background image

Rozdział X

Dzień zapowiadał się okropnie. Ciężkie chmury wisiały na niebie, zwiastując nadchodzący 

deszcz. W powietrzu unosiła się niewielka mgła. Pogoda nie dopisywała, jak na początek maja.

Carol obudziły dochodzące ciche hałasy z jej pokoju. Otworzyła oczy, zobaczyła że nie jest 

w swoim łóżku. Przypomniała sobie, jak w nocy zrobiła się raptownie śpiąca oraz ktoś niósł ją. 
Spojrzała na swoje ubranie, miała na sobie ten sam dres, w którym przyjechała. Jedynie zdjęto jej 
buty i rozpuszczono włosy. Była przykryta miękką czerwoną pościelą. Ponownie usłyszała hałas, 
dobiegał z przeciwległego kąta pokoju. Spojrzała w tamtym kierunku. Stała tam pani McReader, 
układała jej ubrania w szafie.

− 

Dzień dobry pani McReader – przywitała się Carol.

− 

Dzień dobry moja droga. - uśmiechnęła się do niej gospodyni. - Przyniosłam pani kawę i świeże 

maślane bułeczki.

− 

Dziękuje, ale nie jestem głodna. - kobieta spojrzała na nią z dezaprobatą. Pokiwała głową – Ale 

chętnie wypije kawę. - zreflektowała Caroline.

− 

Pan Black prosił przekazać pani, iż musiał wyjść w interesach. Prosił również, aby pani nie 

wychodziła. - dodała gosposia.

− 

Dziękuje - odparła szybko dziewczyna. - A czy jest ktoś z rodziny?

− 

Tak, pan Sariel jest w domu – poinformowała. Carol patrzyła, jak kobieta opuszcza pokój. 

Wstała szybko z łóżka, wzięła kubek z kawą i poszła się odświeżyć. Po szybkiej kąpieli 

naciągnęła  ciemne   jeansy,  założyła   cienką,  turkusową  bluzkę.   Strój  swój   uzupełniła   zakładając 
gruby  rozpinany  sweter   w   podobny  kolorze   do  t-shirtu.   Nie   miała   ochoty  robić   makijażu,   ani 
układać włosy. Związała je z boku w niedbały kok. Spojrzała na siebie w lustrze, wyglądała dobrze. 
Nie   potrzebowała   strojenia   się,   aby  przeprowadzić   rozmowę   z   panem   domu.   Chciała   czuć   się 
dobrze i swobodnie. Dostrzegła, iż nie ma na szyi złotego łańcuszka z medalionem. Przeszukała w 
panice łóżko, z nadzieją że przez sen go zdjęła. Nie było go tam, w swoich rzeczach również go nie 
znalazła. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie ostatni razem go miała. Nie wydawało się jej, aby go 
zdejmowała. Zdecydowała później zapytać się pani McReader czy nie wiedziała jej wisiorka.

W salonie panował półmrok. Zasłony w oknach były zaciągnięte, nie przepuszczały światła 

dziennego. Pokój oświetlał ogień palący się w kominku. W fotelu siedział mężczyzna. Nie wstał, 
kiedy Caroline weszła do pokoju. Nic nie powiedział. Na początku dziewczyna myślała, iż Sariel 
śpi. Podeszła do fotela, w którym siedział. Patrzył na nią swoimi błyszczącymi oczami. Uśmiechnął 
się do niej przelotnie.

− 

Witaj Carol – przywitał ją. - Widzę, że się wyspałaś.

− 

Hm... dzień dobry - powiedziała. - Gdzie są wszyscy?

− 

Damian   prosił,   abym   się   tobą   zaopiekował   pod   jego   nieobecność.   On   i   Gabriel   załatwiają 

sprawę   z   policją.   -   spoglądał   na   jej   zaciekawiony   wyraz   twarzy.-  A  reszta...   Cóż,   Rose   nie 
spodobało się ostatnie nasze przedstawienie w „Red Hall”, wyprowadziła się do hotelu z rodziną 
Streigh.

background image

− 

Aha – przytaknęła.- A co jej dokładniej się nie spodobało?

− 

Nasza   akceptacja   ciebie.  Wtedy,   gdy  wszyscy  gratulowali   Damianowi   waszych   zaręczyn.   - 

zamyślił się – nowa rodzina Rose nie akceptuje cię, jako przyszłej żony przywódcy Rady Klanów. 

− 

O czym ty mówisz? Jakiej żony? - zapytała. 

− 

Carol, usiądź. - dziewczyna usiadła posłusznie naprzeciwko Sariela. Przyglądał się jej coraz 

intensywniej. - Wszystko, w co uwierzyłaś było kłamstwem. - Otwierała usta, aby coś powiedzieć, 
ale je zamknęła. - Twoje zlecenie było tylko przykrywką, miałaś uwierzyć, że masz robić tylko 
zdjęcia i grać narzeczoną przede mną. Plan był zupełnie inny.

− 

Jaki plan? - zapytała z szokowana.

− 

Członkowie Rady przypadkiem dowiedzieli się o twoim istnieniu. Dla niektórych jesteś dużym 

zagrożeniem,   innym   tylko   problemem.   Aby   cię   ochronić,   musieliśmy   cię   przedstawić   jako 
narzeczoną Damiana. Nikt mu się nie sprzeciwi.

− 

Jaki to ma w końcu związek ze mną? - zapytała nie pojmując o czym on mówi.

− 

Twoje istnienie było utrzymywane w tajemnicy. Miałaś zapewnioną ochronę. - pokazał jej swój 

tatuaż na szyi – Widziałaś już ten symbol. Prawda?

− 

Tak – odpowiedziała wpatrując się w jego tatuaż. 

− 

Miał go twój narzeczony.

− 

Skąd wiesz o Davidzie? - zapytała zerkając na niego. 

− 

Hm..- podszedł do kominka - Był moim bratem. - odparł beznamiętnym głosem.

− 

Bratem...- powtórzyła.- David nie miał rodziny. Mówił, że wszyscy jej członkowie nie żyją. - z 

niedowierzaniem dodała – Kłamiesz!

− 

Nie mógł ci o mnie powiedzieć. Śmierć Davida nie była przypadkiem.

− 

Nie rozumiem. To był zwykły wypadek - powiedziała.

− 

David   był   członkiem   zakonu   Czarnej   Róży,   inaczej   łowcą.   Jego   zadaniem   było   chronienia 

ciebie.   Jednakże   zakon   zauważył,   iż   przestał   być   ostrożny,   więc   go   zlikwidowali.   Złamał 
wszystkie zasady oraz przysięgę łowcy.

− 

Jak  to  zlikwidowany?  Jakie  zasady?  Jacy  łowcy?   - zapytała  się ze  łzami  w   oczach.  Czuła 

piekące łzy pod powiekami. Zacisnęła pięści, nie mogła pozwolić sobie na płacz. Przełknęła łzy. - 
Sariel o czym, ty do cholery mówisz?! - Szarpnęła go za ramie zadając pytanie. Spojrzał na nią.

− 

Członka zakonu obowiązują zasady według, których musi postępować. Taki łowca nie może na 

przykład się zakochać. Zarząd dowiedział się o jego podejściu do zadania, zapłacił za to życiem. - 
odparł przez zaciśnięte zęby. - A teraz, ktoś chce się ciebie pozbyć.

− 

Zabić?

− 

Możliwe. - powiedział z powagą w głosie. - Tylko nieliczni wiedzieli, że żyjesz, w tym nasza 

rodzina. Ktoś sprzedał o tobie informacje Radzie Klanów. Komuś bardzo zależy na tobie. - Carol 
usiadła, spuściła wzrok na swoje dłonie, trzęsły się ze strachu. Ponownie poczuła napływające łzy 
do oczy. Nie do końca rozumiała o czym on mówi.

− 

Czy jesteś łowcą jak David? - w końcu zapytała wskazując palcem na jego tatuaż.

− 

Tak, ale nigdy nie byłem członkiem zakonu. Nazwa jest zwykłym zbiegiem okoliczności, jak i 

ten symbol na mojej szyi. Zakon używa podobnego symbolu, bez krzyża w środku. Znak, który 
mam pojawia się wówczas, gdy rodzisz się jako łowca.

− 

Jak to? Nie rozumiem. - powiedziała zrezygnowana.

background image

− 

To nie jest tatuaż Carol. To znamię, które było dziedziczone w naszej rodzinie od pokoleń. 

Starej rodzinie łowców. Mieliśmy tę samą matkę, ale innych ojców. Dlatego, że jestem z rodziny 
Blacków nie mogłem dołączyć do zakonu, tak jak David.

− 

Aha – skinęła głową na znak zrozumienia. - Dlaczego mnie chronicie?

− 

To   nasz   obowiązek.   Więcej   nie   mogę   ci   powiedzieć.   Przyjdzie   pora,   kiedy   dowiesz   się 

wszystkiego.

− 

Popraw mnie jeśli źle cię zrozumiałam. - przytaknął – David mnie chronił, nic mi nie mógł 

powiedzieć. Odkąd nie żyje ktoś próbuje mnie zabić. Tak? - przytaknął ponownie.- Teraz kiedy 
wszyscy wiedzą, że żyję postanowiliście mnie chronić robiąc ze mnie żonę Damiana. Tak? - 
znowu się zgodził na jej słowa. - Czy mam jakiś wybór?

− 

Nie. - odparł.

− 

Czy napaść na moją przyjaciółkę miała coś wspólnego ze mną?

− 

Sądzimy, że ktoś chciał cię nastraszyć. - powiedział szczerze.- Na razie musisz tutaj zostać.

− 

Ale Em i Ann, co z nimi? A moja babcia? - dopytywała się. Strach nie był tak wielki, jak 

zamartwianie się o najbliższej osoby. Nie chciała je pozostawić samych.

− 

Nic im nie będzie. - odpowiedział wychodząc z salonu. 

 

Carol została sama w ciemnym pokoju. Bała się bardziej o życie jej przyjaciół i rodziny, niż 

o swoje. Nie wiedziała, co ma począć. Sariel był w domu, nie mogła stąd wyjechać, na pewno 
zauważą   jej   zniknięcie.  W  telefonie   nie   miała   zasięgu,   w   domu   nie   widziała   żadnego   aparatu 
telefonicznego. Czuła narastający gniew  na swoją bezsilność. Wyszła do holu, wszędzie panował 
półmrok, nikogo nie było w pobliżu słychać. Zdecydowała wyjść do ogrodu. Tam ostatnio miała 
zasięg.

Pogoda od rana się nie zmieniła, raczej pogorszyła. Wiał nieprzyjemny, chłodny wiatr, a do 

tego   pojawiła   się   mżawka.   Carol   poszła   w   najdalszą   część   ogrodu.   Stamtąd   nikt   nie   mógł   jej 
dostrzec z okna. Sprawdziła zasięg w swojej komórce, był. Ucieszyła się z tego powodu. W drodze 
do ogrodu obmyśliła plan. Wiedziała już, jak może pomóc Ann oraz Marii. O Emmę nie musiała się 
martwić, wyjechała z mężem w góry do rodziny, była bezpieczna.

Ann odebrała dopiero po drugim sygnale. Dopytywała się Carol dlaczego nie ma jej w pracy 

oraz czemu nie odbiera telefonu. Przyjaciółka wyjaśniła jej, iż ma pilne zlecenie dla Damiana i 
musiała nad ranem wyjechać. W miejscu, w którym jest nie ma po prostu zasięgu. Przekonała Ann 
do   wzięcia   dwutygodniowego   urlopu   i   odwiedzenia   rodzinnych   stron.   Swoją   propozycję 
argumentowała, potrzebą odpoczynku od zgiełku i problemów, a w szczególności dużego stresu. 
Najszybciej na Ann zadział powód odwiedzenia matki. Z początku nie chciała się zgodzić, po czym 
jednak przyznała koleżance rację. Miała zacząć urlop od następnego dnia, a wcześniej uprzedzić 
klientów o zamknięciu biura. Po krótkiej rozmowie z przyjaciółką, Carol zadzwoniła do Marii. Ku 
jej wielkiemu zaskoczeniu, babcia oznajmiła jej, iż wyjeżdża do swojej starej znajomej z czasów 
studiów na kilka dni. Carol dziękował w duchu za tak cudowny zbieg okoliczności, wyjazdu z 
miasta bliskich jej osób. Czuła się znacznie lepiej z tą świadomością. Nie wspomniała Marii o 
tymczasowym   miejscu   zamieszkania.   Wolała,   by   nikt   z   bliskich   nie   wiedział,   gdzie   teraz   się 
znajduje. Rozmowę szybko z nią zakończyła, nie była skora do dłuższej pogawędki.

Caroline   rozejrzała   się   po   ogrodzie.  Wszędzie   było   cicho,   nie   słyszała   żadnego   śpiewu 

ptaków, jedynie szum koron drzew. Skierowała się w stronę domu. Martwiła się, że ktoś mógł 

background image

dostrzec   jej   nieobecność.   Musiała   jeszcze   porozmawiać   z   gospodynią,   zapytać   się   jej   czy   nie 
widziała medalionu.

Zamykając za sobą drzwi usłyszała za plecami długie westchnienie. Ktoś jednak spostrzegł 

jej chwilowe zniknięcie. Sariel opierał się z założonymi rękami o poręcz przy schodach. Przybrał 
maskę obojętności, tylko w oczach była jawna wściekłość. Taksował ją gniewnym spojrzeniem. 
Carol oparła się o drzwi, podtrzymała kontakt wzrokowy. Nie chciała okazać przed nim strachu, nie 
opuściła wzroku.

 Gdzie byłaś? - zapytał surowym tonem.

  W ogrodzie, musiałam zadzwonić. Tutaj nie ma zasięgu.- tłumaczyła się przed wzburzonym 

opiekunem. Czuła się jak nastolatka, która zrobiła coś bardzo niegrzecznego. - Nie zabronisz mi 
wychodzenia do ogrodu.

 Czyżby? - zapytała z nutą cynizmu w głosie.

 Tak – odparła podnosząc wyżej brodę, jak dziecko zbierające się na postawienie rodzicu.

  Hm... następnym razem poinformuj mnie o swoim wyjściu. - oznajmił wciąż z tym samym 

tonem. Gniew mu nie minął.

 Pomyślę – odparła. 

Skierowała się w stronę schodów prowadzących na piętro do jej pokoju. Potrzebowała się 

przebrać, była przemoczona i zmarznięta. W trakcie mijania Sariela poczuła jego ręką zaciskającą 
się na jej ramieniu. Syknęła z bólu. Nie był wobec niej szczególnie delikatny. Próbowała wyszarpać 
rękę ze stalowego uścisku, nie miała szans. Spojrzała w kierunku jego zbliżającej się twarzy. Jego 
oczy  błyszczały  nienaturalnym   blaskiem.   Kątem   oka   ujrzała,   jak   jego   znamię   nabrało   dziwnej 
barwy, iskrzyło. Nie potrafiła od tego oderwać wzroku. Poczuła ciepły dotyk na swoim policzku. 
Sariel skierował jej twarz w kierunku swoich oczu. Caroline w ten sposób została zmuszona do 
patrzenia mu prosto w oczy. Nagle poczuła się słaba, zaczęło jej brakować sił do ustania na nogach. 
Zachwiała się, ale nie upadła. Sariel ją podtrzymywał. Jego silne ramię, delikatny dotyk na jej 
policzku oraz miętowy oddech z jednej strony pobudzał jej wszystkie zmysły, zaś z drugiej powoli 
ją usypiał. Poczuła się odprężona, odnosiła wrażenie, że zaczyna odpływać. Sariel ostrożnie ją 
pocałował, tylko to zapamiętała. Zasnęła.

♠♠♠

Carol obudziła się z tępym bólem głowy. Spojrzała w stronę okna, było już ciemno. Leżała z 

przymkniętymi   oczami,   próbowała   przypomnieć   sobie,   jak   tu   się   znalazła.   Jedynie   pamiętała, 
dotyka Sariela, jego pocałunek a potem już nic. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Już drugi raz w 
ciągu doby zasnęła. Te oczy... patrzyłam im w oczy, kiedy nagle odpłynęłam – przypomniała. - Jak 
to możliwe? Kim oni są? 
Na żadne z tych pytań nie znała odpowiedzi. Świadoma była, iż żaden z 
nich jej nie powie prawdy. Zaczęła naprawdę się bać, nie mogła nikomu zaufać. Chciała wstać z 
łóżka, kiedy zawróciło się jej głowie. Ponownie się położyła. Miała na sobie bieliznę i podkoszulkę. 
Nie przypominała sobie kto ją zaniósł do pokoju, ani kto ją rozebrał. Miała jedynie nadzieję, iż nie 
zrobił to Sariel. Może zaniósł, ale nie rozebrał. 

Z rozmyślań wyrwała ją nagłe wrażenie czyjejś obecności w pokoju. Było ciemno, więc nic 

nie widziała. Zapaliła lampkę stojącą na stoliku nocnym. Słabe światło rozświetliło wnętrze pokoju. 

background image

W fotelu pod oknem siedział mężczyzna ubrany na czarno. Nie widziała jego twarzy. Poruszył się, 
zmienił pozycje, aby mogła go widzieć wyraźniej.

 Jak długo tutaj jesteś? - zapytała zaskoczona jego obecnością.

 Trochę – powiedział Damian. Nie wstał z miejsca, w którym siedział. Carol czuła jego wzrok na 

sobie, obserwował ją.

  Wyjdź! - zażądała. Damian wstał i skierował się w stronę łoża. Carol widząc jego zbliżenie, 

okryła się szczelniej miękką kołdrą. 

 Źle wyglądasz Caroline. - odparł ciepłym głosem. - Poza tym musimy porozmawiać.

 Nie chce z nikim dziś rozmawiać. A teraz wyjdź. - odparła sucho. Nie patrzyła mu w oczy, nie 

chciała znowu zasypiać. Bała się spojrzeć mu w oczy. Domyślała się, że są to jakieś złe moce czy 
też urok, a nie miała na sobie medalionu, który może jakimś cudem pomógł. Bardzo żałowała, iż 
gdzieś go zgubiła.

 W porządku. - otwierając drzwi spojrzał jeszcze raz w jej stronę. Ciągle czuła jego wzrok na 

sobie, ale nie odwzajemniła spojrzenia. - W łazience masz aspirynę. - Wyszedł. 

Carol została sama w pokoju. Odetchnęła z ulgą. Powoli wstała z łóżka, poszła do łazienki. 

Spojrzała  na  siebie  w  lustrze.  Cerę  miała  bardzo  bladą,  oczy  podkrążone,  a  włosy w  wielkim 
nieładzie. Przemyła twarz zimna wodą, potem gorącą. Skóra lekko się zaróżowiła. Kujący ból 
głowy nie zelżał. Znalazła tabletki, wzięła dwie i popiła dużą ilością wody z kranu. Wyszła z 
łazienki, potrzebowała przebrać się w coś wygodniejszego. Założyła bawełnianą piżamę, długie 
turkusowe spodnie, obcisły podkoszulek do kompletu. Włosy przeczesała dłonią, zrobiła warkocz 
związując gumką. Usłyszała ciche pukanie do drzwi.

− 

Kto tam? - zapytała Carol. Nie miała ochoty nikogo wpuszczać.

− 

Gosposia – usłyszała głos starszej kobiety.

− 

Proszę – zaprosiła panią McReader. Kobieta weszła z tacą jedzenia i kubkiem parującej cieczy. 

Postawiła to na niewielkiej nocnej szafce obok łóżka.

− 

Przyniosłam pani jedzenie i gorącą herbatę. Pan Black prosił dopilnować, aby pani wszystko 

zjadła.

− 

Nie jestem głodna. - odparła. Jednak pod karcącym wzrokiem gospodyni zmieniła zdanie. - 

Może jednak coś zjem.

− 

Słusznie – zgodziła się zadowolona.- Blado pani wygląda. Dobrze się pani czuje?

− 

Obudziłam się z bólem głowy – oznajmiła. Wzięła pierwszy kęs przygotowanej kanapki. - 

Brałam już aspirynę. Mam nadzieję, iż pomoże.

− 

Pomoże zjedzenie i wypicie herbaty. Może temu, że pani była  cała mokra, gdy pan Sariel 

przyniósł do pokoju. - poprawiając pościel kontynuowała – Biedactwo, cała przemarznięta.

− 

Pani mnie rozebrała? - zapytała zaskoczona. Kobieta przytaknęła. - Dziękuję.

Dziewczyna   dokończyła   kolacje   w   samotności.   Poczuła   się   faktycznie   znacznie   lepiej. 

Ciepła ziołowa herbata ją rozgrzała. Czuła w niej zawartość melisy, mięty i lawendy. Podobną 
mieszankę robiła jej babcia na uspokojenie nerwów. Miłe uczucie spokoju powoli pozwoliło jej 
odpłynąć w niebyt.

Obudziła się wczesnym rankiem, nadal nie czuła się najlepiej. Ból głowy zelżał, była w 

stanie wstać z łóżka, zawroty głowy nie wystąpiły. Po szybkim gorącym prysznicu, ubrała wygodny 
czarny dres, związała mokre włosy w niedbały kok. Nie miała ochoty ich suszyć, ani układać. Nie 

background image

czuła   się   na   siłach   do   takich   czynności.   Natomiast   bardzo   chciała   wypić   coś   ciepłego.   Po 
wczorajszym przemarznięciu i zmoknięciu czuła nieprzyjemne drapanie w gardle. Spojrzała na 
zegarek,   było   bardzo   wcześnie,   dochodziła   szósta.  Wyszła   z   pokoju   cicho,   nie   chciała   nikogo 
budzić.   Zeszła   na   dół   do   przestronnej   kuchni   pani   McReader.   Ku   jej   zaskoczeniu   kobieta   już 
krzątała się po swoim królestwie. Carol przywitała uśmiechem gospodynię. Poprosiła ją o gorącą 
kawę oraz ciepłą wodę z miodem i cytryną. Ta prosta mikstura zawsze przynosiła jej ulgę, kiedy 
była przeziębiona. W ten sposób leczyła ją Maria. Nie uszło uwadze gospodyni jej prośba. 

− 

Gardło boli? - zapytała pani McReader. Dziewczyna przytaknęła, wypiła przygotowany napój. - 

Nie dobrze, że wczoraj tak przemokłaś. Nie powinnaś wychodzić w taką pogodę, tak lekko ubrana.

− 

Wiem – odpowiedziała z chrypką w głosie. - Pani McReader czy panowie są w domu?

− 

Wszyscy – odpowiedziała uśmiechając się pogodnie do dziewczyny.

− 

Hm... źle się czuję, zjem śniadanie u siebie. - powiedziała, po czym wyszła z kuchni. 

Wciąż nie była gotowa do spotkania z rodziną Blacków. Przerażali ją. Zdecydowała się 

zostać   w   pokoju,   miała   wymówkę.   Mimo   płonnych   nadziei   nie   miała   szczęścia.  W  korytarzu 
prowadzącym do jej pokoju natknęła się na Gabriela. Czekał na nią. Stał oparty plecami o ścianę 
naprzeciwko  drzwi  do jej  pokoju. Ubrany  był   na czarno,  włosy  miał  w   całkowitym   nieładzie. 
Uśmiechnął   się   do   niej   przyjaźnie.   Caroline   stanęła   kilka   kroków   przed   nim,   w   bezpiecznej 
odległości.

− 

Nie bój się mnie Carol. Nic ci nie grozi. - odparł spokojnie. Nie podszedł do niej, była mu za to 

wdzięczna.

− 

Nie boję się. - powiedziała z lekko drżącym głosem. Wiedziała, że nie wypadła przekonywując. 

- Czego chcesz?

− 

Przyszedłem sprawdzić  czy wszystko  w  porządku. - powiedział wciąż się do niej  łagodnie 

uśmiechając. Czuła w jego głosie troskę. - Jednak widzę, że nie ...- nie dokończył zadania.

− 

Wszystko  ok. - odparła. Wyminęła go i otworzyła drzwi do swojego pokoju. Chciała wejść, ale 

zatrzymała się na chwilę. - Tak naprawdę, po co tutaj przyszedłeś? Pilnujesz mnie?

− 

Też.   -   zbliżył   się   do   niej   na   wyciągnięcie   ręki.   Cofnęła   się   w   stronę   pokoju.   -   Chcę 

porozmawiać.

− 

Nie.   Z   nikim   nie   będę   rozmawiać.   Nie   wierzę   w   żadne   wasze   słowo.   Wystarczająco   się 

nasłuchałam o jakiejś  radzie, łowcach...  i Bóg wie  o czym jeszcze.  Nie dam się  nabrać na  te 
brednie! - krzyknęła. Trzasnęła drzwiami, nie wpuściła Gabriela.

Oparła się plecami o drzwi, czuła jak wzbierają się łzy. Nie wytrzymała, zaczęła płakać 

osuwając   się  na  podłogę.   Siedziała   skulona   pod  drzwiami   płacząc,   jak  małe  dziecko.  Kim   wy 
jesteście? Czego chcecie? 
- pytała przez łzy.- Boje się... 

Wstała z podłogi, położyła się na łóżku, nie przestała płakać puki ją sen nie zmorzył. Biegła 

ciemną uliczką między wysokimi budynkami. Czuła na sobie wzrok kilku par czerwonych oczu. 
Obserwowali ją jak ucieka. Była przerażona i zmęczona biegiem. Usłyszała znajomy głos, który 
wykrzykiwał jej imię.  - David? - zapytała. - Carol zaczekaj! Nie uciekaj! – słyszała jego wołanie. 
Był coraz bliżej mniej, zwolniła. Poczuła jego dłoń zaciskającą się na jej ramieniu. Zatrzymała się, 
obróciła się w jego stronę. Widziała jego czuły uśmiech, za którym bardzo tęskniła. Poczuła, jak 
obejmuje ją w talii, przyciska do siebie. Tęskniła za tym dotykiem, silnym ramieniem. Spojrzała mu 
w oczy, widziała w nich dziwny blask. Szepnął jej do ucha – Nie bój się kochanie. Zaufaj mi. - Jego 

background image

oczy zaświeciły czerwienią,  zbliżał  się  ustami   w  kierunku  jej  twarzy.  Bała  się  go, zaczęła  się 
wyrywać. Nie dała rady, za mocno ją trzymał. Krzyczała – David! Nie! Nie!

Obudziła   ją   ciepła   dłoń   głaskająca   po   mokrym   policzku   od   łez.   Otworzyła   oczy.   Z 

przerażeniem   cofnęła   się   na   drugi   brzeg   łóżka,   podciągając   kołdrę   pod   brodę.   Dłoń   Damiana 
zawisła w powietrzu, bacznie się jej przyglądał. Carol bała się go, drżała. Rozejrzała się po pokoju, 
nie byli sami. W nogach łoża stał Gabriel, przyglądał się jej z troską. Przy oknie, obrócony placami 
do niej stał Sariel. Patrzyła na nich przerażonym wzrokiem, ze strachu nie była w stanie wydusić 
słowa. Łzy same ciekły po policzkach. Damian chciał się do niej zbliżyć:

− 

Nie dotykaj mnie – powiedziała słabym głosem. Cofnął rękę, wstał z brzegu łóżka.

− 

Krzyczałaś...   -   powiedział   ciepłym   tonem.-   Myśleliśmy,   że   coś   ci   się   stało,   więc...   -   nie 

dokończył.

− 

Nic mi nie jest, to tylko...- przełknęła ślinę.- zły sen. 

− 

Od jak dawna? – zapytał Sariel. Nie spoglądał w jej stronę. - Od kiedy śni ci się mój brat?

− 

Skąd ..? - urwała. 

− 

Nie ważne skąd wiem. Odpowiedz na pytanie. -  nacisnął surowszym tonem.

− 

Nie dawna. - powiedziała szczerze. Spoglądała na każdego z mężczyzn znajdujących się w jej 

pokoju. Ich wyraz twarzy wydawała się być pusty, nie było widać żadnych emocji. Sariel podszedł 
do niej, wziął jej rękę. Na dłoni położył jej złoty łańcuszek z niewielkim medalionem w kształcie 
liścia   z   niebieskim   kamieniem.   Spojrzała   na   niego,   nie   wierzyła   własnym   oczom,   to   był   jej 
medalion.

− 

Załóż go. - widząc jej zapytanie w oczach odpowiedział. - Zgubiłaś tamtej nocy w samochodzie. 

− 

Ale... - chciała coś powiedzieć, jednak zrezygnowała. Założyła go. Poczuła się znacznie lepiej. 

Miała wrażenie, jakby jego moc zaczęła ją chronić. Nadal ich się obawiała.

− 

Caroline nie bój się nas. Jesteś  tutaj bezpieczna, nic ci nie zrobimy.  - powiedział Damian. 

Spojrzała w jego stronę. Uśmiechał się do niej przyjaźnie. Miała wrażenie, że mówi jej prawdę. 
Trochę się rozluźniła. - Musimy porozmawiać. Będziemy na ciebie czekać w salonie.
 

Została sama w pokoju. Nie wiele czasu jej dali na zejście na dół. Poszła do łazienki się 

odświeżyć, mimo iż krótko spała. Był już późny ranek, zegarek w telefonie wskazywał jedenastą. 
Spojrzała na siebie w lustro, wyglądała strasznie. Miała zaczerwienione oczy od płaczu, trochę 
podkrążone, podkreślała to blada skóra. Przeczesała włosy grzebieniem. Zdecydowała zejść do 
salonu. Miała nadzieję, iż w końcu przestaną jej opowiadać niestworzone historie i dowie się kim 
oni są naprawdę.

By animk4


Document Outline