background image

 

Józef Ignacy Kraszewski

 

 

MĘCZENNICY

 

Obrazy życia współczesnego

 

 

 CZĘŚĆ DRUGA MARYNKA

 

background image

 

TOM PIERWSZY

 

Na pagórku, którego obnażone gdzieniegdzie boki piaskiem żółtym przeświecały, rosło 

kilka takich brzóz wygiętych, wysmukłych, z płaczącymi warkoczami, jakie tylko na Litwie rosnąć 
umieją. Rzekłbyś, że na płowym kobiercu trawy i macierzanek, kwitnących gdzieniegdzie 
dzwonków i skabioz wystąpiły do pląsów i nagle, zaklęte czarodzieja słowem, wrosły w ziemię... 
Zdawały się jakby tylko co w ruchu wstrzymane i do dalszego przygotowane, tęskniące...
 

A tuż za nimi kupka olch wyglądała posępnie smutnie, ociężale, jakby na sali balowej zastęp 

podstarzałych pań, które na młody taniec patrzą, wzdychają i zazdroszczą. Pod olchami znowu, 
jakby niedorostki, którym wśród wielkiego towarzystwa w pląsy iść nie wolno, rosły i olszęta 
krzaczyste, i wierzby, co się wkradły tu w arystokratyczniejszy świat nieprawnie i cicho a nisko 
siedziały...
 

Za brzozami, za wierzbami, za rowem, przez który mizerna prowadziła kładka ― widać 

było stąd przez zwieszone drzew gałęzie zaścianek litewski... mały dworek słomą kryty, wysokimi 
otoczony płotami i szopki go obejmujące dokoła, i żuraw studni, i ogródek z wiśniami dzikimi, ze 
bzy rozbujałymi, z gruszą starą, z kilku lipami i jedną sosną, szczątkiem zapomnianym lasu, który 
tu panował przed wieki...
 

Od tych brzóz, jakby rozbiegłych na pagórku, poczynała się tylko małym wschodkiem 

zielonym oddzielona łączka, w całej krasie wiosennej rozkwitła... Bujały na niej wśród trawy dzikie 
gwoździki, żółte ranunkulusy, białe gwoździki... i mnóstwo nie dających się rozpoznać istot, spod 
zielonych osłon wyrywających się ku słońcu...
 

Łąka miała woń wiosenną i nią zwabionych tysiące istot drobnych ulatywało, wysysając 

kwiaty, wieszając się u ich kielichów, kołysząc chmurami z wiatru powiewem, a muzyką dziwaczną 
swych skrzydeł napełniających powietrze...
 

Wszystko to razem, barwy, wonie i dźwięki, składało się na obrazek wiosenny, w swej 

wielkiej prostocie, ze swą oklepaną powszedniością tysiąc razy opisywaną i malowaną ― dziwnie 
jednak świeży, nowy i przejmujący. Goethe mówi o wiekuiście niewieścim żywiole, który 
człowieka unosi i ku ideałom pociąga ― i natura ma w momentach wiosny to coś wiekuiście 
młodego, co także budzi tęsknotę ideałów...
 

Naówczas nawet ci, którym nie było dano ani na chwilę czuć się młodymi ― mają żal po 

wiośnie i do młodości tęsknotę.
 

Cóż dopiero ci, w których młodość się budzi i tej młodości natury czerpie podwójne jej 

uczucie?
 

O takie wiosenne rozbudzenie do życia można było posądzić dziewczątko, które, zapewne 

ze dworka tego na zaścianku wybiegłszy aż na skraj brzozowego lasku, boso brodziło w zielonych 
trawach na łące i czerwonymi łapkami chciwymi na prawo i lewo rwało niemiłosiernie wszystko 
rozkwitłe... Nie miała najmniejszej litości nad swymi ofiarami dziewczyna, jak gdyby dla niej tylko 
stworzone zostały.
 

Dziewczę było tak młode jak wiosna, ale nie tak piękne jak ona.

 

Rumiana twarzyczka, ledwie w pączku, zdawała się pognieciona kapryśnie i jeszcze nie 

rozwinięta taką, jaką być miała. Figlarnych dwoje oczu niebieskich, rumiane wydatne usteczka, 
przy których dołki stały na straży, nosek mały, czoło niskie trochę, czyniły ją podobną do tysiąca 
innych dziewczątek w tym wieku... miała może rok piętnasty i zaczynała się rozwijać dopiero. 
Opalona, z włoskami bujnymi rozpierzchłymi po główce i ramionach jeszcze nawet z chudości 
dziecinnej niezupełnie wyrosłych i zaokrąglonych ― wydawała się jakimś wiejskim 
kopciuszkiem... nic więcej... Strój też tak był niewyszukany, tak zaniedbany raczej, że z niego o 

background image

stanie, do jakiego mogło dziewczątko należeć, nic wnioskować nie było można.
 

Spod sukienki perkalikowej, już nienowej, wyglądała koszulka gruba i niedobielona... 

Ażeby nie opalić szyjki, już i tak ogorzałej trochę, miała na niej zawiązaną od niechcenia 
chusteczkę... żal się Boże, zblakłą od prania i nienową...
 

Pomimo to wszystko, kto by swawolące dziewczę zobaczył, musiałby się był wstrzymać, 

aby obrazkiem tym oczy napaść i duszę.
 

Było w tym szale półdziecinnym, z jakim się rzucała po pas w trawę i kwiatki, coś tak 

naiwnego, wesołego, nieopatrznego... że starszy ktoś, przewidujący życie, tym weselem zasępić się 
musiał. Powiększał wrażenie śpiew, który tej wyprawie na kwiaty towarzyszył. Dziewczę śpiewało 
prostą, chłopską, wiejską, od prządek wyuczoną piosnkę; lecz ― lecz z takim zapałem, 
uniesieniem, ogniem, a nade wszystko tak cudnie pięknym, jasnym, srebrnym głosem niezmiernej 
siły, w którym cała dusza drgała ― że ludzie z dala, chwytający dźwięki jego ― stawali zadumani.
 

Dziewczę było samo jedno ― nie mogło dostrzec nikogo, śpiewało z potrzeby śpiewu, dla 

siebie samej, i zdawało się lubować w głosie swoim, igrało z nim ― dokazywało jak ptaszę.
 

Był też to głos ptaszęcy, nieuczony, samorodny, z którym dziewczę na świat przyszło i 

którego w piersi zamkniętym utrzymać nie mogło... Można się było domyślać, że dla tego 
wyśpiewania się uciekło spod dachu, od ludzi, i zbiegło aż tu, za gaj, na łąkę, aby puścić cugle 
pieśni...
 

Pieśni? ― pieśń w istocie niewielkie miała dla niej znaczenie. Słowa jej służyły tylko jak 

skrzydła ptakowi, aby muzykę w powietrze uniosły... Niekiedy umierały one na jej ustach i same 
dźwięki, jak długi sznur paciorek jasnych, wysypywały się długimi pasmy...
 

To ― la... la... la..., które czasem kunszt, naśladując naturę, dodaje jak złoty strzępek do 

strofy na końcu ― u niej lało się strumieniem... Głos podlatywał wysoko, próbując skrzydeł, potem 
opadał, zniżał się, schodził do jakichś mrocznych głębin, z których prędko wyrywał się znowu, 
wesoły i roztropny...
 

Zrywała kwiatki, lecz machinalnie, ani ich rozróżniając, ani wybierając ― bo cała była w 

tym śpiewie... Stawała w miejscu i niepatrzącymi oczyma zwróciwszy się ku płowym chmurkom, 
im niby na uciechę się popisywała...
 

Może w istocie sądziła, że one ją słyszą? Któż wie, jakie myśli dziwaczne po takich 

roztarganych główkach przebiegać mogą?
 

Śpiewała... zapomniawszy o wszystkim w świecie, oprócz tego śpiewu swojego.

 

Nie mogła się tego pewnie domyślać ani przeczuwać, że oprócz kilku dziewcząt i 

parobczaków daleko w polu ją podsłuchujących, miała bliżej siebie, wśród drzew ukrytego... 
słuchacza.
 

Przytomność jego tym się tłumaczyć mogła, że poza dworkiem i poza brzeziną szła droga, 

gościniec odwiedzany dosyć, i właśnie na nim widać było zatrzymany powóz, z którego wysiadł 
tym głosem srebrnym wywołany mężczyzna.
 

Powóz zaprzężony był końmi pocztowymi ― opylony i zbłocony długą widocznie podróżą. 

Ciekawy słuchacz, który wysiadł z niego, także wyglądał jakby znużony drogą.
 

Był to niemłody już mężczyzna, siwiejący, z twarzą typu południowego, oczyma czarnymi, 

brwiami gęstymi, wąsem ciemnym i bródką, którą cesarską we Francji zowią, przystojny niegdyś, 
dziś wydawał się wyżyty, znużony bardzo... Oczy pięknie oprawne zapadłe miał głęboko... Zęby, 
którymi dolną wargę zakąsił, straciły już blask i świeżość dawną, choć jeszcze całe się zachowały.
 

Męska postawa, ruchy zręczne, sam ubiór, choć podróżą zbrukany, kazały się domyślać w 

nim człowieka należącego do tak zwanego przyzwoitego świata. Było coś i fryzjerskiej lalki w nim, 
i tego swobodnego rozpasania, które podobne lalki, znudziwszy się przybraną formą, przybierają, 
gdy chcą odpocząć...
 

Kapelusz miękki z dużymi skrzydłami na głowie gęstymi włosami okrytej siedział od 

niechcenia rzucony z pewnym wdziękiem, na szyi mocno niebieski lekki krawat zapięty był szpilką 
imponującą olbrzymim koralem. Łańcuch i dewizki zegarka godne były paryskiego złotnika z ulicy 
de Paix, który je zapewne robić musiał.
 

Zasłuchany w śpiew ten, stał mężczyzna pod drzewem, niekiedy drgnięciem zdradzając, jak 

background image

on go dziwił i poruszał. Chwytał się za włosy, podnosił rękę jedną, to drugą, zdawał się 
niesłychanie zdumiony i niepewny, co ma począć. Wracać do powozu wcale mu się nie chciało... 
Spoglądał ku zaściankowi, po okolicy, z prawie rozpaczliwym wyrazem twarzy.
 

W ciągu tej sceny mimicznej, która w przekonaniu odgrywającego ją zapewne świadka 

żadnego nie miała ― ścieżyną wydeptaną przez pola ku zaściankowi kroczył powoli człowiek, 
który się jej ciekawie, nie widziany przyglądał.
 

Ten był widocznie rodzimym owocem ziemi, po której z taką pewnością stąpał, na którą z 

taką miłością spoglądał, jaką między nią a nim długie lata węzłów tysiącznych zrodzić mogły...
 

Poczciwą miał bardzo fizys ten z wolna o kiju idący ku zaściankowi gruby, krępy, 

przysadzisty człeczyna ― lecz niemal karykaturalny. Natura dała mu twarz okrągłą, bez 
najmniejszej do wdzięku pretensji ulepioną... pospolitą, podobną do mnóstwa tego typu, a w 
dodatku laty przeżytymi rozlaną jakoś i zneutralizowaną. Można dziś było z niej wnieść tylko, że ta 
facjata łagodnego wyrazu należała do poczciwca, który ze światem i z którym świat był w 
zgodzie...
 

Na wyłysiałej dobrze, dużej głowie jego czapka siedziała, mnogie już lata pamiętająca, 

niepogody, zbrukane kąty, po których legiwała, i rozmaite użytki, na jakie ją właściciel obracał. 
Kształt wnosić kazał , iż w niej czasem różne rzeczy przenoszono. Tak samo szara kapota, którą był 
przyodziany, nie odznaczała się świeżością... miejscami była odmładzana łatami, a włożona i 
zapięta tylko w celu okrycia grzesznego ciała... Poniżej widać było spodnie ze zgrzebnego płótna, 
szare, i buty z długimi cholewami, wiejskiej roboty, na długie trwanie obrachowane. Nigdy też ich 
żadna szczotka nie musiała dotykać, a wiecheć słomy ją zastępował...
 

W dłoni silnej z palcami grubymi niósł idący kij. Stary to musiał być towarzysz 

przechadzek, bo choć go po wycięciu w lesie żaden kunsztmistrz nie obrabiał, miał na sobie tę 
politurę, którą czas daje i codzienne tarcie dłoni...
 

Nie postrzeżony człek ten zbliżał się z wolna ku stojącemu pod drzewem ― stawał niekiedy 

zaciekawiony, potrząsał głową i nierychło sobie sprawę zdawszy z podsłuchów, uśmiechnął się, 
spoglądając w stronę, z której głosik dziewczęcia dochodził.
 

Teraz, gdy już mógł sobie wytłumaczyć, dlaczego się tu nieznany podróżny zatrzymał, 

widocznie robiło mu to wielką przyjemność. Zdawał się mówić:
 

― A co? widzicie? albom nie był tego pewien? Gruby człek mógł łatwo pominąć 

podróżnego, może nawet miał tę myśl zrazu,   ale ją zmienił. Ze ścieżki, którą szedł, zwrócił się na 
prost ku drzewom; a że pod jego butami piasek skrzypiał, on sam sapał trochę, podróżny usłyszał w 
końcu zbliżanie się jego i zwrócił się ku natrętowi z widoczną niechęcią. Ruszył się niecierpliwie, 
jakby chciał do powozu zwrócić ― i ― stanął. Zbliżający się zdjął pomiętą czapkę i nisko się mu 
pokłonił. Stali w pewnym od siebie oddaleniu.
 

― Prawda, że głos ma anielski? ― zawołał idący z kijem.

 

Na zapytanie to zmieszany podróżny zabełkotał jakąś niezrozumiałą odpowiedź, w której 

dosłyszał tylko:
 

― Parle franse? Ruszył ramionami.

 

― Chowaj Boże ― odparł trzęsąc głową ― sed latine...

 

Rozśmiał się Francuz.

 

Po krótkim namyśle, łaciny snadź nie mogąc sobie przypomnieć, kilka przekręconych 

wyrazów wyjąknął po rusku.
 

― Ano, ano ― rzekł gruby ― to ja rozumiem, chodem się nie uczył... tylko że bodaj 

wielmożny pan tym językiem tyle zmożesz, co ja francuskim.
 

I dobrodusznie śmiać się począł.

 

Z wielką gorączką jakąś przystąpiwszy do niego, podróżny, trudno się wysławiając, 

nadsztukowując ruchami, mimiką, począł pytać, kto to śpiewał, kto była ta ― cantatrice?
 

Chwilkę podumawszy nad odpowiedzią, gruby zdołał i na migi, i z pomocą bardzo 

podejrzanej łaciny wytłumaczyć ciekawemu, że gdyby o kilkaset kroków chciał zawrócić na 
probostwo (tu je palcem pokazał), tam by się od księdza dowiedział o wszystkim, bo... ksiądz parle 
franse.

background image

 

Był to argument tak przekonywający, że podróżny natychmiast ujął za rękę grubego i 

pociągnął go pośpiesznym krokiem do powozu. Ten śmiał się i nie opierał wcale.
 

Przyszli do koni i pocztyliona, który, zsiadłszy z kozła, fajkę zapalał, a gruby kazał mu do 

plebanii jechać.
 

Lecz zaszła trudność, pocztylion występował z opozycją, którą tylko obietnica: na wódkę, 

powtórzona kilkakroć dobitnie, przełamać mogła.
 

Gruby śmiał się.

 

Powóz potrzeba było zwrócić z pocztowego gościńca na małą między płotami drożynę 

wiodącą na plebanię, którą z dala przy starym drewnianym kościółku wśród lip i klonów widać 
było.
 

Zaścianek, od którego powóz się oddalał, nazywał się, jak wiele innych na Litwie, 

Berezówką; wieś, od niego nieco oddalona, od której go zapewne niegdyś jakaś eksdywizja odcięła, 
zwała się Berezowiczami...
 

Objaśnić też musimy, że ów gruby, niepoczesny człek, idący z kijem, daleko więcej był wart 

niż to, na co wyglądał.
 

Ludzie tak na wsi często się zaniedbują, zwłaszcza na późniejsze lata, gdy już nie myślą się 

podobać nikomu, a żyją wśród swoich, znani każdemu i nie potrzebując się okazywać...
 

To było przyczyną, że ów poczciwy Bernard Żantyr, który niegdyś do szkół chodził, a 

nawet miał ochotę próbować seminarium, a potem z wielkiej miłości dla muzyki i organu 
wykształcił się na prostego organistę i nie mając szczęścia, wisząc przy małym parafialnym 
kościółku, wcale o powierzchowność nie dbał, już się więcej nie spodziewał nad to, do czego 
doszedł...
 

Marzył on niegdyś o zasiadaniu przy wielkich organach gdzieś w jakimś mieście... w Wilnie 

może; marzył o sławie, o muzykalnym zawodzie... póki się to wszystko z wolna nie rozchwiało, nie 
spełzło, nie rozbiło o trudności, o pewną obojętność i lenistwo. I Żantyr grał sobie i śpiewał w 
małym parafialnym kościółku na chwałę Bożą. Lecz kto by wnosił z tego, co się o nim rzekło, że 
był bardzo nieszczęśliwy, tak zmarnowawszy życie, nie znałby chyba Żantyra.
 

Nie mógł być nieszczęśliwym, mając organ, na nowo naprawiony i strojony, muzykując ile i 

jak chciał, zatapiając się w starych chorałach i w żółtych różnych odwiecznych kompozycjach, 
które ściągał Bóg wie skąd...
 

Był on stworzony na artystę, ale nie na takiego, jakim go dziś pojmują ludzie. Kochał 

muzykę dla niej samej, nie dla tego, co ona mu dać mogła, nie żądał   od niej nic, oprócz tych 
wzruszeń i łez, w które, patrząc na niego, tak niepozornego, tak pospolitego, na wpół zdziczałego 
człeka, wierzyć się nie chciało.
 

Żantyr przy organach, gdy potężnym, czystym, wyrobionym doskonale basem śpiewał jedną 

z tych starych pieśni natchnionych, które tak miłował, przeobrażał się cały... Naówczas nie bardzo 
kto do niego śmiał przystąpić, w taki wpadał zapał i uniesienie...
 

Szczęściem dla niego proboszcz, do którego się dostał, światły, wykształcony, zacny kapłan, 

rozumiał go, cenił i uszanować umiał. Z żadnym też w świecie organistą lepiej by mu być nie 
mogło, bo Żantyr, mimo swej prostoty i niepoczesnej powierzchowności, był dla niego jakby 
przyjacielem i bratem w potrzebie, choć nigdy się nie narzucał mu ze zbytnią poufałością.
 

Żyli z sobą w świętej zgodzie... a że proboszcz okazywał dla Żantyra szacunek, inni też, 

wzorem jego, szanować organistę musieli.
 

Proboszcz, ksiądz Kalikst Draskun, miał mir u ludzi, na który zasługiwał. Jak samo 

nazwisko jego powiadało, nie pochodził on z żadnej znacznej rodziny... Ojciec, oficjalista u książąt 
Ogińskich, dwoje dzieci swych, syna i córkę, nie mogąc im zostawić majątku, wychował z 
największym staraniem. Na dworze tym wszyscy się z większą cywilizacją, z poczuciem potrzeby 
światła, z wartością nauk i kunsztów praktycznie obyć musieli. Książę lubił starego poczciwego 
Draskuna i pomagał mu do wychowania dzieci... Młody Kalikst i za namową ojca, i z własnego 
natchnienia obrał sobie stan duchowny... Skończywszy nauki w Wilnie, mógł, jako wielce 
obiecujący młody kapłan, spodziewać się wyższego jakiegoś stanowiska w kościele, lecz zabrakło 
po temu protekcji, a młody księżyna nie miał talentu dobijania się ― i z trudnością w końcu 

background image

otrzymał małe probostwo, na którym dobrze mu było. Nie pragnął więcej.
 

Człowiek był tego spokojnego ducha i takiego na życie ludzkie poglądu, który od niego 

wiele wymagać nie dopuszczał.
 

Do zaspokojenia proboszcza i to się przyczyniało, że pod Berezowiczami tuż, na zaścianku 

w Berezówce żyła biedna siostra jego, Adela...
 

Los tej kobiety obchodził go, bo był jej jedynym opiekunem, kochał ją i w niej całą miał 

rodzinę... Rodzeństwo, osierocone, trzymało się związane miłością serdecz- ną, ksiądz Kalikst był 
Adeli potrzebny, bo życie jej na ciężkie wystawione było próby...
 

Dosyć staranne otrzymawszy wychowanie, lecz z dworu Ogińskich wyniósłszy pojęcie 

życia z XVIII wieku pozostałe, romansowe, sentymentalne, panna Adela nieopatrznie za mąż 
wyszła z miłości dla pięknego i miłego młodzieńca, który kochał się w niej, ale życia nie umiał jej 
zapewnić szczęśliwego... Rachował na pańskie klamki, na nadzwyczajne jakieś szczęście, na cuda, 
a gdy wszystko to zawiodło, zagryzł się i umarł, córkę jedynaczkę zostawując, a matce i dziecku 
tylko ten biedny zaścianek z długami...
 

Walcząc z ciężkim losem swoim, niespokojna o dziecię, któremu wychowania lepszego dać 

nie mogła, gdy brat jeszcze na ubogim wikariacie pomocą jej być nie mógł, młoda naówczas Adela, 
piękna i wśród tej sfery, w jakiej być musiała, zwracająca oczy dystynkcją sobie właściwą ― 
popełniła ten błąd, że raz drugi za mąż poszła za człowieka, który zdawał się obiecywać wiele, a 
stał się dla niej utrapieniem i ciężarem.
 

Pan Ernest Dziwulski, człek ogładzony, wygadany, niegdyś posiadacz jakiejś cząstki 

dziedzicznej, należał do tego u nas bardzo pospolitego rodzaju ludzi, którzy zdają się być do 
wszystkiego zdolni, doskonale rozumieją świat, życie, wszystko ― porywają się na najtrudniejsze 
zadania, a najprostszych w praktyce życia rozwiązać nie mogą.
 

Bardzo miłej powierzchowności, w obejściu się z obcymi łagodny i miły, powolny, 

wyrozumiały, roztropny, bystry, o każdej rzeczy umiejący rozprawiać z pozorną jej znajomością, z 
dowcipem i przebiegłością ― pan Ernest, gdy go do czego zaprzężono, natychmiast dawał dowody 
nieudolności, której towarzyszyła i którą rodziła najlekkomyślniejsza zarozumiałość. Służyła mu 
ona doskonale, gdy szło o słowa ― w czynie zawodziła go na pierwszym kroku.
 

Dziwulski jednak sobie nigdy nie przypisywał niepowodzeń, powtarzających się co chwila 

― obwiniał o nie świat, ludzi, zawiść, nieprzyjaciół, fortunę, przypadek, nigdy siebie. Zaledwie 
jednej doświadczywszy klęski, narażał się na drugą.
 

W początkach żona nieco ślepo mu wierzyła, poznała go potem lepiej ― i milczała, ale już 

najmniejszej polepszenia losu nie miała nadziei...
 

Z suchymi i wypłakanymi oczyma, ze ściśniętym sercem sama robiła, co mogła ― po trosze 

brat jej pomagał, a na Dziwulskiego, który w domu rzadkim bywał gościem, nie rachowała już 
wcale.
 

Życie tego człowieka upływało poza domem, w ciągłym bezsilnym rzucaniu się, szukaniu, 

próbach, często podróżach, o ostatnim groszu wyrwanym żonie i jej dziecięciu i w krótkich 
spoczynkach po doznanym zawodzie, w ciągu których żona musiała cierpliwie słuchać jego 
narzekań, przeklęctw lub nowych, natychmiast rodzących się marzeń.
 

Dziwulski im bardziej się starzał, tym większym się stawał egoistą. Przywiązanie dawne do 

żony zupełnie w sercu jego wygasło ― nie mając kogo obwiniać o własne błędy, wszystkie 
nieszczęścia jej przypisywał i ożenieniu swojemu. Wyrywało mu się w jej obecności nieraz, że 
popełnił głupstwo, żeniąc się z nią, i że za to teraz pokutować musi. Tymczasem żył z jej pracy, 
grosza i maleńkiego zaścianka... Powracał tu, gdy się inne środki wyczerpały, przynosząc z sobą 
kwasy, gniewy, wyrzuty i niepokój.
 

Znosiła z wielką rezygnacją chrześcijańską to życie żona, nie waśniąc się z nim, ustępując, 

milcząca i cała w dziecku swoim. Czasem tylko ksiądz Kalikst, doprowadzony do ostateczności, 
łajał go i napominał, ale to się na nic nie przydało.
 

Dziwulski, gdy go potrzebował, gdy chciał co wyrwać żonie, stawał się, jak dla obcych, 

uprzejmym, łagodnym, dobrym ― lecz wiedziano już w domu, co to znaczyć miało, i niemal 
więcej się obawiano dobroci tej niż bezsilnych gniewów.

background image

 

Lubiący żyć, gadatliwy, dowcipny, gęby wyparzonej, Dziwulski, choć go wszyscy dobrze 

znali, że był do niczego, u wielu był miłym gościem. Wciskał się na wszelkie wesela, imieniny, 
zjazdy, zabawy, jarmarki, gdzie pito i baraszkowano, a że szlachcic był, niegdyś posesionatus, że 
zabawiał... nie wypychano go... wysługiwał się, jak umiał. Tylko do żadnej sprawy ważniejszej nie 
użył go nikt, bo wiedziano, że nic nie zrobi, pieniądze straci, zahula się, zagada i umknie.
 

W Berezówce miał swój pokój i nazywało się, że w niej mieszkał, lecz niekiedy dwa i trzy 

miesiące nie było go widać ― nie wiedziano, gdzie się obracał, dowiadywano się o tym od obcych. 
Maleńki wózek, zwany po litewsku kałamaszką, silna klacz kasztanowata w hołoblach, maleńki 
tłumoczek składały zwykłą jego wyprawę.
 

Wyjeżdżając z domu, opowiadał się zawsze, iż za dzień, dwa najdalej powróci, lecz dni te w 

miesiące się przemieniały; powróciwszy zaś kłamał, aby się niby usprawiedliwić.
 

W domu nie zajmował się niczym pod pozorem, że magnifika, bo tak przezywał żonę, 

wszystko w łapach trzymała. Lecz gdyby nie to staranie jej o ocalenie resztek, dawno by już 
Berezówki nie było. Raz napadł gwałtownie na żonę, żeby się do miasta wynieść, a ten chłapeć 
ziemi sprzedać. Miał nań kupca, ledwie ksiądz od tego nieszczęścia obronił biedną uciśnioną 
siostrę.
 

Dziwulska sama była teraz na pozór zimną i sztywną nieco, wszystko w sobie taić 

zmuszona, upokorzona nieszczęściem, powagą przybraną osłaniała się i okrywała. Dla dziecka 
tylko, a czasem dla brata otwierało się jej serce; naówczas wybuchała łzami i wyrywały się jej 
narzekania na losy.
 

Utrzymać ostatki biednego mienia dla dziecka i dziecko to wychować było jedynym celem 

jej życia. Wszystko, co umiała niegdyś, starała się przelać na Marynkę, która była pojętna, 
roztropna, lecz po matce wzięła uczucie wielkie, czułość zbyteczną i wrażliwość. Ostudzić ją i 
powstrzymać z trudnością przychodziło matce. Ona i wuj starali się tylko religijnym wychowaniem, 
wpojeniem pobożności skierować naturę tę egzaltowaną tam, gdzie by jej niebezpieczeństwo nie 
zagrażało. Marynka też była pobożna bardzo, lecz niemniej rozmarzona i sentymentalna we 
wszystkim, co serce jej dotknęło.
 

Matka jej widziała w córce nadzwyczajną piękność ― chociaż dotąd się ona wcale nie 

obiecywała. Świeża była, miła, ładna, lecz nic więcej.
 

Wszystko, czego ją uczono, pojmowała łatwo, prędko, chciwie, lecz największy talent i 

ochotę okazywała do muzyki. Śpiewała ślicznie. Szczęściem czy nieszczęściem matce z dawnych 
czasów pozostał nędzny klawikordzik, brzęczący jak gitara... klepadło, które Żantyr organista stroił 
i reparował, upierając się Marynkę uczyć śpiewu i muzyki dla chwały Bożej, jak mówił. Kilka razy 
już popisywała się na chórze przy organach z pieśniami i to ją niezmiernie radowało... Chciała 
zostać śpiewaczką sławną, jak ta Catalani, o której matka jej niegdyś wspominała.
 

Lecz i ksiądz Kalikst, i matka najmocniej starali się jej to wybić z głowy. Żantyra 

uproszono, aby lekcji zaprzestał; ksiądz nie chwalił nigdy jej głosu, matka udawała, że piosnek jej 
nie słyszy.
 

Wcale to nie skutkowało.

 

Marynka śpiewała, gdy tylko mogła. Dziwulska na inny sposób starała się oddziaływać 

przeciwko tym marzeniom, nakłaniała do pracy, uczyła robót, dawała za- jęcia, lecz i przy 
krosienkach dziewczę jeśli nie śpiewało, to choć nuciło po cichu.
 

Przywiązanie do matki powstrzymywało ją zresztą od wszelkiej wzmianki o marzeniu 

śpiewaczym. Kochały się obie tak bardzo! Dziwulska przyszłość dla niej widziała w jakimś 
zamążpójściu za uczciwego człowieka... ksiądz czasem doradzał klasztor.
 

Marynka sama nie myślała o niczym, tylko o mieszkaniu z matką i pomaganiu jej we 

wszystkim. Dostrzegłszy, iż śpiewanie zawsze matkę czyniło smutną, dziewczę, gdy mu się bardzo 
zapragnęło wyśpiewać, uciekało z domu do lasku... na łąkę, i tam mogło już sobie pozwolić 
uciechy.
 

Żantyr bolał w duszy, iż jego ukochana muzyka za tak niebezpieczną tu osądzona została; 

wzdychał, myśląc, co by to z tego głosu być mogło, lecz powiadał sobie: ― A może i mają rację...
 

Czas w Berezówce upływał bardzo jednostajnie Jedynymi niespodziankami bywały 

background image

odwiedziny Dziwulskiego... inaczej bowiem nazwać tego nie było można.
 

Naówczas nagle zwichrzało się w domu, bo dla wybrednego i zepsutego próżniaka nigdy 

dosyć nie było tego, co dom miał... potrzebował jeść, pić i wymyślał na to, co mu podawano.
 

Oprócz tego, co w domu zobaczył ― wszystko wyśmiewał, każda rzecz była zła i głupia, a 

z najmniejszym zapasem kryć się było potrzeba przed nim, bo przywłaszczał, co chwycił.
 

Żona się naówczas musiała uciekać pod opiekę do brata.

 

Marynki ojczym z początku nie lubił, przezywał ją różnie, dokuczał dziecku aż do łez; 

dopiero gdy dorastać zaczęła, stał się powolniejszym. Powiadał teraz, że gdyby to matka umiała 
poprowadzić, może by co z tego wyrosło.
 

Zmiana w obejściu się z dziewczynką nie wpłynęła na jej uczucia dla niego. Nie cierpiała go 

za matkę, za to, co sama znosiła ― instynktowo zresztą jak nieprzyjaciela ― i unikała wszelkiego z 
nim spotkania i rozmowy.
 

W tym czasie, gdy się opowiadanie nasze zaczyna, Dziwulskiego od dawna nie było w 

domu. Błąkał się po okolicy. Im dłużej go nie widziano, tym obawa nagłego powrotu była większą. 
Dziwulska drżała na każdy turkot i wołanie.
 

Lecz że piękny czas wiosenny sprzyjał wycieczkom, a próżniak rad się wałęsał ― 

Berezówka była od niego wolna, a izdebka, do której nikt nie zaglądał, stała pustką z zapylonymi 
oknami.
 

Na plebanii ksiądz Kalikst chodził z brewiarzem w ręku po wielkiej izbie, gdy powóz 

podróżnego zatoczył się przed jej maleńki ganeczek o dwóch słupkach, a z niego wyrwał się 
najprzód Żantyr, śpiesząc przodem, za nim ów ciekawy śpiewu miłośnik,
 

― Jegomościuniu! jegomościuniu! ― zawołał, wpadając z niezwykłą sobie gwałtownością 

organista ― jakiś obcy chce się z jegomościa rozmówić. Zdaje się Francuz czy co...
 

Tu Żantyr śmiać się zaczął:

 

― Posłyszał z gościńca, jak Marynka w polu sobie śpiewała, i tak mu się głos spodobał...

 

Ksiądz zmarszczył się okrutnie, zarumienił i już miał zburczeć organistę, gdy cudzoziemca 

grzecznie pozdrawiającego ujrzał na progu.
 

Z twarzą poważną i nachmurzoną postąpił ku niemu.

 

― Darujesz mi pan wcale dziwną wizytę ― odezwał się przybywający z wielką 

grzecznością, tonem dobrze wychowanego człowieka. ― Trudno mi się nawet inaczej wytłumaczyć 
― dodał ― z mojego natręctwa, jak pre- zentując naprzód. Jestem dyrektorem opery w... Imię moje 
Euzebiusz Volanti...
 

Ksiądz milczał ciągle zasępiony.

 

― Jako impresario jestem zawsze zajęty poszukiwaniem pięknych głosów... Dziś głos 

piękny to ― fortuna! Właśnie przejeżdżając tędy, zachwycony zostałem sopranem takiego 
dźwięku, świeżości, siły, żem osłupiał! Ten pan (tu wskazał na stojącego z boku Żantyra) zapewnił 
mnie, iż o właścicielce tego cudownego organu pan mnie możesz objaśnić.
 

Ksiądz Kalikst jeszcze się mocniej zasępił. Ruszył ramionami. Namyślał się długo, bardzo 

długo z odpowiedzią.
 

― Być to może głos mojej siostrzenicy ― odparł w ostatku z niechęcią ― lecz mogę pana z 

góry zapewnić, że... choćby on miał być fortuną ― rodzina wcale z niego użytku czynić nie myśli...
 

― Jak to? dlaczego? ― podchwycił, przysuwając się, podróżny i niezmiernie żywymi 

ruchami popierając, co mówił ― dlaczego? Powołanie śpiewaczki nie jest tym, czym było... jest 
powszechnie szanowane... wielbione ― daje sławę, daje majątek ― a prowadzi często do 
najświetniejszych małżeństw i losów...
 

― Widzisz pan suknię moją? ― rzekł ksiądz chłodno. ― Jestem wujem tego dziewczęcia... 

Jako ksiądz...
 

Zżymnął się signor Volanti...

 

― To są przesądy! ― to są uprzedzenia! ― zawołał, uśmiechając się...

 

― Niech będzie to, czym chce ― rzekł ksiądz ― pozwól nam pan zostać przy naszych 

przekonaniach...
 

Była to zimna odprawa ― Volanti (nawiasem mówiąc, przerobiony na Włocha gwoli 

background image

powołaniu, bo był Francuzem i zwał się Volant), nie dał za wygraną.
 

― Wielka by była szkoda taki skarb zakopać! ― zawołał. ― Znam się dobrze na timbre 

głosu... Wprawdzie niewyrobiony jest, surowy, lecz cóż to za cudowny materiał! Jak ona już dziś 
atakuje wysokie nuty... co za czystość intonacji! jaka siła... co za wdzięk!
 

Ksiądz słuchał pochwał tych z głową spuszczoną.

 

― Być może ― przebąknął po chwili ― ja się na tym nie znam ― głos i świeży, i piękny 

Bóg dał... lecz sam pan powiadasz, że potrzebowałby wykształcenia, nauki. My na nią nie mamy 
środków... a wreszcie zrobilibyśmy z niej śpiewaczkę, a stracilibyśmy ukochane dziecko... Tego 
żadna fortuna wynagrodzić nie potrafi... Zawód teatralny jest śliski i niebezpieczny; ani matka, ani 
ja, najbliższy opiekun... nie dozwolilibyśmy...
 

Z ironicznym wyrazem słuchał odpowiedzi tej Volanti.

 

― Trudno mi pana przekonać ― odparł. ― Stan jego usprawiedliwia ten sąd surowy, a 

zamieszkanie w tym zakątku i oddalenie od świata czyni go naturalnym. Lecz pozwól mi pan 
powtórzyć jeszcze, że teatr nie jest tym, czym był dawniej, i mamy na deskach tak cnotliwe i 
nieposzlakowane damy, jakie trudno znaleźć w salonach... Niebezpieczeństwo tu nie jest ani 
mniejsze, ani większe dla młodych osób, jak wszędzie na świecie... Co się tyczę nas, dyrektorów, 
impresariów, my dla naszego własnego interesu jesteśmy najtroskliwszymi stróżami cnoty naszych 
sujetów.
 

Uśmiechnął się i ciągnął dalej, nie zważając na zachmurzone czoło księdza...

 

― Co się tyczę wykształcenia ― rzecz to bardzo zwyczajna, że my łożymy na nie chętnie. 

Naturalnie nie dla miłości sztuki tylko, ale i przez rachubę... Zapewniamy sobie zwrot kosztów, 
umawiając się przez ciąg lat o pewny monopol głosu, który jest dziełem naszym...
 

Ksiądz Kalikst się smutnie uśmiechnął.

 

― Wszystko to ― rzekł cicho ― nie wzbudza we mnie najmniejszej ochoty poświęcenia 

mojej siostrzenicy molochowi sztuki...
 

Rzucił ręką w powietrzu...

 

Pan Volanti skrzywił się.

 

― Naturalnie ― rzekł ― nikogo do szczęścia przymuszać nie można... ale szkoda... wielka 

i nieodżałowana szkoda...
 

W ciągu tej rozmowy, prowadzonej po francusku, Żantyr, stojący z rękami w tył założonymi 

na boku, słuchał z uwagą natężoną, usiłując ją odgadnąć i zapewne domyślając się, na czym ją 
zakończono.
 

Nie mógł też, znając osoby, przewidywać innego końca... Wioząc Francuza na probostwo, 

wiedział, że tylko poświadczy on o piękności głosu, któremu Żantyr pierwszy wielką przyszłość 
rokował...
 

― Jakkolwiek mi spieszno ― dodał Volanti ― i choć już nie mam najmniejszej nadziei 

nawrócenia pana, czy bym nie mógł, choć dla prostej ciekawości, dla miłośnictwa tego organu, 
który natura daje wybranym... posłyszeć... zobaczyć tę panienkę...
 

― Niepodobieństwo! ― odrzekł surowo ― nie mogę... przepraszam ― muszę odmówić! 

Tego tylko braknie, żeby się dziewczęciu głowa zawróciła!
 

Załamał aż ręce...

 

Volanti, tak bezwzględnie odepchnięty, dumną przybrał postawę obrażonego, skłonił się z 

lekka.
 

― Przepraszam, że go akomodowałem ― przepraszam...

 

Wyszedł żywo, nie oglądając się, i rzuciwszy się do powozu, skinął na pocztyliona, aby 

jechał...
 

Żantyr, który wysunął się za nim na ganek, spojrzał z jakimś żalem na rozgniewanego 

Francuza, który zapalał cygaro i łajał barbarzyńców.
 

Los, gdy chce, płata figle... Oskarżają nieraz powieściopisarzy, że mu nieprawdopodobną 

narzucają rolę; lecz ktokolwiek żył dłużej, wie dobrze, iż fantazja bajarzy nigdy ani w części nie 
dorównywa zrządzeniom losu w rzeczywistości...
 

Może też być, co się ślepym zrządzeniem i przypadkiem zowie ― jest czymś więcej nad 

background image

to... Nie zbadano wszystkich sił, które się na naszym świecie krzyżują. Widzimy ich skutki, 
sprężyny dla nas ukryte.
 

Takim losu trafem było, że pan Volant na stacji następnej, na którą się przypóźnił, w małym 

miasteczku, głodny będąc, poszedł szukać czegokolwiek, choćby bułki i kieliszka koniaku. 
Naczelnik stacji wskazał mu rodzaj restauracji u Pinkasa. Pinkas zaś był na cztery mile dokoła 
sławnym ze swojego składu win i delikatesów, a w restauracji jego prawie dnia nie było, żeby 
szlachty kółko jakieś, gromadka nie próbowała starego francuskiego i świeżego szampana.
 

Tym razem zastał w sali, w której i bilard się znajdował, pan Volant sześciu panów i 

paniczów już w najświetniejszym humorze po tuzinie szampana. Rozmowa wrzała i kipiała, 
śpiewano. Eks-rotmistrz gwardii, hrabia X., mężczyzna dziwnie urodziwy, który niegdyś w stolicy 
milionowy puścił majątek ― dowodził gromadce przyjaciół.
 

Gdy Volant wszedł, cofając się onieśmielony hałasem, który buchnął przeze drzwi, eks-

rotmistrz, stojący blisko, wpatrywał się w niego mocno i nagle, ręce rozpostarłszy, skoczył ku 
niemu.
 

― Par Dieu! Volanti ou le diable! ― krzyknął.

 

Porwano Francuza, zmuszając go na czcze serce rozpocząć od kielicha szampana...

 

Weseli towarzysze rotmistrza a hulaszcza szlachta okoliczna, dla której on był wyrocznią, 

natychmiast zajęli się przyjęciem cudzoziemca...
 

Zdano je na posługującego jako majordoma Dziwulskiego. Marszałkował on bardzo często 

przy podobnych ucztach, karmiąc się i pojąc przy tym. Był właśnie w drodze do domu, gdy go u 
Pinkasa pochwycono... a dał się pochwycić bardzo łatwo, bez najmniejszego oporu.
 

Volantowi, dla zatrzymania go, wyperswadowano naprzód, że koni na stacji nie ma i że 

oczekując na nie, nic lepszego nie ma do zrobienia, niż jeść i pić z nimi. Francuz się dał przekonać.
 

Po kilku kieliszkach, gdy rozmowa się niezmiernie ożywiła, Volant z wielkim dowcipem 

opowiadać począł swoją przygodę w Berezówce, wrażenie owego podsłuchanego śpiewu, 
odwiedziny na probostwie i odprawę, jaką mu tam dano.
 

Z opisu miejscowości, choć Francuz nazwisk nie umiał powtórzyć, łatwo się było domyśleć, 

że ów śpiew podsłuchany był w Berezówce, a owym proboszczem ksiądz Kalikst.
 

― Ale, słuchajże, Erneście! ― krzyknął rotmistrz ― a toć to się tyczę córki twojej żony... 

ona ma miliony w gardle... Francuz do szaleństwa rozentuzjazmowany... a odpędzili go z kwitkiem! 
Przecież ty także coś tam w domu znaczyć musisz... Takiego szczęścia lekceważyć nie można...
 

Ernest, dobrze podpiły, zrozumiawszy wreszcie, o co szło, rzucił się na Francuza. Mówił 

jego językiem źle bardzo, lecz z wielkim zuchwalstwem.
 

― Jak mi Bóg miły! ― krzyknął ― to nie może być! Jedź pan ze mną! Ja jej każę śpiewać, 

a jeśli głos ślę okaże dobry... matka nie ma prawa szczęścia własnego dziecka odrzucać...
 

Począł się kląć i bić w piersi z gwałtownością wielką, a potem Francuza ściskać, całować, 

nalegać, aby z nim nazajutrz powracał do Berezówki. Volant, dowiedziaw- szy się, iż ma z 
ojczymem do czynienia ― zgodził się od razu.
 

Całe towarzystwo gotowe było nazajutrz jechać z nimi do Berezówki, ale Dziwulski, czując, 

że to mu popsuje sprawę z żoną ― odradził im. Musieli jechać we dwóch.
 

I tak, chociaż udawał bardzo pewnego siebie, obawiał się Adeli i księdza, wiedział, że mu 

trudno będzie upór ich przełamać... Lecz... świeciły miliony! Volant opowiadał, że z takiego głosu 
można stworzyć żywy kapitał przynoszący rocznie sto tysięcy franków! Więcej może?!
 

Rotmistrz na palcach wiedział, ile która artystka zebrała milionów, jakie miała klejnoty... co 

to za życie wiodły te istoty wybrane, pod których stopy rzucano kwiaty, które zasypywano 
bukietami, bransoletami i broszami!
 

Ojczym sławnej śpiewaczki mógł się spodziewać przynajmniej spadłych z jej stołu okruszyn 

krociowych... Zresztą Dziwulski z góry sobie obiecywał nie dać jej Volan-towi bez 
porękawicznego...
 

Co się potem miało stać z tą nieszczęśliwą Marynką, o to mu już wcale nie chodziło, byle ją 

dobrze mógł sprzedać...
 

― Dziewczyna byłaby głupia, żeby z tego nie korzystała ― wołał ― a matkę... matkę ja 

background image

zmuszę. Przecie ja bliższym jestem niż ksiądz opiekunem... Mam prawo...
 

Potakiwali mu wszyscy; Volant tylko, zimny i praktyczny, usiłował go ostudzić, aby 

gwałtownością nie popsuł wszystkiego...
 

Wieczerza i po niej kielichy ciągnęły się przez całą krótką noc wiosenną... Nad ranem 

dopiero jedni po drugich poczęli się kłaść, aby odpocząć trochę...
 

Dobrze napiły Dziwulski tak był tym, co słyszał i co miał przed sobą ― przejęty, tak 

poruszony, iż oka mimo znużenia zamknąć nie mógł. Poszedł się zimną wodą oblać dla 
otrzeźwienia i ― gorączkowo rozmyślał, siadł- szy na ławie przed Pinkasem, jakiego ma sposobu 
użyć, aby żonę i księdza ― nawrócić.
 

Z księdzem gotów był w ostateczności zerwać zupełnie... o dziewczynie, która swej woli nie 

miała, mowy nie było ― co się tyczę matki... trochę rachował na jej ubóstwo... trochę na swoją 
władzę... Wmawiał sobie, że przecież, bądź co bądź, panem powinien był być w domu... i choć 
dotąd nie mieszał się do niczego, straconą powagę łatwo odzyskać potrafi.
 

Gotów był do najostateczniejszych uciec się środków... byle tak łatwego sposobu 

zbogacenia się z rąk nie wypuścić.
 

Skutkiem rozmyślań w końcu było, że zbudził rozespanego Francuza, oświadczył mu, że 

musi przodem jechać, aby żonę przygotować, i zaklął go, aby sam za godzinę na pewno do 
Berezówki przybywał.
 

Volantowi wszystko to było jedno, byle się mógł jeszcze przespać... Do zaprzężonej 

kałamaszki siadłszy, Dziwulski, który się kieliszkiem wódki (dla zupełniejszego otrzeźwienia) 
pokrzepił, zaciął klacz bez litości i znanymi drożynami na prost do Berezówki poleciał.
 

Wszyscy jeszcze tu spali i ledwie gospodyni dziewczęta w piekarni budzić zaczynała, gdy 

spoconą i zdyszaną kasztanką dobiegł pan Ernest do wrót, na cały głos wśród ciszy poranka 
wołając, aby mu otwierano.
 

Przestraszyli się ludzie, bo nigdy jeszcze z taką zuchwałością nie ważył się tu występować. 

Porwała się wylękła z łóżka żona, obudziła się Marynka...
 

Zajazd ten impetyczny zwiastował coś niesłychanego, a z Dziwulskim nic dobrego przyjść 

nie mogło. Można więc sobie wyobrazić trwogę, z jaką blada i drżąca wyszła na ganek Adela...
 

― Na Boga! cóż się stało? ― poczęła...

 

― Co? nic się nie stało! co się miało stać? Cóż to, ja mam jak złodziej podkradać się do 

własnego domu? Przyjechałem i kwita.
 

Takie było powitanie. Pomimo zapewnienia, iż się nic nie stało, Dziwulska jednym 

spojrzeniem na męża nabyła przekonania, iż jej jakieś grozi nieszczęście.
 

Znała go dobrze.

 

Wszedł za nią do pustej izby gościnnej, w której wieczorne roboty jeszcze na stole leżały, i 

począł, sam z siebie nierad, od łajania, że tak późno wstawano i izby nawet stały nie umiecione.
 

Rzucił się potem na kanapę i zawołał o śniadanie...

 

Jechał z najmocniejszym postanowieniem wpaść natychmiast na żonę i wszystko jej 

powiedzieć od razu... lecz ― męstwo go nagle opuściło.
 

Dziwulska, o niczym nie wiedząc, domyślać się nie mogła, co jej groziło. Ksiądz brat wcale 

jej nie mówił o Volancie, choć się wieczorem widzieli, a Żantyr, który by się mimo woli wygadał, 
nie widział ani matki, ani córki.
 

Pan Ernest wpół leżąc, na pół siedząc myślał tymczasem, jak do rzeczy przystąpić; nie miał 

ani chwili do stracenia. Volant mógł nadjechać prędzej, niż się spodziewano. Potrzeba było żonę 
uprzedzić.
 

Od czego zacząć?

 

Dziwulski postrzegł, że ze złego tonu zagaił fukaniem i że należało być miłym. Gdy Adela, 

rozkazawszy podawać śniadanie, powróciła do pokoju, znalazła męża nagle rozweselonym i 
zupełnie zmienionym.
 

Był to także znak niedobry, bo takim on tylko zwykł był się okazywać, gdy miał czegoś 

żądać niemożliwego i nadzwyczajnego.
 

Biedna kobieta przygotowywała się już w milczeniu do walki, którą przeczuwała.

background image

 

― Osobliwszą bo miałem przygodę dnia wczorajszego ― odezwał się dobrodusznie 

Dziwulski, wodząc oczami za żoną, która chodziła po pokoju skłopotana. ― Jak żyję, jeszcze mi 
się nic podobnego nie trafiło. Właśnie chciałem wczoraj na noc nadążyć do Berezówki, bo mi się ku 
wam stęskniło, gdy stanąwszy, kobyle dałem wytchnąć przed Pinkasem... patrzę, z okna wołają na 
mnie... Rotmistrz był, Stefek ten poczciwy, Czemerski i Biłkowski. „Chodź a chodź!” Nie było 
sposobu... kobyłę mi do stajni kazali zabrać i ― „Baw się z nami!” Cóż robić? Musiałem ulec, bo 
ich często potrzebuję. Tylko cośmy poczęli baraszkować, wpada jakaś figura nieznajoma, 
cudzoziemiec, a rotmistrz na szyję mu się rzucił, bo to jakiś dyrektor teatru dawno mu znajomy... 
Przyjmują Francuza, jemy i pijemy w najlepsze ― wtem on, śmiejąc się, opowiadać poczyna, co 
mu się tylko co trafiło... Opisuje, jak jechał gościńcem przez wieś... a ja widzę z tego, co mówi, że 
Berezówka i Berezowicze; powiada, że go nagle doleciał śpiew kobiecy, ale tak osobliwszy, że 
kazał się pocztylionowi zatrzymać i poszedł go słuchać... Zobaczył dziewczę młodziuchne pod 
laskiem brzozowym na łące... Ono tak wywodziło... Zachwycony został głosem... Nie kto inny 
śpiewał, tylko nasza Marynka.
 

(Tym razem powiedział nasza, choć zwykle mawiał: twoja).

 

Słuchając, Dziwulska zbladła i ręce załamała.

 

― No, to mało tego, że mu się głos podobał ― ciągnął dalej Ernest ― ale Francuz się 

zapalił, powiada, że taki głos to fortuna, to miliony... Tylko uczyć ją do teatru... a on ręczy za sto 
tysięcy franków rocznie.
 

Spojrzał na żonę, która stała blada jak ściana... Nie dając jej przyjść do słowa, mówił dalej:

 

― Tacy dyrektorowie teatrów Bóg wie gdzie szukają i skąd dobywają głosów... Więc 

Francuz pono Żantyra złapawszy, a nie mogąc się od niego nic dowiedzieć o dziewczynie, pojechał 
z nim na probostwo. Nie mówił nic ksiądz Kalikst?
 

― Nie widziałam brata od dni kilku, a wczoraj krótko był i nie mówił nic ― drżącym 

głosem odparła przerażona Dziwulska.
 

― Ano, był u księdza ― dodał Ernest ― który, łatwo się domyślić, po księżemu dał mu 

odprawę...
 

To mówiąc, podniósł się z kanapy wielce poruszony Dziwulski.

 

― Ależ to potrzeba być nie przy zdrowych zmysłach! ― zawołał ― żeby, gdy się takie 

szczęście samo narzuca, odpychać je! To by była wprost wariacja, kryminał!
 

Adela milczała ciągle.

 

― Ja Francuza tu zawróciłem ― dokończył ― tylko co go nie widać. Niech dziewczyna mu 

zaśpiewa, niech ją bierze na edukację... miliony będziemy mieli...
 

Jeszcze ostatniego nie wymówił słowa, gdy żona wybuchnęła z energią, jakiej nigdy jeszcze 

przeciw niemu się nie dopuściła.
 

― Zwariowałeś ty sam! ― zakrzyknęła. ― Ja! matka, żebym i obcemu człowiekowi na 

zgubę sprzedawała dziecko własne! Ja! ja?! O! tak! dla ciebie ono nigdy nie było czymś innym 
tylko obojętną istotą, może ciężarem ― ale dla mnie!... ja ją tylko mam jedną!
 

Oburzona Dziwulska odbiegła od niego o kilka kroków... On stał, trochę zmieszany 

wystąpieniem tym, lecz nie myśląc się poddać.
 

― Co to za głupie gadanie! ― odparł ― któż myśli dziecko gubić i sprzedawać! Właśnie 

dla jego dobra by się zrobiło. Lepiej, że będzie grzybem siedziała przy jejmości, żeby ją jaki pisarz 
prowentowy zbałamucił?... bo to taki koniec musi być... Przecie Francuz na jej cnotę i niewinność 
nie czyha, nie takaż znowu powabna ta smarkata... ale o głos idzie, o głos... A na cóż go jej Pan Bóg 
dał?
 

Zaperzył się Dziwulski.

 

Żona, podszedłszy pod okno, chustką oczy zasłoniła i płakała.

 

Musimy tu uczynić uwagę, że od początku rozmowy ciekawa Marynka, przysunąwszy się 

pode drzwi od sypialnego pokoju ― słuchała jej. Żadne słowo nie było dla niej stracone.
 

Zdać sprawę z tego, co się działo z dziewczęciem, przestraszonym, zdziwionym, ale i 

połechtanym tą nadzwyczajną ceną swojego głosu ― byłoby trudno. Są w życiu godziny takie, w 
których sam człowiek nie wie, co się z nim dzieje, gdy na niego spadnie coś piorunowego, 

background image

niespodzianego ― rodzi się zamęt w sercu, głowie, z którego starszemu wybrnąć niełatwo, a tym 
mniej piętnastoletniemu dziewczęciu.
 

Na przemiany przed oczyma jej przelatywały błyski jakiegoś nadzwyczajnego szczęścia i 

chmury cierpień i grozy... Strach sieroctwa, obawa obcych ― a potem poświęcenie się dla matki...
 

Koniec końców rozpłakała się i poszła, tłumiąc łkanie, do kątka.

 

Dziwulski tymczasem, zastępując ode drzwi, ażeby mu żona nie uszła ― perorował:

 

― Ty tam sobie myśl i gadaj, co chcesz... albo i ksiądz Kalikst, niech sobie wydziwia ― a 

ja wiem, co mnie mój obowiązek opiekuna nakazuje... Dać się dziewczynie zmarnować, kiedy ma 
w gardle fortunę... byłoby zbrodnią. Ja przecie tu coś znaczę i mam prawa...
 

― Żadnych! ― krzyknęła, odwracając się do niego z twarzą zaognioną i zapłakaną, 

Dziwulska ― żadnych! Nie byłeś dla niej nigdy ojcem, dla nas opiekunem, ani w domu 
gospodarzem... Ja mam prawa matki i dziecka, gdyby przyszło życie dać ― nie puszczę...
 

― Zobaczymy! ― mruknął Ernest gniewny, lecz czując zarazem, że nie pokona żony bez 

czyjejś pomocy.
 

Sam nie wiedział, gdzie jej szukać ― zadumał się.

 

Dzień już był dobry. Ksiądz Kalikst, który wczoraj siostrze o niczym nie mówił, a pragnął 

się widzieć z nią, odprawiwszy raniuteńko mszę świętą, właśnie nadszedł był do dworku, zobaczył 
kałamaszkę przy stajni, domyślił się przybycia szwagra i podszedłszy ku drzwiom, usłyszał 
kłótnię... Spieszył siostrze na pomoc...
 

Zobaczywszy go, Adela pobiegła do niego ze łkaniem wołając:

 

― Ratuj!

 

Dziwulski stał nadęty w postawie wyzywającej.

 

― Co waćpan tu za brewerie wyrabiasz? ― krzyknął proboszcz. ― Nie było cię, dzięki 

Bogu, długo, mieliśmy święty spokój, a ledwie z bryczki, już awantura... Co to jest?
 

― Jest to ― odparł Dziwulski ― że, z pozwoleniem, kobieta, choć siostra wasza, głupia... 

tak ― gęś głupia! Trafia się szczęście dziecku, za które by Panu Bogu trzeba na klęczkach 
dziękować... a ta...
 

Ksiądz się domyślił wszystkiego i wzgardliwie ramionami poruszył.

 

― Wiem ja! wiem ― rzekł spokojnie ― pewnie Francuz gdzieś waćpana złapał i złote góry 

mu obiecuje, a tyś gotów i dziecko, i żonę, ba! i sumienie, i zbawienie sprzedać dla grosza!
 

Splunął ksiądz z pogardą.

 

― Ale z tego nic być nie może i nie będzie nic. Dziwulski się uśmiechnął.

 

― Zobaczymy ― rzekł cicho ― zobaczymy...

 

Ksiądz począł, kilku słowy uspokoiwszy siostrę, chodzić po izbie wielkimi krokami. 

Dziwulski rozparł się na kanapie. Czas jakiś panowało milczenie...
 

Mąż obrócił się do żony nagle.

 

― Proszę mi zaraz kazać izbę oczyścić i śniadanie żeby było... Francuza zaprosiłem, lada 

chwila przyjedzie... Dziecka nikt sprzedawać nie myśli, ale pokazać przecie obcemu nie grzech...
 

― Po co? ― zawołał ksiądz.

 

― Niechaj wiemy, co stracimy przynajmniej ― rzekł Dziwulski. ― Korona jej z głowy nie 

spadnie, gdy mu zaśpiewa...
 

― Ja jej ani wyjść nie dam! ― przerwała matka.

 

Gdy się tak o Marynkę kłócono ― dziewczę, wypłakawszy się, podsłuchawszy raz jeszcze, 

co się w izbie działo ― jakby jakimś natchnieniem pobudzone do tego, bez namysłu narzuciło 
chusteczkę na szyję, trzewiki na bose nogi wdziało i tylnymi drzwiami uciekło naprzód w olszynę, 
potem do brzozowego lasku, nareszcie dopadłszy do gęstych zarośli łozowych, w nich się ukryło...
 

Tu żadne ludzkie oko jej dostrzec ani odgadnąć nie mogło... Łozy rosły na moczarze, woda 

stała pod nimi i Marynka, chcąc przysiąść, musiała głęboko się przedrzeć, nim kępinę znalazła 
suchą.
 

Cieszyła się swoim postanowieniem i niemal radowała z figla, który ojczymowi spłatała.

 

Powiadała sobie, że tu przesiedzi dopóty, dopóki ten obrzydły jakiś Francuz, co ją chciał 

kupić, nie przyjedzie i nie pojedzie sobie precz...

background image

 

Zarośla, w których zasiadła, położone były niezbyt daleko od gościńca, mogła więc turkot 

powozu z nich usłyszeć, a nawet, rozchylając ostrożnie gałęzie, zobaczyć, kto i w jaką jechał 
stronę...
 

Wiedziała, że matka jej szukać może i będzie niespokojna, lecz przekonana też była, że się 

domyśli powodu zbiegostwa i łacno uspokoi.
 

Liść zielony wziąwszy machinalnie w ząbki i gryząc go zadumana, podparła głowę na ręku i 

siedziała...
 

Pobożna bardzo, zaczęła po chwili koronkę do Prze- mienienia Pańskiego, a skończywszy 

ją, codzienny pacierz ranny i Kto się w opiekę, które zwykle dopiero wieczorem odmawiała. Serce 
jej biło okrutnie.
 

Jakby na przekorę potem jej samej, w młodej wyobraźni poczęły się skupiać wszystkie 

rozpierzchłe w niewielkiej ilości rysy z życia sławnych aktorów, śpiewaków itp. Matka niekiedy o 
splendorach dworu Ogińskich, o teatrach warszawskich, o różnych sławnych wirtuozach 
rozpowiadała jej... dla rozrywki. Los tych ludzi zarazem ją przestraszał ― i pociągał.
 

Od wuja księdza nieraz też nasłuchała się argumentów przeciwko teatrom, widowiskom 

zepsucia ludzi, którzy lubili uczęszczać na nie.
 

Co się tam w tej główce przez ten czas przesnuło?

 

Na gościńcu zaturkotało, zadzwoniło, Marynka rozgarnęła gałązki ― patrzała z sercem 

bijącym... Domyślała się, że jechał Francuz. W istocie on to był. Widziała, jak do Berezówki 
zawracał.
 

Obrachowała sobie na swój sposób, że matka i ksiądz natychmiast się go pozbędą, że powóz 

na powrót się ukaże na gościńcu, a ona będzie mogła cicho się wśliznąć do dworku.
 

Czekała...

 

Niezmiernie długim czas jej się wydawał ― bo też w istocie pobyt Francuza w Berezówce 

się przedłużył...
 

Pan Volant-Volanti miał wszystkie przymioty właściwe dwom narodowościom, z których 

do jednej należał, do drugiej się zaliczał. Grzeczny, przebiegły, zręczny, umiejący sobie ująć ludzi, 
gdy potrzeba było ― cierpliwy i wytrwały, rzadko kiedy dawał się z niczym odprawić, gdy co 
zamierzył i postanowił.
 

Głos usłyszany leżał mu, można powiedzieć, na sercu.

 

Dla niego on reprezentował nie tylko powodzenie grupy, do której by go wcielił, ale 

osobisty zysk znaczny.
 

Impresario taki, gdy złotą rudę dobywa, oczyszcza i klejnot z niej tworzy, nie czyni tego ani 

przez miłość sztuki, ani dla miłości ludzkiej, tylko po prostu przez spekulację, dla kieszeni.
 

Zdobyć przyszłą gwiazdę, umiejętnie ją ukazać, opromienić, w dziennikach rozsławić, 

mogło przynieść korzyść bardzo znaczną. Pan Volanti właśnie potrzebował odświeżyć a pokrzepić 
swe siły i ― był w długach.
 

Wiedział dobrze, jak inni ze sławnych primadonn, które produkowali, wielkie zyski 

ciągnęli.
 

Francuz w nic nie wierzył, ale był przesądny. Spotkanie się z tym głosem ― na gościńcu, 

potem przygodę swą w restauracji uważał za wskazówkę losu... Głos ten musiał być dla niego 
przeznaczony.
 

Postanowił dobijać się o niego na wszelki możliwy sposób.

 

Posłyszawszy go zajeżdżającego Dziwulski wyszedł naprzeciw niego i miał czas mu 

szepnąć:
 

― Źle stoi sprawa z żoną moją ― ale ― to nic... Dadzą się przekonać. Ja w tym. 

Choćbyśmy dziś nic nie zrobili ― ręczę za to, że zmuszę matkę i ją... Będziesz ją miał... Ale trzeba 
łagodnie i ostrożnie. Nie dziś, to jutro (ścisnął go za rękę) ― ja w tym... Nie zrażajcie się:
 

Nic nie odpowiadając, Francuz z dobrą fantazją wszedł do pokoju, z którego Dziwulska się 

wymknęła. Zastał tylko znajomego sobie księdza i pomimo odprawy, jaką dostał wczoraj, przywitał 
się z nim bardzo grzecznie...
 

Rozmowa obojętna, urywana, najdziwaczniejsza w świecie poczęła się między trzema 

background image

panami.
 

Ksiądz, choćby był rad, nie myślał ustąpić, aby siostry nie zostawić bez obrony na łasce 

męża i obcego człowieka.
 

Dziwulska, wybiegłszy naprzód, poczęła szukać Marynki. Przetrzęsła wszystkie kąty, poszła 

na folwark, zajrzała do ogródka i gdzie tylko mogła przypuszczać, że się córka znajdowała... Nie 
znalazła jej nigdzie, najprzód przelękła się mocno... potem odgadła, że Marynka pewnie rozmowę 
podsłuchać musiała i skryć się... Nic się jej złego stać nie mogło... a ta schowanka matce była na 
rękę.
 

Dziewczyna od krów powracająca na zapytanie o panienkę powiedziała, że ją postrzegła, 

idąc za skopkami, przebiegającą ku olszynie.
 

Dziwulska wróciła uspokojona do dworku.

 

Z tego, cośmy napomknęli o Adeli, można się trochę domyślać jej charakteru i usposobień. 

Wiele jej szło zawsze o to, aby się ukazać czymś lepszym, niż się wydawała przez swe ubóstwo i 
nieszczęście. Rada była pochwalić się z wychowaniem staranniejszym, z pewną znajomością 
świata.
 

Nie chciała też Francuza, człowieka obcego, odprawić niegrzecznie i dać mu odgadnąć, co 

się w domu działo.
 

Po krótkim więc namyśle ubrała się skromnie, ale starannie i z wielką powagą wyszła do 

bawialnego pokoju. Chociaż nieczęsto się jej zdarzało mawiać po francusku, ucząc tego języka 
córkę, nie zapomniała go i mogła nim mówić dosyć poprawnie.
 

Francuz, galant, z wielkim uszanowaniem przysiadł się do gospodyni domu. Bardzo 

zręcznie rozpoczął przeproszeniem za swą natrętność, pochwałami cudownego głosu, które do serca 
matki trafiły, tłomaczeniem wreszcie, że zawód teatralny liczył teraz nie tylko osoby średniego 
stanu w szeregach swych znakomitości, ale dostojne hrabianki, baronówny, dzieci rodzin 
szlacheckich itp.
 

Wszystkiego tego Dziwulska musiała wysłuchać cierpliwie. Francuz nad wszelkie 

spodziewanie wydał się jej człowiekiem przyzwoitym, poważnym, niemal obudzającym zaufanie.
 

Nie przekonało jej to, aby mu dziecko poświęcić mogła, na samą myśl tę się wzdrygała ― 

lecz... miała wyrozumiałość dla dziwnego żądania, znosiła je cierpliwie.
 

Po wymianie kilku słów i odpowiedzi na zarzuty, jakie mu się ośmieliła uczynić, Dziwulska 

odezwała się:
 

― Me możesz pan mieć za złe matce, że się o dziecko obawia... Los świetny nie zawsze 

szczęśliwy... Widzisz pan, żeśmy ubodzy, dziecku do wychowania wiele by jeszcze potrzeba, my 
mu go dać nie możemy... a powierzyć wyrostka... dziecię prawie... samą... obcym... a! panie... ― 
Tchu jej zabrakło.
 

― Ależ pani byś sama z nią i przy niej być mogła? ― odezwał się Francuz...

 

Dziwulska się zarumieniła.

 

― Nie mogę ― odparła krótko...

 

Volant nie nalegał, prosił tylko jak o łaskę, ażeby mógł głos posłyszeć.

 

Chociaż ksiądz Kalikst, słuchający rozmowy, zżymał się na to i dawał znaki, Dziwulska 

gotowa była prawie przyprowadzić Marynkę. Ruszyła się, poszła i wróciła zarumieniona 
oświadczając, że dziewczę, ze strachu zapewne, zbiegło i tak się gdzieś ukrywało, że znaleźć   jej 
nie było można.
 

Volant się uśmiechnął na to, Ernest rzucił na żonę piorunujące wejrzenie w przekonaniu, że 

ona się córce ukryć kazała...
 

Podano śniadanie. Francuz faisait bonne minę à mauvais jeu ― o wyjeździe mowy nie 

było... ksiądz nie odchodził także...
 

Dziwulski w sposób najpocieszniejszy gościa zabawiał, a ten tak te wysiłki przyjmował, jak 

gdyby w istocie bawił się wyśmienicie...
 

Ubogi ten dworek, towarzystwo w nim w istocie mogło oryginalnością swą zająć 

cudzoziemca.
 

Pobyt gościa przedłużył się tak, że nieszczęśliwa gospodyni, wcale nie przygotowana do 

background image

tego ― musiała myśleć o jakim takim obiedzie, aby ubogi dworek nie wydał się ogłodzonym.
 

Ernest, wyprowadziwszy na ganek Francuza, szepnął mu:

 

― Nie zrażaj się pan... masz trochę czasu... nie ustępuj... Dziewczynę przecie z kąta dobyć 

muszą.
 

Pan Volant zapalił cygaro, usiadł na ławce i przypatrywał się żywemu inwentarzowi pani 

Dziwulskiej, ze swobodą przechadzającemu się po dziedzińcu, jakby żaden Francuz na niego 
złośliwymi nie patrzał oczyma.
 

Volant, który się urodził w małym massie (dworku) w południowej Francji ― mimo woli 

przypominał sobie te lata młodzieńcze, gdy rodzicielskim gęsiom służył za mentora. Sielanka ta 
prozaiczna i uboga prawie go uczyniła smutnym.
 

Gospodyni, zajęta obiadem, ciągle wychodziła szukać córki, posłała nawet dziewczynę... nie 

znaleziono jej nigdzie. Marynka uparcie siedziała ukryta w łozinie, czekając, podsłuchując, czy 
Francuz nie odjeżdża. Głód jej już zaczynał dokuczać, a co gorsza, choć słońce z góry piekło, w 
nogi od wilgoci zimno było... Zaczynała się niecierpliwić ― lecz potrzeba było albo nie uciekać, 
lub wytrwać.
 

Dziewczę, któremu nigdy długo na jednym miejscu wytrwać nie było łatwo ― męczyło się 

okrutnie...
 

Wtem gdy przez gałęzie łoziny spoglądała niespokojnie, czy się jej jaka nadzieja 

wyzwolenia nie objawi ― spostrzegła, jakby cudem, zmierzającego ścieżką w tę stronę poczciwego 
Żantyra o kiju.
 

A stary organista był jej zawojowaną prowincją, niewolnikiem, sługą... kochał ją dzieckiem, 

gdy jeszcze tak pięknego nie miała głosu, a potem coraz mocniej ― i ― co Marynka rozkazała, 
Żantyr gotów był z narażeniem się największym na przebój wykonać. Wiedziała o tym dobrze i 
widząc go zbliżającego się, postanowiła wezwać na ratunek...
 

Żantyr dla Marynki ― gotów był w wodę i ogień...

 

― A! to mi go Pan Bóg zsyła ― zawołała, oglądając się i dobywając z krzaku...

 

Organista po prostu szedł do Berezówki szukać proboszcza, który mu się za długo 

zatrzymał, a właśnie go potrzebowano. Szedł pomrukując, wzdychając ― myśląc o wczorajszej 
przygodzie z Francuzem. Bogiem a prawdą był niekontent z proboszcza ― wolałby był swoją 
Marynkę widzieć sławną i osypaną złotem. Zepsuciu świata poczwarnemu, o którym ksiądz mówił, 
wierzyć mu się nie chciało.
 

― Co się ma zepsuć ― mówił sobie ― zepsuje się i w domu, gdybyś jak strzegł i 

pilnował!... At! gadanie... a co poczciwe, to się nigdy nie zwala...
 

Właśnie wśród tych smętnych dumań zaskoczyła go, wylatująca jak spłoszona kuropatwa 

trzepiocząca skrzydłami, Marynka... Zląkł się Żantyr...
 

― A toż co? ― zawołał.

 

― Co? co? Nie wiesz? ― poczęła, sypiąc prędko urywanymi słowami, dziewczyna. ― Nic 

nie wiesz! Okropności się u nas dzieją... Jakiś Francuz przyjechał, który koniecznie chce mnie 
kupić, żebym mu śpiewała... Dziwulski gotów sprzedać... matka płacze, a ja uciekłam...
 

I załamawszy ręce, wpatrzyła się w Żantyra, na którego twarzy nie malował się ani 

przestrach, ani podziwienie.
 

― Jak to? Francuz powrócił? ― zapytał.

 

― Co bo pleciesz: powrócił? On dopiero pierwszy raz przyjechał... ― odparło dziewczę.

 

Organista głową potrząsał i kijem coś po piasku kreślił.

 

Marynka obojętnością jego była oburzona.

 

― Otóż to tak mnie Żantyr kocha! ― zawołała. ― Chcą mnie porwać, chcą zaprzedać, a on 

na to ― nic...
 

Spojrzał na nią swymi siwymi, pełnymi uczucia oczyma organista.

 

― Ot ― pleciesz, pleciucho! ― wybąknął.

 

― A cóż? ― przerwała Marynka.

 

―Co? nic nie rozumiesz ― rzekł Żantyr ― wiesz, że dzwonili, ale w jakim kościele? I 

ramionami ściągnął.

background image

 

― A ty więcej wiesz? ― chwytając go za rękaw opończy, odezwało się dziewczę...

 

Organista namyślał się, co i ile mógł i, miał powiedzieć, lecz dziewczę taką moc nad nim 

zdobyło od dawna, iż z niego wycisnąć umiało, co chciało. Próżne więc to były te przygotowawcze 
zadumania...
 

― Mówże, bo!... ― tupiąc nóżką, zakrzyczała Marynka.

 

― Albo ty mnie zrozumiesz? ― bąknął stary. Rozgniewało się dziewczę.

 

― Masz mnie za taką ograniczoną? ot to, pięknie! ― podchwyciła, poruszając się, jakby 

chciała odchodzić.
 

Zląkł się stary tego dziecięcego gniewu.

 

― Czekajże ― począł ― nie furkaj tak zaraz... Co dziwnego, choćbyś mnie i nie 

zrozumiała?... świata znasz tyle, co w oknie... Ja tam nie wiem, ale mnie się zdaje, że matka wasza 
nie ma racji, świat wam zamykając... Pan Bóg dał głos i taki, co go mało która ma... Francuz chce 
pewnie zarobić i dla siebie, ale i matka, i Marynka skorzystałyby z tego. Albo to grzech śpiewać? 
Hę? Lepiej wam w tym ubogim dworku biedę klepać, niż dorabiać się majątku i reputacji? Hę?
 

Poruszył ramionami, dziewczę się zadumało.

 

― Ksiądz powiada, że można tym śpiewaniem duszę zgubić ― ciągnął dalej organista. ― 

Można ją zatracić i bez śpiewania... co to mówić? Tyle przecie jest uczciwych śpiewaczek, które i 
królowie, i potentaci szanują i wenerują... A toż by niepięknie było, gdyby Marynka swoim głosem 
matce starość spokojną i dostatnią zapewniła? Przy tym z tego głosu... hej! hej! dobry nauczyciel co 
by to mógł wyrobić? Dopiero byś wyciągała trele! dopiero byś się tą muzyką napawała... miły 
Boże!
 

Stary miał łzy na oczach...

 

Dziewczę stało nagle uspokojone, ale smutne i spoważniałe. Ze wszystkiego, co mówił 

Żantyr, jedno ją uderzyło najmocniej, to, że ona mogła poświęceniem siebie matkę uratować, 
uczynić dostatnią i szczęśliwą... Jak błyskawica myśl ta rozświeciła jej jakieś horyzonty dalekie... 
Paluszek przyłożyła do ust i stała w głębokiej zadumie...
 

― Słuchajże, Żantyr, gdyby to prawda była, że ja... ale czyż to może być, żeby mój głos...

 

Potrząsała główką.

 

― Głos! głos! ― powtórzył organista ― Francuz go słyszał, a ten się na tym zna... Darmo 

by tak nie zabiegał...
 

― Więc cóż ty mi radzisz? ― zapytało dziewczę ― mam powrócić do dworu?

 

― Radzić! ja nie radzę nic ani odradzam ― przerwał, trochę przestraszony 

odpowiedzialnością, jaką brał na siebie, Żantyr. ― Ja gadam... co myślę, a Marynka niech robi, co 
chce.
 

Spuściło głowę dziewczę zakłopotane, spoglądając ku dworkowi... Samo nie wiedziało, co 

ma zrobić... Znudziło się też przydługim siedzeniem w krzakach i trochę ciekawość ciągnęła...
 

Wolnym krokiem posuwała się ścieżyną. Żantyr szedł za nią.

 

― Ja ― odezwał się cicho ― muszę po księdza iść do dworku, bo się zasiedział, a na 

probostwie na niego czekają...
 

― Ja też nogi zamoczyłam ― szepnęła Marynka ― tam mnie może i matka potrzebuje. O 

mój Boże jedyny, co tu robić? co wybierać?
 

Żantyr się już nie odzywał. Wtem Marynka żywo zawołała:

 

― Dziej się wola Boża!...

 

I śmiało iść zaczęła ku dworkowi, lecz zbliżając się ku niemu, zwolniła kroku... Ogarniała ją 

obawa, oglądała się ― namyślała...
 

Idącą tak powoli matka zobaczyła z tylnych drzwi folwarku i żywo rękoma ją ku sobie 

wabić zaczęła.
 

Nie było już sposobu. Marynka pędem się ku niej puściła i w objęcia jej padła...

 

Obie były strwożone ― milczące.

 

― Jeszcze są? ― szepnęła Marynka.

 

― Ani myśli się ruszać ― rzekła matka. ― Nie ma się co dziczyć, trzeba wyjść... Nie zje 

przecież Francuz ani gwałtem nie porwie. Inaczej się go nie zbędziemy.

background image

 

Postanowiono więc, że Marynka do gościa wyjść będzie musiała. Rodziła się stąd 

niezmiernie zawiła kwestia ― ubrania. W Berezówce, nie widując nikogo, matka i córka odziewały 
się, nie ubierały. Do kościółka w Berezowiczach, gdzie były jak w domu, pomiędzy swoimi, 
narzuciło się chustkę na ramiona, więcej nie było potrzeba. W dni świąteczne Bogu na chwałę brało 
się suknię nowszą...
 

Ale dla obcego człowieka, dla wybrednego Francuza, żeby mu nie dać powodu do 

wyśmiewania ich ubóstwa ― należało się ustroić. Dziwulska to czuła, dziewczę przeczuwało...
 

Nie było się w co ubrać ― niestety! Ubogi zapas obu kobiet czynił strój po prostu 

niemożliwym... Dzi- wulska, myśląc o tym, łzy   miała w oczach. Nie mówiły z sobą, ale się 
rozumiały i Marynka, jakby odpowiadając na to, co matka myślała, odezwała się pośpiesznie:
 

― Przyczeszę włosy i wepnę kwiatek... włożę białą sukienkę i podpaszę wstążką siną... no 

― i pończochy cienkie, które mama zrobiła, i ― już trzewiki chyba nowe, bo ta para codzienna 
bardzo rozchodzona...
 

Matka ją uściskała ― inaczej wystąpić nie mogły.

 

Marynka pobiegła do swojego pokoiku, który przytykał do sypialni matki...

 

Niestety! choćbyśmy mu chcieli nadać wdzięk, który powinien otaczać bohaterkę powieści, 

rzeczywistość nie pozwala. Izdebka była szczupła, z jednym oknem niskim, wychodzącym na 
ogródek, które krzaki bzu osłaniały... Drewniane, wysokie, niezgrabne łóżeczko, okryte perkalową 
pstrą kołderką, stoliczek bejcowany na cienkich nóżkach, z trudno odsuwającą się szufladeczką, 
komódka stara, której jedną nogę zastępowała w papier zawinięta cegiełka... okienko bez firanki ze 
sztorem daleko większym, niż było potrzeba, opadającym aż do ziemi... to był przybór prawie 
cały... W kątku tuliły się: dzbanek, miska zastępująca miednicę, mosiężny lichtarz, jakie po 
karczmach się spotykają... i garnuszek do ciepłej wody...
 

Marynka, wbiegłszy naprzód, odsunęła szufladę komody, w której spoczywała szanowana 

biała muślinowa sukienka... wydobyła ją, spojrzała, była okrutnie pomięta! Nieodzownym stawało 
się kazać duszę nagrzać, przynieść deskę, ustawić ją na poręczach dwu krzesełek i ― wziąć się 
samej do prasowania...
 

Pończochy robione przez matkę... okazały się nie uprane! ale, z biedy... Kto tam. na nie 

mógł patrzeć?... Wstążka niebieska była wyblakła... miała kilka plamek, o których pochodzeniu 
wiedziała dobrze Marynka... Prysnął na nią ocet, gdy mizerię dla Dziwulskiego przyprawiano... 
Małe były, ale takie żółte te plamy!
 

Wśród tych przygotowań rozgorączkowujących do ubrania, matka, zajęta obiadem, bo się na 

gospodynię spuścić nie mogła, wbiegała tylko, spoglądała, całowała ją w czoło... i wychodziła 
natychmiast.
 

Marynka z męstwem wielkim sposobiła się do wyjścia... Nie szło jej o to, aby być piękną, 

bo nie miała pojęcia o tym, ażeby kobieta inną uczynić się mogła, niż ją Bóg stworzył ― nie 
chciała tylko wstydu uczynić matce. Właśnie miała szpilkami przymocować niebieską wstążkę... 
gdy... od bawialnego pokoju (drgnęła) brzęk ją doleciał...
 

Ktoś próbował klawiszów jej brzęczącego klawikordu... dobywał z nich dźwięki... bardzo 

zręcznie w harmonijne składając je akordy... Marynka, zasłuchana, ukłuła się szpilką... Piękny głos 
męski nucił wesołą piosenkę...
 

Był to Volanti, który na prośbę gospodarza szansonetką francuską przerwał dworku ciszę...

 

Nie mówmy chyba o obiedzie, który łzami Dziwulskiej był oblany. Wiedziała, że mąż się 

gniewać będzie za to, co zrobi, a zgotować go inaczej i lepiej nie było z czego... Pamiętała o tym, że 
Francuzi są wymyślni ― zmuszona była na upokorzenie swe zdradzić ubóstwo, które im nigdy 
może tyle, co dnia tego, nie było ciężkim do zniesienia.
 

Wyjście Marynki, którą Francuz od stóp do głowy z ciekawością niezmierną opatrywał, z 

którą starał się grzeczną zawiązać rozmowę, pomimo dumnej i nadąsanej minki dziewczęcia ― 
zrobiło wrażenie dobre...
 

Marynka była polnym kwiatkiem, jeszcze nie rozwiniętym, w którym wprawne oko 

doświadczonego człowieka odgadywało z łatwością przyszły wdzięk...
 

Dziś była to istota dzika, trochę niezgrabna, bardzo zmieszana, a naiwnością swą 

background image

oryginalna. Volanti wie- dział, co wykształcenie z tego surowego materiału uczynić może.
 

Księdza Kaliksta przed obiadem jeszcze obowiązki na probostwo odwołały. Po obiedzie 

więc, gdy podano kawę, którą Dziwulski swoim podróżnym, szkaradnym rumem Francuzowi 
przyprawił, byli sami we czworo.
 

Nalegano, aby Marynka śpiewała. Volanti żądał tej samej piosenki, którą w polu nuconą 

słyszał. Dziewczę się zaklinało, że ani wie, co wówczas śpiewało.
 

Skończyło się więc na najprostszych w świecie rzeczach, na ― Chciało się Zosi jagódek, na 

piosence Brodzińskiego...
 

Głos drżał z początku... lecz Marynka, gdy raz zaczęła śpiewać, dawała się dźwiękom i 

pieśni upajać. Zapomniała o Francuzie, uczuła w sobie jakąś gorączkę, zapał, ochotę, głos się 
podniósł, oczyścił, nabrał siły.
 

Francuz stał zadumany, słuchał i uśmiechał się. To, co śpiewała teraz, wcale do popisu się 

nie nadawało, przy całej prostocie motywów i ich jednostajności ― dźwięk można było ocenić. 
Srebrzysty płynął, silny, kryształowy, dziewiczy, prześliczny.
 

Marynka, parę piosnek zanuciwszy, zarumieniona jak wiśnia porwała się i uciekła...

 

Volant spoważniał i paląc cygaro stał długo milczący.

 

Dziwulski patrzał na niego z obawą ― bo mu się zdało, że zobojętniał, że teraz słyszany z 

bliska głos Marynki nie czynił już na nim pierwszego wrażenia...
 

Mylił się ― Francuz najmocniej właśnie pragnął pozyskać śpiewaczkę na naukę i dla sceny, 

a myślał tylko, jakim by sposobem przełamać spodziewany opór matki.
 

Adela siedziała nieco opodal, niespokojnym wejrzeniem mierząc przybysza. Francuz 

przysiadł się do niej, zaniedbując Dziwulskiego.
 

― Głos ― rzekł dosyć chłodno do matki ― jest w istocie taki, jakim go osądziłem z 

pierwszego słysze- nia ― materiał to doskonały, z którego coś bardzo znakomitego uczynić można. 
Cieszę się, że na to mogłem przynajmniej zwrócić państwa uwagę.
 

Lecz... ileż to potrzeba czasu, pracy, wydatków, cierpliwości, nim się do sceny przygotuje! 

Sam głos wymaga kształcenia, pielęgnowania, rozwijania... Nie dosyć na tym, trzeba się uczyć 
języków, aby móc śpiewać nimi, trzeba się uczyć sztuki dramatycznej, aby śmieć wystąpić na 
scenę. Przypuszczając talenta ― o których nie wątpię, wielką łatwość uczenia się i ochotę, która ją 
daje... zawsze dwa, może trzy lata upłyną, nim panienka będzie mogła się ukazać w jakim 
koncercie, na estradzie... Koszta wychowania takiego są znaczne... nauczyciele dobrzy każą sobie 
płacić drogo...
 

― Właśnie i dlatego, i z innych względów ― przerwała Dziwulska ― my o tym nie 

możemy ani myśleć...
 

Volanti się uśmiechnął, grzecznie zwracając ku niej.

 

― A ja proszę pani, abyś mnie cierpliwie wysłuchać raczyła ― dodał tonem wielce 

uprzejmym. ― Nie jest to wcale bezprzykładnym, co pani proponować będę. Mam prawdziwą 
manię wyszukiwania głosów i dobywania ich z ukrycia. Kilka razy mi się to w życiu udało 
świetnie, a nigdy całkowicie się nie zawiodłem na żadnym z moich subiektów... Ja ofiaruję się 
ponieść wszelkie koszta wykształcenia panienki... choćby to miało kilka lat trwać i kosztować 
kilkadziesiąt tysięcy... Rozumiem to, że pani córki obcym ludziom oddać nie możesz... ale 
dlaczegóż byś z nią razem jechać nie miała? Nie jestem tak bogaty, ażebym mógł tak znaczną   
ponieść ofiarę bez nadziei odzyskania nakładów ― no i pani byś nie przyjęła jej... Mam 
najmocniejsze przekonanie, że skoro córka jej wystąpić będzie mogła... w ciągu lat kilku mnie się 
wypłaci, a przyszłość sobie i pani zapewni świetną...
 

Dziwulska chciała coś odpowiedzieć, Francuz nie dopuścił i ciągnął dalej:

 

― Nie będę teraz nalegał, zostawiam pani czas do namysłu... Za kilka miesięcy muszę 

znowu przejeżdżać tędy... wstąpię do państwa... Naówczas... spodziewam się, iż pani układowi 
temu nie będzie przeciwną...
 

To powiedziawszy i nie słuchając, co mu matka chciała odpowiedzieć, Francuz wstał i 

spytał o konie... Zabierał się do wyjazdu.
 

Dziwulskiej wielki ciężar spadł z serca... myślała, że się to wszystko rozchwieje.

background image

 

Natomiast pan Ernest, który nie wszystko słyszał, co mówił Volanti, a był ciągle tego 

przekonania, iż śpiew go rozczarował ― napadł na niego wielce niespokojny...
 

― Więc... cóż? jak? ― naglił na niego. Francuz udał ostygłego...

 

― Kochany panie ― rzekł cicho ― nic się nie zmieniło, ale potrzebujesz czasu, aby żonę 

przekonać... Nalegać na nią byłoby niezręcznością. Zostawiam państwu parę miesięcy do namysłu...
 

Wcale to nie było na rękę Dziwulskiemu, który, nie dowierzając już Francuzowi, widział w 

tym tylko sposób grzecznego wywinięcia się ― a potrzebując pieniędzy, rachował na jak 
najprędsze ich zyskanie.
 

Zasępił się mocno...

 

― Parę miesięcy! ― burknął ― wiele się rzeczy   zmienić może tymczasem... Trudno, 

abym ja czekał, jeżeli się co trafi.
 

Volanti z góry na niego spojrzał.

 

― Jeżeli się co trafi! ― rzekł szydersko. ― Waćpan myślisz, że tacy impresaria, jak ja, co 

dzień przejeżdżają po gościńcach?
 

Zarumienił się Dziwulski.

 

― Ale możemyż być pewni?

 

― Możesz pan być pewny, że ja wstąpię, jadąc tędy ― odparł Volanti chłodno, bo 

gospodarz ze swą natarczy- wością i chęcią sprzedania dziecka zaczynał mu być wstrętnym.
 

Konie i powóz stały przed gankiem. Volanti poszedł z wielkim uszanowaniem pożegnać 

gospodynię. Zażądał potem zobaczyć się jeszcze ze śpiewaczką, która wywołana wybiegła, dygnęła 
i uciekła... Przyrzekł przysłać nuty i radził nie tracąc czasu głos wprawiać, na ostatek ścisnął rękę 
Dziwulskiemu, zupełnie zniechęconemu i rozgniewanemu, siadł do powozu i odjechał...
 

Ernest w ganku stojąc klął, pięści do góry podnosił ― zły był tak, że nie chcąc przed żoną 

wydać się z tym, padł na ławkę w ganku zrozpaczony...
 

― Furfant i bodaj kark skręcił! ― zawołał, zgrzytając zębami.

 

Są myśli i wypadki, które padają na ludzi jak ziarna na rolę... Nie widać ich z początku na 

niej, mieszają się z piaskiem, stają się plewą lub źdźbłami pustymi. Czas płynie, słońce świeci, rosa 
spada i widoczne ziarenko kiełkować poczyna, rozkłada liście, puszcza korzonki, krzepi się, chwyta 
ziemi, rośnie...
 

Takim ziarenkiem była owa bytność Volanta w Berezówce... Po wyjeździe jego Dziwulski, 

który wierzył tylko w to, co trzymał w garści ― przeklął i niewiele rachował na niego...
 

Ale pani Adela, która była tak przeciwną poświęceniu córki, Marynka, która nie myślała 

wprzód nigdy ani o sławie, ani o sprzedawaniu głosu, na ostatek Żantyr poczciwy ― nie mogli 
zapomnieć, co mówił kusiciel...
 

Nie przypuszczając, żeby w istocie Marynka miała obrać sobie zawód tak śliski, Dziwulska 

zgadzała się już' na to, że dar Boży, głos ten śliczny, kształcić było niejako obowiązkiem...
 

Francuz z wielkim wszystkich podziwieniem słowa dotrzymał i ogromną pakę nut różnych, 

solfedżów, studiów, szkół śpiewu przysłał w darze Marynce...
 

Powołano Żantyra, aby rozpatrzył te nuty, i ― matka przestała się sprzeciwiać już 

nauczaniu muzyki...
 

Dziewczę skakało z radości. Nauczyciel, mimo najszczerszej chęci korzystania z tego, co 

nadesłano, naiwnie wyznał, że najprzód sam się musi obeznać z tym, co nadeszło, a dopiero 
zobaczy... jak by to można zużytkować...
 

Z miłości dla muzyki i dla Marynki stary organista przyszedł do wyrozumienia niektórych 

prawideł nauki śpiewu i warunków nauczania. W chwilach wolnych przychodził, wykradając się 
księdzu Kalikstowi, i jak mógł, tłumaczył Marynce, o co chodziło...
 

Ona znajdowała naukę niezmiernie nudną i ― według jej przekonania ― niepotrzebną...

 

Matka milczała, ani zachęcając, ani przeszkadzając... Była na pozór obojętną. Jeden ksiądz 

Kalikst uporczywie był przeciwny nauce, którą za niewłaściwą, a co większa, za szkodliwą 
uważał...
 

Burczał na Żantyra, przeszkadzał mu, o ile mógł, siostrze dawał nauki moralne. Marynce 

nielitościwie wykładał, że darmo trele wyciąga, bo za nie nikt trzech groszy nie da... a uczy się 

background image

tylko próżności i zarozumienia...
 

Dziwulski jak dawniej tak teraz nie siedział w domu... niewiele więc o czym wiedział. 

Przysłanie nut, o którym wiadomość go doszła wypadkiem przez pocztmajstra, zdziwionego tak 
ogromną i kosztowną posyłką, trochę go poruszyło, lecz wprędce o tym zapomniał.
 

Największe wrażenie bytność Volanta wywarła na Adelę i jej córkę. Matka obawiała się 

zawsze, nie przyznawała do zmiany zdania ― w istocie jednak ważyła, rozmyślała, czy by nie było 
jej obowiązkiem dla Marynki się poświęcić, porzucić Berezówkę, jechać z nią...
 

Tak samo dziewczę chciało zaofiarować się dla matki, nie mając wyobrażenia ani o 

rozmiarach ofiary, ani o niebezpieczeństwach, na jakie ją zawód dramatyczny narażał.
 

Nie mówiły o tym z sobą nigdy ― myślały dużo...

 

Żantyr, który po nadejściu nut już był pewien, że sprawa jest w toku, że przyszłość czeka 

świetna jego ukochaną wychowankę, łamał tylko głowę, jak by tymczasem ułatwić jej naukę, 
pomóc do przełamania pierwszych lodów. Można było powiedzieć, że odżył tym i odmłodniał... Do 
zapału, z jakim się brał studiować nadesłane szkoły i nuty, przyczyniała się dużo i sama miłość 
przedmiotu.
 

Zagrzebany na wsi, w rzeczach muzyki zacofany latami tylu, znajdował w nutach nowych 

wskazówki zdumiewające go i obudzające podziwienie.
 

― Do czego to doszło! ― mruczał ― co ci ludzie powymyślali!

 

Śmiał się, cieszył ― czasem nie rozumiał i błąkał się, w końcu z niezmierną radością 

rozplątywał wszystkie węzły.
 

A Marynka? ― uczyła się łatwo, chciwie i dziwnie.

 

Tłumacząc jej teorię, Żantyr do końca z nią trafić nie mógł, słuchała go, jakby nie 

pojmowała wcale, za to w praktyce wyprzedzała nauczyciela, odgadywała więcej niż on i czyniła 
mu to zrozumiałym, nad czym on ślęczał na próżno...
 

Głos w tych gimnastycznych ćwiczeniach zyskiwał niezmiernie, rósł, potężniał, stawał się, 

giętki, czystszy coraz, jaśniejszy. Nuty sypały się jak perły z tą łatwością, jaką daje talent 
prawdziwy i miłość sztuki.
 

Postęp był tak niespodziewany, zdumiewający, że teraz matka, która nie chciała nigdy 

jawnie pokazać Marynce, jakie głos na niej czynił wrażenie ― słuchając go zza drzwi, płakała.
 

Sam Dziwulski, ciągle wałęsający się po świecie, chociaż czasami jeszcze przypominał 

sobie Francuza, niewiele liczył na niego... Zmuszony żyć cały w teraźniejszości ― wszystko to, co 
oczekiwania wymagało, cierpliwości, wytrwania, miał za stracone. Roił i rozpoczynał ciągle coś 
nowego, rzucał z równą łatwością, jak chwytał, projekta ― i z siebie sądząc o ludziach, co tylko się 
przeciągało, uważał za stracone.
 

Upłynęło tak kilka miesięcy, w ciągu których pan Ernest jeździł, robił wycieczki, stręczył 

się do usług różnych ― a że mu się nigdzie nie powiodło, wpadł ostatecznie na myśl, że jedynym 
sposobem dorobienia się czego było ― wzięcie sporej dzierżawy.
 

Miał w istocie przed oczyma kilka przykładów dzierżawców, którzy świetnie się 

podorabiali. Zdawało mu się, że i on też to samo by potrafił.
 

― Na tym lichym chłapciu ziemi, w tej głupiej Berezówce człowiekowi się nie chce 

niczego dotknąć. To nie jest gospodarstwo, lichota... dziura... szkoda pracy... Niechbym miał 
szersze pole, dopiero bym pokazał, co umiem!
 

Nie mając pieniędzy na dzierżawę, Dziwulski osnuł sobie przymusić żonę do sprzedania 

zaścianka, chcąc kapitału pozostać mającego użyć na ową idealną dzierżawę.
 

Powolna żona w innych rzeczach, gdzie szło o fundusz jedynego dziecięcia, stawała w 

obronie z energią niepokonaną. Pomimo zabiegów, gróźb i próśb Dziwulskiego odpowiedziała mu 
wręcz, że żadna siła jej nie zmusi do pozbycia się tego kawałka ziemi.
 

Dziwulski wpadł w gniew taki, iż nie mogąc już inaczej nastraszyć Adeli począł się 

odzywać z tym, iż mu się życie sprzykrzyło i że je sobie odbierze, jeśli ma dalej tak się męczyć jak 
dotąd.
 

Lecz i to nie pomogło. Znała go nadto Dziwulska, aby uwierzyć mogła, iż do takiego kroku 

jest zdolny.

background image

 

Pan Ernest, wyczerpawszy, co tylko mu fantazja dostarczała na pokonanie żony, na ostatek 

oświadczył, iż nigdy go już więcej oczy jej nie zobaczą. Zabrał, co tylko mógł, do kałamaszki i 
nazajutrz w istocie w świat wyruszył.
 

Jednym z powodów do tego rozpaczliwego kroku było, że termin naznaczony przez 

Francuza, po którego upływie miał powrócić do Berezówki, dawno już upłynął, a Dziwulski 
przekonany był, iż Volant nie myśli już o Marynce i jej głosie...
 

Znękana Adela ani go nawet próbowała wstrzymywać ― pozwoliła odjechać i odetchnęła 

swobodniej, myśląc, że może nie wrócić więcej. Nie dowierzała jednak temu zarzeczeniu się, bo nie 
po raz pierwszy je słyszała.
 

Jesień nadchodziła ― o Francuzie wcale słychać nie było, nie przybył ani się zgłosił.

 

Tymczasem Dziwulski opuścił Berezówkę, na odjezdnym pozostawiwszy po sobie nader 

bolesną pamiątkę. Dziwulska była o tyle znaną z rzetelności, o ile mąż jej z lekkomyślności bez 
granic. Grosza nikt by mu nie pożyczył, ani nawet w sklepie nie pokredytował. Wybierając się w tę 
fantastyczną podróż jakąś, Dziwulski nie miał wcale pieniędzy, żona mu ich dać nie mogła, bo 
także nie miała. Nie wiedzieć w jaki sposób potrafił wmówić w Pinkasa, że Dziwulska na spłatę 
naglącego długu potrzebowała pięciuset złotych, sfałszował jej podpis, wziął pieniądze i zniknął.
 

Nierychło Żyd dał znać o tym Dziwulskiej, która zakrzyknęła, że o żadnym długu nie wie.

 

Pinkas zagroził procesem kryminalnym o fałszerstwo... Cóż miała czynić nieszczęśliwa 

kobieta? Prawie na klęczkach, ze łzami wyprosiła sobie warunki wypłat częściowych i dług przyjęła 
na siebie. Ale suma ta z pro- centami, które ją powiększać miały, była dla niej ciężarem, 
zmuszającym do nowych oszczędności, do ofiar prawie nad siły... Groziła zima niedostatkiem 
pierwszych potrzeb... Wszystko, co zwykle opędzało je, musiano sprzedawać za bezcen, aby 
wierzyciela zaspakajać...
 

Nigdy jeszcze tak ciężko nie dało się im czuć ubóstwo...

 

Do księdza Kaliksta nigdy się nie zwykła była udawać Dziwulska, wiedząc, że i on był 

ubogim; teraz zaś mniej niż kiedykolwiek mogłaby była uciec się do niego, bo brat, zaziębiwszy 
się, zachorował mocno, leżał, nie wstając z łóżka, a lekarstwa, doktor i zastępujący go młody 
wikariusz wszystkie zasoby wyczerpywali.
 

Trzeba było pielęgnować go jeszcze, a za nic w świecie siostra nie byłaby go chciała 

martwić, skarżąc się na własne cierpienie. Ona lub Ma rynka mieniały się przy chorym, który 
pomimo młodości, mimo starań ― miał się gorzej coraz, a choć doktor pytany nie mówił nic ― 
poznać było łatwo, iż niewiele miał nadziei ocalenia go.
 

Patrząc na dogorywającego powoli z rezygnacją chrześcijańską i wielkim ducha spokojem 

jedynego w świecie opiekuna, ostatniego z rodziny, Dziwulska zalewała się łzami, które taić 
musiała.
 

Choroba tak się rozwijała szybko, iż w październiku już ksiądz Kalikst był bezwładny, a 

pierwszych dni listopada zgasł po święcie przecierpianych boleściach, z dawna przygotowany do 
tego końca.
 

Straszny to był cios dla Dziwulskiej. Ksiądz Kalikst nie zostawił po sobie nic, oprócz 

małych dłużków, które spadły na siostrę, równie jak koszta pogrzebu. Przy takim ubóstwie i to stało 
się ciężarem wielkim. Dziwulska nie narzekała, nie rzekła słowa ― starała się nawet ukryć przed 
córką rozpaczliwe swe położenie. Jeden stary Żantyr wiedział o wszystkim; ocierał oczy i szeptał:
 

― Święta kobieta!...

 

Łatwo się domyślić, że w takich okolicznościach ―

 

lekcje śpiewu ustać musiały i muzyka całkiem była zaniedbana.

 

O Francuzie nikt już ani myślał, gdy jednego ranka, po strasznej grudzie, w pierwsze mrozy 

jesienne, pocztowy powóz zatoczył się przed ganek w Berezówce.
 

Gość był tu taką osobliwością, iż nikomu na myśl nie przyszło, aby inaczej, niż zbłąkawszy 

się, mógł tu ktoś zajechać.
 

Ani Dziwulska, ani Marynka nie wyszły, wyprawiono parobczaka od koni rozpytać, a w 

razie potrzeby drogę rozpowiedzieć... Okazało się dopiero nierychło, że przybyły był owym 
Francuzem, o którym nikt już nie myślał.

background image

 

Naprędce przyodziawszy się, Dziwulska, która żałobę nosiła po bracie, wyszła smutna, 

zmieniona i wymizerowana do niego...
 

Francuz, jakby wczoraj wyjechał dopiero z Berezówki, żywo i z wielką sympatią, na widok 

żałoby powitał gospodynię. Trzeba mu było, o ile się to dawało, smutne położenie wytłumaczyć... 
Do wszystkiego przyznać się nie mogła ani chciała Dziwulska, a i mimo ubóstwa nie myślała 
pozbyć się córki...
 

Francuz, rozpytawszy się nieco, rozgospodarował się we dworku, konie odprawił do 

karczmy, a sam z widocznym uporem jakimś pozostał...
 

Musiała go na chwilę samym zostawić Dziwulska.

 

Marynka już wiedziała o Francuzie. Uderzyło jej serce... płomienie twarz oblały. Zamyśliła 

się. Ręce załamała przed krzyżykiem zawieszonym u łóżka. Choć matka taiła przed nią wiele, 
wiedziała, odgadywała wszystko, odczuwała każde jej cierpienie.
 

Rada by była choć życie dla niej poświęcić.

 

Przyjazd Francuza był jakby z góry wskazówką. Łzy polały się z oczu. Porzucić matkę, 

opuścić tę kochaną Berezówkę, zaprzedać się w niewolę ― były to straszne, groźne rzeczy... lecz 
nie byłaż obowiązaną poświęcić się dla matki, która dla niej tyle ofiar poniosła?
 

Myśl tę powzięła tak prędko, tak gwałtownie, iż bojąc się, aby w niej nie ostygła, aby strach 

nie odjął jej, bez rozwagi Marynka otworzyła drzwi do saloniku i ― jak stała, nie ubrana, rzuciła 
się ku Francuzowi.
 

Zobaczywszy ją tak rozgorączkowaną, Volanti nie zrozumiał zrazu, co ją mogło przejąć tak 

silnie.
 

Położyła palec na ustach...

 

― Słuchaj pan ― rzekła ― ja chcę jechać i uczyć się ― nie odjeżdżaj beze mnie... matkę 

skłonimy... Jesteśmy bardzo biedni ― milcz pan! ― ja powinnam ocalić matkę... ratuj... pomóż! ale 
mnie nie zdradzaj.
 

Z ufnością dziecka rzuciwszy mu te słowa, obejrzała się trwożliwie i co najprędzej ― 

uciekła...
 

Volanti popatrzał za nią, uśmiechnął się, zatarł ręce, przeszedł się po pokoju, lecz wnet, 

spodziewając się powrotu Dziwulskiej, przybrał obojętną minę.
 

Nim bliżej poznamy tego człowieka, który ma wywrzeć wpływ stanowczy na losy Marynki, 

w kilku słowach chcielibyśmy narysować choć profil tej fizjognomii cudzoziemskiej.
 

Volant-Volanti był w tej dobie życia rodzajem startego medalu z dosyć dobrego kruszcu, na 

którym pierwotnego odbicia zaledwie ślady pozostały. Piękniejsze linie rysunku życie zniszczyło. 
Był to już tylko miły, zobojętniały, zimny egoista, który wielkich przestępstw nie dopuściłby się dla 
własnego spokoju i przez rachubę, lecz nie wahał się, co tylko na korzyść jego wyjść mogło, nie 
narażając go ― zużytkować bez względu na to, co się moralnością nazywa.
 

Z małego wyszedłszy, trochę muzyk, trochę śpiewak, nieco artysta, potem entreprener i 

impresario, Volant przebył w ciągu swojego zawodu wiele chwil świetnych i upadków. Zużyty był, 
zastygły na wszystko, oprócz ― pieniędzy. Dorobić się ich było jedynym zadaniem resztek jego 
życia.
 

Zdawało mu się, że z pomocą niewieścich protekcyj stanąwszy na pewnym stanowisku, 

mógł i powinien był teraz dobić się upragnionych milionów. Inni, zdaniem jego mniej zdolni, 
wszak ci się ich dorobili?
 

Wiedział dobrze, iż opanowawszy talent, który się nie umiał oceniać, mógł go bardzo 

korzystnie dla siebie zużytkować. Marynka wydawała mu się materiałem wysokiej wartości... 
Zrobić jej sławę w Europie, zawieźć do Ameryki, postarać się o rozgłos złotodajny w Paryżu; 
zapewnić sobie lwią część dochodów, które musiał głos jej przynieść ― wszystko to wydawało się 
Volantowi nie tylko możliwym, ale przy jego intryganckich zdolnościach stosunkowo łatwym...
 

Los dobroczynny zadania część może najtrudniejszą ułatwiał mu niezmiernie śmiercią 

księdza i usposobieniem Marynki. Nie wątpił, że już ptaszka miał w ręku.
 

Szło o to tylko, aby matki nie nastraszyć, by ją przygłaskać, okazując współczucie i odjąć jej 

wszelką obawę o los córki...

background image

 

Ze strony Volantiego nie zagrażało też jej żadne niebezpieczeństwo. Francuz miał gdzieś 

żonę, która go opuściła, czy też on ją porzucił...
 

Rola uwodziciela była przeciwną jego interesom... a Volanti i na urok niewieści już nie był 

bardzo wrażliwy. Uboga dzieweczka, najpiękniejsza nawet, nie pociągała go ku sobie; tylko wielkie 
panie jeszcze i arystokratyczne piękności mogły go nieco poruszyć.
 

Raz na odwagę się zdobywszy i na mocne postanowienie heroicznego poświęcenia, 

Marynka była jak w gorączce...
 

Znalazłszy ją w tym stanie w jej izdebce, zabiera- jącą się do ubierania, matka omyliła się i 

przypisując to poruszenie dziecka obawie, poczęła ją ściskać i całować, wołając:
 

― Marynko! Maryneczko! nie obawiaj się. Ja ciebie za nic w świecie nie puszczę od 

siebie... Zostaniesz ze mną, wspólnie będziemy pocieszały się i pomagały sobie... Ach! bądź 
spokojna ― ja ciebie mam jedną, ja kocham cię nad życie!
 

Rozpłakały się obie w długim, rzewnym uścisku, lecz Marynka pierwsza się z niego 

wyrwała.
 

― Mameczko, mamunciu droga! ― zawołała ― ja się nie obawiam niczego oprócz dla 

ciebie pracy nad siły i niedostatku... Jam gotowa na wszystko... Pójdę, pojadę... uczyć się będę, aby 
cię uczynić spokojną i szczęśliwą.
 

Matka jej mówić nie dała, nie przywiązując zresztą wielkiej wagi do tego serdecznego 

wykrzyku.
 

Francuz, zostawiony sam sobie, chodził tymczasem po pokoju i miał czas do głębokich 

rozmysłów nad przyszłym sposobem postępowania.
 

Na świecie, gdy się co dziwnie składać zacznie, wiąże się dalej, jakby tajemnicza ręka jakaś 

plątała węzły i rozplątywała.
 

Volanti chodził jeszcze po bawialnym pokoju, którego ubóstwo przykre by na nim czyniło 

wrażenie, bo był do elegancji i pozornego dostatku przywykły ― gdyby nie było ono 
sprzymierzeńcem; chodził i dumał, gdy przed ganek zaszedł ekwipaż, o jakim on nie miał 
wyobrażenia.
 

Była to tak zwana u nas ― „bieda", ale z pewnym komfortem zbudowana i wysłana, dużo 

większa od zwyczajnych żydowskich, na wysokich kołach, dobrze kutych, wewnątrz niebieskim 
kocem wysłana...
 

Koń zaprzężony do niej był rosły i piękny... Wewnątrz wehikułu tego siedział mężczyzna 

niemłody, z siwymi wąsikami do góry podkręconymi i bardzo ożywioną, wesołą fizjognomią, 
ubrany porządnie w kożuszku czarnym, krojem czamarki uszytym, i czapeczce z barankiem 
zuchowato włożonej na jedno ucho.
 

Był to znany dobrze całemu sąsiedztwu dziedzic folwarczku, przezwanego przez niego 

Kątem, o pół mili od Berezówki położonego, pan Jan, poufale (mimo siwych wąsów) Jaśkiem 
zwany, Kulwisz.
 

Służył niegdyś wojskowo i dawano mu tytuł majora, chociaż podobno nigdy nad kapitana 

się nie podniósł.
 

Człowiek dobry z kościami, wesół, stary kawaler, choć niemajętny, miał się stosunkowo 

dobrze, bo gospodarzył wybornie, a mało dla siebie potrzebował. Wielki przyjaciel nieboszczyka 
księdza Kaliksta, a przez toż samo i siostry jego, miał uwielbienie niemal zapalczywe dla pani 
Adeli, zwał ją świętą i męczennicą, Dziwulskiego po prostu łajdakiem ― i gdyby mu pozwolono, 
byłby się czynnie opiekował losem swojego ideału, ale Dziwulska, unikając posądzeń, obmowy, 
otwarcie go prosiła o to, aby jej na ludzkie języki nie narażał.
 

Kulwisz więc bywał tu rzadko, lecz od czasu do czasu żądzy widzenia pani Adeli i Marynki 

nie mógł się oprzeć.
 

Gdy mu do Berezówki nie wolno było zaglądać, dowiadywał się u arendarza, co się tam 

działo, i był też uwiadomiony o wszystkim jak najszczegółowiej. Na biedę nie mógł tu być niczym 
pomocą, bo Dziwulska najmniejszej posługi przyjąć od niego nie chciała.
 

Kulwisz tym razem nie wiedział o przybyciu Francuza, ale o jego pierwszej bytności słyszał 

od księdza ― i był tego zdania... że fortunę za włosy chwytać należało.

background image

 

Konia z biedą oddawszy parobczakowi, który nadbiegł prędko, bo Kulwisz zawsze dawał na 

piwo, major zapytał tylko:
 

― Jest pani?

 

Była to czcza forma tylko, bo Dziwulska zawsze w domu była. Odebrawszy odpowiedź, 

Kulwisz dobył się z sinego koca, którym nogi miał obwiązane, wysiadł żwawo, gdyż mimo 
sześćdziesiątki trochę młodego udawać lubił ― i zrzuciwszy kożuszek wszedł do pokoju.
 

Zastał tu tylko Francuza.

 

Z dala skłonili się sobie, lecz żwawy i domyślny major natychmiast odgadł, kto to być 

mógł... i wąsa podkręciwszy, odezwał się na chybił trafił nieciekawą francuszczyzną:
 

― Mam honor się zaprezentować, jestem sąsiadem pani Dziwulskiej, major Jan Kulwisz do 

usług.
 

Francuz, odpłacając, wyjąknął swoje nazwisko.

 

― A! wiem! słyszałem ― odezwał się major ― bardzo mi przyjemnie poznać tak... 

znakomitego znawcę... boć to pan pierwszy ocenił cudny głos panny Marianny...
 

Francuz, gdyby nie zbyt krótki przeciąg czasu, gotów był podejrzewać tego majora, że 

umyślnie sprowadzony został w pomoc gospodyni domu, co go nieco zachmurzyło.
 

Spojrzeli na siebie z ukosa. Kulwisz ręce zziębłe odcierał.

 

― Zima nam coś wcześnie zawitała ― rozpoczął polskim trybem. ― Mam to z 

doświadczenia, że gdy się objawia zrazu srogo, potem nie dotrzyma. Pan czy z południa, czy z 
północy do nas zawitał?
 

― Ja? ― odparł Volant, przypatrując się fertycznemu starowinie ― ja z zachodu jadę, a na 

północ dążę... Sezon teatralny się rozpoczyna...
 

Nastąpiło krótkie milczenie.

 

Francuz rad był odgadnąć, czy mu sprzymierzeniec, czy nieprzyjaciel spadł niespodzianie 

na plecy. Major uśmiechał się jak zawsze... trudno odgadnąć, co w nim siedziało...
 

Ufny w swą zręczność, Francuz po krótkim namyśle wprost zagadnął Kulwisza:

 

― Podobał mi się bardzo głos tej młodej panienki i los jej mnie interesuje. Jak się panu 

zdaje: czy zechcą oni korzystać z tego, co im szczęśliwy traf przynosi?
 

Major usta skrzywił i brwi podniósł ― przystąpił do mówiącego bliżej.

 

― Trudno mi odpowiedzieć na to ― rzekł. ― Wiem, że kobiety się lękały i ― nie dziw, że 

nieboszczyk ksiądz Kalikst, brat jejmości, był przeciwny...
 

Ruszył ramionami.

 

― Co do mnie ― dodał ― byłbym za tym, aby z tego, co Bóg dał, korzystać.

 

― Naturalnie ― odparł ucieszony Francuz żywo. ― Jeżeli pan, jako przyjaciel domu, masz 

wpływ jaki... spodziewam się, że nie omieszkasz...
 

Major się skłonił.

 

― Wpływ mój tu bardzo mały ― odparł skromnie.

 

Na tak zaledwie rozpoczętą rozmowę weszła, ubrawszy się, Dziwulska, którą major z 

niezmierną galanterią i czułością a poszanowaniem witać zaczął i w ręce całować.
 

― Dziwnie się złożyło, żeś pan tu mi w pomoc jak z nieba spadł ― odezwała się Adela po 

polsku.
 

― Bardzo będę szczęśliwy, jeśli się pani raz w życiu przydam na co ― odparł grzecznie 

major.
 

Podawano śniadanie, rozmowa już po francusku toczyła się o rzeczach obojętnych.

 

Francuzowi było pilno... Przy pierwszej zręczności bardzo umiejętnie skierował ją na 

sprawę, o którą mu chodziło...
 

― Niech mi pani daruje ― rzekł ― że muszę być trochę napastliwym, bo ― czasu mam 

mało. Przystąpmy do interesu... Ten pan, który się tak szczęśliwie tu zna- lazł w porę ― pomoże 
nam zapewne do porozumienia... Chcesz pani, czy nie, córce świetną przyszłość zapewnić?
 

Odpowiedź od łez się zaczęła.

 

Francuz wtrącił żywo.

 

― Nie ma się czego obawiać ani wahać... Pani możesz córce towarzyszyć... koszta ja biorę 

background image

na siebie... życie, naukę, wszystko... Wymawiam sobie tylko, gdy wystąpi publicznie, że przez lat 
pięć zostanie pod moim wyłącznym kierunkiem, a w następnych połowa dochodów czystych... 
opłaci moje trudy i zabiegi. Z całą otwartością ― je joue cartes sur table. Wszystko biorę na 
siebie...
 

Dziwulska milczała, widocznie zachwiana była...

 

― Jakże ja mogłabym córce towarzyszyć? ― odparła cicho ― a cóż począć z tym kątkiem? 

Kto tu gospodarować będzie?
 

― Szanowna pani ― przerwał Volant prędko ― cóż pani w najlepszym razie oceniasz ten 

kątek?
 

― A! panie! ― odezwała się, płacząc, Dziwulska ― on dla mnie ceny nie ma... Człowiek 

się przywiązuje do ziemi, a cóż dopiero ― dodała patetycznie ― gdy ją łzami podlewał?
 

― To prawda! ― wykrzyknął major ― słowo daję, gdyby mi za mój kąt dawali trzy razy 

tyle, co wart ― za nic w świecie bym go nie oddał.
 

― Pani możesz tu kogo posadzić na gospodarstwie ― rzekł Francuz.

 

Major wąsa pokręcił.

 

― Ba ― gdyby tylko o to szło ― odezwał się ― słowo daję (a dawał słowo major co 

chwila), ja sam gotówem choćby w dzierżawę wziąć Berezówkę, jeśli ona tylko ma być 
przeszkodą...
 

Dziwulska załamała ręce...

 

Drzwi się otworzyły i weszła Marynka. Major, który ją widywał dosyć często i zdało mu się, 

że ją znał dobrze, znalazł ją w tej chwili tak zmienioną, że się prawie przestraszył.
 

Trzpiotowate, puste, dziecinne dziewczę miało jakąś powagę, coś w sobie tak rezolutnego, 

tak nagłą dojrzałość i wolę, a energię znamionującego, jakby mu nagle lat przybyło...
 

Trochę sztywną ją to czyniło, ale zmieszanie, przybrana powaga, będąca ze świeżuchną 

twarzyczką w sprzeczności, dawały jej urok nowy.
 

Francuz, który przy pierwszym jej ukazaniu się nie miał czasu się przypatrzyć, znalazł ją 

wypięknioną nadspodziewanie. A że wdzięk jest jednym z żywiołów do powodzenia na scenie 
niezbędnych, ucieszył się mocno.
 

― Ba! ba! ― rzekł w duchu ― gdy się to wytresuje, gdy się wygładzi... będzie czarowała 

biednych ludzi...
 

Witał Marynkę, jakby ją zobaczył teraz dopiero... Dziewczę upiekło raka...

 

― Mówimy o pani ― odezwał się ― chcę ją porwać koniecznie. Mama się boi... a pani?

 

Marynka spojrzała na matkę i śmiało rzekła:

 

― Ja się nie lękam... bylebyś pan zapewnił, że mamie z tym będzie, dobrze ― ja... się 

obawiać nie będę!
 

Dziwulska cichym wykrzykiem stłumiła głos córki.

 

Nastąpiło milczenie... Matka miała wszystkich przeciwko sobie, aż do własnej córki, spikało 

się na nią wszystko, nawet major... Widziała już, że się jej z trudnością obronić przyjdzie...
 

― Głos panny Marii ― dodał Francuz ― powinien być rozstrzygającym ― a ja 

najuroczyściej ręczę, że panie postanowienia swego żałować nie będziecie.
 

Odwrócił się do Marynki.

 

― Pani wie, że przyjaciel ich domu, pan major, ofiaruje się opiekować majątkiem.

 

Marynka wcale nie wiedziała o tym, rzuciła okiem na Kulwisza, który pośpieszył 

potwierdzić..
 

― Gotówem, słowo daję! z największą przyjemnością...

 

Dziwulska popłakiwała.

 

Milczano. Francuz, aby trochę przerwać kłopotliwe to przesilenie, zwrócił się do Maryńki.

 

― Dajże mi pani głos posłyszeć, bo spodziewam się, że przez ten czas...

 

Bez najmniejszego wahania dziewczę poszło do klawikordu, wyszukało włoską piosenkę, 

która się w nutach Volanta znajdowała, rozłożyło ją i śpiewać poczęło...
 

Mimo całej swej naiwności i prostoty Marynka wiedziała dobrze, że w tej piosence głos jej z 

całą swą giętkością i wdziękiem występował. Rozgorączkowanie trwające jeszcze dało jej męstwo i 

background image

bez tremy, śmiało, z całą siłą zanuciła cudną canzonę...
 

Francuz spodziewał się wiele, ale nigdy takiego postępu, jaki znalazł, tak nadzwyczajnego 

wyrobienia, takiej czystości intonacji i siły...
 

Major patrzący na niego dostrzegł osłupienia i podziwu.

 

Nie umiał się Francuz ukryć z nim... Słuchał i zachwycał się...

 

Marynka, jakby wdrożona do występowania, śpiewała z całą swobodą i pewnością 

rutynowanej artystki...
 

Matka, która piosenkę tę wielekroć słyszała i lubiła ją, uważała, że nigdy jeszcze tak jej nie 

śpiewała...
 

Gdy ostatnią strofkę dokończyła Marynka i wstała, Francuz w szerokie dłonie uderzył.

 

― Cudownie! ― zawołał, zapominając się ― w ciągu roku będziesz pani skończoną 

śpiewaczką koloraturową... Nie" wątpię o tym...
 

Zwrócił się z rodzajem wyrzutu do matki.

 

― I pani byś mogła taki talent zagrzebać, uciąć mu skrzydła, gdy najpiękniejsza przyszłość 

się przed nim rozwija! A! pani! to by było niedarowanym grzechem...
 

Po śniadaniu, już jakby rzecz była postanowioną i umówioną, Francuz począł roztrząsać 

szczegóły... Wymagał, tłumacząc się koniecznością i rozmaitymi zawody, zawarcia prostej umowy 
na piśmie.
 

Major się do niej miał pisać za świadka.

 

Miesiąc czasu zostawiał pani Dziwulskiej do uregulowania interesów jej i wyboru w drogę. 

Na koszta podróży zostawiał potrzebne pieniądze.
 

Wśród łez, w ciągłym wahaniu, przyzwalaniu i cofaniu Dziwulska uległa wreszcie córce, 

majorowi i spekulantowi. Naprędce nakreślona została umowa, którą ona, córka i major jako 
świadek podpisał.
 

Volant zredagował ją tak umiejętnie i zręcznie, że wszystko w niej było na korzyść jego 

opisanym, a nieszczęśliwa ofiara stawała się niewolnicą. Lecz w takich wyrazach łagodnych 
mieściła się treść pełna grozy na przyszłość, iż ludzie prości, nie podejrzewający podstępu, widzieli 
w niej świetne tylko dla siebie wróżby i obietnice. Marynka płakała, ale była dumną i szczęśliwą.
 

Jak tylko papier schował do kieszeni i pieniądze na podróż potrzebne odliczył, Francuz, z 

obawy, aby coś jeszcze niespodzianego z rąk mu ofiary nie wyrwało, natychmiast do wyjazdu się 
zaczął sposobić.
 

W kilka godzin już w Berezówce pozostał tylko po nim ― zapach doskonałego 

hawańskiego cygara.
 

Major, uszczęśliwiony, iż się tu na coś mógł przydać ― pozostał, pocieszając Dziwulska i 

poprzysięgając jej, że Berezówki jak oka w głowie pilnować będzie.
 

― Paniusiu moja! swoje gospodarstwo zaniedbam, słowo daję ― o sobie zapomnę, a z 

Berezówki zrobię cacko! złote jabłuszko! Tymczasem niech panna Marynka złotym śpiewem 
Paktol na nasze pola prowadzi!
 

Major Kulwisz, uszczęśliwiony, powracał wieczorem do swojego kąta, bo go interesa 

Berezówki zbliżyły do tej pani Adeli, dla której był z największym uwielbieniem. Przez pozostały 
miesiąc czasu miał prawo przyjeżdżać, naradzać się, przesiadywać, a później stosunki ściślejsze 
zachować z matką i córką.
 

Stary major, któremu niewieściego żywiołu w życiu brakło, przywiązał się tak do 

Dziwulskich, aby mieć kogo kochać i kim się zajmować.
 

Pierwsza jego próba zapełnienia czczości w domu przybraniem do boku siostrzeńca nie 

zupełnie mu się powiodła... Siostra majora, niefortunnie za mąż wyszedłszy już niemłodą za 
niejakiego Poteruchę, oficjalistę, który potem z jej posążku dzierżawę wziął i ― co miała, 
zmarnował, zostawiła po sobie jedynego syna, Jurasia Poteruchę. Sama, owdowiawszy i 
przecierpiawszy wiele, stała się pobożną bardzo i jedyne to dziecię chcąc od złego świata i ludzi w 
bezpiecznym umieścić schronieniu ― oddała do seminarium. Juraś lat kilka, dopóki żyła matka, 
sposobił się do stanu duchownego, major nie miał prawa się do tego mieszać.
 

Gdy zmarła siostra Kulwisza, a opieka nad małoletnim dostawała się majorowi ― pojechał 

background image

do Wilna zobaczyć siostrzeńca. Co było powodem, że go z seminarium odebrał i z sobą przywiózł 
do kąta swego, jak do tego doszedł, by kleryka wysekularyzować ― pozostało tajemnicą.
 

Koniec końców Juraś Poterucha z przemienionym nazwiskiem Poterskiego (z rozkazu 

majora) przybył z nim razem na wieś.
 

Major, jak z wyjścia siostry za mąż, tak i z nazwiska męża i z oddania dziecka do 

seminarium był wielce niezadowolony. Ale o tym, z czego był niezadowolony, nigdy nie mawiał...
 

Juraś ― chłopak dobry, łagodny, nieśmiały, miękki, jak matki usłuchał i wszedł do 

seminarium, tak potem dał się wujowi skłonić do wyjścia z niego. Major miał nadzieję zrobić z 
niego człowieka po swej myśli, energicznego, żywego, czynnego, choćby nawet trochę 
samowolnego... tymczasem Juraś, jak się wkrótce potem o nim wyrażał po cichu przed poufałymi, 
był ― ciamajda! Major go takim osądził, bo mu chłopak był zanadto posłuszny i nieśmiały, a wlać 
w niego energii nie było sposobu.
 

Urodził się zapewne z tym usposobieniem młody Poterski, a seminarium rozwinęło je i 

uczyniło istotą zamkniętą w sobie i bierną.
 

Chłopak był najpoczciwszy, pracowity, chętny do wszystkiego, z sercem złotym, lecz bez 

woli, bez odwagi pokierowania sobą ― jakby zahukany i strwożony.
 

Wuj zaczynał już myśleć, że może go niepotrzebnie wziął z seminarium, które dla niego 

było właściwszym; lecz nie rozpaczał jeszcze, iż zrobi z niego człowieka.
 

Juraś był przystojnym młokosem dochodzącym lat dwudziestu, dobrego wzrostu, dosyć 

silnej budowy, pięknych oczów ciemnych, twarzy miłej ― lecz choć się po cywilnemu nosił i 
musiał już nawet konno jeździć, suknia kleryka, której przez lat kilka nie zrzucał, wypiętnowała się 
na nim... Miał ruchy, postawę, obejście się tak wybitnie seminaryjskie, że, jak mówił major ― 
chciało się albo mu w kark dać pięścią, albo go w rękę całować.
 

Oczy spuszczał ciągle w ziemię, stawał nieco przygarbiony, z taką pokorą jakąś, mówił tak 

cicho i tak dobranymi wyrazami ― kłaniał się i chodził tak po księżemu, że nawet gdy spencer na 
sobie miał, zdało się widzieć na nim sutannę.
 

Przyprowadzało to do rozpaczy majora i byłby się gniewał na Jurasia, gdyby na poczciwego 

chłopca można się było pogniewać i gdyby Kulwisz w ogóle gniewać się umiał.
 

Klął i łajał okrutnie ― ale nikt go się w domu nie obawiał, zdaje się, że ani Juraś nawet.

 

Przez drogę z Berezówki do Kąta major, rozmyślając o wszystkim, co go spotkało, co na 

niego spadało, co się gotowało, myślą potrącił i o Jurasia tego nieszczęśliwego.
 

Od dawna miał to w głowie, że chłopiec nie „przyjdzie do rozumu", tylko za sprawą 

kobiety...
 

Jak się zakocha, zadurzy ― to mu ten kleryk wywietrzeje... I byłby go w tym celu zawiózł 

dawno do Berezówki, ażeby się w Marynce zakochał ― bo że to nastąpić musiało, najmniejszej nie 
miał wątpliwości.
 

Lecz ― cóż po tym? On ubogi, ona biedna. W swaty podobne wdawać się nie chciał.

 

Teraz zaś, gdy Marynka z matką za miesiąc wyjeżdżać miały ― zdało mu się, iż 

zaprezentować go w Berezówce nie było niebezpieczeństwa.
 

― Raptusowo tak rozmiłować się ten flegmatyk nie może ― mówił sobie ― a przynajmniej 

czy nie rozbudzi się, nie wstąpi w niego duch, gdy ładną dziewczynę zobaczy...
 

Dalej rozumował sobie major, iż dla dania większej swobody chłopcowi, która go mogła 

zmusić do samoistniejszego postępowania, posadzi go w Berezówce (na własną odpowiedzialność) 
i doglądać będzie.
 

Projekt zdawał się Kulwiszowi tak szczęśliwy, że go wprawił w humor najlepszy. Począł 

świstać mazurka Dąbrowskiego (a miał talent świstania rzadki), klacz ściągnął biczem i nie 
zważając na grudę... pośpieszył do Kąta...
 

Nazwisko posiadłości bardzo właściwie było jej nadane.

 

Dworek nowiusieńki, cacko... na pagórku nad strumieniem i sadzawką cały był otulony i 

zamknięty starą olszyną.
 

Na gruncie nieco wilgotnym poczciwe te olchy cudów dokazywały, rosły jak na drożdżach.

 

Niektóre z nich starymi już znalazł major i te jak najdroższą pielęgnował spuściznę po 

background image

przeszłości, lecz obok nich młodsze, które on sam podosadzał, strzelały w niebo i swym ciemnym 
liściem sklepienie nad kawałkiem ogrodu rozwieszały. Kulwisz w olszynie nad sadzawką i 
strumieniem sam sobie porobił ścieżki, postawił ławki, brzeg lasu ustroił niewymyślnymi, ale bujno 
rosnącymi kwiatami i pysznił się tym ― parkiem swoim.
 

Porządek w całym Kącie był po żołniersku utrzymywany, czystość, której ludzie się 

wydziwić nie mogli. Kulwisz opowiadał, ile go pracy kosztowało wdrożenie ludzi, do zaniedbania i 
brudów przywykłych, aby nigdzie, nawet tam, gdzie zajrzeć trudno, śmiecie i nieład nie postał.
 

Teraz szło tu już jak w zegarku. Major też sam pracował około tego nawet własnoręcznie.

 

Nowy dworek, według własnego planu majora wystawiony z drzewa dobranego przez 

cieślów, mistrzów w swym rzemiośle, wyglądał jak pańska fantazja jakaś. Świecił się i zdawał 
zalotnie uśmiechać.
 

Wewnątrz było skromnie, ale czysto ― każda rzecz na swym miejscu, wszystko z sobą 

harmonizowało. Dosyć obszerna izba gościnna, alkierzyk, pokój sypialny majora, gościnny, który 
teraz Juraś zajmował ― apteczka, składzik z sienią całe domostwo stanowiły. Tuż, osobno, stała 
schludna kuchenka i nieco opodal gospodarskie budowle, równie porządne jak dworek...
 

Biedę majora wybiegające psy powitały wesołym szczekaniem, a w ganku stał już Juraś, 

słuszny, chudy trochę chłopak, uśmiechający się z dala wujowi. Od stajni biegł już parobczak po 
konie.
 

Przez okno bawialnego pokoju widać było ogień suty, który palił się na kominie, czekając 

na przybycie gospodarza, bo Kulwisz bez komina żyć nie mógł.
 

Juraś, pochyliwszy się, chciał wuja w rękę pocałować, ale major mu ją wyrwał i w głowę go 

cmoknąwszy, począł głosem wesołym:
 

― Chodź no ze mną do izby, chodź, bo ani się spodziewasz, co ci to ja za nowiny przywożę. 

Spadł ciężar na mnie, ale i ty się od niego nie wykręcisz.
 

Razem weszli do izby, major się rozbierał i ręce zacierał.

 

― Historia z tysiąca nocy, powiadam ci ― odezwał się śmiejąc. ― Wiesz, kto mieszka w 

Berezówce? Ba! jużci choć słyszałeś?
 

Zapytanie to rzucając, major sobie fajkę nakładał i na siostrzeńca nie patrzał, nie dostrzegł 

więc, że chłopiec upiekł raka.
 

Rak zaś ten pochodził z trochę zamąconego sumienia, bo Juraś w kościele (co sobie 

wyrzucał) widział Marynkę ― i... dziewczę mu z pamięci wyjść nie mogło, choć modlitwą 
odpędzić się starał pokusę szatańską.
 

O tym wszystkim wuj wcale nie wiedział i ciągnął dalej:

 

― Córka Dziwulskiej z pierwszego małżeństwa, Marynka Burczakówna, ma anielski głos, 

ale tak rarytalny jakiś i osobliwy, że sprowadził Francuza, który ją bierze na opiekę, daje edukować, 
uczyć i ― ma ją, jak powiada, uczynić bogatą... Matka oczywiście córki puścić samej w świat nie 
może, poczciwe, święte, zacne kobiecisko... więc co zrobić z Berezówką? Dziwulski, gdyby nawet 
był, jemu dać nie można, bo to zbój i łotr, a chwała Bogu nie ma go... Więc co tu robić? Przytomny 
pan major Kulwisz zaofiarował się Berezówką administrować czy zadzierżawić i pomyślał sobie: 
„Cóż ten dryblas, siostrzeniec, ma lepszego do roboty? Niech siądzie na zaścianku i gospodarstwa 
się uczy. Poszkapi się młokos ― no, to wujaszek zapłaci! nie ma rady!”
 

W ciągu wesołego tego opowiadania Juraś stał z miną pokorną, czerwienił się nieustannie 

― i uśmiechał tak niezgrabnie, że ten uśmieszek za grymas i skrzywienie wziąć było można.
 

Major zapalał fajkę i patrzał na niego badawczo:

 

― No, cóż ty na to?

 

Poterski miał ten zwyczaj, że każdą odpowiedź łaskawemu wujowi dobrodziejowi rad był 

poczynać od ucałowania jego ręki. Zbliżył się z tą intencją, ale wuj nie lubił tej pokory.
 

― Siadaj bo i mów... nie ma za co dziękować!

 

― Wuj kochany wie, że ja każdy jego rozkaz spełniam z rozkoszą... ― rzekł Juraś.

 

Kulwisz ruszył ramionami niecierpliwie.

 

― Wiem to, wiem ― westchnął ― i to mnie martwi... Słowo daję... Nie masz własnej woli! 

Co u kata! Sprzeciwże mi się choćby raz... Mów otwarcie ― chcesz? nie chcesz? Jak ci się to 

background image

wydaje?
 

Juraś skłopotany się zamyślił i duże ręce białe złożył machinalnie jak do modlitwy.

 

― Kochany wujaszku ― odrzekł smutnie ― dlaczegóżbym ja z wdzięcznością nie miał 

przyjąć, cokolwiek mi wuj rozkaże? Doświadczenia nie mam, więc z własnego sądu... Wujaszek tak 
łaskaw...
 

― Ciamajda! ― rzekł w duchu major ― niepoprawiony ciamajda...

 

― Słuchaj bo, Jerzy ― odezwał się głośno ― wszystko to bardzo ładne... ale mnie zawsze 

na świecie i przy sobie mieć nie będziesz... Trzeba własne zdanie sobie wyrobić, a raz się na nie 
zdobywszy ― wuj nie wuj ― rznąć śmiało, co się myśli...
 

Juraś się uśmiechnął, spuszczając oczy ― nie odpowiedział nic.

 

Major ogromne kłęby dymu puszczał z fajki zadumany.

 

― Więc jakem ci mówił ― posadzę cię w Berezów- ce ― rzekł ― wypadnie zapewne, 

ponieważ nie chcę się taić z tym przed Dziwulską, ażebym cię jej zaprezentował. Co to dziś?
 

Juraś podszepnął dzień tygodnia. Kulwisz dodał prędko:

 

― W niedzielę pojedziesz ze mną do Berezówki ― tylko zmiłujże się... nie bądź trusią. 

Masz blisko lat dwadzieścia, wąs się wysypał, trzeba, zwłaszcza   przed kobietami, stawić się raźno, 
śmiało... jak przystało na młodego kawalera... Kobiety niuńków nie lubią...
 

Słuchając tej instrukcji Juraś miał oczy spuszczone i ciągle sobie twarz zakrywał...

 

Przez cały wieczór Kulwisz mówił o Berezówce i o Dziwulskich, niezmiernie był tym 

ożywiony i zajęty. Juraś słuchał, nie odpowiadając prawie... Co się z nim działo? Bóg jeden 
wiedział, do którego wzdychał po radę i pomoc...
 

Okoliczność, sama z siebie mało znacząca, dla niego, w jego oczach nabierała ważności 

niezmiernej. Nawykły do pilnego roztrząsania sumienia każdego wieczoru, do liczenia się z każdą 
myślą, do unikania wszelkich pokus ― Juraś widział dla siebie niebezpieczeństwo wielkie w tym, 
że ową Marynkę, którą miał ciągle na myśli ― trzeba mu było zobaczyć, zbliżyć się do niej, może 
nawet mówić z nią...
 

Jakie to mogło następstwa prowadzić za sobą?

 

Drżał biedny chłopiec ― a mimo to i choć wuj mu pozwalał się sprzeciwić sobie, mieć wolę 

własną, nie zebrał się na odwagę odrzucenia jego propozycji. Jak by się był wytłumaczył z tego?
 

Wstyd mu było powiedzieć całą prawdę, a skłamać ― było grzechem...

 

Postanowił tylko, odmówiwszy na tę intencję osobną modlitewkę przeznaczoną na 

odżegnanie pokus wszelkich, w Berezówce się sprawować jak najostrożniej. Oczu nie podnosić, na 
dziewczynę ani patrzeć, ani się zbliżać do niej, okryć się pancerzem chłodu i obojętności.
 

W miarę jak się niedziela ta zbliżała, rósł niepokój ― on sam był najwięcej tym przerażony, 

iż odkrywał w sobie obok obawy rodzaj ciekawości i pragnienia.
 

Widocznym było, iż nieprzyjaciel rodu ludzkiego zastawiał na niego sidła i że należało tym 

mocniej mieć się na baczności...
 

W sobotę wieczorem Juraś tak był oprymowany, iż tylko co się nie odważył skłamać, 

wytłumaczyć chorobą i nie jechać do Berezówki... Szedł już z tym na wieczerzę ― i gdy przyszło 
do oświadczenia wujowi ― siły mu zabrakło.
 

Major, przeciwnie, zbierał się na tę niedzielę z wesołą niecierpliwością, uśmiechał się, na 

Jurasia spoglądał i nucił.
 

Ponieważ na obiad jechać nie wypadało, aby nie przymnożyć kłopotu Dziwulskiej, 

kałamaszka została zadysponowana punkt na drugą. W Kącie u majora godzin się trzymano 
najściślej, zegar jeden był we dworku, drugi w kuchni i wiekuiście tylko Kulwisz rozpaczał, że 
nigdy one razem z sobą długo iść nie mogły. Z tego powodu i zegary, i zegarmistrzowie z pyszna 
się mieli.
 

Juraś pomiędzy środkami obmyślonymi zawczasu przeciwko samemu sobie i pokusie 

wydumał i to, ażeby się jak najniepokaźniej ubrać i przedstawić pokornie. Już mieli siadać, gdy 
majora coś tknęło.
 

Rozpiął kożuszek na Jurasiu i zobaczył, że wdział surdut zszarzany...

 

― Coś ty oszalał? ― zawołał ― chcesz mi wstyd zrobić? Masz przecie odzienie nowe, 

background image

chustkę na szyję kupiłem ci niebieską, kamizelkę aksamitną... Idźże mi się zaraz przebieraj, a 
prędko... dziesięć minut już na trzecią...
 

Nie było sposobu ― chłopiec musiał pójść i wdziać, co wuj nakazał. Trzeba przyznać, że 

mu w tym stroju daleko było lepiej do twarzy.
 

O minut dwadzieścia pięć podług zegara w dworku, a dwadzieścia ośm wedle kuchennego, 

wyruszyli z Kąta: major, jakby go kto na sto koni wsadził, Juraś, ciche w duszy odmawiając 
modlitwy przeciw pokusom... jak najmocniej sobie obiecując wcale na Marynkę nie patrzeć i nie 
lubować się w tych zwodniczych wdziękach, które są zgnilizną i popiołem.
 

Nie wiadomo, czy Dziwulska się dnia tego spodziewała majora, ale było to możliwe, bo tyle 

a tyle różnych rzeczy powierzyć mu miała ― i ― to pewna, że Marynka, na niedzielę ubrana w 
ciemną merynosową sukienkę z białym kołnierzykiem, pierwsza, w oknie stojąc, postrzegła 
przybywających i zawołała:
 

― Zdaje się, że major ― ale z kimś drugim!

 

― Ale z kimże? ― niespokojnie podchwyciła Dziwulska.

 

― Nie wiem... Dwóch ich jest! ― upewniła Marynka.

 

Juraś się potknął w progu... zmieszało go to, zarumienił się i zapomniał o straży nad 

oczyma... podniósł je, osłupiał!
 

Stała tuż przed nim... taż sama, którą widział w kościele, albo raczej inna do niej podobna, 

stokroć od tamtej piękniejsza.
 

Stała i patrzała na niego tak napastliwie, śmiało, zuchwale, jak gdyby w istocie nieprzyjaciel 

rodu ludzkiego wysadził ją umyślnie dla upokorzenia nieszczęśliwego młodzieńca.
 

Spotkały się ich oczy... i Juraś, jak gdyby ze wzroku tego napił się jakiejś trucizny, 

zapomniał o wszelkich postanowieniach, o niebezpieczeństwie pokusy, o skutkach myśli złych, 
które na duszy zostawiają plamy niezmazane... patrzał olśniony...
 

Takiej istoty cudnie pięknej nie widział, o takiej nie marzył.

 

Potrzeba wszakże przypomnieć, że ta istota była sobie ładną, obiecującą, ale wcale nie tak 

piękną, jak się Jurasiowi wydawała... Dla niego było to wcielone marzenie... sen na jawie... Zdało 
mu się, że ją gdzieś, niegdyś znał przed przyjściem na świat...
 

Tak się zdaje wszystkim młodym, którzy po raz pierwszy zakochać się mają...

 

Pod wrażeniem tym jak się Juraś znalazł, jak przedstawił Dziwulskiej ― smutno jest 

opisywać. Potrącił w komodę, na której się filiżanki zatrzęsły, nastąpił wujowi na nogę, popchnął 
krzesełko i nie mógł sobie znaleźć miejsca...
 

Major i Dziwulska wyratowali go z tego zawrotu głowy, a niepoczciwe dziewczę o mało się 

z niego nie rozśmiało... Pomimo to wydał się jej wcale przystojnym i jakimś dobrym chłopcem.
 

― Ależ niezgrabny! ― powiedziała sobie.

 

Dziewczę bez żadnego doświadczenia instynktem czuło, że to niezgrabstwo... było dziełem 

jej oczu. Bawiło ją to...
 

Całego toku rozmowy we cztery osoby przytaczać nie będziemy.

 

Major, przewrotny i zabiegliwy, umyślnie pod jakimś pozorem bardzo poufnej narady 

odprowadził Dziwulska do bocznego pokoju i Jurasia sam na sam zostawił z Marynką.
 

Dziewczę stosunkowo i odwagi, i doświadczenia miało więcej niż chłopak, czuło się w 

obowiązku bawienia gościa tego, który siedział w kącie taki nieszczęśliwy i zbiedzony, że litość 
nad nim brała.
 

Jest to w naturze rzeczy, iż widoczne tchórzostwo cudze budzi odwagę, a że Marynce i tak 

na niej teraz nie zbywało, wzięła się więc bardzo rezolutnie do rozmowy.
 

― Zdaje mi się, iż pan major mówił, że to pan masz gospodarować w Berezówce?

 

Głos dziewczęcia wprost do wystawionego na pokuszenie skierowany przejął go do szpiku 

kości. Takiego głosu brylantowego nie słyszał nigdy w życiu. Zmieszał się... co tu było 
odpowiedzieć? Podniósł oczy i spojrzał na nią, jakby o litość błagał.
 

Marynka się śmiała figlarnie. To go skonfundowało więcej jeszcze... Litując się nad nim, 

dziewczę, już nie czekając odpowiedzi, dalej ciągnęło:
 

― Jaki pan jesteś szczęśliwy, że tu zostaniesz... że pana nie wypędzają, jak nas, między 

background image

obcych, za świat... Ja doprawdy sama nie wiem, jak się potrafię przyzwyczaić do miasta. Czy pan 
kiedy byłeś w wielkim mieście?
 

Juraś o mało się nie wygadał, ile lat siedział w seminarium zamknięty, szczęściem w porę za 

język się ukąsił ― bo mu wuj o seminarium mówić zakazał, tak samo jak nazywać się Poteruchą.
 

Nie chcąc kłamać, a seminarium uważając za rodzaj szkoły, odparł cicho:

 

― Ja całą młodość spędziłem w mieście, będąc w szkole...

 

Marynka w śmiech.

 

― Jak to młodość? Alboż pan już jesteś stary? ― spytała.

 

Biednemu zabrakło odpowiedzi, gorzał od rumieńców, a czapkę dusił w ręku tak, że już do 

jakiegoś nieforemnego zawiniątka była podobną.
 

Dziewczę poprawiło się zaraz.

 

― Strasznie nudno być musi w mieście! Ani drzew, ani pola... same mury...

 

Westchnęła.

 

― Tak ― mury ― potwierdził Juraś ― czarne i zasmolone... bardzo smutne...

 

― No ― a my się tam musimy zamknąć, Bóg wie na jak długo...

 

Juraś po trosze przychodził do siebie. Patrzał na Marynkę, coraz mniej mu się wydawała 

straszną, a coraz ładniejszą. Prawda, że sama o tym nie wiedząc, zalotną jakąś być zaczynała. Minki 
miała śliczne rozpieszczonego dziecięcia.
 

Juraś Pana Boga w myśli prosił, aby go z tego ciężkiego położenia oswobodził.

 

Rozmowa nie szła.

 

― Pan tu będziesz gospodarował w tej kochanej Berezówce! ― zaczęła znowu Marynka. ― 

A! ja bym pana bardzo prosiła, aby w ogródku moim nic nie odmieniać... Kto wie, ja może, ja 
pewnie tu powrócę... tak by mi było miło zastać moje dobre znajome... kwiatki, ławkę...
 

Juraś aż się z krzesła ruszył.

 

― A! ― zawołał ― niechże pani będzie zupełnie spokojną. Ja tu święcie zachowam 

wszystko... niczego nie tknę...
 

― Owszem, proszę sobie nawet kwiatki zrywać, na to pozwalam, ale nie ― wyrywać... Oni 

tu powiadają, że nowy gospodarz może na moich grządkach cebulę posadzić.
 

― Nigdy w świecie! ― odparł patetycznie tak i uroczyście Juraś, że Marynka znowu się 

rozśmiać musiała.
 

― Nie uwierzy pan ― rzekła poufnie, zwieszając główkę smutną ― jak to boleśnie 

opuszczać te miejsca, w których się żyć poczęło... Mnie się zdawało zrazu, że ja to przetrwam 
mężnie ― ale... dziś... tak się serce ściska... A biedna mama...
 

― Więc dlaczegóż jechać koniecznie? ― spytał naiwnie Juraś.

 

― Cóż robić! Takie już przeznaczenie... Trzeba! trzeba!

 

Westchnęli oboje.

 

Marynka czuła, że ma przed sobą niezmiernie z nią sympatyzującego młodzieńca.

 

― Powiadają, że z tego śpiewania ma być coś wielkiego!

 

Nagle przerwała sobie trzpiotowato:

 

― Gdzie pan tu będzie mieszkał? doprawdy nie wiem...

 

― Ja także nie wiem, gdzie mi wujaszek naznaczy. ..

 

― Mamy pokój jest ciepły ― rzekła Marynka ― mój... także znośny, ale ciasny. Pan 

będziesz się musiał inaczej pewnie zagospodarować i urządzić.
 

― Ale ja nie tknę... ― przerwał, odgadując obawę, Juraś i rękę przyłożył na znak 

zapewnienia do piersi.
 

Zadumała się Marynka.

 

― Wystaw pan sobie ― rzekła ― dano nam wszystkiego miesiąc czasu do wybrania się, a 

potem to będzie najtęższa zima... Musimy jechać!
 

― Można by poczekać do wiosny ― odparł Juraś.

 

― A! nie można! nie można! ― odezwała się Marynka ― ten Francuz tak nagli, żeby czasu 

nie tracić...
 

W ciągu najobojętniejszej tej i krótkiej rozmowy jak się stało, że się oczyma porozumieli, 

background image

głosem poznali i znaleźli wprędce bardzo dobrymi przyjaciółmi, należy to do zagadek 
psychologicznych.
 

Juraś już się jej nie obawiał wcale, a ona mniej go znajdowała śmiesznym.

 

― Czy pan tu już dawno mieszkasz u wuja? ― zapytała Marynka...

 

― A! już blisko od roku... ― zawołał Juraś.

 

― I ja pana nigdy nie widziałam! Zarumieniony mocno chłopak nierozważnie a żywo 

odparł:
 

― Ja, proszę pani ― owszem, widywałem ją... często...

 

― Gdzie?

 

― A w kościele ― wyjąknął Juraś. Marynka się zarumieniła z kolei.

 

― Ale że też pan z wujem u nas nigdy nie był? ― spytała.

 

Nie umiał na to odpowiedzieć eks-seminarzysta.

 

― Jaka to szkoda! ― westchnęło dziewczę ― póki jeszcze zielono było i ciepło, byłabym 

panu pokazała mój ogródek i kwiatki, a tak...
 

― Ja je znajdę ― zapewniał Juraś.

 

Rozmowa się wyczerpywała, dziewczę ciekawie przyglądało się temu onieśmielonemu 

chłopcu, który pot ze skroni ocierał, tak mu było pod jej wejrzeniami gorąco.
 

Na ostatek Dziwulska i major powrócili do pokoju, Juraś odetchnął. Kulwisz rzucił okiem 

na siostrzeńca, na Marynkę i pod wąsem się uśmiechnął...
 

Czas upłynął jakoś tak prędko wszystkim, że choć o interesach niewiele mówiono, wieczór 

zmuszał do odjazdu... Zapowiadając swój powrót wkrótce, major pożegnał Dziwulska, Juraś także 
wzorem jego rękę jej ucałował; lecz po matce przystąpił do córki i tę też zmusił do podania rączki.
 

Wypadało więc i Jurasiowi pójść za przykładem wuja i złożyć pocałunek na tej łapce, której 

dotknięcie sprawiło na nim wrażenie, jakby się zbliżył do płomienia...
 

Dotknął ustami paluszków i oderwał je, oślepiony, upojony tak, że w sieni kożuszek wuja 

wziął za swój i na kałamaszkę wsiąść nie umiał...
 

Czuł jeszcze na wargach słodycz tego dotknięcia i tak był przejęty szczęściem swym i 

niebezpieczeństwem, na jakie go ono wystawiało, że wuj dwa razy do niego zagadał, a Juraś nie 
słyszał i dostawszy dopiero łokciem w bok ― oprzytomniał.
 

Major pięć palców złożonych przyłożył do ust:

 

― A co, Juraś, dziewczyna?

 

Seminarzysta nie zrozumiał, bo nie mógł przypuścić, ażeby major śmiał to bóstwo nazwać 

po prostu ― dziewczyna...
 

― Dziewczyna? ― wyjąknął zdziwiony.

 

― No ― juściż! Marynka! prawda... cacko? hę? I śmiał się. Juraś głowę spuścił.

 

― Podobała ci się?...

 

Nie było odpowiedzi. Major nielitościwy ciągnął dalej:

 

― Nie bądźże świętoszkiem... Nie jesteś w seminarium. Co u licha... Taka dziewczyna 

młodemu chłopcu podobać się musi... Rzecz jest naturalna. Nie ma nic złego...
 

― Szkoda! ― dodał po chwili namysłu wzdychając stary ― gotowo się to na świecie 

zmarnować... lecz takie są ludzkie losy...
 

Stanu duszy eks-seminarzysty nie będziemy ani opisywali, ani analizowali. Zakochał się z 

całym impetem młodości, a pozostała w duszy poczciwa skromność i pobożność uczuciu temu 
nadawała cierpki razem i słodki smak zakazanego owocu...
 

W ciągu miesiąca tego z powodu zdawania Berezówki majorowi, tysiąca drobnych 

szczegółów, interesów, rachunków, pomiędzy Dziwulską a Kątem nieustanne były i żywe bardzo 
stosunki.
 

Major naumyślnie, gdy tylko mógł, w miejscu swym posyłał Jurasia. Czynił to zawsze 

rachując na to, że się chłopiec w ten sposób rozrusza, zabawi, odżywi, a nie brał na serio 
sentymentu, jaki się mógł zrobić z tego, bo zdawało mu się, iż do wielkich amorów przyjść nie 
może.
 

Jakoż nie rozwinęło się nic więcej nad bardzo czułą i braterską przyjaźń, która jednakże 

background image

mogłaby się była nazwać inaczej, gdyby dwoje tych dzieci lepiej znało serca własne i życie... w 
ogóle.
 

Marynka zawojowała od razu Jurasia i rzucała nim jak dziecię piłką. On służył szczęśliwy, 

wmawiając w siebie, iż miał tylko dla niej przywiązanie brata i poszanowanie...
 

― Wie mama, co ja mamie powiem ― odezwała się jednego wieczoru po odjeździe Jurasia 

Marynka. ― Doprawdy, że ja nie tylko po Berezówce tęsknić będę ― ale i po tym poczciwym 
siostrzeńcu majora... Takie to dobre chłopczysko!
 

Dziwulska odpowiedziała otwarcie:

 

― A prawda, że dobry chłopiec.

 

― To szczęście, że on tu będzie gospodarował ― dodało dziewczę ― mniej będzie strachu 

o naszą Berezówkę, bo on tu poszanuje, cośmy kochali...
 

Matce łzy pobiegły z oczu, zagryzła usta i odwróciła się, aby ich nie okazać dziecięciu.

 

Stało się! umowa była podpisana, pieniądze wzięte, a po części już wydane na 

przygotowania do podróży, trzeba było opuścić Berezówkę, a nigdy ona droższą im niż teraz nie 
była. Chodziły obie po kątach i płakały.
 

Dziwulska jechała, czyniąc z siebie dla córki ofiarę. Marynka sądząc, że ją robi dla matki. 

Zdawało się matce, że nie opuszczając córki, zabezpieczy ją od tego złego świata, którego się 
obawiała; teraz, własne mierząc niedoświadczenie, brak znajomości ludzi, zadomowienie długie, 
Dziwulska coraz mniej się czuła zdolną do tego, czego się podjąć musiała.
 

Żałowała w duchu, że ta żądza wzbogacenia się wypychała ją na pole szerokie, nieznane... 

zasiane zasadzkami...
 

Marynka mogła być szczęśliwą w skromnym tym dworku, poszedłszy za mąż, wśród 

równych sobie, nie budząc ani zazdrości niczyjej, ani jeszcze niebezpieczniejszych namiętności.
 

Gdyby była mogła, cofnęłaby się Dziwulska, teraz już było za późno...

 

O wszystkim tym, aby córki nie przestraszać, zawczasu milczała.

 

Tak samo prawie myślało dziewczę, któremu żal było Berezówkę opuszczać, osobliwie 

teraz, gdy się już w niej Dziwulskiego nie spodziewano. Tu była panią, tam groziła jej niewola.
 

Z tego, co jej powiadał ze zbytnią może otwartością chcący ją przygotować zawczasu do 

tego, co na nią czekało, Żantyr ― domyślała się, iż nauka nie pójdzie łatwo jak zabawka, że wiele 
łez wylać będzie potrzeba, nim się zwycięży wszelkie trudności i przeszkody.
 

Musiała powtarzać ciągle, aby nie stracić odwagi, że to czyni ― dla matki.

 

Mówiła sobie, że jak tylko zbiorą dużo pieniędzy, natychmiast furkną do Berezówki. Z 

powrotem tym łączyły się najniedorzeczniejsze marzenia.
 

Miesiąc dobiegał do końca. Dziwulska święcie słowa danego dotrzymać chciała, a Francuz 

niespokojny nie dawał jej o nim zapomnieć, pisząc co tydzień.
 

Donosił, że mieszkanie dla matki i córki było już najęte, że wielki maestro (w istocie sławne 

imię noszący, lecz przez innego wsławione) signor Scarlatti był umówiony do muzykalnego 
wykształcenia głosu panny Marii...
 

Volanti był tak troskliwy, że w ostatnich listach oznaczył drogę, jaką jechać miały, miejsca, 

w których mogły spoczywać, a o kilka stacji przed stolicą obiecywał sam wyjechać na spotkanie.
 

Im bliżej był dzień i godzina wyjazdu, tym strach obie kobiety przejmował większy.

 

Major znajdował w najwyższym stopniu niepraktycznym, aby dwie kobiety, z podróżami 

nie oswojone, nie- świadome niczego, lękliwe, same jedne bez żadnej opieki puszczać się miały.
 

Dochodził do tego, że gotów się był sam ofiarować za towarzysza, przynajmniej dopóki by 

się kobiety nie oswoiły z podróżą... Dałby im był Jurasia, który chętnie posługiwałby pewnie, lecz 
zawsze jeszcze zwał go i miał za „ciamajdę”.
 

Nie mógł zaprzeczyć, że w ciągu tego miesiąca Juraś bardzo się rozruszał, stał się 

śmielszym, mówniejszym, nie tak tchórzliwie oczy spuszczał, lecz zawsze jeszcze coś mu z kleryka 
pozostało.
 

Dziwulska, gdy już raz widziała nieuniknioną konieczność jechania, energicznie się wzięła 

do wyuczenia wszelkich potrzebnych szczegółów.
 

Co zresztą znaczyła podróż obok tego uczucia, które rodziło żegnanie się z Berezówką?

background image
background image

 

Na dni parę przed wyjazdem tyle jeszcze rzeczy powiedzieć chciano majorowi, zalecić mu 

― o tyle go prosić, że się Dziwulska czuła zmuszoną na obiad go poprosić razem z siostrzeńcem.
 

Dworek w Berezówce dziwnie teraz wyglądał. Znaczniejsza część tego, co go trochę 

przybierało, była pozamykana i pochowana po szafach i komodach, inny sprzęt wynoszono do 
składów. Goście i dwie gospodynie zaledwie już miały siąść na czym.
 

Ogołocone ściany, na których miejsca obrazków i luster widoczne były i ćwieki tkwiły od 

zawieszania, okna bez firanek, ostatnie krzesełko bez kapek, stary klawikordzik już na spoczynek 
owinięty kawałkiem grubego płótna ― miały coś w sobie żałobnego. Marynka chodziła z kąta w 
kąt, żegnając wspomnienia, myśląc, jak ona tu kiedyś powróci. Dziwulska, daleko smutniejsza, 
wątpiła o tym, czy zobaczy jeszcze te miejsca... Czuła się złamaną i chorą...
 

Najtrudniejsza do wypowiedzenia przed majorem po- zostawała okoliczność poufna... 

Dziwulska nie mogła być pewną, czy mąż jej nie powróci i czy nie zechce się tu, majorowi czyniąc 
przykrości, rozgościć. Nie mówili o tym z sobą. Kulwisz domyślał się, co miał począć w takim 
razie, lecz potrzeba było smutną prawdę całą przyznać przed nim.
 

Zaraz więc po przybyciu gości pani Adela wyprowadziła majora do drugiego pokoiku, w 

którym stał tylko tapczan sianem zasłany.
 

― Drogi mój panie ― rzekła, obracając się do niego. ― Muszę ci się wyspowiadać jak 

przed księdzem. Pan wiesz, znasz tego człowieka... tego biednego Dziwulskiego... A! panie...
 

Łzy jej mowę przerwały.

 

― Oświadczył mi on odjeżdżając ― ciągnęła dalej Dziwulska, łzy otarłszy ― że już nigdy 

nie powróci. Chciał mnie zmusić do sprzedaży tego ostatniego ziemi kawałka, który zachować 
pragnę dla dziecka... a on straciłby i tę biedną resztkę... Mój drogi majorze... gdyby...
 

Tu łkanie jej przerwało, a Kulwisz podchwycił śpiesznie.

 

― Bądź pani spokojna ― ja już o tym myślałem, że on tu znowu nadciągnąć może, ale ja 

mu gospodarować nie dam. Dosyć już łez z jego przyczyny wyleliście. O Berezówkę niech się pani 
nie obawia, zostawując ją w moich rękach... Gorzej by było, gdyby dowiedziawszy się, żeście 
wyjechały, pogonił za wami tam, aby coś od Francuza dostać... Ale... za daleka podróż...
 

Dziwulska westchnieniem tylko odpowiedziała na to.

 

Gdy się to działo w bocznym pokoju, Marynka z Jurasiem pozostali w pustej bawialni.

 

Miesiąc czasu wielkie w stosunkach ich uczynił zmiany. Juraś, ażeby się w sumieniu czuć 

swobodniejszym, wyrozumował sobie, że miłość dla Marynki była tego ro- dzaju, którym ksiądz 
przy ołtarzu sakramentalnie błogosławi. Grzeszną więc nie była... Kochał się bez zgryzoty.
 

A Marynka lubiła go.

 

Biedne dziewczę zbyt miało głowę i serce zaprzątnięte losem swoim, przyszłością matki i 

własną, by je co innego teraz napełnić mogło... Lubiła go bardzo, tak jak nigdy nikogo w życiu, 
myślała nawet, że powróciwszy do Berezówki mogłaby wyjść za niego... ale... nie kochała się tak, 
jak to bywa w romansach...
 

― Czy też pan kiedy choć pomyślisz o nas, gdy raz się pozbędziesz z Berezówki? ― 

zapytała go ze smutnym półuśmieszkiem.
 

Juraś ręce załamał.

 

― A! czy się to godzi mówić takie rzeczy! ― krzyknął zapalczywie Poterski ― jakby 

panna Maria nie wiedziała, że...
 

Tu urwało mu się.

 

― Że co? ― zapytało dziewczę.

 

― Że ja przez całe życie moje o niej myśleć będę ― rzekł Juraś, zniżając głos. ― Tych 

chwil szczęśliwych... jakże ja bym mógł zapomnieć? Mnie by to należało spytać, czy tam kiedy o 
mnie, choć raz w miesiąc, wspomni kto...
 

― Jak gdybyś pan nie wiedział, że ja, o Berezówce myśląc, rada nierada będę pana Jerzego 

przypominała... Ale gdyby i bez Berezówki nawet...
 

Spojrzała na niego, Juraś rękę jej wziął nieśmiało i pocałował.

 

Nie mówili nic, ale ta chwila milczenia była wymowniejsza nad wszystkie zaklęcia i 

przysięgi. Posmutnieli oboje potem.

background image

 

Przy obiedzie, gdy zaczęto mówić o podróży, Juraś się tak wyemancypował, że major aż 

parsknął ze śmiechu.
 

Oświadczył stanowczo, z energią dotąd nie praktyko- waną, że nie kto inny, tylko on, panią 

Dziwulską przeprowadzi co najmniej kilka stacyj, aby jej początki podróży ułatwić i posłużyć.
 

Zdobył się na takie argumenta przeciw majorowi, z powodu jego wieku, zajęć itp., że 

Kulwiszowi aż się oczy śmiały.
 

― Patrzcież no państwo ― rzekł ― co się to z tego nieśmiałego trusi stało i jak przeciwko 

mnie, rodzonemu wujowi, obcesowo występuje!
 

Dziwulską i Marynka, trzymając stronę siostrzeńca, poparły go i przyjęły ofiarę z radością. 

Tak tedy Kulwisz miał już tylko przybyć do Berezówki na pożegnanie, a Juraś zabierał się 
zwycięsko towarzyszyć paniom aż... bodajby do stolicy...
 

Gdy nad wieczór już ruszyli nazad do Kąta, major był w nadzwyczaj dobrym humorze i 

usposobieniu do żartów.
 

― Pierwszy raz w życiu spisałeś mi się dziś po męsku ― rzekł do siostrzeńca ― ale 

słuchaj, ja się na tym znam... Tyś się musiał zadurzyć w tej Marynci...
 

Juraś już teraz umiał się tłumaczyć:

 

― Proszę wuja, jak bym ja, widząc, ile wuj ma szacunku dla pani Dziwulskiej, nie mógł 

tego zrobić.
 

― Tere fere! szacunek! Co ty mi jeszcze chcesz się wykłamywać. A! pal cię diabli! kochaj 

się w Marynce ― ja nic nie mam przeciwko temu... Tylko ja cię ostrzec muszę, żebyś tego nie brał 
tragicznie i nadto romansowo... Ona jedzie tam, gdzie seciny adoratorów głos jej i młodość 
pozyska... Nie będzie wcale winna, gdy o tobie zapomni. Do tego się trzeba przygotować.
 

― Ale ja bo, proszę wujaszka... ― przerwał Juraś.

 

― Nie proś i nie kłam... mnie, starego, nie wywiedziesz w pole... Zakochałeś się raz, lody 

rozbite, teraz ci już przyjdzie łatwiej i drugi, i trzeci...
 

― O! nigdy w życiu! ― wyrwało się mimowolnie Ju- rasiowi, a śmiech ogromny majora 

rumieniec i wstyd wywołał... tak, że już więcej się nie śmiał odzywać ani odpowiadać na dotkliwe 
wuja szyderstwa.
 

Takich fantastycznych muzyków jak maestro Girolamo Scarlatti dziś już chyba w 

powieściach Hoffmanna szukać potrzeba.
 

Na tę ekscentryczną postać składała się natura i krew włoska, indywidualny temperament 

człowieka, pełny niespodzianych wybryków, niezmierna drażliwość, wielka próżność i 
zarozumiałość, a może i powolność pokorna łudzi, z którymi miał do czynienia.
 

Słynni nauczyciele, do których wszyscy się garną, są jak wielcy medycy, obchodzą się z 

pospolitymi śmiertelnikami po królewsku, a raczej sposobem dawnych despotów.
 

Maestro Scarlatti był podobno niegdyś żonaty ze śpiewaczką, która z nim a on z nią wyżyć 

nie mógł, rozdzielili się więc i rozeszli każde w swą stronę.
 

Scarlatti z Mediolanu przeniósł się do północnej stolicy, wezwany tu z zapewnieniem 

uczniów i uczennic mnogich i lekcji opłacanych drogo.
 

Przesiedlenie się to swoje uważał ze względu na klimat, stosunki, położenie jako 

niesłychaną ofiarę, chociaż płacono go niezmiernie szczodrze, znoszono jego kaprysy i pieniądze 
zbierał ogromne, bo był skąpy, a życie mało go co kosztowało.
 

Dawał sobie tony pańskie w towarzystwach nawet najwyżej położonych osób, bywał często 

zuchwałym do niegrzeczności i grubiańskim, w sądach o muzyce i wirtuozach złośliwym i ostrym 
do niesprawiedliwości, dla uczniów surowym i nieznośnym. Lecz razem z tym był to nauczyciel 
nieoceniony, muzyk wielce ukształcony, a zresztą dał tyle dowodów umiejętności swej, wycho- 
wawszy kilka znakomitości, iż mu wybaczano wszystko, byle z jego nauk korzystać.
 

Powierzchowność Scarlattiego odpowiadała w części charakterowi człowieka. Mały, ale 

szerokich piersi i muskularnej budowy, czarny, z włosem na głowie wiecznie palcami rozrzucanym 
i najfantastyczniej rozczochranym, miał maskę typu włoskiego z oczyma jak węgle, głęboko 
oprawionymi, usta pokrzywione, pogięte i pofałdowane, wieczny sarkazm w zygomatycznym 
muskule, płeć żółtą prawie... Ręce duże, kościste, nigdy nie spoczywały, rzucał nimi, szarpał na 

background image

sobie suknie, targał włosy, bił po stolikach, a gdy nie miał co robić, bawił się kawałkami 
pochwyconego papieru, które zwijał w trąbki, w sznurki, giął i rozdzierał.
 

Rzadko kto widywał go siedzącego, a gdy przysiadł, kręcił się na krzesełku, rozpierał, 

wyciągał i w końcu zrywał się, jakby go co piekło. Najczęściej biegał po pokoju lub stawał z 
nogami rozpostartymi, jakby się do walki gotował.
 

Głosu jego mało kto słyszał... śpiewał rzadko... ale gdy się zapomniał, zapalił i zanucił, 

warto go było słuchać, bo i głos, i metoda były zdumiewające.
 

Ideały jego dla śpiewaków i uczniów tak wysoko były umieszczone, że ich nigdy osiągnąć 

nie mógł.
 

Krytyka jego była morderczą i nie oszczędzała nikogo.

 

― Tak! tak! ― mówił, śmiejąc się ― śpiewa bardzo ładnie, Bóg dał głos, nauczyciel 

metodę, czas rutynę, ale natura odmówiła inteligencji.
 

Uderzał się w czoło.

 

― Śpiewa ślicznie, jak nakręcona pozytywka. Albo:

 

― Znakomity talent, ale w zapale bierze fałszywe nuty i ani orkiestra z nim, ani on z 

orkiestrą nie są w zgodzie.
 

― Pełen ognia i dramatyczności ― mówił o innym ― a co z tego? śpiewać nie umie... 

muzyki nie zna... osieł...
 

Największe talenta dla niego miały słabą stronę i tę on odkrywał najłacniej, najpierw, lub 

raczej tej tylko miał władzę widzenia i poczucia. Piękności, jako warunki konieczne, nie miały dla 
niego ceny... szukał plam i cieszył się nimi.
 

Był, jednym słowem, nieznośny.

 

Jednakże nieuchodzonego tego tyrana nawet bardzo pospolite stworzenia zmuszały do 

milczenia, do tolerancji, a nawet wodziły na pasku.
 

Ktokolwiek odkrył słabą jego stronę, zdobywał go łatwo. Scarlatti był niesłychanie próżny 

― głaskać go, pochlebiać mu, nawet w sposób najpospolitszy, najpierwotniejszy, niezgrabny, nie 
chybiło nigdy... Stawał się powolnym...
 

Najmniejsze sprzeciwienie mu się wprawiało go nie w gniew, ale w konwulsyjną 

wściekłość. A gdy raz kogo znienawidził, pamiętał to całe życie ― był nieprzejednany.
 

Oddać mu trzeba tę tylko sprawiedliwość, że w kim widział talent, tego kształcił con amore, 

ale i bez litości.
 

Czas, zdrowie, wiek nie szły w rachubę, zapalał się do tych uczniów wybranych... Nie dawał 

im spoczynku...
 

Niezmiernie zajęty, a pamiętny tego, iż każda jego godzina wcale piękny grosz przynosiła, 

Scarlatti pracował bez wytchnienia, a ta denerwująca gorączkowa czynność przykładała się też 
może do drażliwości, jaką powołanie wyrobiło...
 

Dawne stosunki łączyły go z Volantim, który umiał mu pochlebiać, na sposób włoski 

szafując przymiotnikami: nieporównanego, najznakomitszego, genialnego, anielskiego maestra... W 
obejściu się z nim pokorny, pełny uszanowania, potakujący Volanti zyskał tym sobie Włocha 
zupełnie.
 

Z powagą ojcowską, ale i z miłością ojca radził i pomagał panu impresario, który go 

nieustannie potrzebował...
 

Nadzieje wykształcenia Marynki na nową gwiazdkę, na złotodajną śpiewaczkę polegały całe 

na Scarlattim.
 

Po pierwszej swej bytności w Berezówce, powróciwszy do stolicy, Volanti zaraz pobiegł do 

maestra.
 

Przy powitaniu ucałowawszy go z uszanowaniem w ramię, Volanti z niesłychanym 

przejęciem i entuzjazmem począł mu opowiadać o cudownym dziewczęciu.
 

Scarlattiemu w ogóle wszelkie pochwały nie były do smaku, a że Volanti kilka się razy 

omylił w swych polowaniach na głosy, signor Girolamo przerwał mu gwałtownie:
 

― Na Boga! nie pleć! Jak ty możesz o tym sądzić? Jak ty się ośmielasz wyrokować! Głos! 

co to jest głos? Jest to kawał drzewa, który może być wyrzeźbiony cudownie albo pójść na 

background image

drzazgi...
 

Ruszał ramionami, trząsł rękami.

 

― Co ty, ty mi mówisz o głosie! co znaczy głos? Wiesz przecie, ile potrzeba...

 

Volant spokorniał i ostygł... nie sprzeciwiał się. Scarlatti już przez te pochwały 

przedwczesne był dla przyszej gwiazdy źle usposobiony.
 

Opowiadał wszystkim, że Volanti wariat, głupiec, sam się na tym nie znając, puścił się na 

spekulację, na której nieochybnie zawód go czeka.
 

Rozeszła się zaraz wiadomość o cudownej dzieweczce.

 

Ruszano ramionami i uśmiechano się zawczasu, więcej wierząc Scarlattiemu niż 

impresariowi dla tego samego, że się w ogóle złemu zawsze łatwiej wierzy niż dobremu.
 

Volanti zamilkł, lecz był pewien swego i wiedział, że się nie myli.

 

Włoch roznosił po mieście i po teatrach żartobliwe wiadomości o przyszłej swej uczennicy.

 

Najboleśniej one dotknęły, mimo przepowiedni Scarlattiego, jedną szczególniej osóbkę, 

która w braku lepszej primadonny, w składzie trupy Volantiego zajmowała wybitne stanowisko.
 

Była to panna Laura Lacerti, uczennica Scarlattiego, lecz jedna z tych, które winne były swe 

wzbicie się do góry najnikczemniejszemu pochlebstwu posuniętemu do bałwochwalstwa i intrygom 
bardzo dwuznacznej natury.
 

Panna Laura Lacerti, chociaż nazwisko bojowe nosiła włoskie, wcale Włoszką nie była.

 

O pochodzeniu jej chodziły najsprzeczniejsze wieści. Typ twarzy niewątpliwie był 

wschodni, lecz niepodobna było określić, do jakiego należał szczepu. Zarówno być mogła 
Greczynką, Izraelitką, Czerkieską, Włoszką lub Cyganką nawet. Ludzie też przebąkiwali coś, iż 
matka do plemienia tego się liczyła... Ona sama Włoszką być chciała, lecz o pochodzeniu swym z 
wielką rozmaitością szczegółów i coraz inaczej opowiadała...
 

Z łatwością przychodziło jej zmyślać, a czyniła to tak naturalnie, tak zuchwale, śmiało, że 

wielu obałamucić się dało.
 

Signora Laura głos miała nieprzyjemny, ostry, krzykliwy, muzykalną była więcej 

instynktem niż umiejętnością. Powiadano, że małą dzieweczką poczęła śpiewać po kawiarniach, że 
tam ktoś na nią zwrócił uwagę i zaopiekował się.
 

Była uderzająco piękną, ale choć nie starsza nad lat dwadzieścia, nie miała już wdzięku 

dziewiczego, czarowała śmiałością, wyzywaniem, prawie cynizmem... Czarne oczy ogromne, brwi 
jakby pędzlem zarysowane, owal twarzyczki prześliczny, nos rzymski, usta małe, koralowe... 
wszystko w niej było, jeśli się tak wyrazić godzi, rasowym. Trochę może przedłużona broda i nieco 
niskie czoło podlegały krytyce, lecz ogół nie dawał dostrzec jeszcze tych małych usterków.
 

Postać odpowiadała twarzy, a płeć matowa, choć może nie śnieżnej białości, miała 

delikatność i świeżość czarującą. Nóżki i ręce cudnych kształtów, kibić zręczna, tors klasycznych 
linij dopełniały całości, zwracającej oczy i budzącej, jeśli nie uwielbienie i sympatię, to żądze i 
namiętności.
 

Zalotna i chcąca zawojować signora Laura liczyła seciny wielbicieli. Umiała tak sobie 

postępować z nimi, że każdemu zdawało się, iż był ― jedynym w łaskach. Wyzyskiwała ich 
wszystkich ze zręcznością niewypowiedzianą.
 

Jak ze Scarlattim była uniżoną, pokorną, upadającą na kolana wielbicielką, tak z innymi na 

przemiany potrafiła być, czym jej było potrzeba. Instynkt dziwny, cudowny dawał jej poznać za 
pierwszym wejrzeniem i słowem, jak z kim postępować była powinna, aby go sobie pozyskać.
 

A miała niemal szał i manię przykuwania do swego wozu wszystkich, nawet ludzi na pozór 

najmniej jej potrzebnych.
 

Wszystkie te zabiegi, wysiłki, intrygi nie zdołały jednak uczynić z niej tej gwiazdy, jaką być 

pragnęła. To ją uczyniło nieszczęśliwą. Klaskano jej, wywoływano, obrzucano wieńcami ― lecz, 
lecz oczy jej czarne i usta różowe więcej niż śpiew przyczyniały się do tych tryumfów.
 

Signora Lacerti miała dosyć znaczną pensję, dochody wielkie, a mimo to skarżyła się na 

niedostatek.
 

Niezmiernie wiele potrzebowała na stroje, a może i rządzić się nie umiała ani ona, ani jej 

matka, która mało się kiedy pokazywała, a córce jak sługa towarzyszyła i robiła, co jej przykazano.

background image

 

Powierzchowność starej musiała się przyczynić do tego, że posądzano Laurę o cygańskie 

pochodzenie... uderzająco bowiem, mimo stroju, przypominała stare Cyganki.
 

Volant ani cenił, ani lubił Lacerti, która na próżno (jak mówiono) nawet 

najostatecznie]szymi środkami pozyskać go sobie usiłowała. Musiał ją wziąć dla protektorów, 
których miała, dla Scarlattiego, który się wstawiał za nią, dla wysoko położonych osobistości, które 
się piękną Laurą zajmowały, lecz rad by się był jej pozbył, tak mało ją cenił.
 

Scarlatti bury mu za to dawał.

 

― Ty nie znasz ludzi ani świata... Im takiej potrzeba, jak ta bestyjka Laura... Czy oni 

rozumieją muzykę? Czy oni dla śpiewu chodzą? Owce Panurga idą jedne za drugimi, beczą, jak im 
zabeczano... a taka czarnooka wabi ludzi i teatr napełnia... Sztuka! sztuka! wszyscy paplą o sztuce... 
ale któż się zna na niej? Na tysiąc słuchaczy dwóch ma o niej jakieś pojęcie i to najczęściej 
fałszywe... Lacerti... śpiewa czasem nie do rzeczy, ale gdy spojrzy, to ludzi diabli biorą...
 

I śmiał się, rzucając rękoma.

 

Dla Laury wieść o jakiejś młodej śpiewaczce, która ją zagasić mogła, a obudzić ciekawość i 

zajęcie, musiała być najstraszliwszą groźbą. Czuła, że cios był na nią wymierzony.
 

Instynkt kobiecy mówił jej, że Volanti, który tym był dla niej grzeczniejszy, im więcej mu 

ona była nienawistną, mimo tej słodyczy nie cierpi jej i rad by się pozbyć.
 

Ona nienawidziła go tak, jak... kobieta grzecznie odepchnięta i wzgardzona może 

nienawidzieć. Dałaby może krwi swej utoczyć, aby się na nim pomścić, lecz niestety! Volanti był 
jej potrzebny.
 

Któż wie, żywiła jeszcze może jakąś nadzieję, że ―

 

w chwili pomyślniejszej zdobędzie go, skusi i ujrzy u nóżek swoich. W tym się myliła.

 

Mówiliśmy już, iż Francuz, zużyty, wystygły, zimny, miał tylko jedną już fantazję, 

chorował na miłostki dystyngowane, arystokratyczne.
 

Wiedzieli wszyscy o jego stosunkach z pięćdziesięcioletnią przeszło wdową, księżną B., 

która niegdyś była bardzo piękną, dziś okrutnie malowaną, ale razem osobą bardzo miłą w 
towarzystwie i mimo wieku nie umiejącą sercem zestarzeć.
 

Volanti w jej domu był niemal gospodarzem, a dom to był na wielkiej stopie. Pochlebiała 

mu ta miłość starej księżny Teofanii, chlubił się nią. Niektórzy nawet mówili, iż w istocie kochał ją 
i urokowi jej dystynkcji, jej państwa ulegał.
 

Proste dziewczę, choćby najpiękniejsze, dla tak spaczonego gustu człowieka wcale ponętne 

nie było.
 

Przed przybyciem więc Marynki do stolicy, wprzód nim kogokolwiek pozyskać sobie' 

mogła, miała już tu nieprzyjaciół gotowych: signory Laury nie należało rachować za jednostkę, ale 
za falangę całą. Do intrygi starczyły ona i matka, ale za nimi nieskończonym szeregiem ciągnęły się 
zastępy wielbicieli dawnych, odprawionych, nowych, w całym zapale i ogniu rozmiłowania, i tych, 
którzy mieli pewne zadatki i znamiona, że do łask przypuszczeni zostaną.
 

Wszyscy ci panowie gotowi byli dla boskiej Laury czynić, cobykolwiek rozkazała, 

niektórzy z nich najszczęśliwszymi by się czuli, gdyby ich użyć raczyła. Wojsko stało w 
pogotowiu.
 

Scarlattiego też pochlebnica wyrozumiawszy podbudziła zawczasu, potakując mu, 

roznamiętniła i posługiwała się jego zdaniem przedwczesnym bardzo zręcznie.
 

Prawie pewna zwycięstwa nad przyszłą współzawodniczką Lacerti oczekiwała tylko na 

zjawienie się nie- przyjaciółki, aby rozpocząć kroki na jej pognębienie, na pozbycie się.
 

Matka i ona, równie biegłe w intrygach, naradzały się i szeptały po całych dniach, 

przewidując, co na jaki wypadek czynić wypadnie.
 

Jakkolwiek zręczna, Lacerti nie mogła się powstrzymać, aby przy pierwszej sposobności nie 

dać uczuć Vo-lantiemu, jak ją bolało to, że już na jej miejsce inną sobie chciał wyszukać. Dość było 
wejrzenia jej i tonu, aby impresario poznał, z jakim uczuciem signora Laura przygotowywała się na 
przyjęcie współzawodniczki.
 

― Pani się mylisz ― odpowiedział chłodno dyrektor ― sądząc, że to dziecko, które jeszcze 

śpiewać nie umie, może się pokusić o zajęcie miejsca obok tak znakomitej i sławnej artystki. 

background image

Najprzód ― bez komplementu ― pani... nikt zastąpić nie może. Po wtóre panna Maria... musi się 
kształcić długo, nim wystąpi, i zapewne wystąpi gdzie indziej...
 

― Ale pan się też mylisz ― gorączkowo odparła Lacerti ― sądząc, że mnie to może 

uczynić przykrość albo obudzić obawę!
 

Poruszyła pięknymi ramionami.

 

― Owszem, cieszę się z nowej gwiazdy, winszuję, i będę ją okrywała oklaskami.

 

Volanti wiedział już dobrze, co tu pannę Marię czekało, zdawało mu się jednak, że zapobiec 

potrafi intrygom i ustrzec swą wychowanicę od grożących jej nieprzyjemności.
 

Dziwulska z córką miały już najęte dla siebie mieszkanie na drugim piętrze kamienicy, w 

której Volanti część pierwszego zajmował. Impresario czuł, że powinien mieć na oku nowo 
przybyłe i czuwać nad ich niedoświadczeniem.
 

Wszystko mniej więcej przed przyjazdem przygotowane było, a że Francuz znał ich 

skromne na wsi życie i chciał, aby go tu jak najmniej utrzymanie uczennicy kosztowało, nie wysilał 
się na zbytnie elegancje i wygody.
 

Pomimo to przybyłym ze wsi kobietom, które miasta i wymagań jego życia nie znały, to 

tandetne umeblowanie musiało się wydać nadzwyczaj wytwornym i pięknym.
 

Volanti, dotrzymując słowa, wyjechał na spotkanie bardzo podróżą znużonych kobiet i 

przyjął je tak uprzejmie i grzecznie, że postrach, jaki budziło przybycie do stolicy, rozpoczęcie 
nowego życia, zniknął zupełnie.
 

Pierwsze wrażenie było nadzwyczaj miłe, dodawało odwagi. Matka i córka prawie były 

rozczulone tym, że o ich potrzebach i przyjemnościach pamiętano.
 

Gdy się znalazły same w tych schludnych pokoikach, które przy wieczornym oświeceniu 

wydały się im wytwornymi, prześlicznymi, Marynka rzuciła się matce na szyję, wołając:
 

― A! widzi mama, jak to nigdy nie trzeba zawczasu się niczym dręczyć... Dzięki Bogu!... 

wszystko dobrze i ładnie, a Francuz wydaje mi się jakimś bardzo poczciwym człowiekiem.
 

Z oczekującą na nie służącą wprawdzie trudno się im było rozmówić, ale Marynka to w 

śmiech obróciła. Biegała z jednego do drugiego pokoju, przeglądała się we wszystkich 
zwierciadłach, dotykała wszystkich mebli, zaglądała do kątów, dopytywała o rzecz każdą, bawiło ją 
to niezmiernie.
 

Dziwulska była jakby przeczuciem jakimś zasępioną i smutną.

 

Marynkę każdy sprzęt, a najbardziej fortepian, który otworzyła i ostrożnie spróbowała, 

wprawił w zachwycenie. Ton, który dobyła z niego, zdawał się jej po kle- padle, do jakiego 
nawykła, cudownym, niepojętej piękności. Bardzo zresztą pospolity instrument wydał się jej 
wybranym umyślnie dla niej i jakimś wyjątkowym.
 

Trochę zepsuta pochwałami, którymi ją dotąd osypywano, marzyła, że i tu same 

uwielbienia, sama serdeczność otaczać ją będzie.
 

Volanti miał dużo wprzód do obmyślenia i zrobienia, nim by się ze swą gwiazdą przed 

ludźmi, to jest właściwie przed Scarlattim pokazał, bo o popisach innych mowy być nie mogło.
 

Nazajutrz rano już był Francuz i Dziwulskiej mnóstwo drobnych szczegółów miał do 

omówienia... Kwestie kosztów utrzymania, stroju, który nie mógł być zaniedbany, na ostatek 
lekcyj, jakie panna Maria brać miała, musiano rozstrząsać.
 

Na samym śpiewie ograniczać się nie było podobna, dodatkowo przychodziły lekcje 

niezbędnych języków, sztuki dramatycznej, fortepianu, choćby tylko dla akompaniamentu. 
Przywołano pannę Marynkę, która niezmiernie się zdumiała, dowiadując się, że tylu rzeczy naraz 
uczyć się będzie musiała.
 

Lecz wszystko to było nieodzownie potrzebne. Matka pierwsza to uznała.

 

Dzień zaledwie mógł starczyć na te studia.

 

Przy tej rozmowie Francuz, nie chcąc zbytecznie przestraszać przybyłej, nie wspomniał nic 

jeszcze o Scarlattim, o, którego charakterze i sposobie obchodzenia się z nim musiał ją przestrzec. 
Już i tak groźba tylu lekcyj, nauczycielek i nauczycieli trochę dziewczę zasmuciła.
 

Volanti, przezorny bardzo, musiał myśleć i o wyborze profesorów ostrożnym, aby intryg do 

domu, a z domu plotek nie wyprowadzać. Wiedział, że Lacerti czyhać będzie, aby tu podpatrzyć, 

background image

podsłuchać i rzucić jakieś nasionko szkodliwe.
 

Dziwulska, bardzo praktyczna na wsi, w zetknięciu się z wielkim miastem uznała 

nieudolność swoją. Prosiła usilnie Volantiego, aby jej jaką uczciwą, niemłodą pomocnicę dał i 
przewodniczkę. Trzeba było Marynkę i siebie od stóp do głów na nowo przestroić, a i w domu 
małych rzeczy mnóstwo brakło.
 

Wybór tej przyjaciółki i przewodniczki bardzo był trudny.

 

Francuza stosunki wyłącznie prawie się ograniczały w kołach teatralnych, a tam... niełatwo 

było o osobę zupełnie godną zaufania. Nie zbywało na bardzo zacnych i poczciwych, lecz przy tym 
płochych i nieopatrznych.
 

Zdaje się, że o tym swoim kłopocie Volant musiał mówić księżnie Teofanii, która w 

początku na tę sprowadzoną z daleka uczennicę krzywo i nieufnie spoglądała, lecz przekonawszy 
się, iż posądzała Francuza niesłusznie, sama się zaofiarowała wysłać w pomoc Dziwulskiej bawiącą 
w jej domu od dawna ubogą krewną, wdowę, już niemłodą, panią kapitanową Zosiczową.
 

Miała ona zwierzchni dozór nad sługami i licznym dworem księżny i była osobą bardzo 

łagodną, dobrą, przywiązującą się, sympatyzującą łatwo ze wszystkimi, ale też do zbytku 
łatwowierną i niedaleko widzącą.
 

Tej słabej strony pani Zosiczowej nie znał tak dalece Volanti, wiedział tylko, że była zacną, 

poczciwą i dobrą, nie miał wyboru. Zaprosił więc kapitanową.
 

Z powierzchowności łatwo się ona podobać mogła, fizjognomię miała przyjemną, postawę 

skromną i nie bez dystynkcji; dawna piękność, dziś zwiędła, czyniła ją jeszcze miłą; dobre serce 
znać było w każdym jej słowie i postępku. Długi pobyt w domu księżny i najlepszym towarzystwie 
nadał też Zosiczowej maniery jak najlepsze.
 

Uwiadomiona o tym, że biednej wdowie miała być pomocą, całym sercem ofiarowała się na 

jej posługi.
 

Księżna Teofania, której może szło o to, aby była dobrze uwiadomiona o tej wychowanicy 

swego ulubieńca, uwolniła kapitanową na parę tygodni od wszelkich obowiązków w domu.
 

Tak tedy jednego ranka wprowadzona przez Volan-tiego Zosiczowa od razu sobie serce 

Dziwulskiej swą uprzejmością pozyskała... Poprzyjaźniły się łatwo, a Dziwulska, mająca tyle 
rzeczy, z których się nie śmiała zwierzyć nikomu, a które jej ciążyły, chwyciła tę zręczność, aby się 
wylać przed sympatyczną kapitanową.
 

Rozmowom nie było końca, zwłaszcza że Marynka ciągle zwierzenia te przerywała.

 

Dnia tego nic począć nie było podobna; ogrom tylko wszystkiego, co do czynienia było, 

oceniły obie...
 

Zosiczowa, której życie nie było najszczęśliwsze, przebywszy wiele, nim wdową i sierotą 

dostała się do księżny, zachowała z przeszłości wielki wstręt i obawę świata.
 

Przestrzegała ciągle, a przestrogami tymi z najlepszego serca ― straszyła i tak już wylękłą.

 

Cały tydzień upłynął na bieganiu po sklepach, po modniarkach, na rachunkach Dziwulskiej, 

która nad cenami wygórowanymi rozpadała się, powtarzając, że im na to nie starczy z tego, co 
Francuz przeznaczył.
 

Ograniczono się więc niezbędnymi rzeczami, które Dziwulskiej, na wsi nawykłej do 

najskromniejszego życia, wydawały się jeszcze zbytkowymi.
 

Volanti, odkładający z dnia na dzień przygotowanie do przyjęcia Scarlattiego, na ostatek 

musiał nieprzyjemną tę chwilę przebrnąć.
 

Sami byli z Dziwulską i Marynką, gdy o tym rozmowę rozpoczął.

 

― Jutro ― rzekł ― uprosiłem naszego maestra, o którym już paniom tylekroć 

wspominałem, aby był łaskaw przyjść tu i głos pani ocenić... Jest to chwila stanowcza... Bynajmniej 
nie wątpię, że mój Włoch znaj- dzie śpiew panny Marii tak obiecującym, jak ja, lecz... lecz muszę 
panie uprzedzić... Jest to dziwak, człek trochę szorstki... nawykły do despotycznego obchodzenia 
się z uczennicami... Niech panie do serca nie biorą, choćby z początku grymasił...
 

Marynka pobladła, Volanti się uśmiechał.

 

― Trzeba paniom wiedzieć, że dla tego człowieka nie ma na świecie ani głosu doskonałego, 

ani śpiewaka, ani śpiewaczki, których by bezwzględnie pochwalał... Musimy się przygotować z nim 

background image

na niejedną ciężką chwilę.
 

Tu zwrócił się do Marynki:

 

― Niech pani z nim będzie jak... jak... (tu mu wyrażenia zabrakło, zawahał się) jak 

najgrzeczniejszą, jak najpokorniejszą. Jest drażliwy, wymagający... dziwak...
 

Słuchając dziewczę zbladło już ze strachu, a matka ręce załamywała...

 

― Ale dlaczegóż pan chcesz takiemu człowiekowi na łup dać to nieszczęśliwe dziecię? ― 

zawołała.
 

― Dlatego, że on jeden, jedyny jest, który może ze złotego głosu tego zrobić brylantowy... 

że nie ma na świecie jak Scarlatti... Ale maestro ten wie, że jest niezbędnym i trzeba mu ulegać...
 

Matka i córka zamilkły, lecz już tego dnia miały pewny przedsmak tego, co je czekało.

 

Dziwulska płacząca po cichu ściskała i pocieszała, jak umiała, Marynkę. Trwoga była 

niezmierna.
 

Przybycie Scarlattiego zapowiedziane było na godzinę dwunastą. Z bijącym sercem 

oczekiwały kobiety na tego, który o losie ich przyszłym miał wyrokować.
 

O kwadrans na pierwszą kroki się słyszeć dały i Volanti, puszczając przodem Włocha, 

wprowadził go do saloniku.
 

Scarlatti, zawsze bardzo zaniedbany w stroju, stawił się i tu w starym wyszarzanym tużurku, 

w pogiętym kapeluszu, porozpinany, z głową rozczochraną jak wiecha.
 

Usta mu się zawczasu sarkazmem uśmiechały.

 

Wszedłszy, zaledwie raczył się lekko skłonić i impertynenckim wzrokiem mierzył bacznie 

Marynkę, nie mówiąc słowa. Na matkę raz tylko spojrzał z ukosa.
 

Widząc przelękłe dziewczę, nie starał się go wcale ośmielić ― mrucząc coś 

niezrozumiałego, wprost przystąpił do fortepianu.
 

Na pulpicie leżała włoska piosenka... zbliżył się ku nutom, aby je zobaczyć, usta wykrzywił 

pogardliwie, ramionami poruszył...
 

― O! ho! ho! ― zawołał. ― Piosenka! za wcześnie do piosenek... Umiesz waćpanna gamy?

 

Marynka nie umiała odpowiedzieć nawet. Uderzył w klawisze... pokręcił głową.

 

― Weź waćpanna tę nutę! ― zawołał, bijąc w klawisz.

 

Dziewczęciu głosu zabrakło, siliła się, rozpłakała. Scarlatti śmiał się, ale był już zły.

 

Wstał od fortepianu, przechadzając się, kwaśny, z rękami powkładanymi w kieszenie.

 

Volanti błagająco szeptać coś mu począł na ucho. Maestro ruszył ramionami.

 

― No, dobrze, niech zaśpiewa już, co chce, choćby tę głupią piosenkę... zobaczymy...

 

Francuz zrzucone nuty położył na pulpicie, skinął na dziewczę i prosił. Marynka łzy 

połykała... Nie sposób jej było śpiewać.
 

Scarlatti tymczasem dobył zegarek.

 

― Ale mój czas drogi! ― zawołał szorstko i niegrzecznie ― proszę raz dobyć głosu...

 

Matka zbliżyła się do córki, dodała jej trochę męstwa, poprowadziła do fortepianu... Volanti 

błagał. Drżącym głosem poczęła, lecz nigdy w życiu tak źle, tak nieśmiało, a nawet fałszywie 
miejscami nie śpiewała.
 

Scarlatti śmiał się, krzywił, zżymał i otwarcie szydził.

 

Śpiew byłby może zakończył się płaczem i ucieczką, gdyby jakieś nagłe, niesłychane, 

rozpaczliwe męstwo nie wstąpiło w Marynkę.
 

Podniosła główkę, zapomniała o Scarlattim, zdało się jej może, iż jest na łące w Berezówce 

sama jedna; płaczliwy i słaby głosik począł nabierać siły, tony dźwięczały inaczej, Volanti 
tryumfująco spoglądał na Włocha, który z szyderskiego stał się posępnym, nachmurzonym, jakby 
zagniewanym.
 

Ale ― słuchał...

 

Gdy ostatnia zwrotka przebrzmiało, Marynka musiała z nowymi łzami wybiec z pokoju, 

matka za nią.
 

Volanti sam na sam został z Włochem, lecz nie spieszył z pytaniem. Maestro stał głęboko 

zadumany.
 

― Głos, co znaczy głos! ― odezwał się w ostatku. ― No, tak, ma głos... ma bardzo piękny 

background image

sopran... ale to dzikie! popsute! spaczone!
 

Dźwignął ramionami.

 

― Trzeba, by zapomniała o wszystkim, co się jej zdaje, że się nauczyła... trzeba rozpocząć 

od a, b, c... a waćpan wiesz, że łatwiej jest nauczyć zupełnego nieuka niż tego, któremu się zdaje, że 
czegoś liznął...
 

Zaczął biegać po pokoju. Korciło go to, że kobiety wyszły, chciał może więcej się pastwić 

nad nimi i terroryzować je. Volanti to zrozumiawszy poszedł przywołać Dziwulską.
 

Scarlatti żądał, aby wyszła Marynka. Gdy się nareszcie ukazała, przystąpił do niej z ironią 

na ustach.
 

― Trzeba o tym wszystkim zapomnieć, co waćpanna umiesz, bo to jest złe umienie. Od 

początku zaczynać, a pracować... Muzyka nie jest zabawką i rzeczą łatwą, a ja jestem nauczycielem 
bardzo surowym. Tak, mościa panno...
 

Spojrzał na zegarek.

 

― Pierwsza lekcja jutro, od godziny 11 do 12... Proszę być gotową i ubraną, abym nie 

czekał...
 

Wziął kapelusz z fortepianu, skłonił się niezręcznie i wyszedł razem z Volantim 

przeprowadzającym go przez salon.
 

Na wschodach Francuz go zaczepił:

 

― No, ale cóż mówisz? Scarlatti odwrócił się zagniewany.

 

― Czegóż ty chcesz! ― zawołał ― może, abym, jak wy, rozpadał się nad tym, czego nie 

ma, a co, być może lub nie będzie? No, głos ma! ale jej zbywa może na wielu innych przymiotach 
potrzebnych śpiewaczce... Nie ma nic... iluzji sobie nie rób... Głos! co znaczy głos?
 

I poszedł.

 

Volanti, który wiedział, że zdanie, wygłoszone przez maestra, jakkolwiek surowe, było 

jeszcze bardzo wiele znaczącym i obiecującym, powrócił zaraz do salonu, aby kobietom dodać 
męstwa...
 

― Mogę pani powinszować ― odezwał się do Marynki. ― Kto zna Scarlattiego, ten wie, co 

to znaczy, gdy on komu głos przyzna...
 

― Ale, panie, to gbur! ― zawołała Dziwulska.

 

― Tak! niestety! to gbur! ― potwierdził Volanti ― na to nie ma ratunku. Potrzeba 

przecierpieć, nim się coś zdobędzie. Mogę jednak zaręczyć paniom, że Scarlatti po niejakim czasie 
złagodnieje. Pierwsze tylko lekcje z nim bywają bardzo ciężkie i zawsze łzami oblane.
 

Lacerti wiedziała, że Scarlatti dnia tego miał być po raz pierwszy u uczennicy swej 

przyszłej. Można sobie wystawić, z jaką gorączkową niecierpliwością pragnęła go pochwycić 
gdzieś, aby z ust jego usłyszeć sarkazm, którego była pewna!
 

Manewrowała też tak zręcznie, iż go u generałówny, której dawał lekcje śpiewu, biorąc po 

25 rubli za go- dzinę, a gdzie ona też lekcje włoskiego języka dawała, spotkała na wschodach.
 

Mówiliśmy już, że Lacerti zyskała go sobie zupełnie bałwochwalstwem i ― ofiarami, o 

których różnie mówiono.
 

Scarlatti lubił ją dosyć, ale więcej jeszcze lubił przykrość wyrządzić, gdy się zręczność 

nadarzyła.
 

Laura, na wschodach go pochwyciwszy, zuchwale najprzód wycisnęła mu całusa na twarzy, 

potem pochwyciła za rękę.
 

― Maestro mój ubóstwiany! ― zawołała ― słyszałeś nareszcie tego wiejskiego słowika? A 

cóż?
 

Scarlatti stanął, złośliwie się uśmiechając...

 

― Cóż chcesz, żebym ci powiedział, ty zła, zazdrosna jaszczurko! ― począł chychocząc. ― 

Że dziewczyna brzydka i nie ma głosu? Tak piękną jak ty nie jest, to pewna, ani tak drapieżnie 
zalotna... płaczliwy wyrostek... gęś... ale głos!
 

Podniósł palec do góry.

 

― Ty takiego głosu nie miałaś nigdy i mieć nie będziesz.

 

To powiedziawszy, rozśmiał się rubasznie i poszedł na górę.

background image

 

Lacerti blada stała, oparłszy się o poręcz wschodów... rzuciła za odchodzącym wejrzenie 

zajadłości jakiejś pełne i ― po chwili wolnym krokiem, zadumana, schodzić poczęła...
 

Tak rozpoczęło się owo życie, które Marynce świetnie się zapowiadało w stolicy.

 

Wszystkie światła jego znikły, a cienie coraz silniej występowały. Biedne dziewczę byłoby 

łzami się zalewało i rozpaczało, gdyby nie matka. Widząc na jej twa- rzy obawę i oznaki tych 
tajonych boleści, których doznawała, dziewczę weszło w siebie i postanowiło znosić mężnie 
wszystko, aby nie trapić matki.
 

Zaczęła się więc ta praca nad sobą, najcięższa dla tych, co ani potrzeby jej, ani środków 

pokonywania własnych uczuć nie mieli pojęcia... Pieszczona jedynaczka musiała wyrzec się 
wszelkiego zwierzania się, które by los jej osłodziło, milczeć i uśmiechać się.
 

Kłamstwo to nie było tak znaczne w początku, ażeby uwiodło przenikliwe oko matki, lecz 

dowodziło miłości, poświęcenia, charakteru i Dziwulską mocniej jeszcze przywiązało do dziecięcia.
 

Pierwsza lekcja ze Scarlattim była okropną, burzliwą, nieznośną... Powtarzał ciągle 

dziewczęciu, że nic nie umie...
 

Wszystkie wysiłki i poprawki śmiech tylko obudzały. Potrzeba było całej siły nad sobą 

uczennicy, ażeby nie wybuchnęła płaczem; zdradzały ją rumieńce, głos drżący, chwilami niemota.
 

Włocha nic rozbroić nie mogło. Przez godzinę tak wymęczywszy Marynkę, porwał za 

kapelusz i wyszedł nie kiwnąwszy głową.
 

Posłano po Volanta.

 

Nadszedł, zapewniając, że widział się ze Scarlattim i że z jego niegrzeczności i obyczajów 

nic wnosić nie można. Pocieszał...
 

Na drugą lekcję Marynka była lepiej zbrojną, zbytniej drażliwości starała się nie okazywać, 

udawała zimną i zrezygnowaną. Włoch tym złośliwszy się stał i nieubłagańszy.
 

Dziwulską chodziła z oczyma czerwonymi, wyrzucając sobie, że dziecię jedyne na taki los 

wydać mogła.
 

Nie było się przed kim nawet poskarżyć oprócz Zosiczowej, która jednoczyła się ze 

wszystkimi uczuciami Dziwulskiej, lecz na nic poradzić nie mogła. Wiedzieli wszyscy o 
dziwactwach nieznośnych Scarlattiego, ale zarazem i to, że się bez niego obejść było niepodobna.
 

Volanti pocieszał tym, że Włoch złagodnieć musi.

 

Marynce i to upokorzeniem było niemałym, że wszystko, czego się uczyła, co się jej 

zdawało, że umiała, całkiem się na nic nie zdało... Scarlatti nalegał na najnudniejsze solfedżia, 
znajdując zawsze wiele do zarzucenia i prorokując, że nauka samych początków lata trwać musi.
 

Zjawili się też i inni nauczyciele. Języka francuskiego ― pan Baron, stary profesor, pedant 

zimny, roztargniony, który od otwarcia gramatyki rozpoczynał i na zamykaniu kończył... 
Zażywanie tabaki stanowiło jedyny epizod nudnego wykładu teoretycznego, który w istocie nic nie 
uczył, a męczył i nużył okrutnie. Nauczycielem włoskiego był również stary, a co gorsza, głuchy 
Paolotti, biedny bardzo człowiek, obciążony rodziną, który o tym tylko myślał, jakby mógł coś 
ekstra zarobić. Handel książkami, sprzedaż małych wyrobów włoskich narzucanych uczniom 
więcej go niż postęp ich zajmowały.
 

Z wykładami sztuki dramatycznej wstrzymywano się jeszcze. Volanti żądał tylko, aby 

Marynka z matką jak najczęściej bywały w teatrze.
 

Cały ten nowego życia rodzaj jak oddziaływał na młodą, nie przygotowaną istotę ― określić 

trudno. Marynka, nagle rzucona wśród ludzi nowych, stosunki niezrozumiałe, tłum obojętny, jeśli 
nie niechętny, w cały jakiś chaos życia zupełnie odmiennego od tego, do którego się 
przygotowywała, z początku była jakby osłupiałą.
 

Cierpienie, które często zbawczo działa, wywołując w człowieku siłę oporu i środki do 

obrony, i jej dało siłę. Było ono palącą iskrą, która umysł rozjaśniła. Ciasne pojęcie wiejskiego 
życia, świata, charakterów, szersze zaczęło pole upatrywać. Wątpliwości, sprzeczności, wszystko, 
co czyni dla ludzi myślących istnienie zagadką nierozwikłaną ― stanęły przed jej oczyma. Matka 
tak mało rozumiała to, jak ona, walczyła łzami i modlitwą... Marynka czuła w sobie więcej mocy do 
mierzenia się z zadaniami, których tylko ogrom w początku ją uderzył.
 

Jednym słowem, dla niej nagle po dniach śpiewu na łące i zabawek z kwiatami przychodził 

background image

czas boju i pracy ― chwilami z wielkim witany męstwem, to znowu zwątpieniem i niemocą.
 

Lecz z tej otrząsała się prędko ― myśląc o matce.

 

I ona bolała nad tym, że się dały uwieść Volantiemu i tym błyskotliwym nadziejom, których 

urzeczywistnienie okupować było potrzeba tak drogo ― lecz cofać się było za późno.
 

Volanti w początkach do zbytku uprzejmy, grzeczny, prawie nadskakujący, zaczynał się 

powoli dla Dziwulskich odmieniać. Ostygał, obojętniał, a gdy się Marynka skarżyła, odpowiadał, że 
wielkie zdobycze wiele muszą kosztować.
 

A cel ten i zdobycz tak jeszcze niezmiernie były daleko!

 

Szczęściem dla dziewczęcia dotąd zdrowie i młode siły a zdolności dozwalały mu przy 

niezmordowanej pracy wszystkiemu dosyć łatwo podoływać.
 

Uczyła się bez zbytniego trudu, a nauczyciele, nawet Scarlatti, uskarżać się na nią nie mogli.

 

Lecz Włoch, który musiał coś zawsze znaleźć do wyrzucenia, gdy znajdował Marynkę 

dobrze przygotowaną, krzywił się i powiadał:
 

― Waćpannie się zdaje, dlatego że masz pewną łatwość powierzchownego pochwycenia 

rzeczy, iż ją już gruntownie posiadłaś. A waćpanna nie umiesz nic... nie chcesz się przejąć niczym. 
Ufasz w swój głos... ale i osieł ryczy bardzo głośno, a uszy potrzeba zatykać...
 

Scarlatti nigdy nie przemawiał inaczej, wtedy, gdy musiałby był chwalić, milczał i krzywił 

się, a często, gdy nie mógł łajać, gniewał się i burcząc wybiegał.
 

Potrzeba było niesłychanej cierpliwości, aby z nim wytrwać.

 

Chociaż Volanti przyobiecywał zmianę w obejściu się, złagodnienie ― wcale się na to nie 

zanosiło. Marynka tylko obyła się z grubiaństwem, które mniejsze już na niej czyniło wrażenie. 
Lecz nie mogła się przemóc do tego właśnie, czego wymagał po niej Scarlatti, do upadania na twarz 
przed mistrzem, do tego uwielbienia i czci, do której go inni uczniowie przyzwyczaili.
 

Zimna i dumna, była dla niego grzeczną, lecz bez upokorzenia i nadskakiwania. Dla niej 

Scarlatti nie był tym bóstwem, jakim go czynili inni, ale prostym śmiertelnikiem. Czuł on to i 
najbardziej to go drażniło, lecz nie miał właściwie powodu do uskarżania się.
 

Im kapryśniejszym się okazywał, tym dziewczę stawało się dumniejszym.

 

Szły już tak lekcje od dwóch miesięcy prawie, a niespokojna Lacerti nie miała jeszcze 

zręczności zbliżyć się do Marynki, o której wieści nawet dostać nie mogła. Paliła się ciekawością. 
Wiedziała, że matka z córką bywały w teatrze, lecz siadały tak, że mimo lornetek nawet dobrze się 
jej przypatrzyć nie mogła. Przy wyjściu nie udało się ich pochwycić. W domu nikogo pozyskać dla 
szpiegowania nie miała zręczności.
 

Znała Zosiczową, bo kilka razy śpiewała na wieczorach u księżny, a że wiedziała o jej 

częstych odwiedzinach u Dziwulskiej, manewrowała tak, aby ją w mieście pochwycić i coś z niej 
wyciągnąć.
 

Udało się to pannie Laurze tak jak wszystko prawie, za czym się gorąco ubiegała. 

Zosiczowa lubiła przysmaki i słodycze; Lacerti wzięła ją z sobą do cukierni.
 

Tu, przy doskonałej czekoladzie, nie zdradzając się, bardzo zręcznie naprowadziła rozmowę 

na Scarlattiego.
 

― Nie uwierzysz, kochana pani, co ja z tym człowiekiem nieznośnym ucierpiałam! To było 

prawdziwe piekło. Żal mi też każdej biednej istoty, która się w ręce jego dostanie... Coś mi 
mówiono ― nie wiem, o jakiejś młodej ubogiej dziewczynie, którą miał na wsi gdzieś wyszukać 
Volanti, przywieźć tu i podobno rzucić na pastwę Scarlattiemu. A! nieszczęśliwa! ― westchnęła ― 
jakże nad jej losem boleję!
 

Zosiczowa, lubiąca mówić, przerwała zaraz:

 

― Ja znam tę biedną ofiarę! To takie jeszcze dziecko... Ona i matka bardzo dobre istoty, ale 

proste... prostoduszne, łatwowierne... a wcale do miasta nie stworzone.
 

Lacerti słuchała chciwie, udając wielkie współczucie.

 

― Tak! ― rzekła ― a maż dziewczę talent?

 

― Ja się na tym tak dalece nie znam ― mówiła Zosiczowa. ― Pracowita bardzo... Słyszę ją 

śpiewającą sołfedżia, ale co ja wiem!
 

Laura, która dobrze wiedziała o stosunkach Volan-tiego ze starą księżną, uśmiechnęła się 

background image

złośliwie.
 

― Boję się, żeby to nie była nowa ofiara naszego kochanego impresaria, który im więcej 

sam starzeje, tym się bardziej za młodziuchnymi panienkami zawsze pod pozorem teatru ubiega... 
Musiał mu się buziaczek podobać... Ładna?
 

Zosiczowa nie podzielała zdania co do impresaria, ale zmilczała. Na zapytanie o Marynkę 

― odparła:
 

― Młoda, świeża, ale uderzającej piękności nie ma i mieć nie będzie podobno nigdy. Ani 

brzydka, ani ładna! za to dobre bardzo stworzenie, a matka kobieta serdeczna.
 

Lacerti, zawsze ze współczuciem, badała dalej.

 

― Ale na wsi wychowanie musiała mieć zaniedbane, to się biedactwo niełatwo potrafi 

przysposobić do teatru...
 

― O! główka otwarta bardzo ― przerwała Zosiczowa ― pracowita... uczy się dobrze...

 

Egzamin starej pani trwał dosyć długo, lecz nie zaspokoił wcale Lacerti. Wszystko, czego 

się dowiedziała, nie było jej na rękę, słabych stron jakoś odkryć nie mogła, a właśnie chodziło o 
nie.
 

Scarlatti, ile razy się spotykał z piękną Laurą, miał zwyczaj umyślnie na przekorę chwalić 

Marynkę i śmiać się w oczy zazdrośnicy. Nie wierzyła mu jednak i pocieszała się tym, że kłamie, 
aby ją męczyć. Łamała sobie głowę, jakim by sposobem podkraść się tam, podsłuchać, na oczy 
wreszcie widzieć mogła tę przyszłą rywalkę... Lecz pomysłu do wykonania tego śmiałego kroku 
brakło.
 

Na próbę raz żartem w pół, na pół serio, za kulisami chwyciwszy Volanta ― piękna Laura 

odezwała się do niego:
 

― Słyszę, żeś pan tę swoją nieszczęśliwą ofiarę dał włoskiego języka uczyć temu głuchemu 

kramarzowi, który nigdy czysto po włosku nie mówił... Ja jestem wdzięcznym i dobrym 
stworzeniem, chcesz, będę darmo dawała lekcje włoskiego języka.
 

Wiedziała, że wyrażenie „darmo" nie mogło pozostać zupełnie bez skutku, Volanti lubił 

oszczędzać, lecz na ten raz zbyt dobrze zrozumiał niebezpieczeństwo i podziękował ironicznie.
 

― A, kochana divo ― rzekł ― to by było poświęcenie z twej strony zbyt heroiczne! Twój 

czas nazbyt jest drogi ― a półgłosem dodał złośliwie ― obawiałbym się też może, aby od was nie 
nauczyła się wielu innych rzeczy, które lepiej, żeby ignorowała...
 

Lacerti rzuciła na niego wzrokiem bazyliszka.

 

― O! patrzcie no na tego stróża niewinności i cnoty! ― rozśmiała się złośliwie. ― 

Chciałbyś ten kwiatek zachować dla siebie. Tak! to ci się słusznie należy... ale w stolicy, mój drogi 
panie... trafiają się niespodzianki.
 

Palcem mu pogroziła i znikła. Wiedział, że miał w niej nieprzyjaciółkę i bez tej groźby, ale 

niewielką do tego przywiązywał wagę.
 

Tymczasem rozmaitymi drogami do księżny Teofanii dochodziły wieści o... ptaszku tym, 

którego w klatce zamkniętej trzymał Volanti.
 

Może i opowiadania Zosiczowej obudziły jej ciekawość.

 

Jednego dnia, gdy Volanti przybył do niej, przyjęła go księżna, umalowana staranniej niż 

kiedykolwiek, ale smutna i nadąsana.
 

Sama rozpoczęła rozmowę o Marynce, utrzymując, że pomieszczenie jej w tym samym 

domu, w którym on mieszkał, z konieczności budziło podejrzenie.
 

Volanti zaczął się śmiać z tego, przypomniał, że dziewczę było z matką ― i zaklął się 

najuroczyściej, że żadnej złej nie miał myśli.
 

Księżna pomimo te zapewnienia nie przestała być niespokojną.

 

― Na ostatek ― rzekła ― to wszystko, co mi Zosiczowa mówiła i mówi, o czym wy mnie 

zapewniacie, nie wystarcza mi... Chcę sama widzieć to dziewczę ― chcę koniecznie...
 

Volanti uczynił uwagę, że nie było tytułu i pozoru do wprowadzenia jej w dom księżnej... 

Na wieczorze i przyjęciu jako śpiewaczka wystąpić jeszcze nie mogła.
 

― Może przyjść do mnie rano z matką, gdy nikogo nie będzie ― odparła uparta księżna.

 

― Pod jakim pozorem, z jakiego powodu? Księżnę niecierpliwił ten opór Francuza. Budziło 

background image

to w mej podejrzenie.
 

― Ja sama to ułożę przez Zosiczową... Przecież nie ma w tym nic dziwnego, że od niej 

wiedząc o biednej dziewczynie, zażądałam ją poznać, aby się nią zaopiekować.
 

Volanti skłonił się i przystał na to.

 

Księżna należała do tych istot oranżeryjnych, które nigdy poza ramy arystokratycznego 

świata nie wyjrzały.
 

Dla niej on był wszystkim, a poza nim... istniały tylko ― otchłanie, w których pospolity 

gmin, skazany na posługę wybranym, obracał się w ciemnościach...
 

Pojęcia, w których wychowywała się księżna Teofania, nie były żadnej gałęzi arystokracji, 

żadnej narodowości wyłączną cechą, bo w istocie nie ma na świecie więcej nad jedną arystokrację 
powszechną, której idee i obyczaje wszędzie są prawie też same.
 

Dziecię wychowuje się w koronkami obszytych pieluszkach, widzi wszystkich na 

klęczkach, w uwielbieniach około siebie, rośnie z przekonaniem szczególnego przeznaczenia, jako 
istota wybrana.
 

W takiej atmosferze cóż może wykwitnąć, jeżeli jeszcze w pomoc przyjdzie piękność, 

dowcip, bogactwo i stosunki?
 

Cudny kwiatek oranżeryjny blaskiem i wonią zachwycający. Lecz, uchowaj Boże, wystawić 

go na wolne powietrze, na wiatry, burze, a nawet na słońce! Lada powiew ugina go lub łamie, lada 
chłód warzy.
 

Takim istotom wybranym cały obrót życia ich i przykłady, jakie mają przed oczyma, 

wpajają przekonanie, że nie są stworzone jak ludzie inni, pospolici, i że skutkiem tego pospolite 
prawa ich nie wiążą.
 

Kwiatki te więc rosną sobie, jak się im zamarzy, byle im samym z tym dobrze było.

 

Księżniczka Teofania pochodziła ze znacznej, możnej i wysoko w świecie położonej 

rodziny; odebrała to wychowanie oranżeryjne, które jej nawet rzucić okiem poza ramy trejbhauzu 
nie dopuściło.
 

Wiedziała, że powinna była być szczęśliwą, wiel- bioną, że musiała panować, że jej fantazje 

miały być prawem dla rodziny. Uroczo piękna, dosyć adorowana, aby w salonie zachwycać mogła, 
wydana najprzód była za równie sztucznie wychowanego księcia, który ożenił się z nią trochę dla 
piękności, więcej dla stosunków, najbardziej dla milionowego posagu.
 

Jeszcze młody, ale już wielce doświadczony książę ani roku nie pozostał wiernym 

małżonce... miał fantazje. Ci, którym to było na rękę, księżnie otworzyli oczy.
 

To ją oswobodziło od przymusu wszelkiego, uprawniło do szukania rozrywek, które się 

stręczyły same.
 

Życie dwojga małżonków po roku i urodzeniu syna rozdwoiło się na dwa ogniska, dwa 

domy, dwa obozy, które nie stały względem siebie nieprzyjacielsko, lecz całkiem neutralnie.
 

Księstwo byli z sobą bardzo przyzwoicie, bardzo dobrze... a nawet sam książę niekiedy 

stawał się czułym. Czyniło się to dla świata.
 

Fantazje księżny Teofanii, pomimo iż nie były tajemnicą dla nikogo z wyższego 

towarzystwa, obchodziły się bez wybuchów i skandalu. Formy były zachowane starannie. Nic 
zarzucić im nie mógł najsurowszy moralista salonowy.
 

Tryb ten życia, zupełnie naturalny, przewidziany, nie zadziwił nikogo, znajdowano go 

prawidłowym. Inaczej przecie być nie mogło...
 

Tymczasem książę umarł z cholery. Pogrzeb był wspaniały, żałoba gruba i ścisła... żal 

wielki. Nigdy nieboszczyk za żywota tak czule kochany nie był, jak po zgonie; księżna portret jego 
umieściła w swym gabinecie, zachowywała po nim pamiątki, mówiła o drogim swym Saszy z 
przejęciem i czułością poruszającą.
 

Wcale to nie przeszkadzało fantazjom serca i głowy rozwijać się dawnym trybem. Kilku 

nowych pretendentów do ręki wdowy stanęło w szeregach zaraz po upły- wie żałoby. Byli nawet 
ludzie nie do pogardzenia, lecz księżna chciała wolną pozostać... a zwało się to wiernością dla 
pamięci pierwszego małżonka.
 

Lata biegły, syn dorastał, oddano go do wojska: księżna otwarła dom w stolicy i umiała go 

background image

uczynić wielce ponętnym. Była muzykalną, lubiła sztuki, sławiono jej dowcip, powiedzenia o tym i 
owym obiegały w kątach poufnych jako dowody niezmiernego talentu postrzegawczego i 
nielitościwej ostrości sądu. Oprócz tego słynęła z dobroczynności.
 

Wdzięki zaczęły więdnąć mimo sztuki, z jaką były pielęgnowane... fantazje też zmieniały 

się, zstępując w coraz niższe sfery, artystyczne, teatralne i nie dające się dobrze określić.
 

Volanti od lat kilku zajmował tu stanowisko pierwszego ulubieńca bez rywala... Zosiczowa i 

inni prorokowali, że zręczny Italo-Francuz zastępcy i następcy mieć nie będzie...
 

Zdawał się przeznaczonym na ostatniego z Abencerragów. Umiał on opanować i umysł 

księżny, i ― serce, lub to, co się tym przyzwoitym imieniem zwało... Wielkie uszanowanie, 
połączone z wielką namiętnością, prawdziwą czy zmyśloną, było tajemnicą jego potęgi.
 

Księżna podtrzymywała go znacznymi ofiarami, protegowała, kompromitowała się trochę 

dla niego... ale była niezmiernie zazdrosną.
 

Szczęśliwy obrót interesów nad wszelkie spodziewanie i przeciw prawu ogólnemu pozwolił 

księżnie Teofanii zachować majątek znaczny, pomimo wystawnego życia. Syn był już 
wyposażony... ona swobodną, kto wie, czy Volanti nie marzył o morganatycznym małżeństwie, 
gdyby mu się udało pozbyć żony!
 

W tym czasie piękność nadzwyczajna księżny była już tylko straszną ruiną. Twarz 

emaliowana, malowana, wyciągana, miała pozór maski jakiejś, coś trupiego było w jej rysach 
zastygłych. Lecz oczy były piękne jeszcze, a zęby, wprawione, równały się najcudniejszym 
młodym i naturalnym. Kibić pozostała, w salonie przynajmniej, młodzieńczą, ręka była biała i 
prześlicznych kształtów, bo też nic nigdy w życiu nie dźwignęła i nie zmęczyła się pracą.
 

Ta kunsztowna lalka że potrafiła w Volantim wzbudzić miłość, bo w początkach 

przynajmniej szalał dla niej, nie będzie się dziwił nikt, kto zna dziwaczne natury ludzkiej 
sprzeczności. Syn chłopa, przez całe życie obracający się w świecie zakulisowym, niekoniecznie 
dystyngowanym, miał pragnienie pańskiego kąska. Była to jego fantazja... a księżna umysłem, 
rozmową, sądem mogła też uczynić wrażenie i podbić silniejszego nad niego.
 

Więcej się może dziwić należało, iż księżna Teofania trwała w swym, jak sama zwała, 

engouement dla Włocho-Francuza.
 

Pomimo mnogich przemian i fantasmagorii w żywocie księżny świat jej nie miał nic takiego 

do zarzucenia, co by go od jej salonu oddalić mogło.
 

Wprawdzie mniej się może tam ludzie cisnęli teraz, lecz na proszone jej muzykalne 

wieczory, na sławne z wytworności i wybornego kucharza obiady biegł, kto żył i czuł się 
zaszczyconym zaproszeniem.
 

Dom był na prawdziwie pańskiej stopie, a służba wedle obyczaju krajowego nad potrzeby 

liczna, księżna trzymała naturalnie konie, kamerdynera, który wyglądał na dyplomatę, Zosiczową 
do towarzystwa i frauencymer liczny, rodem ze wsi... więc pokorny, potulny i posłuszny...
 

Prawie codziennie Volanti, o ile mu jego obowiązki dozwalały, bywał na obiedzie u 

księżny. Jadano dlatego wcześniej nieco, aby mógł na czas znajdować się w teatrze.
 

Oprócz niego protegowała księżna jednego malarza, jednego rzeźbiarza, któremu pomogła 

do nauki, i parę ubogich artystek. Była bowiem dobroczynną i sławę tę utrzymać pragnęła.
 

Z polecenia pani, zdziwiona trochę tym Zosiczowa miała zaprosić na ranną godzinę 

Dziwulską z córką. Powodem tego być miało dobre serce księżny, które się żywo losem młodego, 
osamotnionego dziewczęcia interesowało.
 

Gotowa była trochę się zająć jej losem.

 

Gdy Zosiczowa z tym poselstwem przybyła do Dziwulskiej, na której sam tytuł książęcy 

niezmierne czynił wrażenie, pani Adela, cała poruszona, straciła głowę.
 

Ona i Marynka przypisywały oczywiście to szczęście, które ich spotykało, nie komu 

innemu, tylko poczciwej Zosiczowej. Były nim przejęte, nastraszone... uradowane...
 

Lecz poczciwa Dziwulska, choć z tradycji o książętach Ogińskich coś wiedziała, nie była 

pewną, czy się potrafi przyzwoicie znaleźć u tak wielkiej pani.
 

Marynka, trochę śmielsza, nie była też bez obawy.

 

Wreszcie przychodziła kwestia niezmiernie ważna: stroju. Jak się tu było ubrać do księżny, 

background image

gdy obie one zaledwie miały przyzwoite suknie do wyjścia na ulicę i teatru?... Zosiczowa je 
zaspokoiła, a co do powozu, zapewniła, że sama przyjedzie po nie. Odrzucenie takiego zaproszenia 
kobietom opieki pozbawionym nie było podobne.
 

Tegoż dnia nadszedł niby przypadkowo Volanti, oznajmiono mu o tym i Dziwulska 

zdumiona była niezmiernie, iż mu się tak nadzwyczajnym a dziwnym nie wydało.
 

Winszował im chłodno i nic nie miał przeciwko zawiązaniu stosunków z osobą, którą im 

odmalował jako lubiącą sztukę i dobroczynną.
 

Ponieważ księżna chciała przy tej zręczności słyszeć głos Marynki, Zosiczowa miała 

polecenie pokryjomu zabrać włoską canzonę.
 

Przez cały dzień kobiety były rozgorączkowane, a w nocy obie spać nie mogły. Godzina 

odwiedzin wypadała nieszczęściem na zwykły czas lekcji Scarlattiego... lecz Volanti brał na siebie, 
iż go przebłaga i uczennicę uniewinni.
 

Na ostatek nadeszła ta godzina... powóz z Zosiczowa zaszedł. Dziwulska się przeżegnała 

wychodząc z domu, serce jej biło. Dziękowała Bogu za to miłosierdzie nad sierotą. Przez drogę nie 
mówiły słowa.
 

Pałac księżny, ogromne przedpokoje służby pełne, li berie herbami pozaszywane, sprzęty 

wytworne, nareszcie przyciemniony salonik, do którego je wprowadzono, cały zastawiony 
wytwornymi cackami, porcelaną, brązami, wybity materią kosztowną, wysłany aksamitnym 
dywanem onieśmieliły do reszty biedne kobiety.
 

Miały czas ochłonąć i rozpatrzyć się, gdyż księżna nie zaraz wyszła. Zosiczowa pobiegła jej 

oznajmić, zostawując je same.
 

Pierwszy raz w życiu Marynka dotknęła się, zobaczyła na oczy to bajeczne bogactwo, o 

którym słyszała, nie umiejąc go wyobrazić sobie. Wydało się jej zachwycającym... Przeczuwała ona 
piękno i smak, ale nie rozumiała wcielenia ich. Pojęła teraz, jak te sfery, w które ją los przenosił, 
niesłychanie wysoko stały ponad jej strzechą słomianą. Jakimiż skrzydły aż tu doleciała? Było to 
przeznaczeniem czy przypadkiem?
 

We drzwiach poruszyła się zasłona i majestatyczna, a dla oczu tych kobiet jeszcze piękna i 

dziwnie pańska, weszła księżna Teofania.
 

Marynka miała dnia tego bardzo skromne ubranie, sukienkę czarną, biały kołnierzyk... 

narzutkę jakąś czarną także.
 

Na pierwszy rzut oka widać w niej było naiwne dziecko wioski, nieświadome siebie jeszcze, 

wylękłe... Nie była dnia tego piękną. Przestrach odjął jej świeżość, która stanowiła może 
największy urok twarzyczki jeszcze niezupełnie rozkwitłej.
 

Księżna, nim przemówiła, wlepiła w nią wejrzenie ciekawe... i ― została uspokojona. Nie 

wydała się jej istotą niebezpieczną. Dziwulska miała postawę i powierzchowność tak pospolitą, iż 
dość było spojrzeć na nią, aby nawet o córkę niewiele się troszczyć. Taka matka nie mogła zalotnej 
wychować intrygantki.
 

Wrażenie, jakie uczyniły obie na księżnie, przyczyniło się do jak najlepszego ich przyjęcia.

 

Gospodyni łagodnym głosem oświadczyła, że słysząc od Zosiczowej o nich, zapragnęła je 

poznać, bo może by im użyteczną być mogła.
 

Dziwulska ledwie potrafiła wyjąknąć odpowiedź.

 

Szło teraz o to księżnie, żeby się ostatecznie przekonać jeszcze, iż dziewczę talent miało i że 

głos jej był istotnie powodem, który Volantiego skłonił do sprowadzenia ich ze wsi.
 

Kto nie wie, jak kobiety, podobne księżnie, umieją, gdy zechcą, ośmielić, ugłaskać i wymóc 

na pospolitych ludziach, czego zapragną?
 

Bardzo zręcznie i z wielką delikatnością księżna rozpytywać zaczęła .

 

Dziwulska, dobrocią jej ośmielona, odzyskała trochę odwagi, poczęła mówić... serce się jej 

otworzyło... Cała historia powołania Marynki, życia w Berezówce, przeszłość opowiedzianą została 
z tą szczerotą, która o prawdziwości jej wątpić nie pozwalała.
 

Obok w salonie stał fortepian, księżna tak grzecznie prosiła o ― choćby najmniejszą 

piosenkę. Tłumaczono się tym, że Scarlatti śpiewać i popisywać się zakazał.
 

Ale nikt o tym nie miał wiedzieć.

background image

 

Marynka nut nie miała...

 

Zosiczowa spod chustki dobyła je, śmiejąc się.

 

Nie było sposobu obronienia się prośbom tak grzecznej i dobrej pani.

 

Musiały przejść do salonu, gdzie stał przepyszny erard otworem. Wspaniałość tego gmachu, 

wszystko, czego dotykała Marynka, mieszało ją i onieśmielało. Dźwięk fortepianu nowy podziw 
wywołał. Lecz matka szeptała jej na ucho, prosząc, aby śmiało a pięknie zaśpiewała.
 

Trwożliwe dziecko, jak zwykle w ostateczności, nabrało rozpaczliwej odwagi.

 

Uderzyła więc w klawisze i canzona, cudnym zanucona głosem, rozległa się po 

akustycznym, pustym salonie z taką siłą, iż samą śpiewaczkę zdziwiła.
 

Księżna, wielce muzykalna, była doskonałym sędzią; po kilku taktach, nie mogąc się 

wstrzymać, zaczęła bić brawo.
 

― Ale to głos ― zawołała do matki ― który tu wszystkie zaćmi! Volant miał wielkie 

szczęście.
 

Po dokończeniu piosenki księżna aż ucałowała Marynkę. Kazano podać śniadanie, 

gospodyni była ożywiona i w bardzo miłym usposobieniu.
 

Dziewczęciu znowu trochę serce urosło; matka, jak zawsze, miała łzy na oczach. Przyszłość 

wydawała się mniej straszną, a ofiary dla niej ponoszone nie tak ciężkimi. Księżna znalazłszy 
Marynkę mniej piękną, niż się spodziewała, a więcej utalentowaną, niż sądziła, powzięła dla niej 
pewną sympatię. Była to tylko fantazja wielkiej pani, lubiącej się zajmować artystami i zarabiać na 
imię ich protektorki; ale biednym Dziwulskim, nie rozbierającym ściśle oznak przyjaznych, mogła 
się wydać rzeczywistą życzliwością.
 

Z tryumfem i uśmiechami na twarzach powróciły do domu.

 

Księżna, chociaż przyrzekła nie mówić o śpiewie i zachować w tajemnicy ten mały popis, 

do którego zmusiła Marynkę, nie przywiązując wagi do tego, zaraz wieczorem zaczęła 
rozpowiadać, jak nadzwyczajny talent udało się odkopać Volantiemu. Unosiła się z przesadą, do 
której była skłonną, nad pięknością głosu, skromnością i prostotą jego właścicielki, prorokowała jej 
przyszłość świetną. W ustach księżny zdanie to nabierało wielkiego znaczenia. Rozeszła się po 
mieście w kołach lubowników muzyki wiadomość o zjawisku. Tegoż wieczoru w teatrze dworacy 
panny Lacerti wspomnieli jej o tym. Nazajutrz, spotkawszy się ze Scarlattim, panna Laura, która 
dobrze wiedziała, jaki to w nim gniew obudzi, zagadnęła:
 

― Winszuję panu nowej uczennicy tak nadzwyczajne czyniącej postępy, że już się 

publicznie popisuje.
 

Włoch rzucił się jak wściekły.

 

― Oszalałaś! ― zawołał ― co to za plotka?

 

― Najprawdziwsza prawda ― odparła panna Laura spokojnie ― była u księżny Teofanii i 

śpiewała tam. Księżna ma być zachwycona.
 

Scarlatti pięści zacisnął.

 

― Jeżeli tak jest, ja jej więcej lekcji dawać nie będę, niech szukają nauczyciela, gdzie chcą. 

To są żarty ze mnie...
 

Pioruny rzucał oczyma Włoch i z gniewem odwróciwszy się od Lacerti wprost pobiegł do 

Volantiego. Wbiegł do niego nie zdejmując kapelusza.
 

― Słuchaj ― krzyknął zbliżając się ― nie wiem, czy za twoją wiedzą, czy bez niej ta 

głupia gęś chodziła ze śpiewem się popisywać do księżny. Co to ma znaczyć? Wie, że zakazałem 
jej śpiewać. Ona nie umie nic! Powiedzą, że ja ją tego beczenia uczyłem. Moja noga nie postanie 
tam więcej. Lekcji dawać nie będę.
 

Francuz zwlekał z odpowiedzią, dając mu się wyburzyć; nareszcie począł cedzić powoli.

 

― Stało się to, co się nie powinno było stać, prawda. Wiesz, jakie mnie stosunki łączą z 

księżną, ja jej nic odmówić nie mogę. Sam na sam, we cztery oczy nalegała księżna... co było robić!
 

Scarlatti ani chciał słuchać.

 

― Lekcyj dawać nie będę! ― zawołał i natychmiast porwał się odchodzić.

 

Volanti go wpół pochwycił, wyrwał mu się rozwścieklony...

 

― Tam, gdzie mnie nie słuchają, jam niepotrzebny, idź do diabła...

background image

 

Znając Scarlattiego, Francuz wiedział, że go od razu niczym nie zmiękczy, począł zaklinać, 

błagać, całować po rękach, a Włoch tą natarczywością zdawał się tylko coraz mocniej 
rozdrażniony. Wybiegł z furią, trzasnąwszy drzwiami.
 

Dnia tego Marynka czekała na lekcję, nie przyszedł. W miejscu niego przywlókł się Volanti, 

po cichu całą historię opowiadając Dziwulskiej.
 

Miał jednak nadzieję, że po upływie dni kilku Scarlatti da się przebłagać ― i powróci... 

Lecz z góry przewidzieć było można, jaki wróci i co z nim przebyć będą musiały.
 

Kobiety strwożyły się wielce. Francuz tymczasem poszedł ze skargą do księżny, która, 

uznawszy się winną, list do Włocha napisała.
 

Nie szanujący nikogo Włoch miał jednak pewny respekt dla księżny. Bądź co bądź, nadto 

już sobie nieprzyjaciół narobił, a nową i tak wpływową nieprzyjaciółkę zyskać, w dodatku dla 
dogodzenia dumie i dziwactwu, nie było bezpiecznie. Włoch lubił pieniądze. Począł się namyślać, 
chciało mu się ukarać nieposłuszeństwo, lecz... mogło to za sobą pociągnąć straty. Księżna 
szkodziłaby mu w tym świecie, który po kilkadziesiąt rubli płacił za godzinę.
 

Nie odpisując księżnie, nie mówiąc nic Volantiemu, o godzinie, w której zwykle lekcje 

dawniej bywały, Włoch wpadł niespodzianie do mieszkania Dziwulskich. Marynka siedziała 
właśnie przy fortepianie, powtarzając swoje ćwiczenia.
 

Scarlatti rzucił się ku niej z wyrazem najstraszliwszego gniewu, z pięścią do góry 

podniesioną, tupiąc nogami i poczynając od łajania.
 

Był tak oszalałym i roznamiętnionym, że dziewczę, widząc go przyskakującym z tą 

zajadłością, krzyknęło z przestrachu i pochyliło się, mdlejąc, na krzesło, a z krzesłem padło na 
ziemię.
 

Matka, która tylko krzyk usłyszała i stukot, wbiegła nieubrana w chwili, gdy Marynka blada 

jak trup, bezprzytomna, stoczyła się na podłogę, a Scarlatti, nagle osłupiały, rzucił się uciekać.
 

Pierwszy to raz w życiu gbura trafiło się coś podobnego.

 

Miewał zwykle do czynienia z dziewczętami daleko lepiej zahartowanymi, uchodziło mu 

zawsze bezkarnie nawet bicie po rękach i klapsy.
 

Zbiegłszy na pierwsze piętro, zbladły, zdyszany, Scarlatti rzucił się na kanapkę u 

Volantiego, mówić nie mogąc. Włosy rozrzucał rękoma i klął niewyraźnie a bełkotliwie.
 

Impresario nadbiegł z drugiego pokoju. W takim stanie Włocha nie widział nigdy.

 

Dobyć z niego nie mógł słowa, pokazywał tylko drugie piętro. Francuz domyślił się, że tam 

scena jakaś zajść musiała, i spiesznie pobiegł do Dziwulskich.
 

Tu zastał Marynkę zaledwie wychodzącą z omdlenia, z paroksyzmem płaczu i śmiechu... 

wołano o doktora, matka, w rozpaczy łamiąc ręce, zarzekała się, że bodaj pieszo stąd pójdzie, a nie 
da córki zabijać.
 

Volanti, wysławszy po doktora, powrócił do Scarlattiego.

 

Zastał go jeszcze rzucającego się po kanapie. Spojrzeli na siebie. Francuz wymówek nie 

śmiał robić, Włoch się burzył, ale był sam przestraszony.
 

― Dziewczę jest... tak chore... iż po doktora posłać musiałem ― odezwał się Francuz. ― 

Matka chce ją zabierać i uciekać. Będzie miała protekcję księżny. Co poczniemy?
 

― Cóż, nie umrze przecie ta pieszczona lalka! ― zawarczał Włoch. ― Miałbym ja ją 

jeszcze przepraszać? Wolę umrzeć! wolę precz stąd jechać...
 

― O przepraszaniu mowy nie ma ― rzekł Volanti ― ale z taką naturą sensitiwy potrzeba 

się obchodzić inaczej.
 

Włoch się szydersko uśmiechnął.

 

― Nie umiem ani się kłaniać, ani prawić słodyczy! ― zawołał.

 

Volant już więcej mówić nie chciał; z wolna wstał z kanapy Scarlatti... zadumany... Można 

było przewidzieć, że zmuszony ulegnąć zachowa w sercu na zawsze uczucie mściwe i przebłagać 
się nie da. Francuzowi szło tylko o lekcje.
 

Włoch kazał sobie podać wody, napił się, ostygł trochę.

 

― Waćpan ― rzekł do Volantiego ― załataj tę sprawę, która cała jest twoją winą. Dasz mi 

znać, gdy ozdrowieje, a gdy przyjdę na lekcję znowu, żeby mi o niczym mowy ani wspomnienia nie 

background image

było.
 

Z tym wyszedł. Francuz odetchnął lżej, spodziewając się, że cała ta scena żadnych za sobą 

skutków złych nie pociągnie. Miał księżnę w odwodzie, a Dziwulską spodziewał się ułagodzić i 
uspokoić. Zdawało mu się, że Marynce prędko przejdzie ów paroksyzm nerwowy i ― pa- mięć 
tego wypadku. Tymczasem doktor nakazał pójść do łóżka i zalecił kilka dni spokoju. Dziwulska, 
siedząc przy chorej, ani o lekcjach, ani o niczym słyszeć nie chciała; mówiła tylko o powrocie do 
Berezówki.
 

Wypadkiem tegoż dnia nad wieczór przybyła Zosiczowa, dowiedziała się o chorobie i jej 

przyczynie i nie bawiąc tu długo, pobiegła o tym księżnie oznajmić.
 

Gdy Volanti nadszedł do niej, uwiadomiona już o wszystkim pani wpadła na niego z 

wymówkami i nakazem, ażeby Scarlattiego precz odpędził.
 

― Ja tego uczynić nie mogę! ― zawołał Volanti ― nie zastąpi go nikt... cała przyszłość jej 

od niego zależy...
 

Wymówek tych księżna słuchać nie chciała.

 

― Raz potrzeba skończyć z tym nieznośnym despotą! ― zawołała ― raz potrzeba od niego 

uwolnić niewinne ofiary... precz że Scarlattim!
 

Volanti, znając upór swej protektorki, zamilkł. Walczyć z nią nie mógł. W czasie obiadu 

księżna Teofania, nie mogąc się uspokoić, układała plany zemsty.
 

Od lat dwóch znajdował się w stolicy młody Włoch, także nauczyciel śpiewu, mediolańczyk 

Corso. Scarlatti nazywał go nieukiem, wyśmiewał go, i biedny chłopiec zaledwie tam znaleźć mógł 
zajęcie, gdzie wpływ starego dziwaka nie dochodził. Księżna znała go i słyszała o nim.
 

Po obiedzie, nie wdając się już w spór z Volantim, wydała rozkaz:

 

― Napiszesz list do Scarlattiego, dziękując mu za lekcje... ja postaram się o to, aby i inne 

potracił... Jutro proszę przysłać Corsa...
 

Błagającym wzrokiem rzucił na księżnę Volanti.

 

― Wymagam tego ― rzekła stanowczo ― dziewczę ma tyle talentu, że nawet mierny 

nauczyciel jej starczy... Corso... się wyrobi. Proszę mi go przysłać jutro.
 

Włoch miał wszystko za szczęśliwie ukończone i poczynał już ze złośliwością sobie 

właściwą opowiadać na swój sposób, jaką dał naukę uczennicy, gdy odebrał list od Volantiego. Nie 
domyślał się w nim nic więcej nad oznajmienie, iż Marynka ozdrowiała ― i przebiegłszy go 
oczyma, zrazu nie mógł go zrozumieć. Był z Francuzem w najlepszych stosunkach, przewodził nad 
nim, rządził nim, sądząc się nieodzownie potrzebnym.
 

List był jakby od kogoś obcego, ceremonialnie wystylizowany, bez podpisu.

 

„Dyrektor teatru, pan Volanti, ma honor zawiadomić pana Girolama Scarlattiego, iż z  

powodu słabości uczennicy lekcje śpiewu zostają zawieszone do czasu nieoznaczonego”.
 

Znaczyło to odprawę. Scarlatti list podarł w kawałki. Był wściekły.

 

Tegoż dnia córka generała W. i panna hrabianka R. odsyłając Scarlattiemu należność za 

lekcje oświadczyły, że ich nadal potrzebować nie będą.
 

Włoch pobladł.

 

Był nadto dumny, aby się mógł upokorzyć; czuł się jeszcze dosyć silnym, by się pomścić. W 

teatrze nie grała wieczorem Lacerti, a gdy nie była zajęta, przyjmowała zawsze u siebie mnogich 
wielbicieli. W saloniku jej na drugim piętrze, ale przy jednej z najpierwszych ulic miasta, nigdy 
pusto nie bywało. Lacerti nie zamykała drzwi przed nikim; dawni znajomi nowych jej 
przyprowadzali.
 

Dziwny był ton towarzystwa i sam sposób przyjmowania, czasem aż nadto zbytkowy, 

częściej ograniczający się herbatą bez żadnych dodatków. Wojskowi, cywilni, urzędnicy, artyści, 
bogaci kupcy, młodzi panicze roili się wokoło pięknej Włoszki, która na raz kilku intrygom 
stawiała śmiało czoło i ze wszystkich dla siebie umiała wyciągnąć korzyści.
 

Scarlatti bardzo rzadkim tu bywał gościem. Ukazanie się jego witała zawsze Lacerti z 

nadzwyczajną radością, dając mu pierwsze miejsce, rozpadając się nad mistrzem swoim.
 

W progu już, gdy biegła na jego spotkanie, spostrzegła Włoszka na twarzy maestra wyraz, 

jakiego w życiu na niej nie widziała. Nie gniew i zniecierpliwienie zwykłe, lecz spotęgowana i 

background image

zlodowaciała złość zionęła z bladej jego twarzy. Me zważając na gości, odszedł z gospodynią na 
bok.
 

― Co myślicie? ― zawołał z szatańskim uśmiechem. ― Starego Scarlattiego pozbywają 

się! Staremu Scarlattiemu dają odprawę! Na nic się nie zdał! Cha! cha! Inwalid!
 

Lacerti nie zrozumiała.

 

― Volanti mnie nie potrzebuje... bo jego faworytka udała omdlenie, aby się mnie pozbyć. 

Rozpuszczono wieści, że ja przy lekcjach łaję i biję. Generałówna... hrabianka... pięć uczennic 
podziękowało!
 

Włoszka słuchała z uwagą, na twarzy jej radość promieniała.

 

― To robota tej starej emaliowanej lalki, księżny Teofanii. Wydają nam wojnę; alboż się 

wy jej ulęknięcie? Wiecie, jak ten zapalony muzyk i kompozytor, książę Agaton, nienawidzi 
księżny? On weźmie stronę waszą.
 

Scarlatti wolałby był nie być zmuszonym do walki, lecz nie chciał się też uznać 

zwyciężonym. Lacerti rada była wojnie.
 

― Wiesz ― dodała żywo ― książę Agaton dość mnie lubi. Śpiewam nieznośne jego 

piosenki, których nikt nie chce. Jutro dam go wam za sprzymierzeńca. Volantiego nie cierpi, bo 
opery jego (niestety! do czego ona podobna!) wystawić nie chciał. Przeciw księżnie i jemu stanie 
mój Agaton i jego zastępcy. Zobaczymy, kto wygra...
 

Scarlatti, nic nie mówiąc, patrzał na nią.

 

― Nie jest że to podłe? ― począł po chwili ― nik- czemne, niegodne? Mnie, któremu on 

winien tyle, wypowiedzieć lekcje, rozgłosić jako zbója!
 

― Maestro mój! pomścimy się! o! zobaczysz! ― klasnęła w ręce. ― Ja tak wojnę lubię!

 

Objęła go za szyję przy wszystkich i pocałowała w oba policzki.

 

― Maestro! każę podać szampana, wypijemy zdrowie twoje, a śmierć i zatratę twym 

nieprzyjaciołom...
 

I Lacerti już biegła do gabinetu, w którym matka gospodarowała, aby kazać przynieść 

szampana.
 

― Panowie! ― zawołała, podnosząc kieliszek do góry ― piję za zdrowie mojego 

uwielbianego maestra, niezrównanego Scarlattiego! Kto przyjacielem moim, wychyli ze mną... 
śmierć jego nieprzyjaciołom!
 

Nie pytając o wyjaśnienie tej zagadki, całe towarzystwo ryknęło wielkim chórem za piękną 

Włoszką:
 

― Śmierć wrogom Scarlattiego!... Włoch uśmiechnął się dziękując.

 

Tymczasem z ust do ust chodziło opowiadanie, ułożone przez piękną gosposię, o kochance 

Volantiego, mieszkającej z nim pod jednym dachem, nędznej dziewczyninie, wydobytej gdzieś z 
kałuży, bez talentu, bez głosu, niepięknej nawet, która nad zużytym dyrektorem taką uzyskała 
władzę, iż z nim robiła, rzucała nim, jak chciała.
 

W ustach Włoszki historyjka ta, kolorowana jaskrawo, nabierała ostrego smaku i puszczona 

w obieg, obiecywała nazajutrz, przyszyta do prześladowania, jakiemu uległ Scarlatti, stać się plotką 
brukową. Wmieszała w nią 'księżnę zdziecinniałą, Volantiego, oczekującego ją, awanturnicę 
przywiezioną ze wsi i ofiarę niewinną, ubóstwianego maestra!
 

Wieczór ożywiony tą nowością i szampanem rozpoczął się huczno i świetnie... ale Scarlatti 

niedługo w nim uczestniczył... Małą dla niego było pociechą to wszystko, czuł, że raz strącony z 
piedestału, na którym okadzany i wielbiony stał tak długo, już na dawne swe stanowisko powrócić 
nie potrafi.
 

Marynka leżała chora, starała się dla uspokojenia matki wstać jak najprędzej i nie dać 

poznać, ile cierpiała, lecz siły ją opuściły, a obawa powrotu lekcji Scarlattiego nie dawała 
spoczynku. Matka i ona uradowały się niezmiernie, gdy Volanti zapowiedział im, iż nowy 
nauczyciel śpiewu już został umówiony, ale nie przyjdzie, aż uczennica siły zupełnie odzyska.
 

Dziwulska była mu serdecznie wdzięczna.

 

Po tygodniu cierpienia dziewczę wstało osłabione, nadrabiając wesołością sztuczną i 

biegając znowu po pokojach dla matki. Blada twarzyczka nosiła jeszcze na sobie oznaki 

background image

cierpienia...
 

Dziwulska, która od przybycia do stolicy na chwilę nie mogła spocząć, gryzła się i męczyła 

życiem nowym; po wstrząśnięciu, jakiego doznała teraz, zasłabła... Marynka zmusiła ją położyć się 
i zasiadła na straży.. O lekcjach śpiewu mowy nie było, doktor przychodził codziennie i co dzień 
nowe przepisywał leki. Francuz po kilka razy na dzień dowiadywał się, niespokojny, co się dzieje z 
Dziwulska?
 

Nie skarżyła się ona, lecz widocznie coraz gorzej jej było... Marynka słyszała ją przez sen 

jakby z gorączki mówiącą płaczliwie:
 

― Po cóż? po cóż było nam wyjeżdżać z Berezówki?

 

Wstała wreszcie i Dziwulska z łóżka, milcząca, zmizerowana, ale z rezygnacją pobożną. 

Zaczęła znowu krzątać się około domu. Volanti przypomniał, że lekcje przerwane na nowo 
rozpocząć potrzeba.
 

KONIEC TOMU PIERWSZEGO

 

background image

 

TOM DRUGI

 

Nowy maestro, signor Corso, któremu protegująca go księżna kazała przemienić nazwisko 

na lepiej brzmiące Corsini, wcale był do odprawionego Scarlattiego niepodobny. Nie miał ani nauki 
jego, ani doświadczenia, lecz najgorętsze pragnienie dobicia się wziętości. Szczęście mu się 
uśmiechało, księżna gorliwie zajmować się obiecywała losem jego, aby się pomścić na Scarlattim, 
uczennica, którą mu dawano, obdarzona cudnym głosem, mogła od razu zrobić sławę.
 

Corso-Corsini więcej miał przebiegłości i zręczności może niż talentu, choć i na tym mu nie 

zbywało. Kochał sztukę, lecz więcej nad nią siebie i przyszłość swoją. O ile Scarlatti grzeszył 
zarozumiałością i pychą, ten mógł powolnością zbytnią być szkodliwym.
 

Piękny bardzo mężczyzna, młody jeszcze, umiejący się zaprezentować z pewną swobodą, 

zawsze ubrany starannie i aż do zbytku świecąco, lubiący pierścionki, łańcuszki, guziki i szpilki, 
bywał Corsini podobnym do artysty małego teatrzyku i mówiono, że od tego zawód swój poczynał.
 

Piękny głos, baryton, i znajomość muzyki, której go stryj, z powołania muzyk, za młodu 

gorliwie uczył, najprzód go popchnęły na deski, a gdy tam niezbyt mu się wiodło, na nauczyciela. 
Zrobiono mu nadzieję, że w sto- licy jako profesor śpiewu dobić się może fortuny; przybył tu, lecz 
dotąd nie wiodło mu się.
 

Przypadek nagle, pierwszy raz dozwalał mu nareszcie mieć nadzieję polepszenia losu. Z 

całą więc gorliwością biedaka, który widzi przed sobą światełko, Corsini postanowił się oddać swej 
uczennicy.
 

Jej wykształcenie stanowiło o jego losie.

 

Wprowadzony przez Volantiego, gdy obie kobiety trochę do zdrowia przyszły, Corsini 

starał się być aż do przesady łagodnym i grzecznym.
 

Głos Marynki znalazł tak pięknym, tak czystym, iż przeszedł wszystkie jego nadzieje. 

Dziewczę chciało dalej ciągnąć ćwiczenia i solfedżia, czemu się Corsini nie sprzeciwił, lecz razem 
dla urozmaicenia lekcyj połowę ich chciał poświęcić próbom łatwiejszych arii z oper.
 

Było to może za wcześnym ustępstwem, lecz pochlebiało dziewczęciu, dawało nadzieję 

skrócenia tego nowicjatu, który obu kobietom ciążył nieznośnie.
 

Tęsknota za wsią, za swobodą dawną, za spoczynkiem, niepokój jakiś o przyszłość je trapił.

 

Z Berezówki przychodziły od majora wiadomości dosyć rzadko, bo Kulwisz nie lubiał pisać 

i nie bardzo umiał prowadzić korespondencję z kobietami. Juraś nie miał odwagi, pisał w 
zastępstwie wuja ceremonialnie i sucho. Pomimo że w listach tych mało co było, Marynka czytała 
je chciwie, a obie po niewieściemu płakały nad nimi.
 

W Berezówce szło wszystko bardzo dobrze. Juraś zawiadamiał o zdrowiu i życiu 

ulubionych stworzeń pozostałych pod jego opieką, potem o ogródku.
 

Wspomnienia tych miejsc, w których przy biedzie i niedostatku tak im dobrze było w 

porównaniu do teraźniejszego stanu, przykrzejszym jeszcze czyniły położenie obecne.
 

W istocie życie było ciężkie dla matki, która widziała, jak Marynka w tej atmosferze 

miejskiej zamiast się rozwijać bladła i mizerniała, dla córki, która na jej twarzy czytała też 
znużenie, wyczerpanie i piętno cierpienia.
 

Po całych dniach przesiadywały same, jeżeli Zosiczowa ich nie odwiedziła. Marynka miała 

tak wiele do uczenia się, ćwiczenia, pisania, iż ledwie czas znalazła, by odetchnąć, matka musiała 
pilnować kuchni, czuwać nad sługą, zajmować się domem, na którego utrzymanie to, co dawał 
Volanti, zaledwie mogło wystarczyć. Prosić go o więcej duma nie pozwalała. Z Berezówki nie 
mogły się nic spodziewać, bo major, przekonany, że im nic nie było potrzeba, spłacał dłużki 
powoli.

background image

 

Z pewnego względu z Corsinim było lepiej, ale utrapiony Włoch, gorączka wielka, co 

prędzej pragnął dokończyć wykształcenia muzykalnego, które zaledwie było poczęte, zamęczał 
więc, choć bardzo grzecznie, swą uczennicę.
 

Zamiast godziny, lekcje się przeciągały po dwie i więcej; Corsini poddawał myśli coraz 

nowe, zachęcał, a na siły nie zważał wcale i nie rachował się z nimi.
 

Postępy były uderzające, wielkie, ale tak wyczerpywały siły, że Marynka na piersi chorować 

i pokaszliwać zaczęła.
 

Poskarżono się delikatnie przed Volantim, który ze strachu sprowadził doktora...Ten znalazł 

trochę znużenia i rozproszył obawy.
 

Z małą więc ulgą lekcje szły swym trybem, a że Corsini umiał zagrzać uczennicę, połechtać 

jej miłość własną, sama rwała się do nauki. Matka często wieczorem gwałtem ją od niej odrywać 
musiała.
 

Całą rozrywką młodego dziewczęcia był teatr, na którym mogła bywać niemal codziennie. 

Mieszkały w bliskości, przejść do niego mogły pieszo, a miejsce w loży parterowej miały zawsze. 
Stara Dziwulska szła tam dla towarzystwa córki, zmęczona, często drzemiąca. Widowi- sko 
obchodziło ją bardzo mało, znajdowała je czasem niezbyt przyzwoitym, rumieniła się i uwagę córki 
od niego starała się odwrócić, Marynkę, przeciwnie, żywo zajmowało wszystko, uczyła się tego, jak 
występować miała, jak nie była powinna.
 

Na tę rolę tak nieuprawną, świeżą, a pełną sił w niej ukrytych padały wrażenia jak ziarna i 

wyrastały potem" bujno. Spowiadać się z nich i żądać objaśnienia nie miała u kogo, rzadko spytała 
o coś Volantiego, sama snuła z widzianych przykładów wnioski, niekiedy trafne, często fałszywe.
 

W umyśle tysiąc sprzeczności rozbijało się o siebie i walczyło.

 

W wieku Marynki teorie nie służą do niczego, lecz praktyka uczy wiele, najlepiej. Instynkt 

naprowadza na drogi niewyrozumowane, lecz często najprostsze i do celu wiodące.
 

W początkach... co najjaskrawsze, co najgłośniejsze, co najdobitniejsze wzbudzało w niej 

entuzjazm największy; powoli zaczęła przeczuwać, że prawdziwe piękno musiało być spokojniej, 
uroczyściej, skromniej pięknym. Rozumiała odcienie, oceniała wyraz, rozróżniała pojęcia i 
wcielenia jednej roli.
 

Na scenie słyszała i widywała Laurę Lacerti, zawsze niesłychanie wystrojoną, fałszywymi i 

prawdziwymi brylantami okrytą, w sukniach kosztownych i niekoniecznie charakterowi ról 
odpowiadających, piękną, zalotną, czyniącą wrażenie ogromne, wywoływaną i obrzucaną 
wieńcami.
 

Podobała się jej z początku i niemal zazdrościła tego blasku, którym olśniewała; powoli 

jednak urok ten prysnął. Śpiew się jej wydawał krzykliwym, przesadzonym, a bez czucia, 
dramatyczna gra fałszywą. Raziło ją coś w niej, z czego sobie sama zdać sprawy nie mogła.
 

Skończyła na tym, że sobie powiedziała, iż taką by być nie chciała, ale razem na myśl jej 

przyszło, że taką może być potrzeba, ażeby zyskać oklaski. Zuchwałą, narzucającą się, przesadzoną.
 

Czuła jednak, że dla największego powodzenia natury swej zwyciężyć by nie mogła i kłamu 

zadać instynktowi, który jej piękno wskazywał.
 

Loża, w której siadywała zawsze matka z córką, tak była wybraną, ażeby mało widziane być 

mogły. Nie zwracały też oczu na siebie ani ubiorem, ani obejściem się, Marynka starannie się z 
sobą ukrywała.
 

Zza kulis tylko i zza zapuszczonej kurtyny przez owo okienko, w którym czasu antraktów 

zawsze tkwi oko jakieś, dobrze i lożę, i siedzące w niej dziewczę oglądać było można. Stąd już się 
jej przypatrywała chciwie, ze złością Lacerti i lubiła ją pokazywać rojącym się za kulisami 
miłośnikom sztuki, a więcej jeszcze artystek.
 

Młodzież i wyłysiali a niepoprawni wielbiciele zakulisowych bóstw zbierali się tu często nie 

dla jednej Lacerti. Divie solą w oku było, że dotąd życia swej przyszłej rywalce zatruć nie mogła.
 

Plotka puszczona, że była kochanką Volantiego, nie znalazła wiary. Protekcja księżny już 

jej kłam zadawała. To, że odprawiony Scarlatti żadnej przyszłości nie wróżył Marynce, niewiele jej 
szkodziło. Trzeba było jakimś podstępem, intrygą i naukę przerwać, i spokój zamącić.
 

Lacerti namyślała się długo. Do wielbicieli jej dawnych, lecz zupełnie ostygłych (czego mu 

background image

darować nie mogła), należał jeden z attachès poselstwa francuskiego, baron de Percival.
 

Był to człowiek bardzo majętny, przez próżność i fantazję trzymający się dyplomacji, 

mający znaczenie i stosunki wielkie. Baron de Percival zbliżał się już do czterdziestki, był bardzo 
pięknie łysy, ale twarz miał klasycznych rysów, świeżą i niby młodą. Udawał też młodego do 
złudzenia. Wielki pan, w całym słowa tego znaczeniu, obyczaje miał paryskiego bruku złotej 
młodzieży.
 

Trzymał konie, miał salon, bywał w najpierwszych towarzystwach, a niezmierną 

zręcznością w obejściu się imponował i daleko był może wyżej oceniany, niż zasługiwał.
 

Słynął Percival z donżuaństwa po salonach i w różnych towarzystwa sferach.

 

Była chwila, gdy Lacerti uczyniła na nim niezwyciężone wrażenie. Całe miasto wiedziało, 

że u niej przesiadywał, towarzyszył jej, obdarzał bardzo szczodrze... Wszystko to niedługo trwało... 
Namiętność nagle ostygła.
 

Przyjaciołom opowiadał baron, że Laura była trop commune i ― un peu canaille, dodawał 

po cichu.
 

Została mu jednak jakaś słabostka dla niej. Czasem do niej przychodził, gdy był znudzony, 

niekiedy ona go eksploatowała, gdy jej innych źródeł zabrakło.
 

Jednego dnia baron był właśnie za kulisami, Lacerti okryta szubką przechadzała się z nim za 

zasłoną. Nagle zatrzymała się i zaśmiała.
 

― Zestarzałeś się, baronie ― rzekła. ― Jakże to być może, abyś ty ścierpiał tuż pod nosem 

wiejską, świeżuchną niewinność, którą zazdrosny Volanti chowa dla siebie ― i żebyś nie próbował 
nawet jej zbałamucić?
 

― Słyszałem o niej, ale na to dosyć jest czasu ― odparł Percival.

 

― Tak, gdy straci tę woń wiejską... i świeżość, której wy jesteście tak łakomi ― szepnęła 

Laura, zbliżając się do opróżnionego właśnie otworu w kurtynie.
 

― Patrzże, baronie ― dodała, podsuwając mu swoją lornetkę ― ot, tam, w loży, za 

parawanikiem, ta blada...
 

Baron od niechcenia wziął lornetkę, skierował ją i długo, milczący się przyglądał.

 

Lacerti wiedziała, że go ta blada i zmizerowana młodość z pewnością zaciekawi... że zechce 

ją poznać, że się wciśnie do domu... i... dalej już ona snuć z tego coś miała...
 

Wiedziała i o tym, że jednemu baronowi Percivalowi dyrektor, gdyby od niego zażądał tego 

wprowadzenia do Dziwulskich, odmówić nie potrafi. Volanti potrzebował i obawiał się razem 
barona, który mógł mu szkodzić przez swe stosunki, a dotąd nimi pomagał. W salonach stolicy była 
to wyrocznia.
 

Lacerti drżała, czekając, jakie widok Marynki zrobi na nim wrażenie, lecz baron, gdy chciał, 

był nieprzenikniony. Nikt z twarzy dyplomaty nic nie mógł wyczytać.
 

Na ten raz chłód rozlany na niej dozwalał się tylko domyślać, że może się z doznanym 

wrażeniem zdradzać nie chciał.
 

― A cóż? ― zapytała Lacerti. Percival ruszył brwiami i ustami.

 

― Nie masz się co lękać rywalki ― rzekł do niej ― chybaby miała głos Nilson lub Patti... 

inaczej... trudno, by uczyniła wrażenie. Wygląda jak trochę przywiędły fiołek...
 

Porównanie, choć pochlebne, nie podobało się Laurze, zagryzła usta.

 

― I baron nie jesteś ciekawy woni tego kwiatuszka? ― spytała złośliwie.

 

― Rzekłaś, moja piękna divo! ― westchnął baron ― widocznie się starzeję! Tak! nie 

jestem ciekawy...
 

Wielkie swe, czarne, ogniste oczy utopiła w nim Laura, chcąc dobyć z duszy, czy kłamał, 

czy mówił prawdę. Francuz się nie zdradził.
 

Odeszła nadąsana.

 

Co się tyczy barona, zaskoczyło go to w chwili wyczerpania i apatii. Widok Marynki nie 

uczynił na nim wrażenia żadnego, ale ciekawość podrażnił. Percival był w tym wieku i 
usposobieniu, gdy dla obudzenia apetytu półmiski asafetydą nacierają.
 

Nie czuł w tej biednej dziewczyninie nic, co by go skusić mogło ― lecz chciał bliżej ją 

poznać. Zaintrygowany był tym, że Volanti sobie ze wsi zamówił taką nowość i krył ją przed 

background image

oczyma wszystkich...
 

Gdy kurtyna zapadła, a Volanti miał jeszcze jechać do księżny, Percival pochwycił go w 

ulicy i wziął pod rękę poufale.
 

― Jedziemy razem na małą wieczerzę, we dwu? nieprawdaż?

 

Francuz rad by się był wymówić.

 

― Do księżny ci spieszno! Ale raz się spóźnić możesz, lub nawet nie przybyć, jutro 

będziesz pożądańszym... Ja zaś gotowym winę wziąć na siebie.
 

Volanti się zaklął, że chciał do domu powracać. Prawie gwałtem baron go wsadził do 

powozu i zawiózł do jednej z pierwszych restauracyj.
 

Wieczerza obu ożywiła.

 

― Słuchaj no ― kładąc mu rękę na ramieniu, odezwał się do niego baron. ― Masz jakąś 

kochankę, o której wie całe miasto, a jej nie widziałem. Co to jest?
 

Volanti aż podskoczył na krześle.

 

― Mylisz się, baronie ― zawołał. ― Co to są te niepoczciwe języki miejskie! Nie mam 

żadnej kochanki i niech mnie Bóg od tego broni, abym kiedy znów popadł w tę chorobę. To, co 
nazywają potwarczo moją kochanką, jest biedne, ubogie dziewczę, bardzo dobrego rodu, uczciwe, 
skromne, a mające wielką artystyczną przyszłość przed sobą.
 

Baron śmiać się zaczął.

 

― Mówisz z takim zapałem o niej, że się w podejrzenie podajesz! ― zawołał. ― Dajże 

pokój... ja cię nie zdradzę.
 

Volanti zaklął się na honor. Z twarzy jego widać było, że nie kłamał. Baron spoważniał.

 

― Wiesz ― rzekł ― budzisz we mnie ciekawość. Jesteśmy przyjaciółmi czy nie?

 

Volanti wybąknął coś pośpiesznie, tłumacząc się.

 

― Więc jeśli przyjaciółmi jesteśmy ― dodał baron ― ja nalegam na to, abyś, dla mnie 

czyniąc wyjątek, pokazał mi to cudo.
 

Francuz tłumaczyć się znowu począł, że to jest niepodobieństwem, że kobiety te nikogo nie 

przyjmują, że je zostawi w pokoju... itd.
 

Wszystkiego tego ani chciał słuchać Percival...

 

― Wymagam tego dowodu przyjaźni i zaufania ― powtarzał.

 

Volanti był w największym kłopocie. Baron zaczynał sprawę brać na serio.

 

Zerwać z nim nie chciał za nic Volanti, musiał więc, wymawiając się, zdać to na same 

kobiety, nie przyrzekając nic i nie odmawiając, dowodząc, że musiał je przygotować itd. Miał 
nadzieję, że baron zapomni o tym może i że w odwłokę puszczona rzecz żadnych następstw nie 
będzie miała.
 

Pożegnali się potem, a Percival przy rozstaniu dodał z naciskiem:

 

― Pamiętaj, że to za dowód przyjaźni i zaufania uważać będę... C'est à prendre ou à 

laisser.
 

Dla Volantiego, który znał fantazje barona, uganiającego się za nowościami, za zadaniami 

trudnymi, wprowadzenie do domu Dziwulskiej było nie tylko niemiłym, lecz groźnym.
 

Taki tysiąc postaci umiejący przybierać donżuan obok naiwnego i nie przeczuwającego nic 

złego dziewczątka!
 

Mało go obchodził los Marynki może, lecz musiał jej strzec dla przyszłości, dla głosu, dla 

tego, co przez nią mógł zarobić.
 

Powróciwszy do domu późno, Volanti powiedział sobie stanowczo:

 

― Za nic w świecie!

 

Nie domyślał się w tym jeszcze podszczucia Laury, ale był niespokojny. ― Będę zwłóczył 

― wymawiał się ― Percival o tym zapomni.
 

Corsini z nieostygającą gorliwością ciągnął dalej naukę śpiewu, uszczęśliwiony swą 

uczennicą. Nie miał dosyć wyrazów na pochwały. Sławił już nie głos jej nieporównany, ale instynkt 
i talent nadzwyczajny, odgadywanie umiejętności takie, jak gdyby ją tylko zapomnianą 
przypominać sobie potrzebowała.
 

Niekiedy Volanti wciskał się w czasie lekcyj, i on był zachwycony. Nauka języków szła też 

background image

z łatwością. Francuszczyzna wyniesiona z domu ułatwiała język włoski. Oprócz tego Marynka 
pożerała książki, które ją wtajemniczyć mogły w zagadnienia dramatycznej sztuki.
 

Umysł jej rozwijał się nieprawidłowo, niesystematycznie, lecz z żywością i potęgą 

zdumiewającą.
 

Zarazem i powierzchowność jej uległa zmianie powolniejszej, ale stanowczej.

 

Straciła świeżość wiejską, pobladła, a zarazem urosła, rozwinęła się i twarz nabrała wyrazu. 

Nie była piękną, lecz mówiła o inteligencji, nęciła smutkiem jakimś głębokim, powagą nad wiek. 
Miała też dar podobania się, to coś, czego nie daje sama rysów doskonałość, ale co wyciska na 
obliczu dusza.
 

Nie można było spojrzeć na nią i nie zapamiętać jej twarzy, nie chcieć się jej przypatrzyć, 

nie być nią podrażnionym jako zagadką. Temu wrażeniu nie obronił się ani Corsini, który, nie 
przyznając się sam przed sobą, kochał się już w uczennicy, ani Volanti nawet, który gniewał się na 
siebie za pewną czułość niepotrzebną. Dochodziła ona do tego, że Marynki najmniejsze życzenie 
było dla niego rozkazem.
 

Francuz ani przypuszczał nawet, żeby nie mógł ― kochać, lecz... przyznawał się i miał dla 

niej ― uczucie niemal ojcowskie.
 

W domu w sposób jakiś nieokreślony z wolna tak się ułożyło, że Marynka wszystkim 

rozporządzała. Dziwulska ciągle nieśpiąca, wiedząc, że się na córkę spuścić może, zdawała na nią 
wszystko. Ledwie wychodziła do salonu. Niemym i zadumanym świadkiem siadywała na kanapie, 
nie słysząc nic i nie widząc. Myślami była gdzie indziej. Mało kto mógł dostrzec, że biedna kobieta, 
znużona życiem, wyczerpana, upadała pod ciężarem i z wolna gasła w oczach. Nie była chorą, 
dogorywała nieznacznie.
 

Marynka nie widziała tego, a bardziej przypuścić nie chciała myśli niebezpieczeństwa. Gdy 

Dziwulska dnia którego czuła się gorzej, pieściła ją, dogadzała, wstrzymywała się nawet od 
śpiewania, aby mogła spocząć.
 

Lecz stara natychmiast zaczynała nalegać, prosić, w końcu nakazywała, aby dla niej lekcji 

nie opuszczać.
 

I tak się to ciągnęło.

 

Dwa czy trzy razy baron zagadnął ostro Volantiego o wprowadzenie go do... tych pań; 

wytłumaczył się Francuz, że matka była chora, a sama nie przyjmowała nigdy nikogo.
 

Ukrywanie to drażniło Francuza, a Lacerti, przed którą się wygadał, iż tam będzie, 

prześladowała go pytaniami, wyśmiewając jego bojaźliwość i niezręczność.
 

Baron się namyślał.

 

Zdaje się, że o tym skarbie musiał mieć wyobrażenie wcale różne od rzeczywistości, że 

sobie wystawiał płoche dziewczę, bez wychowania, do którego wstęp, choćby przebojem, mógł być 
uzyskany łatwo.
 

Odosobnienie przypisywał Francuz nie woli dziewczęcia, ale zazdrości dyrektora.

 

Wypatrzywszy więc chwilę, gdy Volanti był zatrudniony, a w loży parterowej widząc 

Marynkę z matką, wprost przekupił kobietę mającą klucz, aby mu otworzyła.
 

Trafiało się już parę razy, że jakieś panie i panów nieznanych w braku miejsc innych 

wpuszczano do loży Marynki. Wejście barona nie było niczym nadzwyczajnym, dziewczę 
odwróciło się, spojrzało ledwie i zajęło się teatrem.
 

Percival stał trochę zmieszany, nie wiedząc jeszcze, co pocznie. Siadł potem na krzesełku za 

kobietami i przypatrując się im, namyślał, jak ma zapoznać.
 

Marynka już ani się oglądała na niego... cała sceną i śpiewem opanowana. Dziwulska 

obwinięta chustką zdawała się drzemać. Baron więc czekał antraktu, a tymczasem robił 
postrzeżenia nad kobietami, które miał przed sobą. Znajdował je dziwnie bez pretensji poubierane i 
wcale nieeleganckie. Piękna kibić Marynki, mała jej rączka okryta rękawiczką używaną, strój 
niemodny i ubogi, wszystko oko Percivala ściągało ― i było mu niewytłumaczone.
 

Mówił sobie, że to była chyba chryzalida, która jeszcze nie miała czasu się rozwinąć. Lecz... 

przed oczyma tyle rówieśniczek, tyle sobie podobnych dobijających się, aby zwróciły oko, skądże 
taka obojętność?

background image

 

I to było mu niezrozumiałe.

 

Kurtyna zapadła, Marynka powstała, zwróciła się do matki, zaczęła jej coś szeptać i jakby 

nikogo w loży nie było, poprawiła na niej chustkę, zajęła się nią, nie widząc barona.
 

Pozostawało mu jedno z dwojga, albo się po cichu usunąć, lub szturm przypuścić.

 

Zdecydował się na ostatnie.

 

Z wielką i wyszukaną grzecznością zbliżył się do tych pań i zaprezentował im jako dobry, 

stary przyjaciel Volantiego, który z mocy poufałych z nim stosunków pozwolił sobie wnijść do 
loży, a raz się tu znalazłszy, nie mógł się wstrzymać, aby im nie złożyć uszanowania.
 

To przedstawienie się, jakkolwiek trochę dziwne, wspomnienie nazwiska dyrektora, które 

powinno było (zdaniem barona) choć rumieniec wywołać na twarz... nie zrobiły prawie żadnego 
wrażenia.
 

Dziwulska uśmiechnęła się obojętnie, Marynka, dumnie potrząsnąwszy główką, nawet nic 

nie odpowiedziała.
 

Baron pierwszy raz teraz oglądał ją z bliska i znalazł tak niepodobną do tego, czym sobie 

wyobrażał, tak zimną, tak pewną siebie, tak obojętnie dumną, że przy całej swej znajomości ludzi i 
świata zakłopotał się, jak dalej prowadzić rozmowę.
 

Śmiałym wzrokiem zmierzywszy go, Marynka czekała, co dalej powie. Dziwulska, 

rozbudzona, czuła się w obowiązku zastąpić córkę w przyjęciu natrętnego gościa.
 

― Paniom musi wielce dolegać to osamotnienie ich, bo słyszałem, że... dotąd żadnych 

znajomości nie ułatwił im Volanti. Bez ludzi można umrzeć z nudów... ― rzekł baron.
 

― Myśmy też ― odparła z prostotą Dziwulska ― nie przybyły tu dla zabaw i roztargnienia. 

Córka moja uczy się śpiewu, jak zapewne panu wiadomo, mamy zajęcia wiele, a do samotności i na 
wsi byłyśmy przywykłe.
 

Baron, mówiąc z matką, patrzał ciągle na córkę, lecz śmiałe wejrzenia jego, które by inną 

zmieszały, wcale zdawały się jej nie trwożyć. Siedziała nieporuszona i nieulękniona.
 

― W mieście wiele już mówią o pięknym głosie... ― dodał baron.

 

― Trochę za wcześnie ― odpowiedziała Dziwulska. Marynka milczała uparcie.

 

― Byłem tak zaintrygowany tym, co zewsząd słyszałem o talencie córki pani ― rzekł baron 

― żem usilnie prosił mojego przyjaciela Volantiego, aby mi pozwolił zrobić z nimi znajomość.
 

― Córka moja nie śpiewa jeszcze ― dorzuciła Dziwulska.

 

Uparte milczenie niewzruszonego dziewczęcia zaczynało już niecierpliwić barona, który na 

próżno łamał głowę, jak by tę zbyt poważną rozmowę zmienić na żartobliwą, gdy drzwi loży się 
otworzyły i wpadł uwiadomiony o wtargnięciu barona Volanti.
 

Twarz jego pałała próżno tłumionym gniewem, skłonił się kobietom z wielkim 

uszanowaniem, objął rzutem oka rozmawiających; aby odgadnąć, jak stała ta gwałtem zrobiona 
znajomość i ― usiadł uspokojony. Baron nie mieszał się łatwo.
 

― Widzisz, kochany dyrektorze ― rzekł od niechcenia ― że na próżno czekając, abyś był 

łaskaw mi ułatwić znajomość z paniami, musiałem w końcu pójść przebojem.
 

― Panie te ― odparł Volanti śmiało ― nie życzyły sobie w ogóle zawiązywać stosunków. 

Poszedłem za ich rozkazem...
 

Ani Dziwulska, ani Marynka nie zaprzeczyły temu. Położenie barona stawało się przykrym, 

lecz niełatwo się zrzekał tego, co trudnościami zrażało.
 

― To się łatwo tłumaczy ― odparł żywo ― tym, że panie zapewne i nudnych, i niemiłych 

znajomości rade by uniknąć; ale pan, jako opiekun, powinieneś uczynić wybór i nie dać się im tak 
nudzić śmiertelnie.
 

Dziwulska odparła łagodnie:

 

― Ale my nie nudzimy się wcale.

 

― Jakże to być może ― rozśmiał się baron ― to nienaturalnie. Osobie młodej, a tym więcej 

artystce, znajomość świata i ludzi jest potrzebną, konieczną. Młodość wymaga rozrywki... nie godzi 
się jej zamykać na pustyni...
 

Marynka uśmiechnęła się, ale nic nie odpowiedziała. Volanti ruszył ramionami, a Dziwulska 

po namyśle, unikając rozpraw, zamknęła:

background image

 

― Różne są sposoby widzenia... Nasze życie przeszłe nie dozwala nam tak rychło się z 

nowym oswoić. Mamy czas na wszystko.
 

Po małym przestanku baron, wyczerpawszy się, w złym humorze, rzekł obcesowo:

 

― Spodziewam się, że choć panie nie przyjmują nikogo, dla starego przyjaciela Volantiego 

zechcą może uczynić wyjątek... Byłbym bardzo wdzięczen...
 

Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Percival wstał nareszcie ze swobodą człowieka, który 

nie daje się niczym zrazić, wziął za kapelusz, skłonił się i wyszedł z loży, a Volanti tuż za nim...
 

W korytarzu stanęli przeciw siebie oko w oko.

 

― Uczyniłeś mi przykrość, baronie ― rzekł Volanti ― stało się. Spodziewam się jednak, że 

zaspokoiwszy ciekawość, a przekonawszy się, że omyliłeś się w swych domysłach, nie zechcesz 
tym biednym kobietom przymnażać troski.
 

Baron śmiać się począł.

 

― Cóż to ma znaczyć? ― rzekł ― chcesz, żebym się okazał niegrzecznym! Obowiązany 

jestem je odwiedzić.
 

― Dość będzie karty ― rzekł Volanti.

 

― Stanowczo więc jesteś zazdrosny? ― zapytał baron. ― Dziewczę młode i ma w wyrazie 

twarzy wiele wrodzonej dystynkcji, quelque chose de piquant... Pojmuję, że odkrywszy ją, masz 
pierwsze prawa... lecz...
 

Volanti rzucił się gniewnie.

 

― Baronie! ― zawołał ― ja jestem przedsiębiercą, spekuluję na głosach, handluję ludźmi, 

jeśli chcesz... lecz w seduktorstwo się nie wdaję, tam zwłaszcza, gdzie mi ufają i gdzie charakter 
obudzą poszanowanie. Raz na zawsze to oświadczam, a muszę dodać, że jak sam nie bawię się w 
uwodziciela, tak od innych, uwodzić chcących, bronić się czuję obowiązany.
 

― Jesteś dziś w zapale! ― począł baron ― tak, iż stajesz się podejrzanym.

 

Francuz ochłonął,' nie chciał być śmiesznym i barona bał się sobie narazić. Stał się 

grzeczniejszym.
 

― Kochany baronie ― rzekł ― wierzże mi, iż w tym wszystkim dwie tylko rzeczy są 

zainteresowane: kieszeń i honor... Sądzicie o tych kobietach podług tego, do czegoście nawykli w 
wielkich miastach; nie zapominajcież, że to sierota uczciwej rodziny, skromna wieśniaczka, i że... 
coś przecie na świecie poszanować trzeba...
 

― Ale bo, wiesz co, Volanti ― przerwał baron ― cała rozmowa wygląda, jak gdybym ja 

już czyhał na zgubę niewinności. Słowo ci daję, dotąd jestem ciekaw tylko...
 

― I ciekawości nie zaspokoiłeś jeszcze?

 

― Nie... jest podrażniona, nic więcej. Dyrektor się zżymnął.

 

Percival podał mu rękę, spojrzał na niego z politowaniem i poszedł za kulisy.

 

Lacerti, która w czasie antraktu patrzała na lożę, widziała w niej barona, była niezmiernie 

ciekawą, co z niej Percival wyniesie. Po ukończeniu sztuki nie spieszyła z wyjściem, będąc prawie 
pewna, że przyjdzie się jej pochwalić.
 

Tak się stało w istocie. Baron, śmiejąc się, wszedł do jej pokoiku za kulisami, w którym już 

owinięta w fu- terko siedziała piękna Laura, tupiąc nóżkami z niecierpliwości.
 

― A cóż? ― zawołała, porywając się i biegnąc przeciwko niemu.

 

― Kopciuszek! ― odparł baron. ― Nie umiem powiedzieć, czy zostanie nim na wieki, czy 

przemieni się na królewnę. To pewna, że dziś jest niczym więcej, tylko kopciuszkiem.
 

― Zdanie bardzo pochlebne! ― zawołała, oczyma badając, Lacerti. ― A rozmowa?

 

― Ani słowa nie raczyła przemówić do mnie! ― rzekł Francuz. ― Volanti wpadł 

wściekły... gdy właśnie miała się począć rozmowa.
 

― Dałeś więc mu za wygraną? ― szydersko wtrąciła Laura.

 

Percival popatrzał na nią długo i wyraziście.

 

― I pani, co mnie dosyć dobrze znasz, możesz mówić o tym, że ja, nie grając, daję za 

wygraną? ― wybąknął żywo. ― Powinnaś wiedzieć przecież, iż nawet przegrawszy, za wygraną 
nie dałem nigdy... Zawsze coś pozostaje do zdobycia, choćby nienawiść!
 

Wprędce po tym wypadku, który dla Marynki przeszedł prawie niepostrzeżony, nie 

background image

obudziwszy nawet jej ciekawości ― tak była cała wyłącznie swym śpiewem i przyszłością zajęta 
― Volanti przybył z zawiadomieniem, że ponieważ wiosna nadchodzi i wszyscy się wynoszą za 
miasto, on także, mając wiejski domek, zaprasza do niego swe panie, aby świeższym odetchnęły 
powietrzem.
 

Marynce oczy się trochę zalśniły, lecz natychmiast przerwała:

 

― A moje lekcje?

 

― Urządzimy się tak, aby Corsini mógł przyjeżdżać.

 

Dla samej Dziwulskiej, której osłabienie przypisywano miejskiej atmosferze, bo do niej nie 

była przywykła, Marynka pobyt w okolicy podmiejskiej przyjmowała z wielką wdzięcznością.
 

Tam wśród drzew, zieloności, ciszy, przypomnieć się im mogła Berezówka, do której obie 

tak tęskniły. Dziękowano więc Volantiemu, który rad był, że w ten sposób dziewczę na jakiś czas 
od ciekawych oczu skryje i może się od Percivala uwolnić.
 

Willa dyrektora (o czym on nie wspominał), jak mówiono, ofiarowana mu przez księżnę 

Teofanię, stała tuż obok wielkiej i wspaniałej, którą w lecie protektorka Francuza zamieszkiwała.
 

Było to niedogodnym, ale Dziwulska tak dotąd unikała znajomości i towarzystw, iż nawet 

wiedząc o sąsiedztwie, wcale z niego korzystać by nie chciała.
 

Pomimo uprzejmych zaproszeń, jakie Zosiczowa przynosiła często, rzadko się dawały 

skłonić, by z nich korzystać.
 

Dwa ogrody dzielił płot krzewami okryty, a wielkie drzewa domy osłaniały.

 

Volanti dla siebie w przypadku przyjazdu miał mały domeczek szwajcarski na uboczu, o 

dwóch pokojach.
 

Z wielkim pośpiechem, korzystając z coraz piękniejszych dni i wzrastającego gorąca, 

wybierać się zaczęto na tę przyobiecaną willę, Marynka marzyła o czymś uroczym i na chwilkę 
zapomniała nawet o nauce i śpiewie.
 

Matka za to popakowała nuty i książki, pamiętała o wszystkim, czego Marynka potrzebować 

mogła, i uśmiechała się, a ściskała ją, widząc po raz pierwszy od przybycia tu dziecię swe wesołym 
i ożywionym.
 

W istocie willa Volantiego obok innych, które przejeżdżając oglądały kobiety, wydała się 

im bardzo skromną. Był to dom drewniany, dosyć stary, wybudowany z niesmaczną pretensją do 
wdzięku, a całą ozdobę jego stanowiły dość starannie pielęgnowanymi, wijącymi się roślinami 
okryte ganki i galeryjki. Ogródek mały miał trochę drzew starych, widok na cudzą wodę, kobierzec 
zieloności i kwiaty.
 

Rzuciła się do nich Marynka stęskniona do dawnych przyjaciół i znajomych, choć pomiędzy 

nimi dużo było i obcych, a nie takich, jakie porzuciła w Berezówce.
 

Chociaż pomiędzy tym domkiem a dworkiem porzuconym najmniejszego nie było 

podobieństwa, Marynka tak żywo znowu przypomniała sobie lata młode i tę ciszę, z której ją 
wyrwano, iż po nich zabolała. Cóż dopiero Dziwulska, którą osłabienie czyniło wrażliwą i która w 
duszy daleko mocniej od córki żałowała wsi porzuconej.
 

Na niej ta niby-wieś uczyniła tak silne wrażenie, że zaledwie na nią wejrzawszy, uczuła się 

zmęczoną, bezsilną i położyć się musiała.
 

Następny dzień zajęło urządzanie się w domu, nadjechał Corsini, przywieziono fortepian, 

rozpoczęły się lekcje znowu. Nad wieczór, po wyjeździe Włocha, Marynka wyszła zaledwie do 
ogródka, gdy przez furtkę zobaczyła wchodzącego mężczyznę. Zdawało się jej, że w nim poznała 
barona, i co żywiej schroniwszy się, wysłała służącą z oznajmieniem, że matka chora i że nikogo 
nie przyjmują.
 

Słyszała, jak baron, gdyż on to był w istocie, oddając bilet służącej, kazał jej powiedzieć, iż 

będąc bliskim sąsiadem, miał sobie za obowiązek itd.
 

W istocie Percival stał się sąsiadem, nająwszy blisko położoną willę jedynie dla utrapienia 

Volantiego i postawienia na swoim.
 

Nazajutrz z polecenia jego przyniesiono bukiet wspaniały... Marynka nie zastanowiła się 

nad tym, że go może przyjmować nie wypadało. Był tak piękny i był pierwszy, którym ją ktoś 
obdarzał!

background image

 

Nie sądząc się nim do niczego więcej oprócz podziękowania zobowiązaną, włożyła go do 

wody, ciesząc się niezmiernie.
 

Matka trochę się zafrasowała.

 

― Ten baron! ― odezwała się, nie dokończywszy. Przez dzień przyjeżdżał Corsini dla 

lekcyj śpiewu, inne były zawieszone. Fortepian stał w saloniku, którego okna na ogród wychodziły.
 

Dni zaczynały być gorące, przy otwartych więc oknach odbywała się lekcja. Marynka 

zapominała się, raz począwszy śpiewać, ożywiała się, przejmowała, podnosiła głos, prawie tak, jak 
wówczas gdy boso na łąkę wybiegłszy, pierwszy raz dała się słyszeć Volantiemu...
 

Corsini słuchał z zachwyceniem, wlepiając w nią wejrzenie, o którym wcale nie wiedziała. 

Aria, która na ten dzień przypadała, szczególniej ulubiona dziewczęciu, rozlegała się nucona z taką 
brawurą, z takim brio młodzieńczym... iż w teatrze, myślał Corsini, byłaby furorę zrobiła. Lecz któż 
ją tak śpiewa przed tysiącem słuchaczów, jak gdy jest swobodnym, bez obawy, bez troski o 
powodzenie?
 

Nauczyciel miał właśnie po skończeniu jej wyrazić swe zachwycenie, gdy z ogrodu rozległo 

się brawo szalone.
 

Marynka przelękła się trochę. Nie mógł to być Volanti, gdyż ten nigdy jej nie bił brawo.

 

Obejrzała się. Z krzaków występował baron Percival i nisko się kłaniając, przystępował do 

okna...
 

― Pani! ― zawołał ― głos jej anielski posłyszałem z dala, oprzeć się nie było sposobu! 

Wiem, że popełniłem niedyskrecję podsłuchując...
 

Czy wspomnienie bukietu, czy ton, jakim wymówił te wyrazy baron, czy zmieniony wyraz 

jego fizjognomii rozbroiły dziką trochę Marynkę, zarumieniona skłoniła główkę i uśmiechnęła się 
wdzięcznie.
 

Śpiew, zapał, może pora wiosenna, może jakieś wrażenie uczyniły dziewczę w tej chwili 

cudnie pięknym, choć w istocie twarzyczka jej nazwać się piękną nie mogła.
 

Lecz było w niej tyle życia, oczy pałały, usta drżały, krew przepływała, barwiąc tak 

policzki, iż miała coś w sobie niby młodej Sybilli natchnionej.
 

Baron nie wchodził. Stanął przy oknie, zmierzył wejrzeniem wnętrze pokoju, dostrzegł 

bukiet swój na stole, Włocha z brwią nasępioną przy fortepianie i ― cofnął się zaraz.
 

― Nie przeszkadzam ― rzekł ― nie mogłem tylko przemóc na sobie, abym mojego 

uwielbienia nie wyraził.
 

I zniknął w zaroślach.

 

Marynka stała długo przy fortepianie, oglądając się na ogród niespokojnie i nie śmiejąc 

począć arii drugiej, do której też i Włoch jej nie zachęcał. Baron, którego znał tylko z widzenia i 
nazwiska, obudził w nim zazdrość.
 

― Panie znają pana Percivala? ― zapytał, przerzucając nuty.

 

― Raz w życiu go widziałam, bo się nam zaprezentował w teatrze ― odpowiedziała 

Marynka. ― Pan wiesz, że my unikamy znajomości.
 

― Ta też nie byłaby dla pań pożądana ― przerwał Włoch z widoczną niechęcią. ― 

Francuza tego zna całe miasto z przygód miłosnych i awantur. Towarzystwo jego niepotrzebnie 
ściąga oczy i budzi plotki.
 

― Na nieszczęście ― odparła Marynka spokojnie ― pan ten jest podobno naszym 

sąsiadem.
 

Włoch się zachmurzył.

 

― Cóż Volanti mówi na to? ― dodał, poruszając ramionami.

 

― My dopiero wiemy o tym od wczoraj, a on dowie się dziś, jeśli przyjedzie.

 

― Przygoda dosyć niefortunna ― kończył Włoch, zwijając nuty.

 

Marynka spojrzała na niego ciekawie; pierwszy raz okazywał tyle zajęcia sprawą obcą 

nauczaniu i muzyce, bo dotąd rozmowy z nim ściśle się ograniczały przedmiotem lekcyj.
 

Włoch był nadzwyczaj podrażniony, dziewczę zupełnie obojętne. Nie zdawało się ani 

rozumieć niebezpieczeństwa, ani bardzo brać do serca niedogodności tego sąsiedztwa.
 

Chłód ten, który jej serce dotąd niczym nie poruszone zachowywać dozwalał, dla Włocha 

background image

był niepojętym.
 

Wyjechał wkrótce. Oczekiwano Volantiego, który przybył wieczorem. Dziwulska znowu 

leżała w łóżku, czując się osłabioną. Marynka wyszła naprzeciw niego i natychmiast opowiedziała 
mu o wizycie, bukiecie, podsłuchanym śpiewie i oklasku.
 

Na pierwszą wzmiankę o baronie Volanti wpadł w uniesienie, które zdziwiło Marynkę.

 

― Przestraszasz mnie pan! ― zawołała. ― Ja zupełnie nie rozumiem, co mi grozić mogło, 

oprócz małej nieprzyjemności, że będę podsłuchiwaną.
 

― Tak, bo pani nie znasz ani człowieka tego, ani ludzi w ogóle ― rzekł żywo Francuz.

 

― Przekonywam się o tym, bo i pan, i Corsini zdajecie się obawiać barona ― rzekła 

Marynka. ― Natręt bywa nudnym, lecz...
 

Volanti spojrzał jej w oczy i wzrok jasny, spokojny jego też nieco ukołysał.

 

― Bądź co bądź ― rzekł ― ja się muszę z baronem rozmówić. ― I dodał: ― Bo pobyt tu... 

może się stać nieznośnym.
 

― Przecie drzwi zamknąć można zawsze ― odpowiedziało dziewczę.

 

Volanti miał na myśli odezwać się, że tacy ludzie przy drzwiach zamkniętych do okien 

szturmować umieją, lecz zmilczał. Zerwał rozmowę pod pozorem interesu, wziął kapelusz i 
wyszedł szukać barona.
 

Nie było go w domu, służba mówiła, że ma dopiero nazajutrz powrócić. Volanti, choć mu 

pilno było do miasta, postanowił czekać na jego przybycie.
 

Rano zaledwie wysiadł Percival, gdy ujrzał przed sobą posępną twarz nie bardzo miłego 

gościa. Zostawszy sam na. sam z nim, dyrektor przystąpił z postawą sztywną i ceremonialną.
 

― Pozwolisz, baronie, chwilkę rozmowy, serio! Baron, wcale nie zmieszany tym wstępem, 

z pańską i dumną postawą skłonił się:
 

― Jestem do usług.

 

Ton, jaki przybrał Percival, zmieszał Francuza. W istocie zależało mu na tym wiele, ażeby 

nie zrywać z nim i skończyć przyjacielsko. Sądził, że ma i mieć będzie przewagę za sobą, 
wynikającą z położenia, że był w swoim prawie; baron zdawał się nie uznawać tego, stawił się 
energicznie. Dyrektor zawahał się z rozpoczęciem rozmowy.
 

― Słucham ― dodał, korzystając z przestanku, baron. ― Wiem, o co idzie, łatwo się tego 

domyślić; lecz uprzedzam cię, że się ani zastraszyć, ani zmiękczyć nie dam.
 

― Mówmy otwarcie ― wybuchnął Volanti ― czy się godzi tak prześladować i ścigać 

biedną istotę?
 

Baron śmiać się zaczął.

 

― Lecz, do licha! ― zawołał ― jakież ty masz prawa opiekować się tą biedną istotą? Co ty 

lepszego robisz? Spekulujesz na niej, no! a ja się nią interesuję.
 

― Ażeby zbałamuciwszy porzucić ― rzekł Volanti. ― Mój kochany ― odparł baron ― 

bałamucę, to prawda, te, które się dają bałamucić. Ani słowa. Nie możesz mi jednak zarzucić ani 
podstępu, ani zdrady, ani gwałtu... Zdaje mi się, że nawet głupie namiętności moje, których nie 
jestem panem, z drogi uczciwej mnie nie sprowadziły...
 

Volanti zamilkł.

 

― Idzie tu tylko... ― rzekł, jąkając się ― przede wszystkim o... delikatność, o 

poszanowanie...
 

Zatrzymał się chwilę Volanti i dołożył:

 

― Nająłeś pan umyślnie mieszkanie w sąsiedztwie. Dziewczę trwożliwe nawet do ogrodu 

wyjść nie będzie śmiało w obawie szpiegowania i spotkania... Śpiewać nie będzie mogło... 
słowem...
 

― Słuchaj, Volanti ― przerwał nagle baron, biorąc go za rękę ― kochasz się w niej, co? 

Chcesz ją mieć dla siebie? Mów!
 

Sczerwienił się dyrektor.

 

― Co za pytanie! ― odparł. ― Daję słowo, że mi to w myśli nie powstało!

 

― Idzie ci o świetny sukces? ― spytał Francuz.

 

― Spodziewam się! łożę na to... ― rzekł Volanti.

background image

 

― Nie róbże sobie nieprzyjaciela ze mnie! ― zawołał Percival. ― Daję ci słowo honoru, a 

ono coś jest warto, że o żadnym bałamuctwie dotąd nie myślę i że korzystać z prostoduszności twej 
pupili nie mam ochoty; ale ona mnie żywo zajmuje... Nie odpędzaj mnie, bo ci przez zemstę 
szkodzić będę, a wiesz, że mogę to uczynić. Niebezpieczeństwa nie ma i nie będzie, bo i ja też 
poszanować umiem, co warto poszanowania... Rękę ci moją daję na to, ale ― nie dziwacz... Będę ją 
widywał i sława na tym nie ucierpi... a przyszłość zyszcze.
 

Volanti stał dziwnie jakoś niepewny siebie, wahał się.

 

― Mówię ci ― dodał baron ― że właśnie prostota dziewczęcia i niewinność zajmuje mnie 

żywo... Z jej oczu, gdym ją w loży widział, wyczytałem piękną, spokojną duszę istoty tak 
niewinnej, że nawet nie przypuszcza niebezpieczeństwa. Dla mnie to fenomenalne zjawisko... cóż 
chcesz! świat dziś tak popsuty. Dajże mi się nim zabawić i pocieszyć.
 

Volanti ruszył ramionami niecierpliwie.

 

― To do niczego nie podobne! ― zawołał.

 

― Prawda ― odparł baron ― będziemy we dwóch stali na straży tego skarbu. Któż wie, jak 

się to jeszcze skończyć może. To tylko pewna, że pupila twoja na tym nie straci.
 

― Ale cóż ludzie powiedzą? ― zawołał dyrektor niespokojny. ― Moja opieka tłumaczy się 

moim interesem; pańska będzie z konieczności fałszywie zrozumiana i dla niej uwłaczająca.
 

― Me ― rzekł baron ― na to zaradzimy. Potrafię zachować wszystkie warunki, których 

wymaga przyzwoitość...
 

Widząc, że na pół już Volantiego przekonał i zwyciężył, Percival dodał żywo:

 

― Sprzymierzeniec lub nieprzyjaciel, jedno z dwojga masz do wyboru...

 

Zamiast odpowiedzi Francuz zrezygnowany rzucił się na bliski fotel, podparł na ręku i 

zadumał.
 

― Nie będę napastniczym do zbytku ― rzekł baron łagodnie. ― Spuść się na mnie. Nie 

troszcz się tylko bez przyczyny. Zaufaj mi i zostaw dziewczęciu samemu wolną wolę postąpienia ze 
mną, jak zechce. Jeżeli mnie odpędzi... no, to pójdę precz, nie skarżąc się.
 

Ścisnął rękę Volantiego i na tym się skończyło.

 

Po namyśle Francuz postanowił spełnić, na co się milcząco zgodził; nie powiedział Marynce 

nic... zostawił wszystko na łaskę losu i niedoświadczenie dzieweczki, która wcale świata nie znała.
 

Matka stała na straży dziecięcia.

 

Po rozmowie z Francuzem przez kilka dni baron się nie pokazywał wcale. Potem jednego 

ranka posłał znowu bukiet, który ponieważ się panienka ubierała, gdy przyszedł, służąca ośmielona 
przyjęciem pierwszego, nie pytając postawiła w salonie.
 

Marynka wchodząc, zobaczywszy go, pobiegła z radością nacieszyć się kwiatkami, a potem 

pochwalić nimi przed matką.
 

― Moja droga ― odezwała się, przypatrując mu, Dziwulska ― bukiet jest bardzo ładny, ale 

ja nie wiem, doprawdy, czy wypada przyjmować.
 

― Co? kwiatki? ― rozśmiała się Marynka. ― Cóż w tym może być złego? Baron ten jest 

bardzo grzeczny... a jako sąsiad... jako przyjaciel Volantiego...
 

― Doprawdy, ja bo nie wiem! ― zamruczała Dziwulska ― trzeba się chyba Francuza 

zapytać.
 

Tymczasem śliczny bukiet, którego hiacynty pachniały na cały dom, ustawiono znowu w 

salonie.
 

Baron nie zjawił się i tego dnia... a potrzeba zdradzić Marynkę, że trochę się go 

spodziewała. Znajdowała, że mógł się pokazać, aby podziękowanie odebrać.
 

Pan dyrektor, który księżnę Teofanię odwiedzał prawie co dzień, zjawił się wieczorem. 

Spostrzegł zaraz kwiaty i trochę się zachmurzył. Marynka mu je pokazała i dodała zaraz, że baron 
dotąd u nich nie był.
 

Lękając się zdradzić lub popełnić jakąś nieostrożność, Volanti zbył te wiadomości 

obojętnym milczeniem.
 

Natomiast Corsini, który przybył z lekcją, bukiet nowy postrzegł zaraz i mocno się nim 

zasmucił, odważył się dać niezręczną przestrogę Marynce.

background image

 

Rozśmiała mu się w oczy ze swą zwykłą odwagą.

 

― Wdzięczna jestem panu ― rzekła ― ale cóż mi to może szkodzić, że mi jakiś sąsiad 

bukiet przyszłe? Ja i mama nie znajdujemy w tym nic złego.
 

Rozłożyła nuty na fortepianie i dodała żywo:

 

― Nie traćmy czasu, śpiewajmy.

 

Odprawiony Wioch zły bardzo i kwaśny (co nie uszło baczności Marynki) musiał lekcję swą 

rozpocząć.
 

― Z nimi mówić o tym darmo ― rzekł w duchu ― nie rozumieją nic... muszę przestrzec 

Volantiego.
 

Złapał go zaraz w mieście Corsini i z nadzwyczajną gorącością począł opowiadać o 

natręctwie Francuza i groźnych jego (jak utrzymywał) zabiegach.
 

W czasie tego opowiadania, na sposób włoski żywymi ruchami rąk ilustrowanego, Volanti 

pierwszy raz dostrzegł i powziął podejrzenie, że bodaj sam Włoch w, uczennicy jest rozmiłowany.
 

Uderzyło go to w sposób nieprzyjemny, gdyż romans Włocha uważał za daleko 

niebezpieczniejszy od kaprysu Francuza.
 

Wysłuchawszy, spojrzał mu bystro w oczy.

 

― O Francuza ja, znając go, nie obawiam się ― rzekł zimno ― ale, mój Corsini, prawisz to 

z taką gorączką, jakbyś sam był, otwarcie powiem, zazdrosny. Rozumiem to, że mogła ci się 
uczennica podobać, jesteś młody, dziewczę bardzo powabne; ale muszę ci powiedzieć, że za 
najmniejszą oznaką z twej strony wcale mi niepotrzebnego sentymentu będę musiał cię pożegnać.
 

Włoch zbladł, zaczerwienił się i ― rozpoczął od zaklęcia...

 

Dowodził, że zajmowała go uczennica, ale żadnych czulszych dla niej sentymentów nie 

żywił.
 

― Bardzo mnie to cieszy ― rzekł Volanti ― bo tym byś i mnie w kłopot wprawił 

niepotrzebny, i swojej przyszłości zaszkodził.
 

Corsini odszedł strapiony wielce, lecz nie zrozpaczony.

 

Obejście się z nim Marynki było bardzo poufałe i grzeczne, lecz on sam łudzić się dotąd nie 

miał czym. Była z nim dobrze, nie chcąc ani rzucanych wejrzeń, ani wydawanych westchnień, ani 
słówek dwuznacznych rozumieć.
 

W istocie nie rozumiała ich. Włoch był dla niej obojętny jak inni, których spotykała.

 

Dotąd jeden śmieszny Juraś, choć serce jej nie biło dla niego, najwięcej miał w nim miejsca. 

Mówiła o nim z matką, wspominała, myśląc o Berezówce, chciałaby była zobaczyć go i pożartować 
z jego bojaźliwości i niezgrabstwa.
 

Wiosna, jak zwykle na północy, szybko się rozwinąwszy, ustąpiła gorącemu nieznośnie latu. 

Zieloność rozwijała się czarodziejsko i już niemal pod skwarnymi słońca promieniami bladła, 
zapowiadając rychłą jesień.
 

Upały wielkie, które dziewczę znosiło dobrze, dla starej Dziwulskiej okazały się 

szkodliwymi. Zdrowie jej, już nadwerężone, na chwilę powietrzem świeżym odżywione, znowu 
budziło niepokój. Marynka wprawdzie pogorszenie się jego miała za przemijające, lecz 
wprawniejsze oko Francuza, śledzące postępy wolne choroby, dostrzegło niebezpieczeństwa. Pod 
jakimś pozorem, aby nie trwożyć kobiet, wprowadzono doktora.
 

Ten, przyjaciel dyrektora teatru i lekarz razem teatralny, przebywszy większe pół dnia na 

willi, wieczorem spytany potrząsł głową w sposób niezbyt pocieszający.
 

― Choroby, zdaje się, nie ma tam żadnej, ale wyczerpanie sił nadzwyczajne ― rzekł 

Volantiemu. ― Być może, iż w tym wieku nagła zmiana klimatu po całym życiu spędzonym w 
różnych od dzisiejszych warunkach podziałała także... lecz kryć nie będę: jest źle, bardzo źle.
 

― Cóż poradzić na to? ― zapytał nastraszony Francuz.

 

― Może powrócić nazad do dawnego trybu życia? ― rzekł doktor.

 

― Nie...

 

― No, to rady nie mam. Staraj się... ażeby była spokojna i by na niczym jej nie zbywało; 

zresztą...
 

Zamilkł.

background image

 

Nic więc nie zmieniono w sposobie życia. Francuz tylko przywiózł w podarku starego wina.

 

Gdy się to działo, baron dnia jednego zjawił się w czasie herbaty i bytności Volantiego.

 

Przyjęto go grzecznie, a Marynka naiwnie podziękowała za kwiatki.

 

― Zrobiły mi wielką przyjemność ― rzekła ― bo mi wieś przypomniały. Są przepyszne, 

ale gdyby były skromniejsze, a do moich prostych podobne, jeszcze bym je więcej kochała.
 

― Byłoż pani tak dobrze na wsi? ― zapytał baron. Dziewczę zdziwionymi oczyma 

popatrzało na niego.
 

― Nigdzie w świecie lepiej mi być nie może! ― zawołała. ― Byłam swobodna, mogłam 

boso biegać po łące... śmiać się głośno... bawić w ogródku.
 

― Przecież piękna, wielka stolica, teatra... tysiące rzeczy ciekawych, muzyka... sam ten 

gwar, życie ― rzekł Francuz ― powinny panią żywo zajmować!
 

― Jestem tym już zupełnie nasycona ― odezwała się Marynka. ― Widać, że do tych 

wszystkich wspaniałości nie byłam stworzona. Dla mnie w nich jest coś przestraszającego... 
niespokojnego...
 

Percival się uśmiechał.

 

― No, ależ muzyka! sztuka! ― przecie to musi pani czynić wielką przyjemność.

 

Dziewczę się zamyśliło.

 

― Tak jest ― rzekła ― lubię muzykę i przy niej zapominam na chwilę to, po czym 

tęsknię... lecz... proszę się nie śmiać... gdym tam biegając śpiewała, z ptakami się wyścigując... 
robiło mi to jeszcze większe wrażenie.
 

Baron całe   wyznanie wziął po swojemu za jakąś fan- tazję dziewczęcia, które oryginalnym 

okazać się chciało. Nie sprzeczał się.
 

W ogóle mówił mało, powstrzymywał się, patrzał, badał i słuchał, usiłując przeniknąć tę 

naturę dla siebie dotąd nierozumiałą.
 

Dziwiło go niezmiernie to, że w Marynce cienia zalotności, niemal wrodzonej kobietom, 

objawiającej się często w dzieciach, nie mógł dostrzec.
 

Była swobodna, zaniedbana, chłodno-poważna, a patrzała na niego tak śmiało i tak nie 

unikała wejrzeń najzuchwalszych, iż baron, do wcale innego rodzaju kobiet nawykły, zupełnie był z 
tropu zbity.
 

Znajdował ją niesłychanie oryginalną i to może budziło w nim coraz żywsze zajęcie.

 

Prosił jej, ażeby zaśpiewała. Zawahała się trochę, spojrzała pytająco na Volantiego i nie 

widząc w nim oznaki, ażeby się sprzeciwiał, rzekła idąc do fortepianu:
 

― Jużci winnam to panu za kwiatki. Więc muszę... Ale gram źle, akompaniuję sobie 

niedobrze...
 

Volanti ofiarował się z pomocą.

 

Marynka, nie wiedzieć dlaczego, wybrała canzonę, która jej Berezówkę przypominała. Nie 

była to aria do popisu, lecz piękny głos i wiele uczucia wlanego w prostą piosenkę uczyniło ją 
zachwycającą. Śpiewała tak, jakby w istocie biegała po łące i zapomniała o słuchaczach.
 

Baron, zobojętniały, z trudnością dający się wzruszyć, był w zachwyceniu.

 

― Ta piosenka zmusi mnie ― rzekł grzecznie ― zrujnować się na bukiety, bo nie wiem, ile 

ich potrzeba dodać, aby się wywdzięczyć za nią!
 

Marynka na komplement nie znalazła   odpowiedzi, pokazała białe ząbki i ― nie śpiewała 

już więcej. Canzona ją zasmuciła.
 

Kończąc spojrzała na siedzącą z dala na kanapie matkę i po raz pierwszy uderzyła ją 

postawa, wyraz twarzy cierpiącej, coś niewysłowienie smutnego. Przypomnienie tej, jaką widziała 
w Berezówce, w porównaniu do zestarzałej nagle i znękanej, którą miała przed sobą, napełniło ją 
strachem.
 

Pobiegła żywo do starej i siadła przy niej niespokojna.

 

Dnia tego Dziwulska miała się gorzej znacznie. Gdy goście wprędce potem odeszli, 

Marynka musiała ją, podtrzymując, odprowadzić do łóżka.
 

Złożono to na znużenie i gorąco, lecz nazajutrz wstać nie mogła. Potrzeba więc było 

poradzić się lekarza.

background image

 

Dotąd spokojna i jakby oślepła na powolny postęp choroby Marynka nagle się strwożyła. 

Corsiniego, który przybył z lekcją, odprawiła tym, że nie czuła sił do śpiewu, będąc niespokojną o 
matkę.
 

Dziwulska sama czuła się bardzo źle, ale z miłości dla dziecka czyniła wysiłki 

nadzwyczajne, aby mu oszczędzić troski i trwogi. Miała przeczucie, że żyć nie może... i przyszłość 
Marynki przyprowadzała ją do rozpaczy. Co sama jedna sierota począć miała z sobą!
 

Opieka Francuza nie była ani przyzwoitą, ani dostateczną. Major był daleko, a gdyby nawet 

przybył ― mógłże poradzić co, gdyby umowa wiązała Marynkę?
 

W niepokoju, który zwiększał chorobę i wywoływał gorączkę, nie mogła, nie mając się 

zwierzyć komu, Dziwulska zwrócić się gdzie indziej tylko do Zosiczowej.
 

Zaproszono ją w kilka dni potem, gdy Marynka, zmuszona przez matkę, lekcję z Corsinim 

odbywała. Poczciwe kobiecisko, które dosyć dawno nie widziało chorej, przestraszyło się zmianą, 
jaką w niej znalazło.
 

Dziwulska gorączkowo pochwyciła ją za rękę.

 

― Moja droga pani ― rzekła z pośpiechem niespokojnym ― ratuj mnie, radź mi... Czuję 

się bardzo źle ― siły moje wyczerpane, godziny policzone... Moje dziecko ― sierota... Marynka... 
co się z nią stanie!
 

Zaledwie wśród łez i łkania zrozumiawszy, co jej szeptała Dziwulska, Zosiczowa poczęła od 

uspakajania i dodawania otuchy...
 

― Ale to osłabienie tylko, to minie... niech się pani nie trwoży...

 

Dziwulska nadto dobrze czuła swój stan, aby się łatwo dała przekonać. Na współ obłąkana z 

trwogi żądała najprzód sprowadzenia duchownego, tak aby Marynka o tym nie wiedziała, potem 
opieki... księżny samej, Zosiczowej... nie wiedziała już czyjej. Powtarzała, ciągle płacząc:
 

― Sama jedna! sierota! mój ten anioł drogi... Pierwszym skutkiem zwierzenia się 

Zosiczowej było, że ta, uspokoiwszy nieco chorą, doniosła o wszystkim księżnie Teofanii.
 

Serce starej pani nie było zbyt łatwe do poruszenia; nadto miało zajęcia około własnego 

szczęścia czy rozrywki... zastygłe, wyschłe, na cudzą boleść było obojętnym, lecz księżna chciała 
się zawsze okazać dobroczynną i czułą; przywołała zaraz Volantiego, kazała złożyć konsylium, 
własnego lekarza dodała do narady. Odbyła się ona niepostrzeżenie jakoś i bez wiedzy Marynki... 
Środki pilniejsze zostały nakazane... Własna wola chorej, która dla dziecka żyć pragnęła, może 
przepisane leki, w pierwszej chwili sprowadziły polepszenie.
 

Dziwulska sama uczuła się silniejszą, nadzieja w nią wstąpiła... Marynka rozpromieniała i 

już mowa była o podźwignieniu się z łóżka, o wyjściu na werandę lub do ogródka, gdy jednego 
wieczoru bardzo późno, wcale już nie spodziewany tu nadjechał Volanti.
 

Marynka, która wyszła go powitać, znalazła Francuza tak zmienionym, posępnym, 

gniewnym i nadąsanym, że zaledwie się przywitawszy, musiała spytać:
 

― Co panu jest?

 

― Nie chciałbym ani pani, ani matki jej zmartwić ―

 

rzekł Volanti ― lecz nie mogę utaić, co zaszło... Ojczym jej zjawił się tutaj...

 

Marynka ledwie wykrzyk mogła powstrzymać.

 

― On! a czegóż on chcieć może od nas! ― zawołała.

 

― Od was on zapewne nie chce nic ― odezwał się gniewnie Volanti ― lecz nie* wiem, 

jakie sobie wynalazł prawo do opieki nad wami i przybył tu z groźbą procesu... jeżeli mu się nie 
opłacę...
 

― Na miłość Boga! ― przerwała Marynka ― zaklinam pana, czyń, co chcesz! ja do 

największych ofiar jestem gotowa, ale oszczędź matce widoku tego człowieka, który zabić ją może.
 

Pan dyrektor dość chłodno ruszył ramionami.

 

― Ani wiem jeszcze, co z nim pocznę ― odezwał się po namyśle. ― Człowiek jest 

zuchwały, któż wie? jakieś prawo musi mieć za sobą. Okupu wielkiego dać nie mogę...
 

― Ale ja go odsłużę, odśpiewam, odpracuję! ― zawołała, rzucając się ku niemu ze 

złożonymi rękami, Marynka. ― Ratuj pan życie matki...
 

W tej chwili Volanti przy całej swej słabości dla dziewczęcia był więcej dyrektorem i 

background image

spekulantem niż człowiekiem. Przeszło mu przez myśl, iż piękny ten talent, tyle obiecujący, na 
dłuższą eksploatację zapewnić sobie może. Potrząsnął głową i zamruczał:
 

― Zobaczymy...

 

Marynka zaprzedawała się w niewolę, zgadzała, na co chciał, byleby ocalić matkę. 

Wiedziała, że widok sam tego człowieka mógł dobić nieszczęśliwą.
 

Jakim sposobem pozbawiony wszelkich środków przedsięwzięcia podróży Dziwulski dostał 

się tutaj, trudno pojąć było. Dowiedziawszy się o wyjeździe żony z Marynka w Berezówce, skąd go 
major odprawił małym datkiem, oszalały, nie miał pokoju, dopóki najdziwniejszym przemysłem, 
najmując się do usług znanego sobie dawniej obywatela, nie dostał się do stolicy, zrezygnowawszy 
się na rolę niemal lokajską...
 

Był pewien, że raz tu przybywszy, obawą skandalu i groźbami zmusi Francuza do okupienia 

mu się.
 

Volanti obawiał się niepotrzebnego rozgłosu, gotów był wreszcie zapłacić, lecz suma, jakiej 

wymagał Dziwulski, była tak wygórowana, że się rozeszli skłóciwszy.
 

Zuchwały człek dostał tegoż dnia języka i na wpół pieszo, wpół przysiadując się do 

furmanek wieśniaczych wieczorem dostał się do willi.
 

Nagle Marynka, siedząca u łóżka matki, usłyszała podniesiony głos i poznała go po nim. 

Doszedł on i ucha Dziwulskiej, która porwała się z krzykiem, przerażona chwyciła córkę, 
obejmując ją rękami, jakby ochronić chciała... i padła bez czucia na poduszki...
 

Gdy Dziwulski, przebojem idąc, wpadł do sypialni, zastał już tylko zimnego trupa, u 

którego nóg omdlała leżała Marynka...
 

Czując się źle, gdy do siebie na radę wezwała Zosiczową, nieboszczka, niepokojona ciągle 

tym, że śmierć może przyjść niespodzianie, a Marynka zostanie bez opieki, powzięła myśl 
napisania, listu do jedynego człowieka, w którym miała zaufanie, do majora Kulwisza. Nakreśliła 
go drżącą ręką w kilku słowach, zaklinając, aby sieroty nie opuszczał. List się tym kończył, że miał 
być wyprawiony dopiero, gdyby Dziwulska umarła. Zosiczowej go powierzywszy, która słowo 
dała, że spełni rozkaz, była już spokojniejsza.
 

Gdy do sąsiedniej willi księżny dano znać o nagłej śmierci matki Marynki, Zosiczowa 

natychmiast pismo jej powierzone na pocztę wysłała.
 

Dziwulskiego baron, który nadbiegł, dowiedziawszy się, co się stało, wprost ludziom kazał 

za wrota wypchnąć. Zatelegrafowano do Volantiego.
 

Marynkę zabrała Zosiczowa do księżny pomimo oporu.

 

W domu zawrzało okrutnie, sługi potraciły głowy i gdyby nie baron, a później nadbiegający 

Volanti, gdyby nie Zosiczowa, służba byłaby może, korzystając z nieładu, tej nieszczęśliwej 
godziny szkody zrządziła wiele... i rozbiegła się ze strachu jakiej odpowiedzialności.
 

Baron przybył, gdy zaczynano plądrować, i nie dopuścił nieporządku... Tymczasem Vołanti, 

przerażony, na łeb na szyję leciał do willi.
 

Potrzeba było sądowego poświadczenia... zbadania przyczyn nagłej śmierci... 

przygotowania pogrzebu, lecz wszystko to przy wielkiej praktyczności dyrektora i znajomości 
stosunków miejscowych załatwione było.
 

Marynka, przebywszy pierwszą boleść okrutną, z nadzwyczajną energią zażądała oddać 

matce ostatnią posługę, nie dała się odwieść od tego, poszła przystroić jej trumnę i nie oddaliła się 
już od zwłok, aż na cmentarzu złożone zostały. Volanti, który był przy niej ciągle razem z 
Zosiczowa, nie mógł pojąć mocy duszy, z jaką to dziewczę cios, który je uderzył, znosiło. Ciekły 
jej mimowolnie łzy z oczu, a twarz jakby stężała, marmurowa, nieporuszona nie wydawała boleści 
wewnętrznej.
 

Dziecię to zdumiewało dojrzałych i obytych z życiem.

 

Miała siłę wszystkie drobne posługi przy zwłokach dopełnić sama i ani na chwilę niemoc jej 

nie ugięła.
 

Obaj Francuzi, przytomni około przygotowań i na pogrzebie, patrzali na siebie i zdawali się 

sobie mówić oczami:
 

― Skąd w niej ta siła? Co za charakter w tym dziewczęciu!

background image

 

Ponieważ willa nadto teraz bolesne wspomnienia rozbudzała, Volanti wnosił powrót do 

miasta. Marynka, do czasu uprosiwszy Zosiczowa, aby przy niej została, żą- dała pozostać tutaj, 
dopóki by się nie namyśliła, co ma począć z sobą.
 

Ten czas żądany do namysłu mocno zaniepokoił dyrektora, bo spodziewał się, że bądź co 

bądź umowa musi być spełniona, nie było więc nad czym rozmyślać. Nie odezwał się jednak, do 
czasu boleść szanując.
 

List, który Zosiczowa wysłała, jak piorun spadł na majora. Poczciwy stary odebrawszy go 

załamał ręce.
 

Co on mógł poradzić? W jaki się sposób zaopiekować?

 

Potrzeba było jechać natychmiast, na miejscu zbadać stan rzeczy i wolę Marynki.

 

Major, zardzewiały na wsi, stary, nieprzygotowany, nie miał nic w gotowości do podróży. 

Potrzeba było pieniędzy, pasportu, przyborów nawet, na których mu zbywało. Przy najlepszej chęci 
kilka dni upłynąć musiało, nim by się wybrał.
 

Napisał do Marynki, że przyjeżdża, lecz ten sam posłaniec, który wiózł list na pocztę, 

przyniósł mu pismo od sieroty. Marynka od Zosiczowej dowiedziała się o tym, że matka do majora 
się o opiekę zgłosiła. Donosiła mu o zgonie matki, o tym, że umowy dotrzymać musi, a razem 
zaklinała go, ażeby jej osobę ooważną i godną zaufania wybrał na towarzyszkę, aby sama nie 
została między obcymi.
 

Major schwycił się za głowę.

 

Takiej osoby, którą by on mógł na swą odpowiedzialność dodać Marynce, nie znał na całym 

świecie.
 

W ogóle stosunki miał nierozległe, znajomości kobiecych niewiele, a nie lada kto mógł się 

podjąć jechać na koniec świata w misji tak trudnej.
 

Kurwisz chodził z fajką i wzdychał, najdziwaczniejsze snując plany, gdy mu jakby 

objawienie z góry przyszła na myśl wdowa po dalekim krewnym, w której, gdy była młodą, kochał 
się major już podżyły ― pani Ildefonsa Krzewska.
 

Zdawało mu się, że nikt na świecie nad nią nie był dla Marynki właściwszą opiekunką. 

Poczciwy Kulwisz nie obrachował się tylko z tym, że miłość, choćby zgasła, zostawia po sobie 
pewny blask otaczający bóstwo.
 

Z wielkiej radości, iż może spełnić wolę nieboszczki i Marynki, major oślepł na wiele 

okoliczności, które by postanowieniem zachwiać mogły.
 

Niegdyś panna, a dziś pani Ildefonsa, wprawdzie odebrała wychowanie świetne w 

Warszawie, bawiła długo po możnych domach, miała powierzchowność i maniery wielce 
dystyngowane, lecz... była dosyć... płochą i zalotną i teraz, owdowiawszy, mając już lat 
czterdzieści, jeszcze, jak mówiono, była w pretensjach. Pozostały jej resztki piękności, wymowa 
łatwa, dosyć dowcipu, a wyobrażenie o sobie nadzwyczaj przesadzone.
 

Major był zawsze jej wielbicielem... tak samo jak admirował Dziwulską i jeszcze kilka pań, 

wśród których stanowczego wyboru nie umiał uczynić.
 

O Krzewskiej wiedział, że bawiła przy bogatej staruszce, która ją dla wesołości i miłego 

towarzystwa od lat kilku ugaszczała... Do Zbożyszek, rezydencji pani marszałkowej, było mil 
dobrych cztery... Zaledwie wpadł na myśl werbowania Krzewskiej, major, nie tracąc godziny, kazał 
konie założyć i pojechał.
 

Od dwóch lat pani Ildefonsy nie spotykał, lecz wiedział, że ciągle przy marszałkowej 

dworowała. Mówiono nawet, że stary kuzyn samej pani zajął się był wdówką i miał się starać o nią, 
ale zaszły jakieś okoliczności, które to małżeństwo rozerwały.
 

Kulwisz tak się dziwnie rozrachował z godzinami, że do Zbożyszek przyjechał o godzinie 

siódmej rano.
 

We dworze oprócz sług najniższej kondycji wszystko było we śnie głębokim pogrążone. 

Trzeba było oczekiwać przebudzenia. Kulwisz, konie odesławszy do karcz- my, sam nie wiedząc, 
co robić z sobą, poszedł do ogrodu przy pałacu, aby odpocząć w cieniu.
 

Rezydencja marszałkowej, niegdyś pański dwór książęcej familii, słynęła ogrodem z 

kondygnacjami, szpalerami, sadzawkami, alejami, których drzewa po półtora wieku już liczyły.

background image

 

Major, korzystając ze zręczności, rad był wspaniały ów ogród zobaczyć. Ranek prześliczny, 

cały rosą oblany, wonny, jasny, stroił wspaniały park wdziękiem oświecenia fantastycznego, 
czyniąc go podobnym do wspaniałej dekoracji teatralnej. Przypominał też ze swymi strzyżonymi 
altanami, ulicami, drzewy, w kwadraty i gałki poobcinanymi, dekorację jakiejś opery. Nie miał 
może wdzięku natury nie popsutej, ale powagę jakąś w liniach swej zielonej architektury 
uderzającą.
 

Major się zachwycał. Przypominało mu to dawne czasy, dawnych panów, młodość własną.

 

Zapatrzywszy się tak i chcąc obejrzeć wszystkie zakątki ogrodu obszernego, ani się 

spostrzegł, jak dobrą godzinę przewałęsał się. Potrzeba było nogom spocząć, usiadł na ławce.
 

Wtem w ulicy drugim końcu z dala ukazała się z wolna postępująca postać w bieli, z 

parasolikiem od niechcenia na ramię zarzuconym i książką w ręku.
 

Major ogólne tylko kształty tego niewieściego zjawiska mógł ocenić. Nieco ociężała i 

pełna... pani miała jednak stosunkowo do rozmiarów dosyć lekki chłód i postawę zręczną.
 

Major, który od lat dwóch nie widział Krzewskiej, pamiętał ją szczuplejszą, wniósł, że to 

mogła być osoba obca... Uciekać od niej nie widział potrzeby, spodziewając się, że mu ułatwi 
prędsze widzenie z panią Ildefonsa.
 

Osoba w bieli wolnym krokiem zbliżała się, zdając zdziwiona widokiem nieznajomego i 

niepewna, czy ma dojść aż do niego. Kilka razy zatrzymywała się, jakby chcąc zwrócić w boczną 
ulicę... lecz wreszcie odważnie i trochę żywszym krokiem podeszła. Kulwisz, zawsze pełny 
respektu dla płci pięknej, wstał z ławki, a że to charakterystyczny jego profil uwydatniło, okrzyk się 
dał słyszeć.
 

― Major! jak mamę kocham! Jasiek!

 

Dopiero Kulwisz poznał swoją Krzewską i z niezmierną radością przybiegł ucałować jej 

rączki.
 

Tak, choć tłuściuchne nadto, były to rączki starannie pielęgnowane i w mitenkach.

 

Sama Krzewską, oprócz tego, że spulchniała i była dużo pełniejsza niż przedtem, nie 

zmieniła się wiele... Wydała mu się jakby odmłodzoną i piękną!
 

― Major! tu! o ósmej godzinie rano! Zmiłuj się... cóż to jest? Cud? ― przemówiła głosem 

słodkim Krzewską, mrużąc oczy dość jeszcze ładne a wielce melancholicznego wyrazu, pomimo że 
usta, nosek i reszta wesoło się z nimi sprzeczały.
 

Major patrzał i nasycał oczy, westchnął, lecz że pilno mu było, nie zwlekał z odpowiedzią.

 

― Szanowna pani moja, jeśli wolno tak zwać, kuzynko... ― począł.

 

― Bardzo proszę ― przerwała z obudzoną ciekawością wpatrująca się w niego Krzewską.

 

― Ja do was umyślnie, ach! z wielką prośbą, z wielkim interesem! ― zawołał Kulwisz. ― 

Możecie mnie ocalić, możecie...
 

Krzewską, która stać długo nie lubiła, poprowadziła go do ławki.

 

― Siadaj! mów! cóż to jest? przestraszasz mnie...

 

― Nie ma się czego obawiać ― odparł major ― ale najprzód posłuchajcie historii...

 

Krzewską, lubiąca bardzo historie, bo jej w życiu na nich zbywało, a marzyła wiele, 

zwróciła się i pochyliła ku majorowi.
 

― Proszę, mów... jak mamę kocham, serce mi bije... Kulwisz pokręcił wąsa, zebrał myśli i 

rozpoczął ab ovo dzieje Dziwulskiej i jej córki, o których, jak się okazało, pani Ildefonsa wcale nie 
wiedziała.
 

Historia była ponętną, romantyczną, dziwną, przerywaną wykrzyknikami.

 

Kończąc ją na zgonie Dziwulskiej major zniżył głos. Przychodził do szkopułu, o który 

rozbić się obawiał, do prośby, ażeby Krzewska, żyjąca sobie spokojnie, jak u Boga za piecem, u 
starej marszałkowej, którą po obiedzie tylko zabawiała, wybrała się nagle w podróż daleką, z 
zadaniem trudnym.
 

Pokornie, z trwogą Kulwisz opisał swe położenie, obowiązek, do którego się poczuwał, 

prosząc, aby Krzewska w pomoc mu przyszła.
 

Zdaje się, że nim sformułował to dziwne nieco żądanie, niewiasta domyślna już je odgadła, 

zarumieniła się mocno, zadrżała... zmieszała...

background image

 

Gdy major dokończył, nastąpiło milczenie. Widział, że spuściwszy parasolik, wzrok utopiła 

w nim.
 

Złym to się zdawało znakiem. Kulwisz nie śmiał nalegać zbyt gwałtownie od razu, dawał 

czas do namysłu.
 

Podniosła sentymentalnie przymrużone oczy Krzewska.

 

― Prawdziwie ― rzekła sznurując usta ― jest to coś tak niespodziewanego.

 

Większy znawca serca i fizjognomii nad majora, który dopiero po harapie czasem się 

domyślał tego, co inny wyczytywał z oczu od razu, poznałby łatwo, że Krzewska była 
uszczęśliwiona ― i znajdowała tylko właściwym podrożyć się trochę.
 

Dla niej było to jakby wysłuchaniem jej najtajemniejszych życzeń, spełnieniem marzeń. Z 

tego głuchego zakątka móc się wyrwać na świat większy, którego łaknęła, ku teatrom, 
widowiskom, ku życiu burzliwemu, pełnemu wrażeń.
 

Wydawało się to rajem! Byłaby majora uściskała z radości, lecz potrzeba było nieco udawać 

zakłopotaną, niepewną.
 

Major tymczasem rozpaczał w duszy i począł obronę swą a naleganie...

 

― Daj mi czas do namysłu! ― odezwała się wreszcie. ― Nie wiem, co powie marszałkowa. 

Tyle już lat przebyłyśmy z sobą, jest tak dobrą dla mnie! ― mówiła Krzewska.
 

Kulwisz tłumaczył, dlaczego mu pilno było.

 

Z wolna jakoś przyszło do porozumienia. Major miał spocząć, ona rozmówić się ze swą 

kochaną marszałkową. Zostawiono petentowi nadzieję.
 

I to już było wiele dla niego. Wziąwszy słowo, wyrwał się z ogrodu i pośpieszył do austerii 

oczekiwać na obrót, jaki sprawa wziąć miała. Nie domyślał się tego, iż Krzewska biegła z 
ubarwioną historią sieroty, powołaniem swym do stolicy, wprost jako z rzeczą już rozstrzygniętą do 
marszałkowej.
 

Postanowiła od razu chwycić się oburącz tego jedynego środka wydobycia się z niewoli, 

która jej ciężyła. Stara marszałkowa nudziła ją, dom był zamknięty, ludzi nowych w nim... nigdy 
prawie.
 

Na obiad major odebrał zaproszenie do pałacu.

 

Tu musiał raz jeszcze opowiadać historię Marynki, a rozczulona nią Krzewska oświadczyła, 

że się dla niej poświęci. I wylano łez kilka, a staruszka uściskała swą towarzyszkę rozczulona jej 
ofiarą.
 

W istocie marszałkowa rada była, że się rezydentki pozbędzie, Krzewska, że się wyrwie z 

tego grobu, jak nazywała Zbożyszki.
 

I stało się, że major pełny wdzięczności w kilka dni potem wiózł kuzynkę pocztą do stolicy 

z takim pośpiechem, iż Krzewska, mimo niecierpliwości skosztowania nowego życia, na ostatnich 
stacjach odpoczywać musiała.
 

Kulwisz najpewniejszy był, że ta pełna najdelikatniejszych uczuć heroina poświęcała się dla 

nieznanej sieroty, i przez całą drogę napawał ją kadzidłem uwielbień.
 

Krzewska marzyła rozkosznie. Utrzymywała zawsze, że tylko areny jej brakło, aby świetne 

odnosić triumfy. Trochę późno los stawiał ją na pożądanym placu, lecz pani Ildefonsa nie 
zrozpaczyła o sobie.
 

Ileż to kobiet dopiero z drugą młodością należne im szczęście znalazło?

 

Marynka jeszcze ze swą żałobą znajdowała się w willi z Zosiczową, gdy odebrała 

zawiadomienie o rychłym przybyciu pani Ildefonsy Krzewskiej.
 

Cały ten czas spędziła w niemych jakichś zadumach, nie rozchmurzona ani na chwilę, 

poważna, lecz - nie osłabiona wcale boleścią. Można się było domyślać, że czując się sama sobie 
pozostawioną, chciała przyszłość ciemną odgadnąć i zawczasu wykreślić drogi, jakimi iść chciała.
 

Mówiła mało, odpowiadała półsłowami...

 

Baron Percival, który w czasie pogrzebu zdumiony był mocą duszy Marynki, śledził każdy 

jej krok z żywym zajęciem raczej psychologa niż rozmiłowanego człowieka.
 

Dziewczę to było dla niego zagadką. Parę razy przyszedł z uszanowaniem, nie narzucając 

się zbytnio, korzystając z tego, że Zosiczową siedziała przy niej i odwiedziny nie miały w sobie nic 

background image

rażącego. Marynka była mu wdzięczna za okazane współczucie w czasie pogrzebu matki i nie 
uciekała od niego.
 

Czas tej żałoby, w ciągu której lekcje zawieszone zostały, Volantiemu ciężył trochę. 

Obawiał się, aby muzyka zaniedbaną nie została i zapomnianą.
 

Spekulator odzywał się w nim mimowolnie. Jechał nieraz na willę z postanowieniem 

przypomnienia lekcji, mając ten argument przygotowany, że rozerwałyby w smutku, ale 
spojrzawszy na Marynkę, nie miał odwagi zaprzęgać jej do pracy.
 

W człowieku tym walczyło odzywające się serce z nałogiem nielitościwego rachunku, który 

ostatecznie musiał zwyciężyć.
 

Marynka sama jakoś o rozpoczęciu lekcji na nowo nie myślała, nie mówiła...

 

Volanti w końcu sam nie śmiejąc posłał Corsiniego, aby ten, niby proprio motu, naukę 

śpiewu przypomniał.
 

Włoch zazdrosny, a nie mogący Francuzowi groźby zapomnieć, zagryzł usta dziwnie i 

przybył spełnić, co mu polecono, ale w sposób właściwy charakterowi swemu.
 

Znalazł chwilę, w której Marynka była sama, i począł namiętnie oskarżać Volantiego o brak 

wszelkiego czucia, opowiadając, z czym został wysłany.
 

― Mam obrzydzenie do tego człowieka, który nawet takiego bólu uszanować nie umie. Dla 

niego pieniądz wszystkim... ― dokończył Włoch.
 

Marynka wysłuchała milcząca, brwi się jej trochę ściągnęły.

 

― Nie wiem, czy głosu dobyć potrafię i czy się nie rozpłaczę ― rzekła ― ale... raz przecie 

muszę przejść przez to...
 

Spuściła głowę na piersi...

 

― Dam panu wiedzieć, gdy się uczuję dosyć silną... Nazajutrz przyjechał Volanti i nie 

domyślając się zdrady ze strony Włocha, odezwał się z udaną czułością do Marynki:
 

― Dowiedziałem się, że ten nieznośny Corsini bez względu na jej położenie nagli o lekcje... 

bo jemu tylko o zarobek chodzi... Niech się pani nie spieszy... Może poczekać.
 

Dziewczę spojrzało w oczy śmiało Francuzowi, który zmieszał się i zarumienił od tego 

wzroku.
 

― Poczuwam się do obowiązku... ― rzekła powolnie. ― Lekcje na nowo rozpocząć muszę. 

Czas to stracony dla pana... lecz tu nie mogłabym się przemóc, zbyt by mnie to kosztowało. W tych 
dniach przybywa moja towarzyszka. Bądź pan łaskaw wynaleźć dla nas mieszkanie.
 

― Ależ dawne oczekuje na panią! ― odparł Volanti.

 

― Prosiłabym go o zmianę... nadto wspomnień w nim pozostało... ― rzekła Marynka.

 

Była to kwestia pieniędzy. Volanti się zachmurzył. „Kaprys"! ― powiedział sobie w 

duchu... lecz nie śmiał się otwarcie sprzeciwić.
 

― W tej porze wyszukać mieszkania będzie trudno ― odezwał się po chwili.

 

Burczakówna spojrzała na niego.

 

Volanti zarumienił się znowu i rzekł śpiesznie:

 

― Poszukam...

 

Oprócz wydatku, na który był czułym pan dyrektor, inne względy przyczyniały się do tego, 

że chciał mieć Marynkę na oku. Nie kochał się w niej, a był o nią zazdrośny...
 

Obawiał się, aby usuwając się z jego domu, nie wyrwała się spod tej władzy, jaką chciał 

mieć nad nią.
 

Niezręcznie dosyć poskarżył się tegoż dnia baronowi na to nowe wymaganie uczennicy, a 

Percival, przeciwnie, znalazł je bardzo słusznym i począł czynić wymówki, które mu usta 
zamknęły...
 

Zosiczowa, pożyczona przez księżnę, wprawdzie siedziała na willi, towarzyszyła wszędzie 

swej sierocie, kar- miła ją słodyczami, które sama lubiła, lecz zresztą była zupełnie bierną...
 

Oczekiwano majora.

 

Przybycie jego z panią Krzewską, która dla uczynienia wrażenia wysiliła się na 

niedorzeczną, śmieszną toaletę, a przy pierwszym spotkaniu wystąpiła z taką przesadzoną czułością 
dla Marynki, iż w niej wstręt wzbudziła, zmieniło ten stan wyczekiwania.

background image

 

Wrażenie, jakie pani Ildefonsa zrobiła na wszystkich oprócz wielbiącego ją majora, było 

najniekorzystniejsze dla przybyłej.
 

Począwszy od Zosiczowej i Marynki, do barona i Vo-lantiego wszyscy znajdowali panią 

Krzewską pretensjonalną, wymuszoną, zbyt roztrzepaną i do humoru pupili, do jej żałoby jak 
najmniej umiejącą się zastosować.
 

Krzewską z natręctwem opanowała zaraz Marynkę, która chłodną tylko powagą próbowała 

się jej bronić.
 

Major, który dostrzegł ten brak harmonii, mówił sobie, iż z czasem, poznawszy się lepiej, 

muszą się porozumieć i pokochać.
 

Lecz czas mógł chyba pogorszyć stosunek, dobitniej coraz dając czuć różnice 

temperamentów, sposoby mylenia, pojęć o życiu, na ostatek instynktów bezwiednych, które u ludzi 
mniej ze światem obytych zastępują, często bardzo szczęśliwie, wiedzę i rozumowanie.
 

Marynka wzięła po matce zamiłowanie spokoju, prostotę obyczaju, mowy, postawy, naturę 

cichą, trochę na pozór chłodną, a jednak zdolną uczuć silnie i wierną zostać uczuciu.
 

Wielka różnica dwóch charakterów Krzewskiej i Marynki zależała na tym, że pierwsza żyła 

głową, druga sercem.
 

Ludzie na symptomatach tych żywotów zupełnie z sobą sprzecznych mylą się prawie, 

zawsze. Żyjący głową grają nieustannie, ostentacyjnie sentyment, którego nie mają, który czasem 
ich samych uwodzi, a jest zimną fantazją, gdy ci, co sercem żyją i w sercu skarb swój kryją, nie 
popisują się z nim, są wstrzemięźliwie milczącymi.
 

Ci, których pospolicie zwą namiętnymi, są najzimniejsi, choć najgwałtowniejsi, w chwili 

uniesienia gotowi na wszystko, lecz najmniejsza przeszkoda płomienie te gasi, a najkrótszej próby 
czasu nie wytrzymują.
 

Marynka miała serce, a pani Ildefonsa głowę rozhukaną marzeniami długimi, która teraz w 

zetknięciu się ze światem, wirowała prądami najekscentryczniejszymi.
 

Ów tak zwany świat, o którym wiele słyszała i czytała, w zupełnie fałszywym świetle się jej 

przedstawiał, czymś na kształt teatru, na którym się należało popisać, aby coś zdobyć, nie bardzo 
zważając na skrupuły, na przesądy, na przesadzone te rzeczy, które spokojna wieś nazywa cnotami, 
trzymając się katechizmu.
 

Zachować decorum, uniknąć zgorszenia, pozory przyzwoitości pielęgnować czuła się w 

obowiązku Krzewska, lecz na bardzo wiele zboczeń była pobłażająca, byle one dały życiu 
podstawę, to jest majątek, położenie i środki używania rozkoszy wszelkich, począwszy od 
elegancji, do wykwintnego stołu itp.
 

Zaraz po przybyciu Krzewskiej, której wystąpienie przykro się uczuć dało Marynce, zostały 

one same. Zosiczowa powróciła do księżny, goście się rozeszli, major odjechał. Miał kilka dni 
jeszcze zabawić w stolicy i dopomóc Volantiemu do ostatecznego pozbycia się ojczyma.
 

Krzewska, nie tracąc ani chwili, przejęta obowiązkami swojego posłannictwa, obcesowo się 

rzuciła na Marynkę, którą wyobrażała sobie jako dziecię mające ulec jej łatwo.
 

Szczebiotliwa do zbytku, poczęła od niezręcznego pocieszania sieroty i podrażniła ją 

wspomnieniem matki, której imię na ustach tej kobiety jako sprofanowanym wydawało się 
Marynce. Oznaki czułości, uściski, pieszczoty, obietnice nie tylko nie poruszyły dziewczęcia, ale je 
niemal odstręczyły.
 

Wieczór zszedł na tym, że Krzewska mówiła sama, a dziewczę ledwie półsłowami 

odpowiadało.
 

Rozeszły się, a pani Ildefonsa przejęta jeszcze tym, co sobie obiecywała w nowym 

położeniu, oziębłości Marynki nie wzięła do serca. Tłumaczyła ją nieśmiałością; była pewna, że 
przy bliższym poznaniu zyszcze ją sobie.
 

Nazajutrz przy śniadaniu nowa towarzyszka znowu wczoraj przerwaną nawiązała rozmowę, 

wskazując Marynce, jakie ma plany na przyszłość i jak mądrze poprowadzić potrafi.
 

Ta chęć prowadzenia i kierowania w duszy sieroty rozbudziła uczucie oporu. Gdy po razy 

kilka Krzewska nalegała na to i nadawała sobie powagę jakąś, do której prawa nie miała, Marynka 
zarumieniona przerwała jej:

background image

 

― Daruj mi pani... ja nie jestem takim dzieckiem, jak się może wydaję. Nieszczęście wiele 

mnie nauczyło; czas spędzony tu z matką, jej przykład i rady wyznaczyły mi tak jasno drogę... że 
tylko tej opieki od pani potrzebować będę, abym... miała świadka mojego postępowania. Sama 
pozostać nie mogłam, zresztą zbyt się o mnie troszczyć pani nie potrzebujesz.
 

Krzewska, którą to dotknęło, zręcznie w żart obróciła oświadczenie Marynki.

 

― Ja ci się narzucać nie będę ― rzekła ― ale po cóż bym tu była, gdybym ci moim 

doświadczeniem nie służyła? Otoczona jesteś czyhającymi jak na pastwę. Volanti zjada cię oczyma 
i o! ja się na tym znam, ten baron także nie bez myśli cię adoruje... a pewnie jest ich lub będzie 
więcej...
 

I zobaczywszy ruch Marynki przeczący, dodała żywo:

 

― Nie ma w tym nic złego, nie potrzebujesz się wy- pierać. W młodym wieku bez romansu 

życia nie ma, idzie o to, aby wybrać dobrze i do końca poprowadzić zręcznie...
 

― Ale ja ani myślę o tym! ― zawołała z oburzeniem Marynka ― ani dopuszczę, aby ktoś 

śmiał...
 

Padła na krzesełko i dorzuciła po chwili:

 

― Moim zadaniem teraz wypłacić się Volantiemu... a potem... bodaj do Berezówki 

powrócić.
 

― To są myśli żałobne, których się pozbędziesz ― odparła Krzewska. ― Rozpoczynasz 

zawód, który Bóg wie jak wysoko poprowadzić może... Co znaczy Berezówka!
 

― Dla mnie ― wszystko! ― odrzekła Marynka ― tak byłam szczęśliwą... Matka padła 

ofiarą mojego głosu i tych marzeń o jakiejś przyszłości, która teraz dla mnie jest obojętną... 
Kocham sztukę... lecz ona życia całego nie zapełni.
 

― Wszystko to... przejdzie! ― rozśmiała się z przymusem Krzewska. ― Nie mówmy o 

tym... zobaczymy... zmienisz przekonania.
 

Nie chcąc przeciągać tej rozprawy Marynka nie odpowiedziała. Znużona była nieskończoną 

paplaniną i dopytywaniem ciekawym Krzewskiej, tak że książkę wzięła, aby się od niej uwolnić.
 

Pani Ildefonsie pozostawało jedno, to jest pójść badać sługi, szukać plotek i z tą 

ciekawością, właściwą próżniakom, łapać najmniejsze drobnostki, aby nimi się nakarmić... Małe 
ptaszki tak samo niedojrzanymi żyją muszkami, a stare rzymskie przysłowie powiada: aquila non 
capit muscas.
 

W domu, w którym Marynka kilka miesięcy przebyła, wiedziała ona mniej szczegółów 

daleko, niż Krzewska we dni kilka. Wyspowiadała wszystkie sługi, potrafiła się narzucić 
Zosiczowej i wybadać ją o księżnie, zapoznała się przez płot z kamerdynerem barona, aby o nim za- 
sięgnąć wiadomości, dobyła z kucharki, co wiedziała o Corsinim i o Volantim.
 

Mogła już na podstawie tych informacji odgadnąć, co dawał Francuz na utrzymanie domu... 

jakie miało być przyszłe życie w stolicy...
 

Było to potrzebne jej szczególnie dla własnego interesu. Głównie usiłowała pochwycić nici 

miłosnych intryg, których się tu domyślała, nie mogąc przypuścić, aby około ładnego dziewczęcia 
nie roili się wielbiciele.
 

Pierwsze rozmowy z Marynką dały jej przekonanie, że dziewczyna była skryta, chytra, 

uparta i że niełatwo przyjdzie zmusić do zwierzeń, do zupełnego zaufania.
 

A była pewną, iż coś do zwierzania mieć musiała.

 

Major, spełniwszy obowiązek i złapawszy Dziwulskiego, który teraz znacznie był 

łatwiejszym do zagodzenia, miał go z sobą zabrać nazad na Litwę. Spieszno mu było do 
gospodarstwa, a stolica pod wszelkimi względami męczyła go wrzawą, ruchem, ciągłym 
obowiązkiem mienia się na baczności. Nie znosił nawet tego, że musiał się co dzień ubierać tu, jak 
w Kącie chyba na niedzielę i święta. Chciał więc uciekać co prędzej. Marynka go nie mogła 
wstrzymywać. Major był z siebie niezmiernie rad, a przywiezienie Krzewskiej zdawało mu się 
dziełem wielkiej zasługi.
 

W przededniu wyjazdu pani Ildefonsa wzięła go z sobą do ogrodu na poufną rozmowę.

 

― Poświęciłam się dla tej biedaczki, mój majorze, i nie żałuję tego, ale będzie z nią ciężko.

 

― Dlaczego?

background image

 

― Uparty koziołek! i skryta... nic z niej dobyć ― mówiła Ildefonsa. ― Powoli dam sobie z 

nią radę. Dziś ci tylko to powiem, że był wielki czas, abym ja się tu znalazła. Powiadam ci, czyhają 
na nią. Czuwać będę musiała, bo to dziecko niedoświadczone. Ten Volanti... nie bez kozery, baron, 
który się umyślnie ulokował pod bokiem... ma też zamiary... kocha się formalnie. Człowiek bardzo 
bogaty, ale bałamut... strach! Na ostatek i nauczyciel śpiewu, Włoch... zjada ją oczyma. Tego się 
najwięcej boję...
 

Major zaklinał ją, całując po rękach, aby czuwała.

 

― Ale, proszę cię, bądź spokojny, mojego oka nie ujdzie nic. Ja odgaduję... przenikam... i 

nie zaśpię...
 

Z kolei przyszło pożegnanie z Marynką, która za przywiezienie Krzewskiej ogólnikami 

dziękowała... i łzy miała w oczach.
 

― Mój majorze! ― rzekła ― mój dobry opiekunie... strzeż tam mojej biednej Berezówki. 

Jak tylko powrócić do niej będę mogła... polecę... Mc mnie tu nie trzyma, oprócz długu... ludzie... 
nie nasi... Myśli moje tam za olszyną i brzeziną... gdzie cień matusi się przechadza... O! tak, ja tam 
powrócę...
 

Wtem przerwała nagle.

 

― Zawieź pan ukłony siostrzeńcowi ― dodała. Major się uśmiechnął smutnie.

 

― Biedne chłopczysko... jak on tam pobożnie, gdyby relikwij, kwiatków waszych pilnuje. 

Dobry chłopak!
 

Marynka powtórzyła:

 

― Pozdrówże go pan ode mnie, ja go bardzo polubiłam.

 

― Szczęśliwy będzie, żeś o nim nie zapomniała.

 

― Bo ja nie zapominam o nikim. A! kochany majorze, pozdrówże i starego Żantyra... On to 

pierwszy mnie tego nieszczęsnego śpiewu nauczył.
 

― A dlaczegóż nieszczęsnego! ― zaprzeczył major. Wspomnienie matki łzy wywołało na 

oczy, ale połknęła je milcząco.
 

Rozstali się tak ze starym, który zabierał z sobą Dziwulskiego. Francuz, wziąwszy od niego 

dokument na piśmie, dał mu odczepnego, z którym owracał pan
 

Ernest w rodzinne strony, mając nadzieję, że... jako wdowiec jeszcze może uszczęśliwi 

kogo...
 

Nie bez myśli wziął z sobą urzędową metrykę poświadczającą śmierć żony.

 

W kilka miesięcy po opisanych wypadkach, było to już jesienią, Krzewska zadumana, 

wsparta na ręku, z roztwartą książką, którą trzymała przed sobą, nie czytając jej, siedziała u stołu w 
saloniku nowego mieszkania.
 

Rzeczą jest wątpliwą, czyby pani marszałkowa, pan major i inni dawni a dobrzy znajomi 

pani Ildefonsy, zobaczywszy ją, poznali w tej odmłodzonej, wyfiokowanej, woniejącej, białej od 
zbytku, rumianej zanadto i pulchniutkiej elegantce, wdowę już przywiędłą nieco czasu pobytu na 
wsi.
 

Stolica zmieniła ją zupełnie... Teoretycznie wiedziała pani Krzewska, iż są różne sztuczne 

środki przywrócenia młodości, choć pozornie; w stolicy zapoznała się z nimi praktycznie i tak 
umiejętnie je zastosować umiała, że prawdziwego dokazała cudu. Odmłodniała. Wieczorem była 
wiele ponętną, we dnie nawet niebrzydką, a co było największą sztuką ― wcale niestarą. Oczy jej, 
przymrużające się tak melancholicznie, nabierały czasem wyrazu nadzwyczaj wyzywającego. 
Młodsi szczególniej ludzie, którzy mają sympatię do osób dojrzałych, znajdowali ją wielce 
powabną... Krzewska też nie zaniedbywała wabię bez wyjątku wszystkich, którzy się jej nastręczali, 
w nadziei, iż ktoś wreszcie weźmie się na wędkę...
 

Nadzwyczaj zręcznie a natarczywie razem umiała Marynce wytłumaczyć i Volantiemu, że 

dla honoru domu musiała ona być zawsze strojną, wyświeżoną i elegancką.
 

Na ten cel odejmowała bez ceremonii z pieniędzy na utrzymanie domu przeznaczonych, 

niekiedy od pierwszych potrzeb, pamiętając głównie o sobie. Jużci poświę- cenie tak wielkie dla 
Marynki powinno się było choć tymi fraszkami opłacać.
 

Przekonawszy się, iż Marynka prowadzić się i kierować sobą nie da, wzruszyła ramionami 

background image

pani Krzewska i ograniczyła na tym, że przy ludziach opiekunka poważną odegrywała rolę. Obie 
nie miały wcale do siebie sympatii, lecz przyzwoitość kazała pokrywać to, ile możności.
 

Marynka była grzeczna, uprzejma, nie sprzeciwiała się jej w niczym, lecz szła uparcie za 

wskazówkami własnej główki i serca. Krzewska chciała zbadać tajemnice jej... domyślała się 
bowiem jakichś sekretów, jakichś skłonności tajonych, ale niczego nie mogła dojść, bo dotąd nie 
było...
 

Nie mogąc się spodziewać ani pozyskać sobie Marynki, ani jej zmusić do powolności, pani 

Krzewska szukała sprzymierzeńców gdzie indziej.
 

We wszystkich otaczających upatrywała zakochanych, ze wszystkimi więc próbowała 

zawiązać poufałe stosunki nadzieją popierania ich sprawy.
 

Pierwszym celem tych zabiegów był naturalnie Vo-lanti, który dawał pieniądze i miał 

największe prawa... Krzewska usiłowała go przekonać, że powinien z całym zaufaniem ku niej się 
zwrócić, jej zwierzać, jej używać do kierowania po swej myśli Marynką.
 

Usiłowania te... niezupełnie się poszczęściły. Francuz był doskonałym znawcą ludzi, a 

szczególniej charakterów kobiecych, od razu ocenił panią Ildefonsę, nie odtrącił jej ofert, ale 
zamiast się dać opanować, postanowił ją trzymać w garści. Był daleko od niej przebieglejszy i 
silniejszy.
 

Krzewska zdawała mu jak najbardziej szczegółowe raporty o wszystkich obrotach Marynki, 

nawet o odgadniętych jej myślach, o przypisywanych jej zamiarach.
 

Donosiła i co pochwyciła, i czego się fałszywie doro- zumiewała. Miała podobno zamiar 

nawet zbliżając się do Volantiego dać mu do zrozumienia, że miałby w niej więcej niż pomocnicę i 
przyjaciółkę, lecz Francuz pod tym względem był nie do zbycia.
 

Mówiliśmy już, że tylko arystokratyczne piękności, a nawet dystyngowane brzydoty 

działały na niego jedynie. Miał zresztą w teatrze kandydatek do poufałych stosunków, daleko 
ponętniejszych, do wyboru ile chciał.
 

Nie zrzekając się całkowicie nadziei skorzystania z jakiej chwili przyjaźniejszej, Krzewska 

na podbicie go już niewiele rachowała...
 

― Człowiek zużyty i wystygły! ― mówiła z pewnym rodzajem pogardy. ― Może mieć 

fantazje... ale serce wyschłe...
 

Co się sercem zwało u pani Krzewskiej, określić trudno.

 

Z niewiększą zręcznością, ale z lepszym powodzeniem pani Ildefonsa zwróciła się ku 

baronowi. Percival zrozumiał ją od pół słowa i bez ogródki też dał jej do zrozumienia, że za 
rzeczywiste usługi w sprawie serca (!) chętnie wdzięcznym się okaże.
 

Krzewska to usposobienie prawdziwie genialnie umiała wyzyskiwać. Nikt nad nią lepiej i 

delikatniej nie mógł się przymawiać do małych posług i podarków, wyrywała je gwałtem niemal. 
Percival śmiał się z tego, może był rad, ale znajdował, iż wieśniaczka niepospolicie była drapieżną.
 

Między nim a nią zawiązał się stosunek bardzo ścisły. Wdowa zobowiązała się milcząco 

popierać jego starania o serce wychowanki. Kłamała czasem dla utrzymania go na drodze 
sentymentu, obiecywała mu to, czego dotrzymać nie mogła.
 

Percival przenikał to wszystko, lecz nie odpychał jej, przewidując, że mu się przydać może. 

Był nawet tak przewrotny, że w duszy szydząc z jej pretensji do resztek wdzięków i młodości, 
obchodził się z nią, jakby miał pewną sympatię. Mówili z sobą wiele o sentymentach. Krzewska o 
przeszłości tajemniczej... on o różnych zabawnych awanturach, nawet nieco słonych i pieprznych.
 

Krzewska i oczy zakrywała, i uszy zatykała, lecz słuchała i śmiała się. Komitywa z 

Percivalem była jak najlepsza.
 

Przenikliwy wzrok wdowy odkrył też (co trudnym nie było) skrytą niby, a zdradzającą się 

co chwila miłość Corsiniego dla uczennicy. Ta była jej najprzykrzejszą, gdyż czuła pani Ildefonsa 
sama niezmiernie sobie podobała ognistego Włocha i ― zakochała się w nim potajemnie. Zbliżając 
się więc do niego, nie była panią siebie.
 

Corsini z początku nie widział tego, a spostrzegłszy słabość jej dla siebie, którą miał za 

kaprys kobiety płochej, gotów był pochlebiać jej, lecz dla interesu własnego. Krzewska wmawiała 
w siebie, iż go potrafi odciągnąć, ujarzmić i snuła projekta najzuchwalsze, szalone, 

background image

nieprawdopodobne.
 

Marynka wcale tych zasnutych dokoła intryg nie widziała, a raczej nie rozumiała ich, nie 

mogłaby była takiej przewrotności przypuścić nawet.
 

Nie lubiła pani Ildefonsy, lecz przy całym jej roztrzepaniu i płochości nie posądzała o takie 

zepsucie.
 

Jej wszystkie myśli, całe siły do jednego celu skierowane były: do uwolnienia się z jasyru 

Volantiego i ― powrotu na wieś.
 

Młoda, piękna, żywa, nie mogła się rozmiłować w tych ludziach malowanych, sztywnych, 

nieodgadniętych, skrytych, co ją otaczali. Nie bawiło jej nic oprócz chwilami muzyki i sztuki. Lecz 
i tej opanować się nie dawała. Przypadkowe rzuty oka za kulisy tej sceny przerażały ją czasami.
 

Nie mogła pojąć żywota komedii, wzajemnego wyzyskiwania się, prześladowania, walki i 

nienawiści.
 

Wychowana w pojęciach innych, przekonana, że świat cały był istotnie chrześcijańskim, z 

przerażeniem odkrywała w nim straszliwe a powszechnie tolerowane i przyjęte zasady egoizmu 
bezwstydnego.
 

Obracała się więc wśród tych wstrętliwych ludzi, jak gdyby była wśród płomieni, ciągle 

bacząc tylko, aby się na niej suknie nie zajęły.
 

Niekiedy rzucała takie pytania Percivalowi, Volantiemu, naiwne a rażące, iż słupieli 

słuchając jej. Volanti sądził, że towarzystwo Krzewskiej i wreszcie atmosfera cała powoli ją 
nawróci na rozumniejsze poglądy... lecz dotąd nic nie skutkowało.
 

Osamotniona tak, bo nikt jej nie rozumiał i nikt nie godził się na to, co głosiła, Marynka 

coraz uparciej zamykała się w sobie.
 

Jeden Percival najlepiej jakoś zastosowywać się do niej umiał. Sceptyk, pozwalał na 

wszystko, i byle się przypodobał tej, która go zajmowała coraz mocniej, na środki nie patrzał.
 

Wychowanie i charakter usposabiały go tak, że choć kłamał i mówił to, czego nie myślał, w 

co nie wierzył, przybierał pozór szczerości, wywnętrzenia się swobodnego. Był naturalnym bardzo; 
choć całe życie grał komedię. Doskonały aktor, w oczach Marynki wydawał się dobrym, łatwym, 
czułym, uczciwym, bo chciał, aby go miała za takiego.
 

Nawet miłość swą umiał jej uczynić znośną, bp nie była napastliwą, nie zdawała się 

niebezpieczną.
 

Z nim jednym dziewczę rozmawiało chętnie długo i znajdowało przyjemność w rozmowie.

 

Niespokojnym okiem na tę rosnącą poufałość spoglądał Volanti, lecz teraz, gdy się zbliżała 

już chwila wystąpienia publicznego Marynki, wszechmocnego barona oszczędzać musiał, aby go 
mieć za sobą.
 

Niezmiernej pracy winna była Dziwulska, że moment okazania się jej przed światem 

nadspodziewanie mógł być przyspieszony.
 

Lecz wróćmy do saloniku, w którym na rozmyślaniu przy książce otwartej zastaliśmy panią 

Krzewską.
 

Była sama, lecz zdawała się na kogoś oczekiwać i jakby walczyła z sobą, niepewna, co 

pocznie, wzdychała, tarła czoło, zapatrywała się na ściany, niekiedy zwracała ku drzwiom i 
przysłuchiwała. Czoło to się marszczyło, to rozpogadzało.
 

Marynka znajdowała się w swoim pokoju, gdyż zwykła była unikać pozostawania sam na 

sam z Krzewską. Nie godziły się w niczym. Wdowa słodziuchno, ale ciągle chciała jej dawać nauki, 
dziewczę grzecznie zagadywało o czym innym, nie chcąc ich słuchać.
 

Ledwie dosłyszanym, cichym krokiem ostrożnym zbliżył się ktoś ku drzwiom, a szelest ten 

odbił się zaraz na wdowie, która co prędzej poprawiła włosów i ułożyła postać swą stosownie do 
wskazówek zwierciadła.
 

W progu ukazał się na palcach idący baron, wracający zapewne z jakiegoś przyjęcia w 

mieście, strojny, we fraku, w rękawiczkach białych, z kapeluszem w ręku. Rozetka oficera legii 
honorowej rumieniła się w dziurce sukni.
 

Twarz miał odmłodzoną, włosy utrefione... cała postać znamionowała człowieka 

najlepszego towarzystwa. Obejrzał się niespokojnie po salonie i witając Krzewską, przysiadł się do 

background image

niej.
 

Zaczęli rozmowę głosem bardzo zniżonym i cichym.

 

― Stawię się ― rzekł Francuz dobywając zegarka ― jak pani widzi, nie skorzystawszy 

nawet z kwadransa folgi, do którego miałem prawo. Spóźniłem się ledwie o małe pięć minut.
 

Rzucił okiem dokoła.

 

― Gdzież panna Maria?

 

Krzewską z niechęcią jakąś poruszyła ramionami.

 

― W swoim pokoju ― odparła i wlepiła oczy w barona.

 

― Chciałam z panem pomówić otwarcie ― dodała. ― Spodziewam się, iż mi ufasz!

 

Baron z uśmiechem skłonił głowę i ręce rozpostarł.

 

― Godziż się wątpić? ― szepnął.

 

― Dałam dowody, że sprzyjam panu baronowi ― mówiła dalej Ildefonsa, białym swym 

rączkom i pazurkom się przypatrując ― bądźże pan szczery ze mną.
 

Baron wciąż patrzał, jakby niedobrze rozumiał, o co chodziło.

 

Krzewska musiała się coraz jaśniej tłumaczyć.

 

― Pan się kochasz w mojej pupilce, to nie ulega wątpliwości, a co najmniej mocno nią 

jesteś zajęty. Nie widzę żadnego postępu... nie rozumiem dobrze pana barona... Co zamierzasz? co 
myślisz?
 

Tu zawahawszy się dodała:

 

― Przecież mogłabym przydać mu się tu na co? Percival nisko się skłonił.

 

― Pani odgadłaś z przenikliwością wielką ― rzekł sarkastycznie ― że... zajęty jestem 

panną Marią. Tak, to nie ulega wątpliwości... lecz... uczucie moje dla niej jeszcze jest w 
pieluszkach. Sam nie wiem, czy dać mu rosnąć, czy je udusić...
 

Krzewska, lubiąca białymi ruszać ramionami, potrząsnęła nimi.

 

― Cóż to za miłość! ― odparła pogardliwie.

 

― Sam jeszcze jej nie rozumiem ― mówił Percival na wpół żartobliwie ― więc i 

wytłumaczyć nie potrafię.
 

To pewna, że dziewczę mnie intryguje, drażni, obchodzi, pociąga...

 

― I pan patrzysz z daleka na nie, nie próbując się zbliżyć, przypodobać, a dajesz innym 

zalecać się i zyskiwać jej względy?
 

― Komu? ― zapytał Francuz.

 

― Ja baronowi mówiłam nieraz, ów zimny Volanti... wcale nie jest do lekceważenia, a i 

Corsini czasu nie traci.
 

Percival, uśmiechając się obojętnie, spytał:

 

― Sądzisz pani?

 

― Patrzę na to co dzień, a że baronowi dobrze życzę, chciałam go przestrzec i dowiedzieć 

się razem... cóż dalej? co dalej?
 

Percival minę nastroił niby poważną.

 

― Sercu nic zarzucać nie można ― rzekł ― gdy się silniej odezwie...

 

― Baron się bo kryjesz przede mną! ― przerwała Krzewska żywo. ― To nie może być! 

Nie jesteś tak obojętnym, czytam to z jego oczu... lecz zdaje mi się, że sobie złą obrałeś drogę. 
Chciałam go życzliwie ostrzec... Marynka ma temperament chłodny, zamknięty w sobie, potrzeba 
trochę silniej szturmować, chcąc jej serce pozyskać... a raz pozyskane...
 

Baron słuchał z natężoną uwagą, lecz otwarłszy usta, znowu z sarkazmem małym zapytał, 

jak gdyby sobie żartował z Krzewskiej:
 

― Raz pozyskane, sądzisz pani, że potrafiłoby pozbyć się tego chłodu?

 

― Pierwsza miłość ― żywo odparła Krzewska, wzdychając i oczy przymrużając ― zawsze 

jest najsilniejszą...
 

Percival widocznie do całej tej polemiki z panią Ildefonsa żadnej nie przywiązywał wagi, po 

prostu żartował z niej sobie. Wygadać się z niczym ani chciał, ani myślał wtajemniczać Krzewskiej 
w swe uczucia i plany.
 

Grzecznie bardzo dokończył po chwilce:

background image

 

― Wdzięczny jestem pani za rady i bądź co bądź proszę, abyś na mnie była zawsze 

łaskawą. Lecz... wróćmy do Volantiego i Corsiniego. Czyś pani dostrzegła w swej wychowanicy 
jaką skłonność dla jednego z nich?
 

Krzewska zapatrzyła się w okno.

 

― Volantiego stanowczo nie lubi ― rzekła ― ale to człowiek przebiegły i zuchwały. Ja 

muszę pilno stać na straży. Co do Corsiniego... obserwuję, podglądam... nie wiem. nic... lękam się 
tylko tych lekcyj, przy których pan wie, jak łatwo...
 

Krzewska nie dokończyła. Baron, jak zawsze chłodny, uśmiechał się, nie zdając się 

zastraszonym bynajmniej.
 

Wstał z krzesła, jakby chciał niepotrzebną przerwać' paplaninę.

 

― Nie wyjdzie panna Maria? ― zapytał.

 

Pani Ildefonsa poruszyła się także i widząc, że więcej już z barona nic nie wyciągnie, 

zawołała głos podnosząc, zwróciwszy się ku otwartym drzwiom gabinetu, który ich dzielił od 
pokoju Marynki:
 

― Mademoiselle Marie! Monsieur le baron est la.

 

Niezbyt prędko usłyszeli otwierające się drzwi i krokiem powolnym Maria, ubrana czarno, 

blada, z tą twarzyczką smutnie spokojną, którą rzadko promyk jaki ożywiał, wsunęła się do 
saloniku.
 

Baron z wielkim uszanowaniem i grzecznością francuską przybliżył się ją powitać. Wsparta 

na ręku Krzewska patrzała na nich z daleka wzrokiem badawczym.
 

― Prawdziwie ― odezwała się ― nie masz, kochana Maryniu, lepszego przyjaciela nad 

pana barona. Ktoś mu powiedział, że byłaś trochę niedysponowaną i pośpieszył zaraz...
 

― Ale nic mi wcale nie jest ― rzekła spokojnie Marynka. ― Zmęczona być muszę, bo 

mam wiele do czynienia. Zresztą, widzisz pan, że mój nowicjat odbywam, nie skarżąc się... i nie 
upadając na siłach...
 

― Ale to nowicjat istotnie ciężki do przebycia ― dodał grzecznie baron ― i czyby go 

przecie raz skończyć nie można?
 

― To nie zależy ode mnie ― rzekła Marynka ― a potem, zbytni pośpiech mogłabym 

przypłacić. Publiczność jest wymagająca... ja... nie czuję się jeszcze na siłach...
 

― O! o publiczność nie powinnaś pani mieć obawy ― przerwał żywo Francuz ― 

zdobędziesz ją samym ukazaniem się.
 

Marynka rozśmiała się smutnie.

 

― Dziękuję ― rzekła ― bardzo pan baron jesteś grzeczny... ale...

 

I przerwała, zamilkłszy nagle.

 

Z postawy, z mowy, z bardzo zimnego obejścia się z baronem wnosić było można, że choć 

nie miała do niego wstrętu, choć była z nim do pewnego stopnia spoufaloną, nie czuła dla niego nic 
nad... tę chłodną życzliwość, jaką się miewa dla osób, z którymi obcowanie bywa miłe...
 

Francuza trudniej było odgadnąć. Kochał się, czy chciał tylko zabawić? Nęciła go istota 

sympatyczna, czy tylko trudne do rozwiązania zadanie i chęć postawienia na swoim, tym żarliwsza, 
iż spotykała trudności na drodze?
 

Marynka w ogóle ze swą żałobą na sukni i na czole przedstawiała istotę biedną, zmęczoną, 

znoszącą, co los rzucił jej na ramiona, lecz wcale nie mogącą się nazwać ani szczęśliwą, ani 
spodziewającą się lepszej doli.
 

To usposobienie jej zagadkowe, to zamknięcie w sobie, ten brak młodzieńczego zapału, 

wiary, ochoty do życia w rozpacz wprowadzał Krzewską, barona i wszystkich niemal, co ją znali.
 

Volanti wolałby był może widzieć ją więcej ożywioną i z większym zapałem oddającą się 

powołaniu, lecz z drugiej strony obojętność jej i chłód ułatwiały mu zadanie. Nie potrzebował się 
obawiać o nią.
 

Rozpoczęta z baronem rozmowa ożywiała się nieco, potrafił rozbawić Marynkę, zająć ją. 

Krzewską z widocznym zrozumieniem swej roli, zatopiona w książce, nie mieszała się ani 
przeszkadzała rozmowie.
 

Przedmiot jej zresztą zbyt zajmującym nie był. Per- cival, spróbowawszy parę razy potrącić 

background image

o coś wyrazistszego, nie był zrozumiany, zwrócono go w inną stronę. Pół godziny tak zabawiwszy 
może, pożegnał zawsze chłodną i poważną Marynkę.
 

Od bardzo dawnego czasu baron nie zaglądał do panny Laury Lacerti, lecz że u niej nigdy 

na gościach nie zbywało, bo choć nie miała talentu utrzymania przy sobie długo wielbicieli, 
posiadała dar przywabiania ich znakomity, nie bardzo tęskniła po niewiernym.
 

Wiedziała ona, że baron kręcił się około Litwinki, jak ona ją pogardliwie zwała, a choć czas 

nieco zobojętnił ją dla tej przyszłej współzawodniczki, nie spuszczała jej z oka. Wiedziała też, co 
się działo u Burczakówny; miała kogoś, co Corsiniego egzaminował, co jej o pani Krzewskiej 
donosił, intrygowała po trosze, ale wszystkie swe siły oszczędzała na chwilę, gdy Marynka po raz 
pierwszy miała wystąpić.
 

Dowiadywała się pilno, kiedy nareszcie dzień ten miał przyjść stanowczy. Czekał na niego i 

Scarlatti, i cała klika nieprzyjaciół Volantiego, wielbicieli Lacerti... i niemały zastęp ochotników, 
którzy zawsze są gotowi za coś i dla czegoś należeć do intrygi...
 

Z tego, co Lacerti wydobyła przez swego pośrednika od Corsiniego, domyślała się, że 

wystąpienie mogło być bliskie. Volanti ze swej strony, choć nic nie wiedział, domyślał się, 
przeczuwał intrygę i zachowywał tajemnicę, bo na dzień ów chciał obsadzić teatr widzami, których 
by był pewien.
 

Lacerti czuwała.

 

O baronie wiedziała tylko tyle, że zdawał się mocno zajęty jej nieprzyjaciółką.

 

Jednego ranka, gdy właśnie z matką najzajadlejszą prowadziła o coś wojnę i wcale do 

wystąpienia do gości nie była przygotowana, sługa jej zdyszana przybiegła dać znać, wiedząc, jak 
baron był zawsze pożądany, że czeka na nią w saloniku.
 

Lacerti więc zakończyła tupnięciem nóżką kłótnię swą z matką, podbiegła do zwierciadła, 

aby czarne, rozrzucone poprawić włosy, spojrzała na nieco zabrukane rączki... i ― z hałasem 
wpadła witać gościa.
 

― Oczom nie wierzę! ― zawołała. ― Jak to? Wy! u mnie? Cóż powie wasza Litwinka? 

Jestemże ja godną?
 

Francuz za całą odpowiedź ruszył ramionami, rzucił się na sofkę, nogę na nogę założył i 

uśmiechnął się pogardliwie.
 

Laura stanęła tuż przeciw niego.

 

― Czemużem winna to szczęście, iż pan baron raczył sobie przypomnieć?

 

― Trève des betises! ― odparł Percival. ― Przychodzę się dowiedzieć, która i jaka dynastia 

dziś u ciebie panuje? Straciłem z oczu.
 

Laura zrobiła minkę kwaśną.

 

― Cóż to was obchodzić może? ― spytała i nagle wtrąciła: ― Mamli w was powitać 

zwycięzcę? Poddała się twierdza oblężona?
 

Baron ruszył ramionami.

 

― Wiesz przecie, że ja nigdy nie oblegam twierdz, których się zdobyć nie spodziewam, i o 

tej wcale nie myślałem...
 

― Przecież cały świat wie, że baron wszystko dla nowości porzuciłeś! ― zawołała Laura.

 

― Widzę, że nie jesteś dobrze informowaną ― odparł Percival. ― Daję ci słowo, że... od 

pierwszego poznania tego kopciuszka jestem na tej z nim stopie, jak naówczas w loży... Ona nie 
raczy patrzeć na mnie, a ja zbyt jestem dumny, abym się o to napraszał.
 

Laura patrzała, słuchając z uwagą wielką i potrząsając główką.

 

― Odprawiony z kwitkiem! ― wykrzyknęła. ― Przyznaj się?

 

― A gdyby tak było? Lacerti zagryzła wargi.

 

― Więc ktoś uprzedził? ― spytała.

 

― Nie, ale w kamieniu zakochać się nie można ― rzekł Francuz.

 

― Oh! oh! ― przerwała Lacerti ― kamień ten ktoś inny musiał umieć ożywić.

 

― Lecz ― tu porwała się z siedzenia, na którym była chwilę przysiadła obok barona ― lecz 

cóż mnie to może obchodzić tak bardzo? A na kiedyż występ tej cudownej śpiewaczki, o której 
zawczasu cuda głoszą?

background image

 

― Tajemnica ― rzekł Francuz, pozornie się zaczynając ożywiać i zdając skłonnym do 

zwierzeń, tak się przynajmniej Lacercie zdawało. ― Sądziłbym ― ciągnął, zwijając cygaretkę ― 
że występ pierwszy wkrótce nastąpić musi.
 

Badała go oczyma Włoszka, chcąc dojść, czy nie kłamie, zdawał się być w dobrej wierze. 

Dała mu mówić, bystro wlepiając w niego oczy.
 

― Volanti ― ciągnął Francuz z pozorną dobrodusznością ― rachuje na wielkie 

powodzenie. Układa, zdaje mi się, parter, loże, przygotowuje klakerów i wieńce. No i zapewne mu 
się uda!
 

Lacerti badała go oczyma.

 

― A wy? jak sądzicie? czego sobie życzycie?

 

― Ma foi! ― odparł, zapalając cygaretkę, Percival ― ja może bym nie był przeciwko temu, 

ażeby Volantiemu dać nauczkę, a panienkę trochę... upokorzyć...
 

― Zemsta! ― szepnęła, śmiejąc się białymi ząbkami, Laura.

 

Francuz jakby nie słyszał, nie odpowiedział.

 

― Rozumiem ― dodała żywo Włoszka ― dostaliście odprawę, chcecie za nią zapłacić...

 

Przeszła się po saloniku zadumana trochę.

 

― Pociesz się, kochany baronie ― poczęła po chwili przekonana, że zrozumiała Percivala. 

― Volanti wprawdzie jest dosyć zabiegliwy i zręczny, ale są ludzie, co się go nie boją. Najprzód, 
panie baronie, rozumiesz to bardzo dobrze, że mnie... taka rywalka, której głos a choćby krzyk 
może mój zagłuszyć, wcale nie jest pożądaną, a biedna Laura ma trochę przyjaciół. Ma ich Scarlatti 
także... A my nie śpimy...
 

Baron zrobił minkę dwuznaczną.

 

― Nie powinniście usypiać... ― szepnął. Po krótkim milczeniu dodał ciszej:

 

― Wchodzisz w moje położenie, iż ja czynnie przeciwko niej występować nie mogę, 

byłoby to nader nieprzyzwoitym. Owszem, będę udawał wielbiciela i obrońcę wy powinnicie im 
dać nauczkę...
 

Laura kiwnęła głową.

 

― Baron możesz być neutralny, ale nie powinieneś nam przeszkadzać.

 

― Naturalnie! nie będę...

 

― Jak ona śpiewa? jak? mów! ― odezwała się gorąco Włoszka, której ożywienie i zapał 

dziwnie od chłodu barona odbijał. ― Scarlatti powiada, że ma głos, ale krzyczy... Corsini niewiele 
jej mógł nauczyć, bo sam nie umie nic... Więcej pono do niej wzdycha, niż z nią śpiewa... i skończy 
się na tym, że ją może Volantiemu odkradnie.
 

Gdyby Lacerti spojrzała była na barona, w którego oczach błysnął wyraz dzikiej zazdrości, 

dorozumiałaby się może, iż Percival nie zerwał zupełnie z tą, przeciw której z nią spiskował.
 

― Jak śpiewa? ― powtórzyła Lacerti.

 

― Ma głos, to pewna ― odparł Francuz zimno ― śpiewaczką być prędzej może, aktorką 

wątpię...
 

Lacerti westchnęła.

 

― Są tacy, co z zamkniętymi oczyma słuchają ― rzekła pogardliwie. ― Głos ma? głos ma! 

Wszyscy się godzą na to! Ale ja nie chcę, żeby ona głos miała...
 

Obróciła się na nóżce.

 

― Zrobimy tak, żeby się z tym głosem popisać nie mogła.

 

Zaczęła się śmiać złośliwie.

 

― W orkiestrze mam przyjaciół, łatwo ją w pierwszej chwili zbić z tropu. Są na to sposoby. 

Orkiestry nikt nie posądzi. Zaczyna sama... nie da sobie rady. W duecie występuje z nią Carlo, a ten 
mnie nie zdradzi... potrafi wywieść z taktu. Przy pierwszym wystąpieniu byle co... przepadła 
debiutantka. Wszystko się ułoży zawczasu. Są tysiączne sposoby.
 

Baron zdawał się słuchać z przyjemnością.

 

― O jednym nie zapominajcie ― dodał serio ― nie potrzeba przesadzać, nie można zabijać 

na wstępie. Publiczność ma kaprysy, może się ulitować... Fiasco być powinno, lecz nie tragedia 
żadna.

background image

 

― Tylko umarli nie powracają ― odparła zimno Lacerti.

 

Pogwarzywszy jeszcze z piękną Laurą, baron w końcu ziewnął, spojrzał na zegarek, który 

mu często posługiwał do uwolnienia się z niewygodnego położenia, i odszedł.
 

Lacerti uradowana pobiegła do matki, zapomniała o kłótni z nią, chwaląc się niespodzianym 

szczęściem. Była pewna pobicia rywalki.
 

Tymczasem Francuz szedł dalej w świat, z szatańską przebiegłością przygotowując to 

fiasco, którego sobie życzył... Tak, wypadało ono z rachuby, jako pożądane... Marynka, okryta 
sławą i oklaskami, mogła dlań być trudniejszą do zdobycia, niepowodzenie musiało Volantiego 
zobojętnić, a ją oddać mu na łaskę i niełaskę. Tak sobie wyobrażał, fałszywe mając pojęcie 
charakteru dziewczęcia.
 

Pozornie więc miał bardzo gorąco starać się o świetny sukces panny Marii, w istocie chciał 

mu przeszkodzić.
 

Intrygowała go swym chłodem coraz mocniej, wmawiał w siebie, że ta obojętność była 

rachubą, i upierał się przy walce.
 

Były chwile, że w sercu jego mimowolnie odezwało się szlachetniejsze uczucie... że się czuł 

poruszonym, lecz stary, zepsuty człowiek powracał. Koniec końcem bawiło go to jak 
skomplikowana partia szachów. Miał zajęcie... strony ciemne i niezrozumiałe nęciły.
 

Istoty wyjątkowej nie przypuszczał, a ta, którą miał przed sobą, miarą zwyczajną ocenić się 

nie dawała.
 

Gdy sieciami tymi osnuwano biedną istotę, ona wcale się nie domyślając ich, całą się, 

wszystkie władze wytężała na wyrobienie w sobie ideału tego, jaki sama stworzyła i do którego 
chciała się stać podobną.
 

Ani w śpiewie Corsini, ani na scenie artystki, które widywała grające, ani nauczyciel jej 

dramatycznej akcji i deklamacji nie zaspakajali jej. Uczyła się po trosze i od nich wszystkich, lecz 
miała instynkta własne.
 

Francuz, niegdyś dobry aktor, gdy po wysłuchaniu go Marynka prosiła go o pozwolenie 

odegrania sceny, której ją uczył, wedle własnej myśli, zdumiewał się za każdym razem 
wrodzonemu talentowi.
 

Bardzo często kończyło się na tym, że zwyciężony wołał:

 

― Dobrze, niech i tak będzie. Nie jest to w tradycji, ale oryginalność nie szkodzi.

 

Tak samo Corsini, który miał wszystko, czego potrzeba dobremu nauczycielowi, oprócz 

samodzielności i oryginalności, upierał się nieraz o sposób oddawania roli, o wyraz śpiewu, o 
cieniowanie, dopóki po odśpiewaniu przez Marynkę nie otworzyły mu się na to oczy, iż ona lepiej 
pojmowała swą rolę, niż on się jej nauczył od sławnych mistrzów.
 

Nauczyciele ustępowali, ulegali jej, jeden Volanti, który bywał nieraz świadkiem sporów 

Marynki z nimi i do którego się odwoływano po decyzję, trochę się marszczył.
 

― Tak ― mówił cicho ― wszystko to może być bardzo pięknym i pod względem 

artystycznym mieć wysoką wartość, ale innowacyj młoda, poczynająca artystka nie powinna sobie 
pozwalać. Jest to zuchwalstwo, które nie wszyscy ocenią, a wielu je za złe weźmie. Ale wszystko to 
niczym by było... Znawcy będą zachwyceni... być może, ogół składa się z istot nałogowych do 
pewnych tradycyj, typów, do pewnych ogólników bladych nawykłych. Ten ani zrozumie, ani oceni 
pani...
 

― Lecz jakże ja mogę dobrze grać, dobrze śpiewać, ucząc się jak papuga? ― mówiła 

naiwnie Marynka. ― Gdybym powtarzała tylko, czego mnie nauczono, byłabym pozytywką... nie 
mogę się przezwyciężyć.
 

Volanti nalegał.

 

― Powinnaś pani się przemóc ― mówił serio ― tu idzie o powodzenie, o zdobycie sobie 

uznania. Później wszystko jej będzie wolno, w początkach trzeba się poddać. Publika przychodzi do 
teatru nie po nowe wrażenia, nie dla rozstrzygania kwestyj artystycznych, ale dla przyjemności.
 

Marynka poruszała ramionami.

 

― Przewiduję, panie dyrektorze ― mówiła ― że się podobać nie potrafię, lalką... być... nie 

umiem. Jeśli się we mnie dusza nie poruszy, nie zdołam nic, a gdy się poruszy, nie będę panią 

background image

siebie.
 

Volanti odchodził zafrasowany.

 

Dyrektor po długich rozmysłach i naradach, może coś zasłyszawszy o intrygach w teatrze, 

zachwiał się w swym pierwszym postanowieniu wyprowadzenia od razu wy- chowanicy swej na 
scenę. Kadzono mu i bezpieczniej było, niż się zdawało, najprzód zyskać dla niej pewny rozgłos w 
salonach, w kółku znawców. Mniej się też ważyło wśród takiego grona słuchaczów, nawet gdyby 
zdania niezbyt były pochlebne.
 

Nosząc się z tym planem, który tłumaczył Marynce, jako przygotowanie konieczne do 

występów w teatrze, do ośmielenia się i pozbycia trwogi, Volanti wpadł na myśl uproszenia księżny 
Teofanii, aby ona mu w tym była pomocą.
 

Jakkolwiek pochlebiało to starej pani umalowanej na młodą, choć Marynce była życzliwą 

dosyć, choć muzykę lubiła i śpiew dzieweczki razem, miała księżna od niejakiego czasu trochę 
podejrzenia i niechęci ku sierocie... zazdrosną była o Volantiego.
 

Rzadko już nawet zapraszała ją do siebie i tylko wiadomości przynoszone przez Zosiczową 

o tym, że Percival się tam kręcił i widocznie zajęty był Marynką, nieco ją uspokajały.
 

Volanti tłumaczył się przed księżną wprost tym, że spekulował na głosie i że nie dziewczę, 

ale talent go żywo obchodził.
 

Dała się więc skłonić księżna Teofania na wieczór muzykalny, na który miała sprosić 

wszystkich dyletantów i znawców. Rozbijało się o to wszystko, czy na nim Marynka miała 
występować sama, czy obok niej i inni wirtuozi, śpiewacy. Volanti dla wywarcia większego 
wrażenia chciał, aby była jedna tylko na wieczorze, księżna utrzymywała, że nie godziło się 
zamęczać biednej i niezupełnie się też na siły jej spuścić było można.
 

Ponieważ księżna co do samego wieczoru zrobiła już ustępstwo swojemu ulubieńcowi, on 

się nie mógł upierać przy tym, co mu się zdawało lepszym... uległ. Obok więc tego świeżego 
sopranu zaproszony był tenor świeżo zamówiony z Paryża i fortepianista Niemiec, który, choć nie 
nawykł był do akompaniowania przy śpiewie, podejmował się na ten raz zniżyć do tej funkcji 
podrzędnej.
 

Marynka, choć jej nie zbywało na odwadze, choć miała wiele krwi zimnej i rezygnacji, 

uczuła jednak pewną tremę.
 

Volanti i Corsini narzucili jej dwie arie, niezmiernie trudne, to mniejsza, do popisu 

stworzone, i właśnie jak najmniej dla niej sympatyczne...
 

Upierała się przy wyborze czegoś, co by jej było milszym, zahukano ją. Volanti nie dał 

nawet mówić z sobą tym razem. Stał się szorstkim i nakazującym.
 

― Jeżeli pani zechcesz tak, według swej myśli, wszystko prowadzić ― rzekł ― ja za nie 

nie ręczę. Pani nie znasz warunków, ludzi, słuchaczy... my mamy doświadczenie...
 

Corsini znowu obstawał przy tym, aby mógł znajdować się na wieczorze dla 

akompaniowania, a księżna przez kaprys jakiś nie chciała go mieć.
 

Drugim domowego kwasu i dąsań powodem stała się pani Krzewska. Żądała koniecznie być 

zaproszoną jako towarzyszka Marynki na wieczór do księżny Teofanii.
 

Stara pani, która ją parę razy widziała, miała wstręt do niej, nie cierpiała jej.

 

Dwa te typy nadto były do siebie zbliżone, zbyt może sobie pokrewne, aby się mogły znosić 

wzajemnie.
 

Krzewska malowaną księżnę wyśmiewała jako karykaturę; wielka pani zwała Ildefonsę 

istotą tak demi-monde przypominającą, że jej przy gościach w domu swym ścierpieć nie mogła.
 

― Przez samą troskliwość dla tej dziewczyny nie można przy niej pokazywać tej starej, 

głupiej kokietki wiejskiej! ― mówiła księżna Teofania. ― To czupiradło! Nie wiem, skądeście 
mogli wykopać takiego koczkodona.
 

Volanti musiał wziąć to na siebie, by Krzewskiej osło- dzić eksluzję. Zrobił to niezręcznie. 

Pani Ildefonsa zaperzyła się, ale odparła żwawo:
 

― Właśnie się chciałam wykupić od tego wieczoru... bardzo jestem rada. Nie mogę patrzeć 

na tę emaliowaną księżnę... na tego chodzącego trupa.
 

Ale od tej chwili, mszcząc się, Krzewska gotowa była i Marynce występ u księżny 

background image

utrudnić... i psuć Volantiemu interesa. Wszystko się jej wydawało niedorzecznym i złym, pomysł 
wieczoru tego, wybór arii, nawet ubranie śpiewaczki.
 

Marynka chciała bardzo skromnie się przystroić, Volanti żądał więcej elegancji, aby go nie 

posądzono o skąpstwo, Krzewska utrzymywała, że dyrektor na ten dzień powinien był sprawić 
wspaniałą, przepyszną toaletę. Znudzone dziewczę nie mówiąc nic postawiło na swoim, wybrało 
suknię jasną, ale niezbyt wyrazistej barwy, włosy przyczesane gładko, przepaskę dobraną do koloru 
ubrania. Ta prostota stroju wydawała się niemal obrachowaniem, tak z nią poważnej Marynce było 
do twarzy...
 

Salon księżny, jak bardzo wielu pań wielkiego świata, mających stosunki z różnych epok 

swojego życia i sfer towarzystwa, miewał fizjognomie wielce różne w rozmaitych porach roku i 
dnia nawet.
 

Ludzie, którzy się z sobą nie powinni byli spotykać, których dysharmonijne przybliżenie do 

siebie mogło być im lub gospodyni nieprzyjemnym, byli tak rozklasyfikowani, tak umiejętnie 
zapraszam i odprawiani, iż się nigdy nie schodzili. Kamerdyner stary miał w tym takt doskonały i 
rozkazy jak najsurowsze.
 

Tak na przykład w dni, w których księżna uboższą swą rodzinę przyjmowała, nikt z 

wyższych sfer do niej nie bywał przypuszczony; osobne były wieczory dla protegowanych 
artystów, dla zabawnych, a niezbyt ogładzonych znajomych z prowincji, dla pewnych pań i 
pewnych ichmościów, których by księżna lepszemu towarzy- stwu pokazać u siebie się wstydziła. 
Księżna Teofania w ten sposób zabawiała się i urozmaicała sobie dni płynące teraz powoli i 
smutnie.
 

Na ów wieczór z wielkim obrachowaniem ułożono listę zaproszonych, na której 

zredagowanie wpływał do rady powołany Volanti. Nie mogła ona być tak bardzo jednolitą. 
Musiano wezwać wszystkich dyletantów, uprawnionych, czy nie, do rozszerzania tego imienia, 
wszystkich znawców i pseudoznawców, którzy by, obrażeni, szkodzić mogli, nawet dwóch 
sprawozdawców dziennikarskich, którym choć nie objawiono tego, że się po nich spodziewano 
artykułów do gazet, rozumiało się to samo z siebie.
 

Baron Percival umiał się wprosić do kółka tych wybranych.

 

W mieście ogłoszono zawczasu, iż księżna proteguje talent, jakiego jeszcze stolica 

pierwocin nigdy nie miała. Prawiono cuda...
 

Było to niezręcznością, bo nie ma środka lepszego, aby się coś złym wydało, nad za 

wczesne ogłoszenie zjawiska jako cudownego fenomenu.
 

Tenor Francuz, niejaki Robin, zwłoszczony na Romboniego, rachował też wielce na ten 

wieczór u księżny, nie mówiąc o fortepianiście, uczniu Liszta (bo któż dziś nie jest po trosze 
uczniem tego mistrza?), który gotował się R apsodią węgierską uszy słuchaczów uszczęśliwić.
 

Marynka miała przygotowane dwie wielkie arie włoskie, najeżone trudnościami, popisowe, 

dla niej niesmaczne. Płakała nad nimi; Corsini utrzymywał, że powinna zrobić furorę...
 

Cały program wieczoru był zawczasu obmyślony, nie bez walki o to, czy Marynka miała 

śpiewać pierwsza, czy ostatnia. Księżna Teofania rozstrzygnęła, że tenor Romboni powinien był 
zacząć, potem miała wystąpić ona, a finał odegrać Niemiec.
 

Słuchaczów kółko miało się składać z dwóch pań muzykalnych, a dziesiątka smakoszów 

tych, co zwykle najgłośniej o muzyce gadali i uchodzili za wyrocznię u tych, którzy ich samych 
mało, a muzyki nic nie rozumieli.
 

Gdy Marynka, którą Volanti ceremonialnie wprowadził, do rzęsisto oświetlonego weszła 

salonu, oczy wszystkich zwróciły się na nią. Słyszano o niej od dawna różne, najsprzeczniejsze 
zdania. Jedni, jak Scarlatti i jego klika, odmawiali jej zupełnie talentu i inteligencji, drudzy 
obwoływali cudem. Chodziły pogłoski uwłaczające jej sławie, bo szeptano o stosunkach z 
Volantim, drudzy mówili o Percivalu, ale do tego nie przywiązywano wagi. W świecie teatralnym 
nikt nie szuka innych ideałów nad te, do jakich formy są już z dawna urobione i przyjęte.
 

Wnijście Marynki nie olśniewającej pięknością, ale niezmiernie poważnej, smutnej, z 

twarzyczką bladą i mało co poruszenie zdradzającą, zdumiało tych, co jej nie znali, a wyobrażali 
sobie całkiem inaczej.

background image

 

Księżna przyjęła ją bardzo uprzejmie.

 

Dziewczę było nieco zmieszane w początku, lecz trwoga i wprost nerwowe tylko 

podrażnienie ustąpiły wprędce.
 

Podniosła swe jasne, piękne oczy i śmiało spojrzała po tych ludziach, którzy w tej chwili 

nielitościwie ją wejrzeniem od stóp do głów rozmierzali. Na nikim nie uczyniła tego wrażenia, jakie 
zwykle wywierają artystki, które pragną sobie ludzi zjednać. Znajdowano ją chłodną i dumną.
 

A że nieraz chłodem takim osłania się zalotność, aby się nie zdradziła, tworzono różne 

domysły.
 

Tenor Romboni stał już, z kapeluszem pod pachą, w toalecie prawidłowej, w białych 

rękawiczkach, krawacie białym, tak napiętnowany charakterem swego powołania, iż się na nim 
niepodobna było omylić.
 

Przystojny bardzo, patrzał na kobiety z tą zalotnością tak w mężczyznach śmieszną a 

trywialną, że mimowolnie pewny rodzaj wzgardy obudzą.
 

Niemiec, uczeń Liszta, skromniejszej powierzchowności, blady, ospowaty, pozował za to na 

geniusza, co mu też niezbyt było do twarzy. Rękawiczki jego białe zdawały się drugą lub trzecią 
służbę wieczorną odbywać, suknie też nie były zbyt modne. Za to posępne rysy pychę i 
zarozumiałość zdradzały olbrzymią. Zbawca świata, bohater, nie miałby był wyrazu pewniejszego 
siebie, a bardziej lekceważącego dla otaczających.
 

Volanti, który marszałkował, pierwszy zwrócił się ku otwartemu i świeżo nastrojonemu 

fortepianowi. Dźwięki poruszonego klawisza całe towarzystwo zelektryzowały. Panie powstawały, 
zaczęto prosić Romboniego, który razem z uczniem Liszta przybliżył się do fortepianu.
 

Rozkładano nuty, przynoszono światło, a Marynka drżąca modliła się w duszy nie o 

powodzenie, ale by jak najprędzej skończyła się ta męczarnia popisu.
 

Zdrajca Percival w czasie tego intermezzo znalazł czas podszepnąć radę, aby odwagi nie 

traciła. Wiadomo, jak podobne ośmielanie onieśmiela. Marynka drgnęła, usłyszawszy szept za sobą.
 

Volanti udawał niezmiernie ożywionego i wesołego, ale w duszy może był więcej 

strwożony niż dziewczę samo.
 

Niemiec potrącił klawisze.

 

Romboni stał już przy nim, cisza oczekiwania ― tst! tst! ― wszyscy posiadali na swych 

miejscach i Francuz... poczyna.
 

Słuchano go z wielkim natężeniem... Głos miał potężny, dosyć wyrobiony, lecz 

niesympatyczny. Coś ostrego w nim brzmiało, był nierówny... ale brawura znakomita półznawcom 
imponowała. Był to, jeżeli się tak wyrazić godzi, tenor tandetny, jaskrawy, hałaśliwy, pragnący 
zdumieć swą potęgą, a w rzeczy nie mający ani poczucia piękna, ani smaku. Bóg dał mu głos, 
nauka wskazała jego użycie, lecz duch nie ożywił tego mechanicznie jakoś wyrobionego śpiewu.
 

Zaraz w początku popisu Niemiec towarzyszący tempo fantazyjne sobie obrał i ledwie 

nieledwie śpiewak, goniąc go i dając mu wskazówki, skłonił do przejścia w powolniejsze. Przy tym 
wirtuoz fortepianista, któremu wcale nie szło o tenora, ale o okazanie własnej biegłości, dokazywał 
tak na fortepianie, iż głuszył śpiew często i niepotrzebne do prostego akompaniamentu 
dosztukowywał warianty. Ale miał do czynienia z rutynowanym i śmiałym Francuzem, który z 
tropu się zbijać nie dawał i wyszedł krzykiem niepomiernym zwycięsko.
 

Volanti, który bardzo pilno przysłuchywał się towarzyszeniu, namarszczył się mocno. 

Fortepian i głos w ciągu popisu prowadziły walkę z sobą, zamiast iść zgodne w parze. Dla niego 
jawnym było, że Marynka zmieszać się musi i nie da sobie rady z zarozumiałym Niemcem. Szepnął 
więc zaraz księżnie, w chwili gdy Romboniemu sypano oklaski, a ten się skromnie nadymał i 
pochwały przyjmował jako dań należną, że Marynka z Niemcem śpiewać nie będzie mogła.
 

― Ja sam, choć akompaniuję źle, ale przynajmniej zastosować się do niej potrafię i będę się 

starał, gdy Niemiec gotów umyślnie wprowadzić ją w kłopot. Nie ma wyobrażenia, co to jest 
towarzyszenie do śpiewu.
 

Księżna trochę się opierała w początku, ale przystała na to.

 

Volanti poszedł wirtuozowi wytłumaczyć, iż uczennica jego jest bojaźliwą i niewprawną, i 

zapowiedział, że sam będzie się starał jakkolwiek towarzyszyć jej. Wirtuoz przyjął to oświadczenie 

background image

z ironią i obojętnością.
 

Marynka siedziała blada i zamyślona na kanapie, rozumiała to dobrze, jak wielkiej wagi był 

dla niej ten występ, smutno jej było, na sercu ciężko, lecz zdało się biednej, jakby słyszała cichy 
głos matki szepczący jej: „Nie bój się! Nie patrz na tych ludzi, zapomnij o nich, śpiewaj, jak gdybyś 
była samą...”
 

Gdy księżna zbliżyła się do niej, prosząc, aby śpiewała, Marynka podniosła się z dziwnym 

spokojem, z dziwniejszym chłodem i jak automat poszła do fortepianu.
 

Volanti czekał tu na nią, przebierając nuty i zawczasu się frasując, jak trochę 

skomplikowanym podoła przejściom i przygrywkom. Spojrzał na nią, była blada jak posąg, lecz nie 
zdawała się strwożoną.
 

Starzy dyletanci tymczasem z dala lornetki na nią zwracali, aby się rozpatrzyć w tym, czy 

ma Ze phisique de l'emploi. Nie wydawała się im dosyć artystką, była dla nich za... naturalną.
 

Nim otworzyła usta, szeptano, już domyślając się, jak ona śpiewać może, jak grać itp.

 

Wtem księżna położyła palec na ustach... umilkli wszyscy.

 

Śpiew wybrany słyszano tu niedawno przez dwa najsłynniejsze słowiki nucony, narzucało 

się więc porównanie, budziły niebezpieczne wspomnienia.
 

Tenor, nieco na uboczu, miał wyraz twarzy sceptyczny razem i litościwy, Niemiec wirtuoz 

siadł, jakby nawet nie bardzo raczył chcieć słuchać tego lada jakiego popisu artystki wcale nie 
znanej.
 

Fortepian ozwał się cicho... aż i głos za nim w początku nieco stłumiony i drżący... lecz po 

kilku taktach na twarz wystąpił rumieniec, oczy zabłysły, pierś się podniosła i strumień dźwięku 
czysty popłynął z taką pewnością i potęgą, że niektórzy słuchacze siedzący, sami nie wiedząc o tym 
dlaczego, przez uszanowanie dla niego powstawali.
 

Marynka śpiewała cudownie, tak, lecz był to śpiew jakiś nie ujęty w kluby szkoły, nieco 

dziki, emancypu- jący się, mający swój własny charakter tak przeważny, że oddziaływał nawet na 
samą kompozycję.
 

To zuchwalstwo wynagradzał on niezmiernym życiem.

 

Niektórzy z panów dostali dreszczów, nerwy ich drgały, widać było z poruszeń, że urok 

młodego głosu tego działał na nich bardzo silnie. Oprzeć się nie mogli.
 

Marynka głuszyła akompaniament, który Volanti bardzo niepoprawnie i z wielu 

opuszczeniami jako tako dociągnął do końca.
 

Gdy aria się skończyła, chwilę panowało milczenie, lecz księżna sama szła winszować, a za 

nią wszyscy słuchacze poczęli cisnąć się z szalonym zapałem ku stojącej z oczyma spuszczonymi 
Marynce.
 

Niemiec wirtuoz, który po kilku taktach z krzesła się zerwał, jakby go co z niego wyrzuciło, 

stał zmieniony i przeistoczony. Zarozumiały był, prawda, lecz kochał muzykę i wrażeniu jej oprzeć 
się nie mógł.
 

Ocierał spotniałe czoło i powtarzał:

 

― Bosko! bosko!

 

Natomiast Francuz zwłoszczony, chociaż niezmiernie chwalił, zdawał się bardzo zmieszany 

i niemal upokorzony. Szeptał sąsiadowi na ucho:
 

― Il y a de l'etoffe!

 

Całe towarzystwo księżny było w zachwyceniu. Starzy dyletanci nie mieli słów na 

wyrażenie uwielbienia, porównywano do Nilsson, Patti i do mnóstwa już zgasłych wielkości, lecz 
ze wszystkich tych panów jeden tylko, w niewielu słowach wyraziwszy swoje nadzwyczajne 
zdumienie nad talentem, milczał, spoglądając na Marynkę z wyrazem niemal ojcowskiej 
troskliwości. Był to blisko siedmdziesiątletni niegdyś znakomity skrzypek, później kompozytor i 
zapalony miłośnik Beethovena, hrabia Samsonow, który miał to nieszczęście, iż się urodził hrabią i 
milionerem.
 

W istocie była to organizacja muzykalna znakomita, pracą ogromną rozwinięta, był to 

niemal geniusz... lecz hrabia i pan milionowy! więc weszło we zwyczaj wyśmiewać się z jego 
dyletantyzmu. Jeżeli trudno ubogiemu dobić się uznania, zaprawdę bogatemu także zmusić ludzi, 

background image

aby w nim widzieli artystę, niełatwo...
 

Są tysiączne przesądy wygodne, które sądy zastępują.

background image

 

Tak na przykład wielki pan będzie zawsze albo pośmiewiskiem artystów, lub karmionym 

pochlebstwy ich niesmacznymi. Nie biorą go na serio. Może być wirtuozem, twórcą genialnym, nic 
nie pomoże... Faust księcia Radziwiłła nie ostoi się przy żadnym innym, choćby motywa jego i 
formy później drudzy zapożyczyli... bo książę Radziwiłł był tylko dyletantem.
 

Tak samo malarzowi odmówione jest prawo napisania dobrej książki, a poecie odmalowania 

pięknego obrazu.
 

Ci, co ani ocenić nic, ani poznać się nie umieją, zbywają wszystko negacją i śmiechem... 

Stare przysłowie: Plus negare potest asinus, quam probare philosophus ― prawdzi się na różny 
sposób... Ci, co nie czują piękna... najłatwiej znajdują wady. Hrabia Samsonow więc był uważany 
za rodzaj oryginała, z którego manii muzykalnej uśmiechano się. Skutkiem tego nie grywał nigdy, 
tylko sam dla siebie... zamknięty. Lecz że bardzo lubił muzykę, zbierał u siebie muzyków, grywano 
kwartety, czasem popisywali się wirtuozi.
 

Nadzwyczaj dobrego i miękkiego serca, hrabia świadczył wiele, a tego, co mu przykrym i 

uwłaczającym być mogło, umyślnie zdawał się nie widzieć, nie chcieć spostrzec... Zawsze z 
uśmiechem na ustach, spokojny, łagodności niczym nigdy nie zmąconej, stary kawaler, żył hrabia 
tylko już dla sztuki. Erudycję muzykalną przyznawali mu nawet zazdrośni. Ogromna biblioteka 
muzyczna, ciekawe zbiory autografów czyniły cichy i spokojny dom jego, na pańskiej 
utrzymywany stopie, bardzo powabnym dla tych nawet, co się z hrabiego wyśmiewali za oczyma. 
Drzwi jego oblegali co dzień biedni muzykanci, a mało który odszedł bez wsparcia.
 

Powierzchowność staruszka była równie miłą, jak on sam... Twarz świeża, rumiana, prawie 

bez zmarszczek, wysokie czoło, włos srebrny przerzedzony, usta zawsze jakimś półuśmiechem 
namaszczone, niebieskie blade oczy przypominały całością jakiś portret jakby z Greuza obrazu 
wykrojony. Widać było, że ten człowiek mało żył z ludźmi, wiele w sobie, a najwięcej w tym 
pogodnym świecie sztuki, do którego ziemska wrzawa, swędy i brudy nie dochodzą.
 

Wśród hałaśliwych pochwał całego grona wstrzemięźliwe znalezienie się hrabiego 

Samsonowa było uderzającym.
 

Dopiero gdy znużona nieco Marynka poszła spocząć na kanapie, bo właśnie herbatę 

podawano i popisy muzykalne przerwano, hrabia wstał, aby ze swą filiżanką przysiąść się do elewy.
 

Dlaczego Marynka, której on najmniej przesadnych pochwał wypowiedział, uczuła dla 

niego może najwięcej sympatii, było rzeczą nieodgadnioną. Z twarzy staruszka promieniała dobroć 
i prawda.
 

― Śpiewasz pani prześlicznie ― rzekł jej Samsonow, spoglądając na nią ze współczuciem. 

― Czyś już kiedy gdzie na scenie występowała?
 

― A! nigdy! i obawiam się bardzo... tego, co mnie czeka, bo wiem, jak wiele jeszcze 

warunków mi braknie! ― odparła z prostotą Marynka.
 

Samsonow popijał z wolna herbatę.

 

― Tak ― rzekł ― to zawód ciężki, przykry, a co gorsza, zawisło powodzenie niezupełnie 

od artysty. Na teatrze działają siły zbiorowe... jedna drugą wspiera lub paraliżuje.
 

Marynka westchnęła.

 

― Szczęściem ― dodał hrabia ― masz pani za sobą tyle, iż w najniekorzystniejszych nawet 

warunkach wyjdziesz zwycięsko... Pamiętaj, proszę pani, że choć się na wiele słów zdobyć nie 
mogę, masz we mnie nie tylko wielbiciela głosu i talentu, ale przyjaznego jej człowieka. Słyszałem 
o niej wiele i cieszę się, żem ją poznał.
 

Tak rozpoczęta rozmowa przeciągnęła się długo. Samsonow prowadził ją naturalnie, z 

prostotą, i ujął sobie dziewczę. Wszyscy uważali to, że był dla niej z atencją szczególną, a Percival, 
gdyby nie siwe włosy hrabiego, byłby o niego zazdrosny. Ze wszystkich, których Marynka tu 
spotkała, jedyny to był człowiek, który trochę zastygłe z bólu serce jej poruszył... Było coś 
ojcowskiego w jego obejściu się z nią, coś dziecinnego poszanowania w jej stosunku do niego. I 
gdy hrabia Samsonow odszedł, dziewczę pomyślało sobie: czemu inni ludzie do niego podobnymi 
nie byli?
 

Wieczór ten płodny był w następstwa najrozmaitsze, a niektóre z nich wcale może 

niepożądane...

background image

 

Powszechny, jednozgodny oklask i uwielbienie, z jakim przyjęto Marynkę, w kilka godzin 

potem uległ rozkładowi na pierwiastki, które z początku się w nim nie objawiły.
 

Nikt nie zaprzeczał talentu, lecz każdy chciał się popisać w ocenieniu z dostrzeżeniem 

czegoś, co uszło drugich oka.
 

― Głos jeszcze nie dosyć wyrobiony ― mówił jeden. ― Wielka szkoda, że Scarlatti nie 

dokończył jej wychowania muzykalnego. Znać zaraz brak gruntownej metody.
 

― Wątpię, żeby dobrze grać mogła ― odezwał się inny ― brak temperamentu... chłód 

przerażający... Ogień
 

można utemperować, zimnu trudno jest zaradzić... Jak lód roztopi się ono w wodę.

 

Robiono zarzuty przeciw powierzchowności, wątpiono o inteligencji; słowem, wielkie 

powodzenie w salonie nazajutrz w ulicy stało się dosyć wątpliwą próbą, rokującą coś nie dającego 
się jeszcze osądzić.
 

Percival należał do tych, którzy mimo znakomitego talentu, wielce sympatycznego, 

znajdowali w nim nie dosyć dramatycznego usposobienia i lękali się próby desek i publiczności.
 

Tenor także, może zrażony tym, że skromne dziewczę nie dosyć mu okazało sympatii, 

wątpliwie i dwuznacznie się odzywał.
 

Chociaż przed Volantim unikano zbyt otwartych wynurzeń się ze zdaniami tymi, Francuz 

przebiegły czuł i rozumiał, że wrażenie nie było tak silne, jak się spodziewał.
 

Umiał to sobie tłumaczyć, a miał nadzieję, iż zdania zmienić potrafi.

 

Przy wyjściu jeden hrabia Samsonow po cichu mu powinszował zdobyczy.

 

Marynka powróciła z wieczoru zmęczona strasznie, zadumana i z tym przeczuciem, że 

pomimo oklasków nie porwała, nie uniosła nikogo swym śpiewem. Przypisywała to wyborowi 
nieszczęśliwemu arii i samej sobie.
 

― Bóg mi dał głos ― mówiła sobie ― ale mnie na artystkę dramatyczną nie stworzył.

 

Krzewska, która z ciekawością złośliwą czatowała na powrót, choć niewiele się 

dowiedziała, domyśliła się tym więcej. Wątpliwe powodzenie niemal ją uradowało.
 

Wzięła na bok Volantiego.

 

― A cóż?

 

― Najświetniejsze, jak być może, powodzenie ― odparł dyrektor ― przechodzące moje 

nadzieje!
 

― Więc w zupełności się udało? ― mówiła Krzewska.

 

― Najzupełniej.

 

― A Marynka pomimo to smutna?

 

― Zmęczona.

 

Krzewska i na twarzy dyrektora nie widziała tego rozradowania, jakie by wielki sukces 

musiał obudzić. Zręcznie go badając, wydobyła nareszcie, iż Marynka była trochę sztywną i zimną, 
że zbyt lekceważyła sztukę podobania się itp.
 

― Samiście temu winni! ― zawołała ze złym śmiechem. ― Wszakże to dziecko jeszcze. 

Żaden z was nie rozbudził w niej serca. Wszystko śpi w tej kobiecie. Artystka potrzebuje się 
kochać, cierpieć, być szczęśliwą, żyć, a ona dotąd wegetuje.
 

― Na brak temperamentu niepodobna zaradzić ― rzekł Volanti.

 

― Panowie się mylicie! ― zawołała Krzewska ― nie brak jej uczucia, lecz zanadto żyje 

zamknięta; ona i ja... zbyt klasztorne prowadzimy życie...
 

Volanti zagadał o czym innym. Krzewska też umilkła. Z tego, co mu powiedziała, choć się 

to zdawało jej własnym interesem natchnione, coś może zanotował sobie pan dyrektor i przyznał w 
duchu, iż trochę słuszności mieć mogła.
 

Zdania wszystkich nazajutrz sformułowane zostały i zlały się w jedno staraniem panny 

Lacerti. Opowiadała ona, z najlepszego źródła, że owa sławiona diva okazała się bardzo mierną, bez 
czucia i życia śpiewaczką, że jej brakło szkoły i że choć miała trochę świeżości w głosie i choć 
przez litość jej dawano brawa, najpierwsi znawcy w stolicy nic dobrego nie wróżyli w przyszłości.
 

Według niej Volanti się miał zupełnie omylić i zły był, że tyle poniósł trudów i kosztów na 

próżno. Nawet występ bliski skutkiem próby zdawał się jej wątpliwy.

background image

 

Lacerti, książę Agaton, Scarlatti i cała klika, nie okazując za wcześnie uknutego spisku, 

przygotowywali opi- nię, głosząc, że nowa gwiazda nie utrzyma się na horyzoncie.
 

Nie wiedziała o tym Marynka, ale dobrze był świadom przygotowań tych Volanti i po cichu 

także sposobił się do obrony. Niepodobna mu było w teatrze zapobiec jakiejś manifestacji, która na 
karb obrażonego Scarlattiego spaść miała, lecz mógł ją odeprzeć zwycięsko.
 

Z tym wszystkim nie spieszył jeszcze z tą bitwą stanowczą, wahał się, odciągał ją, szukając 

rozmaitych pobocznych sprzymierzeńców i okoliczności przyjaznych.
 

Nie uszło jego baczności na wieczorze księżny żywe zajęcie hrabiego Samsonowa nie tylko 

głosem, ale osobą Marynki. Wiedział on, że Samsonow był w dobrych stosunkach i miał pewną 
przewagę nad księciem Agatonem, nieszczęśliwym kompozytorem oper nie grywanych i piosenek, 
których nikt śpiewać nie chciał.
 

Wpadł na tę myśl, ażeby Marynka przed wystąpieniem swym odwiedziła razem z 

towarzyszką Krzewską starego miłośnika muzyki i prosiła go o protekcję. Nie wydał się jej z tym, 
że przeciw niej spisek był uknuty, chciał bowiem sam poufnie potem rozmówić się z hrabią, ale na 
odwiedziny rachował wiele.
 

Gdy z tym przyszedł do Marynki, dosyć jakoś niejasno wykładając jej potrzebę tego kroku, 

dziewczę z wielkim wzruszeniem zaprotestowało.
 

― Panie dyrektorze! ― zawołała rumieniąc się ― spełniam wszystkie wasze żądania, 

jestem posłuszną. Uczę się, śpiewam, co każesz, lecz do takiego upokorzenia, abym jeździła 
wypraszać sobie protekcję i oklaski, niczym i nigdy mnie nie zmusisz. Publiczność osądzi mnie, 
jakem warta lub jak będzie usposobiona, zniżyć się aż do błagania jej o litość nie mogę... Nie, nie! 
nie!
 

Z tonu, jakim to wypowiedziała, Volanti, który dość ją już znał dobrze, zmiarkował, że 

nalegałby na próżno. Tegoż dnia sam pojechał do starego pana. Nietrudno tu było być 
wpuszczonym, choć stary, pracowity bardzo, albo zamknięty w swoim pokoju grał i ćwiczył się, lub 
nad książkami i nutami pracował.
 

Dom pański urządzony był z wielką prostotą, a główną w nim rolę grał wielki, akustycznie 

zbudowany salon, w którym się odegrywały wieczorami arcydzieła muzyczne. Obok gabinet 
zawierał bibliotekę partytur, a za nią miał hrabia mały salonik, w którym przyjmował. Tu go w 
bardzo skromnym szaraczkowym ubraniu zastał Volanti nad oryginalną partyturą Mozarta, świeżo 
nabytą, porównywającego później sztychowany jej tekst z tym pierwszym rzutem genialnego 
młodzieńca.
 

Volantiego hrabia nie bardzo lubił, lecz był dobrym i uprzejmym dla wszystkich. Me 

rzucając nut rozłożonych, przywitał go pytaniem, czemu był winien miłe odwiedziny?
 

― Bo ― dodał ― wiem, że pan czasu nie masz nadto...

 

Volanti przystąpił zaraz do rzeczy.

 

― Panie hrabio ― rzekł ― przychodzę wprawdzie w moim interesie do niego, lecz jest on 

połączony ze sprawą tej śpiewaczki, którą hrabia słyszałeś u księżny, i zdaje mi się, że ona dosyć 
mu się podobała.
 

Hrabia wstał i przysunął się do niego z zajęciem.

 

― Nie omyliłeś się pan ― rzekł ― o cóż to idzie?

 

― Jestem o pierwszy debiut jej niespokojny ― mówił Francuz. ― Ta intrygantka, Lacerti, 

moja primadonna w niedostatku innej, jest zazdrosną, boi się współzawodniczki. Poruszy więc 
wszystkie sprężyny przeciwko niej. Ma wielu przyjaciół, niestety. Scarlatti, którego musiałem 
odprawić, pała zemstą. Mam wszelkie powody posądzania księcia Agatona, że się dał wciągnąć w 
spisek przeciwko pannie Marii osnuty. Jeden hrabia możesz go uprosić i powstrzymać.
 

Samsonow słuchał zagryzając usta.

 

― Pewien jesteś tego, co mówisz? ― zapytał.

 

― Zupełnie; zwlekam nawet dlatego debiut... ― rzekł Volanti. ― Książę Agaton i jego 

przyjaciele, wpływ... są dla nas straszni. Przynoszę hrabiemu prośbę nie od siebie tylko, ale i od 
biednej sieroty...
 

Samsonow pomyślał chwilę.

background image

 

― Zobaczę się z księciem ― odparł ― jestem pewien, że go od spisku odciągnę... Nie 

macie się czego lękać, głos jest piękny, powierzchowność ujmująca, publiczność bywa kapryśna, 
ale ogół rzadko popełnia niesprawiedliwość, a nigdy nie jest okrutny...
 

― Ta niegodziwa Lacerti ― dodał po chwili ― przecież pan, jako dyrektor, możesz... 

zapobiec.
 

― Niestety! ― odparł Francuz ― jest piękną, zalotną, namiętną, ma przyjaciół wielu, nie 

mogę nic i sam nawet się jej lękam...
 

Nie chciał dopowiedzieć dyrektor, lecz hrabia się łatwo domyślił, jaki wpływ przypisywano 

Laurze, która świeżo zdobytymi diamentami kosztownymi była okryta.
 

Narada z hrabią skończyła się na tym, iż przyrzekł użyć wszelkich środków, aby księcia 

Agatona nawrócić i odciągnąć.
 

Volanti wyszedł spokojniejszy nieco.

 

Lecz gdy on ze swej strony zapobiegał, aby Lacerti nie tryumfowała, niespokojna i coraz 

mocniej podrażniona pochwałami, jakie ją dochodziły, Cyganka nie spała także. Nadzwyczaj 
przebiegła i domyślna przeczuwała, można było powiedzieć, co się wkoło niej działo, czytała w 
twarzach, nie była zaspokojona usposobieniem swych przyjaciół, znajdując ich zbyt obojętnymi.
 

Przemyślając nad sparaliżowaniem występu Marynki, wpadła na myśl odjęcia jej odwagi 

groźbą listu bezimiennego.
 

Niewprawna w stylistykę i zaledwie cokolwiek umiejąca gryzmolić, Lacerti musiała się 

uciec o pomoc do jed- nego z tych kilkodniowych swych ulubieńców, których miała zawsze w 
zapasie na rozmaite usługi.
 

List wystudiowany umiejętnie następującej był treści:

 

Osoba, życzliwa pannie Marii, czuje się obowiązaną ostrzec ją, że na pierwszy występ  

gotują się przyjaciele obrażonego Scarlattiego wywrzeć na niej zemstę okrutną. Nic tu nie pomogą  
ani zabiegi dyrektora, ani klaka, ani protektorowie, nieprzyjaciele wezmą górę. Zdradzi śpiewaczkę  
orkiestra, przyczynią się do upadku współgrający, spisek jest uknuty z przebiegłością włoską.  
Jedynym sposobem ujścia sromu... jest wyrzec się występu na teatrze tutejszym i szukać szczęścia  
gdzie indziej.
 

List, niby życzliwy, niekiedy nieznacznie sarkastyczny, zbyt trochę długi i gadatliwością 

zdradzający kobietę, zrobił na dziewczęciu wrażenie ogromne. Wątpiła i tak o sobie, przeraziła 
się...
 

Lecz trwoga u niej największa nigdy trwała nie była. Na pozór zimna, cała w sobie, gdy ją 

coś osobiście żywo dotknęło, jak ugięta siłą sprężyna podnosiła się z nową energią.
 

Walka, do której ją wyzywano, dała jej życie.

 

― Raz potrzeba to skończyć ― powiedziała sobie ― padnę, no to padnę, lecz bronić się 

będę do ostatka... rozpaczliwie.
 

Volanti, który nadszedł, znalazł ją w tym usposobieniu wojowniczym, zmienioną, 

rozpłomienioną, rozgorączkowaną, taką, jakiej nigdy prawie nie widywał.
 

Podała mu list ten z uśmiechem pogardliwym. ― Czytaj pan! ― rzekła. ― Obiecywałeś mi 

świetną dolę! Dotąd piłam tylko same gorycze, jestem znużona, wysilona, znękana i ani końca nie 
widać ofiarom i przykrościom...
 

― Ale to są nieuniknione preliminaria każdego zawodu! ― odparł Volanti, rzucając na list 

oczyma.
 

Domyślał się łatwo jego pochodzenia.

 

― List ten ― dołożył, odrzucając go na stronę ze wzgardą ― ma na celu zastraszyć panią i 

siły jej odebrać.
 

― Tego celu nie dopnie ― odezwała się Burczakówna ― i widać, że go pisała osoba nie 

znająca mnie wcale. Przyprowadzić do rozpaczy jest dodać mi siły, nie odjąć!
 

Dyrektorowi po raz pierwszy ukazała się z taką powagą i stanowczością; była to dla niego 

nowa strona jej charakteru.
 

Zmilczał trochę.

 

― Chciałem odłożyć debiut ― odezwał się.

background image

 

― To by było niewłaściwym, dowodziłoby trwogi, której okazywać nie powinniśmy, a dla 

mnie, im się to prędzej skończy, tym lepiej...
 

Oczy jej pałały, twarz się rumieniła, uczucie uczyniło ją piękną. Volanti pomyślał, że taką 

by ją chciał był widzieć na scenie.
 

Chodziła poruszona, majestatyczna, zmężniała i dojrzała nagle.

 

― Więc masz pani męstwo do wystąpienia? ― zapytał.

 

― Choćby jutro ― odpowiedziała Marynka. ― Rolę umiem... na wszystkie wypadki jestem 

przygotowana... nie daj mi pan ostygnąć.
 

Volanti skłonił się, dołożył kilka słów, tyczących się kostiumu, potem coś pochlebnego i 

odszedł wielce uradowany ze skutku, jaki wywarł anonim.
 

List pozostał zapomniany na stoliku i wieczorem ciekawa a zła Krzewska mogła go 

pochwycić i przeczytać.
 

Od wystąpienia Marynki w salonie księżny, do którego ją nie zaproszono, pani Ildefonsa 

miotana była uczuciem zemsty jakiejś, którą gotowa była wywrzeć na wszystkich.
 

Marynki nie mogła cierpieć dlatego, że jej ująć nie umiała i czuła się odepchniętą; 

nienawidziła Volantiego, który się bez niej obchodził i z niczego nie zwierzał się; zła była na 
Percivala, który słuchać jej nie chciał, nad wszystkich najsroższą nienawiścią ścigała księżnę; 
słowem, źle była z całym światem. Powodzenie, na które rachowała tyle, wcale się nie 
zapowiadało; Corsini nie myślał wcale o wywdzięczeniu się wzajemnością. I tego ostatniego 
marzenia wyrzec się musiała.
 

Gryzła ją bezsilność i rola podrzędna, którą grała. Wśród tego zamętu różnostopniowych 

gniewów, pragnień pomsty, nienawiści, Krzewska gotowa była wszystko poświęcić, byle nasycić 
choć jedną zemstę. Zgubić Marynkę ― byłoby ją uszczęśliwiło. Nie tyle złe serce, ile szał jakiś w 
niej działał, popychał. Obalić cały ten gmach różnych nadziei i planów przyszłości, a samej potem 
umyć ręce i ujść na powrót do starej marszałkowej.
 

― Nie słuchaliście mnie, nie chcieliście mnie znać... Siedziałam jak malowana, otóż macie 

skutki! Adieu!
 

Szukając dróg, którymi by zemstę wywrzeć mogła, nie znalazła pewniejszej nad zwrócenie 

się do Corsiniego.
 

Włoch nie chciał jej zrozumieć, choć mu jasno dawała poznać, że go namiętnie kochała, i to 

gotowa była znieść, byle jej za narzędzie posłużył. Wiedziała, przekonywała się co dzień, iż szalał o 
Marynkę... gotowa była dopomóc mu do wszystkiego, do porwania jej, do gwałtu.
 

Z takimi projektami nosiła się obrażona i oszalała Krzewska.

 

Przy pierwszej zręczności postanowiła zacząć działać... Corsiniego podbudzić, ułatwić mu, 

dopomóc. Nie wątpiła, że Włoch łatwo się da skłonić i pójdzie za jej radą.
 

― A potem ― mówiła sama do siebie ― kłaniam uniżenie, bywajcie zdrowi!... Ruszę na 

powrót do mojej starej kłaść jej kabałę, ale pokażę im wprzódy, że mam i głowę na karku, i serce w 
piersi, i dumę, której bezkarnie obrażać nie pozwolę.
 

W dzień występu pierwszego Marynki, którą na afiszach obyczajem teatralnym zapisano 

jako pannę Marię Burcelli... bo wyraz „Burczak” wydawał się nadto pospolitym, od razu niemal 
panowało życie, ruch, niepokój niesłychany.
 

Bilety były wszystkie rozkupione, a ciągle jeszcze dobijano się o nie, ofiarując ceny 

wysokie na próżno. Volanti znaczniejszą ich część sam rozdał, resztę wyprzedawano oględnie. 
Kasjer miał instrukcje swoje. Lecz największa ostrożność niewiele się tu przydać może, bo osoby 
obawiające się, aby im wnijścia nie odmówiono, posługiwały się innymi.
 

Można było gotującą się opozycję osłabić, niepodobna jej usunąć całkowicie. Volanti 

chodził rozgorączkowany.
 

Lacerti nie grała tego wieczoru, lecz miała miejsce w loży i za nic w świecie nie byłaby się 

wyrzekła widoku tego dramatu, jaki się tu miał odegrać.
 

Zapaleńsi ogromne zakłady robili o to, że debiutantka nie dośpiewa do drugiego aktu i że ją 

zastąpić będzie potrzeba. Z drugiej strony przygotowano wieńce i bukiety.
 

Wśród artystów, których większość była zyskana przez Laurę, mniej wyraźnie 

background image

zarysowywały się dwa obozy. Kobiety, które nie cierpiały „Cyganki”, były za nową gwiazdą; 
mężczyzn miała za sobą Lacerti, lecz i z tych wielu na próbach dało się ująć urokowi prostoty, 
powagi i talentu młodszej śpiewaczki. Nie wydawali się oni z tym, lecz wahanie się nadawało im 
postawy zimne i czoła zadumane.
 

Tenor Carlo, którego była pewna Lacerti, że w pierwszym duecie potrafi splątać 

niedoświadczoną Marynkę i wyrzucić ją z taktu, w ostatniej chwili w duchu powiedział sobie, iż 
byłoby to niepoczciwą zdradą.
 

Nic nie wiedząca o zabiegach hrabiego Samsonowa u księcia Agatona i o usunięciu się jego 

w ostatniej chwili od spisku Lacerti zbladła i zdrętwiała, zobaczywszy ich wchodzących razem i 
siadających przy sobie. Rozumiała, co to znaczyć miało. Natychmiast adiutanci jej wyprawieni 
zostali na wzwiady.
 

Powoli teatr się zapełniał i wszystkie znakomitości, często przychodzące późno lub nie 

ukazujące się wcale, były na swych miejscach. Twarze widzów, ich poruszenia malowały dobitnie 
niecierpliwość, niepokój, z jakim oczekiwano podniesienia zasłony.
 

Nigdy może Volanti nie okazał się genialniejszym w przygotowaniu widowiska; musiała mu 

tę sprawiedliwość oddać Lacerti; klaka była wzmocniona i rozsadzona doskonale.
 

W loży księżny Teofanii, najczęściej próżnej, siedziała już ona, Zosiczowa i kilku starych 

jej przyjaciół.
 

Ta chwila oczekiwania roznamiętniła wszystkich. Laura widziała, że walka będzie zajadła i 

uparta, lecz rachowała na to, że pierwszy raz występującej bardzo łatwo będzie odjąć odwagę i 
odnieść nad nią zwycięstwo nawet małą stosunkowo siłą.
 

Falanga Cyganki składała się przeważnie z młodzieży zuchwałej, upartej i gotowej dopuścić 

się skandalu.
 

Wśród ciszy orkiestra rozpoczęła uwerturę, kurtyna się podniosła, chór, złożony z 

elementów niekoniecznie dobranych, odezwał się, jak zwykle, trochę fałszywie i bezładnie, po 
kilku dopiero taktach przychodząc do porządku.
 

W trzeciej na koniec scenie miała wystąpić oczekiwana... Marynka. Volanti chciał, aby 

samo jej ukazanie się powitano oklaskami, lękał się jednak, by za wcześnie jakich oznak 
przeciwnych nie wywołać.
 

Nie bardzo słuchając rad dyrektora, przeciw tradycji scenicznej Marynka uparła się ubrać 

skromniej, niż było we zwyczaju. Volanti, który ją w loży widział, nie bardzo był kontent, lecz 
musiał przyznać, że miała wielką szlachetność postawy i wydała mu się piękniejszą niż 
kiedykolwiek.
 

Ludzie, nawykli do tych wszystkich konwulsyjnych debiutantek, które głowę tracą, słabną, 

płaczą, które potrzeba trzeźwić lub wzmacniać czymś, ośmielać, popychać, byli niesłychanie 
zdumieni spokojem majestatycznym, z jakim się przypatrywała przed wystąpieniem Marynka, 
blada, milcząca, ale przytomna i pani siebie.
 

Wszystka jej trwoga zamykała się gdzieś w piersi, odgadnąć ją mógł ktoś, nikt zobaczyć.

 

W chwili gdy się wysunęła zza kulis krokiem powolnym, ale pewnym i miała rozpocząć 

duet... posypały się oklaski, ale zarazem , odezwało się gwałtowne sykanie... Brawa natychmiast 
ustały, zrobiła się cisza, duet rozpoczął się nareszcie.
 

Marynka, której sykanie było bodźcem, co zamiast onieśmielić dodało rozpaczliwego 

męstwa, od razu podniosła głos tak potężny, czysty, takiego dźwięku cudnego, że ci nawet, co byli 
przygotowani przyjąć ją sykaniem, porwani zostali, zachwyceni, stracili głowy.
 

Niepodobna była, nie zdradzając się i nie kompromitując, syknąć, tak jak nie można w biały 

dzień dowodzić nocy. Najmniejsza wątpliwość co do piękności tego organu byłaby mogła służyć za 
pretekst i usprawiedliwienie, niestety! tu skazy żadnej nie było.
 

Lacerti jak mur blada pochyliła się w głąb loży i ze złości łzy jej się z oczu puściły, zaczęła 

łkać, dusić się i chustką musiała sobie zamknąć usta.
 

Tenor Carlo nie tylko że się nie dopuścił zdrady, lecz uniesiony jak inni śpiewał jak nigdy. 

Przyjaciele i nieprzyjaciele, gdy duet się skończył, bezwiednie, machinalnie, szalenie brawa bić 
poczęli. Tumult się zrobił w teatrze, wstawano z ławek, powiewano chustkami, wychylano się z lóż. 

background image

Marynka stała i z powagą a wdziękiem dziękowała na wszystkie strony.
 

Tryumf był tak wielki, że sprawiał cuda. Scarlatti, który śmiał się, gdy wychodziła, w czasie 

śpiewu stał jak słup, z czołem zmarszczonym, oniemiały, a gdy zaczęto bić brawa, z loży się 
wysunął.
 

Rozumie się, że księżna Teofania, Samsonow i Agaton nawet, jawnie z uniesieniem 

przyklaskiwali.
 

Przyjaciele Lacerti, dopiero pod koniec tej owacji oprzytomniawszy, sykać chcieli zacząć, 

ale bezsilna ich próba nie dosłyszana, zatłumiona, przeszła niepostrzeżenie. Niektórzy z 
przewódców kliki starali się wysunąć, aby pójść do loży Cyganki po nowe rozkazy, lecz ta, 
dostawszy serdecznego śmiechu, na pół omdlała kazała się wyprowadzić, siadła do powozu i 
odjechała do domu.
 

Bitwa była przegrana na głowę.

 

Po takim początku reszta już poszła świetnie, wśród coraz rosnącego zapału słuchaczów.

 

Są w życiu stanowcze chwile; taką była dla Marynki ta godzina walki, która całym jej 

organizmem wstrzęsła, oddziałała na umysł, na uczucia, dała jej pierwszy raz skosztować tej 
upajającej ambrozji oklasku i uwielbienia, która wieczne potem budzi i niczym nie ukojone 
pragnienie.
 

Owa skromna i poważna dzieweczka w ogniu tym przetworzyła się na nową istotę. 

Niepokój ją ogarnął, nie poznawała samej siebie, płakała myśląc: „Mateczko moja! czemu ty nie 
dożyłaś tej chwili".
 

Tak, była to chwila wielka i błoga, ale zarazem brzemienna niebezpieczeństwy, które się z 

niej narodzić miały.
 

Gdy po prawdziwej burzy oklasków i nieskończonych wywoływaniach, po zasypaniu 

wieńcami Marynka powróciła do swej loży, pełnej już winszujących, życzliwych i nieprzyjaciół 
nawróconych, uczuła się osłabłą, nie mogła mówić i musiała cichym niezrozumiałym głosem 
prosić, aby jej dano odpocząć.
 

Volanti natychmiast grzecznie bardzo powyprowadzał wszystkich, hrabia Samsonow tylko, 

książę Agaton, Percival mieli szczęście dostąpić do divy i ścisnąć jej drżącą rączkę.
 

W kącie loży z rękami na piersiach założonymi siedziała zasępiona Krzewska, której ten 

tryumf serce zakrwawił.
 

Przed chwilą mówiła z Corsinim, który chodził oszalały. Występ ten namiętność jego do 

najwyższego spotęgował stopnia. Oprócz szalonej miłości, jaką w nim obudzała od dawna 
Marynka, w biednym człowieku rodziła się też myśl, że mąż takiej śpiewaczki miałby miliony, 
których głos taki wart być musiał.
 

Krzewska czytała to w nim wszystko i urągliwie na niego patrzała.

 

― Żeby ten młody, ładny chłopiec, będący nauczycielem, widując ją niemal co dzień bez 

przeszkody przez czas tak długi, nie potrafił jej sobie pozyskać! ― szeptała szydząc.
 

Włoch stał zamyślony.

 

― Gdybyś tylko chciał, byłbyś ją miał ― dodała ― ale trzeba się mnie było pięknie 

pokłonić.
 

― Pokłonić! ― przerwał Corsini ― ja bym padł przed panią na twarz.

 

Krzewska żywo mu coś zaczęła szeptać na ucho i śmiać się. Corsini słuchał, rumienił się, 

pochwycił ją za ręce i począł je okrywać pocałunkami.
 

― Tak! tak ― szeptała prędko pani Ildefonsa ― lecz trzeba mi być posłusznym i...

 

Palce położyła na ustach.

 

Volanti dawał sobie składać powinszowania i życzenia z godnością człowieka, który zna 

wartość swoją, przyjmował je milczący z miną, która mówiła za niego: „Widzicie, że się nie 
omyliłem”.
 

Wieczór ten w perspektywie dawał mu krocie.

 

Kontrakt zawarty na dobrych lat kilka czynił Marynkę niewolnicą jego i złotodajną 

skarbnicą. Namyślał się właśnie, w jakich rozmiarach miał śpiewaczkę do dochodów 
spodziewanych przypuścić.

background image

 

Unikając oczekujących na nią ciekawych, Marynka, starannie otulona przez Volantiego, 

siadła do powozu z milczącą Krzewską i pojechała do domu.
 

Rażący był zły humor jej towarzyszki, którego ona sobie wytłumaczyć nie mogła.

 

Pani Ildefonsa składała go na ból głowy, lecz wyrwało się jej półsłówko, dające do myślenia 

Marynce.
 

― Raz się to udało ― rzekła nadąsana ― ale teraz wymagającymi będą, dopiero się pocznie 

heca... Zazdrosnych narobiłaś dosyć... zobaczysz... Ale co mnie do tego!
 

Z zazdrosnych jedna Cyganka była w istocie najniebezpieczniejsza. Zawieziono ją do 

mieszkania w gorączce, chorą, rzucającą się gniewnie. Matka, która w teatrze nie była i ani się 
spodziewała podobnego końca, przestraszona naprzeciw niej wybiegła, ręce łamiąc i przeklinając.
 

Lecz po kilku kroplach koniaku, którymi orzeźwiono Laurę, cała jej energia z podwojoną 

złością powróciła.
 

― Nie koniec to! ― zawołała ― zobaczymy, kto się zaśmieje ostatni!

 

Po widowisku najpoufalsi przyjaciele Lacerti przybiegli do drzwi dowiedzieć się, co się z 

nią stało, i tłumaczyć z winy, a raczej jej wypierać.
 

Laura przyjęła ich łajaniem i przeklęstwy. W saloniku piekielna wrzawa powstała zrazu, 

która się nieprędko dała ukoić i przeszła w ożywioną, gorączkową rozmowę. Winę główną 
składano na księcia Agatona i na Scarlattiego, ale każdy z przytomnych czuł się w duszy po trosze 
winnym i tym goręcej starał się oczyścić.
 

Wcale niespodziewanie do tego grona poufałych, przybyłych z kondolencją, po chwili 

przyłączył się baron Percival.
 

Na twarzy jego, zwykle nie zdradzającej myśli, wyraz jakiegoś rozdrażnienia źle 

ukrywanego widzieć się dawał. Zbliżył się do Lacerti, podając jej rękę i patrząc w oczy ciekawie.
 

― Cóż? ― rzekł ― nie podołaliście nieprzyjacielowi? Wzruszył ramionami.

 

― Mógłbym was teraz spytać, jak wy mnie niegdyś: dajecie za wygraną?

 

Laura dziko się rozśmiała za całą odpowiedź. Baron ciągnął dalej z zimnym swym 

sarkazmem.
 

― Trzeba przyznać, że ta mała ma nadzwyczajne szczęście! Uważaliście, że książę Agaton 

był w uniesieniu, że Scarlatti oniemiał i uciekł.
 

Gdy to mówił, ktoś go łokciem potrącił. Drzwi się otworzyły, wchodził właśnie 

wspomniany Włoch, z twarzą wywróconą, z brwiami ściągniętymi, z włosem bardziej jeszcze niż 
kiedykolwiek rozczochranym, widocznie przejęty, niespokojny, wzburzony.
 

Wszyscy umilkli, robiąc miejsce szanowanemu powszechnie maestro, który szukał oczyma 

Lacerti.
 

Ona stała już naprzeciw niego, przybrawszy teatralną postawę, z rękami zwieszonymi i 

załamanymi.
 

― Patrzże, mistrzu! ― zawołała ― jaka sprawiedliwość na świecie! I komu tu dziś wierzyć 

można? Zdradzili wszyscy... Ta dziewczyna nie umiejąca nic...
 

― Hola! hola! ― przerwał Scarlatti ― przepraszam. Jeżeli co umie i jeżeli dziś zwyciężyła, 

nikomu innemu tylko mnie jest winna. Tak, mnie! Corso popsuł tylko, com ja wszczepił w nią. 
Niesprawiedliwość w tym, że owoce tryumfu ten błazen niedouczony, ten samouk bez metody 
zbierać będzie. Powinna była wieńce swe przynieść mi pod nogi.
 

― Jak to? ― wybuchnęła Laura ― więc wy, maestro, uznajecie jej zwycięstwo?

 

Scarlatti szyderczą zrobił minę.

 

― Ale, moja ty przepiękna ― odparł ― zwycięstwo nie jest wątpliwe, a winna je nie oczom 

i nie pięknej postaci, bo wcale piękna nie jest, jak ty... tylko znakomitemu głosowi, którym ją Bóg 
obdarzył. Zaręczam wam, że gdyby do końca była w moich rękach, stałaby się najpierwszą 
śpiewaczką tego wieku.
 

Lacerti oniemiała, zbladła jeszcze bardziej i nagle się odwróciła od Scarlattiego, który tak 

był zajęty sobą, że na ten ruch nie zwrócił uwagi.
 

Włoch padł na kanapkę, rozłożył się na niej bez ceremonii i mówił, ciągle będąc pod 

wrażeniem śpiewu:

background image

 

― Jest to talent niedojrzały, tak, nie wiadomo, czy znaczniejszemu repertuarowi podoła, ale 

materiał znakomity... głos potężny i jest w tym dusza, której wy nie macie, wy, śpiewacy dni 
powszednich. Mogłaby śpiewać fałszywie, będzie grała niewprawnie, a ludzi oczaruje i pochwyci. 
Dusza w niej jest. Nie myśli o podobaniu się, o kokietowaniu, cała w swej roli, dlatego wygrywa!
 

Pochwały te Scarlattiego tak przykrymi były Laurze, iż oburącz uszy sobie zatknęła i 

odeszła kilka kroków.
 

Percival słuchał skrzywiony, niekontent, ale nadzwyczaj zajęty i rozciekawiony. Inni dla 

przypodobania się artystce, o której łaski szło im więcej niż o Scarlattiego, ściągali się do niej, 
szepcząc coś, pocieszając i wymyślając na Włocha.
 

Lacerti potrzebowała dosyć długiego czasu, nim ochłonęła z gniewu. Nie chciała sobie 

narazić Włocha, który był jej jedynym dziś obrońcą i protektorem w świecie sztuki. Mrucząc poszła 
po filiżankę herbaty i aby mu gębę zatkać sama ją pokornie przyniosła, przysunęła stoliczek i w 
milczeniu posługiwać zaczęła Scarlattiemu, który gderać nie przestawał.
 

Powracająca z Marynką do mieszkania Krzewska bardzo pragnęła zbadać stan duszy 

dziewczęcia; spodziewała się, że tryumf ten uczyni ją dumną, upoi... doda jej energii jawnej, 
uzuchwali; nie mogła pojąć, dlaczego widziała smutną, pogrążoną w sobie, znużoną i niemal tak 
przygnębioną, jakby wracała po klęsce.
 

Tymczasem w tej duszy dziecka wioski odbywała się walka, spierały się z sobą siły, o 

których istnieniu Krzewska wyobrażenia mieć nie mogła. Samo dziewczę nie umiało jeszcze 
opanować uczuć i myśli, wyjść z tego zamętu, w jaki je rzucił wieczór, który o losie śpiewaczki 
rozstrzygał.
 

Obudziły się w niej całkiem dotąd nie znane żądze... Zwycięstwo dawało smak do nowych 

walk, zrozumiała urok i siłę sławy, słodycz oklasków. Krytykowała sama siebie, nie była zupełnie 
zaspokojoną, chciała od siebie więcej.
 

Wśród tego rozmyślania i przypomnień, niewidocznymi jakimiś nićmi do wspomnień 

wieczoru i nowego życia przywiązane dawniejsze, dni wiosennych, jawiły się na tym niebie 
ciężkimi pokrytym chmurami, jak owe lazurowe kątki wpośród szarych opon po burzy. W tłumie, 
który widziała wieczoru tego, zdało się jej widzieć twarze matki, majora, Jurasia, Zantyra i 
żałościwą twarz księdza Kaliksta. Jak marionetki umarli i żywi przesuwali się przed oczyma.
 

Powóz pełen był wieńców i bukietów, które zła Krzewska odpychała nogami i dusiła 

rękami.
 

Dojechały tak do domu, a pani Ildefonsa, zaledwie wysiadłszy, widząc Marynkę nieochoczą 

do rozmowy, zamruczała coś, chwyciła się za głowę i trzaskając drzwiami poszła się zamknąć w 
swoim pokoju...
 

Marynka była temu rada i pośpieszyła też zdjąć z siebie ubranie, spocząć, myśleć. Tyle a 

tyle teraz miała do myślenia!
 

Czuła, że do tego cichego pokoiku, z którego wyszła niedawno nieśmiałą i trwożną 

dzieweczką, powracała dojrzalszą, przeistoczoną.
 

W dali, we mgłach Berezówka już się nie tak przedstawiała uroczo.

 

Blaski ją olśniły, oklaski upoiły słodko, serce zabiło nie do cichego spoczynku, lecz do 

nowych zwycięstw i upojeń. Widziała Laurę w loży na pół omdloną z zazdrości.
 

Czuła się istotą już nie pospolitą i równą innym, ale szczególniej obdarzoną, więc do 

szczególnych tych celów stworzoną. Tryumf ten był to palec Boży wskazujący jej cel żywota.
 

Dawna pobożność odezwała się w sercu wzburzonym i sama nie wiedziała, jak znalazła się 

z rękami złożonymi klęczącą przed obrazem Matki Boskiej.
 

Ale się modlić nie mogła. Zapukano z lekka do drzwi, Marynka porwała się nastraszona... 

Poznała głos Volan-tiego i przeze drzwi prosiła go, aby czekał w salonie.
 

Potrzebowała otrzeć z twarzy nienawistne bielidło i umyć oczy zapłakane.

 

Volanti chodził tymczasem po salonie głęboko zadumany. Wiedział bardzo dobrze, iż się do 

tego tryumfu wiele swoimi zabiegami przyczynił, lecz miał nadto doświadczenia i znajomości 
rzeczy, by nie uznać, że głos śpiewaczki i cała jej istota odegrały w tym rolę przeważną.
 

W ostatnich czasach liczne starcia, maleńkie spory, rozmaite oznaki dały mu uczuć, iż 

background image

Marynki usposobienie dla niego wcale nie było przyjazne. Chciał to naprawić. Czy się wziął 
zręcznie, o tym sądzić trudno.
 

Gdy Marynka wyszła, Volanti najprzód począł od komplementu i powinszowania, dodając, 

iż od pierwszego usłyszenia jej głosu przyszłości jego był pewien.
 

― Winnaś pani wiele talentowi własnemu ― dodał ―

 

to pewna; lecz niech mi wolno będzie z pewną dumą przypomnieć, że i ja w tym miałem 

udział jakiś i należy mi się choć trochę życzliwości.
 

Burczakówna była tego dnia w takim rozbudzeniu i gorączce, iż bynajmniej nie zmieszana 

tym odparła żywo:
 

― Winnam panu wdzięczność, tak jest! Rozumiem to dobrze... lecz, szanowny panie, tę 

chwilę, którą wy zowiecie tryumfem, opłaciłam zbyt drogo. Nie zmuszajcie mnie, bym to sobie 
przypominała. A cóż mi po tym wszystkim? Przebrzmiały oklaski, na szyi czuję jarzmo... życie mi 
się nie uśmiecha... Dla pana ten wieczór jest zapewnieniem, żeś może nie stracił nakładów; dla 
mnie, to może potrafię mu się wypłacie; ale czyż to się może nazywać szczęściem? Com zyskała?
 

Śmiała ta odpowiedź zmięszała nieco Volantiego, zdziwił się jej, nie spodziewał podobnej, 

nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
 

Dzieweczka ta, która mu już czasami zimnym jakimś oporem i energią dawała wiele do 

myślenia, jeszcze bardziej zagadkowa, groźniejsza stała przed nim. Sądził, że ją znajdzie śmiejącą 
się, szczęśliwą.
 

― Pani ― odezwał się grzeczniej niż zwykle ― jesteś jeszcze mocno wzruszoną i nie 

dziw... Żołnierz po bitwie jest wzruszonym także, a to była walna batalia. Ocenisz pani wartość jej 
później dopiero.
 

Marynka uśmiechnęła się niewesoło.

 

― Być może ― rzekła trochę dumnie. ― Pan mi przypomniałeś, com mu winna; pozwól, 

abym z mej strony spytała go też, czy nie uznajesz, żem pracowała usilnie i obowiązek spełniła?
 

― Nie przeczę ― odezwał się żywo Volanti ― wierz mi pani, że i ja wdzięcznym być 

umiem.
 

Dalej nie przedłużali już rozmowy z tego tematu. Volanti wtrącił coś o intrygach, począł 

mówić o hrabim
 

Samsonowię, o pozyskaniu Agatona i w końcu o tym, że Scarlatti (jak słyszał) głosił już, 

jako ona jemu swój głos i zwycięstwo zawdzięczała. Volanti śmiał się z tego.
 

― Któż wie? ― odparła Marynka ― nieznośny, okrutny dziwak stary może mieć 

słuszność...
 

Dyrektor, nie zabawiwszy długo, pożegnał zmęczoną.

 

Grzeczność nakazywała mu się dowiedzieć do Krzewskiej, choć jej nie lubił. Zastał ją w 

pokoju własnym, nie rozebraną jeszcze, kwaśną, z oczyma zapalonymi.
 

Nie miała wielkiej ochoty do rozmowy. Z ręką na głowie, która mówić miała, że ją bolała ta 

nieszczęśliwa głowa, przyjęła gościa w progu.
 

― Święcisz pan tryumf swej uczennicy ― odezwała się ― tak! winszuję jej i jemu, tylko 

sobie powinszować nie mogę, bo moje usługi i zasługi tu przez nikogo nie zostały ocenione. A com 
się namęczyła z tą... z nią, z wami, to chyba Pan Bóg mi za grzechy policzy.
 

― A! a! ― uśmiechnął się Francuz. ― Szczęściem dla pani, panna Maria coraz mniej 

potrzebować będzie trudu i pilności około siebie, bo doskonale jakoś sama się rządzić umie, a 
towarzystwo jej nie naraża pani na przykrości, spodziewam się.
 

Krzewska nastawiła minę dwuznaczną.

 

― Poznałbyś pan ― mruknęła ― na com się ja tu przydała, gdyby mnie nie było...To, co ja 

tu robię, wprawdzie nieznacznie może... ale...
 

W tajemniczy sposób, nie kończąc, dodała:

 

― Kiedyś się to okaże... Dobranoc!

 

I zamknęła drzwi Volantiemu przed nosem, który złego humoru i wymówek nie zrozumiał.

 

― Roznerwowana baba! ― rzekł w duchu i odszedł. Po oddaleniu się dyrektora Marynka, 

wracając do swego pokoju, w gabinecie znalazła na kanapie, stole i podłodze rozrzucone bukiety i 

background image

wieńce i mimowolnie się przy, nich zatrzymała. Leżały one w nieładzie, tak jak je tu służba z 
powozu przyniósłszy naprędce pokładła. Przy niektórych były wstęgi... inne odznaczały się 
smakiem i elegancją, niewiele prostotą.
 

Marynka rozpatrywać się zaczęła.

 

Przy jednym z wieńców był napis świadczący, że go ofiarował Corsini, którego z dała tylko 

frenetycznie sypiącego oklaski spostrzegła Marynka.
 

Piękny bukiet miał przypiętą kartkę wizytową hrabiego Samsonowa. Me brakło i wielce 

smakownie ułożonych kwiatów od Percivala, i bukietu od księżny.
 

Mnóstwo innych było niewiadomego pochodzenia.

 

Nie postrzegła się, przerzucając je, Marynka, gdy z głową obwiązaną stanęła za nią 

Krzewska, która tę chwilę uciechy koniecznie popsuć chciała.
 

― Myślisz pewnie ― odezwała się ― że to coś znaczy? że ci to śpiew twój wysłużył? Ale, 

ale! połowę tych kwiatów wcześnie zamówionych zapłacił Volanti, drugą uproszeni jego 
przyjaciele... Śmiecie! ― rozśmiała się Krzewska.
 

Dziewczę spojrzało tylko i nic nie odpowiedziawszy, wysunęło się do swojego pokoju. 

Krzewska tymczasem ze złością przerzucała bukiety, sama może nie wiedząc, czego w nich 
szukała.
 

Uderzył ją jeden z kartą hrabiego Samsonowa. Wzięła go w rękę, poczęła obracać na 

wszystkie strony i po wadze czując, że coś zawierać może, odkryła bransoletę złotą, kwiatami 
osłonioną, którą był objęty.
 

Zaiskrzyły się jej oczy, serce uderzyło... zazdrość je ścisnęła. Na pięknej złotej obręczy stał 

napis pamiątkowy, a w zapince stał duży szmaragd brylantami otoczony. Krzewska może by sobie 
była przywłaszczyła ten klejnot, lecz po namyśle znalazła to niebezpiecznym. Zapukała do pokoju 
Marynki.
 

― Powinszować muszę ― rzekła ukazując branso- letę ― zaczynasz szczęśliwie. Nie ma 

dla młodej dziewczyny nic pomyślniejszego nad zawrócenie głowy starcowi.
 

To mówiąc, zdumionej wręczyła ze śmiechem bransoletę i dygnęła.

 

― Od hrabiego Samsonowa! Bukiet był nią opasany... Winszuję... Warto by przetrząść 

inne... może jeszcze co się znajdzie.
 

Marynka patrzała więcej przestraszona niż szczęśliwa, oczom prawie nie wierząc. Na 

bilecie, czego nie dostrzegła wprzódy, kilka słów stało z błogosławieństwem od starca i życzeniami.
 

Krzewska tymczasem przerzucała inne bukiety i rozrywała je, szukając w nich nowych 

zdobyczy.
 

Polowanie to nie powiodło się wcale. Przy dwóch bezimiennych znalazły się nieciekawe 

wierszydła.
 

Późno w noc Marynka padła nareszcie zmęczona na łóżko, długo zasnąć nie mogąc; a gdy 

sen skleił wreszcie powieki, roił się jej do rana ten świat lampami teatralnymi jaskrawo 
rozświecony z tysiącem ruchomych postaci.
 

Krzewska mniej jeszcze spała, układając rozmaite plany zemsty. Za co się miała właściwie 

pomścić na niewinnej istocie, nie mogłaby była może wytłumaczyć. Za to, że ją tu zawiodły 
nadzieje, że na podrzędne zepchnięto ją stanowisko, że czując się lepszego losu godną, wegetowała 
tak nędznie u boku tej, którą zawładnąć nie mogła.
 

Wiedziała jedno to, że powinna była zemścić się na Marynce, na Volantim, na księżnie, na 

całym świecie.
 

Nazajutrz około południa baron Percival przyszedł, wrzekomo z powinszowaniem, w istocie 

dla zbadania, jakie wrażenie wywarł wieczór na Marynce.
 

Nęciła go ona coraz bardziej, coraz więcej pragnął ją zdobyć, lecz było w tym coś prawdy, 

co mu w oczy rzu- ciła Laeerti, że się zestarzał. Nadzwyczaj z wolna i ostrożnie, krok za krokiem 
dobijał się o te łaski "dziewczęcia, niezdecydowany jeszcze, czy ma dla niej spokój swój poświęcić 
i zaawanturować się.
 

W saloniku przed wyjściem Burczakówny przyjęła go nieznośna Krzewska, której pilno 

było opowiedzieć o bransolecie i wytłumaczyć ją niedorzeczną namiętnością siedemdziesiątletniego 

background image

starca.
 

Percival ruszył ramionami.

 

Krzewska dorzuciła coś o bukiecie Corsiniego, chcąc zazdrość obudzić, ale Francuz był 

marmurowy.
 

Dziewczę wyszło po walce z sobą wczorajszej, po marzeniach nocy trochę bledsze, ale już 

panią siebie.
 

Mówiliśmy, że doskonały takt i pozorna szczerość Per-civala czyniły go Marynce 

sympatyczniejszym nad innymi. Zwierzała mu się otwarcie... miała go za przyjaciela, nie za 
adoratora. Percivalowi było wygodniej z tą rolą.
 

Przed nim spowiadała się naiwnie z wczorajszych wrażeń, z trwogi, którą musiała 

przezwyciężyć, i śmiała się trochę z innych, nieco z siebie.
 

― Nie wiem, panie baronie ― zapytała na ostatek ― co się stało z panną Lacerti? 

Spostrzegłam ją w loży w początku widowiska... Zdało mi się, że rzuciła się gwałtownie w głąb 
loży... że wyszła. Co to było?
 

Percival namyślał się nad odpowiedzią.

 

― Biedna Cyganka zachorowała z zazdrości ― odparł z szyderstwem. ― Nie dziwię się jej, 

bo choć ma wielbicieli wielu, ma ich po części dlatego, że występuje w teatrze. Lęka się o swą 
sławę, boi się zaćmienia.
 

― Mój Boże! ― przerwała z jakimś współczuciem nagle wzburzona Marynka ― czegóż się 

ona lękać może? Jest piękna, gra z wielkim powodzeniem, umie pewnie więcej ode mnie, a ja 
byłabym najnieszczęśliwszą, gdybym komuś stała na zawadzie. Wiesz, baronie, co? ―
 

dodała po małym namyśle ― po wczorajszym wieczorze więcej niż kiedy czuję się w 

obowiązku zbliżyć do niej i uspokoić ją.
 

Percival potrząsł głową.

 

― O! o! ― zawołał ― nie wiem, czyby Volanti pozwolił na tę znajomość. Ja sam, jeśli jako 

przyjacielowi odezwać mi się wolno, nie radziłbym pani bliższych z nią stosunków.
 

Marynka zarumieniła się mocno.

 

― Spodziewam się, panie baronie, że obawy o mnie nie masz, abym nie zasmakowała w 

towarzystwie... które z tego, co o nim wiem, wcale nie jest dla mnie. Pomimo to grzeczną dla niej 
być mogę.
 

― Spytaj pani Volantiego o radę ― zamknął Francuz dwuznacznie.

 

W ciągu rozmowy, podżartowując, Percival powtórzył, co wczoraj przyniósł o Scarlattim 

Volanti, powiedział jeszcze kilka słów pochlebnych, powinszował zdobycia hrabiego Samsonowa i 
oddalił się.
 

Marynka chodziła ciągle z myślą pocieszenia, a przynajmniej uczynienia grzeczności jakiejś 

pannie Lacerti. Po południu, gdy Volanti nadszedł, pośpieszyła go o to spytać i wyraziła żądanie 
widzenia Włoszki.
 

Niespodziana ta propozycja zdziwiła dyrektora, zamyślił się czas jakiś.

 

― Prawdziwie nie wiem ― odrzekł ― czy tę myśl bardzo piękną godzi się przyprowadzić 

do skutku.
 

― Dlaczego?

 

― Połączona jest z pewnym niebezpieczeństwem.

 

― Dla mnie?

 

― Tak jest, dla pani ― rzekł dyrektor. ― Laura Lacerti nie jest bez talentu pewnego, lecz 

ma też niepospolity talent opanowywania ludzi i intrygowania dla własnego interesu. Gdy 
potrzebuje, umie obudzić litość, odegrać niewinność, pokazać się szlachetną. Towarzystwo jej nie 
byłoby właściwym dla pani.
 

― Lecz ja nie potrzebuję się ani przyjaźnić, ani zawiązywać zbyt bliskich stosunków ― 

rzekła Marynka ― dosyć będzie z mej strony okazać jej życzliwość.
 

Volanti przeszedł się po pokoju, ważąc zapewne następstwa tego kroku. Wiedział bardzo 

dobrze, iż to nie rozbroi Włoszki, rachował tylko, czy z daleka, czy z bliska niebezpieczniejszą być 
może.

background image

 

Wahał się. Marynka, chodząc oczyma za nim, czekała.

 

― Bądź pani ostrożną ― rzekł w końcu ― lecz jeżeli koniecznie chcesz okazać się 

wspaniałomyślną...
 

Uśmiechał się ironicznie.

 

― Chcę się okazać grzeczną ― poprawiło dziewczę. Dyrektor w milczeniu się skłonił.

 

― Tak, tak ― dodała Marynka ― nie będę sobie nic miała do wyrzucenia. Wierz mi pan... 

Pojedziemy do niej z Krzewską...
 

Me sprzeciwiał się Volanti, a co myślał o następstwach, z tym się nie zdradził. Uśmieszek 

żartobliwy błądził po jego ustach.
 

― Tak ―. rzekł cicho ― może się to przydać na coś...

 

Corsini, który wprzód już rozpłomieniony był straszliwie dla Marynki, od wieczoru tego, 

gdy ją zobaczył na scenie, oszalał.
 

Półsłówka i obietnice' pani Krzewskiej, dające mu jakąś nadzieję, przyczyniły się do jeszcze 

większego rozwinięcia namiętności. Włoch, dziecię ludu, nie nawykły się rachować ze wszystkimi 
warunkami powszedniego życia, przebywając ciągle w świecie marzeń, sztuki, 
nieprawdopodobieństw cudownie się iszczących, Corsini wszystkich trudności, jakie miłość jego 
spotkać miała, nie obliczał wcale.
 

W jakikolwiek bądź sposób opanować kobietę zdawało mu się drogą najpewniejszą do 

pozyskania jej serca. Za sercem szła ręka i wspólne losy z tą gwiazdą, która obiecywała sypać 
promieniami złotymi.
 

Corsini nie łudził się co do stanu serca Marynki, wiedział, że go nie kochała, ale też i nikogo 

innego. Mogła i musiała się do niego przywiązać, byle położenie ją do tego skłoniło.
 

Włoch po włosku i trochę na sposób bandyty chciał miłość swą zaspokoić, po prostu porwać 

dziewczę i siłą je zmusić do poddania się. Nie widział w tym nic tak bardzo zdrożnego. Miał za 
sobą tradycje domowe i tyle podobnych przykładów.
 

Nie wahał się więc i nie walczył z sumieniem, szło mu wprost o to, czy rzecz była możliwa. 

Z pomocą Krzewskiej zdało się to wykonalnym.
 

Myśl tę raz powziąwszy, czy też przejąwszy ją może od pani Ildefonsy, nie rzucał już jej i 

nosił się z nią, szukając sposobów przyprowadzenia do skutku. Trudności było wiele, lecz czegóż 
nie pokona namiętność? Włochowi w ostatnich czasach dzięki protekcji księżny i Vo-lantiego 
działo się lepiej, miał trochę pieniędzy uzbieranych. Gotów był je poświęcić wszystkie, pewien, że 
mu się to nagrodzi sowicie. Dyrektor musiał, choć pewne już mając prawa, z Corsinim w nowe 
wejść układy.
 

Tak marzył Włoch i rozmarzał się coraz mocniej. Gdy nazajutrz po pierwszym 

przedstawieniu zjawił się i on z powinszowaniem swej uczennicy, znalazł ją wielce uprzejmą. 
Dziękowała mu serdecznie, część zwycięstwa swego przyznawała jemu, słowem, zdawała się 
przejętą, rozczuloną, a parę wejrzeń i ściśnięcie dłoni zawróciły mu głowę do reszty.
 

Krzewska tłumaczeniem tych symptomatów jeszcze bardziej go rozogniła.

 

Corsini odszedł, snując najdziwaczniejsze plany, w których dokonaniu miała mu być 

pomocną przyjaciółka. Niełatwe one były do wykonania, lecz młody zapaleniec na zuchwalstwo 
swe i na szczęście rachował. Ze wszystkich przysłów łacińskich, których w szkołach się uczył, 
jedno, audaces fortuna juvat, utkwiło mu w pamięci. O ile Percival był powolnym i rozważnym, on 
niecierpliwym i gorącym.
 

Oprócz ich dwóch Volanti także od pierwszego wieczoru myślał więcej o Marynce niż 

wprzódy. Wiązał ją kontrakt z nim zawarty, który w ciągu pierwszych lat dozwalał mu na swą 
korzyść talent ten wyzyskiwać. Te pierwociny, na których rozgłos i powodzenie łożyć musiał, 
wedle wszelkiego podobieństwa miały dopiero otworzyć wrota najświetniejszym i 
najkorzystniejszym wystąpieniom. Volanti mógł i te opanować, lecz między nim a młodym 
dziewczęciem stanąć też mogły wpływy obce, ludzie chciwi i usiłujący pozyskać jej serce. Marynka 
mogła być dla niego straconą właśnie natenczas, gdy ceny największej nabierze.
 

Zdawało się panu dyrektorowi teraz, wbrew dawnej teorii, że uwieść dziewczę i tym 

sposobem uczynić je zależnym było najlepszą rachubą. Me kochał się w niej, choć miał pewną 

background image

słabość, serce mniej wpływało na to postanowienie niż głowa. Na przeszkodzie była wprawdzie 
stara i zazdrosna księżna, ale tę łatwo było oślepić i nie dać się jej nic domyślić. Volanti mówił 
sobie, że dotąd był za zimnym i za surowym, że należało zmienić postępowanie, aby zyskać więcej 
życzliwości. Mógł, jak mu się zdawało, mieć za sobą panią Krzewską, ale wolał się bez niej obejść, 
nie chcąc się jej zwierzać, wstręt miał do niej, jak ona do niego.
 

Percivala mało się lękał, o Corsinim nie wiedział i lekceważył go.

 

Z powodu nowych ról, których uczyć się i powtarzać było potrzeba, dyrektor nieustannie 

przybiegał do Ma- rynki, widywał ją po kilka razy na dzień i nie zmieniając nagle trybu 
postępowania, aby nie dać nic poznać po sobie, nieznacznie jednak stał się poufalszyni i 
grzeczniejszym.
 

Burczakówna od pierwszego dnia odcień pewny w obejściu się jego uczuła, przypisywała to 

tryumfowi swemu, który pana dyrektora uczynił troskliwym o jej względy.
 

Inaczej mówił do niej, uśmiechał się, dawał rady i wskazówki, a że od niego zależało 

utrzymanie domu, sposób życia, chęć przypodobania się odbijała się zaraz w drobnych szczegółach 
powszedniego bytu. Krzewska, w tych sprawach bardzo bystra i przenikliwa, pierwsza postrzegła w 
Volantim pewną zmianę.
 

Pilno jej było nastraszyć nią Corsiniego, z którym teraz co dzień się widywała.

 

― Masz co robić ― powiedziała mu ― nie zwłóczże; Volanti także na tę gratkę poluje. 

Nigdy tego jeszcze nie było, żeby nam łakocie, owoce i kwiatki przysyłał. Skąpił aż do 
obrzydliwości, teraz nie ma dnia, żeby czegoś Marynce nie ofiarował. Dawniej, gdyśmy na próby 
jechały do teatru, ani spojrzał, jakeśmy się wybierały, teraz sam obwiązuje i otula, rozumie się, nie 
mnie, tylko ją. Wczoraj na okrycie drogocennego gardziołka ofiarował jej śliczne boa.
 

― A panna? ― zapytał Włoch.

 

― Panna! ― odparła z uśmieszkiem Krzewska ― panna! tej ani ja, ani nikt w świecie nie 

odgadnie, tak umie się ukrywać i kłamać. To tylko powiedzieć mogę i zaręczyć za to, że ona lepiej 
usposobiona jest dla was niż dla niego. Nie lubi go...
 

Nie mógł się też i Corsini pochlubić tym, aby mu dała jaki dowód sympatii, lecz zakochany 

tłumaczył sobie fałszywie drobne oznaki grzeczności i obojętnym słowom nadawał znaczenie 
przesadzone.
 

Krzewska wmawiała mu, że siłą ją opanowawszy zrobi z nią i jej sercem, co zechce.

 

Przyszła nareszcie do narad nad tym, jak by Corsini mógł uwieść dziewczę.

 

Pani Ildefonsa od dawna już była osnuła wszystko. Nie było według niej nic łatwiejszego 

nad... przeprowadzenie jej przy wychodzeniu z teatru do zamówionego powozu. Krzewska miała 
się umyślnie zagubić i zaplątać, a Corsini pod pozorem odwiezienia do domu mógł ją uprowadzić 
gdzieś, do wcześniej przygotowanego mieszkania za miastem.
 

― Potrzymasz ją tam dzień, dwa ― mówiła gorąco ― choćby nawet nie dała się ubłagać, 

musi dla ocalenia honoru być twoją. Któż uwierzy, że mogła być porwana siłą? Musi za was wyjść, 
czy zechce, czy nie...
 

Corsiniemu coś podobnego chodziło też po głowie, ale dobrze było mówić o tym tak lekko 

Krzewskiej, wykonanie planu nie tak było prostym i pewnym, jak się zdawało. Marynka była 
dumną, ostrożną, nie dająca sobie nic wmówić i przeciw swej woli nakłonić do czegośkolwiek. 
Wywiezienie z teatru samo już bardzo było wątpliwe. Siły użyć niepodobieństwem było. Corsini 
drżał, myśląc o tej chwili, gdy się miał z nią znaleźć sam na sam po dokonaniu szczęśliwym 
uwięzienia. Wiedział, jak była energiczną i nieprzystępną.
 

― Jak gdyby na świecie nie było chloroformu, morfiny i czegoś usypiającego! ― mruknęła 

Krzewska. ― Chcesz ją mieć, przecie coś ważyć potrzeba.
 

Corsini wzdrygnął się i zarumienił, słysząc to; zamilkł, zmieszał się, powziął nawet wstręt 

jakiś do kobiety, która mu doradzać śmiała taką niegodziwość, lecz odszedłszy z myślą tą, pod 
przemocą namiętności i szału potrafił ją sobie wytłumaczyć i uniewinnić.
 

― Gwałtu żadnego przecie nie popełnię ― mówił w duchu ― ale idzie o to, aby tylko 

spokojnie ją pochwycić i zatrzymać...
 

Dwa dni po rozmowie z wdową Włoch nie widział się z nią i nie mówił, ochłódł trochę i 

background image

czuł prawną odpowiedzialność wielką. Przypominał, że we Włoszech dawniej rapt taki karano 
skazaniem na galery. Lecz mogłoż dziewczę wstydliwe oskarżyć go? A! Volanti miał do tego 
prawo.
 

Wyrzekłszy się już prawie awanturniczego zamysłu, Corsini pomimo to, jakby mimowolnie, 

począł jednak rozpytywać o powóz, o mieszkanie na uboczu w pustym gdzieś domu. Jakby dla 
skuszenia go do złego wszystko, czego sobie życzył, łatwo się jakoś i bardzo dogodnie składało.
 

Woźnica znajomy, który z mowy poplątanej Włocha domyślał się jakiejś awantury miłosnej, 

zapewnił go, że byle dobrze zapłacił, posłuży mu tak, że i diabeł go nie doścignie i nie poszlakuje.
 

Jeden z przyjaciół nastręczył dom umeblowany na uboczu, pusty, w uliczce wcale nie 

odwiedzanej. Zmusił nawet Corsiniego pójść go obejrzeć, a na miejscu okazało się z mowy kobiety, 
co otwierała mieszkanie, iż ona przechodziła już tu przez różne podobnego rodzaju przygody i 
mogła posłużyć po myśli.
 

Włoch nie umiał na razie nic postanowić, odkładał, dumał, bał się... Zuchwalstwo i 

tchórzostwo przychodziły na przemiany, jak poty i ziębienie w febrze.
 

Przez kilka tych dni walki wymizerniał, pobladł, prawie się rozchorował. Pchnęło go coś do 

Krzewskiej, która sama witając w progu poczęła od szyderstwa:
 

― Doczekasz się tego, że ci ją sprzed nosa wezmą! ― powiedziała w ostatku.

 

Corsini przyznał się, że przez te dni szukał mieszkania, ludzi, że był właśnie tym zajęty i że 

prawie wszystko było w pogotowiu.
 

― No, to nie zwlekaj! ― zawołała Krzewska. ― Wybrać trzeba wieczór ciemny i 

widowisko takie, na którym tłok będzie. Przyjdziesz do nas, do loży, wyprowadzić...
 

― A jeśli Volantiego lub kogo innego zastanę? ― zapytał Corsini.

 

― To pójdziesz z kwitkiem i będziesz musiał odłożyć to do drugiego wieczoru. Cóż? żal ci 

się dla takiej dziewczyny dwa razy pofatygować?
 

Krzewska tak nalegała, tak szydziła, iż w końcu Włoch postanowił się ważyć, choćby na 

skręcenie karku.
 

Było to wieczorem. Gdy o białym dniu się obudził i rozważył, na co się miał porwać, znowu 

się uląkł, sumienie wreszcie obruszało się.
 

Naleganie Krzewskiej obudzało obrzydliwość jakąś.

 

Z ust takiej kobiety dobra rada wyjść nie mogła.

 

Z lepszym i szlachetniejszym postanowieniem wytrwał Włoch do wieczoru. Wieczorem 

poszedł do teatru. Tu widok Marynki, otoczonej całym dworem nadskakujących jej wielbicieli, 
zapalił w nim zazdrość i zawrócił głowę znowu. Przypadkiem jeszcze wzrok dziewczęcia z daleka 
poszedł go szukać, powitał uprzejmie i uśmieszek na ustach był jakby znakiem porozumienia. 
Corsini oszalał do tego stopnia, że gotów był choćby życie dać dla niej.
 

Nie czekając następującego dnia, mogącego przynieść nowe ostygnięcie, pomiarkowanie, 

obawę, Corsini powóz sobie zamówił na jeden z dni najbliższych z takimi warunkami, iż woźnica 
się dorozumiał dobrze, że iść musiało o porwanie dziewczyny.
 

Mrużąc jednym okiem, zaręczał „woźnica", że choć na koniec świata z nim bezpieczniej 

puścić się można.
 

Związany tą pierwszą umową nazajutrz pobiegł do domu oglądanego, lecz tu zawód go 

spotkał. Kobieta, mieszkająca na dole dla dozoru, zimno go odprawiła tym, że mieszkanie już było 
zajęte.
 

Zobaczywszy go wielce strapionym, po małym namyśle przebąknęła, że wie inny dom nie 

gorszy i że mogłaby go nastręczyć. Corsini już zniecierpliwiony udał się z nią natychmiast na drugi 
zaułek, do pierwszego podobny, domek szczupły, ale bardzo wytwornie urządzony, obejrzał i nie 
zwłócząc dał zadatek.
 

Z głową gorejącą, w której krew biła tętnami silnymi, jakby żyły porozrywać chciała, 

powrócił Włoch do domu i rzucił się na łóżko.
 

Wszystko było gotowe. Jedno z najbliższych widowisk mogło nastręczyć sposobność 

wykonania. Tegoż dnia pobiegł do Krzewskiej i tonem tragicznym oznajmił jej, że czeka już tylko 
na oznaczenie przez nią czasu.

background image

 

Pani Ildefonsa zbyt była interesowna w tej sprawie, a jakoś nie dość dowierzała Włochowi, 

żeby się słownym tym oświadczeniem mogła zaspokoić. Kazała sobie opowiedzieć szczegóły, 
zażądała zobaczyć domek... i Corsini zauważył w ostatniej chwili stanowczej, że jej, jak wprzódy 
jemu, męstwa zabrakło. Kazała czekać, dąsała się, zaczęła wynajdywać trudności, odłożyła na dni 
kilka... słowem, rozgniewała Włocha i stała mu się podejrzaną.
 

Bez niej nic nie mogąc dokonać, Corsini, zły, musiał zdobyć się na cierpliwość, której nie 

miał.
 

W czasie, gdy się to za ciemnymi kulisami odegrywało cicho i niepostrzeżenie, Marynka po 

pierwszym wystąpieniu natychmiast musiała powtórnie ukazać się w teatrze w tej samej sztuce. 
Klika przeciwna nie śmiała już wystąpić nawet, teatr był przepełniony, oklaski szalone.
 

Lacerti, która nie chciała okazać, ile ją to bolało, przyszła na widowisko i cierpliwie, z 

ciężko wymodelo- wanym na ustach uśmiechem dosiedziała do końca. Widziano ją wysuwającą 
rączki i przyklaskującą rywalce.
 

Przyjaciele jej uważali to za heroizm.

 

Po pierwszych dwóch aktach książę Agaton ze zwitkiem piosnek swej kompozycji, o 

których już mówiliśmy, że ich żywa dusza śpiewać nie chciała, kazał się za kulisami zaprezentować 
primadonnie i na znak uwielbienia złożyć   u stóp jej maluczką ofiarę.
 

Uśmiechał się do niej wstawionymi zębami i poprawiał z nałogu farbowane wąsy i włosy, 

usiłując wydać się choćby jeszcze odrobinę młodszym.
 

Oka Marynki nie uszedł oklask panny Laury i po skończonej sztuce, gdy Cyganka weszła 

chwilę za kulisy, Burczakówna podbiegła się jej zaprezentować sama, podając rękę uprzejmie.
 

― Pragnęłam poznać panią od dawna ― odezwała się żywo ― a dziś mam obowiązek 

podziękować jej za oznakę uznania, która od artystki takiej jak pani jest dla mnie wysokiej ceny.
 

Lacerti, nie spodziewająca się wcale zbliżenia tego, z początku była nim zmieszana trochę, 

potem wybuchnęła z przesadnymi pochwałami, odegrała doskonale wzruszoną, rozczuloną, prosiła 
o przyjaźń, słowem, znalazła się jak najzręczniej.
 

Marynka mówiła sobie, że wcale nie jest ani tak złą, ani tak straszną, jak ją okrzyczano. 

Chciała odwiedzić pierwsza swą współzawodniczkę, lecz Laura ją uprzedziła.
 

Znajomość została zawarta, a że Cyganka, uwodząc mężczyzn, umiała, gdy chciała, i 

kobietom się podobać, do każdego temperamentu i humoru się zastosować, zupełnie sobie ujęła 
Marynkę.
 

Wesoła, dziecinna, naiwna, sama o sobie mówiła wiele złego w ten sposób, że złe, jakie 

drudzy mówić o niej mogli, neutralizowała.
 

Burczakówna, której brakło towarzyszki, towarzystwa, stosunków, rada była tej znajomości. 

Laura ją bawiła, rozrywała, wyrywała z tej ciężkiej zadumy samotnej, długiej, która w końcu życie 
zaczynała czynić nieznośnym.
 

Przytomna z dala temu bliższemu poznajomieniu się, Krzewska pozostała na uboczu trochę, 

niepewna jeszcze, czy ma stawić się przyjaźnie, czy opornie.
 

Volanti wesoły udawał bardzo uszczęśliwionego tą przyjaźnią dwóch artystek. Miał w tym 

swą myśl i rachubę.
 

Baron Percival, który najmniejszy krok Marynki śledził, nie był też przeciwny zbliżeniu się 

Lacerti do nieprzyjaciółki; przewidywał, że lekkomyślna Cyganeczka z ochotą pomagać będzie 
każdemu, kto nową divę zechce uczynić podobną do niej życiem i obyczajami.
 

Zepsute kobiety mają w tym pewny rodzaj punktu honoru, aby psuć drugie i nie dopuścić im 

być lepszymi od siebie. A że baron był pewien Lacerti i posłużyć się nią umiał, było mu na rękę to 
pokumanie się dwóch istot nie stworzonych do tego, aby się pokochać mogły.
 

Pośpieszył zaraz do Marynki, winszując jej taktu, z jakim pierwszy krok uczyniła.

 

― Wie pani ― rzekł z wyrazem, któremu usiłował nadać głębokiego przekonania cechę ― 

znam od dawna Laurę. Ludzie ją ogadują. Ma temperament porywczy, jest namiętną, nieoględną, 
lecz daleko lepszą niż jej reputacja. Cóż temu winna, że miała i ma taką matkę, której wstydzić się 
musi? W gruncie serce dobre. Mówią o niej różnie, chociaż plotkom wierzyć się nie godzi, a 
niedoświadczenie i młodość w najgorszym razie rozgrzeszają...

background image

 

Wspomnieliśmy już, że Marynka miała pewne zaufanie we Francuzie i lubiła go, wierząc w 

jego szczerość. Ta pochwała Lacerti wiele jej w opinii Marynki pomogła.
 

Skłonną też była widzieć raczej dobrą niż złą ludzi stronę, a wierzyć w wielkie zepsucie jej 

było smutno i trudno.
 

Wprędce potem Marynka się wybrała w odwiedziny do artystki z panią Krzewską, która, 

zawsze kwaśna, milcząca, nadąsana, posługi jej jednak odmówić nie mogła. Szczęściem jakimś w 
godzinie tej nie miała Laura ani gości kompromitujących, ani tak nieładem i rozpasaniem 
uderzającego mieszkania, jakim ono czasem bywało. Sprzęty stały w miejscu, a fantastycznie 
porozrzucane gałganki mogły świadczyć tylko, że gospodyni była żywą i wrażliwą.
 

Marynka właśnie dlatego, iż sama była poważną, spokojniejszą, zimną nieco, polubiła 

dziewczę roztrzepane, dowcipne, a przedziwnie odgrywające uczucie dla niej gorące.
 

― Bądźmy dobrymi przyjaciółkami ― trzepała Lacerti ― zobaczysz, że ci się przydam 

moim drogo nabytym doświadczeniem... Nikt tych ludzi tu tak nie zna, jak ja... a z tych, co nas 
otaczają, doprawdy jednego nie ma, któremu zaufać można...
 

Poczęła poufnie malować jej postaci najbliższe w istocie takimi barwami, w jakich je 

widziała.
 

― Najprzód Volanti! nasz pan dyrektor ― mówiła zniżając głos. ― Co do serca... no, nie 

wiem, czy je kiedy miał; co do gustu... kocha się w starych gratach politurowanych świeżo, jak 
nasza jaśnie oświecona księżna... Skąpiec, chciwy... a chytry! chytry...
 

Marynka nic nie odpowiadała ― ciągnęła więc dalej:

 

― Percival, natura arystokratyczna zewnątrz, wytresowany doskonale, serce w nim czasem 

drga, ale kapryśnie i krótko. Im zręczniejszy, tym z nim ostrożniejszą być trzeba... Książę Agaton, 
karykatura... pfe! Samsonow, gdyby nie był fanatico per la musica, mógłby być świętym. Ma 
fizjognomię apostoła... Stare, poczciwe dziecko...
 

Szczebiotała tak o znajomych i nieznajomych, przechodząc po kolei, śmiejąc się, dzieciniąc, 

usiłując coś wydobyć z Marynki i gdy się rozstawały, wiedziała, że ją opanować potrafi.
 

Jednego wieczoru Krzewska wysłanym bilecikiem zawiadomiła Corsiniego, że wieczorem 

będą w teatrze i że ― jak mówił Volanti ― wszystkie miejsca były w nim rozkupione. 
Spodziewano się natłoku. Kazała mu być w gotowości.
 

Pilno jej było pomścić się. Każdy dzień upływający powiększał rozdrażnienie, coraz 

bardziej czuła się odepchniętą, nieznaczącą, jakimś niemym stworzeniem, podrzędnym, 
potrzebnym tylko dla formy. Upokorzenie o wściekłość ją przyprawiało.
 

Marynka, widząc nadąsanie i złe humory, uparte milczenie lub odpowiedzi niechętne i 

szyderskie, usiłowała ją ułagodzić, przejednać, lecz było już za późno.
 

Krzewskiej wszystko tu obrzydło, chciała tylko nasycić się i jechać nazad na wieś, 

zrozpaczywszy, aby się nadzieje, z jakimi przybyła, ziścić mogły.
 

Odebrawszy kartkę, Włoch, który oczekiwał hasła, nadbiegł w ciągu dnia, ale nie zastał ani 

Marynki, ani Krzewskiej, która z nią, jak zwykle, była na próbie.
 

Wpadł do teatru, gdzie mu się za kulisami siedzącą udało pochwycić samą jedną wdowę.

 

― Więc dziś? ― szepnął jej.

 

Gniewnie rzuciła ramionami.

 

― Cóż, chciałbyś odłożyć może? Za wcześnie ci? Boisz się?

 

Włoch nie umiał odpowiedzieć. Stał jednak i nie odchodził.

 

Krzewska pogardliwie na niego spojrzała.

 

― Idźże sobie precz! ― rzekła gwałtownie ― chcesz, aby nas widziano razem 

naradzających się i mnie potem prześladowano jako waszą wspólniczkę?
 

Tym go odpędziła, nie chcąc mówić z nim więcej. Corsini, jeszcze niepewny, starał się choć 

zobaczyć Marynkę, która właśnie, dokończywszy duetu, usiadła spocząć.
 

Dnia tego była wesołą, ożywioną, a że próba szła dobrze, znalazł ją bardzo uprzejmą dla 

siebie i przyjazną. Witała go jako swojego maestra, prosiła usiąść przy sobie, posłuchać następnej 
arii, powiedzieć swoje zdanie.
 

― Pan powinien byś ― dodała ― częściej się tu pokazywać i więcej swą uczennicą 

background image

interesować. Całymi tygodniami nie widuję pana. Co robisz? pracujesz? odpoczywasz, czy ― 
szepnęła z uśmiechem ― jesteś kim tak bardzo zajęty?
 

Corsini, który oczyma ją pożerał, tą uprzejmością jej w tej chwili, gdy knował zdradę, tak 

był upokorzony, iż nie umiał odpowiedzieć.
 

Szczerość i dobroduszność, z jaką się odzywała do niego, zmieszały go, zawstydziły... Jąkał 

się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
 

― Ja dziś nie śpiewam ― rzekła Marynka ― próbujemy opery, która za dni kilka dopiero 

będzie wystawiona. Będziesz pan dziś w teatrze?
 

Włoch znowu splątał się w odpowiedzi.

 

― Przyjdź pan do naszej loży ― dokończyła. ― Przy wyjściu tłok pewnie będzie, Volanti 

zajęty, możesz nas przeprowadzić i zaopiekować się nami.
 

Włoch się zarumienił i oczy spuścił. Wtem rozmowę przerwano, odszedł tak jakoś 

zachwiany, niepewny siebie, że czas jakiś stał jak wryty w miejscu, dopóki go nie popchnięto, bo 
właśnie próba miała rozpocząć się na nowo.
 

Gdy mijał Krzewską, rzuciła mu kwaśno:

 

― Pamiętaj, że... raz to skończyć potrzeba...

 

Cały dzień zszedł Corsiniemu na bezmyślnym jakimś błąkaniu się. Wpadł do najętego 

domku, aby zobaczyć, czy tam wszystko było w gotowości, zamówił powóz i konie, chciał w 
zwykłej godzinie zjeść i nie mógł nic przełknąć.
 

Napadły go zgryzoty sumienia i szały namiętności... to znowu widział uśmiechającą mu się 

Marynkę i wstydził się tego, co zamierzał . Pod wieczór nie znalazł lepszego środka na uspokojenie 
sumienia, nad wypicie butelki mocnego wina włoskiego, które dało mu jakąś zwierzęcą odwagę.
 

W gorączce udał się Corsini do teatru, a chociaż zaproszony był do loży przez Marynkę, nie 

wszedł w początku widowiska i zajął miejsce swoje na parterze, aby z niego najprzód przypatrzyć 
się, kto się tam znajdował.
 

W czasie pierwszego aktu nie było nikogo i niecierpliwy Włoch zżymał się, gryząc palce, bo 

mu już na myśl przychodziło, że Krzewska go zdradziła, że coś mogło przeszkodzić i Marynka nie 
przybędzie.
 

Odwłoka groziła zniszczeniem całego planu, bo Włoch nie czuł się na siłach noszenia się z 

nim długiego. Starczyło mu odwagi co najwięcej na jeden wieczór.
 

Z oczyma wlepionymi w lożę pustą przetrwał cały ten akt pierwszy, nic nie widząc i nie 

słysząc, potrącany, nie umiejąc odpowiadać na zadawane pytania, w stanie podniecenia i niepokoju 
niewysłowionego. Im bardziej przedłużała się niepewność, tym Włoch mocniej się czuł 
podrażniony i zrozpaczony.
 

Pomiędzy pierwszym a drugim aktem przesunęło się coś w loży i Włoch, stanąwszy na 

palcach, dostrzegł zajmujące miejsca swoje Marynkę i jej towarzyszkę. Serce uderzyło mu 
gwałtownie. Chciał natychmiast biec do nich, wstrzymał się na chwilę, a wtem książę Agaton, który 
go zobaczył, skinął, aby się zbliżył do niego.
 

Corsini od niedawna dopiero cieszył się znajomością dyletanta i winien ją był temu, że jako 

nauczyciel Marynki pozyskał pewną wziętość. Książę sądził, że może mieć wpływ na dawną 
uczennicę, i zamierzał przez niego wymóc, uprosić, aby przy pierwszej zręczności piosenkę jego 
kompozycji śpiewała publicznie.
 

Corsini zaś musiał starać się o łaski księcia dla materialnych korzyści, jakie mógł z nich 

wyciągnąć. Niepodobna mu było nieposłusznym się okazać, a powołanie to przychodziło bardzo nie 
w porę. Wiedział zresztą, że książę, raz go pochwyciwszy, niełatwo puści od siebie.
 

Nie było sposobu, musiał pośpieszyć na zawołanie, zamierzając jak najprędzej się od 

Agatona uwolnić.
 

Z rozjaśnioną twarzą, bardzo serdecznie i poufale przywitał go książę, publicznie świadcząc 

w ten sposób, jak go oceniał. Było to bardzo pochlebne. Każdego innego dnia Corsini byłby 
niezmiernie szczęśliwy, ale dziś! dziś!
 

Książę począł od tego rozmowę, że go zapraszał do siebie na wieczory, nazajutrz zaś 

koniecznie chciał go mieć na obiedzie u siebie. Włoch chciał się od tego wymówić, książę ani 

background image

słuchać nie myślał.
 

Corsini, z oczyma wlepionymi w lożę, nie bardzo przytomny, roztargniony, kłaniał się, 

uśmiechał i odpowiadał trzy po trzy. Książę Agaton, za guzik od surduta go trzymając (było to w 
parterowej loży naprzeciw prawie tej, w której siedziała Marynka), nie dał wyjść Corsiniemu do 
końca drugiego aktu.
 

Chciał się zaraz potem wyrwać Włoch, ale gospodarz nie dopuścił. Składał się pilnym 

interesem, i to nie pomogło nic...
 

Na wpół obłąkany przetrwał akt jeszcze, po teatrze wodząc wzrokiem błędnym... i rozstając 

się z księciem, który mu coś jeszcze w ucho kładł i za ręce go ściskał, niespełna wiedział, ani co mu 
on mówił, ani czego żądał, ani co sam przyobiecał.
 

Wyrwawszy się w korytarz, pobiegł Włoch, rozbijając ludzi po drodze, wprost do znanej 

loży, której drzwi otworzywszy, pobladł na widok siedzących w niej Vo-lantiego i barona 
Percivala.
 

O dyrektora był mniej więcej spokojny, że mu nie przeszkodzi, bo go obowiązki nadzorcze 

musiały wprędce powołać za kulisy. Daleko gorzej było z baronem, który, raz się do loży 
dostawszy, zwykł był w niej dosiadywać do końca sztuki.
 

Właśnie Marynka, gdy wchodził, prowadziła z nim bardzo ożywioną rozmowę, skłoniła mu 

lekko głową i wskazała krzesło, nie przerywając jej. Baron zawsze go lekko i z góry traktował. 
Usiadł na krzesełku za Krzewską, tego dnia ożywieńszą, ruchawszą niż zazwyczaj i o ile mógł 
miarkować, równie podrażnioną jak on.
 

Zaczęli szeptać z sobą.

 

― Licho przyniosło tu ich obu! ― odezwał się Corsini.

 

Ruszyła ramionami i odparła tylko:

 

― Dyrektor tu przecie wiekować nie może ― a baron! ― potrzęsła głową.

 

― Jak się go pozbyć? ― zapytał Włoch.

 

― Ja nie wiem, to wasza rzecz... ― odparła Krzewską. Corsini przysunął się do 

rozmawiających. Przyszło mu na myśl prześladować Percivala Lacertą.
 

― Pan baron tu, jak widzę ― odezwał się ― gdy sądziłem, że zechcesz odwiedzić pannę 

Laurę, która po przyjaźni, jaką jej pan okazywałeś zawsze, zapewne się spodziewa.
 

― Byłem już tam z komplementem ― rzekł baron obojętnie. ― Lacerti ma taką zgraję 

około siebie, że się do niej docisnąć trudno, a ja cisnąć się nie lubię.
 

― Teatr pięknie napełniony ― rzekł Włoch, zwracając się do dyrektora ― powinszować!

 

― Tak, nieźle jest ― mruknął Volanti ― ale wać- pan nie liczysz, ile tu gratisowych w tym 

biletów i miejsc bezpłatnych.
 

― Zawsze... ― odezwał się Corsini.

 

― Nie skarżę się ― zamknął dyrektor.

 

Percival tymczasem szeptał coś uśmiechającej się Marynce, którą koncepta jego bawić się 

zdawały, Corsini z zazdrością i niepokojem patrzał na to spoufalenie, którego nigdy się nie mógł 
dosłużyć. Francuz był w łaskach... Na próżno chciał to sobie wytłumaczyć prostą tylko 
grzecznością.
 

Rozpoczął się akt trzeci. Volanti nie wychodził. Rozsiadł się wygodnie, mieniali z baronem 

jakieś uwagi i postrzeżenia nad grą aktorów po cichu. Corsini udawał, że całą uwagę zwracał na 
scenę, choć nie widział nic. Marynka była do niego obróconą plecami, a Krzewska, którą usiłował 
zaczepić razy kilka, upornie zbywała go milczeniem, odwracała się i umyślnie udawała więcej niż 
obojętną, bo zniecierpliwioną jego natrętnością.
 

Po akcie tym, który wydał mu się niesłychanie długim, Volanti wstał i z nikim się nie 

żegnając, pochwycił go za rękę i z loży prawie gwałtem wyciągnął.
 

Corsini byłby się oparł, lecz niespodzianie i gwałtownie porwany musiał z nim wyjść. 

Volanti miał do niego prośbę. Szło o wypróbowanie tenora w pieluchach, którego gdzieś wynalazł, 
i o diagnozę głosu jego i usposobienia. Dyrektor obiecywał złote góry, jeśli by z niego się Corsini 
podjął coś zrobić, Włoch obiecywał, co tylko od niego chciano, mieszał się, spoglądał na drzwi od 
loży, wyrywał, lecz z Volantim, który żadnego względu na niego nie miał i obchodził się z nim jak 

background image

z człowiekiem, którego wyciągnął na światło z otchłani, trudno było nagle zmienić ton i sposób 
postępowania. Obawiał się ściągnąć podejrzenie.
 

Dyrektor go wytrzymał bardzo długo w korytarzu i na ostatek, wynudziwszy niezmiernie, 

puścił. Kończył się już akt czwarty, gdy Corsini na powrót wszedł do loży oblany potem, 
zmęczony.
 

Percival ciągle jeszcze siedział pochylony ku Marynce, coś jej szeptał, uśmiechał się i 

niezmiernie był nią zajęty. Na wchodzącego Włocha nie spojrzał już nawet.
 

Krzewska siedziała z oczyma wlepionymi w świecznik wielki, z ustami zakąszonymi, 

wzdragająca się rozmowę prowadzić, nadąsana.
 

― Co tu robić? ― szepnął Włoch.

 

― To wasza rzecz! Dajże mi pan pokój raz na zawsze...

 

I odwróciła się ku scenie.

 

Baron Percival zdawał się nie mieć najmniejszej ochoty opuszczenia loży. Łatwo było 

przewidzieć, że jeżeli do końca widowiska tu pozostanie, poda do wyjścia rękę Marynce i cały plan 
będzie zniszczony.
 

Rozpoczynał się ostatni akt, najkrótszy ze wszystkich, gdy na ostatek Percival, który 

wprzódy zapewne po cichu się pożegnać musiał, wstał bardzo nieznacznie i posunął się ku 
drzwiom.
 

Włoch odetchnął, Krzewska oczami ognistymi rzuciła za wychodzącym, spojrzała na 

Włocha i natychmiast się - ku teatrowi obróciwszy, zatopiła się cała w kontemplacji sceny 
napełniającej się na ostatni chór i finał wszystkimi statystami, jakich Volanti mógł pozbierać dla 
nadania większej świetności widowisku.
 

Corsiniemu serce biło jak młotem, płatki ogniste latały przed oczyma, a dziwna rzecz, zęby 

jak w febrze dzwoniły, mimowolnym drżeniem rzucane.
 

Marynka, którą chór interesował, wychylona z loży, cała zajęta sztuką i efektem finału, z 

wielką uwagą szła za partyturą fortepianową, którą miała rozłożoną przed sobą.
 

Krzewska unikała go widocznie. Zostawiony sam sobie Włoch, który miał może całe życie i 

los przyszły sta- wić na pewną kartę, siedział osłupiały. Wahał się jeszcze, sumienie, obawa, 
niepewność jakaś ogarniała go.
 

Dumał tak dziwnie, gdy Burczakówna zmęczona, rzuciwszy partyturę, pochyliła się do ucha 

Krzewskiej i posłyszał, jak mówiła do niej:
 

― Dziwna rzecz, nie wiem, co mi jest... Nigdy się tak nie czułam zmęczoną. Jestem jakby 

senną... Herbata, którą piłyśmy, zamiast mnie orzeźwić, dała mi ochotę do snu... Oczy mi się prawie 
kleją...
 

― Zmęczenie! nic więcej ― odparła Krzewska szorstko. ― Za chwilę się kończy 

widowisko... pojedziemy do domu...
 

Corsini, do którego nie mówiła nic, zobaczył ją opierającą się na ręku, bladą, przymrużającą 

oczy... Na myśl mu przyszło, co mu jego pomocnica mówiła, i zmieszał się bardzo... Im łatwiejszą 
teraz wydawała się zdrada, tym mu kamieniem cięższym leżała   na sumieniu.
 

Ostatnie nuty chóru, nuconego przez wszystkich artystów, ustawionych w tradycyjny 

półkrąg naprzeciw widzów, dobrzmiewały... sposobiono się do oklasków i wywoływań, gdy 
Marynka z ciężkością jakąś powstała, skinęła na Corsiniego, aby jej podał futerko, i poziewając 
szepnęła, aby ją do powozu prowadził.
 

― Tak jestem dziś zmęczona!

 

Włoch narzucił na nią futro i chustkę i gwałtownie ująwszy za rękę, posunął się przez ścisk 

coraz większy w korytarzu ku wyjściu. Gdy się to działo, Krzewska umyślnie obwiązywała się 
jeszcze, ociągała... chciała się zgubić i gdy z loży wydobyła się, już ani Włocha, ani Marynki widać 
nie było.
 

Przebijała się z wolna, skarżąc, łając, narzekając, gdy naprzeciw siebie idącego spostrzegła 

barona.
 

Ten zbliżył się do niej.

 

― Gdzież panna Maria? ― zapytał...

background image

 

― Ale właśnie pędzę za nią! ― zawołała Krzew- ska. ― Przez miłosierdzie, podaj mi rękę, 

panie baronie, pomóż, bo mnie zgniotą na śmierć. Oberwano mi już suknię.
 

― Ale panna Maria! panna Maria! ― odparł Francuz, chwytając pulchną rękę wdowy.

 

― Nic się jej nie stanie! ― mówiła Krzewska. ― Włoch ją wyprowadził... już musi w 

powozie siedzieć... i nie wiem, czy jej pozwolą czekać na mnie...Co za ścisk... Nie widzisz jej, 
baronie?
 

― Na próżno szukam oczyma! nic nie mogę dostrzec...

 

Byli już nareszcie w ganku, Percival wołał o powóz, posłał służącego, aby szukał tego, który 

przywiózł Marynkę i wdowę. Po długim oczekiwaniu znaleziono go nareszcie, ale jakież było 
zdumienie barona, gdy woźnica oświadczył, że panienki nie widział, że go nie wywoływano.
 

― Niewątpliwie ― odezwała się wdowa ― Corsini musiał, nie znalazłszy powozu naszego, 

wziąć inny i kazać ją odwieźć do domu... Jedźmy tam wprost, panie baronie, proszę, pewnie ją tam 
znajdziemy.
 

Baronowi to zabłąkanie się panny Marii z Włochem nie było wcale do smaku, marszczył 

się, posyłał szukać, gniewał się na Krzewska i straciwszy tak z pół godziny czasu, na ostatek siadł z 
wdową, zamierzając odprowadzić ją, aby się przekonać, że Burczakówna powróciła.
 

Niespokojność jego zwiększało to, że widział Krzewska niezmiernie pomieszaną i mimo 

ukrywania się z wrażeniem, niespokojną tak, że od rzeczy mówiła.
 

Szybko toczył się powóz do mieszkania wskazanego. Gdy przyszło wchodzić na piętro, 

Percival musiał niemal dźwigać wdowę, tak osłabła.
 

Służąca, która wybiegła otworzyć, na pytanie o pannę Marię odpowiedziała zdumiona, że jej 

dotąd nie było.
 

Baron tupnął nogą z gniewu. Krzewska była na pół omdlałą.

 

― Musieli... ja nie wiem... przypadek jaki może z powozem... ― słabym głosem mówiła 

wdowa ― przybędą zapewne wkrótce... zaraz...
 

Francuz, który dotąd nie miał najmniejszego podejrzenia, teraz dopiero, wpatrzywszy się w 

Krzewska, tknięty został jakimś złowrogim przeczuciem.
 

Unikała tego wzroku.

 

Nie cierpiał jej od dawna, powziął nienawiść do niej nagle, przekonany jasnowidzeniem 

jakimś, które czasem daje i namiętność, że ona była winną zniknięciu Marynki.
 

Badał ją milczący, nasłuchując, czy przybywającego powozu turkot nie uwolni go od 

niepokoju ― gdy Volanti wpadł do salki.
 

Przybywał w najlepszym humorze i już miał na ustach pytanie o Marynkę, gdy 

zobaczywszy osłabłą Krzewska i Percivala z miną nasrożoną krzyknął.
 

― Co to jest! panna Maria?

 

― Panny Marii nie ma ― rzekł Francuz. ― Corsini ją wziął dla wyprowadzenia z teatru, 

czekaliśmy tam, nie ma ich. Coś się stało...
 

Jak piorunem rażony rzucił się dyrektor, pobladł, dobył zegarka.

 

― Jest prawie godzina, jak się widowisko skończyło! ― krzyknął. ― Niepodobieństwo, 

aby do tej pory...
 

Spojrzawszy na Krzewską i on także powziął jakieś podejrzenie. Wiedział o jej 

konszachtach z Corsinim...
 

Dyrektor nie był człowiekiem, który by długo rozmyślał się, gdy działać było potrzeba.

 

― Natychmiast lecę dać znać do policji! ― zawołał ― rozeszlę na wszystkie strony... Straż 

stojąca przy teatrze będzie wiedziała coś...
 

Wyleciał, nie mówiąc więcej, drzwi nawet za sobą nie zamknąwszy.

 

Percival postał chwilę, patrząc jak w tęczę na coraz bardziej mieszającą się wdowę, która 

zdawała się albo go nie widzieć, lub udawać, że o nim nie wie... Uśmiech gorzki usta mu 
wykrzywiał, pogardy pełnym wejrzeniem zmierzył   ją i nie żegnając się, wyszedł powoli.
 

KONIEC TOMU DRUGIEGO

 

background image

 

TOM TRZECI

 

Nazajutrz jedna z pierwszych dowiedziała się Laura Lacerti, że przyjaciółka jej znikła. 

Głuche wieści chodziły o zagadkowym tym wypadku. Mówiono, że wychodząc z teatru dała się 
prowadzić Corsiniemu, oddaliła umyślnie od swej towarzyszki i ― nie powróciła do domu. Nikt nie 
powątpiewał na chwilę, że romans między nauczycielem a uczennicą potajemny, od dawna 
trwający, za zgodą Marynki skończył się porwaniem.
 

Lacerti klaskała w ręce. Utrzymywali jedni, że się to skończy małżeństwem, drudzy, że 

Włoch obejdzie się bez wiążącego go na wieki błogosławieństwa.
 

Percival milczał zasępiony. Volanti wściekły był i całą noc spędził na poszukiwaniu, 

miotaniu się, na badaniu Krzewskiej, nie mogąc darować sobie, że dziewczę miał za tak skromne i 
że sam nie skorzystał z jej płochości.
 

Krzewska naturalnie całą winę składała na Marynkę, przypominając, że zawsze ją miała za 

skrytą, chytrą i upartą. Ona także teraz opowiadała, iż miała od dawna poszlaki prowadzonego z 
Włochem romansu i tajemnego porozumienia.
 

Gdy z rana dyrektor z użaleniem, z narzekaniem wpadł do barona, wywodząc mu to 

wszystko, bystrzejszy od niego Percival odparł stanowczo:
 

― Wszystko to potwarz i kłamstwo. Ja lepiej ją zna- łem od was wszystkich. Z Włochem 

romansu nie miała. Ceniła go może jako nauczyciela, uśmiechała się do człowieka. Jakiś podstęp, 
zdrada... jakiś gwałt się stał, do którego ta stara czarownica Krzewska należała niezawodnie. 
Sprzedała ją Włochowi albo za pieniądze, co trudno, lub za co innego...
 

Dyrektor nie chciał temu wierzyć.

 

Poruszał ziemię i niebo, poszukując zbiegłej. Policja przepłacona, uproszona, jak najpilniej 

się krzątała, aby odkryć poszlakę jakąś. Nie było nic na trop mogącego wprowadzić. Posłano do 
mieszkania Corsiniego i nie znaleziono go w nim. Nie było wątpliwości, że on był uwodzicielem i 
sprawcą.
 

Krzewska około południa następnego dnia, ochłonąwszy po wczorajszym wzruszeniu, 

namyśliwszy się nad tym, jak miała postąpić, przytomniejsza, ostyglejsza, grała nieco lepiej 
komedię swą.
 

Wybierała się odjeżdżać na powrót na Litwę i żądała od Volantiego wiatyku, lecz 

zniechęcony dyrektor, gniewny na nią, wręcz odpowiedział, że złamanego nie da szeląga.
 

Krótkie są dni zimowe na północy, zmierzchać zaczynało, a Krzewska leżała w swoim 

pokoiku na kanapie, rozmyślając, co pocznie, gdy w domu usłyszała chód, szepty, ruch jakiś, potem 
otwierające się drzwi pokoju Marynki.
 

Zerwała   się zdziwiona. Wtem służąca blada i zdyszana otworzyła drzwi i rzuciła jej głosem 

dziwnym:
 

― Panna jest!

 

Powiedziawszy to, zniknęła.

 

Krzewska, którą powrót więcej może dotknął niż porwanie, zerwała się równymi nogami i 

skoczyła do pokoju dziewczęcia.
 

W półmroku mogła dojrzeć od progu Marynkę leżącą na łóżeczku swym, bladą jak trup, 

skostniałą.
 

Suknie na niej były potargane, włosy w nieładzie, na rękach opadających widać było ślady 

ran. Oczy miała przymrużone, zdawała się półumarłą.
 

Krzyk i zbliżenie się Krzewskiej nie rozbudziło jej, oddech tylko świadczył, że żyła, lecz 

życie to, całe wewnątrz skupione, wrażeń zewnętrznych zdało się nie przyjmować. Siły były 

background image

wyczerpane, ostatkiem ich przywlokła się tutaj.
 

Zobojętniała, zepsuta Krzewska na widok tej ofiary, którą miała na sumieniu, wzdrygnęła 

się i poczuła srom a boleść. Przyklękła przy łóżku, obejmując jej głowę rękoma, cucąc ją... jęcząc...
 

Sługa wniosła właśnie światło, które, padając na tę twarzyczkę, wczoraj jeszcze świeżą, 

rozkwitającą spokojnie, ukazało straszliwe ślady jakiejś walki, która rysy jej zmieniła do 
niepoznania.
 

Oczy, których nie otwierała, były zapadłe głęboko, bladość okrywała skronie, usta 

konwulsyjnie zaciśnięte drgały jeszcze, jakby siląc się na wołanie. Z rąk pokaleczonych, z sukni 
podartej można było wnosić, że ratując się, musiała ważyć życie.
 

Krzewska rozpłakała się, sługi poczęły ją odcierać, podano wody, rzeźwiących soli.

 

Marynka poruszała się, jęczała, lecz oczu otworzyć, słowa przemówić nie chciała. 

Pierwszym znakiem powrotu do życia były łzy, które się strumieniem z jej oczu puściły.
 

Im więcej czuła się winną i obawiała, aby ją o to nie posądzono, tym mocniej starała się 

Krzewska dowieść swej wielkiej miłości dla dziewczęcia. W tej chwili też ludzkie serce musiało się 
w niej odezwać.
 

Jedna ze sług, która widziała rozpacz, gniew i straszliwe rozdrażnienie Volantiego, 

domyśliła się, że należało dać mu znać o powrocie zaginionej. Sama więc, schwyciwszy sanki, 
pobiegła do niego, aby mu opowie- dzieć, w jakim sianie powróciła Marynka, i żądała wezwania 
doktora.
 

Prawie gwałtem zmuszona biedna męczennica wzięła do ust kilka kropel wody, odwróciła 

się do ściany i płakała.
 

Krzewska nie mogła z niej dobyć ani słowa.

 

Stan ten trwał do przyjazdu dyrektora, który wpadł jak burza wprost do pokoju sypialnego 

Marynki, ciągnąc za sobą lekarza.
 

Stan chorej był wprawdzie łatwy do rozpoznania, lecz potrzeba było wiedzieć, co go 

spowodowało... a dziewczę mówić nie chciało.
 

Volanti wreszcie zażądał, aby wszyscy się do drugiego pokoju oddalili, spodziewając się, że 

wymoże z chorej coś, co by go na drogę naprowadzić mogło.
 

― Jesteśmy sami ― rzekł, pochylając się nad łóżkiem ― zaklinam panią, jako opiekun jej, 

chciej mi wyznać całą prawdę. Potrzebuję jej... Zbrodnia nie może ujść bezkarnie...
 

― Umrzeć chcę! umrzeć! nic więcej! ― jęknęła Marynka.

 

Krótką chwilę panowało milczenie, nagle podniosła się z łóżka, otworzyła oczy, wstała, 

usiłując na chwiejących się nogach utrzymać i padła bezsilna.
 

― Stało się więc to bez woli jej? bez zezwolenia? ― rzekł nieopatrznie Volanti.

 

Krzyk okropny wyrwał się z jej piersi i Marynka wstała powtórnie. Pierś jej ogniem dyszała.

 

― Słuchaj pan! ― krzyknęła, chwytając się konwulsyjnie za rękę ― słuchaj mnie... Tak! 

powinieneś wiedzieć wszystko, abyś nie śmiał mnie posądzać...
 

Lecz płacz i brak głosu przerwały jej mowę.

 

― Słuchaj pan! ― powtórzyła ― jam niewinna! Ten niepoczciwy człowiek, którego 

imienia wymówić nie mogę, ten zbójca... wywiózł mnie, zaręczając, że jedziemy do domu. Byłam 
straszliwie osłabioną i senną, nie wiem, czy mi co dano w napoju... usnęłam w drodze... Znalazłam 
się potem przebudzona w bramie domu, na wschodach, których nie rozpoznałam, aż gdyśmy weszli 
do mieszkania. Tu pomimo osłabienia ogarnął mnie przestrach... ocuciłam się... rzuciłam do drzwi... 
były już zamknięte. Łotr ten klęczał przede mną... Marynka oczy sobie zakryła.
 

― Nie śmiał się targnąć na mnie, bom pochwyconym ze stołu nożem groziła śmiercią nie 

jemu, ale sobie... Krzyczałam i wołałam na próżno, w pustej ulicy nie słyszał nikt. Cudem 
potrafiłam dostać się do drugiej jakiejś izby, której kluczem zamknęłam się od niego. W oknie 
zeszła mi cała noc w próżnym oczekiwaniu jakiego przechodnia i ratunku... Byłam na pierwszym 
piętrze... Łotr ten dopraszał się i dobijał do drzwi ciągle, dopóki nie wiem, co go od nich nie 
odwołało. Na sznurze od firanek spuściłam się na ulicę.
 

To mówiąc, poranione pokazała ręce i płacz znowu mówić jej nie dał.

 

Volanti z przerywanych jej wyrazów dowiedział się już, ile mu było potrzeba, aby lekarzowi 

background image

dać jakąś wskazówkę.
 

― Uspokój się pani! słuchaj doktora ― rzekł ― zbrodnia popełniona bezkarną pozostać nie 

może.
 

Marynka porwała się z krzykiem.

 

― I każecie mi stawać przed obcymi ludźmi, abym świadczyła... przeciwko sobie samej? 

Wszak dla kobiety dosyć jest być posądzoną!
 

Volanti prosił jej znowu, aby się uspokoiła, zawołał lekarza, któremu szepnął słów kilka. 

Sam wysunął się do pierwszego pokoju i siadł rozmyślać, co ma począć.
 

Wypadek stał się tak głośnym, niestety! że ukryć go ani zatrzeć nie było podobna.

 

Wspomnienie o napoju, o senności obudziło w nim podejrzenie na Krzewską. Zwrócił się do 

niej wprost z pytaniem, co piła Marynka w domu i czy jej co podano w teatrze?
 

Wdowa, rozpływająca się we łzach, zaklinała się, że pamięć straciła, że nic nie wie.

 

Volanti udał się do sług... i po pierwszym zapytaniu jedna z nich z krzykiem mu 

odpowiedziała, że gdy herbatę wieczorną sprzątnięto, w filiżance panienki pozostała miała smak tak 
dziwny, że jej nikt w usta wziąć nie mógł.
 

Wieczorem nie było w domu nikogo oprócz Marynki i wdowy. Volanti wprost poszedł do 

niej i sam na sam zamknął się w pokoju z rozpaczającą.
 

― Pani byłaś w zmowie i spisku z Corsinim ― rzekł. ― Dałaś w herbacie pupilce swej 

jakąś przymieszkę, która ją uśpić miała. Są na to świadkowie i dowody. Corsini i pani możecie być 
przed sąd pociągnięci.
 

Krzewską rzucała się przed nim na kolana, wołając:

 

― Nie gub mnie! Było to wyznanie.

 

Dyrektor za warunek kładł szczerą spowiedź z całego uknutego spisku.

 

Krzewską składała winę na Włocha, który ją zapewniał, że uczennica go kocha, że raz 

pochwycona chętnie mu odda rękę itp. Tłumaczyła się, że chciała jej szczęścia, że widząc ją 
smutną, znużoną, spodziewała się tym związkiem spełnić jej życzenia.
 

Cała ta bałamutna powieść nie zaspokoiła pewnie Volantiego, lecz przyjął ją w milczeniu, 

rozmyślając tylko, jak wyjść z całego zawikłania.
 

Krzewska, porwawszy krucyfiks, poprzysięgła wierne służby.

 

Wyszedł Volanti.

 

Doktor i powołana kobieta, która nawykła była czuwać nad chorymi, zostali przy Marynce. 

Okazały się stłu- czenia silne, rozwijała gorączka, a choć młode życie nie było w 
niebezpieczeństwie, lekarz długą i ciężką przepowiadał chorobę.
 

Zaledwie Volanti powrócił do mieszkania, potrzebując spoczynku i chcąc zarządzić środki 

jakieś, aby poszukiwań zaprzestano, a wypadek został wytłumaczony bez uszczerbku dla sławy 
Marynki, rozmyślał właśnie nad tym, gdy nie opowiadając się nikomu wpadł do niego Corsini.
 

Na widok jego Volanti porwał się z takim gniewem, chwytając rewolwer ze stolika, że 

Włoch cofnął się ku progowi, uląkłszy się o życie. Ochłonął przecięż Francuz i krzyknął tylko na 
sługi, aby go precz za drzwi wyrzucili.
 

Nim to nastąpiło, Corsini dopadł rewolweru i rozbroiwszy nieprzyjaciela, począł wołać:

 

― Słuchaj mnie pan! Musisz mnie pan słuchać. Idzie tu o honor kobiety. Przychodzę 

oświadczyć, że się żenię z panną Marią. Wszystko w ten sposób będzie zmazane...
 

Dyrektor czas miał się namyślić.

 

― Ofiara pańska życie ważąc uszła od niego, to najlepszy dowód, że znać go nie chce.

 

― Musi! ― wybuchnął Corsini ― inaczej całemu światu będzie wiadomo, żem ją porwał 

i... była u mnie...
 

― Nie mam żadnego prawa rozporządzać ręką panny Marii ― odparł zimno Francuz. ― 

Spróbuj pan sam prosić jej o przebaczenie i rękę.
 

Zatrzymał się trochę Volanti.

 

― Ja panu to tylko muszę powiedzieć, że nie honor kobiety, ale wasz własny potrzebuje 

ratunku.
 

― Procesu mi nie zrobicie! ― krzyknął Włoch.

background image

 

― Nie wiem ― rzekł Volanti. ― Może byśmy go nie potrzebowali nawet, aby osądzono go 

i bez długich wywodów.
 

Włoch począł się śmiać spazmatycznie.

 

― Chce czy nie, musi pójść za mnie ― dodał.

 

Dyrektor zbył go milczeniem. Odwrócił się z wolna i spokojnie na pozór wyszedł drugimi 

drzwiami, zamykając je za sobą.
 

Corsini, postawszy chwilę, rewolwer cisnął na stolik i musiał wyjść także.

 

Nie upłynął kwadrans, jak Volanti już po kilku próbach pośpiesznie na papier rzuconych 

następujące ogłoszenie do dzienników wysyłał:
 

Wielkie wrażenie w stolicy uczynił wypadek, jaki spotkał tak świetne rokującą nadzieje  

śpiewaczkę naszą, już ulubioną publiczności pannę Marię Burcelli. Najdziwaczniejszymi domysłami  
starano się wytłumaczyć zniknięcie jej w chwili, gdy z teatru powracała do domu. Dziś wszystko to  
wyjaśniło się w sposób jak najnaturalniejszy i jest nadzieja, że żadnych smutnych następstw nie  
pociągnie za sobą.
 

Konie w powozie, którym jechała panna M. B., przestraszone uniosły go, ze strzaskanej 

karety omdlałą wyniesiono i zacna rodzina kupiecka... otoczyła ją najtroskliwszym staraniem i  
opieką, dopóki oprzytomniawszy nie zgłosiła się do własnego domu, gdzie w śmiertelnej na nią  
trwodze oczekiwano.
 

Dziś panna M. B. znajduje się już we własnym mieszkaniu, a pomimo stłuczeń bolesnych,  

doznanej trwogi i wrażenia, jakie wypadek wywarł na artystkę naszą, mamy nadzieję, że wkrótce  
znowu ujrzymy ją ocaloną na scenie.
 

Doktor S., znakomitość nasza, któremu tylu cierpiących zawdzięcza życie i zdrowie, nie  

odstępuje łoża chorej itd.
 

Nie pytając nikogo o radę, Volanti natychmiast ogłoszenie wysłał do dziennika, z którym 

był w stosunkach, prosząc, aby wiadomość tegoż wieczoru wydrukowana była.
 

Można sobie wyobrazić podziwienie panny Laury, gdy właśnie wśród najgorętszych 

rozpraw o tym skandalu, który jej taką sprawił radość, przyniesiono numer dziennika, a chciwie 
zawsze przerzucająca go panna Lacerti zobaczyła w nim opis wypadku.
 

Z podziwienia krzyknęła Cyganka, podnosząc gazetę do góry. Wszyscy ją sobie z rąk 

wyrywali. Lacerti potrząsnęła głową:
 

― Volanti jest bardzo, bardzo zręczny! ― zawołała.― Ale są wypadki, których drukarskie 

czernidło zetrzeć nie może z pamięci. Historyjka jest dosyć zręcznie zmyślona... tylko kto w nią 
uwierzy?
 

Czytano ją w całym mieście z komentarzami rozmaitymi. Baron Percival wpadł do 

Volantiego, aby z ust jego posłyszeć prawdę.
 

― Ale cóż baron chcesz, abym mu powiedział więcej nad to, co jest wydrukowane? ― 

odparł dyrektor. ― Święta prawda! Konie poniosły, kareta się wywróciła, rozpadła w kawałki. Ten 
zbój, Corsini, który towarzyszył pannie Marii, wyszedł z niebezpieczeństwa mało co potłuczony, 
ona... leży chora.
 

― Tak ― odezwał się Percival ― wszystko to dobre jest dla innych, mnie możesz 

powiedzieć, jak to było?
 

― Mówię, co wiem ― rzekł uparty dyrektor. ― Gdy, da Bóg, panna Maria wyzdrowieje, 

spytasz jej samej... powie ci...
 

Baron skłonił się w milczeniu.

 

― Czy jest w niebezpieczeństwie? ― zapytał.

 

― Doktor mi zaręczył, że życiu nic nie zagraża, ale choroba długa być może.

 

I Volanti dodał po dyrektorsku:

 

― Dla mnie jest to cios wielki. Koszt ogromny... a któż wie, kiedy znów na scenę wystąpić 

będzie mogła?
 

Spojrzeli sobie w oczy i zamilkli.

 

Baron nie pytał już więcej.

 

Oznaki współczucia dla ofiary wypadku dowiodły, jak debiutantka serca sobie umiała 

background image

pozyskać. Wszyscy się u drzwi chorej zapisywali, począwszy od hrabiego Samsonowa i księcia 
Agatona.
 

Tegoż wieczoru Corsini, który zuchwale kręcił się po mieście i pokazywał po kawiarniach, 

przeczytał w dzienniku powieść napisaną przez Volantiego i gorzko się jej uśmiechnął. Zadać jej 
kłamstwa nie śmiał... Zdusił gazetę w ręku i rzucił ją ze złością, namyślając się, co czynić dalej.
 

Drugiego dnia wezwany był niespodziewanie do jednego z wyższych urzędników, który 

przyjął go bardzo grzecznie. Uczyniono mu tu uwagę, że pasport jego wyszedł od dawna i że 
odnowienie go nie mogło być inaczej uzyskane, tylko za powrotem w strony rodzinne. Toż samo 
usłyszał w poselstwie włoskim, które radziło mu usilnie, aby po doznanym wypadku pojechał 
leczyć się w lepszym i łagodniejszym klimacie, a z opuszczeniem stolicy nie zwlekał.
 

Włoch jednak, pomimo tych wskazówek wielce znaczących, zrozpaczony, wściekły, chciał 

jeszcze spróbować, czy mu się pobytu przedłużyć nie uda, rachując na to, że rozgłosem zmusi 
nieszczęśliwą dziewczynę do oddania mu ręki. Lecz stało się z nim, co się zwykle dzieje z każdym, 
któremu noga się pośliznęła. Jedni wcale go nie przyjmowali, drudzy odprawiali z niczym.
 

Wszyscy patrzali na niego krzywo.

 

Lacerti, do której drzwi zapukał, tylko przez ciekawość dała mu chwilkę posłuchania.

 

W tym stanie ducha, w jakim rozgorączkowany znajdował się Corsini, zręcznej Cygance 

bardzo było łatwo dobyć najzupełniejsze zwierzenie się ze wszystkiego.
 

Byli sam na sam, Włoch głowę postradał. Klnąc i płacząc począł opowiadać, jak go do 

zuchwałego kroku namówiła Krzewska, jak mu go poniekąd ułatwiła, opisał całą przygodę z 
największymi szczegółami, a na ostatek i swoje odwiedziny u Volantiego, i rozkaz wyjazdu, który 
otrzymał.
 

Lacerti słuchała go z żywym zajęciem, na przemiany radująca się, gniewna, w końcu 

oburzona, bo się w niej niewieście odezwało serce.
 

Corsini spodziewał się współczucia i rady, gdy na ostatek Laura, parę kroków odstąpiwszy 

od niego, zmierzyła go pogardliwym wejrzeniem, wskazała drzwi i zawołała rozkazująco:
 

― Wynoś się! precz!

 

Jak pijany stoczył się ze wschodów Włoszysko i zniknął z ulicy.

 

Wieczorem ze zwykłą swą fizjognomią zastygłą, nieodgadniętą, baron Percival wsunął się 

do mieszkania Volantiego, który wielkimi krokami chodził zamyślony, gryząc w ustach zagasłe 
cygaro.
 

― Jakże się ma chora? ― zapytał

 

Dyrektor z początku nie zrozumiał, tak w myślach był zatopiony.

 

Baron pytanie powtórzył siadając.

 

― Troszkę lepiej ― rzekł Volanti z westchnieniem.

 

Francuz podumał trochę.

 

― Wiesz już? ― zapytał.

 

― O czym? ― drgnąwszy podchwycił dyrektor.

 

― Corsini sobie w łeb wypalił! ― dokończył baron spokojnie.

 

Volanti zbladł; przez chwilę panowało milczenie. Baron z uwagą popatrzał w twarz 

dyrektorowi, który mocno zdawał się wzruszony.
 

― Tym lepiej... ― zakończył Volanti. ― Wszystko skończone.

 

Z łoża boleści wstała Marynka po długiej wewnętrznej męczarni zmieniona, zmężniała, z 

energią jakąś i mocą nad sobą, której się po niej nikt nie spodziewał. W ciągu choroby, oprócz tych 
kilku słów, które zmuszona była czasem wyrzec do kogo, trwała w upartym milczeniu. Gwałtowne 
wzruszenie pierwszych dni przemogła, po- wracała do życia, jakby zbrojna do niego, rozczarowana, 
chłodna, lecz panią siebie. Widać było, że nie zrzekła się przyszłości, ale ją sobie osnuła zawczasu i 
umiała się z nią pogodzić, choć się wcale nie zwiastowała szczęśliwą.
 

Pewne względy wymagały tego, aby natychmiast po wypadku nie odpędzać Krzewskiej. 

Zbyt widocznym stałby się był jej udział w tym zamachu zbrodniczym, który Corsini życiem 
przypłacił. Lecz Marynka jej wcale nie widywała, Volanti unikał i Krzewska musiała udawać chorą, 
ze związaną głową siedząc w swoim pokoju.

background image

 

W czasie choroby Marynki, której Volanti okazywał największe współczucie i otaczał ją 

najtroskliwszym czuwaniem, zaszły dla niego ważne i na przyszłość wielki wpływ mające wywrzeć 
wypadki.
 

Księżna Teofania, pomimo wieku swojego, który ją zdawał się zabezpieczać od podobnej 

choroby, dostała ospy. Ponieważ w początkach wcale się jej lekarz nie domyślał i nakazał jakieś 
chłodzące środki przeciw gorączce, przebieg choroby był najnieszczęśliwszy.
 

Volanti, którego to pozbawiało wszelkich nadziei, na jakie tylko rachował, musiał być 

nieodstępnym przy chorej; stracił głowę, zaniedbał teatr, opuścił nawet na czas jakiś Marynkę.
 

Zabiegi jego, starania doktora na nic się nie przydały: księżna, nie zrobiwszy żadnego 

rozporządzenia, nieprzytomna, w gorączce życie skończyła.
 

Rodzina zgłosiła się natychmiast do spadku i Volanti nie miał nawet czasu zapewnić sobie 

prawie tego, co mu za życia ofiarowała stara księżna. Odebrano mu willę, zasekwestrowano 
rozmaite kosztowności w jego mieszkaniu i tylko pośrednictwu przyjaciół winien był, że bez 
skandalu rodzina go odprawiła.
 

Mówiono po cichu, iż niewielką jakąś sumą usta mu zamknięto... Volanti przez kilka dni 

chodził jak zabity; nierychło dopiero trochę przytomności i energii odzyskał.
 

Ponieważ Zosiczowa została bez miejsca i zajęcia, bo i jej rodzina wypowiedziała przytułek, 

mając Krzewską odesłać na Litwę, Volanti ją zaprosił, aby przy Marynce pozostała. Zgodziła się na 
to z wdzięcznością.
 

Burczakówna też wiadomość o tym przyjęła wdzięcznie.

 

Wprawdzie niewiele sobie po jej towarzystwie obiecywać mogła, lecz znała ją dobrą, 

łagodną, spokojnego usposobienia i jakby stworzoną na taki cień, który, nie mając swej woli, 
towarzyszyć musi sierocie, a być świadkiem niemym każdego jej kroku.
 

Krzewską na wyjezdnym nawet do Marynki na pożegnanie nie przyszła. W czasie rzekomej 

swej choroby,. uprzedzając powrót na Litwę, wysłała listy do marszałkowej, do której się znowu 
dostać chciała, i do majora. Kulwiszowi nie donosiła nic, oprócz tego, że jej zdrowie nie dozwala 
wytrwać w klimacie ostrym; marszałkowej obiecywała ciekawe opowiadania o tym świecie, na 
który patrzała.
 

Marynka sama, obawiając się, aby do starego matki. przyjaciela nie doszły wiadomości 

przesadzone a straszne, napisała do niego, uspakajając go o sobie i zapewniając, że ma bardzo 
dobrą towarzyszkę w miejscu Krzewskiej.
 

List ten pisząc, biedne dziewczę pomimo całej mocy nad sobą wspomnieniem matki, 

Berezówki, cichego litewskiego kątka, życia w nim spędzonego tak wesoło... nawet poczciwego, 
niezgrabnego Jurasia i starego Żantyra, do łez ją poruszyło... Jakże tamta Marynka, śpiewająca, na 
łące, do tej nieszczęśliwej męczennicy, wielkiej artystki, osamotnionej, zbiedzonej, bez opieki 
zostawionej samej sobie nie była podobną!
 

Poczwarną niemal wydawała się jej ta metamorfoza, jakiej los na niej dokonał.

 

Zza łez, które jej się mimowolnie z oczu lały, widziała w dali Berezówkę... serce jej biło... 

Wrócić tam! wrócić! zdawało się szczęściem jedynym.
 

Nie mierzyła przepaści, jaka ją od tych miejsc i czasów dzieliła. Mogła powrócić do cichego 

zaścianka, ale czy w nim mogła być szczęśliwą?
 

List do majora wysłany był bardzo w porę i napisany tak, że mógł zapobiec temu, co 

powiozła Krzewska.
 

Nie obawiając się już tam niczego, można się domyślać, jakimi potwarzami mścić się 

chciała za niepowodzenie swe w stolicy. Oszczędzać Marynki nie czuła się wcale w obowiązku.
 

W mieście też pomimo wszelkich starań Volantiego, aby wypadek ów w innym świetle się 

wydał, niż był w istocie, prawdziwa historyjka gwałtownego porwania śpiewaczki, którą Lacerti 
słyszała z ust samobójcy, potwierdzona jego zgonem, rozchodziła się z tymi wszystkimi 
niezbędnymi wariantami, jakie złość i głupota ludzi czepia do każdej smutnej powieści. 
Najrozmaitsze role przyznawano w tym Marynce...
 

Bądź co bądź, chociaż miano zapewne zamiar zaszkodzić jej tymi plotkami, nie powiodło 

się to wcale. Owszem, zwróciło to na nią uwagę, obudziło zajęcie, dało urok jakiejś heroiny 

background image

tragicznej... dla tłumów nadzwyczaj ponętny. Niecierpliwie dowiadywano się już, kiedy na nowo 
wystąpi.
 

Lacerti, pamiętna tego, że jej pewną życzliwość okazała Marynka, a nie chcąc z nią zrywać 

stosunków, w czasie choroby zarzucała ją biletami.
 

W czasie osamotnienia długiego dosyć, bo siły nie powracały tak prędko, dziewczę 

rozmyślało wiele nad sobą, nad przyszłością, nad postępowaniem z ludźmi. Czuła w nich 
nieprzyjaciół lub chciwych do skorzystania z każdego jej fałszywego kroku, nigdzie serca, nigdzie 
rzeczywistego współczucia. Smutne doświadczenie otwierało jej oczy i czyniło nieufną.
 

Z ukazaniem się znowu na świecie i scenie od dnia do dnia zwlekała. Nie miała odwagi. 

Oprócz Volantiego, który, szczególniej od śmierci księżny, dowiadywał się codziennie i coraz był o 
nią troskliwszy, Marynka widywała tylko lekarza, człowieka poważnego i zimnego, któremu 
znużenie ogromną praktyką odejmowało możność sympatyzowania z cierpieniem, i poczciwą, ale 
nic nie znaczącą Zosiczową. Nie zbywało na odwiedzających prawie codziennie i stosami leżały 
bilety barona, panny Laury, hrabiego Samsonowa i innych wielbicieli, ale tych nie przyjmowała 
śpiewaczka. Volanti nie naglił o występ nowy, lecz, koniec końców, ona sama czuła, że trzeba się 
nań było ważyć.
 

Uderzyła ją nadzwyczajna od niejakiego czasu dobroć, nadskakiwanie, czułość, chęć nawet 

przypodobania się dyrektora. Można ją było kłaść na karb politowania, lecz jakieś przeczucie 
wskazywało Marynce, że w tym coś innego się kryło.
 

W istocie Volanti po śmierci księżny, po samobójstwie Corsiniego, rozmyślając, 

rozrachowując, zastanawiając się nad swoim położeniem i przykrością, powziął był myśl zuchwałą 
narzucenia się swej divie za męża.
 

Był wprawdzie niegdyś żonaty i wedle praw francuskich w separacji z żoną od lat piętnastu 

czy więcej. Nie czuł się więc związany niczym, a długi pobyt za granicą, gdzie go znano 
nieżonatym i nigdy o żonie jego nie słyszano, mógł mu ułatwić ożenienie. Dopełnienie potrzebnych 
do tego formalności zdawało mu się łatwe. Nie tyle przywiązanie do dziewczęcia prowadziło go do 
tego kroku, ile rachuba. Marynka po rozgłośnym wypadku, jak sądził, powinna była za szczęśliwą 
się uważać, oddając mu rękę.
 

Z tą myślą nosząc się dosyć długo, Volanti, gdy uspokojoną i zdrowszą zobaczył Marynkę, 

zjawił się do niej jednego wieczoru. Nie zastawszy jej w saloniku, szepnął najprzód Zosiczowej, 
aby prosiła jej i żeby sama pozostała w czasie rozmowy w drugim pokoju.
 

Wezwana wyszła wkrótce z tym sztucznie wyrobionym spokojem, z trochą dumy na czole i 

w postawie, która ją zawsze cechowała.
 

Volanti począł rozmowę prawie wesoło od powinszowań, że widzi ją coraz lepiej i że się już 

cieszy, bo wkrótce się spodziewa zobaczyć ją na scenie.
 

Smutnie na to uśmiechnęła się Marynka.

 

― Tym razem ― odpowiedziała siadając na kanapce ― prawie pewna jestem natłoku w 

teatrze i jeśli nie sympatycznego, to gorączkowego przyjęcia. Historia moja jest na wszystkich 
ustach. Stałam się mimo woli lwicą!
 

Ruszyła ramionami i dodała:

 

― Okropne położenie!

 

Dyrektor, oczyma ją badając, milczał czas jakiś.

 

― Wiesz pani co? ― rzekł ― mówmy otwarcie. Ja się od dawna do tego przygotowałem. 

Tak jest, w istocie smutny ten wypadek rzuca pewny cień nieprzyjemny na nią, lecz w mocy pani 
jest zetrzeć i zatrzeć to wspomnienie.
 

― Jakim sposobem? ― spytało zdziwione dziewczę.

 

― Ja pani środek łatwy i skuteczny ofiaruję ― odezwał się wstając Volanti i przystępując 

bliżej. ― Wprawdzie młodym i pięknym nie jestem; nie wiem, czym potrafił sobie pozyskać 
choćby jej przychylność, ale przywiązałem się do niej, mam szacunek dla pani, uwielbienie dla 
talentu. Chcesz pani podzielać złe i dobre losy ze mną?
 

Marynka zdumiona i nastraszona nie odpowiadała jeszcze, a Francuz ciągnął dalej:

 

― Małżeństwo ze mną będzie rehabilitacją, zada kłam potwarzom, zamknie usta wszystkim, 

background image

uwolni panią od natrętów, da jej w świecie stanowisko, które ludzie poszanować muszą.
 

Myśl, rzucona przez dyrektora nagle, tak dalece była Marynce nowa, niespodziana, a tak się 

jej wydawała dziwną, iż nie mogła długo na żadną się zebrać odpowiedź.
 

Bądź co bądź, ofiara Volantiego wydawała się jej szlachetną, wielką, na wdzięczność 

zasługującą.
 

Poruszyło ją to. Bez rozmysłu białą rączkę wyciągnęła stojącemu przed nią dyrektorowi, 

spojrzała na niego oczyma załzawionymi i odezwała się głosem drżącym:
 

― Przede wszystkim dziękuję panu, dziękuję, ale daj mi pomyśleć, nigdy nie 

przypuszczałam nic podobnego... Małżeństwo... ale ja o małżeństwie nie marzyłam nawet, lękałam 
się go, boję, nie rozumiem... Do tego potrzeba takiej... takiego...
 

Tu spuściła oczy, głosu jej zabrakło. Volanti stał i patrzał. Zapragnął ją uspokoić.

 

― Rozmyśl się pani ― rzekł ― ja przecież nie wymagam natychmiast wyroku i nie byłbym 

może nigdy się na krok ten ważył, gdyby nie położenie, w jakim nas ten szaleniec swoim 
zamachem wtrącił. Los pani mnie obchodzi żywo, ale pozwól powiedzieć, że i mój własny muszę 
mieć na względzie. Przykro mi to przypominać, łożyłem wiele, śmierć mojej protektorki, księżny, 
zadała mi cios ciężki, ratować się muszę, a pani możesz być moją deską wybawienia. Zrób pani 
małą ofiarę dla mnie, którą ja jej będę się starał odwdzięczyć.
 

Wyrażenie „małą ofiarę” uderzyło nieprzyjemnie Marynkę, twarz się jej okryła purpurą.

 

― Małą ofiarę? ― podchwyciła i łzy się jej zakręciły w oku. ― Więc i pan już mnie 

nieszczęśliwą, skalaną tym zamachem, cenisz tak mało?
 

Zakryła sobie oczy, Volanti przyskoczył z burzliwym zapewnieniem i zaklęciami, że słowo 

mu się wymknęło nierozważne, że o niczym uwłaczającym jej nie myślał.
 

Marynka milcząc płakała.

 

― Tak! ― zawołała rozpaczliwie zza łez ― pan dla mnie czynisz wielką ofiarę, ja, którą 

ludzie za cudzą winę obrzucili błotem, nie mam już w oczach ich i waszych żadnej wartości... Pan 
będziesz bohaterem, ja upadłą istotą, którą wyciągniesz z błota...
 

Volanti zbliżył się, chcąc ją uspokoić, lecz rozdraźnienie było wielkie i nie ustąpiło rychło. 

Wstała nareszcie, łzy żywo ocierając.
 

― Masz pan słuszność, jesteś pan szlachetnym człowiekiem ― rzekła gorączkowo. ― Dla 

kobiety, słusznie lub nie, dotkniętej potwarzą, splamionej podejrzeniem, pierwszym obowiązkiem 
jest przywrócenie niepokalanego imienia i sławy. Ofiara pańska, pana, który najlepiej znasz 
nieszczęsne te dzieje łez i krwi, rehabilituje mnie. Mogęż ja ją odrzucić? Nie wiem, czy pana 
potrafię uczynić szczęśliwym, wiem, że ja nigdy nie będę szczęśliwą, ale... są przeznaczenia!
 

Westchnęła i dokończyła:

 

― Daj mi pan czas do namysłu!

 

Volanti z lekka dotknął jej ręki, pocałował ją i odstąpił w milczeniu.

 

Marynka, zakrywszy oczy, usiadła na kanapce.

 

― Odpowiedz mi pani stanowczo, gdy się jej podoba ― dodał Francuz ― będę czekał.

 

Chwilę dawszy jej spocząć, odezwał się, zmieniając rozmowę:

 

― Jeszcze jedna rada i pytanie. Marynka zwróciła oczy ku niemu.

 

― Trzeba, byś pani miała odwagę zbliżyć się do ludzi ― rzekł ― to unikanie, ich daje im 

do myślenia. Śmiało należy spojrzeć w oczy nawet nieżyczliwym. Pani sobie nie masz nic do 
wyrzucenia. Trzeba mieć odwagę. Zacznij pani od przyjmowania dawnych znajomych.
 

Czekał na odpowiedź, nad którą zdała się rozmyślać Marynka.

 

― Kogo? ― zapytała.

 

― Gdy się pani uczujesz na siłach ― rzekł Volanti ― i potrafisz ukazać twarz weselszą... 

należałoby przyjąć, zacząwszy od barona, od starego Samsonowa, który tyle dla niej okazuje 
współczucia, bodaj aż do tej złej i przewrotnej Lacerti, która się będzie starała okazać jak 
najserdeczniejszą. Ale z nią... z nią ― dodał ― bądź pani jak najostrożniejszą.
 

Marynka, która przez gadatliwą Zosiczowę wiedziała, że Corsini jej opowiedział wszystko, 

przerwała nagle:
 

― Przed nią się nie mam z czym taić!

background image

 

― Przepraszam ― odparł Volanti ― z nią o niczym oprócz pogody i gałganków mówić nie 

można, bo wszystko powtórzy i na nice obróci...
 

Po krótkiej kilku słów wymianie Volanti, nie chcąc być natrętnym, skłonił się i wyszedł, a 

Marynka pobiegła do swego pokoju.
 

U panny Laury Lacerti po widowisku, które mnogie bukiety i wieńce uczyniły tryumfem 

wielkim, choć po cichu przyznawano, że nigdy Włoszka gorzej nie śpiewała, wielbiciele divy 
zebrali się, zaproszeni przez nią na jedną z tych wieczerzy bez ceremonii, na których na niczym nie 
zbywało oprócz przyzwoitego tonu i ładu.
 

Pomimo największych starań biednej Laury, która chciała to, co nazywała swym domem, 

postawić na stopie wytwornej i eleganckiej, rozbijało się tu wszystko o naturę, o nawyknienia 
gospodyń obu, matki i córki. Stara umiała być rozrzutną, w przystrojeniu mieszkania jaskrawą, w 
nakarmieniu gości zbytkowną, ale ład utrzymać, nadać ton jakiś uroczysty swemu gospodarstwu 
było nad jej siły. Na próżno przybierano i najmowano sługi, winę nieporządków, chwytaniny, 
rozgardiaszu jakiegoś im przypisując. Laura najmowała kamerdynerów, kupowała serwisy, 
mnożyła niepotrzebne sprzęty; w chwili stanowczej niespodziewane ścierki wychodziły na scenę, 
coś się tłukło, nic nie przyszło w porę i pod koniec przyjęcia panował najstraszliwszy chaos.
 

Była w tym wina gospodyni, a w części może i towarzystwa, jakie się tu zbierało.

 

Nikt się nie czuł żadnymi względami dla tych pań skrępowanym, dokazywali wszyscy. 

Laura kłóciła się z matką, stara łajała ją, goście się mieszali do sporów i choćby wieczór rozpoczął 
się jak najklasyczniejszym spokojem, kończył się rozpasaniem i wrzawą.
 

Prawdą i to jest, że zwykle pijano tu dużo, szampan się lał jak woda i głowy zawsze 

podchmielały. Sama piękna gosposia nie gardziła Roedererem... i wdową Cliquot...
 

Wszystko to razem wzięte pobyt u Lacerti dla wielu czyniło nadzwyczaj miłym, dla innych 

nieznośnym. Baron Percival bywał tu rzadko, będąc przywykłym do daleko wstrzemięźliwszego 
towarzystwa, lecz znużony i wyżyty z czasem, gdy się bardzo nudził, szedł do panny Laury jak do 
gorącej kąpieli. Nigdy jednak długo tu nie wytrwał.
 

Tego wieczora zjawił się niespodzianie wcale, lecz zasiadłszy z cygarem w rogu kanapki, 

niezbyt na światło wystawionej, nie mieszał się do towarzystwa, które też od niego się jakoś 
wydzielało. Sama gospodyni tylko okazywała się dla niego uprzedzającą i gościnną bardzo.
 

Oprócz kilku młokosów złotych, jednego młodego starca, który mimo łysiny i siwizny 

nadzwyczaj wiele okazywał żywotności, był dnia tego i Scarlatti, sławna balerina Cesca Viti, 
piękność trochę chuda, i niemniej od niej uwielbiana, zaledwie piętnastoletnia, wyrostek, pełny 
cynizmu i wyzywającego zuchwalstwa, którego dowcip i szalona napastliwość ― mężczyzn 
wprawiała w zachwyty.
 

Rosne Rosina, zwana też Rosanem, bo grywała cudnie role młodych chłopców w obcisłych 

spodenkach, gasiła niemal piękną Laurę, choć wcale nie była piękna. Zbudowana nad lata swe 
silnie, muskularna, żywa, zręczna, dokazywała jak ulicznik. Właśnie to, że i sama sobie wiele 
pozwalała, i drugim z nią było wiele wolno, czyniło ją ponętną.
 

Śmiano się więc i swawolono w najlepsze, a baron Percival z jakimś smutkiem przypatrywał 

się temu rozpasaniu, gdy Laura, której mina jego posępna nie podobała się, przystąpiła z cygaretą w 
ustach i wziąwszy się za boki, spytała go:
 

― Coście to tak chmurny i czarny, baronie? Wyspowiadaj mi się, znajdziesz w czułym 

mym sercu współczucie, a w doświadczeniu może radę skuteczną. Masz minę, jakbyś był w 
żałobie...
 

― Rzekłaś ― odparł baron, odejmując cygaro. ― Uwielbiam trafność oka i doskonałość 

diagnozy.
 

― Po kim? ― pytała Laura. Percival spojrzał.

 

― Jak to? nie odgadujesz?

 

― Nie umiem! Cóż chcesz ― paplała Laura ― od czasu jakeś dziwaczną miał fantazję 

flirtacji z tą lalką litewską nieznośną, jakeś się stał platonicznym... ― tu uśmiechnęła się szydersko 
― nie mogę cię zrozumieć, baronie! Miałżebyś chodzić w żałobie po cnocie Rosiny, która w 
piętnastym roku zepsutszą jest od nas, starych?

background image

 

― Dajże mi spokój z tą gaminel ― wzgardliwie odparł baron ― nie jest wcale w moim 

smaku...
 

― Maszże baronie smak? ― szydersko spytała Laura. ― Mnie się zdaje, żeś już dostał 

oskomy. No, ale po kimże żałoba?
 

Baron zimno powtórzył:

 

― Zgadnij!

 

Lacerti się zamyśliła próżno, nic jej nie przychodziło do głowy.

 

― No, to chyba nie wiesz o niczym ― rzekł baron z ironią jakąś i złym humorem.

 

― Żebym ja mogła nie wiedzieć o czymś, co mnie obchodzi? Ale obchodziż mnie to?

 

― Bardzo! bardzo! ― zaśmiał się baron.

 

― Zaczynasz mnie niecierpliwić! ― tupiąc ładną nóżką, odezwała się Lacerti. ― Mówże! 

― odkryj tajemnicę...
 

Barona tak mało cała ta rozmowa z Laurą zdała się obchodzić, że nie słuchając, co paplała, 

podparł się na ręku, cygaro zaczął palić i jakby o niej zapomniał. Musiała go chwycić za ramię i 
potrącić nim.
 

― Baronie, niegrzeczny jesteś! tak się kobiety nie drażni.

 

― Czegóż   ode mnie chcesz, kusicielko! ― rozśmiał się smutnie Percival.

 

― No, tajemnicy! Baron ziewnął.

 

― Nic więc nie wiesz? Nie masz przeczucia? Nie odgadłaś? Nie przewidywałaś?

 

― Nieznośne żarty!

 

― Wcale nie żarty... ― rzekł Percival. ― Nie powiedziałbym ci tajemnicy, ale że jutro ona 

już dla nikogo krytą nie będzie, wolę być grzecznym.
 

Pomilczał chwilę, wytrzymując jeszcze oczekującą Laurę.

 

― Trudno mi uwierzyć, aby tak żywa, dowcipna, domyślna, złośliwa istota, jak ty, mogła 

się dopiero ode mnie dowiedzieć w kilka godzin po ślubie, przy którym miałem honor być 
świadkiem, że panna Maria Burcelli serce i rękę oddała panu dyrektorowi Volantiemu...
 

Wiadomość dla Lacerti tak była niespodziewana, tak dziwna, a może przerażająca, iż 

podniosłszy obie rączki do góry, hałaśliwie w nie uderzyła, wydała krzyk przeraźliwy, który 
wszystkich natychmiast do niej przyciągnął.
 

Trudno było rozpoznać po tym głosie, czy go z bólu, czy z gniewu wielkiego wydała.

 

Baron zatknął uszy.

 

Matka przybiegła z drugiego pokoju przerażona.

 

Milczenie oczekiwania padło na wszystkich.

 

― Burcelli! Litwinka! słyszycie! ― zawołała, podnosząc głos, gospodyni ― wyszła za mąż 

za Volantiego!
 

― To być nie może! ― wyrwało się komuś z przytomnych.

 

Baron się podniósł nieco z kanapki,

 

― W istocie ― rzekł zimno i szydersko ― ja bym może sam temu nie wierzył, gdybym 

przed kilku godzinami nie miał szczęścia w kościele Świętej Katarzyny być świadkiem ślubu.
 

Zamilkli wszyscy.

 

― Przyznać potrzeba ― odezwała się zmienionym głosem Laura ― że Volanti wcale się 

nieźle obrachował i biednemu Corsiniemu wiele powinien być wdzięczen. Należy mu się od niego 
przynajmniej nagrobek, Litwince zaś nie zazdroszczę męża!
 

Ruszyła ramionami.

 

― Teraz naturalnie ― przerwała, śmiejąc się, balerina ― na panią dyrektorową i jej 

przeszłość nikt słowa nie będzie śmiał powiedzieć. Wszystko w porządku!
 

Lacerti zamyśliła się głęboko. Wielka wesołość, jaka tu panowała przed chwilą, ustąpiła 

jakiemuś poważniejszemu nastrojowi.
 

― Nie lubię Burcelli i z tym się nie taję ― rzekła Laura ― ale pomimo to prawdziwie los 

jej litość we mnie obudzą.
 

Francuz Lubin, siedzący w kącie, niemłody już człowiek, który straciwszy głos zszedł do 

kierowania chórami i miał wielki o to żal do Volantiego, że go, jak mówił, ocenić nie umiał i 

background image

pokrzywdził, uśmiechnął się na głos.
 

― Saperlotte! ― rzekł złośliwie. ― Prawda, że losu pani dyrektorowej nie ma co 

zazdrościć, bo choć Volanti wygląda jako tako, ale to dawno ruina. To ją zresztą mało może 
obchodzić, bo, byle chciała, młodszych sobie znajdzie; ale co to za małżeństwo! Ten człowiek nie 
mógł się naprawdę ożenić!
 

Wszyscy ciekawie spojrzeli na Francuza, baron wstał z kanapki i aż się zbliżył ku niemu.

 

― Dlaczego? ― zapytał.

 

― Dla bardzo prostej przyczyny ― odparł Francuz ― bo wiem, że Volanti żonatym był... 

Prawda, że dostał seperację, ale seperacja to nie rozwód. We Francji rozwodów nie ma, ślub, który 
wziął, nie jest ważny.
 

― Pleciesz! ― zakrzyczała go Laura.

 

Inni spoglądali na Francuza, który obojętnie zamilkł. Percival tylko nie odstąpił.

 

― Serio pan to mówisz? ― rzekł do niego. ― Nie żartujesz?

 

― Wiem o tym bardzo dobrze, co mówię ― odezwał się nadąsany Francuz. ― Chyba mu ta 

żona pierwsza zmarła...
 

Epizod ten, który oprócz barona mało kogo zajął, natychmiast zatarty był rozmową 

ogólniejszą, której przedmiotem głównym był Volanti. Zastanawiano się nad jego charakterem, 
każdy bowiem sądził o nim i wyobrażał go sobie inaczej.
 

― Moi panowie! ― wniosła Lacerti ― ja go może lepiej znam od was wszystkich dlatego, 

że mam przenikliwość kobietom daną jako broń przeciw przemocy męskiej i dlatego, żem 
Volantiego potrzebowała i zależała od niego. Volanti jest najchytrzejszym z ludzi. Serca w nim nie 
szukać... temperamentu także, bo starszym jest, niż się wydaje, została w tych gruzach tylko ambi- 
cja i chciwość. W pole go nikt nie wywiedzie, a nawet młoda żona nie zapanuje nad nim; ożenił się 
z nią, by ją wyzyskać.
 

Westchnęła Lacerti.

 

― Mimo to ― odparł złośliwie baron, patrząc na nią z ukosa ― pozwól sobie powiedzieć, 

że gdyby się z tobą chciał ożenić, byłabyś za niego poszła.
 

Śmieszki się dały słyszeć stłumione. Laura oczy rozpłomienione podniosła.

 

― Nie wiem... ― rzekła zakasując usta. ― Poszłabym była może, aby rozegrać z nim 

partię, w której nie wiadomo, kto by został zwycięzcą.
 

Lacerti chciała zmienić przykry tok rozmowy.

 

― Ale powiedzże, baronie, na Boga, jak się to stało? Dawno o tym byłeś uwiadomiony? Jak 

mogłeś na to pozwolić, ty, coś się tak zawsze gorąco zajmował losem sieroty.
 

Percival brał za kapelusz, ale się wstrzymał z pożegnaniem i z wolna nakładał rękawiczki.

 

― Tak dalece o niczym nie wiedziałem ― odezwał się ― że wczoraj jeszcze nie sądziłem, 

ażeby panna Maria była widzialną. W istocie los tej nieszczęśliwej zawsze mnie obchodził.
 

Laura uśmiechnęła się szydersko, baron nie zważał na to.

 

― Dziś z rana wpadł do mnie Volanti. Ma foi ― ciągnął dalej ― z taką miną, żem go 

posądził, że albo zbankrutował, lub przychodzi mnie prosić o pożyczkę grubą.
 

― Nie miał więc miny szczęśliwego człowieka? ― wtrąciła Lacerti.

 

― Wcale nie ― mówił baron ― był zmęczony, przelękły. Zażądał ode mnie uroczyście 

dowodu przyjaźni. Byłem pewien, że pieniędzy zażąda, gdy słabym głosem oświadczył mi, że prosi 
jako świadka do ślubu. Domyśliłem się reszty. Naturalnie odmówić nie mogłem i nie chciałem, ale 
zażądałem nawzajem, abym się mógł widzieć z panną Burcelli i złożyć jej moje uszanowanie. 
Volanti zgodził się na to, oznaczył mi nawet godzinę. Stawiłem się z niemało podrażnioną 
ciekawością. W saloniku nie znalazłem nikogo, po chwili wyszła w czarnej sukni, blada, 
wychudzona, ale dziwnie idealnie piękna.
 

Mała Rosina, przysłuchująca się opowiadaniu, parsknęła ze śmiechu. Nikt na to nie uważał.

 

― W milczeniu podała mi rękę drżącą ― mówił dalej Francuz. ― Począłem od 

powinszowania jej. Spojrzała na mnie oczyma zdumionymi, nie mogąc przemówić słowa.
 

― „Spodziewam się ― rzekłem do niej ― iż pani krok ten czynisz z dobrą i 

nieprzymuszoną wolą? że nie ma w tym, przemocy żadnej, od której bym ja pierwszy gotów był 

background image

oswobodzić..."
 

Żywo przerwała mi:

 

― „Tak jest... tak jest... Sama tego chciałam. Wychodzę dobrowolnie, proszę być 

pewnym..."
 

Głos jej drżał, oczy zachodziły łzami. Wielki żal uczułem w sercu.

 

― „Nie wątpisz pani ― dodałem ― że jej życzę szczęścia... dlatego..."

 

Nie dała mi mówić.

 

― „Szczęścia trudno szukać na ziemi ― rzekła smutnie. ― Ma się je na zaraniu w 

dzieciństwie, potem przychodzi walka, obowiązki, ofiary... i szczęściem już spokój sumienia, a imię 
czyste...”
 

Łkanie miała w głosie, gdy to mówiła, pożegnała prędko i wyszła.

 

― Stawiłem się potem jako świadek wprost do kościoła, do zakrystii ― mówił Percival ― 

gdziem zastał oprócz Volantiego jakiegoś jeszcze opiekuna ze wsi, dawnego majora, figurę bardzo 
sztywną, pocieszną, z uroczy- ście wyszwarcowanymi wąsami. Pisaliśmy się tedy z nim razem za 
świadków.
 

― No, a po ślubie? Jak to! nie proszono nawet na wieczerzę? ― przerwała Lacerti.

 

― Ślub ― kończył baron, pomijając bez odpowiedzi pytanie ― ślub odbył się przy 

drzwiach zamkniętych. Volantiego odpowiedź tak była stłumionym głosem wypowiedziana, żem ją 
zaledwie usłyszał, panna odezwała się głośno i wyraźnie.
 

Wyszliśmy wszyscy przez zakrystię, gdzie powozy czekały. Państwo Volantowie wyjechali 

na parę dni... na wieś.
 

Dyrektor zapewnił mnie, że w przyszłym tygodniu żona jego wystąpi już w operze 

Verdiego.
 

Oczy panny Laury zabłysły zazdrością.

 

― Panowie! ― odezwała się żartobliwie ― zlitujcież się nad nieszczęśliwą Lacerti! Nie 

żądam dyrektora. Znajdźcie mi choć reżysera, choć pięknego i pełnego nadziei maszynistę, który by 
się ze mną ożenił!
 

Załamała ręce.

 

Percival bez pożegnania wyszedł był właśnie. Laura zbliżyła się do stolika, biorąc z niego 

nalany kieliszek szampana, podniosła go w górę i z sarkazmem w głosie przerażającym krzyknęła:
 

― Zdrowie nowożeńców!

 

Wychyliła do dna, paluszki jej rozbiegły się w powietrzu, a kieliszek padł na ziemię i rozbił 

się na kawałki.
 

Ci, którzy mieli wstęp do salonu państwa Volantich, był to bowiem salon w całym 

znaczeniu tego wyrazu i dyrektor do uczynienia go świetnym i odwiedzanym przez wyborowe 
towarzystwo największą do niego przywiązywał wagę ― nie mogli sobie zdać sprawy ze stosunku 
dwojga małżonków do siebie.
 

Pani Volanti, która pomimo zamążpójścia z woli męża na afiszach zatrzymała imię Burcelli, 

sławiona teraz jako pierwszorzędna śpiewaczka, na co ze wszech miar zasługiwała, zdawała się na 
oko być tu królującą jego panią. Mąż jako najposłuszniejszy jej sługa prawie pokornie spełniał 
wszystkie jej rozkazy. Pospolici ludzie twierdzili, że pani Maria miała przewagę zupełną nad 
mężem, że panowała nad nim, że była wszechmogącą. Lecz ile razy o tym mówiono, a mówiono 
bardzo często, baron Percival, gość nieominiony tego salonu, uśmiechał się dziwnie. Nie zaprzeczał 
temu głośno, potwierdzać nawet był gotów, lecz śmiał się, a wyraz jego twarzy był tak dziwny, że 
się z niego domyślać mógł, co kto chciał.
 

― Co się z tego dziewczęcia zrobiło! ― szeptała Zosiczowa, która sobie przypominała ją w 

pierwszych dniach po przybyciu do stolicy.
 

Wszyscy przyznawali, że w nadzwyczajny sposób wypiękniała. Z twarzyczki trochę 

pomiętej, w której tylko dużo życia igrało, wyrobiła się fizjognomia rysów regularnych, prawdziwie 
czarująca smutkiem i powagą, jakie na niej były rozlane.
 

W salonie ten ton jakiś melancholiczny, surowy, zimny nie zmieniał się nigdy. Zdawała się 

zlodowaciałą, znieczuloną. Lecz na scenie widzieć ją było potrzeba.

background image

 

Tu, pomijając głos, który urosnął do potęgi nadzwyczajnej, czarodziejskim sposobem twarz 

jej, postawa, wyraz zmieniał się aż do złudzenia, do niepoznania.
 

Znawcy powiadali, że zdawała się nie myśleć nad nimi, nie studiować ich, a w chwili gdy 

występowała, jakby demon sztuki nią owładywał i czynił z niej istotę nową.
 

Było w tym istotnie coś czarodziejskiego, bo zaledwie śpiewać przestała, wracała do tej 

smutnej prozy życia, do tej żałoby, której z czoła i piersi, zdaje się, zrzucić nie mogła.
 

Na scenie Volanti, który gdzie indziej ciągle nad nią czuwał i aż nadto się nią opiekował, tak 

że troskliwość ta stawała się niemal śmieszną, nie śmiał jej powiedzieć nic, nie mieszał się do 
niczego i zdaje się, że na tym dobrze wychodził. Tu ona kierowała despotycznie wszystkim: 
orkiestrą, artystami, garderobą, i przyznawano jej nie umiejętność, bo tej nabyć czasu nie miała, ale 
instynkt wrodzony, szczęśliwy, nieochybny, nadzwyczajny.
 

Powodzenie śpiewaczki i artystki od wznowionych jej występów, które tłumy ściągały, 

rosło i uczyniło ją ulubienicą publiki. Miała fanatycznych wielbicieli, a ci, co by chcieli wystąpić z 
opozycją, nie śmieli. Popularność była zbyt wielką i, powiedziawszy prawdę zasłużoną.
 

Jedno, co było można jej grze i śpiewowi zarzucić, to, że nie były klasyczne, nie zamykały 

się w ciasnych szrankach tradycji i szkoły. Było w nich coś ekscentrycznego, śmiałego, dziwnego 
czasem, lecz zawsze porywającego.
 

Z artystami, z którymi występować musiała, Marynka umiała się po bratersku, uprzejmie i 

serca jednającym sposobem obchodzić. Kochano ją, tylko Lacerti, która w duszy nienawidziła 
rywalkę, aby pokryć to uczucie przesadzała nadzwyczajne dla niej uwielbienie. Volanti nie mógł 
wzbronić żonie stosunków z panną Laurą, a był aż nadto pewien, że one na nią wpływu żadnego nie 
wywrą. Laura więc bywała gościem w salonie, odwiedzała z rana Marynkę, starała się 
przypochlebić przynoszonymi plotkami. Były z sobą dobrze, ale dyrektorowa umiała nie dopuścić 
jej do poufałości, nie obrazić dumą, a trzymać się trochę z daleka.
 

Gniewało to Lacerti, lecz musiała znosić, oczekując, ażby się pora wywarcia zemsty 

nastręczyła.
 

Ze wszystkich stron oczy były zwrócone na nowe małżeństwo. Komentarzy nad nim nie 

brakło najróżniejszych, lecz właściwie nikt nie wiedział nic o życiu państwa Volantich.
 

Od pierwszych dni nie dostrzeżono żadnej czułości, żadnego serdecznego, jawnego 

stosunku pomiędzy małżeństwem i później stan ten się nie zmienił. Volanti był nadskakująco 
grzeczny, odgadujący życzenia żony, ale w obejściu się ich coś ceremonialnego, zimnego było 
widocznym.
 

Rozmów ich między sobą nikt nie mógł podsłuchać, bo te się odbywały na uboczu i nigdy 

dłużej nie trwały.
 

Szczęścia, spokoju, tego błogiego uczucia, jakie choćby chwilowo opromienia pary nowo 

pobrane, nikt na twarzy Marynki ani męża jej nie dostrzegł.
 

Volanti nawet od czasu ożenienia się widocznie posmutniał, stał się ponurym i drażliwszym.

 

Ona zajęta była głównie swym powołaniem, sztuką, występami, które zdawały się 

zajmować ją żywo i stanowić główny cel życia.
 

Po niejakim czasie też ta jej gorliwość zdała się przechodzić na męża, który też gorączkowo 

powodzeniem teatru zajmować się zaczął.
 

Można było go posądzić, że zwątpiwszy o domowym szczęściu, szukał go w zbieraniu 

grosza i zapewnieniu sobie niezależności.
 

Po śmierci księżny, po katastrofie, która go pozbawiła pomocy, jaką mu ona dawała, 

interesa Volantiego były w bardzo złym stanie. Wiedziano, że miał znaczne długi.
 

Występy nadzwyczaj szczęśliwe Marynki wkrótce jednak tak poprawiły sprawy dyrektora, 

że z końcem sezonu mógł być o nie całkiem spokojny.
 

Niewątpliwie był to winien żonie, jej pracowitości, jej postępom, pomysłom i powodzeniu, 

jakie miała u ogółu, którego była ulubienicą.
 

Gdyby nie było widocznym, że ona sama chciała i potrzebowała być tak czynną, można by 

Volantiego było posądzić, że ją bezlitośnie wyzyskiwał. Nie miał bowiem względu ani na stan 
zdrowia jej, ani na siły, ani na często bardzo jawne znużenie. Marynka kilka razy po ciężkich 

background image

rolach, które następowały po sobie zbyt szybko, mdlała, jak podszeptywano, za sceną. Lecz ile razy 
tak osłabła, zrywała się z nowym życiem, z udaną wesołością, zaręczając, że się miała jak najlepiej 
i że nigdy nie czuła się silniejszą.
 

W całym jej i męża postępowaniu tyle było niedocieczonych zagadek, sprzeczności, że w 

końcu ludzie, zrozpaczywszy o tym, aby je rozwikłać i zrozumieć mogli, obojętniejszym okiem 
patrzali na tę spółkę.
 

Dwie tylko osoby z gorączkową ciekawością śledziły każdy ruch, słowo, każdą oznakę 

dobitniejszą usposobień wzajemnych dyrektora i jego żony: panna Laura i baron Percival.
 

Francuz nigdy może nie był w lepszym, weselszym nastroju ducha, jak od czasu pobrania 

się państwa Vo-lantich.
 

Nigdy też częstszym nigdzie nie bywał gościem niż teraz u nich. Mówiliśmy, jaki był jego 

dawniej stosunek z Marynką. Uważała go za przyjaciela, za człowieka życzliwego sobie, lubiła go, 
bo umiał być miłym, miała w nim na koniec zaufanie. Baron grał komedię, ale tak doskonale, że ją 
najzupełniej oszukał. Me posądzała go o nic, była mu wdzięczną za życzliwość.
 

Volanti, rzecz szczególna, w początkach po pobraniu się miał jakby napady zazdrości, 

krzywił się, gdy przychodził baron, śledził jego zbliżenie się do żony, podsłuchywał rozmowy; 
potem ustało to nagle i nastąpiła najdziwaczniejsza obojętność, ledwie by nie można powiedzieć 
sprzyjanie stosunkom poufalszym żony z baronem. Nie wpłynęło to na Marynkę, która z tego nie 
skorzystała i nie zbliżyła się bardziej, ani dała zbliżyć się baronowi, pozostała jak była, lecz 
Percival wyszedł na znanego całemu światu przyjaciela domu.
 

Mówiono o tym z przekąsem i domyślano się jakichś układów dobrowolnych, które tę trójkę 

z sobą wiązały. Marynka, zdaje się, że się tego nie domyślała, nie rozumiała lub lekceważyła.
 

Nie było dnia prawie, ażeby baron nie przyszedł z rana, nie pokazał się w salonie 

wieczorem. Czasem, gdy gospodarza nie było w domu, dawał sobie tony, jakby go miał prawo 
zastępować.
 

Jakie stąd wyciągano wnioski, domyślać się łatwo. Marynka, zajęta czym innym, pogrążona 

w sobie, szukająca rozrywki w sztuce, zdawała się wcale o tym nie wiedzieć lub nie dbać o to.
 

Pół roku przeszło upłynęło już od zawarcia małżeństwa, następowały miesiące spoczynku; 

jednego ranka baron, który się miał wybierać do wód i wahał się jeszcze z podróżą, wszedł do 
gabinetu dyrektora.
 

Volanti siedział nad stosami papierów i rachunków zasępiony, zły, chmurny, a na twarzy w 

ciągu tych kilku miesięcy postarzały okrutnie. Jako młody małżonek, można było sądzić, że o 
nadanie sobie pewnej powierzchowności odmłodzonej powinien się był starać. Przeciwnie, jawnym 
było, że od ożenienia się opuścił... włos mu siwiał, płeć żółkła, zęby stracił, nie dbał o to.
 

Zgarbiony, z oczyma przymrużonymi, z ołówkiem czerwonym w drżącej ręce znalazł go 

baron u stolika.
 

Dyrektor wskazał mu ręką miejsce na kanapce, dokończył jakiegoś cyfr przeglądu i 

rzuciwszy papiery, zwrócił się ku niemu.
 

Baron ścigał go oczyma.

 

― Siedzisz, widzę, w rachunkach ― odezwał się. ― No, spodziewam się, że ty w tym roku, 

dzięki divie, nie masz powodu narzekać na nic. Stanąłeś świetnie...
 

Volanti się tryumfująco uśmiechnął.

 

― Nie przeczę ― rzekł ― dokazaliśmy cudów, ale te dopiero początek!

 

Żywo począł się przechadzać po pokoju, włożywszy ręce w kieszenie.

 

― Waszej divie i wam czas nareszcie spocząć trochę ― odezwał się baron łagodnie i jakby 

od niechcenia. ― Ty, jak ty, ale żona śmiertelnie musi być znużoną.
 

Usłyszawszy to, Volanti podniósł głowę, ściągnął brwi i mocno się wpatrzył w Francuza.

 

― Panie baronie! ― zawołał ― po dawnej przyjaźni! Mówicie to z siebie, czy...

 

― A z czegóż i z kogóż bym to mógł mówić? ― podchwycił szydersko baron. ― Nie tylko 

ja, cały świat widzi i mówi, że zamęczasz żonę.
 

Volanti się zżymnął.

 

― Powiedz, że się sama zamęcza ― przerwał.

background image

 

― Przecież nie jesteście tak pod pantoflem, aby to od was nie zależało ― rzekł baron.

 

Volanti się uśmiechnął, wejrzenia się ich spotkały.

 

― Takie wyzyskiwanie nielitościwe talentu ― dodał baron ― idzie na karb wasz.

 

Dyrektor poruszył ramionami i przeszedł się po pokoju kilka razy, jakby się namyślał, czy 

się ma otwarcie rozmówić z przyjacielem domu.
 

Wrócił do barona, przysunął sobie krzesło i usiadł. Na twarzy jego jakieś uczucia 

nieczytelne plątały się, nadając jej wyraz zniecierpliwienia i prawie gniewu.
 

― Zagadnęliście mnie w ten sposób, panie baronie ― odezwał się z jakimś wysiłkiem, 

wybuchając prawie mimo woli, choć się widocznie wstrzymywał i walczył z sobą ― zagadnęliście 
mnie w ten sposób, że się muszę wam zwierzyć.
 

Oświadczywszy tę chęć zwierzenia się, Volanti jakby się inaczej namyślił, zamilkł, wstał 

nagle z krzesła i począł chodzić. Był okrutnie podrażniony.
 

― Napij się wody ― wtrącił złośliwie baron.

 

Vołanti w istocie rady tej posłuchał, poszedł sobie nalać szklankę, korek wypadł mu z ręki, 

która drżała. Wychylił i skrzywił się.
 

― Wiesz, baronie ― rzekł ― w jakich się warunkach ożeniłem! Zdawało mi się, że na 

trochę wdzięczności zasłużę u żony. Spodziewałem się, że się do mnie przywiąże, ale to posąg, 
który się tylko ożywia na scenie. Do rozpaczy mnie przyprowadziła. Sądziłem, że czas sprowadzi 
zmianę... pół roku upływa, jesteśmy z sobą, jakbyśmy byli pierwszego dnia, jeżeli nie gorzej... Tak!
 

Baron, słuchając, zagryzał usta.

 

― Mogłem oszaleć dla tej kobiety... tak... ― mówił Volanti. ― W końcu złość tylko i 

gniew pobudziła we mnie. Przyznam ci się, baronie, że w takim położeniu byłbym głupi, gdybym 
zapomniał, że ten posąg przynajmniej złoto mi dać może. Nie żądam już od niego więcej nic, ale 
tego żądać muszę... Nie chce mnie, mniejsza o to... Za stary jestem, abym sobie w łeb palnął, jak 
ten osieł, Corsini... muszę ją wyzyskiwać...
 

Baron syknął.

 

― No, tak... ― potwierdził Volanti ― i wcale nie mam tego na sumieniu, bo ona sama, 

zapewne równie jak ja nieszczęśliwa, w sztuce i oklaskach szuka zapomnienia swojego losu.
 

Rozśmiał się serdecznie Volanti i wyciągając ręce obie ku baronowi, mówił dalej 

poruszony:
 

― Swojego losu! swojego nieszczęśliwego losu! Cha! cha! Tak się zowie! Tymczasem 

możeż się ta kobieta uskarżać? Wziąłem ją z nędznego dworku w zgrzebnej koszuli, uczyniłem 
sławną, dałem wychowanie... uratowałem od dwójznacznej sytuacji... Pomimo to spojrzyj na nią! 
Męczennica! Nie jest że to warte śmiechu?
 

Skrzywił się Percival.

 

― Przepraszam cię ― zawołał ― to wcale nie jest śmiesznym! Masz do niej żal i dlatego 

jesteś niesprawie- dliwym, lecz postaw się w jej miejscu... Oprócz sławy, która nie karmi i serca nie 
nasyca, co ona zyskała w tym wszystkim? Sukienkę jedwabną, palącą jak odzież Nessusa, gdy jej w 
perkalikowej na wsi daleko było lepiej i wygodniej.
 

Volanti począł się przechadzać znowu.

 

― Wszystko to mi teraz obojętnym jest ― rzekł. ― Powiem ci otwarcie. Chcę się 

wzbogacić, nie idzie mi o nic więcej. Zresztą...
 

Ręką zamachnął w powietrzu.

 

― Ale ją to bawi ― dodał poprawując się. ― Ona sama chce być czynną i wzdragała się 

odpoczywać. Nie zmuszam jej, słowo daję...
 

A po małym przestanku dorzucił:

 

― Zamiast do wód lub na wieś zaproponowała mi przedstawienia w główniejszych 

miastach naszych... Pojedziemy do Moskwy, do Rygi, może za granicę...
 

Percival się obruszył mocno.

 

― Ale ty ją dobijesz! ― zawołał.

 

― Nie, ona sama chyba ― przerwał Volanti. ― Chcesz się o tym przekonać? Proszę... 

pomów z nią sam na sam, zobaczysz...

background image

 

― Na twoim miejscu ― wtrącił Percival ― wchodząc nawet w tę chciwość dla mnie 

niezrozumiałą i obrzydliwą, przepraszam za to wyrażenie, rozum ci nakazuje ją oszczędzać... 
Przecież to złotodajne ptaszę, powinieneś czuwać nad nim dla złota już, jeśli nie dla niego.
 

― W tym, co baron mówisz ― rzekł ― ogromnie wiele jest przesady. Ja znam lepiej 

warunki naszego bytu niż wy... Śpiewak i śpiewaczka, czy się oszczędzają, czy nie, mają tylko 
pewną liczbę lat świetnych. Przedłużyć trwania tej epoki prawie niepodobna. Ciągła wprawa nałóg 
śpiewania wzmacnia, nie wyczerpuje, ale daje siły. Rok wypoczynku więcej szkodzi niż trzy pracy 
najbardziej gorączkowej.
 

Baron począł tupać nogami z gniewu.

 

― Sofizmata! ― krzyknął ― co to za niedorzeczne gadanie!

 

Volanti zamilkł; zżymnął ramionami i żywo zaczął się przechadzać po pokoju.

 

Czas jakiś nie mówili z sobą.

 

Baron zapalał cygaro i mruczał oburzony. Volanti poświstywał. Percival jednak pomimo 

wzruszenia, które było widoczne, nie okazywał zbyt wielkiego z rozmowy i jej wypadku 
niezadowolenia.
 

Z oczu mu patrzało, jakby się niemal cieszył z tego, czego się dowiedział.

 

Trudno powiedzieć, na czym by się skończyła ta drażliwa pogadanka, której na nowo żaden 

z nich nie chciał rozpoczynać, gdyby w tejże chwili nie wszedł kasjer teatralny powołany do 
sprawdzenia jakiegoś rachunku.
 

Baron, zobaczywszy go, rad może, iż miał dobry pozór do pożegnania się z dyrektorem, 

podał mu końce palców i wyszedł.
 

Nie zamknął jeszcze drzwi za sobą, gdy już krzykliwa rozmowa dyrektora z kasjerem 

przekonała go, że Volanti nie bardzo wziął do serca to, co Percivala mocno poruszało. Nie 
wstrzymał się więc od wejścia na pierwsze piętro i kazał się zameldować pani dyrektorowej.
 

W salonie ― godzina była dosyć ranna ― nikt jeszcze ze zwykłych gości się nie znajdował.

 

Baron nie był nawet pewien, czy go przyjmie pani, gdy drzwi się otworzyły i Marynka 

powolnym krokiem wsunęła się do salonu z partyturą jakiejś opery w ręku.
 

Pomimo nadzwyczajnego wysiłku i nie dającej odetchnąć pracy ciągłej, mimo cierpień, 

których Percival mógł się domyślać wprzódy, a dziś je miał potwierdzone przez Volantiego, pani 
dyrektorowa była w całym blasku piękności oryginalnej, jakiejś niezwyczajnej, której urok był w 
niezmiernym ożywieniu jakąś iskrą wewnętrzną, jakimś duchem przepotężnym... Lecz był to posąg 
z innego świata, w którym serce do tego, co go otaczało, nie biło.
 

Wychodziła ze swego pokoju jeszcze ozłocona blaskiem jakiejś muzykalnej roli, powoli już 

ostygając, chłodnąc i przeistaczając się na biedne stworzenie przykute do taczki życia 
powszedniego.
 

― Jak to? już z partyturą? ― zawołał Percival ― ale pani się zabijasz tym!

 

― Ja? ja tym żyję ― rozśmiała się pani Volanti.

 

― Gorączkowo... chorobliwie... ― zamruczał Percival Siedli, ona na kanapie, on na fotelu.

 

― Właśnie o to się z mężem pani posprzeczałem ― rzekł baron. ― Potrzebujesz pani 

odpoczynku!
 

Marynka ruszyła ramionami, spuściła oczy i słuchała, nie odpowiadając, zrezygnowana.

 

― Mąż pani dowodził mi, że pani sama tak jesteś nielitościwą dla siebie, jam mu 

wymawiał, że swej władzy nie położy na szali, aby zmusić panią rozerwać się i odpocząć...
 

Percival chciał widocznie wywołać odpowiedź jakąś; zdawało mu się może, iż Marynka, jak 

mąż, zwierzy mu się i poskarży. Wtem pani dyrektorowa, położywszy partyturę na stoliku, 
zapatrzyła się w okno, wyczekała, aż dokończy, dała mu spocząć i po chwilce spytała go:
 

― Czy pan nie znajdujesz, panie baronie, że Laura Lacerti powinna by się z większym 

smakiem ubierać? Ode mnie ona nie przyjmie tych uwag, pan znasz ją dawno. Stroi się kosztownie, 
ale nie zawsze jej z tym do twarzy i do roli.
 

Percival, zdziwiony w ten sposób odwróconą rozmową, pomilczał trochę, lecz był zanadto 

zręcznym i pewnym siebie, aby się dać tak odprawić.
 

Uśmiechnął się.

background image

 

― Pani ze mną mówić nie chcesz o tym, co mnie naj- żywiej obchodzi... Zdaje mi się, żem 

zasłużył na to, aby w przyjaźń moją wierzono. Marynka spojrzała na niego.
 

― Ja i wierzę, i dziękuję za nią serdecznie ― odezwała się. ― Ale, panie baronie, aby 

człowieka osądzić, aby nim kierować, na to potrzeba...
 

Tu się zamyśliła trochę.

 

― Potrzeba go zrozumieć i odgadnąć...

 

― Pani sądzi, że ja nie rozumiem jej i nie odgaduję? Naiwnym, smutnym uśmieszkiem 

odpowiedziała mu
 

Marynka i z lekka poruszyła ramionami.

 

― Nie mówmy o tym... ― wyszeptała ― nie dojdziemy do końca.

 

Baron, nie bardzo się rozmyśliwszy, wtrącił żywo:

 

― Doprawdy, Volanti jest dla mnie grzeczniejszym od pani. Z nim mówiliśmy zupełnie à 

coeur ouvert...
 

Zarumieniła się pani Volanti i potrząsnęła głową.

 

― Tak jest ― dobitnie powtórzył Percival ― zupełnie otwarcie.

 

― A zatem pan baron wiedzieć musisz ― poczęła, nie podnosząc oczu, pani Volanti ― że 

ja, biedna, obowiązaną się czując wywdzięczyć i wypłacić mojemu mężowi, muszę mu choć pracą 
moją okazać, że...
 

Francuz przerwał nagle i ostro.

 

― Że co? że pani to rozumiesz, iż on się z nią ożenił na to, aby ją wyzyskiwać!

 

Twarz Marynki cała się krwią oblała.

 

― Panie baronie! ― przerwała.

 

― Wiem, że jestem niedyskretnym i gburem w tej chwili, za co panią przepraszam ― dodał 

baron ― lecz oburzony jestem, oburzony.
 

Wstał z fotelu i jakby dla przejednania sięgnął po rękę Marynki, która mu ją z nieśmiałością 

podała i natychmiast cofnęła.
 

― Znamy się nie od dzisiaj ― począł Percival, uno- sząc się przeciw zwyczajowi swojemu. 

― Pani wiesz, bo każda kobieta wie o tym, jakie obudzą uczucie, mogę otwarcie powiedzieć, żem 
zakochany w niej. Marynka skarciła go surowym wejrzeniem.
 

― Przyznasz i to pani, żem się jej z tą miłością nie naprzykrzał ― ciągnął baron dalej. ― 

Dziś ona mnie tłumaczy, dlaczego się przeciw despotyzmowi i takiemu wyzyskiwaniu oburzam.
 

― Co pan mówisz! co pan mówisz! panie baronie! ― spokojnie i łagodnie poczęła 

dyrektorowa. ― Pan przecież rozumiesz to, że oświadczenie się z miłością kobiecie zamężnej jest 
dla niej obelgą.
 

Baron się zatrząsł cały.

 

― Milczałem przecież ― zawołał ― lecz jest kres wszystkiemu! Litość mi z ust to 

wyznanie wyrwała. Nie jest ono dla niej uwłaczającym.
 

Po chwili namysłu, z wielkim spokojem, smutnie, spuściwszy oczy na dół, Marynka mówić 

zaczęła:
 

― Jako dobrzy przyjaciele więc rozmówmy się otwarcie...

 

Tu oczy podniosła na Francuza z takim wyrazem cichej rezygnacji i chłodu, że Percival 

oniemiał.
 

― Pan wiesz, czym było małżeństwo nasze ― rzekła. ― Ja potrzebowałam rehabilitacji w 

oczach świata, choć we własnych byłam niewinną; on ofiarował mi rękę i imię. Wiedział to dobrze 
z ust moich, że go kochać nie mogę i nie będę... Czymś przecież wypłacić mu się potrzeba? Jestem 
nadto dumną, abym ofiarę przyjęła, nie usiłując się we własnych oczach z niej usprawiedliwić. Po 
wtóre, czymś żyć potrzebuję, nie mam nic oprócz sztuki.
 

― I upijasz się nim pani jak chłop wódką ― krzyknął Percival ― i zabijasz tym trunkiem!

 

― Być by to mogło ― uśmiechając się rzekła Marynka ― lecz nie godziż mi się tego 

przebaczyć?
 

Zniecierpliwiony baron wstał z krzesła, oczy mu się zaiskrzyły, wargi zacięły.

 

Współczucie, jakie jej okazywał, poruszyło trochę biedną kobietę.

background image

 

― Siadaj pan ― odezwała się ― nie gderz i zmieńmy rozmowę.

 

Percival nie miał czasu jeszcze odpowiedzieć na to wezwanie, gdy Volanti wszedł 

zarumieniony cały po rozprawie z kasjerem.
 

Spojrzenie na żonę i Percivala dało mu się łatwo domyśleć, że baron i tu zagaił drażliwy 

przedmiot.
 

― Dobrze, żem zastał barona ― rzekł ― proszę mnie oczyścić z zarzutu. ― Zwrócił się do 

żony ― Percival utrzymuje, że ja barbarzyńsko wyzyskuję głos mojej pani... Jestżem tak 
despotyczny?
 

― Baron poświadczy, żem właśnie was uniewinniała ― rzekła pani Volanti.

 

― Zbyt się ludzie opiekują nami ― dodał dyrektor.

 

― Proszę mi nie czynić tego wyrzutu ― przerwał Percival ― ale nieustannie słyszę 

mówiących o tym... nie ma jednego z wielbicieli naszej divy, który by się nie trwożył. Musiałem 
państwu powtórzyć.
 

Marynka ruszyła się z kanapy, wzięła partyturę ze stolika, głową skinęła, żegnając barona, i 

wyszła.
 

Volanti, jak gdyby o tym, co tylko co było przedmiotem rozmowy, zapomniał, zbliżył się do 

barona i rzekł do niego z wielkim przejęciem:
 

― Mam deficyt znaczny w kasie, muszę odprawić tego człowieka. Kilka tysięcy przepadło.

 

Percivala tak to mało obeszło, iż nie odpowiadając nawet, skłonił się milczący i wyszedł.

 

Zemsta małych ludzi bywa często okrutną. Im niżej stoi ten, który się czuje dotkniętym i 

pragnie odwetu, im wyżej nad nim jest nieprzyjaciel, tym zajadlejsze staje się prześladowanie.
 

Przypomną sobie czytelnicy, że tego wieczoru, gdy baron do salonu Lacerti przyniósł 

wiadomość o ślubie dyrektora z panną Marią, siedzący w kącie stary Francuz, zdegradowany dla 
braku głosu do chórów, odezwał się, iż wiedział o żonie Volantiego, i przebąknął, że ślub 
separowanego nie był ważny.
 

Przeszło to niepostrzeżone prawie, bo nikt wagi nie przywiązywał do prostej pogłoski.

 

Lacerti tylko to dobrze zapamiętała. Powodzenie współzawodniczki, chłód, który ją od niej 

zrażał i drażnił, pragnieniu zemsty nie dawały usnąć.
 

Piękna Laura, nie mogąc inaczej dokuczyć nieprzyjaciółce, wpadła na myśl zbliżenia się do 

starego chórzysty. Jednego dnia zaprosiła go do siebie, gdy oprócz niej i matki nikogo nie było.
 

Zręcznie bardzo naciągnęła rozmowę na tę pierwszą żonę Volantiego.

 

― Pewna jestem ― rzekła ― że ta biedna kobieta mrze tam z głodu, gdy ten tu we 

wszystko opływa i samowolnie się sobie żeni. Doprawdy godziłoby się, aby jaka miłosierna dusza 
dała jej znać, co się tu dzieje.
 

Niechby skorzystała.

 

Lacerti zaczęła się śmiać. Stary Francuz, rozweselony kilku kieliszkami, odparł żywo:

 

― Nic łatwiejszego! Wprawdzie ja nie wiem, gdzie się stara Volanti znajduje, ale mam 

dużo znajomych i kolegów w Paryżu... Napiszę.
 

― Napisz! ― głową znak dając mu Laura szepnęła. ― Napisz, niech się ten niegodziwiec 

choćzakłopocze, a biedne kobiecisko skorzysta.
 

― O! biedne kobiecisko! ― rozśmiał się chórzysta. ― Wcale ona nie była biedną! Umiała 

sobie radę dawać i ludzi odzierać. Dlatego się rozeszli, bo strasznie doka- zywała, a była bardzo 
piękna. Dziś pewnie dawno przekwitła; w samą porę by jej się przydały alimenta.
 

― A Volanti posiwiał do reszty! ― wołała Laura. ― No, i ta madame Nitouche może by 

zrozumiała, że żoną nie jest... tylko przyjaciółką i nie tak by na nas z góry dumnie patrzała.
 

Lacerti ścisnęła za rękę Francuza.

 

― Daj mi słowo, że napiszesz?

 

― Najchętniej! dlaczego bym nie miał tego uczynić? I owszem, mnie też smakować będzie, 

gdy go zobaczę w tarapatach...
 

Laura po tej pierwszej zaczepce, ile razy się za kulisami spotkała z Francuzem, na ucho mu 

przypominała jego obietnicę. Chórzysta przysięgał się, że pisał... Czekano odpowiedzi...
 

Przyjaciel doniósł w kilka tygodni, iż wynalazł panią Izaurę Volant, urodzoną Pistolet, która 

background image

schodząc ze szczebla na szczebel coraz niżej pomagała w gospodarstwie miejskim panu Pipeletowi, 
odźwiernemu kamienicy przy ulicy Clichy. Wiadomość przyjęła była jako bardzo pożądaną, pani 
Volant gotową była wybrać się do stolicy, lecz koszta podróży ją wstrzymywały.
 

Jakim sposobem trudność usunięto, kto dostarczył pani Izaurze pieniędzy na wycieczkę tak 

daleką, kto ją zapewnił, że ona nie będzie bezowocną, pozostało tajemnicą.
 

Lecz dnia jednego panna Lacerti była przyjemnie zdziwioną, gdy chórzysta z rana oznajmił 

się jej wraz z panią Izaurą Volanti. Z obawy, aby gościa tego nie widziano u niej i intryga nie była 
wydaną a ona skompromitowaną, panna Laura do pokoju swej matki kazała prosić gości.
 

Ze stanu salonu panny Lacerti, o którym wspomnieliśmy, można sobie wyobrazić, czym był 

pokój matki naszej artystki. Zbiegały się tu wszystkie całego domu nieporządki i niechlujstwa, 
zapasy kuchenne, sprzęty kredensowe, suknie, które przerabiano, bielizna naprędce prana, jarzyny z 
dnia na dzień przechowywane, teatralne akcesoria, słowem, było to Kafarnaum, do którego nikogo 
oprócz sług nie wpuszczano.
 

Matka też chciała protestować przeciwko przypuszczeniu obcych do tego przybytku, w 

którym ona była panią, ale pannie Laurze szło o siebie, o własne bezpieczeństwo. Narzucono więc 
bielizną to, co zbyt razić mogło, pousuwano, co zawadzało, i panna Laura wyszła naprzeciwko 
przybyłej z nadzwyczajną ciekawością.
 

Jeden rzut oka na przybywającą, zasapaną, tłustą, do podżyłej kucharki podobną kobietę, 

która pot z czoła uznojonego ocierała chustką niezbyt świeżą, mógł pannie Lacerti dać 
wyobrażenie, z kim miała do czynienia.
 

Była to, co się jeszcze widzieć dawało, piękność niegdyś znakomita, dziś roztyła, wyżyta, 

zestarzała, a że oprócz pewnego wdzięku cielesnego nie nie miała, gdy ten zniknął, zostało 
stworzenie najpospolitsze w świecie. Z dawnego zawodu artystycznego, gdyż pani Volanti 
występowała jakiś czas na scenie w rolach wydekoltowanych i robiła furorę, pozostały jej 
komedianckie ruchy, miny i chody.
 

Ubiór paryżanki, choć niby staranny i usiłujący być eleganckim, w istocie był śmiesznym i 

bez smaku. Ubrała się na rano w co miała najlepszego i najniestosowniejszego. Brązowe, pozłacane 
bransolety i łańcuszki świeciły na rękach i szyi.
 

Panna Lacerti wprowadziła ją, palec kładąc na ustach, do pokoju, i zaczęła, zaledwie 

przywitawszy, od wykrzykniku:
 

― Zmiłuj się pani! Nikomu nic o tym, że byłaś u mnie! Byłabym zgubiona.

 

Pani Volanti zaczęła żywo uspakajać Włoszkę.

 

― Radź mi, pani moja, co ja tu, w obcym mieście, mam począć, do kogo się udać? Ja znam 

tego niegodziwego człowieka, on litości mieć nie będzie, gdy się dowie...
 

Laura chciała tę naradę jak najprędzej ukończyć.

 

― Słuchaj pani! ― rzekła pośpiesznie. ― Masz dwie drogi: albo wprost udać się do pana 

Volantiego i z nim się układać, albo zaskarżyć go u jego zwierzchników.
 

Chórzysta się wtrącił.

 

― A gdyby pani Volanti, na uboczu się gdzieś bezpiecznie umieściwszy, spróbowała 

napisać do niego? Nie byłożby to bezpieczniej, niż narażać się osobiście?
 

― Ja bym to wolała! ― przerwała kobieta trwożliwie ― ja się widzieć z nim nie życzę...

 

― A jeśliby żądanie pani nie zostało uwzględnione ― dokończył chórzysta ― naówczas 

może go zaskarżyć.
 

Lacerti podumała trochę.

 

― To się nie obejdzie bez rozgłosu ― dodała ― tylko obawą skandalu pani na nim wymóc 

coś potrafisz! Maszże potrzebę go oszczędzać?
 

Pani Volant zadumana i jakby strwożona patrzała na swe nieświeże rękawiczki.

 

― Gdy się rzecz rozgłosi, a on nic mieć nie będzie do stracenia, to nic mi nie da przez 

zemstę.
 

Przysłuchująca się rozmowie stara matka Laury z rozczochranymi włosami, straszliwie 

przypominająca Cygankę, kiwała głową.
 

― Wprost do niego się udać! ― zawołała ― tylko nie samej! nie samej, trzeba wziąć kogoś 

background image

z sobą.
 

Chórzysta, czujący, że na niego spaść może obowiązek towarzyszenia pani Volanti, cofnął 

się przelękły. Zdradzić dyrektora przez zemstę nie wahał się, ale wystąpić przeciwko niemu 
otwarcie ani myślał.
 

Lacerti podumała trochę, gryząc palce i krzywiąc się.

 

― Nie rób pani dziś żadnego kroku ― rzekła ― cze- kaj, daj mi swój adres, ja się naradzę, 

zobaczymy... dam znać.
 

Zgodziła się na to Francuzka i natychmiast z lekkomyślnością starego dziecka paryskiego 

bruku zaczęła bez porządku opowiadać o swej podróży, wrażeniach, jakie na niej uczynił kraj i 
miasto nowe, klimat itp.
 

Nie trzymało się to jedno drugiego, a świadczyło o wielkiej czczości głowy i 

niewykształceniu. Matka Laury najlepiej się z nią jakoś rozumiała i porozumiewała. Napojono 
Francuzkę naprędce zgotowaną w tym samym pokoju na kominie czekoladą, której szklankę dostał 
chórzysta, i z wielkimi ostrożnościami dorożką nazad odprawiono do hotelu.
 

Lacerti chodziła poruszona, uśmiechając się i marszcząc na przemiany, nie mówiąc nic 

matce, która ją odgadywała. Kazała sobie co rychlej podać ranny dosyć elegancki ubiorek i powóz 
sprowadzić. Widać było, że nadzwyczaj silnie przejęta czymś była i ważyła jeszcze, co uczynić 
wypadało. Nie przyznała się matce do niczego, ale stara tak znała córkę i tak z nią jedną myślą żyła, 
że jej badać nie potrzebowała, żeby odgadnąć.
 

Przed południem panna Laura już jechała w odwiedziny do pani dyrektorowej. W tej porze 

bywała ona u niej tylko, gdy jej o coś prosić potrzebowała.
 

Zwykle dosyć spokojna i wesoła a drwiąca twarzyczka pięknej Włoszki była teraz zasępioną 

i smutną. Niecierpliwie wyglądała oknem, rychłoli stanie u celu. Wyskoczyła z powozu, głosem 
drżącym pytając już na dole, czy jest w domu pani Volanti i czy nie ma kogo u siebie?
 

Odźwierny zapewnił ją, że pani dyrektorowa nie wyjeżdżała jeszcze i nie przyjmowała 

nikogo.
 

Laura na bilecie ołówkiem nakreśliwszy: Très pressè ― posłała go Marynce.

 

Nie potrzebowała długo czekać na przyjęcie, pani była w swoim pokoju i przegrywała nowe 

jakieś dzieło, o które szło, czy ma być lub nie przedstawione na scenie, gdy Laura wpadła z 
gorejącymi policzkami i oczyma.
 

Marynka wstała na jej powitanie ze zwykłą swą powagą, która dziwnie odbijała 

majestatycznym spokojem od namiętnej fizjognomii i ruchów Lacerti.
 

― Szanowna pani ― głosem przerywanym zadyszką poczęła Włoszka ― przede 

wszystkim, proszę, każ drzwi swe zamknąć bez wyjątku dla wszystkich. Mam mówić o czymś 
nadzwyczaj ważnym, co was obchodzi... ale proszę mi dać odetchnąć...
 

To mówiąc, padła na krzesło i dłonią białą ucisnęła czoło.

 

Gospodyni zdziwiona, niespokojna trochę, nie tracąc jednak powagi, zadzwoniła, aby dać 

służącej rozkazy.
 

Lacerti tymczasem dobyła flakonik z torebki, odetknęła go i orzeźwiała się, wciągając 

wódkę kolońską.
 

Przygotowania te, przestrach Laury, wejrzenia jej, ruchy gorączkowe coraz bardziej 

zastanawiały Marynkę, która, znając już Włoszkę, pytała się tylko siebie w duchu, czy to, co 
widziała, było istotnym wzruszeniem, czy doskonałą komedią. Rozwiązać tę wątpliwość było 
bardzo trudno.
 

W następującej scenie potrzeba sobie pannę Laurę wystawiać ciągle z włoskimi ruchy, 

rzucaniem się, z namiętnością, patosem, od łez przechodzącą do stłumionych jęków, do tragicznego 
oburzenia, Marynkę zaś spokojną, potem zdrętwiałą z rozpaczy i nadmiarem bólu osłupiałą.
 

Lacerti zaczęła od tego, że się zdawała upadać pod ciężarem przyniesionej wieści; otwierały 

się jej usta i mówić nie mogła. Załamywała ręce. Mimika była doskonałą.
 

Marynka w kilku prostych słowach, starając się ją uspokoić, prosiła, aby mówiła śmiało, z 

czym przychodzi.
 

― Droga pani moja, przychodzę z sercem ściśniętym, oburzona, nieszczęśliwa! ― zawołała 

background image

Laura. ― A! nie przyszłabym tu pewnie, gdyby nie szacunek i miłość dla was...
 

― Ale cóż to być może? nie pojmuję! ― przebąknęła dyrektorowa, na próżno usiłując 

odgadnąć, co na nią spaść miało.
 

― Chciałam was uprzedzić ― mówiła dalej Lacerti ― może się da zapobiec rozgłosowi, 

może się na to znajdzie jaki ratunek.
 

― Cokolwiek bądź przynosisz ― przerwała Marynka ― mów pani!

 

Lacerti załamała znów ręce.

 

― Czy pan Volanti wspomniał pani kiedy, że był... że był dawniej żonatym? ― spytała 

Laura.
 

Marynka zbladła jak mur, mowę jej odjęło na chwilę, potrząsnęła głową i słabym głosem 

przebąknęła:
 

― Nigdy...

 

― Żona jego pierwsza ― dodała, wybuchając, Lacerti ― z którą nie ma rozwodu, bo 

francuskie prawa go nie dopuszczają, przybyła tutaj, szuka go. Samo jej ukazanie się da powód do 
poszukiwania. Ślub wzięty, mówią ludzie, nie jest ważny... Przybiegłam pani o tym oznajmić. 
Dowiedziałam się o tym przypadkiem.
 

Mówiła, ciągle patrząc na Marynkę, która z wolna zsunęła się na bliską kanapkę, siadła i 

pozostała jak skamieniała z bólu.
 

Laura przyniosła jej swoją wódkę kolońską, obawiając się omdlenia, lecz Marynka z lekka 

rękę i flakon odepchnęła.
 

― Możeż to być! możeż być! ― wyrwało się z ust nieszczęśliwej. ― To potwarz... to 

plotka jakaś... Ta kobieta nie mogła być jego żoną.
 

― Wszystkie papiery, dowody, metrykę ślubu, akt separacji ma z sobą! ― zaczęła śpiesznie 

Lacerti. ― Może by była milczała dłużej, jak milczała lat wiele, lecz zubo- żała, nieszczęśliwa... nie 
dawał jej nic, znać jej nie chciał...
 

― Skąd pani to wiesz? ― zapytała głosem drżącym Marynka.

 

― Wypadkiem ― mówiła, czule się przysiadając do dyrektorowej, Laura i pochylając nad 

nią. ― Francuzka miała adres jednego ze swych ziomków z teatru, dziś mi o tym oznajmiono.
 

Laura spodziewała się rozpaczy, łez, narzekań, tego widoku boleści, którego była łakomą. 

Oczekiwanie ją omyliło, znalazła dyrektorową przygnębioną, ale walczącą z tym ciosem, który jej 
zadała, i z dumą jakąś wytrzymującą nieszczęście, które ją dotknęło.
 

Marynka nie mówiła nic, ściągnęła brwi, wlepiła oczy w podłogę. Ubolewanie, współczucie 

Laury, jej paplanina czuła zdawały się już nie czynić najmniejszego wrażenia. Nie chciała przed nią 
obnażyć swej boleści. Było w niej coś tych posągów greckich, na których cierpienie mistrzowie 
rzucali zasłonę.
 

Laura doznała zawodu.

 

Po chwili dyrektorowa białą rękę ku niej wyciągnęła i szepnęła:

 

― Dziękuję wam, bo wierzę, że uprzedzając mnie, chcieliście mi oszczędzić boleści... 

dziękuję wam! Zostaw mnie, proszę, samą, potrzebuję odzyskać siły, namyślić się.
 

Lacerti, odprawiona tak, nie wstawała, chciała koniecznie zostać powiernicą, zasłużyć się, 

dobyć coś z tej niemej rozpaczy.
 

― Ale cóż pani poczniesz? ― spytała. ― Mogę jej być w czym użyteczną? ― poczęła 

cicho. ― Baron Percival jest dla niej z nadzwyczajnym szacunkiem i uwielbieniem. Każesz, abym 
mu znać dała?
 

Dyrektorowa poruszyła się z siedzenia i uchwyciła ją za rękę:

 

― Ani jemu, ani nikomu! proszę was. Pomocą nikt mi być nie może... Między nim a mną 

wszystko się rozwiązać powinno. Ludzie zaszkodziliby raczej... Zapobiec rozgłosowi.
 

I począwszy to, zatrzymała się:

 

― Za późno może!

 

Lacerti śledziła na jej twarzyczce ślady straszliwej boleści, z którą walczyła.

 

― Nic więc mi pani nie masz do rozkazania? ― powtórzyła, niby się zabierając do odejścia.

 

― Dziękuję ― słabym głosem raz jeszcze odezwała się Marynka i porzucając Laurę w 

background image

salonie, weszła nazad do swojego pokoju.
 

Zawiedziona w nadziejach Włoszka myślała chwilę, wysunęła się z saloniku, obwinęła 

narzutką, zbiegła ze wschodów i dała adres woźnicy.
 

Nie jechała do domu. Pomimo prośby i zakazu Marynki nie mogła ścierpieć z milczeniem 

na ustach; rachuba pewna nakazywała jej donieść o tym baronowi i wmieszać go koniecznie w tę 
sprawę. Wiedziała, że jej za to wdzięczen będzie, liczyła, iż z tego skorzysta i zaplącze węzły tak, iż 
je rozcinać będzie potrzeba.
 

Lacerti nie wahała się we dnie odwiedzać barona w jego prywatnym mieszkaniu. Ile razy 

miała pilną potrzebę tak zwanej pożyczki, przybywała po nią do niego. I tym razem, gdy mu 
oznajmiono pannę Laurę, baron był pewien, że swoim zwyczajem przyjeżdża do jego kasy, nie do 
niego. Zamruczał coś i kazał wpuścić, choć był jeszcze w rannym ubraniu.
 

Lacerti wpadła jak piorun, zamknęła drzwi, porwała barona do okna i nie dając mu się 

opamiętać, do ucha posypała wszystko, co wiozła z sobą.
 

Percival stał zdumiony, lecz razem na czole i w oczach widać było radość prawie, którą 

Laura wyczytała łatwo.
 

― Poczwara! ― zawołała, śmiejąc się ― cieszy się z cudzego nieszczęścia!

 

I poprawując narzutki na głowie, bo tego dnia miała czarną koronkową hiszpańską mantylę, 

dodała:
 

― Com warta, żem wam najpierwszemu tę wiadomość przywiozła? Baronie! ― zaciągam 

ją w wasz rachunek.
 

Nie miała czasu wdawać się w rozmowę, nie dała się badać więcej. Obejrzała się po 

saloniku, a że na stoliczku stało nie sprzątnięte śniadanie i nie dopita butelka bor-deaux, chwyciła 
kieliszek, nalała sobie wina, pochłonęła je jednym łykiem i znikła.
 

Baron wolnym krokiem szedł za nią do drzwi, tu stanął, zamyślił się, ruszył ramionami, 

zamruczał: ― Fatalność! ― i zadzwonił na służącego.
 

― Ubieram się ― rzekł do wchodzącego ― każ podawać konie.

 

W kwadrans później baron w lekkim swym powoziku zajeżdżał   przed kamienicę, w której 

mieszkał Volanti. Mierzył ją oczyma z dala, śledząc, czy tam nie dojrzy jakiego ruchu lub zmiany. 
Odźwierny z cygarem stał w bramie i flegmatycznie przypatrywał się ulicznemu ruchowi.
 

Na zapytanie o dyrektora odpowiedziano mu, że go w domu nie ma. Sama pani, chora, nie 

przyjmowała. Złożył więc dwa załamane bilety.
 

Chciał się dowiedzieć jeszcze, gdzie był Volanti, odźwierny o tym powiedzieć nie umiał. W 

istocie znajdował się w mieście i tu mu, przygotowującemu już wycieczkę na prowincję, wręczono 
w teatrze list przez posłańca tylko co przyniesiony.
 

Pan dyrektor odbierał ich tyle od rozmaitych suplikantów, że spojrzawszy na kopertę 

pismem niezgrabnym zaadresowaną, zapieczętowaną niezręcznie, wsunął ją, nie otwierając, do 
kieszeni.
 

Jednakże pismo, do tysiąca innych podobne, coś mu musiało przypomnieć, czymś go 

udręczyć, gdyż list dobył natychmiast, rozerwał kopertę, otworzył go, spojrzał na podpis i ― 
zbladłszy strasznie, zmieszał się tak, że stojący obok reżyser zapytał, czy mu się źle nie zrobiło.
 

― Nic nie jadłem, a słabo mi ― rzekł Volanti głosem schrypłym. ― Masz co do napicia?

 

Podany naprędce kieliszek wódki dyrektor wychylił i ręką potarłszy po czole, zapytał:

 

― Gdzie jest posłaniec, który list oddał.

 

Pani Volanti za poradą przyjaciół żądała odpowiedzi poste restante.

 

Nie tracąc czasu, Volanti poszedł do izdebki reżysera na list odpisać. Szło mu o uniknienie 

skandalu jakimkolwiek bądź kosztem. Gotów był do ofiary, lecz żądał, aby przybyła Izaura 
natychmiast w oczach jego do Paryża się wybrała.
 

Napisawszy list ten, nieoględny, zdradzający trwogę, Volanti natychmiast wysłał go na 

pocztę z nadzwyczajnym pośpiechem. Sam zaś tak stracił głowę, tak nie wiedział, co ma począć z 
sobą, nade wszystko tak się obawiał wrócić do domu, że bezmyślnie rzucił się do dorożki i kazał 
jechać bez celu na przedmieścia...
 

Piorun, który na niego spadł, zgruchotał go, można było powiedzieć. Potrzebował rady 

background image

czyjejś, a bał się zwierzyć komukolwiek, lękał się zdradzić samą swą powierzchownością.
 

Zwierciadełko wydobyte z kieszeni ukazało mu twarz zmienioną, wyciągniętą, bladą, 

pożółkłą. Czuł w ustach gorycz żółci nieznośną, gorączka jakby we febrze go trzęsła. Głowa pękała 
z bólu.
 

Jazda szybko po bruku, zamiast mu pomóc, pogorszyła ten stan jego, lecz nie miał nic do 

wyboru, nie wiedział sam, co zrobić z sobą.
 

Wśród tego cwałowania głównym prospektem nagle posłyszał wołanie za sobą, dopędził go 

powóz, baron ręką dawał znaki woźnicy, aby stanął.
 

Musiano się zatrzymać.

 

Percival spojrzał na niego i nie potrzebował pytać go, wiedział, że Volanti już odebrał list 

od pani Izaury.
 

― Odpraw dorożkę ― zawołał ― siadaj ze mną. Jedźmy do mnie.

 

Dyrektor, który słowa jeszcze nie mógł wyjąknąć, nie sprzeciwiał się. Z twarzy Percivala, 

jakkolwiek zawsze martwą pokrytej maską, przeczytał, że i on jest uwiadomiony o tym, co go 
spotkało.
 

Skąd? Jak?

 

Ogarnęła go trwoga! Wiedziało więc już całe miasto!

 

Gdy Volanti siadł obok Percivala, dobył głosu i zawołał, nie mogąc się powstrzymać:

 

― Wiesz?

 

Baron głową tylko dał znak potwierdzający. Jechali teraz milczący oba.

 

Powóz wsunął się w bramę, wysiedli.

 

Percival podał rękę dyrektorowi i poprowadził go do swojego gabinetu. Volanti padł tu na 

krzesło najprzód, chwytając się za włosy, potem wypił szklankę wody i grubijańskie przekleństwo z 
ust mu się wydarło.
 

― Ale skądże możecie wiedzieć o tym! ― krzyknął.

 

Baron z krwią zimną, bardziej wyrobioną niż rzeczywistą, chodził po gabinecie i nie 

odpowiedział na pytanie.
 

― A zatem ta przeklęta baba nie dosyć, że mnie chce obedrzeć, jeszcze w dodatku chce 

mnie zniesławić!
 

Ręce mu się trzęsły.

 

Baron, na którego słowo czekał, od którego może pociechy wyglądał, nic nie odpowiadał, 

chodził a chodził.
 

Volanti znowu rzucił się na krzesło.

 

― Sprawa nie może być tak groźna dla mnie! ― za- wołał po chwili. ― Nie było rozwodu, 

to prawda, ale separacja, to kwestia formy.
 

Baron, który szedł ku oknu, odwrócił się do niego:

 

― Biorąc ślub, napisaliście w indagacji, żeście nie przysięgali nikomu i nie jesteście 

żonaci... To był fałsz...
 

― Małego znaczenia, w gruncie przemilczenie dla uniknienia trudności.

 

― Ślub jest nieważny ― rzekł Francuz zimno.

 

― Jest przecież jakiś środek? ― krzyknął Volanti.

 

― Ja nie nie widzę żadnego ― odparł baron.

 

― Lecz opłaciłbym był jej milczenie ― przerwał dyrektor.

 

Percival się uśmiechnął.

 

― Za późno się weźmiesz do tego, ta jaszczurka, Laura, już się z tym nosi po mieście.

 

Volanti krzyknął:

 

― Gotowa była z tym pobiec do mojej żony... to do niej podobne.

 

― Za nic nie ręczę ― szepnął Francuz.

 

Dyrektor, który przed małą chwilą rad był jak najdłużej nie powracać do domu, teraz 

chwycił za kapelusz. Chciał się przekonać, czy Maria nie była już uwiadomioną, i lękał się razem. 
Rzucił kapelusz na stół.
 

― Co tu robić! ― zawołał.

background image

 

― Chcesz, bym do żony twojej pojechał? ― rzekł Francuz.

 

Volanti zawahał się, życzył sobie tego i obawiał się razem.

 

― Gdybyśmy pojechali oba? ― wyjąknął.

 

― Chętnie... jedźmy! ― rzekł Francuz.

 

Po wyjeździe Laury Marynka przeszła do swojego pokoju, powstrzymując łzy, które ją 

dusiły. Tu, sama z sobą, padła na łóżko, łkając i jęcząc.
 

Wielka ta moc nad sobą, którą przed chwilą wyrobiła, aby nie okazać obcej kobiecie, co 

cierpiała, cała ją opuściła. Płakała jak dziecię.
 

Przechodziło jej przez myśl, że powieść przyniesiona mogła być potwarzą, lecz głos jakiś 

wewnętrzny mówił, że prawdziwą być musiała. Miała wszelkie cechy prawdopodobieństwa.
 

Czas ten, który spędziła z Volantim, bliższe poznanie jego charakteru, to, co on jej sam 

opowiadał o sobie, niestety! bardzo możliwym czyniło zamęście i opuszczenie żony.
 

Człowiek ten, który jej dał imię swoje, był awanturnikiem, wiedziała o tym, nie 

przypuszczała tylko, aby przeszłość jego miała powstać i stanąć przeciw jej spokojności. Nie 
spodziewała się szczęścia, lecz unikając niesławy wątpliwej wpaść w tak sromotny związek!
 

Marynce zdawało się, że tym razem dług, jaki zaciągnęła u Volantiego, był co najmniej 

spłacony. Powinna się była uwolnić, uciec, powrócić do Berezówki, zakopać się na wsi.
 

Ani chwili dłużej nie chciała zostać przy tym człowieku, który się zwał mężem, a nie był 

nim.
 

Porwała się z łóżka i gorączkowo zaczęła chwytać okrycie, chustki, kapelusz, jakby 

natychmiast chciała uciekać. Sama?!
 

Mogła wziąć z sobą Zosiczową. Lecz miałaż, uchodząc, wziąć z sobą cokolwiek z tego, co 

do niej właściwie nie należało! Zawahała się. Miałaż prawo cokolwiek sobie przywłaszczyć?
 

Na myśl jej przyszła bransoleta hrabiego Samsonowa, kilka podarków, które otrzymała i 

sprzedać je mogła. Tymczasem list wysłany do majora z prośbą o pomoc, o pożyczkę, musiał ją 
rychło ściągnąć od niego.
 

Wszystkie te myśli krzyżowały się, plątały niejasne, uchodziły, powracały. Jedna tylko stale 

tkwiła: oswobodzenie się od tego człowieka.
 

Pożycie z Volantim, znoszone z anielską cierpliwością, było dla niej straszną męczarnią. 

Między nią a nim nie było jednej myśli wspólnej, jednego uczucia, które by ich łączyło. Widziała w 
nim raczej pana, nieprzyjaciela, nabywcę, co ją pragnął wyzyskać, niż męża, towarzysza. Wstręt 
rosnął z każdą godziną, a w Volantim widać było niechęć, złość niemal za to, że go ocenić, 
zastosować się do niego, posłuszną mu być nie chciała. Czuł w niej istotę od siebie wyższą i lepszą, 
a nie ma straszniejszej myśli nad tę, która jest upokorzeniem natchniona.
 

Marynka myślała jeszcze i płakała, niepewna, jak ma dopełnić to, co postanowiła, gdy na 

wschodach dały się słyszeć kroki. Pobiegła do drzwi i zamknęła je na klucz, nie chciała się pokazać 
zapłakana, zrozpaczona, bezsilna...
 

Jakieś przeczucie zwiastowało jej, że Volanti przybywał.

 

Wkrótce zapukała służąca, oznamując pani, iż nie mąż, ale baron w pilnym interesie 

domagał się koniecznie z nią widzieć.
 

W Percivalu widziała jedynego przyjaciela, ufała mu.

 

Prawie bez namysłu odpowiedziała służącej, aby barona prosiła poczekać chwilę.

 

Nie myślała się nawet ubierać do niego, z pośpiechem przyczesała włosy, umyła oczy, 

zapięła suknię, narzuciła na siebie chustkę, klękła przed obrazkiem, pomodliła się w duszy i wyszła.
 

Szła drżąca, chwiejąca się, tak blada i tak widocznie cierpiąca, że Percival nie potrzebował 

pytać, wiedział, że to, z czym przychodził, straszna wiadomość już go poprzedziła.
 

Rad jej był oszczędzić boleści i wyznania wstydu.

 

― Przychodzę ― rzekł ― po rozkazy pani. Sądzę, że może w tej chwili zdam się jej na co. 

Widzę, że już ją uwiadomiono.
 

Zarumieniła się Marynka i zacięła usta.

 

― Co mi pan radzisz? ― zapytała z tą mocą nad sobą, którą odzyskiwała zawsze, ilekroć 

musiała godność swą przed ludźmi zachować.

background image

 

― Przy największej mojej życzliwości dla niej rada jest tak trudną... Zależy to od tylu 

względów różnych i pojęć położenia... Co pani myślisz uczynić? ― odparł Francuz, ciekawie 
patrząc jej w oczy.
 

― Zdaje mi się, że obowiązkiem w chwili, gdy moje nieszczęśliwe małżeństwo jest 

zakwestionowane, natychmiast się oddalić.
 

Spojrzała nań badająco.

 

― Lecz ślub być może uznany ważnym ― rzekł baron.

 

― Dla mnie on nim nigdy nie będzie, bom o pierwszym nie wiedziała. Byłam oszukaną.

 

Baron zmilczał, nie chciał się wyspowiadać ze swej myśli, lecz nie zaprzeczał temu, co 

powiedziała Marynka.
 

― Bądź co bądź ― dodała ośmielona tym ― ja się z tego domu oddalić muszę.

 

Francuz się skłonił.

 

― Każesz mi pani szukać mieszkania?

 

Marynka zawahała się nieco, łzy jej pobiegły z oczów, otarła je żywo.

 

― Chciałabym na wieś powrócić ― szepnęła.

 

― O tym spokojniejszą chwilą pomówić by należało; tak nagle niepodobna się stąd oddalić. 

Sama sprawa, jeżeli jej uniknąć nie będzie można, wymaga bytności pani.
 

― Zosiczowa będzie ze mną ― szepnęła, jakby sama siebie uspokoić chciała, biedna 

kobieta. ― Dokądkolwiek bądź... do pierwszego lepszego hotelu mnie i ją racz pan przewieźć. Za 
chwilę będę gotową. Nie biorę z tych miejsc nic, bo nic oprócz tego, com z domu przywiozła, nie 
należy do mnie.
 

Zwróciła się ku drzwiom, spojrzała na barona, czy się nie sprzeciwia. Percival stał gotów do 

posługi, nie odzywając się wcale.
 

Upewniona i uspokojona Marynka znikła. Francuz nie ruszał się z miejsca, zadumany, 

niedostrzeżone pół uśmieszku smutnego błąkało się po jego wargach.
 

Na dole oczekiwał na niego Volanti, ale baron wcale nie myślał ani schodzić do niego, ani 

się tłumaczyć. Chociażby miał gniew ściągnąć, ważył się najprzód służyć nieszczęśliwej kobiecie, a 
nie poczuwał się wcale do obowiązku stawania w obronie oszusta i awanturnika.
 

Tak go teraz nazywał, a w rycerskiej gotowości do poświęcenia dla nieszczęśliwej ofiary ― 

któż wie? ― było może wiele nierycerskiej rachuby na przyszłość.
 

Marynka mogła być wolną, a Percival sądził, że po tym, co doświadczyła i przebyła, nie 

mogła drożyć się z sobą. Serce miała nie zajęte.
 

Co do powrotu na wieś, ten tak się baronowi zdawał niemożliwym, iż gdy o nim pomyślał, 

śmiać mu się chciało...
 

A teatr? sława? sztuka? możnaż to było tak łatwo i bez żalu porzucić?

 

Słowem, ta chwila, z której mógł korzystać baron, zdawała się nadchodzić; czekał na nią 

długo, uśmiechało mu się, iż oczekiwanie nadaremne nie było.
 

Przyszło mu na myśl, że gdy dwie kobiety do powozu na dół sprowadzać będzie, Volanti 

spostrzeże je, domyśli się, może chcieć żonę zatrzymać? Co w takim razie miał zrobić? Bądź co 
bądź, zdało mu się, że po stronie pani musiał stanąć.
 

Volanti w istocie był na dole, ale w takim stanie ducha, tak w sobie pogrążony, zły, 

nieprzytomny, że nic słyszeć nie mógł, nic nie widział, sam sobą nie władał.
 

Zamknął się w swoim pokoju, na przemiany chwytał rum, to wodę, pił, rzucał się, zamyślał i 

niepodobieństwem mu było, czy się uspokoić, ani coś stanowczego postanowić.
 

Nie przewidywał on, jak się zdaje, ani rychłego uwiadomienia Marynki, ani wrażenia, jakie 

ono wywrzeć miało, i jego skutków.
 

Na myśl mu nawet nie przyszło, aby go natychmiast opuścić mogła.

 

Złość miał tylko do tej starej baby, która ścigała go aż tutaj i mogła mu przyczynić 

kłopotów. Pozbyć się jej jakimkolwiek kosztem najrychlej było jego głównym zadaniem.
 

Nie spostrzegł więc, gdy Marynka z Zosiczową wyszły, siadły do powozu, a baron z nimi 

odjechał. Dopiero turkot powozu przypomniał mu Percivala i zdziwiło go, że nie rozmówiwszy się 
z nim, nie przyszedłszy do niego, oddalił się..

background image

 

Nie wiedział, co z tego wnosić, ale powiedział sobie, iż prawdopodobnie nic ważnego nie 

zaszło, a baron nie chciał go niepokoić...
 

Czekał... czekał tylko, rychło pani Izaura lub od niej kto do niego się zgłosi.

 

Nie chciał się krokiem oddalać z domu, aby układu nie przewlec. Przygotował pieniądze, 

którymi sądził, że wymagania zaspokoi, i w gorączce tej oczekiwania, nie mogąc jeść, choć od rana 
nic nie miał w ustach, nie chcąc spocząć, rzucał się jak zwierz w klatce.
 

Po kilku godzinach nadaremnego wyglądania otworzył drzwi, zawołał sługę, dowiadując 

się, czy listu lub posłańca jakiego nie było, i otrzymawszy przeczącą odpowiedź, czekał znowu.
 

Dzień prawie upływał w tym nieznośnym stanie niepewności i wyczekiwania.

 

Już się zmierzchało, gdy dorożka zajechała przed dom i ż niej wysiadła Lacerti..

 

Zamiast iść na górę do pani, zapukała do drzwi dyrektora, który je otworzył, spodziewając 

się kogo innego, i zobaczywszy ją, rzucił się gniewny.
 

― Nie mam czasu! ― zawołał.

 

― Przepraszam ― odpowiedziała, wciskając się, Laura ― nie przychodzę we własnym 

interesie. Jakaś nieznajoma kobieta, która utrzymuje, że jest waszą pierwszą żoną, na kolanach 
mnie uprosiła o pośrednictwo w jej sprawie.
 

Volanti zmarszczył się strasznie, twarz mu krwią nabiegła tak, że się stała fioletową. 

Zamknął drzwi z trzaskiem za wchodzącą.
 

― Czego ona chce, ta kobieta? ― zawołał ― mów! Lacerti udawała bardzo obojętną i 

poważną, a nawet litującą się nad biednym dyrektorem.
 

― Uspokójże się pan ― rzekła siadając. ― Czego ona chce, tego się łatwo domyśleć.

 

― Pieniędzy! ― przerwał gwałtownie Volanti. ― Dobrze... rewolwer mi do gardła 

przykłada? Ile chce? Mów!
 

Lacerti, jakby przestraszona tym wybuchem, głową poruszyła, okazując zdziwienie.

 

― Mówmy o tym z zimną krwią, kochany dyrektorze ― rzekła ― ja jestem tu tylko 

pośredniczką i posłem.
 

― I najprzód mi pani musisz za to ręczyć, jeżeli chcesz co dla niej zyskać, że wieść o tej 

napaści nie rozejdzie się, że mi pokoju nie zamąci... Mam płacić, bardzo dobrze, ale nie inaczej, 
tylko, gdy ta awanturnica z biletem jazdy będzie siedziała w wagonie. Ani godziny jej tu dłużej nie 
dam pozostać.
 

Lacerti ciągle z wielkim chłodem, na przekór mu doskonale odegrywanym, przerwała:

 

― Ale, panie dyrektorze... ale, panie Volanti, mówmy spokojnie, nie gorącuj się pan.

 

Volanti, w miarę jak mówił, przeciwnie, coraz się okrutniej unosił.

 

― Ja nie mogę mówić o tym z krwią zimną! ― wołał ― ta kobieta czyha na życie moje, na 

sławę, na szczęście!
 

― Panie dyrektorze, ale ona ma pewne prawa...

 

― Żadnych! żadnych! ― wybuchnął Volanti. ― Awanturnica... niegodziwa!

 

― Gdyby w istocie żadnych nie miała, nie wykupywałbyś się pan od niej.

 

― Ja? ale ja tak się wykupuję, jak bym na gościńcu rozbójnikom oddawał sakiewkę.

 

― Panie dyrektorze!

 

Perswazje Laury, która ze złośliwością scenę tę przeciągała, nic nie pomagały; Volanti 

burzył się, pilno mu było dokończyć. Nie dając już mówić Włoszce, począł z pasją:
 

― Powiedz jej pani, że dostanie ― tu się namyślił ― tysiąc, półtora tysiąca rubli, a niech 

się stąd wynosi.
 

Laura spojrzała na niego i głową poruszyła znacząco. Volanti zrozumiał ruch ten, jakby 

Włoszka ofiarę znajdowała za małą.
 

― Dam dwa tysiące i niech ją szatani stąd wynoszą! ― zawołał.

 

Lacerti, gdyby nie obawa zemsty i zdradzenia się z uczuciami, byłaby się na głos rozśmiała 

z tej popędliwości Volantiego, dowodzącej trwogi.
 

Zamilkł w końcu i chodził zdyszany, trąc włosy na głowie.

 

Lacerti siedziała.

 

― Dobrze więc, jadę ― rzekła ― doniosę o tym, coście mi opowiedzieli, i przywiozę wam 

background image

odpowiedź. Albo ― dodała ― może byście woleli, abym napisała?
 

― Nic, żadnych pism w tej sprawie ― przerwał dyrektor ― i warunek, aby natychmiast 

opuściła miasto.
 

Piękna Włoszka, widząc pośpiech jego i niecierpliwość, z tym większą powolnością 

podniosła się z krzesła, poszła do zwierciadła poprawić włosy i uśmiechając się, zaczęła się żegnać.
 

Szydersko niemal zapytała go w progu.

 

― A zatem dwa i wyjazd natychmiast? Volanti drżał.

 

― Dwa! półtrzecia! trzy! Niech ze mnie skórę zedrze! ― zawołał ― a niech ją diabli stąd 

niosą!
 

Tym razem Lacerti się rozśmiała i odeszła z tym śmiechem do powozu.

 

Francuz ochłonął po jej wyjściu, padł na kanapę, zadumał się.

 

W pokoju zaczynało być ciemno, zawołał o światło.

 

Przyszło mu na myśl sługi o żonę zapytać.

 

― Pani wyjechała na miasto z Zosiczową i jeszcze nie powróciła ― rzekł sługa.

 

― A obiad?

 

― Nie było żadnej dyspozycji.

 

― Co się stało z baronem?

 

― Pojechał także.

 

We trzy dni po owej katastrofie stanowcze jej rozwiązanie, które Volanti chciał 

przyśpieszyć, nie przyszło jeszcze do skutku.
 

Wymagania pani Izaury za radą jej przyjaciół podniosły się do takiej wysokości, że Volanti, 

mimo gotowości do ofiary, musiał się oprzeć. Dawał trzy, żądano od niego dziesięciu. Dyrektor 
wściekał się.
 

Wiadomość o wyjeździe żony i opuszczeniu przez nią domu przyjął stosunkowo obojętnie 

prawie. Krok ten uważał za kaprys chwilowy i był pewien, że gdy się z panią Izaurą ułoży, żona do 
niego powróci.
 

Niepokoił się tym mniej daleko niż sprawą z awanturnicą, która zaczynała obiegać miasto i 

dawała temat do najdziwaczniejszych plotek.
 

Nieprzyjaciele Volantiego a protektorowie pani Izaury nasycali się trwogą Volantiego i 

położeniem, w jakim go widzieli.
 

Lacerti po rozmowie, którą powtarzała wszystkim, zaklinała się, że należało stać twardo, a 

dyrektor dziesięć i ile by zażądano, dać musi.
 

― Żona mu to wyśpiewa! ― mówiła Laura. ― Umiał dobrze zrobić z niej pierwszorzędną 

gwiazdę... pieniądze będą mieli... a Litwinka nie będzie miała co lepszego do zrobienia, tylko do 
gniazda powróci. Spółka z Volantim nadto dla obojga korzystna.
 

Ostatniego dnia z porady Lacerti żądano oprócz owych dziesięciu tysięcy jeszcze kosztów 

podróży.
 

Żądanie to przywiozła Laura wieczorem Volantiemu, który był już cały tym targiem 

znużony i rozdrażnienie, w jakim go widziała pierwszym razem, zmieniło się w jakieś nieme 
osłupienie.
 

Włoszka, pocieszała go, litowała się, przypatrywała mu się, usiłowała odgadnąć, radziła 

ciężkie przyjąć warunki i niemało zdziwioną została, gdy Volanti, wysłuchawszy jej szczebiotania z 
jakimś chłodem i rezygnacją, dla niej niezrozumiałą, odparł krótko:
 

― Potrzebuję czasu do namysłu... Zatem do jutra... do wieczora ― poprawił się zadumany 

― tak, do wieczora...
 

Zwłoka ta, po pierwotnym pośpiechu, zastanowiła mocno Laurę.

 

― Czy nie lepiej by prędzej to skończyć? ― wtrąciła. Volanti stanowczo powtórzył raz 

jeszcze:
 

― Do jutra... do wieczora.

 

Włoszka, zobaczywszy, że brał za kapelusz i rękawiczki, nie mogąc odgadnąć, dokąd się 

wybierał, musiała go, mocno tym zaintrygowana, pożegnać.
 

W chwilę po niej Volanti już był także w powozie i kazał się wieść do prawnika, który we 

background image

wszystkich jego interesach był mu doradcą. Był to rodem Serb, Korabicz, człowiek lubiący życie, 
wesoły, na pozór otwarty, bystro pojmujący, umiejący chodzić około sprawy, a przebiegłością i 
zręcznością wsławiony. Brano go tylko do zrozpaczonych spraw, bo sobie ogromnie płacić kazał.
 

Korabicza trudno było zastać w domu, spraw miał na głowie więcej, niż mógł obronić, 

oprócz tego nie opuszczał wieczorów w klubie, grywał, a i bale bogatych kupców i mieszczan nie 
obchodziły się bez niego.
 

Jako człowiek „lubiący życie” Korabicz utrzymywał chętnie stosunki z Volantim, bo przez 

niego miał wstęp za kulisy i znajomości z teatralnym światem, który mu najlepiej do serca 
przypadł.
 

Szczęściem jakimś dyrektor znalazł go jeszcze w domu, nakładającego rękawiczki i 

wybierającego się do klubu.
 

Zawsze wesoły jurysta powitał chmurnego dyrektora żartobliwym:

 

― Cóż ty u mnie robisz o tej godzinie? Wszak wiesz, że dla starego kawalera (staro wcale 

nie wyglądał) klub ma swoje prawa.
 

Spojrzenie na ponurą i zmienioną twarz przyjaciela natychmiast ton tego przywitania 

zmieniło.
 

― Co ci to jest? ― począł troskliwie Korabicz. Volanti już leżał na kanapie.

 

― Na miłość Bożą, odłóż swój klub, a posłuchaj mnie ― zawołał. ― Przychodzę do ciebie 

po radę, jak do przyjaciela, ze spowiedzią, jak do ksiądza.
 

Spoważniał natychmiast Korabicz, zrzucił rękawiczki, zadzwonił na sługę.

 

― Samowar i herbata! ― rzekł i przysunął się do Volantiego.

 

Widział już, że rzecz być musiała bardzo serio.

 

Francuz, przygotowując się do opowiadania, zbierając myśli, milczał długo; Korabicz 

czekał z przykładną cierpliwością.
 

― Przebyłem w życiu wiele ― począł wreszcie Volanti ― nie jestem już młody, a bardzo 

młodo żyć począłem... W tych latach popełnia człowiek zwykle głupstwa, za które potem czasem 
do śmierci pokutować musi.
 

Korabicz te oklepane prawdy, głową kiwając, potwierdzał.

 

― Byłem młody ― mówił dalej wzdychając Francuz ― gdym się ożenił z bardzo ładną 

dziewczyną. Tak, była piękną jak anioł, lecz nic więcej, jeżeli chcesz, zepsuta jak szatan. Krew 
trzech komediantów miała w sobie. O pożyciu z nią nie ma co mówić; było to piekło. Zostałem 
zmuszony w końcu rozstać się z nią. Pobraliśmy się we Francji, nie dano nam tam rozwodu, ale 
separację. Ona poszła w swoją stronę, ja w swoją. Nie wiedziałem nawet, co się z nią dzieje. 
Spotkał ją taki los, na jaki zarobiła... awanturnica!
 

Volanti coraz głos zniżał.

 

― Nie mam się nad czym rozciągać ― dodał ― wiecie, żem się tu niedawno ożenił. Ta 

kobieta z jakimiś wymaganiami spada mi tu na kark. Chcą mnie ze skóry obedrzeć. Przychodzę cię 
się radzić.
 

Korabicz milczał zasępiony.

 

― Separacja bez rozwodu ― rzekł ― jakże ci tu ślub dano? Nie rozumiem.

 

Volanti się zarumienił i milczał czas jakiś.

 

― Ja o pierwszym małżeństwie tym nie potrzebowałem mówić. Wykazałem się jako 

nieżonaty.
 

Prawnik się skrzywił bardzo.

 

― To fatalne! ― zawołał ― to fatalne! Przemilczeć o pierwszym małżeństwie...

 

― Czym to grozi? ― wtrącił dyrektor.

 

― Co najmniej bardzo przykrym procesem, skandalem i karą, jaką ściąga wszelkie 

fałszerstwo.
 

― Wyrobić się z tego nie można? ― spytał Volanti.

 

― Jużciż, jeżeli tamta pierwsza milczeć będzie, a nikt nie zdenuncjuje ― rzekł Korabicz ― 

ale zawsze sprawa brzydka...
 

Nastąpiło milczenie.

background image

 

Volanti leżał na kanapie w głębokim pogrążony zamyśleniu.

 

Prawnik pił podaną herbatę, którą zresztą nawykł był pijać przez cały boży dzień, bez 

ustanku, rzucał pytania, szeptali poufnie. Rozmowa szła jakoś smutnie.
 

Z niej dyrektor coraz się mocniej mógł przekonać, że się znajdował na łasce kobiety i na 

językach złośliwych ludzi prawie bezbronnym. Korabicz go też przekonywał, że drugiej żony 
odzyskać nie mógł się nawet kusić, póki by sprawa rozwiązana nie została. Nie było wyjścia, a 
drogi, którymi się wydobyć i ratować mógł próbować Volanti, szły takimi manowcami, które 
złotem brukować trzeba, aby na nich nie zagrzęznąć.
 

Około północy, po długich i nudnych naradach, roztrząsaniach, wskazówkach, jakich mu 

udzielił przyjazny prawnik, Volanti, który leżał ociężały i jak obezwładniony, wstał na koniec. 
Rękę zimną wyciągnął Korabiczowi.
 

― Dziękuję ci ― rzekł krótko.

 

― Cóż myślisz?

 

― Sam nie wiem! Muszę w istocie dobrze objąć położenie moje i znaleźć jaki środek 

ratunku ― ale jaki?
 

― Z mej strony ― dodał Korabicz ― w czym tylko mogę, chętną ci pomoc ofiaruję. Jako 

obrońca wszelką sprawę przyjmuję, tym bardziej twoją, choć jest zła.
 

Nic mu już nie odpowiadając, Volanti mocno ścisnął jego rękę, westchnął ciężko, kapelusz 

nałożył, zapalił cygaro i wyszedł powoli.
 

Przez cały dzień następujący ci, co radzi byli śledzić kroki Volantiego i domyślić się, co 

pocznie, nie mogli wpaść na trop jego. Wrócił od Korabicza do domu, ale służący powiadał, że się 
nie kładł spać. Światło u niego zapalone było do rana. W pokoju słyszano ruch ciągły. Bardzo rano, 
gabinet swój zamknąwszy na klucz, wyszedł na miasto. Powrócił na chwilę do domu, wyjechał 
znowu i nie oznajmując, kiedy będzie z powrotem, jeszcze raz ruszył do miasta.
 

Przybywająca po stanowczą odpowiedź Laura nie znalazła go jeszcze. Służący wpuścił ją do 

salonu, bo mu zaręczyła, że Volanti miał przybyć. Tymczasem zmierzchło się, ściemniło, noc się 
zrobiła; wniesiono światło, a dyrektora nie było.
 

Lacerti z coraz większą niecierpliwością spoglądała na bardzo ładny zegareczek, który miała 

u pasa; nie pojmowała, co się Volantiemu stało?
 

Myśli coraz czarniejsze przychodziły jej do głowy, ale wiedziała bardzo dobrze, że ani 

temperament ani wiek, ani charakter nie dozwalały przypuszczać, aby Volanti poszedł za 
przykładem Corsiniego.
 

Około godziny dziesiątej znudzona, zrozpaczona, gniewna, zniecierpliwiona Lacerti posłała 

po powóz. Widocznie dyrektor musiał szukać jakichś innych dróg dla uwolnienia się od 
awanturnicy, której ona zaręczyła po pierwszym z nią widzeniu się, że na wszystko, czego 
wymagać będzie, zgodzi się.
 

Wszystko więc teraz, wina cała spaść miała na nią!

 

― Potrzeba mi było kłaść palec między korę a drzewo ― szepnęła sobie po francusku ― 

dla głupiej rozrywki przypatrzenia się jego gniewom i szałom?
 

W istocie Włoszkę czekał teraz kłopot niemały z kobietą, która poszła za jej radą. 

Wróciwszy do domu, wykłamała się dosyć zręcznie, wszystko odkładając do jutra, ale wieczór był 
struty, całą noc zasnąć nie mogła. Kłóciły się z matką aż do pokazywania pięści.
 

Bardzo rano Lacerti była już u bramy domu, który zajmował Volanti. Tu ją przeciągnięte 

jakieś powitały twarze. Służba cała była na nogach, niepokój wielki.
 

Pan dyrektor wcale w domu nie nocował.

 

Jakiś przestrach i złe przeczucie owładnął wszystkimi. Sekretarz dyrektora porozsyłał na 

wszystkie strony, chcąc dostać języka; nigdzie go nie widziano.
 

Baron Percival, do którego dowiadywano się także, potrząsał głową dziwnie. Sekretarz 

wyśledził tylko, że w ciągu dnia dyrektor zabrał całą kasę i u bankiera, u którego miał kredyt, 
znaczną sumę zaciągnął. Wszystko to dawało wiele do myślenia.
 

Lacerti, rozpytawszy się ludzi, ściągnęła brwi, zacięła. usteczka i powiedziała sobie w 

duchu:

background image

 

― Uciekł!

 

Nie mówiła o swoim domyśle nikomu, ale pojechała wprost na dworzec żelaznej kolei. Tu, 

jak wszędzie, sławiona artystka miała nieznanych wielbicieli, którzy widywali ją w teatrze i radzi 
byli się przysługiwać.
 

Łatwo więc jej było, uśmiechnąwszy się jednemu z młodszych urzędników, uprosić go, aby 

się przepytał, czy dyrektor Volanti (znany także wielu) nie jeździł dokąd dnia wczorajszego.
 

Kasjer sprzedający bilety powiadał, że jego samego wprawdzie nie widział u siebie, ale 

spostrzegł go chodzącego po peronie i zdawało mu się, że dla niego ktoś kupił bilet do Berlina. Nie 
był tylko zupełnie pewnym, czy do Berlina, lub do Wiednia. Pamięć mu w tym nie dopisała.
 

Lacerti była tak jak pewną teraz, że nie omyliło ją przeczucie.

 

Nie podzieliła się wiadomością zdobytą z nikim, powróciła do domu, ale unikając następstw 

swojego po- średnictwa, zrobiła nazajutrz małą wycieczkę gdzieś w okolice, a matka mówiła, że 
wcale nie wiedziała dokąd.
 

Wprędce bardzo potwierdził się domysł Lacerti i dni następnych nie było już wątpliwości, 

że Volanti zbiegł, zabrawszy wszelkie fundusze, sprzedawszy, co się dało spieniężyć, zostawując w 
dodatku mnóstwo długów, wierzycieli i rachunków nie zaspokojnych.
 

Percival, opiekujący się teraz Marynką, z wielką oględnością i delikatnością zmuszony był 

przynieść jej tę wiadomość, która na nieszczęśliwej kobiecie wielkiego nie uczyniła wrażenia. Nie 
zmieniało to jej położenia, nie pogarszało ani polepszało.
 

Baron wnosił, aby podała prośbę o unieważnienie ślubu i wydanie rozwodu, na co się ona 

zgodzić nie mogła. Wstyd jej było.
 

Ani wolna, ani związana małżeństwem, porzucona tak na rozdrożu, wypłakawszy łzy, 

Marynka powtarzała jedno, że chce powrócić do Berezówki, zamknąć się w niej i uciec od ludzi.
 

Percival, nie wiadomo, czy przez rachubę samolubną, czy na jakiejś opierając się podstawie, 

utrzymywał, że prawnie ślub nie był unieważniony, a ona w spadku po zbiegłym mężu obowiązana 
odpowiadać za jego długi. Obiecywał jej pomoc dla wyswobodzenia od tego ciężaru, ale 
tymczasem nie mogła się spodziewać, ażeby ją z miasta wypuszczono, dopóki interesa Volantiego 
nie były uporządkowane.
 

Ci, którzy sprowadzili panią Izaurę, byli też w niemałym kłopocie. Rozbiegli się i pochowali 

wszyscy, została sama, zrozpaczona, na próżno kołacząc do drzwi zamkniętych, zmuszona 
sprzedawać swe pozłacane brosze i bransoletki. Ktoś jej wreszcie doradził udać się do barona, który 
przez kamerdynera wysłał jej kwotę potrzebną na zapłacenie kosztów podróży. Chora, z go- rączką, 
łzami i przekleństwami na ustach siadła Francuzica do wagonu, oznajmując panu Pipeletowi powrót 
swój do gospodarstwa.
 

Tego samego dnia, gdy Marynka z Zosiczową opuściła dom Volantiego, przenosząc się do 

hotelu, który baron jej wskazał, napisała natychmiast do majora, do jedynego pozostałego opiekuna, 
od którego dawno bardzo nie miała już wiadomości.
 

Prosiła go w liście o jakąkolwiek pomoc, malowała mu okropne położenie swoje i 

oznajmowała, iż powróci do Berezówki.
 

List ten wyprawiła z trwogą w sercu; był on ostatnim ratunkiem, jedyną nadzieją. Obawą 

napełniało ją to, że major ani jego siostrzeniec, od bardzo dawnego czasu, od wyjazdu Krzewskiej, 
znaku życia nie dawali. Nie miała od nich żadnego listu, żadnej wiadomości.
 

Dawniej Kulwisz, choć mu to z trudnością przychodziło, pisywał chętnie. Posługiwał się 

Jurasiem w listach, donosił o tym, co się w Berezówce działo, nawet o drobnych szczegółach, 
mogących zająć i zabawić Marynkę, teraz milczenie miało coś w sobie wzbudzającego obawę.
 

Marynka pisywała, nie odbierając odpowiedzi.

 

Domyślała się nieco, iż pani Ildefonsa po powrocie musiała Kulwiszowi takie rzeczy 

rozpowiadać o swym pobycie, które go zniechęciły, lecz nawet w najgorszym razie mógł się 
odezwać choć chłodno, powinien był donosić, co się działo z Berezówką.
 

W Berezówce pod te czasy zaszły smutne zmiany, iż milczeniu dziwić się nie było można.

 

Krzewska, powróciwszy do swej marszałkowej, zaczęła w istocie od tego, że w świetle 

najstraszniejszym odmalowała Marynkę i jej życie. Rozeszło się to po są- siedztwie, dobiegło do 

background image

uszu majora, i Kulwisz, przerażony, pojechał umyślnie sprawdzić pogłoski, którym nie chciał 
dawać wiary.
 

Krzewska nie wahała się najczarniejszymi kłamstwy odmalować postępowanie Marynki, 

utrzymując, że była zgubioną na wieki. Powrót swój tłumaczyła tym, że na okropności, jakie się 
tam działy, patrzeć nie chciała.
 

Major dobroduszny, łatwowierny, nie przypuszczający takiej przewrotności w kobiecie, 

która zawsze jeszcze dla niego miała w sobie coś z dawnego ideału, zgryzł się tym straszliwie, w 
rozpacz go to wprawiło niemal.
 

Chciał w początkach jechać sam, aby pupile wyrwać stamtąd, lecz wiadomość o wyjściu jej 

za mąż dobiła go tak, że zachorował.
 

Małżeństwo to potwierdzało część potwarzy, które Krzewska z sobą przywiozła.

 

Biedny Kulwisz, mimo swojego wieku trzymający się dotąd rześko, nagle, jakby wybuchem 

dotąd wstrzymywanych chorób i dolegliwości przyciśnięty, musiał pójść do łóżka i nie mógł już 
wstać z niego.
 

Artrytyczne bóle, pedogra, nerki, wątroba znalazły się razem w spisku, aby mu ostatek dni 

zatruć. Doktora potrzeba było nieustannie, kąpieli, lekarstw, a nic nie pomagało.
 

Juraś musiał gospodarować za niego i chorego doglądać.

 

Biedne chłopczysko starczyło, jak mogło i umiało, zadaniu nad siły.

 

Na dobitkę złego w Kącie zaczęło się psuć wszystko na polach, w ogrodach; grad, pomorek 

na bydło, posucha, deszcze jakby się zmówiły.
 

Major się niecierpliwił i choroba rozdrażnieniem się powiększała.

 

W Berezówce szło nie lepiej.

 

Juraś się musiał rozrywać, aby wszystkiego dojrzeć, a ludzie z jego nieświadomości i 

niedoświadczenia korzystali.
 

Na ostatek Dziwulski, z porady jakiegoś prawnika wynalazłszy najdziwniejsze pretensje do 

majątku zmarłej żony, począł proces oburzający, niesprawiedliwy, lecz wymagający pilności i 
narażający na koszta.
 

Spiknęło się wszystko na biednego majora. Jednego wieczoru, gdy Juraś przy chorym 

siedział, chłopak go od łoża wywołał i pokazał łunę na niebie w stronie Berezowicz i Berezówki.
 

Nie mówiąc nic wujowi, wyrwał się Juraś, siadł na konia i w cwał lecąc przez pola, dopadł 

na miejsce, gdy już ostatki budowli w Berezówce, gumna i sterty dogorywały.
 

Przyczyny pożaru nikt nie mógł dośledzić, szkoda była ogromna, a w tym stanie, w jakim 

majora interesa teraz się znalazły, niepowetowana, nieobliczona.
 

Juraś struchlał z boleści... Choremu trudno było nawet powiedzieć o tym. Podatki zalegały 

nie opłacone, proces wisiał nad karkiem, pól nie było czym zasiać. Położenie stawało się 
rozpaczliwym.
 

Przez kilka dni Juraś mimo łez, których oczy miał pełne, nie mówił słowa, nie wydał się z 

tym, co cierpiał. Szło mu o chorego.
 

W niebytności jego przybyły przypadkiem Żantyr wygadał się z Berezówki pożarem. 

Uczyniło to na majorze takie wrażenie, iż tegoż dnia pod wieczór dostał gorączki, majaczyć zaczął, 
zrywać się z łóżka i gdy doktor powołany przybył, pomimo leków i najdzielniejszego ratunku w 
kilka dni życia dokończył.
 

Juraś pozostał sam z kamieniem u szyi, a z niedoświadczeniem swym, nieśmiałością i 

obawą uczynienia kroku... tak znękany swym nieszczęściem, iż ręce tylko łamał, modlił się i płakał.
 

Na nadchodzące listy Marynki nie mógł, bo nie umiał- by był odpisywać. Z wolna jednak 

konieczność radzenia sobie, samo położenie bez wyjścia zmusiło go do oprzytomnienia i szukania 
środków ratunku.
 

Znalezienie ich byłoby mu przyszło z ciężkością, gdyż nadto był przygnębiony na duszy i 

umyśle, żeby się sam podźwignął, lecz Opatrzność w pomoc mu przyszła.
 

Juraś w kożuszynie, w butach podartych, nie przyodziany włóczył się około osieroconego 

Kąta, gdy stary Żantyr, który już od czasu pogrzebu majora widział go w tym stanie, a potem od 
ludzi słyszał, że z desperacji głowę zupełnie stracił, przywlókł się do niego.

background image

 

Prosty to był człek, zadomowiony, zardzewiały, cały w swoich organach i chwale Bożej, 

zwykle milczący, ale wielkiego serca. Nawykł do zegarowego życia między plebanią a 
kościółkiem, skostniały tą monotonią zajęć i już latami ociężały, Żantyr, gdy mu się serce 
poruszyło, stawał się innym człowiekiem.
 

Przywiązanie jego do nieboszczki Dziwulskiej i Marynki, o której losach słyszał od Jurasia, 

a dawniej od majora, podbudziło go do przekonania się w miejscu, czy Poterski, na którego teraz 
spadło staranie się o Berezówkę, da sobie radę z interesami. Spodziewał się powrotu Marynki, 
niepokoił się o nią, żal mu było tej ruiny, do której może tęskniła biedna wygnanka. Poszedł więc 
do Kąta zobaczyć, co się tam dzieje.
 

Zastawszy Jurasia bladego, wychudzonego, z oczyma wpadłymi, w koszuli brudnej, w 

butach na bose nogi wdzianych, lamentującego i ręce łamiącego, Żantyr dał mu się najprzód 
wyjęczeć i wyskarżyć. Nie mówił słowa, stał, słuchał i patrzał.
 

Gdy w końcu chłopak z rozpaczy przeklinać zaczął swoją dolę, stary się obruszył:

 

― Tfu! do kata! ― zawołał ― a to mi z wacana mężczyzna i człek! Nie na darmo cię 

nieboszczyk nazywał ciamajdą! Pytam się ja, w twoim wieku, z siłą, zdro- wiem, rozumem, żebyś 
jak stara baba szpitalna żale rozwodził z założonymi rękoma. To mi dopiero zuch! Przez te dni, co 
wacan tu siedząc na łóżku piszczysz, gdybyś poszedł z siekierą do lasu, to byś na nowy dwór do 
Berezówki kilka sosen spuścił. Tyle by było zysku, a z tych babskich ślamazarnych łez co? Wstydź 
bo się! Pan Bóg pomaga tylko tym, co pracują i odwagę mają, a gdy widzi tchórza i niedołęgę, to 
się od niego odwraca!
 

Spostrzegłszy, że Juraś zdziwiony oczy na niego zwrócił, Żantyr, postukując kijem w 

podłogę, mówił dalej:
 

― Co na mnie wytrzeszczasz oczy! Mówię świętą prawdę. Ano! Gdyby o wacana jednego 

chodziło, może bym zmilczał, ale na nim tej sieroty ostatni przytułek. Kto wie, co się z nią tam 
stanie, ona może być zmuszoną uciec do Berezówki, a znajdzie ruinę, kupę gruzów i ogorzałe belki.
 

― Ale cóżem ja winien temu? ― przerwał Juraś.

 

― Któż cię obwinia? Co się stało, to było dopustem Bożym ― rzekł Żantyr ― a do ciebie 

należy naprawić, co można, i nie tracić męstwa. Masz, panie, Kąt, który ci po Kulwiszu został, 
masz przyjaciół majora do porady, ruszajże się, otrząśniej z tego lenia i do roboty!
 

Juraś, połajany, zaczął od tego, że idąc za sercem swym, wstał i poszedł uściskać Żantyra, 

dziękując mu za jego słowa prawdy.
 

Organista tedy ośmielony dodał mu bodźca i' ostatecznie tak jakoś poruszył, ośmielił, że 

Juraś dał mu słowo zaraz nazajutrz wziąć się do roboty.
 

Od czego miał zacząć, nie wiedział dobrze, lecz postanowienie było mocne. Odszedł Żantyr, 

trochę uspokojony, wskazawszy jeszcze Poterskiemu regenta do rady, który był nieboszczyka 
przyjacielem.
 

Juraś pojechał do niego. Szło o obronę Berezówki od napaści Dziwulskiego, oprócz tego 

trzeba było na Kąt pożyczyć, aby budowle nowe stawić, nasienie kupić itp.
 

Juraś, raz się zaprzągłszy do pracy, już jakoś szedł dalej i coraz mu było łatwiej. Ale na listy 

Marynki nie miał odwagi odpisywać.
 

Kochał się w niej biedny tą miłością czystą duszy pobożnej, człowieka niezużytego, 

brzydzącego się grzechem, miłością eks-kleryka idealną, z modlitwami zmieszaną i patrzącą w 
obłoki. Opłakał zamążpójście Marynki, lecz i ono z serca mu wyrwać nie mogło jego przywiązania 
do niej, uczyniło je tylko jeszcze bezinteresowniejszym.
 

Bez żadnej nadziei biedny Juraś w milczeniu gotów się był dla niej poświęcić. Rano i 

wieczorem modlił się na jej intencję. Gotów był Kąt swój zadłużyć, a nawet sprzedać, sam pójść w 
służbę, byle Berezówkę oddać jej w dobrym stanie.
 

Miała w nim i wuju jego zaufanie, powierzyła im ją, Juraś się czuł związanym.

 

Czyby sobie był dał sam rady, nie wiemy; lecz jak w porę mu zjawił się Żantyr z wyrzutami, 

tak w kilka tygodni nowy człek, zupełnie nieznany, spadł mu z obłoków na ratunek.
 

Mówiliśmy już, że major Kulwisz nie miał rodzeństwa, tylko tę jedną siostrę, która poszła 

za Poterucha, wiedziano, że był z linii męskiej ostatnim. O innych Kulwiszach na Litwie jakoś 

background image

słychać nie było. Lecz wieść o śmierci starych kawalerów i bezdzietnych ludzi rozchodzi się 
zawsze żywo, z różnymi dodatkami, a marzenia o spadkach są u nas szczególniej niemal chorobą 
szlachecką. Na prosty posłuch o jakimś zmarłym imienniku, dalekim powinowatym, zjawia się 
zawsze mnóstwo mniej więcej uprawnionych do zagarnięcia po nim spuścizny.
 

Tak też i po zgonie majora Kulwisza, bezdzietnego kawalera, a dziedzica wioseczki Kąt, 

dobrze zagospodarowanej, ocknął się w Kowieńskiem jakiś Kulwisz i je- nego ranka, gdy Juraś 
około dworku gospodarował, zobaczył kałamaszkę parą koni zaprzężoną, zatrzymującą się przed 
bramą.
 

Wysiadł z niej młodzik jego wieku, opalony, dosyć miłej twarzy, z gęstym wąsem 

zuchowato zakręconym, ubrany chędogo, ale skromnie. Na zapytanie, czego by sobie życzył, 
przybyły jakoś pomyślawszy zmydlił.
 

Nawzajem spytał, czy to by był Kąt nieboszczyka majora Kulwisza, i dowiedziawszy się, że 

do niego trafił, wyjąknął, że rad by się od kogo dowiedzieć coś o nieboszczyku, bo należał do jego 
rodziny.
 

Juraś, bardzo gościnny i uprzejmy, zaraz go z sobą do dworu poprosił, śniadanie kazał 

podać i o wuju rozprawiać mu zaczął, nie bardzo nawet dopytując, z kim miał do czynienia.
 

Przyjezdny napił się wódki, chleba z masłem i wędliny zjadł dosyć, słuchał z uwagą i w 

oczy Jurasiowi patrzał.
 

Poterskiego o kłamstwo lub udawanie nikt w świecie posądzić nie mógł, taka to była natura 

jawnie i serdecznie poczciwa.
 

A że Juraś dawno przed kim nie miał się wyspowiadać ze swych kłopotów, gdy go raz 

wyciągnięto na słowo, wyśpiewał co do joty wszystko, co miał na sercu, tajemnic żadnych nie miał.
 

Im dłużej mówił, tym się dziwniej przybyłemu lice rozjaśniało, słuchał i uśmiechał się.

 

Zdawało się go to zajmować mocno. Na ostatek wstawszy, począł Poterskiego ściskać i na 

głos się śmiać.
 

Nie było z czego. Juraś, mimo całej swej dobroci, zmieszał się.

 

― Przebacz, kochanku! ― rzekł wesoło przybyły. ― Jak Boga kocham, nie mogłem się 

wstrzymać, ale ci wytłumaczę zaraz dlaczego. Byłem najpewniejszy, jadąc z Puciszek od rodziców, 
że coś tu podobnego dostanę.
 

Nie i nie, wypędzili mnie gwałtem za sukcesją. Głowę im ktoś nabił, że Kulwisz nikogo z 

rodzeństwa nie miał. Ale u nas to zawsze tak...
 

Tu dopiero Kazio Kulwisz z Puciszek zaczął opowiadać, jakie się tam wieści rozeszły o 

spuściźnie po majorze, jak go rodzice gwałtem do podróży zmusili itp. Śmiał się sam z siebie, że 
taki kawał drogi darmo się strząsł, ale dodawał, że z domu wyruszając, z góry był pewien, że tu nic 
innego nie znajdzie krom zawodu.
 

Między dwoma jednego wieku chłopakami zawiązała się teraz przyjaźń wielka. Jurasiowi 

ten Kulwisz nadzwyczaj przypadał do serca, a Kazio też tego krewniaka pokochał. Chociaż 
charaktery ich wielce się różniły, lecz, poczciwi obaj, mieli też wiele wspólnego.
 

Kulwisz młody nie był nigdy klerykiem, wychował się na wsi, na swobodzie, trochę było w 

nim urwisza, ale poczciwego.

background image

 

Żywy, czynny, nie mógł sobie dotąd znaleźć zajęcia, bo ich trzech było w Puciszkach przy 

ojcu, a on najmłodszy. Sam nie wiedział, co z sobą robić.
 

Tego dnia nagadać się nie mogli do późnej nocy, tak im z sobą dobrze było. Musiał Kazio 

dać słowo, że choć tydzień odpocznie w Kącie...
 

Nazajutrz wiedział już całą historię Marynki, trzeciego dnia pojechali oglądać Berezówkę. 

Kulwisz, choć obcy, przy dosyć powolnym i nieśmiałym Jurasiu tak się już rządził, jakby był we 
własnym domu.
 

Pod koniec tygodnia chodził z kluczami do spichrza i pojechał pola oglądać.

 

Nadszedł był Marynki list do majora nieboszczyka, o którego śmierci nie wiedziała, 

proszący go, aby jej w pomoc przybywał, i oznajmujący, że chce do Berezówki powracać.
 

Juraś, wielce strapiony, gościa wziął do porady, co miał począć. Napisać i nieszczęśliwą już 

kobietę listem jeszcze zgnębić nie godziło się. Milczeć też było niepodobna.
 

Już wpadł na tę myśl, że gdyby się sam mógł dostać do niej, powoli ją przygotować i 

wytłumaczyć, najwłaściwszym by to może było.
 

Ale jakże tu Kąt i Berezówkę na lada oficjalistę zostawić, a interesa, a gospodarstwo! 

Podróż trwać mogła długo.
 

W końcu tygodnia Poterski tak był się przywiązał do Kazia, że gdy ten się w drogę do 

Puciszek na powrót wybierać zaczął, wyprosił jeszcze u niego trzy dni.
 

Byli z sobą jak bracia rodzeni. Kulwisz Jurasiowi odwagi dodawał, Poterski go tamował 

nawzajem, gdy sobie nadto pozwalał.
 

Rozmowy o Marynce nie ustawały i Kazio w końcu, śmiejąc się, zarzucił Poterskiemu:

 

― Ale ty bo się w niej kochasz!

 

Juraś spiekł takiego raka, że się zdradził, ale natychmiast wytłumaczył się, jaka to jego 

miłość była. Że najprzód miał jakąś nadzieję doprowadzenia jej do sakramentu, że teraz, gdy tej 
został pozbawiony, chociaż uczucia z serca wyrwać nie może, ale uchowaj Panie Boże! żadnej 
grzesznej myśli nie ma i najczystsze tylko uwielbienie.
 

Kulwisz, słuchając, śmiał się.

 

― Gadaj sobie, co chcesz ― rzekł ― kochanie kochaniem. Nie ma w tym złego nic. 

Biednej kobiety szkoda, a i ciebie żal. Jeżeli ci się zdaje, żeś ty tam na co potrzebny, no to jedź!
 

― Dobrze ci mówić: jedź!... z czym? jak? ― odparł Juraś. ― Najprzód, że i pieniędzy nie 

mam, potem jakże ja tu wszystko tak na łaskę Bożą zdam i na tego głupiego Czemczewicza!
 

― Słuchaj ino! ― przerwał, stanął przed nim butnie i w boki się biorąc Kulwisz ― a 

gdybym ja tu został na twoim miejscu? Wprawdzie ty mnie mało znasz, jednak zaręczyć mogę, że 
jak ja się tu wezmę do gospodarstwa i ludzi, gorzej nie będzie, niż bywało. Jurasiowi z radości oczy 
się zaiskrzyły.
 

― Pieniędzy ci na drogę nie dam ― dodał Kulwisz, dobywając sakiewki zielonej, 

staroświeckiej, z kieszeni, w której trochę musztynów i srebra się kołatało ― bo ojciec mi na drogę 
tak obrachował grosz, że nie miałbym o czym powrócić. Patrzaj!
 

I wysypał na stół, co miał.

 

Juraś ani chciał patrzeć; myśl ta, że w domu go mógł Kulwisz zastąpić, wielce mu się 

uśmiechała. Szło o pieniądze.
 

― Mnie by wiele nie potrzeba ― rzekł ― bom gotów o suchym chleba kawałku... ano, 

zawsze podróż długa.
 

Wpadali na różne myśli. Juraś był nawet gotów Żydom kilkadziesiąt sosen sprzedać, 

zachowywanych od dawna, bo kiedyś na masztowe wyrosnąć miały.
 

Z południa na te ich rozprawy nadszedł stary Żantyr. Był on tu już raz w czasie pobytu 

młodego Kulwisza i cieszył się, że on Jurasiowi ducha dodawał. Zaczęli rachować, co sosny miały 
zrobić, gdy organista, mocno się zmachawszy, wyjąknął:
 

― Dajcie no pokój! Niechaj mi Poterski da skrypt, że mnie poczciwie pochować każe i 

dwadzieścia mszy za moją duszę zamówi, gdy umrę, dam sto rubańców, com je na pogrzeb 
schował...
 

Zawahał się Juraś z przyjęciem tej ofiary, lecz Żantyr nalegać zaczął. Kulwisz go popierał; 

background image

uśmiechała się nadzieja zobaczenia Marynki!
 

Można było przewidzieć, że w końcu Żantyr ruble swe przyniesie i że one przyjęte będą. 

Tak się też stało.
 

Poterski, który mało w życiu podróżował, sam sobie nie bardzo radzić umiał, jadący na 

pomoc biednej kobiecie do kraju i miasta, którego wcale nie znał, było to przedsięwzięcie 
zuchwałe, niemal śmieszne. Jednak w oczach Jurasia, gdy szło o tę kobietę, nie było 
niepodobieństwa, czuł się zdolnym do wszystkiego.
 

Zaczął się wybór w drogę. Trzeba było najprzód do regenta jechać dla informacji, dla 

uzyskania wskazówek, instrukcji, bo regent bywał w stolicy. Przyjaciel majora, człowiek bardzo 
bystry, który nieraz od nieboszczyka słyszał o Jurasiu, że jest ciamajdą, i znał jego nieśmiałość, 
nieporadność, posłyszawszy o projekcie podróży, zdziwił się mocno i o mało się nie rozśmiał w 
oczy przybyłemu.
 

― Co waćpanu w głowie?... po co?... na co?... z czym? Przepadniesz tam i zgniotą cię. 

Zresztą cóż poradzisz? Na co się jej zdasz?
 

Regent się zdumiał bardziej jeszcze, gdy Juraś, oburzony i ożywiony, odparł mu 

natychmiast:
 

― Trzebaż ją przygotować do tego, wytłumaczyć jej, że do Berezówki teraz powrócić nie 

może. Tego listem zrobić niepodobna. Choć ja tam nie orzeł jestem i nie mądry, ale przecież 
potrafię jej tę wiadomość osłodzić i pocieszyć, i zaręczyć, że choćbym ja mój Kąt stracił, ona swoją 
Berezówkę mieć będzie odbudowaną i jak być powinna.
 

Z taką to gorącością mówił Poterski, że regent, prawie skonwinkowany, zamilkł.

 

Nie bardzo się już sprzeciwiał, a nalegał tylko na trudności i nieprzyjemności podróży i na 

jej koszta.
 

Juraś, w innych rzeczach bojaźliwy, okazywał taką ufność w sobie, tak był pewien, że mu 

się nic nie stanie, że regentowi usta zamknął. Przyjaciel majora miał mu od siebie do znajomego 
prawnika dać list polecający.
 

Gdy się tak postanowiło wszystko, Poterskiego już od wyjazdu nie można było 

powstrzymać. Rwał się i spieszył. Praktyczniejszy Kulwisz, rozpatrzywszy się w jego garderobie, 
znajdował, że z taką odzieżą wybierać się było trudno do takiego miasta, ale tego Juraś zupełnie 
zrozumieć nie mógł.
 

Wiele mu nie szło o to, jak się pokaże, ale żeby tam mógł się dostać. Surdut nowszy 

znajdował dobrym, choćby na królewskie pokoje.
 

Wytłumaczyć mu tego, że się tam mógł na śmiech narazić, nie było sposobu. Ze stu rubli, 

pożyczonych od Żantyra, piętnaście jeszcze na niezbędne wydatki zostawiwszy Kulwiszowi, był 
pewien, że przy oszczędności z powrotem jeszcze coś grosza przywiezie.
 

W istocie, pominąwszy to, że co tydzień trzy dni pościł Juraś, a jeden z nich był z 

suchotami, że wigilie i suche dni jak najściślej zachowywał, nawet w podróży w dni zwykłe jadał 
byle co i niewiele, a nie pijał nic oprócz wody. Chlebem z solą obchodził się, nie doznając 
najmniejszej przykrości. Zdrów był. pomimo to i dosyć silny.
 

Było to w lecie jakoś, więc nie potrzebował zbyt się odzieżą obciążać.

 

Kąt i Berezówkę zostawiał Kulwiszowi, spokojnym będąc o nie, bo ten się tak wziął zaraz 

do gospodarstwa, jak głodny do misy.
 

W Puciszkach nie miał co robić, tęsknił do jakiegoś zajęcia i to mu tak było pożądane, a tak 

miłe, że więcej za nie Jurasiowi wdzięcznym się czuł, niż on jemu za tę pomoc braterską.
 

Marynka oczekiwała ciągle wiadomości z Berezówki, mając najmocniejsze postanowienie 

powrócenia do niej. Niepokoiła się i płakała, nie odbierając nic, a Percival, jak mógł i umiał, ją 
uspakajał.
 

Wyjazd natychmiastowy był niepodobieństwem, bo w istocie wierzyciele Volantiego na 

pozostałej żony wszelkim mieniu areszt położyli. Potrzeba się było praw- nie wyzwolić od niego. 
Oprócz tego na podróż nie miała pieniędzy.
 

Ze sprzedaży bransolety i małych klejnotów, jakiegoś szalu i koronek, które w podarunkach 

otrzymała, musiała żyć, a choć się jak najoszczędniejszym obchodziła, życie w hotelu z Zosiczową 

background image

kosztowało dużo.
 

Baron pośpieszył z ofiarą, pożyczką, domyślając się jej położenia, lecz Marynka ją 

odrzuciła, zapewniając go, że lada dzień musi wiadomość i pieniądze z domu otrzymać.
 

Percival przychodził się dowiadywać codziennie, z początku przyjmowała go, wdzięczną 

będąc, potem ta coraz większa natarczywość strwożyła ją i pod pozorem choroby zamykać się 
zaczęła. Dotąd widziała w nim przyjaciela, nie przypuszczała, ażeby miał myśl jaką pozyskania jej 
dla siebie; nieostrożne słowo, zmieniony może ton i postępowanie przestraszyły ją i uczyniły 
ostrożną. Wyrzucała sobie, że może zgrzeszyła nieufnością, że go krzywdziła podejrzeniem, lecz 
obawy przemóc nie mogła.
 

Sama ta myśl, że z jej położenia nieszczęśliwego ktoś mógł chcieć korzystać, oburzała ją i 

czyniła nieszczęśliwszą jeszcze.
 

Im bardziej los się uwziął na jej upokorzenie, tym czuła się więcej obowiązaną czuwać nad 

sobą i nie ulec jego ciosom.
 

Dźwigała się z dumą do tej walki, pocieszała się tym, że w duszy czuła się czystą i 

niewinną.
 

Dni jej w tym zamknięciu upływały jak najsmutniej.

 

Zosiczową nie mogła być pociechą ani towarzystwem właściwym. Z najlepszym sercem, ale 

życie spędziwszy wśród ludzi, którzy inaczej się na świat zapatrywali niż Marynka, Zosiczową 
takie czasem dawała rady, w takich szukała pociechy wróżbach przyszłości, że biedną kobietę 
słuchającą rumieńce oblewały.
 

Nie rozumiały się wcale.

 

Zosiczowa widziała nadskakiwającego Percivala, Marynkę młodą, piękną i utalentowaną, 

zdawało się jej, że rozpaczać i wątpić o przyszłości najmniejszego nie miała powodu. Mąż ją 
opuścił, była wolną... mogła rozporządzać sobą...
 

Gdyby się nie obawiała pozostać sama, Marynka byłaby może pożegnała Zosiczową, 

zupełnie jej niepotrzebną, niekiedy przykrą mimo swej dobroci. Dla przyzwoitości zatrzymać ją 
jednak musiała. Lecz z rana po śniadaniu rozchodziły się zaraz. Marynka zamykała się w swoim 
pokoju, modląc się i dumając nad swoim losem.
 

Około południa zjawiał się na chwilę Percival, a Zosiczowa była uprzedzona, że zawsze 

naówczas przychodziła i nie oddalała się z salonu. Wieczorem zamykano się znowu. Dowiadywanie 
się na pocztę było niemal jedynym zajęciem. Niekiedy z powodu interesów Volantiego niepokojono 
się zapytaniami urzędowymi.
 

Baron, spostrzegłszy zaraz, że Marynka nierada go była zbyt często, a nigdy sam na sam 

przyjmować, z przebiegłością sobie właściwą zastosował się do jej woli. Szło mu zawsze o to, aby 
się go nie obawiano, nie posądzano... aby nie był odprawiony... Wyczekiwał chwili właściwej do 
uczynienia stanowczego kroku, przyczajony, ostrożny, pewny, że godzina jego uderzy.
 

Im lepiej i bliżej poznawał Marynkę, tym był ostrożniejszy. Z Zosiczową chociaż nie mówił 

otwarcie, dawał się jej domyślać, do czego dążył, i miał ją całkiem za sobą. Znajdowała, że to było 
wielkim szczęściem dla Marynki mieć takiego protektora, i była pewna, że prędzej czy później ona 
go przyjąć musi.
 

Czas tak upływał, a niepokój biednej kobiety, zamiast się zmniejszać, rósł z dniem każdym, 

gdy raz wieczorem nieśmiało ktoś u drzwi zadzwonił.
 

Zosiczową wyszła i zobaczyła stojącego u progu młodego mężczyznę, strwożonego, 

bladego, tak drżącego, jakby był schwytany na uczynku występnym, i jąkającego się niewyraźnie, 
tak iż go zrozumieć było trudno.
 

Powierzchowność wydała się jej tak dziwną, iż nie wiedziała, co go tu sprowadzić mogło. 

Wprawdzie twarz miał wyrazu łagodnego i pokornego, wejrzenie nieśmiałe, lecz z 
powierzchowności nie wyglądał na gościa, ale raczej na posłańca lub sługę.
 

Odzież dziwna, okrycie nietutejsze... czapka osobliwego kroju... ręce bez rękawiczek... 

wszystko zdumiewało ją, zwłaszcza że się domagał widzenia z panią Volanti. Jaki mógł mieć do 
niej interes? Mówił źle po rusku, a zagadnięty po francusku, zarumienił się i potrząsł głową.
 

Zosiczowa wcale go wpuścić nie chciała. Był jej podejrzany. Parlamentowała u drzwi; nie 

background image

ustępował, nalegając i oświadczając w końcu, że przybywa z Berezówki.
 

Nazwisko to zaścianka tyle razy słyszała z ust swej towarzyszki Zosiczowa, iż ono jej w 

końcu oczy otworzyło.
 

Nie wahając się już, wpuściła go do przedpokoju... i miała iść o nim oznajmić Marynce, gdy 

ta, wyszedłszy przypadkiem, zajrzała przeze drzwi, chwilę stanęła bez mowy i szybkim krokiem 
podbiegłszy ku gościowi, ręce obie położyła na ramionach, głosem dziwnym, płaczliwym wołając:
 

― Juraś!

 

Chłopak, poruszony tak, że mówić nie mógł, rzucił się jej ręce całować. Marynka się 

rozpłakała, on też łzy ocierał. Scena ta niema tak długo trwała, że świadkiem jej będąca Zosiczowa, 
obawiając się omdlenia, podała wody Marynce.
 

Ocuciła się wnet, zobaczywszy ten ruch, Marynka i żywo weszła do saloniku, prowadząc za 

sobą drżącego i czapkę gniotącego w ręku Jurasia.
 

Żadne z nich nie umiało ust otworzyć.

 

― Przybyłem, przybyłem tu... ― począł się jąkać Poterski ― wprzódy nie było podobna, 

Bóg widzi, pośpieszałem, jak mogłem. Niech pani wierzy...
 

― Nie pisaliście nic! Major! ― odezwała się Marynka. Na wspomnienie wuja Jurasiowi łzy 

się zakręciły w oczach, spuścił je, zamilkł.
 

Marynka ulękła się tego wyrazu twarzy i braku odpowiedzi.

 

― Major? ― powtórzyła z wyrazem przestrachu... ― mów pan!

 

― Wuj chorował, bardzo chorował ciężko. Poterski nie mógł dokończyć.

 

― Lepiej się ma?

 

Nie było odpowiedzi. Juraś oczy trzymał wlepione w podłogę.

 

Marynka ręce załamała.

 

Zrozumiała, że już nie żyje, brak odpowiedzi na listy był wytłumaczony.

 

Obawiała się już badać więcej. Widziała Poterskiego tak pognębionym, strapionym, że choć 

cierpiała sama, rada była go pocieszyć.
 

Zosiczowa weszła tymczasem, przynosząc światło, Marynka, z trudnością mogąca się już 

utrzymać na nogach, siadła, wskazując gościowi miejsce przy sobie.
 

Teraz dopiero mogła się ona jemu, on jej przypatrzyć.

 

Juraś, oprócz tego, że nieco zmężniał, a ostatnie miesiące wyrazem wielkiego cierpienia 

twarz mu napiętnowały, mało zmienił się zresztą. Po tych wszystkich ludziach, jakich widywała 
Marynka, do których była nawykła, to dziecię wsi tak prostoduszne, tak nie wyuczone niczego, tak 
dziko wyglądające jakoś a naturalnie uczyniło na niej wrażenie zjawiska przypominającego lata 
dawne, łąkę, kwiaty, lasy, wioskę, świat zupełnie inny.
 

Po ludziach, którzy postawę, ukłon, uśmiech, ruchy mieli według pewnych prawideł 

wystudiowane, którzy nie byli sobą, ale czymś sztucznie wyrobionym i fałszywym, Juraś się jej 
wydał czymś anielskim. Opalony, niezgrabny, niezręczny przynosił z sobą coś ludzkiego, przy 
czym miejskie postacie na lalki wyglądały. Czuła, że z tych ust poczciwych wyjść może tylko to, co 
serce podda, co myśl zrodzi, bez rachuby żadnej, bez przystrojenia kłamliwego.
 

Przypomniała sobie rozmowy z nim w Berezówce, uczucie, jakie wówczas w niej obudzał, i 

nie wygasła nigdy sympatia dla niego z całą siłą wróciła, silniejsza może, niż była niegdyś.
 

Juraś patrzał na nią z przerażeniem jakimś. Obraz Marynki, który przyniósł tu z sobą, nie 

mógł przystać do tej za wcześnie, okrutnie dojrzałej boleścią kobiety. Ona to była, lecz czyż ona? 
Mógłże przeciąg czasu tak krótki tak straszne po sobie zostawić ślady?
 

To dziewczę, na pół dziecię, które z takim życia zapasem opuszczało Berezówkę, mogłoż 

tak prędko stracić swą świeżość kwiatka, tak zestarzeć, tak zesmutnieć?
 

Juraś oczom nie wierzył. Tak, to były jej usta, to było wejrzenie przypominające wzrok jej 

dawny, ale na twarzyczce jakby kir i całun się rozpostarł. Oczy miała wpadłe głęboko, opasane 
brunatno, czoło przecięły zmarszczki, policzki ściągnęły się i rumieniec zszedł z nich, a uśmiech 
zdawał się w tych ustach niepodobieństwem.
 

Była może piękniejsza niż niegdyś, lecz tak zbolała... jakby każdy miesiąc życia stał jej za 

lata.

background image

 

Juraś uczuł litość niezmierną dla tej kobiety, której męczarnie, nie znane mu, wypisane były 

tak dobitnie na jej licu, że nawet on je mógł przeczytać. Patrzał na nią przelękły, serce mu się 
ściskało i jedno tylko miał na myśli: dać bodaj życie, aby ją ocalić.
 

Ocalić? jak? Zimny pot wystąpił mu na czoło. Patrzał i słowa już nie mógł wyrzec 

wpatrzony w nią. A ona, już z cierpieniem obyta, już wypłakana i ostygła, widząc go tak 
przerażonym, choć sama doznawała odrodzonej boleści, zapragnęła dla uspokojenia go oblec się 
przybranym spokojem i rezygnacją.
 

― Prawda? ― szepnęła cicho ― musisz mnie znajdować zmienioną. Tak, ja to sama 

czuję... tyłem doznała...
 

Nie nalegała na niego pytaniami powolna, na pozór obojętna zaczęła się rozmowa, w której 

oboje starali się oszczędzać siebie.
 

Juraś, który się już był wygadał ze śmiercią stryja, nie chciał od razu przyznać się do tego, 

co z sobą przywiózł, ale ile razy napomykała o powrocie do Berezówki, spuszczał oczy i milczał.
 

Z pół godziny tak może siedzieli, mało co mówiąc, patrząc więcej, i Juraś w końcu, lękając 

się, aby zbyt wiele złego nie dał się jej domyśleć, wstał, chcąc odejść.
 

Lżej mu było resztę wyznań odłożyć na jutro.

 

Marynka chciała się nim zaopiekować w" mieście i zdziwiona dowiedziała się, że on już 

sam sobie w tym samym hotelu wyszukał izdebkę na poddaszu... tak, że zawsze mógł być na jej 
rozkazy. Przybył też tylko dla niej, nie dla siebie, aby jej służyć.
 

Chociaż wiadomość o śmierci majora mocno dotknęła Marynkę i kazała się jej domyślać, że 

brak tego opiekuna utrudni może wybranie się do Berezówki, nie przewidywała wcale, aby tam tak 
źle być mogło, jak było w istocie.
 

Oddychała lżej, zawiązany związek z miejscem rodzinnym, ze wsią uspakajał ją. Nie była 

tak sama i na łup obcym wydana; ten poczciwy Juraś wydawał się jej jakby krewnym, bratem, 
czymś swoim i bliższym nad wszystkich, co ją otaczali.
 

Nazajutrz rano, ledwie ubrawszy się, posłała niecierpliwa po Jurasia. Ten całą noc spędził 

na rozmyślaniu, jakby miał wyspowiadać się jej z tego wszystkiego, co wiózł z sobą. Długo taić 
położenia nie mógł, na nic by się to nie przydało, przeciągało niepewność i szukanie ratunku.
 

Dnia tego postanowił, choć z oględnością, wypowiedzieć jej wszystko. Mimo energii, jaką 

w sobie budził, gdy go zawołano, gdy zmuszony był zejść do niej, drżeć zaczął. Nim wyszedł za 
próg, złożył ręce, zamknął oczy, z pobożnością, której nigdy nie stracił, odmówił krótką 
modlitewkę.
 

Ile razy mu sił brakło, czerpał je z tego źródła, u którego je znajdował zawsze.

 

Po dniu Marynka, choć usiłowała wydać mu się bardzo spokojną, jeszcze była mizerniejszą 

i więcej zbiedzoną. Juraś zawahał się nawet, czy godziło mu się do jej cierpienia nowe przydać i 
wyznać wszystko...
 

Lecz ona zarzuciła go tak szczegółowymi pytaniami natarczywymi od razu, że biedny 

chłopak, który kłamstwem się brzydził i udawać nie umiał, przyparty, zmuszony, w końcu musiał 
jej wyznać wszystko.
 

― Pani droga! pani moja! ― zawołał ― jeden Bóg wie, jak mi przykro było tu jechać, nie 

mając nic dobrego do przywiezienia. Niech się pani uzbroi w męstwo... niech westchnie do Boga... 
Do Berezówki teraz wracać niepodobna... dopust Boży, spaliło się wszystko, a i spokoju tam nie 
ma... Bieda wielka.
 

Zbladła słuchała go sierota, po twarzy jej przechodziły konwulsyjne drżenia, lecz całe swe 

męstwo przywołała, aby nie wybuchnąć rozpaczą i płaczem.
 

Zaczęła się rozpytywać Jurasia. Ten, widząc ją na pozór zrezygnowaną, malował wierny 

obraz trosk swoich i wuja; wszystkie straty, napaści Dziwulskiego, w końcu niedostatek, który 
ledwie mu tu przybyć dozwolił.
 

Wyznał, że nie tylko nic przywieźć nie mógł, lecz sam zaledwie się tu dostał. W końcu tego 

opowiadania rozpłakała się Marynka.
 

Naówczas Poterski, składając ręce jak do przysięgi, począł ją upewniać, że chyba żyw nie 

będzie, jeżeli wszystkich szkód nie wynagrodzi, nie oczyści Berezówki. Gotów był swój Kąt 

background image

poświęcić, życie swe, ale na to potrzeba było czasu.
 

Lecz ten czas właśnie gdzie ona przebyć, co z sobą zrobić miała? Nie wiedziała sama... 

Widziała tylko ruinę dokoła, wszystko rozpadające się w gruzy... siebie opuszczoną, zgubioną.
 

Milczenie jej i osłupienie tak było wymowne, że Juraś zrozumiał je i gorąco pocieszać, 

uspakajać znowu zaczął :
 

― Niech pani wierzy... wszystko się naprawi... zrobię, co pani zechce, co każe.

 

Zatopiona w myślach Marynka mało co już słyszała. Potrzebowała być sama z sobą, łzy ją 

chwilami dławiły, w oczach się ćmiło. Cichym głosem odprawiła Jurasia, który wysunął się 
posłuszny.
 

Po wyjściu jego Marynka rzuciła się na kanapę, kryjąc twarz w dłoniach, i pozostała tak 

nieruchomą.
 

Zosiczowa wchodziła i wychodziła, zbliżała się do niej, pytając, czyby czego nie 

potrzebowała, i musiała odchodzić, nie odebrawszy odpowiedzi.
 

Nie była w możności podnieść się Marynka, myśli zebrać nie mogła. Pragnienie śmierci, 

końca, było jednym uczuciem, którego doznawała. Życie nie miało celu, złamane było na wieki... 
prosiła Boga, aby ją zabrał do siebie. Wszystkiego miała już dosyć.
 

Baron Percival, który w tej porze przychodził co dzień, zjawił się i dnia tego w przedpokoju 

i zastawszy tu Zosiczową, dowiedział się od niej, że przybyły ze wsi ktoś złe bardzo przywiózł 
wiadomości, że Marynka była zapłakana i słowa się z niej dopytać nie było podobna.
 

Wiadomość ta nie tylko nie odstraszyła barona, ale zdawała się bodźca mu dodawać. Chwilę 

podumawszy w progu, wszedł do saloniku, w którym Marynka jeszcze leżała z twarzą zasłonioną.
 

Znajomy chód jego zmusił ją, by się podniosła. Chciała wytłumaczyć się chorobą, bólem 

głowy, lecz na wpół poczęty frazes w ustach jej łkanie przerwało.
 

Po cóż miała taić się przed baronem, który tyle jej dawał dowodów bezinteresownej 

przyjaźni?
 

Westchnęła ciężko.

 

Percival ze współczuciem pochylony wyzywał, aby mu się zwierzyła.

 

― Po cóż mam kłamać! ― zawołała nagle, ocierając oczy. ― Prędzej czy później 

musiałbyś pan wiedzieć o tym. Pokładałam nadzieję na tym opiekunie, któremu mnie powierzyła 
matka, chciałam natychmiast na wieś powracać... Opiekun umarł, biedne gniazdo moje spalone, nie 
mam żadnych środków... nic ― nic! Jestem na łasce losu, który nade mną nie ma litości!... Została 
mi...
 

Percival nie dał jej dokończyć, z tym umiarkowaniem człowieka wielkiego świata, który, 

najmocniej wzruszony, trzyma się na wodzy, aby wybuchowi nawet nadać formę przyzwoitą, 
począł ją na swój sposób pocieszać i uspakajać.
 

― Nie widzę w tym wszystkim ― rzekł ― najmniejszego powodu do zwątpienia i 

rozpaczy. Nie ma nic straconego, powiedziałbym prawie, że to, co się stało, opatrznościowo było 
zesłane, aby pani wskazać drogę. Nie godziło się, nie godzi z takim talentem, z pozyskanym już 
imieniem zakopywać się na wsi. Co znaczy strata małej wioseczki, gdy pani w przeciągu jednego 
sezonu możesz mieć krocie?
 

― Ja? Wystąpić na scenę? Ja? Po tym, co się stało? co świat cały wie? ― zawołała 

Marynka.
 

― Przepraszam panią ― przerwał baron bardzo gorąco ― cóż się stało? Awanturnik 

nadużył jej dobrej sławy, stałaś się ofiarą. To jej może tylko zjednać sympatię, to więcej jedną 
atrakcją. Zresztą ― dodał, jak adwokat broniąc sprawy, w której widział dla siebie korzyści ―
 

zresztą nie masz pani nic innego do uczynienia, mus jest, konieczność uciec się do tego, co 

ją wyprowadzić może z tych zawikłań i uczynić niezależną.
 

W ten sposób rozpoczęły się rozprawy między nią a Percivalem, który był tak zręczny, że 

jej nie dał ani poczuć, ani się domyślać, iż miał jakikolwiek interes w tym, do czego ją nakłonić się 
starał.
 

Marynka sama, pomimo całego wstrętu, jaki miała do teatru, publicznych wystąpień i 

zetknięcia się znowu ze znienawidzonym światem, widziała, że w istocie dla niej nie było innego 

background image

wyjścia w tym położeniu, jak albo przyjąć pomoc czyjąś, lub pracować dla uzyskania niezależności.
 

Duma jej nie pozwalała ani pomyśleć o pierwszym, chociaż baron z największą 

delikatnością ofiarował jej usługi swoje. Praca zaś najłatwiejsza, najwłaściwsza, ta, która najprędzej 
mogła ją oswobodzić, była... na scenie.
 

Nie mogła jednak jeszcze tej ostateczności przyjąć, zgodzić się na nią.

 

Baron po godzinnej rozmowie, widząc ją coraz bardziej podrażnioną, w kilku słowach 

weselszych zakończył, pożegnał się i wyszedł.
 

Juraś chodził po swej izdebce na poddaszu, czekając aż go wezwą, modląc się chwilami i 

gryząc sobą i losem Marynki.
 

W rozpacz go wprawiło, że, poseł nieszczęścia, zwiastun tak złych wiadomości, nic ― nic 

poradzić, na nic się nawet przydać nie mógł.
 

Głód zaspokoiwszy kawałkiem chleba i wędliną, którą miał z domu, dotrwał tak do 

wieczoru, przysłuchując się, czy mu nie dadzą znać, żeby zszedł. Zdawało mu się, że o nim 
zapomniano. Wieczorem dopiero Marynka kazała go przyzwać na herbatę.
 

Znalazł ją bardzo bladą, z oczyma jakby w gorączce świecącymi, lecz już niby spokojną.

 

Dała mu znak, ażeby usiadł.

 

Bez narzekania, bez utyskiwań zaczęła go pytać o Berezówkę.

 

Nie było mowy o pożarze, o stratach, o niczym, dowiadywała się o ogródek swój, o ławkę w 

nim, o drzewa za dworkiem.
 

Juraś z zapałem, z jakim wszystkim tym się zajmował, opisywał jej najmniejszą rzecz, 

upewniał, że pielęgnował wszystko, że nie dał zginąć żadnemu kwiatkowi, zarosnąć żadnej ścieżce.
 

Ona była cała we wspomnieniach, nimi usiłowała zatrzeć teraźniejszość smutną.

 

― Gdyby przyszło do odbudowania dworku ― rzekła ― trzeba go zupełnie takim postawić, 

jak był, nic nie odmieniać.
 

― I też tak myślałem ― odparł Juraś. Zadumała się potem.

 

Zaczepiony o Berezówkę, Poterski, ośmielony, rozwiódł się nad tym szeroko, jak z pomocą 

Kulwisza młodego spodziewał się prędko wszystko do najlepszego przywrócić stanu.
 

Powtarzał ciągle, co miał na myśli:

 

― Chociażbym Kąt miał stracić, a Berezówka będzie znowu, jaką była.

 

Przerwała mu Marynka, zapytując o Żantyra. Poczciwe chłopię nie mogło się wstrzymać, by 

się jej nie przyznać, jak jego pogrzebowych sto rubli w pomoc mu przyszło do podróży, bo bez nich 
nie było sposobu puścić się w drogę.
 

Marynka płakała cicho, dowiadując się o tych szczegółach, tak dobrze malujących 

niedostatek, który tam panował.
 

Nie należałoż jej się poświęcić ze swojej strony, śpiewać, aby zarobić i Jurasiowi i im 

wszystkim wynagro- dzić ich ofiary? Tak! musiała wystąpić, musiała z bólem w sercu uśmiechać 
się, żebrać o oklaski, bo one złoto sypały.
 

Gdy Juraś odszedł późno już na poddasze, nie miał już nic, z czego by się jej nie 

wyspowiadał. Umiała z niego dobyć, co chciała, tak panowała nad nim!
 

Rozgorzało znów biedne chłopię stokroć może niebezpieczniej niż niegdyś, takim urokiem 

nowym obdarzało ją męczeństwo. Zdawała mu się jakąś istotą z obłoków, z niebios wygnaną, której 
on nie był godzien tknąć kraju szaty.
 

Rozstali się późno.

 

Marynka poszła milcząca do swojego pokoiku już z tą myślą i postanowieniem, że powinna 

powracać do życia, dla którego czuła obrzydzenie.
 

Baron nazajutrz przyszedł się tylko dowiedzieć o zdrowie. Me usiadł nawet z początku, nie 

chciał być natrętnym.
 

Sama ona zatrzymać go musiała: żądała rady. Pierwsze jej słowo zdradziło jej 

postanowienie powrotu na scenę.
 

Percival usiadł.

 

― Nic łatwiejszego ― rzekł ― nowy dyrektor w tych dniach zapewne będzie wybrany z 

liczby kandydatów, którzy się o to dobijają. Nie ma wątpliwości, że on sam starać się będzie panią 

background image

pozyskać. Nie sądzę, aby o to starania jakie czynić potrzeba. Tymczasem moim zdaniem, jeżeli pani 
wolna, sezon jeszcze nie rozpoczęty, byłoby bardzo korzystnym urządzić kilka koncertów. Hrabia 
Samsonow żywy bierze udział we wszystkim, co się jej tycze; on i inni wielbiciele, siebie nie liczę 
― dodał baron ― postarają się, aby koncerta świetne dały rezultaty.
 

Marynka, raz się zgodziwszy na ofiarę, gotowa była na wszystko.

 

Zmuszona była wreszcie uciec się choćby do koncertu, bo ostatki zapasów się 

wyczerpywały, w hotelu była winną.
 

Wprawdzie majętny właściciel jego, Francuz, grzeczny do zbytku, elegant, w pretensjach i 

w tupecie, ofiarował kredyt nieograniczony, przysyłał bukiety, był z nadzwyczajnymi atencjami, ale 
te łaski nudnymi wizytami jego i słuchaniem zwietrzałych komplimentów trzeba było opłacać.
 

Percival, który dzięki współczuciu swemu, okazywanemu pani eks-dyrektorowej, uchodził 

już za jej dawnego kochanka, a posądzeniom tym wcale nie zaprzeczał, zaledwie wyszedł z hotelu, 
począł się nadzwyczaj gorliwie zajmować urządzeniem koncertów... Pojechał do hrabiego 
Samsonowa, do księcia Agatona, do właściciela sali, która mu się zdawała najstosowniejszą, kazał 
nawet wydrukować bilety wejścia bez daty, mając zamiar natychmiast je rozdać między swoich 
znajomych i przyjaciół śpiewaczki.
 

Nie wahał się odmalować stanu, w jakim ją Volanti porzucił, w sposób poruszający. Lecz 

gdyby współczucia nie miała znakomita śpiewaczka, dosyć by było ciekawości, jaką obudzała.
 

Cała legenda już przywiązana była do jej imienia: Volantiego miłość, Corsiniego 

namiętność, porwanie, samobójstwo, małżeństwo, romans z Percivalem, ucieczka Francuza 
składały się na tragiczny romans, na historię, która kobietę biedną i niewinną czyniła jakąś heroiną, 
wcale odmienną, nic a nic nie podobną do tej, jaką była w istocie.
 

Po tylu w krótkim czasie przebytych zmianach losu, jakże nie było posądzać tej, która im 

uległa, że swym postępowaniem wywołała, że swą pięknością i talentem spowodowała te wypadki?
 

Zdawało się więc niejednemu, że piękna Litwinka jest na drodze, na której wielu jej zabiec 

może, z nadzieją rozkołysania tak łatwego serca.
 

Baron przecież nie mógł być nieśmiertelnym jej kochankiem.

 

Lacerti była już pogrzebała nieszczęśliwą współzawodniczkę i była pewna, że nie powróci 

tak prędko na scenę; cała jej usilność skierowana była, aby w nowym składzie trupy uzyskać 
pierwsze stanowisko... gdy razu jednego zjawił się u niej wieczorem wszystkowiedzący 
młodzieniec (było to jego powołaniem, czasem bowiem i reportera pełnił obowiązki), zwiastując, że 
już po mieście bilety na koncert Burcelli rozprzedają.
 

Laura, sądząca dotychczas, że Maria była chora, zniechęcona i na wyjezdnym (bo tak jej 

mówiono), przyjęła tę wiadomość najprzód niewiarą, potem niepokojem i gniewem.
 

Czuła to, że jeśli w koncertach śpiewać będzie, nieochybnie ją zaangażują.

 

Oburzyło ją to. Lecz, że rozstały się na stopie przyjacielskiej (tak twierdziła), postanowiła 

natychmiast sprawdzić pogłoski, widzieć się z Marią i co potem nastąpić miało, potrzebowała 
rozważyć.
 

Z rana była już w hotelu, złapała Zosiczową, wydała się przed nią ze współczuciem dla 

nieszczęśliwej, przychodziła jej ofiarować bezinteresowną pomoc swoją.
 

Wypadało choć podziękować.

 

Wpuszczono ją do Marynki.

 

Na widok zbolałej jej twarzyczki Lacerti najprzód zakrzyknęła, że to było zabójstwem w 

takim stanie zdrowia chcieć występować.
 

― Cóż chcesz? Jestem zmuszona! ― odparła Marynka. ― Uróżuję się, a śmiać się, gdy 

serce płacze, umiemy wszystkie.
 

Ofiarę Lacerti śpiewania w jej koncercie przyjęła Marynka z wdzięcznością, ale odesłała ją 

z tym do hrabiego
 

Samsonowa, który koncert urządzał, program miał ułożyć i wszystkim się zajmował.

 

Laura wcale nie miała ochoty śpiewać obok rywalki, rada więc była okazać gotowość, a 

cofnięcie się złożyć na odrzuconą ofiarę.
 

Z ciekawością złośliwą przypatrzywszy się, rozpytaw-szy, dobadawszy wszystkich boleści 

background image

położenia, Lacerti w końcu pożegnała swą przyjaciółkę.
 

Gdyby była mogła, byłaby serdecznie przeszkodziła koncertowi, zmieszała szyki, 

podstawiła coś, co by zachwiało powodzeniem lub uniemożebniło występ ten, ale siły jej i 
sprzymierzeńców nie starczyły przeciw protektorom Marynki.
 

Lacerti bardzo zła wróciła do domu. W łyżce wody byłaby utopiła tę kobietę, przy której 

podrzędną rolę zawsze grać musiała.
 

Percival tymczasem tak zabiegał, że wszystkie bilety wkrótce były rozerwane.

 

Marynka, która od dawna nie śpiewała, potrzebowała sobie przypomnieć arie, które 

wybrano.
 

Zmusiło ją to zmienić mieszkanie, nająć fortepian i na nowo wziąć się do tej muzyki, która 

jej całą tragedię życia przeszłego przypominała.
 

Z początku głosu dobyć nie mogła, zdawało się jej, że nie potrafi zdobyć się na wesołe nuty, 

na dźwięki, które stanowi duszy kłam zadawały.
 

Walczyła z sobą, zaczęła nucić, rozpłakała się, porzuciła nuty, wróciła do nich i po godzinie 

może pasowania się zaczęła w końcu śpiewać jak machina. Dopiero wyraz bólu i namiętności 
poruszył ją, opanował i dawna potęga głosu powróciła.
 

Sztuka, ten demon wszechmocny, znowu ją ujęła w ramiona i ponad ziemię uniosła; 

zapomniała o wszystkim.
 

Pieśń płynęła srebrnym strumieniem, a łzy niedopłakane bezwiedne toczyły się po twarzy i 

tak ją cicho wchodzący Juraś zastał, zatrzymując się w progu przelękły.
 

Wydała mu się natchnioną czy obłąkaną, a straszną jakąś. Wrósł w ziemię, nie śmiejąc się 

ruszyć.
 

Marynka, dopiero skończywszy śpiew, zobaczyła go przy ścianie w progu na straży. Rzuciła 

się na krzesło i widok smutnego chłopca, który mógł ją posądzić o brak uczucia, o jakąś zabawę z 
dobrej woli, zarumienił wstydem jej lice.
 

― Dziwisz się pewnie, słysząc mnie śpiewającą? ― odezwała się ― nieprawdaż? Myślisz 

może, iż się bawię? O, nie! to mój chleb, a ja na chleb zarobić muszę. Płaczę, a śpiewam... taka dola 
moja.
 

Juraś milczał. W duszy swej wyrzucał sobie, że on, niedołężny, nie mógł jej wyswobodzić 

od tego śpiewu i męczarni.
 

Zbliżył się, pocałował ją w rękę i uciekł.

 

Koncert był świetny. Co tylko miała stolica dyletantów, ciekawych, łaknących widowiska, 

potrzebujących na jutro tematu do rozmowy, tych, co widzieć chcieli i pokazać się musieli ― 
wszystko to natłoczyło się do sali.
 

Z nadzwyczajną niecierpliwością po odegraniu uwertury oczekiwano wyjścia divy na 

estradę.
 

Zawczasu spierano się już o to: kto ją miał wyprowadzić? Z przekąsem szeptali niektórzy, iż 

powinien się tego był podjąć baron.
 

Zaszeleściała suknia i ze skromnym bukietem fiołków w ręku, otoczonym kameliami 

białymi, w sukni czarnej, ubrana bardzo po prostu, ale majestatyczna, pańsko, smutnie wysunęła się 
sama. Nikt jej nie towarzyszył.
 

Było to przeciwko zwyczajowi, lecz tak chciała, tak postanowiła.

 

W sali przez chwilę panowało jakieś zdumione milczenie i wnet burza oklasków 

nieskończonych.
 

Maria kilka razy musiała dziękować, kilka razy próbowała zacząć śpiewać, ale oklaski nie 

ustawały, sypały się bukiety i nierychło nastąpiła cisza.
 

Lacerti siedząca w loży usta zagryzła do krwi.

 

― Dopóki ta kobieta tu jest, żyje i śpiewa, nie będę nigdy, przenigdy mogła być pierwszą 

― rzekła w duchu, lecz konwulsyjnie poruszającymi się rękami sypała oklaski, tak aby wszyscy je 
widzieć mogli.
 

Początek koncertu już dał miarę tego, czym on miał być cały.

 

Śpiewaczkę współczucie okazane natchnęło; nie ma kto by mu nie uległ... dreszcz ją 

background image

przeszedł, przestała być kobietą, męczennicą, była na chwilę artystką.
 

Boleść wewnętrzna zdawała się jej nowe dawać siły; nigdy się nie wydała namiętniejszą, 

nigdy cudowniej piękną i bardziej panią.
 

Przeciwnicy nawet przyznawali jej to znamię szlachetności jakiejś, dystynkcji, którego inne 

śpiewaczki nie miały. Ani twarz, ani postawa nie zdawały się jej nadawać tej cechy, piętnowała ją 
dusza. Uniesienie było ogromne, powodzenie nadzwyczajne. Zgadzali się na to wszyscy, że 
przyszła trupa nie mogła się obejść bez tej gwiazdy, że stracić ją byłoby niepowetowaną szkodą.
 

Pieniężny rachunek koncertu przeszedł także najśmielsze oczekiwania; po nim jednym 

można było cierpliwie czekać kilka miesięcy na otwarcie teatru, a tyle osób wymagało powtórzenia, 
iż śpiewaczka mu się oprzeć nie mogła...
 

Dwa te wystąpienia na dosyć długi czas czyniły ją niezależną, spokojną, dozwalały nawet 

Jurasiowi dać coś na budowę i ulepszenia w Berezówce.
 

Juraś, któremu bilet dano, pierwszy raz w życiu rzucony w ten ogień, dobrze że w nim nie 

oszalał. Powrócił, jakby po jakimś widzeniu, ekstazie, czymś nieziemskim i nieprawdopodobnym.
 

Ludzie, których tu widział, stroje, zapał, namiętność, szał, krzyki, muzyka upoiły go i 

przestraszyły.
 

Pytał się sam siebie, powracając do domu, czy w takim ukropie żyć, wytrwać można i na 

zbawienie zasłużyć. Eks-kleryk miał to zawsze na baczeniu i smucił się, bo czuł w tym coś 
szatańskiego, a tu jego anioł dla nieszczęsnego grosza musiał iść w to piekło.
 

Cóż by był dał, gdyby ją mógł wyratować!

 

Wdzięczność za oba kancerta, które trochę uspokoiły Marynkę i dały jej odetchnąć, należała 

się niewątpliwie baronowi. Czuła ona to i przy pierwszym widzeniu się z nim podeszła do niego 
przejęta, pełna ufności, obie ręce mu podając i uśmiechając się:
 

― Dziękuję!

 

Baron wpatrzył się w nią przez chwilę wzrokiem tak natarczywym, że Marynka zmieszała 

się i oczy odwrócić musiała. Miała jednak odwagę powiedzieć mu:
 

― Panie baronie! nie patrz pan tak na mnie i nie odbieraj mi uczucia, jakie mam dla niego. 

Chcę, by ono mi pozostało. Mam dla niego wdzięczność i szacunek.
 

Percival westchnął.

 

― Pani! ― rzekł, powstrzymując się ― chciej mi wierzyć, że nadto cenię to, co mam, abym 

śmiał żądać więcej. Zdaje mi się, żeś pani dawno odgadnąć musiała, iż byłem więcej niż 
przyjacielem jej, żem się szalenie rozkochał, żem nawet miał nadzieję...
 

― Nie krzywdź mnie, nie potwarzaj pan siebie ― odparła śmiało Marynka. ― Czyż tak 

nam nie lepiej? Czyż jest nie godniejszym pięknej duszy zaspokoić się przyjaźnią świętą i czystą?
 

Podała mu rękę.

 

― Nie psuj mi pan marzenia mojego. Percival uśmiechnął się.

 

― Będę posłusznym ― rzekł. Marynka spuściła oczy.

 

― Są takie serca, jak moje, które żadnemu marzeniu szczęścia nie dają wiary. Za wcześnie 

ból je zwarzył. Znasz pan mój los; do tego, co on mi narzucił, nie chcę ja dodawać winy własnej.
 

― O jedno panią proszę ― wzruszonym głosem przerwał baron ― ufaj mi pani i nie 

oddalaj od siebie.
 

― Jeślim tego dotąd nie uczyniła ― odparła Marynka ― na cóż bym teraz przyjaciela miała 

poświęcić, aby uniknąć potwarzy? Wiem bardzo dobrze, iż całe miasto nazywa mnie pańską 
kochanką, gardzę tym, ale w sumieniu moim chcę być czystą.
 

Rozmowa ta, urwana nadejściem Zosiczowej, nie wpłynęła bynajmniej na zmianę 

postępowania barona. Co myślał, czy był zrezygnowany, czy żywił jakie nadzieje, zgadnąć było 
trudno.
 

Lacerti w kilka dni potem napadła go z szyderskim prześladowaniem miłością dla pani eks-

dyrektorowej.
 

Percival popatrzał na nią litościwie a szydersko.

 

―Przekonywam się ― rzekł ― że piękna Laura całkiem ludzi nie zna. Gdybym był, jak 

sądzisz, szczęśliwym kochankiem tej kobiety, dawno bym już nim być przestał... a jeśli nim nie 

background image

byłem ― dodał ― możesz być pewna, że nim nie będę.
 

― A kimże tam jesteś? ― zapytała Laura.

 

― Przyjacielem, który ma szacunek dla kobiety... Skłonił się. Cyganka się śmiała.

 

― Szacunek, jakiego dla ciebie mieć nie można ― dokończył baron i poszedł.

 

― On się z nią w końcu ożeni! ― zawołała, za odchodzącym patrząc, Lacerti.

 

Płakała prawie ze złości; ostatnie słowa barona dotknęły ją boleśnie. Pałała zemstą.

 

Na baronie się zemścić nie miała sposobu; na Marynce? o! cóż by dała, gdyby mogła!

 

Stawała jej wszędzie na drodze, była przeszkodą, zaćmiewała ją; lecz pozbyć się jej, po tylu 

próbach nadaremnych, wątpiła już, czy. potrafi. Na próżno łamała głowę nad obmyśleniem środków 
jakichś: wszystkie były lub zużyte , lub niemożliwe. Poza tą kobietą stał baron, bogaty, mający 
wpływy, znaczenie, uparty, śmiały i wyznający głośno szacunek dla niej.
 

Lacerti trudno się było pogodzić z tą myślą, że Percival nie grał tam roli kochanka; nie 

mogła pojąć, co by go do niej wiązało? Zaczynała jednak przekonywać się, że w istocie może baron 
dotąd kochał się na próżno i dlatego nie opuszczał Litwinki. Ostatnia z nim rozmowa, tak złośliwie 
zakończona, miała w sobie wyraz prawdy, w którą niepodobna było nie uwierzyć.
 

― Jednym środkiem jest odciągnąć ją od niego, znaleźć mu coś nowego, co by zajęło 

starego bałamuta ― mówiła sobie Laura.
 

I postanowiła nie zrywać z nim, ale być najlepiej, a próbować, czy się go nie uda oderwać 

od Marynki. O tym wstydziła się mówić nawet z matką, ale raz wziąwszy do serca, rozważała, 
przemyślała, co barona znęcić mogło. Według jej pojęć chyba młodość i pewna oryginalność.
 

Jednego ranka baron, który wcale nie myślał o Laurze, a sądził, iż mu kilku słów cierpkich 

nie przebaczy, zdziwiony trochę zobaczył ją śmiało i wesoło wchodzącą do siebie.
 

― Prawda, że jestem bezwstydną, żeby się też tak narzucać komu! ― rzekła, śmiejąc się od 

progu. ― Ale kiedy stary przyjaciel niełaskaw, ja, zrzuciwszy pychę z serca, sama muszę do niego!
 

Stanęła, nie zrzucając zarzutki, ani chcąc przysiąść.

 

― Zróbże mi tę grzeczność ― odezwała się ― zaszczyć salon mój bytnością swoją. 

Potrzebny mi jesteś... chwalę się nim...
 

Baron śmiał się szydersko.

 

― Na cóż ja tam jestem potrzebny? ― spytał.

 

― Jakże? baron! dyplomata! nie rozumiesz, jak przyjemnie figuruje w saloniku biednej 

śpiewaczki? Jesteś reklamą. Proszę cię, przyjdźże dziś.
 

― A! dziś? ― rzekł, marszcząc się trochę, Percival. ― Dlaczego dziś?

 

― Bo u mnie kilka osób będzie. Lacerti przysiadła na rożku krzesełka.

 

― No, ja ― dodała ― spowszedniałam, nie mam uroku, nudzę cię; ale będzie kilka nowych 

twarzyczek, które warto zobaczyć. Zaprosiłam Dolores, Hiszpankę, tancerkę zachwycającą; będzie 
mała Gruzinka, której nie widziałeś, a jest cudem piękności...
 

― Ale skądże ci myśl przyszła urządzić taką wystawę cacek? ― spytał baron żartobliwie.

 

― Bo się nudzę sama i chcę, aby się u mnie ludzie bawili ― zakończyła, wstając, Lacerti. 

― A zatem rachuję na barona.
 

Niewielką wagę przywiązywał Percival do tych zaprosin, ale obiecał przyjść. Przed 

wieczorem odwiedził Marynkę, posiedział u niej krótko i pojechał do Lacerti.
 

Wieczór był nie tak tłumny i krzykliwy jak zwykle. Kilka poważniejszych, łysych figur, 

zapowiedziane dwa ładne kwiatki.
 

Dolores, typ hiszpański, młoda jeszcze, piękna bardzo, w towarzystwie matki i brata, 

przewędrowała już była Europę; znać na niej było obycie się z ludźmi, nawyknienie do hołdów, 
pewne zobojętnienie. Mogła być ponętną dla malarza, dla zepsutego człowieka, szukającego 
wrażeń, ale dla barona nie miała uroku. Mówiono, że była prostą wieśniaczką, lecz nic już 
wieśniaczego u niej nie pozostało. Przypominała marionetki teatru Guiniola.
 

Gruzinka Taida, młodziusieńka, biała jak mleko, z włosami i oczyma czarnymi jak krucze 

skrzydła, nie mająca spełna lat trzynastu, a wyglądająca na szesnaście, była w istocie zachwycającej 
piękności. W haremie sułtana byłaby niezawodnie pierwsze miejsce zajęła, lecz piękność jej tak nie 
mówiła nic, tak była bezmyślną, tak jawnie brakło jej duszy, która spała w tym posążku, nie mając 

background image

się nigdy przebudzić, że chyba ludziom bez myśli i uczucia podobać się i zachwycać ich mogła.
 

Baron, który był ciekaw piękności i takich typów nowych, z zajęciem począł przypatrywać 

się i rozmawiać z dwiema zaproszonymi. Hiszpanka zdradzała dziecko już zepsute, ostrożne i 
obrachowujące krok każdy i słowo; z Taidą, Gruzinka, rozmówić się było niepodobna. Zamiast 
słów pokazywała białe ząbki, błyskała nieporównanej piękności oczyma, wdzięczyła się ruchami 
jakiegoś dzikiego zwierzątka, lecz na tym się kończyło wszystko. Śpiewała źle kilka piosnek i 
skakała jakiegoś tańca wschodniego; zresztą było to stworzenie przeznaczone na niepomierne 
utycie i półsenny spoczynek.
 

Lacerti spostrzegła po krótkim przeciągu czasu, że omyliła się zupełnie w rachubie. Baron 

bawił się tymi laleczkami, ale żywszego zajęcia nie okazał.
 

Laura zaczęła go badać o Gruzinkę, znajdując, że powinna by mu być tym bardziej do 

smaku, że miała pochodzić z jakiegoś starożytnego, zubożałego rodu.
 

Percival poruszył ramionami i szydersko jej szepnął na ucho, że jeśli te piękności 

protektorów szukają, znajdą ich u... wymienił znane nazwiska.
 

Kilka takich prób równie niefortunnych zrobiwszy, Lacerti nie wiedziała już, co ma z 

baronem począć, i przemyśliwała, czyby nie można wpływem jakim po- zbyć się go zupełnie ze 
stolicy, lecz gdy się o to kogoś z przyjaciół bardzo potężnych zapytała, rozśmiał się jej w oczy.
 

Wybór nowego dyrektora dotychczas nie był jeszcze dokonany.

 

Dzięki swym rozgałęzionym stosunkom Lacerti dowiedziała się pod sekretem największym 

imienia przyszłego impresario.
 

Nie było go jeszcze na miejscu, spodziewano się przybycia co chwila. Wszelkie możliwe o 

nim wiadomości postarała się zebrać Lacerti i jednego poranku znikła z miasta.
 

Nikt się nie mógł domyśleć, dokąd się udała, lecz że podobne zaćmienia były w jej 

obyczajach, nikogo to nie zdziwiło. Laura wiedziała, ze przybywający miał się zatrzymać u 
krewnych w Mitawie, i wybiegła na jego spotkanie, które miało nastąpić przypadkiem.
 

Nowy dyrektor, Włoch, które swe nazwisko: Rosini, chętnie przez dwa s wymawiał dla 

nadania sobie mitycznego pokrewieństwa z nieśmiertelnym, był sławny więcej ze swych zdolności 
administracyjnych niż artystycznych. Czterdziestokilkoletni, dużo doświadczenia mający, liczący 
na pospolitą a nieomylną znajomość serca ludzkiego i umiejący ludzi wyzyskiwać doskonale, 
Rosini jechał tu, wezwany dla zreformowania zniesienia nadużyć, sam rachujący tylko na to, aby 
zrobił pieniądze. Skąpy był i chciwy.
 

Brakło mu, oprócz kilku osób wyżej położonych, stosunków i znajomości w stolicy; rad 

więc był bardzo, gdy (zawsze przypadkiem) w domu swych krewnych zetknął się z artystką, której 
imię już go było doszło.
 

Lacerti, wprędce odgadłszy człowieka i jego słabostki, w ciągu jednego wieczoru umiała tak 

zabiegać, tak grunt przygotować, że Rosini, żegnając się, prosił jej o audiencję nazajutrz i ofiarował 
jej sojusz z sobą.
 

Lacerti, podrożywszy się, nie dawała się niby wyciągnąć na słowa, mówiąc tylko to, co jej 

było potrzebnym. Odmalowała mu ludzi, położenie, trudności zadania, środki do przełamania ich 
tak żywo i przekonywająco, że Rosini całkiem się jej poddał, winszując sobie, że taki traf 
szczęśliwy dawał mu nieopłaconą pomocnicę.
 

Chociaż natychmiast miał się udać w dalszą drogę, przyszły dyrektor postanowił zostać 

dzień dłużej w przekonaniu, iż nie stracił czasu. Laura oprócz tego, że "mu się starała okazać 
niezbędnie potrzebną, potrafiła podżyłego i dosyć ostygłego Włocha pozyskać sobie zalotnością, 
pochlebstwy i nadzieją poufałych stosunków w przyszłości. Malując mu tych, z którymi się musiał 
spotkać w teatralnych sprawach, nie ominęła naturalnie Marynki.
 

Przestrzegała go i kazała mu być nadzwyczaj ostrożnym z kobietą zepsutą, zręczną, 

odegrywającą rolę nieszczęśliwej i tym sposobem jednającą sobie serca dla wyzyskiwania ludzi.
 

O talencie Litwinki mówiła z pogardą, jakby o czymś przesadzenie rozbębnionym, 

fantastycznym, na głębszych studiach nie opartym; osoby kazała unikać jako niebezpiecznej i 
chciwej awanturnicy.
 

Według niej zaangażowanie jej do teatru było dla niego największym niebezpieczeństwem, 

background image

dla Rosiniego niewolą itp.
 

Laura, aby jej słowom więcej dał wiary, starała się nie okazywać osobiście niechęci dla 

Litwinki, przyznawała jej nawet pewny talent, głosiła się jej przyjaciółką, lecz w interesie sceny 
radziła mieć się na baczności.
 

Dała mu do zrozumienia, że ludzie wpływowi, hrabia Samsonow, baron i inni, zapewne za 

nią silnie się wstawiać będą, radziła grzeczne wyłamanie się spod ich despotyzmu.
 

― Teatr, jak wojsko, jednego wodza mieć powi- nien ― mówiła ― pan swej władzy nie 

dziel z nikim. Jeżeli ci ją z rąk wyrwą, nie będziesz panem i przypłacisz to później upadkiem.
 

Daleko przebieglejsza i więcej mająca zręczności Laura narzuciła mu swe przekonania, dała 

wcześniej kierunek i z pociechą winszowała sobie wieczoru dnia tego zupełnego tryumfu.
 

Nikt w świecie nie miał wiedzieć o tym, że się spotkali, że się znali. Ona tejże nocy 

powracała do stolicy, on miał w kilkadziesiąt godzin po niej się ukazać.
 

Baron tymczasem, spokojny o przyszłość śpiewaczki, gdyż był pewien, że teatr bez niej się 

nie obejdzie, mało nawet myślał o jakichkolwiek staraniach.
 

Dowiedział się o przybyciu nowego impresaria obojętnie, nie śpieszył robić z nim 

znajomości.
 

W kilka dni wieść się rozeszła po mieście, że Rosini przyjechał już z gotowym pocztem 

artystów, że nie potrzebował się starać o nich i że nowa trupa jest pełna.
 

Lacerti sama, niby strwożona, przybiegła do Marynki, zwiastując jej tę smutną wiadomość, 

iż ona zaledwie mogła wymodlić bardzo skromne pomieszczenie, na przypadek gdyby primadonna 
zastąpiona być miała.
 

― A wy? ― zapytała Marynki ― nie staraliżeście się?

 

― Ja dotychczas nie wiedziałam nawet o niczym...

 

Z wielką troskliwością o los przyjaciółki Laura ubolewać zaczęła nad tą jej nieopatrznością, 

nad zaniedbaniem jej przez przyjaciół.
 

Wieczorem tegoż dnia dowiedział się Percival o tym, zadumał i niedobrze rozumiejąc, radził 

cierpliwość.
 

― Z głosem pani ― rzekł ― nie potrzeba się napraszać nikomu, można czekać...

 

Marynka, której niepilno było wystąpić, była tegoż zdania, że się narzucać nie wypada.

 

Do czasu miała za co prowadzić to skromne życie, a potrzebowała wypoczynku... Żadnego 

więc kroku nie przedsięwzięła i życie szło swoim trybem, a Juraś, któremu się Marynki opuszczać 
nie chciało, siedział na strychu szczęśliwy, gdy mu do niej przyjść pozwolono.
 

I ona też, co by go była powinna odprawić do Berezówki, ociągała się z tym, sama przed 

sobą nie umiejąc wytłumaczyć dlaczego. Zdawało się jej, że z nim była tu bezpieczniejszą, że ten 
ktoś swój nieodbicie był jej potrzebny.
 

Z nim jednym mogła mówić tak po prostu, tym językiem wsi i młodości swej, który jej 

lepsze przypominał czasy.
 

Z jego oczu patrzało coś tak szczerego, tak tchnącego prawdą i gorącym przywiązaniem, iż 

on jeden na świecie był dla niej bratem i rodziną.
 

Zastępował jej niemal matkę, wcielała się w nim przeszłość, wiało od niego wiejskim 

powietrzem, nie zatrutym wyziewami, które ją dusiły...
 

Przy nim zapominała o sieroctwie swym, o doznanych boleściach... o wszystkim. Uśmiech 

nawet i wesołość dla niego powracały, czuła się młodszą...
 

Byłali to miłość? Któż wie? Choć może zwykłej jej fizjognomii nie miała, choć wcale różna 

od pospolitych miłostek, choć się w przywiązanie braterskie przybierać rada, była z pewnością 
pierwszym biciem serca tego dziewczęcia, a każdy dzień i rozmowa zbliżały ich więcej do siebie.
 

Juraś kochał się zapamiętale, szalenie, lecz w nim uczucie to pod naciskiem religijnych 

zasad, którym był wierny, zmieniało się w rodzaj czci i uwielbienia pokornego. Nie myślał ani o 
pozyskaniu sobie jej serca, bo by to grzesznym było, skoro żenić się z nią nie mógł, ani w 
poufalszym zbliżeniu się, którego znał teoretycznie niebezpieczeństwo.
 

Gotów był tylko dla tej niewiasty tak nieszczęśliwej, zbolałej, osieroconej, życie oddać na 

usługi i nie pragnął nic nad to, ażeby przy niej choćby psem podwórzowym mógł być.

background image

 

Była tak dobrą dla niego, tak względną, tak łaskawą, gdy mu u drzwi w salonie usiąść 

pozwoliła słuchać dźwięku swej mowy, dopuściła rozmawiać z sobą, dzielić się myślami, 
wspomnieniami, że Juraś nic już więcej nie pożądał.
 

Grzeszne przypuszczenie, aby on, biedny Poterski, proste chłopię, mógł bliżej przystąpić do 

tego anioła i więcej coś nad końce jego palców ucałować, nad rąbek jego szaty, nigdy mu nawet w 
myśli nie pozostało.
 

Pragnął tak jej szczęścia, że nawet bez siebie widząc ją szczęśliwą, byłby Bogu za to 

dziękował. Taka miłość, na pół z modlitwą i pobożnością zmieszana, dziś wprawdzie jest 
fenomenem prawie nieprawdopodobnym, lecz Juraś też do ludzi współczesnych sobie nie był 
podobny. Zdjął suknię, ale dusza jego chodziła jeszcze w czarnej sutannie kleryka.
 

Sezon teatralny rozpoczął się bez Marynki, a że Rosini umiał przygotować swą salę przy 

pierwszym jej otwarciu, publiczność była spragnioną, ciekawą, i artyści a artystki zawczasu sobie 
zjednali przyjaciół i szło bardzo dobrze.
 

Laura, która mówiła o sobie, że ma tylko dublować jakąś primadonnę, nie przybywającą 

dotąd, była na pierwszym planie. Zbierała obfite wieńce, oklaski.
 

Wprawdzie wielcy znawcy i smakosze mieli dużo do zarzucenia nowemu składowi opery, 

lecz w początkach należało pobłażać.
 

O Marynce ludzie, którzy zapominają zawsze najłatwiej, wcale jakoś nie myśleli. Jeden 

stary hrabia Samsonow jej żałował. Książę Agaton, którego piosnek nie śpiewała, mimo że miał 
prawie przyrzeczenie spopularyzowania ich, gniewał się na nią.
 

Baron nie śmiał bardzo sprawy jej popierać, lękając się, aby pogłoski, jakie już chodziły o 

stosunkach z nią, nie nabrały przez to większego prawdopodobieństwa.
 

Z otwarciem teatru Marynka, która żyła zupełnie odosobniona, uczuła jakieś pragnienie 

widzenia go, słyszenia muzyki, jakąś po nim tęsknicę. Choć zawód ten dał się jej boleśnie we znaki, 
zostawił po sobie jakiś nałóg, jakieś przywiązanie do tych desek, na których tyle uczuć nie znanych 
jej wprzódy doznała. Mimo woli ciągnęła ją scena.
 

Baron, który się tego domyślił, przyniósł zaabonowaną lożę, a że się lękał, by od niej nie 

odstraszała Marynki obawa jego przytomności, oznajmił zaraz, że ma krzesło w orkiestrze.
 

Ofierze tej rada była bardzo Marynka. Uczęszczała więc pilno na teatr i powracała z niego 

prawie poruszona mocno, tak on nie odpowiadał jej wymaganiom i ideałom.
 

Percival potem słyszał ją z rana rozprawiającą żywo, zajmującą się sceną, zapominającą o 

wszystkim dla tych kwestyj sztuki, które same prawie umiały ją ożywić i rozerwać jej smutek.
 

Zdawało mu się, że choćby nie dla zysku i sławy, ale dla tej dusznej potrzeby artystki, która 

żądną była walki, należało jej ułatwić jeżeli nie powrót, to choć ukazanie się na scenie. Był pewien, 
że naówczas Rosini zostałby zmuszony zamówić ją do swej opery.
 

Me uprzedzając o tym Marynki, Percival w celu pozyskania sobie Rosiniego zrobił z nim 

znajomość.
 

Na pierwszą jednak wzmiankę o Burcelli dyrektor się zmarszczył i okazał tak absolutną 

niemożność angażowania jej, taki wstręt, że Percival, zdumiony i obrażony, mówić już z nim nie 
chciał.
 

Dotknięty był tym mocno.

 

Nie myśląc więc starać się o stałe zamówienie Marynki, umiał przez drugich tak zabiegać, iż 

nóż prawie na gardle Rosiniemu położono, wymagając dla niej gościnnych występów.
 

Opierał się im, zwłóczyć chciał dyrektor, lecz wpływy były tak silne, iż ulec był zmuszony.

 

Tegoż wieczoru Lacerti, która była już najbliższą przyjaciółką Rosiniego i, jak mówiono, 

despotyczną nad nim miała władzę, dowiedziała się o tym i zakrzyknęła, iż nie dopuści nigdy 
wystąpić Marynce, lub groziła usunięciem się ze sceny.
 

Rosini na próżno się starał ją uspokoić; pogniewali się z sobą. Poróżnienie jednak nie trwało 

długo, bo Włoszka więcej się obawiała sama, niż mogła nastraszyć.
 

Dyrektor obiecywał zwłokę, odkładano.

 

Lecz Percival był uparty, a poza nim różne potęgi stały, dyrektor musiał ulec.

 

Gdy raz przekonała się Lacerti, że gościnne występy były koniecznością, wszechwładna 

background image

pani za kulisami zaklęła się, że współzawodniczce na pierwsze jej ukazanie się przygotuje 
nieochybną klęskę.
 

Rozpoczęła zabiegi w taki sposób, tak szafując groźbami i wpływem swym na Rosiniego, 

obietnicami, intrygami, że w istocie co najmniej fiasco było nieuchronne.
 

Baron i wszyscy wielbiciele Marynki byli pewni swego, poprzednie tryumfy uspakajały ich 

tak i usypiały, że ze swej strony nie widzieli najmniejszej potrzeby przygotowań i ostrożności.
 

Percivalowi zdało się, że byłoby uwłaczającym genialnej artystce, gdyby powątpiewał o jej 

powodzeniu. Nigdy jeszcze Litwinka na scenie nie doznała zawodu. Rachowano na tego ducha 
zwycięskiego, który ją ożywiał, na czarodziejską głosu potęgę.
 

Przebiegła Lacerti, która najmniejszymi nie gardziła sposobami szkodzenia i 

przeszkadzania, postarała się o to najprzód, ażeby rola, w której śpiewaćmiała Marynka, jak 
najmniej przypadała do natury jej głosui talentu.
 

Marynka nie odrzuciła jej, choć widziała trudność, uparła się ją zwyciężyć. Powodzenia jej 

dawniejsze trochę ją uspakajały, rachowała na zapał, który ją był powinien ogarnąć i dać jej siłę.
 

Pomijając to, że w sali rozsadzić miała Lacerti oddanych sobie sykaczy, wpadła jeszcze na 

pomysł prawdziwie szatański. Wiedziała, że trudno było onieśmielić Marynkę, iż w charakterze jej 
było zrozpaczonej podnosić się z potęgą niezmierną.
 

Szukała środków sparaliżowania rywalki, przestraszenia jej czymś, zadania ciosu, który by 

głos i odwagę odjął, i znalazła w głowie coś tak dziwnego, tak ohydnego zarazem, tak trywialnego, 
że pomysł podobny tylko w takim jak jej sercu i fantazji mógł się zrodzić. Znajoma i 
poprzyjaźniona z całym teatralnym światem była w bardzo poufałych stosunkach z kilku aktorami, 
celującymi w sztuce przerabiania swych fizjognomij i postaci na to, co chcieli.
 

Mówiła sobie, że gdyby Marynka, wychodząc na scenę, ujrzała tuż w loży 

zmartwychwstałego Corsiniego i widmo Volantiego, musiałoby ją to przerazić.
 

Panowie Alfred i Jules, komicy, którym ten figiel zdawał się bardzo zabawnym, podjęli się 

ugrymować doskonale. Obaj oni znali Corsiniego i Volantiego i zaręczali, że postawę, minę strój do 
złudzenia wynaśladować potrafią.
 

Nikt ich za to prześladować nie mógł, a gdyby cel ich był dopięty, Marynka zmieszała się 

lub omdlała, mieli się łatwo niepostrzeżeni wyśliznąć.
 

W największej tajemnicy cała ta maskarada niecna umówiona była. Dwaj usłużni artyści 

mieli się w głębi loży ukrywać, aby ich zawczasu nie postrzeżono, i wystąpić naprzód, na światło, 
dopiero gdy Marynka wyjdzie na scenę.
 

Pan Alfred, czulszy nieco, który miał Corsiniego przedstawiać, objawił trochę obawy, aby 

skutki nie były zbyt groźne; sumienie go ruszyło, lecz Laura śmiechem, szyderstwem, zalotnością 
potrafiła go nawrócić.
 

Odbyto przy drzwiach zamkniętych próbę i Lacerti krzyknęła z przestrachu, tak znakomici 

artyści doskonale się w role swe wcielić potrafili.
 

Przygotowania, próby zabrały dość czasu, Lacerti teraz już się prawie niecierpliwiła i rada 

była przyśpieszyć katastrofę.
 

Nadszedł nareszcie dzień naznaczony.

 

Baron postarał się o to, aby teatr był pełny. Ze swej strony miejsca potrzebne dla 

hałasujących wcześnie zamówiła Lacerti.
 

Marynka nie była w usposobieniu takim, jakiego się sama spodziewała, sądząc, że po 

długim wypoczynku zapał i natchnienie przyjdą większe; czuła się smutną i znękaną.
 

Znając jednak siebie i wiedząc, że w chwili krytycznej dopiero odzyskiwała głos i 

natchnienie, nie obawiała się wpływu tego usposobienia.
 

Wszystko zresztą szło w początku jak najpomyślniej, słuchacze byli sympatyczni, pierwsze 

sceny powiodły się i nastroiły ogół do oklasków.
 

W sali z niecierpliwością wyglądano ukazania się artystki, która liczyła mnogich i 

zapalonych czcicieli.
 

Cisza wielka, uroczysta oczekiwania towarzyszyła wyjściu Marynki, której 

powierzchowność sama robiła zawsze jak najlepsze wrażenie. Część publiczności chciała ją 

background image

zwykłym powitać oklaskiem, poruszyły się już ręce, gdy z różnych kątów sali dały się słyszeć 
syczenia złowrogie, uparte. Przyjaciele artystki, nie chcąc wywoływać walki, umilkli.
 

Zmieszana nieco Marynka wahała się z podniesieniem głosu, serce jej bić zaczęło, lecz 

męstwo wróciło natychmiast. Śpiew brzmiał, podnosząc się coraz i nabierając siły.
 

Oczy miała zwrócone w głąb sali i dwa owe widma, które niepostrzeżone wystąpiły, na 

próżno się nastręczały jej w pełnym świetle. Marynka ich nie widziała.
 

Skryta za kulisami Lacerti bladła... śpiew był cudowny.

 

Wtem wzrok śpiewaczki obiegający salę padł na stojących tuż Corsiniego i Volantiego. 

Nagle krzyk przeraźliwy wyrwał się z piersi, nieszczęśliwa jak obłąkana rzuciła się, chwytając się 
za głowę... zachwiała się i padła na deski.
 

Piorunowe to omdlenie, którego przyczyny nikt sobie wytłumaczyć nie umiał, poruszyło 

całą salę... Co najprędzej spuszczono kurtynę, doktor wbiegł na scenę. Marynka leżała jak bez 
życia.
 

Rosini wyszedł zmieszany oświadczyć publiczności, iż nagła słabość na chwilę tylko 

przerwie widowisko, które z inną artystką natychmiast rozpocznie się na nowo.
 

Za kulisami Lacerti puściła już wiadomość, że Litwinka obłąkania dostała. Wyniesiono ją 

do pokoiku, w którym się ubierała; przyjaciele przestraszeni nadbiegać zaczęli.
 

Doktor po dwakroć wywiódł ją był z omdlenia, lecz otwarłszy oczy, zaczynała krzyczeć, 

rzucać się i z trwogą niewymowną słabła znowu.
 

Zosiczowa myślała tylko o tym, jak by ją odwieźć do domu.

 

Baron już był z powozem i drugim lekarzem na usługi. Juraś stał w progu; wzięto na ręce na 

pół omdlałą i wśród rozlegających się na scenie śpiewów przeniesiono do karety.
 

Przez całą drogę trwały konwulsyjne miotania się, płacz i śmiech serdeczny, i mdłości.

 

Wypadek dla tych, co znali dobrze Marynkę, tak był niezrozumiały, iż baron pierwszy 

wpadł na podejrzenie, że go coś spowodować musiało ukartowanego umyślnie zbrodniczą ręką.
 

Domyśleć się jednak, jakiego rodzaju dopuszczono się zamachu, nie było podobna. 

Marynka sama, do przytomności przychodząc, pytana, nic odpowiedzieć nie umiała. Obłąkanymi 
oczyma rzucała dokoła. Głos jej w piersi zamierał.
 

Dwaj artyści, którzy tak dobrze niepoczciwej usłużyli Lacerti, natychmiast po dokonaniu, co 

im polecono, przestraszeni uciekli z loży i teatru. Zdawało się, że nikt ich dostrzec nie mógł i 
tajemnica zachowaną będzie. Dwóch jednak muzyków grających w orkiestrze, którzy znali dobrze 
Corsiniego i Volantiego, widzieli te widma, a choć się nie mogli domyśleć, kto odegrywał ich rolę, 
zrozumieli, dlaczego się tam one znalazły.
 

Oburzenie poczciwych ludzi było ogromne. Najprzód wśród muzyków w orkiestrze rozeszła 

się wieść o tych dwóch strachach postawionych w loży umyślnie, aby artystce odjąć przytomność i 
wywołać katastrofę. Wszyscy prawie domyślali się, znając Lacerti, że ona obcą nie była niecnemu 
prześladowaniu.
 

Ponieważ w początku dwóch tylko świadków mówiło o tym, nie bardzo im wierzono, ale 

wkrótce znaleźli się i inni ze stojących za kulisami, z widzów siedzących naprzeciwko, którzy coś 
podobnego opowiadali.
 

W czasie następnego międzyaktu po lożach już obiegała wiadomość, nie dosyć jeszcze, że 

zamach jakiś współzawodniczek, jakaś niepoczciwa zdrada, wypadek zawczasu ukartowany były 
przyczyną omdlenia Marynki.
 

Znający stosunki teatralne wpadali już na myśl, że to być musiało sprawą Lacerti.

 

Ona to właśnie zajęła miejsce zasłabłej i śpiewała jej rolę, chociaż wzruszenie i przestrach 

jakiś czyniły ją tego dnia mniej śmiałą i pewną siebie.
 

Z prędko gotowego stroju i wszystkich przyborów potrzebnych znający teatr łatwo wnieść 

mogli, że Laura rachowała na to, co się stało, czekała tylko omdlenia i gotowała się do wystąpienia 
w zastępstwie.
 

Zamiast tryumfu, którego się mogła spodziewać jako improwizująca swą rolę, Lacerti 

znalazła się w następnych aktach wobec publiczności usposobionej jak najgorzej. W sali 
powtarzano uparcie, że ona była sprawczynią nie rozwikłanego, tajemniczego zamachu. Jest rzeczą 

background image

pewną, że ludzie w gromadach zebrani, gdy po nich prąd jakiś przeleci, łatwo się mu ująć dają i 
unoszą się aż do namiętności. Zaraźliwym staje się usposobienie mas i jednostki, podniecone nim, 
zdobywają się na odwagę, której by pojedynczo nigdy nie miały.
 

Gdy raz zaczęło szemrać przeciw Laurze, a ktoś szepnął:

 

― Wyświstać ją! ― poszło hasło to po sali jak iskra elektryczna. Chciano pomścić biedną 

Litwinkę.
 

Po wielkiej arii, która miała się zamknąć oklaskami, świst z loży dał się słyszeć przeraźliwy 

i natychmiast spotęgował się do wrzawy i hałasu niesłychanego. Stukano nogami, sykano, świstano, 
śmiano się.
 

Lacerti zrazu jak ukąszona wyprostowała się dumnie, podniosła głowę wyzywająco, chciała 

brawować. Spodziewała się obrońców, lecz wprędce gniew zamienił się w trwogę, krzyknęła, 
zakryła oczy i uciekła ze sceny. Pośród hałasu okrutnego musiano po raz wtóry zapuścić zasłonę. 
Niepodobieństwem było ciągnąć dalej, dyrektor łamał ręce z rozpaczy.
 

Publiczność, chociaż jej jeszcze brak było zakończe- nia widowiska, zaczęła tłumnie 

opuszczać salę. Niektórzy wspinali się na krzesła i wywoływali:
 

― Burcelli! Burcelli!

 

Tak na Włoszcze pomszczono się, instynktowo winę jej czując, za pokrzywdzoną, która 

leżała nieprzytomna i na wpół obłąkana, otoczona lekarzami przez barona sprowadzonymi.
 

Wszyscy oni, nie znając przyczyny tego wypadku, godzili się na to, że wywołany być 

musiał wrażeniem jakimś, słowem obelżywym, demonstracją. Baron nie dostrzegł nic, lecz 
zaprzysięgał się, że prawdy dojść musi i pomści Marynkę.
 

Zostawiwszy chorą w ręku Zosiczowej i doktorów, powrócił do teatru, aby być świadkiem 

tego wybuchu niechęci ogólnego, który potępił Lacerti.
 

Vox populi zdał mu się tu istotnie głosem Boga. I on pewien był, że wszystko to było jej 

sprawą, lecz co zrobiła, nie wiedział jeszcze.
 

Przypadek zrządził, że mu ktoś o muzykach powiedział, którzy coś wiedzieć mieli i o jakimś 

zamachu opowiadali. Percival znał wszystkie przejścia w teatrze. Wszedł małymi drzwiczkami do 
orkiestry w chwili, gdy panowie muzycy właśnie swe instrumenty chowali do pudełek i 
pokrowców, radzi, że się prędzej uwolnią.
 

W kupce ludzi, którzy żywo rozprawiali, natrafił właśnie na owych dwu świadków.

 

― Przecież nie mogło mi się przywidzieć ― powiadał, chustką pstrą ocierając pot, otyły 

wiolonczelista ― bo oto kolega Majer, który ma dobre oczy, widział toż samo. Ot tu... (wskazał 
ręką na lożę) w chwili, gdy Burcelli wystąpić miała, zjawili się ci ichmoście... jakby żywi. Tak się 
tylko ugrymować mogą artyści z profesji. Jeden, przysiągłbyś, żywy Corsini, nawet suknie i krawat, 
jakby z niego zdjęte... drugi, kubek w kubek Volanti. Ten też może lepiej jeszcze go skopiował. 
Smy- czek mi zadrżał, gdym ich zobaczył. Stanęli tak, że nie mogła ich nie zobaczyć, ale z 
początku nie patrzała w tę stronę, dopiero gdy wzrokiem potoczyła...
 

Baron, który opowiadania tego wysłuchał, wiedział już to, czego chciał się dowiedzieć. 

Rozumiał krzyk, omdlenie, przestrach i całą nikczemność takiego środka użytego przeciw rywalce.
 

Nie mógł kto inny tego uczynić oprócz Lacerti. Lecz na tej się już mścić nie potrzebował, 

była zabitą i po wyświstaniu na scenie tak namiętnym więcej się na niej pokazać nie mogła. I ona 
leżała w gorączce, pięści podnosząc do góry i płacząc ze złości.
 

We dwa lata później, kto by był widział Berezówkę, nie domyśliłby się może, że ogień 

przeszedł tędy i że nowa, odrodzona z popiołów powstała. Pobożna ręka tak ją odbudowała, aby 
pomiędzy zgorzała a nową najmniejszej nie było różnicy. Trochę świeższym wyglądał dworek, 
choć u nas drzewo prędko słoty i wichry, upał na przemiany z mrozami oblekają szarą powłoką. 
Nawet popalone płoty i zniszczone szopki umiano na wzór dawnych w tym samym miejscu skleić z 
takiego samego materiału.
 

A był dzień taki wiosenny, podobny do owego poranka, gdy Marynka, wybiegłszy na łąkę, 

na cały głos sobie samej piosnkę śpiewała, co o jej przyszłości miała rozstrzygnąć.
 

I jak naówczas w krzakach łoziny, w bzach i w olszynach zawodziły słowiki, a wszystko tu 

tak się mało zmieniło, postarzało, urosło, jakby między chwilą tamtą a teraźniejszością ledwie dzień 

background image

jeden upłynął. W tej naturze na pół sennej, żyjącej powoli i nieznacznie, trudno było dopatrzyć się 
postarzenia, różnicy od wczoraj, wzrostu i metamorfozy. Te same kwiatki podnosiły główki z traw 
bujnych... i na ścieżynce wiodącej do dworku, która tak samo jak niegdyś płowo wśród zielonej 
murawy wiła się... powolnym krokiem szedł z tym samym kijem w ręku, w tej samej czapce 
pogniecionej, trochę tylko więcej pogarbiony stary Żantyr. Szedł powoli, suwał nogami, stawał i 
rozglądał się dokoła. Może mu na myśl przychodziło, jak tu niegdyś zaczajonego na podsłuchach 
spotkał Francuza.
 

Żantyr w tym życiu wiejskich ludzi bez wstrząśnień i wypadków był jak stare olchy, wiek 

nie bardzo go przygniótł, nie przybyło mu prawie zmarszczek na twarzy ani na czole, ten sam 
wyraz dobrodusznej obojętności miał na ustach. Tylko wyraz całego lica tego, skórą jakby 
stwardniałą powleczonego, był teraz smutniejszy.
 

I niepilno mu było iść do zaścianka, bo coraz to stawał i zamyślał się, a oglądał.

 

Około dworku było cicho, tylko drób się odzywał głosami różnymi i rozmowy kur, gęsi a 

kaczek zwadliwe słychać było.
 

W szopce gdzieś beczało cielę... z pola rżenie koni dochodziło.

 

Wiatr wiosenny czasem przelatywał po gałęziach drzew, zaszumiał i milczenie po nim 

następowało. Listki drżały jeszcze krótką chwilę i stopniowo wracały do dawnej nieruchomości.
 

W podwórku czasem ukazywała się podkasana dziewczyna, śpiesząc nazad do kuchni i 

szopek, około stajen przemknął się chłopak bosy w bieliźnie, wprędce potem drób sam zostawał 
swobodny, gospodarząc na śmietniskach i przy kałużach, które wczorajszy deszcz pozostawił po 
sobie.
 

Żantyr od ogródka z tyłu znajomą sobie furtką, którą otworzył, rękę przełożywszy na drugą 

stronę, wszedł na podwórko, oglądał się, czy kogo nie zobaczy, gdy tylnymi drzwiami w ladajakim 
kubraczku, bez czapki, w butach długich ukazał się znajomy nam Juraś. Zmężniał był trochę, ale i 
on wyraz twarzy miał smutny.
 

Z dala Żantyr go ręką pozdrowił, a Poterski podszedł ku niemu.

 

Zbliżywszy się, zaczęli rozmowę tak cicho, jakby się obawiali obudzić kogo lub przerwać 

potrzebny spoczynek.
 

― Dzień dobry!

 

― Dzień dobry!

 

― A co tam u was słychać?

 

― Nic, wszystko po dawnemu. Organista bystro spojrzał mu w oczy.

 

― Nie lepiej?

 

― Nie gorzej ― rzekł Juraś ― dzięki Bogu i za to.

 

― Spokojna?

 

― Jak była...

 

― A przytomność?

 

― Nie powraca... ― wtrącił smutnie Poterski i poprawił się zaraz. ― Nie można bo 

powiedzieć, żeby nieprzytomna była. Poznajeć ona wszystkich, prawie każdy wypadek, który się z 
nią i koło niej stał, pamięta, tylko zmieszało się wszystko w tej biednej głowie: umarli, żywi, 
wczoraj i dzisiaj. Mówi o matce, jakby na nią oczekiwała, śniadanie i obiad każe gotować dla wuja 
proboszcza, którego dawno nie ma na świecie, dla mojego nieboszczyka majora.
 

Juraś westchnął.

 

― Żeby choć tych łajdaków, co ją o chorobę tę przyprawili, mogła przepomnieć ― 

przerwał Żantyr ― może by ozdrowiała.
 

― Ale ― zawołał Poterski ― właśnie z tym bieda, że ona tak ich i te nieszczęsne lata 

pamięta, jakby one trwały jeszcze. Wstaje czasem, śpiesząc się do fortepianu powtarzać rolę, bo 
niby wieczorem ma wystąpić. Czeka na Volantiego, spodziewa się tej łotrzycy, Włoszki, a po- tem 
w godzinę zmienia się wszystko i jest znowu w Berezówce...
 

Żantyr stał sapiąc.

 

― Toż ta poczciwa stara Żabińska, która jest teraz przy niej, powinna się o to starać, aby ją 

właśnie ciągle do Berezówki zawracała. Lubi swój ogródek, w to trzeba bić... niech sobie kwiatki 

background image

sadzi i śpiewa.
 

― Najgorzej z tym śpiewem ― przerwał Juraś ― a! to desperacja! Póki stare piosenki nuci, 

to nic, ale jak wpadnie na te arie, których się uczyła dla teatru... Pan nigdy nie słyszałeś, jak ona je 
śpiewa? ― zapytał Poterski biorąc się za głowę.
 

― Ale bo wiesz, że ja nie mogę tego słuchać, bo płaczę i szaleję ― rzekł Żantyr.

 

― I prawda, jak Bóg miły, że bez łez i nie oszalawszy, nie można tego słuchać ― ciągnął 

cichym głosem Juraś. ― Ach! ach! Z początku nic... weźmie nuty w rękę, czyta niby, milcząc, 
wodzi po nich oczyma, zaczyna nucić półgłosem, cicho, spokojnie... ale sama, posłyszawszy siebie, 
coraz się bardziej zapala... Twarz się jej mieni, oczy jakby ogniem zapalają, głos rośnie, podnosi 
się, aż strach, aż człowieka mrowie przechodzi. Naówczas ani jej prosić, ani wstrzymywać, bo nie 
słyszy, nie widzi, odpycha... Zupełnie tak stoi i porusza się, jakby była na scenie... jakby słyszała, 
że jej klaskają... Powiadam panu Żantyrowi, robi się taka piękna, klękać przed nią... Ale cóż z tego? 
Trwa to, dopóki się aria nie skończy, potem Żabińska musi być w pogotowiu, bo pada bezsilna z 
krzykiem, płaczem, dostaje jakiegoś łkania... śmiechu... Strach!... I choruje... A rzadko ją od tego 
wstrzymać się uda ― mówił Juraś. ― Chowamy nuty, zamykamy fortepian: Gniewa się, łaje, każe 
otworzyć... Żabińska nut nie daje, i to nie pomaga. Weźmie lada arkusz papieru ze stołu i czyta z 
niego, tak jakby na nim było co napisanego.
 

Juraś westchnął ciężko.

 

― A cóż mówi doktor Bagiński? ― szepnął Żantyr.

 

― Nic; jak go przyprzeć, to się tylko rozgniewa i mówi mi: czego wy mnie badacie, gdy ja 

wiem tyle, co wy? Któż taką chorobę zrozumie? Jutro może oprzytomnieć i być zdrową, albo gorzej 
jeszcze szaleć. Tu żaden doktor nie poradzi.
 

― Tak ― rzekł smutnie Żantyr ― na to może tylko poradzić Bóg, a ten wie, dlaczego 

człowiekowi rozum daje i odbiera... Któż to może wiedzieć, czy jej z tym nie lepiej? Choć czasem 
ma chwilę spokojną...
 

Poterskiemu pociecha ta była nie do smaku, skrzywił się.

 

― Co bo pan Żantyr mówi! ― przerwał z jakąś butą, która nie była w jego charakterze. ― 

Jak to można utrzymywać, że człowiekowi nieprzytomnemu dobrze? Toć to grzech, a słowo daję, 
toć to grzech ― dodał eks-kleryk z zapałem ― wszak człowiek w tym stanie na zbawienie 
pracować nie może .
 

― A prawda! ― odparł organista ― ale i nie grzeszy, bo za to, co czyni, 

nieodpowiedzialny.
 

Poterski zżymnął się.

 

― At ― rzekł ― gadanie. Dopóty, dopóki ten nikczemny Włoch czy Francuz żył, co się jej 

mężem nazywał, to niechby sobie było, jak chciało, ale teraz, gdy przyszła wiadomość z Marsylii, 
że go apopleksja ubiła, kobieta wolna... mogłaby...
 

Żantyr głową pokręcił.

 

― Tak ― dodał ― tak... myślisz acan sobie... mogłaby nawet za Poterskiego wyjść.

 

Juraś się zaczerwienił mocno.

 

― Nieprawda! ― odparł ― ja tego, jako żywo, nie myślę. Pan Żantyr ma mnie za takiego 

niecnotę, co tylko dla siebie i o sobie myśli i stara się. A Boga biorę na świadka, ja się jej nie czuję 
godnym, przez głowę mi to nie przeszło. Czy ona by sobie kogo innego nie znalazła?
 

Żantyr się zadumał.

 

― Co bo mi w głowie! ― rzekł po chwili. ― Sądzisz, że ja bym temu przeciwny był, żebyś 

się z nią ożenił, gdyby to możliwym było?
 

― E! dajmy bo temu spokój! ― zawołał Poterski niespokojny ― nie ma mówić o czym.

 

Stali tak trochę naprzeciw siebie milczący.

 

― A wczoraj wieczorem jak była? ― spytał organista.

 

Jurasiowi nie bardzo się odpowiadać chciało.

 

― Wczoraj wieczorem milcząca była, chodziła raz wraz po pokoju... wyglądała oknem, 

jakby na kogo oczekiwała, ale nie powiedziała na kogo.
 

W chwili, gdy to mówili, od strony ogródka dał się słyszeć śpiew.

background image

 

Żantyr zbladł i zadrżał, łzy mu się w oczach zakręciły, stał; ale go ten głos tak ciągnął ku 

sobie, że choć się opierał pokusie, wstrzymać się już nie mógł i szedł ku ogrodzeniu.
 

Był to śpiew Marynki, ale jakby reminiscencja dawnych, bardzo dawnych czasów, prosta 

jakaś wiejska piosnka, bez mądrych koloratur i wykwintnych popisów głosu... wesoła, swobodna, 
uśmiechnięta. Właśnie ten kontrast wesołości jej z przypomnieniem losu tej, która ją śpiewała, 
straszny był i tragiczny.
 

Żantyr połykał łzy, usta ściskał.

 

Wtem zza płotu, za którym stali, nagle ukazała się główka z włosami w nieładzie, w którą 

powpinane były świeżo zerwane kwiatki, blada twarzyczka z wyrazem na pół dziecięcym, 
półmęczeńskim... dwoje oczu i ręka biała.
 

― Żantyr! ― zawołała, spostrzegłszy go ― a widzisz! Czekam, czekam na ciebie, obiecałeś 

mi i nie przycho- dzisz. Miałeś ze mną powtórzyć: Czegoś oczka zapłakała! Ja bez ciebie tego nie 
potrafię.
 

Żantyr, wzruszony tak, że mówić nie mógł, powolnym krokiem zbliżył się do płotu, szukał 

furtki opieszale, jakby do ogródka wnijść nie śmiał.
 

― Żantyr, chodź! ― wołała, ręką go wabiąc. Wtem spostrzegła i Jurasia, który, jakby się 

chciał skryć, cofał się przed jej wzrokiem.
 

― A! Juraś... ― rozśmiała się do niego. ― Major jak się ma? Dlaczego nie przyjeżdża? W 

tym Kącie siedzi a siedzi...
 

Żantyr wstrzymał się u furtki, niepewien, czy ma wnijść.

 

― Proszę pana Żantyra ― dodała ― proszę.

 

Na ganku od ogrodu ukazała się podżyła kobieta w białym szlafroku, białym czepku, z 

twarzą łagodną. Patrzała na stojącą w ogrodzeniu Marynkę i czekała, czy jej nie będzie potrzebna.
 

Była to pani Żabińska, która od roku już przy Marynce bawiła, prawdziwa siostra 

miłosierdzia, bo też i z klasztoru sióstr wzięta, z którego nowicjatu czasowo tylko oddaliła się dla 
Marynki.
 

― Marynko, kochanie! Tam pokrzywy są około płotu, ostrożnie...

 

Obejrzała się dokoła przestrzeżona i odstąpiła trochę.

 

― Byle mama powróciła ― odezwała się ― muszę jej prosić, aby to zielsko kazała 

powyrywać...
 

Odstąpiła ku ścieżce, z głową zwróconą ku furtce, którą miał wnijść Żantyr.

 

Ten wahał się jeszcze; nie umiał bowiem w przytomności Marynki zachować się, jak 

należało, łzy łykał, a śmiech jej do rozpaczy go przyprowadzał...
 

Doczekawszy się starego przyjaciela, poczęła iść ku dworkowi, prowadząc go za sobą.

 

― Jakże się ma wuj? ― pytała ― wieki już, jak u nas nie był. Jak się ma?

 

― Dobrze... dobrze... ― zamruczał Żantyr pod nosem.

 

― A dlaczegóż nie przychodzi?

 

― Nie może... nie może... ― szeptał organista niechętnie.

 

Milcząc wprowadziła go do saloniku, który zupełnie do dawnego był podobny, tylko w 

miejsce starego brzęczącego fortepianiku stał nowy i piękny Pleyela. Me było na nim nut, bo 
Żabińska skrzętnie je chowała.
 

Marynka, podszedłszy, otworzyła szybko fortepian i Żantyrowi przy nim miejsce 

wskazała... Opierając się, powoli siąść był zmuszony. Stanęła przy nim oparta o róg fortepianu.
 

― Wiesz ― szepnęła ― tę włoską piosnkę mi zagraj, której się ja nauczyć muszę, aby mnie 

i mój głos kupili. Ja to czynię dla mamy... mówisz, że nam mogą dać dużo, dużo pieniędzy?
 

Żantyr nie dotknął jeszcze klawiszów, ona się zamyśliła. Myśli jej musiały powędrować 

daleko i przebiec bardzo długą drogę. Zapomniała wnet, co mówiła przed chwilą.
 

― Lacerti będzie zła ― zaśmiała się ― o zła! A stary, poczciwy Samsonow się spłacze z 

radości... Wiesz, ta aria z Łucji...
 

Podniosła się i już pierwszych kilka słów poczęła nucić, gdy przerażony tym Żantyr wstał z 

krzesła.
 

Widząc go odsuwającego się od fortepianu, przestała śpiewać nagle.

background image

 

― Mamy nie widać i nie widać ― rzekła smutnie. ― Majora także, wuj nie przychodzi, ty 

jeden, poczciwy, pamiętasz o mnie.
 

Uśmiechnęła mu się i z wolna zsunęła się, siadając na bliskiej kanapce. Żantyr stał przed nią 

milczący i zmieszany.
 

Drzwi się otworzyły i Żabińska weszła, niosąc na tacce kawę, którą postawiła przed 

Marynką zdziwioną.
 

― Cóż ty chcesz, żebym ja to piła? ― zapytała Marynka.

 

― Ale naturalnie ― odparła Żabińska, nalewając.

 

Marynka pokręciła główką i jakby nawykła do posłuszeństwa, machinalnie, bez smaku i 

ochoty zaczęła pić i jeść, o czym innym zamyślona. Widocznym było, że nie wiedziała, co robiła.
 

Oczy miała wlepione w ścianę i długo nieruchome je tak trzymała. Milczenie panowało w 

pokoju. Żabińska, nie odchodząc, jakby na straży przy niej została u stolika.
 

Wśród tego milczenia kędy jej myśli uleciały, nikt nie mógł odgadnąć.

 

Żantyr z politowaniem i trwogą się jej przypatrywał, ruszyć z miejsca nie śmiejąc.

 

W podwórzu z dala słychać było głos Jurasia, który ją jakby ze snu przebudził. 

Przysłuchywała mu się z uwagą, ale nie powiedziała nic, tylko uśmieszek przesunął się po bladych 
ustach.
 

― Dobre chłopię! serdecznie dobre chłopię! ― odezwała się powoli, jakby sama do siebie. 

― On mnie kocha, ale to nadaremnie... ani jego, ani niczyją być nie mogę. Włochy i Francuzi mnie 
kupili, gdy zawołają, muszę iść... Biedny Juraś! Cóż? będzie się modlił! Bardzo pobożny !
 

Żantyr aż zwrócił głowę, z taką się uwagą przysłuchywał, i zamruczał:

 

― Dobry chłopiec, dobry! nie ma słowa.

 

― Widzisz ― poczęła, ku niemu aż pochylając się, Marynka ― ja, gdym tam była, ty 

wiesz, widziałam wielu bardzo ludzi, młodych, starych, a takiego, jak ten Juraś, nie było... Zupełnie 
inni ludzie, a ten jakby z ziemi wyrósł po deszczu w dzień słoneczny... Boże stworzenie... tamci 
wszyscy ulepieni przez kogoś... Dobre chłopię...
 

Wstała nagle z kanapki i już nie mówiąc nic na opróżnionym krzesełku usiadła przy 

fortepianie, patrzała na klawisze, nie śmiejąc ich dotknąć. Potem jedną ręką dobyła dźwięku, który 
ją całą poruszył. Obie dłonie wyciągnęła drżące... główkę podniosła do góry... chciała sobie coś 
przypomnieć...
 

Żantyr drżał, obawiając się być świadkiem jednej z tych scen, o których mówił Juraś, lecz te 

zwykle wieczorem się trafiały. Uderzywszy kilka akordów, Marynka wstała.
 

Żabińska, nie spuszczająca jej z oka, zrozumiała może trwogę Żantyra i podzielała ją, i 

odezwała się zaraz wesoło:
 

― Że też Marynka ten ogródek tak zaniedbuje! Poszłybyśmy do kwiatków, powietrze dziś 

tak świeże po deszczu wczorajszym... porozkwitały pierwsze powoje... Chodźmy...
 

Patrzała na nią, ale Marynka, zadumana, nie zdawała się słyszeć, co do niej mówiono, cała 

była w sobie. Żabińska po wtóre zagadnęła o ogródku, nie odpowiedziała. Nie widziała też 
stojącego tuż Żantyra i otworzywszy drzwi, powoli wyszła na ganek od podwórza.
 

Brama stała zamknięta; około studni gęsi chodziły i kaczki; stary pies, zobaczywszy 

Marynkę, przywlókł się do niej i ze spuszczoną głową jej wąchał rękę. Pogłaskała go po głowie. W 
ganku były dwie ławki. Siadła na jednej z nich.
 

Żabińska, która znała już jej obyczaj, wiedziała, że miała nadejść godzina, kilka razy w 

ciągu dnia się powtarzająca, milczenia i zatopienia w sobie.
 

Naówczas nie mówiła nic, nie słyszała, co do niej mówiono, i spokojnie dumała długo, ale z 

czołem pogodnym, z twarzą wyjaśnioną. Gdy za długo to trwało, Żabińska z wolna ją brała za rękę, 
prowadziła, gdzie chciała. Szła posłuszna.
 

Z tego zadumania wychodziła tak nagle, jak w nie wpadała, i poczynała mówić tak, jakby 

słowa jej były dalszym ciągiem przerwanej rozmowy.
 

Żantyr, popatrzywszy chwilę na nią, na palcach zszedł z ganku, obejrzał się raz jeszcze i 

powoli znajomą ścieżynką skierował się nazad ku probostwu.
 

Na drodze spotkał go Juraś, ale już ubrany, z biczykiem w ręku, bo się do gospodarstwa, a 

background image

potem wybierał do Kąta.
 

― A co? ― spytał Żantyra.

 

― Zamyśliła się ― szepnął organista. ― Żabińska przy niej jest. Miałem strach wielki, aby 

nie śpiewała, bo ja bym ryknął z boleści; słuchać tego nie mogę.
 

Poterski pobladł.

 

― O! ― rzekł ― żebyś waćpan wiedział, co ja łez od tego śpiewania wylałem! Ono jej te 

nieszczęśliwe czasy przypomina, a uchowaj Boże, tamtych ludzi jeszcze sobie przypomni ― 
szaleje.
 

Żantyr się wstrząsł.

 

― Tylko jednego tego Francuza, barona, który poczciwy był, można jej było przypomnieć i 

nic to nie szkodzi; innych niech Bóg broni ― dodał Poterski.
 

Organista, nic nie odpowiadając, nacisnął czapkę na głowę i dalej szedł ścieżką ku plebanii.

 

Tegoż dnia po południu nadjechał doktor, który tu raczej dla badania choroby i własnej 

ciekawości niż w nadziei pomożenia nieszczęśliwej przybywał.
 

Marynka była już do niego nawykłą. Wzrok jego miał siłę jakąś magnetyczną, która na nią 

wielki wpływ wywierała. Uspakajała się przy nim, umiał z nią tak prowadzić rozmowę, iż się 
myślom rozbujałym nie dawał ciągle w różnych kierunkach przerzucać.
 

Udawało mu się czasem ją prawie do przytomności przywieść i utrzymać czas jakiś, lecz nie 

trwało to długo; po wyjeździe jego obłąkanie dawne wracało.
 

Doktor był jednym z tych ludzi, którzy dla nauki i doświadczenia nie wahają się ani siebie, 

ani chorego poświęcić.
 

Od dawna miał on na myśli pewną próbę, lecz resztka jakiegoś politowania wstrzymywała 

go od jej wykonania.
 

Zdawało mu się, że silne jakieś wstrząśnienie, podobne do tego, które spowodowało 

chorobę, uleczyć by ją mogło. Wiedział zarazem, że próba, która by się nie powiodła, mogła chorej 
stan nie tylko pogorszyć, ale ją o życie przyprawić. Walczył z sobą i tą pokusą eksperymentu, która 
u adeptów nauki dochodzi czasem do namiętności.
 

Ile razy był w Berezówce, brała go chęć niezmierna rozpoczęcia doświadczenia, potem 

obawa jakaś i litość wstrzymywała. Odkładał to na później, a odłożywszy, sam sobie wyrzucał 
słabość.
 

Sofizmatami starał się przekonać, że wahać się było występkiem przeciwko nauce, której 

powinien był służyć więcej niż chorym. W jego przekonaniu chorzy byli tylko egzemplarzami 
przeznaczonymi do doświadczeń; nie szło o nich, ale zdobycie nowych dla medycyny faktów. Tu 
właśnie nastręczała się zręczność przekonania się, iż podobny stan obłąkania mógł być wielkim 
wstrząśnięciem wyleczony, tak jak był nim spowodowany. Nie były przykładnymi podobne 
uzdrowienia, chociaż w nich większą rolę grał przypadek niż umiejętne zastosowanie zasady.
 

Dnia tego Babski właśnie znalazł swą pacjentkę w takim stanie, który mu się zdawał 

najwłaściwszym do uczynienia próby. Rozpoczął z nią rozmowę i jak zwykle Marynka wobec 
mniej znajomego zachowała się tak, jakby resztka przytomności, wstyd jakiś nakazywał jej smutny 
stan ukrywać.
 

Mówiła z doktorem o rzeczach obojętnych, z pewnym ciągiem i nie wtrącając nic 

niedorzecznego. Lekarz znajdował ją tak dobrze, iż nie wahał się już z tego korzystać.
 

Na chwilę odstąpiwszy od niej, szepnął pani Żabińskiej, ażeby mu dała w jej ręku będącą, 

nadesłaną tu urzędownie metrykę zgonu Volantiego.
 

Posłuszna lekarzowi jejmość natychmiast dobyła ją z komody i wcisnęła do ręki.

 

Doktor usiadł przy swojej pacjentce.

 

― Znajduję panią dziś daleko lepiej niż ostatnim razem ― rzekł, ciągle patrząc jej w oczy.

 

― Ja bo się nie czuję chorą ― odparła Marynka.

 

― Gdybyś pani miała tylko silną wolę   przyjść zupełnie do zdrowia ― ciągnął dalej lekarz 

― jestem przekonany, że w istocie odzdrowiałabyś pani.
 

Nie otrzymując odpowiedzi, ośmielony lekarz ciągnął dalej:

 

― W tej chwili, przy mnie, prawda, że można by panią wziąć za uzdrowioną, lecz w innych 

background image

momentach potrzeba czuwać nad sobą, skupić myśli, zebrać wspomnienia, mężnie spojrzeć na 
przeszłość.
 

Marynka słuchała, jakby nie rozumiejąc.

 

― Chcę pani dopomóc do uporządkowania myśli i wspomnień― dodał doktor. ― Uważaj 

pani dobrze, co mówić będę... Od czego mam zacząć?
 

Nastąpiła chwila milczenia.

 

Babski spodziewał się odpowiedzi, otrzymał tylko uśmiech nic nie znaczący.

 

― Zacznijmy ― rzekł znowu ― od wyjścia za mąż za Volantiego?

 

Spojrzał na nią, brwi się jej ściągnęły, wargi zachwiały, ale nie powiedziała nic.

 

― Był to człowiek niepoczciwy, który panią oszukał; okazało się, że nie miał prawa brać 

ślubu.
 

Tu zatrzymawszy się, Babski starał się wyrozumieć, czy Marynka słuchała go i pojmowała, 

co mówił, lecz oprócz ściągnięcia brwi i wysiłku jakiegoś widomego na jej twarzyczce nic więcej 
się na niej nie malowało.
 

Była martwą i jakby lodem powleczoną. Trochę już zniecierpliwiony niepowodzeniem swej 

próby Babski poczynał mówić coraz żywiej:
 

― Było to bardzo naturalnym, że taki zawód, taka zdrada i nadużycie dobrej wiary mogły 

pani odjąć chwilowo władzę... mogły wprowadzić w rozpacz... ale dziś... pani nie masz już żadnego 
powodu do rozpaczania... Wszystko jest skończone... Volanti umarł! Pani jesteś wolną.
 

Twarz Marynki zadrżała, zdawało się, że znaczenie tych wyrazów zrozumiała, z wolna 

załamała ręce i wpatrzyła się wzrokiem tak naprężonym w doktora, iż on oczy spuścić musiał, a nie 
chcąc już otrzymanego skutku zmarnować, powtórzył z naciskiem:
 

― Volanti umarł! umarł! Pani jesteś wolną.

 

To mówiąc, roztworzył papier, który trzymał w ręku, i ukazując nań palcem, zawołał raz 

jeszcze:
 

― Volanti umarł!

 

Oczy biednej obłąkanej zdawały się wyskakiwać z powiek, gdy go słuchała, rumieniec 

wypływał na twarz, uśmiech dziwny, konwulsyjny wykrzywił jej usta...
 

― Ach! ― zawołała, wybuchając śmiechem przeraźliwym. ― Ach!

 

Chwyciła się nagle za bok lewy i upadła na kanapę jak martwa.

 

Doktor pochwycił ją w ramiona, głośno wołając Żabińskiej, która już biegła przelękła.

 

― Wody! soli trzeźwiącej! ― krzyczał Babski.

 

Nim jednak pośpieszono z tymi środkami, spostrzegł zbladły i zrozpaczony lekarz, że chora 

już nie żyła. Serce jej pękło... I na tym się skończyła historia biednej męczennicy.
 

Hyères. Drezno. 1881.

 

KONIEC TOMU TRZECIEGO I OSTATNIEGO

 

background image

 


Document Outline