background image

Dornberg Michaela 

 
 
 

Lena ze Słonecznego 

Wzgórza 19 

 
 
 
 

Powrót do korzeni

background image

W poprzednich tomach 
 
Lena pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny. Fahrenbachowie 

jednak tylko wydają się szczęśliwi. Matka dawno odeszła do 
innego  mężczyzny,  a  ojciec  właśnie  zmarł,  zostawiając  duży 
majątek.  Lena  ma  troje  rodzeństwa:  dwóch  braci,  Friedera  i 
Jorga,  i  siostrę  Grit.  Wszyscy  mają  już  swoje  rodziny.  Mona 
jest żoną Friedera - odziedziczyli po ojcu dobrze prosperującą 
hurtownię  win.  Jórg  z  żoną  Doris  otrzymali  w  spadku 
wyremontowany  zamek  Dorleac  we  Francji  wraz  z 
przyległymi winnicami. Grit i jej mąż Holger dostali  willę w 
mieście.  Lenie  przypadła  w  udziale  posiadłość  Słoneczne 
Wzgórze  w  miejscowości  Fahrenbach,  na  pierwszy  rzut  oka 
najmniej  intratna  część  spadku.  Za  dwa  lata  rodzina  ma  się 
ponownie  zebrać,  żeby  poznać  decyzje  w  sprawie  reszty 
majątku. 

Ze  wszystkich  obdarowanych  tylko  Lena  pozostaje 

wiesiSíradycji i nie sprzedaje swojego majątku. Nie zamierza 
dokonywać  także  żadnych  poważnych  rewolucji.  Tak  jak 
ojciec  planuje  się  zajmować  dystrybucją  alkoholi  i  dbać  o 
Słoneczne Wzgórze, żeby nie popadło w ruinę. Przeprowadza 
się  do  posiadłości  i  rozpoczyna  prace  remontowe  -  w 
przyległych do domu budynkach zamierza otworzyć pensjonat. 
Tymczasem  jej  rodzeństwo  podejmuje  kolejne  nieudane 
decyzje  finansowe.  Frieder  unowocześnia  hurtownię  i  rezyg-
nuje z dotychczasowych dostawców, ponosząc ogromne straty. 
Jórg  wycofuje  się  z  branży  alkoholowej,  a  nowy  pomysł  na 
agencję eventową pogrąża go finansowo. Grit sprzedaje willę, 
a uzyskane w ten sposób pieniądze inwestuje w siebie. 

Otrzymany spadek wydaje się całkowicie zmieniać kochającą 

się do tej pory rodzinę. Rozpada się związek Friedera i Mony, 
którzy  zaczynają  zaniedbywać  także  swojego  syna,  Linusa. 
Chłopiec  próbuje  popełnić  samobójstwo.  Jego  ojciec  wydaje 

background image

się jednak zupełnie tym nie przejmować. Ma nową, młodszą od 
żony  kobietę  i  wiedzie  dostatnie  życie,  w  którym  nie  ma 
miejsca  dla  rodziny.  Doris,  stęskniona  za  domem  i 
wyniszczona  nałogiem  alkoholowym  odchodzi  od  Jórga,  by 
zacząć  szczęśliwy  związek  z  innym  mężczyzną.  Małżeństwo 
Grit i Holgera też się nie układa. Holger ma dość rozrzutnej i 
egzaltowanej  żony,  która  zupełnie  zaniedbuje  dom  i  dzieci, 
Merit i Nielsa. Dlatego wyjeżdża do Kanady w nadziei, że żona 
wreszcie  się  opamięta.  Grit  jednak  nie  ma  najmniejszego 
zamiaru  rezygnować  z  atrakcyjnego  kochanka  i  wracać  do 
nudnego rodzinnego życia. Lena jako jedyna z Fahrenbachów 
nie porzuca dotychczasowych wartości, często odwiedza grób 
ojca i za żadne skarby nie zamierza sprzedawać ziemi, która od 
pokoleń  należy  do  rodziny.  W  ten  sposób  zraża  do  siebie 
Friedera, który stojąc przed widmem bankructwa, liczy na to, 
że ona odstąpi mu część odziedziczonych przez siebie gruntów.

background image

Jeśli natomiast chodzi o samą Lenę... 
 
Jej największym, a wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest 

ślub  z  Thomasem,  miłością  jej  życia,  która  wbrew 
przeciwnościom  losu  znów  ich  odnalazła.  Jednak  mimo 
ciągłych  obietnic  i  zapewnień  deklarujący  wielkie  uczucie 
Thomas  wciąż  odkłada  kolejne  wizyty  na  Słonecznym 
Wzgórzu  i  nie  chce  rozmawiać  o  swojej  aktualnej  sytuacji 
życiowej. Zakochana Lena obdarza go zaufaniem i wierzy, że 
w  Ameryce,  gdzie  mieszka  na  stałe,  pozostaje  jej  wierny. 
Swoje  życie  zamienia  w  czekanie  na  kolejny  telefon  od 
ukochanego i najmniejszy choćby dowód miłości. W czekaniu 
pomaga  jej  wytrwać  piękna  bransoletka  z  romantycznym 
napisem LOVE FOREVER - dowód miłości od Thomasa. Gdy 
jednak ten odwodzi Lenę od pomysłu odwiedzenia go w Ame-
ryce, dziewczyna zaczyna coraz bardziej wątpić w jego miłość. 
Przyczynia się do tego także pojawienie się Jana van Dahlena, 
dziennikarza,  który  bez  pamięci  zakochuje  się  w  ślicznej 
Lenie. Jego pocałunek wpędzają w wyrzuty sumienia, ale nie 
zniechęca do walki o związek z Thomasem. Wolny czas Lena 
poświęca na ciężką pracę, która pozwala jej w końcu zaistnieć 
w  branży  alkoholowej  .  Odnosi  coraz  większe  sukcesy  i 
podpisuje  kontrakty  z  kolejnymi  dystrybutorami.  Część 
odremontowanej posiadłości zamienia w pensjonat. Ma nawet 
pierwszych gości - doktor von Orthen, która okazuje się byłą 
narzeczoną jej zmarłego ojca, i znaną aktorkę Isabelle Wood. 
Stara  się  również  dbać  o  mieszkańców  posesji,  którzy 
otrzymali  od  zmarłego  gospodarza  prawo  dożywotniego 
zamieszkiwania. Nie jest to trudne, bo bardzo ich kocha. To oni 
po śmierci ojca stali się jej najbliższą rodziną. Nicola, Daniel i 
Aleks też starają się jej pomagać tak, jak tylko potrafią. Nicola 
zajmuje  się  kuchnią,  Daniel  odnawia  posiadłość,  a  Aleks 
pomaga w kwestii kontraktów z dystrybutorami alkoholi. Lena 

background image

umie  się  odwdzięczyć.  Obiecała  sobie,  że  odnajdzie  córkę 
Nico-li, którą ta przed laty, z powodu braku środków do życia, 
oddała do adopcji. Wydaje się, że właśnie wpadła na właściwy 
trop. 

Jej najbliżsi przyjaciele z Fahrenbach, Sylvia i Martin, wrócili 

z  podróży  poślubnej.  Lena  ich  uwielbia  i  życzy  im  jak 
najlepiej, ale intuicja podpowiada jej, że coś złego czyha na ich 
związek.  Wciąż  poszukuje  także  receptury  Fahrenbachówki, 
likieru, którego skład był znany jedynie jej ojcu. Tymczasem 
Aleks  informuje  Lenę  o  dziwacznym  odkryciu.  W  starej 
skrzyni 

znajduje 

kilka 

obrazów,  które  wydają  się 

bezwartościowymi bohomazami. Lena jest jednak całkowicie 
pochłonięta  problemami  rodzinnymi,  do  których  straciła  już 
dystans. 

background image

Zdumiona  Lena  stanęła  przed  wystawą  ekskluzywnego 

butiku. 

Czyste szaleństwo! Jeszcze na dobre nie zaczęła się zima, a 

już na wystawie pojawiła się najnowsza kolekcja na wiosnę! 

W jednym z okien wystawowych zobaczyła zestaw w różnych 

odcieniach bzu. Pewnie to nawiązanie do królującego tej zimy 
koloru lila, który dopiero wszedł do mody. W następnym oknie 
wszystko  w  odcieniach  żółtego,  w  kolejnym  króluje  srebro 
wspomagane  chłodną  bielą.  Kolejna  wystawa  była  w  guście 
Leny - ubrania z lnu w odcieniach przechodzących od natural-
nego  do  stonowanego  brązu.  Szczególnie  spodobał  się  jej 
kostium  w  kolorze  naturalnego  lnu  -  ciekawie  skrojona 
rozłożysta  spódnica  i  krótki  żakiet  z  guziczkami  z  masy 
perłowej.  Wprawdzie  ceną  nie  była  zachwycona,  ale  gdyby 
teraz 

background image

była  wiosna,  na  pewno  nie  przeszłaby  obojętnie  obok  tego 

kostiumu. 

Ale zimą? Właściwie zastanawiała się, czy nie przydałby się 

jej jeszcze jeden golf. 

Kupować  ciuchy,  żeby  wisiały  w  szafie?  A  jak  później 

kostium, który teraz tak bardzo jej się podoba, nie będzie robił 
na niej takiego wrażenia? 

Jaka idea przyświeca kreatorom mody, żeby zimą sprzedawać 

wiosenne  kolekcje?  Widocznie  są  kobiety,  które  z 
wyprzedzeniem szturmują sklepy odzieżowe i przeszukują je w 
obawie, że później nic nie będzie. 

Lena  nie  jest  jedną  z  nich.  Nie  zna  też  nikogo,  kto  się  tak 

zachowuje. Ubrania kupuje wtedy, gdy czegoś potrzebuje, na 
przykład  na  jakąś  okazję.  Nie  jest  zwolenniczką  wypraw  na 
zakupy,  chociaż  i  jej  to  się  zdarza.  W  końcu  jest  kobietą. 
Kiedyś  częściej  spacerowała  po  mieście  i  oglądała  wystawy. 
Zdarzało  jej  się  też  kupić  rzeczy,  których  wcale  nie 
potrzebowała. 

Odkąd mieszka w posiadłości, nie ma ani czasu, ani ochoty na 

takie wyprawy. Zresztą  szkoda jej pieniędzy na zbytki. Woli 
kupić płytki do nowej łazienki niż jakiś fatałaszek, w którym 
być może świetnie będzie wyglądać. 

 

background image

Teraz przynajmniej wie, co będzie modne wiosną i co kobiety 

zaczną nosić. Nawet gdyby weszła do tego sklepu, i tak by nie 
zaszalała. Modne wiosną kolory są może i ładne, ale nie w jej 
guście  i  zupełnie  do  niej  nie  pasują.  Jest  blondynką  o  nie-
bieskich  oczach.  Chyba  by  się  rozchorowała,  gdyby  miała 
nosić ubrania w tych jaskrawych kolorach. Tylko len, tak, len 
jest w jej guście. 

Lena  właśnie  miała  zamiar  się  odwrócić  i  odejść,  gdy  ktoś 

klepnął ją w ramię. 

Odwróciła  się  i  spojrzała  wprost  w  roześmianą  twarz 

Markusa. 

- Co kupujesz? - zapytał, kiedy się przywitali. 
-  Nic  -  odpowiedziała.  -  Gapiłam  się  tylko  na  wystawę,  ale 

jakoś nie mogę się oswoić z myślą, żeby zimą kupować rzeczy 
na wiosnę. Ale co ty robisz o tej porze w Bad Helmbach? Jako 
wielce zapracowany właściciel tartaku powinieneś siedzieć w 
biurze. 

-  Byłem  na  zakupach  -  rzucił  obojętnie,  jakby  to  była 

najbardziej oczywista rzecz na świecie. 

Lena  wpatrywała  się  w  Markusa  ze  zdziwieniem.  Markus  i 

zakupy?  Niemożliwe.  Dobrze  go  zna.  Wprawdzie  Markus 
zawsze  dobrze  się  ubiera,  ale  zakupy  nie  są  jego  ulubionym 
zajęciem. 

background image

- Słuchaj no, przyjacielu, czyżby w twoim życiu pojawił się 

ktoś, kogo powinnam poznać? Jest późne przedpołudnie, o tej 
porze jesteś zazwyczaj w tartaku... 

Bawiła go jej ciekawość. Objął ją. 
-  Chodźmy  na  kawę.  Chyba  masz  czas?  Moja  droga,  nie 

musisz się o mnie martwić. Kupiłem kiedyś piękną i cholernie 
drogą  koszulę.  W  sklepie,  gdzie  ją  kupiłem,  jest  teraz 
wyprzedaż,  zwijają  interes,  i  wszystko  jest  o  połowę  tańsze. 
Nie chciałem przegapić takiej okazji. 

-1 znalazłeś coś dla siebie? 
-  O  tak.  Mam  teraz  zapas  koszul  na  ładnych  parę  lat.  Bez 

rabatu nie kupiłbym nic. Nie jestem taki głupi, żeby wydawać 
tyle pieniędzy na ciuchy. 

- A mógłbyś. Stać cię na to. 
- Owszem, ale wolę dać na schronisko dla zwierząt lub biedne 

dzieci. Źle bym się czuł z myślą, że bez sensu wydaję pieniądze 
na bzdury. 

Kiedy szli pasażem pełnym ludzi, Lena wzięła Markusa pod 

rękę. 

- Teraz wiem, dlaczego przemysł odzieżowy tak źle stoi. 
Markus uśmiechnął się. 
- Kochana, ty też go nie wspierasz. 
 

background image

- Racja - potwierdziła Lena i zaciągnęła go do małej kawiarni, 

którą  kiedyś  odkryła.  Nie  zaglądali  tu  piękni  i  bogaci 
szturmujący drogie sklepy i lokale w Bad Helmbach. Dla nich 
kawiarnia  była  zbyt  mała  i  niepozorna.  Nie  mogli  w  niej 
nikogo ważnego spotkać ani sami się pokazać. 

-  Ładnie  tu  -  powiedział  Markus  z  uznaniem,  kiedy  usiedli 

przy małym stoliku w rogu. 

- To prawda. Chętnie tu przychodzę. Sylvia zresztą też. 
Podeszła kelnerka i przyjęła zamówienie. 
- Fajnie tu siedzieć z tobą - zaśmiała się Lena. - Tak inaczej... 
- Po co przyjechałaś do Bad Helmbach? - zapytał Markus. - 

Chyba nie na zakupy. Jakoś nie widzę wypchanych toreb. 

- Nie, nie na zakupy. Byłam w Steinfeld u księgowego i ni z 

tego, ni z owego zdecydowałam się jechać do Bad Helmbach. 
Może kupię coś dla bliźniaków lub małej Marie? 

Nie  może  mu  przecież  powiedzieć,  że  szuka  byle  jakiego 

zajęcia, żeby tylko nie myśleć o Yvonne, córce Nicoli, która 
wreszcie przyjedzie jutro do posiadłości. I powie Nicoli, kim 

 

background image

jest... Nie może mu powiedzieć, że zżera ją obawa, że Yvonne 

się rozmyśli, bo z nią nigdy nic nie wiadomo. 

Markus nie ma o niczym pojęcia. Nie jest nawet pewna, czy 

wie, że Nicola musiała oddać malutką córeczkę do adopcji, bo 
znalazła  się  w  beznadziejnej  sytuacji,  opuszczona  przez  ojca 
dziecka, bez pieniędzy i dachu nad głową. 

- O czym myślisz? - dotarł do niej głos Markusa. - Mówię do 

ciebie, a ty nie słuchasz. 

Lena zlękła się. 
-  Przepraszam.  Myślałam  o  domu  w  rynku,  który  kupiłeś  - 

wykręciła się. - Dobrze, że nie wpadnie w niepowołane ręce. 
Tylko że ty też nie będziesz z niego korzystać. Masz przecież 
piękny dom tuż przy tartaku. 

Markus napił się kawy. 
- Jak wiesz, najpierw trzeba go wyremontować, a to długa i 

kosztowna  sprawa,  a  potem...  -  Spojrzał  na  Lenę.  -  Jak  już 
mówiłem,  może  ożenię  się  z  kobietą,  która  będzie  tu  miała 
swoje  miejsce  pracy?  Wtedy  nie  mówiłem  tego ot  tak  sobie. 
Ale jak widać, to było tylko pobożne życzenie. Ja i kobiety to 
niekończąca się historia... Sam nie wiem, dlaczego ciągle mi 
się nie udaje. 

 

background image

Zawsze trafiam na te niewłaściwe, a przecież nie jestem chyba 

taką złą partią. Lena spojrzała na niego. 

-  Jesteś  cudownym  człowiekiem  -  powiedziała.  -  Jeszcze 

znajdziesz tę właściwą. 

Pomyślała  o  Yvonne.  Kiedyś  też  już  o  niej  pomyślała  w 

kontekście Markusa. Yvonne musiała zamknąć gabinet, żeby 
zająć się ojcem. Niestety, niedługo potem zmarł. 

Yvonne i Markus... 
Byłoby wspaniale, chociaż ta myśl wydaje się teraz szalona, 

zupełnie niedorzeczna. 

-  Oby  tak  się  stało!  -  westchnął  i  skinął  na  kelnerkę,  żeby 

zamówić drugą kawę. - Z Doris mogłoby się udać, gdyby nie 
miała  hopla  na  punkcie  miasta.  Może  rzeczywiście  życie  na 
wsi nie jest dla wszystkich? 

- Wiesz, a ja myślę, że jak się kogoś kocha, naprawdę kocha i 

nie  jest  to  tylko  zauroczenie,  to  można  z  nim  żyć  wszędzie, 
nawet na Księżycu. Ty i Doris byliście w sobie zakochani, ale 
to  nie  była  jeszcze  miłość.  Gdyby  było  inaczej,  zostałaby  w 
Fahrenbach.  Bądźmy  szczerzy,  ty  też  jej  nie  kochałeś,  byłeś 
jedynie zafascynowany tą wesołą, ładną dziewczyną. Ale kiedy 
odeszła, 

 

background image

nie złamała ci serca. Wściekałeś się jedynie, że cię zostawiła. 
-  Dobrze  mi  z  nią  było,  co  do  tego  nie  ma  żadnych 

wątpliwości.  Myślisz,  Leno,  że  ta  wielka  miłość  naprawdę 
istnieje? Nie sądzisz, że to tylko iluzja, że oszukujemy samych 
siebie, bo jest nam z kimś po prostu dobrze? 

- A jak byś nazwał to, co było między Sylvią a Martinem? , - . 
Markus zamieszał kawę. Nie było takiej potrzeby, ale pewnie 

chciał ukryć zdenerwowanie. W kwestiach uczuć zawsze robił 
się nerwowy. Na zewnątrz zgrywał twardziela, ale wiadomo, 
że był bardzo wrażliwy. Pragnął miłości, prawdziwej, szczerej, 
ale nigdy nie przyzna się do tego otwarcie. 

-  W  porządku,  między  nimi  było  rzeczywiście  coś 

wyjątkowego.  Myślę,  że  to  dlatego,  że  ich  miłość  stała  na 
pewnym  fundamencie.  Znali  się  od  małego,  dorastali  w 
podobnych rodzinach, obydwoje byli z Fahrenbach, obydwoje 
kochali  tradycję...  To  wszystko  sprawiło,  że  między  nimi 
zrodziło  się  wspaniałe  uczucie.  Nie  można  sobie  wyobrazić 
piękniejszej i głębszej miłości. 

Markus wzruszył ramionami. 
 

background image

- Sylvia i Martin tworzyli idealny związek i nagle los obszedł 

się z nimi tak brutalnie... Ciach i wszystko skończone. 

To prawda. Upłynie jeszcze dużo wody, zanim pogodzą się z 

okrutnym losem. Martin był nie tylko mężem Sylvii i ojcem jej 
dzieci,  których  nie  mógł  zobaczyć.  Martin  był  też  ich  wspa-
niałym i wiernym przyjacielem... 

Markus nie chciał, żeby zrobiło się zbyt sentymentalnie. 
- Uznajmy, że  Sylvia  i  Martin to wyjątek. Chociaż wszyscy 

myśleliśmy, że ty i Thomas... 

Urwał  w  połowie  zdania.  Uświadomił  sobie,  że  to  nie 

najlepszy pomysł mówić o Thomasie. Odkąd wyszło na jaw, że 
ma  w  Stanach  żonę,  o  czym  -  z  wiadomych  powodów  -  nie 
raczył  jej  poinformować,  Lena  nie  życzyła  sobie  rozmów  na 
jego temat. 

-  Przepraszam,  Leno.  Tak  mi  się  wyrwało.  Wiem,  że  nie 

chcesz  o  nim  rozmawiać,  ale  pozwól  mi  powiedzieć  jedną 
rzecz.  Obiecuję,  że  już  nigdy  więcej  nie  wypowiem  jego 
imienia. Kiedy dowiedziałaś się o Nancy, powinnaś była dać 
Thomasowi  szansę,  żeby  wszystko  ci  wyjaśnił. Nie  dałaś  się 
ubłagać, żeby... 

 

background image

Lena weszła mu w słowo. 
-1 nadał się nie dam. Jeśli nie chcesz, żebym wstała i wyszła, 

skończ już ten temat i trzymaj się tego na przyszłość. Thomas 
Sibelius nie istnieje. Dla mnie po prostu go nie ma. Pozostała 
po nim biała plama w moim życiorysie... 

Szkoda, że Markus poruszył temat Thomasa. Dalsza rozmowa 

się  nie  kleiła.  Thomas  krążył  nad  nimi  jak  zły  duch.  Lena 
ucieszyła się, kiedy przyj ariel zawołał kelnerkę. 

- Dziękuję za zaproszenie - powiedziała. - Następnym razem 

ja zapraszam. 

Nie zareagował na jej słowa. 
- Jesteś na mnie zła? 
Lena go objęła, nie zważając na ludzi wokół, którzy mogli ich 

wziąć  za  zakochaną  parę.  Dla  postronnych  obserwatorów 
ładny  widok  -  dwoje  dobrze  wyglądających,  młodych  łudzi. 
Obydwoje szczupli i wysocy. 

-  Nie,  skądże.  Jakże  bym  mogła.  Przecież  jesteś  moim 

przyjacielem. 

Jej słowa go uspokoiły. 
-  I  nadal  chcę  nim  być.  Ty  i  Sylvia  jesteście  dla  mnie 

wyjątkowi. Skoro nie mogę podbić waszych serc, to chcę mieć 
w was przyjaciółki. 

 

background image

Lena  wiedziała,  do  czego  to  aluzja.  Kiedy  zamieszkała  w 

Fahrenbach,  Markus  zabiegał  o  jej  względy.  Ale  gdy  w  jej 
życiu  znowu  pojawił  się  Thomas,  Markus  przestał  się  o  nią 
starać  i  zadowolił  rolą  przyjaciela.  Lubi  Markusa,  nawet 
bardzo,  ale  nie  wyobraża  go  sobie  jako  partnera  życiowego, 
chociaż kiedyś się nad tym zastanawiała. To było już tak daw-
no... Nieważne, po prostu przeszło jej to kiedyś przez myśl. 

-  Mieć  przyjaciół,  prawdziwych  przyjaciół,  to  wspaniała 

sprawa. 

Wyszli z kawiarni. 
- I co teraz? Ruszasz na zakupy? - zapytał Markus. 
Lena potrząsnęła głową. 
- Nie, nie mam ochoty. Wracam do domu. Zresztą zbliża się 

pora  obiadu.  Jak  nie  będzie  mnie  przy  stole,  Nicola  gotowa 
pójść na policję zgłosić moje zaginięcie. 

- Nawet nie wiesz, jak ci dobrze. Spojrzała na niego z powagą. 
- Wiem, Markusie, wiem... 
Pożegnali się, bo mieli samochody na innych parkingach. 
 

background image

Przedpołudnie upłynęło wprawdzie inaczej, niż zaplanowała, 

ale fajnie było się spotkać z Markusem. 

„Niespodzianki się zdarzają", powiedziałaby teraz Nicola. 
Lena  postawiła kołnierz  kurtki, ręce  schowała  do  kieszeni  i 

zaczęła szybko iść. Jednak już po kilku krokach się zatrzymała. 

Trzymała kartkę. Domyśliła się, co to za kartka. 
Wyjęła z kieszeni pożółkły papier. 
„Leno,  kocham  się.  Jesteś  jedyną  kobietą,  którą  kiedyś 

poślubię". 

Tylko tego brakowało. Znalazła tę kartkę, kiedy Jan był z nią. 

Parzyła  ją  w  palce,  więc  wtedy  schowała  ją  pospiesznie  do 
kurtki i zapomniała o niej. A może chciała zapomnieć? 

To była kartka z drzewa życzeń. Swego czasu we wgłębieniu 

w  drzewie  chowali  z  Thomasem  karteczki  z  różnymi 
życzeniami. 

Nie  wiadomo,  dlaczego  nigdy  nie  wyjęła  z  drzewa  tej 

karteczki.  To  życzenie  jest  już  nieaktualne,  jest  kłamstwem, 
złamanym przyrzeczeniem! 

Thomas ożenił się, ale nie z nią, tylko z Nancy. 
Zmięła kartkę w kulkę i wrzuciła ją do najbliższego kosza na 

śmieci. 

 

background image

Tu jest jej miejsce. Nigdy więcej nie chce mieć do czynienia z 

Thomasem.  Kiedyś  usunie  wycięte  w  skórze  na  przegubie 
dłoni „T", inicjał jego imienia. 

Ciekawe, czy na jego dłoni jest jeszcze wycięte „L"? 
Nad czym ona się zastanawia?! 
Lena zaczęła biec, jakby chciała uciec od myśli o Thomasie, 

który był kiedyś jej wielką miłością. 

Dlaczego była taka głupia i pokazała Janowi drzewo życzeń? 

Podziwiał drzewo i na tym powinno się było skończyć. Po co 
zdradziła mu jego tajemnicę? 

Jana nie interesowały takie ckliwe historie. 
Nie  znalazłaby  tej  karteczki,  nie  obudziłaby  demonów 

przeszłości... 

Dobiegła  do  samochodu,  wsiadła  i  szybko  wyjechała  z 

parkingu. Już ktoś czekał na wolne miejsce. Znalezienie w Bad 
Helmbach  miejsca  do  parkowania  było  nie  lada  wyczynem. 
Towarzystwo  zjeżdżało  się  tu  wypasionymi  autami,  które 
każdy powinien podziwiać. 

Na  jej  miejsce  wjechało  czarne  porsche  9.  Takim 

samochodem jeździł jej brat. Mężczyzna, 

 

background image

który  wysiadł  z  samochodu,  zachowywał  się  jak  Frieder. 

Pewny  siebie,  nonszalancki,  jakby  chciał  pokazać,  że  cały 
świat należy do niego. 

Nie  chce  myśleć  o  Friederze,  nie  teraz.  Nie  chce 

rozpamiętywać, do czego doprowadziła jego mania wielkości. 
Nie  chce  kolejny  raz  boleśnie  sobie  uświadomić,  jak  bardzo 
Frieder i Grit oddalili się od niej, a Jörg... 

Nie!   
Nie  chce  myśleć  o  katastrofie  samolotu  i  tym,  że  jej  brat 

zaginął gdzieś w australijskim buszu i oficjalnie został uznany 
za zmarłego. 

Chce myśleć o czymś pięknym... O wizycie Yvonne. Tak, o 

tym będzie myśleć i tym się cieszyć. Żeby mieć pewność, że 
Yvonne przyjedzie, zajrzy do kapliczki i zapali dużo świeczek. 

background image

Kiedy  Lena  wróciła  do  posiadłości,  panowało  tam  niemałe 

zamieszanie,  ale  wcale  nie  dlatego,  że  spóźniła  się  na  obiad, 
lecz  z  powodu  nowego  zlecenia.  Duża  agencja  reklamowa 
miała  zamiar  złożyć  poważne  zamówienie  na  Finnemore 
Eleven, ale chciała wynegocjować dobrą cenę, a o tym mogła 
zadecydować jedynie Lena. 

- Jak im nie damy dobrej ceny, to pójdą do kogoś innego. Poza 

Finnemore  Eleven  nieźle  sprzedaje  się  też  inna  szkocka 
whisky, ale nie bardzo wiem, o jaką im chodziło - powiedział 
Daniel. 

-  Finnemore  Eleven  jest  najlepszą  whisky.  O  ile  butelek 

chodzi? 

- Około trzech tysięcy - odpowiedział. - Wszystkie mają być 

osobno zapakowane i wysłane. Ale to żaden problem. Zostały 
nam jeszcze pojedyncze opakowania od Szkotów. 

background image

-  O  tym  nie  musimy  mówić  tym  z  agencji.  Wysłanie  trzech 

tysięcy  butelek  to  coś,  ale  logistycznie  da  się  szybko 
rozwiązać. Pewnie chcą je dostać raz-dwa, co?   

Daniel zaśmiał się.   
-  Zgadza  się.  Świetnie  się  orientujesz  w  funkcjonowaniu 

agencji reklamowych. 

-  Owszem.  W  hurtowni  ciągle  miałam  z  nimi  do  czynienia. 

Właściwie to o jaką agencję chodzi? 

- Grindel and Friends. 
-  Znam  ich.  Zawsze  robią  dużo  zamieszania,  ale  jak  im  się 

spokojnie  wyjaśni,  ile  to  wymaga  pracy,  zadowolą  się 
kilkuprocentowym rabatem. 

- No nie wiem, czy pójdzie ci z nimi tak gładko... Z rozmowy 

telefonicznej wywnioskowałem, że mają duże oczekiwania. 

- Kto dzwonił? Sam Grindel? -Tak. 
-  On  tylko  sprawia  wrażenie  takiego  zasadniczego,  w 

rzeczywistości jest bardzo miły. Dziwi mnie, że do nas dzwoni. 
Jest przecież klientem hurtowni. Zresztą nigdy nie miał jakichś 
specjalnych  życzeń.  Brał  zwykle  to,  co  mu  doradzono. 
Naprawdę dziwne, Grindel jest przecież wiernym klientem... 

background image

-  Którego  twój  kochany  brat  zapewne  spłoszył  -  dokończył 

Daniel. - W tym jest niezły, wielki pan Frieder Fahrenbach... 

Lena westchnęła. 
- Mam nadzieję, że się mylisz. Zaraz się przekonamy. 
-  Będę  w  magazynie.  Jak  skończysz  rozmawiać,  zajrzyj  do 

mnie. Jestem ciekaw, o co chodzi. I pamiętaj, zrób wszystko, 
żebyśmy  dostali  to  zlecenie.  Nie  wiedzie  nam  się  źle,  ale 
potrzebne  będą  pieniądze,  żeby  uruchomić  produkcję 
Fahrenbachówki.  Jestem  mało  oryginalny,  ale  kto  nie  ma 
miedzi, ten w domu siedzi. 

- Dobrze, dobrze, nie martw się... Nie mieliśmy prawie nic, a 

zobacz, ile rzeczy udało się nam osiągnąć. Idziemy do przodu. 
Małymi  kroczkami,  ale  zawsze.  Chyba  nie  wątpisz,  że  tata 
będzie  nad  nami  czuwał  tam  w  górze,  kiedy  zaczniemy 
produkcję Fahrenbachówki? 

Daniel uśmiechnął się. 
-  Pod  tym  podpisuję  się  obiema  rękami.  Ale  teraz  idź  i 

zadzwoń wreszcie. 

-  Już  idę.  Ależ  ty  potrafisz  wiercić  człowiekowi  dziurę  w 

brzuchu - zakończyła rozmowę Lena. 

background image

Nie miała oczywiście niczego złego na myśli. Cieszyła się, że 

wszyscy w posiadłości grają do jednej bramki, na równi dbają 
o pomyślność firmy i martwią się o nią. 

Ta  myśl  tak  zmotywowała  Lenę,  że  z  zapałem  sięgnęła  po 

telefon  i  wybrała  numer  agencji  reklamowej.  Potem  pewna 
siebie poprosiła o połączenie z panem Grindelem, szefem tej 
dużej i znanej agencji. 

-  Dzień  dobry, panie  Grindel  - przywitała  się.  -  Mówi  Lena 

Fahrenbach. 

Poznał ją od razu. Kiedy jeszcze żył ojciec, a ona pracowała w 

hurtowni,  często  do  niego  dzwoniła  i  prowadziła  negocjacje. 
Zawsze były to miłe i spokojne rozmowy. 

- Przykro mi, pani  Fahrenbach  - powiedział Grindel niezbyt 

przyjaznym tonem. - Zupełnie niepotrzebnie pani dzwoni. Dla 
mnie jest już po sprawie! 

Co to ma znaczyć? Nie zna go od tej strony. Zawsze był miły i 

kulturalny,  jeśli  nawet  za  wszelką  cenę  chciał  przeforsować 
swoje racje. 

Lena pomyślała, że Grindel nie dosłyszał jej nazwiska lub coś 

mu się pomyliło. 

- Panie Grindel, nie pamięta mnie pan? 

background image

-  Doskonale  wiem,  kim  pani  jest  i  jaką  jest  pani  osobą  - 

niespotykanie  miłą  i  uprzejmą.  Pewnie  dlatego  brat  nasłał 
panią na mnie, żeby mnie podejść. Przykro mi, już za późno. 
Ten pociąg już odjechał. Definitywnie skreśliłem hurtownię z 
listy moich partnerów. 

Teraz  już  rozumie,  o  co  chodzi!  Najwyraźniej  pomyślał,  że 

dzwoni w sprawie hurtowni. 

-  Panie  Grindel,  dzwonił  pan  do  mojej  firmy  i  rozmawiał  z 

moim współpracownikiem. Chodzi panu o Finnemore Eleven, 
szkocką whisky słodową. 

-  Chwileczkę...  Tak,  dzwoniłem  i  z  kimś  rozmawiałem.  Ale 

dlaczego... 

Lena  pośpieszyła  z  wyjaśnieniami,  zanim  jeszcze  bardziej 

sprawa się zagmatwa. 

- Nie mam nic wspólnego z hurtownią. Pracuję niezależnie od 

brata. Mam wyłączne prawo do dystrybucji Finnemore Eleven 
w Niemczech. Skoro już panu wszystko wyjaśniłam, mam na-
dzieję, że dojdziemy do porozumienia. Poza Finnemore Eleven 
mogę  zaproponować  wiele  innych  wspaniałych  produktów, 
których dystrybucję tylko ja prowadzę. 

Pan Grindel nie mógł dojść do siebie. 

background image

-  A  to  niespodzianka!  Oczywiście,  że  chcę  z  panią 

współpracować. Wiem, jak wygląda praca z panią. Pamiętam 
jeszcze  czasy,  kiedy  pani  ojciec  był  właścicielem  hurtowni, 
wówczas  solidnej  i  szanownej  firmy.  Szkoda,  że  pani  brat 
wszystko  zmarnował.  Ale  co  tam,  nie  będziemy  o  nim 
rozmawiać,  szkoda  czasu...  Sprawa  hurtowni  wkrótce 
ostatecznie  się  rozwiąże.  No  więc,  moja  droga,  chodzi  o 
następującą rzecz... 

Pół  godziny  później  dogadali  się  i  Lena  miała  kontrakt  w 

kieszeni. 

W  zasadzie  powinna  teraz  skakać  z  radości,  ale  jakoś  nie 

czuła  satysfakcji.  Bolało  ją,  że  znowu  usłyszała  coś 
negatywnego  na  temat  hurtowni.  Ojciec  przewróciłby  się  w 
grobie, gdyby wiedział, co Frieder zrobił z dziełem jego życia i 
jak skompromitował nazwisko Fahrenbach. 

W branży już od dawna się mówiło, że jej brat nie ma pojęcia 

o  kierowaniu  hurtownią.  Jakoś  z  tym  się  pogodziła.  Ale 
Grindel nie jest z branży, stoi z boku, a mimo wszystko nawet 
on nie zostawił na Friederze suchej nitki i zerwał wieloletnią 
współpracę. 

Czy Frieder nadal nie rozumie, że tak dalej być nie może? Na 

jakim świecie żyje? Dlaczego 

background image

nie postępuje według tego, czego nauczył go ojciec? 
Nonszalancja, porsche i wizje nie wystarczą, żeby kierować 

poważnym przedsiębiorstwem. 

Lena spojrzała na zdjęcie ojca. Stało w srebrnej ramce na jej 

biurku. 

-  Tatusiu,  zrób coś,  proszę, żeby  Frieder  zszedł  wreszcie  na 

ziemię, zanim będzie za późno - westchnęła. 

Byłoby wspaniale, gdyby ojciec mógł coś poradzić. Niestety, 

to  niemożliwe.  Od  dawna  spoczywa  na  cmentarzu  w 
Fahrenbach. W zasadzie to nawet lepiej, bo nie musi patrzeć, 
co wyczyniają jego dzieci. 

A może wszystko widzi? 
Tego  Lena  nie  wiedziała.  Jednak  było  pewne,  że  ojciec 

przewidział  pewne  zdarzenia  i  jeszcze  za  życia  podjął 
stosowne  kroki,  żeby  nie  wszystkie  pieniądze  zostały 
bezmyślnie zmarnowane i znalazły właściwe przeznaczenie. 

Podobał  jej  się  pomysł  Fundacji  Hermanna  Fahrenbacha, 

która pomagała młodym ludziom odnaleźć właściwą drogę ku 
przyszłości. 

Lena  podniosła  się  z  fotela.  Właściwie  mogła  tylko 

zadzwonić do Daniela i poinformować go 

background image

o wyniku rozmowy z panem Grindelem, ale chciała zobaczyć 

jego zadowoloną  minę, kiedy powie  mu, że kontrakt mają w 
kieszeni. 

Poza  tym  była  z  siebie  dumna.  Wiedziała,  że  Daniel  ją 

pochwali, a każdy człowiek jest łasy na pochwały. Ona nie jest 
wyjątkiem. 

Mieszkańcy  posiadłości  są  zgraną  drużyną.  Świetnie  się 

rozumieją i - co najważniejsze - cenią nawzajem. Szacunek dla 
drugiego  człowieka  i  docenianie  go  są  bardzo  ważne  we 
wspólnym życiu, zarówno osobistym, jak i zawodowym. Dla 
Leny  było  to  wyjątkowo  ważne.  Zawsze  chwaliła  innych  za 
dobrze  wykonaną  pracę,  swoje  uznanie  potrafiła  też 
wynagrodzić  finansowo.  Jej  ojciec  nie  tylko  przyznał  Nicoli, 
Aleksowi  i  Danielowi  dożywotnie  prawo  do  zamieszkania  w 
posiadłości, lecz zostawił im także przyzwoitą sumę pieniędzy. 
Na  początku,  kiedy  musiała  się  liczyć  z  każdym  groszem, 
zaakceptowała  ich  pomysł,  że  będą  pracować  bez 
wynagrodzenia, ale jak tylko interes zaczął się kręcić, zaczęła 
im  płacić  i  nie  ustąpiła  w  tej  kwestii,  mimo  ich  gorących 
protestów. Kiedy dostała pieniądze za sprzedaż obrazów, bez 
wahania spełniła ich skryte marzenia. Danielowi 

background image

i  Aleksowi  kupiła  nowe  samochody,  a  Nicoli  kolię,  której 

godzinami przyglądała się na wystawie sklepu jubilerskiego. 

Do dawnych mieszkańców posiadłości dołączyli nowi: Inge 

Koch  i  Babette  Hagemann  z  małą  Marie.  Nastąpiły  zmiany. 
Przyniosła je też przebudowa dawnych czworaków i urządze-
nie  w  nich  apartamentów  do  wynajęcia.  Ale  to  były  dobre 
zmiany... 

Lena zbiegła ze schodów. 
- Daaaaniel! - wołała już z daleka. 
Wiedziała,  że  ucieszy  go  wiadomość,  z  jaką  do  niego 

przychodzi. 

background image

Zadowolona  z  siebie  poszła  po  pracy  prosto  do  domu. 

Wieczór chciała spędzić., sama. Bała się, że Nicola zasypie ją 
pytaniami. Będzie dociekać, z czego jest taka zadowolona, co 
ją tak uszczęśliwiło i tak dalej... 

Nie uwierzy, kiedy jej powie, że to dzięki dobrze wykonanej 

pracy  i  nowemu  kontraktowi.  Przecież  to  nie  pierwszy  raz 
zdobyła nowy kontrakt i sumiennie przepracowała cały dzień. 
Owszem,  poczucie  dobrze  spełnionego  obowiązku  sprawiało 
jej satysfakcję, ale nigdy nie popadała w euforię. Tym razem 
powodem  jej  ekscytacji  był  fakt,  że  Yvonne  nie  odwołała 
wizyty, a to oznaczało, że naprawdę przyjedzie. A Nicola... 

Lena bała się nawet myśleć, jak będzie wyglądał ostatni akt 

tej długiej historii. Nicola zaniemówi z wrażenia, zabraknie jej 
tchu... Będzie 

background image

szczęśliwa,  przeszczęśliwa!  Nie,  chyba  nie  ma  takich  słów, 

którymi można będzie wyrazić odczucia Nicoli. 

Jeszcze  tylko  jedna  noc  -  pewnie  nawet  nie  zmruży  oka  -  a 

potem wreszcie nadejdzie ta wielka chwila. 

Lena z uśmiechem na ustach zamknęła za sobą drzwi. 
Poszła  do  kuchni,  gdzie  czekała  na  nią  sałatka  z  indykiem. 

Nalała  wina  z  Dorleac  i  właśnie  chciała  zacząć  jeść,  kiedy 
zadzwonił telefon. 

-  Cześć,  kochanie  -  usłyszała  w słuchawce  głos Jana.  -  Mój 

kolega robi akurat zdjęcia, a ja korzystam z okazji i dzwonię, 
żeby ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham. Mam nadzieję, że 
akurat usychałaś z tęsknoty za mną i myślałaś o mnie. Ja tak 
przynajmniej poczułem i od razu złapałem za telefon. 

Ach, Jan! Jak wspaniale, że jest w jej życiu. Z nim może o 

wszystkim porozmawiać. Podobało jej się, że dzwoni do niej z 
najprzeróżniejszych  zakątków  świata,  choćby  na  krótko,  na 
chwilkę, tak jak teraz. 

- No więc jak, moja piękna, myślałaś teraz o mnie? - zapytał 

jeszcze raz. 

background image

Lena zaśmiała się. 
- Nie, mój drogi, siedzę akurat w kuchni i zastanawiam się, od 

czego  zacząć  -  od  wina  czy  wspaniałej  sałatki,  którą  Nicola 
wyczarowała dla mnie? 

- Jakie to przyziemne! - udawał oburzonego. 
-  Ale  w  drodze  z  destylarni  do  domu  myślałam  o  tobie  - 

stwierdziła, ratując sytuację, i wcale nie skłamała.   

- Biorąc pod uwagę różnicę czasu, chyba się nie pomyliłem, 

że jednak o mnie myślałaś. 

- Drogi panie van Dahlen, proszę nie naginać rzeczywistości 

do  swoich  wyobrażeń.  Gdybyśmy  mieli  uwzględniać  różnicę 
czasu, to byłoby to parę godzin. 

Poddał się, śmiejąc się przy tym serdecznie. 
- Już dobrze, dobrze... Moje zranione ego musi jakoś przeżyć, 

że nie cały czas myślisz o mnie. 

Lena podchwyciła jego żartobliwy ton. 
- Mój drogi, nie chodzi o ilość, tylko o jakość. Chyba się nie 

mylę, prawda? 

Nie  mieli  zbyt  dużo  czasu,  bo  Jan  musiał  wracać  do  pracy. 

Zrezygnowali  z  wygłupów  i  jak  wszyscy  zakochani  szeptali 
czułe słówka. 

background image

Kiedy  Lena  usłyszała,  że  ktoś  woła  Jana,  zrozumiała,  że  to 

koniec rozmowy, i odłożyła słuchawkę. Była szczęśliwa. 

W  uszach  wciąż  miała  jego  ostatnie  słowa:  „Nigdy  nie 

zapominaj, jak bardzo cię kocham". 

Wreszcie  zabrała  się  za  kusząco  wyglądające  jedzenie. 

Świeża,  chrupiąca  sałata,  wyśmienity  sos  i  kawałki  indyka, 
dokładnie tak, jak lubi. 

Życie jest piękne! 
Miała  w życiu wzloty i  upadki, ale jeśli ma  być  szczera,  to 

nawet  upadki  dodawały  jej  siły.  Włącznie  z  rozstaniem  z 
Thomasem, po którym 

0 mało się nie załamała... Życie toczy się dalej 
1 Nicola ma rację, twierdząc, że Bóg zsyła na ludzi tylko tyle 

cierpienia, ile są w stanie udźwignąć. 

Nicola... 
Kiedy  pomyślała  o  kochanej  Nicoli,  na  jej  ustach  zagościł 

uśmiech. 

Wreszcie skończy się ból Nicoli. Tyle lat cierpiała, nosiła ranę 

w sercu i nie dała po sobie niczego poznać. Wreszcie będzie 
mogła przytulić córkę! 

Ponowny  dźwięk  telefonu  wyrwał  ją  z  zamyślenia.  To  nie 

może być Jan. Musiał wracać 

background image

do pracy. A może jednak? Pewnie znowu ma małą przerwę i 

chce ją wykorzystać, żeby jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha! 

To do niego podobne. Przeżyła coś takiego niejeden raz. 
Odebrała telefon. W słuchawce panowała cisza. 
-  Halo,  jest  tam  ktoś?  Proszę  się  odezwać.  Lena  usłyszała 

ciężki oddech. 

Sama nie wiedziała dlaczego, ale miała wrażenie, że dzwoni 

Veronika - ta agresywna, a mimo to bezradna dziewczyna, do 
której od razu poczuła sympatię. 

Może dlatego, że od samego początku intuicyjnie wiedziała, 

że pod maską agresji i opryskliwości kryje się wrażliwa dusza. 

Lena słyszała jedynie ciężki oddech i nic więcej. 
- Halo, kto dzwoni? Znowu cisza. 
Lena posłuchała intuicji. 
- Veronika? - zapytała ostrożnie. 
Miała  wrażenie,  że  osoba  po  drugiej  stronie  chce  coś 

powiedzieć, ale nagle zrezygnowała. 

Po prostu się rozłączyła! 
Lena była pewna, że dzwoniła Veronika. Ale dlaczego się nie 

odezwała? Przecież dając jej 

background image

wizytówkę, powiedziała, że może zadzwonić o każdej porze. 
Może to wcale nie Veronika? Może coś sobie wmawia? 
Usiłowała  przestać  myśleć  o  dziewczynie,  ale  jej  się  nie 

udało. 

Wprawdzie nie zna jeszcze idei przyświecającej działalności 

Fundacji  Hermanna  Fahrenbacha,  ale  być  możne  byłoby  to 
miejsce  odpowiednie  dla  Veroniki,  takie,  w  którym  znajdzie 
pomoc. Sama chętnie jej pomoże nawet bez wsparcia fundacji, 
ale dziewczyna nie pozwala się do siebie zbliżyć. Jest ostrożna, 
czujna i bardzo zdystansowana. 

Co poszło nie tak w jej młodym życiu? 
Lena nie ma pojęcia, ale być może kiedyś uda się jej poznać 

tajemnicę Veroniki. Coś jej podpowiadało, że jeszcze się z nią 
spotka.  To  przekonanie  nie  było  wcale  nieprzyjemne,  wręcz 
przeciwnie. 

background image

Lena była święcie przekonana, że tej nocy nie zmruży oka, ale 

na  szczęście  się  myliła.  Zasnęła  od  razu  i  następnego  ranka 
obudziła  się  wyspana  i  pełna  nadziei.  Nadszedł  wreszcie  ten 
ważny dzień! 

Czekała niecierpliwie na przyjazd Yvonne lub jej telefon. Nie 

mogła sobie znaleźć miejsca. 

Tym  razem  wszystko  musi  pójść  dobrze.  Są  na  to  szanse. 

Pierwsza  pozytywna  rzecz  to  przyrzeczenie,  jakie  złożyła 
nieżyjącemu  już  przybranemu  ojcu,  że  nawiąże  kontakt  ze 
swoją  biologiczną  matką  i  powie  jej,  kim  jest.  Yvonne 
przyrzekła mu to na łożu śmierci i dotrzyma słowa. Tego Lena 
była  całkowicie  pewna.  Według  niej  Yvonne  była  osobą  o 
nieskazitelnym charakterze. 

Najważniejsze,  żeby  wreszcie  dopiąć  wszystko  na  ostatni 

guzik,  żeby  nie  było  ciągłego  wahania,  umawiania  się, 
odwoływania i przekładania spotkania. 

background image

To mają już chyba za sobą. Teraz trzeba postawić kropkę nad 

„i". Tylko jak? 

Lena  wiedziała  doskonale,  że  takich  rzeczy  nie  można 

zaplanować.  Gdzie  emocje  wchodzą  w  rachubę,  tam  żaden 
plan się nie powiedzie. 

Może modlitwa coś tu pomoże? 
Na modlitwę było już za późno, bo właśnie w tym momencie 

zadzwonił telefon. 

Dzwoniła  Yvonne,  żeby  jej  powiedzieć,  że  jest  już  bardzo 

blisko.  Wjeżdża  właśnie  na  wzgórze  i  za  chwilę  będzie  w 
posiadłości. 

Uff! 
Zaraz się zacznie! 
Lena.  wyszła  z domu i  pobiegła na  parking, żeby przywitać 

Yvonne. Nie musiała długo czekać. 

Yvonne  zatrzymała  samochód  obok  niej  i  wysiadła.  Była 

blada. Widać było, że ma za sobą nieprzespaną noc. Nie ma się 
co dziwić. 

- Dzień dobry, pani doktor Wiedemann - przywitała ją Lena 

serdecznie. - Cieszę się, że pani przyjechała. 

-  Dzień  dobry,  proszę  mówić  do  mnie  po  prostu  Yvonne  - 

powiedziała i mocno uścisnęła dłoń Leny. 

Ten uścisk od razu przypomniał jej Nicole. 

background image

- Świetnie, jestem Lena. Może przejdziemy na ty? 
Yvonne zgodziła się bez wahania. 
-  Bardzo  chętnie.  W  końcu  łączy  nas  coś...  zupełnie 

wyjątkowego. 

Weszły  do  domu.  Yvonne  zdjęła  płaszcz,  odwiesiła  go  i 

odwróciła się w stronę Leny. 

- Masz już jakiś pomysł, jak to zrobimy? Ja jestem zupełnie 

rozbita i jeśli mam być szczera, najchętniej odwróciłabym się 
na pięcie i wróciła do domu. Jak wiesz, nie jestem tu z własnej 
woli. Chcę jedynie dotrzymać słowa, jakie dałam ojcu. Sama 
nic  bym  w  tej  sprawie  nie  zrobiła. Ta  kobieta  jest  mi  obca  i 
zawsze tak będzie. 

„Tylko  nie  to",  wystraszyła  się  Lena,  ale  nic  po  sobie  nie 

pokazała. Zachowała zimną krew. 

-  Mówisz  tak,  bo  jesteś  uprzedzona.  Wyłącz  na  moment 

rozum  i  pomyśl  sercem.  Ono  pokaże  ci  właściwą  drogę...  A 
jeśli  chodzi  o  twoje  pytanie,  to  nie  mam  jeszcze  żadnego 
pomysłu. Przy kawie możemy omówić strategię. 

Lena  chciała  zaprowadzić  Yvonne  do  salonu  lub  biblioteki, 

ale ta machnęła ręką. 

- Idę z tobą do kuchni, o ile masz w niej jakiś stół. 

background image

- Mam - zaśmiała się Lena. - Bardzo stary i bardzo duży. 
- Wspaniale! - zachwycała się Yvonne. 
- Uwielbiam kuchnie z dużymi stołami. Dzisiaj już takich nie 

ma. Kuchnie są raczej małe. A kawa... Tak,  kawa dobrze mi 
zrobi. 

Lena zaprowadziła gościa do przytulnej kuchni. Yvonne była 

zachwycona. 

- Jak tu pięknie, przytulnie... I te stare meble! 
- wołała. - A stół? Mój Boże, istne cudo! Marzę o takim stole. 

Niestety, nie można już takich kupić. 

-  Ten  stół  mam  jeszcze  po  prababci  -  powiedziała  Lena  z 

dumą. - Wniosła go do posiadłości w posagu, kiedy wychodziła 
za pradziadka. 

Naszykowała kawę i podała ciasteczka. Dzięki Nicoli zawsze 

miała jakieś w domu. 

Yvonne  od  razu  sięgnęła  po  ciastko.  Zdaje  się, że  podobnie 

jak Nicola lubi słodycze. 

- Wyśmienite! - zawołała. 
-  Nicola  je  upiekła  -  wyjaśniła  Lena.  -  Nie  tylko  świetnie 

piecze, lecz również po mistrzowsku gotuje. 

Yvonne  odruchowo  chciała  odłożyć  kolejne  ciastko,  które 

trzymała. 

background image

Lena zauważyła tę reakcję. 
-  Hej,  ciastka  nie  są  trujące.  Możesz  je  jeść  bez  obawy  o 

własne zdrowie i życie! 

Yvonne oblała się rumieńcem. 
-  Przepraszam,  głupio  się  zachowałam  -  powiedziała 

zawstydzona. 

Ponownie wzięła ciastko i włożyła do ust. 
- Sama nie wiem, dlaczego nie umiem normalnie reagować, 

kiedy... Kiedy o nią chodzi. 

- Jeszcze wszystko przed tobą. Musisz się pozbyć uprzedzeń. 
-  Łatwo  ci  mówić  -  westchnęła  Yvonne.  -  Ale  masz  rację. 

Dobrze, zajmijmy się teraz taktyką. 

Siedziały przy kawie i się zastanawiały się, jak to rozegrać. 

Miały przeróżne pomysły, które zaraz odrzucały, i tak w kółko. 
To było straszne. Miały wrażenie, że drepczą w miejscu. 

Nawet  jeśli  nie  umiały  wpaść  na  coś  sensownego,  to  ich 

wspólne przemyślenia bardzo je do siebie zbliżały. Mimo woli 
musiały w nich uwzględniać rzeczy bardzo osobiste i odkryły 
przy tym, że mają wiele wspólnych poglądów i zainteresowań. 

Lena postawiła na stole drugi dzbanek z kawą. 

background image

- Wykończymy sie taką ilością kawy - jęknęła Yvonne. 
Nagle otworzyły się  drzwi wejściowe. Lena zamarła. Tylko 

jedna osoba wchodziła bez pukania do jej domu. 

- Nicola - powiedziała szeptem. Yvonne zrobiła się blada jak 

ściana. -1 co teraz? 

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo właśnie otworzyły się 

drzwi do kuchni. 

- Leno... - zaczęła Nicola i urwała. Zaskoczona patrzyła to na 

jedną, to na drugą 

kobietę. Od razu poznała Yvonne. 
- Pani doktor Wiedemann! - zawołała zdziwiona Nicola. 
Nie spodziewała się, że spotkają u Leny. O co tu chodzi? 
- Nie zamawiała pani apartamentu - powiedziała Nicola. - Nie 

mam pani zgłoszenia. 

- Nie, Yvonne niczego nie rezerwowała. Tym razem jest u nas 

prywatnie. 

Yvonne prywatnie? Co tu jest grane? Lena widziała tę młodą 

kobietę tylko przez kilka chwil, nawet ze sobą nie rozmawiały, 
a teraz są po imieniu! Po co przyjechała do posiadłości? 

background image

Nicola  nie  była  w  stanie  tego  pojąć.  Lena  nawet  się  nie 

zająknęła o jej wizycie. 

- Leno, możesz mi wyjaśnić, co to wszystko znaczy? 
Lena  nic  nie  powiedziała,  tylko  spojrzała  na  Yvonne.  Ta, 

pogodzona  z  losem,  wzruszyła  jedynie  ramionami,  jakby 
chciała  powiedzieć:  „Niech  się  dzieje  wola  nieba".  Potem 
pokiwała głową. 

Lena  podniosła  się  i  w  duchu  odetchnęła  z  ulgą.  Chyba  to 

nawet  lepiej,  że  Nicola  przyszła  tu  tak  niespodziewanie. 
Siedziałyby tak do wieczora, łamałyby sobie głowę i w efekcie 
nic by nie wymyśliły. Teraz wszystko pójdzie siłą rozpędu. 

- Nicola... - Lena wolnym krokiem podeszła do kobiety, która 

jak wmurowana stała na środku kuchni. - Obiecałam ci kiedyś, 
że odnajdę twoją córkę. Znalazłam ją! Yvonne jest twoją córką. 

Nicola zbladła, potem zrobiła się czerwona i wpatrywała się 

raz w Lenę, raz w młodą kobietę, która miała być jej córką. To 
niemożliwe! Przecież była już w posiadłości i nie zdradziła się 
ani słówkiem. Może właśnie dlatego tak szybko wyjechała? 

background image

Jej córka... Jej córka... 
Nicoli zrobiło się ciemno przed oczami, na czole pojawiły się 

kropelki potu, z jękiem złapała się za serce. 

Lena podtrzymała osuwającą się Nicolę. Yvonne zerwała się 

z  miejsca,  przewracając  przy  tym  krzesło,  które  z  hukiem 
runęło  na  podłogę.  Nikt  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Po  kilku 
sekundach  Yvonne  była  już  przy  Nicoli  i  mocno  ją  złapała. 
Razem  z  Leną  posadziły  ją  na  krześle.  Yvonne  poprosiła  o 
szklankę wody. 

Teraz nie była utraconą córką, lecz lekarką, która doskonale 

wie, co trzeba robić w takich sytuacjach. 

Nicola z trudem oddychała. Po kilku minutach uspokoiła się, 

ale słowa Leny wciąż do niej nie docierały. 

Wszystko usłyszała i zrozumiała, ale nie była w stanie pojąć 

sensu tych słów. 

Yvonne  przyniosła  czysty  ręcznik  i  wycierała  Nicoli  pot  z 

czoła. Ta nie protestowała. Była jakby w innym świecie. 

- Leno... - powiedziała powoli Nicola. - Powtórz, proszę, co 

powiedziałaś. Chyba coś źle zrozumiałam. 

background image

Lena przysunęła krzesło i usiadła obok Nico-li. Wzięła ją za 

rękę. Była lodowata. 

- Kochana, dobrze zrozumiałaś. Yvonne jest twoją córką, za 

którą tak bardzo tęskniłaś. Znalazłam ją, a teraz ona jest przy 
tobie. 

Nicola zaczęła szlochać. Za wiele emocji. 
Lena bezradnie popatrzyła na Yvonne. Ta stała nieruchomo, 

niepewna,  targana  skrajnymi  uczuciami.  Widać  było,  że  nie 
wie.  jak-się  zachować.  Nie  przewidziała  sceny,  której  była 
właśnie świadkiem... 

Lena puściła rękę Nicoli i wstała. 
- Zostawię was teraz same - powiedziała. 
Zachęcająco skinęła na Yvonne. Potem skierowała kroki do 

drzwi  i  wyszła  z  kuchni.  Nic  tu  po  niej.  Muszą  teraz  zostać 
same. 

Kiedy  na  chwilkę  się  odwróciła,  zobaczyła,  jak  Yvonne 

ostrożnie zbliża się do Nicoli. 

To dodało jej wiary, że wszystko będzie dobrze. 
Nicola  była  oszołomiona.  Ta  wiadomość  ścięła  ją  z  nóg. 

Tylko  ktoś,  kto  ma  serce  z  kamienia,  nie  przejąłby  się 
widokiem tej biednej kobiety. Na szczęście Yvonne jest inna. 
Jest serdeczna i ciepła. 

background image

Lena zamknęła za sobą drzwi i spojrzała w niebo. 
- Panie Boże, dziękuję - powiedziała. 
Wzięła  kurtkę  i  wyszła  z  domu.  Biegła  przez  dziedziniec 

prosto do Aleksa. Musi mu wszystko opowiedzieć. Powinien 
się dowiedzieć jako pierwszy. 

Na pewno będzie zaskoczony. Nie mogła się doczekać, kiedy 

zobaczy jego zdziwioną minę, jak obwieści mu sensację. 

background image

W  posiadłości  było  jeszcze  wiele  budynków i  pomieszczeń, 

które trzeba było wyremontować, odnowić lub przebudować. 
Wspólnie  z  architektem  postanowili  zająć  się  najpierw  daw-
nym domem ogrodnika. 

Dla  Leny  Aleks  był  geniuszem,  bo  znał  się  na  wszystkim. 

Potrafił odnawiać meble, malować ściany, układać płytki, znał 
się nawet na stolarce. Miał też dobre pomysły, co i jak zrobić, 
dzięki czemu oszczędzali mnóstwo pieniędzy. 

Kiedy  Lena  zbliżała  się  do  domu  ogrodnika,  słyszała,  jak 

Aleks rozmawia z robotnikami, których ściągnął ze wsi. 

Zauważył Lenę i spojrzał na nią badawczym wzrokiem. 
-  Co  z  tobą?  Wyglądasz,  jakbyś  przed  chwilą  zobaczyła 

ducha. 

Nie miała ochoty na żarty. 
 

background image

-  Mogę  z  tobą  zamienić  parę  słów?  Aleks  zwrócił  się  do 

robotników. 

-  Chłopaki,  wiecie,  co  macie  robić.  Najpierw  skończcie 

łazienkę. Zaraz do was dołączę. 

- Rozumie się, szefie - powiedział jeden z nich, uśmiechnął się 

do Leny i zwrócił się do kolegów: - Do roboty, chłopaki. 

Mężczyźni  poszli  do  łazienki,  a  Lena  zaciągnęła  Aleksa  do 

dawnego salonu, z którego było wyjście na taras. Był to ładny, 
prawie  kwadratowy  pokój  z  wyjściem  przez  taras  do  ogrodu. 
Żeby nie wnosić brudu do domu, taras wyłożono już nowymi 
płytkami. 

Aleks znalazł te płytki gdzieś w szopie czy składziku. Lena 

nie była pewna, czy im się przydadzą, ale na tarasie wyglądały 
rzeczywiście ładnie. Musiały kiedyś sporo kosztować. 

Lena  pociągnęła  Aleksa  w  stronę  drewnianej  ławki  i 

poprosiła,  żeby  usiadł.  Sama  usiadła  obok  niego.  Nie 
wiedziała,  jak  zareaguje,  więc  wolała,  żeby  siedział,  a  nie 
zaczął mdleć jak Nicola. 

Aleks  domyślił  się,  że  Lena  nie  przyszła  rozmawiać  o 

tapetach,  wannach  lub  czymś  w  tym  rodzaju.  Chodziło  o coś 
naprawdę ważnego. 

 

background image

-  Dziewczyno,  nie  trzymaj  mnie  w  niepewności.  Powiedz 

wreszcie, co się dzieje. Dłużej już tego nie zniosę. 

Lena wzięła głęboki oddech. 
- Odnalazłam córkę Nicoli.   
- Co zrobiłaś? 
-  Odnalazłam  córkę  Nicoli  -  powtórzyła.  Patrzył  na  nią  z 

niedowierzaniem. Lena pokiwała głową.   

- Jest w moim domu... Zostawiłam je teraz razem. Aleks, tak 

się cieszę, że wreszcie się spotkały. 

Zarzuciła mu ręce na szyję. Nagle opuściło ją napięcie. 
- Jestem... jestem taka szczęśliwa - szlochała. Poklepał ją po 

plecach. 

- Dziewczyno, uspokój się. To nie powód do płaczu. Powiedz 

mi lepiej, jak ją znalazłaś, jaka jest i co Nicola na to. 

Lena  uspokoiła  się.  Rzeczywiście  nie  miała  powodu  do 

płaczu. Ale to były łzy radości. 

-  Nicola  była  oszołomiona,  zaniemówiła,  była...  -  zaczęła 

Lena. 

Opowiedziała  mu  historię  swoich  poszukiwań,  jak  znalazła 

Yvonne, jak broniła się przed 

 

background image

poznaniem  matki,  jak  przyjechała  z  przybranym  ojcem  do 

posiadłości, żeby zaraz potem odjechać. 

- Była tu? 
-  Tak,  ty  też  ją  poznałeś.  Córką  Nicoli  jest  doktor  Yvonne 

Wiedemann! 

- Nie wierze - wyrwało mu się. - Nie wierzę... 
- Ale to naprawdę ona. 
- Była taka kapryśna i działała Nicoli na nerwy - zauważył. 
-  Tak,  wiem.  Z  jednej  strony  chciała  mieć  z  Nicolą  jak 

najwięcej  do  czynienia  i  stąd  te  jej  przedziwne  życzenia,  z 
drugiej  strony  nie  mogła  znieść  myśli,  że  to  jej  biologiczna 
matka, która ją oddała, i dlatego wyjechała. 

- A teraz... Teraz już pogodziła się z tą myślą? - wątpił. - Może 

lepiej było z nimi zostać. 

Lena potrząsnęła głową. 
- Nie ma takiej potrzeby. Wiele się zmieniło. Zmarł przybrany 

ojciec Yvonne. 

-  Szkoda,  sympatyczny  był  z  niego  facet.  Lena  pokiwała 

głową. 

-  Zanim  umarł,  poprosił  Yvonne,  żeby  mu  przyrzekła,  że 

nawiąże  kontakt  z  biologiczną  matką.  Yvonne  jest 
człowiekiem,  dla  którego  takie  przyrzeczenie  ma  ogromną 
wartość. Dlatego 

 

background image

tu  przyjechała.  Nam  nie  pozostaje  nic  innego,  jak  trzymać 

kciuki, żeby się jakoś dogadały, żeby ich serca się odnalazły... 

Nie odpowiedział od razu. Najpierw musiał przemyśleć słowa 

Leny. 

-  Życzę  tego  Nicoli  z  całego  serca  -  powiedział  po  dłuższej 

chwili.  -  Zasługuje  na  to,  żeby  wreszcie  skończyła  się  jej 
udręka i pozbyła się poczucia winy.   

- Na pewno będzie dumna, że Yvonne jest lekarzem. 
Aleks nie podzielał jej zdania. 
- Nie sądzę, żeby miało to dla Nicoli jakiekolwiek znaczenie. 

Znasz ją. Dla  niej liczy się  człowiek, a nie jego zawód. Mój 
Boże, Leno, jak ci się to udało? Nawet twój tata nie miał tyle 
szczęścia i nie rozwiązał tej zagadki. 

Lena roześmiała się. 
-Aleksie, znasz mnie przecież. Dobrze wiesz, że jak na coś się 

uprę, to nie odpuszczę. 

-  Tak,  tak...  Ten  upór  i  wytrwałość  masz  po  ojcu.  Co  ja 

mówię, nie tylko to, cała jesteś jak ojciec i możesz być z tego 
dumna. 

- Jestem. Chociaż wcześniej smuciło mnie to, zwłaszcza gdy 

matka powtarzała mi bez 

 

background image

przerwy, że nie tylko wyglądam jak ojciec, ale i zachowuję się 

jak on, jak typowy Fahrenbach. Uważała, że to nieszczęście. 

- Nic lepszego nie mogło cię spotkać. 
-  Wiem,  dzisiaj  jestem  szczęśliwa  i  dumna,  ale  sam  wiesz, 

jakie są małe dziewczynki. Za wszelką cenę pragną być takie 
sama jak mama. 

-  Twoja  matka  nigdy  nie  była  kimś,  z  kogo  można  brać 

przykład. Nie mówmy o tej kobiecie . Już na samą myśl o niej 
robi mi się niedobrze. Tyle krzywdy wyrządziła twojemu ojcu. 
Jeszcze za to zapłaci. 

- Nie sądzę. Carla idzie po trupach do celu. 
-  Nosił  wilk  razy  kilka,  ponieśli  i  wilka.  Wierz  mi  - 

wyrokował. 

Podszedł do nich jeden z robotników. 
- Przepraszam, a co ze starymi przewodami? Wyrwać? 
-  Zaraz  przyjdę.  Zróbcie  sobie  pięć  minut  przerwy  - 

powiedział Aleks. 

Mężczyzna ucieszył się i odszedł. Aleks zwrócił się do Leny. 
- Dziękuję, że przyszłaś mi to powiedzieć. Co dalej? 
 

background image

- Mam nadzieję, że Nicola i Yvonne wszystko sobie wyjaśnią 

i razem przyjdą do nas. 

- Brzmi nieźle, ale... Lena mu przerwała. 
- Nie ma żadnego „ale". Musimy wierzyć, że tak będzie. Musi 

tak być! 

- Jeśli tak mówisz, to cały czas będę o tym myślał, żeby się 

sprawdziło  -  powiedział.  -  Ale  najpierw  muszę  powiedzieć 
chłopakom, co z tymi przewodami... 

Wstał i objął Lenę. 
-  Dziękuję,  moja  dziewczynko  -  powiedział  i  poklepał  ją  z 

uznaniem po ramieniu. 

- Za co? 
- No za to, że przyszłaś mi to powiedzieć i przede wszystkim 

za  to,  co  zrobiłaś  dla  Nicoli.  Zadałaś  sobie  tyle  trudu,  a  na 
pewno nie było to łatwe. 

-  Wierz  mi,  nawet  gdybym  musiała  się  wdrapać  na  Mont 

Everest,  żeby  odnaleźć  córkę  Nicoli,  zrobiłabym  to  bez 
wahania. 

-  Wierzę,  Leno...  Ja  i  Nicola  mamy  wobec  ciebie  ogromny 

dług wdzięczności. 

Ledwo  to  powiedział,  wyszedł  z  pokoju.  Lena  siedziała 

jeszcze chwilę na starej ławce. Jej 

 

background image

myśli  krążyły  wokół  Nicoli  i  Yvonne.  Ciekawe,  jak  im  się 

rozmawia? Szkoda, że nie ma czapki niewidki. Chętnie by je 
podejrzała. Musi być cierpliwa. 

Czym  tu  się  zająć?  Praca  nie  wchodzi  w  rachubę.  Ma  zbyt 

wielki zamęt w głowie. 

Pojechać rowerem do kapliczki i na wszelki wypadek zapalić 

kilka świeczek dla Nicoli i Yvonne? 

Tak, to doskonały pomysł. Nie czekała dłużej, tylko opuściła 

dom ogrodnika. W dobrym nastroju pojechała do kapliczki. 

background image

Po wizycie w kapliczce i zapaleniu mnóstwa świeczek Lena 

czuła się dużo lepiej. Po każdej wizycie w kapliczce czuła się 
lepiej, niezależnie od powodu, jaki ją tu przywiódł... Kapliczka 
stała  się  dla  niej  miejscem,  do  którego  uciekała,  gdzie 
medytowała, prosiła o coś, modliła się lub po prostu siedziała 
na  starych,  ciemnych  ławkach  i  upajała  się  ciszą  i  spokojem 
tego miejsca. 

Kiedy wyszła z kapliczki, zastanawiała się, czy nie wrócić do 

posiadłości.  Po  chwili  zastanowienia  doszła  jednak  do 
wniosku,  że  za  wcześnie  na  powrót.  Nie  wolno  jej 
przeszkadzać Nicoli i Yvonne oraz psuć tego cudu zbliżenia i 
pojednania. 

Postanowiła  odwiedzić  Sylvię  i  bliźniaki.  Uwielbiała  dzieci 

Sylvii. Tęskniła za nimi, kiedy nie widziała ich parę dni. 

 

background image

Przed  gospodą  stały  dwa  autobusy  wycieczkowe.  Lena 

chciała zrezygnować i wracać do domu, kiedy zauważyła, że 
ludzie powoli wsiadają do autokarów. To znaczy, że skończyli 
obiad i zaraz odjadą. 

Lena podziwiała przyjaciółkę za to, że nawet poza sezonem 

umiała ściągnąć gości do swojej gospody. Współpracowała z 
wieloma  przewoźnikami,  którzy  tak  wyznaczali  trasę 
autobusów, żeby właśnie tam przyjechać na śniadanie, obiad, 
popołudniową  kawę  z  pysznym  ciastem  czy  kolację.  Dzięki 
temu  więcej  zarabiała,  ale  miała  też  więcej  pracy.  Sylvia 
jednak nie bała się pracy. 

Do gospody przychodzili też starzy mieszkańcy Fahrenbach. 

Zaglądali tu również ci z nowego osiedla i oczywiście turyści. 

W zasadzie Sylvia w ogóle nie musiała pracować. Pochodziła 

z  zamożnej  rodziny  i  była  właścicielką  rozległych  gruntów  i 
lasów.  Ale  gospoda  to  wielopokoleniowa  rodzinna  tradycja. 
Sama praktycznie wychowała się i dorastała w gospodzie, tak 
jak teraz jej dzieci. 

Kiedy ich mama pracuje, one leżą za parawanem i praktycznie 

od małego przesiąkają atmosferą wiejskiej gospody. 

 

background image

Weszła  do  środka.  Panowała  tam  nerwowa  atmosfera,  jak 

zwykle przed wyruszeniem w dalszą drogę. Goście zbierali się 
nie  tylko  z  głównej  sali,  lecz  również  z  jednego  z  bocznych 
pomieszczeń, które Sylvia udostępniła. 

Sylvia dostrzegła przyjaciółkę i się ucieszyła. 

 

- A to niespodzianka! Masz świetne wyczucie czasu. Zaraz do 

ciebie przyjdę. Weź sobie coś do picia.   

Lena poszła do ich stolika. Nigdy nie siadali tam goście. Był 

zarezerwowany  dla  rodziny  i  przyjaciół.  Zanim  przy  nim 
usiadła, zajrzała za parawan. 

Bliźniaki  słodko  spały  w  łóżeczkach.  Wyglądały  jak  dwa 

urocze  aniołki  z  pucołowatymi  policzkami.  Zupełnie  jak 
barokowe figurki. 

Lena przyglądała się im z zachwytem i zastanawiała, do kogo 

są podobne. Nie była pewna. Raz dostrzegała podobieństwo do 
Martina, innym razem do Sylvii. 

Ale  jakie  to  ma  znaczenie?  Najważniejsze,  że  są  urocze, 

zdrowe i grzeczne. Dołączyła do niej Sylvia i z dumą patrzyła 
na swoje dzieci. 

-  Jak  na  nie  patrzę,  moje  serce  jest  po  brzegi  wypełnione 

szczęściem - powiedziała szeptem, 

 

background image

żeby  nie  obudzić  maluchów.  -  Ale  kiedy  pomyślę,  że  będą 

dorastać  bez  ojca,  serce  pęka  mi  z  bólu.  Nigdy  nie  wybaczę 
Bogu,  że  odebrał  mi  Martina  w  taki  bezsensowny  sposób. 
Dlaczego akurat on? 

Lena odciągnęła przyjaciółkę od łóżeczek, bo Sylvia zaczęła 

mówić głośniej. 

-  Kochana,  rozmawiałyśmy  już  o  tym  chyba  ze  sto  razy  - 

powiedziała Lena, kiedy już siedziały razem przy stoliku. - Tak 
widocznie  musiało  być,  takie  było  przeznaczenie  Martina. 
Straciłaś męża, ale dostałaś prezent od losu w postaci dwóch 
uroczych  zdrowych  bobasków.  A  to  chyba  wystarczający 
powód, żeby być bezgranicznie wdzięczną losowi. Mogły się 
urodzić chore albo nawet umrzeć przy porodzie! 

- Leno, co ma piernik do wiatraka? 
- Zrozum wreszcie, że nie da się walczyć z przeznaczeniem. 

Głową muru nie przebijesz. Martina tym nie wskrzesisz. 

Sylvia westchnęła. 
-  Wiem,  ja  to  wszystko  wiem...  Ale  czasem  nachodzą  mnie 

takie myśli, że chce mi się wyć z rozpaczy. 

 

background image

- To zrozumiałe. Przecież to wszystko stało się tak niedawno. 

Nicola powiedziałaby teraz, że czas leczy rany. Krok po kroku 
musisz się pożegnać z przeszłością, raz na zawsze zamknąć ten 
rozdział. 

-  Wiem.  Powoli  oswajam  się  z  tą  myślą  i  już  zaczęłam  - 

powiedziała  Sylvia.  -  Sprzedałam  wyposażenie  gabinetu 
weterynaryjnego,  wszystko,  co  do  jednej  sztuki.  Jakiś  młody 
weterynarz chce otworzyć własną praktykę gdzieś na północy i 
był cały w skowronkach, że udało mu się kupić wyposażenie 
po  tak  korzystnej  cenie.  W  przyszłym  tygodniu  zaczną 
wszystko  demontować,  a  potem  przyjedzie  transport  po 
rzeczy...  Leno,  od  śmierci  Martina  nie  byłam  jeszcze  w 
gabinecie.  Zaglądała  tam  jedynie  sprzątaczka  i  wietrzyła 
pomieszczenia.  Pójdziesz  tam  ze  mną  po  osobiste  rzeczy 
Martina? Sama nie dam rady. Boję się, że się załamię, kiedy 
zobaczę to wszystko na własne oczy. 

-  Nie  martw  się.  Oczywiście  pójdziemy  tam  razem.  To 

przecież jasne. 

-  Niekoniecznie.  Byłaś  ze  mną  w  najtrudniejszych  chwilach 

mojego  życia,  zawsze  jesteś  gotowa  mi  pomóc  i  pomagasz, 
ilekroć cię o to 

background image

poproszę... To wcale nie jest oczywiste. Nawet nie wiesz, ile 

to dla mnie znaczy, że mam taką przyjaciółkę jak ty... 

- Sylvio, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, że mam taką 

przyjaciółkę  jak  ty.  Przypomnij  sobie,  proszę,  ile  dla  mnie 
zrobiłaś, jak mi pomagałaś odnaleźć się w Fahrenbach, kiedy 
przyjechałam tu po śmierci taty, żeby przejąć posiadłość. 

-  Cieszę  się,  że  tak  mówisz,  ale  ja  prawie  nic  nie  musiałam 

robić. Większość mieszkańców Fahrenbach przecież cię znała, 
bo przyjeżdżałaś tu na wakacje. 

- Tak, ale nie było mnie tu ponad dziesięć lat - przypomniała 

jej Lena. - Nie mogłam znieść widoku miejsc, w których byłam 
szczęśliwa z Thomasem. Nie chciałam, żeby cokolwiek mi go 
przypominało.  Czy  to  nie  dziwne?  Najpierw  moja  matka 
wyrzuciła go z mojego życia, potem on sam się wyrzucił... Ale 
ja na szczęście już stąd nie uciekłam i nie ucieknę. 

-  A  dokąd  miałabyś  pójść?  Tu  jest  twoje  miejsce.  Jesteś 

Fahrenbachówną. Nie zapominaj o tym! 

-  Tak,  jestem  Fahrenbachówną  pełną  gębą  i  jestem  z  tego 

bardzo dumna. Ale to wy, ty 

background image

i  Martin,  nauczyliście  mnie,  co  to  znaczy  żyć  w  zgodzie  z 

tradycją.  Powiem  teraz  może  coś  pompatycznego,  ale  kiedy 
nadeszła  pora,  że  wasza  mała  ojczyzna  was  potrzebowała, 
poszliście  za  jej  wołaniem.  Obydwoje  skończyliście  studia, 
mieliście  świetne  posady  i  zrezygnowaliście  z  tego,  żeby 
wrócić  do  Fahrenbach  i  przejąć  to,  na  co  pracowały  kolejne 
pokolenia  waszych  rodzin.  - A   ty?  Postąpiłaś  dokładnie  tak 
samowolnie.   

-  Lena  zaśmiała  się.  Nie  chciała,  żeby  zrobiło  się  zbyt 

sentymentalnie. 

-  Jest  jednak  mała  różnica.  Wy  zrezygnowaliście  ze  swoich 

posad, a mnie Frieder po prostu wyrzucił z hurtowni. 

-1 popełnił wielki błąd. 
-  Najpierw  byłam  przerażona.  Czułam  się  jak  stary, 

niepotrzebny  grat,  który  ląduje  na  śmietniku.  Co  tam!  Było, 
minęło...  W  końcu  sama  bym  kiedyś  odeszła,  żeby  przejąć 
posiadłość. 

Jedno z dzieci zaczęło cicho płakać. Obydwie zerwały się na 

równe  nogi  i  pobiegły  za  parawan.  Kiedy  dobiegły,  płacz 
ucichł. Maleństwu musiało się przyśnić coś niedobrego. 

- Czy one nie są słodkie? - pytała Sylvia z dumą w głosie. 
 

background image

-  Są,  oczywiście,  że  są  -  potwierdziła  Lena.  Ponownie 

odciągnęła przyjaciółkę od dzieci, 

żeby znowu nie zaczęła narzekać, jakie to niesprawiedliwe, że 

Martin nie zobaczył dzieci. 

To  straszne,  ale  nieodwracalne.  Lena  miała  nadzieję,  że 

Sylvia pozbędzie się kiedyś tej goryczy. 

To jasne, że ból po stracie męża nie minie tak szybko. Sylvia i 

Martin bardzo się kochali, byli idealną parą. Takiego pięknego 
i głębokiego uczucia nie zapomina się tak szybko. To nie gry-
pa, żeby się wyleczyć w ciągu kilkunastu dni. 

Znowu usiadły przy stoliku. 
- Leno, masz czas w najbliższych dniach? Markus koniecznie 

chce, żeby jak najszybciej ochrzcić dzieci. Chyba nie może się 
doczekać,  żeby  zostać  ojcem  chrzestnym.  Zapowiedział,  że 
funduje dzieciakom ubranka do chrztu. Cena nie gra roli. Ale 
nie dał się namówić na wspólne zakupy. Prosił, żebyśmy mu 
tego oszczędziły. 

Lena zastanawiała się przez chwilę. 
-  Sylvio,  ja  się  dostosuję.  Zadzwoń,  jak  będziesz  mogła  się 

wyrwać z gospody. 

-  Zadzwonię.  Pewnie  chcesz  już  wracać.  Cieszę  się,  że 

będziemy popijać Fahrenbachówkę. 

background image

Pomału  przygotowuję  na  to  moich  gości.  Nie  mogą  się 

doczekać. Starzy mieszkańcy Fahrenbach są bardziej cierpliwi, 
bo  znają  jej  smak  i  wiedzą,  na  co  czekają,  ale  młodsi  są 
ciekawi,  co  to  za  trunek,  o  którym  tyle  się  mówi.  Pamiętaj, 
pierwsza duża dostawa trafia do mojej gospody! 

- Oczywiście! - zaśmiała się Lena i objęła przyjaciółkę. - ,

?

^^v 

Nagle  zaczęło  jej  się  spieszyć  do  domu.  Musi  koniecznie 

wracać. Yvonne i Nicola... 

Jak się skończy ta historia? Jak film o miłości? A może jak 

dramat? Nie, tak nie wolno jej myśleć! To będzie romantyczna 
historia i nic innego. Koniec i kropka. 

Lena  wskoczyła  na  rower  i  popędziła  jak  szalona  w  stronę 

domu. 

background image

Kiedy  Lena  wróciła  do  posiadłości,  pierwszy  przywitał  ją 

Max. Podbiegł, radośnie szczekając, skakał wesoło wokół niej, 
dał  się  trochę  popieścić,  a  potem  zażądał  nagrody.  Pod  tym 
względem  nie  różnił  się  od  swoich  poprzedników,  Hektora  i 
Lady, których otruł ten potworny Koller. Tak, teraz miała już 
pewność, że to on. 

Ciekawe, czy wpłacił już dziesięć tysięcy euro na schronisko 

dla zwierząt? Powiedziała mu jasno i wyraźnie. Albo płaci na 
schronisko, albo ona zgłasza to na policję i daje ogłoszenie w 
prasie.  Nie  był  to  zbyt  elegancki  sposób  postępowania,  ale 
Lena  zdawała  sobie  sprawę,  że  do  niektórych  ludzi 
przemawiają tylko takie metody. Max zaczął szczekać. 

- Już, już, skarbie... Na chwileczkę zapomniałam o tobie, ale 

tylko na jedną. Zaraz dostaniesz swoje smakołyki. 

background image

Lena  wzięła  z  parapetu  puszkę.  Max  przyglądał  się  jej 

uważnie i z entuzjazmem wziął nagrodę. 

Lena  była  nieugięta,  kiedy  próbował  coś  jeszcze  wyżebrać. 

Nie  jest  jedyną  osobą  w  posiadłości,  która  go  rozpieszcza. 
Wiedziała  to  aż  za  dobrze.  Młody  labrador  podbił  serca 
wszystkich domowników. Cieszyli się, że znowu mają psa. 

Lena  postanowiła,  że  wkrótce  przywiezie  ze  schroniska 

towarzysza lub towarzyszkę dla Maksa. Nie chciała, żeby był 
sam. Hektor i Lady byli jak papużki nierozłączki. 

Kiedy  Max  się  zorientował,  że  już  nic  więcej  nie  dostanie, 

pognał przez dziedziniec, bo zauważył Aleksa. Był dla niego 
najważniejszą postacią, chociaż to Jan przywiózł Maksa. Lena 
nic  przejmowała  się  tym,  że  Max  woli  Aleksa  od  Jana  czy 
nawet  od niej. Najważniejsze, żeby pies czuł się tu  dobrze, i 
wszyscy mieszkańcy posiadłości dbali o to, żeby tak właśnie 
było. 

Lena zastanawiała się  przez  moment, czy iść  do domu. Nie 

miała pojęcia, czy są tam jeszcze Nicola i Yvonne. Z lękiem 
myślała o finale spotkania. 

Przybrany  ojciec  Yvonne  nie  prosił  jej,  żeby  pokochała 

biologiczną matkę, tylko żeby się z nią spotkała i wyznała, kim 
jest. 

 

background image

Zbliżenie,  pojednanie  i  miłość  to  były  jedynie  pobożne 

życzenia  Leny.  Wejść  czy  nie?  A  jak  wejdzie  w 
nieodpowiednim momencie? 

Na  szczęście  nie  musiała  sobie  łamać  głowy,  bo  właśnie 

otworzyły się drzwi, a w nich stanęły Nicola i Yvonne. Obie 
miały  zapłakane  twarze,  ale  Lena  nie  miała  złych  przeczuć. 
Owszem,  były  emocjonalnie  roztrzęsione,  ale  jakby  pogo-
dzone...  A  może  tylko  to  sobie  wmawia  i  widzi,  co  chce 
widzieć? 

Nie! Nie myli się! 
Nicola zbiegła szybko po schodach, wzięła Lenę w ramiona, 

mocno ją przytuliła i zaczęła gwałtownie płakać. 

-  Nicola...  Kochana,  co  się  dzieje?  Nicola  uspokoiła  się 

trochę. 

-  Jestem...  Jestem  taka  szczęśliwa...  Przywiozłaś  do  mnie 

moje dziecko... Ja... Ja nie wiem, nie wiem, jak ci dziękować... 

Kolejne słowa były niezrozumiałe, bo Nicola znowu zaczęła 

głośno  szlochać.  Ale  Lenie  wystarczyło,  co  usłyszała. 
Wszystko wskazuje na to, że się pogodziły, a to bardzo, bardzo 
dużo. 

Lena spojrzała na Yvonne, która wciąż stała w drzwiach. Ona 

też płakała. 

 

background image

Po dłuższej chwili Nicola wypuściła Lenę z objęć i wytarła 

oczy. 

-  Dziękuję,  Leno  -  powiedziała.  -  Uczyniłaś  mnie 

najszczęśliwszym  człowiekiem  pod  słońcem.  Wciąż  nie 
pojmuję, że ta cudowna młoda kobieta jest moją córką. Może z 
czasem to do mnie dotrze. Yvonne i ja dałyśmy sobie szansę. 

Teraz Lena rzuciła się Nicoli na szyję. 
-  To  wspaniale.  Właśnie  tak  wyobrażałam  sobie  wasze 

spotkanie. Marzyłam o tym. 

Puściła Nicolę, wbiegła na górę i objęła Yvonne. 
- Dziękuję, Yvonne! - zawołała szczęśliwa.   
Yvonne starała się panować nad emocjami. 
- To ja tobie dziękuję. Bez ciebie nigdy nie doszłoby do tego 

spotkania. Gdybyś nie była taka uparta, gdybyś nie powtarzała 
mi w kółko, jakim wspaniałym człowiekiem... - zawahała się, 
ale słowo „mama" nie przeszło jej jeszcze przez usta. Lena była 
pewna,  że  to  tylko  kwestia  czasu  -  ...  jakim  wspaniałym 
człowiekiem jest Nicola, straciłabym dużo, bardzo dużo! 

Nicola spojrzała na nie. Była szczęśliwa, dumna i wdzięczna. 
-  Yvonne,  chodź,  musisz  poznać  Aleksa  -  powiedziała  w 

końcu Nicola. - To dobry człowiek, 

 

background image

spodoba ci się. Potem pokażę ci posiadłość i zapoznam cię z 

pozostałymi  mieszkańcami...  Leno,  idziesz  z  nami?  Lena 
potrząsnęła głową. 

- Nie, to sprawy rodzinne. Pójdę do destylarni, ale najpierw 

zajrzę do domu. 

Koniecznie  musi  na  chwilę  zostać  sama  i  wszystko 

przemyśleć. 

Co  za  szczęście,  że  zapaliła  tyle  świeczek  w  intencji 

pojednania Nicoli i Yvonne i słała tyle błagalnych modlitw do 
Boga.  Dobry  Bóg  wysłuchał  jej  próśb,  co  do  tego  nie  ma 
najmniejszych wątpliwości. Musi mu za to podziękować. 

Yvonne uśmiechnęła się do Leny. Potem zeszła ze schodów i 

dołączyła  do  mamy.  Razem  kroczyły  przez  dziedziniec.  Nie 
szły bardzo blisko siebie, ale na tyle blisko, że wtajemniczeni 
mogli dostrzec rodzącą się między nimi więź. 

- Dziękuję ci, Boże - powiedziała Lena i zadowolona weszła 

do domu. 

Tak bardzo się bała. Miała tyle wątpliwości. Yvonne była na 

początku taka nieprzejednana, uparta i zamknięta. 

Czasem  trzeba  jednak  wyłączyć  rozum  i  posłuchać  głosu 

serca. Wtedy może się zdarzyć 

 

background image

cud. Ważne rzeczy powinno się rozważać w swoim sercu. 
W przypadku Nicoli i Yvonne ono przemówiło. Może jeszcze 

cicho, ostrożnie i niepewnie, ale zawsze... 

To wkrótce się zmieni. Lena była tego absolutnie pewna. 
Ze  szczęścia  zaczęła  cicho  nucić.  Zawsze  tak  robiła,  kiedy 

była emocjonalnie poruszona i nawet tego nie zauważała. 

Była  teraz  niezwykle  poruszona.  Ba!  Ma  wrażenie,  że 

przysypała ją lawina szczęścia. 

Spełniło się najskrytsze marzenie Nicoli. Lena była nie tylko 

szczęśliwa, ale też trochę dumna, że miała w tym swój, wcale 
niemały, udział. 

background image

Spotkanie matki i córki wykończyło je emocjonalnie. Aleks 

wpadł na doskonały pomysł. Stwierdził, że trzeba im stworzyć 
możliwość, żeby pobyły tylko we dwie, miały czas tylko dla 
siebie i oswoiły się z nową sytuacją. 

Dlatego  Nicola  pojechała  razem  z  Yvonne  do  Winkenheim. 

Ta  podróż  była  dla  Nicoli  podwójnym  wyzwaniem.  Po 
pierwsze, jechała tam z córką, żeby ją lepiej poznać, po drugie, 
jechała  do  miejsca,  w  którym  spędziła  najgorsze  chwile 
swojego życia. To tam zaszła w ciążę, zostawił ją narzeczony, 
ojciec  jeszcze  nienarodzonego  dziecka...  Być  może  nawet  go 
zobaczy.  Czy  zdradzi  Yvonne,  kto  jest  jej  biologicznym 
ojcem? 

Lena  nie  znała  odpowiedzi  na  to  pytanie,  ale  wiedziała,  że 

Nicola zrobi wszystko, żeby lepiej poznać córkę. Pójdzie za nią 
jak w ogień. 

 

background image

Aleks  jest  niesamowitym  mężczyzną.  Nie  mówi  dużo,  ale 

kiedy już coś powie i zrobi, to dokładnie to, co trzeba. 

Ogromnie się cieszył ze szczęścia Nicoli i od razu usunął się 

w cień. Pozwolił żonie zostać u Yvonne tak długo, jak zechce. 
W posiadłości jakoś sobie poradzą. Na szczęście są już nowi 
mieszkańcy, zawsze chętni do pomocy. 

Inge  Koch  zadeklarowała  pomoc  ^.apartamentach  i 

gotowaniu. Babette nie chciała być gorsza i również obiecała 
pomóc.  Sylvia,  która  o  wszystkim  się  dowiedziała, 
postanowiła, że będzie im podsyłać jedzenie. 

Lena  miała  pełne  ręce  roboty  z  przygotowaniem  produkcji 

Fahrenbachówki. 

Zatrudniła 

dodatkowo 

pięć 

osób. 

Najważniejsze było jednak stanowisko mistrza piwowarskiego, 
Herberta  Bischoffa,  który  znał  i  bardzo  cenił  jej  ojca.  Pan 
Bischoff  ściągnął  od  razu  pozostałych  ludzi  z  zakładu,  który 
właśnie splajtował. 

Produkcja  rozkręcała  się  powoli.  Nic  dziwnego,  było 

naprawdę  dużo  roboty  z  samą  recepturą,  potem  z 
butelkowaniem  i  magazynowaniem.  Do  tego  dochodziła 
jeszcze dystrybucja i wszystkie prace administracyjne. 

 

background image

To  nie  była  zabawa,  lecz  praca  nad  uruchomieniem 

prawdziwego  miejsca  produkcji.  Trzeba  było  wyregulować  i 
ustawić  wszystkie  urządzenia,  ktoś  musiał  się  zatroszczyć  o 
rozlewnię,  pilnować,  żeby  butelki  były  odpowiednio  napeł-
niane, a potem pakowane. 

Działo się tyle rzeczy. 
Lena nie mogła się doczekać, kiedy weźmie do ręki pierwszą 

napełnioną butelkę tradycyjnej Fahrenbachówki. 

Przygotowała już kampanię reklamową i ruszy z nią, jak tylko 

skosztuje  pierwszy  łyk  Fahrenbachówki  i  będzie  miała 
pewność, że wszystko poszło tak, jak należy. 

Miała recepturę i bardzo dokładnie trzymała się zaleceń ojca, 

ale zawsze jest jakieś ryzyko. 

Herbert Bischoff jest doświadczonym fachowcem, Daniel też 

się  zna  na  rzeczy.  Pracował  przecież  przy  poprzedniej 
produkcji  Fahrenbachówki,  kiedy  nie  robili  tego  jeszcze  na 
taką skalę. 

Choć Lena odziedziczyła nowoczesną linię produkcyjną i, na 

szczęście, nie musiała inwestować w zakład, to uruchomienie 
produkcji  pochłonęło  niemałą  sumę.  Wynagrodzenie 
pracowników 

 

background image

było  niczym  w  porównaniu  z  poniesionymi  nakładami 

finansowymi. 

Przed  rozkręceniem  produkcji  stan  finansów  firmy  i  jej 

własnych  był  całkiem  niezły.  Teraz  znowu  stała  nad  skraju 
przepaści. 

Dobrze,  że  Frieder  potraktował  jej  pieniądze  ze  sprzedaży 

udziałów w browarze jak marne grosze, co rozzłościło Lenę i 
sprawiło, że zdecydowała się w końcu mu ich nie dawać.   

Teraz przyda się każdy grosz. Ma nadzieję, że jej doradca jak 

najszybciej dogada się z nowym właścicielem browaru. 

Przedpołudnie  Lena  spędziła  z  Sylvią  w  Bad  Helmbach.  W 

jednym z diabelnie drogich sklepów dla dzieci znalazły urocze 
ubranka do chrztu dla bliźniaków. 

Amalii kupiły jedwabną sukieneczkę z małymi haftowanymi 

kwiatuszkami  i  naszytymi  kokardkami,  a  Fryderykowi 
spodenki  i  marynarkę  z  guziczkami  z  masy  perłowej  w 
kształcie małych samochodów. 

Ekspedientka próbowała je jeszcze namówić na odpowiednie 

buciki,  ale  Sylvia  nie  dała  się  skusić.  Nie  miała  zamiaru 
wciskać nóżek dzieci w ciasne buty, zdecydowała się na białe 
skarpetki. 

 

background image

I tak miała skrupuły, że kupuje tak drogie rzeczy. Dwa razy 

dzwoniła do Markusa, żeby się upewnić, czy może tyle wydać. 

Sylvia  nie  była  chytra,  tylko  rozsądna  i  oszczędna.  Nie 

wyrzucała pieniędzy w błoto. Nie umiała się jednak oprzeć tym 
ładnym ciuszkom. Dzieci będą w nich wyglądać prześlicznie. 

W  dobrych  humorach  poszły  do  baru  sushi.  Posiliły  się 

trochę.  Prawdę  mówiąc,  nie  tylko  trochę,  bo  nie  mogły  się 
oprzeć  serwowanym  tam  pysznościom.  Różne  gatunki 
surowego  tuńczyka,  wspaniały  łosoś,  krewetki,  na  które 
Japończycy mówią ebi, przeróżne małże morskie i oczywiście 
zwijane  sushi  z  awokado  i  raczkami,  tuńczykiem,  łososiem  i 
wiele innych smakołyków. 

Wcześniej  zjadły  tradycyjną  japońską  zupę  misoshiru  i  na 

spółkę  szpinak  z  sosem  sezamowym  oraz  morszczynem.  Na 
deser  musiały  być  obowiązkowo  japońskie  lody  z  zielonej 
herbaty. 

Na  samo  wspomnienie  tej  uczty  Lenie  nawet  później  ciekła 

ślinka. 

Ledwo wysiadła z samochodu, a zadzwoniła jej komórka. 
To Daniel. Był trochę zdenerwowany. 
 

background image

- Leno, gdzie jesteś? - dopytywał. 
-  Na  naszym  parkingu.  Właśnie  wróciłam.  Zdawało  się  jej, 

czy rzeczywiście odetchnął 

z ulgą? 
-  W  takim  razie  przyjdź  natychmiast  do  fabryki  likieru  - 

powiedział. 

Zabrzmiało to tak kategorycznie, że aż się zaniepokoiła. 
Kiedy była już na miejscu, powiedział z nieukrywaną dumą w 

głosie: 

- Jutro produkcja rusza pełną parą, rozlewnia zaczyna. 
Lena nie była w stanie mówić. Wzięła do butelkę i mocno ją 

do siebie przycisnęła. 

Fahrenbachówka!  Udało  się!!!  Wreszcie!  Powrót  do 

korzeni... 

Na jej biurku stała pusta butelka, którą Daniel własnoręcznie 

okleił oryginalną etykietką. To Lena napełni pierwszą butelkę 
Fahrenbachówki własnej produkcji. 

Niesamowite! Nieprawdopodobne! To chyba tylko sen? 
-  Możemy...  Możemy  spróbować  naszej  Fahrenbachówki?  - 

zapytała łamiącym się ze zdenerwowania głosem. 

 

background image

-  Właśnie  po  to  tu  stoimy  i  czekamy  na  ciebie  -  wyjaśnił 

Daniel. 

- Nie wyobrażam sobie inaczej - zaśmiał się Herbert Bischoff. 
Inge przyniosła tacę z kieliszkami. 
Skąd oni je wytrzasnęli? Na tacy stały oryginalne kieliszki do 

Fahrenbachówki, które kiedyś produkowali. 

Świetny pomysł... Trzeba wrócić do produkcji kieliszków! 
Wszyscy byli zdenerwowani, kiedy po nie sięgali. 
-Na zdrowie! 
- Za pomyślność! 
- Za przyszłość! 
Przekrzykiwali się nawzajem, wznosząc toasty i stukając się 

kieliszkami.  Lena  była  wewnętrznie  poruszona.  Zamknęła 
oczy, kiedy brała pierwszy łyk. 

Fahrenbachówka... 
Co za wspaniała chwila! 
- Ale dobre! - zawołała Inge. - Mogłabym to pić bez umiaru. 
Daniel  nic  nie  mówił.  Podobnie  jak  Lena  był  ogromnie 

wzruszony. W przeciwieństwie do 

 

background image

niej  zawsze  wierzył,  że  wrócą  kiedyś  do  produkcji 

Fahrenbachówki, trunku z tradycjami, który składał się z ponad 
stu ziół, owoców i przypraw. 

- Da się pić. 
- Super. 
- Tak, to jest to. 
- Nie przypuszczałem, że to takie dobre. Ma niezłego kopa.   
Lena  nie  miała  pojęcia,  kto  i  co  powiedział,  ale  jedno 

zrozumiała - wszyscy nie mogli się na-chwalić. 

Wzięła drugi łyk. 
Tak, Fahrenbachówka jest doskonała. To wyjątkowy trunek i 

prawdziwe wyzwanie. 

Jej bracia kiedyś się uparli, żeby wycofać Fahrenbachówkę z 

oferty  hurtowni,  a  ona  wprowadzi  ją  teraz  na  rynek.  Napisze 
też do tych wszystkich, którzy wtedy nie mogli zrozumieć, że 
taki  wspaniały,  szlachetny  produkt  nie  jest  już  dostępny. 
Napisze  też  do  wszystkich  indywidualnych  klientów,  którzy 
swego czasu zwrócili się bezpośrednio do niej, bo nigdzie nie 
mogli dostać Fahrenbachówki. 

Szkoda, że tata tego nie dożył... 
 

background image

Daniel jakby odgadł jej myśli i położył rękę na jej ramieniu. 
-  Szef  musi  się  cholernie  cieszyć,  siedząc  tam  na  górze  na 

swojej chmurce, co? 

Lena pokiwała głową. 
-  Jestem  przekonana,  że  tak  właśnie  jest.  Nowi  pracownicy 

spojrzeli na nich z lekkim 

zdziwieniem. 
- Czy coś przegapiliśmy? - zapytał jeden z mężczyzn. 
- Nie, w zasadzie nie - powiedział Daniel. - No, moi drodzy, 

wypijamy  do  dna  i  wracamy  do  pracy.  Przed  nami  nie  lada 
wyzwanie, ale opłaca się je podjąć. 

Kilka  minut  później  Lena  wbiegała  po  schodach  do  biura, 

trzymając 

pierwszą 

ręcznie 

napełnioną 

butelkę 

Fahrenbachówki. Wciąż miała wrażenie, że to tylko sen, że to 
zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Nie chciała wracać 
myślami  do  swojego  pomysłu  sprzedaży  linii  produkcyjnej. 
Gdyby  nie  Daniel,  zrobiłaby  to.  Myślała,  że  ojciec  zniszczył 
recepturę, żeby nie wpadła w niepowołane ręce. Teraz ona jest 
strażniczką tej tajemnicy. W przyszłości przekaże ją następcy. 
Może swojemu synowi albo córce? 

 

background image

Westchnęła. 
Za  wcześnie  o  tym  myśleć.  Nie  ma  nawet  męża  ani 

narzeczonego. Jest z mężczyzną, który ją kocha i którego ona 
kocha.  Ma  partnera  życiowego.  Dzisiaj  mówi  się  raczej 
partnera  na  pewien  etap  życia.  Lenie  nie  podoba  się  to 
określenie. Może jest zbyt konserwatywna, ale ona chce mieć 
partnera na całe życie, a nie tylko na pewien jego etap. Może 
dzisiaj to już niemożliwe? Może żyje złudzeniami? 

Małżeństwo  Grit  się  rozpadło.  Frieder  ma  młodą  kochankę. 

Jórg i Doris się rozwiedli. Związek Jórga z Catheriną się nie 
udał. Doris też ma za sobą dwie nieudane próby. A ona sama? 

Nie, nie ma zamiaru dołączyć do tej grupy. Byłaby dzisiaj z 

Thomasem, swoją wielką miłością, gdyby nie „mała" plama na 
ich  związku  -  żona  Nancy,  o  której  jakoś  zapomniał  jej 
powiedzieć. 

A jak jest teraz z Janem? 
Jest pięknie, wręcz cudownie. Jeśli się jej oświadczy, powie 

„tak". 

Lena doszła do biura. 
Kiedy usiadła, jej wzrok powędrował na zdanie, które kiedyś 

zapisała i powiesiła na tablicy 

 

background image

korkowej:  „Rzeczy  dzieją  się  wtedy,  gdy  przyjdzie  na  nie 

pora". 

No właśnie, jeszcze nie pora myśleć o ślubie i dzieciach. 
Sięgnęła po słuchawkę, żeby zadzwonić do Sylvii i przekazać 

jej radosną wiadomość. 

A Nicola? Czy zadzwonić do Yvonne? Przecież ma jej numer 

telefonu. Zrezygnowała. 

Dla Nicoli i Yvonne są teraz ważniejsze rzeczy niż produkcja 

Fahrenbachówki. 

Ale jeśli zadzwoni Jan, od razu mu powie. 
Jan  interesował  się  wszystkim,  co  miało  związek  z  Leną. 

Umiał też uważnie i cierpliwie słuchać. Zapewne częściowo to 
zasługa jego zawodu. Jest przecież dziennikarzem. 

background image

W posiadłości życie toczyło się swoim rytmem. Każdy starał 

się jak najlepiej,, wywiązywać ze swoich obowiązków. Mimo 
wszystko na każdym kroku odczuwali brak Nicoli. Była duszą 
posiadłości. 

Dzwoniła od czasu do czasu do Aleksa, ale nie mówiła, jak jej 

się  układa  z  Yvonne.  Można  się  było  jedynie  domyślać,  że 
skoro  Nicola  wciąż  jest  w  Winkenheim,  sprawy  układają  się 
pomyślnie. 

Na  trzy  dni  przyjechał  do  posiadłości  Jan,  ale  szybko 

wyjechał  po  jakieś  długiej  rozmowie  telefonicznej.  Zwykle 
mówił  Lenie,  dokąd  jedzie,  ale  tym  razem  milczał. 
Zachowywał  się  bardzo  dziwnie  i  Lena  podejrzewała,  że  po 
prostu chce przed nią coś ukryć. 

Ale  może  tylko  tak  się  jej  zdawało?  Lena  siedziała  przy 

biurku i zajmowała się kampanią reklamową Fahrenbachówki. 
Było to 

 

background image

w zasadzie przyjemne zadanie i bliskie jej sercu, ale jakoś nie 

mogła  się  na  nim  skupić.  Jej  myśli  krążyły  wokół  różnych 
spraw. 

Postanowiła zmusić się do pracy i kiedy już wpadła na dobry 

pomysł, zadzwonił telefon. 

Była zła na siebie, że nie przełączyła telefonu do biura Inge 

lub Daniela. 

- Lena Fahrenbach - odebrała średnio przyjemnie brzmiącym 

głosem. 

-  O,  przepraszam,  pani  Fahrenbach,  jeśli  przeszkodziłam  - 

odezwała się jakaś kobieta. 

Lena natychmiast ją rozpoznała. Dzwoniła Grete Brockmann, 

kierowniczka schroniska dla zwierząt. 

-  Nie,  pani  Brockmann,  wcale  mi  pani  nie  przeszkodziła  - 

stwierdziła. - Zamyśliłam się i telefon trochę mnie wystraszył. 

-Ach, tak... 
- W czym mogę pani pomóc, pani Brockmann? Kierowniczka 

schroniska nie dzwoniłaby do 

niej bez powodu. Nie znają się na tyle dobrze, żeby zapytać o 

jej samopoczucie i co u niej słychać. 

- Chciałam pani podziękować, pani Fahrenbach - powiedziała 

radosnym głosem. - To dla nas ogromna pomoc. 

 

background image

Lena  nie  miała  pojęcia,  o  czym  kobieta  mówi.  Po  chwili 

jednak coś do niej dotarło. 

- Czyżby pan Koller wpłacił pieniądze? 
-  Tak  i  uparł  się,  żebym  od  razu  panią  powiadomiła  - 

powiedziała i zastanowiła się przez moment. - Nie chciałabym 
być ciekawska, ale... Jak udało się pani nakłonić pana Kollera 
do wpłacenia tak wysokiej sumy? Nie zrobił na mnie wrażenia 
człowieka chętnie dziejącego się pieniędzmi. 

Doskonale  się  na  nim  poznała,  ale  Lena  nie  chciała  podać 

prawdziwego  powodu,  dlaczego  Koller  wpłacił  na  konto 
schroniska dziesięć tysięcy euro. Po co ludzie mają gadać? To 
zupełnie  niepotrzebne.  Nie  wróci  jej  to  Hektora  i  Lady,  a 
Koller wywiązał się z umowy. 

- Pan Koller był mi coś winien i chciałam, żeby przekazał te 

pieniądze na schronisko. 

- Pani Fahrenbach, jest pani taka wspaniałomyślna. Nie dość, 

że wpłaca pani pieniądze co miesiąc, to jeszcze przekazuje nam 
pani  teraz  taką  dużą  kwotę.  Czy  mogę  podzielić  się  tą 
wiadomością z redaktorem naszej lokalnej gazety? Dobrze go 
znam i wiem, że lubią takie informacje. 

 

background image

Tylko  tego  jej  brakowało.  Do  dzisiaj  nie  może  myśleć 

spokojnie o zdjęciach na okładkach kolorowych magazynów, 
na których znalazła się razem ze słynną aktorką Isabellą Wood. 

- Pani Brockmann, proszę tego nie robić - zaoponowała. -Ani 

słowa o mnie. 

- Jest pani za skromna, moja droga. 
- Mój tata też uważał, że człowiek daje z potrzeby serca, a nie 

dla poklasku. 

-  Pani  tata  był  wspaniałym  człowiekiem.  On  też  nie  chciał, 

żeby o nim mówiono. Ma to pani po nim. Mam jednak jeszcze 
inne  pytanie.  Jak  się  czuje  Max? Chyba  tak  się  nazywa  pani 
nowy piesek. 

-  Max?  Świetnie.  Jest  ulubieńcem  wszystkich  mieszkańców 

posiadłości.  Mam  nadzieję,  że  niebawem  dołączy  do  niego 
nowy towarzysz lub towarzyszka. 

- Nie chciałabym pani ponaglać, ale mam właśnie dwa piękne 

psy. Właściciele wyrzucili je na ulicę, tak po prostu, bo im się 
znudziły. Jeden to jamnik szorstkowłosy, a drugi to kundelek. 
Nie wiemy jeszcze dokładnie, jakiej rasy byli rodzice, ale ma 
sporo z beagle'a... Obydwa są jeszcze bardzo młode. 

 

background image

- Zastanowię się, pani Brockmann. Na pewno wkrótce panią 

odwiedzę. 

Zamieniły ze sobą jeszcze kilka słów i się pożegnały. 
Koller wpłacił pieniądze! Jan, w przeciwieństwie do niej, był 

od razu przekonany, że zapłaci. Nie miała poczucia triumfu, ale 
cieszyła się, że schronisko wzbogaciło się o dziesięć tysięcy. 

Chciała wrócić do pracy, ale jakoś nie mogła zapomnieć, co 

powiedziała  Grete  Brockmann  o  nowych  pieskach.  Tak  je 
zachwalała! 

Nie! 
Musi się skupić na kampanii reklamowej. Niestety, nic z tego. 
Wstała,  podeszła  do  okna  i  patrzyła  na  zimowy  krajobraz. 

Kiedy zobaczyła Aleksa idącego z Maksem przez dziedziniec, 
podjęła decyzję. 

Najpierw porozmawia z Aleksem. 
- Pani Koch, przełączyłam do pani mój telefon. Wychodzę na 

chwilę. 

Pomachała  Inge  i  zaczęła  zbiegać  ze  schodów.  Nagle 

zatrzymała się i pobiegła z powrotem na górę, tym razem do 
biura Daniela. 

-  Danielu,  dlaczego  nie  było  z  nami  Aleksa,  kiedy 

próbowaliśmy Fahrenbachówkę? - zapytała. 

 

background image

-  Bo  nie  chciał.  Wieczorem  chce  się  nią  delektować  w 

samotności.  Już  mu  podrzuciłem  buteleczkę.  Znasz  naszego 
Aleksa. Zawsze chodzi swoimi ścieżkami... Myślę, że się boi, 
że za bardzo się rozczuli. 

To  całkiem  możliwe.  Aleks  tylko  na  zewnątrz  jest  taki 

twardy, a pod tą maską skrywa się wrażliwy mężczyzna. To on 
był z nich wszystkich najbardziej związany z Fahrenbachami i 
on najwięcej współpracował z jej ojcem. 

- Już wszystko jasne - rzuciła Lena i odwróciła się na pięcie. 
Znalazła Aleksa w domku ogrodnika. Udzielał tam instrukcji 

robotnikom, którzy kładli płytki w łazience. 

Zdziwił się na widok Leny. 
- Jest coś do zrobienia? -Tak. 
Lena  zaczekała,  aż  Aleks  skończy  z  robotnikami,  i 

opowiedziała mu szybko rozmowę z kierowniczką schroniska 
dla zwierząt. 

- A teraz masz mętlik w głowie i sama nie wiesz, czy chcesz 

pojechać zobaczyć te psiaki, czy nie, tak? 

Dobrze ją znał.   
 

background image

-Tak.   
- Dlaczego miałabyś nie pojechać? 
-  Bo...,  bo...  Pojedziesz  ze  mną?  Lepiej  niż  ja  znasz  się  na 

psach. 

Ucieszyła go jej prośba. 
-  Daj  mi  dziesięć  minut.  Wyjaśnię  chłopakom,  co  i  jak,  a 

potem  możemy  jechać.  Zajdę  po  ciebie  do  domu.  Chyba  nie 
zamierzasz  pojechać  tylko  w  tym  cienkim  sweterku.  Jaszcze 
się rozchorujesz... 

Lena objęła go i pocałowała w czoło. 
-  Jesteś  prawdziwym  skarbem.  Dziękuję.  Potem  pędem 

ruszyła do domu. Wiedziała, 

że  całus  i  komplement  wprawiły  Aleksa  w  lekkie 

zakłopotanie. 

Aleks i uczucia... Ma ich w sobie olbrzymie pokłady, ale nie 

umie ich okazać. 

W  drodze  do  domu  naszły  ją  wątpliwości.  Ma  pełne  ręce 

roboty, a jedzie oglądać psy... To czyste szaleństwo! 

Ale tak się już nakręciła, że nie ma odwrotu. 
Szybko zmieniła buty, założyła puchową kurtkę i wyszła. Za 

kilka minut przyszedł Aleks. 

- Pojedziemy moim samochodem - powiedział stanowczo. 
 

background image

Lena nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Podarowanie 

Aleksowi samochodu było strzałem w dziesiątkę. Jest z niego 
taki dumny. 

-  Świetnie.  Lubię  być  wożona.  Samochód  lśnił  czystością. 

Lena postanowiła 

pojechać ze swoim do myjni. 
-  Co  tam  słychać  u  Nicoli?  -  zapytała,  kiedy  zjeżdżali  ze 

wzgórza. 

-  Jest  całkiem  rozkojarzona  i  zdezorientowana.  Ma  wyrzuty 

sumienia,  że  nadal  jest  u  Yvonne.  Powiedziałam  jej,  że  ma 
zostać tak długo, jak chce. Jakoś sobie bez niej radzimy i nawet 
nieźle nam to wychodzi, co nie? 

- No jasne, chociaż jeśli mam być szczera, brakuje mi Nicoli. 
- Mnie też, ale musi jakoś sobie ułożyć relacje z Yvonne. Jak 

już się odnalazły, to nie mogą siebie stracić. 

Lena  wzruszyła  się.  Aleks  tak  bardzo  się  troszczy  o  żonę  i 

martwi  o  nią.  Kocha  ją  i  pragnie  z  całego  serca,  żeby  była 
szczęśliwa.  Nicola  dobrze  o  tym  wie,  chociaż  Aleks  nie 
okazuje  swoich  uczuć.  Tych  dwoje  stanowią  świetną  parą  - 
trzymają się razem w dobrych i złych chwilach. 

 

background image

-  Yvonne  sprzedała  gabinet,  żeby  opiekować  się  chorym 

ojcem.  Niestety,  umarł  niespodziewanie  szybko.  Może 
zamieszka  w  Fahrenbach?  Markus  kupił  dom  starej  pani 
Lindner.  Parter  byłby  idealnym  miejscem  na  mały  gabinet 
pediatryczny. 

Aleks zwolnił. 
-  Dziewczyno,  wolniej.  Najpierw  musimy  wiedzieć,  czy 

Yvonne zamierza zamieszkać niedaleko Nicoli. Co ma być, to 
będzie. Już niejedno marzenie pękło jak bańka mydlana. Poza 
tym nie wiesz, co Markus zamierza zrobić z kupionym domem. 

Nie może mu przecież powiedzieć, że Markus marzy o tym, 

żeby  znaleźć  żonę,  która  będzie  pracować  zawodowo  w  tym 
domu, a już na pewno nie może mu powiedzieć, co chodzi jej 
po głowie - żeby wyswatać Markusa z Yvonne. 

Takich rzeczy nie mówi się na głos. Aleks padłby z wrażenia. 
-  Masz  rację,  nie  zastanawiajmy  się  nad  tym  teraz. 

Porozmawiajmy lepiej o naszym domku ogrodnika. 

- Dobry pomysł. Po remoncie będzie prawdziwym cackiem. 

Jutro podrzucą próbki nowego 

 

background image

parkietu. Ale jakoś nie wierzę, że mogą mieć coś ładniejszego 

od tego, co znaleźliśmy. 

Prowadzili ożywioną rozmowę i droga do Steinfeld szybko im 

minęła. 

Lena  była  pod  wrażeniem  zmysłu  organizacyjnego  Aleksa. 

Dla  niej  był  geniuszem  o  wielu  talentach.  Mógłby  zrobić 
karierę, gdyby nie mieszkał w Fahrenbach. Ale Aleks nigdy nie 
marzył o karierze. Kochał spokojne życie w otoczeniu pięknej 
przyrody. A takie niewątpliwie wiódł w posiadłości. 

background image

Schronisko  dla  zwierząt  znajdowało  się  na  przedmieściach 

Steinfeld,  mówiąc  dokładniej  na  obrzeżach  dzielnicy 
przemysłowej. 

Na szczęście nie było tu przemysłu ciężkiego, a jedynie jakieś 

zakłady produkcyjne przemysłu lekkiego. 

Dzięki temu położeniu nikt się nie skarżył na szczekanie psów 

i inne hałasy dochodzące ze schroniska. 

Kiedy  zbierali  się  do  wyjścia  z  samochodu,  Lena  nie  miała 

pewności, czy słusznie zrobili, że tu przyjechali. Przecież nie 
było pośpiechu z drugim psem. 

Mały  labrador  Max  nie  zadomowił  się  jeszcze  na  dobre  i 

wymagał opieki oraz zainteresowania ze strony mieszkańców 
posiadłości, tym bardziej że nie lubił być sam, jakby dręczył go 
lęk przed opuszczeniem. 

 

background image

- Chodź już - zachęcał ją Aleks, który chyba odgadł jej myśli. 

- Jak się powiedziało „a", trzeba powiedzieć „b". 

Lena  westchnęła.  Aleks  ma  rację.  Wysiadła  z  samochodu  i 

poszła  za  nim  do  schroniska.  Z  ogrodu  położonego  z  boku 
wejścia dobiegło szczekanie psów. Było tu dość głośno, ale w 
końcu to schronisko dla zwierząt, a nie sanatorium. 

Otworzyła im jakaś młoda kobieta pomagająca w schronisku, 

a zaraz potem pojawiła się Grete Brockmann. 

- Nie sądziłam, że przyjedzie pani tak szybko - powiedziała i 

przywitała się z Leną i Aleksem, którego już znała. - Chce pani 
zobaczyć nasze nowe nabytki? 

Lena pokiwała głową. 
- Skoro już tu jesteśmy, to może obejdziemy wszystko? 
-  Oczywiście.  Pokażę  tylko  nowe  pieski,  a  potem  zostawię 

państwa samych. Znają państwo nasze schronisko. 

Wyszli  z  budynku  biurowego.  Tuż  obok  w  jednym  z 

pierwszych boksów były dwa nowe psy. 

Wydawało się, że świetnie się dogadują. Kundelek trzymał się 

trochę z daleka, za to jamnik 

 

background image

podbiegł  zaciekawiony,  jednak  uciekł  od  razu,  kiedy  Lena 

chciała  go  pogłaskać.  Bał  się.  Piękny  pies.  Czarny  z 
jasnobrązowymi  wzorkami  na  pyszczku.  Czujnie  i  z 
zaciekawieniem 

patrzył 

czarnymi 

ślepkami, 

które 

przypominały dwa okrągłe pieprzy ki. 

- Piękne psy, prawda? - powiedziała Grete Brockmann. 
Pani  Brockmann  była  tęgawą  kobietą  w  średnim  wieku, 

bezdzietną  wdową,  która  całą  swoją  miłość  przelała  na 
zwierzęta ze schroniska. 

- To prawda - zgodził się z nią Aleks. - Pani Brockmann, nie 

chcemy  odciągać  pani  od  pracy.  Przespacerujemy  się  po 
schronisku. 

Kobieta  ucieszyła  się,  że  może  wracać  do  obowiązków,  i 

zostawiła ich samych. 

-  I  co  sądzisz?  -  zapytała  Lena,  kiedy  Grete  Brockmann 

wyszła. 

- A  ty? 
Lena wzruszyła ramionami. 
-  Są  rzeczywiście  słodkie,  ale...  Popatrz  tu  -  powiedziała  i 

zatrzymała  się  przy  następnym  boksie.  -  Podoba  mi  się  ten 
jasnobrązowy,  który  wygląda  jak  kłębek  wełny.  Albo  ten  - 
powiedziała, zrobiła kilka kroków dalej w stronę 

background image

kolejnego  boksu  i  pociągnęła  za  sobą  Aleksa.  -  Ten  mały 

czarno-biały  też  jest  ładny,  albo  ten 

z

  tyłu,  ten  cały  czarny, 

który tak smutno patrzy. 

- Człowiek zabrałby je wszystkie. Każdy z tych psów zasłużył 

na nowy dom. Ale jak wszystkie weźmiemy, to będziemy mieli 
w  posiadłości  prawdziwe  schronisko...  Leno,  wybór  psa,  na 
dodatek psa ze schroniska, to nie wybór kurtki w sklepie. Jak 
weźmiemy zwierzaka po przejściach, to cały czas trzeba będzie 
się  nim  zajmować.  Myślę,  że  na  razie  wystarczy  nam  Max. 
Zawsze  jakiś  może  się  nam  jeszcze  trafić.  Pomyśl  o  Lady. 
Pojawiła się u nas nagle i od razu się zadomowiła. 

Aleks miał absolutną rację. 
Lena  lubiła  tu  przyjeżdżać,  ale  dzisiaj  nie  mogła  znieść 

proszących spojrzeń psów. Miała wrażenie, że każdy z nich ją 
prosi, żeby go ze sobą zabrała. Nie mogła też patrzeć na te w 
bardzo złym stanie psychicznym, które rzucały się na siatkę. 

- Wracamy - powiedziała. Aleks zgodził się od razu. 
Przed klatką nowych piesków Lena zatrzymała się na chwilę. 

Wahała się. 

 

background image

Kundelek zwinął się w kulkę i spał. Jamnik bawił się piłką. 

Tym razem Lena go zupełnie nie zainteresowała. 

Były naprawdę słodkie, ale nie zawładnęły jej sercem. Może 

to  niewłaściwy  moment  na  takie  decyzje?  Lena  sama  nie 
wiedziała, czego się spodziewała. 

Kiedy przeprowadziła się do posiadłości i zobaczyła Hektora, 

można  powiedzieć,  jej  zakochała  się  w  nim  od  pierwszego 
wejrzenia,  a  kiedy  Martin  pokazał  jej  małą  Lady  i  poprosił, 
żeby się zajęła małym kundelkiem, nie wahała się nawet przez 
chwilę. Lady szybko zdobyła jej serce. 

Aleks ją objął. 
-  Leno,  nie  musisz  się  teraz  decydować.  Te  pieski  będą  tu 

jeszcze  jutro  i  przypuszczalnie  w  przyszłym  tygodniu.  Jeśli 
mają  być  twoje,  to  będą.  Każdy  dostaje  to,  co  jest  mu 
przeznaczone. 

Grete  Brockmann  wyszła  z  biura  i  patrzyła  na  nią  z 

wyczekiwaniem.  Za  każdym  razem  ogromnie  się  cieszyła, 
kiedy udało jej się znaleźć dom dla swoich podopiecznych, a 
wiedziała, że posiadłość to idealne miejsce dla psów. 

-1 jak? Zdecydowali się państwo? - zapytała. 
Aleks pokiwał głową. 
 

background image

-  Owszem,  ale  nie  ucieszy  pani  nasza  decyzja.  Dzisiaj  nie 

weźmiemy żadnego  psa. Mam też wrażenie, że te dwa nowe 
maluchy zdążyły się już zaprzyjaźnić. Powinny pójść razem do 
nowego domu. 

Lena zobaczyła rozczarowanie na twarzy pani Brockmann. 
-  Dzisiaj  nie  jest  mój  dzień.  Nie  mogę  się  zdecydować  - 

usprawiedliwiała się. 

-  Nie  ma  pośpiechu.  Dziękuję,  że  państwo  przyjechali.  I 

jeszcze  raz  dziękuję  za  pieniądze.  Spadły  nam  jak  manna  z 
nieba. To poważny zastrzyk finansowy dla naszego schroniska. 

Pożegnali się. 
- Leno, dałaś na schronisko dodatkowe pieniądze? I tak dużo 

dajesz. 

-  To  nie  ja.  To  pieniądze  od  Kollera.  Opowiedziała  mu,  co 

wymyśliła. 

- Świetnie. Wyobrażam sobie, jak kipiał ze złości. 
- Na pewno, ale powinien się wcześniej zastanowić, co robi... 

Wiesz,  zamiast  pieniędzy  na  schronisko,  wołałabym,  żeby 
Hektor i Lady żyły. 

-  Leno,  ich  już  nie  ma  i  nie  zastanawiaj  się,  co  by  było, 

gdyby... Wsiadaj, wracamy do domu. 

 

background image

Muszę sprawdzić, jak idzie robota w domku ogrodnika. Ty też 

masz pewnie coś do zrobienia. - I  to ile! 

Przez jakiś czas nie rozmawiali. Każde z nim pogrążyło się 

we własnych myślach. Lena myślała o psach i zastanawiała się, 
czy  wziąć  któregoś  do  posiadłości.  Aleks  był  myślami  przy 
przebudowie domku. 

W końcu Lena odezwała się jako polepsza. 
- Cieszysz się, że  wieczorem spróbujesz Fahrenbachówki?  - 

zapytała. 

Aleks nie od razu odpowiedział. 
-  Tak  -  powiedział  wreszcie.  -  Cieszę  się  i  będę  się 

rozkoszował każdym łykiem. To wspaniale, że znowu możemy 
produkować ten trunek. Tak powinno być. Napis na szyldzie na 
budynku nie widnieje tam teraz tylko ot tak sobie. Naprawdę 
jesteśmy  fabryką  likieru...  Wiedziałem,  że  szef  nie  zniszczył 
receptury.  Nigdy  by  tego  nie  zrobił.  Postąpił  słusznie. 
Receptura trafiła do ciebie, ale dopiero wtedy, gdy zapanowa-
łaś nad wszystkim w posiadłości, rozbudowałaś ją, rozkręciłaś 
własną firmę i pokazałaś, co potrafisz. A potrafisz wiele, trzeba 
to przyznać. Mój Boże, szef byłby z ciebie taki dumny. Ale 

background image

przecież dobrze wiedział, że może liczyć tylko na ciebie, że 

będziesz kontynuować rodzinną tradycję. 

Lena wzruszyła się. 
- Dzisiaj wieczorem chcesz być sam czy mogę ci dotrzymać 

towarzystwa? - zapytała. - Chętnie skosztuję kieliszeczek, no, 
może dwa, naszej Fahrenbachówki. 

- Może miałabyś ochotę skosztować jej razem ze mną? 
- Bardzo chętnie. 
- Świetnie, cieszę się, bardzo się cieszę - powiedział i zamilkł 

na dłuższą chwilę, jakby znowu powiedział za dużo i za bardzo 
pokazał swoją uczuciową naturę. 

Lenie  nie  przeszkadzało  jego  milczenie.  Cieszyła  się,  że 

spędzi wieczór z Aleksem. 

background image

Z powodu zbliżających się chrzcin bliźniaków 
Nicola  wróciła  do  posiadłości.  Razem  z  nią  przyjechała 

Yvonne. 

Nicola  promieniała  ze  szczęścia.  Można  jej  było  tylko 

zazdrościć albo wzruszyć się do łez. 

Lena cieszyła się szczęściem Nicoli. Dla tej kobiety zrobiłaby 

wszystko. Gdyby mogła, nieba by jej przychyliła. 

Widać było, że Nicola i Yvonne bardzo się do siebie zbliżyły. 

Więcej  się  dowie  od  Yvonne,  którą  zaprosiła  wieczorem  na 
lampkę wina. Nicola i Aleks też muszą mieć trochę czasu dla 
siebie. 

Lena  rozpaliła  w  kominku.  W  pomieszczeniu  czuć  było 

przyjemnie  ciepło.  Płomienie  z  wolna  wgryzały  się  w  suche 
polana,  ogień  przyjemnie  trzaskał.  W  bibliotece  zrobiło  się 
niezwykle przytulnie. 

 

background image

Lena  naszykowała  najlepsze  wino  z  Dorleac.  Delikatne 

światło załamywało się w pięknych kryształowych kieliszkach. 

Była lekko zdenerwowana. Tylko przez chwilę rozmawiała z 

Yvonne,  ale  nie  dowiedziała  się  niczego  konkretnego. 
Zamieniły  ze  sobą  parę  ogólnych  zdań,  ale  nie  poruszyły 
najważniejszego tematu. 

Kiedy  usłyszała  pukanie  do  drzwi,  rzuciła  się  pędem,  żeby 

otworzyć. 

-  Świetnie,  że  już  jesteś  -  powiedziała  do  Yvonne  i 

zaprowadziła ją do biblioteki. 

Zaproponowała  jej  wygodny  fotel  z  zagłówkami  i  nalała 

wina. 

Najpierw skosztowały wina. 
- Doskonałe. Francuskie? 
- Tak, z zamku Dorleac. To winnice niedaleko Bordeaux. Mój 

brat Jörg jest... 

Urwała nagle. 
Jörg nie żyje. Lena nie chciała się z tym pogodzić ani przyjąć 

do  wiadomości.  Ustanowił  ją  jedyną  spadkobierczynią 
swojego  majątku,  ale  tego  też  nie  chciała  przyjąć  do 
wiadomości. 

- Zamek Dorleac to rodzinna posiadłość -dokończyła. 
 

background image

- Moje gratulacje. Rzadko trafia się takie wspaniałe wino. 
Yvonne  napiła  się  jeszcze  trochę  wina,  odstawiła  kieliszek, 

oparła się wygodnie w fotelu i zamknęła oczy. 

W  kominku  wesoło  strzelał  ogień.  Lena  siedziała  jak  na 

szpilkach  i  umierała  z  ciekawości.  Ale  nie  miała  odwagi 
wyrwać Yvonne z zamyślenia. 

Po jakimś czasie Yvonne odezwała się sama. 
- Na pewno chcesz wiedzieć, jak mi się układa z... z Nicolą, 

prawda? 

„Szkoda, że nie powiedziała »z mamą«", pomyślała Lena. 
Pokiwała głową, ale nie była pewna, czy Yvonne to widziała. 
-  Nicola  jest  kimś  wyjątkowym.  Teraz  rozumiem,  dlaczego 

oddała mnie do adopcji. Nie zrobiła tego lekkomyślnie albo po 
to, żeby się mnie po prostu pozbyć... Dobrze się rozumiemy, 
bardzo  dobrze  się  rozumiemy. Ale  może  jestem  już za  stara, 
może  byłam  zbyt  szczęśliwa  z  rodzicami...  Jakoś  nie  umiem 
jeszcze określić mojego stosunku do niej. Zadziwia mnie, ile ta 
kobieta  roztacza  wokół  siebie ciepła  i  serdeczności,  jak  umie 
zarazić szczęściem. 

 

background image

- Taka właśnie jest. Najważniejsze, że dobrze się rozumiecie. 

Wszystko  inne  przyjdzie  z  czasem.  Jestem  o  tym  święcie 
przekonana. 

-  Zrozumiałam  jedno.  Niezależnie  od  tego,  gdzie  człowiek 

dorastał, ważne jest, żeby poznać swoje korzenie. 

-  Rozmawiałyście  też  o...  o  twoim  ojcu?  Twarz  Yvonne 

sposępniała. 

- Tak. To okropne. Wyobraź sobie, że znam tego człowieka 

od  dawna.  Jeszcze  jak  byłam  dzieckiem,  chodziłam  z 
rodzicami  do  jego  restauracji.  Był  taki  cholernie  uprzejmy,  a 
jest  nikim  innym  jak  -  przepraszam  za  wyrażenie  -  podłą 
świnią. 

- Kiedy Nicola była teraz u ciebie, widziała się z nim? 
Yvonne sięgnęła po kieliszek i napiła się trochę wina. 
-  Tak.  Nie  chciała,  ale  uparłam  się.  Sprawdziłam  najpierw, 

czy  jest  w  mieście,  a  potem  wystroiłyśmy  się  jak  na  bal  i 
poszłyśmy do jego restauracji. 

Lena  zamarła.  Ta  historia  jest  lepsza  od  kryminału.  Sama 

poszła  kiedyś  do  jego  restauracji.  Nic  nie  jadła,  tylko 
powiedziała mu, co o nim 

 

background image

myśli.  Z  łatwością  mogła  sobie  wyobrazić  scenę,  jaka  się 

rozegrała. 

- I co? Poznał Nicolę? 
- Tak, poznał ją od razu, ale nie miał pojęcia, co mnie z nią 

łączy. Nicola przywitała się z nim zupełnie spokojnie, czego o 
nim  nie  można  powiedzieć.  Był  zakłopotany,  zrobił  się 
czerwony.  Zamówiłyśmy  najpierw  szampana,  potem  coś 
jeszcze, ale nie pamiętam, co nam przyniósł. Ani Nicola, ani ja 
nie  mogłyśmy  niczego  przełknąć...  Ciągle  podchodził  do 
naszego  stolika  i  próbował  z  nami  rozmawiać.  Byłyśmy 
zupełnie  obojętne  i  zbywałyśmy  go  za  każdym  razem. 
Wyobrażam  sobie,  jak  Nicoli  musiało  być  ciężko  zachować 
spokój. Walczyła naprawdę dzielnie. Ten typ, inaczej nie chcę i 
nie  mogę  o  nim  mówić,  stracił  pewność  siebie.  Nie  miał 
pojęcia,  z  jakimi  zamiarami  przyszłyśmy.  Muszę  dodać,  że 
restauracja  była  pełna.  W  środku  siedzieli  ludzie,  którzy  go 
dobrze znają. Było też sporo nietutejszych, pewnie wycieczka 
lub może uczestnicy jakiejś konferencji. Zresztą nieważne... 

Znowu upiła trochę wina. 
-  Jezu,  ale  dobre.  Na  pewno  zdobyło  niejedną  nagrodę  i 

maksymalną liczbę punktów Parkera. 

 

background image

„Yvonne,  innym  razem,  nie  chcę  teraz  słuchać  o  naszych 

winach", pomyślała Lena. 

-  Tak,  tak  -  powiedziała  wymijająco,  bo  nie  chciała,  żeby 

odbiegły od tematu. 

I tak rozmowa jakoś się zacięła. 
-1 co było potem? - dopytywała Lena. 
Yvonne odstawiła kieliszek. 
- A tak, przepraszam, zamyśliłam się - powiedziała Yvonne i 

zastanawiała  się  przez  chwilę.  -  No  cóż,  po  jakimś  czasie 
miałyśmy  wszystkiego  dosyć.  Widziałam,  że  ta  sytuacja 
bardzo  stresuje  Nicolę,  że  jest  ponad  jej  siły.  Nie  ma  się  co 
dziwić.  Wyobraź  sobie,  że  spotykasz  człowieka,  który 
wyrządził  ci  tyle  zła,  który  pozbawił  cię  tego,  co 
najważniejsze,  mianowicie  dziecka...  W  pewnym  momencie 
pojawiła się jego żona. Poznała mnie i przyszła się przywitać. 
Wtedy nie wytrzymałam. Ta biedna kobieta nie jest niczemu 
winna,  ale  nie  mogłam  postąpić  inaczej.  „Moja  droga,  nie 
wiem, czy zna pani moją towarzyszkę", zaczęłam słodziutkim 
głosem.  „To  pani  poprzedniczka,  którą  pani  mąż  zostawił, 
kiedy  była  już  w  zaawansowanej  ciąży.  Owocem  ich  - 
nazwijmy to - miłości jestem ja. Moja mama musiała mnie 

 

background image

oddać  do  adopcji,  bo  nie  tylko  straciła  mężczyznę,  którego 

kochała, lecz również z dnia na dzień wyrzucono ją z pracy i 
mieszkania.  Została  bez  pieniędzy  i  dachu  nad  głową.  Zna 
pani,  a  właściwe  znała,  moich  przybranych  rodziców, 
prawda?". 

-  Tak  powiedziałaś?  -  wydusiła  z  siebie  Lena.  Yvonne 

pokiwała głową. 

-  Tak,  ale  do  dzisiaj  nie  pojmuję,  jak  mi  się  to  udało.  Nie 

wiem,  czy  dragi  raz  zrobiłabym  coś  podobnego.  Ale  kiedy 
patrzyłam  na  tego  nadętego  i  zadowolonego  z  siebie  koguta, 
nagle ogarnęła mnie taka złość, że... 

- A  jego żona? 
- Nie mogła złapać tchu. Uciekła, a  on pobiegł za nią. Poza 

tym mam wrażenie, że mówiłam dość głośno, więc chyba inni 
też  trochę  usłyszeli.  Goście  zaczęli  szeptać  między  sobą, 
pewnie  cieszyli  się  z  cudzego  nieszczęścia...  Położyłyśmy 
pieniądze  na  stole  i  idąc  ramię  w  ramię  z  wysoko 
podniesionymi głowami, wyszłyśmy z lokalu. 

-  Ja  bym  nie  zapłaciła  -  powiedziała  Lena.  -  Jedzenie  to 

szczątkowa rekompensata... 

Yvonne machnęła ręką. 
 

background image

- Pozwolić się zaprosić takiemu łajdakowi? Nigdy więcej nie 

chcę  widzieć  tego  człowieka.  Zastanawiam  się  całkiem 
poważnie, czy nie wyprowadzić się z Winkenheim, nie osiedlić 
w zupełnie nowym miejscu i zacząć wszystko od początku, bez 
demonów przeszłości. Mam już kilku chętnych na mój dom. 

-  Przeprowadź  się  do  Fahrenbach.  Będziesz  miała  okazję 

lepiej poznać Nicolę. Mój przyjaciel Markus kupił akurat dom 
w samym środku wsi. Na pewno wynająłby ci pomieszczenia 
na gabinet lekarski. W okolicy nie ma żadnego pediatry. Wierz 
mi, tu się naprawdę dobrze mieszka. 

Lena nie miała pewności, czy Yvonne w ogóle jej słucha. Jej 

twarz nagle jakby pojaśniała. 

- Markus... - powiedziała. - Znałam kiedyś pewnego Markusa, 

w  którym  byłam  śmiertelnie  zakochana.  To  była  miłość  od 
pierwszego wejrzenia. W jego przypadku też. 

- I co? Dlaczego nie jesteście razem? Nie żyje? 
-  Uchowaj,  Boże!  Mam  nadzieję,  że  żyje.  Był  okazem 

zdrowia,  kiedy  się  poznaliśmy.  To  było  niesamowite... 
Zobaczyliśmy się i jakby jakaś magiczna siła przyciągnęła nas 
do siebie. 

 

background image

- Gdzie jest teraz ten Markus? 
Yvonne wzruszyła ramionami. ^ -Nie mam pojęcia. 
-  Jak  to  nie  masz  pojęcia?  Nie  rozumiem.  Dlaczego  nie 

jesteście razem? 

- Bo rozstaliśmy się, zanim zdążyliśmy Się na dobre poznać. 
Yvonne mówiła bardzo zagadkowo. 
-Co się stało?   
Jej pytanie zabrzmiało tak natarczywie, że Yvonne nie mogła 

się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. 

-  To  nie  jest  jakaś  niesamowita  historia.  Poznaliśmy  się  na 

międzynarodowym  festiwalu  studenckim  w  Hiszpanii.  On 
przyjechał ze swoją grupą, a ja ze swoją. Spędziliśmy razem 
cudowne  godziny.  Potem  Markus  poszedł  z  kolegami  szukać 
jakiejś  kwatery.  Umówiliśmy  się  na  wieczór.  Mieliśmy  się 
spotkać na koncercie. 

- I nie znaleźliście się w tłumie - domyśliła się Lena. 
-  Nie,  koncert  się  nie  odbył.  Spaliła  się  hala.  Z  powodu 

wadliwej  instalacji  wybuchł  pożar.  Odwołano  wszystkie 
imprezy i wyjechaliśmy. Panował wielki chaos. Odnalezienie 
kogoś wręcz graniczyło 

 

background image

z cudem. A ja znałam tylko jego imię. Sama wiesz, że młodzi 

ludzie nie przedstawiają się pełnym imieniem i nazwiskiem i 
nie  recytują  od  razu  całego  życiorysu.  Znaliśmy  tylko  nasze 
imiona. 

- Nie wiedziałaś nawet, z jakiego jest miasta lub uczelni? 
- Nie. Wszystkiego miałam się dowiedzieć później. Festiwal 

miał trwać tydzień. Znając tylko imię, nie było sensu szukać. 

- Smutna historia. 
-  To  było  dla  mnie  jak  sen,  jak  marzenie,  coś,  co 

wspominałam  z  rozrzewnieniem...  Dziwne,  że  akurat  teraz  o 
tym pomyślałam i to tylko dlatego, że twój  przyjaciel ma  na 
imię Markus. 

- Mój Markus jest bardzo miły. I wolny... Yvonne zaczęła się 

serdecznie śmiać. 

- Słuchaj, ja nie szukam mężczyzny o imieniu Markus.  Mój 

Markus był kimś wyjątkowym. Coś takiego zdarza się tylko raz 
w  życiu.  Dajmy  już  temu  spokój.  Zmieńmy  temat.  Chyba 
wypiłam za dużo tego wspaniałego wina. Strasznie rozwiązał 
mi się język. 

- Dziękuję ci za zaufanie i szczerość. Bardzo cię polubiłam i 

chciałabym się dowiedzieć o tobie jak więcej.   

 

background image

-  Nie  mam  zbyt  wiele  do  powiedzenia.  Nie  zaskoczę  cię 

żadnymi ciekawymi historiami. 

- To z Markusem to był tylko epizod i z pewnością nie dlatego 

nie wyszłaś za mąż i nie masz teraz nikogo? 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Chociaż  przyznam  szczerze,  że 

porównywałam z nim wszystkich mężczyzn. Nigdy więcej nie 
miałam  tego  cudownego  uczucia,  nie  czułam  motylków  w 
brzuchu.  Owszem,  miewałam jakichś  facetów,  ale  nic  z  tego 
nie wyszło. A teraz... Teraz polubiłam moje samotne życie. Na 
pewno otworzę gdzieś gabinet i będę pracować jako pediatra. 
A to znaczy, że będzie dużo pracy i niewiele wolnego czasu. 
Mało  prawdopodobne,  że  zjawi  się  jakiś  rycerz  na  białym 
koniu  i  zabierze  mnie  ze  sobą  do  krainy  marzeń.  Zresztą  nie 
jestem  już  taka  młoda...  Czytałam,  że  jest  bardziej 
prawdopodobne, że kobiety po trzydziestce zostaną zastrzelone 
przez  terrorystę,  niż  poznają  jakiegoś  sensownego  faceta. 
Wszyscy porządni i mili już się ożenili, a ci, którzy są wolni, na 
pewno  mają  jakieś  braki.  Nie  mam  zamiaru  zadowalać  się 
jakimś wybrakowanym towarem. 

 

background image

- Jesteś inteligentną, atrakcyjną kobietą w cudownym wieku i 

znajdziesz kogoś, jeśli tylko zechcesz. No chyba, że należysz 
do  kobiet,  które  mówią,  że  dla  nich  nie  ma  odpowiedniego 
partnera, ponieważ w rzeczywistości wcale nie chcą go mieć. 
Twoja ma... - zacięła się i od razu poprawiła. - Nicola zawsze 
powtarza, że każda potwora znajdzie swojego amatora. 

- Możliwe, ale gdybym nawet chciała, to teraz w moim życiu 

nie ma miejsca na mężczyznę. Ciągle opłakuję śmierć taty. Nie 
wiem,  dokąd  mnie  zaprowadzą  relacje  z  Nicolą.  Muszę  na 
nowo  zorganizować  pracę  zawodową,  zastanowić  się,  czy 
wyprowadzić się z Winkenheim, czy jednak tam zostać i tak 
dalej... Powiedz, gdzie i jak mam jeszcze poznać mężczyznę i 
znaleźć  mu  miejsce  w  moim  życiu,  gdybym  jakimś  cudem 
jednak na takiego trafiła. Ta znajomość byłaby z góry skazana 
na  niepowodzenie,  ponieważ  nawet  nie  mielibyśmy  czasu, 
żeby  się  poznać,  zbliżyć  się  do  siebie...  Wiesz  co,  lepiej 
zmieńmy  temat.  A  jak  twoje  sprawy  sercowe?  Nicola 
wspomniała, że rozstałaś się ze swoją wielką miłością, ale że 
teraz jesteś z całkiem miłym facetem. 

 

background image

- Tak, z Janem. Jest cudowny. Kiedyś go poznasz. Niestety, 

dużo podróżuje, bo jest niezależnym dziennikarzem. 

- To coś poważnego? 
-  Tak,  kocha  mnie,  a  ja  jego.  Świetnie  się  rozumiemy, 

umiemy ze sobą rozmawiać i - co ważne - razem się śmiać. 

- Czyli zanosi się na ślub. Kiedy? 
Teraz  Lena  sięgnęła  po  kieliszek.  Zanim  odpowiedziała, 

napiła się wina. 

- Nie rozmawialiśmy jeszcze o ślubie... To znaczy, jeszcze mi 

się nie oświadczył. 

- Leno, przepraszam, nie chciałam cię urazić... Przepraszam. 
-  Nic  się  nie  stało.  Jan  różni  się  od  innych  mężczyzn.  Nie 

zważa na konwencje, ale kocha mnie szczerze. Można na nim 
polegać,  jest  uczciwy  i  wierny.  Wszystko  inne  wyjdzie  w 
praniu. 

-  Jest  wiele  par,  które  żyją  bez  ślubu.  Ja  chyba  też  bym  tak 

mogła,  chociaż  małżeństwo  moich  rodziców  było  wspaniałe, 
kochali się do samego końca. Tata nie umiał się odnaleźć po 
śmierci  mamy,  był  zupełnie  zagubiony.  Pewnie  dlatego  nie 
walczył z chorobą. Nie chciał żyć bez niej. 

 

background image

- U mnie było zupełnie odwrotnie. Małżeństwo rodziców nie 

było udane. Rozwiedli się, bo mama upatrzyła sobie jakiegoś 
bogacza  z  Ameryki  Południowej.  Być  może  właśnie  dlatego 
tęsknię za spokojnym światem, małżeństwem, stabilnością... 

- Bez ślubu też możesz to wszystko mieć. Urzędowy papierek 

nie jest gwarancją szczęścia na całe życie... Ale kto wie, może 
jak  poznam  tego  jednego  jedynego,  to  też  będę  chciała  mieć 
ślub, wesele, dokument z urzędową pieczęcią i... Za Markusa 
mogłabym wyjść, ale to zupełnie co innego... 

- Zawsze jest coś innego - zaśmiała się Lena i zmieniła temat. 

- Jakie są plany na jutro? 

- Nicola chce pojechać ze mną do Bad Helmbach i pokazać, 

jak żyją  piękni i bogaci. Niewiele mnie to interesuje, ale nie 
chcę jej odbierać radości. Jakie to dziwne... Tu normalny świat, 
a  parę  kilometrów  dalej  istne  szaleństwo  z  bogaczami  i 
wystrojonymi  paniusiami.  Ty  chyba  też  za  nimi  nie 
przepadasz? 

- Nie, to nie mój świat - zaśmiała się Lena. - Za to moja siostra 

Grit, brat Frieder, a przede wszystkim szwagierka Mona czują 
się w tym 

 

background image

świecie  jak  ryba  w  wodzie.  Wiesz,  jakie  oni  kupują  buty? 

Jedna  para  kosztuje  więcej  niż  całkiem  niezły  używany 
samochód. 

- Koszmar. Jesteś pewna, że twoje rodzeństwo tak postępuje? 

Trudno to sobie wyobrazić, znając ciebie. 

- Niestety, taka jest prawda. Ale nie mówmy o nich. Z czasem 

dowiesz  się  wszystkiego  i  poznasz  moje  rodzeństwo  oraz 
historię rodu Fahrenbach. 

Lena  ponownie  zmieniła  temat.  Rozmawiały  teraz  o 

książkach.  Stwierdziły,  że  obydwie  chętnie  czytają  i  mają 
podobne  upodobania  literackie.  Lena  świetnie  się  czuła  w 
towarzystwie  Yvonne.  Byłoby  wspaniale,  gdyby  przeprowa-
dziła się do Fahrenbach i w domu Markusa na rynku otworzyła 
gabinet, jeśli nawet Markus nie jest tym Markusem, w którym 
Yvonne kiedyś zakochała się do szaleństwa. 

background image

Chociaż Sylvia doskonale dawała sobie radę z prowadzeniem 

gospody,  a  tłum  gości  wysypujących  się  z  autobusów 
wycieczkowych nie stanowił dla niej żadnego problemu, to w 
przypadku chrztu swoich dzieci była pełna obaw, czy sobie ze 
wszystkim  poradzi,  chociaż  uroczystość  miała  się  odbyć  w 
wąskim gronie rodzinnym i przyjaciół. Ciągłe zmieniała menu 
i wystrój kapliczki, wciąż wpadała na nowe pomysły. 

Zachowanie  Sylvii  zupełnie  do  niej  nie  pasowało.  Przy 

planowaniu własnego ślubu była o wiele spokojniejsza. 

Teraz też ścisłe grono siedziało przy stoliku w jej gospodzie i 

radziło nad chrzcinami. Brakowało tylko Markusa, który miał 
spotkanie biznesowe i spędził kilka godzin na lotnisku, ale już 
był w drodze do nich. 

 

background image

Najpierw wszyscy coś zjedli, a potem Nicola zadecydowała, 

że ona, Yvonne i Lena zajmą się wystrojem kapliczki, a Sylvia 
nie  będzie  się  wtrącać  i  pozwoli  sobie  zrobić  niespodziankę. 
Sylvia się zgodziła. Uzgodnili też wreszcie menu. 

Rozmawiali  teraz  na  różne  tematy.  Yvonne  zauważyła,  że 

Nicola ledwo trzyma się na nogach. Cały dzień skarżyła się na 
ból głowy, więc postanowiła odwieźć Nicolę do domu. - 

-  Markus  zaraz  tu  będzie.  Poczekaj  jeszcze  chwilę,  to  was 

poznamy. 

-  Innym  razem.  Przecież  Markus  stąd  się  nie  wyprowadza. 

Zresztą nie jedzie tu dla mnie, tylko żeby ustalić ważne rzeczy, 
co zresztą zrobiliśmy już bez niego. Nie, Leno, pojadę. Teraz 
mówię nie jako Yvonne, lecz lekarz. Nicola musi natychmiast 
iść  do łóżka.  Wy jesteście wystarczająco  godnym komitetem 
powitalnym dla waszego Markusa. 

Nicola  była  wyraźnie  zadowolona,  że  może  już  jechać  do 

domu.  Sama  z  siebie  nie  poprosiłaby  o  to,  tylko  siedziałaby 
wytrwale i się męczyła. 

Yvonne i Nicola pojechały. 
Lena miała zamiar jeszcze chwilkę posiedzieć z Danielem i 

Aleksem. Potem dołączą do nich. 

 

background image

Szkoda,  że  Markus  nie  przyjechał  wcześniej.  Gdyby  się 

pośpieszył, zastałby Nicolę i jej córkę Yvonne. 

- Przepraszam, że jestem tak późno. Niestety, ze względu na 

strajk  kontrolerów  lotów  wiele  samolotów  miało  opóźnienie 
lub  w  ogóle  loty  zostały  odwołane.  Mnie,  na  szczęście, 
spotkało jedynie opóźnienie. 

-  Przynajmniej  coś  załatwiłeś?  -  zapytał  jak  zwykle 

praktyczny Aleks. 

- Na szczęście tak. 
- To nie narzekaj - zaśmiał się Aleks. - Straciłeś jedynie trochę 

czasu i nic więcej. , 

Markus roześmiał się. 
- Masz rację, Aleks. Trafiłeś w dziesiątkę. 
- Zjesz coś? - zapytała Sylvia. 
- Nie, dziękuję. Nie bądź zła, ale jakoś przeszła mi ochota. 
- Nie ma sprawy. W taki razie dostaniesz coś wyjątkowego - 

powiedziała Sylvia. 

Wstała, a po chwili wróciła z butelką i kilkoma kieliszkami. 
Markus spojrzał na butelkę. 
- Zaraz, zaraz... To przecież stara, dobra... Nie, nie wierzę! To 

naprawdę Fahrenbachówka? 

 

background image

-  Tak,  mój  drogi,  nie  mylisz  się  -  powiedziała  Sylvia.  - 

Wprawdzie  nie  ma  jej  jeszcze  oficjalnie  w  sprzedaży,  ale  u 
mnie możesz już jej skosztować. 

Lena  podarowała  Sylvii  karton  Fahrenbachówki.  Wiedziała, 

że przyjaciółka bardzo lubi ten trunek. Poza tym Sylvia zawsze 
jej pomagała. W ofercie miała wszystkie produkty, które Lena 
sprzedawała.  Chciała  w  ten  sposób  wesprzeć  firmę  Leny. 
Najważniejsze, że taka pomoc była dla Sylvii czymś zupełnie 
naturalnym. I to właśnie najbardziej Lenę cieszyło. 

Sylvia napełniła kieliszki i wznieśli toast. 
-  Super!  Leno,  jest  taka  jak  dawniej  -  powiedział  Markus.  - 

Moje gratulacje, teraz już sukces murowany. Mam nadzieję, że 
produkcja  Fahrenbachówki  nie  przesłoni  ci  wszystkiego 
innego. Drzewa nadal będziesz mi sprzedawać, co? 

- Markus, przecież wiesz, że tak... 
- W takim razie jestem spokojny. Dopiero teraz zauważył, że 

nie ma z nimi Ni- 

coli,  a  przecież  zawsze  uczestniczy  w  takich  naradach. 

Zapytał od razu, co z nią. 

-  Minęliście  się  -  powiedziała  Lena.  -  Poszła  kilka  minut 

temu.  Jej  córka  Yvonne  -  wyraźnie  zaakcentowała  imię  - 
odwiozła ją do domu. 

 

background image

Patrzyła  na  niego  uważnie.  Chciała  sprawdzić,  czy  imię 

Yvonne wywoła u niego jakieś wspomnienie. Nie, niczego nie 
zauważyła. 

To  byłoby  zbyt  piękne,  gdyby  Yvonne  odnalazła  swojego 

Markusa w ich wiosce. 

- Nicola musi być przeszczęśliwa, że po tylu latach odnalazła 

córkę - powiedział Markus, który, oczywiście, był we wszystko 
wtajemniczony. 

- Jest, i to jak - potwierdziła Lena. - Ale trzeba przyznać, że 

Yvonne  -  znowu  wyraźnie  zaakcentowała  jej  imię  -  jest 
naprawdę cudownym człowiekiem. 

-  Tym  lepiej  dla  Nicoli...  Może  kiedyś  poznam  tę  młodą 

damę. 

Na  tym  skończyło  się  jego  zainteresowanie  córką  Nicoli. 

Lena był już pewna, że Markus i Yvonne nie mają ze sobą nic 
wspólnego, że to nie ich los złączył na moment i zaraz potem 
rozdzielił. 

To byłoby zresztą zbyt piękne, ale całkowicie odpowiadające 

jej  romantycznej  duszy.  Nie  ma  co  ukrywać,  Lena  była 
niepoprawną romantyczką. 

Porzuciła  jednak  romantyczne  myśli  i  włączyła  się  do 

rozmowy. 

background image

Niespodzianki się zdarzają, powiedziałaby Nicola... 
Kiedy  Lena  wróciła  do  domu,  zdziwiła  się,  że  wszędzie 

świeci  światło.  Była  pewna,  że  je  pogasiła.  Tylko  w  sieni 
zostawiła zapalone. 

Poszła prosto do biblioteki po książkę, którą chciała jeszcze 

poczytać przed snem. 

Stanęła jak wmurowana na środku pokoju. To niemożliwe! W 

jej wygodnym fotelu siedział Jan. Miał w dłoni książkę, a obok 
niego  stał  kieliszek  z  winem.  Wstał,  kiedy  ją  zobaczył,  a 
książkę odłożył na bok. 

- Nareszcie! - zawołał i rozpostarł ramiona. Lena rzuciła mu 

się na szyję. 

- Jan, nie spodziewałam się! - zawołała. 
- Mnie musisz się zawsze spodziewać - odpowiedział, a potem 

zaczął ją długo i namiętnie całować. 

 

background image

Lena  czuła  się  tak  bezpiecznie  w  jego  ramionach.  Kiedy  ją 

całował, zapominała o całym świecie. 

Dotarło  do  niej,  jak  bardzo  jej  brakowało  jego  bliskości  i 

czułości. Jak wspaniale być w jego uścisku. 

-  Strasznie  za  tobą  tęskniłam  -  wyszeptała  między 

pocałunkami. 

- Myślisz, że ja nie? - powiedział i pogłaskał ją po włosach. - 

Na obczyźnie czuję się okropnie samotny bez ciebie. Kocham 
cię, Leno, i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Nawet nie 
wiesz, jak było mi przykro, kiedy wszedłem do domu i cię nie 
zastałem.  Jasne,  że  nie  mogę  nieć  pretensji,  skoro  nie 
zapowiedziałem  przyjazdu,  ale  zwykle  jesteś  w  domu...  Ale 
teraz mam cię już przy sobie i nie puszczę... 

Lena wtuliła się w niego. Czuła ciepło jego ciała, bicie jego 

serca. 

Boże, jaka jest szczęśliwa! 
- Kocham cię - powiedziała z pełnym przekonaniem. 
Wspaniale  mieć  przy  sobie  takiego  mężczyznę  jak  Jan  van 

Dahlen. 

Jan nic nie powiedział, tylko namiętnie ją pocałował. To była 

odpowiedź na jej wyznanie. 

 

background image

-  Jak  długo  zostaniesz?  -  zapytała,  kiedy  siedzieli  już  w 

fotelach przy kominku i Jan opowiadał o swoich przeżyciach. 

Lubiła go słuchać. Ciekawie opowiadał, a ona uczestniczyła 

w ten sposób w jego życiu. Wiedziała, co robi, kiedy go z nią 
nie ma. 

- Mam nadzieję, że dwa tygodnie. Cudownie! Ma czas, żeby 

mu opowiedzieć o wydarzeniach w posiadłości., Może nie są 
takie  zabawne,  ale  na  pewno  zyska  w  jego  oczach  in-
formacjami o Yvonne i Fahrenbachówce. 

Co za dziecinada myśleć o zyskaniu w jego oczach. Przecież 

to nie zawody, w których zwycięża ten, kto opowie najlepszą 
historię. 

Najważniejsze,  że  jest  ktoś,  kto  jej  wysłucha  i  którego 

interesuje,  co  inni  mają  do  powiedzenia.  Jan  jest  idealnym 
słuchaczem. 

Lena  zamknęła  oczy.  Jan  pojedzie  z  nią  na  chrzest 

bliźniaków. Będzie przy niej podczas tak ważnego wydarzenia. 
Bardzo z tego się cieszyła. 

Przez chwilę, ale naprawdę krótką, widziała siebie i Jana w 

kapliczce, ale nie jako uczestników ceremonii chrztu, lecz jako 
młodą parę przed ołtarzem. 

 

background image

- Kochanie, bujasz w obłokach? - usłyszała głos Jana. 
Lena  otworzyła  oczy.  Miała  poczucie  winy,  że  na  moment 

odpłynęła w świat marzeń. 

- Tak - powiedziała. - Z tobą. Kwestię ołtarza przemilczała. 
-  To  dobrze  -  odpowiedział  zadowolony.  -  Nie  mam  nic 

przeciwko  temu.  Bałem  się,  że  cię  nudzę,  kiedy  zobaczyłem 
twoje zamknięte oczy. 

- Ależ skarbie! - zawołała - Ty mnie nigdy nie nudzisz. 
Nachylił się do niej, wziął ją za rękę i czule głaskał. 
-  Piękności  ty  moje  -  powiedział.  Chyba  nigdy  się  tego  nie 

oduczy.  -  U ciebie jest tak cudownie. Jesteś moją prawdziwą 
miłością. 

Jak  dobrze  słyszeć  takie  słowa.  Mogłaby  ich  słuchać  bez 

końca. 

Mają  przed  sobą  dwa  tygodnie.  To  wiele  czasu,  żeby 

powiedzieć  sobie  wiele  miłych  słów.  Będzie  się  cieszyć 
każdym  jego  wyznaniem,  każdym  czułym  gestem,  dzień  po 
dniu, godzina po godzinie... 

background image

Kiedy  Lena  się  obudziła,  łóżko  obok  niej  było  puste.  Nie 

czuła  jednak  niepokoju..  Wiedziała,  że  Jan  jest  rannym 
ptaszkiem,  wystarcza  mu  zaledwie  kilka  godzin  snu,  i  że 
zasypia  natychmiast  niezależnie  od  miejsca,  w  którym  się 
znajduje.  Tego  najbardziej  mu  zazdrościła.  To  zapewne 
konsekwencja jego zawodu. Nie siedzi osiem godzin w biurze, 
jako niezależny dziennikarz sam organizuje sobie dzień pracy. 

W  nocy,  kiedy  Jan  już  spał,  Lena  długo  leżała  w  jego 

ramionach, wsłuchiwała się w jego oddech i pragnęła, żeby ta 
szczęśliwa chwila trwała wiecznie. 

Kocha  go,  kocha  go  bardzo,  kocha  tego  mężczyznę,  który 

zakochał  się  w  niej  od  pierwszego  wejrzenia,  który  był 
absolutnie pewien, że pewnego dnia będą razem, chociaż ona 
była wtedy z Thomasem. 

 

background image

Lena wyskoczyła z łóżka. 
Nie pora myśleć o Thomasie. Dlaczego wciąż pojawia się w 

jej głowie i krąży jak duch po opustoszałym domu? 

Pobiegła  do  łazienki,  weszła  pod  prysznic,  odkręciła  wodę, 

jakby mocnym strumieniem pragnęła zmyć to wszystko, czego 
nie chciała już w swoim życiu, o czym wolała zapomnieć. Ale 
chyba nie ma tyle wody, żeby zmyć te przykre wspomnienia. 

Mimo wszystko czuła się lepiej, kiedy wyszła spod prysznica. 

Szybko się ubrała, założyła dżinsy i sweter. Potem zbiegła na 
dół. 

Już w sieni poczuła kuszący zapach kawy, co oznaczało, że 

Jan naszykował śniadanie. 

Kiedy  weszła  do  kuchni,  Jan  odłożył  gazetę,  którą  czytał, 

wstał, podszedł do niej i wziął ją w ramiona. 

-  Dzień  dobry,  piękności  ty  moje  -  powiedział  i  czule  ją 

pocałował. - Jest wprawdzie ranek, ale pozwól, że zaproszę cię 
dokądś  na  dzisiejszy  wieczór.  Bad  Helmbach  robi  się  coraz 
bardziej światowe. Nie mam pojęcia, czego spodziewają się ci 
ludzie,  którzy  otwierają  tam  sklepy  i  restauracje.  W  każdym 
razie otwierają 

background image

dzisiaj  w  Bad  Helmbach  rosyjską  restaurację  i  chciałabym 

tam z tobą pójść, zanim ją zamkną z powodu braku klienteli. 

-  Hej,  co  to  za  ponure  prognozy  w  dzień  otwarcia.  Nowym 

przedsiębiorcom  powinno  się  życzyć  szczęścia.  W  końcu 
chodzi nie tylko o ich pomysły i marzenia, lecz również spory 
kapitał  startowy,  który  najczęściej  pochodzi  z  banku.  Życzę 
właścicielowi  tej  restauracji  sukcesu  i  oczywiście  przyjmuję 
Zaprószenie. Nie byłam jeszcze w rosyjskiej restauracji... 

Śmiejąc się, uwolniła się z jego objęć. 
-  Ale  teraz  mam  ochotę  na  niemieckie  śniadanie,  a  przede 

wszystkim na mocną czarną kawę. 

- Proszę bardzo, moja księżniczko. Siadaj, już podaję. Leno, 

możesz dzisiaj zrobić sobie wagary i nie iść do destylarni lub 
przynajmniej skrócić dzień pracy? 

-  Skrócić  tak,  ale  zupełnie  nie  iść  -  raczej  nie  wchodzi  w 

rachubę. Mam sporo pracy. Doszło jeszcze wprowadzenie na 
rynek naszej Fahrenbachówki. 

- Jesteś z niej dumna, co? Lena pokiwała głową. 

background image

-  Tak,  dumna  i  szczęśliwa.  Fahrenbachówka  ma  długą 

tradycję, a teraz ja jestem za nią odpowiedzialna,   

Jan nalał jej kawy.   
-  Podziwiam  cię  za  twoje  przywiązanie  do  tradycji.  Mnie 

jakoś  to  nie  pociąga.  Dlatego  nigdy  nie  chciałem  mieć  nic 
wspólnego  z  interesami  mojego  ojca.  Odetchnąłem  z  ulgą, 
kiedy  mnie  spłacił,  a  ja  się  od  tego  uwolniłem.  Ale  kto  wie, 
może nauczę się czegoś od ciebie? Jak kawa? 

Uśmiechnęła się do niego czule. 
-  Wyśmienita,  kochany,  wyśmienita.  Jak  już  ci  się  znudzi 

twoja praca, możesz z powodzeniem prowadzić bar kawowy. 

- Nie naśmiewaj się ze mnie... Co chcesz na śniadanie? 
- Skoro mam wybór, to zjadłabym jajecznicę. Pomogę ci. 
-  To  nie  wchodzi  w  rachubę.  Dzisiaj  moja  kolej.  Napij  się 

soku  pomarańczowego.  Moja  delikatna  ręka  wycisnęła  go 
specjalnie dla ciebie. 

- Delikatna ręka? Powiedziałabym raczej szczupła, ale silna, 

która potrafi dużo więcej niż tylko wyciskać sok - zażartowała 
Lena. 

Z Janem było tak pięknie, tak normalnie... 
 

background image

Przyglądała  mu się, jak  stoi  przy  kuchence i  wbija  jajka  na 

patelnię. 

Jan  jest  przystojnym  mężczyzną,  ale  w  zasadzie  to  jedynie 

miły dodatek. Najważniejszy jest jego charakter i umiejętność 
okazywania uczuć. 

Lena napiła się soku. Był doskonały. 
Ależ on się stara! 
- Co powiesz na spacer po śniadaniu? - zapytała. 
-  Świetny  pomysł.  Może  weźmiemy  Maksa.  A  właśnie,  jak 

Max? 

-  Super.  Zadomowił  się  już  i  podbił  serca  wszystkich 

mieszkańców  posiadłości.  Jeszcze  raz  dziękuję,  że  go 
przywiozłeś. 

Opowiedziała  mu  o  wizycie  w  schronisku  dla  zwierząt  i  o 

tym, że wyszła stamtąd, niczego nie załatwiwszy. 

-  Dobrze,  że  nie  wzięłaś  żadnego  psa.  Albo  człowiek 

spontanicznie  podejmuje  decyzję,  jak  w  przypadku  Maksa, 
albo nie robi nic. Pies to nie zabawka na weekend. Towarzyszy 
człowiekowi przez wiele lat, jeśli nie stanie się nic złego. Coś 
mi  się  przypomniało...  Jak  się  skończyła  ta  historia  z 
Kollerem? Zapłacił? 

Lena  zapomniała  mu  o  tym  opowiedzieć,  chociaż  była  to 

ważna sprawa. 

 

background image

-  Rany  boskie!  Twoja  obecność  tak  mnie  rozkojarzyła,  że 

zapominam o wszystkim, co nie jest z tobą związane. Wyobraź 
sobie, Koller wpłacił na konto schroniska dziesięć tysięcy euro. 
Pani Brockmann była w siódmym Ciebie. 

- To dobrze - powiedział zadowolony. - Ale spodziewałem się 

tego. Tacy ludzie rozwiązują swoje problemy pieniędzmi. Nie 
pochwalam  tego,  ale  w  tym  przypadku  to  było  najlepsze 
rozwiązanie. 

Lena  była  tego  samego  zdania,  ale  nie  chciała  już  dłużej 

rozmawiać  o  Kollerze.  Dla  niej  sprawa  się  skończyła,  a  są 
ciekawsze tematy, na jakie może porozmawiać z Janem. 

Jedno  powie  mu  dzisiaj  na  pewno  i  to  wiele  razy,  a 

mianowicie, że bardzo go kocha i jest z nim szczęśliwa. 

Cieszy się też na wieczór w rosyjskiej restauracji. To dla niej 

coś  nowego,  ale  z  Janem  może  iść  wszędzie.  Jest  nie  tylko 
wspaniałym towarzyszem, ale też wytrawnym smakoszem. 

Jan podał jej jajecznicę i chrupiącą grzankę. 
-  Jak  w  luksusowym  hotelu  -  pochwaliła  go  i  posłała  mu 

spojrzenie pełne miłości. 

background image

Na  chrzest  bliźniaków  Lena,  Nicola  i  Yvonne  pięknie 

udekorowały  kapliczkę.  Nie  zdecydowały  się  na  tradycyjny 
różowy f jasnoniebieski kolor, tylko wybrały łososiowy, który 
doskonale  komponował  się  z  białymi  ścianami,  ciemnobrą-
zowymi drewnianymi ławkami i ciemną ze starości posadzką 
wyłożoną płytkami. 

Przystroiły kapliczkę łososiowymi różami i wstążkami, które 

uszyła i pięknie udrapowała niezastąpiona Nicola. 

Wszystko było idealne i dopięte na ostatni guzik. 
Niestety,  Yvonne  musiała  niespodziewanie  wyjechać  do 

Winkenheim.  Okazało  się,  że  jakiś  szwajcarski  inwestor  jest 
zainteresowany  kupnem  jej  domu,  chce  za  niego  zapłacić 
niebagatelną  sumę,  ale  tylko  tego  dnia  będzie  w  mieście. 
Sprawa sprzedaży domu była dla Yvonne 

 

background image

bardzo ważna i wszyscy to zrozumieli, cofać żałowali, że nie 

będzie jej z nimi. 

Nicola  była  bardzo  podekscytowana.  Miała  na  sobie 

twarzowy  liliowy  kostium  i,  jakżeby  inaczej,  kolię,  którą 
zakładała tylko na wyjątkowe okazje. Chrzest dzieci Sylvii był 
niewątpliwie taką właśnie okazją. 

Lena znalazła w swojej szafie dwuczęściowy, szary kostium, 

który kupiła na spotkanie z Thomasem w Brukseli, ale w końcu 
go nie założyła. 

Dobrze  się  czuła  w  tym  kostiumie  i  zachwyciła  swoim 

wyglądem  Jana.  Nie  brała  tego  na  poważnie.  Jan  zawsze  się 
zachwycał  jej  wyglądem,  jeśli  nawet  miała  na  sobie  stare 
dżinsy i znoszony sweter. 

Sylvia  kupiła  na  tę  okazję  kostium  w  kolorze  orzechowym. 

Tego  dnia  chciała  mieć  na  sobie  coś,  co  nie  będzie  jej 
przypominać  o  Martinie.  Ten  dzień  i  tak  będzie  dla  niej 
wyjątkowo ciężki bez ojca jej dzieci u boku. 

Specjalnie na tę okazję przyjechał ksiądz z sąsiedniej gminy. 

Zawsze  przyjeżdżał,  kiedy  w  Fahrenbach  była  jakaś 
uroczystość w kapliczce. 

To  on  chrzcił  Sylvię,  udzielał  jej  ślubu,  a  teraz  ochrzci  jej 

dzieci. 

 

background image

Lena była poruszona. Cieszyła się, że jest z nią Jan. Cały czas 

trzymała  go  za  rękę  do  momentu,  aż  z  innymi  rodzicami 
chrzestnymi musiała podejść do ołtarza. 

Sylvia trzymała na rękach Fryderyka, a Nicola - Amalię. Była 

dumna,  że  dostąpiła  tego  zaszczytu.  Kiedy  ksiądz  czytał 
imiona,  jakie  dano  dziewczynce  -  Amalia  Lena  Helena,  łzy 
płynęły jej po policzkach. 

Fryderyk  dostał  imiona  po  swoim  ojcu  i  ojcu  chrzestnym  - 

Fryderyk Martin Markus. 

Wszyscy byli zadowoleni i szczęśliwi. 
Sylvia  od  samego  początku  chciała  dać  dzieciom  imiona 

rodziców  chrzestnych.  Nie  miała  co  do  tego  żadnych 
wątpliwości. 

W  czasie  ceremonii  dzieci  były  wyjątkowo  grzecznie  i 

przyglądały  się  wszystkiemu  uważnie,  jakby  zdawały  sobie 
sprawę z podniosłości chwili. Nawet kiedy ksiądz pokropił je 
wodą, były całkiem spokojne. 

Lena  wzruszyła  się  do  głębi  serca.  Jak  musi  się  teraz  czuć 

Sylvia?  Na  szczęście  była  bardzo  opanowana  i  nie  płakała, 
czego  Lena  najbardziej  się  obawiała.  Sylvia  taka  już  jest.  W 
najgorszych i najcięższych momentach potrafi wykrzesać 

 

background image

z  siebie  niesamowitą  siłę.  Na  pewno  była  myślami  przy 

Martinie, jak każdy w kapliczce, może z wyjątkiem Jana, który 
go nie znał. 

Lena czuła na sobie spojrzenie Jana. Ciekawe, o czym teraz 

myśli? Wiele by dała, żeby poznać te myśli. 

Uroczystość  się  skończyła  i  wyszli  z  kapliczki,  którą 

mieszkańcy Fahrenbach tak uwielbiali. 

Wszyscy jechali samochodami, tylko Lena i Jan postanowili 

wrócić  pieszo.  Był  dość  zimny,  ale  słoneczny  dzień.  Po 
błękitnym niebie przesuwały się białe obłoczki. 

Schodzili  ze  wzgórza,  trzymając  się  za  ręce.  Lena  miała 

ochotę pójść na grób ojca, ale nie chciała krępować Jana. I tak 
była zdziwiona, z jaką powagą i namaszczeniem siedział pod-
czas ceremonii w kapliczce. 

-  Ładna  uroczystość  -  przerwał  panujące  między  nimi 

milczenie.  -  Naprawdę  wzruszająca.  Myślę,  że  to  po  trosze 
zasługa kapliczki. Jest w niej jakaś niesamowita energia, a jej 
prostota chwyta za serce. Twój przodek, który ją wybudował, 
musiał być wyjątkowym człowiekiem. 

- Ja też tak myślę. Niestety, nie znam tak dobrze historii mojej 

rodziny. Jak jest się młodym 

 

background image

i  zajętym  własnymi  sprawami,  niewiele  nas  to  interesuje,  a 

potem jest już za późno. Mój tata mógłby mi na pewno dużo 
opowiedzieć. Był dumnym przedstawicielem rodu Fahrenbach 
i cenił rodzinną tradycje. 

- Ty też taka jesteś. 
- Teraz tak, ale wcześniej nie bardzo. Stałam się taka, odkąd 

zaczęłam  tu  mieszkać  i  na  własne  oczy  się  przekonałam,  co 
moja rodzina zrobiła dla tego miejsca i jak jest tu poważana. Na 
szczęście  istnieje  gruba  kronika  rodzinna.  Jak  kiedyś  będę 
miała czas, to ją przeczytam. 

-  Taka  kronika  to  świetna  sprawa,  ale  w  sumie  żyjemy  tu  i 

teraz,  a  nie  w  przeszłości.  Liczy  się  tylko  teraz.  Nie  da  się 
wskrzesić  przeszłości,  ale  jeśli  przeszłość  była  dobra,  to 
teraźniejszość  też  taka  jest  i  z  ufnością  można  spoglądać  w 
przyszłość. Są ludzie, którzy cały czas żyją przeszłością i życie 
przechodzi im koło nosa. Są też tacy, którzy tylko marzą i śnią 
sen o przyszłości, zapominając o teraźniejszości. Myślę, Leno, 
że jesteś bardzo autentyczna. Jeśli mówisz, że tradycja jest dla 
ciebie  ważna  i  żyjesz  w  zgodzie  z  tradycją,  to  tak  naprawdę 
jest, cenisz tradycję i żyjesz, pielęgnując ją. Podziwiam 

 

background image

cię  za  to.  Czasem  zastanawiam  się,  jak  ja,  niespokojny 

włóczęga,  trafiłem  do  twojej  łodzi?  Lena  zatrzymała  się  i 
uśmiechnęła. 

-  Może  miłość  cię  zaprowadziła?  :  Nachylił  się  do  niej  i  ją 

pocałował. 

-  Pięknie  to  powiedziałaś  -  stwierdził.  Objęci  schodzili  ze 

wzgórza krętą drogą prowadzącą do wsi. 

„Pobyt w kapliczce zrobił na nim wrażenie", pomyślała Lena. 

Jej ukochany nie jest taki opanowany i nieczuły na zewnętrzne 
bodźce, jakby się zdawało. 

- Kocham cię - powiedział i mocniej przyciągnął ją do siebie. 
- Ja ciebie też. 
W  jej  głosie  było  słychać  radość.  Co  za  wspaniały  dzień! 

Świeci słońce, a ona ma przy sobie mężczyznę, którego kocha. 
Życie jest piękne, cudowne... 

background image

Dlaczego w życiu jest tak, że piękne i dobre chwile mijają w 

okamgnieniu,  a  złe  trwają  w  nieskończoność,  jakby  się 
uczepiły człowieka i nie chciały wypuścić ze swojego uścisku? 
Pewnie to tylko złudzenie, ale ludzie takie mają odczucia. 

Tak  właśnie  czuła  się  Lena.  Uroczystość  chrztu  minęła, 

cudowne  dni  i  noce  z  Janem  wydawały  się  już  tylko  snem. 
Wróciła  szara  rzeczywistość.  Lena  zajęła  się  nie  tylko 
destylarnią,  musiała  też  podejmować  decyzje  związane  z 
przebudową  domku  ogrodnika.  Zanosiło  się  na  to,  że  po 
remoncie będzie prawdziwą perełką. 

Nie była pewna, co łączy Daniela z Babette. Niby mieszkali 

razem,  ale  chyba  bardziej  na  zasadach  dobrych  znajomych 
przebywających w jednym domu. Chociaż kiedy widziała, jak 

 

background image

na siebie patrzą, jacy są dla siebie mili, jak Daniel zajmuje się 

małą Marie, miała wrażenie, że łączy ich coś więcej. 

Życzyła  im  tego  z  całego  serca.  Obydwoje  zasłużyli  na 

szczęście.  Po  samobójczej  śmierci  narzeczonej  Daniel  przez 
lata  był  sam.  Laura  była  dla  niego  wszystkim,  kochał  ją  nad 
życie. Bahette to pierwsza kobieta, którą się zainteresował od 
czasu śmierci Laury. Do tej pory żył w samotności, stronił od 
uciech. A Babette? Dobrze, że ma przy sobie Daniela. Zawsze 
może liczyć na jego wsparcie i pomoc w uporaniu się z włas-
nym nieszczęściem. Jak się może czuć żona, która dowiaduje 
się od kochanki męża, że na świat przyjdzie owoc ich romansu, 
na dodatek prawie w tym samym czasie, co dziecko Babette? 
Mąż ją zostawił, wybrał kochankę, bo ta urodziła mu syna, a 
żona - córkę. 

Co  to  za  człowiek,  który  kieruje  się  takimi  kryteriami?  To 

brzmi jak historia z jakiegoś kraju z Trzeciego Świata, gdzie 
kobieta w ogóle się nie liczy. 

Lena miała nadzieję, że to jedynie kwestia czasu, by Daniel i 

Babette zostali parą. Naprawdę zasłużyli na szczęście. Jeśli tak 
się stanie, 

 

background image

to  odda  im  do  dyspozycji  domek  ogrodnika.  Jest  większy  i 

ładniejszy, niż ten, w którym mieszka Daniel. 

Dźwięk telefonu wyrwał ją z zamyślenia. Była w biurze, więc 

w zasadzie powinna pracować, a nie rozmyślać nad życiem. 

Odebrała i ucieszyła się, bo dzwonił Christian, jej przyrodni 

brat, który tak późno pojawił się w jej życiu. 

- Christian? A to niespodzianka. Tak się cieszę, że dzwonisz! 

Wróciłeś już ze swoich nauk? 

Właśnie  z  tego  powodu  Christian  nie  mógł  uczestniczyć  w 

ceremonii chrztu bliźniaków. Sylvia go zaprosiła, bo przecież 
był przy narodzinach jej dzieci! 

-  Tak,  w  nocy.  Niestety,  muszę  iść  dzisiaj  do  kliniki.  Mam 

dyżur. 

- Braciszku, w takim razie to dla mnie zaszczyt, że dzwonisz. 
- Jesteś pierwszą osobą, do której dzwonię po powrocie. 
Christian  opowiedział  jej  o  pobycie.  Kiedy  skończył,  Lena 

zapytała: 

- Może to nie najlepszy moment, ale powiedz mi, zastawiałeś 

się nad tym, czy nie przenieść 

 

background image

się  do  Fahrenbach?  Sylvia  sprzedała  całe  wyposażenie 

gabinetu 

jakiemuś 

młodemu 

weterynarzowi, 

więc 

pomieszczenia stoją puste. Mógłbyś tam urządzić gabinet. 

-  Zastanawiałem  się  nad  tym,  ale  jeszcze  nie  podjąłem 

decyzji.  Z  jednej  strony  to  kusząca  propozycja,  Fahrenbach 
bardzo mi się podoba, byłbym też blisko ciebie, ale... 

- Jest też Sylvia - dokończyła jego zdanie. - Bardzo ją lubisz, 

w zasadzie więcej niż lubisz. Rozumiem cię, ale wiem też, że 
Sylvia  wciąż  opłakuje  śmierć  Martina.  To,  co  się  zrodziło 
między  wami,  kiedy  bliźniaki  przyszły  na  świat,  to  coś 
wspaniałego, ale Sylvia nie otwiera się tak szybko. Wtedy była 
słaba i zraniona przez życie, ty byłeś przy niej, bo Martin nie 
mógł jej wspierać. Teraz doszła już do siebie i kontroluje swoje 
uczucia. Rzuciła się w wir pracy i pracuje jak wcześniej, może 
nawet  więcej,  bo  ma  przecież  jeszcze  dzieci  na  głowie,  a 
zajmuje się nimi wzorowo. 

Christian nic nie powiedział. 
- Christian... Jesteś tam jeszcze? 
- Tak, myślę o tym, co powiedziałaś. 
-  Przyjedź,  jak  będziesz  miał  kilka  dni  wolnego. 

Porozmawiamy o tym. Ale moje zdanie 

 

background image

możesz poznać już teraz. Odważ się, skacz na głęboką wodę. 

Jeśli  ktoś  ma  szanse  u  Sylvii,  to  tylko  ty,  żaden  inny 
mężczyzna.  Dobrze  znam  moją  przyjaciółkę,  ciebie  też  już 
trochę poznałam. Może się wam udać. Szanse są ogromne. 

- Zastanowię się nad tym. Zwykle szybko podejmuję decyzję i 

już  od  dawna  chcę  mieć  wreszcie  swoje  miejsce  na  ziemi, 
zamieszkać gdzieś, otworzyć własny gabinet. Ale. Fahrenbach 
to mała osada, gdzie ludzie ciągle się spotykają na ulicy. Leno, 
codziennie  widywałbym  kobietę,  która  podbiła  moje  serce. 
Boję się, że byłbym bardzo nieszczęśliwy, nie mogąc... 

-  Myśl  pozytywnie.  Załóż,  że  ty  i  Sylvia  kiedyś  będziecie 

razem. 

- Gdyby to było takie proste... - westchnął. - Ale dość o mnie. 

Powiedz lepiej, co u ciebie. 

Lena z radością opowiedziała mu o ostatnich wydarzeniach. 

Opowiadała  chętnie,  bo  wszystko,  co  się  wydarzyło,  było 
piękne, po prostu piękne i nic więcej. 

background image

Ponieważ  Yvonne  nie  mogła  uczestniczyć  w  ceremonii 

chrztu,  Sylvia  uparła  się,  że  po  jej  powrocie  do  posiadłości 
zaprosi  ją  na  kolację.  Yvonne  nie  tylko  zaangażowała  się  w 
udekorowanie kapliczki, kupiła też dzieciom piękne prezenty. 

- Kolacja we trzy - powiedziała Sylvia. 
Lena  i  Yvonne  poszły  pieszo  do  wsi  i  cieszyły  się,  że 

wspólnie  spędzą  czas.  Taki  babski  wieczór  to  wspaniały 
pomysł.  Wszystkie  trzy  świetnie  się  rozumiały.  Zapowiadało 
się udane spotkanie. 

- Fahrenbach jest piękne - powiedziała Yvonne, kiedy dotarły 

do wsi. - Jest tu tak spokojnie. Prawdziwa idylla. 

-  Masz  rację  -  zgodziła  się  z  nią  Lena.  -  Życie  tu  jest  takie 

normalne, chociaż tu i ówdzie pojawiają się drobne rysy, ale 
tak już chyba musi 

 

background image

być. Normalka. Wszystko się zmienia, świat się zmienia. 
-  Tak,  ale  w  porównaniu  z  innymi  miejscowościami 

Fahrenbach wydaje się jeszcze krainą marzeń i szczęśliwości. 
Spójrz na ten rynek albo na gospodę z tymi wiekowymi lipami. 
To  wszystko  trwa  niezmiennie,  zdaje  się  być  zupełnie 
niezniszczalne. 

- To tylko pozory. Może na zewnątrz tak to wygląda, ale od 

środka już nie. Bo jest czasem bezlitosny i niszczy nasz świat. 

- Samo życie - odpowiedziała Yvonne. - Ale myślę, że żyjąc 

tu, człowiek nigdy nie jest sam, jest częścią tego krajobrazu, tej 
społeczności.  Tu  nie  można  być  samotnym.  Wyobraź  sobie 
życie  w  wielkim  mieście  w  jakiejś  anonimowej  dzielnicy, 
anonimowym bloku. Ludzie umierają i całymi tygodniami leżą 
bez życia w swoich mieszkaniach, bo nikt ich nie szuka. Nie 
znajdują  ich  sąsiedzi,  tylko  najczęściej  jakieś  służby,  kiedy 
przychodzą  odłączyć  prąd  czy  wodę,  bo  ktoś  nie  płacił 
rachunków. 

To  prawda.  Lena  czytała  o takich  przypadkach. Na  wsi  coś 

takiego jest wprost nie do wyobrażenia. 

 

background image

Chociaż  jak  pomyśli  o  nowym  osiedlu  na  terenie  byłej 

posiadłości Hubera... Mieszka tam tyle nowych osób, a zna się 
zaledwie garstkę z nich. Sama nie ma pojęcia, jak wygląda tam 
życie. Wstyd jej, ale musi przyznać, że w zasadzie wcale nie 
jest tego ciekawa. 

Sylvia wyszła sprawdzić, czy nie idą. 
-  Punktualnie  jak  w  szwajcarskim  zegarku  -  stwierdziła  z 

zadowoleniem, wybiegając im na spotkanie. Serdecznie objęła 
przyjaciółki. - Powiedzieć wam coś? Bardzo się cieszę na nasz 
wieczór.  Możemy  się  nagadać  do  woli  i  nikt  nie  będzie  nam 
przeszkadzał.  Jedna  z  moich  kelnerek  jest  na  górze  i  pilnuje 
moich urwisów. Ucieszyła się, że może posiedzieć z dziećmi, 
zamiast nosić piwo klientom. 

Wzięła Yvonne pod rękę. 
-  Wiesz  co,  moja  kochana,  miło  mi,  że  cię  poznałam  i  że 

pojawiłaś się w naszym życiu. 

- Dziękuję - zmieszała się Yvonne. 
W gospodzie było sporo gości. Ale niezależnie od tego, czy 

było  ich  mało,  czy  dużo,  czekał  na  nie  stolik,  który  Sylvia 
trzymała  tylko  dla  najbliższych.  Pięknie  go  udekorowała  - 
śliczny obrus, srebrny świecznik, kwiaty... 

 

background image

-  Skoro  nie  było  cię  na  chrzcinach,  to  chcę,  żebyś 

przynajmniej posiedziała przy ładnym stole. 

Usiadły. Już po chwili podano aperitif. 
- Jak rozmowy w Winkenheim? - zapytała Sylvia. 
- Super. Ten Szwajcar jest naprawdę zainteresowany kupnem 

domu  i  podniósł  swoją  ofertę.  Do  domu  należy  też  spora 
działka,  którą  można  uprawiać.  Budynek  jest  świetnie 
położony. To jedna z najlepszych lokalizacji w mieście. 

- Czyli sprzedajesz? Yvonne wzruszyła ramionami. 
-  Sama  nie  wiem...  W  końcu  to  mój  dom  rodzinny.  Tam 

dorastałam, miałam szczęśliwe dzieciństwo i młodość. Nie jest 
łatwo podjąć taką decyzję. 

- Ale teraz masz jeszcze Nicolę... - zaczęła Sylvia i urwała w 

połowie zdania. - Przepraszam, to było głupie. 

- Nie, nie, w porządku... Nicola i ja świetnie się rozumiemy, 

coraz  lepiej.  Ale  nie  znam  jej  tak  dobrze.  Z  rodzicami 
spędziłam całe życie. Jestem w rozterce. Nie wiem, co zrobić. 
Zrezygnowałam z gabinetu i mieszkania w Hersbeck. 

 

background image

Dom w Winkenheim jest dla mnie o wiele za duży, poza tym 

odkąd  wiem,  że  mieszka  tam  ten  typ,  który  mnie  spłodził  i 
którego znałam całe życie, miasteczko straciło dla mnie urok, 
obrzydło  mi.  Muszę  się  poważnie  zastanowić,  co  dalej. 
Obiecałam  temu  Szwajcarowi,  że  jeśli  zdecyduję  się  na 
sprzedaż, to go powiadomię. Mam cztery tygodnie. 

-  Nie  tak  dużo,  żeby  podjąć  decyzję  o  dalszym  życiu  - 

zauważyła Sylvia. - Ja bym chyba nie umiała. Nie chciałabym 
być w twojej skórze. 

Yvonne się napiła. 
- Może powinnam liczyć na jakiś cud, na wydarzenie, które 

wskaże mi drogę. 

Sylvia zaśmiała się. 
- Na cud? Lepiej nie. Takie rzeczy się nie zdarzają. To tylko 

marzenia. 

Lena wtrąciła się do rozmowy. 
-  Nie  bądź  taką  realistką.  Czasem  zdarzają  się  rzeczy,  o 

których człowiek myślał, że są niemożliwe. Ja w to wierzę. 

-  Owszem,  coś  tam  się  może  zdarzyć,  ale  powiedz  mi, 

kochana,  jaki  procent?  Podejdźmy  do  tego  statystycznie.  Ile 
jest takich przypadków na sto? 

 

background image

Lena spojrzała na przyjaciółkę. Fakt, Sylvia ma rację, ale czy 

trzeba być aż takim pesymistą? 

- Jesteś okropna. Sylvia uśmiechnęła się. 
- Wiem, ale jestem już taką wstrętną realistką i musicie się do 

tego przyzwyczaić... Wypijmy za życie. 

Podniosła kieliszek i spojrzała gdzieś dalej ze zdziwieniem. 
- O, idzie Markus. Nie spodziewałam się go dzisiaj. Miał być 

w Londynie i załatwiać jakiś duży kontrakt. 

Markus  podszedł  do  ich  stolika.  Chciał  coś  powiedzieć,  ale 

zaniemówił.  Patrzył  na  Yvonne  jak  na  zjawę.  Przetarł  oczy, 
jakby miał wrażenie, że źle widzi. 

Yvonne  odstawiła  kieliszek.  Robiła  się  na  zmianę  to 

czerwona,  to  blada,  patrzyła  oniemiała  na  mężczyznę,  który 
stał przy stoliku. 

Sylvia nie wiedziała, co o tym sądzić. 
Lena  domyśliła  się,  o  co  chodzi.  Pomyślała,  że  dla  tych 

dwojga przeszłość będzie miała kontynuację w teraźniejszości. 

Po chwili Markus i Yvonne się uspokoili. 
- Markus? 
 

background image

- Yvonne? 
Z niedowierzaniem wypowiedzieli swoje imiona. 
- Znacie się? - zdziwiła się Sylvia. 
Ale ani Markus, ani Yvonne nie usłyszeli jej pytania. Nie byli 

w stanie nic zrobić. Stali naprzeciwko siebie i wpatrywali się 
jedno  w  drugie,  jakby  się  bali,  że  to,  co  widzą,  to  tylko  sen, 
który zaraz się skończy. 

background image

Są  w  życiu  chwile,  które  człowiekowi  zapierają  dech  w 

piersiach,  odbierają  mowę„.  Wydają  się  być  niemożliwe,  a 
jednak zdarzają się naprawdę... 

To był jeden z tych momentów! Markus Herzog stał jak wryty 

i wpatrywał się w Yvonne, jakby była postacią z bajki, zjawą z 
najpiękniejszego  snu.  Yvonne  siedziała  jak  przyklejona  do 
krzesła. Nie spuszczała Markusa z oczu. Pobladła. Trzęsącą się 
dłonią  odstawiła  szklankę.  Sylvia  zerkała  to  na  jedno,  to  na 
drugie. 

Domyśliła  się,  że  między  tym  dwojgiem  coś  zaiskrzyło. 

Rozgrywała  się  tu  jakaś  przekomiczna  scena  z  udziałem 
dwojga dorosłych ludzi. A Lena? 

Lena  wierzyła  w  cud,  w  przeznaczenie.  Gdy  Yvonne 

mimochodem  opowiedziała  jej  o  Markusie,  swojej  wielkiej 
miłości, z którą 

 

background image

kiedyś  utraciła  kontakt,  pomyślała,  że  może  chodzi  o  jej 

przyjaciela... Tyle że Markus nigdy nie reagował szczególnie, 
kiedy w ich rozmowach pojawiało się imię Yvonne. 

Teraz przyszedł przypadkiem, zobaczył ją, wyszeptali swoje 

imiona i... 

Śmiesznie  i  romantyczne  zarazem.  Zapadła  cisza  jak  w 

niemym kinie. 

Spotkali  się  ponownie  w  miejscu,  gdzie  jest  raj  na  ziemi. 

Fahrenbach... 

Gdyby Lena dzięki swojemu uporowi nie odnalazła Yvonne, 

gdyby  jej  adopcyjny  ojciec  nie  nalegał,  by  Yvonne  ujawniła 
przed biologiczną matką, Nicolą, kim jest... 

Lena  miała  mętlik  w  głowie.  Musi  poskładać  poszczególne 

elementy układanki w całość i może wtedy dojdzie do niej, co 
tu się dzieje. 

Jej  przyjaciel  Markus  i  córka  Nicoli  byli  kiedyś  w  sobie 

śmiertelnie zakochani! 

Sylvia przerwała kłopotliwe milczenie. 
- Czy mógłby mi ktoś wyjaśnić, co to ma znaczyć? - spytała. 
Markus podbiegł do Yvonne. Rzucili się sobie w ramiona. 
Wzruszający obrazek.   
 

background image

Tych  dwoje  ściskało  się  mocno,  nie  zamieniając  ze  sobą 

słowa. Sylvia wstała. 

- Chyba muszę się napić wódki - oznajmiła. - Trochę potrwa, 

zanim  ci  dwoje  zaczną  cokolwiek  mówić.  Nalać  ci 
Fahrenbachówki? 

Lena pokiwała głową. 
Szklaneczka likieru na pewno im teraz nie zaszkodzi. 
Sylvia  wróciła  z  kuchni  z  całą  butelką  Fahrenbachówki.  Na 

wszelki  wypadek.  Chociaż  przy  takiej  okazji  wypadałoby 
wznieść toast przy szampanie. 

Sylvia wbiła pytający wzrok w Lenę. 
- Byli kiedyś w sobie zakochani - szepnęła Lena. - Poznali się 

dawno temu na jakimś festiwalu w Hiszpanii. 

- Dlaczego nie są dziś małżeństwem? Dlaczego Markus nigdy 

nic o niej nie wspomniał? Po co uganiał się za kobietami, które 
nie dorastają Yvonne do pięt? 

-  Umówili  się,  ale  ogień  zniszczył  halę  koncertową,  w 

związku  z  czym  odwołano  festiwal  i  zgubili  się  w  ogólnie 
panującym chaosie... 

Sylvia dolała sobie Fahrenbachówki. 
 

background image

- O Chryste Panie, historia niczym z filmu. Więc to prawda, 

że życie pisze najlepsze scenariusze... A ty przyjmujesz to tak 
spokojnie? 

- Pozory mylą. Zatkało mnie. Niesamowite, Fahrenbach stało 

się  miejscem  nieziemskiego  love  story.  Zabawne,  zanim 
dowiedziałam się o Markusie i Yvonne, życzyłam im, żeby się 
sobą  zauroczyli  i  żeby  Yvonne  miała  swój  gabinet 
pediatryczny w domku na rynku... A oni już są parą i raczej nie 
wypuszczą się z ramion. 

- OK, dość tego! My też się chcemy nimi nacieszyć. Koniec 

tego melodramatu! 

Zanim  Lena  zdążyła  zaprotestować,  Sylvia  powiedziała 

głośno: 

-  Hej,  gołąbeczki,  puścicie  się  wreszcie  czy  nie? 

Przypominam,  że  my  także  tu  jesteśmy!  Poza  tym,  Markus, 
mój przyjacielu, planowałyśmy babski wieczór. 

Rozluźnili uścisk. 
- Przepraszam - zawołał Markus. - Cud! Wszystkiego bym się 

spodziewał, ale nie tego, że spotkam Yvonne... Moją Yvonne. 
Wiecie co, w sumie byłem zmęczony, chciałem odpocząć, ale 
coś mnie do was ciągnęło... 

- Magia miłości - mruknęła po nosem Sylvia. 
 

background image

- Prawdopodobnie tak - przytaknął. Yvonne nic nie mówiła. 

Widać było, że miotają nią sprzeczne uczucia. 

-  Yvonne  -  zawołał  do  niej  Markus.  -  Yvonne,  powiedz, 

proszę, jesteś mężatką? 

„Mądre  pytanie  -  pomyślała  Lena.  Gdyby  zadała  je 

Thomasowi,  zaoszczędziłaby  sobie  cierpienia".  Markus 
odrobił za nią pracę domową. 

- Nie! - odparła radośnie.,- Nie jestem mężatką. Jestem wolna. 
Pochylił się do niej i uśmiechnął. 
- Obawiam się, że nie za długo - szepnął jej do ucha, ale na 

tyle głośno, że Lena i Sylvia usłyszały. 

Obie głęboko westchnęły. Markus, ich kolega z przedszkola, 

wpadł w sidła miłości. 

A Yvonne? Uśmiechała się, błądząc myślami gdzieś daleko. 
Sylvia wstała. Uznała, że tę chwilę trzeba uczcić co najmniej 

jedną  lampką  szampana.  Ona  nie  powinna  pić  zbyt  dużo, 
ponieważ  zazwyczaj  bliźniaki  dawały  jej  w  nocy  popalić  i 
musiała  być  w  formie,  no  ale  dziś  był  zupełnie  wyjątkowy 
dzień. 

Spojrzenia Yvonne i Leny się skrzyżowały. 
 

background image

-  Niewiarygodne,  prawda?  -  spytała  drążącym  głosem 

Yvonne. - Znalazłam Markusa akurat tu... Dziękuję, Lena. 

-Za co? 
- Że nie odpuściłaś. Inaczej nie byłoby mnie w Fahrenbach. 
-  Cud!  -  krzyknął  Markus.  -  Lena,  jesteś  specjalistką  od 

zapalania  świeczek  w  kapliczce.  Czasami  się  z  tego 
naśmiewałem, ale jedno ci powiem... Jutro raniutko będę tam 
pierwszy i zapalę wszystkie świeczki, które leżą w kapliczce. 

- Pójdę z tobą - obiecała Yvonne. Wróciła Sylvia. 
-  Jutro  możecie  robić,  co  chcecie.  Ale  teraz  napijemy  się 

szampana,  notabene  najlepszego,  jakiego  mam  w  domu. 
Kochani,  za  niewiarygodny,  szczęśliwy  zbieg  okoliczności. 
Długo  utyskiwałam  na  los,  ponieważ  odebrał  mi  mojego 
Martina.  Wasza  bajka  złagodziła  moje  nastawienie.  Los  nie 
tylko  sieje  spustoszenie,  lecz  łączy  ze  sobą  pięknych  ludzi. 
Jakaś  nieopisana  siła  wyższa  rozdaje  karty,  niekoniecznie  te 
złe... 

Stuknęli się kieliszkami, wymienili kilka błahych zdań, potem 

Yvonne  i  Markus  chcieli  pobyć  sami.  Pożegnali  się  więc  z 
Leną i Sylvią. 

 

background image

- Jeszcze do mnie nie dotarło - powiedziała Sylvia. - Markus i 

Yvonne... Piękna z nich para. 

- Po prostu są dla siebie stworzeni - uzupełniła Lena. Kiedy 

zobaczyła  wątpiący  wzrok  Sylvii,  dodała:  -  Tak  jest. 
Przeznaczenia  nie  oszukasz.  Ja  odszukałam  Yvonne,  ona 
zrezygnowała  z  gabinetu  z  powodu  choroby  ojca,  sprzedała 
mieszkanie, żeby być blisko niego. Szwajcarski przedsiębiorca 
zaoferował jej niebągatelną sumę za dom rodziców. Nie była 
pewna; czy powinna się go pozbywać, ale teraz na  pewno to 
zrobi. 

- Uhm, a Markus kupił dom na rynku, nie wiedząc, co z nim 

pocznie. 

- I marzył o kobiecie, która by mogła tam pracować... 
-  Zgadza  się!  -  zawołała  Sylvia.  -  O  Boże,  normalnie 

wariackie papiery... Może masz rację z tym przeznaczeniem? 
Trudno  w  nie  uwierzyć,  dopóki  się  samemu  nie  doświadczy 
jego mocy. Markus zakochał się we wspaniałej kobiecie. A my 
się zastanawiałyśmy, dlaczego nie znalazł sobie żadnej kobiety 
na stałe... Jego serce biło dla Yvonne. 

Po północy gospoda świeciła pustkami. 
 

background image

Lena  zbierała  się  do  domu.  Wybrała  drogę  wzdłuż  rzeki. 

Często  nią  chodziła,  żeby  móc  podziwiać  posiadłość  w  całej 
krasie. 

- Dziękuję, kochany Boże - szepnęła, wchodząc pod górkę. - 

Dziękuję, że ponownie zbliżyłeś do siebie Yvonne i Markusa. 

Przechodząc przez furtkę, zauważyła, że w domu Dunkelów 

świeci się światło. 

Zapewne Nicola wyczekiwała powrotu Yvonne. Powinna jej 

opowiedzieć  o  wspaniałym  wydarzeniu,  którego  była 
świadkiem? 

Nicola  pękłaby  ze  szczęścia,  ponieważ  bardzo  lubiła 

Markusa. Ponadto oznaczałoby to, że Yvonne sprowadzi się w 
te okolice. 

Nie  trzeba  być  prorokiem,  żeby  przewidzieć,  iż  Markus  i 

Yvonne  ponownie  zapałają  do  siebie  płomiennym  uczuciem. 
Otrzymali  od  losu  drugą  szansę  i  z  całą  pewnością  ją 
wykorzystają. 

Przystanęła.  Zrobiła  kilka  kroków  w  stronę  Dunkelów,  po 

czym zawróciła. 

Nie!  Nie  ona  powinna  przekazać  tę  cudowną  -wieść.  Niech 

Yvonne sama zwierzy się Nicoli. 

Poszła do siebie. 

background image

Naturalnie w ciągu następnych dni wałkowano w kółko jeden 

temat. Yvonne bujała w obłokach, Markus był nie do poznania. 
Lena nigdy go takiego nie widziała. I co dziwne, zaniedbywał 
pracę, żeby spędzić z Yvonne każdą, choćby najkrótszą chwilę. 
Zachowywali  się  jak  nastolatkowie,  którzy przeżywają  swoją 
pierwszą miłość. 

Yvonne czekała na ukochanego u Leny. Popijały kawę. 
- Oj, Lena, czy to przypadek, że spotkałam Markusa właśnie 

tutaj?  Gdybym  nie  wylądowała  na  Słonecznym  Wzgórzu, 
pewnie  nigdy  byśmy  na  siebie  nie  wpadli.  Poruszamy  się  w 
dwóch różnych światach. 

- Widocznie tak musiało być - odparła Lena. - Bóg chciał was 

połączyć. 

- Wierzysz w Boga? 
 

background image

- Tak. Jest wszechmogący. Jego palec  sprawia, że otwierają 

się przed nami nowe możliwości... 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Przyszedł  Markus. 

Prezentował się świetnie. Biła od niego pozytywna energia. 

Przywitał się z Leną i uściskał Yvonne. 
-  Dzień  dobry,  kochaniutka  -  szepnął  czule.  -  Ślicznie 

wyglądasz. 

Pocałował ją i zwrócił się do Leny. 
-  Miałabyś  coś  przeciwko  temu,  gdybym  porwał  tę  piękną 

damę? 

- Ależ skąd - zaśmiała się Lena. - Zmykajcie oboje! Dokąd się 

wybieracie? 

- Niespodzianka! - zawołał rozradowany Markus. 
- Niespodzianka dla mnie? - spytała z uśmiechem Yvonne. 
Rozmawiali  jeszcze  chwilę,  po  czym  Yvonne  i  Markus 

opuścili dom. Lena obejrzała się za nimi. Na szczęście miała 
swojego Jana. 

Z zamyślenia wytrącił ją dźwięk telefonu. 
Dzwoniła Doris. 
-  Planuję  najazd  na  ciebie  -  zagadnęła  bez  ogródek.  - 

Chciałabym cię odwiedzić. Czy mogłabym? 

 

background image

- Jasne. Tylko że... 
- Nie pasuje ci?   
-  Nie,  nie  o  to  chodzi...  Wiesz,  Markus...  Markus  odnalazł 

swoją  pierwszą,  wielką  miłość  i  jest  obecnie  w  siódmym 
niebie. 

Streściła pokrótce Doris tę niewiarygodną historię o Yvonne i 

Markusie.  Doris  była  ostatnią  dziewczyną  Markusa.  Odeszła 
od niego, ponieważ przytłaczała ją wiejska rzeczywistość. Po-
trzebowała miejskiego zgiełku. Ale widok zakochanego byłego 
narzeczonego zwykle wzbudza dawne emocje. 

Jednak  Lena  martwiła  się  na  zapas.  Doris  zareagowała 

spontanicznie. 

- Lena, to wspaniała wiadomość! Cieszę się, że mu się układa. 

Zasłużył na kogoś wartościowego. W gruncie rzeczy dobrze, 
że się z nim rozstałam. W jego sercu pewnie nieustannie była 
Yvonne. Nie mógł pewnie dać mi stuprocentowej miłości, a ja 
taką bym chciała. 

- Doris, pamiętam, że zadowalało cię te dziewięćdziesiąt czy 

osiemdziesiąt procent. 

Doris zarechotała, ponieważ Lena ją przejrzała. 
- Znasz mnie przecież. Uwielbiam dramaturgię. Serio, cieszę 

się, że mu się wiedzie. Przynaj- 

 

background image

mniej  nie  muszę  mieć  wyrzutów  sumienia.  Gryzło  mnie  po 

tym, jak uciekłam, mimo że przyjęłam jego oświadczyny. 

- Ale teraz nie masz nikogo? Czy kroi się coś między tobą a 

Arnem Hansenem, bratankiem Brodersena? 

Doris się zaśmiała. 
- Sorry, nie usłyszysz ode mnie żadnych nowinek. Spotykamy 

się, jest fajnie, ale obecnie wyznaczyłam sobie inne priorytety. 
Pierwszy raz w życiu jestem zupełnie wolna, mogę robić to, na 
co mam ochotę, również w weekendy. Nikt na mnie nie czeka 
w  domu.  Uczę  się  pilnie  angielskiego,  no  i  zaczynam  się 
przekonywać do francuskiego. 

- No, nie wierzę... 
- Właśnie... Byłoby łatwiej, gdybym się za to zabrała, kiedy 

mieszkałam  w  Chateau  pośród  Francuzów,  ale  wtedy  jakoś 
byłam rozbita... 

- Super, że robisz postępy. Jórg by się zdziwił i... - urwała. 
-  Lena,  często  o  nim  myślę,  chociaż  się  rozwiedliśmy. 

Przyśnił mi się dwie noce temu. Był pełen energii... Nie dociera 
do mnie, że on nie żyje. Są jakieś wieści?   

 

background image

- Nie. I pewnie nie będzie. Australijskie urzędy uznały sprawę 

za  zamkniętą.  Wystawiły  dokumenty  potwierdzające  zgon 
Jorga. 

-  Dokumenty,  które  przywiózł  Frieder  -  burknęła  Doris.  - 

Twój brat jest przebiegłym, szczwanym lisem. 

- Fakt, jemu nie wolno ufać. Ale musimy się powoli pogodzić 

ze  śmiercią  Jorga.  Samolot  rozbił  się  na  odludnym  terenie. 
Akcja  poszukiwawcza  niczego  nie  przyniosła.  Jan  tez 
próbował i nic z tego... 

- O mały włos i ja byłabym martwa. Gdybym poleciała wtedy 

do Nowej Zelandii, towarzyszyłabym mu zapewne w podróży 
do Australii. Miałam fart, że spieniężyłam bilet lotniczy... 

- Nie zadręczaj się. 
-  Co  zrobisz  z  Cháteau?  Przecież  jesteś  jedyną 

spadkobierczynią. 

-  Na  razie  interesy  kręcą  się  po  staremu.  Polegam  na 

uczciwości  oraz  oddaniu  Marcela  i  Marie.  Za  wcześnie  na 
wprowadzanie jakichkolwiek zmian. 

Doris westchnęła. 
-  Jórg  wiedział,  kogo  ustanowić  swoim  zastępcą.  Frieder 

sprzeniewierzyłby jego majątek. 

 

background image

-  Nie  gadajmy  o  Friederze.  Sama  myśl  o  nim  i  jego 

posunięciach  przyprawia  mnie  o  skręt  kiszek.  Doris,  mam 
pomysł. Skoro uczysz się francuskiego, pojedziesz ze mną do 
Bordeaux, żeby dopilnować biznesu Chateau Dorleac. 

-  Zapomnij.  Nie  mogę.  Wspomnienia  rozerwałyby  moją 

duszę.  Nie,  Lena,  ten  rozdział  zamknęłam  jakiś  czas  temu... 
Forever. 

- OK. Kiedy mnie odwiedzisz? 
- W piątek i sobotę. , , 
-  Super.  Przy  okazji  poznasz  mojego  przyrodniego  brata 

Christiana. On też tu będzie. 

- Może mam przyjechać kiedy indziej? 
-  Nie.  Powinniście  się  wreszcie  poznać.  Nie  bój  się.  Nie 

będzie się do ciebie zalecał. Ugania się za Sylvią. 

- Brawo! Christian i Sylvia, Markus i Yvonne, Daniel mizdrzy 

się do Babette, ty masz stałego absztyfikanta... A kto pocałuje 
mnie? 

- Serduszko, ty masz swoje angielskie i francuskie książki. 
-  Lena,  cieszę  się  na  nasz  wspólny  weekend.  OK,  muszę 

wracać  do  pracy.  Szef  jest  zadowolony  z  twoich  raportów  i 
przede wszystkich z obrotów. Pniesz się w górę. 

 

background image

Lena zachichotała. 
- Bo w życiu kieruję się dewizą: praktyka czyni mistrza. 
Zamieniły jeszcze kilka zdań i się pożegnały. 
Szkoda, że małżeństwo Doris i Jörga się rozpadło. 
Lena wstała, posprzątała brudne naczynia i wyszła z domu. 
Spieszyła się do destylarni. „Fabryka likierów Fahrenbach" - 

tak teraz nazywała się jej firma. 

background image

Nicola,  uradowana  rozwijającą  się  miłością  Yvonne  i 

Markusa  oraz  odwiedzinami  Christiana  i  Doris,  postanowiła 
ugotować dla wszystkich wykwitną obiadokolację. Nikt, rzecz 
jasna,  nie  odmówił  uczestnictwa  w  wystawnym  posiłku.  W 
końcu  Nicola  była  znakomitą  kucharką.  Przyjaciele,  w  tym 
Markus, ubóstwiali kosztować jej potrawy. 

Lena jako pierwsza zawitała w domu Dunkelów, żeby pomóc 

Nicoli, lecz ta nie chciała o tym słyszeć. 

-  Napij  się  kawy,  dosiądź  się  do  Aleksa,  dotrzymaj  mu 

towarzystwa,  a  ja  sobie  poradzę.  No,  chyba  że  chcesz  mnie 
obrazić?  W  swojej  karierze  gotowałam  już  dla  większej 
gromady, kochanieńka. 

-  OK  -  zachichotała  Lena.  -  Idę  do  Aleksa.  On  mnie  nie 

przepędzi. 

 

background image

Nicola podeszła do Leny. Objęła ją. 
- Nikt cię nie przepędza. Jesteś moją najlepsza przyjaciółką. 

Modlę się za ciebie. Nigdy nie zapomnę ci tego, co dla mnie 
zrobiłaś. Przyprowadziłaś do mnie moje dziecko. 

Łzy spłynęły jej po policzkach. 
- Kochana, nie płacz. Co sobie pomyślą goście... 
- Płaczę ze szczęścia. Widać, prawda? - śmiała się Nicola. - 

Ojej,  zawracam  ci  gitarę,  zamiast  krzątać  się  po  kuchni... 
Szkoda, że Jana z nami nie ma. 

- Też żałuję - odparła Lena. 
Zapachy unoszące się w powietrzu zapowiadały niezłą ucztę. 
Ciekawe, jakie menu zaserwuje Nicola. Nieważne. Na pewno 

zadowoli każde podniebienie. 

Kiedy  wchodziła  do  pokoju  Aleksa,  otworzyły  się  drzwi 

wejściowe.  To  była  Doris,  która  pojechała  do  wsi,  żeby 
wrzucić  list  do  skrzynki  pocztowej.  Zapomniała  go  bowiem 
wyjąć z torebki. 

- Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach - powiedziała. 
- Pozerka - zarechotała Lena. - Przypomnieć ci, że pojechałaś 

do wsi samochodem? 

 

background image

-  Cholerka,  przyłapałaś  mnie  na  drobnym  kłamstewku  - 

odpowiedziała Doris. - Dlaczego się kręcisz, a nie pomagasz 
Nicoli w kuchni? 

- Wygnała mnie do Aleksa. Chodź ze mną. 
-  OK,  nie  będę  się  kłóciła  -  odparła  żartobliwie  Doris.  - 

Napiłabym się Fahrenbachówki. Wieki temu jej nie miałam w 
ustach. 

Razem przeszły do salonu. Aleks siedział w fotelu. Miał na 

sobie  ciemne  spodnie  i  jasną  koszulę.  Doris  i  Lena  również 
ubrały się elegancko. Oby pozostali goście się nie wyłamali i 
podtrzymali konwencję. 

Ponownie zaskrzypiały drzwi. 
Powoli schodziła się cała ferajna. Inge Koch, Daniel i Babette. 

Sylvia załatwiła opiekunkę do Marie. 

Na samym końcu przyszli Yvonne i Markus. Załatwiali jakieś 

formalności  w  Steinfeld  i  dlatego  się  trochę  spóźnili.  Nie 
pisnęli  o  tym  ani  słówkiem,  więc  Lena  popuściła  wodze 
fantazji  i  dopowiedziała  sobie,  że  rozglądali  się  za  pier-
ścionkiem zaręczynowym. 

Ponieważ Doris nie znała Babette, Inge, Yvonne i Christiana, 

Lena zaczęła od przedstawienia jej wszystkich. 

 

background image

Doris  i  Markus  stanęli  naprzeciwko  siebie.  Z  początku  byli 

lekko spięci, ale za chwilę Doris przełamała lody i uściskała go 
na przywitanie. 

-  Lena  mi  o  wszystkim  opowiedziała.  Cieszę  się,  Markusie. 

Życzę ci szczęścia. 

Lena  odetchnęła  z  ulgą.  Doris  wyleczyła  się  z  miłości  do 

Markusa.  Nie  odstawiała  teatru  i  nie  histeryzowała. 
Wytworzyła się między nimi przyjacielska atmosfera. 

Nagle  z  kuchni  wyszła  rozpromieniona  Nicola.  Jak  na 

gospodynię  przystało,  przepasała  się  białym  fartuszkiem. 
Ucałowała zebranych gości, co chwila zerkając na Yvonne. Z 
niekłamaną przyjemnością zaprosiła wszystkich na aperitif. 

Goście  przed  przystąpieniem  do  jedzenia  podziwiali 

gustowny wystrój wnętrz oraz pięknie zastawiony stół. Aż oko 
bielało. Czuli się jak w ekskluzywnej restauracji, choć bardziej 
swojsko. W każdym zakamarku można było dostrzec akcenty 
sztuki ludowej. 

Nicola  musiała  się  nieźle  natrudzić.  Szafki  oraz  stół 

przyozdobiła 

serwetkami, 

obrusikami 

bieżnikami 

własnoręcznie przez siebie wyszywanymi. Całość uzupełniały 
piękne kompozycje kwiatowe. 

 

background image

Próbowanie  podawanych  kolejno  dań  sprawiało  wszystkim 

nieziemską przyjemność. Furorę robiły tatar z tuńczyka w sosie 
z  zielonych  szparagów,  różnego  rodzaju  sałatki  owocowe, 
befsztyk w ziołach oraz pieczone ziemniaki z sufletem w salsie 
malinowej. 

Ku uciesze Leny Yvonne obserwowała w zamyśleniu Nicolę. 

Ten  dzień  mógł  się  okazać  przełomowy,  gdyż  widziała 
biologiczną  matkę  w  nowej  odsłonie.  Zresztą  nie  skąpiła  jej 
komplementów. Szczerze zachwalała przygotowaną przez nią 
kolację. 

Reszta grupy również dziękowała za bajkowy wieczór. 
Ni  z  tego,  ni  z  owego  Yvonne  położyła  rękę  na  ramieniu 

Nicoli. Lena ledwie powstrzymała łzy, widząc ten gest. 

Pierwszy krok do zbliżenia się matki i córki... 
Daniel  siedział  obok  Babette.  Ucięli  sobie  ożywioną 

pogawędkę  z  Doris.  Christian,  Sylvia  i  Inge  Koche  także  o 
czymś namiętnie dyskutowali. Markus zaś nie odrywał wzroku 
od Yvonne. 

Lena przysunęła się do Aleksa. 
- Strzelimy sobie jeszcze po kieliszku Fahrenbachówki? 
 

background image

Aleks jak na zawołanie przyniósł butelkę rodowego likieru. 
- Chluśniem, bo uśniem - zażartował. 
-  Na  zdrowie  -  wtórowała  mu  Lena.  -  Wypijmy  za  udany 

wieczór. 

background image

Kiedy  Lena  następnego  ranka  weszła  do  kuchni,  żeby 

naszykować dla swoich gości śniadanie, zastała w niej Doris. 
Bratowa ją wyprzedziła i wcześniej nakryła do stołu, Aromat 
świeżo zaparzonej kawy pobudzał do energicznego wkroczenia 
w nowy dzień. 

-  Dzień  dobry  -  zawołała  Doris.  -  Nie  gniewasz  się,  że  się 

porządziłam? Czuję się tu jak u siebie. 

-  Nie.  Dzięki,  że  mnie  wyręczyłaś  -  odparła,  patrząc  na 

porozkładane talerzyki dla dwóch osób. - Hej, kotku, chyba nie 
nakryłaś dla Christiana. 

- Nie musiałam -  zaśmiała  się  Doris.  - Pojechał do gospody 

„Pod Lipą". Zje śniadanie z Sylvią i raczej dłużej u niej zabawi. 
Świata poza sobą nie widzą. Zakochali się na całego. 

Lena usiadła. 
 

background image

- Bo ja wiem... Sylvia wciąż rozpacza po Martinie i szybko z 

tym się nie upora. 

Doris rozkroiła bułkę. 
- Martina zachowa na wieki w sercu, był jej wielką miłością, 

jest ojcem jej dzieci, ale życie toczy się dalej. Ona i Christian 
pasują  do  siebie.  Wartościowy  mężczyzna  z  niego.  Ty  też 
miałabyś wygodnie, gdyby kontynuował praktykę lekarską we 
wsi. Przynajmniej jedna osoba, z  twojej  rodziny mieszkałaby 
blisko ciebie. W dodatku ta, na której możesz polegać, bo twoje 
rodzeństwo... Szkoda na nich słów. 

Lena odstawiła filiżankę. 
- Rzeczywiście Christian jest mi bliższy niż Frieder i Grit. 
-1 

prawidłowo.  Jak  się  miewa  moja  postrzelona 

eks-szwagierka?  W  dalszym  ciągu  usługuje  temu  włoskiemu 
żigolakowi? 

- Przypuszczalnie tak. Kochaś skubie ją z każdego grosza. 
- Przypuszczalnie? - powtórzyła Doris. - Co to znaczy? 
- Że niewiele o niej wiem. Nie dzwonię do niej. Zbywała mnie 

jak jakąś gówniarę, wyzywała od najgorszych... Ile można to 
znosić? 

 

background image

Miarka się przebrała. Przejrzałam na oczy i już nie dążę do 

scalenia rodziny. Po śmierci taty nasze relacje się popsuły. 

-  Lena,  gratuluję  ci,  że  nareszcie  otrzeźwiałaś.  Grit  jest 

wampirem  energetycznym.  Wysysała  z  ciebie  ostatnie  soki. 
Wykorzystywała  cię  do  realizowania  swoich  idiotycznych 
zachcianek. 

- Kiedyś tak nie było... 
-  Kiedyś  się  nie  liczy.  To  przeszłość.  Kiedyś  władzę 

sprawowali cesarzowie i tak dalej... Bez skrupułów zdradziła 
Holgera,  mężczyznę,  jakich  mało  na  tym  pogmatwanym 
świecie.  Nachapała  się  przy  nim  pieniędzy,  ile  tylko  wlezie. 
Ograbiła go z rodzinnego domu. Zaniedbywała dzieci. Pozbyła 
się ich, posyłając je do ojca do Vancouver. Wyliczać dalej? 

Doris ugryzła bułkę. 
-  Pyszna.  Kulinarny  kunszt  Nicoli  rozpieszcza  moje 

podniebienie. I ta marmolada... Pychota! 

Upiła łyka kawy. 
- Któregoś dnia obudzi się z ręką w nocniku i będzie chciała 

odzyskać Holgera. Mam nadzieję, że on nie nabierze się na jej 
gierki. Dla tego gorącego Włocha zostawiłaby go po raz drugi. 

- Bez obaw. Holger się ożenił. 
 

background image

Doris aż otworzyła oczy ze zdziwienia. 
- Dlaczego nic o tym nie wiem? 
-  Przepraszam.  Chciałam  ci  powiedzieć,  ale  najpierw  nie 

mogłam cię złapać, a potem zawsze wyskakiwało coś innego... 

-  Kogo  poślubił?  Tę  filigranową  Rosjankę,  za  którą  wariują 

dzieciaki? 

- Tak. Ożenił się  z Iriną. Nie jest  Rosjanką, lecz  Kanadyjką 

rosyjskiego pochodzenia. Urodziła się w Vancouver. Ojczyznę 
rodziców zna jedynie z mapy i opowiadań. 

Doris machnęła ręką. 
-  Nieważne  -  powiedziała  Lena.  -  Super,  że  ci  dwoje 

przysięgli  sobie  przed  Bogiem  wierność.  Irina  jest  dobra 
zarówno dla Holgera, jak i dla dzieci. 

- Znasz ją? - dociekała Doris. 
- Nie. Ale Holger przyleci z nią niebawem do Niemiec. 
-  Zadzwoń  wtedy  do  mnie.  Chciałabym  się  zobaczyć  z 

dziećmi  i  Holgerem.  Zorganizujemy  wieczorek  eks  - 
zarechotała Doris. - No i poznam Irinę. 

- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zadzwoniła do Holgera. 

Świetnie się dogadywaliście. 

 

background image

- Dobry pomysł. Zaraz zapiszę sobie jego numer stacjonarny i 

na komórkę. 

- Połączenia komórkowe do Kanady są bardzo drogie. 
-  Racja.  Lena,  co  będziemy  teraz  robić?  W  weekend  nie 

musisz  pracować.  Pojedźmy  do  Bad  Helmbach,  żeby 
odetchnąć  miejskim  powietrzem...  Pozwiedzajmy  światek 
pięknych i bogatych. 

- Skoro chcesz... 
-  Zajrzałybyśmy  do  sklepu  z  odzieżą.  Teraz  są  przeceny. 

Niedawno zaopatrzyłam się w nim w fajne ciuchy. 

-  O  ile  ten  sklep  jeszcze  istnieje.  W  Bad  Helmbach  ciągle 

otwierają  jakieś  sklepy,  a  potem  zamykają.  Zżerają  ich 
wysokie czynsze. Ponadto na topie są budki z fatałaszkami dla 
strojniś. 

-  Hm,  mam  nadzieję,  że  ten  konkretny  sklep  nie  padł. 

Sprzedawczyni była niezwykle uprzejma i mieli świetny towar. 

Chwilę później plotkowały o Inge Koch, Babette i Yvonne. 

background image

Sprawdziły  się  przewidywania  Leny.  Mały  sklepik 

przekształcono w zakład jubilerski. -1 co teraz? 

Doris minęła ochota na zakupy. 
- Pójdziemy na kawę i zastanowimy się, jak spędzimy resztę 

przedpołudnia. 

-  Pojedźmy  lepiej  gdzie  indziej  -  mruknęła  Doris.  - 

Napatrzyłam  się  wystarczająco  na  twarze  stworzone  przez 
chirurgów. Nie będę sobie obrzydzała dnia przy kawie. 

- W porządku. W takim razie zabiorę cię w miejsce, gdzie nie 

kręcą się wypacykowane lale. 

- Chwała ci za to - odparła Doris. 
Lena  zaprowadziła  szwagierkę  do  kawiarni,  w  której 

stołowali się normalnie wyglądający ludzie. 

- Bosko... - westchnęła Doris. 
 

background image

Szybko  złożyły  zamówienie.  Niespodziewanie  do  środka 

wszedł  Markus.  Rozglądał  się  za  wolnymi  stolikami.  Doris 
przywołała go machnięciem ręki. 

-  Mogę  się  do  was  przy  siąść?  Czy  przeszkodziłem  wam  w 

babskich pogaduchach? 

- Siadaj - rzekła Doris, zdejmując torebkę z krzesła. - Co tu 

robisz o tej godzinie? W dodatku sam. Gdzie Yvonne? 

- Prawdopodobnie u mamy na Słonecznym Wzgórzu. Co ja tu 

robię? Chcę się napić kawy. 

- Lena, cieszę się, że mi pokazałaś tę przytulną kawiarenkę. 

Nie sądziłem, że są takie w Bad Helmbach. Oby się utrzymała 
na rynku - powiedział Markus. 

- Co porabiasz w sobotnie przedpołudnie w Bad Helmbach? - 

dociekała Doris. 

- Dokupiłeś więcej koszul? - spytała Lena. Stropił się. Sięgnął 

do kieszeni i wyciągnął 

czarne pudełeczko. 
-  Przyjechałem  tu  dla  tego...  -  odpowiedział,  otwierając 

pudełko. 

Ich oczom ukazały się dwa złote pierścionki. Doris popatrzyła 

na eks-narzeczonego, potem na pierścionki. 

 

background image

-  Piękne  -  przyznała.  -  Mnie  by się  spodobały. Markus,  ty i 

Yvonne dopiero się odnaleźliście... Szybki Bill z ciebie. 

Zapatrzył się na pierścionki i nie zarejestrował ostatnich słów 

Doris. 

-  Żyliśmy  osobno  przez  wiele  lat,  ale  fascynacja,  która  nas 

ogarnęła  od  ponownego  spotkania...  Ach,  nie  da  się  tego 
opisać!  Yvonne  jest  moją  drugą  połówką.  Po  co  zwlekać  z 
oczywistymi decyzjami? Z nią chcę spędzimy cle... 

Takie słowa z jego ust?! 
Markus  nie  należał  do  wylewnych  osób.  Rzadko  mówił  o 

uczuciach. Widocznie nie były na tyle silne. Tym razem było 
inaczej. Prawdziwa miłość go uskrzydliła. 

Doris spontanicznie ścisnęła jego dłoń. 
-  Markus,  ona  jest  tobie  przeznaczona.  Życzę  wam 

wszystkiego  najlepszego.  Ciesz  się,  że  się  mnie  pozbyłeś, 
przyjacielu. Przed nami nie było przyszłości. W porównaniu z 
twoim  związkiem  z  Yvonne  my  przeżywaliśmy  zwykły 
romansik. 

- Doris, jesteś niemożliwa! - wmieszała się Lena. 
-  Ma  rację  -  bronił  byłej  partnerki  Markus.  -  Prędzej  czy 

później doszłoby między nami 

 

background image

do  zgrzytów,  bo  moje  serce  wciąż  biło  do  Yvonne.  Doris, 

dziękuję  ci  za  miłe  chwile  przy  twoim  boku.  Dziękuję  za 
szczerość wobec mnie i konsekwencję... 

Wyjaśnili sobie wszelkie niedomówienia, budując podwaliny 

ciepłych, przyjacielskich relacji. 

- Pytałeś już Yvonne, czy ona potrafi sobie wyobrazić życie w 

Fahrenbach? 

Zamknął pudełeczko z pierścionkami i je schował. 
- Nie. 
- A jeśli i ona się tu nie zaaklimatyzuje? 
-  Spokojnie.  Dla  nas  tak  naprawdę  nie  ma  znaczenia,  gdzie 

zamieszkamy. Najistotniejsze jest, że się kochamy. 

Prawdziwa miłość! 
Lena  jako  pierwsza  jej  zaznała.  Wszyscy  jej  wtedy 

zazdrościli.  I  co  z  tego  wynikło?  Dziesięcioletnia  rozłąka, 
ponowne zejście. I po co to wszystko? Żeby się dowiedzieć, że 
Thomas  ma  w  Ameryce  żonę,  którą  przed  nią  przemilczał. 
Potem  strzała  Amora  trafiła  Sylvię  i  Martina.  Niestety, 
tragiczny wypadek rozdzielił ich bezpowrotnie. 

 

background image

I  proszę,  niepodziewanie  Markus  wyszedł  na  prowadzenie. 

Dotychczas  przyjaciele  mu  współczuli,  ponieważ  nie  wiodło 
mu się w sprawach sercowych. Fortuna kołem się toczy i teraz 
spłynęła na niego lawina szczęścia. Nikt nie wątpił, że Yvonne 
była tą jedyną. 

- Kiedy nastąpi ten wielki moment? - dopytywała Doris. 
-  W  najbliższym,  romantycznym  miesiącu  -  zaśmiał  się 

Markus. 

  - Dziewczyny,    wybaczcie mi, ale muszę uciekać. 
- OK, dzisiaj ja sponsoruję - powiedziała Lena. 
- Nie będę się buntował. 
Pożegnał się z nimi. Chrząkanie kelnerki wybiło je z letargu. 
- Czy podać coś jeszcze? 
- Lena, jak myślisz, zamówimy świeżą kawę? Moja ostygła. 

Smakuje jak skarpeta. 

- Moja też. 
- Coś nie tak z kawą? - spytała zaniepokojona kelnerka. 
- Nie. Wszystko w porządku. Wystygła, bo się zagadaliśmy. 

Proszę zaparzyć nam nową. 

Kelnerka odetchnęła z ulgą. 
 

background image

- Markus tryska energią. Aż miło na niego patrzeć - oznajmiła 

Doris z nutką nostalgii. 

- Żałujesz, że z nim zerwałaś? 
- Nie. Przy mnie nie wykrzesałby takich gorących uczuć. Ja 

nie jestem jego bratnią duszą. Trzymam za niego kciuki. Ich 
związek przypomina te z powieści. A jak jest z tobą i Janem? 
Wy też jesteście bratnimi duszami? 

To  pytanie  wytrąciło  ją  z  równowagi.  Analizowała  swoje 

partnerstwo z Thomasem i Janem. 

Niestety milczenie Leny przedłużało się w nieskończoność. 
-  Przepraszam,  nie  chciałam  być  wścibska  -  odezwała  się 

Doris. - Trafiłam na zły dzień? Nie jesteś w humorze? 

- Kocham Jana - odpowiedziała Lena. - Nawet bardzo. Na nim 

można  polegać,  ma  silny  charakter,  jest  czuły.  Da  się  z  nim 
pośmiać  i  poważnie  porozmawiać.  Interesują  nas  podobne 
rzeczy. My... 

Doris jej przerwała. 
- Stop! Zabrzmiało to jak ogłoszenie matrymonialne. Zwykle 

kandydaci  poszukujący  ukochanej    opisują  w  katalogach 
swoje cechy 

 

background image

charakteru.  Zadałam  ci  pytanie,  na  które  należałoby 

odpowiedzieć „tak" lub „nie". 

- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Może jest, a może nie. 

Jan  różni  się  od  Markusa.  Inaczej  okazuje  uczucia.  Zresztą 
nigdy  wcześniej  nie  widziałam  Markusa  tryskającego  takim 
entuzjazmem. Pokazał się teraz z innej strony. 

-  Słusznie,  Lena.  Lepiej  nie  dyskutować  o  uczuciach  do 

znudzenia.  Jednak  jedno,  sobie  uzmysłowiłam.  Arne  Hansen 
nie  jest  moją  bratnią  duszą  i  nie  będę  zawracała  sobie  nim 
głowy.  Ach,  zakończmy  ten  temat.  Zdajmy  się  na  łaskawość 
Boga. Co ma być, to będzie. 

- Oj, Doris, jesteś niemożliwa - zaśmiała się Lena. 

background image

Doris  wyjechała.  Bez  niej  w  domu  było  dziwnie  cicho. 

Również  Christian  opuścił  Fahrenbach.  Po  fakcie  Lena 
stwierdziła,  że  nawet  nie  mieli  okazji,  żeby  ze  sobą 
porozmawiać.  Albo  Christian  był  u  Sylvii,  albo  wokół 
znajdował  się  tłum  ludzi,  przy  których  nie  chciała  poruszać 
osobistych spraw. 

Rekompensatą dla niej było to, że Markus podjął wyzwanie. 

Oświadczył się Yvonne bez spektakularnych, romantycznych 
inscenizacji. Po prostu poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. 

Oboje promienieli szczęściem. Z dumą prezentowali symbole 

swojej miłości. Wręcz się z nimi obnosili. 

Lena składała ręce do Boga, żeby ta bajka trwała. Przecież i 

ona niegdyś omal nie stanęła na ślubnym kobiercu ze swoim 
ukochanym  Thomasem.  Tyle  jej  naobiecywał.  I  co?  Wielkie 
nic. 

 

background image

Rozczarowanie. Zawiodła  się na nim. Snuła wspólne plany, 

śniła o macierzyństwie, błogim, sielankowym życiu... Ludzie 
zazdrościli jej stabilności, miłosnych doznań... Niesłusznie! W 
rzeczywistości  była  jego  kolejną  zdobyczą.  Zranił  ją 
potwornie. 

Stop! Basta! Zwariowała? 
Rozmyślała  o  Thomasie,  tym  łotrze,  który  złamał  jej  serce, 

podczas  gdy  czekała  na  Jana,  dżentelmena  w  każdym  calu. 
Lada  moment  powinien  nadejść.  Jego  samolot  dawno 
wylądował. 

Czy  nie  popadała  w  masochizm?  Dosłownie  biczowała  się 

myślami  o  Thomasie,  mimo  iż  zarzekała  się,  że  ostatecznie 
zamknęła ten rozdział. 

Cofnęła 

się 

lekko. 

Obserwowała 

przechodniów 

przemykających  przez  bramkę  strefy  bezpieczeństwa. 
Najprawdopodobniej byli to biznesmenami, po których nikt nie 
przyjechał. 

Nagle ktoś dotknął jej pleców. Odwróciła się i trafiła prosto w 

ramiona Jana. 

- Co mam o tym sądzić, moja piękna? - zapytał żartobliwie. - 

Zamiast niecierpliwie przykleić nos do drzwi i pognać ślepo w 
moim  kierunku,  nie  dostrzegłaś  mnie,  a  wręcz  interesowałaś 
się obcymi ludźmi. 

 

background image

Wtuliła się w niego. 
-  Kotku,  rozglądałam  się  dla  zabicia  czasu.  Uścisk  jego 

ramion przybrał na sile. Lena 

czuła się niewiarygodnie bezpiecznie. 
- Brakowało mi ciebie, kochany - szepnęła. 
-  Mnie  ciebie  też,  moje  serduszko.  Miło  móc  cię  znowu 

przytulić. 

Pochylił się nad nią i czule pocałował w usta. 
Czy był jej bratnią duszą? Wstydziła się własnych rozterek, 

lecz nie umiała się ich wyzbyć. 

Kim  w  sumie  jest  bratnia  dusza?  Co  czyni  nią  drugiego 

człowieka?  Istniała  jakaś  lista  z  wytycznymi,  które  trzeba 
odhaczyć, by to stwierdzić? 

Jan odsunął ją delikatnie od siebie. 
- Kochanie, co się dzieje? Zmieszana spuściła wzrok. 
- Słucham? 
-  Odnoszę  wrażenie,  że  coś  cię  trapi.  Lena  nienawidziła 

kłamać. 

- Irytują mnie ludzie tutaj. 
Jan wybuchnął dźwięcznym śmiechem. 
-  Wyluzuj,  kotku.  Hala  przylotów  nie  jest  odpowiednim 

miejscem na okazywanie sobie uczuć. 

Podniósł  walizkę,  położył  rękę  na  ramieniu  Leny  i 

wyprowadził ją na zewnątrz. 

 

background image

- Skręca mnie z głodu. Za lotniskiem jest mała restauracyjka. 

Serwują w niej całkiem niezłe jedzonko. Zjesz ze mną? 

- Chętnie. Jadłam tylko śniadanie. Przytuliła się do niego. 
W drodze do samochodu Jan opowiedział jej o podróży. Lena 

w skupieniu wysłuchała jego relacji. Wiódł interesujące życie. 
Cieszyła  się,  że  stała  się  jego  częścią.  Jan  przywoził  jej  na 
Słoneczne Wzgórze kawałek wielkiego świata. 

Odjechali z parkingu. Lena skręciła na właściwy pas i dziesięć 

minut później dotarli do małej, przytulnej restauracji. 

Jan  zamówił  pstrąga  i  ziemniaki  z  posypką  z  pietruszki,  a 

także sałatę, Lena zaś sztukę mięsa z sosem rzodkiewkowym. 
Smakowało  równie  wybornie,  jak  wyglądało.  Przełykając 
poszczególne  kęsy,  prowadzili  ożywioną  rozmowę.  Mówili 
między innymi o zaręczynach Markusa i Yvonne. 

- Fantastycznie, co? 
-  Hm  -  mruknął.  -  Nie  wiem,  co  w  tym  takiego 

fantastycznego. 

-  No,  proszę  cię  -  rozdrażniło  to  Lenę.  -  Niebywałe,  że  po 

krótkim czasie są siebie pewni, że chcą przysiąc sobie wierność 
przed Bogiem. 

 

background image

Odłożył sztućce. 
-  Uważasz,  że  złoty  pierścionek  symbolizuje  gwarancję 

szczęścia i pewności? 

- Ja... Nie wiem... Mnie się to podoba. 
-  Czy  byłabyś  szczęśliwsza  dzięki  pierścionkowi  na  palcu? 

Sądzisz, że wtedy kochałbym cię mocniej? 

Dlaczego  nie  powiedziała  mu  wprost,  że  tak,  byłaby 

szczęśliwsza, gdyby się z nią zaręczył? Że dla niej to ważne. 
Zamiast tego, odpowiedziała nieśmiało: 

-Nie. 
Chwycił  jej  dłoń,  pogładził  ją,  sięgnął  do  kieszeni,  wyjął 

gumę  do  żucia,  rozwinął  ją,  zwinął  sreberko  w  kształt 
pierścionka i wsunął go na jej palec. 

-  Tak  dla  zabawy,  żeby  ci  udowodnić,  jak  nieistotne  są 

powierzchowne symbole i że są kompletnie bez znaczenia. A 
może czujesz się lepiej? 

Lena zsunęła sreberko z palca i rzuciła je na stół. 
- Głupia wizualizacja. 
-  Lena,  kocham  cię.  Najmocniej  na  świecie.  Nikogo  nie 

darzyłem  takim  intensywnym  uczuciem.  Przy  tobie  kwitnę, 
gdy wyjeżdżam służbowo, 

 

background image

nieustannie  o tobie myślę i  nie mogę  się  doczekać powrotu. 

Rozkoszuję się każdą minutą spędzoną z tobą. Nie wyobrażam 
sobie życia bez ciebie. Oboje jesteśmy sobą, nikogo nie udaje-
my,  nie  odstawiamy  szopki.  Możemy  na  sobie  w  stu 
procentach polegać... 

Nachyliła się nad talerzem, odkroiła kawałek mięsa, chociaż 

straciła apetyt. 

Wszystko wskazywało na to, że ją kochał, lecz wzbraniał się 

przed ślubem. 

Czytał w jej myślach. 
-  Kochanie,  jeśli  sakramentalne  „tak"  odgrywa  dla  ciebie 

znaczącą rolę, pobierzemy się. Dla mnie pieczęć urzędnika czy 
też kościelna niczego nie wnosi do związku. Ale chcę, żebyś 
była  szczęśliwa,  i  jestem  gotów  pójść  na  ustępstwa.  Tylko 
proszę, daj mi jeszcze trochę czasu. Muszę się przyzwyczaić... 

Przełknęła mięso i szybko popiła go herbatą. 
- Nie musisz - powiedziała. 
- Czego nie muszę? 
-  Przyzwyczailiśmy  się  do  tego,  że  ewentualnie  ze  mną  się 

ożenisz.  Nie  będę  cię  zmuszała.  Ślub  nie  jest  dla  mnie 
najistotniejszy.  Gdybym  wiedziała,  że  wzmianka  o 
zaręczynach Markusa 

 

background image

Yvonne  wywoła  pierwszą  sprzeczkę,  w  ogóle  nie 

zaczynałabym tego tematu. Powiedziałam jedynie, że mnie się 
podoba ich podejście. Pogłaskał ją po włosach. 

- Serduszko, rzecz nie  w tym, co się mówi, tylko, jak to się 

mówi.  Mnie  zwykle  intuicja  nie  zawodzi.  Doskonale 
wyczuwam to coś między wierszami. Słońce, rozmawiajmy ze 
sobą  szczerze  i  otwarcie.  Unikajmy  niedopowiedzeń.  Nie 
burzmy naszych relacji. Nicola powiedziałaby: „Pomóc można 
tym, którzy głośno zaznaczają problem". 

Lena  odłożyła  sztućce  i  odsunęła  talerz.  W  mig  podeszła 

obsługa. 

-  Nie  smakowało  pani?  -  spytała  kelnerka,  widząc  prawie 

pełny talerz. 

- Smakowało. Było wyśmienite. Nie miałam apetytu. 
Zbierało  się  jej  na  płacz.  Nie  chciała  jednak  pogarszać 

sytuacji. 

Jan  patrzył  na  nią  zasmucony.  Wyrzucał  sobie,  że  ją 

zdenerwował. 

-  Lena,  może  jesteśmy  w  mało  romantycznym  miejscu,  ale 

muszę ci zadać to pytanie: Czy chciałabyś zostać moją żoną? 

 

background image

Pewnie, że chciała. Tyle że słowo „tak" nie przechodziło jej 

przez gardło. Ponieważ wydawało się jej, że jego oświadczyny 
nie  płynęły  z  głębi  serca,  lecz  z  chęci  wprawienia  jej  w  we-
selszy  nastrój.  Oświadczył  się  od  niechcenia.  Wielokrotnie 
zapewniał  ją,  że  ją  kocha,  że  bez  niej  nie  byłby  w  stanie 
normalnie  funkcjonować...  Wierzyła  mu,  ale  i  tak  czuła  się 
niespełniona.  Dlaczego?  Bo  pierwszy  raz  w  czymś  się  nie 
zgadzali. '

T

'

 

Ach, na tym się świat nie kończy. Ludzie miewają przecież 

różne poglądy... 

Lena Fahrenbach i mężczyźni! Może powinna napisać o sobie 

książkę. Pierwszy się z nią nie ożenił, ponieważ już był żonaty, 
drugi  ważny  mężczyzna  w  jej  życiu  poślubiłby  ją,  ponieważ 
ona  tego  chciała.  Dla  niego  przysięga  małżeńska  nie  miała 
znaczenia. 

- Jan, daruj sobie. Oświadczyny między sztuką mięsa a kawą 

nie rzucą mnie na kolana. 

- Lena, jesteś na mnie zła? 
-  Nie,  kochanie,  nie  jestem.  Gdybym  wiedziała,  jaką  lawinę 

wywołam, trzymałabym język za zębami. Zmieńmy temat. 

- To nie takie proste... 
 

background image

Wzruszyła ramionami. 
- Dla mnie jak najbardziej. Inaczej zapatrujemy się na pewne 

sprawy  i  tyle.  Mnie  urzekają  uroczystości  typu  zaręczyny  i 
wesela, ciebie nie. Tobie zapewne działają one na nerwy. 

- Nie zgadzam się z  tym. Nie przywiązuję do nich  większej 

wagi, ponieważ oba te obrzędy nie stanowią dla mnie dowodu 
miłości czy szczęścia. Poza tym powiedziałem, że skoro to dla 
ciebie  takie  ważne,  ożenię  się  z  tobą.  Przecież  ci  się 
oświadczyłem. 

-  Nie  mów  nic  więcej.  Nie  pogrążaj  się.  Pozostańmy  przy 

dotychczasowym  układzie.  Obiecuję,  że  nie  będę  cię 
informować  o  tym,  że  nasi  przyjaciele  formalizują  swój 
związek. Dziś otrzymałam porządną lekcję... - zamilkła. 

Starała się nie tracić fasonu. 
-  Kochanie,  nie  zbywaj  mnie,  proszę.  Chciałbym,  żebyśmy 

dokładnie omówili tę kwestię, zagrali w otwarte karty, lecz nie 
tutaj. Powtórzę tysięczny raz, kocham cię i chcę, żebyś była 

  szczęśliwa...