background image

SARA ORWIG

KRYJÓWKA FINNEGANA

background image

1

W ostatnich dniach kwietnia słońce przygrzewało już mocno i trotuary starej dzielnicy 

Oklahomy lśniły gorącym blaskiem. Na skrzyżowaniu Pennsylvania Avenue z Dwudziestą 

Trzecią  Ulicą,  biegnącą   z  północy  na   zachód,  panował   ogromny  ruch.   Kiedy  światła   się 

zmieniły,   dwa   strumienie   pojazdów   ruszyły   w   kierunku   wschodnim,   a   dwa   na   zachód, 

przejeżdżając obok ogromnej łupiny orzecha arachidowego.

Ubrana w czarne, ażurowe pończochy i czerwone, lekkie pantofelki, w zakrywającym 

ją   aż   po   czubek   głowy   kartonowym   przebraniu   o   kształcie   wielkiego,   uśmiechniętego 

fistaszka,   Lucy   Reardon   pomachała   torebką   orzeszków   mijającemu   ją   kierowcy.   Za 

kierownicą jednego z samochodów mignęła znajoma twarz sąsiada z jej osiedla.

- Hej, panie Mundy! - zawołała, odprowadzając go wzrokiem i machając zawzięcie.

Nawet nie spojrzał w jej stronę. Patrzył prosto przed siebie, mijając szybko szeregi 

starych   budynków   ze   sklepikami,   które   w   ciągu   roku   po   wielokroć   zmieniały   swoich 

właścicieli. Wiatr rozwiewał mu falujące, ciemne włosy.

Lucy westchnęła i machała dalej do kierowców, spacerując to w tę, to w tamtą stronę 

przed   swoim   sklepikiem.   Choć   maleńki   i   wciśnięty   między   pralnię   chemiczną   a   sklep   z 

obuwiem,   „Fistaszek”   był  jej   własnością.   Próbowała   go   reklamować,   sprzedając   orzeszki 

kierowcom, kiedy na skrzyżowaniu czekali na zmianę świateł.

Uwagę   na   pana   Mundy’ego   zwróciła   dziś   nie   po   raz   pierwszy.   Dawno   już 

zainteresowało ją nazwisko na skrzynce pocztowej: F. MUNDY. Jakie imię kryło się pod 

owym „F”? Frank? Fred? A może jeszcze jakieś inne? Wielokrotnie mijali się na podjeździe 

albo   na   chodniku   między   budynkami.   Zerkała   na   niego   z   uśmiechem,   ale   nigdy   jej   nie 

zauważył. Wyglądał na człowieka wiecznie czymś zajętego - patrzył niewidzącym wzrokiem, 

idąc czytał albo mruczał do siebie, jakby się czegoś uczył na pamięć. Tylko raz widziała, jak 

przystanął,   by   zagadnąć   dzieciaki   z   osiedla.   Usłyszała   wówczas   jego   głos   -   głęboki,   o 

matowej barwie. I właśnie ten głos oraz mity sposób, w jaki traktował dzieci, sprawiły, że 

Lucy zapragnęła poznać go bliżej. Nie nosił obrączki, a na jego skrzynce nie było imienia 

kobiety.   Miał   gęste   włosy,   zachwycające   błękitne   oczy,   imponująco   szerokie   ramiona   i 

chociaż   był   tak   chudy,   jakby   miał   zaraz   paść   z   głodu,   nie   można   mu   było   odmówić 

atrakcyjności.

Rozmyślania o panu Mundym przerwał nagle dźwięk klaksonu. Jakiś kierowca zjechał 

z   pasma   ruchu   i   zahamował   przy   krawężniku   w   jednej   z   zatok   przeznaczonych   do 

background image

parkowania. Z samochodu wyskoczył chłopiec.

- Cześć, siostrzyczko - zawołał, uśmiechając się od ucha do ucha. - Dasz mi trochę 

orzeszków? W rudawych, kręconych włosach okalających okrągłą twarz brata Lucy błysnęło 

słońce, nadając im czerwone lśnienie. Uczeń ostatniej klasy szkoły średniej miał osiemnaście 

lat i był o osiem lat młodszy od swej siostry.

- Jasne, Davy. Dokąd się wybierasz?

- Na spotkanie z Bennym. Nie było dzisiaj trenera, nie pływaliśmy, więc wyszliśmy 

wcześniej i Ben jest w warsztacie samochodowym. Instalowali mu nową pompę paliwową. 

Muszę po niego podjechać i zabrać go do domu.

Zatrzasnął drzwi samochodu, a następnie sprężystym krokiem podszedł do Lucy.

- Jak tam interesy?

- Całkiem niezły dzień. - Pomachała klientowi, który właśnie wychodził ze sklepu. - 

Myślę, że to dlatego, że to już wiosna.

- Czy Nan jest w sklepie?

- Tak. Ale nie zabieraj jej czasu, jeśli ma klientów.

Za dwoma nastolatkami, którzy weszli do środka, zamknęły się właśnie wahadłowe, 

oszklone drzwi.

- Mama pyta, czy wpadniesz na kolację - powiedział Davy.

- Dziś wieczorem nie. Jeszcze dziś albo jutro z samego rana chcę pójść na uczelnię, by 

dowiedzieć się czegoś o kursach.

- Zupełnie ci odbiło na punkcie tych kursów. Interesy kwitną. Po co ci jakieś kursy?

- Mogłabym nauczyć się księgowości. To by mi się przydało. Nie pomyślałeś o tym, 

prawda?

- Fakt. Wpadnę tylko powiedzieć cześć Nan.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu i zniknął w środku, a Lucy znów zaczęła machać do 

kierowców.

* * *

W   sobotni   ranek   w   salce   mieszczącej   się   na   dolnej   kondygnacji   jednego   z 

wzniesionych   z   czerwonej   cegły   budynków   Uniwersytetu   Stanu   Oklahoma,   kilkoro   ludzi 

czekało na pojawienie się profesora.

Finnegan Mundy siedział z wyprostowanymi  nogami skrzyżowanymi  w kostkach i 

przysłuchiwał się wypowiedzi swego przyjaciela Ala Gatesa na temat prawnych aspektów 

związków przedmałżeńskich. Całym umysłem zaangażowany był w to, co mówił Al, lecz nie 

potrafił oderwać oczu od dwóch par nóg, które zauważył  za szerokim weneckim oknem. 

background image

„Związki pozamałżeńskie stają się coraz częściej tematem rozpraw sądowych” - ciągnął Al. 

Finn   słuchał,   lecz   jego   wzrok   wędrował   uparcie   w   dół   damskich   kształtnych   łydek, 

zatrzymując się na smukłych kostkach i skórzanych, czerwonych pantofelkach na wysokim 

obcasie. Co za długie nogi! - pomyślał. A zgrabne, jakich mało. Nogi w końcu przesunęły się 

i obserwował je z lekką zadumą i odrobiną smutku. Trwało to tylko krótką chwilę. Finn 

przeczesał   palcami   włosy,   rozmyślając   nad   swoją   obecną   sytuacją.   Ostatnio   miał   sporo 

kłopotów i czasami wątpił, czy w ogóle z nich wybrnie.

Do sali wszedł profesor, ucichł gwar rozmów i Finn zapomniał o swoich rozterkach aż 

do czasu, gdy dwie godziny później wracał samochodem  do domu tylko  po to, żeby się 

przebrać   i   ruszyć   do   pracy   w   sklepie.   Skręcił   w   szeroką   główną   aleję   dojazdową   do 

zachodniej części osiedla, przejeżdżając obok rzędów drewnianych domków. Z wyglądu nie 

różniły się niczym poza tym, co lokatorzy wystawili na wąziutkie balkony: jakiś sprzęt, rower 

czy rośliny w doniczkach.

Wracał   do   domu   bez   entuzjazmu.   Jak   zwykle   przytłaczała   go   monotonia   osiedla, 

odbierająca poczucie indywidualności. Ze skrzywioną miną wysiadł z samochodu z książkami 

pod   pachą   i   podniósł   oczy   na   ciemnobłękitne   niebo   i   pierzaste,   błyszczące   obłoki.   Było 

ciepło, na rabatkach kwitły kwiaty, wokół zieleniła się świeża trawa. Taki dzień radował 

serce, toteż zaczerpnąwszy powietrza Finn żwawo ruszył przed siebie.

O   ścianę   domu   oparta   była   drewniana,   pochlapana   farbą,   bardzo   już   zniszczona 

drabina   dozorcy,   pana   Woofly’ego.   Stała   nachylona   pod   pewnym   kątem   i   sięgała   aż   do 

otwartego na piętrze okna, z którego wyłaniała się wypięta i - co natychmiast zauważył Finn - 

kształtna,   bardzo   nawet   kształtna,   pupa   odziana   w   ciasną,   jaskrawoczerwoną   spódniczkę. 

Długie, zgrabne nogi obute były W czerwone, skórzane pantofelki.

Spiesz się powoli - pomyślał Finn i na moment zatkało go z wrażenia. Bez wątpienia 

były to te same nogi i pantofle, którym  dwie godziny temu przyglądał się leniwie z sali 

Uniwersytetu. I bez wątpienia okno należało do jego sąsiadki z naprzeciwka: ich mieszkania 

dzielił tylko hall. Próbował naprędce ustalić, kto to może być, lecz jedyne, co zdołał sobie 

przypomnieć, to umieszczony na skrzynce pocztowej na dole napis: L. REARDON.

Zafascynowany, gapił się na ten kręcący się wdzięcznie tyłeczek. Dziewczyna weszła 

jeszcze wyżej i, balansując ciałem, usiłowała odwrócić się i usiąść na krawędzi okna. Do 

połowy była już wewnątrz, lecz pupa i nogi wisiały wciąż na drabinie. Żaden włamywacz nie 

nosiłby skórzanych,  czerwonych  pantofli na  wysokim  obcasie, zatem  mieszkanie  musiało 

należeć do niej.

Drabina drgnęła niebezpiecznie i dziewczyna podciągnęła się szybko, opierając brzuch 

background image

na   krawędzi   okna.   Oczom   Finna   ukazał   się   jeszcze   jeden   czarujący   widok   -   czerwona 

spódnica opięła się mocniej, zaznaczając wyraźnie linię wspaniałych bioder.

Widząc,   że   drabina   się   chwieje,   Finn   natychmiast   przeskoczył   przez   żywopłot   i 

kwietniki i podparł ją u dołu swoimi książkami. Dziewczyna wspięła się o szczebel wyżej, po 

czym próbowała przełożyć nogę na parapet. Drabina drgnęła znowu, toteż Finn przytrzymał 

ją mocniej, a następnie sam wspiął się cicho jak kot.

- Poczekaj chwilę - zawołał.

Na   dźwięk   jego   głosu   właścicielka   czerwonych   pantofelków   zadrżała   i   wydała 

stłumiony   okrzyk.   Próbowała   odsunąć   się   jak   najdalej.   Drabina   zatańczyła.   Finn   zdążył 

przyciągnąć ją z powrotem do ściany, lecz w tym samym momencie poczuł ciepłe, miękkie 

ciało kobiety, która ponownie ześliznęła się tyłem z okna.

Od tygodni nie miał czasu na randki i kiedy krągły tyłeczek zakręcił mu się tuż przed 

oczyma, zareagował szybko i gorąco. Dziewczyna wyczuła to od razu i zaczęła. walczyć z 

nim wściekle. Finn przestraszył się na dobre.

- Do diabła! Przestań się kręcić, bo spadniemy.

- Złaź stąd zaraz i odczep się albo zacznę krzyczeć.

- Doprawdy? Do cholery, przecież próbuję ci tylko pomóc - powiedział, ocierając się 

uchem o jej plecy. Biała bawełniana bluzeczka pachniała delikatnie jaśminowymi perfumami.

- Na pomoc! - krzyknęła ogłuszająco dziewczyna.

- A niech cię! Jeśli będziesz cicho, zejdę z tej drabiny i możesz sobie łamać nogi, 

proszę bardzo. Rozejrzał się wokół, czy ktoś spieszy na ratunek, nigdzie jednak nie było 

żywej duszy. Kiedy wreszcie się uspokoiła, powiedział:

- Przyszedłem ci na pomoc, ponieważ wyglądało na to, że jej potrzebujesz.

- Nie mogę się dostać do domu.

- Mieszkam naprzeciwko ciebie, po drugiej stronie hallu.

Odwróciła się, aby popatrzeć na niego przez ramię, i uderzyło go spojrzenie wielkich, 

zielonych oczu. Miała jedwabiste, kasztanowe włosy i piegi. Nagle przeniknęła go bolesna 

świadomość, że w jego życiu czegoś brakuje. Uczucie to przeminęło jednak równie szybko, 

jak się pojawiło.

- Finnegan Mundy, bardzo mi miło.

- Och, ileż to razy... Dzień dobry, panie Mundy - powiedziała zmieszana, próbując 

odgarnąć z czoła włosy opadające jej na oczy.

- Dajmy spokój z tym „panem”. Mam na imię Finn. A ty musisz być L. Reardon - 

odparł nie pojmując, co miało znaczyć to: „Och, ileż to razy”, ponieważ widział ją dzisiaj po 

background image

raz pierwszy w życiu.

- L. to Lucy.

- Pomogę ci dostać się do domu, jeśli chcesz. Zgodziła się jakoś sztywno i wyniośle 

podniosła głowę.

- Krok w górę, powoli. - Położył  dłonie na jej talii. - A teraz przełóż nogę przez 

parapet... Masz jakąś lepszą propozycję? - Wzruszył ramionami, gdy obrzuciła go rozeźlonym 

spojrzeniem.

Zacisnęła usta i podciągnęła spódnicę, aby przestąpić przez parapet. Musiał przyznać, 

że   noga   nad   kolanem   była   tak   samo   śliczna   i   kształtna,   jak   poniżej.   Lucy   tymczasem, 

próbując szybko przenieść drugą nogę, uderzyła kolanem o krawędź okna, zachwiała się i na 

moment oparła stopę na ramieniu Finna. Drabina zachybotała się.

Finn krzyknął i usiłował przytrzymać się parapetu, lecz jego palce schwyciły jedynie 

powietrze. Uderzył w wąską markizę, fiknął kozia, przeleciał przez krzew bzu i wylądował na 

ziemi. Poczuł ból i w tej samej chwili pochłonęła go ciemność.

Lucy z przerażeniem przyglądała się jego upadkowi.

- Panie Mundy! - zawołała z góry.

Z bijącym sercem zbiegła ze schodów. Przeskoczyła niskie krzewy i popędziła przez 

kwietnik. Uklękła przy nim. Już miała go dotknąć, gdy naraz cofnęła rękę w obawie, że 

najdrobniejsze poruszenie mogłoby pogorszyć sytuację. Przerażona tym, że być może jest 

ranny, klepnęła go po policzkach i pochyliła się nad nim.

- Panie Mundy!

Finn poruszył się. Nagle poczuł coś słodkiego, jakiś zapach miły i kuszący. Usłyszał 

jęk i uświadomił sobie, że to jego własny głos.

- Och, nie! Panie Mundy! Finnegan, otwórz oczy proszę! Uniósł powieki. Bolało go 

wszystko.

- Strasznie mi przykro. Czy bardzo się potłukłeś?

Chciało mu się śmiać z tego pytania, ale nie mógł. Czuł przenikające go fale bólu i 

pomyślał o swojej matce. Próbował mówić, lecz wymagało to zbyt wielkiego wysiłku.

- Moja... najbliższa rodzina... jest...

Lucy była bliska płaczu. Chwyciła go za ramiona, lecz natychmiast puściła.

- Daj spokój, Finn. Nie wzywaj rodziny. Bądź dobrej myśli. Idę wezwać pogotowie.

- Wszystko, tylko nie to! - Bolało, kiedy się poruszał, ale za przyjazd karetki trzeba 

płacić, a na to nie było go stać.

Lucy rozejrzała się wokół za kimś do pomocy.

background image

- Na pomoc! - wrzasnęła z całych sił, a Finn poczuł się tak, jakby jeszcze raz uderzył o 

ziemię.   Jej   głos   przeszył   go   niczym   sztylet:   w   uszach   dzwoniło,   jakby   tuż   przy   głowie 

brzęknęła mu dwoma rondelkami. Syknął z bólu.

- Pomóż mi się podnieść.

- Nie wolno ci się ruszać. Och, panie Mundy, proszę nie wstawać, bardzo proszę. 

Pomocy!

- Na miłość boską, przestań krzyczeć!

- Chyba wszyscy wyjechali do pracy albo siedzą w domach z włączoną klimatyzacją, 

skoro nikt mnie nie słyszy - mruknęła z rozpaczą. - Leż spokojnie. Wezwę pogotowie.

- Wszystko tylko nie pogotowie! Nic mi nie jest. Pomóż mi dostać się do domu.

Ściągnęła   brwi   i   przygryzła   wargi.   Miała   bielusieńkie   zęby.   Mimo   oszołomienia 

bólem z niebywałą jasnością zapamiętywał wszystkie związane z nią szczegóły. Czuł, że ten 

moment zapadnie głęboko w jego pamięci razem z przeszywającym go bólem. Na szczęście 

ból  zaczął   się  wyraźnie   umiejscawiać   i  zmniejszać,   co  przyniosło   wyraźną  ulgę,   choć  w 

dalszym ciągu nie byłby w stanie powiedzieć: „Nieważne, Lucy. Zapomnijmy o wszystkim”. 

Poza tym, gdyby nawet tak było, ta śliczna kobieta nie siedziałaby, przy nim, a on nie tylko 

się tym cieszył, lecz również sądził, że sobie na to zasłużył.

- Pomożesz mi usiąść?

Pochyliła się nad nim, niespokojna, obejmując go rękami. Finn pomyślał o karetkach, 

szpitalach oraz pieniądzach i... usiadł.

- Naprawdę   lepiej   by   było,   gdybyś   tu   został   i   pozwolił   mi   pójść   po   pomoc   - 

powiedziała Lucy.

- Cicho. Twoja pomoc naprawdę mi wystarczy.

Błagał Boga, by się nie okazało, że doznał jakiegoś trwałego urazu. Wstał i kiedy 

przytrzymywała go, ból przeszył mu rękę. Jęknął a ona drgnęła i puściła go na moment. 

Znowu o mało się nie przewrócił. Chwyciła go w pasie i pociągnęła do siebie.

- Bardzo cię boli?

Skinął głową, gdy ostry ból nieco osłabł.

- Ojej, ty krwawisz!

Zdjęła szybko rękę z jego pleców i kiedy spojrzał na jej zakrwawioną dłoń, zakręciło 

mu się w głowie. To rzeczywiście była krew.

- Nie mdlej! - zawołała. - Na pomoc!

Jej krzyk wstrząsnął nim do żywego a w uszach znów słyszał bicie dzwonów.

- Proszę   cię,   przestań   krzyczeć.   Dałabyś   sobie   radę   nocą   nawet   na   najbardziej 

background image

zakazanej uliczce. Popatrzyła na niego uważnie.

- Możesz iść? - zapytała z niedowierzaniem.

- Sądzę, że dam radę.

Obecność Lucy budziła w nim mieszane uczucia. Potrzebował asysty, żeby dostać się 

do domu, i wielką przyjemność sprawiała mu bliskość dziewczyny, ciepło i łagodny dotyk 

dłoni. Podejrzewał  jednak, że przyjdzie mu znacznie dłużej cierpieć niż czuć na sobie te 

łagodne ręce.

Przedostali się jakoś przez niski żywopłot i rabatki i weszli do domu. Pomalowane na 

brązowo, drewniane schody wydały mu się nagle Matterhornem i westchnął głęboko.

- Czy jesteś pewien, że dasz radę wejść na górę?

- Tylko nie wołaj o pomoc, błagam.

Na   szczycie   schodów   przystanęli,   by   zaczerpnąć   tchu.   Drzwi   po   przeciwległych 

stronach hallu wyłożonego jasnozielonym chodnikiem prowadziły do ich mieszkań. Na obu 

krańcach krótkiego korytarza mieściły się rozsuwane wejścia na balkony - jeden z widokiem 

na użytkowany przez mieszkańców podjazd i drugi, wychodzący na parking dla gości. W 

hallu znajdowały się też obite płótnem krzesła i plastikowe stoliki, z których Finn nigdy nie 

korzystał.

Nie był w stanie sięgnąć do prawej kieszeni dżinsów prawą ręką, ponieważ ból był 

zbyt   silny.   Próbował   wyłowić   klucz   lewą,   ale   bezskutecznie.   Poprosił   więc   o   to   Lucy. 

Skrzywiła się, lecz sięgnęła do kieszeni, wydobyła klucz i otworzyła zamek. Wszedł i opadł 

bezwładnie na sofę.

- Pozwól mi się zabrać na ostry dyżur - powiedziała Lucy. - Mogłeś sobie coś złamać i 

nawet nie wiesz co.

Tak, coś sobie złamał i nawet wiedział co. Podejrzewał, że prawą rękę.

- Chwileczkę. Daj mi trochę posiedzieć. Zobaczymy,  czy ból się nasili. Jeżeli tak, 

pojadę do szpitala. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Finn wyciągnął lewą rękę, chcąc 

podnieść słuchawkę.

Wyręczyła go Lucy. Podała aparat i wyszła z pokoju.

- Finnegan, próbuję i próbuję się do ciebie dodzwonić.. , - To była Kathleen Mundy, 

jego matka.

- Wróciłem późno z zajęć - odpowiedział obserwując Lucy, która właśnie pojawiła się 

z mokrym ręcznikiem. Gdy delikatnie ocierała mu twarz, przymknął oczy, zastanawiając się, 

ile to właściwie czasu przespał ostatniej nocy. Cztery godziny? Nie mógł sobie przypomnieć. 

Po zamknięciu sklepu zabrał się do nauki, lecz o której godzinie wrócił do domu i rzucił się w 

background image

ubraniu na łóżko - nie pamiętał.

- Dzwoniłam do sklepu - ciągnęła pani Mundy.

Miał ją teraz przed oczyma: niska, otyła, włosy z odcieniem brązu i orzechowe oczy. 

Ciekawe,   co  by  powiedziała,  gdyby  tak  po  prostu  się  przyznał,  że   przed  chwilą  spadł  z 

drabiny, z wysokości pierwszego piętra.

- Synu - mówiła dalej - właśnie przeprowadziłam rozmowę z twoimi braćmi...

- Tak?

Patrzył, jak Lucy potrząsa głową odrzucając włosy opadające na twarz, a następnie 

opuścił wzrok na łagodne wzniesienia, które kryty się pod białą, bawełnianą bluzką. Była 

średniego wzrostu, miała zgrabną, smukłą sylwetkę. Przyłapała go na tym spojrzeniu i jej 

policzki zaróżowiły się lekko. Próbował skupić uwagę na tym, co mówiła matka.

- Mike   i   Will   wybierają   się   do   Oklahomy   na   rozmowy   kwalifikacyjne   ze   swymi 

przyszłymi pracodawcami. Pomyśl, synu. Jesteśmy zwykłą farmerską rodziną z Iowy, a ty 

jesteś pierwszym Mundym, który rzucił farmę. A teraz odchodzą Mike i Will.

Lucy popatrzyła na niego, jakby wahając się, co ma zrobić. Przeniósł aparat tak, żeby 

słuchawka znalazła się nad jego głową.

- To moja mama - szepnął. - Pomóż mi zdjąć koszulę i zobacz, co dzieje się z tą raną 

na plecach.

- Naprawdę sądzisz, że tak trzeba?... Myślę, że powinniśmy pojechać na ostry dyżur. 

Potrząsnął   głową   i   szarpnął   za   guzik.   Pochyliła   się,   by   mu   pomóc.   Robiła   to   wszystko 

przykładnie i bezosobowo, jakby rozpakowywała jakieś pudełko. Zauważył jednak, że unika 

jego wzroku. Zdziwiony, przyjrzał się jej baczniej.

- Masz jeszcze Patricka, mamo - powiedział do słuchawki. - On uwielbia pracę na 

farmie, pomaga ojcu i wszyscy są zadowoleni.

Lucy   usiadła   przy   nim   na   kanapie   i   zmagając   się   z   rękawem   koszuli   oparła   się 

kolanem o kolano Finna. Poczuł znowu zapach perfum i odwrócił się, żeby na nią spojrzeć.

- Wiem, wiem, Patrick zostaje z nami. Ale ja, Finneganku, będę tęsknić i niepokoić się 

o moich chłopaczków. Twoim braciom poza pomocą niezbędna jest odrobina opieki.

- Wiem   -   mruknął   wpatrując   się   w   zielonkawe   oczy,   które   zaraz   odwróciły   się 

spłoszone.   Znowu   zagryzła   wargi.   Dzieliły   ich   teraz   zaledwie   centymetry.   Miała   śliczne, 

świeże usta nie pociągnięte żadną szminką, usta jakby stworzone do pocałunków. Pochylił się 

jeszcze bliżej i usłyszał jej szybki oddech. Umieścił słuchawkę między ramieniem a uchem, 

mało co zważając na to, co matka mówi o jego braciach, i lewą ręką objął kibić Lucy. Jeszcze 

raz zajrzał jej w oczy.

background image

- Nie! - wyszeptała.

- Tak!   -   Finn   przygarnął   ją   mocniej.   Był   oszołomiony   wonią   perfum,   widokiem 

kuszących ust i ogromnych oczu. Nie potrafił już logicznie myśleć. Z minuty na minutę ból 

nasilał się, ale teraz już prawie go nie czuł. Lucy wierciła się, jakby próbując mu umknąć, 

lecz w istocie nie ruszyła  się z miejsca ani o milimetr. Zniżył głowę, a ona zatrzepotała 

rzęsami i opuściła powieki. Musnął wargami jej usta. Były miękkie jak aksamit i zapragnął 

lepiej poznać ich smak.

- ... Wybierają się do miasta na rozmowy kwalifikacyjne - mówiła pani Mundy.

Dotknął   znowu   ustami   warg   Lucy.   Jeszcze   nigdy   w   życiu   żaden   pocałunek   nie 

wydawał mu się tak słodki i tak kuszący. Głos matki dźwięczał gdzieś w dalekim tle. Finn 

odłożył aparat telefoniczny za siebie, przygarnął dziewczynę i zrobił to, czego od paru chwil 

najbardziej pragnął. Mocnym pocałunkiem rozchylił jej wargi. Serce waliło mu jak młotem. 

Lucy   przez   sekundę   odwzajemniała   pocałunek,   lecz   prawie   natychmiast   znieruchomiała. 

Wyglądało na to, że na moment straciła głowę - była  trochę zdenerwowana, ale bardziej 

chyba   oszołomiona.   Trzepotała   rzęsami,   a   jej   oczy   zrobiły   się   nieomal   okrągłe.   Nagle 

wyszarpnęła się z ramion Finna. Poczuł przeszywający ból w ręce.

Podniósł telefon.

- Przykro mi - szepnęła Lucy.

- A mnie nie! - Wykrzywił twarz w uśmiechu, a do słuchawki powiedział:

- Tak, mamo.

- Mój kochany! - usłyszał zadowolony głos. - A myślałam, że będziesz protestował.

- A dlaczego miałbym protestować, mamo? - Zawahał się, wyczuwając wyraźną ulgę 

w głosie matki. Ogarnęło go niejasne przeczucie, że oto panna Lucy Reardon ściągnęła na 

niego jeszcze jedno nieszczęście.

- No... , żeby chłopcy pobyli u ciebie.

A niech to piorun strzeli! Finn patrzył na Lucy szklanym wzrokiem, mając nadzieję, 

że się przesłyszał.

- Żeby co?!

- Finnegan, czy coś ci się stało?

- Mamo! Przecież ja wcale nic wyraziłem żadnej zgody.

Prawie nie zważał już na to, że Lucy krząta się przy nim, walcząc z nie dającą się 

ściągnąć koszulą.

- Ależ tak, dopiero co się zgodziłeś. Och, Finneganie, nie rujnuj moich nadziei.

- Will i Mike nie mogą u mnie mieszkać.

background image

- Przecież już to omówiliśmy i się zgodziłeś. Nie wolno ci zmieniać zdania tak szybko. 

Chodzi tylko o krótki czas, kochanie. O kilka miesięcy, które pozwoliłyby im stanąć na nogi, 

zaoszczędzić trochę pieniędzy.

- Nie stać mnie na goszczenie ich obu. Przecież oni jedzą więcej niż dojne krowy ojca. 

Matka roześmiała się.

- Och, synu, to twoje poczucie humoru...

- Ja nie żartuję, mamo.

- Wyraziłeś już zgodę. A teraz posłuchaj. Nie oczekujemy od ciebie, że weźmiesz ich 

na swoje utrzymanie. Pozwól tylko, by zamieszkali pod twoim dachem. Wiesz, że muszą 

spłacić pożyczki zaciągnięte niegdyś na naukę, a są bez grosza. To chłopcy ze wsi, nie znają 

wielkiego miasta.

- Znają miasto nie gorzej niż ja, mamo. Wieczorami mam zajęcia z prawa i uczę się aż 

mnie krzyż boli, a w dzień urabiam sobie ręce po łokcie. Nie jestem w stanie przyjąć ich o 

siebie. Do diabła, to są przecież dorosłe chłopy.

- Finnegan, proszę!

- Bardzo mi przykro. Niech sobie znajdą inną metę.

- Od kiedy to nauczyłeś się tak szybko cofać dane słowo i odwracać kota ogonem? Już 

się zgodziłeś, a teraz...

- Oj, mamo, zagalopowałem się przez nieuwagę - powiedział ze złością i spojrzał na 

Lucy, winiąc ją w myślach za wszystko.

Przestała walczyć z koszulą i popatrzyła na niego, pytająco unosząc brwi. Był na nią 

wściekły   i   nie   zamierzał   tego   ukrywać,   lecz   jednocześnie   wciąż   grały   w   nim   zmysły.   I 

dlaczego te wszystkie  uczucia wywoływała  właśnie ta Lucy Reardon? Nie malowała  się, 

zachowywała cicho jak myszka (oczywiście, jeśli nie krzyczała) i choć przynosiła mu same 

nieszczęścia, to kiedy tylko spojrzał jej w oczy, czuł, że ciągnie go do niej jakaś tajemna silą.

- Chodzi tylko o trzy miesiące - mówiła matka. - Oni obiecują, że nie będą siedzieć ci 

na głowie. Będą ci robić zakupy i płacić po sto dolarów miesięcznie. W ten sposób jeszcze na 

tym skorzystasz. Pomyśl, dwieście dolarów i wyżywienie, to chyba nieźle.

Usiłując oderwać oczy od Lucy i wyrwać się z zaklętego kręgu spojrzeń, Finnegan 

podrapał się po głowie i nerwowym ruchem przeczesał palcami strzechę gęstych włosów.

- Dobrze, mamo, niech ci będzie.

- To już lepiej, synu. Tylko mnie nie zdenerwuj i nie zmień zaraz zdania. Chwała 

Bogu, przestałeś mówić jak jakiś obcy.

Lucy   odsunęła   się   i   jego   umysł   zaczął   znowu   pracować   normalnie,   rejestrując 

background image

dokładnie słowa matki.

- Mówisz, że będą mi płacić?

- Dwieście dolarów plus wyżywienie, kochany. Nie kupisz w tym czasie ani jednej 

kostki masła. Pieniądze i wyżywienie. Nic by mu się teraz nie przydało bardziej. Jednakże, 

jeśli pozwoli im się wprowadzić, z całą pewnością zawali egzaminy.

- Mamo, zrozum, ja muszę się uczyć. Wieczorowe studia prawnicze to coś zupełnie 

innego niż dzienna szkoła. Muszę naprawdę mieć się gdzie skupić.

- Będą jak myszki.

- Ładne mi myszki - warknął z niesmakiem, przypominając sobie ostatnią ich wizytę.

- Nie dosłyszałam. Czy powiedziałeś, że się cieszysz?

- O nie, droga mamusiu. Niczego takiego nie mówiłem.

- Finnegan, pomyśl: dwieście dolarów, wyżywienie jakie chcesz, będą jak myszki, jak 

cienie, jak dwa małe niewidzialne duszki. Zapomnisz, że w ogóle istnieją.

- Miałem okazję przekonać się, że istnieją, kiedy ostatnio wpadli do mnie na kolację.

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że oblewali wtedy ukończenie szkoły, a poza tym byli 

po wstępnych rozmowach w pracy. Uderzyło im też do głowy duże miasto...

- Mamo, czy ty chcesz wykończyć własnego syna?

- Słucham?!

- Nic, już nic.

Jaki to dzisiaj dzień - przemknęło Finneganowi przez myśl. 18 czy 19 kwietnia? Tę 

datę   powinien   sobie   zaznaczyć   w   kalendarzu   jako   najgorszy   dzień   w   życiu.   Chociaż, 

wziąwszy pod uwagę młodszych  braci, którzy mieliby mu się zwalić na kark, przyszłość 

zapowiadała się jeszcze fatalniej.

- Osiem tygodni i ani jednego dnia dłużej.

- Cudownie. Jesteś wspaniałym chłopcem, Finn. Ojciec i ja jesteśmy z ciebie bardzo 

dumni. Otarł czoło czując, że oto nadciąga jeszcze jedna katastrofa.

- Okay, mamo. Osiem tygodni i fora ze dwora. I mają być cicho.

- Kochany chłopcze! Wiem, że się nimi zajmiesz.

- Do diabła, mamo. Oni są już dorośli. Te stare konie same mogą się sobą zająć.

- Stare konie! I ty nazywasz dwudziestolatków dorosłymi ludźmi! Będą u ciebie około 

siódmej. Kocham cię.

- O siódmej? W takim razie musieli wyjechać z Iowy kilka godzin temu. Pozwoliłaś 

im jechać bez porozumienia ze mną. Czy tak?

- Próbowałam się dodzwonić, ale bezskutecznie. Widzisz, na stare lata człowiek staje 

background image

się liskiem chytruskiem. Kocham cię, mój drogi chłopcze.

Lucy pociągnęła za rękaw koszuli, urażając bolące miejsce. Stęknął z bólu.

- Finneganku, co z tobą?

- Nic, mamo. Coś mnie zabolało.

- Uważaj na siebie i nie przemęczaj się. Musisz trochę więcej odpoczywać.

- Mhm.

- Finnegan, powiedz mi, czy masz jakąś dziewczynę? Zapatrzył się w wielkie, zielone 

oczy Lucy.

- Nie, mamusiu, nie mam.

- Latka lecą, pamiętaj.

- Jakoś żadna kobieta mnie nie chce - zażartował i zobaczył, że Lucy znieruchomiała 

na moment, po czym znowu zabrała się do zdejmowania drugiego rękawa koszuli.

- Cześć, mamo. Do widzenia.

Usłyszał trzask przerwanego połączenia i gapiąc się bezmyślnie na telefon, mruczał do 

siebie:   „Dobry   chłopczyk,   dobry,   pomoże   swoim   maleńkim   braciszkom”.   On, 

trzydziestoletni,   tym   ponad   dwudziestoletnim   koniom.   „Och,   mamo,   jak   mogłaś   mi   to 

zrobić”. Odłożył słuchawkę i krzywo popatrzył na Lucy.

- Co się stało? - zapytała.

- Kiedy mnie całowałaś, zgodziłem się, żeby zamieszkali u mnie moi bracia. To się 

stało.

- To ty mnie całowałeś, a nic ja ciebie.

- Dobrze, już dobrze. - Zakrył ręką oczy i mówił takim głosem, jakby nagle zapomniał 

o jej obecności i rozmowie. - No więc zwalają mi się na kark, ręka mnie boli jak wszyscy 

diabli, a ty możesz już sobie iść do domu.

- Strasznie  mi  przykro,  że  się potłukłeś.  To wszystko  moja  wina. Pozwól,  proszę, 

zabrać się do szpitala.

- Nie mam chyba innego wyjścia. Muszę tylko jeszcze zadzwonić do sklepu. Miałem 

być w pracy godzinę temu.

Wybrał znajomy numer i oświadczył Jimowi Smithowi, że spadł z drabiny  i  jeśli w 

ogóle się pojawi to nie wcześniej niż późnym popołudniem.

Gdy odstawiał telefon. Lucy zapytała go, gdzie pracuje.

- Mam sklep z konfekcją męską.

- Nie znam się na tym i prawie nie bywam w takich sklepach.

Najdelikatniej jak umiała, pomogła mu założyć koszulę, starając się nie zadać bólu 

background image

nieostrożnym ruchem palców i nie zwracać uwagi na jego odsłoniętą pierś.

- Masz   dwóch   braci?   -   zapytała   pragną   zagadać   własne   myśli,   które   uporczywie 

krążyły wokół jego ciała.

- Tak, byli u mnie mniej więcej dwa tygodnie temu. Dziwne, że ich nie spostrzegłaś.

- Ty mnie też nigdy nic zauważyłeś, chociaż mieszkasz obok.

- To   prawda.   Wpadli   do   mnie   dwukrotnie,   za   każdym   razem   gdy  przyjeżdżali   na 

rozmowy kwalifikacyjne. Radziłem im, żeby spróbowali w Electronic Power. Jest to szybko 

rozwijająca się firma komputerowa z siedzibą w Oklahomie.

Popatrzył na jej  miękkie, kasztanowe włosy, kiedy pochyliła  głowę, zapinając mu 

guziki, i nagle błysnęła mu myśl, że mógłby teraz bez trudu porwać ją w ramiona.

- I obaj dostali pracę w tej firmie?

- Wyobraź sobie, że tak. Mają potrzebne kwalifikacje. Obaj, i Mike, i Will, kończyli 

szkoły handlowe. Chciałbym cię jednak o coś spytać.

- Proszę.

- Czy coś takiego często ci się przydarza?

Podniosła na niego niewinne oczy.

- A niby co miałoby mi się przydarzać? O czym ty właściwie myślisz? To tylko tobie 

się zdarzyło spaść z drabiny.

- Przez ciebie. Kopnęłaś mnie, przecież sama dobrze wiesz, jak było. Na policzkach 

Lucy wykwitły rumieńce.

- Zrobiłam to niechcący - broniła się, trzepocząc niewiarygodnie długimi rzęsami. - 

Czy mam jeszcze raz powtórzyć, że bardzo mi z tego powodu przykro?

- Chodźmy już lepiej. Pomożesz mi zejść ze schodów?

- Tak, oczywiście.

Objęła Finna w pasie, a on położył zdrową rękę na jej ramieniu. Znów poczuł słodki 

zapach   perfum.   Powinienem   częściej   umawiać   się   z   dziewczynami,   pomyślał   sobie. 

Pozwoliłoby to zachować właściwą miarę rzeczy. Gdyby jednak flirtował częściej, to pewnie 

nie całowałby Lucy i nie czuł się aż tak oszołomiony jej bliskością.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Czy takie rzeczy zdarzają ci się często?

- Przenigdy! Po raz pierwszy w życiu nie mogłam się dostać do własnego mieszkania.

- A ja po raz pierwszy spadłem z drabiny. W ogóle nie mam szczęścia - zwrócił się do 

niej, kiedy już schodzili po schodach. - Moi bracia  są jak dwa młode byczki. Hałaśliwi, 

rogaci, tryskają energią i są wszędobylscy. Jeśli będą ci przeszkadzali, powiedz to im bez 

wahania.

background image

- Dobrze.

- Nie mam pojęcia, jak zdołam się przy nich uczyć.

- Możesz przychodzić do mnie. U mnie jest cicho.

Zaskoczyła go tą propozycją. Przyglądał się jej bacznie, próbując dociec przyczyny 

tego nieoczekiwanego zaproszenia. Czyżby zapraszała go dlatego, że się ze sobą całowali?

- Dziękuję, dam sobie jakoś radę.

W duchu postanowił sobie trzymać się od niej z daleka, o ile oczywiście okaże się to 

możliwe. Byli przecież sąsiadami. Spojrzała na niego wzrokiem, w którym czaił się chłód.

- Och,   chyba   źle   mnie   zrozumiałeś.   Nie   zapraszam   cię   w   charakterze   mojego 

kawalera. Prawdę mówiąc... jestem zaręczona.

Teraz on z kolei poczuł się zaskoczony.

- Nie   powiem,   żebyś   się   całowała   jak   kobieta   zaręczona   -   wypalił,   zanim   zdążył 

pomyśleć, co mówi. Podniosła głowę, a ton jej głosu stał się jeszcze chłodniejszy.

- Straciłam panowanie nad sobą, zdarza się.

Zmarszczył  brwi. Przydarzyło  mu się dokładnie to samo, lecz coś w tej wyniosłej 

odpowiedzi zagrało mu na nerwach.

- Wydaje mi się, że zaręczony znaczy zaręczony niezależnie od tego, czy się nad sobą 

panuje, czy nie. A może ty wcale tak bardzo nie kochasz tego pana jakmu - tam?

- Nie zamierzam  dyskutować  na ten temat - odparowała Lucy, mając nadzieję, że 

wyraża się dostatecznie chłodno, choć w istocie wcale się tak nie czuła. Nic na to nie mogła 

poradzić, że pocałunki Mundy’ego robiły na niej znacznie większe wrażenie, niż całowanie 

się z Hyattem Woodsonem.

- Jasne - powiedział weselszym już tonem. - A czy będziesz się musiała tłumaczyć 

panu jakmu - tam z moich wizyt u ciebie, jeśli zacznę przychodzić się uczyć?

- On jest tolerancyjny - powiedziała Lucy, pamiętając jednak, że tolerancyjność Hyatta 

ogranicza   się   jedynie   do   jego   własnej   osoby.   -   Nasza   znajomość   będzie   przecież   czysto 

towarzyska. Coś ci się ode mnie należy, skoro zrobiłeś sobie krzywdę, próbując mi pomóc - 

ciągnęła dalej, dobrze wiedząc, że zwróciła uwagę na Finna już przed trzema miesiącami, 

kiedy to kupiła swoje mieszkanie.

- Zatem w porządku.

Godzinę później wrócili ze szpitala i Lucy pomogła Finnowi wejść po schodach. Był 

zmęczony i obolały. Ciążył mu też gips, mimo że niósł rękę na temblaku. Przy drzwiach 

wejściowych, u podnóża schodów zauważył dwa kartonowe pudła. Znacznie więcej pudeł 

piętrzyło się w hallu. Pod drzwiami jego mieszkania leżały hantle i sztangi, a o ścianę oparta 

background image

była gitara. Finn jęknął.

- Moi bracia przyjechali. To już dzisiaj szczyt wszystkiego.

- Przestań zrzędzić. Spójrz na to od lepszej  strony. Nie masz żadnego poważnego 

złamania, a jedynie pękła ci kość. Do wesela się zagoi - pocieszała z uśmiechem, czym tylko 

jeszcze bardziej go rozdrażniła.

- Dziękuję ci, Lucy.

Stał i patrzył w osłupieniu na stertę bagaży.

- I jeszcze mama nazywa ich myszkami. Chyba pęknę ze śmiechu.

Lucy zachichotała. Była uspokojona, że Finn nie odniósł poważniejszych obrażeń, a 

jedynie pękła mu kość przedramienia. Słowa . jedynie” użył lekarz i Lucy delektowała się 

nim teraz. W tym samym momencie otworzyły się drzwi i oboje stanęli twarzą w twarz z 

braćmi Finna.

background image

2

Nie zdążyli nawet odsunąć się od siebie i oczom braci ukazał się widok objętej pary. 

Lucy puściła Finna dopiero wówczas, gdy wyciągnął zdrową rękę na powitanie.

- Mike, Will. A to niespodzianka!

Bracia   różnili   się   od   niego   wyglądem,   ale   też   istniało   między   nimi   pewne 

podobieństwo. Finn miał metr osiemdziesiąt wzrostu i Mike był od niego odrobinę wyższy. 

Will natomiast był krępej budowy i niższy o około dziesięciu centymetrów.  Mike i Finn 

odziedziczyli  po ojcu niebieskie oczy, Will zaś miał oczy czarne i śniadą karnację. Obaj 

młodsi bracia ubrani byli w dżinsy i bawełniane koszulki. Uśmiechali się uprzejmie.

- Lucy, przedstawiam ci moich braci. Poznajcie się, proszę.

Nastąpiła  ogólna  prezentacja,  przy której  Mike  wyrażał  swoje  zadowolenie  z taką 

ostentacją, że aż Finn zaczął mu się baczniej przyglądać.

- Nie mówiłeś nam jeszcze o Lucy, kiedy byliśmy tu ostatnio.

- Wtedy jeszcze się nie znaliśmy.

- O, a co ci się stało w rękę?

- Upadłem - odpowiedział Finn, usiłując nie patrzyć na Lucy.

- Próbował mi pomóc i spadł z drabiny - wtrąciła się szybko. - Całe szczęście, że nie 

złamał ręki, a jedynie pękła mu kość przedramienia. No i poharatał sobie plecy o gałęzie bzu.

Obaj   bracia   zarechotali   dobrodusznie   i   otoczyli   Finna,   pochylając   się   nad   ręką 

zagipsowaną od palców do łokcia.

- A to ci dopiero upadek! - zawołał Mike. - Wejdźmy do pokoju. Lucy, musimy się 

koniecznie lepiej poznać - powiedział, wyciągając do niej rękę.

- Chyba lepiej będzie, jeśli już pójdę.

- W żadnym razie. Nie pozbawiaj nas swego towarzystwa. Nie masz pojęcia, jak miło 

nam cię poznać. Finn wpatrywał się w szerokie plecy brata. Czym ten Mike tak raptownie się 

ucieszył? Przecież Lucy była dla niego kompletnie obcą osobą.

- Jak   się   poznaliście?   -   wypytywał   Mike   Lucy,   gdy   w   tym   samym   czasie   Will 

przenosił bagaże do sypialni.

- Finn przyszedł mi z pomocą, kiedy nie mogłam się dostać do swojego mieszkania. 

Mike wziął ją delikatnie za rękę.

- Usiądź, proszę. No i co było dalej, opowiadaj.

- Naprawdę, nie mogę. Muszę już iść do domu... Chyba, że przydałabym się wam w 

background image

kuchni. - Poszukała wzrokiem Finna, który skinął w milczeniu głową.

- Znakomity pomysł. Bądź tak dobra, Lucy, i przygotuj coś do zjedzenia - tokował 

dalej Mike. - Will i ja jesteśmy nieszczególnymi kucharzami, a Finn włada tylko jedną ręką. 

Pomogę ci. Wiesz co, Finn, usiądź i włącz telewizor, a my tymczasem sobie pogawędzimy.

Finn usiadł posłusznie i bezmyślnie  gapiąc się w telewizor, gorączkowo rozważał 

wszelkie możliwe powody kryjące się za takim a nie innym zachowaniem brata, który w 

uprzejmości dla Lucy wprost przechodził samego siebie. Dlaczego Mike okazywał jej aż takie 

ostentacyjne zainteresowanie? Czyżby chciał się z nią umówić? Przeczesał palcami włosy, 

wyłączył telewizor i odwrócił głowę. Zobaczył Willa niosącego przez pokój stertę pudełek.

- Sympatyczna dziewczyna - zerknął najmłodszy brat. - Naprawdę sympatyczna.

- Aha.

Do czego to wszystko zmierza, myślał coraz bardziej niespokojny. Czy oni uważają ją 

za moją dziewczynę? A jeśli tak, to niby dlaczego to ich tak cholernie cieszy? To było do nich 

zupełnie   niepodobne.   Zazwyczaj   ograniczali   się   wyłącznie   do   własnych   spraw,   gdy 

tymczasem z miejsca okazali Lucy niezwykłe zainteresowanie. Było w tym doprawdy coś 

niezwykłego. Nie zdziwiłby się bardziej na widok słonia ćwierkającego niczym kanarek.

Wstał   i   przeszedł   do   kuchni.   Lucy,   przewiązana   w   pasie   czystą   ściereczką, 

przyrządzała hamburgery w grillu. Zaśmiewała się z czegoś, co powiedział Mike, obracając 

skwierczące, pachnące plastry mięsa. Nagle wszystkie pytania i wątpliwości uleciały mu z 

głowy.   Lucy   wyglądała   naprawdę   prześlicznie.   Patrząc   na   nią,   wrócił   myślami   do   tych 

oszałamiających chwil, kiedy się całowali.

- Widzę, że zaczynacie się poznawać - odezwał się od progu.

- Otóż to - odparł wesoło Mike.

- Czy zdążyła ci już opowiedzieć o swoim narzeczonym?

Mike   nieomal   wypuścił   z   ręki   słoiczek   musztardy.   Lucy   wyglądała   na 

skonsternowaną, a za Finnem nagle stanął Will.

- O narzeczonym? - zająknął się.

- Nie popełniłem błędu, prawda? - Finn zwrócił się do Lucy, a obaj bracia utkwili w 

niej wzrok.

- I tak, i nie. Sądzę, że się zaręczymy, ale jeszcze tego nie zrobiliśmy.

Mike   i   Will   jak   na  komendę   ściągnęli   brwi.   Will   wszedł   do  kuchni   i   raz   po   raz 

popatrywał to na Lucy, to na starszego brata. Nietrudno się było domyślić, że za wszelką cenę 

pragnęli wyświetlić, co ich naprawdę łączy. Will taki już był - wchodził z butami w nie swoje 

sprawy.

background image

- Sądziliśmy, że między wami jest coś poważnego. Że jesteście razem, Finn.

- Ależ skąd! Dopiero co się poznaliśmy.

- Czas nie ma tu nic do rzeczy. Są ludzie, którzy się poznają i pobierają po tygodniu. 

Lucy zaprzeczyła ze śmiechem.

- Och, nie, nie. My po prostu spotkaliśmy się dziś po raz pierwszy w życiu - właśnie 

na tej drabinie pod moim oknem. Znam Finna jedynie parę godzin dłużej niż was.

Obaj   bracia   prawie   jej   nie   słuchali.   Wyglądało   na   to,   że   zupełnie   przestała   ich 

interesować. Finn oparł się zdrową ręką o ścianę i popatrzył na nich spode łba.

- Czuję, że coś tu brzydko pachnie. No, dobra, moi panowie, gadać mi zaraz, o co 

chodzi. Will z miejsca ulotnił się, a Mike udawał niewiniątko.

- O czym ty mówisz? Nie rozumiem.

Finn wiedział, że w obecności dziewczyny nie wydobędzie z nich niczego, więc tylko 

wzruszył ramionami i dał spokój. Najwyraźniej bieg wypadków zaskoczył również Lucy, 

lecz, nie zadając żadnych pytań, ponownie zajęła się przygotowywaniem jedzenia. Zapach 

wołowiny unosił się już w powietrzu. Finn wyjął z lodówki puszki z piwem i wodą sodową i 

pomógł zanieść je na stół.

Zaraz po posiłku Lucy powiedziała, że musi już iść do domu, i Finn wstał.

- Odprowadzę cię do drzwi.

Wyszedł za nią do hallu. Zatrzymała się, podnosząc na niego wzrok. W hallu panował 

półmrok, rozjaśniony jedynie światłem małych szklanych kloszy po obu stronach schodów. Z 

ulicy powiało chłodem. Delikatna woń wiosennych kwiatów mieszała się z zapachem perfum 

Lucy. Stali obok siebie w ciszy, spowici przyćmionym światłem, i Finn poczuł się jak na 

wyspie - odcięty od świata i pozostawiony sam na sam tylko z nią.

- Dziękuję, Finn - powiedziała zniżając głos. - Jeszcze raz przepraszam, że się przeze 

mnie potłukłeś.

- E tam. Dziękuję ci za kucharzenie. Takich hamburgerów dawno już nie jadłem. - 

Zwlekał z powiedzeniem jej dobranoc. Tak dobrze było mieć ją teraz obok. - Powiedz mi, jak 

on się nazywa?

- Kto? Och, on... Hyatt Woodson.

- Chyba znam to nazwisko - powiedział, odsuwając od siebie myśli o tym człowieku.

- Jest maklerem i ma program telewizyjny.

- Racja.

W przyćmionym świetle Lucy wyglądała prześlicznie. Jedwabiste, rude włosy opadały 

na ramiona. Odgarnęła z oczu natrętny kosmyk. Jej usta zapraszały do pocałunku i to nie - jak 

background image

dotąd   -   krótkotrwałego   i   przelotnego.   Powiódł   palcem   wzdłuż   jej   ramienia   i   usłyszał 

przyspieszony oddech.

- Szczęśliwy chłopak z tego maklera - powiedział.

- Dziękuję. Tak naprawdę to nie jesteśmy jeszcze zaręczeni.

Nie zrobiła nawet jednego ruchu, by otworzyć swoje drzwi. Finn patrzył na jej pełne 

wargi i zapragnął ją pocałować, choćby tylko leciutko. Wiedział już, że Lucy nie stanowi dla 

niego   żadnego   zagrożenia   -   wszak   była   prawie   zaręczona.   Byłby   to   pocałunek   bez 

konsekwencji,   pocałunek   bez   znaczenia.   Powiódł   wierzchem   palca   po   jej   szyi   pod 

kołnierzykiem, zatrzymując się na moment tam, gdzie wyczuł puls. Prawie słyszał bicie jej 

serca.

- Mam tylko jedną zdrową rękę - powiedział zmienionym, chrapliwym głosem.

- Przepraszam. To wszystko moja wina.

- Tak. Masz rację. Cały jestem poraniony.

- Och, Finn...

- Ale pocałunek - zatrzymał się na chwilę - leczy rany.

Pochylił się i zajrzał jej w oczy. Znowu przygryzła wargę i uświadomił sobie, że robi 

tak zawsze, kiedy jest zakłopotana. Zastanawiał się, czy mogłaby mu teraz umknąć albo go 

odepchnąć. Przygarnął ją mocniej i pochylił się jeszcze niżej. Opuściła powieki i podała mu 

usta do pocałunku.

Był zgubiony.  Zamierzał  jedynie  skraść  szybkiego  całusa.  Miała  to być  chwilowa 

radość bez większego znaczenia. A tu nagle wszystko nabrało innego wymiaru. Najmniejsze 

dotknięcie   Lucy   poruszało   go   głęboko,   sprawiało,   że   pragnął   czegoś   więcej.   Całował   ją, 

dopóki nie odsunęła głowy, a wtedy wyprostował się i patrzył, jak jej rzęsy podnoszą się 

powoli. Miała wargi zaczerwienione od pocałunku. Teraz jeszcze trudniej było się rozstać.

- Dobranoc, Lucy.

- Przychodź się uczyć, jeśli ci będą przeszkadzać. Naprawdę.

Uśmiechnięty, zastanawiał się przez moment, czy i teraz zaprasza go, ponieważ, jak to 

powiedziała wcześniej, czuje, że jest mu coś winna. Odprowadził  ją wzrokiem, aż drzwi 

zamknęły się za nią cicho.

Twarz mu zszarzała, kiedy tylko odwrócił się w stronę swego mieszkania. Mike ścielił 

już sobie łóżko w jednej z trzech maleńkich sypialni. Finn rozejrzał się po pokoju. Trudno 

było nie zauważyć, jak szybko ów skromny i schludny pokoik, w którym mieściło się tylko 

łóżko z baldachimem i biurko, zamienił się w graciarnię wypełnioną po brzegi ubraniami, 

książkami, oprawionymi plakatami i sprzętem sportowym. Popatrzył na braci.

background image

- Dobra, chłopcy, no to mówcie, o co wam właściwie chodzi. Dlaczegóż to tak bardzo 

ucieszyliście się z poznania Lucy i czemu tak nagle zmieniliście front, gdy dowiedzieliście 

się, że jest zaręczona?

Mike wzruszył ramionami.

- Myśleliśmy po prostu, że między wami jest coś poważnego. Staraliśmy się być mili 

dla naszej przyszłej bratowej.

- Przyszłej bra... - Finn pokręcił głową. - Przecież byliście u mnie dwa tygodnie temu i 

wiecie doskonale, że nie mam czasu na dziewczyny.

- Czas tu nie gra żadnej roli. Ty, chłopie, powinieneś naprawdę dowiedzieć się paru 

rzeczy o kobietach.

- Ani mi się śni rozmawiać o tym z wami. Teraz musimy się ze sobą dogadać. Will, 

chodź tu natychmiast.

- Przecież jestem - odezwał się Will tuż za plecami Finna.

- Musimy ze sobą poważnie porozmawiać. Zostajecie tu na osiem tygodni. Płacicie 

dwieście dolarów na miesiąc i organizujecie żarcie. Przede wszystkim jednak - ma tu być 

spokój.

- Wiedziałem   -   Will   teatralnym   szeptem   zwrócił   się   do   Mike’a   i   ten   tylko   skinął 

głową.

- Dobra.   Masz   to   z   głowy.   A   jeśli   trzeba   będzie   przenieść   coś   w   twoim   sklepie, 

możesz   na   nas   liczyć.   Po   raz   pierwszy   wystąpili   z   taką   propozycją   i,   trzeba   przyznać, 

zaskoczyli tym Finna.

- Dziękuję. Nie mówiłem wam o tym wcześniej, ponieważ nie chciałem denerwować 

mamy, jednak musicie wiedzieć, że moje interesy ostatnio nie stoją najlepiej. A ja muszę się 

uczyć. Z kolei, żeby się uczyć - i tu macie błędne koło - muszę też pracować w sklepie. Chcę 

skończyć studia prawnicze między innymi po to, by nie zajmować się już więcej handlem.

- Będziemy cisi jak dwa susły, które zapadły w zimowy sen - zażartował Will.

- Mama powiedziała, że jak myszki - odparł Finn, dziwiąc się samemu sobie, że w 

ogóle podejmuje dyskusję na ten temat.

- Niech ci będzie. Susły, myszki, jedne i drugie udają, że ich nie ma. Studiuj sobie, a 

my nie będziemy ci przeszkadzać.

- No dobrze. Zobaczymy. A teraz wezmę tylko coś przeciwbólowego i kładę się do 

łóżka. Zanim zapadł w sen, długo nie dawało mu spokoju wspomnienie całującej go Lucy.

Ku jego zdziwieniu, bracia dotrzymali słowa. W niedzielę wyszli z domu i pozwolili 

mu się uczyć. W poniedziałkowy wieczór spokojnie rozpakowali się do końca. Następnego 

background image

dnia, kiedy wieczorem wrócił ze sklepu, . czekali na niego z kolacją. To samo powtórzyło się 

w środę, z tym, że wcześniej zrobili zakupy i pranie. Finnowi zaczęło się już nawet podobać 

ich towarzystwo. Odkrył, że nieco wydorośleli, i miał wyrzuty sumienia, że tak niechętnie 

odniósł się do propozycji przyjęcia ich pod swój dach. We czwartek zrobili gorącą kolację, 

wysprzątali   kuchnię   i   pojechali   do   sklepu,   by   pomóc   rozładawać   nowy   transport   ubrań. 

Pracowali do północy, ale po powrocie do domu Mike, zwracając do Finna, powiedział:

- Jutro jest piątek.

- Ano, piątek - odrzekł Finn obojętnym tonem, zdejmując rękę z temblaka. Nie widział 

Lucy od dnia wypadku, a ręka goiła się szybko. Rozprostował palce.

- Czy mógłbyś nam kogoś przedstawić? Finn zatrzyma! się w drzwiach kuchni.

- A kogo spodziewacie się poznać?

- Kogo... kogo... - zniecierpliwił się Will. - Gdzie ty się nauczyłeś tak mówić? Nie 

jakiegoś tam kogoś, ale ją. Chcemy poznać ją, kobietę, tę twoją naj... naj... naj...

- No tak, znowu zaczynają. Wszystko co dobre, szybko się kończy - mruknął do siebie 

Finn. - Jeszcze nie wiecie, chłopcy, jak ja tu żyję. Jutro wieczorem mam zajęcia na uczelni, a 

potem muszę jechać do sklepu. Jest otwarty do dziewiątej. O wpół do dziesiątej wracam do 

domu i siadam do nauki. A w sobotę pracuję w sklepie aż do zamknięcia o szóstej.

- Żartujesz chyba - powiedział z niedowierzaniem Will.

- On mówi prawdę - zaprzeczy! Mike. - Mówiłem ci przecież... Will jęknął. Dwaj 

bracia popatrzyli po sobie i wyszli z pokoju.

W piątek z zamknięciem sklepu zeszło Finnowi dłużej niż przewidywał i było już 

dobrze po wpół do jedenastej, kiedy wysiadł z samochodu i ruszył w stronę domu. Wiosna 

stała  już  w  pełnym   rozkwicie.  W  powietrzu  unosił  się  słodki  zapach  bzu  i  Finneganowi 

przypomniały się minione noce i kobiety, które . niegdyś znał. Gwiazdy świeciły jasno, wiał 

lekki   orzeźwiający   wiatr,   zapach   upajał.   Finnegan   zapragnął   nagle   rzucić   książki   pod 

pierwszy lepszy krzak, znaleźć jakąś kobietę i pójść, tak po prostu pójść przed siebie cichą 

uliczką, chłonąc czar nocy. Westchnął, wiedząc, że to niemożliwe. Kiedy dotarł do swego 

domu, już na schodach dobiegła go głośna muzyka. Zatrzymał się uświadamiając sobie, że z 

każdym krokiem słyszy ją coraz wyraźniej.

Zaczerpnął tchu i nacisną! klamkę.

Jego   tradycyjnie   urządzony   pokój   skąpany   był   teraz   w   jaskrawym   świetle.   W 

czerwieni utonęły spokojne beże i biel obić. Wszystkie meble, łącznie z pamiętającymi lepsze 

czasy stołami z wiśniowego drewna i szkła, zostały odsunięte pod ścianę, a dywan zrolowano. 

Powietrze zdawało się wibrować w rytm muzyki, ktoś tańczy!. Kiedy Finn włączył górne 

background image

światło, rozległy się natychmiast głośne protesty. Mike przycisnął kontakt i pokój zanurzył się 

znów w szkarłatnych  półcieniach. To jednak, co dało się zobaczyć w krótkim momencie 

jasności,   najzupełniej   wystarczyło   Finnowi.   Rozwścieczony,   klął   na   czym   świat   stoi   bez 

obawy, że ktokolwiek go w tym harmidrze usłyszy.

Bracia bawili się w towarzystwie dwóch blondynek i jednej rudowłosej dziewczyny. 

W pokoju znajdowały się więc trzy kobiety, nie dwie! Zrobiło mu się na moment słabo. 

Szykował się dziś do ślęczenia nad rozdziałem z prawa własności.

- Cześć, Finn - przywitał go Mike. - Pozwól, że ci przedstawię: to Gigi i Willakay. 

Dziewczęta,   to   Finnegan,   nasz   brat.   A   teraz,   braciszku,   niespodzianka.   To   jest   Minnie, 

przyszła tu dziś specjalnie dla ciebie. Świetnie tańczy. Hej, Min i Finn, wesołej zabawy!

Jedna z blondynek, kręcąc biodrami, przysunęła się do niego, a reszta towarzystwa 

poszła   tańczyć.   Blondynka   roztaczała  wokół  siebie  ostrą  woń  perfum,  od  której  Finnowi 

łzawiły oczy. Gapiła się na niego żując gumę.

- Hej! Odłóż te książki, to zatańczymy. W odpowiedzi wydusił tylko ponure „aha”.

- Co ci się stało w rękę?

- Spadłem z drabiny... A nie wiesz przypadkiem, kto to jest powódka?

- Co? Nie mam pojęcia. Czy może babka po wódce i na kacu?

- Mhm. Niezupełnie. Chodźmy do kuchni, to ci wytłumaczę.

- Boże, co za dziwak - szepnęła Minnie, kiedy mijali Willa.

Była  już druga w nocy, gdy odstawił  Minnie do domu i zagubił się w labiryncie 

jednakowych   uliczek   i   domków,   zupełnie   jak   w   czasach   zaraz   po   zamieszkaniu   w   tym 

osiedlu. Wówczas nie raz, nie dwa zdarzało mu się pomylić ulice, ale dzisiaj ? Wreszcie 

odnalazł drogę. Nieomal zderzył się w drzwiach z Mike’em.

- No, chłopaki - powiedział od progu - jeszcze raz coś takiego i nie ma was tutaj.

- Myśleliśmy po prostu, że przyda ci się trochę rozrywki.

- Jestem teraz cholernie zajęty i nie mam czasu na baby.

- Ale wiesz przecież chyba, że czas ucieka i mama obawia się, że...

- Mama, mama... Ona się boi, fakt, ale głównie nie o mnie. A dziewczyny to już sam 

sobie będę wybierał, dobrze? Minnie i ja pasujemy do siebie jak garbaty do ściany.

Mike gruchnął śmiechem.

- Prawda. Ale, zgodzisz się chyba, że tańczy bosko.

- Uff. Miałem okazję się o tym przekonać. Niestety, z samego rana muszę być na 

uczelni.

- Szkoda, że cię tam nie nauczyli, jak się odpoczywa.

background image

W sobotni wieczór Finn wracał do siebie, mając powyżej uszu całego tego długiego 

dnia. Rano zajęcia, potem sklep, a obiecał sobie uczyć się jeszcze co najmniej dwie godziny 

przed   zaśnięciem.   Już   w   połowie   drogi   z   parkingu   do   domu   zwolnił   kroku.   Nie   miał 

najmniejszej ochoty spędzić następnych czterech godzin w towarzystwie Minnie. Tego nie 

wytrzymałyby ani jego nerwy, ani nogi. W mieszkaniu podniosła się wrzawa. Gdyby teraz 

otworzyli  drzwi, natknęliby się na niego, a tego za żadną cenę nie chciał. Błyskawicznie 

przeszedł na tylny balkon i klapnął ciężko na ogrodowe krzesło. Patrzył z niechęcią na drzwi 

własnego mieszkania, zastanawiając się, co właściwie powinien teraz zrobić.

Nagle   usłyszał   głosy,  dochodzące   tym   razem   z   klatki   schodowej.   Rozpoznał   głos 

Lucy,  któremu wtórował głęboki bas, i uświadomił  sobie, że oto ona wraca do domu w 

towarzystwie   jakiegoś   mężczyzny.   Finn   przysunął   się   z   krzesłem   do   drzwi   balkonu, 

zamierzając wstać, kiedy para wejdzie na górę. Zobaczył ich sylwetki z tylu - rudą głowę 

Lucy i jasną mężczyzny. Słyszał każde słowo.

- Hyatt, ja się z kimś całowałam - mówiła Lucy.

Finn zamarł niczym żona Lota zamieniona w słup soli. Coś się w nim buntowało po 

cichu. „Nie, Lucy, proszę cię, po co mu mówisz. To był przecież tylko nic nie znaczący 

pocałunek”, myślał gorączkowo. Weszli już na samą górę. Finn widział ich z profilu.

- Masz kogoś poza mną? - pytał Hyatt.

- Nie. Prawdę mówiąc, to on... on tylko spadł z drabiny, kiedy próbował mi pomóc 

dostać się do mieszkania. Zatrzasnęły mi się drzwi.

Finn nie wiedział, czy lepiej przyczaić się cicho tu, na podłodze balkonu, i marzyć, 

żeby się nie obejrzeli, czy też odezwać się głośno i ściągnąć na siebie gniew Lucy za to, że 

podsłuchiwał. Zaraz potem odezwał się jednak Hyatt i Finna dosłownie wbiło w krzesło.

- Pocałował cię i to wszystko? Lucy, to przecież nie ma znaczenia. Ja też całowałem 

się z innymi kobietami.

- Co ja słyszę?

- No, zdarzało się - było,  minęło. Nie przypuszczałem, że traktujesz te rzeczy tak 

serio. Miałem prawo sądzić, że i mnie nie bierzesz zbyt poważnie.

- Coś   chyba   ze   mną   jest   nie   tak,   skoro   zastanawiam   się   nad   pierwszym   lepszym 

pocałunkiem. Może jeszcze nie jestem na tyle dojrzała, by wiązać się z kimś na stałe?

. - Naprawdę ten pocałunek był dla ciebie taki ważny?

Finn wyprostował się na krześle, targany sprzecznymi uczuciami. I chciał, i nie chciał 

słuchać dalej tej rozmowy.

- Całowaliśmy się po prostu jakoś tak... - Lucy nie potrafiła dokończyć.

background image

- Jak? No, powiedz mi, jak? Umówiłaś się z nim? A co będzie z nami, czy to już 

koniec?

- Nie, nie widziałam go od tamtego dnia, lecz tak sobie myślę, że na razie powinniśmy 

odłożyć nasze spotkania.

- Do stu diabłów. Lucy, przecież jeden pocałunek nic nie znaczy. - Hyatt uśmiechnął 

się szeroko. - Będzie, jak zechcesz, ale póki co...

Hyatt Woodson wziął Lucy w ramiona, a Finn odwrócił głowę i kwaśno spoglądał na 

podjazd. Po paru minutach przestał się obawiać, że odkryją jego obecność. Zacisnął pięści. 

„Nie rób z siebie idioty”,  pomyślał. A niechby się całowała z Hyattem Woodsonem całą 

następną   godzinę,   niechby   nawet   weszli   do   jej   mieszkania,   zamknęli   się   na   klucz   i   nie 

wychodzili z niego nawet tydzień - no to co? To nie ma żadnego znaczenia, wmawiał w 

siebie, lecz coś w jego duszy nie chciało na to przystać.

- Hyatt  -  powiedziała  w  końcu  Lucy. -  Jestem  już  trochę  zmęczona.  To  był   miły 

wieczór.

Finn odetchnął z ulgą.

- O   tak,   Lucy.   Zadzwonię   do   ciebie   jutro.   A   co   się   dziś   stało   temu   spokojnemu 

gościowi z naprzeciwka, że taki u niego łomot?

- Mieszkają z nim teraz dwaj bracia.

- Chcesz, to im powiem, żeby się uciszyli.

- Nie, nie, dziękuję. Ten hałas mi nie przeszkadza.

- Zadzwonię jutro po południu - powtórzył Hyatt. - Dobranoc, kochanie.

Kochanie!  Finn, słysząc  to słowo, syknął,  jakby się nadział na drut kolczasty.  Po 

chwili Hyatt zbiegł po schodach i Finnowi zdążyła tylko mignąć jego jasna głowa. Lucy 

grzebała w torebce, szukając klucza, Mundy wyprostował się i zawadził przy tym łokciem o 

mały plastikowy stoliczek, który stuknął lekko o szkolone drzwi balkonu. Dźwięk ten ginął w 

hałaśliwej muzyce, lecz Lucy usłyszała go i szybko się wróciła. Wstał, zamierzając wyjaśnić i 

prosić o wybaczenie, lecz ogłuszył go jeden z tych jej przewiercających uszy i ścinających 

krew w żyłach wrzasków, który bez trudu przebił się przez dźwięki muzyki  i wypłoszył 

pewnie z gniazd całe okoliczne ptactwo.

- Lucy, to ja. Nie piszcz tak. Nie chciałem cię przestraszyć.

Na dole ktoś jednym pchnięciem otworzył drzwi. Hyatt Woodson pędził po schodach 

przeskakując opnie. Zauważył Finna zbliżającego się już do Lucy i zamachnął się z całej siły.

- Hej, poczekaj, ja... - zdążył zawołać Finn, lecz nie dokończył, bo dostał pięścią w 

twarz.

background image

3

Kiedy otworzył oczy, owionął go słodki zapach i poczuł na sobie lekki dotyk  rąk. 

Chciał się uśmiechnąć, ale gwałtowny ból sprawił, że wydobył się z niego tylko jęk.

- Finnegan! Finneganie Mundy! - słyszał głos Lucy. - Jak mogłeś?

- Wciągamy go do domu? - To mówił Mike.

- Niech się tylko podniesie, to znowu dam mu wycisk - odezwał się ktoś głębokim 

basem i Finn przymknął powieki.

- W porządku, Hyatt. Sama sobie z nim poradzę.

- Czy to jest ten facet, Lucy?

Obolały   Finn   pragnął   uniknąć   kolejnych   trzech   godzin   z   Minnie.   Bynajmniej   nie 

pragnął teraz także podnieść się i stanąć twarzą w twarz z Woodsonem. Głosy mieszały się 

nad nim. Otworzył oczy i skinął na Mike’a korzystając z tego, że Lucy i Hyatt kłócili się 

między sobą.

- Mike, zostawcie mnie samego - szepnął Finn.

- Mamy cię tak zostawić tutaj, na korytarzu?

- Tak.

Mike jeszcze bardziej pochylił się nad bratem.

- A jeśli on zechce uderzyć cię ponownie?

- Będzie musiał najpierw poczekać, aż wstanę, a wtedy zawołam i już wy się nim 

zajmiecie.

- Will już raz go rąbnął.

- Serdeczne dzięki.

- Chcesz, to i ja mu dołożę.

- Nie rób tego. Po prostu zostawcie mnie tutaj.

- Dziewczyna, która czeka tam na ciebie, będzie strasznie rozczarowana. Z kim będzie 

tańczyć całą noc? Możesz mi wierzyć, tym razem nie przyprowadziliśmy Minnie, ale pewną 

miłą i bystrą osóbkę.

- Naprawdę? No dobrze, pojawię się za jakiś czas. Mike wyprostował się i wstał.

- Ty, Finn, naprawdę nie wiesz, co dobre. Chodźmy, Will.

- ... Sama tego chciałaś, Lucy. - Finn usłyszał niknący na schodach głos zbiegającego 

w dół Hyatta. Trzasnęły głośno drzwi. Finn jeszcze raz otworzył oczy. Nad nim, z twarzą 

poczerwieniałą od gniewu, ujmując się pod boki, stała Lucy.

background image

- Jak mogłeś zachować się tak podle?

- To wszystko stało się przypadkiem.

- O, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Często się tak czaisz w jakimś kącie, 

kiedy ja wracam do domu?

- Nigdy, ale... nie jestem w stanie poruszyć nawet palcem.

Tu   akurat   mijał   się   z   prawdą,   bo   mógł   się   poruszać.   Lucy   nie   zdawała   sobie 

najwyraźniej   sprawy   z   tego,   co   się   tu   wydarzyło.   To   z   jej   winy   został   poturbowany. 

Podsłuchiwał przypadkiem i gdyby była rozsądna, wysłuchałaby jego wyjaśnień.

- Może to coś z kręgosłupem? - zatroszczyła się poważnie i z tonu wnioskował, że 

minęła jej złość. Od razu poczuł się lepiej.

- Boję się poruszyć, by to sprawdzić.

- Wezwę pogotowie i zawołam tu chłopców.

- Nie, Lucy, nie waż się tego robić! - krzyknął myśląc, że ona ma chyba fioła na 

punkcie pogotowia. - Chodź tutaj i po prostu pomóż mi wstać.

Kiedy otoczyła go ramionami, poczuł się naprawdę znacznie lepiej. Co prawda ból w 

ręce odezwał się znowu, lecz powoli ustępował. Czuł za to pulsowanie w szczęce. Usiadł. 

Lucy trwała dalej przy nim, obejmując go rękami, a gdzieś w tle rozbrzmiewały przytłumione 

dźwięki muzyki. Najchętniej by się uśmiechnął, lecz pomyślał zaraz, że Lucy przestanie mu 

współczuć i skończy się ten delikatny uścisk. Jęknął.

- Coś cię holi?

- Mhm. Chyba powypadają mi zęby.

- Dobry   Hoże,   skąd   miałam   wiedzieć,   że   to   byłeś   ty?   W   hallu   jest   tak   ciemno. 

Pomyślałam, że to jakiś oprych... Chodź do mnie, przemyję ci twarz - zaproponowała szybko. 

- Chyba, że chcesz wrócić do domu, gdzie zaopiekują się tobą twoi bracia.

- W żadnym wypadku. Tam zabawa rozkręciła się na dobre. No, wstajemy.

Kiedy Lucy pomagała mu się podnieść, objął ją z jękiem i zaraz przygarnął mocniej. 

Była ciepła i miękka. Pachniała słodko i pomyślał, że mógłby ją tak trzymać bardzo, bardzo 

długo, gdyby tylko na to pozwoliła.

Do salonu w mieszkaniu Lucy nie wchodziło się bezpośrednio z drzwi wejściowych, 

jak u Finna, lecz z wąskiego przedsionka utworzonego przez niewysokie ścianki działowe, nie 

zasłaniające   widoku   na   pokój.   Obeszli   je   i   Lucy   zapaliła   mosiężną   lampę.   Finn   stał 

skonsternowany. Pokój miał te same wymiary i rozkład, co jego własny, lecz zbudowany był 

na odwróconym planie. Kominek znajdował się na ścianie północnej, a okna wychodziły na 

południową. Na tym kończyło się wszelkie podobieństwo. Każda ze Ścian pomalowana była 

background image

na inny kolor: jedna na czerwono, druga na zielono, trzecia zaś na fioletowo. Obie strony 

kominka i całą czwartą ścianę zajmowały półki z książkami. Poza mahoniowym stołem z 

opuszczanym   blatem   wszystkie   meble   były   wyplatane   z   wikliny   w   piaskowym   kolorze. 

Wszędzie   leżały   różnobarwne   poduszki,   a   część   wy   froterowanej,   błyszczącej   podłogi 

okrywał błękitny dywan.

- Moi bracia byliby zachwyceni - odezwał się Finn po dłuższej chwili.

- Dlaczego?

- Twoje mieszkanie jest takie oryginalne.

- Widzisz,   strasznie   jest   przychodzić   do   domu   i   wiedzieć,   że   nie   różni   się   on 

dosłownie niczym od dwóch setek absolutnie identycznych wnętrz w tym osiedlu.

- Też masz takie wrażenie?

- Kiedy tylko wyjdę i popatrzę na szeregi naszych osiedlowych pudełek, czuję się z 

miejsca jak manekin, jak jedna więcej kukiełka wycięta z szablonu.

- To zupełnie jak ja, lecz wyobrażałem sobie, że tylko ja to tak odczuwam.

- A więc tobie też się tu nie podoba? - Popatrzyła na niego z uśmiechem. - Ja, jak 

widzisz, spróbowałam to zmienić. I dopiero teraz mam poczucie, że to jest naprawdę moje. 

Moje są książki i moje są jasne barwy. Idę o zakład, że żadne mieszkanie w osiedlu nie 

wygląda tak jak to.

- Nie będę się zakładał. Oczywiście, masz rację.

- Ale tobie się ono nic podoba.

Ogarnął mieszkanie długim, badawczym spojrzeniem.

- Moim zdaniem jest wspaniale.

Znowu się uśmiechnęła, a Finn zupełnie zapomniał o bólu szczęki. Podejrzewał, że i 

ona zapomniała o swoim niedawnym gniewie.

- Usiądź, proszę.

Skorzystał   z   propozycji,   lecz   na   jego   twarzy   pojawi!   się   grymas   bólu.   Miał 

zaczerwieniony policzek i przeciętą wargę. Lucy była wściekła, że podsłuchiwał, zażenowana 

i upokorzona a zarazem przerażona tym, że cierpiał z powodu pobicia. A przede wszystkim - 

potwornie zakłopotana.

Zmoczyła w łazience ściereczkę i usiadła przy Finnie, by zmyć mu krew z brody.

- Rozciąłeś sobie wargę. Mów, jeśli cię zaboli - powiedziała, przesuwając delikatnie 

materiał w kierunku kącika ust.

Jakież one są zmysłowe, podziwiała w myślach, przypominając sobie równocześnie 

wszystko, z czego zwierzała się Hyattowi.

background image

- To naprawdę świństwo tak podsłuchiwać - odezwała się po chwili, nie odrywając od 

niej oczu.

- Uważaj! Boli!

- Przepraszam. - Szybko cofnęła rękę.

- A już myślałem, że specjalnie zadajesz mi ból.

- Co ty mówisz? Jakże bym mogła? - powiedziała gniewnie.

- No dobrze, już dobrze. - Łagodne spojrzenie dziwnych, niebieskich oczu uspokoiło 

ją od razu. Zajęła się znów jego twarzą. Finn ostrożnie obmacywał sobie szczękę.

- To  stało się przypadkiem.  Siedziałem  właśnie na  balkonie, kiedy ty wróciłaś  do 

domu, i wpadłem potrzask.

Poczuła znów przypływ gniewu, a jej dłoń znieruchomiała w powietrzu. Patrzył na 

nią, jakby chciał oswoić tygrysa.

- Mogłeś dać znać, że tam jesteś - fuknęła, wycierając resztki krwi.

- O całowaniu się ze mną powiedziałaś Hyattowi, zanim weszliście na górę. Chyba się 

nie przestraszyli?

Mówił   niskim,   łagodnym   tonem,   który   jak   balsam   koił   jej   stargane   nerwy.   Nie 

odrywała   ręki  od jego  policzka.  Byli   tak  bardzo  blisko siebie.   Miała  wrażenie,   że  pokój 

zawęził się do rozmiarów maleńkiej łebki i że są gdzieś pod upalnym niebem. Oddychała z 

trudem,   nie   była   w   stanie   myśleć.   Tym   ustom  z  potrafiła   się   oprzeć,   a   Finn   chwilami 

spoglądał na nią z takim natężeniem, jakby pierwszy raz w życiu baczył kobietę. Przeszywał 

ją zgłodniałym wzrokiem. Pochylił się w jej stronę i aż do bólu zapragnęła, objął ją i całował, 

całował, całował.

Jakby   odgadując   jej   myśli,   Finn   otoczył   ramieniem   dziewczynę.   Pozwoliła   się 

przygarnąć bliżej.

- Nie miałem zamiaru podsłuchiwać waszej rozmowy.

- Chciałabym, żeby to była prawda.

- To jest prawda.

Odchyliła głowę do tyłu, żeby spojrzeć mu w oczy.

- Nie zdążyliśmy się dobrze poznać...

- Chyba że w nieszczęściach.

Powiedział to tak poważnie, że nie potrafiła się powstrzymać od śmiechu, a wtedy i on 

rozpromienił ę, jakby podarowała mu coś, o czym marzył.

- Lubię, Lucy, kiedy się tak śmiejesz. Taki śmiech nieczęsto daje się słyszeć.

Wypowiedział   to   zdanie   tak   naturalnie,   że   zrozumiała,   iż   nie   miał   to   być   błahy 

background image

komplement. Jakie jest właściwie jego życie? - przemknęło jej przez myśl.

- Co   ty   mówisz?   Przecież   nawet   w   tej   chwili,   z   twojego   własnego   mieszkania, 

dochodzi aż tu kobiecy niech. Nie słyszysz?

- To   zupełnie   inny   śmiech   -   odparł   Finn,   wprawiając   ją   w   jeszcze   większe 

zakłopotanie. Przypominając sobie znowu to, z czego zwierzała się Hyattowi, zaczerwieniła 

się.

- Finn, jest mi bardzo głupio. Wiesz...

- Posłuchaj, Lucy. Jeśli poczujesz się lepiej, to... - przerwał na chwilę, odchrząknął i 

objął ją mocniej - to ci powiem, że ja też wciąż pamiętam o twoich pocałunkach.

Lucy miała uczucie, że jeszcze chwila a udusi się z braku powietrza. Przytulona do 

Finna, pragnęła pocałunku bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Nagle poczuła słony smak krwi 

na wargach. Całowali się nie wiedzieć jak długo, coraz bardziej pewni, że dzieje się między 

nimi coś ważnego i głębokiego, że to nie tylko przelotna fascynacja. W końcu wyzwoliła się z 

jego objęć.

- Podsłuchuje, a jeszcze potem korzysta - powiedziała z uśmiechem. - Pozwól, niech 

skończę opatrywać ci twarz.

- Całowanie jest ciekawsze.

- Ale niebezpieczne.

- Nie  masz  się  czego  obawiać,  Lucy. Z  mojej  strony nic   ci  nie  grozi.  Jestem  tak 

cholernie niegroźny, te aż wstyd powiedzieć.

- Czyżbyś nie lubił kobiet? - zerknęła na niego ze zdumieniem.

- Hi, hi - zaśmiał się Finn. - Lubię, uwielbiam,  tylko że nie mam czasu. Studiuję 

prawo.

- Za sprawą studiów mężczyźni chyba nie przestają być mężczyznami - zachichotała 

Lucy, wstając.

- Zrozum, mam też na głowie własny sklep. Nauka plus prywatny interes równa się 

kompletny brak czasu.

- To przykre, ale nie będzie trwać wiecznie. Czy chcesz coś do picia? Mam mleko, 

wodę sodową, piwo, wino...

- Napiłbym się zimnego piwa, jeśli pozwolisz.

- Już się robi, poczekaj.

Chwycił ją za nadgarstek i wstał z łatwością, o którą by go nawet nie posądzała.

- Czy ty - powiedział patrząc na nią z góry - naprawdę masz się niedługo zaręczyć? 

Nie chciałbym stawać ci na przeszkodzie.

background image

Zarumieniła się, ponieważ do tej pory, opowiadając Finnowi o swojej znajomości z 

Hyattem, znacznie przesadzała i teraz wypadało się do tego przyznać.

- Nie,   nie   planowaliśmy   rychłych   zaręczyn.   Po   prostu   znamy   się   dobrze   i   nieraz 

wyglądało na to, że prędzej czy później do tego dojdzie. - Nagle zdała sobie sprawę, że 

mówiąc o Hyatcie posługuje się czasem przeszłym.

Finn patrzył przez dłuższą chwilę na Lucy, najwyraźniej poruszony tym, czego się 

dowiedział.

- Czy mogę obejrzeć resztę twojego mieszkania? - zapytał po chwili milczenia i kiedy 

zaprosiła go gestem, już miał pójść za nią, gdy jego twarz wykrzywił nagle grymas bólu. 

Pomasował ręką plecy.

- Coś nie w porządku? - zatroskała się Lucy.

- Nie najlepiej. Pomóż mi, dobrze?

Objęła go w pasie i razem przeszli do kuchni, zatrzymując się w drzwiach.

- Ojej, jak tu ładnie! - zawołał Finn, rozglądając się wokół.

W oknie zieleniły się pnącza, podłoga i kontuar były pomalowane na żółto, a mały 

stoliczek w czerwone, niebieskie i. żółte pasy.

- Chodziło mi tu o to samo, co w całym mieszkaniu. Żeby to było naprawdę moje.

- Chciałbym, żeby było inaczej, lecz u mnie w domu jest przeciętnie i zwyczajnie, tak 

jak na zewnątrz.

- Nie mów, jest przyjemnie.

- Może wygodnie, ale nie oryginalnie.

Rozmawiali ze sobą przez jakiś czas, aż zauważyła, że Finn przyciskają wprawdzie 

mocno do swojego boku, lecz wcale się na niej nie wspiera.

- Ach, ty wstrętny symulancie! - zawołała, umykając mu spod ramienia. - Myślałam, 

że naprawdę cię boli.

- Boli jak wszyscy diabli.

- Szczęka, być może, ale nic poza tym. Dlaczego nie dałeś się zabrać braciom? Nie 

poturbował cię przecież zbyt mocno, prawda?

Na twarzy Finna odbiło się wahanie.

- Wczoraj wieczorem - powiedział w końcu - kiedy wróciłem do domu, bracia czekali 

już   z   dziewczyną,   którą   specjalnie   dla   mnie   ściągnęli   na   zabawę.   Tańczyłem   z   nią   do 

upadłego i tak mnie wykończyła, że nie chciałem, by się to powtórzyło dzisiaj. Pragnąłem też 

porozmawiać   z   tobą,   żebyś   się   wreszcie   dowiedziała,   jak   to   było   naprawdę   i   że   nie 

zamierzałem cię podsłuchiwać.

background image

Szczerość, która przebijała z jego słów, sprawiła, że cała złość Lucy zniknęła.

- Potwierdzam jeszcze raz to, co powiedziałam ci w zeszłym tygodniu. Możesz uczyć 

się   tutaj.   Czuła   się   wobec   niego   podwójnie   zobowiązana   -   raz,   z   powodu   tamtego 

niefortunnego wypadku, a dwa - bo przez nią poturbował go Hyatt. Musiała jednak przyznać 

się przed sobą i do tego, że Finn bardzo ją pociągał.

Z wyrazu jego twarzy odgadła, że jej propozycja przyniosła mu ulgę.

- Chciałbym cię prosić o wielką przysługę...

- Tak? - odpowiedziała miękko, czując przyspieszone bicie serca.

- Czy zechciałabyś pójść do mojego mieszkania, po moje książki?

Zaskoczył   ją.   Nie   sądziła,   że   od   razu   zechce   skorzystać   z   jej   zaproszenia.   Nie 

wiedziała  - śmiać   się  czy  płakać. Dobry  Boże,  dopiero  co  wpadła  w  popłoch  z  powodu 

podsłuchanej   przez   niego   rozmowy   o   niedawnych   pocałunkach,   dopiero   co   ochłonęła   po 

nowych pieszczotach, a tu Finn prosi ją o przyniesienie książek do nauki.

- Oczywiście - odparła, chcąc żeby u niej został a niechby i po to, żeby się uczyć. - 

Zaraz będę z powrotem.

- A ja tymczasem przygotuję coś do picia. Co dla ciebie?

- Mineralka.

Kiedy wróciła, na stole w kuchni stało już piwo i woda, a Finn siedział bez butów, 

opierając jedną nogę o ławę. Podała mu książki.

- Proszę. Żałuj, że ciebie tam nie ma. A tak w ogóle, to dziwią się, że nie chcesz 

potańczyć, skoro masz dość siły, żeby się obkuwać.

Finn skrzywił się.

- Widzisz, mamy odmienne zapatrywania na to, czym jest zabawa. A poza tym moi 

bracia zaczęli się ostatnio zastanawiać. Wcześniej w ogóle się mną nie interesowali.

- A podoba im się ta nowa praca? - Tak.

- Jeśli już chcesz się pouczyć, to wezmę tylko swoją szklankę i wychodzę...

- Posiedźmy jeszcze chwilę. We. ile mi się nie spieszy. Usiadła naprzeciwko niego.

- Gdzie znajduje się twój sklep?

- Naprzeciwko Daisy Mili Mail, po drugiej stronie ulicy.

- Nie mam pojęcia gdzie to jest...

- To stara, spokojna promenada. Przy Czternastej Ulicy.

- Podejrzewam,   że   ten   twój   sklepik   musi   być   mocno   wysłużony.   Finn   zmierzwił 

palcami włosy i poskrobał się w czubek głowy.

- Nie miałem pojęcia, że jest taki stary, kiedy go bratem. Zresztą przez pierwszych 

background image

kilka lat było to zupełnie niezłe miejsce.

- A teraz?

- Teraz już nie. I dlatego muszę skończyć studia. Dopóki poświęcałem sklepowi cały 

swój czas. Wiodło mi się niezgorzej, lecz obecnie w okolicy wyrosła spora konkurencja. A ty 

co robisz?

- To samo, co ty. Handluję.

Parsknął   śmiechem.   W   jednej   chwili   odmłodniał.   Nie   widziała   go   nigdy   tak 

beztroskim. To było wspaniałe. - Twarz Finna mieniła się, śmiech czaił się w kącikach oczu i 

drżały   od   niego   policzki,   lecz   większe   wrażenie   zrobiły   na   Lucy   jego   rozpromienione, 

błyszczące oczy.

- A czym, jeśli wolno wiedzieć? - zapytał, pochylając się do przodu.

Podparł brodę dłonią i utkwił w niej wzrok. Poczuła się nieswojo, tak jakby czytał w 

jej myślach.

- Orzeszkami ziemnymi - odpowiedziała z napięciem, niepewna jego reakcji. Hyatt nie 

cierpiał jej zajęcia, a przyjaciele, oprócz Nan Taylor, która u niej pracowała, uważali je za 

nieco zabawne.

- Tymi orzeszkami do jedzenia? - upewnił się.

- Tak, właśnie tak.

Była trochę rozczarowana, że przyjął tą wiadomość najzwyczajniej w świecie. Sądziła, 

że go zaintryguje tak jak urządzeniem swego mieszkania.

- Sprzedajesz na targu rolnym?

- Nic.  Handlowałam   najpierw   na  ulicach,  potem  wynajmowałam   sklepik  wielkości 

dziupli,   aż   w   końcu   kupiłam   coś   nieco   większego.   Mój   sklep   stoi   przy   skrzyżowaniu 

Dwudziestej Trzeciej Ulicy z Pennvania Avenue.

- To niedaleko ode mnie. Masz jednak lepszą lokalizację, choć można się tam udusić 

od spalin.

- Tak, ale to dobre miejsce na handel orzeszkami - zgodziła się Lucy, marząc, by Finn 

przestał wreszcie wpatrywać się w nią tak badawczo. - Bardzo ruchliwe... Widywałam cię 

czasami, kiedy jechałeś uczelnię lub wracałeś do domu.

- Naprawdę? Skąd wiedziałaś, że to ja?

- No wiesz, jesteśmy przecież sąsiadami - odparła, mając nadzieję, że mówi swym 

zwykłym tonem. Uśmiechnął się, a ona odzyskała odrobinę pewności siebie. Przynajmniej nie 

wyśmiał jej pracy.

- Naprawdę mnie zauważałaś? - Pochylił się jeszcze bardziej, wpatrując się w nią jak 

background image

w obraz. - prawdę?

- Tak, ale ty przechodziłeś zawsze obok mnie, jakbym była  przezroczysta. Prawdę 

mówiąc, nie wiedziałeś nawet, że istnieję.

- Teraz już wiem - powiedział chrapliwie, a ona wstrzymała oddech.

- Czy mogę ci zadać osobiste pytanie?

Znowu ją przestraszył. Co znowu przyszło mu do głowy?

- Tak, oczywiście - odpowiedziała ostrożnie.

- Czy dobrze sobie radzisz z tym handlem?

Odpowiedziała   wybuchem   śmiechu,   który   odbił   się   gromkim   echem   w   maleńkiej, 

cichej kuchni.

- No i co cię tak rozweseliło? - ciągnął z uśmiechem. - Wozisz dolary taczkami do 

banku, czy co?

- Och, nie! Ale, wiesz, po raz pierwszy w życiu ktoś mi zadaje osobiste pytanie o moje 

orzeszki. Tak naprawdę to przynoszą mi nie najgorsze zyski. Nie narzekam.

- To dobrze, że choć tobie się powiodło. Ja natomiast nie potrafię wyjść na swoje, 

choćbym i ze skóry wylazł. A co robiłaś w ostatnią sobotę na uniwersytecie?

- Skąd wiesz, że tam byłam? - Czyżby jednak zauważał ją częściej, niż chciał się to 

tego przyznać?

- Zaczynam   zajęcia   o   dziesiątej.   Chyba   widziałem,   jak   rozmawiałaś   z   kimś   na 

chodniku. Zauważyłem twoje czerwone pantofle.

- A gdzie ty wtedy byłeś?

- Na dole, w bibliotece. Potem, przed domem, kiedy stałaś na drabinie, rozpoznałem 

cię po tych właśnie czerwonych pantofelkach.

- Na świecie są setki i tysiące podobnych czerwonych pantofli.

- No dobrze, niech ci będzie - powiedział, dotknął czubka jej nosa i uśmiechnął się 

jeszcze szerzej. - Zapamiętałem nie tylko pantofle, ale i twoje wspaniałe nogi.

Sprawiło jej to przyjemność, ale wykręciła się.

- Dziękuję. Rozumiem, że chciałeś mi powiedzieć komplement.

- Ależ to tylko prawda - potwierdził łagodnie. - No więc, co tam robiłaś? Chodzisz na 

jakiś kurs? Studiujesz?

- Nie, ale myślę o tym.

- To świetnie. Może będziemy jechać na jednym wózku. Roześmiała się myśląc, jak 

wspaniale byłoby robić coś wspólnie z nim.

- Chciałabym zapisać się na kurs księgowości.

background image

- Studiowałaś już coś? Wzruszyła ramionami.

- Tak, cztery lata hiszpański. Nigdy mi się to nie przydało. Powinnam raczej uczyć się 

czegoś przydatnego w handlu. W jakich godzinach masz zajęcia?

- Ćwiczenia z zawierania umów są w poniedziałki, środy i piątki o wpół do ósmej 

rano, a w te same dni o wpół do ósmej wieczorem przychodzę na wykłady z powództwa 

cywilnego. Prawo własności z kolei mam we wtorki i czwartki o siódmej trzydzieści i w 

soboty od dziesiątej do dwunastej.

- O rany! - patrzyła na niego zdumiona, dopiero teraz pojmując, dlaczego Finn, ilekroć 

go mijała, wydawał się jej zawsze nieprzytomny. - Czy to nie za dużo na raz?

- Gdybym chciał sobie popuścić, to życia by mi nie starczyło, żeby skończyć te studia 

-   powiedział   z   kamienną   twarzą   i   determinacją   w   glosie.   -   Musiałem   zresztą   złożyć 

oświadczenie,   ile   godzin   pracuję.   To   nie   student,   a   uczelnia   decyduje   o   wymiarze 

obowiązujących zajęć.

- O mój Boże. Nic dziwnego, że tak się tym przejmujesz - powiedziała Lucy nieco 

przerażona nawałem obowiązków, które wziął na siebie Finn, a zarazem współczując mu z 

tego powodu. - Dlaczego w ogóle chcesz zostać prawnikiem?

Spojrzał na nią trochę bezradnie.

- Sam nie wiem. Lubię być wśród ludzi i chyba dlatego zająłem się handlem. Ale 

jakoś  mi  to  nie  wychodzi   i zacząłem  o  tym   rozmawiać   z moim   przyjacielem,   który  jest 

prawnikiem. Prawo zaczęło mnie coraz bardziej pociągać. Lubię te studia, choć faktycznie 

jest to nieludzka harówka.

Patrzyła na niego w zamyśleniu. Trudno przyznać się przed samym sobą do porażki i 

zawrócić z wcześniej obranej drogi.

- A jeśli już mówimy o szkole, to... - Finn podrapał się w kark - na mnie już czas. 

Zabieram się do roboty.

- Tak, tak, oczywiście.

No to pięknie, pomyślała Lucy. Zrezygnowała z chodzenia z Hyattem dla mężczyzny, 

który jeszcze przed paroma dniami nie wiedział nawet ojej Istnieniu, który poświęcał więcej 

uwagi swoim prawniczym brykom niż jej samej i który, prowadząc własny sklep, uginał się 

pod ciężarem związanych z tym obowiązków.

Poszła do swego pokoju. Rzuciła na łóżko bawełnianą koszulę nocną i peniuar, umyła 

zęby, a następnie, zamiast się przebrać, podciągnąwszy powyżej kolan różową spódniczkę 

wsiadła na rower treningowy. Pedałowała z furią przez pewien czas, aż usłyszała pukanie i 

odwróciwszy głowę ujrzała Finna stojącego w drzwiach.

background image

- Usłyszałem obracające się koła i nie miałem pojęcia, skąd wziął się ten hałas.

Ukradkowe   spojrzenie   zatrzymało   się   na   jej   odsłoniętych   udach.   Kiedy   obciągała 

różowy materiał, uśmiechnął się.

- To rozładowuje napięcie - stwierdziła krótko.

Wszedł do środka i rozejrzał się po sypialni. Na szczęście Lucy nie rozścieliła jeszcze 

swego   materaca   przykrytego   jasnoniebieską   wełnianą   narzutą.   Pod   ścianą   stało   czerwone 

biurko, a na podłodze leżał czerwony, gruby dywan.

- Skąd to masz, Lucy? - Finn podszedł do stojącego w kącie starego konika z karuzeli i 

pieszczotliwym ruchem poklepał go po zadzie.

- Kupiłam na licytacji. Kiedy byłam mała, uwielbiałam jeździć na karuzeli.

- Ja też, dopóki, dzięki mamie, nie odkryłem roweru na trzech kółkach. - Spojrzał na 

Lucy. - Nie przewróci się?

- Nie. Siadaj śmiało. Jest przymocowany do podłogi. W wynajętym mieszkaniu nie 

mogłam wbić nawet gwoździka. Dopiero tutaj, na swoim, mogę robić, co mi się żywnie 

podoba.

Przesadził nogę przez grzbiet i usiadł trzymając się złotego pręta, który biegł przez 

konia od podłogi do sufitu.

- Patataj, patat aj, patataj! - zawołał wesoło. - Ale frajda!

Uśmiechnęła się, myśląc, ile naturalności kryje się w Finnie. Było w nim jednocześnie 

coś niezwykle sympatycznego, co wyróżniało go spośród wszelkich znajomych mężczyzn. 

Przypomniała   sobie,   jak   Hyatt   obrzucił   konia   zdumionym   spojrzeniem   i   zaraz,   jakby 

zażenowany, spuścił oczy.

Finn tymczasem nucił jakąś melodię. Rozpoznała ją od razu - to był walc Straussa, 

grywany często, gdy w dzieciństwie kręciła się na karuzeli.

Zeszła z roweru, a Finn zeskoczył z konia. Pociągnął ją za rękę i kiedy znalazła się w 

jego ramionach,  posadził  ją na koniu twarzą do siebie. Owinął wokół palca pasemko jej 

włosów. Zadrżała.

- Dlaczego jesteś taka spięta? - spytał.

- Słucham?

- Powiedziałaś, że to - zerknął na rower - rozładowuje napięcie.

- Tak, rozładowuje, zwłaszcza gdy się jest po takim dniu jak dzisiejszy. Huk roboty, a 

na samym  końcu podsłuchujesz mnie, kiedy na dobre rozstaję się z Hyattem. Wystarczy, 

prawda?

- Jaka ty właściwie byłaś w dzieciństwie? - zapytał i pociągnął ją lekko za złoty lok.

background image

- Ruda, postrzelona, kochałam czytać.

- Masz rodzeństwo?

- O tak, liczne. Dwóch braci bliźniaków i siostry, też bliźniaczki. Pisały o nich nawet 

gazety, jesteśmy sławni.

- Ho, ho, ho. A ja mam tylko trzech braci.

- Kiedy wyjdę za mąż, też będę miała bliźniaki - powiedziała, nie patrząc mu w oczy.

Kiedyś znów na niego spojrzała, zauważyła, że ma dziwny wyraz twarzy, ale zaraz się 

rozpogodził.

- Nie boisz się rozmawiać z chłopakami o małżeństwie i bliźniakach?

- Nie. A czego miałabym się obawiać?

- To   może   zniechęcić   ewentualnego   kandydata   na   męża.   Z   tego,   co   mówisz, 

wynikałoby, że szukasz męża głównie po to, by urodzić te swoje bliźniaki.

- Nie   szukam   żadnego   męża.   -   Przechyliła   głowę   na   bok   i   uśmiechnęła   się.   - 

Zniechęciłam cię, co? Z uśmiechem ściągnął ją na dół i postawił na nogi. Nagle znalazła się 

między nim a bokiem konia.

- Lubię   dzieci   -   powiedział   ciepłym   tonem.   -   Nie   zamierzam   się   żenić   przed 

ukończeniem studiów, ale też nie przeraża mnie wcale taka perspektywa. Tyle  że my się 

jeszcze prawie nie znamy...

- A to ciekawe - odparła resztką tchu, a serce podeszło jej do gardła. - Odsuń się 

trochę, dobrze? Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że zapragnęła przymknąć  powieki, 

przytulić się do niego jak najmocniej i podać mu usta do pocałunku.

- Ani mi się śni. Powinniśmy poznać się bliżej, prawda?

- Daj spokój, a nauka? Miałeś się uczyć...

Lucy   próbowała   wziąć   się   w   garść   i   okazać   choćby   odrobinę   powściągliwości. 

Zamrugała oczami i przez moment pożałowała swoich słów. Finn Mundy potrafił całować, 

lecz   miał   także   inne   cechy,   które   jej   się   podobały   -   był   ambitny.   Zaimponowała   mu 

urządzeniem   mieszkania,   okazał   zainteresowanie   jej   pracą   -   lecz   teraz   marzyła   tylko   o 

jednym. Niechby się zainteresował wreszcie nią samą! Tymczasem najwyraźniej zbierał się 

do wyjścia. Pocałował ją w czubek nosa i odszedł. Przystanął jednak przy rowerze.

- Czy mogę chwilę poćwiczyć? Nie gimnastykowałem się przez okrągły rok, a nikomu 

chyba rozładowanie napięcia nie jest teraz bardziej potrzebne niż mnie.

- Bardzo proszę, właź.

Wsiadł   na   rower   i   trzymając   środek   kierownicy   zdrową   ręką,   zaczął   pedałować. 

Powoli zwiększał szybkość.

background image

- Z jaką prędkością możesz na tym kręcić?

- Około pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Zauważyła, że Finn uśmiecha się pod nosem. Oczywiście, zamierzał pobić jej rekord.

- Jaką   masz   teraz   prędkość?   -   zapytała   po   chwili   Lucy.   Pedałował   jeszcze   jakąś 

minutę, zanim odpowiedział zdyszany:

- Czterdzieści. Kompletnie sflaczałem.

Obrzuciła   długim   spojrzeniem   jego   pochyloną   sylwetkę.   Miał   szerokie   ramiona   i 

długie nogi, ale był zbyt chudy i wymizerowany. Zauważył, że na niego patrzy.

- Nie jest aż tak źle.

- Wiesz co - zrobił do niej oko - wypróbuję u ciebie wszystko! Teraz kolej na materac. 

Mogę?

- Możesz, możesz - śmiała się Lucy. - A nie chciałbyś przypadkiem sprawdzić, jak 

leży na tobie mój peniuar?

- Wolne żarty, nie wygłupiaj się. Naprawdę świetnie mi w tym twoim gniazdku. Jest 

takie   bardzo   twoje,   nic   ze   sztampy.   Nigdy   już   nie   kupię   sobie   mieszkania,   które   by 

przypominało setki innych.

Odłożył na bok jej koszulę nocną i peniuar, przyjrzawszy się zwłaszcza tej pierwszej, i 

wyciągnął się na łóżku. Cały pokój wydał się nagle Lucy wypełniony jego obecnością.

- Jak tylko Mike i Will wyjadą, sprzedam swoje mieszkanie - mówił, rozkoszując się 

miękkością materaca, z którego wystawały mu długie nogi. - Muszę znaleźć coś tańszego... 

No, koniec już tego wylegiwania. Idę się uczyć, a ty ćwicz dalej, jeśli masz ochotę.

Dotknął jej ramienia i wyszedł do kuchni.

Lucy wykąpała się, założyła  błękitną nocną koszulę i peniuar, po czym  poszła do 

salonu po książkę. Usiadła w wygodnym fotelu, ale nie potrafiła się skupić. Cały czas myślała 

o   Finnie.   Zwinięta   w   kłębek,   przeżywała   po   raz   wtóry   każdą   spędzoną   z   nim   chwilę. 

Zmartwiła ją wiadomość, że w niedalekiej przyszłości Finn zamierza sprzedać mieszkanie. To 

by oznaczało, że przeniesie się nie wiadomo dokąd. W pewnym momencie Lucy zapragnęła 

absolutnej ciszy. Ziewnęła, zamknęła książkę i wstała marszcząc brwi. Mundy powinien już 

iść do domu. Zgasiła światło i poszła do kuchni.

Finn spał kamiennym snem z głową opartą na książce jak na poduszce. Ciemne włosy 

rozsypały się na otwartej karcie. Podeszła do niego i delikatnie potrząsnęła nim za zdrową 

rękę.

- Finn - wyszeptała. - Finn! - Nawet nie drgnął. - Finn, obudź się! - potrząsnęła nim 

mocniej,  zdjęta   nagłym  strachem,  że  coś mu  się  stało,  że  to  może  spóźniona  reakcja  na 

background image

uderzenie Hyatta.

jęknął i podnosząc ciężkie powieki, spojrzał jej prosto w oczy. Otoczył ją ramieniem i 

przygarnął mocno do siebie.

Całowali się długo, aż w końcu mu się wywinęła.

- Zaczarowałeś   mnie,   czy   co?   -   szepnęła.   -   Nie   mogłam   cię   dobudzić.   Nie 

odpowiadałeś.

- Nic nie mów - poprosił. - Pozwól mi dalej śnić.

Zamrugał oczami i wyprostował się, zaspany jeszcze i trochę niespokojny.

Lucy   przypomniały   się   noce   przesiedziane   nad   książkami   w   czasach   studiów   i 

ogarnęła ją fala współczucia.

- Przepraszam cię, Finn, ale zrobiło się późno...

- I czytelnię zamykamy. - Uśmiechnął się. - Lecę do domu.

- Nie słychać już stamtąd muzyki.

- Och! - złapał się za policzek.

- Boli cię?

- Trochę.   Najpierw   ręka,   teraz   znów   zęby,   do   diabła.   Lucy,   wyprowadzona   z 

równowagi, cofnęła się o krok, ale Finn natychmiast odzyskał pogodę ducha.

- Nic mi nie jest. Nie rób takiej ponurej miny - powiedział, zbierając swoje książki. 

Nagle spojrzał na zegarek i zdębiał.

- O kurczę! Dlaczego nie wyrzuciłaś mnie wcześniej? Wiesz, która godzina? Wpół do 

trzeciej. Przesunął ręką po jej plecach.

- Możesz   mi   wierzyć,   nie   miałem   zamiaru   cię   podsłuchiwać,   ale   teraz   jestem 

szczęśliwy, że tak się zdarzyło. ‘

Nagle pocałował ją szybko i gorąco. Nie powiedziała ani słowa i pozwoliła mu odejść, 

choć pragnęła, by ten pocałunek nigdy się nie skończył.  Odwrócił się jeszcze do niej na 

środku hallu.

- Wiesz, Lucy, warto było dostać w pysk.

- Głupstwa mówisz, ale milo to słyszeć. Dobranoc.

Niedziela przebiegła spokojnie i około wtorku Finn zaczął znowu lubić swoich braci. 

Tego popołudnia wpadł do domu na krótko, tylko po podręcznik. Otworzył drzwi szczęśliwy, 

że będzie wreszcie mógł pobyć w domu sam. Ostatnio ogromnie mu tego brakowało. Mike i 

Will wyszli do pracy.

Nagle usłyszał szmer i rozejrzał się wokół. W korytarzyku łączącym sypialnie stała 

jakaś blondyna z upiętymi włosami, której jedynym strojem był biały ręcznik.

background image

- A cóż to znowu? Kim pan jest? - zapytała piskliwym tonem, trzepocząc przy tym 

długimi sztucznymi rzęsami.

- Ja? A pani? - odparł zaskoczony.

- Ja jestem Dimples Mollyrow i mieszkam tutaj.

background image

4

Jak rażony gromem, Finn stał bez ruchu, próbując pozbierać myśli.

- Pani tu mieszka? - powtórzył.

- Tak, skarbie. A czego chcesz?

- To ja tu mieszkam. To moje mieszkanie, mój dom.

- Finnegan!

Kobieta   zapiszczała   cieniutko,   aż   odskoczył   do   tyłu.   W   tej   samej   chwili   ktoś 

zadzwonił   i   Finn   bez   zastanowienia   otworzył   drzwi.   Na   progu   stała   Lucy.   Jej   wzrok 

prześliznął się po nim, by zatrzymać się dłużej na pannie Mollyrow. W jednej chwili pobladła 

na   twarzy,   a   jej   oczy   zrobiły   się   okrągłe.   Zacisnęła   wargi   i   odwróciwszy   się   na   pięcie, 

pobiegła do siebie.

- Lucy, zaczekaj, proszę!

- Kto to byt? - zainteresowała się Dimples. - Listonoszka?

- Zaraz wracam...

Pobiegł pędem przez hall i zapukał do Lucy.

- Nic dziwnego, że nic możesz się uczyć - powitała go lodowato.

- Przestań, Lucy. W ogóle jej nie znam. Moi bracia musieli znowu coś...

Urwał w pół zdania, zafascynowany jej urodą. Miała na sobie błękitną, bawełnianą 

koszulkę bez rękawów i niebieskie szorty, a do tego czarne ażurowe pończochy i czarne 

pantofle. Zdawać by się mogło, że było to zupełnie zwyczajne ubranie. Rzecz jednak w tym, 

że wyglądała w nim po prostu zachwycająco.

- Trudno mi w to uwierzyć - mówiła, lecz jej głos ledwie do niego docierał.

- Jak to się w ogóle mogło stać... - powiedział, słysząc swój głos jakby z oddalenia i 

wpatrując się w nią jak w tęczę.

- Co, jak się mogło stać? - powiedziała z politowaniem. - Przestałbyś lepiej bredzić.

- Jak to się mogło stać - powtórzył wolno - że przejeżdżałem obok ciebie, mijaliśmy 

się, a ja nie miałem o tym pojęcia? Szkoła, praca, moi bracia... - Finn potarł ręką czoło. - 

Wiedziałem, że moje życie to kierat, ale nie sądziłem, że aż tak ogłupiający.

- Przesadzasz - zaprzeczyła  wesoło. - Są też i jaśniejsze strony.  Poznałeś przecież 

mnie! Optymizm Lucy był doprawdy zaraźliwy. Finn uśmiechnął się i pociągnął ją lekko za 

koński ogon.

- Masz rację. Gdybyś zawsze była przy mnie, nie dopadałyby mnie nigdy złe myśli.

background image

- I leczyłabym  twoje rany - dodała, chcąc mu dokuczyć. - Naprawdę nie znasz tej 

kobiety?

- Nie mam zielonego pojęcia, kto to może być - powiedział owijając sobie jej koński 

ogon wokół dłoni i delikatnie przyciągając ją do siebie.

Musnął ustami jej skroń, lecz jakby mu tego było za mało, natychmiast przygarnął ją 

mocniej. Stali wtuleni w siebie, Lucy pachniała cudownie. Miał ją teraz tak blisko i ogarnęło 

go pożądanie. Nagle Lucy mu się wyrwała.

- Finn, muszę wracać do pracy. Wpadłam do domu tylko po to, żeby coś przekąsić i 

odebrać pocztę. Przez chwilę patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem, a kiedy tylko trochę 

ochłonął, przyjrzał się jej uważnie.

- Chyba mi nie powiesz, że przebrałaś się tak po prostu do obiadu?

- Skądże znowu! Ja w tym pracuję.

Najwyraźniej   czegoś   nie   akceptował,   bo   zmarszczył   brwi   i   twarz   mu   się   jakby 

wydłużyła. Poczuła się nieco dotknięta.

- To tak się ubierasz do pracy?

- Przeszkadza ci to? A to ci dopiero męski szowinizm!

- Sądzę - powiedział z uśmiechem, starając się złagodzić jej gniew - że to niewłaściwe 

określenie. Powinnaś raczej powiedzieć: męski instynkt posiadania.

- Posiadania?   Co  też   ty   mówisz?   -  zapytała   całkowicie   już   rozbrojona.   -  Przecież 

ledwie co się poznaliśmy.

- Co się odwlecze, to nie uciecze.

Nagle drzwi mieszkania Finna otworzyły się i w hallu pojawiła się Dimples Hollyrow, 

ubrana w czerwoną sukienkę.

- Jestem już ubrana, skarbie. Możesz wejść do domu.

- Finn, co to ma znaczyć, dlaczego ona mówi do ciebie „skarbie”? - szepnęła Lucy.

- Cholera ją wic. Wróciłem do domu i już tam była - odpowiedział również szeptem. - 

Mówi, że tutaj mieszka. - Odwrócił się. - Przepraszam, zapomniałem panie sobie przedstawić. 

Dimples, to jest Lucy Reardon. Lucy, to pani Dimples...

- Hollyrow - dokończyła dziewczyna. - Miło mi poznać.

- Czy pani zna moich braci? - zapytał Finn.

- Wspaniali  chłopcy! Mów  mi  Dimples, skarbie.  Dimples i  kropka. Na pewno się 

zaprzyjaźnimy.  Kiedy wreszcie zamknęła drzwi, Finn uśmiechnął się słabo. Lucy oblizała 

wargi. Wzruszył ramionami.

- Pozbędę się jej - powiedział z uporem w głosie.

background image

- Nie byłabym taka pewna. Wygląda na to, że zainstalowała się tu na dłużej. Zacisnął 

usta i przesunął palce wzdłuż dekoltu koszulki Lucy.

- A wracając do tematu... Czy nie mogłabyś sprzedawać swoich orzeszków w czymś 

nieco... skromniejszym?

Lucy roześmiała się.

- Jestem wystarczająco skromna. Kiedy handluję na ulicy, mam na sobie kartonowy 

kostium, w którym wyglądam jak okrąglutki, roześmiany fistaszek. To pudło zakrywa mnie 

odtąd... dotąd. - Uniosła rękę nad głowę i opuściła na wysokość uda.

- To znaczy, że jednak pokazujesz nogi?

- Dajże spokój - to pomaga w reklamie. Stoję przed sklepem, ubrana w ten karton, i 

sprzedaję fistaszki kierowcom.

- Dobry Jezu! I nigdy cię nie zauważyłem?

- Na   to   wygląda.   No,   a   teraz   muszę   już   lecieć.   Dimples   czeka,   skarbie.   Cześć! 

Skrzywił się, zamyślony, mrucząc coś pod nosem.

- Myszki,  myszeczki,  Boże, co ta moja mama  wymyśliła.  Sprowadziliby do domu 

nawet kij od szczotki, byleby tylko nosił spódniczkę.

Lucy zamknęła zasuwę i kiedy schodziła po schodach, usłyszała, że u Finna trzasnęły 

drzwi. Usiłowała nie myśleć o nich dwojgu, o tym, że zostawiła ich razem, lecz dopiero 

sprzedawanie orzeszków kazało jej o tym zapomnieć. Punktualnie o wpół do szóstej zamknęła 

sklep, pojechała do banku z utargiem i wróciła do domu. Na dzisiejszy wieczór zaprosiła 

rodzinę. Zamierzała podać spaghetti i sałatkę jarzynową.

Z torbą pełną zakupów weszła na górę i zerknęła na mieszkanie Finna. Umierała z 

ciekawości. Jak potoczyły się wypadki w ciągu ostatnich kilku godzin? Spojrzawszy na zegar 

nad kominkiem, uświadomiła sobie jednak, że musi się pospieszyć, by zdążyć z kolacją na 

czas, i zapomniała o Finnie.

O siódmej, ubrana w jasnożółtą, lekką sukienkę, Lucy zasiadła do rodzinnej kolacji 

przy   rozsuwanym   mahoniowym   stole.   Nad   talerzami   pochylało   się   sześć   kasztanowo   - 

złotych głów. Jedynie włosy ojca były ciemne, bez śladu rudego odcienia. Bracia mieli gęste, 

faliste   czupryny,   włosy  bliźniaczek   były   natomiast   długie   i   proste.   Starszy  pan   odmówił 

krótką modlitwę, po czym Lucy wniosła ogromną salaterkę sałatki.

- Jak to miło, Lucy - odezwała się jej matka. - Nie siedzieliśmy tak razem od dobrych 

kilku tygodni.

. Nagle dało się słyszeć pukanie.

- Ktoś puka - powiedziała Alexa, a w jej zielonych oczach błysnęła ciekawość.

background image

- To nie do drzwi... - odparła Lucy.

Pukanie, tym razem mocniejsze i wyraźniejsze, rozległo się znowu i Lucy zdała sobie 

sprawę, że dobiega ono z kuchni.

- Ktoś puka w okno kuchenne - powiedziała, odsuwając się z krzesłem od stołu. - To 

na pewno pan Woofly, nasz dozorca. Jedzcie, nie przeszkadzajcie sobie.

Wstała i zajrzawszy przez ściankę oddzielającą salon od kuchni, od razu rozpoznała 

znajomą, smukłą . sylwetkę.

Jednym susem dopadła okna i podciągnęła do góry szybę. Uderzyła ją fala dusznego 

powietrza. Finn stał na drabinie, trzymając pod pachą książki i pęk nasturcji.

- Co ty wyprawiasz - zapytała niezupełnie pewna, czy musi to naprawdę wiedzieć, 

pamiętając cały czas o rodzinie, która bez trudu mogła uczestniczyć w tej wymianie zdań.

- To dla ciebie - powiedział, podając jej bukiet. - Zerwałem po drodze. Wieczorne 

zajęcia zostały odwołane, a powiedziałaś, że mogę tu wpadać, żeby się uczyć.

Lucy ukryła twarz w pomarańczowożółtych kwiatach.

- A musisz właśnie teraz? Mam rodzinę na kolacji.

- Strasznie cię przepraszam. Nie mogłem już wytrzymać z tą Dimples.

- Finn... - Lucy zakryła dłonią usta i obejrzała się przez ramię. Rodzina szeptała coś 

między sobą, a Benny, nie mogąc usiedzieć z ciekawości, zaglądał przez murek.

- Skąd wziąłeś drabinę?

- Pan Woofly ją tutaj zostawił.

- Wiesz co, najlepiej będzie, jeśli wejdziesz. Poznam cię z moją rodziną i zjemy razem 

kolację.

- O nie, to nie wchodzi w rachubę. Popatrz, jak ja wyglądam. Nie przeszkadzaj sobie. 

Już mnie nie ma.

- Ależ Finn, nie możesz teraz tak zniknąć. Popatrzył na nią zdziwiony.

- Czemu nie? To chyba najlepsze wyjście z sytuacji..

- Proszę cię, wejdź.

- O tak, tak, zapraszamy cię, Finn - zawołał Davy.

Cóż było robić? Przenosząc ostrożnie rękę na temblaku, Finn przestąpił przez parapet, 

popatrzył   na   rodzinę   Reardonów   i   wzruszając   ramionami   uśmiechnął   się   do   Lucy   nieco 

bezradnie. Pięć zaintrygowanych par oczu śledziło każdy ich ruch, kiedy Lucy podprowadziła 

go do stołu.

- To jest Finn Mundy, mój sąsiad z naprzeciwka - przedstawiła go czując, że palą ją 

policzki. - A to moja mama, Ella Reardon, mój ojciec, Carl, bracia Davy i Benny oraz siostry 

background image

- Alexa i June.

- Bardzo mi miło, przepraszam za to wtargnięcie - bąkał Finn.

- Pan zawsze wchodzi przez okno? - odezwał się Benny, lecz Alexa trąciła go łokciem.

- Nie, to pierwszy raz.

- Weź krzesło z kuchni... Zaraz przyniosę nakrycie  dla ciebie - powiedziała Lucy, 

mimo wszystko ucieszona jego obecnością.

- Och, naprawdę, nie chciałbym przeszkadzać. Mogę pójść do czytelni... - zaczął, lecz 

zagłuszyły go protesty rodziny.

Lucy weszła do kuchni, by włożyć nasturcje do wody i przygotować talerz spaghetti 

dla Finna.

- Złamał   pan   sobie   rękę?   -   zapytał   Davy,   częstując   Finna   sałatką.   Lucy 

znieruchomiała, przygotowując się na najgorsze.

- Coś mi tam tylko pękło - odpowiedział Finn, całą swą uwagę skupiając na salaterce.

- Ja też raz złamałem rękę, kiedy grałem w piłkę - ciągnął Davy. - Nic przyjemnego.

- Zgadza się. A grasz w dalszym ciągu?

Lucy wróciła do pokoju i Finn zerknął na nią z ulgą. Była zadowolona, że nie zdradził, 

iż to ona zepchnęła go z drabiny. Sięgnęła po pieczywo i zauważyła badawcze spojrzenie 

matki. Ella Reardon uśmiechnęła się do niej, po czym przeniosła wzrok na Davy’ego, który 

właśnie odpowiadał Finnowi.

- Tak, w sezonie. Teraz wypadłem z formy.

- Proszę nam powiedzieć, jak doszło do tego wypadku z ręką? - wtrąciła Alexa, nie 

spuszczając oczu z Finna.

- No cóż, spadłem z drabiny.

- Ho, ho, pan to musi lubić drabiny - zachichotał Davy. - Chyba jednak często z nich 

pan korzysta.

- Nie. Po prostu próbowałem teraz uniknąć czyjegoś towarzystwa i...

- Pan się uczy? - przerwał Carl Reardon.

- Tak, proszę pana.

W tym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi i Finn zamarł.

- Nie uda się nam chyba dzisiaj zjeść spokojnie tej kolacji - powiedziała Lucy, wstając 

od stołu. Zrobiło się jej słabo na myśl, kogo mogło przynieść tym razem.

Kiedy otworzyła drzwi, w progu stała Dimples w jaskrawoczerwonej sukience z pustą 

cukiernicą w ręce.

- Cześć, kochanie - odezwała się od progu. - Mike właśnie pichci kolację i wysłał 

background image

mnie do ciebie, bo zabrakło mu odrobiny... Finnegan! - pisnęła nagle i jak burza wpadła do 

pokoju.

- Cześć, Dimples.

- Wstydź się, paskudo. A mówiłeś, że musisz się uczyć.

- Bo to prawda. Lucy zaprosiła mnie na kolację już po naszej rozmowie.

- Czy pani jest krewną Finna? - zapytał Benny.

- Ja? Skądże, skarbie - zaprzeczyła Dimples, żywo gestykulując. - Ja tylko u niego 

mieszkam. Lucy nasypała Dimples cukru i odprowadziła ją szybko do drzwi.

- Mieszkam teraz z braćmi - wyjaśnił Finn - i to oni pozwolili tej pani zatrzymać się u 

nas.   Lucy   szczerze   mu   współczuła.   Zależało   jej   na   tym,   by   rodzina   miała   o   nim   dobre 

wyobrażenie.

- A może dzisiaj ta panienka zanocowałaby u nas? - wypalił Benny.

- Ben! - przywołała go do porządku matka.

- Finn   studiuje   prawo   i   prowadzi   mały   sklepik   z   konfekcją   -   powiedziała   Lucy, 

siadając do stołu. Wszyscy zaczęli znowu rozmawiać i zdawało się, że nic już nie zakłóci 

rodzinnego spotkania. Finn natomiast znalazł się pod ostrzałem ukradkowych spojrzeń.

Benny   i   Alexa   zaofiarowali   się   posprzątać   ze   stołu   po   kolacji,   więc   Lucy   mogła 

spokojnie wypić kawę i pogawędzić z najbliższymi.  Zauważyła  z ulgą, że traktują Finna 

życzliwie.   Finn   okazał   zainteresowanie   pracą   jej   ojca,   który   był   okręgowym   szefem 

marketingu w koncernie naftowym, oraz nadzwyczaj taktownie rozmawiał z matką.

Przyjęcie   miało   się   ku   końcowi.   Najpierw   pożegnali   się   bracia,   a   wkrótce   potem 

rodzice i siostry. Stojąc na progu, Finn objął lekko Lucy, a kiedy tylko drzwi zamknęły się za 

ostatnim gościem, odwrócił ją twarzą do siebie.

- Przepraszam cię - powiedział i, patrząc jej w oczy, bawił się ramiączkiem sukienki. - 

Zrobiłem z siebie głupka.

- Nie przepraszaj. - Pogładziła go po ramieniu, poruszona bardziej jego bliskością niż 

tym, co mówił. - Bardzo się im spodobałeś i jestem szczęśliwa, że mieli okazję cię poznać.

- Żartujesz chyba. Zawsze będą mnie teraz mieli za takie podejrzane ziółko, co to nie 

wiadomo skąd znalazło się w salaterce sałatki.

Wybuchnęła   śmiechem   i   pogładziła   go   znowu,   wyczuwając   pod   palcami   ciepło   i 

naprężone mięśnie.

- Dla nich było to niezwykle sympatyczne urozmaicenie. Finn rozpromienił się i ujął 

ją pod brodę.

- Nie odróżniłbym za nic Benny’ego od Davy’ego ani Alexy od June.

background image

- Nie ty jeden. Benny jest trochę szczerbaty, a June ma maleńką bliznę na skroni. Jak 

twoja ręka?

- Nieźle.   - Poruszył   palcami.  -  Coraz  lepiej.  Prawdę  mówiąc,  temblak  jest  mi   już 

niepotrzebny. - Zdjął rękę z płóciennej chusty i odwiesił ją na kołku. Oparł ręce na ramionach 

dziewczyny.

- Po raz pierwszy zaczynam żałować, że wpakowałem się w te studia.

- Dlaczego?

W   milczeniu   pochylił   się   nad   nią.   Serce   waliło   jej   jak   młotem.   Zamknęła   oczy 

kołysząc się. Pragnęła go z całych sił. Przytulona, czuła, jak bardzo był chudy. Jedną ręką 

pieścił jej pośladki, a drugą zanurzył we włosy. Próbowała wywinąć mu się z objęć, broniąc 

się przed własnym pożądaniem, najsilniejszym, jakie kiedykolwiek odczuwała.

Lucy płonęła od pocałunków. Zarzuciła Finnowi ręce na szyję, wtulając się w niego i 

oddychając   jego   zapachem,   który   przesycał   bawełnianą   koszulę.   Tak,   wolała   go   od 

wszystkich mężczyzn i z każdą spędzoną razem godziną stawało się to dla niej coraz bardziej 

oczywiste.

Kilkakrotnie zadzwonił telefon, lecz Lucy nie zareagowała. Finn podniósł głowę.

- Może lepiej odbierz.

Kiwnęła głową i przeszła do telefonu.

- Cześć - usłyszała wesoły głos Hyatta. - Co u ciebie?

- Dziękuję, wszystko w porządku.

Finn patrzył na nią tak zgłodniałym  wzrokiem, że zapragnęła natychmiast odłożyć 

słuchawkę i znaleźć się z powrotem w jego ramionach.

- Dostałem bilety na piątkowy koncert - mówił Hyatt. - Może zjemy razem kolację i 

pójdziemy posłuchać muzyki. Co ty na to?

Lucy wiedziała,  że jeśli  odmówi, to  w piątkowy wieczór  czeka  ją porządkowanie 

mieszkania, wizyta u rodziny albo spotkanie z przyjaciółką. Finn podszedł bliżej i zajrzał jej 

w oczy.

- Przepraszam cię, Hyatt, ale nie mogę. Może kiedy indziej.

- Czy wciąż jeszcze widujesz się ze swoim sąsiadem?

- Prawdę mówiąc, tak.

- No cóż. Spróbuję innym razem. Dobranoc, kotku.

Odłożyła   słuchawkę   i   popatrzyła   na   Finna,   który   zaciskał   usta   i   wyglądał   na 

zagniewanego.

- Coś   nie   tak?   -   zapytała,   przypuszczając,   że   podejrzewa   ją   o   chęć   odnowienia 

background image

znajomości z Hyattem.

- Mam tego po dziurki w nosie! - wybuchnął, przyciągając ją do siebie. - Na jutro 

muszę mieć gotową pracę semestralną.  Jakim cudem miałem  napisać ją wcześniej, skoro 

ciągle haruję w sklepie. Zatrudniam już tylko dwie osoby, z których jedna zapowiada odejście 

lada dzień.

- No więc siadaj i zabieraj się do pisania. Ja wszystko rozumiem. Możesz się tutaj 

uczyć, a ja będę cicho jak myszka. Powiedz mi tylko, bo nie wytrzymam z ciekawości, czy ta 

Dimples naprawdę u ciebie mieszka?

- A jakże! Mike, ten kapuściany głąb z Iowy, mój kochany braciszek, przygarnął ją 

sobie w barze. To dziewczyna szefa gangu.

- Gangu? Tutaj? W Oklahomie?

- Tak. I okazało się, że Dimples chce się wyprowadzić od swojego gangstera, a ten z 

kolei zapowiedział wszem i wobec, że nie przepuści nikomu, kto się do niej choćby zbliży. 

Traktuje ją jak swoją własność, jak samochód albo dom.

- Okropność!

- Właśnie! Mój wielkoduszny brat doszedł do tego samego wniosku i w ten oto sposób 

Dimples zamieszkała u nas. Wymyśli! sobie, że póki co ukryje ją u mnie. Wyobrażasz sobie 

coś takiego?

- To straszne!

- I przerażająco głupie. Jak możesz ukryć kobietę, a już szczególnie taką jak Dimples? 

O, nie! Daję im wszystkim sześć tygodni, a potem niech się wynoszą do diabła.

- To znaczy, że pozwolisz Dimples zostać?

- Zrozum, nie chciałbym  jej skrzywdzić,  a skoro ona pragnie uwolnić się od tego 

człowieka... Sześć tygodni to przecież nie wieczność. No a teraz - potarł ręką kark - zrobię, 

jak radziłaś, pójdę się uczyć. Napiszę tę pracę na jutro, choćby mi to miało zająć całą noc.

Skinęła głową i zbierała się już do wyjścia, lecz zatrzymał ją jego głos:

- Do diabła! Wiesz, co złości mnie najbardziej? To, że nawet nie mogę umówić się z 

tobą na randkę. W soboty i niedziele mam co prawda więcej luzu na uczelni, ale za to w 

sklepie nadrabiam wszystkie całotygodniowe zaległości.

Lucy spojrzała na niego poważnie.

- Ależ,   Finn,   naprawdę,   nie   musimy   umawiać   się   na   jakieś   wystrzałowe   randki. 

Spędziliśmy dzisiaj razem taki miły wieczór.

- No   tak,   ale   ja   chciałbym   zabrać   cię   gdzieś   na   kolację.   Wyglądał   na   tak 

zmartwionego, że Lucy zrobiło się go żal.

background image

- Na wszystko przyjdzie czas. Na razie nie zawracaj sobie tym  głowy. Podeszła i, 

wspiąwszy się na palce, pocałowała go lekko.

- Nie krzyw się tak - szepnęła. - Mnie jest dobrze. Nikt poza tobą nie  wchodził do 

mnie przez okno. Podbiłeś tym moją rodzinę.

Tym razem się nie rozpogodził.

- Oj, Lucy - mruknął tylko - jesteś taka dobra...

Otoczył ją ramieniem, przyciągnął do siebie i zaczął gorąco całować. Oddawała mu 

pocałunki, myśląc z rozpaczą, że zaraz będą musieli się rozstać i że naprawdę w życiu Finna 

nie   ma   teraz   dla   niej   miejsca.   Delikatnie   przesunął   ręce   po  jej   plecach  aż   dotarł   do  ud. 

Ogarnęły ją płomienie. Wyrwała mu się.

- Finn, wierz mi, nie chcę odchodzić, ale sam powiedziałeś, że masz do napisania 

pracę i napiszesz ją, choćby cię to miało kosztować całą noc.

- Och, Boże. Nie chcę.

- Ale ja chcę. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś przeze mnie nie zaliczył ćwiczeń. 

Całować się będziemy kiedy indziej. Twoje książki leżą na stole w kuchni.

- Dobrze,  dobrze.   Idę  już,   choć  tak   strasznie   mi  się   nie  chce.   Pocałuj   mnie   tylko 

jeszcze na dowidzenia.

Odskoczyła jak najdalej do tyłu.

- Jeden krok, a idę po Dimples i twoich braci. Możesz sobie zawalać semestr, proszę 

bardzo, ale nie przeze mnie!

- Poddaję się. Idę fedrować.

Odprowadziła go wzrokiem i poszła do sypialni. Sfrustrowana, wsiadła na rower i 

przez pewien czas pedałowała jak szalona. Potem wzięła prysznic, przebrała się i skuliła na 

łóżku z książką na poduszce. Po pewnym czasie ogarnęła ją senność. Kiedy się ocknęła, ze 

zdziwieniem   zauważyła,   że   pali   się   górna   lampa,   a   ona   sama   leży   w   szlafroku.   Zegar 

wskazywał wpół do czwartej. Finna już nie było, a na stole w kuchni leżał arkusik papieru: 

„Lucy! Dziękuję. Przepraszam za kłopot. To był wspaniały wieczór. Polubiłem twoją rodzinę. 

Z miłością - Finn”.

O dziesiątej rano we środę Lucy spacerowała jak zwykle przed swoim sklepikiem, 

machając do kierowców torebką fistaszków. Nagle jakiś samochód zjechał z pasma ruchu i 

zatrzymał się przed nią. Serce zabiło jej żywiej, gdy w wysiadającym mężczyźnie rozpoznała 

Finna.

- Nogi jak marzenie... Więc to musisz być ty.

- Skąd się tu wziąłeś? - powiedziała uszczęśliwiona, że późno bo późno, ale w końcu 

background image

ją zauważył.

- Wyszedłem  z uczelni, bo przełożono mi spotkanie z profesorem. Nie zdążyłbym 

wpaść do sklepu ani też zrobić nic innego, więc pomyślałem, że zobaczę, co u ciebie.

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zatrąbił klakson i jakiś kierowca pomachał 

do niej.

- To świetnie. Przepraszam cię na chwilę.

Wróciła bez orzeszków, za to z jednodolarowym banknotem.

- To czyste szaleństwo - pokiwał głową Finn.

- Ale orzeszki idą jak woda - powiedziała spragniona uznania.

- Twierdzę jednak, że powinnaś ubierać się nieco mniej wyzywająco.

- Aleś ty staromodny.

- Trudno, tacy już są mężczyźni z Iowy.

- Pięknie,   ale   zrozum:   reklama   jest   niezbędna,   ludzie   mnie   zauważają...   Znowu 

zadźwięczał klakson i Lucy odwróciła się, by pomachać kierowcy.

- Co to za facet? - zapytał Finn.

- Nie mam pojęcia. Ciągle ktoś trąbi i macha do mnie.

- Nie ktoś, tylko różni faceci, wyrażaj się ściśle, dobrze?

Lucy ogarnęły mieszane uczucia. Złościła się trochę, iż Finn chciałby zrobić z niej 

dostojną matronę, na którą nie spojrzy żaden mężczyzna, lecz równocześnie cieszyło ją to, że 

go naprawdę obchodzi.

- Chciałbyś zobaczyć mój sklep?

- Jasne. A, jak myślisz, po co się tutaj zatrzymałem? Tylko po to, żeby popatrzeć na 

najpiękniejsze w całych Stanach nogi? O nie, proszę szanownej pani. To dla pani główki do 

interesu tu jestem.

Roześmiała się i wzięła go za rękę. Żeby wejść do sklepu, musiała się pochylić. Kiedy 

otworzyła drzwi, zadzwoniły małe mosiężne dzwoneczki. Rozpięła niewygodną kartonową 

łupinę i wyśliznęła się z niej, czując na sobie wzrok Finna. Budziło się w niej pożądanie.

- A oto i mój sklep - powiedziała.

Trudno mu było oderwać oczy od Lucy, lecz - chciał nie chciał - rozejrzał się wokół. 

Wzdłuż   dwóch   ścian   sklepu   biegły   szklane   lady,   na   których   stały   koszyki   z   orzeszkami 

arachidowymi.   Były   tam   fistaszki   w   łupinkach,   fistaszki   prażone   i   łuskane.   Przy  trzeciej 

ścianie ustawiono dwa kontuary i aluminiowe krzesła. Jeden kontuar miał normalne rozmiary, 

a  drugi był przystosowany  dla  dzieci.  Stały  na nim  nakręcane zabawki.   Finn chodził  po 

sklepie,   oglądał   z   uwagą   wszystko,   nawet   rośliny   wiszące   w   koszyczkach   w   dwóch 

background image

ogromnych frontowych oknach oraz, odsłonięte teraz, bawełniane zasłony w biało - niebieską 

kratkę. Dotknął niskiego stoliczka.

- To dla dzieci?

- Tak.

Finn wziął do ręki pluszową małpkę, nakręcił ją i postawił z powrotem na kontuarze. 

Małpka zaczęła grać na organkach, które trzymała w łapkach.

- Zamierzałam postawić tu również mojego drewnianego konia, lecz jakoś nie miałam 

serca zabrać go z domu - powiedziała Lucy.

- I dobrze, że go zatrzymałaś. Ależ tu ładnie!

Nad   ich   głowami   wolno   kręcił   się   wentylator,   a   kiedy   Finn   podszedł   do   dużego 

kontuaru, zobaczył  nagle swoje odbicie. Cala wolna przestrzeń ściany od strony zaplecza 

sklepu, na której wisiały gablotki i szafki, wyłożona była lustrami.

- Nieźle to wygląda.

- Miło mi, że ci się podoba. Sama dekorowałam wnętrze - powiedziała uradowana 

Lucy.

- Jak do tego wszystkiego doszłaś?

- Zaczęłam na ostatnim roku studiów od sprzedawania orzeszków w czasie rozgrywek 

piłkarskich. Szło mi tak dobrze, że pomyślałam o rozkręceniu własnego interesu. Kupowałam 

fistaszki   w   hurtowni   i   sprzedawałam   gdzie   się   dało.   Zaraz   po   ukończeniu   college’u 

postarałam się o licencję na prowadzenie handlu i zaczęłam od sprzedaży ulicznej. W ciągu 

niespełna roku zaoszczędziłam tyle, żeby wynająć właśnie to. - Rozejrzała się. - Sklepik maty 

i stary, czynsz jest więc niewysoki.

Poczuła na sobie jedno z tych spojrzeń Finna, które zawsze przyprawiały ją o bicie 

serca.

- A co będzie potem? Zamierzasz przez cale życie sprzedawać fistaszki? Z trudem 

zebrała myśli.

- Oszczędzam, by otworzyć inny sklep w nowszej dzielnicy - odparła wstrzymując 

oddech, gdy palce Finna wędrowały wzdłuż dekoltu jej czerwonej koszulki. - Chciałabym 

mieć kilka punktów sprzedaży.

- Jesteś jedynym znanym mi rudzielcem ubierającym się na czerwono. Podoba mi się 

to.

- Ja też lubię czerwień.

- Chciałem powiedzieć, że to ty mi się podobasz w czerwonym...

Zapatrzyła  się na niego, jakby chciała  na zawsze wbić sobie w pamięć  rysy jego 

background image

twarzy, senne oczy, prosty nos. Z kolei on wpatrywał się w jej usta. Miała wrażenie, że nagle 

obrzmiały.   Czując   jego   wzrok   na   swoich   piersiach,   zadrżała   z  emocji.  W   pewnej   chwili 

zamrugał powiekami i zerknął na zegarek.

- O mój Hoże. Spóźniłem się na zaliczenia. Muszę lecieć. Zobaczymy się później.

Pocałował ją lekko i wybiegł. Wahadłowe drzwi zakołysały się za nim i tylko miły 

dźwięk mosiężnego dzwoneczka jeszcze przez chwilę Świadczył o jego obecności.

- Do widzenia, Finn - powiedziała w ciszy.

Niedługo potem przed sklepem zatrzymał się jakiś samochód. Wysiadła z niego Nan i 

pędem wbiegła do środka.

- Lucy, czy nic się nie stało?

- Nic. A co się miało stać?

- Uff!   -   Nan   odetchnęła   z   ulgą.   -   Zauważyłam   jakiegoś   faceta   wybiegającego   z 

naszego sklepu i przestraszyłam się, że to znowu napad.

- Tym razem był to tylko Finn Mundy, mój sąsiad.

- Ach, Finn Mundy. Nie zdążyłam mu się przyjrzeć z bliska.

- Prawdę mówiąc, ja też - roześmiała się Lucy. - Widzieliśmy się bardzo krótko, a i tak 

spóźnił się przez to na zaliczenia.

- Nie rozumiem, po co ty w ogóle zajmujesz się mężczyzną, dla którego książki są 

wszystkim. Tracisz czas, moja droga. Masz po prostu wyrzuty sumienia z powodu tamtego 

wypadku, i tyle.

Lucy zdążyła już powrócić z obłoków na ziemię, lecz zaprzeczyła ze śmiechem:

- To nie jest poczucie winy, Nan. To po prostu coś magicznego. Finn jest pogodny i 

serdeczny, o ile oczywiście nie denerwuje się o swoje studia. Ma otwartą na świat głowę, no i 

widzi rzeczy, jakie są.

- Niewłaściwie te rzeczy interpretujesz. A czy chociaż cię dokądś zaprosił?

- Nie, ale to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wiem dlaczego.

- Głupstwa mówisz. Założę się, że ma jakąś dziewczynę.

- Nie ma. Jest po prostu potwornie zapracowany. Pomyśl  sama - haruje w swoim 

sklepie i jeszcze się uczy.

- Dziś wieczorem idę z Rod i Neilem do cyrku. Może wybrałabyś się z nami? Ty i 

Neil zawsze to lubiliście.

Neil to świetny kompan, ale nie na dzisiejszy wieczór. Muszę przejrzeć parę książek, 

Nan podniosła ręce do góry.

- Poddaje się. Przyznaj jednak, że spodziewasz się tego mola książkowego. Przyjdzie 

background image

do ciebie i znowu zaśnie ci za stołem. Lucy zachichotała i, nachylając się do Nan, zniżyła 

głos.

- Powiem ci w sekrecie, że nie znam nikogo pod słońcem, kto potrafiłby całować 

lepiej niż ten mól.

Nan roześmiała się serdecznie. - Chcesz przez to powiedzieć, że zdarza mu się jednak 

zamknąć książkę?

- Czasami - Powiedziała Lucy, wkładając na siebie kartonowy strój. - No, do roboty. 

Czas na mnie.

Po chwili stała juz na krawężniku, machając torebką orzeszków.

background image

5

Następnego   ranka,   pierwszego   maja   Finn   zerwał   się   z   łóżka   na   dźwięk   budzika. 

Szybko wziął prysznic i ubrał się w granatowe spodnie i biała koszulę. Swoich braci zastał już 

w kuchni. Jedli jajecznicę  i popijali kawę. Jajecznica  była  przypalona,  - Przynajmniej  to 

powinniście już umieć upichcić - burknął na nich.

- Tyle hałasu o nic - powiedział Will. - Myślałem że zdarzę ogolić się, zanim te głupie 

jajka się usmażą.

Finn nalał sobie filiżankę kawy i usiadł do stołu - A gdzie jest Dimples?

Mike wzruszył ramionami.

- Dziecko jesteś czy co? Przecież dla niej to środek nocy. - Będzie dobrze jak wstanie 

około południa.

- Aha - mruknął Finn. - Słuchajcie, chciałbym żeby to było jasno powiedziane. Nie 

sprowadzajcie mi do domu żadnych panienek. Zgodziłem się przyjęć tylko was dwóch. O 

żadnych babach nie było mowy.

- Zgodą - powiedział z uśmiechem Mike - Potrzebuję też któregoś z was do pomocy w 

sklepie.

- Dobra z największą ochotą pomożemy ci dziś wieczorem po pracy - zaproponował 

znowu   Milce,   a   Will   przytaknął.   -   A   w   ogóle   to   przyjeżdża   mama.   Telefonowała   tego 

wieczoru, gdy zasiedziałeś się u Lucy.

Finn miał wrażenie, jakby cegła spadła mu na głowę.

- Mama? I utaj? No a co z Dimples? Kiedy zamierza się wynieść?

- Na razie nie było o tym mowy. - Nie możemy jej tak po prostu wykopać za drzwi, 

skoro odważyła się odejść od tamtego faceta.

- Nigdy nie zgodzę się na to, by mam została u Dimples. Czy chcecie wyprawić matkę 

na tamten świat.

- Daj spokój. Musimy to wszystko jakoś obmyśleć.

- Radzę wam dobrze, zastanówcie się. Kiedy mama tu będzie?

- Dzisiaj. Przyjeżdża do nas na weekend - powiedział Mike ze wzrokiem wbitym w 

kubek.

- Czy Dimples już o tym wie?

- Zajmiemy się tym. W ogóle już o tym. nie myśl. No i zaraz wysprzątamy kuchnię.

- Dziękuję. Skoro mama przylatuje dzisiaj, nie popracujemy w sklepie.

background image

- Przyjadę do ciebie zaraz po pracy. Parę rzeczy możemy szybko zrobić i wrócimy do 

domu najdalej o szóstej. Do tego czasu Will zajmie się mamą.

Finn   przemyślał   szybko   propozycję   Mike’a,   bo   wiedział,   że   nawet   godzina   jego 

pomocy byłaby - Niech i tak będzie, ale... Will. Będziesz w domu na pewno?

- O nic się nie martw. Wyjdę po mamę na lotnisko.

- Błagam was tylko o jedno: zróbcie coś z tą Dimples. Koniecznie!

Punktualnie   o   piątej   Mike   pojawił   się   w   sklepie.   Ubrania,   które   Finn   zamierzał 

wystawić na sprzedaż, trzeba było zaprezentować na tyle efektownie, by ściągnęły do sklepu 

jak najwięcej klientów.

O szóstej przyjechali do domu. Finn był już bardzo zmęczony, a za niecałą godzinę 

musiał jechać na zajęcia. Kiedy razem z Mike’em weszli w progi mieszkania, ich oczom 

ukazał się widok, który Finnem wstrząsnął. W salonie, w absolutnej ciszy, siedział Will z 

Dimples,   a   w   drzwiach   kuchni   stała   mama.   Pokój   wypełniały   kuszące   zapachy   mięsa   i 

warzyw.

- Wybacz, mamusiu, że jesteśmy dopiero teraz - powiedział Finn i rzuciwszy krótkie 

spojrzenie Willowi, przeszedł przez pokój, by uścisnąć matkę.

Kathleen Mundy, ubrana była w niebieską kretonową sukienkę, na którą narzuciła 

fartuch, i z ogromną łychą w ręku witała go z otwartymi ramionami. Dzięki butom na grubej 

gumowej podeszwie wydała mu się wyższa niż zazwyczaj. Kiedy zbliżyli się do siebie, Finn 

ze zdziwieniem stwierdził, że oczy matki są pełne łez.

- Finn,   moje   dziecko.   Jestem   taka   szczęśliwa,   że...   -   Odsunęła   się   na   moment, 

zauważywszy gips.

- O Boże, co ci się stało?

- Upadłem, mamo, ale wszystko będzie dobrze. Coś mi tam tylko pękło.

- Mój ty dzieciaku. Och, biedna, biedna ręka.

- Naprawdę nie ma powodu do zmartwienia. Jutro mi to zdejmą i po krzyku. - Objął 

matkę serdecznie.

- Cześć, Dimples - rzucił przez ramię.

- Cześć, skarbie - odpowiedziała uśmiechając się niepewnie.

Wszyscy   zachowywali   się   dość   dziwnie   i   Finn   zaczął   się   głowić,   co   znowu 

wykombinowali jego bracia. Matka tymczasem patrzyła na niego, ocierając łzy wierzchem 

dłoni.

- Schudłeś, synku.

- Miałem mnóstwo pracy.

background image

- Gotuję dla ciebie kolację. - Siąknęła nosem. - Czy możesz poruszać ręką?

- Jasne. Zobacz sama. - Zdjął rękę z temblaka i poruszał palcami. - Co dzień  widzę 

poprawę.

- Och, Finneganku!

Zmarszczył brwi, zdezorientowany. O co tu właściwie chodzi?

- Dziękuję za kolację. Przykro mi, ale o wpół do ósmej mam zajęcia na uczelni.

- Will już mi o tym mówił. Zdążysz jeszcze coś przegryźć.

- To wspaniale. A co w domu? Czy wszystko w porządku?

- Tak - odpowiedziała matka, ale głos jej się łamał i znowu otarła oczy.

Finn   spojrzał   na   Mike’a,   który   wzruszył   ramionami   i   zrobił   głupią   minę.   Finn 

zaniepokoił się na dobre.

Jak tata?

- Trzyma się dobrze i kazał cię uściskać.

- A Patrick? Co u niego?

- Ma mnóstwo pracy w gospodarstwie, ale radzi sobie nieźle. Mamy nowego byczka, 

ładna sztuka. Ojciec chciałby dokupić jeszcze dwie krowy.

- A ty, mamo, jak się czujesz?

- Ja? Znakomicie - odpowiedziała nienaturalnie wysokim tonem, szybko odwróciła się 

i wyszła do kuchni.

Finn   podejrzewał,   że   matka   płacze.   Will   rozmawiał   szeptem   z   Dimples,   a   Mike 

zniknął gdzieś w korytarzu. Zanim Finn zdążył go dopaść, zobaczył, że drzwi do łazienki 

właśnie się zamykają, i usłyszał zgrzyt zamka.

- Mike, muszę z tobą koniecznie porozmawiać. Wychodź szybko. Odpowiedź brata 

zagłuszyła puszczona z kranu woda.

Finn wrócił do salonu, spojrzał na kuchnię i odchrząknął. Will i Dimples podnieśli 

głowy.

- Will, czy mógłbym prosić cię na dwie minutki?

- Powiedziałem mamie, że...

- Bez gadania. Ale już! Dimples z pewnością wybaczy ci tę chwilową nieobecność.

- Gdzie jest Mike? - zapytał Will tonem tak rozpaczliwym, że Finn zaczął podejrzewać 

najgorsze. Wprowadził Willa do swojej sypialni i zamknął drzwi. Oparł się o nie, trzymając 

rękę na gałce.

- No, dobra. A teraz mów: Dlaczego Dimples się nie wyniosła? Dlaczego wygląda tak, 

jakby miała nóż na gardle? Z jakiego powodu mama popłakuje po kątach?

background image

- Po kolei. Nie wszystko na raz.

Finn schwycił brata za koszulę i przyciągnął do siebie.

- Słyszałeś moje pytania? Odpowiadaj, do cholery!

- Coś się tak do mnie przypiął? Spytaj Mike’a.

- Mike zamknął się w łazience. Do diabła, Will, nie wypytywałem o nic ani Dimples, 

ani mamy, ale zrobię to, jeśli będę musiał. Mów więc lepiej, o co w tym wszystkim chodzi?

- Nie moglibyśmy wyrzucić Dimples na ulicę. Jej życiu zagraża niebezpieczeństwo, 

jeśli on ją znajdzie. Nam zresztą też.

- Bądź łaskaw wyjaśnić, jaki on?

- No ten jej holenderski Guy Fawkes* [Guy Fawkes (1570 - 1606) - główny uczestnik 

spisku prochowego zawiązanego przez katolików angielskich którzy zamierzali wysadzić w 

powietrze   parlament   wraz   z   królem   Jakubem   I,   aby   opanować   władzę   i   przywrócić 

katolicyzm w Anglii,  (przyp. tłum.  )]. Każe się tytułować „Wielkim Guyem”, a nazywa się 

Jones.

- O, cholera. A dlaczego mama płacze?

- Nie wiem.

- Wiesz i to bardzo dobrze. Gadaj, Will, ale to natychmiast. Will bąknął coś, czego 

Finn nie dosłyszał.

- Nie chcesz mówić? W porządku, wołam tu mamę i Dimples...

- Zrozum,   Finn.   Musimy   dalej   ukrywać   Dimples.   Powiedziała   nam,   że,   cytuję 

dokładnie,   „Wielki   Guy   zabije   każdego,   Kto   udzieli   jej   schronienia”.   Trzeba   więc   było 

wymyślić coś, co pozwoliłoby mami zaakceptować jej obecność w domu.

- Mam wrażenie, że mnie w to wplątaliście. Co powiedzieliście matce?

- Zdecydowaliśmy   się   na   niewinne   kłamstewko,   które   ma   nam   wszystkim   pomóc 

przetrwać ten week end do odjazdu mamy. - Will mówił coraz szybciej niczym licytator na 

giełdzie, gdy cena idzie w górę - Powiedzieliśmy jej, że ty i Dimples zakochaliście się w 

sobie, że chcecie wziąć ślub, ponieważ ona jest w ciąży, ale nie możecie, bo ona jeszcze nie 

uzyskała rozwodu.

- Co takiego?! - Finn podniósł go za kołnierz.

- O   co   ci   chodzi?   To   przecież   tylko   niewinne   kłamstewko,   które   nie   przetrwa 

weekendu. Nie okłada mnie tym gipsem.

- Ja ci dam niewinne kłamstewko! Czy ty w ogóle rozumiesz, że to dla matki szok? 

Ach, w; skończone barany! Sprowadzacie tu jakieś...

- Posłuchaj,   to   tylko   na   dwa   dni.   Mama   nigdy   nie   pogodziłaby   się   z   tym,   że 

background image

mieszkamy z jakąś dziewczyną gangstera. Kazałaby nam się spakować i wracać do domu.

- Wy dwaj nigdy nie przestaniecie być dziećmi. Powiem mamie prawdę.

- Kochani, kolacja gotowa... - rozległo się wołanie Dimples.

Finn   popędził   do   kuchni,   gdzie   zastał   matkę   stawiającą   właśnie   na   stole   gorące 

tłuczone kartofle.

- To, co lubisz najbardziej, Finneganku - powiedziała matka. - Siadaj szybko i jedz, bo 

zaraz będziesz musiał jechać.

Z ciężkim sercem i zakłopotany, zajął główne miejsce przy stole, wiedząc, że nic - 

nawet   Dimples   jej   niechciana   ciąża   -   nie   jest   w   stanie   zdenerwować   matki   bardziej   niż 

zlekceważenie podanego prze nią jedzenia. A nie daj Boże, żeby wystygło!

Kiedy zeszli się już wszyscy, Finn odmówił modlitwę i pokroił pieczeń. Wciągnął 

głęboko wspaniały aromat. Ślinka mu ciekła na myśl o smakołykach matki po miesiącach 

kawalerskiej kuchni.

- Dimples,   a   gdzie   ty   właściwie   pracujesz?   -   odezwała   się   nagle   mama,   podając 

ciemnobrązowy sos. Wszystkie oczy utkwione były teraz w dziewczynie, a Finn wstrzymał 

oddech.

- Obecnie nigdzie - Dimples uśmiechnęła się do pani Mundy.

- A przedtem?

- Lepszego sosu w życiu nie jadłem - wtrącił szybko Mike.

- Dziękuję. A więc co robiłaś przedtem?

- Jestem z zawodu tancerką.

- Ach tak? Gdzie występowałaś?

- W klubie „Pod niebieskim lisem”.

- Mamo - znowu odezwał się Mike - musisz dać Dimples przepis na twoje tłuczone 

ziemniaki. Przez dłuższą chwilę matka patrzyła na Dimples badawczo. Mike zmienił szybko 

temat i zaczął rozmawiać o gospodarstwie, ale nie uciszyło to gniewu Finna.

- Wybaczcie mi, moi drodzy - powiedział odstawiając talerz - ale muszę już jechać na 

zajęci Przedtem jednak chciałbym z tobą, mamo, porozmawiać chwilę na osobności.

- Teraz? Przecież jeszcze nie skończyłam jeść.

- Daj mamie zjeść spokojnie - odezwał się Will. - Porozmawiacie sobie po powrocie.

- Mamo, proszę cię, chodź.

Matka wstała od stołu. Finn zaprowadził ją do swego pokoju i zamknął drzwi.

- Słuchaj, mamo, ja nie mam zamiaru żenić się z Dimples.

- Co ja słyszę? Nie możesz tak po prostu wyrzucić tej biednej dziewczyny. To nie jest 

background image

stary kapeć! Co prawda nie taką synową wymarzyłam sobie, ale...

- Mamo, ona wcale nie jest w ciąży - powiedział szybko, widząc, że oczy matki robią 

się mokre.

- Powiedzieli   mi,   że   odkładaliście   ślub,   że   nie   chciałeś   zmartwić   mnie   i   ojca.   - 

Uśmiechnęła się, dotykając jego ramienia. - Taki dobry z ciebie chłopak. Z pewnością panna 

Mollyrow musi mieć jakieś zalety. Inaczej przecież by ci się nie spodobała.

Finn spojrzał na zegarek i jęknął.

- Naprawdę,   muszę   już   iść,   ale   uwierz   mi,   mamo:   Dimples   ani   nie   jest   moją 

dziewczyną, ani nie spodziewa się dziecka.

Matka uśmiechnęła się znowu.

- Syneczku, jeśli tyją kochasz, to i myją pokochamy.

- Nie, mamo. Ja jej nie kocham. To Mike ją sprowadził do domu. Ku jego zdumieniu, 

matka nie przestawała się uśmiechać.

- Leć już, spóźnisz się na swoje lekcje. Pragnę poznać pannę Mollyrow nieco bliżej. 

Finn potrząsnął tylko głową, zebrał swoje książki i wyszedł.

Dwie godziny później, kiedy wolno wszedł po schodach na górę, popatrzył na drzwi 

do mieszkania Lucy, a następnie na własne. Odwrócił się gwałtownie i cicho zapukał do 

dziewczyny. Otworzyła i na jego widok natychmiast się uśmiechnęła.

- Cześć! Już po zajęciach?

- Tak. Czy mogę wejść? - zapytał, zerkając przez ramię na zamknięte drzwi własnego 

mieszkania.

- Po co pytasz? - odparła, opierając rękę na biodrze.

Miała na sobie czerwoną koszulę, sprane dżinsy i trampki. Wydała mu się ósmym 

cudem świata. Budziła pożądanie, które teraz targnęło nim z całej siły. Rzucił książki i objął 

ją.

- Na całym świecie nie ma nikogo cudowniejszego niż ty.

Lucy zadrżała w jego objęciach i wspięła się na palce. Włosy spłynęły jej miękko na 

kark. Uniosła ku niemu twarz i zamknęła oczy. Ich wargi i języki rozpoczęły taniec miłości. 

Całowali się, rozpłomienieni namiętnością i potrzebą serca.

W końcu podniósł głowę.

- Czy mógłbym przyprowadzić tu moją mamę? Chciałbym, żebyście się poznały.

- Teraz? Widzisz przecież, jak jestem ubrana. Pozwól mi się chociaż przebrać.

- Wyglądasz   prześlicznie   i   właśnie   teraz   muszę   cię   jej   przedstawić.   Później   ci 

wszystko wyjaśnię. Biegiem popędził do domu.

background image

- Zapomniałeś zabrać książki!

- Zaraz wracam!

Lucy zamknęła drzwi i pospieszyła do salonu. Podniosła z podłogi gazetę i patrząc na 

swoje wytarte spodnie, wzruszyła tylko ramionami. Przeniosła książki Finna do kuchni i już 

miała nastawić zmywarkę, kiedy rozległo się pukanie.

Otworzyła   drzwi.   Na   progu   stał   Finn   z   niewysoką   kobietą   o   brązowych   włosach 

przyprószonych siwizną i orzechowych oczach, w których malowała się ciekawość.

- Mamo, chciałbym ci przedstawić Lucy Reardon. Lucy, to jest moja mama.

- Jestem szczęśliwa, że mogę panią poznać - powiedziała Lucy. - Proszę, wejdźcie. 

Katleen Mundy popatrzyła najpierw na nią, a potem na Finna i w końcu weszła.

- Co się stało? - szepnęła Lucy do chłopaka, przepuszczając matkę przodem.

- Mike powiedział jej, że ja żenię się z Dimples, kiedy tylko ta mała otrzyma rozwód, i 

że mamy mieć dziecko.

Lucy stanęła jak wryta.

- Ale ty masz stukniętą rodzinkę! Dlaczego po prostu nie powiesz matce prawdy? 

Oszołomiona relacjami Finna, Lucy zaproponowała kawę, ale pani Mundy podziękowała. 

Utkwiła w Lucy badawcze spojrzenie i ściągnęła brwi z dezaprobatą. Wszyscy usiedli. Finn 

obok matki na żółtej sofie, a Lucy na krześle naprzeciwko nich.

- Finneganie,   czy   nie   powinniśmy   przyprowadzić   tu   również   panny   Hollyrow?   - 

spytała chłodno matka, patrząc na Lucy. - To jego narzeczona, pani wie.

- Nie, mamo, to nie jest moja narzeczona.

- Ależ synku! - pani Mundy zwróciła się do niego bliska płaczu. - Już sama nie wiem, 

co się z tobą dzieje. Byłeś takim dobrym chłopcem. Przyznaję, że to nie jest dziewczyna, o 

której bym marzyła dla ciebie, ale skoro już ma być dziecko, nasz pierwszy wnuk, to... - 

pochyliła się, by wyjąć chusteczkę z kieszeni, i wytarła oczy.

Finn popatrzył na Lucy.

- Widzisz, co się dzieje? Mamo, nie płacz. Płaczesz niepotrzebnie. Zostałaś bezczelnie 

okłamana. Mike bał się, że zabierzesz go z powrotem do Iowy, i dlatego to wszystko namotał. 

Jedyną kobietą w moim życiu jest Lucy.

Lucy   poczuła   się,   jakby   do   pokoju   wpadł   jasny   promień   słońca.   Finn   nadal   był 

zdenerwowany. Za to pani Mundy przestała płakać.

- Czy ty chodzisz z Finneganem? - zapytała, patrząc jej prosto w oczy.

Przez całe życie Lucy ceniła sobie uczciwość i teraz stanęła przed trudną odpowiedzią.

- Prawdę mówiąc, jeszcze tego ze sobą nie uzgodniliśmy. Finna aż wcisnęło w sofę i 

background image

zamknął oczy.

- Lucy, proszę cię...

- Coś takiego! Dwie kobiety! - lamentowała pani Mundy, grożąc synowi palcem. - Ja 

ciebie wychowywałam na przyzwoitego chłopca!

- Proszę   pani...   -   Lucy   próbowała   nadać   swemu   głosowi   ciche,   lecz   stanowcze 

brzmienie. Nie chciała skłócić Finna z matką, ale cala ta bajeczka, którą wymyślił Mike, 

zaczynała już mieć nieprzyjemny wydźwięk. - Finn uczy się tutaj! Poznaliśmy się, kiedy 

doznał urazu ręki. Spadł z drabiny, gdy próbował mi pomóc dostać się do domu przez okno w 

kuchni.   Czy   mógłbyś   -   spojrzała   na   Finna   -   zostawić   nas   same   na   pewien   czas? 

Porozmawiałybyśmy sobie, poznały się lepiej...

- Świetna myśl,  Lucy - powiedział Finn z miną człowieka uratowanego z paszczy 

wygłodzonych   tygrysów,   wstał   i   zaczął   wycofywać   się   do   wyjścia.   Pani   Mundy   wstała 

również.

- Mamo, proszę, porozmawiaj z Lucy przez chwilę, a ja zaraz wrócę. Pani Mundy 

zmarszczyła się i niepewnie spojrzała na Lucy.

- Proszę, niech pani spocznie - poprosiła Lucy. - Mike i Will zorganizowali w końcu 

tygodnia parę przyjęć, a Finn potrzebuje spokoju do nauki, więc zaproponowałam mu, żeby 

przychodził tutaj.

- Czy pani pracuje, panno Reardon?

- Proszę mi mówić Lucy - powiedziała z uśmiechem. - Tak, prowadzę własny sklep. 

Taki mary sklepik z fistaszkami. Jestem najstarsza z pięciorga rodzeństwa. Pragnęłam jak 

najszybciej usamodzielnić się finansowo, ponieważ rodzice musieli łożyć na wykształcenie 

moich braci i sióstr. Zaczęłam więc handlować jeszcze w czasie studiów, na ostatnim roku.

Pani Mundy rozejrzała się dokoła.

- Oryginalnie to urządziłaś. Przyjemnie tu u ciebie.

- Dziękuję. Wszystkie mieszkania w osiedlu są do siebie takie podobne, a ja chciałam 

mieć coś naprawdę własnego.

- To ładnie z twojej strony. Szkoda, że nie możesz pozmieniać tego, co na zewnątrz. 

Zawsze się gubię, kiedy tu przyjeżdżam.

Lucy uśmiechnęła się i wtrąciła łagodnie:

- Proszę pani, on naprawdę nie jest zaręczony z Dimples, a ona nie spodziewa się 

dziecka. Matka umilkła i tak długo przyglądała się jej bez słowa, że Lucy pomyślała już, iż 

Kathleen Mundy uznała ją za oszustkę, z którą nie warto nawet rozmawiać.

- Ale ty i Finnegan nie umawiacie się ze sobą regularnie, prawda?

background image

- Nie - odparła Lucy, uświadamiając sobie, że powiedziała to nieco przygnębionym 

głosem. Spróbowała narzucić sobie znowu pogodny ton. - On ma teraz tyle zajęć, naukę i 

pracę w swoim sklepie. Po prostu przychodzi do mnie, żeby się uczyć.

Matka Finnegana znów popatrzyła na nią takim wzrokiem, że aż poczuła się nieswojo.

- A co ty robisz, kiedy on się uczy?

- Czytam albo się gimnastykuję, albo coś tam robię u siebie w pokoju. Staram się 

zapewnić mu ciszę. Finn pracuje zwykle przy stole w kuchni.

Zapadło długie milczenie,  aż w końcu pani Mundy przymknęła  oczy z wyraźnym 

ukontentowaniem.

- To pięknie, Lucy - powiedziała pogodnie. - Ach, te moje chłopaki. Mike i Will 

zawsze   lubili   trochę   kręcić,   ale   teraz   to   już   przesadzili.   Będę   musiała   porozmawiać   z 

Mike’em. Wydaje mi się, że nie jogą sobie poradzić z życiem w mieście, bo do tej pory żyli 

trochę jak dzikusy. A może i ja nie jestem bez winy. - Nachyliła się do Lucy, zerkając przez 

ramię na drzwi wejściowe. - Wiesz, chcę ci coś powiedzieć w sekrecie.

Lucy przygotowywała się na wszystko. Jeśli chodzi o niespodzianki, rodzinę Mundych 

cechowała niepożyta wynalazczość. Matka obejrzała się jeszcze raz za siebie.

- To ja - szepnęła - nakłoniłam Willa i Mike’a, by zamieszkali u Finnegana. Chciałam, 

by zapoznali go z jakimiś dziewczętami.

Lucy z trudem tłumiła śmiech.

- Finnegan nie jest już najmłodszy - ciągnęła pani Mundy - i czas najwyższy, żeby się 

ożenił. Moi młodsi synowie wcale nie palili się do mieszkania z nim, nie sądzę też, żeby jemu 

to  specjalnie   odpowiadało.  Obiecali  mi  jednak,   że  spróbują  znaleźć  dla  niego   jakąś  miłą 

dziewczynę. Znam mojego syna. Traktuje życic zbyt poważnie.

Dusząc się ze śmiechu, Lucy przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie z Mike’em 

i Willem. Sądzili wtedy, że jest dziewczyną Finna, a kiedy okazało się, że to nieprawda, zapał 

związany z jej poznaniem nagle zniknął.

- To wiele wyjaśnia - powiedziała. - Myślę jednak, że Finn poradzi sobie bez pomocy 

braci.

- Skoro sprowadzili do domu pannę Mollyrow, to znaczy, że wybrali niewłaściwy typ 

kobiety   -   stwierdziła   pani   Mundy.   Uśmiechnęła   się.   -   Opowiedz   mi   teraz   o   swoim 

rodzeństwie, dobrze?

Jakąś godzinę później rozmowę przerwało im pukanie i w drzwiach pojawił się Finn z 

kolejną książką pod pachą. Parokrotnie przeniósł wzrok z matki na Lucy i z powrotem, po 

czym uśmiechnął się od ucha do ucha.

background image

- Przyszedłem tutaj, żeby zrobić sobie przerwę w nauce. Pani Mundy podniosła ku 

niemu rozjaśnioną twarz.

- Finneganku,   Lucy   wszystko   mi   już   wyjaśniła.   Chyba   jest   już   bardzo   późno.   - 

Zerknęła na zegarek. - O tej porze zawsze już śpię. A co do Mike’a, to już ja sobie z nim 

porozmawiam.

- Nie musisz wychodzić tylko dlatego, że przyszedłem - powiedział Finn, odsuwając 

książkę na sam koniec stołu.

- Naprawdę muszę się już położyć.  Taka już ze mnie wieśniaczka. Chodzę spać z 

kurami, a wstaję, kiedy kogut pieje.

- Bardzo się cieszę, że mogłyśmy porozmawiać - powiedziała Lucy, odprowadzając 

panią Mundy do drzwi. Żegnając się z matką, Finn przygarnął do siebie dziewczynę.

- Musisz kiedyś przywieźć Lucy do domu i pokazać jej swoje rodzinne strony.

- Dziękuję - odpowiedziała Lucy.

Polubiła   matkę   Finna,   która,   kiedy   tylko   wyjaśniło   się   nieporozumienie,   zaczęła 

traktować ją ciepło i serdecznie.

- Niedługo przyjdę - rzekł Finn, a matka skinęła głową.

- Ucz się, synu, ale w najbliższym czasie powinieneś zabrać Lucy gdzieś na kolację.

- Wiem.

- Dobranoc.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nią, Finn przyparł do nich Lucy, nie pozwalając jej 

ruszyć się.

- Wiedziałem, że cię wysłucha - powiedział.

- Nie powiem, żebym była wdzięczna Mike’owi. Kochany braciszek!

- Nie wiedział, jak wytłumaczyć mamie obecność Dimples.

- Aleja wytłumaczyłam. Sądzi chyba, że Mike sprowadził ją tutaj z dobroci serca.

- Takie odniosłaś wrażenie? To by znaczyło, że mama pragnie teraz dać Mike’owi 

prawo podejmowania własnych decyzji. Chce, żeby wydoroślał. Mama może się wydawać 

osobą bezpretensjonalną i prostą, ale, wierz mi, odczuła boleśnie bezczelne kłamstwo Mike’a. 

Mike jest na ogół prawdomówny. Sądzę, że kłamstwo nie przyszło mu łatwo.

- Twoja mama jest przeurocza.

- Ty też.

Lucy dotknęła ręki Finna nad gipsem.

- Zdejmą ci gips w niedzielę, prawda?

- Tak - odpowiedział szybko, całując ją najpierw w skroń, a potem w policzek aż do 

background image

ucha i coraz silniej przygarniał ją do siebie zdrową ręką. - Czekałem cały wieczór...

- A ja już zaczynałam tracić nadzieję - odpowiedziała, zamknąwszy oczy i wtuliwszy 

się w niego.

Całowali się długo i namiętnie, aż Lucy wymknęła się lekko z objęcia.

- Finn, mama czeka pewnie na ciebie i chyba powinieneś się uczyć. Prawda?

- Mama nie czeka, ale z tą nauką to racja. Czy mógłbym pouczyć się u ciebie?

- Tak, oczywiście.

- Dimples i moi bracia są teraz zdrowo przygaszeni, ale nie potrafią zachowywać się 

cicho.   Telewizor   jest   włączony   i   gra   muzyka.   Wierz   mi,   chciałbym   być   bardziej   bystry. 

Najlepiej mieć fotograficzną pamięć. Uczyłbym się szybciej.

- Wszyscy by tak chcieli. Nie musisz mieć kompleksów. Mike mówił mi, jaką masz 

przeciętną ocen. A teraz idź już się uczyć. Ja też powinnam zaksięgować parę rzeczy, bo 

zbliża się koniec miesiąca. Masz tam dzbanek kawy, gdyby ci się bardzo chciało spać.

- Tak   jest,   kapitanie.   Śliczny,   prześliczny   kapitanie.   Powiem   ci   jeszcze,   że   mama 

naprawdę cię polubiła.

- Z wzajemnością - odparła Lucy pogodnie, pragnąc, żeby Finn powiedział jej jeszcze 

coś miłego i zobowiązującego, ale on tylko wziął podręczniki i poszedł do kuchni.

Lucy   rozłożyła   swoje   księgi   na   łóżku   i   pracowała   jeszcze   przez   godzinę,   później 

zrobiła małą gimnastykę, wykąpała się i przebrała w nocną koszulę i peniuar. Weszła jeszcze 

na moment do salonu.

- Finn.   Jestem   już   zmęczona.   Czy   możesz   zatrzasnąć   drzwi,   kiedy   będziesz 

wychodził?

- Tak, tak... - burknął,  jakby drażniło go, że mu przeszkadza. Zamknęła  drzwi od 

sypialni, zgasiła światło i położyła się do łóżka.

Finn rzucił okiem na pusty salon i ogarnęła go ślepa furia. Najchętniej walnąłby tymi 

wszystkimi książkami o podłogę i porwałby Lucy w ramiona. Zaklął pod nosem, wstał i nalał 

sobie kolejną filiżankę kawy. Uczył  się do północy. Mike, Will i Dimples wciąż jeszcze 

oglądali telewizję. Ale przynajmniej przyciszyli fonię. Czując ogarniające go zmęczenie, Finn 

poszedł prosto do swego pokoju. Odłożył książki na podłogę, zdjął rękę z temblaka i rozebrał 

się z koszuli, zrzucając jednocześnie buty. Kiedy wreszcie wyciągnął się na łóżku, do pokoju 

wszedł Mike i zamknął drzwi.

- Finn?

- Słucham?

- Jestem ci winny przeprosiny.

background image

- Mnie jak mnie, ale mamie na pewno. To było bardzo głupie z twojej strony.

- Wiem,   ale   nie   potrafiłem   się   przyznać,   że   to   ja   ściągnąłem   Dimples.   Już 

przeprosiłem mamę. Mimo zmęczenia Finn ożywi! się zaciekawiony. Podłożył sobie ramię 

pod głowę i popatrzył na brata.

- Kazała ci wracać do Iowy?

- O nie, nie - roześmiał się Mike. - Zrobiła mi wykład, ale nie wracam do domu. Będę 

musiał wypić to piwo, którego nawarzyłem. Radosna przyszłość, nie ma co!

Finn parsknął.

- Możesz już w ogóle nic mieć żadnej przyszłości, jeśli ten cały eks - narzeczony 

Dimples, ten Wielki Guy, dowie się, gdzie ona przebywa.

- Tak, wiem. Wydaje mi się, że jest jej tu dobrze.

- Ale chcesz chyba, żeby się wyniosła? - zapytał Finn, zauważając ze zdziwieniem, że 

Mike się czerwieni.

- No, wiesz, prawdę mówiąc... Czasami jest zabawna, chociaż ona i ja nie bardzo 

możemy się ze sobą zgodzić. Chyba że tańczymy albo się... - zakończył, przeciągając zgłoski 

i wzruszył ramionami.

Finna nie stać już było na żaden wysiłek. Nie odpowiedział ani słowem i zapadł w sen.

background image

6

W niedzielę przed wieczorem, już po zdjęciu gipsu, Lucy i Finn odprowadzili panią 

Mundy na lotnisko. Wracała do domu. Kiedy pasażerów poproszono na pokład, Finn objął 

matkę i ucałował na pożegnanie. Mama odwróciła się do Lucy i dotknęła jej ramienia. - 

Odwiedź nas koniecznie. Przyjedźcie razem na przykład w czasie jego przerwy semestralnej.

- Z pewnością, mamo - odpowiedział Finn.

Lucy nie chciała, żeby czuł się zobowiązany do pokazania jej rodzinnego domu, lecz 

uśmiechnęła się do pani Mundy.

- Bardzo dziękuję. Nigdy nie byłam w stanie Iowa.

- To miłe miejsce. - Odwróciła się do Finnegana. - Jedz więcej, synku. Jesteś taki 

chudy.

- Dobrze, mamusiu - odpowiedział pokornie.

- Do widzenia, kochani. A ty, moja droga - pani Mundy uścisnęła rękę Lucy - opiekuj 

się moim chłopcem.

Obserwując   przez   okno,   jak   pani   Mundy   wchodzi   na   pokład   samolotu,   Lucy   nie 

potrafiła   otrząsnąć   się   z   wrażenia,   jakie   zrobiły   na   niej   ostatnie   słowa   matki.   Po   chwili 

poczuła na sobie wzrok Finna i popatrzyła na niego.

- Czym ty się znowu gryziesz? - zapytała, gdy tylko wsiedli do samochodu.

- Niczym nowym. Przerobiłem wszystkie podręczniki i jestem na skraju bankructwa. 

Rozmawiałem z moim tatą, domowe finanse również nie przedstawiają się teraz najlepiej. 

Ojciec siedzi w długach po uszy. Nie mogłem mu się przyznać, że ja też. Jeszcze trochę i 

koniec ze sklepem. Diabeł ogonem namieszał. - Uśmiechnął się. - Ale są też i dobre wieści. 

Mam zamiar dać sobie godzinkę lub dwie wolnego, zanim choćby dotknę książek, a już za 

trzy tygodnie kroi mi się siedmiodniowa przerwa semestralna i wtedy będziemy balować! Co 

wieczór!

Na myśl  o tym, że będzie się z nim widywała tak często i że wreszcie się trochę 

zabawią, Lucy o mało nie podskoczyła z radości.

- Masz ochotę na kolację? - zapytał Finn, puszczając do niej oko. - To nasza pierwsza 

randka. Dokąd chciałabyś pójść?

- Lubię kuchnię japońską - przyznała się, choć tak naprawdę było jej wszystko jedno, 

gdzie spędzą ten wieczór, byle razem.

- Tak? No to dobrze, znam takie jedno miejsce.

background image

- Finn... powiedziałeś, że masz teraz wolne jakieś dwie godziny.

- No tak. A co?

- Moglibyśmy pojechać obejrzeć twój sklep...

- Dobrze - zgodził się, skręcając z Dziesiątej Ulicy w Pennsylwania Avenue.

Jechali   teraz   mijając   stare   zaułki.   Na   Czternastej   Ulicy   Finn   skręcił   za   ceglanym 

budynkiem straży pożarnej i przejechał obok rzędów starych sklepów. Obcojęzyczne napisy 

na odartej z farby i zdewastowanej tablicy z napisem „Daisy Mili Mail” wskazywały, że 

zbliżają się do dzielnicy wietnamskiej. Po drugiej stronie mieściły się również stare sklepiki i 

wolnostojący, niewielki budyneczek otoczony wybrukowaną nawierzchnią.

Tutaj właśnie Finn zaparkował.

Budyneczek miał dwa wielkie okna z szybami ze szlifowanego szkła po obu stronach 

drzwi frontowych. Nad wejściem widniał drewniany szyld z namalowanym farbą napisem: 

„F. Mundy. Odzież męska”. Sklep był mniej więcej tych samych rozmiarów co „Fistaszek” 

Lucy.

Finn otworzył drzwi i wyłączył alarm. Weszli do cichego, pustego wnętrza. Uderzył 

ich zapach stęchlizny.

- To tu. Nie wygląda to tak wesoło, jak u ciebie.

- Nie jest tak źle - powiedziała Lucy, lecz w głębi duszy musiała przyznać mu rację.

To   wnętrze   było   rzeczywiście   ponure.   Brązowa,   wytarta   wykładzina   na   podłodze, 

szare ściany i stelaże do wieszania ubrań.

- Na zapleczu mieści się kantor. Kiedy przed pięcioma laty zaczynałem, sklep kwitł. 

Zaczął podupadać dopiero mniej więcej dwa lata temu. Zmieniła się gospodarka, zmieniali się 

sąsiedzi i wielu właścicieli sklepów przeniosło się gdzie indziej. W tym roku zacząłem szkołę 

i... plajtuję.

- Mogę się trochę rozejrzeć?

- Jasne - powiedział, obejmując ją ramieniem.

Otworzył   drzwi   prowadzące   do   krótkiego,   wąskiego   przedsionka,   który  oświetlała 

jedynie goła żarówka u sufitu, a następnie znaleźli się w hallu. Wchodziło się stąd do czterech 

pomieszczeń.

- Łazienka, pomieszczenie gospodarcze, magazyn i kantor - Finn oprowadzał Lucy, 

uchylając kolejne drzwi.

Pokój,   w   którym   mieścił   się   kantor,   tonął   w   papierach.   Na   dwóch   połamanych 

krzesłach z brązowego plastiku leżały podręczniki. Biurko zawalone było dokumentami. W 

stojącej  w  rogu szafce  na akta  piętrzyły  się rejestry  handlowe.  Zawieszony na  gwoździu 

background image

kalendarz pokazywał luty.

Finn roześmiał się.

- Potrzeba tu twojej ręki. W porównaniu z tą budą twój „Fistaszek” wygląda jak salon.

- Czy trzeba naprawdę tyle tych papierzysk, żeby prowadzić sklep? - zapytała Lucy.

- Nie mogę się z tym wszystkim pozbierać z powodu szkoły. Część to moje notatki z 

zajęć.   Dawno   już   miałem   tu   posprzątać.   A   wiesz   -   odwrócił   ją   twarzą   do   siebie   -   co 

najbardziej może mi pomóc w tym biurze?

Niezdolna odpowiedzieć, ponieważ patrzył  na jej usta tak, że aż zaparło jej dech, 

potrząsnęła tylko głową.

- Świadomość, że cię tu całowałem.

Już pierwsze muśnięcie zelektryzowało Lucy. Od dawna tęskniła za jego pocałunkami 

i   za   nim   samym.   Przywarła   do   niego,   rozkoszując   się   -   teraz   kiedy   zdjęty   już   został 

niewygodny gips - silnym uściskiem obu rąk Finna.

Po kilku minutach puścił ją.

- Wyjdźmy stąd. Pójdź pierwsza, a ja pogaszę światła.

Lucy zatrzymała się przy jednym z garniturów. Był w dobrym gatunku. Wyobrażała 

sobie, jakby Finn w nim wyglądał, gdy tymczasem on sam, z księgami handlowymi  pod 

pachą i papierami w ręce, wyłonił się z ciemnego hallu.

- Dziś wieczorem albo jutro powinienem przejrzeć te wszystkie rejestry. Poza tym 

muszę posiedzieć nad rozdziałem z prawa własności. Mniejsza z tym. Powiedz lepiej, jak ci 

się podobają moje ubrania?

- Niezłe, ale w tej okolicy nie znajdziesz na nie zbyt wielu chętnych.

- Nie mówisz mi nic nowego. Ale nie stać mnie teraz na zmianę lokalizacji. Kiedy 

startowałem,   miałem   dość   blade   pojęcie   o   interesach.   Gdyby   było   inaczej,   nigdy   nie 

zdecydowałbym się na to miejsce.

- A dlaczego w ogóle znalazłeś się w Oklahomie?

- Dostałem sportowe stypendium. Dylem tenisistą.

- Naprawdę? Ja też kiedyś sporo grałam w tenisa.

- Mam  nadzieję, że  dasz się namówić  na debla.  Mojemu  nadgarstkowi przyda  się 

trochę gimnastyki.

- Zapomniałam już, jak się trzyma rakietę.

- Myślałby kto, biedna, zgrzybiała staruszka.

- Śmiej się, śmiej. Mam startować z asem uniwersyteckiej reprezentacji?

- Było, minęło, a w dodatku ta ostatnia kontuzja...

background image

- Przepraszam, przerwałam ci. Mów, proszę. Przyjechałeś na uniwersytet i co dalej?

- Zrobiłem   dyplom,   a   następnie   przeniosłem   się   do   Tulsy,   gdzie   w   dużym   domu 

towarowym przeszedłem szkolenie dla kadry menedżerskiej. Sądziłem wówczas, że moim 

powołaniem jest kariera handlowca. Marzył mi się własny sklep.

- A ja marzyłam o pracy w dyplomacji, a nie o orzeszkach! - uśmiechnęła się Lucy, 

gładząc go z czułością po włosach.

- Oszczędzałem jak wariat, wystarałem się o kredyt, spłaciłem pożyczkę i otworzyłem 

sklep. Przez pewien czas powodziło mi się zupełnie nieźle. Trzy lata temu, na krótko przed 

tym, zanim wszystko zaczęło podupadać, kupiłem sobie mieszkanie i samochód. Może to 

zabrzmi   głupio,   ale,   wiesz   -   powiedział,   rozglądając   się   wokół   -   czuję   się   do   tego 

przywiązany.

- Masz na myśli sklep, prawda?

Finn uśmiechnął się i mocniej przygarnął Lucy do siebie.

- Ty zawsze potrafisz zmusić mnie do uśmiechu.

- A   wiesz   -   zagadnęła,   kiedy   wyszli   ze   sklepu   -   mam   pluszowego   misia,   który 

przynosił mi szczęście.

- Nie ma takich misiów, Lucy.

- Przypomnij, to ci pokażę mojego Pana PhiPhi. Stoi u mnie w szafie na półce.

Finn roześmiał  się i otworzył przed nią  drzwiczki  samochodu. Pojechali  do małej 

japońskiej restauracji w północnozachodniej dzielnicy miasta. Usiedli w rogu pod lampionami 

i   obserwowali,   jak   kucharz   przyrządza   zamówione   przez   nich   danie.   Intensywny   zapach 

smażonego mięsa, cebuli i przypraw zaostrzył apetyt Lucy. Ledwie zdążyła upić łyk  sake 

małej czareczki, a już przyniesiono im apetycznie podsmażone mięso i puszysty ryż podany w 

oddzielnych naczyniach. Jeszcze nigdy Lucy nie widziała Finna tak odprężonego. Gdyby nie 

te wszystkie kłopoty, pomyślała z bólem serca, jakże inne mogłoby być jego życie.

Kiedy wieczorem wrócili do domu, Lucy zaproponowała, że przejrzy za niego księgi 

buchalteryjne.

- Zostaw to mnie i rezerwuj czas wyłącznie na naukę. Wiesz, miałam zamiar w ten 

piątek   przywieźć   do   domu   własne   papiery,   lecz   znowu   nas   obrabowano   i   w   całym   tym 

zamieszaniu...

- Jak to... obrabowano? Nic mi o tym nie mówiłaś.

- Miałeś wtedy na głowie mamę i sprawę Dimples, nie pamiętasz? Spotyka mnie to już 

po raz drugi zastanawiam się, czy nie maczał w tym palców ktoś z college’u, bo w pobliżu są 

akademiki. Myślę, że te napady to sprawka tego samego faceta. Oba miary miejsce w piątek 

background image

około czwartej po południu.

- Czy w razie czego ktoś może ci pomóc?

- Mam urządzenie alarmowe, ale mój najbliższy sąsiad, pan Preston, właściciel sklepu 

z obuwiem jest trochę przygłuchy i mato co do niego dociera. No ale lepszy rydz niż nic.

- Ładna historia.

- Nie masz większych zmartwień? Nic mi się przecież nie stało.

- Czy ten gość miał przy sobie broń?

- A   jak   sobie   wyobrażasz?   W   przeciwnym   razie   nie   oddałabym   mu   pieniędzy. 

Pukawka, którą mnie zaszachował, wyglądała co prawda niezbyt groźnie, ale w końcu mało 

się na tym znam... No więc, jak? Pozwolisz mi rzucić okiem na twoje dokumenty?

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę i nagle uświadomiła sobie, że Finn należy do ludzi, 

którzy nie podejmują pochopnych decyzji.

- Naprawdę chciałabyś się tym zająć?

- Nie   proponowałabym,   gdybym   nie   chciała.   I   żadnych   pocałunków,   dopóki   nie 

skończymy.   Zawołam   cię,   jeśli   będziesz   mi   potrzebny   -   powiedziała   z   uśmiechem, 

wychodząc do swego pokoju, gdzie rozłożyła się na łóżku z papierami.

Szybko zrozumiała, że sprawy mają się tak, jak to przedstawił Finn, czyli  źle. Po 

pewnym czasie odłożyła pióro i z głową odrzuconą na poduszki rozmyślała o sklepie Finna. 

Kwadrans później poszperała w swojej szafce.

- Finn? - zawołała wchodząc do kuchni.

- Słucham?

Miał przekrwione oczy i zmierzwione od ciągłego przeczesywania palcami włosy, a 

przed sobą filiżankę z niedopitą kawą.

- Bardzo źle, prawda?

Lucy   postawiła   na   stole   brązowego   pluszowego   niedźwiadka,   któremu   brakowało 

jednego ucha, a z łapki sypały się trociny.

- To moja maskotka na szczęście.

Finn znowu rozgarnął włosy, wziął zabawkę do ręki i obracał ją w palcach, wpatrując 

się w nią takim wzrokiem, jakby po raz pierwszy w życiu zobaczył pluszowego misia.

- To twój Pan PhiPhi?

- Jedyny i niepowtarzalny. Przynosi szczęście. Jest twój, jeśli tylko chcesz.

- Naprawdę oddałabyś go, ot tak po prostu, w moje ręce? - Finn nie potrafił ukryć 

zdumienia.

- Będzie mu u ciebie dobrze - odparła, czując falę ciepła na policzkach.

background image

Finn   zerknął   na   nią   z   wdzięcznością,   kładąc   misia   obok   siebie   na   ławie.   Lucy 

przysiadła   naprzeciwko.   Ciekawe,   pomyślała,   czy   Finn   w   ogóle   zdaje   sobie   sprawę,   jak 

prowokująco teraz wygląda. Siedział bez butów, w rozpiętej koszuli. Być może zresztą ta 

niedbała poza dodawała mu uroku.

Pragnęła zerwać z ramion tę otwartą na piersi koszulę i pogładzić go po włosach, ale 

tylko powiedziała:

- Zrobimy sobie maleńką przerwę?

- Z dziką rozkoszą.

Uśmiechnął się i pochylił nad stołem, zbliżając do niej twarz na odległość zaledwie 

paru centymetrów.

- Caty czas myślałam...

- Wiem. Aż tutaj było słychać, jak ci mózg puchnie z wysiłku. Pokazała mu język z 

udawaną złością. Spojrzał na nią zaskoczony.

- Zrób to jeszcze raz, proszę.

Zdumiona, wystawiła język. Nagle Finn skoczył ku niej i dotknął jej języka swoim. 

Zaczęli się całować i Lucy poczuła, że ogarniają ją płomienie. Kiedy wywinęła mu się z 

uścisku, jęknął.

- Mógłbym z miejsca rzucić studia w diabły, ale co z tego. I tak zostanie to przeklęte 

ślęczenie nad cyframi w sklepie, a tego rzucić nie mogę, jeśli w ogóle mam się utrzymać na 

powierzchni. Cokolwiek jednak się stanie, chcę i muszę się z tobą stale spotykać.

- Właśnie o tym chciałabym z tobą porozmawiać. Mam pewien pomysł.

- Za każdą pomoc z góry dziękuję.

- Posłuchaj, w interesach radzę sobie o niebo lepiej niż ty.

- I co z tego?

- Nie   pracuję   w   soboty   i   w   niedziele.   Na   najbliższą   sobotę   umówiłam   się   już   z 

rodzicami, ale w następną chciałabym pojechać do twojego sklepu. Zobaczymy, czy potrafię 

coś dla ciebie zrobić. Po prostu pozwól mi tylko porządzić się tam przez jeden dzień. Co ty na 

to?

- Daję ci wolną rękę, kochanie. Możesz tam pojechać, kiedy chcesz:  w sobotę,  w 

poniedziałek, jak ci będzie pasowało. Ale za to w sobotni wieczór niech szlag trafi egzaminy, 

zakończenie semestru, Dimples, jej holenderskiego Wielkiego Guya i co tam jeszcze chcesz, 

zabieram cię na kolację. Zgoda? Zaklepane?

- Zaklepane. Wracaj do swojej pracy, a ja muszę jeszcze przemyśleć kilka rożnych 

spraw. Zamierzała wstać od stołu, lecz Finn chwycił ją przez blat za przegub dłoni.

background image

- Chodź tu do mnie - poprosił z uśmiechem. Potrząsnęła głową.

- Nic z tego. Prawko. Już zapomniałeś?

Puścił ją, naburmuszony,  i wzruszył  ramionami, gdy zabierała ze stołu filiżankę  z 

kawą. Po drodze do swego pokoju Lucy odwróciła się.

- Finn, ty dzierżawisz ten mały domek, w którym mieści się sklep, prawda?

- Nie mam forsy na nic większego.

- Czy właściciel miałby coś przeciw, gdybyś przemalował ten twój domek?

- Daj spokój, Lucy. - Finn ściągnął brwi. - Nie wymyślaj nic kosztownego. Malowanie 

niewiele tu pomoże. Przyjrzyj się okolicy.

- Przeszkadzałoby mu to, czy nie?

- Na Boga, nie.  Powiedział  mi, że mogę robić, co chcę, ale nie dołoży  z  własnej 

kieszeni   grosza,   jeśli   tylko   nie   będzie   musiał.   Uzgodniliśmy   to   ze   sobą   już   na   samym 

początku.

- Świetnie - powiedziała Lucy i z uśmiechem wróciła do sypialni, żeby zrobić spis 

tego wszystkiego, czego, jej zdaniem, wymagał sklep, jeśli miał się podnieść z ruiny.

Przed pójściem spać weszła jeszcze na moment do salonu, aby popatrzeć na Finna. 

Stał przy zlewie w kuchni i nalewał kawę, drugą zaś ręką w charakterystyczny dla niego 

sposób wichrzył sobie w zamyśleniu włosy. Usłyszała, jak coś do siebie pomrukuje, po czym 

znowu   usiadł   i   zniknął   jej   z   oczu.   Poszła   do   łóżka,   ale   nie   mogła   zasnąć.   Kręciła   się   i 

przewracała z boku na bok, rozważając plany związane ze sklepem Finna.

Rano znalazła na poduszce karteczkę:  „Serdeczne dzięki za przerobienie słupków. 

Należy mi się złoty medal za to, że jestem dobrym kumplem i nie zakłóciłem snu pięknej 

damy. Padam. Dobranoc. Grają capstrzyk. Czekam na sobotni wieczór. Dziękuję za Pana 

PhiPhi. Z miłością. Finn”.

Pogładziła kartkę. Czy Finn kończył swe liściki ot tak, machinalnie, utartym frazesem 

bez znaczenia, czy też kryło się za tym coś więcej?

background image

7

W piątkowe popołudnie Lucy pożegnała się z odjeżdżającą właśnie na cały dzień Nan 

i zamierzała  już wnieść do środka swój przenośny stolik, kiedy zauważyła,  że od frontu 

zatrzymuje się znajomy samochód.

Z plikiem książek pod pachą Finn wszedł do sklepu. Koło niego, przy nodze, warczał 

brązowy pies o załamanych uszach.

- Cześć! Gdzie jest Nan?

- Właśnie wyszła. Co to, masz nowego psa?

- Skądże znowu - odparł, biorąc ją w ramiona i całując.

- Finn, ktoś tu może wejść - powiedziała, po dobrych paru minutach wymykając mu 

się z objęć. - A poza tym, co y tu robisz o tej porze i w dodatku z jakimś psem?

- Przyjechałem, żeby bronić cię przed rabusiami. A to jest pies podwórzowy.

Lucy kręciła się niespokojnie, spoglądając w poczciwe, brązowe psie oczy. Pies usiadł 

u jej stóp merdał krótkim, sterczącym pionowo ogonem.

- Nie mogę tu trzymać takiego dużego psa.

- Będzie ci towarzyszył w sklepie tylko za dnia, a na noc przywieziesz go do mnie.

- Nie wiedziałam, że w naszym osiedlu wolno trzymać zwierzęta.

- Wolno. Sprawdziłem to w umowie.

- No i co, moje maleństwo - Lucy przyklękła, żeby pogłaskać psa i podrapać  go za 

uchem. - Popatrz, jaki śliczny.

- Zły jak diabeł, mówię ci.

- To dlaczego jeszcze cię nie ugryzł?

- Do nie ma w zwyczaju gryźć  rodziny. To mój własny pies. Tata przysłał mi go 

samolotem z Iowy. Na moją prośbę!

- Coś takiego!

Finn zadał sobie dla niej tyle trudu. Nie potrafiła ukryć szczęścia.

- Gryzie wszystko, co się rusza, z wyjątkiem rodziny swego pana. Na noc będę go 

zabierał do siebie. Świetnie się tam zmieści razem z Dimples, Mike’em i Willem.

- Jakoś nie chce  mi się wierzyć,  by ten grzeczny pies komukolwiek mógł dać do 

wiwatu.

- Ale to prawda.

- Jak się wabi?

background image

- Jaskier. To mama nadała mu imię. •

- Jaskier - powtórzyła Lucy i pies z zadowoleniem pokręcił ogonem. - Jaka to rasa?

- Airedaleterier. Jeśli pozwolisz, usiądę przy oknie i pouczę się trochę. Będę miał stąd 

dobry widok na ulicę. Następnym razem... - zerknął wymownie na krzesło z kutego żelaza - 

przywiozę chyba sobie poduszeczkę.

- Jak to - następnym razem?

- Powiedziałaś,   że   okradziono   cię   dwukrotnie   w   piątkowe   popołudnie.   Będę   więc 

przyjeżdżał w każdy piątek na parę godzin.

- Ale...

- Żadne ale. Tutaj też mogę się uczyć. Fala ciepła ponownie ogarnęła Lucy.

- Dziękuję.

- Nie ma za co.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu, przystawił sobie krzesło do frontowego okna i zaczął 

czytać, pies zwinął się w kłębek i położył przy jej nodze.

Rankiem w poniedziałek Lucy uzupełniała właśnie zapas orzeszków w metalowych 

pojemnikach, kiedy przyjechała Nan.

- Cześć, to ja - zawołała Nan, wyłaniając się z korytarza. Jej jasne włosy falowały na 

ramionach przy każdym kroku. Nagle stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem psa. - A to co 

znowu?

- To Jaskier, nasz obrońca. Finn posłał po niego aż do Iowy, specjalnie dla mnie.

Pies zamerdał ogonem.

- I to ma być pies obronny? - zakpiła Nan. - Jaskier? Kiedy otwierałam tylne wejście, 

nie słyszałam, żeby choć zaszczekał. - Ostrożnie zbliżyła  się, by pogłaskać zwierzę. Pies 

radośnie zatańczył na zadzie. - Mo, ho, a to mi dopiero bestia!

Obie się roześmiały.

- Wiesz,   Finn   obiecał   przyjeżdżać   tu   w   każdy   piątek   na   godzinę   lub   dwie   przed 

zamknięciem.

- To ładnie z jego strony.

- Wypada   więc   tylko   nic   tracić   nadziei,   że   złodziej   nie   zmieni   dotychczasowego 

rozkładu   zajęć.   Znowu   się   roześmiały   i   Lucy   poszła   umyć   ręce   przed   rozdzielaniem   do 

pojemników kolejnej porcji fistaszków. Po paru minutach pracowała już w najlepsze.

- Miałam zamiar cię zapytać - wycedziła Nan dziwnie oschłym tonem - jak ci się udała 

sobotnia randka, ale chyba już nie muszę...

Lucy podniosła na nią zdziwiony wzrok.

background image

- Dlaczego?

- Popatrz sama, co ty wyprawiasz.

Lucy o mało nie zawyła ze zgrozy. Wsypała łuskane prażone fistaszki do pojemnika z 

orzeszkami w łupinach.

Nan skrzyżowała ręce na piersiach.

- Musiało być świetnie, co?

- Świetnie? Po prostu genialnie!

- I co? Pan Mundy nic ci nie zaproponował? Nie składał żadnych deklaracji? A kiedy 

następna kolacja we dwoje?

Lucy wzruszyła ramionami i zabrała się do przebierania orzeszków.

- Zbliża się koniec semestru, więc ma jeszcze więcej pracy niż zwykle. Jeden z dwóch 

jego pracowników choruje, więc sam musi godzinami uwijać się w sklepie. Wyjedziemy w 

przerwie międzysemestralnej.

- Na całe lato? - Oczy Nan zrobiły się okrągłe.

- Skądże znowu! On chodzi do letniej szkoły. Mówię o tygodniowej przerwie między 

semestrem wiosennym a letnim.

- Nie powiem, żeby cię zbytnio rozpieszczał. - Nan była kompletnie rozczarowana. - 

Wiesz, wydaje mi się, że nie można chyba traktować poważnie faceta, który poświęca więcej 

czasu książkom niż swojej dziewczynie.

- Nan, ja rozumiem, dlaczego tak jest. To się przecież kiedyś zmieni.

- Daj   spokój.   Dobrze   wiesz,   że   mam   rację.   Mogłabyś   spotykać   się   z   niejednym 

naprawdę klawym chłopcem, a związałaś się z jakimś molem książkowym.

Dendelen, dendelen, rozległ się dźwięk mosiężnego dzwonka i na widok Finna serce 

Lucy podskoczyło z radości. W dodatku miał na sobie ten sam elegancki granatowy garnitur 

co w sobotni wieczór i wygląda! znakomicie. Ależ był przystojny!

Pies wybiegi mu na spotkanie.

- Cześć, Lucy - powitał ją Finn, przeciągając słowa, i uśmiechnął się do niej.

- Cześć! - powiedziała bez tchu. Uświadomiła sobie, że powinna go przedstawić Nan. 

- Poznajcie się, proszę. Finn Mundy. Nan Taylor.

Jakby kosztowało go to wicie wysiłku, Finn z ociąganiem odwrócił oczy od Lucy i 

przywitał się z Nan.

- Dzień dobry. Milo mi panią poznać. Lucy dużo mi o pani opowiadała.

- Wzajemnie. Zaraz was zostawię samych, tylko wezmę stąd skrzynkę fistaszków. A 

tak   przy   okazji...   Mam   wrażenie,   że   to   pan   jest   prawdziwym   winowajcą.   Proszę   tylko 

background image

popatrzeć. - Ruchem głowy pokazała na zmieszane ze sobą łuskane i niełuskane orzeszki.

Widząc,   jak   wzrok   Finna   ślizga   się   między   nią   a   orzeszkami,   Lucy   wybuchnęła 

śmiechem.

- Dokąd poszła Nan? - zapytał łagodnie, kładąc dłoń na kontuarze i rozglądając się po 

sklepie.

- Pewnie jest na zapleczu. Mam tam maleńki kantor i pomieszczenie magazynowe.

- Zatem mogę całować cię bez przeszkód. Lucy przechyliła się ku niemu przez ladę.

- Już myślałam, że zapomniałeś.

Zaledwie   musnął   ustami   jej   wargi,   ale   kiedy   tylko   się   wyprostował,   zapragnął 

prawdziwego   pocałunku.   I   pewnie   długo   by   się   tak   całowali,   gdyby   nie   przerwało   im 

skrzypnięcie drzwi.

- Och, przepraszam - żachnęła się Nan.

- Na mnie już czas.

Finn zabierał się do wyjścia, lecz Lucy pragnęła zatrzymać go jak najdłużej.

- Do twarzy ci w granatowym, wiesz?

- Mam spotkanie w banku w sprawie pożyczki - odparł bez uśmiechu, jednak znów 

zajaśniały mu oczy, gdy tylko zerknął na pojemnik ze zmieszanymi orzeszkami. Mrugnął do 

Lucy. - Miło było cię poznać, Nan. Może następnym razem uda się nam porozmawiać dłużej.

- Będzie mi bardzo miło. Do zobaczenia. Po chwili wsiadł do samochodu i odjechał.

Lucy spojrzała na Nan z niemym pytaniem w oczach.

- Umówiliście się na następne spotkanie? - indagowała Nan. - Mam na myśli kolejną, 

prawdziwą randkę.

- Finn mówi, że pójdziemy gdzieś we dwoje, jak tylko skończą się egzaminy. To już 

niedługo. Za dwa tygodnie.

- Ty masz cierpliwość, dziewczyno. Nie dla mnie taka zabawa.

W   sobotę   rano,   kiedy   Finn   poszedł   na   zajęcia,   Lucy   założyła   dżinsy,   pozbierała 

namalowane przez siebie afisze reklamowe i załadowała drabinę do bagażnika.

Kiedy weszła do sklepu Finna, nie było tam ani jednego klienta, kręcił się tylko jakiś 

młody   rozczochraniec   ze   słuchawkami   na   uszach.   Krygując   się   przed   dwuskrzydłowym 

lustrem”, tańczył w rytm muzyki dobiegającej z walkmana.

- Dzień dobry! - zawołała. Nie uzyskawszy odpowiedzi, podeszła bliżej. I tym razem 

nie zareagował na jej donośne „dzień dobry”, wobec czego przesunęła się tak, by musiał 

zauważyć jej odbicie w lustrze.

- Witam! - wrzasnęła z całych sił.

background image

Dopiero wówczas dostrzegł ją i wyłączył radio. Zdjął słuchawki i powiesił je na szyi, 

mierząc wzrokiem odbitą w lustrze postać Lucy, aż wreszcie raczył się odwrócić.

- Czym mogę służyć? - wycedził nieprzyjemnym tonem.

Lucy   najchętniej   natychmiast   wyszłaby   ze   sklepu.   Wysunęła   jednak   wojowniczo 

podbródek i, starając się nadać swemu głosowi lodowate brzmienie, postanowiła nie bawić się 

w ceregiele.

- Nazywam   się   Lucy   Reardon.   Jestem   umówiona   z   panem   Mundym.   -   Z   twarzy 

mężczyzny dało się wyczytać tak wielkie rozczarowanie, że Lucy z trudem powstrzymała 

uśmiech. - Przyjechałam, żeby trochę rozejrzeć się po sklepie i co nieco zmienić. Zwłaszcza 

dekoracje.

- Tej norze już mało co może zaszkodzić. - Młody człowiek wykrzywił się i omiótł 

wnętrze sklepu pogardliwym spojrzeniem. - Harold Marshall, pseudo Kutwa, jak mówią na 

mnie moi obłudni przyjaciele.

Wyciągnął  do niej  rękę na  powitanie  i Lucy, nie bez  wahania,  podała mu  swoją. 

Zacisnął palce, przytrzymując jej dłoń.

- Chodzisz z Mundym na serio? A gdzie pierścionek?

- Nadzwyczaj serio - odparła Lucy, próbując oswobodzić rękę.

- Ach dziewczyno, dziewczyno - mizdrzył się Marshall - dzięki tobie życie znowu ma 

smak. Nieczęsto mamy tutaj damską klientelę.

- Znajdzie mnie pan za zewnątrz, panie Marshall. Idę malować.

- Po co ten cały pośpiech, dziecinko? Pokazałbym ci tutaj to i owo...

Wziął   ją   za   rękę   i   zamierzał   pociągnąć   za   sobą,   lecz   Lucy   wyrwała   mu   się   i 

odskoczyła do tyłu.

- Bardzo   pana   przepraszam,   mam   mnóstwo   pracy.   Chciałabym   skończyć,   zanim 

przyjedzie   pan   Mundy.   A   to   już   niedługo   -   powiedziała   z   naciskiem,   czując   w   sobie 

narastającą wściekłość.

Harold   Marshall   w   dalszym   ciągu   wpatrywał   się   w   nią   bezczelnie   i   bez   żenady. 

Włączył walkmana.

- No, no, nie bądź znowu taką mrówką. Lubisz tańczyć?

- Nie, nie lubię.

- Moglibyśmy wywiesić tabliczkę z napisem: ZAMKNIĘTE, przekręcić klucz i trochę 

sobie potańczyć, no nie?

Uśmiechnęła się, próbując powstrzymać wybuch gniewu.

- Niestety, panie Marshall, to odpada.

background image

Odwróciła się do wyjścia, lecz Marshall zabiegł drogę, chwytając ją za rękę.

- No, nie bądź taka, laleczko. Chodź, zatańczymy. Pokażę ci parę numerów.

Tego już było za wiele. Lucy straciła cierpliwość i nie zamierzała udawać, że jest 

inaczej.

- Zabieraj pan te łapy - powiedziała cicho, lecz dobitnie. - Radziłabym uważać. To w 

końcu ja złamałam Munouy’emu rękę.

Marshall zamrugał powiekami i puścił ją, a oczy ze zdumienia zrobiły mu się całkiem 

okrągłe.

- O Boże, czyżbyś to ty miała ten czarny pas? Mundy mówił mi, że przyjaźni się z 

kimś, kto jest karateką i ma czarny pas.

Lucy uśmiechnęła się słodziutko.

- To właśnie ja.

- Coś takiego! - Marshall był autentycznie wystraszony. - Jeśli tak, to możesz sobie już 

fruwać. Wesołego malowania.

Zrobił Lucy przejście i zajął się porządkowaniem sportowych marynarek na stelażu. 

Oddzielony rzędem wieszaków, rzucał jej tylko raz po raz szybkie spojrzenia.

- Ależ ty w ogóle nie masz mięśni! Lucy zatrzymała się w otwartych drzwiach.

- Nie muszę. Wszystko polega na odpowiedniej koordynacji ruchów. Proszę zapytać 

pana Munoyego, jak było z jego ręką.

Harold   wycofał   się   jeszcze   głębiej   między   ubrania,   a   Lucy   wyszła   rozładować 

bagażnik. Dziesięć minut później malowała już z pasją fronton sklepu. Pracowała zawzięcie, 

pewna, że Finn zjawi się najpóźniej w południe. Bardzo chciała zrobić coś takiego, co Finn 

zauważy od razu po przyjeździe.

O wpół do dwunastej zeszła z drabiny, żeby umyć pędzle, zamknąć puszki z farbą i 

umyć ręce. Przywiązała sznurki do końca papierowych taśm, a następnie umocowała je nad 

oknami. Podobało jej się to, co zrobiła. - Dalej nic pójdzie tak prosto - mruknęła do siebie 

widząc, że samochody wciąż mijają sklep bez zatrzymania.

Początkowo   ze  względu   na  tego   głupka,  Harolda   Marshalla,  zamierzała   zaniechać 

dalszych prac, ale teraz, rozprostowując plecy, postanowiła nic rezygnować.

Zajrzała przez okno. W sklepie był jakiś klient. Oglądał ubrania, podczas gdy Harold 

Marshall stał z tyłu oparty o ścianę. Lucy zrobiła głęboki wdech i weszła do środka.

- Panie Marshall, na momencik, chciałabym prosić pana o pomoc. Trzeba wystawić 

przed sklep stelaż z ubraniami.

- Co takiego? Przed sklep?

background image

- Otóż to. Jest piękna pogoda i nic im się nie stanie. Będę je miała na oku. Harold 

rzuci! klientowi krótkie „zaraz wracam” i szepnął do Lucy:

- A ja sądziłem, że sama dasz radę wytaszczyć te wieszaki.

- Przez drzwi? Widzisz przecież, jakie to nieporęczne.

Przyznał  jej  rację  i wspólnymi  silami  ustawili  stelaż  na zewnątrz.  Zerknąwszy na 

pomalowany fronton budynku, Harold aż gwizdną! z uznania.

- No, no. Ładny kawa! roboty. Lucy nie ukrywała swego zadowolenia.

- Teraz sklep przynajmniej widać.

- To słabo powiedziane. Aż kluje w oczy.

- Właśnie o to chodzi - przytaknęła wesoło Lucy. - Może w  ten  sposób ściągniemy 

klientów. Rozwinęła jeszcze jedną taśmę i przewiązała nią cały wieszak.

Z samochodu, który zaparkował na maleńkim podjeździe przy budynku, wysiadł jakiś 

człowiek i wszedł do sklepu. Marshall bez słowa popatrzył na Lucy i udał się w ślad za nim. 

Odczekała chwilę, aż Harold zajął się dobieraniem odpowiadającego klientowi rozmiaru, a 

następnie błyskawicznie pobiegła do swego samochodu, wyjęła z niego jakieś swoje ubrania i 

wróciła do środka. Jednym ruchem porwała z wieszaka granatową marynarkę.

- Idę na zaplecze - rzuciła Haroldowi, przechodząc obok.

Zamknęła drzwi i zastawiła je krzesłem na wypadek, gdyby Haroldowi przyszło do 

głowy ją niepokoić. Najszybciej  jak potrafiła, zmieniła ubranie i opuściła kantor. Harold, 

zajęty obsługiwaniem dwóch klientów, nic mógł zawracać jej głowy. Lucy odetchnęła z ulgą. 

Uśmiechnęła się i przeszła obok, odprowadzana męskimi spojrzeniami.

- Ona ma czarny pas - dobiegi ją jeszcze szept Harolda i pełne niedowierzania głosy 

klientów. Lucy starannie obejrzała się w lustrze. Na głowie z fasonem trzymał  się męski 

kapelusz z wąskim rondem. Miała na sobie białą koszulę z jaskrawoczerwonym krawatem, 

granatową,   męską   marynarkę,   a   do   tego   swoje   zwykle   ażurowe   pończochy   i   czerwone 

pantofle. Na moment ogarnął ją strach, że Finn nie zaakceptuje tej maskarady i coś ją ścisnęło 

w   gardle,   lecz   szybko   wzięła   do   ręki   wymalowany   czerwoną   farbą   afisz   z   napisem: 

SPRZEDAŻ i stanęła na krawężniku. Samochody mijały ją obojętnie, lecz nie przejęła się 

tym zbytnio. Jeśli kierowcy zauważą i zapamiętają sklep, być może kiedyś tu wstąpią.

background image

8

Finn stanął  jak  wryty,  spoglądając  to na  swój sklep,  to  na stojącą  na krawężniku 

dziewczynę.  Podeszła do niego z bijącym  sercem. Cieszyła  się, iż wreszcie przyjechał, a 

zarazem   ogarnęła   ją   panika,   że   Finnowi   nie   będą   odpowiadały   wprowadzone   przez   nią 

zmiany.

- Musiałaś chyba wstać o północy, żeby zdążyć to wszystko zrobić - powitał ją, kręcąc 

głową.

- Wcale nie. Prawdę mówiąc, przyjechałam tu parę minut po dziewiątej.

- Boże, co ty... - Zbliżył się, by zajrzeć jej w twarz. Zauważył również, że do sklepu 

wszedł   właśnie   jakiś   człowiek.   -   Jesteś   cudowna   -   powiedział   z   uśmiechem.   -   Chodź, 

przedstawię ci Harolda.

- ‘Kutwę? Powinieneś był mnie przed nim ostrzec.

- Nie rozumiem. - Brwi Finna podniosły się wysoko.  - Dlaczegóż  to miałbym  cię 

przed nim ostrzegać?

- Trzeba widocznie być kobietą, żeby zauważyć to, czego ty nie widzisz. To wstrętny 

obłudnik.

- Harold? Co też ty mówisz?

- Atak, tak - Lucy potrząsnęła głową. - Czy on w ogóle ma jakieś kwalifikacje? Finn 

oblał się rumieńcem.

- Prawdę mówiąc, mizerne, ale ja kiepsko płacę. A co on takiego zrobił? Przygadał ci? 

Może wypytywał zbyt nachalnie?

- Skromnie powiedziane.

- No wiesz, ubrałaś się tak, że mógł...

- Mylisz się, skarbie - zaoponowała Lucy naśladując Dimples. - Przyjechałam tu rano 

w starych dżinsach i najzwyczajniejszej bluzce.

- Wiesz, słoneczko, muszę ci to jednak powiedzieć. Nawet w tych, jak to mówisz, 

starych ciuchach, potrafisz wstrzymać ruch uliczny skuteczniej niż czerwone światło.

- Och,   co   ty   -   zawstydziła   się   Lucy,   oszołomiona   komplementem.   Zatkało   ją   na 

moment i straciła wątek. - A co do tego tam Harolda, no cóż, musiałam się przed nim bronić.

- Sądziłem   zawsze,   że   Harold   kocha   się   wyłącznie   w   swoim   walkmanie.   Nie   ma 

głowy do niczego poza muzyką dyskotekową. Ale skoro tak, to... Ja go chyba zatłukę.

- Nie denerwuj się. Dał mi w końcu spokój. Uważa teraz, że uprawiam karate i mam 

background image

czarny pas. Przez chwilę Finn patrzył na nią z otwartymi ustami i nagle aż zatoczył się ze 

śmiechu.

- Skąd mu coś takiego strzeliło do łba?

- Miałeś pękniętą kość ręki, prawda?

- A ty mu powiedziałaś, że to twoje dzieło?

- No wiesz, zapytał mnie, czy mam czarny pas, no to skwapliwie odpowiedziałam, że 

tak. Miałam mu wyjaśniać, że noszę czarny pas, ale do pończoch?

Finn dusił się ze śmiechu.

- Ale   narozrabiałaś!   Czy   mogłabyś   teraz   odłożyć   na   bok   tę   robotę   i   przyjść   do 

kantoru?

- Obiecałam Haroldowi, że popilnuję ubrań, żeby nikt nic nie ukradł.

- Nikt tu niczego nie ukradnie. To jest wprawdzie stara dzielnica, ale ludzie na ogół są 

porządni. Zresztą nie pójdziemy na długo.

Podał jej ramię, w sklepie zaledwie kiwnął głową Marshallowi i zaraz zamknęli się w 

kantorku. Finn przyciągnął do siebie Lucy.

- Co   masz   pod   spodem,   kotku?   -   droczył   się   z   nią,   rozpinając   guziki   granatowej 

marynarki.

- Opalacz.

- Och, ty... Naprawdę nie musiałaś robić dla mnie tego wszystkiego. I tak stracona 

sprawa.

- Niekoniecznie.

Serce zaczęło jej walić. Finn był najwyraźniej zadowolony z tej małej rewolucji, którą 

przeprowadziła w jego sklepie.

- Widzisz, nauka zajmuje mi piekielnic dużo czasu...

Objął ją jeszcze mocniej i zaczął całować jak szalony, a ona poddawała mu się z 

miłością. W końcu oderwali się od siebie.

- Cudowne. Wspaniałe. Dzięki - powiedział Finn.

- Co jest wspaniałe?

- Całowanie się z tobą, twoje pomysły, wszystko. Miała ochotę tańczyć z radości.

- Tak się bałam, że tego nie zaakceptujesz.

- Och,   Lucy!   Kiedy   tylko   będzie   mnie   stać   na   nowy   szyld,   zmienię   nazwę   na 

„Pomarańczowy sklep”, ponieważ tak właśnie wszyscy go będą nazywali. Ale...

- Ale co?

- Ale   miałbym   jedna   prośbę.   Chciałbym,   żeby   moja   dziewczyna   nie   paradowała 

background image

półgoła po Czternastej Ulicy.

Lucy roześmiała się, zadowolona.

- Finn, co ty mówisz? Jaka twoja dziewczyna?

- Przypomnij mi dziś wieczorem, to ci to bliżej wytłumaczę.

- To obietnica?

W odpowiedzi pocałował ją znowu. Odwzajemniła pocałunek, lecz odsunęła się, gdy 

opuścił ręce na jej biodra.

- Ręka musi ci wydobrzeć - powiedziała bez sensu, czując, że ma wyschnięte gardło.

- Co? Nie żartuj. Naprawdę nie chcę, żebyś w tym stroju defilowała przed sklepem. 

Kierowcy mogą ci robić jakieś niedwuznaczne propozycje.

- Prędzej już twój pracownik.

- Czy wytłumaczyłaś mu wystarczająco jasno, co nas łączy?

Nadarzała się doskonała okazja, by zapytać wprost, jakie miejsce Finn wyznaczał jej 

w swoim życiu. Studia, sklep, widmo krachu... A ona sama - czyżby gdzieś na samym końcu? 

Postanowiła jednak nie zadawać żadnych pytań, uznawszy, że lepiej będzie, jeśli wyjaśnienia 

wyjdą od Finna.

- Próbowałam, ale to do niego nie dotarło.

- Nie przypuszczałem, że coś takiego może mu w ogóle przyjść do głowy.

Finn zdjął marynarkę z ramion Lucy, odłożył na biurko i zaczął rozpinać jej bluzkę. 

Zachichotała.

- Przebiorę się i wracam na drabinę. Naprawdę podoba ci się przód?

- Boski - odparł, nie odrywając oczu od jej piersi.

- Mam   na   myśli   front   sklepu.   Oj,   Finn...   -   Nie   zapominaj,   że   jesteś   w   pracy   - 

powiedziała suchymi ustami. - Finn, proszę cię - wyszeptała, ale przyciągnął ją do piersi, 

zgłodniały, i obsypał pocałunkami. Zarzuciła mu ręce na szyję, wtulając się w niego. Nagle 

przestało ją obchodzić, że jest środek dnia i że znajdują się w kantorze.

Z tego stanu słodkiego upojenia wyrwały ją dopiero dobiegające ze sklepu głosy.

- Uważaj, ktoś idzie! - Momentalnie odepchnęła go od siebie. - Cieszę się, że podobał 

ci się odnowiony fronton. Chciałam ci zrobić niespodziankę.

- I udało ci się. W całej Oklahomie, a może i na całym południowym zachodzie, nie 

ma teraz takiego sklepu, jak mój. Dziękuję ci.

- Nie ma za co. Lepiej nie dziękuj, dopóki się naprawdę nie odkujesz. - Machnęła 

lekceważąco ręką, lecz serce rosło jej z radości.

- Nie może być inaczej!

background image

Lucy przesunęła palcami po zakładce na przodzie białej koszuli Finna.

- Czyżby udzielił ci się mój optymizm?

- . Bardzo możliwe. - Zrobił oko i wyszedł, pozwalając jej spokojnie się przebrać.

Po zamknięciu sklepu poszli na hamburgery, a potem pojechali do domu, każde swoim 

samochodem.

- Rozmawiałem   z   Marshallem   -   rzekł   Finn,   kiedy   wysiedli   przed   budynkiem.   - 

Wygłupiał się tylko, a w ogóle, jak próbował mi tłumaczyć, to skąd miał wiedzieć, jak to z 

nami jest. On chyba naprawdę uwierzył w to, że złamałaś mi rękę, bo mówi, że odechciało 

mu się startować do ciebie.

Lucy dotknęła ręki Finna.

- Ale ty nic zrezygnujesz, prawda?

W odpowiedzi otoczył ją ramieniem. Z jego mieszkania dobiegały śmiechy i muzyka, 

więc   Lucy   znowu   zaproponowała,   żeby   przyszedł   do   niej   się   uczyć.   Już   na   schodach 

zauważyli   jakiś   duży   napis   na   drzwiach   jej   mieszkania.   KRYJÓWKA   FINNEGANA   - 

odczytał głośno Finn i wybuchnął śmiechem.

- No tak, to oczywiście sprawka moich braci. Poznaję pismo Willa.

Zdjął tabliczkę i włożył ją sobie pod pachę, wchodząc za Lucy do środka. Kiedy 

wkrótce potem zasiadł w kuchni nad książką, Lucy zabrała napis i umieściła go w swoim 

pokoju.

Trzy tygodnie później, którejś upalnej nocy, Lucy podniosła się z łóżka i stanęła w 

progu   sypialni.   Mieszkanie   było   klimatyzowane,   lecz   mimo   to   Finn   ściągnął   koszulę. 

Spacerował półnagi po kuchni, mrucząc coś do siebie. Lucy poczuła się nagle samotna i jakby 

trochę oszukana. Najbardziej w świecie pragnęła teraz znaleźć się w ramionach Finna, lecz 

odwróciła się cichutko i poszła do łóżka. Nie mogła zasnąć i leżała z szeroko otwartymi 

oczami, myśląc o tym mężczyźnie, od którego dzielił ją tylko korytarz. Słyszała, jak chodzi i 

mruczy coś pod nosem. Po zakończeniu semestru wiosennego mieli dla siebie całe siedem 

dni. Kilka razy poszli wieczorem do restauracji, byli w teatrze i w kinie. Raz nawet wybrali 

się potańczyć. Tydzień minął nic wiadomo kiedy i zaczął się semestr letni. Rozmyślała o tym 

wszystkim bez końca, aż wreszcie w domu zapadła cisza. Nagle Lucy usłyszała kroki.

W   ciemnych   drzwiach   pokoju   pojawił   się   zarys   wysmukłej   sylwetki   i   szerokich 

ramion. Finn przyszedł zapewne po to, aby jak zwykle zostawić jej karteczkę na pożegnanie. 

Uniosła głowę.

- Skończyłeś?

- Nic śpisz jeszcze? - Drgnął zaskoczony. - Jest po drugiej.

background image

- To przez ten upał.

Zaszeleściła   jasnoniebieska   pościel   i   Lucy   usiadła   na   łóżku,   odkrywając   się   do 

połowy. W pokoju było ciemno. Jedynie światło zapalone w salonie rozjaśniało nieco mrok.

- Czy słyszałaś, jak mówię do siebie?

- Tak   -   przyznała   cicho,   całkowicie   pochłonięta   widokiem   jego   nagiej,   zarośniętej 

piersi.

Był szczupły, lecz ładnie umięśniony. Wiedziała, że od kiedy zdjęto mu gips dużo się 

gimnastykował. Usiadł przy niej na łóżku, wachlując się kartką papieru.

- Przyniosłem   ci   karteczkę   na   dobranoc   -   powiedział   niby   to   od   niechcenia,   lecz 

jednak zmienionym głosem. Nienaturalnie przeciągał słowa.

Lucy zrobiło się nagle straszliwie gorąco i duszno. Bała się zdradzić choćby słowem. 

Pragnęła chwycić go za rękę, przyciągnąć do siebie i poczuć obejmujące ją ramiona. Splotła 

palce na kołdrze. Finn wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z ramienia.

- Świetnie wyglądasz - powiedział zmęczonym głosem.

Dzieliło ich teraz zaledwie parę centymetrów. Miał potargane włosy, zauważyła też, 

że dżinsy zjechały mu nisko na płaski brzuch. Zrobiło się jej  go żal i dużo by dała,  by 

poweselał.   Ale   kiedy   spojrzała   na   kształtne,   zmysłowe   usta   Finna,   współczucie   ustąpiło 

pożądaniu. Napotkała jego wzrok i odnalazła w nim swoje pragnienia.

Przytulił dziewczynę nagle do siebie i zaczął całować, aż zakręciło się jej w głowie, 

jakby stanęła na krawędzi Wielkiego Kanionu. Delikatnie ułożył Lucy na łóżku, nakrył sobą i 

uniósł na moment głowę.

- Chcę ciebie, wiesz?

Przesunęła  dłonie splecione  na jego plecach i objęła go w pasie. W uszach czuła 

uderzenia serca.

- Wiem - szepnęła, gładząc i zapamiętując palcami kształt jego ciała. Popatrzył na nią 

poważnie.

- Kocham cię, Lucy.

Z radości serce o mało nic wyskoczyło jej z piersi.

- Czekałam, aż mi to powiesz. Ja też cię kocham.

Zamknął jej usta pocałunkiem, wczepiając palce we włosy, i znowu poczuła na sobie 

jego ciężar. Ich nogi splotły się i ciałem Lucy wstrząsnęły nagle dreszcze pożądania. Miała 

wrażenie, jakby na tę noc czekała całą wieczność. Poruszyła na bok głową.

- Twoja ręka...

- W porządku.

background image

Odszukał wargami pulsujące miejsce  na jej szyi,  obsypując  pocałunkami delikatne 

wzniesienia i zagłębienia. Pieściła jego plecy, przyciskała go mocno do siebie. Gorący oddech 

parzył ją przez cienki materiał koszuli. Finn uniósł się, żeby spojrzeć na dziewczynę, lecz 

przywarła do niego z zamkniętymi oczami, przyciskając jego głowę do siebie. Pragnęła go z 

całych sił. Poszukał ustami jej piersi i drażnił językiem sutki, a ona opuściła dłonie na jego 

uda. Poczuła pod palcami szorstki materiał dżinsów i zatraciła się w nienasyceniu. Jej ręce 

zabłądziły wyżej.

- Finn, spodnie - szepnęła.

Zsunął się z niej i wstał, gorączkowo rozpiął dżinsy i zrzucił je z siebie. Podał jej rękę 

i   delikatnie   wyciągnął   z   łóżka.   Lucy   patrzyła   na   Finna   jak   zahipnotyzowana,   czując,   że 

ześlizguje się z niej nocna koszula. Ujął jej biodra ciepłymi dłońmi i lekko odepchnął od 

siebie. Przyglądał się jej spod półprzymkniętych powiek tak jak wtedy, w kantorze, przed 

trzema tygodniami, kiedy miała na sobie opalacz. Tyle tylko, że teraz oboje byli zupełnie 

nadzy i że teraz pragnęła go aż do utraty tchu.

- Finn, proszę cię...

- Jesteś piękna, Lucy. Bardzo piękna. Kocham cię i pragnę.

O mało nic zmiażdżył jej w uścisku, a ona zadygotała ze szczęścia. Nareszcie! Półtora 

miesiąca tęsknoty i wyrzeczeń zniknęło w jednej chwili i wreszcie mogła sobie pozwolić na 

urzeczywistnienie swych marzeń. Dotykała go jak we śnie i całowała tak, jak nigdy dotąd.

Jej   dłonie   ześliznęły   się   w   dół   jego   pleców,   oparły   na   mocnych   pośladkach,   a 

następnie objęły biodra. Stęskniony, pieścił jej piersi, całując je i drażniąc, zadając językiem 

rozkoszną   torturę   różowym   sutkom,   podczas   gdy   jego   ręka   zabłądziła   niżej.   Wreszcie, 

spleceni ze sobą, opadli na łóżko. Leżał pod nią i czuła narastające w nim podniecenie. Z 

włosami opadającymi mu na ramiona, jak szalona obsypywała pocałunkami jego pierś, szyję i 

twarz. W pewnym momencie, nie przestając pieścić go dłońmi, uniosła się, by popatrzeć mu 

w oczy.

- Zawsze cię pragnęłam, Finn. W te wszystkie noce, kiedy byłeś tak blisko... Ty miałeś 

w głowie tylko prawo, ale ja...

Zanim podniósł na nią wzrok, bawi! się jeszcze chwilę czubkiem jej piersi. W oczach 

miał pożądanie i tysiące czułych obietnic. Pociągnął ją za sobą, przygniótł swoim ciężarem, 

unosząc na moment twarz.

- Lucy, mógłbym cię tak całować bez końca, ale... och...

Uczuła na policzku gorący oddech Finna i usta, które łapczywie szukały jej warg. 

Ciałem rozwierał jej uda.

background image

Gdy poruszył się w niej po raz pierwszy, stłumiła jęk i Finn znieruchomiał nagle, 

obserwując wyraz jej twarzy. Poczuł jednak, że nogi i ramiona Lucy oplatają go coraz silniej, 

a   kiedy   jej   biodra,   przynaglająco   i   natarczywie,   wyszły   mu   na   spotkanie,   odpowiedział 

natychmiast  całym  sobą. Miała wrażenie,  że płynie  z nurtem jakiejś” odwiecznej, znanej 

wszystkim rzeki i pochłania ją wir, aż targnął nimi gwałtowny spazm.

- Uwielbiam cię! - krzyknął Finn.

Lucy, niezdolna mówić, zacisnęła palce na jego plecach, czując, że kocha go ciałem i 

duszą. Opadł na nią ciężko i jeszcze chwilę leżeli w miłosnym uścisku, aż wyrównały się 

oddechy i uspokoiło szalone bicie serc. Lucy przesunęła palcami po ręce mężczyzny, czując, 

że żadne słowa nie są w stanie wyrazić jej miłości.

- Kocham cię, Finn, tak bardzo cię kocham.

Przygarnął ją mocniej, układając jej głowę w zgięciu swego ramienia i gładząc włosy. 

Wiedział, że kocha tę dziewczynę i pragnie jej jak nikogo na świecie, lecz nie mógł niczego 

obiecywać. Nie mógł jej prosić o rękę ani nawet o to, by się zaręczyli. Już teraz z trudem 

znajdował czas choćby na spotkanie, a czekał go niezwykle pracochłonny semestr jesienny. I 

jeszcze ten sklep... Przycisnął Lucy do siebie, starając się nie myśleć o niczym i chłonąć tę 

jedyną chwilę ich bliskości.

- Jakie to szczęście, że wtedy zatrzasnęły ci się drzwi - powiedział sennie. Niczym 

mgła idąca od morza i ogarniająca plażę, wychodziło teraz z niego ogromne zmęczenie.

- Gdybyś   zauważył   wcześniej,   jak   się   do   ciebie   uśmiecham,   kiedy   tyle   razy 

przechodziliśmy obok siebie, nie musiałbyś spadać z drabiny, żeby mnie poznać.

Chciał coś powiedzieć, lecz nie dał rady. Wymagałoby to zbyt  wielkiego wysiłku. 

Dotknął tylko jej ramienia, bawiąc się kosmykiem włosów.

- Czy zechcesz wyjść za mnie za cztery lata?

- Słucham?

Poruszyła lekko głową, zerkając kątem oka w górę na zarys jego brody. Oddychał 

głęboko i miarowo. Wiedziała, jak bardzo musiał być dziś zmęczony. Wodząc palcem po jego 

nagim ramieniu, uniosła się nieco, by spojrzeć mu w twarz, a wtedy ogarnął mocniej jej kibić 

i przestraszyła się, że go obudziła. Zawołała do niego szeptem, lecz odpowiedział jej jedynie 

równy, spokojny oddech. Objęła się więc jego ręką i przywarła do niego.

- Kocham cię, Finn - szepnęła. - Nawet sobie nic wyobrażasz, jak bardzo cię kocham.

O świcie Lucy wstała. Narzuciła szlafroczek i potrząsnęła Finnem.

- Wstawaj, już rano.

Otworzył oczy i popatrzył na nią jakimś szklanym wzrokiem, że aż przeszło jej przez 

background image

myśl, że może zapomniał, gdzie się znajduje. Nagle jednym błyskawicznym ruchem objął jej 

kibić i pociągnął do siebie.

- Hej, co ty robisz? - krzyknęła.

Uciszył ją pocałunkiem, potoczyli  się na łóżko i już, już wyłuskiwał ją z ubrania, 

rozwiązując pasek. Lucy, początkowo zaskoczona, bardzo szybko pożegnała się z porannym 

zdrowym   rozsądkiem,   by   całkowicie   ulec   miłości.   Poznawała   ciało   Finna   z   taką   samą 

radością, jak to czyniła w nocy.

Tym   razem   kochali   się   dłużej.   Finn   bez   pośpiechu   uczył   się   jej   na   pamięć, 

odkrywając, jaka pieszczota sprawia jej największą przyjemność, a jaka rozpala w niej ogień.

Później, gdy leżała już z głową opartą na jego ramieniu, zapytał:

- Zasnąłem przy tobie tej nocy, prawda?

- Miałeś prawo być trochę zmęczony.

- Ładne mi trochę - powiedział uśmiechnięty, drocząc się z nią.

Odwróciła   się   na   bok   i   oparła   na   łokciu,   by   pogładzić   go   po   policzku,   myśląc 

równocześnie, że sama nigdy chyba nie poczułaby się nim zmęczona. Finn leżał na plecach i 

bawił się jej włosami, lecz w jego oczach widać było przygnębienie.

- Kocham cię. To wszystko, co potrafię powiedzieć. Niczego ci nie mogę obiecać. 

Pochyliła głowę i ucałowała maleńkie zagłębienie tuż przy obojczyku.

- Nie proszę cię o nic. Wiem o wszystkim i nie stawiałam ani nie stawiam warunków - 

powiedziała z zaciśniętym gardłem i przylgnęła ustami do jego ramienia.

Kochała go z całej duszy i nie chciała myśleć  o przyszłości.  Teraz leżała w jego 

objęciach, teraz byli  razem. Czy mogło być coś ważniejszego pod słońcem? Obsypywała 

pocałunkami pierś Finna.

- Słuchaj, nie chcę, żebyś już szedł, ale robi się późno. Mike i Will zaraz będą na 

nogach. Z samego rana masz zajęcia.

- Poczekaj jeszcze, Lucy - szepnął i poczuła na sobie jego gorący oddech.

Zniżyła   głowę   i   końcem   języka   dotknęła   jego   płaskiego   brzucha.   Jęknął   i 

przekręciwszy się na bok pokierował w dół jej pieszczotą. Upłynęło dużo, dużo czasu, zanim 

znów wrócili do rzeczywistości. Finn uśmiechnął się i pociągnął ją delikatnie za włosy.

- Wiesz co, ty jesteś naprawdę wspaniała.

- Pierwsze   słyszę.   Coś   mi   się   jednak   wydaje,   że   lekcje   to   masz   dziś   z   głowy   - 

powiedziała Lucy z uśmiechem, a kiedy usiadł, chciała go chwycić za ręce i uwięzić przy 

sobie.  Miała uczucie, jakby wyskakując  z łóżka  opuszczał  ją na zawsze. Zatrzymał  się i 

pochylił nad nią.

background image

- Coś nie tak?

- Nic, nic. Musisz...

- Musimy to wszystko zmienić - mruknął Finn między jednym pocałunkiem a drugim. 

Ciekawe, co on przez to rozumie? - myślała szybko Lucy. Co chciałby zmienić i kto miałby 

na tym skorzystać? On tymczasem już rozglądał się po pokoju.

Nie   potrafiła   oderwać   od   Finna   oczu,   gdy   zbierał   porozrzucane   części   ubrania. 

Prostując plecy, znowu napotkał jej spojrzenie.

- Lucy - wyszeptał - naprawdę muszę już iść.

- Wiem - odrzekła  i zamknęła  szybko oczy, żeby nie zobaczył  w nich tęsknoty.  - 

Ubieraj się, a ja przygotuję śniadanie.

- Za osiem minut będę gotowy. Wezmę tylko prysznic i zaraz przyjdę ci pomóc.

- Za osiem minut?

- Nie wierzysz? No to zobaczysz.

Po chwili usłyszała szum wody w łazience, przez który przebijał głos Finna. Finn 

podśpiewywał sobie. Lucy roześmiała się, zarzuciła szlafrok i pospieszyła do kuchni. Myjąc 

ręce, zerkała na zegar. Ciekawe, czy Finn zdąży? Ona postanowiła zdążyć. Boczek skwierczał 

już na patelni, a woda na kawę gotowała się w imbryku. Lucy otworzyła lodówkę, aby wyjąć 

jajka, lecz kiedy się nachyliła, poczuła czyjąś dłoń na pośladku.

- Ładnie to tak się wypinać? Chyba się nie spóźniłem? Prawda, kochanie?

- Uważaj, jajka się potłuką - zawołała, gdy odwrócił ją do siebie i przytulił.

- Nic im nie będzie, a jeśli nawet, no to co?

Patrzył na nią z miłością, szczęśliwymi, promiennymi oczyma. Co mogły ją obchodzić 

jakieś głupie jajka, które zresztą zaraz wyjął jej z rąk.

- Teraz ja zajmę się kuchnią, a ty idź się przebrać. Chyba też zaraz wychodzisz?

- Tak, ale za moment. Otwieram sklep dopiero o dziesiątej.

- Zmykaj. Daję ci nie więcej niż osiem minut.

- Rozkaz, szefie. - Zakręciła się i wybiegła z kuchni.

Zaraz po śniadaniu Finn wyprowadził psa i wyszedł, a Lucy zajęła się sprzątaniem 

kuchni. Jaskier leżał zwinięty w kłębek pod kuchennym  stołem. Wszędzie potykała się o 

rzeczy Finna - książki leżały na stole, trampki pod ścianą, a koszula wisiała wciąż na oparciu 

krzesła. Zdjęła ją i włożyła do swoich rzeczy przeznaczonych do prania. Później stanęła w 

progu sypialni,  patrząc na zmiętą  pościel. Pomyślała  o ich niepewnej  przyszłości  i nagle 

wzruszyła ramionami. Kochała go i tylko to się liczyło.

Ten tydzień upłynął Finnowi niczym we śnie. Przypominał sobie bezustannie noc z 

background image

Lucy i zamartwiał się, co będzie dalej. Na zajęciach był obecny a nieprzytomny. Udawał, że 

jest   skupiony,   lecz   myślał   wyłącznie   o   Lucy.   W   sklepie   robił   wszystko   z   takim 

roztargnieniem, że aż zwróciło to uwagę Harolda.

- Na   miły   Bóg,   panie   Mundy!   -   powiedział   poirytowany   -   Czy  pan   wie,   ile   razy 

wieszał pan i zdejmował te trzy ubrania? Czy pan czasem nie jest chory?

- Nie, nic mi nie jest. Zamyśliłem się. Ciągle myślę o Lu... , przepraszam bardzo, o 

ulokowaniu kapitału, w właściwie o prawnych podstawach takiej operacji.

- Ach, tak... - Harold wyszczerzył zęby w uśmiechu i poszedł na zaplecze.

Finn patrzył za nim nieprzytomnym wzrokiem, po czym znów zaczął przewieszać te 

same trzy garnitury. Kiedy Harold wrócił i zobaczył, co się dzieje, podniósł tylko wysoko 

brwi i bez słowa szybko uciekł, krztusząc się ze śmiechu. Finn pojął wreszcie, o co chodzi.

- Wychodzę - rzucił w głąb sklepu. - Dzisiaj już mnie nie będzie.

- Tak, proszę pana - odpowiedział Harold i natychmiast po wyjściu Finna nastawił 

głośniej radio.

* * *

Finn pędził z zakupami na górę, przeskakując po dwa stopnie. Otwierając drzwi swego 

mieszkania pogwizdywał radośnie.

- Cześć, skarbie - powitała go Dimples, wyłaniając się z korytarza. Miała na sobie 

skąpe bikini, w którym ledwie się mieściła.

- Wracasz z basenu? - zapytał, czując w powietrzu nadciągającą burzę. Mike zaklinał 

ją na wszystkie świętości, by nie pokazywała się w miejscach, gdzie mogłaby zwrócić na 

siebie uwagę.

- Tak. O tej porze nie ma ludzi i świetnie się pływa.

- Czy nie rozumiesz, że to się może dla ciebie fatalnie skończyć?

Dimptes przeszła przez pokój i Finn cofnął się. A to kocica, pomyślał. Coś w tych 

obfitych kształtach sprawiło, że przyszło mu do głowy, iż powinien zachować czujność.

- Daj torbę, skarbie. Pomogę ci.

- Dziękuję, poradzę sobie.

Obchodząc Dimples z daleka, Finn wpadł do kuchni. Położył na stole główkę sałaty i 

karton mleka próbując zgadnąć, czego ta dziewczyna może tak naprawdę od niego chcieć. 

Poczuł się nagle, jakby został zamknięty w klatce.

- No i jak ci się układa z Mike’em? - zapytał i ze zdumieniem usłyszał w odpowiedzi 

jej płacz. - Hej, co ci się stało?

Dimples rzuciła się ku niemu i oparła mu głowę na piersi. Czując miękkie, ciepłe 

background image

ciało, które wtulało się w niego, spojrzał na nią nieco bezradnie.

- Dimples! - Finn oderwał ją od siebie i podsunął kuchenne krzesło. - Siadaj i uspokój 

się. Zaparzę tylko kawę i zaraz porozmawiamy.

Dimples usiadła. Zauważył, że przestała szlochać i że jakoś nie rozmazał się jej tusz. 

Przybrała zwykłą pozę i uśmiechnęła się.

- Finn, czy ty mnie lubisz? Czy możemy być przyjaciółmi?

- Pewnie, że lubię - odpowiedział, napełniając pospiesznie imbryk wodą. Mike musiał 

jej coś zaproponować, pomyślał Finn i przyjrzał się jej bacznie. Nadal się uśmiechała.

- Lucy jest twoją dziewczyną, prawda? - Tak!

Dimples wytarła nos i westchnęła.

Boże, o co jej chodziło? Czy długo jeszcze zamierzała go dręczyć?

- Oczywiście,   że   jesteśmy   przyjaciółmi.   Powiedziałbym   nawet,   że   dobrymi 

przyjaciółmi.

- To świetnie, to widzisz... Mike się wyprowadza, ale powiedział mi, że ja mogę tu 

zostać i dalej mieszkać u ciebie w jego dawnym pokoju.

background image

9

- Co?! - Finn nie wierzył własnym uszom. Dimples zaczęła popłakiwać, ocierając oczy 

papierową chusteczką.

- Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Wyprowadza się, ale sam. A mnie zostawia tutaj.

- Nic płacz. Porozmawiam z Mike’em. - Zacisnął pięści. Dałby swojemu młodszemu 

bratu dobrą nauczkę, gdyby tylko miał go pod ręką. - No, przestań beczeć.

- Och, Finn, jakiś ty kochany - wychlipała Dimples z twarzą na jego piersi. Nagle ktoś 

zapukał do drzwi.

- Zaczekaj chwilę - powiedział Finn z wyraźną ulgą w głosie. Mamy chyba gościa.

Otworzył i zobaczył Lucy. W obu rękach trzymała torby z zakupami, uśmiechała się 

do niego i momentalnie zapomniał o wszystkich kłopotach. Miał ochotę już na progu porwać 

ją w ramiona.

- Cześć, Lucy - powiedział przeciągle.

- Cześć, Finn - powtórzyła niczym echo, naśladując go. - Udało mi się wyrwać trochę 

wcześniej. Zobaczyłam twój samochód na podjeździe.

- Ja też urwałem się ze sklepu.

- Myślałam, że może...

- Finnegan,  kto  przyszedł?   - rozległ  się  głos Dimples,  która  nagle   jak  spod  ziemi 

wyrosła mu za plecami.

Finn zupełnie o niej zapomniał. Tymczasem Lucy przyglądała się im uważnie i nagle 

znieruchomiała. rej uwagę przykuła koszula Finna.

- Serwus, Lucy - odezwała się Dimples. - Przerwałaś nam rozmowę w cztery oczy. 

Finnegan i ja...

- Przepraszam, że przeszkadzam - powiedziała szybko Lucy i zniknęła za drzwiami.

- A niech to diabli - mruknął Finn. - Dimples, zobaczymy się później. Dogonił Lucy w 

hallu i zatarasował jej drzwi.

- Bądź rozsądna, Lucy. Chyba nie sądzisz, że coś mnie łączy z tą kobietą. Nie mam z 

nią nic wspólnego! Popatrzyła na niego znad liści selera.

- Przód twojej koszuli świadczy o czymś zupełnie innym.

- Ciekawe,   co   byś   powiedziała,   gdyby   twoja   siostra   sprowadziła   ci   do   domu   na 

przykład Harolda  i  pozwoliła mu zamieszkać. - Wyciągnął rękę, by wziąć od niej torbę z 

zakupami i uśmiechnął się. - No, powiedz sama, co?

background image

Zauważył w niej pewne wahanie, lecz po chwili wspięła się na palce i pocałowała go.

- Pstro.

Otworzyła drzwi. Finn nogą zatrzasnął je za nimi, rzucił zakupy na podłogę  i  objął 

Lucy. Całowali się, zmierzając wolno w kierunku sypialni i zostawiając po drodze kolejne 

części ubrania.

- Myślałem,   że   już   nigdy   się   nie   spotkamy.   To   było   jak   wieczność.   Myślałem 

wyłącznie o tobie, widziałem cię wszędzie - mruczał Finn, pieszcząc jej szyję.

- Brakowało mi ciebie jak powietrza - szepnęła Lucy, gładząc go i przyciągając do 

siebie.

Kiedy   upadli   na   łóżko,   Finn   wciągnął   ją   na   siebie,   nie   przestając   ani   na   chwilę 

całować. Nie zdawał obie dotąd sprawy, że aż tak bardzo może pragnąć kobiety. Raz po raz 

szeptał jej imię. Chciał pieszczotami doprowadzić ją do ekstazy i obudzić w niej namiętną 

kochankę,   lecz   czuł,   że   nie   zdąży   tego   zrobić.  Co  było   szaleństwo:   pragnął   jej   teraz, 

natychmiast.

Chwilę potem leżeli wciąż przytuleni mocno do siebie. Lucy zanurzyła palce w gęstej 

czuprynie Finna.

- Nic byłam dziś w stanie ani pracować, ani myśleć.

- Ja też. Na zajęciach nie rozumiałem ani słowa. Lucy przewróciła się na bok i usiadła.

- Jak tak dalej pójdzie, oblejesz egzaminy.

- Wiem, wiem. - Przyciągnął ją znowu do siebie. - Od jutra kuję, ale dziś obchodzisz 

mnie tylko ty.

Poderwała się znowu.

- Finn, wiem, co mówię. Nie możesz przeze mnie oblać.

- Przez ciebie? Gdyby nie ty, nie miałbym w ogóle najmniejszych szans. Wyobrażasz 

sobie: siedem zgodni z braćmi... Wiesz, dlaczego Dimples wypłakiwała mi się na piersi?

Oboje uśmiechali się, pełni szczęścia. Lucy była ufna, promienna i piękna.

- Lepiej powiedz mi szybko, co masz powiedzieć - poprosiła.

- Mike się wyprowadza  i zostawia ją  u mnie - mówił Finn, pieszcząc jej uda. W 

zielonych oczach Lucy zapaliły się ogniki, oblizała językiem spierzchnięte wargi i spojrzała 

na usta Finna. Chciał znowu przyciągnąć ją do siebie.

- Cudownie - odezwała się miękko.

Upłynęła chwila, zanim dotarła do niego odpowiedź.

- Tego bym, kochanie, nic powiedział. Mike i Will wyprowadzają się jednocześnie. 

Pieszczotliwym   ruchem   przesunął   dłonią   wyżej   po   wewnętrznej   stronie   uda   dziewczyny. 

background image

Przestała na moment oddychać.

- Cudownie, Finn - powtórzyła szeptem.

Nie spodziewał się takiej reakcji, ale kiedy ją zrozumiał, zaczął żartować, upojony 

szczęściem.

- Dałem każdemu z nich po milionie dolarów.

Lucy przesunęła się i, dotykając biodrami jego boku, nachyliła nad nim.

- Cudownie.

- Oni też dali mi po milionie.

- Aha. - Pocałowała kącik jego ust, dotykając je lekko językiem. - Finn, przestań, nie 

mogę myśleć, kiedy to robisz.

Przesunął   dłoń   jeszcze   wyżej   i   Lucy   westchnęła   z   rozkoszy.   Odchyliła   głowę, 

przymknęła oczy i jej włosy znów rozsypały się na ramionach. Serce zabiło mu dziko. Co ona 

ze mną wyprawia, pomyślał szybko. Chyba nawet o tym nie wie.

Później, gdy leżeli obok siebie w ciemnej sypialni, Lucy nagle zapytała:

- Finn, czy wspomniałeś coś o tym, że Mike się wyprowadza i zostawia Dimples?

- Mhm - zachichotał cicho. - Powiedziałaś, że to cudownie.

- Byłam  zajęta.   -  Lucy  wybuchnęła  śmiechem.   -  A  gdzie  ona  będzie  mieszkać?  - 

dodała już poważniej.

- U ciebie. - Usiadł pociągając ją za sobą. - Hej, żartowałem tylko. Ona też musi się 

wynieść.   -   Przeciągnął   ręką   po   włosach.   -   Porozmawiam   z   Mike’em.   Ona   musi   się 

wyprowadzić. To nie ja ją sobie przygruchałem.

Godzinę   później   Finn   stanął   nad   schylonym   bratem,   który   pakował   właśnie   swój 

sprzęt sportowy.

- Mike, ona nic może tu zostać.

- Naprawdę robi ci to jakąś różnicę? - zapytał Mike. - Przecież nie będzie tu zawsze. 

Prędko się jej znudzi mieszkanie z tobą i pójdzie sobie.

- Kiedy ty wreszcie nauczysz się choć odrobiny odpowiedzialności?

- Ale o co ci chodzi? Zrozum, wprowadziłem się tu na dwa miesiące tylko po to, 

żeby... - Zatkał ręką usta.

- Żeby co?

- Żeby nic. Żeby mieć gdzie mieszkać.

- Nie to chciałeś powiedzieć. Znam cię dobrze. Myślisz, że nie widzę, że coś kręcisz? 

Uważaj, bo teraz mam już sprawną rękę.

- Przestań się rzucać, ty zdechlaku! - Mike popatrzył na Finna groźnie i jakby dla 

background image

podkreślenia tego, co powiedział, wziął sztangę w ręce i ostrożnie opuścił ją na łóżko.

Finn   zdawał   sobie   sprawę,   że   zachowuje   się   dziecinnie,   lecz   Mike   grał   mu   na 

nerwach. Podszedł do łóżka, podniósł sztangę jedną ręką i opuścił ją na podłogę. Mike ze 

zdziwienia aż otworzył usta.

- Jak ci się to udało?

- Zrobię z ciebie mokrą plamę, jeżeli mi nie powiesz prawdy. No, czekam. Po co 

wprowadziłeś się do mnie?

Brat był czerwony jak burak.

- Mama chciała, żebyśmy cię ożenili.

- Co?

- No dobra, niech ci będzie. Zdaniem naszej mamy czas najwyższy, żebyś się ożenił. 

Ona wie, że ty ciągle pracujesz, więc ubłagała mnie i Willa, żebyśmy zamieszkali u ciebie, 

poznali cię z jakimiś dziewczynami i spróbowali nakłonić do ożenku.

Zaśmiał się Finnowi w twarz, przemaszerował mu przed nosem i wrzucił swoje buty 

do pudełka.

- Nie wierzę ci. To mnie matka błagała, żebym was przyjął do siebie. Miało to wam 

pomóc stanąć na nogi, zanim się jakoś nic urządzicie.

- Wolne żarty, braciszku!

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, aż w końcu Mike spuścił głowę.

- Być może chciała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Finn sam już nie wiedział, 

co robić - śmiać się czy płakać.

- A niech to diabli! Ale to ty, a nic ja, sprowadziłeś do domu Minnie i Dimples, i 

jeszcze tę, tę, no jak jej tam...

- To są kobiety.

- A co - wszystkie miały być twoimi bratowymi? Skończmy już z tym absurdem. Nie 

pozwolę ci się wynieść bez Dimples!

Mike spojrzał mu w oczy.

- Chciałbyś, żeby została twoją bratową?

- Nie! Nie mówię, że masz się z nią żenić. Zabierz mi ją tylko z oczu. Przywlokłeś ją 

do domu jak zabłąkanego kota. No to teraz nie zostawiaj jej na lodzie.

- Jej się tutaj, podoba.

- Ale ja nie mogę jej utrzymywać.

- Dołożę się z forsą, ale ona tu zostanie, a ja się wynoszę.

- Nie mogę z nią mieszkać, zrozum.

background image

- Będzie ci gotować i sprzątać.

- A co z Lucy? Jak jej to wytłumaczę? Mike stanął jak wryty z naręczem koszul.

- Dlaczego miałbyś jej cokolwiek tłumaczyć? Uczysz się przecież u niej.

- Ja ją kocham.

Mike popatrzył na brata i wybuchnął śmiechem.

- Coś takiego! Nigdzie z nią nie chodzisz. Czy ty w ogóle kiedykolwiek rozmawiałeś z 

nią dłużej niż pięć minut? Ta kobieta handluje na ulicy i jest zbyt zgrabna, by wystarczał jej 

jakiś mruk.

Finna rozsadzała wściekłość.

- Studiuję. Prowadzę sklep. Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą o tym, jak spędzamy 

czas.

- Ależ ona nie znaczy dla ciebie nic poza tym, że masz u niej wygodne miejsce do 

nauki. Jak w bibliotece.

Finn zaciskał pięści w kieszeniach, walcząc ze sobą. Najchętniej sprałby Mike’a na 

kwaśne jabłko.

- Ja ją kocham.

- Zadziwiające... Ile razy gdzieś ją zabrałeś?

- Niewiele.

- Jesteście zaręczeni? Planujecie ślub?

- Sam wiesz, że nie mogę się żenić. Mike ściągnął brwi.

- Sypiasz z nią?

- Nie. twój cholerny interes.

- Nie, przecież ty śpisz tylko z książkami.

- Kocham Lucy i ona nie zgodzi się, żeby Dimples tu mieszkała.

- Na pewno się zgodzi. Jeśli cię kocha, zaakceptuje to, tak jak zgodziła się na życie 

bez rozrywek, bez prezentów, bez troskliwości i jakichkolwiek zobowiązań z twojej strony.

- Dosyć!  - Finn zacisnął zęby. - Dosyć już, do jasnej cholery. Zabieraj Dimples i 

wynoś się. Wypadł jak bomba z pokoju i trzasnąwszy drzwiami, wybiegł z domu. Zatrzymał 

się dopiero w hallu.

Zerknął tęsknie na drzwi mieszkania Lucy. Wiedział, że tego wieczoru wybierała się 

do rodziców, ale właśnie teraz chciał ją poprosić o rękę. Powoli wyrównał oddech i emocje 

opadły. Opuścił bezradnie ramiona. Nie, nie powinien się oświadczać, pomyślał markotnie. 

Nie mógł przecież niczego jej obiecać, a tym bardziej dać. Przez dłuższą chwilę patrzył na 

zamknięte drzwi, aż wreszcie poszedł do siebie, żeby przygotować się do wyjazdu na zajęcia.

background image

W salonie zastał Dimples. Siedziała na kanapie z chusteczką w ręce. Na widok Finna 

zerwała się z miejsca i szlochając wybiegła na korytarz. Myśląc, że byłoby lepiej, gdyby 

matka zostawiła go w spokoju i nie nasyłała mu braci, wpadł do pokoju Mike’a i zamknął 

drzwi.

- Słuchaj, Dimples wypłakuje sobie oczy. Ponosisz za nią odpowiedzialność.

Finn starał się nie podnosić głosu, lecz przypominało to trochę walkę człowieka z 

parasolem podczas burzy.

- Zabieram Jaskra, Dimples zostaje.

- Jeśli zabierzesz Jaskra...

- I   tak   będę   miał   po   drodze.   Jadąc   do   pracy,   mogę   rano   zostawiać   psa   u   Lucy   i 

zabierać go po południu do siebie.

- To ładnie z twojej strony, ale nic w tym rzecz - upierał się Finn. - Zabierasz ze sobą 

Dimples. Jest twoja, to ją sobie zabieraj do swego domu.

- Zrozum - tłumaczył Mike, patrząc Finnowi prosto w oczy. - Ona mnie rwie i nie 

zamierza popuścić. A ja nie mam najmniejszej ochoty wiązać się z nią na dobre.

- Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.

- Racja, ale stało się. Jeżeli ją ze sobą zabiorę, to będzie jeszcze gorzej.

- Wolisz, żebym ja się z nią męczył, co?

- Nie. Zrozum mnie dobrze. Ona nie czuje do ciebie mięty.

- Dimples? Ależ ona nie przepuści niczemu, co nosi spodnie i się rusza.

- Mylisz się. Ty nie jesteś w jej typie. Jeśli Dimples tutaj zostanie, to będzie wyć z 

nudów i szybko się wyniesie. Chyba nie chcesz, żeby została twoją bratową?

- Nie, ale zabieraj się razem z nią. W przeciwnym razie ja ci ją dostarczę prosto do 

domu i zostawię na słomiance w dużym koszu. To by było na tyle. Pędzę na ćwiczenia.

* * *

Po powrocie do domu Finn stanął w hallu. Przez szparę pod drzwiami Lucy przebijało 

światło, zdecydował się więc lekko zapukać. Otworzyła mu natychmiast. Stała w progu z 

upiętymi wysoko włosami, jej oczy wydawały mu się jeszcze większe i bardziej zielone niż 

zwykle. Związana pod biustem bluzka odsłaniała brzuch, a szorty ściśle przylegały do bioder.

Finna zamurowało z wrażenia.

- Cześć - powiedziała, unosząc ku niemu twarz.

- Ślicznie dziś wyglądasz.

- Ty też nie najgorzej - podziękowała mu cicho, opierając się biodrem o framugę.

- Nie chce mi się iść do domu.

background image

Lucy popatrzyła na drzwi jego mieszkania, uśmiechnęła się i cofnęła o krok.

- Kryjówka Finnegana do pańskiej dyspozycji, bardzo proszę. Są u mnie bliźniaczki - 

dodała, kiedy przestąpił próg.

Nie przyszło mu do głowy, że mogła mieć gości, ale teraz było już za późno. Wszedł 

do salonu, gdzie siostry Lucy przygotowywały właśnie plakat na szkolne zawody w pływaniu.

- Cześć - mruknął.

Odpowiedziały   chórem,   posyłając   mu   identyczne   uśmiechy   i   spojrzenia   zielonych 

oczu. Pochylił się nad projektem i wypowiedział parę pochlebnych uwag.

- Jeśli chcesz się uczyć i mieć ciszę - zaproponowała Lucy - to możesz się zamknąć w 

mojej sypialni.

- Lepiej najpierw wpadnę do siebie. Wyjdź ze mną na chwilę, dobrze? W hallu Finn 

odwrócił ją twarzą do siebie.

- Mike się wyprowadził, ale chyba bez Dimples. Nie mam zielonego pojęcia, co z nią 

zrobić. Czoło Lucy przecięła zmarszczka.

- Ja też nie wiem, mój drogi.

- A ty „wyrzuciłabyś ją na ulicę? To tak jakby wziąć kota - przybłędę do domu, a 

potem się go łatwo pozbyć.

- Kot się przywiązał do ciebie czy ty do kota? Finn spojrzał na Lucy i wróciły mu 

niedawne obawy.

- Mnie jest wszystko jedno, ale to nie jest fair wobec ciebie.

- A nie możesz jej z kimś zapoznać?

Upłynęła dobra chwila, zanim pojął, o co chodzi, i zaczął się śmiać.

- Wiesz, ty jesteś naprawdę genialna.

- Za to ty masz piękne oczy - zażartowała Lucy, całując go w policzek na pożegnanie.

W   drzwiach   swego   mieszkania   odwróciła   się   jeszcze   do   niego   i   nagle   poczuł   się 

straszliwie   winny.   Oskarżenia,   które   Mike   w   złości   rzucił   mu   prosto   w   twarz,   nie   były 

bezpodstawne. Jego młodszy brat miał rację. Dopiero teraz Finn uświadomił sobie w pełni, że 

jest wobec Lucy nie w porządku, a nie chciał ani rujnować jej życia, ani łamać serca.

- Do   widzenia,   Lucy   -   powiedział   dziwnie   miękko,   aż   spojrzała   nań   z   pewnym 

niepokojem.

Następnego   wieczoru,   po   zamknięciu   sklepu,   Finn   wrócił   do   domu   obładowany 

pakunkami. Dimples natychmiast wyszła ze swego pokoju.

- Czekam na ciebie, Finneganie.

Powitała   go   w   przezroczystym   negliżu,   lecz   nie   zrobiło   to   na   nim   najmniejszego 

background image

wrażenia. Wzdychając ciężko, rozłożył pakunki na kanapie.

- Mam   coś   dla   ciebie.   Co   byś   powiedziała   na   to,   żebyśmy   się   gdzieś   wybrali? 

Powinnaś poznać jakichś wesołych ludzi, ponieważ ja sam nie będę mógł towarzyszyć ci zbyt 

często.

Dimples ucieszyła się, lecz po chwili zmarkotniała.

- Kochany - zamachała rękami - to zbyt duże ryzyko. Wielki Guy...

- Spokojnie, wszystko obmyśliłem. Rodzona matka cię nie pozna.

Rozpakował jedno z pudełek i wyjął z niego czarną peruczkę z krótkich, kręconych 

włosów. Dimples zapiszczała i podskoczyła ochoczo.

- Będę miała czarne włosy! Już nie pamiętam, kiedy byłam czarna. A to numer!

- Przywiozłem ci też nową sukienkę i ładny kapelusz. Pójdziemy jak przebierańcy na 

bal kostiumowy.

- Och, Finn. Wiedziałam, że jest z ciebie kawał zgrywusa. A Mike, ten złośliwiec, 

usiłował mi wmówić, że nie masz ani krzty poczucia humoru.

- To się jeszcze okaże. Kiedy możesz być gotowa?

- Chcesz mi umyć plecy?

Już   miał   wysapać   gniewne   „nie”,   lecz   ugryzł   się   w   język,   chwytając   pełne 

oczekiwania spojrzenie Dimles.

- Zaskakujesz mnie - powiedział, robiąc do niej oko.

Wzruszyła   ramionami   i   zniknęła   w   korytarzu.   Finn   zebrawszy   resztę   pakunków, 

przeniósł je do swojego pokoju. Ubierał się powoli, myśląc nad tym, dlaczego, jak na ironię, 

wychodzi na cały wieczór z Dimiles, skoro nie znajdował czasu na randkę z Lucy. Z całej 

duszy przeklinał Mike’a. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi.

Otworzył i zobaczył obu braci.

- Wybacz... - zaczął Mike i nagle przyjrzał się badawczo swemu bratu. - Święty Boże! 

To ty? Finn chwycił go za koszulę i wciągnął do pokoju.

- Słuchajcie, wychodzę teraz z Dimples. Musi się trochę rozerwać, bo inaczej uschnie 

tu na amen. Me... O rany, a może wy moglibyście z nią pójść zamiast mnie?

Ściągnął perukę i nasadził ją Mike’owi na głowę.

- Zgłupiałeś, czy co? W żadnym razie.

- Jeśli tak, to zobaczcie. Zrobię wszystko, żebyście wrócili do Iowy, na farmę. Tak 

zbujam matkę i ojca, że już jutro tu po was przyjadą.

Mike i Will popatrzyli po sobie.

- Ale Wielki Guy...

background image

- W ogóle się nie znacie. Zakradaj perukę, Mike, a po drodze kupisz drugą dla Willa. 

Proszę bardzo, macie tu tusz i cienie do powiek Dimplcs. Zróbcie sobie makijaż. Koniecznie 

zmarszczki. A tu są wąsy, proszę. Will, najlepiej ogól sobie łeb. Wystarczy, żebyś obciął 

kudły i nikt cię nie rozpozna.

Will popatrzył na Mike’a.

- Odbiło mu, czy co?

- Kuku na muniu - szepnął Mike, zakreślając palcem kółko na czole.

- Już jestem gotowa, kochanie! - zawołała Dimples. - Och, to ty... - nadąsała się na 

widok Mike’a.

- Marsz do dyskoteki albo wracasz na gospodarstwo, co wolisz - zagroził bratu Finn.

- Zabieramy cię ze sobą, kotku - mruknął Mike.

- Idę z Finneganem - odparła wyniośle i zakręciła biodrami, zamierzając wyminąć 

chłopców.

- Nic z tego, Dimples - zatrzymał ją Finn. - Idziesz z Mike’em i Willem. Zaszły pewne 

nieprzewidziane   okoliczności.   Muszę   natychmiast   jechać   do   sklepu.   Całe   szczęście,   że 

chłopcy mają czas i właśnie przyjechali po ciebie. - Złączył  dłonie dziewczyny i Mike’a, 

popychając ich oboje w stronę drzwi. Dał Mike’owi kuksańca i mrugnął do Dimples. - Baw 

się dobrze, kochanie. Wszyscy mężczyźni poszaleją na twój widok.

Dimples   uśmiechnęła   się   do   Willa,   ledwie   spojrzawszy   na   Mike’a,   który   tylko 

wzruszył   ramionami.   Will   zamierzał   jeszcze   o   coś   spytać   Finna,   lecz   brat   pożegnał   ich 

zdecydowanym „Dobranoc!”.

Wstrzymując oddech, przemierzył puste mieszkanie. Czekało go mnóstwo pracy, lecz 

jedyne,  czego pragnął, to być  z Lucy. Podszedł do telefonu i wystukał  jej numer. Kiedy 

odebrała, powiedział od razu:

- Cześć. Nic wybrałabyś się gdzieś ze mną dziś wieczorem?

- Nie musisz... - Lucy zawahała się.

- Możesz być gotowa za godzinę?

- Pewnie, że mogę.

Odłożył słuchawkę i rozejrzał się po swoim pokoju. Z oparcia kanapy zwieszało się 

boa z piór. Na podłodze poniewierały się atlasowe pantofle na wysokich obcasach. Cały stół 

zajmowały puste puszki po piwie, a gazety i papiery walały się gdzie popadło. Zaczął je 

zbierać, starając się przywrócić jaki taki ład. Potem wykąpał się, założył nowe dżinsy i białą 

koszulę i pięć minut przed umówionym czasem zapukał do Lucy.

Kiedy mu otworzyła, zobaczył w jej spojrzeniu tyle miłości, że aż się przestraszył.

background image

- Gotowa? - zapytał tylko.

Potaknęła ruchem głowy i, objęci, poszli do samochodu. Zabrał ją do cichej knajpki. 

Usiedli w samym rogu, w półmroku. Zamówił dla siebie drinka, a dla Lucy mrożoną kawę. 

Rozmawiali o latach dzieciństwa, oglądanych filmach i przyszłości, ale nawet słowem nie 

zawadzili o teraźniejszość. Poszli na nocne przedstawienie, a potem do Lucy i dopiero o 

czwartej nad ranem Finn znalazł się znowu w swoim mieszkaniu.  Czuł, że powinien się 

uczyć, zasiadł więc w kuchni nad książką, lecz prawie natychmiast zasnął.

Dwa   dni   później   wpadł   do   niego   Mike.   Przyjechał   po   rzeczy,   których   zapomniał 

zabrać. Pogryzając kanapkę z serem, Finn łaził za nim po całym mieszkaniu.

- Chcesz kanapkę?

- Nie, dzięki.

- Czy Dimples wprowadziła się do ciebie?

- Zwariowałeś?

- W takim razie gdzie się podziała?

- No cóż, braciszku. Muszę przyznać, że jak chcesz,  to  potrafisz  ruszyć głową. A 

zdawałoby się, że to takie proste. Wystarczyło zabrać ją do knajpy.

- No i co? Zniknęła?

- Znalazła sobie jakiegoś gościa, który gra na bębnie i włóczy się po świecie. Facet ma 

mniej więcej tyle lat co ty i, jak uświadomiła mnie Dimples, jest dojrzałym człowiekiem, nie 

to co ja. I w ten sposób panna Mollyrow zniknęła z mojego życia.

- Ale bałagan, który zrobiła, nie zniknął z tego pokoju. Bądź łaskaw posprzątać po 

niej.

- Ja?

- A kto? Duch Święty? Jesteś za wszystko odpowiedzialny. Masz pewność, że ona nie 

wróci?

- Kiedy się z nią ostatni raz widziałem, powiedziała mi, że wyruszają do Detroit.

- Świetnie. Zatem miłego sprzątania - uśmiechnął się Finn i wrócił do kuchni. Zajął się 

nauką, podczas gdy Mike wynosił do swego samochodu fatałaszki i kosmetyki Dimples.

Lucy przychodziła teraz do „Pomarańczowego Sklepu” co sobotę, starając się być ze 

wszech   miar   pomocna   w   prowadzeniu   sprzedaży   i   reklamy.   Zmiana   dekoracji   wyszła 

sklepowi na korzyść. Pomalowany był teraz wewnątrz na jasnożółto, zdobiły go też dzbany z 

zielenią.  Miał  liczniejszą  klientelę,   lecz mimo   to,  kiedy  w  końcu  czerwca  Finn  przejrzał 

finanse, okazało się, że niewielki zysk nie wystarczy nawet na pokrycie miesięcznych spłat. 

Finn walnął pięścią w gruby tom księgi handlowej. Tak, Mike miał słuszność, kiedy mówił o 

background image

Lucy: „Ona zaakceptuje Dimples tak samo, jak pogodziła się z życiem bez rozrywek, bez 

upominków, specjalnych względów i zobowiązań”. Finn wiedział, że jest nic w porządku, 

lecz nie chciał, by od niego odeszła.

Widywali się teraz przede wszystkim u niego w sklepie i w piątkowe popołudnia w 

„Fistaszku”. Czasami dokądś się razem wybierali, lecz od kiedy uczył się u siebie w domu, 

spędzali ze sobą mniej czasu.

W pewien poniedziałek w połowie lipca Finnowi po powrocie z pracy zostało nieco 

więcej czasu do wieczornych zajęć. Bez wahania zapukał do Lucy.

background image

10

Kiedy stanęła w progu, wpatrywał się w nią dłuższą chwilę. Miała upięte włosy i biało 

- zieloną sukienkę. Wyglądała jak najpiękniejszy dzień lata. - Czy możesz przyjść do mnie na 

chwilę? - poprosił.

Odczekał, aż zamknie drzwi, i ujął ją za rękę, walcząc z pokusą, by natychmiast wziąć 

ją w ramiona i zacałować na śmierć.

- Usiądź, proszę. Mam nie więcej niż pół godziny. Napijesz się czegoś?

- Nie, dziękuję.

Wsunął ręce do kieszeni, żeby go nie korciło, i poszedł prosto do kuchni, usiłując 

zachować dystans i nie chcąc powiedzieć wprost tego, co powinien i co już wielokrotnie 

powtarzał  sobie  w  duchu.  Starał  się  też   nie  patrzeć na  Lucy, bo  to  osłabiało  jego  wolę. 

Nienawidził siebie za to, co uczynił tej dziewczynie. Otworzył lodówkę i nalał sobie szklankę 

mleka.

- Na pewno niczego nie chcesz?

- Nie, dziękuje.

- Nie usiądziesz?

Usiadła, zbierając szeroki klosz spódnicy na opalonych nogach... nogach gładkich jak 

jedwab...

Finn odwrócił się gwałtownie, czując, że ma ściśnięte gardło.

- Lucy,  przyjeżdżasz  do  sklepu   co  sobota,  odmalowałaś  go,  tyle  zrobiłaś   dla   jego 

promocji. Pamiętasz puszczanie reklamowych latawców?

Skinęła głową.

- Dziękuję ci. Doceniam to wszystko, naprawdę, ale ciebie kosztuje to mnóstwo czasu, 

a mnie trochę pieniędzy. Tymczasem zyski ze sprzedaży nie rosną na tyle szybko, by sklep 

dało się utrzymać.

- To znaczy, że w ogóle jest jakiś zysk?

- Tak.   Mogę   ci   pokazać   książkę.   Ale   to   nie   wystarczy.   Rok   temu   zaciągnąłem 

pożyczkę i nie jestem w stanie jej spłacać i robić jednocześnie wydatki. Będę zmuszony 

zamknąć sklep.

- Pozwolisz, że zajrzę znów do twoich papierów?

- Ależ oczywiście - odparł Finn, choć prawdę mówiąc książki handlowe i konfekcja 

męska obchodziły go w tej chwili tyle, co zeszłoroczny śnieg.

background image

Przyniósł książki ze swego pokoju i ustawił je w stos na kuchennym stole. Patrzył na 

Lucy, wciąż walcząc z pokusą, by ją objąć.

- Mam coraz gorsze oceny, wiesz?

Obszedł stół dokoła. Nie był w stanie siedzieć. Ponosiły go nerwy. Lucy obserwowała 

go z bólem serca. Pragnęła podejść i przytulić go, lecz czuła, że chociaż Finn jest u jakiegoś 

kresu, to chce zachować dystans. W końcu ich spojrzenia spotkały się.

- Sądzę, że powinniśmy przestać się widywać - powiedział Finn.

Zaskoczona, wpatrywała się w niego bez słowa. Mogła się spodziewać wszystkiego, 

ale nie całkowitego zerwania.

- Z powodu twoich stopni? - wydusiła wreszcie.

Spuścił oczy. Chciał już powiedzieć, że stara się jedynie być wobec niej fair, że nie 

może ofiarować jej niczego, ale tylko odwrócił się gwałtownie.

- Tak. Muszę zdać egzaminy. Wystawię sklep na sprzedaż.

- A jak go już sprzedasz, to co?

Nienawidził   tego   napięcia,   i   całą   siłą   woli   powstrzymywał   się,   żeby   do   niej   nie 

podejść.

- Wezmę jakieś zlecenia. To nie problem. Mogę też sprzedać mieszkanie. Dochód ze 

sprzedaży przeznaczę na naukę.

Mówił odwrócony do Lucy tyłem. Patrzyła na jego szerokie plecy z uczuciem, że oto 

cały jej świat rozlatuje się na strzępy. O, tak, Finn wiedział, czego chce - i w tym wszystkim 

nie było dla niej miejsca. Zdawała sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że studia są dla niego 

najważniejsze, i była świadoma, że ryzykuje coś, co stało się właśnie dziś. Sądziła jednak, że 

to się nigdy nie zdarzy. Bardzo ją to zabolało. Chciała rzucić się Finnowi w ramiona, lecz 

natychmiast zrozumiała, że na nic by się to nie zdało.

- No   cóż,   spotkaliśmy   się   w   niewłaściwym   czasie   i   w   niewłaściwym   miejscu   - 

powiedziała. - Jesteś szalenie zapracowanym człowiekiem.

Wstała i już miała wyjść, lecz zatrzymała się przy drzwiach słysząc, że ktoś przekręca 

klucz.   To   był   Mike.   Skinęła   mu   tylko   głową,   niezdolna   wydobyć   z   siebie   głosu.   Łzy 

przesłoniły wszystko. Szybko wyminęła chłopaka i pobiegła do domu. Finn stał bez ruchu w 

salonie.

- Co wam się stało? Posprzeczaliście się?

- Nie. Powiedzieliśmy sobie „do widzenia”.

- Ona tobie czy ty jej? Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Ty się z nią 

rozstałeś, prawda?

background image

Finn zacisnął pięści walcząc z samym sobą. Pragnął wybiec za Lucy i błagać ją, by nie 

odchodziła, by została jego żoną, choć nie mógł zabezpieczyć jej materialnie. Wymruczał pod 

nosem przekleństwo, niepomny na obecność Mike’a i nieświadom tego, że mówi głośno.

- Nie powiem, żebyś wyglądał na szczęśliwego.

- No bo nie jestem.

- Ona jest nieszczęśliwa, ty jesteś nieszczęśliwy, nic nie rozumiem.

- Rozumiesz,   doskonale   rozumiesz   -   wybuchnął   Finn.   -   Sam   mi   to   wszystko 

wypomniałeś, nie pamiętasz? Miałeś rację. Co ja tak naprawdę mam jej do zaoferowania? 

Nic.   Kompletnie   nic.   Jestem   bankrutem.   Sprzedaję   sklep   i   mieszkanie.   Mam   przed   sobą 

cztery lata studiów - albo i więcej, jeśli będę musiał pracować. Miałem jej zaproponować 

małżeństwo, skoro nie starcza mi czasu na głupią randkę?

- Przykro   mi,   Finn   -   powiedział   poważnie   Mike,   zbierając   się   do   wyjścia.   - 

Przyszedłem   tylko   po   rzeczy.   Słuchaj,   może   potrzebujesz   forsy?   Will   i   ja   zrobilibyśmy 

zrzutkę.

- Nie, dziękuję - odparł Finn z wyraźnym roztargnieniem. - Dam sobie radę, kiedy 

wszystko sprzedam.

- A może Lucy wolałaby zostać z tobą bez względu na okoliczności?

- Nie potrafię jej niczego zapewnić. Odejdzie ode mnie szybciej, niż myślisz.

- Sam już nic wiem. - Mike zniknął w hallu.

Finn przebrał się i pojechał na ćwiczenia. Nie był w stanie ani myśleć, ani słuchać. 

Nigdy w życiu nie czuł się tak podle.

W   mieszkaniu   po  drugiej   stronie   hallu,   przy  kuchennym   stole,   Lucy   wypłakiwała 

sobie   oczy.   Cóż   mogła   zrobić,   że   pokochała   Finna   Mundy’ego   nieszczęśliwą   miłością. 

Widziała   go   wszędzie,   w   całym   swoim   domu,   i   upływający   czas   nie   przyniósł   ulgi. 

Następnego dnia po rozstaniu nie natknęła się nigdzie na Finna. Kiedy wieczorem wchodziła 

po schodach z Jaskrem u nogi, zauważyła,  że ktoś chodzi po hallu. Serce skoczyło  jej z 

radości na myśl, że to może być Finn. Czekało ją jednak rozczarowanie. Przyszedł Mike.

- Cześć, Lucy. Co u ciebie? - zapytał, drapiąc Jaskra za uchem.

- W porządku.

- Czekam na Jaskra.

- Jak ci się mieszka w nowym miejscu?

- Świetnie. - Mike przestąpił z nogi na nogę. - Lucy, mogę cię o coś zapytać?

- Oczywiście. - Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

- Czy ty jesteś szczęśliwa?

background image

- Prawdę mówiąc, nie bardzo.

- To samo Finn. Jest okropnie przygnębiony.

Lucy   znieruchomiała   na   moment,   niepewna,   czy   Mike   wie,   że   zerwanie  było 

pomysłem Finna.

- Sam tego chciał.

- Nie sądzę.

- Dziękuję, Mike. - Uśmiechnęła się i weszła do swego mieszkania.

Zamknęła oczy i oparła się plecami o drzwi myśląc, że chyba nigdy nie przestanie 

cierpieć. Do stwierdzenia Mike’a nic przywiązywała większej wagi. Jeśli chodzi o swego 

starszego brata, Mike i Will nie byli najlepszymi psychologami.

Dwa dni później, po pracy, natknęła się na Willa. Wysiadał właśnie z samochodu na 

podjeździe. Jaskier natychmiast powitał go wesoło.

- Cześć, Lucy - zawołał Will, zmierzając w jej kierunku. - Nie dźwigaj tych zakupów. 

Zaraz ci pomogę. Przyjechałem po Jaskra. Wiesz, Dimples przysłała Mike’owi kartkę.

Nie spiesząc się, szli między rabatkami z biało - niebieskim barwinkiem i różami w 

stronę domu.

- A jednak!

- Pocztówkę ze stadionem w Michigan. Napisała tylko dwa słowa:, Jest cudownie!”

Lucy otworzyła drzwi i sięgnęła po torbę, chcąc wziąć ją od Willa, ale ten był już w 

środku. Zaniósł zakupy do kuchni i wrócił do wyjścia. Kiedy Lucy mu dziękowała, włożył 

ręce do kieszeni i, nie patrząc jej w oczy, powiedział:

- Lucy, Finn naprawdę nie może się pozbierać.

Była poruszona, lecz starała się nie pokazać tego po sobie.

- Myślę, że powinieneś porozmawiać na ten temat z nim, a nie ze mną.

- Odbyliśmy już z nim rozmowę i dlatego rozmawiamy z tobą. Tylko ty możesz coś tu 

poradzić. Lucy położyła rękę na ramieniu Willa, popychając go lekko w stronę drzwi.

- Dziękuję za pomoc i za Jaskra. Tak naprawdę to nie musicie go zabierać na noc, .

- To dla nas żadna fatyga.

- Miło było znowu cię zobaczyć.

- Wybacz, nic miałem zamiaru się wtrącać.

- Naprawdę? Will roześmiał się.

- No, może odrobinkę. Przemyśl to jeszcze raz, proszę.

Z uśmiechem zamknęła drzwi. „Przemyśl to jeszcze raz”, powiedziała do siebie na 

głos. Zacisnęła wargi i z wściekłością zaczęła wykładać na stół zakupy. „Finn nie może się 

background image

pozbierać”, „jest taki nieszczęśliwy”, „tylko ty możesz coś na to poradzić, Lucy”. Gorące łzy 

napłynęły jej do oczu. Starała się je powstrzymać, ale kiedy już rozpakowała torbę, usiadła i 

zaczęła szlochać z twarzą ukrytą w dłoniach.

Słońce   chyliło   się   ku   zachodowi,   kiedy   wreszcie   wstała.   Nie   zdążyła   nawet 

przyrządzić sobie do końca hamburgera, gdy odezwał się telefon. Dzwoniła pani Kathleen 

Mundy.

- Słuchaj, Lucy, moja droga, bardzo martwię się o Finna. Mike powiedział mi, że już 

ze sobą nie chodzicie.

Lucy poczuła się jak w potrzasku. Nigdy ze sobą nie chodzili. On jedynie przychodził 

do mnie się uczyć i kochać się ze mną, aż rozkochał mnie w sobie, pomyślała z goryczą. Nie 

powiedziała jednak tego głośno.

- To prawda, proszę pani. Stało się, jak chciał Finn. Ma za dużo pracy i...

- No tak, rozumiem. Widzisz, Lucy, Finn to bardzo rzetelny chłopak i czasami przez tę 

swoją sumienność coś niepotrzebnie niszczy. Wydawało mi się, że jesteś bardzo za nim, 

prawda?

- Tak, proszę pani.

- No więc jako kobieta, która... Przepraszam cię, nie chciałabym być jeszcze jedną z 

tych wiecznie wtrącających się matek, ale Mike i Will powiedzieli mi, że Finn jest okropnie 

rozbity, a i ty wyglądasz jak półtora nieszczęścia. Nie musisz mi nic tłumaczyć, lecz, proszę 

cię, przemyśl to jeszcze raz... Wybacz, że wtrącam się w twoje prywatne życie, ale w naszej 

rodzinie zawsze wszyscy żyli ze sobą blisko.

- Tak, rozumiem.

- Moja ty kochana... Mam nadzieję, że wszystko się jeszcze odmieni. Tak bym chciała 

pokazać ci naszą farmę.

Lucy z trudem przełknęła ślinę.

- Dziękuję, pani Mundy. I ja chciałabym ją zobaczyć.

Odłożyła słuchawkę i odwróciła się potrząsając pięścią w stronę drzwi. Nagle poczuła 

woń   spalenizny.   Z   hamburgera   został   skwierczący   plastereczek   mięsa,   a   całą   kuchnię 

wypełniał dym. Znów zadzwonił telefon. Tym razem była to Alexa, która zapraszała ją do 

kina.

- Tylko się nic grzeb - poradziła na wiadomość, że obiad właśnie się spalił. - Zostało 

jeszcze   trochę   kurczaka   upieczonego   przez   mamę.   Ale   jeśli   się   nie   pospieszysz,   Benny 

pochłonie wszystko.

- No dobrze. Już lecę - zawołała Lucy do słuchawki, schwyciła torebkę i wybiegła 

background image

pędem z domu czując, że nie wytrzyma w zamknięciu ani chwili dłużej.

Na podeście schodów wpadła jednak na Finna.

- Cześć - powiedział poważnym tonem. - Co słychać?

- Nic   nowego,   ale   lepiej   byłoby,   gdybyś   zechciał   wyjaśnić   swojej   rodzinie,   że 

zerwaliśmy, bo ty tak chciałeś. Tymczasem Mike, Will oraz twoja mama żądają ode mnie, 

żebym wszystko jeszcze przemyślała.

- Ależ Lucy, wszystko im już naświetliłem. Wiedzą, dlaczego...

- To wytłumacz im to jeszcze raz! - przerwała mu i pobiegła do samochodu.

Piątkowe   popołudnie   było   bardzo   upalne,   temperatura   przekroczyła   40°C.   Lucy 

zrezygnowała z pracy na dworze; wróciła do sklepu i zdjęła z siebie karton. Uczesała się i 

potrząsnęła   głową,   oddychając   z   ulgą   klimatyzowanym   powietrzem.   Wciągnęła   na   siebie 

niebieską trykotową koszulkę i wygładziła białą spódniczkę.

Mimo że do zamknięcia pozostały jeszcze dwie godziny, postanowiła zwolnić Nan 

wcześniej, chociaż prawdę mówiąc przeraża to ją to, że ma zostać w sklepie sama. Jaskier 

spał zwinięty na podłodze. Dosypywała  właśnie orzeszki do napoczętego pojemnika, gdy 

nagle usłyszała głośne: „O, nie!”. Podniosła głowę i zobaczyła zirytowaną twarz Nan zajętej 

wycieraniem lady, a potem usłyszała ciche den - de - len, den - de - len i ujrzała Finna z 

książkami pod pachą.

background image

11

- Cześć - powiedział, spoglądając na nią poważnie.

Rzuciła   mu   niepewne   „cześć”,   przyglądając   się   w   milczeniu,   jak   Finn   przystawia 

sobie krzesło do kontuaru i rozkłada książki. Jaskier podszedł do swego pana dopraszając się 

pieszczoty, a kiedy Finn podrapał go za uchem, pies ułożył się znowu u stóp Lucy. Nan 

obserwowała całą tę scenę wzruszając ramionami.

- No to idę. Do zobaczenia w poniedziałek - powiedziała głośno i wyszła trzaskając 

drzwiami.   Przez   kwadrans   nie   odzywali   się   do   siebie   ani   słowem.   W   końcu   Lucy   nie 

wytrzymała:

- Naprawdę nie potrzebuję twojej ochrony. Dam sobie radę sama.

- Wiem. Nic o to chodzi.

Patrzyli  na siebie  w milczeniu,  aż  w  końcu Finn spuścił  oczy. Lucy jednak  dalej 

wpatrywała się w niego z natężeniem. W jej myślach zamigotał słaby cień nadziei.

- Czy kiedy zacznę znowu spotykać się z Hyattem, a ty umawiać z jakąś dziewczyną, 

to też będziesz przyjeżdżał tu popołudniami?

Potarł dłoni;| kark i spojrzał na nią badawczo.

- Czy to znaczy, że... - Że co?

- Wróciłaś do Hyatta.

- Nie. Powiedz mi, Finn, dlaczego właściwie tu przyjechałeś? Myślałam, że nie chcesz 

mnie znać.

Ja tego nie powiedziałem.

- Sądziłam, że chcesz wyrzucić mnie ze swojego życia, ponieważ ci przeszkadzam. 

Wyglądał na tak przybitego, że aż wstrzymała oddech.

- Kochanie - powiedział łagodnie. - Przecież ja rujnuję ci życie. Nie jestem w stanie 

ofiarować ci absolutnie niczego. Ani teraz, ani jeszcze bardzo długo. Rozumiesz?

Zatrzasnął książkę, wstał i zacisnął ręce w kieszeniach.

- Ależ, Finn, przecież jest tak wspaniale! - zawołała wybiegając do niego zza lady i 

czując rozsadzającą ją radość. - Dlaczego nie mówiłeś tak od razu?

Finn patrzył na nią zdumiony.

- Wspaniale?   Lucy,   co   ty   mówisz?   Nie   potrzebuję   twojego   współczucia.   Czy   ty 

naprawdę nie pojmujesz? Nie jestem w stanie ofiarować ci niczego!

- I dlatego chciałeś ze mną zerwać?

background image

- A ty myślałaś, że dlaczego? Przecież cię kocham!

- Finn! - Lucy czuła się jak ktoś, kto wydostał się z mrocznej, wilgotnej jaskini  

zobaczył słońce. - Może i będzie z ciebie genialny prawnik, ale zupełnie nie znasz kobiet.

Wspięła się na palce i pocałowała go lekko.

- Chcesz wyjść za mnie wiedząc, co cię czeka?

- Tak! A w dodatku mam dla ciebie propozycję. Chcę kupić od ciebie twój towar. 

Mówiłam ci, że właściciel sklepiku z obuwiem obok mnie się przenosi. Zrobię z tego sklep 

odzieżowy i jeszcze na tym zarobię, zobaczysz!

- Uważaj, Lucy, proponowałem ci normalne, szczęśliwe życie. Chciałem cię od siebie 

uwolnić, ale drugiej takiej szansy ci nie dam.

- Dałeś mi tydzień piekła! - powiedziała, całując go w policzek.

Niemal   zmiażdżył   ją   w   uścisku.   Serce   waliło   jej   tak   głośno,   że   nie   usłyszała 

dzwoneczka u drzwi. Całując ją, Finn przesunął wargi do jej ucha i szepnął:

- Słuchaj, mamy złodzieja. Muszę coś zrobić.

- Zaraz, za chwilę - wyszeptała, obejmując go mocniej.

Z zaplecza Sklepu dato się słyszeć warczenie a następnie krzyk mężczyzny:

- Hej tam, zabierzcie tego kundla, bo inaczej go zastrzelę.

- Mamy go - powiedział Finn, uśmiechając się do Lucy i całując ją  w ucho. - To 

pukawka dla dzieci.

- Weźcie ode mnie to bydlę - wolał człowiek.

Coś się złamało, lecz Lucy nie zwracała uwagi na to, co się dzieje w sklepie. Słyszała 

łomot, pies warczał szczekał. Nagle rabuś w kominiarce naciągniętej na głowę zderzył się z 

nimi i jak szalony wybiegł ze sklepu. Drzwi zatrzasnęły się za nim, a Jaskier warował u 

progu.

Finn otworzył  drzwi i pies rzuci! się za uciekinierem.  Całowali się dobrych  kilka 

minut, aż wreszcie Lucy powiedziała:

- Muszę zobaczyć, czy coś zostało ukradzione.

- A ja pójdę po Jaskra - odparł Finn, patrząc na Lucy uszczęśliwionym  wzrokiem. 

Dotknęła jego ust i wydało jej się, że wyczuwa wokół nich zmarszczki.

- Schudłeś jeszcze - powiedziała.

- Straciłem apetyt.

- Ja też.

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Przyszłość nie zapowiada się zbyt różowo.

- Och, przestań już. Nie może być lepsza.

background image

- I nigdy nie będziesz żałowała?

- Nigdy.

- No to ci coś powiem. Tym razem to dobra wiadomość. Jeden z wykładowców, który 

trochę o mnie wie, rozmawiał na mój temat z przyjaciółmi. I wyobraź sobie, dostanę zlecenia 

w   pewnej   firmie   prawniczej.   Jest   to   urzędnicza   praca,   ale   płacą   lepiej   niż   mogłem   się 

spodziewać.

- Widzisz,   Finn   -   powiedziała   Lucy,   przepełniona   uczuciem   radości.   -   Następnym 

razem, jeśli będziesz chciał zaoszczędzić mi cierpienia, pozwól, żebym ja sama dokonała 

wyboru.

- Przysięgam, że tak będzie. I nie musisz nic ode mnie kupować. Zapasy z mojego 

sklepu są twoje. Czy to znaczy, że wycofujesz się z orzeszków?

- O nie, w żadnym wypadku. Wszystko już sobie wyliczyłam. Tyle że pozbywamy się 

Harolda. A poza tym, wiesz, pomyślałam sobie, że mam przed sobą sporo długich samotnych 

nocy i zapisałam się na kurs księgowości. Zaczynam jesienią.

W sobotę wybrali się do eleganckiej restauracji, a dalszą część wieczoru postanowili 

spędzić u Finna. Usadziwszy Lucy na kanapie, Finn zapalił świece, a kiedy pokój wypełnił się 

łagodnym,   romantycznym   światłem,   wziął   ją   za   rękę   i   wsunął   na   palec   zaręczynowy 

pierścionek z brylantem. Westchnęła z zachwytu, myśląc zarazem, że musiał się chyba znowu 

zapożyczyć. Dotknął lekko jej twarzy.

- Nie   martw   się.   Sprzedałem   mieszkanie   i   dostałem   za   nie   zupełnie   przyzwoite 

pieniądze. Towar, który jest w sklepie, jest twój, ale trzeba go jak najszybciej przenieść, gdyż 

kończy się dzierżawa.

Usiadł obok niej i wziął ją za ręce.

- W przyszłym tygodniu kończy się semestr letni i mam wolny cały miesiąc aż do 

ostatniej dekady sierpnia. Czy zgadzasz się, żebyśmy wzięli ślub w pierwszą sobotę sierpnia?

- Tak, dobrze.

- Wiesz - pociągnął ją do siebie - chyba jeszcze to wszystko do mnie nie dotarto. A 

forsę, która nam zostanie z miodowego miesiąca, przeznaczymy na opłacanie jakiegoś kąta.

- A nie może to być moje mieszkanie?

Dotknął wargami jej skroni, ucałował policzki i zaczął rozpinać zamek z tyłu prostej 

czarnej sukni. Odsłonił jej ramiona, a kiedy zarzuciła mu ręce na szyję, zaniósł ją do sypialni.

- Będziemy musieli odczekać ładnych parę lat na nasze bliźniaki.

- Kocham cię, więc poczekam. Chcę mieć dwóch chłopaczków takich jak ich tata.

- A ja dwie dziewczynki podobne do mamy. Trzymam dla nich Pana PhiPhi. Lucy 

background image

roześmiała się.

- Dwie parki bliźniąt. Ho, ho. Będziesz chyba musiał zostać wziętym adwokatem. Finn 

otrzeźwiał na moment i śmiertelnie poważnie zapytał:

- Czy ty naprawdę chcesz tego wszystkiego? Czy jesteś pewna? Energicznym ruchem 

Lucy zdjęła mu z ramion koszulę i pogładziła go po piersi.

- Czy byłabym  tutaj  z tobą,  gdybym  myślała  inaczej?  - Przesunęła  dłoń na pasek 

spodni. - Zaraz ci pokażę, jak bardzo tego chcę.

Finn zachichotał i przycisnął ją do siebie, aż oboje, całując się, upadli na łóżko.


Document Outline