background image

Janusz A. Zajdel        
Studnia 

   Park przeświecał pustymi 
koronami drzew, pod nogami 
miękko uginały się opadłe 
liście. Nie szeleściły już, 
wilgotne od porannego 
deszczu. Było pochmurno. 
Kilkaset metrów, dzielących 
dom akademicki od Instytutu, 
Jan przebył pełen obaw i 
ciekawości. Co też mu 
zaproponują? ' 

   Przed drzwiami profesora 
Maera wziął głęboki oddech, 
odchrząknął i wszedł z 
możliwie najmądrzejszą 
miną. 

   - Dzień dobry! - 
powiedział. 

   - Witam! Proszę, o co 
chodzi? - Maer uśmiechnął 
się krzywo, ale Jan wiedział, 
że to jeszcze o niczym nie 
świadczy. 

background image

   Profesor był niski i łysawy, 
ale bardzo ruchliwy jak na 
swoje siedemdziesiąt lat. 
Miał zwyczaj w czasie 
rozmowy ze studentem 
przechadzać się drobnymi 
kroczkami po pokoju. O ile z 
wyrazu twarzy nikt nigdy nie 
potrafił odgadnąć jego 
nastroju, o tyle z prędkości 
jego spad ceru tam i z 
powrotem można było 
wnioskować nieomylnie. Im 
szybciej chodził - tym 
lepiej... Gdy profesor 
zmniejszał tempo, student 
zaczynał się niepokoić. Gdy 
przystanął - było już zupełnie 
źle, a gdy usiadł za biurkiem 
- można było pożegnać się z 
nadzieją na pomyślne 
załatwienie sprawy. Podczas 
egzaminów u "dziadka" 
Maera oczekujący na 
"giełdzie" pytali zwykle 
wychodzących po egzaminie: 
"Jaka prędkość?" Gdy , 
odpowiedź brzmiała: 
"Biega!" - można było 
spokojnie wchodzić na 

background image

egzamin. 

   Gdy Jan wszedł do 
gabinetu, profesor siedział za 
biurkiem. "Blado!" - 
pomyślał Jan. 

   - Ja w sprawie pracy 
dyplomowej - powiedział. 

   - Aha! - uśmieszek trwał na 
twarzy profesora. - Dopiero 
teraz. No, cóż, zobaczymy, 
co tam zostało... 

   Sięgnął po teczkę, wydobył 
zapisany arkusz. Teraz 
powinien wstać - pomyślał 
Jan. 

   - Tu już niewiele zostało. 
Prawie wszystkie tematy 
przydzielone - Maer wodził 
ołówkiem po spisie. - Jest 
jeszcze to... to... i to. 

   Odptaszkował trzy pozycje 
i wstał powoli, trzymając 
listę w ręku. 

   - To... raczej cię nie 

background image

zainteresuje... - mruczał na 
wpół do siebie - to... też 
chyba nie. O! Ja bym 
proponował ten temat. 
Bardzo interesujące 
zagadnienie! 

   Koniec! - pomyślał Jan. - 
Dziadek wlepi mi teraz 
najpodlejszy temat, którego 
nikt nie chciał wziąć... I do 
tego będzie mi wmawiał, że 
to bardzo ciekawe 
zagadnienie! 

   - Skuteczność zwierciadła 
gamma jako osłony 
biologicznej - przeczytał 
profesor. - Przy odrobinie 
dobrych chęci można z tego 
zrobić piękną, oryginalną 
pracę naukową! Cóż ty na to? 

   - Nno... chyba... 

   - A więc w porządku. Jan 
Link... - wpisał nazwisko na 
listę. - Życzę powodzenia. 
Zgłosisz się do doktora 
Trauta. 

background image

   Wpadłem - pomyślał Jan. - 
Będę mordował masowo 
morskie świnki przy pomocy 
promieniowania gamma. Od 
razu czułem, że tak się to 
skończy. Staruszek jest zły, 
że się spóźniłem na rozdział 
tematów. Nawet się z miejsca 
nie ruszył - taki zły! 

   W tej chwili Maer, jak 
pchnięty, ruszył z miejsca 
najszybszym ze swych 
truchcików, lecz o metr od 
biurka zatrzymał się nagle, 
syknął i chwycił obiema 
rękami za kolano. Utykając 
na prawą nogę, powrócił na 
fotel. 

   - Zupełnie zapomniałem... 
Przez cały dzień uważałem, a 
teraz... Widzisz, rano 
skręciłem nogę... - 
powiedział jakby z 
zakłopotaniem. Lewą ręką 
rozcierał kolano, a prawą 
wyciągnął w kierunku Jana. 

   - Powodzenia! Aha, 

background image

zapomniałem ci, zdaje, się, 
powiedzieć, że pomiary 
wykonywać będziesz na 
Fobosie. Za tydzień Traut 
odlatuje, więc się pospiesz. 
Jutro zastaniesz go w 
Zakładzie Akceleratorów... 

   Jan skłonił się i szybko 
wybiegł z pokoju. Dopiero na 
korytarzu przestał się 
hamować i wybuchnął 
szczerym śmiechem. 

   - To ci heca! - parskał 
ubawiony serdecznie. - 
Najlepszy kawał miesiąca... 
Co też mówię: miesiąca... 
Roku!... Dziadek... siedzi, 
potem stoi w miejscu, ani się 
ruszy... Myślisz, człowieku, 
że nie wiem jak zły, a tu... 
nogę biedak skręcił... 

   Zaniósł się z trudem 
tłumionym śmiechem i w 
podskokach wybiegł przed 
budynek. Tam dopiero nieco 
ochłonął i pomyślał, że to 
trochę nieładnie tak się śmiać 
ze skręconej nogi starego 

background image

profesora. Spoważniał więc i 
pomyślał, że... to on, właśnie 
on, ma lecieć na satelitę 
Marsa. Trudno mu było 
oswoić się z tą myślą. Nie 
mógł uwierzyć, że to 
prawda... Lepszego tematu 
pracy dyplomowej nie mógł 
sobie chyba wymarzyć! 

   Potem pomyślał o Liss i 
mina mu nieco zrzedła. Ale 
jakoś to będzie - tylko kilka 
miesięcy. Trzeba jej jednak 
powiedzieć. 

   Skręcił w kierunku miasta. 
Nie chciało mu się teraz iść 
do domu. Chciał spotykać 
znajomych, rozmawiać z 
nimi, i tak, niby od 
niechcenia, jakby to była 
zwykła i codzienna sprawa, 
wplatać w rozmowę swą 
radosną nowinę: "Wiesz, 
jestem okropnie zajęty, 
pojutrze mam egzamin, za 
tydzień muszę wpaść na 
Fobosa..." 

   O Traucie Jan wiedział 

background image

niewiele - mniej więcej tyle, 
co wszyscy studenci. Gdy 
padło nazwisko Trauta, 
pytano zazwyczaj: "To ten od 
Albacha?" Każdy bowiem z 
podstawowego kursu fizyki 
jądrowej znał "regułę 
Albacha-Trauta". 

   Tak, to był ten Traut, 
znakomity fizyk, lecz kiepski 
podobno pedagog i niezbyt 
sympatyczny przy bliższym 
zetknięciu człowiek. Przez 
rok wykładał w instytucie, a 
na egzaminie zdobył sobie 
wśród studentów opinię 
gderliwego i wiecznie 
niezadowolonego ponuraka. 
Potem zaniechał pracy 
pedagogicznej, często latał 
poza Ziemię, prowadził 
jakieś badania, na tyle 
specjalistyczne, że mało kto 
orientował się w jego 
osiągnięciach. 

   Tylko dlaczego na Fotosie? 
- myślał Jan. Co on tam robi? 
Zwierciadło gamma - cóż to 
takiego? Zaraz, zaraz... 

background image

   Z trudem odgrzebywał w 
pamięci wiadomości z fizyki 
promieniowania. Dopiero po 
dłuższej chwili przypomniał 
sobie, że kiedyś czytał 
wzmiankę w jakimś 
czasopiśmie naukowym: 
...zwierciadło, które w 
sposób zupełny odbijałoby 
promienie gamma, byłoby 
idealnym nieomal 
rozwiązaniem problemu 
napędu fotonowego z 
zastosowaniem anihilacji 
jako źródła energii. 

   Czyżby o to chodziło? Jeśli 
tak, to temat jest 
rzeczywiście pasjonujący... 
Wynikałoby stąd jednak, że 
Trautowi udało się zbudować 
takie idealne zwierciadło! 
Może to dopiero maleńki 
model, coś w rodzaju 
"zestawu o mocy zerowej" do 
badania ciągłego procesu 
anihilacji? 

   W każdym razie, zanim 
pójdę do Trauta, muszę 

background image

poczytać na ten temat, żeby 
nie okazać się durniem. To 
nie leży co prawda w 
zakresie mojej specjalizacji, 
ale zawsze lepiej sobie 
zjednać opiekuna swojej 
pracy dyplomowej - 
postanowił Jan. Mijał właśnie 
uliczną kabinę 
wideofoniczną, wstąpił więc i 
wywołał Liss. Była w domu. 
Ucieszyła się wyraźnie. 

   - Wróciłeś wczoraj? 

   - Nie. Dziś rano. I wyobraź 
sobie, wczoraj właśnie 
rozdzielali na naszym 
wydziale tematy prac 
dyplomowych! 

   - Oo! - zmartwiła się. - I co 
teraz zrobisz? - Nic. Już 
załatwione - powiedział, 
uśmiechając się z 
zakłopotaniem. - Mam dla 
ciebie niezbyt wesołą 
niespodziankę. 

   - Co się stało? - 
Spoważniała, trochę 

background image

przestraszona. 

   - Wyjeżdżam... 

   - Jak to? A dyplom? 

   - Właśnie... Dostałem 
temat... Zgadnij, gdzie? 

   - Czy ja wiem? - 
zastanawiała się przez 
chwilę, badając jego twarz 
spojrzeniem. - Na Księżycu! 
Zgadłam? 

   - Prawie. Teraz tylko 
powiedz jeszcze, na jakim 
księżycu? 

   - Co? Nie na naszym? No, 
powiedzże wreszcie, nie 
dręcz kobiecej ciekawości! 

   - Fobos - powiedział Jan, 
starając się, by wypadło to 
najobojętniej w świecie. 

   - Eee! - powiedziała. - To 
ja tak nie chcę! Znowu 
znikniesz na kilka miesięcy. 

background image

   - Nie miałem wyboru... 

   - No, już dobrze, dobrze, 
wiem, że się cieszysz. 

   - To gdzie w takim razie 
wypijemy kawę? - Myślę, że 
tam, gdzie zawsze. Za 
piętnaście minut będę. 

   

 G

dy 

wychodzili z 
kawiarni, 
zaczynał 
padać 
deszcz. 

   - Więc 
mam na 
ciebie 
czekać? - 
spytała Liss 
patrząc z 
ukosa na 
Jana. 

   - Jak 

background image

chcesz! - 
odpowiedzia
ł ze 
straszliwą 
powagą i 
oboje 
wybuchnęli 
śmiechem. 
Pobiegli 
przez 
wilgotne 
ulice, przez 
mżawkę i 
mgłę. Pod 
domem Liss 
powiedziała: 

   - To... ja 
chyba 
zaczekam?... 
- Chyba? 

   - No, to 
znaczy 
zaczekam... - 
spojrzała mu 
w oczy. 
Pocałował ją 
lekko, a ona 
położyła mu 

background image

palec na 
nosie, 
powiedziała 
z kpiącą 
powagą: 
Kosmonauta
! - i pobiegła 
do domu. 

   Jan 
odszedł 
powoli, 
postawiwszy 
kołnierz i 
wetknąwszy 
obie dłonie 
w kieszenie 
płaszcza. 
Deszcz 
rozpadał się 
na dobre. 

   

- T

o ciebie 

mi dali... - Traut 
popatrzył na 
Jana obojętnie, a 
Jan pomyślał od 

background image

razu, że ten 
Traut naprawdę 
uprzejmością 
nie grzeszy. 
Dobrze. 
Zaczekaj 
chwilę. 

   Był wysoki, 
chudy jak słup 
telegraficzny i 
śmiesznie łamał 
się wpół, 
sięgając na 
dolną półkę 
biblioteki. Mógł 
mieć 
pięćdziesiąt lat, 
ale również 
dobrze można 
mu było dać o 
dziesięć mniej 
lub więcej. 
Podłużna twarz, 
wiecznie 
skrzywiona, co 
nadawało jej 
wyraz ciągłego 
niezadowolenia. 
Oczy głęboko 
osadzone, żywe, 

background image

lecz nadmiernie 
poważne. Takim 
zobaczył go Jan 
po raz pierwszy 
i trzeba 
przyznać, nie 
był zachwycony 
perspektywą 
spędzenia z tym 
człowiekiem 
kilkumiesięczne
j podróży tam i 
z powrotem... 

   Traut wydobył 
sporą kartkę 
papieru i podał 
ją Janowi. 

   - Tu jest spis 
rzeczy do 
zabrania i 
sprawy do 
załatwienia. A 
to plan twojej 
pracy. Przygotuj 
materiały, 
notatki, żeby nie 
zabierać niczego 
zbędnego, bo i 
tak rakieta 

background image

będzie miała 
nadwagę. Jutro 
zgłosisz się na 
badania do 
Kosmedu, 
startujemy 
siedemnastego o 
dwunastej 
czterdzieści 
dwie. W 
Kosmocentrum 
trzeba być na 
dwanaście 
godzin przed 
startem, z całym 
bagażem, 
oczywiście. 
Aha, jeszcze te 
formalności, 
wiesz... Tam 
masz zresztą 
wszystko 
napisane. 
Pilotujesz? 

   - Tylko 
pojazdy 
atmosferyczne. 

   Traut skrzywił 
się, jakby chciał 

background image

powiedzieć: "To 
bardzo 
niedobrze", ale 
nic nie 
powiedział. Po 
chwili dopiero, 
nie patrząc już 
na Jana, dodał: 

   - To na razie 
wszystko. Teraz 
jestem zajęty! - i 
błyskawicznie 
zakopał się w 
stercie 
rysunków i 
wykresów, 
porozkładanych 
na biurku i 
stołach. 

   Jan postał 
chwilę, zanim 
pojął, że 
audiencja 
skończona. 
Traut mówił w 
takim 
pośpiechu, że 
już od połowy 
jego tyrady Jan 

background image

stracił zupełnie 
rozeznanie. 
Ściskając w 
dłoni otrzymany 
arkusz, wyszedł 
z pokoju Trauta. 

   Na szczęście 
było tam 
rzeczywiście 
napisane - 
szczegółowo, 
punkt po 
punkcie - 
wszystko, co 
należało 
załatwić, zabrać, 
gdzie i kiedy się 
zgłosić. 

   Dziwny 
człowiek! - 
pomyślał Jan. - 
Miał czas to 
wszystko tak 
dokładnie 
opisać, a 
porozmawiać po 
ludzku przez 
chwilę nie 

background image

może! 

   Pokręcił 
głową i wyszedł 
przed budynek 
Akceleratorów 
pełen 
wątpliwości, jak 
też ułoży się 
współpraca z 
tym dziwakiem 
tam, na 
Fobosie? 

   

- P

an mnie 

podobno 
poszukiwał, 
doktorze? - A, 
to ty, Link. 
Dobrze, że 
przyszedłeś, 
siadaj! 

   Doktor Kyoki 
był 
Japończykiem o 
dużej, okrągłej 

background image

głowie 
osadzonej - 
jakby przez 
pomyłkę - na 
zbyt drobnym 
tułowiu. Jego , 
małe, czarne 
oczy patrzyły 
zawsze 
przyjaźnie i 
pobłażliwie. 
Chyba dzięki 
temu 
"ojcowskiemu 
spojrzeniu" 
kierownik 
dydaktyczny 
wydziału 
cieszył się 
powszechną 
sympatią 
studentów. 

   - Mam ci 
kilka słów do 
powiedzenia, 
Link ciągnął 
Kyoki - 
ponieważ 
właśnie tobie 
przypadła w 

background image

udziale praca u 
Trauta. 
Doszedłem do 
wniosku, że 
powinienem cię 
o tym 
uprzedzić. To 
dość delikatna 
sprawa. 
Widzisz, jak by 
to powiedzieć... 
chcemy... to 
znaczy ja, 
profesor i inni 
koledzy - 
chcemy, żebyś 
się w pewnym 
sensie 
zaopiekował 
Trautem. To 
naprawdę 
bardzo zdolny i 
ceniony 
naukowiec, 
tylko że, 
niestety, 
ogromnie 
nieostrożny. 
Powiedziałbym 
nawet: trochę 
narwany... Tak, 

background image

chyba to dobrze 
określiłem... 
Uparł się, że nie 
trzeba mu 
nikogo do 
pomocy, że 
eksperyment na 
Fobosie 
przeprowadzi 
sam bez 
niczyjej 
pomocy. Ma 
zupełną rację, 
rzeczywiście 
jeden człowiek 
wystarczy dla 
obsługi całej 
aparatury 
podczas 
doświadczeń. 
Obawiamy się 
jednak, że, 
będąc sam, 
Traut nie będzie 
przestrzegał 
zbyt dokładnie 
przepisów 
bezpieczeństwa. 
Gdy , chodzi 
wyłącznie o 
jego własne 

background image

życie i zdrowie, 
potrafi 
lekceważyć 
wszelkie 
przepisy, 
których nie 
uważa za 
mądre. Zgoda, 
są przepisy i 
zakazy, których 
treść nie wydaje 
się mądra, ale... 
wszystko 
wreszcie ma 
jakieś 
uzasadnienie. 
Traut kocha 
ryzyko i na to 
nie ma rady. 
Gdy natomiast 
w grę wchodzi 
druga osoba, 
jest do przesady 
ostrożny. 
Gdybyśmy 
chcieli wysłać z 
nim któregoś z 
kolegów-
naukowców, 
czułby się 
urażony. 

background image

Mógłby sądzić, 
że nie ufamy 
jego 
umiejętnościom
, a tak wcale nie 
jest. A 
ponieważ 
samodzielny 
pracownik 
naukowy ma 
obowiązek 
przyjąć 
wyznaczonego 
przez instytut 
dyplomanta, 
korzystamy z 
tego i 
wysyłamy z 
nim ciebie. 
Chcemy go tym 
sposobem 
uchronić od 
robienia 
doświadczeń 
"za wszelką 
cenę". To 
człowiek 
oddany 
całkowicie 
nauce. I przy 
tym bardzo 

background image

porządny i 
wartościowy 
człowiek... 

   Kyoki 
przerwał, a Jan 
poczuł się 
trochę 
niewyraźnie: 
Jeśli ten Traut 
rzeczywiście 
taki narwany, 
to... - wolał nie 
myśleć dalej na 
ten temat. 

   - To, co o nim 
powiedziałem, 
nie jest 
pozbawione 
podstaw. Nie 
wiem, czy jest 
ci wiadome, że 
Traut ma na 
swoim koncie 
pokaźną dawkę 
napromienienia. 
Kiedyś, kilka lat 
temu, podczas 
pierwszych 
prób z 

background image

kontrolowaną 
anihilacją, tak 
się zapalił do 
doświadczenia, 
że wychyliwszy 
się nieostrożnie 
spoza osłony 
dostał paręset 
rentgenów. 
Chorował 
potem długo, 
ale po 
wyleczeniu 
ostrożności nie 
nabył. 
Eksperyment, 
który czeka was 
na Fobosie, nie 
jest 
niebezpieczny, 
jeśli zachowa 
się elementarne 
środki 
ostrożności. I o 
to nam tylko 
chodzi. 

   - Dobrze! - 
powiedział Jan 
z rezygnacją. 
Postaram się, 

background image

żeby wszystko 
było w 
porządku. 
Imponowało mu 
trochę, że ma 
taką "misję" do 
spełnienia. 

   

T

o, co Traut 

określił zwięźle 
jako 
"formalności", 
zajęło Janowi 
pełne dwa dni: 
począwszy od 
"pozwolenia na 
wywóz zwierząt 
doświadczalnych
" aż do badań 
lekarskich. Przy 
okazji tych 
ostatnich 
dowiedział się, że 
ma "dysfazję 
aminalną w 
stopniu zero 
koma zero trzy". 

background image

Nie przejął się 
tym jednak 
zbytnio z tej 
prostej 
przyczyny, że nie 
miał pojęcia, czy 
to dużo, czy mało 
i co to w ogóle 
oznacza. 
Ostatecznie 
otrzymał 
pozwolenie na lot 
w rejon Marsa i 
to było dla niego 
najważniejsze. 

   W przededniu 
startu Jan odesłał 
swój bagaż, a o 
oznaczonej 
godzinie 
przekroczył po 
raz pierwszy w 
życiu bramę 
Kosmocentrum. 
W trzecim 
pawilonie czekał 
już cały ładunek, 
wśród którego 
uwijał się Traut. 

background image

   - A, jesteś! - 
powiedział i 
zabrał się 
bezceremonialnie 
do rewizji bagażu 
Jana. Przeglądał 
paczki, tylko 
klatki z 
myszkami i 
morskimi 
świnkami omijał 
z daleka, jakby z 
obrzydzeniem. 

   - Pilnuj tego 
paskudztwa! - 
przykazał 
groźnie. - Żeby 
mi się po rakiecie 
nie rozlazło! 

   Na koniec 
zabrał się do 
neseseru z 
osobistymi 
rzeczami Jana. 
Wydobył 
elektryczny 
aparat do golenia, 
zważył w dłoni i 
burknął: 

background image

   - A to co? 
Balast? Nie 
trzeba, będziemy 
nosili brody! 

   A potem 
stanowczo za 
głośno wrzasnął: 
- Mówiłem 
przecież, że 
mamy 
nadwagę!!! 
Szperał dalej, aż 
natrafił na 
oprawione w 
metalową ramkę 
zdjęcie Liss. 
Janowi uszy 
poczerwieniały, 
gdy Traut, 
patrząc to na 
Jana, to na 
fotografię, 
skrzywił się 
ironicznie i zrobił 
ruch, jakby chciał 
odłożyć ją na 
bok, jak to 
uprzednio zrobił 
z maszynką do 

background image

golenia. Po 
chwili jednak 
włożył zdjęcie z 
powrotem do 
walizki, 
zatrzaskując jej 
wieko jakby ze 
złością. We 
wnętrzu 
pozostawił, ma 
się rozumieć, 
niemiłosierny 
"groch z 
kapustą". 

   Poza 
wszystkimi 
innymi zaletami 
potrafi być 
jeszcze złośliwy - 
zakonkludował 
Jan z 
niezadowoleniem

   - W porządku, 
można ładować! - 
mruknął Traut. 

   Taśmy 
transporterów 

background image

uniosły bagaż, a 
on podszedł do 
okna hali. Jan 
stanął za nim, 
patrząc w tym 
samym kierunku. 
Nad horyzontem, 
nisko, jak ognik 
papierosa 
czerwieniał Mars. 
Traut milczał 
chwilę, potem 
wyciągnął rękę i 
wskazując 
planetę palcem 
powiedział ostro: 

   - Tam!... 

   Potem powoli 
odwrócił się od 
okna i wyszedł. 

   

- W

iem, że 

Kyoki w tym 
palce maczał 
odezwał się 

background image

Traut, gdy 
podchodzili do 
lądowania na 
Marsie. - Wiem, 
po co wmuszono 
we mnie 
dyplomanta. Oni 
się boją... o mnie! 

   Patrzył ponuro 
w ekran wizyjny, 
pewnymi ruchami 
przekładał 
dźwignie 
rozrządu i mówił 
jakby do siebie. 

   - Kogo 
wreszcie to 
obchodzi! Sam za 
siebie 
odpowiadam! - 
dokończył 
gniewnie i 
nieprzyjaźnie 
spojrzał na Jana, 
jakby to on był 
tym, który wtrąca 
się w nie swoje 
sprawy. 

background image

   Jan skurczył się 
w fotelu kopilota 
i czuł, że nie 
może znieść tego 
człowieka. Przez 
cały czas lotu na 
Marsa Traut, jeśli 
nie pracował i nie 
spał, to zrzędził 
okrutnie. Na 
stosunki panujące 
w instytucie; na 
tych, którzy 
obarczają go 
ładunkiem 
sprzętu dla baz 
marsjańskich; na 
inżynierów, 
którzy nie 
dotrzymują 
terminów 
wykonania 
urządzeń do jego 
doświadczeń. 

   Mówił - często 
przez pół godziny 
bez chwili 
przerwy - 
monotonnie, 

background image

czasem tylko 
wykrzykując 
głośniej jakieś 
słowo. 

   Spośród wielu 
niezrozumiałych 
spraw i terminów 
fizycznych 
rzucanych na 
oślep przez 
Trauta usiłował 
Jan wyłowić 
ogólny obraz 
doświadczenia, 
które miało być 
przeprowadzone. 
O ile dobrze się 
zorientował, jego 
celem było 
uzyskanie ciągłej, 
kontrolowanej 
reakcji anihilacji: 
dwa strumienie 
cząstek - 
elektronów i 
pozytonów - 
spotykają się w 
ognisku 
wklęsłego 
zwierciadła; 

background image

cząstka i 
antycząstka 
znika, a z punktu, 
w którym 
nastąpiło 
zderzenie, 
promieniu ją w 
dwóch 
przeciwnych 
kierunkach dwa 
fotony gamma. 
Fotony uderzają 
w powierzchnię 
zwierciadła. Jeśli 
jest ona 
powierzchnią 
"doskonale 
odbijającą", to 
pęd fotonów od 
niej odbitych 
udziela się 
zwierciadłu. 

   Zasada napędu 
fotonowego, w 
teorii znana już 
od dawna, przy 
zastosowaniu 
anihilacji 
rozwiązałaby 
problem budowy 

background image

silnika dla rakiety 
międzygwiezdnej
. Jednak 
realizacja 
zwierciadła o tak 
fantastycznych 
właściwościach 
zdawała się być 
zadaniem 
beznadziejnie 
trudnym. Biorąc 
bowiem pod 
uwagę ogromną 
całkowitą moc 
promieniowania, 
nawet niewielki 
procent energii 
pochłonięty przez 
zwierciadło byłby 
zdolny stopić je 
w jednej chwili! 

   Zwierciadło 
przygotowane 
według projektu 
Trauta na 
Fobosie, miało 
być realizacją 
tego 
wymarzonego 
ideału,.. Jan nie 

background image

miał jeszcze 
pojęcia o jego 
rozmiarach, o 
mocy 
promieniowania, 
którą chciał 
osiągnąć Traut. 
Nie pytał o 
szczegóły, by nie 
zbłaźnić się 
jakimś 
niemądrym 
pytaniem.. 
Zobaczy na 
miejscu, 
przekona się 
naocznie. 

   Jedno było 
pewne: Traut 
wierzył w 
pomyślność 
swego 
eksperymentu. 
Więcej nawet: 
był pewien, nie 
dopuszczał myśli, 
że mogłoby się 
coś nie udać! 

   Zadaniem Jana 

background image

było zbadanie 
warunków 
panujących po 
drugiej stronie 
zwierciadła. 
Mimo bowiem 
spodziewanej 
doskonałej 
sprawności 
powierzchni 
odbijającej trudno 
było przewidzieć, 
czy poprzez 
zwierciadło, 
przez 
mikroskopijne 
jakieś rysy czy 
defekty nie 
będzie 
przeciekało 
promieniowanie 
szkodliwe dla 
organizmów 
żywych. Morskie 
świnki, które 
wiózł Jan, miały 
posłużyć jako 
obiekty 
doświadczalne, 
zanim pierwszy 
człowiek 

background image

zasiądzie za 
sterami 
fotonowca. 

   

 D

ruga 

Baza 
Marsjańska 
przyjęła ich 
niezwykle 
gościnnie i 
uprzejmie. Nie 
było to 
zupełnie 
bezinteresown
e - przywieźli 
im przecież 
zapas 
żywności i 
sprzętu - ale 
niezależnie od 
tego każdy 
przybysz 
musiał tu być 
mile widziany. 
Trójka ludzi, 
obsługujących 
bazę, niewiele 

background image

miała 
rozrywek. 
Nawet w 
brydża nie 
mogą pograć - 
pomyślał Jan. 
Wydawało mu 
się, że w bazie 
jest tak jakoś 
"zwyczajnie"... 
Jak nie na 
Marsie - 
myślał, choć 
był tu 
oczywiście po 
raz pierwszy. 
Niewiele mieli 
czasu, Jan nie 
zdążył nawet 
dobrze 
rozejrzeć się 
po bazie. 
Poganiany 
przez Trauta 
zjadł kolację - 
w gruncie 
rzeczy 
doskonałą, 
ale... "zupełnie 
zwyczajną"; 
potem 

background image

zaprowadzono 
ich do "pokoju 
dla gości", 
gdzie mieli się 
przespać - start 
na Fobosa miał 
nastąpić 
dopiero w 
nocy. 

   

 T

raut posadził 

rakietę dość 
pewnie, choć z góry 
miejsce to 
wyglądało raczej 
niezbyt 
zachęcająco: mały 
płaskowyż wśród 
skalistych stożków. 
Jan opuścił rakietę 
pierwszy. Pod 
nogami poczuł 
twardą, gładką 
powierzchnię. 
Magnesy butów 
przywarły do niej 
natychmiast i 

background image

dopiero wtedy zdał 
sobie sprawę, że to 
jest właśnie 
lądowisko - stalowa 
płyta, 
umożliwiająca 
poruszanie się po 
małym satelicie 
Marsa. Ciążenie jest 
tu bowiem tak 
znikome, że każdy 
krok bez asekuracji 
polem 
magnetycznym 
grozi mimowolną 
"ucieczką" w 
przestrzeń. 
Elektromagnetyczn
e cumy ustawiły 
rakietę w pozycji 
startowej; Traut 
wyszedł również i 
poprowadził Jana 
wijącym się pośród 
skalnych igieł, 
wąskim, stalowym 
chodnikiem. Jan 
poruszał się zrazu 
nieporadnie - 
wydawało mu się, 
że pod nogami ma 

background image

rozmiękłą asfaltową 
szosę, do której lepi 
się obuwie. 
Skupiając całą 
uwagę na 
utrzymywaniu 
równowagi, 
pozostał nieco w 
tyle. W pewnym 
momencie Traut 
odwrócił się i 
zobaczył jego 
wysiłki, 
zmierzające ku 
odlepieniu lewej 
nogi od chodnika. 
Zatrzymał się i 
zaczekał, a gdy Jan 
zrównał się z nim, 
schylił się i 
poprawiał coś 
chwilę przy jego 
butach. 

   - Nowicjusze! - 
mruczał do siebie, 
jakby zapominając, 
że w hełmie 
skafandra ma 
mikrofon i że Jan 
słyszy wszystko w 

background image

swej słuchawce. - 
Mądre to wszystko 
jak diabli. A 
wyregulować 
przyssawek 
magnetycznych nie 
potrafi! No, już! 

   Wyprostował się i 
po chwili poszedł 
bez słowa dalej, nie 
oglądając się za 
siebie. Jan poczuł, 
że idzie mu się teraz 
o wiele wygodniej, 
magnesy działały 
równomiernie, 
zgodnie z rytmem 
jego kroków. Mógł 
teraz swobodnie 
nadążyć za 
Trautem. Idąc 
rozglądał się 
wokoło. Ostre 
stożki skał rzucały 
długie cienie. 
Wychodząc z cienia 
miał wrażenie, że 
zgaszone dotąd 
słońce zapala się 
nagle - tak ostre 

background image

były kontrasty 
oświetlenia. Szli 
prawie dokładnie w 
kierunku Słońca, 
które do połowy 
wynurzało się spod 
bliskiego 
horyzontu. 
Wyglądało jak 
oślepiająca 
białością lampa 
rtęciowa na tle 
czarnego nieba. 

   Na prawo od 
chodnika ukazała 
się gładka płyta 
stalowa, na której 
stały dwie spore 
rakiety towarowe. 
Gdy mijali 
lądowisko, ostatni 
skrawek Słońca krył 
się za skały. 
Ciemność zapadła 
nagle. 
Równocześnie zza 
zakrętu wyłoniły się 
oświetlone silnymi 
reflektorami 
kształty jakichś 

background image

konstrukcji. Jasne 
plamy światła 
przecinały co 
chwila sylwetki w 
skafandrach. 

   - Zaczekaj! - 
powiedział Traut i 
odszedł w ich 
kierunku. Po chwili 
Jan usłyszał w 
słuchawkach jego 
ostry, wzburzony 
głos. Traut 
wykrzykiwał coś 
pod adresem 
krzątających się 
ludzi. Jan zrozumiał 
tylko, że jeśli 
zrobili, co do nich 
należy, mają 
natychmiast 
zabierać swoje 
rakiety i wynosić 
się z Fobosa, bo on, 
Traut, nie ma czasu 
i jutro rozpoczyna 
doświadczenie bez 
względu na 
okoliczności. 

background image

   Jak oni mogą 
znieść na dłuższą 
metę takiego 
zwierzchnika? - 
zdziwił się w duchu 
Jan, ale po chwili 
przypomniał sobie, 
że i on go znosi, 
bo... musi. 

   - Grzebią się jak 
dżdżownice! - 
parsknął 

   Traut wracając. - 
Jeszcze nie 
pozbierali swoich 
manatków... Już od 
kilkunastu godzin 
powinni być w 
drodze na Ziemię! 

   - Kto to był? - 
spytał Jan. 

   - Ekipa 
techniczna. 
Przygotowywali 
anihilatron do 
naszych 
doświadczeń. 

background image

   Całe szczęście - 
pomyślał Jan - że 
do tego wszystkiego 
ten człowiek nie 
jest zarozumiały. 
Powiedział: "do 
naszych 
doświadczeń". To 
znaczy, jakby 
podzielił się ze mną 
swoim 
eksperymentem. 
Dobrze 
przynajmniej, że 
traktuje mnie jak 
współpracownika... 

   Szli jeszcze przez 
kilkanaście minut. 
Stalowy chodnik 
kończył się u 
wejścia do stacji. 
Przez śluzę 
próżniową dostali 
się do wnętrza. 

   - Można zdjąć 
skafander - 
powiedział Traut. 

background image

   Jan z ulgą 
odetchnął czystym 
powietrzem. - Tu 
jest sterownia 
anihilatronu. A tu 
się mieszka. 

   Traut wprowadził 
Jana do 
niewielkiego 
pomieszczenia. 
Stało w nim kilka 
rozkładanych foteli 
do spania, stoły i 
szafy w ścianach. 
Wszystkie sprzęty 
były przymocowane 
do ścian lub podłogi 
jak w rakiecie. Jan 
czuł się 
nieporadnie. Bez 
magnetycznych 
butów, oddany na 
pastwę 
nieważkości, po 
każdym kroku - 
choć starał się 
stąpać ostrożnie - 
zderzał się głową z 
miękko wysłanym 
na szczęście 

background image

sufitem. 

   - Usiądź i zapnij 
pasy - powiedział 
Traut wskazując 
fotel. Sam również 
usiadł. Nacisnął 
przycisk na poręczy 
fotela i cała kabina 
drgnęła. Jan poczuł 
rosnące ciążenie i 
zrozumiał, że 
wprawiona została 
w ruch obrotowy. 

   - Teraz można 
swobodnie poruszać 
się po podłodze - 
powiedział Traut. - 
To bardzo 
wygodne. Docenisz 
to, gdy nieważkość 
cię zmęczy. Teraz 
coś zjemy i 
pośpimy, dopóki 
technicy się nie 
wyniosą. Mam 
nadzieję, że nie 
zjedli nam 
wszystkiego. Potem 
trzeba będzie 

background image

rozładować rakietę i 
wszystko przewieźć 
tutaj. 

   -Panie doktorze... 
- zaczął Jan. 

   - Daruj sobie te 
tytuły! - przerwał 
Traut opryskliwie. - 
Tu nie ma czasu na 
zbędne słowa. Mów 
do mnie "ty" albo 
jakoś... byle krótko. 
Na Ziemi możesz 
mnie nazywać 
nawet ekscelencją, 
ale tu nie ma czasu 
na gadanie. 

   - Dobrze - 
powiedział Jan z 
ukrywaną irytacją. 

   Dlaczego on 
zawsze i o wszystko 
musi mieć 
pretensję? Jeśli 
chce, abym inaczej 
się do niego 
zwracał, to może mi 

background image

o tym powiedzieć i 
koniec. Po co zaraz 
tyle słów i ten ton? 
Wygląda to, jakby 
chciał natychmiast 
zatrzeć wszelkie 
ślady dobrego 
wrażenia... 

   

 T

o, co zobaczył 

Jan, znacznie 
przekraczało jego 
wyobrażenia. Stali nad 
zagłębieniem w 
kształcie ogromnej misy 

kilkudziesięciometrowe
j średnicy. W pierwszej 
chwili wydawało się, że 
to jezioro odbijające na 
tle czarnego nieba - 
gwiazdy. Dopiero po 
dokładniejszym 
przypatrzeniu się Jan 
dostrzegł, że 
konstelacje są 
zniekształcone, 

background image

mniejsze niż na 
prawdziwym niebie nad 
głową. 

   To było zwierciadło. 
Nie wiadomo, czy Traut 
umyślnie, czy też 
przypadkowo 
przyprowadził tu Jana 
w czasie nocy, gdy 
nawet Mars nie świecił, 
i nie uprzedzając ani 
słowem, postawił nad 
brzegiem 
paraboloidalnie 
zagłębionej niecki. 
Teraz stał z boku, w 
ciemności, niby 
przypadkiem rzucając z 
ukosa spojrzenie wraz 
ze smugą reflektora na 
Jana. 

   - Wspaniale! - 
powiedział Jan 
naprawdę oszołomiony 
przedziwną czarną 
głębią, z której patrzyły 
gwiazdy. - Jak spokojne 
jezioro!... 

background image

   Traut milczał. Jan 
odwrócił się i czołowe 
światło jego hełmu 
ogarnęło na chwilę 
twarz uczonego. I 
wtedy Jan zobaczył 
rzecz niezwykłą: Traut 
uśmiechał się! Trwało 
to ułamek sekundy, 
snop światła zmiótł jak 
gdyby z jego twarzy ten 
zagadkowy, 
melancholijny 
uśmieszek, 
przemieniając go w 
jakiś nieokreślony 
grymas. Jakby 
przyłapany na czymś 
wstydliwym, Traut 
poruszył się 
niespokojnie. 

   - Chodź! - powiedział 
szorstko. - Dość tej 
romantyki. Jezioro - nie 
jezioro, to jest ty1ko 
zwierciadło gamma. 
Przewidywany 
współczynnik 
pochłaniania promieni - 
około trzech 

background image

dziesięciomilionowych. 
Przy pełnej mocy 
anihilatronu 
temperatura nie 
przekroczy pięciuset 
stopni Kelvina. Pod 
powierzchnią odbijającą 
znajduje się warstwa 
pochłaniająca z 
systemem chłodzenia 
ciekłym helem. 

   Obchodzili dokoła 
brzeg zwierciadła. Traut 
rzucał od czasu do 
czasu zwięzłe uwagi i 
wyjaśnienia. 

   - To są wyloty 
wyrzutni: elektronowej 
i pozytronowej - 
powiedział wskazując 
dwie w niewielkiej od 
siebie odległości 
umieszczone rury, 
których wyloty 
skierowane były nieco 
w dół, w kierunku 
środka zwierciadła. 
Dwa strumienie ciastek 
spotykają się dokładnie 

background image

w oknisku zwierciadła i 
tam następuje 
anihilacja. Dzięki 
próżni, jaka tu panuje, 
strumienie nie są 
rozpraszane. Powstałe z 
anihilacji fotony gamma 
są przez zwierciadło 
formowane w silnie 
skupioną, równoległą 
wiązkę biegnącą 
pionowo w górę. Jak w 
zwyczajnym reflektorze 
świetlnym... 

   Szli dalej. Traut 
zatrzymał się nad 
kolistym wylotem 
jakiegoś szybu 
biegnącym pionowo w 
głąb skały. 

   - Studnia - powiedział 
Traut. - Tędy schodzi 
się do kesonu. Schodź! 

   Przy pomocy 
wystających ze ścian 
klamer zeszli na dno 
studni. Miała ze 
czterdzieści metrów 

background image

głębokości. Na dole 
rozszerzała się w 
półkulistą niszę. Stąd 
rozpoczynał się wąski 
korytarzyk poziomy. 
Traut zagłębił się w 
jego wnętrzu, a Jan 
zgasił swój reflektor i 
spojrzał w górę. Szyb, 
którym przybyli, był 
ciemny, poprzez górny 
otwór widać było tylko 
kolisty wycinek 
gwiaździstego nieba... 

   Jan pospieszył za 
Trautem, schylając się 
w niskim korytarzu. 
Traut zapalił górne 
światło. Znajdowali się 
w sporej komorze o 
kształcie pionowego 
walca i ścianach z 
betonu. Sklepienie 
miało kształt czaszy 
kulistej. Z jego środka 
sterczały ku podłodze 
dwie metalowe 
kolumny, stykające się 
bokami jak lufy 
dubeltówki. Kończyły 

background image

się na wysokości metra 
nad podłogą, ponad 
zwykłym stołem 
laboratoryjnym. Na 
stole i wokół, na 
stojakach i podłodze, 
umocowana była 
aparatura - głównie 
liczniki 
promieniowania. Kable 
i przewody, krzyżujące 
się na pozór bezładnie, 
zbiegały się w gruby 
pęk i ginęły w okrągłym 
otworze w jednej ze 
ścian. 

   Traut majstrował 
przez chwilę przy 
nogach stołu uwalniając 
je z uchwytów. Potem 
lekko, bez wysiłku 
odepchnął stół na bok - 
ciężki, masywny mebel 
nie ważył tu prawie nic. 
Jakby zapominając o 
obecności Jana, Traut 
ułożył się na wznak na 
podłodze i przez 
dłuższą chwilę 
wpatrywał się w dolne 

background image

ścięcia kolumn, 
wiszących nad jego 
twarzą. 

   - Zgaś światło - 
powiedział wreszcie do 
Jana. -- Tak, dobrze, 
połóż się tu, na moim; 
miejscu. 

   Wstał, odruchowo 
otrzepał skafander i 
usunął się na bok. Jan 
zajął jego miejsce i 
spojrzał w górę. Teraz 
dopiero spostrzegł, że 
wzdłuż osi każdej z 
kolumn biegnie wąski 
kanał. 

   - Ułóż się tak, abyś 
miał oko na wprost 
otworu - powiedział 
Traut. 

   Teraz Jan dojrzał w 
głębi kanału migocącą 
iskierkę. 

   Gwiazda pomyślał. - 
A więc ten kanał 

background image

prowadzi na 
powierzchnię... 

   - Jesteśmy dokładnie 
pod środkiem 
zwierciadła. Kanał, 
przez który patrzysz, 
biegnie od jego 
powierzchni przez 
warstwę odbijającą i 
osłony. Jest skierowany 
dokładnie w ognisko 
zwierciadła, a więc w 
punkt, w którym będzie 
następowała anihilacja. 
Kanałem tym 
przedostanie się tu 
cienka wiązka promieni 
gamma. Kanał w 
drugiej kolumnie, jest 
znacznie cieńszy - ma 
średnicę milimetra. Pod 
wylotem jednego z nich 
umieszcza się licznik, 
który mierzy natężenie 
promieniowania 
padającego na 
zwierciadło. Drugi 
identyczny licznik 
mierzy natężenie tego 
promieniowania, które 

background image

zdoła przeniknąć przez 
zwierciadło i osłony. 
Potem dzielimy jedną 
wielkość przez drugą i 
otrzymujemy stąd 
"skuteczność osłony". 
Proste, prawda? Ty się 
tym zajmiesz, bo to 
temat twojej pracy 
dyplomowej. No i 
jeszcze te twoje 
zwierzaki... Umieścisz 
je tu, w tej komorze. 
Jeśli po próbach nie 
zdechną, to znaczy, że 
wszystko jest w 
porządku... 

   Jan uśmiechnął się w 
myślach. Ot, fizyk! 
Wydaje mu się, że na 
tym tylko polegają 
doświadczenia z 
organizmami żywymi: 
zdechną albo nie... Nie 
powiedział jednak tego 
głośno. Mimo to 
wydało mu się, że 
program jego pracy 
wygląda rzeczywiście 
dość mizernie wobec tej 

background image

całej wspaniałej 
aparatury. 

   Spojrzał raz jeszcze w 
wylot kanału i na samą 
myśl, że właśnie tędy 
wniknie niedługo do 
wnętrza komory 
niewidoczna, lecz ostra 
jak grot wiązka 
niszczącego życie 
promieniowania, poczuł 
się nieswojo. 
Wydawało mu się, że 
promienista "igła" 
wwierca się właśnie w 
jego oko... Poczuł 
niemal fizycznie 
odczuwalny dreszcz i 
wyobraził sobie 
położenie zwierzęcia 
doświadczalnego. 
Wtedy przyszedł mu do 
głowy pewien pomysł. 

   - Mówiłeś, że ten 
drugi kanał daje wiązkę 
o średnicy jednego 
milimetra? - powiedział 
wstając. - Czy nie 
udałoby się rozszerzyć 

background image

nieco program 
doświadczenia? 
Słyszałeś zapewne, ze 
szczury wykazują 
zadziwiającą 
właściwość "czucia" 
promieniowania. Na 
zbliżenie preparatu 
promieniotwórczego 
reagują wyraźnym 
zaniepokojeniem i 
próbują ucieczki. Dotąd 
nie wiadomo, w którym 
z organów 
wewnętrznych szczura 
mieści się ten 
niezwykły "zmysł 
promienisty". Mając do 
dyspozycji tak cienką 
wiązkę promieni 
gamma, można by 
spróbować naświetlić - 
jakby "nakłuwając" - 
różne miejsca systemu 
nerwowego szczura i 
badać równocześnie 
jego zachowanie. Tą 
drogą można by 
zlokalizować ośrodek 
reakcji... 

background image

   - Niezła myśl! - 
przytaknął Traut. - 
Choć to będzie nieco 
kłopotliwe w 
wykonaniu. Musiałbyś 
szczura ułożyć i 
unieruchomić na stole 
pod wylotem kanału, a 
potem po każdej 
kolejnej próbie 
zmieniać jego 
położenie. Ale... 
zresztą, jeśli pierwsze 
próby wykażą, że 
osłony są 
wystarczające, będzie 
można w czasie pracy 
anihilatronu przebywać 
tutaj i naocznie prze 
konać się, jak twój 
szczur będzie się 
zachowywał. To byłoby 
nawet dość ciekawe 
doświadczenie. Tak. 

   Traut myślał przez 
chwilę. Jan oglądał w 
tym czasie aparaturę, by 
choć trochę zorientować 
się w tym galimatiasie. 

background image

   - Anihilatron 
uruchamia się zdalnie? 
spytał po chwili. 

   - Tak. Stanowisko 
sterowania i kontroli 
znajduje się w bazie, to 
znaczy około kilometra 
stąd. No, chyba już 
wszystko widziałeś. 
Siłownia.., 
Zwierciadło... 
Wyrzutnie... Keson... -
wyliczał półgłosem. - 
Tak, to wystarczy, abyś 
się orientował, jak 
działa ta machina. Aha, 
nie wiem; czy ci 
wspomniałem, że nad 
całym zwierciadłem 
rozpięte jest pole 
siłowe, by jakiekolwiek 
pyły czy meteory nie 
opadały na 
powierzchnię 
odbijającą.. Dla 
promieni gamma pole 
to nie stanowi 
oczywiście przeszkody. 
Chodź; idziemy się 
wyspać. Za dziesięć 

background image

godzin pierwsza próba 
rozruchu... 

   Jan przewracał się "na 
czwarty bok" nie mogąc 
usnąć. W myślach 
rozważał swój pomysł. 
Widział swe nazwisko 
w biuletynie naukowym 
instytutu: "Lokalizacja 
ośrodków radioczułych 
w organizmie szczura 
białego - rattus albus"... 
Piękny tytuł... Tylko 
czy coś z tego wyjdzie? 

   A swoją drogą - ten 
Traut... Zupełnie inny 
człowiek, gdy mówi o 
doświadczeniach 
naukowych. Nie gdera, 
nie narzeka - rzeczowy, 
pełen zapału. Ten jego 
melancholijny 
uśmieszek tam, nad 
brzegiem zwierciadła... 

   Jaki on jest... tak 
naprawdę? 

background image

   

T

raut, zgięty 

nad półkolistym 
pulpitem, zaciskał 
cienkie palce na 
kole wariometru, 
śledząc 
równocześnie 
wskazania 
mierników. 

   - Jeszcze trochę... 
- mruczał do siebie 
tak.., są elektrony... 
Wyłączamy... 

   Przycisnął jeden 
z klawiszy i część 
świateł na tablicy 
zgasła. 

   - Zaczynamy -- 
powiedział Traut. - 
Patrz na wskaźniki 
promieniowania. 

   Jan poczuł lekkie 
drżenie rąk. Więc 

background image

to już... Za 
chwilę... Grube 
ściany bunkra i 
warstwa skały 
zapewniały 
doskonałą osłonę, 
jednak... To był 
przecież pierwszy 
tego rodzaju 
eksperyment! Traut 
przycisnął klawisz. 
Zapłonęły światła 
na tablicy. 

   W odległości 
kilometra z 
gardzieli wyrzutni 
nad brzegiem 
zwierciadła strzelił 
w przestrzeń 
skoncentrowany 
strumień 
elektronów. 
Umieszczony na 
jego drodze licznik 
przekazał 
natychmiast 
natężenie 
strumienia. Za 
chwilę zostanie 
włączona 

background image

wyrzutnia 
pozytonów. W 
ciągły, gęsty 
strumień 
elektronów uderzy 
porcja antycząstek. 

   - Uważaj! - 
krzyknął ochryple 
Traut. Patrz na 
sejsmograf! 

   - Już! 

   W jednej chwili 
drzemiące dotąd 
mierniki i 
samopisy przebiegł 
lekki. dreszcz, 
zaszczekały 
przeliczniki, a 
grunt pod stopami 
zadrżał lekko lecz 
wyczuwalnie. 
Biegnący dotąd 
idealnie prosto 
pisak sejsmografu 
podskoczył na 
ułamek sekundy, 
pozostawiając na 

background image

taśmie cienką, 
poprzeczną igiełkę. 

   Na twarzy Trauta 
pozostał przez 
chwilę wy-raz 
najwyższego 
napięcia. 
Wpatrywał się 
kolejno w różne 
punkty pulpitu. 
Szybko przenosił 
wzrok na zapisy 
poszczególnych 
przyrządów i 
nagle, jak podcięty, 
opadł na fotel. 
Otwartymi dłońmi 
ocierał twarz i 
czoło. 

   - Było! - 
powiedział. - Było 
dokładnie tyle, ile 
trzeba. Rozumiesz, 
co to znaczy?! 

   Jan rozumiał. 
Anihilacja 
nastąpiła zgodnie z 

background image

przewidywaniami z 
miejsca, w którym 
strzał pozytonowy 
trafił w strumień 
elektronów, 
zniknęła pewna 
ilość cząstek, a 
zamiast nich 
sypnęła się we 
wszystkie strony 
krótka, ułamek 
sekundy trwająca 
ulewa 
promieniowania 
gamma. Wstrząs 
sejsmiczny - to 
było właśnie 
uderzenie fotonów 
o powierzchnię 
zwierciadła. 
Odbite, pobiegły 
pionowo w górę, 
silnie skupionym 
krótkim 
strumieniem 
ulatując w głąb 
Kosmosu. 

   Jan rozumiał. To 
było zwycięstwo. 
Stał przez chwilę 

background image

bez ruchu zaim 
przypomniał sobie 
o najważniejszym. 
Rzucił okiem na 
wskaźnik 
sprawności 
zwierciadła i 
głośno odczytał 
zapis. Traut 
wyraźnie na to 
czekał. 

   - No... Myślałem, 
że z emocji 
zapomniałeś, po co 
tu jesteś... 
-mruknął swym 
zwykłym, 
gderliwym tonem. 
- To mieści się w 
granicach moich 
przewidywań. Ale 
to nie koniec. 
Dalej! 

   Pochylił się nad 
pulpitem i po 
chwili nastąpił 
nowy, silniejszy 
wstrząs. Mierniki 
zadrgały. Znów 

background image

seria wstrząsów 
przechodząca 
niemal w ciągłą 
wibrację gruntu. 
Traut miotał się 
nad pulpitem 
zgięty pod kątem 
prostym. 
Wydawało się, że 
górna połowa jego 
ciała złączona jest 
z dolną za pomocą 
przegubu 
kulkowego - tak 
nieprawdopodobni
e przeginał się w 
różne strony 
kontrolując 
poszczególne 
przyrządy. 

   - Pełna moc! - 
podpowiedział 
sobie na głos. - 
Doskonale! 
Temperatura... 
popatrz, jak 
wspaniale trzyma 
się w normie! 
Mamy zwierciadło 
gamma! Idea1ne 

background image

zwierciadło! Dość. 
Stop! 

   Ściągnął 
dźwignię 
wyłącznika, 
wyprostował się i 
stał tak przez 
chwilę, długi jak 
kolumna, sięgający 
głową sufitu 
bunkra. Na twarzy 
jego błąkał się ten 
sam nieznany 
uśmiech, który Jan 
zauważył już raz 
tam, przy 
zwierciadle. 

   - Jest dobrze - 
głos Trauta brzmiał 
znowu oschle i 
bezbarwnie - 
będzie można w 
czasie i prób 
przebywać w 
kesonie pod 
zwierciadłem... 

   Obejrzyj sobie 
teraz swoją 

background image

zwierzynę. Jestem 
pewien, że szczury 
czują się świetnie! 

   

J

an wracał do 

bazy z całą 
menażerią: świnki 
morskie i szczury 
niósł w specjalnych 
zamkniętych 
pojemnikach. Białe 
myszki rozlokował 
po kieszeniach pod 
skafandrem. Trauta 
nie było ani w 
bunkrze, ani w 
kabinie mieszkalnej. 
Wchodząc do 
magazynu Jan 
dostrzegł jego plecy 
zgięte pod stołem, na 
którym ustawione 
były klatki z 
pozostałymi 
zwierzętami. 
Zdumiał się nieco. 
Traut zwykle 

background image

trzymał się z dala od 
tych "ohydnych 
stworów", jak je z 
obrzydzeniem 
nazywał. Jednak 
zdumienie Jana stało 
się stokroć większe, 
gdy zaszedłszy z 
boku spostrzegł, że 
Traut trzyma na 
dłoni... białą 
myszkę! Zwierzątko 
podnosząc w górę 
pyszczek 
wpatrywało się 
malutkimi, 
czerwonymi 
oczkami w 
pochyloną twarz 
uczonego, który 
wskazującym 
palcem drugiej ręki 
gładził je po 
grzbiecie. A na 
dodatek... uśmiechał 
się! 

   Jan chrząknął i 
dopiero wtedy Traut 
go dostrzegł. W 
popłochu jakby i 

background image

udając straszliwą 
odrazę, wrzucił 
niemal myszkę do 
klatki. 

   - Mówiłem, żebyś 
pilnował tego 
paskudztwa! - 
wrzasnął, nie 
wiadomo dlaczego 
ze złością. - Rozłazi 
się to po całej bazie! 

   - Wszystkie klatki 
zamknąłem - 
wyjaśnił spokojnie 
Jan. 

   - Widocznie nie 
wszystkie! - warknął 
Traut, ale już mniej 
pewnie i ciszej. 

   Odszedł sztywny i 
nadęty nie patrząc na 
Jana. 

   Zaczynam coś 
niecoś rozumieć! - 
pomyślał Jan. - On 
wciąż udaje! 

background image

Dziwne, dziwne... 
Porozmieszczał 
przyniesione 
zwierzęta w klatkach 
i poszedł do kabiny 
mieszkalnej. Traut 
leżał na tapczanu 
patrząc w sufit. 

   - Spróbujemy z 
tym.., szczurem? - 
spytał Jan ostrożnie. 

   - Spróbujemy! - 
odburknął Traut. - 
Może jutro... Nie, 
dziś! Dziś 
spróbujemy. Chcę 
mieć nareszcie 
spokój z tą 
menażerią! Rób 
sobie, co masz 
zrobić, zabieraj to i 
jazda! 

   - Nie pilotuję! - 
powiedział Jan 
urażony. - I tak 
muszę tu być do 
końca z tobą. 

background image

   - Szkoda! 
Rzeczywiście, 
zapomniałem, że 
mam w tobie anioła-
stróża - 
odpowiedział Traut z 
przekąsem i 
odwrócił się do 
ściany. .. Ale 
wszystko jedno, dziś 
katrupimy szczura, 
potem nie będę miał 
czasu na zawracanie 
głowy! 

   - Dziś już nie ma 
w planie rozruchu 
anihilatronu - 
zauważył Jan 
obojętnie. 

   - Pal diabli plan! 
Nie ma - to będzie. 
Za godzinę 
zaczynamy. 
Przygotuj sobie, co 
trzeba, i obudź mnie. 
Za godzinę, 
rozumiesz? 

   - Tak, dobrze. 

background image

   Co mu znowu 
strzeliło do głowy? - 
rozmyślał Jan, idąc 
do magazynu. - 
Dlaczego tak nagle 
zmienia ustalony 
porządek 
doświadczeń? 
Kaprysy jakieś. 

   Wydobył z klatki 
dorodnego białego 
szczura i przełożył 
go do pojemnika. 
Zabrał kilka 
niezbędnych 
przyrządów i 
przeniósł je do śluzy 
wyjściowej. Potem 
usiadł przy stole i na 
kartce papieru 
wypisał sobie plan 
doświadczenia. "Na 
początek damy 
szczurowi cienką 
wiązkę 
promieniowania w 
czołowe płaty 
mózgu... A jeśli to 
nie da rezultatu, 

background image

przejdziemy kolejno 
po całym systemie 
nerwowym..." 

   Po upływie 
godziny Jan obudził 
Trauta. Ten, 
odzyskawszy po 
drzemce nieco 
opanowania, 
pospiesznie 
przygotował rozruch 
i wyszedł za Janem 
do śluzy wyjściowej. 
Gdy zakładał 
skafander, Jan spytał 
zdziwiony: 

   - Wychodzisz? A 
kto uruchomi? 

   - Mechanizm 
zegarowy. Pójdę z 
tobą - jeszcze 
wleziesz, gdzie nie 
trzeba i będę miał z 
tobą kłopot... 

   - Jak chcesz. Ile 
mamy czasu? 

background image

   - Wystarczy. 
Dwadzieścia minut. 
Za dwanaście - 
będziemy w kesonie, 
ułożysz szczura pod 
kanałem. Pierwszy 
strzał pozytonowy 
nastąpi 
automatycznie. 
Potem, jeśli w ogóle 
zaobserwujemy coś 
interesującego, 
wrócę i będę ci co 
dziesięć minut 
włączał anihilację, 
żeby nie biegać za 
każdym razem tam i 
z powrotem. - Nie 
ma połączenia 
telefonicznego 
między pulpitem 
sterowania i 
kesonem? 

   - Nie ma. Nie było 
potrzebne. Miałem 
tu pracować s a m..., 

   - A radio? 

   - Na nic. Stalowe 

background image

płyty w ścianach. Po 
co ci łączność? 
Mówię przecież, że 
co dziesięć minut 
dam ci długi, 
powiedzmy - 
dziesięciosekundow
y strzał pozytonowy. 
Przez tyle czasu 
kanał będzie ci sypał 
intensywnym 
promieniowaniem 
gamma. Zdążysz 
chyba 
zaobserwować, jak 
reaguje szczur. 
Potem zmienisz jego 
pozycję względem 
kanału, schowasz się 
za osłony i od 
nowa... Jasne? 

   - No... Chyba tak. - 
To idziemy! 

   Wyszli w 
ciemność. Nisko zza 
poszczerbionych 
wierzchołków 
wytaczała się 
ogromna tarcza 

background image

Marsa, rzucając 
cienie na matową 
powierzchnię 
chodnika. Czarne 
niebo zamykało się 
nad nimi, 
niepokojąco niskie, 
jakby za chwilę 
miało miękko opaść 
i zdusić ich niby 
czarna, aksamitna 
płachta. Jan 
poszukał oczyma 
Ziemi, ale nie 
znalazł jej w polu 
widzenia. Pomyślał, 
że jeszcze kilka 
miesięcy powrotnej 
drogi dzieli go od 
ojczystej planety i 
po raz pierwszy 
odczuł, że brak mu 
tamtych gór i 
tamtego nieba, 
prawdziwego 
powietrza i 
normalnego 
ciążenia... Pomyślał, 
że Liss na pewno 
wyjechała na narty, 
jak zwykle w czasie 

background image

zimowych wakacji, a 
on, Jan, traci tę zimę 
na tym martwym 
okruchu skalnym o 
średnicy kilkunastu 
kilometrów... 

   Na tle tarczy 
Marsa poczęły 
rysować się ostre 
kontury siłowni, po 
minucie stanęli nad 
studnią. Traut 
zatrzymał się i 
przepuścił Jana do 
przodu. Spojrzał na 
zegarek i 
powiedział: 

   - Szybciej, 
pospiesz się, jeszcze 
pięć minut! 

   Zeszli na dno 
studni. Jan, 
przyświecając 
latarnią, ruszył 
korytarzem w 
kierunku kesonu. 

   Ostry krzyk Trauta 

background image

osadził go na 
miejscu. - Stój! 
Zaczekaj w 
korytarzu! 

   - Co się stało? - 
Jan odwrócił się i 
porzucając niesiony 
ładunek, wybiegł z 
powrotem do niszy 
pod wylotem studni. 
Stał tam Traut i jak 
zahipnotyzowany, z 
głową zadartą w 
górę, patrzył w szyb 
studni. 

   - Co się stało? 

   - Zgaś światło! ! - 
Takiego głosu Jan 
nigdy nie słyszał u 
Trauta. Nie było w 
nim złości ani 
opryskliwej ostrości; 
ten głos nakazywał 
milczenie i 
posłuszeństwo. 

   - Zgaś i do 
korytarza! - 

background image

powtórzył Traut nie 
odrywając oczu od 
wylotu szybu. 

   Jan powiódł 
wzrokiem w tym 
samym kierunku. Na 
tle górnego otworu 
studni - jak zawsze - 
widoczny był kolisty 
wycinek 
gwiaździstego nieba. 

   - Mówiłem: wynoś 
się stąd! - Jan 
otrzymał silne 
pchnięcie i zatoczył 
się w kierunku wlotu 
korytarza. Gdy 
schwycił równowagę 
i spojrzał w kierunku 
szybu, zobaczył 
tylko buty. Traut z 
niebywałą 
szybkością wspinał 
się w górę. 

   - Dokąd lecisz? - 
krzyknął Jan ze 
strachem. - Za cztery 

background image

minuty włączy się 
anihilatron! Nie 
możesz być na 
zewnątrz! 

   - Siedź tam! - 
odkrzyknął Traut, aż 
słuchawka 
zabrzęczała. 

   Jan stał kilka 
sekund 
niezdecydowanie, 
patrząc w górę. 
Obraz nieba znów 
wypełnił otwór 
studni - Traut 
wyszedł na 
powierzchnię. 

   Co on chce zrobić? 
Zatrzymać reakcję? 
Ale jak? Nie zdąży 
przecież dobiec do 
sterowni... Może tu 
gdzieś, na górze, jest 
awaryjny 
wyłącznik? Nie, 
nonsens, gdyby był, 
to raczej w kesonie, 
na dole... 

background image

   Jeszcze trzy 
minuty... Dwie... 
Obraz gwiazd trwał 
uparcie nad głową 
Jana. Za chwilę 
powinien przesłonić 
go powracający 
Traut, bo jeśli nie 
zdąży... Jan 
wiedział, że 
rozproszone 
promieniowanie w 
okolicy zwierciadła 
wystarczy, żeby... 

   Jeszcze minuta... 

   Wariat.., wariat... 
mieli rację... - 
powtarzał Jan 
bezwiednie. 

   - Traut, co tam 
robisz? - krzyknął w 
mikrofon, lecz po 
chwili uprzytomnił 
sobie, że znajduje się 
w ekranowym 
pomieszczeniu 
czterdzieści metrów 

background image

pod powierzchnią... 
Fale słabego 
nadajnika nie 
docierają na 
zewnątrz. 

   Dwadzieścia 
sekund. W studni 
pusto. Jan oderwał 
wzrok od szybu. 
Wolno, 
niezdecydowanie 
odszedł kilka 
kroków w głąb 
korytarza. Spojrzał 
na zegarek. Trzy... 
dwie... jedna... 

   Spodziewany 
wstrząs nie nastąpił. 
Jan odczekał w 
napięciu dalszych 
kilka sekund i 
odetchnął z. ulgą. 

   Jednak wyłączył! 
Nie było reakcji! - 
pomyślał. - Tylko... 
dlaczego musiał 
wyłączyć? 

background image

   - Jesteś tam? - To 
był głos wracającego 
Trauta. 

   - Co to było? 

   - Nic. Wracamy. - 
Dokąd? 

   - Na Marsa. 
Prędko! 

   - Co to było? 
Dlaczego? 

   - Wracamy, 
powiedziałem. To 
rozkaz! Natychmiast 
do bazy, zabrać 
zwierzęta i zapisy 
danych 
pomiarowych. 
Czekam w rakiecie, 
start za pół godziny! 

   Ton, jakim to było 
powiedziane, dawał 
do zrozumienia, że 
wszelka dalsza 
rozmowa tylko 
rozwścieczy go 

background image

jeszcze bardziej. 

   Diabli wzięli moje 
doświadczenie! 
Gdybym choć 
wiedział, z jakiego 
powodu - myślał Jan 
z niepohamowaną 
złością, pakując 
bagaż. 

   

- P

osłuchaj... - 

zaczął niepewnie Traut 
zaciskając kurczowo 
dłonie na sterach. 
Patrzył w czołowy 
ekran. Teraz dopiero w 
pełnym świetle kabiny 
pilota Jan dostrzegł, 
jak okropnie zbladła 
mu twarz. 

   - Chory, jesteś? - 
zapytał. 

   - Nieważne. 
Posłuchaj! Nie myśl, 

background image

że ja... że chciałem... 
przepraszam cię, że 
tak się stało, to moja 
wina... 

   Jan spojrzał na 
niego, bezgranicznie 
zdumiony: ten ton, to 
przepraszanie... 

   - Nie dokończyłeś 
swojej pracy. Ja swoją 
ledwo zacząłem. 
Musieliśmy przerwać. 

   - Dlaczego 
wyłączyłeś? 

   Ręce Trauta 
wyraźnie drżały na 
sterach. Widać było, 
że skupia cały wysiłek 
woli, by opanować to 
drżenie. Nie 
odpowiadał. 
Wierzchem ręki 
ocierał co chwila 
czoło. Patrzył przed 
siebie. 

   - Nie martw się! Z 

background image

tego, co zrobiliśmy, 
wykroi się dla ciebie 
niezła praca 
dyplomowa. 
Wystarczy, trochę 
zmienimy tytuł i 
będzie dobrze... - 
Chory jesteś? Co ci się 
stało? 

   - Zbadasz sobie 
zmiany genetyczne u 
tych szczurów i 
będziesz miał 
obszerny materiał do 
analizy... 

   Przerwał. Trwali 
chwilę w milczeniu. 
Jan, nie chcąc 
ponawiać swych 
pytań; Traut - jakby 
przypominając sobie 
coś ważnego. 

   - Pamiętasz może... 
Nie, na pewno nie 
pamiętasz, masz 
pewnie dopiero 
dwadzieścia trzy, 
cztery lata. Wtedy 

background image

miałeś najwyżej dwa. 
To był straszliwy 
wypadek. Rakieta 
międzykontynentalna..
. z setką pasażerów na 
pokładzie zaraz po 
starcie z portu 
Sydney... Runęła z 
wysokości kilometra. 
Wszyscy zginęli. To 
była wina jednego 
człowieka... Jednego 
nieuważnego... Nie 
wiem, może zdarzyło 
mu się to jedyny raz w 
życiu, ale właśnie 
wtedy... Człowiek, 
którego posadzono za 
pulpitem przed, 
szeregiem przycisków. 
Człowiek, który nawet 
nie musiał sam 
niczego obliczać. 
Robiły to za niego 
maszyny. Ale nie one 
popełniły błąd... To on 
nacisnął jeden 
przycisk - i wysłał na 
śmierć stu ludzi. To 
była zwykła omyłka - 
wprost idiotyczna 

background image

omyłka... Gdyby 
chodziło o jakiś 
drobny błąd, 
zadziałałaby blokada... 
Ale nikt z 
konstruktorów nie 
przewidział, że można 
popełnić taki błąd. 

   Traut przerwał, 
zmęczony jakby, 
przymykając oczy. 
Potem powiedział 
szybko: 

   - Tam była moja 
żona i trzyletni synek. 
Chwilę przedtem 
żegnałem ich na 
starcie. Byłem tam i 
widziałem wszystko. 
Była noc... Eksplozja 
nastąpiła w chwili 
upadku... Kiedy 
dowiedziałem się 
przyczyny, chciałem 
zabić tego człowieka. 
Nienawidziłem go jak 
nikogo przedtem. 
Pewnie zabiłbym go, 
gdyby... on sam tego 

background image

nie zrobił... 
Pomyślałem wtedy, że 
byłem głupcem. Jego 
samobójstwo nie miało 
dla mnie żadnego 
znaczenia... Potem... 
Nie umiałem ufać 
nikomu... 
Powiedziałem sobie: 
nie wolno się mylić. 
Nikomu. Gdy chodzi o 
innych ludzi - nie 
wolno! Nie, nie 
dlatego, bym tak 
kochał ludzi... 
Chciałem być zimny, 
obojętny... 
Postanowiłem tylko, 
że nie wolno mi się 
mylić - w żadnym 
wypadku... Chyba że 
narażałbym tylko 
siebie:.. 

   Chciałem 
nienawidzieć ludzi... 
ale nic z tego... nie 
potrafię... To 
widocznie sprzeczne z 
naturą człowieka. 
Chciałem być 

background image

nieludzki w swej 
zimnej konsekwencji.. 
Wmawiałem sobie, że 
nic mnie nie obchodzą 
ludzie, żyłem dla 
nauki, dla tej Wielkiej 
Nauki... 

   Przerwał znowu, a 
Jan patrzył 
rozszerzonymi oczami 
na jego okropnie bladą 
twarz. 

   - Dlaczego to 
mówisz? Powiedz, 
powiedz wreszcie; o 
co chodzi?! Dlaczego 
wyłączyłeś 
anihilatron? Dlaczego 
wracamy? 

   - Musiałem... 
Deimos... był w 
zenicie... - Jan nie 
rozumiał. 

   - Cóż z tego? Co tu 
ma Deimos do rzeczy? 
- Tam jest stacja 
naukowa... Z 

background image

obsługą... ," Tam są 
ludzie! Dziesięć 
tysięcy kilometrów od 
Fobosa, na drugim 
satelicie Marsa. 
Deimos był w 
zenicie... Gdyby 
nastąpiła reakcja, cały 
strumień fotonów 
poszedłby w kierunku 
Deimosa! Stacja nie 
ma osłon które by 
zapewniły im 
przetrwanie takiej 
lawiny promieni 
gamma. Oni... tam.., 
dostaliby po tysiąc 
remów, może i 
więcej... 

   - Ale jak się 
zorientowałeś, tak w 
ostatniej chwili? 

   - Studnia... - 
wyszeptał Traut 
bielejącymi wargami. 
Pocił się straszliwie. - 
Studnia... Kiedy 
spojrzałem w górę... 
na niebo... na środku 

background image

górnego otworu 
zobaczyłem gwiazdę... 
To nie była gwiazda. 
To był Deimos. 
Pionowo nad nami... 
To był mój błąd... Plan 
doświadczeń był 
koordynowany z 
astronomami... Nie 
pomyślałem, że może 
nastąpić taka 
konfiguracja. 
Naruszyłem porządek 
doświadczeń... 

   - Więc pobiegłeś 
wyłączyć? Ale jak? 
Jak to zrobiłeś? 

   Traut przez chwilę 
nie odpowiadał, potem 
wyr krztusił z trudem: 

   - Do bazy było za 
daleko. Musiałem 
zamknąć wylot 
wyrzutni... 

   Jan zrozumiał: 
wystarczyło zatkać 
czymkolwiek paszczę 

background image

działa 
pozytonowego, 
.rozproszyć strumień. 
Ale... , 

   - Traut!!! - zawołał 
porażony straszną 
myślą. - Tam nie było 
niczego... Traut! Co ty 
zrobiłeś?! 

   Traut milczał. Jan 
szybkim ruchem 
chwycił zatknięte za 
pas jego kombinezonu 
małe, lśniące niklem 
pudełeczko. 

   - Nie, nie! - krzyknął 
gwałtownie Traut 
ściskając przegub jego 
ręki. - Nie trzeba... 
Ja... nie chcę 
wiedzieć... Ja 
właściwie już wiem... 
Odwrócił powoli 
twarz, a Jan puścił 
dawkomierz, który 
zakołysał się na 
lśniącym łańcuszku 
jak staroświecki 

background image

zegarek. 

   - Dlaczego nie 
powiedziałeś 
wcześniej? Trzeba 
zastosować jakieś 
środki... 

   - Nie trzeba - 
powiedział Traut 
łagodnie. - Nie ma 
takich środków... 

   Jan patrzył na niego 
w osłupieniu. Ten 
człowiek, który przez 
całe życie uśmiechał 
się tylko w ukryciu i 
tylko do swoich 
wspaniałych 
doświadczeń, teraz, 
mówiąc o swojej 
śmierci, potrafi 
uśmiechnąć się tak 
szczerze i zwyczajnie. 
- Dlaczego tak 
zrobiłeś, Traut? 

   - Tam byli ludzie... 
Oni by dostali po 
tysiąc remów albo 

background image

więcej... To był mój 
błąd, rozumiesz, mój; 
nie ich, nie twój, tylko 
mój... 

   - Nie można było 
jakoś inaczej? 

   - Sam wiesz, że nie... 
Trzeba było 
rozproszyć strumień. 
Jeden albo drugi... 
Elektronowy był 
ciągły, pozytonowy - 
tylko przez dziesięć 
sekund... Z dwojga 
złego... - uśmiechnął 
się blado i pochylił 
twarz. 

   - Po co więc lecimy 
na Marsa? Przecież ty 
ledwo tu siedzisz. 

   - Ty nie umiesz 
pilotować... Nie 
chciałem, żebyś miał... 
kłopoty ze mną... - Jak 
to? 

   - Zanim przysłano 

background image

by rakietę z Ziemi, 
minęłoby, w 
najlepszym wypadku, 
półtora miesiąca... Na 
Marsie w tej chwili nie 
ma rakiety zdolnej 
lądować na Fobosie. 
Ta, którą lecimy, była 
jedyna... Musiałbyś 
być ze mną... do 
końca. A potem sam... 
Nie chciałem, żebyś to 
widział. Jesteś jeszcze 
młody, po co... Ja 
widziałem... 
Widziałem, jak umarł 
Riss po dwu 
tysiącach... To było 
okropne. 
Zapamiętałem sobie. 
Na całe życie. 

   Spojrzał w ekrany i 
powiedział, siląc się na 
zwyczajny, ciepły ton: 

   - Popatrz! 
Zdążyliśmy. Za minutę 
lądujemy na Marsie. - 
A potem dodał: - Nie 
mów nic... ja sam im 

background image

powiem, co będzie 
trzeba... 

   Duże krople potu 
ściekały po jego nie 
ogolonej twarzy. 
Wczepiony w stery, z 
oczyma wbitymi w 
ekrany, podchodził do 
lądowania. 

   

- C

zy on umarł? - 

spytała Liss patrząc w okno, 
za którym zieleniły się 
pierwsze liście starych 
kasztanowców. 

   - Tak. Czwartego dnia, 
mimo wszystkich możliwych 
zabiegów. Był podobno 
przytomny prawie do końca. 
Ale nie chciał, abym go 
widział. Pierwszego dnia 
tylko... Pytał, kto był w stacji 
na Deimosie. Chciał pewnie 
wiedzieć, zamiast kogo 
umiera. 

background image

   - A ty?... Dowiedziałeś się 
kto tam był - Tak. Ale nie 
powiedziałem mu prawdy. 

   - Dlaczego? 

   - Bo widzisz, tam wtedy 
akurat nie było nikogo! 
Zupełnie przypadkowo na 
kilka dni przedtem wycofano 
stamtąd obsługę z jakichś 
tam powodów. 

   - Więc on umierał... 
niepotrzebnie? 

   Nie! Tak nie można 
mówić! Dla nas to nieważne, 
czy tam był ktoś, czy nie. 
Ważne jest tylko to, co 
myślał Traut, zasłaniając 
swoim ciałem wyrzutnię 
pozytonów. Ale jemu, gdyby 
wiedział prawdę, byłoby na 
pewno znacznie ciężej. 
Wiesz, co mi powiedział 
jeszcze tam w rakiecie, przed 
lądowaniem? Powiedział: 
"To nie było wcale takie 
trudne, Link. Wystarczyło, 

background image

bym sobie przypomniał, że 
jednak jestem człowiekiem, 
nie maszyną do badania 
świata..." 

   Słuchając, Liss bezwiednie 
zaciskala palce na dłoni Jana 
jakby w obawie, że za chwilę 
odejdzie: 

   A ty... Czy teraz, po tym 
wszystkim... Ty będziesz 
pracował na satelitach? 

   Będę! - odpowiedział. 

   Szybko, stanowczo i jakby 
z irytacją.