rozpaczliwie  chwytające  się  wyrzeźbionego  w  kształcie  smoka  dziobu.  Wkrótce 

wszystko  zakryła  kolejna  fala,  a  kiedy  opadła,  widać  już  było  tylko  unoszące  się  na  pow-

ierzchni deski.

Rybacy pokiwali głowami,  kilku się przeżegnało. Jeżeli  to dobry Bóg ocalił  ich od wik-

ingów, to na chwilę tę czekali już od bardzo dawna.

Drugi  statek  musiał  wybrać  inną  drogę,  oznaczało  to,  że  popłynie  z  wiatrem  na 

południowy  wschód. Było jasne,  że wikingowie  nie  zamierzają biernie  czekać na śmierć. Za 

sterem pojawił  się potężny mężczyzna  i  zaczął  pospiesznie  wykrzykiwać rozkazy.  Jego  rudą 

brodę widać było nawet z brzegu. Załoga zaczęła rozwijać żagiel,  który natychmiast wypełnił 

się  wiatrem.  Statek  pomknął  nowym  kursem  i  nabierając  coraz  większej  szybkości  rozcinał 

teraz  powierzchnię  wody.  Oddalał  się  wyraźnie  od  Flamborough,  kierując  się  w  stronę 

przylądka Spurn.

-  Uciekają  nam!  Za  mną!  Na  konie!  -  krzyknął  Godwin  i  odtrącając  na  bok  swego 

giermka  ruszył  galopem  w  pościg. Tuż  za  nim  pogalopował  Wulfgar  i  cała  jego  drużyna,  z 

wyjątkiem ciemnowłosego chłopca, który zwrócił się w stronę stojącego bez ruchu sędziego.

- Czemu zostałeś? Nie chcesz ich schwytać?

Sędzia uśmiechnął się szeroko i przysiadł na piasku.

background image

- Musieli spróbować - rzekł  wreszcie rzucając w powietrze garść piasku. - Nie pozostało 

im nic innego. Lecz nie dopłyną daleko.

Rzekłszy  to  wstał  i  ruszył  ku  swoim  ludziom.  Podzielił  ich  na  trzy  oddziały.  Pierwszy 

miał  zostać na  plaży i czekać na ewentualnych rozbitków,  drugi pogalopował  w ślad za God-

winem i drużyną Wulfgara,  trzeci zaś zaczął  przemierzać wybrzeże kłusem,  śledząc kurs oca-

lałego statku.

Wkrótce  nawet  szczury  lądowe  zdały  sobie  sprawę  z  tego,  co sędzia  dostrzegł  od razu. 

Okręt wikingów skazany był  na zagładę. Dwukrotnie załoga starała się obrócić go dziobem w 

stronę pełnego morza. Dwóch mężczyzn pomagało rudobrodemu wodzowi przy sterze, pozos-

tali  mocowali się  z  olinowaniem. Za każdym  razem  fale okazywały  się  silniejsze  od ludzi  i 

statek wciąż posuwał się równolegle do linii wybrzeża.

Po  kolejnym  manewrze  sytuacja  wikingów  uległa  jeszcze  pogorszeniu.  Nawet  dla  nie-

doświadczonych Godwina i  Wulfgara  różnica  była  zauważalna. Wiatr wydawał  się  teraz  sil-

niejszy,  morze  bardziej  wzburzone,  a  statek  znoszony  był  wyraźnie  przez  silny  prąd  za-

tokowy. Rudobrody mężczyzna wciąż stał  u steru wykrzykując bez przerwy komendy. Lecz z 

każdą  chwilą,  cal  po  calu,  statek  zbliżał  się  do  żółtawej  linii  znaczącej  początek  mielizny. 

Było jasne, że zaraz nastąpi katastrofa.

Płynąc  całą  naprzód okręt  zarył  się  nagle  w  twardy żwir. Maszt pękł  z  trzaskiem i upadł 

pociągając za sobą połowę  załogi. W przeciągu jednej chwili statek rozpadł  się jak łupina or-

zecha i zniknął pod falami. Na powierzchni pozostało jedynie olinowanie i niewielkie kawałki 

potrzaskanego drewna, które znaczyły miejsce katastrofy.

Pośród nich rybacy dostrzegli ludzką głowę. Rudą głowę wodza wikingów.

-  Jak  sądzisz,  uda  mu się,  czy  nie?  -  spytał  Wulfgar.  Widzieli  go  teraz  wyraźnie,  jakieś 

pięćdziesiąt  jardów  od  brzegu. Utrzymywał  się  wciąż  w  tym  samym  miejscu,  nie  próbując 

płynąć dalej, odkąd zobaczył zmierzające w swoim kierunku potężne fale.

- Będzie próbował - odparł  Godwin, nakazując swoim ludziom podejść bliżej do brzegu. - 

Jeśli mu się powiedzie, schwytamy go.

Rudobrody zdecydował  się wreszcie i zaczął  płynąć rozcinając  taflę wody potężnymi ud-

erzeniami  ramion.  Wiedział,  że tuż  za  nim  nadciąga wielka fala. Nagle uniosła  go wysoko  i 

poniosła do przodu. Starał  się utrzymać na szczycie,  jakby chciał  przy jej pomocy znaleźć się 

na  samej  plaży  i  wylądować  miękko  niczym  biała  piana  podchodząca  pod  podeszwy  skór-

zanych butów  Godwina  i Wulfgara.  Prawie  mu się udało,  jednak  tuż przed samym brzegiem 

fala  załamała  się  z  przerażającym  hukiem.  Mężczyzna  przygnieciony  został  jej  ciężarem, 

przetoczony do przodu, a następnie uniesiony z powrotem wraz z odpływem.

- Dalej, brać go - krzyknął Godwin. - Ruszajcie się, tchórze! Nic wam nie zrobi.

background image

Dwóch rybaków wystąpiło naprzód i weszło pomiędzy fale. Wzięli rudobrodego pod ręce 

i zaczęli ciągnąć do brzegu. Początkowo bezwładny, wyprostował się nagle.

-  On  żyje  -  wymamrotał  Wulfgar w  osłupieniu.  -  Ta  fala  była  wystarczająco duża,  aby 

złamać mu kark.

Kiedy  nogi rudobrodego dotknęły wreszcie  stałego  gruntu,  rozejrzał  się  wokół  i  widząc 

przed sobą osiemdziesięciu uzbrojonych ludzi wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu.

- Co za powitanie - mruknął pogardliwie.

W jednej  chwili  odwrócił  się i  zadał  jednemu z  trzymających go rybaków  dotkliwy  cios 

krawędzią  stopy.  Anglik  jęknął  z  bólu  i  uwolnił  ramię  wikinga,  który  wyprostował  palce  i 

wbił  je w oczy drugiego z nich. Tamten krzyknął  przeraźliwe,  zakrył  twarz dłońmi i upadł  na 

kolana.  Widać  było  krew  spływającą  po  jego  rękach.  Teraz  wiking  wyciągnął  zza  pasa 

zakrzywiony  nóż,  wychylił  się  w  stronę  tłumu,  błyskawicznie  złapał  najbliżej  stojącego  ry-

baka  i  rozpłatał  mu brzuch. Kiedy reszta cofnęła się przerażona,  odrzucił  nóż  i  wyrwał  z  rąk 

trupa włócznię i topór. Minęła zaledwie chwila odkąd zjawił  się na lądzie, a powalił  już trzech 

mężczyzn. Nikt nie zamierzał pójść w ich ślady.

-  No  dalej!  -  parsknął  rubasznym  śmiechem  i  odrzucił  głowę  do  tyłu.  -  Ja  jeden,  was 

wielu. Kto chce walczyć z  Ragnarem  - krzyknął  gardłowym głosem. - Który z  was jest wiel-

kim panem, który idzie pierwszy? Ty, czy ty? - wskazał  włócznią Godwina i Wulfgara, którzy 

stali teraz osamotnieni, podczas gdy ich ludzie nadal cofali się w popłochu.

- Musimy go pojmać - mruknął Godwin dobywając miecza. - Szkoda, że nie mam tarczy.

Wulfgar  poszedł  za  nim,  jednak  wcześniej  krzyknął  jeszcze  do  jasnowłosego  chłopca, 

który stał o krok od niego.

- Wracaj, Alfgar. Spróbujemy go rozbroić, resztę zrobią kerlowie.

Dwóch Anglików zaczęło się zbliżać z obnażonymi mieczami, tymczasem wiking zdawał 

się tylko na to czekać, potężny niczym niedźwiedź, i z pogardliwym uśmiechem na ustach.

Nagle  wyskoczył  do  przodu  z  szybkością  szarżującego  dzika  wprost  na  Wulfgara. Ten 

odskoczył  przerażony  i  pośliznąwszy  się  upadł  niezgrabnie.  Rudobrody  zamachnął  się  to-

porem  i  chybił  przecinając powietrze,  drugi cios wymierzył  już  jednak dokładnie.  Lecz  nim 

zdołał  dosięgnąć Wulfgara,  coś pociągnęło go do tyłu i  pozbawiło równowagi. Wiking upadł 

twardo  na  mokry piasek,  bezskutecznie próbując uwolnić  ręce. Była  to sieć,  zwykła sieć  ry-

backa. Przyniosło ją  dwóch  ludzi pod wodzą sędziego,  a teraz zaciskali ją  coraz ciaśniej. Je-

den z  nich wyrwał  z dłoni  wikinga topór,  drugi przygwoździł  do ziemi  drugą  rękę łamiąc za 

jednym  zamachem  drzewce  włóczni  i  trzymające  je  palce.  Następnie,  już  bezbronnego,  po-

toczyli po piasku, owijając w kolejne zwoje jakby to był pies morski lub rekin.

Wulfgar zbliżył się do nich kulejąc i wymienił spojrzenia z Godwinem.

background image

-  Co  my  tu  mamy?  -  mruknął.  -  Coś  mi  mówi,  że  nie  jest  to  tylko  zwykły  kapitan 

pechowego okrętu.

Następnie nachylił się, przyjrzał szatom wikinga i dotknął delikatnie materiału.

- Kozia skóra, dobrze wyprawiona. Mówił  o sobie Ragnar. Złapaliśmy samego Lothbroka. 

Ragnara Lothbroka.

- Nie  nam  więc decydować o  jego losie  - zauważył  Godwin po chwili  milczenia. - Mu-

simy go zabrać przed oblicze króla Elli.

Nagle przerwał mu głos młodego, ciemnowłosego chłopca, który przybył z Wulfgarem.

- Króla Elli? - spytał. - Myślałem, że królem Northumbrii jest Osbert.

- Nie wiem  jak wychowujecie ludzi w  waszym kraju - Godwin zwrócił  się do Wulfgara z 

wymuszoną  uprzejmością - wiem  tylko,  że jeśli  mój  człowiek powiedziałby coś takiego,  ka-

załbym mu wyrwać język. Chyba że jest to twój krewny.

Nikt nie mógł  go zobaczyć w  mroku stajni. Ciemnowłosy chłopiec oparł  głowę o siodło i 

wybuchnął  płaczem. Plecy paliły go jak żywy ogień, a jego wełniana tunika lepiła się od krwi. 

Nikt jeszcze nie wychłostał go tak dotkliwie, a zaznał już w swym życiu wiele cierpienia.

Wszystko  przez tę wzmiankę,  że  są  spokrewnieni,  był  tego pewien. Miał  tylko nadzieję, 

że  nie  płakał  zbyt  głośno  i  nikt  obcy  go  nie  usłyszał.  Nie  pamiętał  już  dobrze  ostatnich 

wypełnionych bólem godzin.  Przypominał  sobie,  że  długo jechał  przez jakieś pustkowia  sta-

rając się trzymać prosto w siodle. Czy dotarli aż do Eoforwich? Nie pamiętał.

Teraz  chciałby uciec  jak najdalej. Kiedy wreszcie zdoła zmyć  z siebie winę ojca?  Kiedy 

uwolni się w końcu od nienawiści ojczyma?

Gdy  Shef  uspokoił  się  trochę,  zaczął  rozpinać  popręg mocując  się  z  twardą  skórą.  Był 

pewien, że Wulfgar uczyni z niego wkrótce swego niewolnika, założy na szyję żelazną obręcz 

i nie zważając  na  nieśmiałe  protesty matki sprzeda  na jakimś targu,  w Thetford,  albo w  Lin-

coln. Na pewno weźmie za niego spore pieniądze. Przecież kręcił się często koło kuźni,  gdzie 

ukrywał  się przed gniewem ojczyma, poza tym lubił  ogień,  pomagał  kowalowi,  dął  w miechy, 

rozkuwał  surowe żelazo,  z  czasem  zaczął  nawet  wyrabiać własne narzędzia. W końcu wykuł 

swój własny miecz.

Kiedy  zostanie  niewolnikiem,  nie  będzie  mu  wolno go  zatrzymać. Kto wie,  może  pow-

inien  już  teraz  uciekać.  Niewolnikom  udaje  się  czasem  zbiec,  zazwyczaj  jednak  nawet  nie 

próbują.

Zdjął  siodło  i  rozejrzał  się  po  obcej  stajni  w  poszukiwaniu  miejsca,  gdzie  mógłby  je 

położyć. Drzwi otworzyły się nagle wpuszczając do środka smugę światła i powiew zimna.

- Jeszcze nie skończyłeś? - spytał pogardliwie Alfgar. - Lepiej to już zostaw, przyślę zaraz 

giermka.  Mój  ojciec wezwany  został  na  naradę  z królem i  możnymi. Potrzebuje sługi,  który 

background image

czuwałby  za  jego  krzesłem  i  nalewałby  mu  piwa.  Ja  się  do  tego  nie  nadaję,  ty  pójdziesz. 

Czeka już na ciebie jeden z tanów, żeby dać ci dokładne instrukcje.

Oto  Shef,  wychłostany  tak,  że  ledwo  trzymał  się  na  nogach,  posłany  zostaje  do  zamku 

króla,  wzniesionego  niedawno  na  ruinach  rzymskich  fortyfikacji.  W  sercu  chłopca  coś 

poruszyło  się  gwałtownie,  poczuł  nagle  przypływ  podniecenia.  Narada?  Możni  ludzie? 

Pewnie zadecydują o losie jeńca,  tego wielkiego wojownika. Będzie  miał  o czym opowiadać 

Godivie, żaden z mędrków w Emneth nie wymyśli lepszej historii.

- I  trzymaj język  za zębami  - ciągnął  Alfgar  - w  przeciwnym razie,  naprawdę  wyrwą ci 

język. I zapamiętaj raz  na  zawsze:  to Ella  jest teraz królem  Northumbrii. Poza tym nie jesteś 

krewnym mego ojca.

 Rozdział drugi

- Sądzimy, że to Ragnar Lothbrok, ale skąd niby mamy to wiedzieć - spytał król Ella.

Dwunastu  mężczyzn  siedziało  wokół  okrągłego  stołu,  wszyscy  na  niskich  taboretach, 

wszyscy  z  wyjątkiem  króla,  który  zasiadał  na  wielkim  rzeźbionym  tronie.  Obecni  w 

większości  ubrani byli  jak król,  bądź  jak Wulfgar,  który znajdował  się po jego lewej stronie. 

Mieli na sobie płaszcze skrojone  z  jaskrawej materii,  których nie  zdejmowali z uwagi  na  pa-

nujące w sali przeciągi oraz ozdobione złotem i srebrem nadgarstki. Złotem połyskiwały także 

ich klamry,  sprzączki  i pasy. Zebrał  się tu kwiat  rycerstwa Northumbrii,  posiadacze  wielkich 

obszarów  ziemskich  na  południu i wschodzie  kraju,  wierni  stronnicy króla,  którym udało  się 

wynieść go na  tron i obalić jego rywala  Osberta. Na swych taboretach czuli  się nieswojo,  jak 

przystało na ludzi, którzy większość życia spędzili na własnych nogach, bądź w siodle.

Przy stole  siedziało jeszcze  czterech mężczyzn,  którzy trzymali się  razem,  jakby celowo 

izolując  się  od  rycerstwa. Trzech  z  nich miało  na  sobie czarne  szaty i  kaptury  mnichów  od 

Św. Benedykta,  czwarty nosił  strój biskupi.  Siedzieli  wygodnie rozparci,  trzymając  w  pogo-

background image

towiu gliniane tabliczki i rylce,  gotowi zapisać  każde wypowiedziane przy stole słowo,  przy-

gotowani do forsowania własnych opinii.

Jeden z mężczyzn zdecydował  się odpowiedzieć na pytanie, zadane przez króla. Nazywał 

się Cuthred i był kapitanem straży przybocznej.

-  Nie  możemy  znaleźć  nikogo,  kto  mógłby  go rozpoznać  -  przyznał. - Wszyscy,  którzy 

mieli  okazję  zmierzyć  się  kiedyś  w  otwartej  walce  z  Ragnarem,  nie  żyją.  Wszyscy  z 

wyjątkiem  walecznego  tana  króla  Edmunda,  który  dziś  tu  z  nami  zasiada.  Nawet  to  nie 

przesądza jednak,  że  człowiek ten to rzeczywiście Ragnar Lothbrok. Myślę  jednak,  że  to on. 

Po pierwsze  dlatego,  że nic  nie  mówi.  Nie  chwaląc  się,  potrafię  skłonić  ludzi do  mówienia, 

ten kto mi  się  opiera,  nie może być zwyczajnym piratem. To musi być człowiek,  któremu się 

wydaje,  że  jest  kimś.  Po  drugie:  co  robiły  tutaj  te  statki?  Wiemy,  że  wracały  z  południa  i 

zostały zepchnięte z kursu, tak że przez kilka dni musiały walczyć z żywiołem. Wiemy też, że 

były to statki handlowe. Jakie towary wiezie się zwykle na południe? Niewolników. Nie chcą 

tam wełny ani futer, nie  chcą piwa. Ci ludzie  na statkach byli więc handlarzami niewolników 

wracającymi  po  załatwieniu  transakcji.  Ragnar  jest  handlarzem  niewolników  i  jest  to  na 

pewno ktoś, kto się liczy. Wszystko pasuje, nie mamy tylko dowodów.

Cuthred pociągnął tęgi łyk piwa ze swojego kubka, wyczerpany nieco długą przemową.

- Jest jednak coś,  co  mnie  ostatecznie  przekonało. Co wiemy o Ragnarze? - Cuthred ro-

zejrzał się po twarzach siedzących wokół stołu mężczyzn. - Z pewnością to, że jest łajdakiem.

- Rabował  kościoły  i  gwałcił  zakonnice! - wykrzyknął  arcybiskup Wulfhere  siedzący po 

przeciwnej stronie stołu. - Dopadły go wreszcie własne grzechy!

-  Ośmielam  się  jednak  zauważyć  -  dodał  Cuthred  -  że  jest  jedna  rzecz,  która  odróżnia 

Ragnara od pozostałych bezbożników  i  wrogów  Kościoła. Ragnar posiada wiele  cennych in-

formacji. Jest  trochę  podobny do mnie,  potrafi  zmusić  ludzi  do mówienia. Słyszałem,  że ma 

na  to  własny  sposób  -  kapitan  zniżył  głos.  -  Jeżeli  uda  mu  się  kogoś  schwytać,  pierwszą 

rzeczą,  którą robi  jest,  bez żadnych wstępnych rozmów  czy dyskusji, wyłupienie ofierze  oka. 

Potem wciąż milcząc znów sięga w stronę głowy tamtego człowieka gotowy wyłupić mu dru-

gie.  Jeżeli  człowiek  ma  do  powiedzenia  coś,  co  akurat  interesuje  Ragnara,  jego  szczęście. 

Jeśli  nie,  trudno,  już  po  nim.  Mówią,  że  Ragnar krzywdzi wielu  ludzi,  lecz  kerlowie  nie  są 

przecież na ogół  wiele  warci. Mówią,  że  Ragnar bierze  to pod uwagę i dzięki  takiemu prze-

konaniu oszczędza swój czas i energię.

-  Czy  znaczy  to,  że  nasz  więzień  zapoznał  cię  ze  swoimi  poglądami?  -  spytał  jeden  z 

mnichów. - Czy wyjawił ci to w trakcie przyjacielskiej pogawędki o sprawach zawodowych?

-  Nie  -  Cuthred  wychylił  kolejny  łyk  piwa  -  ale  widziałem  jego  paznokcie.  Wszystkie 

krótko spiłowane,  wszystkie  z  wyjątkiem prawego kciuka. Jest  na  cal długi  i  twardy jak stal. 

Spójrzcie, przyniosłem go tu ze sobą - Cuthred rzucił na stół zakrwawiony szpon.

background image

- A więc to Ragnar - rzekł król Ella przerywając milczenie. - Co z nim teraz zrobimy?
Wojownicy wymienili zdziwione spojrzenia.

- Myślisz, że nie zasługuje na ścięcie - odważył się spytać Cuthred. - Mamy go powiesić?

- A może coś jeszcze gorszego? - włączył się jeden z rycerzy.

-  Może  potraktujemy  go  jak  zbiegłego  niewolnika? A może  zrobimy  mu  to,  co  poganie 

temu świętemu, no, temu, co go żywcem przypiekali. Jak też on się nazywał...

- Mam inny pomysł - przerwał mu Ella. - Możemy go po prostu wypuścić.

Na twarzach  zebranych pojawiło  się  osłupienie. Król pochylił  się  nad stołem i przebiegł 

wzrokiem po sali obdarzając każdego z podwładnych badawczym spojrzeniem.

- Pomyślcie,  dlaczego jestem królem?  Jestem  królem,  ponieważ  Osbert  -  to zapomniane 

imię  wywołało  wyraźne  poruszenie  wśród  zebranych,  a  dla  stojącego  za  plecami  Wulfgara 

sługi  było jak ukłucie  bólu  -  ponieważ  Osbert  nie  był  w  stanie  obronić  królestwa  przed  na-

jazdami  wikingów.  Robił  po  prostu  to,  co  czyniliśmy  od  wieków.  Rozkazał  każdemu  z  nas 

wystawić własne straże, a w razie ataku organizować samoobronę. Było więc tak,  że dziesięć 

okrętów  uderzało  na  jakieś  miasto  i  grabiło  je  doszczętnie,  podczas  gdy  ludzie  w  innych 

osadach nakładali na głowy koce i dziękowali Bogu, że ich ten los ominął. Co ja w tej sytuacji 

uczyniłem? Wiecie  dobrze,  jak było.  Pozostawiłem  na  wybrzeżu tylko punkty obserwacyjne, 

zorganizowałem system wczesnego ostrzegania, a w razie ataku z morza ogłaszałem pospolite 

ruszenie.  Teraz,  gdy  próbują  nas  atakować,  odpowiadamy  atakiem  z  naszej  strony,  zanim 

jeszcze  uda im  się  zagrozić naszym  miastom. To  są  nowe  idee. I sądzę,  że tu  także musimy 

wymyślić  coś nowego. Możemy pozwolić  mu odejść. Możemy  zawrzeć  z  nim układ. Będzie 

musiał  pozostawić  Northumbrię  w  spokoju.  Odda  nam  zakładników,  a  my  będziemy  trak-

tować  go  jak  naszego  honorowego  gościa,  a  potem  wyślemy  go  z  powrotem  z  masą  po-

darków. Nie będzie nas to drogo kosztować,  a może przynieść nam dużo pożytku. I darujemy 

mu dalsze rozmowy z Cuthredem. Co wy na to?

Rycerze patrzyli po sobie, unosząc brwi i kręcąc z niedowierzania głowami.

- Mogłoby się to udać - mruknął Cuthred.

Wulfgar chrząknął  przygotowując się do odpowiedzi, jego twarz było czerwona z gniewu. 

Ubiegł go jeden z mnichów.

- Nie powinieneś tego czynić, mój panie.
- Nie powinienem?

-  Nie  możesz.  Musisz  dbać  nie  tylko  o  sprawy  tego  świata.  Arcybiskup,  nasz  ojciec  i 

niegdysiejszy  brat,  przypomniał  nam  o  haniebnych  czynach,  jakich  dopuścił  się  Ragnar  na 

szkodę  Chrystusowego  Kościoła.  Czyny,  które  dotykały  nas  zarówno  jako  ludzi,  jak  i 

chrześcijan  -  moglibyśmy  wybaczyć.  Jednak  nie  zbrodnie  wymierzone  w  nasz  Święty 

Kościół. Te zbrodnie powinniśmy pomścić z całą stanowczością. Ile kościołów spalił  Ragnar? 

background image

Ilu  chrześcijan,  kobiet  i mężczyzn,  sprzedał  poganom jako niewolników,  ilu oddał  wyznaw-

com  Mahometa? Ile  cennych relikwii zostało zniszczonych? Ile skarbców  ograbionych? Gdy 

wybaczysz  mu to  wszystko,  grzech  ten ciążyć  będzie  na  twoim  sumieniu.  Zagrozić to może 

także  zbawieniu  wszystkich  zebranych przy  tym  stole  ludzi.  Nie,  królu,  to  nam  powinieneś 

oddać  Ragnara.  Pozwól,  abyśmy  pokazali,  co  spotka  każdego  kto  wystąpi  przeciw 

Kościołowi.  A  kiedy  wieść  ta  dotrze  do  pogan,  do  tych  morskich  rabusiów,  niech  wiedzą 

odtąd,  że  ramię  Kościoła  jest  tak  mocne,  jak  nieskończone  jego  miłosierdzie.  Pozwól,  że-

byśmy wtrącili go do kanału z wężami. Niech ludzie opowiadają o wężach króla Elli.

Król  zawahał  się,  widział  jaki  entuzjazm  i  podniecenie  wzbudziły  słowa  mnicha  u jego 

rycerzy.

- Nie  widziałem dotąd człowieka  rzucanego gadom na  pożarcie - wykrzyknął  z zapałem 

Wulfgar - ale  na  to zasługuje każdy wiking.  I  to właśnie  powiem  mojemu królowi,  chwaląc 

mądrość króla Elli.

Mnich,  którego  przemowa  tak  się  spodobała  podniósł  się,  żeby  podsumować  dyskusję. 

Był to archidiakon Erkenbert.

-  Wszystko  jest  już  przygotowane,  czekamy  tylko  na  twój  rozkaz,  aby  przyprowadzić 

więźnia. I pozwól, aby wszyscy,  radni, rycerze i słudzy,  zobaczyć mogli zemstę, jaką król Ella 

i Święty Kościół zgotowali niewiernemu.

Wszyscy  powstali,  a  między  nimi  Ella,  którego  twarz  wciąż  wyrażała  niepewność. 

Rycerze  zaczęli  już  się  rozchodzić,  nawołując  swoich  służących,  żony  i  przyjaciół,  aby 

przyłączyli  się  do  towarzystwa.  Shef  podążał  za  swoim  ojczymem.  Kiedy  się  odwrócił 

dostrzegł, że tylko mnisi pozostali na swoich miejscach przy stole.

- Dlaczego to powiedziałeś?  - mruknął  arcybiskup Wulfhere, zwracając się archidiakona. 

- Mogliśmy wejść w pakt z wikingami,  nie odbierając sobie szansy zbawienia. Dlaczego zmu-

siłeś króla, żeby rzucił tego Ragnara wężom?

Mnich  sięgnął  do  swej  sakiewki  i  podobnie  jak  wcześniej  Cuthred,  rzucił  na  stół  jakiś 

przedmiot. Później dołożył jeszcze jeden.

- Czy wiesz co to jest, mój panie? - spytał arcybiskupa.

To moneta. Złota. Z inskrypcją podłych czcicieli Mahometa!

- Została odebrana więźniowi.

- Sądzisz więc, że jest tak zły, że nie można go puścić żywcem?
- Nie, mój panie. Spójrz teraz na to.

- To pens. Pens z naszej własnej mennicy, tu w Eoforwich. Jest na niej moje imię,  o tutaj: 

Wulfhere. Srebrna jednopensówka.

Archidiakon zabrał ze stołu monety i schował je z powrotem do sakiewki.

background image

-  To  bardzo  mamy pieniądz,  mój  panie.  Mało  srebra,  dużo  ołowiu.  To  wszystko,  na  co 

może sobie  obecnie  pozwolić  nasz Kościół. Nasi niewolnicy  pouciekali,  nasi  kerlowie  oszu-

kują  nas  na  dziesięcinach.  Nawet  możni  dają  nam  coraz  mniej.  Tymczasem  sakwy 

bezbożników  pęcznieją od złota zrabowanego chrześcijanom. Kościół  znajduje się w  niebez-

pieczeństwie,  mój  panie. Nie dlatego,  że może zostać pokonany  bądź doszczętnie ograbiony 

przez pogan,  z tych ciężkich ran bowiem Kościół  na pewno się podźwignie. Groźne jest to, że 

poganie i chrześcijanie mogą się razem pojednać. A wtedy zauważą z pewnością, że wcale nas 

już nie potrzebują. Nie można więc dopuścić, żeby weszli ze sobą w układy.

Słuchacze pokiwali zgodnie głowami, arcybiskup został przekonany.

- A więc rzucimy go wężom.

Kanał  z  wężami  był  kamiennym  zbiornikiem  wodnym  pochodzącym  jeszcze  z  czasów 

rzymskich,  osłoniętym  prowizorycznym  dachem. Mnichowie  z  opactwa  Św. Piotra  w  Eofor-

wich  dumni  byli  ze  swoich ulubieńców:  mieniących  się  w  słońcu  gadów.  Zeszłego  lata  ro-

zesłali wiadomość do swoich poddanych z królestwa Northumbrii, aby przynosili  do opactwa 

schwytane  przez  siebie  żmije.  Nagrodą  miało  być  zmniejszenie  dziesięciny.  Czym  dłuższa 

żmija, tym większe ulgi. Nie było tygodnia,  żeby ktoś nie doręczył  worka z wijącą się zawar-

tością,  która trafiała zaraz  do opiekuna węży,  noszącego dumny tytuł  custos viperarum. Gady 

otoczone  były  troskliwą  pieczą,  karmione  żabami  i  myszami,  wszystko  po  to,  żeby  jak 

najszybciej rosły.

Nadszedł  wieczór  i  bracia  przynieśli  pochodnie,  aby  ustawić  je  wokół  zbiornika.  Dno 

wyłożono  słomą  i  ciepłym  piaskiem,  który  miał  pobudzić węże  do większej aktywności. Po 

chwili  pojawił  się  sam  custos  i  zaczął  przywoływać  z  uśmiechem  swoich  pomocników  - 

każdy niósł skórzany worek z żywą zawartością. Opiekun podnosił  po kolei worki, pokazywał 

je  tłumowi,  który tłoczył  się  już  i  przepychał  wokół  krawędzi  pustego zbiornika.  Następnie 

rozwiązywał  worki i wysypywał  węże na piasek. Za każdym razem opróżniał  worek w innym 

miejscu, chciał bowiem, aby węże rozpełzły się po całym placu.

Na  końcu  zjawił  się  król  w  otoczeniu  radnych  i  gwardii  przybocznej.  Przyprowadzono 

więźnia.  Pośród  wojowników  z  dalekiej  Północy  było  takie  powiedzenie:  „mężczyzna  nie 

powinien  utykać,  dopóki  obie  jego  nogi  są  tej  samej  długości”.  Ragnar  rzeczywiście  nie 

utykał,  choć  z  trudem  trzymał  się  na  nogach. Przesłuchania  prowadzone  przez  Cuthreda  nie 

należały do łagodnych.

Rycerze podeszli  do krawędzi  zbiornika,  a  następnie cofnęli się nieco,  ustępując miejsca 

więźniowi,  żeby  mógł  zobaczyć  co  go  wkrótce  czeka.  Ragnar  uśmiechnął  się  szeroko, 

odsłaniając połamane zęby. Miał związane z tyłu ręce, a na sobie kożuch z koziej skóry.

background image

- Wiedz,  że  masz  wybór - zaczął  archidiakon Erkenbert starając  się  mówić prostą  hand-

lową angielszczyzną. - Jeżeli przyjmiesz chrzest, będziesz żył. Żył jako niewolnik.

Wiking wydął pogardliwie wargi.

-  Wy,  księża.  Znam  ja  waszą  mowę.  Mówicie:  będę  żył. Ale  jak  żył?  Jako  niewolnik, 

mówicie. A  ja  wiem,  jakie  to  życie.  Bez  oczu  i  języka.  Obcięte  nogi,  podcięte  ścięgna,  nie 

można chodzić.

Wyprostował się i wziął głęboki oddech.

- Walczę już  od trzydziestu wiosen - głos Ragnara wznosił  się teraz jak hymn - czterystu 

mężczyzn zginęło z mej ręki, tysiąc kobiet zgwałciłem,  spaliłem wiele opactw, sprzedawałem 

też dzieci. Wielu płakało z mego powodu,  ja nie  płakałem za  nikim. Teraz stoję  przed wami, 

jak  Gunnar,  bogiem  urodzony.  Czyńcie  swą  przeklętą  powinność  i  niech  błyszczący  gad 

ugodzi mnie w samo serce. Nie będę błagał o przebaczenie. Całe życie walczyłem mieczem!

- Brać  go - warknął  Ella  zza  pleców  wikinga i  straże  zaczęły ciągnąć  Ragnara  w  stronę 

krawędzi.

- Zatrzymajcie się! - krzyknął Erkenbert. - Najpierw trzeba związać mu nogi.

Strażnicy  związali  więc  Ragnara  dokładnie;  nie  stawiał  zresztą oporu.  Potem  ułożyli  go 

na  krawędzi zbiornika  i  popchnęli w  dół. Upadł  w  sam  środek kłębowiska. Węże rzuciły  się 

na niego.

Ubrany w swoje grube skórzane szaty wiking śmiał się jednak urągliwie.

- Nie mogą go ukąsić - zawołał  ktoś z wyraźnym rozczarowaniem w głosie - jego ubranie 

jest za grube.

- Mogą przecież ukąsić go w ręce  albo w twarz - wyjaśnił  opiekun węży, broniąc honoru 

swych podopiecznych.

Jedna  z  największych  żmij  znalazła  się  rzeczywiście  tuż  koło  twarzy  Ragnara.  Przez 

chwilę  wyglądało  jakby  patrzyli  sobie  w  oczy,  przy  czym  rozwidlony  język  gada  dotykał 

prawie ludzkiego policzka. Widzowie zamarli w oczekiwaniu.

Nagle  głowa wikinga  wyskoczyła  do przodu z  rozwartymi  zębami.  Trysnęła krew  i  wąż 

opadł  martwy  z  odgryzioną  głową.  Ragnar  zaśmiał  się  tryumfalnie  i  zaczął  toczyć  się  po 

wężach, wciskając je w ziemię całym ciężarem swego potężnego ciała.

- On je pozabija! - krzyknął custos zdławionym głosem.

Ella z obrzydzeniem na twarzy podszedł do strażników i pstryknął palcami.

- Ty i ty. Obaj macie porządne buty. Wyciągniecie go stamtąd i przyniesiecie na górę. Za-

pamiętam  to sobie  -  dodał  głucho,  zwracając się  do Erkenberta.  -  Zrobiłeś z nas  wszystkich 

durniów.

Przyglądał się chwilę w milczeniu.

background image

- A teraz uwolnijcie jego ręce i nogi - krzyknął  do powracających strażników  - ściągnijcie 

z  niego ubranie i  zwiążcie na  nowo. Ty  i  ty.  Przyniesiecie gorącej  wody,  węże lubią gorąco. 

Jeżeli  rozgrzejemy  mu skórę będą  do niego lgnęły. I jeszcze  jedno: tym  razem będzie  starał 

się leżeć nieruchomo, aby popsuć nam szyki, więc przywiążcie mu jedną rękę do ciała, a nad-

garstek  drugiej  owińcie  sznurem.  Drugi  koniec  będziemy  trzymać  na  górze,  w  ten  sposób 

zmusimy Ragnara, żeby się poruszył.

Więzień  został  znowu  zepchnięty. Wciąż  milczał,  uśmiechał  się  tylko.  Tym  razem  sam 

król  kierował  całą  akcją.  Rozkazał,  aby  rzucić  Ragnara  w  to  miejsce,  gdzie  zebrały  się 

największe węże. Po kilku sekundach zaczęły one podpełzać do parującego w chłodnym pow-

ietrzu nagiego ciała, powoli wślizgując się na nie. Przez tłum przeszedł pomruk obrzydzenia.

Nagle król pociągnął  za sznur,  raz i drugi. Ramię poruszyło się,  a wystraszone węże zac-

zęły  syczeć  i  kąsać,  jeden  po drugim  wypełniały  ciało mężczyzny  trucizną.  Widzowie  zau-

ważyli, że twarz wikinga zaczyna się powoli zmieniać, puchnąć i sinieć. Kiedy jego oczy zac-

zęły wychodzić z orbit, a spuchnięty język sztywnieć Ragnar zakrzyknął po raz ostatni.

- Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi!

- Co on tam gada? - mruczał tłum. - Co to może znaczyć?

Nie  znam  wprawdzie  norweskiego,  pomyślał  Shef,  czuję  jednak,  że  nie  wróży  to  nic 

dobrego.

Gnythja mundu grisir ef galtar hag vissi”  -  słowa  te  wciąż  dźwięczały  w  uszach 

potężnego  mężczyzny,  który  stał  wyprostowany  na  dziobie  wojennego  okrętu.  Statek 

znajdował  się  kilkaset  mil  na wschód od wybrzeża Anglii  i  zbliżał  się  właśnie  do  duńskiego 

wybrzeża w  okolicy Sjaelland. Miał  przecież tak znikome szansę,  żeby je usłyszeć. Czy Rag-

nar mówił  sam do siebie? A może wiedział,  że ktoś zrozumie  i zapamięta  jego słowa. Trudno 

jednak  podejrzewać,  że  ktoś  z  kręgu  króla  Elli  mógłby  znać  norweski,  albo  przynajmniej 

zrozumieć  te  kilka  słów,  które  wyrzekł  Ragnar.  Jednakże  mówi  się  czasem,  że  umierający 

miewają wizje. Ragnar wiedział, że słowa jego nie pozostaną bez odpowiedzi.

Lecz jeśli były to słowa przeznaczenia,  doprawdy przedziwną sobie obrały drogę, żeby do 

niego  dotrzeć!  W  tłumie  otaczającym  wypełniony  wężami  zbiornik  znalazła  się  kobieta, 

konkubina  jednego z możnych Anglików,  „lemman”,  jak je  tam  nazywają. Zanim  jednak jej 

pan  kupił  ją na  londyńskim  targowisku,  kobieta  ta  służyła  na  dworze  króla  Maelsechnaill  w 

Irlandii,  gdzie  często  mówiło  się  po  norwesku.  Zrozumiała  słowa  Ragnara  i  miała  na  tyle 

zdrowego  rozsądku,  żeby  nie  powiedzieć  o  tym  swemu  panu.  Cóż,  pozbawione  sprytu 

konkubiny  nie  dożywają  zazwyczaj  wieku,  w  którym  mogłyby  oglądać  zmierzch  własnej 

urody.  Zamiast  swemu  panu  wyjawiła  ten  sekret  swojemu kochankowi,  kupcowi,  który wy-

ruszał  właśnie  na południe,  a  on  przekazał  go swoim  towarzyszom  podróży.  Pomiędzy nimi 

background image

znalazł  się pewien zbiegły niewolnik, niegdyś rybak, któremu historia ta wydała się szczegól-

nie  bliska,  bowiem  przypadkowo uczestniczył  on  w  pojmaniu  Ragnara.  W Londynie,  gdzie 

poczuł  się  już zupełnie  swobodny,  niewolnik ten stworzył  własną  opowieść,  którą  powtarzał 

w zamian za kubek piwa albo plaster bekonu. Opowiadał  ją w gospodach, gdzie przesiadywali 

marynarze z różnych stron Europy: Fryzji, Danii i państwa Franków. Wszyscy byli tu bowiem 

mile  widziani,  jeśli  tylko  mieli  czym  zapłacić.  W  ten  właśnie  sposób  opowieść  dotarła  w 

końcu do uszu przybysza z dalekiej Północy.

Niewolnik był  głupcem,  człowiekiem  bez honoru. Opowieść o śmierci  Ragnara  była dla 

niego tylko wesołą historią, służącą do rozbawienia słuchaczy.

Dla Branda  - potężnego  wojownika,  który stał  teraz na dziobie statku,  opowieść  ta znac-

zyła dużo więcej. Dlatego właśnie chciał opowiedzieć ją swoim rodakom.

Okręt płynął  teraz wzdłuż długiego fiordu, zbliżając się do płaskich terenów  okolic Sjael-

landu,  najdalej  na  wschód wysuniętych duńskich  posiadłości. Nie  było  wiatru,  żagiel  został 

zwinięty, a statek napędzała  trzydziestoosobowa  ekipa doświadczonych wioślarzy. Ich zanur-

zające się  rytmicznie wiosła  tworzyły  zmarszczki  na wygładzonej  niczym staw  powierzchni 

morza.  Na  brzegu  dostrzec  było  można  pasące  się  na  rozległych  pastwiskach  krowy  i  pola 

wschodzących bujnie zbóż.

Atmosfera  spokoju była jednak pozorna,  Brand dobrze  o  tym wiedział. Znajdował  się w 

centrum największej  zawieruchy,  jaka kiedykolwiek dosięgła Skandynawii.  Na morzu trwała 

wojna,  a  ogień  spustoszył  część  wybrzeża.  Statek  Branda  kontrolowany  był  już  trzykrotnie 

przez morskie patrole: potężne statki wojenne, które nigdy nie wypływały na pełne morze. Za 

każdym razem puszczali go wolno,  radzi zobaczyć człowieka,  który próbuje swego szczęścia, 

przydzielono  mu  jednak  potężną  eskortę  dwóch  okrętów,  dwukrotnie  przewyższających 

wielkość jego statku. Nie było więc ucieczki. Brand wiedział  jednak, a wiedzieli to także jego 

ludzie, że najgorsze znajdowało się jeszcze przed nimi.

W pewnym momencie sternik powierzył ster komuś z załogi i udał  się na dziób. Podszedł 

do  Branda  tak blisko,  że  głową  dotykał  niemal  jego  łopatki. Przez  chwilę  stał  w  milczeniu, 

wreszcie przemówił. Mówił  cicho,  starając się,  aby słów  jego nie usłyszeli nawet siedzący w 

pierwszym rzędzie wioślarze.

- Wiesz,  że  nie mnie podawać  w  wątpliwość  twoje decyzje  - wymamrotał  - lecz  jeśli  się 

już tu znaleźliśmy i wszyscy wsadzamy nasze tyłki w gniazdo os, może jednak nie miałbyś mi 

za złe, gdybym spytał: po co?

-  Ponieważ  przybyłeś  tak  daleko  o  nic  nie  pytając  -  odparł  Brand  szeptem  -  podam  ci 

teraz aż  trzy powody i nie chcę niczego w zamian. Po pierwsze,  to nasza  szansa  na  zdobycie 

wiecznej chwały. Naszą historię opisywać będą w sagach i poematach aż po sądny dzień,  gdy 

background image

bogowie  pokonają  olbrzymów  i  plemię  demona  Lokiego  na  zawsze  zniknie  z  powierzchni 

ziemi.

Sternik uśmiechnął się tylko.

-  Zdobyłeś  już wystarczającą  chwałę,  rycerzu z  Halogalandu,  a  ludzie  powiadają,  że  ci, 

których mamy spotkać, pochodzą od samego demona. Zwłaszcza jeden z nich.

- Dam  ci  więc  drugi  powód.  Ten  angielski  niewolnik,  ten zbieg,  który  opowiedział  nam 

całą historię... czyś widział jego plecy? Jego panowie zasłużyli na najgorsze męki. Zamierzam 

zesłać im je wkrótce.

Tym razem sternik wybuchnął głośnym, lecz serdecznym śmiechem.

-  Czy  widziałeś  kiedyś  kogoś,  z  kim  Ragnar  kończył  właśnie  rozmowę?  A  ci,  których 

mamy  odwiedzić,  są  jeszcze  gorsi.  Zwłaszcza  jeden  z  nich.  Myślę,  że  on  i  chrześcijańscy 

mnisi są siebie warci. Ale co z całą resztą?

- A więc, Steinulfie, przejdźmy do trzeciego powodu - Brand uniósł  delikatnie wiszący na 

szyi srebrny wisiorek i wyjął  go spod swojej tuniki. Był  to miniaturowy kowalski młot o krót-

kim trzonku. - Proszono mnie, abym to zrobił, miała być to specjalna przysługa.

- Dla kogo?

- Dla kogoś, kogo obaj znamy. W imię tego, który przyjechać ma z Północy.
- Ach tak. To powinno nam obu wystarczyć. Powinno chyba wystarczyć wszystkim z nas. 

Lecz zanim zbliżymy się zbytnio do brzegu, powinniśmy jednak coś zrobić.

Powoli,  upewniając  się,  że  wódz  go  obserwuje,  sternik  wziął  w  palce  swój  własny 

wisiorek i umieścił go starannie pod tuniką, tak aby kołnierz przesłaniał widok łańcuszka.

Brand zszedł  z dzioba w ślad za sternikiem i stanąwszy naprzeciw swoich ludzi powtórzył 

tę samą czynność. Załoga odłożyła na moment wiosła i każdy z mężczyzn schował  posłusznie 

swój wisiorek. Po chwili znów rozległ się miarowy odgłos wiosłowania.

Na  nabrzeżu,  które  widać  było  coraz  dokładniej,  ludzie  siedzieli  i  przechadzali  się  nie 

zwracając uwagi na zbliżający się okręt wojenny. Sprawiało to wrażenie zupełnej obojętności. 

Wzdłuż brzegu ciągnęły się zabudowania: szopy,  szałasy, młyny,  kuźnie,  sklepy i zagrody dla 

bydła. Było to serce morskiego imperium, ojczyzna bezdomnych wojowników.

Człowiek,  który  siedział  przy  samym  krańcu  nabrzeża  wstał,  ziewnął  i  przeciągając  się 

spojrzał  badawczo  w  ich  kierunku. Niebezpieczeństwo.  Brand  zaczął  pospiesznie  wydawać 

rozkazy. Dwóch z jego ludzi stojących koło fału wciągnęło na maszt biały znak pokoju. Dwaj 

inni  pobiegli na  dziób  i  odciągnęli  do tyłu  rzeźbioną głowę  smoka,  którą  następnie zasłonili 

jeszcze materiałem.

Na  brzegu  pojawiło  się  teraz  więcej  ludzi.  Obserwowali  uważnie  nadpływający  statek. 

Nie  witali go  żadnym  gestem  ani  okrzykiem,  Brand  wiedział  jednak,  że  gdyby  nie  poczynił 

wcześniej  odpowiednich  „pokojowych”  przygotowań,  powitanie  to  wyglądałoby  znacznie 

background image

gorzej.  Na  samą  myśl  o  tym,  co  mogło  się  zdarzyć  i  co wciąż  może  go  tu  spotkać,  poczuł 

mocny ucisk w żołądku, tak jakby cała jego męskość chciała się schować w  trzewiach. Brand 

odwrócił  na  chwilę  twarz  od  nabrzeża,  aby  nikt  nie  mógł  ujrzeć  jej  wyrazu.  Odkąd  tylko 

zaczął  raczkować  mówiono  mu:  „nigdy nie  okazuj  strachu”,  „nigdy nie  okazuj bólu”.  Te 

zasady stały się dla niego ważniejsze niż samo życie.

Wiedział  dobrze, że w grze, w której postanowił  wziąć udział,  nie można sobie wyobrazić 

nic  gorszego  niż  okazanie  niepewności.  Zamierzał  zastawić  przynętę  na  swych  posępnych 

gospodarzy,  wciągnąć  ich  w  swoje  plany. Aby  to osiągnąć musiał  być  nieustraszony,  wyzy-

wający, nie zaś błagać potulnie o wysłuchanie.

Zamierzał  rzucić  im  wyzwanie  tak  otwarcie  i  demonstracyjnie,  że  nie  będą  już  mieli 

możliwości go odrzucić. Nie był to plan, który dopuszczałby jakiekolwiek półśrodki.

Kiedy okręt  przybijał  do nabrzeża,  załoga  rzuciła liny,  które  zostały złapane przez Duńc-

zyków  i  przywiązane  do  pachołków  z  pozorną  obojętnością.  Stojący  najbliżej  statku 

mężczyzna  przyjrzał  się  Brandowi  badawczo.  Gdyby  znajdowali  się  w  porcie  handlowym, 

spytałby  pewnie  o  rodzaj  przewożonego  ładunku  i  miejsce  skąd  jest  on  przewożony. 

Mężczyzna jednak nie spytał o nic, podniósł tylko brew.

- Jestem Brand. Płynę z Anglii.

- Jest wielu, którzy zwą się Brand.

Na dany znak dwóch członków załogi spuściło ze  statku kładkę. Brand zszedł  po niej  na 

stały ląd  i  podparłszy się  pod  boki  stanął  naprzeciw  komendanta  portu.  Mógł  spoglądać  na 

niego z wysoka i z satysfakcją poczuł, że Duńczyk podziwia jego potężną sylwetkę.

-  Niektórzy  nazywają  mnie  Viga-Brand.  Pochodzę  z  Halogalandu  w  Norwegii,  gdzie 

mężczyźni są jeszcze potężniejsi niż Duńczycy.

-  Brand  Zabójca.  Tak,  słyszałem  o  tobie.  Mamy  tu  jednak  niemało  zabójców.  Potrzeba 

czegoś więcej niż samo imię, żeby zasłużyć sobie tu na powitanie.

- Mam wieści. Wieści dla możnych panów.

-  Lepiej,  żeby  było  to  wieści  warte  usłyszenia,  jeżeli  przybywasz  bez  glejtu  i  bez 

zaproszenia.

-  Są  to  wieści  godne  usłyszenia  -  Brand  spojrzał  mężczyźnie  prosto w  oczy.  -  Ty  także 

możesz  je  poznać.  Powiedz też  swoim  ludziom,  aby przyszli  i  posłuchali.  Każdy,  komu nie 

będzie  się  chciało wysłuchać,  co mam do  powiedzenia,  będzie  przeklinał  swoje  lenistwo  do 

końca  życia. Rzecz jasna,  jeśli macie teraz coś ważnego do załatwienia w wygódce,  nie będę 

was zmuszał.

Rzekłszy to, Brand zrobił  sobie przejście wśród otaczających go ludzi i poszedł  prosto do 

wielkiej  budowli,  okazałego  dworu  panów  tej  ziemi:  Braethraborgu.  Za  nim,  w  milczeniu, 

background image

kroczyli  jego  ludzie.  Jak  dotąd  żaden  wróg  nie  wyszedł  stamtąd  żywy.  Żaden  nie  zdołał 

podzielić się ze światem swymi wrażeniami.

Usta komendanta portu wykrzywił  uśmiech. Dał  znak swoim ludziom,  którzy wyciągnęli 

z ukrycia włócznie i ruszyli w głąb lądu.

Światło wpadało do wnętrza budowli  przez  uchylone  okiennice,  Brand  zatrzymał  się  na 

samym  progu,  chciał  przyzwyczaić  wzrok  do półmroku i  wczuć  się  w  nastrój  tego miejsca. 

Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, scena ta zostanie unieśmiertelniona w sagach i pieśniach. 

Wiedział  też,  że  następne  minuty zadecydują o tym,  czy  zasłuży na wieczną  chwałę,  czy  na 

śmierć w męczarniach.

Wewnątrz  dostrzegł  wielu  ludzi.  Stali,  siedzieli,  przechadzali  się,  niektórzy  zajęci  byli 

grą,  inni  rozmową.  Nikt  nie  spojrzał  nawet  w  jego  stronę,  Brand  wiedział  jednak,  że  jego 

obecność została zauważona. Kiedy jego oczy przywykły do słabego oświetlenia dostrzegł, że 

chociaż  w  środku  panuje  pozorny  chaos,  jest  jednak  miejsce,  które  wszyscy  omijali  z 

szacunkiem. Wojownicy, którzy zasłużyli na miano „drengir” pozornie tylko byli sobie równi.

Przy  niewielkim  stole  siedziało  trzech  mężczyzn.  Wydawali  się  całkowicie  pochłonięci 

własnymi sprawami. Obok stał czwarty. Brand skierował się wprost ku nim.

- Przynoszę  pozdrowienia! - rzekł  głośno,  tak,  żeby jego głos słychać  było w  całym  po-

mieszczeniu. - Mam wieści. Wieści dla synów Ragnara.

Jeden z mężczyzn, który obcinał sobie nożem paznokcie,  spojrzał  przez ramię w  jego kie-

runku.

-  Muszą  to być  niezwykłe  nowiny,  skoro  ktoś odważył  się  przybyć  z  nimi do  Braethra-

borgu bez zaproszenia.

- Istotnie,  wieści to niezwykłe - Brand wciągnął  powietrze i starał  się panować nad swym 

oddechem. - Są to bowiem wieści o śmierci Ragnara.

W  pomieszczeniu  zapadła  zupełna  cisza.  Mężczyzna  nie  przerwał  swego  zajęcia,  lecz 

kiedy nóż  ślizgał  się  w  okolicy wskazującego palca,  nagle  trysnęła krew. Ostrze wbiło się aż 

po kość. Mężczyzna nie wydał z siebie żadnego odgłosu, nie poruszył się nawet.

Drugi z mężczyzn,  o grubym,  potężnym karku i posiwiałych włosach,  podniósł  kamienną 

figurę z leżącej na stole szachownicy przygotowując się do wykonania ruchu.

-  Powiedz  nam  -  zaczął  po  chwili  opanowanym  głosem,  który  skrywać  miał  niegodne 

mężczyzny emocje - powiedz nam jak umarł  Ragnar,  nasz staruszek ojciec. To,  że  umarł,  nie 

dziwi nas wcale, wszak bardzo posunął się już w latach.

- Wszystko  zaczęło  się  na wybrzeżu Anglii,  gdzie rozbił  się  jego okręt. Według historii, 

którą słyszałem, schwytany został  przez ludzi króla Elli. Nie sądzę,  aby mieli jakieś problemy, 

skoro,  jak  powiadacie  sami,  Ragnar  posunął  się  już  mocno  w  latach.  Kto  wie,  może  nie 

background image

próbował  się  nawet  bronić  -  wypowiadając  ostatnie  zdanie  Brand  zmienił  nieco  ton  swego 

głosu, chcąc wystawić na próbę niewzruszoną obojętność mężczyzny.

Tamten wciąż trzymał  w dłoni swój pionek, jednak jego palce zaczęły zaciskać się na nim 

coraz  mocniej  i  mocniej,  aż  spod  paznokci  trysnęła  krew.  W  końcu  mężczyzna  postawił 

pionek z powrotem na szachownicy i przeskoczył nim o dwa pola.

- Biorę, Ivar - mruknął i odłożył zbity pion obok szachownicy.
Teraz  przyszła  kolej  na  trzeciego  mężczyznę,  którego  włosy  były  tak  jasne,  że  niemal 

białe i ściągnięte do tyłu lnianą przepaską,  a twarz chorobliwie blada. Spojrzał  na Branda  oc-

zami koloru zamarzniętej wody, a jego powieki nie drgnęły ani razu.

- Co z nim zrobili, gdy dostał się w ich ręce?

Brand  przypatrzył  się  mężczyźnie,  wytrzymując  jego  badawcze  spojrzenie.  Wzruszył 

tylko ramionami, wciąż nie okazując żadnych emocji.

-  Zabrali  go na  dwór Elli  w  Eoforwich -  zaczął  Brand.  -  Niezbyt  się  nim  przejmowali. 

Sądzili chyba, że  to zwykły pirat,  ktoś bez znaczenia. Myślę,  że zadali  mu parę pytań,  trochę 

się  nim  pobawili,  lecz  później,  zmęczeni  tym  wszystkim,  zdecydowali,  że  równie  dobrze 

mogą go skazać na śmierć.

W ciszy,  która po tych słowach zapadła Brand  zaczął  przyglądać  się w  skupieniu swoim 

paznokciom. Zdawał  sobie sprawę,  że rozgrywka,  którą toczy z Ragnarssonami,  zbliża się do 

niebezpiecznej kulminacji.

-  Tak  więc  zdecydowali  się,  że  oddadzą  go  mnichom.  Myślę,  że  nie  wydawał  im  się 

godny śmierci z rąk rycerza.

Ciemny  rumieniec  zagościł  nagle  na  twarzy  bladego  mężczyzny.  Wydawało  się,  że 

wstrzymał  oddech,  prawie  się  dusił.  Rumieniec  jeszcze  się  pogłębił,  twarz  zrobiła  się 

szkarłatna,  a potem przybrała  barwę  ciemnego  fioletu. Widać  było,  że  mężczyzna walczy ze 

sobą. Starał się miarowo oddychać, a krew wolno odpływała z jego twarzy.

Czwarty mężczyzna stał  obok stołu wsparty na włóczni i obserwował  braci. Dotąd się nie 

poruszył,  ani nie przemówił. Trzymał  oczy spuszczone. Teraz podniósł  je powoli i spojrzał  na 

Branda, który cofnął  się  odruchowo. Naprawdę było w  nich coś niesamowitego,  słyszał  już o 

tym,  ale  nie chciał  uwierzyć. Źrenice  były zdumiewająco czarne,  wokół  nich tęczówki,  białe 

jak świeży śnieg,  zaś białka zupełnie sczerniałe. Oczy te lśniły jak metal oświetlony blaskiem 

księżyca.

- W jaki sposób mnisi i król Ella zdecydowali się zgładzić starca? - spytał  czwarty z Rag-

narssonów cichym,  niemal łagodnym głosem. - Pewnie nam powiesz, że nie mieli z tym dużo 

kłopotów.

Brand odpowiedział szczerze, nic nie pomijając. Nie chciał już podejmować ryzyka.

background image

- Wrzucili go do kanału z wężami. Z tego, co słyszałem,  węże nie chciały go początkowo 

kąsać  i  Ragnar  rzucił  się  na  nie  pierwszy.  W  końcu  jednak  musiał  ulec  i  umarł.  To  była 

powolna śmierć,  bez  pomocy oręża. Żadnej rany po mieczu czy włóczni. Rany,  którą  można 

by obnosić z dumą po Walhalli.

Ani  jeden mięsień  nie  drgnął  na  twarzy wspartego  na  włóczni  mężczyzny. Zapanowała 

długa  cisza.  Wszyscy  wpatrywali  się  w  jego  oblicze,  myśleli,  że  podobnie  jak  jego  braci, 

zdradzą  go w  końcu  emocje,  czekali  tylko  na  moment,  kiedy przestanie  nad  sobą  panować. 

On jednak pozostał  niewzruszony. Po chwili  wyprostował  się,  przekazał  włócznię stojącemu 

najbliżej rycerzowi i włożył kciuki za pas. Widać było, że przygotowuje się do przemowy.

Ciszę  przerwało  westchnienie  mężczyzny,  który  otrzymał  od  Ragnarssona  włócznię.  To 

westchnienie  zdumienia  skupiło na  nim od razu uwagę  zebranych. W milczeniu  podniósł  do 

góry  jesionowe  drzewce,  na  którym  widać  było  odciśnięte  ślady  palców.  W pomieszczeniu 

rozległ się pomruk zadowolenia.

Zanim  mężczyzna  zdążył  przemówić,  przerwał  mu  Brand,  zgrabnie  wykorzystując  mo-

ment wahania.

- Jest jeszcze coś, o czym chciałem powiedzieć - rzekł, podkręcając w zamyśleniu wąsa.

- Cóż to takiego?

-  Kiedy pokąsały go już  węże  i  leżał  umierający,  Ragnar  przemówił  po  raz ostatni.  Nie 

zrozumieli  go  oczywiście,  mówił  bowiem  w  naszym  języku,  w  norroent mal,  ktoś  jednak 

usłyszał,  ktoś inny przekazał  to dalej, a na końcu słowa te trafiły do mnie. Nie mam żadnego 

glejtu. Ani zaproszenia. Ale wydawało mi się, że będziecie chcieli usłyszeć to z moich ust.

- Cóż więc takiego powiedział nasz ojciec przed śmiercią?

Brand podniósł  głos,  żeby każdy kto znajdował  się w  pomieszczeniu mógł  usłyszeć jego 

słowa.

- Powiedział: „Gynthja mundu grisir efgaltar hag vissi”.

Tym  razem nie trzeba było tego tłumaczyć. Wszyscy zrozumieli  słowa Ragnara. „Gdyby 

moje warchlaczki wiedziały, jak padł odyniec, jakże by kwiczały”.

- Oto dlaczego przybyłem bez zaproszenia - rzekł  Brand tym samym ostrym i donośnym 

głosem.  -  Przybyłem  tutaj,  mimo  że  niejeden przestrzegał  mnie  przed  niebezpieczeństwem. 

Niosłem  jednak  posłanie,  sądziłem  bowiem,  że  właśnie  do  was  może  być  ono  skierowane. 

Przyniosłem je  tobie,  Halvdanie  Ragnarssonie  -  Brand zwrócił  się  do mężczyzny z  nożem  - 

tobie,  Ubbi  Ragnarssonie  -  wskazał  na  jednego z  graczy - tobie,  Ivarze  Ragnarssonie,  który 

słynny  jesteś  ze  swych  białych  włosów  oraz  tobie,  Sigurcie  Ragnarssonie;  teraz  już  wiem, 

dlaczego  ludzie  zwą  cię  Orm-i-auga,  Wężowe  Oko.  Nie  spodziewałem  się,  że  słowa  te 

sprawią wam przyjemność, jednak zgodzicie się chyba, że powinniście byli je usłyszeć.

background image

Czterej mężczyźni stanęli na wprost Branda. Nie próbowali już udawać obojętności. Jego 

przemowę powitali kiwając głowami, a na ich ustach pojawił  się uśmiech. Po raz pierwszy ich 

oblicza wydały się podobne, tak jakby byli braćmi, synami jednego człowieka.

W tamtych  czasach popularna  była  modlitwa,  którą  mnichowie  i  księża  odmawiali  przy 

każdej  niemal  okazji:  Domine,  libera  nos  a  furorę  normannorum - „Boże,  zbaw  nas przed 
gniewem Normanów”.  Lecz  gdyby  któryś  z  mnichów  ujrzał  te  cztery  twarze,  dodałby 

natychmiast:  Sed praespe,  Domine,  a humore  eorum  -  „zwłaszcza  jednak  przed  ich  we-

sołością”.

- To są  wieści,  które powinniśmy byli  usłyszeć - zaczął  Wężowe Oko - i dlatego dzięku-

jemy ci za to, żeś je tu przywiózł. Na początku sądziliśmy, że nie mówisz nam całej prawdy i 

był  to  powód,  dla  którego  wyglądaliśmy  na  niezadowolonych.  Lecz  to,  co powiedziałeś  na 

zakończenie... Do kroćset... To był  głos naszego ojca! On wiedział, że ktoś go usłyszy. Wiedz-

iał, że ktoś nam powtórzy. Wiedział też, co wtedy zrobimy. Dobrze mówię, chłopcy?

Na  jego  skinienie  ktoś  przytoczył  do  stołu  potężny,  obdarty  z  kory  dębowy  pieniek. 

Czterej bracia wydali jednocześnie ciężkie westchnienie i pień rozpadł  się nagle pod czterema 

ciosami zgodnymi jak jeden cios. Bracia zwrócili się teraz twarzami w kierunku swych ludzi i 

rozpoczęli rytuał.

-  Oto  stoimy teraz  na  tym  dębowym  klocu  i  składamy uroczystą  przysięgę...  -  wyrecy-

towali chórem.

- Że najedziemy Anglię, aby pomścić śmierć naszego ojca - rzekł Halvdan.

- Schwytamy króla Ellę i zgładzimy go okrutnie za to, że zabił Ragnara - dodał Ubbi.

- Pokonamy wszystkich angielskich władców  i  zawładniemy ich ziemią -  przyłączył  się 

Sigurth, Wężowe Oko.

- Zemścimy się też na czarnych krukach, Chrystusowych mnichach - zakończył Ivar.

- A jeśli nie dotrzymamy naszej obietnicy - zaczęli znowu razem - niechaj bogowie z As-

gardy  otoczą  nas pogardą  i  napiętnują,  tak że  nigdy  już  nie  będziemy mogli  połączyć  się  z 

naszym ojcem i przodkami.

Kiedy  skończyli,  poczerniałe  od dymu  drewniane  ściany budowli zadrżały od radosnego 

ryku, który wydobył się nagle z czterystu gardeł: jarlów, sterników, kapitanów i szlachty.

- A teraz - krzyknął  Wężowe Oko,  uciszając zgiełk - wynieście  na  zewnątrz  stoły i  przy-

gotujcie  jadło.  Nie  można  dziedziczyć  spadku,  dopóki  nie  wypije  się  piwa  na  stypie  po 

zmarłym ojcu. Musimy wypić  za Ragnara,  wypić jak bohaterowie. A rano wezwiemy wszyst-

kich ludzi i zbierzemy całą flotę i wyruszymy w  drogę do Anglii. Tam nigdy już nie zdołają o 

nas zapomnieć. Nigdy już się od nas nie uwolnią!

background image

-  Teraz  pora  się  napić.  Ty  także  usiądź  z  nami  -  Sigurth zwrócił  się  do Branda  -  może 

opowiesz  nam więcej  o naszym  ojcu. Znajdzie się  też  dla  ciebie miejsce  w Anglii,  najpierw 

musimy ją jednak podbić.

Daleko stamtąd,  Shef,  ciemnowłosy chłopak, pasierb Wulfgara, leżał  na słomianej macie, 

okryty  tylko cienkim  starym  kocem.  Nad  wilgotną  ziemią  wciąż  unosiła  się  mgła. Wulfgar 

leżał  w  zaciszu drewnianego domostwa tuż  obok matki chłopca,  lady Thryth. W tym samym 

pokoju  w  swych  ciepłych  łożach  spoczywali  Alfgar  oraz  córka  Wulfgara  i  jego  konkubiny, 

Godiva.  Od  czasu  powrotu  Wulfgara  do  rodzinnego  domu  jadało  się  tu  obficie  jak  nigdy 

dotąd. Pieczono i  gotowano upolowane  na moczarach kaczki  i  gęsi,  nie gardząc  też  rybami. 

Shef  musiał  zadowolić  się  jednak  owsianką.  Teraz,  gdy  leżał  tak  z  zamkniętymi  oczami, 

znajdował się wciąż na krawędzi snu. Choć może nie był to tylko sen.

Widział rozległe pole, gdzieś na krańcu świata, pole oświetlone tylko szkarłatnym niebem. 

Na ziemi  leżały  bezkształtne  stosy ludzkich  kości. Widział  białe  czaszki  i żebra, które  wysta-

wały  spod resztek  wspaniałych strojów. Wokół  stosów skakała  cała  armia  ptaków  -  wielkich 

czarnych  ptaków  z czarnymi  dziobami,  które  szukały  resztek  ludzkiego  mięsa  i szpiku.  Kości 

były  już niemal  zupełnie  oczyszczone  i  wyschnięte,  przeto ptaki  krakały  tylko i  dziobały  się 

nawzajem.

Nagle  uciszyły  się  wszystkie  i  wzbiły w powietrze. Na szkarłatnym niebie  ptaki  połączyły 

się w wielkie  stado i zaczęły  krążyć  nad łąką, niemal zespolone w jeden żywy  organizm. Shef 

zorientował  się, że  lecą prosto na niego. Widział dokładnie bezlitosne złote  oczy  ptaka, który 

leciał pierwszy. Dziób wycelowany był  prosto w jego twarz, lecz chłopak  nie mógł się cofnąć, 

stał  przykuty  do  ziemi. Jakaś siła  przytrzymywała  jego  głowę.  Nagle  poczuł,  jak  ten  czarny 

dziób wbija się głęboko w jego oko.

Shef  obudził  się  z  krzykiem,  drżąc  jeszcze  z  przerażenia  opasał  się  kocem  i  wyjrzał  ze 

swego szałasu.

- Co się stało, Shef? Co cię tak przeraziło? - zawołał Hund, przyjaciel chłopca.

Przez  chwilę  Shef  nie  był  w  stanie  odpowiedzieć.  Potem  wykrzyknął  gwałtownie, 

dziwnym, zmienionym głosem, nie wiedząc nawet, co mówi.

- Kruki! Kruki są już w powietrzu!

background image

 Rozdział trzeci

- Czy jesteś pewien,  że wylądowała tam wielka armia? - głos Wulfgara był  ostry, chociaż 

wyrażał  niepewność.  Była  to  wiadomość,  w  którą  naprawdę  trudno uwierzyć,  nie  śmiał  jej 

jednak otwarcie kwestionować.

- Nie ma wątpliwości - odparł Edrich, tan Edmunda, króla East Anglii.

- I powiadasz, że tę armię prowadzą synowie Ragnara?

Rozmowie  tej  przysłuchiwał  się  także  Shef.  W  domostwie  Wulfgara  zgromadzili  się 

wszyscy  wolni  obywatele  osady  Emneth,  wezwani  tam  przez  przybyłych  wraz  z  Edrichem 

jeźdźców.  Gorliwość  mieszkańców  miała  swoje  uzasadnienie.  Jeżeli  nie  posłuchaliby  wez-

wania do pospolitego ruszenia,  to zgodnie z prawem mogli utracić wszystko: zarówno ziemię, 

jak i  swoje  przywileje  stanowe.  Z  tej samej  przyczyny  mieli  jednak prawo uczestniczyć  we 

wszystkich naradach.

Czy  Shef  miał  prawo,  aby  się  do  nich  przyłączyć  -  to  inna  sprawa.  Na  razie  nie  został 

skuty jak niewolnik, a obywatel,  który sprawdzał  wchodzących do budynku ludzi, miał  u Shef 

a  dług  wdzięczności  za  naprawiony  lemiesz.  Popatrzył  więc  tylko  z  powątpiewaniem  na 

schowany  w  zniszczonej  pochwie  miecz  chłopca  i  wpuścił  go  do  środka.  Shef  stanął  w 

najdalszym kącie pomieszczenia wciśnięty pomiędzy ubogich kerlów,  starając się słuchać nie 

będąc widzianym.

-  Moi  ludzie  rozmawiali  już  z  wieśniakami,  którzy  widzieli  wikingów  -  rzekł  Edrich.  - 

Mówią,  że  armię  prowadzi  czterech  wielkich  wojowników,  synów  Ragnara.  Każdego  dnia 

rycerze zbierają  się wokół  wielkiego sztandaru z godłem  czarnego kruka. Sztandar ten utkały 

podobno córki Ragnara w jedną noc. Odtąd Czarny Kruk rozwijał  swe skrzydła na znak zwy-

cięstwa,  a  zwijał  je  w  obliczu  klęski. Czyny  synów  Ragnara  znane  były  w  całej  Północnej 

Europie i wszędzie tam,  gdzie  przybijały dotychczas ich statki:  w Anglii,  w  Irlandii,  w  kraju 

Franków  i  w  Królestwie  Hiszpanii.  Znano  je  nawet  w  bardziej odległych krajach  nad Środ-

kowym Morzem, skąd powrócili przed laty obładowani łupami. Dlaczego więc teraz skierow-

ali swój gniew na ubogie i słabe królestwo East Anglii?

Na twarzy Wulfgara pojawił się wyraz niepokoju.

- A gdzie mają swoje obozowiska?

- Na łąkach, nad rzeką Stour, na południe od Bedricsward.

background image

Edrich  zaczynał  wyraźnie  tracić  cierpliwość.  Opowiadał  już  o  tym  kilkanaście  razy  w 

niemal  każdej  osadzie w  okolicy. Za każdym razem miał  podobną przeprawę. Nie  chcieli  in-

formacji,  szukali  tylko  sposobu,  żeby  wymigać  się  od  swego  obowiązku.  Tym  razem 

spodziewał się,  że będzie inaczej, Wulfgar bowiem słynął ze swojej nienawiści do wikingów  i 

chwalił się, że walczył kiedyś oko w oko z samym Ragnarem.

- A więc co mamy teraz robić?
- Zgodnie  z  rozkazem  króla  Edmunda  każdy  wolny  obywatel  East  Anglii  zdolny  do 

noszenia  broni  ma  stawić  się  w  Norwich.  Każdy  mężczyzna  mający więcej  niż  piętnaście  i 

mniej niż pięćdziesiąt wiosen. W ten sposób będziemy mogli przeciwstawić im nasze siły.

- A ilu ich tu przybyło? - spytał  jeden z bogatych właścicieli ziemskich stojących w pier-

wszym rzędzie.

- Trzy setki statków.
- Ilu to daje ludzi?

- Na każdym  statku mają  zazwyczaj  trzy  tuziny  wioślarzy -  odparł  niechętnie  królewski 

herold.  Wiedział,  że  jest  to  sprawa  drażliwa.  Kiedy  kmiotki  zorientują  się  przeciw  jakiej 

potędze  mają  stanąć,  ciężko  będzie  ich  ruszyć  z  miejsca.  Nie  miał  jednak  wyboru,  musiał 

powiedzieć prawdę.

W pomieszczeniu zaległa cisza. Pierwszy odezwał się Shef.
- Trzy setki statków i trzy tuziny  wioślarzy to  daje  razem  dziewięćset  tuzinów.  Dziesięć 

tuzinów  to  ponad setka  ludzi,  musi więc tam być  więcej niż  dziesięć  tysięcy wojowników  - 

skończył oszołomiony tym odkryciem.

-  Nie  jesteśmy  w  stanie  ich  pokonać  -  rzekł  Wulfgar  stanowczo,  odwracając  wzrok  od 

swego pasierba. - Musimy złożyć im daninę.

Cierpliwość Edricha wyczerpała się nagle.

- To rzecz króla Edmunda podejmować decyzje. Poza tym zapłacimy mniej jeśli zobaczą, 

że  możemy  przeciwstawić  im  równe  siły.  Nie  jestem  tu  jednak po  to,  aby  słuchać  waszych 

rad. Przynoszę rozkazy,  które macie  wypełnić. Dotyczy to w  równym stopniu was,  co każdej 

osady od Ely,  aż po Wisbech. Z rozkazu króla wszyscy mają zebrać się tutaj,  a jutro wyruszyć 

do  Norwich.  Każdy  obywatel  Emneth  zdolny  do  służby  wojskowej  powinien  stawić  się  na 

rozkaz,  w  przeciwnym  razie  spotka  go  kara.  To  są  rozkazy,  którym  podlegam  na  równi  z 

wami - urwał i spojrzał w stronę strapionych ludzi. - Obywatele Emneth, co wy na to?

- Jesteśmy gotowi! - wykrzyknął Shef odruchowo.
- On nie jest wolnym obywatelem - warknął stojący obok ojca Alfgar.

- To jakim prawem tu się znalazł! Czy wam, ludzie, nie brakuje czasem rozsądku?

background image

Słowa Edricha zginęły w niechętnym  pomruku,  jaki wydarł  się z sześćdziesięciu gardeł  i 

oznaczał podporządkowanie się rozkazom króla.

W obozie wikingów  rzeczy miały się zupełnie inaczej. Tutaj decyzje podejmowali czterej 

synowie Ragnara, a oni znali się tak dobrze, że nie potrzebowali długo dyskutować.

-  W  końcu  nam  zapłacą  -  rzekł  Ubbi.  Zarówno  on,  jak  Halvdan  przypominali  bardzo 

swoich rycerzy,  tak fizycznie, jak i z temperamentu. Choć Halvdan był  młodszy od brata, obaj 

byli jednakowo potężni i niebezpieczni. Z takimi ludźmi nie można żartować.

- Musimy zadecydować teraz - mruknął Halvdan.

- Kogo więc wybieramy? - spytał Sigurth.

Mężczyźni  zastanawiali  się  przez  chwilę.  Potrzebowali  kogoś,  kto  sprostałby  zadaniu, 

kogoś doświadczonego,  a  jednocześnie  kogoś,  kogo mogliby  utracić  bez  lęku  o dalsze  losy 

kampanii.

- Sigvarth - rzekł  wreszcie Ivar. Jego twarz  nawet się nie poruszyła  a  przeźroczyste oczy 

nadal wpatrywały się  w  niebo. Wypowiedział  tylko jedno słowo,  nie była to jednak sugestia, 

lecz  odpowiedź  na  zadane  pytanie.  On,  którego  zwano  Soplem  Lodu,  nigdy  nie  wysuwał 

sugestii. Jego bracia rozważyli i zaakceptowali ten wybór.

- Sigvarth! - wykrzyknął Sigurth Wężowe Oko.

Sigvarth,  jarl  Małych  Wysp,  siedział  kilka  jardów  dalej  i  grał  w  kości.  Zęby  zademon-

strować  swoją  niezależność najpierw  wykonał  rzut,  później  jednak  podniósł  się  posłusznie  i 

podszedł do wodzów.

- Wywołałeś moje imię, Sigurcie.

-  Masz  pięć  statków?  Dobrze.  Pomyśleliśmy,  że  Anglicy  i  ich  mały  król  Edmund  chcą 

wciągnąć  nas w  głupie gierki.  Opierają  się,  próbują  targować.  To  niedobrze. Chcemy  żebyś 

pojechał  i pokazał  im,  z kim mają do czynienia. Zabierz swoje statki i popłyń w  górę, wzdłuż 

wybrzeża, a dalej skieruj się na zachód. Wejdziesz w głąb lądu i narobisz tyle spustoszenia, ile 

będziesz mógł,  spal kilka  wiosek.  Pokaż  im,  co może się stać,  kiedy nas sprowokują. Wiesz, 

co masz robić.

- Tak, robiłem to już nieraz - Sigvarth zawahał się. - A co ze zdobyczami?

- Wszystko, co zdobędziesz jest twoje. Ale wiedz,  że nie chodzi tutaj o łupy. Masz zrobić 

coś, co będą pamiętać. Postępuj tak, jak postąpiłby Ivar.

Jarl  uśmiechnął  się  niepewnie,  jak  większość  ludzi,  kiedy  słyszeli  imię  Ivara  Ragnars-

sona.

- Gdzie chcesz wylądować? - spytał Ubbi.

- W miejscu zwanym Emneth. Byłem tam kiedyś. Znalazłem sobie miłą gąseczkę.

background image

Uśmiech jarla  zbladł  pod spojrzeniem Ivara. Nie  spodobała mu się odpowiedź Sigvartha. 

Nie  po to  przydzielono  mu  misję,  aby  powtórzył  młodzieńcze  eskapady.  To  nie  było  godne 

wojownika. Ivar nie myślał nawet z nim dyskutować.

Zapanowała chwila oczekiwania, wreszcie Ivar skierował  wzrok na kogoś innego. Bracia 

wiedzieli,  że Sigvarth nie  jest najlepszym wojownikiem,  był  to zresztą  jeden z powodów,  dla 

którego właśnie jego wybrali.

- Wykonaj  zadanie i  nie zaprzątaj sobie głowy drobiem - rzekł  w końcu Sigurth i dał  jar-

lowi znak, żeby się oddalił.

Trzeba jednak przyznać, że  Sigvarth znał  swe rzemiosło. Dwa dni później o samym świ-

cie pięć  jego statków  żeglowało już ostrożnie  w  kierunku ujścia rzeki Ouse. Po godzinie fala 

przypływu zaniosła ich tak daleko w głąb lądu, jak tylko było to możliwe bez narażania kilów. 

Statki zostały ukryte, a oddział wyruszył na rozpoznanie.

Najmłodszy  i  najszybszy  z  ludzi  Sigvartha  znalazł  niewielką  stadninę.  Wikingowie 

zaszlachtowali  stajennego,  zabrali  konie  i  w  blasku  porannego  słońca  wjechali  na  bagnistą 

ścieżkę, która miała ich doprowadzić do celu.

Stu dwudziestu  wojowników  jechało  w  zwartym  szyku.  Trzymali  się  razem,  bez  zwi-

adowców  i  tylnej  osłony.  Wiedzieli,  że  sprzyja  im  zarówno  niemała  siła,  jak  i  możliwość 

zaskoczenia przeciwnika. Kiedy na ich drodze  pojawiała się wioska  albo jakieś zabudowania 

gospodarcze, oddział  zatrzymywał  się na chwilę, a lżejsi jeźdźcy otaczali teren nie pozwalając 

wymknąć  się  nikomu,  kto mógłby podnieść  alarm  w  całej  okolicy. Potem  oddział  ruszał  do 

ataku.  Rozkaz  był  ten  sam  za  każdym  razem,  tak  prosty,  że  Sigvarth  nie  trudził  się  nawet, 

żeby go powtarzać.

Zabijali  każdą  napotkaną  osobę:  mężczyzn,  kobiety,  dzieci,  nawet  niemowlęta  w 

kołyskach. Czynili  to bez  zadawania  jakichkolwiek pytań,  szybko i  sprawnie. Potem  znowu 

dosiadali  koni  i  jechali  dalej,  nie  zabierając  łupów.  Zawsze  jednak,  trzymając  się 

najsurowszego z rozkazów, unikali ognia.

Nie  minął  dzień,  a  w  środku  spokojnej  angielskiej  okolicy  wycięty  został  korytarz 

śmierci.  Jeśli  ktoś trafił  do jakiejś wioski  po  przejeździe  wikingów,  dziwił  się,  że  nie  widzi 

sąsiadów,  że  brakuje koni,  wreszcie odkrywał  leżące w  polu trupy. Wtedy  dopiero zaczynały 

bić  na  alarm  kościelne  dzwony.  Lecz  najeźdźcy  byli  już  zazwyczaj  daleko,  a  w  kolejnych, 

leżących  na  ich  szlaku  wioskach  nikt  nie  miał  najmniejszego  pojęcia  o  nadciągającym  nie-

bezpieczeństwie.

Odział  z Emneth wyruszył  tamtego dnia  znacznie później niż  ludzie  Sigvartha. Najpierw 

czekano na ociągające się drużyny z Upwell i Outwell i kilku odleglejszych jeszcze rejonów. 

Później zamożniejsi posiadacze ziemscy zaczęli się ze sobą witać i przekazywać sobie wyrazy 

background image

szacunku.  Wreszcie  Wulfgar  zdecydował,  że  nie  mogą  wyruszyć  z  pustymi  żołądkami  i 

popisując się  hojnością zaprosił  wszystkich  na  grzane  wino. Tak więc,  kiedy  oddział  liczący 

sobie  stu pięćdziesięciu  uzbrojonych  jeźdźców  wyruszył  w  końcu  w  drogę,  słońce  stało już 

wysoko na niebie. Nawet wtedy dołączali jednak do nich maruderzy,  których zatrzymał  bądź 

pęknięty  popręg,  bądź  chęć  złożenia  ostatniej  wizyty  ukochanej.  Oddział  jechał  bez 

specjalnych środków ostrożności, nie  spodziewając się żadnych niebezpieczeństw. Obecności 

wikingów  domyślili  się  dopiero  wtedy,  gdy  wyjeżdżając  zza  zakrętu  zobaczyli  przed  sobą 

zwartą kolumnę wojowników.

Shef  jechał  zaraz  za  grupą  dowodzących  oddziałem  możnych  panów.  Trzymał  się  tak 

blisko Edricha, jak tylko się mógł odważyć. Fakt,  że odważył  się przemówić w trakcie narady 

zyskał  mu  uznanie  tego dostojnego  rycerza. Wiedział,  że  dopóki  Edrich  jest  blisko,  nikt  nie 

odeśle go na tył kolumny.

Shef  dostrzegł  wikingów  w  tym  samym  momencie,  co  wszyscy  i  usłyszał  przerażone 

okrzyki wodzów.

- Kim są ci ludzie?
- To wikingowie!

- Nie, to niemożliwe. Przecież są teraz w Suffolk. Wciąż prowadzimy negocjacje.

- A  jednak to wikingowie! A  teraz,  baranie głowy,  zdejmujcie  z koni  swoje grube  tyłki  i 

przygotujcie  się  do  bitwy.  Wy  także,  zsiadać,  zsiadać!  Konie  dawajcie  do  tyłu.  Zdejmujcie 

tarcze i formujcie szyk!

Edrich jeździł  wokół  przerażonych ludzi  i wykrzykiwał  głośno rozkazy. W końcu wszy-

scy zdali  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji. Zeskakiwali  na ziemię i  gorączkowo  przygotowy-

wali  broń i tarcze. Potem,  w  zależności  od  indywidualnych inklinacji,  okazując tchórzostwo 

albo brawurę, wojownicy kierowali się na przód, bądź na sam tył bojowego szyku.

Shef  nie  przygotowywał  się  zbyt  długo,  był  najbiedniejszym  wojownikiem  w  całej 

kolumnie. Puścił wolno kuca, którego pożyczył  mu ojczym,  odpiął  z pleców drewnianą tarczę 

i przygotował  swój jedyny oręż. Za zbroję służył  mu skórzany,  niemiłosiernie podziurawiony 

kaftan. Zajął  pozycję tuż za Edrichem. Jego gardło ścisnęło podniecenie,  umysł  zaś rozpalała 

ciekawość. Jak walczą wikingowie? Co stanowi istotę walki?

Sigvarth  ogarnął  całą  sytuację  w  tej  samej  chwili,  kiedy  ujrzał  przed  sobą  pierwszych 

jeźdźców. Unosząc  się  w  siodle  krzyknął  komendę  w  stronę  jadących  za  nim  wojowników. 

Kolumna  rozsypała  się  natychmiast  i  wszyscy  zeskoczyli  z  koni.  Część  ludzi  odprowadziła 

zwierzęta  w  bezpieczne  miejsce  i  używając  wodzy,  przywiązała  je  do  wbitych  w  ziemię 

kołków. Kiedy rozkaz został wykonany, przyłączyli się do innych formując rezerwę.

Wojownicy, którzy pozostali na  miejscu,  zatrzymali się na  krótką chwilę. Niektórzy stali 

w  milczeniu,  inni  ukucnęli,  aby  poprawić  buty,  jeszcze  inni  zaspokajali  pragnienie.  Nagle 

background image

wszyscy jednocześnie zaczęli wyjmować tarcze,  mocować drzewca do włóczni i toporów,  po-

luzowywać miecze. Następnie na rozkaz  Sigvartha utworzyli szyk bojowy w kształcie strzały 

wycelowanej  prosto  w  oddział  Anglików.  Na  czele  stanął  sam  Sigvarth,  a  za  nim  jego  syn 

Hjorvarth. Przewodził on grupie dwunastu zbrojnych, którzy mieli dostać się na tyły wroga w 

momencie,  kiedy linia obronna  zostanie  przerwana. Ich zadaniem  było uniemożliwienie An-

glikom odwrotu i doszczętne rozgromienie ich oddziałów.

Naprzeciwko Anglicy ustawili  się w poprzek drogi w potrójnym,  miejscami poczwórnym 

szyku. Problem,  jaki stwarzały konie rozwiązali w ten sposób,  że porzucili zwierzęta,  pozwa-

lając aby na nich czekały bądź pokłusowały w nieznane. Pomiędzy końmi ukryło się też kilku 

mężczyzn,  którzy po cichu cofnęli się na koniec kolumny,  ale tylko kilku. Po ciągnących  się 

od  trzech pokoleń najazdach  i  wojnach,  było  wśród Anglików  dużo  wzajemnej  urazy,  którą 

odpłacali sobie na różne sposoby,  tak jednak,  aby nie narazić przy tym na pośmiewisko sąsi-

adów.  Ci,  którzy  uważali,  że  pozycja  ich  do  tego  upoważnia,  nie  szczędzili  pozostałym 

okrzyków  zachęty,  zagrzewając wszystkich do walki. Nikt nie wydawał  już jednak rozkazów. 

Rozglądając się wokół, Shef,  który znalazł  się tuż za linią doskonale uzbrojonej szlachty,  poc-

zuł  się osamotniony. Kiedy ostrze bojowego szyku wikingów zbliżało się  do angielskiej  linii, 

rycerze  nieświadomie  rozstąpili  się  nieco  na  obie  strony. Pozostali  tylko  najbardziej  zdecy-

dowani  i  oni  właśnie  przyjęli  na  siebie  pierwsze  uderzenie.  Jeżeli  Wulfgarowi  i  jego  kom-

panom  nie udałoby się powstrzymać natarcia,  oznaczałoby to rychły koniec  bitwy. Szyk kli-

nowy uważany był za wynalazek skandynawskiego boga wojny.

Ze  strony  Anglików  zaczęły  sypać  się  włócznie.  Niektóre  spadały  za  blisko,  inne  za-

trzymywały  się  na  tarczach  wroga.  Nagle  wikingowie  przyspieszyli  gwałtownie  i  truchtem 

natarli  na  pierwszą  linię.  Tym  razem  grad  oszczepów  posypał  się  w  środek  angielskiego 

szyku.  Shef  ujrzał,  jak  Edrich  zręcznie  uchyla  się  przed  nimi  i  broni  tarczą.  Kilka  kroków 

dalej  jeden  z  możnych  osłaniał  właśnie  tarczą  brzuch,  kiedy  kolejny  oszczep  przeszył  mu 

gardło.  Inny  z  rycerzy  klął  głośno  próbując  oswobodzić  tarczę  od  tkwiących  w  niej  trzech 

włóczni. Zanim mu się to udało, klin przerwał angielską linię.

Przed sobą widział  teraz Shef wodza wikingówktóry wymierzał  cios Wulfgarowi. Anglik 

zdołał  przyjąć uderzenie na tarczę, zadając jednocześnie cięcie pałaszem. Wiking uchylił  się i 

zaatakował  ponownie wkładając w uderzenie całą siłę. Raz jeszcze Wulfgarowi udało się od-

parować  cios.  Miecze  z  brzękiem  zwarły  się  ze  sobą,  lecz  Anglik  stracił  już  równowagę. 

Sigvarth, obracając ostrze, uderzył  rękojeścią w twarz Wulfgara i pchnął  go do tyłu nacierając 

tarczą. Kiedy przygotowywał się do zadania ostatecznego cięcia, wyskoczył na niego Shef.

Mimo  potężnych  rozmiarów  wiking  był  zaskakująco  szybki.  Uskoczył  do  tyłu  i 

wymierzył  cios w  pozbawioną hełmu głowę chłopca. Na podstawie  krótkiej  obserwacji prze-

background image

biegu  walki  Shef zdał  sobie  już  sprawę  z  dwóch  rzeczy. Po  pierwsze,  wszystkie  czynności 

powinny  być  wykonywane  przy użyciu  całej  siły,  nie  ma  tu miejsca  na  półśrodki.  Chłopiec 

wziął  to  pod  uwagę  odparowując  cios  Sigvartha.  Po  drugie,  w  walce  nie  ma  miejsca  na 

przerwy pomiędzy kolejnymi  uderzeniami. Kiedy wiking zaatakował  ponownie,  Shef był  już 

na to przygotowany. Tym razem udało mu się podbić miecz wroga do góry. Usłyszał  przy tym 

brzęk i ostry trzask,  kiedy ostrze pękło i jego fragment poszybował nad głową chłopca. To nie 

moje! - pomyślał uradowany Shef i złożył się do tryumfalnego ataku.

Ktoś pociągnął  go jednak  gwałtownie  do tyłu. Był  to Edrich,  który krzyczał  mu  coś do 

ucha. Shef rozejrzał  się wokół  i dostrzegł,  że w  czasie gdy walczył  z ich wodzem,  reszta wik-

ingów  zdążyła już wedrzeć się głęboko w angielskie szyki. Pół tuzina angielskich wielmożów 

leżało  na  ziemi,  a  Wulfgar cofał  się  w  popłochu  atakowany  przez  kilkunastu  wikingów.  W 

pewnej chwili mężczyzna pochwycił spojrzenie chłopca.

- Uciekaj! - krzyczał  Edrich.  - Jesteśmy  pobici. Nic  już się nie  da zrobić. Uciekaj,  może 

uda nam się ocalić życie.

- Ale mój ojciec!... - krzyknął Shef.

- Za późno, już go powalili.

Była  to prawda. Wulfgar otrzymał  właśnie potężny cios w hełm i runął  do przodu prosto 

pod  nadciągającą  falę  wikingów. Edrich  wiedział,  że  za  chwilę  mogą  odciąć  im  możliwość 

ucieczki. Chwycił chłopca za kołnierz i pociągnął za sobą.

-  Przeklęci  głupcy.  Niewyszkolona  zgraja.  Czego  się  zresztą  spodziewać?  Bierz  konia, 

chłopcze.

Wkrótce Shef cwałował  już tą  samą drogą,  która przywiodła go do wikingów. Jego pier-

wsza  bitwa  była  skończona.  Uciekał  stamtąd  niedługo  po  tym,  jak  zadany  został  pierwszy 

cios.

 Rozdział czwarty

background image

Rosnące  na  krawędzi  mokradeł  trzciny  poruszały  się  delikatnie  na  porannym  wietrze. 

Musieli iść dalej, więc Shef usiłował  rozeznać się w okolicy. Po wikingach nie było już śladu. 

Chłopak wrócił  na osłoniętą drzewami suchą wysepkę, gdzie obozowali ostatniej nocy. Edrich 

zajadał  właśnie  zimne  pozostałości  ich  wspólnej  biesiady.  Widząc  chłopca  wytarł  zatłuszc-

zone palce w trawę i podniósł pytająco brwi.

- Nic nie widać - rzekł Shef. - Cisza. Żadnego dymu.

Opuścili  pole  bitwy,  wiedząc,  że  jest  już  przegrana.  Chcieli  ocalić  życie.  Nie  było 

pościgu,  ale  dla pewności porzucili  konie i  na własnych nogach przedarli się przez  mokradła. 

Ostatnia noc była dla  Shefa  przyjemnym ukojeniem. Myślał  o tym  teraz  z  mieszanymi uczu-

ciami. Po raz pierwszy nie miał  przed sobą żadnej pracy do wykonania, żadnych zobowiązań. 

Jego jedynym obowiązkiem było ukrywać się, nie dać się odnaleźć.

Na  wysepce  udało  im  się  wznieść  trzcinowy  szałas,  a  w  zawiesistej  wodzie  łatwo  było 

złapać  węgorze.  Edrich,  po  chwili  wahania  zdecydował,  że  mogą  rozpalić  ognisko. Wikin-

gowie  mieli  teraz  co  innego  do  roboty  niż  przeszukiwać  bagna  z  powodu  jakiejś  smużki 

dymu.  Zresztą  zanim  jeszcze  zapadł  zmierzch,  można  było i  tak zobaczyć  pełno  dymów  w 

różnych stronach okolicy.

-  Najeźdźcy  wracają  do  siebie  -  rzekł  Edrich.  -  Kiedy  się  wycofują,  przestają  zwracać 

uwagę na ostrożność.

- Panie, czy uciekałeś już kiedy z pola bitwy? - spytał Shef ostrożnie.

- Wiele razy  -  odparł  szczerze  Edrich.  - I nie  nazywaj  tego bitwą,  to była  zwykła potyc-

zka. Uciekałem  często,  a gdyby robili tak wszyscy,  mielibyśmy  mniej zabitych. Nie tracimy 

tak wielu ludzi w  równej walce,  ale  kiedy wikingom  uda się przebić,  zaczyna się zwyczajna 

rzeź. Przez  chwilę  sam się  nad tym  zastanów.  Każdy,  kto  ujdzie  cało,  może  stanąć do walki 

nawet  następnego dnia. Kłopot w  tym - Edrich uśmiechnął  się  kwaśno - że  im częściej  się  to 

zdarza,  tym  mniej  ludzi  ma  ochotę  spróbować  po  raz  kolejny.  Tracą  ducha.  Wczoraj  prze-

graliśmy,  bowiem nikt nie był  przygotowany, ani fizycznie,  ani wewnętrznie. Jeżeli jedną dzi-

esiątą czasu,  którą poświęcą  teraz na rozpaczanie,  poświęciliby wcześniej na  przygotowania, 

nie  byłoby mowy o porażce. - Edrich zamyślił  się  na  chwilę. - A teraz pokaż  mi swój miecz. 

Wygląda  jak  jakieś narzędzie  rolnicze  - zauważył  obracając  w  dłoniach  ostrze.  -  W każdym 

razie  nie  jak  prawdziwa  broń.  Widziałem  jednak,  jak  pękło  na  tym  ostrze  wikinga.  Jak  to 

możliwe?

-  To  dobre  ostrze  -  odparł  Shef.  -  Może  nawet  najlepsze  w  Emneth.  Zrobiłem  je  sam, 

wykułem z żelaznych łup,  które przywieźli nam z Południa. Lecz jest tam też warstwa twardej 

stali.  Pewien tan z  March  dał  mi  kilka  grotów  od włóczni  jako  zapłatę  za  robotę,  którą  dla 

niego wykonałem. Przetopiłem  je  wszystkie,  a  potem  połączyłem  stal  z  żelazem  i  wykułem 

ostrze. Żelazo jest jego spoiwem, a stal daje mu siłę.

background image

-  Lecz  mimo  całej  tej  pracy  ostrze  jest  krótkie  i  jednosieczne,  a  rękojeść  zrobiona  ze 

zwykłej kości. Poza tym pozwoliłeś, aby zamokło i rdzewiało.

- Gdybym  chodził  po Emneth z prawdziwym  połyskującym  w  słońcu orężem przy boku, 

jak sądzisz,  czy długo  bym  się  nim  cieszył?  Rdzy  jest  tylko tyle,  aby zmienić  kolor ostrza, 

postarałem się, by nie sięgnęła głębiej.

- No właśnie,  jest jeszcze jedno pytanie, które chciałbym ci zadać. Młody tan powiedział, 

że  nie jesteś wolnym człowiekiem. Wygląda jakbyś się  ukrywał. W czasie potyczki nazwałeś 

jednak Wulfgara  ojcem. Jest  w  tym jakaś zagadka. Świat  pełen  jest bękartów. Rzecz to  wia-

doma,  że  tanowie  mają  nieprawych  synów,  nikt  jednak  nie  próbuje  uczynić  z  nich  niewol-

ników.

Shef spotykał  się już z tym pytaniem wiele razy. W innych okolicznościach na  pewno by 

na nie nie odpowiedział, ale teraz,  na tej wyspie wśród moczarów, gdy rozmawiał  jak równy z 

równym z tanem króla Edmunda, słowa popłynęły same.

- On nie  jest mym  ojcem,  choć go tak nazywam. Osiemnaście wiosen temu wikingowie 

najechali  naszą  osadę.  Wulfgara  nie  było  wtedy  w  domu,  została  tylko  moja  matka,  lady 

Thryth,  ze  swoim  nowo  narodzonym  synem  Alfgarem,  moim  przyrodnim  bratem.  W  noc 

kiedy przybyli  wikingowie,  służącemu udało się zabrać Alfgara w  bezpieczne miejsce.  Moja 

matka została jednak pojmana.

Edrich pokiwał  głową.  Wszystko to znał  aż za  dobrze,  znał  cały mechanizm,  przynajm-

niej wtedy gdy w grę wchodził  ktoś z pozycją. Mąż mógł  się spodziewać,  że po krótkim cza-

sie dostanie  wiadomość z jakiegoś targu niewolników  w Hedeby czy Kaupang,  że taka a taka 

pani  jest do odkupienia  za określoną  sumę. Jeżeli  takiej informacji  nie otrzymał,  mógł  uznać 

się  za  wdowca  i  ponownie  ożenić,  przekazując  srebrne  bransolety  kolejnej  kobiecie,  która 

wychowa mu syna. Przyznać trzeba,  że czasem taką sielankę przerywało po latach pojawienie 

się jakiejś zniszczonej starowiny,  której udało się wreszcie powrócić do domu. Rzadki to jed-

nak  przypadek,  zresztą  i  tak  nie  wyjaśniałby  on  wcale  zagadki  młodzieńca,  którego  Edrich 

miał przed sobą.

- Moja matka powróciła po kilku tygodniach. Była  w  ciąży. Przysięgała,  że moim  ojcem 

jest  sam jarl wikingów. Kiedy przyszedłem na świat chciała  nazwać mnie  Halfden,  ponieważ 

jestem w połowie Duńczykiem, lecz Wulfgar przeklął  ją za to. Powiedział, że Halfden to imię 

bohatera,  króla,  od  którego  wywodzi  się ród  Shieldingów,  a  oni  z kolei  dali  początek  panu-

jącym dynastiom w Anglii i Danii. To nie było imię dla mnie, nazwali mnie więc Shef, tak jak 

zwykłego psa.

Młodzieniec spuścił oczy.
- I dlatego właśnie mój ojczym tak mnie nienawidzi i chce uczynić niewolnikiem,  dlatego 

mój przyrodni brat, Alfgar, opływa we wszystko, podczas gdy ja jestem biedakiem.

background image

Shef nie  opowiedział  jednak całej  historii. Nie powiedział,  że Wulfgar naciskał  na żonę, 

aby  pozbyła  się  płodu  i  zabiła  siedzące  w  jej  łonie  dziecko gwałciciela. Nie  wspomniał,  że 

dopiero interwencja ojca Andreasa ocaliła mu życie, ksiądz bowiem ostro potępił  grzech dzie-

ciobójstwa,  nawet  w  przypadku  dziecka  wikinga.  Nie  powiedział  także,  że  Wulfgar  w 

przypływie gniewu  i  zazdrości wziął  sobie  konkubinę  i  spłodził  z nią  piękną  Godivę,  tak że 

było  ich w  końcu  troje: Alfgar  - syn  prawowity,  Godiva  - córka Wulfgara i  niewolnicy oraz 

Shef - syn lady Thryth i wikinga.

Edrich oddał  chłopcu miecz. Historia wciąż wydawała mu się tajemnicza. Jak to możliwe, 

że tej kobiecie udało się uciec? Handlarze niewolników nie są zazwyczaj tak beztroscy.

- Jak zwał się ten jarl? - spytał po chwili. - Twój...

-  Mój  ojciec?  Matka  mówiła,  że  zwie  się Sigvarth. Jest  jarlem  Małych Wysp,  gdziekol-

wiek się one znajdują.

Chwilę jeszcze siedzieli w milczeniu, a potem ułożyli się do snu.

Było  już  późno,  kiedy  Shef  i  Edrich  wyszli  ostrożnie  z  szuwarów,  a  przed  ich  oczami 

ukazały się ruiny Emneth.

Wszystkie budynki  zostały spalone,  z  niektórych zostały tylko stosy popiołów,  z innych 

stosy  poczerniałych belek.  Spłonęło  domostwo  Wulfgara,  kościół,  kuźnia,  wszystko.  Widać 

było kilkoro ludzi, którzy chodzili bez celu wokół ruin, grzebiąc w popiołach.

Kiedy weszli do wioski, Shef zagadnął jedną z ocalałych, w której rozpoznał służącą swej 

matki.

- Trudo, powiedz mi, co się tu stało.

Kobieta  zadrżała  na  całym  ciele  i  spojrzała  na  niego z  przerażeniem.  Przypatrywała  się 

jego tarczy i mieczowi dziwiąc się, że stoi przed nią żywy, nawet nie draśnięty.

- Lepiej... lepiej pójdź zobaczyć się z matką.

- Czy  ona wciąż tu jest?  - Shef poczuł  przypływ  nadziei.  Może  odnajdzie  także innych. 

Czy udało się uciec Alfgarowi i Godivie?

Mężczyźni podążyli za kobietą, która utykała niezdarnie.

- Dlaczego ona chodzi w ten sposób? - szepnął Shef.

- Zgwałcona... - odparł krótko Edrich.

- Ale... ale ona nie była dziewicą.

-  Gwałt  to  coś innego.  Czterech mężczyzn  ciągnie  kobietę  na  wszystkie  strony,  a  piąty 

sobie  dogadza. Wszyscy  są podnieceni,  zrywają  ścięgna,  czasem nawet  łamią kości.  Najgor-

zej, kiedy kobieta próbuje się wyrywać.

Shef pomyślał  znów o Godivie i zacisnął  pieści tak mocno,  aż  zbielały palce. Zrozumiał, 

że nie tylko mężczyznom przyszło płacić za przegraną bitwę.

background image

Dalej szli już w milczeniu. Truda prowadziła ich do szałasu zbudowanego z nadpalonych 

belek i przykrytego starymi deskami. Szepnęła coś zaglądając do środka, a po chwili zaprosiła 

ich, aby weszli.

W środku,  na  posłaniu  zrobionym  ze  starych worków,  leżała  lady Thryth. Wyraz  cierpi-

enia na twarzy oraz  dziwaczny sposób,  w  jaki  była ułożona  świadczyły o tym,  że  przeszła  to 

samo, co Truda. Shef ukląkł przy niej i dotknął ramienia.

-  Nie  było  ostrzeżenia,  nie  mieliśmy  czasu,  aby  się przygotować  -  wyszeptała zbolałym 

głosem. -  Nie  wiedzieliśmy co robić. Te świnie przyjechały tu zaraz po bitwie. Otoczyli  nas, 

zanim ktokolwiek się zorientował.

Kobieta skręciła się z bólu i zamilkła. W jej oczach czaiła się pustka.

- To bestie. Zabili każdego,  kto próbował  się bronić. Potem zebrali  nas przed kościołem. 

Wtedy zaczęło padać. Najpierw wybrali  młode i ładne dziewczęta oraz niektórych chłopców. 

Przeznaczyli  ich  na  sprzedaż  jako  niewolników.  A  potem...  Potem  przyprowadzili  swoich 

jeńców i... - kobieta zasłoniła oczy, jej głos zaczął się załamywać.

- Kazali nam patrzeć...

Jej słowa utonęły w  szlochu. Chwilę  leżała  bez ruchu,  wreszcie  drgnęła,  jakby przypom-

niała  sobie  nagle coś  ważnego. Ścisnęła wtedy  rękę  chłopca  i  po  raz  pierwszy spojrzała  mu 

prosto w oczy.

- Wiesz, Shef, to był on! Ten sam, co poprzednio.

- Jarl Sigvarth? - spytał w napięciu Shef.
- Tak. Twój... twój...

- Jak on wyglądał? Czy był wysoki i ciemnowłosy, z białymi zębami?

- Tak, miał złote bransolety na całym ramieniu.

Shef  przywołał  z  pamięci  obraz  stoczonej  na  drodze  walki,  szczęk  pękającego  oręża  i 

moment,  kiedy gotował  się do decydującego pchnięcia. Czy to możliwe,  że sam Bóg uchronił 

go przed straszliwym grzechem? Lecz jeśli to prawda, co w takim razie Bóg porabiał potem?

- Czy on nie mógł cię obronić, matko?

- Nawet nie próbował  - odparła Thryth panując nad swym głosem. - Kiedy złamali szereg 

po tym... po tym przedstawieniu,  powiedział  im,  że mogą do woli plądrować i używać  życia, 

mają jednak skończyć, gdy usłyszą głos rogu. Niewolnicy zostali związani i odprowadzeni na 

bok, ale reszta z nas, Truda, ja i inne kobiety, byłyśmy po prostu podawane z rąk do rąk.

- Shef,  ja  wiem,  że  on  mnie  rozpoznał! I pamiętał  kim jestem.  Lecz kiedy go błagałam, 

żeby  przynajmniej  zostawił  mnie  dla  siebie,  zaśmiał  się  tylko.  Powiedział...  powiedział,  że 

teraz  już  jestem  starą  gęsią,  nie  żadną  gąską,  a  gęsi  powinny  sobie  same  radzić. Zwłaszcza 

gęsi,  które kiedyś miały ochotę sobie odfrunąć. Tak więc potraktowali mnie jak Trudę,  gorzej 

nawet, gdyż byłam damą, a dla niektórych z nich stanowiło to dodatkową rozrywkę - jej twarz 

background image

wykrzywił  grymas  gniewu  i  nienawiści,  przez  chwilę  zapomniała  nawet  o  bólu.  -  Ale 

zdążyłam mu powiedzieć,  Shef. Powiedziałam,  że ma syna i  że ten syn kiedyś go odnajdzie  i 

zabije!

- Prawie mi  się to udało,  matko  - odparł  Shef i zawahał  się. Dręczyło go jeszcze jedno 

pytanie, lecz ubiegł go Edrich.

- A co właściwie mieliście oglądać, pani?

Oczy  Thryth  znowu  wypełniły  się  łzami.  Nie  mogąc  wydobyć  głosu  przywołała  ręką 

swoją służącą.

- Chodźcie za mną - rzekła Truda - pokażę wam, jak wygląda miłosierdzie wikingów.

Mężczyźni wyszli z szałasu i podążyli za nią w  poprzek pogorzeliska w  stronę kolejnego 

naprędce  zbitego  szałasu.  Przy  wejściu  stała  niewielka  grupka  ludzi.  Co  pewien  czas  ktoś 

wchodził  do środka, a po chwili wychodził  pospiesznie. Trudno było odczytać rysujące się na 

twarzach  tych  ludzi  uczucia.  Smutek?  Gniew?  W większości  przypadków  był  to  chyba  po 

prostu zwyczajny strach.

Wewnątrz szałasu stał koński żłób do połowy wypełniony sianem. Shef rozpoznał  od razu 

jasne  włosy Wulfgara i jego brodę,  ale twarz,  którą ujrzał  była twarzą trupa:  blada,  stężała,  z 

wystającymi kośćmi. Wulfgar żył jednak.

Przez moment Shef nie mógł  zrozumieć tego,  co ujrzał. Jak Wulfgar mógł  leżeć w żłobie? 

Był  za  wysoki.  Miał  jakieś sześć stóp  wzrostu,  a  żłób,  Shef  wiedział  o  tym  aż  za  dobrze,  z 

własnego doświadczenia, był długości niecałych pięciu stóp... Coś tu się nie zgadzało.

Coś było nie  tak z nogami Wulfgara.  Jego kolana sięgały końca  żłobu,  a potem były już 

tylko  niezdarnie  zawiązane  i  poplamione  krwią  bandaże. Shef  poczuł  silny odór  rozkładu  i 

spalenizny.

Z rosnącym przerażeniem ujrzał,  że Wulfgar nie  ma także  rąk. Kikuty,  które  mu zostały, 

leżały skrzyżowane na piersiach, bandaże zaczynały się na wysokości łokci.

- Przyprowadzili go i ustawili naprzeciw  nas - mruknął  ktoś z  tyłu. - Ułożyli go na klocu 

drewna  i  po kolei  obcięli  toporem  ręce  i nogi.  Nogi  najpierw. Za  każdym razem  przypalali 

pozostały kikut  rozpalonym  do czerwoności  żelazem,  żeby  nie umarł  z upływu krwi. Z  poc-

zątku przeklinał  ich i usiłował  się bronić,  lecz później zaczął  błagać,  aby pozostawili mu cho-

ciaż  jedną  rękę,  tak,  żeby  mógł  przynajmniej  samodzielnie  jeść.  Wyśmiali  go.  Ten  wysoki, 

jarl,  powiedział,  że  zostawią  mu  całą  resztę.  Mówił,  że  pozostawią  mu  oczy,  aby  mógł 

oglądać  ponętne  kobiety,  oraz  jądra,  aby  mógł  ich  pożądać. Ale  nigdy  już  nie  będzie  mógł 

zdjąć spodni, nigdy więcej.

Nie będzie w stanie nic dla siebie zrobić, pomyślał  Shef. Zupełnie uzależniony od innych, 

począwszy od jedzenia, a na sikaniu kończąc.

background image

- Zrobili z niego „heimnara”  - rzekł  Edrich,  posługując się norweskim  określeniem  -  ży-

wego  trupa.  Słyszałem  już  o  tym,  ale  nigdy jeszcze  nie  widziałem  na  własne  oczy.  Nie  za-

martwiaj się jednak, chłopcze. Infekcja, ból, utrata krwi. Długo nie pożyje.

Nagle  nieruchome  oczy  otwarły  się  szeroko  i  spojrzały  z  jawną  wrogością  na  Shefa  i 

Edricha.  Spomiędzy  wyschniętych  warg  dobiegł  do  nich  cichy  szept,  brzmiący  niczym  syk 

węża.

- Zbiegowie.  Uciekłeś i  zostawiłeś mnie,  chłopcze.  Będę  ci to  pamiętał. A ty,  królewski 

tanie... Przyjechałeś,  zebrałeś nasze siły i  poprowadziłeś do walki. Gdzie  jednak byłeś,  kiedy 

walka  dobiegła końca?  Nie bójcie  się,  pożyje  jeszcze wystarczająco długo,  aby  wziąć  odwet 

na  was  obu.  Nie  zapomnę  też  o  twoim  ojcu,  chłopcze.  Nie  powinienem  był  opiekować  się 

jego pomiotem, ani przyjmować z powrotem jego dziwki.

Oczy zamknęły się,  a głos ucichł. Shef i Edrich w milczeniu wyszli z szałasu. Na dworze 

znów zaczęło mżyć.

- Nie rozumiem - rzekł Shef - dlaczego oni to zrobili?
- Tego  i  ja,  przyznam,  nie  pojmuję. Coś  ci  jednak  powiem.  Kiedy  król  Edmund  o  tym 

usłyszy,  wpadnie  w  furię.  Najazd  i  mord  w  czasie  rozejmu,  to  już  rzecz  normalna,  ale  coś 

takiego...  Zrobić  coś takiego  jego  człowiekowi,  jego dawnemu druhowi. Będzie  miał  umysł 

podzielony dwiema myślami. Z jednej strony chciał  będzie uchronić swych ludzi przed czymś 

takim,  z  drugiej  jego  honor  podpowie  mu  zemstę. To będzie  trudna decyzja. Czy pojedziesz 

teraz  ze  mną,  chłopcze?  - Edrich  spojrzał  na  Shefa. -  Muszę  zawieźć  mu  wieści.  Nie  jesteś 

tutaj  wolnym  człowiekiem,  ale  widać  od razu,  że  z  ciebie  wojownik. Nic  tu  teraz  po  tobie. 

Jedź  ze  mną,  będziesz  moim  sługą,  a  później  znajdziemy dla  ciebie  odpowiednią  broń i  ek-

wipunek.  Jeżeli  potrafiłeś walczyć  wystarczająco  dobrze,  aby  powstrzymać  wielkiego  jarla, 

król weźmie cię do swej drużyny. Nie ma znaczenia, kim byłeś w przeszłości.

Naprzeciw  wyszła  im lady Thryth  podpierając  się z  wysiłkiem  na  kiju.  Shef zadał  jej w 

końcu pytanie, które nie dawało mu spokoju odkąd ujrzał dymiące pogorzelisko Emneth.

- A co się stało z Godiva?

- Zabrał ją Sigvarth. Zabrali ją do obozu wikingów.

Shef odwrócił się do Edricha. Mówił pewnie, bez próby usprawiedliwiania się.

- Słyszałem  już,  że  jestem zbiegiem i  niewolnikiem.  Niechaj  więc  będę i  jednym,  i  dru-

gim  -  Shef  odpiął  tarczę  i  rzucił  ją  na  ziemię. -  Przedostanę  się  do obozu  wikingów.  Może 

wezmą mnie do siebie. Muszę coś zrobić, aby uratować Godivę.

- Nie przeżyjesz nawet tygodnia - rzekł  Edrich ze wzburzeniem. - I umrzesz jako zdrajca. 

Zdradzisz swoich ludzi i króla Edmunda.

Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł, nawet się nie oglądając.

background image

- Zdradzisz też  samego Chrystusa  Pana  - dodał  ojciec Andreas,  który pojawił  się właśnie 

u  wejścia  do  szałasu.  - Widzisz,  co  uczynili  nam  poganie.  Lepiej  być  niewolnikiem  wśród 

chrześcijan niż królem wśród takich jak tamci.

Shef zdał sobie sprawę,  że zdecydował  się bardzo szybko, zapewne zbyt szybko i bez zas-

tanowienia. Teraz jednak nie było już odwrotu. W jego głowie kłębiły się myśli: próbowałem 

zabić ojca, mój ojczym stał  się żywym trupem, matka nienawidzi mnie za to, co zrobił  ojciec, 

straciłem  szansę  na  odzyskanie  wolności,  straciłem  względy  człowieka,  który  mógł  zostać 

moim przyjacielem.

Takie myśli nie mogły mu teraz pomóc. Wszystko to uczynił  dla Godivy. Musiał  zakońc-

zyć rozpoczęte dzieło.

Godiva  obudziła  się  z  bólem  głowy czując  wokół  siebie swąd dymu.  Przerażona  próbo-

wała  wstać  i  jakoś  się  wyswobodzić,  jednak  powstrzymał  ją  piskliwy  jęk  dziewczyny,  na 

której leżała.

Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się  do półmroku,  zorientowała  się,  że znajduje się  w  ciąg-

niętym  po  wyboistej  drodze  wozie.  Wnętrze  wozu  wypełniały  ułożone  jedna  na  drugiej 

dziewczęta z Emneth. Słychać było jęki i płacz. Nagle z tyłu wozu pojawiła się brodata twarz. 

Dziewczęta z piskiem starały się ukryć jak najgłębiej, mężczyzna jednak uśmiechnął  się tylko 

ukazując białe zęby i zniknął.

Wikingowie! W jednej chwili Godiva przypomniała sobie wszystko. Falę zbliżających się 

mężczyzn,  panikę  w osadzie,  ucieczkę  przez  mokradła,  to jak została schwytana  i obezwład-

niającą grozę, kiedy po raz pierwszy w życiu dostała się w objęcia dorosłego mężczyzny...

Jej  dłoń  powędrowała  bezwiednie  wzdłuż  uda.  Co  mogło  się  stać  kiedy  była  nieprzy-

tomna? Nie czuła bólu,  chyba więc nadal pozostała dziewicą. Niemożliwe, żeby zgwałcili ją i 

nic teraz nie czuła.

Leżąca  obok  dziewczyna,  córka  jednego  z  gospodarzy  i  towarzyszka  zabaw  Alfgara, 

dostrzegła przestrach na jej twarzy i ruch dłoni pod spódnicą.

-  Nic  się  nie  bój  -  odezwała  się,  nie  bez  złośliwości.  -  Nawet  nas nie  dotknęli.  Mamy 

zostać sprzedane. Nie masz się  czego lękać,  dopóki nie znajdą na ciebie kupca. Później stani-

esz się taka, jak my wszystkie.

Wspomnienia  powracały jedno po drugim. Grupa mieszkańców otoczonych przez  uzbro-

jonych wikingów,  a  pośrodku jej ojciec  rozkrzyżowany  na  drewnianym  pniaku. Przeraźliwa 

trwoga,  kiedy ujrzała zbliżającego się kata z toporem  i zrozumiała,  co zamierzają z nim  zro-

bić. Tak,  wybiegła naprzód i z krzykiem rzuciła się na tego wysokiego mężczyznę, lecz inny, 

ten,  którego tamten nazywał  synem,  zdołał  ją  pochwycić. A  co  później?  Ostrożnie  dotknęła 

głowy i wyczuła guz. Głowa nie krwawiła jednak.

background image

Nie była  jedyną,  z  którą postąpiono w ten sposób. Wikingowie uderzyli  ją wypełnionym 

piaskiem workiem. Piraci od lat trudnili się handlem i nauczyli się,  jak postępować  z  żywym 

towarem. W czasie najazdu używali najpierw toporów, włóczni i mieczy,  zabijali gospodarzy i 

wojowników. Później  jednak  ostra broń  stawała  się nieporęczna.  Zbyt łatwo było  uszkodzić 

jakąś czaszkę,  uciąć ucho czy w  inny sposób uszkodzić kosztowny towar. Nawet zwykły cios 

pięścią  okazać  się  mógł  zbyt  potężny  zważywszy  na  krzepę  tych  ludzi.  Kto  kupiłby 

dziewczynę  z pękniętą  szczęką albo z przetrąconą kością  policzkową?  Może jakiś sknera ze 

Skandynawii, ale na pewno nie wybredni klienci z Hiszpanii czy Dublina.

Tak więc ludzie znajdujący się pod komendą  Sigvartha,  jak również wielu innych, którzy 

trudnili  się  handlem  niewolnikami,  nosili za  pasem  albo ukryte  wewnątrz tarczy woreczki w 

kształcie kiełbasy wypełnione po brzegi piaskiem zebranym  pracowicie na  wydmach Jutlan-

dii. Wystarczył  jeden zgrabny cios i towar już leżał  cicho nie sprawiając kłopotów. A przy tym 

żadnego ryzyka uszkodzenia.

Dziewczęta zaczęły w  końcu do  siebie  szeptać,  choć ich głosy drżały  ze strachu. Opow-

iedziały Godivie,  co stało  się  z jej ojcem,  a  potem,  co spotkało Trudę i Thryth. Opowiadały, 

jak załadowano je na wóz, żadna nie wiedziała jednak, co stanie się z nimi dalej.

Pod wieczór następnego dnia Sigvarth, jarl Małych Wysp, poczuł jak ogarnia go niepokój, 

którego przyczyny  nie  umiał  odgadnąć.  Siedział  w  namiocie  synów  Ragnara  i  wraz  innymi 

jarlami  przysłuchiwał  się,  jak  jego  syn  Hjorvarth  opowiada  historię  wyprawy.  Choć  był  to 

jeszcze młody wojownik, przemawiał dobrze.

Skąd więc to dręczące uczucie? Sigvarth nie był  człowiekiem zdolnym do głębokiej auto-

analizy,  żył  jednak  już  wystarczająco  długo,  aby  przekonać  się,  że  nie  należy  lekceważyć 

takich objawów.

Powrót z wyprawy był  udany. Ciągnął  za sobą kolumnę wozów  z  niewolnikami i łupami. 

Najważniejsze jednak,  że zrobił  dokładnie to, o co chodziło Wężowemu Oku. Spalone chaty i 

wypalone  pola,  studnie  pełne  trupów  oraz,  dla  przykładu,  kilku  okaleczonych,  którzy  będą 

mogli opowiedzieć wszystkim swoją historię.

Czyń tak,  jak uczyniłby to Ivar,  mówił  Wężowe Oko. W porządku,  nie  był  może  tak do-

bry w  zadawaniu cierpień jak  Ivar,  ale  nikt chyba  nie  powie,  że  się  nie  starał. Udało mu  się 

całkiem nieźle. Ta okolica z pewnością nie podźwignie się szybko.

Nie,  nie  to  go  niepokoiło,  to  było  dobrze  wykonane  zadanie. Jeżeli  coś było  nie  tak,  to 

stało  się  to  znacznie  wcześniej.  Powoli  Sigvarth  uzmysłowił  sobie,  że  martwiło  go  pewne 

wspomnienie  związane z  potyczką.  Już  ćwierć  wieku  walczył  na  pierwszej  linii,  zabił  setkę 

ludzi,  zebrał  ze dwa tuziny ran. Potyczka  powinna  być  prosta,  przysporzyła im jednak trudu. 

background image

Przedarł  się  przez  angielską  linię,  tak  jak  wiele  razy  przedtem,  zmiótł  ze  swej  drogi  jas-

nowłosego tana i doszedł do drugiej linii wyjątkowo zdezorganizowanej i nierównej.

A  wtedy  wyrósł  przed  nim  ten  chłopak. Nie  miał  nawet  hełmu  ani  porządnego  miecza. 

Wyglądał  jak  wyzwolony  właśnie  niewolnik  albo  najbiedniejsze  dziecko  z  całej  osady. 

Wystarczyły  jednak dwa  starcia  i  miecz  Sigvartha  rozpadł  się  na  kawałki,  a  on  sam  stracił 

równowagę. Sigvarth  uświadomił  sobie,  że gdyby to był  pojedynek,  czekałaby go  niechybna 

śmierć. Ocalili go wojownicy, którzy pojawili się nagle po jego obu stronach. Nie sądził, żeby 

któryś  z  nich  dostrzegł  w  jak  beznadziejnym  położeniu  się  znalazł,  lecz  jeśli  to  dostrzegli, 

ktoś ze starszyzny mógł zgłosić teraz jego odwołanie.

Czy  będzie  mógł  spojrzeć  im  w  oczy?  Czy  jego  syn  Hjorvarth  jest  już  wystarczająco 

potężny,  aby ktoś przestraszył  się jego zemsty? A  może  rzeczywiście stał  się już  za  stary do 

zabijania. Jeśli nie potrafił  usadzić w  miejscu na  wpół  uzbrojonego chłopca,  to chyba faktyc-

znie nie był już w dawnej formie.

W każdym  razie  teraz  zrobi coś naprawdę  mądrego. Najważniejsze,  żeby mieć po swojej 

stronie  Ragnarssonów,  to  się  zawsze  sprawdzało.  Hjorvarth  zbliżał  się  już  do  końca  opow-

ieści. Sigvarth  odwrócił  się na krześle i skinął  głową w  stronę  dwóch giermków,  którzy stali 

obok wejścia. W odpowiedzi obaj kiwnęli głowami i wyszli na zewnątrz.

- ...tak więc zapaliliśmy wozy i wrzuciliśmy do środka kilku ludzi,  których mój ojciec w 

swej  mądrości  przywiódł  tak  daleko,  aby  złożyć  ich  w  ofierze  Aegirowi  i  Ranowi.  Potem 

wsiedliśmy  na  statek,  popłynęliśmy  w  dół  rzeki  i  oto  jesteśmy!  My,  ludzie  słynnego  jarla 

Sigvartha,  w  tym  ja,  jego  prawowity  syn,  Hjorvarth,  gotowy  spełnić  wasze  dalsze  rozkazy, 

synowie Ragnara!

W namiocie  wybuchł  aplauz,  jedni tupali  nogami,  inni uderzali  o stół  naczyniami. Wszy-

scy w znakomitym nastroju, po tak dobrym rozpoczęciu kampanii.

Potem przemówił Wężowe Oko.

-  Dobrze,  Sigvarcie,  możesz  zachować  swoje  łupy,  widzimy  bowiem,  jak  ciężko  na  nie 

zapracowałeś.  Teraz  możesz  nam  zdradzić,  czy  dopisało  ci  szczęście.  Powiedz,  ile  łupów 

udało ci się  zebrać  tym razem?  Czy stać  cię  już,  aby rzucić wojaczkę  i  kupić sobie  letni  do-

mek w Sjaellandzie?

- Oj,  nie jest tego tak dużo - odrzekł  Sigvarth,  a słowa jego powitał  pomruk niedowierza-

nia.  -  Nie  starczy,  abym  mógł  stać  się  gospodarzem. To tylko  skromne  łupy,  czego  zresztą 

można się spodziewać po takiej okolicy. Trzeba nam poczekać,  aż armia dojdzie  do Norwich. 

Do Yorku,  Londynu! - Słowa  te wywołały  ponowny wybuch entuzjazmu. - Musimy odebrać 

złoto tym,  którzy mają go najwięcej. Księżom. W wioskach nie znajdziemy go wcale. Muszę 

jednak  przyznać,  że  coś  udało  nam  się  zdobyć  i  chętnie  podzielę  się  tym,  co  mam 

najlepszego. Pozwólcie, że pokażę wam moją najświetniejszą zdobycz!

background image

Sigvarth odwrócił  się i przywołał  giermków. Przecisnęli się pomiędzy stołami prowadząc 

ze  sobą  postać  spowitą  całkowicie  w  tkaninę  i  przewiązaną  sznurem.  Postać  została 

popchnięta  w  stronę  głównego  stołu,  sznur  błyskawicznie  przecięty, a tkanina odrzucona na 
bok.

Pośrodku  namiotu  ukazała  się  Godiva,  która  mrugając  oczami  zaczęła  przyglądać  się 

otaczającym ją brodatym mężczyznom. Cofnęła się i chciała odwrócić, lecz stanęła nagle oko 

w oko z najwyższym z wojowników. Mężczyzna miał  jasną karnację i oczy koloru lodu, jego 

twarz nie wyrażała żadnych emocji. Spojrzała w bok i niemal z ulgą rozpoznała stojącego tam 

Sigvartha, jedynego człowieka, którego potrafiła rozpoznać w tym tłumie.

W tym ponurym otoczeniu była niczym kwiat wyrastający z podmokłego poszycia. Jasne 

włosy,  delikatna  skóra,  pełne  usta,  które  rozchylone  w  przestrachu  wydawały  się  jeszcze 

bardziej  pociągające. Sigvarth skinął  raz  jeszcze i jeden z mężczyzn przeciął  tył  jej sukni,  po 

czym  zerwał  ją  nie  zważając  na  krzyki  dziewczyny.  Stanęła  więc  przed  nimi  niemal  naga, 

okryta  tylko cienką  koszulą,  tak że  wszyscy mogli  podziwiać  jej  młodzieńcze  ciało. W roz-

paczliwym  geście  strachu  i  palącego  wstydu  Godiva  skrzyżowała  na  piersiach  ramiona  i 

opuściła głowę. Przygotowała się na najgorsze.

-  Nie  mogę  się  nią  podzielić!  -  wykrzyknął  Sigvarth.  -  Jest  na  to  zbyt  cenna. 

Postanowiłem więc, że ją oddam! Podaruję ją człowiekowi,  który wysłał  mnie na tę wyprawę, 

w podzięce i w nadziei,  że będzie o mnie pamiętał. Niech mu ona dobrze i długo służy. Poda-

ruję ją najmądrzejszemu człowiekowi w całej armii. Przeznaczona jest tobie, Ivarze!

Sigvarth  zakończył  swoją  przemowę  tryumfalnym  okrzykiem  i  wzniósł  do  góry  róg. 

Powoli zorientował  się jednak,  że nie było żadnego odzewu. Wokół  panowało pełne zakłopo-

tania  milczenie.  Nawet  ludzie,  którzy  nie  znali  prawie  Ragnarssonów  i  dopiero  niedawno 

dołączyli do armii, pobladli lekko i spuścili oczy.

Serce  Sigvartha  znów  wypełniło  nieprzyjemne  uczucie  chłodu.  Może  powinienem  był 

najpierw  spytać,  pomyślał  z  niepokojem.  Może  stało  się  coś,  o  czym  nie  zdążył  się  dow-

iedzieć. Ale  jaką szkodę mógł  wyrządzić swoim  podarkiem. Dzielił  się swoim łupem,  dzielił 

się  czymś,  co  każdy  mężczyzna  chciałby  posiąść.  Co  w  tym  złego,  że  podarował  tę 

dziewczynę,  tę  piękną  dziewicę,  Ivarowi?  Ivarowi  Ragnarssonowi,  zwanemu...  Zaraz...  jak 

oni  go nazywają?  Przerażająca  myśl  przebiegła  nagle  przez  głowę  Sigvartha. Czy  to  przez-

wisko naprawdę coś oznaczało? Sopel Lodu...

background image

 Rozdział piąty

Pięć  dni  później  Shef  i  jego  towarzysz  leżeli  ukryci  w  cieniu  zagajnika  i  patrzyli  na 

ciągnące się aż  do  obozowiska  wikingów  podmokłe  łąki. Była  to niemal  mila  odkrytego ter-

enu. Tym razem nie udało im się powstrzymać zdenerwowania.

Nie  mieli  kłopotów  aby wydostać  się  z  Emneth,  co  w  normalnych warunkach mogłoby 

stanowić  najtrudniejsze  zadanie  dla  zbiegłego  niewolnika.  Lecz  Emneth  żyło  teraz  innymi 

problemami,  nikt  zresztą  nie uważał  Shefa za  swoją  własność. A Edrich,  który mógłby pow-

strzymywać ludzi przed przejściem  na  stronę wikingów,  w  tym  wypadku  najwyraźniej  umy-

wał  ręce. Tak  więc  nikt  nie przeszkodził  Shefowi,  kiedy pakował  kilka  drobiazgów  i  trochę 

jedzenia na drogę, czyniąc wyraźne przygotowania do ucieczki.

Ktoś  jednak  mu  się  przyglądał.  Kiedy  stał  pośród  pogorzeliska  niezdecydowany  czy 

pożegnać się z matką,  zdał  sobie sprawę,  że jakiś człowiek stoi za jego plecami. Był  to Hund, 

przyjaciel z dzieciństwa,  syn pary niewolników,  który był  zapewne najniżej  stojącą  w  hierar-

chii osobą w całym Emneth. Jednak Shef nauczył się już cenić go. Nikt nie znał  mokradeł  tak 

dobrze jak Hund, nawet Shef mu w tym ustępował. W ciasnej chacie,  którą dzielił  z rodzicami 

i  resztą  rodzeństwa,  można  było  często pobawić  się  z  młodą  wydrą,  jego  rodzinie  nie  bra-

kowało  też  ryb,  które  Hund  potrafił  łapać  ręką,  bez  pomocy  sieci. Znał  też  wszystkie  zioła, 

które  można  było znaleźć  w  okolicy:  ich nazwy  i  przeznaczenie.  I choć  był  o  dwie  wiosny 

młodszy od Shefa,  biedniejsi  ludzie przychodzili do niego po poradę i leki. Z  takim  talentem 

mógłby  w  niedługim  czasie  stać  się  ważną  figurą  w  całym  okręgu,  poważaną  nawet  przez 

możnych.  Jego  czyny  zyskały  mu  już  niezbyt  życzliwe  zainteresowanie  ojca  Andreasa,  wy-

bawcy Shefa. Kościół najwyraźniej nie lubił konkurencji.

- Chcę pójść z tobą - zaczął Hund.

- To niebezpieczne - odrzekł Shef.

Hund  przyjął  to  w  milczeniu,  nie  miał  zwyczaju  mówić,  gdy  uznał  to  za  niepotrzebne. 

Niebezpiecznie  było  również  pozostać  w  Emneth,  a  trzymając  się  razem,  obaj  zwiększali 

tylko swoją szansę przeżycia.

-  Jeżeli  idziesz  ze  mną,  będziesz  musiał  zdjąć  tę  obręcz  -  zauważył  Shef.  -  Teraz  jest 

właściwy moment, nikt się nie będzie nami interesował. Poczekaj tu, przyniosę narzędzia.

Ukryli  się  pośród  mokradeł,  aby zniknąć  z  oczu  mieszkańców,  zdjęcie  obręczy  okazało 

się jednak bardzo skomplikowane. Shef obwiązał  szyję Hunda szmatami,  aby uratować skórę 

przed  skaleczeniem,  a  następnie  rozpiłował  żelazo.  Mocował  się  długo  ze  szczypcami, 

background image

którymi chciał  rozgiąć przepiłowany metal,  lecz  w  końcu stracił  cierpliwość. Obwiązał  sobie 

wtedy dłonie szmatami, chwycił obręcz i rozgiął ją, używając całej swojej siły.

Hund  rozmasował  pokrytą  zgrubieniami  i  bliznami  skórę  i  spojrzał  na  leżącą  na  ziemi 

rozerwaną obręcz.

- Niewielu ludzi potrafiłoby to zrobić - zauważył.

- Potrzeba  uskrzydla człowieka  - odparł  skromnie  Shef,  ale  w  głębi  duszy był  zadowol-

ony. Wciąż przybywało mu sił,  zmierzył  się w bitwie z dorosłym mężczyzną, a teraz mógł  iść 

dokąd tylko chciał. Nie wiedział  jeszcze w jaki sposób,  ale czuł, że wkrótce uda mu się uwol-

nić Godivę i zostawić za sobą przeklętą przeszłość.

Wyruszyli nie poczyniwszy  dalszych  uzgodnień,  szybko jednak wpadli w  poważne  tara-

paty.  Shef  przewidywał,  że  będą  czasem  musieli  ukrywać  się  przed  ludźmi,  nie  sądził 

wszakże, że cała okolica wrzeć będzie jak gniazdo os,  które ktoś przedziurawił  kijem. Jeźdźcy 

galopowali po wszystkich drogach,  a każdą wioskę otaczały grupy zbrojnych, patrzących po-

dejrzliwie  na  każdego obcego  przybysza.  Chłopcy  zostali  schwytani  i  kiedy  nikt  nie  chciał 

uwierzyć w  ich zmyśloną  historię,  musieli ratować się ucieczką. Najwyraźniej król wydał  już 

odpowiednie rozkazy i lud East Anglii  postanowił  ściśle  ich przestrzegać. W powietrzu czuć 

było okrutny gniew i napięcie.

W ciągu ostatnich dwóch dni Shef i Hund przeszli pas podmokłych łąk i  pastwisk posu-

wając się okropnie wolno, czasem po prostu pełznąc na brzuchach. Tak czy inaczej natrafili na 

kilka patroli. Czasem była  to grupa jeźdźców  prowadzona przez jakiegoś tana,  innym  razem 

poruszający  się  niemal bezszelestnie  oddział  piechoty.  Shef  zrozumiał,  że  ich  zadaniem  jest 

niedopuszczenie,  aby wikingowie  wyprawiali się ze  swego obozu na indywidualne zbójeckie 

wyprawy.  Niemniej  ludzie  ci  nie  mieliby  nic  przeciwko  temu,  aby  złapać,  a  nawet  zabić, 

każdego kogo tylko podejrzewać można o wspieranie najeźdźców.

Niebezpieczeństwo  ze strony Anglików  zaczęło maleć  dopiero w  bezpośrednim sąsiedz-

twie  obozu wikingów,  pojawiło się jednak zagrożenie  ze strony patroli  wroga. W niewielkim 

lesie  chłopcy  napotkali  oddział  około  pięćdziesięciu  jeźdźców  w  pełnym  rynsztunku  bo-

jowym. Nietrudno było ich dostrzec, łatwo też ominąć. Lecz gdyby jednak odział  ten starł  się 

z którymś z mijanych przez chłopców patroli, Anglicy nie mieliby żadnych szans.

Shef wiedział,  że są to ludzie,  na których łaskę będą niebawem zdani,  i wszystko nie wy-

dawało mu się  już tak łatwe jak w Emneth. Z początku planował,  że  przedrze  się  do obozu i 

każe zaprowadzić  przed oblicze  Sigvartha. Dzięki  niezwykłemu zbiegowi okoliczności  spot-

kał  się już  przecież  twarzą  w  twarz z  człowiekiem,  który,  jako jedyny,  mógłby go z miejsca 

przyjąć  i  zaakceptować.  Później  Shef  odrzucił  ten  pomysł.  Chciał  teraz  za  wszelką  cenę 

uniknąć spotkania z ojcem.

background image

Czy  wikingowie przyjmowali  ochotników?  Shef miał  niejasną  obawę,  że  potrzebowałby 

do tego czegoś więcej poza dobrymi chęciami i własnoręcznie wykonanym  orężem. Wiedział 

natomiast, że mogą potrzebować niewolników. Shef wyobraził  sobie,  jak pływa po odległych 

morzach  przykuty  do  galery. Nie  było to  przyjemne  uczucie.  Z  Hundem  mogło  być  łatwiej, 

nie  sprawiał  wrażenia  specjalnie  wartościowego  towaru.  Wikingowie  mogliby  go po  prostu 

wypuścić,  niczym  rybkę,  która jest  zbyt  mała,  aby się  nadać  na patelnię. A  może  piraci wy-

biorą najprostszy sposób poradzenia sobie z niewygodną przeszkodą? Poprzedniego wieczoru 

chłopcy dostrzegli,  jak bramy obozu opuszczała grupa ludzi i ciągnięty przez konia niewielki 

wóz. Ludzie  wykopali  nie opodal  spory  dół,  do którego zrzucono bez  ceremonii  kilkanaście 

trupów.

- Nie wygląda to lepiej niż wczorajszej nocy, ale kiedyś będziemy musieli się stąd ruszyć 

- westchnął Shef z rezygnacją.

Nagle Hund ścisnął go za ramię.

- Poczekaj... Słyszysz?

Dźwięk nabierał  siły. Była to  pieśń. Wspólny śpiew  wielu mężczyzn. Odgłosy dobiegały 

z odległego o jakieś sto jardów miejsca, gdzie kończyła się podmokła łąka.

- To brzmi jak śpiew  mnichów  w  wielkim klasztorze w Ely - mruknął  Shef. Głupia myśl. 

Nie mogło być przecież mowy o żadnych mnichach ani księżach w  promieniu dwudziestu mil 

od tego miejsca.

- Możemy popatrzeć? - szepnął Hund.

Shef  nie  odpowiedział,  lecz  zaczął  czołgać  się  powoli  i  bardzo  ostrożnie  tam,  skąd  do-

chodził  śpiew. Musieli to być poganie,  jednak z pewnością łatwiej podejść do małej grupy niż 

do  całej  armii.  Wszystko  wydawało  się  lepsze  niż  spacer  po  odsłoniętej  równinie  wokół 

obozu.

Kiedy  pokonali  już  połowę  dystansu,  Hund  chwycił  Shefa  za  nadgarstek.  W milczeniu 

wskazał  niewielkie wzniesienie. Dwadzieścia  jardów  od  nich,  pod  starym  wyrośniętym  gło-

giem  stał  mężczyzna,  który  wsparty  na  toporze  badał  wzrokiem  okolicę.  Mężczyzna  miał 

gruby kark, był tęgi i postawny.

Przynajmniej nie powinien być zbyt szybki - pomyślał z ulgą Shef - poza tym, jak na war-

townika, stoi w złym miejscu.

Chłopcy wymienili spojrzenia. Wikingowie są być może wielkimi żeglarzami,  ale muszą 

się jeszcze sporo nauczyć o sztuce podkradania.

Shef  zaczął  wolno  skradać  się  do  przodu,  kryjąc  się  za  kępą  paproci  i  zwinnie  przesu-

wając obok rosnących nie opodal ciernistych zarośli. Hund posuwał  się bezpośrednio za nim. 

Tymczasem  śpiew  ucichł,  a  jego  miejsce  zajął  teraz  pojedynczy  głos.  Nie  była  to  zwykła 

background image

przemowa,  lecz  jakby natchnione  kazanie. Czy  to  możliwe,  żeby wśród  pogan  ukrywali  się 

jacyś chrześcijanie? - zastanawiał się Shef.

Po przejściu  kilku  jardów  znalazł  się  na  szczycie  wzniesienia  i  rozchyliwszy  ostrożnie 

łodygi  paproci  spojrzał  na  niewielką  dolinę.  Dojrzał  tam  czterdziestu,  może  pięćdziesięciu 

mężczyzn, którzy siedzieli wokół  płonącego ogniska. Każdy z nich trzymał  topór bądź miecz, 

ale  ich  włócznie  i  tarcze  stały  oparte  o  siebie  lub  wbite  w  ziemię.  Dwanaście  włóczni 

tworzyło  wokół  mężczyzn  rodzaj  ogrodzenia,  zaś  pomiędzy  ich  grotami  rozpięta  została 

gruba  nić,  z  której,  w  niewielkich odstępach,  zwieszały  się  kiście  jasnoczerwonych owoców 

jarzębiny,  w  całej  swojej  jesiennej  krasie.  W środku koła,  obok  ogniska,  wbita  była  jeszcze 

jedna włócznia, której grot lśnił srebrzyście.

Obok  włóczni  stał  mężczyzna  i  przemawiał  do  pozostałych,  tak  jakby  chciał  im  coś 

narzucić, coś rozkazać. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, jak również w  odróżnieniu 

od wszystkich  znanych Shefowi  ludzi,  człowiek  ten ubrany  był  nie  w  zieleń,  brąz czy natu-

ralny beż, lecz w nieskazitelną biel, która przypominała ugotowane białko jajka.

W  jego  prawej  ręce  chłopiec  dostrzegł  osadzony  na  krótkim  trzonku  młot,  taki  sam, 

jakiego  używają  kowale.  Shef  przyjrzał  się  teraz  uważnie  siedzącym  wokół  ognia 

mężczyznom  i  odkrył,  że  każdy  z  nich  ma  na  szyi  wisiorek.  Niektórzy  mieli  wisiorki  w 

kształcie miecza,  rogu,  łodzi lub fallusa,  lecz przynajmniej  połowa  zebranych nosiła  na  szyi 

znak młota.

Shef wstał  nagle  i  wyszedł  z ukrycia. Na jego widok mężczyźni powstali  niemal jednoc-

ześnie  i  sięgnęli  po  broń  krzycząc  ostrzegawczo.  Shef  usłyszał  za  sobą  odgłos  kroków  i 

westchnienie  zdziwienia. Wiedział,  że wartownik  znajduje się  teraz  za  jego plecami,  nie  od-

wrócił się jednak.

Człowiek w białej tunice odwrócił  się powoli i stanął  naprzeciw  chłopca przyglądając mu 

się uważnie od stóp do głów.

- Skąd przybywasz? - spytał  mężczyzna w bieli. Mówił  po angielsku z silnym gardłowym 

akcentem.

Co mam mu odpowiedzieć - zamyślił  się Shef. - Z Emneth? Z Norfolk? Te nazwy nic dla 

nich nie znaczą.

- Przybywam z północy - rzekł w końcu.

Twarze  mężczyzn  zmieniły  się  nagle.  Czy  była  to  oznaka  zdziwienia,  a  może  jakieś 

przeczucie?

Mężczyzna w bieli gestem ręki uciszył swoich towarzyszy.

- A co sprowadza cię do nas, którzy podążamy Asgarthsvegr, Drogą do Asgardu.
Shef wskazał młot, który tkwił wciąż w dłoni mężczyzny.
- Jestem kowalem, podobnie jak ty, a moim celem jest nauka.

background image

Ktoś zaczął  tłumaczyć  jego słowa,  Shef  tymczasem  zorientował  się,  że  u jego  boku po-

jawił  się nagle Hund. Za plecami czuł  wciąż złowróżbną obecność wartownika,  nie spuszczał 

jednak wzroku z mężczyzny.

- Pokaż mi znak twego rzemiosła.

Shef  wyjął  z  pochwy miecz  i  podał  go  człowiekowi  w  bieli,  tak  jak  kiedyś Edrichowi. 

Tamten zważył  miecz w  dłoniach i  długo obracał  przed  oczami. Patrzył  na  świetlne  refleksy, 

spróbował  zeskrobać  pokrywającą  ostrze  rdzę,  wreszcie  ściął  delikatnie  kosmyk włosów  ze 

swego przedramienia.

- Palenisko nie było  dostatecznie  rozgrzane  - zauważył  - albo zbyt  szybko straciłeś cier-

pliwość. Te stalowe  paski nie  były wystarczająco gładkie,  kiedy je stapiałeś. Ale to dobre os-

trze.  Z  pewnością  nie  jest  takie,  na  jakie  wygląda.  Ty  także  jesteś  kimś innym,  niż  się  wy-

dajesz. Mów  prawdę,  młody człowieku,  i pamiętaj,  śmierć stoi za twymi plecami. Jeśli jesteś 

tylko  zbiegłym  niewolnikiem  jak  twój  przyjaciel  -  mężczyzna  wskazał  na  szyję  Hunda,  na 

której wciąż  widać było ślady  po obręczy - może  puścimy cię  wolno. Jeżeli  jesteś tchórzem, 

który chce przyłączyć  się  do zwycięzców,  być może cię  zabijemy. Lecz  może jesteś kimś in-

nym. Powiedz więc: po co tu przyszedłeś?

Chcę uwolnić Godivę - pomyślał  Shef - potem jednak spojrzał  kapłanowi prosto w  oczy i 

odpowiedział, starając się, aby jego głos zabrzmiał szczerze.

-  Jesteś  mistrzem  kowalskim.  Chrześcijanie  nie  nauczą  mnie  już  więcej,  dlatego 

chciałbym zostać twoim uczniem.

Kapłan chrząknął i podał Shefowi miecz, rękojeścią do przodu.

-  Opuść  swój  topór,  Kari  -  rzekł  zwracając  się  do  mężczyzny  stojącego  za  plecami 

chłopców.

- Wezmę cię na pomocnika,  młody człowieku, a jeśli twój przyjaciel coś potrafi, on także 

może się  przyłączyć. A teraz  usiądźcie z  boku i pozwólcie  nam dokończyć  obrządek.  Nazy-

wam się Thorvin, co znaczy „przyjaciel Thora”,  boga kowali. Powiedzcie,  jakie są wasze imi-

ona.

Shef zarumienił się ze wstydu i spuścił wzrok.
- Mój przyjaciel zwie się  Hund -  wyjaśnił.  -  To  znaczy „pies”,  ja  także  mam  tylko  psie 

imię. Mój ojciec... Nie, nie mam ojca. Nazwali mnie Shef.

Po raz pierwszy na twarzy Thorvina pojawiło się zdziwienie, a może coś więcej.

- Nie masz  ojca? - mruknął. -  I nazywasz  się Shef. Wiedz,  że  nie jest  to tylko  psie  imię. 

Musisz się rzeczywiście sporo nauczyć.

Shef poczuł  się nieswojo, gdy zaczęli zbliżać się do obozu. Nie bał  się o swoją skórę, bał 

się  o  Hunda.  Thorvin  kazał  im  usiąść  z  boku  i  czekać  aż  skończy  się  to  dziwne  spotkanie. 

background image

Najpierw  przemawiał  Thorvin,  później  zaczęła  się  dyskusja.  Choć  mówiono  po  norwesku, 

Shefowi udało się sporo zrozumieć. Następnie  z rąk do rąk podawano sobie z powagą bukłak 

z jakimś napojem. Na koniec mężczyźni rozbili  się  na kilka grup i  złączyli ręce,  każda  grupa 

na  innym  przedmiocie.  Shef  dostrzegł  młot,  róg,  miecz  i  coś,  co  wyglądało jak  wysuszony 

koński członek. Nikt nie ośmielił  się dotknąć srebrzystej włóczni, Thorvin rozłożył  ją na dwie 

części  i  zawinął  w  kawałek  materiału.  Zaraz  potem  spotkanie  dobiegło  końca,  wygaszono 

ogień, zebrano włócznie, a ludzie zaczęli się rozchodzić w różne strony.

-  Jesteśmy  kapłanami  Drogi  -  wyjaśnił  Thorvin  zwracając  się  do  obu  młodzieńców  w 

swojej  starannej  angielszczyźnie.  - Nie  każdy chce,  aby o  nim  wiedziano,  przynajmniej  nie 

tutaj w obozie Ragnarssonów. Mnie tolerują - wskazał  na wiszący na szyi amulet - mam swój 

fach. Ty też będziesz miał  swój fach,  młody człowieku,  powinno cię to chronić. Co jednak z 

twoim przyjacielem? Czy coś potrafisz, chłopcze?

- Umiem wyrywać zęby - odparł niespodziewanie Hund.

Stojący wokół ludzie westchnęli z niedowierzaniem.
Tenn draga - odezwał się jeden z nich. - That er ithrott.
- On mówi: „wyrywać  zęby  -  to  prawdziwy  talent”  -  przetłumaczył  Thorvin.  -  Czy  to 

prawda?

- To  prawda  -  odparł  Shef  za  swego  przyjaciela.  -  On  mówi,  że  nie  potrzeba  tu  wcale 

wielkiej  siły. Trzeba  wiedzieć,  jak pociągnąć,  trzeba wiedzieć,  jak zęby są  osadzone. On po-

trafi też uleczyć gorączkę.

-  Wyrywanie  zębów,  nastawianie  kości,  leczenie  gorączki:  dla  medyka  zawsze  znajdzie 

się  praca,  zarówno  wśród  kobiet,  jak  i  wojowników  - rzeki Thorvin. -  Poślę  cię  do  mojego 

przyjaciela  Ingulfa.  Jeżeli  uda  nam  się  tylko  wejść  do obozu.  Gdy  już  się  tam  znajdziemy, 

będziemy bezpieczni,  ale  przy  wejściu  możemy  kogoś spotkać.  Jest  wielu,  którzy  życzą  mi 

najgorszego. Zastanówcie się, czy chcecie ryzykować?

Shef i Hund poszli za nim w milczeniu, nie byli jednak pewni, czy postąpili rozsądnie. W 

miarę  jak  się  zbliżali  obozowisko  wyglądało  coraz  potężniej,  otoczone  wysokim  wałem 

ziemnym  i  szeroką  fosą.  Musiało  to  ich  kosztować  wiele  pracy  -  pomyślał  Shef.  Czy  to 

znaczy,  że  zamierzają  tu  długo  zabawić,  czy  czynią  tak  zawsze,  gdy  przyjadą  w  nowe 

miejsce? Może to po prostu rutyna.

Obwałowanie,  wzmocnione  rzędem  zaostrzonych  na  końcach  pali,  ciągnęło  się  jakieś 

dwieście dwadzieścia jardów. Ze wszystkich czterech stron... Chociaż nie - uświadomił  sobie 

Shef - z jednej obóz sąsiadował  z rzeką. Z początku bardzo go to zdziwiło, potem zrozumiał, 

że  wikingowie  musieli  rozwiązać  jakoś problem  związany  ze  statkami,  które  stanowiły  dla 

nich  najbardziej  drogocenny  dobytek.  Nawet  z  tak  znacznej  odległości  dostrzegł,  że  okręty 

wciągnięto  na  mieliznę  i  ustawiono  jeden  obok  drugiego,  tak  że  tworzyły  zwartą  i  wysoką 

background image

ścianę,  która ciągnęła się nad rzeką na długości ponad sześciuset jardów. Shef pojął  nagle,  że 

dla  tych  ludzi  wojna  to  nie  tylko  chwała  zwycięstw  i  dumne  przemowy,  lecz  prawdziwe 

rzemiosło. Drobiazgowe, fachowe plany, mistrzowskie wykonanie i wielkie zyski.

W  zasięgu  wzroku  zaczęło  pojawiać  się  coraz  więcej  ludzi,  niektórzy  po  prostu 

spacerowali,  inni  siedzieli  przy ogniu  przygotowując  jedzenie,  było  też  kilku,  którzy rzucali 

włóczniami do celu. Shef uznał,  że w swych niechlujnych wełnianych strojach przypominają 

bardzo Anglików. Była  jednak pewna  różnica. Każda grupa Anglików składała  się  w  pewnej 

części  z  ludzi,  którzy  nie  nadawali  się  już  do  walki.  Byli  tam  zawsze  kulawi,  głusi,  nie-

dowidzący bądź w  jakimś stopniu zdeformowani. Tutaj nie spotkał  jeszcze nikogo ułomnego. 

Nie wszyscy byli potężni i wysocy,  lecz  wyglądali  na  takich,  którzy znają swe rzemiosło i w 

każdej chwili mogliby stanąć do walki. Było wśród nich kilku młodzieńców,  jednak żadnych 

chłopców.  Niektórzy  mężczyźni  byli  już  posiwiali,  inni  łysi,  ale  Shef  nie  dostrzegł  znie-

dołężniałych starców.

Były  tam  także  konie.  Pasły  się  na  równinie  i  miały  spętane  nogi.  Dla  takiej  armii 

potrzeba  mnóstwo  koni  -  pomyślał  Shef  -  potrzeba  też  sporo  paszy,  żeby  je  wykarmić. To 

mógł  być słaby punkt całej operacji. Shef uświadomił  sobie, że  rozumuje jak wróg, wróg sta-

rający  się  poznać  tajemnice  przeciwnika.  Nie  był  wprawdzie  królem  ani  tanem,  ale  własne 

doświadczenie  podpowiadało  mu,  że  w  nocy  nikt  nie  potrafiłby  upilnować  takiego  stada 

zwierząt. Korzystając z osłony mroku mogłaby się tu przedostać niewielka grupka angielskich 

zwiadowców i poprzecinać sznury. Zwierzęta  rozbiegłyby się po całej okolicy,  a wikingowie 

mieliby poważny problem do rozwiązania.

Kiedy podeszli do samego wejścia,  Shef stracił  nagle  pewność  siebie. Nie  było tam żad-

nej bramy, co samo przez się wydało mu się złowieszczym znakiem. Droga prowadziła prosto 

przez  szeroki  na  dziesięć  jardów  wyłom  w  obwałowaniu.  Było  tak,  jak  gdyby  wikingowie 

chcieli  powiedzieć:  „Nasze  mury  chronią  nasze  dobra  i  strzegą  niewolników.  My  nie 

będziemy się  za nimi  chować. Jeśli chcesz  walczyć,  idź prosto przed siebie. Zobaczymy,  czy 

uda ci się pokonać straże. To nie zaostrzone belki bronić nas będą przed wrogiem, lecz topory, 

które je wyciosały”.

Przy  wejściu  do  obozowiska  stała  grupa  ponad  czterdziestu  wojowników.  W  przeci-

wieństwie  do  ludzi  przechadzających  się  na  zewnątrz  każdy  z  nich  miał  na  sobie  kolczugę 

bądź  skórzany kaftan. Byli uzbrojeni i  gotowi  do  walki,  niezależnie  od  tego gdzie  pojawiłby 

się przeciwnik. Shefa,  Hunda i Thorvina oraz ośmiu  towarzyszących im ludzi zmierzono ba-

dawczym spojrzeniem. Nie wiedzieli, czy zostaną zatrzymani.

Kiedy podeszli bliżej, drogę zastąpił  im ubrany w kolczugę wojownik i spojrzał wyczeku-

jąco. Było jasne,  że rozpoznał  dwóch obcych  przybyszów.  Po chwili  kiwnął  głową i  pokazał 

background image

kciukiem  w  stronę  wnętrza  obozu. Przeszli  obok niego,  a  za  plecami  usłyszeli  jeszcze  jego 

słowa.

- Co powiedział? - szepnął Shef.

- Powiedział: „Odpowiadasz za to własną głową”, coś w tym rodzaju.

Wewnątrz  opanowało  Shefa  uczucie  bezgranicznego  zdumienia.  Było  to  zdumienie 

porządkiem  i  wspaniałą  organizacją,  wszystko  wydawało się  tam  mieć  swój  cel  i  przeznac-

zenie.  Ludzie  byli  wszędzie,  rozmawiali,  gotowali,  grali  w  kości.  Drogi  były  wytyczone 

równo,  wszystkie tej samej szerokości  i mocno ubite. Nierówności terenu zasypano żwirem. 

Ci ludzie naprawdę ciężko pracują - pomyślał Shef.

Prowadzona  przez  Thorvina  grupa  mężczyzn posuwała  się  wciąż  naprzód.  Gdy  przeszli 

już  około  stu jardów,  Shef  uznał,  że  powinni  znajdować  się  w  samym  środku  obozu. W tej 

samej niemal chwili Thorvin przywołał do siebie obu chłopców.

- Będę  mówił  szeptem,  bo grozi nam  wielkie  niebezpieczeństwo - wyjaśnił  na  wstępie. - 

Wielu  tutejszych  ludzi  zna  wiele  języków.  Teraz  przetniemy  główną  drogę,  która  wiedzie  z 

północy  na  południe.  Na  południu,  niedaleko  brzegu  rzeki  znajdują  się  namioty  Ragnars-

sonów  i  ich  stronników. Rozsądny człowiek  nigdy się tam  nie zapuszcza. Pójdziemy wprost 

do mojej kuźni,  która  mieści  się przy drugim  wejściu  do  obozu. Będziemy iść  patrząc przed 

siebie,  nie  oglądając  się  nawet  w  stronę  obozowiska  Ragnarssonów.  Kiedy  dojdziemy  do 

kuźni, od razu wejdziemy do środka. A teraz śmiało w drogę, jesteśmy już niedaleko.

Shef szedł  ze spuszczonymi oczami,  żałując, że nie może się choć trochę rozejrzeć. Przy-

jechał  tu z powodu Godivy,  lecz jak ją teraz odnajdzie? Czy odważy się spytać o jarla Sigvar-

tha?

Powoli przecisnęli  się przez  tłum i dotarli  niemal pod samą palisadę. Oddalony nieco od 

pozostałych  zabudowań  stał  tam  prowizorycznie  wykonany  budynek.  W środku  Shef  zau-

ważył  znajome  wyposażenie:  kowadło,  miechy  i  palenisko.  Wokół  kuźni  rozciągnięte  były 

grube nici, na których wisiały szkarłatnoczerwone jarzębiny.

- Jesteśmy  na  miejscu - westchnął  Thorvin  z  wyraźną  ulgą,  lecz kiedy spojrzał  w  stronę 

chłopców,  jego  twarz  pobladła  gwałtownie.  Shef  odwrócił  się  przerażony.  Za  nimi  stał 

mężczyzna.  Po  raz  pierwszy  od  kilku  miesięcy  Shef  przyglądał  się  komuś  z  podniesioną 

głową. Dawno już nie spotkał człowieka tak potężnego.

Mężczyzna  ubrany był  w  takie same  samodziałowe spodnie,  jak wszyscy w obozie,  jed-

nak  jego  klatkę  piersiową  owijała  dziwaczna  jaskrawożółta  tkanina  upięta  na  lewym  barku, 

tak że prawe ramię  pozostawało całkowicie odsłonięte. Za  jego plecami widać  było rękojeść 

olbrzymiego  miecza,  który  zawieszony  przy  boku  ciągnąłby  się  pewnie  po  ziemi.  W lewej 

ręce mężczyzna trzymał  niewielką okrągłą tarczę,  z długim żelaznym szpicem pośrodku. Parę 

kroków za nim tłoczyło się jeszcze kilkunastu identycznie odzianych wojowników.

background image

- Co to za jedni? - warknął mężczyzna. - Kto ich tu wpuścił? - Słowa wypowiadane były z 

dziwacznym akcentem, ale Shef zrozumiał wszystko.

- Wpuścili ich strażnicy przy bramie - odparł Thorvin. - Nie zrobią nic złego.

- To przecież Anglicy. Enzkir.
- W obozie jest pełno Anglików.

- Aha,  ale tamci mają łańcuchy na szyjach. Chcę, żebyś mi ich wydał. Chcę ich widzieć w 

kajdanach.

Thorvin postąpił  krok do  przodu i  znalazł  się  pomiędzy  Shefem  a  Hundem.  Jego  pięciu 

towarzyszy stanęło naprzeciw ubranym na żółto wojownikom.

- Biorę tego tutaj - Thorvin ścisnął rękę Shefa - na pomocnika do kuźni.

-  Ładna  sztuka  - zadrwił  mężczyzna  -  pewnie  potrzebujesz  go  do innych celów. A  co  z 

tamtym? - wskazał kciukiem Hunda.

- On pójdzie do Ingulfa.
- Ale skoro go tam jeszcze  nie ma,  trzeba  się przekonać,  czy nie przyszedł  tu na przesz-

piegi. Widzę, że miał obręcz na szyi.

Shef postąpił  krok  do przodu,  czując  jak żołądek  podchodzi  mu do gardła. Wiedział,  że 

opór  nie  ma  sensu,  nie  mógł  przecież  stawić  czoła  dwunastu  w  pełni  uzbrojonym  wo-

jownikom. Lecz nie mógł  także pozwolić,  aby zabrali jego przyjaciela. Kiedy położył  dłoń na 

rękojeści  swego  krótkiego  miecza,  stojący na  przedzie  mężczyzna  sięgnął  błyskawicznie  za 

siebie i wyciągnął swój potężny oręż.

- Stójcie! - krzyknął ktoś potężnym głosem.

Podczas  gdy  Thorvin  rozmawiał  z  wysokim  mężczyzną,  całe  zgromadzenie  stało  się 

obiektem  ogólnego  zainteresowania.  Otaczała  ich  teraz  grupa  sześćdziesięciu,  może  osiem-

dziesięciu mężczyzn. Spośród gapiów  wyszedł  najwyższy mężczyzna jakiego Shef kiedykol-

wiek widział. Przewyższał chłopca o głowę, był też bez porównania potężniejszy.

-  Thorvin  -  rzekł  spokojnie  mężczyzna  -  Muirtach -  kiwnął  w  stronie  dziwacznie  ubra-

nego wojownika. - Co to za zamieszanie?

- Zabieram ze sobą tego niewolnika.
- Nie  -  odparł  Thorvin  ciągnąc  Hunda  w  stronę  kuźni  i  zaciskając  jego  palce  na 

uwiązanych na nici jarzębinach. - On jest pod opieką Thora.

Muirtach podszedł w ich stronę z podniesionym mieczem.

- Stój! - zagrzmiał znowu ten sam głos. - Nie masz prawa, Muirtach!
- A tobie co do tego?

Powoli i  bardzo niechętnie potężny mężczyzna włożył  rękę pod swoją  tunikę i wyciągnął 

na wierzch srebrny emblemat w kształcie młota.

background image

Muirtach zaklął i splunął na ziemię.

- Możesz ich  więc zabrać - rzekł  chowając  miecz - ale ty,  chłopcze... - jego oczy zatrzy-

mały się  teraz na Shefie. - Ty chciałeś podnieść na mnie rękę. Niedługo cię dopadnę,  a wtedy 

będziesz  trupem,  mój  mały. Thor  nic  dla  mnie  nie  znaczy  -  zwrócił  się  do  Thorvina.  -  Nie 

więcej niż Chrystus i jego matka-dziwka. Nie ogłupisz mnie tak łatwo jak jego - wskazał  pal-

cem wybawcę Anglików  i odszedł  wolno z wysoko uniesioną głową,  jak ktoś kto doznał  po-

rażki, lecz wstydzi się to okazać. W ślad za nim odeszli jego ludzie.

Shef zdał  sobie sprawę, że przez cały czas wstrzymywał  oddech,  i z ulgą wypuścił  powie-

trze.

- Kim byli ci ludzie? - spytał odprowadzając wzrokiem ubranych na żółto wojowników.

Thorvin  odpowiedział  mu  po  norwesku,  używając  jednak  słów,  które  w  obu  językach 

były podobne.

- To byli gaddgedlarzy. Irlandzcy chrześcijanie,  którzy opuścili swój lud i boga i stali  się 

wikingami.  Ivar  Ragnarsson  ma  wśród  nich  wielu  stronników  i  przy  ich  pomocy  będzie 

próbował  objąć  tron Anglii,  a  później  Irlandii. Kiedy  mu się to  uda,  powróci  pewnie wraz  z 

braćmi w swoje strony, do Danii i Norwegii.

- Lecz  może  tam  już  nigdy nie  dotrzeć...  -  wtrącił  potężny mężczyzna  skinąwszy  głową 

Thorvinowi  w  geście  szacunku. Potem  zmierzył  wzrokiem  Shefa.  -  To było  odważne,  mały. 

Rozdrażniłeś potężnego człowieka. Mnie też się to zresztą udało. Jeżeli będziesz mnie jeszcze 

kiedyś potrzebował,  zwróć się do Thorvina. Ragnarssonowie  trzymają mnie  u siebie,  bo to ja 

zaniosłem  wiadomość  do  Braethraborgu.  Teraz,  kiedy  pokazałem  wszystkim  mój  amulet, 

wszystko może się zdarzyć. Tak czy inaczej, nie czuję się już dobrze wśród sfory Ivara.

Mężczyzna odszedł bez pożegnania.

- Kto to był? - spytał Shef.

- Wielki wojownik z Halogalandu w Norwegii, zwą go Viga-Brand. Brand Zabójca.
- Czy jest twym przyjacielem?

-  Jest  przyjacielem  Drogi,  przyjacielem  Thora,  a  więc  również  przyjacielem  wszystkich 

kowali.

Nie  mam  pojęcia,  w  co  dałem  się wciągnąć  -  pomyślał  Shef - ale  pod żadnym  pozorem 

nie  wolno  mi zapominać,  po co tu przyjechałem. Jego oczy powędrowały bezwiednie  w kie-

runku południowego  krańca obozu,  gdzie znajdowały się kwatery synów  Ragnara. Ona  musi 

tam być.

background image

 Rozdział szósty

Przez  pierwszych  kilka  dni Shef  nie miał  jednak  czasu  myśleć  o  swojej misji. Pracował 

zbyt ciężko. Thorvin wstawał  o świcie, a pracę kończył  czasem późną nocą. W przypadku tak 

wielkiej  armii  było  rzeczą  zupełnie  naturalną,  że  każdego dnia  pojawiali  się  kolejni  ludzie, 

których topory  obluzowały  się  przy  trzonie,  ci,  którym  trzeba było  znitować tarcze,  byli  też 

tacy,  którzy  chcieli  osadzić  na  nowo  swoje  włócznie.  Czasem  ustawiała  się  nawet  kolejka, 

złożona  z  dwudziestu  mężczyzn.  Niekiedy  trafiały  się  cięższe  i  bardziej  skomplikowane 

zamówienia.  Pewnego  razu  przyniesiono  im  podziurawione  i  pokrwawione  kolczugi,  które 

trzeba  było  przygotować  dla  nowego  właściciela.  Każde  oczko  kolczugi  musiało  być  do-

pasowane precyzyjnie do sąsiednich czterech, tamte zaś należało połączyć z następnymi.

- Kolczugę łatwo jest  założyć i daje ona  swobodę ramionom  -  stwierdził  Thorvin,  kiedy 

Shef  uporał  się  wreszcie  z  pracą. -  Nie  daje  jednak dobrej  ochrony przed mocnym  ciosem, 

poza tym jest prawdziwym piekłem dla kowali.

Z biegiem czasu Thorvin powierzał  Shefowi coraz więcej  rutynowych zadań,  a sam kon-

centrował  się na wyjątkowo ciężkich,  albo bardzo specjalistycznych pracach. Był  jednak nie-

mal zawsze  w  pobliżu. Rozmawiając  używał  języka  norweskiego,  powtarzając,  jeśli  było  to 

konieczne,  niektóre  słowa  i  wyrażenia.  Na  początku  pomagał  sobie  też  gestykulacją.  Shef 

wiedział,  że Thorvin zna dobrze  angielski,  ale  nie  chce się  nim posługiwać. Co  więcej,  Shef 

został  nakłoniony  do  odpowiadania  po  norwesku,  choćby  miał  tylko  powtarzać  słowa 

Thorvina.  Szybko  przekonał  się  jednak,  że  oba  języki  są  do  siebie  bardzo  podobne  i  to 

zarówno  pod  względem  słownictwa,  jak i samego stylu wypowiedzi. Stopniowo Shef zaczął 

traktować  norweski  jak dziwaczny  dialekt  angielski  o  specyficznej  wymowie,  dialekt,  który 

można z  powodzeniem  naśladować,  jednak trudno uczyć się  go  od  podstaw.  Wkrótce  potem 

zaczął robić szybkie postępy.

Rozmowa  z Thorvinem była  poza tym dobrą odtrutką na nudę i zniechęcenie. Za sprawą 

Thorvina i  czekających przed kuźnią mężczyzn Shef nauczył  się  mnóstwa  rzeczy,  o których 

wcześniej  nie  miał  pojęcia.  Wikingowie  wydawali  się  znakomicie  poinformowani,  jeśli 

chodzi o wszelkie  decyzje bądź  zamiary swoich wodzów,  nie  mieli też żadnych oporów,  aby 

sprawy te  poddawać  dyskusji,  a  nawet  krytykować. Jedna  rzecz  stała  się  szybko  oczywista, 

wielka armia,  której  obawiało się  całe  chrześcijaństwo,  nie okazała  się  monolitem.  Jej serce 

stanowili synowie Ragnara i ich stronnicy, lecz była to najwyżej połowa wszystkich żołnierzy. 

Reszta to  przybyłe  z  różnych stron  kontyngenty,  które  liczyły  na  swój  udział  w  zdobyczach 

background image

wojennych. Kontyngenty  te były  rozmaitej  wielkości,  tak więc  pewien  jarl  z  Orkadów  przy-

wiódł  dwadzieścia  statków;  nie  brakowało  jednak  niewielkich  oddziałów  zwerbowanych  w 

wioskach  Jutlandii  i  Skandynawii.  Część  z  tych  ludzi  była  wyraźnie  rozczarowana  prze-

biegiem  wydarzeń. Mówili,  że  kampania  rozpoczęła  się  wprawdzie  dobrze,  ale  zajęcie  East 

Anglii  miało  być  tylko  etapem  do  podboju królestwa  Northumbrii,  prawdziwego  celu kam-

panii. Nie zamierzali zostawać tu tak długo.

- Dlaczego  nie  wylądowaliście od  razu w  Northumbrii?  -  spytał  kiedyś Shef jednego ze 

swych klientów.  Krępy  wiking z  zarysowaną  wyraźnie  łysiną  zaśmiał  się  głośno  w  odpow-

iedzi.  Wyjaśnił,  że  najbardziej  skomplikowaną  częścią  kampanii jest  jej rozpoczęcie,  a  więc 

wprowadzenie  statków  w  górę  rzeki,  znalezienie  miejsca,  w  którym  można  je  ulokować, 

znalezienie koni dla tysięcy jeźdźców, a wreszcie zebranie w jednym miejscu wszystkich kon-

tyngentów, które przybywają z opóźnieniem i gubią drogę.

- Jeżeli  chrześcijanie mieliby choć  trochę  rozumu  -  rzekł  wreszcie  z emfazą,  spluwając 

siarczyście - mogliby nas wykurzyć za każdym razem, nawet zanim uda nam się zacząć.

- Jednak nie wówczas, gdy dowodzi Wężowe Oko - dorzucił inny mężczyzna.

- Może i nie  - zgodził  się  krępy wiking. - Może nie  udałoby im  się  z  Wężowym Okiem, 

ale czy pamiętasz słabszych dowódców? Pamiętasz wyprawę Ulfketila do kraju Franków?

Tak więc lepiej jednak trochę przeczekać zanim się w końcu uderzy,  zgodzili się wszyscy, 

ale tym  razem  trwa  to  już  za długo.  Pomysł  się  nie sprawdził. Wszystko to  wina tego króla 

Edmunda,  „Jatmunda”,  jak go nazywali. Co sprawia,  że zachowuje się tak głupio? Tak łatwo 

byłoby  im  spustoszyć  to  całe  jego  królestwo,  ale  nie  mieli  na  to  ochoty.  Trwałoby  to  zbyt 

długo,  narzekali klienci Shefa, a łupy byłyby bardzo mizerne. Czemu,  do czorta,  król nie chce 

im zapłacić i dojść do ugody. Dostał przecież ostrzeżenie.

Może  było  ono  zbyt  okrutne  -  pomyślał  Shef,  przypominając  sobie  spojrzenie  okalec-

zonego Wulfgara.  Przypomniał  sobie także  atmosferę  potężnego gniewu,  jaki  opanował  całą 

okolicę,  o czym  przekonał  się  na  własnej  skórze  w  trakcie  wyprawy.  Kiedy spytał  dlaczego 

wikingowie  uparli  się,  żeby zaatakować właśnie Northumbrię,  największe wprawdzie,  ale  na 

pewno  nie  najbogatsze  z  angielskich  królestw,  jego  słowa  powitał  wybuch  śmiechu,  który 

potrwał  jeszcze  dobrą  chwilę. W końcu  opowiedziano  mu  historię  o  Ragnarze  Lothbroku  i 

królu Elli,  o starym  odyńcu i  jego warchlaczkach,  o spotkaniu Vigi-Branda z Ragnarssonami 

w Braethraborgu. Shef słuchał  w napięciu i czuł przechodzące po plecach ciarki. Przypomniał 

sobie dziwne słowa,  które wypowiedział  umierający wojownik o siniejącej twarzy i złowrogie 

przeczucie, jakiego wtedy doświadczył.

Teraz zrozumiał już powód zemsty, wiele rzeczy pozostało jednak nie wyjaśnionych.
- Dlaczego mówisz czasem o „piekle”?  -  spytał  Thorvina  po  całym  dniu  znojnej  pracy, 

kiedy usiedli  wreszcie  przy  kuflach  piwa.  Czy wierzysz,  że  jest  miejsce,  gdzie  wymierzana 

background image

jest  po  śmierci  kara  za  grzechy?  Chrześcijanie  wierzą  w  Piekło,  ale  ty  nie  jesteś  przecież 

chrześcijaninem.

- Naprawdę sądzisz,  że  Piekło jest chrześcijańskim słowem?  - odrzekł  Thorvin. - A co to 

takiego „Niebiosa”?

- To samo co niebo - odparł zdziwiony Shef.

- Ale także miejsce pośmiertnej chwały i błogości, w które wierzą chrześcijanie. To słowo 

istniało  jednak  zanim  powstał  Kościół.  Zostało  pożyczone  i  zmieniło  się  wtedy  jego  znac-

zenie. To  samo z Piekłem. Co oznacza  „hulda”? - spytał  Shefa tym  razem używając norwes-

kiego określenia.

- Oznacza: coś chować, przykrywać, podobnie jak słowo „helian” w angielskim.

- A więc  Piekło  jest  tym,  co  pozostaje zakryte.  Tym,  co znajduje  się  pod  ziemią. Proste 

słowo,  podobnie  jak Niebo.  Możesz podłożyć pod nie  takie znaczenie,  jakie  ci  się tylko po-

doba.  Teraz  twoje  drugie  pytanie. Tak,  wierzymy,  że  jest  miejsce,  gdzie  po śmierci  ukarane 

zostaną nasze grzechy. Niektórzy z nas nawet je widzieli. Wierzymy więc w karę za grzechy, 

lecz mamy chyba nieco inne niż chrześcijanie wyobrażenie o tym, co jest grzechem,  a co nim 

nie jest.

- O kim mówisz „my”?

-  Już  czas,  żebym  ci  wszystko  powiedział.  Wiele  razy  doznałem  wrażenia,  że  jesteś 

powołany, aby poznać naszą historię.

Thorvin zamilkł na chwilę i dotknął swego amuletu.

- Wszystko zaczęło się  kilka pokoleń przed nami,  może sto pięćdziesiąt lat temu. W tam-

tym czasie wielki jarl Fryzów,  który był  poganinem,  na skutek opowieści, jakie przynieśli mu 

misjonarze  z kraju Franków,  a także  z uwagi  na  więzy  jakie  łączyły  go  z chrześcijańską już 

wtedy  Anglią,  zdecydował  się  przyjąć  chrzest.  Tak  jak  było  w  zwyczaju,  chrzest  odbyć  się 

miał  w  miejscu  publicznym,  pod  gołym  niebem  w  specjalnie  wy  budowanym  do  tego  celu 

basenie.  Postanowiono,  że  po  tym  jak  ochrzczony zostanie  jarl  Radbod,  w  jego  ślady pójdą 

możni z jego dworu, a następnie całe hrabstwo. Hrabstwo, bowiem Fryzowie byli zbyt dumni, 

a  pozwolić  komukolwiek  spośród  siebie  na  posługiwanie  się  tytułem  króla.  Tak  więc  jarl 

podszedł  do krawędzi basenu ubrany w swoje gronostaje i purpury i wszedł  na prowadzące do 

wody  stopnie.  Kiedy  umoczył  w  wodzie  jedną  stopę  odwrócił  się  nagle  i  zadał  pytanie 

przełożonemu misjonarzy,  którego Frankowie nazywali  Wulfhramm,  bądź Wolfraven. Spytał 

go,  czy to prawda,  że  jeśli  on,  Radbod,  przyjmie  chrzest,  jego przodkowie,  którzy wraz  z  in-

nymi  grzesznikami cierpią  męki  w  piekle,  zostaną  uwolnieni i  od tej  chwili  czekać  będą  na 

swych potomków,  aby wejść z nimi  do Królestwa Niebieskiego. Nie,  odparł  Wolfraven,  twoi 

przodkowie byli poganami,  którzy nigdy nie dostąpili chrztu,  nie mogą więc zostać zbawieni. 

background image

Nie ma  zbawienia poza Kościołem,  dodał  i dla większego efektu powtórzył  to raz  jeszcze po 

łacinie:  Nulla salvatio extra ecclesiam.  Lecz  moich  przodków  nikt  nigdy  nie  nakłaniał  do 

przyjęcia chrztu, rzekł Radbod. Nie mieli nawet okazji się od niego uchylić. Czemu więc mają 

zostać potępieni na wieki  za coś,  o czym nie mieli  pojęcia? Taka jest wola boska,  rzekł  fran-

koński misjonarz wzruszając ramionami. Słysząc to Radbod wyjął  z wody swą  stopę  i  złożył 

uroczystą  przysięgę,  że  nigdy  nie  zostanie  chrześcijaninem.  Jeżeli  miałby  wybierać,  dodał 

jeszcze, wolałby już żyć w piekle wraz ze swoimi niewinnymi przodkami niż iść do nieba ze 

świętymi  i  biskupami,  którym  brak  poczucia  sprawiedliwości.  I  tak  zaczęło  się  wielkie 

prześladowanie  chrześcijan  w  całym  hrabstwie  fryzyjskim,  które  wpędziło  w  gniew  króla 

Franków.

Thorvin pociągnął głęboki łyk grzanego piwa i dotknął wiszącego na szyi amuletu.

-  Tak  to  się  wszystko  zaczęło. Jarl  Radbod  był  człowiekiem  mądrym  i  przewidującym. 

Zrozumiał,  że  jeśli  chrześcijaństwo  będzie  nadal  jedyną  religią  dysponującą  kapłanami, 

księgami i pismem,  to wkrótce stanie  się  tak,  że to,  co głosi,  zostanie przez  wszystkich przy-

jęte. Na tym polega siła, a zarazem grzech chrześcijan. Nie są w stanie zaakceptować faktu, że 

ktoś  poza  nimi  mógłby posiadać  choć  cząstkę  Prawdy.  Nie  zamierzają  się  z  nikim  układać. 

Nie uznają półśrodków. Tak  więc,  aby ich pokonać,  albo przynajmniej zatrzymać na  długość 

ramienia,  Radbod  postanowił,  że  kraje  Północy  powinny  mieć  swoich  kapłanów  i  swoje 

własne podania. W ten oto sposób powołana została Droga.

- Droga? - powtórzył Shef, gdy Thorvin zamilkł na chwilę.

-  My właśnie  jesteśmy kapłanami  Drogi,  a nasze  obowiązki są  trojakiego  rodzaju.  Pier-

wszy,  to oddawać cześć  starym bogom,  całej rodzinie Azów: Thorowi  i  Odynowi,  Freyrowi  i 

Ullrowi,  Tyrowi  i  Njordowi,  a  także  Hajmdalowi  i  Baldurowi.  Ci,  którzy  wierzą  szczerze, 

noszą  amulety,  symbolizujące  boga,  którego  kochają  najbardziej.  Znakiem  Tyra  jest  miecz, 

róg znakiem Hajmdala,  zaś znakiem Thora młot,  taki  właśnie jaki  noszę  na  szyi. Wielu ludzi 

nosi taki amulet.

Shef dobrze już znał te amulety.

- Naszym  drugim obowiązkiem  jest utrzymywać  się  z wykonywania jakiegoś rzemiosła, 

w  moim przypadku jest to kowalstwo. Nie wolno nam bowiem  postępować jak  kapłani  boga 

Chrystusa, którzy sami nie pracując pobierają dziesięcinę i datki,  bogacąc się na cudzej pracy. 

Trzeci  z  naszych  obowiązków  trudno  jest  wytłumaczyć.  Musimy  troszczyć  się  o  to,  co  ma 

nadejść,  czuwać  nad  tym,  co  ma  się  dopiero  wydarzyć.  I  to  nie  w  przyszłym  świecie,  lecz 

tutaj,  na  ziemi. Widzisz  chłopcze,  chrześcijańscy kapłani wierzą,  że  ten świat to tylko krótki 

etap  na  wielkiej  drodze  do  wieczności  i  że  najświętszą  powinnością  człowieka  jest  przejść 

przezeń czyniąc  jak najmniej złego. Nie wierzą,  żeby  ten świat sam  w  sobie miał  jakąś war-

tość. Jednak my,  kapłani Drogi wierzymy, że na tym właśnie świecie rozegra się wielka bitwa, 

background image

tak  wielka,  że  żaden  człowiek  nie  jest  w  stanie  sobie  tego  wyobrazić.  Naszym  celem  jest 

wesprzeć  naszą  stronę,  stronę  bogów  i  ludzi,  żeby  była  silniejsza,  gdy nadejdzie  ten  wielki 

dzień. Dzień ostatecznej walki. Tak więc  naszą powinnością jest  nie tylko  wykonywać nasze 

rzemiosło,  ale ulepszać naszą pracę,  wprowadzać do niej to wszystko,  czego możemy się sami 

nauczyć.  Najbardziej  poważani  wśród  nas  wymyślają  zupełnie  nowe  rodzaje  sztuki  i 

rzemiosła,  takie,  o których nikt  wcześniej  nie słyszał. Cóż,  daleko mi do nich. Przyznać jed-

nak trzeba, że wielu nowych rzeczy nauczyliśmy się już na Północy od czasów jarla Radboda.

Uśmiechnął się.

- Słyszano już o nas nawet na Południu. W miastach gdzie panują Maurowie,  w Kordobie 

i  w  Kairze,  mówi  się  już  o  Drodze,  opowiada  o  „czcicielach ognia”,  jak  nas tam  nazywają. 

Wysyłają  do  nas ludzi,  aby  patrzyli  i  słuchali.  Chrześcijanie  jednak  nikogo  do  nas nie  po-

syłają. Są przekonani, że tylko oni posiedli Prawdę,  że tylko oni wiedzą co jest zbawieniem,  a 

co grzechem.

- Czy to nie grzech uczynić z człowieka  „heimnara”? - spytał  Shef,  a Thorvin spojrzał  na 

niego badawczo.

- Nie ja  nauczyłem  cię  tego słowa. Wciąż jednak zapominam,  że  wiesz  znacznie  więcej, 

niż  mogłem  z  początku  podejrzewać.  Tak,  to  grzech  uczynić  z  człowieka  „heimnara”, 

niezależnie od tego, co człowiek ten miałby na swoim sumieniu. To sprawa Lokiego,  demona, 

w intencji którego paliliśmy ogień w  naszym kręgu, przy włóczni jego ojca,  Odyna. Niewielu 

z  nas nosi  jednak  znak  Odyna,  a  żaden  nie  nosi  znaku  Lokiego...  Zrobić  z  kogoś  żywego 

trupa. Czuję  w  tym  rękę  Ivara,  niezależnie od  tego,  czy zrobił  to  sam,  czy nie.  Istnieją  inne 

sposoby,  aby pokonać chrześcijan,  a  sposób,  jaki stosuje Ivar Ragnarsson,  jest  głupi. Do nic-

zego nie doprowadzi. Ale dosyć już tego. Pora spać.

Praca  dla Thorvina  odebrała  Shefowi  możliwość zajęcia  się  własną  misją. Hund zabrany 

został  niemal  od  razu  do  Ingulfa,  który także  był  kapłanem  Drogi.  Od  tego  czasu nie  mieli 

okazji  się  spotkać. Thorvin powtarzał  Shefowi,  żeby  nie  wychodził  poza  obręb  okalających 

kuźnię girland  z  jarzębiny. Wewnątrz jesteś pod ochroną  Thora  - mówił  -  a tego,  kto  by  cię 

zabił,  dosięgłaby  jego  zemsta.  Muirtach  byłby  niezwykle  szczęśliwy,  gdyby  spotkał  cię 

błąkającego się po obozie.

Następnego ranka w  kuźni pojawił  się Hund. Shef  był  sam  i klęczał  ugniatając  ciasto na 

chleb, który zgodnie z umową mieli wypiekać tego dnia dla wojowników.

- Widziałem ją! Widziałem ją tego ranka - szepnął, gdy tylko zobaczył Shefa.

Shef poderwał się na równe nogi wysypując na ziemię mąkę.

- Kogo?! - krzyknął. - Widziałeś Godivę? Gdzie? Kiedy?

background image

- Błagam cię, usiądź - uspokajał  go Hund starając się posprzątać z ziemi rozsypaną mąkę. 

- Musimy wyglądać normalnie. Wokół  pełno ludzi. Usiądź i słuchaj. Najpierw zła wiadomość: 

Godiva  została  kobietą  Ivara Ragnarssona.  Nikt jej jednak  nie skrzywdził,  żyje  i  ma się  do-

brze. Wiem to,  ponieważ jako medyk,  Ingulf bywa  wszędzie,  a  teraz,  kiedy zobaczył  już,  co 

potrafię,  często  mnie  że  sobą  zabiera.  Przed  kilkoma  dniami  został  wezwany  do  Ivara.  Nie 

pozwolili  mi wejść do środka,  wokół  ich namiotów  stoją silne  straże,  ale  kiedy czekałem  na 

Ingulfa, widziałem jak tamtędy przechodziła. Nie może być mowy o pomyłce. Przeszła w od-

ległości zaledwie pięciu jardów ode mnie, choć mnie nie zobaczyła.

- Jak wyglądała? - spytał Shef przypominając sobie niedawne spotkanie z matką i Trudą.

- Śmiała się. Wyglądała na szczęśliwą.

Obaj  młodzieńcy zamilkli  na  chwilę. Po tym  co  do  tej  pory usłyszeli  wydawało  im  się 

zupełnie  nieprawdopodobne,  aby  ktoś mógł  się czuć,  lub nawet  wydawać  się  szczęśliwy w 

zasięgu władzy Ivara Ragnarssona.

-  Słuchaj,  Shef,  ona  jest  w  okropnym  niebezpieczeństwie,  choć  sama  tego  nie  rozumie. 

Ona  myśli,  że  jeśli  Ivar  jest  w  stosunku  do niej  uprzejmy  i  nie  wykorzystał  jej  od razu jak 

dziwki,  to znaczy,  że jest bezpieczna. Ale z Ivarem  jest coś nie tak,  może  być chory na ciele, 

albo na umyśle. Musisz ją stamtąd zabrać, Shef,  i to szybko. Najpierw  jednak pozwól, aby cię 

zobaczyła. Nie wiem, co zrobimy potem, ale jeśli będzie wiedziała,  że jesteś w  pobliżu,  może 

uda  jej  się  przemycić  jakąś wiadomość.  Usłyszałem  jeszcze  jedno.  Wszystkie  kobiety  Rag-

narssonów  i  wyższych  dowódców  mają  opuścić  dziś namioty.  Słyszałem  już  wcześniej  jak 

narzekały,  że  nie  ma  miejsca,  gdzie  mogłyby  się  umyć,  z  wyjątkiem  tej  brudnej  rzeki.  Idą 

więc dzisiaj się umyć poza terenem obozu. Jest jakiś staw, może o milę stąd.

- Czy możemy ją wtedy porwać?

- Nawet o tym nie myśl. W armii są tysiące mężczyzn,  każdy łasy na kobiety. Będzie tak 

wielu strażników w  eskorcie,  że nie  dasz  rady ich  nawet policzyć. Jedyne  co możesz  zrobić, 

to postarać się, aby cię ujrzała. A teraz powiem ci dokładnie, którędy będą szli.

I Hund opisał Shefowi całą drogę.

- Ale jak ja stąd wyjdę? Thorvin...

- Pomyślałem  już o tym.  Kiedy kobiety zaczną  wychodzić,  przyjdę tu  i  powiem Thorvi-

nowi,  że wzywa go mój pan. Powiem,  że trzeba zaostrzyć narzędzia,  których Ingulf używa do 

otwierania ludzkich brzuchów  i głów. Ingulf potrafi niezwykle rzeczy - dodał  Hund kiwając z 

podziwu głową. - Więcej  niż jakikolwiek chrześcijański  medyk. Tak więc Thorvin pójdzie ze 

mną. Wtedy ty musisz się stąd wymknąć,  prześliznąć na zewnątrz i starać się jak najbardziej 

wyprzedzić kobiety i ich eskortę. To ma wyglądać, jakbyś spotkał je przypadkowo na drodze.

Thorvin wyszedł  zaraz  po tym  jak Hund przyniósł  mu  prośbę  od  Ingulfa,  potem  jednak 

sprawy  przybrały  zły  obrót.  W  kuźni  było  jeszcze  dwóch  klientów,  których  Shef  musiał 

background image

obsłużyć,  a  kiedy  wreszcie  sobie  poszli  - przyszedł  jeszcze jeden,  który najwyraźniej  chciał 

sobie trochę porozmawiać. Trwało długo, zanim Shefowi udało się go pozbyć i  nie pozostało 

mu  już  nic  innego,  jak  wybrać  najbardziej  niebezpieczny  sposób  wydostania  się  z  zatłoc-

zonego obozu: pośpiech.

Szedł  więc szybko nie  oglądając  się na nikogo,  aż nagle zboczył  w  stronę kilku opuszc-

zonych namiotów  przy  samej  palisadzie.  Wspiął  się  na  nią  i  dwiema  rękami  podciągnął  na 

jednej z zaostrzonych belek. Usłyszał  za sobą krzyk,  lecz nie było pościgu. Fakt,  że wydosta-

wał  się  na  zewnątrz,  a  nie  wślizgiwał  do  środka  nie  pozwalał  zakwalifikować  go  jako 

złodzieja.

Po chwili  był  już  na równinie,  gdzie  pasły się konie  i spacerowali  wojownicy. W oddali 

ujrzał  rząd  drzew,  za  którymi  miała  znajdować  się  woda.  Kobiety  wybrały  pewnie  drogę 

wzdłuż rzeki, ale byłoby samobójstwem biec teraz za nimi. Musiał  znaleźć się tam wcześniej i 

poczekać aż nadejdą. Shef podjął decyzję i ruszył na przełaj, przez łąkę.

W przeciągu dziesięciu minut Shef dotarł  do stawu i zaczął  się przechadzać po biegnącej 

w  pobliżu  podmokłej  ścieżce. Nie było tam jeszcze  nikogo. Wiedział,  że powinien wyglądać 

jak  żołnierz  odpoczywający  na  łonie  natury.  Problem  polegał  na  tym,  że  było  coś,  co 

odróżniało go od wszystkich innych. Był  sam. Poza obszarem obozu,  a nawet w jego obrębie, 

wikingowie poruszali się zwykle w gronie towarzyszy ze statku, w wyjątkowych przypadkach 

chodzili we dwóch.

Nie  miał  jednak  wyboru.  Musiał  po  prostu  wyjść  kobietom  na  spotkanie  łudząc  się,  że 

Godiva będzie  wystarczająco spostrzegawcza,  żeby go rozpoznać i dostatecznie sprytna,  aby 

nie powiedzieć słowa.

Wkrótce  usłyszał  przed  sobą  głosy,  nawoływania  i  śmiech  kobiet,  okrzyki  mężczyzn. 

Shef  wyszedł  zza  zakrętu  i ujrzał  Godivę na  samym  przedzie  nadciągającej  grupy.  Ich oczy 

spotkały się na chwilę.

W tym samym momencie ujrzał  jednak kroczącego z uśmiechem  tryumfu Muirtacha. Za-

nim  zdołał  się poruszyć,  ktoś wykręcił  mu  do  tyłu oba ramiona. Wokół  Muirtacha zebrał  się 

odział  jego gwardii w  zabarwionych szafranem ubiorach. Kobiety pozostawione zostały teraz 

bez nadzoru.

- Oto nasz zadziomy wróbelek! - wykrzyknął  rozradowany Muirtach biorąc się pod boki. 

- Ten sam,  który próbował  podnieść na mnie rękę. Przyszedłeś popatrzeć na niewiasty?  Mam 

rację?  Oj,  przyjdzie ci  drogo  zapłacić  za  ten widok. Dalej,  chłopcy,  zabierzcie  go trochę  na 

bok - krzyknął do swoich ludzi, a sam wyciągnął z pochwy swój wielki miecz. - Nie chcę,  aby 

nasze panie musiały patrzeć na krew.

- Chcę z tobą walczyć - rzekł hardo Shef.

background image

-  Co  to,  to  nie.  Ja,  wódz  gaddgedlarów,  mam  się  zmierzyć  ze  zbiegłym  niewolnikiem, 

który ledwo co zerwał swoją obręcz?!

-  Nigdy  nie  miałem  obręczy  na  szyi!  -  warknął  Shef.  Czuł  jak  narasta  w  nim  dziwne 

gorąco,  które  wypiera  stopniowo  lodowate  uczucie  lęku  i  przerażenia.  Wiedział,  że  jest  dla 

niego tylko jeden ratunek. Musiał  ich skłonić,  aby traktowali  go jak równego sobie,  a  wtedy 

może uda mu się  przeżyć. W przeciwnym razie  za moment  zostanie  z  niego  tylko bezgłowy 

korpus.

- Moje pochodzenie jest równie dobre,  jak twoje. I lepiej  niż ty władam norweskim - do-

dał po chwili.

- To  prawda  - odezwał  się ktoś z tyłu. - Muirtach,  twoi ludzie  powinni  pilnować  kobiet. 

Chyba nie potrzebujesz ich wszystkich, aby poradzić sobie z tym chłopcem?

Gęsty  szereg  stojących naprzeciw  Shefa  mężczyzn  rozstąpił  się  szybko i  chłopak  stanął 

oko  w  oko z  tymktóry  wypowiedział  ostatnie  słowa.  Człowiek  ten wpatrywał  się  w  niego 

jasnymi jak lód oczami. Czekał aż Shef spuści wreszcie wzrok. Chłopak poczuł,  że śmierć jest 

bardzo blisko. Z trudem oderwał wzrok od mężczyzny.

- Czujesz do niego urazę, Muirtach?

- Tak, panie - przyznał Irlandczyk z opuszczonymi oczyma.

- A więc stań z nim do walki.

- Nie, panie. Ja mówiłem wcześniej...

-  Jeśli  więc  sam  nie  chcesz,  wyznacz  kogoś  ze  swych  ludzi.  Wybierz  najmłodszego. 

Niechaj chłopak walczy z chłopakiem. Jeżeli twój człowiek zwycięży,  coś mu podaruję - Ivar 

zdjął  z  ramienia  srebrną  bransoletę i  podrzuciwszy ją  do góry założył  z  powrotem. - A  teraz 

cofnąć  się,  dać  im  miejsce.  Pozwólcie  też  patrzeć  kobietom.  Żadnych  reguł  i nie  można  się 

poddać! - dodał  po chwili,  a jego zęby błysnęły w  posępnym uśmiechu. - Będziecie  walczyć 

do końca!

Chwilę  potem Shefowi  raz jeszcze  udało się  uchwycić  spojrzenie  Godivy,  jej  oczy  były 

teraz okrągłe ze strachu. Stała w kręgu,  który otoczył  miejsce, gdzie miała rozegrać się walka. 

Oprócz  kobiet  stali  tam ludzie  Muirtacha oraz  cała  arystokracja wikingów,  stronnicy  Ivara  i 

jarlowie  w  purpurowych  płaszczach.  Pośród  nich  dostrzegł  Shef  znajome  oblicze  Vigi-

Branda. Wiedziony jakimś impulsem Shef podszedł w jego stronę.

- Panie, użycz mi swego amuletu. Oddam ci go, jeśli tylko będę mógł.

Brand zdjął łańcuch i z kamienną twarzą podał go Shefowi.

- Zrzuć buty, chłopcze. Ziemia jest tu śliska.

Shef usłuchał rady. Świadomie zaczął  kontrolować oddech, starając się wciągać powietrze 

głęboko do płuc. Wiedział  z doświadczenia,  że zapobiega to atakom chwilowego odrętwienia, 

w  jaki  wpadają  nieraz  walczący  wojownicy.  Potem  zdjął  koszulę,  zawiesił  na  szyi  amulet  i 

background image

dobył  miecza, odrzucając na bok swój pas. Przeczuwał,  że w tej walce decydująca może oka-

zać się szybkość.

Jego przeciwnik był  także gotowy. Rozebrany do pasa,  podobnie jak Shef,  w  jednej ręce 

trzymał  miecz gaddgedlarów,  którego ostrze było cieńsze, ale za to niemal o stopę dłuższe od 

normalnego, w drugiej zaś okrągłą tarczę z kolcem po środku. Na głowę nasunięty miał hełm.

Nie wyglądał  na dużo starszego i  Shef nie  bałby się stanąć naprzeciw  niego w  zapasach. 

Młodzieniec  miał  jednak  potężny  miecz  i  tarczę,  broń  w  każdej  ręce.  Poza  tym  był  wo-

jownikiem, który zaznał już walki, brał udział w niejednej potyczce.

Naraz pojawił  się przed oczami Shefa obraz przemawiającego śpiewnie Thorvina. Pochy-

lił się, podniósł z ziemi gałązkę i rzucił ją w stronę swego przeciwnika, niczym oszczep.

- Strącę cię do piekła! - zapowiedział uroczyście.

Tłum zawrzał  z podniecenia,  słychać było okrzyki  zachęty,  nikt  jednak nie dodawał  otu-

chy Shefowi.

Irlandzki  wojownik  natarł  i zaatakował  błyskawicznie. Zamarkował  cios w  głowę,  który 

przeszedł  później  w  długie  cięcie  wymierzone  prosto  w  szyję.  Shef  schylił  się  i  miecz 

przeszedł  nad jego głową. Gaddgedlar natarł  jednak ponownie  zadając dwa  cięcia,  z prawej  i 

lewej strony. Shef cofnął  się do tyłu i udając, że odskoczy w prawo, rzucił  się na lewą stronę. 

Mógł  teraz zadać  cios w odsłonięty bark  przeciwnika,  zamiast  tego cofnął  się błyskawicznie 

na  sam  środek  placu.  Wiedział  już  jaką  obrad  taktykę,  wiedział  też,  że  może  polegać  na 

swoich mięśniach. Czuł pulsowanie krwi i ogarniającą go lekkość.

Flann,  bo  tak  nazywał  się  irlandzki  wojownik,  podszedł  teraz  do  Shefa  wymachując 

szybko mieczem. Chciał  zepchnąć go w stronę kręgu widzów i uniemożliwić dalszą ucieczkę. 

Był  naprawdę  szybki,  ale po raz pierwszy zdarzyło mu się walczyć z kimś,  kto nie ma  zami-

aru  odparowywać  ciosów,  lecz  ich  po  prostu  unika.  Shefowi  znowu  udało  się  uskoczyć,  a 

kiedy się  odwrócił  zobaczył,  że  Flann  zaczyna  już  dyszeć. Armia  wikingów  była  armią  że-

glarzy  i  jeźdźców,  mocnych  w  barach  i  ramionach,  nie  przyzwyczajonych  jednak  do 

chodzenia, nie mówiąc już o bieganiu.

Kiedy widzowie pojęli w końcu taktykę Shefa, zaczęli pokrzykiwać gniewnie w jego kie-

runku. Gdyby trwało to dłużej, mogliby zacząć zacieśniać pierścień wokół walczących. Kiedy 

Flann  po  raz kolejny spróbował  swojego popisowego cięcia  idącego skosem  ku dołowi,  tym 

razem  wolniej  niż  poprzednio,  Shef natarł  pierwszy i  odparował  gwałtownie,  uderzając  sze-

roką  klingą  swego  miecza  w  sam  koniec  wymierzonego  w  siebie  ostrza.  Ostrze  nie  pękło 

wprawdzie,  ale  Irlandczyk  osłupiał  na  moment  i  Shef  zdecydował  się  błyskawicznie  na  za-

danie ciosu. Z ramienia Flanna trysnął strumień krwi.

Przez  długą  chwilę  młodzieńcy  stali  na  środku  placu  jeden  naprzeciw  drugiego.  Prawe 

ramię  Flanna  broczyło  dość  mocno,  chłopak  wiedział  więc,  że  jeśli  chce  przeżyć  -  musi 

background image

działać  szybko.  Ruszył  do  przodu  próbując  teraz  ostrych  pchnięć  i  nacierając  tarczą.  Shef 

stosował  uniki  i  odparowywał  ciosy  starając  się  wytrącić  miecz  z  zakrwawionej  ręki  prze-

ciwnika.

W pewnej chwili poczuł, że  ciosom Irlandczyka zaczyna brakować  pewności. Shef znów 

zaczął  krążyć po placu,  pełen  energii,  niepomny zmęczenia.  Flann z trudem  chwytał  powie-

trze,  nagle  wyrzucił  do  przodu tarczę  celując  kolcem  w  twarz  Shefa,  po  czym  wymierzył  w 

niego cios mieczem. Shef błyskawicznie  przykucnął  uchylając  się  od ostrza i  równie  szybko 

wstał  zagłębiając swój  oręż w  brzuchu Irlandczyka. Flann zatoczył  się  do tyłu,  lecz Shef nie 

pozwolił  mu  upaść.  Zacisnął  lewe  ramię  na  szyi  przeciwnika  i  zamierzył  się  do  kolejnego 

ciosu.

Pośród panującej wokół wrzawy Shef usłyszał nagle głos Branda Zabójcy.

- Przyrzekłeś zrzucić go do Nastrónd - krzyknął. - Musisz z nim skończyć!

Shef spojrzał  w  dół  na  poszarzałą,  skręconą z bólu i przerażenia twarz i niespodziewanie 

ogarnęła go furia. Wepchnął  miecz w pierś Flanna i poczuł  jak ciało Irlandczyka skręca spazm 

śmierci. Powoli opuścił  nieruchome już zwłoki i uwolnił  tkwiący w nich miecz. Potem rozejr-

zał  się  dookoła i  ujrzawszy pobladłą  z  gniewu twarz  Muirtacha,  podszedł  prosto do Ivara,  u 

którego boku stała Godiva.

- Wyjątkowo pouczające  - rzekł  Ivar. - Lubię  obserwować kogoś, kto potrafi walczyć nie 

tylko ręką,  ale też głową.  Ocaliłeś też  mój  srebrny naramiennik. Kosztowało  mnie  to jednak 

wojownika. Jak zamierzasz mi za niego zapłacić?

- Ja także jestem wojownikiem, panie.

-  Skoro tak,  dołącz  do moich ludzi.  Zostaniesz  jednym  z  wioślarzy. Ale  nie  w  drużynie 

Muirtacha. Przyjdziesz dziś wieczór do mego namiotu. Mój marszałek znajdzie dla ciebie od-

powiednie miejsce. Ivar zamilkł i przyjrzał się uważnie Shefowi.

- Twój  miecz jest w jednym miejscu wyszczerbiony, nie  zrobił  tego Flann. Powiedz,  czyj 

oręż to uczynił.

Shef  zawahał  się  przez  chwilę,  zdecydował  jednak,  że  wikingowie  najbardziej  docenią 

brawurę.

- To był miecz jarla Sigvartha!

Rysy Ivara ściągnęły się wyraźnie.

- Rozumiem. Kończmy jednak ten turniej. Inaczej kobiety nigdy się nie wykąpią.

Ivar  odwrócił  się  i  popchnął  przed  sobą  Godivę,  ale  przez  chwilę  jej  spojrzenie  raz 

jeszcze spoczęło na Shefie.

Gdy odeszli, chłopak podszedł do Vigi-Branda i zdjął z szyi amulet.

background image

-  W  normalnych  okolicznościach  powiedziałbym:  „Zatrzymaj  go  chłopcze,  boś  na  to 

zasłużył.  Pewnego  dnia  zostaniesz  może  wielkim  wodzem”.  Coś mi  jednak  mówi,  że  młot 

Thora  nie jest  dla  ciebie właściwym  znakiem,  mimo że  jesteś przecież kowalem. Wydaje mi 

się, że należysz do Odyna, którego nazywają także Bileyg, lub Bolverk.

- Bolverk? - zdziwił się Shef. - Czyż jestem sprawcą zła i niedoli?

- Jeszcze  nie teraz. Ale  możesz stać  się  powolnym  instrumentem  w  czyichś rękach. Miej 

się  na  baczności.  Dziś  jednak  spisałeś  się  świetnie,  zwłaszcza  jak  na  początkującego.  Dziś 

zabiłeś chyba po raz pierwszy,  mówię to jako znawca. Spójrz,  zabrali już ciało, zostawili jed-

nak ekwipunek. Miecz, tarcza i hełm należą teraz do ciebie. Tak nakazuje zwyczaj.

Brand  mówił  jakby  próbował  go  sprawdzić.  Shef  zdał  sobie  z  tego  sprawę  i  pokręcił 

głową.

-  Nie  mogę  czerpać  korzyści  z  kogoś,  kogo  posłałem  do  Nastrónd,  Miejsca  Umarłych 

Ludzi - rzekł  uroczyście,  następnie  zaś cisnął  w krzaki hełm i  tarczę,  miecz  zaś zgiął  nogą  i 

zostawił na ziemi.

-  Sam  widzisz  -  powiedział  Brand.  -  Thorvin  nigdy  by  cię  tego  nie  nauczył.  To  znak 

Odyna.

 Rozdział siódmy

Thorvin  nie  okazał  zdziwienia  kiedy  Shef  powrócił  do  kuźni  i  opowiedział  mu,  co  się 

wydarzyło.  Chrząknął  tylko  z  powątpiewaniem,  gdy  chłopak  pochwalił  się,  że  dołączy  do 

kontyngentu Ivara.

- A więc dobrze,  nie idź  tam jednak tak jak stoisz. Zostałbyś od razu wyśmiany,  a  wtedy 

mogłyby cię ponieść nerwy i doprowadzić do nieszczęścia.

Z  leżącego na  tyłach  kuźni  stosu  uzbrojenia  Thorvin  wyciągnął  świeżo  osadzoną  włóc-

znię i obitą skórą tarczę.

- Z tym wzbudzisz większy szacunek.

background image

- Czy to twoja własność?

- Czasami ludzie zostawiają u mnie rzeczy do reperacji,  ale nie przychodzą po nie z pow-

rotem.

Shef przyjął podarki i stanął zakłopotany.
- Muszę ci podziękować, za wszystko coś dla mnie uczynił.

- Zrobiłem to,  gdyż tak nakazywała mi  moja wiara. Tak mi się  przynajmniej  wydaje. Nie 

jestem  jednak  głupcem,  wiem,  że przyszedłeś  tu w  jakiejś innej  sprawie. Nie  wiem co to za 

sprawa,  ale mam  nadzieję,  że nie  wpędzi cię w  kłopoty.  Może  kiedyś nasze drogi  znowu  się 

skrzyżują.

Rozstali  się  bez  dalszych  słów.  Shef  dopiero  drugi  raz  przestępował  krąg,  w  którym 

chroniła go moc Thora,  lecz tym razem czynił  to bez strachu. Z podniesioną głową  przeszedł 

pomiędzy namiotami kierując się nie do kwatery synów Ragnara, lecz do Ingulfa.

Jak zwykle obok jego domostwa stała gromadka ludzi. Gdy pojawił  się Shef,  rozeszli się 

powoli,  a  chłopak  ujrzał,  że zabierają  kogoś na noszach. Hund  wyszedł  na  spotkanie  przyja-

ciela.

- Co robiłeś?

- Pomagałem Ingulfowi. To niezwykłe,  jakie cuda on potrafi. Tamten człowiek wdał  się w 

bójkę,  upadł  niezgrabnie  i  złamał  nogę.  Co  byś  z  nim  zrobił,  gdyby  się  to  stało  u  nas  w 

Emneth?

-  Zabandażowałbym  go -  wzruszył  ramionami  Shef.  -  Nic  innego  nie  da  się  zrobić.  W 

końcu wszystko się zrośnie.

-  Ale  ten  człowiek  nigdy  nie  mógłby  już  chodzić  jak  przedtem.  Kości  zrosłyby  się 

całkiem przypadkowo,  noga  byłaby  pokrzywiona  i  guzowata. Pamiętasz,  jak zrosła  się  noga 

Crubby,  po  tym  jak  spadł  z  konia?  Ingulf  naprostowuje  nogę,  rozciąga  mocno,  aż  złamane 

końcówki kości znowu się spotkają, unieruchamiając ją potem pomiędzy dwiema deseczkami, 

tak żeby mogła się spokojnie goić, i dopiero bandażuje. Ingulf potrafi czynić jeszcze większe 

cuda. Widziałeś tego człowieka na noszach? W tym przypadku złamanie było tak niebezpiec-

zne, że kości wyszły przez skórę. Ingulf otworzył  ostrzem nogę i wepchnął  kość do środka, od 

razu ją nastawiając. Nigdy bym nie uwierzył,  że można przeżyć taki zabieg,  jednak Ingulf jest 

szybki i zwinny, poza tym zawsze wie, co trzeba zrobić.

- Czy  możesz  się tego nauczyć?  - spytał  Shef,  widząc  wielki  entuzjazm  na  nieruchomej 

zazwyczaj twarzy przyjaciela.

-  Owszem.  Mając  nieco  praktyki  i  dostatecznie  dużo  wskazówek.  I  jeszcze  coś.  Ingulf 

studiuje ciała zmarłych,  patrzy jak połączone są  kości. Pomyśl,  co by na to powiedział  ojciec 

Andreas?

- A więc chciałbyś zostać z Ingulfem?

background image

Hund  skinął  z  wahaniem  głową,  a  następnie  wyjął  spod  swej  tuniki  łańcuch. Wisiał  na 

nim niewielki srebrny amulet w kształcie jabłka.

-  Dał  mi  to  Ingulf.  To  jabłko  Ithuna-Uzdrowiciela.  Jestem  teraz  jednym  z  wiernych. 

Wierzę w Ingulfa i Drogę, choć trochę mniej w samego Ithuna.

Hund spojrzał teraz na szyję swego przyjaciela.

- Widzę, że ciebie Thorvin nie nawrócił. Nie nosisz znaku młota.

- Nosiłem go przez chwilę  - Shef wyjaśnił  pokrótce,  co mu się przydarzyło. - Teraz mam 

szansę, aby uratować Godivę i uciec. Może Bóg będzie dla mnie łaskawy.

- Bóg?

- Bóg albo Thor. Może Odyn. Zaczynam sądzić,  że jest to dla mnie bez różnicy. Zapewne 

któryś z nich nas teraz obserwuje.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

- Nie - Shef ścisnął  ramię przyjaciela. - Niewykluczone,  że  nigdy się  już nie zobaczymy. 

Lecz jeśli kiedyś opuścisz wikingów,  znajdę  dla ciebie jakieś schronienie. Nawet jeśli  będzie 
to tylko chata na moczarach.

Potem  Shef  odwrócił  się  i  skierował  w  stronę  miejsca,  na  które  nie  ośmielił  się  dotąd 

nawet przelotnie spojrzeć: do głównej kwatery dowództwa.

Kwatery  te  ciągnęły  się  wzdłuż  rzeki  na  przestrzeni  ponad  dwustu  jardów.  W samym 

środku  znajdował  się  wielki  namiot  przeznaczony  do  spotkań.  Przy  ustawionych  wewnątrz 

stołach  pomieścić  się  mogło  około  stu  osób.  Niedaleko  stały  namioty  braci  Ragnarssonów, 

każdy z  nich otoczony zabudowaniami dla kobiet,  strażników  i  służby. Nieco dalej  rozciągał 

się  obóz  wojowników,  zazwyczaj  na  załogę  jednego  statku  przypadały  trzy,  czasem  cztery 

namioty.

Ludzie Sigurtha byli przeważnie Duńczykami. W armii mówiło się otwarcie,  że z czasem 

Sigurth  powróci  do  Danii,  aby  objąć  należne  mu  po  ojcu  królestwo  Sjaellandu  i  Skaane,  a 

później  spróbuje  przejąć  władzę  nad całą Danią  - od Bałtyku aż  po  Morze  Północne.  Ubbi  i 

Halvdan, którzy sami nie zgłaszali  na razie pretensji do żadnego tronu,  otoczyli się wojowni-

kami pochodzącymi z całej niemal Skandynawii: ze Szwecji, Norwegii, Gotlandii, Bornholmu 
i rozmaitych wysepek.

Wokół  Ivara  zgromadzili  się  natomiast  wszelkiego  rodzaju  wygnańcy  i  uciekinierzy. 

Wielu z  nich było  bez  wątpienia pospolitymi  mordercami  uciekającymi  przed  czyjąś zemstą 

bądź przed prawem. Większość stanowili jednak Norwegowie,  którzy od wieków przemieszc-

zali się w rejony wysp Morza  Północnego,  opanowując najpierw  Orkady i Szetlandy,  później 

Hebrydy i  północną  Szkocję. Ludzie  ci  zaprawieni  już byli  w  walkach w  Irlandii  i  szczerze 

wierzyli, że pewnego dnia Ivar zawładnie całą wyspą i zasiądzie na zamku Dubh Linn.

background image

W tym właśnie  podzielonym i skorym do waśni  otoczeniu Ragnarssonów pojawił  się  na-

gle  Shef. Marszałek wysłuchał  uważnie  jego opowieści  i  przyjrzał  się z  dezaprobatą  skrom-

nemu ekwipunkowi,  który  chłopak  dostał  od  Thorvina.  Potem  zawołał  swego  giermka,  aby 

pokazał  Shefowi  namiot,  miejsce do spania  i wiosło oraz  wyjaśnił  obowiązki. Człowiek ten, 

którego imienia  Shef  nawet  nie  zapamiętał,  objaśnił,  że  wykonywał  będzie  na  zmianę  z  in-

nymi  cztery  rodzaje  obowiązków:  wartę  przy statkach,  wartę  przy bramie,  wartę  przy zabu-

dowaniach,  gdzie więziono niewolników, i,  jeśli zajdzie taka konieczność,  wartę przy namio-

cie Ivara.

- Sądziłem, że to gaddgedlarowie chronią Ivara - rzekł Shef.

- Tylko jeśli jest tutaj. Jeśli wychodzi,  idą wraz z nim, a tu zostają kobiety i kosztowności. 

Ktoś musi tego pilnować.

- Czy nie trzeba być zaufanym człowiekiem, żeby pilnować namiotu Ivara?

- A co,  ty nie  jesteś? -  giermek popatrzył  na Shefa  z  ukosa.  - Powiem  ci  jedno,  Enzkir, 

jeżeli  myślisz  o  kosztownościach Ivara,  daj  sobie  z  tym  spokój.  Od  razu  zrobi  ci  się  lepiej. 

Słyszałeś chyba co Iv ar zrobił w Knowth z irlandzkim królem?

Kiedy  przechadzali  się  po  obozie,  Shef  bez  specjalnego  zainteresowania  wysłuchiwał 

opowieści o okrutnych czynach Ivara. Wiedział, że mają one tylko jeden cel,  wywołać strach, 

wolał więc przyglądać się uważnie okolicy.

Upewnił  się,  że  najsłabszym  punktem  obozowiska  były  statki.  Nie  było  wokół  nich 

żadnych fortyfikacji,  gdyż odgrodziłoby to statki od rzeki. Okręty stanowiły wprawdzie rodzaj 

przeszkody, ale równocześnie były przecież najcenniejszą własnością wikingów. Jeżeli komuś 

udałoby się  ominąć  stojących  nad  rzeką  wartowników,  i  znalazłby się  wśród  statków  z  po-

chodnią i toporem, niełatwo byłoby się go pozbyć.

Trudniej byłoby z wartownikami przy bramie. Nie sposób ich zaskoczyć. Trzeba by stoc-

zyć z nimi regularną walkę,  w  czasie której mieliby przewagę dzięki swoim wielkim toporom 

i osadzonym na żelaznych trzonach oszczepom. Poza tym każdy, kto mimo wszystko zdołałby 

sobie  z  nimi  poradzić,  musiałby  stawić  czoło  kolejnym  jednostkom,  które  nadciągałyby  z 

obozu z odsieczą.

Kiedy przechodzili obok zabudowań,  w  których więzieni  byli niewolnicy,  Shef dostrzegł 

nagle znajomą  twarz. Na  ziemi,  skuty kajdanami  leżał  jego przyrodni brat Alfgar. Jego jasne 

kręcone włosy zlepione  były brudem,  a oblicze wyrażało krańcową  rozpacz. Czując  na  sobie 

czyjeś spojrzenie chłopak podniósł głowę, Shef błyskawicznie odwrócił wzrok.

- Czy sprzedaliście już jakichś niewolników od czasu przyjazdu?

-  Nie.  Za  dużo  kłopotu,  aby  wywieźć  ich  teraz  na  morze.  Anglicy  czają  się  wszędzie. 

Większość  z nich należy  do  Sigvartha  -  giermek splunął  na ziemię.  -  Czeka,  żeby ktoś  inny 

przetarł za niego drogę.

background image

- Przetarł drogę?

- Za dwa dni Ivar weźmie pół  armii i wyruszy na spotkanie temu królikowi, Jatmundowi, 

czy Edmundowi,  jak  wy Anglicy  go nazywacie. Chce  wyzwać  go  do  walki,  albo zniszczyć 

cały jego kraj. Wybralibyśmy najprostszą drogę, ale i tak zmarnowaliśmy już mnóstwo czasu. 

Oj, nie będzie to miłe spotkanie dla Jatmunda.

- Jedziemy z nim, czy zostajemy tutaj?

- Nasza załoga zostaje - raz jeszcze giermek spojrzał  na  Shefa z ukosa. Na  poły z  cieka-

wością,  na poły z gniewem. - A jak myślisz, po co bym ci  to wszystko opowiadał? Będziemy 

stać  na warcie i cały czas pilnować  obozu. Żałuję,  że nie  mogę  pojechać. Chciałbym  zobac-

zyć, co zrobią  królowi, gdy go w końcu pojmają. Opowiadałem ci już o Knowth. Byłem tam, 

gdy Ivar plądrował  groby dawnych królów,  a mnisi próbowali  nam przeszkodzić. Widziałem, 

co Ivar zrobił...

Temat  ten powracał  jeszcze kilkakrotnie  podczas wspólnej biesiady,  na którą złożyły się: 

bulion,  solona  wieprzowina  i  kapusta.  Była  też  beczka  piwa,  z  której  wszyscy  czerpali  do 

woli.  Shef  wypił  więcej niż  mu się  wydawało i  jego myśli  zaczęły wirować,  nie  pozwalając 

mu na  stworzenie planu działania. Wyczerpany położył  się na posłaniu. Obraz  konającego w 

jego  ramionach  Irlandczyka  wydał  mu  się  teraz  mało  istotnym  szczegółem  z  zamierzchłej 

przeszłości.

Wyczerpanie owładnęło nim i powiodło w sen. W coś więcej niż sen nawet.

Wyglądał na zewnątrz przez wpół zasłonięte okno. Była noc. Jasna, księżycowa noc. Było 

tak  jasno,  że  przesuwające  się  po niebie  chmury  rzucały  na  ziemię  swe  cienie.  I  nagle  coś 

zabłysło.

Obok  niego  stał  mężczyzna,  próbował  wytłumaczyć  to  dziwne  zjawisko.  On  jednak  nie 

potrzebował wyjaśnień. Już wiedział. Narastało w nim poczucie  zguby, zatracenia. Wzbierała 

też gwałtowna furia.

- To nie  są  promienie jutrzenki  -  rzekł  Shef, który  nie  był  Shefem. -  Nie  jest to  także  la-

tający smok, ani łuna pożaru. To błysk dobywanej broni. Nasi wrogowie chcą nas zaskoczyć w 

czasie snu. Nastała bowiem nowa wojna, wojna, która przyniesie wszystkim zniszczenie. Pow-

stańcie więc, moi rycerze, pomyślcie o waszej odwadze, pilnujcie bram i walczcie dzielnie.

I wtedy  Shef usłyszał potężny  głos,  tak potężny, że  nie mógł należeć  do człowieka. Był  to 

głos boga, nie taki jednak, jakiego ktoś mógłby się po bogu spodziewać. Nie był to głos pełen 

godności i dumy, lecz sardoniczny chichot.

- Pół-Duńczyku, który nie jesteś z rodu Pół-Duńczyków - rzekł bóg. - Nie słuchaj tego, co 

mówi dzielny wojownik. Nie idź do walki. Pozostań z boku. Trzymaj się blisko ziemi.

background image

Shef  obudził  się  raptownie  i  poczuł  odór  spalenizny.  Przez  kilka  chwil,  wciąż  nieprzy-

tomny ze zmęczenia, próbował  poskładać myśli: dziwna drażniąca woń, jak smoła. Skąd mógł 

się  tu  wziąć  taki  zapach?  Później  rozpoczęła  się  szaleńcza  bieganina,  ludzie  potykali  się  o 

jego posłanie,  deptali  po  jego nogach,  aż  w  końcu obudził  się całkowicie. W namiocie roiło 

się  od  mężczyzn,  szukających  nerwowo  ubrań,  butów,  broni. Wszystko  w  głębokim  mroku 

rozświetlonym  jedynie poświatą  płonącego  gdzieś na zewnątrz  ognia.  Shef zdał  sobie  nagle 

sprawę,  że w  tle słychać przez cały czas potężny łoskot. Krzyki ludzi, trzask drewna,  a ponad 

tym  wszystkim  ogłuszający  brzęk  metalu,  nacierających na  siebie  mieczów  i  odpierających 

ataki tarczy. Odgłosy prawdziwej bitwy.

Mężczyźni  w  namiocie  krzyczeli i  pchali  się  jeden na  drugiego.  Na  zewnątrz  także  sły-

chać  było  okrzykiniektóre w odległości  zaledwie  kilku  jardów.  Były  to  okrzyki  Anglików. 

Nagle  Shef  wszystko  zrozumiał.  W  uszach  wciąż  jeszcze  brzęczały  mu  wypowiedziane 

potężnym głosem  słowa. Rzucił  się na ziemię i zaczął  posuwać się  w  stronę środka  namiotu, 

jak najdalej od ścian. Kilka chwil  później  jeden bok zapadł  się,  a  poprzez materiał  wtargnęło 

do  środka  ostrze  włóczni.  Giermek,  który  niedawno  oprowadzał  Shefa  po  obozowisku, 

obrócił  się w  tamtą stronę i włócznia trafiła go w  sam środek piersi. Shef pochwycił  padające 

ciało  i  podtrzymał  je  w  ramionach.  Po  raz  drugi  w  przeciągu  kilkunastu  zaledwie  godzin 

oglądał ludzką agonię.

Wkrótce namiot się zawalił, przygniatając sobą Shefa i kilku pozostałych w środku ludzi. 

Na płótno namiotu wbiegli Anglicy przebijając włóczniami szamoczących się w środku ludzi. 

Shef leżał  nieruchomo,  jednak w pewnym momencie jedna z włóczni otarła się o jego kolano. 

Potem Anglicy odeszli, a odgłosy ucichły nieco. Walka przeniosła się najwyraźniej do samego 

środka obozu.

Shef wiedział, co się stało. Angielski król przyjął  wyzwanie wikingów. Natarł na ich obóz 

w  środku nocy i jakimś cudem udało mu się  sforsować palisady i wtargnąć  do środka. Szedł 

teraz w kierunku statków i namiotów dowództwa, siejąc po drodze krwawe spustoszenie. Shef 

wciągnął  spodnie,  włożył  buty  i  przypasawszy miecz  wyczołgał  się na  zewnątrz  po  trupach 

swoich niedawnych towarzyszy. Potem pobiegł, pochylony nisko nad ziemią.

Nie  dostrzegł  nikogo w  promieniu dwudziestu jardów.  Pomiędzy  nim  a  palisadą ciągnął 

się  pas  zrównanych  z  ziemią  namiotów,  a obok nich stosy trupów i garstka rannych. Niek-
tórzy  z nich wzywali pomocyinni  próbowali  wstać  o własnych  siłach. Angielscy  najeźdźcy 

starali  się  rozpłatać  mieczami  wszystko,  co  tylko  się  rusza,  mało  komu  udało  się  więc  ura-

tować.

Shef wiedział,  że jeśli wikingom  nie  uda  się szybko przyjść  do  siebie  i  połączyć sił,  na-

jeźdźcy mogą wedrzeć się już bardzo głęboko i rozstrzygnąć o losach bitwy.

background image

Wzdłuż  rzeki  widać  było  błysk ognia  i  gęsty  dym. Natarcie  Anglików  na  straże  wokół 

statków spotkało się z niewielkim oporem, lecz przy samej wodzie napotkali  najeźdźcy znac-

znie silniejszą  i  lepiej  zorganizowaną  obronę. Co jednak działo się przy  namiotach  Ragnars-

sonów? Czy nastał już odpowiedni moment? Czy nadeszła chwila, aby uwolnić Godivę?

Nie,  zdecydował  Shef po chwili zastanowienia. Zbyt zacięta  była trwająca  wokół  walka. 

Jeżeli wikingowie odeprą natarcie,  Godiva pozostanie nadal niewolnicą, nałożnicą Ivara. Jeśli 

jednak atak się powiedzie, powinien być na miejscu, aby ją uratować...

Shef zaczął  biec,  jednak nie w  stronę,  gdzie  rozgrywała  się  walka,  tam bowiem  na wpół 

uzbrojony  człowiek  znaleźć  mógł  tylko  pewną  śmierć.  Początkowo  sądził,  że  nie  ma  tam 

nikogo,  jednak  zorientował  się,  że istnieją  dwa ogniska  bitwy,  jedno  wewnątrz  obozu,  w  re-

jonie  rzeki,  i  drugie  bardzo  rozległe,  wokół  całej  palisady.  Król  Edmund  zaatakował  obóz 

jednocześnie ze wszystkich stron.

Shef niczym cień podążał  w stronę zabudowań niewolników. Kiedy był  już blisko,  drogę 

przeciął mu wojownik. W ognistej poświacie dostrzec można było jego czarne od krwi udo.

- Fraendi! - krzyknął mężczyzna. - Pomóż mi, zatamuj krew...

Shef powalił go mieczem. To pierwszy - pomyślał, podnosząc z ziemi oręż wikinga.

Przy zabudowaniach nadal stali wartownicy. Zbici w gęstą gromadę przy samych wejściu 

przygotowani  byli do  odparcia  każdego ataku.  Poprzez grube  żerdzie,  z których zbudowane 

zostało  ich  więzienie,  wystawały głowy  niewolników. Próbowali  zorientować  się,  co  dzieje 

się na zewnątrz. Shef przerzucił  swój nowy miecz poprzez boczną ścianę, odbił  się z całej siły 

i skoczył, przerzucając  ciało ponad przeszkodą. Usłyszał  za sobą krzyk wartowników,  jednak 

nikt  nie  ruszył  w  pościg.  Nie wiedzieli  czy mają  pilnować  bramy,  czy próbować  wyciągnąć 

Shefa ze środka.

Kiedy znalazł  się wewnątrz,  otoczyły go i  zaczęły szarpać cuchnące postacie. Odepchnął 

je  od  siebie  przeklinając  po  angielsku.  Szybko  przeciął  skórzane  więzy  na  rękach i  nogach 

najbliższego mężczyzny i przekazał mu miecz.

- Dalej,  zacznij  ich uwalniać! - syknął,  wyjmując  z  pochwy  własny oręż  i oswobodzając 

nim  kolejnego  człowieka.  Niewolnicy  widząc,  co  się  dzieje,  wyciągali  do  niego  ręce.  W 

niedługim czasie udało mu się oswobodzić dziesięciu.

Nagle  ściana runęła  z  jednej  strony i  do  środka  wkroczyli wikingowie,  zdecydowawszy 

najwyraźniej,  że muszą  schwytać intruza. Pierwszego z nich Anglicy powalili gołymi  rękami 

wyrywając  mu topór  i  włócznię,  następnie  rzucili się  z furią  na jego towarzyszy. Shef nadal 

przecinał  więzy.  W  pewnej  chwili  spostrzegł  przed  sobą  ręce  Alfgara.  Jego  oczy  wyrażały 

zdumienie, a twarz wykrzywiała wściekłość.

- Musimy uwolnić Godivę - rzekł Shef, a Alfgar skinął głową. - Chodź ze mną.

background image

-  Niech  pójdą  za  mną  wszyscy,  którzy  mają  broń  i  chcą  walczyć  za  króla  Edmunda!  - 

wykrzyknął zwracając się do pozostałych.

Ludzie  zaczęli  wydostawać się  na zewnątrz.  Część z  nich usiłowała  schronić się  w  bez-

piecznej ciemności, inni rzucili się z wściekłością na resztę strażników. Shef pobiegł  w  stronę 

zrównanych z ziemią namiotów, prowadząc za sobą grupkę kilkunastu mężczyzn.

Broni  było  pod  dostatkiem,  leżała  obok  martwych  wojowników,  część  zaś  tam,  gdzie 

odłożono ją  poprzedniego wieczora. Shef podniósł  do góry kawałek płótna i wyciągnął  włóc-

znię  i  tarczę.  Chwilę  trwało,  zanim  uzbroili  się  wszyscy  jego  ludzie  i  Shef  mógł  się  im 

uważniej przyjrzeć. Ocenił,  że są to przeważnie kerlowie,  rozsierdzeni i gotowi na wszystko, 

jednak tylko jeden z nich sylwetką przypominał wojownika.

Shef wskazał w kierunku namiotów dowództwa.

- Tam jest  król  Edmund.  Próbuje  zabić Ragnarssonów. Jeżeli mu  się  to uda,  wikingowie 

nie  zdołają  się  już  pozbierać  i  zostaną  rozgromieni.  Jeśli  nie,  schwytają  nas  wszystkich  i 

wszystkie wioski w okolicy znajdą się w niebezpieczeństwie. Jesteśmy wypoczęci i uzbrojeni. 

Przyłączymy się do nich, aby razem pokonać wroga!

Uwolnieni niewolnicy rzucili się do walki. Alfgar został z tyłu i podszedł do Shefa.

- Nie  przybyłeś tu chyba  z  Edmundem,  półnagi  i  na  wpół  uzbrojony. Skąd  wiesz,  gdzie 

szukać Godivy?

- Zamknij  się  i biegnij za  mną - krzyknął  Shef i pobiegł  w  stronę  namiotu,  gdzie miesz-

kały kobiety Ivara.

 Rozdział ósmy

Edmund, syn Edwolda, potomek Raedwalda Wielkiego, ostatniego z Wuffingasów, a teraz 

z Bożej łaski król East Anglii,  spoglądał  z bezsilną wściekłością poprzez otwory w  ozdobnej 

przyłbicy.

background image

Muszą się przebić! Jeszcze jedno natarcie i wreszcie przerwą ich linię. Wszyscy Ragnars-

sonowie zginą  skąpani w  krwi  i  ogniu,  a  reszta  wielkiej armii  wycofa  się  w  popłochu... Ale 

jeśli wytrzymają... Jeśli wytrzymają,  to w  przeciągu następnych paru minut wikingowie zori-

entują się w końcu,  że palisadę atakują  tylko rozwścieczeni wieśniacy,  którymi można się nie 

przejmować,  a wtedy zbiorą ludzi i uderzą prosto na  nich... Jego żołnierze  zostaną  wówczas 

wyłapani  jak  szczury.  On,  król  Edmund  nie  miał  synów.  Cała  przyszłość  jego  dynastii  i 

królestwa  zależała  teraz  od  wyniku  tej  potyczki.  Po  każdej  ze  stron  walczyła  chyba  setka 

ludzi: najlepsi rycerze East Anglii i przyboczna świta Ragnarssonów.

Edmund zacisnął  dłoń  na  rękojeści  swojego  zakrwawionego  miecza  i  ruszył  do  przodu. 

Po jego  obu  stronach pojawili  się  od razu  kapitanowie  gwardii  przybocznej.  Zagrodzili  mu 

drogę tarczami nie pozwalając, aby znalazł się w centrum szalejącej bitwy.

- Spokojnie, mój panie - mruknął  Wigga. - Spójrz, Totta i jego chłopcy już tam poszli. Za-

raz przebiją się przez tych łotrów.

Tymczasem fala  natarcia  kołysała  się  raz  w  jedną,  raz  w  drugą  stronę.  Najpierw  kilka 

kroków  do  przodu,  kiedy  Anglikom  udało  się  odeprzeć  wikingów  i  zająć  na  chwilę  ich 

miejsce,  potem  jednak  zaczęła  się  znowu  cofać.  Edmund  dostrzegł  postać  ogromnego  wo-

jownika, który wymachiwał toporem i zachęcał Anglików, żeby się zbliżyli.

-  Musieliśmy  zabić  już  z  tysiąc  tych  świń  -  rzekł  Eddi,  stojący  po  lewej  stronie  króla. 

Edmund  wiedział,  że  zaraz  któryś  z  nich  powie:  „Czas  już,  aby  się  stąd  wycofać,  panie”  i 

zostanie odesłany do diabła. Większość armii,  tanowie i zwerbowani przez nich naprędce wo-

jownicy,  i  tak  zaczęła  już  się  cofać.  Wykonali,  co  do  nich należało.  Wraz  ze  swym  królem 

przedarli  się przez palisadę,  zmasakrowali śpiących,  rozbili  warty przy rzece  i podpalili  tyle 

statków, ile tylko zdołali. Ani przez chwilę jednak nie sądzili,  że będą musieli stanąć w  otwar-

tej walce z najlepszymi wojownikami Północy i nie mieli  wcale zamiaru tego  robić. To była 

rzecz, którą powinien zająć się ktoś lepszy.

Tylko jeden wyłom,  modlił  się Edmund. Wszechmogący Boże, jeden wyłom  w  tej linii,  a 

przebijemy się do środka i zaatakujemy ze wszystkich stron. Wojna będzie zakończona,  poga-

nie pobici. Nie będzie już porozrzucanych po polach ciał i dziecięcych trupów wrzucanych do 

studni.  Lecz  jeśli uda  im  się  wytrzymać  jeszcze  minutę,  to  wystarczy,  aby kosiarz  naostrzył 

swe narzędzie... Wtedy to my zostaniemy zmiażdżeni, a mnie czeka los Wulfgara.

Wspomnienie umęczonego tana zakłuło jego serce. Król odepchnął  na bok Wiggę i ruszył 

do walki z podniesionym orężem.

- Przebijać się! Przebijać! - krzyknął  ile tchu w płucach,  a jego potężny głos wibrował  w 

metalowej przyłbicy. - Temu,  kto przebije się pierwszy,  obiecuję  skarb Raedwalda. I pięć se-

tek dla tego, kto przyniesie mi głowę Ivara!

background image

Dwadzieścia  kroków  dalej  Shef  zebrał  swój  oddział  uciekinierów.  Wzdłuż  wybrzeża 

płonęły  uszczelniane  smołą  statki  wikingów  rzucając  swój  trupi  blask  na  walczących. 

Wszędzie  wokół  namioty  zostały  zrównane  z  ziemią,  a  ich  mieszkańcy  zabici  bądź  ranni. 

Tylko w  jednym miejscu wciąż stało osiem czy dziesięć zabudowań,  siedziby Ragnarssonów, 

wszystkich dowódców,  oraz ich gwardii i kobiet. Wokół  tego właśnie miejsca trwała  zaciekła 

walka.

Shef  odwrócił  się  do Alfgara  oraz  muskularnego  rycerza  stojącego  na  czele  grupy  pół 

uzbrojonych i ciężko dyszących wieśniaków.

- Musimy przedostać się do tamtych namiotów. Tam właśnie znajdziemy Ragnarssonów.

A także Godivę - pomyślał  w duchu. Łuna  oświetliła wykrzywioną ponurym uśmiechem 

twarz rycerza.

- Spójrz - zwrócił się do Shefa wskazując coś palcem.

Chłopak dostrzegł  sylwetki dwóch wojowników. Ich miecze  wręcz wirowały. Każdy cios 

był  natychmiast  odparowywany,  uderzenia  precyzyjne,  dokładnie  wymierzone.  Rycerze 

stosowali uniki, pomagali sobie tarczami, błyskawicznie zmieniali pozycje.

- Popatrz  na nich. Z jednej  strony zaprawieni w  boju wojownicy naszego króla,  z drugiej 

najlepsi z piratów. Mówią o nich „drengir”, twardzi, „herechempan”. Czy sądzisz,  że uda nam 

się stawić im czoło? Mnie może udałoby się sprawić jednemu z nich trochę kłopotu przez mi-

nutę. Ciebie nie znam,  ale oni... - wskazał  kciukiem wieśniaków - zostaną od razu poszatkow-

ani, jak mięso na kiełbasę.

-  Lepiej  stąd  chodźmy  -  włączył  się  nagle  Alfgar,  a  jego  słowa  wywołały  poruszenie 

wśród wieśniaków.

- Nie - krzyknął rycerz chwytając Alfgara za ramię. - Posłuchajcie, to głos waszego króla. 

Wzywa swoich wiernych ludzi. Posłuchajcie, czego od nich żąda.

- Chce głowy Ivara - krzyknął jeden z wieśniaków.

Nagle wszyscy rzucili się naprzód potrząsając włóczniami, pośród nich także rycerz.

On  wie  dobrze,  że  nic  z  tego  nie  wyjdzie,  lecz  ja  znalazłem  chyba  sposób  -  pomyślał 

naraz Shef i rzucił  się w pogoń za swymi ludźmi. Zabiegł  im drogę i gestykulując zmusił,  aby 

stanęli. Wspólnie pobiegli w stronę najbliższego z płonących statków.

Mimo brzęku  metalu  wikingowie  także  usłyszeli  słowa  króla. Wielu  zrozumiało  je  bez 

trudu,  część  wikingów  od  lat  utrzymywała  angielskie  nałożnice,  podobnie  zresztą  jak 

wcześniej ich ojcowie.

- Król Jatmund żąda twej głowy! - krzyknął jeden z jarlów.
- Lecz ja nie chcę jego! - odkrzyknął Ivar. - Pojmijcie go żywego.

background image

- Co chcesz z nim zrobić?

-  Muszę  nad  tym  pomyśleć.  Będzie  to  jednak  coś  zupełnie  nowego.  Coś bardzo  pouc-

zającego.

Coś,  co  natchnęłoby  ludzi  otuchą,  dokończył  w  myśli.  Wciąż  nie mógł  się  nadziwić,  że 

król  takiego małego państewka  jak to,  miał  tyle  śmiałości,  żeby zaatakować  wielką  armię w 

jej własnym obozie.

-  W porządku  -  zwrócił  się  do  gaddgedlarów,  którzy  wciąż  jeszcze  nie  włączyli  się  do 

walki,  tworząc  ostateczną  rezerwę.  -  Nie  ma  już  na  co  czekać.  I  tak  się  nie  przebiją.  W 

każdym  razie  nie  tutaj,  przy  namiotach.  Teraz,  na  mój  rozkaz  pójdziecie  do  natarcia.  Nie 

włączajcie  się jednak do walki. Macie pojmać  króla Jatmunda. Widzicie,  jest  tam. Ten  niski 

człowiek w wojennej masce na twarzy.

Ivar  nabrał  powietrza  w  płuca,  aby  krzyknąć  parodiując  króla  Edmunda:  „Dwadzieścia 

uncji,  dwadzieścia  uncji  złota dla  człowieka,  który  przyprowadzi  mi angielskiego króla!  Nie 

zabijajcie go! Chcę go mieć żywego!”.

Zanim  jednak  otworzył  usta,  dostrzegł  jak  znowu  otaczają  go  Irlandczycy,  a  Muirtach 

wskazuje coś z przerażeniem.

- Spójrz, panie!

- Spada na nas płonący krzyż!
- Mac na hoige slan!

- Matko Boska, zmiłuj się nad nami.
- Na Odyna, co to takiego?

Ponad  głowami  walczących  mężczyzn  zamajaczył  olbrzymi  kształt  podobny  do  krzyża, 

monstrualnego płonącego krzyża,  który rósł  w oczach. Szeregi Anglików  rozstąpiły się nagle, 

Brand Zabójca skoczył do przodu z podniesionym toporem. Potężny krzyż runął na ziemię.

W jednej  chwili  ściany namiotów  stanęły w  płomieniach,  a do odgłosów  bitwy dołączył 

teraz przeraźliwy krzyk kobiet. Gaddgedlarowie rozpierzchli się na wszystkie strony.

Nagle  po  płonącej  belce  nadbiegł  jeden z  wyzwolonych niewolników  potrząsając  włóc-

znią.  Wymierzył  ją  niezręcznie  w  twarz  Ivara.  Ten  zdołał  ją  odepchnąć  ściągając  grot  z 

drzewca. Wieśniak  ponowił  atak  drzewcem  i  tym  razem  udało  mu się  trafić  wikinga  w  bok 

głowy.  Cios był  ogłuszający. Ivar  zachwiał  się  i runął  na  ziemię,  oczy przesłoniła  mu  ciem-

ność.

Przez szalejące wokół  płomienie przeskoczyło jeszcze kilka postaci. Ivar rozpoznał  jedną 

z nich. To ten, który wygrał  pojedynek przy stawie - pomyślał  odzyskując świadomość. - A ja 

sądziłem, że to jeden z naszych...

W tym samym momencie czyjaś stopa spadła na jego krocze.

background image

Shef biegł  po tlącym się maszcie. Czuł,  że poparzone ręce pokrywać zaczynają pęcherze, 

ale  nie  miał  czasu  się  nad  tym  zastanawiać.  Maszt  udało  im  się  wyciągnąć  przy  pomocy 

wieśniaków  z  jednego z  płonących  statków,  a  następnie  zanieść  w  stronę  obozowiska  Rag-

narssonów  i  zwalić  prosto na ich  ludzi. Wiedział,  że  teraz  wkroczyć tam mógł  wreszcie  król 

Edmund wraz ze swą drużyną. Jemu, Shefowi, pozostało jednak jeszcze uratowanie Godivy.

Minął  wieśniaka próbującego rozprawić się z wikingiem,  któremu pękła właśnie włócznia 

i kilku biegających w panice gaddgedlarów,  przekonanych najwyraźniej,  że płonący krzyż  to 

zemsta  za ich  odszczepieństwo. Wreszcie  dobiegł  do  namiotu,  z którego dochodziły krzyki  i 

zawodzenia  kobiet. Wtedy wyciągnął  miecz i przeciąwszy płótno na  wysokości kolan,  rozer-

wał je z całej siły rękami.

Ze  środka  wydobył  się  przeraźliwy  lament.  Kobiety stały  zbite  w  jedną  masę,  jedne  w 

sukniach,  inne  w  bieliźnie,  a  kilka  wciąż  jeszcze  nagich.  Gdzie  Godiva?!  Może  tamta  od-

wrócona plecami z chustą na głowie? Złapał  ją za ramię i odwrócił  gwałtownie. Zobaczył  roz-

sierdzone spojrzenie nieznajomych oczu, a kobieca dłoń wymierzyła mu siarczysty policzek.

Kobiety  rozbiegły  się  nagle  i  Shef  dostrzegł  wreszcie  wśród  nich  znajomą  sylwetkę. 

Biegła lekko jak młoda sarna,  wprost na zatracenie. Anglicy byli teraz wszędzie. Wiedzieli, że 

zaraz  nadciągnie odsiecz z drugiej części  obozu,  szlachtowali  więc wszystko,  co się ruszało, 

rozglądając się wciąż za Ivarem i jego braćmi.

Shef  dopędził  Godivę  i  chwytając  od  tyłu przewrócił  na  ziemię.  Oboje  potoczyli się  po 

ziemi, później Shef pociągnął dziewczynę w bezpieczne miejsce.

- Shef!

- Tak,  to  ja  -  potwierdził  zatykając  jej usta.  - Teraz  posłuchaj.  Musimy stąd  uciec. Taka 

szansa  się  już  nie powtórzy. Wrócimy tą  samą  drogą,  którą  przyszedłem,  nie  został  tam  już 

nikt żywy. Zrozumiałaś? A więc w drogę.

Bitwa  dobiegła  końca  - pomyślał  Edmund. Wiedział,  że  poniósł  klęskę.  Dzięki  pomocy 

wieśniaków  pod  wodzą  tego półnagiego  młodzieńca  udało  im  się  przełamać  ostatni  bastion 

wikingów.  Udało  im  się  dokonać  spustoszenia  wśród  najlepszych  wojowników,  wśród 

żołnierskiej elity  wielkiej  armii,  która  nigdy  już  nie odzyska  dawnego blasku.  Cóż jednak  z 

tego,  skoro  Ragnarssonowie  nadal  żyli.  Dopiero  gdyby  udało  mu  się  pozabijać  ich  wszyst-

kich, byłby pewny,  że odniósł  ostateczne zwycięstwo Nie ma już jednak na to szansy. W sercu 

Edmunda  wygasał  powoli  gniew  i  entuzjazm,  zaczęła  się  chłodna  kalkulacja.  Dostrzegł,  że 

poza  obrębem  płomieni  zaczynają  zbierać  się wikingowie. Najwyraźniej  wydane  zostały już 

jakieś rozkazy. Czuł, że niedługo zacznie się kontruderzenie.

- Czas wracać, panie - mruknął Wigga.

background image

Edmund skinął  głową,  wiedział,  że  jest  to rzeczywiście ostatni moment. Droga  ucieczki 

była  wciąż wolna,  poza tym pozostała jeszcze grupka zaufanych wojowników,  którzy osłania 

go podczas odwrotu w stronę wschodniej palisady.

-  Wracamy!  Wracamy  tam,  skąd  przyszliśmy!  Zabijajcie  każdego,  kto  znajdzie  się  na 

drodze. Nieważne, nasz czy obcy. Nie chcę ich zostawić dla Ivara. I nie pozostawiajcie niedo-

bitków!

Ivar poczuł,  jak powraca  mu świadomość. Wracała  jednak stopniowo i nie od razu udało 

mu  się  pozbierać myśli. Czuł,  że zbliża  się  coś straszliwego.  Słyszał  zbliżające się kroki. To 

był  draugr - gigant,  spuchnięty i siny jak rozkładający się trup, lecz tak potężny jak dziesięciu 

mężczyzn. Wrócił na ziemię, aby niepokoić swoich potomków albo pomścić ich śmierć.

Ivar przypomniał  sobie to oblicze. To irlandzki król Maelguala,  którego zabił  przed wie-

loma laty. Pamiętał  dobrze tę wykrzywioną wściekłością i cierpieniem twarz. Pamiętał  przek-

leństwa rzucane nawet wtedy,  kiedy koła zaczęły rozciągać jego ciało. Rozciągali go aż nagle 

-  Ivar  przypomniał  sobie  trzask  pękającego  kręgosłupa  i  w  jednej  chwili  oprzytomniał 

całkowicie.  Poczuł,  że  ma  coś  na  twarzy,  chyba  kawałek  tkaniny.  Czy  zawinęli  go  już  w 

całun?

Prawe ramię było zupełnie bezwładne. Ivar usiadł  i poczuł  teraz ból z lewej strony głowy. 

O dziwo,  nie z prawej, tam gdzie otrzymał  cios,  lecz właśnie z przeciwnej. A więc to wstrząs, 

pomyślał. Powinien się teraz położyć  i  nie poruszać głową,  nie  mógł  sobie jednak na  to poz-

wolić.

Powoli  podniósł  się  z  ziemi.  Wysiłek  ten  spowodował  przypływ  nudności  i  zawrotów 

głowy.  W  dłoni  wciąż  dzierżył  miecz.  Spróbował  go  podnieść,  jednak  ręka  odmówiła 

posłuszeństwa.  Opuścił  więc  broń  i  podparłszy  się  na  niej  popatrzył  na  zdewastowane  obo-

zowisko.  Pośród  namiotów  wciąż  walczyło  kilkudziesięciu  wojowników.  I  nagle  dostrzegł 

nadciągającą zgubę.

Nie był  to draugr. Kilkanaście kroków od niego stanęła nagle niska  postać w  zaciągniętej 

na oczy wojennej masce. Angielskie królewiątko. Jatmund. Z obu jego stron oraz za jego ple-

cami  kroczyło  sześciu  mężczyzn,  potężnych  jak  wikingowie,  potężnych  jak  Viga-Brand.  Z 

pewnością  jego gwardia  przyboczna. Samo  serce i dusza  angielskiego rycerstwa,  „the chem-
pan”, jak ich tam nazywają. Było ich sześciu,  a on, Ivar, nie mógł nawet unieść miecza. Zrobił 

jednak krok w ich kierunku,  żeby nikt nie śmiał  powiedzieć,  że on,  wielki wojownik Północy, 

schwytany został przy próbie ucieczki.

Edmund rozpoznał  go  nagle  i  z  jego  ust  wyrwał  się  okrzyk  tryumfu.  W kierunku Ivara 

ruszyło teraz sześciu rycerzy z podniesionymi mieczami.

background image

Tymczasem Shef przemykał  się właśnie w  ciemności i widząc lukę  pomiędzy namiotami 

popchnął  do przodu Godivę,  aby pobiegła pierwsza. Dziewczyna wyrwała się z jego uścisku i 

ruszyła  pędem  w  stronę jakiegoś mężczyzny. Potem  chwyciła go za rękę,  a on,  najwyraźniej 

ranny, wsparł  się na jej ramieniu. Chryste,  to przecież Ivar! Shef nie mógł  uwierzyć własnym 

oczom.

Chłopak  zagryzł  wargi  i  zaczaj  zbliżać  się  ostrożnie  jak lampart,  z  uniesionym  na  wy-

sokości bioder mieczem. Wiedział  już, że ostrze skieruje pod samą brodę,  gdzie ciała nie krył 

żaden pancerz.

Nagle naprzeciw niego znalazła się Godiva przytrzymując jego prawą rękę. Chciał  ją od-

trącić, lecz przywarła do niego z całej siły oplatając rękami i zaczęła przeraźliwie krzyczeć.

- Uważaj! Z tyłu!

Shef rzucił  ją na bok, a sam odwrócił  się i w ostatniej chwili odparował  cios wymierzony 

we  własną  szyję.  Drugi  cios  przyszedł  jednak  zaraz  po  pierwszym,  uchylił  się  przed  nim  i 

usłyszał  świst  przecinanego powietrza.  W tej  samej chwili uświadomił  sobie,  że Godiva  stoi 

za jego plecami. Musiał ją ocalić.

Zaczął  się  powoli  cofać  wąskim  korytarzem  między namiotami,  a  wraz  z  nim  Godiva  i 

Ivar.  Przed  nim  kroczyło  sześciu  potężnych  mężczyzn,  a  wśród  nich  jeden  niski  w  kunsz-

townie ozdobionej przyłbicy. To musiał  być król. On,  Shef, niewolnik i nędzny pies stał  teraz 

naprzeciw króla East Anglii.

- Zejdź mi z drogi  -  rzekł  Edmund postępując jeszcze  krok naprzód. - Jesteś Anglikiem. 

Zwaliłeś  maszt.  Przerwałeś  ich  linię.  Widziałem,  że  to  ty.  Za  tobą  jest  Ivar.  Zabij  go  albo 

pozwól, żebym ja to zrobił, a nie ominie cię nagroda, którą ci obiecałem.

- Ta kobieta... - zaczął  Shef. Chciał  powiedzieć,  aby zostawili  w  spokoju kobietę,  ale nie 

starczyło mu czasu.

Przerwa  między namiotami  rozszerzyła się  nagle  i na  Shefa rzucili  się  ludzie  Edmunda. 

Jeden  wysunął  się  naprzód  tnąc  na  odlew,  raz  za  razem  i wyrzucając  do przodu tarczę. Shef 

cofał  się, uskakiwał,  kucał, nie przyjmując ciosów,  lecz uciekając przed nimi, jak podczas po-

jedynku z młodym Irlandczykiem.

Nagle  z  ciemności wyłoniło się  kilkunastu wikingów  prowadzonych  przez samego Vigę-

Branda. Anglicy  cofnęli  się,  aby  chronić  swego  króla.  Broniąc  go  ginęli  jeden  po  drugim, 

podczas gdy Ivar napominał bez przerwy swoich ludzi, aby pozostawili przy życiu Jatmunda.

Shefowi udało się  tymczasem wymknąć i pociągnąć za sobą przerażoną Godivę. Pobiegli 

w  stronę  dopalających  się  okrętów  i  błotnistego  brzegu  rzeki  Stour.  Angielskie  królestwo 

legło w gruzach, Godiva wyszła jednak bez szwanku. Udało mu się ją ocalić.

Lecz ona ocaliła Ivara.

background image

 Rozdział dziewiąty

Gwiazdy  zaczęły  już  blednąc  na  niebie,  kiedy  Shef  i  Godiva  przedzierali  się  ostrożnie 

przez  leśną  gęstwinę.  Najwyższe  gałęzie  poruszał  lekki  wietrzyk,  którego  nie  czuć  było  na 

dole. Gdy przebiegli przez niewielką polankę rozpościerającą się wokół  przewróconego dębu, 

ich stopy zmoczyła  rosa. To będzie upalny dzień - pomyślał  Shef - jeden z ostatnich dni tego 

pełnego wydarzeń lata.

Na razie było im jednak zimno. Shef miał  na sobie jedynie buty i wełniane spodnie, które 

wciągnął  w  pośpiechu  podczas  ataku  Anglików,  Godiva  zaś  cienką  koszulę.  Zdjęła  długą 

suknię,  gdy wchodziła do rzeki. Pływała dobrze niczym wydra,  i jak wydra musiała nurkować 

i  przepływać  długie  odcinki  pod  wodą. Płynęli bardzo ostrożnie,  starając się  nie robić  najm-

niejszego  hałasu  i  śledząc  uważnie  brzeg,  czy  nie  ma  na  nim  patroli.  Oboje  zanurkowali 

głęboko,  gdy rzeka  wpłynęła  w  zakole  przy  krańcu  palisady. Było  to miejsce,  gdzie  zawsze 

czuwały straże.

Shef nie poczuł  chłodu,  gdy wchodził  do wody, jedynie uczucie pieczenia na poparzonych 

dłoniach,  teraz jednak ciałem wstrząsały bez przerwy dreszcze. Wiedział,  że długo tak nie wy-

trzyma. Musiał  koniecznie  się położyć,  rozluźnić mięśnie i poukładać  sobie  w  głowie wydar-

zenia ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zabił  człowieka, nie, dwóch ludzi. Widział  króla, 

co  zdarzyć  się  może  raz,  czasem  dwa  razy  w  życiu.  Tym  razem  jednak  król  także  go 

dostrzegł, a nawet przemówił  do niego! Stał też oko w oko z Ivarem Ragnarssonem. Wiedział, 

że  mógłby  go  zabić,  gdyby  nie  Godiva.  Mógłby  zostać  bohaterem  całej  Anglii,  całego 

chrześcijaństwa.

Powstrzymała  go jednak.  I wtedy  zdradził  swego  króla,  zatrzymał  go,  oddał  go  w  ręce 

pogan.  Jeżeli  ktoś kiedyś się o tym  dowie... Nie chciał  o tym teraz  myśleć. Ważne,  że udało 

im się uciec. Kiedy tylko nadarzy się okazja zapyta Godivę, co naprawdę łączyło ją z Ivarem.

Gdy zrobiło  się  już  zupełnie  widno,  Shef  odnalazł  zarośnięty  trawą  szlak,  najwyraźniej 

nikt  nie przechodził  tamtędy od tygodni. Był  to dobry znak,  zwłaszcza że  na  końcu tej  drogi 

odnaleźć powinni jakąś chatę albo szałas, gdzie mogliby znaleźć schronienie.

Istotnie,  drzewa  zaczęły się  wkrótce  przerzedzać  i  oboje  zobaczyli  zbudowany  z  gałęzi 

szałas. Zbudowali go zapewnię drwale, którzy pracowali nie opodal przy wyrębie lasu.

Teraz nie było tam nikogo. Shef i Godiva stanęli na wprost siebie objęci rękami.

-  Pewnego  dnia  -  zaczął  Shef  patrząc  dziewczynie  głęboko  w  oczy  -  będziemy  mieli 

prawdziwy  dom. Miejsce,  gdzie  będziemy  mogli  mieszkać  oboje  przez  nikogo nie  niepoko-

background image

jeni. Dlatego właśnie  przyszedłemaby  odebrać cię wikingom. Nie powinniśmy podróżować 

w czasie dnia, to zbyt niebezpieczne. Zostaniemy tutaj i odpoczniemy sobie aż do wieczora.

Shef obudził  się,  kiedy słońce zaczęło przeświecać między ścianami szałasu. Podniósł  się 

ostrożnie, aby nie obudzić dziewczyny i wyszedł  na zewnątrz. W szparze pomiędzy gałęziami 

znalazł  ukrytą  hubkę  i  krzesiwo.  Czy  można  rozpalić  ogień?  Shef  zastanawiał  się  chwilę  i 

postanowił  nie  ryzykować.  Mieli  pod dostatkiem  wody,  ale  nic do  jedzenia.  Powinien był  o 

tym pomyśleć.

Nie sądził, aby ktoś mógł  im przeszkodzić, jeszcze nie tego dnia. Znajdowali się wciąż w 

zasięgu patroli wikingów,  które widział,  gdy podkradał  się wraz z Hundem w  pobliże  obozu. 

Teraz  jednak  wikingowie  mieli  chyba  inne  zmartwienia.  Wszyscy  zebrali  się  pewnie  w 

obozie,  szacując  straty,  zastanawiając się co dalej  robić  i  spierając się  o  dowództwo  nad po-

zostałością  wielkiej  armii. Czy udało  się  ocaleć  Sigurthowi  - Wężowemu Oku?  Jeżeli nawet 

ocalał, nawet jemu trudno będzie utrzymać nadszarpnięty ostatnimi wydarzeniami autorytet.

Shef położył  się  w  słońcu i poczuł,  jak rozluźnia  się jego ciało.  Patrzył  jak mięsień  uda 

kurczy się nierytmicznie, aby po chwili uspokoić się zupełnie, potem przyjrzał  się pęcherzom 

na swoich dłoniach.

- Czy nie będzie lepiej,  jak je przebiję? - spytała  Godiva,  która pojawiła się nagle  u jego 

boku trzymając w dłoni długi kolec. Shef skinął głową.

Kiedy  pochyliła  się  nad  nim  i  zajęła  się  jego  lewą  dłonią,  objął  ją  drugim  ramieniem, 

tuląc do siebie jej rozgrzane snem ciało.

-  Powiedz  mi  -  spytał  -  dlaczego  stanęłaś  pomiędzy  mną  a  Ivarem?  Co  było  między 

wami?

Dziewczyna spuściła oczy, wydawało się, że nie wie, co ma odpowiedzieć.

- Czy wiesz, że zostałam mu ofiarowana? Przez... przez Sigvartha.

- Przez mego ojca. Tak wiem. Lecz co stało się potem?

Godiva nadal nie podnosiła wzroku przypatrując się uważnie pęcherzom.

- On mnie ofiarował  w trakcie biesiady, przy wszystkich. Tylko to miałam na sobie. Niek-

tórzy z nich robią ze swymi kobietami okropne rzeczy, na przykład Ubbi. Powiadają,  że kocha 

się z nimi na oczach swoich ludzi,  a kiedy nie potrafią go zadowolić,  oni je dostają i korzys-

tają z nich jeden po drugim. Wiesz, że byłam dziewicą... Jestem nią nadal. Bardzo się bałam.

- Wciąż jesteś dziewicą?

Godiva skinęła głową.

- Ivar nic  do mnie powiedział  w  trakcie przyjęcia,  ale kazał,  aby przywiedli mnie do jego 

namiotu  tej  samej  nocy. Wtedy ze  mną rozmawiał. Powiedział  mi... Powiedział,  że  jest  inny 

niż  reszta mężczyzn. Nie jest  wałachem,  to coś innego.  Spłodził  już  dzieci,  przynajmniej tak 

background image

mówił. Powiedział  mi  jednak,  że  podczas gdy  inni  mężczyźni  czują  przypływ  pożądania  na 

sam widok kobiecego ciała, on potrzebuje czegoś innego.

-  Czy  wiesz,  co  jest  tym  czymś?  -  spytał  Shef  bez  ogródek  przypominając  sobie 

wskazówki, jakie dał mu Hund.

-  Nie  wiem  -  Godiva  potrząsnęła  głową.  - Nie  mogę  tego  zrozumieć. Ale  on mówił,  że 

jeśli  mężczyźni  dowiedzieliby  się,  jak  jest  z  nim  naprawdę,  kpiliby  z  niego.  W  młodości 

koledzy  przezywali  go  Sopel  Lodu,  ponieważ  nie  potrafił  tego,  co  oni.  Mówił  mi,  że  zabił 

wielu mężczyzn,  którzy z niego kpili i sprawiło mu to przyjemność. Dziś wszyscy, którzy się 

z niego śmiali,  nie żyją i tylko najbliżsi  podejrzewają,  że  jest jakiś inny. Jeżeli  wszyscy by o 

tym  wiedzieli,  Sigvarth nie  odważyłby  się  ofiarować  mnie  otwarcie,  tak  jak  to uczynił.  Ivar 

powiada,  że teraz nazywają go Soplem  Lodu,  ponieważ  się  go boją. Mówią,  że nie  zamienia 

się  w  nocy  w  wilka  czy  niedźwiedzia,  jak  jego  bracia,  lecz  w  smoka.  Wielkiego,  długiego 

smoka.

- A co ty o tym myślisz? - spytał  Shef. - Czy pamiętasz,  co zrobili z twym ojcem? Twoim 

ojcem,  nie  moim,  lecz  nawet  ja  poczułem  żałość  na  jego  widok.  Wprawdzie  Ivar  nie  zrobił 

tego osobiście,  wydał  jednak  odpowiednie  rozkazy.  To  są  właśnie  rzeczy,  jakimi  się  trudni. 

Mógł  oszczędzić ci  gwałtu,  ale kto wie,  jakie miał  w stosunku do ciebie zamiary. Powiadasz, 

że ma dzieci. Czy ktokolwiek widział ich matki?

Godiva pochyliła się nad dłonią i zaczęła przebijać pęcherze.
- Nie wiem. Jest na pewno  okrutny  i  pełen  nienawiści  w  stosunku  do  mężczyzn,  ale  to 

dlatego,  że  się  ich  obawia.  Boi  się,  że  są  bardziej  męscy  od  niego. Ale  jak  oni  pokazują  tę 

męskość?  Znęcając  się  nad  słabszymi,  czerpiąc  przyjemność  z  ich  cierpienia.  Może  Ivar 

zesłany został przez Boga, jako kara za męskie grzechy.

- Czy żałujesz, że cię od niego zabrałem? - Głos Shefa zrobił się nagle ostrzejszy.

Godiva  pochyliła  się  nad  nim,  poczuł  na  piersi  jej  policzek  i  przesuwające  się  wzdłuż 

ciała  dłonie. Przyciągnął  ją  do siebie.  Ramiączko  jej  koszuli  opadło  nagle  odsłaniając  nagą, 

dziewczęcą pierś. Jedyną kobietąktórą widział  dotąd rozebraną, była  potężna, grubo ciosana 

Truda  o  ziemistej,  niezdrowej  cerze. Jego  stwardniałe  dłonie  zaczęły pieścić  ciało Godivy  z 

niewiarygodną  delikatnością.  Jeżeli  sądził,  że  kiedyś  to  nastąpi,  a  rozmyślał  o  tym  często 

siedząc samotnie w  kuźni,  spodziewał  się,  że będzie to dopiero w  dalekiej  przyszłości,  kiedy 

już  na  nią zasłuży,  kiedy znajdzie  miejsce,  gdzie  razem będą bezpieczni. Nie  tak jak teraz,  w 

środku lasu, pod gołym niebem, bez błogosławieństwa księdza ani zgody rodziców.

- Jesteś lepszym człowiekiem  niż Ivar,  czy  Sigvarth,  czy ktokolwiek,  kogo spotkałam w 

życiu  -  powiedziała  ze  szlochem  Godiva. -  Wiedziałam,  że  po  mnie  przyjdziesz.  Bałam  się 

tylko, że mogą cię za to zabić.

Podciągnął jej koszulę i powoli obrócił na plecy.

background image

- Oboje  powinniśmy już nie  żyć. Jestem tak szczęśliwy, że  jestem tutaj wraz z tobą... Nie 

łączy nas krew, pochodzimy od różnych ojców i różnych matek.

Posiadł  ją w  blasku słońca. Ten,  który obserwował  ich z ukrycia,  wstrzymał  z  zazdrości 

oddech.

Godzinę  później  Shef  leżał  na  miękkiej  trawie  w  przedzierających  się  poprzez  konary 

dębów  promieniach  słońca.  Był  senny  i  całkowicie  rozluźniony.  Nie  spał  jednak.  Myślał  o 

przyszłości,  o tym gdzie mogą teraz pójść,  może na mokradła,  tam gdzie nocował  wspólnie  z 

tanem Edrichem. Czuł  na twarzy ciepło słońca i miękkość darni, na której leżał, lecz wszystko 

zaczęło  się  powoli  oddalać.  Doznał  już  wcześniej  podobnego  uczucia.  W obozie  wikingów. 

Jego myśli zaczęły błądzić gdzieś bardzo daleko, opuszczając leśną polanę i uśpione ciało.

- Potężni  są panowie, którym odebrałeś kobietę - przemówił do niego głos, twardy, szor-

stki i pełen dostojeństwa.

Shef  zdał  sobie  sprawę,  że  znalazł  się  nagle  w  kuźni.  Wszystko  było  znajome:  napięcie 

mięśni, kiedy wyjmował  z ognia rozgrzany  do czerwoności kawał  metalu, i automatyczne od-

chylenie głowy,  gdy  iskry wzbiły się  ku jego włosom.  Nie  była to  wszakże  kuźnia w Emneth, 

ani  kuźnia  Thorvina  w  obozie  wikingów.  Shef  poczuł  rozciągającą  się  wokół  olbrzymią 

przestrzeń, wytyczoną gigantycznymi kolumnami, które ginęły wysoko w górze.

Wziął do ręki  młot  i  zaczął  wykuwać kształt  z połyskującej na kowadle  bryły metalu. Nie 

wiedział, jaki to ma być kształt. Wiedziały jednak jego ręce, poruszały się bowiem szybko i bez 

wahania. Nie było to ostrze włóczni ani topór, nie był to także lemiesz. Wyglądało tak jak koło, 

lecz koło z wieloma zębami, ostrymi jak u psa. Shef patrzył w zdumieniu, w głębi serca wiedz-

iał, że to co właśnie robił, jest niemożliwe. Nikomu nie udałoby się wykonać czegoś takiego za 

jednym zamachem. Najpierw należałoby wykuć obręcz i osobno każdy z zębów, dopiero wtedy 

można  by  połączyć  te  elementy  w  całość.  Jednak  po  co to  wszystko?  Być  może, gdyby  mieć 

jedno takie koło, ustawione nad ziemią jak ściana, koło, które poruszałoby się w jedną stronę i 

drugie koło umocowane płasko, to jedno z nich nadawaćby mogło pęd drugiemu.

Lecz jaki miałoby to sens? Z pewnością istniał powód. Miało to coś wspólnego z dziwnym 

urządzeniem majaczącym w oddali, potężną konstrukcją znajdującą się pod jedną ze ścian.

W pewnej  chwili  Shef  zdał  sobie  sprawę,  że  wokół  niego  stoi  jeszcze  kilka  postaci  i  to 

postaci  równie  gigantycznych  rozmiarów, co  całe  pomieszczenie. Nie  widział  ich  dokładnie, 

zresztą  nie  ośmielił  się  otwarcie  podnieść  na  nie  wzroku,  rzucał  więc  jedynie  ukradkowe 

spojrzenia. Postacie stały  jedna obok  drugiej i obserwując go wymieniały  uwagi, takie przy-

najmniej odniósł wrażenie. Były to bóstwa Thorvina, bóstwa Drogi.

Najbliżej stojąca postać przypominała jeszcze potężniejszą i  wyższą replikę  Vigi-Branda. 

Pod  krótkimi  rękawami  tuniki  widać  było  napinające  się  gigantyczne  bicepsy.  To  musi  być 

background image

Thor, pomyślał Shef. Twarz bóstwa wyrażała pogardą, wrogość i jakiś niepokój. Zaraz za nim 

stała  inna  postać  o  uważnym  spojrzeniu  i  ostrych  rysach,  która  spoglądała  na  Shef  a  ze 

zręcznie  skrywaną  aprobatą,  tak jakby  był koniem wystawionym na sprzedaż przez głupiego 

kupca, nie orientującego się w jego rzeczywistej wartości.

Ten jest po mojej stronie, pomyślał Shef, lub też myśli, że ja jestem po jego.

Za  plecami  tych  dwóch  stała  grupa  innych  postaci,  z  których  najwyższa,  a  zarazem 

najdalej oddalona podpierała się na potężnej włóczni o trójkątnym grocie.

Shef  zdał  sobie  sprawę  z  jednej  jeszcze  rzeczy:  ktoś  podciął  mu  ścięgna  w  kolanach. 

Poruszał  się  po  kuźni  przy  pomocy  swoich  ramion,  wlokąc  za  sobą  bezużyteczne  już  nogi. 

Wokół  niego  porozstawiane  były  stołki,  ławki,  leżały  sterty  drewna,  wszystko  to  sprawiało 

wrażenie bałaganu, lecz w istocie pomagało mu przemieszczać się z jednego miejsca na dru-

gie. Mógł dźwignąć się  na rękach i stanąć  wyprostowany,  niczym człowiek starający  się  zła-

pać równowagę na szczudłach, w nogach nie było jednak życia, jedynie tępy  ból rozchodzący 

się od kolan w górę.

Był jeszcze ktoś, kto go obserwował, tym razem ktoś bardzo mały, gdzieś przy samej ziemi. 

To Thorvin!  Choć  nie, to  nie był  Thorvin,  lecz ktoś jeszcze mniejszy  i  drobniejszy, z wysokim 

czołem odsłoniętym  i  przerzedzonymi  włosami.  Postać  ta  miała jednak  biały  strój  Thorvina 

oraz naszyjnik z kiści jarzębiny.

- Kim jesteś, chłopcze? - spytała. - Czy jesteś wędrowcem z krainy ludzi? Jak  tu trafiłeś? 

W jaki sposób udało ci się odnaleźć Drogę?

Shef potrząsnął głową, udając, że chroni oczy przed iskrami.

Wrzucił  gotowe  już  koło  do  stojącego  obok  kubełka  z  wodą  i  zaczął  pracować  nad 

następnym  kawałkiem  metalu.  Pracował  z  zapałem  człowieka,  który  wie,  że  któregoś  dnia 

zwrócona  mu  zostanie  wolność,  nie  chce  jednak,  aby  prześladowcy  odkryli  rosnącą  w  jego 

sercu radość.

Nagle  Shef  zorientował  się, że  jedna z olbrzymich  postaci  zaczyna poruszać się  w jego 

kierunku. Była to ta najwyższa, ta,  która dzierżyła włócznię.  Palec  niczym konar dębu  uniósł 

do  góry  brodę  Shef  a.  Twarz  wydała  się  chłopcu  ostrzem  topora:  prosty  nos,  wystająca 

szczęka, szpiczasta, siwa broda i  wystające, szerokie  kości  policzkowe. W  dół  spoglądało na 

niego jedno nieruchome  oko. W tym zestawieniu oblicze Ivara mogłoby napełnić otuchą, jako 

coś  co  przynajmniej  ogarnąć  można  rozumem,  było  mimo  wszystko  ludzkie.  Ta  twarz  była 

inna. Shef czuł, że mogłaby przywieść człowieka do szaleństwa.

Teraz nie wyrażała jednak wrogości, raczej koncentrację, skupienie.

-  Dużo ci  jeszcze  zostało  do przejścia,  karle  - rzekł  w  końcu.  - Dobrze  jednak  zacząłeś. 

Módl się, abym nie musiał cię wezwać zbyt szybko.

background image

-  Dlaczego  miałbyś  mnie  wzywać,  Najwyższy?  -  spytał  Shef  oszołomiony  własną  zuch-

wałością.

-  Nie  pytaj.  Mądry  człowiek  nie  podpatruje  i  nie  podgląda,  jak  panna szukająca  swego 

kawalera.

Wielka dłoń spadła nagle na kuźnię roztrącając ławy, wiadra i narzędzia, niczym człowiek 

strząsający  z  serwety  łupiny  orzecha.  Shef  został  ciśnięty  w powietrze, a  unosząc  się  zdołał 

jeszcze  zauważyć  badawcze  spojrzenie wychylającej  się z cienia maleńkiej, ubranej na biało 

postaci.

W przeciągu sekundy znalazł  się znowu na trawie,  pod gołym niebem. Słońce przesunęło 

się trochę, pozostawiając go w cieniu.

Gdzie Godiva? Shef zaniepokoił się nagle. Odeszła na chwilę na bok, ale co potem...

Shef zerwał  się na nogi i  zaczął  rozglądać  się wokół  w  poszukiwaniu wroga.  Z  krzaków 

doszedł go zgiełk, trzask gałęzi i krzyk kobiety, której usta zasłonił ktoś szybko dłonią.

Shef skoczył  w  tamtym kierunku,  lecz zza drzew  wyrośli  nagle  mężczyźni  i otoczyli  go 

szczelnie  niczym  zaciśnięte  palce  Przeznaczenia.  Na  czele  ich  stał  Muirtach,  z  przecinającą 

twarz świeżą pręgą i wyrazem niepohamowanej furii.

- Prawie ci  się  udało,  chłopcze - rzekł. - Powinieneś był  dalej uciekać,  ale ty wolałeś się 

zatrzymać i wypróbować kobietę Ivara. Cóż,  gorący kutas nie  zna co to rozum,  wkrótce jed-

nak będzie zupełnie zimny.

Silne  ramiona  ścisnęły  Shefa,  który wciąż  się  wyrywał  w  stronę  zarośli. Czy  już  ją  po-

jmali? Jak udało im się ich znaleźć? Czy zostawili jakiś ślad?

Szyderczy  śmiech  wybuchł  nagle  pośród  głosów  gaddgedlarów.  Shef  rozpoznał  go  od 

razu. Był to śmiech Anglika. Jego przyrodniego brata, Alfgara.

 Rozdział dziesiąty

background image

Kiedy  Shef znalazł  się  z powrotem  w  obrębie  palisady,  bliski  był  załamania. Przyczynę 

stanowiło  ogromne  wyczerpanie  oraz  głęboki  wstrząs  związany  z  nagłą  i  niespodziewaną 

utratą  wolności.  Wikingowie  obchodzili  się  z  nim  bardzo  surowo,  popychając  i  szturchając 

boleśnie przez całą drogę powrotną. Shef czuł  jednak,  że sami są mocno wystraszeni. Wracali 

do Ivara tylko z jednym trofeum,  co nie stanowiło z pewnością właściwej przeciwwagi wobec 

poniesionych szkód. Było  jasne,  że  gaddgedlarowie  chcą  się  na nim  odegrać. Został  uwięzi-

ony w miejscu, gdzie trzymano niewolników i pobity do nieprzytomności.

Leżał  tak aż do wieczora,  a kiedy wreszcie się ocknął  i otworzył  zlepione  krwią powieki, 

czuł  się  obolały  i  odrętwiały.  Był  także  zziębnięty  oraz  osłabiony  z  pragnienia  i  głodu. 

Podczas gdy  wokół  zapadała  noc  rozglądał  się  desperacko,  oceniając  perspektywy  ucieczki 

bądź  ocalenia.  Nie  było jednak żadnego ratunku. Żelazne  obręcze  spinające jego stopy  przy-

mocowane były do wbitych w  ziemię grubych kołków,  ręce zaś miał  związane z przodu. Być 

może z czasem  udałoby mu się przegryźć  pęta na nadgarstkach,  lecz najmniejszy ruch z jego 

strony prowokował  strażnika do wymierzenia kolejnego kopniaka. Shef uświadomił  sobie,  że 

strażnicy nie mieli teraz zbyt wielu więźniów do pilnowania. Niemal wszystkim pojmanym w 

czasie kampanii Anglikom udało się uwolnić i zniknąć pod osłoną nocy.

Oprócz  Shefa  pod  strażą  przebywało  tylko  kilku  rycerzy  króla  Edmunda,  którzy  zdecy-

dowali  się  walczyć  do samego końca. Wszyscy byli  ciężko  ranni,  przygotowani  na śmierć  i 

rozmawiali  cicho  czekając  na  swoją  kolej.  Zgodzili  się  w  końcu,  że  powinni  byli  najpierw 

zaatakować obóz Ragnarssonów,  uznali jednak,  że tak czy owak,  zasłużyli na wielką chwałę. 

Spalili przecież statki i mocno przerzedzili zastępy wroga.

- Szkoda tylko,  że  schwytali naszego króla  - rzekł  jeden z nich po chwili  milczenia. Po-

zostali pokiwali smutno głowami i spojrzeli w kierunku odległego narożnika.

Shef poczuł  ciarki na plecach. Król Edmund był  ostatnią osobą,  z którą chciałby się teraz 

spotkać. Pamiętał  chwilę,  kiedy król  podszedł  do  niego,  marnego  niewolnika  z  prośbą,  aby 

odsunął  się z jego drogi. Gdyby go posłuchał,  ta noc zakończyłaby się  całkowitym zwycięst-

wem,  a  on,  Shef,  nie  musiałby  znosić  teraz  gniewu  Ivara.  Słyszał  już  rozmowy  strażników 

opowiadających  z  rozbawieniem,  co  go  wkrótce  czeka.  Pamiętał  też  słowa  giermka,  który 

oprowadzał  go po obozie  nie dalej jak poprzedniego wieczoru. Zbrodnia,  jakiej się dopuścił, 

była  ciężka.  Zabrał  Ivarowi  kobietę,  uprowadził  ją  i posiadł,  tak że  nigdy już  nie  mogła  być 

mu zwrócona. Co się z nią stało?  Nie  została zawleczona z powrotem do obozu. Ktoś musiał 

ją  porwać. Shef nie był  jednak w  stanie długo nad tym rozmyślać,  zbyt pochłonięty własnym 

losem. Gniew  Ivara  wydawał  mu  się  straszniejszy  niż  śmierć  i  dojmujący  wstyd z  powodu 

zdrady.  Gdyby  tak  mógł  umrzeć  z  zimna  i  nie  doczekać  poranka.  Niczego  nie  pragnął 

bardziej.

background image

Nad  ranem  obudziło  go  uderzenie  buta.  Usiadł  i  pierwszą  rzeczą,  z  której  zdał  sobie 

sprawę,  była  suchość  w  ustach.  Wokół  niego  uwijali  się  strażnicy  przecinając  niektórym 

więźniom pęta i wywlekając trupy na zewnątrz. Udało im się, pomyślał Shef.

Przed sobą ujrzał  kucającą  postać w brudnej  poplamionej tunice. Był  to Hund. W rękach 

trzymał  dzban  z  wodą.  Przez  pewien  czas  Shef  nie  był  w  stanie  o  niczym  innym  myśleć, 

Hund tymczasem  ostrożnie i  powoli pozwolił  mu pić,  robiąc  nieznośne  przerwy  po  każdym 

jego  łyku.  Dopiero  gdy  poczuł,  że  woda  wypełniła  mu  już  cały  brzuch,  Shef  zaczął  roz-

koszować się jej smakiem. W tym samym momencie zdał  sobie sprawę,  że Hund coś do niego 

mówi.

- Shef, Shef, mówię do ciebie. Musisz mi coś powiedzieć. Gdzie jest Godiva?

-  Nie  wiem.  Uprowadziłem  ją.  Potem  ktoś inny  musiał  ją  porwać. Pojmali  mnie  zanim 

mogłem coś na to poradzić.

- Jak ci się wydaje, kto mógł ją porwać?

Shef  przypomniał  sobie  śmiech  w  zaroślach,  przeczucie,  które  kiedyś oddalił  od  siebie, 

przeczucie, że w lesie są jeszcze inni uciekinierzy.

- To Alfgar. Musiał nas śledzić.

Shef zamyślił się starając odegnać od siebie zmęczenie.

- Wydaje mi  się, że to on przyprowadził  do nas Muirtacha i jego ludzi. Być może zawarli 

jakiś układ.  Oni  wzięli mnie,  a  on ją.  Może  udało mu się  po  prostu ją  porwać,  podczas gdy 

wszyscy zajęli się mną. Nie było ich dostatecznie dużo, aby ryzykować dalsze poszukiwania.

- Widać  więc,  że  Ivarowi  bardziej  zależy na  tobie  niż  na  niej. Wie  jednak,  że  to ty  up-

rowadziłeś ją z obozu. To nie wróży dobrze - Hund pogładził  się po swojej rzadkiej brodzie. - 

Zastanów się, czy ktoś widział cię, jak zabijałeś któregoś z wikingów własnymi rękami.

- Zabiłem tylko jednego. To było w ciemności i nikt tego nie zauważył. Ktoś mógł  jednak 

widzieć,  jak  uwolniłem  niewolników,  jak  uwolniłem  Alfgara  -  twarz  Shefa  wykrzywił  gry-

mas. - Poza tym  to właśnie ja  rozbiłem umocnienia wokół  obozu Ragnarssonów spuszczając 

na nie płonący maszt. Zrobiłem to, czego nie udało się dokonać towarzyszom króla.

-  No tak,  ale  nie  powinno  to być  jeszcze  powodem do  krwawej  zemsty.  Ingulf i  ja  zro-

biliśmy wiele  w  ciągu ostatniego dnia. Wielu dowódców  pozostałoby kalekami do końca  ży-

cia,  gdyby  nie nasza  pomoc.  Ingulf potrafi  nawet zaszyć  z  powrotem  jelita,  które  wydostały 

się  z  rozprutego  brzucha.  Jeśli  ktoś  jest  dostatecznie  silny,  aby  wytrzymać  ból,  powinien 

przeżyć.

- Staracie się wybłagać moje życie? Wstawiliście się za mnie u Ivara?
- Tak.

- Ty i Ingulf? Ale cóż ja dla niego znaczę?

Hund zamoczył w dzbanie kawał chleba i podał go przyjacielowi.

background image

To  zasługa  Thorvina.  Mówi,  że  to  sprawa  Drogi.  Mówi,  że  musimy  cię  uratować.  Nie 

wiem  dlaczego,  ale on  całkowicie  poświęcił  się  dla  ciebie.  Wczoraj ktoś  z  nim  rozmawiał. 

Potem Thorvin przybiegł prosto do nas. Czy zrobiłeś coś, o czym mi nie wiadomo?

- Wiele rzeczy, Hund. Jednego jestem wszak pewien. Nikt nie zdoła  uchronić mnie przed 

gniewem Ivara. Zabrałem jego kobietę, co mogę mu ofiarować w zamian?

-  Warto  o  tym  pomyśleć  - rzekł  Hund  napełniając  dzban  wodą  ze  skórzanego  bukłaka. 

Postawił  dzban  na  ziemi,  obok  zaś  resztę  chleba  i  kupon  brudnego  samodziału,  który 

przyniósł ze sobą na ramieniu.

- W obozie brakuje jedzenia,  a połowa koców użyta została  jako całuny. To wszystko,  co 

mogłem  ci  teraz  przynieść.  Postaraj  się,  aby  starczyło  na  dłużej.  Jeśli  chcesz  odpłacić  się 

Ivarowi, rozejrzyj się, może król ci pomoże.

- Czy jest jakaś nadzieja? - szepnął Thorvin.

Viga-Brand popatrzył na niego ze zdziwieniem.

-  Czy  tak  powinien  mówić  kapłan  Drogi?  Nadzieja...  Jeżeli  zaczniemy  robić  pewne 

rzeczy tylko dlatego, że jest jakaś nadzieja,  skończymy nie lepiej jak chrześcijanie śpiewający 

hymny  do  swego  Boga  łudząc  się,  że  da  im  lepsze  życie  po  śmierci.  Zapominasz  się, 

Thorvinie.

Brand  urwał  i spojrzał  na swoją prawą  dłoń,  nad którą  nachylał  się  właśnie Ingulf. Była 

rozcięta prawie  do nadgarstka,  a cięcie przechodziło równo pomiędzy drugim  a trzecim pal-

cem.

Ingulf  przemył  ranę  ciepłą  wodą,  z  której  unosił  się  zapach  ziół,  a  później  rozwarł  os-

trożnie jej brzegi. Przez chwilę widać było białą kość, wkrótce jednak wszystko zalała krew.

- Byłoby znacznie lepiej,  gdybyś przyszedł z tym do mnie od razu,  zamiast czekać półtora 

dnia - powiedział  medyk. - Mogłem wyczyścić ranę póki była świeża,  teraz brzegi zaczęły już 

się zasklepiać,  muszę więc ją rozerwać na nowo. Mógłbym ją zaszyć bez tego, ale kto wie,  co 

było na tamtym ostrzu.

- Rób swoje,  Ingulfie. Widziałem  zbyt wiele  ran,  które nie  chciały się goić,  aby samemu 

ryzykować. To tylko ból, a zgorzel to pewna śmierć.

- Nadal jednak twierdzę, że przyszedłeś za późno.

- Przez pół  dnia leżałem pośród trupów, aż pewien bystry człowiek zauważył  wreszcie, że 

wszyscy  z  wyjątkiem  mnie  ostygli.  A  kiedy  wreszcie  się  pozbierałem  i  upewniłem,  że  to 

najgroźniejsza z moich ran, byłeś zajęty dużo poważniejszymi rzeczami.

Thorvin westchnął i przesunął kufel piwa bliżej lewej dłoni Branda.

- Twoja  mowa  była  dla  mnie  wystarczającą  karą. Teraz  możesz  mi  już  powiedzieć,  czy 

jest jakaś szansa.

background image

Twarz  Branda pobladła gwałtownie,  gdyż  Ingulf wyciągał  właśnie z rany odłamek kości, 

odpowiedział jednak spokojnym tonem.

- Nie sądzę. Wiesz sam jak to jest z Ivarem.

- Wiem - przyznał Thorvin.

-  To  sprawia,  że  nie  potrafi  zachować  rozsądku  w  pewnych  sytuacjach.  Nie  mówię  o 

„przebaczeniu”,  nie  jesteśmy  chrześcijanami,  aby  puszczać  w  niepamięć  wyrządzane  nam 

krzywdy. Lecz  Ivar nie zechce  nawet  nas wysłuchać. Chłopak  uprowadził  jego kobietę. Por-

wał  kobietę,  w  stosunku do  której Ivar  miał  pewne  plany.  Gdyby ten  głupiec  Muirtach  przy-

prowadził  ją  z  powrotem,  wtedy  być  może  udałoby  się  coś  zrobić.  Ale  nie  sądzę,  gdyż 

najgorsze  jest to,  że  kobieta odeszła  z  własnej  woli. To znaczy,  że  chłopakowi  udało  się  to, 

czego Ivar nie mógł dokonać. Krew musi się polać.

- Musi być jednak coś, co sprawi, że Ivar zmieni zdanie i przyjmie to, co proponujemy w 

zamian.

Ingulf rozpoczął właśnie zszywanie rany. Thorvin położył  dłoń na srebrnym młocie,  który 

wisiał na jego piersi, i zwrócił się do Branda.

- Przysięgam,  że  to prawdopodobnie największa  przysługa,  jaką  możemy oddać  Drodze. 

Wiesz chyba, że są wśród nas tacy, którzy mają Widzenia?

- Pamiętam, że kiedyś o tym mówiłeś - przyznał Brand.

-  Ludzie  ci  podróżują  do  krainy  bogów,  a  później  wracają  stamtąd  i  opowiadają,  co 

widzieli.  Niektórzy  uważają,  że  to  tylko  wizje,  podobne  do  tych,  jakie  miewamy  w  snach, 

rodzaj poezji. Lecz ludzie ci widzą te same rzeczy. Przynajmniej niekiedy się to zdarza. Najc-

zęściej  jest  tak,  jakby wszyscy  oni  widzieli  tylko  część  jakiegoś obrazu czy wydarzenia,  tak 

że mogą go po kolei uzupełniać.

Brand chrząknął, nie wiadomo czy z niedowierzania, czy pod wpływem bólu.

-  Jesteśmy pewni,  że  ten inny świat  istnieje  i  ludzie  mogą  się  tam  dostać. Nie  dalej jak 

wczoraj miał  miejsce dziwny wypadek. Odwiedził  mnie Farman,  który jest kapłanem  Freyra, 

tak jak ja jestem kapłanem Thora. Z tą  jednak różnicą,  że Farman już kilkakrotnie  odwiedzał 

tamten  świat,  podczas gdy  ja  nie  byłem  tam  ani  razu.  Mówił,  że  był  w  Wielkiej  Sali,  tam 

gdzie  spotykają  się  bogowie,  aby  decydować  o  losach  dziewięciu  światów.  Stał  przy  samej 

ziemi,  niczym  mysz  szukająca  okruchów. Widział  jak  obradują  bogowie,  ujrzał  też  mojego 

ucznia Shefa. Nie miał  wątpliwościże to on,  widział  go nieraz w kuźni. Ubrany był  dziwnie, 

niczym myśliwy w lasach Halogalandu i z trudem  utrzymywał  równowagę,  jakby został  oka-

leczony. Farman widział, jak przemówił  do niego ojciec bogów i ludzi. Gdyby Shef przypom-

niał sobie, co wtedy usłyszał...

- Rzadko się zdarza,  żeby jeden podróżnik do tamtego świata zobaczył  drugiego. Rzadko 

też bogowie zwracają  się do podróżników,  zwykle  nie  zauważają nawet  ich obecności. I jest 

background image

jeszcze  jedna  rzecz. Ktokolwiek  dał  chłopcu  imię,  nie  wiedział  co  czyni.  Teraz  jest  to  imię 

nadawane psom, nie było tak jednak zawsze. Czy słyszałeś kiedyś o Skioldzie?

-  To  założyciel  dynastii  Skioldungów,  królów  Danii.  Przodek  królów,  których Ragnar  i 

jego synowie wygnaliby najchętniej z kraju, gdyby tylko mogli.

- Anglicy nazywają go „Scyld Sceafing - Shield with the Sheaf,  czyli Tarcza ze Snopem i 

opowiadają bzdurną historię jak dryfował  przez ocean na swojej tarczy, mając  za żagiel snop 

zboża,  stąd  właśnie  miał  wziąć  się  jego  przydomek.  Nie  wiedzą  jednak,  że  „Sceafing”  to 

znaczy  także  „Syn Sheafa”.  Kim  więc  był  Sheaf?  Kimkolwiek  był,  to  on  właśnie  posłał  za 

morze najpotężniejszego  z  królów  i  powiedział  mu  jak  uczynić  życie  ludzkie  szczęśliwym  i 

pełnym chwały. Sheaf to  imię  zwiastujące  wielkie szczęście,  zwłaszcza  gdy  zostanie  nadane 

bezwiednie. Sheaf lub Shef, bo tak właśnie wymawiają to imię mieszkańcy tych stron.

- Musimy wyrwać chłopca z  rąk Ivara. Jego także ludzie widzieli w tamtym świecie. Nie 

miał jednak ludzkiej postaci.

- To człowiek o wielu obliczach.

- To jeden z rodu demona Lokiego,  zesłany na ziemię,  aby siał  na  niej spustoszenie. Mu-

simy  uchronić  przed nim  mego ucznia. Ale  jak  możemy tego  dokonać?  Jeżeli nie  powstrzy-

mają go twoje perswazje,  Brand,  ani moje  prośby,  czy zdołamy go jakoś przekupić? Czy jest 

coś, czego Ivar pragnie bardziej niż zemsty?

- Nie wiem, co sądzić o tej historii o innych światach - rzekł Brand. - Znalazłem się wśród 

was,  ponieważ mogę przy waszej pomocy zdobyć wiele różnych umiejętności, poza  tym,  po-

dobnie  jak wy,  nie lubię chrześcijan i szaleńców  w  rodzaju Ivara. Ten chłopak dokonał  niez-

wykłej rzeczy przychodząc do obozu po dziewczynę. Trzeba mieć ikrę,  żeby coś takiego zro-

bić.  Wiem  o  tym  dobrze.  Pamiętam,  jak  za  namową  waszych  towarzyszy  przyjechałem  do 

Braethraborgu,  aby  wciągnąć  Ragnarssonów  w  tę  wojnę.  Życzę  chłopcu  jak  najlepiej.  Nie 

znam zamiarów Ivara,  nikt ich pewnie nie zna. Powiem wam jednak, czego mu potrzeba. Być 

może i  on zdaje sobie  z tego sprawę,  mimo swego szaleństwa. Lecz jeśli  nie,  Wężowe  Oko 

powinien przemówić mu do rozsądku.

Kiedy wypowiadał te słowa, pozostali mężczyźni pokiwali ze zrozumieniem głowami.

Shef zorientował  się  od razu,  że  to nie  ludzie  Ivara  przyszli  po  niego.  Nie byli  to  także 

gaddgedlarowie,  nie  wyglądali  też  na  przybyszów  z  Norwegii.  Ludzie,  którzy  po  niego 

przyszli, byli potężnie zbudowani i w sile wieku, włosy mieli już posiwiałe.

Shef  zauważył  srebrne  pasy  i  złote  naramienniki,  świadczące  o  odnoszonych  w 

przeszłości  sukcesach. Kiedy  dowódca straży zastąpił  im  drogę,  Shef nie  dosłyszał  wyjaśni-

enia,  jakiego  jeden z  nich udzielił  szeptem.  Strażnik zaczął  wykrzykiwać  coś w  odpowiedzi 

background image

gestykulując  w  stronę  zrujnowanych  zabudowań  obozu.  Zanim  jednak  zdołał  dokończyć 

zdanie,  rozległ  się  jęk  poprzedzony  głuchym  odgłosem.  Przybysz  spojrzał  na  ziemię 

upewniając  się,  czy sprawa została  zakończona,  a  następnie  schował  do rękawa  worek z  pi-

askiem.

Po  chwili  mężczyźni  rozcinali  już  krępujące  Shefa  więzy. Jego  serce  zaczęło  walić  jak 

szalone. Czy czeka go śmierć? Czy wyciągają  go stąd,  aby poprowadzić na ścięcie?  Shef za-

gryzł wargi. Nie mógł pozwolić sobie na błaganie o litość, zaraz by go wyśmiali.

Zaciągnęli  go  kilka  jardów  dalej  w  stronę  innych  zabudowań,  gdzie  przetrzymywano 

więźniów.  Zatrzymali  się  przed wejściem  do niewielkiej  komórki.  Shef  zorientował  się,  że 

jeden  z  przybyłych  wojowników,  zapewne  ich  przywódca,  przypatruje  mu  się  niezwykle 

uważnie, jakby chciał coś wyczytać z jego twarzy.

- Rozumiesz po norwesku?

Shef skinął głową.

- Zrozum więc, że jeśli ty będziesz mówił,  to bez znaczenia,  lecz jeśli on się odezwie,  być 

może uda ci się zachować życie. Całkiem niewykluczone. Jest  coś,  co ciebie może uratować, 

dla  mnie zaś znaczy jeszcze  więcej. Niezależnie od tego,  czy masz umrzeć czy  nie,  niedługo 

będziesz potrzebował  przyjaciela. Przyjaciela na dworze Ragnarssonów. Jest wiele sposobów, 

w jakie stracić można życie.

Potem  Shef wepchnięty został  do  ciemnej  komórki. W ścianę wbite  były dwa metalowe 

pierścienie,  przez  które przeciągnięto łańcuchy.  Shef poczuł  jak mężczyźni  zakładają  mu  na 

szyję  obręcz,  obręcz  połączoną  z  łańcuchami.  Nogi  pozostawili  nie  związanejednak  jego 

ręce były wciąż skrępowane. Mógł  wstać i przechadzać się po kilka  kroków w  każdą  stronę, 

tyle na ile pozwalał łańcuch.

Wkrótce Shef zorientował  się, że w celi znajduje się ktoś jeszcze. Widział  zwieszający się 

ze ściany łańcuch, ginący gdzieś w ciemności. Wyobrażając sobie leżącą na ziemi postać poc-

zuł nagle przypływ lęku i wstydu.

- Panie? - spytał niepewnie. - Panie, czyś jest królem?

Postać wzdrygnęła się nerwowo.

-  Jestem  król  Edmund,  syn  Edwolda,  władca  East  Anglii.  Lecz  kim  ty  jesteś,  skoro 

mówisz  jak człowiek  z  Norfolku?  Nie  jesteś żadnym  z  mych  rycerzy. Czy przybyłeś wraz  z 

pospolitym ruszeniem?  Zostałeś schwytany w  lesie? Zbliż  się  trochę,  abym  mógł  ujrzeć  twe 

oblicze.

Shef odwrócił się w stronę króla, a promień słońca oświetlił nagle jego twarz.

-  A  więc  to  ty.  Ty,  który  stanąłeś  pomiędzy  mną  a  Ivarem.  Pamiętam  cię  dobrze.  Nie 

miałeś  pancerza  ani  broni,  lecz  powstrzymałeś  przez  dobrą  chwilę  jednego  z  moich 

najlepszych  ludzi,  Wiggę.  Gdyby  nie  ty,  to  byłyby  ostatnie  chwile  w  życiu  Ragnarssona. 

background image

Dlaczego Anglik miałby ratować Ivara? Uciekłeś swemu panu? Byłeś niewolnikiem u zakon-

ników?

- Moim panem  był  twój tan,  Wulfgar - rzekł  Shef. - Wiesz panie,  co zrobili z nim wikin-

gowie.

Król skinął  głową. Oczy Shefa  przyzwyczaiły się  do  słabego oświetlenia i  chłopak mógł 

już  przypatrzeć  się  obliczu  swego  władcy.  Oblicze  to  nie  wyrażało  litości,  było  skupione  i 

poważne.

-  Zabrali  też  jego  córkę,  moją  mleczną  siostrę.  Przyszedłem  tutaj,  aby  ją  odzyskać.  Nie 

zamierzałem  chronić  Ivara,  lecz  twoi  ludzie,  panie,  zamierzali  zabić  ich  oboje.  Chciałem 

tylko, abyś pozwolił  mi zabrać ją na bok. Wtedy przyłączyłbym się do ciebie. Nie jestem wik-

ingiem.  Dwóch z nich zabiłem  własnymi rękami.  Poza  tym zrobiłem  coś dla ciebie,  mój  pa-

nie, coś co usiłowali wcześniej twoi ludzie...

- Zrobiłeś to, widziałem. Wołałem, aby ktoś przełamał  pierścień i tobie się to udało. Tobie 

i  garstce  wieśniaków,  przy  pomocy  masztu.  Gdyby Wigga  o  tym pomyślał,  albo Totta,  albo 

Eddi, zrobiłbym z nich najbogatszych ludzi w królestwie. Co też ja wtedy obiecywałem?

Edmund pokręcił w milczeniu głową i spojrzał na Shefa.

- Czy  wiesz,  co oni chcą ze  mną  zrobić?  Budują  teraz  ołtarz ku czci swoich pogańskich 

bogów. Jutro przyjdą po mnie i położą mnie na nim. Wtedy wkroczy Ivar. Zabijanie królów  to 

jego rzemiosło. Powiedzieli mi,  że na jutro przygotował  on coś specjalnego. Chciał  zostawić 

to dla króla Northumbrii,  Elli, zabójcy jego ojca,  lecz zdecydował, że ja także na to zasługuję. 

Położą mnie na ołtarzu,  twarzą do ziemi. W środek moich pleców Ivar wbije swój miecz. Wi-

esz,  jak  żebra  przylegają  ściśle  do  kręgosłupa  i  tworzą  na  piersiach  kościaną  klatkę?  Ivar 

będzie nacinał  je po kolei  zaczynając  od tych na samym dole. Mówią,  że  użyje  miecza tylko 

do pierwszego cięcia, potem korzystać będzie z młota i dłuta. Potem wykroi w plecach wielką 

dziurę, włoży do środka ręce i będzie wyciągać stamtąd żebra, jedno po drugim.

Król mówił spokojnie.

- Sądzę,  że powinienem wtedy umrzeć. Mówią,  że potrafi pozostawić człowieka przy ży-

ciu,  aż do tego  momentu,  jeżeli  tylko uda mu się  ciąć  nie zbyt  głęboko. Lecz kiedy wyciąga 

żebra na  zewnątrz, serce  musi pęknąć. Na koniec wyciągają też  twoje płuca i ustawiają żebra 

w  ten  sposób,  że  wyglądają  jak skrzydła  kruka  lub  orła.  Dlatego nazywają  to  „wycinaniem 

krwawego orła”. Zastanawiam,  jakie to będzie uczucie,  kiedy zatopi ostrze w  moich plecach. 

Wiesz  chłopcze,  wydaje  mi  się,  że jeśli uda  mi się  zachować  zimną krew  do tego  momentu, 

reszta  pójdzie  już  łatwo.  Ale  dotyk tej  zimnej  stali  na  plecach,  zanim  jeszcze  nastąpi  ból... 

Nigdy  nie  sądziłem,  że  coś  takiego  może  mnie  spotkać.  Chroniłem  mój  lud,  nigdy  nie  zła-

małem żadnej przysięgi, byłem hojny dla sierot. Czy wiesz,  chłopcze, co powiedział Chrystus, 

kiedy wisiał umierający na krzyżu?

background image

Shef potrząsnął  głową. Nauki ojca Andreasa ograniczały się zazwyczaj do przypominania 

o obowiązku daniny na rzecz Kościoła.

- „Mój Boże, czemuś mnie opuścił?”

Król zamilkł na chwilę.

- Wiem  dobrze,  dlaczego  on  chce  to zrobić. W końcu jestem  władcą,  tak jak on. Wiem, 

czego  potrzebują  teraz  jego  ludzie.  Ostatnie  miesiące  nie  były dobre  dla  jego armii.  Wyda-

wało  im  się,  że  będą  mieli  łatwy początek kampanii,  zanim zdecydują  się  ruszyć  na York.  I 

tak mogło się stać,  gdyby nie to, co zrobili z twoim opiekunem. Niewiele udało im się zebrać 

łupów,  ot  garstkę  niewolników,  a  teraz  jeszcze  przerzedziły  im  się  szeregi.  Widzieli  swoich 

przyjaciół,  jak umierali z  ran,  a  wielu czeka jeszcze na śmierć  ze zgorzeli. Jeżeli nie zobaczą 

czegoś naprawdę  krzepiącego,  gotowi są stracić ducha. Ivar potrzebuje jakiegoś tryumfu. Eg-

zekucji. Albo...

Shef przypomniał sobie ostrzeżenie, jakie usłyszał przy wejściu do celi.

- Nie mów zbyt otwarcie, panie. Oni chcą, żebyś mówił. Chcą też, żebym ja słuchał.

Edmund  zaśmiał  się  krótko.  Słońce  było  już  nisko  i  w  celi  panowała  niemal  zupełna 

ciemność.

-  Słuchaj  więc. Obiecałem  ci  połowę  skarbu  Raedwalda,  jeśli  rozbijesz  linię  wikingów. 

Zrobiłeś  to.  Możesz  mieć  nawet  cały  skarb,  powierzę  ci  sekret,  a  ty  zrobisz,  co  będziesz 

uważał. Ten,  kto przekaże im tę wiadomość, uratować może życie i sporo zyskać. Gdybym to 

ja  im  o  tym  powiedział,  mógłbym  zostać  jarlem.  Nie  jest  jednak  rzeczą  króla  kierować  się 

lękiem. Ale  ty,  chłopcze,  zyskać możesz niejedno. Słuchaj więc  uważnie i dobrze zapamiętaj. 

Zdradzę ci sekret skarbu Wuffingasów.

Król zamilkł, a po chwili zaczął mówić półgłosem:

Gdzie bród u wierzb, drewniany most

Tam królów ród w swych łodziach śpi

Cztery pagórki w ziemi tkwią;
Patrz na północ i omiń trzy.
W czwartym spoczywa tajemny skarb,

Strzeże go Wuffa, z Wehhy krwi.

Odszukaj go, jeśli masz hart.

Głos zamarł nagle.

background image

- To moja ostatnia noc, chłopcze. Być może twoja także. Pomyśl co zrobić, aby uratować 

życie.  Nie  sądzę,  by  angielska  zagadka  okazała  się  prosta  dla  wikingów.  Lecz  jeśli  z  ciebie 

tylko zwykły prostaczek, ty także nie pojmiesz ni słowa.

 Rozdział jedenasty

Wielka armia gnębiona była  niepokojem i niepewna swej siły,  dokładnie  jak przewidział 

to  król  Edmund.  Została  zaskoczona  i  częściowo  rozbita  przez  władcę  niewielkiego  pańs-

tewka, królika,  o którym nawet nie słyszeli i choć wszystko skończyło się pomyślnie,  w głębi 

serca  wikingowie  wiedzieli,  że  nie  są  jeszcze  zdolni  do  następnej  bitwy. Wprawdzie  zabici 

zostali  już  pochowani,  ranni  przychodzili  do  zdrowia,  a  dowódcy  poszczególnych  kontyn-

gentów  porozumieli się  w  sprawie  wymiany ludzi i sprzętu,  jednak wojownicy potrzebowali 

czegoś,  co  przywróciłoby  im  wiarę  we  własne  siły.  Jakiegoś  rytuału,  który  pomógłby  im 

uwierzyć,  że  nadal  są  wielką  armią  -  postrachem  chrześcijan,  niezwyciężonymi  zastępami 

Północy.

Od samego rana ludzie tłoczyli się wokół  wytyczonego poza obrębem obozu terenu, gdzie 

miało  odbyć  się  wielkie  zebranie.  Zgodnie  z  tradycją,  aplauz  miano  wyrażać  uderzeniami 

mieczy o tarcze. W tym samym czasie trwała narada przywódców.

Shef  był  przygotowany  na  przyjście  żołnierzy.  Odczuwał  silny  głód  i  silne  pragnienie, 

które wysuszyło mu język i usta,  był  jednak w pełni świadomy i czujny. Edmund także już się 

obudził, nie zdradzał jednak tego żadnym ruchem. Shef nie odważył się do niego przemówić.

Ludzie Wężowego Oka  zjawili się z tą  samą pewnością  siebie,  co poprzedniego  dnia. W 

przeciągu kilku sekund zdjęli Shefowi żelazną obręcz i wyprowadzili go na zewnątrz w półm-

rok  jesiennego  poranka.  Nad  rzeką  wciąż  wisiała  mgła,  kropelki  wody  zebrały  się  też  na 

krawędzi dachu. Shef wpatrywał  się w nie intensywnie, zastanawiając się,  czy udałoby mu się 

je zlizać.

- Rozmawialiście wieczorem. Co ci powiedział?

background image

Shef  potrząsnął  głową  i  wskazał  skrępowanymi  rękami w  kierunku pasa  mężczyzny,  do 

którego przywiązany  był  skórzany  bukłak. Mężczyzna  podał  mu  go  w  milczeniu. W środku 

było piwo,  gęste i zawiesiste,  zaczerpnięte bez  wątpienia z samego dna beczki. Shef wypił  je 

duszkiem przechylając  głowę do tyłu. Kiedy skończył,  wytarł  usta  rękami  i poczuł  jak piwo 

zaczyna  wypełniać  całe  jego  ciało  niczym  skórzany  worek.  Wikingowie  obserwowali  go  z 

rozbawieniem.

- Dobre,  co? Piwo jest dobre. Życie także. Jeśli chcesz spróbować więcej obu tych rzeczy, 

lepiej nam opowiedz, co usłyszałeś.

Dolgfinn obserwował  twarz  Shefa  z  niezwykłą  uwagą. W jego  oczach czaiła  się  wątpli-

wość, był  w nich jednak także upór. Mężczyzna odwrócił  się i przywołał  ręką jednego ze sto-

jących  w  pobliżu  wojowników.  Shef  od  razu  go  rozpoznał.  Ten  człowiek  ze  złotym 

łańcuchem na szyi i mieczem o srebrnej rękojeści był jego ojcem.

Kiedy  ruszył  w  stronę  Shefa,  pozostali  cofnęli się  nieco,  aby  pozostawić  obu mężczyzn 

sam  na sam.  Przyglądali  się  sobie  przez  kilka  selcund,  badając  wzrokiem  od stóp do  głów. 

Patrzy  na  mnie  w  ten  sam  sposób  w  jaki  ja  patrzę  na  niego  -  pomyślał  Shef.  Próbuje  roz-

poznać się w moim ciele, ja zaś w jego. Wie już, że jestem jego synem.

- Spotkaliśmy się już  kiedyś - zaczął  Sigvarth - na pewnej  drodze.  Muirtach powiedział, 

że w obozie jest pewien młody Anglik, który przechwala się, że mnie pokonał w walce. Teraz 

mówią mi,  że jesteś mym synem. Twierdzi tak ten pomocnik medyka,  chłopak, który przybył 

tu wraz z tobą. Czy to prawda?

Shef skinął głową.
- To świetnie. Tęgi z  ciebie  zuch,  dobrze walczyłeś. - Sigvarth podszedł  jeszcze  bliżej  i 

dotknął  bicepsów  Shefa.  -  Stoisz  jednak  po  złej  stronie,  synu.  Wiem,  że  twoja  matka  to 

Angielka,  ale  tak samo jest z połową wojowników naszej armii. Można  by powiedzieć,  że są 

Anglikami,  Frankami,  Irlandczykami  albo  Finami,  lecz  krew  dziedziczy  się  po  ojcu.  Wiem 

oczywiście,  że ciebie wychowali Anglicy, chował  cię ten głupiec, którego chciałeś ocalić. Ale 

co oni dla ciebie właściwie zrobili? Jeżeli wiedzieli,  że jesteś moim synem,  śmiem twierdzić, 

że ciężkie było twoje życie. Czy się mylę?

Sigvarth spojrzał na chłopca, świadom, że słowami tymi powinien go sobie zjednać.

- Uważasz pewnie,  że zostawiłem  cię tam na pastwę losu. Masz rację,  tak było. Lecz nie 

wiedziałem wtedy o twoim istnieniu,  nie  znałem cię. Teraz  jest inaczej. Widzę,  jak wyrosłeś, 

widzę,  że mógłbyś stać się  moją chlubą. Powiedz tylko słowo,  a  uznam cię swoim prawowi-

tym  synem. Będziesz miał  takie same  prawa i przywileje  jakbyś się narodził  w  moim  domu. 

Porzuć  Anglików.  Porzuć  chrześcijan.  Zapomnij  o  swojej  matce.  Pójdę  do  Ivara  i  poroz-

mawiam z nim  o tobie,  jako o moim synu,  a  słowa moje poprze Wężowe Oko. Masz kłopot, 

synu, i trzeba cię z niego wyciągnąć.

background image

Shef spojrzał  w  górę ponad ramieniem ojca. Przypomniał  sobie koński żłób i znoszone  z 

pokorą  razy.  Przypomniał  sobie  klątwę,  jaką  rzucił  na  niego  ojczym  i  oskarżenie  o  tchór-

zostwo.  Przypomniał  sobie  niekompetencję,  ociężałość  i  powolność  angielskich  oddziałów, 

rozdrażnienie Edricha z powodu ich niezdecydowania. Czy można odnosić zwycięstwa mając 

przy  boku  takich  ludzi?  Później  dostrzegł  stojącego  kilka  kroków  za  plecami  Sigvartha 

młodzieńca o jasnej cerze i wystających jak u konia  siekaczach. On także jest  synem  Sigvar-

tha  -  pomyślał  Shef.  Jeszcze  jeden  przyrodni  brat.  W  dodatku  wyraźnie  nierad  z  obrotu 

sprawy.

Shef przypomniał sobie śmiech Alfgara dochodzący z zarośli.

- Co powinienem uczynić? - spytał w końcu.

-  Opowiedz  nam,  co  usłyszałeś  od  króla  Jatmunda.  Albo  wyciągnij  z  niego  to,  co 

chcielibyśmy wiedzieć.

Shef przyjął  wyzwanie i splunął  prosto na skórzany but ojca błogosławiąc w myśli wypite 

piwo.

-  Odrąbałeś  ręce  i  nogi  Wulfgara,  podczas  gdy  przytrzymywali  go  twoi  ludzie.  Potem 

pozwoliłeś im zgwałcić moją matkę, nie zważając na to, że  urodziła ci  syna. Nie jesteś żaden 
„drengir”. Jesteś niczym. Przeklinam krew, którą od ciebie dostałem.

W jednej  chwili  pomiędzy  nimi  stanęli ludzie  Sigurtha,  próbowali  powstrzymać  Sigvar-

tha, który chwytał  już za miecz. Nie opierał się jednak zbyt silnie. Kiedy odciągali go do tyłu, 

wciąż  wpatrywał  się  w  syna  z  jakąś tęsknotą  w  oczach. Myśli  pewnie,  że  pozostało jeszcze 

coś do powiedzenia - zreflektował się Shef. Stary głupiec.

-  A  więc  zrobiłeś,  co  chciałeś  -  mruknął  Dolgfinn,  wysłannik  Sigurtha,  popychając 

chłopca do przodu. - Twoja sprawa. Wyprowadźcie  go na zewnątrz,  za palisadę - zwrócił  się 

do swoich ludzi. - Przyprowadzicie tam też tego króla,  wcześniej  jednak upewnijcie  się,  czy 

aby  nie  nabrał  rozumu. Ci Anglicy nie  potrafią  walczyć  ani  się  poddać,  kiedy  trzeba. Teraz 

życie Jatmunda należy do Ivara, a przed zmierzchem stanie przed obliczem Odyna.

Armia wikingów zebrała się już za wschodnią palisadą. Ludzie tłoczyli się po trzech stro-

nach  pustego  kwadratu,  wzdłuż  czwartego  boku  stali  jedynie  jarlowie  oraz  całe  najwyższe 

dowództwo z Ragnarssonami na czele.

W chwili, gdy podchodził  tam eskortowany przez  grupkę wojowników  Shef,  z gardeł  ze-

branych  popłynął  nagle  tryumfalny  okrzyk,  któremu  towarzyszył  brzęk  metalu.  Sekundę 

później  miecz  odrąbał  głowę  stojącemu  w  rogu  wysokiemu  mężczyźnie  o  kredowobiałej 

twarzy.  Shef  patrzył  z  niedowierzaniem,  widział  już  w  swoim  życiu  wiele  trupów,  ale  taka 

scena była dla niego nowością. Nie dadzą mi wiele czasu na przygotowanie,  pomyślał. Muszę 

być gotowy, jak tylko usłyszę brzęk mieczy.

background image

- Co to za jeden? - spytał Shef wskazując w stronę rzucanej właśnie na stos głowy.

-  To  jeden  z  angielskich  rycerzy.  Ktoś  mówił,  że  walczył  naprawdę  dobrze  i  wiernie 

bronił  swego pana,  więc powinniśmy dostać za niego okup. Lecz Ragnarssonowie postanow-

ili, że nie czas teraz na branie okupów. Trzeba dać Anglikom lekcję. Teraz twoja kolej.

Żołnierze wypchnęli go do przodu,  niemal na  sam  środek kwadratu,  tak że  znalazł  się  o 

dziesięć kroków od najwyższych dowódców.

-  Kto  ma  ochotę  przedstawić  tę  sprawę?  -  odezwał  się  jeden  z  mężczyzn  donośnym 

głosem.

Gwar  zaczął  wyraźnie  słabnąć.  Z  szeregu  wyszedł  Ivar  Ragnarsson.  Jego  prawe  ramię 

unieruchomione było na temblaku. To dlatego nie mógł  walczyć przeciw  rycerzom Edmunda 

- pomyślał Shef.

- Ja ją przedstawię - rzekł  Ivar. - Stoi przed wami nie wróg, lecz zdrajca. Nie jest to jeden 

z  ludzi  Jatmunda,  lecz  jeden  z moich.  Przyjąłem go  do  swego  oddziału,  nakarmiłem,  dałem 

schronienie. Kiedy przyszli Anglicy,  nie walczył  dla mnie. W ogóle nie walczył. Przybiegł  do 

mojego obozu  i  uprowadził  moją kobietę.  Skradł  mi  ją,  a  ona nigdy  już nie  może  mi  zostać 

zwrócona. Nie należy już do mnie, choć została mi ofiarowana w majestacie prawa przez jarla 

Sigvartha. Wyznaczyłem  okup  za tę  dziewczynę,  lecz on nie  może  go  spłacić. Nawet  jednak 

gdyby mógł, zabiłbym go za wyrządzoną mi zniewagę. Poza tym nasza armia powinna ukarać 

go za zdradę. Kto jest za?

-  Popieram  -  zawołał  posiwiały  mężczyzna  stojący  obok  Ivara,  zapewne  Ubbi  lub 

Halvdan. W każdym razie któryś z Ragnarssonów, jednak nie ich wódz, Sigurth, który stał bez 

ruchu  w  samym  środku  szeregu.  -  Popieram  cię  -  ciągnął  mężczyzna.  -  Ten  człowiek  miał 

szansę wykazać się lojalnością,  odrzucił  ją jednak. Przyszedł  do naszego obozu jako szpieg i 

złodziej.

- Jaką karę proponujesz? - spytał herold.
-  Śmierć  to  zbyt  mało  -  wykrzyknął  Ivar.  -  Żądam  jego  oczu  za  zniewagę,  jaką  mi 

wyrządził,  żądam  jego  jaj  za  to,  że  zabrał  mi  kobietę.  Żądam  jego  rąk  za  zdradę,  jakiej 

dopuścił się w stosunku do armii. Kiedy będzie po wszystkim, niechaj zachowa swe życie.

Shef poczuł  jak przeszywa  go  dreszcz.  Jego kręgosłup zamienił  się nagle w  kawał  lodu. 

Zaraz  rozlegnie się  okrzyk i brzęk stali,  pomyślał  z  przerażeniem,  a  potem  pójdzie prosto w 

ręce kata.

Z tłumu stojących po przeciwległej stronie mężczyzn wyszedł  jednak potężny wojownik z 

przewiązaną zaplamionym bandażem ręką.

- Jestem Brand. Zna mnie tutaj wielu.

Jego słowom towarzyszył okrzyk poparcia i aprobaty.

background image

-  Chciałem  powiedzieć  o  dwóch  rzeczach.  Po  pierwsze,  powiedz  nam  Ivarze,  skąd 

wziąłeś tę  dziewczynę? Albo  skąd wziął  ją  Sigvarth?  Jeżeli ją  porwał,  a  chłopak zabrał  ją  z 

powrotem,  co  jest  w  tym  złego?  Powinieneś  był  go  zabić  w  czasie  kradzieży.  Jeśli  tego nie 

zrobiłeś,  zbyt  późno już,  żeby wzywać  do zemsty.  Jest  jeszcze  druga  rzecz.  Przyszedłem  ci 

pomóc, Ivarze,  kiedy otoczyli cię rycerze Jatmunda. Walczę już od dwudziestu lat i nigdy się 

nie cofnąłem przed atakiem. Tę oto ranę dostałem,  gdy walczyłem za ciebie. Przerwij mi, jeśli 

to  nieprawda! Widziałem  jak angielski  król wraz  ze  swymi  wyszedł  prosto na  ciebie.  Byłeś 

ranny  i  nie  mogłeś  nawet  unieść  miecza. Twoi  ludzie  byli  martwi,  a  ja  miałem  tylko  lewą 

rękę,  aby  cię  bronić. Kto  wtedy zasłonił  cię  swoim  ciałem,  jeśli  nie  ten młodzieniec? To  on 

właśnie  powstrzymał  Anglików  dopóki  nie wróciłem  tam  wraz  z Arnketilem i  jego drużyną. 

Powiedz, Arnketilu, czy ja kłamię?

-  Było  tak  jak  powiedziałeś,  Brandzie  -  odezwał  się  ktoś  z  tłumu.  -  Widziałem  Ivara, 

widziałem Anglików,  widziałem też chłopca. Pomyślałem,  że zaraz zabiją go w tej  potyczce i 

zrobiło mi się. przykro, bowiem walczył dzielnie.

- Tak więc  oskarżenie  o porwanie  upada. Oskarżenie o zdradę nie  jest  prawdziwe,  bow-

iem właśnie  temu chłopcu zawdzięczasz  życie. Nie wiem,  co łączyć  go może z  Jatmundem, 

chcę  jednak  powiedzieć,  że  jeśli  jest  dobry  w  porywaniu  kobiet,  mam  dla  niego  miejsce  w 

swojej  drużynie. Potrzeba nam  paru nowych ludzi. A jeśli  ty nie  potrafisz  sam strzec  swoich 

kobiet, Ivarze, w porządku, twoja sprawa, ale nie mieszaj do tego armii.

Shef zobaczył,  jak Ivar podchodzi do Branda wpatrując się w  niego z nienawiścią i obli-

zując wargi językiem niczym wąż. Wokół  rozległ  się pomruk zainteresowania. Nie był  to ob-

jaw wrogości, żołnierze lubili takie przedstawienia.

Brand nie poruszył  się nawet, oparł  tylko lewą dłoń na rękojeści miecza. Ivar stanął  jakieś 

trzy kroki  od  niego  i  podniósł  do  góry zabandażowaną  rękę,  tak  żeby  wszyscy  mogli  ją  zo-

baczyć.

-  Kiedy  twoja  dłoń  będzie  już  sprawna,  przypomnę  sobie,  co  mi  teraz  powiedziałeś, 

Brandzie - syknął Ivar.

- Ja też ci o tym przypomnę, kiedy wyleczysz już swój bark - odparował Brand.

Ich  spór  przerwał  nagle  potężny  i  lodowaty  głos  Sigurtha  Ragnarssona,  zwanego 

Wężowym Okiem.

-  Armia  ma  przed  sobą  znacznie  poważniejsze  rzeczy  niż  dyskusje  o  chłopcach. 

Słuchajcie  więc.  Mój  brat  Ivar  musi  dostać  zapłatę  za  uprowadzoną  kobietę.  W zapłacie  za 

własne życie, Ivar musi zwrócić chłopcu jego życie,  i nie okaleczyć go zbyt dotkliwie. Chłop-

iec musi żyć,  lecz musi także zostać ukarany. Przyszedł  tu jako jeden z nas, lecz nie zachował 

się  jak  nasz  prawdziwy  towarzysz.  Gdy  nas  zaatakowano,  myślał  o  własnym  zysku.  Jeżeli 

miałby przyłączyć się do załogi Vigi-Branda,  musimy dać mu lekcję. Nie obetniemy mu ręki, 

background image

bo  nie  będzie  mógł  walczyć,  nie  pozbawimy jąder,  bo  nie  chodziło tu  naprawdę  o kradzież 

kobiety. Armia zabierze mu jednak oko.

Shefowi z trudem udało się ustać na swoim miejscu, kiedy usłyszał okrzyk aprobaty.
- Nie dwoje oczu. Jedno. Co na to armia?

Jego  słowa  powitał  ryk  entuzjazmu  i  brzęk  ostrzy.  Shef  popchnięty  został  w  narożnik 

kwadratu. Mężczyźni  rozstąpili  się  i  chłopiec  ujrzał  metalowy kosz  z  rozgrzanymi  do  czer-

woności węglami i Thorvina dmuchającego w  miechy. Do Shefa  podszedł  pobladły ze zden-

erwowania Hund.

-  Trzymaj  się  -  mruknął  po  angielsku,  podczas  gdy  mężczyźni  przewrócili  Shefa  na 

ziemię  i  odchylili  do  tyłu  jego  głowę.  Shef  zorientował  się,  że  brązowe  ramiona,  które 

obejmują go jak kleszcze,  należą do Thorvina. Próbował się wyrwać,  krzyczeć, oskarżyć ich o 

zdradę, ale ktoś wepchnął  mu w usta kawał szmaty. Do jego twarzy zbliżała się rozżarzona do 

białości  igła,  czuł  naciskający  na  gałkę  oczną  kciuk.  Zacisnął  mocno  oczy  i  raz  jeszcze 

spróbował przekrzywić głowę, krzyknąć.

Czuł  bezustanny,  nieubłagany uścisk. Opalony nad ogniem szpic igły zbliżał  się wciąż do 

prawego oka. Ból, paroksyzm bólu ogarniający niczym rozszalały ogień wszystkie zakamarki 

mózgu. Po chwili łzy i krew zmieszane razem i spływające wolno po policzku,  a gdzieś w tle 

syk rozgrzanego metalu zanurzanego w wodzie.

Unosił  się  w  powietrzu,  właściwie  wisiał  nogami  ku  ziemi.  Jego  oko  przebite  było 

ostrzem, a przeraźliwy ból wykrzywił twarz.  Ból nie  zmniejszał się wcale, nie  zanikał. Umysł 

jednak był jasny i skupiony.

Nietknięte  było  także  jego  drugie  oko.  Pozostało  otwarte  i  nie  mrugało  nawet. 

Niezależnie,  w  którym  ze  światów  się  akurat  znajdował,  mógł  się  przyglądać  wszystkiemu. 

Teraz był  bardzo,  bardzo  wysoko.  W  dole  widział  góry,  równiny,  rzeki  i  morza,  na  których 

bieliły się czasem żagle wikingów. Po równinach maszerowały wielkie armie wzbijając w górę 

tumany kurzu: to chrześcijańscy  królowie  Europy i pogańscy  nomadowie  przygotowywali  się 

do  kolejnej  wojny.  Zorientował  się,  że  jeśli  zwęził  odpowiednio  oczy,  a  właściwie  oko, 

dostrzec  mógł  co  tylko  zapragnął.  Mógł  czytać  z  ust  dowódców  i  żołnierzy,  z  ust  cesarza 

Greków i tatarskiego chana.

Pomiędzy nim a rozpościerającym się w dole światem szybowały ptaki. Dwa z nich minęły 

go  całkiem  blisko,  tak  że  dostrzec  mógł  żółty  błysk  ich  inteligentnych  oczu.  Ich  pióra  były 

połyskliwie czarne, a dzioby  ostro zakrzywione. To kruki,  kruki, które  wydziobywały  ludziom 

oczy. Przyjrzał im się nieruchomym wzrokiem, a one zwinęły skrzydła i odleciały pospiesznie.

Igła  przeszywająca  oko,  czy  to  ona  utrzymywała go  w  powietrzu?  Na  to  wyglądało.  W 

takim  jednak  razie  powinien  był  już  dawno  nie  żyć.  Nikt  nie  mógł  żyć  z  ostrzem 

background image

przechodzącym  przez  mózg  i  czaszkę  i  wbitym  w  drzewo.  Znowu  przeszył  go  ból.  Twarz 

wykrzywił  grymas,  ręce  zwieszały  się  w  dół, bezwładne  jak  u  trupa. Zobaczył  nadciągające 

kruki: zaciekawione,  tchórzliwe, sprytne  i  wyczulone na  każdy  objaw  słabości. Szybowały  w 

jego  stronę,  trzepotały  skrzydłami.  Były  coraz  bliżej.  W   końcu  kilka  wylądowało  na  jego 

barkach. Tym razem wiedział jednak, że nie powinien obawiać się ich dziobów. Przyleciały do 

niego, aby dodać mu otuchy, podtrzymać na siłach. Zbliżał się król.

Postać uniosła się z tego punktu na ziemi, od którego odwrócił właśnie wzrok i zatrzymała 

się tuż przed nim. Była naga, a twarz wykrzywiało jej nieludzkie cierpienie. Ujrzał  lejącą się 

po biodrach krew, sterczące z pleców krwawe skrzydła i całkowicie zapadniętą pierś. W  dłoni 

trzymała własny kręgosłup.

Przez  moment  wisieli  tak  twarzą  w  twarz,  oko w  oko.  Postać  rozpoznała  go,  zmierzała 

jednak ku swemu odległemu przeznaczeniu, poza obrębem dziewięciu światów. Tam gdzie nikt 

prawie się nie zapuszcza. Poczerniałe wargi poruszyły się nieznacznie.

- Nie zapomnij. Nie zapomnij słów, których cię nauczyłem.

Ból w oku Shefa podwoił  się jeszcze,  chłopak krzyknął  i potrząsnął  głową chcąc uwolnić 

się od przytrzymującego go szpikulca. Nagle poczuł wokół siebie delikatny dotyk czyichś rąk. 

Powoli otworzył  oko. Nie był  to już panoramiczny krajobraz dziewięciu światów rozciągający 

się  z  wierzchołka  wielkiego  dębu,  lecz  pochylająca  się  nisko  twarz  Hunda.  Hunda  trzy-

mającego  igłę.  Shef krzyknął  ponownie  i  starał  się  wyswobodzić  z uścisku,  ręce  jednak za-

cisnęły się na nim jeszcze mocniej.

-  Spokojnie,  spokojnie  -  szeptał  Hund.  -  Już  po  wszystkim.  Nikt  cię  już  nie  tknie. 

Należysz do armii, do drużyny Branda z Halogalandu. Przeszłość została zapomniana.

- Muszę sobie przypomnieć... - krzyknął Shef.
- Co takiego?

Łzy wypełniły jego oczy, to zdrowe i to, które właśnie stracił.

- Nic już nie  pamiętam... - szepnął. - Zapomniałem sekretne słowa wypowiedziane przez 

króla.