background image


sy i szakale 
Przełożyła Elżbieta Zawadowska 
DC 
DIOUD 
Wydawnictwo Da Capo Warszawa 1995 
 
HOUNDS 
Wydanie 1 ISBN 83-86611-^ 
Roz 
 Pierwszy 
K*is *ss-. »• "ssą sS»S 
Ił*«s 
Barbara Wood 
nił kostkę pacjenta, żeby wprowadzić kateter. Usłyszałam czyjś okrzyk: 
-  Odsunąć się! Strzelamy! 
Leżące na stole ciało podskoczyło. Puls jednak nie powrócił. 
-  Jeszcze raz! Cofnąć się! Teraz dwieście volt! Strzelamy! 
Wciąż nie było pulsu. 
-  Jeszcze jedna ampułka dwutlenku sodu. Lidio, trzymaj elektrody. Nie 
upuść! Mamy jego grupę krwi? Będzie potrzebna. Na razie ani słowa 
rodzinie! Lidio, elektrody! Strzelamy! 
Wszyscy wpatrywaliśmy się w monitor. Zobaczyliśmy punkcik. Zaraz potem 
drugi. Trzeci. Kreska na monitorze chwiała się i załamywała. 
-  Dobrze. Jeszcze raz. Wyjdzie z tego. Strzelamy! 
Patrzyliśmy z nadzieją na ekran. Te dwieście volt uratowało mu życie. 
Pozostawał w stanie śmierci klinicznej trzy i pół minuty. Biologicznie 
nie umarł ani na chwilę. 
-  Dobrze. Możemy wracać. - Kellerman mówił cichym, spokojnym głosem. - 
Potrzebne będzie łóżko z OIOM-u. Trzeba go cały czas obserwować. Lidio, 
szew otrzewnowy. 
Kiedy podałam mu pojemnik z igłami, spojrzał na mnie, a w jego oczach 
błąkał się cień uśmiechu. Doktor mówił w ten sposób: „No, tym razem mało 
brakowało, ale wygraliśmy." 
Członkowie zespołu reanimacyjnego wychodzili powoli z sali, a my 
poszliśmy spokojnie do sali numer dwa, żeby dokończyć operację. Byliśmy w 
nieco gorszych nastrojach niż wtedy, kiedy ją zaczynaliśmy, bo baliśmy 
się trochę i skoncentrowaliśmy się wyłącznie na pacjencie, który z takim 
zaufaniem oddał się w nasze ręce. Odetchnęliśmy dopiero, gdy wywieziono 
go na łóżku. 
Objęłam wzrokiem roztaczający się wokół mnie bałagan: stosy zakrwawionych 
gąbek, porozrzucane narzędzia, puste ampułki, przerażający 
elektrokardiogram... Zawsze miałam wrażenie, że sala operacyjna po 
skończonym zabiegu 

Psy i szakale 
przypomina krajobraz po bitwie. Kiedy tak kręciłam z niezadowoleniem 
głową i oceniałam ogrom pracy, jaką będę musiała wykonać, żeby to 
wszystko doprowadzić do ładu, pani Cathcart jeszcze raz zajrzała do 
pokoju. 
-  Lidio, zrób sobie przerwę. Jenny obiecała, że posprząta. Idź 
zatelefonować. 
Uniosłam w gćrę brwi. Tak. Rzeczywiście. Adela. W Rzymie. Pilna rozmowa 
międzynarodowa. Zupełnie o tym zapomniałam. 
Jedną ręką, spoconą pod chirurgiczną rękawiczką, trzymałam słuchawkę przy 
uchu, a drugą szarpałam nerwowo maskę. W końcu udało mi się zapalić 
papierosa. Wydawało mi się, że już od godziny czekam na zgłoszenie się 
telefonistki. 

background image

-  Cały czas próbuję, ale linia jest zajęta. Może zadzwoni pani później? 
-  Nie, to pilne. Zaczekam. 
-  Dobrze, cały czas będę łączyć. 
Przyłożyłam słuchawkę do drugiego ucha. Głos panienki z centrali brzmiał 
tak, jakby mówiła przez celofan. 
W holu było pusto, miałam więc teraz trochę spokoju. Spokój ten był 
jednak pozorny, bo myślałam o wydarzeniach ostatnich szalonych godzin, w 
wyniku których siedziałam teraz ze słuchawką przy uchu i zastanawiałam 
się, jaka czeka mnie wiadomość. Nie kontaktowałam się z Adelą od czterech 
lat, a pielęgniarka oddziałowa twierdziła, że moja siostra telefonuje z 
Rzymu. 
Przypominając sobie zamieszanie, jakie wypełniło ostatnią godzinę, wcale 
nie byłam pewna, co bardziej mną wstrząsnęło: wiadomość, że siostra 
dzwoni do mnie zza Atlantyku czy zatrzymanie akcji serca u pacjenta, 
który leżał właśnie na stole operacyjnym. 
-t roszę chwilę zaczekać - powiedział ktoś z włoskim akcentem. 
Udało mi się wreszcie dodzwonić pod numer, któryBarbara Wood 
podała mi Adela, czyli do hotelu Residence Pałace w Rzymie, i właśnie 
miałam usłyszeć głos dawno nie widzianej siostry. W rozbiegane myśli na 
temat operacji, nagłego zatrzymania akcji serca i stresów związanych z 
wykonywaniem zawodu pielęgniarki wkradła się również ciekawość, dlaczego 
Adela do mnie zadzwoniła, a przede wszystkim jakież to wydarzenie może 
być i dla niej, i dla mnie aż tak ważne. 
Kiedyś byłyśmy sobie bardzo bliskie, ale po śmierci rodziców i brata 
wszystko się zmieniło. Na ogół śmierć najbliższych łączy pozostałych przy 
życiu członków rodziny. Nam jednak los spłatał głupiego figla i 
oddaliłyśmy się od siebie. Po wielu miesiącach smutku i żałoby stałyśmy 
się sobie obce, a przed czterema laty pożegnałyśmy się ostatecznie. Ja 
miałam wtedy dwadzieścia dwa, ona dwadzieścia trzy lata. Ja uczyłam się 
chirurgii, ona zaś -jak uwodzić mężczyzn. W dniu wyjazdu prawie się do 
mnie nie odzywała, a ja napomknęłam coś na temat ważnego spotkania, na 
które właśnie się wybieram. Potem wymieniłyśmy chłodny uścisk dłoni, jak 
uczciwe parafianki, które żegnają się po kościelnej herbatce. I przez 
cały ten czas, aż do dziś, siostra nie dała znaku życia. 
-  Liddie? Liddie? To ty? 
Usłyszałam jej głos i miałam wrażenie, że stoi przede mną duch mojej 
siostry. 
-  Tak. Adela? Mój Boże! 
-  Och, tak się cieszę, że cię słyszę. To naprawdę niesamowite. Nie mogę 
się już doczekać, żeby ci wszystko opowiedzieć. 
Jej słaby, daleki głos brzmiał trochę piskliwie; szczebiotała jak 
egzaltowana nastolatka. Słyszałam ją wyraźnie w słuchawce i z 
niedowierzaniem wpatrywałam się w ścianę. Nazwała mnie Liddie. Adela 
nazwała mnie Liddie, tak jakbyśmy rozstały się dopiero wczoraj. 
-  Uspokój się - powiedziałam i poczułam, że zaczyna mi się udzielać jej 
podniecenie. - Co się stało? Dobrze się czujesz? 

Psy i szakale 
-  Oczywiście. Po prostu wspaniale. Jestem w Rzymie, 
Liddie. 
-  Wiem. 
-  Nie, nie uległam wypadkowi, ani nic takiego. Ale to jest równie pilne. 
Możesz przyjechać do Rzymu? 
-  Co takiego? 
-  Słuchaj, wysłałam ci paczkę. Kiedy ją dostaniesz, wszystko zrozumiesz. 
Powinna nadejść lada dzień, bo rozumiem, że jeszcze do ciebie nie 
dotarła. Wysłałam ją pocztą lotniczą. A może powinnam była nadać jako 

background image

wartościową? Teraz żałuję, że tego nie zrobiłam. Och, Liddie. Musisz 
koniecznie przyjechać, błagam! 
W jej głosie wyczułam napięcie, a nawet panikę, więc lepiej nadstawiłam 
ucha. Adela była wyraźnie zadowolona i podniecona, ale siostrzany 
instynkt podpowiadał mi, że chyba nie wszystko wygląda tak świetnie. 
-  Co się stało? 
-  Nie mogę ci powiedzieć. Ale to zupełnie fantastyczna historia. Muszę 
ci ją opowiedzieć osobiście. Czy możesz przyjechać do Rzymu? 
-  Oczywiście, że nie. Nie żartuj. - Taka właśnie była Adela: kapryśna i 
popędliwa. - Nie mogę zostawić pracy. Powiedz mi, proszę, o co chodzi. 
-  Daj sobie spokój z tą głupią pracą. Musisz przyjechać. Słuchaj, 
Liddie, spieszę się... - Urwała nagle. 
-  Mów, mów. Słucham - powiedziałam po chwili. Milczała. 
-  Adelo, nie wygłupiaj się. Nie zamówiłam tej pioruńsko drogiej rozmowy, 
żeby bawić się z tobą w ciuciubabkę. Wykrztuś wreszcie, o co ci chodzi. 
Nie zamierzam cię ciągnąć za język. Adelo? 
Na linii było zupełnie głucho. Jak ostatnia idiotka wzięłam do ręki 
słuchawkę i obejrzałam ją. 
-  Halo? Adela? Centrala? - Przycisnęłam guzik centrali wewnętrznej. 
Usłyszałam głos telefonistki. - Przerwano mi rozmowę - wyjaśniłam. - Czy 
może pani połączyć mnie jeszcze raz? 

Barbara Wood - Chwileczkę. 
Czekałam. Nasłuchiwałam. W słuchawce szumiało jak w oceanie. Słyszałam 
trzaski i czyjś oddech. W końcu znów odezwała się telefonistka: 
-  Przykro mi, ale połączenie nie zostało przerwane. Ktoś po prostu 
odłożył słuchawkę. 
-  Co? To niemożliwe. 
-  Czy chce pani, żebym jeszcze raz zamówiła rozmowę? 
-  Ałeż moja siostra nie położyła słuchawki. Ktoś nas rozłączył. Może 
tełefonistka w Rzymie. Ałbo ktoś z hotelu. 
-  Przykro mi, ale oni twierdzą, że osoba, z ktdrą pani rozmawiała, 
odłożyła słuchawkę. Czy mam zamówić jeszcze raz? 
Zastanawiałam się przez chwilę, czy lepiej będzie rozmawiać z Adelą ze 
szpitala, czy z mojego mieszkania, gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzał. 
- Nie, dziękuję - odparłam. - Spróbuję później. W szatni szybko wzięłam 
prysznic, przebrałam się w wyjściowe ubranie i zameldowałam w portierni, 
że wychodzę pdł godziny wcześniej. Nikt nie miał nic przeciwko temu. Przy 
Ocean Avenue dopadła mnie mgła tak gęsta, że wyglądała zupełnie jak biała 
ściana p^ f*~ 
wana siedziałam na 
psy i szakale 
- Jest pan pewien? Dokąd w  Aki Rł        S? 
z Ameiyki. Rozmawiałam z S?LJ?• ^^ Telef°nuje tam. W tym hotelu. MusiSa 
iw^H? P° P°łudniu- B*a mość. Choćby nowy numer Snu t*™*^ wiado-nana                                
betonu. Jestem o tym przeko- 
nana. 
-  Przykro mi, proszę pani. Nie ma żadnej wiadomości. 
-  Dla Lidii Harris? Na pewno? Widziałam niemalże, jak wzrusza ramionami. 
-  Panna Harris wyjechała już jakiś czas temu. Jej pokój m  jest pusty, 
zapłaciła rachunek. Nic mi nie mówiła. 
-----mt przeciwko temu.            _ Rozumiem. - Oczywiście nie 
rozumiałam nic. Ani 
~v v^can Avenue dopadła mnie mgła tak gęsta, że       w ząb. - No cdż, 
trudno. Do widzenia, wyglądała zupełnie jak biała ściana. Po tym upiornym 
dniu          _ Do widzenia pani. 
podziałała na mnie orzeźwiająco. Już nie mogłam się do-          Trochę 
paliła mnie twarz, bo na kominku płonął ogień, 

background image

czekać swwne&m&nam w moim mieszkania -*--•••          Patrzyłam tępo 
przed siebie. Ach, to postrzelone dziecko - 
ledy to bede p^*»i~ «--                                                   
,  mysjajam L>zwonj ^o mnie do szpitala, żąda, żeby mnie 
natychmiast poproszono do telefonu, wmawia wszystkim, że to takie pilne, 
potem robi sobie ze mnie żarty, nie zdradzając ani słowem, o co jej 
chodzi, a na koniec odkłada słuchawkę. Po czym wyprowadza się z hotelu. 
Niezły numer z ciebie, Acjelo. 
Miałam właśnie ochotę wrzucić aparat telefoniczny do ognia, kiedy 
usłyszałam pukanie do drzwi. To była Shelly, moja sąsiadka, barmanka, 
ktdra pracowała w nocy, a spała w dzień. Trzymała w rękach pogniecioną 
paczkę. 
~ Cześć, strasznie się spieszę. To przyszło dla ciebie pocztą. 
- Tak? - Wzięłam od niej pudełko opakowane w szary 
11 
v/ Ł.yni upiornym dniu 
na mnie orzeźwiająco. Już nie mogłam się doczekać spokojnego wieczoru w 
moim mieszkaniu w Malibu, kiedy to będę czytała książkę albo zajmę się 
szyciem. Po pracy nigdy nie robiłam nic nadzwyczajnego. Dzisiejszy 
wieczór zatem nie będzie różnił się od innych. Z wyjątkiem tego, że 
zamierzałam porozmawiać z siostrą. 
Iłlocno poirytowana siedziałam ze słuchawką przy uchu, podczas gdy osoba 
na drugim końcu linii szukała kogoś, kto mówiłby po angielsku. Miałam już 
za sobą rozmowę z włoską telefonistką, ktdra powiedziała mi, że żadna 
Adela Harris nie mieszka w hotelu Residence Palące. Poprosiłam ją zatem, 
żeby połączyła mnie z kimś z recepcji, bo z pewnością zaszła jakaś 
pomyłka. Zdawałam sobie sprawę, że to może zająć nawet pdł godziny, więc 
zrezygno- 
10 
Barbara Wood 
papier, który był wymięty i podarty. Przesyłkę zaadresowała niewątpliwie 
Adela we własnej osobie. 
-  Listonosz nie chciał zostawić paczki pod drzwiami, więc 
zaproponowałam, że ja ją wezmę. Pokwitowałam. Dobrze zrobiłam? 
-  Świetnie. Bardzo ci dziękuję. Zapraszam na drinka. 
-  Wybacz, ale już i tak jestem spóźniona. Powiedz tylko, co może być w 
środku? To od twojej siostry? 
Nazwisko Adeli widniało w rogu, tuż nad adresem hotelu Residence Pałace 
przy Via Archimede w Rzymie. 
-  Tak, to od niej. 
-  O ile pamiętam, nigdy nie przysłała ci nawet kartki na święta. Masz 
urodziny, czy co? 
-  Niezupełnie. Bardzo ci dziękuję, Shelly. Jestem naprawdę zobowiązana. 
Zamknęłam drzwi i popatrzyłam na paczkę. Z pewnością była to ta sama 
przesyłka, o której Adela wspomniała przez telefon. Wysłała ją zwykłą 
pocztą lotniczą i żałowała, że nie jako poleconą. Widocznie paczka 
zawierała coś naprawdę ważnego, a nie jakiś zwykły upominek. Nagle 
przyszło mi do głowy, że w środku znajduje się z pewnością list z 
wyjaśnieniem. Przestałam więc zachodzić w głowę i rozerwałam papier. 
Ujrzałam zwyczajne białe pudełko wypchane pomiętą włoską gazetą i kilkoma 
serwetkami z hotelu. Wyczułam palcami jakiś twardy przedmiot. Miałam 
właśnie zamiar go odwinąć, gdy w rogu pudełka dostrzegłam mały kartonik. 
Wyjęłam go spośród pomiętych papierów i zobaczyłam, że ktoś napisał na 
nim: OSTROŻNIE. To było wszystko. 
Zdarłam prowizoryczne opakowanie i stanęłam na środku salonu, trzymając w 
rękach niesamowity przedmiot. 
Rozdział drugi 

background image

intrygujący przedmiot miał dwa centymetry długości, a wykonany był z 
gładkiego kremowego materiału, w którym rozpoznałam kość słoniową. 
Przypominał szeroki nóż do rozcinania kartek, zwężał się ku końcowi i był 
rzeźbiony u nasady. Zupełnie jak miniaturowa laska, miał głowę w 
kształcie psa rzadkiej rasy. 
Z pewnością wpatrywałam się długo w tę figurkę, bo kiedy wreszcie 
wyrwałam się spod jej uroku, stwierdziłam, że ogień na kominku wygasł, a 
w pokoju zrobiło się chłodno. Trzymając „psa" z kości słoniowej oraz 
pudełko i papier,; w które był opakowany, ciężko opadłam na krzesło. 
Obejrzałam dokładnie papier i pudełko, ale poza karteczką z napisem 
OSTROŻNIE przyklejoną do paczki niczego interesującego nie znalazłam. 
Tylko tyle. Żadnego listu. Nadal nie miałam pojęcia, co to za przedmiot i 
dlaczego właściwie Adela mi go przysłała. 
Czyżby był tak cenny, że musiała zadzwonić do mnie zza oceanu, by 
uprzedzić mnie o nadejściu tej przesyłki? I jeszcze żałować poniewczasie, 
że nie nadała paczki wartościowej? Oczywiście najbardziej chciałam 
zrozumieć, dlaczego przysłała tę figurkę właśnie mnie. 
Obracałam ją w palcach. Wydawało mi się, że jest dosyć stara, ale nie 
byłam ekspertem w tych sprawach. Zagadkę stanowił również pies 
wyrzeźbiony na grubszym końcu. Jeśli w ogóle to był pies. Figurka miała 
dziwny kształt. Jeśliby przyjąć psa za jej podstawę, przypominała 
rzeźbioną świecę. 
Nie wiedziałam też zupełnie, co robić dalej, i to był mój 
13 
Barbara Wood 
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Na fotografii widniał wyraźnie 
nasz szakal, a w najgorszym wypadku jego brat bliźniak. Kellerman 
przeczytał mi krótki opis staroegipskiej gry zwanej „Psy i szakale". W 
książce zamieszczono rysunek przedstawiający planszę i fotografię szakala 
z kości słoniowej. Na hebanowej planszy wyryso-wane były różne dziwne 
wzory. Wywiercono w niej również dziurki, które układały się w linie. 
Spiczasty koniec pionka tkwił w dziurce, a rzut kostką decydował o 
sposobie poruszania się po planszy. Choć trudno dziś odtworzyć zasady tej 
gry, można się domyślić, że było kilka pionków w kształcie psów, które 
wyglądały mniej więcej tak jak nasze psy, oraz tyle samo szakali. Być 
może poruszano się nimi po planszy tak, jak dziś gramy w warcaby. 
Wszystko to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 
-  Jeśli ten szakal jest autentyczny, ma z pewnością ogromną wartość - 
oświadczył Kellerman, wręczając mi książkę. - Jeżeli naprawdę pochodzi ze 
starożytnego Egiptu, a zakładam, że tak, to dostałaś wspaniały upominek. 
-  Rzeczywiście. - Patrzyłam ze zdziwieniem na szakala z kości słoniowej 
spoczywającego spokojnie w mojej dłoni. - Ale dlaczego ona mi go wysłała? 
Przecież nie jestem egiptologiem. Nie interesuję się takimi rzeczami. 
-  A twoja siostra? 
-  Też raczej nie. Chociaż muszę przyznać, że Adela zawsze lubiła zagadki 
i tajemnice. Wróżyła sobie z ręki i wierzyła w starożytne klątwy. 
Przypuszczam, że natknęła się na szakala w Rzymie i chciała po prostu 
rozpalić moją ciekawość. - Zmarszczyłam brwi, bo sama nie wierzyłam w to, 
co mówię. Nie byłam szczera. Tak naprawdę nie chciałam przyjąć do 
wiadomości jedynego prawdopodobnego wytłumaczenia tej historii, a 
mianowicie tego, że Adela chciała mi przekazać jakąś wiadomość. 
-  Mówisz, że chce cię ściągnąć do Rzymu? I nie powiedziała dlaczego. No 
cóż. - Potarł podbródek. W przeciwieństwie do innych chirurgów w jego 
wieku, to znaczy około pięćdziesiątki, doktor Kellerman nosił brodę. - 
Myślę za- 
16 
Psy i szakale 

background image

że ona chce cię tam zwabić. Z jakiegoś powodu jesteś Q\ potrzebna. 
Również z jakiegoś powodu, którego akurat można się domyślić, wiedziała, 
że nie będziesz chciała pojechać, więc posłużyła się szakalem jak 
przynętą. 
-  To bez sensu. Nawet Adela by się tak nie zachowała. Nie po czterech 
latach. Napisałaby. Choćby krótki list. Ale - wskazałam tę zwariowaną 
figurkę - nie wysyłałyby czegoś 
takiego. 
-  Dlaczego nie? - Kellerman dołożył do ognia i zmrużył powieki, żeby 
iskra nie wpadła mu do oka. 
Był jednym z nielicznych ludzi - nawet wśród moich znajomych lekarzy - 
których zdanie bardzo się dla mnie liczyło. Mimo wszystko tym razem nie 
bardzo zgadzałam się z jego opinią. 
-  Nie wiem. Tak mi się wydaje. Jestem pewna, że ona znów się do mnie 
odezwie. 
-  Możliwe. Pozwolisz się jej zwabić do Rzymu? 
-  Do Rzymu? - Zaśmiałam się i dotknęłam jego ramienia. - A w kogo by pan 
rzucał kleszczami, gdyby coś poszło nie tak? 
-  Nigdy nigdzie nie wyjeżdżasz, Lidio. 
-  Ależ wyjeżdżam - zaprotestowałam głośno. 
-  Pewnie. Niech no pomyślę. W zeszłym roku byłaś w Columbus na kongresie 
pielęgniarek z OIOM-u. Przedtem jeszcze w Oakland na zjeździe 
instrumentariuszek. Rok wcześniej... 
-  Nie jestem typem turysty, doktorze. 
-  To prawda.  Zwiedziłaś  Columbus w  stanie  Ohio i Oakland w 
Kalifornii. Zaraz! Kiedyś miałaś jeszcze jechać do Hongkongu, ale 
stchórzyłaś w ostatniej chwili. 
-  Nie widzę związku, doktorze. A poza tym mam właśnie zamiar odbyć 
podróż do domu. Zabiorę tę książkę, mojego cennego szakala i będę czekała 
na telefon od mojej nieobliczalnej siostry. I mam nadzieję, że się 
doczekam. - Wstałam i ostrożnie ułożyłam figurkę w torebce. - Nie 
rozumiem, dlaczego tak nagle przerwała roznifrwe^ A na dodatek 
wyprowadziła się z hotelu i nie zadzwoniła do tej pory- Ach ta Adela! 
17 
Barbara Wood 
Kiedy przygotowywałam się do wyjścia, zauważyłam, % Kellerman patrzy na 
ogromny zegar wiszący nad korni kiem. Po chwili doktor odwrócił się do 
mnie i zapytał: 
-  O której dokładnie dzwoniła? 
-  Zaraz. Niech no sobie przypomnę. W czasie reanim ej i. Koło pierwszej. 
-  Kiedy ty do niej zatelefonowałaś? 
-  Godzinę później. Dlaczego pan o to pyta? 
-  Więc u nas była druga, kiedy z nią rozmawiałaś.       ,, 
-  Chyba tak. Nie wiem, do czego pan zmierza? - Ja również zaczęłam 
spoglądać na ozdobny zegar, który tykał 
cicho. 
-  Jeśli dobrze pamiętam, w Rzymie jest dziewięć godzin później niż u 
nas. A to znaczy, że tam było wtedy koło jedenastej. 
-  Tak. 
-  A zatem wyprowadziła się z hotelu koło północy. -Kellerman spojrzał na 
mnie surowo. - Uważam, że to dziwne. A ty? 
Odwzajemniłam spojrzenie. 
-  Ja też. 
-  Czy ci z centrali byli pewni, że twoja siostra odłożyła słuchawkę, a 
nie na przykład została rozłączona? Po co, u licha, miałaby do ciebie 
telefonować, a potem ni z tego, ni z owego wyprowadzać się z hotelu w 
środku nocy? 

background image

Znowu zerknęłam na zegar i wyobraziłam sobie pogrążony we śnie Rzym o 
dwunastej w nocy, Adelę, która płaci rachunek zaspanemu recepcjoniście i 
szuka taksówki na opustoszałej o tej porze ulicy. 
- Idiotyzm! - Chciałam jeszcze dodać, że nawet moja zwariowana siostra 
nie zamawiałaby międzynarodowej rozmowy błyskawicznej tylko po to, żeby w 
połowie zdania odłożyć słuchawkę, ale dostrzegłam zatroskany wyraz twarzy 
patrzącego w ogień Kellermana i przybrałam nonszalancki ton. - Może to 
rzeczywiście wygląda idiotycznie, ale jestem pewna, że znajdzie się 
jakieś logiczne wytłumaczenie tej całej historii. Adela zatelefonuje do 
mnie i wszystko 
18 
Psy i szakale wviaśni A na razie będę używała szakala do otwierania 
kopert* 
Doktor Kellerman odprowadził mnie do samochodu; na 
naszych włosach i ramionach osiadła skroplona mgła, z ust leciała nam 
para. Kellerman mieszkał w ładnej okolicy. Była to stara elegancka 
dzielnica, odizolowana od reszty 
miasta. 
- Chciałbym, żebyś mogła czasem zostać u mnie dłużej. 
Odwzajemniłam jego uśmiech. Zaczęłam mu asystować trzy lata temu i 
staliśmy się przez ten czas dobrymi przyjaciółmi. 
- Dobranoc - szepnęłam i odjechałam w zamgloną noc. 
Kiedy stanęłam na progu swego mieszkania, najpierw poczułam, że nogi 
wrastają mi w ziemię, a usta otwierają się bezwiednie. Potem ogarnęła 
mnie furia, podparłam się pod boki i wrzasnęłam: - Chryste Panie! Ktoś 
włamał mi się do domu. 
Postronny obserwator, a nawet dobry znajomy, najprawdopodobniej niczego 
by nie zauważył, bo włamywacze właściwie nie zostawili żadnych śladów. 
Jedynie ktoś, kto zamieszkiwał ten nieskazitelnie utrzymany apartament, 
mógł dostrzec ślady najścia. Kiedy tylko przekroczyłam próg, zanim 
zdołałam cokolwiek zobaczyć, doznałam wrażenia, że w pokoju panuje jakaś 
inna, obca atmosfera. Dopiero wtedy odkryłam, co konkretnie się zmieniło. 
Abażur lampy był przekrzywiony o całe dziesięć stopni, aparat 
telefoniczny stał w innym miejscu na biurku, a szuflady nie domknięto 
dokładnie. W moim mieszkaniu panuje taki porządek, jak na sali 
operacyjnej, może nawet trochę przesadny, ale cóż, taka już jestem. 
Właśnie dlatego zorientowałam się od razu - w ciągu tych pierwszych 
dziesięciu sekund po przekroczeniu progu, że ktoś pogwałcił moją 
prywatność. 
Nawet nie byłam jeszcze na etapie zastanawiania się, kto to zrobił i po 
co, kiedy już stałam przy telefonie i wy- 
19 
psy i szakaU 
Barbara Wood 
bierałam numer doktora Kellermana. Byłam zupełnie ro J trzęsiona i prawie 
płakałam ze złości - fakt, że jakiś obcJ człowiek wdarł się przemocą w 
moje życie, oburzał mnie] Nie mogłam tego znieść. Dopiero kiedy doktor 
Kellerman zadał mi najbardziej oczywiste pod słońcem pytanie, zrol 
zumiałam, jak bardzo czułam się znieważona. Pytanie bo-1 wiem brzmiało: 
„Czy coś zginęło?" A ja aż do tego momentu nie brałam zupełnie pod uwagę 
możliwości, że mnie okra-dziono. Myślałam wyłącznie o tym, że ktoś wdarł 
się bez-! prawnie na moje terytorium, i ta myśl nie dawała mi , 
spokoju. 
Czekając na doktora Kellermana, przeszukałam dokład-! nie mieszkanie i 
stwierdziłam, że nic nie zginęło. Absolut-nie nic. Włamywacze nie zabrali 
biżuterii, telewizora, pieniędzy ani żadnych innych cennych przedmiotów. 
Nie przyszli, żeby kraść. Chcieli tylko przeszukać moje rzeczy. 
Pokręciłam z niedowierzaniem głową. - Niczego nie brakuje, doktorze. 

background image

Absolutnie nic nie zginęło. I muszę przyznać, że to byli porządni 
włamywacze, a nie zwykli złodzieje, którzy przewracają człowiekowi dom do 
góry nogami. Starali się położyć wszystko na swoim miejscu, tak żebym 
niczego nie zauważyła. Ale zauważyłam. Nic nie rozumiem. Kogo interesuje 
moje mieszkanie? Czego w nim szukał? 
Opadłam na kanapę tuż obok doktora i zaczęłam wpatrywać się w wygasły już 
kominek. Kellerman również patrzył przed siebie, a w jego niebieskich 
oczach pojawił się wyraz 
zadumy i namysłu. 
Po pewnym czasie usłyszałam jego cichy głos: 
-  Czy mogę zobaczyć to pudełko, w którym dostałaś szakala? 
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. 
-  Fantastyczna pora na zmianę tematu, nie uważa pan? 
-  Przynieś mi je, Lidio. 
Wstałam i już miałam zamiar podejść do biurka, ale zatrzymałam się nagle 
i zaczęłam się zastanawiać, gdzie właściwie zostawiłam pudełko i papiery, 
którymi zostało 
zaniosłam tego do sypi«^. - 
Uśmiechał się do mnie tylko oczami, jego usta nawci ^. 
drgnęły, jakby przykryła je maska. 
-  Nie ma go tutaj - powiedziałam bezbarwnym głosem. 
-  Oczywiście - odparł. - Jednak coś ci zginęło. Znowu opadłam na kanapę 
i oparłam głowę na rękach. 
Zastanawiałam się nad naszym najnowszym odkryciem. 
- Ktoś więc włamał się tutaj, przeszukał mieszkanie i zabrał pudełko. 
Wziął sznurek, karton i papier ze środka, I a także karteczkę z napisem 
OSTROŻNIE. Ale dlaczego? 
Szukał szakala? 
-  Tak mi się wydaje. 
-  Ale kto to był? Dlaczego zabrał karton i te wszystkie 
papiery? 
-  Nie zapominaj, moja droga, że ktokolwiek by to był, 
wiedział, że paczka nadeszła właśnie dzisiaj. Wykorzystał również twoją 
nieobecność, żeby się tu włamać. Ze zdziwienia otworzyłam szeroko oczy. 
-  Sugeruje pan, że ktoś mnie śledził? 
-  A skąd by inaczej wiedzieli, kiedy mogą wejść? Nie przypuszczali 
tylko, że weźmiesz ze sobą szakala. Gdybyś go zostawiła, na pewno by go 
zabrali. 
Rozważałam przez chwilę jego teorię, która napełniła mnie niesmakiem. 
Wstałam, podeszłam zdecydowanym krokiem do leżącej na podłodze torebki, 
wyjęłam z niej szakala, wróciłam na miejsce na kanapie obok Kellermana. 
Zaczęliśmy znowu wpatrywać się w figurkę. Trwało to dłuższą chwilę. 
W końcu Kellerman powiedział: 
-  Zadzwoń na policję, Lidio. 
-  Nie - odparłam bez zastanowienia. - Ta sprawa ich nie zainteresuje. 
Przecież pan wie, że nie znajdą żadnych odcisków palców ani innych 
śladów. Nic nie będą mogli 
zrobić. 
-  Jednak miało miejsce włamanie i coś zginęło. 
-  Och, niech pan będzie rozsądny, doktorze. W jaki spo- 
21 
Barbara Wood 
sób mogą mi pomóc? Znaleźć pognieciony karton i zwróci mi go? A ja mam im 
powiedzieć, że to jedyna rzecz, jaka mj zginęła, i chciałabym ją 
odzyskać? Nie, to przecież bezsens Obracałam w palcach szakala. Był 
chłodny i gładki. N* jego niesamowitym pysku malował się chytry uśmiech. 
Miał szeroko otwarte oczy, potwornie wysokie i spiczaste uszy, które 
nadawały mu diabelski wygląd. Był to naprawdę zadziwiający przedmiot. 

background image

- Jest zrobiony z kości słoniowej, więc to wyklucza od razu 
międzynarodowy gang, specjalizujący się w kra-, dzieży kamieni 
szlachetnych -powiedziałam żartem, w którym jednak kryła się odrobina 
prawdy, ponieważ za wszelką cenę usiłowałam doszukać się motywu włamania. 
- Chcę wiedzieć, dlaczego go szukają. Nie podoba mi się ta cała historia. 
Zaskoczyła mnie i nie wiem, co mam robić. Nie jestem przyzwyczajona do 
takich tajemnic albo niespodzianek.  Żyję  w  uporządkowanym  świecie,  w  
którym wszystkie kwestie rozwiązuje się w sposób naukowy. Od pierwszej po 
południu moje życie zupełnie się zmieniło. Najpierw zatelefonowała 
siostra, z którą nie rozmawiałam od czterech lat. Potem przyszła paczka z 
tym niesamowitym   upominkiem.   A   teraz  -  rozłożyłam   ręce i 
zatoczyłam łuk - to! Nie wiem, jakie znaczenie ma szakal w tej całej 
sprawie, ale z pewnością są tacy, dla których jest ogromnie ważny. A 
chciałabym wiedzieć, bo to jest mój szakal i włamano się do mojego 
mieszkania. Ciekawa jestem... - Do głowy znów zaczęły mi się 
niecierpliwie cisnąć bezładne myśli. - Może on ma jakąś wartość 
pieniężną? Sam pan mówił, że może okazać się wartościowy, jeżeli istotnie 
jest autentyczny. 
-  Tak, ale nie popadajmy w przesadę. To tylko jeden pionek z całej gry. 
- Wzruszył ramionami. - Z pewnością cenny dla kolekcjonera. Ale nie na 
tyle cenny, żeby od razu włamywać się komuś do mieszkania. 
-  A potem kraść pudełko i opakowanie! Szalenie zagadkowa historia, 
prawda? Co ten szakal w sobie ma? - Popatrzyłam na figurkę pod światło, 
jakby kość słoniowa była 
22 
Psy i szakale 
ezroczysta, a pod nią można było wyczytać odpowiedź. PMówi pan, że były 
inne? I W starożytnym Egipcie na pewno, ale nie wiem... 
A gdyby się okazało... - przerwałam na chwilę - że tylko ói szakal 
przetrwał aż do dziś, czy podniosłoby to jego 
wartość? 
-  Możliwe. Z całą pewnością jednak możemy stwierdzić, 
że tak nie jest. 
-  Oczywiście. Wystarczy popatrzeć na fotografię z pańskiej książki. Są 
na niej inne pionki. Dlaczego więc ten jest taki ważny? A może - w głowie 
zaczynała mi kiełkować pewna myśl - ktoś chciał skompletować całą grę i 
brakowało mu tylko mojego szakala. Czy taki komplet byłby cenny? Ta gra w 
psy i szakale? 
-  Myślę, że bezcenny. 
-  Dobrze. Przypuśćmy, że ktoś był już bliski zebrania wszystkich 
pionków, bo zajmował się tym całymi latami i brakowało mu zaledwie 
jednego czy dwóch. Taki zbieracz chciałby koniecznie zdobyć szakala, 
prawda? Mógłby się posunąć nawet do rabunku. 
-  To śmieszne. Ktoś taki po prostu zgłosiłby się do | ciebie i zapytał o 
cenę. Za dużo oglądałaś filmów kryminalnych i nie myślisz logicznie. 
Kolekcjoner usiłowałby ubić z tobą interes, bo wiedziałby dobrze, że dla 
ciebie to tylko pamiątka, bibelot, który może ci służyć co najwyżej za 
przycisk do papieru. Uważam, że przeoczyłaś sedno tej całej zagadki. Nie 
jest nim wcale włamanie ani kradzież pudełka, ani nawet sam szakal, 
choćby nie wiadomo ile był 
I wart. 
-  A więc co tu jest najważniejsze? 
-  Twoja siostra, Adela. 
-  Adela! - Klasnęłam w dłonie. - Oczywiście! Przecież od niej się to 
wszystko zaczęło. Ale czy w ten sposób nie Powracamy znowu do anonimowego 
zbieracza? Załóżmy, że chciał kupić szakala od Adeli, a ona nie chciała 
mu go sPrzedać. Odrzuciła ofertę i wysłała mi figurkę. To mogłoby wiele 
wyjaśnić. 

background image

23 
Barbara Wood 
-  Tak - powiedział wolno, ale widziałam wyraźnie, nie bardzo się ze mną 
zgadza. 
Im dłużej zastanawialiśmy się nad tą sprawą, tym dziej stawała się 
tajemnicza. Kawałki tej układanki nie do siebie nie pasowały. Gdyby 
szakal był pusty w ku i zawierał skradzione diamenty, cała ta zagadka 
byłal z pewnością łatwiejsza do rozwiązania. Wtedy powiedzii łam coś, co 
zdziwiło mnie samą o wiele bardziej niż Kej lermana: 
-  Muszę pojechać do Rzymu. 
-  Co? - zapytał, jakbym mu właśnie oświadczyła, Księżyc jest zrobiony z 
żółtego sera. Odwróciłam się niego i zobaczyłam, że w jego łagodnych 
niebieskiej oczach, pełnych ciepła i dobroci, pojawił się wyraz nied( 
wierz ania. 
-  Przecież pan wie, że muszę. 
W chwili gdy ubrałam swoje myśli w słowa, uwierzyłam,! że mam rację. 
Aby dotrzeć do sedna tej sprawy, musiałam porozma-j wiać z Adelą. Po 
prostu nie miałam innego wyjścia. Nici wątpiłam, że w ten sposób znajdę 
odpowiedź. Poza tymi byłam pewna na pewno, że włamywacz wróci i tym 
razeml wszystko może się skończyć o wiele gorzej, jeżeli będęl w domu. 
-  Nie rób tego - poprosił zupełnie zwyczajnie Keller-j man. Nie 
wygłaszał złowróżbnych przemówień ani też nia opowiadał, jak bardzo 
przeraziłam go swoim pomysłeml Powiedział tylko: „Nie rób tego" i w tym 
jednym zdaniii zawarł wszystkie przestrogi, obawy i lęki tego świata. 
-  Ale przecież ona tego chciała, doktorze. Dlatego dcl mnie dzwoniła. 
Wcale nie po to, żeby uprzedzić mniej o nadejściu przesyłki z szakalem, 
tylko po to, żeby sprowa-i dzić mnie do siebie. Nie miała okazji 
wytłumaczyć ma dlaczego, ale myślę, że musi być jakiś ważny powód. W jej| 
głosie było coś... - Z wyraźną determinacją potrząsnęła głową i 
powtórzyłam: - Muszę jechać. Oprócz niej nie m< już żadnej rodziny. 
24 
Psy i szakale 
Ale przecież przez cztery lata... 
I To wcale nie tak długo, jeśli zważyć, że płynie w nas 'ama krew i 
straciłyśmy tych samych rodziców. Takiej ^lnej więzi nie może zerwać ani 
czas, ani odległość. Gdybym to ja do niej zadzwoniła, choćby na drugi 
koniec świata, i poprosiła: „Przyjedź, jesteś mi potrzebna", na pewno by 
to zrobiła. I pan doskonale o tym wie. Doktor Kellerman pokręcił głową i 
zrobiło mi się go żal. 
-  Lidio, to takie niebezpieczne. Ach te emancypantki! Chyba urodziłem 
się trochę za późno. 
Poklepałam go po ręku, jakby był moim ojcem, i powiedziałam: 
-  Proszę się nie martwić. Pojadę do hotelu Residence Pałace, znajdę 
Adelę i oddam jej ten nieoczekiwany prezent. Powspominamy stare, dobre 
czasy, popłaczemy troszkę i znowu będę panu pomagać. Wrócę tak szybko, 
jak się da. 
-  Nie podoba mi się ten pomysł - powiedział, ale w jego oczach kryło się 
coś jeszcze. 
Niestety ja nie zrozumiałam jego intencji, ponieważ słyszałam tylko 
wypowiedziane na głos słowa. Nie zrozumiałam tego, co mówił swoim tęsknym 
spojrzeniem - było zbyt subtelne, żeby się przedrzeć przez kokon 
emancypantki, którym się opancerzyłam. O wiele później, za późno, 
zrozumiałam, co doktor Kellerman chciał mi tyle razy powiedzieć. Chciał, 
ale nie potrafił. 
To jednak stało się o wiele później. Tymczasem doktor próbował metody 
łagodnej perswazji, ale bezskutecznie. Wiedział, że jestem niezależną, 
wyemancypowaną kobietą, i zdawał sobie sprawę, że w żaden sposób nie 
zdoła mnie odwieść od raz podjętej decyzji. 

background image

-  Myślałam, że ucieszy pana moja podróż do Europy. 
-  Nie o taką podróż mi chodziło. Sama wiesz zresztą doskonale, że coś tu 
nie gra. Zdajesz sobie również na Pewno sprawę z tego, że włamywacz lub, 
jak wolisz, włamywacze wrócą. A może nawet pojadą za tobą. Nie jesteś 
bezpieczna, dopóki szakal znajduje się w twoim posiadaniu. 
25 
Barbara Wood 
-  Toteż oddam go osobiście ofiarodawczyni. Mam na paszport, bo 
zamierzałam jechać do Hongkongu. Sz< pionka przeciwko ospie jest nadal 
ważna i mam pienią w banku. Czy będzie mi potrzebna wiza? 
-  Do Włoch? Lidio... 
-  Przez ten czas zamieszkam u Jenny. Powiem jej, Z( w mieszkaniu będą 
przeprowadzać dezynfekcję. Potem \J ślę telegram do Adeli. Jutro powiem 
siostrze Cathcart, tf muszę wyjechać w pilnych sprawach rodzinnych, i 
złapjj pierwszy samolot do Rzymu. Zaraz zarezerwuję miejsce. I Zrobiłam 
dwa kroki w stronę telefonu. 
-  To zupełnie do ciebie niepodobne. 
Jego słowa zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Oczy* wiście, że miał 
rację. Odkąd ukończyłam szkołę pielęgniarj ską, mieszkałam sama i przez 
cały ten czas nie zrobiłam nid bez zastanowienia. Nic, czego musiałabym 
potem żałować* A teraz proszę bardzo: jedna rozmowa telefoniczna, jedna 
przesyłka, i stałam się tak samo nieobliczalna jak moj^j siostra. W ciągu 
jednego popołudnia nabrałam tych wszyst kich cech, których tak w niej nie 
lubiłam. 
Niestety nic nie mogłam na to poradzić. Wtedy, w czas tego dziwnego, 
szalonego wieczoru wydawało mi się, ż jedynie w taki sposób mogę 
rozwiązać swoje problemy. 
Powinnam była posłuchać doktora Kellermana. 
Rozdział trzeci 
Doktor Kellerman odprowadził mnie na lotnisko i pocałował po raz pierwszy 
w czasie naszej trzyletniej znajomości. Uścisnęłam go jak dobrego wujka i 
zapewniłam raz jeszcze, że wszystko będzie dobrze. 
O tej porze na lotnisku międzynarodowym w Los Angeles było tłoczno i 
gwarno, ale doktor Kellerman rozmawiał ze mną tak, jakbyśmy byli sami w 
jego gabinecie. Położył mi mocno ręce na ramionach i powiedział po raz 
szósty tego ranka: 
-  To szaleństwo, Lidio. Powinnaś była wezwać policję i pozwolić, żeby 
oni zajęli się tą sprawą. Przecież włamywacze nie wrócili. Z tego, co 
wiesz, nie chodziło im jednak o szakala. Może zresztą coś ukradli, a ty 
nawet tego nie zauważyłaś. Wydaje mi się, że ponosi cię wyobraźnia. A 
twoja siostra jest zupełnie postrzelona i w dodatku samolubna. Chce cię 
podstępem zwabić do Rzymu. Włamanie do twego mieszkania to czysty zbieg 
okoliczności. Równie dobrze mogło ci się to przytrafić kiedy indziej. 
Ale ja byłam pewna swego. 
-  Nie, doktorze. Nie zgadzam się z panem. Moja siostra wplątała się w 
jakąś dziwną aferę i sądzę, że potrzebuje mojej pomocy. Im dłużej myślę o 
naszej rozmowie, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Ona się 
czegoś bała. Może właśnie dlatego tak nagle wyprowadziła się z hotelu i 
nie mogła zostawić żadnej wiadomości. Może za tym szakalem - poklepałam 
torebkę, w której go schowałam - kryje się coś więcej, niż nam się 
wydaje. W końcu jest Pan tylko chirurgiem, doktorze. Cóż pan może 
wiedzieć 
27 
Barbara Wood 
0  takich sprawach? - dodałam, żeby się z nim trochę p droczyć. 
Pocałował mnie po raz drugi w czasie naszej trzyletni znajomości. 

background image

-  Cathcart bardzo się martwi. Dobrze wie, że nawet potwór jak ja musi 
docenić twoje umiejętności ciebie nigdy nie ciskałem narzędziami o 
ścianę, prawda? 
-  Wrócę, zanim się pan obejrzy. 
-  A kto tak pięknie pozwija mi nici? Och, Lidio... Doktor Kellerman 
pokręcił głową z rezygnacją. 
Zgodnie z jego radą wymieniłam trochę pieniędzy na lk ry, kupiłam pisemko 
z krzyżówkami i zgłosiłam się do odj prawy. Uświadomiłam sobie, że 
naszemu pożegnaniu towa* rzyszył pewien rodzaj napięcia, i to odkrycie 
trochę mnid zaskoczyło. Kiedy tylko znalazłam się na pokładzie 741 
1  rozlokowałam na swoim miejscu, zamówiłam Krwawi Mary na pokrzepienie 
przed startem. Stwierdziłam z ulg^ że sąsiednie miejsce jest wolne, i tak 
już miało pozostać ai do Nowego Jorku. Bardzo potrzebowałam paru godzin 
spokoju, żeby pomyśleć. 
W czasie naszego pożegnania znowu nie dostrzegł w oczach Kellermana 
czegoś, co bardziej wrażliwa kobieta z pewnością by zauważyła. W 
rezultacie opuściłam Los Angeles z błędnym przekonaniem, że gdyby w 
Rzymie przytrafiło mi się jakieś nieszczęście, nikt by po mnie nie 
płakał. 
Wtedy, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, moje myśli przeniosły się z 
doktora Kellermana na Jerry'ego Wildera, interesującego anestezjologa, z 
którym się kiedyś umawiałam. Wydało mi się dziwne, że akurat teraz 
wspominam krótkotrwały romans sprzed dwóch lat. Kiedy odrzutowiec oderwał 
się od ziemi i poczułam oddziaływanie ciśnienia na swoje ciało, 
przypomniałam sobie zupełnie bez emocji nasze ostatnie spotkanie i jego 
cierpkie słowa: 
- Jesteś bardzo dobrą pielęgniarką, Lidio. Prawdopodobnie najlepszą na 
całym oddziale. Wspaniale asystujesz 
28 
Psy i szakale 
• h Na OIOM-ie pracujesz jak niezawodna przy °^Taf robL naprawdę dobrą 
robotę. Cały P^ ^ała *aszynl \Z że kiedy wychodzisz ze szpitala, nic się 
n *   ^nleganatym,^*     j___                   nieleeniarką, 
polega u« v^ ~, 
tobie nie zmienia. W dalszym ciągu jesteś pielęgniarką, e kobietą. Zawsze 
na pierwszym miejscu stawiasz me-H n vnę i nie sądzę, żebyś miała 
jakiekolwiek inne zaintere- 
° Byłam zaszokowana i urażona, a jednak wiedziałam, że jerry ma rację. W 
ciągu tych krótkich trzech miesięcy, kiedy się z nim spotykałam, ani razu 
nie pomyślałam, że to miłość, i właściwie nigdy mu się całkowicie nie 
oddałam. Może nie mogłam, może nie chciałam. Tak czy inaczej związek nasz 
przybrał znów chłodny, ściśle zawodowy charakter. 
Samolot nie ryczał już teraz tak głośno, ciśnienie spadło i odetkały mi 
się uszy. Piłam właśnie drugą Krwawą Mary i słuchałam muzyki klasycznej 
przez słuchawki, kiedy nagle zdałam sobie w pełni sprawę ze swojej 
sytuacji... 
Tak oto po raz pierwszy w życiu leciałam za granicę samolotem odrzutowym 
747, żeby szukać siostry, której mogło tam już wcale nie być. Ponadto, i 
to naprawdę mnie zadziwiło, po raz pierwszy w swoim idealnie 
zorganizowanym życiu pomyślałam zaledwie przelotnie o karierze zawodowej 
i rzuciłam wszystko dla czegoś, co mogło się okazać zwykłym wariactwem. 
Tak właśnie zrobiłam. 
I choć zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty, podążałam dalej do celu, 
mimo że zupełnie nie miałam pojęcia, co mnie może spotkać na końcu tej 
drogi. 
¦todczas przelotu nad oceanem miejsce obok zajęła inna pasażerka, ale na 
szczęście była to cicha, spokojna zakonnica, która przez większość czasu 
spała lub czytała książkę. Lot z Nowego Jorku do Rzymu miał trwać siedem 

background image

iodzin, tak więc pozostały nam jeszcze trzy godziny podró-zy. Rzym 
przestawał być abstrakcją, powoli stawał się 
rzeczywistością. 
Usiłowałam usadowić się wygodnie w fotelu, żeby się ""zemnąć, bo miałam 
za sobą dwie prawie nie przespane 
29 
Barbara Wood 
noce. Telefon Adeli wytrącił mnie z równowagi; jak strzał z rewolweru 
wywołał lawinę wspomnień, kty przez wiele lat szczęśliwie udało mi się 
uniknąć. Lecz j$ głos otworzył drzwi do przeszłości, a skoro już raz 
zosta* otwarte, nie można ich było z powrotem zamknąć. Nas^ dzieciństwo, 
dorastanie, śmierć rodziny, nagłe rozstań! i ostateczne pożegnanie cztery 
lata temu - wszystko wrócił do mnie z taką siłą, jakby nasza rozłąka 
trwała zaledwie o wczoraj. 
Przez telefon nazwała mnie Liddie. 
Zacisnęłam mocno powieki, ale wiadomo przecież, 2 chowanie głowy w piasek 
nie uchroni nikogo przed bolę nymi wspomnieniami. Widziałam wyraźnie 
przed sobą J twarz: Miała makijaż rodem z „Vogue'a" i szałową fryzur Jej 
czarujący uśmiech kpił ze mnie, drwił z mojego powa nego stosunku do 
życia i zachęcał do wspólnej włóczęgi \ świecie. Taka była moja siostra 
cyganka, która w przeć wieństwie do mnie miała styl i osobowość, co 
zawsze czyi niło z niej ozdobę wszystkich przyjęć. 
Nie zdając sobie sprawy, że stałam się prawdziwą ko-l lekcjonerką 
ostatecznych pożegnań, usiłowałam przywołał w pamięci ostatnie spotkanie 
z Adelą, odtworzyć każdl słowo i gest. 
-  Pora na mnie, Liddie. Poważnie. Wiem, że tak naj prawdę wcale nie 
chcesz, żebym z tobą mieszkała. Zawszd bardzo ceniłaś sobie swoją 
prywatność, więc się po prostsi wyprowadzę. Poza tym uważam, że Ameryka 
jest dla mnif za mała. Chcę podróżować. Mam tyle do zrobienia przed 
trzydziestką. 
-  Na miłość boską, przecież dopiero skończyłaś dwa 
dzieścia dwa lata! 
-  Osiem lat to wcale nie tak dużo czasu. TV już starannie zaplanowałaś 
swoje życie i wszystko masz poukładane na swoim miejscu. W szufladkach. 
Jestem pewna, że zrealizujesz swoje plany. Ale ja... - zrobiła 
dramatyczną pauzę i westchnęła - nie wiem, co jutro mi przyniesie. Musze 
wiele przeżyć, zanim mi stuknie trzydziestka. 
30 
Psy i szakate 
p^ coz 
. « widzie w tej trzydziestce takiego szczególne- z ty 
- Adel<V nas?Sce umarli, Adela straciła poczucie  kiedy nasi roo                 
. ^^ g.ę zmlemła _ 
S^L^żebyś zrobila jakieś     na 
 
-  Ja już mam plan! 
-  Trudno nazwać poślubienie bogatego człowieka... 
-  Och, Liddie! - przerwała mi. W jej piskliwym śmiechu wyraźnie 
pobrzmiewała dezaprobata. - Mogę się założyć, że ty nigdy nie wyjdziesz 
za mąż. Jesteś na to zbyt wyzwolona. Do końca życia pozostaniesz panną. 
Wyemancypowaną 
panną. 
Przykryłam się kocem po szyję i przycisnęłam twarz do 
okna, żeby zobaczyć, co widać na zewnątrz. Było jednak I zbyt ciemno, 
mieliśmy wylądować na lotnisku Leonarda da [Vinci o 8.30. W kabinie 
paliły się przygaszone światła, wszyscy spali. W szybie zobaczyłam 
odbicie swojej twarzy, tak przypominającej twarz Adeli. Byłyśmy w ogóle 
bardzo do siebie podobne, ale to ona miała w sobie coś, jakiś dodatek, 

background image

który odróżniał ją ode mnie. Miałyśmy taki sam kolor oczu i włosów, taką 
samą cerę, a nawet figurę, ale Adela wiedziała, jak podkreślać swoje 
walory, a ja byłam zadowolona z tego, co dała mi natura. Moim największym 
atutem były oczy, ponieważ zdawały wspaniale egzamin na | sali 
operacyjnej. Patrząc ponad chirurgiczną maską potrafiły przekazać każdą 
myśl. 
Ktoś dotknął mojego ramienia, otrząsnęłam się z zadumy i wróciłam myślami 
na pokład samolotu, żeby stwierdzić, że siedząca dotąd obok mnie 
zakonnica wstaje z miejsca. 
I    - Przepraszam - powiedziała - ale tam z przodu są moje najome. 
Rozmawiałam już ze stewardesą i pozwoliła mi *S Przesiąść. Czy nie ma 
pani nic przeciwko temu? Będzie 1 łatwiej zasnąć, jak sobie pójdę. Jestem 
tego pewna. 
31 
Barbara Wood 
Zabrała swoją torbę podróżną spod siedzenia i rj Dowoli do przodu między 
rzędami. 
Kiedy tek patrzyłam, jak jej drobna sylwetka Ą wśród śpiących cieni, 
przestraszyło mnie nagłe pojawii Tę mężcizny. Uśmiechał się do mnie po 
przyjaciel w ręku trzymał podręczną torbę. 
- Czy mogę usiąść? - zapytał. 
^SSSznałazłsięprzymnie,postawiltOrbę! siedzeniem i zapiął starannie pas. 
 i szakole 
 ć sie od  umia 
 obok 
 - uprzy- 
jaciii w tobLch. Wszystko «skaw n, to, OiWowki! Lubi puii krzyżówki? 
 patrzę, na niego iak o„,en»a,=, 
dzeniu 
 d«a n»9«Ml tęu» P^*™^, sie ten 
^^^^ 
„iłem n.toae.»J«         godsi„ach lora  „„.cl, P«"M"°™aP sJ wędrówka 
l»dow 
 celu, 
 w dół. 
 a j  ^5 
 L5 
 moją twarz, a po- 
 ze mną rozmowy, 
po czym zmarszćBstarus; i kark,' 
" Raczej nie. Czas szybciej leci przy ****«;*-& UB_______        t . m 
nigdy ich nie kończę. Chce pan spróbować? - NiedbaW            blemem 
częstej zn 
gestem wręczyłam mu pismo, a on przyjął je chętnie, «      ^ dłuzszą 
chwilę w, bardzo mnie zaskoczyło.                                       .        
M tem gdy nadal nie udało ti 
- Dziękuję. Problem logiczny jeszcze nie ^wiązany    ^ glowę mówiąc;                                
ne ]esi dosyc 
Przewracał strony. - No, jest! O, chyba dosyc trudny! Ser      _ ^ ^ ^ 
^tAym razie to deczne dzięki. Ostatnie dwie godziny zawsze najbaraz« ^^                        
^^ ^^ ^^ 
"Spoglądałam się uważnie nowemu towarzyszowi podrdl „^f^^S 
wzrok¦&[°^'L^timy^^ *ft TSiczasem zagłębiał się w łamigłówki, które 
rorio| Myl ^it. Przypomniałam sobie na^ch      osiemnaści   la 
sobą na opuszczonym stoliku. Do rozwiązania proWe-                           
q m ogląda^ M»            lonu, patrząc 

background image

mu logicznego podszedł z niemal nabożnym s^^l i siedziałam w wykuszu .f 
^f^. Mojej młodszej wygładził stronę, poprawił się na siedzeniu, wyprosfj 
M pokryty rosą trawmk przed do            ^ wyszla na 
Sew i dotknął ołówka koniuszkiem języka, ^PfłnfJ3   o rok siostry nie 
było. Poprzedmeg uS. Jego wiek oceniłam na około trzydziestki, był swie*J                                        

32 
Barbara Wood 
randkę i jeszcze nie wróciła. Rodzice i młodszy brat chali na weekend do 
San Diego, ale spodziewałam się w domu już parę godzin wcześniej. 
Siedziałam więc w oknie, świtało, a ja zastanawiałam się, gdzie oni wsz; 
się podziali. 
Wtedy dwaj mundurowi policjanci nagle zapukali 
drzwi. 
-  Rozwiązywała pani kiedyś taki? Uniosłam gwałtownie głowę. 
-  Problem logiczny? Próbowała pani? 
-  Nie, nie. Nie mam cierpliwości. 
-  Rozumiem. Niektóre naprawdę zabijają człowiek ćwieka. Na przykład ten. 
- Zaśmiał się i pokręcił głc Upchnął pismo w kieszeni na siedzeniu na 
znak, że re nuje, i westchnął. - Poddaję się. 
Po raz pierwszy od chwili, gdy opuściłam Los Angel miałam ochotę się 
uśmiechnąć. Niezależnie od tego, k był mój nowy towarzysz podróży, z 
pewnością miał mi sposób bycia. Jeszcze raz dokładnie go sobie obejrzała 
i dostrzegłam ładne szare oczy i zdrową opaleniznę. Ubi ny był w 
garnitur, na którym nie było nawet zagniecen mimo wielogodzinnej podróży 
przez Atlantyk. W ogóle w glądał świeżo i rześko, jakby dopiero co wsiadł 
do samol tu. W przeciwieństwie do mnie - pomyślałam z przeraź niem. Włosy 
miałam w nieładzie, makijaż rozmazany, a1 pogniecionej sukience widniało 
kilka żenujących pl? Widocznie pojawiły się tam, kiedy jadłam kolację. 
-  John Treadwell - przedstawił się i wyciągnął dłoń. 
-  Lidia Harris - odparłam nieśmiało, podając mu rę Wymieniliśmy mocny 
uścisk dłoni. 
-  Pani czy panna? 
-  Kobieta. 
-  Tak też mi się wydawało. Ale pani kobieta czy pan 
kobieta? 
Roześmiałam się i kręcąc głową dałam za wygraną. M łam wrażenie, że John 
Treadwell potrafiłby nawet wyci nąć ostrygę ze skorupy. 
34 
Psy i szakate 
 porabi 
 ia na tym 
 Rzymu 
 ale mam 
szym razem. ^«*~—•- 
Apani?     „        Palące-odparłam z lekkim tylko waha 
-  W Residence Pałace   ««h 
niem.                     '       ,, Hill  Bardzo ładna dzielnica. 
-  Wiem. To na Panoli HiU-»»           podróży.? Przypuszczam, że tak 
pani poradź*) bm^P ^ ^^ 
-  Nie. Moja siostra *m mieszaj^ ibski. jeśli będzie 
-  Przepraszam,nie chciałembycwsci^ ^.^ 
pani miała wolne popo 
Z przyjemnością pokażę r- 
możemy przejechać autobusem                 oziui"- 
Wydałam z siebie dźwięk, którym»      ^ 0 Adeh, i znów zaczęłam patrzeć 
przea sieu   •          . lam sie też, 
szakalu i moim niepewnym jutrze. Zastanaw kiedy się obudzę. 

background image

 , 
Rozdział czwarty 
Psy i szakate  świetna komunikacja autobusowa 
znajdzie się panl 
 
Samolot zaczął stopniowo schodzić do lądowania. Spój. lam na zegarek i 
stwierdziłam z ulgą, że już wkrótce znajd my się na międzynarodowym 
lotnisku Leonarda da Vi John Treadwell mówił coś do mnie na temat 
Hiszpańsł Schodów i skórzanych rękawiczek, ale go nie słuchał Przybrałam 
uprzejmy wyraz twarzy, a moje myśli rozpi chły się we wszystkich 
możliwych kierunkach naraz. 
Już na włoskiej ziemi, kiedy samolot zakończył a stewardesa podziękowała 
w paru językach pasażem wspólną podróż,  z udaną energią chwyciłam tore i 
płaszcz, po czym poszłam za Johnem Treadweliem do odpraw. Przeszliśmy 
razem przez kontrolę celną, a on proponował, żebyśmy pojechali tą samą 
taksówką. Prz łam jego propozycję z pewną ulgą, ponieważ bałam trochę 
samodzielnej wyprawy w nieznane miasto. 
Podczas prawie trzydziestokilometrowej jazdy z lotni położonego niedaleko 
ujścia Tybru prawie się do siebie odzywaliśmy. Pędziliśmy autostradą, 
wpatrzeni w okno, którym migał przepiękny krajobraz. Kierowca taksówki 
gadatliwym małym człowieczkiem. Wyprzedzał wszysi inne auta, ignorując 
sygnalizację świetlną, i opowia nam, jak wspaniale gotuje jego siostra. 
Nie zwracaliśmy 
niego uwagi. 
John wytłumaczył mi, że hotel, w którym miałam zatrzymać, znajduje się 
wprawdzie nie w samym centj ale w dobrej dzielnicy. Nie miało to dla mnie 
znaczeni Treadwell poprosił kierowcę, żeby najpierw odwiózł mw a potem 
wyjaśnił: 
36 
\ co jest za m,u""iV  iuż dojeżdżamy.                     . 
RZym, oczywisc«. NLJ»L 4skich zaułkach pięknej Samochód kluczył Po krę^  
L      ^ ^ Archimede 
S"micy willowej, az ^oncu      ^ Residence Pałace. al sie *aZleJ™*tolal 
się szczególnie imponu-hotel nie pr^ento^1   oętaczające go kamieni 
zapłacić fikało 
słyszeć. 
 ella, żeby pozwolił mi  Nawet nie Cciał o tym 
 pani ze mną jutro albo 
stoi? 
- To bardzo mile z pana strony. 
 się 
trzymać razem. Zgoda? 
-Zgoda. Jeszcze raz bardzo aziC^                       W- 
Kola taksówki zaterkotały na bruku wąsa j Patrzyłam, jak samochód znika 
za zakrętem, po czym niosłam wzrok na hotel. 
Przy wejściu panował spokój. —- -przed podwójnymi szklanymi drzwiami, 2 
tier nie walczył z rozwścieczonymi turystami, nie tarasował całkowicie 
sznur taksoweK. vy stwie do innych wielkomiejskich hoteli, gazie rojno i 
gwarno, Residence Palące spra\ ^" g przystani. Ja szukałabym właśnie 
takiego 
37 
Barbara Wood 
ale zupełnie nie rozumiałam, dlaczego zamieszkała tu siostra. Ten hotel 
zdecydowanie nie był w jej guście. 
Adela. Serce zabiło mi mocniej. Wyobraziłam sobie] otrzymała moją 
wiadomość i czeka na mnie w pokoju, po tych czterech latach stałyśmy się 
sobie obce, czy nadal rozmawiamy ze sobą jak siostry? Milkniemy co ch la, 

background image

czy też nie pozwalamy sobie nawzajem dojść do słów Jakże dziwne byłoby 
nasze spotkanie w tych niezwykł okolicznościach. 
Weszłam do środka i znalazłam się w ciemnym pon holu. Leżący na podłodze 
dywan był trochę wytarty, a rośli zakurzone, ale można się tu było 
dopatrzeć śladów da świetności. Na tablicy ogłoszeń dostrzegłam 
wywieszkę. myśliłam się, że jest to program zwiedzania Rzymu wycieczki. 
Na górze wywieszki widniała informacja z sem w języku japońskim: 
„Takashaki Tours, Kyoto". 
Przy recepcji kręciło się kilku turystów. Sami Japoń cy. Wszyscy mieli na 
głowach białe kapelusze i a fotograficzne pod pachą. Oglądali pocztówki i 
paplali z zachwytem na ich temat. Ale Adeli wśród nich nie Wyminęłam 
Japończyków i stanęłam naprzeciwko cjonisty. 
-  Przepraszam. Czy mówi pan po angielsku? 
-  Oczywiście, proszę pani. - Uśmiechnął się do m czarująco. 
-  Bogu dzięki. Na pewno będzie pan mógł mi pomóc] Szukam siostry, Adeli 
Harris, która mieszkała tutaj przed| dwoma dniami. Być może nie 
wymeldowała się jeszcze ni dobre albo przynajmniej zostawiła dla mnie 
wiadomość. Ja również nazywam się Harris. Lidia Harris. Czy byłby 
uprzejmy to sprawdzić? 
-  Jest Amerykanką? Przytaknęłam z zapałem. 
-  Amerykanie się u nas nie zatrzymują. W Rzymie niewielu turystów. 
Kiepski rok. Mieszkają w murach « sta. Niedaleko Forum Romanum. U nas 
mieszkają    lfc grupy. W zeszłym tygodniu byli Francuzi, teraz Japończyk 
Psy i szakale tek przyjadą Jugosłowianie. Ale Amerykanów 
nie ma.         przyjechała tu z grupą. Jest sama. Sądzę, że 
°idowała się stąd dwa dni temu. Czy może pan sprawczynie 
dziĆ?n 7vwiście - Odwrócił się i przez chwilę studiował " mna książkę 
hotelową. W końcu powiedział: - Przykro 
Ogr°ale taka osoba nie jest u nas zameldowana. 1 O mój Boże - 
westchnęłam. - Tego się właśnie obawia-m Jednak się wyprowadziła. Czy 
jest pan pewien, że nie 
zostawiła swojego obecnego adresu? Koniecznie muszę się 
z nią skontaktować. Mężczyzna był wyraźnie zdziwiony. 
-  Ja w ogóle nie przypominam sobie takiego nazwiska. Kiedy ona tu, 
według pani, była? 
-  Dwa dni temu. Zamówiła stąd rozmowę do Stanów. Dlatego jestem pewna, 
że tu mieszkała. Wysłałam jej również  telegram.   Z   pewnością   go   
otrzymała.   Byłabym wdzięczna, gdyby pan sprawdził, czy nie zostawiła 
dla mnie wiadomości. 
-  Jak już mówiłem, nie pamiętam takiego nazwiska, ale poszukam jeszcze 
raz. 
Coś było nie w porządku. Sposób zachowania recepcjonisty, a może to coś, 
co określamy jako intuicję, mocno mnie zaniepokoiło. Wiedziałam, że nie 
mogę liczyć na żadne dobre nowiny. Nie myliłam się. 
-  Przykro mi, proszę pani, ale żadna Adela Harris nie mieszkała nigdy w 
naszym hotelu. Być może zatrzymała się gdzie indziej. 
-  Telefonowała z Residence Pałace - powtórzyłam spokojnie. - 
Najprawdopodobniej rozmawiała ze mną, stojąc w tym korytarzu. Wiem na 
pewno, że tu była. Dostałam od niej paczkę z adresem zwrotnym. To jest 
wasz adres. Chciałabym, żeby pan sprawdził jeszcze raz, ale trochę 
uważniej. 
Moje zachowanie nie zrobiło na nim wrażenia. ^Oczywiście, przepraszam na 
chwilę. 
razem zniknął na dobre, a ja oparłam się łokciem 
39 
Barbara Wood 
o blat i znowu popatrzyłam na hol. Japończycy bez wJ nia przygotowywali 
się do wycieczki. Z jadalni doctt brzęk talerzy i ożywione rozmowy tych, 

background image

którzy spóźnij na śniadanie. Parę osób pisało listy w przyległym do] 
salonie, w którym stały przesadnie wypchane krzesła i napy. Na ścianach 
wisiały duże lustra w rzeźbionych mach oraz stare ryciny zabytków 
archeologicznych. I wtedy go zobaczyłam. Miał w sobie coś, co z moją 
uwagę. Był tylko nieco wyższy ode mnie, świel ubrany i trochę bardziej 
śniady niż większość Włoch Nosił ogromne okulary słoneczne, które 
zasłaniały pr całą twarz. Oparł się niedbale o ścianę i czytał jakąś ską 
gazetę. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, co mnie w tak zafrapowało, ale 
kiedy już miałam odwrócić w mimowolnie znowu zaczęłam mu się przyglądać. 
-  Bardzo mi przykro, proszę pani - powiedział rec cjonista z żalem w 
oczach. - Sprawdzałem wiele razy. i nąłem się o całe dwa miesiące, ale w 
naszym hotelu ni nie mieszkała osoba o tym nazwisku. 
Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. 
-  Przecież to niemożliwe! - krzyknęłam. - Wiem, że była! 
Rozłożył bezradnie ręce. 
-  Proszę posłuchać. Telefonowałam do tego hotelu eto dni temu, tuż po 
północy, i rozmawiałam z kimś z recepc Ten mężczyzna powiedział mi, że 
moja siostra uregulow rachunek i się wyprowadziła. 
Wzruszył ramionami kręcąc głową. 
-  Może zameldowała się u was pod innym nazwiski Może... 
-  Na pewno nie. Amerykanie nie mieszkają w nasz; hotelu, i to już od 
dawna. Zatrzymują się w Hiltonie al w Holliday Inn. Interesy idą bardzo 
kiepsko. Od pi miesięcy przyjeżdżają do nas tylko grupy. Poza nimi b 
zaledwie parę osób. 
Maksymalnie poirytowana, westchnęłam i cofnęłam > o krok. To wszystko do 
niczego nie prowadziło. 
40 
Psy i szakale 
 w takim razie powiedziano mi przez telefon,  rachunek? Kto był wtedy na 
dyżurze? 
Tnifii Barom. 
ć ietnie. Czy będę mogła z nim porozmawiać? ' pTyjdzie tu wieczorem, 
proszę pani. ~~ wspaniale. - Znów rozejrzałam się po holu. Japończy-I 'uż 
wyszli, ale mężczyzna z gazetą nadal tkwił w tym Y 3vm miejscu. Robił na 
mnie dosyć dziwne wrażenie i nic emogłam na to poradzić. - W takim razie 
proszę o pokój. Osobną łazienką, o ile to możliwe. 
-  Służę pani. 
Kiedy wpisałam się już do książki hotelowej, złość tro-hę mi przeszła i 
doszłam do wniosku, że to wszystko pewnością uda się w jakiś prosty 
sposób wytłumaczyć, ostanowiłam się zdrzemnąć, wziąć prysznic, zejść do 
ja-alni i coś zjeść, a potem zagrozić Baroniemu, że go za-trzelę, jeżeli 
mi nie powie, gdzie jest Adela. 
Recepcjonista potrząsnął dzwonkiem. Boy, ubrany w pa-iasty, biało-
czerwony strój, pojawił się natychmiast i wziął oją jedyną walizkę. 
-  Pręgo - powiedział, puszczając mnie przodem. Gdy go mijałam, zerknęłam 
szybko przez ramię. Człowiek z gazetą zniknął. 
-l o zapierającej dech w piersiach jeździe windą o rozmiarach budki 
telefonicznej i pobieżnych oględzinach ogromnego apartamentu, położyłam 
się na łóżku, żeby sprawdzić, czy jest wygodne, po czym natychmiast 
zapadłam w sen. 
Spałam sześć godzin, podczas których nawiedziły mnie trzy 
'szmary senne. Kiedy wreszcie się obudziłam, nie miałam 
Ujęcia, gdzie jestem. Natychmiast jednak wszystko sobie 
Przypomniałam, przeklinając jednocześnie ból pleców, które- 
>*e nabawiłam, śpiąc tyle czasu w tej samej pozycji. Mimo 
łatw       froche wypoczęłam i czułam, że teraz będzie mi 
lej stawić czoło nowym okolicznościom. Okazało się, że 
am w Pięknym apartamencie umeblowanym antyka- 

background image

41 
Barbara Wood 
mi. Na podłodze leżały stare piękne dywany, a na porozwieszano ryciny, 
takie same jak te, które wid w holu. Poczułam się mile zaskoczona. 
Nie zabrakło tu również balkonu z rozsuwanymi <j mi, wychodzącego na 
piękną kamienicę sąsiadującą telem. Z uśmiechem spojrzałam na położony w 
dole i uświadomiłam sobie, że zaraz zobaczę Rzym. I zobac łam. Ten widok 
naprawdę mnie zafascynował, a późn przekonałam się, że był w dodatku 
charakterystyczny tego miasta. Podziwiałam czerwonobrązowe budynki z b 
konami i kwiaty w doniczkach porozstawiane dosłowi wszędzie. W dole rosły 
jakieś dzikie krzewy i rozło drzewa. Z każdego balkonu zwieszały się 
najprzeróżni sze, głównie zielone i brązowe, pnącza. 
Leżąc w wannie w łazience, która czystością i rozmia mi przypominała mi 
do złudzenia salę operacyjną, zasta wiałam się, co zrobię, jeśli nocny 
recepcjonista wyprze rozmowy ze mną, a ja stracę w ten sposób wszelkie 
sza na odnalezienie siostry. I co wtedy mam zrobić? Wracać 
Ameryki? 
Kiedy wycierałam się już ogromnym miękkim ręc kiem, wyobrażałam sobie 
podróż do domu, rozmowę z K lermanem, szakala w charakterze przycisku do 
papie i czekanie na włamywaczy. 
Nagle zamarłam i wyprostowałam plecy. Zrozumiał dlaczego tak 
zainteresował mnie mężczyzna z gazetą. Już go kiedyś widziałam. 
Byłam pewna, że to ten sam człowiek. Nie było mo o pomyłce. Przeszłam 
wtedy przez kontrolę celną w to^J rzystwie Johna Treadwella i szukaliśmy 
taksówki. Rózg dałam się i dostrzegłam śniadego mężczyznę w okularach 
Wtedy również czytał gazetę, a ja obdarzyłam go przeW nym 
zainteresowaniem. Być może dlatego, że nie wy jak typowy Włoch. Albo 
dlatego, że trzymał w ręku gaz tak, jakby ją czytał, a mnie się wydawało, 
że tylko uda W każdym razie wpatrywałam się w niego przez chwi* a zaraz 
potem wsiadłam do taksówki. 
42 
psy i szakale 
wielkim pospiccni*. ~____ wyszłam 
Ubieralwyjęlam z torebki szakala, przyjrzałam mu się >°3lie potem 
owinęłam go w chusteczkę i schowałam Zebki. Włożyłam ją pod pachę i 
ruszyłam szybko po scł^ ^staroświecki włoski hotel stanowił wyzwanie dla 
6 tkich ścisłych umysłów, bo mimo że mieszkałam na Terim piętrze w pokoju 
307, minęłam sześć kondygnacji, anim znalazłam się na dole. Być może 
budynek został w ten sposób zaprojektowany, ponieważ był położony na 
zboczu wzgórza. Gdy tak pędziłam w dół, trzymając się pięknie 
wypolerowanej marmurowej poręczy, usłyszałam echo własnych kroków i przez 
chwilę miałam wrażenie, że jestem w kościele. Otaczały mnie białe gipsowe 
ściany; co jakiś czas na mojej drodze pojawiał się piękny antyczny mebel 
lub przedmiot z kutego żelaza, a wokół panowała cisza jak makiem zasiał. 
Mijałam ciche korytarze, zakurzone paprocie i myślałam, że nigdy w życiu 
nie byłam w równie czarującym i osobliwym miejscu. 
Jadalnia była naprawdę ogromna i z pewnością wiekowa. Ją również 
ozdabiały charakterystyczne rzeźby, ryciny i wyblakłe gobeliny 
rozwieszone na ścianach. Gdy pochłaniałam już spaghetti, z pewnością 
lepsze od tego, które jadałam w Stanach, wyobrażałam sobie, że w czasach 
przed wynalezieniem klimatyzacji trudno byłoby chyba zaprojektować 
chłodniejsze wnętrze. Jednocześnie zastanawiałam się, jaka temperatura 
panuje tu w zimie. 
Dwa kieliszki wina wprawiły mnie w doskonały nastrój. poszłam do holu i 
zaczęłam pisać list do doktora Kellermana. ~ Tak? - Uniosłam gwałtownie 
głowę, bo ktoś wypowiedział nagle moje nazwisko. Tuż za mną stał otyły 
Włoch ze świecącą łysiną. "" To Ja jestem Luigi Baroni. Zdaje się, że 
chciała pani 

background image

1 mr*ą rozmawiać. 
cn tak! - Pospiesznie zebrałam swoje rzeczy i zaczę-upychać je w torebce. 
Wtedy wyczułam końcami pal- 
43 
Barbara Wood 
ców twardą figurkę. Pomyślałam, że muszę niej jakieś bezpieczniejsze 
schronienie. - Bardzo szę, że pana widzę. Nazywam się Lidia Harris. 1 w 
nocy rozmawialiśmy ze sobą przez telefon. 
-  Słucham? - Jego twarz pozbawiona była w wyrazu. 
-  No wie pan! Nie zapomina się chyba tak łatwo z Ameryki. Było po 
północy, a ja usiłowałam znal strę. Powiedział mi pan, że się 
wyprowadziła. 
-  Przykro mi, proszę pani, ale ja nie odbierałem telefonu. 
-  W takim razie zrobił to ktoś inny. Proszę zrozu rozmawiałam z kimś, 
kto pracuje w tym hotelu. - 
Ps1j i 
 Mówił wspaniałą aa 
 , ale 
ssrL; 
rozmawiałam z kimś, kto pracuje w tym hotelu. - TracL tylko wzruszy^ 
gprawa jest prosta 
powoli cierpliwość i mówiłam coraz bardziej piskał- W takim r       ukać 
wasze rejestry.          ać a\e męż- 
głosem. - Kto jeszcze dyżuruje tu w nocy?                 Lsimy sami pi   
^^ gwaltownie pr<^     ^mie: 
-  Nikt, proszę pani. Ostatnio zawsze jestem sam. Intł Recepcjoni&       
, powiedział barazo   y        . klopotów. sy idą kiepsko. Musieliśmy 
zwolnić trochę personelu; kyzna uniosi^       ^ oszczędzić panu        
meryteńslriei, 
-  Chwileczkę. - Mówiłam wolno, ale o wiele za głód - Pr0   , eL dama 
pójdzie do ambaS^obeirzą pańskie 
 Atro ta mioa^^^ ^^ wszyscy sodi 
Dzwoniłam do tego hotelu dwa dni temu. Rozma z recepcjonistą. Dziwnym 
zbiegiem okoliczności macie nowie bardzo podobny głos. Dowiedziałam się 
od ni moja siostra uregulowała rachunek i się wyprow Chciałabym zobaczyć 
pokwitowanie. 
-  Ależ proszę pani... 
-  Staram się nie tracić cierpliwości. Chcę obejrzeć totekę. 
-  To są poufne dane. Nie mogę pozwolić, żeby... Już miałam zamiar 
zachować się bardzo niegrzecz 
gdy nagle do naszej rozmowy włączył się ktoś trzeci. 
-  Czy mogę w czymś pomóc? - zapytał. 
Kiedy na niego spojrzałam, poczułam, jak mocno wali serce. Był to ten sam 
mężczyzna, którego widziała** lotnisku, a potem w hotelowym holu. Miał na 
nosie te s* przesadnie wielkie okulary, które całkowicie zasłania oczy, a 
pod pachą trzymał zwiniętą gazetę. 
-  Niechcący podsłuchałem rozmowę państwa siałem, że może postaram się w 
czymś pomoc. 
44 
 ięgi 
jedn 
 zrobiły wrażenia,  ak groźby te chyba 
, powiedział: 
11J UU Łiv^  ^ "- — •>                                  . 
la policję, to trudno, ale laszych gości. 
- Więc ta młoda 
Ameryki tylko po to, żeby 
lo policji? 

background image

-  Przykro mi, proszę Pana.                   awiać z dyrekto- 
-  Czy możemy w takim razie y 
oczywiście! - 
lnie uszczęśliwiony, że —           joir7pń 
'odpowiedzialności za rozwój wydarzeń. 
45 
Barbara Wood 
Kiedy wyruszył pospiesznie na poszukiwanie sweg0 fa, jeszcze raz 
przyjrzałam się mężczyźnie, który | mnie, żebym przyjęła jego pomoc, i 
zaczęłam się zastj wiać, jak wygląda bez okularów. 
-  Naprawdę nie musi pan zawracać sobie gło 
sprawą, panie... 
-  Proszę wybaczyć. Nazywam się Ahmed Rasheed. Aż uniosłam brwi ze 
zdziwienia. Cóż jest właściwie 
nego w tym, że będąc w Rzymie, nawiązuję znajomość z bem? Nic, poza tym, 
że od początku, nawet na lotrL wydawał mi się jakiś dziwny, a teraz wręcz 
niesamowity, 
-  Lidia Harris. Dziękuję raz jeszcze, ale sądzę, że j 
sobie poradzę. 
-  To dla mnie żaden kłopot. Włosi są niezwykle gość i usłużni. Hotel też 
bardzo mi się podoba. Znajdziemy siostrę, zanim zdążymy się obejrzeć. 
My? - pomyślałam. 
Recepcjonista wrócił do nas i przyprowadził drugi mężczyznę, który 
nazywał się Mangifrani i był zastę dyrektora. Baroni właśnie zapoznał go 
z sytuacją. Ma frani uśmiechał się uroczo. Eleganckim gestem zapr nas do 
swego gabinetu, zaproponował herbatę i pozwo przejrzeć rejestr byłych 
gości hotelu. 
- Strasznie mi przykro, proszę pani. Bardzo chciał" służyć pomocą, ale 
jak sama pani widzi, siostra pani n 
u nas nie mieszkała. 
Był bardzo uprzejmy i wielkoduszny, a ja zachował się tak niegrzecznie. 
Zrobiło mi się wstyd. Nigdy nie r łam awantur w miejscach publicznych. 
Pan Mangifri który wyjątkowo pasował do tego hotelu, okazał więcei dobrą 
wolę. Niestety, nie mógł jednak znaleźć mojej sio: - A może - zaczął 
Rasheed, który z jakiegoś niezr< miałego powodu nadal mnie nie opuszczał 
- pani sio tylko odwiedzała tutaj kogoś, a ten ktoś już się wypr( dził. 
Kiedy pani zadzwoniła, recepcjonista powiedział to pani siostra opuściła 
hotel, a miał na myśli kogoś zu nie innego. 
46 
psy i szakale 
 się 

j, ale nie 
SZa? 7 pewne ma pan rację. Dziękuję bardzo za pomoc. ' rzv mogę zaprosić 
panią na kawę? " Nie - odmówiłam, może trochę zbyt szybko. - Myślę, że -
de do swojego pokoju i trochę odpocznę. Adela na newno wkrótce się tu 
pojawi. Do widzenia. 
Obróciłam się na pięcie i odeszłam najszybciej, jak mogłam Ponieważ 
obawiałam się trochę windy, zdecydowałam się pójść schodami. 
Przypomniałam sobie jednak, że gdy znajdę się na trzecim piętrze, będę 
musiała przejść następne trzy kondygnacje. A także i to, że w moim pokoju 
nie ma telewizora ani nic do czytania. Zawróciłam i poszłam z powrotem do 
holu. 
Gdy byłam już przy recepcji, w drzwiach pojawili się Japończycy.  
Rozmawiali  cienkimi,   śpiewnymi  głosami i uśmiechali się przyjaźnie, 
kiedy mnie mijali. Kilku z nich nie weszło do hotelu. Powędrowali dalej w 
dół ulicy. Instynkt podpowiedział mi, żeby pójść w ich ślady. Minęliśmy 
kino amerykańskie, a potem szliśmy dalej ulicą Via Archi-mede. Moja 

background image

intuicja została nagrodzona. Weszliśmy wszyscy razem do małego sklepu o 
dźwięcznej nazwie Daily American. Kiedy japońscy turyści nawiązali 
dwujęzyczny dialog z włoskim sprzedawcą, w powietrze wystrzeliła kaskada 
perlistych dźwięków, a ja patrzyłam na półki z pa-Pierosami, batonikami, 
książkami i pismami. Przegląda-am nieliczne pozycje w języku angielskim i 
nie mogłam ę zdecydować, co wybrać. Oderwałam na chwilę wzrok od Slążek i 
wyjrzałam przez okno. Po przeciwnej stronie ulicy stał Ahmed Rasheed i 
wy- 
raznie mnie obserwował. 
teresują mnie te - powiedziałam i zaczęłam znów 
2Perac wśród książek. - Ile kosztują? 
^nquecento lirę, perfavore. 
47 
Barbara Wood 
- Dobrze. - Czułam wyraźnie, że mam spocone r< Proszę zapakować. 
Wręczyłam sprzedawcy pieniądze, on wydał mi resztę i piero wtedy zebrałam 
się na odwagę, żeby jeszcze raz wyj przez okno na ulicę. Ahmeda Rasheeda 
już tam nie był0 
Niepewnie wyszłam w mrok i ogarnęły mnie złe p] czucia. Właśnie wtedy, w 
delikatnym świetle latarni pr Via Archimede, wdychając kojące wieczorne 
powietr? nabrałam niezbitej pewności, że Adela ma kłopoty. 
Może nie kierowałam się wyłącznie intuicją i domysł mi. Gdy szłam tak 
chodnikiem w kierunku jasno oświet nego hotelu, jeszcze raz 
przeanalizowałam sytuację. Oc; wiście, istniała możliwość, że to wszystko 
okaże się kłym nieporozumieniem.  Moja siostra mogła przeciJ przyjść do 
hotelu z wizytą do przyjaciółki, która natycl) miast potem wyjechała. 
Niełatwo jest czasem dogadać s przez telefon, szczególnie na taką 
odległość. Adela mieszłl teraz po prostu gdzie indziej, i tyle. 
Takie rozumowanie mogło się wydawać logiczne. Niest ty tylko pozornie, 
ponieważ nie zawierało wyjaśnię dwóch najbardziej nurtujących mnie 
kwestii, a mianow cie: co się stało z moją depeszą i dlaczego Baroni 
twierdz tak uparcie, że nie odbierał żadnego telefonu z Ameryki 
Odważyłam się wsiąść do windy; kiedy powoli ruszy z turkotem w górę, 
pomyślałam, że bardzo bym chciał przedyskutować to wszystko z doktorem 
Kellermanei Winda w końcu zatrzymała się niepewnie i drzwi otwórz) się z 
piskiem. Poczułam, że bardzo za nim tęsknię i żału; że nie ma go w 
pobliżu. 
Wyciągnęłam się właśnie wygodnie na łóżku, k zelektryzował mnie dzwonek 
telefonu. Miałam przez ch lę nadzieję, że to Adela. 
-  Halo - powiedziałam pospiesznie. 
-  Dzień dobry, mówi John Treadwell.                       — 
-  A to ty. - Nawet nie próbowałam ukryć rozczarować - Jak się masz? 
48 
Psy i szakale 
.ni że sprawiłem ci zawód. ^^Tto chodzi. Myślałam, że może dzwoni moja 
i0Strhcesz, żebym odłożył słuchawkę? Nie chcę blokować 
A ^N^John. Prawdę mówiąc bardzo wątpię, czy ona się \   wie' Być może nie 
ma nawet skąd zadzwonić. 
Czy to znaczy, że nie wiesz, gdzie ona jest? Sądziłem, a miałaś się z nią 
spotkać w hotelu. 
Niestety, powstało małe zamieszanie. Jej tu nie ma. ewnie zatrzymała się 
gdzie indziej. _ Masz ochotę wyjść do miasta? 
-  Och nie. Dziękuję panu... to znaczy, dziękuję ci, ale nie. Jestem 
strasznie zmęczona. 
_ W takim razie jutro. O której mam po ciebie przyjść? 
0 ósmej? Dziewiątej? 
W obecnym stanie ducha zupełnie nie miałam ochoty zacieśniać kontaktów z 
Johnem Treadwellem i już chciałam mu odmówić, kiedy jakiś wewnętrzny głos 

background image

przypomniał mi o czymś, o czym udało mi się na chwilę zapomnieć. Ów głos 
szeptał uporczywie, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa śledzi mnie 
Ahmed Rasheed. 
-  O ósmej. Będę czekać w holu. 
-  Wspaniale. Możemy razem poszukać twojej siostry, chcesz? 
-  Świetnie. Do zobaczenia. 
Kiedy odłożyłam słuchawkę, pomyślałam, że bliższa znajomość z Johnem 
Treadwellem to zupełnie dobry pomysł, 3eśli wziąć pod uwagę tę całą 
historię z Adelą, Rasheedem 1 takt, że zupełnie nie znam miasta. 
Ugasiłam światło i ułożyłam się wygodnie na swoim piwnym łóżku, za oknami 
czekał na mnie Rzym, a ja znów 
Pałam się na tym, że myślę o doktorze Kellermanie. Jego nosć zawsze 
dodawała mi otuchy, więc teraz, kiedy tak o nim°HPOkrZyŻOWały mi się 
plany, samo wspomnienie 
Dokt lałal°iak balsam na splataną duszę. 
r Kellerman miał jasnoniebieskie oczy. Ich zimne 
49 
Barbara Wood 
spojrzenie mogło przyprawić o dreszcz nawet w g<w świetle lamp na sali 
operacyjnej. Wszyscy się g niektórzy nawet go nie lubili, ale cenili 
sobie bezpieczeństwa, jakie zawsze zapewniał swojemu   s wi. W trudnych 
chwilach, gdy inni częstokroć wp! w panikę, on zachowywał kamienny spokój 
i widać byic całkowicie panuje nad sytuacją. 
Długo jeszcze myślałam o Kellermanie, zanim w zapadłam w niespokojny sen. 
Rozdział piąty 
Ylusiałam być jednak bardzo zmęczona tuż po "rzyjeździe, bo kiedy 
następnego dnia rano wyszłam do dasta w towarzystwie Johna Treadwella, 
wydawało mi się, 
znalazłam się w tej okolicy po raz pierwszy w życiu. 
dzielnicy Parioli znajdowały się głównie domy czynszowe, spokojne hotele, 
a gdzieniegdzie małe sklepy i prywatne wille. Wąskie uliczki wiły się 
wśród strzelistych budynków z brązowoczerwonego kamienia. Z niezliczonej 
ilości [balkonów zwieszały się zielone i brązowe rośliny. Przechodnie, 
głównie Włosi, zachowywali się bardzo przyjaźnie i pozdrawiali nas po 
angielsku. Minął nas jakiś dziwny samochód, kilka rowerów i jeden autobus 
turystyczny. Chodniki były popękane, obsadzone drzewami; wśród nich 
pałętały się całe stada kotów. Koty stały nawet przed wejściem do hotelu, 
zupełnie jakby czekały na turystów. 
Bardzo mi się to wszystko podobało. Uważałam, że znalazłam się w zupełnie 
egzotycznym, czarującym miejscu. 
-  Pójdziemy na piechotę? 
-  Czy to daleko? 
-  Do centrum mamy parę kilometrów. Droga prowadzi y czas w dół wzgórza. 
Bardzo piękna trasa. Jeżeli niepo- 
Olsz S*C ° siostrę, możemy złapać autobus, który szybko 
ezie nas do miasta za jedyne pięćdziesiąt lirów. Mówiąc o niepokoju, 
Treadwell użył eufemizmu, bo ja 1 Przerażona. Ponad wszystko na świecie 
chciałam szc siostrę i zdawałam sobie sprawę z czekających 
razu      dności- Poza ^m, kiedy obudziłam się rano, od Pomyślałam o 
Rasheedzie i usiłowałam sobie wmó- 
51 
Barbara Wood 
wić, że jego częste pojawianie się na mojej drodze zwykłym zbiegiem 
okoliczności.  Zapytałam w 
0 numer jego pokoju, ale okazało się, że wcale 
w Residence Pałace. W tej sytuacji trudno było przypadek, że najpierw 
spotkałam go na lotnisku, p< w holu, a jeszcze później przed sklepem 
naprzeciw! telu. 

background image

Znowu pomyślałam o Adeli. Przyjechałam do Rzynu niej, więc postanowiłam, 
że nie spocznę, dopóki nie uda] się jej odnaleźć. . - Wolałabym pojechać 
autobusem. 
Doszliśmy do rogu ulicy i stanęliśmy przy znaku z na sem „Fermata". Kiedy 
tak czekaliśmy, John opowiadały co zobaczymy po drodze, a ja głaskałam 
koty, które przya się z nami przywitać. 
-  Rzym to miasto kotów - powiedział John, zerkając i zegarek. - Już trzy 
razy byłem w Rzymie i znowu robiąi mnie piorunujące wrażenie. 
-  Rzeczywiście, pełno ich tutaj. 
-  Jeszcze wszystkich nie widziałaś. 
Właśnie podjechał autobus i weszliśmy do środka tyk mi drzwiami. 
Wrzuciliśmy pięćdziesięciolirowe monety i automatu; w odpowiedzi wypluł 
dwa białe bilety. Siedzia] łam przy oknie, a John bawił się w przewodnika 
Teraz, gdy sięgnę pamięcią wstecz, bardzo trudno fl powiedzieć, co 
zrobiło na mnie większe wrażenie: natężę nie ruchu czy ilość drzew, bo 
oba zjawiska stanowią chan kterystyczny element rzymskiego krajobrazu. 
Wkroti przekonałam się, że mieszkańcy tego miasta kochają ziel 
1 ogrody, tak samo jak jazdę samochodem. 
Wśród mijanych budynków w rdzawoczerwonym k rze wyrastały piękne nowe 
hotele i eleganckie biurowce szkła. Renesansowe fasady mieszały się z 
betonem i | mem rodem z Madison Avenue. Ta różnorodność '<¦ *c™ 
tektoniczna zrobiła na mnie ogromne wrażenie, w fl rodzinnym mieście 
trudno by było napotkać takie 1 trasty. 
52 
Psy i szakale 
wyglądał Rzym poza starymi murami, już za jedną z zabytkowych bram, 
Aureliusza, poraził mnie zupełnie rezydencje 
 Eleganckie budynki uży- 
sprawiały wrażenie ponadczasowe. ^znOlCLCał7prosty styl architektoniczny 
i klasyczne r wakteryzowat je y^^ jednakowy _ brązowawy - kolor. 
5! _ powiedziałam. - Nigdy jeszcze czegoś 
Chara 
akiego 
 nie 
ogromną wagę do wyglądu mia-SStuTarLsuroweprzepisy.Wszystkie 
h ,nvnki muszą wygiąć tak samo jak zabytkowe. n°!eA jednak Salam, że tak 
mi sie tylko wydaje. 
toSWnak pewien wyjątek. Później pokaże ci, o co mTchodzi. Dojechaliśmy 
już prawie do końca trasy. Odzie chcesz najpierw iść? 
N?e wiedziałam, co mam powiedzieć. W jaki sposób rzymianie szukają osób 
zaginionych? Siad Adeli urywał się w hotelu Residence Pałace, a tam 
niczego nie udało mi się ustalić. 
-  Nie wiem.                                                   A      , 
-  W takim razie może najpierw pójdziemy cos zjesc. Wyszliśmy z autobusu 
przednimi drzwiami i znaleźliśmy 
się na ruchliwej ulicy. John skręcił w wąski zaułek i po paru krokach 
weszliśmy do maleńkiej restauracji, która sąsiadowała z kwiaciarnią i 
wyglądała zupełnie jak apteka z przełomu wieków. W środku był tylko bufet 
i jeden mały stolik przy oknie. Usiedliśmy przy nim, zwracając tym samym 
uwagę stałych bywalców knajpki, najwyraźniej nie Przyzwyczajonych do 
obecności zagranicznych turystów w swoim gronie. 
- Powiedz - odezwał się John wlewając ogromną ilość itk do filiżanki z 
mocną kawą - na czym właściwie  ten problem z twoją siostrą? 
53 
Barbara Wood 
Popatrzyłam na niego. 
-  No tak. Przecież ty nic nie wiesz. Przepraszam, j Streściłam mu krótko 
całą historię. Jego interesuj 

background image

twarz przybrała zamyślony wyraz. 
-  Niezwykła opowieść - rzekł po chwili. 
-  Naprawdę tak uważasz? - Nagle poczułam, że ban, chcę wysłuchać jego 
opinii, bo wiedziałam, że potraf zdobyć na obiektywizm i oceni, czy nie 
zachowuję się chę zbyt histerycznie. - Nie przesadzam? Może martwi j bez 
powodu? 
-  Nie powiedziałbym. Gdyby zadzwonił do mnie tu z drugiego końca świata 
ktoś z rodziny, ktoś, z kimj dawno straciłem kontakt, a potem otrzymałbym 
taką ćĄ ną przesyłkę, po czym włamano by mi się do mieszkał a na koniec 
stwierdziłbym, że mój krewny przepadł i wieści, też bym się martwił. 
-  Obawiałam się, że tak powiesz. Adela z pewne wpadła tym razem w jakąś 
kabałę. 
-  Czy mogę obejrzeć tego szakala? 
-  Niestety, nie mam go przy sobie. Ale nie martw si« Jest dobrze 
schowany. 
-  Mam nadzieję. Musi być wiele wart, prawda? 
-  Pewnie tak. A poza tym to jest chyba klucz do cś zagadki. 
Pomyślałam o Ahmedzie Rasheedzie, o którym w jak dotąd nie wspominałam, i 
zaczęłam się zastanawia jaki jest jego ewentualny związek z tą sprawą. 
-  Jestem ci bardzo wdzięczna za wszystko, ale masz wiele spraw do 
załatwienia i nie chcę ci zawracać gł< 
Psy i szdkale hnełam się do niego z ulgą. Naprawdę udało mu 
- -       m\iePdOnakSproponuję zwiedzenie Forum. Jeśli , Najpierw jea,          
ie nk nie wiedzą; zn0Wu zaczniesz 
ęokaże,żewam              ję zostawić to na koniec. Poza 
e martf nchSbym, żebyś częściej uśmiechała się tak m bardzo cJcia  y zam    
kazać ci wszystkie uroki Rzy- 
hwile ale nie potrafiłam mu odmówić. ^CaTyła zbyt'kusząca. John TVeadwell 
miał wy-PerspeMywdi   y               ia_ Był czarujący, przystojny, a 
je- 
SS  kałaTelikatnie moja. Poza tym Adela nie fbvc daleko i doszłam do 
wniosku, że po czterech rozłąki dwie godziny nie mają większego 
znaczenia. 
Czekaliśmy do czwartej, aż woda tryśnie z fontanny di Trevi a potem 
poszliśmy w stronę ambasady. 
John okazał się niezwykle miłym towarzyszem spacerów Gdy tak wędrowaliśmy 
wąskimi, mniej zatłoczonymi uliczkami, cały czas zabawiał mnie 
niezobowiązującą rozmową. Wyczuł widocznie, że jestem spięta, bo bez 
przerwy żartował. W popołudniowym słońcu jego potargane przez wiatr włosy 
przybrały złocistokasztanowy odcień. Im dłużej szliśmy, tym bardziej 
byłam wdzięczna zakonnicy, która się przesiadła. 
Ambasada amerykańska mieściła się w ogromnym, imponującym budynku przy 
Via Veneto i dopiero zaczynała się budzić do życia. Zdałam sobie sprawę, 
że właśnie tutaj I kryfe się moja największa szansa odnalezienia siostry 
i gdy 
Daj spokój. Uwielbiam zagadki. Szczególnie takie, tf      >st<> z zalanej 
słońcem ulicy wkroczyliśmy do ciemnego re dotyczą ładnych dziewczyn. Ale 
tak, jak powiedziała!       *rza, poczułam, że wali mi serce, najpierw 
musimy znaleźć twoją siostrę. Może ambasl I ^^estety okazało się, że nie 
ma tu żadnych wiadomości będzie nam mogła jakoś w tym pomóc. NiewykluczO           
eli. 
zresztą, że tam czeka na ciebie jakaś wiadomość. 
-  Masz rację! Nie przyszło mi to do głowy. 
-  Poza tym, nie zdziwiłbym się wcale, gdyby się ofc że po naszym 
powrocie zastaniesz jakieś wieści w łi 
 p                                             . 
 powiln    ? mi' Że nie mogę pójść Z tobą na      fC3ę "  ^ałam' kiedy 
siedzieliśmy już w starym zielonym, 

background image

 *anym autobusie, który właśnie rozpoczął wspi- 
54 
55 
Barbara Wood 
naczkę na Pariolli. - Mam nadzieję jednak, że miesz. Jeśli w ogóle mam 
szansę znaleźć Adelę, ^uw^. siedzieć w hotelu i czekać, aż da o sobie 
znać.        ^ 
John kiwnął głową. Choć chciał, żebym poszła 21 jednej z luksusowych 
restauracji przy Via Veneto J! łam, ze się nie gniewa, a przeciwnie, 
współczuje mi. pj niewiele nam pomogła, bo nie mieliśmy żadnych poszlak 
ani nawet fotografii mojej siostry, tak miałam prawa mieć do nich 
pretensji. Ambasada zawfc mnie jeszcze bardziej, bo gdyby Adela 
rzeczywiście cłl się ze mną skontaktować, skorzystałaby z takiej możliJ 
zwłaszcza że miała na to aż trzy dni. 
-  W takim razie zjedzmy kolację w twoim hotelu I prosił. 
Spojrzałam w jego roześmiane oczy i już nie miał ochoty odmówić. Po 
wyjściu z ambasady poczułam się talnie i naprawdę potrzebne mi było 
towarzystwo i mężczyzny. 
-  A więc? Kolacja w hotelu? 
-  Kolacja w hotelu - zgodziłam się. 
John czekał w holu, a ja tymczasem pobiegłam szył na górę. 
Usprawiedliwiałam się przed nim na tysiące! sobów, ale prawdziwe powody 
zachowałam dla siebie; pierwsze, tliły się we mnie resztki nadziei, że 
Adela $ szła do hotelu i wsunęła mi liścik pod drzwi, a po dri chciałam 
sprawdzić, czy szakal jest na swoim miejscu, tym, jak przetrząśnięto mi 
mieszkanie, miałam na tym obsesję. 
Szakal był dokładnie tam, gdzie go zostawiłam, a pokoju nikt się nie 
włamał. Nie znalazłam natomiast żadi wiadomości od Adeli. Szybko 
przyczesałam włosy, u wałam lekko usta i pospiesznie wróciłam do Johna. 
Na kolację zjedliśmy eskalopki cielęce, wypiliśmy wsi niałą włoską kawę, 
a potem John namówił mnie na s] po Pariolli. Szliśmy jasno oświetlonymi 
chodnikami, jąc kwiaciarki stojące na każdym rogu i cale rodziny, 
cieszyły się wspólnie tym pięknym wieczorem. 
56 
Psy i szakah A    ke i postanowiłam choć przez krótkie chwile 
Od czego pochoo   _       ^          e na wszystkim. 
,rażenie, że ^^Jterwtm Populusąue Romcmu* czyli \ Dosłownie 
oznaczaczasach ^^ miał naprawdę 
enat i l"d B^""Wraz z nastaniem cesarstwa zaczęto go Łniosłe znaczeń^ W             
boliczny. Teraz Włochy mają 
raktować:*sposób« J demokracja, toteż sądzę, ze po rezydenta ! zn°w P 
ćJszlachetny fragment swego dzie-KaTkontSuowa? pi^ną tradycję. Mnie się 
to po- 
ioba.           .,_._,__     nawet na Workach na śmiecie! 
' słupach sygnaliza- 
wSS  naprawdę dużo wiesz o Rzymie. 
Tak To fascynujące miejsce. 
: 32 długo zamierzasz tu zostać? Przeze mnie me mo-e\eś do tei pory 
niczego załatwić. 
Mo a praca wiąże się ściśle z podróżowaniem krążę wtacto i z powrotem 
między naszym biurem w Nowym Jorku a przedstawicielstwami w Londynie 1 
Rzymie. Mam fundusz reprezentacyjny, więc nikt nie będzie miał pretensji, 
jeżeli przedłużę swój pobyt o dzień czy dwa. 
- Jestem ci bardzo wdzięczna. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Trudno 
mnie nazwać doświadczoną turystką. Poza tym nigdy nie potrafiłam 
rozwiązywać zagadek. Prowadzę bardzo zwyczajny, uporządkowany tryb życia. 
-  Jak na sali operacyjnej? 

background image

-  Właściwie tak. Czasem tylko jakiś nieoczekiwany wy-Padek zakłóca 
zwyczajny bieg rzeczy. 
~ Tak jak to zrobiła twoja siostra? Roześmiałam się. 
- Tak, mniej więcej tak samo. - Zatrzymaliśmy się na niesieniu, z którego 
mogliśmy podziwiać położony w do-e> Pięknie oświetlony Rzym. * Och! - 
szepnęłam z zach 
 ęknie oświetlony Rzym. 
 Och! - szepnęłam z zachwytem. 
57 
 
Pzy i szakale 
opatrzności za to, że nas ze sobą zetknęła.  pierwsze ^fc na włoskiej 
ziemi. 
 ^      p 
jego P°mOCkonana że teraz już mogę sobie dać radę sama. Byłam Prz<^ 
imniej myślałam, idąc korytarzem w stronę Tak P^ J    nie padłam na 
Rasheeda, który nagle choddf;ie na mej drodze nie wiadomo skąd. p°   p 
yepraszam panią, panno Harris. Zastanawiałem się 
Barbara Wood 
Jak za dawnych czasów czarna wstęga Tybru dzielą świetlone miasto na 
część wschodnią i zachodnią. 2 łam lekko, a John Treadwell objął mnie 
delikatnie. Qd patrzyłam na to miasto, które wyglądało zupełnie v snu, 
pomyślałam, że chyba zaczynam zakochiwać się niie, i przyszło mi do głowy 
pytanie, dlaczego wł nigdy dotąd tu nie byłam. 
Aż do tej pory sądziłam, że prowadzę szczęśliwe                          
Ldało się pani odnaleźć siostrę. 
Niestety, teraz się okazało, że się myliłam, bo tak naprał właśnie, czy ^ 

było puste i smutne.                                                          
- Nheed wciąż miał na nosie okulary słoneczne i gazetę 
i Mógł się łatwo za nimi ukryć. Ponieważ wiedziałam ęze nie mieszka w 
Residence Pałace, zaczęłam się zastanawiać, co on tu, u licha, robi. 
-  Czekałem na panią - powiedział, ]akby czytał w moich 
myślach. 
-  Słucham?! 
-  Doszedłem do wniosku, że jeśli nie odnajdzie pani siostry, może będę 
mógł pani pomóc, bo mówię po włosku i znam nieźle miasto. 
-  Dziękuję - wyjąkałam. - Mam już przewodnika, a poza tym zrobiłam chyba 
wszystko, co w mojej mocy. Byłam nawet w ambasadzie i na policji. 
Niestety nie na wiele się to przydało. Postanowiłam się jednak nie 
denerwować. Adela jest na pewno gdzieś w pobliżu. Może pojechała na 
wycieczkę do Neapolu albo gdzie indziej. 
Czy pytała pani o nią w Muzeum Egipskim w Watyka- 
-  Zimno mi. Możemy wracać? 
-  Oczywiście. 
Wróciliśmy znowu na rozgrzane jeszcze ulice, wtapia się w przyjazny tłum. 
Hotel był jasno oświetlony i miał? wrażenie, że uśmiecha się do mnie na 
powitanie. Za małam się w holu, gdzie podziękowałam Johnowi za niały 
dzień i wysiłek, jaki włożył w odnalezienie siostry. Spojrzał na mnie i 
zapytał: 
-  Kiedy wreszcie zobaczę twojego tajemniczego s la? 
-  Jutro ci go przedstawię, dobrze? 
-  Umowa stoi. - Zawahał się i wiedziałam, o czym m; Powiedziałam więc 
szybko: 
-  Naprawdę jestem bardzo zmęczona. Mam zam wziąć gorącą kąpiel i 
natychmiast pójść spać. 
-  Nie dasz się namówić na strzemiennego? Na przy na kieliszek 
benedyktyna albo koniaku? 

background image

Pokręciłam głową bez przekonania. 
-  Nie, jestem wykończona. Nie byłabym dobrym kom nem do rozmowy. 
-  Wcale nie jestem tego taki pewien - powiedział, dał za wygraną, choć 
obawiałam się, że będzie n Położył mi delikatnie ręce na ramionach, 
pocałował lekko w czoło i szepnął: - Zatelefonuję do ciebie Dobranoc, 
Lidio. 
-  Jeszcze raz bardzo dziękuję. Dobranoc. Patrząc, jak wychodzi z hotelu 
i zatrzymuje ta 
nie? 
Brwi same powędrowały mi do góry i aż się cofnęłam. - Co takiego? 
hmed Rasheed zachował kamienny wyraz twarzy. Nie 1 ziałam jego oczu i na 
dobrą sprawę w ogóle nie wie-az*lam, jak wygląda. 
3 była tylko taka sugestia. Dobranoc pani. Życzę powodzenia. 
 S*ę od(ialał, gapiłam się na niego z głupią miną  tk d 
 p           ę           g      gpą       ą 
n tak' dopóki w holu nie pojawili się znajomi Ja-cy* °króciłam się wtedy 
na pięcie i pobiegłam scho- 
58 
59 
Barbara Wood 
darni w górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. 2 lam się w pokoju od 
środka na oba zamki i zabezpieczyłam drzwi prowadzące na balkon. Osi się 
na łóżko i poczułam, że serce dosłownie wyrywa z piersi. Zrozumiałam 
bowiem, że ze słów Araba wyciągnąć przerażający wprost wniosek. Ahmed 
Rasheed wiedział o szakalu. 
J uż nie spałam, kiedy zadzwonił telefon. Omal nie łam sobie nogi, gdy 
biegłam, żeby podnieść słuchaw] 
-  Adela? - wykrztusiłam prawie bez tchu. 
-  Przykro mi. To tylko ja. - Usłyszałam głos J Obudziłem cię? 
-  Nie. - Zmrużyłam oczy, bo raziło mnie wpad przez okno słońce. - Już 
jakiś czas jestem na nogach. W czekam. 
-  A długo masz zamiar tak czekać? Bezwiednie wzruszyłam ramionami. 
-  Myślę, że powinniśmy się trochę powłóczyć -dalej John. - Nie zamierzam 
jeszcze iść do biura i ni nie zawiadomiłem nikogo, że jestem w mieście. 
Mog więc wybrać na wagary. Co ty na to? 
-  Naprawdę nie wiem, John. 
-  Tylko na trochę. Musisz przecież zwiedzić Rzy wiadomo, kiedy znów ci 
się nadarzy taka okazja. Co zamiar powiedzieć znajomym w Los Angeles? Że 
cały siedziałaś w hotelu? Daj spokój. Chcę ci pokazać i wyjątkowe 
miejsce. 
Wpadające  do  pokoju  słońce   zapraszało do wyjścia. Zaczęłam się 
łamać. Tak trudno było się < Johnowi. Poza tym, przez cały wieczór 
myślałam o niczych słowach Rasheeda, z których wynikało jedne nie, że on 
wie o szakalu. Postanowiłam opowiedzieć ko Treadwellowi, ale chciałam to 
zrobić osobiście. 
-  No dobrze - powiedziałam. - Ale tylko na chwilą Adela tu przyjdzie... 
cóż, tym razem ona będzie musiafl mnie zaczekać. 
Psy i szakdle 
•   nodoba! Posłuchaj. Muszę coś jeszcze za-mi Się tkajmy się w mieście. 
Pamiętasz drogę do f/ak iuż tam dojdziesz, przejdź na drugą stronę m 'a  
esz się dokładnie u stóp wzgórza Oppian. Idź ulicy-Zna^ 0\kamy się przy 
Domus Aurea. Bo to właśnie na gÓrę' nkazać Złoty Dom Nerona, chcę u  ^ale 
Tylko co będzie, jak się zgubię? 
" !1Sp zgubisz się. Nie możesz przeoczyć wzgórza. Jest ~ * aiownicze, 
zielone, trochę przypomina park. Tam Domus Aurea. Powiedz po prostu: 
„Domus wskaże ci drogę. Teraz jest dziewiąta, "się tam za godzinę? Będę 
czekał na ciebie 
zap 

background image

z biletami.                       #       v .    « * • 
_ bobrze. Do zobaczenia o dziesiąte]. 
W pierwszej chwili chciałam zabrać ze sobą szakala. Przemyślałam to 
jednak i w ostatniej chwili postanowiłam schować go gdzie indziej. Ten 
diabeł z kości słoniowej znowu będzie bezpieczny, a wieczorem pokażę go 
Johnowi. Kiedy wyszłam na dwór i oślepiło mnie słońce, od razu poprawił 
mi się nastrój. Nie śledzili mnie żadni tajemniczy mężczyźni. Nie 
zdarzyło się nic niewytłumaczalnego. Wsiadłam do autobusu 52 i dojechałam 
do Piazza San SiWestro. Stamtąd poszłam dalej na piechotę. Po prawej cały 
czas miałam Tyber i szłam z przyjemnością w stronę Koloseum i Forum. 
Oglądałam wystawy, wąchałam kwiatki i na te parę minut zapomniałam, z 
jakiego powodu przyjechałam do Rzymu, całkowicie ulegając czarowi tego 
miasta. 
W Koloseum zobaczyłam charakterystyczne dla tutejsze-tfajobrazu stada 
kotów i „kocie mamy", czyli stare loszki, z czarnymi szalami na głowach i 
papierowymi ami w rękach, które spacerowały po ruinach i karmiły y 
makaronem. W chwilach takich jak ta żałowałam, że ¦zabrałamze sobą 
aparatu. 
1 wuał rację. Znalazłam bez trudności Viale delie Aurea, wiodącą od ulicy 
otaczającej Koloseum aż >rza. Po przyjemnym spacerze pod drzewami, wśród 
60 
61 
Barbara Wood 
przeplatanej  rzeźbami zieleni, podeszłam do $ otwartej na oścież bramy, 
za którą zobaczyłam strudzonych turystów i maleńką kasę z biletami, za 
bramę i usiadłam na marmurowej ławce. Mój wskazywał dziesiątą pięć, ale 
Johna jeszcze nie 
Mężczyzna w kantorku palił papierosa i czytał pięciu turystów spoglądało 
od czasu do czasu na z i zerkało w stronę innej bramy, która sprawiała wr 
jakby została wbudowana we wzgórze. Za bramą była ciemność i wyglądało to 
tak groźnie, że oczyma wyob zobaczyłam chrześcijan - męczenników, którzy 
wi mieli stanąć oko w oko z lwem. Nie dostrzegłam nic mogłoby naprowadzić 
mnie na ślad Złotego Domu ani innych wspaniałości, podobnych do tych, 
które oglą na Wzgórzach Palatyńskich, zamieszkanych niegdyś p największe 
osobistości w historii Rzymu: Augusta, Ty sza, Livię, Kaligulę, 
Klaudiusza i Mesalinę. 
Znowu zerknęłam na ukrytą za kratami pieczarę. A wi to była siedziba 
Nerona, największego tyrana w dziej; Rzymu i jednej z najbardziej 
szokujących postaci w ni rii świata. Szalonego cesarza rzymskiego, 
okrutnego dercy, który najprawdopodobniej zgładził świętego i świętego 
Piotra. To był jego dom. 
Moje rozważania zostały raptownie przerwane p pewną otyłą damę. Gdy szła, 
jej uda ocierały się o sie i wydawały dźwięk przypominający szelest 
-  Jest pani Angielką? - zapytała kobieta. 
-  Amerykanką - odparłam i zmrużywszy oczy spo; łam na jej opromienioną 
słońcem sylwetkę. 
-  Cudownie! Ja też. - Usiadła obok mnie i położyła pulchną dłoń na 
ramieniu. - Czyż to nie fascynujące i w wstrząsające? W pozytywnym 
sensie, oczywiście. 
-  Ma pani na myśli Domus Aurea? 
-  Mówiłam o Rzymie, kochanie. Przyjechała pani z 
Psy i szakale 
• flacji Ale my't0 znaczy mo:ia mama i ^ osz" poWodu mi ^ wycieczkę przez 
cały rok i nic nie mogło zędzalyś111^ d ^^ pomysłu. Była już pani kiedyś 
u Nero-ias odwieś          em już drugi raz. Zupełnie niesamowite! 
ni szok, szczególnie jeżeli widziała już pani te żyje pa          
wzg($rzach Palatyńskich. Widziała pani, 
 j jest zupełnie inaczej. Tak eiem- k    Cnej Dziurze w Kalku 

background image

zey wszystkie    właśnie 
raW^izo Zup 
pą? 
r?~No właśnie, imaj jcot *«*,>,*-.------ 
>raT   mniczo Zupełnie jak w Czarnej Dziurze w Kalku-1 Można by pomyśleć, 
że mieszkają tu duchy. Aż skóra 
ISDoirzałam znów na metalowe kraty i rozciągającą się 
nimi ciemność prowadzącą W głąb wzgórza. Trudno się 
było domyślić, co się w niej kryje. Ja sądziłam, że być może 
jest to krypta. 
- Oczywiście, za czasów Nerona Złoty Dom stał na otwartej przestrzeni. 
Pogrzebał go czas. Wewnątrz znajduje się najbardziej fascynujący 
labirynt, jaki uda się pani kiedy-jkolwiek zobaczyć. Zachowało się tam 
parę fresków i mozaikowa podłoga, ale w środku jest naprawdę strasznie i 
groźnie. To moje ulubione miejsce w całym Rzymie. 
Uśmiechnęłam się uprzejmie do kobiety z jaskrawo I umalowanymi na 
czerwono ustami, która tak lubiła zjawiska nadprzyrodzone. Była wyraźnie 
podekscytowana, czego zupełnie nie mogłam powiedzieć o sobie. Cokolwiek 
by się kryło za tą liczącą dwa tysiące lat żelazną bramą, należało o 
zupełnie innej, tajemniczej rzeczywistości. 
Neron wciąż tam mieszka - paplała Amerykanka. - Są nawet tacy, którzy 
widzieli jego ducha. 
To rzeczywiście bardzo podniecające. - Rozejrzałam się oszukiwaniu Johna. 
Dochodziła dziesiąta dwadzieścia. Z Pr<>szę posłuchać. - Przyłożyła 
pulchną dłoń do ucha. Y wracają. 
wzrokiem za przytłumionymi odgłosami rozmów w, usiłowałam wypatrzyć coś 
za kratami. Dostrze-kształt iskierki, a potem jasna plamka coraz 
-  Nie, jestem sama. 
-  My też. W tym roku jest mniej wycieczek zbioi 
62 
irdziej się powiększała, aż w końcu okazało się, że 10 ^ieci latarka, 
którą trzymał w ręku przewodnik grupy 
63 
Barbara Wood 
wychodzącej właśnie na światło dzienne. Brama się z piskiem, a turyści 
kolejno wychodzili na dziękując Włochowi w różnych językach. Kiedy z 
powagą, usiłowałam dopatrzyć się w ich twarzach"§ jakichś przeżyć. 
Ale te twarze były zupełnie martwe, nieruchome cy milczeli. Nie mogłam w 
żaden sposób odczytać ich Wtedy właśnie poczułam, że jestem strasznie 
cieką tak naprawdę tu pozostało po okrutnym Neronie. 
-  Idziemy? - zapytała moja nowa znajoma. 
-  Nie wiem... ja... Zobaczyłam, że wokół okrągl małego przewodnika 
zaczynają zbierać się ludzie, rej wchodzi następna grupa? 
-  Za godzinę. 
Wstałam i jeszcze raz się rozejrzałam. Johna nigdzie było. 
-  To chodźmy teraz. 
Pobiegłam do kasy i szybko kupiłam bilet za sto 1 Podeszłam do turystów 
zebranych wokół małego Wł który właśnie liczył swoje stadko. Krzyknął sei 
do k i zapisał na kartce cyfrę sześć. Potem zwrócił się do 
-  Wszystkie mówią po angielsku. To dobre. Gi angielski znać najlepiej. I 
wszystkie mówić ten sam 3 Czasem razem mam Niemcy, Grecy i Francese, 
marmm Dziś dla Giovanni praca łatwa. Idziemy, tak? Wszystki koło papy. 
Otworzył bramę i cała nasza szóstka wkroczyła nw do zimnego tunelu. 
-  W domu Nerona łatwo się gubić. Wszystkie z Giovanni. Nigdzie nie 
odchodzić. 
Szliśmy blisko siebie po nierównym podłożu, coraz bardziej w głąb tunelu 
za światłem latarki G niego. Było coraz ciemniej. Cały czas wytężałam 
żeby cokolwiek zobaczyć, tak że rozbolały mnie oczy. J pierwszy w życiu 

background image

zdałam sobie sprawę, jak to 3es ślepym, i ta myśl mnie przeraziła. 
Światło latarki b: palec wskazujący. Musieliśmy się go trzymać. 
Psy i szakdle 
liśmy pierwszy postój, wszyscy zaczęliśmy się Kiedy zr   baluszając oczy 
w ciemnościach. Dojrzeliśmy rozgtedać;^!rzy prowadzących dalej z 
pomieszczenia, wiele koryl   znaleźliśmy. Giovanni mówił niemal z za- 
któryś       ystfcich zbrodniach i okrucieństwach Nero-hwytem °^zumiaiam, 
dlaczego liczył nas tak dokładnie a, a Ja ^ściem do tunelu i zabronił 
gdziekolwiek się od-prZed całkowicie pogrążony w ciemnościach labirynt, 
czy-iektowany przez szaleńca pałac Nerona, mógł się ^atwą pułapką dla 
niewinnego turysty, wlekliśmy się od jednego pomieszczenia do drugiego, 
chając w skupieniu Giovanniego, który opowiadał le-¦ndy związane z tym 
tajemniczym zabytkiem, a ja żałowałam poniewczasie, że nie zaczekałam na 
Johna. 
Minęło jakieś dziesięć minut, od kiedy znaleźliśmy się w chłodnych 
wąskich korytarzach labiryntu, gdy to się stało. Giovanni kończył właśnie 
jakieś opowieści o duchu Nerona, a ja zatrzymałam się na chwilę, żeby po 
raz ostatni popatrzeć na fresk, który miałam dosłownie przed nosem. Już w 
następnej chwili poczułam uderzenie w głowę, tępy ból i pogrążyłam się w 
ciemnościach, jeszcze większych niż te, które panowały w Złotym Domu 
Nerona. 
64 
Rozdział szósty 
K, 
Aedy się obudziłam, dziwnie dzwoniło mi w a w ustach czułam cierpki smak. 
Zatrzepotałam powi< i w pierwszej chwili zobaczyłam tylko kolorowe o 
różnych kształtach, z których żaden nie wydawał znajomy. Świadomość 
wracała jednak powoli i otac mnie rzeczywistość zaczęła stopniowo tworzyć 
pe raz. 
Dochodziły mnie jakieś dźwięki i po chwili odkryła słyszę młodą kobietę, 
która mówi coś piskliwym głc Zrozumiałam też, że barwy i zapachy 
docierają z jaku pokoju, ale nie wiedziałam, co to za pomieszczenie. Pi 
smak w ustach kojarzył mi się z lekarstwem. Gdy dc do tego wniosku, 
musiałam mieć dziwną minę, bo tuż obok mężczyzna powiedział: 
-  Już się obudziła. Lidio? Lidio? Czy mnie słys Wpatrywałam się ze 
zdziwieniem w Johna Tread> 
Cóż on mógł mieć, do licha, wspólnego z tą i< inscenizacją? 
-  Oczywiście, że cię słyszę. 
-  Grzeczna dziewczynka. Mówisz już zupełnie noi Znów usłyszałam wysoki, 
melodyjny głos, a wl< 
lęgniarka pochyliła się nade mną troskliwie. 
-  Czuję się świetnie - jęknęłam, ale to nie Gdzieś z tyłu głowy czułam 
zupełnie surrealistycs 
Kiedy tylko namacałam palcami to miejsce, odki jest tam ogromny guz. 
Byłam słaba i wycieńczona, datku miałam mdłości. Rozpoznałam bez żadnych 
ści typowe objawy szoku. 
Psy i szakale 
pchowo upadłaś. Pośliznęłaś się w Złotym Strasznie P®     Uftś ^eżle 
głowę. 
ferona Byłam kompletnie rozbita. Pulsowało mi } rany' iłam się tak, 
jakbym uległa wypadkowi samo-w czaszce iczuam^ ^ odzyskałam przytomność. 
-chodowemu .^ glowa. Strasznie w     ^^ ^^ -ak in(jycze jajOł strasznie 
mi 
Bie *!ViP sDÓźniłem. Nie dopuściłbym do tego. przykro, ze m^? * 
A/rophnełam ręKą.                                          m        . 
tvi nie twoja wina. Za bardzo mi się spieszyło na ie z duchem Nerona. 1, 
jak widać, doczekałam się. rhriałam się podnieść, ale John był szybszy. 
Położył mi 

background image

na ramionach i stanowczym gestem zmusił do położe-a się. I tak nie 
zdołałam jeszcze oderwać obolałej głowy 
od poduszki. 
- Był u ciebie lekarz, niedługo przyjdzie jeszcze raz. 
Odpoczywaj, Lidio. 
- Lekarz? 
Teraz przyjrzałam się lepiej pomieszczeniu, w którym się znalazłam, i 
odkryłam, że leżę na małej kozetce stojącej najprawdopodobniej w izbie 
przyjęć. John Treadwell i włoska pielęgniarka z wąsikiem dotrzymywali mi 
towarzystwa. Żółte ściany były mocno odrapane, a meble zjedzone przez 
komiki. Na blacie przy umywalce stały przybory typowe dla gabinetu 
lekarskiego. Na jednej ze ścian wisiał wyblakły obrazek trudnej - 
przynajmniej dla mnie -) zidentyfikowania ruiny, którą obsiadły koty. W 
powie-iu unosił się typowy szpitalny zapach. J to nieco inny szpital niż 
ten w Santa Monica, ale «am, że dobre i to. Kiedy wrócił lekarz, okazało 
się, że wspaniałą angielszczyzną, a ponadto zna się świetnie ? dueczemu 
rozbitych czaszek. Jedno i drugie przyjęłam wia ly,ulgJ*- Rozmawialiśmy 
na temat stanu mojego zdro-woje profesjonalistów, ponieważ zdradziłam mu, 
zajmuję, a później pan doktor przebadał mnie pod Lrologicznym. Do tej 
pory nic nie wskazywało na e mózgu. Choć czułam się tak, jakby moja głowa 
66 
67 
Barbara Wood 
miała za chwilę rozpaść się na kawałki, na razie ni mi wstrząs ani 
krwotok. 
Dziękowałam Bogu i za to. 
Doktor chciał jeszcze robić jakieś badania, ale stowałam ostro i 
wyjaśniłam, że wiem, jakie obja\ okazać się groźne. Obiecałam, że gdyby 
mój stan sit szył, natychmiast wrócę do szpitala. Uspokoiłam go* tym  
zapewnieniem.   Poprosił  tylko,   żebym oświadczenie, w którym zwalniam 
rząd włoski od jaku. wiek odpowiedzialności za moje zdrowie i stwierdzać 
wychodzę ze szpitala na własną prośbę. John nie t miał ochotę podjąć się 
opieki nade mą i popierał si doktora, który chciał, żebym pozostała w 
szpitalu. Z\ żyła jednak moja silna wola. Choć fizycznie czułe fatalnie, 
nie odebrało mi to zdolności logicznego ro? wania, które poprawiało się z 
minuty na minutę, położono przede mną formularze do podpisania, ślach 
utworzył mi się już nowy, przerażający obraz 
Ktoś w domu Nerona rozmyślnie uderzył mnie w 
Szybko podjęłam decyzję. Z trudnością włożył i oparłam się ciężko o ramię 
Johna. Moje doświac zawodowe podpowiadało mi, że obrażenia tego typu 
niebezpieczne i że najmądrzej by było pozostać ni wacji. Jednakże 
mieszanina strachu i gniewu spra\ poczułam irracjonalną chęć, żeby wrócić 
do hoteli myśleć ostatnie wydarzenia. 
A więc to wcale nie był wypadek. Ktoś załatwił ir dobre, nie wiedziałam 
tylko, z jakiego powodu, chciałam się dowiedzieć, kto to zrobił, a przede 
w - dlaczego. 
Kiedy jechaliśmy już zabytkowym mostem, oddali coraz bardziej od wyspy 
Tiberina, na której znajdc szpital, opowiedziałam Johnowi o swoich 
przemy! Tak jak się spodziewałam, nie bardzo mi wierzył. 
- Nie chcę powiedzieć, że poniosła cię fanta: naprawdę nie mogę się 
zgodzić z twoją teorifl Aurea to naprawdę dziwne miejsce i rozpala wyo 
psy i szakale 
drowałaś po ciemnych korytarzach, wysłuchu-iedy takwęa^ ^^u Nerona, 
mogłaś... jąc opowies ^ przerwałam mu. - Musisz mi uwierzyć. Sta-_ 
Słuchaj ^jnie razem z innymi i myślałam tak samo f k zawsze, a po chwili 
leżałam już na ziemi z gu-trzeźwo 3»       którego bez wątpienia ktoś 
musiał mi nabić, zem fl^ &        '.        7»t 
*brze Powiedz mi w takim razie, kto to zrobił i dla-Dlaczego, Lidio? 

background image

Nie wiem. - Myślałam o Ahmedzie Rasheedzie. Postawiłam jednak, że nie 
powiem o nim Johnowi. W każdym " jeszcze nie teraz. - Mojej siostrze 
udało się jednak jobić mi kłopotów i wcale mi się to nie podoba. Nie 
ramierzam uciekać ani chować głowy w piasek. Może się mylę, ale jestem 
przekonana, że to, co mnie spotkało w Złotym Domu, to nie był wypadek. 
Przycisnęłam policzek do szyby i patrzyłam na migający za oknem różowy 
Rzym. Dzwoniło mi w uszach, a jednak usłyszałam wyraźnie, jak doktor 
Kellerman mówi do mnie łagodnie: „A kto tak pięknie pozwija mi nici jak 
ty? Och Lidio". 
Powinnam była posłuchać wtedy jego rady i poprosić o pomoc. Sama jego 
obecność podziałałaby na mnie kojąco, e nawet uwierzyłabym, że nic się 
złego nie stało. Ale Kellerman był dziesięć tysięcy mil stąd i żył w in-i 
świecie. Pracował sobie spokojnie na chłodnej sali «acyjnej w Santa 
Monica, a ja tułałam się po Rzymie z rozbitą głową. - Lidio? 
mesiyszaiamanislowa 
Przepraszam. 
 widocznie 
 5 a • a 
a, ze zostaniesz w swoim pokoju. Połóż się Obrażenia głowy bywają groźne 
w skutkach. 
«tem pielęgniarką. Zapomniałeś? Jeśli powrócę do szpitala. Ale do tego 
czasu mam 
spraw do załatwienia. 
68 
69 
Barbara Wood 
-  Tylko nie rób głupstw, bardzo cię proszę. Roześmiałam się. 
-  Zupełnie mnie nie znasz. Ja nigdy w życiu nie łam głupstwa. 
-  Trudno mi w to uwierzyć, bo z tego, co mi w ciągu tych ostatnich paru 
dni ani razu nie zachow rozsądnie. 
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Miał racj 
 Residence Pałace zapytałam jak zwykle o mość od Adeli i oczywiście nic 
dla mnie nie było. w holu, zaczęłam się żegnać z Johnem. 
-  Nie powinienem zostawiać cię samej, Lidio. 
-  Dam sobie radę. - W głowie huczało mi tak, że wszyscy naokoło mogli to 
usłyszeć. - Wiem, jak o si zadbać. Muszę napisać list do przyjaciela... - 
Ściszyli głos, bo znowu wyobraziłam sobie doktora Kellermana A może po 
prostu do niego zadzwonię. Potem spróbujęs trochę przespać. 
-  Wrócę tu o ósmej i zjemy razem kolację, dobrze? 
-  Wróć, jeśli możesz, ale nie jestem pewna, czy to jadła. 
Kiedy się odwróciłam, żeby odejść, John położył mir na ramieniu i 
powiedział cicho: 
-  Ty chyba wiesz, o co chodzi w tej historii z Ad i szakalem, ale nie 
chcesz mi nic powiedzieć, bo ir wierzysz. 
Zaskoczył mnie. 
-  Po pierwsze, nie tylko nie wiem, o co w tym w chodzi, ale nawet nie 
mam bladego pojęcia. Po ufam ci, bo w przeciwnym wypadku nie powiedziała 
aż tyle. A po trzecie, jeśli zatrzymuję swoje domy! siebie, to tylko 
dlatego, że nie chcę cię jeszcze \ angażować w ten absurdalny melodramat, 
bo i tkwisz w nim po uszy. Chcę być w stosunku d w porządku. 
-  Jeśli tak, to pozwól mi sobie pomóc. Wydaje > 
Psy i szakale 
krzywdzić, i może masz rację. Jeśli rzeczywi-Ktoś chce cię *      ebujeSz 
ochrony. 
ście tak jest, p     bezpieczna. Doceniam twoją troskę, ale , Tutaj je¦        
przez chwile sama. Zażyję dwie aspiryny teraz muszę P    óż[^ ^dy będę 
już w stanie logicznie 
teraz              ?óżn[e^ ^dy będę już w stanie logicznie 

background image

wiem ci, co o tym wszystkim sądzę. Teraz jednak myŚletCr.'hnełam ciężko - 
czuję się jak wrak. ~Wp kręcił głową, położył mi ręce na ramionach i 
zajrzał , w oczy. Przez krótką chwilę zapragnęłam, żeby ast niego stał 
przede mną doktor Kellerman, potem fc uśmiechnęłam się do Johna z 
wdzięcznością i pozwoliłam, żeby pocałował mnie na pożegnanie. 
Niechętnie szłam do pokoju. Nie bałam się, że ktoś znowu mnie zaatakuje, 
ale jakiś wewnętrzny instynkt ostrzegał mnie przed tym, co tam zastanę. 
Niestety nie bez powodu. To, co podpowiadała mi intuicja, już się stało. 
Dowody były widoczne gołym okiem i miałam ochotę się rozpłakać. 
Ktoś buszował w moim pokoju. 
Nie była to tak delikatna robota jak włamanie do mojego mieszkania w 
Malibu, więc nie miałam żadnych wątpliwości, że ktoś tu był. Nie 
domknięte szuflady. Otwarta szafa. 5rzewrócona walizka. Poprzewracana w 
pośpiechu pościel. 
ilam nieruchomo w drzwiach, huczało mi w głowie e poczułam się zupełnie 
bezradna. Jeden z pięciu tystów, który zwiedzał wraz ze mną siedzibę 
Nerona, >awił mnie przytomności, żeby jego wspólnik mógł nie szukać 
szakala. Za tym wnioskiem szedł następny hi Uf Z,le prawd°Podobnie nie 
cofną się przed niczym, by zdobyć figurkę. 
 P0deszlam do k<*ar zasłaniających balkon i po-3akbym r^°e W mieJscu> w 
którym się ze sobą stykały, tak '^kakoT Zamiar ^e rozsunąć. Dotknęłam 
palcem ob-zył0 0 ary- Wyczułam twarde wybrzuszenie, które świad-W g0     
Że szakal 3est bezpieczny i że mój pomysł, by 
T zasłonie, okazał się trafny. Cieszyłam się, że 
70 
71 
Barbara Wood 
zdecydowałam się zmienić mu kryjówkę. Szakal mój. Przynajmniej na razie. 
Oznaczało to jednak, że nadal grozi mi niebezpu Rozsunęłam kotarę i 
popatrzyłam przez szklane na dom naprzeciwko. A więc tak. Mogłam albo dać 
spokój z szakalem i wrócić bez szwanku do spol życia w Ameryce i do 
doktora Kellermana, albo trzyi uparcie tego zwierzaka, dopóki ja i moja 
siostra nii niemy zamordowane z jego powodu. Nie był to szczególnie 
trudny wybór. 
-  Jak się pani czuje, panno Harris? Wstrzymałam oddech i odwróciłam się. 
W otwi 
drzwiach mojego pokoju stał Ahmed Rasheed. 
-  Dlaczego pan o to pyta? - Położyłam rękę na pl jakbym chciała uspokoić 
bijące zbyt mocno serce. 
-  Słyszałem, jak ktoś ze szpitala na wyspie Til zadzwonił do hotelu. 
Zapytałem później o stan pani wia i powiedziano mi o wypadku. Złoty Dom 
to nii pieczne miejsce dla niedoświadczonych turystów. Ni< ne posadzki, 
niskie sufity... 
-  Tak, to było nieostrożne z mojej strony. Patrzyliśmy tak na siebie 
przez pokój i wtedy 
pierwszy zobaczyłam jego twarz, bo zdjął okulary i oczy. Miał ogromne 
białka i czarne gęste rzęsy, p trudno było wytrzymać jego spojrzenie. 
Patrzył ts chciał przejrzeć człowieka na wylot. 
Przesunęłam dłonią po czole i odkryłam, ż Miałam wrażenie, że tył głowy 
oderwie mi się reszty czaszki, a bolesne pulsowanie powodowało jące 
mdłości. Trzymałam jednak fason i popatrzy prosto w oczy. 
-  Czy udało się pani znaleźć siostrę? Miałam ochotę powiedzieć: 
„Przecież pan wie, ż* 
znalazłam". W końcu jednak ograniczyłam się do „nie". 
-  Bardzo mi przykro. Obawiam się, że nad pani p tutaj zawisło jakieś 
fatum. Chciałbym pani jakoś t* 
Psy i szakate 

background image

to zrobić, jeśli pan stąd wyjdzie - odparłam _ Może P»n Niezbyt dobrze 
się czuję. niegrzeczme'desziam do drzwi i położyłam rękę na klamce. 
Śmial°P°       sprawę, że ulegam opóźnionym skutkom Zdawać J;°nowilam 
pozbyć się tego człowieka za wszelką szoku, i P° 
'enę    d o źle pani wygląda. - Jego głos przebił się jakoś 
B?1 w moiej głowie. - Jest pani bardzo blada, panno 
pr       Panno Harris? - Wyciągnął śniadą dłoń i dotknął 
'o ramienia. - Czy pani mnie słyszy? 'zaraz mi to przejdzie - zaczęłam i 
poczułam, że ugina-ia sie pode mną kolana. 
Już myślałam, że upadnę, ale wtedy dwie silne ręce pochwyciły mnie w 
talii i jakimś cudem uniosłam się w po-ietrze. Pokój wirował wokół mnie i 
czułam, że te same ręce kładą mnie na łóżku, unoszą mi stopy w górę i 
przykrywają kołdrą. 
Zasłabłam tylko na krótko, i już za chwilę patrzyłam znowu prosto w 
fantastyczne oczy Ahmeda Rasheeda. 
- Przepraszam  -  powiedziałam,   chcąc   nie   chcąc, wdzięczna za to, 
że mi pomógł. 
- Wiem, co się wydarzyło w Złotym Domu, panno Harris, I sądzę, że powinna 
pani była zostać w szpitalu. Zresztą iako pielęgniarka doskonale pani 
sobie zdaje z tego spra- 
siłowałam unieść głowę, ale nie mogłam. Mdłości przeszły, ale pulsowanie 
nie minęło. 
1 Pan ma na myśli, mówiąc o wydarzeniach w Złotym °™u. I skąd pan wie, że 
jestem pielęgniarką? J^praszającym gestem rozłożył ręce. znam  °g°*e w*em 
^uzo o pani i o pani siostrze, a także ^Powody, dla których jej pani 
szuka. 
-v?i? eg0? 
Z1 paru> wiem też o szakalu. 
UPe 
^szy się, czy jest mi wystarczająco wygod-Hasheed zatelefonował do 
recepcji i już 
72 
73 
Barbara Wood 
po chwili w progu stanęła pokojówka. Przyni cę  z herbatą i bułeczkami  
oraz  dodatkowy sheed kazał jej przychodzić do mnie co godzin, formować 
kierownictwo hotelu o stanie mojego % Miałam wrażenie, że świetnie mówi 
po włosku. pOk zapewniła mnie serdecznie, że będzie się mną trosi 
opiekować. Paplała jak karabin maszynowy. 
-  Oni są bardzo życzliwi - powiedział Rasheed, ki sobie poszła. Siedział 
na krześle przy łóżku i uważni 
obserwował. 
-  To samo mogę powiedzieć o panu, ale proszę się 
nie trudzić. Tylko zabieram panu czas. 
-  Tak pani sądzi? 
Nie odpowiedziałam. Wypiłam herbatę, która była j na, a cztery aspiryny 
ukoiły trochę ból głowy. Musiałai jednak natychmiast czegoś dowiedzieć. 
-  Kim pan właściwie jest, panie Rasheed? 
Po raz pierwszy zobaczyłam, jak się uśmiecha, naprawdę ujmujący uśmiech. 
-  Przecież pani wie. Ahmed Rasheed, do usług. To 
proste. 
-  To bynajmniej nie jest proste. Czy pan wie, gdzie 
moja siostra? 
-  Niestety, nie. 
-  Wspominał pan coś na temat jakiegoś szakala, cz 
tak mi się tylko wydawało? 
Znów się uśmiechnął i ten uśmiech starł z jego r tajemniczy wyraz. 
Musiałam niechętnie przyznać, 5 naprawdę interesującym mężczyzną. 

background image

- Cieszę się, że zachowuje pani ostrożność, panno ris. Mam na myśli 
szakala z kości słoniowej, które słała pani siostra. Jestem pewien, że 
zabrała go 1 sobą do Rzymu. 
Przygryzłam dolną wargę. 
-  Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. 
-  Oczywiście, że nie. - Wstał i przybrał nonsfl pozę. - Proszę 
posłuchać. To nie ja uderzyłem P 
74 
 i szakate 
pxy i 
ukałem również pani pokoju. Wcale się nie  Prz€ e mi pani uwierzy. 
Zresztą gdyby mi pani wa111'^^ t0 że jest pani głupia. A ja daję głowę, 
wdę bardzo chciałbym wiedzieć. Proszę teraz ^Porozmawiamy później. 
odP°Ch ba nie mamy o czym. Poza tym w Rzymie jest mój yel i mogę w każdej 
chwili liczyć na jego pomoc. ?zywiście. Mam nadzieję, że wkrótce poczuje 
się pani lePiej. Ir^Wlah. Do widzenia. 
Czekałam, aż umilkną jego kroki, po czym ostrożnie [eszłam na palcach do 
drzwi i je zamknęłam. Ostatnie Przeżycia zaczęły dawać się we znaki i 
stać mnie było dynie na to, żeby dowlec się do łóżka i paść na nie 
bezwładnie. Miałam zamęt w głowie i w sercu. Wydawało mi się, że mój 
spokojny dom na Malibu i moi nieliczni przyjaciele są tak daleko, jakby 
znajdowali się na Marsie. [ równie łatwo dostępni. Adela wplątała się w 
jakąś niebezpieczną historię, a ponieważ zawsze kochała tajemnice, bez 
chwili zastanowienia wciągnęła w to wszystko mnie. Zupełnie 
nieoczekiwanie weszłam w posiadanie przedmiotu, którego wartości nie 
znałam, przedmiotu, którego szu-iło teraz wiele osób, przez co moje życie 
było zagrożone, tą myślą zasnęłam i spałam jak zabita przez parę Obudziło 
mnie pukanie. Potykając się o rozciągnięta podłodze cienie, przyłożyłam 
ucho do drzwi i zapyta-ianv. 
- Kto tam? 
w Spowiedzi usłyszałam głos pokojówki. I    ^ simińna. Una lettera. 
 g° Wsunąć *>rzez i 
 l^leJSZkodzi- ~ Po krótkiej walce z zamkiem uchy-k         rzwi- 
^                 mi kopertę l     tł 
75 
Barbara Wood 
- Dobrze, naprawdę dobrze. Dziękuję bardzo Zamknęłam drzwi i oparłam się 
o nie z westchn' patrząc jak przez mgłę na list. Jeszcze nie byłam 
obudzona, znowu zaczynała mnie boleć głowa i nie * się na siłach czytać 
tej nieoczekiwanej koresponden prawie przezroczystej kopercie lotniczej 
widniałc krzywo poprzyklejanych kolorowych znaczków oraz nazwisko i adres 
hotelu skreślone znajomym charali pisma. Wciąż jeszcze trochę zaspana, 
otworzyłam ni< kopertę i wyjęłam z niej kartkę cienkiego papie] głćwkiem 
w dwóch językach: angielskim i arabsl' teria pochodziła z hotelu 
Shepheard's. 
List został nabazgrolony w pośpiechu tym samym kterem pisma. A brzmiał 
tak: 
Liddie, musisz natychmiast przyjechać do mnie do Jestem w tym hotelu. 
Wszystko ci wytłumaczę na miejt zwlekaj. 
Rozdział siódmy 
TCika godzin po otrzymaniu listu Adeli wsiadałam do lotu Alitalii pełna 
obaw i najgorszych przeczuć. Po-zało mnie jedynie to, że wiedziałam 
przynajmniej, \ jest moja siostra, a wkrótce ona we własnej osobie aiała 
mi wszystko wyjaśnić. Dlatego właśnie nie zatelefo-lowalam do doktora 
Kellermana z Rzymu; odłożyłam to do chwili, kiedy wreszcie spotkam się z 
Adelą i będę mu mogłapowiedzieć, kiedy wracam. W mojej biednej 
potłuczonej głowie czaiła się jednak obawa, że Adela znowu mi się jakoś 

background image

wymknie, a perspektywa samotnego pobytu w Egipcie wydawała mi się 
znacznie bardziej przerażająca niż rzymska przygoda. 
Kiedy właśnie byłam na dobrej drodze, żeby ujrzeć dno trzeciej szklanki 
burbona z wodą sodową, pokrótce prze-inalizowałam sytuację. Byłam pewna, 
że Ahmed Rasheed e wie o moim odlocie, i to było pocieszające. Cieszy-
się, że udało mi się uwolnić od człowieka, który sa-i swoim widokiem 
doprowadzał mnie do szału. Jesz-veii      Ziej pokrzePia33cy był fakt, że 
kiedy John Tread-jrzeczytał list Adeli, zaproponował, że pojedzie ze 
Egiptu. Powziął już taką decyzję i nie można mu perswadować tego pomysłu, 
bo uważał, że jest *° 3ak ja zaangażowany w całą tę tajemniczą histo-} 
Uczucia do mnie są ważniejsze niż jakiekolwie-:ha. Ju a^y Te zapewnienia 
° sympatii nie pozostały bez *       no zaden mężczyzna nie okazywał mi 
uczuć mn    t0 wzruszyło- Nie mogłam jeszcze wtedy  go kocham, bo 
okoliczności nie pozwalały 
77 
Barbara Wood 
myśleć o niczym innym jak tylko o Adeli i jej prz szakalu. Wiedziałam 
jednak, że gdybym go pozna nych warunkach, na pewno z łatwością bym się 
zakochała. 
W tej sytuacji obecność Johna przy mnie podcz lotu nad Morzem Śródziemnym 
bardzo mnie usp Mogłam łatwiej pozbierać myśli, przeliczyć fundusz bić 
jakieś plany na wypadek, gdyby Adeli nie było rze.                                                                            

-  Może ona chce, żebyś ją goniła po całym świeci zasugerował John. 
Skinęłam głową i zobaczyłam swoje odbicie na tle c nego nieba za oknem. 
Mieliśmy lądować w Egipcie o ciej nad ranem. 
-  Nie powinieneś tak zaniedbywać przeze mnie pi 
John. 
Wziął mnie za rękę i powiedział uspokajająco: 
-  Już o tym mówiliśmy. Zostanę z tobą, dopóki nie z dziesz siostry. 
Nigdy nie byłem w Egipcie, ale myślę młoda kobieta nie powinna jechać tam 
sama. Zawsze i się wydawało, że w Kairze aż roi się od złoczyńców. 
Znowu przytaknęłam i pomyślałam o Ahmedzie sheedzie. Jednak znowu nie 
powiedziałam o nim Johra Rasheed został w Rzymie i udało mi się uciec 
przed irytującym towarzystwem. Po co miałabym jeszcze bar< komplikować 
sytuację? 
Lotnisko międzynarodowe w Kairze, położone naście kilometrów od miasta, 
musiało się obudzi* cjalnie na nasz przylot bo ja i John byliśmy j mi 
pasażerami podróżującymi tym samolotem. ' wał się nami cały tłum Arabów, 
a wszyscy byli mi i życzliwi. Kazano nam najpierw przejść przez k< lę 
celną, potem wziąć kwestionariusz wizowy, a nie udać się do banku, żeby 
wymienić pieniądze, cie zgłosić się do punktu lekarskiego. Kiedy vW liśmy 
już pieniądze na egipskie funty i otrzymalis zy, powitał nas tłum 
roześmianych ludzi. Mogli* 
78 
Psy i szakale 
ruszać się po lotnisku i po wielu powi-ie ^°szanych po arabsku lub łamaną 
angielsz-^g ^zliśmy ostrożnie po wyczyszczonych z na- 
>rZe nosadzkach i bez kłopotów złapaliśmy ta-masZczeniem p 
ksówkę-              Arab Wziął nasze walizki i wsadził nas 
^ leńkiego samochodu udekorowanego wewnątrz 
jakoś do m      zkami z papieru i kolorowymi paciorkami. 
^wiedział: - „Hotel Shepheard's proszę", i ruszy- 
ioć o tej godzinie na drogach było prawie pusto, jazda 
.  tak samo przerażająca, jakbyśmy pędzili sto kilome- 
tów na godzinę na Harbor Freeway. Kierowca okazał się 
szaleńcem; zastanawiałam się, czy przypadkiem wszyscy 
utaj tak jeżdżą. Przypomniałam sobie niesamowity ruch 

background image

w Rzymie i pomyślałam, że w Kairze trzeba uważać jeszcze 
bardziej. 
Było bardzo ciemno, więc przez okno taksówki niewiele widziałam, ale 
zdawałam sobie sprawę, że z płaskiej pustyni wjeżdżamy na przedmieścia 
Kairu, a potem zmierzamy wąskimi uliczkami do centrum. Objechaliśmy wokół 
duży plac, nie najlepiej oświetlony pomarańczowymi latarnia-i gdy 
minęliśmy ogromny strzelisty budynek, kierowca iówki poinformował nas, że 
to Hilton, jakby chciał nam imponować. Dwie przecznice dalej 
zatrzymaliśmy się Przed hotelem Shepheard's. 
byłam bardzo zmęczona, wyskoczyłam z taksówki, 
Ltfam schodami do wejścia, pchnęłam ciężkie szkla- 
i Poszłam prosto do recepcji. Zaspany urzędnik 
aźnie przerażony naszym przybyciem. Najpierw 
po c J^s po arabsku, wreszcie wydusił: „Witam w Kairze", 
obdarzył mnie swoim najpiękniejszym uśmie- 
eż spróbowałam wykrzesać z siebie pogodny zapytałam bez tchu: 
mi pan podać numer pokoju Adeli Harris? ... Harris. 
79 
Barbara Wood 
-  Oczywiście, proszę pani. - Otworzył wielką ostatniej stronie i 
przesuwał po niej palcem. 
-  Proszę powtórzyć to nazwisko. 
-  Harris. H-a-r-r-i-s. Adela Harris. Widziałam, jak jego brązowy palec 
sunie \* 
ny, po czym przenosi się w górę i znowu wędrują Zobaczyłam również, że 
Arab marszczy brwi i r się uśmiechać. Jego następne słowa poraziły mnie 
run. 
-  Przykro mi, proszę pani, ale nikt o tym nazwi mieszka w naszym hotelu. 
-  Ale... - Wiedziałam, że śnię i za chwilę się obuds Przecież ona tu 
jest. Napisała do mnie, że tu mi Proszę spojrzeć. - Wyrwałam list z 
torebki i pomac nim oskarżycielsko przed nosem recepcjonisty. -pan? To 
papeteria z tego hotelu. 
-  Tak. - Przyjrzał się uważnie kopercie. - Ale w mig gdzie jest 
nazwisko, ta pani nie podała numeru po Wskazywał adres zwrotny. 
-  Czy to możliwe, że się wyprowadziła? 
-  Zaraz sprawdzę. 
Wydawało mi się, że minęły już całe lata, a ja nadal opierając się o 
przestronne biurko, na którym pełno pocztówek z piramidami i sfinksami. 
Gdzieś za mną zegar; słyszałam cichy odgłos kroków na wypolero posadzce. 
Nie wiem, w którym momencie dołączył John, ale gdy tak stałam tam pełna 
niepokoju, wp się w księgę hotelową, poczułam jego rękę na swo niu. Kiedy 
recepcjonista powiedział smutno: „Ni było panny Harris w naszym hotelu", 
myślałam rozpłaczę. 
-  Ależ ona na pewno tu jest, rozumie pan? 
-  Lidio - odezwał się cicho John. - Na razie po] o pokój. Pomyślimy o 
tym wszystkim rano. 
-  Może w Kairze jest drugi hotel Shepheard's? 
-  Nie, proszę pani - odparł recepcjonista. -papier. - Oddał mi z 
powrotem list Adeli i 
Psy i szakaU 
przykro. - Ale dlaczego ona pani po-jest nlU.b    mieszka, a nie mieszka? 
Trudno mi zrozu- 
 ze 
a p ona jest? - krzyknęłam. Hol zawirował  ^ierócilo pulsowanie w głowie. 
Ból stawał 
m WiC .^o  d   ^? 
 ona j 
 wrócilo pulsowanie w głowie 

background image

dz 
dowy^^—e m fc^te i wpajał pokój, Byłam nn Posaclzlza t05 ze kontroluje 
sytuację, ale tak na-•CZmnie to nie obchodziło. Adela znowu zaprowa-w 
ślepą uliczkę. 
boy hotelowy zaprowadził nas do mojego ósmym piętrze i sprawdzał 
wyniesioną ze szkoły angielskiego, proponując nam cały wachlarz które 
mogłyby ulżyć mojemu zmartwieniu. Ale ja ^'chciałam zostać sama. 
Dwanaście godzin wcześniej zostałam brutalnie zaatakowana w Domus Aurea i 
nie odzyskałam pełni sił. Poza tym uświadomiłam sobie, że nie uda mi się 
tu odpocząć. Przynajmniej na razie. 
John był bardzo troskliwy. W drodze do pokoju przytulił mnie delikatnie, 
obejmując tak, że mogłam się o niego oprzeć całym ciężarem ciała. Szybko 
zwolnił boya i dopilnował, żebym ułożyła się wygodnie na jednym z 
bliźniaczych łóżek, po czym zdjął mi buty i otulił wełnianym kocem. Nie 
miałam siły, żeby protestować. Panująca w pokoju ciemność przyniosła mi 
wielką ulgę, a poza tym byłam zbyt zmęczona, żeby z nim dyskutować. John 
chodził przez chwilę cicho po pokoju, zamykał •zwi, uchylał okno, 
ustawiał w szafie nasze walizki, a po-| podszedł do mnie i przysiadł na 
krawędzi łóżka. Nie ziałam go zbyt wyraźnie, w ciemnościach majaczyła do 
™rieg° sylwetka'ale ponieważ milczał tak cierpliwie, 
widzi* 
 p 
iłam się, że z pewnością się uśmiecha. Kiedy jego częła delikatnie na 
moim czole, a potem pogładzi-:e*> wyobraziłam sobie, że patrzy na mnie z 
czuło-twarz sta d°tknąl ustemi moich ust, jego pełna dobroci "ła mi przed 
oczami tak wyraźnie, jakby nagle *°W zaświeciło słońce 
80 
81 
Barbara Wood 
m,i nocalunek. Otoczyłam ramionami Oddalam mu poc*                . ^ 
moglam pf 
Siyję i przytul łam sj ta                m jego .^ 
do niego ^.^t tnifcalym ciałem. PrZyciskal 
CySwobodził mnie z objęć i ułożył z powrotem duszkach.          T . j;_ 
Q7.ftnnal. - Chcę, żebyś 
 
 
ścią do 
Wychyliłam głowę przez dr 
Co? 
Pamiętasz te  wszystkie  formalności  na  lotnisku? 
d   kto przybywa do Egiptu, musi przez to przejść  fularze   Twoja 
siostra też 
 ó 
ki sen. 
W  pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie Patrzyłam nie widzącym wzrokiem 
w sufit i p łam jakoś zebrać myśli. Leżałam ubrana na łóżku.. mnie głowa. 
Byłam głodna jak wilk. Cieniutkie smugi la wpadały przez zasłony do 
pokoju, a obok mnk puste łóżko, w którym jednak niewątpliwie ktoś si 
nocy. 
-  Dzień dobry. 
Uniosłam głowę. Nade mną stał John. Uśmiechał I 
-  Lepiej się czujesz? Przetarłam oczy. 
-  Zapytaj mnie o to za parę dni. Która godzina? 
-  Już prawie południe. - Usiadł na skraju łóżka rżał mi się uważnie. - 
Nie było mnie całe rano, Przykro mi bardzo, ale nie przynoszę żadnych 
o Adeli. 

background image

Nie zdziwiło mnie to specjalnie. Wolno i nieZ wygrzebałam się z łóżka i 
poszłam do łazienki. Spry  ^ twarz zimną wodą, co podziałało na mnie 
zbawieni 
oo 
-Co?                 te wszystkie formalnos ci«-                       , 
' PaIŚętaorzySwa do Egiptu- musimy    J^ KaŻdy'JL !&» f0^fa%rturystkę, 
^ra 
Ew biurze wizowym wynto * V         palace, 
robiła przez ten czas?               / 
-  Sam chciałbym to wiedzieć.                 t? 
-  Powiedzieli ci, czy wciąż jeszcze^t  j Ale teraz spraw- 
-  Z tego, co im wiadomo, me Wjecm   .     dowiemy, czy dzają dla nas 
linie lotnicze. Niedługo si* 
• wu gdzieś nie poleciała. 
-  Ale to znaczy, że wciąż jest w kgiP     •           e miasto 1     - 
To ogromny kraj, Lidio, a Kair to najwj        lownie 
fryce. Tutaj łatwo zniknąć. Ona może oye wszędzie.                                                                   
' %" 
isz 
 
: w miecie i wie, tep^ad^o fotelu, na nią zaczekać, bo na pewno ne PO3 83 
Barbara Wood 
-  Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. -     tał 
i ujął mnie za ramiona, mówiąc bardzo poważnie- A! mie znalazłaś się w 
wielkim niebezpieczeństwie jesteś może nawet bardziej zagrożona. Uważam, 
żl naś wyjechać. 
-  I co? Wrócić do domu? Nigdy w życiu! - Pomyśl że przecież udało mi się 
zgubić Rasheeda. - Jestett lutnie bezpieczna. 
-  To samo mówiłaś w Rzymie. Nie będziesz bezpie bo masz tego szakala. 
Uważam, że powinnaś się go p02 
-  Nie! Za wiele ryzykowałam dla tego drania. Nie go tak po prostu 
porzucić. 
-  Chodzi mi o to, że możesz oddać go tym ludzie kimkolwiek oni są, i 
dopiero wtedy szukać Adeli. 
Potrząsnęłam gwałtownie głową. 
-  Ten kawałek kości słoniowej zaprowadzi mnie Adeli. Tak długo, jak 
będzie mi towarzyszył, będzie istn jakaś więź między mną a siostrą. W 
końcu przysłała mi nie bez powodu. Jeśli oddam szakala, równie dobrze mo 
zrezygnować z poszukiwań. 
-  W takim razie pozwól przynajmniej, że to ja sięit zajmę. Mogę go 
ukryć. 
Nadal uparcie kręciłam głową. 
-  Przejechaliśmy razem pół świata, a teraz ta fi jest tak bezpieczna jak 
nigdy. Potrafię się nią zaopiektf Sobą zresztą też. 
-  Och, Lidio, dobrze, wygrałaś. - John objął mnie i pocałował. - Nie ma 
sensu przemawiać ci do I Myślę, że jestem zaangażowany w tę sprawę tak 
bard ty. Niech się dzieje, co chce! 
Pocałowałam go za to. Trudno było mi sobie wy° co bym bez niego zrobiła. 
Nawet gdybym jaki* dała sobie radę, na pewno wszystko nie poszłoby ko. 
Miałam mu naprawdę za co dziękować. 
-  Słuchaj! Wiesz co? Nigdy nie widziałem teg ka, a przecież nadstawiam 
za niego karku. Nawet jak wygląda. 
psy i szakale 
zie najwyższy czas, żebyście się poznali. . Wta^rj\  0(iWróciłam się od 
niego, żeby wyjąć Kiedy ^      palnej kryjówki, usłyszałam gwałtowne 
szaK^a zfJLąc coś w rodzaju: „to chyba pokojówka", pukanie- MLJ   .     
tworzyt drzwi. Na progu stał Ahmed jonn energicznie 

background image

Witam panią, panno Harris - powiedział swoim noso-em Zachowywał się 
bardzo elegancko, można się VZ\Zo nabrać na jego dobre maniery. choć 
bardzo mnie zaskoczył, zdołałam jakoś wykrztusić a powitania. Stanęłam 
obok Johna i położyłam mu rękę na ramieniu. 
- Mam nadzieję, że ma pan wygodny pokój. 
Tak, dziękuję pani. - Oczy miał znowu schowane za ciemnymi okularami, co 
mnie bardzo ucieszyło. 
John spojrzał na mnie pytająco, po czym przeniósł wzrok na stojącego 
przed nami Araba. 
- Czy ten pan jest twoim znajomym, Lidio? 
- Niezupełnie. Spotkaliśmy się w Rzymie. - Nie mogłam spojrzeć mu prosto 
w oczy. Byłam zbyt roztrzęsiona. 
Wtedy odezwał się Rasheed: 
- Miałem nadzieję, że uda mi się porozmawiać z panią na osobności. 
Wykluczone. Poza tym nie bardzo rozumiem, o czym właściwie mielibyśmy 
mówić? 
e rozumie pani? - Uśmiechnął się konspiracyjnie. -^Przyszedłem w 
niewłaściwym momencie. ^żd moment byłby równie niewłaściwy. Nie chcę z 
Panem rozmawiać - powiedziałam i chciałam ^ mu drzwi przed nosem.  
p°Pelma Pani błąd, panno Harris. ^ Posłuchać - wtrącił się John. - Panna 
Harris  bi Pana widzieć. Uważam, że jasno się wyra- Proszę łaskawie 
odejść od drzwi, bo w prze- 
 dk biię panu ^be- 
 Powodu tak się denerwować, panie Treadwell. 
 
84 
85 
Barbara Wood 
Już wychodzę. Gdyby jednak zmieniła pani zdanie i ch się ze mną 
skontaktować, zostawiam numer telefot^ John zatrzasnął mu drzwi przed 
nosem i zapytaj j 
kłnśria' 
- Kto to jest, Lidio, i czego chce? Skąd wie, j 
nazywam? 
psy i szakale 
 o odkryła coś 
zywam? 
- To naprawdę okropna historia. Poza tym « pęka. Czy możemy pójść na 
kawę? 
Przebrałam się i odświeżyłam, zanim poszliśmy stauracji na ostatnim 
piętrze hotelu. Obsługiwał nas kowo miły Egipcjanin, a za skrzypiącymi 
oknami rozc się piękny widok miasta. Poczułam się o wiele lepiej 
wiedziałam Johnowi o Rasheedzie, starając się nie wiać tej historii 
swoimi obawami i podejrzeniami. 
- Szkoda, że mi o nim wcześniej nie powiedzia John zmarszczył brwi. - On 
chyba dużo o tobie wie.! nawiam się tylko, skąd zna również moje nazwisko 
jest jego związek z szakalem. 
Gmerałam przy pasku od torebki. Cały czas go z łam, plątałam i 
odplątywałam. W torebce, która leżał* piecznie na moich kolanach, 
schowany był owinięty stkę szakal. Wiedziałam, że ponosi mnie wyobrazi 
wydawało mi się, że torebka z każdym dniem sta 
cięższa. 
-  W każdym razie jestem pewna, że to nie on wczoraj uderzył. Przewodnik 
w Domus Aurea liczy1 kich zwiedzających, nie można tam wejść indywid A 
pana Rasheeda nie było w naszej grupie. 
-  Mógł jednak przeszukać twój pokój. 
-  Nie wiem. Chyba jednak nie. On ma w sob niesamowitego. Gdyby chciał mi 
odebrać szakala, ji no by mu się to udało. W taki czy inny nieuczciwy 8| 

background image

Jemu chodzi o coś więcej. Wydaje mi się, że chce, z naprowadziła go na 
ślad Adeli. 
John posmarował rogalik masłem. 
-  Cóż to ma znaczyć?                                           :e 
-  Sama nie wiem. Wydaje mi się jednak, że ss 
86 

^ V ieŚUszukali? 
16 ale on jest im chyba tylko potrzebny jako Szakaia,      Adel^ Może ich 
naprowadzić na jej ślad, 
klucZ W "imniei tak im się wydaje. 
a pfZc      znie naciągane, Lidio. - Pił powoli kawę i patrzył I^d moim 
ramieniem  ł   histori 
nonad moim ramieniem. 
i ale ta cała historia jest trochę nieprawdopo-/Mimo wszystko mam 
wrażenie, że ktoś czeka, żebym nalazła Adelę. Tak mi się po prostu 
wydaje, tozglądałam się po dużej  jadalni,  smarując bułkę ubawionym 
smaku masłem z koziego  mleka.  O tej jorze w restauracji zajęta była 
zaledwie połowa miejsc, vięc panowała przyjemna, intymna atmosfera. Obok 
stolików stali kelnerzy gotowi na każde nasze skinienie, a in-' ni 
turyści - głównie Francuzi - rozmawiali ze sobą cicho. Wtedy właśnie 
zobaczyłam grubasa, który schował się za 
stojącą w doniczce palmą, i wydawało mi się, że uważnie nas obserwuje. 
Przyzwyczaiłam się już wprawdzie do tego, ś mnie bez przerwy szpieguje, 
ale grubas wydał mi I znajomy. Miał niesamowite okulary ze szkłami jak 
denka butelek po coli. 
^asze spojrzenia skrzyżowały się. -    m... - Dyskretnie pokazałam mu 
głową kierunek. -^ziałeś kiedyś tego faceta? Wrócił się na krześle 
jakiego faceta? 
Ju?alam mU Palmę' ale grubas znikn^- 
>szedł. Wydawało mi się, że zauważyłam kogoś 
Choć 
glądał? 
 f"Może mi się ^lko wydawało. >pniowo malał, jego skutki wciąż dawały mi 
87 
Barbara Wood 
się we znaki, więc kiedy skończyliśmy śniadani znowu ochotę się położyć. 
-  Chcesz zwiedzać Kair? - zapytał John, kiecb w stronę wind. 
-  Oczywiście. Ale nie teraz. Muszę najpierw o swoją biedną głowę. 
Zgodził się ze mną i odprowadził mnie do pokoiu 
-  Nie przejmuj się i nie myśl o tym całym Ras^, Nie pozwolę, żeby się do 
ciebie zbliżył choćbyś Teraz śpij, a ja pójdę na policję. Może mają coś 
n^ 
Nie chciało mi się rozbierać, więc położyłam razu na łóżku. John 
tymczasem pozasłaniał ol całował mnie i wywiesił na drzwiach kartkę z 
„Nie przeszkadzać". Sen jednak nie nadchodził, ukoiła wprawdzie ból 
głowy, ale niespokojne pozwalały mi zasnąć. Nurtowały mnie dwa pytani 
czego Ahmed Rasheed przyjechał za mną do Kairu i < właściwie chciał ze 
mną rozmawiać? A także kim t szpiegujący mnie grubas, którego na pewno 
już widziałam? Po półgodzinie się poddałam. Jeśli ma leźć Adelę i 
otrzymać jakieś odpowiedzi na swoj< nia, z pewnością nie mogę leżeć 
godzinami w ci< pokoju. 
Zdając sobie w pełni sprawę, że zamierzam p( kolejne szaleństwo, 
zdecydowałam się zatelefoiw Ahmeda Rasheeda. 
Zjeżdżałam w dół windą i usiłowałam sobie wmc to wcale nie jest taki 
głupi pomysł. Po pierwsze, i ta udałoby mi się uniknąć ponownego z 
spotkania z ni drugie byłam pewna, że wie coś na temat Adeli, i chcia< 
żeby mi zdradził, dlaczego właściwie jej szuka. 

background image

O tym właśnie myślałam, kiedy wyszłam z windy rowałam się w stronę holu. 
A tam zobaczyłam, **¦ Treadwell stoi przy recepcji pogrążony w rozniowie 
basem, który mnie śledził. Nogi dosłownie wrosły n11 mię, ale na 
szczęście stałam we wnęce, tak że i 
psy i szakale Wtedy zrozumiałam, dlaczego grubas wy- 
zwiedzających wraz ze mną Złoty 
88 
•   ś czasie wsiedli razem do windy, śmiejąc się Po &    * przez chwilę 
jak sparaliżowana, bo nie rozu-1 -inie? co też ci dwaj panowie mogą mieć 
sobie a Najbardziej zdziwił mnie jednak sposób, QU *Z* » *nba rozmawiali, 
bo zachowywali się jak przyja-W fanie obcy sobie ludzie. 
7 tego właśnie powodu zapomniałam o telefonie do sheeda i zdecydowałam 
się podążyć w ślady Johna i je-7 mlchnego przyjaciela. Siląc się na 
spokój, obserwowałam staromodną tarczę wskazującą numer piętra, na któ-ym 
w danym momencie znajduje się winda. Wskazówka otrzymała się na cyfrze, 
którą oznaczone zostało ostatnie piętro. Następnie wsiadłam do drugiej 
windy i wcisnęłam ósemkę. Jazda na górę trwała wieki i czułam, jak pocą 
mi się ręce. Coś, co zwykle określa się jako kobiecą intuicję, odbierało 
mi rozum i wtłaczało do głowy szalone myśli. Zastanawiałam się bowiem, co 
ten grubas robi w Kairze i o czym gawędził tak przyjaźnie z Johnem, skoro 
przedtem był również w Domu Nerona, gdzie oberwałam po głowie, dpowiedź 
wydawała się oczywista, ale nie chciałam jej do bie dopuścić. Zaczęłam 
sobie wmawiać, że John zaczepił ¦ubasa, żeby go zapytać, dlaczego nas 
śledzi. 
iiczone mnóstwo idiotycznych myśli przemykało mi z głowę. Wszystko działo 
się zbyt szybko. Męcząca r°z samolotem, wyczerpanie i stresy sprawiły, że 
nie am już w stanie rozsądnie postępować. 
ósmym piętrze było cicho i spokojnie, znikąd nie Z1* żaden dźwięk. 
Pokojówki już dawno skończyły cWoa S0Ście zwiedzali miasto. Stąpałam więc 
cicho po jym dywanie, tak żeby nie zdradzić nikomu swojej SP1 i bacznie 
się rozglądałam. 
!e drzwi były pozamykane. Wszystkie, oprócz 
89 
Barbara Wood 
tych na samym końcu korytarza, uchylonych na dwóch cali. Pchnęłam je 
lekko. To dziwne, ale nie mnie specjalnie widok Johna, który leżał twarzą 
* gi. Przecież ta cala historia była zupełnie szalona [ na i absurdalna. 
Jak w koszmarze sennym poja^! w niej czarujący maklerzy giełdowi, 
tajemniczy ą i grubasy w okularach przypominających denka butę coca-coli. 
A teraz John Treadwell leżał nieprzyton podłodze i doszłam do wniosku, że 
w tej sytuacji również wypada zemdleć. Jęknęłam więc tylko-John", 
pociemniało mi w oczach i osunęłam się napc tuż obok niego. 
Rozdział ósmy 
• av sie obudziłam, nie wiedziałam, co się ze mną Moim pierwszym 
doznaniem był ból z tyłu głowy, estraszyłam się jednak, bo już się 
zdążyłam do niego .zwyczaić. Usiłowałam się podnieść, wydając typowe ich 
sytuacjach pomruki; trochę jęczałam, aż w końcu, y wróciła mi świadomość, 
przyjrzałam się uważnie otoczeniu.                                                                
.          . 
Znajdowałam się w zupełnie nie znanym mi poko3U. Oświetlony był raczej 
skąpo, ale na tyle wystarczająco, żebym od razu mogła stwierdzić, że nie 
jest to pokój hotelowy. Nie było to również pomieszczenie służbowe, takie 
jak na przykład biuro inspektora policji czy gabinet lekarski. W zasadzie 
moje bardzo pobieżne oględziny utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem 
w czyjejś prywatnej rezydencji. 
konkretnie w sypialni. Był to bezpretensjonalny pokój niewielką wprawdzie 
ilością mebli, a mimo to zagracony, ścianach porozwieszano na chybił 
trafił całą masę ego rodzaju fotografii w ramkach i bez ramek. Za n Przy 

background image

toaletce również poutykano jakieś mniejsze |> w większości stare i 
wyblakłe. Na toaletce znajdo-rzedmioty codziennego użytku: szczotka i 
grze-krawat, otwarta korespondencja, stara 3ęzyku arabskim, przybory 
toaletowe. Meble, 
 
6zk                             , pyy                              , 
«>, na którym leżałam, i dwa małe krzesła, zupełnie \nie Pasowały. Stały 
na wyświechtanym oriental-le- Za drzwiami było zupełnie cicho, chociaż C 
widziałam wyraźnie smugę światła. 
91 
Barbara Wood 
I wtedy mnie olśniło. 
Przerażona spojrzałam jeszcze raz na toaletfe butelka płynu po goleniu, 
brak jakichkolwiek ozd świadczyć tylko o jednym: ten pokój należał do m I 
nie potrzeba było geniusza, by odkrył, że ten jest Arabem. 
Wstałam odważnie z łóżka i podeszłam na drzwi. Cisza. Ktokolwiek się tam 
znajdował - byłam że nie zostawiono mnie samej - nie dawał znak Uchyliłam 
ostrożnie drzwi i wyjrzałam przez szpai strzegłam tylko ostre światło. 
Nie wiedząc, co mnie po drugiej stronie, pchnęłam delikatnie drzwi, takżi 
rzyły się na całą szerokość, i weszłam do ciepłego oświetlonego pokoju. 
Gdzieś w tle słychać było a muzykę, a w powietrzu unosił się jakiś nie 
znany mi zapach. Znajdowałam się w całkowicie egzotycznym trzu - na 
białych ścianach wisiały obrazy przedstawi zabytki egipskie, półki aż się 
uginały od starych a podłogę otulał ogromny wschodni dywan. Na starym 
telewizorze stał wazon z suchymi kwiatami, a portret prezydenta Anwara 
el-Sadata. Na wypchanej te pie walały się książki, pod książkami uginało 
się równi biurko zasłane papierami i kopertami. Okna były zasłoni te, 
więc nie miałam pojęcia, która godzina. 
Kiedy z pokoju obok wyłonił się Ahmed Rasheed, wj rający właśnie dłonie 
ręcznikiem, musiałam popatrzę niego z niedowierzaniem, bo roześmiał się i 
powtófl kakrotnie: 
-  Dlaczego tak się pani dziwi, panno Harris? I pani wiedziała, że tu 
przyjedziemy. 
Cofnęłam się o parę kroków i zmarszczyłam brwU wyższym skupieniu, bo 
chciałam sobie wszystko mnieć. Pamiętałam jednak jedynie, że znalazłam 
Treadwella na podłodze, a potem już nic. 
-  Wyszła pani z hotelu w moim towarzystwie liśmy razem taksówką. Nic 
sobie pani nie przypo 
-  Nie. - Czułam, że nogi wrastają mi w ziemię 
92 
Psy i szakale 
i Tego się właśnie obawiałem. Proszę spo-#edaCtWJszystko pani wytłumaczę. 
i a zaraz Z ł mi miejsce na zagraconej kanapie, posado zrobU " gzedi na 
chwilę z pokoju. Wrócił, niosąc nietatmzkami i herbatą. Wręczył mi 
filiżankę, po tiłobok mnie i zaczął opowiadać: 
p sie do pani wybierałem, kiedy znalazłem panią »obok pana Treadwella. 
Udało mi się jakoś panią na podłodze _rowadzić z hotelu. Dyrektor bardzo 
dobrze 1 więc wytłumaczyłem mu, że jest pani moją znajomą ko się pani 
czuje. Tak więc przywiozłem panią taksów-ifsiebie Czy teraz sobie pani 
przypomina? Przez chwilę wpatrywałam się w filiżankę z herbatą, po 7vm 
potrząsnęłam głową. Pulsowanie powoli ustawało; myślałam, że muszę 
strasznie wyglądać. W głowie koła-aiy mi się tysiące myśli, ale żadna z 
nich nie miała sensu, akieś wspomnienie jasnego światła. Błyskającego 
światła. 'li też ludzie. Wielu ludzi. Nie, to nie miało sensu. Pokręciłam 
znowu głową. 
- Może to nawet lepiej - powiedział cicho. - Proszę, niech pani wypije 
herbatę. To dobrze pani zrobi. 

background image

Sączyłam posłusznie herbatę, żałując, że to nie burbon, i zerkałam na 
Rasheeda znad filiżanki. Prawdopodobnie wyglądałam jak przyczajony kot, 
który ma właśnie zamiar czmychnąć, bo powiedział: 
- Może mi pani wierzyć, że jest tu pani bezpieczna. 
Chciałam zapytać: „Przed czym?", ale zamiast tego spytałam: 
^ się miewa John? Dobrze się już czuje? a^ Rasheed odwrócił wzrok. 
te d^° wszystko stało się tak nagle. Mijałem właśnie otwar- 
zobaczyłem, że pani leży na podłodze... strasznie 
^uacja, rozumie pani chyba... Gdyby nie to, że 
'iłam z brzękiem filiżankę na spodek, jakbym 11 w ten sposób dać do 
zrozumienia, że odzyska- 
93 
Barbara Wood 
- Proszę o kilka wyjaśnień, panie Rasheed i -żliwe. Na przykład 
chciałabym się dowiedzieć,\x i dlaczego pan mnie śledził? 
Zapanowała głęboka cisza. O wszystkie czte^ obijało się echo uderzeń mego 
serca. Wcale nie r wałam się sytuacją, w jakiej się nagle znalazłam a\ 
przecież więźniem tego człowieka. I nikt nie wiedzia 
jestem. 
-  Oczywiście, że należą się pani wyjaśnienia Harris, a poza tym 
chciałbym przeprosić panią zj kie przykrości, na które panią naraziłem. 
Musi pani ia zrozumieć, że wcale nie śledziłem pani, tylko pana T 
wella. 
Zamrugałam niemądrze oczyma. 
-  Śledził pan Johna? 
-  Czekałem na niego, kiedy przyleciał na lotnisko Ii narda da Vinci, i 
pojechałem za wami do hotelu. -Rash przez chwilę oglądał paznokcie, a ja 
wiedziałam, że w nie się zastanawia, co ma teraz powiedzieć, co wyjan 
a co ukryć. 
-  Poza tym - paplałam dalej swoje - kim pan właści jest, żeby tak po 
prostu śledzić sobie ludzi, i co ta zrobił John, że musiał być 
obserwowany? 
-  Zaraz do wszystkiego dojdziemy, panno Harri musi pani mi dać szansę 
wyjaśnienia paru spraw. V pani, ja już wcześniej śledziłem pana 
Treadwella mie, a tego dnia oczekiwałem jego powrotu. Nie si wałem się 
natomiast, że wróci w towarzystwie, n myśli pani towarzystwo, i dlatego 
postanowiłe również panią, żeby ustalić, co panią łączy z Johnen 
wellem. 
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. 
-  Co pan ma na myśli mówiąc, że oczekiwał I powrotu?                                                              

-  Pan Treadwell spędził parę dni w Residence zanim przyleciał z panią do 
Rzymu. 
-  Co? - Pokój zawirował mi przed oczami. 
94 
Psy i szakale 
owodu uderzenia w głowę. - Twierdzi pan, icy^^pLiie, zanim poznałam go w 
samolocie? 
n0 pokiwał głową. 
•asheea wu*          wierzę panu. I kim pan właściwie 
'ileczKę- 
vwiście powinienem to pani wyjaśnić. Otóż pra-^du egipskiego. Jestem kimś 
w rodzaju agenta. v™\* tak określilibyście mnie w Ameryce. 
listy uwierzytelniające, ale są nanizane po arabsku. Oczy zwęziły mi się 
jak szparki. , jakim agentem? Jakiego rodzaju sprawami się pan 
Niestety nie mogę tego pani dokładnie wyjaśnić, tak samo jak agent w 
służbie rządu amerykańskiego nie mógł-f udzielić nikomu takich 

background image

informacji. Powiedzmy, że jestem kimś w rodzaju policjanta i powierzono 
mi sprawę pana Treadwella. - 0 Boże! 
5rzesunęłam ręką po czole gestem oznaczającym, że 
jstem zdruzgotana i próbuję jakoś przyjąć do wiadomości 
iczające mnie fakty. Przez chwilę siedziałam i wpa- 
"ywałam się w Rasheeda, który, ku memu zdziwieniu, 
nie okazał się tak groźny, jak myślałam. Widziałam 
bą trzydziestoletniego mężczyznę o smagłej cerze. 
anybył w spodnie i białą koszulę z podwiniętymi ręka- 
iał grube czarne włosy i zdecydowanie semickie 
lrzy. Ody mówił, uważnie dobierał słowa i wyma- 
e z dziwnym, interesującym akcentem. 
JWnak mu nie wierzyłam. 
erbaty   Zn°WU się odezwai> wypił jeszcze parę łyków 
^wnioskowałem z waszej rozmowy, że jest pani w a Treadwella, pomyślałem, 
że podążając pani lem sie również czegoś o nim. 
95 
Barbara Wood 
Oburzało mnie to, że Rasheed tak bez skrupułów naru, szył moją 
prywatność. Stopniowo jednak informacje, którę mi podał, zaczęły docierać 
do tej maleńkiej części mojeg0 skołatanego mózgu, zwanej zwykle rozumem. 
Teraz dopie^ poraziło mnie znaczenie jego słów. 
-  Twierdzi pan, że John był w hotelu Residence Pałace, zanim 
przyjechałam do Rzymu? 
-  Sam go tam widziałem. 
-  Ale on nigdy... - Mój głos nie brzmiał już tak napastliwie. Spojrzałam 
jeszcze raz na Rasheeda i stwierdziłaą że wpatruje się we mnie spokojnie. 
- No proszę, niech pg| mówi - szepnęłam - chociaż wcale nie chcę tego 
usłyszei 
- Jestem pewien, że i tak już się pani domyśliła, panno Harris. Tak, John 
Treadwell znał pani siostrę Adelę. 
Zacisnęłam mocno powieki, a kiedy je otworzyłam, 
łam w tym samym pokoju. Otaczały mnie te same wyblakle| 
ściany, na podłodze leżał ten sam wschodni dywan, w p& 
wietrzu unosił się zapach herbaty, w tle grała cicha arab 
ska muzyka - nic się nie zmieniło. Ahmed Rasheed - agem 
do zadań specjalnych, człowiek o zagadkowych oczach 
również nie zniknął. 
-  Przecież pan wie, że nie wierzę. Wzruszył ramionami. 
-  Wcale nie twierdzę, że znał ją dobrze. Raz widziałem1 jak jedli razem 
lunch w Residence Pałace. 
-  On wynajął tam pokój? 
-  Tak, ale nie podał swojego nazwiska. Dzielił aparta 
ment z dwoma innymi mężczyznami i do książki hotelów 
wpisany był tylko Arnold Rossiter. - Ahmed Rasheed vtf 
raźnie czekał na jakąś reakcję z mojej strony, ale jufl 
chwili stało się dla niego jasne, że nigdy w życiuł 
słyszałam tego nazwiska. 
- Czy jeden z nich nie nosił przypadkiem okulał 
z grubymi szkłami? 
Rasheed uniósł brwi.                                       J^B 
- Ależ tak! 
Psy i szakale To by rozwiązywało jedną zagadkę. John znał grubasa. 
-  On jest w Egipcie. Widziałam dzisiaj, jak rozmawiał z Johnem tuż 
przedtem, zanim oboje postanowiliśmy uciąć 
sobie drzemkę na podłodze. 
-  A zatem jego przyjaciele również są tutaj. Specjalnie 
mnie to nie dziwi. 

background image

Kręciłam się niespokojnie na kanapie. Cała ta sytuacja wydała mi się 
nagle dziwaczna i krępująca. Siedziałam sobie w mieszkaniu Araba, który 
twierdził, że jest tajnym agentem, i śledził mojego znajomego, Johna 
Treadwella. Ten z kolei okłamał mnie, bo okazało się, że znał moją 
siostrę i spotykał się z nią w Rzymie. Czułam, że robi mi się 
słabo. 
- A więc John Treadwell znał moją siostrę, tak? Oznaczałoby to również, 
że przyleciał do Los Angeles, żeby niby to przypadkiem zająć miejsce obok 
mnie w samolocie, który leciał z powrotem do Rzymu, gdzie udawał, że 
nigdy nawet nie słyszał o Adeli. Wybaczy pan, ale dla mnie to nie 
ma sensu. 
-  Dla mnie również, panno Harris. 
-  Zatem John wiedział, że wybieram się do Rzymu. W takim razie Adela 
powiedziała mu, że chce mnie tam ściągnąć. Dlaczego więc kłamał? - 
Oczywiście znałam już odpowiedź. - To on i jego przyjaciel włamali się do 
mojego mieszkania w Malibu, prawda? 
- Ktoś włamał się pani do mieszkania? - Był wyraźnie 
zdziwiony. Zamknęłam oczy i skinęłam potakująco głową. Wtedy 
Poczułam się jeszcze gorzej. 
~ W takim razie John wiedział też, kto uderzył mnie w głowę w Domu 
Nerona. Więcej. On to zaaranżował. 
Czułam, że mam serce w gardle. 
"~ Obawiam się, że to wszystko prawda, panno Harris. -T^ttied Rasheed 
patrzył na mnie wyczekująco, jakby spo- 
Zlewał się, że dodam coś jeszcze. Choć to jedno zdanie. 
Nie chciałam spełnić jego oczekiwań, ale nie miałam 
97 
Barbara Wood 
-  A więc wie pan, że mam szakala? 
-  Tak, wiem - powiedział. Omal nie zemdlałam z wrażenia. 
Piliśmy dalej herbatę, jakbyśmy byli na przyjęciu, a po« tem Rasheed 
postawił przede mną misę z pomarańczami i zaczął wychwalać zalety 
egipskich owoców. Oczywiście go nie słuchałam. Usiłowałam doszukać się w 
tym całym b& łaganie jakiegoś sensu. Nagle zrobiło mi się bardzo smutno. 
Nie chciałam wierzyć w to, co powiedział Rasheed, alf musiałam przyznać, 
że kawałki łamigłówki pasują do siebie jak ulał. Odkryłam, że John 
Treadwell przez cały cza$ mnie oszukiwał, i był to dla mnie potworny 
cios. Nie wią działam, co o tym wszystkim myśleć. 
A więc muszę zająć jakieś stanowisko. Dlaczego właści wie mam wierzyć 
temu tajemniczemu nieznajomemu, który uwięził mnie w swoim mieszkaniu? 
Dlaczego mam wierzyć w to, co powiedział mi o Johnie? O człowieku, w 
którym niemal się zakochałam? 
Wręczył mi drugą filiżankę herbaty, a ja wpatrywał się w nią teraz z 
niedowierzaniem. 
-  Czy mogłabym dostać coś o bardziej leczniczym działaniu? 
-  Nie bardzo rozumiem. 
-  Burbon, szkocką, wódkę, wino? 
-  Przykro mi. Nie mam żadnego alkoholu. Jako muzul manin w ogóle nie 
piję. Może wolałaby pani kawę zamiaf herbaty, albo na przykład jakiś sok? 
-  Nie. - To było naprawdę absurdalne. - Nie, dziękuj Wszystko w 
porządku. - Sączyłam herbatę. Była napraw< wspaniała. - A czy odpowie mi 
pan na jeszcze jedno pyt* 
nie? 
-  Oczywiście. 
-  W co wplątał się John Treadwell? Uśmiechnął się szeroko. 
-  Przykro mi, panno Harris, ale to ściśle poufna kwetf 
i nie mogę... 
98 

background image

Psy i szakale 
-  Postaram się to ująć nieco inaczej. - Postawiłam filiżankę na stoliku 
i wyprostowałam plecy. - John Treadwell wplątał się w coś, w co również 
została wplątana moja siostra, która wplątała w to mnie. Cóż to takiego 
jest? 
-  Panno Harris, rozumiem, co pani czuje, ale naprawdę nie wolno mi mówić 
na ten temat. Rzeczywiście jest pani w to wplątana, dokładnie tak samo 
jak pani siostra. Chociaż być może ona nie jest winna. 
-  Nie jest winna czego? 
-  Nie mogę powiedzieć. - Mówił w dalszym ciągu spokojnie i cicho. - 
Proszę, niech mi pani uwierzy. Tak jest 
| lepiej. Im mniej pani wie o całej sprawie, tym lepiej dla 
pani. 
-  Proszę posłuchać, panie Rasheed. Dla mnie może być pan nawet szefem 
egipskiej CIA, nie muszę się tym przejmować. W tym kraju jest ambasada 
amerykańska... 
-  Konsulat - sprostował. 
-  ...i natychmiast mogę się tam udać. Nie będą zachwyceni, jak się 
dowiedzą, że obywatelka amerykańska jest przetrzymywana wbrew swej woli 
przez egipską policję... 
-  Panno Harris. 
-  ...i nawet nie wie, z jakiego powodu. 
-  Panno Harris. Proszę mnie posłuchać. Rozumiem pani uczucia. Proszę 
teraz pozwolić coś sobie wytłumaczyć. Dobrze? Ja nie reprezentuję 
egipskiej policji, a pani nie jest moim więźniem. Przywiozłem tutaj panią 
ze względu na pani bezpieczeństwo. 
-  Dlaczego? Czy dlatego, że John pobił się ze swoim Przyjacielem? Może 
się pokłócili o to, kto ma zapłacić rachunek? Ale byłam bezpieczna w tym 
hotelu. Jestem tego pewna. Co innego w Domu Nerona. Doceniam fakt, że 
| Posprzątał mnie pan z podłogi i wymiótł z hotelu, ale to odziejskie 
porwanie do kryjówki Ali Baby naprawdę l« zbędne. 
Ahmed Rasheed usiłował ukryć rozbawienie, a ja zda-sobie sprawę, że mam 
jednak trochę fantazji. Nigdy się o to nie podejrzewała. 
99 
Barbara Wood 
-  A poza tym - ciągnęłam już spokojniej i poważniej, I bardzo chciałabym 
wiedzieć, jakie znaczenie ma ten prz$ klęty szakal i dlaczego wszystkim 
tak na nim zależy. 
-  Przykro mi, ale... 
-  Tak, wiem, nie wolno panu o tym mówić. A wolno panu przynajmniej 
zabrać mnie z powrotem do hotelu? 
Nagle zmienił się wyraz jego twarzy. Spochmurniał, a ja 
powiedziałam: 
-  A więc jednak jestem tutaj przetrzymywana wbrew 
swojej woli. 
-  Nie, nie w tym rzecz. Przed chwilą mówiła pani, że nie potrzebuje pani 
opieki, że w hotelu była pani bezpieczna i tak dalej... Tu chodzi o coś 
więcej. Teraz nie będzie pani bezpieczna w tym hotelu. I nie może pani 
tam wrócić. 
-  Ale dlaczego? 
W końcu popatrzył mi w oczy i unieruchomił mnie tym spojrzeniem bardziej, 
niż gdyby mocno chwycił mnie m ręce. Nie mogłam się ruszyć. 
-  Co się stało? Proszę mi powiedzieć - szepnęłam. 
-  John Treadwell nie stracił przytomności. On nie żył 
Pokój nagle oddalił się ode mnie i widziałam go j przez mgłę, a Arab 
prawie zupełnie zniknął. Czułam, j trzęsę się jak galareta, a żołądek 
podchodzi mi do gardł Mózg odtwarzał w pamięci różne obrazy. Ulotne 
wspomnie-nia, nieuchwytne wrażenia. Czy ja naprawdę to wszystta 

background image

widziałam, czy tylko o tym śniłam? Kiedy wychodził z hotelu Shepheard's, 
dłoń miałam przyciśniętą do czo: ramię Ahmeda Rasheeda obejmowało mnie w 
pasie, pi drzwiach panowało zamieszanie, ktoś krzyczał: Aywa! iL wa!, 
widziałam jakieś jasne światła i mundury policjantów 
-  Teraz już sobie przypominam - szepnęłam. - W hoteft 
była policja. 
-  Pokojówka znalazła was oboje na podłodze w apart* mencie Johna. 
Słyszałem, jak zgłasza to w recepcji, wi| zaproponowałem, że pójdę i 
sprawdzę. Próbowała się pa podnieść, więc pani pomogłem. Kiedy po paru 
mini 
100 
Psy i szakale 
wyszliśmy na korytarz, na miejscu była już policja. Wbrew pozorom jednak 
to całe zamieszanie pomogło nam opuścić hotel. Przepuścili nas, kiedy 
pokazałem im dokumenty. 
Z głową opartą o kanapę, wpatrywałam się tępo w Rasheeda, który mówił 
dalej: 
-  Pokojówka nie bardzo potrafiła panią opisać. Powtarzała tylko bez 
przerwy: „Amerykanka, Amerykanka". Ale w tym mieście jest wielu 
Amerykanów. Dlatego policja nie wie, jak pani wygląda. 
-  Ale mój paszport... - Biorąc pod uwagę okoliczności, umysł służył mi 
jeszcze zupełnie dobrze. - Mój paszport został w recepcji. 
-  Zabrałem go stamtąd. Wziąłem również pani walizkę i torebkę. Na 
szczęście nie zdążyła się pani rozpakować, powiedziałem znajomemu w 
recepcji, że pani wyjeżdża. Okazało się, że pan Treadwell wynajął pokój 
na swoje nazwisko, co znacznie uprościło sprawę, W każdym razie, jak do 
tej pory, nikt pani nie szuka. Nie mają nazwiska, rysopisu... - Próbował 
się uśmiechnąć. 
Z trudnością poruszałam ustami, a język stanął mi jak 
kołek. 
-  Co to znaczy: jak do tej pory? 
j    - Egipska policja jest bardzo dokładna, szczególnie je-' żeli w grę 
wchodzi tak kłopotliwa i skandaliczna historia jak morderstwo. Władze 
będą domagać się szybkiego wyjaśnienia sprawy. Już niedługo sprawdzą dane 
wszystkich osób, które zostały u nich zarejestrowane w ciągu ostatnich 
kilku dni. Pani znajdzie się wśród nich i drogą eliminacji dojdą do 
wniosku, że właśnie pani powinni szukać. ~ A rysopis znajdą w danych 
paszportowych? 
-  Tym mniej bym się przejmował. Najważniejsze jest jednak to, że nie 
może pani zamieszkać w żadnym innym hotelu w Kairze, bo policja będzie 
poszukiwać Amerykanki z Pani numerem paszportu. 
"- Rozumiem. - Wyprostowałam się i położyłam ręce na kolanach. Przede mną 
leżał John Treadwell z potarganymi Zn&jomo włosami. Łzy napłynęły mi do 
oczu. Jeszcze zanim 
101 
Barbara Wood 
zaczęłam płakać, zdołałam powiedzieć: - Dziękuję, że mni$ pan stamtąd 
wydostał. Gdyby się pan nie zjawił... - Potrząs-nęłam głową. - W Rzymie 
sądziłam, że jest pan moim 
wrogiem. 
-  Ale teraz już pani wie, że jesteśmy po tej samej 
stronie. 
-  To znaczy po której? - Zabrzmiało to gorzko i nieuprzejmie. 
-  Oboje chcemy znaleźć pani siostrę. 
Nagle słowa te przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy znów oparłam 
się o kanapę i wbiłam paznokcie w skórkę pomarańczy, myślałam tylko o 
Johnie, drogim kochanym Johnie, który był dla mnie taki dobry i tak mi 

background image

pomagał. A teraz on nie żył, a ja nie wiedziałam dlaczego. Mogłam tylko 
podejrzewać, że zamordował go ten Arab. 
Kiedy poczułam dotyk jego dłoni na policzku, uświadomiłam sobie, że 
płaczę, bo Arab właśnie ocierał mi łzy, 
mówiąc: 
- Czy wie pani, że Allach pragnął, żebyśmy zawsze byli szczęśliwi, i 
dlatego dał nam śmiech? Ale dał nam również łzy, aby ten śmiech stał się 
jeszcze słodszy. Myślę, że pani kochała Johna Treadwella, i jest mi 
bardzo przykro, że to właśnie ja musiałem pani przekazać te okropne 
nowiny. > - Płaczę po człowieku, za którego go brałam, a nie po tym, 
jakim był naprawdę. Jeśli prawdą jest to, czego dowifr działam się od 
pana, John okłamywał mnie od początku <j| końca. A jeśli mam również 
uwierzyć w jego przyjaźń z grubasem, a muszę przyznać, że sama widziałam, 
jak poufale sobie gawędzą, oznaczałoby to również, że John maczał palce w 
zajściu w Domu Nerona. Nie mogłabym kochać takiego człowieka i oczywiście 
go nie kocham. Płaczę z p^ wodu utraty człowieka, którego nawet nie 
znałam, bo ii niał tylko w mojej wyobraźni. 
Kiedy tak siedziałam ze łzami na policzkach i do połoMtt obraną 
pomarańczą w ręku, czułam, że mój smutek powJ zamienia się w gniew i 
urazę. Byłoby stratą czasu opła# wać człowieka, który zrobił ze mnie 
idiotkę. Cała ta ko» 
102 
Psy i szakale 
marna historia powoli wymykała mi się spod kontroli. Okazało się, że to 
bardzo poważna sprawa. Zamordowano człowieka. Ja również o mało nie 
zginęłam. A to wszystko przez szakala. 
Racheed wzruszył ramionami, ale nie dopatrzyłam się w tym nonszalancji. 
-  Pani nie zamordowała Johna Treadwella ani też nie wie pani, kto go 
zabił. Dlatego też nie może pani pomóc policji i aresztowanie pani 
niewiele by dało. Byłbym głupcem, gdybym im na to pozwolił. Byłaby to 
czysta strata czasu i opóźniłaby znalezienie pani siostry. Teraz jednak 
ukrywam panią przed policją, a więc łamię prawo. Nie będzie się to jednak 
ciągnęło w nieskończoność. Już jutro moje biuro oczyści panią z zarzutów. 
Wbiłam zęby w pomarańczę. Rasheed miał rację. Rzeczywiście była pyszna. 
Patrzył na mnie przenikliwie swoimi ruchliwymi oczami, w których nic nie 
można było wyczytać. Ten człowiek wiedział znacznie więcej, niż mi 
powiedział, a ja chciałam to z niego wyciągnąć. 
-  Panie Rasheed - odezwałam się z namysłem. - Wplątałam się w jakiś 
podejrzany interes. Okazuje się, że rządowi egipskiemu zależy na 
znalezieniu mojej siostry tak samo jak mnie. Okazuje się również, że John 
był zamieszany w tę samą historię co Adela. A ja będę wkrótce poszukiwana 
przez kairską policję za zamordowanie człowieka. Chyba się pan nie dziwi, 
że mam sporo pytań. Powinien pan na nie odpowiedzieć. Mam prawo wiedzieć, 
w co tak niemądrze się wpakowałam i w cóż takiego wplątał się John 
Treadwell, że aż go w końcu zamordowano. Mam również Prawo wiedzieć, 
dlaczego szuka pan mojej siostry i jakie znaczenie ma w tym wszystkim 
szakal. 
-  Tak, oczywiście, że ma pani prawo. - Uśmiechnął się cierpliwie i 
sięgnął po pomarańczę. Obierając ją, rzekł: -broszę mi wierzyć, panno 
Harris, nie wtajemniczam pani w te sprawy w trosce o pani bezpieczeństwo. 
Tak jest dla pani lepiej. Są w to zamieszani jeszcze inni ludzie, którzy 
nie Powstrzymają się przed niczym, żeby tylko zdobyć 
103 
Barbara Wood 
informacje na temat pani siostry. Jeśli dostanie się pani w ich ręce... - 
Zrobił dramatyczną pauzę. 
-  Na przykład Arnold Rossiter, o którym już pan wspominał. 

background image

-  Dokładnie tak.                                                         
jL 
-  A więc ukrywa mnie pan również przed nim. 
-  Prawdę mówiąc, tak. 
-  Dlaczego tak zależy panu na tym, żeby mnie chronić? 
-  Bo gdyby została pani zamordowana, mógłbym nigdy nie znaleźć pani 
siostry. 
-  Rozumiem. 
Przez pewien czas milczeliśmy i wsłuchiwaliśmy się w muzykę. Wydawało mi 
się, że dochodzi z sąsiedniego mieszkania. Miałam wrażenie, że wszystkie 
te wrzaskliwe, monotonne dźwięki są do siebie podobne. Mimo wszystko ta 
muzyka była dość interesująca - brzmiała tak egzotycznie. Zaczęłam 
bezwiednie wystukiwać jej rytm, uderzając 
nogą w podłogę. 
-  Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić? 
-  Wystarczy, że odpowie pan na moje pytania. 
-  Śledziłem pana Treadwella, gdyż interesowała mnie istota pewnej, 
powiedzmy, sprawy. W Rzymie odkryłem, że zawarł znajomość z AdeląHarris, 
przez pewien czas pozostawali w przyjacielskich stosunkach, a potem on 
wyjechał do Stanów. Wiedziałem, że panna Adela wysłała szakala do pani, a 
także i to, że próbowała panią ściągnąć do Rzymu. Byłem bardzo zdziwiony, 
kiedy się tam pani pojawiła w towarzystwie Johna Treadwella. Nie 
wiedziałam, czy pracuje pani dla niego, albo też inaczej mówiąc dla 
Rossitera, czy też raczej dla swojej siostry. Brałem również pod uwagę 
możliwość, że jest pani całkowicie niewinna. W co zresztą wierzę do dziś 
Potem, kiedy otrzymała pani list od siostry, wszyscy opuściliśmy Rzym. 
Nie spodziewałem się, że John zostanie żarno* dowany. Zupełnie nie 
rozumiem, dlaczego oni go zabili. 
-  Ludzie Rossitera? 
-  Tak, tak myślę. - Ahmed Rasheed zmarszczył brwi. 
Sprawa się bardzo skomplikowała. 
104                                     ' 
Psy i szakale 
-  A więc po prostu wykorzystywał pan moją osobę do znalezienia Adeli. I 
robi pan to nadal, traktując mnie jak 
przynętę. 
-  Nie ma niestety innego sposobu. Pani siostra albo się gdzieś ukrywa, 
albo została przez kogoś uwięziona. Tak czy inaczej będzie się starała z 
panią skontaktować. 
Przeżuwałam ten problem w myślach. Albo się ukrywa, albo jest więźniem. 
Wspaniale. 
-  A więc choć interesował pana głównie Treadwell, nawet teraz, po jego 
śmierci, kontynuuje pan śledztwo. Z tym, że obecnie skoncentrował się pan 
na mojej siostrze. 
-  Zawsze ją podejrzewałem. A teraz stała się nawet główną podejrzaną. 
-  O co, panie Rasheed? 
-  Nie mogę pani powiedzieć. 
-  To proszę mi chociaż wyjaśnić inną kwestię. Czy Adela dostała szakala 
od Johna Treadwella? 
-  Nie wiem. 
-  A więc może miała go już wcześniej i oboje byli zamieszani w tę, jak 
pan to ujął, sprawę, zanim poznali się 
w Rzymie? 
-  Tak. 
-  Innymi słowy, John chciał się z nią zaprzyjaźnić z powodu szakala. 
Kiedy się go pozbyła, zainteresował się moją 
osobą. 
-  Niewykluczone. 

background image

-  W takim razie nie rozumiem, dlaczego John po prostu | aie zabrał mi 
szakala. Miał wiele okazji. 
-  Ponieważ pani była dla niego ważniejsza. Mogła go Pani naprowadzić na 
ślad Adeli. Dlaczego miałby sobie Psuć dobre stosunki z panią, skoro mógł 
mieć i panią, 
1 szakala. Skinęłam z namysłem głową. 
-  Tak, miał nas oboje. W takim razie klucz do całej 
historii stanowi Adela. 
 Tak. Ale nie upieram się, że odgrywa w niej poważną  Równie dobrze może 
być tak samo niewinna jak pani. 
105 
Barbara Wood 
Niewykluczone, że Nie wiem. Z drugie] f na swoim koncie wie le 
opałach. Nie ^^ Wsunęłam do ust 
siałam przez chwile 
w całą aferę. loz«w okazać, że ma i ^st w prawdziwych 
> dowiedzieć. 
pomarańczy i my- 
m0ja siostra opuściła 
nocy? 
- Nie, nie wiedziałem. Jednego dnia tam była, na- 
stępnego zniknęła. Zgubiłem ją przez nieuwagę. Nie wiem, czy wyjechała z 
własnej woli, czy może została porwana. 
Patrzyłam tępo przed siebie. Czułam się, jakbym była zupełnie oderwana od 
tej sprawy, tak jakbym patrzyła na nią z boku, jak na jakieś 
przedstawienie teatralne. Ponieważ Lidia Harris narobiła sobie kłopotów, 
byłam ciekawą jak też sobie z nimi poradzi. Jeśli w ogóle sobie poradzi. 
-  Czy chroni mnie pan wyłącznie przed policją? Jego wahanie wystarczyło 
mi za odpowiedź. 
-  A więc ten, kto zabił Treadwella, może również polować na mnie. 
Dlaczego w takim razie nie zabili mnie w Rzymie i nie ukradli szakala? 
-  Nie wiem, panno Harris. 
Nagle otworzyłam szeroko oczy i omiotłam wzrokiem pokój w poszukiwaniu 
walizki. Jakby czytając w moich m$ ślach, Rasheed powiedział: 
-  Proszę się nie obawiać. Nie dotykałem pani rzeczy. Szakal wciąż 
jeszcze znajduje się w pani posiadaniu. 
-  Pan naprawdę jest policjantem. Roześmiał się i wręczył mi obraną 
pomarańczę. 
-  Niezupełnie, ale na razie wystarczy. 
-  I pracuje pan dla rządu, co znaczy, że Adela jest zamieszana w 
przestępstwo federalne. Boże, co za historii 
Byłam straszliwie zmęczona i znowu chciało mi się pł* kać. Aż trudno 
uwierzyć, jak bardzo się można nad soW litować, jeśli zostanie się 
doprowadzonym do ostatec* ności. W czasie krótszym niż dwadzieścia cztery 
godziił 
106 
Psy i szakale 
o mało nie zostałam zabita w rzymskim lochu, po czym wskoczyłam do 
samolotu lecącego na tajemniczy Środkowy Wschód, po raz drugi zgubiłam 
swoją siostrę, dostałam się na listę poszukiwanych przez kairską policję, 
a teraz ukrywam się w domu jakiegoś Araba, który nie może mi powiedzieć, 
kim jest. 
Gdzieś z daleka docierał do mnie mój zmęczony głos, który mówił: „Co mam 
teraz robić?" Nie podobało mi się to, że muszę błagać o cokolwiek, nie 
chciałam wydawać się nikomu taka bezradna. Byłam przyzwyczajona do tego, 
że sama za siebie odpowiadam i stoję mocno na ziemi. Byłam również 
przyzwyczajona do uporządkowanego świata, gdzie nie ma miejsca na 
niespodzianki. Ale ten świat znajdował 

background image

się tysiące mil stamtąd. 
- Obawiam się, że nie może pani pójść do hotelu, bo znajdzie tam panią 
policja. Ponieważ pracuję dla rządu, prawdopodobnie uda mi się oczyścić 
panią z zarzutów, ale to zajmie sporo czasu. Poza tym ten, kto zabił 
Johna Treadwella, również będzie szukał pani w hotelach. Wolałbym, żeby 
została pani tutaj, bo tu jest pani bezpieczna. 
Oczy zwęziły mi się jak szparki. Uważałam, że to Ahmed Rasheed zabił 
Johna. Nadal mu nie ufałam. - Dopóki zostanie pani u mnie, nic pani nie 
grozi. A jaki inny miałam wybór? W mojej sytuacji mogłam jedynie mu 
wierzyć i mieć nadzieję, że mówi prawdę. Na pewno nie byłoby dobrze, 
gdyby mnie aresztowano, albo gdyby mnie znalazł zabójca Treadwella. - Mój 
dom jest pani domem - powiedział. Myślę, że popatrzyłam na niego z 
niedowierzaniem, gdy te słowa wreszcie do mnie dotarły. Mam zostać tutaj? 
-Pomyślałam z wściekłością. Nawet nie próbując tego ukryć, rozejrzałam 
się po pokoju, obejmując wzrokiem Porozrzucane książki i papiery, 
pstrokaty dywan, zamknięte okna i zniszczoną kanapę, na której 
siedzieliśmy. Zostać *utej? Ale właściwie gdzie? W mieszkaniu mężczyzny, 
który, ^e<iług mnie, chciał zabić Adelę? Mężczyzny, który snuł r°żne 
teorie, ale żadnej nie potrafił udowodnić? Mężczyzny 
107 
Barbara Wood 
- Ama 
jednakdo 
pani do hotelu  f czór-powiedział ci 
duje dzikie 
bezbarwnym głosem. 
-To prawda.              -  „nnno Harris? Czy dojdzie pani 
- Amapanijakiśwybor,pannoHarr             lem.wróc. 
iednak do wniosku, że.me; jestem pani P^.^ jft wifr 
^ który ostrożnie zaga-jest tłoczno i ciemno, „pani większe szansę dać 
niż z ludźmi, 
bo jestem sam. 
Usłyszałam mój cichy głos, który mówił: 
-  Skąd mam wiedzieć, że to nie pan go zabił? Rasheed milczał. Patrzył na 
mnie spokojnie i trochę 
tajemniczo. W żaden sposób nie potrafiłam go przejrzeć. 
-  Jestem zmęczona - powiedziałam w końcu - i mam tego wszystkiego dosyć. 
Poza tym mam za duży mętlik w głowie, żeby podejmować takie trudne 
decyzje. Może zabił pan Johna, może nie. Nie wiem i nie jestem w 
nastroju, żeby zgadywać. Przypuszczam, że mógł mnie pan zamordować, kiedy 
byłam jeszcze w Shepheard's, a może czeka pan, żebym znalazła Adelę, i 
wtedy załatwi pan nas obie za 
jednym zamachem. 
Dotknęłam swoich policzków. Były rozpalone. 
-  Teraz chcę się tylko położyć i zostać sama. 
-  A więc zostaje pani? 
-  A mam jakiś wybór? 
Rasheed uśmiechnął się. Potem wstał i posprzątał fili" żanki oraz skórki 
pomarańczy. Kiedy wyszedł na chwila starałam się ocenić sytuację. 
Przypuśćmy, że nie zabił Johna. To jeszcze wcale nie znaczy, że jestem 
bezpieczna w jego towarzystwie. A może on wcale nie czeka na Jf 
żebym znalazła Adelę, tylko usiłuje nie dopuścić do mojeg0 
spotkania z siostrą? 
LJV *¦*»/----- 
spotkania z siostrą? 
Zgadywałam na chybił trafił. Teraz mogłam jedynie ^ ufać intuicji, która 
podpowiadała mi, że jest jednak tyrfljB 
Psy i szakale 

background image

go się podaje, i na razie zostawić wszystko tak, jak jest. W końcu 
uratował mnie przed policją i wszystkim, co się i nią wiązało. A mógł po 
prostu zabrać szakala i uciec, poza tym - rozejrzałam się po mieszkaniu 
tego dziwnego człowieka - chyba naprawdę jest bezpiecznie. 
Kiedy Rasheed wrócił do pokoju, wstałam wdzięcznie z kanapy i poczułam, 
jak straszliwie jestem zmęczona. Ostatnio bez przerwy byłam w takim 
stanie i nie wiedziałam już, jak to jest, gdy człowiek czuje się 
normalnie. 
- Mam jeszcze jeden pokój, taki mały salonik, i mogę tam spać - 
powiedział Rasheed. 
Jeszcze raz się rozejrzałam. To kawalerskie mieszkanie wymagało 
gruntownego sprzątania. A jeszcze bardziej urządzenia, choć być może 
takie wrażenie powodował fakt, że w końcu należało do Araba, więc zarówno 
umeblowanie, i jak i dekoracja wnętrza były całkiem obce mojemu oku. 
Przypomniałam sobie swoje gniazdko, gdzie przeważały białe, czerwone i 
niebieskie kolory, chrom i szkło. Choć nie supernowoczesne, na pewno 
urządzone było zgodnie z obowiązującą modą, a przede wszystkim panował w 
nim wzorowy porządek. 
Mieszkanie Rasheeda, mimo bałaganu, wyróżniał jednak pewien specyficzny, 
osobisty charakter. 
Wydawało mi się, że w sytuacji, w jakiej się znalazłam, zdanie: „Przykro 
mi, że sprawiam panu kłopot" zabrzmi absurdalnie, a jednak je 
wypowiedziałam. Ogarnęło mnie , ogromne znużenie i coraz bardziej bolała 
głowa. Chciałam zostać sama i zasnąć. Nawet tutaj, w tym mieszkaniu, w 
jego sypialni. Moje ciało dało za wygraną. 
Otworzył drzwi pokoju, w którym niedawno się obudziłam. 
- Nikt się nie dowie, że pani tu jest, panno Harris. Może SlL pani czuć 
całkowicie bezpieczna. 
Oceniałam w myślach głos i sposób bycia tego dziwnego ^żczyzny, a 
jednocześnie usiłowałam zrozumieć, dlacze-§0 tak bardzo chcę mu zaufać. 
John Treadwell został I Mordowany, a mnie szukała policja. Musiałam się 
jakoś 
109 
108 
Barbara Wood 
wydostać z tego bagna, z Adelą lub bez niej, i wrócić d^ normalnego 
życia. A więc przyjrzałam się uważnie stojącemu przede mną Arabowi i 
zaczęłam się zastanawiać, kiedy wreszcie obudzę się z tego koszmaru. 
Stałam na środku dziwnego pokoju, w którym był portret Anwara el-Sadata i 
stare rzeźby. Towarzyszył mi jedynie mężczyzna mówiący z obcym akcentem, 
który mógł ze mną zrobić, co chciał. Zniknęły wszelkie pozory 
normalności. Nie pozostało nic ze świata, który znałam, świata, gdzie 
królował rozsądek i spokój. Miałam wrażenie, że nic już mnie nie łączy z 
dotychczasowym życiem i przyjaciółmi. Czułam chłód i pustkę w sercu. 
-  Proszę - powiedział, dotykając czubkami palców mojego łokcia. - Jest 
późno. 
-  Tak, oczywiście. - Poruszałam się jak we śnie, bo chciałam wierzyć, że 
śnię. 
Kiedy weszłam do sypialni, zobaczyłam, że w rogu stoi moja walizka i 
torba. 
-  Nie potrzeba pani czegoś? - zapytał. Pokręciłam głową. 
-  W takim razie dobranoc, panno Harris. 
-  Proszę chwilę zaczekać. - Odwróciłam się i rozłożyłam bezradnie ręce. 
- W każdym razie dziękuję - powiedziałam słabo. 
Skinął głową. 
-  Jest pani bezpieczna. Nikt nie wie, gdzie pani przebywa. A ja będę 
obserwował hotel Shepheard's. Może pojawi się tam pani siostra. To 
proste, naprawdę. 

background image

-  Wiem, ale... to znaczy... - Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy po raz 
ostatni tak bardzo brakowało mi słdw. Drżałam, choć w pokoju było ciepło. 
Ostre spojrzenie Ah-meda Rasheeda przeszywało mnie na wylot. Nie wiem, co 
przejmowało mnie większą grozą: śmierć Johna czy to, # ja mogę być 
następna. Ponieważ pracowałam jako pieleń niarka na oddziale chirurgii, 
widziałam już śmierć w nai' rozmaitszych postaciach. Oglądałam jej 
najbardziej upiof' ne i plugawe oblicza. Gdy byłam nastolatką, śmierć 
110 
Psy i szakale 
ła mnie osobiście, zabierając rodziców i brata. Śmierć nie była mi obca. 
Ale tym razem myślałam o niej inaczej. 
-  Była pani w nim zakochana? - zapytał ze swoim dziwnym akcentem. 
Patrzyłam na niego pustym wzrokiem. W całym moim dotychczasowym, świetnie 
zaplanowanym i zorganizowanym życiu, nigdy nie byłam zakochana. I 
pogodziłam się z tym faktem, choć wszystkie moje koleżanki angażowały się 
w rozliczne romanse, a znajomi od dawna oczekiwali, że znajdę „właściwego 
mężczyznę" i wreszcie wyjdę za mąż. Tak się jednak nie stało, ale kładłam 
to na karb upodobania do pustelniczego trybu życia. 
Teraz, znienacka, stojąc w słabo oświetlonym pokoju z wyblakłymi tapetami 
i arabską muzyką w tle, patrząc w oczy zupełnie obcego człowieka, 
podawałam w wątpliwość całą swoją przeszłość. 
-  Nie, nie byłam w nim zakochana. Ale przykro mi, że nie żyje. 
-  Odszedł do Allacha. 
-  Pewnie tak. 
-  Dobranoc, panno Harris. 
-  Tak - szepnęłam. -1 jeszcze raz dziękuję. 
-  W Egipcie mówimy shokran. 
-  Shokran. 
-  Affuan i dobranoc. 
Rozdział dziewiąty 
KJ budziło   mnie   nawoływanie   muezina.   Otworzyłam z przerażeniem 
oczy i leżałam tak nieruchomo, dopóki nie przypomniałam sobie, gdzie 
jestem. Przez żaluzje wpadały do pokoju jasne strumienie światła, a także 
odgłosy z ulicy i strzępy rozmów z dołu. Z daleka dochodziło zawodzenie 
muezina, a ja próbowałam uporządkować skołatane myśli. Pierwszą rzeczą, 
na którą zwróciłam uwagę, było to, że łóżko jest bardzo wygodne i czuję 
się naprawdę wypoczęta. Następnie pomyślałam o Johnie Treadwellu i 
ogarnął mnie smutek, a później gniew. Złość wkrótce przerodziła się w 
rozgoryczenie, kiedy uświadomiłam sobie, za jaką idiotkę musiał mnie 
uważać i jak łatwo wpadłam w zastawione przez niego sidła. Lidia Harris 
nie pozwoli po raz drugi wystrychnąć się na dudka. Nawet najbardziej 
czarującemu mężczyźnie. 
Potem zaczęłam myśleć o doktorze Kellermanie. Gdyby wiedział, co się ze 
mną dzieje, byłby strasznie zmartwiony i zły na siebie, że pozwolił mi tu 
przyjechać. Kiedy zastanawiałam się, kto mu teraz asystuje, uśmiechnęłam 
się do siebie, bo wiedziałam, że niezależnie od tego, kto to jest, na 
pewno doktor z niecierpliwością oczekuje mojego powrotu. W stosunku do 
współpracowników zachowywał się jak gburowaty stary niedźwiedź, ale 
ponieważ był najlepszym chirurgiem w szpitalu, mógł sobie na to pozwoli^ 
Cokolwiek by się działo, postanowiłam do niego zateleĄ nować jeszcze tego 
samego dnia. 
Wreszcie skupiłam zainteresowanie na osobie, wokó której rozgrywała się 
ta cała wariacka historia, to znacł 

Psy i szakale 
na mojej siostrze, Adeli. Zastanawiałam się, gdzie ona może teraz być, i 
co robi. Byłam również ciekawa, czy będzie próbowała nawiązać ze mną 

background image

kontakt i czy jest gdzieś w pobliżu. A przede wszystkim myślałam o tej 
tajemniczej historii, w którą obie byłyśmy zamieszane. 
Leżałam tak chyba godzinę, aż w końcu zdecydowałam się wstać. Głowa wciąż 
mnie bolała i głośno domagała się aspiryny, a w moim żołądku zalęgły się 
wygłodniałe lwy. Ubrałam się, a ponieważ zza drzwi pokoju nie dochodził 
żaden dźwięk, postanowiłam jeszcze raz spojrzeć na szaka-la. Wczorajszej 
nocy, kiedy już zostałam sama i usłyszałam, jak Ahmed idzie do siebie i 
gasi światła, zajrzałam do torby i znalazłam w niej szakala, tak jak go 
zostawiłam. Nie zdziwiło mnie to specjalnie. Przez parę minut myślałam o 
kryjówce dla niego, aż w końcu wepchnęłam go pod poduszkę, na której 
miałam spać. Gdyby ktoś zakradł się w nocy do pokoju, musiałby o niego 
walczyć. 
Wyjęłam teraz szakala spod poduszki i ponieważ byłam całkowicie ubrana, 
schowałam go pod bluzką, za paskiem od spodni. Nie było mi zbyt wygodnie, 
ale przynajmniej cały czas miałam go przy sobie i nie musiałam się o 
niego 
martwić. 
Zatrzymałam się, żeby spojrzeć w lustro. Bluzka miała luźny fason, więc 
nie było widać wybrzuszenia. W ciągu ostatnich paru dni wartość szakala 
zwiększyła się wielokrotnie, więc teraz czułam się tak, jakbym nosiła 
klejnoty koronne. Tak, ten szakal był dla mnie ważny. Najprawdopodobniej 
znał miejsce pobytu Adeli i stanowił mój klucz 
do znalezienia jej. 
Ahmeda Rasheeda nie było w domu. Gdy się o tym Przekonałam, odczułam 
ulgę, zdziwienie i strach. W dalszym  ciągu  niepewna,  czy  jestem  jego  
gościem,  czy więźniem, ostrożnie wyłoniłam się z sypialni, gotowa do 
w&lki. Ale jego nie było, nikt mnie nie pilnował, a drzwi WeJściowe 
otworzyły się, gdy tylko nacisnęłam klamkę, ^h      zorientować się w 
sytuacji, zamknęłam drzwi, pode- do okien i otworzyłam okiennice. 
113 
Barbara Wood 
A tam na dole hałas, światło, gwar oraz mieszanina zapachów tworzyły 
prawdziwy kalejdoskop życia. Znajdowałam się na trzecim piętrze i 
patrzyłam na jedną z najbardziej ruchliwych ulic, jakie widziałam w 
życiu. Kiedy zobaczyłam przewalające się przez nią tłumy, szybko 
zamknęłam okiennice. W tej samej chwili zrozumiałam, co miał na myśli 
Rasheed, mówiąc o zatłoczonych ulicach i o tym, że łatwiej mi będzie 
wygrać z nim, bo jest sam. Boże, tam przecież były setki ludzi, a każdy z 
nich mógł być 
mordercą Johna. 
Przycisnęłam twarz do okiennic i próbowałam coś dojrzeć przez szpary w 
listewkach. Naprzeciwko znajdowały się domy podobne do tego, w którym 
byłam - szare i niewiarygodnie stare, niektóre z balkonami, inne ze 
skomplikowanymi oknami typowymi dla haremów. W wielu z nich żaluzje i 
zasłony były zaciągnięte. Nie czułam w pobliżu żadnego niebezpieczeństwa. 
Ale skąd mogłam wiedzieć, kto jest na dole, w tej chmarze ludzi kłębiącej 
się na ulicy? Pomyślałam o grubasie, który nosił okulary ze szkłami jak 
denka butelek po coli, i wzdrygnęłam się. A jeśli on tam jest? Przecież 
Rasheed nie mógł przysiąc, że nikt nie widział, jak wychodziliśmy z 
hotelu, i że nikt nie ma pojęcia, gdzie jestem. A im dłużej myślałam o 
Johnie Treadwel-lu, tym bardziej byłam zła. Nawet nie dlatego, że tak ze 
mną postąpił, ale dlatego, że okazałam się tak ślepa, naiwna i głupia. 
Czy naprawdę tak łatwo ulegałam wpływom i tak łatwo można było mnie 
wykorzystać? John Treadwell miał okazję się o tym przekonać. 
Odwróciłam się od okna, podeszłam do kanapy i osunąwszy się na nią 
bezwładnie, przeklinałam własną głupotę. Jeśli Ahmed Rasheed również 
zamierzał mnie wykorzystać, jeśli chciał zwieść mnie urokiem osobistym i 

background image

paroma słowami pocieszenia, na darmo się trudził. Jedynym czta wiekiem, 
do którego miałam zaufanie, był doktor Kellefl 
- UxA tQł>a7 nrzv mnie. Ale on ba 
114 
Psy i szakale 
Ahmed Rasheed wszedł do mieszkania z gazetą pod pachą. Widząc moją 
zdziwioną minę, powiedział: 
-  Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. Nie sądziłem, że pani już 
się obudziła. Jest jeszcze wcześnie. 
-  Tak, wiem. Dzień dobry. Uśmiechnął się i odparł: 
-  Sabah el kheir. Zrobię pani herbatę. 
Patrzyłam, jak odchodzi do drugiego pokoju, i poczułam, że znowu jestem 
spięta. Zza drzwi dobiegł mnie szczęk naczyń, szum wody i brzęk widelca 
czy łyżki spadającej na podłogę. W chwilę później Rasheed wyszedł z 
kuchni, uśmiechnął się zdawkowo i zdjął marynarkę. 
Tkwiłam wciąż w tym samym miejscu, patrzyłam, jak chodzi po pokoju, i nie 
bardzo wiedziałam, co powiedzieć, ale on na szczęście wyratował mnie z 
opresji, pytając: 
-  Dobrze pani spała? 
-  Tak, bardzo dobrze. 
-  To świetnie. Cieszę się. Bardzo potrzebowała pani snu. 
Proszę, niech pani usiądzie. 
Usiadłam na kanapie, a on w fotelu naprzeciwko mnie. Uśmiechając się w 
dalszym ciągu, mówił: 
-  Byłem dziś rano na policji. Nie chciałem tracić czasu. Inspektor, 
który zajmuje się sprawą Johna Treadwella, jest moim przyjacielem. 
Odbyliśmy poufną rozmowę. Wytłumaczyłem mu, że pani jest prawdopodobnie 
tą Amerykanką, której szuka, ale że nie miała pani nic wspólnego z 
morderstwem, bo pracuje pani dla mnie. Usunął pani rysopis 1 numer 
paszportu z biuletynu hotelowego i przestał się Panią interesować. 
'- Dzięki Bogu. 
-  Już nie musi się pani martwić. 
-  To znaczy, że mogę się przenieść do hotelu. Nie jestem Poszukiwana 
przez policję. 
-  Tak, to prawda. - Przestał się uśmiechać i zmarszczył 
Niestety pozostaje jeszcze sprawa mordercy pana ella. Może wciąż pani 
szuka. ^ Grubas? 
115 
Barbara Wood 
-  Albo Arnold Rossiter. Wiedzą przecież, że opuściła pani hotel 
Shepheard's i gdzieś się pani przeniosła. Teraz będą obserwowali inne 
hotele. 
-  Bardzo bym chciała, żeby mi pan wreszcie wytłumaczył, o co w tym 
wszystkim chodzi. Dlaczego ktoś miałby 
mnie zabić? 
-  Myślę, że może nie tyle zabić, co porwać i uwięzić, żeby w końcu 
znaleźć pani siostrę. Taka jest moja teoria. 
-  Dlaczego w takim razie - zaczęłam zmęczonym głosem - szukają mojej 
siostry? 
-  Przepraszam. - Wstał z fotela. Myślę, że herbata już 
jest gotowa. 
Kiedy wyszedł z pokoju, znowu podeszłam do okna, uchyliłam okiennice i 
wyjrzałam na ruchliwą ulicę. Pojazdów widziałam niewiele - w takim tłumie 
trudno byłoby przejechać. Przechodnie byli w większości Arabami, 
niektórzy z nich nosili europejskie ubrania, niektórzy długie szaty, 
czyli galahie. Widziałam również mężczyzn w turbanach i kaffiyehach oraz 
kobiety z zasłoniętymi twarzami, ale także i takie, które ubrane były 
podobnie jak ja. Wszyscy gdzieś się spieszyli, uskakiwali przed 

background image

ciągniętymi przez osły wózkami lub szli ławą, żeby przebić się przez 
tłum. 
Nie zauważyłam nikogo, kto interesowałby się mieszkaniem Rasheeda. 
-  Zapewniam panią, że oni nie wiedzą, gdzie pani jest. Odwróciłam się i 
spojrzałam na mojego gospodarza. 
Niósł tacę, na której stały filiżanki, dzbanek i stos ciastek. Ustawił to 
wszystko na niskim stoliku przed kanapą i przysunął mi talerz ze 
słodyczami. 
-  Nikt nie obserwuje tego mieszkania, panno Harris. Sprawdziłem to 
dokładnie, zanim zostawiłem panią samą. 
Nie mogłam oprzeć się pokusie, i sięgnęłam po jedno z lukrowanych ciastek 
z kremem i galaretką. Było niezwykle słodkie, jak herbata, w której 
zawsze było tyle cukru, że aż zostawał na dnie filiżanki. 
-  Musi pani jeść - powiedział i wmusił we mnie jeszcze jedną porcję 
łakoci. 
116 
^                            Psy i szakale 
Zajadając z apetytem, zaczęłam się zastanawiać, jak to s[ę dzieje, że 
Egipcjanie wcale nie są grubi. 
-  Mam przyjaciela, który pracuje w Shepheard's. Powiedziałem mu, że 
szukam pani siostry. Będzie się za nią rozglądał i zawiadomi mnie, jeśli 
panna Adela pojawi się w hotelu. Urzędnicy kontroli celnej na lotnisku 
twierdzą, że jeszcze nie wyjechała. 
Chciałam coś powiedzieć, ale powstrzymał mnie gestem i ciągnął: 
-  To wcale jeszcze nie znaczy, że ona naprawdę jest w Egipcie. Cały czas 
czekam na wiadomości z Aleksandrii i Luksoru. Stamtąd nie jest wcale tak 
trudno dostać się do Sudanu. 
-  Do Sudanu?! A po cóż miałaby tam jechać? Rozłożył ręce. 
-  Wiem na ten temat tyle samo, co i pani, panno Harris. 
-  A kiedy zamierza mi pan zdradzić coś jeszcze? 
-  Już wkrótce, zapewniam panią. 
„Zapewniam panią" było chyba jego ulubionym zwrotem, ale mimo to nie 
udało mu się o niczym mnie zapewnić. Kiedy przysunął mi talerz, 
podziękowałam i siedziałam dalej na kanapie z filiżanką na kolanach. 
Milczeliśmy, a ja dokonywałam cudów, żeby uniknąć jego wzroku. Nie 
patrzył na mnie wprawdzie bezczelnie, ale raczej z ciekawością, ze 
szczerym zainteresowaniem. Zupełnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w 
życiu. 
Zakrawało to na ironię, bo trudno by sobie było wyobrazić bardziej 
osobliwą postać niż on sam. Już jego wygląd wydawał mi się dziwny, bo 
Rasheed miał ciemną skórę, gęste rzęsy i duży nos. Najbardziej jednak 
intrygował mnie jego sposób mówienia. Mówił świetną angielszczyzną, 
trochę przez nos, trochę gardłowym głosem, bardzo wolno i wyraźnie, jakby 
chciał się upewnić, czy go rozumiem. 
-  Pójdę już - powiedział, jak gdyby coś sobie nagle Przypomniał. - Wrócę 
po południu. Proszę się czuć jak u siebie w domu. 
-  Dziękuję. 
117 
Barbara Wood 
-  Shokran.                                                                    
i Gdy włożył kurtkę i skierował się do drzwi, coś nagle 
przyszło mi do głowy. 
-  Czy mogę skorzystać z pana telefonu? Oczywiście ureguluję należność. 
-  Nie mam telefonu, panno Harris. Niewielu mieszkańców Kairu ma telefon, 
bo to w naszych warunkach luksus. Nieda] leko stąd jest rozmównica. Czy 
ta rozmowa jest pilna? 
-  Tak, raczej tak. 

background image

-  Wolałbym, żeby pani jeszcze nie wychodziła. Zaczekajmy. Sam tam panią 
zaprowadzę. W ten sposób będzie pani 
bezpieczna. Do widzenia. 
-  Zamknęłam za nim drzwi, słuchałam, jak powoli zamierają jego kroki na 
schodach, po czym znowu podeszłam do okna. Przez szpary w okiennicach 
zobaczyłam, jak wj chodzi z domu i miesza się z tłumem na ulicy. Kiedy 
zniknął mi z oczu, obserwowałam przez chwilę ludzi na dole, okna 
naprzeciwko i dachy. Nie było nikogo, kto obserwowałby dom Rasheeda. 
Odeszłam od okna i usiadłam na kanapie. Byłam rozczarowana, bo nie mogłam 
zadzwonić do doktora Kellermana. Postanowiłam ponownie poruszyć ten temat 
wieczorem. 
Nalałam sobie drugą filiżankę słodkiej herbaty i położyłam się, żeby 
spokojnie pomyśleć. Sądzę, że jakiś mechanizm obronny nakazał mi uciec od 
teraźniejszości i powędrować w przeszłość. Chciałam zapomnieć o Johnie 
Tread-wellu, Adeli, szakalu, Ahmedzie Rasheedzie i ludziach, którzy 
chcieli mnie zabić. Tak więc myślałam o doktorze 
Kellermanie. 
Zawsze pan mi zarzucał, że jestem zbyt drobiazgowa -mówiłam do niego w 
wyobraźni. Zawsze pan twierdził, & jestem zbyt porządna i pedantyczna. 
Proszę w takim razie spojrzeć na mnie teraz. Żyję na walizkach i jestem 
byle jak 
 ą bluzkę i spodnie. Teraz wyląd0* 
spojrzeć na mnie teraz, w L "r;^,. Teraz wyWL ubrana, ciągle w te 
""J^^Sw* dziwaka, «g rE^^rSSaS za pasę, W - * 
rewolwer. 
118 
^                      Psy i szakale 
Straciłam poczucie czasu. Wspominając doktora Kel-lermana i swoją 
przeszłość, umknęłam teraźniejszości. Na ziemię sprowadził mnie muezin i 
jego enigmatyczna pieśń, po raz setny wstałam i podeszłam do okna, 
wyjrzałam przez szpary w okiennicach, poszukałam wzrokiem kogoś 
podejrzanego i odwróciłam się uspokojona. Jeśli ktoś rzeczywiście 
obserwował ten dom, robił to wyjątkowo sprytnie. 
Przez chwilę spacerowałam po pokoju. Ból głowy powoli ustawał, ale wciąż 
przypominał, że moje życie jest zagrożone. A może staję się zbyt 
melodramatyczna? - pomyślałam. Na pewno można jakoś zwyczajnie 
wytłumaczyć całą tę 
historię. 
Potem uderzyła mnie pewna myśl. Coś, co wcześniej jakoś nie przyszło mi 
do głowy, choć zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Stanęłam w miejscu jak 
wryta, podparłszy się pod boki, z wyrazem objawienia na twarzy. 
To pytanie pojawiło się zupełnie nagle, gdy targały mną tysiące innych 
wątpliwości. Zastanawiałam się po raz kolejny, gdzie jest Adela, jakie 
znaczenie w tej sprawie ma szakal, kim jest Ahmed Rasheed i dlaczego 
powinnam mu ufać, a także dlaczego właściwie mam wierzyć, że to nie on 
zabił Johna. I wtedy właśnie mnie olśniło: dlaczego w ogóle mam 
| wierzyć, że John nie żyje? 
Z wrażenia opadłam na kanapę i wpatrzyłam się bezmyślnie w swoje dłonie. 
Dobry Boże, przecież to możliwe, że John żyje, szuka mnie, jest nadal 
moim przyjacielem, & wszystko, co powiedział o nim Rasheed, to wierutne 
kłamstwo. 
Ale w takim razie jak wytłumaczyć spotkanie Johna z grubasem i fakt, że 
leżał nieprzytomny na podłodze? Znowu zaczynała mnie boleć głowa. Trudno 
było się ' ipać w tych wszystkich ciemnych sprawkach. Mogłam tylko pewna 
własnej tożsamości. Nie wiedziałam na-Wet jaki jest teraz dzień tygodnia. 
W środku aż gotowałam ^ ze złości - denerwowało mnie strasznie, że jestem 
taka i nie mogę sobie w żaden sposób pomóc. Chcia- 
119 

background image

Barbara Wood 
łam panować nad sytuacją, a tak naprawdę byłam tylko zwykłym pionkiem w 
tej całej grze. 
Czy John żyje? 
Znowu zaczęłam spacerować po pokoju. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, 
że będzie bardzo trudno udowodnij tę teorię. Bo przecież z pewnością nie 
mogłam go szukać. Nie w hotelu Shepheard's. Byłoby to zbyt ryzykowne. 
Znowu się zatrzymałam, bo coś przykuło moją uwagę. Nie wiem dokładnie 
dlaczego, ale kiedy przechodziłam obok stolika w jadalni, mój wzrok padł 
na złożoną gazetę, którą Rasheed przyniósł do domu i cisnął byle jak na 
blat. Teraz patrzyłam na nią i odczuwałam lęk. Czułam się tak, jakbym bez 
otwierania jej mogła dokładnie powiedzieć, co 
zawiera. 
Rozłożyłam ją na pierwszej stronie, zobaczyłam nagłówek pisany 
powykręcanymi arabskimi literami i zdjęcie zasłoniętego ciała, a wokół 
niego wianuszek nóg. Domyśliłam się, że litery w kształcie robaczków 
układają się w informację o tym, że w jednym z najlepszych hoteli w 
Kairze 
popełniono morderstwo. 
Łzy stanęły mi w oczach. Ponownie przeżywałam śmierć Johna i teraz 
patrzyłam na niego na zdjęciu, wiedząc, że 
widzę go po raz ostatni. 
Zaczęłam się zastanawiać, skąd przyszedł mi do głowy ten pomysł, że John 
jednak żyje. Doszłam do wniosku, że najprawdopodobniej przemęczony umysł 
próbował chwycić się choćby cienia nadziei, ale niestety, na darmo. Miło 
jednak było wyobrażać sobie przez chwilę, że Johna nie zabito, i że 
wszystko, co mówił ten Arab, to kłamstwo. W rzeczywistości jednak nic się 
nie zmieniło, znajdowałam się w tym samym punkcie, a mój umysł dręczyły 
wciąż te same zagadki. Czyjeś kroki na schodach wyrwały mnie z 
zamyślenia. Odwróciłaś się i zaczęłam nasłuchiwać. Ich spokojny, równy 
odgłos docierał do mnie najpierw z daleka, ale stopniowo stawał sft coraz 
głośniejszy, aż w końcu uświadomiłam sobie, że słys# je tuż pod drzwiami. 
Na chwilę nastała cisza, po czy^ usłyszałam delikatne stukanie. 
120 
Psy i szakale 
Ktoś pukał do mieszkania. 
Wpadłam jak szalona do sypialni i zamknęłam drzwi, jedną ręką 
podtrzymywałam tkwiącego pod bluzką szaka-la, a drugą uchyliłam leciutko 
drzwi i przywarłam do nich mocno. Zbliżyłam oko do szpary i wstrzymałam 
oddech. Usłyszałam zgrzyt klucza i serce na chwilę przestało mi bić. 
Drzwi mieszkania otworzyły się. Te same drzwi, które tak pieczołowicie 
zamknęłam. 
Serce zaczęło mi walić jak opętane. Bałam się głębiej odetchnąć. Twarz 
przycisnęłam do framugi i cały czas jednym okiem wyglądałam przez szparę. 
Ktoś wchodził do mieszkania. Wyjął klucz z zamka i spokojnie zamknął za 
sobą drzwi. To była młoda kobieta, której nigdy przedtem nie widziałam, 
mniej więcej w moim wieku, z czarnymi włosami do pasa, oliwkową cerą i 
dużymi oczami o badawczym spojrzeniu. Trzymając w jednym ręku klucze, a w 
drugim torebkę, rozglądała się po mieszkaniu. Wydawało mi się, że 
nasłuchuje. W dalszym ciągu wstrzymując oddech, zastanawiałam 
się, czy nieznajoma słyszy, jak mocno wali mi serce. Wtedy zawołała: - 
Mees Harrees! Aż podskoczyłam. Słuchała chwilę, znowu się rozejrzała i 
zawołała jeszcze 
raz: 
- Mees Harreest 
W jednej chwili zdecydowałam, że się jej pokażę. I tak zaraz by mnie 
znalazła, a nie chciałam sprawiać wrażenia osoby, która ze strachu 
schowała się przed nią w sypialni. Tak więc zdecydowałam się wyjść jej na 

background image

spotkanie i przybrać najbardziej nieustraszoną pozę, na jaką mogłam się 
zdobyć. Nie zamierzałam już na początku naszej znajomo-^ci pozwolić się 
zepchnąć do defensywy. Otworzyłam szeroko drzwi: 
-  Słucham? 
-  O, mees Harrees. - Uśmiechnęła się lekko. - Dzień 
<iobry. - Wyciągnęła rękę. 
121 
Barbara Wood Zakłopotana zrobiłam to samo i wymieniłyśmy uścisk 
dłoni. 
- Miło mi panią poznać - powiedziała z zabawnym akcentem, a potem dodała 
coś po arabsku. Widząc moją ogłupiałą minę, roześmiała się, potrząsnęła 
głową i wskazała na siebie. - Asmahan - przedstawiła się. - Jestem 
Asmahan. 
Brwi uniosły mi się same. 
-  Bardzo mi miło. Pani już wie, kim jestem. 
-  Aywa. - Wyrzuciła z siebie kolejny potok słów po arabsku, wśród 
których udało mi się wychwycić imię Ahmed. 
-  Ahmed? 
-  Aywa - potwierdziła żywo. 
Chociaż byłam przerażona, doszłam do wniosku, że z jej strony nic mi nie 
grozi. Miała sympatyczną twarz i miły sposób bycia. Śmiała się swobodnie 
i zupełnie nie wydawała mi się podejrzana. Niemniej postanowiłam mieć się 
na baczności. 
Asmahan dalej paplała coś po arabsku w tak naturalny sposób, jakbym 
rozumiała każde jej słowo, a potem szybko odwróciła się ode mnie i 
zniknęła w kuchni. Przez chwilę stałam przykuta do podłogi, dotykając 
łokciem zatkniętej za pasek figurki z kości słoniowej. Po chwili 
usłyszałam szczęk naczyń, potem szum wody i zdecydowałam się wejść 
do kuchni. 
Asmahan robiła herbatę. 
- Dzień dobry i dobry wieczór - powiedziała cienkim głosem. - Mówię po 
angielsku. Jak się pani miewa? -Odrzuciła długie czarne włosy i spojrzała 
na mnie promiennie przez ramię, wyraźnie czekając na jakąś reakcję z 
mojej strony. Mogłam się tylko uśmiechnąć. 
Tak więc powróciła do rytualnego parzenia herbaty" gotowała wodę, 
odmierzała listki i sprawdzała czystość filiżanek. Cały czas miałam 
wrażenie, że czuje się tu i& 
u siebie w domu. 
Kiedy herbata była już gotowa i wróciłyśmy do mój gość spróbował jeszcze 
raz nawiązać ze mną roz 
122 
Psy i szakale 
-  Ja mówię po angielsku - powiedziała, gdy usiadłyśmy na kanapie 
naprzeciwko tacy z herbatą i ciastkami. - O tak - dodała i zrobiła 
półcentymetrową szparkę między kciukiem a palcem wskazującym. - Troszkę - 
wyjaśniła. 
-  Zauważyłam. Ja niestety nie znam arabskiego. Asmahan wzruszyła 
ramionami. 
-  Ma' alesh. Proszę pić herbatę, Mees Harrees. Wzięłam od niej 
filiżankę, wciągnęłam w nozdrza słodki 
miętowy zapach i piłam z wdzięcznością. Do tej pory nie zdawałam sobie 
sprawy, że jestem głodna. Ani też z tego, że jest już późne popołudnie. 
Podsunęła mi ciastka. 
-  Mees Harees, Ahmed rozmawiać ze mną. Pani rozumieć? 
-  I prosił, żeby pani tu przyszła? Zmarszczyła brwi. 
Powtórzyłam więc to zdanie raz jeszcze i tym razem 
zrozumiała. 

background image

'     - Aywa. Ahmed mówić, że mees Harrees tutaj. On mówić, że 
przyjaciółka. Pani rozumieć? 
-  Chyba tak. 
Już nie byłam taka ostrożna. Trudno było trzymać na dystans tę gadatliwą, 
uśmiechniętą dziewczynę. Poza tym miała klucz do mieszkania, znała moje 
nazwisko, szukała mnie, a teraz jeszcze dodała, że przysłał ją Ahmed. 
Wydawało mi się, że najprawdopodobniej Asmahan jest dziewczyną albo 
narzeczoną Ahmeda i przysłał ją tutaj, żeby dotrzymywała mi towarzystwa 
albo mnie pilnowała. Bardzo sprytne z jego strony. 
-  Miło mi bardzo, że tak się pani o mnie troszczy -Powiedziałam, 
zastanawiając się, ile z tego zrozumie. -A herbata jest pyszna. 
-  Aywa. - Kiedy się pochylała nad filiżanką, włosy opad-y jej do przodu, 
tworząc wspaniałe obramowanie dla 
i P^knej twarzy, uwydatniając duże ciemne oczy. Doskonale I r°2umiałam, 
co Ahmed w niej widzi. 
^milkłyśmy obie. Nie była to krępująca cisza, ale jednak 
123 
Barbara Wood 
milczałysmy i mnie wmusiła, me czasu do czasu "P odwzajemniałam sie na 
tym, że nie mogę się Umyłyśmy filiżanki i dz mówiąc, ale ^ ierała 
przyjaźń za 
¦ *, uśmiechem, a ja słabo było wszystko. Złapałam tu Ahmeda. i ciągu nic 
nie swobodnie. Asmahan *o spojrzenia i uśmie-niezwykłe, ciche godziny 
Na ulicy kładły się już długie cienie, kiedy Ahmed wreszcie wrócił do 
domu. Na jego widok odczułam ulgę i wcale mnie nie dziwiło, że cieszę się 
z jego powrotu, bo przecież stanowił dla mnie ostatnią nić łączącą mnie 
ze światem i Adelą. W dalszym ciągu mu nie ufałam, ale tylko 
on mi pozostał. 
Kiedy zobaczył nas razem, w pierwszej chwili zdziwił się bardzo, a potem 
spochmurniał. Asmahan podbiegła do niego, pocałowała go w policzek, a 
potem zaczęła paplać coś cienkim głosem po arabsku, gestykulując przy tym 
zawzięcie. Skinął głową i odpowiadał jej pojedynczymi słowami, zerknąwszy 
na mnie raz czy dwa, podczas gdy ja siedziałam z głupią miną na kanapie. 
W końcu, kiedy Asmahan wreszcie się wygadała, Ahmed wyminął ją i zbliżył 
się do mnie. 
-  Tak mi przykro, panno Harris. Musiała pani przeżyć 
straszny szok. 
Rzuciłam mu pytające spojrzenie. 
-  Prosiłem ją, żeby tu przyszła i dotrzymała pani towarzystwa, bo pewnie 
czuje się pani osamotniona. Prosiłem ją jednak, żeby zjawiła się później, 
kiedy już wrócę do domu. Ale Asmahan bardzo chce pani pomóc i 
zaprzyjaźnić się z panią. Powiedziałem jej, że jest pani gościem w 
Egipcie i potrzebuje pani pomocy, a Asmahan posunę^ się nieco za daleko w 
swojej gorliwości i przyszła za wczefr nie. Musiała się pani bardzo 
przestraszyć, kiedy tak nag*e się pojawiła. 
124 
Psy i szakale 
-  Owszem. 
-  Proszę mi więc wybaczyć, to moja wina. Potrafił gładko wybrnąć z 
każdej sytuacji. 
-  Wszystko w porządku. Zachowywała się bardzo przyjaźnie. Tylko na 
początku nie bardzo wiedziałam, co mam robić. 
Ahmed Rasheed uśmiechnął się do mnie swoim rozbrajającym uśmiechem. 
-  Świetnie. W takim razie możemy spokojnie wypić herbatę. 
O Boże! Zerwałam się na równe nogi. Według tego Araba 
herbata była receptą na wszystko. 
-  Proszę mi powiedzieć, co pan dzisiaj odkrył. Dowiedział się pan 
czegoś? 

background image

-  Niewiele. 
A próbował pan? - już miałam powiedzieć to głośno, ale 
ugryzłam się w język. 
-  Musimy coś zjeść. Na pewno jest pani głodna. 
-  Szczerze mówiąc, tak. 
Wymienił parę słów po arabsku z Asmahan, po czym ona zniknęła w kuchni. 
Mój „gospodarz" uśmiechnął się. 
-  Asmahan chce przygotować dla pani coś specjalnego. Mówiłem jej, żeby 
tego nie robiła, ale ona chce w ten sposób powitać panią w Egipcie. 
Kiedy tylko to powiedział, Asmahan wróciła do pokoju z torebką i 
papierową torbą na zakupy pod pachą. Znów zamienili ze sobą parę słów po 
arabsku i dziewczyna wyszła z domu. 
-  Proszę, niech pani spocznie, panno Harris. 
-  Niczego się pan nie dowiedział? A w Shepheard's? ^ w biurze wizowym? 
Naprawdę nic mi pan nie może 
wiedzieć? 
- Rozumiem pani uczucia, panno Harris, i naprawdę ściąłbym przekazać pani 
jakąś dobrą wiadomość, ale nic 
n*e wiem. Na razie. 
Jeszcze jeden zawód. Ale już nie sprawił mi takiej ^zykrości. Widocznie 
zaczynałam przyzwyczajać się do ^czarowań. 
125 
Barbara Wood 
-  W jaki sposób porozumiewała się pani z Asmahan? ^ zapytał. Siedział 
obok mnie na kanapie. Przysunął się i wyczułam słaby zapach płynu po 
goleniu. Znowu mi się 
przyglądał. 
-  Sama nie bardzo wiem. Ona nie zna zbyt dobrze 
angielskiego, a ja nie mam pojęcia o arabskim. 
-  Ależ to nieprawda. Potrafi pani powiedzieć shokran i sabah el-kheir. A 
jeśli pani czegoś nie rozumie, proszę powiedzieć mahf hemtish. 
-  Asmahan powtarzała często takie jedno słowo. Ma' 
alesh. Co to znaczy? 
Ku mojemu zdziwieniu, roześmiał się. 
-  To najważniejsze słowo w arabskim. A znaczy: nie 
szkodzi. 
-  Ach tak. - Znowu złapałam się na tym, że się do niego 
uśmiecham. 
-  Arabowie nie przywiązują przesadnej wagi do tego, czy kogoś rozumieją, 
i do tego, czy ktoś ich rozumie. Jest coś ważniejszego niż słowa. Chodzi 
o przyjaźń. Teraz pani jest przyjaciółką Asmahan, chociaż mówicie różnymi 
językami. Rozumie pani? Jeśli ona usiłuje coś pani powiedzieć, a pani jej 
nie rozumie, mówi ma!alesh, bo to nie takie ważne. Tylko przyjaźń się 
liczy. 
Wydawało się to takie proste i miłe. Być może dla niego rzeczywiście było 
proste. Żadnych skomplikowanych związków, analizowania cudzych uczuć i 
znaczenia innycfc ludzi w twoim życiu. Tylko zwykła, prosta przyjaźń. 
Zastanawiałam się, czy on rzeczywiście w to wierzy. 
- Są jeszcze inne słowa, które będzie pani słyszała równie często. Na 
przykład: ahlan, wasahlan i mehalabeyofo-Pierwsze oznacza: witaj. Wielu 
mieszkańców Kairu powte do pani: ahlan wa sahlan, co znaczy „witaj, pokój 
tobie"-A mehalabeyah oznacza to: - Popukał się palcem wskazuj* cym w 
skroń. - Dają ci w ten sposób do zrozumienia, że któj jest stuknięty. Tak 
w ogóle mehalabeyah to budyń ryżowi W Egipcie ta potrawa jest bardzo 
popularna. Jeśli uważ* my, że ktoś zwariował, mówimy, że ma budyń w 
głowie. 1 
126 
Psy i szakale 

background image

Roześmiałam się. 
-  W Ameryce też stukamy się w głowę, jak chcemy coś 
takiego wyrazić. 
-  Ciekawe. 
-  Tak. - Kręciłam się na kanapie. - Bardzo. 
Umilkliśmy. Zapadła niezręczna cisza. Był na tyle kulturalny, że przestał 
się na mnie gapić, ale cały czas miałam wrażenie, że na usta cisną mu się 
setki pytań. 
-  Proszę mi wybaczyć, panno Harris, ale znałem tak niewielu Amerykanów. 
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. 
-  Pani stanowi dla mnie zagadkę. Nie... źle się chyba wyraziłem. W 
Egipcie prawie nie mamy żadnych kontaktów osobistych z Amerykanami. Dla 
przeciętnego Araba Amerykanin to taki człowiek, który jeździ błyszczącym 
autobusem z jednego hotelu do drugiego. Amerykanie rzadko chodzą naszymi 
drogami, rzadko również odwiedzają nasze sklepy. Mieszkają w Hiltonie i 
jeżdżą autobusem do Khan- 
[ -el-Khalil. Jadają w europejskich restauracjach. Bardzo niewielu z nas 
ma okazję z wami rozmawiać. 
Znów mi się przypatrywał ze szczerym zainteresowaniem. Najwyraźniej 
chciał mnie omamić, ale nie zamierzałam ulegać jego urokowi. 
-  Z pewnością interesująca byłaby mała wymiana kulturowa między naszymi 
narodami, ale teraz interesuje mnie bardziej, co pan wie o Adeli i całej 
tej historii z szakalem. 
W. dalszym ciągu nie przestawał się uśmiechać. Nie reagował na mój ton. 
-  Mam prawo wiedzieć - dodałam stanowczo. Wtedy popatrzył mi w oczy. 
-  Proszę mi zaufać - powiedział. 
Jakie to proste. Powiedział: „Proszę mi zaufać", jakby  iał wszystko pod 
kontrolą. A poza tym, czy była to prośba, cty rozkaz? A może tylko takie 
powiedzenie retoryczne, iszczę jeden zwrot grzecznościowy, w jakie 
obfitował jego 
Ifotrl. 
"~ Nie mogę - odparłam. 
127 
Barbara Wood 
Znowu przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu; ciszę zakłócała jedynie 
kakofonia cichych dźwięków egipskiej mu, zyki gdzieś w tle. Ledwo 
słyszalne tony nadawały egzotyczną barwę temu obcemu wnętrzu. 
- Kiedyś mi pani zaufa - powiedział zwyczajnie. Nie wiem, czy walczyłam w 
ten sposób z jego pewnością siebie, czy też reagowałam tak silnie na 
oszustwo Johna. Tak czy inaczej, za każdym razem, gdy Rasheed przekonywał 
mnie, że powinnam mu ufać i wierzyć w szczerość jego intencji, broniłam 
się przed nim jak lwica. 
-  Proszę mi powiedzieć, co się dzieje. 
W kącikach ust błąkał mu się cień uśmiechu. 
-  Czy to takie ważne? Czy nie wystarczy pani, że zajmuję się tą sprawą, 
że jest pani bezpieczna i że los nas wszystkich znajduje się w rękach 
Allacha? 
Pokręciłam głową. 
Ahmed w dalszym ciągu mi się przyglądał. Cóż to takiego czaiło się zawsze 
na dnie tego spojrzenia? Jakaś tajemnica? A może czytałam za dużo książek 
i obejrzałam zbyt wiele filmów? On był po prostu mężczyzną. Nic więcej. A 
ja spotkałam w życiu już wielu mężczyzn, zarówno w szpitalu, jak i poza 
nim, a także widziałam wiele par oczu ponad chirurgicznymi maskami. Ale 
nigdy jeszcze nie widziałam takich oczu i nikt nie patrzył na mnie tak 
zagadkowo. Nagle, jakby wyczuwając mój niepokój, powiedział: - Asmahan 
wkrótce wróci i coś zjemy. Odsunął się ode mnie na odległość paru kroków, 
zatrzymał się i popatrzył przed siebie. Kiedy się skrzywił, v(A wzrok 
powędrował za jego spojrzeniem i zobaczyłam, # Rasheed zauważył rozłożoną 

background image

na stoliku gazetę i wpatruj się w zamieszczoną na pierwszej stronie 
fotografię zasłO" niętych zwłok otoczonych przez policjantów. 
Bez słowa podszedł do stolika, wziął gazetę, złożyli i wyszedł do kuchni. 
Wrócił za chwilę bez gazety, ale zaf1 
ze zmartwioną miną. 
- Przykro mi, że pani to widziała, panno Harris. 
straszne wyrzuty sumienia. 
128 
Psy i szakale 
- Wszystko w porządku - mruknęłam, zastanawiając się jednocześnie, czy 
Rasheed rzeczywiście zostawił gazetę na stoliku przez przypadek. 
W chwilę później, i ani sekundy za wcześnie, weszła Asmahan niosąc w obu 
rękach papierową torbę wypchaną po brzegi zakupami. Natychmiast zaczęła 
paplać coś po arabsku jak karabin maszynowy, mówiła cały czas idąc do 
kuchni i w trakcie rozpakowywania zakupów. Gdy ich tak słuchałam, 
wyczuwałam wyraźnie, że pozostają ze sobą w bardzo zażyłych stosunkach, i 
zaczęłam się zastanawiać, kiedy zamierzają się pobrać. 
Porzuciłam jednak te jałowe rozważania, kiedy Ahmed wrócił do salonu, 
niosąc misę pełną pomarańczy. 
-  Asmahan przygotowuje dla pani specjalne danie. Bardzo się cieszy, że 
spróbuje pani jej potrawy, bo zakłada, że nie zna pani jeszcze egipskiej 
kuchni. 
-  To prawda, nie znam. 
Usiadł naprzeciwko mnie, uśmiechnął się porozumiewawczo i powiedział: 
-  Tym bardziej zapraszamy na poczęstunek. 
Rozparł się wygodnie w fotelu, a ja przysiadłam na samym brzegu kanapy i 
zaczęłam się zastanawiać, co właściwie mam robić. Kiedy spróbowałam się 
podnieść, Ahmed Pokazał mi gestem ręki, żebym usiadła z powrotem. 
-  Jest pani naszym gościem. Nie wolno pani wchodzić 
<to kuchni. 
-  Powinnam pomóc. Roześmiał się tylko. 
I    - Asmahan z pewnością by się obraziła. Proszę zostać. Usiadłam więc 
z powrotem na kanapie i próbowałam się otaksować. Moje myśli rozbiegły 
się gdzieś bez celu, gdy Patrzyłam na brązowe dłonie Ahmeda Rasheeda, 
obierające Pomarańczę. Wspominałam Rzym, który wydawał mi się taki 
Jpe§ły, choć wyjechałam stamtąd zaledwie parę dni temu.  sL°Hunałam 
również Johna, czy też raczej zawód, jaki mi wił. Wyobrażałam sobie Adelę 
w tym dalekim kraju  w Bóg jeden wie w co. I doktora Kellermana. 
129 
Barbara Wood 
Będzie pani mus*** 
scu publicznym przez dłuższy czas. 
-  Przecież mówił pan, że jestem tu bezpieczna. 
-  Tak, tutaj tak. - Położył nie dojedzoną pomarańczę na stole i pochylił 
się, patrząc na mnie niespokojnie. - Ale na ulicy nie. Powie pani, że 
centrala telefoniczna jest niedaleko stąd. Zgoda, ale ludzie Rossitera 
również mogą być w pobliżu. Niekoniecznie muszą obserwować rozmównicę, 
prawda? I przecież niekoniecznie muszą podejrzewać, że będzie pani 
chciała do kogoś zadzwonić. Na pewno pani tak myśli, ale ja uważam, że to 
zbyt ryzykowny pomysł. 
Znowu toczyłam ze sobą walkę wewnętrzną, do czego powoli zaczęłam się 
przyzwyczajać, ponieważ znowu musiałam rozwiązać konflikt pomiędzy chęcią 
zaspokojenia potrzeb emocjonalnych a zdrowym rozsądkiem. Wiedziałam, że 
Rasheed ma rację, ale bardzo chciałam za- 
kich central jest w Kairze' setki ludzi!                        1 
źniem, cfl 
 
Psy i szakale 

background image

bardzo chciałam porozmawiać z Kellermanem, powiedzieć jnu, gdzie jestem, 
usłyszeć jego głos, odczuć obecność. 
Wtedy do pokoju weszła Asmahan i oznajmiła, że kolacja gotowa. 
Bardzo smakował mi przygotowany przez nią posiłek. Nie miałam pojęcia, że 
byłam taka głodna i że egipskie jedzenie jest takie pyszne. A poza tym 
znalazłam się w uroczym towarzystwie. Przez cały czas Asmahan prowadziła 
ze mną lekką, wesołą rozmowę tak swobodnie, jakby ona znała angielski, a 
ja arabski. Ahmed siedział pomiędzy nami, tłumaczył i uczył mnie nazw 
potraw, które 
jedliśmy. 
- Aysh baladi - powiedział, biorąc okrągły, płaski chleb i odrywając z 
niego kawałek. - W taki oto sposób jadamy fool wa tahmeya - dodał i 
umoczył je w talerzu z ostro przyprawioną smażoną fasolą. Jedliśmy też 
zupę z soczewicy, shor-bet ahds, zieloną sałatę, sahlahtah khudrah, kebab 
i smażone warzywa. Na deser był budyń, o którym wspominał mi Ahmed, czyli 
mehalebayah. 
Kiedy powiedziałam Asmahan, że bardzo smakowało mi jedzenie, i próbowałam 
jej podziękować, Ahmed wtrącił: 
-  Jeśli smakowała nam kolacja podana przez przyjaciół, mówimy zwykle 
haneyan. 
Spojrzałam więc na Asmahan i powiedziałam: 
-  Haneyan. 
~ Allah yeehun neehee - odparła. 
-  Asmahan powiedziała: „Niech cię Bóg błogosławi za :e życzenia". Ona 
się cieszy, że jesteś zadowolona. 
-  A ja jestem zadowolona, że ona się cieszy. 
Wszyscy troje roześmialiśmy się, Asmahan też, jakby r°zumiała, o co 
chodzi, po czym wstaliśmy od stołu. Kiedy Miałam pomóc pozmywać, Ahmed 
jeszcze raz wytłuma-CzVl mi cierpliwie, że jako gość mam usiąść w salonie 
1 filiżanką herbaty. - To zaszczyt dla Asmahan, że smakował ci posiłek. 
Ona 
ł" będzie chciała widzieć cię w kuchni. 
131 
130 
 
 zostać 
 
 okienn 
l Asmahan.                 rdz0 bUriłD siebie, 
Szli ranne w ramie, 
wyszli z domu, żeby poznać wszystkie uroki Kairu nocą. Wszędzie paliły 
się latarnie. Oświetlone były również pomniki. We wszystkich witrynach 
sklepowych też było jasno, grała muzyka. Miasto wracało do życia, a 
Asmahan i Ah-med stanowili jego część. 
Wtedy o nich pomyślałam. Ona była uderzająco piękną dziewczyną, a on, 
musiałam to przyznać, przystojnym mężczyzną. Zazdrościłam im. 
Zazdrościłam im tego, że tak im ze sobą dobrze, zazdrościłam wszystkiego, 
co mają i co ich czeka w przyszłości. Byłam zazdrosna, bo pomyślałam, że 
mnie nie uda się nigdy czegoś takiego osiągnąć. 
Kiedy tak sobie dumałam o tylu rzeczach naraz, a moje wszystkie myśli 
dotyczące innych ludzi przybrały postać refleksji na temat mojej własnej 
osoby] dokonałam odkrycia, które jednak nie bardzo mnie zaskoczyło. 
Zmieniałam się.                                  i 
Nie było to nic konkretnego, jedynie rbdzaj przeczucia, ale nic wyraźnego 
ani namacalnego. To przeświadczenie drzemało dotąd gdzieś na peryferiach 
mojej świadomości, a teraz jakaś jego ulotna część pojawiła się na 
powierzchni. Wyczuwałam tylko, że się zmieniam, ale nie bardzo 
wiedziałam, na czym to polega. Przynajmniej powody były oczywiste. W moim 

background image

wygodnym życiu nastąpiła rewolucja, a hierarchia wartości zadrżała w 
posadach. Patrzyłam na życie z innej perspektywy i widziałam wszystko pod 
innym ^tem. Po ostatnich dniach nic już mi się nie wydawało takie samo. 
Ta zachodząca we mnie zmiana sprawiła, że dokonałam innych rewelacyjnych 
odkryć. Już po raz setny tego dnia pomyślałam o doktorze Kel-^nie. 
Pojawił mi się przed oczyma w swoim pogniecio-zielonym kitlu, z maską na 
piersiach, z twarzą, na ij wyraźnie malowało się zmęczenie. Potem 
wyobraża-sobie, jak wchodzi na salę operacyjną, a sama jego iość budzi 
szacunek. Widziałam jego niebieskie oczy, uśmiechały się do mnie znad 
maski, oczy, które wi-r*ltuy tak wiele, które tak wiele chciały 
powiedzieć i które ^ wiele skrywały. 
133 
 
ietfe 
132 
Barbara Wood 
Jakie to było dziwne, że właśnie teraz, kiedy siedziałam zwinięta w 
kłębek na kanapie w obcym domu, teraz, gdy dochodziły do mnie zapachy 
egzotycznej kuchni i dźwięki wrzaskliwej muzyki, właśnie dopiero teraz 
zdałam sobie sprawę, że doktor Kellerman jest we mnie zakochany. 
Aż podskoczyłam, kiedy otworzyły się drzwi, a Rasheed wszedł do środka. 
Nie było go zaledwie dziesięć minut i zastanawiałam się, jak mógł tak 
szybko opuścić tę piękną 
dziewczynę. 
-  Może napije się pani herbaty, panno Harris, albo zje 
pani coś jeszcze? 
-  Och nie, dziękuję. - Wstałam i położyłam rękę na brzuchu, żeby 
pokazać, jaka jestem przejedzona. - Jestem bardzo zmęczona i chciałabym 
się położyć. 
-  Oczywiście. Będę tu jeszcze siedział i pracował, więc w razie potrzeby 
proszę przyjść bez wahania. 
-  Dobrze. Dziękuję. Shokran. - Było mi trochę głupio, kiedy wchodziłam 
do sypialni, zostawiając go samego na środku salonu. A kiedy 
przypomniałam sobie, że śpię w jego łóżku, a on musi nocować w innym 
pokoju, poczułam się nawet gorzej niż dziwnie. Zaczęłam się poza tym 
zastanawiać, czy Asmahan na pewno nie ma nic przeciwko temu, że mieszkam 
z jej narzeczonym. W dodatku byłam bardzo ciekawa, co i ile jej o mnie 
powiedział. 
Zatrzymałam się jeszcze na chwilę. 
-  Panie Rasheed, jak długo będę musiała tu zostać? 
-  Nie wiem. 
-  To kwestia dni czy tygodni? 
-  Mam szczerą nadzieję, że nie tygodni. 
-  A kiedy mi pan wreszcie powie, dlaczego tu jestem? I wyjaśni, z 
jakiego powodu grozi mi niebezpieczeństwo. T* chyba jest bardziej 
skomplikowane, niż mi się wydaje. 
Uśmiechnął się ujmująco. 
-  Bardziej niż bardzo. Zapewniam panią, że powiek pani wszystko, kiedy 
tylko będę mógł. 
-  Dziękuję. Dobranoc. 
134 
Psy i szakale 
Kiedy zamykałam drzwi, powiedział: 
- Tesbah allah kheir. 
Leżałam długo w ciemnościach. Byłam zmęczona, ale nie mogłam spać. W 
głowie kołatały mi najróżniejsze myśli, po pierwsze: kim jest ten 
człowiek za drzwiami i do jakiego stopnia mogę mu ufać. Szakal go jakoś 
dziwnie nie interesował, choć niewątpliwie ta figurka stanowiła klucz do 

background image

całej tajemnicy. Z jej powodu dwukrotnie przeszukano mi mieszkanie, z jej 
powodu zabito człowieka, a moja siostra najprawdopodobniej znalazła się 
przez nią w wielkim niebezpieczeństwie. A Ahmed Rasheed zupełnie nie 
przywiązywał do figurki wagi. 
Na wypadek gdyby jednak miało się okazać, że Rasheed tylko udaje, 
schowałam szakala do poszewki na poduszkę. 
Kiedy czułam, że zasypiam, utwierdziłam się jeszcze w postanowieniu, 
które podjęłam już wcześniej. Jutro, niezależnie od tego, co się wydarzy, 
muszę wydostać się z mieszkania i zadzwonić do doktora Kellermana. 
Rozdział dziesiąty 
jf\.hmed Rasheed wyszedł bardzo wcześnie. Czułam się wypoczęta i o wiele 
bardziej pewna siebie niż w ciągu tych paru minionych dni, toteż byłam 
gotowa, żeby poważnie ocenić sytuację, w jakiej się znalazłam, i 
zaplanować, co robić dalej. Najpierw wzięłam prysznic i schowałam sza-
kala pod bluzką, a potem postanowiłam obejrzeć biurko, przy którym mój 
gospodarz pracował do późna w nocy. 
Ponieważ spodziewałam się w ten sposób uzyskać jakieś istotne informacje 
na temat charakteru jego pracy i odkryć, na czym właściwie polegają 
zadania, jakie wykonuje dla rządu (zakładając, że mówił prawdę), 
przeżyłam ogromne rozczarowanie. Nie znalazłam prawie żadnych oficjalnych 
dokumentów, a te nieliczne i tak pisane były w języku arabskim. 
Korespondencja, czyli zaklejone, przygotowane do wysłania koperty i 
listy, które otrzymał, również zostały napisane po arabsku, tak więc 
okazały się zupełnie bezużyteczne. Na biurku leżało też kilka książek, 
niestety nie w języku angielskim, jakiś katalog, periodyki i wycinki z 
gazet. Na blacie walały się porozrzucane notatki na kawałkach papieru 
oraz pisma urzędowe, oczywiście w języ-ku arabskim, i dlatego nie miałam 
z nich żadnego pożytku. Patrząc na ten bałagan, przypomniałam sobie pewna 
uwagę, jaką kiedyś zrobił doktor Kellerman w czasie jednej z jego wizyt w 
moim mieszkaniu. „Moja droga - powiedział - pamiętaj, że porządek na 
biurku świadczy o chorym umyśle właściciela". Uśmiechnęłam się. Moje 
biurko m°* na było pokazywać na wystawie, a przy tym pracował żyw 
człowiek. 
136 
Psy i szakale 
Przemknęło mi przez myśl, że może powinnam przetrząsnąć mieszkanie w 
poszukiwaniu czegoś, co pozwoliłoby mi odkryć tożsamość mojego 
„opiekuna". Gdyby udało mi się ustalić, na czym dokładnie polega jego 
praca dla rządu egipskiego, może zrozumiałabym również, w jakie tarapaty 
popadła Adela. Nie mogłam jednak się na to zdobyć. Byłam tak strasznie 
ciekawa, tak bardzo chciałam uchylić rąbka tajemnicy, a jednak naruszenie 
czyjejś prywatności okazało się ponad moje siły. Poza wszystkim innym, na 
samą myśl, że Rasheed mógłby mnie na tym przyłapać, dostawałam dreszczy. 
Tak więc na razie zrezygnowałam z tego planu i postanowiłam go 
zrealizować, jeśli już naprawdę zostanę doprowadzona do ostateczności. 
Miałam coś pilniejszego do załatwienia. Wyjrzałam przez szpary w 
okiennicach, szukając wzrokiem czegoś lub kogoś, kto mógłby w 
najmniejszym choćby stopniu wydawać się podejrzany. Tak jak na przykład 
ten grubas w okularach ze szkłami jak denka butelek po coli. Ale niczego 
ani nikogo takiego nie zauważyłam. Ulica wyglądała tak samo jak zwykle i 
nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek zdawał sobie sprawę z istnienia 
tego mieszkania i uciekinierki, która się w nim ukrywa. 
Tym razem nie byłam zdziwiona, kiedy znowu pojawiła się Asmahan, i 
serdecznie ją powitałam. Dziewczyna miała na sobie ładną sukienkę, buty 
na wysokich obcasach i kapelusz z szerokim rondem, a w rękach znowu 
trzymała torbę pełną jedzenia. 
-  Mees Harees - powiedziała, zamykając nogą drzwi. -Sobah el-kheir. 
Dobry wieczór. 

background image

-  Dzień dobry - odpowiedziałam. 
Postawiła torbę na stole i zaczęła mówić coś po arabsku. ^edy zdjęła 
kapelusz z szerokim rondem i wspaniałe loki °Padły jęj na ramiona, 
poczułam delikatne ukłucie zazdro-s°i- Ja miałam proste ciemnoblond włosy 
do ramion, ucze-z przedziałkiem na środku głowy. Grube, falujące Asmahan 
sięgały jej do talii, były czarne jak heban, 
137 
 
Barbara Wood 
gdzieniegdzie rozświetlone niebieskim połyskiem. To była naprawdę piękna 
dziewczyna. 
Rozpakowując torbę, w dalszym ciągu wyrzucała z sie-bie potok arabskich 
słów i wykładała na stół puszki z sokami owocowymi, batony czekoladowe, 
garść gumy do żucia i pudełko ze sklepu cukierniczego wypełnione po 
brzegi ciastkami. Pomyślałam, że najprawdopodobniej wszystko przeznaczone 
są dla mnie. Kiedy torba opustoszała, a dary, które wysypały się z niej 
jak z rogu obfitości, wylądowały na stole, Asmahan odwróciła się do mnie 
i zapytała z promiennym uśmiechem: 
-  Mees Harees lubić takie? 
-  Tak, bardzo. Skokran. 
-  Affuan. Teraz my pić herbata. Mees Harees siadać. Usiadłam więc i 
zbierałam siły do następnej rundy zmagań z mocną miętową herbatą, którą 
piłam teraz regularnie co kilka godzin i do której już zaczęłam się 
przyzwyczajać. Podczas gdy Asmahan krzątała się po kuchni, ja opracowy-
wałam pomysł, który przyszedł mi do głowy tego ranka. Jego 
urzeczywistnienie zależało od tego, co Asmahan o m-nie wie i jakie 
instrukcje otrzymała od Ahmeda. On twierdził, że dziewczyna przychodzi 
tutaj wyłącznie w celach towarzyskich, ale ja nie byłam tego taka pewna. 
Asmahan przyłączyła się do mnie i podała słodką herbatę oraz ciastka w 
lukrze. Miałam raczej ochotę na filiżankę mocnej, czarnej kawy, ale nic 
nie powiedziałam, b° bałam się zrobić jej przykrość. Kiedy tak jadłyśmy i 
P* łyśmy, spróbowałam nawiązać z nią rozmowę. - Jak długo zna pani 
Ahmeda? 
Asmahan spojrzała na mnie zdziwiona, wyraźnie nie ro zumiejąc, o co mi 
chodzi. Zapytałam więc prościej? - Pani i Ahmed? 
nie, choć uwazaiam jv, Szkoda, że nie zna pani angielskiego 
Psy i szakałe 
Piła herbatę i uśmiechała się do mnie znad filiżanki. 
Zastanawiałam się przez chwilę, czy ryzykować. W końcu podjęłam decyzję i 
postanowiłam spróbować. Powiedziałam po prostu: 
-  Bardzo bym chciała zatelefonować. 
-  Telefon? - spytała. 
-  Tak, rozumie pani. - Udawałam, że przyciskam słuchawkę do ust i 
wykręcam numer. 
-  Ach! Telefon! - Nagle zrozumiała. - Aywa, aywa! 
-  Ale Ahmed nie ma telefonu. Chciałabym gdzieś pójść 
i... 
-  Mees Harees! - Gwałtownie złapała mnie za rękę i rozpromieniła się z 
radości. Znowu z jej ust popłynął 
I potok arabskich słów, spośród których wyłapałam jedno: „telefon". Potem 
wstała, podeszła do okna, otworzyła je i wskazała ulicę. - Telefon! - 
powtórzyła podnieconym 
tonem. 
Nagle poczułam, że jestem bardzo z siebie zadowolona. Trafnie odgadłam, 
że Asmahan nic nie wie o mojej sytuacji i że Ahmed nie kazał jej trzymać 
mnie pod kluczem. 
- My iść! - zapalała się coraz bardziej. - Mees Harees, 
my iść, tak? 

background image

Wtedy zaczęłam się zastanawiać. Jak się okazało, Ra-sheed uwierzył, że 
sama potrafię zadbać o swoje bezpieczeństwo i nie zachowam się tak 
nierozsądnie, żeby wychodzić z mieszkania. No cóż, właśnie miałam zamiar 
okazać sic tak nierozsądna. Żaden z moich tajemniczych przeciw-uików bez 
twarzy nie mógł się nawet domyślać, gdzie testem. Sam Ahmed mnie o tym 
przekonywał. A nieszkodliwa wycieczka do rozmównicy telefonicznej nie 
powinna Zabrać zbyt wiele czasu - nie trzeba było iść daleko, ^ Kairze 
był teraz sam środek dnia. Jakim cudem można ^ było mnie wypatrzeć wśród 
milionów ludzi? . ^odeszłam do Asmahan, która nadal stała przy oknie, 
grzałam na ulicę. Pod nami przelewały się tłumy przedmów. Każdy z nich 
miał jakiś cel i nikt nie zwracał ^mniejszej uwagi na mieszkanie 
Rasheeda. Obserwowa- 
139 
Barbara Wood 
łam ulicę jeszcze przez chwilę i poczułam się zupełnie bezpieczna. Ahmed 
Rasheed miał rację. Żaden z ludzi Rossitera nie wiedział, gdzie się 
ukrywam. Bardzo łatwo będzie się dostać do rozmównicy, zatelefonować, 
spędzić choć jedną pokrzepiającą chwilę z doktorem Kellermanem i szybko 
wrócić do mieszkania. Nie mogło mi się nie udać. Asmahan pójdzie ze mną. 
Nikt nie zwróci uwagi na dwie dziewczyny, które po prostu wyszły na 
spacer. Szczególnie - odwróciłam się i popatrzyłam na kapelusz z szerokim 
rondem - szczególnie na Egipcjankę z przyjaciółką o zasłoniętej twarzy. 
Serce podskoczyło mi z radości. Oczywiście, musi się udać! 
Byłam bardzo podniecona. Zaraz porozmawiam z doktorem Kellermanem. 
Usłyszę jego głos, przymknę oczy i będę sobie wyobrażać, że jest tuż przy 
mnie. 
-  Możemy iść? - zapytałam Asmahan. 
Była uczuciową dziewczyną z temperamentem i wyraźnie udzieliło się jej 
moje podniecenie. Potraktowała to wyjście do telefonu jak wielką 
przygodę. 
-  Aywal 
Potem dodała coś jeszcze po arabsku i roześmiała się. 
W jednej chwili znalazłam się w sypialni. Spieszyłam się bardzo, bo nie 
chciałam, żeby nagle zmieniła zdanie. Chwyciłam więc torebkę, upewniłam 
się, że szakal siedzi sobie bezpiecznie pod bluzką, i w ostatniej chwili 
zdecydowałam się włożyć sweter. Chciałam w ten sposób osłonić białe ręce, 
żeby w tłumie nie zwracać na siebie uwagi. 
Kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia, rzuciłam pełne podzi wu spojrzenie na 
jej kapelusz, powiedziałam, że jest ślic* ny, i zrobiłam bardzo ucieszoną 
minę, gdy zaproponować żebym go włożyła. Asmahan położyła mi palec na 
policzk1 potem dotknęła swojej twarzy, pokazując w ten sposób $ mamy inną 
cerę. Uniosła rękę, zatoczyła w powietrzu i znowu dotknęła mojego 
policzka. Jestem pewna, że <* brze ją zrozumiałam. Chciała mi w ten 
sposób powiedzi* 
140 
Psy i szakale 
że skoro to ja mogę spalić się na słońcu, powinnam włożyć kapelusz. 
Zatrzymałam się przed lustrem przy drzwiach. Prawie nie widać było mojej 
twarzy, ponieważ włożyłam również okulary słoneczne, które wraz z cieniem 
rzucanym przez rondo kapelusza kryły skutecznie moją bladą cerę, i 
naprawdę nie można było mnie rozpoznać. Potem zarzuciłam sobie torebkę na 
ramię, pomyślałam przelotnie o tym, co właśnie zamierzam zrobić, i 
otworzyłam drzwi. 
Idąc ulicą skąpaną w gorących promieniach słońca, nawet przez chwilę nie 
pomyślałam, na co naprawdę się narażam. Wymyśliłam ten plan z dwóch 
powodów. Po pierwsze - i najważniejsze - chciałam skontaktować się z 
doktorem Keller-manem i powiedzieć mu, że jestem zdrowa i cała. Po 
drugie, byłam gotowa na wszystko, byleby tylko wyjść z tego mieszkania. 

background image

Nie mogłam już tak dłużej siedzieć i bez przerwy się zastanawiać, gdzie 
jestem, na czyjej łasce i jak długo jeszcze to potrwa. Po trzecie - i być 
może nie całkiem sobie uświadamiałam ten powód - chciałam coś udowodnić 
samej sobie. Chciałam przekonać się ponad wszelką wątpliwość, że jestem 
bezpieczna w domu Rasheeda i że nadal mam odwagę stawić czoło każdemu 
wyzwaniu. Musiałam się przekonać, że mordercy Johna Treadwella nie 
czatują na mnie w pobliżu i że zamknięcie za opuszczonymi żaluzjami nie 
pozbawiło mnie ducha walki. 
Zdecydowałam się więc na ten brawurowy, nierozsądny wypad do miasta. 
Bardzo chciałam porozmawiać z dokto-rem Kellermanem i przeprowadzić test 
własnej odwagi; na był tłok, więc czułam się bezpieczna, słońce grzało i 
sprawiało mi to przyjemność. Może właśnie dlate-g0 nie pomyślałam ani 
razu, jak poważną podjęłam decy-zJę. Byłam zbyt pewna siebie. 
Asmahan i ja wmieszałyśmy się w tłum przechodniów, 
frzy nie mieścili się już na chodniku, więc zdominowali jezdnię. 
Rozkoszowałyśmy się spacerem w procach słońca. Zdziwiłam się, kiedy 
stwierdziłam, że 
ktÓT 
141 
Barbara Wood 
jesteśmy tak niedaleko od centrum. Ulica, przy której mieszkał Ahmed, 
nazywała się Al Tahrir i był to główny deptak Kairu. Dojście do 
hałaśliwego, rozgorączkowanego Liberation Sąuare, gdzie panował ogromny 
ruch, nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Po drugiej stronie placu majaczył 
Hilton, Muzeum Egipskie, a za nimi rozciągał się Nil. Po naszej lewej, 
zasłonięty przez budynki, znajdował się hotel Shepheard's. Ahmed nie 
zabrał mnie więc daleko. Z trudnością mogłam uwierzyć, że naprawdę to 
wszystko widzę, że docierają do mnie te wszystkie zapachy. W tym 
niewiarygodnym mieście w każdej minucie doznawałam tysiąca wrażeń. Kiedy 
tylko wyszłyśmy na ulicę, cały czas trzymałam się na baczności i starałam 
się zachować niezwykłą czujność. Wpatrywałam się we wszystkie twarze, 
oglądałam się tysiące razy i nasłuchiwałam każdego podejrzanego dźwięku. 
Nawet nie wiedziałam, czego mam się obawiać, ale byłam przekonana, że 
jeśli rzeczywiście niebezpieczeństwo będzie blisko, dostrzegę je 
natychmiast. A jednak czując, jak ogrzewa nas gorące jasne słońce, 
porwana przez prąd toczącego się wokół życia, powoli zapominałam o 
grożącym mi niebezpieczeństwie i oddałam się całkowicie radości, jaką 
sprawiała mi ta egipska przygoda. 
Centrala telefoniczna znajdowała się parę ulic dalej. Musiałyśmy przejść 
przez kilka jezdni, na których panował szaleńczy wprost ruch, wcisnąć się 
w stojący na krawężnikach tłum i ruszyć dalej popękanymi chodnikami. 
Ludzie byli fascynujący - widziałam zarówno młodych mężczyzn i kobiety 
ubranych w europejskie stroje, jak i starców w tradycyjnych długich 
szatach, wieśniaczki odziane w czerń, muzułmanki z zasłonami na twarzach, 
właścicieli wózków ciągniętych przez osły, a także uliczników wołających: 
„Baksheesh", czarnych, Semitów, Arabów i Europejczyków. Wszyscy kręcili 
się z ożywieniem po ulicy, rozmawiali głośno, śmiali się, krzyczeli, 
grali na rogach. 
Kiedy wreszcie przekroczyłyśmy próg centrali, z ulga powitałam panującą 
tam ciszę. Było to niewielkie pomiess czenie z dużymi oknami i drzwiami, 
które zamknęły się ^ 
142 
Psy i szakale 
nami cicho. Przez dłuższą chwilę musiałyśmy przyzwyczajać wzrok do innego 
oświetlenia - nie zdjęłam okularów słonecznych - i uszy do panującej tam 
ciszy. 
Małe kabinki telefoniczne bez drzwi rozmieszczone były wszędzie, gdzie 
się dało. Kilka tworzyło wysepkę na samym środku rozmównicy. Niektóre 

background image

były już zajęte. Ludzie wciskali się jak najgłębiej do środka, szeptali 
coś cicho i nie zwracali na nikogo uwagi. Po lewej znajdowało się skromne 
biurko, za którym siedziały trzy kobiety obsługujące centralkę. Nieco na 
prawo od ich stanowiska stała zajmująca niewiele miejsca drewniana ława, 
na której nikt nie siedział. 
Kierując się w ślad za Asmahan podeszłam do biurka. Wyjątkowo gruba 
kobieta ubrana w kwiecistą suknię wstała, żeby nas obsłużyć. Asmahan 
rozmawiała przez chwilę z telefonistką. Tłuścioszka wręczyła jej kawałek 
papieru, na którym miałam zapisać konieczne dane. 
-  Czy mówi pani po angielsku? - zapytałam z nadzieją. Kobieta 
przytaknęła. Miała znudzoną minę. 
-  Napisze pani nazwisko osoby, do której pani dzwoni, i numer telefonu. 
Teraz mi pani za to zapłaci. Po rozmowie pani zaczeka. I zapłaci jeszcze 
raz. Rozumie pani? 
-  Tak, tak, dziękuję. - Wzięłam od niej krótki ołówek i zatrzymałam rękę 
w powietrzu nad kartką. Który numer mam jej podać? 
Wtedy coś przyszło mi do głowy. 
-  Czy nie wie pani przypadkiem, która jest teraz godzina w Los Angeles? 
Zerknęła na ścienny zegar, myślała chwilę i powiedziała: 
-  Dziesiąta wieczór. 
~ Dziesiąta. O mój Boże! Cóż, to wyklucza szpital. 
Znając tryb życia doktora Kellermana, postanowi-*a*n podać jej numer 
centrali. W ten sposób miałam szansę S*C z nim skontaktować niezależnie 
od tego, gdzie jest. 
Kiedy telefonistka poinformowała mnie, że opłatę nale-ty uiścić przed 
rozpoczęciem rozmowy, przypomniałam s°bie o egipskich funtach, które 
nabyłam w kantorze na 
143 
Barbara Wood lotnisku. Wyjęłam kilka banknotów i wręczyłam je ochoczo 
kobiecie. 
- To zajmie trochę czasu - powiedziała grubaska, czytając numer. - Będzie 
pani tu siedzieć, dopóki pani nie zawołam. Potem pani pójdzie do kabiny. 
Rozumie pani? 
Zajęłyśmy więc miejsca na drewnianej ławie i złożyłyśmy dłonie na 
kolanach. Czekałyśmy tak całą wieczność; przez cały czas myślałam tylko o 
tym, że wkrótce usłyszę głos doktora Kellermana. Przestał mnie 
interesować Ah-med Rasheed, Adela i szakal, a nawet śmierć Johna Tread-
wella oraz fakt, że znajduję się w ogromnym niebezpieczeństwie. Myślałam 
wyłącznie o doktorze Kellermanie i wiedziałam, że rozmowa z nim 
przyniesie mi ogromną ulgę. Kiedy zawołała mnie otyła telefonistka, 
zerwałam się 
na równe nogi. 
Gdy znalazłam się przy biurku, tłuścioszka podała mi 
kartkę i powiedziała: 
- Nie mogą znaleźć tego pana. Powiedzieli, żeby pani 
spróbowała później. 
Przeczytałam starannie zapisaną wiadomość. Doktor Kellerman był 
nieuchwytny tego wieczoru, a zastępował go 
doktor Thomas. 
- A niech to! - mruknęłam rozczarowana. Skoro poprosił o zastępstwo, 
trudno będzie go znaleźć. Jedynym wyjściem było spróbować zadzwonić do 
niego do domu. Wypełniłam więc nowy formularz, poprosiłam As-mahan, żeby 
zrobiła dodatkową wpłatę, i wróciłam na ławkę, gdzie siedziałyśmy przez 
kolejne piętnaście minut. 
Wydawało mi się, że czekam całe godziny, zanim telefonistka wreszcie 
wywołała moje nazwisko. Przez ten czas wzywała do kabin ludzi, którzy 
zjawili się w rozmównicy później niż my. Widocznie mieli więcej 
szczęścia, i tak jt$ 

background image

miało pozostać. 
- Ten numer nie odpowiada - zakomunikowała t cioszka. 
Miałam ochotę zapytać: „Czy jest pani pewna?", i wiedziałam, że to nie ma 
sensu. Doktora Kellermana ¦ 
144 
 i 
Psy i szakale 
można było znaleźć. Widocznie nie chciał, żeby mu przeszkadzano. Dlatego 
poprosił doktora Thomasa, żeby go zastąpił. Dlatego nie odbierał telefonu 
w domu. Byłam zupełnie załamana. 
-  Spojrzałam na Asmahan prawie ze łzami w oczach, a ona widząc mój wyraz 
twarzy, poklepała mnie po ręku i powiedziała: 
-  Anahasif. 
-  Tak,   mnie  też  jest  przykro.  -  Niech  to   diabli! Niepotrzebnie 
narobiłam sobie takiej nadziei. - Chcę spróbować później - powiedziałam 
do Asmahan, po czym zwróciłam się do telefonistki: - Do której tu jest 
czynne? 
-  Za godzinę będzie trzygodzinna przerwa, a potem znowu otwieramy o 
piątej. Zamykamy o dziesiątej. 
-  Dobrze. Przyjdziemy. 
Umysł pracował mi szybko. Mogłyśmy tu wrócić przed przerwą i 
zatelefonować jeszcze raz. Wtedy w Los Angeles będzie prawie północ i 
jest szansa, że zastanę doktora Kellermana w domu. Jeśli nie, wrócimy o 
piątej i spróbujemy znowu. Powinnyśmy zdążyć, zanim wróci Ahmed. 
Poprosiłam telefonistkę, żeby przedstawiła mój plan Asmahan. Dziewczyna 
pokiwała gorliwie głową na znak zgody. 
-  Ona chce wiedzieć, co pani będzie robiła przez ten czas? - odezwała 
się gruba kobieta. 
Bezradnie wzruszyłam ramionami. Asmahan zaczęła coś do niej szybko mówić; 
gestykulowała i wskazywała za siebie. 
-  Pani przyjaciółka chce panią zabrać na Mousky. Mówi, *e Pójdziecie tam 
piechotą - przetłumaczyła telefonistka. 
-  Czy to daleko stąd? Wzruszyła ramionami. 
-  Nie, nie daleko. Ale to bardzo długa ulica. 
-  Dobrze, a co to jest Mousky? 
-  Tam wszyscy robią zakupy. Zobaczy pani. - Odwróciła SlL> zanim 
zdążyłyśmy ją poprosić o cokolwiek. 
, Asmahan przekonywała mnie o czymś po arabsku i wy-Cl3gnęła za rękę z 
centrali. 
 
145 
Barbara Wood 
-  No, nie wiem... - zaczęłam z wahaniem w głosie. 
-  Mees Harrees. Et nayn bahd idohre. - Poklepała swój kwarcowy zegarek i 
pokazała dwa palce. Et nayn bahd 
idohre. Telefon. 
-  Jesteś pewna, że wrócimy przed drugą? 
-  Aywal Aywal - Kiwała energicznie głową i objęła mnie. - Teraz my iść 
na Mousky. Pani zobaczyć piękne 
rzeczy. Proszę iść. 
Nie tylko perswazje Asmahan skłoniły mnie, żebym wyruszyła na tę wyprawę. 
Przyczyniło się do tego również piękne słońce, zatłoczony chodnik i 
całkowite poczucie bezpieczeństwa. Kiedy mignęło mi w szybie własne 
odbicie, w pierwszej chwili nie poznałam siebie. Dobrze było tak wyjść z 
zamknięcia, spacerować po mieście i zapomnieć - choćby na chwilę - 
dlaczego tu się właściwie znalazłam. 
Zgubiłam Asmahan na samym środku Mousky pół godziny później. Stałyśmy w 
tłoku przed straganem z ubraniami, pokazując sobie piękne tkaniny, z 

background image

jakich były uszyte, a zaraz potem Asmahan bezwiednie puściła moje ramię. 
Nie zwróciłam na to uwagi, bo myślałam, że odeszła popatrzeć na coś 
innego, i nie bardzo wiedziałam, co się stało, dopóki nie odwróciłam 
głowy, żeby ją o coś zapytać. Zobaczyłam, że jestem zupełnie sama. W 
pierwszej chwili nie wpadłam w panikę, dopiero potem przestraszyłam się 
nie na żarty, a kiedy nie dojrzałam jej wokół siebie, serce prawie 
przestało mi bić z przerażenia. Starałam się zachowywać spokojnie i 
normalnie, rozglądałam się na wszystkie strony i wciąż miałam nadzieje.) 
że Asmahan zaraz wyłoni się z tłumu i zacznie mnie przepraszać. Ale nie 
pojawiła się. Na wąskim targu kłębiły ste setki ludzi, a ogłuszające 
wrzaski, nawoływania i wycie przyprawiały mnie o ból głowy. 
Wtedy przypomniałam sobie Złoty Dom. Tak długo, jak się dało, stałam w 
tym samym miejsc* i wciąż się rozglądałam, ale w końcu postanowiłam zrób* 
146 
Psy i szakale 
parę kroków w stronę, w którą, jak sądziłam, udała się Asmahan. Wszędzie 
widziałam ciemne twarze i połyskujące białka oczu, ale ona zniknęła. 
Pośliznęłam się na oślim łajnie, wciąż potrącali mnie tłoczący się wokół 
ludzie. Nagle ze wszystkich stron rozległ się donośny głos muezina. W 
pierwszej chwili przestraszyłam się, a potem wykrzywiłam twarz. Był to 
głośny, przenikliwy okrzyk i docierał do mnie teraz z każdego głośnika i 
radia na Mousky. 
Czułam zapach cebuli, kokosów i zjełczałego tłuszczu, potykałam się o 
kocie łby i pośliznęłam parę razy na łupinach, rozlanej oliwie i łajnie. 
Brudne dzieciaki w łachmanach ciągnęły mnie za bluzkę, krzycząc: 
Baksheesh! Bak- 
sheesh! 
Asmahan przepadła na dobre. Wszystkie kobiety na bazarze miały czarne 
włosy. Kilka z nich wzięłam za Asma-I han, ale za każdym razem się 
myliłam. Im dłużej jej szukałam, tym bardziej oddalałam się od miejsca, w 
którym się zgubiłyśmy. Unosił mnie tłum i czułam się tak, jakby porwała 
mnie rzeka, a ja usiłowałabym się uchwycić jakiejś wystającej z brzegu 
gałązki. Słońce przestało mi się już wydawać takie cudowne i żałowałam 
swojej nieprzemyślanej decyzji. Droga na Mousky zabrała nam sporo czasu, 
a ja nie byłam w stanie odtworzyć trasy, którą szłyśmy. Poza tym 
zapomniałam, jak się nazywa ulica, przy której mieszkał Ahmed, więc 
doszłam do wniosku, że zanim przytrafi mi się coś nieprzyjemnego, będę 
się musiała zwrócić o pomoc do taksówkarza albo policjanta. 
Wtedy przypomniałam sobie o szakalu i o tym, że są w Kairze ludzie gotowi 
dla niego zabić. 
Najbardziej obawiałam się tego, że wędrując po bazarze, Udałam się coraz 
bardziej od centrum. Ale nie byłam tego ^wna. Nie mogłam w żaden sposób 
dojrzeć niczego ponad łowami tych wszystkich ludzi, a nawet gdyby mi się 
to U(lało, najprawdopodobniej i tak nie wiedziałabym, gdzie testem. Mimo 
wszystko zdołałam zachować odrobinę roz-sdku i wiedziałam, że z całą 
pewnością lepiej będzie zo- na terenie tego zwariowanego bazaru niż 
skręcić 
147 
 moi 
Psy i szakale przypadkiem, jak się przelicza te ich funty na prawdziwą 
walutę? 
-  Nie wiem. Przepraszam, czy mógłby pan... 
-  Edna, gdzie jesteś? - Mężczyzna był krzepki, postawny, miał nieświeży 
oddech i mówił z południowym akcentem. Rozglądał się w poszukiwaniu żony. 
-  Przepraszam, nie wie pan, którędy dojść do Hiltona? Spojrzał na mnie z 
góry. 

background image

-  Do Hiltona? Oczywiście, że tędy. - Wyciągnął rękę w lewo. - Przecież 
tam mieszkam. Gdzie, u licha, podziała się moja żona? Ma nasze wszystkie 
czeki podróżne. 
Inni z tej grupy, zdecydowawszy się już na dokonanie zakupów, mówili 
teraz jeden przez drugiego do Arabki. Popychali mnie, trącali łokciami i 
wrzeszczeli prosto do 
ucha. 
-  Czy może mi pan dokładniej wytłumaczyć, gdzie jest 
ten hotel? 
-  Co? Och, tam. - Tym razem jego kciuk powędrował w lewo. - Nie mogę 
pani powiedzieć dokładnie, jak tam dojść. Przyjechałem tu autobusem. Na 
ulicach można po prostu zwariować. A co, zgubiła się pani? Gdzie jest 
pani 
grupa? 
-  Nie przyjechałam tu z grupą. 
-  To proszę wziąć taksówkę. - Znowu popatrzył nad głowami tłoczących się 
ludzi. - Jeśli, oczywiście, uda się 
Pani jakąś znaleźć. 
-  Próbowałam! -Musiałam krzyczeć, żeby mnie usłyszał. -Zabłądziłam 
jeszcze bardziej. Czy można stąd jakoś dojść 
Prostą drogą do Hiltona? 
-  Już wiem! Niech pani zadzwoni do recepcji. Może kogoś po panią wyślą. 
- Odwrócił się ode mnie i wyciągnął SzVJę, żeby obejrzeć inne wyroby. 
-  Nie mieszkam w Hiltonie. Nie sądzę, żeby... Odwrócił się do mnie, już 
nieco poirytowany. "* To gdzie w takim razie pani mieszka? 
-  U... u przyjaciół. 
-  W takim razie niech pani do nich zadzwoni. Albo niech 
149 
148 
Barbara Wood 
pani poda ich adres taksówkarzowi. Gdzie, do diabla, jest 
Edna? - Stanął na czubkach palców i znowu zaczął się 
rozglądać. - Jest! Edna! Jestem tutaj! - wrzeszczał. Kiedy 
podniósł ramię, żeby do niej pomachać, w twarz buchnął 
mi przykry zapach potu. Mężczyzna popatrzył na mnie: - 
Przepraszam - powiedział i zaczął zbierać się do odejścia. 
Wahałam się przez chwilę, patrząc na jego bawoli kark, 
który powoli wtapiał się w tłum, a potem krzyknęłam: 
-  Proszę chwilę zaczekać! 
Zatrzymał się i odwrócił. Uśmiechał się niecierpliwie. 
-  Czy nie mogłabym wrócić do Hiltona razem z panem i pana żoną. Nie ma 
pan nic przeciwko temu? 
Wzruszył ramionami. 
-  Dlaczego nie? 
Od razu odczułam ulgę. Wiedziałam, że kiedy znajdę się w okolicach tego 
hotelu, z łatwością znajdę drogę do mieszkania Ahmeda. 
-  O której odjeżdża wasz autobus? 
-  A niech go. Nie jadę autobusem. Głowa mnie tu rozbolała. Jak tylko 
wyciągnę Ednę ze sklepów, złapię taksówkę. Z przyjemnością podrzucimy 
panią do przyjaciół. Gdzie 
oni mieszkają? 
-  Nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam nazwy ulicy, 
ale na pewno ją poznam. 
Wtedy ktoś potrącił mnie tak, że wpadłam na postawnego Amerykanina, a on 
schwycił mnie za ramię i powiedział: 
-  Proszę uważać, młoda damo. Zdepczą panią w tym tłoku. My, Amerykanie, 
musimy się trzymać razem. Idziemy po moją żonę i uciekamy stąd. - Znowu 

background image

wmieszał się w tłum i trzymając mnie za rękę, mruczał: - Dziesięć funtów 
za taki 
kawałek śmiecia. 
Właśnie wtedy, kiedy mój rodak wlókł mnie za sobą» trzymając moją rękę w 
żelaznym uścisku, doznałam nieitt1 łego wrażenia. Nie wiem, co je 
spowodowało i co wywołał' nową falę strachu, ale kiedy przebijaliśmy się 
przez tłtijj Amerykanów, instynkt kazał mi się odwrócić i spójrz** przez 
ramię. 
150 
Psy i szakale 
Tuż za mną stał grubas w okularach ze szkłami jak denka butelek po coli. 
Gdyby nie to, że mój wybawiciel trzymał mnie tak mocno, na pewno bym 
upadła, bo poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Potknęłam się, 
oparłam o zwaliste ciało turysty i w ciągu ułamka sekundy odzyskałam 
spokój. 
Nie wiedziałam, jak ten grubas mnie znalazł, i specjalnie mnie to nie 
obchodziło. Myślałam tylko o tym, czy mnie rozpoznał. Może kapelusz z 
szerokim rondem i okulary przeciwsłoneczne skutecznie mnie zasłaniały? 
Ale nie, próżne nadzieje. Zbyt wielki byłby to zbieg okoliczności, gdyby 
się okazało, że ten facet stanął akurat za mną, choć miał do wyboru 
miliony ludzi na powierzchni setek mil kwadratowych, bo tyle zajmuje 
Kair. On dobrze wiedział, 
że to ja. 
W nagłym przypływie sił, przecisnęłam się do przodu i chwyciłam nowego 
znajomego za rękaw koszuli. 
-  Gdzie jest pańska żona? - spytałam oszalałym z przerażenia głosem. 
-  O, tutaj. Widzi pani? Wydaje moje pieniądze. Popatrzyłam nieprzytomnie 
przed siebie. 
-  Czy możemy się pospieszyć? 
Ścisnął jeszcze mocniej moje ramię, tak że nawet trochę mnie to zabolało. 
-  Proszę się nie martwić, młoda damo - powiedział 
cicho. 
Nie wiem dokładnie, co się później stało, bo jednocześnie wydarzyło się 
kilka zupełnie niespodziewanych rzeczy. Z prawej przewrócił się na nas 
ciągnięty przez osła wózek z Pomarańczami i zostaliśmy obsypani gradem 
owoców. Zwalisty turysta puścił moje ramię, chciał je pochwycić teszcze 
raz, ale nie udało mu się to, ponieważ został gwałtownie popchnięty. W 
panice, mając cały czas w pamięci Nącego za mną grubasa, wyciągnęłam rękę 
w kierunku Amerykanina, ale tłum na dobre nas rozdzielił. Zrobiło się 
^cze większe zamieszanie - osły ryczały, kram z cerami- rzewrócił się na 
ziemię, kobiety wrzeszczały, mężczyźni 
151 
Barbara Wood 
krzyczeli. Potem ktoś strącił mi kapelusz i włosy opadły mi na ramiona. 
Instynktownie przycisnęłam mocniej szakala, który wbijał mi się w bok. 
Tłum unosił mnie coraz dalej od Amerykanów i wiedziałam, że będę musiała 
walczyć o życie. 
Potrącano mnie i popychano, deptano mi po palcach, o mało nie wyrwano mi 
torebki. Szukałam na oślep wyjścia, ale nie mogłam go znaleźć. Gdy tak 
walczyłam z oszalałym tłumem, prawie pewna, że za chwilę nogi odmówią mi 
posłuszeństwa i upadnę na ziemię, ktoś z tyłu złapał mnie mocno dwoma 
rękami w talii i zaczął ciągnąć w przeciwnym kierunku. 
- Nie! - krzyknęłam bez tchu. - Chciałam walczyć z napastnikiem, ale 
byłam za słaba. Proszę, nie! - Był bardzo silny, krępował mi ruchy i 
wyciągał z tłumu. Nie mogłam nic zrobić. Krzyczałam, ale nikt mnie nie 
słyszał. 
Mimo że cały czas trzymał mnie mocno i wlókł, usiłowałam z nim walczyć, 
ale nagle zobaczyłam, że wydostajemy się powoli z tłumu i zmierzamy w 

background image

stronę wąskiego zaułka. - Proszę, nie! - wrzasnęłam, wijąc się w uścisku 
napastnika. 
W głowie miałam tylko jedną oszalałą myśl: nie, tylko nie tak. Nie mogę 
tak marnie skończyć. Pomyślałam o doktorze Kellermanie i jeszcze raz 
spróbowałam oswobodzić się z krępującego uścisku. 
Nagle, gdy wydostaliśmy się już z tłumu, napastnik zatrzymał się i 
obrócił mnie twarzą do siebie. Wpatrywałam się z niedowierzaniem w 
rozgniewane oczy Ahmeda Rfr 
sheeda. 
- Proszę nic nie mówić. Musimy się spieszyć. 
Wziął mnie za rękę i pobiegliśmy szybko naprzód ciemnym zaułkiem, 
oddalając się coraz bardziej od piekła tf Mousky. Biegliśmy po kocich 
łbach, ocieraliśmy się o śp ce osły, wystraszyliśmy kilku drzemiących 
żebraków i P dziliśmy dalej przed siebie, dopóki nie zabrakło nam tcft W 
pewnej chwili potknęłam się i o mało nie upadła0 Ahmed pociągnął mnie za 
sobą i zobaczyłam, że zaul* 
152 
Psy i szakale 
wychodzi w tym miejscu na zalaną słońcem ulicę, a przed nami stoi biało-
czarna taksówka. 
Rasheed bez słowa otworzył drzwi, wepchnął mnie do środka i wsiadł za 
mną. Powiedział coś po arabsku do kierowcy i samochód ruszył. 
- Boże! - Płakałam, zasłaniając twarz rękami. - O Boże! 0 Boże! 
Objął mnie delikatnie, ale w dalszym ciągu się nie odzywał. 
Łzy spływały mi po policzkach, łzy ulgi, łzy strachu i łzy wyczerpania. 
Drżałam na całym ciele. Rzuciłam okulary przeciwsłoneczne na podłogę, 
zaczęłam szlochać jeszcze bardziej, a potem wzięłam głęboki oddech i w 
końcu się wyprostowałam. Zanim spojrzałam na Rasheeda, przetarłam oczy i 
pożałowałam natychmiast, że odważyłam się na niego popatrzeć. 
Ahmed Rasheed nadal wprawdzie mnie obejmował, ale patrzył z ledwo 
skrywaną wściekłością. Oczy płonęły mu gniewnie. Były roziskrzone i 
błyszczące, jakby miał gorączkę. Usta miał zaciśnięte w kreskę. Na jego 
twarzy malowała się prawdziwa furia. 
Taksówkarz jechał jak taran, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co 
się wokół niego dzieje. Przejeżdżał przez skrzyżowania na czerwonym 
świetle, o centymetry mijał przechodniów i nie wykazywał najmniejszego 
bodaj szacunku dla innych kierowców. W Egipcie klakson zastąpił 
całkowicie hamulce, więc nikt tutaj nie zatrzymuje auta z żadnego powodu. 
Kierowcy pędzą po prostu na oślep Przed siebie. Oparłam mocno stopy o 
podłogę i wbiłam Plecy w oparcie tylnego siedzenia, a samochód 
podskakiwał i trząsł się na wąskich zatłoczonych uliczkach. Odczu-tem 
niewysłowioną ulgę, kiedy dojechaliśmy wreszcie pod 2l*ajomy adres i 
zauważyłam, że kierowca - po raz pierwszy p użył hamulca. 
Wysiadając z taksówki pod domem Rasheeda, byłam nieźle poobijana. Od razu 
usłyszałam cienki dziewczęcy głos. 
153 
Barbara Wood - Mees Harees! - zawołała Asmahan, zbiegła na d 
i przytuliła mnie mocno. 
Mówiła o parę oktaw wyżej niż zwykle, wyrzucała z siebie słowa tak 
szybko, że brakło jej powietrza. Kiedy odsunęła się ode mnie, zauważyłam, 
że ma zaczerwienione oczy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, 
AhmedRasheed chwycił mnie za ramię i poprowadził w stronę budynku. 
Przystanął tylko na moment, żeby zlustrować wzrokiem ulicę. Sprawdzał, 
czy nikt nie czyha na mnie w popołudniowym cieniu. Poszliśmy na górę. 
Gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu, zamknął drzwi, okiennice i dopiero 
wtedy się do mnie odwrócił. W jego oczach wciąż jeszcze płonęła 
wściekłość, nad którą głos 
starał się zapanować. 

background image

- Co pani sobie właściwie wyobraża, panno Harris? Otworzyłam usta, żeby 
coś powiedzieć, ale wydobyłam z siebie tylko ledwo słyszalny szept: 
-  Przepraszam. 
-  Nie wiedziała pani, że grozi pani niebezpieczeństwo? 
-  Nie sądziłam... 
-  Panno Harris. - Podniósł głos. - Nie miała pani prawa narażać się na 
takie ryzyko. Nie miała pani prawa narażać Asmahan. Ani tak mnie 
zdenerwować. Bardzo się starałem panią chronić. A pani robi mi coś 
takiego. Kiedy wróciłem do domu i Asmahan powiedziała mi, że panią 
zgubiła, nie wierzyłem własnym uszom. Czy ta rozmowa telefoniczna 
była naprawdę taka ważna ? 
Nie odpowiadałam, tylko patrzyłam na niego jak skarcone dziecko. 
- Kiedy Asmahan powiedziała mi, że jest pani na Mousky, sama na Mousky, 
ogarnęło mnie przerażenie. Jak to się mówi? Aha, dostałem szału. Nie 
wiedziałem, co robić. Szukać pani w tym tłumie, zanim ktoś inny panią 
znajdzie? 
- Umilkł na chwilę, ale patrzył na mnie w dalszym ciągu # 
~"T,Mi robiło 
Psy i szakale 
palce. Sprawiała wrażenie kogoś, kto całą winę bierze na siebie. Ahmed 
stał dokładnie naprzeciwko mnie, nie dalej niż półtora metra. Cały czas 
patrzył na mnie groźnie, palił i próbował pohamować gniew. 
Mówił spokojnie, uważnie dobierając słowa. - Nie powiedziałem Asmahan, 
dlaczego pani tu jest. Nie wiedziała, że grozi pani niebezpieczeństwo. 
Powiedziałem jej tylko, że jest pani naszą przyjaciółką, że jest tu pani 
po raz pierwszy i potrzebuje pani lokum. Gdybym powiedział jej prawdę, 
niepotrzebnie zamartwiałaby się na śmierć. Nawet teraz nie zdaje sobie 
jeszcze w pełni sprawy z tego, 1  co się mogło dzisiaj stać. Gdyby się 
teraz dowiedziała, że mogła pani zostać zamordowana... 
-  Niech pan zaczeka. Proszę. Proszę, niech pan nie będzie dla niej taki 
surowy. To wszystko była moja wina. 
-  Wiem. Nie byłem na nią zły. Ale sama pani widzi, że ona czuje się 
winna. Widząc, jak się zdenerwowałem tym, że została pani sama na Mousky, 
bardzo się zdziwiła. Cały czas zapewniała mnie, że trafi pani do domu. 
Jak mogłem jej powiedzieć, że może pani już nigdy nie wrócić? 
1     - Panie Rasheed... 
-  I co pani sobie właściwie myślała, kiedy wychodziła pani z tego 
mieszkania? I narażała Asmahan na takie niebezpieczeństwo? 
-  Myślałam, że wszystko będzie w porządku. Twierdził 
pan, że jestem bezpieczna. 
-  Wczoraj wieczorem powiedziałem pani, że nie będziemy jeszcze nigdzie 
wychodzić. Już pani zapomniała 
oTreadwellu? 
-  Zaraz! - Nagle się rozłościłam. - Powiedziałam już, że iest mi bardzo 
przykro. Nie podoba mi się, że stoi pan tu n&de mną jak kat. Ile razy mam 
jeszcze przepraszać? bardzo, bardzo żałuję tego, co się stało. Wiem, że 
martwił ^c pan o Asmahan, i ma pan rację, że nie miałam prawa tej ze sobą 
zabierać. To ja chciałam nadstawiać karku, więc Powinnam była wyjść sama. 
Na miłość boską! Naprawdę ^am straszne wyrzuty sumienia. Czuję się po 
prostu chora! 
155 
154 
turystów.                                                      dwóch 
godzi- 
- Turystów?           kanów. Mówię^^ i widziałam 
- Tak, grupę A^K t   zatam tylko arabsB               m naeh, w czasie 
których sJm szczęsliwa ze   ch   P ^^ 
same obce twarze, w            iakos sobie raa          t     t 

background image

Widzi pan, ja Pjgf^^ ^dy "a^ozpf   c « mieli mnie odwieźć ou ^ 
Zmarszczylam brwi, Piekło i zjawił się pan-      loną chwilę 
- Amery 
157 
Barbara Wood 
przy nich będę bezpieczna. Gdybym z nimi poszła, nie wpadłabym w łapy 
tego grubasa. Rozważał przez chwilę moje słowa. 
-  Amerykański turysta? A jak wyglądała jego żona? 
-  Edna? Naprawdę nie wiem. Właściwie jej nie widziałam. Odłączyła się od 
grupy. 
-  Więc skąd pani wie, że ona tam była? 
-  Słucham? 
-  I skąd  pani wie,  że ten Amerykanin,  z którym miała pani jechać, 
naprawdę przyszedł na bazar z grupą? 
-  Co? - Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. - Pan mówi poważnie? - 
Zdobyłam się na wymuszony śmiech. -Myślę, że to trochę zbyt 
melodramatyczny pomysł. Tak, na pewno na targu był grubas, ale byłam na 
najlepszej drodze, żeby go zgubić. Przyszło mi do głowy, że dobrze 
będzie, jeśli uda mi się błyskawicznie zaprzyjaźnić z tą parą Amerykanów. 
Ahmed wstał i bez słowa podszedł do krzesła, na którym wisiała jego 
marynarka. Sięgnął do kieszeni, wyjął z niej coś i wrócił na kanapę. 
-  Proszę mi powiedzieć, panno Harris - poprosił, pokazując mi 
fotografię, - czy widziała pani już kiedyś tego człowieka? 
Wpatrywałam się z niedowierzaniem w twarz mężczyzny na zdjęciu. To był 
mąż Edny, postawny amerykański turysta. 
-  Ależ to jest... 
-  Ten człowiek, panno Harris, to Arnold Rossiter. 
Brzęk filiżanki uderzającej o spodek przywrócił mnie do rzeczywistości. 
Zwróciłam głowę w kierunku, z któreg dochodził dźwięk, a potem spojrzałam 
na dłonie Asmahan i odzyskałam jasność widzenia. Gdzieś w pobliżu jakiś 
mś ski głos mówił: 
-  Czy dobrze się pani czuje, panno Harris? Spojrzałam na Ahmeda 
Rasheeda. Znowu zadrżałam i 
całym ciele. 
158 
Psy i szakale 
-  Trzymał mnie - powiedziałam, ale zabrzmiało to tylko nieco głośniej 
niż szept. - O, tutaj. - Wskazałam czerwony ślad na ramieniu. - Sprawiał 
mi ból, ale sądziłam, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Myślałam, że po 
prostu się spieszy, bo chce znaleźć żonę i złapać taksówkę... - Milkłam 
powoli. 
-  Teraz już pani rozumie, dlaczego tak się o panią martwiłem. Ten 
Rossiter to bardzo przebiegły człowiek. Jest też uważany za świetnego 
aktora. On nie jest Amerykaninem, jest Anglikiem. 
-  Dałam się nabrać - powiedziałam martwym głosem. 
-  Właśnie. - Rasheed zabrał mi zdjęcie, patrzył na nie przez chwilę, po 
czym położył je z powrotem na stole. - Ale skąd miała pani wiedzieć? 
Zgubiła się pani w obcym mieście i zdecydowałaby się pani uwierzyć 
każdemu, kto by uczciwie wyglądał. Jestem pani jedynym przyjacielem, i 
właśnie mnie nie chce pani zaufać. To zakrawa na ironię. 
Uniosłam gwałtownie głowę. 
-  Mimo wszystko jednak - ciągnął - nie wierzę, że ktoś nas śledził, 
kiedy jechaliśmy z powrotem do domu. Wyszliśmy z bazaru wystarczająco 
szybko, a tam wciąż jeszcze trwało to całe zamieszanie. 
-  Dobry Boże! Arnold Rossiter naprawdę mnie dopadł! Gdyby nie przewrócił 
się ten wózek, nigdy by pan... -Spojrzałam na Ahmeda Rasheeda. Miał 
tajemniczy wyraz twarzy. - To pan? - zapytałam i z niemądrą miną 
pokazałam na niego palcem. - To pan go wywrócił? 

background image

-  Musiałem, panno Harris. Wypatrzyłem panią po półgodzinnych 
poszukiwaniach. Kiedy zobaczyłem, że schwy-ta* panią człowiek podobny do 
Rossitera, mężczyzna o wie-^ większy ode mnie, wiedziałem, że muszę 
wywołać zamieszanie. Wózek z pomarańczami doskonale się do tego nadawał. 
Nagle poczułam, że mam ochotę się roześmiać. ""¦ I udało się! 
g Tak. - Wreszcie się uśmiechnął. - Udało się. ^okręciłam z 
niedowierzaniem głową. 
159 
Barbara Wood 
-  Nie mogę w to uwierzyć. Jeśli to rzeczywiście był Ros-siter, w jaki 
sposób trafił na Mousky? Jeśli śledził mnie i poszedł za mną, to jakim 
cudem zdołał mnie wyprzedzić, dołączyć do grupy turystów i najspokojniej 
w świecie dobijać targu przy straganie? Przecież w tym celu musiałby 
wiedzieć wcześniej, że się tam wybieram, a nie mógł się przecież tego 
domyślić, bo podjęłyśmy decyzję w ostatniej... - Zasłoniłam sobie dłonią 
usta. - Oczywiście, ta kobieta z rozmównicy. Mogła mu powiedzieć. Poszedł 
tam za mną, zobaczył, że wychodzę... Och! - Znowu potrząsnęłam głową. - 
Chyba nie zrobiłam dziś zbyt wielu mądrych rzeczy. 
Teraz Ahmed zmusił się do śmiechu i poklepał mnie uspokajająco po ręku. 
-  Wszystko w porządku, panno Harris. Jest pani bezpieczna, a tylko to 
się liczy. 
Kiedy zobaczyłam, że się uśmiecha, poczułam się o wiele lepiej. 
-  Ile razy można powtarzać „przepraszam" w ciągu jednego dnia? Na pewno 
uważa mnie pan za idiotkę. - Odwzajemniłam uśmiech. - Bardzo wiele pan 
ryzykował, żeby mi pomóc. Dziękuję. 
Tym razem nie patrzyłam na nich przez szpary w okiennicach. Zamknęłam 
drzwi i wróciłam na kanapę, gdzie z przyjemnością dopijałam herbatę. 
Byłam już bardzo zmęczona i bolał mnie każdy centymetr ciała, ale wcale 
nie byłam pewna, czy będę mogła zasnąć po takim dniu. Przeżyłam trudne 
chwile na Mousky, o mały włos nie porwał mnie morderca, a w dodatku nie 
udało mi się porozmawiać z doktorem Kellermanem. 
Nurtowały mnie różne myśli i miałam ogólny w głowie. 
Wyciągnęłam   szakala   zza   paska   od   spodni   i częłam mu się 
przyglądać. Obejrzałam dokładnie dziwaczny pysk, uśmiech odsłaniający 
zęby, chytre i spiczaste uszy. Jakie tajemnice kryła w sobie ta start 
żytna zabawka? Dlaczego była taka cenna i dlaczego   & 
160 
 : 
Psy i szakale 
nym złym ludziom tak bardzo zależało na tym, żeby ją zdobyć. 
Wpatrywałam się tępo w ścianę, a szakal zsunął mi się na kolana. W głowie 
pojawiały mi się różne obrazy. Potężnie zbudowany amerykański turysta z 
południowym akcentem. Jak bezpiecznie się czułam w jego towarzystwie! 
Strach przed stojącym tuż za mną grubasem. Przerażenie, kiedy przewrócił 
się wózek i o mało nie zdeptał mnie tłum. I wtedy przypomniałam sobie, 
jak Ahmed obejmuje mnie mocno w talii. 
Pomyślałam, że teraz najprawdopodobniej całuje się z Asmahan. 
Słysząc jego kroki na schodach, ukryłam szakala pod bluzką i wypiłam 
ostatni łyk herbaty. Ahmed dokładnie pozamykał drzwi i powiedział szybko: 
-  Nikogo nie ma. Rossiter nie ma pojęcia, gdzie pani teraz jest i w 
czyim towarzystwie. 
-  Dzięki Bogu. Uśmiechnął się. 
-  Inshallah. Jest pani głodna, panno Harris? 
-  Nie, właściwie nie. - Wstałam i wygładziłam zmięte ubranie. - Czuję 
się okropnie i chciałabym się położyć. 
-  Dobrze. - Podszedł do stołu i zaczął zdejmować marynarkę. 
~ Kto to właściwie jest Arnold Rossiter? 

background image

Znieruchomiał na chwilę, a potem na dobre oswobodził s*e z marynarki i 
powiesił ją starannie na krześle. Koszulę ^iał nieskazitelnie białą, a 
może tylko takie sprawiała każenie na tle jego ciemnej cery. 
*¦ Nie powie mi pan, prawda? 
*¦ Nie, jeszcze nie. 
. ~~ Cóż. - Podeszłam do drzwi sypialni. - W każdym razie Lst mi przykro, 
że naraziłam dziś nas wszystkich na takie ^Poty. 
blisko mnie i uśmiechał się słabo, bardzo mi wstyd z powodu Asmahan. 
Obudziłam się 
161 

Barbara Wood 
dziś rano i myślałam wyłącznie o tym, żeby zadzwonić do doktora 
Kellermana. Nic innego nie wydawało mi się ważne. Czułam się zupełnie 
bezpieczna, sądzę, że byłam p0 prostu zbyt pewna siebie. Poza tym 
uważałam, że nikt mnie nie rozpozna. Nie miałam prawa narażać pańskiej 
narzeczonej na takie niebezpieczeństwo. 
Rasheed przestał się uśmiechać i zrobił zdziwioną minę. 
-  Narzeczonej? 
-  Tak. Narzeczona. Rozumie pan, dziewczyna, pańska dziewczyna. Zaręczona 
z panem. No, już wszystko jedno. Po prostu Asmahan. 
-  Ależ ja znam to słowo, panno Harris, tylko że Asmahan nie jest wcale 
moja narzeczoną. 
-  Nie? 
-  Nie - odpowiedział ze śmiechem. - Ona jest moją siostrą. 
Rozdział jedenasty 
Ijeżałam jak mumia na łdżku i gapiłam się w sufit, jakby to było niebo, a 
ja czytałabym w gwiazdach. Dałam się ponieść fantazji i wyobrażałam 
sobie, że leżę od wieków i czekam na zmartwychwstanie, ale tak naprawdę 
czekałam tylko na świt. 
Mimo że wokół panowała absolutna cisza i ciemność, wciąż czuwałam, a mój 
umysł zaprzątało tysiące myśli. Przed oczami przesuwały mi się różne 
twarze: Arnolda Rossitera, Ahmeda Rasheeda, Johna Treadwella, Asmahan I i 
doktora Kellermana. Wszyscy przyszli na mnie popatrzeć i zabrać mi 
spokój. Chociaż próbowałam z nimi walczyć i znaleźć chwilę wytchnienia, 
mogłam jedynie cały czas przeżywać na nowo wydarzenia minionego dnia. 
A kiedy doszłam wreszcie do końca i usłyszałam słowa Ahmeda: „Ona jest 
moją siostrą", znowu doznałam dziwnego wrażenia. Serce biło mi z radości 
trochę mocniej niż zwykle. Właśnie ta chwila, a nie rozczarowanie, jakie 
Przeżyłam w centrali telefonicznej, nie zamieszanie na Mousky ani też 
afera z Rossiterem, tylko ta właśnie chwila najczęściej powracała w 
pamięci i dlatego nie mogłam zasnąć. 
. dlaczego tak zareagowałam na jego słowa? Uczucie ulgi 1 radości było 
tak niespodziewane. Dlaczego właściwie bałoby mnie obchodzić, czy Asmahan 
jest jego siostrą czy Rzeczoną? I dlaczego - myślałam, kiedy światło 
poranka 
lCzynało się już przemykać przez okiennice - właściwie 
^nad tym zastanawiam? 
%obrażałam sobie człowieka, który uważał się za moje- 
163 
Barbara Wood 
go opiekuna. Byl zupełnie inny od wszystkich mężczyzn, jakich znałam do 
tej pory. Ale tkwiło za tym coś jeszcze, Nie należałam do ludzi, których 
fascynuje wszystko co niezwykłe i nowe. Przeciwnie, zawsze podchodziłam z 
re* zerwą, a nawet podejrzliwie do takich rzeczy. Nie, ten mężczyzna 
śpiący w sąsiednim pokoju miał klasę, i właśnie to mi się tak podobało. 
Musiałam wreszcie sama przed sobą się przyznać, że Rasheed zaczyna mnie 
pociągać. 

background image

Godziny przed świtem to  najlepsza pora na przemyślenia, bo wtedy jest 
najciszej i najspokojniej. Leżałam wygodnie i niczym się nie zadręczałam. 
Cieszyłam się, że mam już za sobą wczorajszy dzień, bo ten, który 
nadchodził, krył w sobie nowe możliwości i nadzieje. Minął już cały 
tydzień, odkąd Adela zatelefonowała do mnie z Rzymu, cały tydzień, odkąd 
zdecydowałam się do niej pojechać i, Bóg mi świadkiem, miałam wrażenie, 
że to trwa już całą wieczność. Wyczuwałam, że moja odyseja nie skończy 
się ani prędko, ani w Kairze, ale raczej przyniesie mi nowe 
niespodzianki. Te właśnie problemy rozważałam w bladym 
świetle poranka. 
Znowu pomyślałam o Ahmedzie Rasheedzie. I doktorze Kellermanie. A także o 
zmianach, jakie we mnie zachodziły. 
Wstałam dopiero wtedy, gdy usłyszałam odgłos zamykanych drzwi. Najpierw 
zaryglowałam je od środka, potem pokręciłam się po kuchni w poszukiwaniu 
czegoś do jedzenia, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam, żeby zaczekać na 
Asmahan. 
Ale ona nie przyszła. Nie winiłam jej za to, nie mifr łam też pretensji 
do Ahmeda, że kazał się jej trzymać z daleka. Ta gra stawała się coraz 
bardziej niebezpieczfl a ona o mały włos nie została w nią wplątana. 
Tylko ?& Bóg wiedział, ile czasu to wszystko jeszcze może potrwa1 i 
bezsensowne było angażowanie kolejnych osób w cała 
aferę. 
Dzień wlókł się bezlitośnie. Od czasu do czasu słyszał* 
164 
Psy i szakale 
kroki na schodach i miałam nadzieję, że wreszcie wraca Ahmed. Lecz za 
każdym razem ktoś wchodził do innego mieszkania. Trzy razy usłyszałam 
wołanie muezina i zastanawiałam się, czy Ahmed przerywa swoje zajęcia, 
żeby uklęknąć i modlić się z twarzą zwróconą w stronę Mekki. 
Chciałam nawet napisać list do doktora Kellerma-na. Istniało bowiem 
poważne prawdopodobieństwo, że go otrzyma, zanim będę mogła skorzystać z 
telefonu, ale... co właściwie miałam mu napisać? Drogi doktorze! Pewnie 
mi pan nie uwierzy, ale mieszkam teraz z egipskim pracownikiem służb 
specjalnych. On ukrywa mnie przed mordercą, a kairska policja szukała 
mnie przedwczoraj po całym mieście, bo zostałam posądzona o zabicie 
człowieka, w towarzystwie którego przyleciałam tu z Rzymu. A pamięta pan 
tego szakala, którego panu pokazywałam? No właśnie, proszę sobie 
wyobrazić, że wszyscy chcą mi go odebrać. Ten tajny agent, Ahmed Rasheed, 
uważa, że mogą mnie nawet w tym celu zamordować, a on nie chce do tego 
dopuścić, bo sądzi, że pomogę mu znaleźć moją siostrę, i bardzo mu na tym 
zależy, ale nie chce powiedzieć dlaczego. Świetnie się bawię. Szkoda, że 
pana tu nie ma. 
Ten list nigdy nie ujrzał światła dziennego. Miałam nadzieję, że wkrótce 
będę mogła wszystko opowiedzieć doktorowi Kellermanowi osobiście. 
¦Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy Ahmed wreszcie przyszedł do domu. 
Przeżycia na Mousky znowu obudziły moją Czujność i niepokój, więc przez 
cały dzień bodaj na chwilę nie mogłam się odprężyć. Chodziłam tam i z 
powrotem po Mieszkaniu, dwa razy wyjrzałam przez szparkę w okienni-C     
i robiłam całą masę planów na przyszłość. 
 %ślałam głównie o jednym: jak długo to wszystko się  będzie ciągnąć? Już 
trzeci dzień ukrywałam się ^ Mieszkaniu Rasheeda, a na horyzoncie wciąż 
nie widać y*   żadnej zmiany. W jaki sposób znaleźć Adelę, skoro 
165 
Barbara Wood 
jestem tak bierna i bezużyteczna? I co właściwie - myślałam bez końca - 
robi Rasheed w tej sprawie? 

background image

Choć zwykle nosił garnitur, tego dnia miał na sobie pulower i spodnie, co 
sprawiało, że wyglądał prawie jak Amerykanin. Powitał mnie gorąco i 
uśmiechnął się beztrosko. Najwyraźniej niczym się nie martwił. 
-  Dowiedział się pan czegoś nowego? 
-  Pani siostra nie pojawiła się już w hotelu She- 
pheard's. 
Nie zdziwiłam się specjalnie. Zresztą nie to akurat miałam na myśli. 
-  Coś jeszcze? 
W końcu przestał zajmować się herbatą. 
-  Proszę,  niech  pani  usiądzie,  panno  Harris.  Najpierw wypijemy 
herbatę, a potem muszę pani coś powiedzieć. 
Ponieważ nie znałam go na tyle dobrze, żeby właściwie odczytać jego ton, 
nie byłam pewna, czy w jego głosie kryje się śmiertelna powaga czy też 
zwykła uprzejmość. Tak czy inaczej, uznałam, że powinnam mu towarzyszyć, 
i czekałam cierpliwie, aż się do mnie przyłączy i poda herbatę. 
-  Dobrze. - Wstałam i usiadłam obok niego na kanapie. Delikatny zapach 
płynu po goleniu przypominał mi jego sypialnię. - O co chodzi? 
Nalewając herbatę, zapytał: 
-  Co pani zamierza powiedzieć swojej siostrze, kiedy się 
pani z nią zobaczy? 
-  Co zamierzam jej powiedzieć? Dziwne pytanie. Co 
dokładnie chce pan wiedzieć? 
-  Widzi pani, to ważne, żeby pani uważała na to, co pani jej powie. Musi 
pani pamiętać, że ja szukam jej z innych powodów niż pani. 
-  I sądzi pan, że pana wsypię ? 
-  Nie rozumiem? 
-  To znaczy... obawia się pan, że powiem jej o panu? 
-  Dokładnie tak. 
-  Cóż... - Myślałam przez chwilę. - Właściwie jeszcze s 
166 
Psy i szakale 
nad tym nie zastanawiałam. Na pewno zapytam ją, co się z nią, u licha, 
stało w Rzymie i dlaczego nie czekała na mnie w hotelu Shepheard's, tak 
jak obiecywała w liście. Chcę również, żeby wyjaśniła mi tę historię z 
szakalem. poza tym... może chciałabym porozmawiać z nią o przeszłości. 
Wypełnić jakoś tę czteroletnią lukę... - Nie dokończyłam, bo wyobraziłam 
sobie, że moja kapryśna siostra stoi tuż naprzeciwko mnie. A prawda była 
taka, że nie miałam pojęcia, co właściwie zamierzam jej powiedzieć. 
Chciałam ją tylko znaleźć. 
-  Ale nie powie jej pani o mnie? 
-  Jeśli pan sobie nie życzy, to nie. Ale chciałabym wiedzieć, dlaczego. 
Mam chyba do tego prawo 
-  Tak, oczywiście, i wkrótce to pani wyjaśnię. 
-  A co będzie, jeśli to pan ją znajdzie? 
Znowu się uśmiechnął, a nawet roześmiał cicho i powiedział z wyraźnym 
zadowoleniem. 
-  Panno Harris, ja już ją znalazłem. 
Poczułam się tak, jakby poraził mnie piorun. 
-  Co? 
Śmiał się coraz głośniej i wyjął kopertę z bocznej kieszeni spodni. W 
kopercie było małe, niewyraźne zdjęcie dużej grupy ludzi. Podsunął mi 
zdjęcie pod nos. 
Nie mogło być mowy o pomyłce. Adela stała wśród nich. 
-  To ona! To moja siostra! - Można było pomyśleć, że uniarłam i poszłam 
do nieba. - Gdzie ona jest? Kiedy Ostało zrobione to zdjęcie? 
-  Chwileczkę, zaraz wszystko pani wytłumaczę. Czy to na Pewno pani 
siostra? Dobrze. Tak też mi się wydawało, ale bekałem na pani 
potwierdzenie. Zdjęcie zrobił człowiek, ftóry dla mnie pracuje. Dwa dni 

background image

temu wysłałem go na ^ótką wycieczkę w górę Nilu. Wy, Amerykanie, 
nazywacie c°ś takiego czujem, a więc wysłałem go tam na czują i jak 
l(*ać, miałem rację. Człowiek, któremu zleciłem to zada-le> otrzymał ode 
mnie parę wskazówek, wykorzystał je 
167 
 
Barbara Wood 
i przeszukał dokładnie okolice. Dzięki temu otrzymałem to zdjęcie. 
Miałam zupełny mętlik w głowie. 
-  W górę Nilu? Przeszukał okolice? O czym pan mówi? Czy to znaczy, że 
mojej siostry nie ma w Kairze? 
-  Oczywiście, że jej nie ma. Wczoraj rano, czyli dokładnie wtedy, kiedy 
zostało zrobione to zdjęcie, pani siostra była w Luksorze, pięćset mil 
stąd. 
Aż się cofnęłam ze zdziwienia. Po raz kolejny wyszła na jaw moja 
nieznajomość świata. Byłam bardzo zdumiona faktem, że w Egipcie jest 
jeszcze jakieś inne miasto poza Kairem. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie 
to, że właśnie tam udała się moja siostra. 
-  A cóż takiego jest w tym Luksorze, że ją tam poniosło? 
-  Sądzę, że jej nie interesuje samo miasto, ale raczej coś, co znajduje 
się nie opodal. Konkretnie na pustyni. 
-  Na pustyni. - Tak, to było podobne do Adeli. Ruchome piaski, wielbłądy 
i szejkowie na dzikich koniach. - Kiedy mogę tam pojechać? 
-  Czy to aby na pewno dobry pomysł, panno Harris? Tam nie jest 
bezpiecznie. 
-  Dotarłam aż tutaj. Niech pan posłucha, czy pan sobie w ogóle zdaje 
sobie sprawę, przez co dla niej przeszłam? Chyba nie sądzi pan, że 
powstrzymają mnie jakieś niemądre obawy przed tym, że ktoś mnie może tam 
zamordować? 
Zdziwiłam się, bo znowu wybuchnął śmiechem. Arabowie mają irytujący 
zwyczaj obracania wszystkiego w żart. 
-  Oczywiście, że pani do niej pojedzie. Tak szybko, w to będzie możliwe. 
Patrzyłam na niego podejrzliwie. 
-  Sam wybieram się do Luksoru i nie zostawię pani titf* samej. 
Nie, to nie był irytujący zwyczaj, ale prosty spos°l 
168 
Psy i szakale 
akceptowania różnych niedogodności życiowych. Myśląc o brudzie, hałasie i 
biedzie na ulicach Kairu, przypominałam sobie równocześnie, jak mili i 
życzliwi byli wszyscy spotkani przeze mnie ludzie i jak sympatycznie się 
do mnie uśmiechali. Ahmed Rasheed okazał się typowym mieszkańcem Kairu: 
był niefrasobliwy, uroczy i lubił się śmiać. 
-  Kiedy możemy jechać? - zapytałam cicho. 
-  Polecimy jutro po południu. Dziś już nie odlatuje żaden samolot. 
Miałam serce w gardle i spociły mi się dłonie. Adela przestała już być 
abstrakcją, mitem, ale nabrała cech żywego człowieka, a w dodatku z 
łatwością można było do niej dotrzeć. Nagle poczułam, że jestem strasznie 
podekscytowana. 
-  A nie możemy jechać jeszcze dziś? 
Dostrzegł zapewne niepokój w moich oczach, ale wiedząc, jak on kocha 
swoją siostrę, sądziłam, że rozumie moje uczucia. 
-  Jest pociąg do Luksoru, ale odjeżdża o ósmej. Spojrzałam na zegarek. 
Dochodziła szósta trzydzieści. 
-  Zdążymy! - krzyknęłam. - O której będziemy na miejscu? 
-  O ósmej rano, ale... 
-  Proszę! - Gwałtownie chwyciłam go za rękę. - Możemy się znowu z nią 
minąć. Zgubiłam ją przecież w Rzymie... Nie, nie przeżyłabym tego. 
Zacisnął mocno dłoń wokół moich palców. 

background image

-  Panno Harris, to bardzo długa podróż. Samolotem będzie o wiele 
przyjemniej. 
~ Ale pociągiem dotrzemy tam o wiele wcześniej! Proszę i 
-  Dobrze - zgodził się. - W takim razie musimy się ^spieszyć. Muszę 
teraz wyjść na chwilę, w tym czasie pani pakuje walizkę. Kiedy wrócę, 
wyruszymy natychmiast na %orzec. 
Staliśmy naprzeciwko siebie, nasze dłonie wciąż były 
169 
Barbara Wood złączone, a on na pewno zauważył, jak bardzo błyszczą mj 
oczy. 
- Panno Harris, to jest bardzo niebezpieczne. Proszę 
nie robić sobie zbyt wielkich nadziei, bo się pani rozczaruje. 
- Już jestem przyzwyczajona do rozczarowań. Mam doświadczenie. 
Kiedy tylko wyszedł, poszłam do łazienki i spakowałam starannie parę 
drobiazgów. Zastanawiałam się, czy nie włożyć szakala do torebki lub 
walizki, ale w końcu zostawiłam go na swoim miejscu za paskiem spodni, 
przykrytego bluzką. Przywiązałam się już do tego zwierzaka, a nawet 
przyzwyczaiłam się i do tego, że coś stale uwiera mnie w bok. Lubiłam to 
uczucie, bo czasem przywoływało mnie do rzeczywistości, pozwalało 
zachować rozsądek i nie dać 
się ponieść wyobraźni. 
Przystanęłam na chwilę, żeby przejrzeć się w lustrze. Moje odbicie 
wyglądało tak samo jak zawsze. Byłam kiepską imitacją mojej pięknej 
siostry, bezbarwną i przez to mało dekoracyjną. Widziałam przed sobą 
młodą nieustraszoną kobietę, która nigdy nie obawiała się stawić czoło 
żadnemu wyzwaniu. Zastanawiałam się, jaki wpływ na moją przyszłość może 
wywrzeć dzisiejszy wieczór i czy jeszcze kiedykolwiek stanę za stołem 
operacyjnym. 
Z oddali dobiegło nawoływanie muezina. Poza salą operacyjną istniał 
jeszcze inny świat, większy, niż się spodziewałam, a teraz przyszło mi do 
głowy, że być może wcale nie byłam taka odważna, jak mi się kiedyś 
wydawało. Teraz, przed rozpoczęciem tej podróży w górę Nilu, pomyślałam, 
że dotychczas uciekałam przed światem. Żyłam jak mnich w wąskim kręgu 
swoich zainteresowań. 
Cóż, teraz nie mogłam się już nigdzie schronić i po raz pierwszy w życiu 
byłam pozostawiona samej sobie. Teraz naprawdę musiałam wykazać się 
odwagą, zarówno dla własnego dobra, jak i dla dobra siostry. 
1      ~<> i^ohodziła od Ramze~" ^""ńeeo, k : ledwo 
Psy i szakale 
słynnego faraona, ponieważ oświetlenie wewnątrz było bardzo kiepskie, a 
poza tym w tym momencie nie interesowały mnie zabytki. Na dworzec składał 
się ogromny kompleks budynków, perony, no i oczywiście pociągi. O tej 
porze rozkład jazdy przewidywał równie wiele przyjazdów, jak i odjazdów, 
więc dworzec wprost pękał w szwach; kłębiły się na nim tłumy 
przedstawicieli wszystkich ras. Nikt więc nie zwrócił uwagi na dobrze 
ubranego Araba i uwieszoną u jego ramienia Amerykankę, przedzierających 
się przez stłoczoną, rozwrzeszczaną ciżbę. Był to rozległy dworzec, taki 
jak inne, więc wszystkie głosy, krzyki i kłótnie powtarzało echo. 
Wszędzie stali Egipcjanie w długich gala-biach i białych kaffteyakach, a 
przy nich gromadki dzieci i pakunki optymistycznie powiązane sznurkiem. 
Kobiety całe w czerni, jak to zwykle w Kairze, z wygolonymi brwiami, 
zebrały się w grupki i rozmawiały ze sobą głośno, a bose dzieci czepiały 
się ich sukien. Wokół kobiet rozchodził się specyficzny zapach perfum. 
Wiele z nich niosło bagaże na głowach. Niektóre przyglądały mi się 
ciekawie, gdy je mijałam. Próbowałam odwracać wzrok, ale ich widok wprost 
mnie hipnotyzował. 
Ahmed zaprowadził mnie do pawilonu, w którym mieściła się kawiarnia. Było 
to ponure, zadymione pomieszczenie z kiwającymi się, nie dopasowanymi do 

background image

siebie krzesłami i stolikami. W kawiarni siedzieli wyłącznie mężczyźni, 
przeważnie wieśniacy i żołnierze w mundurach, którzy wykazali przelotne 
zainteresowanie moją osobą, gdy Ahmed Pomagał mi usiąść. Panował tu tak 
wielki gwar, że musia-km kilkakrotnie powtórzyć „Co?", żeby mój towarzysz 
tonie usłyszał. Kiedy na chwilę zostałam sama, ogarnęło tonie 
przerażenie. Rozglądałam się, ale widziałam tylko uśraiechnięte brązowe 
twarze. Mężczyźni, na których pa-frsylam, mówili coś do mnie po arabsku 
lub pozdrawiali z%czajowym: „witaj w Kairze". Nawet nie usiłowałam być 
uprzejma, po prostu ich ignorowałam. Wypatrywałam nie-"w w/rokiem 
znajomych twarzy - mężczyzny w oku- 
uprzejma, po prostu ich ignorowałam, wypau? w*. ^Pokojnym wzrokiem 
znajomych twarzy - mężczyzny w okupach z grubymi szkłami lub Arnolda 
Rossitera. Ale w tym 
171 
170 
Barbara Wood 
tłumie nie było żadnego przybysza z Zachodu. Zarówno ci, którzy siedzieli 
przy stolikach, jak i ci, którzy pomiędzy 
nimi stali, byli Arabami. 
Ahmed wrócił w samą porę. W ręku trzymał bilety. 
-  Dlaczego pani nie pije herbaty? 
-  Jestem zbyt podekscytowana. 
-  Ależ musi się pani czegoś napić. 
Znowu się rozejrzałam. Ściany były wyblakłe i odrapane, podłoga 
cementowa, nie dostrzegłam żadnych dekoracji - nawet obrazka ani kwiatka, 
ani nawet abażuru, który osłoniłby nagie żarówki. Był tylko tłum 
szczęśliwych, roześmianych Arabów. To wszystko nie mieściło mi się w gło- 
wie. 
-  Jedziemy? 
-  Tak, dostałem bilety. W nocy jest tylko jeden pociąg na południe, 
jedzie do Asuanu i są w nim tylko wagony drugiej klasy. Wykupiłem dla 
każdego z nas przedział, żebyśmy się czuli swobodniej. Będzie się pani 
mogła przespać. 
-  Świetnie. Jeśli w ogóle uda mi się zasnąć. O której 
odjeżdżamy? 
-  Za piętnaście minut. Musi pani wypić herbatę, a potem wsiądziemy do 
pociągu. 
Znowu się rozejrzałam, w oczy gryzł mnie dym i myślałam: Mam ochotę na 
drinka. Dlaczego tu nie ma baru? 
Kiedy piłam herbatę, Ahmed nie spuszczał ze mnie wzroku. Uśmiechał się 
lekko, ale nie do mnie, tylko do swoich myśli. Patrzył swoimi pięknymi 
oczami w jeden punkt, jak zahipnotyzowany. Nie pozostało mi nic innego, 
jak odwzajemnić jego spojrzenie. 
Kiedy przełknęłam słodką herbatę, pomyślałam: a może jednak alkohol nie 
jest mi potrzebny? - Jest pani gotowa? Możemy iść. Niósł nasze torby i 
poprosił, żebym trzymała go za rainte-W drugim ręku niosłam tobołek, 
który Ahmed przyniósł d domu, zanim wyszliśmy na dworzec. Ten dar od 
Asrnaha bez wątpienia zawierał żywność. Próbowaliśmy przedrz' się jakoś 
przez tłum. Szukałam wzrokiem oznaczeń peroi 
172 
Psy i szakale 
wych, ale daremnie. W ogóle nie dostrzegłam zbyt wielu wypisanych 
informacji, na ścianach widniały jedynie proste obrazki i strzałki - 
większość podróżnych w Egipcie nie 
umie czytać. 
Przemierzając ogromną halę dworcową, w pewnym momencie puściłam rękę 
Ahmeda i zostałam odepchnięta do tyłu. Wieśniak, który mnie potrącił, 
zaczął przepraszać na tysiąc sposobów, a Ahmed odpowiedział mu na to ze 

background image

śmiechem po arabsku. Potem dał mi swoją torbę, bo była lżejsza od mojej, 
i zanim znów ruszyliśmy przed siebie, otoczył mnie wolnym ramieniem. 
Puścił mnie dopiero na peronie. Znowu wziął moją torbę i dał znak 
stojącemu obok chłopcu, żeby podszedł. Ten dziesięcioletni mniej więcej 
dzieciak ubrany był w łachmany i cierpiał na egipskie zapalenie oczu. 
Podbiegł do nas natychmiast. Ahmed powiedział do niego coś po arabsku, 
włożył mu do ręki monetę i odszedł. Chłopiec uśmiechnął się i 
zasalutował. 
Byłam bardzo zdziwiona, kiedy malec przysunął torbę w moim kierunku i 
stanął tak blisko mnie, że prawie zetknęliśmy się ramionami. 
-  Jesteś moim ochroniarzem? - spytałam Uśmiechnął się do mnie i 
powiedział: 
-  Witam w Kairze. Miło pani przyjechać tu. 
-  Dziękuję. 
'    Ukłonił się sztywno. 
-  Wszystkiego najlepszego. 
-  Tobie również. 
Nie czekaliśmy długo, bo za chwilę wrócił Ahmed w to-warzystwie 
obszarpanego Araba w długiej szacie. Ahmed Wręczył chłopcu jeszcze jedną 
monetę i odesłał go skinie-nieni ręki, a potem dał bilety bagażowemu. 
Kłaniając mi s^ w pas i mrucząc coś niezrozumiałego, tragarz wziął ,Orby 
i ruszył zwinnie w tłum. Ahmed ujął mnie za rękę 1 Poszliśmy za 
bagażowym. 
doszliśmy do pociągu i najwyraźniej stanęliśmy już ^^ właściwym wagonem, 
bo Arab wszedł do środka. 
173 
Barbara Wood 
Kiedy odnaleźliśmy nasze miejsca, tragarz wniósł bagaże do przedziału, 
strzepnął kurz z siedzeń, poprawił poduszki i kilkakrotnie pozdrowił nas 
po arabsku. Ahmed dał mu kilka monet i bagażowy wyszedł. 
-  Mogliśmy to zrobić sami i zaoszczędzić pieniądze. Spojrzał na mnie 
dziwnie.                              * 
-  Nasz kraj jest bardzo biedny, panno Harris, i na pewno prymitywny, 
szczególnie w porównaniu z Amery-ką. Wielu Egipcjan potrzebuje pracy. 
Kiedy jej nie ma, staramy się ją jakoś stworzyć. Ten człowiek ma do wy-
karmienia gromadkę dzieci i ciężko pracuje na te parę groszy. Tylko 
niewielu z nas ma szczęście, tak jak na przykład ja, i dlatego właśnie 
musimy pomagać innym. Tak każe 
Allach. 
-  No cóż... - Czułam się niewyraźnie po tym kazaniu, więc skupiłam całą 
uwagę na przedziale. Był nieprzyzwoicie mały, ale na szczęście czysty i 
choć za to byłam wdzięczna losowi. W przedziale znajdowała się szafka, 
umywalka i kuszetki. Pozostałe dwa metry kwadratowe były wolne. W sumie 
było tu raczej przytulnie. 
-  Podoba się pani? 
-  Bardzo. Będę spała jak zabita. 
Siedzieliśmy na swoich miejscach, a Ahmed zamknął drzwi. Kiedy odciął nas 
w ten sposób od panującego na zewnątrz hałasu, łatwiej mu było mówić. 
-  Mam miejsce w przedziale obok, ale zostanę z panią, dopóki pociąg nie 
wyjedzie z Kairu i konduktor nie sprawdzi biletów. Może nie znać 
angielskiego. Potem zostawię panią i zamknie się pani tutaj od środka. 
Czy to jasne? 
-  Tak jest, sir. 
-  Jeśli będę pani potrzebny, proszę zapukać w ścianę, usłyszę panią. - 
Zastukał w ścianę przy moim łóżku. -Przyjdę natychmiast. 
-  Dobrze. 

background image

-  W Luksorze pójdziemy do hotelu. Nie wiem jesZ cze którego.  W New 
Winter Pałace pewnie nie ł dzie miejsc, ale powinniśmy coś znaleźć w 
hotelu Luks° 
174 
Psy i szakale 
albo w Winter Pałace. Nie miałem już czasu do nich zatelefonować, ale oba 
te hotele są bardzo przyjemne. 
-  Mnie będzie dobrze gdziekolwiek. Uśmiechnął się grzecznie i spojrzał 
na mnie z ukosa. 
-  Nie sądzę, panno Harris. Na pewno uważa pani, że Egipt jest wstrętny. 
Amerykanom może się tak wydawać. Nie znam kraju, z którego pani pochodzi, 
ale z pewnością jest bogaty i czysty. 
Już miałam się z nim zgodzić, kiedy zrozumiałam, że ironizuje. 
Powiedziałam więc: 
-  Będę z panem szczera. Dopóki moja siostra nie zatelefonowała do mnie z 
Rzymu, nigdy nie wyjeżdżałam ze Stanów. Rzym zadziwił mnie, a tu 
przeżyłam szok, bo byłam na to wszystko nie przygotowana. Pocztówki są 
jednak bardzo jednostronnym źródłem informacji. Nie może pan winić mnie o 
to, że jestem wstrząśnięta. 
-  O nic pani nie winie. 
-  Ależ tak, wini pan! Jeśli ktoś z nas jest tu obrażony i wyniosły, to 
właśnie pan, bo myślę, że wstydzi się pan Egiptu i próbuje pan udawać 
kogoś, kim pan nie jest. Traktuje pan tych biednych żebraków, jak gorszy 
gatunek ludzi i jest pan zadowolony, kiedy może im pan rzucić te parę 
monet. Udaje pan, że jest od nich lepszy. Proszę nie oskarżać mnie o 
własne grzechy, panie Rasheed. 
Patrzył na mnie w głębokim milczeniu. Z zewnątrz docierały do mnie jakieś 
okrzyki. To był istny cyrk. A ja siedziałam w przedziale w towarzystwie 
mężczyzny, którego prawie nie znałam i od którego zależał mój los. Wtedy 
Pomyślałam: co ja tu właściwie robię? 
-  Być może ma pani rację, panno Harris. Nie będę się z Panią spierał - 
powiedział Rasheed. 
Popatrzyłam na niego jeszcze raz, na jego opalizujące °czy i ciemną 
skórę. Gdyby nosił białą szatę przepasaną karnym sznurem, wyglądałby jak 
jakiś tajemniczy i ro-^ntyczny szejk. Ale on nazywał się Ahmed Rasheed i 
był pędnikiem państwowym, wykonującym zadania specjal-ne dla rządu. 
175 
Barbara Wood 
-  Przepraszam. Jestem zdenerwowana. - Na kolanach miałam paczkę od 
Asmahan. - Proszę posłuchać. Proponuję zakopać topór. 
-  Słucham?! 
-  Nieważne.   Zjedzmy   coś.   -   Odwiązałam   sznurek i już miałam 
podrzeć papier, kiedy mnie powstrzymał. 
-  Papier to cenna rzecz, panno Harris. 
-  Tak, z pewnością. Zaraz, co my tu mamy... 
-  Bortuahn. - Wyciągnął do mnie pomarańczę. - Bor-tuahn sukaree. A to 
jest torta. A chleb to aysh baladi. 
Roześmiałam się. 
-  A ja jestem głodna. 
Zawtórował mi i zabraliśmy się z apetytem do jedzenia. 
Kiedy pociąg ruszył, odsunęłam zasłonę i wyglądałam przez okno, choć 
trudno było cokolwiek dojrzeć - było ciemno. Widziałam tylko własną twarz 
i wpatrzone we mnie oczy Ahmeda. 
Wkrótce zjawił się konduktor. Był młodym mężczyzną, ubranym w spodnie i 
sweter. Obejrzał nasze bilety, podstemplował je, przedarł, podpisał, 
przedziurkował, przeciął i oddał nam z powrotem. Porozmawiał przez chwilę 
z Ahmedem po arabsku, po czym wyszedł. 
-  Czy musi już pan iść do przedziału? 

background image

-  Jeszcze nie. Ten konduktor sprawdził tylko bilety na przejazd. Zaraz 
przyjdzie następny sprawdzić miejscówki. 
-  Jeśli nie ma pracy... Uśmiechnął się. 
-  Widzę, że pani rozumie. 
Drugi konduktor sumiennie wykonał swoje obowiązki, pogawędził chwilę z 
Ahmedem i wyszedł z przedziału. Wtedy Rasheed udzielił mi instrukcji. 
-  Teraz już pójdę, panno Harris. Proszę, żeby dokładni zamknęła pani 
drzwi. I proszę nie zapomnieć o Postukał znowu w ścianę. - Niech pani 
koniecznie 
jeśli będę pani potrzebny. 
-  Na pewno nie zapomnę. I bardzo panu dziękuję. kran. 
176 
Psy i szakale 
-  Affuan, panno Harris. Tebash ollah kheir. 
-  Dobranoc. 
Zamknęłam za nim drzwi, zwinęłam się na siedzeniu i otuliłam kocem. Byłam 
zmęczona i przestraszona, ale zadowolona, że wreszcie mogę zebrać myśli. 
Oczywiście skoncentrowałam je na Adeli. 
Co zastanę, gdy już wreszcie dotrę do celu? To był mój największy 
problem. Nie miałam pojęcia, co się dzieję z moją siostrą. Nie 
wiedziałam, co robiła od momentu, gdy zatelefonowała do mnie z Rzymu, do 
teraz, czyli do czasu, kiedy najprawdopodobniej znalazła się gdzieś na 
egipskiej pustyni. Może została porwana? Może pracuje dla jakiegoś gangu? 
A może po prostu podróżuje samotnie po Egipcie? 
Miałam najróżniejsze wizje. Najpierw wyobrażałam sobie, że siedzi 
uwięziona, związana sznurami i zakneblowana w jakimś namiocie. Potem 
widziałam ją w Luksorze -była wolna, bawiła się świetnie, robiła zakupy i 
nie miała zielonego pojęcia o żadnych ciemnych sprawkach. 
Istniała jednak ta fotografia. Tak, Adela niewątpliwie była na tym 
zdjęciu, ale ponieważ jego jakość pozostawiała wiele do życzenia, nie 
wiedziałam, gdzie dokładnie jest i co właściwie robi. Stała w grupie 
tubylców w galałńach i podparłszy się pod boki, ze zdziwionym wyrazem 
twarzy i wpatrywała się w jakiś punkt poza kadrem. Miała na sobie spodnie 
khaki, bluzkę i wysokie czarne buty. Włosy upięła nieporządnie na czubku 
głowy. 
Nie wyglądała tu wprawdzie tak, jak zwykle, ale to jeszcze o niczym nie 
świadczyło, bo Adela zrobiłaby wszystko dla kawału. Jeśli to rzeczywiście 
był tylko kawał. A może wszystko zaczęło się od żartu, a potem wymknęło 
się spod kontroli? 
Rozłożyłam siedzenie i wgramoliłam się do łóżka, nie Sejmując ubrania. 
Został mi tylko jeden czysty komplet. ** Luksorze będę musiała zrobić 
pranie. 
Leżałam w ciemnościach, wsłuchując się w turkot pocią-^' i kołysałam się 
zgodnie z jego jednostajnym rytmem. 
177 
 
Barbara Wood 
 
33333K5S I 
wStż mu Wtedy juz mu 
 w dalszym 

 rozgo- sobie, ze mg- 
 Atanedo.1. Nie miałam innego «J*oru 
 wszystko wcisż byłam ciekawa, kto to jest. 
Rozdział dwunasty 
X ej nocy budziłam się kilkakrotnie i wyglądałam przez okno, ale prawie 
nic nie widziałam. Pociąg stukał o szyny i kołysał się rytmicznie, a za 

background image

oknami migały zamazane obrazy. Miałam kłopoty z zaśnięciem, a gdy już 
udawało mi się zdrzemnąć, dręczyły mnie dziwaczne sny. Kiedy tylko za 
rzeką błysnęły pierwsze promienie słońca, wstałam i zaczęłam się 
przygotowywać do powitania nadchodzącego dnia. 
Włożyłam spodnie i bluzkę, później odkryłam, jak działa umywalka, 
zdołałam się jakoś umyć i doprowadzić twarz do porządku. Biorąc pod uwagę 
okoliczności, wcale nie wyglądałam tak tragicznie. 
Na końcu wagonu znajdowała się toaleta, więc zdecydowałam się tam pójść, 
co wymagało nie lada sprytu i odwagi. Wróciłam do przedziału i paląc 
papierosa, czekałam, aż wzejdzie słońce. Podciągnęłam kolana pod brodę i 
zjadłam kilka korzennych ciastek od Asmahan. Tymczasem za szybą zaczynały 
się formować dziwne i fascynujące obrazy. Jeszcze nigdy nie oglądałam 
takiego krajobrazu, a każdy następny promień ujawniał jakiś niewidoczny 
dotąd szczegół. Gdy wczesnojesienne słońce zaświeciło jaśniej, zobaczy-
!&m, jak przed moimi oczami wyłania się budząca grozę .l zapierająca dech 
dolina Nilu. 
Pociąg zmierzał na południe zachodnim brzegiem rzeki * jechał z 
prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. O piątej trzydzieści 
słońce wzeszło już na dobre. Otrzymaliśmy się na krótko na zdewastowanej 
stacji Gri-§a> a potem znowu ruszyliśmy naprzód. Było już zupełnie 
179 
Barbara Wood 
jasno, więc wyglądałam przez okno i podziwiałam wszystko, co udało mi się 
zobaczyć. 
A widziałam krowy, pastwiska i farmy. Wszędzie było tak zielono i świeżo, 
że sam ten widok dodał mi animuszu. Woły i wielbłądy z wystającymi 
żebrami obracały ogromne koła wodne, dzięki którym Nil spływał na 
pastwiska i je nawadniał. Wychudzone psy buszowały po polach. Spaleni 
przez słońce wieśniacy w białych galałńach byli już na nogach i pracowali 
w chłodzie poranka. Wyobrażałam sobie, że później, gdy robi się gorąco, 
życie zamiera i wszyscy udają 
się na sjestę. 
Mijaliśmy budynki z suszonej na słońcu cegły, w których widniały duże 
otwory, służące zarówno za okna, jak i drzwi. Były brudne, krzywe i stały 
jeden przy drugim na brzegu pastwisk. Miasta i wioski, jeśli można je tak 
określić, składały się po prostu z glinianych i ceglanych domów, 
zamieszkanych przez żylastych wieśniaków i ich zakwefione żony z 
ogromnymi ciężarami na głowach. 
Za oknem migały bezkresne pola trzciny cukrowej. Pomyślałam, że jest tu 
pewnie więcej trzciny cukrowej niż na Hawajach. Ta słodka roślina 
rozciągała się całymi kilometrami ku uciesze narodu, który pił tak mocno 
słodzoną herbatę i jadł ociekające słodyczą ciastka. Palmy daktylowe 
rosły całymi rzędami, jeden za drugim; mijaliśmy też pola bawełny i 
pszenicy. Kwadraty pól poprzecinane były zakurzonymi drogami, które 
tworzyły naturalną granicę między obszarami uprawianymi przez 
poszczególnych rolników. 
Gdy pociąg przetaczał się przez miasta, całe hordy wyrostków i dzieci 
biegły wzdłuż torów, machały rękaw1 i krzyczały coś na powitanie. Starsze 
dzieci miały na sobi* długie koszule, a małe - nic. Wszystkie natomiast 
by# czarne brudne i uśmiechnięte. Psy odpowiadały szczekaniem na gwizd 
lokomotywy. To był zupełnie inny EgiP*" w niczym nie przypominał Kairu - 
i zaczęłam się zastana wiać, jak będzie wyglądał Luksor. 
W rytmiczny stukot pociągu wkradł się nagle jakiś ob 
180 
Psy i szakale 
dźwięk, więc odwróciłam głowę od okna, żeby stwierdzić, że ktoś właśnie 
puka do drzwi. Nasłuchiwałam chwilę, zanim zapytałam: 
-  Kto tam? 

background image

-  Ahmed Rasheed. Obudziłem panią? 
-  Ależ nie. - Szybko otworzyłam drzwi i zobaczyłam jego uśmiechniętą 
twarz. - Sobah el-kheir - powiedziałam na powitanie. 
-  Sabah el-kheir, panno Harris. Dobrze pani spała? 
-  A jak pan myśli? 
-  Wybieram się na herbatę. Pójdzie pani ze mną? 
-  Tu jest wagon restauracyjny? Fantastycznie! Już biorę torebkę. 
Igrając ze śmiercią, przepchnęliśmy się z trudnością przez trzy wagony i 
wylądowaliśmy w przedziale restauracyjnym, który o tej porze był zupełnie 
pusty, ale na stolikach leżały już świeże obrusy, a w powietrzu unosił 
się aromatyczny zapach kawy. Zajęliśmy miejsce po lewej stronie, tak żeby 
widzieć Nil; ja siedziałam zgodnie z kierunkiem jazdy pociągu, Ahmed 
naprzeciwko mnie. Zamówiliśmy herbatę i kawę u kelnera w białym kitlu i 
wyglądaliśmy przez okno. 
-  Często pan podróżuje na tej trasie, panie Rasheed? 
-  Tak, ale nie pociągiem. Zawsze latam, bo tak jest szybciej. Często się 
spieszę. 
-  Spojrzałam na swoje dłonie. 
-  Tego wymaga pańskie zajęcie? 
-  Tak, panno Harris. Obiecałem pani wyjaśnienia. Teraz Zmierzam 
dotrzymać słowa. - Przerwał, bo pojawił się kelner. 
-  Shokran - powiedziałam. 
-  Affuan, affuan - powtórzył kilkakrotnie rozradowany 
Ahmed uśmiechnął się. 
- Nie są przyzwyczajeni do tego, żeby Amerykanin zwra- 
* się do nich po arabsku. Na pewno sprawiła mu pani 
181 
Barbara Wood 
-  Miał pan zamiar coś mi powiedzieć, panie Rasheed -przypomniałam mu, 
patrząc, jak wrzuca do herbaty cztery kostki cukru. Ja napełniłam swoją 
filiżankę do połowy kawą i dolałam do niej gorącej śmietanki. W ten 
sposób prawie mi smakowała. 
-  Tak, zrobię to. Najpierw* muszę pani zdradzić, kim jestem. Pracuję w 
Ministerstwie Kultury i zajmuję się zabytkami. 
-  Jest pan archeologiem? 
-  Coś w tym rodzaju, choć na pewno nie taki rodzaj pracy miała pani na 
myśli. Nie prowadzę wykopalisk. Ale znam się świetnie na sztuce 
starożytnej. To konieczne ze względu na charakter mojej pracy. 
-  Pracuje pan w muzeum? 
-  Nie, nie. Panno Harris, proszę pozwolić mi dokończyć. Sądziła pani, że 
jestem policjantem. Do pewnego stopnia miała pani rację, chociaż tak 
naprawdę jestem detektywem. - Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął z niej 
mały skórzany portfel, otworzył go i pokazał mi odznakę oraz 
identyfikator, na których było napisane coś po arab-sku. 
-  A jakiego rodzaju sprawami się pan zajmuje? 
-  Wytwarzaniem  i  nielegalną  sprzedażą  fałszywych dzieł sztuki. 
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. 
-  Fałszywych dzieł sztuki! Mój szakal! 
-  Moja praca polega również na tym, że poszukuję osdb zajmujących  się  
nielegalnym  wywozem  autentycznych dzieł sztuki z Egiptu. 
-  W którym polu pańskich zainteresowań mieści się moja osoba? 
-  W drugim, panno Harris. Pani szakal jest autentyczni i liczy jakieś 
trzy tysiące lat. Pqcljódzi najprawdopodobniej z czasów dwudziestej 
dynastii. 
-  Widział go pan? 
-  Kiedy spała pani w moim mieszkaniu, po tym, zabrałem panią z hotelu 
Shepheard's. 
182 

background image

Psy i szakale 
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknęłam. 
-  Czy nazwisko Paul Jelks wydaje się pani znajome? 
-  Nie. 
-  To archeolog brytyjski, pracujący obecnie na pustyni niedaleko 
Luksoru. Obserwujemy go już od jakiegoś czasu. 
-  To on właśnie jest przestępcą, którego pan szuka? 
-  Nie wiem. Z całą pewnością natomiast chcemy aresztować Arnolda 
Rossitera. Polujemy na niego już od trzech lat, a jemu za każdym razem 
udaje się wymknąć. Wywozi dzieła sztuki z Egiptu i ma na swoim koncie 
niejedno morderstwo. Trzeba go powstrzymać. 
-  Sądzi pan, że on pracuje dla Paula...? 
-  Jelksa.  Nie sądzę.  Wszystko zaczęło się parę tygodni temu, kiedy 
doszły mnie słuchy, że pewna młoda kobieta - pani siostra - chodzi do 
antykwariatów w Khan-el Khalil i pyta o wartość pewnego szakala z kości 
słoniowej. Nie chciała go sprzedawać, chciała jedynie znać cenę. To było 
dziwne. Sprawiało to takie wrażenie, jakby chciała zachęcić 
antykwariuszy, żeby kupili od niej coś innego. Szakal był tylko... jak to 
się mówi?... przynętą. Oczywiście zainteresowaliśmy się natychmiast tą 
sprawą, tym bardziej że według posiadanych przez nas danych, szakal był 
prawdziwy. Bardzo mało jest teraz tak cennych przedmiotów. Pani siostra 
nie chciała nikomu zdradzić, skąd go ma. Zasięgnąłem pewnych informacji i 
pojechałem za pani siostrą do Rzymu, gdzie skontaktowała się z Johnem 
Tread-wellem w hotelu Residence Pałace. Pokazała Treadwello-wi szakala i 
konferowała z nim przez chwilę. Kiedy już ciałem zamiar z nią 
porozmawiać, zniknęła. John Tread-well również. Po kilku dniach pani 
przyjechała do Rzymu. Oczywiście byłem ciekaw, na czym polega pani rola w 
tej sPrawie. 
Kiwałam niemądrze głową. 
- To tylko teoria, panno Harris, ale sądzę, że niedaleka 0(* Prawdy. Pani 
siostra poznała w Luksorze Paula Jelksa, a teraz dla niego pracuje. 
Arnold Rossiter poszukuje tego, 
183 
 
Barbara Wood co Paul Jelks usiłuje sprzedać. A pani jest między młotem 
a kowadłem. 
-  Co w takim razie usiłuje sprzedać Jelks, jeśli nie 
szakala? 
-  Uważamy - ściszył głos i się rozejrzał - a więc uważamy, że chodzi o 
zawartość nowo odkrytego grobowca. 
Mieszałam w zamyśleniu kawę, dopóki nie wystygła. Stukot pociągu wydawał 
się teraz bardzo daleki. Nie zwracałam też uwagi na piękne zielenie i 
żółcienie, które wciąż migały za oknem. Próbowałam sobie przypomnieć, co 
czytałam na temat egipskich grobowców. 
Patrzyłam ze zdziwieniem na Ahmeda Rasheeda. 
-  Nie słyszałam ostatnio o takim odkryciu. 
-  Ależ o to właśnie chodzi, nie rozumie pani? To tajemnica. Nikt o tym 
nie wie. Nawet ja nie jestem pewien, czy 
mam rację. 
-  To znaczy, że mogli odkryć grobowiec i nikomu tego 
nie zdradzić? 
-  Tak się nam wydaje. 
-  Ale dlaczego zachowali to w tajemnicy? 
-  Prawdopodobnie dlatego, że jeśli ten, kto go odkrył, sprzeda zawartość 
Arnoldowi Rossiterowi, wyjedzie stąd o wiele bogatszy niż był, gdy tu 
przyjechał. 
-  Przecież Paul Jelks mógł sprzedać wszystko sam. Do czego mu jest 
potrzebny Rossiter? 

background image

-  Ponieważ wszystko, co zostaje znalezione na egipskiej pustyni, należy 
do narodu egipskiego. W przeszłości wywożono masowo dzieła sztuki do 
różnych muzeów na całym świecie, a w naszym kraju nie zostawało prawie 
nic. Ale powstały nowe prawa i ludzie tacy jak ja pilnują, żeby były one 
przestrzegane. Nie chcemy, żeby nasz majątek narodo wy przenosił się w 
tajemniczy sposób do obcych krajów Chcemy zachować go dla naszego narodu. 
Kiedy ktoś znaj duje grobowiec, badania muszą być prowadzone pod koi 
trolą rządu egipskiego. Specjalne służby zajmujące s dziełami sztuki 
starożytnej decydują, co może zostać ^' 
184 
Psy i szakale 
wiezione z kraju. Nie muszę chyba dodawać, że nie brak pozbawionych 
skrupułów ludzi, którzy nie przestrzegają naszych praw i usiłują wykraść 
nam nasze dziedzictwo narodowe, ponieważ zarabiają na tym masę pieniędzy. 
-  A więc sądzi pan, że Paul Jelks znalazł coś takiego jak grobowiec 
Tutanchamona i próbuje przemycić znalezione 
w nim skarby? 
-  Albo przynajmniej je sprzedać komuś takiemu jak Rossiter, kto wywiezie 
potem wszystko z Egiptu. 
-  A co z Adelą? Na czym polega jej rola w tej sprawie? Ahmed Rasheed 
wzruszył ramionami. 
-  Trudno mi powiedzieć. Nie wykluczam, że pani siostra nie wie, co się 
dzieje. Może Jelks powiedział jej, że ma kolekcję antycznych przedmiotów 
do sprzedania, i dlatego panna Adela zgodziła się podjąć wyceny szakala. 
Nie wiem. 
-  Potem z jakiegoś powodu nawiązała kontakt z Johnem Treadwellem, 
zatelefonowała do mnie, wysłała mi szakala 
I i zniknęła. - Upiłam łyk kawy. Była paskudna. 
-  To jest tylko teoria, panno Harris. Nie mamy na razie żadnych innych 
wskazówek. 
-  Cóż, a może Adela wcale nie zna tego Jelksa. Może znalazła szakala, 
albo kupiła go w Luksorze. 
-  To po co w takim razie przyjechała do Rzymu na ¦ spotkanie z 
Treadwellem? 
-  A o co właściwie chodzi Rossiterowi? Dlaczego po prostu nie dobił z 
nią targu w Rzymie i nie przyjechał po resztę? Co się stało? 
-  Nie wiemy. Prawdopodobnie panna Adela pokazała szakala Johnowi 
Treadwellowi na dowód, że w grobowcu test wiele takich przedmiotów, potem 
zniknęła, ale nie wiemy dlaczego. Kiedy pojawiła się pani w Rzymie z sza- 
Uśmiechnęłam się słabo. 
- Wiem, co musiał pan sobie myśleć, panie Rasheed. ^zykro mi bardzo, że 
tak się w stosunku do pana zachowywani. Szkoda tylko, że mi pan wcześniej 
nic nie powielał. 
185 
Barbara Wood 
-  A jakżebym mógł? Najpierw, w Rzymie, nie ufałem pani. Nie byłem 
pewien, czy rzeczywiście jest pani siostrą Adeli Harris. Równie dobrze 
mogła pani pracować dla Rossitera. Myślałem, że to kamuflaż, bo przecież 
podróżowała pani w towarzystwie Treadwella. Ale po tym, jak go 
zamordowano i zabrałem panią do siebie, zacząłem pani wierzyć. A teraz 
jestem pewien, że mówi pani prawdę. 
-  Dziękuję. - Westchnęłam ciężko i się rozejrzałam. Kilku innych 
pasażerów weszło do wagonu restauracyjnego i gawędziło ze sobą beztrosko. 
Pociąg zatrzymał się na chwilę na stacji o nazwie Dendera. Mój zegarek 
wskazywał siódmą. 
-  Od czego zaczniemy w Luksorze? 

background image

-  Najpierw musimy pójść do hotelu. Potem spotykam się z ludźmi, którzy 
tam dla mnie pracują. Zobaczymy, czy udało im się znaleźć pani siostrę. 
Jeśli nie, poszukamy jej na bazarach. 
-  Zaczynam się denerwować. Na pewno Rossiter już też tam jest. - Znowu 
potrząsnęłam głową. Jakże daleko znajdował się ten jadący z turkotem w 
górę Nilu pociąg od szpitala w Santa Monica. - Czy może mi pan coś 
powiedzieć? Dlaczego oni szukali i szakala, i mnie? Dlaczego przeszukali 
mój pokój? 
-  Prawdopodobnie sądzili, że dzięki szakalowi zorientują się, gdzie 
położony jest grobowiec. Na niektórych cennych przedmiotach widać wpływ 
pewnych uwarunkowań klimatycznych i w ten sposób można ustalić, skąd 
pochodzą. Albo też sposób, w jaki szakal został wykonany, pozwoliłby im 
określić dynastię, z jakiej pochodzi, co też pomogłoby ustalić położenie 
grobowca. Każda dynastia grzebała zmarłych w innym miejscu. Oni szukają 
grobowca, panno Harris, a nie pani czy pani siostry. Śledzą panią, bo 
chcą znaleźć pani siostrę i mają nadzieję, że ona z kolei zaprowadzi ich 
do grobowca. 
-  Pan również ma taką nadzieję. 
-  Tak. 
186 
Psy i szakale 
-  A co będzie jak już znajdą grobowiec? 
-  Nie będzie im pani potrzebna. 
-  A jeżeli zawiadomię władze? 
-  Jeśli będzie pani jeszcze żyła... 
Jego słowa specjalnie mnie nie zaskoczyły. Już dawno doszłam do tych 
samych wniosków. Gdyby Arnoldowi Ros-siterowi udało się odnaleźć grób bez 
mojej pomocy, mógłby skutecznie usunąć mnie z drogi, żeby nie dopuścić do 
mojej interwencji u władz. 
-  Dlaczego zabili Johna Treadwella? 
Znowu wzruszył ramionami. Najbardziej denerwowało mnie to, że mieliśmy 
tak mało konkretnych informacji, a tak wiele wątpliwości. 
Już był najwyższy czas, żeby je rozwiać. 
(jrdy pociąg dojeżdżał do Luksoru, nie odchodziłam prawie od okna. Ahmed 
był w swoim przedziale i przygotowywał się do wyjścia, więc pogrążyłam 
się w rozmyślaniach. Wierzyłam we wszystko, co mi powiedział, nawet w te 
najbardziej nieprawdopodobne fakty. Ufałam mu całkowicie i oddałam się 
pod jego opiekę. Musiał znaleźć Adelę i musiał trzymać nas z dala od 
Rossitera. W końcu na tym polegała jego praca. 
Pociąg znowu zwolnił. Przed nami widniał połamany znak z napisem "Kus" po 
angielsku i po arabsku. Z mojego okna nie widziałam budynku stacji 
zbudowanego z glinianej cegły, ale jałową pustynię i spalony słońcem 
krajobraz. Teraz, kiedy już minęliśmy Denderę, jechaliśmy wzdłuż prawego 
brzegu Nilu. Luksor leżał na wschodnim brzegu i był już bardzo niedaleko. 
Nie odrywałam wzroku od krajobrazu za oknem. Ze swego miejsca widziałam 
tylko pomarańczową, bezkresną pustynie. Wiedziałam, że z drugiej strony 
pociągu można zobaczyć zielone pola i żyzne tereny uprawne. Ale tutaj 
roztaczała się przede mną egipska pustynia, na której Mieszkały 
skorpiony, kobry, sępy i dzikie szakale. Z twar-^ego piachu wystawał 
czasem jakiś przypadkowy, brązo- 
187 
Barbara Wood 
wy chwast. Paru kaktusom udało się przetrwać potwor-ny upał i suszę. W 
głowie kłębiły mi się najróżniejsze myśli. 
Nagle wytężyłam wzrok. Kiedy tak rozmyślałam, podświadomie koncentrowałam 
spojrzenie na pewnych elementach krajobrazu i minęło trochę czasu, zanim 
zrozumiałam, co właściwie widzę. 

background image

Wzdłuż torów leżały wysychające szkielety dużych zwierząt. Wszystkie były 
nienaruszone i przewrócone na bok, a ich ogromne wyschnięte klatki 
piersiowe z wystającymi żebrami przypominały ogrodzenia z kutego żelaza. 
Kiedy wreszcie zrozumiałam, co to jest, wyprostowałam się na siedzeniu, a 
potem przeniosłam wzrok na inne elementy krajobrazu, których nie 
zauważyłam przedtem. Jednym z nich była zagłodzona krowa, która stała 
wśród kości swoich przodków i wolno poruszała ogonem. Zwiesiła nisko 
głowę i oddychała ciężko. Nie opodal leżał na boku martwy byk z kopytami 
do góry. Naprzeciwko spoczywały rozkładające się zwłoki innej krowy, 
która padła zapewne już parę dni temu; padlinę obsiadły muchy. Wśród 
szkieletów zauważyłam jeszcze więcej zwierzęcych zwłok. Niektóre już 
całkowicie uległy rozkładowi, niektóre jeszcze prawie nie zmieniły 
wyglądu. Wtedy z boku nadszedł inny wychudzony byk i stanął nieruchomo 
wśród trupów. 
Siedziałam teraz prosto i poczułam nagłe szarpnięcie, bo pociąg 
przyspieszył. Odwróciłam głowę, żeby nie odrywać wzroku od tego 
zwierzęcego cmentarza. Patrzyłam tak dalej, dopóki nie odjechaliśmy i 
cały ten teren nie zniknął nam z oczu. Oparłam się o siedzenie i wbiłam 
przerażony wzrok w ścianę. Na peryferiach małej wioski Kus w Górnym 
Egipcie był cmentarz, na który przychodziły zwierzęta, gdy czuły 
zbliżającą się śmierć. 
Ahmed Rasheed chyba stał w drzwiach przez dłuższą chwilę, zanim go 
zauważyłam. Kiedy dostrzegłam jego obecność, powiedziałam coś w rodzaju: 
„Nie wierzę własnym oczom", bo uśmiechnął się tajemniczo i odparł: 
- Nie widziała pani jeszcze Doliny Królów. 
188 
Psy i szakale 
New Winter Pałace wyglądał jak każdy nowoczesny łiotel w Stanach, choć 
widok, jaki roztaczał się z balkonu, był zupełnie wyjątkowy, jedyny na 
świecie. Mieliśmy szczęście, bo kiedy przybyliśmy na miejsce, udało nam 
się dostać dwa pokoje. Podejrzewałam, że Ahmed musiał użyć w tym celu 
swych wpływów. Zostawiłam paszport w recepcji i pojechałam windą na górę 
w towarzystwie Rasheeda i portiera w kolorowym stroju. Portier uśmiechał 
się, kiwał głową, kłaniał się bez końca i powtarzał: „Henry Kissin-ger". 
Szczęście w dalszym ciągu nas nie opuszczało. Okazało się, że zajmujemy 
sąsiednie pokoje, a więc Ahmed Ra-sheed zndw mieszkał koło mnie i mdgł 
usłyszeć każde moje puknięcie w ścianę. Pokój spodobał mi się od 
pierwszej chwili. Był jasny, przestronny i miał śliczną nową łazienkę, w 
której wisiały ręczniki z napisem: „Upper Egypt Hotels Co". I ten widok, 
ten widok! Dosłownie zapierał mi dech. Ponieważ mieszkaliśmy dość wysoko, 
z okien widać było jaskrawoniebieski Nil, a po prawej doskonale zachowaną 
świątynię. Po lewej znajdował się brązowy Winter Pałace, hotel modny w 
przeszłości. Teraz mieszkali tam ci, dla których zabrakło miejsca w New 
Winter. Za nami, aż po pustynię, rozpościerał się Luksor. Miasto ciągnęło 
się w górę i w dół rzeki przez parę mil, ale w przeciwieństwie do innych 
miast, położone było tylko po jednej stronie rzeki, bo zgodnie ze 
starożytnym zwyczajem, na Nilu w dalszym ciągu nie ma mostów. Po jednej 
stronie mieszkają żywi, a na drugą wysyłają swoich zmarłych. Na zachodnim 
brzegu rzeki można zobaczyć jedne z najbardziej interesujących zabytków 
na świecie. 
Stojąc na balkonie w towarzystwie Ahmeda Rasheeda, czułam się jak 
człowiek, który się właśnie obudził z długiego snu. Przez dłuższy czas 
nie mogłam wydobyć z siebie $osu, patrzyłam tylko na zielone palmy i 
porośnięte soczystą roślinnością brzegi rzeki, wsłuchując się w stukot 
powozów konnych na dole. Ruch uliczny nie zakłócał nam sPokoju. Ludzie 
poruszali się pieszo, na koniach albo °słach. Bezpośrednio pod nami 
znajdował się przepiękny 
189 

background image

Barbara Wood 
 
 
ogród hotelowy, za nim asfaltowa droga i wreszcie Nil. Po rzece pływały 
łodzie z trójkątnymi żaglami rysującymi się na tle porannego słońca. Przy 
brzegu przycumowany był duży statek, który zabierał turystów mających 
czas i pieniądze na wycieczki z Kairu do Asuanu. Cumowały tam również dwa 
promy, gotowe zawieźć chętnych do Doliny Królów. 
Wszędzie, gdziekolwiek spojrzałam, w górę czy w dół, piękne widoki 
cieszyły moje oczy. Owiewał nas chłodny wietrzyk, Ahmed Rasheed opowiadał 
o Luksorze i okolicach i na chwilę udało mi się zapomnieć o trudnym 
zadaniu, jakie mieliśmy do wykonania. 
Ale Ahmed nie zapomniał: 
-  Po tej stronie Nilu znajdują się najbardziej interesujące miejsca w 
Egipcie: Świątynia Hatshepsuta, Koloseum Memnona, Dolina Królowych i 
Dolina Królów. 
-  Czy właśnie tam jest Paul Jelks? 
-  Przynajmniej być powinien. Takie dostał zezwolenie. Tak czy inaczej, 
na pewno znajdziemy tam jego obozowisko. 
-  I Adelę? 
-  Mam nadzieję. 
-  I ten przeklęty grobowiec? Skinął głową. 
-  Dlaczego pan nie przyjechał tu wcześniej? 
-  Miałem taki zamiar, ale wtedy pojawiła się pani. Najpierw pojechałem 
za pani siostrą do Rzymu i chciałem tam z nią porozmawiać. Kiedy ją 
zgubiłem, robiłem właśnie plany co do dalszych poszukiwań, ale akurat 
wtedy pani przyjechała do Rzymu i byłem pewien, że zaprowadzi mnie pani 
do siostry. Stało się jednak inaczej i znalazłem J3 dzięki moim agentom w 
Luksorze. 
-  Ale przedtem obserwował pan mnie? 
-  Tak, przyznaję, że tak. 
-  Czy poznał pan osobiście Paula Jelksa? 
-  Nie, ale moje służby mają jego fotografie i kopie listom 
uwierzytelniających, które składał wraz z podaniem o L° dę na prowadzenie 
prac. Widziałem je na własne oczy 
190 
Psy i szakale 
-  Jeśli prowadził wykopaliska mając oficjalne zezwolenie, jak mógł 
przypuszczać, że uda mu się zachować swoje odkrycia w tajemnicy. 
-  On nie otrzymał zgody na prowadzenie wykopalisk. Zgoda obejmowała 
wyłącznie fotografowanie już odkrytych grobowców. Niektóre z nich nie 
zostały jeszcze rzetelnie zdokumentowane, a malowidła ścienne mogą łatwo 
ulec zniszczeniu, ponieważ na tym terenie panuje bardzo kapryśna pogoda. 
-  Jak mógł tam kopać bez pańskiej wiedzy? 
-  To duża pustynia. Nie możemy być wszędzie równocześnie. Nie mógł kopać 
w samej dolinie, ale gdzie indziej... z całą pewnością tak. 
Zerknęłam na wspaniałą świątynię i wyobraziłam sobie, ile pracy 
kosztowało jej odkrycie i odrestaurowanie. Potem pomyślałam o Paulu 
Jelksie, egiptologu brytyjskim, i mojej siostrze Adeli, dokopujących się 
grobowca gdzieś na dalekiej pustyni. 
-  Żałuję, że nie przyjechałam tu wcześniej. W celach turystycznych. 
Byłabym zachwycona. 
-  Mam nadzieję, że teraz też będzie się tu pani podobało. Niestety, 
sytuacja polityczna odstrasza zwiedzających. Nasze wojny przerażają 
turystów. Od sześćdziesiątego siódmego roku przyjeżdża ich do nas coraz 
mniej. A potem jeszcze ta wojna ramadanowa. 
-  Wojna ramadanowa? 
-  Tak, w październiku. 

background image

-  Ma pan na myśli wojnę o Yom Kippur? 
-  Tak ją nazywacie? - Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Uśmiechnął się. 
- Rozumiem. 
-  Zawsze mi się wydawało, że Amerykanie nie są tu specjalnie mile 
widziani, ale nie doświadczyłam tego osobiście. ^ Kairze wszyscy odnosili 
się do mnie bardzo przyjaźnie, a szczególnie gdy się dowiadywali, że 
jestem Amerykanką. 
-  Niektórzy zazdroszczą wam potęgi i pieniędzy. Ale *u<izie są wszędzie 
tacy sami. - Zaśmiał się beztrosko. -Jest N        dzień, nie rozmawiajmy 
o takich poważnych spra- 
191 
Barbara Wood 
wach. Poza tym muszę zabrać się do pracy. Przede wszystkim powinienem 
porozmawiać ze swoimi ludźmi. Może pani chce odpocząć? Na pewno nie 
wyspała się pani w pociągu, jeśli w ogóle pani spała. Wiem, że bardzo 
pani zależy na odnalezieniu siostry. Mnie też. Chciałbym więc, żeby 
została pani w pokoju, kiedy wyjdę do miasta. 
-  No dobrze - zgodziłam się niechętnie 
-  Wrócę po rozmowie z moimi ludźmi. Zjemy lunch i omówimy mój plan.                                  

-  W porządku - powiedziałam bez entuzjazmu. - Ale dlaczego nie mogę 
szukać siostry już teraz. Przecież ona na dobrą sprawę może nawet 
siedzieć tu na dole, w holu. 
-  Bo to niebezpieczne. Pani nie uda się znaleźć siostry, za to Rossiter 
znajdzie panią. A wtedy będę musiał szukać was obu. 
-  Rozumiem. Oczywiście. Zrobię, jak pan każe. 
-  Tak naprawdę będzie najlepiej. Nie wolno nam teraz popsuć wszystkiego 
pośpiechem. 
Zanim wrócił, zdążyłam umyć włosy i wziąć prysznic. Było południe i 
robiło się coraz bardziej gorąco, więc zasunęłam zasłony, żeby ochronić 
się przed upałem. Ah-med zastukał mocno do drzwi i wpuściłam go do 
środka. 
-  No i co? 
-  Obawiam się, że jest nie najlepiej. - Usiadł na krześle, a ja 
naprzeciwko niego na łóżku. 
-  Co pan chce przez to powiedzieć? Czego się pan dowiedział? 
-  To zdjęcie zostało zrobione trzy dni temu. Od tamtej pory oni już nie 
widzieli pani siostry. 
-  Nie pojechali do obozowiska? 
-  Nie, powiedziałem im, żeby tego nie robili. Muszę rozmawiać z Jelksem 
osobiście. Znam wszystkie fakty. Moi ludzie mogliby popełnić błąd i 
zgubić nas wszystkich. Wykonali tylko instrukcje: sfotografowali pani 
siostrę w g*V pie ludzi, ale nie zostali zauważeni. Potem zgubili jej 
ślad i od tego czasu nikt jej nie widział. 
192 
Psy i szakale 
-  Przynajmniej ma pan nadzieję, że nikt nie zauważył pańskich ludzi. 
-  Tak, to prawda. 
-  W takim razie moja siostra jest w obozie - upierałam sie. 
-  Chciałbym, żeby tak było. 
Posmutniałam. Ahmed podniósł na mnie wzrok i nie byłam zachwycona wyrazem 
jego oczu. 
-  Nie chcę pani robić płonnych nadziei, panno Harris. 
-  Co pan przez to rozumie? 
-  To, że Arnold Rossiter mógł nas wyprzedzić. 
-  W takim razie musimy tam zaraz jechać. Natychmiast! 
-  Nie byłoby to mądre posunięcie. Najlepiej będzie wyruszyć rano. Proszę 
mi wierzyć, znam się na tym. 

background image

-  Czy pańscy agenci dowiedzieli się czegoś o Jelksie? 
-  Tylko tyle, że pracuje w Dolinie Królów, ale nie robi tak szybkich 
postępów, jak się spodziewano. Poza tym jeszcze słyszeli, że pewna młoda 
Amerykanka przyjeżdża raz w tygodniu do miasta po zakupy. Czasem 
zatrzymuje się na noc w tym hotelu. 
-  Adela. A więc jednak dla niego pracuje. Pewnie wróciła do obozu. 
-  Mam nadzieję. 
-  Ja również. 
Milczeliśmy chwilę, a potem Rasheed powiedział: 
-  Jestem głodny, panno Harris. Czy pójdzie pani ze mną na dół do 
restauracji? 
-  Nie mam apetytu - westchnęłam - ale dotrzymam Panu towarzystwa. 
Restauracja była całkiem spora i siedziało w niej już ^ielu turystów. 
Znaleźliśmy mały stolik przy ścianie; obsługiwało nas kilku kelnerów. 
Mimo że panowała tam miła ataiosfera i serwowano pyszne dania, zdołałam 
wypić tylko ^iżankę herbaty. 
¦Kiedy Ahmed skończył jeść i siedzieliśmy spokojnie zy herbacie, 
powiedziałam cicho: 
193 
Barbara Wood 
-  Jakiż to plan chciał pan ze mną omówić? 
-  Ach, prawda. - Poprawił się na krześle i rozejrzał, stauracja 
opustoszała, a kilku pozostałych jeszcze gości siedziało dość daleko. 
Kelnerzy również znajdowali poza zasięgiem słuchu. Rasheed pochylił się 
więc nieco w moją stronę i zaczął: - Wszystko, co do tej pory pani 
powiedziałem, panno Harris, to czysta teoria. Nie istnieją żadne fakty. 
Ale często w tego typu pracy zdarza się tak, że mamy tylko teorie, a nie 
dysponujemy żadnymi faktami, Moje całe dochodzenie opierało się na 
pogłoskach, a kontynuowałem je na podstawie bardzo wątłych poszlak. 
Pojechałem za młodą Amerykanką do Rzymu, ponieważ w jej posiadaniu 
znajdował się cenny przedmiot niewiadomego pochodzenia. Potem ona 
skontaktowała się - i to już jest tylko hipoteza - z agentem znanego 
przemytnika dzieł sztuki. Tak samo jedynie teoretycznie możemy założyć, 
że wszystko zaczęło się od Paula Jelksa. Być może jest niewinny, choć nie 
mam żadnych innych podejrzanych. Wiemy, gdzie Jelks ma swoje obozowisko. 
Gdybyśmy pojechali tam teraz, zrobili rewizję i zaczęli go przesłuchiwać, 
prawdopodobnie nic byśmy nie osiągnęli. Obudzilibyśmy tylko jego czujność 
i nigdy nie poznalibyśmy prawdy. Bo nawet jeśli to nie Jelks, prawdziwy 
winowajca dowiedziałby się o naszej akcji i znalazł jakiś sposób, żeby 
się nam wymknąć. Widzi pani, panno Harris, to bardzo delikatna sprawa, bo 
mamy do czynienia z niezwykle sprytnymi ludźmi. Oni nie są głupi, więc my 
też nie możemy sobie na to pozwolić. 
-  Więc co w takim razie zrobimy? 
Rozejrzał się i nachylił do mnie jeszcze bardziej. 
-  Zanim pojadę do Jelksa, muszę mieć dowody. Jeśli istnieje jakiś 
sposób, żebym mógł się upewnić, że to naprawdę on jest winien, nie będę 
tracił czasu na podchody Jeśli to rzeczywiście on oferuje dzieła sztuki 
na sprzedaż, mogę pojechać do jego obozu i skonfiskować wszystko, c° 
posiada. A potem przesłuchiwać go dopóty, dopóki #ie wyjawi mi, gdzie 
jest grobowiec. 
-  Jeżeli w ogóle jest jakiś grobowiec. 
194 
 
Psyiszakale 
Ahmed skinął lekko głową. 
-  W jaki sposób chce pan zdobyć ten dowód? 

background image

-  Może nie tyle dowód, panno Harris, co wskazówkę, Ictóra pozwoliłaby mi 
się upewnić co do słuszności moich teorii. Ale będzie mi potrzebna pani 
pomoc. 
-  Oczywiście, z przyjemnością panu pomogę. 
-  To jest niebezpieczne - dodał poważnie. 
-  No to co? Przecież już narażałam się na niebezpieczeństwo, prawda? 
Uśmiechnął się i najwyraźniej odprężył. 
-  W takim razie dobrze. Oto mój plan. Moi ludzie byli u wszystkich 
handlarzy dzieł sztuki w Luksorze, ale tylko paru z nich przyznało się do 
tego, że widziało szakala u Amerykanki. To można różnie tłumaczyć. Choćby 
tak, że lylko u nich była, ale szczerze mówiąc wątpię w to, bo 
postąpiłaby zupełnie bezsensownie, nie idąc do wszystkich antykwariuszy. 
Inny powód jest taki, że ci ludzie mogą się obawiać urzędników 
państwowych, bo boją się o swoje licencje. Nie chcą być wplątani w żadne 
nielegalne afery. Dlatego w czasie rozmów z przedstawicielami władz... 
-  Nabierają wody w usta? 
-  Tak. I nie chcą powiedzieć, czy widzieli tę Amerykankę z szakalem. A 
może nawet niektórym z nich proponowano już kupno zawartości grobowca i 
naprawdę się przestraszyli, kiedy moi ludzie zaczęli ich wypytywać. Jest 
tu bardzo wiele niewiadomych, panno Harris. 
-  A więc jaki jest pański plan? 
-  Pomyślałem sobie, że gdyby ta sama Amerykanka wróciła do nich z 
szakalem i udawała, że ma jeszcze coś do sprzedania, może udałoby się jej 
rozwiązać im języki. 
-  Adela? Ale jak pan to chce zrobić? 
-  Nie, nie Adela. Mam na myśli panią. 
Omawialiśmy to w kółko przez następną godzinę, aż Peszcie oboje byliśmy 
usatysfakcjonowani. Ja się nie "ałam. Gdyby plan Ahmeda się powiódł, 
znalazłabym sio-sfrę. A tylko to miało dla mnie znaczenie. 
195 
Barbara Wood 
Miałam po prostu przejść się po antykwariatach, pomachać handlarzom 
szakalem przed nosem i czekać, aż któryś z nich się z czymś zdradzi. Było 
to ryzykowne przedsięwzięcie, ale chciałam spróbować. 
- Nie możemy teraz do nich pójść, bo sklepy są pożarny-kane i będą 
dopiero otwarte o czwartej. Tecaz jest druga. Może przespacerujemy się 
trochę, zanim przystąpimy do pracy? 
Wyszliśmy z New Winter Pałace i owiał nas ciepły, popołudniowy wietrzyk 
oraz zapach kwiatów. Tak jak Kair, tak jak Rzym, jak wiele innych miast, 
w których panuje gorący klimat, Luksor chodził spać między pierwszą a 
czwartą, żeby jakoś przetrwać najbardziej upalną porę dnia. Podobał mi 
się ten zwyczaj i choć bardzo chciałam znaleźć Adelę, ucieszyłam się, że 
będę miała okazję trochę odpocząć po napięciu, jakie towarzyszyło mi w 
ciągu minionych dni. 
Ulica Al Nil położona była równolegle do rzeki i prowadziła z hotelu na 
północ, tak daleko, jak miało się ochotę pójść. My przeszliśmy tylko 
kawałek. Oboje milczeliśmy, zachowując wszystkie przemyślenia dla siebie. 
Nie wiedziałam, co Ahmedowi chodzi po głowie, natomiast ja zadawałam 
sobie tysiące pytań, na które nie potrafiłam odpowiedzieć. Czego miałam 
się dowiedzieć tego wieczoru na temat szakala i mojej siostry? 
Okrążyliśmy świątynię Luksor. Po drugiej stronie znajdował się park, 
gdzie otoczyli nas ulicznicy krzycząc: Bak-sheesh, Bakskeesh. Ahmed dał 
im parę monet i kazał odejść. Szliśmy dalej tą samą ulicą, aż w końcu 
dotarliśmy do hotelu Savoy. 
Było tak gorąco, że musieliśmy zwolnić. Ahmed znalazł kamienną ławeczkę w 
cieniu drzewa, skąd roztaczał się widok na Nil. Usiedliśmy więc i 
patrzyliśmy spokojnie fl< łódki, które z gracją płynęły po rzece; 
słuchaliśmy, Ja^ woda ociera się o trzciny. Czułam, że ogarnia mnie błog 

background image

spokój. Luksor okazał się pięknym, malowniczym, cichym miastem i zrobiło 
mi się przykro, że przybyłam tu w takich 
196 
Psy i szakale 
okolicznościach. Złoty Dom i John Treadwell oddalili się już ode mnie i 
wydawało mi się, że to wszystko wydarzyło się we śnie. 
A Adela była gdzieś blisko. Albo w tym mieście, albo za rzeką, na tej 
jałowej pustyni. Może zresztą znowu gdzieś pojechała? Zmęczyły mnie już 
te wszystkie tajemnice i tempo życia, za którym nie mogłam nadążyć. 
Miałam ochotę zostać tu co najmniej miesiąc, siedzieć na brzegu rzeki i 
marzyć. Byłoby to takie łatwe w towarzystwie kogoś takiego jak Ahmed 
Rasheed. 
Za nami turkotały zaprzężone w konie powozy wiozące turystów do świątyni 
Karnak. Odwróciłam się, żeby na nie spojrzeć. Każdy z nich był inny, 
inaczej przystrojony według gustu właściciela. 
Ni z tego, ni z owego Rasheed zapytał: 
-  Chce się pani przejechać? 
-  Słucham? 
-  Czy chce pani przejechać się powozem? Zauważyłem, że się im pani 
przygląda. Możemy pojechać do świątyni i z powrotem. Albo dookoła 
Luksoru. Chciałaby pani? 
-  Tak, z przyjemnością. 
Już za chwilę przejechał obok nas wolny powóz i Ahmed dał znak woźnicy, 
żeby się zatrzymał. Pomógł mi wsiąść i kazał mu jechać do świątyni 
Karnak; zajęliśmy miejsca z tyłu i Ahmed zaczął opowiadać mi o historii 
Egiptu. 
Ale ja nie słuchałam. Byłam o całe mile stamtąd i nie zważałam na to, co 
mówił. Moje myśli krążyły ponad jaskra-woniebieską rzeką i skupiały się 
na otaczającym mnie świecie. Kimkolwiek Lidia Harris była kiedyś, 
zmieniła się. Zmieniła się nie do poznania w ciągu tych ostatnich 
dziesięciu dni. 
Nie, to było coś więcej niż zmiana. Raczej przebudzenie. Tego dnia, gdy 
tak jechałam powozem w towarzystwie Ah-foeda Rasheeda, uświadomiłam 
sobie, że przez całe życie Goniłam się przed uczuciem do mężczyzn. Można 
było ^Wnie teoretyzować i spekulować na ten temat, ale z pew- odwracałam 
się plecami do miłości. 
197 
Barbara Wood 
Zaczynało to wręcz zakrawać na ironię, że zawsze uważałam się za odważną 
kobietę, która nie boi się żadnego wyzwania i śmiało wychodzi naprzeciw 
trudnościom. Przez całe życie stawiałam czoło różnym przeciwnościom i 
robiłam wszystko, żeby je przezwyciężyć. Ale wcale nie byłam taka odważna 
ani też nie miałam do czynienia z prawdziwymi wyzwaniami losu. Bo to 
największe wyzwanie stanowiła miłość, a jej zawsze się bałam. 
Błądziłam wokół wzrokiem i spojrzałam przypadkiem na siedzącego obok mnie 
mężczyznę. Do tej pory interesowały mnie wyłącznie przedmioty i rzeczy. 
Stroniłam natomiast od ludzi i unikałam związków. Ale zaczynałam się 
zmieniać. Zauważyłam to w Kairze i czułam, że narasta we mnie jakaś siła, 
może nawet odwaga, której dotąd nie znałam. 
Ahmed odwrócił wzrok i wpatrywał się we własne myśli. Zastanawiałam się, 
co też o mnie sądzi. Byłam ciekawa, co stanie się z nami, kiedy to 
wszystko się skończy. 
On jest taki inny - myślałam. Należymy do dwóch różnych światów. Czy 
można się w nim zakochać? 
-  Aleja Baranów - usłyszałam jego głos. Spojrzałam na Ahmeda. 
-  Co? 
-  Pytała mnie pani o te posągi. 
-  Naprawdę? 

background image

-  To są gotujące się do skoku barany, które prowadzą do pylonów świątyni 
Karnak. Przechodziły między nimi świty faraonów. Te zwierzęta to bogowie. 
W dalszym ciągu wpatrywałam się w Ahmeda. 
-  Powinnam przeczytać coś na ten temat. - Usłyszałam nagle własne słowa. 
- To takie ciekawe. 
Zaśmiał się cicho. 
-  Nie słuchała mnie pani. 
-  Jak to? 
-  Widzę to w pani oczach. Ale jest pani uprzejma. Nie 
powinna pani teraz myśleć o siostrze. 
-  Wcale o niej nie myślałam. Naprawdę nie. Myślała*11 
o kimś, kto został w Ameryce. 
198 
Psy i szakale 
-  Rozumiem. O przyjacielu? 
-  Tak. To mój dobry przyjaciel. I on jeden wie, dlaczego tu 
przyjechałam. Chciałam zadzwonić do niego z Kairu. 
-  On pracuje w tym samym szpitalu co pani? 
-  Tak. Jest chirurgiem. 
-  Rozumiem - powiedział Rasheed, chociaż nie sądziłam, żeby rozumiał. 
Znowu pomyślałam o doktorze Kellermanie i o tym ciemnoskórym mężczyźnie, 
który siedział tuż obok mnie. Czy można kochać dwóch mężczyzn naraz? 
Ahmed uważnie obserwował moją twarz. 
-  Dlaczego nie wyszła pani za mąż? - zapytał: 
Wcale nie byłam zaskoczona. A kiedy odpowiedziałam wzruszeniem ramion, on 
również nie był zdziwiony. 
-  A pan? - spytałam w rewanżu. 
-  Byłem żonaty. Moja żona umarła cztery lata temu na chorobę, którą wy 
nazywacie cukrzycą. Przebieg choroby 
i był bardzo gwałtowny. Lekarze nie mogli jej uratować. 
-  Na cukrzycę! Strasznie mi przykro. 
Zgodnie z moim nowoczesnym sposobem myślenia, nikt już teraz nie umierał 
na cukrzycę. Istniały przecież odpowiednie leki. Ale w końcu ludzie nadal 
umierali na heine--medinę, ospę, choć naprawdę trudno w coś takiego 
uwierzyć. 
-  Nie chciałam być wścibska. 
-  Ja pierwszy zapytałem. - Znowu się uśmiechał. - Musimy się czegoś o 
sobie dowiedzieć, jeśli mamy zostać 
I Przyjaciółmi. Teraz pani już wszystko o mnie wie. 
-  To takie proste? I    - Takie proste. 
Oparłam się wygodnie i przymknęłam oczy. Widziałam I ^ wyobraźni, jak 
Ahmed sypie cukier do herbaty. Otworzy-I ^m oczy i spojrzałam na niego. 
Był taki naiwny i światowy I Grazem. Jak wszyscy Egipcjanie miał w sobie 
niewinność 
I kiecka i spryt Semity. 
-  Robi się późno - stwierdził, patrząc na zegarek. 
-  Tak - szepnęłam. 
199 
Barbara Wood 
JfSSTi i* 5» bezpieczna, i zaczynałam się w nim zakochiwać.  Nie boję 
się. 
Rozdział trzynasty 
J. ak długo nosiłam szakala pod bluzką, że trochę dziwnie się czułam, 
kiedy przełożyłam go do torebki. Gdy jeszcze tkwił w swojej dyskretnej 
kryjówce, czułam się bezpieczniejsza i bardziej pewna siebie; kiedy 
wyjęłam go ze schowka odczuwałam lekki niepokój. Bałam się wystawiać go 
na przynętę. 

background image

-  W Luksorze jest wiele sklepów, które zajmują się legalnym handlem 
antykami, więc nie możemy pójść do wszystkich. Sporządziłem jednak listę 
tych antykwariatów, z którymi robił interesy Paul Jelks. Ich 
właścicielami są ludzie prowadzący handel na wielką skalę, więc mają 
szeroki asortyment towarów. Czy na pewno pani wie, co robić? 
-  Tak, to nie jest takie trudne. Mam tylko pokręcić się trochę po tych 
sklepach, żeby zobaczyć, czy przypadkiem ktoś nie weźmie mnie pomyłkowo 
za Adelę. Jeśli 
, wyjmuję szakala i czekam na ewentualną reakcję. Jeśli się nie doczekam, 
pytam antykwariusza, czy widział już kiedyś ten przedmiot. Od tego 
momentu działam na wyczucie. 
-  Świetnie. Wiesz, że nie mogę tam z tobą wejść. Muszę Pozostać nie 
zauważony na zewnątrz. 
- Tak, oczywiście. 
Przerwał i spojrzał na mnie. Potem, co bardzo mnie dziwiło, ujął moją 
dłoń, uścisnął mocno i powiedział: -Narażasz się na wielkie ryzyko, 
Lidio. Możesz jeszcze zmieść zdanie. Naprawdę nie musisz tego robić. 
Ale potrząsnęłam tylko głową. 
201 
Barbara Wood 
-  Chcę szybko zakończyć tę sprawę, tak samo jak ty. A może nawet 
bardziej. 
-  W takim razie dobrze. Zaczynamy. 
Najlepsze i najdroższe antykwariaty usytuowane są niedaleko New Winter 
Pałace, więc postanowiliśmy rozpocząć właśnie od nich. Pierwszy z nich 
należał do Mohani-meda Rageba i mieścił się w kompleksie sklepów z 
pamiątkami, ubraniami i biżuterią. Na szyldzie drukowanym złotymi 
literami widniał numer wydanej przez rząd licencji. 
W tym przestronnym, dobrze oświetlonym lokalu z dwoma dużymi oknami 
wystawowymi i sztukaterią na suficie było wystarczająco dużo miejsca, by 
spacerować bez przeszkód wśród mebli i rzeźb. Właściciel rozmawiał 
właśnie z klientem, a ja chodziłam po sklepie, nie spuszczając oczu z 
drzwi. Gdyby miał się tu nagle pojawić jakiś nieoczekiwany gość, chciałam 
być na to przygotowana. 
-  Dzień dobry pani - powiedział Arab, kiedy mnie zauważył. Klient 
wyszedł, więc zostałam sam na sam z kupcem. - W czym mogę pani pomóc? - 
Podszedł do mnie. Pachniał cebulą i kartoflami. 
-  Właściwie nie wiem... - Odwróciłam się do niego twarzą, żeby mógł mi 
się dobrze przyjrzeć. Nie zareagował w żaden szczególny sposób na mój 
widok. 
-  Może interesuje panią biżuteria? Proszę tędy. - Wskazał mi długą 
szklaną gablotę pod ścianą i zrobił parę kroków w jej stronę. 
Posuwałam się ostrożnie między kruchymi przedmiotami: dużymi posągami 
faraonów i królowych, wielkimi antycznymi wazami i delikatnymi stołami 
wykładanymi kością słoniową. Na każdym przedmiocie umieszczono specjalną 
etykietkę, z numerem rejestracyjnym nadanym mu przez rząd i certyfikatem 
potwierdzającym autentyczność. 
Arab pospiesznie podszedł do gabloty i zaczął wyjn10" wać z niej tace z 
biżuterią. Każda z ozdób musiała liczyć c najmniej tysiąc lat. 
202 
Psy i szakale 
Trzymał teraz w swych pulchnych dłoniach złotego sępa inkrustowanego 
półszlachetnymi kamieniami. 
-  Ta brosza pochodzi z dziewiętnastej dynastii, z Teb - powiedział, a w 
jego oddechu czuć było wyraźnie zapach cebuli. - Proszę to wziąć i 
obejrzeć. Można by pomyśleć, że tę wspaniałą inkrustację na skrzydłach i 
korpusie wykonano z lazurytu, karnalitu lub skalenia. A jednak tak nie 
jest. To starożytne szkło, tak wspaniale oszlifowane, że nawet ekspertom 

background image

trudno się na tym poznać. W starożytności Egipcjanie próbowali robić 
imitacje kamieni półszlachetnych za szkła, ale jak pani widzi, to było 
całkiem inne szkło. Nie ma takiego blasku jak szkło współczesne, ponieważ 
jest w nim mniej krzemionki i wapna. Proszę, niech pani przesunie po nim 
palcem. Tuż pod powierzchnią można wyczuć banieczki powietrza, które 
nadają szkłu fakturę przypominającą kamień. Nasi przodkowie byli naprawdę 
sprytni. 
-  Tak, rzeczywiście. - Odłożyłam broszę. 
-  Mam też coś ze Średniego Królestwa - powiedział pospiesznie. Wydobyte 
w Asuanie. A może interesuje panią coś z późniejszego okresu? Ten 
naszyjnik został wykonany z berylu i pochodzi z czasów epoki helleńskiej. 
-  Nie, dziękuję. Chyba nie. 
-  Ma pani ochotę na herbatę? Właśnie miałem... 
-  Trochę się spieszę, panie Rageb, więc przejdę prosto do rzeczy. 
Chciałabym, żeby pan coś obejrzał. 
Opanowując drżenie rąk, wyjęłam z torby zawiniątko, odwinęłam szakala i 
położyłam go na ladzie między dwoma tacami z biżuterią. Usiłowałam 
doszukać się w twarzy kupca jakiejkolwiek reakcji, ale na próżno. 
Arab popatrzył na szakala, podniósł go, żeby obejrzeć dokładniej, a potem 
powiedział: 
-  Czego się pani chce dowiedzieć? A więc tak. Adeli u niego nie było. 
-  Ile może mieć lat i skąd pochodzi? 
-  Ach, proszę pani. To bardzo trudno określić. Ten Przedmiot pochodzi z 
zestawu. Nie mogę nic stwierdzić, 
203 

Barbara Wood 
dopóki nie zobaczę innych pionków. Albo pudełka od tej gry. Ma je pani? 
-  Nie. 
-  Tego się spodziewałem. Kość słoniowa jest bardziej trwała niż heban. 
Takim pionkom udawało się przetrwać całe wieki, ale pudełka, w których 
były przechowywane, uległy zniszczeniu. Te nieliczne, które ocalały, 
spotyka się tylko w muzeach. 
-  Nie wie pan przypadkiem, gdzie mogę kupić takie pudełko albo resztę 
pionków? 
Potrząsnął smutno głową. 
-  Byłbym zachwycony, gdybym mógł je pani sprzedać. 
-  Cóż, w każdym razie dziękuję. - Szybko zawinęłam z powrotem szakala w 
chustkę, wepchnęłam go do torebki i pospiesznie wyszłam ze sklepu. 
Ahmed stał po przeciwnej stronie ulicy, pod drzewem na trawiastym brzegu 
rzeki. 
-  Klapa. Nawet się nie zainteresował, skąd go mam. 
-  W takim razie idziemy dalej. 
Odwiedziłam jeszcze trzy sklepy w pobliżu New Winter Pałace, z takim 
samym skutkiem, więc znowu stanęliśmy na zielonym brzegu rzeki, z dala od 
ciekawskich spojrzeń. 
-  Teraz musimy iść do miasta. Na bazarze są takie miejsca, które mogła 
odwiedzić. Zdaje się, że unikała sklepów w pobliżu hotelu. 
Popatrzyłam na ulicę odchodzącą od Al Nil i wijącą się dalej za 
świątynią. Prowadziła do centrum Luksoru, na targowisko, które zapewne 
przypominało kairskie Mousky-Byłam rozczarowana, że nie udało nam się do 
tej pory nic ustalić, ale nie powiedziałam tego Ahmedowi. 
Słońce skrywało się właśnie za skały na drugim brzegu rzeki. Z palm 
pozostały jedynie kontury, niebo przybrało kolor lawendy, a woda stała 
się prawie czarna. Nadchodził zmierzch. 
-  Chodźmy - powiedziałam. 
204 
Psy i szakale 

background image

Trudno było iść do miasta statecznym krokiem, bo byłam bardzo niespokojna 
i miałam ochotę biec. Wiedzieliśmy jednak, że nie powinniśmy zwracać na 
siebie uwagi, więc wmieszliśmy się w tłum przechodniów, którzy właśnie 
wylegli na ulice. 
Bazar do złudzenia przypominał Mousky i gdy go zobaczyłam, mocno zabiło 
mi serce. Targowisko w Luksorze, mimo iż nieco mniejsze od kairskiego, 
robiło równie wielkie wrażenie, ponieważ było tak samo zatłoczone, 
hałaśliwe i przytłaczające. Dopiero tutaj poczułam, że naprawdę zaczynam 
się bać. 
Pierwszy sklep mieścił się w bocznej alejce i nie wyglądał szczególnie 
reprezentacyjnie. Żeby dostać się do drzwi, musiałam ominąć osła, a kiedy 
już znalazłam się w środku, wnętrze również nie zrobiło na mnie 
specjalnie dużego wrażenia. Lokal zajmowany przez Ramesha Gupta nie był 
wiele większy od dużej garderoby i nie oferował zbyt wielkiego wyboru 
rzeźb czy mebli. Jego chlubę stanowiły książki ustawione na kilku 
regałach, biżuteria i akwarele przedstawiające Nil. Lady nie było. 
Zastępowało ją stare drewniane biurko zasłane papierami. 
Pan Gupta, Hindus, ubrany w turban i nieskazitelny garnitur, sięgał mi 
zaledwie do ramienia i mówił wysokim, śpiewnym głosem. 
-  Bonjour, madam - powitał mnie, wstając z miejsca. 
-  Hello. 
~ Angielka? 
-  Nie, Amerykanka. 
-  Ach tak. - Skłonił się lekko. Czy mogę zaproponować Pani herbatę? 
-  Nie, dziękuję. 
Większość powierzchni biurka zajmował serwis, a w dusznym powietrzu 
unosił się aromat miętowej herbaty. 
-  Ramesh Gupta, pani uniżony sługa. 
Spojrzałam na jego twarz, na oczy, ale kryła się w nich tylko uprzejmość 
w stosunku do nowego klienta. Oszacowa-tam wzrokiem mały sklep, niewielki 
wybór towarów oraz 
205 
Barbara Wood 
kiepskie oświetlenie i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Ahmed Rasheed 
kazał mi tu wejść. 
-  Czy życzy pani sobie coś kupić? Wszystko, co tu mam, jest prawdziwe i 
ma stempel rządowy. Zaraz pani pokażę... 
Sięgnął po ogromną książkę, która wystawała z półki. Księga spadła z 
łomotem na biurko otwierając się na stronach, przypominających kartki z 
książki telefonicznej Man-hatanu. Katalog Gupty obejmował tysiące 
przedmiotów. Zawierał ich opis, wiek, numer i cenę. Wszystko to 
wydrukowane było małymi literami. 
A więc dlatego się tutaj znalazłam. To był jeden z największych kupców w 
tym mieście. 
-  Chciałabym, żeby pan coś obejrzał. 
-  Oczywiście. - Stał tak z przylepionym uśmiechem i usłużnym wyrazem 
twarzy. 
Kiedy jednak odwinęłam szakala i położyłam go na biur-, ku, zrobił trochę 
inną minę. Najpierw lekko zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie coś 
przypomnieć, a potem znowu zaczął się uśmiechać. 
-  Ach! Dama z szakalem! Jeszcze pani nie znalazła kupca? 
Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. 
-  Miałam nadzieję, że pan mi pomoże. 
-  Ależ proszę pani - odparł przepraszająco. - Już pani mówiłem, że nie 
zajmuję się takimi sprawami. Współpracuję wyłącznie z rządem. Powinna 
mnie pani zrozumieć. Jestem uczciwym człowiekiem. I muszę panią ostrzec, 
że dwa dni temu odwiedzili mnie agenci zajmujący się sprawami antyków i 
zadawali mi różne pytania. Nic im, oczywiście, nie powiedziałem. 

background image

-  Doceniam to, dziękuję. Może jednak mógłby mi pan powiedzieć, kto... 
-  Już pani mówiłem. Nie chcę mieć nic wspólnego z ta sprawą. Nie wolno 
mi nawet podać pani nazwisk handlarzy, którzy mogliby pani pomóc, bo rząd 
traktuje przestępców bardzo surowo. Nie chcę stracić licencji. 
Przez chwilę zastanawiałam się, co robić dalej. W dal" 
206 
Psy i szakale 
szym ciągu nie powiedział nic, co nasuwałoby na myśl jelksa, choć teraz 
nie miałam wątpliwości, że Adela wplątała się w jakąś aferę. Albo też 
Hindus nie chciał się zdradzić ze wszystkim, co wie. Czy Adela wspominała 
mu o grobowcu? 
Ramesh Gupta sam udzielił mi odpowiedzi na to pytanie. 
-  Niech pani posłucha mojej rady, tej samej, której wtedy pani 
udzieliłem. Parę cennych przedmiotów to jeszcze nie zbrodnia. Niech pani 
przekaże je władzom. O wiele lepiej stracić trochę pieniędzy niż wolność. 
Podziękowałam mu i dołączyłam do Ahmeda w zaułku, gdzie nikt nie mógł nas 
zobaczyć. 
-  Znaczyłoby to, że twoja siostra postępowała ostrożnie. - rzekł 
wysłuchawszy mojej relacji. - Sugerowała, że ma tylko kilka takich nie 
rejestrowanych przedmiotów, a sza-kal jest po prostu jednym z nich. Sądzę 
jednak, że gdyby trafiła na kupca, który w przeciwieństwie do Gupty 
dobiłby z nią targu, powiedziałaby mu o grobowcu. 
-  I o Jelksie. 
-  Tak. A więc w dalszym ciągu nic nie wiemy. Musimy iść dalej. 
-  Tak, chyba tak. 
-  Dobrze się czujesz? - W jego oczach pojawiła się troska. Staliśmy 
ukryci w głębokim cieniu, zapadał nastrojowy zmierzch, a Ahmed ujął mnie 
za rękę i lekko ją ścisnął. Byliśmy bardzo blisko, niemal się 
dotykaliśmy. 
-  Nic mi nie jest. 
-  Tam może być Rossiter - powiedział wskazując ruchliwe targowisko, 
którego wprawdzie nie widzieliśmy, ale słyszeliśmy dochodzące z niego 
odgłosy. 
-  Wiem. 
-  Lidio, możemy wrócić do hotelu i wymyślić co innego. 
 powinniśmy pojechać do obozowiska Jelksa. Jeśli będziemy mieli trochę 
szczęścia, okaże się, że on naprawdę fest winny. 
- Nie - powiedziałam szybko. - A jeśli nie jest? Albo 
207 
 
Barbara Wood 
jest, ale nie będziemy tego pewni. Nie zostanie     s* ny, prawda? Nie, 
jeśli zaistnieją jakiekolwiek wątpU Wtedy wszystko się zawali. Będę 
chodziła po skl dopóki ktoś się nie zdradzi. A jeśli się okaże, że to o 
tym lepiej dla nas. Będziemy w domu. 
-  W domu? 
-  Ahmedzie... nie zmieniaj swoich planów przez wzgią(1 na mnie. Dam 
sobie radę. 
Patrzyłam mu długo w oczy, czułam jego bliskość. Moja dłoń tkwiła w dłoni 
Achmeda i wtedy poczułam jego siłę i swoją siłę. Jedenaście dni temu nie 
zdobyłabym się n taką odwagę. Ale dziś byłam już kimś innym. Mogłam 
stanąć twarzą w twarz z samym diabłem, a nawet z Arnoldem Rossiterem, 
byleby tylko odzyskać siostrę. 
p&y i szakale 
.»-*• 
 P"1* 
 i,ko, że dzieliła ™s tylko 

background image

Wizyty w kolejnych dwóch sklepach nie odniosły żadnego skutku. Znowu 
dołączyłam do Ahmeda i czułam, żi boję się coraz bardziej. Być może 
ponosiła mnie wyobraźnia, może wróciły wspomnienia z Mousky i bałam się, 
że stratuje mnie tłum, ale byłam coraz bardziej zdenerwowana. Miałam 
wrażenie, że jak dotąd wszystko idzie podejrzanie gładko i jest 
podejrzanie proste. 
W końcu dotarliśmy do sklepu, który stanowił własność niejakiego S. 
Khouri, licencjonowanego sprzedawcy antyków. Sklep znajdował się przy 
głównej alei bazaru, a na jego wystawie wyeksponowano starożytne rzeźby i 
wa: Ahmed dodał mi otuchy, a potem wmieszał się w tłum i zniknął. Szybko 
weszłam do środka. 
Natychmiast skierowałam się w stronę szklanej lad: w głębi pomieszczenia. 
Musiałam iść bardzo ostrożnie, by nie potrącić małych stolików, na 
których stały delikat 
figurki. 
Kiedy zamknęły się za mną drzwi, rozwieszone nad i dzwoneczki natychmiast 
oznajmiły moje przybycie. v samej chwili rozchyliła się kotara z 
paciorków i * zza niej antykwariusz. Był niskim mężczyzną o szcz twarzy i 
chytrych oczkach. Czarne włosy przylegały n 
208 
__ Interesuje się pani starociami: 
W pewnym sensie tak. - Rozejrzałam się. W powietrzu unosił się zapach 
kadzidła. Poczułam się tu jak w więzieniu. - Chciałabym, żeby pan coś 
obejrzał. - Oczywiście. Służę. 
Wilgotnymi z emocji dłońmi postawiłam torbę na kontu-1 arze. Starając się 
opanować drżenie rąk, wydobyłam z niej | zawiniątko, starannie 
rozpostarłam na ladzie chusteczkę I i położyłam na niej szakala. 
Lisi wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się ani na jotę. - Wspaniały - 
powiedział i wziął go do ręki. - Śliczna rzecz. Wcale nie zniszczona. 
Patrzyłam, jak ogląda szakala, i miałam dziwne wrażenie, że nie zachowuje 
się w sposób naturalny, lecz gra. Oczywiście był to absurdalny pomysł. 
Nie miałam powodów tak myśleć. Khouri zachowywał się bardzo uprzejmie i 
wykazał tak samo umiarkowane zainteresowanie szaka-tan, jak inni 
antykwariusze. A jednak... coś odróżniało go °d innych. Coś, czego nie 
zaobserwowałam u tamtych ku-Pców, sprawiło, że nabrałam w stosunku do 
niego podejrzeń. 
- Gdzie go pani znalazła? - zapytał. I   Unałam uczucia, że w tym 
zagraconym pomieszczeniu  na mnie niebezpieczeństwo, ze wszystkich kątów 
gy nagle groźne cienie i miałam wrażenie, że wpadi w pułapkę. " Mam ich 
więcej - odparłam niepewnie. 
!' 
209 
Barbara Wood 
W dalszym ciągu uśmiech nie schodził mu z tw 
-  Tak też myślałem. Ale niech pani pozwoli z * go w lepszym świetle. - 
Arab wszedł za ladę, żeb °* się bezpośrednio pod lampą. Zdawało mi się, 
ze dost^ jakiś ruch za zasłoną. 
Khouri podszedł znów do mnie, obracając szakala i cach, ale stanął twarzą 
do lady, więc musiałam się c 
-  Wydaje mi się, że jest prawdziwy - powiedział Przypuszczam, że 
pochodzi z czasów Nowego Królestw Podniósł na mnie oczy. - Co jeszcze 
pani ma? 
Przełknęłam ślinę i postanowiłam zaryzykować. 
-  Mówiłam panu ostatnim razem. Uśmiechnął się szerzej. 
-  Oczywiście, że tak. Nie wiem wprawdzie, dlaczego udawała pani, że jest 
tu pani po raz pierwszy, ale to nie ma znaczenia. Wiedziałem, że pani 
wróci. - Spojrzał na szakala, postukał nim o dłoń i powiedział: - Mówiłem 
już pani wtedy, że mogę rozmawiać wyłącznie z pani pracodawcą. 

background image

Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. A więc Adela dla kogoś pracuje. 
-  Mówiłem pani również, że trudno będzie znaleźć w Luksorze, a nawet w 
Kairze, nabywcę na taką ilość t waru. Tylko ja byłbym ewentualnie 
zainteresowany kuf nem. 
Przełknęłam ślinę. A więc grobowiec istniał naprawdę. 
-  Jeśli rzeczywiście chce pan to kupić, proszę ro; wiać ze mną - 
powiedziałam śmiało. 
Ale on potrząsnął tylko głową i oddał mi szakala. 
-  Przykro mi, proszę pani. Nie mogę tak ryzyk< Proszę powiedzieć 
doktorowi Jelksowi, że albo spotka ze mną osobiście, albo nic nie 
załatwi. 
Wstrzymałam oddech. Serce waliło mi jak mi Handlarz wymienił nazwisko 
Jelks. 
W tej samej chwili usłyszałam za sobą jakiś c3 
210 
Psy i szakale 
m się na pięcie i spojrzałam prosto w oczy grubasa barach z grubymi 
szkłami. 
f      ażenia zaparło mi dech i natychmiast się odwróci-1 Khouri nagle 
gdzieś się rozpłynął. ^ pani pozwoli, że się przedstawię. Nazywam się 
Karl 
 ^eitz 
r owu się odwróciłam i spojrzałam mu prosto w twarz. Małam w przyćmionym 
świetle jego chytry uśmieszek 1 oteskowo duże oczy za grubymi szkłami. t 
Możliwe,   że  ja  mogę  pani  pomóc  - powiedział wyraźnym niemieckim 
akcentem. 
f jedna myśl ścigała drugą. Wiedziałam, że Ahmed jest po (przeciwnej 
stronie ulicy i nie widzi, co się dzieje wewnątrz sklepu, i że nie 
usłyszy, nawet jeśli go zawołam. Sprzedawca ulotnił się - albo ktoś go 
stamtąd wyciągnął na siłę, albo był w zmowie z grubasem. Tak więc 
zostałam zupełnie sama w tym małym zagraconym sklepie. Towarzyszył mi 
tylko morderca Johna Treadwella. 
- W jaki sposób chciałby mi pan pomóc? - zapytałam głosem, w którym 
wyraźnie pobrzmiewało napięcie. Cofnęłam nieco nogę i wyczułam, że 
natrafiam na przeszkodę. Po 'mojej lewej znajdowała się lada, a przede 
mną ten grubas. J Oznaczało to, że mogę uciekać tylko w prawo, wąskim, 
najeżonym przeszkodami przejściem. Do drzwi było tędy dosyć daleko. 
-  Czasem zajmuję się antykami. - Wskazał na trzymanego przeze mnie 
szakala. - Rozumiem, że ma pani coś do sprzedania. 
-  Ach tak. 
Zastanawiałam się, co powiedzieć dalej. Być może 
chweitzer nie podejrzewał, że wiem, kim jest. Może bawił 
A$ ze mną w ciuciubabkę, żeby mnie zwieść. Wszystko było 
a°żliwe. Ale chciałam, żeby to się wreszcie wyjaśniło. 
chciałam odzyskać siostrę. Chciałam, by skończył się ten 
|Szniar. A nie skończy się na udawaniu, kłamstwach 
buczkach. Musi się skończyć okrutną szczerością, a może 
^wet walką. 
211 
ZO- 
Barbara Wood 
Chciałam zaryzykować. Powiedziałam więc- 
-  Wiem, kim pan jest, panie Schweitzer. Uśmiech zamarł mu na twarzy. 
-  Naprawdę? 
-  Był pan ze mną w Złotym Domu. 
Nie odezwał się ani słowem, nie wykonał ruchu.                                                                        
Zadne§o 
-  Widziałam też pana w towarzystwie Johna, zan" stał zamordowany. 

background image

Schweitzer pokiwał wolno głową. 
-  Rozumiem. 
Trzymałam szakala w ten sposób, że jego długi p i spiczaste uszy wbijały 
mi się w rękę. Trzymałam go mo no, jak sztylet, gotowa uderzyć. 
-  W takim razie niepotrzebnie tracimy czas - powiedział spokojnie. 
Patrzyliśmy na siebie w mroku, oboje czujni i ostrożni. 
-  Możemy sobie nawzajem pomóc - zaproponował ni pewnie. 
-  Jak? - Drżałam na całym ciele. 
W ułamku sekundy błyskawicznym ruchem wydobył broń spod marynarki. Była 
wycelowana prosto w moją pierś. 
-  Pójdzie pani ze mną - rzucił cicho. Patrzyłam z niedowierzaniem na 
pistolet. 
-  Dokąd? 
-  Z pewnością pani wie, Fralein. Proszę się uspokoić. Nie chcę żadnych 
kłopotów. 
W jednej chwili zdecydowałam się nie tracić wic czasu na dyskusje. Jeśli 
działał przez zaskoczenie, mogłs się posłużyć tą samą metodą. Nie myśląc 
nad tym, co podniosłam lewą rękę i uderzyłam na ślepo. Najwyi trafiłam, 
bo pistolet wyleciał w powietrze, a przera Schweitzer złapał się za 
zranione ramię. 
Obróciłam się na pięcie i ruszyłam do drzwi. Otwo łam je na oścież i 
puściłam się pędem naprzód, nie F wokół siebie i nie zważając na to, co 
robię, aż w * 
212 
 
Psy i szakale 
m że Ahmed Rasheed chwyta mnie w ramiona }0CZUno d° siebie przytula. 
dio! cfybko - rzuciłam bez tchu. - Biegnijmy! 
i  epycna^^my s*ę na °^^ep Przez tłum. Nikt nie zwracał ^ s uwagi i w 
końcu udało nam się uciec od światła 
tał     w objęciach Ahmeda i co chwila przerywałam Lwiadanie szlochami. 
I Co się stało? - zapytał przynajmniej kilkanaście razy, dopóki n*e w^^ 
m*z rc^ szakala i nie zobaczył, że figurka jest cała poplamiona krwią. 
-  Grubas - wyjąkałam. - Miał broń. _ Nic nie mów. 
Nie tracąc czasu, rzuciliśmy się do ucieczki, wybierając ciemne i puste 
uliczki. Biegliśmy wąskimi zaułkami, po śliskich kocich łbach. Ahmed 
dobrze znał drogę. Bez pro-blemów wyprowadził mnie daleko od świateł i 
ludzi, nie zbaczając jednak z drogi do hotelu. 
Niedaleko New Winter Pałace wmieszaliśmy się w tłum zwykłych 
przechodniów. Ahmed odciągnął mnie na bok, żeby mi się przyjrzeć. Miałam 
kredowobiałą twarz i krew ha bluzce. 
-  Chcesz teraz pójść do pokoju? 
 -  Tak. 
-  W holu będą ludzie. 
-  Nic mnie to nie obchodzi. Chcę iść na górę. Natychmiast. 
Poszliśmy przez ogród do głównego wejścia i pobiegamy schodami w górę. Na 
szczęście portier był zajęty  dniową z taksówkarzem i nas nie zauważył. 
Pchnęliśmy &lane drzwi i pospieszyliśmy korytarzem w kierunku Ptod. 
Mieliśmy szczęście, bo drzwi jednej z nich otwarły S niemalże na nasz 
widok i zamknęły natychmiast, gdy eszliśmy do środka. Jechaliśmy więc na 
górę sami.  n   le(*y tylko znaleźliśmy się w moim pokoju, rzuciłam się 
3edno z bliźniaczych łóżek, bo było mi słabo. Ahmed 
213 
Barbara Wood 
zasunął   zasłony,   zamknął  drzwi   na  podwójn 
i usiadł przy mnie. Gdy wziął do ręki szakala y ^^ 
sobie palce krwią. 
-  Możesz mi teraz powiedzieć, co się stało? 

background image

-  Tak. 
Wzięłam głęboki oddech i zrelacjonowałam m zdarzenie w sklepie Khouriego. 
Przyznałam się też \ łam się tam jak w pułapce i że zauważyłam jakiś ruc 
zasłoną. 
-  Więc - powiedział po chwili milczenia - ten grub Schweitzer, był już w 
sklepie, kiedy tam przyszłaś. Znać łoby to, że albo się ciebie 
spodziewał, albo załatwiał ja interesy z Khouri. 
-  A skąd mógł niby wiedzieć, że tam przyjdę? 
-  Na przykład od innego sprzedawcy, który doniósł mu, że chodzisz od 
sklepu do sklepu. Doszedł do logicznegc wniosku, że najprawdopodobniej 
odwiedzisz Khouriegc jednego z bardziej znanych antykwariuszy. 
Myślałam o tym przez chwilę. Nagle się wzdrygnęłam. 
-  Zraniłam go w rękę! - Nie mogłam zapomnieć, co czułam, gdy szakal 
wbijał się w mięsiste ramię grubasa. 
Ahmed wstał bez słowa i poszedł do łazienki. Usłyszałam szum wody. Kiedy 
wrócił po chwili i usiadł obok mnie na łóżku, zarówno szakai, jak i jego 
ręce były czyste. 
Potem spojrzałam na swoje dłonie - czerwone o krwi. 
-  Nie chodzi tu o krew, Ahmedzie. Jestem do niej p zwyczaj ona, taki mam 
przecież zawód. Ale to zupełnie innego. 
-  Wiem - powiedział cicho. 
-  Chodzi mi o to, że go zraniłam. - Znowu się wzdryi łam, a Ahmed objął 
mnie i przyciągnął do siebie. 
-  Ratowałaś własne życie - powiedział spokojnie, ję się odpowiedzialny 
za to, co się stało. 
-  To nie twoja wina. Wiedziałam przecież, co * Sądzę, że gdyby taka 
sytuacja miała się powtórzyć, P< łabym identycznie. Tak mi się 
przynajmniej wydaj* 
 - 
214 
Psy i szakale 
tku groziło mi niebezpieczeństwo. Dzisiejszy dzień I specjalnym się nie 
różnił. Przypuszczam, że Adela y dla mnie to samo. Westchnęłam i 
potrząsnęłam I Boże! Z szakalem na pistolet! Chyba postradałam 
l0$t\e udało się, prawda? I No... tak. 
Miałam wciąż w pamięci tłuste palce trzymające pistolet idalony o parę 
centymetrów od mojego serca i usiłowa-0 sobie przypomnieć, co wtedy 
myślałam. Ale nie mogłam, bo miałam pustkę w głowie. Działałam 
spontanicznie, odezwał się we mnie instynkt samozachowawczy. 
-  A co by się stało, gdybym nie zareagowała tak szybko? 
-  Nie wolno ci myśleć o takich rzeczach. 
-  Gdybym go nie zraniła, nie wypuściłby pistoletu z ręki. Mógłby 
odzyskać równowagę i mnie zabić. - Wyjęłam Ah-medowi szakala z dłoni. - 
Wygląda tak niewinnie, prawda? A jednak stał się przyczyną wszystkiego, 
co działo się przez te ostatnie... zaraz... jedenaście dni. Przywiódł 
mnie tu na koniec świata. Nieomal spowodował moją śmierć. Ale również 
ocalił mi życie. 
Obracałam go powoli w palcach. Ahmed przytulał mnie mocno. A ja myślałam: 
dzięki szakalowi nastąpiła we mnie ta zmiana i dzięki niemu trwa właśnie 
ta chwila. 
-  Przynajmniej - odezwał się cicho Ahmed - udało się 
 zrealizować plan. Wiemy już, że to na pewno Paul  a jutro mogę udać się 
do obozu i oficjalnie postawić tou zarzuty. 
Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Serce biło mi 
foocno i niespokojnie, ale nie dlatego, że otarłam się 
0 śmierć, bo to przeżycie wydawało mi się już zadziwiająco 
0(Negłe, tylko z powodu bliskości Ahmeda, ciepła jego ciała 
rzy moim ciele, siły jego uścisku. Kiedy pochylił głowę 

background image

j Pocałował mnie, wydało mi się to zupełnie naturalne. 
*° usta musnęły moje wargi delikatnie, jak skrzydło 
%la, lecz natychmiast potem zaczął mnie całować zupeł- 
lnaczej. Jego zachłanność nie zdziwiła mnie, odpowie- 
215 
Barbara Wood 
działam tak samo gwałtownie, i wtedy poczułam I łam na ten moment całe 
życie. 
Kiedy Ahmed się odsunął, zauważyłam w jeg dziwne światło, jakiś 
szczególny wyraz, nie pasując 0< nie do żarliwości jego pocałunków. Potem 
powiedzf ^^ nie obojętnym tonem: 
- Teraz, kiedy go wreszcie dopadnę, nie będę żadnych wątpliwości. Stawię 
mu czoło z przekonanier będę pewny swoich racji. Muszę pani za to 
podzięki panno Harris. 
Oswobodziłam się z jego objęć i wstałam. Już nie była taka roztrzęsiona. 
Czułam, że jestem silna. To, co się stał, godzinę temu, miało na mnie 
taki sam wpływ, jakby przy darzyło mi się przed rokiem. Ale teraz pojawił 
się inny 
problem. 
Poszłam do łazienki, umyłam ręce i twarz, po czym wróciłam do pokoju i 
usiadłam naprzeciwko Rasheeda. Patrzyłam mu prosto w oczy. 
-  Dlaczego zwróciłeś się do mnie per: panno Harris. Przyglądał mi się w 
milczeniu. 
-  Przecież mówiłeś mi po imieniu. 
-  Tak, wiem. - Patrzył mi prosto w oczy. Czułam, że serce znowu bije mi 
mocno, ale tym razem z innego powodu. 
Znowu pomyślałam o doktorze Kellermanie i doznah tego znajomego ciepłego, 
tkliwego uczucia, jakie zawsze dc niego żywiłam. Byłam mu bardzo oddana, 
a on z kolei był mi potrzebny. Tkwiło to we mnie głęboko już od bar( 
dawna. Ale moje uczucie do Ahmeda było zupełnie ir burzliwe i gorące. 
Wiedziałam, że to namiętna, zmysłowa 
miłość. 
- Panno Harris... Lidio - powiedział i po raz pierwsz: miałam wrażenie, 
że opuściła go pewność siebie. -przedtem nie znałem żadnej Amerykanki. 
Pochoc z dwóch różnych światów. Twoja religia nie jest moją gią. Twoje 
poglądy polityczne są inne niż moje. zupełnie inne zwyczaje. My - 
rozłożył ręce - ies* zupełnie inni. 
216 
^m                         Psy i szakale 
Kogo - zapytałam cicho - próbujesz przekonać? Mnie 
cflS1 raz pierwszy odwrócił wzrok. Widziałam, że toczy ze P° waikę. 
Siedzieliśmy dalej w ciszy, a ja pomyślałam s°^ nocy w hotelu 
Shepheard's, kiedy John położył mnie '^'żku, wziął w ramiona i zaczął 
całować. Pamiętałam, k zachłanne były nasze pocałunki i jak ogromne 
budziły \    mnie podniecenie. Spojrzałam na cichego mężczyznę, kfry 
siedział naprzeciwko mnie. Wcale nie musiał mnie ałować ani dotykać, żeby 
mnie roznamiętnić. Sama jego obecność rozpalała we mnie płomień. 
- Jutro z samego rana musimy wyjechać, a zrobiło się już bardzo późno. 
Powinnaś się położyć. Ale nie zostawię cię samej, bo to niebezpieczne. 
Wstałam gwałtownie na równe nogi, podniosłam torebkę I z podłogi, 
owinęłam szakala w chusteczkę i zaczęłam odsuwać kołdrę. Ahmed nawet się 
nie poruszył. 
Zdjęłam buty i chciałam właśnie ułożyć się na łóżku, kiedy wstał nagle i 
wziął mnie za ramię. 
-  Lidio, musisz coś zrozumieć. 
Nie mogłam uniknąć jego wzroku. Oczy Ahmeda mówiły to, czego nie mogły 
wyrazić słowa. 

background image

-  Ja również to czuję - powiedział łagodnie, ale z niepokojem w głosie. 
- Ale to się nie uda. Spotkaliśmy się przypadkiem, a wkrótce ty znowu 
wrócisz do swojego świa- 
j ta. Powód, dla którego tu przyjechałaś, dla którego tu teraz 1 jesteś, 
przestanie istnieć i wyjedziesz. Masz swój szpital i swojego chirurga, 
który tam na ciebie czeka, a ja mam I Pracę tutaj. Oboje mamy zajęcia i 
obowiązki. Nie mieliśmy wpływu na to, co zaszło między nami, bo 
spotkaliśmy się Przypadkiem, Ale nie mamy szans. Jutro pojedziemy na I 
Pustynię i mam nadzieję, znajdziemy twoją siostrę. Potem I Wrócisz do 
siebie, tam, gdzie jest twoje miejsce. - Wiem, gdzie jest moje miejsce - 
szepnęłam.  Jego uścisk na moim ramieniu zacieśnił się. Oddałabym d   
wszystko za to, żeby się poddał, pogodził z losem,  mnie znowu w ramiona 
i pocałował. Ale nie chcia- 
217 
Barbara Wood 
łam go do tego nakłaniać. Jeśli Ahmed miał przez\w swoje wątpliwości, 
jeśli miał zdać sobie sprawę z t niewiele znaczą jego słowa, zrozumieć, 
że różne ^°'^a kultury i tradycje nie grają tu żadnej roli, chciałam 
doszedł do tego sam, bez mojego udziału. Musiał zn ^ odpowiedzi w sobie. 
-  Lidio, jeśli taka jest wola Allacha, to się nam uda ja w to nie 
wierzę, bo wiem, że wkrótce się rozstanie 
i nie zobaczymy nigdy więcej. To, co się między nart wydarzyło, i to co 
dzieje się teraz, nigdy nie miało gj zdarzyć. 
Wyswobodziłam ramię z jego uścisku. Jak we śnie, odsu nęłam kołdrę i 
wśliznęłam się do łóżka. W głowie kołatała mi wciąż ta sama myśl: „Tak 
musi czuć się człowiek, któremu zaaplikowano narkozę". 
Ktoś zgasił światło i pokój pogrążył się w całkowitych ciemnościach. Nie 
docierał do mnie żaden dźwięk. Luksor spał. W hotelu zapanowała cisza i 
spokój. Leżałam na łóżku, wpatrując się w ciemność, i usłyszałam, że ktoś 
kładzie się obok mnie. Usłyszałam westchnienie. A potem moje ciało 
odpłynęło daleko w bezkresny sen. 
Kiedy się obudziłam, czułam lęk. Przez chwilę wydawało mi się, że dopiero 
co zamknęłam oczy. Ale potem, kiedy stwierdziłam, że leżę na boku, a nie 
na plecach, zrozumi łam, że jednak spałam. Nie miałam jednak pojęcia, 
jafc długo. 
W pokoju było wciąż niewiarygodnie ciemno. Starate się wychwycić jakiś 
dźwięk. Ruch. Oddech. Ale nic takie nie usłyszałam. 
-  Ahmedzie? - szepnęłam. 
Nie musiałam włączać światła, bo i tak się zorientou łam, że nie ma go w 
pokoju. Wstałam i podeszłam do < Odsunęłam zasłony, a promienie księżyca 
wpadły do P° ju i ułożyły się na dwóch pustych łóżkach. 
Zdziwiona podeszłam do drzwi, przyłożyłam do ucho i zaczęłam nasłuchiwać. 
Z korytarza dochodź: 
218 
Psy i szakale 
alne dźwięki. Tak jakby odgłosy rozmowy. Ale dWo słySe przeznaczonej dla 
żadnych nieproszonych uszu. ^\\\zxn ostrożnie drzwi na tyle, żebym 
zdołała jed- 
V(*?lm wyjrzeć na zewnątrz i dostrzegłam, że Ahmed^ tf* °Tiu i gawędzi po 
cichu z kimś, kogo nie mogłam *toi W 7 Opierał się o ścianę i trzymał 
ręce w kieszeni. zob ł sie spokojny, zrelaksowany, tak jakby rozmawiał 
WydaWHla zabicia czasu. Kiedy zaśmiał się cicho, zaczęłam ^klflanawiać, 
kim jest jego niewidzialny towarzysz. %SnUam pozycję i przyłożyłam drugie 
oko do szparki, wtedy przyjrzałam się dobrze człowiekowi, z którym Ah-Iri 
gawędził tak po przyjacielsku. 
Bvł to mężczyzna w okularach ze szkłami przypominającymi denka butelek od 
coli: Karl Schweitzer. 
Rozdział czternasty 

background image

*± o niewiarygodne, ale spałam wspaniale przez reszt nocy. Prawdopodobnie 
odczuwałam potrzebę ucieczki ostatnich wstrząsów. Najpierw przeżyłam 
trudne chwile na bazarze, potem stanęłam oko w oko z naładowanym pisto* 
letem, następnie zraniłam człowieka, a na końcu stwierdziłam, że Ahmed 
przyjaźni się ze Schweitzerem. Na razie miałam dość wrażeń, więc kiedy 
zamknęłam drzwi od pokoju i dwaj rozmawiający ze sobą mężczyźni zniknęli 
mi z oczu, natychmiast zapadłam w głęboki sen. 
Rano jednak nie czułam się specjalnie wypoczęta. Kiedy się obudziłam, 
byłam zadowolona, że Ahmeda nie ma w pokoju. Chciałam wziąć zimny 
prysznic i spokojnie pomyśleć. Gdy poczułam się odświeżona zarówno na 
ciele, jak i na umyśle, nie przychodziło mi do głowy nic innego, jak 
tylko to, że Ahmed Rasheed i Karl Schweitzer pozostają ze sobą w dobrej 
komitywie. 
Stałam przed lustrem i rozczesywałam mokre włosy. T< oznaczało również, 
że Ahmed wcale nie pracuje dla rządi i jest zwykłym oszustem. Nie 
podobało mi się ani jedno, ar drugie. Wiedziałam, że Schweitzer uderzył 
mnie w Zlot Domu i że zabił Johna. Co w takim razie można było powie 
dzieć o jego przyjacielu, Ahmedzie? 
Czułam dokładnie to samo co wtedy, kiedy odkryła prawdę o Johnie 
Treadwellu: gorycz, zniechęcenie i zl Znowu ktoś mnie wystrychnął na 
dudka i zastanawia się, ile jeszcze razy w życiu mi się to przytrafi, 
zanin czegoś nauczę. 
220 
Psy i szakale 
lam na balkonie susząc włosy, świeciło już poranne ^ta i na ulicy 
pojawiły się długie, poskręcane cienie. ^Mam, Jakież to niespodzianki 
przyniesie nowy dzień. wlziała'm tylko, że chcę odnaleźć Adelę i zabrać 
ją z portem do normalnego świata. 
^Ahmed pukał wielokrotnie, aż wreszcie zdecydował się ść do pokoju. 
Stałam wciąż na balkonie, kiedy przyłą-!fył się do mnie, mówiąc: 
Nie byłem pewien, czy już wstałaś. Jak się czujesz? „ Możesz się chyba 
domyślić - odparłam, odwracając 
wzrok. - A ty? 
-  Bardzo dobrze. Świetnie spałem. Patrzył przez chwilę na rzekę, a ja 
miałam nadzieję, że teraz powie mi coś na 
i temat swojego spotkania ze Schweitzerem. Mogłam go wprawdzie zapytać, 
ale chciałam, żeby zrobił to bez nacisków z mojej strony. 
-  Zaraz wyrusza pierwszy prom - odezwał się po chwili. J -Następny 
będzie za godzinę. Chcesz płynąć teraz, czy zjesz 
najpierw śniadanie? 
-  Nie jestem głodna - odparłam. 
-  Dobrze. - Odwrócił się ode mnie i wrócił do pokoju. Spojrzałam na 
swoje dłonie. Zacisnęłam je tak mocno na poręczy balkonu, że aż pobielały 
mi kostki. 
Próbowałam podjąć jakąś decyzję. Mam mu powiedzieć czy nie? Czy powinnam 
wyrzucić to z siebie, czy nadal udawać, że nic się nie stało? Kiedy 
zobaczyłam piękną twarz i uroczy uśmiech Ahmeda, poczułam, że serce samo 
N się do niego wyrywa. Nie - pomyślałam smutno. Na Pewno mnie okłamie i 
niczego się nie dowiem. Możemy * dalszym ciągu bawić się w chowanego. 
Przynajmniej do czasu, kiedy znajdę Adelę. 

¦Toranne słońce wznoszące się powoli ponad New 
Winter Palące zaczynało kłuć w oczy. Prom miał nas za->rć na zachód, do 
krainy zmarłych, do królestwa boga  Ra, który żeglował tam codziennie 
swoją słonecz- łodzią. Było jeszcze bardzo wcześnie, więc Ahmed 
221 
i ja byliśmy jedynymi 
Barbara Wood 

background image

Chcąc płynąć w dół rwącej rzeki, musieliśm pierw popłynąć pod prąd. Nie 
mogliśmy dostać sie I średnio na drugi brzeg, więc zanosiło się na dług 
dróż. Prom zmierzał z wysiłkiem do przystani, a ja r łam na mojego 
towarzysza podróży, który stał przy n oparty o  balustradę.  Północny 
wietrzyk dmuchał w twarz i rozwiewał włosy. Ahmed miał naprawdę świet 
profil - duży nos i orle oczy. Mimo że teraz byłam tai smutna i zła, 
patrzyłam na niego z przyjemnością. Właśc wie nawet żałowałam, że 
widziałam go tej nocy w towarzy stwie Schweitzera. Żałowałam, że odkryłam 
prawdę, gdyby nie to, mogłabym nadal ślepo mu wierzyć i kochać go 
bezgranicznie. 
W pobliżu przystani na drugim brzegu rzeki stało kilka wolnych taksówek, 
więc bez kłopotu udało nam się wynająć jedną z nich. Ustaliliśmy, że cena 
wyniesie jednego egipskiego funta, jeśli zwolnimy kierowcę do południa. 
Po upływie tego czasu, opłata miała wzrosnąć. 
Ahmed i ja siedzieliśmy z tyłu, a tymczasem taksówka podskakiwała i 
turkotała na nierównej drodze, zostawiając za sobą tumany kurzu. 
Jechaliśmy przez pola i wioski z budynkami z suszonej na słońcu cegły, a 
przed nam wznosiły się brązowe skały. Słuchałam jednym uchem k< mentarzy 
Ahmeda na temat mijanych przez nas miejsc. - Tę małą wioskę po naszej 
prawej stronie zbudowa w roku 1955 dla potrzeb filmu „Dziesięć 
przykazań", &ć kręcił tu twój rodak, Cecil de Mille. Kiedy zakończoi 
zdjęcia i ekipa wyjechała z Egiptu, do filmowej wio wprowadzili się 
miejscowi i zadomowili w niej na d Dlatego tu jest zupełnie inaczej niż w 
innych egipsfc wioskach. 
Mijaliśmy pola trzciny cukrowej i od czasu do c musieliśmy przerywać 
jazdę, bo drogą akurat przechoa 
222 
Psy i szakale 
\ Tak, jak podczas podróży pociągiem, machały do i w długich galabiach. 
przejeżdżaliśmy obok rzeźb przedstawiających .siedzące postacie, Ahmed 
powiedział: To są kolosy Memnona, ogromne posągi, które niegdyś Kr 
wejścia do świątyni. Świątynia zresztą już nie Mówiono, że jeden z tych 
posągów śpiewa, kiedy ^yna wschodzić słońce i dlatego uważano, że mieszka 
1 nim duch króla. Tak naprawdę, w czasie trzęsienia ziemi rzeźbie 
powstały szczeliny i gwizdał w nich wiatr. To gaśnie wiatr śpiewał, a nie 
posąg, patrzyłam tępo na kolosy. 
- Jesteś dziś wyjątkowo milcząca, Lidio. 
-  Tak, chyba masz rację. 
-  Rozumiem. I mam nadzieję, że już wkrótce będzie po wszystkim. 
Nie, nic nie rozumiesz - myślałam ze złością. Chociaż rzeczywiście, im 
szybciej się to wszystko skończy, tym lepiej. Przetarłam oczy. Och, 
dlaczego musiałeś mnie zdradzić, Ahmedzie? 
Taksówka kołysała się i podskakiwała na długiej, zaku-Jrzonej drodze. 
Robiło się coraz cieplej. Przejeżdżaliśmy ¦ obok świątyni Hatshepshuta i 
Deir el-Bahri, więc wyciąga-Ilam szyję, żeby im się dokładniej przyjrzeć. 
Rzędy smu-I kłych kolumn wtopione w pomarańczowe skały zrobiły na I mnie 
piorunujące wrażenie. Kiedy chciałam odkręcić szybę, żeby lepiej widzieć, 
Ahmed powiedział: I   - Niedobrze by było, gdyby piasek dostał się do 
środka. Podrażnia gardło i płuca. Powietrze jest tutaj bardzo suche 
''zapylone. Dlatego zresztą tym wszystkim zabytkom udało S1ę przetrwać. 
Dziś możemy podziwiać faraonów i królowe lipskie nie tylko dlatego, że 
zabalsamowano ich zwłoki, ale głównie dlatego, że panował tu właśnie taki 
klimat. - Ta świątynia jest zupełnie niesamowita - powiedzia-% - Czy 
można wejść do środka? 
7 Tak. Jedynie górne piętro jest teraz niedostępne dla Pędzających, bo 
polscy archeologowie właśnie je rekon- 
223 
Barbara Wood 

background image

struują. Środkowym zajmowali się Amerykanie - Francuzi. Jak widzisz, 
skarby Egiptu należą h ludzkości                                                               
° całj 
 całej 
Minąwszy Deir el-Bahri, zawróciliśmy w stron i jechaliśmy po zakurzonej 
wyboistej drodze. Kiedy ^-liśmy rządową restaurację, Ahmed zaproponował, 
żeb^ wstąpili na herbatę, ale podziękowałam za zaprósz Dolina Królów była 
coraz bliżej i chciałam się tam znal jak najszybciej. 
Po lewej stronie krętej drogi, którą zmierzaliśmy d celu, wznosiły się 
strome skały. Dolina Królów znajdować się po przeciwnej stronie. Żeby do 
niej dotrzeć, trzeba byłe odbyć długą męcząca podróż. 
-  Czy to znaczy, że nie wszystkie grobowce zostały odkryte? - spytałam 
po chwili. 
-  To dziwne, ale w egipskich piaskach kryje się jeszcze wiele ciekawych 
rzeczy. Mój kraj jest jednak zbyt biedny, żeby wydawać pieniądze na 
wykopaliska, a inni też mają pilniejsze potrzeby. Na pewno trudno jest 
znaleźć grobowiec w nienaruszonym stanie. Grobowce Tutanchamona i 
Hetepheresa należą do wyjątków. 
-  Dlaczego? 
-  Z powodu złodziei. 
-  Nie można ich jakoś powstrzymać? Roześmiał się. 
-  Miałem na myśli złodziei z epoki faraonów. Nie stety, niewielu władców 
mogło się nacieszyć swoimi skar bami w życiu pozagrobowym, niezależnie od 
tego jak głś boko ich pochowano. Można było przecież przekupić kapłanów. 
-  To jakim cudem przetrwał grobowiec Tutanchamona? 
-  Nie wiemy. Wy, Amerykanie, powiedzielibyście, ż< ślepy traf. Ale 
odnalezienie grobowca pełnego bezcen] skarbów, który wygląda tak samo, 
jak w godzinie pogrze faraona, to coś, co nieczęsto się zdarza. 
Omiotłam wzrokiem otaczającą nas pustynię. Pola zosl ły już daleko poza 
nami, a ja usiłowałam sobie wyobrazi 
224 
Psy i szakale 
królowe, ukrytych w piaskach pustyni. I wtedy 
szeroko oczy ze zdziwienia. Ktfj szakal! 
Tak? 
Mój szakal pochodzi prawdopodobnie z takiego gro-ca Pewnie to właśnie 
miała na myśli Adela mówiąc, że I ,tłumaczy wszystko". 
I Teraz sama widzisz, jaka to ważna sprawa. Rozumiesz konieczność 
dochowania tajemnicy i potrzebę poznania 
prawdy. 
-  Mój Boże... - Przycisnęłam torebkę do piersi. W środku był mój szakal. 
Mały kawałek kości słoniowej, który pochodził najprawdopodobniej z nowo 
odkrytego grobowca. 2 grobowca, o którym nikt nie wiedział, choć krył w 
sobie najcenniejsze królewskie skarby. Przed oczami stawały mi 
najbardziej fantastyczne obrazy. 
- Jeśli rzeczywiście ten grobowiec istnieje, Lidio, ode-j gramy 
pierwszoplanową rolę w odkryciu tak ważnym, jak | odkopanie grobowca 
Tutanchamona. Zapełnimy puste karty historii Egiptu. Z całego świata 
zaczną się zjeżdżać dziennikarze i opowiadać naszą historię. Tysiące 
zwiedzających będą odwiedzać codziennie to miejsce. Turyści przywiozą do 
Egiptu swoje pieniądze i pomogą w ten sposób mojemu krajowi. Nawet nie 
potrafię wyrazić, jakie to może się okazać ważne. Nie możemy pozwolić, 
żeby Rossiter dotarł do grobowca przed nami. 
Kiedy to powiedział, oparłam czoło o szybę i przymknęłam oczy. Jak to 
możliwe? - rozpaczałam w duchu. Jak on fooże tak udawać szczerość i 
oddanie, a jednocześnie być w zmowie z Rossiterem i Schweitzerem, czyli 
ludźmi, któ-tych teraz tak przekonująco potępia? 

background image

^ zbliżaliśmy się do Doliny, poczułam, jak mocno rali mi serce, a w 
oddali, między skałami, dojrzałam kilka białyeh namiotów. 
~- Gdzie są grobowce? - zapytałam, rozglądając się nieprzytomnym 
wzrokiem. 
225 
Barbara Wood 
-  Trochę dalej. Przed wejściem na teren konywano pochówków, jest 
ogrodzenie i bram ^ ^ zowi ko Jelksa znajduje się właśnie tam. Widzisz i* 
da?                                                                        
' praw- 
-  Czy to jedyny archeolog w tym rejonie? 
-  W Dolinie Królów, tak. W pobliżu Deir el-Bahri je grupa Francuzów, a 
Amerykanie chcą odrestau/ jeden z grobowców w Dolinie Królowych. 
Oparłam się o przednie siedzenie. Usiłowałam wy* trzyć znajomą sylwetkę 
Adeli w tumanach kurzu. PrZy chałam za nią tak daleko. 
Wysiadłam, zanim taksówka się zatrzymała. Ahmed p dążał za mną krok w 
krok. Najwyraźniej warkot silnik? przyciągnął uwagę obozowiczow, bo 
czekał już na nas mały komitet powitalny.  W jego  skład  wchodzili 
wyłącznie mężczyźni. 
-  Halo! - zawołał najwyższy. - Czym możemy służyć? 
-  Czy jest doktor Jelks? 
-  Nie, w tej chwili go nie ma. Jestem jego asystentem. Nazywam się 
Wilbur Ames. Czy mogę państwu jakoś pomóc? 
-  Ahmed Rasheed. Pracuję w Służbie Ochrony Zabytków. 
Wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się. 
-  Kiedy spodziewa się pan doktora Jelksa? 
-  Już niedługo. Wróci na sjestę. Od świtu pracuje przy grobowcu Seti. 
Zapraszam państwa na herbatę. 
Dr Ames odwrócił się, więc poszliśmy za nim i jeg towarzyszami do obozu. 
Słyszałam bicie własnego serca. W każdej chwili spodziewałam się usłyszeć 
głos Adeli, która zawoła: Liddie! Liddie! 
Nikt mnie jednak nie zawołał, gdy przeciskałam s wśród landrowerów i 
małych namiotów w kierunku t* największego, który służył obozowiczom za 
kuchnię i | nię. Jedną część namiotu zajmował stół i ławki, a w dr stał 
skomplikowany sprzęt do gotowania. Nasi gospod* zajęli miejsce po jednej 
stronie stołu, a my po drui 
226 
Psy i szakale 
nie więcej niż szesnastoletnia, dziewczyna z cienki- 
 włosami zaczęła nalewać nam herbatę. Mj    córka - wyjaśnił Ames, 
przyglądając mi się interesowaniem. - Chce być egiptologiem, jak jej oj-
proszę mi powiedzieć, panie Rasheed, czemu zamęczamy tę niespodziankę? 
I Wolałbym zaczekać na doktora Jelksa. Pan natomiast oże mi powiedzieć, 
czy jest tutaj panna Harris. 
-  Adela? 
Serce aż podskoczyło mi z radości. 
_ To zabawne, że pan o nią pyta. Zastanawialiśmy się właśnie, gdzie się 
podziała. Od wczorajszego wieczoru nie było jej w obozie. 
-  Och nie! - krzyknęłam, chwytając Ahmeda za rękę. -To niemożliwe! 
Dr Ames zerknął na mnie ze zdziwieniem. 
-  To jest siostra Adeli - przedstawił mnie - Ahmed. Ma na imię Lidia. 
Przyjechała aż z Los Angeles, żeby się z nią zobaczyć. 
-  Miło mi panią poznać. Miałem wrażenie, że już panią gdzieś widziałem. 
Jest pani bardzo podobna do siostry. Adela jest z nami już od paru 
tygodni. Czarująca osoba, nieoceniony kompan dla Rosalie. 
-  A więc co się z nią stało? 
-  Nie wiem. Była z nami jeszcze wczoraj, a potem poje-| chała 
łandrowerem do Luksoru. Tak przynajmniej mówiła. Do tej pory nie wróciła. 

background image

-  Nie szukaliście jej? Czułam się po prostu chora. 
-  Nie. Adela często jeździła na noc do hotelu. Uważa, że mieszkamy w 
zbyt prymitywnych warunkach, a ona zawsze Powtarza, że raz na jakiś czas 
musi się porządnie wykąpać 1 Przespać w prawdziwym łóżku. 
-  A kiedy zwykle wraca do obozu? 
-  To dziwne, ale zwykle pojawia się o świcie i pomaga ^aułowi w pracy. 
Świetna z niej asystentka. 
-  Jest prawie jedenasta! - krzyknęłam. 
227 
Barbara Wood 
-  Tak, ale może chciała zrobić zakupy. Odwróciłam się do Ahmeda. 
-  Musiało się stać coś strasznego. Na pewno! 
-  Przepraszam, o co tu chodzi? 
Wilbur Ames naprawdę zachowywał stoicki spokói żywszy, że trzymał w 
tajemnicy odkrycie grobowca i' do czynienia z przemytnikami. Oczywiście 
jeśli założyć*1 taki grobowiec naprawdę istnieje, a Rossiter rzeczywi 
jest przestępcą, za jakiego uważał go Ahmed. 
Cofnęłam rękę i kątem oka obserwowałam Rasheed Wczoraj wieczorem 
Schweitzer pojawił się w Luksorze Adela zniknęła, a ja widziałam Ahmeda w 
towarzystwie Schweitzera. Cóż za zbieg okoliczności. 
Nawet nie tknęłam herbaty, siedziałam i obserwowałam rozwój wydarzeń. 
Ahmed wytłumaczył pobieżnie Amesowi, że dostałam list od Adeli, w którym 
siostra prosi mnią żebym przyjechała do Egiptu. 
-  Na pewno wkrótce się pojawi, panno Harris. Jestem tego pewien. I 
strasznie się ucieszy, jak panią zobaczy. Wróci. Może nie z sympatii do 
tego obozu, ale dla Paula... 
-  Jak to? Co pan ma na myśli? 
-  Nie wiedziała pani? Myślałam, że może napisała o tym w liście. Pani 
siostra jest zakochana w doktorze Jełksie. 
Spojrzałam wymownie na Ahmeda. 
-  Właściwie są zaręczeni. 
A więc tak. Adela była zaangażowana w tę sprawę bardziej, niż sądziłam. 
Ten fałszywy egiptolog, Jelks, wykorzystywał moją niewinną siostrę do 
handlu dzieł mi sztuki. Nie patrzyłam zbyt przychylnie na Wilbura Amesa. 
Siedząc w chłodzie namiotu, do którego docier zaledwie resztki światła z 
zewnątrz, usiłowałam pozbier skołatane myśli. Będzie bardzo trudno 
wyciągnąć Ade z tej kabały. Wątpiłam nawet, czy uda mi się ją przekor) 
żeby ze mną wyjechała, nawet jeśli powiem jej o R°s siterze. 
Chciałam właśnie zadać kolejne pytanie, kiedy nag 
228 
Psy i szakale miocie zrobiło się zupełnie ciemno. Ktoś zasłonił sobą 
I ^ Jak się macie? - usłyszałem czyjś pogodny głos. - Czy Adela wróciła? 
-  Och, Paul. Mamy gości. Poznaj siostrę Adeli, pannę 
Lidię Harris. 
głody człowiek o roześmianej twarzy podszedł do mnie t podał mi rękę. 
-  Miło mi panią poznać. Wiele o pani słyszałem. 
-  A to jest pan Ahmed Rasheed ze Służby Ochrony Zabytków - ciągnął Ames. 
Paul Jelks nie zmienił wyrazu twarzy, ale jego uścisk nagle osłabł. 
-  Witam. Czym mogę panu służyć? 
-  Przeprowadzam inspekcję terenu. Jak postępują prace? 
-  Świetnie. Naprawdę wspaniale. 
Podszedł dużymi krokami do kuchenki gazowej i nalał ; sobie herbatę. 
Doktor Jelks był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem, a więc 
niewątpliwie mężczyzną w typie Adeli. Miał bardzo krótko przycięte włosy, 
a pod nosem i ślad zarostu. Kiedy siedział przy mnie i wyszczerzał zęby ; 
w uśmiechu, żałowałam, że zupełnie nie wygląda na bandytę. 
-  A więc co panią tu sprowadza, droga Lidio? 
-  Adela mnie zaprosiła. 

background image

-  Naprawdę? Nigdy mi o tym nie wspominała. A gdzież się właściwie 
podziewa ta moja niesforna narzeczona? Pewnie kręci się po sklepach z 
sukienkami. - Nagle wychylił głowę z namiotu i wydał kilka stanowczych 
poleceń stojącemu nie opodal mężczyźnie. Mówił świetnie po arab-sku. 
-  Wysłałem go do Luksoru po Adelę. Będzie bardzo chciała się z panią 
spotkać. 
Usłyszałam, że Arab uruchamia silnik, a potem opony auta pisnęły na 
piasku. Zakładałam oczywiście, że Jelks naprawdę wysłał tego człowieka na 
poszukiwanie Adeli, 
229 
Barbara Wood 
ale ponieważ nie znałam arabskiego, nie mogłam by całkiem pewna. 
-  Czy miałby pan ochotę wstąpić ze mną do c ni? Mógłbym panu pokazać 
owoce mojej pracy, ty s^ są naprawdę wspaniałe malowidła. Minęło już lato 
zbl się listopad i może wreszcie zrobi się trochę chłodn*2* Boże! Ten 
potworny upał jest naprawdę męczący. 
-  Czy możemy oprowadzić państwa po obozowisku? wtrącił Ames. - Inni 
milczeli, jakby byli głuchoniemi ~ Mogą państwo wszystko sobie dokładnie 
obejrzeć - zaprą szał. 
Obaj byli gościnni, wręcz usłużni. 
-  Nie, dziękuję bardzo. To nie jest konieczne. Chciałbym tylko 
porozmawiać z wami na osobności, jeśli to możliwe. 
Jelks i jego towarzysze wymienili spojrzenia. 
-  Oczywiście, panie Rasheed. Mam nadzieję, że nie złamaliśmy przepisów. 
-  Jeszcze nie. 
Mężczyźni niechętnie opuścili namiot. Wyszła również Rosalie. Nie miałam 
pojęcia, co planuje Ahmed. Doktor Jelks usiadł obok Amesa, tak że 
znaleźliśmy się po przeciwnych stronach stołu, jakbyśmy tworzyli dwie 
drużyny. 
-  Czy mogę o coś zapytać, doktorze Jelks? 
-  Proszę, niech pan strzela. 
Ahmed - wprowadzając mnie w zdumienie - otworzył moją torebkę i wyjął z 
niej zawiniątko, po czym upuścił szakala na stół. Na ten widok obaj 
mężczyźni podskoczyli tak, jakby zobaczyli węża. 
-  Co to jest? - zapytał Jelks, a jego głos nie brzmiał już tak 
spokojnie. 
-  Sądziłem, że dowiem się tego od pana. Może mi pant0 wyjaśnić? 
-  Spróbuję. - Podniósł szakala i trzymał go w palcach wysokości oczu, 
jakby badał każdy cal figurki. 
-  Tu jest kiepskie światło, ale sądzę, że to pochoc z osiemnastej, może 
dziewiętnastej dynastii. Śliczna rze< 
230 
Psy i szakale 
„ Nie o to pytałem, doktorze. Sądziłem, że dowiem się /pana, skąd to 
pochodzi, pauł uniósł brwi. 
-  Skąd? To znaczy z jakiego rejonu pochodzi ta kość słoniowa? 
, Dobrze pan wie, o co mi chodzi, doktorze. Wykręty na nic się tu nie 
zdadzą. Chcę wiedzieć, gdzie jest grobowiec. 
-  Nie wiem. Może na przykład... 
_ Doktorze - powiedział Ahmed spokojnie. - Jeśli odkrył pan grobowiec, 
chcę się wszystkiego na ten temat dowiedzieć. 
-  Nowy grobowiec? Co też panu przyszło do głowy? przecież zostałby pan 
już dawno poinformowany o takim odkryciu. 
-  W takim razie wyjaśnię panu, skąd mam tego szakala. Otóż panna Adela 
Harris wysłała go pocztą do swojej siostry. 
-  Adela? 
-  Tak, dokładniej mówiąc wysłała go z Rzymu. 

background image

-  Z Rzymu? - Paul Jelks zaczął się nagle jąkać. Zerknął na Amesa i 
odwrócił wzrok. 
-  Chyba pan wie, że panna Adela była w Rzymie jakieś dwa tygodnie temu, 
prawda? 
-  Tak. Wiem, że pojechała tam na parę dni. Chciała kupić jakieś nowe 
ubrania i... 
-  Czy zna pan Arnolda Rossitera? 
Obaj mężczyźni wyraźnie się zaniepokoili. Pytania Ahmeda wytrąciły ich z 
równowagi. Udawany spokój Pryskał. 
-  Arnold Rossiter przyjechał do Luksoru, a teraz zmierza prawdopodobnie 
w naszym kierunku. Chcę wiedzieć, gdzie jest grobowiec, bo muszę wysłać 
tam policjantów. Jeśli mi się to nie uda, wielu ludziom może stać się 
krzywda, a cenne dzieła sztuki dostaną się w niepowołane ręce. 
-  Panie Rasheed - zaczął Jelks drżącym głosem. 
~ Jako egiptolog musi pan kierować się w minimalnym przynajmniej stopniu 
etyką zawodową. - Ahmed rąbnął 
231 
Barbara Wood 
pięścią w stół. - Przecież nie chce pan chyba, żeby Rosst zabrał 
zawartość grobowca! 
Zaskoczyła mnie nagła siła tego mężczyzny. Do tej p zawsze był spokojny, 
prawie beztroski, ale teraz wstąp w niego jakaś pasja, a nawet furia. 
Zaczęłam się g0 bać 
-  Proszę mi powiedzieć, gdzie jest grobowiec. 
-  Dobrze! - krzyknął Jelks. - Dobrze! Powieir panu! -. Usiadł i złapał 
się za głowę. - Już za późno, Wilbur. Muszę im powiedzieć. Nie powinniśmy 
byli się w to bawić. To nie dla nas. Wiedziałem, że prędzej czy później 
pojawi się Rossiter. Musimy im wszystko powiedzieć. 
Paul Jelks zaczął opowiadać swoją niezwykłą historię, a ja obserwowałam 
Ahmeda ze zdumieniem. Na jego ustach pojawił się triumfalny uśmiech. 
Udało mu się wygrać tę partię i byłam z niego dumna. Ale z drugiej strony 
coś mi przeszkadzało, nie dawało spokoju. 
Skąd Rasheed wiedział, że Rossiter jest w Luksorze? 
Rozdział piętnasty 
X>loktor Paul Jelks opowiedział nam zupełnie niezwykłą historię. 
- Początkowo chciałem tylko sfotografować grobowce i pracować nad 
tłumaczeniem hieroglifów, bo miałem nadzieję, że uda mi się wyjaśnić 
znaczenie pewnych niejasnych fragmentów tekstów. Ponieważ nie mam żadnych 
sponsorów, nie mogłem sobie pozwolić na prowadzenie wykopalisk, i 
postanowiłem, że zadowolę się rutynową, akademicką pracą. Jednak prawie 
na samym początku wydarzyło się coś, co wzbudziło moje zainteresowanie. 
Tak jak każdy cudzoziemiec byłem oblegany przez miejscowych, którzy 
oferowali mi fałszywe dzieła sztuki i chcieli opowiadać o ukrytych 
grobowcach faraonów - wszystko rzecz jasna za odpowiednią cenę. My 
dopiero organizowaliśmy obóz, a oni już zaczynali krążyć wokół nas jak 
sępy i wymyślali coraz bardziej fantastyczne historie. Ja jednak jestem 
egiptologiem i mam za sobą wiele tego rodzaju doświadczeń, toteż nie daję 
tak łatwo wiary we wszystko, co słyszę. Aż przyszedł ten pamiętny 
wieczór. Grałem właśnie w karty z Markiem Spencerem, moim fotografem i 
technikiem, kiedy do obozu, przyszła pewna staruszka, która twierdziła, 
że ma dla nas prezent. Arabowie, którzy Pilnowali obozu próbowali się jej 
pozbyć, ale usłyszałem eałe to zamieszanie i wyszedłem z namiotu. 
„Podarunek" Naprawdę mnie zaintrygował. Był to owinięty trzcinową 
tą zwój z koziej skóry, na którym widniały hieroglify. Nigdy przedtem 
czegoś takiego nie widziałem i miałem °chotę zdemaskować fałszerstwo. 
Obejrzałem dokładnie 
233 
Barbara Wood 

background image

zwój pod lampą i przekonałem się, że to znakomita Od razu zapytałem 
kobietę, kto ją wykonał. A ona m'°      ' że aniołowie. W obawie, że 
nigdy mi tego nie zd^*0' zaproponowałem jej pieniądze. Zdziwiłem się p0 
raz T^' bo okazało się, że staruszka chce mi dać ten zwój w pr cie. Nawet 
bardzo nalegała, żebym go przyjął, i nie chci w zamian nawet jednego 
piastra. Widząc, że kobieta cz wyraźnie się boi, zacząłem zadawać jej 
najróżniejsze p nia, aż w końcu załamała się i powiedziała, że „iad zwoi 
ciąży przekleństwo, które zagraża jej rodzinie i tak j pozostanie, dopóki 
zwój nie wróci tam, gdzie jego miejsc Nie miałem nic do stracenia, mogłem 
zyskać interesując podróbkę, a jeszcze w dodatku uspokoić starowinę, więc 
wziąłem od niej zwój, a ona natychmiast zniknęła w ciemnościach. - Paul 
Jelks urwał i dopił herbatę. - Trochę podobnie jak w przypadku tabliczek 
z Tel el Amarny, nie sądzi pan? 
-  Proszę mówić dalej - ponaglił go Ahmed. 
-  Jak już mówiłem, przyjechałem tu z niewielką ekipą i miałem zamiar 
skopiować jedynie trochę tekstów ze ścian grobowców, więc przez parę dni 
w ogóle nie interesowałem się tym dziwnym upominkiem. Pewnej nocy, kiedy 
wszyscy już spali, wyjąłem ten przeklęty zwój i dokładnie go obejrzałem. 
Przeżyłem prawdziwy szok, bo okazało się, że jest autentyczny. Badałem go 
godzinami. Potem wysłałem kawałek zwoju do laboratorium w Londynie, żeby 
określić jego wiek. Eksperci ocenili, że zarówno skóra, jak i atrament 
pochodzą sprzed około trzech tysięcy lat. - Znowu przerwał i otarł czoło. 
W namiocie robiło się coraz bardziej gorąco. - Nie muszę chyba dodawać, 
że przeżyłem wstrząs. Sam pan wie, jak niewiele jest takich zwojów i jak 
rzadko udawało się je odkryć, a ten położono mi po prostu na progu. Tekst 
zachował się wspaniale. Z łatwością możn było odczytać, że są to notatki 
architekta, który zamierza zbudować grobowiec królewski. 
-  Czy ma pan to jeszcze? 
-  Tak, zaraz państwu pokażę. 
Psy i szakale 
pr0Szę kontynuować opowieść. 
I Naturalnie przetłumaczyłem cały tekst i chyba wyob-.^ją sobie państwo, 
jak bardzo byłem poruszony, kiedy fa zorientowałem, co czytam. W tekście 
odnalazłem nie ttlko plany grobowca, ale również informację na temat jego 
i ^jozenia. Wiedziałem, że w tamtym rejonie nigdy nie [  r0wadzono 
wykopalisk, a ponadto zwój okazał się auten-tyczny, więc postanowiłem 
zrobić śmiały eksperyment. Wziąłem ze sobą Marka i jednego z Arabów. 
Kopaliśmy w nocy, tak żeby nikt nas nie zobaczył, trzymając się 
oczywiście ściśle wskazówek zawartych w planach. Wszyscy patrzyliśmy na 
niego wyczekująco. 
-  I co? 
-  Jeszcze przed świtem odkryliśmy kamienny stopień, panie Rasheed, jest 
pan w stanie docenić rangę tego wydarzenia? Przecież szansę na zdobycie 
takiego papirusu są jak jeden do miliona, a jednak mi się to udało. Nie 
wiadomo skąd go wzięła rodzina tej kobiety. Ale jakie to ma znaczenie? Na 
pewno był u nich od pokoleń, może nawet całe wieki. Schowali go dobrze 
gdzieś pod podłogą glinianej chaty, bo myśleli, że to jakiś magiczny 
talizman. A potem zaczynają chorować. Oczywiście winią za to kawałek 
koziej skóry. Dochodzą do wniosku, że najlepiej będzie oddać go 
cudzoziemcowi, który okrada grobowce, więc będzie wiedział, gdzie go 
położyć. Cudzoziemcowi, na którego może spaść przekleństwo, ale ich to 
już nie interesuje. 
Nalał sobie jeszcze jedną filiżankę herbaty i wypił ją duszkiem. 
I - Wtedy posłałem po Wilbura. Potrzebna mi była zarówno jego pomoc, jak 
i fundusze. Zatrudniliśmy więcej ludzi. Można im ufać, szczególnie w 
sytuacjach, gdy w grę wcho-jdzą pieniądze. Takie pieniądze. 
-  Czy to, co odnalazł pan w grobowcu, jest naprawdę cenne, doktorze? 
Pochylił się i szepnął: 

background image

-  Cenniejsze niż skarb Tutanchamona. Ahmed przymknął oczy. 
234 
235 
Barbara Wood 
-  Chwała Allachowi! 
-  Potem spotkałem w 
z grupą. Boże, zakochałem się w niej natychmiast. złem ją tutaj, a ona 
zdecydowała się zostać. 
 Luksorze Adelę. Podróżow  się w niej natychmiast P^ 
 
 ywiś 
wkrótce powiedziałem jej o grobowcu i zrobiło to na r/ wielkie wrażenie. 
-  Tak, to cała Adela. 
-  Przykro mi, Lidio, że jej tu nie ma. Przyjechałaś z tak daleka... 
Opowiedziałam mu, ile trudu kosztowało mnie odnalezienie siostry. 
Wspomniałam o Rzymie i Kairze, ale nie mówiłam nic o Treadwellu i 
Rossiterze, bo nie wiedziałam ile mogę mu zdradzić. 
-  Tak, miała pani trochę kłopotów. Przykro mi, że Adela nie czekała na 
panią w Rzymie, zwłaszcza że przecież wysłała szakala i telefonowała do 
pani. 
-  Czy ona mieszkała w Residence Pałace, doktorze? 
-  Proszę mówić mi po imieniu, bo wkrótce będziemy spowinowaceni. Tak, 
mieszkała w Residence Pałace, ale zameldowała się tam pod innym 
nazwiskiem, w razie gdyby ktoś ją śledził. 
-  A więc dlatego nie figurowała w rejestrach. Tak samo było w 
Shepheard's, prawda? Wszystko jasne. 
Doszłam również do wniosku, że Rossiter podsłuchiwał nasze rozmowy i 
zaaranżował wszystko tak, że telefony przyjmował jeden z jego ludzi. 
-  Proszę mi powiedzieć, w jaki sposób zaplątał się pan w aferę z 
Rossiterem - powiedział Ahmed. 
-  Miałem pecha. Wilbur i ja chcieliśmy sprzedać tylko parę rzeczy z 
grobowca, żeby jakoś pokryć koszty wyprawy. Potem zamierzaliśmy złożyć 
podanie o zgodę na wykopaliska i udawać, że znaleźliśmy grobowiec dopiero 
po otrzy maniu zezwolenia. Tak, jak pan tu ujął, panie Rasheed, wiemy, co 
to jest etyka zawodowa. Jesteśmy egiptologafl 
i nie interesuje nas wartość pieniężna skarbów, ale racz znaczenie 
grobowca dla historii. Kiedy zwierzyłem sK Adeli ze swoich planów, 
powiedziała, że znajdzie kupa 
236 
Psy i szakale 
a jest niewinna. Naprawdę. Proszę mi wierzyć. Gdybym ógł przewidzieć... 
Wydawało mi się, że traktuje całą tę historię jak świetną zabawę. 
Uważałem, że nie robimy nic jego. Poprosiłem Adelę, żeby pojechała do 
Kairu i dyskretnie poszukała kupca na kilka przedmiotów, pod żadnym 
pozorem nie wspominając o grobowcu. Jednak Adela nie zawsze stąpa mocno 
po ziemi i nie zawsze potrafi postępować pragmatycznie. Prawdopodobnie 
ktoś w Khan-el-Khalil podpowiedział jej, żeby spotkała się w Rzymie i 
johnem Treadwellem, bo on da dobrą cenę. Adela była bardzo zadowolona z 
siebie. Uważała, że robi świetny interes, i wpadła w ten sposób w sieci 
Rossitera. John Tread-well na początku był bardzo miły, ale kiedy Adela 
nie chciała mu podać żadnych dodatkowych informacji, stał się natrętny i 
nieprzyjemny. Wyrwało się jej coś na temat grobowca i wtedy właśnie 
zaczęła się ta cała afera. Rossiter wywiózł ją z Rzymu i zabrał do willi 
na przedmieściach Neapolu, gdzie usiłował wyciągnąć z niej dane na temat 
położenia grobowca, a gdy mu się to nie udało, zagroził, że wypuści ją na 
wolność dopiero wtedy, kiedy otrzyma okup w postaci znalezionych skarbów. 
Dałbym mu je z całą pewnością.   Adela   jednak   wykazała   przytomność   
umysłu i uciekła do Rzymu, gdzie odnalazł ją Mark Spencer, którego po nią 

background image

wysłałem, i razem wrócili do Kairu. Chciała zaczekać tam na pana, ale 
potem spotkała Rossitera w Hil-tonie i przestraszyła się. Wiedziała, że 
pan ją tutaj znajdzie. 
-  Niestety - powiedział Ahmed - Rossiter również się tego domyślał. 
-  Naprawdę nie chciałem, żeby zrobiła się z tego taka afera. Na początku 
wszystko wyglądało zupełnie niewinnie. 
-  Ale teraz zrobiło się niebezpiecznie, panie Jelks. Zamordowano 
człowieka... 
-  Co? 
-  Johna Treadwella, parę dni temu. 
-  Ale dlaczego? 
-  Nie wiadomo. Nastąpiło pewnie jakieś nieporozumienie, doszło do 
sprzeczki... A może Treadwell postanowił 
237 
Barbara Wood 
działać na własną rękę. Nigdy się tego nie dowiemy ,4 teraz naprawdę 
sytuacja wygląda nieciekawie. Powiej \ bym groźnie. 
Obserwowałam go uważnie. Kiedy odwrócił głowę i SD rżał na mnie, 
zapytałam cicho: 
-  Skąd wiesz, że Rossiter jest tutaj? Miał nieprzenikniony wyraz twarzy. 
-  Panno Harris... 
-  A jakie to ma znaczenie? - zapytał Paul. - Jeśli ten złodziej naprawdę 
się tu kręci, pilnujmy grobowca. Mam nadzieję, że nie sfuszerowałem 
największego odkrycia w historii archeologii. 
Wstał raptownie, a Ames razem z nim. 
-  r&fprawdę się cieszę, że już jest po wszystkim. Nie jestem stworzony 
do takich rzeczy. Panie Rasheed, czy chce pan teraz zobaczyć grobowiec? 
-  Oczywiście. Dziękuję bardzo. 
Podniosłam się z krzesła i wydawało mi się, że śnię. Było duszno i 
ciemnawo. Kiedy Ahmed dotknął mojego ramienia, odskoczyłam. 
Coś mi się w tym wszystkim nie podobało. Coś było nie tak 
Dolina Krdldw to najbardziej legendarne miejsce na 
ziemi - powiedział Paul Jelks, kiedy tłukliśmy się landro- 
werem po zakurzonych drogach. Prowadził Mark, ofcok 
niego siedział Paul. Ja zajęłam miejsce z tyłu miedzy Ame- 
sem i Ahmedem. W ustach miałam pełno piasku. - Od 
wieków ludzie opowiadają sobie najrozmaitsze historie na 
jej temat. Grecy i Rzymianie robili tu pierwsze zapiski n 
ścianach, a średniowieczni mnisi mieszkali w grobowcach. 
W epoce oświecenia zaczęli tu przyjeżdżać filozofowie, 
a archeologowie wiktoriańscy uważali to miejsce za swój 
Disneyland.   Największych   odkryć   dokonano   jednak 
w dwudziestym wieku i sądzę, że na tym nie koniec. 
Zamknęłam oczy i zakasłałam. Wszyscy cuchnęliśmy P° tem. Ja chciałam 
wprawdzie zostać w obozie i zaczekać na Adelę, ale Ahmed uważał, że 
lepiej będzie, jeśli pojada 
238 
Psy i szakale em ze wszystkimi. Nie byłam tym szczególnie zachwyco- 
nal przez wiele tysięcy lat Egipcjanie budowali grobowce, tuż nad nimi, 
albo w niewielkiej odległości od nich, Mawiali kaplice pogrzebowe tak, by 
dusza zmarłego mogła sic do nich z łatwością dostać. Dzięki kaplicom 
można było łatwiej zlokalizować grobowiec. Ponieważ kaplice zawsze 
znajdowały się w pobliżu grobowca, można go było z łatwością, odnaleźć i 
obrabować. Za czasów osiemnastej dynastii zrezygnowano jednak z tego 
obyczaju. Od tamtej pory wszystkie grobowce wykopywano po tej stronie 
góry, a nie po wschodniej, czyli tam, gdzie odnaleziono Hatshephuta oraz 
Ramasseum. Nie budowano już kaplic. Dlatego też trudniej jest znaleźć 
grobowce. 

background image

Nie wiem, dla kogo właściwie przeznaczony był ten wykład, bo Mark 
Spencer, Wilbur Ames i Ahmed Rasheed doskonale to wszystko wiedzieli, a 
ja nie słuchałam. Jednak Jelks kontynuował. 
-  Niestety, nic to nie dało. Skomplikowane labirynty i pułapki nie 
powstrzymały złodziei, którzy nadal ogołacali grobowce, więc gdy wygasła 
dwudziesta dynastia, przestano w ogóle chować tu faraonów. W Dolinie 
Królów jest wiele grobowców, ale wszystkie obrabowano. Wszystkie, z 
wyjątkiem grobu Tutanchamona i tego, który ja znalazłem. 
Wiatr unosił jego głos, a ja nie wiedziałam, czy jeszcze coś mówi czy 
nie. I nie obchodziło mnie to. Wkraczaliśmy w strefę bez wieku, gdzie 
czas już dawno się zatrzymał, gdzie wczoraj jest dniem dzisiejszym, a 
dzień dzisiejszy staje się jutrem. W powietrzu roiło się od much. Były 
hałaśliwe, grube i natrętne. Pył dokuczał nam niemiłosiernie, a upał 
stawał się coraz bardziej dotkliwy. Gdy landro-wer zaczął się wspinać po 
stromej ścieżce, myślałam, że zacznę krzyczeć. 
-  Oczywiście, panie Rasheed - rzucił Paul przez ramię - to moja pierwsza 
wizyta tutaj za dnia. Zwykle pracowaliśmy w nocy. 
239 
Barbara Wood 
Nie miałam pojęcia, dokąd jedziemy, ale chciałam z k ta podróż już 
dobiegła końca. Kiedy się odwróciłam strzegłam, że oddalamy się od 
Doliny, a małe czarne otw° ry, czyli wejścia do grobowców, znikają nam z 
oczu. 
-  To wzniesienie w kształcie piramidy to najwyższ szczyt w okolicy. 
Nazywany jest Szczytem Zachodnim. Lu dzie wierzą, ze mieszkała tu 
straszna bogini pod postacią węża. Nazywała się Meres-ger czy też 
„kochanka ciszy" Wszystkie te wzgórza mają mistyczne znaczenie. 
Mnie wydawały się wieczne i jałowe. Nigdzie nic nie rosło. Były tylko 
zwały kamieni na tle pionowych nagich skał pod rozpalonym słońcem 
pustyni. Kiedy samochód podskoczył na kamieniu i zaczął staczać się w 
dół, krzyknęłam ze strachu. 
-  To bardzo nierówny, dziki teren i prawdopodobnie dlatego Król Tetef 
wybrał go na miejsce swojego pochówku. Nie ma tu ani wyschniętych koryt 
rzecznych, ani przełęczy górskich. Trzeba świetnie znać się na wspinaczce 
i mieć niespożyte siły, żeby się tu dostać. Nie wiem, w jaki sposób im 
się to udało. 
-  I w jaki sposób udało im się zbudować piramidy -dokończył Mark. 
-  Tak. Egipcjanie to bardzo pomysłowy naród. Kiedy zaś chodziło o życie 
pozagrobowe, stać ich było na każde poświęcenie. Najważniejsze było 
ukrycie grobu. Grób Tutanchamo-na, tak wspaniale ukryty pod grobowcem 
innego króla, został mimo wszystko odnaleziony. Ale nikt nie natrafił na 
mój grobowiec, grobowiec króla Tetefa. Dlatego też jako jeden z 
nielicznych nie został obrabowany przez te hieny. Króla i jego skarbów w 
najmniejszym stopniu nie naruszono. 
Jechaliśmy przez wąski przesmyk, niewiele szerszy niż samochód, i nagle 
samochód się zatrzymał. 
-  To znaczy, że zwłoki króla nadal znajdują się w grobowcu? - zapytałam. 
-  Tak. Przez parę tygodni szukaliśmy drzwi do komór grobowej, ale 
wreszcie kilka dni temu znaleźliśmy J# ciało. 
240 
Psy i szakale 
Trudno było poruszać się po tym terenie. Byliśmy zaminowani w wąwozie 
pomiędzy dwoma wzgórzami, a przed nami wyrastała spadzista ściana piasku. 
Nie mogłam sobie wyobrazić, że komukolwiek udało się odnaleźć wejście. 
_ a jednak znaleźliśmy ten grobowiec - powiedział Paul, jakby czytał w 
moich myślach. - Korzystając z instrukcji na zwoju kopaliśmy w ściśle 
określonym miejscu. 
-  A więc gdzie on jest? - spytałam, mrużąc oczy, bo słońce paliło mocno. 

background image

-  Chodźmy tędy. 
Wlekliśmy się pojedynczo za Jelksem, brnąc po kostki w piasku, który 
wsypywał się nam do butów. Paul dotarł do ściany piasku, opadł nagle na 
kolana i zaczął grzebać w ziemi jak piesek. Już po chwili odsłonił 
szerokie drewniane drzwi, wspaniale ukryte pod piaskiem, zupełnie 
niewidoczne nawet z bliska. Podniósł te prowizoryczne drzwi zbite z 
drewnianych krat i zobaczyliśmy schody prowadzące w głąb wzniesienia. 
-  Uważaj, Lidio. Stopnie są bardzo nierówne. Zaraz wezmę latarkę. 
Schodziliśmy w dół we trójkę, wyprzedzając Marka i doktora Amesa. 
Ogarnęło mnie dziwne uczucie. 
-  Niech pan się dobrze przyjrzy, panie Rasheed, bo patrzy pan na coś, 
czego od tysięcy lat nie oglądały ludzkie oczy. W przeciwieństwie do 
grobowca Tutanchamona, który nosił wyraźne ślady włamania, ten grobowiec 
pozostał nietknięty i wygląda tak samo jak tego dnia, kiedy kapłani go 
zapieczętowali. 
-  Nigdy bym się nie spodziewał - zaczął Ahmed, ale nie dokończył. 
W przedsionku powitał nas obrzydliwy odór. Światło latarki Paula 
prześlizgiwało się po ścianach i naszym oczom ukazywały się tajemnicze 
napisy i malowidła przedstawiające jakieś dziwne stwory. Głos Jelksa 
niosło echo. 
-  Oczywiście nie jest tu czysto. Nie mogliśmy postępować tak, jak byśmy 
chcieli, bo nie mieliśmy zgody na Prowadzenie wykopalisk. Wszystkie brudy 
wyrzuciliśmy na 
241 
Barbara Wood 
zewnątrz i służyły nam od tej pory jako kamuflaż. Teraz« przekonacie, że 
projekt jest bardzo prosty. Tetef był p/ konany, że nikt nie znajdzie 
jego grobowca, a więc nie ka I instalować tu żadnych zapadni i pułapek, 
takich, j^-często spotykamy w innych grobowcach. Uważał zapewn * że jeśli 
grobowce są dobrze ukryte, niepotrzebne będ żadne straszne zasadzki, i 
zrobił całkiem inny plan, udowadniając jednocześnie swoim przodkom, że 
się mylili i okazało się, że miał rację. 
Szliśmy dalej opadającym w dół korytarzem, który prowadził w nie kończącą 
się ciemność. Mniej więcej w połowie drogi Jelks zatrzymał się i zaczął 
nasłuchiwać. 
-  Czy ktoś mnie wołał? - zapytał nagle 
-  Nie. 
-  Zabawne. Mógłbym przysiąc, że... - Wręczył Ahmedowi latarkę. - Proszę 
ją wziąć i iść dalej. Wrócę i zobaczę, o co im chodzi. Zaraz wracam - 
rzucił i pobiegł z powrotem. 
Spojrzałam w ciemności na Ahmeda. Jego twarz oświetlało zaledwie skąpe 
światło latarki. Stał blisko mnie i oddychał spokojnie. 
-  Idź przodem, Lidio. 
Weszliśmy do drugiego pomieszczenia, pełnego zadziwiających skarbów. 
Wszystkie stanowiły prywatną własność bogów i wyglądały tak samo jak te, 
które widziałam w książce u doktora Kellermana. Słupy baldachimów w 
kształcie lwów, zwoje jedwabiu, słoje z cudownymi pach-nidłami, hebanowe 
szkatułki ze wspaniałą biżuterią, mumia kota. Trudno mi było uwierzyć, że 
naprawdę oglądam na własne oczy te wszystkie wspaniałości. 
-  Lidio, spójrz! - zawołał nagle Ahmed. Odwróciłam się. Snop światła z 
jego latarki padł właśnie 
na kwadratowe brązowe pudełko z dziurkami, w którym znajdował się zestaw 
pionków do gry. 
-  Stąd pochodzi mój szakal! To część tego zestawu! -Popatrzyłam w dół i 
przyjrzałam się im uważnie, a potem uśmiechnęłam się do Ahmeda. Jego 
twarz była ukryta w ciemnościach. 
242 
Psy i szakale 

background image

„ Chciałabyś zobaczyć króla? 
^ co takiego? - Zamarłam w bezruchu. W powietrzu nosił się obrzydliwy 
odór, wyraźnie brakowało tlenu. -jłie, nie sądzę. 
-  Chyba nie boisz się mumii, co? - Wziął mnie za rękę. _ Oczywiście, że 
nie. 
-  On jest tutaj. Niewielu ludzi może poszczycić się tym, 2e dane im było 
obejrzeć władcę z bliska. Czy złożymy wizytę człowiekowi, który dał ci 
szakala? 
Stąpaliśmy ostrożnie wśród kruchych skarbów i doszliśmy do innych drzwi. 
Były wąskie, wbudowane w ścianę co najmniej półtorametrowej grubości. Tuż 
obok drzwi leżał duży, wyszczerbiony kamień. Na podłodze poniewierał się 
metalowy drąg. 
-  Nie ruszaj tego kamienia, Lidio, bo jest połączony z zapadką, która 
potem wyrzuci go z powrotem na miejsce. Idź pierwsza. 
Podążałam ufnie za snopem światła latarki, który rozpraszał teraz 
ciemności wnętrza. Zobaczyłam granitowy sarkofag i spytałam: 
-  Co to jest? 
W tej samej chwili światło nagle zgasło i usłyszałam chrobot. 
Kiedy się obejrzałam, nie widziałam już drzwi. Nie widziałam też ściany 
ani nawet własnej dłoni, którą przybliżyłam do oczu. 
Ahmed przetoczył kamień z powrotem na miejsce. 
Naczekaj chwilę - powiedziałam niemądrze i zaczęłam nasłuchiwać. - 
Przestań! Przecież to niemożliwe! - Wyciągnęłam ręce przed siebie i 
popchnęłam kamień. Oczywiście nawet nie drgnął. - Ahmedzie? Ahmedzie? 
Przycisnęłam twarz do chropowatej ściany. 
-  Niech mnie ktoś stąd wypuści! - krzyknęłam, jak mogłam najgłośniej, 
ale wiedziałam, że to się na nic nie zda. Drzwi były tak grube, że nie 
mogło się przez nie przedostać ani światło, ani jakikolwiek dźwięk, ani 
powietrze. 
243 
Barbara Wood 
-  Powietrze! 
Odwróciłam się i przylgnęłam płasko do ściany, otw rzyłam oczy najszerzej 
jak mogłam, ale i tak nic nie widz°^ łam. Ciemność oślepiła mnie 
zupełnie. Nigdy nie sądziłam że gdziekolwiek może być aż tak ciemno. 
Wszystko wokół stało się nagle tak przerażające, że nie mogłam tego 
wytrzy mać. 
-  Boże - szeptałam. - Boże, nie. 
Potem opadłam na podłogę i podwinęłam pod siebie stopy. Starałam się nie 
płakać, ale łzy same napływały mi do oczu i rozszlochałam się na dobre. 
Wiedziałam, że muszę oszczędzać tlen, więc starałam się jakoś 
powstrzymać, ale nie mogłam. 
Myślałam tylko o jednym: Ahmed Rasheed uwięził mnie w krypcie. 
Po jakimś czasie przestałam płakać i teraz w miejsce smutku, pojawił się 
gniew. A więc jednak Rasheed współpracował z Rossiterem! Może nawet nie 
był urzędnikiem rządowym, albo się pod kogoś podszył. A co się stało z 
Ade-lą? Czyżby on i grubas „zaopiekowali się" nią zeszłej nocy? 
Najróżniejsze okrzyki same cisnęły mi się na usta. Dwa razy pozwoliłam 
wystrychnąć się na dudka. A teraz tak łatwo, tak głupio dałam się złapać 
w tę pułapkę. 
-  Ale w jaki sposób Ahmed zamierza wytłumaczyć to wszystko Jelks owi? 
Paul Jelks. Wpatrzyłam się w ciemność. Jego słowa dźwięczały mi w uszach: 
„Przez wiele tygodni usiłowaliśmy otworzyć te drzwi". 
-  Ale ja nie mam tyle czasu - powiedziałam na głos. -Mam zaledwie parę 
godzin. 
Wreszcie zamilkłam i spróbowałam zebrać myśli. Postąpiłam jak skończona 
idiotka przyznając się Ahmedowi, że nikt nie ma pojęcia, gdzie jestem, 

background image

nawet doktor Kellernian. A Paul Jelks boi się więzienia, więc zgodzi się 
na wszystko. 
Byłam zła. I przerażona. Ciemność przytłaczała mnie i dusiła jak gruba 
kołdra. Przerażała mnie. Byłam zupełnie sama w grobowcu faraona. 
Psy i szakale 
Ależ nie, nie całkiem sama. Przecież miałam towarzystw0-pył ze mną król 
Tetef. 
Kiedy się ocknęłam, nie wiedziałam, na jak długo zemdlałam, ale byłam 
pewna, że coraz trudniej mi będzie zachować przytomność. Tlenu było coraz 
mniej. Napad wściekłości wyczerpał mnie i zasłabłam, ale teraz, jeśli 
miałam w ogóle zamiar pozostać przy życiu, musiałam zachować spokój i 
oddychać jak najoszczędniej. 
Pomyślałam o kimś, kogo podobnie jak mnie uwięziona w tej pułapce i nie 
mogła się z niej wydostać. Myślałam o królu Tetefie, który leżał o parę 
metrów ode mnie. Jego pomarszczone ciało, pogrążone w głębokim, niczym 
nie zakłóconym przez tyle wieków śnie, spoczywało w milczeniu tak blisko, 
a jednak nie mogłam go zobaczyć. Może król był na mnie zły za to najście? 
Może urągało to jego przekonaniom o nietykalności komory grobowej? Jakie 
sankcje może zastosować wobec mnie mityczny stary faraon, tak brutalnie 
wyrwany ze spokojnego królestwa zmarłych; w jaki sposób ukarze mnie za 
zbrodnie, których nigdy nie popełniłam? 
Och Lidio - upominałam się w duchu. Weź się w garść. 
Łzy znowu napłynęły mi do oczu, ale rozpaczliwie usiłowałam je 
powstrzymać. Wiedziałam, co tak strasznie mnie teraz denerwuje. Nie 
załamywało mnie to, że jestem uwięziona w tym grobowcu, ale fakt, że to 
Ahmed mnie tu zamknął. 
Mówi się, że przed śmiercią całe życie staje człowiekowi przed oczami. 
Teraz już wiem, skąd się bierze taki pogląd, bo gdy moje płuca 
rozpaczliwie usiłowały chwytać powietrze, a całe ciało słabło, bo 
zaczynałam się dusić, pomyślałam o swoim dotychczasowym życiu i 
zastanawiłam się nad tym nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, który 
sprawił, że właśnie wybiła moja ostatnia godzina. 
Oddana pracy i ludziom pielęgniarka nigdy nie kochała żadnego mężczyzny 
Przepełniona goryczą z powodu śmier- 
244 
245 
Barbara Wood 
ci rodziców i brata, odtrąciłam nawet pozostałą przy gy • siostrę, 
zamykając serce przed światem pełnym milo'1U i obietnic. Doktorowi 
Kellermanowi nigdy nie udało s odnaleźć klucza, John Treadwell uchylił 
drzwi, ale dopięć ten cudzoziemiec o dziwnych, wspaniałych oczach 
otworzył je na całą szerokość. A teraz mnie zdradził. 
Wie wiedziałam, czy mam otwarte czy zamknięte oczy bo wszystko i tak 
wyglądało jednakowo. Leżałam na plecach i myślałam o biednym, starym 
Tetefie, który leżał w swoim sarkofagu. Cóż, udawało mu się ukryć przed 
hienami cmentarnymi przez tyle tysięcy lat, ale teraz już mu się nie uda. 
W końcu go znaleźli i ograbili z nieśmiertelności. 
Ale nie... to nieprawda. Dzięki pracy takich ludzi jak Jelks imiona i 
historie faraonów odradzają się na nowo i poznaje je cały świat. Będą 
istnieć w pamięci żyjących, a to jest dopiero prawdziwa nieśmiertelność. 
Mój filozoficzny nastrój prysł, ponieważ czułam, jak gaśnie we mnie 
życie. Wiedziałam, że niedługo umrę, i - co zakrawało na ironię - 
właściwie tylko z jednego powodu żałowałam, że umieram. Wszystko nagle 
zrozumiałam. 
Przez ostatnie kilka dni myślałam bez przerwy o swoich dwóch miłościach: 
do doktora Kellermana i Ahmeda Ra-sheeda. Były zupełnie różne, a ja nie 
wiedziałam, którą mam wybrać. Bo wybrać musiałam. 

background image

W ciągu tych kilku ostatnich minut życia, kiedy oscylowałam na granicy 
ostatecznego zapomnienia, wszystko stało się nagle zupełnie jasne. Nic 
nie mogło zmienić mojego zdania i zachwiać decyzji. Wystarczyło mi tylko 
zajrzeć w głąb serca, a już wiedziałam, którego z tych mężczyzn bardziej 
nie chcę opuszczać, a to oznaczało, że jego właśnie bym wybrała, gdybym 
mogła pozostać przy życiu. 
Spróbowałam głębiej odetchnąć, kiedy wyobraziłam sobie, że stoi tuż 
przede mną, i zdobyłam się na uśmiech. Oczywiście odkrycie, którą z tych 
dwóch miłości bym wy- 
246 
Psy i szakale 
 nie mogło mi teraz w niczym pomóc, ałe ta miłość is          I w 
ostatnich sekundach życia myślałam tylko 
0 tym mężczyźnie. 
jakiś nagły dźwięk wyrwał mnie z odrętwienia. Przez głowę przemknęła mi 
obłąkana myśl, że to przyszedł właśnie po mnie duch Tetefa. Usłyszałam 
kolejny dźwięk. I jeszcze jeden. Brzęk. Drapanie. Szuranie. 
Ktoś chciał się dostać do środka. 
Chciałam zawołać, ale nie miałam siły Leżałam bezwładnie jak szmaciana 
lalka, a dźwięki stawały się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Nagle 
zobaczyłam, że do wewnątrz wpada cienki strumień światła. Usłyszałam 
głosy. Potem wielki trzask. Na podłogę posypał się grad kamieni. Jeszcze 
więcej światła... 
Ktoś był tuż przy mnie, klęczał i usiłował wziąć mnie w ramiona. 
-  Lidio - powiedział cicho. 
-  No, ruszmy się - powiedział Paul Jełks. - Trzeba ją stąd wydostać. 
Potrzebuje powietrza. 
Potem poczułam, jak unoszą mnie czyjeś silne ramiona i znalazłam się w 
przyległym pomieszczeniu. Pachniało tam dymem, który powstał podczas 
wybuchu. Szybko znalazłam się na powietrzu. Światło kłuło mnie w oczy. 
Słońce. I powiew wiatru na twarzy. 
-  Chwała Allachowi! Żyjesz! 
-  Jak długo... 
-  Byłaś tam trzy godziny, Lidio. 
-  Trzy... 
Zmrużyłam oczy i przysłoniłam je dłonią. Ahmed położył mnie ostrożnie na 
ziemi i poczułam, że wracam do życia. Paul Jelks również znalazł się przy 
mnie. 
-  Biedactwo. Strasznie dużo pani wycierpiała. Ale już dobrze. Zabierzemy 
teraz panią do obozu. 
Odsłoniłam oczy i dostrzegłam, że Ahmed uważnie mi się przygląda. 
-  Co tam się stało? Drzwi... - spytałam. 
-  To się stało, że pojawił się Rossiter. 
247 
Barbara Wood 
-  Rossiter! 
-  Szedł tu za nami, a jego ludzie trzymali Marka i     cto ra Amesa na 
muszce. Potem kazał im wywołać Paula n zewnątrz. Kiedy weszliśmy do 
grobowca, zatrzasnął za tobą drzwi, a mnie wbił lufę pod żebra. 
-  Zabierzmy ją do obozu - powtórzył Jelks. - Przeżyła okropny szok. 
-  Czuję się dobrze. 
W drodze do samochodu Ahmed obejmował mnie mocno, a potem pomógł mi 
wsiąść na tylne siedzenie. Kiedy jechaliśmy niemrawo pod górę, 
dostrzegłam trzech mężczyzn w mundurach, pilnujących wejścia do grobowca. 
-  Kto to jest? - spytałam przerażona. -1 w jaki sposób... Ahmed zaśmiał 
się cicho i spojrzał na mnie czule. 
-  Uratował nas Karl Schweitzer. 
-  Co takiego? 

background image

-  Mylnie go oceniłaś, Lidio, a ja dopiero wczoraj wieczorem dowiedziałem 
się, kim on jest naprawdę. On wcale nie szukał Paula Jelksa, tylko 
Rossitera. 
-  Nie rozumiem. 
-  Karl Schweitzer pracuje dla muzeum w Berlinie Zachodnim i szuka 
Rossitera już od wielu miesięcy w związku z kradzieżą pewnych cennych 
dzieł sztuki. Myślał, że pracujesz dla Rossitera, bo podróżowałaś w 
towarzystwie Joh-na Treadwella, który był jego człowiekiem. 
-  Co za historia! Mam nadzieję, że nie będę miała żadnych kłopotów. 
Przecież go zraniłam. 
Ahmed uśmiechnął się. 
-  Schweitzer był równie zdziwiony jak ty, kiedy spotkaliście się u 
Khouriego. Rozmawiał właśnie ze sprzedawcą, żeby zdobyć jakiekolwiek 
informacje na temat Rossitera i jego obecnego miejsca pobytu, kiedy nagle 
pojawiłaś się ty. To go naprawdę zaskoczyło. No bo jeśli pracujesz dla 
Rossitera, a on tak właśnie myślał, to po co chodzisz po sklepach i 
próbujesz sprzedać szakala? Uważał, że to kompletnie nie ma sensu, ale i 
tak postanowił cię aresztować. 
-  Ale zabił przecież Treadwella. 
Psy i szakale 
-  Nie, to nie on. Kiedy się z nim rozstał, John Treadwell jeszcze żył. 
-  Minęłam się z Rossiterem o parę sekund. 
_ A w Złotym Domu rzeczywiście cię śledził, ale to nie on cię uderzył. 
Zrobił to jeden z ludzi Rossitera. 
-  Nie wierzę. 
-  Zapewniam cię, że to prawda. Kiedy rozmawiałem z nim zeszłej nocy, 
pokazał mi... 
-  Zeszłej nocy! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? 
-  Nie pytałaś. 
Patrzyłam na niego ze zdumieniem, a potem nagle poczułam, że jestem 
zmęczona, i poszukałam oparcia na jego ramieniu. Samochód kołysał 
łagodnie i powoli ogarniał mnie spokój. Oparłam głowę o ramię Ahmeda i 
przymknęłam na chwilę oczy. Kiedy ujął mnie dłonią pod brodę i zaczął 
całować, wydawało mi się to takie naturalne. Objęłam go za szyję i 
oddałam mu pocałunek, zapominając o innych siedzących w samochodzie 
ludziach. Przytulił m-nie mocno, jakby nigdy nie zamierzał wypuścić mnie 
z objęć, a kiedy wtuliłam mu głowę w szyję, poczułam, że auto powoli się 
zatrzymuje. Przypomniałam sobie odkrycie, jakiego dokonałam parę sekund 
przedtem moim wybawieniem. I decyzję, jaka podjęłam. 
Podniosłam głowę i wyjrzałam przez okno. Poprzez chmurę osiadającego na 
ziemi pyłu zobaczyłam obozowisko Paula Jelksa i dojrzałam sylwetki kilku 
mężczyzn. Większość z nich nosiła mundury. 
Ahmed pomógł mi wysiąść z samochodu. Zeskoczyłam na piasek i usiłowałam 
zachować równowagę. Patrzyłam na mężczyzn stojących w odległości paru 
metrów ode mnie. Dwaj z nich odegrali główną rolę w koszmarze, jaki 
ostatnio przeżyłam. 
Pierwszym był Rossiter, który wyglądał tylko trochę inaczej niż 
amerykański turysta na Mousky, a tym drugim - Karl Schweitzer. Kiedy 
spojrzałam na jego obandażowane ramię i podtrzymujący je temblak, o mało 
nie wybuch-nęłam histerycznym śmiechem. 
248 
249 
 
Barbara Wood 
Podeszłam do nich; Ahmed szepnął coś do jedne-go z umundurowanych 
policjantów. Policjant skinął głowa Padały na nas długie popołudniowe 
cienie, zaschło nam w ustach, a nasze ubrania pokrywał pył. Zastanawiałam 
się, co się właściwie mówi w takich sytuacjach. 

background image

Nie mogłam jednak dłużej o tym myśleć, ponieważ usłyszałam chrzęst opon 
na piasku i odwróciłam się. Tuż obok nas zatrzymał się landrower, a w 
środku siedziało czworo ludzi. 
Nagle zrozumiałam, kto to może być, i poczułam, że ogarnia mnie 
podniecenie. Zrobiłam krok w stronę samochodu i wstrzymałam oddech. 
Otworzyły się drzwi i z auta wysiedli dwaj mężczyźni w mundurach i młoda 
kobieta w stroju khaki. Przebiegła wzrokiem twarze wszystkich zebranych, 
wypatrzyła mnie, wykrzyknęła: „Liddie!" i zaczęła biec w moim kierunku. 
Padłyśmy sobie w ramiona, bełkocząc coś bez ładu i składu, a w oczach 
kręciły nam się łzy. Potem Adela, wciąż trzymając mi ręce na ramionach, 
odsunęła mnie lekko, żeby mi się przyjrzeć, i zaczęła rozpływać się w 
uśmiechach. 
- Och Liddie., Liddie - powtarzała bez końca, kręcąc głową. - Kto by 
pomyślał? Ty tutaj, w samym środku pustyni? O Boże! 
Uśmiechnęłam się do niej i otarłam oczy. Szok, jakiego doznałam na jej 
widok po tylu latach rozłąki, mijał; zaczęłam bacznie przyglądać się 
siostrze. W pierwszej chwili nie zauważyłam, jak bardzo się zmieniła. Ale 
teraz, gdy stałyśmy tak blisko siebie, a zachodzące słońce rzucało ciemną 
poświatę na nasze twarze, stwierdziłam z niepokojem, że moja siostra 
zmieniła się bardzo od czasu, kiedy widziałam ją po raz ostatni. Miała 
zmarszczki wokół ust i podkrążone oczy. Jej policzki były wyraźnie 
zapadnięte, a włosy związała w byle jaki węzeł. Nie, to nie tylko te 
cztery lata tak ją zmieniły. Twarz Adeli zdradzała bowiem nie tylko wiek. 
Pojawił się na niej wyraz surowości, a w oczach i wokół ust pierwsze 
oznaki rodzącego się w niej okrucieństwa. 
250 
Psy i szakale 
patrzyłam na nią i uśmiech zamarł mi na twarzy; Adela odrzuciła głowę do 
tyłu i spojrzała na zebranych. Dostrzegłam, że wzrok jej pada na kogoś, 
kto stoi za mną i usłyszałam glos siostry: 
-  Cześć, Arnold. 
Ahmed powiedział z kolei coś do policjanta, który siedział za kierownicą 
landrowera Adeli. Zamienili ze sobą parę zdań, a wtedy Ahmed odwrócił się 
do mnie i powiedział: 
-  Zatrzymali twoją siostrę na lotnisku. Chciała opuścić Luksor. 
-  Opuścić Luksor - powtórzyłam za nim jak echo. Adela uśmiechnęła się 
krzywo do Ahmeda. 
-  Parę dni temu zauważyłam, że pańscy agenci robią mi zdjęcia. 
Wiedziałam, że pan już depcze mi po piętach i szuka mnie policja. Wczoraj 
wieczorem pojechałam do Luksoru pod pretekstem spędzenia nocy w hotelu i 
kiedy tam byłam, rozejrzałam się trochę. Jak zobaczyłam tego grubasa - 
wskazała głową Schweitzera - zrozumiałam, że na mnie już pora. 
-  A dokąd się wybierałaś? - zapytałam, czując zupełny mętlik w głowie. 
-  Dokądkolwiek, droga siostrzyczko, jak najdalej od tego przeklętego 
kraju. 
Byłam zupełnie oszołomiona. Czy to naprawdę była moja siostra, Adela? Jak 
mogła się tak zmienić? A co ważniejsze, jaka była tego przyczyna? 
-  Proszę nam powiedzieć, dlaczego pani chciała wyjechać z Luksoru? - 
zapytał Ahmed spokojnym, cichym głosem. 
Adela popatrzyła na niego, potem na mnie, następnie na Paula Jelksa i 
Schweitzera, a w końcu na Rossitera. Zerkała na nas szybko, niespokojnie, 
z wyrachowaniem. Wiatr sypał nam piasek w twarze i gwizdał tak, jak już 
od wieków nad pustynią. Miałam wrażenie, że w jego wyciu pobrzmiewa 
uczucie osamotnienia i pustki. Oczyma wyobraźni zobaczyłam orszak 
pogrzebowy niosący uroczyście trumnę faraona Tetefa na miejsce wiecznego 
spoczynku. 
251 
Barbara Wood 

background image

Wizja przyblakła i spostrzegłam, jak moja siostra unOs' ręce w geście 
rezygnacji. 
-  A dlaczego nie? - zapytała nonszalancko. - Co właści> wie mogę zyskać, 
jeżeli będę milczała? Chcecie wiedzieć dlaczego chciałam wyjechać z 
Luksoru? Dobrze, powiej wam. 
Nie spuszczając ze mnie wzroku powiedziała: 
-  Uciekałam przed policją. 
-  Ale dlaczego? Przecież Jelks nie popełnił aż tak poważnego 
przestępstwa! Adelo... 
Wykrzywiła usta w uśmiechu. 
-  Nie z powodu Jelksa. Och, Liddie, ja nie jestem taka głupia. Naprawdę 
nie rozumiesz? Jeszcze się nie domyśliłaś? 
Powoli pokręciłam głową. 
Adela odwróciła się, spojrzała na człowieka, którego zamierzała poślubić, 
i powiedziała: 
-  Przechytrzyłam cię, Paul. 
Jelks patrzył na nią jak w transie. Wszyscy stali nieruchomo i milczeli. 
Adela mówiła dalej: 
-  Chodziło mi wyłącznie o pieniądze. W Rzymie poznałam Arnolda 
Rossitera, który złożył mi ofertę, jakiej nie mogłam odrzucić. Przez 
pewien czas byliśmy wspólnikami. 
Choć wiedziałam, że mówi prawdę, trudno mi było w to wszystko uwierzyć. 
Zdołałam tylko wyszeptać: 
-  W takim razie dlaczego do mnie zadzwoniłaś? 
-  Bo źle układały mi się stosunki ze wspólnikiem. Ros-siter zaczął 
postępować ze mną bardzo ostro i przestraszyłam się. Nie mogłam wrócić do 
Paula, bo przecież chciałam go wyrolować z tego grobowca. Potrzebowałam 
wsparcia. A ty byłaś moją ostatnią nadzieją, Liddie. Nie mogłam ci tego 
powiedzieć przez telefon, ale pomyślałam, że jeśli wyślę ci szakala, to 
może mi się uda ściągnąć cię do Rzymu i pomożesz mi się jakoś wyplątać z 
tej całej kabały. Niestety, przeliczyłam się. 
-  Ale w Kairze... 
-  Tak, wiem, że byłaś w Kairze. Kiedy zobaczyłam cię 
252 
Psy i szakale 
w restauracji w towarzystwie Treadwella, nie mogłam uWierzyć własnym 
oczom. To, że byliście razem, mogło oznaczyć tylko tyle, że Rossiter cię 
kupił. I tak przepadły moje szansę na wyplątanie się z tych wszystkich 
kłopotów. Byłam zaszokowana, kiedy zobaczyłam Treadwella w Kairze. Nie 
sądziłam, że zdobędzie się na tyle odwagi, żeby pojawić się w Egipcie. 
Przecież wiedziała już o nim policja. Ale jednak zdecydował się 
przyjechać. A w towarzystwie najbliższego współpracownika Rossitera 
pojawiła się w Kairze moja siostra. Nie wiedziałam, co robić. Zaczepiłam 
go więc, kiedy był sam. Bałam się, że wygada wszystko paulowi i szansę 
zbicia majątku na grobowcu przepadną na zawsze. 
-  Zaczepiłaś go? 
-  Nawet więcej, Liddie. John groził mi. Zachowywał się okropnie. Więc go 
zabiłam. 
-iy... 
-  Później wróciłam do Shepheard's, żeby cię znaleźć, ale już cię tam nie 
było. Przepadłaś i nikt nie wiedział, co się z tobą stało. Byłam zupełnie 
sama i absolutnie przerażona. Paul był moją jedyną szansą. Więc wróciłam 
do obozu i opowiedziałam mu bajeczkę o tym, jak to Rossiter mi grozi. - 
Adela uśmiechnęła się słodko do Paula Jelksa. -Przykro mi, kochanie. Cały 
czas cię wykorzystywałam. Zależało mi wyłącznie na pieniądzach. 
Paul Jelks wreszcie przemówił, ale jego głos dochodził do nas jakby z 
oddali. 

background image

-  Gdybyś za mnie wyszła, miałabyś pieniądze i wszystko, czego byś 
chciała. 
-  No jasne! - wykrzyknęła gorzko. - I mieszkałabym z tobą na jakiejś 
przeklętej pustyni. Naprawdę myślisz, że cię kochałam? Nigdy nie znałam 
nikogo takiego i dobrze się przy tobie bawiłam. Już miałam wyjechać, 
kiedy powiedziałeś mi o grobowcu. 
-  Adelo... - szepnęłam. 
-  Tak, Paul. Mówiłeś o bogactwie i sławie, jaką ci ten grobowiec może 
zapewnić, więc powiedziałam ci, że cię 
253 
Barbara Wood 
kocham, bo chciałam z tego skorzystać. A potem powiedziałeś, że prace 
będą się ciągnąć przez całe lata, a pieniądze przyjdą o wiele później. 
Nie chciałam tego „później" nie w głowie mi było czekać „całe lata", więc 
kiedy zaproponowałeś, żebym wzięła szakala i spróbowała znaleźć kupca, 
przyszedł mi do głowy pewien plan. Rossiter zaproponował mi połowę po 
sprzedaniu całej zawartości grobu. Przez parę dni wszystko szło dobrze, 
ale potem on zaczął mnie ponaglać. 
Adela minęła mnie tak obojętnie, jakby w ogóle mnie tam nie było, 
podeszła do Rossitera i plunęła mu w twarz. 
-  Ty idioto! - wrzasnęła. - Kiedy nie chciałam ci powiedzieć, gdzie jest 
grobowiec, zacząłeś mi grozić. Właśnie wtedy się przestraszyłam i 
zatelefonowałam do siostry. Gdybyś nadal mnie uwodził i był taki miły, 
jak na początku, przywiozłabym cię tutaj we właściwym czasie. Nie 
telefonowałabym do Liddie, pozbyłabym się Jelksa i mielibyśmy cały 
grobowiec dla siebie. 
Oniemiałam ze zdziwienia, bo rzuciła się na niego z pięściami. 
-  Wszystko spartoliłeś, kretynie... 
Policjanci znaleźli się przy niej natychmiast, odciągnęli ją od Rossitera 
i zakuli w kajdanki. 
-  Zabiorą ją z powrotem do Kairu - powiedział mi Ah-med cicho. 
Potrząsnęłam tylko głową. Patrzyłam, jak policjanci prowadzą moją siostrę 
do samochodu. Stałam w milczeniu, kiedy wsiadała do środka; spojrzała na 
mnie, pomachała mi ręką i zniknęła wewnątrz auta. Nagły ryk silnika 
zakłócił pustynną ciszę. W dalszym ciągu stałam nieruchomo i patrzyłam, 
jak odjeżdżają powoli inne pojazdy, które zabierały Arnolda Rossitera, 
Paula Jelksa, Karla Schweitzera i resztę ekipy pod eskorta policyjną. 
Kiedy już wszystkie samochody odjechały, wzbijając za sobą tumany piasku, 
na pustyni pozostał tylko Ahmed i ja. Robiło się zimno, zapadał zmierzch. 
254 
Psy i szakale 
-  Zabiorą ją do Kairu - powtórzył. - Będzie miała proces. Ale trudno mi 
powiedzieć... 
-  Wiem - odparłam martwym głosem. - Będzie oskarżona o morderstwo, 
oszustwo i działanie na szkodę rządu egipskiego. Cóż mogę zrobić? Jest 
moją siostrą. Winna czy nie, zasługuje na to, żebym została przy niej. 
Czułam, jak Ahmed mnie obejmuje. Czułam kojące ciepło jego ciała. 
Wiedziałam, że są inne, ważniejsze powody, dla których muszę zostać w 
Egipcie. Potem usłyszałam, jak szepcze cicho: 
-  Jeśli taka jest wola Allacha... 
 
¦ 
Strzeż się! 
Książki 
Da Capo 
to złodzieje 
czasu! 

background image

Informacji o książkach Wydawnictwa Da Capo udziela Z sprzedaży i wysyłki 
zamówionych egzemplarzy dokonuje: 
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA „FAKTOR" Skrytka pocztowa 60 02-792 Warszawa 78