background image

 
 
 

background image

DOMINIQUE BARBÉRIS

 

COŚ

 

DO UKRYCIA

 

przełożyła Joanna Polachowska

 

Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA

 

background image

Tytuł oryginału: Quelque chose à cocker 

Projekt okładki: Anna Pol 

Redakcja: Maria Braunstein 

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz 

'Korekta: Maria Nowakowska 

© Editions Gallimard, Paris, 2007. 

All rights reserved 

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2010 

© for the Polish translation by Joanna Polachowska 

ISBN 978-83-7495-683-3 

Warszawskie Wydawnictwo Literackie 

MUZA SA 

Warszawa 2010 

background image

Dla Marie-Christine Cormier-Salem

 

background image

background image

1. 

Ścieżką  między  murami  zszedłem  aż  do  rzeki.  Rozmyśla-

łem.  Od  dwóch  miesięcy  wiele  rozmyślam.  Mam  czas,  kiedy 
maluję. W stodole służącej mi za pracownię panuje cisza, sły-
chać tylko ptaki szeleszczące gałązkami na stosie polan i mru-
czenie  starego,  nabytego  okazyjnie  piecyka,  który  nie  jest  w 
stanie  ogrzać  całego  pomieszczenia.  Nikt  na  to  odludzie  nie 
zagląda;  swego  czasu  nie  cieszyło  się  dobrą  opinią.  Były  tu 
stare piwnice, teraz opuszczone. Jest bardzo wilgotno. Żeby tu 
trafić,  trzeba  długo  iść  drogą  pośród  coraz  większych  chasz-
czy. Nie przeszkadza mi to. 

Lubię  być  sam,  kiedy  pracuję.  Odkąd  ten  człowiek  został 

zatrzymany, czuję się znacznie spokojniejszy. W takiej dziurze 
jak  ta  krąży  wiele  plotek  -  trzeba  kogoś  aresztować,  w  prze-
ciwnym  razie  wątpliwości  pozostają:  wszyscy  wszystkich 
podejrzewają i sytuacja staje się nie do zniesienia. Problem w 
tym,  że  pierwszej  nocy  spędzonej  na  posterunku  mężczyzna 
próbował  się  powiesić.  Podobno  od  tej  pory  pozostaje  w 
śpiączce. Massonneau powiada, że ten czyn należy interpreto-
wać jako reakcję winnego. Widzi w tym potwierdzenie swojej 
teorii. Ale nie wszyscy tak to postrzegają i wiem, że odmienną 
interpretację  też  da  się  obronić.  Niektórzy  desperaci  tylko  w 
taki  sposób  mogą  dowieść  swojej  niewinności.  I  takie  jest, 
oczywiście, stanowisko adwokata.

 

background image

Nie  wiem  zresztą,  co  Massonneau  nazywa  reakcją  winne-

go.  Ale  wiem,  że  facet  nie  stawiał  żadnego  oporu,  kiedy  po 
blisko dwóch miesiącach żandarmi zadzwonili do jego drzwi: 
-  Odgrywał  komedię  -  powiedział  Massonneau.  -  Na  użytek 
żony.  Na  użytek  widzów.  Ale  dla  mnie  sprawa  była  jasna. 
Miał  w  spojrzeniu  coś  fałszywego.  Nikt  szczwanego  lisa  nie 
będzie uczył sprytu. 

Uśmiechnąłem  się,  żeby  pokazać,  iż  doceniam  obrazek. 

Massonneau  często  używa  aforyzmów,  ja  zaś  mam  się  przed 
nim  na  baczności  właśnie  dlatego,  że  znaczenie  tych  afory-
zmów  mi  umyka.  Posiłkuje  się  obrazami  i  barwami,  które 
kamuflują  treść.  Jego  późniejsza  opowieść  potwierdziła  to, 
czego się już dowiedziałem.

 

Przyjechali  o  szóstej  rano:  dwie  furgonetki  żandarmów; 

otoczyli dom. Działo się to pod koniec grudnia i potrafię sobie 
wyobrazić  te  ciemności  (o  szóstej  rano  w  grudniu  dzień  jest 
jeszcze  daleko).  Wyobrażam  sobie  wszystko:  wyludnione 
ulice,  mgła,  zapach  ziemi  i  opadłych  liści  i  nieco  bardziej 
cierpka  woń  mokrych  żywopłotów  z  tui.  To  zapach  tutejszej 
zimy. Odnalazłem go na nowo, kiedy wróciłem do N., żeby tu 
znów zamieszkać.

 

Nigdzie  żywej  duszy,  choć  w  tych  stronach  wstaje  się  ra-

czej  wcześnie.  To  prowincja.  Chmury  ledwie  się  podniosły 
znad  horyzontu.  Pociąg  o  szóstej,  którego  przejazd  usłyszeli 
ludzie  i  który  dał  sygnał.  Na  autostradzie  po  drugiej  stronie 
Loary kilka pierwszych ciężarówek, jadących z Południa, cza-
sem aż z Hiszpanii, co to wyruszają w drogę przed wschodem 
słońca.

 

Często  próbuję  sobie  wyobrazić  tego  człowieka  i  to,  co 

czuł, kiedy szedł otoczony przez żandarmów, co czułbym ja na  

10 

background image

jego  miejscu.  Nie  znam  go.  Nie  pokazali  żadnego  zdjęcia  z 
momentu  aresztowania.  Nie  wiem  też,  co  myśleli  ludzie  z 
brygady,  ale  przypuszczam,  że  otaczali  willę  skupieni  i  skru-
pulatni, przyczajeni jak myśliwi na porannym polowaniu.

 

Było to w dzielnicy willowej, tej, która powstała przed kil-

koma laty w południowej części N.: świeżo uzbrojone tereny, 
osiedle  o  wysokim  standardzie,  z  widokiem  na  rzekę  -  tutaj 
wszystko,  co  posiada  widok  na  rzekę,  kosztuje  drożej  -  wiel-
kie, dostatnie domy z balkonowymi oknami na modłę amery-
kańską,  bez  żadnego  stylu,  miejsca  do  barbecue  i  zagospoda-
rowane  tarasy,  trawniki,  żywopłoty  zaprojektowane  przez 
szkółkarzy, zagajniki brzóz i iglaków, drzew nieposiadających 
żadnej  botanicznej  racji  bytu  w  tym  regionie,  prezentujących 
czysto teoretyczne wyobrażenie o ogrodzie ludzi przybyłych z 
innych stron.

 

Zgodnie z prawem  musieli poczekać, zadzwonili do drzwi 

kilka minut po szóstej. Za kierownicą samochodu zaparkowa-
nego  na  sąsiedniej  ulicy  Massonneau  wpatrywał  się  w  ekran 
swojej  komórki.  Usłyszał  przejeżdżający  pociąg.  To  on  dał 
sygnał.  Wszystko  sprowadza  się  do  procedury.  -  Najważniej-
sze  w  takich  przypadkach  -  powiedział  -  jest  to,  żeby  się  po-
tem nie można było do niczego przyczepić.

 

O  szóstej  trzydzieści  akcja  była  zakończona,  przeprowa-

dzona  sprawnie,  skutecznie,  dyskretnie,  zanim  w  oknach  w 
dzielnicy  zapaliły  się  światła,  zanim  kobieta  w  szlafroku,  na 
wpół rozbudzona, z dzbankiem kawy  w dłoni zdążyła powie-
dzieć: - Coś takiego, żandarmi!

 

-   Przyznaję, że tego dnia byłem zadowolony - powiedział 

Massonneau.  -  Ten  jeden  raz,  kiedy  mieliśmy  rekwizycję  są-
dową, udało nam się pokazać, co potrafimy. Był pan przy tym

 

11 

background image

tak  samo  jak  ja.  Wie  pan,  jaka  panowała  atmosfera.  Był  pan 
świadkiem  wielu  rzeczy.  Skądinąd  podejrzewam,  że  powie-
dział pan znacznie mniej, niż pan wie, i to z przyczyny, której 
nie potrafię zgłębić. - Potem uśmiechnął się i pomyślałem, że 
znowu  mi  zaserwuje  jedną  z  tych  swoich  odzywek,  zda  się, 
bez  znaczenia,  ale  zmuszających  mnie  później  do  łamania 
sobie  głowy,  bo  można  je  różnie  rozumieć.  Jak  wszyscy  sa-
motnicy nie ufam słowom. Ale on powiedział tylko: - I pomy-
śleć, że mieliśmy to pod ręką!

 

To  prawda.  Wszystko  było  pod  ręką,  w  pewnym  sensie 

działo  się  na  naszych  oczach,  wystarczyło  mieć  je  otwarte. 
Restaurację  Złote  Okowy  dzieli  od  Brzeziny  niecały  kilometr 
w linii prostej. Ja zaś byłem w pobliżu i wiem sporo o tym, co 
stało  się  tamtego  wieczoru,  o  ciągu  kolejnych  zdarzeń,  które 
Massonneau  próbował  uporządkować,  jak  fragmenty  obrazu 
poskładać w jedną całość, pomiędzy restauracją Złote Okowy i 
groblami - jak tu nazywają długie piaszczyste nasypy ciągnące 
się wzdłuż brzegów Loary: bezpańskie, niezamieszkane tereny 
całkowicie zależne od rzeki; rodzaj no man's landu. 

Pamiętam  to  popołudnie  w  przeddzień  Wszystkich  Świę-

tych. Lało jak z cebra. Dochodziło wpół do szóstej, a muzeum 
jest zamykane o ósmej. W tygodniu to spokojna pora. Przyszło 
niewielu  zwiedzających.  Zwykle  kiedy  mam  dyżur,  czytam, 
ale  tego  dnia  z  powodu  deszczu  było  za  ciemno.  Czekałem. 
Przypuszczam,  że,  jak  często  w  takich  chwilach,  kiedy  nie 
mam  nic  specjalnego  do  roboty  w  godzinach  przestoju,  wpa-
trywałem się w drzwi.

 

12 

background image

Zobaczyłem ją, kiedy tylko weszła do sali, i od razu pomy-

ślałem, że mi kogoś przypomina: wysoka ciemnowłosa kobie-
ta, ubrana zbyt elegancko jak na tę porę dnia, ładna. Była sa-
ma.  Miała  pantofle  na  wysokich  obcasach,  z  pewnością  nie-
wygodne, i mokre włosy. 

Odniosłem wrażenie, że wraz z nią do sali wtargnął zapach 

wody.  Jak  prawie  wszyscy  zwiedzający  podeszła  prosto  do 
portretu  madame  de  Soigne.  Długo  mu  się  przyglądała.  Zau-
ważyłem,  że  podziwia  aksamit  sukni.  A  ponieważ  przeszka-
dzało jej sztuczne światło, przesunęła się wprawo, tak żeby nie 
widzieć odbicia w szkle, tylko pociągłą i bladą twarz odcina-
jącą  się  wyraźnie  od  ciemnego  tła.  Zobaczyłem  jej  profil.  I 
wtedy ją poznałem. Zatkało mnie. To była dziewczyna z Brze-
ziny.  Nieczęsto  widywano  ją  w  tych  stronach,  bo  po  śmierci 
krewnej nie miała już żadnej rodziny, chyba że jakichś kuzy-
nów.  Pamiętam,  że  pomyślałem:  ciekawe,  że  przyjechała  o 
takiej  porze  roku.  W  domu  z  pewnością  nie  ma  ogrzewania, 
musi być dość ponuro. Przypomniał mi się park, prawie już do 
reszty  zapuszczony,  pełen  młodych  dębów  i  ociekających 
deszczem  paproci.  I  przypomniałem  sobie  ją  sprzed  trzydzie-
stu lat, jadącą na rowerze. Przyjeżdżała tu na ferie wielkanoc-
ne i zostawała na całe lato. Chodziła do ostatniej klasy liceum 
Stanislas. 

Dlaczego, zawsze sama, spędzała tyle czasu u tej starej ko-

biety,  którą  nazywała  „ciocią”,  tego  nigdy  tak  naprawdę  się 
nie  dowiedzieliśmy.  Dziwna  to  była  rodzina.  Ludzie  sporo 
plotkowali. Mówiono, że jej ojciec pracował w Afryce, że jest 
córką konsula czy ambasadora. Co zresztą wydawało nam się 
trochę  bez  sensu;  „Ambasador”  to  była  nazwa  likieru  na  pla-
kacie reklamowym. Ale wszyscy z upodobaniem rozwijali ten 

 

13 

background image

wątek. Dzieciaki opowiadały o rzece Niger, o małpach, o kro-
kodylach;  inni  o  domu  pełnym  masek,  wielkim  jak  pałac, 
strzeżonym przez uzbrojonych mężczyzn. Takie pogłoski krą-
żyły  zwłaszcza  pod  koniec  szkoły.  Pobłażliwie  pozwalała 
ludziom gadać. Nigdy niczego nie dementowała. 

Są w życiu człowieka osoby symbolizujące całą epokę. Dla 

mnie  był  to  okres  moich  piętnastu,  szesnastu  lat.  W  każdą 
niedzielę jeździliśmy w stronę elektrowni, na wydmy. Pamię-
tam te niekończące się wiosenne wieczory; powietrze pachnia-
ło  białymi  kwiatami,  wierzbowymi  baziami,  papierosami, 
spalinami, tanimi perfumami. Maszyny wjeżdżały na ścieżkę i 
brały poślizgiem piaszczyste zakole, opadające ku rzece. Pra-
wie wszystkie były kupione w warsztacie Boularda, tym przy 
wyjeździe z N. Od tamtej pory wiele się w nim zmieniło. Zbu-
dowano halę. Wtedy była to zwykła szopa. Jak dziś pamiętam 
budynek  woniejący  smarem,  żółtą  muszlę  na  neonie  Sheila  i 
właściciela  w  zatłuszczonym  niebieskim  kombinezonie  leżą-
cego pod silnikiem przez cały boży dzień. Panował spory ruch. 
Warsztat  handlował  używanymi  pojazdami.  Najczęściej  gru-
chotami  kleconymi  chałupniczym  sposobem,  a  także  rurami 
wydechowymi. 

Było ciepło. O piątej po południu Loara pokrywa się odbi-

ciami  podłużnych  wysepek  barwy  ochry.  Niektóre  są  maleń-
kie,  nagie  jak  wnętrze  dłoni,  suche  jak  makaroniki,  ledwie 
wyłaniające  się  na  powierzchnię  łachy  piasku.  Najdłuższą 
porasta łąka,  las,  ukośne szpalery  wierzb. Wygląda jak  praw-
dziwy  ląd  na  otwartym  morzu,  nietknięty  ludzką  stopą.  Jej 
odbicie  w  wodzie  jest  tak  czyste,  że  wygląda,  jakby  stała  na 
małym postumencie.

 

Patrząc  na  nią  na  tle  tego  rozległego  horyzontu,  miało  się 

wrażenie odbycia podróży, przyjazdu z dalekich stron. Tak 

14 

background image

naprawdę wszyscy pochodziliśmy z N. lub okolic. W większo-
ści  byliśmy  uczniami  klas  technicznych  lub humanistycznych 
liceum Stanislas lub gimnazjum Edmonda Rostanda. 

Na  drogę  wjeżdżały  coraz  to  nowe  motorowery.  W  pew-

nym momencie piaszczysta ścieżka schodzi do miejsca poniżej 
zagajnika  młodych  topoli,  od  biedy  mogącego  uchodzić  za 
plażę. To był nasz punkt zborny. Latem, kiedy prażyło słońce, 
spuszczaliśmy  na  wodę  dwie  stare  łódki  i  pływaliśmy  nimi, 
przytrzymując się traw. W niedzielę w takiej dziurze jak ta nie 
bardzo jest co robić. Z wyjątkiem kawiarni Targowej wszystko 
jest  pozamykane.  Lata  bywają  bardzo  upalne.  Wczesnym  po-
południem  termometr  może  wskazywać  nawet  czterdzieści 
stopni.

 

W niektóre gorące dni dopływaliśmy łódką aż do najwięk-

szej wyspy, lecz zdarzało się to rzadko. Jedna z takich wypraw 
skończyła się źle, bo ludzie palili papierosy i zaprószyli ogień 
w zaroślach.

 

W każdą niedzielę przyjeżdżała też ona, z włosami opada-

jącymi  na  plecy,  zawsze  w  towarzystwie  jakiegoś  chłopaka, 
siedząc  za  nim  na  bagażniku.  Czasem  był  to  kuzyn,  ale  czę-
ściej  któryś  z  synów  miejscowych  sklepikarzy.  Raz  nawet 
zjawiła  się  z  facetem  z  wędrownego  cyrku.  Typowy  jarecki, 
miał  chyba  ze  trzydzieści  lat.  Odstawiał  akrobacje  czy  opro-
wadzał słonia; to nie miało znaczenia. Była dziewczyną, która 
lubiła  zmieniać  facetów,  a  wieczorami  chodzić  na  tańce  do 
Black  and  White.  Pewnie  pałętała  się  między  barakami  albo 
przystanęła - w tej swojej mini i z czarnymi jak węgiel oczami 
- przed jakąś klatką. Przejeżdża tędy sporo jarmarcznych arty-
stów. Wędrują z biegiem rzeki.  Zjawiają się na przełomie se-
zonów.  Na  obrzeżach  niemal  każdego  miasteczka  czekają 
przygotowane dla nich place, nad Loarą nie brak nieużytków.   

15 

background image

Podróżują  swoimi  wozami  gdzie  ich  oczy  poniosą,  razem  ze 
zwierzętami. Pamiętam tylko, że facet miał już swoje lata, był 
szczupły i wysoki, i że nie powierzyłbym mu własnego portfe-
la. Spędził z nami całe popołudnie, paląc, milcząc i wpatrując 
się w Loarę.

 

Pomyślałem:  ciekawe,  że  przyszła  właśnie  tutaj,  do  mu-

zeum.  Co  prawda  zmodernizowano  sale,  ale  przecież  same 
zbiory  musiała  dobrze  znać.  Muzea  nie  były  jej  działką.  Jej 
działką  było  raczej  wałęsanie  się.  Z  tym  czy  innym  chłopa-
kiem.  Takim,  którego  wybierała  z  powodu  jego  motoru  i  na 
którego  pół  roku  później  nawet  nie  spojrzała.  Była  piękna, 
trochę dziwna; to wystarczyło, żeby zapewnić jej powodzenie. 
Ja też przeżyłem z nią przygodę. Wszyscy  mniej lub bardziej 
przeżyliśmy. Miała wtedy chyba z siedemnaście lat; ja miałem 
piętnaście.  I  z  dnia  na  dzień  zostawiała  człowieka  bez  słowa 
wyjaśnienia. Marie-Hélène, teraz sobie przypomniałem: miała 
na imię Marie-Hélène. 

Ciekawe  też  (pomyślałem),  że  jest  sama.  Nie  pamiętałem 

już, co opowiadali ludzie. W Paryżu wyszła za mąż, ale krąży-
ły  jakieś  plotki  o  rozstaniu.  Mężem  też  się  pewnie  znudziła, 
ale w końcu co mnie to obchodzi. Ludzie, którzy wyjeżdżają... 
Z  początku  człowiek  się  interesuje,  przejawia  pewną  cieka-
wość. A potem ciekawość mija. Zmieniają się tematy. W tym 
czasie miałem inne sprawy na głowie. Kiedy wróciłem z Pary-
ża, ludzie też sporo plotkowali na mój temat. 

Nie  sądzę,  żeby  mnie  rozpoznała.  Minęło  ponad  dwadzie-

ścia lat, odkąd wyjechała. A w  muzeum noszę służbowy uni-
form.

 

Natomiast  ona  w  tym  kostiumie  i  pantoflach  na  wysokim 

obcasie wyglądała teraz na panią z miasta. Szczupła i wypro-
stowana. Kobieta jak z żurnala. Chociaż dzisiejsze żurnale to

 

16 

background image

już nie to co kiedyś. Tak sobie pomyślałem. Bez cienia hipo-
kryzji.  Pomyślałem  też,  że  między  nami  zawsze  istniał  dy-
stans. Dziewczyna taka jak ona była nie dla mnie. Zresztą być 
może dla nikogo. Dziwna dziewczyna. Nie wiadomo, co robiła 
całymi  dniami.  Czasami  w  szczerym  polu  znajdowało  się  jej 
rower  zostawiony  byle  jak,  na  ziemi,  bez  żadnego  zabezpie-
czenia;  a  późnym  wieczorem  przejeżdżała  przez  N.,  wracając 
od  bibliotekarki.  Już  z  daleka  słychać  było  szum  jej  dynama. 
Był  to  stary  rower,  pożyczony  od  ciotki,  pewnie  pamiętający 
jeszcze czasy wojny. W Brzezinie mieli wyłącznie antyki. Do 
dziś  pamiętam  ten  dychawiczny,  chrzęszczący  odgłos,  przy-
pominający  brzęczenie  owada.  W  miejscu,  gdzie  droga  się 
rozwidla, zjeżdżała z asfaltu, mijała ostatnią latarnię. 

Nie  można  powiedzieć,  żeby  traktowała  nas  z  góry,  lecz 

wyczuwało  się,  że jej  życie jest  gdzie  indziej,  że jest  Afryka, 
ten  dom  z  tarasem.  Mnie  też  o  tym  opowiadała.  Wszystkim 
nam było dane wysłuchanie jej wersji. Podejrzewam, że nigdy 
takiej samej, choć zawsze takie same, mające nam zaimpono-
wać,  były  jej  składniki:  upał,  baseny,  domy  w  rezydencjalnej 
dzielnicy, przyjęcia.

 

O nazwę miasta nie ma mnie co pytać. Wiem tylko tyle, że 

leżało nad rzeką i że pośrodku, w centrum tego, co nazywała 
dzielnicą  ambasad,  górując  nad  rzeką  i  portem,  stał  Grand 
Hotel z balkonami z dymnego szkła i z wytwornym barem, w 
którym  po  zapadnięciu  nocy  pary  tańczyły  w  skupieniu,  tea-
tralnie, tak jak w Europie dziś już nikt nie tańczy, różne dawne 
kawałki salonowe, tanga i walce; obracały się i drobiły, męż-
czyzna  sunąc  naprzód,  kobieta  cofając  się,  wtulona  w  jego 
tors. Cienie par wydłużały się aż po rozświetlony balkon.

 

17 

background image

Dziewczyna  obserwowała  je  z  tarasu  na  dachu  domu;  wi-

działa, jak się oddalają i wirują. Mówiła, że panował tam nie-
dorzeczny  zbytek,  że  windy  w  Grand  Hotelu  były  „wyłożone 
wężową  skórą”,  że  mężczyźni,  którzy  przychodzili  na  tańce, 
nie  byli  zbyt  obyczajni,  mężczyźni,  którzy  wieczorami  się 
nudzili, wojskowi, kupcy; a kobiety, nie wiedziała, w sobotnie 
wieczory  niektórym  towarzyszyli  mężowie,  w  inne  wieczory 
nieznajomi.  Była  to,  jak  przypuszczam,  jedna  z  tych  małych, 
wąskich  i  niespecjalnie  ciekawych  społeczności,  których  po-
wstawaniu  sprzyja  życie  na  obczyźnie,  posiadająca  swoich 
bohaterów, swoje skandale, swój nieco wyświechtany roman-
tyzm; wszystko to umysł nastolatki niepomiernie wyolbrzymił, 
ale  oczywiście  trudno  powiedzieć,  czyjej  opowieści  nie  były 
czystym  wymysłem.  Jak  ten  taras  na  dachu  domu,  na  którym 
służący rozwieszali bieliznę do wyschnięcia.

 

Zmieściłoby  się  na  nim  pranie  z  całego  hotelu,  taki  był 

wielki. Wieczorami, kiedy z tarasu obserwowała noc, słyszała 
głosy,  tak  nam  mówiła,  głosy  dobiegające  z  dołu,  z  podnóża 
murów, głosy mężczyzn spędzających noc na ulicy, żebraków, 
strażników, którzy pilnowali rezydencji białych. Niektórzy nie 
mieli  się  gdzie  podziać.  Tkwili  w  kucki  przy  bramach.  Nie 
rozumiała ich języka. Kiedy na dłuższą chwilę zapadała cisza, 
myślała, że zasnęli, ale głosy zawsze znów się odzywały. Cza-
sami były bardzo podniesione, jakby wybuchła sprzeczka. 

Mówiła, że jej także zdarzało się zasnąć na dworze, na ta-

rasie,  że  trzeba  było  uważać  na  zwierzęta,  ale  że  tamtejsze 
noce w niczym nie przypominały tutejszych - ten odgłos, kie-
dy  zapada  zmrok,  ludzie  w  ciemnościach,  wszyscy  ci  ludzie 
poruszający się pieszo po ulicach. 

Świateł jest tak niewiele, że kiedy widzi się miasto po zacho-

dzie słońca, sprawia wrażenie niewiele większego od wioski.

 

18 

background image

Mówiła,  że  upał  nigdy  nie  słabł,  że  tam  też,  tak  samo  jak 

tutaj,  nikt  jej  nie  pilnował,  że  robiła,  co  chciała,  że  nikt  jej 
nigdy nie pilnował, że była wolna. Ale nie była wcale bardziej 
wolna niż inni i tam,  gdzie teraz trafiła, też nie jest. Nie była 
bardziej wolna niż my, niż drzewa, kiedy opadają z nich narę-
cza liści. 

„Skoro  tak  tam  dobrze,  to  czemu  nie  zostaniesz  u  swoich 

rodziców?” - pytały zaczepnie dziewczyny. A inne: „Kim jest 
twój ojciec?”.

 

Nie  odpowiadała.  Z  nieprzeniknioną  miną  przykucała  na 

brzegu,  skręcając  w  palcach  kosmyk  włosów.  Odchodziła  na 
bok  i  zaczynała  czytać,  ale  pamiętam,  że  kiedy  Cyrille,  syn 
aptekarza, grał na gitarze, dołączała z powrotem do grupy. Nie 
sądzę, żeby się zbytnio przejmowała naszymi słowami. Zapo-
minała. Wpatrywała się w Loarę, marszczyła czoło.

 

Fiołkowe  barwy  wieczoru  nadawały  mroczne  odcienie 

drzewom  na  wyspie  naprzeciwko  i  ich  odbiciu  w  rzece.  Oko 
odruchowo  próbowało  dopasować  linie  do  splątanych  i  sko-
tłowanych  drzew  na  powierzchni  wody,  tak  jakbyśmy  wciąż 
starali się odwrócić bieg rzeki. Młodość stracona na odwraca-
niu biegu rzeki! (pomyślałem). 

Cyrille został kinezyterapeutą, ma gabinet na głównej ulicy 

w N.,  kiedy się widzimy,  mówimy sobie dzień dobry, ale już 
się  nie  spotykamy.  Był  marnym  gitarzystą,  zresztą  nikt  z  nas 
dobrze nie grał. Było to raczej brzdąkanie. Pamiętam piosenki 
Georges'a Moustaki, Ma liberté, Avec ma gueule de métcque, 
de Juif errant, de pàtre grec. 
Rzeka skrzyła się jak świetlisty 
przesmyk. Ci, którzy się kąpali, wycierali się potem we własne 
koszule.  Od  czasu  do  czasu  ktoś  z  grupy  wstawał,  przeciągał 
się, wsiadał na motorower. Inni ledwie na niego spojrzeli, bo

 

19 

background image

Cyrille  nadal  cicho  brzdąkał  na  gitarze;  z  drogi  dobiegał  nas 
hałas silnika. Było już prawie ciemno. 

Czasami,  kiedy  usłyszę  gitarę,  przypominają  mi  się  z  całą 

wyrazistością  te  wieczory  nad  Loarą.  Przypominam  sobie 
dokładnie i z poczuciem straty, jak to było: wilgoć, ciemne jak 
bukszpan drzewa, komary, które gryzły nas w szyję i w nogi.

 

Rodzice mówili: ciekawe, co tak wciąż porabiacie na tych 

groblach, wieczorami jest za wilgotno, to wyjątkowo niezdro-
we, tylko się potem nie skarżcie. Mówili też, że mamy cudow-
ne życie, beztroską młodość, nie to co oni, gdyby mogli mieć 
choć  jedną  czwartą  tego  co  my!  Nie  ma  wojny,  w  sklepach 
wszystkiego  pod  dostatkiem  i  tyle  czasu  jeszcze  przed  nami. 
Ale to nieprawda - w życiu nie ma się tak znów wiele czasu.

 

Patrzyłem na dziewczynę w sali muzeum i tak właśnie my-

ślałem:  w  życiu  nie  ma  się  tak  wiele  czasu.  Któregoś  dnia 
człowiek patrzy w lustro i myśli: no, no. Nie wie nawet, jak to 
wyrazić.

 

Widziałem,  jak  Marie-Hélène  wpatruje  się  w  białą  skórę 

pani  de  Soigne,  w  jej  krągłe  ramiona,  okryty  tiulem  dekolt, 
piękną  twarz  o  delikatnych  rysach,  w  pogrubione  odbicie 
przedstawione przez malarza w lustrze.

 

Potem  zatrzymała  się  przed  niewielkim  pejzażem  zatytu-

łowanym  Tivoli,  okolice  Rzymu.  Jest  to  bezpretensjonalne 
płótno  w  złoconej  drewnianej  ramie,  datowane  na  rok  1830. 
Światło  na  nim  jest  wyraziście  czyste,  niebieskie  niebo 
upstrzone  chmurami,  położenie  słońca  pieczołowicie  oddane 
kątem  padania  cieni.  Widać  tu  pola  opadające  ku  lśniącej 
wstążce rzeki; widać także budynki fabryczne, rodzaj okrągłej 
świątyni, w jednym z narożników pasterza grającego na flecie

 

20 

background image

oraz  dwie  małe,  wyraźne jak  u  Guardiego  postaci spokojnym 
krokiem  idące  przed  siebie.  Jest  wieczór.  Całość  starannie 
wykonana,  namalowana  z  duszą,  z  głębokim  umiłowaniem 
malarskiego  fachu.  Wyczuwa  się,  że  osoby  na  obrazie  space-
rują, ponieważ zelżał upał. Wyczuwa się również wszystkie te 
sprawy  innego,  bardziej  medytacyjnego  i  nostalgicznego  wy-
miaru,  towarzyszące  letnim  wieczorom,  to  ukłucie  w  sercu, 
które im towarzyszy. 

Pomyślałem:  letnie  wieczory,  i  od  razu  poczułem  owo 

szczególne  ukłucie.  Znów  ujrzałem  ją,  jadącą  na  rowerze  z 
charakterystycznym  poszumem  dynama,  cichym  wizgiem 
wyraźnie  słyszalnym  w  niemal  całkowitej  ciszy  drogi  (zakłó-
canej jedynie łagodnymi trelami ptaków). Wracała z  bibliote-
ki.  Bibliotekarka  była jedyną  dziewczyną,  z  którą  się  zaprzy-
jaźniła.  Albo  z  jednego  z  wesołych  miasteczek,  które  rozsta-
wiały się na błoniach - ponieważ zjawiały się latem, nazywano 
je  letnimi  wesołymi  miasteczkami  -  zawsze  z  tymi  samymi 
strzelnicami i tymi samymi automatycznymi samochodzikami 
i tą samą, na okrągło puszczaną piosenką Dave'a, wersją ame-
rykańskiego  standardu,  z  której  zapamiętałem  tylko  te  słowa: 
„Sam nie wiem, czemu moje życie przypomina pogorzelisko”. 

Słyszałem  bębnienie  deszczu  przypominające  dreptanie 

tłumu ludzi po szklanym dachu. Niżej struga wody z  rynny  z 
matowym i nieprzerwanym hałasem rozbijała się o próg. My-
ślałem  o  tych  letnich  miesiącach,  o  naszej  paczce.  Z  Cyril-
le'em  też  się  chyba  spotykała.  Pamiętam,  że  któregoś  dnia, 
ujrzawszy  jej  rower  oparty  w  przedsionku,  wycedził  przez 
zęby: „Latawica”, a kiedy facet używa takiego słowa, znaczy, 
że ma jakieś porachunki.  

Nagle  naszła  mnie  ochota,  żeby  wstać  i  oświadczyć  stoją-

cej obok kobiecie, która wniosła do muzeum zapach wody i

 

21

background image

wilgotnej ziemi: „Cyrille został kinezyterapeutą”, bo taka była 
prawda.  Bo  o  tym  właśnie  pomyślałem,  kiedy  ni  stąd,  ni  zo-
wąd  zobaczyłem  ją  tutaj,  po  trzydziestu  latach,  cudownie 
wskrzeszoną.  „Cyrille  został  kinezyterapeutą”.  Wstałbym  z 
krzesła w narożniku sali czwartej, gdzie zwiedzający podcho-
dzą  do  mnie  i  pytają  o  salę  Marqueta  albo  o  toaletę  -  wprost 
nie  do  uwierzenia,  ile  osób  w  ciągu  dnia  szuka  toalety.  Wy-
raźnie  pamiętam,  że  ogarnął  mnie  nagły  gniew.  Powiedział-
bym  jej:  oto  co  u  nas  słychać,  jeśli  chcesz  wiedzieć.  Anita 
wyszła za mąż i ma trójkę dzieci, które chodzą do Stanislasa. 
Ksiądz  Bureau  przeszedł  na  emeryturę.  Ronan,  któremu  ma-
rzyła  się  kapela  rockowa,  prowadzi  sklep  meblowy  na  obrze-
żach Angers. A ja wróciłem tutaj. Strażnik w  muzeum; praca 
w  archiwum,  pogadanki  dla  turystów  i  młodzieży  szkolnej. 
Niezbyt świetna kariera po studiach na Akademii Sztuk Pięk-
nych.  Do  tego  stopnia  nieświetna,  że  nie  chcesz  mnie  rozpo-
znać.  Syn  doktora  Lagarde'a.  Pamiętasz  doktora  Lagarde'a. 
Byłaś  u  niego,  przynajmniej  raz,  tego  dnia,  kiedy  spadłaś  z 
roweru.  Przypomnij  sobie,  Marie-Hélène!  To  ja  ci  otworzy-
łem.  Czasami  ojciec,  kiedy  nie  było  sekretarki,  prosił,  żebym 
wpuszczał  pacjentów.  Płakałaś.  Miałaś  zakrwawione  kolano. 
Facet,  z  którym  tego  dnia  byłaś,  nawet  na  mnie  nie  spojrzał. 
Nigdy  go  wcześniej  nie  widziałem  i  dałbym  głowę,  że  nie 
pochodził z N. Powiedział: „Przewróciła się”. 

Pamiętam, że poszedłem pierwszy korytarzem, otworzyłem 

drzwi  do  poczekalni.  Była  ciemna.  Niezależnie  od  pory  zaw-
sze  paliła  się  w  niej  lampa,  a  do  jednej  ze  ścian  przyklejony 
był  metr  ze  zwierzątkami  do  mierzenia  dzieci.  Najwyższym 
stopniem  podziałki  była  żyrafa.  Do  dziś,  kiedy  nie  mam  nic 
lepszego do roboty, zdarza mi się stawać pod tą ścianą i 

22 

background image

sprawdzać, o ile przerosłem żyrafę.

 

Facet  nie  usiadł.  Przez  cały  czas  stał  odwrócony  do  okna, 

wyraźnie  nieswój.  Płakałaś.  Ten  jeden  jedyny  raz  widziałem 
cię płaczącą, Marie-Hélène!

 

Raptem mój gniew opadł, bo odwróciła się i nie wydała mi 

się  wcale  arogancka,  przeciwnie,  wyglądała  zupełnie  jak  nie 
ona.  Twarz  miała  niespokojną,  zmęczoną,  twarz,  jakiej  nigdy 
u  niej  nie  widziałem.  Deszcz  z  niesłabnącą  gwałtownością 
bębnił  o  dach.  To  był  chyba  moment  największego  natężenia 
ulewy.  Zdawała  się  w  nią  wsłuchiwać.  Krople  ukośnymi  li-
niami  spływały  po  wysokich  oknach  balkonowych.  Miało  się 
wrażenie, że nigdy nie przestanie padać. W narożnikach two-
rzyły się wciąż nowe strużki, rozedrgane i oleiste, i zygzakami 
spływały po szybach. Ogarnęło mnie straszliwe zniechęcenie. 
Płótna  wiszące  na  ścianie  naprzeciwko,  ze  swoją  suchą  po-
wierzchnią, delikatnie naznaczone zębem czasu wydały mi się 
oderwanymi  skrawkami  rzeczywistości,  bez  związku  z  czym-
kolwiek, bez związku z emocjami, jakie wzbudzała we mnie ta 
żywa  kobieta,  bez  związku  z  tym,  co  na  dworze  spływało, 
smagało skupiskami drzew, szarpało nimi pośród wichury. 

Pomyślałem,  że  przyjechała  służbowo,  kobieta  aktywna, 

adwokatka,  przedstawicielka  kadr  jakiejś  paryskiej  firmy,  tak 
sobie  pomyślałem  na  widok  jej  stroju  (pamiętałem,  że  była 
dość  dobrą uczennicą).  Pomyślałem,  że  była  na  spotkaniu,  że 
wróciła  w  te  strony,  że  zostało  jej  trochę  wolnego  czasu  do 
odjazdu  pociągu.  Pamiętam,  że  tak  właśnie  pomyślałem:  ko-
bieta, która ma wolny czas. Stała tyłem do mnie, przed martwą 
naturą przedstawiającą miskę truskawek. Z miejsca, gdzie się 

 

23 

background image

znajdowałem,  mogłem  usłyszeć  jej  oddech.  Patrzyłem  na  jej 
nogi:  jedwab  pończoch  lekko  błyszczał,  ale  kostki  miała  za-
chlapane  błotem.  Musiała  przez  dłuższy  czas  maszerować 
brzegiem  rzeki,  drogą  pozbawioną  utwardzonej  nawierzchni, 
ale  przede  wszystkim,  oględnie  mówiąc,  nie  była  ubrana  na 
taką pogodę. Na nogach miała delikatne pantofle na wysokim 
obcasie,  zapięte  na  paseczek  -  eleganckie,  z  cienkiej  skórki, 
nieodpowiednie  na  to  dżdżyste  popołudnie.  Ten  szczegół 
upewnił mnie, że to ona. 

Napotkała moje spojrzenie, lecz nie okazała większego za-

interesowania, niż gdybym był meblem. Spojrzałem na swoje 
dłonie  oparte  na  kolanach;  wydały  mi  się  okropnie  długie. 
Dwa obce przedmioty. Uniosłem jedną i potarłem kark. Potem 
wstałem i zapaliłem światło.

 

Wyszła z sali czwartej, pewnie była teraz w głównym salo-

nie.  Nie  ruszyłem  się  z  miejsca.  Bezwiednie  nasłuchiwałem 
stukania  jej  obcasów  po  parkiecie.  Najpierw  cichnącego,  po-
tem nieco cięższego, kiedy wchodziła po schodach. Te sale są 
niesamowicie  akustyczne.  Serce  mi  waliło.  Próbowałem  się 
opanować.  Mówiłem  sobie:  nie  jesteś  już  dzieckiem.  Kilka 
minut później na piętrze zadzwoniła komórka. Usłyszałem nad 
głową kroki, czyjś głos i pomyślałem, że to pewnie Christiane, 
której  podlega  piętro,  zainterweniowała,  przypominając,  że  w 
muzeum korzystanie z telefonu komórkowego jest zabronione. 

Wyszła  chyba  koło  szóstej, jeśli  wierzyć  zapisowi  kamery 

monitoringu.

 

Właśnie  wtedy  przez  telefon  wewnętrzny  wezwał  mnie 

Morlaix z powodu jakiegoś problemu w magazynie. Muzeum 
w  N.  podlega  zarządowi  Muzeów  Francuskich.  Zostaliśmy 
zmuszeni do redukcji personelu. Na stale jest nas tylko czworo:

 

24 

background image

Morlaix  i  ja,  Christiane  obsługująca  kafeterię  oraz  konserwa-
tor, Pierre Gendron. Nie liczę tu Li, wietnamskiej sprzątaczki, 
która  od  dwudziestu  lat  pastuje  parkiety  i  odkurza  meble  z 
kolekcji, bo przychodzi tylko dwa razy w tygodniu. To kobie-
ta,  która  nigdy  się  nie  odzywa.  Z  nieprzeniknioną,  obojętną 
miną  Azjatki  przystępuje  do  odkurzania  ekspozycji  reprezen-
tującej styl Retour d'Egypte w głównym salonie. Nie zareago-
wałaby,  nawet  gdyby  ją  uszczypnąć.  Spojrzałaby  tylko  obra-
żonym,  lekko  wzgardliwym  wzrokiem.  Nie  chciałbym  przy-
sparzać  jej  kłopotów,  ale  mam  wrażenie,  że  zostawia  sporo 
kurzu.

 

Chcę powiedzieć, że był to zwykły dzień, więcej niż zwy-

kły.  Tyle  że  lało  jak  z  cebra.  Woda  hałaśliwie  spływała  nie-
przerwanym  potokiem.  Morlaix  powiedział:  „Sztormowa  po-
goda”,  jakbyśmy  byli  na  morzu.  Odparłem:  „Zaduszkowa 
pogoda”  albo  może  „Jesienna  słota”.  Morlaix  stwierdził,  że 
będą grzyby. Oprócz deszczu słychać było szum drukarki do-
biegający  z  gabinetu  konserwatora.  Pewnie  Gendron  przygo-
towywał wstęp do katalogu.

 

Powiedziałem:  -  Jestem  sam  na  sali.  Przyjdę,  ale  najpierw 

muszę zamknąć.

 

Morlaix  chwilę  milczał,  nie  odkładając  słuchawki.  Czeka-

łem.  W  kontaktach  z  nim  trzeba  zachować  cierpliwość,  bo 
mówienie  przychodzi  mu  z  trudem.  Podobne  zjawisko  obser-
wuję u siebie: żyjąc w otoczeniu obrazów, człowiek w końcu 
milknie;  żyje  głównie  spojrzeniem.  Gwoli  szczerości  muszę 
powiedzieć, że lubi też wypić. Odkryłem jego schowek: butel-
ki trzyma u siebie w gabinecie, w szafie za stertami dokumen-
tów.  Zwykłe  wino  stołowe,  ale  w  ilościach  zdolnych  powalić 
wołu.  Pije  od  południa,  samotnie.  I  ma  niezły  spust.  Prawie 
tego po nim nie widać. Tyle że w niektóre dni jest trochę 

 

25 

background image

przymulony. 

W  końcu  wymamrotał:  -  Co  do  polowania,  zobaczymy  w 

przyszłym tygodniu.

 

Powiedziałem: - Dobrze, zobaczymy.

 

Znowu milczenie.

 

W  duchu  stwierdziłem:  ma  już  dość.  Pomyślałem,  że  mu-

siał  wyżłopać  chyba  z  litr  i  ma  dobre  usprawiedliwienie,  bo 
taka  pogoda  nie  poprawia  nastroju.  Ja  też  miałem  już  dość  i 
nie chciało mi się wysilać. Milczałem. Słyszałem deszcz sma-
gający szyby. Na dworze zapaliły się latarnie. Jesienią szybko 
robi się ciemno.

 

Morlaix, który wciąż nie odkładał słuchawki, nagle się za-

śmiał:  -  Zające  nie  są  głupie.  Nie  ma  obaw,  żeby  wyściubiły 
nos na zewnątrz. Będą siedzieć w ciepełku swoich nor. W taki 
dzień jak ten wychodzą tylko szaleńcy.

 

A  jednak  dwie  godziny  później  wyszedłem.  Przestało  już 

tak  padać,  chwilami  deszcz  przechodził  w  zwykłą  mżawkę. 
Chciałem  pospacerować  po  groblach,  żeby  się  odprężyć. 
Mżawka jest męcząca, monotonna, ale jeśli człowiek się pod-
da, jesienią nie zostanie mu tu już nic do roboty. 

Musiałem pomóc w przenoszeniu skrzyń i ram do magazy-

nu i stąd ta lekka zadyszka, którą teraz odczuwam, tłumaczy-
łem  sobie.  W  duchu  powtarzałem:  paskudny  dzień.  W  takie 
dni wszystko idzie na opak.

 

Opuściłem  N.  i  przeszedłem  blisko  kilometr  poboczem 

szosy. Wiał porywisty wiatr i panowały nieprzeniknione ciem-
ności.  Myślę,  że  to  było  silniejsze  ode  mnie.  Drogą  biegnącą 
górą  grobli  doszedłem  aż  do  Brzeziny.  Chciałem  się  upewnić. 
Dom stał na końcu alei, w pewnym oddaleniu; podnóże ścian

 

26 

background image

zarastała  gęstwina  paproci.  Kilka  okiennic  od  strony  fasady 
było  otwartych.  W  dwóch  oknach  na  parterze  dostrzegłem 
między drzewami światło. Zrozumiałem, że się nie pomyliłem, 
że to naprawdę była ona, dziewczyna z Brzeziny. Pomyślałem: 
wróciła.  Pamiętam,  że  poczułem  dziwną  satysfakcję,  do  tego 
stopnia,  że  przemknęło  mi  przez  głowę:  a  gdybym  tak  za-
dzwonił.  Potem  pomyślałem:  a  jednak  się  zmieniła.  Trudno 
powiedzieć,  pod  jakim  względem.  Oczy  i  smukła  sylwetka 
pozostały takie same. Prawdę powiedziawszy, ja też w gruncie 
rzeczy bardzo się zmieniłem. Przede wszystkim od powrotu do 
N. straciłem sporo włosów. Staram się tego nie dostrzegać. Co 
jest o tyle łatwiejsze, że przerzedzona partia znajduje się z tyłu 
głowy. Lata (pomyślałem), wszystkie te lata... Próbowałem je 
policzyć,  dla  podsumowania,  lecz  było  to  jeszcze  trudniejsze 
niż niepewność. Zauważyłem, że wszelkie próby wyobrażenia 
sobie  czasu  kończą  się  fiaskiem;  myśl  nie  podsuwa  żadnego 
klarownego obrazu. 

Znów  naszła  mnie  refleksja,  jak  niewesoła  musi  być  sa-

motność, choćby tylko na czas jednego wieczoru, w tym wiel-
kim, zapuszczonym i od śmierci właścicielki tchnącym pustką 
domu. I to graniczącym z cmentarzem. Niektórzy w N. twier-
dzili,  że  nie  chcieliby  domu  takiego  jak  ten,  nawet  pięknego, 
ani tak ogromnego parku tuż obok bramy cmentarza. To dlate-
go dotąd nie został sprzedany. Inni mówili, że zmarli to nie to 
co uciążliwi sąsiedzi, a poza tym nie powstają z martwych. Z 
wyjątkiem Łazarza, zaznaczała babcia. W dodatku nie ma już 
tych,  którzy  o  tym  opowiadają,  i  nie  mogą  zaświadczyć!  I 
zawsze  te  same  żarty  o  długości  dzierżawy  i  spokoju  u  boku 
tych,  którzy  spoczęli  już  pod  ziemią.  Znam  te  rozmowy  na 
pamięć.  

Zwolniłem kroku. Kasztany w głównej alei straciły sporo 

27 

background image

liści,  pogłębiając  ogólne  wrażenie  zaniedbania  i  opuszczenia; 
taras  lśnił  jak  kałuża  wody.  Wnętrza  domu  nie  było  widać,  z 
wyjątkiem dwóch staroświeckich kloszy z opalizującego szkła 
w kształcie tulipana na środku sufitów, po jednym w każdym 
pomieszczeniu.  Dawały  posępne  dworcowe  światło,  żółte  i 
smętne. Kiedyś, pomyślałem, wisiały tam żyrandole. Żyrando-
le też pewnie sprzedali.

 

Dostrzegłem  blat  stolika  w  salonie,  ale  jej  nie  widziałem. 

Przypomniałem  sobie,  że  na  tyłach  domu,  od  strony  terenu 
opadającego  ku  rzece,  były  sypialnie.  Teraz  to  już  pewnie 
dziewiczy las.

 

Ruszyłem dalej w stronę elektrowni. Zaczęło znowu padać, 

ale  odblask  jasnego  piasku  ułatwiał  mi  orientację.  Szedłem 
wzdłuż ogrodzenia cmentarza, na który wiele rodzin przynio-
sło  już  chryzantemy.  Zwarte,  kędzierzawe  kule,  żółte  jak 
omlety.  Nigdy  nie  lubiłem  chryzantem.  W  blasku,  jaki  rozta-
czały  w  ciemnościach,  majaczyły  zarysy  granitowych  obmu-
rowań  i  piedestały  krzyży,  których  ramiona  pozostawały  jed-
nak  niewidoczne.  Podszedłem  do  bramy.  Słyszałem  krople 
wody  spadające  z  bezdźwięcznym  bębnieniem  na  granit,  z 
miękkim  stłumionym  odgłosem  na  gołą  ziemię.  Pomyślałem, 
że przy takiej pogodzie Loara się podniesie, że zaleje połowę 
wysepek. 

Było tak ciemno, że czarne stożki cyprysów wyglądały jak 

wessane w niebo. Jako dziecko zbierałem ich gumowate owo-
ce w kształcie grzechotek, opadłe w alejach, we wgłębieniach 
ziemi,  przypominające  zajęcze  bobki  na  wydmach  w  miej-
scach,  gdzie  piasek  jest  ciepły  i  miękki.  Pachniały  żywicą  i 
przywodziły  na  myśl  morze.  Napełniałem  kieszenie,  a  w  tym 
czasie  babcia  podlewała  cyklamen  na  grobie  dziadka  butelką 
po wodzie Evian. Dość dziwnie wyglądało to naczynie, 

28 

background image

przechowywane  za  krzyżem,  tym  dziwniej,  że  babcia  nigdy 
nie usunęła z niego etykiety; wyglądało niestosownie i święto-
kradczo. Uważała, że to bez znaczenia.

 

Babcia  miała  trudności  z  pochylaniem  się.  Chodzenie  po 

konewkę  i  napełnianie  jej  pod  kranem  przy  murze  (tym  bar-
dziej  że  grób  znajdował  się  po  przeciwnej  stronie  cmentarza) 
było dla niej zbyt męczące. Mówiła: „Kwiatki chcą pić. Podaj 
mi butelkę”. Czasami pozwalała, żebym sam podlewał. Byłem 
chłopcem  chętnym  do  pomocy  i  niehałaśliwym.  Podlewałem 
powoli,  starając  się  nie  zatopić  korzeni  cyklamenu,  dopóki 
ziemia w doniczce nie zrobiła się czarna.

 

Nie było mi jakoś specjalnie smutno, bo nie znałem dziad-

ka.  Umarł  piętnaście  lat  po  pierwszej  wojnie.  Spędził  długi 
czas  w  niewoli,  nie  wyjmował  z  ust  papierosa.  To  wszystko, 
co  o  nim  wiedziałem.  Na  ślubnej  fotografii  ma  cienkie,  pod-
kręcone  w  górę  wąsy  oraz  wygląd  człowieka  skrytego  i  nie-
śmiałego. Inne zdjęcia przedstawiają go zawsze z papierosem; 
przypuszczam, że rzadko się odzywał, że od powrotu z niewoli 
nie  odczuwał  już  potrzeby  mówienia.  Palenie  stało  się  jego 
sposobem istnienia, lakonicznym przekazem, że jeszcze oddy-
cha,  ale  na  temat  doczesnego  życia  odmawiał  już  wszelkiego 
komentarza.

 

Umarł  na  raka,  babcia  jednak  była  przeświadczona,  że  na 

gruźlicę. Kazała spalić ich łóżko - jej własne łóżko - i na znak 
żałoby pofarbowała na czarno w bębnie pralki wszystkie ubra-
nia swoich dzieci. Był to gest niemądry i melodramatyczny, o 
którym  często  opowiadała,  w  stylu  hinduskiej  wdowy,  ale 
myślę, że szczerze opłakiwała dziadka.

 

Kładła  mi  dłoń  na  głowie  w  miejscu,  które  dziś  omijam  z 

powodu lekkiej łysiny, i mówiła: „Pomódl się. Ucieszyłby się,

 

29 

background image

że  cię  widzi,  nie  rozwodziłby  się  nad  tym,  no  chyba  że  się 
zmienił,  ale  jestem  pewna,  że  byłby  zadowolony.  Biedaczek, 
tak niewiele w życiu zaznał szczęścia”.

 

Kończyliśmy podlewanie i ruszaliśmy alejką ku bramie po-

łudniowej,  wychodzącej  na  Loarę.  Główna  aleja  była  piasz-
czysta, z obu stron otoczona starymi grobami; znajdowała się 
tu  kwatera  zmarłych  dzieci  i  kwatera  dawnych  proboszczów 
parafii.

 

Naprzeciwko  nas  lśniła  Loara.  Nieraz  wieczorami  rzeka 

zdawała  się  płynąć  wolniej,  stawała  się  spokojna  jak  staw. 
Gałęzie  wierzb  falowały  w  wodzie  miękko  jak  algi.  Babcia 
mówiła,  że  stąd,  z  tej  strony  cmentarza,  widok  jest  najpięk-
niejszy, bo rzeka rozlewa się jak wielkie jezioro, a naprzeciw-
ko widać tylko jasną lagunę wyspy. „Swoją drogą to dziwne - 
wzdychała - żeby najlepszy punkt widokowy zostawiać zmar-
łym! Niektórych rzeczy zupełnie nie rozumiem”. 

Wracaliśmy znad rzeki do głównej drogi ścieżką oddziela-

jącą  cmentarz  od  Brzeziny,  która  między  murami  tworzyła 
korytarz tak wąski, że nie zmieściłyby się na niej dwie osoby 
idące  obok.  Mury  po  obu  stronach  są  wysokie,  mniej  więcej 
wzrostu  człowieka.  Miejsca  wystarcza  na  jednego  człowieka, 
ewentualnie rower. Pamiętam,  że w późniejszym okresie czę-
sto  spotykałem  tu  dziewczynę  z  Brzeziny.  Dla  niej  to  była 
droga  na  skróty.  Znowu  ją  widzę:  rozpuszczone  włosy,  gołe 
nogi  i  ramiona,  zdyszana,  z  czerwonym  winylowym  pleca-
kiem,  w  którym  nosiła  rzeczy  na  basen  i  którego  markę: 
Lafuma,  do  dziś  pamiętam.  Nie  bardzo  wiem,  co  robiła,  zo-
stawiona  całkowicie  samopas.  Spotykała  się  na  tej  ścieżce,  z 
kim chciała, bez jakiejkolwiek kontroli ze strony „ciotki”. 

Kasztany  w  Brzezinie  były  tak  wysokie  i  tak  gęsto  ulist-

nione, że słońce nie docierało do żwirowanej alei. Park tonął 

 

30 

background image

w  milczącym,  gęstym  i  lekko  wilgotnym  cieniu,  tymczasem 
niebo  nad  nimi  zachowywało  błękit  jasnej  porcelany,  letnie 
niebo, w które wzbijały się obłoki pary z kominów elektrowni 
na drugim brzegu rzeki. Kontrast ten wzbudzał we mnie jakieś 
nieokreślone  przeczucie,  a  może  tylko  myśl  o  tym  szczęściu, 
którego nie miał mój dziadek.

 

Dom był prawie niewidoczny. Wszystko zasłaniały drzewa. 

Pamiętam dwa wysokie ceglane kominy podparte metalowymi 
krzyżakami. Przy bramie rosły rozłożyste ciemne krzewy. Tu i 
ówdzie jaśniała  plama  róży  wplątanej  kolczastą  łodygą  w  gę-
ste zarośla jeżyn.

 

Od tamtej pory nieraz w muzeach, które często odwiedza-

łem  popołudniami,  jakiś  obraz  przenosił  mnie  z  powrotem  w 
to miejsce: z powodu pewnej charakterystycznej gry światła i 
cienia, z powodu jakiegoś widoku, a czasem po prostu ścieżki 
biegnącej pod murem. Wiele moich ulubionych obrazów prze-
nosi  mnie  z  powrotem  tutaj,  na  tę  wąską  ścieżkę  biegnącą 
wzdłuż  cmentarza,  którą  z  powodu  wspomnień  już  prawie 
nigdy nie chodzę. Znowu widzę nas dwoje na obrzeżu ogrom-
nego  posępnego  cienia,  rzucanego  przez  kasztany  aż  poza 
obręb muru i kreślącego na ziemi zimne kształty; babcia niesie 
zwiędłe mieczyki, które wyjęła z wazonu, machinalnie podno-
sząc i łamiąc ich oklapłe łodygi, ja zaś ciągnę po piasku pod-
niesiony po drodze kijek, z tą nutką delikatnego smutku, draż-
liwością  nieśmiałego,  zawsze  czujnego  dziecka,  która  mnie 
nigdy nie opuściła.

 

Na błoniach często rozstawiały się wesołe miasteczka. Sta-

ły  dwie-trzy  przyczepy  mieszkalne,  na  sznurkach  suszyło  się 
pranie. 

Między  wbitymi  w  ziemię  palikami,  oznaczającymi  bram-

ki, dzieciaki grały w piłkę. Kiedy któreś z tych dzieci na mnie

 

31 

background image

spojrzało, odwracałem wzrok. „Chcesz z nimi zostać? - pytała 
babcia.  -  Ci  tutaj  niczym  się  nie  przejmują.  Żyją,  jak  im  się 
podoba. Cały zachód słońca mają tylko dla siebie. Takiej prze-
strzeni nawet bogacz by im pozazdrościł”. 

Później - dużo później - odwiedzałem ją w niektóre soboty 

w domu starców; na podłodze leżało linoleum. Przyjeżdżałem 
niezbyt  często, bo  samo  miejsce przyprawiało  mnie  o  nerwo-
wość. Pamiętam, że zawsze, kiedy otwierały się drzwi windy, 
tylko  czekałem,  jak  zobaczę  jakiegoś  starca  z  kompresem  na 
oku  albo  z  kroplówką.  Nienawidziłem  kompresów;  byłem 
pewny, że pod nimi są dziury. Czasami w ogóle się nie odzy-
waliśmy.  Ja  siedziałem  na  łóżku,  ona  na  jedynym  w  pokoju 
krześle i razem oglądaliśmy telewizję w odbiorniku wielkości 
skrzynki opatrunkowej, zawieszonym w górze jak w pokojach 
hotelowych.  Oglądaliśmy  sobotni  program  rozrywkowy.  Kie-
dy  się  z  nią  żegnałem,  podchodziła  do  okna;  była  zawsze  w 
bamboszach, bo miała zdeformowane stopy; stała tak z czołem 
opartym o szybę jeszcze długo po moim odjeździe; pielęgniar-
ki  mówiły,  że  nigdy  nie  pomyślała  nawet,  żeby  wrócić  na 
krzesło.

 

Wciąż tkwiłem przed cmentarzem. Wokół mnie w ciemno-

ściach  nocy  bezgłośnie  padał  deszcz.  Chwilami  wiatr  się 
wzmagał i niemal poziomo zacinał mnie w szyję.

 

Zatrzymałem się pod samą bramą. Nie potrafię powiedzieć, 

ile czasu tak stałem. Wystarczająco długo, żeby deszcz całkowi-
cie przemoczył mi kołnierz. Wpatrywałem się w ociekające wodą 
płyty  na  grobach,  ledwie  wystające  znad  ziemi,  dziwnie  roz-
świetlone kwiatami, zwłaszcza niektóre marmurowe grobowce. 

32 

background image

Stałem tu, bo przypomniała mi się babcia, przypomniał mi się 
żywiczny  zapach  cyprysów  (czułem  go  w  tym  wilgotnym 
powietrzu)  i  pomyślałem  o  jego  małych  gumowatych  owo-
cach, trochę kleistych, rozrzuconych jak zajęcze bobki na wy-
dmach,  o  butelce  po  wodzie  Evian,  wciąż  chowanej  za  krzy-
żem - sprzęt pozostał ten sam - i o dziewczynie z Brzeziny.

 

Powiedziałem sobie: koło się zamknęło.

 

Wyżej  na  wzniesieniu  hotel  Złote  Okowy  był  rzęsiście 

oświetlony.  Widziałem  wielką  błyszczącą  szybę  jadalni  z  pa-
noramicznym  widokiem,  litery  na  szyldzie.  Drzewa  na  stoku 
rzucały wyolbrzymione cienie swych gałęzi aż po drogę, aż po 
miejsce,  w  którym  tablica odblaskowa  wskazuje  wjazd  do  N. 
W  żółtym  świetle  spadały  na  ziemię  liście  i  strugi  deszczu. 
Dochodziła już chyba dziewiąta.

 

Było Halloween i w Złotych Okowach wzdłuż całej szyby 

restauracji rozstawiono wydrążone dynie z żarówkami w środ-
ku. Wyglądały jak śmiejące się czaszki.

 

Poszedłem dalej. N. zostawało w tyle za mną, zbliżałem się 

coraz  bardziej  do  elektrowni.  Droga  jest  długa  i  pusta.  Za 
cmentarzem są już tylko pola, zaś w kierunku rzeki, wsparty o 
nasyp grobli, rozciąga się dziki obszar nadrzecznych chaszczy, 
pokryty pojedynczymi skupiskami jesionów i wierzb, niewiel-
kimi  pólkami  uprawnymi,  szopami,  w  których  drzemią  stare 
konie pociągowe i osły. Mżawka ustała, ale wiatr wciąż szar-
pał gałęzie, strącając kropelki wody. 

Massonneau  uważa,  że  to  właśnie  w  tym  miejscu  spotkał 

mnie  tamten  mężczyzna.  Musiałem  przejść  obok  jego  samo-
chodu ze zgaszonymi światłami, ukrytego wśród drzew zagaj-
nika,  i  go  nie  zauważyć.  Gdzieś  w  połowie  drogi,  po  prawej 
stronie,  stoi  szopa,  z  której  korzystają  myśliwi;  pamiętam,  że 
rozpoznałem jej ciemny kształt, drewniany dach i pomyślałem,

 

33 

background image

że  będę  mógł  schronić  się  w  środku,  gdyby  zaczęło  bardziej 
padać.

 

On  zbliżał  się  do  kwadratów  posępnego  światła  z  okien; 

pewnie  wysiadł  z  samochodu,  kiedy  ustała  ulewa,  i  przeszedł 
w odległości jakichś trzydziestu metrów ode mnie. Nie więcej 
niż trzydziestu. Możliwe, że mnie dostrzegł. Prawdopodobnie 
wtedy, gdy zatrzymałem się przed cmentarzem lub kiedy tkwi-
łem pod bramą. On też z pewnością wiedział, że kobieta jest w 
domu. 

Zostawiając z prawej strony aleję, przeciął na ukos dawny 

trawnik  i  musiał  poczuć, jak  mokre  paprocie  zaczepiają  się  o 
mankiety jego spodni. O park nikt już nie dbał. Z lewej strony, 
tej,  od  której  posiadłość  graniczy  z  terenami  niezabudowany-
mi,  kilkumetrowy  fragment  kamiennego  muru  zawalił  się  i 
nigdy nie został naprawiony. Powstały wyłom zarastały jeżyny 
pokryte warstwą opadłych liści. Przejście przez tę część muru 
wydaje  się  dość  łatwe,  co też  powiedziałem  Massonneau.  On 
jednak  utrzymuje,  że  zważywszy  miejsce,  w  którym  zostawił 
samochód,  mężczyzna  nie  dostał  się  tamtędy.  Przyszedł  za 
mną,  tą  samą  drogą.  Możliwe,  zgodziłem  się.  Powtórzyłem 
nawet:  więcej  niż  możliwe.  W  taką  parszywą  pogodę  dwóch 
mężczyzn  mogło  z  powodzeniem  minąć  się  i  nie  zauważyć, 
kierując się, jak to mężczyźni, odmiennymi bądź identycznymi 
pragnieniami, usiłując z powodów odmiennych bądź identycz-
nych zbliżyć się do tej samej kobiety. Nie powiedziałem tego 
Massonneau.  Tylko  znowu  przypomniały  mi  się  światła  w 
parku. 

Przy wyjeździe z N. oświetlenie miejskie się kończy. Dro-

ga biegnąca prostopadle do grobli jest w tym miejscu ciemna. 
Tylko z drugiego brzegu Loary odbija się niewyraźnie w rzece 

34 

background image

krąg  pomarańczowego  światła  nad  punktem  opłat  przy  auto-
stradzie  do  Paryża,  tej,  która  biegnie  przez  las.  Samochodów 
było  niewiele;  przejeżdżały  szybko  i  z  miejsca,  w  którym  się 
znajdowałem,  z  płaskiego  brzegu,  mogłem  je  śledzić  wzro-
kiem,  w  świetle  reflektorów,  dwóch  wąskich  stożków  świetl-
nych, trochę rozmazanych, poprzedzających niewidoczną ma-
sę pojazdu. Na mokrej szosie odbicia sięgały nieco dalej niż w 
suche dni.

 

Zamyślony szedłem dalej. To już dziesięć lat, odkąd wróci-

łem,  od  kiedy  z  powrotem  zamieszkałem  w  N.  Albo-albo, 
takie były słowa ojca, kiedy do mnie zadzwonił. Od razu roz-
poznałem ten głos energiczny, poirytowany. Ojciec, dzwoniąc 
do  mnie,  zawsze  był  lekko  rozdrażniony.  Powiedział:  „Mam 
się  spotkać  z  sekretarzem  merostwa.  W  muzeum  Dorlémonta 
jest posada: pogadanki i praca w archiwach. Najpierw na okres 
próbny.  Ale  regularnie  płacą  i  będziesz  miał  jeden  wolny 
dzień,  środę.  Będziesz  oprowadzał  grupy  zwiedzających.  Bę-
dziesz  mógł  malować.  Mam  na  oku  pewną  starą  stodołę  w 
Caves.  Tam  byś  sobie  urządził  pracownię.  Złożył  swoje  kla-
moty. Nie możesz tak dłużej żyć, biedować i nic nie sprzeda-
wać. Nawet pracując, będziesz miał dużo czasu. Sam wiesz, że 
tutaj  czas  inaczej  płynie.  Powiedziałem,  że  jesteś  zaintereso-
wany. Marnier będzie naciskał konserwatora. Ma swoje argu-
menty.  Za  trzy  lata  nie  będę  mógł  już  nic  dla  ciebie  zrobić. 
Zakładam, że nie chcesz skończyć pod mostem. Zdecyduj się”. 

Zdecydowałem się. Tak naprawdę nie miałem wyboru. Nie 

wiem, co takiego Marnier powiedział Gendronowi, ale zadzia-
łało. A ojciec dotrzymał słowa w sprawie Caves. To musiało 

35 

background image

być  najtańsze,  co  znalazł,  miejsce  wilgotne  i  na  uboczu,  w 
połowie  grobli,  dość  ponure.  Sam  nieraz  opowiadał,  jak  to 
pewnej  nocy,  kiedy  wracał  z  dyżuru  w  szpitalu,  jacyś  męż-
czyźni na szosie, machając latarkami, próbowali go zatrzymać. 
A na poboczu stał w poprzek samochód ze zgaszonymi świa-
tłami. Ojciec był pewny, że w środku siedziało kilka osób.

 

Zważywszy  moje  położenie,  nie  bardzo  mogłem  wybrzy-

dzać, a samo miejsce okazało się wygodne. W przerwie obia-
dowej  lub  wieczorem  po  pracy  mogłem  przychodzić  z  mu-
zeum do szopy i dopracowywać płótna.

 

Muzeum Charles'a Dorlémonta mieści się na obrzeżach N., 

tuż  za  tablicą  z  nazwą  miasta,  w  dawnej  posiadłości,  którą 
kolekcjoner  zapisał  miastu.  W  dziewiętnastym  wieku  była  to 
elegancka  rezydencja,  jeden  z  tych  wiejskich  domów,  które 
wznoszono  na  tym  brzegu  rzeki,  pięknie  usytuowanych,  z 
podjazdem, z malowidłami na plafonach i zimowym ogrodem 
na  planie  rotundy.  Kiedyś,  za  czasów  świetności,  Brzezina 
musiała  wyglądać  podobnie.  Wielkiej  urody  park  został  po-
mniejszony o miejski ogród i linię szosy. 

W środku pomieszczenia są bardzo wysokie, bardzo widne 

i  dość  chłodne; rozkład  budynku  został  tak  wiernie  zachowa-
ny,  że  muzeum,  oprócz  zbiorów,  oferuje  zwiedzającym  moż-
liwość  obejrzenia  wnętrza  mieszkalnego  w  oryginalnym  sta-
nie. Odkupiono meble i odnowiono tapiserie. 

W  oszklonych  mahoniowych  gablotach  neseser  z  przybo-

rami  do  szycia,  kilka  par  sznurowanych  bucików,  wachlarze 
stanowią pamiątkę po Clarze Dorlémont i jej dwóch córkach. 
Ich  portrety  umieszczone  po  obu  stronach  kominka  przypisy-
wane  są  miejscowemu  malarzowi,  który  jest  także  autorem 
licznych widoczków z N. wiszących w małym korytarzu

 

36 

background image

 (zwłaszcza  mostu  na  Loarze,  bukszpanowej  alei  dawnej  ple-
banii,  ogrodu  różanego  w  parku  Garniera).  Po  lewej  stronie 
Clara,  już  starsza,  w  plisowanym  gorsecie  z  ciemnej  tafty 
(przeżyła męża o blisko dwadzieścia lat); po prawej Madeleine 
w balowej sukni, opierająca urękawicznioną dłoń na stoliku, w 
dość typowej pozie. W oszklonej gablocie znajduje się orygi-
nał  wachlarza,  chińskie  cacko  z  drewna  powleczonego  laką. 
Portrety,  oba  przedstawiające  postaci  do  pasa  i  na  ciemnym 
tle,  reprezentują  rzetelną  robotę  malarską.  Od  czasu  objęcia 
posady  w  muzeum  sporządziłem  na  temat  owego  malarza  i 
jego  prac  wiele  notek  do  katalogu  ogólnego.  Warto  przyjść 
również  dla  innych  obrazów;  na  piętrze  wisi  jeden  Marquet, 
niedawny nabytek, kilku pomniejszych impresjonistów, kąpią-
ca  się  kobieta  Bonnarda,  Madame  de  Soigne  pędzla  ucznia 
Ingres'a,  a  na  parterze,  w  sali  na  końcu  korytarza  flamandzki 
anonim  przedstawiający  narodziny  Chrystusa:  blada  i  chuda 
Matka  Boska  o  cienkich  włosach  trzyma  na  kolanach  Dzie-
ciątko;  z  jednej  strony  dwóch  ewangelistów,  z  drugiej  anioł 
dzierżący  proporczyk.  To  obiekt  wielkiej  wartości  -  już  on 
sam  uzasadnia  system  alarmowy  łączący  nas  z  posterunkiem 
żandarmerii.

 

Ten brzeg rzeki mniej się zmienił. Statki opływające wyspę 

od  strony  muzeum  jak  dawniej  mijają  nadrzeczne  nieużytki, 
ruiny  starego  gołębnika,  zamknięte  okiennice  na  fasadzie 
Brzeziny, całkowicie zasłoniętej gąszczem glicynii - fasada ta 
z powodu zaniedbania parku, wiosennych bzów, jak również z 
powodu  kobiecych  popiersi  stojących  na  kolumnach,  których 
uśmiechnięte twarze zdają się wyzierać spośród drzew,  ma w 
sobie  coś  z  włoskich  willi  znad  jeziora  Garda.  Potem  mijają 
kryty niegładzonym tynkiem mur cmentarza.

 

37 

background image

Ale tuż za zakolem, na drugim brzegu, niecałe dwa kilome-

try  dalej,  widać  teraz  dwa  kominy  elektrowni.  Jej  budowa 
przed  trzydziestoma  laty  spotkała  się  początkowo  z  silnym 
sprzeciwem;  aktywiści  rozdawali  ludziom  ulotki  opatrzone 
trupią czaszką. Byłem jeszcze mały i te naiwne symbole koja-
rzyły  mi  się  z  banderami  korsarzy.  Wielu  ludzi  podpisywało 
petycje, czuło się zaangażowanych w sprawę; były manifesta-
cje,  barykady  na  szosie,  transparenty  z  napisem  „Oszpecona 
Loara”. Sprawa trafiła aż do prefektury. Dziś tamto poruszenie 
wydaje  się  odległe.  Przepowiadano  katastrofy,  ale  nic  z  tego, 
czego  się  obawiano,  się  nie  stało.  W  Loarze  nadal  pływają 
szczupaki,  kaczki.  Jak  mawiają  ludzie: są różne  za  i  przeciw. 
Elektrownia  potrzebuje  wody.  Gdzieś  ją  trzeba  ulokować. 
Takie  decyzje  nas  przerastają.  Mieszkańcy  N.  są  fatalistami. 
Godzą się z tym, czego nie mogą uniknąć. Wiedzą, że w dzi-
siejszych czasach rzeka nie może pozostawać bezużyteczna, w 
stanie dzikim. Ot, płynąć, żeby płynąć. 

Oczywiście  w  niektóre  piękne  dni,  po  południu,  kiedy 

brzeg  spokojnie  okupują  eszelony  wędkarzy,  a  w  ogrodach 
kwitną  bzy  i  kaliny,  trudno  powiedzieć,  żeby  nie  odczuwało 
się pewnego niepokoju, uczucia tak bolesnego i dojmującego, 
że  nie  może  trwać  długo,  dokładnie  takiego,  jakiego  doznaje 
się  w  chwili  największego  szczęścia,  kiedy  człowiek  uświa-
damia  sobie  upływ  czasu.  Przypomina  sobie  elektrownię,  to 
nieustannie  studzone  gorąco,  tę  parę,  która  z  zewnątrz  tym, 
którzy  są  niezorientowani,  którzy  zjeżdżają  z  autostrady  pa-
sem wolnego ruchu, jawi się jako wielka biała chmura, spiral-
na  i  pionowa.  Zwykła  para  wodna,  twierdzą,  niebędąca  żad-
nym  zagrożeniem  dla  środowiska.  Opowiada  się  nam  tyle 
różnych historii. 

38 

background image

Człowiek stwierdza, że nie ma zielonego pojęcia, czym od-

dycha, powracają do niego słowa, których nie rozumie, wzbu-
dzające strach: „promieniowanie”, „radioaktywność”, nie wie, 
czym  nasiąkły  ryby,  czym  ociekają  dzioby  kaczek.  Możliwe, 
że  wewnątrz  nas,  bez  naszej  wiedzy,  niepostrzeżenie,  niewy-
czuwalnie jak proces starzenia się, postępuje rozkład. 

O tym myślałem tamtego wieczoru, kiedy za zakrętem dro-

gi  pojawiły  się jasno  oświetlone  kominy  elektrowni. Są  gład-
kie, bez żadnych chropowatości, kształtem przypominają dwie 
urny.  Za  nimi  wznosi  się  prostokątna  budowla,  masywna  jak 
zbożowy  silos,  prawdopodobnie  służąca  jako  magazyn. 
Umieszczone  na  balustradach  projektory  dzielą  cały  teren  na 
kwadraty. Wygląda to jak pejzaż dziwnego miasta, pozbawio-
nego mieszkańców. Wjazd jest od szosy; od strony Loary nie 
ma  żadnego  dostępu.  Budka  wartownicza  sprawia  wrażenie 
pustej. Nie wiem, gdzie się podziali strażnicy.

 

Tyle  dobrego,  że  kompleks  oświetla  ten  nieuczęszczany 

odcinek  drogi.  Skorzystałem  z  tego.  Owego  wieczoru  niepo-
strzeżenie  zawędrowałem  naprawdę  daleko.  Chwilami  ulewa 
się nasilała. Biała para przez cały czas wzbijała się w górę, ale 
silny deszcz i zasłona mgły lekko ją spłaszczały.

 

Dochodząc  do  miejsca,  z  którego  widać  było  elektrownię, 

pomyślałem,  że  mógłbym  zatelefonować  do  Brzeziny  z  ko-
mórki. Nie robiłem sobie wielkich złudzeń. Dom od dawna był 
niezamieszkany,  linia  telefoniczna  przypuszczalnie  została 
odcięta, abonament anulowano. Niemniej obiecałem sobie, że 
jak  tylko  wrócę  do  domu,  poszukam  w  książce  telefonicznej. 
Kiedyś, gdy mieszkałem w Paryżu, zdarzało mi się dzwonić z 
mojego  pokoiku  na  mansardzie  do  kobiety  z  sąsiedniego  do-
mu. Podobała mi się. Nie znałem jej; jasnowłosa i wyniosła

 

39 

background image

kobieta, którą niekiedy spotykałem w pobliskich sklepach. Na 
podstawie nazwiska ze skrzynki na listy udało mi się znaleźć 
w  książce  telefonicznej  jej  numer.  Dzwoniłem  wiele  razy, 
tylko  po  to,  żeby  usłyszeć  jej  głos.  Odbierała  szybko,  po 
dwóch trzech sygnałach. „Halo? Kto mówi?” - pytał głos. Nie 
odpowiadałem. Nie dzwoniłem wieczorem, tylko popołudnia-
mi,  podczas  bezczynnych  godzin.  Nigdy  się  nie  przedstawia-
łem.  Podawałem  pierwszy  lepszy  pretekst  lub  zmyślony  nu-
mer.

 

„To  pomyłka”,  mówił  głos.  Ale  czułem,  że  jest  spokojna. 

Wyczuwałem  to  po  jej  -  od  razu  większej  -  przychylności. 
Wystarczyło,  że  podawałem  fałszywy  numer,  ciąg  oderwa-
nych  cyfr.  „Faktycznie,  pomyłka  -  mówiłem  -  bardzo  panią 
przepraszam”.

 

Mogłem  zadzwonić  do  Brzeziny.  Bóg  jeden  wie,  jak  bar-

dzo żałuję, że tamtego wieczoru tego nie zrobiłem. Nie pamię-
tałem jej głosu. Ale myślę, że natychmiast bym go rozpoznał. 

Mogłem  powiedzieć,  że  jestem  dwa  kroki  od  bramy,  na 

ścieżce.  Pewnie  powiedziałbym:  „Tu  syn  doktora  Lagarde'a”. 
W pierwszym okresie mojego pobytu w Paryżu jej też szuka-
łem w książce telefonicznej. Ale nie znalazłem - lub też figu-
rowała pod innym nazwiskiem, nazwiskiem mężczyzny, który 
został jej mężem.

 

Tak  było  na  początku. Minęło sześć  miesięcy  i  zapomnia-

łem.  Związałem  się  ze  studentką  filologii,  Isabelle;  poznałem 
ją  w  barze  w  Dzielnicy  Łacińskiej,  gdzie  przychodziła  przej-
rzeć  notatki  z  wykładów.  Była  taką  dziewczyną,  która  nie 
onieśmielała  mnie;  drobna,  zamknięta  w  sobie,  dość  łatwo 
było  ją  poderwać.  Codziennie  wieczorem  uczęszczała  na  lek-
cje tańca. Często przychodziłem do studia, w którym się uczyła, 
i na nią czekałem. A że zjawiałem się przed czasem i nie bardzo 

40 

background image

miałem  się  czym  zająć,  przez  sporą  część  lekcji  siedziałem  i 
patrzyłem.  Pamiętam  tamtejszą  pianistkę,  starszą  wypacyko-
waną kobietę z wymalowanymi ustami w kształcie serca. Mia-
ła oprawki okularów inkrustowane fałszywymi brylancikami i 
waliła w klawiaturę, grając walce Chopina, jakby była głucha. 
Fortepianu  najwyraźniej  nigdy  nie  strojono.  Przyglądałem  się 
jej z ciekawością. Uczniowie w szatni mówili, że jest Rosjan-
ką,  że  mimo  podeszłego  wieku  musi  zarabiać  na  życie,  że 
pracuje  za  nędzne  pieniądze,  że  godzi  się  na  wszystko.  Grała 
źle, ale zdawała się całkowicie zatracać w muzyce. Zapamięta-
łem tę Rosjankę i, co ciekawe, po latach to ją głównie wspo-
minam.  Spotykałem  ją  czasami  przy  stacji  metra,  dziwaczną, 
zawsze  lekko  nieprzytomną  wygnankę,  z  ustami  wymalowa-
nymi  jak  w  epoce  kankana,  w  ekscentrycznych  okularach  i  z 
partyturami  Chopina  (walce  i  mazurki)  w  plastikowej  torbie. 
Któregoś  dnia  już  nie  przyszła,  jej  miejsce  zajął  Węgier. 
Dziewczyny  mówiły,  że  wróciła  do  ojczyzny,  ale  myślę,  że 
prawda była znacznie bardziej przykra. 

Pośród  rytmicznie  unoszonych  i  opuszczanych  nóg  usiło-

wałem wypatrzyć moją przyjaciółkę: w czarnym stroju gimna-
stycznym  stała  przy  drążku  z  wyprostowanymi  plecami,  z 
nienaturalnie wyprężoną szyją, zawsze bardzo poważna.

 

Tak naprawdę Isabelle interesował wyłącznie taniec; rzad-

ko nocowała u mnie. Leżąc na podłodze u siebie w pokoju lub 
na  korytarzu,  z  rodzajem  skupionego,  nienasyconego  maso-
chizmu,  całymi  godzinami  ćwiczyła  rozciągnięcie  mięśni. 
Żadne  osiągnięcia  jej  nie  satysfakcjonowały,  żadna  aprobata 
nie koiła jej niepokoju.

 

Nie wiem, co dziś porabia, ale nie wątpię, że przeszła przez 

życie, oglądając jedynie sale baletowe, jedne podobne do

 

41 

background image

drugich,  i  to  odbicie,  które,  wciągając  brzuch  i  unosząc  pod-
bródek, studiowała w ściennym lustrze, zawsze z tym samym 
lekko cierpiętniczym i abstrakcyjnym uśmiechem.

 

Ale pewnego razu przypadek - lub przeznaczenie - ponow-

nie  zetknął  mnie  z  dziewczyną  z  Brzeziny.  Zastanawiam  się 
teraz,  czy  to  nie  był  znak.  Działo  się  to  w  galerii  na  rue  de 
Seine  obok  Akademii  Sztuk  Pięknych;  nie  była  sama.  Towa-
rzyszył  jej  mężczyzna  w  garniturze,  starszy  od  niej,  widać 
było, że to mężczyzna, który  ma pieniądze, więcej pieniędzy, 
niż ja mógłbym mieć kiedykolwiek. Donośnym głosem żarto-
wał  na  temat  eksponatów;  od  razu  znienawidziłem  tę  jego 
paryską  arogancję.  Ona  śmiała  się  z  jego  komentarzy  i  czuło 
się, że chciała mu się przypodobać. Ten służalczy śmiech był 
do  niej  niepodobny.  Nie  dalej  jak  przed  chwilą  zabiegałem  o 
współpracę  z  tą  galerią.  Usłyszałem  odmowę,  a  konkretnie 
obietnicę,  że  do  mnie  zadzwonią,  co  nie  było  dosłowną  od-
mową,  tylko  jej  elegancką  wersją.  Nie  zliczę,  ilu  ludzi  obie-
cywało mi, że zadzwoni, i nigdy tego nie zrobiło.

 

Przyciskając do piersi teczkę z pracami, stałem odwrócony 

twarzą do ściany. Nie wiem, czy mnie zauważyła. Zresztą i tak 
pewnie by mnie zignorowała. Przy tym mężczyźnie z wytwor-
nej  dzielnicy  Saint  Germain  musiałem  przypominać  jej  mło-
dość, mroczną część jej młodości. Byłem nie dość dekoracyj-
ny. W Paryżu prowincjusz zawsze ma coś do ukrycia. 

Udawałem, że oglądam wystawione prace. Mnie też się nie 

podobały, lecz nie byłem w sytuacji, w której mógłbym sobie 
pozwolić  na  śmiech.  Dyskretnie  obserwowałem  mężczyznę  i 
zauważyłem, że choć mówił głośno, oczy latały mu w prawo i 
lewo. On też miał coś do ukrycia. Nie był jej mężem, to pew-
ne.

 

42 

background image

Pamiętam  też  inną  sytuację.  Ale  w  tym  przypadku  nie  je-

stem pewny. Te dwa spotkania dzieli kilka lat. W moim umy-
śle  zdają  się  jednak  następować  jedno  po  drugim,  wpisane  w 
pasmo tych dni, kiedy to niestrudzenie pokonywałem w górę i 
w dół schody metra, próbując opchnąć swoje obrazy.

 

Szła  bulwarem  Mégisserie.  Był  piękny  jasny  dzień,  niebo 

bez  jednej  chmurki.  Prawdopodobnie  wybierałem  się  po  Isa-
belle  do  szkoły  baletowej;  wyraźnie  pamiętam  obraz,  który 
raptem  wyłuskałem  wzrokiem  spośród  regularnego  potoku 
przechodniów. Miała na sobie cienką spódniczkę, rozszerzają-
cą  się  nad  kolanami.  Szła  szybko,  nie  rozglądając  się.  Obraz 
pokazuje  osobę  młodą,  bardzo  podobną  do  dziewczyny  bie-
gnącej ścieżką pod murem Brzeziny. Ten sam taneczny  krok. 
Pamiętam, że nadjechał autobus, zniknęła mi z oczu za grupką 
ludzi, a kiedy odjechał, już jej nie zobaczyłem. Dzisiaj myślę, 
że mogłem się mylić. W Paryżu jest wiele smukłych ciemno-
włosych kobiet.

 

Mimo to wróciłem po własnych śladach aż do Chatelet, tą 

samą stroną ulicy, dyskretnie obserwując mijane kobiety; mo-
gła  wstąpić  do  jakiegoś  sklepu.  Tak  gwałtownie  pchnąłem 
drzwi  domu  towarowego  Samaritaine,  że  wzbudziło  to  czuj-
ność strażnika. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że na spotkanie 
z  Isabelle przyszedłem spóźniony. Czekała przed szkołą i po-
kłóciliśmy się.

 

W końcu, zostawiając za sobą elektrownię, zawróciłem i na 

nowo zagłębiłem się w nieprzeniknione ciemności tego odcin-
ka  drogi.  Z  drzew  nadal  spadały  liście;  dołączały  do  mokrej 
warstwy pokrywającej ziemię. Zupełnie jakby ten deszcz

 

43 

background image

przyspieszył nadejście jesieni.

 

Biały  piasek  jaśniał  w  mroku  i  po  rozmaitych  refleksach, 

po  tym  nieokreślonym  stłumionym  szumie  płynącej  w  dole 
rzeki,  mimo  ciemności  mogłem  dokładnie  określić  szerokość 
Loary,  która  teraz,  kiedy  wracałem,  znajdowała  się  z  mojej 
prawej  strony.  Po  upływie  trzech  kwadransów  doszedłem 
znowu  pod  bramę  Brzeziny.  Między  drzewami  dostrzegłem 
popiersia  dwóch  kobiet  grających  w  krążki,  kopie  rzymskich 
posągów nad niewielkim płytkim basenem. Na parterze jaśnia-
ły  te  same  nieruchome  światła,  jedno  bledsze,  pewnie  pokój, 
do którego światło wpadało przez otwarte drzwi, łączące go z 
sąsiednim.  Kobieta,  która  tu  przyjechała,  chyba  jeszcze  nie 
poszła spać.

 

Nie  wiem,  o  której  gaszą  światła  w  restauracji  w  Złotych 

Okowach.  Kiedy  przechodziłem  obok  hotelu,  ludzie  wciąż 
siedzieli  przy  kolacji.  Nad  kępami  hortensji,  przekwitłych  i 
suchych jak martwe drzewa, rosnących wokół tarasu, majaczy-
ły ich sylwetki jak w chińskim teatrze cieni. Oni sami nie mo-
gli  mnie  zobaczyć.  Dla  nich  moje  istnienie  było  równie  abs-
trakcyjne jak liście czy dzikie zwierzęta.

 

Przede  mną  N.  było  oświetlone  pomarańczowymi  żarów-

kami,  które  zdawały  się  drążyć  korytarz  głównej  ulicy,  obry-
sowywały  szkieletową  (i  zabytkową)  konstrukcję  dawnej  hali 
targowej i rzeźby na kruchcie kościoła. Dachy lśniły od desz-
czu.  Na  dzwonnicy  nie  widać  było  żadnego  światła. Czasami 
ktoś tam gra na organach lub odbywa się zebranie parafialne, 
ale wtedy, w przeddzień święta i przy tej makabrycznej pogo-
dzie, wszyscy pewnie siedzieli w domach.

 

Dzwon wybił godzinę. Usłyszałem kilka uderzeń. Próbowa-

łem je policzyć; następowały po sobie w równych odstępach, z

 

44 

background image

tym samym donośnym i głuchym brzmieniem. Pogubiłem się. 
Zdawały  się  powtarzać  w  nieskończoność,  po  czym  raptem 
umilkły  i  pozostałem  z  wrażeniem  zawiśnięcia  w  próżni.  Ru-
szyłem  ulicą  spod  dworca  autobusowego.  Jakiś  samochód 
włączył  migacz  i  skręcił  tuż  przede  mną.  Ponieważ  ulica 
główna jest spadzista, pokonywał ją mozolnie i z trudem. Za-
parkował przy chodniku z prawej strony. 

Minąłem  zamkniętą  kawiarnię.  Obok  jednej  z  wystaw  do-

mu  towarowego,  pod  osłoną  arkad,  dwóch  wyrostków  paliło 
papierosy.  Na  mój  widok  zniknęli  w  pasażu  handlowym,  zo-
stawiając  po  sobie  na  chodniku  trochę  popiołu.  Zwolniłem 
kroku,  bo  byłem  bardzo  zdyszany.  Zatrzymałem  się,  żeby 
policzyć  uderzenia  serca,  ale  wciąż  się  myliłem,  bo  ruch  je 
przyspieszał. 

Zobaczyłem  swoje  odbicie  w  szybie  kwiaciarni,  obok  ety-

kiety  Interflory,  przedstawiającej  Merkurego,  który  wyglądał 
trochę jak Piotruś Pan. Odbicie było wyraźne, jak na mahoniu. 
Szyba  była  usiana  kropelkami  deszczu:  w  każdej  z  nich,  w 
pomniejszeniu, odbijało się światło latarni ulicznej na chodni-
ku.  Na  czerwonym  ekranie  bankomatu  Kasy  Oszczędnościo-
wo-Pożyczkowej  widniał  napis:  „Witaj,  Welcome.  Wybierz 
swój kod z dala od niedyskretnych spojrzeń”.

 

Kwiaciarka wniosła do środka wszystkie doniczki. Posadz-

kę sklepu zakrywały wielkie żółte i rdzawe kępy, szerokie jak 
kępy  mchu.  To  tam  przez  chwilę  doznałem  złudzenia,  że  się 
nie ruszyłem, że wciąż jestem na groblach, że za szybą znowu 
widzę  cmentarz.  Poczułem  jeszcze  silniejsze  duszności.  Nie 
powinienem był nosić, pomyślałem, takich ciężkich skrzyń.

 

Późno  w  nocy,  o  godzinie  drugiej  lub  trzeciej,  znowu  za-

częło padać. Gwałtownie się rozbudziłem. Byłem spocony jak

 

45 

background image

mysz. Zapaliłem światło i wypiłem w kuchni szklankę mleka. 
Ulewa  łomotała  w  okno.  Wiatr  ze  świstem  wdziera!  się  w 
szczeliny między murami. Wdzierał się pod drzwi, pod arkady 
domu towarowego. Przyśnił mi się sen, a w nim, pamiętam jak 
przez  mgłę,  kobieta,  ale  nie  dziewczyna  z  Brzeziny,  ta,  która 
spała  teraz  w  domu  w  głębi  parku.  Tą  kobietą  była  Isabelle. 
Nie widziałem jej od lat, mimo to w ten pobieżny i zwodniczy 
sposób,  typowy  dla  snów,  poznałem  ją.  W  czarnym  stroju 
gimnastycznym  stała  wyprostowana  jak  struna,  z  lekko  roz-
stawionymi  stopami.  Wyraźnie  rozpoznawałem  jej  odkryty 
kark, mały koczek, który dwukrotnie okręcała gumką. Zza jej 
pleców  widziałem  swoje  odbicie;  nie  stałem  jednak  przed 
szybą  kwiaciarni,  tylko  przed  wielkim  lustrem  ściennym  w 
szkółce baletowej na rue des Abbesses. Zbliżałem się. Powoli 
podchodziłem,  a  moje  odbicie  w  lustrze  stawało  się,  jak  dzi-
siejszego wieczoru, coraz wyraźniejsze. 

Isabelle trzymała doniczkę z chryzantemami.

 

background image

2. 

Nie  minął  tydzień  i  pogoda  się  zmieniła.  Pomimo  chłodu 

nastały  wspaniałe  dni  na  polowanie.  Byliśmy  z  Morlaix'm  na 
paru wyprawach, ale niewiele ustrzeliliśmy. W sadach spadały 
z drzew ostatnie gruszki. I liście wciąż spadały w ogrodach, na 
ławki na deptaku, powoli gromadziły się pod krytym boiskiem 
liceum Stanislas. Robotnicy drogowi ładowali je na przyczepy.

 

Światło popołudnia było oleiste i żółte. Cienie kładły się na 

całą szerokość pól. Od czwartej trzeba było się cieplej ubierać; 
znad  wody  napływała  mgła,  w  ogrodach  zaczynały  się  poja-
wiać czerwone łupiny dyń i miedziane liście milinu.

 

Dzień Wszystkich Świętych wypadł tak jak zawsze. Po po-

łudniu cmentarz wypełnił zbolały milczący tłum ludzi, którzy 
z  zafrasowanymi  minami  stawali  przed  tonącymi  w  kwiatach 
grobami,  a  potem  w  grupach,  bez  celu,  poważni,  rozchodzili 
się  na  groblach. Kobiety  i dzieci szły  przodem,  za  nimi  męż-
czyźni,  bierni,  sztywni  w  swoich  nowych  okryciach,  skrępo-
wani  jak  wszyscy  tutejsi  mieszkańcy,  kiedy  muszą  się  od-
świętnie ubrać i nie mają żadnych konkretnych obowiązków.

 

Ogólnie jednak pogoda była piękna tej chłodnej i złocistej 

jesieni,  Loara  gładka jak  kanał,  w  powietrzu  intensywna  woń 
kasztanów i grzybów, lasy na wyspach, już całkiem pożółkłe, 
odbijały się w czystej niebieskiej wodzie. Na horyzoncie, za

 

47 

background image

elektrownią, między drzewami częściowo ogołoconymi z liści, 
zaczynała  się  pojawiać  bryła  pałacu  w  V.  na  płaskim  tarasie 
ciągnącym się nad Loarą na długości kilku kilometrów. 

Myśliwi wracali wcześnie, w obawie, by nie zaskoczyła ich 

noc,  a  ich  psy  również  truchtały  z  nosami  przy  ziemi.  Nie 
wiem, czy ten obrazek jest czytelny. Psy w pewien szczególny 
sposób  węszą  w  piasku,  kiedy  uszczęśliwione,  zapamiętale 
obracając  łbami  w  prawo  i  w  lewo,  wracają  po  dniu  spędzo-
nym na polowaniu. 

Tego wieczoru, w poniedziałek, przed powrotem do domu, 

wybrałem  się  do  mojej  stodoły  w  Caves.  Chciałem  popraco-
wać i musiałem poczekać, aż wyschną przybory. Kiedy ruszy-
łem  w  powrotną  drogę,  zrobiło  się  dość  późno  i  słońce  już 
zaszło.  Niebo  nad  gontowymi  dachami  i  lipową  aleją  liceum 
Stanislas przecinały szerokie pasma barwy siarki. To było już 
to krótkie zimne światło zimowego nieba; rozjaśniało podłuż-
ne  płaskie  chmury,  przejrzyste  i  wiszące  nisko  nad  horyzon-
tem. 

Przypomniał mi się obraz Friedricha Wielki rezerwat w po-

bliżu  Drezna,  który  widziałem  na  jakiejś  wystawie.  Przedsta-
wia  wybrzeże  Łaby;  widać  na  nim  tylko  jeden  brzeg  i  łąkę, 
nagą  jak  płaskowyż.  Musi  być  zimno.  Rzeka  jest  płytka,  ba-
gnista.  Widać  też  nikłe  pozostałości  światła  zmierzchu.  W 
oddali  drzewa,  już  wchłonięte  przez  zmrok,  tworzą  mroczny 
skraj  lasu  o  zamazanych  konturach.  Ale  niebo  w  górze  nadal 
jest  jasne,  pełne  rozpraszającego  się  światła,  pokryte  szeroki-
mi, pogodnymi i zamyślonymi smugami, rozpostartymi szero-
ko,  ze  spokojnym  rozmachem;  być  może  przedstawiają  roz-
pływające się kłęby dymu. W obrazie poruszył mnie dojmujący 

48 

background image

smutek,  tak  jakby  ten  płaski  i  pusty  pejzaż  nawiązywał  do 
mojego  życia,  do  smutku,  do  tajemnicy,  do  tego,  co  nam  zo-
stało odebrane.

 

W dwóch czy trzech oknach pojawiły się światła elektrycz-

ne, kontrastujące z wciąż jasnym niebem.

 

Przed  Brzeziną  zebrał  się  tłum  ludzi.  Stało  pięć  czy  sześć 

samochodów. Od tamtego pierwszego wieczoru nie widziałem 
dziewczyny.  Starałem  się o  niej  nie  myśleć; teraz  znów  zało-
motało mi serce. Była tam karetka, dwie furgonetki policyjne. 
Brama  stała  otworem,  ale  wylot  alei  zagradzała  taśma  zabra-
niająca  wstępu  na  teren.  Fasadę  i  szare  okiennice  oświetlały 
reflektory.  Przynajmniej  raz  Brzezina  nie tchnęła aurą  opusz-
czenia.

 

Ludzie pod bramą rozmawiali. Podszedłem. Nie widziałem 

dobrze twarzy  tych,  którzy  stali  obok.  Zimno  szczypało  mnie 
w palce. Temperatura tutaj i w centrum N. różni się.

 

-   Myślałem, że dom stoi pusty - powiedział ktoś. - To jak 

nic włamanie; musiało się tak skończyć.

 

Poprzedniego dnia przyjechało wesołe miasteczko. Na pla-

cu Ouches przy wyjeździe z N. rozstawili swoje budki z nale-
śnikami i goframi, namiot cyrkowy, pociąg widmo, strzelnice, 
bieżnię z elektrycznymi samochodzikami udekorowaną podo-
biznami  dawno  niemodnych  piosenkarzy,  namalowanymi 
niewprawną ręką. Do późna w noc głośniki puszczały na cały 
regulator przeboje sprzed co najmniej dwudziestu lat. Muzykę 
przypominającą zabawy w remizie strażackiej słychać było aż 
pod arkadami domu towarowego.

 

Ktoś obok mnie powiedział: - Ostatnim razem, kiedy przy-

jechali,  zniszczyli  gaśnicę  na  kempingu.  To  szumowiny.  Pie-
niędzy mają jak lodu. Wystarczy spojrzeć na te ich przyczepy

 

49 

background image

mieszkalne i anteny, które na nich mocują.

 

A  potem  te  same  co  zwykle  gadki  o  cmentarzu  i  jaka  to 

szkoda,  że  nikt  nie  dba  o  taką  piękną  posiadłość.  -  Mogliby 
wyciąć chociaż te paprocie! - powiedziała jakaś kobieta.

 

Dziewczyna miała przewrócone w głowie, traktowała ludzi 

z góry, powiedział ktoś; ktoś, kto pewnie tak jak ja widywał ją 
przed laty jadącą na rowerze. Stuknięta, mówili ludzie. I lata-
wica.  Pomyśleć,  że  odziedziczyła  to  wszystko!  Skąd  ona  się 
właściwie  wzięła?  Smarkata,  która  dorastała  całkiem  jak  dzi-
kuska. Ciotka jej nigdy nie robiła wymówek. Podobnież zosta-
ła bardzo wielką panią. Zrobiła świetną partię. Ludzie nie mo-
gli  się  nadziwić;  po  tych wszystkich  podejrzanych  typkach,  z 
którymi  się  prowadzała!  Każdy  jej  pasował,  nawet  Cygan. 
Nikt  mi  nie  powie,  że  miała  po  kolei  w  głowie.  Nawet  grób 
rodzinny  nie  został  sprzątnięty.  Co  innego  taniec!  -  mówili 
ludzie;  o,  taniec,  do  tego  zawsze  była  pierwsza!  Ciągle  prze-
siadywała w Black and White. 

To, co mówili ci ludzie, odnosiło się do spraw dawno mi-

nionych. Nie powinno się osądzać dziewczyny po jej młodych 
latach.  Ale  nie  odezwałem  się.  Ja  też  pamiętałem  Cygana  i 
tych innych, których do nas przyprowadzała, których podtyka-
ła nam pod nos, jakby ich dobywała z kapelusza, wyzywająco, 
tak jakby chciała dowieść nam - albo sobie - że potrafi. Pamię-
tałem też eleganta z galerii, paryżanina w marynarce i w szali-
ku o wyglądzie bankiera lub wyższego urzędnika państwowe-
go. O nim tylko ja-mogłem coś powiedzieć. Kiedy wychodzili 
z galerii, objął ją w pasie. Zaskoczył mnie jej śmiech, niespo-
kojny  i  przypochlebny,  spojrzenie,  którym  omiotła  ulicę  w 
prawo  i  w  lewo,  jak  również  spojrzenie  mężczyzny,  niewiele 
pewniejsze od jej spojrzenia, myszkujące, spłoszone. Wyszedł

 

50 

background image

na ulicę; ja byłem jeszcze w środku i przez szybę nasze spoj-
rzenia  się  spotkały,  czego  nie  zauważyła.  Pamiętam  to  jak 
dziś. Na wystawie stały, umiejętnie wyeksponowane, afrykań-
skie posążki, dwa czy trzy drewniane popiersia reprezentujące 
sztukę Dogonów.

 

Dla  niego  byłem  nikim.  Jego  spojrzenie,  lekko  niespokoj-

ne, momentalnie odzyskało zwykłą arogancję. Po ulicy szli po 
prostu obok siebie, dość blisko, ale bez żadnego dwuznaczne-
go gestu, niczego, co mogłoby się wydać niestosowne. Widzę 
tę  parę  oddalającą  się  chodnikiem.  Przez  chwilę  zamierzałem 
ich śledzić. 

Podeszło  dwóch  żandarmów.  Zdjęli  taśmę  i  polecili  nam 

wycofać  się  z  alei.  Kilka  minut  później  przejechała  karetka. 
Nie  włączyła  sygnału.  Jechała  szybko.  Próbowałem  zajrzeć 
przez szybę. Zobaczyłem w niej tylko odbicie kasztanów, a w 
środku białą bluzę pielęgniarza. Karetka skręciła w prawo, za 
nią kilka furgonetek. Ludzie mówili o szpitalu. Potem wszyscy 
umilkli.  Przez  otwartą  bramę  park  sprawiał  wrażenie  ogrom-
nego, budzącego lęk i nikt nie miał śmiałości wejść dalej. Bez 
trudu można sobie było wyobrazić zaścielające go zwały opa-
dłych liści. 

Jakaś kobieta powiedziała bez przekonania:

 

-   Skoro  karetka  odjechała,  to  chyba  nic  poważnego.  Jak 

państwo myślicie? 

W  wilgotnym  chłodzie  z  jej  ust  dobywała  się  para.  Rozu-

miałem,  że  się  bała,  że  powiedziała  to  dla  dodania  sobie  otu-
chy, ale nie wiem czemu w tych ciemnościach odniosłem wra-
żenie,  że  zwraca  się  konkretnie  do  mnie.  Może  dlatego,  że 
wypatrzyła  mnie  pośród innych,  że  Caves  znajduje się  nieda-
leko Brzeziny. Może też dlatego (mój umysł pracował bardzo

 

51 

background image

szybko),  że  dostrzegła  mnie  tamtego  wieczora  na  drodze  i 
myślała,  że  coś  wiem.  Zastanawiałem  się,  gdzie  mieszka.  Na 
końcu  deptaka  stoi  kilka  domów.  Niektóre  są  letniskowe,  ale 
w  innych  ludzie  mieszkają  przez  okrągły  rok.  Zamykają  się 
wcześnie i dlatego w ciemnościach trudno je odróżnić. Wiem 
też, że czasami zebrania, na przykład rady miejskiej albo chó-
ru kościelnego, czy też odbywające się kilka razy w tygodniu 
zajęcia kółka gimnastycznego, się przedłużają.

 

Udzieliłem  kobiecie  ogólnikowej  odpowiedzi.  Powiedzia-

łem,  że  zgadzam  się  z  nią,  to  na  pewno  nic  poważnego.  Ale 
ona  już  nie  słuchała.  Sprawiała  wrażenie  zdenerwowanej  lub 
lekko  zirytowanej  moją  wymijającą  i  uprzejmą  odpowiedzią. 
Odwróciła głowę ku czerwonym światłom karetki i czekała, aż 
znikną za zakrętem. 

Zapadła noc. Ale grupka mężczyzn nadal stała pod Brzezi-

ną.  Obeszli  kilka  razy  dom  dookoła.  Słychać  było  ich  głosy 
dobiegające z tyłu, od drugiej fasady, z części parku od strony 
Loary.  Robili  zdjęcia.  Błyski  fleszy  rozświetlały  stopnie  gan-
ku,  balustradę,  pnie  drzew  u  wylotu  alei.  Tylko  trzy  okna  na 
pierwszym  piętrze,  prawdopodobnie  okna  trzech  sypialni, 
wciąż pozostawały ciemne.

 

Ktoś zapytał: - Co oni takiego fotografują? - Nadjechał na-

stępny samochód. W jego światłach walce pni w alei jeden po 
drugim  nabierały  kształtów;  aleja  sprawiała  wrażenie  bardzo 
długiej.  Pnie  były  ogromne,  grube  jak  filary.  Ludzie  wpatry-
wali się w nie tak, jakby miały coś do ukrycia, lecz wchłonęły 
je ciemności. 

Samochód  zatrzymał  się  na  wysokości  posągów  dwóch 

zawodniczek  grających  w  krążki.  Sunęły  na  łyżwach  z  jedną 
nogą uniesioną w górę i wychylonym w przód torsem, po ko-
lana tonąc w liściach; mech obrósł wszystkie wklęsłości,

 

52 

background image

wgłębienia  ich  oczu,  pukle  wyszukanych  fryzur  podtrzymy-
wane opaską, fałdy krótkich tunik.

 

Nad rzeką wesołe miasteczko rozjarzyło się światłami, roz-

brzmiało ckliwą, hałaśliwą muzyką. Fiołkową aureolę neonów 
zasnuwał tłusty dym znad rusztów.

 

Wokół  ludzie  zaczęli  rozmawiać  na  inne  tematy.  Jeśli  do-

brze  zrozumiałem,  niektórzy  szli  akurat  na  spacer  ze  swoimi 
psami, kiedy zobaczyli samochody. Dwie osoby obliczały, od 
jak  dawna  dom  stoi  pusty.  Nie  mogły  dojść  w  tej  kwestii  do 
porozumienia;  jedna  z  nich  stwierdziła,  że  to  dlatego,  iż  czas 
tak szybko płynie.

 

Odszedłem  na  bok.  Zrobiłem  kilka  kroków  w  kierunku 

ścieżki  biegnącej  między  domem  a  cmentarzem.  Znałem  do-
brze teren i liczyłem, że dojdę od tej strony do Loary, okrążę 
dom  i  zobaczę,  co  dzieje  się  w  środku.  Ale  i  ta  ścieżka  była 
zatarasowana  przez  furgonetkę.  Siedzący  w  niej  mężczyzna 
dał mi znak, żebym się zatrzymał. Oślepiły mnie światła, które 
znienacka  zapalił.  Zasłoniłem  dłonią  oczy.  Mój  gest  został 
zaprotokołowany:  „Zbliżył  się  z  zamiarem  obejścia  sprzętu 
umieszczonego  przez  żandarmerię”.  Odnotowano,  jak  byłem 
tego wieczoru ubrany: skórzana kurtka, ciemny szalik.  Zosta-
łem  opisany  jako  mężczyzna  wysokiego  wzrostu,  pracownik 
muzeum,  „niedzielny  malarz”,  z  racji  swojej  pracy  żyjący  na 
marginesie  społeczności  N.,  posiadający  niewielu  przyjaciół, 
parający się myślistwem. To ostatnie zostało podkreślone.

 

W końcu młody żandarm z wygoloną czaszką i niskim czo-

łem  stanął  na  warcie  przed  drzwiami.  Zdawał się  nie słyszeć, 
kiedy go o coś pytano.

 

Zawróciłem. 

53 

background image

Szczegóły  poznałem  dopiero  później,  od  inspektora  żan-

darmerii  Massonneau.  To  on,  Massonneau,  pojechał  na  miej-
sce  zbrodni.  Późnym  popołudniem  na  posterunek  zadzwoniła 
jakaś kobieta, mówiąc, że drzwi domu w Brzezinie są otwarte. 
O  szóstej  rano  szarpał  nimi  wiatr,  powiedziała.  I  wieczorem 
nadal były otwarte. Nie jest to normalne. Na pewno złodzieje, 
upierała się. W Ouches rozłożyło się wesołe miasteczko. Dom 
zawsze  zamknięty,  opuszczony;  w  końcu  musiało  do  tego 
dojść, wpadł im w oko. Musieli go namierzyć. 

Zawsze to samo, stwierdził Massonneau, jak tylko przyjeż-

dża  wesołe  miasteczko,  tutejsi  ludzie  nie  mogą  usiedzieć  w 
miejscu.  Ciągle są  skargi  i  donosy.  Nagle  wszystkim  starusz-
kom giną portfele. Trzeba postawić dwóch ludzi przed oddzia-
łem banku Credit Agricole i pod pocztą.

 

Mimo  to  wsiadł  do  kamionetki  i  z  młodym  pomocnikiem 

przydzielonym do brygady pojechali się rozejrzeć, na wszelki 
wypadek  -  głównie  po  to,  jak  mi  powiedział,  żeby  nie  mieć 
sobie  potem  nic  do  zarzucenia.  Brama  nie  była  zamknięta  na 
klucz. Odsunęli zasuwę i ruszyli aleją. Było późne popołudnie, 
piękny  suchy  dzień;  zapamiętałem  jego  zimowe  już  światło, 
jego krótki zmierzch. Panował chłód, słońce karbowało brzegi 
liści.  Przez  pole  wolno  sunął  kombajn,  w  takim  samym  po-
wolnym  tempie  jak  barki  na  rzece.  Chwilami  z  powodu  nie-
równości  snopków  jego  silnik  rzęził.  Tu  i  tam  słychać  było 
wystrzały;  z  kukurydzy  co  tchu,  nie  oglądając  się  na  nic, 
pierzchały przepiórki. 

-   Nie  wiem,  czy  ci  wszyscy  polujący  mają  pozwolenia  - 

powiedział  Massonneau  -  na  pewno  warto  by  skontrolować, 
ale wolę w to za bardzo nie wnikać, tyle powiem, że bractwo 
strzelało na potęgę, z prawa i z lewa.

 

54 

background image

Mężczyźni w milczeniu stąpali po grubym dywanie świeżo 

opadłych  liści,  jeszcze  nabrzmiałych  od  wilgoci,  krwiście 
czerwonych, prawie szkarłatnych, jak grzebienie kogutów. Od 
lat  jedynymi  mieszkańcami  tego  miejsca  były  ptaki  żywiące 
się w sadach. I koty, które polowały i wylegiwały się na daw-
nym tarasie, dziś zarośniętym trawą. Kobieta, która mieszkała 
w tym domu, dawno temu umarła; a żyła w takim odosobnie-
niu  między  już  od  wiosny  pogrążonym  w  mroku  parkiem  i 
słabo oświetlonymi piętrami domu, że zdawała się nie przyna-
leżeć do ludzkiej społeczności.

 

Massonneau,  który  ją  znał,  pamiętał  jeszcze  czasy,  kiedy 

kamionetka  z  farmy  przywoziła  co  tydzień  bańki  z  mlekiem. 
Działo się to długo po tych wszystkich wydarzeniach, po cza-
sach  kiedy  syn,  młodszy  syn,  wyjechał  do  zachodniej  Afryki 
jako  cywilny  zarządca;  opowiadano,  że  wyjechał  od  razu  po 
śmierci  brata.  Po  „okolicznościach”  towarzyszących  śmierci 
jego  brata.  Brakowało  pieniędzy;  starszy  roztrwonił  majątek. 
Był  pięknym  chłopcem,  hazardzistą,  kochał  wystawne  życie, 
kobiety i samochody.

 

Wydawał  w  Brzezinie  przyjęcia,  zdjęcia  z  nich  niekiedy 

pojawiały  się  w  gazecie  -  on  przebrany  za  nababa,  za  egip-
skiego  księcia,  za  dziewiętnastowiecznego  mieszczanina  w 
meloniku,  w  kamizelce  i  z  dewizką,  obok  niego  wystrojone 
grupki  mężczyzn  i  kobiet.  Ludzie,  którzy  przyjeżdżali  samo-
chodami  z  Angers,  z  Paryża.  Znajomi.  Nazwiska  nieznane 
tutaj (tu niczego się nie zna), ale znane gdzie indziej. Z przed-
sionków  sławy.  Małe  gazety,  małe  teatry.  Aktorki  szukające 
rozgłosu.  Całe  to  wytworne  towarzystwo  stłoczone  na  stop-
niach Brzeziny niczym na  weselu lub pozujące do klasowego 
zdjęcia,  uśmiechnięte,  niedostrzegalnie  znieruchomiałe,  gołe 
głowy i ramiona, boa, peruki. Massonneau obejrzał większość 

55 

background image

zdjęć zrobionych na ganku. I niektóre nad rzeką, na pomoście, 
pod  wielkimi  pochylonymi  drzewami,  które  wyglądały  jak 
dekoracje operowe; pośrodku zawsze on, starszy syn obejmu-
jący  kobietę  w  futrze  lub  popiersie  jednego  z  posągów.  Po-
dobno  tańce  trwały  do  trzeciej  lub  czwartej  nad  ranem,  urzą-
dzano nocne kąpiele. Widać go również na brzegu rzeki: wy-
ciągnięty  na  kamieniu,  piękny,  opalony  jak  młody  Maur  z 
biodrami okrytymi czymś w rodzaju miękkiej przepaski. Mat-
ka  na  wszystko  przymykała  oczy.  Kupił  sobie  pierwszy  wóz 
terenowy, jaki widziano w tych stronach, i to w czasach, kiedy 
samochody  były  jeszcze  luksusem.  Ale  finanse  zaczynały 
kuleć. Podobno przez jakiś czas próbował odegrać się w kasy-
nie,  a  nawet  pewnej  nocy  w  lesie  wybuchł  dość  podejrzanie 
wyglądający  pożar.  Pieniądze  z  ubezpieczenia  załatwiłyby 
wszystko. Ale ogień się nie rozprzestrzenił i las nie poszedł z 
dymem. A potem był ten straszny wypadek, w którym zginął. 
Nie miał jeszcze trzydziestu lat. Wszyscy tutejsi ludzie utrzy-
mywali,  że  w  podobnym  przypadku  jedynym  rozwiązaniem 
dla tego,  który  pozostał  przy  życiu,  była  Afryka.  Rzecz  jasna 
ludzie niemający pojęcia o Afryce, ludzie tacy jak wy czy ja. 

Matka  nie  wyjechała.  To  od  tego  momentu  wszystko  za-

częło popadać w ruinę. Przestała się czymkolwiek zajmować. 
Wychodziła  z  domu  bardzo  rzadko,  tylko  raz  dziennie,  po 
wizycie  listonosza.  Mieszkała  sama,  z  jednym  czy  dwoma 
psami  równie  dzikimi  jak  ona,  z  nikim  nie  rozmawiała. 
Deszcz, nie deszcz, wędrowała aleją w gumowych kaloszach, 
ubrana  jak  chłopka.  Kiedy  dostrzegł  ją  zza  bramy  ktoś  idący 
ścieżką na cmentarz, odwracała głowę.

 

Czekała na list, na znak od zmarłego. Powiadają, że jej sza-

leństwo polegało na tym, że czekała na list nie od tego, który

 

56 

background image

wyjechał  do  Afryki,  ale  od  tego,  który  nie  mógł  już  do  niej 
napisać.  Jej  ulubieńcem  był  starszy.  Matki  nie  zawsze  są 
sprawiedliwe.

 

-   Dożyła  późnej  starości.  Mam  wrażenie  -  powiedział 

Massonneau  -  że  w  końcu  umieścili  ją  w  Saulnières,  w  tym 
ośrodku  medyczno-specjalistycznym,  wie  pan,  o  którym  mó-
wię? - Wiedziałem. Ciągnął: - Niedaleko trzeba było jechać. I 
tam  właśnie  umarła.  Mimo  wszystko  szkoda.  Kobieta,  która 
grała na fortepianie. Pianistka. Swego czasu podobno koncer-
towała.  Grywała  latem,  a  kiedy  dzieci  były  małe,  zostawiała 
im całkowitą swobodę; okna były szeroko pootwierane. Dzie-
ciaki  robiły,  co  chciały,  uganiały  się  po  parku  do  samego 
zmroku  albo  i  później,  między  drzewami,  dziesięć  głów  od 
nich wyższymi, a błotnistymi brzegami Loary w dole ogrodu. 
O  zmierzchu  wystarczy  niewiele  i  nieszczęście  gotowe.  To 
cud,  że  się  nie  potopiły.  Z  tego,  co  mówią,  nie  miała  u  nich 
wielkiego  posłuchu.  Ciągle  przy  fortepianie.  Kiedy  grała,  za-
pominała  o  bożym  świecie.  Czasami  o  dziesiątej  wieczorem 
oba  maluchy  były  jeszcze  bez  kolacji.  Co  zrobić.  Natury  się 
nie zmieni. Ojciec przez większą część tygodnia był nieobec-
ny.  W  domu  nie  utrzymywano  należytego  porządku.  Kobieta 
niezbyt zrównoważona, trochę cygańska dusza. Ciągle ta mu-
zyka!  Ale  byli  szczęśliwi.  Park  wyglądał  przepięknie.  Kępy 
rododendronów, bzy, istna bajka! 

Po śmierci syna wszystko zaczęło podupadać. Od wschodu 

mur parkowy się zawalił. Między krzewami powyrastały jeży-
ny  i  pokrzywy.  Ale  przyroda  nie  przestaje  robić  swego  tylko 
dlatego, że ludziom jest ciężko. Wiosną glicynia nadal uginała 
się  od  kwiatów,  ciężka  jak  winorośl;  niektóre  co  bardziej  ży-
wotne  pnące  róże  rozprzestrzeniły  się  na  skupiska  krzewów; 
oblepiały je mszyce, ale pędy miały grube jak pnie jabłoni.

 

57 

background image

Trawa  wybujała  aż  po  kolana  posągów.  A  kasztany  w  alei 
rosły  coraz  większe,  coraz  bardziej  ciemniały,  posłuszne  ja-
kiemuś tajemniczemu prawu każdej wiosny okrywały się stoż-
kami  kwiatów,  każdej  jesieni  produkowały  niezależnie  od 
siebie, bez żadnej potrzeby, te wielkie czerwone liście, w któ-
rych  teraz  po  kostki  tonęły  stopy  żandarmów,  mimo  woli 
wrażliwych  na  to  piękno,  na  to  rozprzężenie:  „Wszystko  na 
miejscu gnije. Tworzy kompost, mnóstwo kompostu! Teraz co 
roku  przyjeżdża  firma  ogrodnicza.  Wykarczują  trochę,  wytną 
co  się  da.  Ale  roboty jest tyle,  że  to  nie  wystarcza”. Jesienne 
róże,  rozmiękłe  od  deszczu  i  wyblakłe,  obrastały  pospołu  z 
jeżynami zawaloną część muru. 

Na  wprost,  po  lewej  stronie  od  jednego  z  kominów,  męż-

czyźni widzieli zachodzące słońce. Ale kiedy dotarli do końca 
alei, czerwoną kulę zasłoniła ściana. Wieczorami był to częsty 
obrazek:  kula  zawieszona  nad  Loarą,  nad  zupełnie  płaskim 
horyzontem,  lampion  tkwiący  pomiędzy  białymi  kominami 
elektrowni jak jakaś dziwna figura geometryczna.

 

Dom sprawiał wrażenie pustego.

 

Drzwi  rzeczywiście  były  otwarte.  Massonneau  odnotował 

w  myśli  oznaki  zniszczenia,  ale  nie,  jak  mu  się  wydawało, 
włamania.  Kilka  razy  zawołał.  Nikt  nie  odpowiadał.  Wszedł 
przez  drzwi.  W  korytarzu  było  pełno  opadłych  liści.  I  wtedy 
zauważył coś, co od razu wydało mu się dziwne. Z jednego z 
pomieszczeń na parterze sączyło się słabe światło, zabarwiając 
żółtym  blaskiem  przyścienną  listwę  korytarza.  Niezgaszona 
lampka  nocna?  Ale nie słychać  było  żadnego  dźwięku.  Może 
ktoś czytał? Ktoś, kto nie odpowiadał, bo był zbyt pochłonię-
ty, pomyślał Massonneau, sam w to nie wierząc. Gestem dłoni 
nakazał swojemu pomocnikowi rozejrzeć się po domu. Znowu 

58 

background image

zawołał: „Jest tu kto?”, ściskając w dłoni broń, jak mi powie-
dział,  mimo  woli  myśląc  o  Cyganach,  którzy  koczowali  w 
Ouches. Mogło być ich w środku dwóch, trzech, myszkowali, 
szukali biżuterii, pieniędzy; będą się bronić.

 

Zmitygował  się  jednak.  Ci  ludzie  nie  zjawiliby  się  tu  za 

dnia.  Nie  byli  aż  takimi  idiotami.  Działali  pod  osłoną  nocy. 
Przyszedł  mu do  głowy inny pomysł. Sprowadzono kogoś do 
sprzątania.  Najęto  firmę  sprzątającą.  Często  tak  się  robi.  A 
Marc,  jego  młody  pomocnik,  który  posuwał  się  równolegle  i 
powinien  znajdować  się  teraz  na  wysokości  schodów  służbo-
wych, obok zbiornika z wodą, natknie się prawdopodobnie na 
kobietę w fartuszku, z barankiem trwałej na głowie, kobietę z 
N. trzepiącą słomianą wycieraczkę, i napędzi jej strachu.

 

Szybko się zastanawiał. On też znał dom; przypomniał so-

bie grube metalowe żaluzje w pokojach na tyłach domu, syp-
kie  brzegi  Loary.  Wiedział,  że  skarpa  jest  stroma,  że  w  tym 
miejscu, naprzeciwko wyspy, pełno wykrotów i wirów. Od tej 
strony  nie  sposób  wejść,  uznał.  Tak  samo  jak  nie  sposób 
wyjść.  Zwyczajnie  nie  sposób.  Rdza  była  znaczniej  lepszym 
zabezpieczeniem niż rygiel.

 

W  salonie,  do  którego  wszedł,  panował  lekki  bałagan:  na 

stole  gazety,  jakieś  papiery  -  prospekty  -  otwarta  torba  po-
dróżna,  z  której  wystawała  kosmetyczka,  na  oparciu  fotela 
płaszcz nieprzemakalny, recepty, jakby ktoś wypełniał druki z 
ubezpieczalni.  Podwójne  zielone  kotary  z  zakurzonego,  zma-
towiałego pluszu w oknach, zaciągnięte do połowy okna.

 

Żadnego  odgłosu,  powiedział  Massonneau.  Cisza  jak  ma-

kiem  zasiał.  W  tym  domu  nie  tykał  żaden  zegar.  Lodówka 
pamiętała,  skromnie  licząc,  lata  siedemdziesiąte.  Zresztą  w 
korytarzu  pachniało  opuszczeniem,  wilgocią.  Na  podłodze 
leżały rozrzucone stare fotografie. Tak jakby je ktoś przed

 

59 

background image

chwilą wyjął z szuflady. 

Massonneau  ruszył  dalej  i  dokładnie  w  tym  momencie 

tknęło go przeczucie, co za moment znajdzie za drzwiami. Już 
nie  nawoływał,  nie  mówił  nic,  zdążał  ku  nikłemu  światłu,  ku 
szczelinie  wąskiej  jak  otwór  dla  kota;  był  pewny,  że  za 
drzwiami nic się nie poruszyło. Nie zostawia się bez powodu 
zapalonego  światła.  Był  pewny,  że  to,  co  znajdowało  się  za 
drzwiami,  już  nigdy  się  nie  poruszy.  Szedł  dalej  korytarzem. 
Pchnął drzwi i napotkał opór. Za nimi znajdowała się kobieta. 
„W opłakanym stanie”, jak to ujął Massonneau. 

-   Strzał z przyłożenia.

 

Na moment umilkł, a ja powoli zaczerpnąłem powietrza. W 

odruchu  przyzwoitości  nawet  odwróciłem  głowę.  Za  nic  nie 
chciałem  ujrzeć  tego,  co  w  tym  akurat  momencie  wyrażała 
jego twarz. Śmierć to coś bardzo intymnego. 

Opanował się: - Widzi pan, ci zabici, których się zbiera na 

różnych bocznych drogach, to nie to samo. Zawołałem Marca, 
mojego  młodego  zastępcę.  Wydawało  mi  się,  że  krzyknąłem 
bardzo głośno, ale pewnie mnie nie usłyszał, bo zszedł aż nad 
rzekę, do dawnej przystani. Nie znalazł zresztą żadnego śladu, 
choć  ludzie  mówili  inaczej.  Brzegi  są  tak  zarośnięte,  że  nie 
można  się  już  tamtędy  w  żaden  sposób  przedostać.  Usłysza-
łem, jak biegnie. Wszystko trwało nie więcej niż kilka minut. 
Straciłem  rachubę  czasu.  Powiedziałem,  żeby  nie  wchodził  i 
żeby  natychmiast  zawiadomił  posterunek.  To  jeszcze  dwu-
dziestoletni  dzieciak.  Pomyślałem,  że  nie  ma  potrzeby.  Po-
mknął  do  wozu,  a  ja  znowu  zostałem  sam.  Musiałem  czekać 
na posiłki.

 

Chciałem  przeszukać  park,  ale  było  za  ciemno.  Nie  było 

już prawie nic widać. Jak to się mówi, szara godzina. Sam

 

60 

background image

zresztą nie wiem, czego miałbym szukać; jednego byłem pew-
ny - ten, kto pociągnął za spust, nie czekał, aż przyjdę. Mimo 
to  przeszedłem  aleją  do  końca,  na  wszelki  wypadek,  na  lewo 
od tych posągów, które wyglądają tak, jakby biegły. Na ziemi 
leżały  sterty  czerwonych  liści,  które  z  pewnością  przykryły 
wszelkie  ślady,  o  ile  jakieś  były.  Nie  robiłem  sobie  złudzeń, 
przy takim deszczu jak tamtego dnia. A liście ciągle spadały i 
zakrywały  wszystko.  Czerwona  kałuża.  Jakby  ktoś  podrzynał 
kurom gardła. Aleja ledwo widoczna, szeroka jak grobla. 

Może mi pan wierzyć lub nie, ale nagle z lewej strony, za 

tą  ścieżką,  która  oddziela  posiadłość  od  cmentarza,  zobaczy-
łem  krzyże;  było  jeszcze  dość  jasno,  żeby  dostrzec  ramiona 
tych  od  zachodu,  które  stoją  pod  murem.  Niesamowite,  jak 
bardzo  krzyż  jest  podobny  do  drzewa,  jak  w  takiej  ponurej 
scenerii  potrafi  to  wyrosnąć  przed  człowiekiem.  Niebo  było 
ciemne, ale i tak jaśniejsze od roślinności, niebieskie przecho-
dzące  w  granat.  Nie  jestem  zbyt  wrażliwy,  ale  jedno  panu 
powiem: myślę, że zapamiętam tę chwilę do końca życia.

 

background image

3. 

Naturalnie podejrzenia padły od razu na przyjezdnych. Od-

ruch stary jak świat! Godzinę później do ich obozowiska zaje-
chali żandarmi. Przeprowadzono rewizję w wozach i  przesłu-
chania.  Nic  to  nie  dało.  Sprawdzono  dokumenty,  ale  mieli 
alibi. Jak przytomnie zauważyła jedna z urzędniczek w mero-
stwie, po co mieliby włamywać się akurat w dniu jej przyjaz-
du, kiedy każdy mógł zobaczyć, że w domu się świeci? Zwy-
kle ci ludzie zbierają informacje. Zresztą i tak nic nie zostało 
zabrane.  W  jej  torebce  znaleziono  pieniądze.  Zniknęła  fuzja, 
ale  fuzji  w  tych  stronach  nie  brakuje,  a  ten,  kto  oddał  strzał, 
mógł śmiało, w czasie kiedy policja prowadziła te przesłucha-
nia, wystrzelać incognito resztę kul do zajęcy. 

W  każdym  razie  w  nocy  cyrk  został  zwinięty.  Po  tym,  co 

się  stało,  nikt  by  nie  przyszedł  na  spektakl.  Cyrk  Europejski, 
tak się nazywał. Taki napis złotymi literami był wymalowany 
na ciężarówkach. „Artyści”, którzy produkowali się w Wene-
cji. Co się tyczy Wenecji i gondoli na kanałach, to pamiętam, 
że  mieli  jakieś  jedno  zwierzę  bliżej  nieokreślonego  gatunku, 
przypuszczalnie  starą  lamę,  kilka  zapchlonych  i  patetycznych 
małp  i  akrobatkę,  którą  widziałem  rozwieszającą  pranie  mię-
dzy dwoma karawanami i która wieczorem wykonywała swój 
numer w perłowych rajtuzach opinających jej grube uda. Roz-
poznałem ją na afiszu.

 

62 

background image

Tak czy inaczej, lama i akrobatka, koło piątej rano wszyscy 

się  wynieśli;  słychać  było  silniki  ich  wozów  pokonujących 
skarpę.

 

Z Angers przyjechali śledczy zebrać zeznania. Mówiło się 

o  jakimś  połączeniu  koło  godziny  dziewiętnastej  na  komórkę 
kobiety,  ale  zdołano  zidentyfikować,  kto  dzwonił.  Wiedziano 
także,  że  przed  wizytą  w  muzeum,  we  wczesnych  godzinach 
popołudniowych,  odwiedziła  biuro  nieruchomości  Colnaya 
pod  arkadami.  Rozmawiała  z  nim  o  Brzezinie,  o  tym,  że  za-
mierza wystawić ją na sprzedaż. Jej utrzymanie było za drogie 
(powiedziała),  zbyt  skomplikowane.  Obiecała  wpaść  ponow-
nie  wieczorem  i  przynieść  dokumenty  oraz  kilka  fotografii 
potrzebnych do przygotowania oferty. Nawet w obecnym sta-
nie  był  to  gruby  interes  i  agent  nieruchomości  Colnay,  mały 
uniżony rudzielec, próbował ją zatrzymać. On też miał numer 
jej komórki.  Nie lubiano go w tych stronach i, jak sądzę, wie-
lu  chętnie  upatrywałoby  w  nim  sprawcę,  gdyż,  słusznie  czy 
niesłusznie,  obarczano  go  odpowiedzialnością  za  spekulację 
gruntami.  Rozniosło  się,  że  był  przesłuchiwany.  Ale  powie-
dział, że nie dzwonił, i nie było żadnego powodu mu nie wie-
rzyć. 

Inny trop śledztwa policja utrzymywała w tajemnicy, chcąc 

uniknąć plotek. Otóż tego samego wczesnego popołudnia ofia-
ra  była  widziana  w  towarzystwie  mężczyzny.  Para  zjadła 
obiad w Złotych Okowach. W otwartej torbie w kuchni znale-
ziono  kartę  z  restauracji.  Sprawdzenie  tego  było  dość  proste. 
Szefowa hotelu, zapytana przez telefon, potwierdziła. W swoich 
księgach  miała  jeszcze  datę  i  godzinę  rezerwacji.  Mężczyzna 
wyszedł  koło  piętnastej.  Bez  kobiety.  Świadkowie  rozpoznali 
jego samochód, rovera, z miejscową rejestracją. Odwiedzili go 

63 

background image

żandarmi. Mężczyzna pracował w elektrowni, był inżynierem i 
zajmował  bardzo  wysokie  stanowisko.  Dlatego  żandarmi  byli 
tacy  dyskretni.  Wszystko,  co  wiąże  się  z  elektrownią,  jest 
mniej  lub  bardziej  poufne.  N.  to  mały  światek.  Mężczyzna 
zresztą  nie  pasował  do  profilu  mordercy.  Nie  był  notowany. 
Człowiek  wykształcony.  Budzący  jak  największy  szacunek. 
Pięćdziesiątka na karku, dość imponująca prezencja. Zrobił na 
żandarmach jak najlepsze wrażenie. Ich spotkanie było, jak to 
ujął w zeznaniu, czysto przyjacielskie. Był przybity tym, cze-
go się dowiedział. Zważywszy okoliczności, prosił o dyskrecję 
ze względu na rodzinę. Wiedział, że kobieta była sama, ale że 
wieczornym pociągiem miała wrócić do Paryża. 

Zostało to sprawdzone i  okazało  się,  że  ostatni  pociąg  od-

jeżdża  o  dwudziestej  trzydzieści.  Od  dwudziestej  z  dworca 
autobusowego  odchodzi  autokar.  Jedno  jest  pewne:  tamtego 
wieczoru  żadnej  ciemnowłosej  kobiety  w  kostiumie  nie  wi-
dziano.  W  późniejszych  dniach,  jak  wynikało  z  zeznań  kie-
rowców,  przewozili  oni  wielu  mężczyzn  podróżujących  sa-
motnie, z bagażem będącym skrzyżowaniem torby sportowej z 
torbą  podróżną  -  jak  się  nad  tym  zastanowić,  idealny  format, 
równie dobrze mogący pomieścić rakietę tenisową co strzelbę. 
A  gdyby  się  zastanowić  jeszcze  bardziej,  doszłoby  się  do 
wniosku, że autobus był najlepszym środkiem lokomocji, żeby 
cichaczem opuścić gminę. Nie trzeba się nawet pokazywać w 
okienku. Wystarczy kupić bilet w automacie.

 

Wyobraźnia  podsuwała  postać  dyskretnego  mężczyzny, 

który  dwa  lub  trzy  dni  po  morderstwie,  tak  by  go  nie  można 
było  z  nim  w  żaden  sposób  powiązać,  wsiada  przednimi 
drzwiami do autobusu, kasuje bilet, zajmuje samotnie miejsce 
pod oknem, najchętniej gdzieś w głębi, daleko od kierowcy,

 

64 

background image

niczym nie wyróżniając się od reszty pasażerów, techników z 
elektrowni czy pracowników ośrodka w Saulnières. Można też 
przypuszczać,  że  mężczyzna  nawet  nie  drgnął,  kiedy  jego 
spojrzenie  omiotło  kasztany  Brzeziny  w  miejscu,  gdzie  auto-
bus przyspiesza, opuszczając teren miejski. Ale jak go dopaść?

 

-   No  i  zagwozdka  -  stwierdził  Massonneau.  -  Całkowity 

impas.

 

Pamiętam  ten  smutny  listopad,  tę  psychozę,  jaka  ogarnęła 

mieszkańców N. Na dworze było szaro i zimno. Już o szóstej 
zamykano  okiennice,  światła  w  hali sportowej  gasły  zaraz  po 
skończonym  treningu,  brzegi  Loary  pustoszały.  Kiedy  za-
mglony  zawiesisty  wieczór  okrywał  drzewa,  przynosząc 
cierpką  woń  mgły  i  wrzosów,  następował  ów  delikatny  mo-
ment, w którym każdy zostawał twarzą w twarz z samym so-
bą,  przez  który  każdy  musiał  przebrnąć  jak  przez  swoje  we-
wnętrzne trzęsawisko. 

Ciekawym skądinąd zbiegiem okoliczności w tych właśnie 

dniach na autostradzie dziesięć kilometrów dalej został zabity 
jeleń. Zwierzę wyszło z lasu. Była już prawie noc. Kierowca, 
pracownik  poczty  w  N.,  nie  zdołał  go  wyminąć.  Takie  zwie-
rzę, takie wielkie zwłoki i to z porożem, pod samochodem to 
nie przelewki. Przyjechały służby sanitarne, żeby go wydobyć 
spod  podwozia.  Obcięli  mu  łeb,  jedyną  nieuszkodzoną  część 
ciała.  Mocno  poturbowany  samochód  został  odstawiony  do 
warsztatu.  Potem  u  Ramona,  następcy  Boularda,  paradowali 
liczni gapie, oglądając stan karoserii i szukając wgnieceń zro-
bionych przez zwierzę.  

Krążyły rozmaite pogłoski.

 

65 

background image

Podejrzewano, że mężczyzna mógł przypłynąć łodzią i do-

stać się do Brzeziny od tyłu; że nadal się włóczy po okolicach. 
Ludzie bali się wyspy. Leży pośrodku rzeki, oddzielona od nas 
odnogą połyskliwej wody, zastygła jak nieruchomy statek. Jej 
wschodni kraniec znajduje się naprzeciwko parku Brzeziny. Z 
wyspy - nawet nie trzeba się ruszać, wystarczy przycupnąć na 
brzegu - widać dolną część domu odbijającą się w Loarze, całą 
tylną fasadę. 

Odbicie jest tak wyraźne,  a powierzchnia tak spokojna, że 

linia, która wydłuża ściany i rozpoławia je poniżej tafli wody, 
nawet  nie  drgnie.  Jest  doskonała,  symetryczna,  nieco  tylko 
ciemniejsza  i  krótsza.  Ktoś,  kto  ukryłby  się  na  wyspie,  w  ja-
kimś  lasku,  zwłaszcza  przy  tej  widoczności,  jaką  umożliwia 
ogołocenie drzew z liści, mógł obserwować to odbicie, wypa-
trzyć oświetlone okna, odnotować ruchy kobiety i zorientować 
się, że jest sama.

 

Szeptano, że to jakiś chory człowiek, w którym samotność, 

szybko  zapadające  zmierzchy,  a  po  nich  wilgotna  ciemność 
jesiennych  wieczorów  wyzwoliły  złowrogie  instynkty.  Jakiś 
psychol  zbiegły  ze  szpitala,  z  ośrodka,  którego  nazwę  tutejsi 
ludzie 

aż 

boją 

się 

wymówić 

(ośrodek 

medyczno-

specjalistyczny, jak go nazywają w administracji miasta. Albo 
Saulnières.  Ludzie  wolą  używać  nazwy  miejscowości,  jakby 
sama nazwa placówki przynosiło pecha). Tu też były protesty, 
kiedy szpital otworzył podwoje -po tej stronie Loary, naprze-
ciwko  elektrowni;  grunt  nie  kosztował  drogo  i  nie  był  to  z 
pewnością przypadek. Tak czy inaczej szpital nie zdobił brze-
gu:  ten  ciąg  ustawionych  w  ukośną  szachownicę  pawilonów 
wyglądał banalnie, trochę jak dom starców, tyle że całość oto-
czono siatką(„Żeby nie można było zobaczyć, co się dzieje w

 

66 

background image

środku”, jak mówili ludzie).

 

W  największym  z  budynków  widać  wykusz  okienny 

oświetlony neonem, okrągłą salę, zapewne stołówkę.

 

Pielęgniarze spotykani w tabaku w N., gdzie kupują papie-

rosy,  są  niezwykle  dyskretni.  Nie  pochodzą  z  tych  stron,  nie 
mieszają  się  z  miejscowymi.  Oczywiście  im  też,  jak  wszyst-
kim, zdarza się zatrzymać samochód i pożartować z dziewczę-
tami  ze  Stanislasa,  tym,  które  po  lekcjach  prowadzają  się 
grupkami i palą papierosy. Ogólnie jednak utrzymują niewiele 
kontaktów  z  mieszkańcami  N.,  którzy  odnoszą  się  do  nich  z 
nieufnością.

 

Okna  w  ośrodku  nie  otwierają  się  od  wewnątrz;  wiem,  bo 

mi o tym doniesiono. Wiem też, że nowo przyjętym pensjona-
riuszom odbiera się wszystko, czym mogliby zranić, nożyczki, 
nawet  pesety  do  depilacji.  A  przecież  nie  wyglądają  na  nie-
bezpiecznych.  Niektórych  tu  przywożą,  bo  cały  czas  płaczą. 
Czasami widuje się ich na groblach; łatwo ich rozpoznać. Jed-
ni  idą,  nie  odzywając  się  słowem,  powłócząc  nogami,  ze 
wzrokiem  wbitym  w  ziemię.  Inni  bywają  bardziej  nieprzewi-
dywalni. Odwrócą się, popatrzą chyłkiem na człowieka i nagle 
zaczynają za nim iść. Idą długo, nic nie mówią, nie zaczepiają, 
nie  próbują  nawet  zmniejszyć  odległości.  To  jeden  z  powo-
dów,  dla  których  tutejsze  kobiety  nie  lubią  samotnych  space-
rów.

 

Koło godziny czwartej, kiedy pensjonariusze zawędrują za 

daleko,  pielęgniarze  wsiadają  do  kamionetki  i  zbierają  ich po 
drodze;  kolacja  jest  podawana  bardzo  wcześnie,  o  szóstej, 
żeby personel miał trochę wolnego.

 

Niektórzy  zapuszczają  się  też  na  wyspy.  Popołudniami, 

zwłaszcza latem, w gorące dni, kiedy niski poziom wody

 

67 

background image

odkrywa  małe  mielizny  pozwalające  przeprawić  się  suchą 
stopą, widuje się czasami jakąś postać pośrodku wyspy. 

Wymachuje rękami, jakby mówiła sama do siebie. Wędka-

rze  obserwują ją  ze  swoich  łodzi  przez  lornetkę; albo pensjo-
nariusze  z  domu  starców  Sainte-Anne,  siedzący  na  którejś  z 
miejskich ławek.

 

Ale wtedy, przy tym chłodzie, który nastał, na ławkach nikt 

oczywiście nie siedział.

 

Jedni  tylko  myśliwi  nie  zmienili  przyzwyczajeń.  Po  stare-

mu  tropili  zwierzynę.  Była  pełnia  sezonu,  przed  pierwszymi 
przymrozkami i ani myśleli z czegokolwiek rezygnować. Mó-
wili,  że  mają  strzelby  i  że  się  nie  boją.  A  półgłosem,  miedzy 
sobą,  odgrażali  się,  że  jak  tylko  spotkają  podejrzanego,  jeśli 
natkną się na niego w czasie obławy albo na skraju pola grani-
czącego ze szpitalem, to wariat czy nie wariat, bez wahania go 
zastrzelą,  z  zimną  krwią  zastrzelą.  Dla  takiego  szubrawca 
sprawiedliwość  jest  zbyt  opieszała,  tu  potrzeba  zemsty.  Żeby 
miał nauczkę. 

Sam  Morlaix  nawiązał  do  tego  podczas  jednej  z  naszych 

wypraw  myśliwskich.  Miały  one  w  sobie  coś  z  rytuału.  Nie 
szukaliśmy grubego zwierza; wystarczały nam kaczki i zające. 
Coraz  częściej  zresztą,  z  racji  wieku  jego  suki,  wracaliśmy  z 
pustymi rękami. W wolne dni przyjeżdżał po mnie rano, bar-
dzo  wcześnie,  koło  piątej.  Słyszałem  dobiegający  z  drogi  od-
głos  silnika  jego  przedpotopowej  dyane.  Dyane  hałasuje  zu-
pełnie jak ciężarówka. Często na ten temat żartujemy. Mówię 
mu, że przecież mógłby sobie zafundować jakiś nowy model, 
ale wiem, co mi odpowie: dyane jest niezniszczalna. 

68 

background image

Jego  suka  siedzi  w  bagażniku,  stara  suka,  nadal  bardzo 

żwawa, Ava, spanielka. Nazwał ją Ava na część Avy Gardner. 
Jak już mówiłem, Morlaix nie jest zbyt rozmowny i ogranicza 
wymianę zdań do ścisłego minimum, tym razem jednak - wy-
biła  właśnie  dziesiąta,  na  polance  rozwijaliśmy  z  papieru  ka-
napki,  termos  stał  na  pieńku  -  Morlaix  ściągnął skórkę  z  pla-
stra  szynki,  rzucił  ją  psu  w  powietrze  jak  wstążkę  i,  uniesie-
niem łokcia wskazując Avę, stwierdził: - Ona jest więcej warta 
niż wszystkie kobiety razem wzięte.

 

Znałem żonę Morlaix'ego, więc wiedziałem, co ma na my-

śli,  i  milcząco  dałem  do  zrozumienia,  że  się  z  nim  zgadzam, 
nie rozwijając tematu, bo nie lubię afer. Małżeństwa są, jakie 
są,  i  czasami  posługują  się  innymi  w  swojej  wojnie.  Lepiej 
trzymać  się  z  daleka.  Tym  bardziej  że  Morlaix  był  w  stanie 
powtórzyć wieczorem żonie wszystko, co powiedziałem, żeby 
dowieść  swojej  racji.  W  dodatku  czasami  się  u  nich  stołuję. 
Żona  Morlaix'ego  robi  znakomity  placek  z  gruszkami.  Dla 
samotnego mężczyzny to gratka. Fakt, że w tych swoich oku-
larach na nosie sprawia wrażenie dość oschłej, ale w życiu nie 
można  mieć  wszystkiego.  Poza  tym  może  ona  też  odebrała 
swoją porcję rozczarowań. Morlaix za dużo pił. Wiadomo, że 
z tego wynikają problemy.

 

W czasie, kiedy kiwałem dyplomatycznie głową, co można 

było odebrać, wedle życzenia, jako potaknięcie lub dyskretny 
protest,  suka  połknęła  szynkę  i  z  wywalonym  językiem  wpa-
trywała się w swojego pana wzrokiem niewolnicy.

 

-   No  proszę,  powiedział Morlaix, i  co,  ślicznotko,  ty  i ja 

dobrze się rozumiemy! Jak zobaczy zająca, to zupełnie jak ja, 
kompletnie traci głowę. Poza tym dobrze się trzyma. Czterna-
ście lat i ciągle poluje! Nie jest wcale pewne, że my obaj tyle

 

69 

background image

dożyjemy! Mało takich, którzy wcześniej wysiadają? I takich, 
których  trzeba  ciągnąć  jak  szczury  schwytane  w  pułapkę!  - 
Zachichotał z zadowoleniem, którego ta uwaga doprawdy nie 
uzasadniała, z  miną mówiącą, że ma nas wszystkich w nosie, 
że on i jego suka znajdują się po właściwej stronie, na spokoj-
nej planecie.

 

Czternaście lat. Szybko policzyłem. Wiek psa należy pomno-

żyć  przez  siedem.  Czternaście  lat  równa  się  dziewięćdziesięciu 
ośmiu  wiosnom  człowieka  -  nawet  jeśli  weterynarz  twierdzi,  że 
nie  jest  to  ścisła  zależność.  Zresztą  Morlaix  sam  przyznaje:  to 
tylko  przybliżony  rachunek.  W  tej  kwestii  nie  ma  prawdziwego 
przełożenia  między  nami  a  zwierzętami.  To  trochę  tak,  jakby 
porównywać  życie  człowieka  z  niektórymi  owadami  żyjącymi 
dzień lub tydzień. Ale relacja między człowiekiem i psem, przy-
wiązanie,  sposób,  w  jaki  nas  rozumieją,  twierdzi  również,  to 
wszystko nie zostało wystarczająco zgłębione. 

Pies  zaskomlał  i  nastawił  uszy,  ponieważ  na  polu  pojawił 

się  bażant.  Kroczył  po  otwartej  powierzchni,  podskakując. 
Piękny ptak: upierzenie ciemne, ale na krańcach skrzydeł mie-
niące się złocistością chryzantem. Łapami ledwie dotykał bru-
natnej ziemi. - Ma szczęście, że jesteśmy zajęci czym innym - 
powiedział  Morlaix.  I  nie  dodając  nic  więcej,  uniósł  rękę  na 
wysokość  ramienia,  udając,  że  celuje  z  fuzji.  Zamknął  oczy, 
jakby strzelał z bliska. Byłem tak spięty, że wydało mi się, iż 
usłyszałem wystrzał.

 

Bażant  zniknął  w  chaszczach.  Wokół  nas  opadały  liście, 

niektóre  już  pomarszczone,  barwy  łupin  orzechów,  a  wysoko 
na niebie, nad mocno już ogołoconymi drzewami, widać było 
kilka pięknych okrągłych obłoków, bardzo czystych, niezasła-
niających słońca. Obłoki wprost stworzone do tego, żeby je

 

70 

background image

namalować.  Dzień  był  naprawdę  piękny.  W  każdym  razie 
byłby to piękny dzień, gdyby zapomnieć o całej reszcie. 

Potarłem  kilka  koralików  żywicy,  stwardniałych  i  złoci-

stych jak miód, na pniu, na którym siedziałem. Pojawiły się w 
miejscu,  gdzie  pień  został  zrąbany,  lekkie  nacięcia  na  korze, 
jak blizna.

 

Nagle  Morlaix  się  odezwał:  -  A  co  do  Brzeziny,  to  długo 

będą  szukać.  Facetów  z  fuzjami,  i  to  fuzjami  gotowymi  do 
strzału, w tych okolicach nie brakuje.

 

Popatrzyłem na swoje dłonie poplamione żywicą. Oświad-

czyłem:  -  Tamtego  wieczora  byłem  na  spacerze,  przechodzi-
łem  obok.  -  Zamierzałem  powiedzieć  to  swobodnym  tonem, 
ale czułem, że mój głos nie zabrzmiał naturalnie. 

Morlaix  zagwizdał.  Stwierdził  krótko:  -  Lało  wtedy  jak  z 

cebra. - Widziałem, że się zastanawia i że temat tych refleksji 
może nie świadczyć na moją korzyść.

 

Powiedziałem:  -  W  oknach  się  świeciło,  ale  nie  zauważy-

łem nic specjalnego. Park był taki jak zwykle.

 

Morlaix nadal gwizdał. Z miną jak gdyby nigdy nic dodał: 

- Podobno nieźle ją zmasakrowano.

 

Odkaszlnąłem  i  ugryzłem  kromkę  chleba.  Ja  też  miałem 

kanapkę z szynką.

 

Bez  wątpienia  jeszcze  tego  samego  wieczoru  Morlaix  po-

wtórzył  żonie,  co  mu  powiedziałem.  Już  widzę  ten  nieufny 
błysk,  tę  mglistą  ciekawość,  jaka  musiała  pojawić  się  w  jej 
zgaszonych oczach. I to ona bez wątpienia poradziła mu, żeby 
powiedział  o  tym  policji,  powiadomił  ją  o  tym,  „na  wszelki 
wypadek”, jak zapewne zaznaczyła. W takich okolicznościach 
warto  przekazać  każdą  informację.  Wyobraziłem  sobie  ten 
argument, obłudną oględność sformułowań, jakich użyła, to, 

 

71 

background image

co  zapewne  powiedziała,  zmywając  naczynia.  „Nawet  infor-
macje z założenia niemające związku ze sprawą”.

 

Ludzie w N. rozumowali podobnie. Przychodzili do tabaku 

obok hali targowej i składali własne zeznania. Przewinął się tu 
cały orszak świadków, którzy wpadali z miną jak gdyby nigdy 
nic  i  kupując  znaczki  pocztowe  czy  gazety,  konfrontowali 
swoje  hipotezy.  Nikt  nic  nie  widział,  z  wyjątkiem  tych  -  nie-
licznych - którzy, jak ja, byli na miejscu, kiedy żandarmi prze-
szukiwali dom, i teraz bezustannie opowiadali o otwartej bra-
mie,  o  karetce,  o  błyskach  fleszy  wśród  drzew.  Spotkałem 
nawet  kobietę,  która  tamtego  wieczoru  patrzyła  na  mnie  mó-
wiąc, że to nic poważnego.

 

Ludzie  dlatego  tyle  gadali,  że  rzecz  zdarzyła  się  nie  byle 

gdzie,  tylko  w  Brzezinie,  kilka  metrów  od  cmentarza.  Ponie-
waż, jak się tak nad tym teraz zastanowić, przy tych krzyżach 
(najstarsze  wystawały  ponad  mur,  a  niektóre  były  wyższe  od 
człowieka) miejsce wyglądało złowieszczo, zwłaszcza wieczo-
rem,  w  ciemnościach.  Starsze  kobiety  wspominały,  że  już 
wcześniej  zdarzały  się  tam  różne  „dziwne  rzeczy”.  Niektóre 
swego  czasu  widziały  w  parku  mężczyznę.  Uważano  je  za 
stuknięte, trzeba jednak przyznać, że historia była poruszająca 
i jak najbardziej na czasie: wysoki mężczyzna w szarym tren-
czu.  Stał  zawsze  w  tym  samym  miejscu,  u  wylotu  alei,  nieo-
podal dawnego tarasu; co do tego świadectwa były zgodne. Z 
miejsca, w którym go zauważyły, wydawało się, że opiera się 
o drzewo. Działo się to zawsze o tej samej porze, o zmroku. Z 
początku myślały, że zmierza w ich kierunku. Potem spostrze-
gały, że się nie ruszał. Stał nieruchomo. Przypominał zmarłego

 

72 

background image

z  Brzeziny,  mówiły  kobiety,  tego,  który  się  kiedyś  zabił  na 
zakręcie.  Jego  twarz  nie  wyrażała  niczego,  ale  była  to  jego 
twarz. To był on. Piękny mężczyzna. 

„Czego to się człowiek nasłucha!”, wykrzykiwał właściciel 

tabaku wpatrzony w ekran telewizyjny, niezmiennie transmitu-
jący  jakiś  mecz.  Jego  oczy  podążały  za  piłką  na  powierzchni 
boiska. Obraz drgał, przybliżał się, przyprawiał o zawrót gło-
wy.  „Czego  to  się  człowiek  nasłucha!”.  Któregoś  dnia  jakiś 
klient krzyknął od stolika: „Jeśli nawet, to widziały posąg! W 
Brzezinie jest ich pełno!”. 

Tak  czy  inaczej,  od  pewnej  godziny  żadna  kobieta  nie 

chciała  wychodzić  samotnie.  Kilka  razy  odwoziłem  Christia-
ne, która mieszka za N. w odnowionym budynku fermy. Prosi-
ła,  żebym  czekał,  dopóki  nie  zamknie  drzwi  na  klucz.  A  jed-
nak  żadnego  z  tych  wieczorów,  kiedy  ją  odwoziłem,  nie  za-
prosiła mnie do środka. Zamykała drzwi, ale nie zapalała świa-
tła.  Z  początku  nie  mogłem  zrozumieć  dlaczego.  Ale  wytę-
żywszy wzrok, dostrzegałem jej nieruchomą postać za zasłoną 
w  pokoju  na  parterze,  ukrytą  za  fałdami  tergalu.  Pewnie  my-
ślała,  że  jej  nie  widać  w  ciemnościach,  i  nie  spuszczała  ze 
mnie wzroku,  gdy  zawracałem spod drzwi. Odjeżdżając, czu-
łem na sobie jej wzrok. 

Powinienem opowiedzieć trochę o Christiane. Jest brunetką 

o szerokiej twarzy, niezbyt piękną, ale też nie niemiłą dla oka. 
Od  dziesięciu  lat,  od  kiedy  tu  pracuję,  widuję  ją  niezmiennie 
za ladą kafeterii, gdzie podaje herbatę w kubkach i brownies
które  sama  piecze,  zresztą  pyszne  (kafeteria  to  pomysł  Gen-
drona: trzy stoliki, automat z napojami, wszystko po to, żeby

 

73 

background image

unowocześnić  muzeum,  rozluźnić  atmosferę,  uprościć  pu-
bliczności kontakt ze sztuką).

 

Christiane interesuje się tym, co robię - raz czy dwa prosi-

ła,  żebym  jej  pokazał  swoje  obrazy.  Odwożę  ją  dość regular-
nie. Raz nawet, kiedy sprzedałem swój pierwszy obraz w ma-
łej galerii kilka kilometrów stąd, zaprosiłem ją na drinka.

 

Pamiętam,  że  któregoś  dnia,  kiedy  razem  wracaliśmy,  za-

pytałem,  dlaczego  nie  nosi  spódnicy,  czemu  nie  ubiera  się 
bardziej  kobieco:  -  Byłoby  pani  w  tym  dobrze,  Christiane  - 
powiedziałem - mogłaby pani.

 

W  rzeczywistości  było to niemądre i  od razu  tego  pożało-

wałem. Zarumieniła się po uszy. Pewnie pomyślała, że chciał-
bym  zobaczyć  jej  nogi,  że  chodzi  mi  po  głowie  Bóg  wie  co. 
Wybąkała,  że  stojąc  za  ladą...  „Tutaj”,  westchnęła,  czerwona 
jak burak, i smutno machnęła ręką. Wiedziałem, o co jej cho-
dzi.  Poza  sezonem  bywają  dni,  kiedy  zajrzy  ledwie  dwóch, 
trzech  zwiedzających.  Albo  klasy.  Uczniowie  są  najgorsi.  Na 
widok aktów głupkowato chichoczą. Trzeba ich przywoływać 
do porządku. 

Zorientowałem  się,  że  płacze.  Zatrzymałem  samochód  i ją 

objąłem.  Nigdy  potem  nie  wracaliśmy  już  do  tego  epizodu. 
Ale  czułem,  że  od  tej  historii  z  Brzeziną  odsunęła  się  ode 
mnie. W samochodzie, kiedy ją odwoziłem, odzywała się mo-
nosylabami,  sprawiała  wrażenie  spiętej.  Widziałem,  jak  zaci-
ska dłonie na swoich nieśmiertelnych spodniach. 

Mówiłem  sobie,  że  siedząc  obok  mnie  w  twingo  i  mięto-

sząc  nerwowo  swoje  stare  dżinsy,  pewnie  wspominała  moją 
uwagę, że wracała do niej myślą w domu, podgrzewając zupę 
z kostki. Może nawet uważała, że to podejrzane, że coś się za 
tym  kryje.  (Należy  do  tych  dziewczyn,  które,  usłyszawszy 
komplement, myślą, że mają do czynienia ze zboczeńcem).

 

74 

background image

Może nawet poszły jakieś plotki, może Morlaix postarał się o 
to, żeby szepnąć jej słówko o naszej rozmowie w czasie polo-
wania.  Byłem  przekonany,  że  przyklejona  do  swoich  tergalo-
wych  zasłon  podejrzewała  mnie.  Chciała  mieć  pewność,  że 
odjadę;  przez  prześwity  w  żywopłocie  odprowadzała  wzro-
kiem  światła  reflektorów,  dopóki  samochód  nie  wyjechał  na 
drogę. 

Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Ja też mógłbym za-

parkować  pod  groblą,  kilometr  dalej,  i  zgasić  światła;  mógł-
bym  wrócić.  Zaczaić  się  pod  ścianą,  poczekać,  aż  otworzy 
okno,  wysunie  rękę  na  zewnątrz,  żeby  zamknąć  okiennice. 
Zawsze jest taki moment, kiedy się przestaje uważać, kiedy się 
zapomina  -  oto,  co  miałbym  ochotę  jej  powiedzieć.  Co  ty  na 
to,  Christiane? Moment  kiedy  przestaje  się  być czujnym.  Na-
wet o strachu można zapomnieć.

 

Co  prawda  miejsce  nie jest  tak  odosobnione, jak  mogłoby 

się  wydawać.  Nieopodal  stoi  inny  zamieszkany  dom,  ale  po 
przeciwnej stronie posesji i tyłem do drogi. Skądinąd Christia-
ne  nie  omieszkała  mi  o  tym  przypomnieć.  Powiedziała:  „Na 
stole trzymam zawsze numer do moich sąsiadów”, ja zaś usły-
szałem  w  jej  głosie  dość  naiwną  chęć,  by  mnie  uspokoić,  ale 
przede wszystkim ostrzec. Jak powiedziałby Massonneau, nie 
urwałem się z choinki. 

Włączyłem silnik i zapaliłem światła. Na drodze samocho-

dem  trochę trzęsło.  Wewnątrz  pachniało skajem  foteli  i  Chri-
stiane. Zapachem, który po sobie zostawiła. Jechałem wzdłuż 
terenu  łowieckiego,  potem  sadu  jabłoni,  potem  pola  kukury-
dzy,  które  latem  wygląda  jak  pole  trzciny  cukrowej.  Teraz 
zostały na nim tylko porozrzucane łodygi. Na sąsiedniej łące, 
na którą wypuszczają bydło z farmy, krowa wystawiła łeb nad 

 

75 

background image

elektrycznym  ogrodzeniem.  Wiedziałem,  że  gdybym  wyszedł 
z  samochodu,  usłyszałbym  regularne,  miarowe  wyładowania 
prądu i byłby to jedyny, absolutnie jedyny odgłos w całej okolicy. 

Krowa nawet nie drgnęła. Obserwowałem w ciemnościach 

jej  spokojny  korpus.  Zwierzęta  nie  odwracają  wzroku.  Jej 
nagie  źrenice  wypełniło  sztuczne światło  mojego  samochodu, 
żółte i rażące.

 

Zachowałem się głupio i pomyślałem nawet, że może się to 

dla mnie źle skończyć. Kiedy żandarmi zjawili się w muzeum, 
zostałem  przesłuchany  w  charakterze  świadka.  Wspomniałem 
o  odwiedzinach  kobiety.  Powiedziałem,  że  koło  piątej ją  roz-
poznałem, że przeszła przez salę znajdującą się pod moją pie-
czą.  Ale  bardzo  padało,  na  dworze  było  pochmurno.  Mogło 
być nieco wcześniej lub nieco później, mógł istnieć jakiś mar-
gines  błędu,  przyznałem.  Mówiąc  to,  przypomniałem  sobie 
drzewa w deszczu, zapamiętały szum drzew.

 

-  Nie rozmawiał pan z nią? - zapytał jeden z ludzi. 
-  Nie - odpowiedziałem. - Słabo ją znałem. Z widzenia  - 

wyjaśniłem po prostu. - Tak jak się zna niektórych ludzi. Swe-
go czasu przyjeżdżała tutaj na wakacje. 

Bajdurzyłem.  To  było  zbyt  skomplikowane.  Opowiedzia-

łem  o  swojej  późnej  przechadzce.  Powiedziałem,  że  przecho-
dziłem obok Brzeziny,  że  w dwóch oknach na parterze paliło 
się światło, że kiedy wracałem, nadal się paliło.

 

Później  dowiedziałem  się,  że  jakaś  osoba  zauważyła  mnie 

w chwili, gdy zamykała drzwi swojego garażu.

 

-  Więc zorientował się pan, że tam nocowała? - nie dawał 

za wygraną żandarm. 

-  Tak właśnie pomyślałem - odparłem. - Miałem powody 

tak sądzić. 

76 

background image

-  Dokąd pan szedł? W stronę elektrowni? Dziwne miejsce 

na  nocne  spacery  -  skomentował  oschłym  tonem.  -  Nie  prze-
szkadza panu deszcz?

 

Musiałem powiedzieć o stodole, usprawiedliwiać się. 
-   Pracuję  nad  pejzażem,  powiedziałem,  plącząc  się.  Ży-

wioły mi są potrzebne, maluję je.

 

Wiedziałem,  co  o  mnie  pomyśleli,  mieli  to  wypisane  na 

twarzach.  Dziwny  facet.  Malarz,  mieszkający  samotnie.  Ale 
Massonneau  był  znacznie  bardziej  pojednawczy.  Trochę  go 
znałem.  Miałem  z  nim  nieraz  do  czynienia  w  sprawach  bez-
pieczeństwa, które Gendron scedował na mnie, zwłaszcza tych 
dotyczących alarmu. To człowiek doświadczony i życzliwy. 

-  Rozumiem pana - powiedział. - Ja też lubię wieczorami 

chodzić,  a  tą  drogą  nad  rzeką  przyjemnie  się  wędruje.  Tutaj 
nic  innego  nie  ma.  Sport  albo  telewizja.  Trzeba  długich  kilo-
metrów,  żeby  znaleźć  kino.  Woda  to  tak  jak  obecność.  Wła-
ściwie nie bardzo wiadomo dlaczego. Może dlatego, że nawet 
późnym wieczorem pozostaje jasna. Jestem taki jak pan. Bar-
dzo lubię chodzić. Lekarstwo jak każde inne. Jest w życiu taki 
okres,  który  trudno  przetrwać,  nie  sądzi  pan?  Wszyscy  przez 
to przechodzą. Środek. Ta myśl, że to środek, że potem będzie 
za  późno,  że  być  może  już  jest  za  późno.  Patrząc  wstecz, 
człowiek  widzi  wszystko,  co  mu  nie  wyszło,  wszystko,  co 
powinien  był  robić;  ma  wrażenie,  że  nareszcie  rozumie.  Ale 
kiedy  spojrzy  przed  siebie,  musi  przyznać,  że  przyszłość  wy-
gląda dość ponuro. Czuje potrzebę ruchu, rozprostowania nóg. 

background image

4. 

Minął  listopad.  Pochmurne  dni.  Sinoszara  Loara,  a  w  nie-

które  poranki  ślady  przymrozku  niczym  śluz  ślimaka  na  opa-
dłych liściach. Wzrok sięgał daleko, aż po wieżę ciśnień. 

Zagajniki  na  wyspie  wyglądały jak  wiązki  chrustu.  Zarzu-

ciłem pracę nad obrazem, który malowałem. Któregoś wieczo-
ru go zniszczyłem.

 

Na  dworze  wciąż  nie  było  widać  żywej  duszy.  Nie  licząc 

tych,  którzy  kursowali  między  pocztą  a  tabakiem  (pod  zwy-
kłym  pretekstem  kupna  gazety  lub  znaczków),  i  rybaków  ło-
wiących  szczupaki,  lecz  ostrożnych,  dobrze  widocznych,  sto-
jących  na łodziach  pośrodku  rzeki,  wyeksponowanych.  Rzeki 
barwy  szarej turkawki,  od  dołu jakby  podświetlonej, lśniącej, 
lekko oleistej. Światło, którego nie sposób oddać na płótnie. 

Oficjalnie śledztwo utknęło w martwym punkcie. W gaze-

tach daremnie  było  szukać, już  o  nim  nie  pisały.  Nad  murem 
Brzeziny  został  rozciągnięty  rodzaj  siatki  dla  odstraszenia 
ciekawskich; wyglądało to jak plac budowy. Podobno w domu 
niczego  nie  ruszono;  podobno  mąż  kobiety  nawet  nie  chciał 
wejść  do  środka;  podobno  w  pustych  pokojach  panowała 
okropna woń stęchlizny.  

Okiennice zamknięto i zabito. Na bramie zawisł łańcuch z 

kłódką. Park stał w swej osobliwej, spustoszonej krasie późnej 

78 

background image

jesieni; zastygłe drzewa, hałdy brunatnych liści i kredowobiałe 
posągi,  których  korpusy  wyglądały  jak  zgrabiałe  z  zimna. 
Kiedy było trochę słońca, zjawiał się ten sam rudy kot z czar-
no  wytatuowanym  pyszczkiem,  niczym  bokser  po  zainkaso-
waniu  paskudnego  ciosu,  i  drzemał  na  balustradzie  ganku  ze 
zwisającym ogonem, puszystym jak ogon wydry.

 

Prokurator  z  Angers  dokładnie  przestudiował  przepustki  z 

Saulnières, ale nic nie znalazł. Przy pogodzie panującej tamte-
go  dnia  żaden  z  pensjonariuszy  nie  opuścił  ośrodka.  Dzień 
okropnie się dłużył; wielu spędziło go w łóżku, na proszkach 
nasennych. „To trudny okres dla naszych pacjentów - zauwa-
żył dyrektor - te opadające liście, to pochmurne niebo... Osoby 
depresyjne są znacznie bardziej podatne na zmiany pogody niż 
zwykli ludzie, o ile takowi w ogóle istnieją, o ile można  mó-
wić o jakiejś normie w tej dziedzinie - zaznaczył dyrektor - ale 
to  już  całkiem  inna  sprawa.  Trzeba  być  bardzo  silnym,  żeby 
nie reagować na aurę, nie ulegać jej wpływowi. Nie pamiętam 
już,  kto  to  powiedział:  «Swoje  słońce  i  niepogodę  noszę  w 
sobie».  Pewnie  jakiś  filozof!”.  Dyrektor  odprowadził  żandar-
mów do drzwi i powtórzył: „Filozof!”. 

-   Ci, którzy leczą tych ludzi, są prawie tak samo stuknięci 

jak ich podopieczni - skomentował to spokojnie Massonneau. 
Ja czułem, że nie tędy droga. I wtedy przyszło mi do głowy, że 
podeszliśmy  do  sprawy  od  niewłaściwej  strony.  Moim  zda-
niem  ten  pomysł  z  włóczęgą  był  bez  sensu.  Wszyscy  się  go 
uczepili,  bo  jest  bardzo  wygodny,  ale  ja  w  to  nie  wierzyłem. 
Myślenie, że zło przyszło z zewnątrz, uspokaja ludzi. Taki jest 
zawsze  pierwszy  odruch.  Jeszcze  ewentualnie  gdyby  kobieta 
została znaleziona na zewnątrz, na groblach, na drodze, wtedy 
można by uwierzyć w pechowe spotkanie. Ale była w domu i 

79 

background image

nie doszło do żadnej kradzieży. Powie pan, że nie bardzo jest 
tam co ukraść. Że wszystko zostało sprzedane. Wartość leży w 
lokalizacji,  w  gruncie;  to  sprawy  niewymierne.  Dlaczego  by 
jednak  nie  przyjąć,  że  ten,  kto  wtedy  przyszedł,  miał  klucz 
jeszcze  z  dawnych  czasów,  że  go  użył,  albo  że  ona  sama  nie 
zamknęła  drzwi?  Dlaczego  nie  przyjąć,  że  przybysz  ją  znał? 
Że  była  to  pewna  forma  wyrównania  rachunków.  A  kiedy 
mówię o rachunkach, to lepiej mi bzdur nie wciskać.

 

Massonneau przez chwilę milczał, jakby dawkując efekt: - 

Ten facet z restauracji, ten inżynier, z którym w południe była 
na  obiedzie,  wyglądał  mi dość  niewyraźnie.  W jego  zeznaniu 
były luki. Na takim stanowisku mógł sobie skombinować do-
wolne  alibi.  Podróże.  Spotkania.  Wieczorem  nie  było  go  w 
domu.  Podobno  miał  ważną  rozmowę  służbową,  ale  nie  spo-
sób  tego  sprawdzić. Wszystko,  co  ma  związek  z  elektrownią, 
jest tajne. 

Ten człowiek zna okolicę; nieraz już gościł w tym domu i 

wie, że miejsce jest spokojne.

 

O tej porze nikt tamtędy nie przechodzi. Nikt, oprócz pana. 

Pan jest jedyną żywą duszą w pobliżu. Wszyscy siedzą w do-
mach. Leje jak z cebra. Z jakiegoś powodu koniecznie chce ją 
jeszcze  raz  zobaczyć.  Tak  więc  -  nadąża  pan  za  moim  rozu-
mowaniem? - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten sam męż-
czyzna, z którym była na obiedzie, wrócił później. Miał mnó-
stwo  czasu  i  samochód.  Dlaczego  nie  chciał,  żeby  żona  do-
wiedziała  się  o  tym  obiedzie?  Dlaczego  mówił  o  sytuacji
Jakiej  sytuacji?  Nie  znam  takich  wiele  między  mężczyzną  i 
kobietą.

 

-   Nadąża pan? - spytał Massonneau.  
Odpowiedziałem, że tak, jak najbardziej nadążam. Ale nagle 

poczułem się bardzo zmęczony, jakby zwalił się na mnie ciężar

 

80 

background image

tych ostatnich tygodni.

 

-   Oto,  co  pomyślałem  -  ciągnął  Massonneau.  -  Wystar-

czyło  trochę  zdrowego  rozsądku.  Odpowiedź  miałem  tu,  pod 
nosem.  Ten  mężczyzna  był  niewyraźny.  Mógł  sobie  mieć  te 
wszystkie  dyplomy  i  bywać  w  gościnie  u  prefekta,  którego 
numer  nam  podał  -  co  nawiasem  mówiąc  wcale  mi  się  nie 
spodobało.

 

Posuwałem się do przodu.

 

Byłem  sam,  zajęło  mi  to  prawie  miesiąc,  ale  miałem 

wszystkie fakty i mogłem się na nich oprzeć. Przyjąłem hipo-
tezę,  która  wydawała  się  najmniej  prawdopodobna,  którą 
wszyscy, proszę zauważyć, odrzucili, bo wszyscy szukali sza-
leńca!  Tylko  żebyśmy  się  dobrze  zrozumieli  co  do  pojęcia 
„szaleniec”. Był to w pewnym sensie szaleniec, ale nie z tych, 
którzy  siedzą  w  szpitalu.  Taki,  którego  pan  i  ja  codziennie 
mijamy na ulicy. Mężczyzna żonaty, ojciec rodziny, zero wy-
bryków.  Żadnych  trosk  materialnych,  żadnych  większych 
kłopotów w pracy. Taki, o którym się mówi: mężczyzna ustat-
kowany, w świetle obiegowych kryteriów uchodzący wręcz za 
człowieka, któremu się powiodło. Wszelkie zewnętrzne oznaki 
sukcesu:  wielki  dom,  trawniki,  salon  ogrodowy  z  tekowego 
drewna, automatyczna brama. Kiedy odsunie kotary w swoim 
angielskim wykuszowym oknie, widzi przed sobą rzekę. Istna 
pocztówka. Odpowiednie usytuowanie względem słońca. Eks-
pozycja zachodnia. To samo w jego biurze na obrzeżach elek-
trowni, w pokoju, gdzie nas przyjął. Nie ruszając się z miejsca, 
widzi  przez  okno  wszystko,  czego  szukają  turyści,  za  co  tyle 
płacą  wszystkie  te  zorganizowane  wycieczki  w  autokarach,  z 
wizytą  w  muzeum  i  lokalną  kuchnią  w  Złotych  Okowach 
włącznie.  

Ale poza tym? Tak, poza tym? Otóż poza tym, nic. I w tym

 

81 

background image

cały problem.

 

Przychodzi  w  życiu  taki  moment  koło  czterdziestki,  pięć-

dziesiątki,  kiedy  mężczyzna  spostrzega,  że  wielki  dom  i  wy-
sokie stanowisko, i piękny widok z okna niczemu nie służą, że 
jego  życie  przypomina  piasek.  Zna  pan  tę  dość  uproszczoną, 
ale wygodną teorię psychologów? Nazywają to piramidą Ma-
słowa.  Stosuje  się  ją  w  gabinetach  doradczych  HR.  Czasem 
prostymi sposobami dochodzi się do prawdy. Według Masło-
wa, kiedy podstawowe potrzeby człowieka zostają zaspokojo-
ne,  tworzy  on  nowe,  subtelniejsze,  bardziej  abstrakcyjne;  nie 
zna poczucia zaspokojenia, staje się coraz bardziej wymagają-
cy.  Również  to,  czego  pragnie,  staje  się  coraz  bardziej  obse-
syjne, coraz bardziej nieokreślone.

 

Massonneau umilkł. Wyglądał na zamyślonego.

 

W końcu powiedział: - Piękna kobieta.

 

Popatrzył  na  mnie,  ale  zachowałem  kamienną  twarz.  Pod-

jął: 

-   To znaczy, przypuszczam, że o takiej właśnie mówi się 

piękna kobieta. Atuty. Mnóstwo uroku. Widziałem oczywiście 
fotografie,  przesłuchiwałem  świadków.  Ale  przy  tym  osobo-
wość dziwna, niestabilna - nie wiem, jak to ująć - jakby nigdy 
nie  potrafiła  dokonać  wyboru,  jakby  nigdy  nie  znalazła  dla 
siebie  miejsca.  Swoją  drogą  ciekawe,  że  ludzie  podcinają  ga-
łąź, na której siedzą.

 

Nie rozwinął tej myśli, wyjął tylko paczkę playersów spe-

cial.  I  stukając  papierosem  o  stół,  prawie  niedosłyszalnie  po-
wtórzył: - Tak. Ciekawe.

 

Jakbym  usłyszał  swojego  ojca  w  dniu,  kiedy  mu  oznajmi-

łem,  że  zamierzam  zapisać  się  na  Akademię  Sztuk  Pięknych. 
Dokładnie te same słowa. I wydało mi się, że widzę piłę wrzy-
nającą się w drzewo. Elektryczną piłę, którą w ogrodzie ścięto

 

82 

background image

kasztan, ponieważ zajmował za dużo miejsca i istniało niebez-
pieczeństwo, że naruszy korzeniami fundamenty ściany. Przy-
pomniałem  sobie  zapach  ogniska,  w  którym  spalono  resztki 
liści.  A  że  panowała  wilgoć,  dym  zasnuł  sąsiednie  ogrody. 
Unosił  się  w  powietrzu  nisko,  nie  potrafił  wzbić  się  wyżej. 
Pachniał intensywnie i cierpko.

 

-   Miłość...  -  powiedział  Massonneau.  -  Niespełniona  mi-

łość.

 

Uniósł  w  górę  brew;  w ten  sposób  pytał, czy  mi  nie prze-

szkadza dym. Pokręciłem głową, że nie. Patrzyłem, jak zbliża 
zapalniczkę  do  papierosa.  W  myślach  nadal  widziałem  drze-
wo,  wrzynającą  się  piłę,  gałęzie  pocięte  na  kawałki,  którymi 
się paliło zimą. Ogród wyglądał nago; i widziałem ojca. Ojciec 
wiedział, co mówi, kiedy mówił o gałęzi i o pile, i o tym, żeby 
dokonać właściwego wyboru i żeby się nie pomylić. „Handel, 
powiedział.  Handel  albo  prawo.  Czemu  nie  inżynier  w  elek-
trowni?  Stałe  dochody.  Wybory,  którymi  kierują  zachcianki. 
Któregoś dnia spostrzeżesz, że zmarnowałeś życie”. 

Popatrzyłem  na  Massonneau.  Na  jego  mały  wąsik.  Nie 

wiem,  co  powiedział  mu  ojciec,  kiedy  oświadczył,  że  chce 
zostać  policjantem.  Musiało  to  być  kawał  czasu  temu.  Nie 
wiadomo  zresztą,  czy  Massonneau  naprawdę  chciał  zostać 
policjantem, czy został nim z powodu pewności posady. Żan-
darm to coś, co wzbudza szacunek, to wojsko, to coś dobrze tu 
widzianego. W tych stronach kocha się ład. Wiem, co myśli o 
mnie ojciec: niezguła, a posada zdobyta dzięki jego znajomo-
ści z sekretarzem merostwa. 

Nieudacznik. Tak przynajmniej myślał, dopóki mojego ob-

razu  nie  kupił ten  kolekcjoner,  Darmon junior,  postać  licząca 
się w środowisku, właściciel galerii w Paryżu. Nawet obiecał, 
że któregoś dnia zajrzy do stodoły, bo ciekaw jest moich prac

 

83 

background image

(wizyta  trwała  chwilę;  pokazałem  mu  wszystko,  co  miałem, 
nawet  rzeczy  nieskończone).  Powiedział:  „Zdumiewająca 
praca nad światłem”.

 

-   Co  dopiero  on  -  ciągnął  Massonneau.  -  Czeka  go  trzy-

dzieści  lat.  Człowiek,  który  miał  wszystko.  Wystarczyło  mu 
trzymać się prostej drogi.

 

Pomyślałem, że Massonneau za dużo pali, że on też w pe-

wien  sposób  marnuje  swoje  szanse.  Że  być  może  przez  całe 
życie  marnujemy  nasze  szanse.  Okazja  po  temu  zawsze  się 
znajdzie,  rozmyślałem:  jemy  za  dużo  albo  nie  jemy,  pracuje-
my  za  dużo  albo  nie  pracujemy.  Jesteśmy  zbyt  ruchliwi  albo 
się nie ruszamy. Okropne. Nie potrafimy być pośrodku. Zaw-
sze coś.

 

A dziewczyna z Brzeziny, ona też, czemu zgodziła się na to 

spotkanie?  Czego  szukała?  Od  którego  dnia  znalazła  się  na 
równi pochyłej?

 

Przypomniały mi się jej jasne oczy i kapryśna twarz, i ple-

cak  przewieszony  przez  ramię,  kiedy  w  upalny  dzień,  gdy 
poziom Loary jest tak niski, że widać od środka przęsła mostu, 
wracała  po  południu  z  basenu  i  przechodziła  przez  park  Gar-
niera.

 

Wspominałem letnie dni.

 

W  upały  koło  ogrodu  różanego,  tam,  gdzie  jest  najwięcej 

cienia,  widywało  się  zawsze  kobiety  z  gołymi  ramionami, 
które  na  wpół  leżąc  na  ławkach,  pilnowały  swoich  dzieci  w 
jasnych kapelusikach. W tym obezwładniającym upale kobiety 
tkwiły  nieruchomo,  jak  postaci  na  obrazach.  Poruszały  się 
jedynie  małe  ptaszki,  podskakujące  i  pluskające  się  w  czaszy 
fontanny (wielkiej mosiężnej muszli) oraz wąska lecz nieprze-
rwana i krystalicznie jasna strużka wody spływająca z otwartej 
paszczy lwa, niewiele szersza od szyjki butelki. Nikt nie miał 

84 

background image

odwagi ani siły się poruszyć, ale ona, dziewczyna z Brzeziny, 
nawet  nie  próbowała  znaleźć  cienia;  niedbałym  krokiem  szła 
środkiem  rozpalonej  alei.  Ostentacyjnie  nie  wkładała  nawet 
kapelusza.

 

Często w najgorętsze godziny dnia ja również przychodzi-

łem  do  ogrodu  różanego  w  parku  Garniera,  żeby  poczytać. 
Cień  tu  był  postrzępiony,  rozedrgany,  jakby  prześwitywał 
przez luźną plecionkę wielkiego koszyka. W tym cieniu słod-
ko  pachniały  róże.  Wszystkie  sklepy  były  pozamykane,  ale 
dzieciaki  szarpały  za  klamkę  drzwi  spożywczego,  do  której 
był  przywiązany  dzwoneczek,  a  wtedy  kupcowa  przerywała 
drzemkę  i  wydawała  im  lody  Esquimau  albo  te  małe  lody  w 
dwukolorowych  kubeczkach,  waniliowo-czekoladowe,  wani-
liowo-truskawkowe.

 

Odprowadzałem ją wzrokiem; widziałem, jak przed popier-

siem  Garniera  skręca,  jak  idzie  wzdłuż  donic  z  drzewkami 
pomarańczowymi i z palmami. Obserwowałem kołysanie skó-
rzanego  paska  torebki  na  opalonym  ramieniu.  Miała  na  sobie 
krótką  liliową  sukienkę  z  indyjskiej  bawełny  i  espadryle  na 
koturnie. Szła szybko, zawsze trochę bokiem, prawie nie doty-
kając podeszwami ziemi. Codziennie po południu chodziła na 
basen;  odgłosy  krzyków  i  chlupotania  wody  wdzierały  się  w 
dławiącą ciszę parku niczym wrzawa ze szkolnego boiska. 

Latem  gmina  zatrudniała  ratownika,  Frédérica,  wysokiego 

blondyna,  który  uczył  krawla.  Wypatrzyła  go  i  sprawa  oczy-
wiście  była  przesądzona.  Wieczorem  przychodziła  z  nim  do 
Black and White. Właśnie z powodu tego ratownika umyśliła 
sobie,  żeby  brać  lekcje  krawla.  Zwykły  pretekst.  Na  basenie 
pływała  niewiele,  siedziała  tylko  na  brzegu,  ochlapywana 
przez dzieciarnię, z nogami zanurzonymi w wodzie, z twarzą

 

85 

background image

ukrytą  za  ciemnymi  okularami.  Wystawiała  na  słońce  swoje 
nagie ramiona.

 

Miała matową cerę; w miarę upływu letnich dni nosiła co-

raz  jaśniejsze  sukienki  -  wieczorem  zawsze  białe,  ponieważ 
fioletowe spoty  w  Black  and  White  przydawały  bieli  dziwnej 
połyskliwości śniegu. Na parkiecie było widać tylko ją. I to też 
było  przesądzone:  na  jej  widok  serce  zaczynało  mi  bić  gwał-
townie,  krótko,  gorączkowo,  trzepotać  się  jak  te  ptaszki  w 
czaszy  fontanny,  ruchem  wyczerpującym,  przyspieszonym 
wskutek upału. To był ten nieuchwytny czar.

 

-  Wielu  facetów  się  w  niej  kochało.  Mniej  lub  bardziej. 

Wie pan, jak to jest. W tej akurat, a nie w innej. Ale myślę, że 
miała  to  w  nosie.  Dla  niej to  była  zabawa.  Zachowywała  się, 
powiedziałem głucho, jak kokietka. Usidlała ich. Przypomnia-
łem  sobie  paryżanina  z  galerii, jego  ironiczną  minę  i  beżowy 
szalik. I innego, tego  z poczekalni w dniu, kiedy spadła z ro-
weru,  i  Cygana.  Tak,  myślałem  z  gniewem.  To  nie  było  w 
porządku. 

Massonneau wzruszył ramionami. Nachylił się do mnie:

 

-  Inżynier  się  powiesił.  Pojmuje  pan?  Powiesił.  Zdążyli-

śmy  w  ostatniej  chwili.  Cela,  do  której  trafił,  nie  była  pilno-
wana, bo wydawał się dość spokojny. Niby czemu mielibyśmy 
go  pilnować?  Domowym  sposobem,  na  własnej  koszuli.  I 
trochę  filmowym,  ale  to  wystarczyło,  żebym  znalazł  się  w 
kłopotliwej  sytuacji.  Lekarz  mówi,  że  może  z  tego  wyjdzie, 
ale  nie  bez  uszczerbku  na  pamięci.  Istnieje  ryzyko  obrzęku 
mózgu.  Nie  ukrywam,  że  wytknięto  mi  nadmierny  pośpiech. 
W tej pracy, jak tylko powstanie jakiś problem, od razu zarzu-
cają człowiekowi nadmierny pośpiech. Mimo to nie łudzę się.

 

86 

background image

W  przeciwnym  razie  byłoby  odwrotnie.  Wyobraża  pan  sobie, 
gdybym po dwóch  miesiącach musiał przyznać, że nie mamy 
cienia hipotezy. Najmniejszego nawet tropu!

 

Znowu zapalił. Zauważyłem, że jego paczka była w trzech 

czwartych pusta. Było południe, siedzieliśmy w jednej z pizze-
rii  w  śródmieściu,  Al  Chiaro  di  Luna.  Nasze  dwie  pizze, 
napolitana  i  quattro  staggione,  dochodziły  obok  siebie  w  pie-
cu; ser zaczynał topnieć, piec prażył dwa placki ciasta, zupeł-
nie  płaskie,  pokryte  pulpą  z  pomidorów,  a  zza  szydełkowej 
firanki  widziałem  migoczące  światła  na  skrzyżowaniu,  na 
które nikt nie zwracał uwagi. N. to posępne miasto, w dodatku 
był  poniedziałek.  Salon  fryzjerski  Esthetique  Bel  Hair  był 
zamknięty, na wystawie mogłem przeczytać: Trwała, Strzyże-
nie,  Brushing  i  obok  ceny,  agencja  ubezpieczeniowa  Robina 
była  zamknięta,  i  apteka,  i  dom  mody  Clementine,  w  którym 
drewniany  manekin  z  okazałym  biustem  przyodziano  w  dość 
bezkształtny  wełniany  płaszcz  zapinany  na  guziki.  To  był  na 
pewno poniedziałek; nie wiem, co ludzie w N. robią w ponie-
działki,  ale  dziewczyna  z  Brzeziny  została  znaleziona  w  po-
niedziałek.  Z  tym  że  śmierć  nastąpiła  kilka  dni  wcześniej. 
Przez  cały  ten  czas  żarówka  nocnej  lampki  się  paliła.  Kiedy 
zakończono  oględziny  miejsca,  Massonneau  własnoręcznie  ją 
zgasił.

 

Popatrzyłem  na  zdjęcia  w  tanich,  granatowych  ramkach, 

wiszące  wyżej  na  ścianie.  Rzecz  jasna,  Wenecja!  Sylwetki 
gondoli we mgle, księżyc na kopułach placu Świętego Marka.

 

Tak, pomyślałem, ta zuchwałość i ten uśmiech, ten sposób, 

w  jaki  tańczyła,  jakby  nic  innego  się  nie  liczyło,  jakby  świat 
wokół  niej  mogli  diabli  wziąć.  Tyle  ją  obchodziliśmy  co  ze-
szłoroczny  śnieg.  Ale  taniec,  w  tańcu  nie  wiem,  co  w  nią 
wstępowało. Z parkietu schodziła zawsze ostatnia.

 

87 

background image

I znów przypomniały mi się motorowery, kiedy po północy 

całe  towarzystwo  odjeżdżało  spod  dwuskrzydłowych  drzwi 
Black and White (dawnej stajni z zagospodarowanymi boksa-
mi, która miała przypominać saloon).

 

Wiatr nawet późną nocą był ciepły. Dziewczyna z Brzeziny 

sadowiła  się  na  bagażniku  i  oplatała  ramionami  chłopaka, 
który  ją  przywiózł  na  tańce.  W  pewnym  momencie  był  nim 
Frederic, ten ratownik, który uczył krawla. Miał motor. Z nim 
trwało  to  dłużej.  Możliwe,  że  przez  całe  lato,  które  wspomi-
nam. Nie wiem, co widziała w tym lalusiu, jego muskuły czy 
jego opaleniznę! 

Jechałem  w  ślad  za  motorem.  W  blasku  reflektorów  wi-

działem  jej  plecy,  jej  włosy,  które  rozwiewał  nocny  wiatr. 
Czasami motor na zakrętach przyspieszał i traciłem go z oczu. 
A potem ich doganiałem. Facet próbował mnie zgubić, a może 
po  prostu  zaimponować  pasażerce  zrywnością  swojej  maszy-
ny. Nie wydaje mi się, żeby rozmawiali. Poddawała się jeździe 
z zamkniętymi oczami, nie patrząc na drogę. 

Zatrzymywali się przed bramą Brzeziny. Dom ledwie było 

widać  zza  drzew.  Nigdzie  się  nie  świeciło.  W  zamkniętych, 
zawsze  zasłoniętych  kotarami  oknach  czasami  zdawało  się 
majaczyć  nieco  światła,  lecz  był  to  tylko  odblask  okrągłego 
reflektora  motoru,  niewiele  większy  od  kociego  oka.  Korony 
kasztanów, zwarte niczym mur, zasłaniały cały wjazd do par-
ku.  Pamiętam  też  blady  obłok,  regularny  i  pionowy,  dniem  i 
nocą wydobywający się z kominów elektrowni, który niczym 
wata  zasnuwał  Mleczną  Drogę  tak  skutecznie,  że  od  czasu 
powstania  elektrowni  rzadko  można  było  ujrzeć  nad  N.  mil-
czące migotanie, nieczystą skorupę gwiazd.  

Czasami zaszczekał pies. Biegła po żwirowanej drodze, mija-

ła posągi grających w krążki, znikała na końcu alei oświetlonej

 

88 

background image

reflektorem  jego  motoru.  Ale  dom  nadal  tonął  w  ciemno-
ściach.  To  właśnie  w  Brzezinie  było  najdziwniejsze:  dom,  w 
którym  nigdy  nie  paliło  się  światło.  Potem  dowiedziałem  się, 
że  w  środku  nikogo  nie  było.  „Ciotka”  cierpiała  na  bezsen-
ność; nocą wychodziła na dwór, wędrowała tam i z powrotem, 
nie mogąc się zmusić do pójścia spać, błąkała się bezszelestnie 
między  krzewami  róż,  kępami  bzu,  wśród  kwiatów,  którymi 
się  już  nie  zajmowała,  które  rosły  dziko.  Czasami  na  skraju 
posiadłości  siadywała  na  płaskim  kamieniu  nad  rzeką,  przez 
długie  godziny  wpatrywała  się  w  niewidzialne  falowanie rze-
ki, w jej ciemny zagadkowy nurt.

 

Niekiedy reflektory pojedynczego samochodu wydobywały 

z  mroku  linię  dziś  już  nieistniejącej  szosy  na  drugim  brzegu, 
bujną  zieleń  jej  poboczy.  Trochę  wielkich  drzew  przetrwało, 
większość została wycięta, bo przeszkadzały w przeprowadze-
niu autostrady.

 

Dziewczyna wiedziała, gdzie jej szukać. Biegła przez park, 

schodziła nad wodę, namawiała, żeby wróciła. I obie kobiety, 
rozmawiając  szeptem,  młodsza  podtrzymując  starszą  i  prze-
mawiając  do  niej  cicho,  uspokajając  ją  i  pocieszając,  przesu-
wały się przez park jak dwa cienie.

 

background image

II 

background image

1. 

-   Zacząłem  wszystko  od  początku  i  pojechałem  do  Zło-

tych  Okowów  -  opowiadał  Massonneau.  -  Zdecydowałem  się 
nagle.  Wolałem  sprawdzić  na  miejscu.  Zjawiłem  się  późnym 
popołudniem,  w  porze,  kiedy  nie  ma  ruchu.  Widziano,  jak 
wjeżdżała  przez  bramę  w  samochodzie  tego  mężczyzny,  tego 
inżyniera.  Zresztą  on  sam  się  nie  ukrywał.  Mężczyzna  -  po-
wtórzył Massonneau. Zdawał się szukać jakiejś peryfrazy, ale 
żadnej nie znalazł. Powiedział po prostu: - Zażądałem widze-
nia z kelnerką. Niektóre z nich to spryciary, niejedno zauważa-
ją.  Dziewczyna  wyjmowała  właśnie  naczynia  ze  zmywarki  i 
układała je  w  szufladach. Drobna  czarnulka  z  zawziętą  miną. 
Pokazałem  jej  fotografię  kobiety.  Było  dość  ciemno,  więc 
podeszła  do  okna,  żeby  się  przyjrzeć;  patrzyła  na  zdjęcie  bez 
zaskoczenia,  jakby  z  zamyśleniem  i  ciekawością.  „Czy  ta 
twarz jest pani znajoma?”, zapytałem. Z początku zachowywa-
ła powściągliwość. Nie mogłem z niej nic wyciągnąć. Powta-
rzała:  „Klienci  tacy  sami  jak  inni.  Obsługiwałam  ich.  Nie 
wiem, co w tym interesującego”. „Porozmawiajmy, odparłem. 
Po  prostu  porozmawiajmy.  Nieformalnie.  Czy  nie  poczyniła 
pani  jakichś,  choćby  niemądrych,  spostrzeżeń,  które  dla  nas 
byłyby  cenne.  Niczego  nie  zapisuję.  Stoję  sobie  tu,  w  tym 
kąciku. Pani dalej robi swoje. Nie ruszam się i ucinamy sobie 
pogawędkę”. 

93 

background image

W  kuchni  zauważył  koszyk  pełen  kurek,  co pozwoliło  mu 

znaleźć neutralny teren, zagaić rozmowę i tak powoli, rozma-
wiając o kurkach, dziewczyna rozchmurzyła się i opowiedzia-
ła, co zauważyła w czasie tego obiadu, który rozpoczął się w 
południe w restauracji hotelu Złote Okowy. 

Późnym  rankiem  mężczyzna  zrobił  rezerwację  przez  ko-

mórkę. Poprosił o spokojny stolik z widokiem na Loarę. A że 
nie  było  tłumu  klientów,  dostali  najlepsze  miejsce,  stolik  na 
uboczu, pod przeszkloną ścianą w głębi sali, skąd w dole jest 
widok  na  łukowate  zakole,  nieco  rozmytą  linię  rzeki  w  miej-
scu,  gdzie  rozgałęzia  się  na  dwie  odnogi,  podłużną  opaskę 
wyspy porośniętej rdzawym lasem. 

Kiedy Massonneau przyjechał koło piątej, światło gasnące-

go popołudnia wycofało się nad Loarę i lśniło na powierzchni 
wody. Prawem kontrastu sala wydawała się mroczna i zimna; 
w  przerwach  między  porami  obiadu  i  kolacji  wyłączano 
ogrzewanie.  Przez  chwilę,  zaskoczony  panującą  tu  ciszą,  stał 
w  wielkiej  pustej  sali  restauracyjnej  z  bufetem  zastawionym 
dzbanuszkami z oliwą i z octem oraz popielniczkami. W kom-
pozycję ze sztucznych kwiatów na stoliku pośrodku powtyka-
no suche liście z parku dla nadania jej jesiennego wyglądu.

 

Stoliki świeżo nakryto do kolacji, kieliszki w kształcie tuli-

pana jedne obok drugich, na talerzach złożone w poprzek ser-
wetki,  srebra  jeszcze  ciepłe  po  wyjęciu  ze  zmywarki.  W  po-
wietrzu  unosił  się  zapach  kuchni.  Całość  tchnęła  dostatnim, 
trochę  drętwym  komfortem  prowincjonalnej  restauracji,  pole-
canej  przez  liczne  przewodniki  gastronomiczne.  Krzesła  w 
stylu Henryka IV miały wysokie oparcia i tapicerkę z czerwo-
nego  pluszu  obitego  ćwiekami.  Nad  kominkiem  sterczało  po-
roże  jelenia,  tak  jakby  swą  potężną  szyją  przebił  ścianę.  Ła-
godne i wyłupiaste oczy zrobiono z dwóch kulek.

 

94 

background image

Zamyślony  Massonneau  przypatrywał  się  maleńkiej  teraz 

dzwonnicy  w  Lozeray  po  prawej  i  Loarze,  która  płynęła  u 
podnóża stoku za równoległymi pasmami szosy i nasypu gro-
bli,  mieniąc  się  miedzianymi  refleksami.  Zapadał  zmrok  i 
woda wydawała się nieruchoma.

 

Wychylając się, mógł nawet zobaczyć w dole Brzezinę, jej 

dwa  symetryczne  kominy,  pochyłość  łupkowych  dachów, 
siatkę  rozciągniętą  nad  murem,  taką  jak  te,  które  odgradzają 
plac  budowy.  Na  żwirze  pozostały  już  tylko  koliste  ślady 
opon. Niektóre paprocie leżały, zdeptane niedawną bieganiną.

 

Z  tyłu  za  nim  kelnerka  powiedziała:  -  Nie  wiem,  czy  uda 

im się to sprzedać. Będzie trudno po tym, co się stało. 

-   Ludzie  zapominają  -  odpowiedział  Massonneau.  -  Z 

czasem zapominają.

 

Kelnerka  wzruszyła  ramionami.  Wskazała  dwa  krzesła  z 

ciemnoczerwonym obiciem, stojące naprzeciwko siebie. 

Powiedziała, że mężczyzna dużo mówił, że widziała go nie 

pierwszy raz. Kobieta prawie nic nie jadła. Siedziała w pozycji 
lekko  spiętej:  założone  ręce,  skurczone  ramiona,  nogi  skrzy-
żowane pod stolikiem. Kelnerka pamiętała też, że była ubrana 
w obcisły wełniany kostium, zbyt elegancki jak na prowincję. 
Najpierw pomyślałam (powiedziała), że mężczyzna pracuje w 
banku.  Mamy  wielu  klientów  z  Credit  Agricole  czy  z  Crédit 
Mutuel, którzy rezerwują stoliki na obiad.

 

Zjawili się niedługo po dwunastej w południe. Mężczyzna 

pierwszy.  Za nim  kobieta. Wchodząc, powiodła wzrokiem po 
sali.  Mężczyzna  ze  skwapliwą  kurtuazją  odebrał  od  niej 
płaszcz.  Zamówił  szampana,  a  później  siedzieli  w  milczeniu, 
studiując kartę. Menu w Złotych Okowach jest trochę preten-
sjonalne: carpaccio, szatkowane warzywa.

 

95 

background image

Był  środek  tygodnia;  sala  w  trzech  czwartych  świeciła 

pustkami.  Kiedy  tych  dwoje  weszło,  klienci  przy  dwóch  czy 
trzech  stolikach  unieśli  z  roztargnieniem  wzrok,  po  czym 
znów powrócił zwykły szmer przyciszonych rozmów, przery-
wany  dyskretnymi  odgłosami,  stukaniem  sztućców  o  talerze, 
wyrafinowanym, pienistym szumem nalewania wody mineral-
nej. W recepcji szefowa mruczała pod nosem, że zaraz zacznie 
padać.

 

Na dworze od czasu do czasu krzyczały rybitwy. W swym 

szybkim locie niemal dotykały powierzchni wody.

 

Niebo  zaciągało  się  wielkimi  wilgotnymi  chmurami,  pę-

dzonymi  przez  silny  wiatr.  O  godzinie  pierwszej  tak  się  za-
chmurzyło,  że  nie  było  widać,  co  przedstawiają  obrazy  na 
ścianach. Martwe natury, kopie mistrzów flamandzkich. Sceny 
myśliwskie ze spanielami w manierze Jeana-Baptiste Oudry'e-
go.  Ledwie  można  było  dojrzeć  ślad  gęstego  oleju  na  kępce 
piór, jaśniejszy puch na podbrzuszu zabitego zająca.

 

Zamówili sandacza.

 

Kiedy  kelnerka  podeszła,  żeby  nakryć  do  ryb  i  posrebrza-

nymi  szczypcami  położyć  na  talerzach  bułeczki,  mężczyzna 
wyciągnął  rękę,  żeby  ująć  dłoń  kobiety.  Urwał  jednak  w  pół 
gestu  i  nie  wiadomo,  czy  zrezygnował  z  tego  impulsywnego 
gestu sam, czy z powodu nadejścia kelnerki, czy może w spoj-
rzeniu kobiety, w lekko spiętej i skrępowanej pozycji jej ciała 
wyczuł  jakąś  nieuchwytną  rezerwę...  Siedziała  odwrócona, 
jakby  obserwowała  widok  za  oknem.  Nie  wymienili  żadnych 
komentarzy,  jak  robią  to  inni,  sympatyczni  klienci,  na  temat 
widoku czy pogody.  

-   Przyjmując  zamówienie,  zapytałam  nawet,  czy  chcą, 

żebym zapaliła światło - powiedziała kelnerka. Ale nie chcieli.

 

96 

background image

Kiedy jest tak  ciemno,  w głębi  sali  nic  nie  widać,  zawsze  się 
wtedy boję, że psuje mi się wzrok. - I dodała: - Tego się wła-
śnie  najbardziej  boję,  że  stracę  wzrok.  Tym  bardziej  że  mam 
małego  synka  i  sama  go  wychowuję.  Nie  dostaję  alimentów. 
Jego ojciec odszedł.

 

Mówiąc to, wróciła do kuchni, a za nią Massonneau, wcze-

śniej obrzuciwszy ostatnim spojrzeniem salę. Znów zabrała się 
do  układania  łyżek  i  noży  w  różnych  przegródkach  szuflad. 
Robiła  to  wahadłowym  ruchem,  niesamowicie szybko,  wyda-
wało  się,  że  wręcz  z  pewną  kokieteryjną,  nieco  ostentacyjną 
uległością wobec rozmówcy.

 

W  pomieszczeniu  na  piętrze  ktoś  odkurzał,  potem  odku-

rzacz  uderzył  w  listwę  przypodłogową  i  hałas  dobiegł  zza 
innej,  odleglejszej  ściany.  Słuchając  go,  wyczuwało  się  nad 
głową  puste  pokoje  po  obu  stronach  korytarza,  cały  ciąg  pu-
stych pokoi; numerowane klucze od nich wisiały nad biurkiem 
w recepcji, ich okna wychodziły na Loarę - ale o tej porze dnia 
story  były  spuszczone,  a  łóżka  gładko  okryte  identycznymi 
kapami  w  ciemnych,  niebrudzących  się  kolorach  wina  lub 
oliwki, łóżka stykające się wezgłowiami po obu stronach ścia-
ny, zaduch i zapach pronto, staromodne odbiorniki telewizyjne 
z  automatycznym  pilotem  leżącym  na  stoliku  nocnym  pod 
kinkietem  ściennym,  łazienki  ze  zgaszonym  światłem,  umy-
walki wyszorowane pastą dezynfekującą, próbki turkusowego 
szamponu na pustej, przetartej gąbką półce, szklanki do mycia 
zębów  w  plastikowych  uchwytach.  Kiedy  się  myślało  o 
przedmiotach,  o  straszliwej  trwałości  przedmiotów,  życie  lu-
dzi i kierujące nimi pobudki wydawały się prawie nic niezna-
czące. 

Massonneau  przysiadł  na  taborecie.  Ze  swojego  miejsca 

widział nagie drzewa na dziedzińcu za kuchnią, stosy skrzynek

 

97 

background image

na butelki, kubły ze śmieciami pod kamiennym ogrodzeniem.

 

-  Mój synek ma dwa lata - ciągnęła kelnerka. - Nazwałam 

go  Léo,  znaczy  Lew.  Jego  ojciec  dał  drapaka,  jak  tylko  się 
dowiedział, że jestem w ciąży.

 

Jedno  z  drugim  nie  miało  związku  albo  ten,  który  upatry-

wała w tym kelnerka, był tak skomplikowany, że Massonneau 
nie  podjął  tematu.  Powtórzył  tylko  imię  z  wieloznacznym 
uśmiechem, jakby wyrażając uznanie. Léo. Żaden pomysł nie 
przychodził  mu  do  głowy.  Przez  dłuższą  chwilę  słychać  było 
tylko brzęk sztućców w szufladach. 

-  Równie  dobrze  mogło  to  być  -  zasugerował  w  końcu, 

oględnie ją nakierowując, w rękawiczkach, jak to ujął, ostroż-
nie naprowadzając ją na trop - spotkanie czysto przyjacielskie. 
Nie odniosła pani takiego wrażenia?

 

Ale  kelnerka  nie  odniosła takiego  wrażenia. Jej  wzrok  na-

potkał  oczy  policjanta;  w  pewnej  chwili,  pod  koniec  obiadu, 
kobieta sięgnęła po torebkę, coś do niej włożyła. Jakiś papier. 
Albo  cukier  (niektórzy  klienci  mieli  manię  zabierania  cukru, 
którego nie użyli). Albo może chusteczkę do nosa. 

-  Pomyślałam o tym później, kiedy usłyszałam o całej hi-

storii. To było coś białego. Ja myślę, że płakała, ale chciała to 
ukryć,  udawała,  że  wygląda  przez  okno.  Mężczyzna  mówił 
ściszonym  głosem,  nachylony  do  niej;  nie  spuszczał  z  niej 
oczu,  jakby  jej  robił  jakieś  wyrzuty.  W  końcu  nie  mogłam 
mieć oka na wszystko, prawda? Trzy inne stoliki były  zajęte; 
kursowałam wte i wewte między kuchnią i salą. 

Wyglądali  raczej  na  ludzi,  którzy  się  znowu  spotkali.  Na 

ludzi, którzy się dość dobrze znali i teraz znowu spotkali. Na 
ludzi, którzy kiedyś mieli romans i nie chcieli dać się przyła-
pać.  Nie  osądzam,  powiedziała  kelnerka.  Każdy  radzi  sobie, 
jak może. Nikogo nie osądzam. Nawet jeśli się to źle skończyło,

 

98 

background image

można mieć ochotę jeszcze raz się spotkać; serce nie sługa.

 

-   Prawdę  zabrała  z  sobą  do  grobu  -  powiedziała  powoli 

kelnerka. - Nigdy się jej pan nie dowie.

 

background image

2. 

A wtedy jakieś dwa bardzo oddalone punkty we mnie połą-

czyły  się  i  powróciło,  wydobyte  spod  warstw  czasu,  dawne 
wspomnienie. Siedziałem z Massonneau w tej pizzerii naprze-
ciwko  hali  targowej,  pośród  tych  obrusów  w  kratkę,  czerwo-
nych lampek i fotografii księżyca odbijającego się w ciemnych 
wodach Canal Grande. A jednak wydało mi się, że słyszę do-
biegający  wskroś  wszystkich  tych  lat  głos  mamy,  lekko  znu-
żony,  wyraźny,  lecz  jak  zwykle  zabarwiony  wymówką,  zmę-
czeniem: „Nie powinnaś, Elise. Nie przy dzieciach. Przy dzie-
ciach nie powinnaś o tym mówić”.

 

Przypomniał  mi  się  wieczór  w  latach  sześćdziesiątych; 

przypomniał  mi  się  ogród  babci,  wąskie  spadziste  podwórko, 
rozciągnięty  pośrodku  klombu  szlauch  do  podlewania,  z  któ-
rego  sączyła  się  strużka  wody,  ponieważ  kurek  na  podwórku 
się nie domykał.

 

Siedzieliśmy  z  siostrą  na  schodku  -  o  tej  porze  dnia  był 

ciepły;  było  lato,  koniec  sierpnia.  Tę  część  wakacji  zawsze 
spędzaliśmy w N.

 

Siostra  bawiła  się  lalką;  z  dziwną  dokładnością  pamiętam 

jowialną twarzyczkę tej lalki, jej plastikowe morelowe policz-
ki,  jej  żółte  włosy,  pochylenie  głowy,  która  obracała  się  jak 
korek w szyjce butelki.  

Nie  pamiętam  już,  co  robiliśmy.  Zbijaliśmy  bąki,  jak  to 

zwykle dzieci, czekając na nie wiadomo co, wypatrując ekranu

 

100 

background image

ogromnego  telewizora,  który  o  tej  porze  zapalał  się  w  oknie 
sąsiadki.  Pamiętam,  że  babcia  nazywała  sąsiadkę  „Kiksa”, 
może dlatego, że śpiewając fałszowała.

 

Okna  były  otwarte  na  oścież,  żeby  wpuścić  do  środka 

świeże wieczorne powietrze, ale nie zapalano światła, żeby nie 
wleciały komary. Podwórko okrywał cień. Wystarczyło jednak 
się ruszyć, przejść kilka kroków do miejsca, gdzie znajdowały 
się drzwi szopy, składowiska wszelkiego rodzaju rupieci, żeby 
na nowo ujrzeć światło dnia, niebo nadal niebieskie nad czar-
nymi smugami drutów elektrycznych.

 

„Prawdę - powiedziała babcia - zabrali z sobą do grobu”.

 

Musiała  to  mówić  do  mamy,  znajdującej  się  na  zewnątrz, 

na werandzie, może nawet w ogrodzie. Wydaje mi się, że aku-
rat podlewała, gdyż o szklaną szybę raz po raz bębniły krople 
wody. Mama nie odpowiedziała, przypuszczam, że nie słucha-
ła;  babcia  na  pewno  już  wiele  razy  opowiadała  tę  historię,  o 
tych  zamierzchłych  sprawach,  które  rozpamiętywała  w  ciem-
nościach, mieszając w garnku i odmawiając zapalenia światła, 
żeby nie wleciały komary.

 

Napływające  przez  szeroko  otwarte  okna  świeże  i  już 

mroczne  powietrze  z  dworu  zdawało  się  spowijać  meble.  I 
wyłapywaliśmy  wzrokiem  te  komary:  małe  punkciki  w  pół-
mroku, które kołowały wokół nas, które przysiadały co chwilę 
na bladej gruszce żarówki lampy na zewnątrz domu. 

Siostra  drapała  się  po  łydce;  w  ciemnościach  skarżyła  się 

płaczliwie:  „Pogryzły  mnie”.  Pamiętam,  że  wieczór  był  dość 
wilgotny, że słyszeliśmy szum wody na liściach - mama trzy-
mała  szlauch  nisko  nad  ziemią,  nakierowany  ku  korzeniom. 
Zbłąkane  krople  opryskiwały  nam  ramiona;  krzew  fuksji  z 
prawej  strony  schodów  emanował  świeżym  chłodem.  Oliwa 
skwierczała, rozdzielała się na niezliczoną ilość kropli, które

 

101 

background image

sunęły po dnie rondla od brzegu do brzegu,  z wielką szybko-
ścią,  we  wszystkie  strony,  jak  rtęć.  Babcia  już  od  tak  dawna 
była wdową, że przywykła rozmawiać sama z sobą: 

„Nikt nigdy się nie dowiedział. Nawet nie wiem, czy zażą-

dali  śledztwa,  a  to  już  o  czymś  świadczy,  kiedy  rodzina  się 
tego  nie  domaga.  Mimo  że  pozycja  samochodu  była  dziwna, 
przodem do muru”.

 

Mówiła  o  tym  wypadku.  Opowiadała,  jak  pewnej  nocy  w 

latach pięćdziesiątych samochód wpadł na kamienne ogrodze-
nie  Chamillych,  zaraz  za  zakrętem,  sto  metrów  stąd.  Ludzie, 
którzy wracali z balu. Był gorący majowy wieczór, zaczynała 
się burza. Burza, ale bez deszczu, jak to czasem zdarza się w 
środku  wiosny,  po  upalnym  dniu.  Nie  spadła  nawet  kropla. 
Ale błyskawice śmigały po niebie jak samoloty przekraczające 
barierę dźwięku, a pioruny waliły mniej więcej w tym miejscu, 
gdzie dziś znajdują się kominy elektrowni. W świetle błyska-
wic  wszystko  stało  prosto,  prześwietlone  jak  w  snach  lub  na 
zdjęciach  zrobionych  przy  lampie  błyskowej,  szachownica 
drutów kolczastych otaczających pola (ogrodzenia elektryczne 
należały  do  rzadkości),  krowy  o  białawych  grzbietach,  białe 
bzy;  była  pełnia  sezonu.  Bardzo  białe,  bardzo  nieruchome 
kiście białych bzów.

 

Na  niebie  i  pośród  liści  panował  taki  zamęt,  że  nikt  nie 

usłyszał uderzenia.

 

Kierowca zginął na miejscu. Jego pasażerka jeszcze oddy-

chała.

 

Mówiło  się,  że  wracali  z  balu.  Mówiło  się,  że  jechali  za 

szybko. Mężczyzna był z Brzeziny, starszy syn. Kobieta, Bóg 
wie,  skąd  ją  wytrzasnął.  „Dziwna  sytuacja  -  mówiła  babcia, 
przynosząc zupę. - Do stołu! Dzieci, umyjcie ręce! Pospieszcie 

102 

background image

się. Tajemnicza historia”. 

-   Co to znaczy tajemnicza? - zapytała moja siostra. 
-   Nic takiego. Odłóż tę lalkę. Usiądź. Nalewam zupę. Po-

dobno była od niego dziesięć lat starsza, mówią, że porzuciła 
własne dziecko. Niektóre matki są, są... wyrodne!”.

 

Uniosła pokrywkę za porcelanową żołądź; zanurzyła łyżkę 

wazową  (pamiętam  to  określenie:  „Bóg  wie,  skąd  ją  wytrza-
snął”).

 

Znalazł  ich  Fantin  z  Noe-Veillard.  Wyszedł,  bo  usłyszał 

grzmoty.  Bał  się  o  swoje  krowy.  Najpierw  zobaczył  pełno 
odłamków szkła na drodze. A potem zobaczył krew. 

Dwa trupy, opowiadała babcia, kiedy siedzieliśmy już przy 

stole, ja  po  prawej ręce  mamy,  siostra  u  szczytu.  Sto  metrów 
stąd. Fantin od razu rozpoznał samochód. W okolicy niewiele 
się  takich  uświadczyło.  Wszyscy  widywali,  jak  w  weekendy 
wjeżdżał w bramę Brzeziny. Czarny citroen. On, z czołem na 
kierownicy,  podobno  był  zmiażdżony.  Ona  na  wpół  leżała, 
pokaleczona na całym ciele szkłem z przedniej szyby. Myślę, 
że  Fantin  widział,  jak  umierała.  Brunetka  o  śniadej  karnacji. 
Nie  umiał  powiedzieć,  jak  wyglądała.  Twarzą  przebiła  szybę 
przednich drzwi. 

Następnego  dnia  w  gazecie  zamieścili  zdjęcie  z  balu  ko-

stiumowego. Takie, które pewnie akurat mieli pod ręką. Arty-
kuł  na  pół  strony,  a  on  sfotografowany  w  przebraniu  jakby 
sułtana  tureckiego.  Trochę  to  było  niestosowne.  Obok  stała 
ona,  widać  było  tylko  jej  turban,  wielkie,  mocno  umalowane 
oczy  i  naszyjnik  z  pereł,  jak  nic  fałszywych  -  bo  jeśli  były 
prawdziwe, to zważywszy, że trzy razy owijały jej szyję, mu-
siałby być warte tyle co mój dom i cały teren dookoła, w każ-
dym razie stąd aż do grobli. Ale w gruncie rzeczy możliwe, że 

103 

background image

były  prawdziwe.  Był  zdolny  to  zrobić.  Mówiono,  że  dla  tej 
kobiety zrobiłby wszystko. Szczęścia im to nie przyniosło! 

Walnęli  prosto  w  mur.  Może  błyskawica,  albo  gdzieś  bli-

sko  grzmotnęło.  Szarpnął  kierownicą.  Możliwe,  że  nawet 
kłótnia.  Pozycja  samochodu  była  bardzo  dziwna.  Nigdy  nie 
dowiedziano się prawdy. Kiksa miała potem koszmary, że nie 
wiem!  Zapytaj,  czy  jeszcze  pamięta!  Przyszli  do  niej  po  ze-
znania,  bo  jedno  z  jej  okien  wychodzi  na  drogę  akurat  z  tej 
strony. Ale nic nie słyszała. Jest na wpół głucha.

 

Babcia  się  zaśmiała:  „Że  też  jej  się  to  musiało  zdarzyć, 

akurat  jej,  znajdowanie  umarlaków  po  nocy.  Okropnie  jest 
strachliwa!  Opija  się  wszelkiego  rodzaju  ziółkami;  uważa,  że 
to ją chroni. Roi jej się, że wpadnie do dziury. A przecież i tak, 
jak  my  wszyscy,  w  końcu  do  niej  trafi.  Tak,  tak  -  ciągnęła 
babcia w zamyśleniu. - Nieraz jej to powtarzam”. 

„Dlaczego  strachliwa?  -  pytała  siostra.  -  Jak  wyglądają 

umarlaki?  Robią  małpie  miny?”.  Zadając  to  pytanie,  wykrzy-
wiała twarz, wyciągała język umazany pomidorem.

 

„Nie  opowiadaj  głupstw  i  bądź  grzeczna  -  odpowiadała 

babcia.  -  Wyglądają,  jakby  spali,  i  tyle.  Tak  jak  ty,  kiedy  le-
żysz  w  łóżku.  I  skończ,  proszę,  tę  zupę.  Mówię  o  czymś,  co 
wydarzyło  się  z  górą  dziesięć  lat temu;  byliśmy  w  szoku,  nie 
było  wtedy  tyle  samochodów.  Tam,  gdzie  się  to  stało,  na  za-
kręcie  pod  kasztanem  postawili  figurę  Chrystusa.  Na  postu-
mencie  jest  wygrawerowana  data.  Maj  1959.  Potem  matka 
odcięła  się  od świata.  Ona  zapłaciła.  Za  Chrystusa.  Za  postu-
ment. Za plakietkę. Sprzedała połowę mebli. Nie chciała niko-
go  widzieć.  Sprzedała  nawet  swój  fortepian  -  ona,  która  na 
okrągło grała! Z trudem tolerowała młodszego syna. Na wpół 
zdziczała. Jakby to była wina innych! Ale rok w rok, kładła 

104 

background image

zawsze tego dnia pod figurą bukiet. Róże ze swojego parku, z 
łodygami owiniętymi srebrną folią. Biedna kobieta! 

Potem  drugi  syn  wyjechał  do  Afryki.  Atmosfera  musiała 

być nie do wytrzymania. Możliwe nawet, że było to koniecz-
ne,  bo  dom  był  obłożony  hipoteką.  Z  tego,  co  mówili  ludzie, 
zabrał  ze  sobą  dziecko,  które  urodziło  się  tamtemu,  i  musieli 
się  nim  zająć.  Afryka  jest  daleko.  Nie  my  sprawdzaliśmy 
paszporty. W tamtych czasach nie przepadano za nieślubnymi 
dziećmi.  Na  pewno  było  to  najlepsze  rozwiązanie.  Podobno 
była  to  dziewczynka,  niemowlę  nietrzymające  jeszcze  prosto 
główki”.

 

Głosem  cichszym,  ale  bardziej  przenikliwym,  ciągnęła: 

„Któregoś  dnia  Kiksa,  idąc  na  cmentarz,  zobaczyła  starszego 
brata.  Był  wieczór,  zrobiło  się  już  ciemno.  Przechodziła  koło 
Brzeziny i zauważyła w parku jakiś ruch. Najpierw pomyślała, 
że  to  matka,  która  zawsze,  jak  tylko  spostrzegła  człowieka, 
chowała  się  za  drzewem  -  wydaje  mi  się,  że  matka  jeszcze 
wtedy żyła. Ale jest pewna, że zobaczyła nie ją, tylko jakiegoś 
mężczyznę.  Stał  na  końcu  alei,  niedaleko  schodów  zewnętrz-
nych.  Powiada,  że  kiedy  go  dostrzegła,  nogi  tak  się  pod  nią 
ugięły,  że  padła  na  kolana  jak  bezwładna  masa.  Chciała 
krzyknąć. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Była sama. Po-
myślała, że zaraz wyzionie ducha, bez świadków. Biedaczka! 
Jest taka łatwowierna!

 

Mówiłam jej: To ten drugi. Ten, który wyjechał, ten, który 

teraz mieszka w Afryce. Pomyliłaś się; przecież musi od czasu 
do czasu przyjechać z wizytą, sprawdzić, co z domem, zwykła 
rzecz. To na pewno ten drugi. Ale ona zaklina się na wszystkie 
świętości,  że  to  był  on,  ten  zmarły,  poznała  go  po  wzroście  i 
sylwetce.  Powiada,  że  był  wyższy,  że  widywała  go  kiedyś  w 
gazecie, że na pewno by ich nie pomyliła. Znasz ją. Ma na ten

 

105 

background image

temat  własne  teorie.  Mówi,  że  w  przypadku  gwałtownej 
śmierci da się to wytłumaczyć. „Dusze - babcia ściszyła głos - 
czyśćcowe dusze”.

 

Duszepowtórzyła moja siostra.

 

Sprawiała  wrażenie  bardzo  bladej  i  bardzo  zdeterminowa-

nej,  i  całkiem  malutkiej,  bo  znad  stołu  wystawała  tylko  jej 
okrągła głowa, gors sukienki i szyja z wiankiem uplecionym z 
trawy (nie wydaje mi się jednak, żeby siedziała na specjalnym 
krześle,  jednym  z  tych  wysokich  fotelików,  na  których  sadza 
się  dzieci.  We  wspomnieniu  nie  widzę  takiego  fotelika).  Wi-
dzę  za  to  jej  dłonie  kurczowo  zaciśnięte  na  obrusie.  Musiała 
siedzieć  na  dwóch  czy  trzech  pluszowych  poduszkach.  Była 
usmarowana na twarzy. Wydawało się, że z całej siły stara się 
rękami  utrzymać  na  powierzchni  stołu,  na  odpowiedniej  wy-
sokości. 

„Elise,  nie  powinnaś.  Nie  przy  dzieciach  -  odezwała  się 

mama tym swoim jednostajnym, znużonym i pełnym wyrzutu 
głosem. - Przy dzieciach nie powinnaś o tym mówić (wiedzia-
łem, że pójdzie poskarżyć się tacie, nazwie to babskimi bred-
niami). Tylko je straszysz. Potem nie będą spały. W ich wieku 
jest to niewskazane. Potrzebują snu. Te dzieci powinny spać”. 

Nie mówiła „moje” dzieci. Zawsze tylko „te dzieci”, jakby-

śmy nie siedzieli przy jednym stole, tylko oddzielnie - obiekt 
znudzonej,  zaaferowanej,  niejasno  oskarżycielskiej  kwestii  w 
jej  ustach.  Robiła  kanapki,  smarowała  je  masłem,  układała  w 
stos na stole. Ruchem głowy wskazała siostrę: „Znów będę jej 
musiała podać gardenal”. A do siostry: „Jedz jak należy, pro-
szę. I siedź prosto”.

 

Widzę  u  szczytu  stołu  moją  siostrę,  jej  bladą  twarzyczkę, 

białą linię przedziałka biegnącego od nasady włosów nad czo-
łem i rozdzielającego ich dwie czarne płaszczyzny; widzę jej

 

106 

background image

rozbiegane oczy nerwowego dziecka, lalkę, z którą nie chciała 
się  rozstać  i  którą  położyła  przy  swoim  talerzu,  w  poprzek, 
wyciągnięte ramiona lalki, lekko rozczapierzone palce, wypu-
kłość brudnego wnętrza jej plastikowej dłoni (jakimi imionami 
księżniczek  nazywała  swoje  lalki?  Isabelle?  Aurore?  Mathil-
de?).  I  nagle  dociera  do  mnie, jakie  to  dla  nas,  malców,  było 
trudne. Ile potrzebowaliśmy siły, żeby przetrwać tę chwilę. 

Po prostu przetrwać tę chwilę.

 

background image

3. 

Światło  zmieniło  się  na  zielone  i  jakiś  samochód  wjechał 

na brukowaną ulicę przed główną halą targową.

 

-   Tylko kropelkę - powiedział Massonneau, kiedy nachy-

liłem  butelkę  nad jego  kieliszkiem.  -  Nie  mogę  sobie  pozwa-
lać;  dzisiaj  po  południu jestem  na  służbie.  -  Patrząc  na  mnie, 
ciągnął: - Do grobu nic się nie zabiera. Nie jestem z  tych, na 
których czcze formułki robiłyby wrażenie. Prawda była prost-
sza.  Ja  interpretowałem  to  sobie  tak:  rano  wsiadła  na  Mont-
parnasse do pociągu. Potem autobusem z Angers tutaj. Nikt o 
niczym  nie  wiedział.  Mąż  myślał,  że  wyjechała  służbowo  na 
drugi koniec Francji. Z tego co wiem, więzy  miedzy  małżon-
kami  były,  oględnie  mówiąc,  bardzo  luźne.  Od  samego  po-
czątku  śledztwa  wyraźnie  widziałem,  że  pakuję  się  w  trudną 
sprawę.  Ten  drugi  uzyskał,  co  chciał:  przyjechała  na  spotka-
nie. Myślę, że kelnerka właściwie oceniła, nastąpiło zerwanie, 
ale dla niego to się nie skończyło. Liczył, że znów zaczną się 
spotykać.  Stąd  ten  obiad,  szampan,  sandacz.  Wystawne  przy-
jęcie. Istna uczta; ale uczta daremna. Taka była prawda. 

On zapewne myślał o niej jak dawniej. Jednemu z dwojga 

zawsze  trudniej  się  pocieszyć.  Nie  przestawał  o  tym  myśleć, 
kiedy podnosił roletę na swoim bow-window, kiedy  w zamy-
śleniu podnosił ją na swoim angielskim bow-window - i kiedy 
widział, zawsze takie same, brzegi i lustro wody, drzewa nieco 
tylko bardziej pożółkłe i popołudnie, które upływało ospale,

 

108 

background image

powoli,  jak  traktor  pokonujący  wszerz  pole,  jak  holownik  na 
rzece.

 

Albo kiedy na kominku buzował płomień, w jego urządzo-

nym jak z obrazka wygodnym salonie z wielkimi skórzanymi 
fotelami,  z  koszykiem  na  polana,  z  płomieniem  trawiącym 
drewno za szklaną osłoną.

 

Albo kiedy prawą ręką zdjętą z kierownicy sięgał po pilota 

zdalnego sterowania i wyciągał go przed siebie, a oba skrzydła 
bramy rozsuwały się, ukazując mroczny ogród, garaż na końcu 
żwirowanej  alei,  jego  uprzątnięty  garaż,  po  prawej  stronie 
rakiety do tenisa, nieużywane piłkarzyki dzieci.

 

Albo  kiedy  takim  samym  precyzyjnym  ruchem  automa-

tycznego pilota skierowanym ku wieży w kącie salonu, ciem-
nemu  meblowi  znakomitej  jakości,  niemieckiej  produkcji, 
włączał  błękitne  światło  wzmacniacza,  wibracje  nagrania, 
których  jakość  oceniał  uchem  konesera,  Chopin,  Schubert, 
Rachmaninow,  a  popołudnie  upływało  powoli,  wciąż  tym 
samym tempem traktora, statku na rzece - tutaj w tym tempie 
płynie czas. Światło i muzyka to tylko jego fale.

 

Przyjmijmy, że dłużej nie mógł już tego wytrzymać, że po-

prosił, żeby przyjechała, że chciał bronić sprawy. Nie wydaje 
mi  się,  żeby  była  w  tym  jakakolwiek  premedytacja.  Wierzył, 
że  wszystko  da  się  jeszcze  odkręcić.  Musiał  żyć  w  tym  złu-
dzeniu.  Uważał,  że  pomaga  szczęściu;  stąd  szampan  i  cała  ta 
oprawa. To powszechny błąd mężczyzn - uważają, że wystar-
czy parę groszy i dostaną, co będą chcieli.  

Właśnie wtedy, w czasie tego posiłku, coś się musiało wy-

darzyć. Możliwe, że zachował się gwałtownie, a przynajmniej 
natarczywie. W dniach poprzedzających spotkanie na automa-
tycznej sekretarce kobiety znalazły się rozmaite wiadomości,

 

109

background image

bardziej  ślady,  że  telefonowano,  niż  wiadomości.  Najwyraź-
niej ktoś próbował się z nią skontaktować. 

Przyjmijmy, że to był on. Wiemy też, że nazajutrz po mor-

derstwie do niej dzwonił; tym razem mamy jego numer telefo-
nu.  Na to  powołuje  się adwokat,  zresztą również  i  on  w  dniu 
aresztowania  twierdził,  że  to  dowód.  „Po  co  miałbym  dzwo-
nić,  wiedząc,  że  nie  żyje?”.  Dosłownie  tak  mi  powiedział. 
„Czy  nie  można  by  przyjąć,  że  wprawdzie  poszlaki  są  prze-
ciwko mnie, ale zrobiłem to nie ja, tylko kto inny?”. Teraz już 
nic nie powie, w każdym razie szanse ma niewielkie.

 

-  Ale dlaczego ona przyszła na spotkanie? - zapytałem. 
-  Ona? Czy to wiadomo? Kobiety... - odpowiedział powo-

li  Massonneau.  -  Znam  taką  jedną,  spokojna,  dwadzieścia  lat 
małżeństwa,  a  zostawiła  męża,  bo  straciła  głowę  dla  faceta 
spotkanego  przy  kasie  Carrefoura  w  centrum  handlowym. 
Opowiedział  mi  o  tym  jej  mąż.  To  mój  przyjaciel.  Napisała 
mu  czarno  na  białym,  bez  cienia  oporów:  „To  koniec”.  List 
zostawiła  na  stole,  na  widoku,  oparty  o  jego  kieliszek.  Wie-
czorem wrócił i go znalazł. Zabrała wszystkie ubrania, wymio-
tła do czysta półki swojej szafy, a nawet kupiła chleb, z przy-
zwyczajenia. Jakoby jej nie rozumiał. Przez dwadzieścia lat jej 
nie  rozumiał.  Chciała  żyć.  Tak  mu  właśnie  napisała.  Facet 
spotkany przy kasie Carrefoura! gdzie pewnie kupował maka-
ron i piwo, uważa pan, jak każdy facet mieszkający samotnie, 
wiem  to  od  jej  męża,  typ  komiwojażera,  handlujący  używa-
nym sprzętem informatycznym, osobnik więcej niż przeciętny 
nagle zaczął dla niej uosabiać życie... Zycie! - powtórzył Mas-
sonneau,  szerokim  gestem  odganiając  dym.  -  One  nawet  nie 
wiedzą,  co  to  jest.  Życie  to  walka  na  zewnątrz  i  zbieranie  na 
bocznych drogach, tak jak ja, umierających ludzi! 

110 

background image

Mój  przyjaciel  miał  wielką  ochotę  wygarnąć  do  nich  ze 

strzelby,  do  niej  i jej amatora  piwa. Tego  wieczoru, kiedy  do 
mnie przyszedł, miotał się jak lew w klatce. Ale ostrzegłem go 
przed fałszywym ruchem, bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że 
to  nie  rozwiązuje  problemu.  Do  jednych  kłopotów  dorzucać 
inne...  Nie  -  powiedział  Massonneau,  zaciągając  się  papiero-
sem.  -  Ja  uważam,  że  one  kochają  niszczyć.  Niszczyć  siebie. 
Nas  niszczyć.  Wszystko,  byle  nie  spokój.  Wszystko,  byle  nie 
akceptacja zwykłego życia. 

Powiedziałem:

 

-  Im życie upływa szybciej. 
-  Wszystkim  -  odpowiedział  Massonneau.  -  Wszystkim 

tak  samo.  Reszta  to  kwestia  szczęścia  lub  przypadku.  Może 
pan  to  nazwać, jak  chce. Ale  czas jest jeden  dla  wszystkich  i 
nie  może  być  żadnym  usprawiedliwieniem.  W  przeciwnym 
razie  wszyscy  mieliby  usprawiedliwienie.  Nawet  ten  facet, 
proszę pana. Nawet ten facet. 

Dziwi mnie natomiast jej wizyta u agenta w sprawie sprze-

daży Brzeziny. Mąż o niczym nie wiedział. Powiedział mi, że 
Brzezina  sporo  kosztowała,  że  nie  stać  ich  było  na  jej  utrzy-
manie, ale była do niej bardzo przywiązana. Zależało jej, żeby 
ją zachować, bo tylko to jej pozostało z rodziny. Też mi rodzi-
na!

 

background image

4. 

W trakcie obiadu, tak gdzieś w połowie, przypomniała so-

bie kelnerka, kobieta zniknęła. Nie było jej długo - kwadrans? 
Czy tylko dziesięć minut? Być może wyszła, żeby zatelefono-
wać z hallu albo poprawić włosy. Tak czy inaczej, nie spieszy-
ła  się  z  powrotem,  a  kelnerka  dobrze  pamiętała  samotnego 
mężczyznę,  ponieważ,  mówiła,  jego  ruchy  nabrały  wielkiej 
precyzji,  tak  jakby  od  swojego  stolika  pod  szklaną  ścianą, 
pomimo  ciemności,  wykonywał  je  na  użytek  niewidocznych 
widzów,  jakby  chciał  kogoś  zmylić,  jakby  cierpiał,  że  jego 
przedłużające  się  opuszczenie  zostanie  zauważone,  uznane  za 
przejaw obojętności z jej strony.

 

Położył swoją komórkę obok nakrycia. Pomajstrował przy 

niej,  a  potem  odłożył.  Pewnie  sprawdzał  czas.  Zamówił  na-
stępną  butelkę.  Przypuszczalnie  w  tym  momencie  zaczęło  do 
niego  docierać,  że  nie  będzie  to  takie  łatwe,  jak  się  spodzie-
wał.

 

-  Czy  można  by  przyjąć,  że  próbowała  się  wymknąć?  - 

spytał Massonneau. 

-  Chyba  nie  -  odpowiedziała  kelnerka.  -  Zresztą  nie  ma 

innego wyjścia; musiałaby przejść z powrotem przez salę albo 
znaleźć schody służbowe, które są po drugiej stronie restaura-
cji.  

W końcu kołysząc torebką, kobieta wróciła. Na nowo uma-

lowała wargi. Poza tym nic się w niej nie zmieniło. Eleganckim 

112 

background image

szybkim krokiem przeszła przez salę i usiadła na swoim krze-
śle. Mężczyzna nie patrzył, jak się zbliżała. Pił. 

Kilka  osób  przy  innych  stolikach  uniosło  wzrok.  Szła  ta-

necznym  krokiem,  wspominała  kelnerka,  tak  jakby  ciężarem 
ciała  ledwie  się  wspierała  na  wysokich  obcasach,  jakby  jej 
rytmiczny krok wtórował jakiejś niedosłyszalnej piosence. I w 
tym momencie znów zaczęło padać. W momencie, kiedy wy-
łoniła  się  zza  aksamitnej  kotary  oddzielającej  salę  od  szatni. 
Pierwsze krople, twarde jak kule drobnego kalibru, zastukały o 
szklaną ścianę. W powietrzu wyczuwalna była wilgoć, a nawet 
zapach ziemi, zapach, który zdawał się napływać znad rzeki w 
dole. 

Kelnerka skończyła porządkowanie.

 

Zamknęła  szuflady  i  usiadła,  krzyżując  nogi  na  stołku  na-

przeciwko Massonneau.

 

-   To wszystko. Co chciałby pan jeszcze usłyszeć? - zapy-

tała.  -  Zaczęło  padać.  W  tamtym  momencie  nie  zadawałam 
sobie pytań. Z zasady nie zadaję sobie pytań; przyzwyczaiłam 
się. Szefowa jest bardzo wymagająca. Ludzie, którzy tu przy-
chodzą, mają prawo do spokoju. A widuję różnych; pary, które 
nie odzywają się słowem i siedzą najeżone w rocznicę swoje-
go  ślubu.  Podchmielonych  handlowców  w  prążkowanych 
krawatach z dziewczynami o połowę od nich młodszymi. Po-
daję  do  stołu.  Koniec,  kropka.  Mnie  tam  nie  obchodzi  życie 
innych. Jedyne, czego chciałam, to mąż i mój synek. Ale wy-
gląda na to, że w życiu nigdy nie jest tak, jak by się chciało. A 
te uwagi, kiedy się mały urodził!

 

Léo, przypomniał sobie Massonneau.  
Lekko  skrępowany  spuścił  wzrok,  popatrzył  na  skromne 

pantofle kelnerki, wygodne, niskie, na szerokich obcasach, z

 

113 

background image

paseczkiem  na  podbiciu,  na  grubawe  kostki  nóg,  na  czarną 
spódniczkę z tergalu.

 

Smarkula, podsumował. Smarkula,  która ledwie skończyła 

szkołę. Jedna z tych dziewczyn, które w wieku siedemnastu lat 
łażą  do  Black  and  White  i  dają  się  zbałamucić  pierwszemu 
lepszemu. Z łatwością można sobie było wyobrazić jej życie - 
samotność,  wieczory  po  skończonej  pracy,  kiedy  mały  leżał 
już w łóżeczku, ssał skrawek pościeli, a misie zostały odłożo-
ne na półki. Pewnie wykazywała mnóstwo dobrej woli, robiła 
wszystko,  co  trzeba,  kupowała  w  galerii  handlowej  pluszaki. 
Mają  tam  różne,  na  każdą  kieszeń,  nawet  dla  tych,  którym 
dopisało mniej szczęścia, pluszaki robione w Chinach, niedro-
gie, a przecież miękkie; maluchom to bez różnicy.

 

W wolny dzień zabierała synka do piaskownicy; jest jedna 

obok  deptaka,  ze  zjeżdżalnią.  Dzieciak  opatulony  jak  mały 
kosmonauta  i  ona,  siedząca  na  ławce  zwróconej  ku  Loarze  i 
obserwująca rzekę z tą naburmuszoną i pełną rezerwy miną, z 
jaką  przy  Massonneau,  zda  się  obojętna  na  jego  obecność, 
wpatrywała się w ciemne okno restauracyjnej kuchni.

 

Taka młoda, pewnie wyglądała na starszą siostrę dziecka i 

pokazywała  mu  przelatujące  ptaki:  „Ptak”,  mówiła.  Dziecko 
wyciągało  paluszek,  potem  się  odwracało.  Klepało  piasek 
swoją  nową  łopatką;  dzieci  szybko  tracą  zainteresowanie; 
miało już własne życie. Po godzinie zabawy podnosiła je, sa-
dzała  na  wózku  i  przypinała  szelkami.  Zasypiało,  kiedy  ona, 
lekko zdyszana, pchała wózek pod górkę. 

Massonneau nie musiał patrzeć na dziewczynę - widział ją 

w  szybie  nad  białym  zlewem,  w  banalnym  ostrym  świetle 
górnej  lampy.  Siedziała  z  podgiętymi  nogami,  z  obcasami 
wspartymi o pałąk taboretu, wyglądała na zamyśloną.

 

114 

background image

-  Nawet  krzyki  -  odezwała  się  nagle  -  pewnie  nic  by  nie 

dały. Jak pan myśli? Ten dom stoi na zbyt wielkim odludziu. 
Znaczy: nawet gdyby głośno krzyczała.

 

-  Tak - przytaknął żandarm. - Pewnie nic by nie dały. 
Zapytała też: 
-  Strzelił do niej z bliska. Myśli pan, że się wtedy cierpi? 
-  To dzieje się bardzo szybko  - odpowiedział Massonne-

au, skrępowany. - Zwłaszcza biorąc pod uwagę odległość bro-
ni,  miejsce,  gdzie  została  trafiona,  w  czoło.  Wydaje  mi  się 
nawet, że było kilka strzałów. Więc, przy kilku strzałach... Ale 
nie potrafię odpowiedzieć, nikt nie potrafi. To dla nas sprawy 
zbyt  skomplikowane.  -  Pomyślał:  niepotrzebna  tortura.  -  Ja 
muszę  odpowiedzieć  na  proste  pytania.  Moim  zadaniem  jest 
znalezienie winnego. - Prawdy, pomyślał. Prawdy. 

-  Krzyki!  -  powtórzył  Massonneau,  przyjmując  kieliszek 

wina,  który  mu  ponownie  napełniłem.  -  Akurat!  Widział  pan 
to pustkowie wokół domu! Kto niby miał usłyszeć? Zwłaszcza 
gdy na dworze tak lało. Nieboszczycy z cmentarza obok? Nic 
by jej to nie dało! 

Jednym haustem wychylił kieliszek.

 

I ja swój opróżniłem. Rozmyślałem o tym, co przeczytałem 

niedługo po przybyciu do muzeum, gdy przyszło mi wykonać 
ową ważną pracę w archiwum: o przeraźliwych krzykach Ma-
deleine Dorlémont tej wiosennej nocy 1880 roku, kiedy rodzi-
ła  swoje  pierwsze  dziecko.  Wiemy  o  tym  z  dziennika,  który 
prowadziła jej siostra Louise. Z tego samego dziennika wiemy 
też, że źle znosiła ciążę. Noc była upalna. Żeby wpuścić nieco 
powietrza,  pootwierano  okna  na  parterze  i  na  piętrze,  gdzie 
znajdowała się sypialnia, obecnie sala numer dziewięć, i krzyki

 

115 

background image

słychać było bardzo daleko, w parku, nawet na małej drewnia-
nej  przystani,  z  której  wiosną  urządzano  wypady  na  wyspę. 
Madeleine nie miała już nigdy dołączyć do tych wypraw, pod-
czas  których  bała  się  zawsze,  że  utonie.  Z  tego,  co  mówi  jej 
siostra,  była  nerwową  i  delikatną  młodą  kobietą.  Nad  ranem, 
po urodzeniu dziecka, umarła.

 

Kilka miesięcy później jej matka, Clara, zamówiła portret, 

który  wisi  w  pokoju  jadalnym,  co  każe  mi  dziś  uważać  ów 
obraz  za  oszustwo,  za  zręczną  rekonstrukcję  rzeczywistości. 
Prawdopodobnie  nigdy  nie  było  balu.  Nigdy  nie  było  tego 
konkretnego  balu,  o  którym  na  płótnie  zdaje  się  zaświadczać 
świetlisty  podmalunek  Madeleine,  jej  piękna  wydekoltowana 
suknia z kremowej satyny, jej wachlarz.

 

Malarz był przyjacielem rodziny; malował z pamięci. Moż-

liwe,  że  czerpiąc  natchnienie  z  dagerotypu,  który  znalazłem 
wśród papierów, jedynej fotografii zmarłej, gdzie spoczywa na 
łóżku z rozpuszczonymi włosami i z twarzą okrytą zwiewnym 
tiulem;  mam  wrażenie  że  rozpoznaję  w  nim  uwiecznioną  na 
portrecie materię szala spływającego na jej nadgarstki. 

Siostry  były  do  siebie  podobne.  Całkiem  też  możliwe,  że 

Louise  posłużyła  mu  za  modelkę  przy  malowaniu  draperii 
fałd.  Wiem  jedno:  Clara  chciała  wymazać  tę  wiosenną  noc, 
zastąpić  zmarłą  córkę  wymyślonym  balem.  W  tym  portrecie 
prawdziwa  jest  tylko  gałązka  bzu  (prawdopodobnie  ścięta  w 
parku) z lewej strony postaci, na wysokości jej urękawicznio-
nej dłoni. Malarz oddał ją w manierze Maneta, gęstymi i zmy-
słowymi jasnymi plamami na matowej materii ciemnego tła.

 

background image

5. 

Kiedy kobieta wróciła do sali jadalnej w Złotych Okowach, 

kiedy,  odłożywszy  torebkę,  usiadła  przy  stoliku  w  głębi  pod 
oszkloną  ścianą,  twarzą  do  rozległego  pociemniałego  krajo-
brazu, do jego najatrakcyjniejszego fragmentu, który mężczy-
zna  szarmancko  jej  udostępnił,  deszcz  rozpadał  się  na  dobre. 
Gwałtowna ulewa zasłaniała horyzont, przepełniała rynsztoki, 
moczyła turkusową plandekę okrywającą basen poniżej, obok 
nowych pokoi o wyższym standardzie, niedawno oddanych do 
użytku.

 

Woda  bębniła  o  taras,  wsiąkała  w  klomby,  pochylała  ku 

ziemi  wyblakłe  róże,  gięła  łodygi  szarłatów  i  trzcin.  Ściekała 
po krzesłach ogrodowych, których wciąż jeszcze nie wnoszo-
no  do  środka  (niekiedy  późną  jesienią  bywa  piękna  pogoda. 
Zdarza się, że klienci wolą zjeść na dworze, pod ścianą odbija-
jącą słońce mają jeszcze złudzenie lata). 

Na pierwszym piętrze w liceum Stanislas zapaliły się świa-

tła; pewnie zaczęły się popołudniowe lekcje.

 

Przy stoliku nieco na uboczu, pod oknem, mężczyzna zno-

wu  zaczął  mówić  półgłosem,  nachylony  ku  zaparowanej  szy-
bie, o którą uderzały liście i odłamki gałęzi; kobieta słuchała. 
Od  czasu  do  czasu  zdawała  się  ze  znużeniem  oponować.  Za-
mówił następną butelkę. Nie sprzeciwiła się, ale sama nie piła. 
Dochodziła trzecia. Przy innych stolikach płacono rachunki.

 

117 

background image

Klienci  wychodzili.  Na  zapleczu  kucharz  i  pomocnik  prote-
stowali przeciwko takiej bezceremonialności.

 

Kelnerka  powiedziała:  -  Kiedy  przyniosłam  kawę  i  czeko-

ladki, widać było nie dalej, niż na dziesięć metrów. W podmu-
chach wiatru z drzew zlatywały lawiny liści. Postawiłam przed 
nimi kawę. W dole na drodze zobaczyłam ludzi, którzy biegli, 
próbując osłonić głowy płaszczami. Myślałam o pościeli, którą 
rano rozwiesiłam.  Zawsze  ta  sama  historia. Jak  się tylko  roz-
wiesi, pada. To naprawdę jakieś fatum. 

Szukała odpowiedniego słowa i znalazła tylko jedno:

 

-  Jesień - mruknęła z nieokreślonym machnięciem ręki. - 

Pamiętam,  że  wróciłam  i  wyjrzałam  na  podwórko.  Kucharz 
właśnie wychodził. Powiedział, że ma prawo do przerwy. Pa-
trzyłam, jak w tej powodzi cofa samochód. Czas zaczynał mi 
się  dłużyć,  ale  w  tej  pracy  nie  wygania  się  gości,  zwłaszcza 
jeśli jedzą. Wróciłam na salę. Zapaliłam żyrandol, zwyczajnie, 
żeby się czymś zająć. Zobaczyłam, że kobieta wzięła płaszcz, 
ale go nie założyła. Narzuciła tylko na ramiona. On wciąż pił, 
minę  miał  nieprzytomną.  Podeszłam,  żeby  sprzątnąć  stolik 
niedaleko  nich.  Usłyszałam,  co  powiedział.  Nie  to,  żebym 
słuchała, ale mimo to usłyszałam, wie pan, jak to jest, mówił 
głośno, jak ludzie, którzy wypili i trochę się już nie kontrolują. 
Powiedział:  „To  zbyt  łatwe.  O  wiele  za  łatwe.  Ciągle  ci  się 
wydaje, że inni są po to, żeby na ciebie czekać, żeby ci wyba-
czać.  Ale  uprzedzam,  przyjdzie  taki  dzień,  kiedy  nie  będzie 
nikogo”. 

Odpowiedziała: „Wiem”.  
Drżały  mu ręce, kiedy przyniosłam rachunek. Zapłacił go-

tówką, zwitkiem banknotów, który wyjął z kieszeni. Zostawił 
mi wielki napiwek, największy tego dnia. 

118 

background image

Kiedy wyszli, była już co najmniej czwarta. Wciąż padało. 

Mężczyzna  ruszył  od  razu  do  swojego  samochodu.  Kobieta 
wyszła  przez  bramę  pieszo.  Kelnerka  powiedziała:  -  Nie  od-
wiózł jej. A przecież lało jak z cebra; to była jedna z tych rze-
czy, które wydały mi się dziwne.

 

Szybko  dotarła  do  deptaka  prowadzącego  na  nadrzeczny 

wał:  -  To  pięć  minut  stąd  -  powiedziała  kelnerka.  -  Ledwie 
zdążyłam  zdjąć  obrus, a już  zobaczyłam  jej  parasol  na  wyso-
kości mostu. Musiała iść szybkim krokiem. Chmury się trochę 
przerzedziły.  Pochylała  się,  żeby  popatrzeć  na  rzekę.  Tak 
przynajmniej pomyślałam, bo parasol był nachylony, ale może 
trzymała  go  tak  z  powodu  wiatru.  -  Na  moście  musiało  tęgo 
wiać. W tym  miejscu Loara jest szeroka jak morska cieśnina. 
Woda była pociemniała od deszczu, wzburzona, poprzecinana 
wezbranymi  strumieniami,  rozkołysana  prądem  jak  górski 
potok. 

W regularnych odstępach czasu zasłonę deszczu przenikały 

światła  reflektorów.  Samochody  rozpryskiwały  szerokie  fon-
tanny  błota  i  lśniącej  wody.  Wieczorem,  jak  donosiło  nasta-
wione w kuchni radio, pogoda się polepszy.

 

Kelnerka  zgasiła  je  zaraz  po  wiadomościach  o  pogodzie, 

kiedy  skończyła  sprzątać.  Upłynęło  jeszcze  trochę  czasu,  za-
nim  w  bramie  pojawił  się  samochód  mężczyzny.  Kelnerka 
poznała  go  zza  poruszających  się  wycieraczek.  Co  przez  ten 
czas robił? Może chciał ochłonąć. Parking był pusty. Stał tylko 
samochód  dostawczy  restauracji.  O  tej  porze  nie  ma  ruchu. 
Poza tym za dużo wypił, o wiele za dużo, żeby usiąść za kie-
rownicą. Samochód powoli wjechał w aleję. Minął korty teni-
sowe poniżej restauracji. Przez chwilę stał przy wyjeździe, 

119 

background image

między skrzydłami bramy, jakby kierowca wahał się, w którą 
stronę  skręcić.  Niemal  w  tym  samym  momencie  przejechał 
autobus  szkolny.  Kiedy  szosa  opustoszała,  rover  wciąż  stał; 
jego  reflektory  nadal  oświetlały  skarpę  naprzeciwko  bramy. 
Pośród tego mrocznego lśniącego pejzażu tylko te dwa punkty 
pozwalały  ocenić  intensywność  deszczu,  gęstość  drobnych 
kropli,  jak  dwie  małe  miarki  zawieszone  nad  nawierzchnią 
drogi. 

W końcu mężczyzna skręcił w prawo, w kierunku Lozeray.

 

Lozeray  to  urocze  miasteczko;  jest  w  nim  park  nad  brze-

giem  Loary  z  wierzbami  płaczącymi,  łabędziami  i  ruinami 
dawnego  klasztoru.  Przez  Lozeray  przebiegają  też  tory  kole-
jowe  za  dawnym  dworcem,  niziutkim  budynkiem  z  czerwo-
nymi  okiennicami  i  obramowaniami  z  cegły.  Pociąg  już  nie 
jeździ, ale tory pozostały. Tutejsi ludzie nazywają je linią.

 

Dojechał  do  Lozeray.  Świadectwo  właściciela  baru  Pod 

Dwoma  Kogutami  pozwoliło  to  potwierdzić.  Właściciel  pa-
mięta,  że  widział  manewrujący  samochód;  wyszedł  nawet  na 
próg,  bo  bał  się,  żeby  wjeżdżając  w  kałużę,  nie  ochlapał  mu 
potykacza.  Jego  zeznanie  było  precyzyjne.  On  również  za 
wycieraczkami przedniej szyby zauważył mężczyznę.

 

To  zapewne  wtedy,  uważa  Massonneau,  musiało  się  coś 

stać.  Mężczyzna  zahamował.  Zawrócił  na  półkolistym  grzą-
skim podjeździe przed barem Pod Dwoma Kogutami: Prowa-
dził  ostro.  Wrzucając  wsteczny  bieg,  nie  zwolnił  sprzęgła  i 
samochód ruszył z tym rykiem silnika, który tak lubią młodzi. 
A to właścicielowi baru Pod Dwoma Kogutami bardzo się nie 
spodobało.  Wyobraża  sobie,  że  w  takiej  wypasionej  bryce 
wszystko  mu  wolno,  że  padnę  z  wrażenia,  oto,  co  pomyślał 
właściciel. Nie ze mną takie numery.

 

120 

background image

Zawrócił,  skąd  przyjechał.  Na  szosie  samochód  przekro-

czył  dozwoloną  szybkość.  Potrzebował  dziesięciu  minut,  nie 
więcej. W rozrzuconych z rzadka przy szosie domach, w wio-
skach,  zapalały  się  pierwsze  światła,  lampy  w  kuchniach.  Je-
sienią, kiedy pada, robi się tu ciemno jak w  miastach na Pół-
nocy.

 

Przejechał  obok  cmentarza,  musiał  zauważyć  bramę,  do-

niczki  z  chryzantemami  ciągle  jeszcze  owinięte  w  nasiąkłe 
wodą gazety, jasny granit pomnika ku czci poległych sterczący 
w niebo.

 

Dojechał do parku Brzeziny. Wielkie, ociekające deszczem 

kasztany utraciły mnóstwo liści. Ulewa przybrała na sile, zmu-
szając go, żeby zwolnił.

 

Pewnie  zjechał  z  szosy,  postawił  samochód  na  skraju  wą-

skiej  dróżki  pod  bocznym  murem  cmentarza,  tego  małego, 
zawsze  mrocznego  korytarza,  którym  kiedyś  chodziliśmy, 
przypuszczalnie  rozdrapanego  teraz  przez  graniczące  działki, 
przejętego przez władze miejskie, o który ostro rywalizowały, 
jak wynikało z  katastru, posesja Brzeziny i posesja zmarłych. 
Lekko ukośne strugi deszczu zasłały go grubą warstwą liści z 
parku. Te same liście parkowych kasztanów, te, które poniosło 
nieco  większym  ukosem  -  wystarczyło  małe  przesunięcie  - 
przeleciały przez mur, opadając na groby, na nowe doniczki z 
chryzantemami. Miały rudawy kolor wilgotnych kwiatów. 

Dróżką nie mógł jechać dalej. Piasek utrudniał jazdę; przy 

każdym  obrocie  koła  buksowały.  Karoseria  otarła  się  o  zaro-
śla.  Wyłączył  silnik.  Światła  zgasły,  a  deszcz  niczym  palce, 
wciąż bębnił o przednią szybę. Minęła dłuższa chwila, godzi-
na, może dwie - i tym sposobem, uściślił Massonneau, rachu-
jąc  na  palcach,  dochodzimy  do  godziny  szóstej,  szóstej  trzy-
dzieści.

 

121 

background image

-   Do  tego  punktu  chronologii  wszystko  jest  prawie  pew-

ne: pogoda się trochę uspokaja, deszcz nie pada już tak równo. 
Kobieta wychodzi z muzeum; musiała w nim spędzić nie wię-
cej niż pół godziny. Zrobiło się już ciemno, idzie szosą. Wiatr 
wieje  jej  w  plecy,  maszeruje  szybko,  odchylając  parasol  do 
tyłu. Być  może  zobaczyła, że wrócił. Nie można tego wyklu-
czyć.  On  być  może  zauważył  jasną  plamę  parasola, uchyloną 
bramę. 

Powiedział, że niczego nie pamięta; zważywszy, ile wypił, 

jest  w  tym  na  pewno  ździebko  prawdy.  Przypuszczalnie  zno-
wu  zasnął.  Kiedy  się  obudził,  zza  gałęzi  targanych  wiatrem 
mógł dostrzec oświetlone okna na parterze Brzeziny, takie, jak 
mi  je  pan  opisał:  dwa  oświetlone  bezpośrednio  (oba okna  sa-
lonu), trzecie światłem padającym z boku.

 

Kotary  nie  były  zaciągnięte.  Nocą park  wygląda  dość  nie-

pokojąco.  Myślę,  że  była  niespokojna.  Pewnie  chciała  mieć 
oko na to, co dzieje się na dworze. Światła z parteru wydłużały 
pnie drzew, tych najbliższych, na obrzeżu alei, kładły wszyst-
kie  w  jednym  kierunku,  ukosem,  szerokie  i  krótkie  czarne 
smugi,  grubsze  od  prętów  bramy.  Padający  cień  był  bardzo 
krótki.  Ale  to  wystarczyło,  żeby  mógł  poruszać  się  po  parku 
bez  latarki,  zlokalizować  położenie  schodów,  usytuowanie 
bocznych  drzwi  prowadzących  bezpośrednio  do  kuchni.  To 
stara kuchnia, z kamienną posadzką, na antresoli. Schodzi się 
do niej po kilku schodkach z głównego korytarza.

 

Massonneau wyjął flamaster i na papierowym obrusie piz-

zerii  jął  gryzmolić  pobieżny  plan  domu:  kilka  pociągnięć, 
prostokąt wyobrażający fasadę, poprzeczne pałeczki jak w  

122 

background image

kodzie  kreskowym  oznaczające  główne  wejście,  okna,  zbior-
nik  z  wodą  przy  bocznej  ścianie  i,  w  rogu,  owe  małe  drzwi 
prowadzące do kuchni.

 

-   Zna pan park? - zapytał. - Przypuszczam, że był pan w 

środku.  Wszystkie  tutejsze  dzieciaki  się  do  niego  zakradały. 
Wiem, że go pan malował. Byłem nawet tak wścibski, że obej-
rzałem  pana  obrazy.  Przyznaję,  że  niektóre  bardzo  mi  się  po-
dobały. Uchwycił pan to coś. Opuszczenie. Mrok roślinności. 
Ciemność  lasu.  Geografia nie  zawsze  się  zgadza,  ale oczywi-
ście  istnieje  margines  dowolności.  Artyści  nie  postrzegają 
świata takim, jaki jest. Niektórzy widzą różowe liście i kobiety 
z  jednym  tylko  okiem.  Picasso  -  powiedział  Massonneau  z 
uśmiechem. - Ten to dopiero! 

Nic  nie  powiedziałem.  Nie  zamierzałem  się  wdawać  w 

dyskusje o malarstwie.

 

Rzeczywiście byłem w Brzezinie wiele razy, ale tylko jako 

dziecko.  Za  czasów  dziewczyny  nikogo  nie  zapraszali.  Z 
„ciotką” było już bardzo źle; śmiała się sama do siebie, prze-
bierała palcami jak po wyimaginowanej klawiaturze. Nie bar-
dzo już można było, jak to się mówi, ją pokazywać ludziom, i 
nikt ich nie odwiedzał. 

Za  pierwszym  razem  przyszedłem  sprzedawać  kalendarze. 

Z  kalendarzami  noworocznymi  startowaliśmy  bardzo  wcze-
śnie, bo musieliśmy zebrać trochę pieniędzy na kiermasz para-
fialny. Sprzedawaliśmy je popołudniami, po lekcjach. Była to 
cała wyprawa, zwłaszcza jeśli dom leżał na drugim krańcu N., 
przy szosie okręgowej. Trzeba było uważać na pędzące samo-
chody.  

Owego dnia byłem sam. Kobieta wydała mi się bardzo sta-

ra. Nie pamiętam już jej twarzy. Wiem tylko, że długo czeka-
łem, zanim otworzyła. Kilka minut później nadszedł pies.

 

123 

background image

Podobny  do  gryfona,  obwąchał  mi  spodnie,  a  potem  położył 
się  w  progu.  Zaprezentowałem  kalendarze,  a  kobieta  lekko 
westchnęła.  Zapytała  mnie,  pamiętam:  ,A  który  tobie  się  naj-
bardziej  podoba?”.  Były  na  nich  labrador  i  pudel,  syjamskie 
koty w koszyku i samochód strażacki. Klasyka. „Wszystkie mi 
się podobają”, powiedziałem.

 

Ojciec chciał, żebym był grzeczny, a kiedy jest się grzecz-

nym,  nie  woli  się  tego  bardziej  od  tamtego.  Dotarcie  do  kre-
densu zajęło jej trochę czasu. Słyszałem, jak szura suknami. W 
pokojach  na  podłodze  musiał  być  parkiet.  Potem  usłyszałem 
otwieranie  szuflad.  Pewnie  szukała  pieniędzy.  Jeśli  nie  znaj-
dzie, powie, żebym przyszedł później, i z transakcji nici. Zna-
łem  na  pamięć  tę  śpiewkę.  Wreszcie  sukna  znów  zaszurały. 
Kobieta podeszła i wyciągnęła do mnie cukierki; to ich praw-
dopodobnie szukała w komodzie. Uśmiechała się. 

„Weź dwa. Lub więcej, jeśli masz ochotę. Bo niby co mam 

z  nimi  zrobić?  Nie  potrzebuję  cukierków-  już  ich  nie  jadam, 
nie służą moim zębom. Jestem na nie za stara”.

 

Były  to  kwaskowate  landrynki,  nie  do  zdobycia  dzisiaj,  w 

kształcie cząstek owoców. Z kilku można było odtworzyć całą 
cytrynę  albo  pomarańczę,  krągłą,  twardą  i  słodką,  wielkości 
mandarynki.  Od  leżenia  w  puszce  nabrały  metalicznego  po-
smaku.

 

W  czasie,  kiedy  ssałem  udawaną  cząstkę  pomarańczy,  za-

padła  łagodna,  trochę  nieokreślona  cisza.  Kobieta  oglądała 
kalendarze lub też udawała, że ogląda. Wiał wiatr. Był piękny 
jesienny  dzień,  pachnący  kasztanami,  nowym  tornistrem,  ge-
ranium, usiany zamglonymi plamami światła. Liście zaczynały 
dopiero czerwienieć.  

Od czasu do czasu kasztany odrywały się i spadały w aleję, 

124 

background image

pociągając za sobą naręcza liści. Gdzieś z głębi pokoju dobie-
gało  tykanie  zegara.  Tyk-tyk-tyk.  Na  ścianie  naprzeciwko  na 
białym  tle  ryciny  Chrystus  z  surową  miną  wskazywał  swoje 
serce.  Miałem  wrażenie,  że  to  ono  tyka  w  niepokojącej  ciszy 
domu, w którym pachniało dymem, jakby niedawno rozpalono 
w  nim  ogień  -  smutnym  zapachem  wystygłego  popiołu.  Ale 
może to moje serce tak biło. I kobieta, i pies zdawali się tego 
nie słyszeć.

 

„Wiesz - odezwała się nagle -  miałam kiedyś małego syn-

ka, gdy był w twoim wieku, bardzo lubił te cukierki. Właśnie 
dla  niego  je  kupowałam.  Wciąż  jeszcze  je  mam.  Kiedy  był 
mały i czemuś się przyglądał, był tak skupiony, że nie drgnęła 
mu nawet powieka. Jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. 
Był  grzecznym  dzieckiem.  Zawsze  mnie  ciekawiło,  o  czym 
tak  myśli,  i  wiesz,  nigdy  się  nie  dowiedziałam,  mimo  że  był 
moim rodzonym synkiem”. 

Twarz jej się dziwnie wykrzywiła. Stałem i czekałem, jak-

by  krążyła  wokół  mnie  osa,  ale  nie  rozpłakała  się,  tylko  nor-
malnym  tonem  zapytała:  „A  ty  masz  młodszego  braciszka?”. 
Musiałem  oderwać  język  od  kleistej  powierzchni  cukierka. 
Odpowiedziałem: „Nie. Mam tylko siostrę. Jest nieznośna”.

 

Powraca  do  mnie  również  inne  wspomnienie  z  Brzeziny. 

Tego  dnia  spadł  śnieg.  Pamiętam  dziwnie  ogołoconą  fasadę, 
matową i szarą, jakby ustawioną na białym prześcieradle, okna 
zasłonięte  kotarami,  które przez  kontrast  z  oślepiającą  pokry-
wą  śniegu  wydawały  się  szarawe.  Posągi  też  wydawały  się 
szare.  Cienki  nieskalany  filc  rozbielał  niebieskawą  pochyłość 
dachówek.  Z  kominów  podpartych  krzyżakami  unosiła  się 
smużka  dymu.  Wciąż  jeszcze  z  rzadka  spadały  małe  płatki, 
niewiele większe od ziarenek ryżu.

 

125 

background image

Dotarliśmy  do  posiadłości  od  strony  pól.  Siostra  wdrapała 

się na wpół zwaloną część muru. Śmiała się, machała rękami, 
próbowała utrzymać równowagę, nabijała się ze mnie. Wresz-
cie zeskoczyła do parku i popędziła co sił w nogach w stronę 
domu.  Wołałem  za  nią:  „Nie  wolno!  Tam  jest  pies!  Pogryzie 
cię!”.  Ale  z  domu  nikt  nie  wyszedł.  Kobieta  pewnie  nas  ob-
serwowała zza szarych zasłon. Wariatka, mówili o niej ludzie. 

Siostra się śmiała. Jej gumowe buty, szerokie jak doniczki, 

zapadały  się  po  kolana  i  zostawiały  wielkie  wgłębienia  w 
śniegu.  W  końcu  i  ja  przeszedłem  przez  mur.  Pamiętam  to 
dziwne  ściskające  mi  żołądek  uczucie  łamania  zakazu.  Park 
wydawał się ogromny i przepastny. W rękawiczkach z jednym 
palcem  niezgrabnie  zagarniałem  śnieg  i  lepiłem  kule,  ciężkie 
jak z piasku. Rzuciłem jedną w biodro posągu. 

Pamiętam,  że  biegliśmy  pod  olśniewająco  białym  sklepie-

niem gałęzi, że dobiegliśmy aż do rzeki.

 

background image

6. 

Żadne drzwi nie zostały wyważone. Ale musiał mieć klucz. 

Pewnie, jak zwykle niedbali, przez te wszystkie lata nie zmie-
nili zamków.

 

Siedziała  przy  stole,  czytając,  kiedy  się  przed  nią  pojawił. 

Czy  uprzedził,  że  przyjdzie?  Czy  to  był  ten  telefon,  który  po 
południu usłyszałem na piętrze muzeum, zanim zainterwenio-
wała  Christiane?  Czy  na  niego  czekała  -  co  wydaje  się  mało 
prawdopodobne?  Czy  wszedł  bocznymi  kuchennymi  drzwia-
mi, o czym Massonneau był przekonany?

 

Pewne jest tylko to, że wciąż padało, że liście wciąż odbie-

rały ten sam atak, ten sam jednostajny ładunek wody oraz to, 
że  przy  tym  zamęcie,  jaki  panował  w  przyrodzie,  nie  sposób 
było  cokolwiek  usłyszeć.  Musiał  przejść  przez  park,  obejść 
krąg  światła  z  okien  i,  przemoczony  do  suchej  nitki,  dotrzeć 
do ściany domu. 

Rosły  pod  nią  paprocie,  które  opanowały  trawniki,  i  małe 

grzybki bielaki, beżowe i delikatne jak mysie uszy.

 

Czytała  przy  stole  w  jadalni;  wypełniała  (jak  wywniosko-

wał  Massonneau)  formularz  z  ubezpieczalni,  bez  zastanowie-
nia  stawiając  krzyżyki  i  nerwowo  podskakując,  ilekroć  wiatr 
poruszył  czymś  na  dachu.  Podobno  w  okolicach  ósmej,  nie 
podając żadnego szczególnego powodu, zadzwoniła do męża, 
a jej glos brzmiał dziwnie. Nie wspomniała o N. ani o Brzezinie.

 

127 

background image

Hotel, powiedziała tylko. Powiedziała też, że jest sama.

 

W  pokoju  było  bardzo  zimno,  więc  opatuliła  się  szalem  z 

owczej wełny, który wyjęła z szuflady. 

Porozrzucała wszędzie swoje rzeczy, starając się, jak to ro-

bi  człowiek,  kiedy  jest  sam,  objąć  w  posiadanie  maksimum 
przestrzeni. Telewizora nie było. W Brzezinie nigdy nie mieli 
telewizji.  Nikt  nie  pomyślał,  żeby  ją  zainstalować.  Fortepian 
został sprzedany. Za to - Massonneau potwierdził - na ścianie 
w  pokoju  stołowym,  naprzeciwko  pokrytego  grubą  warstwą 
brudu olejnego pejzażu, wciąż wisiała ta sama pobożna rycina, 
którą  kiedyś  zauważyłem  i  na  której  Chrystus,  rozchylając 
płaszcz  barwy  pruskiego  błękitu,  z  surową  miną  wskazuje 
swoje serce.

 

Pewnie  nieraz  już  myślała,  żeby  pozbyć  się  tego  starocia, 

przekazać go na loterię parafialną. Podobne bohomazy widuje 
się  u  drobnych  handlarzy  starzyzną,  wystawione  na  chodniku 
razem  ze świecznikami, paterami do ciast, rycinami przedsta-
wiającymi  Bretonki  w  czepcach,  plastykowymi  figurkami 
Matki  Boskiej  z  Lourdes,  które  napełniano  wodą  z  pirenej-
skiego potoku.

 

Ale  teraz  tak  czy  inaczej  to  już  koniec,  zdecydowała  się 

wszystko  sprzedać,  pozbyć  się  domu.  To  była  ostatnia  noc, 
którą tu spędzała; przykucnięta przed kredensem szukała zdję-
cia  obiecanego  agentowi  nieruchomości  Colnayowi,  usiłując 
odblokować szufladę, której drewno wypaczyła wilgoć.

 

Przed jednym  z okien ściekała strużka wody z  męczącym, 

nieprzyjemnym odgłosem niedomkniętego kurka.  

Powiedziała,  że  wieczorem  wpadnie,  i  dlatego  Colnay  też 

na nią czekał. Minęła godzina zamknięcia, a on wciąż czekał i 
teraz, stojąc przed szybą, wahał się, zastanawiał się, czy wypada

 

128 

background image

o tak późnej porze do niej zadzwonić. On też patrzył na pada-
jący deszcz, a było tak ciemno, że miał wrażenie, iż pada tylko 
w  wąskim  wycinku  przestrzeni,  który  naprzeciwko  niego 
oświetlał stożek ulicznej latarni. A przecież wszędzie w ciem-
nościach  woda  spływała  po  dachach,  pod  arkadami  domu  to-
warowego, do reszty ogołacała z liści szereg lip przed szkołą; 
po  ścianach  pełzły  ślimaki.  Moczyła  strzępy  plakatu  wybor-
czego  na  planszy  przed  merostwem  i  tworzyła  w  rynsztoku 
małą rzeczkę, która kołysała wte i wewte ogryzek jabłka. 

Colnay tego wieczoru chyba nie zadzwonił.

 

Z tyłu za nim na biurkach w agencji, na czuwających ekra-

nach przesuwały się fotografie domów na sprzedaż, ostatnich, 
które  wprowadził  do  oferty,  nowych,  oślepiająco  białych  do-
mów,  niektórych  z  lukarnami  w  dachu  i  z  oknami  balkono-
wymi,  a  także  zabudowań  gospodarczych,  długich  budynków 
na odludziu, do których prowadziły drogi błotniste jak mokra-
dła,  jak  cała  ta  płaska,  lesista  kraina,  ociekająca  wodą  aż  po 
skraj lasu.

 

Loara wzbierała.

 

Agent nieruchomości Colnay rozmyślał o groźbie powodzi. 

Ale wiedział też, że ta wielka rzeka, oleista i nieuregulowana, 
jest główną atrakcją okolic; że są klienci na te stare domy jak 
również na ten, który wyobrażał sobie z opisu kobiety, nawet 
mimo jego odosobnienia, nawet mimo cmentarza, mówił sobie 
Colnay.  Dzisiejsi  ludzie  poszli  do  przodu,  nie  są  już  tak 
śmiesznie  przesądni.  A  zresztą  dom  i  cmentarz  nawet  się  nie 
stykają;  oddziela  je  droga.  Zmarli  to  spokojne  sąsiedztwo! 
(zachichotał). To raczej atut. Od tej strony nie powstaną żadne 
zabudowania.  Ale  przede  wszystkim  ten  park,  te  skupiska 
rododendronów,  ta jakość budulca, te  posągi,  ten  pomost  nad 
Loarą. 

129 

background image

W  końcu  agent  nieruchomości  Colnay  uznał,  że  granica 

przyzwoitości została przekroczona; zrozumiał, że kobieta nie 
wróci.  Za  późno  było,  żeby  do  niej  zadzwonić,  a  nawet  (po-
wtarzał sobie Colnay) nie bardzo by wypadało.

 

Otworzył  drzwi,  wyciągnął  przed  siebie  poziomo  parasol. 

Spływająca  z  dachu  strużka  wody  zmoczyła  mu  nadgarstek. 
Przeklęta  pogoda!  -  zaklął  agent  nieruchomości  Colnay,  a 
tymczasem  kobieta  nadal  na  klęczkach  wyjmowała  koperty. 
Rozrzucała ich zawartość po podłodze, wciąż nie mogąc zna-
leźć  tego,  czego  szukała.  Żadnego  nowego  zdjęcia  domu  nie 
było.  Tylko  te  stare  fotografie  -  dawne  przyjęcia,  grupki  tło-
czące się na pomoście, pary uczestniczące w jakimś balu (na-
grodę  za  najlepsze  przebranie  otrzymała  kobieta  przepasana 
kiścią papierowych bananów, jak Josephine Baker) - z punktu 
widzenia jej planów nieprzydatne. 

Dużo  później,  kiedy  Massonneau  wszedł  do  pokoju  stoło-

wego,  na  podłodze  poniewierało  się  mnóstwo  zdjęć,  lecz  nie 
wiadomo, czy był to skutek walki, czy po prostu kobieta tak je 
zostawiła, zawiedziona, że nie znalazła tego, którego szukała.

 

On  wszystkiemu  od  początku  do  końca  zaprzeczył. 

Owszem, zaparkował na ścieżce, bo źle się poczuł, długo spał, 
a  kiedy  późną  nocą  zrobiło  mu  się  lepiej,  odjechał,  i  to 
wszystko. Niezbyt to wiarygodne. Prawdopodobnie podkusiło 
go,  żeby  ją  zobaczyć,  wszedł  do  domu,  zamknął  za  sobą 
drzwi,  doszło  do  wyjaśnień,  które  przerodziły  się  w  kłótnię. 
Postawił jej ultimatum. Pewnie po raz kolejny powiedziała, że 
jest wolna.  

Trwała przy swoim i wtedy on, wyczerpawszy argumenty,

 

130 

background image

chwycił  strzelbę.  Jak  zdołano  ustalić,  wisiała  na  ścianie  przy 
schodach łączących główny korytarz z kuchnią.

 

Zaczęła się cofać tym korytarzem w głąb domu, ku innym 

pokojom, w których nie włączyła ogrzewania, do których na-
wet  nie  zajrzała  -  na  jedną  noc  nie  było  takiej  potrzeby.  Być 
może zrozumiała. Być może mamrotała szeptem jakieś słowa, 
zwracała się do obrazka na ścianie w jadalni: Jeśli mnie uratu-
jesz... Ale przychodzi chwila, kiedy na ratunek jest za późno.

 

Od chwili gdy schwycił strzelbę, cofała się. Nie miała żad-

nych  szans,  żeby  się  wywinąć.  Pokoje  nie  zamykały  się  na 
klucz. Telefon był w kuchni. Wiedziała, że już po niej. Z miej-
sca,  w  którym  się  znajdowała,  nie  mogła  zobaczyć  wielkiej 
podświetlonej  szyby  hotelu  Złote  Okowy,  pod  którą  jak  na 
ironię,  o  czym  wspominałem,  zgodnie  z  przybyłą  z  Ameryki 
modą na Halloween, ustawiono wydrążone dynie przypomina-
jące  ludzkie  głowy,  do  środków  powtykano  świece;  usta  wy-
krojone na kształt zębów piły zdawały się uśmiechać. W tygo-
dniu  małe  dziewczynki  poprzebierane  za  czarownice  biegały 
po  miasteczku  i  dzwoniły  do  drzwi.  Czarne  jak  kominiarze, 
śmiały  się  hałaśliwie,  miętosząc  spódnice,  niezwykle  dumne 
ze swoich spiczastych kapeluszy, do których doczepione były 
sztuczne włosy z konopnych pakuł. 

Prawdopodobnie uderzyła o futrynę drzwi. Na głowie mia-

ła kilka guzów. Zdążyła jeszcze zapalić lampkę z abażurem na 
stoliku  nocnym.  Celując  w  głowę,  wystrzelił.  Strzelił  jeszcze 
raz. Ciało ciężko upadło na podłogę, do tyłu. Pokój był prawie 
pusty;  wielkie  poczerniałe  lustro,  marmurowy  kominek.  Huk 
wystrzałów  prawdopodobnie  stłumiła  grubość  ścian,  gąszcz 
drzew,  szum  deszczu.  Zdaniem  lekarza  sądowego  śmierć, 
natychmiastowa, nastąpiła koło dwudziestej trzeciej. 

131 

background image

Po  tym  wszystkim  został  jeszcze  w  domu.  Niczego  nie 

tknął.  Na  pewno  się  przeraził.  Zamknął  drzwi  pokoju  na  ty-
łach.  Po  raz  pierwszy  wyszedł,  bo  chciał  się  pozbyć  strzelby. 
Potem się rozmyślił. Nie popełnił tego głupstwa, żeby próbo-
wać wrzucić ją do rzeki. Przy tym przyborze i szybkości wody 
rychło by ją znaleziono. Włożył ją do bagażnika. Później pew-
nie gdzieś zakopał, pod liśćmi, na leśnym dukcie.

 

O północy pomarańczowe oświetlenie dzwonnicy kościoła 

Najświętszej  Panny  zostało  wyłączone.  Pół  godziny  później 
ostrożnie  wymknął  się  na  próg.  Nie  zamknął  drzwi  wejścio-
wych ani nie zgasił światła.

 

Okiennice na parterze pozostały otwarte, lampka w pokoju 

nadal rzucała słaby blask. Jakiś nocny marek, mogli pomyśleć 
ludzie.  Albo  o  świcie,  kiedy  podnosi  się  wczorajsza  mgła, 
kiedy wśród zarośli pojawia się linia dróg (to pierwsza rzecz, 
jaką światło dnia wydobywa z szarego, jednobarwnego pejza-
żu; blade wyraźne ścieżki, jak namalowane ręką dziecka), tak, 
kiedy wstawał dzień, każdy mógł pomyśleć, że to jakiś ranny 
ptaszek, ktoś, kto szykuje się na polowanie, siedzi obok zlewu 
w kuchni i je kanapkę z mieloną szynką, ranny ptaszek.

 

Deszcz  przestał  padać.  Mgła  unosząca  się  znad  rzeki  roz-

snuwała się poziomymi warstwami nad parkiem. Między skłę-
bionymi  chmurami  pojawiły  się  pierwsze  gwiazdy.  Powietrze 
pachniało błotem i miętą.  

Wyżej, z dziedzińca hotelu Złote Okowy odjeżdżały samo-

chody.  Zamykano  restaurację,  w  hotelu  zaś  nie  było  nocnego 
portiera,  był  tylko  domofon.  W  głównej  sali  zgasło  światło. 
Całe wzgórze pogrążyło się w ciemnościach. Trzasnęły jakieś 
drzwi. 

132 

background image

Przywarł  do  muru  otaczającego  park.  Powyżej,  na  szosie 

ujrzał  żółte  reflektory  samochodu,  które  wydobyły  z  ciemno-
ści  krzywiznę  drogi,  zakręt,  a  potem  odblaskową  tablicę  z 
nazwami trzech miejscowości. Tylne światła zniknęły. Droga, 
z powrotem ciemna, lśniła prawie tak jak rzeka. Wielkie żółte 
liście,  porwane  wiatrem,  przywierały  całą  powierzchnią  do 
asfaltu. 

Przez chwilę czekał w samochodzie, aż nikt już nie jechał, 

aż zrobiło się jeszcze później. Poczekał, aż przestaną drżeć mu 
dłonie.  Spadziste  dachy  N.  były  ledwie  widoczne.  Zewsząd 
ściekała woda, z balkonów, z dachówek, z długich liści porów 
w ogrodach. Głucho wybiła godzina pierwsza. Nigdzie dzwon 
nie wybija godziny w taki sposób jak w małych miasteczkach.

 

Przypomina mi się wiersz, który recytowała siostra: Spójrz, 

nadeszła  noc,/Złota  gwiazda  prześwieca  na  nieboskłonie, 
/Mgła  na zboczach  zamazuje  kontury,/Tylko  w  oddali rydwan 
znika w mroku,/Słuchaj.../Wszystko chowa się i układa do snu i 
przydrożne drzewo/W wieczornym wietrze wzbija kurz dnia.

 

Recytując, stała przodem do stołu, sztywno wyprostowana, 

z  wypiętym  brzuchem,  ze  wzrokiem  skierowanym  do  we-
wnątrz, utkwionym w pierwowzór, który przepisała do kajetu 
z wierszami. Jej donośny głos drżał w uniesieniu przy słowach 
tak wytwornych, jak „planeta”, „rydwan” i „nieboskłon”, któ-
rych  znaczenie  dla  nas  obojga  pozostawało  trochę  niejasne. 
Zawsze  uważałem,  że  popełnia  błąd,  że  powinno  to  brzmieć: 
Złota gwiazda prześwieca noc.

 

133 

background image

Mówiła:  Kurzrz  dnia,  żeby  lepiej  zaakcentować  rytm.  Pa-

miętam,  że  kiedy  ona  recytowała,  mama  obierała  jarzyny. 
Uprzątnęła róg stołu, żeby było gdzie położyć otwarty zeszyt, 
żeby  leżał  w  czystym  miejscu.  Specjalnym  nożem  skrawała 
cienkie  obierzyny  z  marchewek;  chropowata  powierzchnia 
była  zawsze  trochę  zapiaszczona.  Nie  przerywała  obierania, 
jakby słowa nie miały znaczenia. Kiedy rym się zgadzał, kwi-
towała to po prostu skinieniem głowy. Miało się wrażenie, że 
moja  siostra  z  nieruchomym  wzrokiem,  piskliwym  głosem 
pokonuje jedną przeszkodę po drugiej. 

Ja w tym czasie rysowałem, nie uczyłem się jeszcze wier-

szy, a jeśli, to nie tych samych, i patrzyłem na jarzyny na ku-
chennym stole, na to wszystko, co jest potrzebne do ugotowa-
nia  zupy.  W  książce  rysunek  ilustrujący  wiersz  przedstawiał 
wierzbę,  ale  brakowało  moim  zdaniem  poświaty  księżyca, 
tego drżącego bladego kręgu, którym otacza go  mgła. Wiktor 
Hugo,  kończyła  siostra.  Bardzo  dobrze,  mówiła  mama,  ale 
nadal obierała marchewki. Za kwadrans nakryjesz do stołu.

 

Siostra pokazywała mi język i biegła na górę. Często kiedy 

do  niej  dołączałem,  czesała  swoją  blondwłosą  lalkę,  którą 
nazywała Isabelle, Aurore czy może Mathilde, albo podwijała 
rękawy jej szydełkowej sukienki, spod których ukazywały się 
śmieszne  plastykowe  rączki  o  spiczastych  palcach,  z  lekko 
odchylonym kciukiem. Czekałem, aż zechce się ze mną bawić, 
ale  byłem  młodszy;  inicjatywa  nigdy  nie  należała  do  mnie. 
Podstępnie rzucałem w nią kulkami, celując w czerwone bam-
bosze.  Nudziłem  się.  Klęcząc  na  marmurowym  parapecie  nad 
kaloryferem,  wpatrywałem  się  w  noc,  w  zamglone  kontury 
drzew, w ich nieme i głuche skupisko,  w ciemną bryłę okrytej 
płachtą sterty polan pod ścianą komórki, krótkie światło padające 

 

134 

background image

z okna  gabinetu lekarskiego. Wtedy jeszcze kasztanowiec nie 
został ścięty. Czasami, kiedy ktoś przechodził drogą, szczekał 
pies.  Psy  boją  się,  kiedy  jest  ciemno.  Pies  szczekał  długo  po 
zniknięciu przechodnia, a w oddali wtórowały mu inne, które 
obudził.  Zupełnie  jak  sfora.  Echo  pogłębiało  dźwięk,  potęgo-
wało  go.  Pewnie  słychać  to  było  na  drugim  brzegu  Loary- 
Wyobrażałem sobie, że to złodziej, że więzień.

 

Musiał uważać przede wszystkim na psy. Ale nikt nie nad-

szedł. Nie zaszczekał żaden pies. Droga była wolna.

 

Przejechał  obok  cmentarza.  Kuliste  kępy  chryzantem,  na 

każdym  grobie  ustawione u  stóp  krzyża,  dokładnie  pośrodku, 
wyglądały  jak  wielkie  głowy.  Z  łatwością  można  sobie  było 
wyobrazić, że to milczący cierpliwy tłum, który siedzi i czeka. 
Pewnie  aż  podskoczył,  kiedy  dwa  czy  trzy  kilometry  dalej 
reflektory  jego  samochodu  wydobyły  z  mroku  Chrystusa 
Chamillych. W ciągu jednego wieczoru olbrzymi, ocieniający 
go  kasztanowiec  stracił  wszystkie  liście.  Cokół  był  usłany 
nimi  i  połamanymi  łupinami.  Jaśniejszy  od  zarośli,  z  których 
zdawał  się  wyłaniać,  z  ramieniem  wyciągniętym  w  geście 
uspokojenia?  lekkiego  zakłopotania?  miłosierdzia?  -  przypo-
minał te posągi rzymskich cesarzy bądź zapomnianych bogów 
w rotundach drzew na krańcu parkowych alei, które zdają się 
nam  przypominać,  że  nie  jesteśmy  sami,  że  gdzieś  w  przyro-
dzie  jest  ktoś,  kto  na  nas  czeka,  kto  jest  taki  jak  my.  Choć 
możliwe, że nie ma nikogo. 

Teraz, kiedy było już po wszystkim, kierował nim instynkt 

samozachowawczy i prowadził swobodnie, bacząc, żeby nie

 

135 

background image

przekroczyć szybkości, nie popełnić błędu, nie brać zbyt ostro 
zakrętów. Uciekał z N.,  mijał mocno już przerzedzone żywo-
płoty  (po  tej  stronie  jest  niewiele  domów,  tylko  niekończące 
się pola i dość odległe punkty świetlne...). Za Saulniéres droga 
odbija  od  Loary  i  biegnie  przez  pola  i  szpalery  drzew.  W  V, 
rząd  wiatraków  wytwarzał  w  równej  linii,  prawie  dokładnie 
pośrodku nieba, migające i fioletowe krótkie błyski. Zupełnie 
jak  lądujące  samoloty.  Ale  nie  było  samolotów  i  wielkie 
skrzydła, nieco niedorzeczne, obracały się w pustce, jak wokół 
kabiny  umieszczonej  na  paliku.  Tu  nic  innego  nie  ma.  Tylko 
sport  i  telewizja.  Trzeba  przejechać  wiele  kilometrów,  żeby 
znaleźć kino.
 

Jego reflektory odtwarzały w szerokim, widnym ujęciu bia-

łe  ulice  uśpionych  miasteczek,  wszystkich  wyglądających 
mniej  więcej  tak  samo,  z  tym  samym  salonikiem  prasowym, 
supermarketem,  bankomatami,  mrocznymi  cmentarzami  i 
niskimi  domami  na  przedmieściach,  wkrótce  ustępującymi 
miejsca  żywopłotom  z  jesionów  i leszczyn,  za  którymi  w  gę-
stych  ciemnościach  odgadywał  wszelkiego  rodzaju  nierucho-
me rzeczy, spokojnie otrząsające się z deszczu: ściany stodół, 
okrągłe  owinięte  plastikową  folią  stogi,  konie  w  wilgotnym 
mroku  potrząsające  muskularnymi  szyjami.  Przejeżdżając 
obok  gospodarstw,  szybkim  spojrzeniem  sprawdzał,  czy 
okiennice  są  zamknięte,  czy  nie  wypatrzy  go  czyjeś  niedy-
skretne oko.  

Dojechał  do  punktu  opłat  na  autostradzie.  O  pierwszej 

trzydzieści  wziął  kwit.  Puste  drogi,  w  pobliżu  punktu  opłat 
rzęsiście oświetlone, wciąż jeszcze śliskie od deszczu i szerokie

 

136 

background image

jak pasy lotniska, dalej ginęły w całkowitych ciemnościach.

 

Jechał  z  maksymalną  szybkością,  od  czasu  do  czasu  wy-

przedzając  długie  wąskie  ciężarówki  na  zagranicznych  reje-
stracjach,  zostawiając  daleko  w  tyle  ich  mokre,  prawie  wid-
mowe opływowe kształty.

 

Autostrada  biegnie  długim  korytarzem  przez  tereny  leśne. 

Kilka metrów za betonowymi bandami zaczynają się szpalery 
drzew.  Las  się  zamyka,  ciemny  jak  grota.  Co  jakiś  czas  ta 
sama plansza z wizerunkiem jelenia ostrzega, że na szosę mo-
gą wtargnąć dzikie zwierzęta.

 

Doczekał końca nocy na poboczu przy wyjeździe z lasu.

 

-   Utrzymuje,  że  zasnął.  Oczywiście  nie  ma  na  to  świad-

ków.  To  zjazd,  na  którym  nie  ma  stacji  benzynowej.  Tylko 
parking i kosze na śmieci. Nie potrafił podać godziny. Zasta-
nawiam się - dodał Massonneau - czy  miał świadomość tego, 
co  zrobił.  Kiedy  siedział  naprzeciwko  mnie,  zorientowałem 
się, że był opętany na punkcie tej kobiety. Poznał ją piętnaście 
lat  temu  na  dworcu  w  Lozeray,  kiedy  kursowała  jeszcze 
ciuchcia. Zabrał ją stopem, bo nie zdążyła na pociąg; wysadził 
ją wtedy przed Brzeziną. Powiedziała: „Zobaczy pan cmentarz 
i drzewa, a potem duży dom”. Cóż - stwierdził w zamyśleniu 
Massonneau  -  zdarzają  się  w  życiu  zbiegi  okoliczności.  Albo 
też nic nie zrozumiałem. Nic a nic. 

Kelnerka  w  pizzerii  przyniosła  kawę;  gruba  blondynka  z 

nieudolnie rozjaśnionymi włosami. Massonneau mrugnął i już 
myślałem,  że  wygłosi  jakąś  uwagę  typu  „Dla  takiej  nikt  nie 
popełni szaleństwa”, ale on tylko rozerwał opakowanie cukru.

 

-  Albo też - powiedział powoli - trzeba by przyjąć, że był 

kto inny, to jedyna możliwość. Ktoś, kto znalazł się tam przy-
padkiem, kto był świadkiem kłótni i kto dostał się do domu po

 

137 

background image

odjeździe podejrzanego. Trzeba by przyjąć, że to, co twierdzi 
inżynier, jest prawdą, i że jest niewinny, choć wszystko prze-
mawia przeciwko niemu.

 

-  No  dobrze  -  powiedział  innym  już  tonem  -  miło  poga-

dać,  ale  muszę  się  zbierać.  Już  po  drugiej!  Dziś  po  południu 
mam służbę. Na szczęście nie co dzień zdarzają się tego typu 
sprawy. Ale roboty papierkowej jest od groma, a chwilowo nie 
mam zastępcy.

 

Odstawiłem filiżankę z kawą. Na zewnątrz nie było żadne-

go ruchu, jedynie światła mechanicznie zmieniały się z zielo-
nych  na  czerwone.  Zza  zasłon  w  pizzerii  widziałem  wielką 
halę  targową,  pustą  teraz  i  surową  (targ  odbywa  się  tylko  w 
piątki). Na wystawie kwiaciarni, jedynego sklepu otwartego w 
poniedziałek, stały róże w pąkach w białym wazonie, i wciąż 
te  same  nieśmiertelne  chryzantemy,  żółte  i  fioletowe,  wysta-
wione aż na chodnik, szeregi doniczek na chodniku.

 

Massonneau  podążył  za  moim  spojrzeniem.  I,  tak  jakby 

zrozumiał, powiedział:

 

-  Pogrzeb  odbył  się  w  Paryżu.  Rodzina  wolała  wyciszyć 

sprawę.  Ale  kilka  dni  temu  dyskretnie  przywieźli  ją  tutaj  i 
położyli przy ojcu, choć ten nigdy jej nie uznał. Zawsze znajdą 
się  zacne  a  naiwne  dusze  przekonane,  że  to  on  po  nią  przy-
szedł.  Ale ja nie  wierzę  w  duchy. Jestem  jak  święty Tomasz: 
wierzę  tylko  w  to,  co  sam  widziałem.  O  ile  wiem,  dom  jest 
wystawiony na sprzedaż. Wisi już napis.  

Podziękowałem mu za jego opowieść. Wyszliśmy z pizze-

rii i odprowadziłem go do furgonetki. Gdy ruszył, pomachał 

138 

background image

mi ręką, a potem skręcił w stronę posterunku. Massonneau to 
porządny gość, ale trudno zgadnąć, co naprawdę mu chodzi po 
głowie.

 

Co do mnie, miałem wolny dzień. Ruszyłem pieszo ulicami 

śródmieścia.  Przez  ostatnie  pięć  lat  N.  bardzo  się  rozrosło. 
Powstały ulice dla pieszych, parkingi, przemysłowa masarnia, 
liczne nowe sklepy odzieżowe na tyłach hali targowej, prezen-
tujące na wystawach tanie spodnie i T-shirty. Nie skręciłem w 
prawo  do  parku  Garniera.  Poprzecznymi  uliczkami,  chcąc 
uniknąć  stromego  spadku  terenu,  powędrowałem  w  dół  w 
stronę  dworca  autobusowego,  a  potem  Loary.  Na  groblach 
stało kilka samochodów.

 

Młodzi zachowali zwyczaj spotykania się tutaj przy ładnej 

pogodzie.  Trochę  wyżej  niż  my,  na  placu  dostępnym  dla  sa-
mochodów.  Wielu  ma  prawo  jazdy;  parkują  na  podmurowa-
nym tarasie, za ostatnią miejską ławką. Otwierają drzwi i słu-
chają  muzyki.  Ale  Black  and  White  już  nie  ma.  Skrzydła 
drzwi  wejściowych  zostały  przemalowane.  Powiadają,  że 
otworzą tu restaurację z zupełnie innym wnętrzem, a na miej-
scu  dawnego  parkietu  powstanie  oranżeria.  Nie  wiem,  gdzie 
się podziały niskie fotele obite czarnym pluszem. W Black and 
White  wszystko  było  czarne.  Nawet  właściciel  miał  włosy  w 
kolorze czerni, połyskliwej i sztucznej, prawie niebieskawej, i 
brzmiące z amerykańska imię, Rock czy Dylan. 

Pod  mostem  powierzchnia  Loary  lekko  falowała.  W  spo-

kojnym  powietrzu,  niedostrzegalnie  zrudziałym  od  mgły  sły-
chać było dalekie wystrzały.  

Ruszyłem do Brzeziny.

 

W  pewnym  momencie  wydało  mi  się,  że  z  tyłu  na  szosie 

słyszę hałas silnika. Zastanowiłem się, czy to nie Massonneau

 

139 

background image

pojechał  za  mną,  czy  jego  opowieść  nie  miała  na  celu  obser-
wowanie  moich  reakcji,  uśpienie  mojej  czujności,  czy  nie 
żywił  jakichś  wątpliwości  (zbrodniarze,  pomyślałem,  niemo-
gący  się  powstrzymać,  by  nie  powrócić  na  miejsce  zbrodni, 
czy coś w tym rodzaju. Odwieczne sprężyny psychologii, typu 
jego  teoria  o  pragnieniach  i  potrzebach).  Pomyślałem  o  tym, 
co  mi  powiedział:  „Nikt  nie  będzie  uczył  sprytu  szczwanego 
lisa”. To  Massonneau  był  tym  szczwanym  lisem.  Jego  papie-
ros mógł być sztuczką, zasłoną dymną, zza której mógł anali-
zować moje reakcje.

 

Nasłuchiwałem,  ale  byłem  sam.  To,  co  wziąłem  za  samo-

chód,  było  silnikiem  żurawia  manewrującego  w  ogrodzie 
dawnej  proboszczówki,  w  którym  restaurowano  bramę.  Sły-
szałem krzyki dzieci z przedszkolnego podwórka. Po porannej 
szarości  niebo  znów  zrobiło  się  przejrzyste.  Było  piękne  zi-
mowe  popołudnie.  Wszystko  w  normie.  Ludzie  palili  liście. 
Unoszący  się  w  powietrzu  dym  zdawał  się  napływać  znikąd. 
Kominy elektrowni spowijał biały pióropusz pary i odbijał się 
w  wodzie  pośrodku  rzeki  małym  krążkiem  podobnym  do  ob-
łoku. 

Zimą Brzezinę i cmentarz widać było z dalszej odległości. 

Za murem, dokładnie na linii swoich oczu, widziałem szczyty 
krzyży,  wyraźne  na  tle  nieba.  W  świetle  dziennym  utraciły 
gotycki wygląd i cmentarz z tymi równymi kwaterami, z ogo-
łoconymi  przez  zimę  z  kwiatów  parcelami  tchnął  nieuchwyt-
nym smutkiem ogródków działkowych na obrzeżach miast.

 

Suche  dni  sprawiły,  że  znów  można  było  korzystać  ze 

ścieżki.  Ruszyłem  wzdłuż  muru  posiadłości.  Kiedy  dotarłem 
do  bramy,  zobaczyłem,  że  okiennice  pozostały  zamknięte. 
Miejsce  spowijała  atmosfera  coraz  większego  zniszczenia.  Z 
dachu spadło kilka dachówek, a stropy dla ochrony przed wodą 

140 

background image

deszczową osłonięto brezentem. Z jednego z kasztanów w alei 
poderwał  się  pionowo  w  górę jakiś  ptak,  sroka  albo kos.  Od-
frunął w kierunku wyspy.

 

Przez  chwilę  w  przystępie  swoistego  przywidzenia  pomy-

ślałem nawet, że nic się nie stało, że zaraz znów ją zobaczę, że 
po  prostu  stanie  na  końcu alei,  że  ruszy  między  nagimi  drze-
wami,  niedającymi  w  to  zimowe  popołudnie  żadnego  cienia, 
że będzie miała na sobie ten sam trencz zawiązany paskiem w 
talii.  Wspominałem  nonszalancki,  pełen  wdzięku  krok,  jakim 
się poruszała, kołysząc torebką, tę nieuchwytną aurę, która ją 
spowijała,  to,  jak  kochała  tańczyć.  Spalać  się  żywcem  i  do-
prowadzić do zguby biednego faceta, który Bóg wie, co sobie 
roił, który musiał myśleć o niej wieczorami, kiedy wychodził 
ze  swojego  biura  w  elektrowni,  kiedy  jechał  swoim  roverem 
wzdłuż Loary, kiedy szedł po kolacji do ogrodu na papierosa. 
(Widziałem  żarzący  się  koniuszek,  widziałem,  jak  czeka,  jak 
nerwowym  ruchem  wyjmuje  komórkę,  wybiera  numer,  który 
zna  na  pamięć,  tymczasem  wilgoć  wieczoru,  chłodne  powie-
trze  jesieni  przenikało  zogromniałą  w  ciemnościach  roślin-
ność, a N. i okolice, i Loarę, okrywał całun szerokiego jasnego 
nieba,  na  tle  którego  barki  na  rzece  wydawały  się  całkiem 
czarne). 

I  przypomniałem  sobie  mężczyznę,  który  był  z  nią  tego 

późnego letniego popołudnia, kiedy spadła z roweru i zadzwo-
niła  do  drzwi  mojego  ojca  -  wysokiego  milczącego  faceta, 
czującego  się  nieswojo.  Podtrzymywał  ją,  żeby  mogła  wejść 
na  schodki  w  korytarzu.  Nie  usiadł,  stał  odwrócony  tyłem 
obok  małej  lampki,  której  ojciec  nigdy  nie  gasił,  a  za  nim 
dziewczyna  na  krześle,  z  zakrwawionym  kolanem,  cicho  pła-
kała, zatracając się w bólu powolnym i dalekim, równie

 

141 

background image

niezrozumiałym, jak jej uniesienie w tańcu. 

Marie-Hélène, pomyślałem. Marie-Hélène.

 

Zbliżając się do cmentarza, zobaczyłem napis. Massonneau 

był dobrze poinformowany. Pośrodku poręczy wisiała na łań-
cuchu plansza: „Dom na sprzedaż”. A na niej wielkimi litera-
mi  numer  telefonu.  Pomyślałem,  że  w  końcu  dom  kupi  jakiś 
Anglik  - stać ich na to - któremu nikt nie powie prawdy. Lu-
dzie z N. nie bratają się z obcymi.

 

Spali fotografie, papiery. Uporządkuje park; wytnie papro-

cie.

 

Historia dobiegła końca. 
Trawa była wyblakła, sfatygowana, jak to zimą, pełna gru-

dek żwiru, pokryta bezlikiem małych zwiniętych liści. 

W  anemicznym,  zamglonym  słońcu  popołudnia  ramiona 

grających  w  krążki  sprawiały  wrażenie  białych,  zwietrzały 
kamień  miał  w  sobie  matowość  gipsu.  Przez  dłuższą  chwilę 
wpatrywałem się w podeszwy ich stóp uniesionych w biegu, w 
ich  wyprężone  ramiona,  w  ich  usta  rozchylone  w  nieokreślo-
nym zachwycie, w blade światło słońca.

 

Potem  okrążyłem  dom  i  ścieżką  między  murami  zszedłem 

aż do rzeki.