background image

ERICH SEGAL

OPOWIEŚĆ OLIVERA

OLIVER’S STORY

Tłumaczył Jarosław Sokół

Dla Karen Amor mi mosse

„Śmierć to koniec życia, lecz nie koniec związku dwojga ludzi, który trwa nadal w ocalałym 

umyśle i zmierza do rozwiązania, które być może nie istnieje”.

Robert Anderson,

Nigdy nie śpiewałem dla swojego ojca

background image

1.

Czerwiec 1969

Oliver, jesteś chory.

- Co takiego?

- Jesteś ciężko chory.

Ekspert, który postawił tę zaskakującą diagnozę, zetknął się z medycyną w dość późnym 

wieku. Tak naprawdę, to do dzisiejszego dnia uważałem go za mistrza cukierniczego. Nazywał się 

Philip Cavilleri. Kiedyś jego córka Jenny była moją żoną, ale umarła. My pozostaliśmy razem, 

niczym strażnicy jej dziedzictwa. Raz na miesiąc odwiedzam go w Cranston, gdzie gramy w kręgle, 

upijamy się i obżeramy wymyślnymi rodzajami pizzy. Czasem Philip odwiedza mnie w Nowym 

Jorku i wtedy oddajemy się równie bogatemu wachlarzowi rozrywek. Lecz dzisiaj, kiedy wysiadł z 

pociągu, zamiast powitać mnie jak zwykle jakimś pieszczotliwym wulgaryzmem, zawołał:

- Oliver, jesteś chory.

- Naprawdę? A co, zdaniem uczonego eksperta, mi dolega?

- Potrzebujesz żony.

Nie wdając się w bliższe wyjaśnienia, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia, z walizką ze 

sztucznej skóry w ręku.

W porannym świetle miasto ze szkła i stali wyglądało niemal przyjaźnie. Postanowiliśmy 

więc, że przejdziemy dwadzieścia przecznic do mojego mieszkania, które nazywałem w żartach 

„kawalerskim dołem”. Na skrzyżowaniu Czterdziestej Siódmej i Park Avenue Phil obrócił się i 

zapytał:

- Co porabiasz wieczorami?

- Ach, mnóstwo rzeczy.

- Mnóstwo rzeczy, co? To dobrze. A z kim?

- Z Jeźdźcami Północy.

- Co za jedni, gang uliczny czy grupa rockowa?

- Nie zgadłeś. Kilku prawników, którzy pracują ochotniczo w Harlemie.

- Ile razy w tygodniu?

- Trzy - odparłem.

Szliśmy dalej w milczeniu.

Na skrzyżowaniu Pięćdziesiątej Trzeciej i Park Avenue Phil odezwał się ponownie:

- No to zostają ci jeszcze cztery wieczory.

- Mam też mnóstwo papierów do przejrzenia.

- Tak, tak, pewnie. Papiery przede wszystkim. - Phil nie miał zbyt wysokiego mniemania o 

background image

wielu sprawach, którymi  się zajmowałem (takimi jak na przykład karty powołania do wojska). 

Musiałem więc dać mu pewne pojęcie o ich wadze.

- Często jeżdżę teraz do Waszyngtonu. W przyszłym miesiącu mam tam rozprawę z zakresu 

Pierwszej Poprawki. Bronię jednego nauczyciela z liceum...

- To dobrze, że bronisz nauczycieli - skwitował Phil. Po chwili rzucił niby od niechcenia: - 

Jak tam dziewczyny w Waszyngtonie?

- Nie wiem. - Wzruszyłem ramionami i pomaszerowałem przed siebie.

Na   skrzyżowaniu   Sześćdziesiątej   Pierwszej   i   Park   Avenue   Phil   Cavilleri   przystanął   i 

spojrzał mi w oczy.

- Cholera, kiedy wreszcie zamierzasz włączyć się do życia?

- Upłynęło za mało czasu - odparłem. I pomyślałem: ten wielki filozof, który powiedział, że 

czas leczy rany, zapomniał dodać, ile czasu.

- Dwa lata - powiedział Philip Cavilleri.

- Osiemnaście miesięcy - poprawiłem go.

- No tak - odparł zbolałym głosem.

Najwyraźniej on też nadal czuł chłód tamtego grudniowego poranka.

Przez resztę drogi wychwalałem zalety mieszkania, które wynajmowałem od czasu jego 

ostatniej wizyty.

- To tutaj?

Phil rozejrzał się wokół, podnosząc brwi. W mieszkaniu panował ład. Tego ranka specjalnie 

wezwałem sprzątaczkę.

- Co to za styl? - spytał. - Współczesny Bajzel?

- Słuchaj - zaprotestowałem. - Nie mam wielkich potrzeb.

- To   widać.   Większość   szczurów   w   Cranston   żyje   na   takim   poziomie.   A   niektóre   na 

wyższym. Po co ci, do cholery, tyle tych książek?

- To komentarze prawnicze.

- Jasne - odparł. - No to co właściwie robisz w wolnych chwilach, macasz skórzane okładki?

Wydało mi się to oczywistym naruszeniem sfery prywatności.

- Słuchaj, Philip, co robię wolnych chwilach, to moja sprawa.

- Nikt nie mówi, że nie. Ale dzisiaj nie jesteś sam. Wkraczasz ze mną do akcji.

- Co takiego?

- Przecież   nie   kupiłem   tej   szałowej   marynarki   -   której,   nawiasem   mówiąc,   nawet   nie 

pochwaliłeś - żeby iść do jakiegoś zasranego kina. Nie po to ostrzygłem się na amanta, żebyś 

stwierdził, jaki jestem przystojny. Wkraczamy do akcji. Poznamy kilka nowych osób...

- Jakich osób?

background image

- Rodzaju żeńskiego. Dalej, przygotuj się trochę.

- Ja idę do kina, Phil.

- Uważaj, bo pójdziesz. Słuchaj, wiem, że chcesz dostać Nobla w dziedzinie cierpienia, aleja 

na to nie pozwolę. Słyszysz mnie? Nie pozwolę.

Kipiał teraz z gniewu.

- Oliver.   -   Philip   Cavilleri   przemówił   po   chwili   tonem   kaznodziei   z   Towarzystwa 

Jezusowego. - Przybyłem, aby zbawić twą duszę i ocalić twój tyłek. Nakazuję ci posłuszeństwo. 

Czy będziesz mi posłuszny?

- Będę, ojcze Philipie. Co właściwie mam zrobić?

- Ożeń się, Oliver.

background image

2.

Pochowaliśmy   Jenny   w   grudniu,   wczesnym   rankiem.   W   samą   porę,   bo   zanim   minęło 

południe, potężna nowoangielska śnieżyca zasypała świat białymi hałdami.

Rodzice spytali mnie, czy wrócę z nimi do Bostonu pociągiem. Odmówiłem, najuprzejmiej 

jak   umiałem,   twierdząc,   że   beze   mnie   Phil   może   się   załamać.   W   rzeczywistości   było   akurat 

odwrotnie. Całe życie odgradzałem się od ludzkich nieszczęść i bólu, więc teraz potrzebowałem 

Phila, żeby nauczyć się żałoby.

- Proszę, odezwij się czasem - powiedział ojciec.

- Tak, oczywiście. - Uścisnąłem mu dłoń i pocałowałem matkę w policzek. Pociąg odjechał 

na północ.

Z początku w domu Cavillerich panował rwetes. Krewni uparli się, żeby nie zostawiać nas 

samych. Potem jednak zaczęli się stopniowo wykruszać; wszyscy mieli przecież własne rodziny, do 

których musieli wrócić. Na odchodnym Phil musiał obiecać każdemu, że otworzy sklep i wróci do 

pracy. To wszystko, co można zrobić.

Za każdym razem kiwał głową, jakby na znak zgody.

W końcu znaleźliśmy się sami, tylko we dwóch. Nie było potrzeby ruszać się z domu, bo 

krewni zaopatrzyli kuchnię w wielomiesięczne zapasy wszelkiej żywności.

Kiedy   znikły   rozpraszające   uwagę   głosy   kuzynów   i   ciotek,   poczułem,   że   morfina 

pogrzebowych obrzędów przestaje działać.

Do   tej   pory   wydawało   mi   się,   że   czuję   ból.   Teraz   przekonałem   się,   że   było   to   tylko 

odrętwienie. Agonia dopiero się zaczynała.

- Słuchaj,   powinieneś   wrócić   do   Nowego   Jorku   -   powiedział   Phil   bez   większego 

przekonania. Oszczędziłem mu przytyku, że jego piekarnia wygląda raczej na zamkniętą.

- Nie mogę - odparłem. - Muszę się z kimś spotkać w Nowy Rok tu, w Cranston.

- Z kim? - spytał.

- Z tobą - rzekłem.

- To dopiero będzie ubaw - powiedział - ale obiecaj mi coś: rano w Nowy Rok pojedziesz do 

domu.

- Dobra - odparłem.

- Dobra - skwitował.

Co wieczór dzwonili moi rodzice.

- Nie, dziękuję, pani Barrett - mówi do niej Phil.

Najwyraźniej pytała, czy może jakoś pomóc.

- Nie, dziękuję - mówiłem, kiedy przychodziła moja kolej. - Dziękuję.

background image

Phil   pokazał   mi   zakazane   zdjęcia.   Fotografie   ukryte   kiedyś   przede   mną   najsurowszym 

nakazem Jenny.

- Cholera jasna, Phil, nie chcę, żeby Oliver oglądał mnie z klamerkami na zębach!

- Ależ, Jenny, byłaś wtedy taka ładniutka.

- Teraz jestem ładniejsza - odparła w swoim stylu. Po chwili dodała: - I żadnych zdjęć z 

bobasami, Phil.

- Ale dlaczego? Dlaczego nie?

- Oliver nie może zobaczyć mnie tłustej.

Przyglądałem się tej beztroskiej potyczce szczerze ubawiony.

Byliśmy   już   wtedy   małżeństwem   i   nie   mógłbym   rozwieść   się   z   Jenny   z   powodu 

pozamałżeńskich klamerek.

- Kto tu właściwie rządzi? - podjudzałem Philipa, żeby podtrzymać utarczkę.

- Spróbuj zgadnąć. - Uśmiechnął się. A potem odłożył albumy, nie otwierając ich.

*

Dzisiaj   zajrzeliśmy   do   środka.   Było   w   nich   mnóstwo   fotografii.   Wśród   najstarszych 

wyróżniało się zdjęcie Tresy Cavilleri, żony Philipa.

- Podobna do Jenny.

- Była piękna - westchnął.

W pewnym miejscu, po zdjęciach Jenny w roli tłustego bobasa, ale przed okresem klamerek, 

Tresa zniknęła zupełnie z albumu.

- Nie powinienem pozwolić jej prowadzić w nocy - powiedział Phil, jakby wypadek, w 

którym zginęła, zdarzył się dopiero wczoraj.

- Jak sobie z tym poradziłeś? - spytałem. - Jak udało ci się to znieść?

Zadałem to pytanie trochę z egoizmu, żeby dowiedzieć się, czy nie ma dla mnie jakiegoś 

środka kojącego.

- A kto mówi, że to znosiłem? - odparł Philip. - Ale przynajmniej miałem córeczkę...

- Którą musiałeś się zająć...

- Która zajęła się mną - odparł.

Potem usłyszałem opowieści, które za życia Jennifer były objęte ścisłą tajemnicą. O tym, jak 

mu   we   wszystkim   pomagała.   Jak   łagodziła   jego   ból.   Zmusiła   go,   żeby   pozwolił   jej   zająć   się 

gotowaniem. Co gorsza, kazała mu też jeść rezultaty swych pierwszych kulinarnych prób, opartych 

na   przepisach   wyszperanych   w   ilustrowanych   pismach.   Nie   pozwoliła   mu   zrezygnować   ze 

środowych spotkań z kumplami w kręgielni. Robiła, co mogła, żeby był szczęśliwy.

- To dlatego nie ożeniłeś się, Phil?

- Dlaczego?

background image

- No, ze względu na Jenny?

- Chryste, nie. Ona wierciła mi tym dziurę w brzuchu, sama nawet mnie swatała!

- Naprawdę?

Skinął głową.

- Jezu, chyba próbowała mnie ożenić z każdą możliwą Włoszką w Ameryce, od Cranston po 

Pawtucket.

- Same czupiradła, co?

- Nie, niektóre były bardzo miłe - odparł, wprawiając mnie tym w zdumienie. - Na przykład 

taka pani Rinaldi, która uczyła Jenny angielskiego w szkole średniej...

- Tak?

- Bardzo miła kobieta. Spotykaliśmy się przez jakiś czas. Wyszła za mąż. Ma dzisiaj trójkę 

dzieci.

- Może nie byłeś jeszcze gotowy, Phil.

Spojrzał na mnie i potrząsnął głową.

- Słuchaj, Oliver, już raz to miałem. A kim ja, u diaska, jestem, żeby Bóg miał dawać mi 

dwa razy to, czego inni nie dostają nigdy?

W Nowy Rok dosłownie wepchnął mnie do powrotnego pociągu.

- Pamiętaj, że obiecałeś wrócić do pracy - przypomniał mi.

- Ty też - odwzajemniłem się.

- To pomaga. Wierz mi, Oliver, to naprawdę pomaga. Pociąg ruszył z miejsca.

Phil miał rację. Rzucając się w wir cudzych problemów prawnych, znalazłem ujście dla 

gniewu,   który   zacząłem   odczuwać.   Uważałem,   że   ktoś   gdzieś   zrobił   mnie   w   balona.   Ktoś   z 

administracji świata, z niebiańskich notabli. Czułem, że muszę się jakoś temu przeciwstawić. Coraz 

bardziej zaczęły pociągać mnie „omyłki wymiaru sprawiedliwości”. A trzeba wiedzieć, że wtedy 

nasz prawniczy ogródek był porządnie zachwaszczony.

Dzięki sprawie „Miranda przeciw Arizonie” (sygnatura akt: 384 U.S. 436) miałem mnóstwo 

roboty. Sąd Najwyższy zawyrokował wtedy, że podejrzany ma prawo do odmowy złożenia zeznań 

przed kontaktem z adwokatem. Nie wiedziałem, ilu ludzi zostało przedtem pośpiesznie osądzonych, 

ale nagle poczułem w ich imieniu wściekłość. Jednym z nich był LeRoy Seeger, który siedział już 

w więzieniu w Attyce, kiedy wniosłem o ponowne rozpatrzenie jego sprawy.

Człowiek ten został skazany na podstawie przyznania się do winy, które zręcznie (tylko czy 

legalnie?) wydobyto z niego po długim przesłuchaniu. Kiedy składał podpis, nie wiedział już, co 

robi,   oprócz   tego,   że   może   teraz   pozwolą   mu   się   przespać.   Jego   powtórny   proces   należał   do 

najważniejszych   nowojorskich   spraw   sądowych   powołujących   się   na   precedens   Mirandy. 

Wyciągnęliśmy go z więzienia. Sprawiedliwość zadziałała trochę wstecz.

background image

- Dziękuję, bracie - powiedział do mnie i odwrócił się, żeby ucałować swoją zapłakaną 

żonę.

- Trzymaj się - rzuciłem na odchodnym, niezdolny do dzielenia radości LeRoya Seegera. 

Zresztą, miał do tego żonę.

W   każdym   razie,   na   świecie   nie   brakowało   ludzi,   których   nazywaliśmy   „wrobionymi”. 

Należał   do   nich   też   Sandy   Webber,   który   walczył   ze   swoją   komisją   poborową,   żeby   uzyskać 

zwolnienie ze względu na przekonania. Komisja miała wątpliwości. Sandy nie był kwakrem, więc 

nie   wiedzieli,   czy   uznać   jego   niechęć   do   noszenia   broni   za   wynik   „głębokich   przekonań 

religijnych” czy zwykłego tchórzostwa. Choć sprawa nie wyglądała najlepiej, nie zamierzał uciekać 

do Kanady. Chciał, żeby potwierdzono jego prawo do własnego sumienia. Miał wrażliwą naturę. 

Jego dziewczyna była porządnie wystraszona. Jeden z kolegów Sandy’ego służył w Lewisburgu i 

wcale mu się to nie podobało.

- Zwiewajmy do Montrealu - zaproponowała dziewczyna.

- Chcę   zostać   i   walczyć   -   odparł   Sandy.   Walczyliśmy.   Przegraliśmy.   Potem   złożyliśmy 

odwołanie i wygraliśmy. Uszczęśliwiony chłopak dostał trzy lata zmywania naczyń w szpitalu.

- Był   pan   fantastyczny   -   piali   z   zachwytu   Sandy   i   jego   wybranka,   ściskając   mnie   w 

ramionach.

- Nie  trać   swojej  wiary -  odparłem   i  odszedłem,   żeby  ruszyć   na  poszukiwanie   nowych 

smoków. Tylko  raz spojrzałem za siebie i zobaczyłem,  że tańczą na chodniku. Szkoda, że nie 

potrafiłem się uśmiechnąć.

Mój gniew wciąż nie słabł.

Pracowałem do późnej nocy.  Nie lubiłem opuszczać  biura. Każdy przedmiot w naszym 

mieszkaniu   jakby   promieniował  obecnością   Jenny.   Pianino.   Jej   książki.   Meble,   które   razem 

kupowaliśmy. Owszem, chyba zaświtała mi myśl o przeprowadzce. Ale wracałem do domu tak 

późno, że nie miało to większego znaczenia. Powoli przyzwyczaiłem się do samotnych obiadów w 

naszej cichej kuchni, przy włączonym w nocy magnetofonie, chociaż nigdy nie siadałem na krześle 

Jenny. Nawet nauczyłem się zasypiać w naszym opustoszałym łóżku. Nie myślałem więc poważnie 

o przeprowadzce.

Dopóki nie otworzyłem pewnych drzwi.

Były   to   drzwi   od   szafy   Jenny,   której   unikałem   aż   do   tamtego   dnia.   Otworzyłem   je 

bezmyślnie.   I   wtedy   zobaczyłem   jej   ubrania.   Sukienki,   bluzki,   szaliki.   Jej   swetry   -   nawet   ten 

obszarpany, ze szkolnych czasów, którego nie chciała wyrzucić i który nosiła po domu. Wszystko 

to istniało nadal, wszystko oprócz Jenny. Nie potrafię powiedzieć, o czym myślałem, stojąc tak 

wpatrzony w jedwabne i wełniane pamiątki. Może wydawało mi się, że jeśli dotknę sędziwego 

swetra, poczuję jakąś cząstkę żywej Jenny.

background image

Zamknąłem szafę i nie otworzyłem jej nigdy więcej.

Dwa tygodnie później Philip Cavilleri cichcem spakował wszystkie jej rzeczy i zabrał z 

mieszkania. Wymamrotał coś o jakiejś katolickiej organizacji, która pomaga biednym. A zanim 

pojechał z powrotem do Cranston pożyczoną ciężarówką, powiedział na pożegnanie:

- Więcej do ciebie nie przyjadę, jeśli się nie przeprowadzisz.

Dziwne. Kiedy Phil ogołocił dom ze wszystkiego, co przywodziło mi na myśl Jenny, w 

ciągu tygodnia znalazłem nowe mieszkanie. Była to przypominająca więzienie klitka (w Nowym 

Jorku okna na parterze są okratowane) w kamienicy z czerwonego piaskowca, w której mieszkał 

bogaty producent filmowy.  Ozdobne drzwi do mieszkania  właściciela,  opatrzone złotą  klamką, 

znajdowały się o piętro wyżej, ale goście śpieszący na orgie nigdy mi nie przeszkadzali. Stąd było 

też bliżej do mojego biura, a od Central Park dzieliła mnie teraz niecała przecznica. Najwyraźniej 

pojawiły się oznaki wskazujące na mój bliski powrót do życia.

Muszę jednak coś wyznać.

Chociaż mam nowe mieszkanie, nowe plakaty na ścianach i całkiem nowe łóżko, a moi 

przyjaciele coraz częściej mówią:

- Dobrze wyglądasz, stary - nadal przechowuję pewną rzecz po Jenny.

W dolnej szufladzie mojego biurka w domu leżą dwie pary okularów Jenny. Tak. Obydwie 

pary.   Zachowałem   je,   bo   ilekroć   na   nie   spojrzę,   przypominam   sobie   te   cudowne   oczy,   które 

spoglądały przez ich szkła i przenikały mnie na wylot.

Poza tym, jak bez wahania mówią na mój widok wszyscy znajomi, trzymam się świetnie.

background image

3.

- Cześć, jestem Phil. Robię w branży cukierniczej.

Nie do wiary! Powiedział to tak, jakby pieczenie babek było jego hobby, a nie źródłem 

utrzymania.

- Cześć, Phil. Ja jestem Jan. Masz przystojnego kolegę.

- A ty koleżankę - odparł Phil, jakby był mistrzem w tego rodzaju gadkach.

Ta   błyskotliwa   wymiana   zdań   odbywała   się   w   „Robaczywce   Maxwella”,   bardzo 

szykownym   barze   dla   samotnych,   na   rogu   Sześćdziesiątej   Czwartej   i   Pierwszej   Ulicy.   W 

rzeczywistości   bar   nosi   nazwę   „Śliwka   Maxwella”,   ale   mój   cynizm   lubi   psuć   owoce   cudzego 

optymizmu. Krótko mówiąc, nie cierpię tego miejsca. Nie znoszę tych samozwańczych księżniczek, 

które paplają zalotnie w nieustannej euforii. I narzucają się, jakby były milionerkami lub krytykami 

literackimi. Albo naprawdę samotnymi dziewczętami.

- To jest Oliver - przedstawił mnie Philip Cavilleri w garniturze od Roberta Halla, z fryzurą 

zrobioną   przez   zakład   Dom   of   Cranston   i   w   kaszmirowym   swetrze   od   Pierre’a   Cardina 

(wyciągniętym z piwnicy Filene).

- Cześć, Ol - powiedziała Jan. - Jesteś bardzo przystojny. Ty też pieczesz ciasteczka?

Możliwe,   że   była   modelką.   W   żurnalach   nazywają   takie   jak   ona   strzelistymi.   Moim 

zdaniem,  przypominała  żyrafę.  No i  oczywiście  miała  pulchniutką  koleżankę,  która  chichotała, 

kiedy ją przedstawiano.

- Często tu przychodzisz? - wypytywała mnie strzelista żyrafa, Jan.

- Nigdy - odparłem.

- Wszyscy tak mówią. Ja przychodzę tylko w weekendy. Jestem nietutejsza.

- Co za zbieg okoliczności - zawołał Phil. - Ja też jestem nietutejszy.

- A ty? - zwróciła się do mnie Jan.

- Ja wyszedłem właśnie na lunch.

- Pieprzysz - nie dowierzała.

- On chce powiedzieć - wtrącił się mój kolega Philip - że zapraszamy was na obiad.

- Super - stwierdziła Jan.

Zjedliśmy w pobliskiej restauracji o nazwie „Klatka Piersiowa Flory”.

- Szykownie tu - uznała Jan. Mogłem też dodać, że wcale nie tanio. Phil wyrwał mi z rąk 

rachunek (choć nie mógł ukryć szoku, jakiego doznał przy bliższym zapoznaniu się z nim). Zapłacił 

po   wielkopańsku   kartą   kredytową   Master   Charge.   Zastanawiałem   się,   ile   ciasteczek   musiał 

sprzedać, żeby zarobić na ten gest...

- Jesteś bardzo bogaty? - spytała Philipa chichotka Margo.

background image

- Powiedzmy, że jestem dobrze sytuowany - odparł Książę Cranston i dodał: - Choć nie 

mam tyle ogłady, co mój zięć.

Na chwilę zapadło milczenie. Niezłą gafę strzelił Phil.

- Zięć? - wykrztusiła Jan. - Więc wy dwaj jesteście... ten, no?... - I zatoczyła swoją kościstą 

ręką z długimi paznokciami pytające koło.

Phil nie miał pojęcia, jak jej odpowiedzieć, więc pomogłem mu, kiwając głową.

- O kurczę - powiedziała Jan. - Ładny gips. Ale gdzie są wasze żony?

- One... - zająknął się Phil.

Znów zapadło milczenie, podczas którego Phil próbował trzymać fason.

- Nie ma ich w mieście - stwierdziłem, żeby oszczędzić mu zakłopotania.

Kolejna chwila milczenia, w której Jan starała się zrozumieć sytuację.

- To super - powiedziała w końcu.

Phil wodził wzrokiem po malowidłach na ścianach, a moja cierpliwość się wyczerpywała.

- No, dziewczyny - oznajmiłem - muszę lecieć.

- Dlaczego? - spytała Jan.

- Muszę iść na jeden film porno. - I oddaliłem się czym prędzej.

- Jakiś zboczony - usłyszałem z dala smukłą Jan. - Sam ogląda filmy porno.

- Ja ich nie oglądam - zawołałem z drugiego końca zatłoczonej sali. - Ja w nich gram.

Kilka sekund później Phil dogonił mnie na ulicy.

- Słuchaj - wysapał - jakoś trzeba zacząć.

- Dobra, zaczęliśmy.

- No to dlaczego wyszedłeś?

- Nie mogłem już wytrzymać z rozkoszy.

Szliśmy w milczeniu.

- To miał być sposób, żeby wrócić do normalnego życia - odezwał się w końcu Phil.

- Musi być jakiś lepszy sposób.

- Na przykład?

- A bo ja wiem? - zawołałem wesoło. - Dam ogłoszenie do gazety.

Zamilkł na chwilę, a potem powiedział: - Już dałeś.

- Co? - Zatrzymałem się i spojrzałem na niego z niedowierzaniem. - Co takiego?

- Pamiętasz   to   pismo   literackie,   które   czytała   Jenny?   Dałem   tam   ogłoszenie   na   twoje 

nazwisko. Nie martw się. Pełna dyskrecja. Ogłoszenie z klasą. W dobrym stylu.

- Ech - westchnąłem. - Można wiedzieć, jak brzmiała treść?

- Jakoś tak: „Prawnik z Nowego Jorku, pasjonujący się sportem i antropologią...”

- Skąd, do diabła, wytrzasnąłeś tę antropologię? Wzruszył ramionami. - Wydawało mi się, 

background image

że to mądrze brzmi.

- Wspaniale. Nie mogę się doczekać.

- Masz - powiedział. I wyjął z kieszeni trzy różne koperty.

- Co w nich jest?

- Nie czytam cudzej poczty - żachnął się Philip Cavilleri tonem zagorzałego obrońcy prawa 

do intymności.

Stojąc   więc   w   pomarańczowym   świetle   wolframowej   lampy   ulicznej,   w   rozbawieniu 

pomieszanym z lękiem, zapoznałem się zjedna z ofert.

O cholera! - pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos. Philip, który udawał, że nie 

czyta, wysapał tylko:

- Mój Boże!

Autorka   była   rzeczywiście   osobą  zainteresowaną  antropologią.  Lecz   jej  list  proponował 

jakieś pogańskie obrzędy, tak barbarzyńskie i dziwaczne, że Philipowi zrobiło się słabo.

- To jakiś żart - wymamrotał cicho.

- Tak. Z ciebie - odparłem.

- Ale, Oliver, kto może naprawdę lubić takie dziwactwa?

- Żyjemy przecież w nowym wspaniałym świecie, Phil - powiedziałem i uśmiechnąłem się, 

żeby ukryć osłupienie. Wyrzuciłem pozostałe listy do kosza.

- Przepraszam   cię   -   bąknął   Philip,   kiedy   przeszliśmy   przecznicę   lub   dwie   w   zupełnym 

milczeniu. - Naprawdę nie wiedziałem...

Otoczyłem go ramieniem i roześmiałem się. On też zarechotał Z ulgą.

Sunęliśmy w stronę domu w ten kojący nowojorski wieczór. Tylko my dwaj. Bo naszych 

żon nie było... w mieście.

background image

4.

Bieganie pomaga.

Rozjaśnia umysł. Łagodzi napięcia. Poza tym, można biegać w samotności, nie zwracając na 

siebie powszechnej uwagi. Toteż nawet jeśli pracuję nad ważną sprawą albo po całym  dniu w 

sądzie, bez względu na to, czy jestem w Waszyngtonie, czy gdzieś indziej, wkładam dres i biegam.

Kiedyś grywałem w squasha. Ale ta gra wymaga także innych umiejętności. Na przykład 

elokwencji, żeby powiedzieć: „Świetna piłka” albo „Jak myślisz, dołożymy w tym roku Yale?” 

Przekracza to jednak moje obecne możliwości. Więc biegam. W Central Park nigdy nie muszę do 

nikogo się odzywać.

- Oliver, ty skurczybyku!

Któregoś   popołudnia   wydało   mi   się,   że   ktoś   woła   mnie   po   imieniu.   Musiałem   się 

przesłyszeć. Kto mógł przywoływać mnie w parku? Pobiegłem dalej.

- Ty cholerny snobie z Harvardu!

Chociaż na świecie nie brakuje facetów, którzy pasują do tego opisu, miałem wrażenie, że 

naprawdę   ktoś   mnie   woła.   Obejrzałem   się   i   zobaczyłem   swojego   współlokatora   z   college’   u, 

Stephena Simpsona, absolwenta z roku 1964, który właśnie mijał mnie na motorze.

- No, co z tobą jest, do cholery? - burknął na przywitanie.

- Simpson, jakim prawem sugerujesz, że coś mi dolega?

- Po   pierwsze:   jestem   dyplomowanym   lekarzem.   Po   drugie:   uważasz   mnie   podobno   za 

przyjaciela, a po trzecie: ciągle zostawiam ci wiadomości, a ty nie odpowiadasz.

- Myślałem, że studenci medycyny nie mają czasu...

- Słuchaj, Barrett, byłem zajęty, ale znalazłem czas, żeby ożenić się z Gwen. Dzwoniłem do 

ciebie, nawet przesłałem ci do biura telegram z zaproszeniem, a ty nie raczyłeś się zjawić.

- O rany, przepraszam, Steve, ale nic takiego nie dostałem - łgałem. >

- Nie? To jakim cudem wysłałeś nam prezent ślubny dwa tygodnie później?

Chryste Panie, ten Simpson powinien zostać prawnikiem! Ale jak mu wytłumaczyć, że w 

rzeczywistości potrzebowałem tylko okresowego zwolnienia od kontaktów z ludzką rasą?

- Przykro mi, Steve - odpowiedziałem w nadziei, że odjedzie.

- Nie jest ci przykro, tylko głupio, żałosny typie.

- Dzięki za komplement. Pozdrów Gwen. - Wcale nie zamierzał odjechać.

- Słuchaj, nie wiem dlaczego, ale Gwen bardzo chciałaby się z tobą spotkać - powiedział 

Simpson.

- Straszna masochistka. Była u lekarza?

- Tak, u mnie. Powiedziałem jej, że ma nierówno pod sufitem. Ale nie stać nas na bilet do 

background image

teatru, a ty to najtańszy ubaw. Piątek wieczorem?

- Jestem zajęty, Simpson.

- Tak, wiem. Zawsze jest jakaś wieczorna rozprawa. W każdym razie, o ósmej u nas.

Wyminął   mnie,   odwracając   się   jeszcze   raz,   żeby   powtórzyć,   jakby   zwracał   się   do 

ograniczonego osobnika:

- Ósma  wieczorem,  w ten piątek. Znajdziesz nas w książce  telefonicznej, więc żadnych 

wymówek.

- Nic z tego, Steve. Nie przyjdę.

Udał, że nie słyszy mojej stanowczej odmowy. Cholerny arogant, myśli, że można mną 

dyrygować.

Tak czy inaczej, sprzedawca w sklepie Sherry - Lehmann twierdził, że Chateau Lynch - 

Bages, choć pochodzi tylko z piątego zbioru, jest niedocenione i należy do najlepszych  win z 

gatunku Bordeaux (powabne, klarowne, nastrojowe). Kupiłem więc dwie butelki, rocznik 64. Jeśli 

Simpsonowie zanudzą się na śmierć, będą mieli przynajmniej niezłe wino na pociechę.

Udawali, że cieszą się na mój widok.

- Oliver, nic się nie zmieniłeś.

- Ty też nie, Gwen.

Zauważyłem, że wiszą u nich te same plakaty co dawniej. Andy Warhol u szczytu swoich 

pop - dziwactw. ( - Kiedy byłam mała, zjadłam tyle zupy Campbella, że nigdy nie powiesiłabym jej 

na ścianie - zauważyła kiedyś moja żona, gdy byliśmy u ich z wizytą).

Usiedliśmy   na   podłodze.   Paul   i   Art   pytali   łagodnie   z   narożnych   głośników,   czy   nie 

wybieramy się na targ do Scarborough

. Stephen otworzył butelkę białego Mondavi. Chrupałem 

niezliczone precelki, poruszając głębokie, metafizyczne tematy. Na przykład, jak nędzne jest życie 

szpitalnego lekarza, jak rzadko Gwen i Steve mieli spokojne wieczory. No i oczywiście, czy według 

mnie Harvard ma szansę dołożyć w tym roku Yale? Gwen nie sprecyzowała w jakiej dyscyplinie. 

Równie dobrze mogła spytać, czy Ying dołoży Yang. Ale nieważne. Po prostu robili, co mogli, 

żebym się rozluźnił. Nawet nie było to takie trudne do zniesienia, jak się obawiałem.

Nagle odezwał się dzwonek u drzwi. Zamarłem.

- Co to? - spytałem.

- Spokojnie - odparł Steve. - To tylko reszta gości.

Nie myliłem się, wyczuwając w dźwięku dzwonka spiskową nutę.

- Jakich gości? - spytałem.

- Prawdę mówiąc - przyznała Gwen - to tylko jeden gość.

- Jeden niezamężny gość, co? - powiedziałem, czując się jak zaszczute zwierzę.

- Tak się składa - potwierdził Steve i poszedł otworzyć drzwi.

background image

Cholera, dlatego właśnie nigdy nie chodzę w odwiedziny! Nie cierpię tych przyjaciół, którzy 

starają się mi pomóc. Dobrze znałem już cały scenariusz. Zaraz przyjdzie jakaś była współlokatorka 

albo   starsza   siostra,   albo   koleżanka   z   klasy,   która   właśnie   się   rozwodzi!   Znów   wpadłem   w 

zasadzkę!

Kipiąc   z   wściekłości,   miałem   ochotę   powiedzieć:   „Kurwamać!”,   ale   nie   byłem   aż   tak 

zaprzyjaźniony z Gwen, więc syknąłem tylko:

- Psiakrew!

- To miła osoba, Oliver.

- Przepraszam, Gwen. Wiem, że chciałaś dobrze, ale...

W tym momencie Steve przywiódł ofiarę, przeznaczoną na ten wieczór.

Okulary w drucianych oprawkach.

Najpierw  zauważyłem   jej   okrągłe   okulary  w   drucianych   oprawkach.  Rozbierała  się.  To 

znaczy zdejmowała kurtkę białego koloru.

Simpson przedstawił ją jako Joannę Stein, lekarza pediatrę, koleżankę, z którą studiował 

medycynę. Teraz byli niewolnikami w tym samym szpitalu. Nawet nie przyjrzałem się jej na tyle 

dokładnie, żeby stwierdzić, czy jest ładna. Ktoś zaproponował, żeby usiąść i napić się czegoś.

Bzdurne rozmówki ciągnęły się bez końca.

Po jakimś czasie zauważyłem, że Joanna Stein, lekarz medycyny,  ma oprócz okrągłych, 

drucianych okularów przyjemny głos. Jeszcze później stwierdziłem, że myśli wypowiadane tym 

głosem zdradzają wrażliwość i wdzięk. Na szczęście, nie padła żadna wzmianka o mojej „sprawie”. 

Simpsonowie musieli ją chyba uprzedzić.

- Pieskie życie - usłyszałem głos Steve’a Simpsona.

- Wypiję za to - powiedziałem. Potem uświadomiłem sobie, że on i Gwen po prostu psioczą 

z Joanną na życie lekarza szpitalnego.

- Co porabiasz w wolnych chwilach, Jo? - spytałem. Chryste, chyba nie weźmie tego za 

zaproszenie na randkę.

- Śpię - odparła.

- Ach, tak?

- Nic na to nie poradzę - ciągnęła dalej. - Wracam do domu tak zmęczona, że zwalam się z 

nóg i zasypiam na dwadzieścia godzin.

- Ach, tak.

Chwila milczenia. Kto teraz przejmie pałeczkę konwersacji i przekaże następnej sztafecie? 

Cisza musiała trwać całe wieki. W końcu Gwen Simpson zaprosiła nas do stołu.

Muszę   szczerze   powiedzieć,   że   chociaż   Gwen   jest   wspaniałym   człowiekiem,   to   sztuka 

kulinarna nie należy do jej mocnych stron. Nawet ugotowana przez nią woda smakuje czasem, 

background image

jakby   była   przypalona.   Obiad   tamtego   wieczoru   nie   okazał   się   wyjątkiem.   Można   nawet 

powiedzieć,   że   przeszła   samą   siebie...   Ale   jadłem,   żeby   nie   rozmawiać.   W   pobliżu   było 

przynajmniej  dwóch lekarzy na wypadek,  gdyby w moim  żołądku zaczęło  się nagle dziać  coś 

niedobrego.

W miarę rozwoju sytuacji, kiedy kosztowaliśmy - wprost trudno w to uwierzyć - sernika, 

który był chyba pieczony na węglach, Joanna zagadnęła mnie naraz: - Oliver?

Dzięki swojemu doświadczeniu w przesłuchaniach, odpowiedziałem szybko:

- Tak?

- Lubisz operę?

O cholera, podstępne pytanie, pomyślałem w duchu, zastanawiając się gorączkowo, co teraz 

knuje. Może zamierza mówić o takich operach jak Cyganeria lub Traviata, w których przypadkiem 

bohaterka umiera w finale? Czyżby chciała mi zafundować katharsis

!

Nie, nie mogła być aż tak nietaktowna. Ale cisza w pokoju zdradzała oczekiwanie na moją  

odpowiedź.

Średnio - odparłem, przezornie zabezpieczając się na wszystkich frontach. - Nie kapuję 

tylko tych włoskich, francuskich i niemieckich.

- To dobrze - powiedziała nie zrażona. Może miała na myśli chińską operę?

- We wtorek wieczorem Merritt występuje w operze Purcella

.

Cholera, zapomniałem zabezpieczyć się też przed Anglikami! Teraz pewnie każą mi iść z 

nią na jakąś wyspiarską nudę.

- Sheila Merritt to najlepszy sopran tego sezonu - powiedział Stephen Simpson, rzucając do 

ataku dodatkowe siły.

- A ta opera to  Dydona i Eneasz

∗∗

  - dorzuciła Gwen, dołączając do pojedynku jako mój 

trzeci przeciwnik. (Dydona - jeszcze jedna dziewczyna, która umiera, bo facet, z którym chodziła, 

okazał się egoistycznym draniem!)

- To świetnie - skapitulowałem.  W głębi duszy przeklinałem Steve’a i Gwen. A przede 

wszystkim - Chateau Lynch - Bages, które osłabiło mój pierwotny zamiar, żeby powiedzieć, iż 

każdy rodzaj muzyki przyprawia mnie o mdłości.

- Och, tak się cieszę - powiedziała Joanna. - Mam właśnie dwa bilety...

Aha, teraz uwaga.

- ...ale   Steve   i   ja   mamy   oboje   dyżur.   Pomyślałam   więc   sobie,   że   ty   i   Gwen   z   nich 

skorzystacie.

- Gwen naprawdę to lubi, Oliver - powiedział Steve tonem, który sugerował, że jego żona 

zasługuje na trochę rozrywki.

- Dobra, świetnie - powiedziałem. Po chwili uświadomiłem sobie, że powinienem wykazać 

background image

trochę więcej entuzjazmu i dodałem: - Serdeczne dzięki.

- Cieszę się, że możesz iść - odparła Joanna. - Powiedz moim rodzicom, że mnie spotkałeś i 

że jeszcze żyję.

A to co znowu? Serce zamarło mi na myśl o tym, że będę siedział obok zaborczej matki 

(jaka córka, taka matka?) Joanny Stein.

- Siedzą w sekcji smyczków - rzuciła, wybiegając ze Steve’em z mieszkania.

Kiedy zostałem sam z Gwen, pomyślałem, że muszę się jakoś ukarać za swoje absurdalne 

zachowanie. Zacząłem więc przeżuwać następny kawałek zwęglonego sernika.

- Gdzie, u diabła, jest sekcja smyczków? - spytałem.

- Zwykle po prawej stronie od instrumentów drewnianych. Matka Joanny jest alcistką, a jej 

ojciec - wiolonczelistą w Orkiestrze Nowojorskiej.

- Aha - skwitowałem i ugryzłem jeszcze jeden pokutny kęs.

Milczenie.

- Naprawdę spotkanie z Jo było dla ciebie takie trudne? - spytała.

Spojrzałem na nią.

I odpowiedziałem: - Naprawdę.

background image

5.

Gdy mnie złożą...

Tak zaczyna się piosenka, która była przebojem roku 1689. W angielskiej operze najgorsze 

jest to, że czasem można zrozumieć słowa.

Gdy mnie złożą, Złożą w ziemi, Niech me grzechy Twemu sercu Troski nie przysporzą...

Dydona, królowa Kartaginy, właśnie miała zamiar poddać się samozniszczeniu i odczuwała 

potrzebę, żeby opowiedzieć o tym światu w arii. Muzyka była świetna, a libretto archaiczne. Sheila 

Merritt   zaśpiewała   błyskotliwie  i   zasłużyła   na  wszystkie  późniejsze   owacje.  W   końcu  Dydona 

umarła nieodwołalnie, tańczący kupidyni rozrzucili róże i zapadła kurtyna.

- Wiesz, Gwen, cieszę się, że tu przyszedłem - powiedziałem, kiedy wstawaliśmy z miejsc.

- Podziękujmy naszym dobroczyńcom - odparła. Przebiliśmy się przez wychodzący tłum i 

dobrnęliśmy do orkiestry.

- Gdzie Steve? - zapytał pan Stein, chowając wiolonczelę do futerału. Miał długie, siwiejące 

włosy, które nie znały chyba ‘ bliżej grzebienia.

- Ma dyżur z Joanną - odpowiedziała Gwen. - To jest Oliver, jej przyjaciel. (Naprawdę, nie 

musiała tak tego określać!) W tej chwili nadeszła pani Stein z altówką w ręku. Była raczej niska i 

krępa, choć dzięki swojej tryskającej energii mogła się podobać.

- Król Stein udziela audiencji?

- Jak zwykle, kochanie - odparli dodał - Gwen już znasz. A to jest Oliver, przyjaciel Jo.

- Miło pana poznać. Co słychać u naszej córki?

- Wszystko dobrze - odparował pan Stein, zanim zdążyłem odpowiedzieć.

- Przecież nie ciebie pytam, Stein - skarciła go pani Stein.

- U   Jo   wszystko   dobrze   -   oświadczyłem,   wprowadzając   pewien   dysonans   do   ich 

żartobliwego tonu.

- Podobało się panu przedstawienie? - zapytała pani Stein.

- Oczywiście. Było świetne! - zawołał jej mąż.

- Pyta cię ktoś?

- Odpowiadam   za   niego,   bo   jestem   profesjonalistą.   I   powiem   jeszcze,   że   Merritt   była 

nadzwyczajna.

Potem zwrócił się do mnie: - Stary Purcell umiał komponować, co? Ten finał, te cudowne 

chromatyczne zmiany w schodzącym tetrakordzie!

- Może on tego nie zauważył, Stein - upomniała go małżonka.

- Musiał zauważyć. Merritt śpiewała to cztery razy.

- Niech pan mu wybaczy, Oliver - powiedziała do mnie pani Stein. - Ma fioła na punkcie 

background image

muzyki.

- A co innego się liczy? - odciął się Stein i dodał: - Zapraszam wszystkich na niedzielę. Do 

nas. Wpół do szóstej. Wtedy dopiero pogramy.

- My nie  możemy  - powiedziała  Gwen, włączając  się wreszcie  do rozmowy.  - Rodzice 

Stephena obchodzą rocznicę ślubu.

- Dobra - powiedział pan Stein. - W takim razie Oliver...

- Pan może mieć inne plany - pośpieszyła mi z pomocą pani Stein.

- Jakim   prawem   mówisz   za   niego?   -   Stein   zwrócił   się   do   małżonki,   pałając   słusznym 

oburzeniem.   A   potem   do   mnie   powiedział:   -   Przyjdź   koło   wpół   do   szóstej.   Przynieś   swój 

instrument.

- Gram tylko w hokeja - odparłem z nadzieją, że zrażę go tym do siebie.

- No, to przynieś swój kij - powiedział pan Stein. - Postawimy cię koło kostek lodu. Do 

niedzieli, Oliver.

- Jak było? - spytał Steve, kiedy dostarczyłem mu żonę.

- Cudownie - odparła z zachwytem Gwen. - Straciłeś wspaniałe przedstawienie.

- A Barrettowi się podobało? - spytał, chociaż stałem tuż obok. Chciałem odesłać go do 

mojego nowego rzecznika, pana Steina, ale bąknąłem tylko: - Dobre było.

- To dobrze - skwitował Steve.

Lecz w głębi duszy pomyślałem, parafrazując zmarłą królową Dydonę: Nieźle mnie wrobili.

background image

6.

Nadeszła niedziela. Oczywiście, nie miałem ochoty tam iść. Ale los nie przyszedł mi na 

ratunek.   Nie   dostałem   żadnej   pilnej   wiadomości   ani   pilnej   sprawy   do   prowadzenia.   Phil   nie 

zadzwonił. Nawet nie złapałem grypy. W rezultacie, z braku wymówki, znalazłem się z wielkim 

bukietem   w   dłoni   na   skrzyżowaniu   Riverside   i   Dziewięćdziesiątej   Pierwszej.   Przed   drzwiami 

Louisa Steina.

- Ho, ho - wykrzyknął mój gospodarz, kiedy spostrzegł mój roślinny podarunek. - Naprawdę 

nie powinieneś. - I zawołał do pani Stein: - To Oliver, przyniósł mi kwiaty!

Pani Stein przydreptała natychmiast i pocałowała mnie w policzek.

- Wejdź i poznaj muzyczną mafię - rozkazał pan Stein. I objął mnie ramieniem.

W pokoju było  dziesięciu,  może dwunastu muzyków  przy pulpitach. Gawędzili  i stroili 

instrumenty. Stroili i gawędzili. Nastrój był podniosły, tonacja głośna. Jedyny ozdobny mebel w 

pokoju   stanowiło   wielkie,   błyszczące,   czarne   pianino.   Przez   solidne   okno   zobaczyłem   rzekę 

Hudson i urwisty brzeg po drugiej stronie.

Podałem każdemu rękę. Większość stanowili hipisi. Oczywiście oprócz tych młodszych, 

którzy wyglądali na młodych hipisów. Po co ja nakładałem krawat?

- Gdzie Jo? - spytałem z grzeczności.

- Pracuje do ósmej - odpowiedział pan Stein - ale poznaj jej braci. Marty gra na rogu, a 

David na dętych i na flecie. Jak widzisz, zbuntowali się przeciw rodzicom. Tylko Jo została przy 

strunach.

Obaj bracia byli wysocy i nieśmiali. David machnął nieśmiało klarnetem na przywitanie. 

Marty uścisnął mi dłoń.

- Witaj w muzycznym zoo - powiedział.

Zupełnie   się   na  tym   nie   znam,   Marty   -  zwierzyłem   się   niepewnie.   -  Kiedy  ktoś   mówi 

pizzicato, dla mnie to znaczy tyle, co cielęcina z serem.

- Tak właśnie jest - powiedział pan Stein. - Przestań przepraszać. Nie jesteś pierwszy, który 

przyszedł tu tylko posłuchać.

- Nie? - upewniłem się.

- Oczywiście, że nie. Mój zmarły ojciec nie znał ani jednej nuty.

- Oliver, proszę mu powiedzieć, że na niego czekamy - zawołała pani Stein - chyba że pan 

chce tu przyjść i zagrać na wiolonczeli.

- Cierpliwości, kochanie - odparł gospodarz. - Chcę, żeby nasz gość dobrze się u nas czuł.

- O, czuję się tu dobrze - powiedziałem uprzejmie. Posadził mnie na jakimś rozwalonym 

krześle, a sam pośpieszył z powrotem do orkiestry.

background image

Było  to fantastyczne.  Patrzyłem  w milczeniu  na  przedstawienie,  które  moi  snobistyczni 

przyjaciele mogliby określić mianem kupy dziwaków grających świetną muzykę. Najpierw Mozart, 

potem Vivaldi, a potem jakiś Lully, o którym nigdy nie słyszałem.

Po Lullym zagrali Monteverdiego, a potem podali najlepsze pastrami

, jakie kiedykolwiek 

jadłem. Podczas przerwy na przekąskę wysoki, nieśmiały David szepnął do mnie ukradkiem:

- To prawda, że grasz w hokeja?

- Grałem - odparłem.

- Mogę cię o coś zapytać?

- Jasne.

- Jak dzisiaj poszło Rangersom?

- Kurczę,   nie   pamiętam   -   odparłem,   najwyraźniej   rozczarowując   go.   Jak   miałem   mu 

wyjaśnić, że dawny Oliver, maniak hokeja, tak bardzo zagrzebał się w książkach prawniczych, że 

przestał śledzić, czy drużyna Rangers wygrywa czy przegrywa z ubóstwianymi kiedyś przez niego 

kąśliwymi Niedźwiedziami z Bostonu?

Potem przyszła Joanna i pocałowała go w policzek. Musiał to być jakiś rytuał. Całowała 

każdego.

- Doprowadzili cię już do obłędu?

- Nie - odparłem. - Naprawdę dobrze się bawię.

Wtedy nagle uderzyła  mnie myśl, że wcale nie kłamię. Harmonia, której zaznałem tego 

wieczoru,   nie  panowała   tylko   w  muzyce.  Była   wszędzie.   W  ich  rozmowach.  We   wzajemnych 

pochwałach, które padały, ilekroć komuś udał się jakiś trudny technicznie fragment. Z czymś trochę 

podobnym spotkałem się tylko w szatni hokejowej, gdy gracze z Harvardu ładowali się psychicznie, 

żeby stratować przeciwnika.

Tyle że tutaj ludzie ładowali się po to, by razem grać muzykę. Wszędzie wyczuwało się 

tyle... miłości.

Nigdy nie byłem w podobnym świecie. Chyba tylko z Jenny.

- Weź swoje skrzypce, Jo - powiedział pan Stein.

- Oszalałeś? - odparła Joanna. - Nie jestem w formie...

- Za bardzo oddajesz się medycynie - skwitował. - Powinnaś tyle samo czasu poświęcać 

muzyce. Poza tym, czekałem z Bachem specjalnie na ciebie.

- Nie - odpowiedziała stanowczo Joanna.

- No, dalej. Oliver chce usłyszeć, jak grasz. - Zarumieniła się. Usiłowałem zaprotestować, 

ale na próżno.

Pan Stein zwrócił się do mnie. - Powiedz swojej przyjaciółce, a mojej córce, żeby nastroiła 

swoje skrzypce.

background image

Zanim zdążyłem zareagować, Joanna, czerwona jak burak, przestała się opierać.

- Dobra, tato, niech ci będzie. Ale nie wyjdzie to najlepiej.

- Wyjdzie, wyjdzie - odpowiedział. A kiedy odeszła, zwrócił się znów do mnie: - Lubisz 

koncerty brandenburskie?

Zesztywniałem.  Koncerty brandenburskie Bacha należały do nielicznych  utworów, które 

rzeczywiście znałem. Przecież oświadczyłem się Jenny po tym,  jak zagrała Piąty Koncert, gdy 

wracaliśmy brzegiem rzeki w stronę uniwersytetu. Ta muzyka była czymś w rodzaju preludium do 

naszego małżeństwa. Na samą myśl, że znowu ją usłyszę, poczułem ból.

- Więc   jak?   -   spytał   pan   Stein.   Przypomniałem   sobie,   że   nie   odpowiedziałem   na   jego 

przyjazne pytanie.

- Tak - odparłem. - Lubię koncerty brandenburskie. Który zagracie?

- Wszystkie! Po co być stronniczym?

- Ja   gram   tylko   jeden   -   zawołała   jego   córka,   udając   urażoną.   Siedziała   teraz   między 

skrzypkami, zajęta rozmową z jakimś starszym panem, z którym dzieliła pulpit. Orkiestra znów 

zabrała się do strojenia instrumentów. Ale ponieważ w przerwie nikt nie żałował sobie drinków, 

tonacja była teraz znacznie głośniejsza niż przedtem.

Pan Stein postanowił wystąpić w roli dyrygenta.

- Dlaczego Lenny Bernstein  jest lepszy ode mnie?  Bo ma  lepszą  fryzurę!  - Zastukał w 

pulpit, to znaczy w telewizor.

- Und jetzt - zawołał, przyjmując nagle niemiecki akcent. - Fsziscy gracz ostro. Slyszicie? 

Ostro!

Orkiestra zamilkła w oczekiwaniu. Uniósł w górę ołówek, żeby rozpocząć takt.

Wstrzymałem oddech w nadziei, że jakoś to przeżyję.

W tej samej chwili zabrzmiała kanonada.

To znaczy kanonada pięści walących w drzwi. Była jednak za głośna dla naszej muzyki i, 

moim skromnym zdaniem, nie pasowała do rytmu.

- Otwierać! - ryknął nieludzki głos.

- Policja? - spytałem Jo, która nagle znalazła się przy mnie.

- Oni się tu nigdy nie kręcą. - Uśmiechnęła się. - To ktoś bardziej niebezpieczny. Godzilla z 

mieszkania na górze. Naprawdę nazywa się Tempie i nie lubi życia.

- Otwierać!

Rozejrzałem się. Było nas w pokoju ze dwudziestu, ale orkiestra wyglądała na zastraszoną. 

Ten Godzilla musiał być naprawdę niebezpieczny. W każdym razie Lou Stein otworzył zamek u 

drzwi.

- Jasna   cholera,   skurwiele   jedne,   powtarzam   wam   co   niedziela,   żebyście   przestali 

background image

hałasować!

Wrzeszczał, górując nad panem Steinem. Imię Godzilla całkiem do niego pasowało. Był 

wielką, owłosioną bestią.

- Ależ, panie Tempie - odparł pan Stein - zawsze kończymy nasze niedzielne spotkania 

punktualnie o dziewiątej.

- Gówno! - warknął potwór.

- A tak, zauważyłem, że pan jeszcze tego nie powiedział - zareplikował pan Stein.

Tempie   wbił   w   niego   wzrok.   -   Nie   prowokuj   mnie,   pętaku.   Moja   cierpliwość   już   się 

wyczerpuje! - W głosie Godzilli kipiała nienawiść. Czułem, że jego życiowym celem była czynna 

napaść na swojego sąsiada, pana Steina. Właśnie miał zamiar zrealizować to marzenie.

Dwaj synowie Steina, choć wyraźnie przerażeni, przyłączyli się do ojca.

Tempie   wrzeszczał  dalej.  Teraz,   kiedy  pani  Stein  stała  już u  boku męża,  Joanna  nagle 

oderwała   się   ode   mnie   i   ruszyła   w   stronę   drzwi.   (Miała   zamiar   walczyć?   Opatrywać   rany?) 

Wszystko to działo się bardzo szybko. I uderzało do głowy.

- Cholera,   zasrańcy   jedni,   nie   wiecie,   że   prawo   zabrania   przeszkadzać   ludziom   w 

odpoczynku?

- Przepraszam, panie Tempie, ale sądzę, że to pan łamie cudze prawa.

Po prostu wypowiedziałem te słowa! Zanim jeszcze uświadomiłem sobie, że mam zamiar je 

powiedzieć.   Jeszcze   bardziej   zdziwiło   mnie   to,   że   wstałem   już   i   zbliżałem   się   w   stronę 

nieproszonego gościa. Ten z kolei obrócił się w moją stronę.

- Masz jakiś problem, blondasku? - ryknął stwór.

Był o kilka cali wyższy ode mnie i przynajmniej o czterdzieści funtów cięższy. Miałem 

jednak nadzieję, że nie składał się z samych mięśni.

Dałem znak Steinom, że ja to załatwię. Stali w miejscu jak wryci.

- Panie Tempie - ciągnąłem dalej - czy słyszał pan kiedyś o ustępie czterdziestym Kodeksu 

karnego?  Jest w nim mowa  o wchodzeniu na cudzy teren. A o ustępie  siedemnastym,  czyli  o 

grożeniu przemocą fizyczną? Albo o...

- Coś ty za jeden, gliniarz? - warknął. Najwyraźniej miał już do czynienia z policją.

- Tylko prawnik - odparłem - ale mogę wsadzić pana do pudła na długi odpoczynek.

- Gadanie - nie dowierzał Tempie.

- Nie tylko. Ale jeśli chce pan rozstrzygnąć tę sprawę szybciej, to jest jeszcze inny sposób.

- Naprawdę, chłopczyku?

Napiął  swoją  górę mięśni.  Z tyłu  usłyszałem  poruszenie  w orkiestrze.  A  w  duszy nutę 

przerażenia.   Spokojnie   zdjąłem   jednak   marynarkę   i   powiedziałem   półgłosem   z   przesadną 

uprzejmością:

background image

- Panie Tempie, jeśli zaraz pan stąd nie zniknie, będę po prostu zmuszony, jak to się mówi 

między inteligentami, nauczyć pana rozumu.

Po dość pośpiesznym odejściu natręta pan Stein otworzył butelkę szampana (import prosto z 

Kalifornii). Orkiestra postanowiła zagrać najgłośniejszy ze znanych utworów i w bardzo żywym 

tempie wykonała Uwerturę z roku 1812 Czajkowskiego. Nawet ja wziąłem w tym udział: zagrałem 

partię kotłów na pustym koszu do śmieci.

Kilka godzin później - zbyt szybko - przyjęcie się skończyło.

- Proszę nas jeszcze kiedyś odwiedzić - zapraszała pani Stein.

- Pewnie, że odwiedzi - powiedział pan Stein.

- Skąd jesteś taki pewny? - spytała.

- On nas uwielbia - odparł Louis Stern.

I rozstaliśmy się.

Nikt nie musiał mi przypominać, że moim obowiązkiem było odprowadzić Joannę do domu. 

Choć zrobiło się już późno, nalegała, żebyśmy pojechali autobusem numer pięć, który przejeżdża 

przez   całą   Riverside   i   dopiero   później   dociera   zygzakami   do   Piątej.   Wyglądała   na   zmęczoną 

dyżurem w szpitalu. Była jednak w świetnym nastroju.

- Mój Boże, Ohver, byłeś fantastyczny - powiedziała.

I położyła swoją dłoń na mojej.

Próbowałem odpowiedzieć sobie, jakie wrażenie robi na mnie jej dotyk.

Nie potrafiłem.

Joanna wciąż szczebiotała.

- Tempie nie odważy się pokazać więcej pyska.

- Słuchaj, Jo, nie trzeba specjalnej inteligencji, żeby postawić się tchórzliwemu drabowi.

Oderwałem od niej rękę, żeby gestykulować. (Ulga?)

- No tak, ale...

Nie dokończyła. Może zaczęło ją dziwić, że ciągle pozuję na tępego hokeistę. Chciałem 

tylko dać jej do zrozumienia, że naprawdę nie jestem wart jej czasu. Była taka miła. I niebrzydka. 

Tak przynajmniej uważałby każdy normalny facet z normalnymi uczuciami.

Mieszkała  na czwartym  piętrze,  w pobliżu  szpitala.  Kiedy staliśmy  przed jej  drzwiami, 

stwierdziłem, że jest niższa, niż mi się z początku wydawało. Musiała zadzierać głowę do góry, 

żeby patrzeć mi w oczy.

Zauważyłem też, że z trudem łapię oddech. Nie mógł to być wynik wchodzenia po schodach 

(przecież dużo biegam). Rozmawiając z tą inteligentną, wrażliwą panią doktor, poczułem pierwsze 

oznaki paniki.

Może uznała, że żywię do niej uczucia niezupełnie platoniczne. Co robić, jeśli...

background image

- Oliver - powiedziała Joanna. - Chciałabym zaprosić cię do środka. Ale idę jutro do pracy 

na szóstą rano.

- Innym razem - odparłem. I nagle poczułem więcej tlenu w płucach.

- Mam nadzieję, Oliver.

Pocałowała mnie. W policzek. (Ci to lubili się całować, cała rodzina).

- Dobranoc - powiedziała.

- Zadzwonię do ciebie - odparłem.

- Świetnie się dziś bawiłam.

- Ja też.

A jednak czułem się bezgranicznie nieszczęśliwy.

Wracając w nocy do domu, doszedłem do wniosku, że potrzebuję pomocy psychiatry.

background image

7.

- Zacznijmy od tego, że pominiemy zupełnie króla Edypa.

Tak zaczynał się mój starannie przygotowany wstęp w gabinecie psychiatry. Żeby znaleźć 

dobrego psychiatrę, trzeba wykonać serię prostych czynności. Najpierw dzwoni się do przyjaciół, 

którzy są lekarzami, i mówi im, że pewien nasz znajomy potrzebuje pomocy. Wtedy oni polecają 

lekarza dla tego nieszczęśliwego znajomego. Na końcu okrąża się telefon dwieście razy, wykręca 

numer i umawia na pierwszą wizytę.

- Proszę posłuchać - chrzaniłem dalej - zaliczyłem swój kurs psychologii i znam tę gadkę, 

której moglibyśmy używać. Wiem, jak nazwać swoje zachowanie w stosunku do ojca, po ślubie z 

Jenny. To znaczy, nie interesuje mnie nic, co powiedziałby na mój temat Freud.

Doktor Edwin London, choć według faceta, który mi go polecił, wybitny specjalista, nie 

okazał się zbyt skory do wypowiadania dłuższych kwestii.

- Dlaczego pan tu przyszedł? - zapytał beznamiętnie. Obleciał mnie strach. Wstęp poszedł 

mi gładko, ale teraz zaczynało się prawdziwe przesłuchanie.

Właściwie   dlaczego   tu   przyszedłem?   Co   chciałem   usłyszeć?   Przełknąłem   ślinę   i 

odpowiedziałem tak cicho, że sam ledwo słyszałem swoje słowa.

- Bo nic nie czuję.

Czekał w milczeniu.

- Od śmierci Jenny po prostu nic nie czuję. Chyba tylko głód, od czasu do czasu. Kupuję 

wtedy   mrożony   obiad   w   sklepie   i   załatwione.   Ale   poza   tym...   przez   osiemnaście   miesięcy... 

kompletnie nic.

Słuchał, jak próbuję wyłowić z zamętu swoje myśli. Wylewały się bezładnym, bolesnym 

strumieniem.  Czuję się  strasznie.  Poprawka:  nic  nie  czuję.  To  jeszcze   gorsze.  Bez  niej   jestem 

zagubiony. Philip pomaga mi. Nie, Phil nie potrafi mi naprawdę pomóc. Ale próbuje. Żadnych 

uczuć. Przez prawie dwa lata. Nie potrafię nawiązać kontaktu z normalnymi ludźmi.

Chwila milczenia. Pociłem się.

- Pożądanie seksualne? - spytał doktor.

- Ani trochę - odpowiedziałem. I dodałem dla zupełnej jasności: - Kompletnie nic.

Żadnej reakcji. Może go zaszokowałem? Nie potrafiłem odczytać wyrazu jego twarzy. Po 

chwili, ponieważ było to tak oczywiste dla nas obu, powiedziałem:

- Nikt nie musi mi mówić, że to poczucie winy.

Wtedy doktor Edwin London wypowiedział najdłuższe zdanie tego dnia:

- Czuje się pan... odpowiedzialny za śmierć Jenny?

Czy   czułem   się   odpowiedzialny   za   śmierć   Jenny?   Od   razu   pomyślałem   o   moim 

background image

przemożnym pragnieniu, żeby umrzeć tego samego dnia co ona. Ale to minęło. Wiem, że to nie ja 

podarowałem swojej żonie białaczkę. A jednak...

- Może. Chyba przez jakiś czas tak było. Ale przede wszystkim jestem na siebie wściekły. 

Za wszystko, co mogłem zrobić, kiedy jeszcze żyła.

Po chwili milczenia doktor London spytał: - Na przykład?

Znów   mówiłem   o   swoim   wyobcowaniu   z   rodziny.   O   tym,   jak   zrobiłem   ze   swojego 

małżeństwa z dziewczyną o nieco odmiennym (jeszcze jak odmiennym!) pochodzeniu społecznym 

swoją deklarację niepodległości. Ja ci pokażę, Nadziany Dolcami Tatusiu, poradzę sobie bez ciebie.

Ale zapomniałem o jednej rzeczy. Było to trudne dla Jenny. Nie tylko dla jej psychiki. Choć 

to też ważne, zważywszy jej silne przekonania o konieczności  szacunku dla rodziców. Jeszcze 

gorsze było  jednak moje dążenie do samodzielności. Dla mnie stanowiło to źródło dumy.  Ale, 

cholera, dla Jenny, która wychowała się w biedzie, cóż mogło być nowego i cudownego w tym, że 

nie mamy pieniędzy w banku?

- Ciągle musiała się poświęcać dla mojej arogancji.

- Myśli   pan,   że   ona   uważała   to   za   poświęcenie?   -   spytał   London,   chyba   wyczuwając 

intuicyjnie, że Jenny ani razu się nie poskarżyła.

- Panie doktorze, to już nieważne, co ona mogła uważać.

Spojrzał na mnie.

Przez ułamek sekundy ogarnął mnie lęk, że się... rozpłaczę.

- Jenny nie żyje i dopiero teraz widzę, jakim byłem egoistą. Nastąpiła cisza.

- Dlaczego? - spytał.

- Kiedy   kończyliśmy   college,   Jenny   dostała   stypendium   z   Francji.   Ten   temat   w   ogóle 

przestał   istnieć,   gdy   postanowiliśmy   się   pobrać.   Po   prostu   stało   się   jasne,   że   zostaniemy   w 

Cambridge, a ja pójdę na studia prawnicze. Dlaczego?

Znów chwila ciszy. Doktor London się nie odezwał. Przemawiałem dalej.

- Dlaczego,   do   diabła,   miało   to   być   jedyne   logiczne   rozwiązanie?   Ta   moja   cholerna 

arogancja! Z góry zakładałem, że moje życie jest ważniejsze!

- Nie   wiedział   pan   wtedy   wszystkiego   -   wyjaśnił   psychiatra.   Była   to   niezręczna   próba 

wymazania mojej winy.

- Ale wiedziałem jedno: ona nigdy nie była w Europie. Przecież mogłem pojechać tam z nią 

i zostać prawnikiem rok później.

Może   myślał,   że   było   to   jakieś   wtórne   poczucie   winy,   nabyte   później   przy   czytaniu 

feministycznej   literatury.   Nie   było.   Nie   bolałem   tak   bardzo   nad   tym,   że   przerwałem   wyższą 

edukację Jenny, jak nad faktem, że przeze mnie nie zakosztowała Paryża. Nie zobaczyła Londynu. 

Nie poczuła Włoch.

background image

- Rozumie pan? - spytałem.

Jeszcze jedna chwila milczenia.

- Czy jest pan gotów poświęcić na to trochę czasu? - zapytał.

- Po to tu przyszedłem.

- Jutro, o piątej?

Skinąłem głową. On też skinął. Wyszedłem.

Spacerowałem  wzdłuż  Park Avenue,  żeby się  pozbierać.  I przygotować  na to, co mnie 

czekało. Jutro zacznie się operacja. Wiedziałem, że nacięcia na duszy okażą się bolesne. Byłem na 

to przygotowany.

Zastanawiałem się tylko, co on znajdzie w środku.

background image

8.

Minął tydzień, zanim dotarliśmy do Edypa. To znaczy do pałacu na terenie Harvardu o 

nazwie Barrett Hall.

- Moja rodzina dała pieniądze na jego budowę, żeby kupić sobie szacunek.

- Dlaczego? - spytał doktor London.

- Bo nasze pieniądze nie są czyste. Bo nasi przodkowie dorobili się na cudzej nędzy. Nasza 

filantropia to całkiem nowe hobby.

Najciekawsze,   że   nie   dowiedziałem   się   tego   z   żadnej   książki   o   Barrettach,   ale   w... 

Harvardzie.

Pod koniec college’u brakowało mi do kompletu kilku zaliczeń. Razem z całą hordą innych 

studentów   zapisałem   się   więc   na   kurs   „Nauki   społeczne   nr   108,   rozwój   przemysłu 

amerykańskiego”.   Prowadził   go   tak   zwany   ekonomista   -   radykał   o   nazwisku   Donald   Vogel. 

Wykładowca ten zdobył już sobie miejsce w historii Harvardu dzięki ciągłemu przeplataniu faktów 

wulgarnymi słowami. Poza tym jego kurs był sławny, bo uchodził za łatwiznę.

( - Nie wierzę w sens takich siakich egzaminów - oznajmił Vogel. Tłum wiwatował).

Sala nie była zwyczajnie zatłoczona. Wręcz roiło się na niej od leniwych sportowców i 

kujonów z pierwszych lat medycyny, poszukujących kursu, na którym nie trzeba się wysilać.

Zwykle, pomimo barwnego słownictwa Don Vogla, większość z nas zażywała dodatkowej 

drzemki  lub  czytała  na  jego zajęciach   uniwersyteckie   pismo   „Crimson”.   Na moje   nieszczęście 

pewnego dnia włączyłem się w wykład. Temat brzmiał jak nazwa środka nasennego: „Przemysł 

włókienniczy w USA”.

- Siak.   Jeśli   chodzi   o   przemysł   włókienniczy,   to   wiele   takich   owakich   szacownych 

harwardzkich figur odegrało w nim paskudną rolę. Na przykład Amos Brewster Barrett, absolwent 

Harvardu z roku 1794...

O jasna cholera, to moja rodzina! Czyżby Vogel wiedział, że go słucham? A może mówił o 

tym swojej zgrai studentów co roku? Skurczyłem się w ławce, podczas gdy on ciągnął dalej:

- W 1814 Amos i kilku jego kumpli z Harvardu razem postanowili rozpocząć rewolucję 

przemysłową w Fali River, w stanie Massachusetts. Zbudowali pierwsze duże fabryki włókiennicze. 

I   zadbali   o   swoich   robotników.   Nazywamy   to   paternalizmem.   Z   dbałości   o   zasady   moralne 

umieścili dziewczęta, pochodzące z odległych farm, w bursach. Oczywiście firma potrącała połowę 

ich nędznych zarobków na koszty mieszkania i wyżywienia.

Te panienki pracowały osiemdziesiąt godzin na tydzień. A Barrettowie, rzecz oczywista, 

uczyli je oszczędności. - Trzymajcie pieniądze w bankach, dziewczęta - mówili. Zgadnijcie, do 

kogo należały banki?

background image

Miałem ochotę zamienić się w komara, żeby po prostu wyfrunąć.

Don   Vogel   przedstawiał   kronikę   rozwoju   fortuny   Barrettów,   okraszając   ją   obfitszą   niż 

zwykle kaskadą epitetów. Zatrzymał się na tym prawie godzinę.

Na   początku   dziewiętnastego   wieku   połowę   robotników   w   Fali   River   stanowiły   dzieci. 

Część z nich nie miała więcej niż pięć lat. Dzieciaki dostawały dwa dolce na tydzień, kobiety trzy, a 

mężczyźni królewską zapłatę w wysokości siedem i pół dolara.

Ale, rzecz jasna, nie wszystko gotówką. Część wypłacano im w kuponach. Ważnych tylko 

w sklepach Barrettów. To oczywiste.

Vogel obrazowo pokazywał, jak podłe były warunki pracy. Dla przykładu: ponieważ wilgoć 

w tkalni poprawiała jakość materiałów, właściciele specjalnie wtłaczali do środka więcej pary. A w 

środku lata nigdy nie otwierano okien, żeby utrzymać osnowę i wątek włókien w wilgoci. Nie 

przysporzyło to Barrettom popularności wśród robotników.

- A dodajcie do tego jeszcze taki siaki fakt - uniósł się Don Vogel. - Jakby nie dość było tej 

nędzy   i   brudu,   no   i   tych   wszystkich   wypadków,   za   które   nie   dostawali   najmniejszego 

odszkodowania, to jeszcze obcięto im te takie siakie pensje! Zyski Barrettów rosły, a jednak, tacy 

siacy, obcięli swoim robotnikom pensje! Bo każdej nowej fali imigrantów można było zapłacić 

jeszcze mniej!

- Tak siak, tacy siacy siak.

Po jakimś czasie zakuwałem w tamtym semestrze w bibliotece Radcliff. Spotkałem tam 

pewną dziewczynę. Jenny Cavilleri, absolwentkę roku 1964. Jej ojciec był mistrzem cukierniczym z 

Cranston. Jej zmarła matka, Teresa Verna Cavilleri pochodziła z rodziny sycylijskich imigrantów, 

którzy osiedlili się w... Fall River. w stanie Massachusetts.

- Teraz rozumie pan, dlaczego nie cierpię swojej rodziny? Chwila milczenia.

- Jutro o piątej - powiedział doktor London.

background image

9.

Biegłem.

Kiedy wyszedłem z gabinetu doktora, poczułem jeszcze większą wściekłość i zamęt, niż 

przedtem, zanim zacząłem do niego przychodzić. Jedyną kuracją na psychiatryczną kurację był 

więc   chyba   tylko   ostry   bieg   przez   Central   Park.   Odkąd   przypadkiem   spotkałem   Simpsona, 

uprawialiśmy czasem wspólny jogging. Ilekroć pozwalały mu na to obowiązki w szpitalu, robiliśmy 

razem kilka rund dookoła stawu.

Na szczęście nigdy nie spytał, czy moja znajomość z panną Joanną Stein miała dalszy ciąg. 

Czyżby mu opowiedziała? Może ona też postawiła mi diagnozę? W każdym razie ten temat był 

wyraźnie nieobecny w naszych rozmowach. Muszę szczerze przyznać, że Steve chyba cieszył się z 

mojego   powrotu   na   łono   ludzkości.   Nigdy   nie   bajeruję   przyjaciół,   więc   powiedziałem   mu,   że 

zacząłem chodzić do psychiatry. Nie wdawałem się w szczegóły, a on nie pytał o nic.

Tego popołudnia byłem bardzo ożywiony po kolejnej wizycie i, chcąc nie chcąc, biegłem za 

szybko, żeby Steve mógł za mną nadążyć. Ledwo zrobiliśmy jedno okrążenie, zatrzymał się.

- Następne zrób sam - wysapał. - Dołączę do ciebie przy trzecim.

Też byłem trochę zmęczony i zwolniłem tempo, żeby złapać oddech. Ale i tak minąłem 

wielu biegaczy, których różnokolorowe rzesze pojawiają się wieczorami w różnych kształtach i 

suną z różną prędkością. Oczywiście faceci z nowojorskiego klubu zostawiliby mnie w tyle  w 

mgnieniu oka. Z dryblasami z liceum tak samo nie miałbym szans. Ale biegnąc truchtem, też trochę 

po wyprzedzałem: głównie emerytów, grubaski i większość dzieci poniżej dwunastu lat.

Oklapłem w końcu, a wzrok zamglił mi się trochę. Pot spływał mi do oczu i widziałem tylko 

kształt, rozmiar i kolor mijanych po drodze dresów. Nie wiedziałem więc dokładnie, kto biega 

wokół mnie tam i z powrotem. Aż zdarzyło się coś, o czym zaraz opowiem.

Jakieś   osiemdziesiąt   jardów  przede   mną   majaczyła   sylwetka  w   niebieskim  dresie   firmy 

Adidas   (tzn.   drogi   ciuch),   poruszająca   się   w   godnym   szacunku   tempie.   Zaraz   dodam   gazu   i 

wyprzedzę tę... babkę? A może był to szczupły blondyn z długimi włosami?

Ruszyłem w pogoń za niebieskim dresem. Zbliżyłem się do niego dopiero po dwudziestu 

sekundach. Faktycznie, była to dziewczyna. Albo facet ze zgrabnym tyłkiem, a wtedy miałbym 

kolejny   temat   do   przedyskutowania   z   doktorem   Londonem.   Kiedy   jednak   podbiegłem   jeszcze 

bliżej, wyraźnie zobaczyłem szczupłą białogłowę, której złoty włos powiewał na wietrze. Dobra, 

Barrett, a teraz niby nic wyprzedzisz ją jak sam Bob Hayes. Podkręciłem obroty, wrzuciłem niższy 

bieg   i   przemknąłem   obok   niej   jak   strzała.   Naprzód,   kogo   jeszcze   wyprzedzić?   Przed   sobą 

zobaczyłem znanego mi z widzenia krzepkiego śpiewaka operowego, z którym zawsze radziłem 

sobie bez trudu. No, kolego Baryton, teraz twoja kolej.

background image

Nagle koło mnie mignęła jakaś niebieska postać. Pewnie sprinter z klubu Millrose. Ale nie. 

Błękitna sylwetka była tą samą odzianą w nylon niewiastą, która, według moich obliczeń, miała 

znajdować się dwadzieścia jardów w tyle. A teraz znów znalazła się przede mną. Może była to 

jakaś wschodząca gwiazda, o której pewnie czytałem w gazetach. Znów zmieniłem biegi, żeby 

przyjrzeć się jej z bliska. Nie przyszło mi to łatwo. Byłem zmęczony, a ona biegła naprawdę nieźle. 

W końcu ją dopadłem. Z przodu była jeszcze ciekawsza niż z tyłu.

- Jesteś jakąś mistrzynią, czy co? - spytałem.

- Dlaczego? - zdziwiła się, niezbyt zmęczona.

- Minęłaś mnie jak rakieta...

- Wcale tak szybko nie biegłeś - odparła.

Czy to miała być zniewaga? Co ona sobie wyobraża?

- Chcesz mnie obrazić?

- A co, jesteś zakompleksiony? - odcięła się.

Choć moja pewność siebie nie ulega łatwo wstrząsom, wkurzyłem się.

- Masz niezły tupecik - stwierdziłem.

- Teraz ty chcesz mnie obrazić? - spytała.

- Tak - odparłem. Bez ogródek, w odróżnieniu od niej.

- Może wolałbyś pobiegać sam? - zaproponowała.

- Owszem - zgodziłem się.

- Dobra - powiedziała. I pomknęła nagle do przodu. Niech mnie szlag, pomyślałem, jeśli 

dam się wykiwać tej blagierce. Zebrałem resztę sił, żeby przyśpieszyć. Ale dopadłem ją.

- Cześć.

- Myślałam, że szukasz samotności - powiedziała. Brakowało nam tchu, toteż rozmowa nie 

była zbyt błyskotliwa.

- W jakim klubie biegasz?

- W żadnym - odpowiedziała. - Poprawiam sobie tylko kondycję do tenisa.

- Ach, sportowiec totalny - rzuciłem, celowo ujmując jej kobiecości.

- I owszem - odparła, tracąc pewność siebie. - A ty co, totalny palant?

Jak sobie z nią poradzić, jednocześnie dotrzymując jej tempa?

- Owszem - wydobyłem z siebie. Z perspektywy czasu widzę, że była to najprawdziwsza 

odpowiedź, jakiej mogłem udzielić. - Dobra jesteś w tym tenisie?

- Wątpię, czy odważyłbyś się ze mną zagrać.

- Odważyłbym się.

- Naprawdę? - spytała. I, chwała Bogu, zwolniła do marszu.

- Jutro?

background image

- Proszę bardzo - wysapałem.

- O szóstej? W klubie tenisowym Gotham na rogu Dziewięćdziesiątej Czwartej i Pierwszej.

- Pracuję do szóstej - powiedziałem. - Może być o siódmej?

- Miałam na myśli szóstą rano - odparła.

- Szósta rano? Kto gra o szóstej rano w tenisa?

- My. Chyba że stchórzysz - odparła.

- Ależ nic podobnego - powiedziałem, odzyskując jednocześnie dech i dowcip.

Uśmiechnęła się, pokazując wszystkie zęby.

- No to świetnie. Kort jest zarezerwowany na nazwisko Marcie Nash, czyli na mnie.

A potem podała mi rękę. Miałem ją uścisnąć, nie pocałować, rzecz jasna. Spodziewałem się 

miażdżącego, sportowego uścisku. Ale jej uścisk był normalny. Wręcz delikatny.

- Mogę wiedzieć, jak ty się nazywasz? - spytała. Postanowiłem zdobyć się na oklepany żart.

- Gonzales, panienko. Pancho Gonzales.

- O - odparła - już myślałam, że Speedy Gonzales.

- Nie - powiedziałem, zaskoczony, że słyszała o legendarnym Speedy Gonzalesie, bohaterze 

wielu sprośnych dowcipów opowiadanych w męskich szatniach przez sprośnych sportowców.

- Dobra, Pancho, szósta rano. Nie zapomnij zabrać ze sobą tyłka.

- Po co? - zaciekawiłem się.

- Żebym mogła go złoić. Znalazłem na to odpowiedź.

- Tylko dobrze naciągnij rakietę.

- Kobieta w Nowym Jorku musi dobrze naciągać, żeby nie zginąć.

Z tymi słowami oddaliła się z prędkością, której pozazdrościłaby jej Jesse Owens.

background image

10.

O piątej rano Nowy Jork pogrążony jest w mroku, dosłownie i w przenośni. Z oddali klub 

tenisowy, oświetlony na pierwszym piętrze, wyglądał jak światełko przy uśpionej kołysce miasta. 

Wszedłem, wpisałem się do książki i skierowałem do szatni. Ziewając bez przerwy, przebrałem się 

i wyszedłem na teren kortów. Światła jupiterów niemal mnie oślepiły. Każdy kort był już zajęty. 

Waleczni Gothamici mieli wkrótce rozpocząć kolejny dzień szaleńczych podbojów i wyglądało na 

to, że potrzebują szaleńczej partii tenisa, żeby przygotować się do Prawdziwej Gry.

Przewidując, że panna Marcie Nash stawi się w najlepszych ciuchach tenisowych, odziałem 

się   najnędzniej,   jak   tylko   mogłem.   W   żurnalach   mody   pewnie   określono   by   mój   strój   jako 

„wpadający   w   szarość”.   W   rzeczywistości   był   to   końcowy   wynik   przypadkowego   zmieszania 

różnokolorowych   ubrań   w   pralce.   Ponadto   włożyłem   coś,   co   nazywam   „koszulką   Staną 

Kowalskiego”

.   Nie   sądzę   jednak,   żeby   Marlon   Brando   kiedykolwiek   miał   na   sobie   podobną 

szmatę. Pod względem tekstylnym wyglądałem więc wyrafinowanie. Inaczej mówiąc, niechlujnie.

Tak jak się spodziewałem, przyniosła ze sobą neonowe piłki. Żółte i fosforyzujące, takie, 

jakich używają zawodowi gracze.

- Dzień dobry, Wesołe Słoneczko. Była już na miejscu i ćwiczyła serwis.

- Wiesz, że na zewnątrz jest zupełnie ciemno? - spytałem.

- Właśnie dlatego będziemy grali wewnątrz, Sancho.

- Pancho - poprawiłem ją - panienko Narci Mash... W grze półsłówek też dawałem sobie 

radę.

- Człowieka można  złamać, ale żaden człowiek nie złamie mojego serwisu - oznajmiła, 

wciąż bombardując siatkę. Włosy Marcie, które w parku unosiły się na wietrze, teraz były związane 

w koński ogon. (Trzeba będzie sypnąć na ten temat dowcipem). Jak każdy snob tenisowy, miała na 

obu nadgarstkach opaski.

- Nazywaj mnie, jak sobie życzysz, drogi Pancho. Możemy zaczynać?

- O co gramy? - spytałem.

- Proszę? - zdziwiła się Marcie.

- O co gramy? - powtórzyłem. - O jaką stawkę?

- Och, nie wystarczy sama przyjemność? - zażartowała Marcie z udawaną skromnością.

- O szóstej rano nic nie jest przyjemnością - odparłem. - Potrzebuję konkretnej motywacji.

- Pół Waszyngtona - zaproponowała.

- To aluzja do mojej osobowości? - spytałem.

- Dowcipny jesteś. Nie, mam na myśli pół dolara.

- E, tam - potrząsnąłem głową, dając jej do zrozumienia, że chodzi mi o poważniejszą sumę. 

background image

Skoro należała do klubu Gotham, nie mogło jej brakować środków do życia. Chyba że zapisała się z 

wyrachowania. To znaczy w nadziei, że forsa, którą wyda na opłaty członkowskie, zwróci się, gdy 

upoluje tu nadzianego małżonka.

- Jesteś bogaty? - spytała mnie.

- Jakie to ma znaczenie? - odparłem, wiecznie cofnięty do defensywy, ponieważ los związał 

mnie z workami pieniędzy Barrettów.

- Chcę się dowiedzieć,  ile możesz  przegrać - wyjaśniła.  Ale chytre  pytanko!  Ja z kolei 

musiałem   dowiedzieć   się,   jaką  sumę   ona   może   stracić.   W   końcu   wpadłem   na   pomysł,   który 

powinien ocalić uśmiechy na naszych twarzach.

- Słuchaj - zaproponowałem - powiedzmy, że ten kto przegra, stawia obiad. A zwycięzca 

wybiera lokal.

- Ja wybieram „21” - oświadczyła.

- Nie mów „hop” - odparłem. - Ponieważ ja też wybiorę tę knajpę, muszę cię ostrzec: jem 

jak słoń.

- Nie   wątpię   -   skwitowała.   -   Biegasz   też.   Miałem   dość   tego   przekomarzania.   Cholera, 

zaczynajmy! Pozwoliłem jej pograć. Chciałem upokorzyć ją pod koniec i dlatego nie przykładałem 

się od razu do gry. Puściłem kilka łatwych piłek. Poruszałem się wolno. Nie atakowałem przy 

siatce. Natomiast Marcie grała zawzięcie, pełną parą.

Była  nawet niezła. Reagowała szybko. Prawie zawsze posyłała  celne piłki. Miała silny, 

trochę podkręcony serwis. Faktycznie dużo ćwiczyła i była całkiem dobra.

- Jesteś całkiem niezły!

Marcie Nash krzyknęła to do mnie po długiej, wyrównanej grze. Starałem się, jak mogłem, 

żeby  każdy  wygrywał  na  zmianę   po jednym   gemie.  Swoje  zabójcze  piłki   wciąż   chowałem  na 

koniec. Kilka razy pozwoliłem jej nawet przełamać mój serwis.

- Chyba będziemy musieli niedługo kończyć - powiedziała. - Muszę być w pracy o wpół do 

dziewiątej.

- O rany - stropiłem się (niezłe maskowanie, co?) - jeszcze tylko jeden, ostatni gem, dobrze? 

Dla przyjemności. Nazwiemy go „nagła śmierć”. Kto przegra, stawia obiad.

- No, dobra - zgodziła się Marcie Nash, trochę zmartwiona, czy nie spóźni się do pracy. 

Wielkie   mi   rzeczy.   Szef   będzie   niezadowolony   i   nie   da   jej   awansu.   Człowiek   powinien   mieć 

poważniejsze ambicje. - Tylko jeden krótki gem - przystała niechętnie.

- Panienko Nash - oznajmiłem - obiecuję panience, że będzie to najkrótszy gem w jej życiu.

Tak się stało. Pozwoliłem jej serwować. Lecz tym razem nie tylko atakowałem przy siatce, 

szarżowałem jak bawół! Bang, bang i po wszystkim. Marcie Nash odebrało mowę. Nie zdobyła ani 

jednego punktu.

background image

- Jasna cholera! - wykrztusiła. - Nabrałeś mnie!

- Powiedzmy, że potrzebowałem trochę czasu, żeby się rozgrzać - odparłem. - O rany, chyba 

nie spóźnisz się przez to do pracy?

- Nie przejmuj się, to nic takiego - wyjąkała, nie mogąc wyjść z szoku. - O ósmej w „21”?

Skinąłem głową.

- Mam zarezerwować stolik na nazwisko Gonzales? - dopytywała się.

- Nie,   to   tylko   mój   tenisowy   pseudonim.   Poza   kortem   nazywam   się   Barrett.   Wielki 

Pretendent Oliver Barrett.

- Och - powiedziała. - Bardziej podobało mi się Gonzales. - I pomknęła do damskiej szatni. 

Z jakiegoś dziwnego powodu uśmiechnąłem się.

- Co pana tak bawi?

- Słucham?

- Uśmiecha się pan - powiedział doktor London.

- To długa i nieciekawa historia - odparłem. Wyjaśniłem mu jednak, co było powodem, że 

ponury, przygnębiony Barrett zrzucił na chwilę swoją tragiczną maskę.

- Nie   chodzi   o   samą   dziewczynę   -   podsumowałem   na   koniec   -   lecz   o   zasadę.   Lubię 

upokarzać agresywne kobiety.

- I nic więcej? - upewnił się doktor.

- Nic - odparłem. - Poza tym, ona ma marny backhand.

background image

11.

Pachniała pieniędzmi.

Nie znaczy to wcale, że była ubrana ekstrawagancko. Wręcz przeciwnie. Promieniowała 

absolutną   prostotą   najwyższego   rzędu.   Jej   włosy   były   jednocześnie   rozpuszczone   i   spięte.   Jak 

gdyby fotograf od ładnych babek uchwycił ją szybkostrzelnym obiektywem.

Wprawiało mnie to w zakłopotanie. Schludność panny Marcie Nash, jej doskonała sylwetka 

i opanowanie sprawiały, że czułem się jak resztki obiadu z zeszłego tygodnia.

Na pewno jest modelką. Albo przynajmniej ma do czynienia ze światem mody.

Podszedłem do jej stolika. Siedziała na uboczu.

- Cześć - przywitała mnie.

- Mam nadzieję, że nie czekałaś długo.

- Właściwie przyszedłeś za wcześnie - odparła.

- To znaczy, że ty musiałaś przyjść jeszcze wcześniej - powiedziałem.

- Tak, to logiczny wniosek, panie Barrett. - Uśmiechnęła się. - Usiądziesz czy będziesz 

czekał na pozwolenie?

Usiadłem.

- Co pijesz? - spytałem, wskazując na pomarańczowy płyn w jej szklance.

- Sok pomarańczowy - odpowiedziała.

- Z czym?

- Z lodem.

- Sam sok?

Skinęła głową. Zanim zdążyłem zapytać o powód jej wstrzemięźliwości, zjawił się kelner i 

powitał nas, jakbyśmy byli stały mi gośćmi.

- Jak się dzisiaj czujemy?

- Świetnie. Co macie dobrego? - uciąłem, żeby nie podtrzymywać tej drętwej gadki.

- Małże są wyśmienite...

- Specjalność Bostonu - powiedziałem tonem gastronomicznego szowinisty.

- Nasze pochodzą z Long Island - odparł.

- Dobra, zobaczymy. - Zwróciłem się do Marcie. - Spróbujemy miejscowej podróbki?

Marcie zgodziła się uśmiechem.

- Co na początek? - Kelner spojrzał na nią.

- Młode listki sałaty skropione sokiem cytrynowym.

Teraz nie miałem już wątpliwości, że jest modelką. W przeciwnym razie to zagładzanie się 

nie  miałoby  sensu.  Tymczasem   zamówiłem  fettucini.  (  - Nie  żałujcie   masła  -  rzuciłem).   Nasz 

background image

gospodarz ukłonił się i zniknął bez śladu.

Zostaliśmy sami.

- No   i   tak   sobie   siedzimy   -   powiedziałem.   (Przyznaję,   że   ćwiczyłem   ten   wstęp   całe 

popołudnie).

Zanim zgodziła się, że istotnie siedzimy, przerwano nam znowu.

- Wina, monsieur? Spojrzałem pytająco na Marcie.

- Zamów dla siebie - odparła.

- Nie chcesz nawet wina?

- Staram się zachować w tym względzie cnotę - powiedziała. - Ale polecam ci doskonałe 

Mersault. Bez toastu twoje zwycięstwo będzie niepełne.

- Mersault - powiedziałem do drugiego kelnera.

- Rocznik 66, jeśli można - dorzuciła po przyjacielsku Marcie. Kelner zniknął bez śladu i 

znów znaleźliśmy się sami.

- Dlaczego w ogóle nie pijesz? - spytałem.

- To nie z powodu zasad moralnych. Po prostu lubię panować nad swoimi zmysłami.

Co to miało, u diabła, znaczyć? Niby nad którymi zmysłami?

- Więc   jesteś   z   Bostonu?   -   spytała   Marcie.   (Jak   widać,   nie   była   to   zupełnie   swobodna 

rozmowa).

- Tak - przyznałem. - A ty?

- Ja nie jestem z Bostonu - odparła. Lekka zniewaga?

- Zajmujesz się modą? - pytałem dalej.

- W pewnym sensie. A ty?

- Mój biznes to prawa człowieka - odpowiedziałem.

- Odbierasz   je   czy   przyznajesz?   -   Uśmiechnęła   się   i   zapomniałem   już,   czy   było   to 

sarkastyczne pytanie.

- Próbuję nauczyć rząd posłuszeństwa - powiedziałem.

- To nie takie łatwe - zauważyła Marcie.

- Jeszcze mi się nie udało.

Nadszedł kelner od win i napełnił rytualnie mój kieliszek. Zamieniłem się w prawdziwą 

duszę towarzystwa. Można powiedzieć - strumień opowieści. O tym, jakimi sprawami zajmują się 

teraz postępowi prawnicy.

Przyznaję, że nie bardzo potrafiłem rozmawiać z... kobietami.

Chcę powiedzieć, że upłynęło już wiele lat, odkąd ostatni raz byłem na tak zwanej randce. 

Przeczuwałem jednak, że lepiej nie rozprawiać wtedy na swój temat. ( - Ale egocentryk! - mówi 

potem dziewczyna do koleżanki z pokoju).

background image

Rozmawialiśmy więc lub raczej wykładałem na temat wyroków Sądu Warrena w zakresie 

praw jednostki. Czy ludzie Burgera ciągle będą powoływać się na Czwartą Poprawkę? To zależy, 

kogo wybiorą na miejsce Fortasa. Zatrzymaj swój egzemplarz Konstytucji, Marcie. Kto wie, czy nie 

przestaną jej wkrótce drukować.

Właśnie zaczynałem mówić o Pierwszej Poprawce, gdy opadli nas kelnerzy z małżami z 

Long Island. Owszem, były całkiem niezłe. Choć nie takie jak w Bostonie. W każdym razie, co do 

Pierwszej Poprawki, rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego nie brzmiały jednoznacznie!

Jak to możliwe, żeby w sprawie „O’Brien przeciwko Stanom Zjednoczonym” zasądzić, że 

spalenie karty powołania do wojska nie jest aktem symbolicznym, a potem odwrócić wszystko do 

góry nogami i w sprawie „Tinker przeciwko miastu Des Moines” zawyrokować, że noszenie opasek 

na  ręku  po  to,   żeby  zaprotestować  przeciw  wojnie,   to  oczywisty   akt  symboliczny.  Więc  jakie 

właściwie jest ich stanowisko?

- Nie wiesz? - spytała Marcie. Zanim zdążyłem ocenić, czy chce mi dać w ten sposób do 

zrozumienia, że powiedziałem już o wiele za dużo, zjawił się znów starszy kelner, żeby zapytać, 

czy chcemy coś na zakończenie. Zamówiłem pot de creme au chocolat i kawę. Marcie piła tylko 

herbatę. Zrobiło mi się trochę nieswojo. Może powinienem ją spytać, czy nie gadałem za dużo? 

Albo przeprosić? Przecież mogła mi przerwać, gdyby chciała.

- Broniłeś we wszystkich tych rozprawach? - spytała Marcie (z kpiną w głosie?).

Oczywiście,  że  nie.  Ale właśnie mam  być  obrońcą  posiłkowym  w  pewnym  odwołaniu. 

Chodzi o zdefiniowanie kategorii:  zwolnienie ze służby wojskowej ze względu na przekonania 

religijne.   Jako   precedens   służy   sprawa   „Webber   przeciwko   służbie   przymusowej”

,   którą 

prowadziłem. Poza tym, pracuję jeszcze społecznie...

- Chyba nigdy nie odpoczywasz - powiedziała.

- No cóż, jak powiedział Jimmy Hendrix w Woodstock: „Świat lepi się od brudu i trzeba go 

wyszorować”.

- Byłeś tam?

- Nie, po prostu czytam „Time”, żeby szybciej zasnąć.

- Ach, tak - powiedziała Marcie.

Czyżby dawała mi znać, że ją rozczarowałem? Może byłem nudny? Teraz uświadomiłem 

sobie, że przez ostatnią godzinę (albo półtorej!) nie dałem jej dojść do głosu.

- Co właściwie masz wspólnego z modą? - zapytałem.

- Nic społecznie użytecznego. Pracuję w jednym ze sklepów Binnendale’a. Znasz tę sieć?

Któż nie słyszało tych wytwornych sklepach! O tym czterdziestokaratowym klejnocie dla 

wybitnych konsumentów! W każdym razie ten szczegół sporo wyjaśniał. Panna Nash znakomicie 

pasowała   do   tego   szpanerskiego   interesu:   atrakcyjna,   stanowcza,   jasnowłosa,   wygadana   jak 

background image

absolwentka   Bryn   Mawr

,   prawdopodobnie   potrafiła   swoim   słodkim   głosem   sprzedać   damską 

torebkę krokodylowi.

- Nie   zajmuję   się   tak   bardzo   sprzedażą   -   odparła   na   moje   kolejne,   niezręczne   pytanie. 

Uznałem ją za początkującą adeptkę sztuki sprzedawania, o wielkich ambicjach.

- No   to   co   właściwie   robisz?   -   rąbnąłem   prosto   z   mostu.   W   ten   sposób   łamie   się 

przesłuchiwanych świadków. Powtarzaniem tych samych pytań w innej formie.

- Słuchaj, jeszcze się nie połapałeś? - zniecierpliwiła się, trzymając rękę na swoim smukłym 

gardle. - Nie nudzi cię rozmowa o cudzych interesach?

Najwyraźniej chciała przez to powiedzieć, że jestem cholernie nudny.

- Mam nadzieję, że mój wykład prawniczy cię nie zmęczył?

- Nie, poważnie, ciekawie mówiłeś. Szkoda tylko, że nie powiedziałeś więcej o sobie.

Co ja miałem niby powiedzieć? Najlepszym ratunkiem była chyba prawda.

- Nie miałbym ci wtedy nic przyjemnego do powiedzenia.

- Dlaczego?

Cisza. Zajrzałem do swojej filiżanki z kawą.

- Byłem żonaty - powiedziałem.

- To nic niezwykłego - odparła. Choć raczej delikatnie.

- Moja żona zmarła. Chwila milczenia.

- Przepraszam cię - powiedziała Marcie.

- W porządku - odparłem. Nie było innej odpowiedzi. Przez jakiś czas siedzieliśmy bez 

słowa.

- Szkoda, że nie powiedziałeś mi wcześniej, Oliver.

- To nie takie proste.

- Nie pomaga ci mówienie o tym?

- Jezu, gadasz prawie jak mój psychiatra - stwierdziłem.

- Naprawdę? - spytała. - Chciałam zagadać tak jak mój.

- A tobie po co psychiatra? - spytałem zaskoczony, że ktoś tak opanowany jak ona może 

mieć coś wspólnego z lekarzami. - Ty nie straciłaś żony.

Był to dość ponury żart. I nieudany.

- Straciłam męża - odparła Marcie.

Barrett, masz rzeczywiście tyle delikatności co słoń!

- Jezu, Marcie - wykrztusiłem tylko.

- Nie zrozum mnie źle - dodała szybko. - To był tylko rozwód. Ale przy podziale majątku 

Michael zyskał wolność, a mnie dostały się wszystkie frustracje.

- Kim był pan Nash? - zapytałem niezmiernie zaciekawiony, jaki facet mógł usidlić taką 

background image

dziewczynę jak ona.

- Proszę, zmieńmy temat - zaproponowała. Wydało mi się, że w jej głosie zabrzmiał smutek.

Dziwne, ale poczułem ulgę na myśl, że pod chłodną powłoką Marcie Nash tkwi coś, o czym 

nie mogła mówić. Może nawet  były to bolesne wspomnienia. Wydała mi się przez to bardziej 

ludzka,   nie   tak   niedosiężna   na   swoim   piedestale.   Ale   wciąż   nie   wiedziałem,   o   czym   dalej 

rozmawiać. Marcie wiedziała:

- O kurczę, późno się robi.

Mój zegarek rzeczywiście pokazywał kwadrans przed jedenastą. Nadal jednak uważałem, że 

chce mi dać do zrozumienia, jak bardzo ją zawiodłem.

- Proszę o rachunek - rzuciła w stronę przechodzącego kelnera.

- Nie, zaczekaj - powiedziałem. - Ja chcę zapłacić.

- Nic podobnego. Umowa jest umową.

Prawda, z początku chciałem, żeby ona zapłaciła. Ale teraz czułem się winny i zamierzałem 

odpokutować za swoją gruboskórność, płacąc rachunek.

- Ja zapłacę - oświadczył wasz bohater, odrzucając jej protest.

- Czekaj tylko - zawołała Marcie. - Moglibyśmy spróbować się w zapasach, ale w ubraniach 

nie byłoby to zbyt zabawne. Więc daj sobie spokój, dobrze? - A potem zawołała: - Dmitri!

Znała imię kelnera!

- Słucham panią? - odparł Dmitri.

- Proszę dodać to do mojego rachunku i doliczyć napiwek.

- Oczywiście, proszę pani - powiedział i zniknął bezgłośnie. Czułem się nieswojo. Najpierw 

zirytowały mnie te zwierzenia przy obiedzie. A potem jeszcze ta aluzja do miłosnych zapasów: co 

robić, jeśli naprawdę zacznie mnie napastować? No i na dodatek miała własny rachunek w „21”! 

Kim była ta dziewczyna?

- Oliver - powiedziała, ukazując doskonałą biel swoich zębów. - Podrzucę cię do domu.

- Naprawdę?

- To po drodze - wyjaśniła.

Dłużej nie mogłem tego przed sobą ukrywać  - niepotrzebnie  głowiłem się nad tym,  co 

było... oczywiste.

- Ale, Oliver - dodała z powagą i chyba lekką nutą ironii - to, że postawiłam ci obiad, wcale 

nie oznacza, że musisz iść ze mną do łóżka.

- Och, co za ulga! - powiedziałem, udając, że udaję. - Nie chcę, żebyś odniosła wrażenie, że 

jestem podrywaczem.

- O, nie - odparła. - Podrywaczem na pewno nie jesteś.

Kiedy pruliśmy taksówką do mojej siedziby, nagle przyszło mi coś do głowy.

background image

- Słuchaj, Marcie - powiedziałem najnaturalniej w świecie.

- Tak?

- Powiedziałaś, że jest ci po drodze, a przecież nie wiesz, gdzie mieszkam.

- Och, po prostu wyglądasz na gościa z Manhattanu.

- A ty gdzie mieszkasz?

- Niedaleko ciebie - odparła.

- Dość niejasny adres. Twojego telefonu też pewnie nie ma w książce.

- Nie - przyznała.  Ale nie dodała  ani słowa wyjaśnienia.  Nie zostawiła mi  też swojego 

numeru.

- Marcie?

- Tak? - W jej głosie wciąż brzmiała niezmącona pewność siebie.

- Po co te wszystkie tajemnice?

Wyciągnęła ramię i położyła dłoń w skórzanej rękawiczce na mojej rozdygotanej pięści.

- Jedną chwileczkę, dobrze?

Cholera! O tej godzinie był niewielki ruch i taksówkarz dotarł z niezwykłą szybkością do 

mojego mieszkania - wcale nie byłem mu za to wdzięczny.

- Proszę chwilę zaczekać - poprosiła Marcie kierowcę. Nadstawiłem uszu, żeby usłyszeć, 

czy nie poda mu następnego adresu. Ale była na to za cwana. Uśmiechnęła się do mnie i mruknęła 

zalotnie: - Serdeczne dzięki!

- Ależ nie - odparłem z natarczywą uprzejmością. - To ja powinienem ci podziękować.

Znów zapadło milczenie. Niech mnie szlag trafi, jeśli mam błagać o dalsze informacje. 

Wyszedłem z taksówki.

- Oliver! - zawołała. - Zagramy znów w następny wtorek?

Ucieszyłem   się,   że   to   zaproponowała.   Za   bardzo   jednak   dałem   to   po   sobie   poznać, 

odpowiadając:

- Ale to dopiero za tydzień. Dlaczego nie wcześniej?

- Bo będę w Cleveland - odpowiedziała Marcie.

- Przez cały czas? - spytałem z niedowierzaniem. - Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś spędził 

w Cleveland cały tydzień.

- Porzuć swoje wschodnie uprzedzenia, przyjacielu. Zadzwonię do ciebie w poniedziałek 

wieczorem, żeby to potwierdzić. Dobrej nocy, słodki książę!

W tej samej chwili taksówkarz, który, widać, znał dobrze tekst Hamleta, wyrwał z miejsca.

Otwierając trzeci zamek do drzwi, zacząłem wpadać w złość. Co tu, do diabła, było grane?!

I co to, do diabła, za jedna?!

background image

12.

- Niech to szlag, ona coś ukrywa.

- Ma   pan   na   ten   temat   jakieś   podejrzenia?   -   spytał   doktor   London.   Ciągle,   ilekroć 

wygłosiłem prosty, realistyczny sąd, domagał się, żebym  puścił wodze fantazji. Przecież nawet 

Freud opisywał pojęcie zwane rzeczywistością!

- Panie doktorze, to nie żadne majaki. Marcie Nash mnie nabiera.

- Hmm.

Nie zapytał, dlaczego tak bardzo zajmuję się ledwo co poznaną osobą. Ja natomiast często 

zadawałem sobie to pytanie i odpowiadałem, że lubię konkurencję i po prostu nie chcę przegrać w 

dziwnej grze prowadzonej przez Marcie.

Zdobyłem się na cierpliwość i opowiedziałem doktorowi dokładnie o swoich odkryciach. 

Poprosiłem Anitę, moją niezawodną sekretarkę, żeby połączyła mnie z Marcie. ( - Cześć, chciałem 

się tylko przywitać - powiedziałbym do słuchawki). Oczywiście, moja ofiara nie zdradziła mi, gdzie 

można ją znaleźć. Ale Anita była geniuszem w odnajdywaniu ludzi.

W   biurze   sieci   Binnendale,   gdzie   zadzwoniła   najpierw,   twierdzili,   że   wśród   ich 

pracowników nie ma żadnej Marcie Nash. Nie zraziło to Anity. Zadzwoniła potem do wszystkich 

możliwych  hoteli  na terenie  Cleveland,  łącznie  z modnymi  przedmieściami.  Kiedy to nie  dało 

rezultatu,   przypuściła   atak   na   motele   i   skromniejsze   hoteliki.   Wciąż   bez   powodzenia.   W   całej 

okolicy Cleveland nie było żadnego śladu panny lub pani Marcie Nash.

No tak,  quod erat demonstrandum

.  Niech ją szlag, skłamała. Wniosek - musi być gdzieś 

indziej.

- A zatem - spytał bez pośpiechu doktor - do jakich wniosków pan doszedł?

- Ale to wnioski, nie podejrzenia! - dodałem szybko. Nie złożył protestu. Sprawa była nadal 

w toku, a ja zdobyłem sobie silną pozycję. Rozmyślałem nad tym cały dzień.

- Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że z kimś mieszka. Tylko to wyjaśnia, dlaczego 

nie dała mi swojego adresu ani numeru telefonu. Możliwe nawet, że nadal jest mężatką.

- To po co się z panem spotyka?

Chryste, ale ten doktor London był naiwny! Albo zacofany. A może ironizował.

- Nie wiem. W artykułach, które czytam, piszą, że żyjemy w wyzwolonych czasach. Może 

więc postanowili oboje, że uatrakcyjnią swój związek.

- Ale jeśli ona jest taka wyzwolona, jak pan mówi, to dlaczego panu tego po prostu nie 

powie?

- To właśnie cały paradoks. Zdaje się, że Marcie ma już trzydziestkę, choć wygląda na 

znacznie młodszą. Znaczy to, że jest wytworem wczesnych lat sześćdziesiątych, tak jak ja. Wtedy 

background image

wcale nie panowała tak wielka swoboda. Kobiety z jej rocznika wciąż nie mogą uwolnić się od 

pewnych zasad, więc mówią, że jadą do Cleveland, kiedy zamierzają się pieprzyć na Bermudach.

- To są te podejrzenia?

- Albo na Barbados, na litość boską! - krzyknąłem. - Ale na pewno jest na wakacjach z 

facetem, z którym mieszka. Może to jej mąż, a może nie.

- A w panu wzbudza to gniew...

Nie trzeba było kończyć studiów psychiatrycznych, żeby dostrzec, że jestem wściekły!

- Bo nie była ze mną szczera, do cholery!

Ciekawe, czy pacjent w poczekalni, przeglądający stare numery „New Yorkera”, słyszał mój 

wrzask?

Zamknąłem   się   na   chwilę.   Dlaczego   tak   się   wysilam,   żeby   przekonać   go,   jaki   jestem 

spokojny?

- Chryste, żal mi każdego faceta, który angażuje się w związek z taką wredną hipokrytką.

- Angażuje się? - podchwycił doktor London, zwracając to określenie przeciwko mnie.

- No, nie - roześmiałem się. - Ja się zupełnie nie angażuję. Mam zamiar nie tylko ją skreślić. 

Wyślę tej dziwce telegram, żeby poszła do diabła.

Znów milczenie.

- Tylko że nie mogę tego zrobić - przyznałem po chwili. - Nie znam jej adresu.

background image

13.

Właśnie śniło mi się, że śpię, kiedy, niech to szlag, obudził mnie czyjś telefon.

- Cześć. Przeszkadzam, przerywam czy niepokoję? - Telefonicznym wesołkiem była Marcie 

Nash. Inaczej mówiąc, chciała zapytać, czy dobrze się bawię, czy też czekam wiernie jak pies na jej 

telefon.

- To, co robię, jest objęte ścisłą tajemnicą - odparłem, dając jej do zrozumienia, że oddaję 

się jakimś lubieżnym praktykom. - Skąd, u diabla, dzwonisz?

- Z lotniska - odparła, jak gdyby była to prawda.

- Z kim tam jesteś? - spytałem od niechcenia, w nadziei, że ją zaskoczę.

- Z   kilkoma   zmęczonymi   biznesmenami   -   powiedziała.   Jasne,   musieli   się   porządnie 

zmęczyć nad swoimi interesami.

- Opaliłaś się? - spytałem.

- Co takiego? - zdziwiła się. - Co ty, Barrett, ćpasz? Otrzeźwiej i powiedz, czy gramy rano 

w tenisa.

Zerknąłem na zegarek na stoliku. Była prawie pierwsza w nocy.

- Już jest „rano” - odparłem zirytowany myślą o tym, co robiła przez cały tydzień, i jej 

nagłym telefonem. No i tym, że nie mogłem jej na niczym przy łapać. I całą tą przedłużającą się 

zagadką.

- Zagramy o szóstej rano? - dopytywała się. - Tak czy nie? Przez kilka ułamków sekundy w 

głowie zaroiło mi się od  różnych myśli. Skoro wracała z tropikalnych rozrywek, to dlaczego, do 

cholery, chciała grać ze mną w tenisa o tak wczesnej porze? Nie wystarczyłby jej do tego ten 

współlokator? Czy miałem być tylko jej partnerem do tenisa? A może tamten musiał wracać na 

śniadanie do swojej żony? Powinienem powiedzieć jej, żeby się odczepiła, i wracać do łóżka.

- Dobra, będę tam - potwierdziłem. Nie było to dokładnie to, co miałem na myśli.

*

Starłem ją na proch.

Rano na korcie nie miałem dla niej cienia litości. Nie wypowiedziałem ani słowa (oprócz: - 

Możemy zaczynać?) i grałem bardzo złośliwie. Do tego trzeba dodać fakt, że Marcie nieco wypadła 

z formy.  Była trochę blada. Czyżby padało na Bermudach? A może spędziła za dużo czasu w 

zamkniętych pomieszczeniach? Tak czy inaczej, nic mnie to nie obchodziło.

- Ho, ho - powiedziała,  oddychając  z  trudem,  kiedy rozgromiłem  ją po krótkiej  grze. - 

Pancho coś dzisiaj w złym nastroju.

- Miałem cały tydzień, żeby stracić dobry nastrój, Marcie.

- Co się stało?

background image

- Uznałem, że trochę przesadziłaś z tym dowcipem o Cleveland.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała niewinnym tonem.

- Słuchaj,   jestem   za   bardzo   wkurzony,   żeby   o   tym   mówić.   Marcie   wyglądała   na 

zakłopotaną. To znaczy, zachowywała się tak, jakby zupełnie nie miała pojęcia, co mam na myśli.

- Jesteśmy przecież dorośli - powiedziała. - Chyba możesz mi wyjawić, co cię gryzie?

- Szkoda gadać, Marcie.

- Dobra - zgodziła się z nutą rozczarowania w głosie. - Pewnie nie chcesz iść na obiad?

- Nie wiedziałem, że obiad też jest przewidziany.

- To nagroda dla zwycięzcy, zapomniałeś? Zastanawiałem się przez chwilę. Powiedzieć jej 

teraz? A może naciągnąć ją najpierw na wystawny obiad i dopiero potem posłać ją do wszystkich 

diabłów?

- No, dobra, postaw mi obiad - zgodziłem się trochę gburowatym tonem.

- Gdzie i kiedy? - spytała, najwyraźniej nie zrażona moim brakiem dobrych manier.

- Przyjadę po ciebie - powiedziałem ostro.

- Nie będzie mnie w domu - odpowiedziała. Tak, tak, znana śpiewka.

- Marcie, przyjadę po ciebie, nawet jeśli będziesz w Timbuktu.

- Zgoda, Oliver. Zadzwonię do ciebie około wpół do siódmej i powiem ci wtedy, gdzie 

jestem.

- A jeśli mnie nie będzie w domu? - odparłem. Całkiem niezła riposta, pogratulowałem 

sobie. I dodałem: - Czasem zdarzają mi się klienci, którzy mają biura w kosmosie.

- No to będę dzwonić, dopóki twoja rakieta nie wyląduje.

Ruszyła w stronę damskiej szatni i odwróciła się.

- Wiesz, Oliver, zaczynam wierzyć, że naprawdę jesteś stuknięty.

background image

14.

- No, wygrałem dużą sprawę!

Doktor London nie pośpieszył z gratulacjami. Wiedział jednak, że była to naprawdę duża 

sprawa, bo mówiłem o niej podczas poprzednich wizyt. Jeszcze raz streściłem mu casus „Channing 

przeciwko Riverbank”. Ostatni człon pochodzi od nazwy wytwornych apartamentów na East End 

Avenue,   a   pierwszy  od   nazwiska   Charlesa   F.   Channinga,   Jr.,   prezesa   firmy   Magnitex,   byłego 

członka drużyny narodowej ze stanu Pensylwania, wybitnego republikanina, o rzucającym się w 

oczy czarnym kolorze skóry. Jego podanie o kupno luksusowego mieszkania zostało z jakiegoś 

dziwnego   powodu   odrzucone.   Zaczął   więc   szukać   pomocy   prawnej.   Wybrał   biuro   J   &   M,   ze 

względu na nasz prestiż. Stary Jonas przekazał sprawę mnie.

Wygraliśmy bez trudu, nie odwołując się do ustanowionych niedawno praw lokalowych, w 

których   były   pewne dwuznaczności,   lecz  do  precedensu  sprawy „Jonas  przeciwko   Mayerowi”, 

rozstrzygniętej poprzedniego roku przez Sąd Najwyższy (sygnatura akt: 392, U.S., 409). Sędziowie 

orzekli wtedy, że ustawa o prawach obywatelskich z 1866 roku gwarantuje każdemu nieskrępowane 

prawo do zakupu nieruchomości. Było to solidnie poparte przez treść Pierwszej Poprawki. Toteż 

firma Riverbank dostała porządne cięgi. A mój klient wprowadza się do nowego mieszkania pod 

koniec tego miesiąca.

- Przynajmniej  raz udało mi  się zarobić trochę pieniędzy dla naszej  firmy - dodałem.  - 

Channing jest milionerem.

London jednak nadal powstrzymywał się od komentarza.

- Stary Jonas zaprosił mnie na lunch. Marsh, druga połowa firmy, wpadł do mnie na kawę. 

Przebąkiwali coś o spółce...

Wciąż ani słowa. Czym można poruszyć takiego faceta?

- Mam zamiar uwieść dziś Marcie Nash!

Aha. Chrząknął.

- Nie pyta pan dlaczego? - spytałem tonem, który domagał się odpowiedzi.

- Podoba się panu - odparł cicho.

Wybuchnąłem śmiechem. Nic nie rozumiał. Wyjaśniłem mu więc, że to jedyny sposób, żeby 

ją rozszyfrować. Może prymitywny (i cyniczny),  ale doskonały,  żeby poznać prawdę. A kiedy 

dowiem się już, co Marcie ukrywa, po prostu zostawię ją, odejdę i poczuję się świetnie.

Jeśli London znów ośmieli się zapytać o moje podejrzenia, po prostu wyjdę z gabinetu.

Nie   zapytał.   Zamiast   tego,   kazał   mi   zastanowić   się,   dlaczego   popadam   w   takie 

samouwielbienie. Dlaczego pysznię się w rozmowie jak jakiś cholerny paw? Czy prawnicze triumfy 

miały odciągnąć moją uwagę od jakichś innych... niepewności?

background image

Oczywiście, że nie. Dlaczego miałbym czuć się niepewnie?

To tylko dziewczyna.

A może nie o to chodziło?

- Marcie, jestem nagi.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Właśnie biorę prysznic.

- Mam zadzwonić później? Nie chcę przeszkadzać w twoim comiesięcznym obrzędzie.

- Nic nie szkodzi - burknąłem, puszczając mimo uszu jej docinek. - Powiedz tylko, gdzie 

jesteś.

- Centrum handlowe White Plains. W sklepie Binnendale.

- Wyjdź na zewnątrz za dwadzieścia minut, przyjadę po ciebie.

- Oliver - powiedziała - to piętnaście mil od ciebie!

- No dobrze - odparłem naturalnym głosem. - Przyjadę za piętnaście minut.

- Oliver, zrób mi jedną małą przysługę.

- Jaką? - spytałem.

- Włóż na siebie ubranie.

Dzięki technicznej doskonałości mojego wozu Targa 911S oraz dzięki mojej pomysłowości 

za kierownicą (wyprzedzam nawet na ciągłej linii - gliniarzom do tego stopnia odbiera mowę, że 

nawet mnie nie zatrzymują), zajechałem pod centrum handlowe dwadzieścia siedem minut później.

Marcie Nash czekała (albo pozowała) dokładnie tam, gdzie jej kazałem. W ręku trzymała 

pakunek. Miała jeszcze lepszą - jeśli to możliwe - figurę niż tamtego wieczoru.

- Witaj! - zawołała. Kiedy wyskoczyłem z wozu, podeszła i pocałowała mnie w policzek. I 

wcisnęła mi do ręki swój pakunek. - Masz tu mały prezencik, który cię udobrucha. A przy okazji, 

podoba mi się twój samochód.

- Ty mu się też podobasz.

- No to pozwól mi prowadzić.

O nie, tylko nie mojego małego porsche! Nie mógłbym...

- Innym razem, Marcie - odmówiłem.

- Proszę cię, znam drogę - nalegała.

- Dokąd?

- Tam, dokąd jedziemy. Proszę cię...

- Nie, Marcie. To zbyt delikatna maszyna.

- Spokojna głowa - powiedziała, siadając za kierownicą. - Twoja maszyna będzie w rękach 

eksperta.

Przyznaję, że nie przesadziła. Prowadziła jak Jackie Stewart. Tylko że on nigdy nie brałby 

background image

ostrych zakrętów z taką prędkością jak Marcie. Szczerze przyznaję się do kilku napadów lęku. I do 

paru chwil całkowitej paniki.

- Podoba ci się? - spytała Marcie.

- Co takiego? - zdziwiłem się, udając, że nie patrzę na szybkościomierz.

- Twój prezent - odpowiedziała.

Ach, prawda, całkiem zapomniałem o próbie udobruchania mnie. Moje przerażone palce 

zaciskały się kurczowo na wciąż zapakowanym podarunku.

- Nie ściskaj go tak paluchami. Rozpakuj i obejrzyj.

Był to miękki, czarny, kaszmirowy sweter z wyhaftowanym z przodu logo Alfa Romeo. W 

żywej czerwieni.

- To od Emilio Ascarellego, tego przebojowego projektanta z Włoch...

Widocznie   Marcie   mogła   pozwolić   sobie   na   taki   prezent.   Ale   dlaczego   mi   go   kupiła? 

Pewnie z poczucia winy.

- Świetny prezent, Marcie. Bardzo dziękuję.

- Cieszę się, że ty się cieszysz - powiedziała. - Odgadywanie cudzych gustów to część mojej 

pracy.

- Ach, więc zajmujesz  się prostytucją  - odparłem z  lekkim  uśmieszkiem  dla  okraszenia 

swojego dowcipu.

- Tak jak każdy - powiedziała Marcie. Z wdziękiem. Urokliwie. I może szczerze?

Ktoś może zapytać, skąd wiedziałem, że uda mi się uwieść pannę Marcie Nash. Przecież nie 

byłem ostatnio zbyt pewny siebie.

Odpowiadam: To nic trudnego, kiedy człowiek nie jest emocjonalnie zaangażowany. Samo 

określenie „kochać się” sugeruje, że w grę wchodzą uczucia. Dzisiaj jednak często sprowadza się 

ten akt do rangi sportowego wyczynu. A w tej dziedzinie czułem się na tyle pewnie, aby poradzić 

sobie z Marcie Nash - co prawda, był to wynik psychicznego treningu.

A jednak im bardziej przyglądałem się nadobnemu kierowcy, zapominając o patrzeniu na 

deskę rozdzielczą, tym wyraźniej powracały do mnie myśli rozbudzone przez doktora Londona. 

Czy   naprawdę,   pomimo   całej   mojej   chęci   rozwiązania   tajemnicy   i   okazywanej   wrogości,   nie 

podobała   mi   się   choć   trochę   ta   dziewczyna?   Może   oszukiwałem   sam   siebie,   żeby   zatuszować 

niepokój? Ale czy naprawdę było możliwe, przeżywszy tak piękną miłość z Jenny Cavilleri, żeby 

teraz się rozdwoić? Jak podzielić akt miłosny, kochać się z pasją i jednocześnie nieszczerze?

Ludzie to potrafią. Ja pewnie też.

W swoim obecnym stanie uważałem, że mogę to robić wyłącznie bez udziału uczuć.

background image

15.

Przewodniki dają zajazdowi Le Mechant Loup w Bedford Hills trzy gwiazdki za kuchnię. 

Natomiast za hotel i wiejską atmosferę - pełne pięć. Położony pośród kojącej zieleni drzew (jak 

piszą), zajazd ten stanowi doskonałe schronienie przed frustracjami miejskiego życia.

Przewodniki nie wspominają jednak, że Le Mechant Loup doskonale nadaje się na schadzki. 

Obiad może być ledwo znośny, najważniejsze, że w pokojach na górze panuje atmosfera, którą tak 

chwalą recenzenci. Kiedy dowiedziałem się, że tam właśnie jedziemy, oceniłem swoje szanse na 

pięć gwiazdek.

A jednak byłem trochę poirytowany.

Kto wybrał to miejsce? Kto dokonał rezerwacji bez pytania się kogokolwiek o zdanie? I kto 

przyprowadził tu na pełnym gazie moje ukochane porsche?

Zjechaliśmy z autostrady, wjeżdżając na wąską, leśną drogę, która ciągnęła się nieznośnie 

długo. W końcu przed nami ukazało się światło. Lampa. I szyld: Zajazd Le Mechant Loup.

Marcie zwolniła (wreszcie!) i wjechała na podwórze. W świetle księżyca mogłem dostrzec 

tylko zarysy szwajcarskiej architektury. W środku płonęły dwa wielkie kominki, oświetlając salon i 

jadalnię.   Na  piętrach   panowała   ciemność.   Przechodząc   przez   parking,  zauważyłem   tylko   jeden 

samochód - biały mercedes. W środku też pewnie nie było tłumów. Dobra atmosfera dla intymnej... 

rozmowy.

- Mam nadzieję, że kuchnia okaże się warta naszej podróży - wypaliłem (niezłe, co?)... Mam 

nadzieję, że się nie rozczarujesz - powiedziała Marcie. I wzięła mnie pod ramię, gdy wchodziliśmy 

do środka.

Posadzono nas przy kominku. Zamówiłem coś do picia.

- Jeden sok pomarańczowy i karafkę jakiegoś taniego kalifornijskiego wina, byle nie Galio.

- Cesar Chavez

 byłby z ciebie dumny - oceniła Marcie, kiedy zniknęła kelnerka. - Dlaczego 

nie kazałeś jej sprawdzić, czy pomarańcze na sok były zbierane przez związek zawodowy?

- Ja nie wtrącam się do twoich zasad, Marcie. Rozejrzałem się. Byliśmy jedynymi gośćmi.

- Może   przyjechaliśmy   za   wcześnie?   -   powiedziałem,   To   jest   tak   daleko,   że   większość 

chyba przyjeżdża tu głównie na weekendy.

- Ach, tak - skwitowałem. I choć obiecałem sobie, że nie zapytam, zapytałem: - Byłaś tu 

przedtem?

- Nie - odparła Marcie. Uznałem jednak, że kłamie.

- Dlaczego wybrałaś takie odludzie?

- Słyszałam, że jest tu romantycznie. No i jest, nie uważasz?

- O tak... pięciogwiazdkowo - odparłem. I wziąłem ją za rękę.

background image

- W każdym pokoju na górze jest osobny kominek - oznajmiła.

- To świetnie - powiedziałem.

- Przede wszystkim ciepło - uśmiechnęła się.

Cisza. Zapytałem najnaturalniej w świecie:

- Na górze też mamy rezerwację? Skinęła głową. I dodała:

- Na wszelki wypadek.

Zastanawiałem się, dlaczego nie jestem tak podniecony, jak to sobie przedtem wyobrażałem.

- Na wypadek czego?

- Śnieżycy - odparła. I uścisnęła moją dłoń.

Kelnerka przyniosła szklankę Marcie i moją karafkę. Ogień w połączeniu z winem znów 

rozbudził we mnie instynkt poszukiwacza prawdy.

- Marcie, na jakie nazwisko zrobiłaś rezerwację?

- Kaczor Donald - odparła z pokerową twarzą.

- Pytam poważnie, Marcie. Chcę wiedzieć, jakie nazwiska podajesz w różnych hotelach.

- Co proszę?

- Na przykład w Cleveland.

- Znowu wracamy do tematu „Cleveland”? - zniecierpliwiła się Marcie.

- Powiedz tylko, pod jakim nazwiskiem występowałaś w Cleveland? - wtrącił się prawnik 

Barrett.

- Prawdę mówiąc, pod żadnym - odparła. Bez wahania. I bez zająknięcia.

Mam cię!

- To znaczy, nie spałam w hotelu - dodała zwyczajnie. Aha!

- W ogóle tam nie byłaś, co? Nachmurzyła się.

Oliver - powiedziała po chwili. - Po co to przesłuchanie? Uśmiechnąłem się. Nalałem sobie 

znowu, nie stawiając nawet kieliszka na stole. Zmieniłem linię przesłuchania.

- Marcie, przyjaciele powinni być ze sobą szczerzy, nie sądzisz? - Chyba zadziałało. Słowo 

„przyjaciele” wyraźnie ją poruszyło.

- Oczywiście - odparła.

Może udało mi sieją udobruchać tym łagodnym, przymilnym tonem głosu. Rąbnąłem więc 

wprost, bez cienia emocji:

- Marcie, czy ukrywasz przede mną niektóre fakty na swój temat?

- Naprawdę byłam w Cleveland, Oliver - zapewniła.

- Dobra, ale czy ukrywasz inne rzeczy?

Chwila milczenia.

A potem skinienie głową.

background image

Więc miałem rację. Atmosfera wreszcie się oczyściła. W każdym razie oczyszczała się.

Reszta była jednak milczeniem. Marcie po prostu siedziała i nie kwapiła się do żadnych 

wyjaśnień.   Ale   coś   najwyraźniej   pękło   w   jej   niezmąconej   pewności   siebie.   Sprawiała   niemal 

wrażenie bezbronnej. Poczułem do niej przypływ sympatii. Lecz odepchnąłem go od siebie.

- No więc...? - nalegałem.

Wyciągnęła rękę i dotknęła mojej dłoni.

- Słuchaj, wiem, że ostatnio zachowywałam się dziwnie. Ale daj mi czas. Dojdę do siebie.

Co to miało znaczyć? Jej ręka wciąż leżała na mojej.

- Zamówimy obiad? - spytała Marcie.

Co teraz? - zastanawiałem się. Zgodzić się na drobne odroczenie sprawy? Zaryzykować, że 

nigdy nie wrócimy do tego miejsca - progu prawdy?

- Marcie, czy moglibyśmy najpierw poruszyć jeden lub dwa tematy?

Zawahała się. Po chwili odparła:

- Skoro nalegasz.

- Proszę,   pomóż   mi   rozwiązać   tę   łamigłówkę,   dobrze?   Skinęła   zwyczajnie   głową.   A   ja 

zacząłem przedstawiać długą listę dowodów obciążających.

- Co można sądzić o kobiecie, która odmawia podania swojego adresu i telefonu? Która 

podróżuje i przebywa incognito w tajemniczych miejscach? Która nigdy dokładnie nie określiła 

swojego zawodu i konsekwentnie unika rozmów na ten temat?

Marcie nie podsunęła żadnego wyjaśnienia.

- Jaki wyciągasz wniosek? - spytała.

- Że żyjesz z kimś - odparłem spokojnie, bez oskarżycielskiego tonu.

Uśmiechnęła się, lekko zdenerwowana. I potrząsnęła głową.

- Możliwe też, że jesteś mężatką. Albo że on jest żonaty. Spojrzała na mnie.

- Czy mam zakreślić właściwą odpowiedź na twojej ankiecie?

- Tak.

- Żadna.

Zaraz w to uwierzę, pomyślałem.

- Po co bym się umawiała z tobą? - spytała.

- Wasza umowa tego nie wyklucza. Nie pochlebiło jej to.

- Oliver, nie jestem taka.

- W porządku, a jaka jesteś?

- Nie wiem - powiedziała. - Trochę zagubiona.

- Gówno prawda!

Wyrwało mi się to mimo woli. I natychmiast tego pożałowałem.

background image

- Czy to próbka pańskich manier z sali sądowej, panie Barrett?

- Nie - odparłem już uprzejmie. - Tylko trudno przygwoździć cię za krzywoprzysięstwo.

- Ohver,   przestań   być   takim   durniem!   Rzuca   się   na   ciebie   wcale   nie   najgorsza   i   nie 

najbrzydsza kobieta! A ty, zamiast zachować się jak normalny mężczyzna, odgrywasz przed nią 

Wielkiego Inkwizytora!

Ten przycinek o normalności naprawdę mi dopiekł. Ale dziwka.

- Słuchaj, Marcie, jeśli ci się to nie podoba, możemy dać sobie spokój.

- Nie zauważyłam,  żebyś  chciał mi dać coś innego. Ale jeśli odczuwasz nagłą potrzebę 

pójścia do sądu, do kościoła albo do klasztoru - proszę bardzo!

- Z przyjemnością! - syknąłem i wstałem z miejsca.

- Do widzenia - powiedziała.

- Do widzenia - odparłem. Ale żadne z nas ani drgnęło.

- Idź, ja zapłacę - ponagliła mnie. I machnęła ręką, jakby odganiała muchę.

Nie miałem zamiaru dać się tak przepędzić.

- Słuchaj, nie jestem skończonym draniem. Nie zostawię cię samej na tym odludziu.

- Daruj sobie tę szlachetność. Mam na zewnątrz samochód. Znów puścił mi kolejny wentyl! 

Jeszcze jedno kłamstwo, na którym przyłapałem tę dziwkę!

- Podobno nigdy przedtem tu nie byłaś, Marcie. Skąd wziął się ten twój samochód, może 

jest zdalnie sterowany?

- Nie   twój   cholerny   interes   -   warknęła   ze   złością   -   ty   paranoiku!   Ale   żeby   ci   ułatwić 

rozważania zostawił go tu facet, z którym pracuję. Bez względu na koniec naszego rendez - vous 

muszę być rano w Hartford.

- Dlaczego w Hartford? - dopytywałem się, choć rzeczywiście nie był to wcale mój interes.

- Mój tajemniczy kochanek chce mi wykupić kilka ubezpieczeń! - wrzasnęła Marcie. - Idź 

teraz pomoczyć sobie głowę.

Naprawdę posunąłem się za daleko i za szybko. Czułem zamęt. To znaczy wiedziałem, że 

powinniśmy   przestać   krzyczeć   na   siebie   i   usiąść.   Ale   zamiast   tego,   po   prostu   wysłaliśmy   się 

nawzajem do wszystkich diabłów. I musiałem odejść.

Kropił letni deszczyk, kiedy mocowałem się z drzwiami samochodu.

- Zrobimy rundkę po okolicy?

Marcie stała za mną z bardzo poważną miną. Wyszła z zajazdu bez żadnego okrycia.

- Nie, Marcie - odmówiłem. - I tak za bardzo kręcimy się w kółko. - Udało mi się otworzyć 

drzwi.

- Mam powody, Oliver.

- O, nie wątpię.

background image

- Nie dałeś mi nawet cienia szansy.

- A ty nie powiedziałaś nawet słowa prawdy. Wsiadłem i zatrzasnąłem drzwi. Marcie nadal 

stała   w   miejscu,   kiedy   zapalałem   silnik.   Nieruchoma,   wpatrzona   we   mnie.   Mijając   ją   powoli, 

opuściłem szybę.

- Zadzwonisz do mnie? - spytała cicho.

- Zapominasz - odparłem bez cienia ironii - że nie znam twojego numeru. Pomyśl o tym.

Z tymi słowami zmieniłem biegi i wyrwałem z podwórza na drogę.

A teraz do Nowego Jorku, zapomnieć na zawsze o pannie Marcie Nash.

background image

16.

- Czego się pan przestraszył?

Był   to   jedyny   komentarz,   na   jaki   zdobył   się   doktor   London,   kiedy   zdałem   mu   ze 

wszystkiego sprawę.

- Wcale nie powiedziałem, że się przestraszyłem.

- Ale uciekł pan.

- Proszę posłuchać, przecież to jasne jak słońce, że Marcie chce mnie usidlić.

- To znaczy uwieść?

Naprawdę był naiwny.

- Chce mnie usidlić - wyjaśniłem, siląc się na cierpliwość - bo nazywam się Barrett i nie 

trzeba długo węszyć, żeby dowiedzieć się, że pochodzę z nadzianej rodziny.

Wreszcie wyrzuciłem to z siebie. Na sali rozpraw zapadła cisza.

- Sam   pan   w   to   nie   wierzy   -   przemówił   w   końcu   doktor   London.   Pewność,   z   jaką   to 

powiedział, zbiła mnie z tropu.

- Chyba nie - zgodziłem się.

Znowu chwila milczenia.

- No, dobrze, pan tu jest lekarzem. To co takiego właściwie czułem?

- Jest pan tu właśnie po to, by poprawić komunikowanie się z samym sobą. - Spytał jeszcze 

raz: - Więc jak się pan czuł?

- Byłem trochę bezradny.

- A poza tym?

- Lekko przestraszony.

- Czym?

Nie potrafiłem od razu odpowiedzieć. Prawdę mówiąc, nie mogłem wydusić tego z siebie na 

głos. Tak, bałem się. Ale nie tego, że powie mi: - Zgadza się, żyję ze słynnym futbolistą, który ma 

doktorat z astrofizyki i który mnie podnieca.

Nie. Myślę raczej, że bałem się usłyszeć coś w rodzaju: - Podobasz mi się, Oliver.

Wstrząsnęłoby to mną o wiele bardziej.

Załóżmy,  że Marcie rzeczywiście coś ukrywa. Ale przecież nie jest ani Matą Hari

, ani 

dziwką babilońską. Jedyną jej wadą było w gruncie rzeczy to, że nie miała jakiejś oczywistej, łatwej 

do wytknięcia wady. (Usiłowałem ją znaleźć!) A jej kłamstwa, cokolwiek za nimi stało, wcale nie 

usprawiedliwiały oszustwa, którym sam się karmiłem. Że nie jestem... zaangażowany.

W rzeczywistości chyba byłem. Raczej na pewno byłem.

To dlatego wpadłem w panikę i uciekłem. Obdarzając kogoś nawet najsłabszym uczuciem, 

background image

miałem wrażenie, że zdradzam jedyną dziewczynę, którą kochałem.

Lecz jak długo jeszcze mogłem żyć w ten sposób, ciągle uważając, żeby ludzkie uczucia nie 

wymknęły mi się spod kontroli! Prawdę mówiąc, mój zamęt jeszcze bardziej się pogorszył. Zaczęły 

mnie teraz nękać dwa pytania.

Pierwsze: Jak radzić sobie ze wspomnieniami o Jenny?

Drugie: Jak odnaleźć Marcie Nash?

background image

17.

- Barrett, ty pieprzony wariacie!

- Uspokój się, Simpson! - odszczeknąłem, ruszając na niego gwałtownie, żeby się uciszył.

- O co chodzi, boisz się, że obudzę piłeczki do tenisa? - warknął. Był oburzony i nic nie 

rozumiał.

Miał do tego prawo. Właśnie minęła szósta rano. Wyciągnąłem go ze szpitala, żeby zagrać z 

nim w tenisa w klubie Gotham.

- Ech, Barrett - jęknął Simpson, przebierając się z bieli szpitalnej w biel tenisową, którą mu 

dostarczyłem. - Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego to takie ważne?

- Zrób to dla mnie, Steve - prosiłem. - Potrzebuję partnera, któremu mogę zaufać.

Nie rozumiał. Nie powiedziałem mu wszystkiego.

- Słuchaj, kiedy tylko mogę się wyrwać, biegam z tobą. Nie mogę poświęcić życia, żebyś ty 

mógł pogłębiać swój masochizm. Dlaczego, do cholery, o świcie?

- Proszę   cię   -   powtórzyłem.   Tak   żarliwie,   że   wzbudziłem   chyba   jego   współczucie. 

Przynajmniej zamknął się.

Wyszliśmy z szatni powolnym krokiem. On ociągał się ze zmęczenia, ja z wyrachowania.

- Mamy kort numer sześć - oświadczył Steve. I ziewnął.

- Wiem - powiedziałem. Kiedy szliśmy na miejsce, przyglądałem się badawczo graczom na 

kortach od pierwszego do piątego. Żadnej znajomej twarzy.

Odbijaliśmy piłki do ósmej rano, aż Simpson zaczął padać z nóg. Błagał mnie, żeby już 

skończyć. Ja też nie byłem w najlepszej formie.

- Grałeś jak baba - wysapał. - Też musisz być przemęczony.

- Tak, tak - rzuciłem na odczepnego. Ciekawe, gdzie ona była? Może w Cleveland?

- Steve, mam do ciebie ogromną prośbę.

- Jaką? - spytał, rzucając mi podejrzliwe spojrzenie.

- Zagrajmy jeszcze raz. Jutro.

W moim błagalnym tonie słychać było palącą potrzebę.

- Dobra. Ale nie o szóstej rano.

- W tym właśnie rzecz - powiedziałem. - To musi być znów o szóstej rano!

- Nie, cholera, są pewne granice! - parsknął Simpson. I walnął w szafkę ze zdenerwowania.

- Proszę cię - nalegałem. A potem wyznałem: - Steve, tu chodzi o dziewczynę.

Jego znużone oczy otworzyły się szerzej.

- O dziewczynę?

Skinąłem głową. Powiedziałem, że spotkałem ją tutaj, w klubie, i że nie wiem, jak inaczej ją 

background image

odnaleźć.

Simpsonowi wyraźnie ulżyło, gdy usłyszał, że zainteresowałem się kimś. Zgodził się zagrać. 

Dopiero potem przyszło mu do głowy: - A co będzie, jeśli ona jutro też nie przyjdzie?

- Będziemy musieli próbować aż do skutku.

Wzruszył tylko ramionami. Prawdziwy przyjaciel - nawet jeśli ledwo trzyma się na nogach - 

nie zawiedzie w potrzebie.

W   pracy   bez   przerwy   zadręczałem   Anitę.   Nawet   gdy   odchodziłem   od   biurka   tylko   na 

chwilę, żeby załatwić naturalną potrzebę, wracałem czym prędzej, wołając od progu:

- Dzwonił ktoś?

A kiedy Anita  wychodziła  na lunch,  zostawałem  na miejscu i  kazałem  sobie  przynieść 

kanapkę. W ten sposób mogłem stale czuwać przy telefonie (nie miałem zaufania do tego nowego 

chłopaka w centrali) na wypadek, gdyby zadzwoniła Marcie.

Tylko że nie zadzwoniła.

W środę po południu musiałem iść do sądu, żeby złożyć  wniosek w sprawie czynności 

przygotowawczych. Zajęło mi to całe dwie godziny. Wróciłem do biura jakiś kwadrans przed piątą.

- Dzwonił ktoś, Anita?

- Tak.

- Kto...?

- Twój lekarz. Będzie w domu po ósmej wieczorem.

O co tu chodziło? Czyżby London, z którym nie mogłem się zobaczyć tego dnia, uznał, że 

wpadam w depresję?

- Co dokładnie miałaś mi przekazać?

- Jezu, Oliver, przecież ci mówię. Prosiła tylko...

- Ona?

- Pozwól mi dokończyć, dobrze? Prosiła tylko, żeby ci powiedzieć: „Doktor Stein będzie 

wieczorem w domu!”

- Doktor Stein... - powtórzyłem, wyraźnie rozczarowany. Więc to Joanna.

- A kogo się spodziewałeś, doktora Jonasa Salka

? - spytała Anita.

Przemknęła mi błyskawiczna myśl: może potrzebowałem przyjacielskiej pogawędki z kimś 

takim jak Joanna. Nie, to nie byłoby w porządku. Ona jest za bardzo... towarzyska dla mnie.

- I nic więcej? - burknąłem.

- Kilka notatek służbowych. Mogę już iść?

- Tak, tak.

Rzuciłem   się   do   biurka.   Łatwo   się   domyślić,   że   notatki   służbowe   w   firmie   prawniczej 

dotyczą rozmaitych prowadzonych przez nią spraw. Ani słowa od Marcie.

background image

Dwa dni później stary Jonas zaprosił mnie do swojego gabinetu na spotkanie. Niech to 

szlag. Obiecałem Anicie, że postawię jej lunch, jeśli będzie czuwać przy telefonie. Szef wezwał 

mnie - znów w porozumieniu z panem Marshem - żeby porozmawiać o sprawie Harolda Baye'a, 

który zakładał podsłuchy dla FBI i pewnego dnia zorientował się, że sam jest podsłuchiwany. Tego 

typu spraw było coraz więcej. Harold opowiadał przerażające rzeczy o inwigilowaniu niektórych 

pracowników Białego Domu.

Oczywiście, nie śmierdział groszem. Ale Jonas uznał, że powinniśmy wziąć tę sprawę, żeby 

nadać jej publiczny rozgłos.

Ledwo spotkanie się skończyło, pognałem z powrotem do swojego biura.

- Dzwonił ktoś, Anita?

- Tak, z Waszyngtonu - odparła, jakby wciąż była pod wrażeniem tego telefonu. - Dyrektor 

OEO

∗∗

.

- Och - powiedziałem bez wielkiego entuzjazmu. - Nikt więcej?

- Czekasz na telefon od Jacqueline Onassis?

- Słuchaj, Anita, nie wymądrzaj się, dobrze? - odparłem oziębłym tonem. I wkroczyłem do 

swojego gabinetu.

Po drodze usłyszałem, jak Anita mruczy pod nosem, szczerze zakłopotana:

- Co go ugryzło?

Oczywiście, nie ograniczałem się do biernego czekania na telefon. Co rano grałem w tenisa. 

Kiedy  biedny  Simpson  nie  mógł  przyjść,  brałem  lekcje  u  starego  Petiego  Clarka,  zasłużonego 

weterana klubu.

- Mówię ci, synu. Stary Petie wszystkich uczył. Stąd jedzie się na Wimbledon.

- Uczył pan kiedyś Marcie Nash?

- Mówisz o tej ładnej dziewczynie...

- Tak, właśnie.

- ..;która wygrała finał debla razem z tym rudym gościem w 1948?

- Nieważne. To nic takiego, panie Petie.

- Prawdę mówiąc, nie pamiętam już, czy ją uczyłem.

A codziennie po południu biegałem. W przeciwną stronę niż wszyscy, żeby lepiej przyjrzeć 

się twarzom. Wciąż bez powodzenia. Czymkolwiek zajmowała się Marcie, musiało ją to wygnać z 

miasta na kilka ładnych dni. Ale nie zamierzałem się poddać.

Choć   natychmiast   zapisałem   się   do   klubu   tenisowego   Gotham   (jedynym   warunkiem 

przyjęcia   są   pieniądze),   nie   chcieli   mi   tam   pomóc.   To   znaczy,   biuro   nie   chciało   udzielić   mi 

jakiejkolwiek informacji na temat moich kolegów i koleżanek klubowych.

- Nie macie listy członków?

background image

- Tylko do użytku wewnętrznego. Przykro mi, panie Barrett.

Pod wpływem chwilowego stresu zastanowiłem się, czy nie poprosić Harolda Baye’a, żeby 

założyć im podsłuch. Ale rozmyśliłem się. Niech to będzie dowód, w jaką popadłem desperację.

Rozważałem nawet, w jaki sposób przeprowadzić kontrolę rachunków w restauracji „21”. 

Kiedy bowiem spytałem Dmitriego, z kim jadłem obiad, wykazał się niewytłumaczalnym zanikiem 

pamięci.

Oczywiście, pytałem w sieci Binnendale. Za pomocą podejrzanej historii o ciotce i spadku 

dowiedziałem się, że rzeczywiście pracują u nich trzy osoby o nazwisku Nash. Sprawdziłem je 

osobiście.

Najpierw   w   dziale   obuwia   damskiego   poznałem   Priscillę   Nash.   Była   to   przyjaźnie 

nastawiona kobieta, która przepracowała tam ponad czterdzieści lat. Nigdy nie wyszła za mąż. Jej 

jedyny  krewny,  wuj  Hank, mieszkał  w Georgii, a jej  jedynym  przyjacielem  był  kot o imieniu 

Agamemnon. Zdobycie tych informacji kosztowało mnie osiemdziesiąt siedem dolarów. Prowadząc 

przyjacielską   pogawędkę   z   panną   Nash,   musiałem   kupić   buty,   na   prezent   dla   mojej   siostry. 

(Kupiłem rozmiar Anity; ten prezent tylko pogłębił jej schizofrenię).

Potem do szpanerskiego działu męskiego - Mr B. Na spotkanie z panną Elvy Nash.

- Dzień dobry - zawołała Elvy z niezwykłą elegancją i wdziękiem. Była czarna i bardzo 

piękna. - W czym mogę panu pomóc? - spytała z uśmiechem. Właśnie, w czym?

Panna Elvy Nash przekonała mnie, że bardzo modne jest teraz noszenie koszuli pod sweter. 

Zanim się zorientowałem, trzymałem w ręku sześć zestawów. Tymczasem kasa wybijała już - aż 

trudno w to uwierzyć - ponad trzysta dolarów.

- Nie   opędzi   się   pan   teraz   od   kobiet.   Szałowy   wygląd   -   zapewniła   panna   Elvy   Nash. 

Odszedłem, wyglądając szałowo. Lecz, niestety, wciąż wyglądałem też za Marcie.

Na szczęście dla mojego budżetu trzecia osoba o nazwisku Nash, Rodney P., pracowała w 

dziale zakupów i od sześciu tygodni przebywała w Europie.

- Do czego więc doszedłeś? - spytał Steve, który bohatersko towarzyszył mi w porannych 

meczach.

- Do niczego - odparłem.

Męczył mnie też pewien powracający koszmar.

Wciąż   przypominała   mi   się   od   nowa   ta   piekielna   kłótnia,   którą   mieliśmy   z   Jenny   na 

początku małżeństwa. Chciała, żebym spotkał się z ojcem albo przynajmniej pogodził się z nim 

przez telefon. Wciąż robi mi się smutno, gdy przypomnę sobie, jak na nią wtedy nawrzeszczałem. 

Wpadłem   w   szał.   Jenny   przeraziła   się   i   uciekła   nie   wiadomo   dokąd.   Pognałem   za   nią   i 

przetrząsnąłem do góry nogami całe Cambridge. Ale nie mogłem jej znaleźć. W końcu, sztywny ze 

strachu, wróciłem do domu i zobaczyłem ją na naszych schodach.

background image

To właśnie śniło mi się po nocach, zjedna małą różnicą: Jenny nie wracała na samym końcu.

Za każdym razem szukałem jej jak szalony. I wracałem z przerażeniem do domu. Ale Jenny 

nie było tam nigdy.

Co miał znaczyć ten sen?

Że jestem przerażony utratą Jenny?

Że chciałem (!) stracić Jenny?

Doktor London zgłosił własną propozycję - czyż nie szukałem ostatnio innej kobiety, po 

innym wybuchu gniewu?

Tak. Szukałem Marcie Nash.

Ale co Marcie może mieć wspólnego z Jenny?

Oczywiście, że nic.

background image

18.

Trzy tygodnie później dałem za wygraną. Uznałem, że Marcie o nieznanym nazwisku nigdy 

nie zadzwoni. Czy można mieć do niej o to pretensje? Tymczasem byłem bliski wycieńczenia z 

powodu wzmożonej aktywności sportowej. Poranny tenis, bieganie, nie mówiąc już o godzinach 

spędzonych na bębnieniu palcami w oczekiwaniu na telefon. Rzecz jasna, praca szła mi opornie - 

jeśli w ogóle się do niej zabierałem. Wszystko się rozsypywało. Oprócz mojej psychiki, która i tak 

nie mogła już być  w gorszym  stanie. Postanowiłem położyć  temu  kres. Gdy więc minęły trzy 

tygodnie   od   pamiętnej   masakry   pod   Mechant   Loup,   powiedziałem   sobie:   Wystarczy,   sprawa 

zamknięta.   Jutro   wracam   do   normalnego   życia.   A   dla   uczczenia   tego   wielkiego   święta 

postanowiłem wziąć wolne popołudnie.

- Oliver, gdzie cię znaleźć, jeśli ktoś cię będzie szukał? - spytała  Anita, również bliska 

załamania z powodu mojego nieustannego, dziwacznego dopytywania się o telefon, który nigdy nie 

dzwonił.

- Nikt mnie nie szuka! - odparłem i wyszedłem z biura.

Koniec z halucynacjami, przyrzekałem sobie, idąc przez miasto. Dość ciągłego zauważania 

Marcie na ulicach. Oczywiście, za każdym razem okazywało się, że to jakaś nieznajoma, szczupła 

blondynka.   Kiedyś   nawet   zauważyłem   ją   z   rakietą.   Rzuciłem   się   w   pogoń   (byłem   przecież   w 

świetnej  formie),  ale czekało  mnie  kolejne rozczarowanie.  Jeszcze  jedna wykapana  Marcie. W 

Nowym Jorku roiło się od jej sobowtórów.

Kiedy   numery   ulic   doszły   do   pięćdziesiątki,   postanowiłem,   że   przejdę   obok   domu 

towarowego Binnendale dokładnie tak samo jak trzy tygodnie wcześniej, zanim zaczęła się moja 

gorączka. Bez emocji, pogrążony w ważkich rozmyślaniach o precedensach prawniczych lub o tym, 

co zjeść na obiad. Dość kosztownych poszukiwań, dość kręcenia się po różnych piętrach w nadziei, 

że spotkam Marcie w dziale ze sprzętem tenisowym albo z seksowną bielizną. Tym razem tylko 

rzucę okiem na wystawę i pójdę dalej.

Ale, ale! Od mojej ostatniej wizyty (czyli od wczoraj) sporo się tu zmieniło! Zwłaszcza 

jedna   nowa   dekoracja   przyciągała   uwagę:   NOWOŚĆ!   PROSTO   Z   WŁOCH   -   NAJNOWSZE 

PROJEKTY EMILIO ASCARELLEGO.

A   na   zgrabnych   ramionach   manekina   o   wyglądzie   absolwenta   Yale   wisiał   kaszmirowy 

sweter. Czarny. Z wyhaftowanym logo Alfa Romeo. Jednak twierdzenie, że ta szykowna część 

garderoby właśnie nadeszła prosto z Włoch, było fałszywe. Mógłbym je w każdej chwili obalić za 

pomocą swojego ciała. Przypadkiem (a może wcale nieprzypadkowo) właśnie miałem ten sweter na 

sobie. A dostałem go kilka tygodni temu. Dokładnie mówiąc, trzy tygodnie temu.

Wreszcie   jakaś   konkretna   poszlaka!   Ten,   kto   zajmuje   się   importem,   musiał   już   dawno 

background image

sprzedać lub podarować sweter Marcie. Może teraz powinienem przypuścić szturm na jej cytadelę, 

bogato odziany w materiał dowodowy, i wydobyć z niej wszystkie odpowiedzi.

Wolnego,   Oliver!   Powiedziałeś,   że   już   po   wszystkim,   więc   niech   tak   będzie.   Sprawa 

kaszmirowego swetra jest zamknięta, do cholery.

Wkrótce potem przeglądałem w domu swój bogaty zestaw ubiorów sportowych, z myślą, że 

chyba   pójdę   pobiegać   do   parku.   Znalazłem   trzy   lub   cztery   względnie   czyste   skarpetki   i 

zastanawiałem się, które wybrać, kiedy zadzwonił telefon.

Niech dzwoni. Mam ważniejsze rzeczy na głowie.

Dzwonienie nie ustawało. Pewnie Anita w sprawie jakichś bzdur z Waszyngtonu.

Podniosłem z wściekłością słuchawkę.

- Barretta nie ma w domu! - warknąłem.

- O, czyżby był ze swoimi klientami w kosmosie? Marcie.

- Aaa... - odparłem elokwentnie.

- Co porabiasz, Oliver? - spytała. Całkiem łagodnie.

- Właśnie miałem pobiegać w Central Park - odpowiedziałem.

- Szkoda.   Poszłabym   z   tobą.   Ale   biegałam   rano.   Tłumaczyło   to,   dlaczego   ostatnio   nie 

mogłem jej tam spotkać popołudniu.

- Ach - powiedziałem. I dodałem zaraz: - To szkoda.

- Dzwoniłam   do   twojego   biura,   żeby   spytać,   czy   jadłeś   już   lunch.   Ale   skoro   idziesz 

pobiegać...

- Nie, nie - zareagowałem natychmiast. - Właściwie jestem trochę głodny.

Chwila ciszy.

- To dobrze - powiedziała.

- Gdzie się spotkamy? - spytałem.

- Może przyjedziesz po mnie? Co takiego?!

- Gdzie jesteś, Marcie?

- W Binnendale. Biura na samej górze. Spytaj tylko o...

- Dobra. O której?

- Nie śpiesz się. Jak ci pasuje. Będę czekać.

- Dobra.

Odwiesiliśmy jednocześnie słuchawki.

Dylemat: Pędzić natychmiast? Czy może najpierw ogolić się i wziąć prysznic?

Rozwiązanie kompromisowe - dokonać ablucji, a dla nadrobienia straconego czasu wziąć 

taksówkę.

Po piętnastu minutach byłem z powrotem w domu towarowym Binnendale.

background image

Chciałem pognać schodami, ale pomyślałem, że nie wypadnie to najlepiej, jeśli zjawię się w 

drzwiach pożarowych. Pojechałem więc windą. Na samą górę.

Na   ostatnim   piętrze   moim   oczom   ukazał   się   prawdziwy   raj.   Dywany   jak   połacie 

dziewiczych plaż, miękkie niczym piasek. Na wydmie siedziała sekretarka. Za nią rozciągała się 

Ameryka.

To znaczy mapa Stanów Zjednoczonych, z małym chorągiewkami oznaczającymi terytoria 

podbite przez sieć Binnendale.

- Czym mogę panu służyć? - spytała sekretarka.

- Aa... tak. Nazywam się Barrett...

- Wiem. Pan szuka Marcie - odparła.

- Aa... zgadza się.

- Proszę   pójść   tym   korytarzem   -   wskazała   prosto.   Można   powiedzieć,   że   jest   pan   na 

właściwym szlaku.

Ruszyłem   szybko   korytarzem,   lecz   po   chwili   przyszło   mi   do   głowy,   że   powinienem 

zwolnić. Idź, nie biegnij. Powoli, bez pośpiechu. (Szkoda tylko, że nie mogłem zwolnić pracy 

serca).

Wymoszczony miękko korytarz przypominał kokon. Dokąd on prowadzi? W każdym razie 

otoczenie sprawiało dość przyjazne wrażenie.

Najpierw minąłem gabinet Williama Ashwortha (dyrektor handlowy).

Potem gabinet Arnolda H. Sundela (skarbnik).

Potem gabinet Stephena Nicholsa, Jr. (wiceprezes).

Na samym końcu wszedłem do przestronnego holu. Przede mną siedziały dwie sekretarki.

Za nimi stały otworem wielkie drzwi.

Byłem na miejscu.

Zatrzymałem się.

Marcie spojrzała na mnie, a ja na nią. Nie przychodziło mi do głowy nic stosownego.

- Wejdź - powiedziała. (Naprawdę należała się jej nagroda za opanowanie).

Wszedłem za nią. Gabinet był wielki i elegancki.

Siedziała w nim sama.

Dopiero wtedy doceniłem jej samotność.

W końcu odezwała się:

- Paskudne były te trzy tygodnie.

- Nie pod względem handlowym - odparłem. - Spłukałem się do cna, przychodząc tu na 

zakupy, żeby cię znaleźć.

Marcie uśmiechnęła się lekko.

background image

- Wiesz - szukałem usprawiedliwienia - chyba byłem trochę zbyt porywczy.

- Mam w tym swój udział - odparła. - Byłam trochę zbyt tajemnicza.

Lecz teraz tajemnica była już rozwiązana.

- Więc   to   niezupełnie   prawda,   że   pracujesz   dla   Binnendale   -   stwierdziłem.   -   Raczej 

odwrotnie.

Skinęła głową. Prawie z zażenowaniem.

- Powinnam powiedzieć ci wcześniej - uznała Marcie.

- W porządku. Teraz rozumiem. - Poczuła chyba ogromną ulgę.

- Nawet sobie nie wyobrażasz, Marcie, jak dobrze rozumiem to uczucie. Kiedy człowiek jest 

bogaty, ciągle kusi go, żeby zadać sobie pytanie: „Lubią mnie czy moją forsę?” O to chodzi?

Spojrzałem na nią.

- Coś w tym rodzaju - odpowiedziała.

Chciałem powiedzieć więcej. Na przykład: - Słuchaj, jesteś naprawdę piękna. I inteligentna. 

Masz tysiące zalet, na które lecą wszyscy faceci.

Ale nie potrafiłem. Jeszcze nie.

Ktoś z nas musiał wreszcie zdobyć się na jakiś ruch. Wypadło na mnie.

- Idziemy stąd - zdecydowałem.

Skinęła głową, wyszperała z górnej szuflady biurka jakiś klucz i rzuciła go mnie.

- Wóz mam na dole - powiedziała.

- Czy to znaczy, że dasz mi poprowadzić? - spytałem mile zaskoczony. Uśmiechnęła się i 

skinęła głową.

- Tylko, proszę, ostrożnie, Oliver. Moja maszyna jest tak samo delikatna jak twoja.

background image

19.

Chyba czytałem coś na ten temat kilka lat temu. Nagła śmierć ojca założyciela Waltera 

Binnendale’a.   Wielkie   królestwo   o   jedenastu   miastach   przekazane   w   spadku   córce,   która   była 

wtedy śmiesznie młoda.

Pewnego   razu   był   sobie   też   starszy   brat.   Ale   jak   pamiętają   kibice   wyścigów 

samochodowych, w roku 1965 „Bin” Binnendale wypadł z toru w Zandvoort i rozbił się kilka 

sekund   po   tym,   jak   objął   prowadzenie,   wyprzedzając   Boissiera.   I   tak   Marcie   stała   się   jedyną 

spadkobierczynią. Dobrze poinformowana prasa pisała, że dziewczynka wkrótce sprzeda sklepy i 

będzie   prowadzić   życie   godne   wielkiej   dziedziczki.   Zamiast   tego   dwudziestoczterolatka 

zasmakowała w wielkim biznesie i przejęła pałeczkę po tatusiu.

Eksperci podśmiewali się. Z nią w roli prezesa interes szybko popadnie w ruinę. A jednak 

wcale nie stało się to tak szybko. Dwa lata później sieć zaczęła prowadzić ekspansję na zachód. I 

znów   zawodowcy   uznali   to   za   kolejny   młodzieńczy   kaprys.   Kiedy   w   Los   Angeles   powstał 

siedemnasty oddział, kapitał firmy był już dwukrotnie wyższy. Może to tylko łut szczęścia, ale ci, 

którzy teraz się nim cieszą, kiedyś śmiali się Marcie w twarz.

Od czasu do czasu napotykałem różne wzmianki o finansowym rozwoju sieci Binnendale. 

Jeśli w ogóle wspominano o pani prezes, to nigdy na czołowym miejscu. W gazetach nigdy nie było 

jej   zdjęć.   W   dziale   „Biznes”   nigdy   nie   opiewano   jej   triumfów.   A   na   stronie   „Ludzie”   nie 

rozpisywano się o historii jej małżeństw. Żadna gazeta nie odnotowała jej rozwodu. Utrzymanie 

takiej anonimowości jest wręcz niemożliwe dla człowieka, który należy do najbogatszych ludzi w 

Ameryce. Zwłaszcza jeśli jest piękną blondynką. Wcale mnie więc nie zdziwiło, gdy dowiedziałem 

się, że Marcie wynajmuje specjalną agencję, która trzyma od niej prasę z daleka.

Wszystkich   tych   informacji   wysłuchałem,   prowadząc   jej   białego   mercedesa   po   Merritt 

Parkway na północ. Najpierw zadzwoniłem z jej telefonu, żeby odwołać wizytę u doktora Londona. 

Potem ona zadzwoniła do swojego biura i powiedziała:

- Wypieprzcie mój rozkład dnia. - (Dokładnie tymi słowami). A potem wyrwałem sznur z 

gniazdka.

Marcie   uśmiechnęła   się   dobrodusznie,   kiedy   z   rozmysłem   zniszczyłem   jej   prywatną 

własność.

- Z jakiegoś nie znanego mi powodu lubię cię, Oliver. Choć jesteś nieznośnie porywczy.

- Ty też nie jesteś  zbyt  znośna - odparłem. - Pomyśl,  ile zaoszczędziłabyś  mi  rozterek, 

mówiąc od razu prosto z mostu: „Nazywam się Binnendale”. Powiedziałbym wtedy: „No to co? 

Bardziej ciekawi mnie twój tyłek”.

Błysk w jej oku zdradził, że wierzy mi.

background image

- Wiem, że trochę przesadzam. Ale pamiętaj, że raz już się sparzyłam.

- Co właściwie zrobił twój mąż?

- Mnie? Innym kobietom? Spytaj dokładniej.

- No, na przykład, co on teraz robi?

- Nic.

- Nic?

- Powiedzmy, że jest bardzo dobrze... „urządzony”.

Jej głos zmienił się dziwnie. Nie mogła chyba mieć na myśli tego, co przyszło mi do głowy.

- Marcie, chyba nie sugerujesz, że musiałaś mu... zapłacić?

- Nie   -   powiedziała.   -   Nic   nie   sugeruję.   Stwierdzam   fakt.   Jest   teraz   zamożnym 

rozwodnikiem.

Zamurowało mnie. Dlaczego Marcie dała się tak wykiwać? Nie spytałem. Sama chciała mi 

o tym powiedzieć.

- Widzisz - zaczęła - kończyłam wtedy college i zastanawiałam się, co ze sobą zrobić w 

życiu. I nagle, proszę bardzo! Pojawia się ten silny, strasznie przystojny facet...

Mogłaby tak nie podkreślać jego przystojności!

- ...i mówi mi wszystko to, co chciałam usłyszeć.

Urwała na chwilę.

- Byłam dzieciakiem - stwierdziła. - Beznadziejnie się zakochałam.

- I co potem?

- Cóż, ojciec wciąż miał nadzieję, że Bin zdejmie swój kask i zajmie się interesami. A mój 

brat, rzecz jasna, tylko dodawał gazu w przeciwnym kierunku. Więc kiedy zjawiłam się ze swoim 

przystojniakiem, ojciec był wniebowzięty. Uznał Mikę’ a za Jezusa Chrystusa i Einsteina w jednej 

osobie,   tylko   z   modniejszą   fryzurą.   Zresztą   ja   sama,   gdybym   nawet   chciała,   nie   potrafiłabym 

znaleźć żadnej skazy w doskonałości Michaela. W każdym razie mój ojciec ubóstwiał mnie za to, 

że znalazłam mu takiego drugiego syna. Bałam się, że na ślubie to on powie za mnie „tak”.

- A co na to Bin?

- Och, to była nienawiść od pierwszego spojrzenia. Nie znosili się nawzajem. Bin ciągle mi 

powtarzał, że Michael to „barakuda w garniturze od J. Pressa”.

- Co, jak podejrzewam, okazało się prawdą?

- No, to może trochę niesprawiedliwe określenie. Wobec b araku d.

Najwyraźniej nie pierwszy raz próbowała tych gorzkich żartów. I nie udało się jej wywołać 

powszechnej wesołości.

- Ale dlaczego się w końcu rozstaliście?

- Michael mnie nie chciał.

background image

Marcie starała się mówić obojętnym głosem.

- A dokładniej?

- Chyba zdał sobie sprawę, że chociaż Walter go lubił, to i tak Bin któregoś dnia zostanie 

jego szefem. A ponieważ nie nadawał się na drugie skrzypce, po prostu się poddał.

- Jaka szkoda! - rzuciłem z przekąsem.

- Tak. Gdyby tylko poczekał pięć miesięcy...

Jej opowiadanie urwało się w tym miejscu. Bez słowa komentarza. Nawet bez wysłania 

Michaela Nasha do wszystkich diabłów.

Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. (Może coś w rodzaju: - Kurczę, przykro mi, że cię tak 

wykiwano). Po prostu jechałem dalej. Słuchaliśmy kasety z Joan Baez.

Naraz przyszło mi coś do głowy.

- Marcie, właściwie skąd wiesz, że ja okażę się inny?

- Nie wiem. Po prostu mam taką nadzieję.

Dotknęła   mojego   ramienia,   sprawiając,   że   po   krzyżu   przebiegł   mi   bardzo   przyjemny 

dreszczyk.   A   więc   od   spraw   czysto   duchowych   przechodzimy   dalej.   Dobra,   czas   się   całkiem 

odsłonić!

- Marcie, zastanawiałaś się kiedyś nad moim nazwiskiem?

- Nie. A powinnam? - I wtedy doznała olśnienia.

- Barrett... Bank Inwestycyjny? Fabryki? To firma twojej rodziny?

- Dalekiego krewnego - powiedziałem. - Mojego ojca. Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. 

Potem szepnęła cicho:

- Nie wiedziałam.

Muszę przyznać, że sprawiło mi to przyjemność.

Jechaliśmy wciąż naprzód, w aksamitną ciemność Nowej Anglii.

Nie dlatego, że chciałem odwlec tę chwilę. Po prostu szukałem naprawdę wyjątkowego 

miejsca.

- Przydałoby się ognisko, Marcie.

- Tak, Oliver.

W poszukiwaniu odpowiedniego otoczenia dotarliśmy aż do stanu Vermont, do Chaty Wuja 

Abnera. Na małym jeziorze o nazwie Kenawaukee. Szesnaście pięćdziesiąt za jedną noc. Drewno 

na opał wliczone w cenę. Najbliższa restauracja - przydrożny bar o nazwie Howard Johnson’s.

Zanim więc zaczęliśmy się przytulać przy kominku, zabrałem Marcie na wystawny obiad do 

lokalu HoJo.

Przy obiedzie wymieniliśmy wspomnienia z dzieciństwa.

Najpierw  ja zanudzałem  ją swoim pełnym  podziwu i współzawodnictwa  stosunkiem do 

background image

ojca. Potem ona dokończyła drugą zwrotkę tej śpiewki. Wszystko, co kiedykolwiek zrobiła w życiu, 

było zawsze albo wyzwaniem, albo przesłaniem dla jej własnego Wielkiego Taty.

- Słowo daję, dopiero kiedy zginął mój brat, Walter zaczął mnie naprawdę zauważać.

Przypominaliśmy  parę  aktorów, którzy analizują  swoją grę w  różnych  przedstawieniach 

Hamleta. Zdziwiło mnie tylko, że Marcie wcale nie grała Ofelii. Tak samo jak ja występowała w 

roli   Smętnego   Księcia.   Zawsze   sądziłem,   że   kobiety   rywalizują   przede   wszystkim   ze   swoimi 

matkami. A propos - o mamusi nie wspomniała ani razu.

- Miałaś matkę? - dopytywałem się.

- Tak - odpowiedziała. Bez emocji.

- Żyje jeszcze? - pytałem dalej. Skinęła głową.

- Rozwiedli   się   z   Walterem   w   1956.   Nie   prosiła   nikogo   o   opiekę.   Wyszła   za   jakiegoś 

architekta z San Diego.

- Widujesz się z nią?

- Była na moim ślubie.

Uśmieszek Marcie nie przekonał mnie, że jest jej to obojętne.

- Przepraszam, że spytałem.

- I tak bym ci powiedziała - odparła. - Teraz twoja kolej.

- Na co?

- Opowiedz mi coś strasznego ze swojej przeszłości. Pomyślałem chwilę i wyznałem:

- Byłem zażartym hokeistą.

- Naprawdę? - zapaliła się Marcie.

- Aha.

- Opowiadaj, Oliver.

Naprawdę ją to interesowało. Minęło pół godziny, a ona wciąż chciała słuchać o hokeju.

Lecz wtedy zamknąłem jej delikatnie usta ręką.

- Jutro, Marcie.

Kiedy płaciłem rachunek, oświadczyła:

- Wiesz, Oliver, to był najlepszy obiad w moim życiu.

Coś mi podpowiadało, że nie miała na myśli klusek ani deseru.

*

Chwilę później wracaliśmy do Wuja Abnera, trzymając się za ręce.

Rozpaliliśmy ognisko.

I ośmielaliśmy się nawzajem, gdy brakło nam odwagi.

Jeszcze później tego wieczoru robiliśmy inne, przyjemne rzeczy, już bez skrępowania.

A potem zasnęliśmy przytuleni do siebie.

background image

Marcie zbudziła się o świcie. Byłem już na zewnątrz, siedziałem nad jeziorem i patrzyłem 

na wschód słońca. Usiadła obok mnie, owinięta płaszczem, z rozczochranymi włosami, i szepnęła 

(choć w promieniu kilku mil nie było nikogo):

- Jak się czujesz?

- W   porządku   -   odparłem,   szukając   jej   dłoni.   Wiedziałem   jednak,   że   moje   oczy   i   głos 

zdradzają lekki smutek.

- Jesteś... niespokojny, Oliver? Skinąłem głową na znak, że coś w tym rodzaju.

- Dlatego, że myślałeś o... Jenny?

- Nie - powiedziałem i spojrzałem w stronę jeziora. - Dlatego, że nie myślałem.

A potem, porzucając zwyczaj porozumiewania się słowami, wstaliśmy i wróciliśmy do baru 

Howard Johnson’s na obfite śniadanie.

background image

20.

- Co pan czuje?

- Jezu, to chyba widać!

Szczerzyłem zęby jak idiota. Jakie jeszcze objawy mogą potwierdzić diagnozę, że jestem 

szczęśliwy - mam wywijać piruety po jego gabinecie?

- Trudno   to   nazwać   językiem   medycyny.   Pańska   dyscyplina,   zdaje   się,   nie   ma 

odpowiedniego terminu na określenie radości.

Doktor London wciąż milczał. Mógłby przynajmniej powiedzieć: - Moje gratulacje.

- Panie, doktorze, czuję się jak flaga amerykańska czwartego lipca.

Wiedziałem, że sypię banałami. Ale byłem tak rozanielony, że aż paliłem się do rozmowy. 

No, może niezupełnie do rozmowy - chciałem po prostu krzyczeć z radości. Po długich miesiącach 

odrętwienia   wreszcie   zaczynałem   chłonąć   życie   jak   normalny   człowiek.   Jak   ująć   to   w   słowa 

zrozumiałe dla psychiatry?

- Wie pan, my się naprawdę lubimy.  Coś się z tego wykluwa. Krew znów mi krąży w 

żyłach.

- To są ogólniki - odezwał się doktor London.

- To są fakty - upierałem się. - Nie pojmuje pan, że jest mi dobrze?

Chwila milczenia. Jak to możliwe, że tak dobrze rozumiał moje poprzednie cierpienia, a 

teraz był całkiem ślepy na moją euforię? Spojrzałem mu w oczy, domagając się odpowiedzi.

A on powiedział tylko:

- Jutro o piątej.

Zerwałem się na równe nogi i wyniosłem z gabinetu.

Wyjechaliśmy z Vermont za kwadrans ósma. Zatrzymaliśmy się dwa razy, żeby napić się 

kawy,  pocałować i nabrać benzyny.  O wpół do dwunastej byliśmy  przed jej barokową fortecą 

mieszkalną.   Odźwierny   zajął   się   samochodem,   a   ja   chwyciłem   jej   rękę   i   przysunąłem   ją   w 

przyjemną bliskość swojego ciała.

- Ludzie patrzą! - zaprotestowała. Ale niezbyt ostro.

Jesteśmy   w   Nowym   Jorku.   Tutaj   każdy   ma   to   gdzieś.   Pocałowaliśmy   się.   I   tak   jak 

przewidywałem, nikt się tym nie przejął. Oprócz nas.

- Spotkajmy się w przerwie na lunch - zaproponowałem.

- Już jest czas na lunch.

- Świetnie. Przyjechaliśmy w samą porę.

- Muszę iść do pracy - powiedziała Marcie.

- To da się załatwić, znam twojego szefa.

background image

- Ale ty też masz obowiązki. Kto pilnował przestrzegania swobód obywatelskich, kiedy nie 

było cię w mieście?

Nieźle. Ale tak łatwo się nie poddam.

- Marcie, właśnie egzekwuję swoje podstawowe prawo do szukania szczęścia.

- Musisz to robić na ulicy?

- Pójdziemy na górę i... napijemy się gorącej czekolady.

- Panie Barrett, idź pan, cholera, do swojego biura, zrób sobie jakiś proces, a potem wróć tu 

na obiad.

- O której? - dopytywałem się niecierpliwie.

- Jak przyjdzie czas - powiedziała, ruszając do środka. Ale wciąż trzymałem jej rękę.

- Już jestem głodny.

- Będziesz musiał poczekać do dziewiątej.

- Wpół do ósmej - rzuciłem.

- Wpół do dziewiątej - odparowała.

- Siódma - nie poddawałem się.

- Ósma wieczorem i kropka.

- Targujesz się bez litości - odparłem pogodzony z losem.

- Jestem bezlitosną dziwką - powiedziała. Potem uśmiechnęła się i pomknęła przez żelazną 

bramę swojego ogromnego zamku.

Jadąc windą do biura, zacząłem ziewać. Niewiele spaliśmy w nocy i dopiero teraz zacząłem 

to odczuwać. Wyglądałem też jak kawał nieszczęścia. Kiedy zatrzymaliśmy się po drodze na kawę. 

kupiłem   tandetną   maszynkę   i   usiłowałem   się   ogolić.   Koszuli   nie   można   było   jednak   kupić   w 

automacie. W rezultacie wyglądałem tak, jakbym robił to, co robiłem.

- O, pan Romeo! - zawołała Anita. Kto, u diabła, jej powiedział?

- No co, przecież masz napisane na swetrze: „Alfa Romeo”.

To   musi   być   twoje   nazwisko.   Przecież   nie   możesz   nazywać   się   Barrett.   Ten   zawsze 

przychodzi do pracy o świcie.

- Zaspałem - mruknąłem, szukając schronienia w swoim gabinecie.

- Oliver, przygotuj się na szok. Zatrzymałem się.

- Co się stało?

- Ludzie - kwiaty zaczęli atakować.

- Kogo?

- Nic nie czujesz?

Wszedłem  do pomieszczenia,  które  było  kiedyś  moim  gabinetem,  a teraz  przypominało 

wielką wystawę botaniczną. Morze wzburzonej flory. Nawet moje biurko zmieniło się w... grządkę 

background image

róż.

- Ktoś cię kocha - podsumowała Anita, rozkoszując się zapachem przy drzwiach.

- Była jakaś kartka? - spytałem nerwowo, bojąc się, że już ją przeczytała.

- Tam, na różach, to znaczy, na twoim biurku. Sięgnąłem po kartkę. Chwała Bogu, była w 

zaklejonej kopercie z dopiskiem „Poufne”.

- Bardzo gruby papier - powiedziała Anita. - Nic nie mogłam przeczytać pod światło.

- Możesz iść na lunch - powiedziałem, częstując ją niskokalorycznym uśmiechem.

- Co się stało, Oliver? - spytała, przyglądając się mi badawczo. (Moja wymięta koszula była 

jedyną widoczną wskazówką. Sprawdziłem to).

- Co masz na myśli, Anita?

- Zupełnie zapomniałeś zapytać mnie, czy ktoś dzwonił. Jeszcze raz powiedziałem jej, żeby 

poszła sobie i pośmiała się ze mnie do woli podczas lunchu. I powiesiłem na drzwiach kartonik z 

napisem: „Nie przeszkadzać”.

- Gdzie widziałeś, żeby ktoś to robił? Tu nie jest motel. - Wyszła, trzaskając drzwiami.

W pośpiechu prawie rozszarpałem kopertę na strzępy. Wiadomość brzmiała:

Nie wiedziałam, jakie lubisz najbardziej, a nie chciałam cię rozczarować.

Całuję, M.

Uśmiechnąłem się i chwyciłem za telefon.

- Jest na konferencji. Czy mogę wiedzieć, kto mówi?

- Jej   wuj   Abner   -   powiedziałem,   starając   się   przybrać   dobroduszny   ton.   Chwila   ciszy, 

kliknięcie, a potem nagle głos prezesa:

- Słucham.

Głos Marcie brzmiał bardzo szorstko.

- Coś taka opryskliwa?

- Mam spotkanie z dyrektorami, z Zachodniego Wybrzeża. Ach, sama śmietanka! Pierwsza 

liga! A ona odgrywała przed nimi Lodowatą Damę.

- Zadzwonię do ciebie później - powiedziała Marcie, najwyraźniej  starając się utrzymać 

swój wizerunek zimnego szefa.

- Chciałem tylko powiedzieć - dodałem szybko - że kwiaty były wspaniałym dopełnieniem...

- To dobrze - ucięła. - Zadzwonię do ciebie...

- I jeszcze jedno. Masz taki fantastyczny tyłek, że...

Nagłe kliknięcie. Odłożyła słuchawkę, dziwka!

Coś zakłuło mnie w sercu i zapadłem w senne odrętwienie.

- Nie żyje?

Powoli na horyzoncie mojej świadomości zaczęło majaczyć coraz więcej słów. Słyszałem 

background image

chyba głos Barry’ego Pollacka, świeżo upieczonego prawnika, który niedawno dołączył do naszej 

firmy.

- Dziś rano wyglądał tak zdrowo.

A to pewnie Anita, kandydująca do Oskara za rolę zrozpaczonej krewnej.

- Skąd on się wziął na biurku? - pytał Barry.

Usiadłem. Chryste, zasnąłem na swojej grządce róż!

- Czołem - ziewnąłem, udając, że zawsze ucinam sobie drzemkę na biurku. - Następnym 

razem zapukajcie, dobra?

- Pukaliśmy - zaprzeczył nerwowo Barry - wiele razy. Dopiero potem otworzyliśmy, żeby 

sprawdzić, czy nic ci... no wiesz... czy wszystko w porządku.

- Czuję się świetnie - odparłem, strącając nonszalancko płatki róż z koszuli.

- Zrobię ci kawę - ożywiła się Anita.

- No, co tam, Barry? - spytałem.

- Aa... wiesz, ta sprawa Komitetu Szkolnego. Składamy ją do kupy.

- Ach,   tak   -   powiedziałem,   gdy   zaczęło   mi   świtać,   że   w   innym   świecie   byłem   kiedyś 

prawnikiem. - Zdaje się, że mieliśmy się w tej sprawie spotkać?

- Zgadza się. Dzisiaj o trzeciej - odparł Barry, przekładając papiery i przestępując z prawej 

nogi na lewą.

- Dobra, to do zobaczenia o trzeciej.

- Tak, ale... już prawie wpół do piątej - oznajmił Barry ze szczerą nadzieją, że nie obrażę się 

za taką drobiazgowość.

- Wpół do piątej? Jasna cholera! - Skoczyłem na równe nogi.

- Mam tutaj sporo materiałów - zaczął Barry, uważając, że spotkanie właśnie się zaczęło.

- Wiesz co, Barry? Spotkajmy się jutro, dobra? - Ruszyłem do drzwi.

- O której?

- O której chcesz, z samego rana.

- Wpół do dziewiątej?

Zawahałem   się.   Sprawa   Komitetu   Szkolnego   nie   bardzo   mieściła   się   w   planach   moich 

porannych działań.

- Nie. Umówiłem się z... jednym biznesmenem. Lepiej o dziesiątej.

- Dobra.

- A jeszcze lepiej o wpół do jedenastej, Bar.

- Dobra.

Kiedy wylatywałem przez drzwi, słyszałem, jak mruczy pod nosem:

- Tyle się narobiłem...

background image

Przyszedłem do doktora Londona przed umówioną godziną, ale z ochotą opuściłem jego 

gabinet. Był nastrojony na inną częstotliwość, a poza tym czekały na mnie poważniejsze sprawy. 

Na przykład wizyta u fryzjera. Albo wybór odpowiedniej garderoby. Nałożyć krawat?

A może wziąć ze sobą szczoteczkę do zębów?

Cholera, jeszcze tyle godzin czekania. Postanowiłem pobiegać w parku, żeby czas szybciej 

minął.

No i żeby minąć jej dom.

background image

21.

Zamek księżniczki broniony jest przez cały legion. Najpierw odźwierny gorliwie sprawdza, 

czy przybysz ma prawo przebywać na królewskich włościach. Jeśli uzna, że tak, kieruje go do sieni, 

gdzie lokaj przy konsoli stara się uzyskać potwierdzenie, czy ów przedstawiciel gminu rzeczywiście 

uzyskał audiencję u jej książęcej mości.

- Tak, panie Barrett - uznał umundurowany cerber - może pan wejść. - Chciał przez to 

powiedzieć, że jego zdaniem ujdę w tłoku.

- To cudowna wiadomość - odpowiedziałem z galanterią. - Czy może mi pan powiedzieć, 

którędy do mieszkania pani Binnendale?

- Przez podwórze, prawym wejściem na końcu, a potem windą na sam szczyt.

- Który numer? - zapytałem.

- Tam jest tylko jedno mieszkanie, panie Barrett.

- Dzięki. Jestem szczerze zobowiązany (ty nadęty pajacu!).

Na żadnych drzwiach nie było numeru. Ani żadnej wskazówki, kto zamieszkuje te zacne 

siedziby.  Ściskając  bukiecik  kwiatów  kupiony na  rogu ulicy,  nacisnąłem  dzwonek wytwornym 

gestem.

Chwilę później Marcie otworzyła drzwi. Miała na sobie jedwabną narzutkę, jaką noszą po 

domu kobiety pokroju królowej Saby. Najbardziej jednak podobały mi się te części, których szata 

nie zakrywała.

- Czy my się znamy? - spytała Marcie.

- Jeszcze jak. Przekonasz się, kiedy wejdę do środka - odparłem.

- Na co czekasz?

Nie zwlekałem.  Moje ręce natychmiast zajęły się pokrytą  jedwabiem Marcie. Po chwili 

wręczyłem jej kwiaty.

- To wszystko, co udało się mi znaleźć - powiedziałem. - Jakiś wariat wykupił resztę w 

całym mieście.

Marcie wzięła mnie pod ramię i poprowadziła dalej.

A potem jeszcze dalej i dalej.

Mieszkanie było tak ogromne, że poczułem się nieswojo. Nagromadzenie w jednym miejscu 

tylu   mebli,   choć   bardzo   gustownych,   strasznie   mnie   raziło.   Ale   najbardziej   przytłaczający   był 

ogrom przestrzeni.

Na   ścianach   wisiały   te   same   dzieła   sztuki,   które   zdobiły   mój   pokój   w   akademiku   na 

Harvardzie. Z tą różnicą, rzecz jasna, że nie były reprodukcjami.

- Masz bardzo interesujące muzeum - zauważyłem.

background image

- A ty bardzo interesujące zwyczaje telefoniczne - ucięła,  zręcznie  unikając rozmowy o 

skłonnościach do zbytku.

Nagle znaleźliśmy się we wnętrzu koloseum.

Podejrzewam, że miejsce to służyło za salon. Jeśli tak, był to naprawdę kolosalny salon. 

Ściany wznosiły się na wysokość przynajmniej dwudziestu stóp. Ogromne okna wychodziły na 

Central Park. Widok ten zakłócił mi właściwą ocenę płócien  malarskich. Zauważyłem tylko, że 

niektóre   są   surrealistyczne.   Podobnie   jak   wrażenie,   które   na   mnie   sprawiały.   Marcie   była 

rozbawiona moim oszołomieniem.

- Ciasne, ale własne - zażartowała.

- Jezu, Marcie, mogłabyś tu urządzić kort tenisowy.

- Tak zrobię - odpowiedziała - jeśli będziesz ze mną grał. Przemierzenie mieszkalnej połaci 

zabrało nam sporą chwilę.

Nasze kroki stukały stereofonicznie po parkiecie.

- Dokąd idziemy? - spytałem. - Do Pensylwanii?

- Do znacznie przyjemniejszego miejsca - powiedziała. I ścisnęła mnie za ramię.

Kilka   chwil   później   dotarliśmy   do   biblioteki.   Ogień   buzował   w   kominku.   Napełnione 

kieliszki czekały na nas.

- Wypijemy toast? - spytała Marcie.

- Za tyłek Marcie - powiedziałem, wznosząc swój kielich.

- Nie - skrzywiła się Marcie.

- Za cycki Marcie - zaproponowałem.

- Daj spokój - zaprotestowała.

- No dobra, za umysł Marcie...

- To już lepiej.

- ...który wcale nie ustępuje jej cyckom i tyłkowi.

- Jesteś strasznie prymitywny - uznała.

- Błagam o wybaczenie - przeprosiłem podniosłym tonem. - Od tej pory będę trzymał na 

wodzy swój bezecny język.

- Nie, Oliver - powiedziała - proszę. Uwielbiam to.

Wznieśliśmy więc toast.

Po   kilku   kieliszkach   nie   mogłem   już   oprzeć   się   pokusie   wydania   opinii   na   temat   jej 

domostwa.

- Marcie, w jaki sposób ktoś tak pełen życia jak ty może - wytrzymać w takim mauzoleum? 

Wiesz, moja rodzina miała duży dom, ale przynajmniej mogłem bawić się na trawnikach. A u ciebie 

są tylko pokoje. Stare, stęchłe pokoje. Wzruszyła ramionami.

background image

- Gdzie mieszkałaś z Michaelem? - spytałem.

- Mieliśmy duże mieszkanie na Park Avenue.

- Które teraz należy do niego? Skinęła głową i dodała:

- Ale oddał mi moje kolce do biegania.

- Pański gest - powiedziałem. - Ale potem wprowadziłaś się do tatusia?

- Przykro mi, panie doktorze, ale nie jestem aż tak stuknięta. Po rozwodzie ojciec wysłał 

mnie roztropnie w objazd po odległych oddziałach firmy. Harowałam jak wół. Była to terapia z 

przyuczeniem   do   zawodu.   Nagle   ojciec   zmarł.   Wróciłam   na   pogrzeb   i   zamieszkałam   tutaj. 

Obiecałam sobie, że tylko na jakiś czas. Wiedziałam, że powinnam zamknąć ten dom. Ale co rano, 

kiedy siedziałam przy biurku ojca, nachodziło mnie atawistyczne  pragnienie, żeby wrócić... do 

domu.

- Nawet do tak nieskromnego jak ten - dokończyłem. Potem wstałem, podszedłem do jej 

krzesła i położyłem rękę na jednej z prześlicznych części jej anatomii.

Ledwo ją dotknąłem, zjawił się duch!

A może była to tylko zwyczajna starucha, cała w czerni, przystrojonej białym kołnierzykiem 

i fartuszkiem.

Zjawa przemówiła:

- Pukałam.

- Słucham, Mildred? - powiedziała bez zmieszania Marcie, gdy tymczasem ja usiłowałem 

schować swoje palce w rękawie.

- Obiad podany - zaskrzeczała starucha i zniknęła. Marcie uśmiechnęła się do mnie.

A ja do niej.

Pomimo całej niesamowitości otoczenia, czułem się dziwnie szczęśliwy. Choćby z powodu 

obecności... drugiego człowieka.  Zapomniałem już, co można  czuć dzięki  zwyczajnej  bliskości 

kogoś innego.

- Jesteś głodny, Oliver?

- Na pewno zgłodnieję, zanim dotrzemy do stołówki. Ruszyliśmy więc. Przez jeszcze jeden 

pasaż, poprzez plac, na którym miał powstać kort tenisowy, do mahoniowo - kryształowej jadalni.

- Nie daj się zwieść - powiedziała Marcie, kiedy usiedliśmy przy ogromnym stole. - Obiad 

to mój projekt, ale jego wykonanie zleciłam komuś innemu.

- To znaczy kucharzowi?

- Zgadza się. Nie jestem domatorką, Oliver.

- Bez obaw, Marcie. Ostatnio jadałem potrawy nie lepsze od karmy dla psów.

Obiad pod żadnym względem nie przypominał tego, który jedliśmy poprzedniego wieczoru.

Jedzenie było, oczywiście, lepsze, ale rozmowa szła nam znacznie gorzej.

background image

- O, rany,  jakie wyśmienite  vichyssoise...  i ta wołowina a la Wellington...  ach, Chateau 

Margaux, rocznik pięćdziesiąty dziewiąty... ten suflet jest wprost fantastyczny.

Tyle o moich kulinarnych zachwytach. Poza tym po prostu jadłem.

- Jesteś jakiś milczący, Oliver.

- Po prostu zatkały mnie te gastronomiczne cuda - odparłem. Wyczuła moją ironię.

- Przesadziłam, co?

- Marcie, niepotrzebnie się tak starałaś. Nie dbam o to, co jemy. Ważne tylko, że jemy 

razem.

- Tak - zgodziła się.

Ale najwyraźniej uznała, że ją krytykuję. Może i była to krytyka. Choć nie zamierzona. 

Miałem nadzieję, że nie sprawiłem jej przykrości.

Na wszelki wypadek spróbowałem ją pocieszyć.

- Wcale nie mówię, że mi się to nie podoba. Naprawdę. Przypomniałaś  mi dom moich 

rodziców.

- Którym gardziłeś.

- Kto ci to powiedział?

- Ty sam. Wczoraj.

- Ach, tak.

Chyba wymknęło mi się to w barze HoJo. (Naprawdę było to zaledwie wczoraj?)

- Słuchaj - powiedziałem - przepraszam, jeśli cię uraziłem. Kiedy moi rodzice jedzą w ten 

sposób, jest w tym coś artretycznego. Ale z tobą czuję się inaczej, tak... elegancko.

- Mówisz szczerze?

Odpowiedź na to pytanie wymagała nie lada dyplomacji.

- Nie - odparłem otwarcie.

- Wcale   mnie   nie   uraziłeś   -   powiedziała   wyraźnie   urażona.   -   Chciałam   zrobić   na   tobie 

wrażenie. Rzadko jadam w ten sposób.

Ulżyło mi, kiedy to usłyszałem.

- Jak rzadko?

- Dwa razy - przyznała.

- Na tydzień?

- Dwa razy od śmierci mojego ojca. (Czyli od sześciu lat). Podłe były te moje pytania.

- Przeniesiemy się gdzieś na kawę? - zaproponowała gospodyni.

- Mogę wybrać pokój? - spytałem z oczywistą aluzją.

- Nie - odparła Marcie. - Na moich włościach musisz podążać za mną.

Podążałem. Z powrotem do biblioteki. Kawa czekała już na nas, a z ukrytych głośników 

background image

płynęła muzyka Mozarta.

- Naprawdę wydawałaś tu obiad tylko dwa razy? - spytałem.

Skinęła głową.

- Za każdym razem chodziło o interesy.

- A jak twoje życie towarzyskie? - spytałem, siląc się na delikatność.

- Ostatnio się poprawiło - odparła.

- Nie, poważnie, Marcie. Co zwykle robisz wieczorem w Nowym Jorku?

- No, cóż - powiedziała - różne fascynujące rzeczy. Wracam do domu i idę pobiegać, jeśli 

jest jeszcze widno. Potem znów pracuję. Jestem tu podłączona do konsoli na dole, więc załatwiam 

rozmowy z Kalifornią...

- Założę się, że dłużej niż do północy.

- Nie zawsze.

- A co potem?

- Życie towarzyskie.

- Więc jednak. To znaczy, co?

- Och, piwo imbirowe, kanapki i Johnny.

- Johnny? (Nie potrafię ukrywać zazdrości).

- Carson

. Rozśmiesza mnie przy jedzeniu.

- Ach - westchnąłem z ulgą. Po chwili przeszedłem znów do ataku.

- Naprawdę zajmujesz się tylko pracą?

- Marshall MacLuhan

∗∗

 twierdzi, że jeśli człowiek angażuje się w coś całkowicie, przestaje 

to być pracą.

- On   gówno   wie,   tak   samo   jak   ty.   Nie,   Marcie.   Wmawiasz   sobie,   że   tak   bardzo   się 

angażujesz w pracę, a w rzeczywistości jest to tylko środek przeciw samotności.

- Jezu, Oliver - zawołała, trochę zaskoczona. - Skąd możesz wiedzieć tyle o kimś, kogo 

dopiero co poznałeś?

- Nie wiem - odparłem. - Mówiłem o sobie. Dziwne. Oboje wiedzieliśmy, na co mamy teraz 

ochotę, ale żadne z nas nie odważyło się przerwać rozmowy. W końcu postanowiłem sprowadzić 

nas na ziemię.

- Wiesz, Marcie, już wpół do dwunastej.

- Czekasz na capstrzyk?

- No, nie. Ale nie wziąłem nic ze sobą. Na przykład ubrań.

- Mówiłam nieśmiało czy niewyraźnie?

- Powiedzmy, że nie najwyraźniej - stwierdziłem - a ja nie miałem ochoty zjawiać się u 

ciebie z torbą wypchaną rzeczami na jedną noc.

background image

Marcie uśmiechnęła się.

- Zrobiłam to z rozmysłem.

- Dlaczego? Wstała i podała mi rękę.

Na łóżku leżało kilkanaście jedwabnych koszul. W moim rozmiarze.

- No, a jeśli będę chciał zostać tu przez cały rok?

- Może to zabrzmi dziwnie, przyjacielu, ale mam wszystkie niezbędne koszule na wypadek, 

gdyby przyszła ci taka ochota.

- Marcie?

- Tak?

- Przyszła mi wielka... ochota.

Kochaliśmy się potem tak, jakby poprzednia noc była tylko próbą generalną.

Ranek nadszedł zbyt szybko. Wydawało mi się, że jest dopiero piąta rano, lecz budzik po 

stronie Marcie ogłaszał już pobudkę.

- Która godzina? - wychrapałem.

- Piąta rano - odpowiedziała Marcie. - Czas wstawać. - Pocałowała mnie w czoło.

- Oszalałaś?

- Mam rezerwację na szóstą.

- Daj spokój, zjemy w domu... - Nagle dotarły do mnie jej słowa. - Masz w planie tenisa?

- Kort jest zarezerwowany od szóstej do ósmej. Chyba szkoda to zmarnować...

- Lepiej zagrajmy w coś innego.

- W co? - zapytała niewinnie Marcie, choć już zacząłem ją dotykać. - W siatkówkę?

- Możesz tak to sobie nazwać.

Bez względu na nazwę, Marcie zagrała z ochotą.

W łazience dokonałem pewnego odkrycia.

Biorąc prysznic, zastanawiałem się, co odróżnia siedzibę Waltera Binnendale’a od Dover 

House, domu moich starych w Ipswich, w stanie Massachusetts.

Na pewno nie dzieła sztuki. My też je mieliśmy. Choć raczej pochodzące z poprzedniego 

stulecia, stosownie do starszych korzeni naszego majątku. Umeblowanie było też dość podobne. 

Określenie „antyki” znaczy dla mnie tyle, co stare meble; nie znam się na historycznych gratach.

Co innego łazienki! W tej dziedzinie Barrettowie okazywali się spadkobiercami purytańskiej 

tradycji:  u nas pomieszczenia  te były  proste i funkcjonalne. Wszędzie białe kafelki, można by 

powiedzieć - spartańska surowość. Z pewnością nie były to miejsca, gdzie miałoby się ochotę 

przebywać dłużej. Inaczej u Binnendalów. Ich łazienek nie powstydziłby się rzymski cesarz. Z 

pewnością były też powodem do dumy współczesnego możnowładcy, który kazał je zbudować. Już 

sama   myśl   o   projektowaniu   tych   miejsc   rozsierdziłaby   nawet   największego   liberała   wśród 

background image

Barrettów.

W lustrze widziałem przez nie domknięte wejście sypialnię.

Właśnie wjeżdżała tam istna platforma na kółkach.

Pchała ją Mildred.

Ładunek: śniadanie.

Kiedy   wytarłem   twarz,   Marcie   siedziała   już   przy   stole,   odziana   w   coś,   w   czym   nie 

zamierzała chyba pójść do pracy (oby!). Usiadłem owinięty samym ręcznikiem.

- Kawa, bekon, jajka?

- Jezu, to jakiś cholerny hotel!

- Nadal się uskarżasz, Barrett?

- Nie, fajnie było - odparłem, smarując bułkę masłem. - Śmiesznie. Jeszcze kiedyś przyjdę. - 

Urwałem na chwilę. I potem dodałem: - Za jakieś trzydzieści lat.

Wyglądała na zaniepokojoną.

- Marcie - powiedziałem - to miejsce jest dobre dla paleontologów. Pełno tu uśpionych 

dinozaurów.

Spojrzała na mnie.

- Nie tego chcesz naprawdę - dodałem. Jej twarz była jakby zmieniona.

- Chcę być z tobą - odparła.

Nie była nieśmiała. Ani nie owijała rzeczy w bawełnę, tak jak ja przedtem.

- Dobra - powiedziałem.  Chciałem zyskać  na czasie,  żeby zastanowić się nad właściwą 

odpowiedzią.

- Kiedy chcesz iść? - spytała.

- Dzisiaj. Marcie ani drgnęła.

- Powiedz tylko, jak się spotkamy.

- Bądź o piątej w Central Park. Przy wschodnim wejściu, koło stawu.

- Co mam wziąć ze sobą? - spytała.

- Kolce do biegania - odparłem.

background image

22.

Runąłem na ziemię z wysokości trzydziestu tysięcy stóp. Wpadłem w straszną depresję.

- Nie potrafię tego wytrzymać - powiedziałem doktorowi. - Mógł pan mnie ostrzec.

Już po południu moja dzika euforia zaczęła się przeobrażać w niewysłowiony smutek.

- Właściwie   wszystko   układa   się   dobrze...   -   zacząłem.   Nagle   uświadomiłem   sobie,   jak 

śmiesznie   to   zabrzmiało.   -   To   znaczy   między   mną   a   Marcie.   Chodzi   o   mnie.   Jestem   jak 

sparaliżowany. Nie daję już rady.

Zapadło milczenie. Nie powiedziałem wyraźnie, z czym nie daję sobie rady.

Trudno było nazwać to głośno.

- Mówię o wspólnym mieszkaniu u mnie. Rozumie pan? Znów postąpiłem pochopnie. Po co 

na gwałt wyciągałem Marcie z jej domu? Po co wywołuję te oznaki... zaangażowania?

- Może po prostu wykorzystuję Marcie, żeby... wypełnić swoją pustkę. - Zastanowiłem się 

nad tą hipotezą. - A może wciąż chodzi o Jenny? Po dwóch latach chyba potrafię już zdobyć się na 

romans i wytłumaczyć się z tego przed sobą. Ale dom to co innego! Dzielić swój własny dom i 

łóżko z kimś innym? Jasne, to jest inny dom i inne łóżko. Gdybym myślał trzeźwo, nie powinno 

mnie to gryźć. Ale gryzie, cholera!

Muszę tu wyjaśnić, że dom to dla mnie takie miejsce, gdzie wciąż mieszkam z Jenny.

Paradoks - podobno wszyscy mężowie fantazjują, że są kawalerami.

Ja stanowię dziwaczny przypadek. Często wyobrażam sobie, że jestem żonaty.

Dobrze  mieć  własny schron. Norę, do której  nikt nie  przychodzi.  Nic nie  burzy wtedy 

pocieszającego złudzenia, że dzielę z kimś swoje życie.

Od czasu do czasu przychodzi jakiś list zaadresowany do nas obojga. A college Radcliffe 

regularnie   przysyła   uprzejme   prośby   o   wsparcie   finansowe.   To   moja   dywidenda   za   to,   że 

powiedziałem o śmierci Jenny tylko najbliższym przyjaciołom.

Jedyna cudza szczoteczka do zębów, która gościła w mojej łazience, należała do Philipa 

Cavilleriego.

Jak widać, stoję przed wyborem: albo postępować nieuczciwie wobec jednej...

Albo zdradzać drugą.

- A obie możliwości są tak samo złe - odezwał się doktor London, ale nieoczekiwanie tylko 

pogorszył   tym   sytuację.   -   Czy   to   musi   być   zawsze   albo,   albo?   -   zapytał,   robiąc   aluzję   do 

Kierkegaarda. - Czy nie można inaczej opisać pańskiego problemu?

- Jak? - Naprawdę nie wiedziałem. Milczenie.

- Lubi ją pan - podsunął cicho doktor London. Zastanowiłem się.

- Którą? - spytałem. - Nie wymienił pan imienia.

background image

23.

Musiałem odłożyć spotkanie z Marcie. Dziwnym zbiegiem okoliczności umówiliśmy się na 

piątą   po   południu.   Dopiero   w   biurze   zdałem   sobie   sprawę,   że   o   tej   godzinie   mam   wizytę   u 

psychiatry. Zadzwoniłem do Marcie.

- Co   jest,   przyjacielu,   tchórzysz?   -   Tym   razem   nie   było   u   niej   zebrania.   Mogła   sobie 

pozwolić na żarty.

- Spóźnię się tylko godzinę. Sześćdziesiąt minut.

- Można ci wierzyć?

- To już twój problem.

W każdym razie musieliśmy biegać o zmroku. Ma to swój urok, bo w stawie odbijają się 

wtedy światła miasta.

Kiedy zobaczyłem  ją znowu, moje całodzienne rozterki ucichły.  Była  naprawdę piękna. 

Zdążyłem już zapomnieć jak bardzo. Pocałowaliśmy się i zaczęliśmy biec.

- Co u ciebie ciekawego? - spytałem.

- Ach, zwyczajne katastrofy, nadmierne zapasy, niedobory, drobne trudności z transportem, 

panika w biurze. Ale przede wszystkim myślę o tobie - dodała pieszczotliwie.

Przez   chwilę   układałem   w   myślach   rozmaite   odpowiedzi.   Byłem   jednak   niezdolny   do 

prowadzenia towarzyskich pogawędek i przeszedłem od razu do rzeczy.

- Zastanawiałaś się, dokąd pójdziemy?

- Myślałam, że ty wiesz.

- Wzięłaś jakieś ciuchy?

- Chyba nie pójdziemy na obiad w dresach. Chciałem się dowiedzieć, ile ubrań wzięła ze 

sobą.

- Gdzie masz rzeczy?

- W samochodzie. - Pokazała w stronę Piątej Ulicy. - Jedna podręczna torba. Do szybkiego 

przenoszenia. Bardzo praktyczna.

- Wygodna przy nagłych wyjazdach.

- Zgadza się - powiedziała, udając, że nie rozumie, co mam na myśli. Zrobiliśmy jeszcze 

jedno okrążenie.

- Pójdziemy do mnie - powiedziałem bez wahania.

- Dobrze.

- Mam małe mieszkanie...

- To nic.

  - ...zjemy u mnie. Przygotujemy coś sami. Stanowimy cały personel kuchni. Biorę na 

background image

siebie to cholerne zmywanie naczyń.

- Świetnie - przystała. Kiedy przebiegliśmy kolejne sto jardów, przerwała naszą sportową 

zadumę.

- Oliver   -   wtrąciła   lekko   płaczliwym   tonem   -   ale   kto   weźmie   na   siebie   to   cholerne 

gotowanie?

Spojrzałem na nią.

- Coś w żołądku podpowiada mi, że nie żartujesz.

Nie   żartowała.   Podczas   ostatniego   okrążenia   opowiedziała   mi   o   swoich   kulinarnych 

umiejętnościach. Równały się zeru. Kiedyś chciała się zapisać na kursy do Cordon Bleu

, ale Mikę 

zaprotestował. Zawsze można przecież sprowadzić nauczyciela do własnej kuchni. Prawie mnie to 

ucieszyło.   Opanowałem   gotowanie   makaronu,   smażenie   jajecznicy   i   kilku   innych   wymyślnych 

potraw. Czyniło mnie to ekspertem, który mógł wprowadzić ją teraz w arkana kulinarnej sztuki.

Po drodze do mnie, którą pokonuje się szybciej truchtem niż samochodem - zatrzymaliśmy 

się, żeby kupić chiński obiad na wynos. Miałem poważne trudności z dokonaniem wyboru.

- Jakiś problem? - spytała Marcie, przyglądając się, jak uważnie studiuję kartę dań.

- Tak. Nie mogę się zdecydować.

- To   tylko   obiad   -  powiedziała   Marcie.   Nigdy  nie   dowiem   się,   czy  była   to   aluzja,   czy 

odkrycie jakiejś prawdy.

Siedzę w swoim salonie, staram się czytać „Timesa” z zeszłego tygodnia i udaję, że kobieta 

biorąca prysznic w mojej łazience to nic nadzwyczajnego.

- Oliver - dobiega jej głos - te ręczniki są jakieś... przegniłe.

- Zgadza się.

- Masz czyste?

- Nie - odparłem. Chwila milczenia.

Dobra, jakoś sobie poradzę - powiedziała. Łazienka wypełniła się kobiecymi zapachami. 

Chciałem   wziąć   tylko   krótki   prysznic   (w   końcu   miałem   tylko   jedną   gębę!),   ale   woń   perfum 

zatrzymała mnie dłużej. A może bałem się opuścić azyl bezpiecznego ciepła?

Byłem spięty. I rozdrażniony nieco. Ale, co dziwniejsze, przygotowując się do wieczoru z 

kobietą, która chciała bawić się ze mną w dom według moich dziwacznych reguł, nie potrafiłem 

powiedzieć, czy jestem szczęśliwy czy smutny.

Wiedziałem tylko, że miotają mną jakieś uczucia.

Marcie Binnendale stała w kuchni, udając, że potrafi zapalić piecyk.

- Musisz użyć zapałek, Marcie - zakasłałem, otwierając szybko okno. - Pokażę ci.

- Przykro mi, przyjacielu - powiedziała niezmiernie zakłopotana. - Zupełnie się na tym nie 

znam.

background image

Podgrzałem chiński obiad, wyjąłem piwo z lodówki i nalałem jej soku pomarańczowego. 

Marcie nakryła do stołu (kuchennego).

- Skąd wziąłeś te noże i widelce? - spytała.

- Och, z różnych miejsc.

- Na to wygląda. Każdy jest inny.

- Lubię różnorodność. (Tak. Kiedyś  mieliśmy całą zastawę. Ukryłem ją razem z innymi 

rzeczami, które przypominały mi o małżeństwie).

Usiedliśmy   na   podłodze   i   zjedliśmy   obiad.   Starałem   się   być   zupełnie   swobodny. 

Zastanawiałem się, czy mój gość w tym zagraconym,  klaustrofobicznym  mieszkaniu nie zaczął 

tęsknić za swoim normalnym życiem.

- Miło tu - powiedziała Marcie. I dotknęła mojej dłoni. - Masz jakąś muzykę?

- Nie. (Pozbyłem się gramofonu Jenny).

- Nic?

- Tylko radio, które mnie budzi.

- Mogę nastawić na stację QXR? - spytała.

Skinąłem głową, próbując się uśmiechnąć. Marcie wstała i podeszła do radia przy łóżku. 

Było to cztery,  może pięć kroków od naszego obozowiska. Zastanawiałem się, czy przyjdzie z 

powrotem, czy zaczeka tam na mnie. Czyżby zauważyła moją depresję? A może uznała, że mój 

miłosny zapał już osłabł?

Nagle zadzwonił telefon.

Marcie stanęła przy aparacie.

- Mam odebrać, Oliver?

- Dlaczego nie?

- Może to jakaś przyjaciółeczka - uśmiechnęła się.

- Pochlebiasz mi. Ale to wykluczone. Odbierz.

Wzruszyła ramionami i podniosła słuchawkę.

- Dobry wieczór... Tak, to ten numer... Mieszkanie pana Barretta. Kim ja jestem? A jaki to 

ma związek?

Kto,   u   diabła,   mógł   być   taki   bezczelny,   żeby   przesłuchiwać   moich   gości?   Wstałem   i 

chwyciłem słuchawkę z surową miną.

- Słucham. Kto mówi?

Ciszę po drugiej stronie przerwał szorstki okrzyk:

- Gratulacje!

- Ach, Phil.

- No, chwała Najwyższemu - zawołał święty Cavilleri.

background image

- Co u ciebie, Phil? - spytałem jakby nigdy nic. Całkiem zignorował moje pytanie i zadał 

własne:

- Miła jest?

- Kto taki? - zgasiłem go oziębłym tonem.

- Ona, dziewczyna, która odebrała telefon.

- Och, to tylko pomoc domowa.

- O dziesiątej wieczorem? Daj spokój, przestań mnie bajerować. Gadaj, jak jest.

- Chciałem powiedzieć: sekretarka. Pamiętasz Anitę, tę, co ma tak dużo włosów na głowie. 

Dyktuję jej swoje uwagi w sprawie Komitetu Szkolnego.

- Przestań pieprzyć. Jeśli to jest Anita, to ja jestem kardynał Cranston.

- Nie mam czasu, Phil.

- Jasne, rozumie się. Zaraz się wyłączę. Tylko nie wmawiaj mi, że zaraz zaczniesz dyktować 

listy.

Philip,   który   nie   lubił   szeptać,   mówił   tak   głośno,   że   jego   głos   rozbrzmiewał   w   całym 

mieszkaniu. Marcie była szczerze rozbawiona.

- Słuchaj - spytałem go tak opanowanym tonem, że sam sobie zaimponowałem - no to kiedy 

się zobaczymy?

- Na weselu - odparł Philip.

- Co takiego?

- Powiedz mi, jest wysoka czy niska? Gruba czy szczupła? Blondynka czy szatynka?

- Przypomina pumpernikiel.

- Aha - zatriumfował Philip, chwytając się mojego żartu - a więc przyznajesz się. Podobasz 

się jej?

- Nie wiem.

- Głupie pytanie.  Jasne, że  jej  się podobasz. Jesteś  świetny.  Jeśli  potrzebujesz reklamy, 

powiem jej kilka słów. Daj ją do telefonu.

- Nie trzeba.

- Więc już ją złapałeś? Leci na ciebie?

- Nie wiem.

- No to co ona robi w twoim mieszkaniu o dziesiątej wieczorem?

Marcie popłakała się ze śmiechu. Śmiała się ze mnie. Tak słabo grałem purytanina.

- Oliver, wiem, że przeszkadzam, więc zadam ci tylko jedno pytanie i potem możesz robić, 

co dusza zapragnie.

- Jeśli chodzi o nasze spotkanie, Phil...

- Oliver, to nie jest moje pytanie.

background image

- A jakie jest twoje pytanie, Philip?

- Kiedy wesele, Oliver?

Odwiesił głośno słuchawkę. Słyszałem, jak jego śmiech rozlega się po Cranston.

- Kto to był? - spytała Marcie, choć na pewno zdążyła już odgadnąć. - On chyba bardzo cię 

lubi.

Spojrzałem na nią z wdzięcznością za to, że potrafiła zrozumieć.

- Tak. To wzajemne uczucie.

Marcie podeszła i usiadła na łóżku. Wzięła mnie za rękę.

- Wiem, że nie czujesz się swobodnie.

- Zrobił się tutaj tłok.

- W twojej głowie też. I w mojej.

Siedzieliśmy w milczeniu. Co jeszcze podpowiadała jej intuicja?

- Nigdy nie spałam z Michaelem w tamtym wielkim mieszkaniu - odezwała się pierwsza.

- Ja też nie spałem tutaj z Jenny.

- Rozumiem - powiedziała. - Ale gdybym spotkała jego rodziców, pewnie dostałabym bólu 

głowy albo mdłości. Wszystko, co przypomina ci o Jenny, jest wciąż dla ciebie bolesne.

Nie mogłem zaprzeczyć żadnemu słowu.

- Mam   iść   do   siebie?   -   spytała.   -   Naprawdę   to   zrozumiem.   Zaprzeczyłem   bez   chwili 

wahania. Było to jedyne sensowne rozwiązanie.

- Chodźmy na spacer. Napijemy się czegoś...

Cała Marcie - lubiła przewodzić. Podziwiałem jej siłę. I ten jej talent do radzenia sobie w 

każdej sytuacji.

Zamówiłem dla siebie wino, a dla niej sok pomarańczowy.

Wyczuwała, że mam ochotę posiedzieć, więc zabawiała mnie błahą rozmową. Mówiliśmy 

ojej pracy.

Niewielu ludzi wie, na czym dokładnie polega praca prezesów wielkich sieci handlowych. 

Nie ma w niej nic fascynującego. Muszą odwiedzać każdy sklep z osobna i przechadzać się między 

stoiskami.

- Jak często?

Bez przerwy. Poza tym śledzę pokazy mody w Europie i w Azji. Muszę wiedzieć, co stanie 

się seksowne w najbliższym czasie.

- Co to właściwie znaczy „seksowne” w tej branży, Marcie?

- Kiedy masz na sobie ten kaszmirowy ciuch, który ci dałam, reklamujesz nasz „seksowny” 

albo „fantazyjny” zestaw. Widzisz, sprzedać zwykły sweter potrafi dwadzieścia różnych sklepów. 

Ale my szukamy zawsze tego, co działa na wyobraźnię, rzeczy, o których ludzie nie wiedzieli 

background image

dotąd,   że   ich   potrzebują.   Jeśli   trafimy   w   cel,   klienci   zauważają   to   w   naszych   reklamach   i 

przepychają się w kolejkach. Kapujesz?

- Czyli   używając   terminów   ekonomicznych   -   skwitowałem   pompatycznym   tonem 

absolwenta Ivy League

 - tworzycie sztuczny popyt na towary pozbawione naturalnej wartości.

- Zawile powiedziane, ale prawdziwe. - Skinęła głową.

- Mówiąc prościej, jeśli ogłaszacie „Gówno o modzie!”, wszyscy rzucają się, żeby kupić 

nawóz.

- Dokładnie   tak.   Problem   polega   tylko   na   tym,   jak   przekonać   pierwszą   osobę   do   tego 

błyskotliwego pomysłu!

Samochód Marcie stał przed moim mieszkaniem (w niedozwolonym  miejscu). Było  już 

późno, kiedy wróciliśmy. Ale czułem się lepiej. Albo tak mi się tylko wydawało po wypitym winie.

- No to jesteś na miejscu - powiedziała Marcie.

Co   za   takt!   Miałem   dwie   możliwości.   Wiedziałem   też,   która   jest   teraz   bardziej... 

pociągająca.

- Marcie, jeśli pójdziesz, oboje będziemy spali sami. Używając terminów ekonomicznych, 

jest to przykład nieefektywnego wykorzystania przestrzeni sypialnej. Zgadzasz się ze mną?

- Zgadzam - odparła.

- Poza tym bardzo chciałbym cię objąć.

Przyznała się do podobnej ciągoty.

*

Marcie obudziła mnie, trzymając kawę w ręku. Ale dlaczego w styropianowym kubku? - 

Nie mogłam zapalić gazu w kuchni - wyjaśniła. - Poszłam do baru na rogu.

background image

24.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Niezupełnie „mieszkamy razem”.

Choć lato tego roku było pasjonujące.

Co prawda, jemy razem posiłki, rozmawiamy,  śmiejemy się (i sprzeczamy),  śpimy pod 

jednym dachem (tzn. pod moim niskim sufitem). Ale żadne z nas nie określiło zasad tego związku. 

Z   pewnością   nie   mamy   wobec   siebie   zobowiązań.   Wszystko   toczy   się   z   dnia   na   dzień.   Choć 

staramy   się   być   ze   sobą   jak   najczęściej.   Myślę,   że   jest   między   nami   coś   rzadkiego.   Rodzaj... 

przyjaźni. Tym bardziej niezwykłej, że nie tylko duchowej.

Marcie chodzi po ubrania do swojego zamku i odbiera wtedy pocztę. Czasami przynosi też 

posiłki   przygotowane   przez   jej   cierpiącą   na   bezczynność   służbę.   Pałaszujemy   je   z   apetytem 

własnymi   łyżkami   przy   stole   kuchennym   i   omawiamy   wszystko,   co   się   nawinie.   Czy   L.B.J.

∗ 

pozostanie   w   historii?   (Prędzej   jego  wielkie   buty).   Co   znów   za   horror   wymyślił   Nixon   w 

Wietnamie? Wysyłają rakiety na księżyc, gdy w miastach panuje nędza. Doktor Spock. James Earl 

Ray. Chappaquiddick. Green Bay Packers.  Spiro T. Jackie O. Czy nie byłoby lepiej dla świata, 

gdyby Cosell i Kissinger zamienili się miejscami?

Czasem Marcie musi zostać w pracy prawie do północy. Jadę wtedy po nią, idziemy coś 

przekąsić i wracamy spacerkiem do domu - to znaczy do mojego mieszkania.

Czasem ja wyjeżdżam do Waszyngtonu i ona zostaje wtedy sama, choć nigdy nie brakuje jej 

rozmaitych  zajęć. Potem przyjeżdża  po mnie  na lotnisko La Guardia.  Najczęściej  jednak to ja 

organizuję transport z lotniska.

Jej praca polega między innymi na podróżowaniu. Musi odwiedzać wszystkie oddziały. W 

praktyce   oznacza   to,   że   poświęca   tydzień   na   zbadanie   wschodniego   pasa,   a   część   następnego 

tygodnia   na   Cleveland,   Cincinnati   i   Chicago.   No   i   jeszcze  Chappaquiddick   -   nazwa   małej 

miejscowości   w   Stanach   Zjednoczonych,   kojarzona   z   wypadkiem   samochodowym   Edwarda 

Kennedy’ego,   w   którym   zginęła   jego   pasażerka.   Opinia   publiczna   była   wzburzona   faktem,   że 

Kennedy zgłosił wypadek policji dopiero dziewięć godzin później, jak gdyby starał się z początku 

zatuszować śmierć Mary Jo Kopechne, swojej współpracowniczki i najprawdopodobniej kochanki.

Green Bay Packers - słynna drużyna futbolowa z lat sześćdziesiątych, której nieprzerwane 

pasmo zwycięstw śledziła cała Ameryka.

Spiro T. - Spiro T. Agnew, gubernator stanu Maryland, wiceprezydent w rządzie Richarda 

Nixona, znany ze swoich ultrakonserwatywnych poglądów i rasistowskich wypowiedzi.

Jackie O. - Jacqueline Onassis, żona prezydenta J.F. Kennedy’ego, która zbulwersowała 

opinię   publiczną   cztery   miesiące   po   zabójstwie   męża,   poślubiając   greckiego   multimiliardera 

Arystotelesa Onassisa.

background image

Cosell - Howard Cosell, popularny w latach sześćdziesiątych  komentator sportowy sieci 

telewizyjnej ABC.

Kissinger   -   Henry   Kissinger,   sekretarz   stanu   w   rządzie   Richarda   Nixona.   Postać 

kontrowersyjna:   laureat   Nagrody   Nobla,   jednocześnie   uważany   przez   swoich   przeciwników   za 

jednego z głównych  architektów  amerykańskiej  interwencji w Azji Południowo - Wschodniej i 

nazywany przez nich „kambodżańskim rzeźnikiem”.

trasa zachodnia: Denver, L.A., San Francisco. Nie jeździ, rzecz jasna, przez cały czas. Po 

pierwsze, Nowy Jork stanowi jej bazę operacyjną, gdzie ładuje swoje baterie. A po drugie, od 

pewnego czasu to także miejsce ładowania moich baterii. Spędzamy zatem razem sporo czasu. 

Zdarza się, że za jednym zamachem cały tydzień.

Oczywiście, chciałbym widywać ją częściej, ale rozumiem jej zobowiązania. W gazetach 

dużo się ostatnio pisze o tak zwanym dławieniu osobowości partnerki przez męskich szowinistów. 

Ale drugi raz nie dam się na to nabrać. Poza tym widzę, że nie wszyscy mają tyle szczęścia co my. 

Taka Luci Danziger, na przykład, jest profesorem w Instytucie Psychologii w Princeton, a jej mąż 

Peter wykłada matematykę w Bostonie. Nawet dwie uniwersyteckie pensje nie pozwalają im na 

luksusy, których my z Marcie sobie nie odmawiamy: tysiące rozmów telefonicznych czy weekendy 

w odludnych miejscach (mógłbym napisać balladę o naszej ostatniej sielance w Cincinnati).

Przyznaję,   że   czuję   się   samotny,   kiedy   Marcie   wyjeżdża.   Zwłaszcza   latem,   widząc 

zakochanych w parku. Telefon to dość nędzny substytut. Kiedy odłoży się słuchawkę, nic w ręku 

nie pozostaje.

Jesteśmy chyba, jak to nazywają w gazetach, nowoczesną parą. On pracuje. Ona pracuje. 

Dzielą się obowiązkami - albo ich brakiem. Okazują sobie nawzajem szacunek. Prawdopodobnie 

nie chcą mieć dzieci.

Właściwie to chciałbym mieć kiedyś dzieci. I nie uważam małżeństwa za aż taki przeżytek. 

Ale   nie   ma   potrzeby   nad   tym   dyskutować.   Marcie   nigdy   nie   proponowała   małżeństwa   ani 

macierzyństwa. Chyba jest zadowolona z tego, co ma. To znaczy ze związku nie skrępowanego 

czasem lub definicją.

O tych sprawach nie rozmawiamy, gdy jesteśmy razem. Za bardzo pochłania nas działanie. 

Dzięki   ciągłemu   ruchowi   możemy   pozostawać   z   dala   od   mojej   nory   (choć   Marcie   nigdy   nie 

uskarżała   się   na   klaustrofobię).   Biegamy.   Gramy   dużo   w   tenisa   (lecz   już   nie   o   szóstej   rano: 

poddałem się). Chodzimy często do kina i na każde przedstawienie teatralne, które pochwali Walter 

Kerr

. Mamy podobną niechęć do przyjęć; jesteśmy nawzajem zazdrośni o swoje towarzystwo i 

lubimy być sami. Choć od czasu do czasu wpadamy razem do przyjaciół.

A   właśnie,   przy   pierwszej   tego   typu   wizycie,   Steve   Simpson   stworzył   pewien   moralny 

dylemat. Gwen zapaliła się, żeby ugotować coś w domu, ale lęk przed niestrawnością skłonił mnie 

background image

do zaproponowania restauracji „Giamatti” w Greenich Village. Dobra, nie ma sprawy, zobaczymy 

się tam o ósmej.

Z Marcie jest pewien kłopot w towarzystwie. Rozmowa jakoś nie klei się przy niej. Na 

pewno nie o tym marzą nastoletnie dziewczyny. Po pierwsze, nie można tak po prostu zignorować 

jej wyglądu (w gruncie rzeczy, to właśnie jest główny problem). Na przykład taki Steve - normalny, 

szczęśliwy małżonek. Już z daleka jednak zaczyna przyglądać się Marcie i to niezupełnie chłodnym 

wzrokiem. Może nie jest to gapienie się, ale na pewno więcej niż zwykłe spojrzenia. W ten sposób 

Marcie   już   raz   zraziła   sobie   na   samym   początku   czyjąś   żonę.   I   chociaż   ubiera   się   zawsze   z 

podkreśloną prostotą, inne kobiety chyba wyczuwają jej klasę. No i nie są z tego zbyt zadowolone.

Idziemy  po posypanej  trocinami  podłodze  w  restauracji „Giamatti”.  Steve czeka  już na 

stojąco (dobre maniery czy lepszy punkt obserwacyjny?). Gwen z kolei uśmiecha się na stronie. 

Pewnie w nadziei, że pomimo pewności siebie i wyzywającego wyglądu, moja towarzyszka okaże 

się tanią błyskotką.

Prezentacje to kolejna przeszkoda. Na dźwięk nazwiska „Binnendale” nawet intelektualista 

musi drgnąć. Przy spotkaniu z większością sławnych osobistości od razu uruchamia się specjalny 

język (Fajnie pan napisał o boksie, panie Mailer!; Jak tam narodowe bezpieczeństwo, profesorze 

Kissinger? itp.). Zawsze jest jakiś punkt odniesienia, którego można się uczepić. Ale co powiedzieć 

do Marcie: - Podobają mi się wasze nowe wystawy?

Oczywiście,   Marcie   potrafi   z   tego   wybrnąć.   Jej   strategia   polega   na   tym,   że   pierwsza 

rozpoczyna rozmowę, choć kończy się to tak, że zaczyna mówić sama. Trudno więc ją dobrze 

poznać. Dlatego ludzie często uważają, że wieje od niej chłodem.

W każdym razie zaczęliśmy od tego, jak trudno znaleźć lokal „Giamatti”. ( - Wy też się 

zgubiliście?) Przychodzi tu John Lennon, kiedy jest w Nowym Jorku. Typowe chrzanienie.

Potem   Marcie   przejmuje   pałeczkę.   Bardzo   stara   się   być   miła   dla   moich   przyjaciół. 

Bombarduje Steve’a pytaniami z dziedziny neurologii, wykazując się przy tym wcale niezgorszą 

wiedzą.

Słysząc,   że   Gwen   uczy   historii   w   Dalton,   zaczyna   rozprawiać   o   stanie   prywatnego 

szkolnictwa w Nowym Jorku. Za jej szkolnych czasów w Brearley wszystko było takie sztywne, 

ujęte w reguły i zakazy. Potem opowiada z entuzjazmem o ostatnich zmianach w tej dziedzinie, 

zwłaszcza w programie matematyki, zgodnie z którym przyzwyczaja się dzieci od najmłodszych lat 

do pracy z komputerem.

Gwen już gdzieś o tym wszystkim słyszała. Oczywiście, przy takim obciążeniu lekcjami 

brakuje jej czasu na poszerzanie wiedzy z innych dziedzin. Zauważa jednak, że Marcie jest świetnie 

zorientowana w sprawach nowojorskiego szkolnictwa. Marcie zaś odpowiada, że czyta mnóstwo 

pism w samolotach.

background image

W każdym razie często odczuwam ciarki na grzbiecie. I współczucie dla Marcie. Nikomu 

nie przyjdzie nigdy do głowy, że pod pięknym łabędziem kryje się brzydkie kaczątko. Nikt nie ma 

pojęcia, że ta ostentacyjna pewność siebie to tylko środek maskujący wewnętrzne rozterki. Ja to 

rozumiem. Ale nie potrafię przewodniczyć rozmowom.

W każdym  razie próbuję. Kieruję rozmowę w stronę sportu. Steve rozpala się, a Gwen 

oddycha z ulgą. Wkrótce zagłębiamy się we wszystkie bieżące tematy sportowe - Puchar Stanleya, 

Puchar Davisa, Phil Esposito, Derek Sanderson, Bill Russell, czy drużyna Yankees przeniesie się do 

Jersey?   -   i   przestaję   zauważać   cokolwiek,   oprócz   tego,   że   lody   zostały   przełamane.   Wszyscy 

zachowują się swobodnie. Zaczynamy nawet kląć jak sportowcy w szatni.

Dopiero kiedy zjawia się kelner, zauważam, że rozmawialiśmy tylko w trójkę. I wtedy do 

konwersacji włącza się Gwen ze słowami:

- Poproszę scallopine alla minorese.

- Co jest, do diabła, z tą Marcie?

Powiedział to Steve kilka dni później, kiedy skończyliśmy biegać. (Był to tydzień, w którym 

Marcie objeżdżała pas wschodni). Skierowałem rozmowę na jej temat, żeby dowiedzieć się, co on i 

Gwen   o   niej   sądzili.   Kiedy   opuściliśmy   park   i   przeszliśmy   przez   Piątą   Ulicę,   Steve   spytał 

ponownie:

- Co z nią jest?

- O co ci chodzi, do cholery? Nic z nią nie jest.

Steve spojrzał na mnie i potrząsnął głową. Nie zrozumiałem go.

- O to właśnie mi chodzi - odparł. - Jest taka cholernie doskonała.

background image

25.

Co mi, do diabła, dolega?

Dopiero co przyjęto mnie z powrotem do ludzkiej rasy. Moja dusza zaczęła się otwierać. 

Powinienem kipieć radością. A jednak z jakiegoś dziwnego powodu czuję się raczej średnio. Może 

to tylko przejściowy nastrój.

Nie mówię, że jestem przygnębiony.

Jaki miałbym powód? Wszystko idzie świetnie. W pracy układa się dobrze. Tak dobrze, że 

mogę teraz poświęcić więcej czasu na pracę w Harlemie i na obronę swobód obywatelskich.

Co   do   mojego   związku   z   Marcie,   to   posługując   się   słowami   Stephena   Simpsona,   jest 

cholernie doskonały. Uzupełniamy się niemal we wszystkim.

Tworzymy naprawdę zgraną drużynę. Ściślej mówiąc, debel mieszany. Występujemy razem 

w turnieju tenisowym. Bez trudu pokonaliśmy cały klub Gotham i stawiliśmy czoło parom z innych 

miast. Z umiarkowanym sukcesem (co znaczy, że nie zostaliśmy pokonani).

To jej zasługa. Więcej niż połowa naszych męskich przeciwników jest ode mnie o klasę 

lepsza, ale Marcie po prostu wykańcza kondycyjnie każdą kobietę z przeciwnego debla. Nigdy nie 

podejrzewałem, że zostanę sportową miernotą. Ale choć na korcie robię za statystę, dzięki Marcie 

zdobyliśmy  medale  i dyplomy  i jesteśmy na  najlepszej  drodze  do naszego pierwszego  złotego 

trofeum.

Podczas turnieju Marcie jest w pełni sobą. Oboje jako ofiary terminarza spotkań musimy 

czasem grać w nocy, pod groźbą walkowera. Finał rozgrywek wewnątrzklubowych przypadł kiedyś 

na dziewiątą wieczorem w środę.

Marcie spędziła cały ten dzień w Cleveland, wsiadła do wieczornego samolotu, przebrała się 

na pokładzie i zjawiła kwadrans po dziewiątej, podczas gdy ja wciskałem jakiś kit sędziemu. Po 

trudnym zwycięstwie wróciliśmy do domu i zwaliliśmy się z nóg. Następnego dnia, o siódmej rano, 

Marcie   poleciała   do   Chicago.   Na   szczęście,   nie   było   żadnych   rozgrywek,   kiedy   objeżdżała 

Zachodnie Wybrzeże.

Podsumowując:   oto   mężczyzna   i   kobieta   doskonale   dostrojeni   i   dopasowani   do   siebie. 

Udany związek.

Dlaczego więc, do diabła, nie zachłystuję się szczęściem, tak jak powinienem?

Oczywiście był to główny temat w gabinecie doktora Londona.

- To nie jest depresja, panie doktorze. Czuję się świetnie. Nie brak mi optymizmu. Ja i 

Marcie... my dwoje...

Urwałem.   Chciałem   powiedzieć,   że   zawsze   potrafimy   się   porozumieć.   Ale   trudno   się 

samemu oszukiwać.

background image

- ...nie rozmawiamy ze sobą.

Tak, wykrztusiłem  to. Naprawdę tak sądziłem,  choć brzmiało  to jak paradoks. Przecież 

rozmawialiśmy - świadczyły o tym nasze rachunki za telefon - gadaliśmy całymi  godzinami w 

nocy.

Owszem. Ale nie mówiliśmy sobie zbyt wiele.

Zdanie typu: „Jestem szczęśliwa, Oliver”, to nie rozmowa. To drobny upominek.

Oczywiście mogłem się mylić.

Cóż ja takiego wiem o związkach z kobietami? Tyle tylko, że byłem żonaty. A porównania 

do małżeństwa z Jenny nie są chyba odpowiednie. Wiem tylko, że oboje byliśmy bardzo w sobie 

zakochani. Wtedy, rzecz jasna, nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Nie oglądałem swoich 

uczuć przez lupę psychiatry.  Nie potrafię więc dokładnie wyrazić, dlaczego z Jenny byłem tak 

bezgranicznie szczęśliwy.

Najciekawsze,   że   Jen   i   ja   wcale   nie   mieliśmy   ze   sobą   wiele   wspólnego.   Sport   darzyła 

głębokim brakiem zainteresowania. Kiedy ja oglądałem mecz futbolowy, ona czytała książkę w 

drugim końcu pokoju.

Nauczyłem ją pływać.

Nigdy nie udało mi się nauczyć jej prowadzenia samochodu.

Ale co, u diabła - czy mąż i żona są ze sobą po to, żeby się czegoś uczyć?

Jasne jak cholera, że tak.

Ale nie pływania, prowadzenia samochodu czy odczytywania map. Ani nawet zapalania 

kuchenki gazowej - tak jak ostatnio usiłowałem zrobić, żeby powtórzyć znaną sytuację.

Ludzie uczą się różnych rzeczy na swój temat poprzez ciągły dialog ze sobą. Budują nowe 

obwody w satelitarnym przekaźniku swoich uczuć.

Jenny budziła mnie w nocy, gdy nawiedzały ją koszmary. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, 

że jest chora. Pytała mnie z prawdziwym przerażeniem:

- Oliver, czy będziesz czuł do mnie to samo, jeśli okaże się, że nie możemy mieć dziecka?

Nie poddałem się pierwszemu odruchowi, żeby ją uspokoić. Zagrała za to we mnie cała 

gama nowych uczuć, o istnieniu  których nie miałem pojęcia. Jasne, Jen, że nie przeszedłbym do 

porządku dziennego nad tym, że nie mogę mieć dziecka z tobą, z kobietą, którą kocham.

Nie popsuło to nic między nami. Przeciwnie, jej szczery niepokój, który kazał jej zadać to 

szczere   pytanie,   sprawił,   iż   zdałem   sobie   sprawę,   że   nie   jestem   żadnym   bohaterem.   Że   nie 

dojrzałem jeszcze do tego, żeby dzielnie stawić czoło bezdzietności. Powiedziałem jej, że będzie 

musiała mi pomóc. Wyznając wprost swoje wątpliwości, poznaliśmy się o wiele, wiele lepiej.

Staliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

- Jezu, Oliver, nie bajerowałeś.

background image

- Przeraziła cię ta nieheroiczna prawda?

- Nie, cieszę się, że to powiedziałeś.

- Jak to?

- Bo teraz wiem, że nigdy mnie nie bajerujesz, Oliver.

Nigdy jeszcze nie przeprowadziliśmy z Marcie podobnej rozmowy. To znaczy, mówi mi, 

kiedy jest przygnębiona albo zdenerwowana. Albo że czasem w podróży martwi się, czy nie znajdę 

sobie jakiejś rozrywki. Właściwie ja też martwię się o to samo. A jednak, dziwna rzecz, choć 

potrafimy znaleźć w rozmowie ze sobą właściwe słowa, mam wrażenie, jakby wsiąkały one zbyt 

szybko w język.

Może dzieje się tak dlatego, że mam zbyt wygórowane oczekiwania. Jestem niecierpliwy. 

Ludzie, którzy mają za sobą szczęśliwe małżeństwo, dokładnie wiedzą, czego im potrzeba. I czego 

im brak. Nie powinno się jednak stawiać ostrych żądań komuś, kto nigdy nie miał... zaufanego 

przyjaciela.

Ale wciąż wierzę, że któregoś dnia stanę się jej bardziej potrzebny. Że może obudzi mnie 

kiedyś w nocy i zapyta:

- Czy będziesz czuł do mnie to samo, jeśli okaże się, że nie możemy mieć dziecka?

background image

26.

- Marcie, w tym tygodniu mogę dużo płakać.

Była szósta rano i staliśmy na lotnisku.

- Jedenaście dni - powiedziała. - Nigdy jeszcze nie rozstawaliśmy się na tak długo.

- Tak - odparłem z uśmiechem.  - Ale chciałem powiedzieć,  że mogę  dostać po oczach 

gazem łzawiącym na demonstracji.

- Mówisz, jakbyś nie mógł się tego doczekać, Oliver. Punkt dla niej. W niektórych kręgach 

dostać gazem to męska rzecz. Przyłapała mnie z obwisłym ego.

- Tylko nie daj się sprowokować gliniarzom - dodała.

- Obiecuję. Będę grzeczny.

Zapowiedzieli   jej   lot.   Szybki   pocałunek   i   po   chwili   znów   dreptałem   na   autobus   do 

Waszyngtonu, ziewając po drodze.

Przyznaję   otwarcie:   lubię   pomagać   w   ważnych   sprawach.   W   tę   sobotę   New   Mobe

∗ 

organizowało   w   Waszyngtonie   wielki   listopadowy   marsz   antywojenny.   Trzy   dni   wcześniej 

organizatorzy zadzwonili do mnie z prośbą, żebym przyszedł i pomógł im dogadać się z wymiarem 

sprawiedliwości.

- Naprawdę jesteś nam potrzebny, stary - powiedział Freddie Gardner.

Byłem dumny jak paw, dopóki nie wyjawili mi, że zwrócili się do mnie nie ze względu na 

moją   wiedzę  prawniczą,  ale  przede  wszystkim  dlatego,  że   chodzę   do  fryzjera   i  wyglądam   jak 

republikanin.

Chodziło   o   to,   jaką   trasę   wybrać.   Zazwyczaj   marsze   w   Waszyngtonie   szły   wzdłuż 

Pennsylvania Avenue do pałacu prezydenckiego. Zastępy rządowych prawników uparły się, że ten 

marsz musi przejść trasą położoną bardziej na południu. (Jak bardzo? - pomyślałem. - Przy Kanale 

Panamskim?)

Marcie co noc wysłuchiwała moich świeżych sprawozdań.

- Kleindienst ciągle powtarza: „Będzie bijatyka, będzie bijatyka”.

- Skąd on to może, do diabła, wiedzieć? - spytała Marcie.

- Właśnie. Zapytałem go: „Skąd ty to, kurwa, wiesz?”

- Dokładnie tymi słowami?

- No... oprócz jednego. W każdym razie odpowiedział: „Mitchell tak mówi”.

- A skąd znowu Mitchell to wie?

- Spytałem. Nie chciał powiedzieć. Miałem ochotę poczęstować go sierpowym.

- Co za dojrzałość! Miałeś być grzeczny, Oliver.

- Gdyby zbereźne myśli były przestępstwem, dostałbym dożywocie.

background image

- Cieszę się - powiedziała.

Nasze rachunki za telefon były niewiarygodne.

W czwartek wieczorem dwaj biskupi wraz z całą rzeszą księży zorganizowali mszę o pokój 

przed siedzibą Pentagonu. Ostrzeżono nas, że zostaną aresztowani, więc zadbaliśmy o to, by wśród 

wiernych nie zabrakło prawników.

- I co, była bijatyka? - spytała tego wieczoru Marcie.

- Nie. Gliniarze byli nawet uprzejmi. Ale ten tłum, Boże! Niewiarygodne. Wrzeszczeli do 

księży takie słowa, jakich wstyd używać w najgorszej spelunie! Chryste, świerzbiło mnie, żeby 

komuś przyłożyć.

- Zrobiłeś to?

- Tylko w myślach.

- To dobrze.

- Tęskniłem za tobą, Marcie. Ręce rwą mi się do ciebie.

- Mam nadzieję, że głowa też. Co się stało z księżmi?

- Musieliśmy pojechać do sądu w Aleksandrii, żeby załatwić  zwolnienie  za kaucją. Ale 

dlaczego, do diabła, zmieniasz temat? Nie mogę powiedzieć, że za tobą tęskniłem?

*

Rząd zemścił się, zanim minął piątek. Waszyngton pogrążył się w zimnie i deszczu, bez 

wątpienia  dzięki  modlitwom   Nixona  (wypowiadanym  przez  Billy’ego  Grahama).  A   jednak   nie 

powstrzymało to marszu ze świecami, prowadzonego przez Billa Coffina, niezwykłego kapelana 

Yale. Cholera, jeden taki facet mógłby mnie nawrócić na religię. I faktycznie, poszedłem potem 

posłuchać   jego   kazania   w   katedrze   narodowej.   Stanąłem   sobie   z   tyłu   (były   tłumy   ludzi)   i 

napawałem się uczuciem solidarności. Oddałbym wtedy wszystko, żeby wziąć Marcie za rękę.

Kiedy   ja   składałem   swoją   bezprecedensową   wizytę   w   domu   bożym,   na   placu   Du  Pont 

watahy Jippisów, Czubków, Weathermanów

 i innych bezmyślnych kretynów rozpętały paskudną 

rozróbę. Potwierdzili w ten sposób to, czemu ja zaprzeczałem przez cały tydzień.

- Co   za   sukinsyny!   -   wrzasnąłem   do   Marcie   przez   telefon.   -   Nawet   nie   robią   tego   z 

przekonania. Chcą się tylko zareklamować.

- To im powinieneś dołożyć - odparła.

- A żebyś wiedziała! - zawołałem lekko rozczarowany.

- Gdzie byłeś?

- W kościele - odparłem.

Marcie wyraziła swoje zdziwienie dość barwnym językiem. Zacytowałem kazanie Coffina, 

żeby ją przekonać.

- Wiesz co - powiedziała - jutro w gazetach będzie mała wzmianka o tej mszy i trzy strony 

background image

na temat rozróby.

Smutne to, ale miała rację.

Nie mogłem  zasnąć. Miałem poczucie winy,  że kiedy ja leżę sobie w ciepełku  mojego 

taniego pokoju w motelu, tysiące uczestników marszu koczuje na zimnych podłogach i ławkach.

W sobotę wiał chłodny wiatr, ale przynajmniej przestało padać. Ponieważ nie pomagałem w 

załatwieniu   niczyjego   zwolnienia   za   kaucją   ani   nie   prowadziłem   żadnej   sprawy,   wszedłem   do 

kościoła św. Marka, który służył jako punkt kontaktowy.

W środku roiło się od ludzi, którzy spali na ławkach, pili kawę albo siedzieli cierpliwie, 

czekając   na   dalsze   wskazówki.   Wszystko   było   świetnie   zorganizowane,   wyznaczono   nawet 

członków ochrony, którzy mieli trzymać protestujących z dala od gliniarzy (i odwrotnie). Byli też 

lekarze na wypadek nieprzewidzianych sytuacji. Zauważyłem tylko parę osób powyżej trzydziestki.

Obok kotła z kawą kilku lekarzy wyjaśniało grupie ochotników, co robić, kiedy poczują gaz 

łzawiący.

Czasem,  gdy  człowiek  jest  samotny,  wyobraża  sobie,  że  widzi  znajomą   twarz.  Jedna  z 

lekarek wyglądała jak wykapana Joanna Stein.

- Cześć - powiedziała, gdy nalewałem sobie kawy. To naprawdę była Joanna.

- Nie chcę ci przerywać seminarium na temat pierwszej pomocy.

- Nic nie szkodzi - odparła. - Cieszę się, że cię tu widzę. Co u ciebie?

- Zimno - powiedziałem.

Zastanawiałem   się,   czy   powinienem   ją   przeprosić   za   to,   że   nie   odpowiedziałem   na   jej 

telefon. Nie była to chyba odpowiednia chwila, chociaż w jej delikatnej twarzy widziałem nieme 

pytanie.

- Wyglądasz na zmęczoną, Jo - stwierdziłem.

- Jechaliśmy całą noc.

- Ciężka sprawa - skwitowałem, proponując jej łyk kawy.

- Jesteś sam? - spytała.

Co chciała przez to powiedzieć?

- Mam nadzieję, że będzie ze mną jakieś pół miliona ludzi - odparłem. I pomyślałem, że 

teraz jestem zabezpieczony na wszystkich frontach.

- Jasne - przytaknęła.

Cisza.

- Ach, a propos, jak tam twoja rodzina?

- Moi bracia gdzieś się tu kręcą. Mama i tato musieli zostać na koncercie w Nowym Jorku.

Po chwili dodała:

- Jesteś z jakąś grupą?

background image

- O   tak,   jasne   -   powiedziałem   najnaturalniej   w   świecie.   I   natychmiast   pożałowałem 

kłamstwa. Teraz na pewno zaprosi mnie, żeby przyłączyć się do jej przyjaciół.

- Dobrze wyglądasz - powiedziała Jo. Wyraźnie starała się zyskać na czasie w nadziei, że 

wykażę więcej inicjatywy.

Czułem się zakłopotany, stercząc tak i zmuszając się do towarzyskiej pogawędki.

- Przepraszam cię, Jo - wypaliłem - ale czeka na mnie kilku kumpli na mrozie.

- Och, pewnie - odparła. - Nie chcę cię zatrzymywać.

- Nie, nie, ja tylko...

Zauważyła, że się niecierpliwię, i dała mi spokój.

- Baw się dobrze.

Zawahałem się, a potem ruszyłem do wyjścia.

- Pozdrów ode mnie wszystkich zwariowanych muzyków - zawołałem.

- Chętnie cię znów zobaczą, Oliver. Przyjdź w którąś niedzielę.

Byłem już daleko od niej. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak podchodzi do jakiejś kobiety i 

dwóch mężczyzn. Pewnie ci, z którymi tu przyjechała. Koledzy lekarze? A może chodzi z którymś?

Nie twój cholerny interes, Oliver.

Wziąłem udział w marszu. Nie śpiewałem, bo to nie w moim stylu. Jak jedna wielka stonoga 

przeszliśmy   obok   sądu   rejonowego,   siedziby   FBI   i   Departamentu   Sprawiedliwości,   Głównego 

Urzędu   Podatkowego   i   skręciliśmy   tuż   przy   Ministerstwie   Skarbu.   W   końcu   dotarliśmy   do 

fallicznego pomnika wzniesionego w hołdzie Ojcu Naszego Kraju

.

Omal nie odmroziłem sobie tyłka od siedzenia na ziemi. Zdrzemnąłem się trochę między 

przemówieniami.   Ale   wzięło   mnie,   kiedy   ta   ogromna   masa   ludzi   zaśpiewała   jednym   głosem: 

Dajcie szansę pokojowi!

Nie   śpiewałem.   Nie   mam   zdolności   wokalnych.   Może   zresztą   bym   śpiewał,   gdybym 

przyłączył się do Joanny i jej przyjaciół. Ale samotnie śpiewa się w tłumie jakoś dziwnie.

Byłem porządnie zmęczony, kiedy otwarłem drzwi swojej sutereny w Nowym Jorku. W tej 

samej chwili zadzwonił telefon. Resztką sił poderwałem się do słuchawki.

Ze zmęczenia nie bardzo wiedziałem, co plotę.

- Cześć - zaskrzeczałem falsetem. - Tu Abbie Hoffman

∗∗

, szczęśliwego Nowego Roku!

Całkiem niezłe, uznałem. Ale Marcie nie zaśmiała się. To nie była Marcie.

- Ee... Oliver?

Mój żarcik troszeczkę minął się z adresatem.

- Dobry wieczór, ojcze. Myślałem, że to ten... ee... ktoś inny.

- Ee... no, tak. Cisza.

- Co u ciebie, synu?

background image

- Doskonale. Jak matka?

- Doskonale. Jest tu ze mną. Ee... Oliver, co do przyszłej soboty...

- Tak, ojcze?

- Spotykamy się w New Haven, prawda?

Całkiem zapomniałem - umówiliśmy się przecież w czerwcu.

- Ee... jasne. Oczywiście.

- To doskonale. Przyjedziesz samochodem?

- Tak.

- Wobec tego spotkajmy się przed bramą Wiejskiej Rezydencji. W południe?

- Dobrze.

- A potem na obiad, mam nadzieję?

Dalej, zgódź się. On chce cię zobaczyć. Słychać to w jego głosie.

- Tak, ojcze.

- To doskonale. Ee... matka chciała się z tobą przywitać.

I   tak   oto   tydzień   moich   demonstracji   skończył   się   na   demonstracyjnie   przyjacielskiej 

pogawędce z rodzicami.

Marcie zadzwoniła o północy.

- Mówili w wiadomościach, że podczas waszego marszu Nixon oglądał mecz futbolowy - 

zeznała.

W tej chwili nie miało to dla mnie znaczenia.

- Cholernie tu pusto - odparłem.

- Jeszcze tylko tydzień...

- Ta pieprzona separacja musi się wreszcie skończyć.

- Skończy się, przyjacielu. Za siedem dni.

background image

27.

W mojej rodzinie tradycja jest substytutem miłości. Nie okazujemy sobie uczuć. Zamiast 

tego   odgrywamy   swoje   „plemienne”   role,   dając   wyraz   naszej...   przynależności.   W   ciągu   roku 

odbywamy   cztery   obrzędy:   Boże   Narodzenie,   Wielkanoc,   Święto   Dziękczynienia   oraz   stały 

obrządek  jesieni  - Święty Tydzień.  Do tego dochodzi  jeszcze,  ma  się rozumieć,  nasz moralny 

Armageddon, dzień, w którym dobro tego świata zmaga się ze złem, światło z ciemnością. Innymi 

słowy: dzień meczu. Zacny Harvard przeciwko Yale.

Jest to czas śmiechu i czas łez. Ale przede wszystkim to czas ryku, wrzasku, szczeniackiego 

obłędu i picia.

W   mojej   rodzinie   świętuje   się   jednak   w   nieco   bardziej   stateczny   sposób.   Kiedy   wielu 

uczniów urządza przedmeczowe popijawy na parkingach, rodzina Barrettów oczekuje na sukces 

harwardzkiego sportu z powagą.

Kiedy byłem chłopcem, ojciec zabierał mnie na każdy mecz rozgrywany na Soldiers Field. 

Nie   był   niedzielnym   kibicem,   chodziliśmy   tam   bardzo   często.   Częstował   mnie   obfitymi 

wyjaśnieniami. W wieku dziesięciu lat biegle orientowałem się w najbardziej zagadkowych gestach 

sędziów. Co więcej, nauczyłem się głośnego kibicowania. Mój ojciec nigdy nie krzyczał. Mówił 

tylko półgłosem, niemal do siebie, po każdym dobrym zagraniu Purpurowych: „Dobra robota!” 

albo „O, świetnie!” A jeśli przypadkiem nasi gladiatorzy nie sprawili się dobrze, na przykład gdy 

przegraliśmy pięćdziesiąt pięć do zera, komentował krótko: „Szkoda”.

Sam był kiedyś sportowcem - tak, on. Mój ojciec! A konkretnie wioślarzem w reprezentacji 

Harvardu (kandydował nawet do drużyny olimpijskiej w jedynkach). Nosił czcigodny krawat w 

purpurowo - czarne pasy, który oznaczał, że jest zasłużonym posiadaczem litery „H”

. Dawało mu 

to prawo darmowego  wstępu do najlepszego sektora na meczach  futbolowych.  Po prawej ręce 

rektora.

Upływ czasu nie przyćmił ani nie zmienił rytuału spotkań Harvardu z Yale. Zmienił się 

tylko mój status. Mając już za sobą okres inicjacji, sam byłem teraz posiadaczem litery „H” (za 

osiągnięcia   w   hokeju).   Też   mogę   więc   zasiadać   w   uprzywilejowanym   sektorze.   Teoretycznie, 

mógłbym przyprowadzić nawet swojego syna i uczyć go, czym jest kara za przytrzymywanie.

A jednak, nie licząc okresu studiów i małżeństwa, ciągle chodzę na mecz Harvard - Yale z 

moim ojcem. Matka wyrzekła się tego obrzędu wiele lat temu i był to jedyny stanowczy krok w jej 

życiu. „Nic z tego nie rozumiem - powiedziała do mojego ojca - i zimno mi w nogi”.

Gdy   mecz   odbywa   się   w   Cambridge,   chodzimy   na   obiad   do   szacownej   bostońskiej 

jadłodajni   Locke   -   Ober.   Jeśli   zaś   bój   toczony   jest   w   New   Haven,   ojciec   prowadzi   mnie   do 

restauracji Kayseya - nie tak staromodnej, z lepszą kuchnią. Tam też znaleźliśmy się tym razem, 

background image

obejrzawszy klęskę naszej Alma Mater, która przegrała 7:0. Gra była nieciekawa i nie dostarczyła 

wielu   tematów   do   rozmowy.   Pojawiła   się   więc   możliwość,   że   zaczniemy   poruszać   kwestie 

pozasportowe. Postanowiłem, że nie powiem nic o Marcie.

- Szkoda - rzekł ojciec.

- To tylko futbol - odparłem, całkiem odruchowo obierając przeciwny punkt widzenia.

- Miałem nadzieję, że Massey będzie lepszy - powiedział ojciec.

- Harvard jest dobry tylko w defensywie - podsunąłem.

- Tak. Chyba masz rację.

Zamówiliśmy homara. Zawsze trochę to trwa, a co dopiero, gdy jest tłok. W lokalu roiło się 

od   zachlanych   bubków   z   Yale.   Przypominali   ujadające   triumfalnie   buldogi.   Gęby   mieli   pełne 

heroicznych hymnów do jajowatej piłki. W każdym razie, nasz stolik stał w dość cichym kącie i 

słyszeliśmy się nawzajem. Co prawda, nie było czego słuchać.

- Co u ciebie nowego? - spytał ojciec.

- Wszystko po staremu - odparłem. (Przyznaję, nie ułatwiam naszych rozmów).

- Wychodzisz trochę... po pracy?  - Próbował wskrzesić w sobie zainteresowanie. Muszę 

przyznać, że faktycznie czasem to robił.

- Trochę - odpowiedziałem.

- To doskonale - stwierdził.

Czułem jednak, że ojciec jest bardziej zakłopotany niż rok temu. Bardziej nawet niż przy 

obiedzie w Nowym Jorku, poprzedniej wiosny.

- Oliver - zaczął złowieszczo brzmiącym głosem - czy mogę mówić szczerze?

Chyba żartuje?

- Oczywiście - odpowiedziałem.

- Chciałbym porozmawiać z tobą na temat przyszłości.

- Mojej przyszłości? - spytałem, przechodząc do defensywy.

- Niezupełnie twojej, Oliver. Przyszłości rodziny. Przyszło mi nagle do głowy, że on lub 

matka mogą być chorzy czy coś w tym rodzaju. Oznajmiliby mi to w taki sam beznamiętny sposób. 

Może nawet napisaliby do mnie list (matka na pewno by napisała).

- Mam sześćdziesiąt pięć lat - oświadczył ojciec.

- Jeszcze nie, dopiero w marcu - odpowiedziałem. Chciałem w ten sposób pokazać, że nie 

jest mi zupełnie obcy.

- Niemniej muszę myśleć tak, jak gdybym już skończył sześćdziesiąt pięć lat. - Czyżby mój 

ojciec chciał wydębić dla siebie rentę?

- Zgodnie z zasadami partnerstwa...

Ledwo zaczął mówić, odwróciłem się. Słyszałem już tę mowę przy tej samej okazji rok 

background image

wcześniej. Wiedziałem, o co chodzi.

Inna była tylko pomeczowa scenografia. W zeszłym roku, po kilku rozmowach ze śmietanką 

Purpurowych, udaliśmy się do obranej z góry restauracji w Bostonie. Ojciec zaparkował tuż przy 

swoim biurze na State Street, siedzibie jedynej instytucji, której nazwa zawierała otwarcie nasze 

nazwisko: Barrett, Ward & Seymour, Inc., Bank Inwestycyjny.

Kiedy sunęliśmy za zapachem jadła, ojciec pokazał palcem zaciemnione okna na górze i 

zauważył:

- Strasznie tu cicho wieczorem, prawda?

- W twoim gabinecie jest zawsze cicho - odparłem.

- To cisza w oku cyklonu, synu.

- Ale ty to lubisz.

- Lubię - potwierdził. - Lubię, Oliver.

Na   pewno   nie   chodziło   mu   o   pieniądze.   Ani   o   władzę   związaną   z   gigantycznymi 

przedsięwzięciami   na   rzecz   rozwoju   miasta,   przedsiębiorstw   czy   korporacji.   Lubił   chyba 

obowiązek. Gdyby pasowało do niego to określenie, powiedziałbym, że mój ojciec podniecał się 

obowiązkiem.   Wobec   zakładów,   które   stworzyły   firmę,   wobec   samej   firmy,   wobec   świętego 

instytutu opieki moralnej, czyli Harvardu. No i oczywiście wobec rodziny.

- Mam   sześćdziesiąt   cztery   lata   -   ogłosił   mój   ojciec   tamtego   wieczoru   w   Bostonie,   w 

poprzednim sezonie piłkarskim.

- Dopiero w marcu - odparłem, pokazując jak zwykłe, że znam datę jego urodzin.

- ...a zgodnie z zasadami partnerstwa muszę przejść na emeryturę, gdy skończę sześćdziesiąt 

osiem lat.

Chwila milczenia. Szliśmy cichymi, statecznymi ulicami w centrum Bostonu.

- Powinniśmy o tym pomówić, Oliver.

- O czym?

- O tym, kto zajmie moje miejsce...

- Pan Seymour - zaproponowałem. W końcu, jak zapewniał papier firmowy i wizytówki na 

drzwiach, w firmie było jeszcze dwóch wspólników.

- Seymour i jego rodzina mają dwanaście procent udziałów - powiedział ojciec - a Ward ma 

dziesięć.

Nie prosiłem o te szczegóły.

- Kilka udziałów ma też ciotka, którymi zajmuję się w jej imieniu. - Zaczerpnął powietrza i 

dodał: - Reszta należy do nas...

Chciałem zaprotestować, żeby nie dokończył swojego wywodu.

- ...czyli w ostatecznym rozrachunku do ciebie.

background image

Miałem wielką ochotę zmienić temat, ale zbyt dobrze wiedziałem, ile wysiłku kosztuje go ta 

rozmowa. Najwyraźniej przygotowywał się do niej starannie.

- Czy jednak Seymour nie mógłby cię zastąpić? - spytałem.

- Owszem. Gdyby nikt nie wziął... bezpośredniej odpowiedzialności za interesy Barrettów.

- Co wtedy?

Dawałem mu do zrozumienia, że ja nie mam ochoty na tę odpowiedzialność.

- Zgodnie z zasadami partnerstwa, miałby prawo wykupić nasze udziały.

Zawahał się.

- Ale to, oczywiście, zmieniłoby sytuację. Ostatnie zdanie nie było wyjaśnieniem. Raczej 

prośbą.

- Tak, ojcze? - spytałem.

- Chodzi mi o rodzinę - podsumował.

Wiedział,   że   go   rozumiem.   Wiedział,   że   domyślam   się,   dlaczego   idziemy   tak   wolnym 

krokiem. Choć temat i tak wymagał  więcej czasu niż spacer do restauracji Locke - Ober, gdzie 

właśnie dotarliśmy.

Przed wejściem zdążył jeszcze dodać:

- Zastanów się nad tym.

Skinąłem   głową,   choć   jednocześnie   wiedziałem,   że   nie   będę   zastanawiać   się   ani   przez 

chwilę.

Tego   wieczoru   atmosfera   w   środku   nie   była   bynajmniej   sztywna.   Purpurowi   dokonali 

przecież cudów na boisku. Pan zesłał swój gniew na bubków z Yale w ostatniej minucie przez 

swego posłańca, gracza o nazwisku Chiampi. Zdobył szesnaście punktów pięćdziesiąt sekund przed 

końcem  i wyrównał  wynik  meczu.  Niewiarygodny remis.  Sukces, który trzeba  uczcić.  Słodkie 

pieśni rozbrzmiewały w powietrzu.

Niezwyciężeni synowie Harvardu, Do celu mkną niczym strzała, Walczą jak lwy, od Unii 

startu Do końca, gdzie meta lśni biała.

Nie mówiliśmy więcej o rodzinnej tradycji. Wszystko przesłonił futbol. Wychwalaliśmy 

Chiampiego,   Gattiego   i   innych   graczy   Purpurowych.   Wznosiliśmy   toasty   za   pierwszy   sezon 

Harvardu bez porażki - od studenckich czasów mojego ojca(!).

Tym razem, czyli rok później, wszystko było inaczej. Śmiertelnie poważnie. Nie dlatego, że 

przegraliśmy mecz. Po prostu  dlatego, że upłynął już cały rok. A problem pozostawał nadal nie 

rozwiązany. Właściwie stał się jeszcze trudniejszy do rozwiązania.

- Ojcze, jestem prawnikiem i mam własne zobowiązania. Albo, jeśli wolisz, obowiązki.

- Rozumiem. Ale gdybyś przeniósł się do Bostonu, wcale nie musiałbyś zrezygnować ze 

swojego społecznego zaangażowania. Wręcz przeciwnie, mógłbyś potraktować pracę w firmie jako 

background image

podobną działalność, tyle że prowadzoną po drugiej stronie barykady.

Nie chciałem go zranić. Nie powiedziałem więc, że moim głównym przeciwnikiem jest 

właśnie ta druga strona barykady.

- Rozumiem, co masz na myśli - odparłem - ale szczerze mówiąc...

Urwałem na chwilę, żeby opanować swój ostry sprzeciw i uniknąć szorstkich słów.

- Ojcze, pochlebia mi twoja propozycja. Ale naprawdę muszę ją zdecydowanie... odrzucić.

- Rozumiem - powiedział. - Jestem rozczarowany, ale rozumiem.

Wracając autostradą do domu, byłem na tyle odprężony, że nawet żartowałem w duchu.

- Jeden magnat w rodzinie wystarczy.

Miałem nadzieję, że Marcie czeka już na mnie w mieszkaniu.

background image

28.

- Jesteś pewien, Oliver?

- Absolutnie, Marcie.

Czekała już na mnie, gdy wróciłem z New Haven. Wyglądała jak świeży suflet. Nikt nie 

zgadłby, że przez cały dzień leciała, samolotem z jednego końca Ameryki na drugi.

Choć rozmowa z moim ojcem tonęła w gąszczu tematów, to właśnie ona zainteresowała ją 

szczególnie.

- Odmówiłeś tak od razu?

- Bez wahania - odparłem. - Iz przekonaniem. Przypomniałem sobie zaraz, do kogo mówię.

- Oczywiście, ty na moim miejscu przejęłabyś ten cholerny interes. Zdaje się, że tak właśnie 

postąpiłaś.

- Byłam  wtedy wściekła  - odpowiedziała szczerze Marcie. - Chciałam udowodnić wiele 

rzeczy.

- Ja też. I dokładnie dlatego odmówiłem.

- Pozwolisz więc, żeby dziedzictwo twojej rodziny... poszło na marne?

- Ładne mi dziedzictwo - początki wyzysku w Ameryce!

- Oliver, to już historia. Dzisiaj robotnik ze związku zawodowego zarabia...

- Nie o to mi chodzi.

- Spójrz tylko, ile dobrego zrobiła twoja rodzina! Szpital, budynek Harvardu, datki...

- Słuchaj, nie mówmy o tym, co?

- Dlaczego nie? Zachowujesz się jak smarkacz! Podstarzały radykał!

Dlaczego z taką werwą popychała mnie w objęcia establishmentu?

- Jasna cholera, Marcie!

Nagle rozległ się telefon. Zabrzmiał jak gong na ringu odsyłający pięściarzy do narożników.

- Mam odebrać? - spytała Marcie.

- Niech dzwoni, już prawie północ.

- Może to coś ważnego.

- Nie dla mnie - powiedziałem.

- Ja też tu mieszkam - zauważyła.

- No to odbierz - warknąłem wkurzony, że zjazd stęsknionych kochanków zamienił się w 

przykrą awanturę.

Marcie podniosła słuchawkę.

- Do ciebie - powiedziała.

- Czego tam? - burknąłem w słuchawkę.

background image

- No, świetnie! Ona ciągle tam jest! - usłyszałem czyjś głos. Philip Cavilleri. Zmusiłem się 

do uśmiechu.

- Sprawdzasz mnie?

- Mam powiedzieć szczerze? Tak. Jak leci?

- O co ci chodzi, Phil?

- No, wiesz: bing bang, bing bang!

- Co to ma być, twój zegar z kukułką?

- Dzwony weselne! Kiedy je usłyszymy, do cholery?

- Ty wiesz się w pierwszej kolejności, Phil.

- No to powiedz mi teraz, żebym mógł spokojnie zasnąć.

- Philip   -   odparłem,   udając   rozdrażnienie   -   dzwonisz,   żeby   prowadzić   małżeńską 

propagandę, czy chciałeś coś jeszcze powiedzieć?

- Jasne. Myślał indyk o weselu...

- Phil, powiedziałem ci już...

- Mówię o prawdziwym indyku. Faszerowanym. Wiesz, do żarcia w Święto Dziękczynienia.

- Ach, tak. Racja, przecież to w przyszłym tygodniu.

- Chciałbym,   żebyś   zjawił   się   u   mnie   na   zjeździe   rodzinnym   w   Dzień   Łaski   z   tym 

kulturalnym, kobiecym głosem.

- Kto będzie na tym zjeździe? - spytałem.

- Ojcowie Pielgrzymi! Co to za różnica?

- Kogo   zaprosiłeś,   Philip?   -   nalegałem,   wyobrażając   już   sobie   watahy   nadgorliwych 

mieszkańców Cranston.

- Jak dotąd, tylko siebie - odparł.

- Ach, tak - skwitowałem. Przypomniało mi się, że Philip nie znosi świąt z krewnymi. ( - Do 

diabła z tą zapłakaną dzieciarnią - skarżył się. A ja przyjmowałem jego wymówki z ulgą).

- Dobrze. W takim razie ty możesz przyjść do nas... Rzuciłem okiem w stronę Marcie, która 

kiwała głową na zgodę, pytając jednocześnie rękami: „Tylko kto będzie, do diabła, gotował?”

- Marcie chce cię poznać - nalegałem.

- Och, może lepiej nie - opierał się Philip.

- Nie daj się prosić.

- No, dobra. O której?

- Koło południa - powiedziałem. - Daj tylko znać, kiedy wyjść po ciebie na dworzec.

- Mogę przynieść trochę żarcia? Pamiętaj, że to ja dostarczam Rhode Island najlepszego 

placka z dyni.

- Świetnie.

background image

- I robię najlepszy farsz.

- Świetnie.

Marcie gestykulowała gwałtownie: „Idź na całość!”

- Ee... Phil, jeszcze jedna sprawa. Wiesz, jak się piecze indyka?

- Jak stary piekarz! - zawołał. - Mógłbym załatwić jedną sztukę u mojego kumpla Angelo. 

Jesteś pewny, że ona nie będzie miała nic przeciwko?

- Kto, Phil?

- No, twoja piękna narzeczona. Niektóre panie nie lubią, jak facet wtrąca się im do kuchni.

- Marcie nie jest z tych - odparłem.

Podskakiwała teraz z radości.

- Świetnie. W takim razie to na pewno piękna dziewczyna. „Marcie”, co? Myślisz, że się jej 

spodobam?

- Na pewno.

- No to wyjdź po mnie na dworzec o wpół do jedenastej, dobra?

- Dobra.

Już chciałem odłożyć słuchawkę, kiedy zawołał:

- Oliver?

- Tak, Phil?

- Święto Dziękczynienia to dobry czas na plany małżeńskie.

- Dobranoc, Phil.

Rozłączyliśmy się w końcu. Spojrzałem na Marcie.

- Cieszysz się, że przyjdzie?

- Jeśli uważasz, że mu się spodobam.

- Jak amen w pacierzu.

- Lepiej wypadnę, jeśli nie będę gotować.

Uśmiechnęliśmy się. Było w tym ziarnko prawdy.

- Zaczekaj chwilę, Oliver - przypomniała sobie. - Czy nie miałeś jechać do Ipswich?

Racja. Dziękczynienie to święty dzień Barrettów. Cóż, siła wyższa.

- Zadzwonię i powiem, że zatrzymała mnie sprawa Komitetu Szkolnego, która wchodzi w 

poniedziałek na wokandę.

Marcie też musiała trochę zmienić swoje plany.

- Powinnam być  w Chicago, ale przylecę  tu na obiad i wrócę tam ostatnim samolotem. 

Święto Dziękczynienia to ważna data w handlu. W piątek zaczyna się wyprzedaż.

- Dobrze. Phil to doceni.

- Cieszę się - powiedziała.

background image

- Dobra, a teraz, kiedy wszystko jest już zorganizowane - powiedziałem żartobliwym tonem 

- czy mogę wyrazić swoje uczucia?

- Proszę bardzo. Jakiego rodzaju?

- Cóż... smutek. Harvard przegrał z Yale. To był paskudny dzień. Czy przychodzi ci do 

głowy jakiś sposób, żeby mnie pocieszyć?

- Potrzebna ci terapia - oceniła. - Czy zechciałbyś położyć się wygodnie na łóżku?

- Zechciałbym - przystałem na jej propozycję. Usiadła obok mnie.

- A teraz możesz robić wszystko, na co masz ochotę - powiedziała.

Posłuchałem jej.

A potem spaliśmy długo i szczęśliwie.

Przez   cały   ten   tydzień   Phil   Cavilleri   pracował   w   pocie   czoła   nad   świątecznymi 

smakołykami. Wydał fortunę na ciągłe telefony z pytaniami.

- Czy ona lubi farsz z orzechami?

- Nie ma jej teraz, Phil, pracuje.

- O ósmej wieczorem?

- W środę pracuje dłużej - powiedziałem wymijająco.

- Jaki do niej numer? - podchwycił skwapliwie, pragnąc poznać jej stosunek do orzechów.

- Jest zajęta, Phil. Ale, wiesz co? Właśnie sobie przypomniałem, uwielbia orzechy.

- To świetnie!

I wyłączył się. Na chwilę.

Przez następne dni dzwonił w sprawie grzybów, gatunku dyni, żurawin (w całości czy w 

galaretce?) oraz rozmaitych warzyw.

- Wszystko będzie prosto z ziemi - zapewniał mnie, zamówiwszy rozmowę z Rhode Island. 

- Wy tam, w Nowym Jorku, kupujecie tylko mrożone świństwa.

Oczywiście, wymyślałem wszystkie odpowiedzi za Marcie. W tym tygodniu była na trasie 

Cincinnati   -   Cleveland   -   Chicago.   Choć   rozmawialiśmy   co   wieczór   przynajmniej   godzinę, 

świąteczny jadłospis nie należał do naszych głównych tematów.

- Jak idzie sprawa Komitetu Szkolnego, przyjacielu?

- Wszystko gotowe. Barry zebrał świetne materiały. Muszę je tylko dobrze wykorzystać. 

Tymczasem przypominam sobie wszystkie zabronione książki. Wiesz, że nie pozwalają dzieciakom 

w liceum czytać Vonneguta? Ani nawet Buszującego w zbożu

!

- Och, to smutna  książka  - powiedziała  Marcie.  - Biedaczek  ten  Holden Caulfield,  taki 

samotny.

- A mi nie współczujesz? Też jestem samotny.

- Och, Oliver, co mam powiedzieć o sobie? Wariuję z samotności!

background image

Jeśli mój telefon był przypadkiem na podsłuchu, facet, który podsłuchiwał, musiał mieć co 

wieczór niezły ubaw, kiedy dzwoniła Marcie.

*

W   świąteczny   ranek   obudził   mnie   indyk   u   drzwi.   Za   nim   stał   Philip   Cavilleri,   który 

zdecydował,  że musi  przyjechać  naprawdę  wczesnym  pociągiem.  Potrzebował  więcej  czasu na 

przygotowanie odpowiedniej uczty. ( - Znam ten twój piecyk, przypomina toster z przepukliną).

- A gdzie  ona  jest?  - spytał  Philip,  ledwo wyładował  swój  transport  przysmaków.  (Nie 

przestawał rozglądać się po całym mieszkaniu).

- Ona tu nie mieszka, Phil. Poza tym jest teraz w Chicago.

- Po co?

- W interesach.

- Och. Robi interesy?

- Tak.

Zaniemówił z wrażenia. Po chwili dodał szybko:

- Czy ona ciebie docenia, Oliver? Jezu, ten ciągle swoje!

- Daj spokój, Phil, weźmy się do roboty.

Ja sprzątałem. On gotował. Ja nakryłem do stołu. On zastawił go wszystkim, co można zjeść 

na   zimno.   Około   południa   uczta   była   prawie   gotowa.   Oprócz   indyka,   który   miał   kruszeć   w 

piekarniku aż do wpół do piątej. O wpół do czwartej samolot Marcie wyląduje na lotnisku La 

Guardia. Ponieważ w święta nie będzie ruchu na drogach, powinniśmy bez przeszkód zacząć obiad 

przed piątą. Skracaliśmy sobie z Philem oczekiwanie, gapiąc się na futbol w telewizji. Nie chciał się 

ruszyć z domu nawet na krótki spacer, choć świeciło słońce i był rześki, listopadowy dzień. Stary 

kibic nie chciał przepuścić chwili, w której piłka wpadnie do bramki.

Tuż po drugiej zadzwonił telefon.

- Oliver?

- Gdzie jesteś, Marcie?

- Na lotnisku. W Chicago. Nie mogę przylecieć.

- Coś się stało?

- Nie tutaj. Ale mamy problem w Denver. Lecę tam za dwadzieścia minut. Wyjaśnię ci 

wieczorem.

- Coś poważnego?

- Raczej tak. Może to potrwać kilka dni, ale przy odrobinie szczęścia uda się z tego wyjść.

- Mogę ci jakoś pomóc? - spytałem.

- Tak... Proszę cię, wytłumacz mnie przed Philipem. Powiedz mu, że naprawdę mi przykro.

- Dobra. Ale nie będzie to łatwe.

background image

Sekunda milczenia. Pewnie trwałaby dłużej, gdyby Marcie nie spieszyła się na samolot.

- Jesteś trochę wkurzony, co?

Ważyłem w myślach słowa. Nie chciałem pogarszać jej zmartwień.

- Tylko rozczarowany, Marcie. Ale obaj cię rozumiemy.

- Proszę cię, zaczekaj, aż dotrę do Denver. To długa historia.

- Na pewno - mruknąłem.

- Oliver, powiedz mi coś miłego, proszę.

- Mam nadzieję, że podadzą ci indyka w samolocie.

Samotna uczta z Philipem miała swoją dobrą stronę.

Było jak za dawnych czasów. Znów siedzieliśmy razem, tylko we dwóch.

Jedzenie   było   wyśmienite.   Niestrawne   były   tylko   moje   myśli.   Philip   próbował   mnie 

pocieszyć.

- Słuchaj - powiedział - takie rzeczy zdarzają się w świecie biznesu. Ludzie biznesu muszą 

podróżować. Taka już natura... biznesu.

- Tak.

- Poza tym nie wszyscy mogą spędzać święta w domu. Na przykład żołnierze...

Świetne porównanie!

- No, a jeśli musiała zostać, to znaczy, że jest dla nich ważna, zgadza się?

Nie odpowiedziałem.

- Jest jakimś kierownikiem?

- Coś w tym rodzaju.

- No, jeszcze lepiej. To nowoczesna dziewczyna. Chryste, powinieneś być dumny. Ona coś 

osiągnie w życiu. Stara się o awans?

- W pewnym sensie.

- To dobrze. Ambitna sztuka. Powinieneś być dumny, Oliver.

Kiwnąłem głową. Chciałem tylko pokazać, że nie śpię.

- Kiedy   byłem   dzieckiem   -   zaczął   Phil   -   każda   rodzina   lubiła   się   szczycić   ambitnym 

dzieciakiem.   Oczywiście,   przeważnie   chłopakami.   Ale   dzisiaj   te   nowoczesne   dziewczyny   są 

naprawdę ambitne, no nie?

- Bardzo - odparłem.

W końcu przekonałem go, że nie da rady uśmierzyć mojego rozczarowania.

- Wiesz co... - zaczął od nowa, zmieniając taktykę. - Gdybyś się z nią ożenił, byłoby inaczej.

- Niby dlaczego? - Starałem się powiedzieć to bez ironii.

- Bo kobieta to kobieta. Żona musi być w domu, ze swoją rodziną. Świat jest tak urządzony.

Nie chciałem podważać jego poglądów na temat świata.

background image

- Pomyśl tylko - powiedział - przecież to twoja wina. Gdybyś chciał zrobić z niej normalną 

kobietę...

- Phil!

- Co prawda to prawda - warknął w obronie nieznanej sobie kobiety. - Te feministyczne 

dzikuski mogą mnie obrzucać jajami, aleja wiem, co mówi Biblia. Mąż i żona będą, ten, no... jako 

jedno ciało. Zgadza się?

- Zgadza  -  odparłem   w  nadziei,   że  to go  uspokoi. Miałem  rację.  Ale tylko   przez  kilka 

sekund.

- Słuchaj, co to właściwie znaczy „jako jedno ciało”? - spytał.

- Że mają trzymać się razem - wyjaśniłem.

- Czy ona zna Biblię, Oliver?

- Chyba tak.

- Zadzwoń do niej. Może ma w hotelu jakiegoś Gedeona

.

- Zadzwonię - obiecałem.

background image

29.

- Co pan czuje?

- Doktorze London, tym razem naprawdę potrzebuję pańskiej pomocy. Co czuję?

- Gniew. Złość. Wściekłość.

I coś jeszcze.

- Zamęt. Nie wiem, co mam czuć. Ten nasz związek... sam nie wiem.

Dobrze wiedziałem, ale nie potrafiłem tego powiedzieć głośno.

- To znaczy... rozwija się. Choć są pewne przeszkody. Skąd mamy wiedzieć, czy na pewno 

potrafimy żyć razem, skoro spędzamy ze sobą tak mało czasu? Rozmowy przez telefon tego nie 

zastąpią. Nie jestem ani trochę religijny, ale gdybym wiedział, że Wigilię spędzimy oddzielnie...

Może   bym   się   rozpłakał?   Jestem   pewny,   że   nawet   Kuba   Rozpruwacz   spędzał   Boże 

Narodzenie z przyjaciółmi.

- Wiem,   to   naprawdę   była   poważna   sprawa.   Widzi   pan,   sklep   w   Denver   ma   nieudolne 

kierownictwo. Marcie musiała tam pojechać i zostać. Nie mogła tego nikomu zlecić. Zresztą, po 

jaką cholerę miałaby to zlecać? Żeby trzymać mnie za rękę? Przyrządzić mi śniadanie?...

Cholera, to jej praca! Muszę się z tym pogodzić. Nie mam pretensji. No, dobrze... mam. Ale 

to ja jestem niedojrzały, nie ona...

Może nie tylko niedojrzały. Samolubny. Niewyrozumiały. Marcie i ja jesteśmy przecież... 

no...   razem.   Ma   niezłe   piekło   w   tym   Denver.   Naprawdę.   Robi   to,   co   należy   do   szefa,   ale   te 

miejscowe mądrale uważają, że ma ciężką rękę. Tak, to wszystko nie jest takie proste.

Tymczasem ja obijam się z kąta w kąt i użalam nad sobą. Może powinienem być tam z nią i 

dodawać   otuchy.   Pocieszać   ją.  Chryste,   ja  na   pewno  bym   tego   potrzebował.   Przekonałaby  się 

wtedy...

Urwałem. Co właściwie zrozumiał doktor London z moich nie dokończonych zdań?

- Chyba powinienem polecieć do Denver.

Cisza. Byłem zadowolony ze swojej decyzji. Nagle uświadomiłem sobie, że jest piątek.

- Z   drugiej   strony,   w   przyszły   poniedziałek   mam   prowadzić   sprawę   przeciwko   temu 

Komitetowi Szkolnemu. Nie mogłem doczekać się, kiedy dopadnę tych chamów...

Chwila ciszy na zastanowienie. Namyśl się dobrze, Oliver.

- Dobrze, Barry Pollack może przejąć pałeczkę. Właściwie orientuje się w tym lepiej ode 

mnie. Sęk w tym, że jest młodszy. Mogą go wyprowadzić z równowagi. Cholera, ja bym się nie 

dał! To naprawdę ważna sprawa!

Chryste,   straszny   był   ten   psychiczny   ping   -   pong!   W   głowie   mi   huczało   od   własnych 

argumentów.

background image

- A niech to! Marcie jest ważniejsza! Choćby była nie wiem jak twarda, jest tam teraz sama i 

potrzebuje przyjaciela. Raz w życiu mógłbym zrobić coś dla innego człowieka, a nie tylko dla 

siebie!

Chyba przekonał mnie ten ostatni argument.

- No to lecę do Denver.

Spojrzałem   na   doktora   Londona.   Zastanawiał   się   nad   czymś   przez   chwilę,   a   potem 

powiedział:

- Jeśli nie, zobaczymy się w poniedziałek o piątej.

background image

30.

- Oliver, nie zostawiaj mnie na lodzie, załamię się.

Spokojnie, wszystko będzie w porządku. Trzymaj się. Podczas gdy taksówka podskakiwała 

na wybojach w drodze na lotnisko, uspokajałem Barry’ego Pollacka przed jego rozprawą w sądzie.

- Ale dlaczego, Ollie? Dlaczego tak mnie nagle zostawiasz?

- Dasz sobie radę. Znasz tę sprawę na wylot.

- Może  i  znam.   Ale nie  umiem  tak  kluczyć   i  bajerować  jak ty,  Oliver.  Załatwią  mnie. 

Przegramy!

Pocieszałem go i wyjaśniałem, jak odeprzeć ataki przeciwników.

- Pamiętaj, mów wyraźnie. Bardzo powoli. Najlepiej barytonem. I zawsze zwracaj się do 

naszego biegłego: panie doktorze, to robi wrażenie.

- Jezu, trzęsę się. Dlaczego musisz lecieć do Denver?

- To konieczne, Bar. Nie mogę nic więcej powiedzieć. Na jedną wyboistą milę zapadła 

niespokojna cisza.

- Ol?

- Co, Bar?

- Powiesz mi, jeśli zgadnę?

- Tak. Może.

Chodzi o ofertę. Fantastyczna oferta pracy. Zgadza się? Właśnie dojechaliśmy do lotniska. 

Zanim taksówka stanęła, byłem już jedną nogą na zewnątrz.

- Więc   jak?   -   dopytywał   się   Barrie.   -   Chodzi   o   ofertę?   Z   lisim   uśmieszkiem   podałem 

młodszemu koledze rękę przez okno taksówki.

- Powodzenia, nam obu!

Odwróciłem się i ruszyłem nadać swój bagaż. Bóg z tobą. Barry, tak się trzęsiesz, chłopcze, 

że nawet nie zauważyłeś, jaki ja jestem rozdygotany.

Nie powiedziałem jej, że przyjeżdżam.

*

Ledwo wylądowaliśmy w Podniebnym Mieście (jak bez przerwy nazywał je pilot wesołek), 

chwyciłem swoją małą walizkę, wybrałem taksówkarza, który wyglądał na faceta lubiącego bardzo 

szybką jazdę, i rzuciłem:

- Brunatny Pałac. Gaz do dechy, proszę.

- No to przytrzymaj se sombrero, stary - odparł kierowca. Dobrze wybrałem.

O dziewiątej wieczorem (jedenaście minut później) byliśmy przed Pałacem, najzacniejszym 

hotelem  Denver. Jest tam wielki  hol,  który przypomina  kosmiczne  lądowisko dla  dekadentów. 

background image

Wokół wznoszą się niezliczone piętra, a pośrodku rośnie ogromny ogród. Od spoglądania w pustą 

przestrzeń w górze można dostać zawrotu głowy.

Znałem numer jej pokoju z naszych rozmów przez telefon. Zostawiłem bagaż w recepcji i 

puściłem się biegiem na siódme piętro. Nawet jej nie uprzedziłem z dołu.

Odczekałem sekundę, żeby złapać oddech (siódme piętro!). Potem zapukałem.

Odpowiedziała mi cisza.

Po   chwili   otworzył   jakiś   mężczyzna.   Muszę   przyznać   -   bardzo   przystojny   mężczyzna. 

Prawdziwy goguś.

- Słucham pana?

Co to, do diabła, za jeden? Nie miał miejscowego akcentu. Mówił tak, jakby nauczył się 

angielskiego na Marsie.

- Chciałbym się widzieć z Marcie - odparłem.

- Obawiam się, że jest w tej chwili zajęta.

Niby czym? Na co ja tu trafiłem? Nie podobał mi się ten piękniś. W taką gębę ma się ochotę 

walnąć dla zasady.

- Jednak chciałbym się z nią zobaczyć - powiedziałem. Miał nade mną dwa cale wzrostu 

przewagi, a jego garnitur był tak dobrze skrojony, że prawie przyrastał mu do tyłka.

- Hm - zaczął - czy jest pan umówiony z panną Binnendale? - To wstępne „hm” zabrzmiało 

jak zapowiedź złamanej szczęki.

Zanim zdecydowałem się, czy polemizować dalej, czy przejść do ciosów, z wnętrza pokoju 

dobiegł kobiecy głos.

- O co chodzi, Jeremy?

- O nic, Marcie. To pomyłka. Znów odwrócił się do mnie.

- To nie pomyłka, Jeremy - powiedziałem. - Rodzice mnie zaplanowali.

Albo moje poczucie humoru, albo groźba w głosie sprawiły, że Jeremy cofnął się jednak i 

wpuścił mnie do środka.

W krótkim korytarzu zastanawiałem się, jak Marcie zareaguje na mój widok. I czym, do 

diabła, mogła się teraz zajmować.

Salon wypełniony był po brzegi szarą flanelą.

To   znaczy   biznesmenami   przy   popielniczkach,   kopcącymi   nerwowo   papierosy   albo 

żującymi zeschłe kanapki.

Przy jednym biurku siedziała Marcie Binnendale. Nie paliła, nie jadła (i nie była nie ubrana, 

czego się obawiałem). Przyłapałem ją na gorącym... zebraniu biznesmenów.

- Znasz tego pana? - spytał Jeremy.

- Owszem - odparła z uśmiechem Marcie. Ale nie rzuciła mi się na szyję, jak marzyłem po 

background image

drodze.

- Cześć - zawołałem.

- Przepraszam jeśli przeszkodziłem.

Marcie rozejrzała się i powiedziała do swojego plutonu:

- Przepraszam na chwilę.

Wyszliśmy na korytarz. Wziąłem ją za rękę, ale oparła się delikatnie.

- Co ty tutaj robisz?

- Pomyślałem sobie, że potrzebujesz przyjaciela. Zostanę, dopóki nie uporządkujesz swoich 

spraw.

- A co z twoją rozprawą?

- Mam to gdzieś. Ty jesteś ważniejsza. - I objąłem ją w talii.

- Oszalałeś? - szepnęła, choć bez cienia złości.

- Tak. Oszalałem od samotnych i bezsennych nocy w podwójnym łóżku. Z tęsknoty za tobą 

przy spalonych grzankach i nie dogotowanych jajkach. Od...

- Wolnego, przyjacielu - przerwała mi, wskazując drugi pokój. - Mam zebranie.

Flanelowe bractwo mogło podsłuchiwać, ale miałem to gdzieś. Ciągnąłem dalej:

- ...i pomyślałem sobie, że może ty też w swoim dyrektorskim amoku mogłaś trochę oszaleć 

i że...

- Palant - szepnęła surowo. - Mam zebranie.

- Widzę, że jesteś zajęta, Marcie. Ale nie śpiesz się, kiedy skończysz, będę na ciebie czekał 

w swoim pokoju.

- To może potrwać wieczność.

- To będę czekał całą wieczność... Marcie przypadło to do gustu.

- Dobra, przyjacielu.

Pocałowała mnie w policzek. A potem wróciła do swoich spraw.

- Ach, moja ukochana Afrodyto, rozkoszna rapsodio...

Słowa   te   wypowiadał   Jean   -   Pierre   Aumont,   oficer   Legii   Cudzoziemskiej,   do   jakiejś 

uduchowionej pustynnej księżniczki, która sapała ciągle: „Non, non, non, strzeż się, mon pere!”

Minęła już północ, a ten stary film był jedyną rozrywką na wszystkich kanałach w Denver.

Siedziałem wśród topniejących zapasów piwa Coors. Byłem taki otępiały, że gadałem do 

ekranu.

- Rany boskie, Jean - Pierre, zerwij z niej ten kostium!

Nie zwracał na mnie uwagi i chrzanił dalej, gestykulując jak pajac.

Aż rozległo się pukanie. Bogu niech będą dzięki.

- Cześć, mały - powiedziała Marcie.

background image

Wyglądała na zmęczoną i miała częściowo rozpuszczone włosy. Lubiłem ją taką.

- Jak leci?

- Wysłałam wszystkich do domu.

- Załatwiliście wszystko?

- Och, nie. To beznadziejny galimatias. Mogę wejść?

Z wyczerpania słaniałem się przy drzwiach, blokując jej przejście.

Weszła. Zdjęła pantofle. Opadła na łóżko. A potem spojrzała na mnie ze znużeniem.

- Ty romantyczny palancie. Naprawdę olałeś tę rozprawę?

Uśmiechnąłem się.

- Miałem inne priorytety - odparłem. - Ty wpadłaś w tarapaty w Denver. Pomyślałem sobie, 

że przyda ci się towarzystwo.

- To miłe - powiedziała. - Trochę zwariowane, ale strasznie miłe.

Wszedłem na łóżko i objąłem ją.

Po jakichś piętnastu sekundach oboje spaliśmy beztrosko. Śniło mi się, że Marcie wśliznęła 

się do namiotu, w którym drzemałem, i szepnęła:

- Oliver, spędzimy razem cały dzień. Tylko we dwoje. Zapomnimy o bożym świecie.

Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że sen stał się rzeczywistością. Marcie stała przede mną w 

narciarskim stroju. W ręku trzymała drugi kombinezon, który mógł pasować na mnie.

- Wstawaj - powiedziała. - Idziemy w góry.

- A twoje zebranie?

- Dzisiaj mam zebranie z tobą. Z resztą spotykam się po obiedzie.

- Jezus, Marcie, co cię napadło?

- Priorytety. - Uśmiechnęła się.

Z Marcie nie można było wygrać.

Ofiarą był bałwan, a przyczyną śmierci - skrócenie o głowę rzutem śnieżki.

- W co teraz się zabawimy? - spytałem.

- Powiem ci po lunchu - odparła.

Nie miałem pojęcia, w którym miejscu wielkiego rezerwatu Gór Skalistych się znaleźliśmy. 

Wokół, jak okiem sięgnąć,  ani śladu życia.  A jedynym  odgłosem był  chrzęst naszych  stóp na 

śniegu. Wszędzie rozciągała się niezmącona biel. Jak ogromny tort weselny.

- W mieście Marcie nie potrafiła zapalić piecyka gazowego, ale z maszynką turystyczną 

radziła sobie doskonale. Posilaliśmy się zupą i kanapkami w Górach Skalistych. Po cholerę nam 

szykowne restauracje! Niech szlag trafi obowiązki prawnicze. I telefony.

I miejskie tłumy, większe niż nas dwoje., Gdzie właściwie jesteśmy?

Marcie miała kompas.

background image

- Trochę na wschód od Nigdzie.

- Fajna okolica.

- Gdybyś   nie   wyciął   tego   swojego   numeru   ze   słoniem   w   składzie   porcelany,   nadal 

siedziałabym w Denver w zadymionym pokoju.

Zaparzyła kawę na maszynce. Znawca mógłby określić ją jako niezbyt dobrą lub ledwo 

nadającą się do picia, choć ja uważałem, że był to rozgrzewający napój.

- Marcie - powiedziałem na poły żartobliwie - masz utajony talent kulinarny.

- Ale tylko w dziczy...

- No to znalazłaś swoje miejsce w życiu.

Spojrzała na mnie. Potem rozejrzała się wokół, promieniejąc ze szczęścia.

- Chciałabym, żebyśmy nigdzie nie musieli się stąd ruszać - westchnęła.

- Nie musimy - powiedziałem.

Mój głos zabrzmiał poważnie.

- Marcie, możemy zostać tu, aż stopnieją lodowce albo aż przyjdzie nam ochota poleżeć na 

plaży. Albo popływać łódką po Amazonce. Mówię serio.

Zawahała   się.   Nie   wiedziała,   jak   zareagować   na   moje   słowa  -   co   to   właściwie   było? 

Pomysł? Propozycja?

- Sprawdzasz mnie czy mówisz poważnie? - spytała.

- Jedno i drugie. Ja na pewno mógłbym rzucić ten bezsensowny wyścig, a ty? Niewielu 

ludzi ma nasze możliwości...

- Daj spokój, Barrett - zaprotestowała. - Jesteś najbardziej ambitnym typem, jakiego znam. 

Nie liczę siebie samej. Założę się, że widzisz się nawet w roli prezydenta.

Uśmiechnąłem się. Ale materiał na prezydenta nie może kłamać.

- Zgoda. Tak było. Ale ostatnio wolałbym raczej uczyć swoje dzieci jazdy na łyżwach.

- Naprawdę?

Spytała bez cienia ironii, szczerze zdziwiona.

- Jeśli chciałyby się uczyć - dodałem. - A ty nie potrafiłabyś żyć bez konkurencji?

Zastanowiła się chwilę.

- Na pewno byłoby to dla mnie coś nowego - odpowiedziała. - Zanim ty się zjawiłeś, żyłam 

tylko zwycięstwami na pokaz...

- A czego teraz potrzeba ci do szczęścia?

- Faceta - odparła.

- Jakiego?

- Chyba takiego, który nie da się całkiem nabrać na pozory. Który rozumie, że tak naprawdę 

nie chcę... zawsze być szefową.

background image

Milczałem, podobnie jak góry, które trwały w ciszy.

- Ciebie - powiedziała w końcu.

- Cieszę się - odparłem.

- Co powinniśmy zrobić, Oliver?

Milczeliśmy coraz częściej. Nawet nasze zdania były teraz przerywane okresami ciszy.

- Chcesz wiedzieć, co zrobić? - spytałem.

- Tak.

Wziąłem głęboki wdech i wypaliłem:

- Sprzedaj sklepy.

Omal nie upuściła kubka z kawą.

- Co takiego?

- Posłuchaj, Marcie, mógłbym napisać pracę magisterską o życiu prezesa sieci handlowej. 

To ciągły ruch, ciągłe zmiany, stała gotowość do drogi.

- Święta prawda.

- Może to dobrze dla interesów, ale dla osobistego życia wręcz przeciwnie. Tu potrzeba 

mnóstwa czasu i bardzo mało ruchu.

Marcie nie odpowiedziała. Ciągnąłem więc dalej swój wykład:

- Dlatego - podsumowałem pogodnie - sprzedaj swoje sklepy. Dostaniesz ciepłą posadkę 

konsultanta,   gdzie   tylko   zechcesz.   Ja   mogę   wszędzie   prowadzić   drobne   sprawy.   Może   wtedy 

zapuścimy korzenie. I naprawdę zostawimy coś po sobie.

- Marzyciel - zaśmiała się Marcie.

- A ty, gówniany prezes - odparłem. - Ciągle upajasz się swoją władzą.

Nie powiedziałem tego oskarżycielskim tonem, choć była to szczera prawda.

- Więc jednak to był sprawdzian - stwierdziła.

- Tak - przyznałem. - Nie zdałaś go.

- Arogancki, samolubny typ - powiedziała żartobliwie. Skinąłem głową.

- I ludzki.

Marcie spojrzała na mnie.

- Ale zostaniesz ze mną?...

- Śnieg musi kiedyś stopnieć - powiedziałem. Wstaliśmy i powędrowaliśmy ramię w ramię 

do samochodu. Pojechaliśmy do Denver. Nie było tam ani śladu śniegu.

background image

31.

Do   Nowego   Jorku   wróciliśmy   w   środę   wieczorem.   Rano   tego   samego   dnia   Marcie 

ostatecznie uporządkowała swoje interesy w Denver i nawet przyszło nam do głowy, żeby znów 

porzucać się śnieżkami. Ale rozsądek zwyciężył. Czas wrócić do pracy.

Mógłbym   nawet   pomóc   Barry’emu   Pollackowi   na   finiszu   (byliśmy   w   kontakcie 

telefonicznym).

Odmroziliśmy   sobie   pięty,   czekając   na   taksówkę   w   tasiemcowej   kolejce.   W   końcu 

przesunęliśmy   się   na   czoło.   Przed   nami   stanął   żółty   kawał   pogiętej   blachy.   Inaczej   mówiąc   - 

nowojorska taksówka.

- Do Queens nie jadę - warknął kierowca na powitanie.

- Ja   też   nie   -   odparłem,   szarpiąc   pokracznymi   drzwiami.   -   Pojedźmy   w   zamian   na 

Wschodnią Sześćdziesiątą Czwartą, numer dwadzieścia trzy.

Oboje siedzieliśmy już w środku. Kierowca był teraz prawnie zobowiązany zawieźć nas pod 

wskazany adres.

- Lepiej pojedźmy na Wschodnią Osiemdziesiątą Szóstą, numer pięćset cztery.

- Gdzie?

Ta zaskakująca propozycja wyszła od Marcie.

- Czyj to, do diabła, adres? - spytałem.

- Nasz. - Uśmiechnęła się.

- Nasz?

- Co ty, stary - powiedział taksówkarz - masz amnezję?

- A ty co? - odciąłem się. - Jesteś Woody Allen?

- Przynajmniej pamiętam swój adres - odparł w samoobronie.

Tymczasem   bracia   taryfiarze   zaczęli   popędzać   go   głośną   kakofonią   klaksonów   i 

przekleństw do niezwłocznego odjazdu.

- No, dobra, dokąd?... - zażądał.

- Wschodnia Osiemdziesiąta Szósta - powiedziała Marcie. I szepnęła do mnie, że wyjaśni po 

drodze. Łagodnie mówiąc, zaskoczyło mnie to wszystko.

W  języku   wojskowym   takie   miejsce  określa   się  skrótem  DMZ

  -  oznacza  on  teren,   na 

którym żadna z walczących stron nie może rozmieścić swoich sił. Tą właśnie myślą kierowała się 

Marcie przy wyborze mieszkania, które nie było ani jej, ani moje, ani nawet nasze, lecz stanowiło 

raczej neutralny teren.

Dobrze. Brzmiało to rozsądnie. Moja nora trochę przekroczyła jej wytrzymałość na brud. 

Ale ten sprawdzian zniosła dzielnie.

background image

- I co? - spytała Marcie.

Bezsprzecznie było to wspaniałe mieszkanie. Wyglądało dokładnie jak jedna z propozycji 

doskonałego   umeblowania,   pokazywanych   na   górnych   piętrach   sklepów   Binnendale.   Często 

widziałem, jak młode pary patrzyły na te modele i wzdychały:

- Rany, żebyśmy my tak mieszkali!

Marcie pokazała mi  salon, naszpikowaną różnymi  urządzeniami  kuchnię (pójdę na kurs 

gotowania,   Oliver),   jej   przyszły   gabinet,   sypialnię   królewskich   rozmiarów   i   na   końcu   - 

niespodzianka - mój gabinet.

Tak. On i ona mieli oddawać się swym profesjom w oddzielnych pomieszczeniach. Moje 

było wyścielone skórą z całego stada byków. Przy ścianach - półki z chromowej stali i szkła na 

moje książki prawnicze. Doskonałe oświetlenie. Wszystko, co trzeba.

- I   co?   -   powtórzyła   Marcie,   wyraźnie   czekając,   aż   wpadnę   w   zachwyt.,   -   To   jakieś 

nieprawdziwe - powiedziałem.

Zastanawiałem się, dlaczego mam wrażenie, że jesteśmy na scenie i czytamy swoje kwestie 

z maszynopisu. Pod jej kierownictwem.

I dlaczego ma to mi w czymkolwiek przeszkadzać.

- Co pan czuje?

Doktor London nie zmienił swoich metod w stosunku do mnie.

- Wie pan, płacimy czynsz po połowie.

Daj spokój, powiedziałem do siebie, to nie jest żadne uczucie. Nie to nawet miałem na 

myśli.

- Nie chodzi mi o zranione ego, panie doktorze. Ale o sposób, w jaki ona... zarządza naszym 

życiem.

Milczenie.

- Mnie   niepotrzebny   jest   dekorator   wnętrz.   Ani   romantyczne   oświetlenie.   Czy   ona   nie 

rozumie, że to wszystko jest gówno warte? Jenny kupiła rozwalone meble - skrzypiące łóżko i 

rozchwiany stół - za jedyne dziewięćdziesiąt siedem dolców! Na obiad przychodziły do nas tylko 

karaluchy. Zimą wiało w całym mieszkaniu. Czuliśmy, co nasi sąsiedzi jedzą na obiad. To była 

okropna nora!

Znów milczenie.

- Ale byliśmy tam szczęśliwi, a ja niczego nie zauważałem. Raz tylko zauważyłem, że łóżko 

załamało się pod nami. Śmialiśmy się z tego.

I znów milczenie. O co mi właściwie chodzi? Chyba o to, że nie lubię nowego mieszkania 

Marcie.

Tak, mój najnowszy gabinet to prawdziwe cacko. Ale kiedy chcę pomyśleć, idę do swojej 

background image

sutereny. Wciąż trzymam tam książki. I wciąż przychodzą tam rachunki. A kiedy Marcie wyjeżdża 

z miasta, chodzę tam spać.

Choć zaczęło się już odliczanie dni do Bożego Narodzenia, Marcie często nie ma w domu. 

Obecnie przebywa w Chicago.

A ja nie czuję się najlepiej.

Dlatego, że muszę pracować wieczorami. I nie mogę tego robić w naszym gniazdku na 

Osiemdziesiątej Szóstej Ulicy. Dlatego, że Nowy Jork jest przystrojony świątecznymi gałązkami. A 

ja czuję się podle, choć mam aż dwa mieszkania, w których mogę być samotny. I wstydzę się 

zadzwonić ot, tak sobie, do Phila. Boję się przyznać, że jestem sam.

Mamy więc 12 grudnia. Barrett pracuje w swojej podziemnej kryjówce, wertując zmurszałe 

tomiska w poszukiwaniu precedensów prawniczych. I tęskni do dni, które nigdy nie wrócą.

To znaczy do czasu, kiedy praca potrafiła mnie naprawdę pochłonąć, przynieść ulgę lub 

odrętwienie.   Nabyta   niedawno   skłonność   do   introspekcji   zawładnęła   mną   zupełnie.   Analizuję 

własne myśli zamiast sprawę „Meister przeciwko Georgii”.

Od   kolęd   rozbrzmiewających   stale   w   windzie,   gdy   jadę   do   biura,   nabawiłem   się 

bożonarodzeniowej schizofrenii.

Tu właśnie tkwi cały problem, panie doktorze. (Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię 

swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora).

Bóg - jako sędzia Sądu Niebiańskiego - ustanowił następujące prawo:

„W Boże Narodzenie będziesz zawsze w domu”.

Pozostałe   uchwały   Naszego   Pana,   być   może,   interpretuję   dość   swobodnie,   ale   tej 

przestrzegam bezwzględnie.

Barrett, tęsknisz za domem, przeto zacznij lepiej robić, do cholery, jakieś plany.

Mam jednak pewien problem, panie doktorze.

Gdzie jest dom?

(Tam, gdzie twoje serce, rzecz jasna. Należy się pięćdziesiąt dolarów).

Dziękuję, panie doktorze. Chciałbym spytać za następną pięćdziesiątkę:

A gdzie jest moje serce?

Wcale nie mówię, że nigdy tego nie wiedziałem.

Kiedyś byłem przecież dzieciakiem. Lubiłem dostawać prezenty i ubierać choinkę.

Byłem przecież mężem i chociaż miałem żonę agnostyczkę ( - Wiesz, Oliver, nie chcę Go 

zranić, mówiąc o sobie „ateistka”), to jednak urządzaliśmy dla siebie świąteczne przyjęcie, kiedy 

wracała do domu z drugiego etatu. I śpiewaliśmy sprośne wersje świątecznych kolęd.

Wszystko   to   przemawia   za   Bożym   Narodzeniem.   Tego   wieczoru   stawaliśmy   się   sobie 

jeszcze bliżsi.

background image

Tymczasem jest wpół do dziewiątej, do świąt zostało tylko kilkanaście dni, lecz mnie to 

wszystko już nie dotyczy. Tak jak powiedziałem, mam pewien problem.

Tym razem nie mogę spędzić świąt w Cranston. Mój przyjaciel, który tam mieszka, zapisał 

się na wycieczkę morską dla ludzi w średnim wieku. (Kto wie, co z tego wyniknie?) Jego zdaniem 

upraszcza to sprawę. W każdym razie odjeżdża, a ja zostaję sam ze swoim problemem.

Do miana mojego domu pretenduje też Ipswich, w stanie Massachusetts, gdzie mieszkają 

moi rodzice.

Z   kolei   Marcie   Binnendale,   z   którą   mieszkam,   gdy   przebywa   w   mojej   bezpośredniej 

bliskości, twierdzi, że pończochy należy powiesić na Osiemdziesiątej Szóstej Ulicy.

Chciałbym   być   tam,   gdzie   nie   będę   samotny.   I   jednocześnie   czuję,   że   każda   z   tych 

możliwości jest tylko połowicznym rozwiązaniem.

Ale   zaraz!   Jeśli   idzie   o   połowiczne   rozwiązania,   to   istnieje   tu   niezły   precedens!   A 

mianowicie,   sprawa   prowadzona   przez   sędziego   Salomona,   zdaje   się   o   przydomku   król.   Jego 

kompromisowy wyrok mógł być moim rozwiązaniem.

Boże Narodzenie z Marcie.

Ale w Ipswich, w stanie Massachusetts.

La la la la la la la.

- Mama?

- Oliver, co u ciebie?

- Doskonale. Jak ojciec? Doskonale.

- To doskonale. Ee... ja w sprawie... ee... Bożego Narodzenia.

- Och, mam nadzieję, że tym razem...

- Tak - zapewniłem ją bez zwłoki - przyjedziemy. To znaczy, ee... czy mogę przyjechać z 

gościem, mamo? Ee... jeśli jest dość miejsca.

Co za idiotyczne pytanie!

- Tak, oczywiście, kochanie.

- To przyjaciółka.

Wspaniale,   Oliver.   Mogłaby   przecież   pomyśleć,   że   przywieziesz   swojego   śmiertelnego 

wroga.

- Ach, tak - powiedziała matka, nie potrafiąc ukryć emocji (nie mówiąc już o ciekawości). - 

To doskonale.

- Nie jest z naszych stron. Musimy ją przenocować.

- Doskonale - nie zrażała się matka. - Czy to ktoś, kogo znamy? Innymi słowy, ktoś z naszej 

rodziny?

- Nikt, kogo musielibyśmy podejmować z pompą, mamo. Nieźle ją wyprowadziłem w pole!

background image

- To doskonale - powiedziała.

- Przyjadę rano w Wigilię. Marcie przyleci z Zachodniego Wybrzeża.

- Ach, tak.

Znając mnie, moja matka bez wątpienia pomyślała, że mówię o wybrzeżu Timbuktu.

- No to czekamy na ciebie i na pannę...

- Nash. Marcie Nash.

- Cieszymy się, że przyjedziecie.

Ja też. A to, jak może zaświadczyć doktor London, bardzo istotne uczucie.

background image

32.

Dlaczego?

Łatwo mogłem sobie wyobrazić, nad czym rozmyślała Marcie w odrzutowcu lecącym z Los 

Angeles do Bostonu 24 grudnia. Jej głównym pytaniem było na pewno „dlaczego”.

Dlaczego zaprosił mnie do swoich rodziców? I to w Boże Narodzenie. Czy to oznacza, że 

zaczyna mieć poważne... zamiary?

Nigdy   nie   poruszaliśmy   podobnych   tematów.   Ale   jestem   prawie   pewny,   że   wysoko   w 

stratosferze   pewna   absolwentka   Bryn   Mawr   stawia   rozmaite   hipotezy   dotyczące   motywów 

działania swojego nowojorskiego współlokatora.

Nie zapytała mnie jednak wprost:

- Oliver, dlaczego mnie zapraszasz?

I nawet się z tego cieszę, bo szczerze mówiąc, musiałbym odpowiedzieć:

- Nie wiem.

Zrobiłem to pod wpływem nagłego impulsu - to typowe dla mnie. Zadzwoniłem do domu 

bez pytania Marcie o zdanie. Ani bez pytania samego siebie. (Choć Marcie od razu zapaliła się do 

tego pomysłu).

Bez   zastanowienia   ułożyłem   też   na   własny   użytek   fałszywe   wyjaśnienie:   Po   prostu 

przychodzą święta Bożego Narodzenia, a ty zwyczajnie zapraszasz na nie swoją przyjaciółkę. To 

nic wielkiego, nie ma w tym żadnych ukrytych „zamiarów”.

Gówno prawda.

Oliver,   dobrze   wiesz,   że   zaproszenie   dziewczyny   do   swoich   rodziców   jest   całkiem 

jednoznaczne. I to jeszcze na Boże Narodzenie.

Stary, przecież to nie bal maturzystów.

Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. Dopiero po tygodniu. Teraz, gdy kołowałem już po 

lotnisku Logan jak jej samolot.

Więc co zwykle oznacza taki gest, Oliver?

Po   kilku   dniach   rozmyślań   potrafiłem   wreszcie   zdobyć   się   na   świadomą   odpowiedź. 

Małżeństwo. Ślub. Barrett, czy bierzesz obecną tutaj...?

A zatem podróż do Ipswich była czymś, co odpowiadało na moją głęboko ukrytą potrzebę 

aprobaty rodziców. Dlaczego wciąż przejmuję się, co powie mama i tatuś?

Kochasz ją, Oliver?

Jezu, ale zadaję sobie głupie pytania!

Naprawdę? - wrzeszczy mi do ucha inny głos. Nadszedł czas, żeby zadać sobie to pytanie!

Czy ją kocham?

background image

To zbyt skomplikowana sprawa, żeby odpowiedzieć tak po prostu.

No to skąd ta cholerna pewność, że chcę się z nią ożenić?

Bo...

Niełatwo   to   wytłumaczyć   racjonalnie.   Chyba   wierzę   podświadomie,   że   prawdziwe 

zaangażowanie jakoś scementuje nasz związek. Że w obrzędowym majestacie zrodzi się „miłość”.

- Oliver!

W pierwszej kolejności z samolotu wysiadł obiekt moich rozważań. Wyglądał fantastycznie.

- Strasznie mi ciebie brakowało, przyjacielu - powiedziała Marcie, wsuwając rękę pod moją 

kurtkę. Choć obejmowałem ją równie mocno, nie potrafiłem zdobyć się na anatomiczne wycieczki. 

W końcu byliśmy w Bostonie. No, ale później...

- Gdzie twoja walizka? - spytałem.

- Tym razem mam walizę. Nadałam ją na bagaż.

- Ho, ho. Czyżby czekał nas pokaz mody?

- Bez   zbytniej   przesady   -   odpowiedziała.   Uznałem   to   za   potwierdzenie,   że   ma   ze   sobą 

starannie wybraną garderobę.

Niosła w ręku podłużny pakunek.

- Ja to wezmę - zaproponowałem.

- Uwaga, szkło! - zawołała.

- Ach, to twoje serce - zażartowałem.

- Niezupełnie - powiedziała. - Tylko prezent dla twojego ojca.

- Ach, tak.

- Denerwuję się, Oliver.

Przejechaliśmy   przez   most   Mystic   River   i   zanurzyliśmy   się   w   świątecznym   ruchu   na 

autostradzie nr 1.

- Bzdury gadasz - stwierdziłem.

- A jeśli im się nie spodobam? - ciągnęła dalej.

- No to wymienimy cię na inną po świętach - odparłem. Marcie zrobiła kwaśną minę. Ale i 

tak jej twarz była piękna.

- Pociesz mnie jakoś, Oliver - poprosiła.

- Ja też się denerwuję - przyznałem.

Ulica Groton. Brama. Wjazd na nasze włości. Długi podjazd do domu. Drzewa były nagie, 

lecz w powietrzu utrzymywał się nastrój leśnej ciszy.

- Jaka tu cisza! - szepnęła Marcie. (Mogłaby powiedzieć: paskudny ogrom, jak nazywałem 

jej mieszkanie, ale nie była taka małostkowa).

- Mamo, to jest Marcie Nash.

background image

Jej były mąż miał doskonałe nazwisko, nawet jeśli nic poza tym. Takie łagodne i dźwięczne 

jak zero.

- Cieszymy się, Marcie, że mogła pani do nas przyjechać - powiedziała matka. - Czekaliśmy 

na panią z niecierpliwością.

- Jestem państwu wdzięczna za zaproszenie. Mistrzowskie pieprzenie głupot! Dwie dobrze 

urodzone   damy  z   przyklejonymi   do   twarzy   uśmiechami   bez   mrugnięcia   okiem   częstowały   się 

banałami, które są podwaliną całej naszej struktury towarzyskiej. Pani zmęczona długą podróżą 

dzielnie stawiała czoło pani zmęczonej świątecznymi przygotowaniami.

Wszedł ojciec i włączył się do rozmowy w tym samym tonie. Nie potrafił jednak ukryć, że 

jej uroda zrobiła na nim wrażenie. Po chwili, zgodnie z regułami gry, zmęczona Marcie udała się do 

pokoju gościnnego, żeby się odświeżyć.

Zostaliśmy sami. Ojciec, matka i ja. Zapytaliśmy się nawzajem o zdrowie i okazało się, że 

wszyscy czują się doskonale. Była to, oczywiście, doskonała wiadomość. Czy Marcie (czarująca ‘ 

dziewczyna - powiedziała matka) nie jest zbyt zmęczona, żeby iść na śpiewanie kolęd? Strasznie 

zimno na dworze.

- Marcie to twarda sztuka - odparłem, mając chyba na myśli nie tylko jej fizyczną kondycję. 

- Może śpiewać kolędy nawet w środku śnieżycy.

- Najchętniej - wtrąciła Marcie, wchodząc do pokoju w stroju, który będą w tym roku nosić 

wszyscy narciarze w St. Moritz. - Przynajmniej nie byłoby wtedy słychać, że fałszuję.

- To nieważne, Marcie - powiedziała moja matka, biorąc to trochę zbyt dosłownie. - Liczy 

się esprit

.

Matka nigdy nie przegapiła okazji, żeby wtrącić jakieś francuskie słowo. Spędziła dwa lata 

w college’u Smith i było to po niej widać.

- Świetny strój, Marcie - orzekł ojciec. Jestem pewien, że napawał się nie tyle doskonałością 

kroju, co... jej sylwetki.

- Dobry podczas wiatru - powiedziała Marcie.

- O tej porze roku bywa bardzo zimno - dodała moja matka.

Ciekawe, że niektórzy mogą żyć długo i szczęśliwie, rozmawiając wyłącznie o pogodzie.

- Oliver mnie uprzedził - wtrąciła Marcie.

Jej odporność na towarzyską gadkę była godna podziwu. Mnie przypomniało to oblewanie 

się miodem.

O wpół do ósmej spotkaliśmy się przed kościołem z całą gromadą arystokratycznej hałastry 

z   Ipswich.   Najstarszym   kolędnikiem   był   Lyman   Nichols,   absolwent   Harvardu   z   1910   (wiek: 

siedemdziesiąt dziewięć lat). Najmłodsza w grupie, Amy Harris, miała zaledwie pięć lat. Była córką 

mojego kolegi z college’u, Stuarta.

background image

Stuart okazał się jedynym facetem, jakiego znam, na którym moja dziewczyna nie zrobiła 

żadnego wrażenia. Co on sobie pomyślał o Marcie? Najwyraźniej był bardzo zakochany w swojej 

małej   Amy   (z   wielką   wzajemnością)   i   w   Sarze,   która   została   w   domu   z   nowo   narodzonym 

Benjaminem.

Nagle zdałem sobie dotkliwie sprawę ze zmian w moim życiu. Poczułem upływ czasu. I 

ciężar w sercu.

Stuart  przyjechał  dużym   combi,   więc  zabraliśmy   się  razem   z  nim.   Amy  usiadła   mi  na 

kolanach.

- Szczęściarz z ciebie, Oliver - powiedział Stu.

- Wiem - odpowiedziałem.

Marcie, zgodnie z zasadami, udała, że jest zazdrosna.

Aniołowie się radują...

Nasz   repertuar   był   równie   stary   jak   nasza   publika,   składająca   się   z   niebieskokrwistych 

parafian,   którzy   nagradzali   nasze   wokalne   popisy   uprzejmymi   oklaskami   i   przyjaznymi 

kuksańcami, a śpiewające dzieci częstowali mlekiem i ciasteczkami. Marcie szybko połapała się w 

czym rzecz.

- To są wiejskie tradycje, Oliver - powiedziała.

Do wpół do dziesiątej skończyliśmy nasze kolędowanie i, jak nakazuje tradycja, na końcu 

udaliśmy się do książęcej rezydencji Dover House.

Przybywajcie, wszyscy wierni...

Zauważyłem, że ojciec i matka przypatrują się nam. Ciekawe, dlaczego się uśmiechają? 

Dlatego, że stoję tak blisko Marcie? A może dlatego, że mała Amy Harris też przypadła im do 

serca?

U moich  rodziców  poczęstunek był  o wiele  lepszy niż w poprzednich domach.  Oprócz 

krowiego napoju przewidziano też poncz dla zmarzniętych dorosłych członków ekipy. ( - To ty 

jesteś naszym Zbawicielem - powiedział Nichols, rocznik 1910, do mojego ojca, poklepując go po 

plecach).

Wkrótce wszyscy rozeszli się do swoich domów.

Napełniłem swój wielki kieliszek ponczem.

Marcie wypiła trochę likieru jajecznego.

- Wspaniale było, Oliver - powiedziała, biorąc mnie za rękę.

Matka chyba to zauważyła. Ale nie wydawała się poruszona.

Najwyżej mój ojciec mógł być trochę zazdrosny.

Zaczęliśmy ubierać choinkę i Marcie nie omieszkała skomplementować matki za piękne 

ozdoby. Rozpoznała pochodzenie kryształowej gwiazdy.

background image

( - To jest śliczne, pani Barrett. Wygląda jak czeski kryształ.

- Zgadza się. Moja matka kupiła to tuż przed wojną).

Potem przyszła  kolej na resztę szacownych  błyskotek (niektóre pochodziły z czasów, o 

których moja rodzina powinna raczej zapomnieć). Kiedy panie zawieszały girlandy na gałęziach, 

Marcie zauważyła nieśmiało:

- Ktoś musiał się strasznie napracować przy tych girlandach. Na co wtrącił się ochoczo mój 

ojciec:

- Moja żona przez cały tydzień nie robiła nic innego.

- Och, doprawdy - zaczerwieniła się matka.

Nie paliłem się do ubierania choinki, więc usiadłem sobie naprzeciwko, popijałem ciepły, 

kojący napój i myślałem: Marcie stara się ich oczarować.

O wpół do dwunastej drzewko było ubrane, prezenty leżały na podłodze, a moja odwieczna 

wełniana pończocha wisiała tuż obok nowej, zrobionej dla mojego gościa. Czas powiedzieć sobie 

dobranoc   i   na   znak   mamusi   -   marsz   do   łóżka.   Rozstając   się   na   schodach,   życzyliśmy   sobie 

nawzajem słodkich snów.

- Dobranoc, Marcie - powiedziała matka.

- Dobranoc i dziękuję - odpowiedziało jej echo.

- Dobranoc, kochanie - powtórzyła matka. I pocałowała mnie w policzek. Odczytałem to 

jako znak, że Marcie ujdzie w tłoku.

Oliver Barrett III wraz z małżonką udali się na spoczynek. Marcie odwróciła się do mnie.

- Zakradnę się do twojego pokoju - powiedziałem.

- Chyba kompletnie oszalałeś.

- Nie, kompletnie się napaliłem - odparłem. - Przecież jest Wigilia, Marcie.

- Twoi rodzice umarliby ze zgrozy - powiedziała Marcie. I może mówiła poważnie.

- Marcie, założę się, że nawet oni się dzisiaj kochają.

- Oni są małżeństwem - odparła Marcie. Pocałowała mnie przelotnie w usta i zniknęła.

Co jest, do diabła!

Powlokłem się do swojej komnaty, której młodzieńczy wystrój (proporczyki i zdjęcia mojej 

drużyny) był nietknięty jak w muzeum. Miałem ochotę zadzwonić na pewien statek i powiedzieć: 

Phil, mam nadzieję, że przynajmniej ty się dobrze bawisz.

Nie zrobiłem tego.

Poszedłem do łóżka niepewny, co chcę dostać pod choinkę.

Dzień dobry! Wesołych Świąt! A to prezent specjalnie dla ciebie! Matka dała ojcu kolejną 

partię krawatów i bawełnianych chusteczek z Wysp Morskich. Wszystkie wyglądały co roku tak 

samo. No, ale to samo można powiedzieć o szlafroku, który ojciec dał znów matce.

background image

Ja dostałem pół tuzina krawatów, których noszenie firma Brooks

 zaleca młodzieńcom.

Marcie dostała od matki najnowszą powieść Daphne Du Maurier.

Prezenty ode mnie zdradzały, że, jak co roku, poświęciłem na ich wybranie pięć minut. 

Matce   dostało   się   kilka   chusteczek,   ojcu   jeszcze   kilka   krawatów,   a   Marcie   książka  Radość 

gotowania (zobaczymy, jak zareaguje).

Oczekiwanie wszystkich skupiło się głównie na tym, co przywiózł ze sobą nasz gość.

Po   pierwsze,   dary   Marcie   nie   były,   tak   jak   nasze,   pakowane   w   domu.   Zawinięto   je   z 

zawodową wprawą w Kalifornii (wiadomo gdzie).

Matka dostała błękitny, kaszmirowy szal. ( - Nie powinna pani).

Ojciec dostał podłużny pakunek, który okazał się butelką Chateau Haut - Brion, rocznik 59.

- Jakie wyśmienite wino - powiedział. W rzeczywistości nie był  żadnym  koneserem. W 

naszej piwnicy było trochę szkockiej dla jego gości, trochę sherry dla matki i jedna albo dwie 

skrzynki niezłego szampana na wyjątkowe okazje.

Ja   dostałem   parę   rękawiczek.   Choć   były   eleganckie,   odmówiłem   potem   ich   noszenia. 

Prezent Marcie nie miał w sobie nic intymnego.

(Wolałbyś prezerwatywę z norek? - spytała później.

- Tak, tam mi było najzimniej).

Na sam koniec, albo raczej na nowy początek, dostałem od ojca to, co zawsze. Czek.

Raduje się świat...

Przy   dźwiękach   tego   hymnu,   granego   z   animuszem   przez   organistę   pana   Weeksa, 

weszliśmy do kościoła i skierowaliśmy się do swojej ławki. Kościół był pełen sąsiadów, którzy 

dyskretnie spoglądali na naszego gościa. (Jestem pewien, że szeptali: - Ona nie jest stąd). Nikt nie 

odwrócił   się,   żeby   spojrzeć   wprost,   oprócz   pani   Rhodes,   damy,   która   dawno   przekroczyła 

dziewięćdziesiątkę i mogła już sobie pozwolić na takie zachowanie.

Wszyscy parafianie patrzyli za to wprost na panią Rhodes. I nie mogli nie zauważyć, że 

uśmiechnęła się po dokładnym obejrzeniu Marcie. Aha, starają akceptuje.

Śpiewaliśmy   posłusznie   (nie   tak   głośno   jak   poprzedniego   wieczoru)   i   wysłuchaliśmy 

mruczenia wielebnego Lindleya. Ojciec odczytał cytat z Pisma i, trzeba przyznać, zrobił to dobrze. 

Zatrzymywał się na przecinkach, a nie tak jak Lindley - na każdym słowie.

W swoim kazaniu (Panie, zmiłuj się nad nami) wielebny udowodnił, że jest na bieżąco z 

doczesnym światem. Wspomniał o konflikcie w Azji Południowo - Wschodniej i kazał nam się 

zadumać przy świątecznym  stole nad tym,  jak bardzo potrzebny jest Książę Pokoju w świecie 

wojny.

Chwała Bogu, Lindley jest astmatykiem i jego sapiące kazania kończą się litościwie szybko.

Pobłogosławieni, zaczęliśmy wychodzić z kościoła. Na schodach trwał taki sam zgiełk jak 

background image

po kolejnym meczu Harvardu z Yale. Z tą różnicą, że wszyscy byli trzeźwi. „Jackson!”, „Mason!”, 

„Harris!”, „Barrett!”, „Cabot!”, „Lowell!”

Boże!

Pomiędzy   głośnymi   nawoływaniami   mamrotano   o   mało   istotnych   sprawach.   Matka   też 

musiała przywitać się z kilkoma przyjaciółkami. Ale po cichu, rzecz jasna.

Wtem znienacka ryknął jakiś głos:

- Marcie, kochanie!

Odwróciłem się i zobaczyłem, że moja dziewczyna obejmuje się z kimś.

Lepiej, żeby był to jakiś starowina, bo w przeciwnym razie - mimo bliskości kościoła - 

wbiję mu zęby do gardła.

Moi rodzice wyrośli jak spod ziemi, żeby zobaczyć, kto tak serdecznie wita się z Marcie.

Stary poczciwina Standish Farnham wciąż trzymał Marcie w ramionach.

- Och, wujku, jaka miła niespodzianka!

Matka wyglądała na wniebowziętą. Czyżby Marcie była siostrzenicą zasłużonego członka 

naszej sfery?

- Maaarcie,   co   taka   miastowa   dziewczyna   robi   na   tym   odludziu?   -   spytał   Standish   z 

bostonskim akcentem, przeciągając samogłoski jak gumę.

- Ona jest z nami - wtrąciła się matka.

- Ach, tak, Alison? To doskonale - powiedział Standish i łypnął na mnie. - Pilnujcie jej 

przed tym waszym chwatem.

- Trzymamy ją pod szkłem - odparłem cierpko. A stary Standish uśmiechnął się.

- Jesteście spokrewnieni? - spytałem, czekając, aż Standish przestanie obejmować Marcie w 

talii.

- Tylko bardzo zaprzyjaźnieni. Pan Farnham i mój ojciec byli wspólnikami - wyjaśniła.

- Nie wspólnikami - zaprzeczył stary - braćmi.

- Och - zawołała matka, najwyraźniej z nadzieją na jakiś kolejny pikantny szczegół.

- Miałem kilka udziałów - powiedział Standish. - Sprzedałem je, kiedy zmarł jej ojciec. To 

już nie było to samo.

- Doprawdy?   -   powiedziała   moja   matka,   kipiąc   z   ciekawości   pod   swoim   świątecznym 

kapeluszem jak Wezuwiusz. (Standish po prostu uznał za rzecz oczywistą, że wszyscy wiedzą, kim 

był ojciec Marcie).

- Jeśli znajdziesz czas, wpadnij do nas po południu - rzucił na pożegnanie stary Farnham.

- Muszę jechać do Nowego Jorku, wujku.

- Ach, ty zapracowana dziewczynko - zapiał. - Wstydź się, wpadasz do Bostonu cichaczem 

jak przestępca.

background image

Przesłał jej ręką całusa i zawołał do nas:

- Dopilnujcie, żeby jadła. Odkąd pamiętam, mała Marcie jest zawsze na diecie. Wesołych 

Świąt! - Po namyśle dodał jeszcze: - Staraj się tak dalej, Marcie. Wszyscy jesteśmy z ciebie dumni.

Ojciec odwiózł nas z powrotem samochodem matki. W brzemiennej ciszy.

Na przedświąteczny obiad ojciec otworzył butelkę szampana.

- Za zdrowie Marcie - powiedziała matka. Wznieśliśmy kieliszki. Marcie tylko umoczyła 

usta. Zaproponowałem wtedy zupełnie niestosowny toast za zdrowie Jezusa.

Było nas sześcioro. Do czwórki, która obudziła się rano, dołączył  jeszcze Geoff, kuzyn 

matki   z   Wirginii   oraz   ciotka   Helen,   niezamężna   siostra   ojca   mojego   ojca,   który   z   pewnością 

pamiętał Matuzalema z czasów, gdy studiowali razem na Harvardzie. Ciotka Helen jest głucha, a 

Geoff je tak dużo, jakby miał tasiemca. Ton konwersacji nie uległ więc istotnej zmianie.

Zachwalaliśmy imponującą pieczeń.

- Powiedzcie to Florence, nie mnie - odparła skromnie matka. - Pracowała w kuchni od 

świtu.

- Ten farsz jest wręcz wyśmienity - zachwycała się moja nowojorska współlokatorka.

- W końcu to ostrygi z Ipswich - powiedziała matka, mrucząc z zadowolenia.

Ucztowaliśmy przy pełnym stole. Geoff współzawodniczył  ze mną o tytuł największego 

żarłoka.

Ze  zdziwieniem  zauważyłem,   że  otwarto  już  drugą  butelkę  szampana.  Miałem  niejasne 

wrażenie, że żłopał tylko ojciec i ja. Prawdę mówiąc, mój brak jasności wynikał z tego, że to ja 

żłopałem najwięcej.

Potem przyszła kolej na nieśmiertelną leguminową babkę Florence. Kiedy skończyliśmy pić 

kawę w salonie, była trzecia po południu.

Musiałem   odpocząć   chwilę   przed   podróżą   do   Nowego   Jorku,   żeby   strawić   pokarm   i 

otrzeźwieć.

- Marcie, ma pani ochotę się przejść? - spytała moja matka.

- Z przyjemnością, pani Barrett.

I poszły.

Tymczasem ciotka Helen zapadła w drzemkę, a Geoff poszedł oglądać futbol w telewizji.

Zostałem sam na sam z ojcem.

- Ja też zaczerpnąłbym świeżego powietrza - powiedziałem.

- Możemy się przejść - zgodził się ojciec.

Kiedy włożyliśmy płaszcze i wyszliśmy na mróz, zdałem sobie sprawę, że to ja poprosiłem 

go o tę przechadzkę. Mogłem dołączyć do Geoffa i ukryć się przed telewizorem. Ale nie, chciałem 

rozmawiać. Z moim ojcem.

background image

- Wspaniała dziewczyna - stwierdził. Bez pytania. Chyba jednak właśnie ten temat chciałem 

poruszyć.

- Dziękuję, ojcze - odparłem. - Ja też tak uważam.

- Zdaje się, że cię... lubi.

Byliśmy teraz w lesie. Osaczeni przez nagie drzewa.

- Ja też ją... lubię - wykrztusiłem wreszcie.

Mój ojciec ważył w myślach każde słowo. Nie był przyzwyczajony do mojej otwartości. 

Zaprawiony   przez   lata   wzajemnej   wrogości,   bez   wątpienia   myślał,   że   zaraz   go   odtrącę.   Ale 

stopniowo zdał sobie sprawę, że nie mam takiego zamiaru. Dlatego ośmielił się wreszcie zapytać:

- Czy to coś poważnego?

Spacerowaliśmy bez słowa. W końcu spojrzałem na niego i odpowiedziałem cicho:

- Sam chciałbym to wiedzieć.

Choć zabrzmiało to niejasno, prawie tajemniczo, ojciec odgadł, że powiedziałem szczerze, 

co czuję. To znaczy - mętlik.

- Czy jest jakiś... problem? - spytał. Spojrzałem na niego i bez słowa skinąłem głową.

- Chyba rozumiem - powiedział.

Jak to? Przecież nic mu nie powiedziałem.

- Oliver, nie ma w tym nic nienaturalnego, że wciąż jesteś w żałobie. - Zaskoczyła mnie 

jego przenikliwość. A może po prostu odgadł, że ta uwaga mnie zrani?

- Nie, nie chodzi o Jenny - odparłem. - To znaczy, chyba mogę już...

Dlaczego ja mu to wszystko mówiłem? Nie nalegał. Czekał, aż pozbieram myśli.

Po dłuższej chwili powtórzył łagodnie:

- Ale jest jakiś problem?

- Chodzi o jej rodzinę - odparłem.

- Ach - powiedział. - Mają coś... przeciwko?

- Ja mam - wyjaśniłem. - Jej ojciec...

- Tak?

- ...to Walter Binnendale.

- Rozumiem - powiedział.

Tymi prostymi słowami zakończyła się najbardziej intymna rozmowa, jaką kiedykolwiek 

odbyłem ze swoim ojcem.

background image

33.

- Myślisz, że im się spodobałam?

- Myślę, że owinęłaś ich sobie wokół palca. Wjechaliśmy na autostradę do Massachusetts. 

Było ciemno.

Wokół żywej duszy.

- Jesteś zadowolony? - spytała.

Nie odpowiedziałem. Marcie oczekiwała ode mnie poklasku. Zamiast tego skupiłem całą 

uwagę na pustej drodze.

- O co ci chodzi, Oliver? - spytała w końcu.

- Nadskakiwałaś im.

Wydawała się zaskoczona, że mam coś przeciwko temu.

- No to co z tego? Pozwoliłem sobie na lekki wybuch:

- Ale po jaką cholerę? Po co? Milczenie.

- Bo chcę wyjść za ciebie - odparła.

Na szczęście to ona prowadziła. Jej słowa były tak bezpośrednie, że aż zaniemówiłem. Choć 

z drugiej strony, zawsze waliła prosto z mostu.

- No to zacznij  się do mnie  zalecać!  - powiedziałem.  Prowadziła  bez słowa, a w  ciszy 

słychać było tylko wycie wiatru. W końcu odpowiedziała:

- Więc ciągle jesteśmy na etapie zalotów? Myślałam, że to mamy już dawno za sobą.

- Hmm - mruknąłem w miarę niejasno. Bałem się, że zupełna cisza może oznaczać zgodę.

- W jakim właściwie miejscu jesteśmy, Oliver?

- Na drodze, około trzy godziny od Nowego Jorku - odparłem.

- Co ja takiego właściwie zrobiłam?

Po minięciu Sturbridge zatrzymaliśmy się na kawę w barze HoJo.

Miałem ochotę powiedzieć:

- O to chodzi, że właściwie nic.

Na szczęście potrafiłem jeszcze powstrzymać słowa, które tylko zaogniłyby sytuację.

Jej ogłoszenie matrymonialne zupełnie mną wstrząsnęło. Nie byłem w stanie ułożyć gładkiej 

odpowiedzi.

- No, czym cię tak wkurzyłam? - spytała jeszcze raz. Cisnęło mi się na usta:

- Chodzi o to, czego nie zrobiłaś.

- Nieważne, Marcie. Jesteśmy oboje zmęczeni.

- Oliver, jesteś na mnie zły. Powiedz to, zamiast dławić w sobie!

Tym razem miała rację.

background image

- Dobra - zacząłem, rysując palcem kółka na blacie stołu. - Niedawno rozstaliśmy się na 

dwa tygodnie. Choć oboje byliśmy zajęci, przez cały czas myślałem o tobie...

- Oliver...

- Nie mówię tylko o łóżku. Tęskniłem za twoim towarzystwem. Tylko my dwoje...

- Daj spokój - przerwała - te święta w Ipswich były zupełnie zwariowane.

- Nie chodzi mi o ten weekend. Mówię o tym,  jak jest zawsze. Spojrzała na mnie. Nie 

podniosłem głosu, ale słychać w nim było wściekłość.

- A więc znów wracamy do tematu ostatnich tygodni.

- Nie wracamy. Tu chodzi o następne dziesięć tysięcy tygodni.

- Oliver   -   powiedziała.   -   Myślałam,   że   między   nami   układa   się   dlatego,   że   szanujemy 

nawzajem swoje sprawy zawodowe.

Miała rację. Lecz tylko w teorii.

- Spróbuj przytulić się do „spraw zawodowych”, kiedy jesteś sama o trzeciej rano.

Czułem, że zaraz walnie mnie feministyczną pałką. Ale pomyliłem się.

- Próbowałam - szepnęła łagodnie. - Nie raz.

Dotknęła mojej dłoni.

- Tak? I jak się czujesz, kiedy w łóżku są tylko poduszki hotelowe? - spytałem.

- Paskudnie - przyznała.

Akcja przeniosła się tuż pod bramkę, ale nikt nie decydował się na strzał. Powinna wreszcie 

zaproponować, żebyśmy zagrali w coś innego.

- Godzisz się na te samotne noce? - ciągnąłem dalej.

- Mówię sobie, że nie mam wyboru.

- I wierzysz w to?

Czułem, że lada moment rozgorzeje walka, wielka bitwa na style życia.

- Czego ty chcesz od kobiety, Oliver?

Jej głos był łagodny, ale w pytaniu brzmiała pretensja.

- Miłości - odparłem.

- Innymi słowy - pnącego bluszczu?

- Wystarczą mi częste wspólne wieczory w tym samym mieszkaniu.

Nie chciałem wdawać się w filozoficzną dysputę na temat sensu życia. Ani pozwolić jej na 

jakikolwiek komentarz dotyczący mojego małżeństwa. Jenny też pracowała, do cholery.

- Myślałam, że dobrze nam razem.

- Tak,   kiedy   jesteśmy   razem.   Ale   ty,   Marcie,   traktujesz   ten   związek   jak   jakiś   cholerny 

magazyn, którego stan można uzupełnić przez telefon.

Ironia zawarta w mojej handlowej metaforze nie została właściwie doceniona.

background image

- Więc, twoim zdaniem, powinniśmy nie odstępować się na krok i niańczyć nawzajem?

- Tak właśnie bym robił, gdybyś mnie potrzebowała.

- Jezu Chryste! Przecież dopiero co powiedziałam, że chcę za ciebie wyjść!

Wyglądała na zmęczoną i rozdrażnioną. Chwila też nie była odpowiednia.

- Chodźmy - rozkazałem.

Zapłaciłem rachunek. Wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy do samochodu.

- Oliver - powiedziała Marcie.

- Tak?

- A może ty po prostu wściekasz się z powodu swoich wspomnień? Dlatego, że ja im się 

spodobałam. A nie skakali z radości, kiedy przywiozłeś do domu Jenny.

- Nie - zaprzeczyłem. I pogrzebałem tę uwagę głęboko na dnie serca.

Marcie,  trzeba  jej  to oddać, umie  walczyć.  Przez  cały nasz gwiazdkowo  - noworoczny 

rozejm czułem, że w głębi duszy przygotowuje się do nowej kampanii. Za przeciwnika obrała sobie 

swoją własną nieufność wobec świata.

I moją nieufność wobec niej.

W każdym razie starała się spędzać jak najwięcej czasu w domu i kierować całą tą szopką 

przez telefon. Nie była to łatwa sztuczka, zważywszy, jakie szaleństwo zapanowało w firmie po 

Bożym   Narodzeniu.   Jakoś   jednak   to   robiła.   Ciągle   zamawiała   międzymiastową.   Dzięki   temu 

spędzaliśmy razem noce. A nawet, zadziwiająca rzecz, niektóre popołudnia.

W Sylwestra zastrzeliła mnie zupełnie.

Właśnie   szykowaliśmy   się   na   przyjęcie   do   Simpsonów   (owszem,   wziąłem   ze   sobą   na 

wszelki wypadek Alka - Seltzer). Goliłem się, kiedy Marcie stanęła obok mnie w lustrze i w kilku 

słowach naświetliła całą sprawę.

- Masz ochotę na wspólną wyprawę, Oliver?

- Jaką wyprawę? - spytałem ostrożnie.

- Taka mała wycieczka. W lutym.

- Przypuszczam, że zdecydowałaś już dokąd. - Niepotrzebny ten sarkazm, Oliver, ona się 

naprawdę stara.

- Rozluźnij się i wysłuchaj do końca - powiedziała. - Muszę pojechać na pokaz mody do 

Hongkongu i...

- Do Hongkongu!

Złapała mnie za marchewkę Dalekiego Wschodu! Odpowiedziałem uśmiechem szerokim 

jak kula ziemska.

- Kupujesz to, przyjacielu?

- Powiedziałaś, że musisz pracować - zauważyłem podejrzliwie.

background image

- Mam się tam tylko pokazać, a to jeszcze nie praca. Poza tym będzie to akurat tydzień 

przed   chińskim   Nowym   Rokiem.   Moglibyśmy   uczcić   go   we   dwójkę.   A   po   drodze   do   domu 

wpadlibyśmy na Hawaje.

- No... - bąknąłem. Ale wyraz mojej twarzy wołał: O, jasna cholera! Po chwili spytałem, 

wciąż nieufnie: - Masz jakieś interesy na Hawajach?

- Żadnych. Oprócz zbierania kokosów. To się nazywa noworoczna propozycja!

- Więc jak?

- Dobry   pomysł,   Marcie.   Zwłaszcza   te   Hawaje.   Ciche   plaże...   przechadzki   w   świetle 

księżyca...

- Taki nasz miesiąc miodowy - powiedziała.

Intrygujące porównanie. Ciekawe, czy przypadkowe.

Nie odwróciłem się, ale spojrzałem w lustro, żeby sprawdzić wyraz jej twarzy. Jej odbicie 

zniknęło jednak pod bladą mgłą.

*

Nie dostałem urlopu od szefa.

Dostałem zachętę do urlopu.

Nie dlatego, że chciał się mnie pozbyć. Po prostu od dnia, kiedy przyszedłem do firmy, nie 

wziąłem jeszcze ani jednego wolnego dnia.

Trzeba   było  jednak  ponieść   pewne   ofiary.  Musiałem  zrezygnować  z  prowadzenia  kilku 

spraw. Na przykład, z dwóch w Waszyngtonie, w których chodziło o odmowę służby wojskowej i 

które odwoływały się do moich wyników z rozprawy „Webber przeciwko służbie przymusowej”. I 

nie mogłem być na miejscu w lutym, kiedy Kongres miał zadecydować, jak rozstrzygnąć sprawę 

nieoficjalnej segregacji rasowej. Z góry czułem więc wyrzuty sumienia.

- Martwisz się, że świat zostanie naprawiony w czasie twojej nieobecności - uśmiechnął się 

pan Jonas. - Obiecuję, że zostawimy dla ciebie kilka niesprawiedliwości.

- Dziękuję panu.

- Okaż trochę egoizmu, Oliver. Zasłużyłeś na to.

Nawet w czasie przygotowań do podróży (w biurze podróży zarzucili mnie prospektami), 

prowadziłem kilka spraw dla Jeźdźców Północy. I wykryłem pewien szwindel handlowy. Barry 

Pollack (opromieniony zwycięstwem w sprawie Komitetu Szkolnego) miał pociągnąć to dalej.

- Marcie, słyszałaś kiedyś o traktacie z Nanking?

- Brzmi jak tytuł opery - odparła.

Nie przestawałem jej kształcić - przy śniadaniu, przy obiedzie, przy myciu zębów, nawet w 

jej biurze.

- Traktat z Nanking, jak trzeba ci wiedzieć...

background image

- Och, koniecznie trzeba?

- Tak. Po zwycięstwie Anglików w wojnie opiumowej...

- Ach, opium. - Oczy błysnęły jej pożądliwie. Zignorowałem brak powagi u słuchacza i 

ciągnąłem dalej swój wykład:

- ...Chiny musiały oddać Anglii Hongkong.

- Ach, tak - powiedziała.

- To dopiero początek - odparłem.

- Rozumiem - skwitowała Marcie - a koniec będzie taki, że mecenas Barrett każe im go 

zwrócić. Zgadza się?

Od jej uśmiechu świeczka w pokoju zaczęła jaśniej świecić.

- A ty jak przygotowujesz się do naszej wycieczki? - spytałem.

- Byłam już tam kilka razy - odparła.

- Naprawdę? No to powiedz mi, o czym myślisz, kiedy mówię „Hongkong”.

- O   orchideach   -  odpowiedziała   Marcie.   -  Wszystkie   kwiaty   są   wspaniałe,   ale   orchidee 

występują w dziewięćdziesięciu odmianach.

Dobra znajomość flory. Wrażliwy ten rekin biznesu.

- Marcie, kupię ci po jednej z każdej odmiany.

- Trzymam cię za słowo.

- Możesz mnie zawsze trzymać, za co chcesz - odparłem.

Nowy Rok zawitał nam, niech się święci kung - fu! Tańczyłem po swoim biurze, zamykając 

teczki z papierami i ściskając na pożegnanie dłonie. Jutro wyruszamy za wschodni horyzont!

- Nie martw  się - powiedziała  Anita. - Zapalę za ciebie świeczkę w twoim pudełku na 

ołówki. Aloha, Oliver!

- Nie,   nie,   Anita,   naucz   się   tego   poprawnie   -   powiedział   świeżo   upieczony   ekspert   od 

chińskiej kultury. - Kung heifat choy.

- Chcesz mi ubliżyć?

- Ależ nie, Anita - odparł chiński mędrzec. - To było nasze chińskie życzenie na Nowy Rok: 

szczęścia i pomyślności. Żegnaj.

- Żegnaj, ty skubany szczęściarzu!

I wyruszyliśmy w naszą podróż.

background image

34.

Nie   pamiętam   wiele   z   Hongkongu.   Poza   tym,   że   ostatni   raz   widziałem   tam   Marcie 

Binnendale.

Wylecieliśmy z Nowego Jorku we wtorek rano. Po drodze było tylko jedno lądowanie - w 

Fairbanks, na Alasce. Marcie chciała wysiąść i porzucać śnieżkami. Zanim coś postanowiliśmy, 

trzeba było wracać do samolotu.

Rozłożyliśmy   się   wygodnie   na   trzech   fotelach.   Rozochoceni   świątecznym   nastrojem 

zaczęliśmy   uprawiać   „praktyki   odrzutowe”,   jak   określają   to   znawcy   tematu.   Inaczej   mówiąc, 

kochaliśmy się ukradkiem, podczas gdy pozostali pasażerowie patrzyli, jak Clint Eastwood powala 

z rewolweru niezliczonych bandziorów za garść dolarów

.

Wczesnym wieczorem, w środę(!) wylądowaliśmy w Tokio. Mieliśmy cztery godziny na 

przesiadkę. Po dwudziestu  godzinach  nieprzerwanego  lotu  byłem  tak otępiały,  że bez ceregieli 

runąłem na kanapę w biurze Pan Arnu. Tymczasem Marcie, świeża jak zawsze, poszła na spotkanie 

z jakimiś facetami, którzy przyjechali specjalnie po to z miasta. (Taka była nasza umowa: cztery dni 

pracy, a potem pieprzymy wszystko i jedziemy na dwa tygodnie wakacji). Kiedy obudziła mnie 

przed ostatnim odcinkiem podróży,  miała już opracowane wszystkie szczegóły umowy z siecią 

butików Takashimaya, japońskim dostawcą tekstylnej elegancji.

Nie mogłem dłużej spać. Byłem za bardzo podniecony oczekiwaniem na światła portu w 

Hongkongu. Rozbłysły w końcu, gdy podchodziliśmy do lądowania około północy. Był to jeszcze 

piękniejszy widok niż na zdjęciach, które widziałem.

Przywitał nas John Alexander Hsiang. Najwyraźniej człowiek  numer jeden od interesów 

Marcie   w   kolonii.   Zbliżał   się   do   czterdziestki,   ubrany   był   w   angielskim   stylu,   lecz   mówił   z 

amerykańskim akcentem. ( - Studiowałem w Stanach). Co drugie słowo mówił „Okay”. Co prawda, 

trudno lepiej opisać sposób, w jaki wszystko zorganizował.

Nie zdążyło upłynąć dwadzieścia minut od naszego lądowania, gdy zostawialiśmy już za 

sobą port Hongkongu, w drodze z lotniska do willi Victoria. Środkiem transportu był helikopter. 

Pod   nami,   w   dole   roztaczał   się   wspaniały   widok.   Miasto   przypominało   diament   zatopiony   w 

ciemnym Morzu Chińskim.

- Jak w miejscowym przysłowiu - powiedział John Hsiang.

- Rozbłyśnie milion świateł.

- Dlaczego jeszcze się palą o tej porze?

- To nasz Nowy Rok.

Barrett, ty baranie! Zapomniałeś, po co tutaj jesteś! A niedawno wiedziałeś nawet, że to Rok 

Psa!

background image

- Kiedy oni wszyscy pójdą spać?

- Och, może za jakieś dwa, trzy dni. - Hsiang uśmiechnął się.

- Ja wytrzymam jeszcze tylko piętnaście sekund - westchnęła Marcie.

- Chcesz   powiedzieć,   że   jesteś   zmęczona?   -   zauważyłem   zaskoczony,   że   superkobieta 

przyznaje się do czegoś podobnego.

- Na tyle, żeby odwołać porannego tenisa - odparła. I pocałowała mnie w ucho.

W ciemności nie mogłem zobaczyć naszej willi z zewnątrz. Ale w środku był komfort jak w 

Hollywood. Budynek stał w połowie drogi na najwyższy szczyt,  czyli prawie milę nad portem 

(wyżej niż mógł polecieć nasz helikopter). Widok z okien był wręcz niewiarygodny.

- Szkoda, że jest zima. Trochę za chłodno, żeby popływać - powiedział John. Dopiero teraz 

zauważyłem, że w ogrodzie jest basen.

- Wystarczy, że mózg mi pływa, John - odparłem.

- Dlaczego  nie  zrobią   tego  pokazu  latem?  -  spytała   Marcie.  Gawędziliśmy   sobie,  kiedy 

służba (amah i dwóch pokojowych) przynosiła nasze bagaże, rozpakowywała je i wieszała ubrania 

w szafach.

- Lato w Hongkongu nie jest przyjemne - wyjaśnił John. - Wilgotność powietrza daje się we 

znaki.

- Tak,   ponad   osiemdziesiąt   pięć   procent   -   wtrącił   Barrett,   przypominając   sobie   swoje 

lektury. Otrzeźwiał przynajmniej na tyle, żeby z nich cytować.

- Tak. Tak jak sierpień w Nowym Jorku. Najwyraźniej John niechętnie przyznawał, że nie 

wszystko w Hongkongu jest „okay”.

- Dobranoc. Mam nadzieję, że spodoba ci się miasto.

- Och, bez wątpienia - odparłem dyplomatycznie. - Hongkong niejedno ma imię

.

Wyszedł. Bez wątpienia pokrzepiony moją literacką aluzją.

Marcie i ja siedzieliśmy bez słowa, zbyt zmęczeni, żeby ruszyć się do łóżka. Pokojowy 

numer jeden zaopatrzył nas w wino i sok pomarańczowy.

- Czyj jest ten pałac? - spytałem.

- Prywatnego właściciela. Wynajmujemy go tylko, ale na rok z góry.  Mnóstwo naszych 

ludzi tu przyjeżdża. Wygodniej jest nam mieć własny kąt.

- Co robimy jutro? - spytałem.

- Za około pięć godzin samochód zabierze mnie do naszego biura. Potem zjem orzeźwiający 

lunch z finansowymi magnatami. Mógłbyś się do nas przyłączyć...

- Dzięki. Daruję to sobie.

- John będzie do twojej dyspozycji. Możesz obejrzeć z nim atrakcje turystyczne. Tygrysie 

Ogrody, bazary. Mógłbyś też spędzić popołudnie na wyspie.

background image

- Sam na sam z Johnem? Uśmiechnęła się.

- Powiem mu, żeby pokazał ci Shatin.

- O, to ten klasztor dziesięciu tysięcy wcieleń Buddy, prawda?

- Prawda - przytaknęła. - Ale na wyspę Lan Tao pojedziemy sami. Spędzimy tam noc w 

klasztorze Polin.

- Ty naprawdę znasz to miejsce.

- Byłam tu wiele razy - przypomniała mi.

- Sama? - spytałem, nie potrafiąc ukryć zazdrości. Chciałem, żeby cała ta wycieczka była 

wyłącznie naszą własnością.

- Niezupełnie sama - odparła - ale strasznie samotna. Zwłaszcza o wschodzie słońca.

Dobrze. Przekonała się do wspólnego spędzania wschodów słońca. Nauczę ją tego. Jutro.

Oczywiście, kupiłem aparat.

John zawiózł mnie następnego ranka do Kowloon, gdzie na ogromnym Dworcu Morskim 

dostałem masę sprzętu fotograficznego za naprawdę psie pieniądze.

- Jak   oni   to   robią,   John?   -   spytałem.   -   Japoński   sprzęt   jest   tu   tańszy   niż   w   Japonii,   a 

francuskie perfumy tańsze niż w Paryżu! (Kupiłem flakon dla Marcie).

- To tajemnica Hongkongu. - Uśmiechnął się. - Jesteśmy w zaczarowanym mieście.

Najpierw musiałem zobaczyć kwiaty na bazarach w ich noworocznym przepychu. Rynek 

Choy Hung Chuen pełen był chryzantem, owoców i ozdób ze złotego papieru. Prawdziwa uczta w 

technicolorze dla mojego nowego obiektywu. (Poza tym kupiłem duży bukiet dla Marcie).

I   z   powrotem   do   willi   Victoria.   Strome   uliczki.   Mała   makieta   San   Francisco   i   bazar 

przypominający wielkiego pająka. Na Cat Street handlarze w czerwonych  budkach sprzedawali 

dosłownie wszystko - najbardziej niesamowite towary, jakie można sobie wyobrazić.

Zjadłem stuletnie jajko. (Żułem i połykałem, starając się nie wciągać powietrza przez nos).

John wyjaśnił mi, że w rzeczywistości te jajka przyrządza się tylko kilka tygodni.

- Posypują je arszenikiem, a potem pokrywają błotem.

Powiedział   to   dopiero,   kiedy   przełknąłem   ostatni   kęs!   Minęliśmy   stoiska   zielarzy.   Nie 

dałem się namówić na wodorosty, grzyby ani suszone koniki morskie.

W winiarniach zobaczyłem... marynowane węże.

- Niemożliwe, John - powiedziałem. - Marynowane węże?

- Bardzo   pożyteczna   rzecz   -   odparł   rozbawiony   moim   przerażeniem   tą   egzotyką.   -   Jad 

zmieszany z winem jest tu bardzo popularny. Taka mikstura potrafi czynić cuda.

- Na przykład...?

- To dobre lekarstwo na reumatyzm. Albo afrodyzjak.

Na szczęście nie było mi potrzebne ani jedno, ani drugie.

background image

- Zapamiętam to sobie - powiedziałem - ale na dzisiaj mam już dosyć.

John odwiózł mnie do willi.

- Jeśli   wstaniesz   jutro   wcześnie   rano   -   powiedział   John,   parkując   samochód   -   możemy 

pojechać w pewne interesujące miejsce. Taka sportowa atrakcja.

- Bardzo lubię sport.

- W takim razie przyjadę po ciebie o siódmej, okay? W Ogrodach Botanicznych  będzie 

pokaz walki z cieniem. Fascynujące widowisko.

- Okay - odparłem.

- Przyjemnego wieczoru - rzucił na pożegnanie.

- Dzięki.

- Choć właściwie każdy wieczór w Hongkongu jest przyjemny - dodał.

- Cholera, Marcie, to jest jak sen - powiedziałem.

Pół godziny później unosiliśmy się na wodzie. Słońce zachodziło. Płynęliśmy dżonką do 

Aberdeen, „restauracji na wodzie”. Wszędzie wokół błyszczały światła.

- Zupełnie  jak w porzekadle:  milion  świateł - powiedziała  panna Binnendale.  - Zabawa 

dopiero się zaczęła, Oliver. - Przy świetle lampionów jedliśmy rybę, która pływała w wodzie aż do 

chwili, gdy wskazaliśmy na nią palcem w karcie. Zamówiłem też dla siebie kieliszek wina z (mam 

nadzieję, że CIA nie podsłuchuje) komunistycznych Chin. Było całkiem niezłe.

W tym filmowym otoczeniu nasza rozmowa nie mogła nie być banalna. Mówiliśmy głównie 

o zajęciach Marcie w ciągu dnia. (Ja wołałem tylko raz po raz: - O rany! - albo - Co ty powiesz!)

Jednym z tematów był na przykład jej lunch z biurokratami z Departamentu Finansów.

- Oni są tacy cholernie angielscy - powiedziała Marcie.

- Nie zapominaj, że to brytyjska kolonia.

- To nic, wiesz, że ich największym  marzeniem jest, żeby Jej Wysokość zjawiła się na 

otwarciu nowego boiska do krykieta?

- Coś ty! A to dobre. Założę się, że tak się stanie! Podano nam deser. Zaczęliśmy mówić o 

naszej wielkiej ucieczce, która trwała już dwa dni.

- Miły gość z tego Johna Hsianga - powiedziałem. - I świetny przewodnik. Ale bez ciebie 

nie wracam do Victorii.

- Wiesz co? Wpadnę tam jutro, żeby obejrzeć z tobą wschód słońca.

- Świetnie.

- O piątej rano - dodała - na samym szczycie góry.

- Wypijmy za nasze zdrowie to komunistyczne wino - zaproponowałem.

Pocałowaliśmy się w rozkołysanej restauracji.

Czym wypełnić cały dzień na szczycie góry Victoria?

background image

A więc najpierw walka z cieniem. John był prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie. Pokaz 

skumulowanej siły był wprost niezwykły. Potem mój gospodarz zaproponował, żeby zobaczyć jego 

kolekcję drogocennych kamieni w Ogrodach Tygrysich i zjeść na lunch  dim sum.  Zgodziłem się 

pod warunkiem, że nie będą to węże. Pięćdziesiąt siedem klatek filmu Kodacolor, później piliśmy 

herbatę.

- Co dzisiaj robi Marcie? - spytałem. Chciałem ułatwić zadanie Johnowi, który był przecież 

biznesmenem, a nie zawodowym przewodnikiem.

- Ma spotkanie z dyrektorami fabryk - odparł.

- Firma Binnendale ma własne fabryki?

- Niezupełnie  własne.   Po  prostu  mamy  kilka  kontraktów   na  wyłączność.   To  zasadniczy 

elementnaszej działalności. Nazywamy go atutem Hongkongu.

- Co to za atut?

- Ludzie. Albo, jak to nazywacie w Stanach, czynnik  ludzki. Amerykański robotnik ma 

wyższą dniówkę, niż człowiek z Hongkongu dostaje za tydzień pracy. A część z nich zarabia nawet 

mniej...

- Jaka część?

- Młodociani nie mogą liczyć na takie same zarobki jak dorośli. Wystarcza im połowa. W 

rezultacie dostajemy szykowny strój, którego cena bez kosztów transportu do Nowego Jorku jest 

ułamkiem ceny amerykańskiej czy europejskiej.

- Rozumiem. To super.

John był chyba zadowolony, że połapałem się w zawiłościach ich atutu. Szczerze mówiąc, 

broszury turystyczne nie wspominały ani słowem o czynniku ludzkim, toteż słuchałem z ochotą.

- Na przykład - ciągnął dalej John - kiedy na to samo miejsce pracy jest dwóch chętnych, 

umawiają się między sobą, że podzielą się zarobkiem. W ten sposób obaj dostają pracę.

- Zalewasz - powiedziałem.

- Nie   zalewam.   -   Uśmiechnął   się,   doceniając   moje   opanowanie   potocznej 

amerykańszczyzny.

- Ale to znaczy, że obaj pracują cały dzień za połowę dniówki - powiedziałem.

- Żaden z nich się nie skarży - odparł John Hsiang, płacąc rachunek. - Przejedziemy się teraz 

na wieś?

- Wiesz co, John, chciałbym zobaczyć fabrykę. Czy to możliwe?

- Przy trzydziestu tysiącach fabryk w Hongkongu bardzo możliwe. Wolisz spory zakład czy 

małą firmę?

- Może zobaczymy te, które pracują dla Marcie?

- Okay - zgodził się.

background image

Najpierw zatrzymaliśmy się w Kowloon. Tej dzielnicy nie znajdzie się na żadnej pocztówce 

w Hongkongu. Jest zatłoczona. Mroczna. Niemal pozbawiona słońca. Musieliśmy przez cały czas 

trąbić na tłumy blokujące ulicę.

- Przystanek pierwszy - oznajmił John, kiedy zaparkowaliśmy na jakimś podwórzu. - Jak 

szyje się koszule.

Weszliśmy do środka.

Nagle cofnąłem się do dziewiętnastego wieku. Do Fali River, w stanie Massachusetts.

Była to manufaktura.

Trudno to inaczej nazwać. Manufaktura.

Wilgotna, duszna, ciemna.

Kilkadziesiąt kobiet zgarbionych nad maszynami do szycia pracowało gorączkowo.

W ciszy słychać było tylko stukot i mruczenie maszyn - oznaki wydajności.

Dokładnie tak jak w manufakturach Amosa Barretta.

Kierownik pośpieszył, żeby przywitać Johna i mnie, gościa z Zachodu. Oprowadził nas po 

zakładzie. Było tam sporo do zobaczenia. Maksimum wrażeń na minimalnej przestrzeni.

Kierownik paplał coś po chińsku. John wyjaśnił mi, że były to wyrazy dumy z powodu 

wydajności pań przy maszynach.

- Szyją tutaj doskonałe koszule - zauważył John. Zatrzymał się, wskazując na dziewczynę, 

która szybko podsuwała rękawy koszul pod igły maszyny.

- Spójrz. Świetny, podwójny ścieg. Najwyższa jakość. W Stanach już tak nie szyją.

Spojrzałem.

Szkoda tylko, że John wybrał zły przykład. Nie pracy, lecz pracownika.

- Ile ona ma lat? - spytałem.

Dziewczyna  szyła  zręcznie  dalej,  nie  zwracając  na  nas  uwagi.  Co najwyżej,  podkręciła 

trochę tempo.

- Ona czternaście lat - wtrącił kierownik.

Najwyraźniej mówił trochę po angielsku.

- John, przecież on pieprzy głupoty - szepnąłem. - Ten dzieciak ma najwyżej dziesięć lat.

- Czternaście - powtórzył kierownik. A John stanął po jego stronie.

- Oliver, to minimalny wiek przewidziany przez prawo.

- Nie chcę dyskutować o prawie. Mówię tylko, że ta dziewczynka ma dziesięć lat!

- Ona mieć karta - zapewnił kierownik. Faktycznie opanował wystarczająco angielski.

- Chciałbym   ją   zobaczyć   -   powiedziałem.   Uprzejmym   tonem.   Choć   nie   dodałem   słowa 

„proszę”. John ani drgnął, kiedy kierownik zwrócił się do dzieciaka o legitymację. Dziewczyna 

podniosła   przerażone   oczy.   Chryste,   nie   miałem   pojęcia,   jak   jej   powiedzieć,   że   to   nie   żadna 

background image

kontrola.

- Bardzo proszę.

Szef machnął mi przed oczami legitymacją. Nie było tam zdjęcia.

- John, tu nie ma zdjęcia - stwierdziłem.

- Młodociani poniżej siedemnastu lat nie muszą mieć zdjęcia - wyjaśnił.

- Rozumiem - skwitowałem.

Spojrzeli obaj na mnie, czekając, aż ruszymy dalej.

- Inaczej mówiąc - dodałem po namyśle - dzieciak ma legitymację starszej siostry.

- Czternaście! - wrzasnął kierownik. Oddał legitymację dziewczynie, która odwróciła się z 

wyraźną  ulgą   i  zaczęła   pracować   jeszcze   szybciej   niż   przedtem.   Co  chwilę   rzucała  mi   jednak 

ukradkowe spojrzenia. Cholera, jeszcze się skaleczy!

- Powiedz jej, żeby się uspokoiła - poprosiłem Johna.

Mój przewodnik rzucił do niej coś po chińsku. Przestała spoglądać na mnie znad maszyny.

- Proszę na herbata - powiedział kierownik, zapraszając nas uniżenie do komórki służącej 

mu za biuro.

John wiedział, że nie dałem się nabrać.

- Słuchaj - powiedział - ona wykonuje pracę czternastoletniej dziewczyny.

- A ile za to dostaje? Powiedziałeś, że młodociani zarabiają połowę.

- Oliver   -   tłumaczył   niewzruszenie   John   -   ona   przynosi   codziennie   do   domu   dziesięć 

dolarów.

- Och, świetnie - zawołałem - miejscowych dolarów. Czyli w przeliczeniu na amerykańskie 

pieniądze - dolar osiemdziesiąt, zgadza się?

Kierownik podał mi koszulę.

- On chce, żebyś sprawdził szwy - powiedział John.

- Och, nie trzeba - odparłem. - Te wasze „podwójne szwy”, cokolwiek to znaczy, są na 

pewno pierwsza klasa. Prawdę mówiąc, sam mam kilka takich koszul.

Wszystkie koszule miały wyhaftowane litery Mr B. Zdaje się, że w tym roku nosiło sieje 

pod sweter.

Popijając herbatę, zastanawiałem się, czy tysiące mil stąd, w Nowym Jorku, panna Elvy 

Nash wiedziała, w jaki sposób powstają te fantastyczne kreacje, którymi handluje.

- Idziemy - powiedziałem do Johna.

Musiałem zaczerpnąć powietrza.

Zmieniłem temat.

- Latem musi tu być okropnie - zauważyłem.

- Bardzo wilgotno - odparł John.

background image

Już raz to przerabialiśmy, więc znałem właściwą ripostę.

- Jak w sierpniu w Nowym Jorku, co?

- Coś w tym rodzaju - przytaknął.

- Panienki chyba... wolniej wtedy pracują?

- Słucham?

- Nie zauważyłem tam klimatyzacji - powiedziałem. Spojrzał na mnie.

- Jesteśmy w Azji, a nie w Kalifornii, Oliver. Jechaliśmy przed siebie.

- Też nie masz klimatyzacji w mieszkaniu? - dopytywałem się.

John Hsiang spojrzał na mnie jeszcze raz.

- Słuchaj, Oliver - zaczął spokojnym głosem - tutaj, na Wschodzie, robotnicy mają inne 

oczekiwania.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- Nie sądzisz, że nawet tutaj, w Azji, robotnik chce zarobić na życie?

Nie odpowiedział.

- A zatem - ciągnąłem dalej - zgodzisz się, że dolar osiemdziesiąt to za mało na życie?

Wiedziałem, że w myślach poszatkował mnie już ciosami karate na śmierć.

- Tutaj  ludzie pracują ciężej  - oznajmił  przekonany o własnej  słuszności. - Kobiety nie 

czytają tu pism ilustrowanych w salonach fryzjerskich.

Czułem, że John wyobraża sobie moją matkę ziewającą pod suszarką.

- Na przykład - dodał po chwili - ta dziewczyna, którą widziałeś. Cała jej rodzina tu pracuje. 

A jej matka dodatkowo szyje dla nas wieczorami.

- U siebie w domu?

- Tak - odparł John.

- Oo! - zawołałem. - W ustawach o pracy nazywa się to pracą domową, nieprawda?

Zamilkłem na chwilę.

- Johnny,   studiowałeś   w   Stanach   -   powiedziałem.   -   Chyba   pamiętasz,   dlaczego   praca 

domowa jest tam uznawana za nielegalną?

Uśmiechnął się.

- Tutaj obowiązuje prawo Hongkongu.

- Daj już spokój, ty pierdolony hipokryto!

Nacisnął na hamulce i zatrzymał samochód z piskiem opon.

- Nie muszę znosić obelg - powiedział.

- Masz rację - odparłem i otworzyłem drzwi. Najpierw jednak musiał drań wysłuchać mojej 

odpowiedzi.   -   Praca   domowa   jest   nielegalna   -   powiedziałem   spokojnie   -   bo   nie   liczy   się   ze 

background image

stawkami ustalonymi przez związki zawodowe. Ci, co pracują w ten sposób, dostają tyle, ile ma 

ochotę zapłacić im pracodawca. Czyli przeważnie trochę więcej niż nic.

John Hsiang patrzył na mnie z wściekłością.

- Przemówienie skończone, panie socjalisto? - zapytał.

- Tak.

- No to teraz posłuchaj i naucz się czegoś o życiu tutaj. Nikt tu nie wstępuje do związków 

zawodowych, bo wszyscy chcą dzielić się płacami, chcą, żeby ich dzieci pracowały, chcą zarobić 

trochę forsy. Kapujesz?

Nie miałem zamiaru odpowiedzieć.

- Dla twojej wiadomości, cholerny prawniku - zakończył John - w kolonii Hongkong nie ma 

czegoś takiego jak minimalna płaca. A teraz idź do diabła!

Wyrwał do przodu, zanim zdążyłem poinformować go, że już tam byłem.

background image

35.

To, co robimy w życiu, można tłumaczyć na wiele różnych sposobów. Dojrzały człowiek 

powinien kierować się logiką, słuchać głosu rozsądku. Pomyśleć, zanim zacznie działać.

Choć z drugiej strony kłóci się to z tym, co powiedział mi doktor London. Kiedy już dawno 

było po wszystkim.

Sam Freud stwierdził kiedyś, że w małych sprawach powinniśmy, rzecz jasna, kierować się 

rozsądkiem.

Ale   przy   naprawdę   poważnych   decyzjach   lepiej   posłuchać   tego,   co   podpowiada   nam 

podświadomość.

Marcie Binnendale stała tysiąc osiemset stóp nad portem Hongkongu. Był zmierzch. Światła 

miasta zapalały się jedno po drugim jak świeczki.

Zimny wiatr rozwiewał włosy na jej czole. Zawsze wydawała mi się wtedy piękna.

- Cześć, przyjacielu - powiedziała. - Popatrz na te światła. Stąd wszystko widać.

Nie odpowiedziałem.

- Mam ci pokazać turystyczne atrakcje?

- Już je dzisiaj widziałem. Z Johnnym.

- Ach, tak.

Zauważyła, że nie uśmiechnąłem się do niej na powitanie. Patrząc na nią, zastanawiałem się, 

czy to rzeczywiście kobieta, którą prawie... pokochałem?

- Coś nie w porządku?

- Wszystko - odparłem.

- Na przykład? Odpowiedziałem szeptem:

- W twoich fabrykach harują małe dzieci. Marcie zawahała się przez chwilę.

- Nie tylko w moich.

- Marcie, to żadne wytłumaczenie.

- I kto to mówi! - zawołała, nie tracąc panowania nad sobą. - Pan Barrett z tekstylnego 

imperium w Massachusetts!

Byłem na to przygotowany.

- Nie o to chodzi.

- Jasne, że nie! Twoja rodzina wykorzystała sytuację tak samo, jak robi się to tutaj.

- Sto lat temu - odparłem - nie było mnie tam, żebym mógł zaprotestować.

- Ale świętoszek! - zaśmiała się. - Kazał ci ktoś zmieniać świat?

- Posłuchaj,   Marcie,   nie   mogę   zmienić   świata.   Ale   na   pewno   nie   muszę   się   do   niego 

przyłączyć.

background image

Potrząsnęła głową.

- Oliver, ten numer z zapłakanym socjalistą to tylko pretekst.

Spojrzałem na nią, nie odpowiadając.

- Chcesz zerwać. Szukasz dobrej wymówki.

Mógłbym powiedzieć, że znalazłem całkiem niezłą.

- Sam siebie okłamujesz - powiedziała. - Gdybym  oddała wszystko na dobroczynność i 

została nauczycielką gdzieś w Appalachach, znalazłbyś inny powód.

Zastanowiłem się nad jej słowami. Ale wiedziałem tylko, że chcę natychmiast odejść.

- Może - przyznałem.

- To dlaczego boisz się powiedzieć, że po prostu mnie nie znosisz?

Marcie powoli traciła  równowagę. Nie była  zdenerwowana. Ani zła. Po prostu, nie tak 

świetnie opanowana jak zazwyczaj.

- Nieprawda, Marcie, lubię cię - zaprzeczyłem. - Po prostu nie mogę być z tobą.

- Oliver - odparła po cichu - ty nie możesz być z nikim. Wciąż jesteś tak sfiksowany na 

punkcie Jenny, że z nikim nie chcesz się związać.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Naprawdę dotknęła mnie tym przypomnieniem Jenny.

- Dobrze cię poznałam - ciągnęła dalej. - Całe to twoje „społeczne zaangażowanie” to tylko 

przykrywka. Tak naprawdę szukasz wymówki, żeby mocją dalej opłakiwać.

- Marcie?

- Tak?

- Jesteś zimną, pozbawioną serca dziwką. Odwróciłem się i ruszyłem przed siebie.

- Oliver, zaczekaj.

Zatrzymałem się i spojrzałem na nią. Stała w miejscu. Płakała. Po cichu.

- Oliver... potrzebujecie.

Nie odpowiedziałem.

- I myślę, że ty mnie też potrzebujesz - dodała. Przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić.

Patrzyłem na nią. Wiedziałem, że czuje się teraz beznadziejnie samotna.

Ale na tym polegał cały problem.

Ja czułem się tak samo.

Odwróciłem się i odszedłem Austin Road. Nie oglądałem się więcej za siebie.

Zapadła noc.

Pragnąłem tylko, żeby pochłonęła mnie ciemność.

background image

36.

- No i co, pani doktor?

- Chyba wezmę cytrynową bezę.

Joanna Stein, lekarz medycyny, wyciągnęła rękę nad ladą i postawiła bezę na swojej tacy. 

Razem z dwoma selerami miał to być jej lunch. Przed chwilą wyjaśniła mi, że jest na diecie.

- Dziwna kombinacja - zauważyłem.

- Nic na to nie poradzę - odparła. - Uwielbiam łakocie. A seler ma uspokoić moje sumienie.

Minęły już dwa tygodnie od mojego powrotu. Przez pierwsze kilka dni byłem zmęczony, a 

przez następne zły. W końcu, jakby wracając do punktu wyjścia, poczułem się przede wszystkim 

samotny.

Choć inaczej niż przedtem.

Dwa   lata   temu   mój   smutek   całkowicie   paraliżował   inne   uczucia.   Teraz   wiedziałem,   że 

potrzebuję   tylko   czyjegoś   towarzystwa.   Jakiejś   miłej   osoby.   Nie   miałem   zamiaru   czekać   ani 

rozpamiętywać.

Jeśli   wahałem   się,   czy   zatelefonować   do   Joanny   Stein,   to   tylko   dlatego,   że   musiałem 

wymyślić jakieś bzdurne wytłumaczenie, dlaczego tak długo nie dawałem znaku życia.

Wcale nie spytała.

Kiedy   zadzwoniłem,   była   zwyczajnie   zadowolona,   że   się   odezwałem.   Zaprosiłem   ją   na 

obiad. Zaproponowała lunch w szpitalnej stołówce. Popędziłem tam bez zwłoki.

Kiedy się zjawiłem, pocałowała mnie w policzek. Tym razem zrewanżowałem się jej tym 

samym. Spytaliśmy się nawzajem, co każde z nas ostatnio porabiało, i oboje udzieliliśmy sobie 

wymijających odpowiedzi. Mnóstwo pracy, dużo obowiązków. I tak dalej. Ona zapytała o moją 

karierę prawniczą. Ja opowiedziałem jej kawał o Spiro Agnew. Śmiała się. Dobrze nam było w 

swoim towarzystwie.

Potem spytałem o jej karierę medyczną.

- Chwała Bogu, kończę tę pracę w czerwcu.

- I co potem?

- Jadę na dwa lata do San Francisco. Będę tam pracować w szpitalu za godziwą zapłatę.

Szybko obliczyłem, że Kalifornia leży kilka tysięcy mil od Nowego Jorku. Dalej, Oliver, ty 

baranie, nie zmarnuj tej szansy.

- W Kalifornii jest świetnie - powiedziałem, żeby zyskać na czasie.

W tym tygodniu miałem spędzić weekend w Cranston. Może uda mi się ją namówić, żeby 

pojechała tam ze mną - ot, taka przyjacielska wizyta. Na pewno dogadaliby się z Philem. Mógł to 

być niezły początek.

background image

W tej samej chwili dotarła do mnie jej odpowiedź na moją ostatnią uwagę.

- Nie chodzi tylko o Kalifornię - odparła Jo. - Jest w to zamieszany pewien facet.

Och, facet. No, tak, to logiczne. Życie toczy się bez ciebie, Oliver. A może myślałeś, że 

będzie siedzieć i wzdychać?

Miałem nadzieję, że na mojej twarzy nie widać rozczarowania.

- O, cieszę się - odparłem. - Lekarz?

- Jasne - uśmiechnęła się. - Kogo innego mogłabym poznać w tej pracy?

- Gra na czymś?

- Z trudem radzi sobie z obojem.

Musi jednak nieźle sobie radzić z Joanną.

Dosyć tych wścibskich pytań, Oliver. Weź się w garść i zmień temat.

- Jak tam król Louis?

- Jeszcze bardziej pomylony niż kiedyś - odparła. - Wszyscy cię pozdrawiają i zapraszają na 

którąś z niedziel...

Nie. Nie chciałem spotkać się z oboistą.

- Świetnie. Wpadnę kiedyś - skłamałem.

Krótka chwila milczenia. Popijałem kawę.

- Mogę być z tobą szczera, Oliver? - spytała tajemniczym szeptem.

- Jasne, Jo.

- To   żenujące,   ale...   zjadłabym   jeszcze   jedną   bezę.   Podniosłem   się   szarmancko   i 

przyniosłem jej ciastko, udając, że biorę je dla siebie. Joanna Stein, lekarz medycyny, wyraziła mi 

dozgonną wdzięczność.

Nasz wspólny lunch wkrótce dobiegł końca.

- Powodzenia w San Francisco, Jo - powiedziałem na pożegnanie.

- Nie traćmy kontaktu.

- Jasne - powiedziałem.

I poszedłem do swojego biura bardzo wolnym krokiem.

Trzy tygodnie później nastąpił punkt zwrotny.

Po   latach   czczych   pogróżek   ojciec   naprawdę   skończył   sześćdziesiąt   pięć   lat.   Przyjęcie 

wyprawiono w jego gabinecie.

Mój samolot spóźnił się o godzinę z powodu padającego śniegu. Kiedy zjawiłem się na 

miejscu, wielu gości zdążyło już porządnie zaczerpnąć z waz wypełnionych ponczem. Znalazłem 

się   w   środku   falującego   gąszczu   tweedowych   marynarek.   Wszyscy   powtarzali,   jakim   to 

wspaniałym gościem jest mój ojciec. A wkrótce mieli zacząć o tym śpiewać.

Zachowywałem   się   poprawnie.   Rozmawiałem   ze   wspólnikami   ojca   i   z   ich   rodzinami. 

background image

Najpierw z panem Wardem, sympatycznym drętwusem, i z jego dziećmi, przyszłymi drętwusami. 

Potem z Seymourami, którzy kiedyś byli ciekawą parą, ale teraz kręcili się smętnie tylko wokół 

jednego tematu: Everetta, ich jedynego syna, który służył w Wietnamie jako pilot helikoptera.

Matka   stała   u   boku   ojca   i   przyjmowała   emisariuszy   z   krańców   imperium   Barrettów. 

Przyszedł nawet ktoś z włókienniczych związków zawodowych.

Jeden z gości wyraźnie  odróżniał  się od reszty.  Tylko  Jamie  Francis  nie miał  na sobie 

garnituru od Brooksa ani od J. Pressa.

- Szkoda,   że   się   spóźniłeś   -   powiedział   Jamie.   -   Powinieneś   posłuchać   mojego 

przemówienia. Popatrz, jak członkowie zarządu się wykosztowali.

Wskazał na stół konferencyjny, na którym złoty zegar wyświetlał godzinę 18.15.

- Twój ojciec to dobry człowiek. Powinieneś być dumny - ciągnął dalej Jamie. - Siedziałem 

z nim przy jednym stole prawie trzydzieści pięć lat i mogę ci przysiąc, że lepszego nie znajdziesz.

Skinąłem zdawkowo głową. Jamie najwyraźniej uparł się, żeby jeszcze raz zaświadczyć o 

dobroci ojca.

- W latach pięćdziesiątych wszyscy właściciele pouciekali jak szczury i pobudowali fabryki 

na południu. Zostawili swoich robotników na lodzie.

To nie była przesada. Miasta fabryczne Nowej Anglii są dzisiaj niemal całkiem wymarłe.

- Ale   twój   tata   tylko   usiadł   i   powiedział:   „Zostajemy.   Musimy   tylko   stać   się   bardziej 

konkurencyjni”.

- I co dalej? - ponagliłem, jakby było to potrzebne.

- Zamówiliśmy nowe maszyny. Jeśli pamiętam, żaden bank nie był tak szalony, żeby dać 

mu kredyt...

Zaczerpnął powietrza.

- Więc pan Barrett zrobił użytek z własnych pieniędzy. Trzy miliony dolców, żeby ocalić 

nasze miejsca pracy.

Ojciec nigdy mi o tym nie opowiadał. Ale przecież nigdy nie pytałem.

- Oczywiście, nie idzie mu teraz lekko - powiedział Jamie.

- Dlaczego?

Spojrzał na mnie i wypowiedział dwie sylaby:

- Hongkong.

Kiwnąłem głową.

Mówił dalej. - I Formosa. No, a niedługo rusza produkcja w Południowej Korei. Ale co tam!

- Tak, panie Francis - odparłem. - To nieuczciwa konkurencja.

Ja też to wiedziałem.

- Użyłbym mocniejszego języka, gdybyśmy nie byli w gabinecie twojego ojca. To naprawdę 

background image

dobry człowiek, Oliver. Nie taki jak - wybacz mi te słowa - niektórzy inni z rodziny Barrettów.

- Tak - zgodziłem się.

- Prawdę mówiąc - powiedział Jamie - sądzę, że to dlatego starał się być wobec nas taki 

uczciwy.

Spojrzałem nagle na drugi koniec pokoju i zamiast mojego ojca zobaczyłem kogoś zupełnie 

innego. Kogoś, kto dzielił ze mną przekonania, o które nigdy go nie posądzałem.

Lecz w odróżnieniu ode mnie, nie tylko gadał na ten temat.

Sprawiedliwość zatriumfowała w listopadzie.

Po  kilku  gorzkich  latach  futboliści   Harvardu  złoili  tyłek  drużynie  Yale.   Czternaście  do 

dwunastu. O wszystkim zadecydował Pan Bóg i nasza linia obrony. Ten pierwszy zesłał wiatry, 

które utrudniły Masseyowi rzuty. Natomiast linia obrony powstrzymała w końcowych minutach 

decydujący atak. Wszyscy zgromadzeni na Soldiers Field uśmiechali się radośnie.

- To było doskonałe - ocenił ojciec, kiedy wracaliśmy samochodem do Bostonu.

- Jakie tam doskonałe, fantastyczne! - zawołałem.

Kiedy   człowiek   zaczyna   się   przejmować   wynikami   meczu   Harvard   -   Yale,   jest   to 

najpewniejsza oznaka, że zaczął się starzeć.

Ale jak już powiedziałem, najważniejsze, że wygraliśmy.

Ojciec zaparkował samochód na State Street, na służbowym parkingu.

Ruszyliśmy w stronę restauracji, żeby porozmawiać o bzdurach przy homarze.

Kroczył nadal z werwą. Pomimo swojego wieku wciąż wiosłował na rzece Charles pięć razy 

w tygodniu. Był w dobrej formie.

Nasza rozmowa w podejrzany sposób krążyła wokół futbolu. Ojciec nigdy nie zapytał mnie 

- i czułem, że tego nie zrobi - o dalsze losy mojego związku z Marcie. Stronił też od innych 

tematów, które uważał za tabu.

Przejąłem więc inicjatywę.

Kiedy mijaliśmy biuro firmy Barrett, Ward & Seymour, powiedziałem:

- Ojcze?

- Tak?

- Chciałbym porozmawiać z tobą o... firmie.

Spojrzał na mnie przelotnie. Nie uśmiechnął się. Ale musiał napiąć każdy mięsień ciała, 

żeby się powstrzymać. Jak prawdziwy sportowiec nie chciał wypaść z rytmu, dopóki nie przekroczy 

linii mety.

Nie   był   to   żaden   nagły   kaprys.   Choć   nigdy   nie   powiedziałem   ojcu,   jakie   kręte   ścieżki 

doprowadziły mnie do decyzji, żeby zająć swoje miejsce w firmie. Zabrało mi to sporo czasu.

Inaczej niż zwykle zastanawiałem się nad tą sprawą dzień w dzień (i w nocy) od ponad 

background image

półtora roku, odkąd wróciłem z urodzin ojca.

Przede wszystkim nie potrafiłem pokochać znów Nowego Jorku.

W tym mieście nie można wyleczyć się z samotności. A ja odczuwałem teraz potrzebę, żeby 

być częścią czegoś. Gdzieś należeć.

I może wcale nie chodziło o to, że zobaczyłem swoją rodzinę w innym świetle. Może po 

prostu chciałem wrócić do domu.

Miałem tak wiele różnych ambicji, w tak dalekim świecie, a wszystko po to, żeby uciec od 

pytania: kim naprawdę jestem.

Jestem Oliver Barrett. Czwarty.

background image

37.

Grudzień 1976

Mieszkam w Bostonie już od pięciu lat. Pracowałem razem z ojcem, dopóki nie opuścił 

firmy. Przyznaję, że z początku tęskniłem trochę do zawodu prawnika. Z biegiem czasu jednak 

coraz   bardziej   przekonywałem   się,   że   to,   co   robimy   w   firmie   Barrett,   Ward   &   Seymour,   jest 

również   ważne.   Przedsiębiorstwa,   którym   pomagamy,   tworzą   nowe   miejsca   pracy.   Dla   mnie 

stanowi to powód do dumy.

Skoro już mówię o miejscach pracy - wszystkie nasze zakłady w Fali River rozwijają się. 

Nieszczęścia dotykają naszych pracowników tylko na boiskach piłkarskich.

Każdego lata urządzamy piknik, podczas którego dział kadr gra z zarządem w minibaseball. 

Kiedy   przyszedłem   do   firmy,   fala   zwycięstw   kadrowców   została   powstrzymana.   Jestem 

prawdziwym asem. Chyba nie mogą się doczekać, kiedy pójdę na emeryturę.

W „Wall Street Journal” nie piszą o wszystkich przedsięwzięciach, które sfinansowaliśmy. 

Pominęli,   na   przykład,   piekarnię   Phila   w   miejscowości...   Fort   Lauderdale.   Chłód   i   szarzyzna 

Cranston sprzykrzyły się Philowi, który nie mógł się oprzeć pokusie wyjazdu na Florydę.

Dzwoni do mnie raz w miesiącu. Pytam o jego życie towarzyskie, wiedząc, że w swoim 

otoczeniu ma teraz wiele odpowiednich kandydatek. Uchyla się od odpowiedzi, mówiąc: „Czas 

pokaże”. I szybko zmienia temat na moje życie towarzyskie.

Nie uskarżam się. Mieszkam w dzielnicy Beacon Hill, tym legendarnym  rogu obfitości, 

gdzie nietrudno nawiązuje się nowe przyjaźnie. Nie tylko z innymi biznesmenami. Często spotykam 

się   przy  lampce   wina   ze   Stanleyem   Newmanem,   pianistą   jazzowym.   Albo   z   Giannim   Barnea, 

malarzem, który wkrótce stanie się sławny.

No i oczywiście nie tracę kontaktu ze swoimi starymi przyjaciółmi. Simpsonowie mają już 

synka, a Gwen spodziewa się właśnie drugiego dziecka. Zatrzymują się u mnie, gdy przyjeżdżają 

do Bostonu na mecz lub przy innej okazji. (W moim domu jest mnóstwo miejsca).

Steve doniósł mi, że Joanna Stein poślubiła Martina Jaffe, który, jak sądzę, jest nie tylko 

oboistą, lecz także okulistą. Mieszkają na Zachodnim Wybrzeżu.

Według małej  notatki,  którą znalazłem  w magazynie  „Time”,  panna Binnendale  wyszła 

ponownie   za   mąż.   Za   faceta   o   nazwisku   Preston   Elder   („trzydzieści   siedem   lat,   prawnik   z 

Waszyngtonu”).

Podejrzewam, żetamatrymonialnaepidemiadosięgnie w końcu i mnie. Ostatnio często widuję 

Annie Gilbert, swoją daleką kuzynkę. Nie potrafię jeszcze powiedzieć, czy to coś poważnego.

Tymczasem,   dzięki   głosom   kibiców   hokejowych,   zostałem   wybrany   na   opiekuna 

harwardzkiego. Daje mi to dobrą wymówkę, żeby jeździć do Cambridge i udawać wciąż kogoś, kim 

background image

już nie jestem. Studenci młodszych lat wydają mi się bardziej niedojrzali i niechlujni niż kiedyś. 

Ale kim ja jestem, żeby ich osądzać? Moja funkcja zobowiązuje mnie do noszenia krawata.

Prowadzę   więc   ciekawe   życie.   Jestem   całymi   dniami   zajęty.   Praca   daje   mi   mnóstwo 

satysfakcji. Jak każdy rasowy Barrett upijam się poczuciem obowiązku.

Nadal trzymam siew formie. Co wieczór biegam wzdłuż rzeki Charles.

Kiedy wypuszczę się na pięć mil, widzę światła Harvardu na  drugim brzegu. I wszystkie 

miejsca, po których chodziłem, kiedy byłem szczęśliwy.

Potem biegnę z powrotem w ciemności, przypominając sobie różne rzeczy dla zabicia czasu.

Czasem zadaję sobie pytanie, co byłoby ze mną, gdyby żyła Jenny.

I odpowiadam:

- Ja też bym żył.