background image

W

IARA

,

 

N

ADZIEJA

,

 

M

IŁOŚĆ

 

A

GNIESZKA 

H

AŁAS

 

 

background image

Okręt spełnionych snów 

I fala burząca chęć 

Nadzieja widm, niespełnionych mar 

Horyzont marzeń - kres wędrówki tej 

Brutalny tak, Ŝe nie wiem 

Jak wstać 

(Ankh, „Miłość utracona") 

Ostateczne rzeczy człowieka: Śmierć. Sąd BoŜy. Niebo albo piekło. 

(Katechizm Kościoła katolickiego) 

1. Buntownicy i wyroki 

Erin  przestała  w  końcu  płakać,  bo  ileŜ  moŜna.  Wytarła  nos,  wyrzuciła  mokre 

chusteczki do śmieci i poszła do łazienki, Ŝeby się doprowadzić do porządku. 

Była  wysoką,  zgrabną kobietą  o  rudych  jak  ogień  włosach.  Lata  tańca  wyrzeźbiły 

jej ciało. Nawet teraz nie garbiła się, nie powłóczyła nogami, lecz poruszała się z 

gracją modelki na wybiegu. Masz w sobie coś z pantery, Ŝartował swego czasu jej mąŜ, 

chodzisz, jakbyś polowała. 

ś

eby to szlag, Jeremy, dlaczego cię tu teraz nie ma? Czemu właśnie tak wyszło? 

Nie  byli  idealnym  małŜeństwem,  ale  jakoś  sobie  radzili,  w  sumie  nie  było  źle.  AŜ 

pewnego dnia on zginął w wypadku samochodowym. Pstryk, tak po prostu. 

Odkręciła kran i przez chwilę bezmyślnie patrzyła, jak przezroczysty strumień znika 

w ciemnym otworze na dnie umywalki. Gdyby Jeremy Ŝył, wiele rzeczy wyglądałoby 

inaczej.  MoŜe  miałaby  teraz  motywację,  Ŝeby  się  szarpać.  Albo  gdyby  były  dzieci... 

Ale  nie  miała  nikogo  -  dzięki  czemu  wybieranie  prostych  rozwiązań  przychodziło  o 

niebo łatwiej. 

Obmyła  twarz  zimną  wodą,  Ŝeby  pozbyć  się  śladów  łez,  wytarła  czystym 

ręcznikiem.  Rozpuściła  swoją  ognistą  burzę  i  starannie  uczesała  się  na  nowo.  Po 

background image

namyśle nałoŜyła nieco fluidu na sińce pod oczami. Tusz na rzęsy, błyszczyk na usta. 

Więcej nie potrzebowała, zawsze malowała się bardzo oszczędnie. 

Ucałowała  swoje  odbicie  w  lustrze  i  wyjęła  z  szafki  opakowanie  Ŝyletek. 

Wychodząc z łazienki na moment zgięła się wpół, przeszyta bólem. 

Mieszkanie  było  wysprzątane  do  granic  sterylności.  Gwoli  formy  -jeszcze  tego 

brakowało, Ŝeby ci, którzy się tu zjawią jutro, zastali nieporządek. 

Na  telewizorze  leŜał  plik  kartek.  Wyniki  badań,  do  których  nie  było  sensu  po  raz 

kolejny zaglądać, wszystko juŜ znała na pamięć. Guz lewej n6rki wielkości grejpfruta, 

zajęte  pobliskie  węzły  chłonne.  Scyntygrafia  uwidoczniła  przerzuty  do  kręgosłupa  i 

kości  biodrowej.  TuŜ  po  świętach  połoŜyliby  ją  na  oddział.  Operacja,  potem 

naświetlania i cytostatyki, Ŝeby  kupić - no właśnie, ile? Dodatkowych parę  miesięcy, 

moŜe  rok?  Ale  jaki  sens,  do  cholery.  Po  chemioterapii  osłabnie,  jej  piękne  włosy 

wypadną... I nigdy juŜ nie będzie mogła tańczyć. 

W  pokoju  pomroczniało,  ale  postanowiła  nie  zapalać  światła.  Za  oknem  zapadał 

fioletowy  zmierzch.  Na  werandach,  ogrodzeniach  i  krzewach  migotały  dekoracje  z 

kolorowych  lampek.  U  sąsiadów  z  naprzeciwka  w  oknie  salonu  pyszniła  się  okazała 

choinka. 

Wesołych pieprzonych Świąt, ludzie. Merry fucking Christmas. 

Erin Dale usiadła wygodnie w fotelu. Wyjęła z opakowania jedną nowiutką Ŝyletkę 

i głęboko, starannie przecięła Ŝyły na nadgarstkach obu rąk. 

Chmury zasłaniały niebo nad lasem, dzień był chłodny, ale nie deszczowy. Drzewa, 

przedwczoraj  pyszniące  się  wszystkimi  odcieniami  czerwieni  i  złota,  wczoraj  juŜ  nie 

miały liści, zaś dzisiaj pojawiły się na nich nabrzmiewające młode pączki. W lesie co 

kilka  dni  zmieniały  się  pory  roku.  Na  przemian  następowały  po  sobie:  wiosna,  lato, 

jesień. 

Nigdy  zima.  ,  Człowiek,  któremu  ofiarowano  to  miejsce,  nie  lubił  zimy  i  nie 

tęsknił za nią. 

background image

Na  dnie  głębokiego,  zarośniętego  leszczyną  wąwozu  szemrał  strumień.  Na  jego 

brzegach kwitły zawilce i przylaszczki, a sucha trawa zaczynała się zazieleniać. Śpie-

wały ptaki. 

Na jednym z omszałych głazów wystających z wody siedział pogrąŜony w lekturze 

męŜczyzna. Ubrany w dŜinsy, wiatrówkę i kraciastą koszulę, szczupły, o siwiejących, 

krótko  ostrzyŜonych  włosach,  wyglądał  tak  zwyczajnie,  jak  to  tylko  moŜliwe.  Po 

prostu ktoś, kto w niedzielę wybrał się z ksiąŜką do lasu. 

Nagle,  chociaŜ  dzień  był  bezwietrzny,  rozległ  się  przeciągły  świst.  Na  zboczu 

wąwozu  zmaterializował  się  anioł  w  niebieskiej  szacie,  o  skrzydłach  tak  białych,  Ŝe 

wydawały  się  emanować  światłem.  Przypominał  typem  urody  postacie  z  obrazów 

Botticellego. Na jasnych puklach miał wieniec z polnych kwiatów. 

Człowiek odłoŜył ksiąŜkę, schował okulary do kieszeni koszuli i wstał, by złoŜyć 

nieco niezgrabny ukłon. 

-

 

Niech  będzie  pochwalone  imię  Pana  –  wypowiedział  zwyczajową  formułę 

powitania. - Z czym przybywasz, Menarielu? 

-

 

Erin  nie  Ŝyje  -  oznajmił  anioł.  Jego  chłodny,  melodyjny    głos    przywodził  na 

myśl  chińskie  dzwonki.  - Zmarła wczoraj wieczorem. 

Twarz męŜczyzny rozjaśniła się nadzieją. 

-

 

Więc wkrótce będę mógł się z nią zobaczyć! Prawda? 

Po długiej jak wieczność chwili - przeczące potrząśnięcie głową. 

-

 

Przykro  mi,  Jeremy,  ale  mam  dla  ciebie  bardzo  smutną  wiadomość.  Twoja 

Ŝ

ona nie zjawi się tu. Wysłano ją na dół. 

Wydawało  się,  Ŝe  cień  pod  drzewami  na  dźwięk  tych  słów  zgęstniał,  a  strumyk 

szumi odrobinę ciszej. 

-

 

Czym zawiniła? - spytał po przeciągającym się milczeniu Jeremy. 

-

 

Odebrała sobie Ŝycie. 

background image

MęŜczyzna zrobił ruch, jakby chciał się przeŜegnać, ale zamiast tego ukrył twarz w 

dłoniach. Gdy po chwili ją odsłonił, miał mokre oczy. JednakŜe jego ton brzmiał teraz 

zupełnie inaczej. Zawzięcie, gorzko. 

-

 

Panie...    dlaczego    tak?    PrzecieŜ    musiała    mieć  powód...  Czy  ktoś  się 

zastanowił, czemu to zrobiła? Czy sprawiedliwy sędzia wziął pod uwagę motywy?! 

-

 

Nie kwestionuje się Jego wyroków! - upomniał go Menariel. 

-

 

Daruj sobie, dobrze? Daruj sobie komentarze! 

-

 

Jeremy,  rozumiem,  jakie  to  dla  ciebie  trudne  –  głos  wysłannika  niebios 

złagodniał. - Jeśli chcesz, zostanę, Ŝeby się z tobą pomodlić.  

-

 

Nie.  Proszę,  zostaw  mnie.  Chcę  być  sam.  Skinąwszy  ze  zrozumieniem  głową, 

anioł rozpłynął się w powietrzu. 

* * * 

Do  rzeczywistości  przywrócił  ją  ból.  Czy  raczej  brutalnie  wyrwał  z  przyjaznej 

czerni. Nie ograniczał się do jakiegoś konkretnego miejsca, lecz obejmował całe ciało. 

Miała wraŜenie, Ŝe ranią ją tysiące igieł. 

-

 

Wraca  do  siebie  -  przemówił  ochrypły  kobiecy  głos.  -  Ciut  za  wcześnie, 

psiakrew. No nic. Podaj mi noŜyczki, Heimo. 

Ciach  -  odgłos  przecinania  tkaniny.  Erin  poczuła,  Ŝe  silne  ręce  ujmują  ją  i 

przewracają na bok. Potem gwałtowne szarpnięcie... 

NIEEEE! 

Odniosła wraŜenie, Ŝe jest Ŝywcem obdzierana ze skóry. Wrzasnęła, a raczej chciała 

wrzasnąć, bo z jej gardła wydobyło się coś bardziej przypominającego skrzek. 

-

 

Cicho,  nie  panikuj  -  zachrypnięta  kobieta  lekko  klepnęła  ją  w  policzek.  - 

Zdejmuję ci tylko bandaŜe. 

-

 

Ppppetra,  m-moŜe  by  tak  od...    od...    odmo...  -  przemówił, jąkając się, drugi, 

chłopięcy głos. 

background image

- Nie będziemy odmaczać. Ciotka zakazała marnować wodę. Przytrzymaj ją, dobra? 

Zajmę się teraz nogami. Tylko trzymaj mocno, Ŝeby mi zębów nie wybiła! 

Ujęto  ją  mocno  za  kostki.  Niepotrzebnie;  i  tak  nie  miałaby  siły  kopać.  Znowu 

męka  odrywania  przyschniętej  warstwy,  potem  pieczenie  odsłoniętej  powierzchni... 

Erin  pomału  zaczynała  pojmować,  co  się  stało.  Zdejmowano  jej  opatrunki.  DuŜo 

opatrunków. 

Wypadek?...  Nic  nie  pamiętała!  Była  poraniona  czy  moŜe  poparzona?  BoŜe,  ale 

dlaczego robiono z nią cokolwiek bez znieczulenia? 

Usiłowała  otworzyć  oczy  i  nie  mogła,  powieki  były  zacementowane  wydzieliną. 

Próbowała poprosić, Ŝeby coś z tym zrobiono, ale z gardła wyrywały się jedynie jęki. 

W  końcu  puszczono  jej  nogi.  Czuła,  jak  otwarte  rany  obsychają  w  zetknięciu  z 

powietrzem.  Jak  mogli  tak  postępować,  dostanie  zakaŜenia,  przecieŜ  powietrze  nie 

jest  jałowe...  Zaraz,  gdzieś  czytała,  Ŝe  poparzonych  ludzi  pakuje  się  do  specjalnych 

kąpieli, Ŝeby złuszczyć martwą tkankę... Ale jak to się miało do uwagi o oszczędzaniu 

wody? Co to w ogóle za szpital, w którym brakuje wody?! Jej spanikowany mózg nie 

potrafił myśleć trzeźwo. 

-

 

Popatrz  no,  nie  ruszyli  twarzy.  Ciekawe  czemu.  Ładna jest, nie da się ukryć, ale 

czy widziałeś kiedyś, Ŝeby to robiło jakąś róŜnicę katom, Heimo? No właśnie. 

Przecierano  jej  powieki  watką  umoczoną  w  czymś  zimnym.  Po  chwili  mogła  juŜ 

otworzyć oczy. Z początku widziała wszystko jak przez mgłę, lecz stopniowo kontury 

ś

wiata  wyostrzyły  się.  Bezpośrednio  nad  jej  głową  z  haka  wbitego  w  sufit  zwisała 

staroświecka  miedziana  lampa  naftowa,  zaś  nad  posłaniem  pochylały  się  dwie 

postacie. 

-

 

Zbudziłaś się? Słyszysz nas? Halo! Słyszysz? 

-

 

Sły-słyszy, Petra. Gło-gło-głowę daję. Ppppoznąję po o-o-oczach. 

background image

Pierwszy  głos  naleŜał  do sędziwej karlicy przyodzianej w lekarski fartuch, niegdyś 

biały,  teraz  poŜółkły  i  pełen  dziur.  Na  głowie  miała  równie  zniszczony  czepek,  spod 

którego wymykały się pozlepiane siwe włosy. 

Jąkała  dla  odmiany  okazał  się  pryszczatym  nastolatkiem.  Nosił  okulary  grube  jak 

denka  od  butelek,  ślinił  się  i  ogólnie  sprawiał  wraŜenie  lekko  upośledzonego  umy-

słowo. 

BoŜe, nie. Mam halucynacje. Zamknęła oczy, ale gdy je znowu otworzyła, postacie 

były tam nadal. Jąkała trzymał naręcze bandaŜy, karlica zaś - butelkę i rolkę gazy. 

-

 

Muszę  cię  całą  przemyć  i  pozawijać  na  nowo  -  wyjaśniła  autorytatywnie.  -  Ci 

rzeźnicy z dołu nie umieją opatrywać.    Tylko   łańcuchy    i    rozŜarzone    Ŝelaza    im 

w głowie. 

Erin próbowała wykręcić szyję na tyle, Ŝeby obejrzeć swoje ciało. W końcu zdołała 

zweryfikować  wcześniejsze  domysły.  Nie  była  poparzona...  Z  jej  rąk  i  nóg  zdarto 

szerokie pasy skóry. 

-

 

Kto  mi  to  zrobił?  Dlaczego?!  -  wybuchnęła  tak  gwałtownie,  Ŝe  sama  się 

zdziwiła. - Gdzie ja jestem? Czy to szpital? Chcę rozmawiać z lekarzem! 

-

 

L-leŜ  spo-spo-spokojnie.  -  Heimo  niezgrabnie  pogłaskał  ją  po  głowie.  - 

Wszy-wszystkim się za-za-zaj-miemy. Grze-grzeczna dzie-dzie-dziewczynka. 

-

 

Zostaw mnie!  Chcę rozmawiać z lekarzem! - PrzeraŜenie wzmogło siły Erin 

na tyle, Ŝe prawie zdołała się podnieść. Karlica cmoknęła gniewnie. 

-

 

Uspokój  się,  głupia!  Bo  ci  zrobię  coś  takiego,  Ŝe  dopiero  poznasz,  co  znaczy 

prawdziwy ból. Trzymaj ją mocno, Heimo. 

Odkorkowała  butelkę,  której  zawartość  zalatywała  kiepsko  przedestylowanym 

alkoholem, i zaczęło się  przemywanie ran. Ani trochę nie przejęli się krzykami Erin, 

odnoszącej wraŜenie, Ŝe płonie Ŝywcem. Na swoje szczęście w końcu zemdlała. 

* * * 

Za Ŝycia Jeremy nie naleŜał do religijnych. 

background image

Jego  ojciec  był  praktykującym  katolikiem,  matka  -  nie  mniej  gorliwą  baptystką. 

Synowi pozostawili wybór, do którego kościoła woli naleŜeć. 

Długo nie mogli przeboleć, Ŝe ten stanowczo odciął się od obu. 

Prawdę  mówiąc  zaskoczyło  go  po  śmierci,  Ŝe  został  skierowany  do  raju,  a  nie 

gdzie indziej, tym bardziej Ŝe w zaświatach jego podejście do wiary nie zmieniło się 

ani  na  jotę.  Czasami  zastanawiał  się,  czy  przebywając  w  niebie  nie  powinien  jakoś 

wyraźniej  odczuwać  obecności  Boga.  Z  drugiej  strony  sam  musiał  przyznać,  Ŝe 

najbardziej  ceni  sobie  nie  jakieś  tam  mistyczne  doznania,  tylko  spokój,  najlepiej  w 

pięknym  otoczeniu.  Ktoś  widać  poszedł  tym  tokiem  rozumowania,  ofiarowano  mu 

bowiem  raj  na  jego  miarę:  skrawek  idealnego  świata,  pod  kaŜdym  względem 

pełnego harmonii, niczym obrazy francuskich klasycystów. 

Mógł wedle woli zmieniać wygląd swojego małego królestwa - wystarczyła chwila 

skupienia i juŜ. W zaleŜności od nastroju tworzył ukwiecone łąki, dzikie góry lub rafy 

koralowe, a takŜe krajobrazy jak ze snu, z falującą błękitną trawą czy niebem o trzech 

księŜycach. Dopracowanie wszystkich szczegółów - łącznie z zapachami, temperaturą, 

kierunkiem wiatru, odgłosami ptaków i owadów - wymagało wysiłku, ale było warto. 

Udało  mu  się  na  przykład  wskrzesić  park,  w  którym  bawił  się  jako  dziecko;  stare 

kasztanowce,  zegar  słoneczny  pośrodku  wielkiego  klombu,  sadzawka  z  fontanną... 

Wkrótce  potem  powstało  to,  co  uwaŜał  za  swoje  największe  osiągnięcie  -  fragment 

Ogrodu  Rozkoszy  Ziemskich  wzięty  Ŝywcem  ze  słynnego  tryptyku  Boscha.  Ten  z 

jeziorem  oraz  dziwacznymi  roślinno-skalno-szklanymi  konstrukcjami.  Oczywiście 

bez  Ŝadnych  postaci,  za  to  wzbogacony  o  takie  elementy,  jak  odblaski  słońca  na 

wodzie i rześki zefirek. Kawałek raju w raju, taki prywatny Ŝart. 

Od  pewnego  momentu  zauwaŜył  wszakŜe,  Ŝe  we  wszystkich  wizjach,  jakie  udaje 

mu  się  powołać  do  Ŝycia,  znajduje  się  jeden  stały  element:  święte  miejsce.  Raz 

kapliczka,  kiedy  indziej  ruiny  świątyni  czy  teŜ  zaledwie  krzyŜ  na  rozstajnych 

drogach.  Nie  umiał  powiedzieć,  z  czego  to  wynika,  bo  na  pewno  nie  z  jego 

ś

wiadomych  intencji.  W  końcu  uznał  zjawisko  za  subtelny  komunikat  z  góry. 

Chciano mu dać do zrozumienia, Ŝe Bóg przez cały czas o nim pamięta. 

background image

Jeszcze  przed  otrzymaniem  wiadomości  przeczuwał  w  skrytości  ducha,  Ŝe  coś  się 

szykuje.  Na  kilka  dni  przed  pojawieniem  się  anioła  bez  przerwy  myślał  o  Ŝonie. 

Tęsknota,  której  wcześniej  specjalnie  nie  odczuwał  (bo  po  śmierci  ziemskie  emocje 

siłą  rzeczy  słabną),  dopadła  go  z  taką  siłą,  Ŝe  nie  bardzo  mógł  się  skupić  na 

czymkolwiek innym. Zaczęły go prześladować złudzenia, Ŝe w szumie wiatru słyszy 

ś

miech  Erin  albo  kątem  oka  widzi  błysk  rudych  włosów...  Postanowił  przynajmniej 

pobyć  w  miejscu,  które  by  mu  się  jakoś  z  nią  kojarzyło;  tak  właśnie  powstał  las  z 

wąwozem  i  strumieniem,  silnie  inspirowany  wspomnieniami  z  Crumlin  Glen, 

zadrzewionej doliny w pobliŜu jego rodzinnego miasteczka w Irlandii Północnej. 

Pomny  najświeŜszych  doświadczeń  nie  zdziwił  się  ani  trochę,  gdy  podczas 

pierwszej  przechadzki  po  nowo  stworzonym  obszarze  odkrył  polanę  otoczoną 

brzozami, a na niej stary drewniany kościółek, chociaŜ w tamtym prawdziwym lesie, 

który posłuŜył za wzór, Ŝadnego kościółka nie było. 

Po rozmowie z aniołem najpierw nie wiedział, co począć. Błąkał się to tu, to tam, 

potykając się i wpadając na drzewa jak ślepiec. W którymś momencie wyszedł z lasu 

na  tropikalną  plaŜę  pod  oślepiająco  błękitnym  niebem;  potem  ogarnęła  go  woń 

lawendy,  kwitnącej  na  polach  Prowansji...  Dryfował  po  kolei  przez  wszystkie 

pieczołowicie  wykreowane  iluzje.  Nie  znalazł  spokoju  ani  w  cieniu  doryckich 

kolumn,  ani  wśród  palm.  Teraz  dopiero  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  pusty  jest  jego 

raj - piękno niezdolne pocieszyć... .     . 

O  zachodzie  słońca  trafił  na  wysepkę,  którą  kiedyś  stworzył  pod  wpływem 

chwilowego kaprysu, i tam poczuł, Ŝe musi się zatrzymać. 

Wysepka nie miała w sobie nic z rajskiej idylli. Jałowa, pozbawiona roślinności - z 

piasku sterczało tylko kilka uschniętych pni. W pewnej odległości od brzegu wznosił 

się samotny głaz, spod którego tryskało małe źródełko. 

Słońce powoli skryło się za horyzontem, niebo i fale zapłonęły feerią barw. Jeremy 

usiadł na piasku i pozwolił płynąć łzom,  dopóki ich  nie zabrakło;  nie poczuł  się jed-

nak dzięki temu oczyszczony, a tylko słaby i Ŝałosny. Później długo siedział bez ruchu, 

background image

wpatrując się w ciemniejący bezmiar wody. Zorze powoli gasły, czerwień przeszła w 

fiolet, potem w granat. W górze zamigotały gwiazdy. 

Z wolna dojrzewało w nim postanowienie. 

Jego  matka  zawsze  mawiała,  Ŝe  dobra  decyzja  to  taka,  po  podjęciu  której  ogarnia 

cię spokój. 

JuŜ całkiem spokojny, obmył twarz słonawą wodą ze źródła. Potem wrócił do lasu. 

W innych okolicznościach doceniłby urok nocy, pachnącej budzącą się do Ŝycia 

przyrodą. Między gałęziami przeświecał sierp księŜyca; w zaroślach szeleścił wiatr i 

smyrgały drobne zwierzątka, od czasu do czasu rozlegało się pohukiwanie sowy. 

Odszukał ścieŜkę prowadzącą na polanę. Kościółka nigdy nie zamykano na kłódkę, 

bo i po co - w raju nie ma wszak złodziei ani wandali. Zresztą tej nocy świątynia i 

tak nie była pusta; przez witraŜowe okna sączyła się ciepła poświata. Przypadek...? 

Na  ołtarzu  płonęły  świece.  Ksiądz  układał  świeŜe  kwiaty  przed  obrazem  Matki 

Boskiej  w  bocznej  nawie.  Przygarbiona  postać  w  czarnej  sutannie,  o  zmierzwionych 

siwych włosach, wydała się Jeremy'emu mgliście znajoma. Nieco ośmielony podszedł 

bliŜej  i  nagle  uświadomił  sobie,  skąd  zna  tego  starszego  człowieka  o  czerstwym, 

sympatycznym  obliczu.  Wielebny  Thomas  McElroy  z  kościoła  parafialnego  pod 

wezwaniem  Najświętszej  Marii  Panny  w  Crumlin  przyjaźnił  się  z  jego  rodzicami. 

Jeremy  dobrze  pamiętał  z  dzieciństwa  jego  wizyty.  To  od  ojca  McElroya  dostał  na 

dziewiąte  czy  dziesiąte  urodziny  „Opowieści  o  królu  Arturze  i  rycerzach  Okrągłego 

Stołu",  które  zapoczątkowały  jego  fascynację  średniowieczem,  a  więc  w  pewnym 

sensie wpłynęły na wybór Ŝyciowej drogi. KiedyŜ to było... 

-

 

Więc  ksiądz  takŜe  nie  Ŝyje?...  -  wypalił  bez  zastanowienia,  po  czym  w 

okamgnieniu oblał się rumieńcem, zrozumiawszy, co powiedział. 

Prostując się niespiesznie, starzec zmierzył go bystrym spojrzeniem. 

-

 

No proszę, kogóŜ to widzą moje oczy. Młody Jeremiah Dale, jeśli się nie mylę? 

-

 

Ksiądz mnie pamięta? - zdumiał się Jeremy. 

background image

-

 

AleŜ oczywiście, Ŝe cię pamiętam, łobuzie. W dniu swojej   Pierwszej  Komunii  

strzelałeś przed kościołem z procy do wróbli, a w siedemdziesiątym dziewiątym wy 

jechałeś na studia do Oksfordu. Filologia klasyczna... niezbyt modna w dzisiejszych 

czasach dziedzina, ale jakŜe szlachetna. Wcześnie się doktoryzowałeś, rodzina była 

z ciebie dumna. Zajmowałeś się, czekaj no... średniowieczną łaciną? 

-

 

Zgadza się. 

-

 

Pewnie,  Ŝe  się  zgadza.  Widziałem  w  księgarni  dwie  twoje  ksiąŜki.  Tę  o 

bestiariuszach  i  tę  drugą,  z  reprodukcją  „Sądu  Ostatecznego"  Giotta  na  okładce... 

Twoja  matka  wróŜyła,  Ŝe  prędzej  czy  później  napiszesz  jakąś  powieść 

o średniowieczu i staniesz się sławny, jak Eco. 

-

 

Niestety,  los  zechciał  inaczej  -  skwitował  Jeremy  z  bladym  uśmiechem.  -  A 

właśnie, nie wie ksiądz, jak się miewają moi rodzice? 

-

 

Kiedy 

ich 

ostatni 

raz 

widziałem, 

było 

to 

niecałe 

pół 

roku  temu,  oboje  cieszyli  się  dobrym  zdrowiem,  aczkolwiek  na  twoim  i  moim 

przykładzie  widać,  Ŝe  zdrowie  to  nie  wszystko.  Zginąłem  podobnie  jak  ty,  w 

wypadku 

samochodowym 

pospieszył 

udzielić 

wyjaśnienia, 

które 

rozmówca z grzeczności by nie spytał. - Jechałem późnym wieczorem do chorego, 

jezdnia  była  oblodzona...  Zniosło  mnie  prosto  pod  koła  cięŜarówki.    Na  pewno 

następnego dnia pisały o tym wszystkie lokalne gazety, moŜe i dobrze, Ŝe nie miałem 

okazji czytać - machnął ręką z kwaśną miną. - Ostatnie co pamiętam, to ryk klaksonu... 

potem  obudziłem  się  tutaj.  Kto  by  pomyślał,  Ŝe  w  raju  nadal  mogą  być  potrzebni 

duszpasterze, co? A właśnie, swoją drogą, przez te pół roku ani razu nie widziałem, 

Ŝ

ebyś się pojawił w kościele. Nie czujesz potrzeby uczestniczenia we mszy? 

Filolog spuścił głowę, czując, Ŝe znów się czerwieni. 

-

 

Umarłem  jako  niepraktykujący...  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  teraz 

powinienem... skoro juŜ tu jestem... myślałem, Ŝe to bez znaczenia... 

-

 

Dajmy  temu  spokój  -  zlitował  się  McElroy.  -  Powiedz mi, co cię dręczy tak 

bardzo, Ŝe aŜ postanowiłeś przyjść po radę do klechy. 

background image

Jeremy  zawahał  się;  teraz,  kiedy  przyszło  co  do  czego,  nie  umiał  znaleźć 

odpowiednich słów, Ŝeby streścić to wszystko, co kłębiło się w jego głowie. 

-

 

Dziś rano anioł przyniósł wiadomość, Ŝe moja Ŝona nie Ŝyje - szepnął w końcu, 

siląc się na spokój. 

-

 

To  juŜ  ładnych  parę  godzin  temu,  więc  czemu  jej  tu  jeszcze  nie  ma?  -  Ton, 

jakim zostało zadane to pytanie wskazywał, Ŝe kapłan domyśla się odpowiedzi. 

-

 

Pan ją potępił, poniewaŜ odebrała sobie Ŝycie. Trafiła na dół. 

-

 

Rozumiem.  -  McElroy  milczał  przez  chwilę.  -  Synu,  oczywiście  masz 

ś

wiadomość,  Ŝe  w  tej  sytuacji  niewiele  mogę  zrobić?  A  ściślej  -  niczego  nie  mogę 

zmienić... 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Jak  to  dlaczego?  PoniewaŜ  nie  podwaŜa  się  wyroków  Boga!      Pamiętasz,  jakimi  

słowami  modlimy  się  doń? „Bądź wola Twoja. Jako w niebie, tak i na ziemi..." 

-

 

No dobrze, a co z Jego osławionym miłosierdziem, łaską?... 

-

 

Zapytaj raczej: co z twoją wiarą? 

Jeremy nie odpowiedział. Duchowny cięŜko westchnął. 

-

 

Chłopcze, nie zrozum mnie źle. Ogromnie mi ciebie Ŝal, ale naprawdę nie wiem, 

jak  mógłbym  pomóc.  Przybyłem  tu  niedawno,  nie  mam  Ŝadnych  znajomości,  Ŝad-

nych wpływów... Jeśli zaleŜy ci na wstawiennictwie, spróbuj dotrzeć do kogoś z wyŜej 

postawionych,  moŜe  do  jakiegoś  świętego...  Sęk  w  tym,  Ŝe  oni  niechętnie  się  anga-

Ŝ

ują  w  takie  sprawy.  Tutaj  słowo  Pana  jest  prawem,  którego  się  nie  kwestionuje. 

Dopuszczać  moŜliwość  rewizji  wyroku  znaczyłoby  uznać,  Ŝe  Bóg  moŜe  się 

pomylić.  A Bóg się nie myli! Jest sędzią sprawiedliwym, za dobre wynagradza,  za 

złe  karze  -  to  jedna  z  głównych  prawd  wiary!  -  Ksiądz  aŜ  podniósł  głos,  po  czym 

zmienił  ton  na  spokojny,  rzeczowy.  -  Posłuchaj,  synu.  Jeśli  uwaŜasz,  Ŝe 

dostępnymi mi środkami mogę złagodzić twój ból, powiedz, a chętnie to uczynię. 

background image

Mogę  cię  wyspowiadać.  Pomodlić  się  za  ciebie.  Wysłuchać,  jeśli  potrzebujesz  się 

zwierzyć... 

-

 

Nie. Nie tego mi trzeba. 

Dobrze więc, zapytam inaczej. Czego oczekujesz? 

-

 

Odpowiedzi...  Na  jedno  proste  pytanie.  Czy  moŜna  na  własne  Ŝyczenie  opuścić 

raj? 

Na długą chwilę zapadła cisza. 

-

 

Więc  to  ci  chodzi  po  głowie...  -  mruknął  w  końcu  McElroy.  -  Mogłem  się 

domyślić. Powiedz mi, gdyby to było  moŜliwe... czy naprawdę byś stąd odszedł? 

Czy jedynie igrasz z tą myślą? 

-

 

Sądzi  ksiądz,  Ŝe  pytam  ot  tak,  z  czczej  ciekawości?  -  Jeremy  nadal  mówił 

spokojnie,  ale  twarz  wykrzywił  mu  nerwowy  tik.  -  Nie.  Wszystko  przemyślałem. 

Nie  wytrzymam  tu  dłuŜej,  wiedząc,  Ŝe  Erin  cierpi  gdzieś  tam,  na 

dole. Moje miejsce jest przy niej. 

-

 

Chłopcze,  powtórz,  co  powiedziałeś,  ale  powoli  i  wyraźnie,  Ŝebym  miał 

pewność, Ŝe mnie słuch nie myli. Chcesz tam zejść po Ŝonę? 

-

 

Tak. Czy to moŜliwe? 

-

 

Owszem - potwierdził z westchnieniem duchowny. - Twoja matka nigdy by mi 

nie wybaczyła, gdyby wiedziała, Ŝe ci powiedziałem prawdę, ale nie mogę przecieŜ 

kłamać. 

Tak, 

wolno 

na 

własne 

Ŝ

yczenie 

odejść 

raju, 

Ŝ

eby 

odszukać 

bliską 

osobę 

na 

dole, 

nie 

zostanie 

to 

uznane 

za 

grzech. Istnieje specjalna klauzula... 

-

 

To 

znaczy, 

Ŝ

ktoś 

przede 

mną 

juŜ 

tego 

próbował? 

Nie licząc Isztar, Orfeusza i Robina Williamsa? 

Ksiądz nie uśmiechnął się, chyba nie złapał dowcipu. 

background image

-

 

Oczywiście.  Z  tego  co  wiem,  wcale  nie  tak  rzadko  się  to  zdarza.  Matki 

postanawiają  zstąpić  w  otchłań  za  dziećmi,  bracia  za  siostrami...  Niestety,  prawie 

nikt nie wraca. 

-

 

Jak tam dotrzeć? 

-

 

Naprawdę 

chcesz 

to 

wiedzieć? 

Nie 

spuszczaj 

głowy, 

patrz mi w oczy. Chcesz? 

-

 

Tak. 

-

 

W  takim  razie  wystarczy,  Ŝe  wyjdziesz  teraz  z  lasu.  Droga  sama  cię  odnajdzie, 

jeśli w głębi serca czujesz się gotów, Ŝeby nią podąŜyć. 

Jeremy podszedł do ołtarza. Ukląkł, przeŜegnał się i chwilę  klęczał, wpatrując się 

w czerwoną lampkę tabernakulum. PrzeŜegnawszy się po raz drugi, wstał.. 

-

 

Dziękuję - szepnął wracając. 

-

 

Nie ma za co. - McElroy westchnął raz jeszcze. - Zaczekaj, dam ci coś, a nuŜ 

się  przyda  tam  na  dole.  -  Odpiął  z  szyi  srebrny  krzyŜyk  na  łańcuszku.  -  Trzymaj 

i nie zgub. Będę się za ciebie modlił, synu. Idź w pokoju. 

* * * 

Gdy się ocknęła, znów była szczelnie zabandaŜowana, a ból zmalał, choć powracał 

z kaŜdym gwałtowniejszym ruchem. 

Panował  mrok - lampa zniknęła z haka.  W  pobliŜu nikogo nie  było.  Z wysiłkiem 

uniosła  się  na  łokciu,  Ŝeby  zlustrować  otoczenie.  LeŜała  na  barłogu  z  brudnych 

szmat,  a  przed  światem  zasłaniał  ją  zniszczony,  poprzecierany  parawan.  W  kilku 

miejscach  ziały  w  nim  dziury,  przez  które  przeświecało  Ŝółte  światło.  Niestety,  stał 

zbyt daleko, by mogła marzyć o przyłoŜeniu oka do którejś z nich. WciąŜ była zbyt 

słaba, by choćby usiąść. 

Teraz dopiero do jej świadomości dotarło, Ŝe w tle rozbrzmiewają dziwne dźwięki, 

nijak nie kojarzące się ze szpitalem; jednostajny stukot i łomot, jakby zderzających się 

background image

kawałów drewna. Poza tym nie pachniało tu środkami odkaŜającymi, lecz stęchlizną i 

smarem, jak w bardzo starej, zapuszczonej fabryce. 

A moŜe ja jednak śnię? Zamrugała kilka razy, ale otoczenie uparcie wydawało się 

jak  najbardziej  rzeczywiste.  Spróbowała  się  uszczypnąć  w  obandaŜowane  ramię. 

Zabolało. 

-

 

Ocknęłaś się? - Zza parawanu wyłoniła się Petra, niosąc na tacy strzykawkę. W 

ś

lad za nią kuśtykał Heimo. - No i pięknie. Czas najwyŜszy, ciotka zaczyna się nie-

cierpliwić. Trzeba cię postawić na nogi, moja panno, wystarczy tego leŜenia. 

Bezceremonialnie  wbiła  pacjentce  igłę  w  zgięcie  łokcia.  Po  kilku  sekundach  Ŝyły 

wypełniły  się  ciepłem,  jakby  krew  zaczynała  Ŝywiej  krąŜyć  -  widać  strzykawka  za-

wierała jakiś środek pobudzający. 

-

 

Gdzie ja jestem? - ponowiła pytanie Erin. Karlica uniosła brwi. 

-

 

Naprawdę  chcesz  wiedzieć?  No  to  patrz!  -  Zamaszystym  gestem  usunęła 

parawan. 

Oczom  Erin  ukazała  się  długa  hala  o  niskim  suficie,  oświetlona  lampami 

naftowymi.  WzdłuŜ  ścian  ciągnęły  się dwa rzędy krosien. Podłoga była zaśmiecona, 

w  powietrzu  unosił  się  kurz.  Przypominało  to  manufakturę  z  czasów  przed 

rewolucją przemysłową. 

Przy  krosnach  siedziały  kobiety  w  szarych,  workowatych  uniformach.  Niektóre 

miały zasłonięte głowy i twarze, jak Arabki. Inne... o BoŜe... były zabandaŜowane, tak 

Ŝ

e widać im było tylko oczy i szparę na usta. 

Te  nieliczne,  które  nie  nosiły  ani  zasłon,  ani  bandaŜy,  były  bez  wyjątku 

zgrzybiałymi  staruchami,  z  których  kaŜda  mogła  się  poszczycić  jakimś  defektem  na 

urodzie. Jedna nie miała oka, inną dla odmiany szpecił potworny wytrzeszcz, jeszcze 

inną-  dzioby  po  ospie.  Lecz  najpaskudniejsza  była  ta,  która  sprawiała  wraŜenie 

najstarszej  ze  wszystkich  -  garbata,  kulawa,  z  obliczem  pokrytym  okropnymi 

brodawkami. Jako jedyna nie była zajęta tkaniem, lecz kręciła się tu i tam, nadzorując 

background image

pracę. Od czasu do czasu popędzała tkaczki albo karciła je, głosem przypominającym 

skrzeczenie ropuchy chorej na zapalenie krtani. 

-

 

Co... Gdzie... Jak... - Osłupiała Erin usiłowała znaleźć racjonalne wytłumaczenie 

dla  tego,  co  widzi,  lecz  nie  udawało  jej  się.  Karlica  uśmiechnęła  się  szeroko, 

demonstrując poczerniałe resztki uzębienia. 

-

 

Córeczko,  zaraz ci krótko wyjaśnię,  co  i jak. Umarłaś, zostałaś osądzona, a 

teraz znajdujesz się tam, dokąd Pan zsyła grzeszników na bezterminowy pobyt. 

-

 

To  znaczy...  w  piekle?  -  Zadała  to  pytanie  bardziej  z  niedowierzaniem  niŜ  z 

przestrachem.  Wszystko  było  tak  kompletnie  nieprawdopodobne...  tak  chore...  Ŝe 

jeszcze nie bardzo umiała się bać. 

Petra skinęła głową. Heimo bez słowa, bardzo ostroŜnie pogłaskał włosy Erin. 

-

 

Hola,  hola!  Ile  razy  mam  powtarzać?  śadnego  cackania  się  z  nowymi!  - 

Starucha  z  brodawkami  podkuśtykała  do  nich,  wymachując  laską.  -  Jazda  mi 

stąd, oboje, ale juŜ! Wracajcie do roboty. Ja się nią zajmę. 

Uklękła przy Erin, bez ceremonii wywindowała ją do pozycji siedzącej i przytknęła 

do jej ust kubek. 

-

 

Wypij to. Przywróci ci siły. 

Ciemny, oleisty płyn cuchnął kreozotem. W smaku okazał się obrzydliwie gorzki. 

Erin zmusiła się, Ŝeby przełknąć odrobinę, ale zaraz złapał ją kaszel. 

-

 

Nie mogę! - wykrztusiła ze łzami w oczach. - Co za świństwo! 

-

 

Pij -  rozkazała  stanowczo starucha. - Inaczej rozkaŜę, Ŝeby cię napoili siłą. CóŜ 

to za kaprysy, moja panno? Za kwadrans masz siedzieć przy krosnach. Brakuje nam 

rąk do pracy. 

* * * 

Wiatr  ustał.  Martwa  cisza  ogarnęła  las;  wydawało  się,  Ŝe  panuje  w  nim  nastrój 

napiętego oczekiwania. 

background image

Wyszedłszy  spomiędzy  drzew,  Jeremy  od  razu  ujrzał  drogę,  jasną  w  blasku 

księŜyca, 

poprzecinaną 

czarnymi 

pręgami 

cieni. 

Gościniec 

wyłoŜony 

wyszczerbionymi  kamiennymi  płytami,  na  których  widniały  na  wpół  zatarte 

hieroglify. 

Ledwie  nań  wstąpił,  ponownie  rozległ  się  świszczący  dźwięk  i  w  powietrzu 

zmaterializował  się  otoczony  niebieskawą  poświatą  Menariel.  Jego  urodziwe 

oblicze mąciła troska. 

-

 

Co to ma znaczyć? - spytał, marszcząc brwi. - Dokąd się wybierasz? 

-

 

Przepuść mnie, przyjacielu - poprosił filolog. - Odchodzę. 

-

 

Tak po prostu? Co ty sobie wyobraŜasz? Wiesz, dokąd prowadzi ta droga?! 

-

 

Wiem. 

-

 

I  co?  -  anioł  zawiesił  głos,  a  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi  jęknął:  - 

Opamiętaj się, człowieku! Na co liczysz? Nie zdołasz do niej dotrzeć, a gdyby nawet... 

nic  to  nie  da!  Nie  kwestionuje  się  BoŜych  wyroków!  Zresztą,  o  czym  w  ogóle 

mowa? Biedaku, piekło jest większe, niŜ moŜesz sobie wyobrazić! Nigdy jej tam nie 

odnajdziesz! Choćbyś szukał całe wieki, nie znajdziesz jej, słyszysz? 

-

 

Mam  prawo  próbować!   Proszę,   zostaw  mnie w spokoju. 

-

 

Odrzucasz nagrodę? - nie dowierzał Menariel. - Odrzucasz niebo? 

-

 

Pan  obdarzył  swoje  dzieci  wolną  wolą.  Tak  czy  nie?  -  Nie  czekając  na  reakcję, 

filolog wyminął anioła i ruszył dalej. 

-

 

Nieszczęsny  głupcze,  nie  rób  tego!  -  usłyszał  za  sobą.  Wysłannik  niebios 

szybował  tuŜ  za  nim,  załamując  nerwowo  ręce.  -  Nie  pogrąŜaj  się!  Wielu 

decyduje się postąpić tak jak ty, ale prawie nikt nie wraca. 

-

 

Trudno, zaryzykuję. 

background image

-

 

Na  pieczęć  Gabriela,  jak  moŜna  być  tak  zaślepionym!  -  Zniecierpliwiony 

Menariel  podniósł  głos.  –  Znam  cię  od  niemowlęcia  i  powiadam:  nie  wrócisz  z 

otchłani! Silniejsi od ciebie przepadli tam bez ratunku! 

-

 

Przestań!  -  Jeremy  teŜ  stracił  cierpliwość.  -  Ile  razy  mam  powtarzać,  Ŝebyś  się 

odczepił,  pierzasty  mądralo?  Znalazł  się,  psiakrew,  opiekun!  Gdzieście  byli,  kiedy 

ona potrzebowała pomocy?! Precz mi z oczu, ale juŜ! 

Machnął  ręką,  jakby  chciał  uderzyć  anioła.  Ten  wzbił  się  zwinnie  poza  zasięg 

ciosu;  na  jego  twarzy  przez  mgnienie  odmalowały  się  zdumienie  i  gniew,  potem  - 

głęboki  smutek...  Nie  bacząc  na  to,  Jeremy  z  zaciśniętymi  zębami  ruszył  w  swoją 

stronę. 

Poświata za jego plecami zgasła. No i świetnie, pomyślał z satysfakcją. 

-

 

Zaczekaj! - usłyszał nagle. 

ChociaŜ się nie zatrzymał ani nawet nie odwrócił, nagle poczuł na czole dotknięcie 

ust  anioła,  zimnych  jak  marmur.  Usłyszał  szept,  niewiele  głośniejszy  niŜ  szelest 

wiatru w trawach. 

-

 

Skoro  podjąłeś  decyzję...  niech  tak  będzie.  Jako  twój  stróŜ  jestem  ci  winien 

opiekę. Nie mogę zejść z tobą do królestwa ciemności, ale mój pocałunek będzie cię 

chronił, dokądkolwiek pójdziesz. Niech łaska Pana nigdy cię nie opuszcza, Jeremiah. 

Powodzenia. 

2. Królestwo płaczu 

Rany nie goiły się. 

Nie  ropiały,  nie  paskudziły  się,  mimo  brudnych,  rzadko  zmienianych  opatrunków. 

Po prostu uparcie nie chciały się zasklepić. KaŜdy, nawet najmniejszy ruch wysyłał 

w  ciało  salwy  palących  igieł.  Równie  dobrze  mogłaby  nosić  włosienicę  nasączoną 

octem i solą. 

background image

Z początku była na tyle głupia, Ŝeby prosić z płaczem o środki przeciwbólowe, co 

wzbudziło powszechną wesołość. Chichotały nie tylko okropne stare baby, ale nawet te 

nieszczęśnice, którym zza bandaŜy było widać tylko oczy. Jedynie Petra i Heimo nie 

sprawiali wraŜenia rozbawionych. 

Nie  nauczono  jej  tkać.  Bardzo  szybko  wyszło  na  jaw,  Ŝe  Erin  jest  zbyt  słaba  i  ma 

zbyt ograniczoną władzę w rękach, aby przy krosnach był z niej jakiś poŜytek. Kiedy 

okazało się, Ŝe ani drwiny, ani groźby nie skutkują, nawet garbata nadzorczym musiała 

dać  za  wygraną  i  poszukać  nowo  przybyłej  innego  zajęcia.  Najpierw  wysłano  ją  do 

sąsiedniego baraku, do przędzalni; wszystko wyglądało tam tak samo, tylko maszyny 

były inne. Nadzór sprawował brodacz podobny do trolla, z paznokciami jak szpony. 

Ledwie zobaczył, jak  Erin chwiejnie wchodzi na halę,  czepiając  się  ściany,  Ŝeby  nie 

upaść, ryknął śmiechem i przepędził ją. 

Ostatecznie  trafiła  do  krojczych,  które  -  ku  jej  niesłychanemu  zdumieniu  -  cięły 

gotowe  sukno  na  maleńkie  kawałki.  Wielkimi,  tępymi  noŜycami,  strzępiącymi 

materiał. 

Owocem  ich  trudu  były  najzwyklejsze  śmieci,  do  niczego  nieprzydatne.  Trzęsąca 

się  starowinka  w  kołnierzu  ortopedycznym  zmiatała  z  podłogi  całe  góry  ścinek,  które 

następnie  lądowały  w  huczącej  gardzieli  wielkiego  pieca.  Takim  sposobem  zamykał 

się  piekielny  cykl  produkcyjny  -  wytworzone  z  mozołem  dobra  niszczono.  Mrówczy 

trud  grzesznic  niczemu  nie  słuŜył.  I  o  to  w  tym  wszystkim  chodziło.  Nadzorca 

krojczych jeździł na wózku. Monstrualnie gruby, o białej, jakby odbarwionej skórze, 

wyglądał  jak  przybysz  z  innej  planety.  Wręczył  Erin  miotłę,  szuflę  i  kosz  na 

ś

cinki, w paru mrukliwych słowach streścił jej regulamin obowiązujący więźniów, a 

następnie przestał się nią interesować. Jak wkrótce się przekonała, generalnie niezbyt 

się  przejmował  swoją  rolą.  Większość  czasu  spędzał  grzejąc  się  przy  piecu  - 

wpatrzony  w  płomienie,  siorbał  kawę  z  blaszanego  kubka.  Tymczasem  w  baraku 

krojczych  panował  ogólny  rozgardiasz  i  rozprzęŜenie.  Trafiały  tu  najmniej  sprawne 

kobiety - te, które z trudem się poruszały bądź nie było z nimi kontaktu. Zachowanie 

niektórych  wskazywało,  Ŝe  są  chore  umysłowo.  Bełkotały  do  siebie,  szlochały  albo 

ś

miały  się  bez  powodu,  niekiedy  wydawały  nieartykułowane  wrzaski.  Zamiast  ciąć 

background image

materiał,  dziurawiły  stoły  albo  kaleczyły  sobie  palce.  Erin'  na  wszelki  wypadek 

starała się nie podchodzić do nich za blisko. Raz się zagapiła i któraś z nieszczęsnych 

istot zamachnęła się na nią noŜycami, omal nie wyłupując jej oka. 

Popadła  w  tak  głęboki  marazm,  Ŝe  przeraziłaby  się,  gdyby  miała  świadomość,  co 

się  z  nią  dzieje.  Nie  potrafiła  na  niczym  skupić  myśli,  była  jak  swój  własny  cień, 

kukła  ze  szmat.  Nawet  nie  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  mogłaby  próbować  ucieczki. 

Robiła  swoje,  wdzięczna  losowi,  Ŝe  jej  nie  biją  i  Ŝe  jedyne,  co  musi  znosić,  to 

niewygoda spowodowana okaleczeniami. 

Nie było przerw na odpoczynek. W piekle nie potrzebuje się snu. Barak nie miał 

okien, więc nie mogła liczyć upływającego czasu. Nawet nie wiedziała, czy tutaj noc 

róŜni się czymś  od dnia. Bywało, Ŝe nie  mogła juŜ ustać na nogach i kładła się tam, 

gdzie  stała,  jak  zmęczone  zwierzę.  Nadzorca  nie  okazywał  wtedy  gniewu  ani  nawet 

zniecierpliwienia.  Po  prostu  wzywał  Petrę  i  w  Ŝyłach  Erin  lądował  kolejny  zastrzyk 

pobudzający. 

Niekiedy  zwidywało  się  jej  opakowanie  Tramalu,  którego  nie  zdąŜyła  zuŜyć  za 

Ŝ

ycia. Trzydzieści zielono-Ŝółtych kapsułek  w plastikowej buteleczce...  Och, dałaby 

wiele, Ŝeby je teraz mieć pod ręką. 

Mimo wszystko, jak na miejsce wieczystej kaźni - nie było tu najgorzej... śadnych 

kotłów z wrzącą smołą, diabłów z widłami, wrzasku torturowanych... Do takiego piek-

ła  moŜna  się  było  przyzwyczaić.  Dostosować.  Przestać  liczyć  godziny,  porzucić 

wspomnienia, zobojętnieć... 

Pogodziła się z myślą, Ŝe zostanie tu na zawsze. 

* * * 

Gdy  księŜyc  zaszedł,  Jeremy  chcąc  nie  chcąc  musiał  się  zatrzymać.  Jeśli  coś  go 

pocieszało,  to  chyba  tylko  to,  Ŝe  podróŜ  przez  zaświaty  nie  zapowiadała  się 

uciąŜliwie.  Bycie  umarłym  rozwiązywało  wiele  trudności.  Nie  potrzebował  jedzenia 

ani wody, nie musiał się obawiać zimna. Bez snu teŜ mógłby się obejść, choć byłoby 

to  nieprzyjemne.  Nawet  egzystencja  bez  ciała  pozostaje  egzystencją  i  w  jakimś 

background image

stopniu  nuŜy;  jedyne,  co  wówczas  pomaga,  to  zatopienie  się  na  jakiś  czas  w 

namiastce niebytu, jaką stanowi sen. 

Twarda ziemia stanowiła marne posłanie, ale ku swemu zaskoczeniu spał głęboko i 

mocno;  obudziło  go  dopiero  słońce  świecące  mu  prosto  w  twarz.  Nastał  pogodny 

ranek,  lecz  w  jakiś  nieuchwytny  sposób  mniej  jasny  i czysty, niŜ bywają na ogół 

niebiańskie poranki. A moŜe tylko mu się zdawało. 

Jak  na  razie  nic  nie  wskazywało,  Ŝeby  zbliŜał  się  do  bram  piekła.  Droga  wiła  się 

przez monotonny, Ŝeby nie powiedzieć nudny krajobraz - nic, tylko pagórki porośnięte 

bujną,  falującą  trawą,  z  której  gdzieniegdzie  wystawały  kamienne  płyty  pokryte 

jakimiś znakami. Niektóre, skruszone zębem czasu, leŜały na ziemi; inne układały się 

w  kręgi  przywodzące  na  myśl  miniaturowe  Stonehenge.  Jeszcze  inne  stały  w 

nieporządnych  skupiskach,  niczym  klocki  rozrzucone  przez  kapryśne  dziecko 

olbrzyma. 

Szedł  i  szedł.  Cały  dzień,  potem  kolejne  pół  nocy.  I  równo  ze  świtem  ruszył 

dalej. 

Trzeciego  dnia  trawa  zaczęła  zmieniać  barwę  z  zielonej  na  burą,  jesienną,  a 

menhiry  ustąpiły  miejsca  zwykłym  głazom.  Popsuła  się  teŜ  pogoda;  niebo  zasnuły 

chmury,  z  których  od  czasu  do  czasu  siąpiła  mŜawka.  Późnym  popołudniem 

spostrzegł,  Ŝe  roślinności  z  kaŜdym  krokiem  zaczyna  ubywać,  na  zboczach  coraz 

częściej prześwituje goła ziemia. Teraz juŜ wiedział na pewno, Ŝe zostawił raj za sobą. 

Tej nocy dla odmiany  nie mógł usnąć. LeŜał z otwartymi oczami, wpatrując się w 

niebo, i wspominał swoje małŜeństwo. 

* * *

 

Wszystko  zaczęło  się  prawie  bajkowo,  od  niesamowitej  wzajemnej  fascynacji, 

oczarowania,  które  nie  dawało  się  racjonalnie  wytłumaczyć  -  tyle  ich  przecieŜ  róŜ-

niło...  PowaŜny  pracownik  naukowy  z  Oksfordu  i  mieszkająca  w  Dublinie 

instruktorka  tańca  nowoczesnego,  absolwentka  szkoły  teatralnej,  starająca  się 

zaistnieć w świecie estrady... Poznali się tylko dlatego, Ŝe oboje pochodzili z Crumlin 

background image

i  przypadkiem  w  tym  samym  czasie  spędzali  tam  urlop.  Kilka  razy  minęli  się, 

spacerując  w  dolinie.  Jeremy'emu  wpadła  w  oko  płomiennowłosa  nieznajoma  o 

nietypowej,  elfiej  urodzie.  Zagadnął  ją  pod  błahym  pretekstem  i  od  słowa  do  słowa 

okazało  się,  Ŝe  mają  wspólnych  znajomych.  Taki  był  początek.  Wymienili  się  e-

mailami, zaczęli korespondować. Po paru miesiącach przyjechał do niej w odwiedziny, 

raz, potem drugi. Przy trzeciej wizycie - to było w Sylwestra - zabrał ze sobą butelkę 

francuskiego  szampana  i  przez  pół  nocy  oglądali  na  wideo  stare  musicale,  śmiejąc 

się jak dzieciaki, a nazajutrz obudził się koło niej. 

Wkrótce  potem  zmienił  pracę,  przeniósł  się  na  stałe  do  Dublina  i  oznajmił 

rodzicom, Ŝe ma narzeczoną. 

Pobrali się po niecałym roku znajomości. Jak się wkrótce okazało - za szybko... Mieli 

zupełnie  odmienne  charaktery,  a  przysłowiowe  przyciąganie  się  przeciwieństw  gwa-

rantuje  wszystko,  tylko  nie  zgodne  poŜycie.  Milczący,  trochę  nieśmiały  Jeremy 

najchętniej  spędziłby  Ŝycie  w  bibliotece;  o  osiem  lat  młodsza,  pełna  Ŝycia  Erin 

potrzebowała  wraŜeń  jak  powietrza.  Niemal  od  dnia  ślubu  prześladowały  ich 

konflikty.  Ona  lubiła,  gdy  stale  coś  się  działo,  nienawidziła  stabilizacji;  on  wręcz 

przeciwnie. Narzekała, Ŝe przy nim się dusi, a on nie rozumiał, o co jej chodzi. 

Z  biegiem  lat  zamiast  lepiej,  było  coraz  gorzej.  Rzucało  się  w  oczy,  Ŝe  mają 

odmienne  cele  w  Ŝyciu,  odmienne  marzenia.  Jeremy'emu  nie  zaleŜało  na  pięknej 

rudowłosej  maskotce,  chciał  mieć  Ŝonę.  Niekoniecznie  taką,  co  czeka  na  męŜa  z 

obiadem, ale na pewno taką, z którą będzie moŜna załoŜyć rodzinę. Tymczasem Erin 

jeszcze  przed  ślubem  postawiła  warunek:  Ŝadnych  dzieci.  Niby  się  zgodził,  lecz  w 

skrytości ducha Ŝywił nadzieję, Ŝe z czasem jej się odmieni. Bolało go, Ŝe okazała się 

w  tej  kwestii  nieprzejednana,  tak...  samolubna.  Na  pierwszym  miejscu  był  zawsze 

taniec, teatr, a on gdzie...? 

Potem zaczęła coraz częściej wyjeŜdŜać na występy do innych miast. Jeśli próbował 

do  niej  wtedy  dzwonić  wieczorami,  zastawał  wyłączoną  komórkę.  Jakby  specjalnie 

usiłowała  wzbudzić  w  nim  zazdrość.  A  on  nie  był  z  tych,  co  robią  sceny.  Kończyło 

się  tak,  Ŝe  zamiast  się  kłócić  -  coraz  częściej  nie  odzywali  się  do  siebie.  Lodowaty 

background image

dom. Zaczęli  sypiać oddzielnie. Erin  wypłakiwała  się przyjaciółkom; Jeremy uciekał 

w pracę, za mur z ksiąŜek i artykułów. Przestał reagować na jej późne powroty, przyjął 

za gorzki pewnik, Ŝe znalazła sobie kogoś innego. 

Omagh, najgorsze doświadczenie ich Ŝycia, odwróciło wszystko o sto osiemdziesiąt 

stopni. Bardzo wiele zrozumieli w dniach bezpośrednio po tragedii, w szpitalu, kiedy 

juŜ  podano  do  wiadomości  publicznej,  ile  jest  ofiar.  Oboje  wyszli  z  zamachu  cało, 

choć  od  samochodu-pułapki  dzieliła  ich  jedynie  ściana  centrum  handlowego. 

Kobieta,  z  którą  Erin  rozmawiała  w  momencie  eksplozji,  zginęła  przygnieciona 

walącym się stropem. 

ś

adne  nie  powiedziało  tego  na  głos,  ale  oboje  czuli,  Ŝe  cud  nie  stał  się  bez 

przyczyny,  Ŝe  Niebo  dało im  szansę zacząć  wszystko od nowa. I tak teŜ uczynili, bo 

długa  jak  wieczność  chwila  na  obróconej  w  perzynę  ulicy,  kiedy  Jeremy  sprawdzał 

puls  nieprzytomnej  Ŝony,  wystarczyła,  Ŝeby  mu  uświadomić,  Ŝe  rozstania  mimo 

wszystko by nie zniósł. 

OstroŜnie,  pieczołowicie  odbudowywali  to,  co  ich  niegdyś  łączyło...  Ale  pół  roku 

później ich odradzające się, jeszcze bardzo kruche szczęście przeciął pędzący jak bolid 

biały  van,  za  kierownicą  którego  siedział  czterdziestoletni  pracownik  firmy 

telekomunikacyjnej, rówieśnik Jeremy'ego, z dwoma promilami alkoholu we krwi... 

Piątego  dnia  zniknęły  resztki  roślinności.  Szlak  wiódł  teraz  przez  posępne, 

kamieniste  wzniesienia  i  dolinki,  gdzieniegdzie  poznaczone  lejami  jak  po 

wybuchach.  W  ziemi  coraz  częściej  ziały  szczeliny,  z  których  sączył  się  dym  o 

zapachu  zepsutych  jaj,  przyprawiający  o  kaszel  i  łzawienie.  Pod  wieczór  opary 

zgęstniały tak bardzo, Ŝe filolog przestał widzieć cokolwiek na wyciągnięcie ręki. 

Gdy  się  ściemniło,  zaczął  mieć  nieprzyjemne  wraŜenie,  Ŝe  nie  jest  sam.  Zdawało 

mu się, Ŝe słyszy niewyraźne szepty, od czasu do czasu czuł muśnięcie chłodnego po-

wiewu,  jakby  ktoś  lub  coś  go  mijało  w  odległości  kilku  kroków.  Nie  odwaŜył  się 

zasnąć; całą noc czuwał, oparty plecami o wielki głaz, Ŝeby nic nie mogło go zajść od 

tyłu.  O  świcie  mgły  nieco  się  uniosły,  akurat  na  tyle,  by  mógł  zobaczyć,  Ŝe  nieco 

dalej  po  obu  stronach  drogi  zaczynają  się  dwa  szeregi  posągów.  Nie  potrafił 

background image

rozpoznać,  kogo  przedstawiają,  tak  były  zniszczone,  chyba  na  skutek  działania 

siarkowych  oparów;  wierzchnie  warstwy  kamienia  poobkruszały  się,  zamieniając 

oblicza wyrzeźbionych postaci w nieforemne bryły. 

Ich milcząca obecność szybko sprawiła, Ŝe poczuł się nieswojo. Idąc, odruchowo się 

garbił i raz po raz rzucał do tyłu  nerwowe  spojrzenia.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  ślepe  głowy 

ś

ledzą kaŜdy jego ruch. 

Gościniec okrąŜył wzgórze porośnięte gąszczem uschniętych krzewów i zaczął się 

piąć  po  stromym  zboczu  kolejnego.  Wzmagający  się  wiatr  rozganiał  opary,  więc 

widoczność  poprawiała  się  z  minuty  na  minutę.  Nagle  Jeremy  usłyszał  za  sobą  łopot 

potęŜnych skrzydeł. Wiedziony instynktem uskoczył w bok, kryjąc się za najbliŜszym 

posągiem. 

Nisko  nad  drogą  przeleciało  monstrum  podobne  do  pterodaktyla,  niosące  na 

grzbiecie człekokształtną istotę w czarnej zbroi i hełmie z opuszczoną przyłbicą. 

Odczekał  dobrą  chwilę,  dopóki  wierzchowiec  wraz  z  jeźdźcem  nie  zniknęli  w 

oddali.  Spocony  mimo  chłodu  osiągnął  grzbiet  wzniesienia  i  ujrzał,  Ŝe  dalej  teren 

niecko-wato się obniŜa. Jałowe szaro-brunatne pagórki przechodziły znów w równinę 

ciągnącą  się  aŜ  po  zasnuty  mgiełką  horyzont,  gdzie  majaczyła  ciemna  linia  lasu. 

Nigdzie nie było widać Ŝadnego muru; a jednak całkiem niedaleko, u stóp wzgórza,, 

wznosiła się brama. 

Taka w stylu średniowiecznym, ceglana, z wartownią nad wrotami. 

Niezbyt  potęŜna;  od  razu  pomyślał,  Ŝe  to  nie  ma  prawa  być  główne  wejście  do 

piekieł.  Prezentowała  się  jednak  wystarczająco  okazale.  Po  obu  stronach  wrót  w 

zawieszonych wysoko nad ziemią Ŝelaznych koszach płonął ogień; drgająca poświata 

sprawiała,  Ŝe  płaskorzeźby  na  odlanych  ze  spiŜu  odrzwiach  wydawały  się  oŜywać  i 

wić  złowrogo.  Centralne  miejsce  zajmowała  podobizna  człowieka  i  kozła  zarazem,  o 

rogach skierowanych ku górze. 

Przez  dłuŜszą  chwilę  kontemplował  ten  widok,  czując  dziwny  chłód  wzdłuŜ 

pleców.  W  końcu  przemógł  się  i  powoli  zaczął  schodzić  po  zboczu,  cały  czas 

background image

rozglądając  się  czujnie.  Wprawdzie  przy  bramie  nie  było  widać  Ŝywej  duszy,  a 

wszędzie wokół panowała głucha cisza, lecz nie podobało mu się, Ŝe znajduje się sam 

jeden na otwartej przestrzeni, widoczny jak na dłoni. 

Jak  się  okazało,  słusznie  się  niepokoił,  nagle  bowiem  usłyszał  za  sobą  skrzekliwy 

okrzyk: 

-

 

Gdzie  cię  diabli  przynieśli,  mendo  niewydarzona?  Punkt  przyjęć  dla 

potępionych jest nad Styksem, dwadzieścia mil stąd! 

Obejrzał  się  zdumiony.  Nie  dostrzegłszy  wołającego  uznał,  Ŝe  to  pewnie  jakieś 

diabelskie  sztuczki,  mające  go  nakłonić  do  zawrócenia.  Oczywiście  zawracać  ani 

myślał. 

-

 

Głuchy  jesteś,  ludzki  śmieciu?  -  wrzasnął  ponownie  niewidoczny  krzykacz.  - 

Zabieraj stąd dupsko, ale juŜ, bo cię poczęstują ołowiem! 

W  tym  samym  momencie  huknął  strzał.  Jeremy  zachwiał  się,  cofnął  o  krok. 

Zdumiony  popatrzył  po sobie.  Miał  rozerwaną  kurtkę  i  koszulę,  tkanina  na  brzegach 

rozdarcia lekko dymiła, ale nie był ranny - ani nawet draśnięty. 

Z  przeraźliwym  szczękiem  i  piskiem  nie  oliwionych  zawiasów  spiŜowe  odrzwia 

uchyliły  się, a  z wnętrza  wylazły  dwa stwory.  Jeden  miał  popielate  motyle  skrzydła, 

chude trójpalczaste  łapki  i  ptasią głowę  z  długim  dziobem.  Drugi  był  cały  porośnięty 

jasnobrązową  sierścią,  ale  uwagę  przykuwał  przede  wszystkim  jego  rozwarty  jak  u 

mi-noga otwór gębowy, okolony białymi wibrysami. 

Ten ptasiogłowy taszczył spory muszkiet. 

Przez  chwilę  taksowali  przybysza  wzrokiem,  wyraźnie  skonfundowani  tym,  Ŝe 

strzał nie wyrządził mu krzywdy. Jeremy uświadomił sobie, skąd ich zna. Z obrazów 

Boscha, jakŜeby inaczej. 

-

 

Ktoś ty i czego tu szukasz? - zabulgotał minogousty. 

-

 

Gadaj Ŝwawo, inaczej powąchasz prochu – uzupełnił ptasiogłowy, unosząc broń 

do ramienia. 

background image

-

 

 

-

 

Przybywam  z  raju!  Szukam  bliskiej  osoby,  którą  zesłano  na  dół.  Mam 

wszystkie  potrzebne  zezwolenia  -  skłamał  gładko  Jeremy  w  nagłym  przypływie 

inwencji. 

-

 

Aaa, to całkiem inna para kaloszy. UniŜenie witamy szanownego pana! - Diablik 

odstawił muszkiet (który natychmiast  zmienił    się  w  jaszczurkę,    ta  zaś  zniknęła 

w  szczelinie  między  kamieniami),  a  następnie  wyszczerzył  się  w  szerokim 

uśmiechu  rasowego  cwaniaka.  -  Czym  moŜemy  słuŜyć?  MoŜe  wódeczki  na 

rozgrzewkę?  -  Ze  zręcznością  sztukmistrza  wyłuskał  spod  szaty  butelkę 

z etykietą. 

-

 

Nie, dziękuję. 

-

 

A moŜe jednak? Patrz, to polska, firmowa czysta! „Chopin"! Znasz tę markę? 

-

 

Chcesz  coś  kupić?  Słodycze,  papierosy?  -  zawtórował  towarzysz  tonem 

bazarowego handlarza, równieŜ wyciągając nie wiadomo skąd jakieś pudełka. 

-

 

Hola tam! Sierściuch, Popielnik, nie wygłupiajcie się! - zakrzyknął ten sam głos, 

który  wcześniej  wzywał  Jeremy'ego  do  zawrócenia,  a  zaraz  potem  spomiędzy 

posągów  wybiegło  kolejne  diablę.  Miało  posturę  małego  chłopca,  ale  oblicze 

zgrzybiałego  staruszka.  Jeremy'emu  przypomniały  się  zdjęcia  dzieci  chorych  na 

progerię,  które  widział  dawno  temu  w  jakimś  czasopiśmie.  -  Rozum  wam  odjęło? 

PrzecieŜ  to  musi  być  błogosławiony,  skoro  kule  się  go  nie  imają!  Na  co  czekacie? 

Otwierajcie bramę! 

-

 

Bramę?  A  to  z  jakiej  racji?  -  zawarczał  czwarty  głos,  wyjątkowo  niski  i 

nieprzyjemny. - Błogosławiony, nie błogosławiony, co z niego niby za waŜniak, Ŝe 

mamy mu zaraz bramę otwierać? Łapmy go, dawno nie jadłem porządnego gulaszu! 

Jeden  z  głazów  przy  drodze  leniwie  rozprostował  kończyny,  okazując  się  szarym, 

brzuchatym potworkiem, podobnym do topornej rzeźby. Wypukłe Ŝółte ślepia błysnęły 

łakomie, lustrując przybysza. 

background image

-

 

Skoro zabłądził aŜ tu, nikt się o niego nie upomni. Na co czekacie, frajerzy? Nie co 

dzień mięsko samo się nam pcha do kotła! 

-

 

Nawet  o  tym  nie  myśl.  To  faktycznie  błogosławiony.  Ma  znak.  -  Ptasiogłowy 

wymownie  klepnął  się  w  czoło.  -  Zresztą  za  chudy  jest,  nie  starczyłoby  dla  nas 

czterech. 

-

 

Panowie, przepuśćcie mnie - poprosił Jeremy. - Spieszę się. 

-

 

JuŜ chcesz zmykać?.- zdziwił się ten o starczej twarzyczce. - Szkoda! Wiesz, jak 

rzadko miewamy tu gości? Zostań jeszcze trochę! 

-

 

Tak, tak - podchwycił ptasiogłowy. - Zapraszamy do wartowni.  Przekąsisz coś, 

wypijesz.  Mamy pieczone gołębie, jagnięcinę i wino mszalne... 

-

 

Dziękuję, nic nie chcę! Wystarczy, jeśli mi otworzycie bramę. 

Chciał przecisnąć się między nimi, ale stwór o brązowej sierści zastąpił mu drogę, 

machając talią kart. 

-

 

Zagrasz  z  nami,  Jeremy?  W  kanastę,  w  oczko,  w  pokera?  Bez  oszukiwania! 

Słowo honoru, jakem Sierściuch! 

-

 

Nie zagram. Nie uznaję hazardu. 

ObraŜony Sierściuch nastroszył ogon na kształt szczotki do butelek. 

-

 

Na oddech Beliala, co za maruda z ciebie! No to chociaŜ się z nami napij. 

-

 

Nie ma mowy! Naprawdę muszę juŜ iść. 

-

 

O,  co  to,  to  nie!  Nie  puścimy  cię,  póki  nie  wychylisz  kielicha  -  stwierdził 

stanowczo  ptasiogłowy.  Prędko  uczynił  łapkami  kilka  znaków  w  powietrzu.  Jeremy 

wytrzeszczył 

oczy, 

bo 

nagle 

jego 

własnej 

dłoni 

znikąd 

pojawiła 

się  złota  czara  wypełniona  parującym  ciemnym  płynem.  Po  zapachu  poznał,  Ŝe  to 

krew, i zrobiło mu się z lekka mdło. 

 

-

 

 

background image

-

 

Dalej,  bracie!  -  roześmiał  się  demon.  –  Śmiało  i  odwaŜnie!  Za  Lucyfera  i 

grzechy twoje! 

-

 

Za grzechy twoje! - zawtórowali pozostali, zacieśniając krąg wokół Jeremy'ego, 

który zaczynał się ich juŜ trochę bać. 

W  porządku,  chłopaki  -  przerwał  im  nieoczekiwanie  kobiecy  głos.  - 

PoŜartowaliście sobie, a teraz sio mi stąd. Muszę porozmawiać z tym panem. 

Nie  wiedzieć  kiedy  stanęła  przy  nich  nowa  postać,  od  stóp  do  głów  spowita  w 

czerń.  Jej  głowę  i  twarz  szczelnie  zasłaniał  szal,  w  szparze  widać  było  jedynie 

błyszczące źrenice. 

-

 

Wedle  rozkazu...  pani.  -  Ptasiogłowy  w  okamgnieniu  spokorniał,  kuląc  się, 

choć  w  głosie  kobiety  nie  było  cienia  groźby.  Odwrócił  się  do  towarzyszy.  - 

Słyszeliście, wiara? Nic tu po nas! 

Nawet nie spojrzała za odchodzącymi. 

-

 

Daj  mi  to.  -  Wyjęła  Jeremy'emu  z  ręki  czarę  i  bez  ceremonialnie  wylała 

zawartość.    Płyn  w  zetknięciu  z  gruntem  zasyczał  i  zadymił,  błyskawicznie  się 

ulatniając, a po ziemi rozbiegło się kilkanaście pająków. 

-

 

Co  za  błazny!  -  prychnęła  pogardliwie.  -  Niereformowalni,  słowo  daję.  Trzeba 

było  ich  od  razu  pogonić,  nic  by  ci  nie  zrobili.  Nikt  tutaj  nie  ma  prawa  tknąć  cię 

palcem, dopóki nosisz znak. Jak się nazywasz? 

Przedstawił  się.  Jednocześnie  mimochodem  spostrzegł,  Ŝe  niczym  nie  osłonięte, 

ś

niade  dłonie  nieznajomej  są  gładkie  jak  u  młodej  dziewczyny,  ale  z  zakrzywionymi 

pazurkami zamiast paznokci - i przeniknął go dreszcz. 

-

 

Je-re-mai-jah - powtórzyła z namysłem, przeciągając ostatnią sylabę. - Ładnie. 

Lubię  biblijne  imiona.  Powiedz  mi,  Jeremiah,  zszedłeś  do  nas  dla  kaprysu  czy 

w jakimś konkretnym celu? 

Mimo woli uśmiechnął się smutno. 

background image

-

 

Czy ktokolwiek schodzi do piekieł dla kaprysu? 

-

 

O, kochany, zdziwiłbyś się, gdybyś wiedział, jakie pomysły ludziom przychodzą 

do  głowy.  Miewaliśmy  tu  juŜ  i  nawiedzonych  okultystów,  którzy  pragnęli  do  nas 

przystać,  i  fanatyków  religijnych,  którzy  chcieli  nas  nawracać.  Trafiają  się  nawet 

podróŜnicy  z  glejtem  od  Pana,  jak  ów  poeta,  Florentczyk...  jakŜe  mu  było? 

NiewaŜne...  No,  a  ciebie  co  sprowadza  do  Szeolu?  Głód  wraŜeń? 

PróŜna ciekawość? 

-

 

Nie. Chcę odnaleźć kogoś, kto został tu zesłany. 

-

 

A zatem tęsknota silniejsza od śmierci, jak w baśniach? - Nie mógł widzieć jej 

ust,  ukrytych  pod  szalem,  przypuszczał  jednak,  Ŝe  się  uśmiechnęła.  -  No  proszę. 

KogóŜ ci tak brakuje? 

-

 

Czemu pytasz, pani? 

-

 

MoŜe będę mogła ci pomóc. 

-

 

Naprawdę? - zdziwił się. 

Klasnęła w dłonie. Brama, tym razem bez dźwięku, otwarła się na całą szerokość. 

-

 

Chodź. 

Po drugiej stronie rozciągała się z pozoru ta sama równina, którą widział ze szczytu 

wzgórza...  ale  jednak  inna.  Posępniejsza,  bardziej  niesamowita.  Skłębione  chmury 

pełzły  leniwie  niczym  prehistoryczne  bestie.  Ziemia  wyglądała  na  spopieloną,  nie 

rosło  na  niej  nawet  najmniejsze  źdźbło.  Wsłuchawszy  się  w  gwizd  wiatru,  moŜna 

było wychwycić niewyraźne, stłumione przez odległość krzyki i jęki. 

-

 

Witamy w królestwie płaczu - odezwała się spokojnie demonica. - Rozejrzyj się, 

posłuchaj. Myślałby kto, Ŝe sprawiedliwy Pan będzie bardziej wyrozumiały dla swych 

błądzących dzieci, co? 

background image

Odwróciwszy  się,  napotkał  jej  spojrzenie  i  zadygotał.  Czarne,  bezdenne  oczy 

poraziły  go  zimnem  i  pustką.  W  wyobraźni  ujrzał  bezwodne  pustkowie,  skąd  nie 

wracają karawany. Kości na wpół zasypane piaskiem, wycie szakali... 

Jestem  tą,  która  wykrada  dzieci  z  namiotów...  Konający  z  pragnienia  czasami 

słyszą mój śpiew... 

Otrząsnął się tylko dlatego, Ŝe klepnęła go w policzek. 

-

 

Nie patrz mi w oczy. Znałam męŜniej szych niŜ ty, którzy tracili od tego wzrok. 

-

 

Kim jesteś, pani? - odwaŜył się spytać drŜącym głosem. 

-

 

Kimś podrzędnym w tutejszej hierarchii. Moje imię nic ci nie powie. No, kogóŜ to 

chcesz odzyskać, Jeremiah? A moŜe to tajemnica? 

-

 

Nie, to nie tajemnica. Zszedłem po Ŝonę. 

-

 

Tak myślałam. - Zamilkła, rozwaŜając coś, po czym z nagła pstryknęła palcami. - 

Jeśli zdradzisz mi jej imię, powiem ci, gdzie jej szukać. 

W  pierwszej  chwili  nie  wiedział,  jak  zareagować.  Stać  go  było  jedynie  na 

wyjąkanie: 

-

 

Jak...? 

-

 

Och,  prościej,  niŜ  myślisz.  MoŜna  to  sprawdzić  w  księgach.  Prowadzimy 

bardzo  dokładną  ewidencję  potępionych,  inaczej  dawno  byśmy  się  pogubili.  To  co, 

mam przynieść dokumentację? 

-

 

Jeśli będziesz tak uprzejma, pani... 

-

 

Zaczekaj  tu  —  poleciła,  po  czym  ku  jego  zaskoczeniu  rozwiała  się  w  powietrzu 

jak  dym.  Czekał,  czując  się  trochę  głupio.  Miał  nieprzyjemną  świadomość,  Ŝe 

tamci, 

ukryci 

cieniu 

bramy, 

cały 

czas 

bacznie 

go 

obserwują. 

Na  szczęście  po  paru  minutach  demonica  zmaterializowała  się  ponownie, 

dźwigając  bardzo  zniszczoną  księgę  w  drewnianej  oprawie  z  Ŝelaznymi  okuciami. 

background image

Usiadłszy  na  ziemi  rozłoŜyła  sobie  tomiszcze  na  kolanach,  pośliniła 

palec i przez chwilę ostroŜnie przerzucała stronice. 

-

 

To  moŜe  potrwać  -  zastrzegła.  -  Zesłańcy  są  księgowani  według  dość 

skomplikowanego  klucza.  Na  suknie  Lilith,  słowo  daję,  nie  cierpię  biurokracji... 

Imię? 

-

 

Erin. 

-

 

Wyznanie? 

-

 

Niewierząca... Ale ochrzczona. Rodzice są katolikami. 

-

 

Kiedy zmarła? Podaj ziemską datę, tu czas płynie nieco inaczej. 

-

 

W Wigilię BoŜego Narodzenia roku 2001. 

-

 

Jak?  Chodzi  mi  o  czynnik  sprawczy,  nie  biologiczną  przyczynę  śmierci. 

Wypadek samochodowy, choroba...? 

-

 

Zabiła się. 

-

 

Dobra, to powinno wystarczyć. Samobójcy nie trafiają się nam tak znowu często. 

Zaczekaj  chwilę.  -  Mrucząc  do  siebie,  przewróciła  znowu  kilka  poŜółkłych  kart.  - 

Celia  Draves,  nie...  Angie  Daumont,  takŜe  nie...  Mam!  Erin  Julie  Dale,  lat  34,  z 

domu  Flynn,  córka  Patricka  i  Uny,  wdowa...  Zmarła,  a  jakŜe,  śmiercią 

samobójczą... Wszystkie dane personalne się zgadzają? 

-

 

Co do joty. 

-

 

Doskonale. - Z trzaskiem zamknęła księgę. - Widzisz tamto czerwone pasmo na 

horyzoncie?  Kierując  się  cały  czas  w  tę  stronę,  dojdziesz  do  gór.  Za  nimi  leŜy 

kotlina,  a  w  kotlinie  jest  wioska,  zamieszkana  przez  demony  i  kalekie  dusze.  Tam 

zesłano twoją Ŝonę. Przebywa w czymś w rodzaju zakładu karnego. 

-

 

Myślisz, Ŝe pozwolą mi się z nią zobaczyć? 

background image

-

 

Och,  bez  problemu.  To  nie  więzienie,  gdzie  trzeba  sobie  załatwiać  widzenia; 

działamy na nieco innych zasadach. W ogóle wolno ci tu chodzić, gdzie ci się Ŝywnie 

podoba.  Mówiłam  przecieŜ,  Ŝe  dopóki  nosisz  znak,  jesteś  nietykalny.  Pamiętaj 

tylko, Ŝe jeśli go stracisz, nie będzie powrotu. 

Na dnie serca Jeremy'ego drgnął robaczek niepokoju. 

-

 

Mogę go... 

-

 

AleŜ  oczywiście.  Nie  powiedziano  ci?  Znak  zniknie,  jeśli  twój  Pan  uzna, Ŝe  nie 

zasługujesz  juŜ  na  jego  ochronę.  Sam  rozumiesz,  w  piekle  nie  brak  pokus,  a 

błogosławieni,  choćby  i  o  najczystszym  sercu,  są  tylko  ludźmi.  Góra  musi 

się 

zabezpieczać 

przed 

powrotem 

jednostek, 

które 

uległy 

naszym  zgubnym  wpływom.  Są  bardzo  stanowczy  w  tej  kwestii.  Rzekłabym, 

nieprzejednani.  No,  ale  nie  będę  cię  niepotrzebnie  straszyć.  Nie  wyglądasz  mi  na 

takiego,  którego  łatwo  sprowadzić  na  złą  drogę.  Powiedz,  co  zamierzasz  zrobić, 

kiedy juŜ znajdziesz tę twoją Erin? 

-

 

Wrócimy na Górę, rzecz jasna. Będę się domagał rewizji wyroku. 

-

 

Optymista  z  ciebie,  kotku  -  pokręciła  głową  demonica.  -  Gdyby  to  było  takie 

proste, piekło dawno by opustoszało. 

-

 

PrzecieŜ  wyraźnie  mi  powiedziano,  Ŝe  jeśli  zdołam  do  niej  dotrzeć,  zostanie 

uwolniona! Wasze prawo stanowi... 

-

 

Na  włócznię  Azazela,   pewnie,   Ŝe   stanowi  - machnęła ręką. - Jeśli do niej 

dotrzesz  i  jeśli  ona  wyrazi  na  to  zgodę,  moŜesz  ją  zabrać,  dokąd  ci  się  Ŝywnie 

podoba. Nikt w Szeolu nie będzie wam czynił przeszkód. 

-

 

Więc w czym problem? 

-

 

Och, sam się wkrótce przekonasz. Czeka cię więcej trudności, niŜ przypuszczasz. 

Pamiętaj, nie strać znaku, inaczej wszystko na nic. No, ruszaj, nic tu po tobie. 

-

 

Dziękuję za pomoc, pani — skłonił się na wszelki wypadek,  grzeczności  nigdy  za 

wiele. 

background image

-

 

Drobiazg.    Powodzenia,    Jeremiah.  –  Wyciągnęła  dłoń; uścisnął ją odruchowo. 

Przeniknęło  go  zimno,  wydające  się  sięgać  do  samych  kości...  Wyszarpnął  rękę, 

a  wtedy  demonica  parsknęła  wysokim,  nieprzyjemnym  śmiechem,  podobnym  do 

krzyku drapieŜnego ptaka. Oddalił się pospiesznie, dygocząc. 

* * * 

Upłynęło  kilka  tygodni,  a  moŜe  miesięcy,  nie  znała  sposobu,  Ŝeby  to  określić. 

Tutejszy  czas  rozciągał  się  jak  guma;  poraŜająca  nuda  czyniła  godziny  długimi  jak 

dni. 

AŜ  któregoś  razu  na  manufakturę  spadli  Ŝołnierze,  niczym  stado  jastrzębi. 

Korytarzem  łączącym  baraki  nadbiegła  Petra,  cała  potargana,  nawet  bez  czepka,  z 

obłędem w oczach. 

-

 

Bienenstock, przylecieli! - zawyła. - Wylądowali! Widziałam! 

Zawtórowały  jej  zbliŜające  się  chrapliwe  pokrzykiwania.  Któraś  z  kobiet  zaczęła 

przeraźliwie  piszczeć,  szybko  dołączyły  do  niej  inne.  Wywiązał  się  niesamowity 

harmider i w tym samym  momencie wrota rozwarły się z hukiem. Petra złapała Erin 

za  rękę  i  wciągnęła  za  przepierzenie,  tam  gdzie  znajdował  się  piec.  Rozpłaszczone 

przy ścianie, mogły obserwować przez szparę w deskach, co się dzieje w hali. 

ś

ołnierze,  uzbrojeni  w  karabiny  i  krzywe  szable,  przypominali  skrzyŜowanie 

hitlerowców z orkami. Nosili czarne maski w kształcie zwierzęcych łbów, a ich oczy 

jarzyły się czerwono. Chwytali kobiety, skuwali kajdankami i wywlekali na zewnątrz, 

w ciemność. 

-

 

Zabierają  je  do  katowni...  -  wychrypiała  Petra.  Erin  chciała  zapytać,  dlaczego  i 

gdzie  to  jest,  ale  głos  uwiązł  jej  w  gardle,  gdy  w  poświacie  sączącej  się  z  otwartych 

drzwiczek pieca zamajaczyła barczysta postać w masce pumy szczerzącej groźnie 

kły. 

Na Petrę w ogóle nie zwrócił uwagi. Chwycił Erin za ramię i wywlókł z kąta. 

Hala  szybko  pustoszała,  Ŝołnierze  jeden  za  drugim  kierowali  się  juŜ  do  wyjścia. 

Potępione, które pominięto, zbiły się pod ścianą w ciasną grupkę i łkały jak dzieci. 

background image

Tak  jak  to  się  czasem  zdarza  w  koszmarnych  snach,  nogi  odmówiły  jej 

posłuszeństwa. Potknęła się i upadła. śołnierz kopnął ją w obandaŜowane udo; salwa 

bólu. 

-

 

Wstawaj, dziwko! 

Niezdarnie próbowała się podnieść; chyba za wolno, bo kopnął ją po raz drugi. 

-

 

Ruszaj się! 

-

 

Stać!  Tej  nie  -  zakomenderował  ni  stąd,  ni  zowąd  chrapliwy  głos.  -  Puść  ją  i 

wracaj do reszty. 

Stanął  nad  nimi  męŜczyzna  w  czarnym  mundurze  i  pelerynie,  z  karabinem 

przewieszonym  przez  ramię,  ale  bez  hełmu  ani  maski.  Miał  ciemne,  posiwiałe  na 

skroniach włosy, twarz arystokraty i spojrzenie drapieŜnego ptaka. 

ś

ołdak  usłuchał  natychmiast.  Erin  dźwignęła  się  chwiejnie,  oparła  o  ścianę,  nie 

do końca pewna, czy wszystkie kości ma całe. Kaszląc, rozmasowała gardło. 

Oficer obrócił się na pięcie z furkotem peleryny i się oddalił. Gdy doszła do siebie 

na tyle, Ŝeby się rozejrzeć, nie dostrzegła go juŜ. 

* * * 

Równina zdawała się nie mieć końca. Pokrywały ją kratery, jak na księŜycu. Przez 

chmury  sączyło  się  dziwne,  sinawe  światło,  nie  mające  wiele  wspólnego  z  ziemskim 

ś

wiatłem dnia. 

Jeremy  wędrował  długo,  bardzo  długo.  Pomny  słów  demonicy  dbał,  Ŝeby  bez 

ustanku mieć przed oczami pasemko szkarłatnej łuny, które jarzyło się przez cały czas 

w tym samym miejscu. 

Mijał, zrujnowane domostwa, nagrobki skruszone zębem czasu, spalone drzewa - 

jakby  obrazy  z  czarno--białego  filmu  dokumentalnego  o  wojnie  -  i  słyszał  Ŝałosne 

krzyki  dusz,  miotanych  wiatrem  niby  suche  liście.  Odczuwał  przeraźliwy  smutek, 

background image

którego  nic  nie  mogło  złagodzić,  jakby  wszystkie  nieszczęścia  i  troski  świata 

zostały złoŜone na jego barkach. 

W  końcu  dotarł  do  rzeki,  toczącej  ospale  czarną  wodę,  a  moŜe  smołę. 

Przeciwległy  brzeg  tonął  we  mgle.  W  zeschniętych  badylach,  które  kiedyś  były 

trzcinami, coś Ŝałośnie kwiliło - ptak albo potępiona dusza. 

Krwawo świecące pasmo na niebie znajdowało się teraz dokładnie nad jego głową; 

pojął, Ŝe łuna odzwierciedla bieg rzeki. Przy brzegu czekał prom. 

-

 

Najpierw  niech  zapłaci  -  zaŜądał  przewoźnik,  włochaty  stwór  z  palcami 

połączonymi błoną, o ślepiach jak latarki. 

Z  braku  lepszego  pomysłu,  Jeremy  wręczył  kreaturze  krzyŜyk,  który  otrzymał  od 

McElroya. Ku jego uldze zapłata została przyjęta. 

Gdy  wysiadał  na  drugim  brzegu,  mgła  nieco  się  rozrzedziła  i  filolog  ujrzał,  Ŝe 

przed  nim  wznoszą  się  ciemne  ściany  gór,  od  połowy  niknące  w  szarym  oparze. 

Ucieszyłby  się,  gdyby  był  jeszcze  zdolny  do  odczuwania  radości.  Ruszył  raźno 

naprzód, nie zauwaŜając, Ŝe z wiatrem wiejącym mu w twarz niesie się odór padliny. 

Wkrótce  jego  oczom  ukazał  się  przeraŜający  widok.  Na  niewielkim  pagórku 

wznosiła  się  przypominająca  ołtarz  konstrukcja  z  powiązanych  razem  mieczy, 

włóczni, halabard i w ogóle wszelkiej białej broni, naszpikowana ciałami potępionych. 

Nieszczęśnicy nabici na ostrza bądź przygwoŜdŜeni nimi do ziemi, zdawałoby się, Ŝe 

dawno  powinni  skonać  z  upływu  krwi.  Jednemu  z  brzucha  zwisały  wywleczone 

jelita, inny nie miał obu nóg. 

ś

yli  jednak,  o  czym  świadczyły  chrapliwe  oddechy  i  wydawane  od  czasu  do 

czasu jęki. 

Tknięty jakąś chorą ciekawością, powoli podszedł bliŜej, wstrzymując oddech, bo 

smród dławił za gardło. Nieszczęśnicy, jakby mało, Ŝe cierpieli ból zadany przez ostrą 

stal,  gnili  tu  z  wolna,  w  okrutny  sposób  uwięzieni  pomiędzy  Ŝyciem  a  niebytem.  Ich 

background image

skóra odpadała płatami, kości wyzierały spod mięśni, w przeraŜających ranach wiło 

się robactwo... 

Nieoczekiwanie jedna z sylwetek drgnęła... Ludzki wrak, który kiedyś był młodym, 

dobrze  zbudowanym  męŜczyzną,  uniósł  wolno  głowę,  by  zmierzyć  przybysza 

smutnym  spojrzeniem.  Jeremy'emu  zabrakło  tchu,  bowiem poznał  cierpiącego. Jego 

kolega  z  podstawówki,  Paddy  O'Rafferty!  Ten  Paddy,  który  kolekcjonował  motyle  i 

zawsze stał na bramce, kiedy grali w piłkę noŜną... 

Paddy  -  czy  raczej  to  coś,  co  zeń  zostało  -  wyciągnęło  błagalnie  odarte  ze  skóry 

ręce. 

-

 

Stary, błagam, daj mi pić! ChociaŜ łyka! 

-

 

Nie mam wody - odparł ze smutkiem Jeremy. 

-

 

Kłamiesz! - W oczach tamtego zagościł obłęd. – Na pewno masz! Musisz mieć! 

Jeremy przecząco potrząsnął głową. 

-

 

Przykro mi, Paddy. 

Odpowiedzią  był  nieartykułowany  wrzask  wściekłości,  który  -  jak  się  zdawało  - 

podziałał cucąco na innych potępionych, bowiem zaczęli unosić głowy. 

-

 

Du lieber Gott, wir sind verloren! - wykrzyknął któryś. 

-

 

Moi glaza, o moi glaza - zapłakał inny. 

-

 

Sonia, mein Schatz! Wo bist du! - rozdzierająco zajęczał trzeci. 

Masa zakrwawionych ciał oŜywała, niczym kłębowisko węŜy. Do upiornego chóru 

dołączały kolejne głosy. 

-

 

Merde, ćest le gas... 

-

 

Zurueck! Zurueck! Bewege dich, Dummkopf! 

-

 

Dieujuste, pardonne...  

background image

-

 

Allah akbar, Allah akbar... 

W szarości odzywało się coraz więcej udręczonych krzyków. Jeremy zrozumiał, Ŝe 

tam dalej, we mgle, kryją się kolejne makabryczne ołtarze... 

Nie  był  w  stanie  wytrzymać  ani  chwili  dłuŜej.  Odwrócił  się  na  pięcie  i  ruszył  z 

powrotem w tym samym kierunku, z którego przybył. 

NiemoŜliwe, Ŝeby przez góry prowadziła tylko ta jedna droga. Znajdzie inną. 

-

 

Zgnijesz  tu,  świętoszku!  -  dobiegł  go  z  mgły  ryk  Paddy'ego,  a  potem  odgłos 

splunięcia. Jeremy przyspieszył kroku, prawie biegł, nie zwaŜając na to, Ŝe kamienie 

osypują mu się spod stóp. 

Jeszcze długo goniło go niesione wiatrem rozdzierające zawodzenie. 

-

 

Sonia, mein Schaaatz! 

3. ŚcieŜka nad przepaścią 

PoniewaŜ  krojczych  ubyło,  ubyło  teŜ  pracy  dla  zamiataczek.  Nie  Ŝeby  to  w 

przypadku Erin coś zmieniało; trwała nadal w szarym zawieszeniu, wykonując swoje 

obowiązki jak automat, pozbawiona wspomnień, lęków czy nadziei... 

AŜ kiedyś - nie umiała określić, ile czasu upłynęło od najazdu Ŝołnierzy, właściwie 

nie była nawet pewna, czy najazd rzeczywiście nastąpił, czy teŜ moŜe uroiła go sobie 

- z odrętwienia wyrwał ją odgłos otwierających się wrót. Dźwięk jakby przebudził ją 

ze snu. W okamgnieniu była znowu sobą, przytomna, czujna. Wstrzymała oddech wi-

dząc, Ŝe do baraku wchodzi postać w czarnym mundurze i pelerynie. 

Nadzorca  natychmiast  podjechał  do  przybysza,  gnąc  się  w  ukłonach.  Na  jego 

opasłym obliczu wykwitł uśmiech słodki niczym sacharyna i tak samo sztuczny. 

-

 

Po słuŜbie? 

background image

Demon potwierdził ruchem głowy; jego wzrok błądził po hali. 

-

 

Szukam towarzystwa. - Ochrypły głos przywodził na myśl lwi pomruk. 

-

 

O, to nie wiem, czy szanowny pan znajdzie. U nas same kiepskie sztuki, a juŜ u 

mnie w ogóle ostatni syf. 

-

 

Powiadasz? Nie, aŜ tak źle chyba nie jest. Masz tu taką jedną młodszą z rudymi 

włosami, widziałem. 

-

 

Aaa,  to  pewnie  panu  oficerowi  chodzi  o  zamiataczkę.  Fakt,  jest  młodsza  od 

innych. Ale nie wiem, czy się nadaje. Solidnie ją poharatali... 

-

 

Kiedy tu trafiła? 

-

 

W  przeddzień  święta  narodzin  Syna.  -  Ostatnie  słowo  Bienenstock  wysyczał  z 

obrzydzeniem. 

-

 

Co ty gadasz? To juŜ dawno powinna być w pełni sprawna. 

-

 

Powinna,  co  nie  znaczy,  Ŝe  jest.  Niektóre  wolniej  przychodzą  do  siebie.  Jeśli 

wolno  mi  to  powiedzieć,  proszę  pana,  kaci  znają  się  na  swoim  rzemiośle,  my  zaś 

mamy ograniczone moŜliwości... 

-

 

Marudzisz, tłuściochu. Zawołaj ją, to się przekonamy. 

-

 

Wedle Ŝyczenia. Daaale! - rozdarł się nadzorca na cały barak. - Pozwól no tu! 

Serce  na  chwilę  przestało  jej  bić,  ale  wyszła  z  cienia  jak gdyby  nigdy nic. Oficer 

na jej widok drgnął; chyba się domyślił, Ŝe wszystko słyszała, ale nic nie powiedział. 

Wziął  ją  za  rękę,  Ŝeby  obejrzeć  przedramię.  Ku  jej  zaskoczeniu,  zamiast 

szarpnięciem  zerwać  bandaŜ,  ostroŜnie  go  odwinął.  Nie  zabolało  ani  trochę,  gaza 

odchodziła  bez  trudu.  Erin  nie  wiedziała,  czy  się  ucieszyć,  czy  zapłakać  na  widok 

tego, co się wyłoniło spod opatrunku. 

-

 

Gdzie  ty  tu  widzisz  rany,  Bienenstock?  –  parsknął  demon.  -  Wygojone  jak 

trzeba. 

background image

Ujął  ją  następnie  za  podbródek,  odwracając  twarz  do  światła.  Miała  przemoŜną 

ochotę  krzyknąć  ze  strachu  i  wstrętu,  ale  nie  dała  nic  po  sobie  poznać.  Wyraźnie 

zadowolony  z  oględzin  rzucił  monetę  nadzorcy,  który  pochwycił  ją  skwapliwie,  po 

czym skinął na Erin. 

-

 

Pójdziesz ze mną. 

Sprawdziwszy  zębami,  czy  moneta  nie  jest  fałszywa,  Bienenstock  wyszczerzył  się 

usłuŜnie. 

-

 

Mamy oddzielną izbę na tyłach... specjalnie... 

-

 

Pamiętam. 

Izba  była  paskudna  jak  wszystko  tutaj,  ale  na  łóŜku  ku  zaskoczeniu  Erin  leŜała 

pościel.  Nawet  w  miarę  czysta,  choć  zalatująca  stęchlizną.  I  tak  jednak  świeŜsza  niŜ 

to, co Erin miała na sobie. 

Drugą'  rzeczą,  jaka  rzuciła  jej  się  w  oczy  zaraz  po  wejściu, było okno. Podbiegła 

do  niego  z  biciem  serca.  Po  raz  pierwszy  miała  okazję  zobaczyć  skrawek  ze-

wnętrznego świata - coś więcej aniŜeli trzy baraki i łączący je korytarz. 

Rozczarowała  się.  Z  okna  rozciągał  się  widok  na  ponure  pustkowie.  Na  zewnątrz 

panowała  noc,  lecz  niebo  rozświetlała  łuna,  przywodząca  na  myśl  poŜary  szybów 

naftowych.  Szyba  była  rozbita,  z  siatką  pęknięć,  jakby  ktoś w nią cisnął z zewnątrz 

kamieniem; powiew ciągnący przez otwór zalatywał spalenizną. 

-

 

Wracaj - przywołał ją do porządku demon. - Popatrzysz sobie później. 

Stanęła przed nim, zmuszając się do uśmiechu. Skrzywił się z niesmakiem, patrząc 

na samodziałową szmatę. 

-

 

Zdejmuj to. 

Poczuła chłód w brzuchu, ale usłuchała. 

-

 

Odwiń resztę opatrunków. 

background image

Trochę  to  trwało,  część  musiała  odrywać  siłą.  Na  deskach  podłogi  szybko  wyrósł 

pokaźny stosik brudnej gazy. Skończywszy, z obrzydzeniem wepchnęła wszystko pod 

łóŜko; później sieje spali. 

Wszystkie  rany  były  zagojone.  Zostały  po  nich  róŜowe,  nierówne  blizny,  lekko 

błyszczące, jak z plastiku. Wyglądało to tak ohydnie, Ŝe aŜ się wzdrygnęła. 

Oficer objął ją gestem, który miał chyba dodać jej otuchy. 

-

 

Nie  martw  się,  z  czasem  zbledną.  Wierz  mi,  mulier,  nie  takie  rzeczy  juŜ 

widziałem. Masz, moŜe to cię rozweseli - wręczył jej odkorkowaną manierkę. Bała 

się odmówić, więc posłusznie upiła łyczek - jak się okazało, całkiem dobrego wina. 

-

 

Reńskie,  rocznik  1530  -  oznajmił  z  dumą  demon.  -  Nie  wstydź  się,  pij.  Teraz 

juŜ nie ma na świecie takich win. 

Rzeczywiście, Erin  miała wraŜenie, Ŝe płyn  z kaŜdą chwilą nabiera smaku  i  woni. 

Choć  wydawało  jej  się,  Ŝe  sączy  go  wolniutko,  szybko  poczuła  lekki  szumek  w  gło-

wie. Z pewnym Ŝalem odstawiła manierkę. 

-

 

Mocne - uśmiechnęła się przepraszająco. 

-

 

O,  pewnie,  Ŝe  tak.  Zwykliśmy  je  pijać  podczas  hulanek  w  Walpurgisnacht, 

kiedyŜ to było? - Oficer równieŜ się napił, nie odrywając wzroku od więźniarki. Jego 

oczy Ŝarzyły się czerwono. Erin spuściła głowę, nie była w stanie w nie patrzeć. 

Milczenie przedłuŜało się. 

-

 

Chodź - polecił w końcu, ale takim tonem, Ŝe zabrzmiało to prawie jak prośba. 

ChociaŜ  bardzo  się  starała,  nie  udało  jej  się  powstrzymać  od  wzdrygnięcia,  kiedy 

jej dotknął. Jakby dopiero teraz sobie o nich przypomniawszy, ściągnął rękawice i 

rzucił je w kąt. Spodziewała się ujrzeć porośnięte sierścią łapy, ale nie, miał normalne 

dłonie. 

Jak na zawołanie, łuna za oknem zagasła; otoczył ich mrok. 

background image

O ironio, w tym, jak się zachowywał, nie było nic diabelskiego. Całował jej szyję i 

piersi,  na  szczęście  wolne  od  blizn,  z  niezgrabnością  zrodzoną  z  pośpiechu.  Erin 

zmusiła się, Ŝeby udawać, Ŝe jej to sprawia przyjemność. Ha, na upartego cała scena 

mogłaby się dziać w świecie Ŝywych. Dziwka przyjmująca esesmana... Pieprzony film 

wojenny. 

Zepchnął  ją  na  łóŜko  i  wstał.  Usłyszała,  jak  ściągał  buty, potem ubranie. Zaczęła 

drŜeć, nie mogła przestać. 

Wrócił; oddychający szybko, niecierpliwy. Pachniał po ziemsku, jak męŜczyzna, nie 

jak potwór. Po raz pierwszy poczuła, Ŝe ją takŜe ogarnia podniecenie, mimo strachu. 

- Nie bój się - szepnął. - Nie zrobię ci krzywdy. Nie kłamał. 

* * * 

Szła  burza.  Nieboskłon  pociemniał;  horyzont  raz  po  raz  rozświetlały  błyskawice. 

Niewyraźne z początku pomruki grzmotów odzywały się coraz to głośniej i bliŜej. W 

chwilach gdy błyśnięcia wydobywały z półmroku czarny masyw górski, wydawał się 

on  jeszcze  potęŜniejszy  i  groźniejszy  niŜ  w  rzeczywistości.  ŚcieŜka  opuściła  dolinę 

rzeki  i  teraz  biegła  dość  stromo  pod  górę,  piarŜystym  zboczem.  Jeremy  przysiadł  na 

kamieniu,  Ŝeby  odpocząć.  Z  Ŝalem  popatrzył  na  swoje  do  niedawna  porządne  i 

wygodne  obuwie.  CięŜkie  wojskowe  buty,  teoretycznie  prawie  nie  do  zdarcia,  tu 

niszczyły się niewiarygodnie szybko. śałował, Ŝe nie ma na nogach Ŝelaznych trzewi-

ków, a w ręku takiegoŜ kostura, jak dziewczynka z rosyjskiej baśni. 

Wzdrygnął  się,  gdy  doleciał  go  przeciągły,  upiorny  wrzask.  Pod  chmurami 

kołowały bestie, w tym oświetleniu i z tej odległości widoczne jedynie jako zamazane 

ciemne kształty. Zdawało się, Ŝe toczą z sobą bój na śmierć i Ŝycie; z wiatrem niosło 

się raz ochrypłe trąbienie, kiedy indziej wściekłe ryki. 

Nisko  nad  głową  męŜczyzny  śmignął  nietoperz,  chyba  przeraŜony  nadciągającą 

nawałnicą. Jeremy nie przejął się tym. Pamiętał z ziemskiego Ŝycia, jak niebezpieczne 

są  burze w górach, tu  jednak panowały  troszkę inne  zasady.  Poza tym  naprawdę nie 

background image

miał  siły  iść  dalej.  Bolała  go  głowa,  miał dreszcze i czuł się  tak słaby, jakby  uszła z 

niego krew. 

W  miarę  jak  burza  się  przybliŜała,  bestie  krzyczały  coraz  częściej  i  głośniej. 

PrzeraŜające dźwięki wdzierały się w uszy i napełniały serce lodem. 

Kolejny oślepiający zygzak przeciął niebo, trzasnął grom. Sekundę później zaczęło 

padać - czy raczej sypać -nie śniegiem, lecz szarym popiołem, który łatwo wciskał się 

we  wszelkie  zakamarki  odzieŜy,  draŜniąc  skórę.  Jeremy  zmusił  się,  Ŝeby  wstać  i 

poszukać  bardziej  osłoniętego  miejsca.  Gdy  stanął  na  nogi,  okazało  się,  Ŝe  krótki 

odpoczynek  bardziej  zaszkodził,  niŜ  pomógł  -  mięśnie  mu  zesztywniały,  ruszał  się 

jak  mucha  w  smole.  W  końcu  z  ulgą  zwinął  się  w  jamie  pod  wielkim  głazem  i 

zamknął  oczy. Był tak wykończony, Ŝe mimo huku piorunów zaczął zasypiać.  Nie  do 

końca stracił przytomność, ale czuł, Ŝe odpływa, zatapia się w aksamitnej czerni... 

Nagle usłyszał tuŜ przy swoim uchu kryształowy głosik. 

-

 

Czy  to  ty  zszedłeś  z  raju  w  poszukiwaniu  kobiety  o  rudych  włosach?  Wiem, 

gdzie ją znaleźć. Pomogę ci, wskaŜę drogę. 

Słowa te zostały wypowiedziane najczystszą łaciną. 

-

 

Kim  jesteś?  -  wychrypiał  Jeremy,  unosząc  głowę.  Drgnął,  gdy  na  wysokości 

jego oczu zatańczyło, a potem zawisło w bezruchu niewielkie światełko. 

-

 

MoŜe  czytałeś  o  mnie,  nazywam  się  Francesca.  Kiedyś  cierpiałam  miotana 

przez  wiatr,  teraz  jestem  błędnym  ognikiem.  Przeprowadzę  cię  przez  góry,  jeśli 

masz dość siły, Ŝeby iść. 

Coś skojarzył jak przez mgłę - Francesca i Paolo, dusze smagane wichrem... gdzieŜ 

to było... u Dantego? Straszne, nie pamiętał juŜ nawet tak oczywistych rzeczy! 

-

 

Czemu  chcesz  mi  pomóc?  -  spytał  nieufnie.  Światełko  podskoczyło 

niecierpliwie. 

-

 

Tak trudno się domyśleć? Nosisz na czole znak BoŜej łaski! Jeśli ci pomogę, być 

moŜe Pan skróci mi karę! 

background image

Wreszcie  sobie  uświadomił,  skąd  zna  jej  imię.  JakŜe  mógł  zapomnieć  -  no  jasne, 

„Boska  komedia",  drugi  krąg  piekieł.  Dziewczyna,  która  została  kochanką  swojego 

szwagra. 

-

 

Dobrze,  pójdę  za  tobą.  Nawet  jeśli  to  podstęp,  nie  mam  nic  do  stracenia.  - 

Dźwignął  się  z  westchnieniem,  konstatując  jednocześnie,  Ŝe  bestie  odleciały,  a 

burza 

cichnie. 

nieba 

padały 

juŜ 

tylko 

pojedyncze 

płatki, 

za 

to 

całą okolicę jak okiem sięgnąć zaścielał grubą warstwą siwy puch. Po paru krokach 

Jeremy potknął się o ukryty pod tą zdradziecką kołderką kamień i omal nie upadł jak 

długi. 

Francesca da Rimini parsknęła cieniutkim, srebrzystym śmiechem. 

-

 

OstroŜnie, słonko, nie jesteś kozicą. Trzymaj się blisko mnie i patrz pod nogi. 

* * * 

-

 

 Chcesz zapalić, mulier? 

Potrząsnęła głową. 

Oficer  zapalił  papierosa.  Bez  zapalniczki;  wystarczyło,  Ŝe  pstryknął  palcami. 

Zaciągnął się, wydmuchnął dym. 

Erin usiadła na łóŜku, owijając się szczelnie kołdrą. W pokoju nie było zimno, ale 

teraz,  po  wszystkim,  znów  wstydziła  się  swojego  wynędzniałego  i  pobliźnionego 

ciała. 

Demon palił w milczeniu, obserwując ją. Dla niego mrok nie stanowił przeszkody; 

Erin  widziała  tylko  czarną  sylwetkę  na  tle  okna  oraz  trzy  jarzące  się  czerwono 

punkty. Papieros i bliźniacze iskry jego źrenic. 

Przeciągnęła  się ostroŜnie; wszystko ją bolało. Prawda,  brutalny  nie był, ale i tak 

czuła kaŜdą bliznę, jakby jego dotyk zapisał się na skórze kreseczkami ognia. 

background image

Oooch... mimo wszystko słodki był ten ból. Co tu duŜo mówić. Dawno się tak nie 

czuła. Po części sprawiło to wino (czy na pewno napitek składał się tylko z wina?), 

a po części... chyba zadziałała po prostu chemia. Wygłodzenie... 

Co  gorsza,  patrząc  na  niego  teraz,  miała  niepokojące  uczucie  deja  vu.  Z  sylwetki 

był, o ironio, całkiem podobny do Jeremy'ego. Tylko te oczy... 

Oficer strząsnął popiół za okno i zaciągnął się znowu, czerwony punkcik rozŜarzył 

się jaśniej. Erin uświadomiła sobie, Ŝe dym, który wypełnił pomieszczenie, nie pocho-

dzi  z  tytoniu.  Z  marihuany  teŜ  nie;  wystarczająco  wielu  jej  kolegów  ze  szkoły 

teatralnej  popalało  skręty,  Ŝeby  umiała  bez  pudła  rozpoznać  aromacik  ziela.  Ten 

zapach  był  inny  -  bogaty,  korzenny  -  i  z  niczym  jej  się  nie  kojarzył,  moŜe  za 

wyjątkiem  biblijnego  kadzidła  i  mirry.  Dziwnie  nie  pasował  do  tego  miejsca,  do 

obskurnej, śmierdzącej pluskwami izdebki, gdzie okno straszyło rozbitą szybą, a za 

całe  umeblowanie  słuŜyło  Ŝelazne  łóŜko  z  zapadniętym  materacem  i  jęczącymi 

spręŜynami. 

-

 

Jak ci na imię? 

Pytanie  padło  tak  nagle,  Ŝe  drgnęła  przestraszona.  Jego  głos  rozwiał  złudzenie;  w 

niczym nie przypominał głosu jej męŜa. I dobrze. 

-

 

Celtycka  krew,  co?  -  zamyślił  się  demon,  usłyszawszy  odpowiedź.  -  Spędziłem 

nieco czasu w waszych stronach, kiedy twoi przodkowie jeszcze czcili starych bogów. 

Spodziewała się, Ŝe powie coś więcej, ale nie. Zgasił papierosa o parapet i wrócił, 

stąpając bezszelestnie jak kot. 

Z westchnieniem pozwoliła, aby znów ją zagarnął w ramiona. Kiedy zamknęła 

oczy,  mogła  zapomnieć,  gdzie  się  znajduje  i  z  kim.  Liczył  się  tylko  dotyk,  przy-

spieszony  oddech,  zapach;  woń  zwykłej,  ziemskiej  wody  kolońskiej,  z  ledwie 

wyczuwalną nutą potu. 

Demon  delikatnie  przeczesał  palcami  jej  włosy.  Były  skołtunione,  matowe,  lecz 

nadal bujne; po umyciu i wy-szczotkowaniu odzyskałyby dawne piękno. 

background image

-

 

To twój naturalny kolor?  

-

 

Tak. 

-

 

No proszę. - Pocałował ją w zagłębienie nad obojczykiem. - Sugestywne. 

-

 

Czemu? 

-

 

Wszystkie    rude    to    ladacznice.    -  Zaśmiał    się  ochryple.  -  A  wszystkie 

zielonookie to wiedźmy. 

Wyczuwał  bezbłędnie,  gdzie  i  jak  ją  dotykać,  Ŝeby  podsycić  Ŝar.  Poddała  się, 

miękła pod jego dłońmi. Było jej ciepło i przeraŜająco dobrze, jakby zaŜyła narkotyk. 

SpręŜyny jęknęły. Raz, drugi, trzeci... 

-

 

Jakaś  ty  słodka  -  wymruczał,  gdy  juŜ  prawie  zasypiała.  -  Ilu  cię  miało  oprócz 

męŜa? 

Zatkało ją, ale zanim zdąŜyła się odezwać, uciszył ją pocałunkiem. 

* * * 

Ś

wiatełko  sprowadziło  go  w  dolinę,  gdzie  między  kamieniami  poniewierały  się 

czaszki,  a  drzewa  i  krzaki  płakały  ludzkimi  głosami.  Leniwie  płynący  strumień 

zamiast  wody  toczył  parującą  cuchnącą  posokę.  Po  niedługim  czasie  Jeremy  doznał 

uczucia,  jakie  często  opisują  pacjenci  z  kliniczną  depresją  -  jakby  tracił  kontakt  z 

rzeczywistością, zapadając się w głąb czarnego leja... 

Dla  otrzeźwienia  umysłu  spróbował  wdać  się  z  Francescą  w  pogawędkę  na  temat 

Ŝ

ycia  codziennego  w  średniowiecznej  Florencji,  ale  ona  zbyła  te  próby  smutnym 

stwierdzeniem,  Ŝe  juŜ  nie  pamięta  Ŝadnych  szczegółów  ze  swojego  ziemskiego 

Ŝ

ywota. 

-

 

Zatrzymajmy się - poprosił w końcu. - Padam z nóg. 

background image

-

 

Wytrzymaj  jeszcze  te  parę  kroków  -  poradziła  w  odpowiedzi.  -Niedaleko  stąd 

jest jaskinia, w której moŜemy się schronić. 

Nie  kłamała;  rychło  zamajaczyło  przed  nimi  zbocze  góry,  a  w  nim  czarny  otwór. 

Po obu jego stronach wznosiły  się  kikuty  uschniętych  drzew.  Na  gałęzi  jednego  z 

nich  siedział  przypominający  kruka  stworek  o  dwóch  parach  rubinowych  oczu. 

Dostrzegłszy  tańczące  światełko  i  zbliŜającą  się  jego  śladem  postać  wyskrzeczał 

ludzkim głosem brzydkie słowo, furknął skrzydłami i tyle go widzieli. 

-

 

Nie bój  się, nic ci tu  nie grozi - oznajmiła  uspokajająco Francesca,  gdy  Jeremy 

zawahał się na progu jaskini. 

Musiał  się  schylić,  Ŝeby  nie  uderzyć  głową  o  sklepienie.  Znalazłszy  się  w  środku, 

zamrugał  i  poczuł  dreszcz.  Z  ciemności  patrzyły  na  niego  dziesiątki  czerwonych 

ś

lepi. 

Nagle któryś z potworków zakrakał, a inne podchwyciły hasło: 

-

 

Znaak! Znaak! Znaak! 

Wszystkie naraz poderwały się do lotu. Jeremy zdąŜył tylko osłonić rękami głowę. 

Przez chwilę powietrze było pełne łopotu skrzydeł i fruwających piór, potem wszystko 

ucichło. Jaskinia opustoszała. 

Niewiele  myśląc  wyciągnął  się  pod  skalną  ścianą,  podkładając  sobie  pod  głowę 

zwiniętą kurtkę. Francesca zawisła na wysokości jego oczu. 

-

 

Dobrze się czujesz? 

-

 

Tak - westchnął. - Jestem tylko potwornie zmęczony. 

-

 

Więc spróbuj zasnąć. Ja będę czuwała. Widziałeś zresztą, Ŝe nic i nikt nie śmie 

cię tutaj skrzywdzić, dopóki nosisz znak. 

* * * 

background image

Gdy  usnęła,  nastąpiło  coś  dziwnego.  Odkąd  przebywała  w  piekle,  nie  miewała 

snów. JednakŜe tym razem, gdy otworzyła oczy, znajdowała się w sypialni mieszkania 

w  Dublinie.  Światło  ulicznej  latarni  przesączające  się  przez  zaciągnięte  zasłony, 

leciutki  zapach  perfum...  Złudzenie  było  pełne.  Odruchowo  popatrzyła  po  sobie,  ale 

nie, blizny nie zniknęły. 

Przez  oparcie  krzesła  przewieszony  był  jej  granatowy  szlafrok.  ZałoŜyła  go;  naga 

czuła się nieswojo, nawet we śnie. 

Przypadkowo jej wzrok padł na oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie Jeremy'ego, 

stojące  na  półce  z  ksiąŜkami,  i  coś  ścisnęło  ją  za  gardło.  Na  fotografii  doktor  Dale 

rozkładał  z  uśmiechem  ręce  nad  stosem  papierzysk,  spod  których  ledwo  było  widać 

biurko.  Na  pewno  był  teraz  szczęśliwy  w  jakimś  jasnym  i  spokojnym  miejscu.  Bez 

niej. 

-

 

Witaj,  Erin  -  usłyszała  za  sobą.  Nie  wystraszyła  się,  bo  przez  cały  czas  miała 

ś

wiadomość,  Ŝe  tylko  śni.  Odwróciła  się  powoli.  W  drzwiach  do  salonu  stał  obcy 

chłopiec.  Drobny,  jasnowłosy,  w  zbyt  obszernych  czarnych  bojówkach,  glanach  i 

bluzie z nadrukiem. 

-

 

Zjawiłaś  się  tu  naga  -  powiedział  z  odcieniem  wyrzutu  z  głosie.  Od  razu 

zrozumiała, co miał na myśli. 

-

 

Jestem wdową - zareagowała obronnym tonem. - Póki miałam męŜa, byłam mu 

wierna. 

-

 

Wiem. Między innymi dlatego pozwolono mi do ciebie przyjść. 

Z głosu sądząc mógł mieć jakieś szesnaście, siedemnaście lat, chociaŜ wyglądał na 

trzynaście. Nadruk na jego bluzie przedstawiał kamienny nagrobek w kształcie anioła 

z pochyloną głową. PoniŜej napis gotyckimi literami głosił „Angels Fall First". 

-

 

Kim jesteś? - zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej na myśl. 

-

 

Kimś,  kto  z  woli  Pana  odnajduje  zbłąkane  dusze.  Erin  musiała  się  chwilę 

zastanowić, zanim dotarło do niej znaczenie tych słów. 

background image

-

 

Więc  nie  postawiliście  jeszcze  na  mnie  kreski?  -  parsknęła szyderczo, gdy  juŜ 

zrozumiała. - PrzecieŜ trafiłam do piekła! Jestem potępiona na wieki! Tak czy nie? 

-

 

To  tak  nie  działa  -  odparł  chłopiec  bez  śladu  złości  czy  zniecierpliwienia.  - 

Kwestie wyroków i kar są o wiele bardziej   skomplikowane,  niŜ  myślisz.   Słuchaj   

teraz 

uwaŜnie, 

mamy 

mało 

czasu. 

Kiedy 

się 

zbudzisz, 

zabiorą 

cię  do  księcia  demonów,  który  włada  spopieloną  krainą.  Otrzymasz  propozycję 

wstąpienia do niego na słuŜbę. Pamiętaj, nie wierz niczemu, co ujrzysz i usłyszysz, 

przebywając 

na 

zamku. 

KsiąŜę 

jest 

mistrzem 

ułudy, 

jedyny 

jego cel to sianie zła. Dokonuj wyboru z tą świadomością i nie bój się. 

-

 

Wyboru, jakiego wyboru? - Erin chwyciła się za głowę. - Nie rozumiem! 

-

 

Nie szkodzi. Zrozumiesz, kiedy nadejdzie czas. 

-

 

Niech cię szlag, czemu mówisz do mnie zagadkami? 

-

 

PoniewaŜ  nie  wolno  mi  mówić  jaśniej.  W  grze  o  dusze  są  pewne  reguły, 

których musimy przestrzegać tak my, jak oni. 

-

 

My, czyli kto? 

-

 

Domyśl się. Tak trudno zgadnąć?  

Zawahała się, patrząc na niego uwaŜnie. 

-

 

Skąd mam wiedzieć, czy i ty nie kłamiesz? 

-

 

Nie  masz  wiedzieć.    Sama  musisz  zdecydować,  czyim  słowom  dać  wiarę. 

Miej jednak świadomość, Ŝe grasz nie tylko o swój własny los. Nie zapomnij o tym, 

to bardzo waŜne. 

Znienacka  z  bardzo  daleka  i  jakby  z  góry  dobiegł  niski,  przeciągły,  wibrujący 

dźwięk. Chłopiec drgnął. 

-

 

Oho, 

dzwon! 

Mój 

czas 

dobiega 

końca. 

Muszę 

wracać 

do swojego wymiaru. 

background image

Erin zebrała się na odwagę. 

-

 

Zaczekaj! Mogę cię spytać jeszcze o coś? 

-

 

Pytaj, ale szybko. 

-

 

Gdzie jest teraz mój mąŜ? W niebie? 

Chłopiec popatrzył jej prosto w oczy. Miał tęczówki barwy bezchmurnego nieba. 

-

 

Nie.  Po  śmierci  został  skierowany  do  raju,  ale  opuścił  go  na  własne  Ŝyczenie. 

Wcale nie jest powiedziane, Ŝe juŜ nigdy go nie ujrzysz. 

-

 

Kim ty jesteś?... - powtórzyła cicho, z nagle budzącym się lękiem. 

-

 

Och,  nie  aniołem  ani  nikim  podobnym.  Spójrz.  -  Podciągnął  rękaw  kurtki, 

odsłaniając  przedramię pokryte sznytami  i  tatuaŜami.  -  To  pamiątki  z  poprzedniego 

Ŝ

ycia. 

Byłem 

grzesznikiem 

jak 

wielu 

innych. 

Do 

zobaczenia, 

Erin. Myślę, Ŝe jeszcze się spotkamy. 

Od  momentu  gdy  powiedział  „do  zobaczenia",  z  kaŜdym  słowem  stawał  się  coraz 

słabiej  widoczny,  przeźroczystszy,  aŜ  wreszcie  rozwiał  się  w  powietrzu.  Erin  ze 

smutkiem  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  sen  dobiega  końca.  Kontury  mieszkania  juŜ 

rozpływały się jak dym... 

I  obudziła  się  ponownie,  tym  razem  naprawdę.  Zamrugała;  dziwnie  swędziały  ją 

oczy. 

Demon stał przy oknie, juŜ w pełnym rynsztunku -mundur, peleryna, broń. Otaczała 

go sina, aromatyczna mgiełka. Skinął jej głową, nie wyjmując papierosa z ust. 

-

 

Dobrze, Ŝe się zbudziłaś. Przed chwilą rozmawiałem z Bienenstockiem. Zabiorę 

cię dzisiaj do księcia. Zasługujesz na ponowne rozpatrzenie twojej sprawy. 

 

* * * 

background image

Nad  doliną  ponownie  rozszalała  się  popielista  zamieć;  z  wiatrem  niosły  się  dzikie 

chichoty, jakby cały zastęp czarownic wyfrunął pohulać. 

Zamiast  zasnąć,  Jeremy  znów  obracał  w  myślach  wspomnienia.  Przypominało  to 

trochę  zdrapywanie  strupa  z  zastarzałej  rany;  mimo  bólu  nie  mógł  przestać.  Oczami 

duszy przez cały czas widział Erin; przeŜywał na nowo zdarzenia, które swego czasu 

przyjął za dowód, Ŝe mogą być szczęśliwi mimo wszystkich róŜnic i nieporozumień... 

Złote  jesienne  popołudnia,  kiedy  tańczyła  dla  niego  w  parku.  Uczesana  w  dwa 

warkocze, wyglądała jak celtycka księŜniczka. 

Albo  mieszkanie  w  Dublinie,  które  remontowali  we  dwójkę  -  wybierali  kolory 

ś

cian i kafelków, uŜerali się z wykonawcami i nie pokłócili się ani razu. 

Albo kiedy wróciła z wizyty u rodziców i zastała go z 40-stopniową gorączką, bo 

chory  na  grypę  prowadził  wykłady,  aŜ  skończył  z  zapaleniem  płuc.  Najpierw  skrzy-

czała  go,  nazwała  osłem  i  lekkomyślnym  durniem,  a  potem  przez  następne  dwa 

tygodnie  opiekowała  się  nim  troskliwie  i  pilnowała  jak  cerber,  Ŝeby  nie  wychodził  z 

domu, zanim nie skończy mu się zwolnienie. 

Ich pierwszy wspólnie powitany noworoczny świt. LeŜeli przytuleni, podczas gdy za 

oknem sypał śnieg. Jej rozrzucone na poduszce włosy, jak ognista aureola. Śliczna, 

zarumieniona buzia.  Szeptała słowa, których nie  musiał dokładnie  słyszeć, Ŝeby  znać 

sens. 

Zapach Aqua di Gio, jej ulubionych perfum... 

BoŜe, przywoływanie tego wszystkiego tak strasznie bolało. 

Na  zewnątrz  niebo  przybrało  barwę  grynszpanu.  Popiół  sypał  się  nadal.  Francesca 

nuciła piosenkę w jakimś dziwnym ludowym włoskim dialekcie. 

Jeremy zamknął oczy. Paliły niemiłosiernie, nie wiedział, od pyłu czy od łez. 

Wspomnienia atakowały go nadal, coraz bardziej gorzkie. Nieporozumienia, kłótnie 

nie  wiadomo  o  co,  drzwi  gabinetu,  które  zatrzaskiwał  jej  przed  nosem,  jej  mina 

uraŜonej  księŜniczki,  koleŜanki,  z  którymi  niby  to  umawiała  się  na  kawę,  figlarne 

background image

smsy,  które  dostawała  nie  wiadomo  od  kogo,  jej  wyłączona  o  dziesiątej  wieczór 

komórka. 

Przewidywalne  do  bólu  scenki,  które  odgrywali  wciąŜ  na  nowo,  niczym  para 

marionetek  w  kiepskim  dramacie.  Krzyczała  na  niego,  wychodził  z  pokoju.  Mówił 

coś do niej lodowatym tonem, ona zaczynała płakać. 

I wreszcie - najgorsze wspomnienie ze wszystkich. 

Omagh. 

15 sierpnia 1998 pojechali tam na chrzest siostrzenicy Erin. Jakoś tak wyszło, Ŝe nie 

mieli  wcześniej  czasu  kupić  Ŝadnego  prezentu,  więc  w  drodze  z  dworca  postanowili 

zahaczyć  o  centrum  handlowe.  Przy  stoisku  z  ksiąŜeczkami  dla  dzieci  pokłócili  się 

straszliwie o jakieś głupstwo, bodaj o to, czy wypada miesięcznemu szkrabowi ofiaro-

wać  ilustrowaną  Biblię  dla  najmłodszych.  Ekspedientka,  przysłuchująca  się  temu  z 

kamienną  miną,  zapytała  w  końcu  z  przylepionym  uśmiechem,  czy  moŜe  jakoś 

pomóc.  Erin  z  równie  sztuczną  uprzejmością  zaczęła  jej  objaśniać  problem  i  w  tym 

momencie świat runął. 

Jeremy  usłyszał  huk  -  nawet  nie  tyle  usłyszał,  co  zarejestrował  wszystkimi 

zmysłami.  Nie  myśląc,  instynktownie  padł  na  ziemię,  osłaniając  głowę  rękoma. 

Czuł, Ŝe sypie się na niego deszcz rozbitego szkła i na chwilę zapadła ciemność. 

Ocknąwszy  się  ujrzał,  Ŝe  cała  jedna  ściana  budynku  leŜy  w  gruzach.  Sąsiedni 

sklep wyglądał jak po wizycie trąby powietrznej - zapadł się dach, a ubrania ze stoisk 

podmuch wywiał aŜ na chodnik. Po przeciwnej stronie ulicy eksplozja przeszła przez 

fasady sklepów niczym nóŜ przez papier. 

Jego  Ŝona  leŜała  nieprzytomna,  z  zakrwawioną  twarzą,  wśród  odłamków  szkła. 

Dopiero  teraz  dopadła  go  panika,  niczym  lodowate  kleszcze.  Rzucił  się  odgarniać 

gruz, który ją przygniatał. 

-

 

Erin, obudź się! 

background image

Prawie  nie  słyszał  własnego  krzyku,  później  dowiedział  się,  Ŝe  miał  uszkodzone 

bębenki w uszach. Poza tym wywinął się prawie bez szwanku; ona oprócz skaleczeń 

miała wstrząs mózgu, kilka złamanych Ŝeber i uszkodzoną śledzionę. Kiedy w szpitalu 

odzyskała świadomość, rozpłakała się na jego widok. 

-

 

Jeremy, przepraszam... Za wszystko. 

-

 

Nie ma za co - pogłaskał ją po włosach zabandaŜowaną dłonią. - Lisku, nie ma za 

co. 

* * * 

-

 

Co  ja  widzę,  Riegel,  czyŜbyś  przyprowadził  nam  kolejną  zdobycz?  -  Smukła 

dziewczyna  w  czerwonej  jedwabnej      sukni,    o    włosach    barwy  miodu    zaśmiała  

się gardłowo. - SłuŜba ponad wszystko? 

Demon w czarnym mundurze wzruszył ramionami. 

-

 

Liczę na premię. 

-

 

Och,  nie  wątpię,  Ŝe  ją  dostaniesz,  chociaŜ...  -  Miodowowłosa  zmarszczyła  nos, 

krytycznie przypatrując się nowo przybyłej. - Okaleczona, brudna, aŜ litość bierze... 

No nic, trudno. Zajmiemy się nią. 

Erin  nieco  ogłupiałym  wzrokiem  popatrywała  to  na  swojego  nowego  opiekuna,  to 

na  posępną  bryłę  twierdzy,  w  cieniu  której  stali.  Twierdza  wznosiła  się  na  szczycie 

wysokiej góry; powyŜej i poniŜej kłębiły się chmurzyska. Czy przywiózł ją tu konno, 

a moŜe przylecieli na rogatej bestii o nietoperzych skrzydłach? Nie pamiętała... 

Riegel i dziewczyna rozprawiali o czymś z oŜywieniem. Odgadła, Ŝe rozmawiają 

o  niej,  ale  nie  rozumiała  z  ich  okultystycznego  Ŝargonu  prawie  nic;  równie  dobrze 

mogliby mówić po chińsku. 

-

 

Ma potencjał, wierz mi, Cynthio. Jest... otwarta na nasze wpływy. 

-

 

No,  niewątpliwie,  to  widać.  Wiedźmia  krew,  mocno  rozrzedzona,  ale  jednak. 

Gdyby  się  urodziła  pięć  wieków  wcześniej,  skończyłaby  na  stosie.  Na  Samaela, 

background image

wystarczy  spojrzeć  jej  w  oczy...  Myra  Huckle,  ta  dzieciobójczyni  spod  Cardiff  w 

dwudziestym ósmym, miała takie same... Pamiętasz? Musisz pamiętać. 

-

 

No pewnie. A Myra miała predyspozycje. 

-

 

Miała. Niemałe. 

-

 

Co się z nią ostatecznie stało? 

-

 

Została  przyjęta  i  słuŜy  w  czwartym  kręgu.  Wkrótce  czekają  promocja  na 

samodzielnego kusiciela. 

-

 

Co ty powiesz? Zjawię się z kwiatami. 

-

 

Koniecznie. W końcu to ty ją wypatrzyłeś i przyprowadziłeś do nas. 

-

 

Bądź tak miła i daj mi znać, kiedy ceremonia. I dbajcie dobrze o tę tutaj. Coś  mi 

się  widzi,  Ŝe  będzie  z  niej  prawdziwy  klejnot,  trzeba  ją  tylko  umiejętnie  poprowa-

dzić.  No,  ale  to  juŜ  zadanie  dla  księcia.  Moje  uszanowanie,  doprawdy  muszę  juŜ 

lecieć. Pozdrów ode mnie resztę ślicznotek. 

Ucałował  miodowowłosą  w  policzek,  a  następnie -  Erin o mało nie krzyknęła na 

ten widok - zeskoczył ze skalnego występu w przepaść i poszybował w dół, dostojnie 

jak kondor, łopocząc peleryną. 

Nawet nie zdąŜyła się przestraszyć, bo Cynthia ujęła ją za rękę. 

-

 

Nie bójŜe się, kopciuszku. Nazywasz się Erin, tak? MoŜesz się do mnie zwracać 

po  imieniu.  Podobają  ci  się  moje  włosy?  Twoje  będą  wyglądały  jeszcze  piękniej, 

kiedy  je  umyjemy  i  uczeszemy.  PoŜyczę  ci  moje  perły,  nosiłaś  kiedyś  prawdziwe 

perły? Chcemy, Ŝebyś zrobiła dobre wraŜenie na księciu. 

Mówiła  tak  szybko  i  tak  Ŝywo  przy  tym  gestykulowała,  Ŝe  Erin  nawet  nie 

zauwaŜyła,  kiedy  przekroczyły  próg  twierdzy.  CięŜkie  Ŝelazne  wrota  zatrzasnęły  się 

za nimi hukiem. 

Sama nie wiedząc czemu, zaczęła płakać. Cynthia objęła ją ramieniem jak siostrę. 

background image

-

 

Nie smuć się, jesteś wśród przyjaciół. Zaopiekujemy się tobą. Chodź, chodź, nic 

się nie bój. 

* * * 

Góry drŜały od huku piorunów. 

Spoglądając w dół, Jeremy nie po raz pierwszy pomyślał, Ŝe piekło - przynajmniej ta 

jego część - przypomina Mordor z ilustracji Johna Howe. 

Francesca  wyprowadziła  go  na  przełęcz,  z  której  rozciągał  się  widok  na  dwie 

doliny,  a  raczej  rozciągałby  się,  gdyby  nie  pełzające  w  dole  opary.  PowyŜej,  na  tle 

nieba  rósł  posępny  cień  warowni.  Na  szczycie  budowli  płonął  ogień,  smuga  dymu 

stapiała się z chmurami, z których znowu prószył popiół. 

Warownia  sprawiała  wraŜenie  zupełnie  niedostępnej,  chyba  Ŝe  z  lotu  ptaka. 

Skaliste zbocza poniŜej jej murów opadały ostro, jak ucięte noŜem. 

-

 

Jesteś pewna, Ŝe tam się da dojść? - zaniepokoił się. 

-

 

Tak,  ścieŜka  wiedzie  do  samej  bramy.  Zaprowadzę  cię,  bez  obaw.  Nie  chcesz 

wcześniej odpocząć? Będzie cięŜko... 

-

 

Nie - odparł stanowczo. - Idźmy. 

Bardzo szybko poŜałował swojej decyzji. Trasa stawała się coraz trudniejsza, trzeba 

było mozolnie leźć do góry po skalnych zwałach. Na ziemi nie miałby z tym proble-

mów,  ale  tutaj  czuł  się  tak,  jakby  lada  chwila  miał  dostać  zawału.  Co  kilkanaście, 

potem  co  kilka  metrów  musiał  się  zatrzymywać,  Ŝeby  odzyskać  oddech.  Jeśli 

próbował się wspinać szybciej, robiło mu się ciemno przed oczami. 

-

 

Boję się - wyszeptała w pewnej chwili Francesca. Jej światełko ledwie pełgało. 

- Jesteśmy juŜ tak blisko... Osłoń mnie, proszę... 

Zamknął ją ostroŜnie w dłoniach jak motyla. Poczuł łaskotanie i delikatne ciepło. 

-

 

Mogę cię schować do kieszeni? - spytał niepewnie. 

background image

-

 

Tak, błagam. Gdziekolwiek. 

Umieścił  ją  ostroŜnie  w  kieszeni  wiatrówki.  Przez  warstwy  materiału  czuł,  jak 

ś

wietlista istotka drŜy. 

Istotnie, byli juŜ bardzo blisko... Ta myśl dodawała mu otuchy. 

Wreszcie  stromizna  skończyła  się.  Gdy  silniejszy  podmuch  wiatru  na  chwilę 

rozproszył opary, przed Jeremym zamajaczyła w całej okazałości ponura budowla. Jej 

czarnych wrót strzegły dwie potęŜne kamienne figury z głowami szakali. Śmierdziało 

zgnilizną, padliną, tak jak na pobojowisku. 

-

 

Jak sądzisz, wpuszczą nas? - spytał półŜartem, Ŝeby sobie dodać otuchy. 

PoniewaŜ  nie  było  odpowiedzi,  zajrzał  do  kieszeni.  Poczuł  ukłucie  smutku  i 

zawodu; błędny ognik zniknął. Francesca da Rimini opuściła go bez poŜegnania. 

Powoli  postąpił  naprzód  -  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  Ŝe  mógłby  zawrócić, 

skoro dotarł juŜ tak daleko -i ujrzał, Ŝe ścieŜka urywa się na krawędzi przepaści. Oba 

brzegi  spinał  chwiejny  drewniany  mostek.  Niewiele  myśląc  filolog  wkroczył  nań, 

starając się stąpać jak najciszej, chociaŜ w zasięgu wzroku nic się nie poruszało. 

Okropny smród nasilał się. Jeremy zasłonił nos i usta połą koszuli, ale niewiele to 

pomogło.  Raz  zerknął  w  dół  i  poŜałował,  bowiem  w  dole,  w  opadającym  niemal 

pionowo Ŝlebie leŜały trupy w róŜnych stadiach rozkładu. 

Ogoniasty potworek z wydętym brzuchem umknął prawie spod jego stóp, sycząc i 

prychając.  Jeremy  zachwiał  się,  zaskoczony;  nie  spadł  tylko  dlatego,  Ŝe  kurczowo 

trzymał  się  balustrady.  ZdąŜył  dostrzec,  Ŝe  paskudztwo  ma  na  sobie  o  wiele  za  duŜą 

hawajską koszulę, widać ściągniętą z jakiegoś potępieńca. 

W końcu dotarł do gigantycznych wrót. Oczywiście były zamknięte na głucho, a w 

pobliŜu ani Ŝywej duszy. 

-

 

Halo! Hej! Chcę wejść! - wykrzyknął, lecz cuchnący wiatr zdławił mu słowa na 

ustach,  a  jedyną  odpowiedzią  było  milczenie.  Podniósł  kamień  i  spróbował  nim 

zastukać; dźwięk był Ŝałośnie cichy i nie spowodował Ŝadnej reakcji. 

background image

Przez dłuŜszą chwilę zastanawiał się, co począć z tym fantem, aŜ wreszcie z braku 

lepszego  pomysłu  przeŜegnał  się.  Choć  nie  mógł  tego  widzieć,  znak  na  jego  czole 

rozjarzył się jasnym światłem. I wrota wolno, wolniutko zaczęły się otwierać. 

4. WąŜ wśród klejnotów 

Twierdza  od  środka  sprawiała  równie  posępne  wraŜenie,  co  z  zewnątrz.  Chłód 

wionący  od  murów,  jakieś  upiorne  rzeźby  we  wnękach,  dobiegające  nie  wiadomo 

skąd  echa  jęków  i  westchnień....  JednakŜe  Erin  w  pierwszej  kolejności  została 

zaprowadzona  do  łaźni,  gdzie  panowała  zdecydowanie  przyjaźniejsza  atmosfera. 

Krzątały  się  słuŜące,  w  szerokim  palenisku  wesoło  trzaskał  ogień.  Cudownie  ciepła 

woda w miedzianej wannie pachniała róŜami. 

Wyszedłszy z kąpieli ujrzała, Ŝe blizny zniknęły. Miała skórę bez skazy, piękniejszą 

niŜ za Ŝycia. 

SłuŜące  rozczesały  jej  włosy,  zrobiły  manicure,  a  następnie  natarły  ją  od  stóp  do 

głów pachnącym kremem, masując tak długo i zręcznie, aŜ poczuła się odpręŜona jak 

nigdy.  Gdy  włosy  jej  wyschły,  została  ubrana  w  szaty  z  białego  jedwabiu,  tak 

cienkie,  Ŝe  przezierało  przez  nie  ciało.  Chochlik  o  niebieskich  skrzydełkach 

umalował  ją  delikatnie  -  jeszcze  zręczniej,  niŜ  potrafiłaby  to  zrobić  sama.  Nad 

skronią wpięto jej lilię. Na koniec Cynthia, która obserwowała wszystkie te zabiegi, 

ostatnim uwaŜnym spojrzeniem oceniła efekt i zgodnie z obietnicą zapięła na szyi Erin 

cięŜki naszyjnik z pereł, godny królowej. 

Potem  poprowadzono  ją  wąskimi,  krętymi  schodkami  w  górę,  do  komnaty 

wyglądającej jak skrzyŜowanie pracowni maga z królewską sypialnią. Stały tam szafy 

z  księgami,  stół  pełen  tajemniczych  instrumentów  oraz  łoŜe  z  baldachimem 

przykryte  kapą  haftowaną  w  smoki.  Za  gotyckim  oknem  lśnił  olbrzymi  księŜyc. 

Iluzja...? 

background image

SłuŜące  wycofały  się  dyskretnie,  zostawiając  ją  samą.  ZauwaŜyła  to  dopiero  w 

momencie,  gdy  zamknęły  się  drzwi.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  chyba  zaaplikowano  jej 

jakiś  łagodny  narkotyk,  moŜe  ten  krem  coś  zawierał...?  Nie  czuła  w  ogóle  strachu, 

jedynie delikatny, przyjemny rausz. 

Obeszła  komnatę  naokoło,  z  przyjemnością  zanurzając  bose  stopy  w  puszystym 

dywanie. ZauwaŜywszy na jednej ze ścian lustro w pozłacanej ramie nie mogła się 

powstrzymać,  Ŝeby  się  w  nim  nie  przejrzeć.  Wyglądała  olśniewająco  -  lepiej  niŜ 

kiedykolwiek na Ziemi; tylko w głębi oczu czaił się strach. 

Jej  uwagę  przykuł  następnie  stolik  przy  łoŜu,  uginający  się  od  ksiąg.  LeŜały  tam 

między  innymi  bibliofilskie  wydania  „Boskiej  komedii"  i  „Raju  utraconego"  z  ilus-

tracjami  Williama  Blake'a,  bogato  iluminowany  średniowieczny  rękopis  Visio 

Tnugdali  (Jeremy  kiedyś  przyniósł  do  domu  podobny,  ale  duŜo  gorzej  zachowany 

egzemplarz,  wypoŜyczony  po  znajomości  z  muzeum)  i  jakaś  całkiem  współczesna 

ksiąŜka napisana cyrylicą. 

-

 

Ciekawią  cię  moje  lektury?  -  usłyszała  za  sobą.  –  Jak  kaŜdy  polityk  lubię  być 

zorientowany w tym, co o mnie piszą. 

Obok  lustra,  uśmiechając  się  przyjaźnie,  stał  ksiąŜę.  Erin  wstrzymała  oddech; 

zupełnie inaczej sobie go wyobraŜała. 

Upadły anioł, który nie stracił nic ze swojej niebiańskiej urody; smukły, o włosach 

rudych jak jej własne. Miał na sobie zieloną szatę ze złotym haftem, na szyi wieniec 

z narcyzów. Uśmiechnął się, pieszcząc wzrokiem jej postać. 

-

 

Ty jesteś Erin, córka Uny, zgadza się? - Jego głos był jak atłas, jak miód. 

-

 

T-tak - wykrztusiła przez ściśnięte gardło. 

-

 

Witaj w moich włościach. 

* * * 

background image

Jeremy  szedł,  potem  biegł  przez  mroczne,  puste  korytarze.  Posągi  o 

wykrzywionych  twarzach  wygraŜały  mu  niemo  z  podświetlonych  sinym  blaskiem 

wnęk, niczym postacie z domku strachów w wesołym miasteczku. Nie zwracał na nie 

uwagi. 

W  końcu  ujrzał  przed  sobą  otwarte  drzwi.  Wypadł  na  wewnętrzny  dziedziniec  i 

zatrzymał się jak raŜony prądem. 

Omagh. Znowu tam był, w samym środku koszmaru. 

Wypatroszone  podmuchem  fasady  sklepów.  Smród  spalonych  ciał.  Krew  na 

wrakach aut, na chodniku, na murze... Dzieciaki z hiszpańskiej wycieczki o twarzach 

naszpikowanych szkłem... Policjanci i sanitariusze cali we krwi... 

Trwali nieruchomo jak woskowe lalki. Jak dekoracje z planu filmowego. 

Zmusił się, Ŝeby głęboko oddychać. Pomału odzyskiwał spokój. 

Zobaczył. Wytrzymał. 

Mógł tylko iść dalej. 

* * * 

-

 

Wina? To falerno, z rzymskich winnic. Godne patrycjuszy... 

-

 

Nie, dziękuję. 

KsiąŜę  mimo  to  nalał  wina  do  kryształowej  czary  i  w  zadumie  przyjrzał  się 

trunkowi pod światło. 

-

 

Oto wielka tajemnica wiary... Śmierć wcale nie oznacza końca. Nie znaczy, Ŝe juŜ 

nigdy  nie  staniesz  przed  wyborem:  ból  albo  słodycz,  światłość  albo  wieczna  noc. 

Mój  przywilej  kuszenia  nie  ogranicza  się  do  Ŝywych,  nawet  metody  nie  zawsze 

muszę zmieniać. 

Melodyjne  brzmienie  jego  głosu  hipnotyzowało,  odwracając  uwagę  od  znaczenia 

słów. Nieoczekiwanie pochylił się, pocałował ją w szyję, potem nakrył jej dłoń swoją. 

background image

-

 

Wdzięczna  jesteś  jak  Jeruzalem,  groźna  jak  zbrojne  zastępy  -  wyrecytował  z 

uśmiechem. Zdziwiła się, Ŝe szatan cytuje Biblię, ale w sumie pasowało to do niego. 

- O ileŜ 

słodsza 

jest 

miłość 

twoja 

od 

wina, 

zapach 

olejków 

twych nad wszystkie balsamy... 

Pamiętaj,  wszystko,  co  ujrzysz  i  usłyszysz,  będzie  kłamstwem.  WytęŜyła  wolę, 

próbując  przeniknąć  wzrokiem  domniemaną  iluzję,  lecz  bez  skutku.  Wszystko  wy-

dawało się tak uspokajająco prawdziwe. I piękna komnata, 

rudowłosy  kusiciel  -  czy  rzeczywiście  tylko  kusiciel?  Czy  naprawdę  kłamał? 

Czy zachwyt w jego oczach mógł być udawany? 

-

 

Daję  ci  wybór,  Erin,  córko  Uny.  MoŜesz  tu  zostać  i  mi  słuŜyć...  Albo  wrócić 

tam, skąd przyszłaś. - W jedwabistym głosie przewinął się najlŜejszy cień groźby. 

O  dziwo  nie  czuła  ani  lęku,  ani  napięcia.  MoŜe  za  daleko  zawędrowała,  Ŝeby  się 

bać. 

Szatan umilkł i obserwował ją z załoŜonymi rękami. Udając nonszalancję pochyliła 

się,  Ŝeby  wciągnąć  w  nozdrza  aromat  wina.  Wydało  jej  się,  Ŝe  w  purpurowym  prze-

stworze  trunku  na  moment  zamajaczyła  postać.  Siwiejący,  szczupły  męŜczyzna  w 

okularach,  przeglądający  stertę  prac  semestralnych...  Potem  jego  miejsce  zajął 

bezkres popielistej równiny. 

Skierowała pełen spokoju wzrok na księcia. 

-

 

Panie, jeśli wolno spytać: ilu kobietom składałeś juŜ tę propozycję? 

Uniósł brwi. 

-

 

Czemu  cię  to  ciekawi?  Nie  umiem  powiedzieć.  Przypuszczam,  Ŝe  na  przestrzeni 

wieków  tysiącom...  Nawet  mój  zwierzchnik,  ten,  którego  imienia  nie  wolno  wy-

mawiać, nie zna dokładnej liczby. 

-

 

Czy któraś odmówiła? 

-

 

A jak sądzisz? 

background image

-

 

Domyślam się, Ŝe ani jedna. 

-

 

Słusznie się domyślasz. 

-

 

Czy sądzisz, panie, Ŝe miałabym odwagę zostać pierwszą, która ci się oprze? 

-

 

A miałabyś...? - Jego głos na sekundę upodobnił się do pomruku lwa. 

-

 

Tak. 

Nachmurzony ksiąŜę puścił jej dłoń, odsunął się. 

-

 

Przemyśl  to  -  zaproponował,  nadal  z  nienaganną  uprzejmością,  ale  jego  oczy 

ciskały błyskawice. - W twojej rodzinie było kilka kobiet, które wiernie mi słuŜyły. 

Potrafię być hojny... 

-

 

Do  diabła  z  twoją  hojnością.  -  Wstała.  –  Posłuchanie  skończone,  panie.  KaŜ 

mnie uwięzić albo zrzucić w przepaść, wszystko jedno. 

-

 

Uwięzić  albo  zrzucić  w  przepaść...  -  kącik  ust  szatana  drgnął  w  brzydkim 

uśmiechu. - Rozumiem, Ŝe dokonałaś wyboru. Niech i tak będzie. 

Klasnął  w  ręce.  Do  komnaty  wpadło  dwóch  Ŝołdaków  w  czarnych  skórzanych 

strojach  i  zwierzęcych  maskach.  Posłuszni  rozkazowi  księcia  pochwycili  ją.  Nie 

opierała się. 

Szatan  wyjął  zza  pasa  ozdobiony  klejnotami  sztylet  i  uciął  jej  długie  pasmo 

włosów, potem skinął na Ŝołnierzy. 

-

 

Do lochów z nią. 

Gdy  drzwi  się  zamknęły,  podszedł  do  stołu.  Zmieszał  w  srebrnej  misie  zawartość 

kilku flakonów z eliksirami. Ciecz wzburzyła się. przybrała barwę sadzy, potem rdzy. 

Gdy stała się krwiście czerwona, wrzucił do niej pukiel włosów. Następnie zamoczył 

w  misie  kropidło  i  prysnął  krwawymi  kroplami  na  łoŜe.  Zasyczało,  wzbił  się  kłąb 

czerwonego dymu. Opary rozwiały się stopniowo, odsłaniając leŜącą bez Ŝycia nagą 

kobietę - sobowtór Erin Dale. 

background image

Wypowiedział  kilka  hebrajskich  słów,  czyniąc  znak  odwróconego  krzyŜa.  Nowo 

stworzone  ciało  wypręŜyło  się,  targnięte  konwulsyjnym  dreszczem  i  uniosło  się, 

lewitując nad posłaniem. Z ust i oczu kobiety wylewało się złote światło. 

Szatan -uczynił drugi znak, tym razem na jej czole i poświata zgasła. Rudowłosa 

miękko opadła na poduszki. 

Wziął  ze  stolika  kielich  i  wlał  jej  w  usta  nieco  falerno.  Przełknęła  i  zakaszlała, 

odzyskując  zmysły.  Na  jej  policzkach  stopniowo  pojawił  się  rumieniec,  zielone 

oczy nabrały dziwnego blasku. 

-

 

Mój panie... - szepnęła, wpatrując się w niego z uwielbieniem. 

Na zewnątrz, ponad przepaściami niosło się z wiatrem zawodzenie cierpiących. 

* * * 

Błądził  po  kamiennym  labiryncie,  aŜ  prawie  zwątpił,  Ŝe  kiedykolwiek  się  zeń 

wydostanie.  Nagle  wokół  niego  zawirowały  barwy  i  muzyka,  w  nozdrza  uderzyła 

woń potraw, kwiatów i perfum. Znalazł się w samym środku uczty zorganizowanej na 

wzór  antyczny.  Blask  świec  odbijał  się  w  srebrnych  i  złotych  naczyniach,  słuŜba 

roznosiła  napitki.  Większość  biesiadników  nie  Ŝałowała  sobie  trunków,  o  czym 

ś

wiadczyły zarumienione, spotniałe twarze pod przekrzywionymi wieńcami. 

 Pod  sklepieniem  polatywała  orkiestra,  złoŜona  ze  skrzydlatych  małp  w 

smokingach.  Kilka  skąpo  odzianych  tancerek  popisywało  się  kunsztem 

gimnastycznym w przejściu pomiędzy stołami, ale Ŝadna nie była jego Ŝoną. 

Uczta  odbywała  się  w  długiej  sali,  wyłoŜonej  marmurami  i  ozdobionej  rzędami 

kolumn.  Zdawało  się,  Ŝe  stołów  jest  nieprzeliczona  liczba.  Gdy  Jeremy  ruszył  w 

kierunku  widocznego  w  oddali  podwyŜszenia,  wesoły  gwar  od  razu  ścichł;  goście 

popatrywali na niego koso, a słuŜący odsuwali się, marszcząc z niesmakiem nosy. No 

tak, wszedł tu jak Ŝebrak z ulicy, brudny i obszarpany. 

background image

Drgnął  zobaczywszy  smukłą  kobietę  w  czarnej  sukni,  o  długich,  rozpuszczonych 

lokach koloru ognia. Stała plecami do niego, rozmawiając z męŜczyzną odzianym w 

długą szatę i turban. 

-

 

Helia!  -  zawołał  ktoś.  Gdy  rudowłosa  odwróciła  się,  Jeremy  stłumił 

westchnienie  rozczarowania.  Nie  znał  jej.  Miała  urodziwą  twarz  i  brzydką 

purpurową bliznę na gardle. 

Ich oczy spotkały się i nieoczekiwanie Helia wydała przeraźliwy okrzyk. 

-

 

Intruz, 

intruz! 

O, 

patrzcie, 

tam! 

Jak 

ś

miał 

tu 

wejść? 

Brać go! 

Muzyka urwała się jak ucięta noŜem, goście poderwali się z miejsc. Filolog zamarł. 

Wystrojone postacie na jego oczach przemieniały się w potwory o ni to zwierzęcych, 

ni to ptasich kształtach... Monstra otoczyły go szybko zacieśniającym się kręgiem. 

-

 

Brać go! Zabić! - rozbrzmiewało zewsząd. 

Naraz  u  jego  boku  pojawiła  się  smagła  dziewczyna  w  bogatym,  orientalnym 

stroju.  Uczyniła  jakiś  tajemniczy  gest  dłonią,  która  zamiast  paznokci  miała  ptasie 

pazurki. 

-

 

Ś

lepi jesteście? Nosi znak Pana! Wara od niego! Rozpoznał ten głos. Demonica 

spod bramy. Okrzyki przycichły, tłum się rozstąpił. 

-

 

Idź i nie obawiaj się - rozkazała, kierując na niego czarne studnie oczu. 

Na  podwyŜszeniu,  pod  purpurowym  baldachimem  stał  złoty  tron,  którego  nogi  i 

poręcze  miały  kształt  lwich  łap.  Strzegli  go  uzbrojeni  po  zęby  Ŝołnierze.  Na  tronie 

rozpierał  się  piekielny  ksiąŜę;  brzydki  męŜczyzna  o  śmiertelnie  bladym  obliczu  bez 

brwi i rzęs, odziany w togę, przez co kojarzył się z Neronem. Włosy podobne do rdzy 

oblepiły mu spocone czoło. Zajadał ze złotego talerza Ŝywe, wijące się owady. 

U stóp księcia siedziała Erin. 

background image

Miała na sobie czerwoną koronkową bieliznę i wieniec z kwiatów na szyi. Wydała 

się  Jeremy'emu  piękniejsza  niŜ  kiedykolwiek;  jej  twarz  aŜ  promieniowała  światłem. 

Elfie zielone oczy ujrzawszy go zwęziły się brzydko, ale nie spostrzegł tego. 

Gdy zbliŜył się do tronu, zapadła martwa cisza. KsiąŜę dostrzegł go wreszcie, bez 

pośpiechu odstawił talerz, obtarł usta podsuniętą przez słuŜącego serwetą. 

-

 

Witam cię, potomku Adama - przemówił uprzejmie. - Po co tu przybyłeś? 

-

 

Z jej powodu - Jeremy wskazał ręką Erin. - To moja Ŝona. 

-

 

Rozumiem - głos księcia aŜ ociekał grzecznością. - Chcesz, Ŝeby wróciła z tobą 

na Górę, jak mniemam? 

-

 

Tak. Udzielisz pozwolenia, panie? 

-

 

Ja? Pozwolenia? Nie, nie, skądŜe znowu. Niech sama zdecyduje. Takie obowiązuje 

tu prawo. Jak widzisz, respektujemy wolną wolę. - Szatan z szyderczym uśmiechem 

zwrócił się do kobiety: - Erin, córko Uny, czy znasz tego człowieka? 

Rudowłosa piękność skinęła głową. 

-

 

Oczywiście, Ŝe znam. Był moim męŜem. 

-

 

Czy 

chcesz, 

Ŝ

eby 

cię 

zabrał 

powrotem 

na 

Górę? 

-Nie. 

Przez salę przebiegł groźny szmer. 

-

 

Erin,  jak  moŜesz?  -  jęknął  filolog.  Wszystkiego  mógł  się  spodziewać...  ale  nie 

tego. 

Wybuchnęła perlistym śmiechem, który tak dobrze znał. 

-

 

Jak  mogę?  Jeremy,  obudź  się!  Czemu  miałabym  chcieć?  Czy  nie  widzisz,  Ŝe 

jestem szczęśliwa? 

Piekielny ksiąŜę uniósł brwi. 

background image

-

 

No cóŜ, zdaje się, Ŝe sprawa jest jasna. Nic tu po tobie, człowieczku. Wynoś się 

z moich włości! 

Jeremy  nie  usłyszał  go  -  wpatrywał  się  w  Erin  jak  zahipnotyzowany.  Gorączkowo 

zastanawiał  się,  co  powiedzieć,  jakich  słów  uŜyć,  Ŝeby  do  niej  dotrzeć...  I  nagle 

pamięć podsunęła mu zdania, których nie miał przed oczami od bardzo, bardzo dawna. 

Wiersz. Znany i popularny, często umieszczany na stronach internetowych, cytowany 

w filmach... 

I jeden z jej ulubionych. 

I śmierć nie będzie mieć władzy. 

Nadzy umarli osiągną jedność 

Z człowiekiem w wietrze i zachodnim księŜycu; 

Gdy czas ogryzie ich kości i czyste kości znikną 

Będą mieli gwiazdy u łokci i stóp 

Choć postradają rozum, będą przy zdrowych zmysłach 

ChociaŜ zatoną w morzu, wyłonią się na powrót 

Choć zginą kochankowie, miłość nie zginie 

I śmierć nie będzie mieć władzy. 

Na początku zająknął się raz czy dwa razy, potem recytował juŜ spokojnie, jakby 

sala  i  tłum  przestały  istnieć.  Jakby  czas  cofnął  się  o  milion  lat  do  jesiennego 

wieczoru  w  Dublinie,  gdy  deszcz  bębnił  w  okna,  a  Erin  i  on  siedzieli  przy 

kuchennym stole, z filiŜankami parującego earl greya, pochyleni nad starym tomikiem 

poezji. 

Jeszcze nie skończył, gdy przypomniał sobie kolejną zwrotkę. 

śmierć nie będzie mieć władzy. 

Pod zakrętami morza oni 

LeŜąc długo nie umrą krętą śmiercią; 

Na madejowym łoŜu, gdy zerwą się ścięgna 

Łamani kołem nie złamią się jednak; 

Wiara w ich rękach rozpęknie się na dwoje, 

background image

I jednoroŜne zło przebije ich na wskroś... 

-

 

Co  ty  bredzisz?  -  przerwała  mu  Ŝona.  Zmartwiał.    Śmiała  się  znowu  - 

przenikliwie,  szyderczo, jak harpia. 

-

 

Co mi po twoich słówkach? Słowa to śmieci! – Nie przestając chichotać, wzięła 

z talerza ogryzek i rzuciła w niego. 

Miał  wraŜenie,  Ŝe  gwar  za  jego  plecami  ścichł,  jakby  od  rozhukanej  ciŜby 

odgrodziła go gruba szyba. Docierały do niego tylko słowa Ŝony. 

-

 

Słyszysz, obdartusie? Nie chcę mieć juŜ z tobą nic wspólnego, nie chcę cię znać! 

Wykrzyczała to tak głośno, Ŝe odpowiedziało jej echo. Gdy umilkła, zapadła głucha 

cisza. Wszystkie oczy były skierowane na Jeremy'ego. 

Wydawało się, Ŝe kaŜda sekunda trwa wiek, podczas gdy jego świat rozpadał się na 

kawałki. 

ChociaŜ  zdawał  sobie  sprawę,  jakie  to  Ŝałosne,  zalała  go  wściekłość.  Rzucił  się  w 

kierunku Erin i księcia, lecz powstrzymali go gwardziści. Dostał w Ŝołądek pięścią 

w okutej Ŝelazem rękawicy, zgiął się wpół. Ktoś zdzielił go z góry w kark, ktoś inny 

podciął  nogi.  Jeremy  upadł,  a  wtedy  zaczęli  go  kopać  wszyscy  naraz.  Próbował  się 

zwinąć,  ochraniać  głowę,  ale  nie  było  sposobu,  Ŝeby  się  zasłonić  przed  tyloma 

prześladowcami. Goście klaskali. 

Purpurowa mgła przesłoniła mu wzrok. Bardzo chciał zemdleć, ale nie udawało się. 

Czuł. 

Gdy  w  końcu  dali  spokój,  zdawało  mu  się,  Ŝe  nie  ma  w  ciele  jednej  całej  kości. 

Dźwignął się chwiejnie, oparł na rękach i kolanach. Z nosa lała mu się krew. 

-

 

Spójrz,  co  narobiłeś,  gnoju  -  szturchnął  go  najbliŜszy  gwardzista.  -  Ubrudziłeś 

posadzkę. 

Ś

miech Erin, wysoki, ostry jak brzytwa. KsiąŜę klasnął w ręce. 

-

 

Wywalić to ścierwo za drzwi. Orkiestra, menueta! 

background image

5. I śmierć nie będzie mieć władzy 

Schodził  potykając  się,  jak  ślepiec  -  Ŝałosna,  kulejąca  postać.  Nie  obchodziło  go, 

czy spadnie w przepaść. 

Skoczyłby  z  ulgą,  ba  -  z  radością,  gdyby  to  miało  permanentnie  zakończyć  jego 

egzystencję. Ale przecieŜ wiedział, Ŝe nie. Nie da się wszak umrzeć po raz drugi. 

Naokoło  wyła  nawałnica.  Co  i  rusz  miał  wraŜenie,  Ŝe  słyszy  niesiony  wiatrem 

szyderczy śmiech. Nie miał siły się zastanawiać, czy sprawiedliwość BoŜa spłatała 

mu okrutnego figla, czy teŜ zostaje właśnie wystawiony na próbę jak Hiob lub coś w 

tym guście. 

W końcu zwinął się w skalnej szczelinie jak ranne zwierzę, zamykając oczy. 

-

 

BoŜe, jeśli gdzieś tam jesteś, bądź wola Twoja. Zrób ze mną, co chcesz. 

*** 

Spodziewała  się,  Ŝe  zostanie  na  powrót  obleczona  w  łachmany  i  wypędzona  w 

dolinę. JednakŜe najwyraźniej byłoby to za proste. 

ś

ołnierze  wśród  poszturchiwań  i  drwin  zawlekli  ją  do  wilgotnego  lochu,  gdzie  po 

murach  pełzało  robactwo.  Zakuli  w  łańcuchy  i  pozostawili  w  ciemności.  Czekała, 

szczękając  zębami  z  zimna,  a  strach  walczył  w  niej  o  lepsze  z  ufnością,  Ŝe  postąpiła 

słusznie. 

Mijały  minuty,  godziny...  Nie  miała  jak  zmierzyć  upływającego  czasu,  a  zresztą 

czas w zaświatach jest pojęciem względnym. Zdawało jej się, Ŝe czeka w ciemności 

całe wieki. 

Stopniowo  zaczęło  ją  dręczyć  zwątpienie.  A  co,  jeśli  chłopiec  wcale  nie  był 

wysłannikiem  Góry?  Jeśli  wszystko  stanowiło  jedynie  kolejny  etap  kary,  obliczony 

background image

na to, Ŝeby dać jej nadzieję, a potem znowu strącić na dno? Co tym razem jej zrobią? 

Wyobraźnia zaczęła jej podsuwać przeraŜające obrazy. 

Kiedy  miała  juŜ  wraŜenie,  Ŝe  zaraz  zwariuje  od  tych  myśli,  nagle  wokoło  zaczęły 

rozbrzmiewać głosy, z początku ciche, potem coraz bardziej natarczywe. Chichotały i 

naigrawały  się  z  niej,  hukały,  wykrzykiwały  obelgi.  Erin  uznała  to  za  dość  Ŝałosne  i 

nie reagowała. Do czasu jednak. 

-

 

Twój  mąŜ  zjawił  się  na  zamku  -  usłyszała  w  pewnej  chwili;  zdawało  się  jej,  Ŝe 

rozpoznaje  głos  Cynthii.  -  KsiąŜę  pokazał  mu  istotę  uczynioną  na  twój  obraz  i 

podobieństwo. 

-

 

Biedny Jeremy. Spodziewał się, Ŝe powitasz go z radością... Wyobraź sobie, jak 

srodze się zawiódł. 

-

 

Kłamiecie!  - nie wytrzymała.  Odpowiedzią był pełen politowania śmiech. 

-

 

Biedactwo,  chciałabyś,  Ŝeby  to  nie  była  prawda,  ale  to  prawda.  Opuścił  dla 

ciebie  raj,  przemierzył  piekło...  a  na  koniec  dowiedział  się,  Ŝe  ma  spadać,  bo  ty 

wolisz księcia. 

-

 

Nienawidzi cię teraz. I trudno mu się dziwić. 

-

 

Przestańcie! - wykrzyknęła rozpaczliwie. - Zostawcie mnie! 

-

 

Zostawić?...  -  Od  sklepienia  echem  odbił  się  chóralny  rechot.  -  To  jeszcze  nie 

koniec, siostrzyczko! 

Szczęknął  odsuwany  rygiel.  Pohukiwania  i  śmiechy  ucichły  jak  ucięte  noŜem. 

CięŜkie  Ŝelazne  drzwi  otwarły  się  z  hukiem  i  w  progu  stanął  ksiąŜę.  W  jednej  ręce 

dzierŜył pochodnię, w drugiej - zdobiony klejnotami sztylet. 

JuŜ w niczym nie przypominał angelicznego młodzieńca. 

Iluzja  opadła;  był  odraŜający,  o  rozlanych  rysach  satrapy,  pozbawiony  brwi 

niczym syfilityk. 

background image

-

 

Popełniasz wielki błąd,  sprzeciwiając mi  się - uśmiechnął się jadowicie. - Nikt 

i  nic  nie  ochroni  cię  przed  moim  gniewem.  Jestem  władcą  much,  mistrzem 

plag.  Mogę  cię  porazić  trądem,  kiłą,  morem.  Zmienić  krew  w  twoich  Ŝyłach  w 

truciznę,  sprawić,  Ŝe  zgnije  ci  język,  a  oczy  wypłyną.  Skazać  na  wieki,  nie,  eony 

cierpień. 

W  miarę jak mówił, jednocześnie kreślił ostrzem w powietrzu kabalistyczne znaki. 

SparaliŜowana strachem Erin z jakąś chorą fascynacją patrzyła, jak jej dłonie powoli 

stają  się  zdeformowane,  pokryte  guzami...  jak  na  stopach  otwierają  się  ropiejące 

wrzody... 

Naraz  ujrzany  kątem  oka  ruch  skłonił  ją  do  uniesienia  wzroku.  Z  radosną  ulgą 

zobaczyła,  Ŝe  za  plecami  księcia  pod  sklepieniem  unosi  się  chłopiec  w  bojówkach  i 

bluzie z nadrukiem, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się z powietrza. Szeptał 

coś do niej, samymi wargami. 

Nie bój się. 

KsiąŜę nachylił się tak nisko, Ŝe czuła smród jego oddechu. 

-

 

Pytam 

po 

raz 

ostatni: 

czy 

będziesz 

mi 

słuŜyć? 

-Nie. 

*** 

Odzyskawszy  przytomność  natychmiast  poŜałował,  Ŝe  tak  się  stało.  Był  wściekle 

obolały, posiniaczony i zesztywniały, oczy mu zapuchły. Z wysiłkiem rozkleił powieki 

i  ujrzał,  Ŝe  leŜy  w  cieniu  bezlistnego  drzewa  o  powykręcanych  gałęziach.  Na 

najgrubszym  konarze,  jak  wielki  nastroszony  kruk,  siedziała  jego  znajoma  spod 

bramy -znów spowita  od stóp do głów  w czerń, ale z odsłoniętą twarzą. Patrzyła na 

niego ze złośliwym uśmiechem. 

-

 

No, wreszcie się ocknąłeś. Jak się czujesz? 

-

 

A  jak  sądzisz?  -  Odkaszlnął;  czuł  w  gardle  krew.  Nie  był  pewien,  czy  nie  ma 

połamanych Ŝeber. 

background image

-

 

Znaku na twoim czole prawie juŜ nie widać. Przyznaj się, Jeremiah, zwątpiłeś w 

cel swojej wyprawy. Czy chcesz tu zostać na całą wieczność? 

-

 

Co za róŜnica, czy zostanę, czy nie? Nie mam po co wracać  na  Górę.  -  Filolog 

znowu zakaszlał, próbując ukryć, Ŝe załamuje mu się głos. - Widziałem Erin... Po-

wiedziała... 

-

 

Widziałeś  złego  ducha,  który  przybrał  postać  twojej  Ŝony  -  wyjaśniła  rzeczowo 

demonica. - Rozumiesz? To był podstęp księcia! 

Chwilę trwało, zanim dotarło do niego w pełni znaczenie tych słów. Zrobiło mu się 

zimno, a potem gorąco. Zapominając o bólu poderwał się z ziemi. 

-

 

Jaką  mam  gwarancję,  Ŝe  nie  kłamiesz?!  Wyciągnęła  w  jego  stronę  dłoń,  w 

której trzymała srebrny krzyŜyk na łańcuszku. 

-

 

Polecono  mi,  Ŝebym  ci  to  oddała  na  dowód,  Ŝe  Pan  o  tobie  nie  zapomniał.  My 

takŜe Mu słuŜymy i wypełniamy Jego rozkazy. 

Przyjął krzyŜyk,  ale nadal  spoglądał na nią podejrzliwie. 

-

 

Skoro tak, czemu mnie... 

-

 

Czemu  cię  nie  ostrzegłam  wcześniej?  -  Zaśmiała  się  sucho.  -  Bo  tak  miało  być, 

kochany. Wszystko, co się tu dzieje, dzieje się zgodnie z Jego wolą, choć wielu sądzi, 

Ŝ

e jest inaczej. 

-

 

To znaczy, Ŝe Pan... 

-

 

Tak. Widzę, Ŝe zaczynasz rozumieć. Właśnie tak. Pan chciał. 

-

 

ś

ebym dla niej opuścił niebo? I na próŜno przebył tę całą drogę? 

-

 

Kto powiedział, Ŝe na próŜno? - Przekrzywiła głowę, spoglądając na niego bystro. 

- A moŜe to wcale nie było prawdziwe niebo? 

Wpatrywał się w nią z otwartymi ustami. Nagle potrząsnął głową. 

-

 

Nie wierzę ci! Nie na darmo nazywają was władcami kłamstw! 

background image

-

 

AleŜ wierz sobie, w co ci się Ŝywnie podoba, mnie to nie robi róŜnicy. Słuchaj, 

mam  ci  do  przekazania  coś  waŜnego.  Twojej  Erin  zmieniono  wymiar  kary. 

Przebywa teraz tam - wskazała widoczną w dolinie wioskę. 

Jeremy  zmruŜył  oczy,  próbując  oszacować  odległość  i  zapamiętać  kierunek  na 

wypadek, gdyby z gór znowu spłynęła mgła. 

-

 

Dziękuję - mruknął. 

-

 

Nie ma za co. 

-

 

No,  pewnie  nie  -  westchnął.  -  Ostatecznie  skąd  mogę  wiedzieć,  czy  to  nie 

kolejny wasz podstęp? Ale zaryzykuję. Co mam do stracenia? 

Demonica  nie  odpowiedziała,  zresztą  pytanie  było  retoryczne.  Usadowiła  się 

wygodniej na gałęzi, opierając plecy o pień. Patrzyła, jak męŜczyzna odchodząc, nadal 

mocno utyka. 

-

 

Przed 

tobą 

ostatnia 

próba 

szepnęła, 

lecz 

był 

juŜ 

za 

daleko, aby ją usłyszeć. 

*** 

Erin  ocknęła  się  w  wielkiej,  pustej  pieczarze  wśród  lasu  stalagmitów.  Skalne 

złomy porastał fosforyzujący mech. Usiłowała sobie przypomnieć, jak się tu znalazła, 

ale  ostatnie,  co  pamiętała,  to  przesłuchanie  w  lochach.  W  którymś  momencie 

straciła przytomność, chyba coś jej wstrzyknięto. 

Spojrzawszy  na  swoje  dłonie  z  ulgą  stwierdziła,  Ŝe  wyglądają  tak,  jak  powinny. 

Nieufnie  dotknęła  twarzy,  włosów,  przekonała  się  jednak,  Ŝe  chłopiec  nie  kłamał. 

Straszono ją, ale ostatecznie nie wyrządzono Ŝadnej krzywdy. 

Machinalnie  przygładziła  fałdy  do  niedawna  eleganckiej,  a  teraz  wymiętej  i 

poplamionej sukni. 

background image

Z pieczary brały początek liczne korytarze. Zawahała się; nie bardzo miała ochotę 

się  zagłębiać  w  labirynt.  Gdzie  właściwie  się  znajdowała  i  dlaczego?  Z  rozmyślań 

wyrwał ją odgłos kroków. 

-

 

Wyzwoliłaś  się  spod  naszej  władzy  -  przemówił  znajomy  głos.  -  Winszuję, 

mulier. 

Spomiędzy  stalagmitów  wyłoniła  się  postać  w  czarnym  mundurze  i  płaszczu. 

Piekielny oficer, Riegel. 

-

 

Co to ma znaczyć? - spytała nieufnie. 

-

 

MoŜesz  iść,  dokąd  chcesz.  Ta  jaskinia  leŜy  na  skrzyŜowaniu  światów.  

Wystarczy,  Ŝe wybierzesz dowolny korytarz. 

-

 

Gdzie mój mąŜ? 

-

 

Nie wiem. - Skrzywił się, nie kryjąc niezadowolenia. - To nie moja sprawa. Pytaj 

aniołów, jeśli jakichś spotkasz. Czasem się tu kręcą. 

-

 

Dokąd prowadzą korytarze? 

-

 

Och, w róŜne miejsca. Przekonasz się. 

Erin podeszła do najbliŜszego otworu i zajrzała weń nieufnie. Wzdrygnęła się, gdy 

owionął  ją  zimny  powiew,  zalatujący  zwiędłymi  kwiatami.  Nie  podobało  się  jej  to 

wszystko... W myślach błagała małego wysłannika niebios, Ŝeby się pojawił i zabrał ją 

stąd,  ale  bez  skutku.  Był  tylko  Riegel,  wwiercający  w  nią  trudne  do  rozszyfrowania 

spojrzenie czerwonych oczu. 

-

 

Dziękuję - rzuciła z grzeczności, Ŝeby nie poczuł się uraŜony. 

-

 

Tylko  tyle?  -  uniósł  brwi,  podchodząc  jeszcze  bliŜej;  wymuskany,  pachnący 

wodą  kolońską  i  kadzidlanym  dymem.  PołoŜył  jej  dłonie  na  ramionach.  Jego  głos 

przeszedł  w  uwodzicielski  pomruk.  -  Nawet  mnie  nie  pocałujesz  na 

poŜegnanie? Nikt się nie dowie... 

background image

Erin  Dale  zrobiła  coś,  o  czym  za  Ŝycia  zdarzało  jej  się  wyłącznie  czytać. 

Spoliczkowała go z całej siły. 

-

 

Precz ode mnie, stręczycielu! - zawołała z obrzydzeniem. 

Z  hukiem  i  trzaskiem  część  sklepienia  runęła,  wzbijając  kłęby  kurzu.  Przez 

powstałą wyrwę wlał się blask słońca. Riegel cofnął się, osłaniając oczy połą płaszcza. 

Przez  wyłom  zaczęły  napływać  postacie  odziane  w  szaty  koloru  pogodnego 

nieba.  Zawisały  w  powietrzu  karnym  szeregiem,  otoczone  poświatą,  która  wydawała 

się  sączyć  wprost  z  ich  ciał.  Erin  zmruŜyła  oczy.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  rozpoznaje 

niektóre  twarze.  Phoebe  Hogan,  przyjaciółka  ze  szkoły  średniej...  Nauczycielka 

matematyki,  pani  McGrath...  Brodaty  wujek  Ciaran...  Wreszcie  -  jej  serce 

podskoczyło na ten widok z radości - rodzice... 

Dostrzegli  ją.  Matka  zamachała  ręką.  Ojciec  coś  wołał,  ale  widziała  tylko,  Ŝe 

porusza ustami, nie słyszała słów. 

Riegel,  jak  wielki  nietoperz,  niezdarnie  wycofał  się  w  najdalszy  kąt  pieczary. 

Krzywiąc się, wciąŜ jeszcze rozcierał policzek. 

-

 

Jest  wolna  -  wysyczał  nienawistnym  tonem  w  kierunku  odzianych  w  błękit.  - 

Bierzcie ją sobie, nic tu po niej. 

*** 

Wioska widziana z bliska okazała się bezładnym skupiskiem ruder, skleconych 

z tektury i blachy falistej. 

Wszedłszy  pomiędzy  nie,  Jeremy  z  przeraŜeniem  zobaczył,  Ŝe  osadę  zamieszkują 

trędowaci. Z wnętrza szałasów bił cięŜki zaduch choroby. Okryte krostami i ranami 

postacie  na  jego widok wycofywały  się  w cień, z  jękiem zakrywały  twarze.  W  pyle 

bawiły się dzieci bez palców i nosów. 

Stopniowo ogarniało go zwątpienie. Przenigdy jej tu nie odnajdzie, nie rozpozna... 

background image

Wiedziony  cieniem  nadziei,  Ŝe  to  coś  zmieni,  chciał  zmówić  modlitwę,  ale 

uświadomił  sobie  z  przestrachem,  Ŝe  nie  pamięta  nawet  prostego  „Ojcze  nasz". 

Jedyne,  co  podsunęła  mu  pamięć,  to  ów  dziwny  wiersz  Dylana  Thomasa  o  śmierci, 

który  Erin  tak  lubiła.  I  poniewaŜ  nie  wiedział,  co  innego  mógłby  zrobić,  zaczął  go 

powtarzać  na  głos,  nie  przejmując  się,  jak  Ŝałośnie  to  wygląda:  obdarty  wariat 

recytujący poezję pośrodku wioski kalek. Tym razem doszedł aŜ do ostatniej zwrotki. 

Mewy  mogą  juŜ  nigdy  nie  krzyczeć  nad  nimi  Ni  fale  z  hukiem  bić  o  morskie 

brzegi; Gdzie na wietrze drŜał kwiat, moŜe kwiat nigdy więcej Nie unieść juŜ głowy 
pod  razami  deszczu;  Choćby  byli  szaleni  i  martwi  jak  gwoździe,  Głowy  liter  jak 
młoty będą bić w stokrotki Łamać się w słońcu, aŜ słońce się załamie i śmierć nie 
będzie mieć władzy...
 

-

 

I  śmierć  nie  będzie  mieć  władzy...  -  powtórzył  w  ciszy,  jaka  zapadła  po  jego 

ostatnich  słowach,  czyjś  słabiutki  głos,  prawie  szept.  Jeremy  odwrócił  się  z  bijącym 

sercem. 

Pod  ścianą  najbliŜszej  chaty  kuliła  się  kobieta.  Jej  stopy  i  ręce  były  omotane 

brudnymi  szmatami,  głowa  -chustą,  spod  której  wysuwały  się  rude  włosy, 

zmatowiałe i szorstkie, z pasmami siwizny. 

-

 

To ty?! 

Wydało  mu  się,  Ŝe  kiwnęła  z  wysiłkiem  głową.  Ukląkł  przy  niej,  czując,  Ŝe  w 

gardle rośnie mu kula. 

-

 

Erin... Lisku... Co oni z tobą zrobili... 

ChociaŜ bał się tego, co zobaczy, zsunął z jej głowy chustę. Mimo woli wzdrygnął 

się  na  widok  wynędzniałej,  postarzałej  twarzy,  zniekształconej  przez  guzowate 

zmiany, ale ona i tak nie mogła zobaczyć jego reakcji - jej oczy zasnuwało bielmo. 

Nie  wiedział,  jak  mógłby  jej  pomóc.  Co  za  ironia  -odnalazł  ją  w  końcu,  lecz  nie 

miał  pojęcia,  co  teraz...  Jego  wzrok  padł  na  trzymany  w  ręku  krzyŜyk.  Z  braku 

lepszego  pomysłu  ostroŜnie  zawiesił  go  na  szyi  Ŝony.  Łzy  popłynęły  ze  ślepych 

oczu. 

background image

-

 

Chodź ze mną - tłumiąc strach i wstręt ujął jej ręce, lecz nie chciała, a moŜe nie 

mogła  wstać.  Objął  ją,  z  trudem  powstrzymując  płacz.  W  następnej  chwili  cofnął 

się, przejęty zgrozą. Ciało potępionej rozsypywało się pod jego dotykiem w proch. 

Chusta i łachmany opadły na ziemię. 

-

 

Co to za nowe sztuczki?! - krzyknął z gniewem i przeraŜeniem. 

Niebo  pociemniało,  zerwał  się  wiatr,  unosząc  kłęby  popiołu.  Trędowaci  w 

pośpiechu chowali się do swoich ruder. 

W  gęstniejącym  mroku  leŜący  na  ziemi  srebrny  krzyŜyk  znienacka  rozbłysł 

jaskrawą bielą, niczym palący się magnez. 

Jeremy  zmruŜył  oczy.  Poprzez  wirujący  pył  szła  ku niemu  jakaś  postać.  Wydało 

mu się, Ŝe rozpoznaje sylwetkę swojego anioła stróŜa. 

-

 

Menariel? Co ty tu robisz? 

-

 

Jeremy,  to  ja.  -  Postać  postąpiła  o  krok  do  przodu,  wchodząc  w  krąg  światła,  i 

teraz nareszcie ją poznał. 

Była  ubrana  w  błękitne  szaty,  zwiewne  jak  mgła,  a  jej  skóra  wydawała  się 

emanować  delikatną  poświatą,  niczym  lampa  okryta  tkaniną.  Włosy  straciły  swój 

płomienny odcień, stały się lekko niebieskawe, choć wcale przez to nie mniej piękne. 

Uściskała  go  serdecznie.  Poczuł,  Ŝe  jest  ciepła,  rzeczywista  -  nie  Ŝaden  duch.  Z 

bliska dostrzegł na jej policzkach ślady łez. 

-

 

To naprawdę ty - szepnął, bo nic mądrzejszego nie przyszło mu na myśl. 

-

 

Ja. 

-

 

A tamta... tamto... 

-

 

Ostatnia  próba.  Nie  wiedziałam...  nie  powiedziano  mi.  Wymogłabym  na  nich, 

Ŝ

eby ci jej oszczędzono. - Patrzyła na niego ze współczuciem i to ostatecznie go prze 

konało.  -  Och,  Jeremy,  Jeremy.  Tak  mi  przykro...  za  wszystko...  Ale  juŜ  koniec, 

jesteś u kresu drogi. Chodź. 

background image

Delikatnie przesunęła dłonią po jego posiniaczonej i pokaleczonej twarzy. Dotyk 

jej  chłodnych  palców  koił  ból.  Potem  ujęła  go  za  rękę  i  Jeremy  poczuł,  Ŝe  ziemia 

umyka mu spod stóp. JuŜ nie stali, ale szybowali ponad równiną, jak we śnie. 

Wiatr  ustał.  Wysoko  w  górze  chmury  rozstąpiły  się,  przepuszczając  róŜowawą 

zorzę. 

Wzlatywali coraz szybciej przez przestwór pełen krzyków i jęków, ku światłu.