background image

Milos Jesensky    Robert K. Leśniakiewicz

Kryptonim Wunderland

pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy

Tłumaczył: Robert K. Leśniakiewicz

background image

Pamięci tych, którzy przeszli przez piekło 

hitlerowskich obozów koncentracyjnych 

i sowieckich łagrów nie zdając sobie sprawy, 

że ocierają się o największą tajemnicę 

Trzeciej Rzeszy, a także (kto wie) 

największą tajemnicę Kontaktu pomiędzy 

ludzkością a Obcym Rozumem.

dr Milos Jesensky

inż. Robert K. Leśniakiewicz

background image

WSTĘP

Książka, którą trzymacie właśnie w ręku powstała dzięki inspiracji 

badaczy historii II wojny światowej: dr Ludvika Soućka z Republiki 

Czeskiej, Ole-Jonny Braennego z Danii, Clasa Svahna ze Szwecji, 

Alfredo Lissoniego z Włoch, dr Franka E.Strangesa z USA, a także 

Polaków:   Joanny   Lamparskiej,   mjr   Stanisława   Siorka   z 

wrocławskiego EXPLORATORA, red. Bogusława Wołoszańskiego z 

Telewizji   Polskiej,   przy   wydatnej   pomocy   red.   Bronisława 

Rzepeckiego   z   “Wizji   Peryferyjnych"   i   “Czasu   UFO",   red.   Marka 

Rymuszko   z   “Nieznanego   Świata",   red.   Benity   Cempel   z   “Głosu 

Wybrzeża" i wielu innych którzy poświęcili swój czas, łamy prasy i 

środki materialne tematowi hitlerowskich dyskoplanów.

W tej pracy przedstawiono wyniki czterech lat pracy. Nie jest tego 

dużo, co jest zrozumiałe, jako że zdecydowana większość źródeł jest 

z   różnych   przyczyn   ukryta   czy   utajniona   za   klauzulą   “Tajne 

Specjalnego   Znaczenia",   a   także   z   niechęci   profesjonalnych 

historyków   do   spojrzenia   na   historię   najnowszą   (i   w   ogóle   na 

historię)   z   innego,   niż   swój   własny,   punktu   widzenia.   Przecież 

istnieją   uczeni,   pracownicy   naukowi,   którzy   pracując   w   Wyższej 

Szkole  Pedagogicznej  w  K.  negują   fakt  istnienia   paktu Hitlera   ze 

Stalinem   (czy   jak   kto   woli   paktu   Ribbentropa   z   Mołotowem)   i 

masakry w Katyniu, od razu rodzi się pytanie, co można powiedzieć 

o   takim   “uczonym"?...   Czy   ma   sens   zadawanie   mu   jakichkolwiek 

pytań, czy ma sens prośba o jakąkolwiek pomoc? Tak więc jesteśmy 

ograniczeni jedynie dostępnymi materiałami, które nie są - niestety 

- obiektywne... Ale nie ma tego złego, co na dobre nie wyjdzie - i jak 

background image

wskazuje na to przykład Wiktora Suworowa, który pisał swe książki 

tylko w oparciu o oficjalne źródła sowieckie - także na tej podstawie 

można dojść do prawidłowych wniosków.

Publikacja nasza jest w zasadzie rozwinięciem VI.Rozdziału pracy 

pt. “Tryptyk ufologiczny - Ufologia a polityka", napisanej w 1993 r. 

Już   ze   słowa   wstępnego   do   tej   rozprawy   można   przeczytać,   że 

problematyka   fenomenu   UFO   była   niejednokrotnie   użyta   do 

politykowania i przez polityków oraz politykierów w celu osiągnięcia 

wyznaczonych celów, jak to miało miejsce np. w przypadku katastrof 

UFO na Spitzbergenie, Roswell lub Islandii, tajemniczych “bolidów" 

nad   Polską,   Czechosłowacją   i   innymi   krajami   Układu 

Warszawskiego   w   latach   70.   czy   80.   Nie   inaczej   było   także   w 

przypadku skandynawskiej fali UFO w lecie 1946 r. Oraz w czasie 

“podwodnej fali USO" w pierwszej pięciolatce, a dowiemy się, że to 

UFO spowodowały katastrofy elektrowni jądrowych w Harrissburgu 

i Czernobylu...

Tym   razem   w   centrum   naszej   uwagi   znalazły   się   problemy 

istnienia latających dysków, skonstruowanych przez hitlerowskich 

uczonych   w   czasie   II   wojny   światowej.   Mamy   całkiem   mocne 

dowody na to, by stwierdzić iż grupa uczonych Hitlera zaplanowała i 

wykonała   konstrukcję   dyskoplanu   z   napędem   odrzutowym   czy 

nawet jądrowym!

W naszej pracy cytujemy wypowiedzi tych, którzy zetknęli się z 

największymi tajemnicami Trzeciej Rzeszy - nic o tym nie wiedząc. 

Dedykujemy Im naszą książkę, bowiem się Im to należy już za to 

samo,   że   żyli   Oni   w   ciągłym   strachu   przed   fizycznym 

unicestwieniem   czy   załamaniem   psychicznym   z   rąk   hitlerowskich 

background image

barbarzyńców, a po tzw. “wyzwoleniu" także stalinowskiej dziczy.

Dalszym   czynnikiem,   z   którym   musieliśmy   się   liczyć,   był   czas. 

Czas   niszczący   materialne   dowody,   czas   wymazujący   pamięć 

świadkom   i   zabierający   Ich   do   Wieczności.   I   nasza   praca   ma 

spowodować to, by ludzie o tym nie zapomnieli, bo zapomnienie - 

jak   pisał   poeta   -   to   śmierć   naszej   duszy.   To   właśnie   dlatego 

dedykujemy   naszą   pracę   tym,   którzy   przeszli   przez   piekło 

hitlerowskich obozów śmierci i stalinowskiego Gułagu - przy nich 

blednie groza bijąca z obrazów Hieronimusa Boscha - i także tym, 

którzy już zapomnieli, że nasze ziemie stały się pierwszymi ofiarami 

hitlerowskiego barbarzyństwa i sowieckiego zdziczenia, zanim cała 

reszta   wolnego   świata   zorientowała   się   o   co   w   tym   wszystkim 

chodzi.

Nie, prawdy nie można zapomnieć, bo płaci się za nią drogo, tak 

drogo,   że   nie   ma   na   nią   żadnej   ceny.   A   jeżeli   nawet,   to   za   cenę 

niebotycznych   ofiar.   Ultranowoczesna   technika   w   rękach 

barbarzyńców może tylko zabijać, bowiem barbarzyńca może przy 

pomocy   tej   techniki   jedynie   poszerzać   swój   “Lebensraum"   czy 

“Światową Republikę Rad", co wyraża się w narzucaniu światu albo 

Pax Germanica albo Pax Sovietica... Niejednokrotnie przekonaliśmy 

się, że właśnie tak jest i nie inaczej - i tylko człowiek nienormalny 

albo o złej woli będzie temu zaprzeczał. A takich postaw jest między 

nami coraz więcej...

Dr Milos Jesensky

Inż. Robert K. Leśniakiewicz

background image

ROZDZIAŁ 1

ZACZĘŁO SIĘ W PEENEMUNDE

Na północnym cyplu “Zakazanej Wyspy" - “Wyspa Mózgów 

Niemieckich" - Siedem razy z panopticum Wunderwaffe - 

Złowieszcza lista wcale się nie kończy: latające dyski, bojowe 

lasery, śmiercionośne promienie i pioruny kuliste w rękach 

nazistów.

Peenemunde   jest   małą   wioską,   która   -   jak   mówi   jej   nazwa   - 

znajduje się u ujścia do Morza Bałtyckiego - rzeki Peene (Piany), 

która znajduje się najdalej na zachód od swych dwóch pozostałych 

sióstr: Świny i Dźwiny. Niemcy w swym grabieżczym pochodzie na 

wschód nadawali nazwy niemieckie słowiańskim zdobyczom - stąd 

właśnie   to   podwójne   nazewnictwo.   To   nie   Słowianie   odebrali 

Germanom, Teutonom i Prusakom ich własność, a powrócili oni na 

swe dawne miejsca - wbrew temu, co głosi się w niektórych polskich 

szkołach...   Proszę   nie   zapomnieć,   że   Stralsund   to   słowiańskie 

Strzałowo, Wolgast to słowiańskie Wołgoszcz, a Berlin to słowiański 

Bralin...   Peenemunde   to   po   prostu   Pianoujście,   tak   jak   np. 

Świnoujście. Nie Schwenemunde...

Przed   1935   rokiem,   mało   kto   wiedział   o   istnieniu   tej   rybackiej 

wioski.   Jedynie   ci,   którzy   lubili   spokój,   ciszę   i   samotność   wśród 

sosnowych   lasków,   wydm   i   nad   brzegiem   Bałtyku,   wśród   krzyku 

mew i głosów innego ptactwa - wiedzieli o istnieniu tego uroczego 

kąpieliska.   Dziś   jest   tam   nawet   Naturschutzgebiet   (NSG) 

background image

Peenemunder   Haken   u.Struck   -   rezerwat   przyrody   i 

Landschaftsschunggebiete (LSG) Usedom (Uznam) obejmujące całą 

niemiecką   część   Uznamu   jeszcze   za   czasów   istnienia   tzw. 

Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

W   roku   1936   okazało   się,   że   Peenemunde   wypełnia   doskonale 

wymogi   zachowania   tajemnicy   dla   założenia   i   działalności   HVP   - 

czyli Heeres Versuchsanstalt Peenemunde - Ośrodka Badawczego 

Sił   Lądowych.   W   roku   1937   postawiono   budynki   mieszkalne   dla 

naukowców i personelu pomocniczego i od tego właśnie roku HVP 

rozpoczyna   swą   złowrogą   działalność   w   służbie   hitlerowskiej 

machiny   wojennej.   W   jego   laboratoriach,   pracowniach 

konstruktorskich   i   poligonach,   miały   się   jak   najszybciej   narodzić 

przyszłe   bronie   nazwane   “odwetowymi"   (Vergeltungswaffe),   -   od 

czasu, kiedy Niemcom dobrały się do skóry armie Sprzymierzonych. 

Były to następujące wynalazki:

5.

Fi-103   VI   -   zwane   latającymi   bombami,   de   facto   będące 

bezpilotowymi   samolotami   odrzutowymi,   których   celem   były 

miasta Aliantów: zrazu Londyn, potem Antwerpia.

6.

V-2/A4   -   to   była   rakieta   średniego   zasięgu,   współczesny 

prototyp   MRBM.   Jej   ładunek   bojowy   wynosił   1.000   kg   TNT 

(ładunek bojowy V-l był o połowę mniejszy). Taka nośność w tym 

czasie   była   interesująca,   ale   za   mała,   by   przenieść   ówczesną 

bombę   A,   której   masa   wahała   się   pomiędzy   5   a   6   tonami. 

Pewnym   rozwiązaniem   tego   problemu   były   tzw.   “głowice 

radiologiczne"   czyli   ładunki   kombinowane   z   materiału 

wybuchowego kruszącego (np. TNT) w otulinie z radioizotopu z 

background image

krótkim półczasem zaniku - np. 

60

Co, 

l31

J czy 

l38

Sr. Do konstrukcji 

tego   rodzaju   broni   w   III   Rzeszy   na   szczęście   nie   doszło,   ale 

Alianci bardzo liczyli się z możliwością jej wynalezienia i użycia - 

jej   wykrycie   i   unieszkodliwienie   było   jednym   z   celów   misji 

ALSOS.

7.

V-3   albo   “Tausendfussler",   “Schnelle   Elise"   czy 

“Hochdruckpumpe" było superdziałem o kalibrze 6 cali czyli 150 

mm,  ale  długości   lufy   wynoszącej  aż 127m.  Miało ono miotać 

trzymetrowej długości pociski na odległość 160 km i dzięki temu 

można było by ostrzeliwać Londyn poprzez Kanał La Manche. 

Faszyści   próbowali   zrobić   działobitnię   V-3   w   okolicach 

miejscowości   Mimoyecques,   ale   unieszkodliwiono   je   przy 

pomocy nalotu dywanowego raz na zawsze...

8.

V-4  -  to   rozwojowy   wariant   pilotowanej   latającej   bomby   V-l. 

Dzięki niesamowitej odwadze pilotki doświadczalnej numer 1 III 

Rzeszy - kpt. pil. Hannie Reitsch - hitlerowskim uczonym udało 

się   rozpracować   aerodynamikę   V-l,   zaś   jej   loty   zainspirowały 

Japończyków   do   skonstruowania   pilotowanej   latającej   bomby 

“Okha" lub “Oka" (Amerykanie nazywali ją “Baka") dla swych 

lotników - samobójców -kamikadze.

9.

V-5 to “Natter" albo Bachem Ba-349 - A, B i C był kolejną wersją 

rakietoplanu. Była to broń, która potencjalnie mogła odwrócić 

nieco losy II wojny światowej. Poddźwiękowy samolot rakietowy 

uzbrojony   w   niekierowane   pociski   rakietowe   “Orion"   albo 

“Fóhn"   stanowił   poważne   zagrożenie   dla   bombowych   wypraw 

Aliantów nad Niemcy i tak na dobrą sprawę, był bronią która 

background image

wyprzedziła   swój   czas.   Rozwojowymi   wersjami   “Nattera"   były 

rakietoplany “Bell X-l", “Bell X-2" i “Bell X-15 Flying Dagger", na 

których Charles “Chuck" Yeager bił swe rekordy prędkości lotu, a 

które powoli uchylały nam drzwi w Kosmos.

10.

V-6 czyli “Urzel" - to były rakiety wystrzeliwane już spod wody, 

z   pokładu   okrętów   podwodnych.   Ich   następna   generacją   są 

dzisiejsze ICBM wystrzeliwane z pokładów rakietowych okrętów 

podwodnych. Niemcy pracowali już nad tym w latach 40.!

11.

V-7   “Haunebu   1...9"   albo   “Vril"   -   to   był   latający   dysk 

charakteryzujący   się   dużym   udźwigiem,   prędkością   i 

manewrowością   i   w   dodatku   niewidzialny   dla   radarów,   ergo 

“UFO w służbie Hitlera".

Gdybyś   Czytelniku   myślał,   że   dostaliśmy   się   już   na   koniec   tej 

dziwnej listy, to się mylisz - bowiem lista ma swój dalszy ciąg:

12.

V-8   -   to   latające   dyski   różnych   typów.   Chodzi   tu 

prawdopodobnie o rozwinięcia konstrukcji ,,Haunebu"/“Vril” z 

lepszymi   właściwościami.   Mogłoby   być   prawdziwym 

domniemanie,   że   Niemcy   zbudowali   różne   typy   tych 

dyskoplanów - w tym przystosowanych do lotów kosmicznych - 

jak twierdzą niektóre źródła?

13.

V-9   czyli   czołgi   wykonane   z   jednego   kawału   metalu.   Taka 

maszyna   byłaby   praktycznie   odporna   na   uderzenia 

konwencjonalnych,  podkalibrowych   i   kumulacyjnych   pocisków 

przeciwpancernych,   a   także   wykazywałby   odporność   na 

uderzenia   czynników   rażących   wybuchów   jądrowych   -   innymi 

słowy   mówiąc   faszyści   szykowali   się   do   stworzenia   pojazdów 

background image

bojowych atomowego pola walki!

10.V-10   czyli   działo   ultradźwiękowe.   Niemcy   rzeczywiście   nad 

czymś   takim   pracowali   i   według   red.   Bogusława   Wróbla   z 

“Exploratora"   idzie   tu   o   V-9   “Schallkanone"   -   działo   dźwiękowe, 

którego działanie opierało się na eksplozji materiału wybuchowego 

w   ognisku   zwierciadła   parabolicznego,   co   wywoływało   fale 

dźwiękowe   niszczące   system   nerwowy   na   odległość   do   150   m. 

Badania nad tą bronią trwały aż do kwietnia 1945 r.

11. V-11 to lasery bojowe albo laserowa Broń Radiacyjna (LBR). 

Promienie śmierci. Trudno powiedzieć, czy nazistowskim uczonym 

był znany efekt kwantowego wzmocnienia światła, i być może chodzi 

tu jedynie o pobożne życzenia hitlerowskich bonzów...

14.

V-12   czyli   sztucznie   stworzone   chmury   zapalające,   co 

przypomina nam znane choćby z wojny w Zatoce Perskiej bomby 

paliwowo-powietrzne,   których   działanie   przypomina   wybuch 

jądrowy w miniaturze.

15.

V-13 czyli zdalnie sterowane latające bomby. Niemcy mieli coś 

takiego już w 1943 r.! Była to bomba Hs-293 prowadzona falami 

radiowymi.

16.

V-15 albo “inteligentne" pociski artyleryjskie bądź rakietowe. 

Inny pogląd żywi red. Bogusław Wróbel, który uważa, że V-15 to 

było   elektromagnetyczne   działo   skonstruowane   w   zakładach 

Gesellschaft fur Geratebau in Kleis bei Mittewald.

17.

V-16 czyli elektromagnetyczna rakieta Km-2. Czy chodzi tutaj o 

urządzenie latające dzięki komorom oscylacyjnym prof. dr inż. 

Jana Pająka? Czyżby hitlerowcy wpadli na ten pomysł już w 1942 

background image

r.?   Jeżeli   tak,   to   oznaczałoby,   że   idzie   o   dysk.   Inna   bowiem 

konstrukcja nie pasuje do teorii komór oscylacyjnych!

18.

V-17 albo paraliżujące promienie. Najprawdopodobniej chodzi 

tu   o   poddźwięki   o   częstotliwościach   poniżej   10   Hz.   I   tak: 

infradźwięk   o   częstotliwości   7   Hz   zatrzymuje   pracę   serca,   zaś 

infradźwięk o częstotliwości o 1 Hz większej zabija człowieka w 

kilka sekund! Infradźwięki o częstotliwości 5 Hz i poniżej mając 

odpowiednią   moc   są   w   stanie   rozwalić   każdą   konstrukcję 

budowlaną   -   od   mostu   czy   wieżowca   aż   po   ciężkie   bunkry... 

Czyżby chodziło o taką broń? Być może tak, ale jej działanie jest 

obosieczne.   I   tu   rzecz   ciekawa,   już   na   początku   lat   30.   nad 

zagadnieniem wykorzystania poddźwięków pracowali... sowieccy 

naukowcy! 

19.

V-18 czyli elektronicznie wytwarzane pioruny kuliste.

Nie dobrnęliśmy jeszcze do końca tej listy. Prosimy Czytelnika, by 

sobie   uświadomił   to,   ile   z   tych   wynalazków   zostało   już 

wprowadzonych w życie po II wojnie światowej, i to nie bynajmniej 

na pożytek ludzkości...

Wszystkie   wymienione   tu   projekty   od   V-6   aż   do   V-18   były   w 

stadium   prototypu,   a   kto   wie,   ile   jeszcze   takich   pomysłów   na 

wytworzenie   jeszcze   bardziej   niszczących   i   efektywnych   “broni 

obronnych" zrodziło się w czaszkach fanatycznych wyznawców spod 

znaku   swastyki?   (Prosimy   o   wybaczenie   wszystkich   wyznawców 

buddyzmu   i   lamaizmu!)   Na   to   pytanie   nie   jesteśmy   w   stanie 

odpowiedzieć ani teraz, ani w przyszłości.

Powyższa   klasyfikacja   jest   jedynie   przybliżoną,   bowiem   różni 

background image

autorzy   powołując   się   na   różne   źródła   niejednokrotnie   sobie 

przeczą, już to z powodu dezinformacji niemieckiej, już to z powodu 

dezinformacji w łonie samych Sprzymierzonych - my wychodzimy z 

założenia, że nie ważne jak zwał, tak zwał - ważne jest to, że takie 

pomysły w ogóle były wprowadzane w życie - i to jest w tej pracy 

najważniejsze. Nas interesuje cała panorama zagadnienia, a detale 

zostawiamy historykom, bo oni od tego są...

Red. Bogusław Wróbel domniemywa, że V-7 miał trzy różne trzy 

wersje:   DM-1,   DM-2   i   DM-3,   które   testowano   nad   jeziorem 

Chimsee, zaś niedokończone prototypy DM-2 i DM-3 zostały w 1945 

r.   przewiezione   do   USA.   Na   bazie   konstrukcji   DM   w   zakładach 

Focke-Wulfa skonstruowano tzw. “skrzydlate koło" (“Treib-flugel"), 

a z niego na wiosnę 1944 r. powstał doskonalszy model napędzany 

trzema silnikami rakietowymi “Lorin", uzbrojony w działo MK-103 i 

km MG-151. Był to samolot pionowego startu i lądowania. Tyle red. 

Wróbel. Skąd wzięły się takie oznaczenia, o tym później.

Istnieje   możliwość,   iż   niektórzy   Czytelnicy   naszej   książki 

przypomną   sobie   coś   nowego,   związanego   z   tą   tematyką   -   byli 

więźniowie obozów koncentracyjnych Hitlera czy Gułagu Stalina na 

Syberii   i   w   Kazachstanie.   Być   może   niektórzy   z   nich   widzieli   na 

niebie latające dyski z kopułką w latach 1935 - 1950. Jeżeli tak, to 

znaczy, że Czytelnicy natknęli się na jedną z najskryciej i najpilniej 

strzeżonych tajemnic Trzeciej Rzeszy...

background image

ROZDZIAŁ 2

KONIEC WILCZEGO STADA

Tajemnica U-511 - “Elster" - Wilcze stado atakuje z głębin 

oceanu   -   Superdziała   na   wyspie   Wolin   -   Hitlerowskie 

dyskoplany z referatu Jurija Straganowa - Latające Talerze 

nad Świnoujściem.

Rozdział   ten   zaczniemy   pytaniem   żywcem   przeniesionym   z 

teleturniejów   i   telewizyjnych   quizów:   Co   nam   mówi   nazwisko 

kapitana   marynarki   (U-Bootwaffe)   Fritza   Steinhofa?   Prawdę 

powiedziawszy bardzo mało. Był on jednym z dowódców U-Bootów 

Kriegsmarine III Rzeszy. Dowodził okrętem podwodnym o numerze 

taktycznym U-511, standartowym U-Bootem typu XVII.

Tak było do czerwca 1942 r.

W   połowie   czerwca   1942   r.   -   dokładnej   daty   nie   podaje   żadne 

znane nam źródło - z pokładu zanurzonego U-511 na głębokości 25 

m, odpalono salwę pocisków rakietowych. Rakiety te przeleciały z 

miejsca odpalenia trzy kilometry a potem zwaliły się do wody. Tak 

to właśnie narodziła się rakieta “Urzel", “Ursel" czy “Ursula" - jak ją 

nazywa Leonid Płatów w książce pt. “Tajemniczy okręt podwodny" 

(Warszawa 1974). Czym była tajemnicza “Urzel"? Była to hybryda, 

tandem   dwóch   pocisków   rakietowych:   V-2   była   tylko   pierwszym 

stopniem.   Drugi   miał   ładunek   konwencjonalnego   materiału 

wybuchowego, który in spe miał być zastąpiony głowicą jądrową. 

Czy to właśnie nad  tym  pracowali  eksperci  w Górach Sowich?  

background image

może   w   torpedowni   i   podziemiach   kompleksu   Gotenhafen-

Hexelgrunt czy Stettin - gdzie na Jeziorze Dąbie znajduje się niemal 

identyczna budowla torpedowni, jakiej ruiny znajdują się na Zatoce 

Puckiej?...

Co wiemy o tych morskich poligonach Kriegsmarine w Zatokach 

Gdańskiej i Pomorskiej? Przede wszystkim to, że znajdowały się one 

w   okolicach   kompleksu   HVP   i   poligonu   rakietowego   SS   we 

Władysławowie,   a   także   poligonów   rakietowych   w   Ustce,   Łebie 

(ostatnio   znaleziono   tam   resztki   wyrzutni   rakietowych,   które 

dowodzą   tego,   że   to   właśnie   z   Łeby   odpalano   rakiety   w   stronę 

Szwecji i innych krajów skandynawskich w czasie “rakietowego lata 

'46", co podały niektóre agencje prasowe i stacje TV w lipcu 1998 r.), 

na   wyspach   Ruggen   i   Greifswalder   Oie.   Rakiety   “Urzel"   miały 

pokazać   swoją   przydatność   w   czasie   najbardziej   spektakularnej 

misji U-Bootwaffe, znanej pod kryptonimem “Elster", której celem 

było   ostrzelanie  rakietami   V   Nowego   Jorku   -   miasta   szczególnie 

znienawidzonego   przez   Grossadmirala   Karla   Dónitza.   Dzięki 

doskonałej pracy wywiadu US Navy i technicznemu sztabowi tzw. 

Tenth Fleet - czyli X Floty (nie chodziło tu bynajmniej o flotę sensu 

stricto,   a   o   grupę   stacji   nasłuchowych   “huff-duff”,   wspartą 

kolektywem   dekryptażystów   i   kryptologów,   matematyków   i 

najprymitywniejszych   komputerów,   którą   dowodził   szef   wywiadu 

wojskowego   USA   -   admirał   Knowles),   udało   się   przechwycić   i 

zatopić 5 z 7 U-Bootów z tego stada: U-518, U-805, U-858, U-880, 

U-881   i   U-1235,   a   także   U-546.   Oficjalnie   na   pokładach   tych   U-

Bootów nie było żadnych Wunderwaffen, ale... członkowie załóg 44 

okrętów, które przechwytywały je na Atlantyku twierdzą, że trafiane 

background image

pociskami U-Booty eksplodowały z hukiem o wiele silniejszym, niż 

w przypadku “zwykłych" okrętów podwodnych. A to oznacza, że na 

ich pokładach rakiety “Urzel" z całą pewnością były...

Jak   tu   już   powiedzieliśmy   -   Amerykanie   przechwycili   dwa   U-

Booty z tego wilczego stada, bo załogi ich poddały się Amerykanom. 

Było już po połowie maja 1945 r. i wojna w Europie się skończyła. 

Kto wie, czy te okręty podwodne nie były przeznaczone do walk na 

Dalekim   Wschodzie   i   Pacyfiku?   Tam   walki   trwały   do   2   września 

1945 r. - czyli  do dnia podpisania przez delegację  w Manili aktu 

bezwarunkowej kapitulacji, a do tego czasu każdy okręt podwodny 

był   Japończykom   potrzebny   jak   sól   ziemi,   do   budowania   obrony 

przed amerykańską inwazją na wyspy japońskie. Kto wie, czy nie są 

prawdziwe   pogłoski   o   tym,   że   już   po   kapitulacji   Japonii   jacyś 

japońscy inżynierowie nie prowadzili dalej swych prac na którymś z 

odległych   atoli   Pacyfiku,   gdzie   nie   dotarło   jeszcze   argusowe   oko 

protoplasty CIA - JIC. Nie istniał jeszcze zwiad satelitarny, a zwiad 

lotniczy   też   pozostawiał   wiele   do   życzenia.   Zwiad   lotniczy   zdał 

egzamin na Europejskim Teatrze Działań Wojennych, dawał sobie 

nieźle   radę   na   przestrzeniach   trzech   oceanów,   ale   co   innego 

poszukiwania grupy okrętów przeciwnika, a co innego poszukiwanie 

bazy na jakimś zapadłym atolu wśród bezkresów Pacyfiku. To są 

dwie różne sprawy! Dostawę ludzi i sprzętu do takiej bazy mogły 

zapewnić tylko hitlerowskie U-Booty i Japońskie Sensuikany...

Istnieje   możliwość,   że   nieudolnie   przeprowadzona   operacja 

“Elster"   była   działaniem   opóźniającym   i   odciągającym   uwagę 

Amerykanów   od   czegoś   innego,   co   rozgrywało   się   w   innej   części 

Wszechoceanu, ale o tym później...

background image

Kolejnym “polskim śladem" w sprawie hitlerowskich VuWa (jak 

skrótowo mówili o tym sami Niemcy) jest kompleks działobitni V-3 

na wyspie Wolin. V-3 były superdziałami o małym w sumie kalibrze 

- wszystkiego 150 mm, gdzie tam im do “Lange Maxa" czy “Dicke 

Berte" (380 mm i 420 mm), ale za to z rekordowo długą lufą - 127 

m! Kudy im do“ Wielkiego" i “Małego Babilonu" Saddama, których 

lufy   miały   kaliber   500   i   1.000   mm,   ale   ich   długość   wynosiła 

zaledwie   100  m...   I   jeszcze   a   propos   “Babilonów",   to   Irakijczycy 

chyba   nawet   nie   wiedzą,   że   myśl,   która   zainspirowała   ich   do 

stworzenia obu tych superdział mogących ostrzeliwywać terytorium 

Izraela   i   razić   sztuczne   satelity   Ziemi,  powstała   właśnie  tu  -   nad 

naszym siwym Bałtykiem w latach 30!

“Hochdruckpumpe"   miała   mieć   zasięg   powyżej   160   km,  i   mało 

brakowało, by Niemcy nie zalali z francuskiego brzegu Kanału La 

Manche  lawiną  pocisków  o kalibrze 6' i  długości  3 m  Londynu i 

okolic. Napisaliśmy celowo “Londynu i okolic" bowiem z powodu 

gładkości luf i niestabilności długich pocisków w locie do celu, działa 

V-3  miały   mieć   rozrzut  aż...  20   km   na   dystansie  180   -   200   km! 

Niosły one ładunek 25 kg TNT, który mógł rozwalić każdy dom. I 

tutaj   mamy   nasze   ufologiczne   polonicum,   bowiem   znany   polski 

ufolog - Kazimierz Bzowski z Warszawy - w 1947 r. wraz z kolegami 

z wojska znalazł cały skład takich pocisków zatopionych w okolicy 

Wisełki na wyspie Wolin, nieopodal brzegu... Pociski te wydobyto i 

wywieziono do ZSRR.

Rzeczone działobitnie znajdują się również na południowym stoku 

Borowej   Góry   leżącej   pomiędzy   Lubinem   a   Karnocicarni.   Pociski 

odpalano w kierunku Bałtyku i poligonu wojskowego w okolicach 

background image

Gryfina.   Podobno   pociski   odpalane   na   Bałtyk   przelatywały   nad 

Międzyzdrojami (kilka z nich wydobyto tuż po wojnie z przyległego 

do   miasta   akwenu),   zaś  te,   które  nie   wpadły   w  wodę   -   leciały   w 

kierunku dalekich red Świnoujścia czyli około 25 km (czyli 13,5 Mm) 

od działa. Te, które leciały w kierunku Gryfina, miały do pokonania 

65 km i padały na poligon w okolicach miasta.

Hitlerowskie   próby   dokonane   w   okolicach   Międzyzdrojów 

zaowocowały potem wybudowaniem potężnego kompleksu wyrzutni 

V-3   we   francuskiej   miejscowości   Minoyecąues,   co   stanowiło 

ogromne   zagrożenie   dla   stolicy   Wielkiej   Brytanii   i   okolic. 

Stanowiska “Tausendfusslera" zniszczono dywanowymi nalotami z 

użyciem 5-tonowych bomb burzących “cook" znanych jako “bomby 

trzęsienia ziemi" (Quake-Bomb), które rozniosły nie stężony jeszcze 

beton   konstrukcji   działobitni,   literalnie   go   rozchlapując...   NB, 

podobnie   Alianci   unieszkodliwili   wyrzutnie   V-2   w   nieodległym 

miasteczku Epperleqque.

Zmieńmy temat.

Rosyjski   autor   Boris   Apołłonowicz   Szurinow   w   swej 

fundamentalnej monografii pt. “Paradoks XX wieka" (Moskwa 1991) 

powołując   się   na   Charlesa   Garreau   w   “L   'Historie"   nr   368,   1977 

pisze, że:

“.. w laboratoriach Szczecina (Dąbia), Peenemunde, Dortmundu 

i   Essen,   grupa   niemieckich   naukowców   rozpoczęła   pracę   nad 

dyskokształtnym helikopterem F-7. 17 maja 1944 r. F-7 wykonał 

swój pierwszy lot. (...) Aparat miał kształt dysku o średnicy 21 m. "

Kiedy rozpoczęto te prace? B. A. Szurinow twierdzi, że to było w 

maju 1943 r., kiedy Alianci zrzucali tysiące ton bomb na Zagłębie 

background image

Ruhry   i   Saarę,   a   Hitler   wydał   rozkaz   do   operacji   “Cytadela"   na 

froncie wschodnim. Zapamiętajmy sobie tę datę, bowiem jest ona 

znacząca   -   właśnie   wtedy   rozpoczęto   działalność   mającą   na   celu 

produkcję VuWa już na skalę przemysłową.

Jeżeli   idzie   o   literaturę   sowiecką/rosyjską,   to   główny   problem 

polega na tym, że trzeba było dokonać transkrypcji liter łacińskich 

na cyrylicę i vice-versa, a zatem w tej literaturze możemy spotkać 

oznaczenia:   F-7,   We-7,   W-7   czy   fonetyczne   Fau-7,  z a w s z e   w 

kontekście dyskokształtnego samolotu bądź helikoptera!...

Wydaje się nam, że B. A. Szurinow łączy ze sobą dwie informacje: 

o tzw. MODELU  N-1 (DM-1 według red. Wróbla) z  informacją  o 

MODELU   N-3   (DM-3)   V-7,   tak   jak   to   wynika   z   pracy   Jurija 

Stroganowa i dr Franka Strangesa.

O   czym   pisze   Jurij   Stroganow?   -   a   o   tym,   że   m.in.   hitlerowcy 

skonstruowali:

“... latające maszyny w kształcie dysku: MODEL N-1 “Skrzydlate 

koło ". Model ten był testowany w okolicach Pragi Czeskiej. Jego 

konstruktorami byli inżynierowie Schriever i Habermohl. Był to 

pierwszy samolot pionowego startu i lądowania. Skonstruowano 

go na bazie koła o dużej średnicy, obracającego się wokół kabiny, z 

której regulowano pochyleniem łopatek turbiny, obracających się 

na   jego  obwodzie.  Odpowiednio  regulując   kąt   natarcia   łopatek, 

można było uzyskać siłę nośną i postępowy ruch całego aparatu. 

N-1 był napędzany silnikami odrzutowymi. (...) MODEL N-2 był 

samolotem   pionowego   startu   i   lądowania   -   rozwiniętym 

wariantem MODELU N-1 (...) MODEL N-2 osiągał prędkość rzędu 

1.200 km/h czyli około 1 Ma. MODEL N-3 “Dysk Bellonzo" miał 

background image

dwie   wersje   o   średnicach   38   i   68   m.   N-3   był   napędzany 

bezdymnym   i   bezpłomiennym   silnikiem,   który   skonstruował 

austriacki   inżynier   -   Victor   Schauberger.   Silnik   potrzebował   do 

swej pracy tylko wody i powietrza.

Głównym przejawem jego działania był ukierunkowany wybuch 

(jak   w   silniku   rakietowym   -   przyp.   R.K.L.),   który   generował 

antymagnetyczne   pole,   dzięki   czemu   pojazd   lewitował   w   polu 

magnetycznym   Ziemi.   Na   obwodzie   znajdowało   się   12   silników 

odrzutowych,   które   pełniły   dwie   role:   chroniły   główny   silnik 

lewitacyjny   i   nadawały   całej   konstrukcji   ruch   postępowy.   19 

lutego 1945 r. “Dysk Bellonzo " wykonał swój pierwszy i ostatni lot 

doświadczalny. Piloci osiągnęli w czasie trzech minut lotu 15.000 

m wysokości przy prędkości 2.200 km/h, czyli około 2 Ma... "

Sądzimy, że cała rzecz nie jest całkowicie jasna, a jednak na uwagę 

zasługuje jeden fakt. Już po skończeniu walk w 1945 roku, doszło do 

Bliskiego Spotkania z UFO na plaży w Świnoujściu - wtedy jeszcze 

Swinemunde - co stało się na wiosnę roku 1947. Nieznany sowiecki 

żołnierz,   o   którym   wiadomo   jedynie   tyle,   że   nazywał   się   Fiodor 

Fiodorowicz, otrzymał od świadka opis następującego wydarzenia:

“Pozdrawiam Was Fiodorze Fiodorowiczu!

Zadał   mi   Pan   11   pytań,   na   które   odpowiadam   jak   potrafię 

najlepiej. Te talerze widziało mnóstwo ludzi. Było to na wiosnę w 

roku   1947,   kiedy   -   nie   pamiętam   dokładnie   -   w   Niemczech,   w 

Swinemunde, na brzegu Morza Bałtyckiego w odległości 400- 500 

m. Pomiędzy 10 a 11 przed południem było ciepło i przyjemnie, na 

morzu sztil... Latało tam wiele talerzy. Ponad nimi znajdował się 

background image

większy   obiekt,   przypominający   oponę   do   Gaza-51.   Obiekty 

podnosiły   się   w   górę   pionowo,   a   potem   powoli   odlatywały 

horyzontalnie   nad   pełne   morze.   Były   białe,   jak   duraluminium   i 

odbijały światło jak lustro. Większe trzymały się na wysokości 150 

- 200 m nad ziemią i zniżały się ku niej. Niektóre były nawet o 2 

metry ode mnie! Jednego z nich chciałem nawet przebić bagnetem, 

ale mi  się to nie udało. Dwa  talerze poleciały  nad baterię plot.  

zawisły nad nią w powietrzu, kolebiąc się z boku na bok. Potem 

małe   talerze   podleciały   ku   większym   i   wszystkie   powoli   się 

oddaliły. Nie udało mi się dopaść żadnego z nich...

Myślę, że powinniście się skontaktować z ówczesnym dowódcą - 

majorem Bielajewem. Mówił nam, że to Amerykanie fotografowali 

nasze stanowiska ogniowe i okręty podwodne naszego północnego 

skraju obrony. Inni zaś mówili, że na lotniskowcu “Graf Zeppelin " 

doszło do eksplozji jakiegoś urządzenia, ściśle tajnego, a wiadomo 

było, że jest on zatopiony. (“Graf Zeppelin" został uszkodzony w 

porcie w  Hamburgu  przez  Aliantów  w czasie  jednego z rajdów 

bombowych   w   kwietniu   1945   r.   -przyp.   R.K.L.)   Barwa   tych 

obiektów była podobna do tego pokrętła z radia “ Meridian ", zaś 

na krawędzi były punkty. Talerze leciały od morza na południe 

(tzn.   nad   wyspę   Uznam/Usedom   i   dalej   w   kierunku   Zalewu 

Szczecińskiego  -przyp.  R.K.L.),   a   w   tym   czasie   coś  się   działo  w 

naszej   SON.   (Stancja   Orudijnoj   Nawodki   -   stacja   namiarów 

artyleryjskich -przyp. R.K.L.) Kiedy było już po wszystkim, zaczęli 

od   nas   zbierać   zeznania   i   dali   nam   do   podpisania   papier   o 

zachowaniu   wszystkiego   w   najgłębszej   tajemnicy.   Potem 

oddetaszowano   mnie   do   Piławy   (Bałtijska)   i   nic   nikomu   nie 

background image

mówiłem."

Cóż   to   może   znaczyć?   Dlaczego   Pozaziemianie   interesowali   się 

sowieckimi umocnieniami na wybrzeżu Bałtyku? Tak czy inaczej, nie 

musieli to być wcale Obcy, a może tylko Rosjanie, którzy trenowali 

się w prowadzeniu niemieckich dyskoplanów V-7 na własne baterie 

plot.... A czemużby nie? Przecież dystans pomiędzy Świnoujściem a 

HVP Peenemunde wynosi zaledwie 35 km w linii prostej... Przecież 

to   nie   Amerykanie,   Anglicy   czy   Kanadyjczycy,   a   właśnie   Sowieci 

okupowali wschodnie landy Niemiec w tym Uznam/Usedom i HVP! 

To oni właśnie odwieźli do ZSRR cale laboratoria z ponad 5.000 

osób średniego i niższego personelu technicznego pracującego tam 

do ostatniej chwili! Mylą się Brad i Sherryl Steigerowie pisząc, że:

“Badacze, którzy przeniknęli poprzez intrygi rządu USA, odkryli 

to,   iż   Obcy   nawiązali   kontakt   z   uczonymi   hitlerowskimi   na 

początku lat 30. Wielu z nich uciekło z Rzeszy po dojściu Hitlera do  

władzy w obawie przed prześladowaniami, do USA, gdzie zaczęli 

pracować   dla   PROJECT   RAINBOW.   (Czyli   PROJEKT   TĘCZA   - 

stworzenie   konstrukcji   “stealth   "   w   latach   40.   Prawdopodobnie 

pracowano tam także nad dyskoplanami... -przyp. R.K.L.) (...) W 

czasie II wojny światowej, wielokrotnie obserwowano Nieznane 

Obiekty   latające   i   opisywano   je   jako   “foo-fighters   ".   (...)   Także 

istnieją dowody na to, że niemieccy specjaliści rakietowi uzyskali 

kontakt   z   pozaziemskimi   technologiami   i   jest   możliwe,   że 

hitlerowcy   dorwali   pozaziemski   aparat   latający.   Kanadyjczycy 

zdobyli   plany   dyskokształtnego   aparatu   latającego   (...).   Już   po 

wojnie, zakłady De Havilland Aircraft Corporation skonstruowały 

latający dysk według planów niemieckich uczonych. "

background image

Jak   żeśmy   tu   już   nadmienili,   Peenemunde   dzieliło   od   wojsk 

kanadyjskich co najmniej 200 km, zaś HVP w rzeczywistości został 

zajęty   przez   wojska   2   Frontu   Białoruskiego   -   Armii   Czerwonej. 

Przejęty   materiał   został   przesłany   wraz   z   ludźmi   pod   konwojem 

wojsk NKWD do Związku Sowieckiego, gdzie nadal kontynuowano 

badania   pod   okiem   samego   marszałka   żandarmerii   Ławrientija 

Pawłowicza Berii...

Podobny   los   spotkał   niemieckich   fizyków   atomowych,   których 

wysłano do wojennej kolonii w Agudzerze (Gruzja), gdzie zmuszono 

ich do badań związanych z produkcją broni jądrowej.

background image

ROZDZIAŁ 3

TAJEMNICE KOŁOBRZEGU

Sowieci   w   preludium   “rakietowego   lata"   albo   Rosjanie   w 

niemieckich   bazach   rakietowych   -   Skandynawski   dylemat 

Hamleta: Meteoryt czy rakieta? - Obiekt, który wystartował 

z morza - Pozaziemski sygnał w 1943 r.?

Kiedy   patrzymy   na   mapkę  obrazującą   działalność   hitlerowskich 

uczonych, przemysłowców i wojskowych, pracujących nad broniami 

V   w   Polsce   na   wybrzeżu   Bałtyku,   stwierdzimy,   że   istniały   dwa 

obszary,   dwa   poligony   niemieckich   broni   rakietowych.   Z   nich 

odpalano pociski rakietowe w 1944 r. nad środek Bałtyku, a po 1945 

r.   -   w   kierunku   Szwecji   i   innych   krajów   skandynawskich   (poza 

Islandią). W czasie wojny były tam hitlerowskie poligony rakietowe. 

Po II wojnie światowej zajęli je Sowieci i korzystali  z  nich w swej 

niewypowiedzianej   wojnie   przeciwko   krajom   skandynawskim,   co 

stało   się   bezpośrednią   przyczyną   powstania   “skandynawskiej   fali 

UFO" w 1946r.

Informacja   pochodząca   z   raportu   Lorena   Grossa   jednoznacznie 

stwierdza, że:

“Stolpmunde na wybrzeżu Bałtyku, znajdujące się w odległości 

125 mil na wschód od Szczecina, jest tajną bazą rakietową skąd 

Rosjanie   odpalają   “   rakiety-widma   "   i   latające   bomby   na 

terytorium Szwecji - o czym opowiedział pewien młody Niemiec, 

który uciekł do Szwecji z sowieckiej Zony. Po zakończeniu wojny 

-opowiadał on - Rosjanie zabrali wszystko, co tylko dało się zabrać 

background image

z   Peenemunde   do   Stolpmunde,   gdzie   Niemcy   mieli   przedtem 

poligon broni rakietowych, V. Uciekinier przysięgał na wszystko, 

że niejednokrotnie słyszał grzmot odpalanych rakiet lecących nad 

Bałtykiem do Szwecji..."

Dalszym  dowodem  na powyższe może być  fotografia  wykonana 

przez   Szweda   -   pana   Erika   Reutesvarda   w   dniu   11   lipca   1946   r. 

opublikowana   przez   tamtejsze   dzienniki   i   brytyjski   “The   Daily 

Telegraph"   z  12   lipca   1946   r.  Przedstawia   ona   fragment   jakiegoś 

krajobrazu   i...   no   właśnie   -   co?   Spadek   meteorytu?   Być   może. 

Szwedzcy specjaliści po dokonanej analizie fotografii orzekli, że u 

nasady   widocznego   na   niej   płomienia   znajduje   się   jakiś   ciemny 

przedmiot, lecący przed płomieniem. A zatem rakieta V!... Niestety - 

zdjęcie nie jest zbyt udane i doprawdy trudno jest na nim ujrzeć to, 

co widzieli szwedzcy eksperci...

Jeżeli idzie o Łebę, to nie mamy żadnych dokumentów i innych 

dowodów materialnych na to, że w latach 40. odbywały się tam testy 

broni V. Sytuacja zmieniła się w lecie 1998 r. kiedy to w lipcu TVP 

pokazała reportaż o znalezionych tam wyrzutniach latających bomb! 

Ponadto jeden z naszych znajomych, oficer Straży Granicznej - mjr 

SG   Andrzej   B.   z   Łeby   twierdzi,   że   Sowieci   przejęli   po   faszystach 

łebską   bazę   “którą   potem   używali   do   odpalania   swoich   rakiet". 

Przeciw komu? Tego mjr B. nie wiedział - ale my już tak. Przeciwko 

Szwecji w lecie 1946 r. (Gdybyś Czytelniku chciał wiedzieć coś więcej 

na ten temat, to informuję, że raport L. E. Grossa i inne informacje 

na ten temat zawarłem w opracowaniu pt. “Tryptyk ufologiczny - 

XIV tajemnica historii" - przyp. R.K.L.)

Inną, z naszego punktu widzenia interesująca przygodę przeżyli 

background image

trzej żołnierze - być może nawet byli to żołnierze Wojsk Ochrony 

Pogranicza   -   którzy   w   marcu   1953   r.   w   okolicy   Kołobrzegu 

zaobserwowali Nieznany Obiekt Podmorski (USO) typu NOTSUB-

Id/DD.   Wydarzenie   to   przebiegało   następująco:   ci   trzej   żołnierze 

zauważyli,   jak   gładź   Morza   Bałtyckiego   silnie   wzburzyła   się   w 

odległości około 200 m od brzegu, potem z tego miejsca wystrzelił 

brązowy,   trójkątny   obiekt,   który   wznosząc   się   po   spirali   osiągnął 

pułap 200 m i odleciał na pełne morze, ku północy. Obserwacja ta 

jest prawdziwa, ponieważ właśnie tak przebiega odpalanie pocisków 

rakietowych spod wody, z pokładu okrętu podwodnego. Najpierw 

eksplozja ładunku gazowego, który wypycha rakietę z wyrzutni, a 

potem - po osiągnięciu przez nią powierzchni wody - zapłon silnika 

głównego   i   odlot   w   pożądanym   kierunku.   Spiralny   tor   lotu   w 

początkowej   części   trajektorii   bierze   się   stąd,   że   urządzenie 

żyrokompasowe   autopilota   jest   w   trakcie   rozruchu,   co   powoduje 

lekkie   odchylenia   pocisku   od   kursu.   Po   całkowitym   rozruchu 

żyropilota pocisk leci już bez przeszkód ku celowi. Ot i rozwiązanie 

całej tajemnicy... Wbrew temu, co twierdzili włodarze Kremla, ZSRR 

prowadził   badania   nad   stworzeniem   broni   rakietowo-jądrowej 

odpalanej z pokładów okrętów podwodnych już na początku lat 50.! 

Amerykanie   ich   prześcignęli   w   tej   dziedzinie   tworząc   całą   klasę 

okrętów   podwodnych   rakietowych,   ale   to   nie   znaczy,   że   Sowieci 

zasypiali   gruszki   w   popiele!   Wręcz   na   odwrót!   Ich   program 

badawczy   był   supertajny,   a   poligony   w   Ustce   i   Łebie   szczelnie 

zamknięte przed Polakami. Tak więc możemy tylko domniemywać, 

że ta obserwacja USO z marca 1953 r. była powtórką akcji U-511 w 

sowieckim wydaniu!...

background image

Jest możliwe, że najbliższa przyszłość rzuci nieco więcej światła na 

działalność Sowietów w Polsce na poligonach wojskowych, w miarę 

odtajniania dokumentów MON i MSWiA.

Poza   tu   wzmiankowanym   odpalaniem   rakiet   spod   wody, 

Kołobrzeg   zapisał   się   także   trwale   w   historii   V-7.   Jeżeli   mamy 

wierzyć   Gerdowi   Burde   i   jego   dokumentalnemu   filmowi   pt. 

“Tajemnice   Trzeciej   Rzeszy",   to   w   dniu   24   grudnia   1943   r. 

rozpoczęto działalność w ramach PROJEKTU ALDEBARAN. Dwa 

media z ezoterycznego towarzystwa “Vril": Maria Ortisch i kobieta o 

pseudonimie   Sigrun   tłumaczyły   w   czasie   tajnego   posiedzenia 

członków   tego   towarzystwa   swe   kontakty   parapsychiczne   z 

pozaziemską cywilizacją pochodzącą z okolicy gwiezdnej Aldebarana 

(alfa   gwiazdozbioru   Byka).   Ba!   -   co   więcej   -   “Vril"   dysponował 

środkiem,   który   miał   wieść   do   celu   ich   naukowych   badań   - 

dyskokształtnym   pojazdem   kosmicznym   “Vril"!   -   latającym   na 

zasadach   nietradycyjnych.   Najciekawszym   było   jednak   to,   że   ów 

dysk   mógł   z   łatwością   pokonać   odległość   68   lat   świetlnych 

dzielących   Ziemię   od   Aldebarana   i   jego   hipotetycznej   cywilizacji, 

która się odezwała za pośrednictwem mediów towarzystwa “Vril", 

nadając   informacje   o   swym   istnieniu   przez   jakiś   tunel 

czasoprzestrzenny,   czyli   de   facto   za   pośrednictwem   piątego 

wymiaru!

W   przeciwieństwie   do   mediów   “Vrilu",   my   nic   nie   wiemy   o 

istnieniu cywilizacji Aldebarańczyków - nie zakładamy tego, że ta 

cywilizacja istniała czy istnieje, ale jeżeli udzieliła ona hitlerowcom 

pomocy w dokonaniu zbrodni przeciw ludzkości w czasie II wojny 

światowej   i   zgodziła   się   na   to,   by   nazistowscy   Ubermenschen 

background image

tworzyli   nową   rasę   panów   kosztem   wymordowania   kilkunastu 

milionów   Untermenschen,   to   nie   ma   o   czym   właściwie   mówić. 

Należałoby powołać kolejny Trybunał Norymberski! ...

Uważamy za całkowicie możliwą rzecz, że w okolicach Kołobrzegu 

testowano dyskoplany. Gdzie dokładnie to było, tego możemy się 

jedynie domyślać - choć na 99,99 procent przekonani jesteśmy, że 

było to w Ustce i Łebie. Mogło to być niezależnie od tego także w 

innych   miejscach.   Tak   czy   owak,   informacja   o   udanych 

eksperymentach   z   latającym   dyskiem   RFZ-7T   (który   możemy 

oglądać na obrazie pędzla Nicholsa) mówi całkiem wyraźnie o tym, 

że:   “Ten   statek   przeszedł   z   powodzeniem   próby   pod   bałtyckim 

niebem..." - a więc znów Bałtyk. Gdzie będziemy szukać dalej?

Czy udamy się w kierunku wschodnim?

background image

ROZDZIAŁ 4

ZAGADKI TRÓJMIASTA

Wilkommen   in   Gotenhafen-Hexelgrunt!   -   Żołnierze 

Wehrmachtu   wychodzą   po   pięciu   latach   z   podziemi   - 

Niewiarygodne wydarzenie: latający dysk na gdyńskiej plaży 

18 lipca 1943 r.

Na   wschód   od   terenów,   o   których   pisaliśmy   w   poprzednim 

rozdziale,   rozpościera   się   tajemnicze   Pomorze   Gdańskie.   Ten 

rozdział   zatytułowaliśmy   “Zagadki   Trójmiasta",   bowiem   najwięcej 

zagadek znajduje się w okolicach miast Gdańsk, Sopot i Gdynia.

Kiedy   w   kwietniu   1997   r.   uczestniczyliśmy   w   specjalistycznej 

konferencji ufologicznej w Gdyni, mieliśmy przyjemność spotkać się 

z   badaczami,   którzy   zajmują   się   zagadkami   Trójmiasta,   a   którzy 

opowiedzieli   nam   kilka   niezwykłych   historii.   Zdecydowana 

większość z nich dotyczy terenów na północ od Gdyni, w kierunku 

na Władysławowo, gdzie znajdowały się rakietowe poligony SS, a 

których szefem był SS-ObergruppenFuhrer Emil Mazuw. Ale o nim 

później. Na początek powiemy o pierwszej tajemniczej miejscowości 

- Gdyni-Babie Doły.

Już   po   ukończeniu   bojowych   operacji   na   terenie   Polski,   3 

października   1939   r.   hitlerowcy   zaczęli   wznosić   kompleks   pod 

nazwą   Ośrodek   Badań   Uzbrojenia   Kriegsmarine   Gotenhafen-

Hexelgrunt.

Przede wszystkim badano tam i pracowano nad rozwojem broni 

background image

podwodnej i torpedowej z różnymi rodzajami napędu. To właśnie o 

tym ośrodku pisał w swej świetnej powieści “Inkarnacja" Leonard, 

który kazał bohaterom wypłynąć w korsarski (a raczej piracki) rejs 

najnowocześniejszym U-Bootem “Elektra" z Gdyni na Pacyfik. Ten 

U-Boot typu XXV napędzany turbinami Walthera i naszpikowany 

dalszymi   cudeńkami   hitlerowskiej   techniki   miał   za   zadanie   topić 

wszystko, co się mu nawinęło pod wyrzutnie torpedowe i lufy dział.

Ten   podziemny   kompleks   jest   do   dnia   dzisiejszego   jednym 

wielkim   labiryntem   zagadek.  Wedle   różnych   plotek   i   niepewnych 

opowieści,   jeszcze   w   1950   r.   wyszły  z  niego   trzy   (według   innego 

źródła tylko jedna) wynędzniałe postacie ludzkie, byli to hitlerowscy 

żołnierze Wehrmachtu, którzy przez pięć lat tam się ukrywali. W 

rzeczywistości, według relacji prasowych i meldunków policyjnych, 

w   lochach   i   korytarzach   kompleksu   odbywają   się   satanistyczne 

czarne msze, czego dowodzą grafitti na ścianach. Część kompleksu 

przejęła   po   wojnie   armia,   w   części   są   jakieś   składy.   Co   tam   jest 

naprawdę,   tego   nikt   nie   wie,   poza   sztabowcami.   Istnieje 

domniemanie, że w czasie II wojny światowej Niemcy pracowali tam 

nad swymi Wunderwaffen, ale jeszcze bardziej jest możliwe, że była 

tam rafineria boru (B), berylu (Be), hafnu (Hf), indu (In), uranu (U) 

i   toru   (Th)   -   bowiem   te   pierwsze   cztery   pierwiastki   można   było 

uzyskać z piasków bałtyckich, zaś dwa następne - ze złóż w okolicach 

Ełku, Bielska Podlaskiego, Pasłęka i Krynicy Morskiej. (Są to złoża 

żyłowe   lub   egzogeniczne   zawierające   poza   uranem   także   cyrkon 

(Zr), Itr (Y), wanad (V), molibden (Mo), neodym (Nd) oraz erb (Er) 

- przyp. R.K.L.) Wszystkie tu wymienione pierwiastki są używane w 

technice jądrowej...

background image

W czasie spotkania z paniami Benitą Cempel i Zofią E. Piepiórką 

w dniu 15 marca 1997 r. pojawił się ciekawy aspekt tej problematyki, 

a mianowicie - kompleks ten do dziś dnia emituje jakieś szkodliwe 

promieniowanie  i   być  może   do dziś  dnia  jest   tam   coś  ukryte,  co 

może stanowić zagrożenie dla istot żywych. Możliwe, że znajduje się 

tam jakiś arsenał broni chemicznych, bądź niewykorzystane zasoby 

rudy uranowej czy torowej. Znamy w Bałtyku wiele miejsc, gdzie po 

wojnie   zatopiono   zasoby   broni   chemicznej   i   bojowych   środków 

trujących.

Jest także możliwe, że hitlerowcy pracowali nad wykorzystaniem 

energii jądrowej w celu uzyskania z niej energii elektrycznej, właśnie 

w   Gdyni.   A   może   usiłowano   wydobyć   tutaj   złoto   drogą   reakcji 

jądrowych? Produkcja złota na skalę przemysłową, to wcale nie był 

taki głupi pomysł, jakby się to wydawało na pierwszy rzut oka. Do 

tego tematu wrócimy jeszcze przy omawianiu prac hitlerowców w 

Górach Sowich. Wracając do problemów energetycznych III Rzeszy, 

to należy podkreślić to, iż pod koniec wojny gnębił ją właśnie głód 

energii,   bowiem   Rosjanie   przecięli   życiodajne   rurociągi   z   zagłębi 

Ploesti (Rumunia), a resztę odcięli Alianci zachodni - co wyszło w 

czasie   słynnej   “Bitwy   o   wyłom"   w   Ardenach   pod   koniec   1944   r., 

kiedy to wspaniałe hitlerowskie czołgi - praktycznie niezwyciężone w 

walnej bitwie - stanęły bezradne z braku ropy, której Amerykanie 

mieli po dziurki w nosie... I tak Niemcom pozostała jedynie energia 

jądrowa.   Naziści   o   niej   wiedzieli   i   planowali   jej   użycie,   ale   na 

przeszkodzie stał brak czasu. Tak więc w Babich Dołach mógł istnieć 

instytut badawczy zajmujący się energetyką jądrową, działający pod 

przykrywką instytutu d/s uzbrojenia Kriegsmarine.

background image

Struktura podziemnej bazy Gotenhafen-Hexelgrunt jest podobna 

do   innego   podziemnego   kompleksu   badań   jądrowych   w   Górach 

Sowich, a to jest już konkretny argument “za" wyżej wymienioną 

hipotezą.   Gdyby   szło   tylko   o   badania   rakietowe   jak   np.   w 

Peenemunde, to hitlerowcy nie wchodziliby tak głęboko w ziemię.

Alternatywna teoria mówi, że ta baza służyła za podwodny port 

dla okrętów podwodnych, tajną bazę U-Bootów, system schronów 

dla   pracowników   Gestapo   czy   wreszcie   -   dziwcie   się   ludzie!   - 

podziemną... katedrę! Prawdę znają jedynie oficerowie baz lotniczo-

morskich z Oksywia i Babich Dołów, ale ci - co też jest dziwne - 

niczego nie mówili - dlaczego?!

Jest   jeszcze   jedna   możliwość   -   jak   już   tu   nadmieniliśmy,   że 

niektóre   pierwiastki   służące   w   technologiach   jądrowych   można 

uzyskiwać   z   wody   i   piasku   morskiego:   cyrkon,   hafn,   bor,   beryl, 

mangan, molibden, lit czy ind. Pierwiastki te znajdują się nie tylko w 

wodzie czy piasku, ale także w górach Dolnego Śląska i w Tatrach, 

ale o tym później. Problem polega na tym, że do dziś dnia nikt nie 

wziął na poważnie takiej możliwości, choć wszyscy wierny o tym, że 

Niemcy   byli   i   są   mistrzami   w   odzyskiwaniu   pierwiastków   z 

niskoprocentowych   rud,   którą   to   umiejętność   opanowali   do 

perfekcji właśnie w czasie obu wojen - szczególnie w ciągu dwóch 

ostatnich lat II wojny światowej. To mistrzowie ersatzów. Z naszego 

punktu widzenia ta możliwość musi być poważnie przebadana przez 

naszych specjalistów, zanim uprzedzą nas Niemcy czy Rosjanie.

W naszym dalszym rozważaniu na temat tajnych broni III Rzeszy 

należy   wspomnieć   także   o   poligonie   SS   we   Władysławowie 

(Grossendorf),   o   którym   wzmiankował   w   swych   pracach   polski 

background image

specjalista  od niemieckich tajnych broni  i pisarz  w jednej osobie 

Michał  Wojewódzki.  Informacja  przez  niego  podana  jest  krótka   i 

zagadkowa.   Wynika   z   niej,   że   dowodził   tym   poligonem   SS-

Obergruppenfuhrer Emil Mazuw - ale to wie każdy...

I cóż w tym dziwnego? Nic poza tym, że jeżeli Peenemunde było 

do   dyspozycji   Wehrmachtu   i   Luftwaffe,   to   poligon   we 

Władysławowie   podlegał   tylko   i   wyłącznie   kompetencji   SS.   To 

znaczy,   że   faceci   w   czarnych   mundurach   i   z   trupią   główką   na 

czapkach wypróbowywali tam coś ekstra, coś, co nie było dostępne 

oczom   zwykłych   śmiertelników   i   co   chroniły   doborowe   i   elitarne 

jednostki   bezpieczeństwa   wewnętrznego   SS.   I   po   trzecie   -   co   już 

wiemy z innych źródeł - była to ta jednostka SS, która zajmowała się 

badaniami nad dyskoplanami, tak więc ślad w tym przypadku jest 

wyjątkowo ciepły...

Nowe   światło   na   ten   problem   rzuciło   nieoczekiwane   zeznanie 

byłego   więźnia   gdyńskiej   filii   KL   Stutthoff   ukrywającego   się   pod 

pseudonimem S. Theau, który podał swą relację już po wojnie.

Theau   nie   mógł   sobie   przypomnieć   dokładnej   daty   swego 

Bliskiego   Spotkania,   jednak   pamiętał,   że   było   to   w   pierwszą 

niedzielę   po   14   lipca   1943   r.   Nasz   bohater   szedł   wybrzeżem   w 

kierunku   Babich   Dołów   i   ujrzał   naraz   coś   dziwnego.   Pomiędzy 

trzema   wydmami   leżał   zaryty   częściowo   w   piachu   jakiś   obły 

przedmiot o barwie błyszczącego aluminium.

Zaskoczony Francuz, który patrzył na to ze szczytu wydmy nie był 

w stanie rozpoznać kształtu tego obiektu, potem dotarło do niego, że 

był to dysk. Jego jeden bok był wbity w piach i jakaś ludzka postać 

przykucnięta przy nim, odgarniała rękami piasek, który widocznie 

background image

uniemożliwiał   lot   tego   dziwnego   obiektu.   Świadek   był 

przeświadczony, że widzi niemiecki samolot, który musiał awaryjnie 

lądować w czasie lotu doświadczalnego. Po chwili osoba odkopująca 

pojazd  odwróciła  się  i  ku  swemu zdumieniu  Theau  stwierdził, że 

była to kobieta! Była ubrana w dziwny, ściśle przylegający do ciała 

strój, jaki wtedy nie był w modzie.

I tutaj mała dygresja. Otóż zarówno świadek jak i Jean Sider - 

który podał nam tą jego relację - zwrócili uwagę na dziwność stroju 

pilotki.   Teraz   jest   wiadomo,   że   pilot   samolotu   naddźwiękowego 

musi być ubrany w ściśle przylegający do ciała kombinezon, bowiem 

przy przyśpieszeniu wynoszącym 5 i więcej g, każde załamanie, fałda 

czy szew odzieży boleśnie wbiłby się w ciało pilota. A to stanowi 

kolejny dowód na to, że dyskoplan ten latał z prędkością wyższą od 1 

Ma   i   z   przyśpieszeniami   powyżej   5   g!...   Świadek   porównał   strój 

kobiety do kombinezonu nurka, który widział na filmie Jacquesa Y. 

Cousteau.

Kobieta była postawną blondynką i jej jasne włosy spływały aż na 

ramiona. Jej wzrost wynosił około 175 cm, jej cera była jasna, ale 

oczy trochę skośne. Kiwnęła na niego, a Francuz podszedł  bliżej. 

Wtedy zauważył, że jest przepasana paskiem z klamrą i obuta w buty 

z   cholewkami   do   połowy   łydek.   Jej   dłonie   miały   długie   palce   z 

krótkimi paznokciami. Odezwała się doń w jakimś nieznanym mu 

języku,  a   z  gestykulacji   wynikało,   że  żąda   od   niego   pomocy   przy 

odkopywaniu części obiektu zasypanej piaskiem.

Zatrzymajmy   się   na   chwilę   przy   tym   szczególe,   kobieta 

przemówiła   do   niego   w   nieznanym   języku.   Czy   nie   był   to   może 

rosyjski? Nie możemy nie wziąć pod uwagę tej możliwości, bowiem 

background image

rysopis   tej   kobiety   zjawiskowo   przypomina   te   postawne   ruskie 

krasawice   z   filmów   Eisensteina.   Długie   jasne   włosy,   szerokie 

ramiona, wzrost wskazują na dziewczynę ze wschodu Europy. Także 

jasna cera i lekko skośne oczy - tak charakterystyczne dla Rosjan!

Wróćmy jednak do świadka, który po chwili wykonał jej polecenie 

w ciągu kilku minut.

W czasie pracy, Theau dokładnie przyjrzał się obiektowi. Nie był 

on nitowany czy spawany, jego powierzchnia była gładka. Nie miał 

on   żadnych   oznaczeń,   które   wskazywałoby   na   jego   pochodzenie. 

Talerz   miał   6   m   średnicy   i   2   m   wysokości.   Kształt   pojazdu 

przypominał dwie połączone podstawami miednice. W górnej części 

znajdowało się 4 lub 6 okienek. Nie było widać żadnego luku czy 

włazu. Na spojeniu obu “miednic" znajdowały się dwa ciemniejsze 

pasy oddzielone od siebie czarną linią.

Po   odkopaniu   zasypanej   części,   pilotka   gestem   nakazała 

Francuzowi   oddalenie   się,   zaś   sama   weszła   do   pojazdu.   Położyła 

obie ręce na powierzchni obiektu, a wtedy pokazał się w niej otwór, 

przez   który   weszła   do   środka.   Potem   otwór   zamknął   się   i   znikł. 

Następnie   rozległ   się   wibrujący   dźwięk,   a   ciemna   linia   pomiędzy 

pierścieniami   zabłysła.   Obydwa   pierścienie   zaczęły   wirować 

przeciwbieżnie, a pojazd powoli uniósł się pionowo w górę i odleciał 

poziomo,   w   kierunku   północnym   z   takim   przyśpieszeniem,   że 

świadek  stwierdził  iż  był  on  szybszy  od   najszybszego  ówczesnego 

pościgowca.

Theau był przekonany, że spotkał się z najsłynniejszą hitlerowską 

pilotką-oblatywaczką, kpt. pil. Hanną Reitsch, której zdjęcia zdobiły 

okładki   wszystkich   magazynów.   Pod   koniec   lat   50.   doszedł   do 

background image

wniosku,   że   to   było   jednak   Bliskie   Spotkanie   Trzeciego   Rodzaju. 

Najprawdopodobniej   dlatego,   że   owa   pilotka   była   podobna   do 

odwiedzającej George'a Adamskiego pięknej Plejadanki Semjase...

Skomentujmy   to   krótko.   Gdyby   nieznana   kobieta   była 

rzeczywiście kpt. Reitsch, to oznaczałoby, że Niemcy pracowali nad 

modelem dyskoplanu i na nim już latali w połowie 1943 r. A jeżeli to 

nie   była   ona,   to   pozostaje   nam   jeszcze   wersja   o   “komsomołce" 

wykonującej   szpiegowską   misję   dla   GRU   czy   NKWD   do   terenów 

ekstra-tajnych   prób   hitlerowskich   broni   V.   To,   że   to   mógł   być 

szpiegowski   aparat   jest   więcej,   niż   prawdopodobne,   bowiem   nie 

miał on żadnych oznakowań nawet swej przynależności państwowej.

Oczywiście nie zapominamy o tym, że mogło to być “zwyczajne" 

Bliskie   Spotkanie   ze   “zwyczajnym"   UFO,   co   oznaczałoby,   że 

faszystów obserwowała na ich poligonach jakaś agentura Obcych! A 

czemu nie?! Jest to godne uwagi, zwłaszcza kiedy pomyślimy, jak 

głęboko   mogła   przeniknąć   Ich   agentura   wywiadowcza   do 

hitlerowskiej machiny terroru... Oczywiście musimy założyć, że Oni 

przeniknęli   także   do   służb   specjalnych   innych   państw   - 

protagonistów   tej   i   także   następnej   -   Zimnej   Wojny:   Wielkiej 

Brytanii, ZSRR i USA?

Jak się wydaje, długo przyjdzie nam poczekać na odpowiedź i do 

tego tematu jeszcze wrócimy w końcowym rozdziale tej książki. Oni 

mogli   być   jakimiś   agentami,   którzy   nie   mieszali   się   w   wojenne 

wydarzenia, ale pełnili funkcje obserwatorów, którzy interweniowali 

w bieg historii w białych rękawiczkach, delikatnie, dyskretnie, ale 

nadzwyczaj skutecznie...

background image
background image

ROZDZIAŁ 5

PORT W GDYNI - POLSKIE ROSWELL?

Konferencja   w   Gdańsku   -   Szokujący   referat   Bronisława 

Rzepeckiego   -   Na   scenę   wychodzą   japońscy   filmowcy   - 

Ufokatastrofa   w   Gdyni:   21   stycznia   1959   r.   -   Nieznany 

humanoid na plaży - Znaleziono ciało Kosmity!

W   niedzielę,   12   października   1997   r.   obaj   wzięliśmy   udział   w 

międzynarodowym sympozjum “UFO MARATHON - 50 YEARS OF 

THE   CONTEMPORARY   ERA   OF   UFO",   które   miało   miejsce   w 

Gdańsku z okazji 50. rocznicy pierwszej obserwacji UFO.

W   czasie   wystąpienia   najsłynniejszego   polskiego   badacza 

paranormalnych   zjawisk,   koordynatora   krakowskiej   Grupy   Badań 

NOL, naszego kolegi i przyjaciela pana Bronisława Rzepeckiego, sala 

wykładowa pękała w szwach.

Jak poinformował nas prelegent, w dniach 23 i 24 listopada 1996 

r.   ekipa   japońskich   filmowców   nakręciła   dokument   o   katastrofie 

NOLa w Gdyni, która to ufokatastrofa miała miejsce pod koniec lat 

50. Stało się to w 14 lat po wojnie, 21 stycznia 1959 r., kiedy to do 

Basenu J. Piłsudskiego (wtedy Basen IV) portu gdyńskiego spadł 

jakiś płomienisty obiekt. Tej nocy na Bałtyku szalał sztorm i wiatr 

dochodził   do   8°B.   W   porcie   na   nocnej   zmianie   pracowało 

kilkadziesiąt osób, zbliżała się godzina 5 rano i... tu oddajemy głos 

panu Janowi Roczyńskiemu, który tak opisał to wydarzenie przed 

kamerami japońskiej telewizji NHK TTC Channel 8:

background image

“Była to środa czy też czwartek. Pracowaliśmy przy statku m/s 

“Dąbrowski".   To   nadleciało   znad   gdyńskiej   plaży   nad   składy   i 

magazyny, bardzo nisko, wydając gwizd i grzmot, jakby tarły o 

siebie dwa płaty metalu. Kierowało się ku kanałowi i spadło do 

wody   przy   Nabrzeżu   Polskim.   Obiekt   miał   kształt   jaja   i   wielką 

prędkość.  Wszystko   trwało  chwilę.  To  było  około  5   nad  ranem,  

kiedy   było   jeszcze   ciemno.   Statek   się   zachybotał   od   silnie 

wzburzonej wody. Więcej już nic nie widziałem. Wkrótce przyszli 

ludzie z marynarki wojennej i wojska. Rozstawili wartowników i 

przeszukiwali basen. Coś wyłowili, jak się potem dowiedziałem. To 

nie jest żadna bajka - tam coś rzeczywiście było!... "

Innym świadkiem był inż. Alojzy Data, który o tym tajemniczym 

przedmiocie z morskiego dna tak się wypowiadał:

“  Wyglądało to jak walcowate naczynie z folii. Wypełniała go 

jakaś ciecz różowej barwy, która była o wiele cięższa od wody. 

Nasze   laboratorium   bardzo   się   obawiało   otworzyć   to   naczynie, 

bowiem po wojnie dno morskie było usłane różnym świństwem i 

sądziliśmy, że to może być iperyt czy fosgen. Problem rozwiązał się 

na koniec w prosty sposób. Po pewnym czasie przyszedł do nas 

funkcjonariusz UB, który to znalezisko zabrał i od tego czasu już 

tego nie widzieliśmy... "

Hmmm...   -   zupełnie   jak   z   “Archiwum   X"...   I   tu   jeszcze   jedna 

dygresja   -   ta   ciężka   różowawa   ciecz   -   czy   nie   mogła   to   być   tzw. 

“czerwona rtęć"? Do tego problemu jeszcze wrócimy!

Bronisław Rzepecki kontynuował opowiadając, jak to w kilka dni 

po tej katastrofie, wartownicy strzegący portu wojennego w Gdyni, 

zatrzymali   na   plaży   przed   Dowództwem   MW,   czołgającego   się 

background image

humanoida   o   sześciu   palcach   u   rąk   i   nóg,   który   był   ranny   i 

poparzony. Został on przewieziony do Szpitala MW na Polankach w 

Gdańsku-Oliwie.

Ten trop podjęli i postanowili zbadać japońscy filmowcy - niestety, 

w żadnym z archiwów służby zdrowia w Gdańsku, Sopocie czy Gdyni 

nie znaleziono o takim “pacjencie" nawet najmniejszej wzmianki, co 

jednak nie może nas dziwić... Japończykom udało się jednak zrobić 

wywiad z oficerem lotnictwa, który potwierdził w swej utajnionej 

pracy fakt znalezienia i hospitalizowania humanoida.

W książce Bronisława Rzepeckiego pt. “Bliskie Spotkania UFO w 

Polsce", możemy na s. 125 przeczytać, że Arthur Shuttlewood, znany 

na Zachodzie autor książek o UFO, podał następującą informację:

“Antoni   Szachnowski,   prezes   Anglo-Polskiego   Klubu   Badaczy 

UFO, usłyszał w czasie rozmowy w Londynie tą historię od Polaka 

-   uciekiniera   z   Gdyni,   który   pracował   w   jednym   z   tamtejszych 

szpitali.   Nieznana   istota   czołgała   się   po   plaży   i   była   w   stanie 

kompletnego   wyczerpania,   została   wzięta   do   szpitala   na 

obserwację. (...) Była ona ubrana w jednoczęściowy kombinezon, 

który   uniemożliwiał   fotografowi   wykonanie   zdjęcia.   W   końcu 

udało się zdjąć jej ten strój przy pomocy nożyc do blachy i wtedy 

się okazało, że było to zrobione z bardzo odpornego materiału. Na 

napięstku istota miała zapiętą jakąś bransoletę, po zdjęciu której 

zmarła.   Po   pewnym   czasie   przyjechała   lodówka   (samochód-

chłodnia)   i   zwłoki   istoty   zabrano   do   jednego   z   moskiewskich 

instytutów."

Po takim zakończeniu tych niezwykłych wydarzeń musimy zadać 

pytanie, czy jeszcze po upływie tylu lat możemy się czegoś nowego 

background image

dowiedzieć?   Bronisław   Rzepecki   twierdzi,   że   być   może   zwłoki 

Obcego   pozostały   w   kraju   gdzieś   w   lodówkach   któregoś   z 

wojskowych  szpitali  Trójmiasta,  bądź  humanoid   ten  jeszcze  żywy 

znajdował   się   w   rękach   naszych   wojskowych...   Nasz   “człowiek   z 

Tokio"  - pan Paweł Kamiński  - twierdzi, że do tokijskiej  centrali 

NHK   zgłosili   się   byli   pracownicy   KGB   z   ofertą   sprzedaży   filmu 

ukazującego nie mniej, ni więcej jak... sekcję zwłok humanoida z 

Gdyni!!     Jednakże   kiedy   zastanowimy   się   nad   profilem 

psychologicznym tych ludzi, to możemy śmiało przypuścić, że tak 

jak w przypadku Raya Santilliego chodzi tu o bezczelny falsyfikat 

sporządzony dla osiągnięcia poklasku, sensacji i... dużych pieniędzy! 

W istniejącej na terenie WNP sytuacji Społeczno-Ekonomicznej, ci 

ludzie   chcą   “wpakować"   Zachodowi   “zwykły   kit"   im   szybciej   i   za 

większe pieniądze - tym lepiej. Dowodami na to są m.in. plagiaty 

Sołomona   Szulmana   (“Innopłanetianie   nad   Rossijej"   -   w   75% 

ordynarny plagiat ściągnięty z pracy Spencera i Evansa “UFOs 1947 

-   1987:   40   years   Search   for   an   Explanation",   Londyn   1987), 

Dowodem jest też “Wpadka Hesemanna", któremu niejaki Walery 

Uwarow   wcisnął   zdjęcia   przedstawiające   dekorację   do   polskiego 

filmu “Na Srebrnym Globie" w reżyserii Jerzego Żuławskiego, jako 

zdjęcia   autentycznego   NOLa   na   Kaukazie.   Michael   Hesemann 

odwołał   to   później   w   czasie   II   Międzynarodowej   Konferencji 

Ufologicznej   we   wrześniu   1996   r.   w   Debreczynie   -   cóż   z   tego, 

brednia ta tłucze się od czasu do czasu na łamach światowej prasy 

ufologicznej...   No   i   ostatnio   kolejna   “sensacja"   w   postaci   relacji 

tegoż Uwarowa o tajemniczych budowlach na Syberii, (której dałem 

odpór   na   łamach   CZASU   UFO   nr   5,1998)   też   brzmiących   wręcz 

background image

nieziemsko...

Jakie   z   tego   wynikają   wnioski?   Na   pewno   należy   w   czasie 

zbierania informacji patrzeć ludziom na ręce w myśl zasady: “wierz 

ludziom i ich sprawdzaj". Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z 

przedstawicielami   zbrojnego   ramienia   “awangardy   proletariatu", 

których prawie wypuścili z komunistycznego rezerwatu i dla których 

słowa takie jak: “cześć", “honor", “etyka", “moralność" są tak puste, 

jak puszka po szprotkach.

Wracając   jeszcze   na   chwilę   do   Gdyni,   tego   polskiego   Roswell, 

który nie zyskał takiej popularności, jak amerykański, możemy na 

temat UFO powiedzieć, że pokazują się one tam, gdzie występuje 

zagrożenie losów naszej planety i jej mieszkańców - tak jak to wyszło 

w przypadku kataklizmu powodziowego w 1997 r. (A także kolejnych 

kataklizmów powodzi w Kotlinie Kłodzkiej i okolicach Limanowej w 

1998 r. - przyp. R.K.L.) Tak więc zakładamy, że w okolicach Gdyni 

znajduje się coś, co może stanowić zagrożenie dla naszej egzystencji 

i to coś jest pod stałą obserwacją Obcych - o czym świadczą mnogie 

obserwacje   NOLi   w   okolicach   Trójmiasta.   (Zainteresowanych 

odsyłam   do   materiałów   IV   Ogólnopolskiego   Kongresu 

Ufologicznego w Gdyni w czerwcu 1998 r. - przyp. R.K.L.)

Zanim jeszcze skończymy ten rozdział, chcielibyśmy powiedzieć 

coś-niecoś   na   temat   podziemnego   kompleksu   Kamiennej   Góry   i 

naturalnych   jaskiń   pomiędzy   Gdynią   a   Puckiem.   Te   podziemne 

przestrzenie   były   w  latach  40.   adaptowane   przez  hitlerowców   do 

jakichś   celów   -   jakich?   -   tego   nikt   nie   wie.   Jedno   jest   pewne   - 

badacze   tajemnic   Trójmiasta   tam   właśnie   lokalizują   częste 

obserwacje  NOLi  i  tam  je częstokroć  fotografowano,  a nawet  raz 

background image

sfilmowano kamerą video w biały dzień!

O czym to świadczy?

Może o tym, że w czasie II wojny światowej Niemcy pracowali nad 

czymś, co mogło zagrozić także i Obcym... Dlatego też ten obszar jest 

tak dokładnie i pilnie strzeżony przez załogi latających dysków - czy 

jak kto woli - maszyn informacjo-zbiorczych, jak to próbowaliśmy 

wykazać   w   ramach   PROJEKTU   TATRY.   Te   maszyny   miałyby   za 

zadanie wskazywać charakter i stopień ekologicznego zagrożenia. A 

z tego już wynika prosty wniosek, że Niemcy pracowali nad jakąś 

superbronią,   którą   mieli   zamiar   użyć   na   Północno-Europejskim 

Teatrze   Działań   Wojennych.   Kiedy   na   te   wszystkie   informacje 

spojrzymy   poprzez   pryzmat   wiadomości   uzyskanych   w   czasie 

PROJEKTU   TATRY   i   trwającego   PROJEKTU   BAŁTYK,   możemy 

śmiało założyć, że faszyści wpadli na trop niezwykłej (nieziemskiej) 

technologii jądrowej, którą badali na obszarze Trójmiasta. Stawiamy 

hipotezę, że Niemcy dostali do ręki gotowy przedmiot, tak że oni nie 

musieli   rozpracowywać   teoretycznie   podstaw   działania   tego 

urządzenia, że takim eufemizmem nazwiemy bomby A czy nawet H 

albo   N,   a   musieli   jedynie   uruchomić   ich   produkcję   na   skalę 

przemysłową - podkreślmy p r o d u k c j ę !!!

Gdzie   to   było?   Odpowiedź   brzmi:   pół   tysiąca   kilometrów   na 

południowy-zachód od Trójmiasta - na Dolnym Śląsku, w Górach 

Sowich i Kaczawskich oraz w Karkonoszach...

background image

ROZDZIAŁ 6

“DER RIESE"- “OLBRZYM"

Kto nie wie - ten mówi, kto wie - ten milczy" - Góry Sowie: 

hitlerowskie   Alamogordo?   -   Rakiety,   uran   i   włoscy 

inżynierowie w “Der Riese" - Laboratorium pod zamkiem 

Książ - Dyskoplan startuje z Wrocławia.

Jest bezsprzecznym faktem, że o “Der Riese" w Polsce napisało się 

naprawdę dużo. Możemy tutaj przypomnieć prawo Burdego: “Kto 

wie - ten milczy, kto mówi - ten nic nie wie". Zagadka “Olbrzyma" 

trwa   już   pół   stulecia   i   przez   ten   czas   urosła   do   rzeczywiście 

olbrzymich rozmiarów, a my wciąż jesteśmy skazani na domysły - 

tak   jak   przy   innych   zagadkach   -   o   których   mówi   nasza   książka. 

Wypowiemy tutaj kilka uwag, które mogą rzucić nieco światła na to, 

co działo się w tych górach przed pół wiekiem.

Pierwsze   pytanie,   jakie   stawiamy   w   tym   rozdziale   jest   bardzo 

czytelne   -   bowiem   nie   chodzi   tu   wcale   o   to,   że   Góry   Sowie   były 

kolejnym Wilczym Szańcem Fuhrera III Rzeszy (NB, wyliczyliśmy 

kiedyś, że tych kwater Fuhrer miał coś koło piętnastu na terytorium 

Polski! - co jest oczywistym nonsensem, zważywszy, że każda z nich 

kosztowała   miliony   RM,   na   co   nie   mógłby   sobie   pozwolić   nawet 

Hitler i jego akolici... - przyp. autorów) Nie wspominając już o tym, 

że kwatera głównodowodzącego w tym miejscu byłaby co najmniej 

niefunkcjonalna,   także   dla   sieci   władzy   NSDAP,   więc   cel   wyrycia 

tych wszystkich sztolni itp. korytarzy był zupełnie inny.

background image

Ale żeby być sprawiedliwymi: za hipotezą o kolejnym stanowisku 

dowodzenia Hitlera przemawia fakt, że była tam centrala łączności 

teleksowej z przyłączonymi 30 liniami i bardzo silną radiostacją. “Co 

z tego wynika?" - pytają obrońcy hipotezy o bunkrze Hitlera.

“Dokładnie   nic!?   najuprzejmiej   zawiadamiamy   PT   Oponentów. 

Nie istnieje taka teleksowa linia, której nie można by przeciąć i nie 

istnieje taka silna radiostacja, której nie można by zagłuszyć, a do 

wszystkiego   da   się   podłączyć   podsłuch,   jak   pouczają   nas 

doświadczenia   służb   specjalnych   obu   stron   Zimnej   wojny.   To 

musiało być coś całkiem innego!...

Wypowiedzi świadków - z którymi można było jeszcze rozmawiać 

o “Der Riese"  - wskazywały dokładnie na to, że  n i e   b y ł o   t o 

ż a d n e  centrum dowodzenia, ale podziemna fabryka. To powtarza 

się we wszystkich wypowiedziach. Ta cała gadka o bunkrze Hitlera 

była   niczym   innym,   jak   tylko   legendą   dla   naiwnych   -   bajeczką 

dezinformującą   ewentualnych   wywiadowców   wroga,   bo   tak 

naprawdę   szło   o   centrum   hitlerowskiego   wywiadu,   coś   a   la 

stalinowska   Chodynka   i   “Akwarium",   gdzie   się   miały   spotykać   i 

dokąd miały spływać wywiadowcze informacje ze wszystkich ziem 

zajętych   przez   Rzeszę,   a   także   informacje   o   postępach   prac   nad 

bronią   jądrową   poza   jej   granicami.   W   tym   kontekście   ta   cała 

maszyna informacjo-zbiorcza staje się zupełnie jasna i zrozumiała.

Jak wykazał w swych książkach Wiktor Suworow alias mjr GRU 

Władimir Bogdanowicz Rezun, obydwa totalitarne reżimy brunatny 

i   czerwony,   wytworzyły   niemal   identyczne   polityczno-wojskowe 

instytucje   służące   do   utrzymywania   brunatnego   i   czerwonego 

terroru. Resorty wywiadu i kontrwywiadu były niemal identyczne w 

background image

swych strukturach. Dlatego też śmiało możemy stwierdzić, że “Der 

Riese"   jest   zwierciadlanym   odbiciem   tego,   co   znajduje   się   w 

Agudzerze czy Gorkich, oczywiście chodzi o ideę, a nie o faktyczny 

stan - no i fakt, że “Olbrzym" powstał w czasie II wojny światowej, 

zaś Agudzera - krótko po niej, kiedy to Sowieci wzięli do niewoli 

wystarczającą ilość hitlerowskich dowódców i specjalistów, bowiem 

ten, kto nie uciekł na Zachód i nie wpadł w ręce amerykańskich czy 

w   ogóle   alianckich   służby   specjalnych   -   trafiał   w   łapki   NKWD/ 

NKGB i jechał do Syberii lub Azji Środkowej.

Kompleks “Der Riese" był z całą pewnością podziemną fabryką, 

bowiem   świadkowie   opowiadali,   że   montowano   tam   maszyny. 

Jakie? - tego nie wie nikt, dlatego że były one dobrze strzeżone przez 

SS-manów.   Jeden   ze   świadków   -   pan   Tadeusz   Łukawski   z 

Jordanowa   opowiadał,   jak   to   pewien   jego   towarzysz   obozowej 

niedoli   widział   na   stacji   w   Głuszycy   na   kolejowej   lorze   coś   w 

kształcie cygara przykrytego plandekami, którego długość wynosiła 

około 12 m. Mogła to być rakieta V-2. Pytanie brzmi: Co hitlerowcy 

chcieli produkować w kompleksie “Der Riese"? Jest możliwym i to, 

że   rakieta   miała   posłużyć   do   bliżej   nieznanego   eksperymentu   z 

głowicami bojowymi - nie konwencjonalnymi, ale atomowymi? Jest 

to   możliwe   choćby   dlatego,   że   świadkowie   widzieli   jakieś   małe 

wagoniki   z   nieznaną   im   rudą   -   być   może   uranową   -   które 

przyjeżdżały   z   Karkonoszy   albo   Jachymova.   (Jachymovo   odpada 

choćby z  tego względu, że trudno byłoby przewieźć  rudę poprzez 

Karkonosze na Dolny Śląsk bez naruszenia zasady tajności. Rudy 

uranu   i   toru   znajdują   się   bliżej   -   w   okolicach   Kowar,   Janowic, 

Jeleniej   Góry   i   w   samych   Górach   Sowich!   -   przyp.   R.K.L.) 

background image

Informacje   te   potwierdzają   także   funkcjonariusze   UB,   którzy 

wykryli   w   lochach   Gór   Sowich   silne   źródła   promieniowania 

jonizującego, niezależne od żył i gniazd rud, które znajdują się w 

tych najstarszych górach Polski, liczących sobie 2 mld lat istnienia!

W   fascynującej   pracy   Joanny   Lamparskiej   pt.   “Tajemnice 

ukrytych skarbów" znajduje się opis “Olbrzyma" i jego peryferii - 

idzie tutaj o (od północy ku południowi):

20.

Kompleks Jugowice Górne k.Walimia, Jawornik;

21.

Kompleks Włodarz;

22.

Kompleks Rzeczka k./Rzeczki;

23.

Kompleks Soboń k./Zimnej;

24.

Kompleks Osówka w Osowce;

25.

Kompleks Sokolec k./Sokolca i należące także do “Der Riese"

26.

Podziemne przestrzenie pod zamkiem Książ.

Joanna   Lamparska   dalej   pisze,   że   świadkowie   z   którymi 

rozmawiała   na   ten   temat,   twierdzili   iż   w   “Der   Riese"   badano 

możliwości rozwoju technologii jądrowych. Wydaje się, że szło tam o 

nową broń, i choć o tym nikt nie mówił, wszyscy zdawali sobie z tego 

sprawę.

Wspomniany   tu   już   Tadeusz   Łukawski   stwierdził,   że   naziści   ci 

potrzebowali do procesów technologicznych duże ilości wody, której 

było tam pod dostatkiem. Więźniom i robotnikom cudzoziemskim 

przykazano   prowizorycznie   zabezpieczać   źródła,   bowiem   -   jak 

mówili  niemieccy  nadzorcy  i  inżynierowie  -  “woda  będzie bardzo 

potrzebna, jak tylko skończymy budowę i zaczniemy produkcję".

Produkcję czego? - pytamy.

background image

Jednym ze złożonych, technologicznych procesów, który wymaga 

ogromnych ilości wody, jest flotacja rud metali, w tym także rud 

uranu i toru. Woda również zawiera izotop wodoru - deuter, którego 

używa się w reaktorach jądrowych jako źródła neutronów lub jako 

paliwo   w   reakcjach   termojądrowych.   Tak   więc   nieprzypadkowo 

budowę kompleksu “Der Riese" rozpoczęto w 1943 r....

D

2

0 otrzymuje się w wyniku złożonego procesu destylowania wody 

“zwyczajnej" - dzięki wielokrotnej elektrolizie wody odseparowuje 

się najpierw “lekki" wodór 

1

H. Cięższe izotopy wodoru deuter - 

2

H i 

tryt -  

3

H pozostają. Spała się je w tlenie i otrzymaną w ten sposób 

mieszaninę wodoru, deuteru oraz trytu w wodzie ponownie poddaje 

elektrolizie   dopóki,   póty   nie   zostanie   oddzielony   “lekki"   wodór. 

Ciężka   i   superciężka   woda   jest   używana   w   reaktorach   jako 

moderator, źródło neutronów i wymiennik ciepła. Takie instalacje z 

całą pewnością zmieściłyby się w “Der Riese".

A co z uranem? Wydobycie wybuchowego uranu z rudy uranowej 

jest problemem nie lada. Wybuchowe izotopy uranu:  

92

233

U i  

92

235

stanowią nikły procent smółki uranowej - czyli mieszaniny tlenków 

uranu: U0

2

  z U0

3

  i U

3

0

2

  oraz U0

4

  2H

2

0. Należy zatem wzbogacić, 

tzn. zwiększyć ilość atomów uranu-233 i 235 albo poprzez

dyfuzję   -   tj.   oddzielenie   U-233   i   U-235   od   U-238   najpierw 

traktując uran fluorem i uzyskując sześciofluorek uranu, który jest 

gazem, a następnie oddzielenie 

233

UF

6

 i 

235

UF

6

 od “niewybuchowego" 

238

UF

6

  w   wielokondygnacyjnych   dyfuzorach.   Coś   takiego   nie 

zmieściłoby   się   w   komorach   “Der   Riese"...   Istnieje   jednak   inna 

metoda,   oficjalnie   odkryta   w   1967   r.   -   metoda   odwirowywania 

background image

mieszaniny  

233

U   z  

235

U   od   zwykłego  

238

U.   Istnieje   możliwość,   że 

Niemcy znali tą drugą metodę i jej używali w “Der Riese". Sądzimy 

także, że hitlerowscy uczeni dali sobie radę z problemem, co robić z 

pozostałym uranem-238. Dziś po prostu przerabiamy go na pluton-

239 w reaktorach powielających, zgodnie ze wzorem:

zaś uran-233 można otrzymywać z toru-232 zgodnie ze wzorem

Marzenie   alchemików.   Transmutacja   jednych   pierwiastków   w 

inne. Produkcja energii i materii. Jak widać z tych wzorów - całość 

opiera   się   na   odpowiednio   czystej   wyflotowanej   i   przetopionej 

rudzie uranu i toru oraz źródłach neutronów. Takim źródłem nie 

musi wcale być ciężka woda... Może być nim także... “czerwona rtęć" 

słynny i poszukiwany przez służby specjalne całej Europy i Ameryki 

preparat   -   RM   20/20   amalgamat   składający   się   z   rtęci,   różnych 

ciężkich   izotopów   oraz   antymonku   rtęci:   Hg

2

Sb

2O7

  czy   Hg

2

Sb

2O6

Podobnież   jest   to   niezwykle   wydajne   źródło   neutronów,   dzięki 

któremu   można   zbudować   bombę   atomową   w   walizeczce... 

Marzenie   każdego   terrorysty!   Wieść   niesie,   że   takich   bomb 

wyprodukowano ponad 200 w ZSRR - kilka z nich zginęło...

Tak   więc   -   jak   tu   już   powiedziano   -   Niemcy   mogli   szukać 

możliwości   produkcji   ciężkiej   i   superciężkiej   wody:   D

2

O   i   T

2

O. 

Ponadto   Sudety   zawierają   także   złoża   rud   uranowych   i   torowych 

oraz   minimalne   ilości   radu   (Ra)   i   radonu   (Rn)   w   wodach 

background image

głębinowych. Wody te są także bogate w deuter...

Hipoteza   o   tym,   że   “Der   Riese"   pełnił   rolę   faszystowskiego 

Alamogordo broni się całkiem elegancko. Pozostało pytanie, co się 

stało z maszynami tych kompleksów? Odpowiedź jest dość złożona - 

zostały one rozmontowane i wywiezione do Rzeszy, a reszta - której 

nie dało się zdemontować - wpadła w ręce Armii Czerwonej, która 

szybciutko   wywiozła   ja   do   ZSRR.   Tadeusz   Łukawski   opowiedział 

nam, że zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich, został przesłuchany 

przez jakiegoś oficera Armii Czerwonej - niewykluczone, że był to 

oficer   GRU   lub   NKWD   czy   nawet   SMIERSZ-u...   Wypytał   go 

dokładnie o jego pobyt w “Der Riese", szczególnie interesując się 

właśnie maszynami - być może wyjeżdżały one właśnie do Agudzery 

w Gruzji, by z kolei służyć czerwonemu reżimowi...

Wszystko   świadczy   za   tym,   że   Sowieci   mieli   swoją   wersję 

alianckiej   misji   ALSOS   i   PAPER   CLIP   w   latach   40.,   bowiem 

detalicznie   przepytywali   wszystkich,   którzy   mieli   jakiś   związek   z 

hitlerowskimi

 

budowlami

 

podziemnymi:

 

robotników 

przymusowych,   więźniów   obozów   koncentracyjnych   i   jeńców 

wojennych, a chodziło im o rodzaj pracy przez nich wykonywany. To 

właśnie   ci   nieszczęśnicy   tworzyli   znakomite   źródło   informacji   i 

mozaikowe wiadomości pozwoliły na to, że do końca lat 50. ZSRR 

stał się potęgą rakietową, zaś po 1949 r. także potęgą jądrową!

Tadeusz   Łukawski   nadmienił   jeszcze   jedną   ciekawą   rzecz,   a 

mianowicie - że zakłady w “Der Riese" były wybudowane według 

planów niemieckich i włoskich inżynierów. Ta ostatnia informacja 

jest szczególnie ważna, bo pasuje do włoskiego inżyniera, specjalisty 

od turbin gazowych i założyciela zakładów Ansaldo w Mediolanie - 

background image

Giuseppe   Beluzzo   vel   Alfonso   Bellonzo!   Włoski   badacz   Alfredo 

Lissoni z Mediolanu tak o tym pisał:

“...  V-7 było tajnym UFO hitlerowców i zostało ono zbudowane 

przez   trzech   Niemców   i   jednego   Włocha.   Byli   to   inżynierowie: 

Miethe,   Habermohl,   Schriever   i   Alfonso   Bellonzo.   W   książce   dr 

Franka E. Strangesa - znanego amerykańskiego badacza V-7   w 

USA,   znalazłem   błąd.   Tym   Włochem,   który   był   profesorem 

faszystowskiej   Politechniki   Mediolańskiej   i   w   latach   1943-45 

zniknął z Mediolanu, był Belluzzo. Ten sam Belluzzo, który powołał 

do życia koncern Agip Italia i zakłady Ansaldo w Mediolanie. Po 

1943 r. Giuseppe Belluzzo (już jako Alfonso Bellonzo) zniknął. Być 

może w Niemczech lub w Polsce? Zgodnie z tym, co pisał Stranges,  

Belluzzo pracował z Miethem, Schrieverem  i Habermohlem nad 

projektem V-7 i pracował jako ekspert w dziedzinie spalinowych i 

parowych turbin... "

Nie wiemy, czy w “Der Riese" pracował de facto Giuseppe Belluzzo 

vel   Alfonso   Bellonzo   -   piszemy   oba   jego   nazwiska,   bowiem 

wykorzystany tu został stary jak świat trick tajnych służb z fałszywą 

tożsamością. Kto wie, czy w Polsce nie używał on jeszcze innego 

nazwiska, np. Corrado Riso?...

Włosi   pracowali   na   wielkich   budowach   hitleryzmu   -   byli   oni 

konstruktorami, nadzorcami i wykonawcami (czytaj: niewolnikami - 

co dotyczyło jeńców wojennych od marszałka Badoglia w 1944 r.). 

Tadeusz   Łukawski   spotykał   się   z   nimi   i   dzięki   temu   nauczył   się 

trochę   włoskiego.   Z   Włochami   spotkał   się   nasz   drugi   świadek, 

którego mieliśmy okazję poznać przy innej budowie, ale to już temat 

na inny rozdział.

background image

A teraz słów kilka  o Zamku  Książ. Zamek  ten jest celem  drogi 

wielu   turystów   zwiedzających   Dolny   Śląsk.   Joanna   Lamparska 

twierdzi, że w podziemiach (wielopiętrowych podziemiach) ukryte 

jest   laboratorium   broni   V,   ba!   -   miały   się   tam   odbywać 

eksperymenty z użyciem techniki do... lotów w Kosmos!!! Dokładnie 

tak, jak to proroczo napisał Philipp K. Dick w swej książce “Człowiek 

z Wysokiego Zamku". Wiadomo, był on pisarzem-fantastą, ale skąd 

czerpał  on   swe  pomysły?   Czy   miał   jakieś  przesłanki  ku  temu,  by 

wyprawić hitlerowców na Księżyc i Marsa? Być może wiedział on coś 

o tym, co naprawdę działo się w zamku Książ... Joanna Lamparska z 

kolei   twierdzi,   że   w   laboratoriach   zamku   Książ   pracowano   nad 

broniami   biologicznymi,   co   nie   jest   niczym   dziwnym,   jako   że 

sojusznicy   Niemiec   -   Japończycy   pracowali   w   Mandżurii   nad 

broniami B, a szefem  tego przedsięwzięcia był gen. dr Ishii Siro, 

który   wraz   z   generałem   szenjangskiej   Kempeitai,   Kanadzawą 

(Kempeitai   to   było   japońskie   Gestapo   czy   sowieckie   NKWD) 

przeprowadzali   w   Harbinie   doświadczenia   na   więźniach 

politycznych   (głównie   Chińczykach)   i   jeńcach   wojennych 

(Amerykanach   i   Brytyjczykach),   wszczepiając   im   złośliwe   i 

najzłośliwsze   szczepy   bakterii   i   wirusów   oraz   pracując   nad 

wektorami broni biologicznych. Po wojnie obaj uzyskali list żelazny 

od   amerykańskiego   generała   Douglasa   Mc   Arthura.   Ominął   ich 

Proces Tokijski...

Bezsprzecznie   pracowano   nad   wpływem   niskich   ciśnień   na 

organizm   ludzki.   Ludzi   umieszczano   w   komorach,   w   których 

odpompowywano powietrze, symulując spadek ciśnienia i tlenu w 

atmosferze   w   czasie   lotów   wysokościowych.   Podobno   niektórzy 

background image

wytrzymywali   “wzlot"   na   wysokość   14.000   m,   choć   teoretyczną 

nieprzekraczalną granicą jest 8.000 m!

Istnieje możliwość, że badano tam również ochronę biologiczną 

przeciwko promieniowaniu i ochrony przeciwko uderzeniami bronią 

jądrową.   Jak   wiadomo,   promieniowanie   osłabia   bariery 

immunologiczne organizmu, co powoduje różne infekcje. Możliwe 

jest, że nad tą problematyką pracowano w Książu - a może raczej 

pod  Książem... “Materiału ludzkiego"  było  dość -  jeńcy wojenni i 

więźniowie obozu w Rogoźnicy (Gross Rosen), uran w Sudetach i 

Górach Sowich... Wiemy, że to pytanie retoryczne, ale zadajmy je: 

czym się różnią “naukowcy" z Rogoźnicy, Książa i “Der Riese" od dr 

Mengele?   Niczym.   Ta   sama   atmosfera   pseudouczoności   i   zero 

moralności   przy   mentalności   zbrodniarzy.   Jeżeli   dr   Mengele   był 

zbrodniarzem przeciwko ludzkości, to kim byli twórcy “Der Riese"?

I jeszcze jedna rzecz o Książu. Mówi się, że kiedy Sowieci wpadli 

do Wrocławia, to tamtejszy Gauleiter Karl Hanke zniknął bez śladu - 

jak pisze o tym Joanna Lamparska:

“ 5 maja 1945 r. po sowieckim ultimatum nakazującym poddanie 

miasta (Festung Breslau) Hanke zniknął. Istnieje teoria, że Hanke 

odleciał   ostatnim   samolotem,   który   wystartował   z   lotniska   na 

Placu   Grunwaldzkim.   Hanke   mógł   mieć   do   dyspozycji   także   i 

helikopter,   których   pierwsze   prototypy   budowano   w   Pradze   i 

Wrocławiu.   Tadeusz   Słowikowski   znalazł   świadków,   którzy 

twierdzą,   że   po   ucieczce   z   Wrocławia   Hanke   wylądował   w... 

Książu!

Helikopter   wylądował   na   zamkowej   łące   w   parku,   miał   on 

kulistą   kabinę   z   poziomym   pierścieniem   który   się   wokół   niej 

background image

obracał.   Był   on   w   stanie   wznieść   się   na   12   km   przy   prędkości 

2.000   km/h.   Istnieje   rysunek   tego   helikoptera,   który   został 

sporządzony przez świadka, który widział jego lądowanie. "

Tyle   Joanna   Lamparska.   Wydarzenie   to   wiąże   się   nam   z   inną 

ucieczką z innego miasta - płonącego Berlina, gdzie 1 maja 1945 r. 

Fuhrer III Rzeszy decyduje się na ucieczkę ze swą małżonką Ewą 

Braun-Hitler właśnie przy pomocy helikoptera pilotowanego przez 

Hannę   Reitsch.   Jaki   tam   helikopter   -   to   właśnie   był   sławetny 

dyskoplan V-7!

Proste - nieprawdaż? To właśnie dlatego sowieckie GRU i NKWD/

NKGB/KGB mimo szaleńczych wprost wysiłków nie może znaleźć 

zwłok Adolfa Hitlera i jego “Pierwszej Damy III Rzeszy", bo ich tam 

po prostu nie b y ł o !!! Były zwłoki sobowtórów, a nie oryginałów! 

Co   się   z   nimi   stało?   Po   prostu   odlecieli   do   Festung   Anden   w 

Ameryce Łacińskiej, albo - co jest jeszcze bardziej prawdopodobne - 

poddali się Amerykanom i uzyskali immunitet w zamian za różne 

tajemnice   III   Rzeszy...   Nieprzypadkowo   Amerykanie   zdetonowali 

swą   pierwszą   bombę   atomową   16   lipca   1945   r.   na   Jordana   de 

Muerte.   Nieprzypadkowo   w   niektórych   rejonach   New   Mexico   na 

niebie pokazały się latające talerze i nieprzypadkowo jeden z nich 

rozbił się w okolicach Roswell. To wszystko ma bezpośredni związek 

z ucieczką Adolfa Hitlera z Berlina 1 maja 1945 r.! Ale o tym potem. 

Dodamy tylko, że rosyjski pisarz - Leonid Płatow w swej  książce 

“Tajemniczy   okręt   podwodny"   (Warszawa   1974),  z  niesamowitą 

intuicją   przewidział   to,   że   Hitlera   miał   wywieźć   z   Hamburga 

transoceaniczny U-Boot do Ameryki Południowej. Dodajmy, że ów 

U-Boot miał być zwodowany w Gdyni! Płatow nie mógł napisać, że 

background image

ten okręt podwodny rzeczywiście przejął Hitlerów na swój pokład, 

bo jego książka nigdy by się nie ukazała drukiem w realiach Rosji 

sowieckiej.   Ucieczka   Hitlerów   wyglądała   zatem   następująco:   z 

Berlina do Hamburga nad pierścieniem wojsk sowieckich i polskich, 

a   potem   U-Bootem   do   Argentyny,   Brazylii   czy   Paragwaju,   gdzie 

infiltracja   niemieckimi   agentami,   V   kolumną   i   proniemieckimi 

lobby   osiągnęła   kuriozalnie   wysoki   poziom.   Nie   mamy   dowodów 

wprost, ale wskazówek jest dosyć. Osobiście nie wierzymy w to, żeby 

sowieckie   służby   specjalne   “odpuściły"   tej   sprawie,   i   dały   sobie 

spokój odkładając ją ad acta. Stalinowi ogromnie zależało na tym, by 

ujrzeć na własne oczy trupa człowieka, z którym najpierw zawarł 

haniebny i wiarołomny pakt wymierzony przeciwko wolności Polski 

i innych krajów środkowej Europy, a który potem zdradził nagłym 

napadem   wczesnym   rankiem   22   czerwca   1941   r.   na   “zupełnie 

nieprzygotowany"   do   obrony   ZSRR.   Rzeczywiście,   wszystko 

wskazuje na to, że faktycznie - ZSRR nie był przygotowany w tym 

czasie   do   wojny   -   obronnej-   dodajmy!   Armia   Czerwona   wraz   z 

dywizjami NKWD (aż trzy armie Trzeciego Rzutu Strategicznego!) 

była niemalże gotowa do miażdżącego a t a k u  na Niemcy i marszu 

wyzwoleńczego na całą Europę. Nie ma na to dowodów wprost, bo 

zostały   zniszczone   przez   komunistów,   ale   w   takim   razie   takim 

dowodem są działania cenzury, która do ostatka, do listopada 1989 

r. (w Polsce) i 1990 r. (w b. Czechosłowacji) walczyła z książkami 

Wiktora   Suworowa   i   powieściami   Toma   Clancy'ego!   Jak   wiele 

prawdy   -   niewygodnej   komunistom   -   musiały   one   zawierać!   A 

zawierały bardzo dużo, jak nie całą prawdę o II wojnie światowej, 

którą to prawdę przez pół wieku zamazywali hagiografowie Stalina i 

background image

jego naśladowców...

To   byłoby   mniej   więcej   wszystko,   co   zamierzaliśmy   napisać   o 

tajemnicach   Gór   Sowich.   Oczywiście   jest   to   tylko   jednostronny 

pogląd na problem, ale sądzimy, że tych kilka myśli ludzi, którzy nie 

są   związani  z  poszukiwaniami   skarbów   (tych   tradycyjnych   i   tych 

historycznych), może kiedyś natchnąć prawdziwych eksploratorów 

do rozwiązania tego historycznego rebusu i wielu innych zagadek, 

bowiem   jak   napisał   kiedyś   słynny   poszukiwacz   skarbów   i   literat 

Clive Cussler: “Legendy są jak powiązane liny - jedna przechodzi w 

drugą"...

Tak jak przedtem, Sowie Góry są otoczone oparem tajemnicy, a 

my   nie   widzimy   żadnego   rozwiązania   tej   zagadki,   które 

zadowoliłoby profesjonalnych historyków, jak i łowców sensacji...

I jeszcze z ostatniej chwili - niedawno, na wiosnę 1998 r. - część 

kompleksu   podziemnego   Gór   Sowich   -   ogółem   2   km   korytarzy   - 

udostępniono turystom. Być może w przyszłości uda się udostępnić 

większość tych kompleksów ludziom i przy okazji uda się dowiedzieć 

czegoś więcej na temat przeznaczenia tej tytanicznej w skali budowli 

podziemnej.

background image

ROZDZIAŁ 7

HBEEPLATZ,   POLSKI   ROSWELL   2   I   HITLEROWSKIE 

UFO W KARKONOSZACH

Channeling z cywilizacji Aldebarana? - Rakietowi i jądrowi 

specjaliści spotykają się w Czernicy - Dr von Braun utajnia 

swoją   wizytę   -   Co   faszyści   znaleźli   na   Dolnym   Śląsku?   - 

Zagadki ukryte w Karkonoszach.

Wciąż nie dawało nam spokoju pytanie brzmiące: Skąd i od kogo 

faszyści   uzyskali   dostęp   do   technologii,   która   umożliwiała   im 

konstrukcję   takich   aparatów   latających?   Gerd   Burdę   ma   na   to 

odpowiedź   w   swym   filmie   -   to   hitlerowskie   media   nawiązały 

channelingową   łączność   z   pozaziemską   cywilizacja 

Aldebarańczyków i to właśnie od nich Niemcy dostali informacje o 

konstrukcji latających dysków.

Myśl, przyznajmy, jest niewątpliwie kusząca, ale przecież... Jakoś 

nam   się   nie   chce   wierzyć,   że  j a k a k o l w i e k   istota,   która 

zasłużyła sobie na miano r o z u m n e j  chciałaby przyczynić się do 

krwawej   łaźni,   jaką   faszyści   urządzili   Europie   i   reszcie   świata, 

pospołu z drugim - niemniej nieludzkim czerwonym reżimem. Tak 

więc   nie   sądzimy   by   tą   drogą   hitlerowcy   uzyskali   jakiekolwiek 

informacje na temat Czyjejś technologii. Jednakże hitlerowcy taką 

technologią dysponowali... - jak więc do tego doszło? Jak sądzimy, 

znane jest miejsce, gdzie do tego doszło. Mieszkaniec Czernicy (woj. 

dolnośląskie) koło Jeleniej Góry w Górach Kaczawskich, pan M.M. 

background image

(dane   personalne   zastrzeżone)   w   czasie   majowych   posiedzeń   w 

Zakopanem   u   znanego   mistyka,   piramidologa   i   literata   Jerzego 

Łataka w 1993r. - opowiedział nam o pewnym miejscu w Górach 

Kaczawskich   zwanym   “za   Niemca"   Hexenplatz   -“plac   czarownic". 

“Hexenplatz", dziwnie kojarzące się z nazwą Hexelgrunt kolo Gdyni. 

Ciekawostką tego miejsca jest to, że NOLe były tam obserwowane 

już od XV wieku!

Nas natomiast zainteresowała inna informacja, a mianowicie to, 

że cały ten Hexenplatz należał do majątku rodziców Ewy Braun - 

kochanki   a   potem   żony   Adolfa   Hitlera!   Były   tam   także   domy 

wczasowe należące do RSHA... Niestety, tej informacji nie udało się 

nam dotychczas zweryfikować. Z tego, co nam wiadomo - sprawę 

Hexenplatzu   bada   znany   legnicki   ufolog   Jarosław   Krzyżanowski 

znany jako Fox Mulder polskiej ufologii i jego ekipa z “Kontaktu".

Jerzy   Gracz   w   swym   artykule   twierdzi,   że   w   lecie   1937   r.   na 

majątek ów spadła z nieba, zataczając się i kolebiąc w powietrzu, 

dziwna świetlista kula. Kula owa spadła i rozbiła się - przy czym 

okazało się, że nie była to kula, a dysk. Tak się składa, że ta świetlista 

otoczka mająca formę kuli, zawierała w sobie latający dysk. Potem, 

w 1938 r. do Jeleniej Góry, przybyli najwybitniejsi hitlerowscy fizycy 

jądrowi - Heisenberg, von Laue i Hahn. Niestety, nie udało się nam 

sprawdzić   tej   informacji,   zaś   od   mjr   mgr   Stanisława   Siorka   nie 

uzyskaliśmy także potwierdzenia tego faktu, choć nie wykluczył on 

możliwości   takiego   wydarzenia.   Według   niego,   Niemcy   byli 

mistrzami   kamuflażu   i   utajniania,   zatem   takie   wydarzenie,   jak 

spotkanie kilku fizyków w kurorcie nie budziło niczyjego zdziwienia 

i   przeszło   niezauważone...   -   a   zresztą   było   ono   ponoć   GANZ 

background image

GEHEIM ergo o nim nie mógł się dowiedzieć nikt niepowołany.

Kilkukrotnie   tu   już   wzmiankowany   Tadeusz   Łukawski   swego 

czasu   opowiedział   nam   o   tym,   jak   do   “Der   Riese"   przybyli   razu 

pewnego wysocy oficerowie Wehrmachtu i SS, przy czym był tam 

także sam Wehrner von Braun... To było coś, do czego von Braun 

nie   przyznał   się   nigdy   swym   mocodawcom   z   USA.   Okazuje   się 

jednak, że dr von Braun w “Der Riese" był i to z całą świtą. Jednemu 

z oficerów wypadły papiery z teczki i rozwiał je przeciąg. Tadeusz 

Łukawski podniósł jeden z nich - był napisany gotykiem, a na górze 

znajdowała się pieczęć ze słowem Peenemunde...

To jest następna zagadka. Hexenplatz jest miejscem, gdzie bardzo 

często obserwuje się NOLe, co kojarzy się z faktami obserwacji UFO 

w okolicach baz wojskowych - składowisk broni rakietowo-jądrowej 

Północnej Grupy Wojsk Sowieckich dyslokowanych w Polsce po II 

wojnie światowej. Wiemy, że tego rodzaju instalacje znajdują się w 

centrum uwagi NOLi.

Po odejściu wojsk rosyjskich we wrześniu 1993 r. NOLe pojawiają 

się wciąż nad tym terenem... Możliwym jest także to, że częste loty 

Ufitów mają związek z katastrofami powodziowymi z lat 1997 i 1998 

czy zniszczeniem gleby na tym obszarze, ale nie sądzimy, by była to 

j e d y n a   przyczyna   Ich   zainteresowania.   Możliwym   jest,   że   w 

rejonie   Czernicy   w   latach   30.   coś   spadło,   co   naprowadziło 

hitlerowców   na   myśl   skonstruowania   broni   jądrowej,   co   później 

rozpracowywano w “Der Riese". I to właśnie dlatego pracowano nad 

tym w Górach Sowich czy Kaczawskich, a nie w Saarze czy Ruhrze, 

nie   mówiąc   już   o   Berlinie-Dahlem.   To   znalezione   “coś"  n i e 

m o g ł o  być przewiezione przez terytorium Rzeszy, a to ze względu 

background image

na   to,   że   owo   “coś"   naraziłoby   na   niebezpieczeństwo   obywateli 

Niemiec... - więc trzeba było zbudować laboratoria badawcze i cale 

zaplecze niedaleko miejsca znalezienia tego “czegoś".

Jest coś jeszcze - Dolny Śląsk w tym czasie był niemal totalnie 

zgermanizowany   a   to   gwarantowało   całkowite   bezpieczeństwo   i 

tajność   tych   inwestycji.   Rosjanie   i   Amerykanie   nie   byli   w   stanie 

posłać   tam   jakiejkolwiek   grupy   dywersyjnej,   bo   ta   natychmiast 

zostałaby zdemaskowana, otoczona i zlikwidowana - to pewnik! Tak 

właśnie po II wojnie światowej polskie UB, WOP i KBW rozprawiło 

się   z   post-hitlerowskim   Wehrwolfem.   Także   zmasowany   nalot 

dywanowy nie doszedłby do skutku, bo musiałyby jego bombowce 

pierwej   przelecieć   co   najmniej   2   tys.   km   i   przebijać   się   przez 

wszystkie   systemy   niemieckiej   obrony   przeciwlotniczej.   Jednym 

słowem   powtórzenie   nalotu   600   bombowców   na   Peenemunde 

zdałoby się psu na budę w przypadku Gór Sowich czy Kaczawskich. 

Ten numer był nie do powtórzenia! Wydaje się zatem, że na Dolnym 

Śląsku stało się coś, co nie mogło ujrzeć światła dziennego przed 

jakimś - bliżej nieokreślonym Dniem D?!

W   latach   1991   i   1993   szukając   śladów   NOLi   w   Kotlinie 

Jeleniogórskiej   i   Karkonoszach,   spotkaliśmy   się   z   dwojgiem 

mieszkańców   Karpacza:   panią   mgr   Ewą   Katarzyną   T.   i   mgr 

Witoldem Sz., którzy zgłosili nam swe obserwacje UFO w rejonie 

Karpacza i Doliny Sowiej. W rozmowie z nimi dowiedzieliśmy się o 

krążących po Karkonoszach plotkach i pogłoskach na temat tajnego 

hitlerowskiego   lotniska  d l a   h e l i k o p t e r ó w   położonego 

gdzieś na Przełęczy Karkonoskiej. Te niemieckie pionowzloty miały 

być hangarowane w ogromnych halach wykutych w skałach... Brzmi 

background image

to możliwie i do przyjęcia - ale z drugiej strony trudno przypuścić, że 

hale owe mogą znajdować się wewnątrz Małego Szyszaka czy Tępego 

Szczytu albo Smogorni... Jednocześnie wbrew temu jest niezmiernie 

łatwo   wyobrazić   sobie   start   czy   lądowanie   V-7   z/na   siodle 

Karkonoskiej Przełęczy, gdzie teren idealnie sprzyja przyjmowaniu 

wszelkich   pionowo   startujących   i   lądujących   pojazdów 

powietrznych! Coś takiego jest akurat możliwe. Dyskoplan V-7 był 

testowany   nad   morzem,   a   zatem   musiał   być   próbowany   także   w 

górach. Karkonosze pasują do tego idealnie, bo nie są wysokie, a na 

dodatek mają dobrze rozwiniętą sieć dróg. A zatem dlaczegóżby nie? 

W   Karkonoszach   znajduje   się   jeszcze   coś,   co   z   pewnego   punktu 

widzenia jest szalenie ważne - tam w latach 40. znajdowała się... - 

stacja   polarna!   O   tym,   co   mają   wspólnego   V-7   z   polarnikami, 

opowiemy w następnych rozdziałach.

Karkonosze   skrywają   wiele   tajemnic   -   m.in.   tajemnicę   “złotego 

pociągu" (podobno odnalezionego w rejonie Piechowic) tajemnicę 

“skarbu Wrocławia" (poszukiwanego od 1945 r.) i innych mniejszych 

skarbów, które niemieccy żołnierze uciekający na zachód skrywali 

przed   hordami   Rosjan...   Jesteśmy   przekonani,   że   ów   “skarb 

Wrocławia" był niczym innym, jak dokumentacją laboratorium inż. 

Miernego z zakładów na Psim Polu - i kto wie, czy nie ma w nim 

także.., artefaktów pozaziemskiego pochodzenia?! ...

Skąd te przypuszczenia? Stąd, że gdyby ktoś chciał coś ukryć, to 

Karkonosze   ze   swym   literalnie   podziemnym   światem   sztolni   i 

szybów stwarzają idealne warunki do chowania czegokolwiek - od 

skrzynki z kosztownościami do “złotego pociągu" czy Bursztynowej 

Komnaty. Karkonosze są podziurawione jak szwajcarski ser. Trzeba 

background image

tylko skarb włożyć do szybu albo sztolni i odpalić przy wejściu mały 

ładunek wybuchowy... Potem ktoś mógłby tego szukać do śmierci!...

Istnieją w Karkonoszach dwa miejsca, gdzie mógłby być ukryty 

skarb   Wrocławia:   Biały   Jar   na   obszarze   masywu   Śnieżki   i   stoki 

Sobiesza lub Ostrosza między Sobieszowem a Piechowicami. Słynny 

poszukiwacz   skarbów   i   eksplorator   Ryszard   Wójcik   właśnie   tam 

sytuuje miejsce ukrycia przez Niemców “złotego pociągu" w tunelu, 

którego   wejście   zawalono   wybuchem.   Pomiar   teleradiestezyjny 

potwierdza tą hipotezę, ów skarb najprawdopodobniej znajduje się 

w   obrzeżu   Doliny   Cichej,   opodal   ruin   starej   huty.   Legendy 

karkonoskie   sytuują   miejsce   schowania   “skarbu   wrocławskiego" 

także w paśmie Pogórza Łomnickiego - na szczytach Witoszy lub 

Grodnej. A. Sukmanowska, S. Stolarczyk oraz już tu wzmiankowana 

J.   Lamparska   zasadniczo   nie   wykluczają   tej   lokalizacji,   ale   na 

podstawie relacji ludzi, którzy byli tu krótko przed i po agonii III 

Rzeszy   nie   są   w   stanie   powiedzieć   niczego   konkretnego,   wszyscy 

“coś widzieli", ale co? - tego  nikt nie wie... Byłoby  nie od  rzeczy 

dokonać   sondażu   przy   pomocy   mikroładunków   wybuchowych   w 

poszukiwaniu podziemnych  pustek.  Mikrosejsmika  może  wykazać 

dokładne   położenie   podziemnych   przestrzeni   i   wszelkich   innych 

zmian ciągłości gleby czy skały.

Poza tym zaproponowaliśmy już mjr mgr Stanisławowi Siorkowi z 

Wrocławia   dokonanie   dokładnej   analizy   zdjęć   lotniczych   i 

kosmicznych   Kotliny   Jeleniogórskiej   i   innych   ciekawych   i 

“skarbonośnych"   miejsc   Dolnego   Śląska,   wykonanych   przez 

amerykańskie   LANDSATy   i   francuskie   SPOTy.   Można   na   tych 

zdjęciach wykryć anomalie o rozmiarach 80 x 80 m (LANDSAT) czy 

background image

nawet   30   x   30   (SPOT)   -   zdjęcia   udostępnia   w   Internecie   firma 

Microsoft.   Mjr   mgr   Siorek   domniemywał,  że  CIA  już  coś  takiego 

dokonała i dlatego zainteresowała się zamkiem Książ. Jak dotąd, do 

tej transakcji nie doszło...

Interesującą jest także informacja o tym, że Książ łączy z Górami 

Sowimi podziemny tunel... Czy taki tunel mógł łączyć Karkonosze z 

Książem?   Nie   zapominajmy   o   tym,   że   Niemcy   byli   doskonałymi 

konstruktorami   i   ich   budowle   do   dziś   dnia   spełniają   doskonale 

swoją   rolę,   przeciwstawiając   się   niszczącemu   działaniu   czasu. 

Dlatego jesteśmy niemal pewni tego, że prędzej czy później skarby 

Sudetów wyjdą na światło dzienne.

I   jeszcze  a   propos   skarbów  -   po   wojnie  obszar   Karkonoszy   był 

penetrowany przez zachodnie wywiady od CIA i BND aż po SDECE i 

MI-6.   I   czego   ci   panowie   w   ciemnych   okularach   i   postawionych 

kołnierzach płaszczów tam szukali? Uranu? Skarbów? Dzieł sztuki? 

Nie. Niczego takiego. Podejrzewamy, że oni poszukiwali ni mniej ni 

więcej,   ale   serca"   dyskoplanu   V-7,   jego   jądrowego   (czy   nawet 

termojądrowego) silnika!

Amerykanie   mieli   uranu   i   toru   dosyć   u   siebie.   Sowieci 

eksploatowali   uran   przede   wszystkim   w   krajach   tzw.   demokracji 

ludowej i doprowadzili do tego, że w latach 50. polskie pokłady tego 

pierwiastka stały się nieopłacalne do wydobycia.

Nuklearny napęd V-7! Właśnie o to szło - aby latający dysk mógł 

rozwinąć prędkość 2000 km/h i więcej - a to jest 1,7 Ma, aby w kilka 

sekund osiągnąć pułap 12 km i aby unieść ładunek rzędu 5 ton - 

trzeba mieć silnik całkiem nowej generacji. Silnik ten wynalazł dr V. 

Schauberger i jego planów nie oddał nikomu, nawet za cenę 3 mln 

background image

ówczesnych dolarów!

To   właśnie   dlatego   zachodnie   wywiady   czesały   te   góry.   Nie 

interesowało   ich   złoto,   uran   czy   dyslokacja   wojsk   sowieckich. 

Chodziło tu o genialne wynalazki uczonych Trzeciej Rzeszy, które 

Sowieci   wywieźli   na   Syberię,   jak   to   się   stało   z   laboratorium   i 

zakładami inż. Miethego we Wrocławiu i zakładami produkującymi 

na   potrzeby   Luftwaffe   w   innych   miastach,   w   których   stanęła 

grabieżcza stopa czerwonoarmisty... Już wtedy Stalinowi marzyła się 

III wojna światowa, a marzenie to było aktualne aż do 1989 r., kiedy 

to padł sowiecki kolos i rozpadł się Układ Warszawski - m.in. dzięki 

poświęceniu i szaleńczej odwadze polskiego patrioty - płk Ryszarda 

Kuklińskiego, dzięki któremu ocalała nie tylko Polska, ale także cała 

Europa   od   atomowego   piekła,   w   które   chciała   ją   wtrącić   garstka 

ogłupionych   wódką   i   władzą   oszołomów   z   Kremla.   A   wszystko 

zaczęło się wśród gór Dolnego Śląska i trzcinowisk Uznaniu...

background image

ROZDZIAŁ 8

HITLEROWSKI WEHRMACHT NA ANTARKTYDZIE

Bursztynowa   Komnata   (i   więcej)   w   liście   naszego 

informatora - Jednostki do walki poza kręgiem polarnym w 

Kowarach   -   Niemcy   zajmują   norweski   sektor   na 

Antarktydzie   -   Operation   High   Jump:   Amerykańskie 

dywizje na Szóstym Kontynencie.

Istnieje  wiele  wskazówek   po  temu,  że  uran  w  okolicach  Kowar 

wydobywało   się   już   wcześniej.   Najpierw   Niemcy   wywozili   go   do 

siebie,   a   po   ukończonej   wojnie   zmienił   się   kierunek   wywozu   i 

adresaci.

To, że wydobywali go niewolnicy pozostało bez zmiany. Sowieci 

rabowali   u   nas   do   1956   r.   -   potem   doszli   do   wniosku,   że   dalsza 

eksploatacja jest nierentowna i rabowali już u siebie na Uralu.

Nas będzie interesować to, czy hitlerowcy znali technologię, która 

umożliwiałaby   wykorzystanie   izotopów  

233

U   i  

238

U   oraz  

239

Pu   w 

prętach   i   pastylkach   paliwowych,   w   prymitywnych   reaktorach 

jądrowych? Oficjalna odpowiedź brzmi “nie", ale...

Na początku 1997 r. otrzymaliśmy list z Kowar od mgr Bogdana 

W., w którym pisze on dosłownie tak:

27.

Wydobycie   uranu   -   Niemcy   kilka   lat   wydobywali   w 

Kowarach uranową rudą. W latach 30. przesyłali rudę 

238

U do 

dalszego   rozpracowania   do   Berlina-Dahlem.   Już   po   wojnie 

Rosjanie   natknęli   się   na   naładowane   rudą   wagony   z 

background image

dokumentami spedycyjnymi.

28.

Góra   Grabowiec  -  istnieją   tam   zatopione   pomieszczenia. 

Wojsko   próbowało   się   tam   dostać   -   ale   bezskutecznie.  

Wyrabiano tam ciężką wodę (!!!).

29.

Krzaczyna   -   niezbadane   podziemia   fabryki   lotniczej.   Na 

powierzchni   pozostało   dużo   części   lotniczych   i   wiele   miedzi, 

dokładniej   mówiąc   -   cienkich   miedzianych   rurek   i   ołowiana 

płyta o rozmiarach 1 x 1 x 0,2 m. Jedna z podziemnych hal ma 

kształt 1/4 koła o promieniu 120 m.

30.

Lotnisko na Kowarskim Grzbiecie i Kowarskiej Przełęczy jest 

niemożliwe, bo były one porośnięte lasem i kosówką.

31.

  Grodna   -   w   latach   70.   wojsko   znalazło   dokumenty   o 

działalności   niemieckich   służb   radionasłuchu.   W   ruinach 

zamku   była   zlokalizowana   na   niedalekiej   łące   podziemna 

komora, ale nie udało się do niej dotrzeć. 

32.

  Przełącz Karkonoska  -  tam także  wojsko przeszukało całą 

okolicą. Znaleziono podziemne korytarze w Borowicach zalane 

wodą i odstrzeloną skałą na dokończenie Drogi Sudeckiej. 

33.

  Kowarski   Grzbiet   -   nieco   poniżej   grzbietu   znajdowała   się 

przysiółka   Forstbauden   (dziś   Budniki),   gdzie   dziś   są   tylko 

ruiny.   (...)   Przed   wojną   postawiono   tam   dwa   domy   na 

solidnych   betonowych   fundamentach.   Nieopodal   w   lesie 

znaleziono   stal   zbrojeniową   i   worki   cementu   -   może 

pozostałości   po   budowie   tych   domów.   Mam   informacją,   że 

nocą wychodziły ze wsi straże i włączały wentylatory. Szkoliły 

się   tam   grupy   dywersyjno-rozpoznawcze.   Na   szczycie   Łysej 

background image

Góry,  koło  Budników,  przy   drodze  znajdował   się   podziemny  

tunel.   Jeszcze   w   szkole   podstawowej   moi   koledzy   chcieli 

sprzedać hełmy i maski przeciwgazowe pochodzące stamtąd. 

Tunel zasypano w 1965 r. i dziś go już nie można znaleźć. 

34.

 Jeżeli idzie o Bursztynową Komnatę, to wierzę wyjaśnieniom 

o.   Klimuszki,   że   zniszczono   ją   pod   Olsztynem.   Jednak   co 

ciekawe, w Kowarach znaleziono nieśmiertelnik niemieckiego 

żołnierza z numerem obozu jenieckiego koło Olsztyna... " 

Tyle   mgr   Bogdan   W.   Oczywiście,   że   zgadzamy   się   z   jego 

uwagami. Samolot - taki, jakie znamy z codziennej praktyki - nie 

mógłby lądować w żadnym miejscu Karkonoszy z wyjątkiem lotnisk 

Jeleniej   Góry,   to   oczywiste.   Ale   -   jak   tu   już   niejednokrotnie 

mówiliśmy - my szukamy samolotów pionowego startu i lądowania, 

a   ten   może   siadać   byle   gdzie,   jeżeli   ma   tylko   kawałek   równego 

terenu do dyspozycji...

Co   do   szkolenia   dywersantów,   to   inne   źródła   dodają   do   tej 

informacji także i to, że w Kowarach były szkolone tylko e l i t a r n e 

jednostki   wojskowe.   Żeby   było   ciekawiej,   to   te   jednostki   były 

szkolone nie do walki w rejonach subpolarnych, jakie mamy np. w 

Norwegii   czy   Kanadzie,   ale   do   działań   w   warunkach   polarnych, 

takich   jakie   mamy   w   Arktyce   i   na   Antarktydzie!...   Celem   tego 

szkolenia   było   po   prostu   opanowanie   Szpicbergenu,   Wyspy   Jana 

Mayena,   Islandii,   Grenlandii,   wysp   Archipelagu   Arktycznego 

Kanady   i   Arktyki!   A   właśnie!   -   od   1940   r.   Także   -   polarnych, 

antarktycznych   posiadłości   Norwegii.   To   już   nie   była   robota   dla 

górskich   strzelców   Gebirgsjagerregimentu   gen.   Dietla   (którzy 

szybko opanowali Norwegię), ale dla specjalnych sił przeznaczonych 

background image

do walki w ekstremalnych warunkach klimatycznych obu Biegunów 

naszej planety!...

Nasuwa   się   tu   ciekawa   dygresja   -   otóż   jak   wyglądałaby   wojna, 

gdyby hitlerowcy zawarli pakt z południowymi republikami ZSRR 

wymierzony   przeciwko   Rosji?   Hitler   popełnił   duży   błąd   atakując 

ZSRR   nie   przygotowawszy   uprzednio   gruntu   w   “stanach": 

Kazachstanie,   Uzbekistanie,   Tadżykistanie,   itd.   Posługując   się 

wojskami   tych   republik   przekabaconych  na   narodowy   socjalizm   i 

idąc na fali nienawiści do Stalina, mógłby wziąć Rosję w trzy ognie: 

od zachodu z Polski, Czechosłowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii via 

Morze Czarne; od północy z Norwegii i Finlandii (Finowie nie mieli 

powodów,   by   kochać   Sowietów   za   1939   rok...)   i   od   południa   ze 

strony   “stanów"...   Dzięki   Bogu   -   Hitler   tego   nie   zrobił   i   przegrał 

kampanię rosyjską.

Ale ad rem - w maju 1940 r. padła Norwegia. Jej władze na czele z 

królem Olafem wyemigrowały do Anglii, skąd kierowały norweskim 

Ruchem Oporu, któremu zawdzięczamy zniszczenie fabryki D

2

0 w 

Rjukan   i   zatopienie   całego   jej   zapasu   -200   kg   w   wodach   jeziora 

Tinnsjo   (wg   innych   źródeł   w   jeziorze   Mjosa).   Poza   ziemiami 

Królestwa Norwegii hitlerowcom zachciało się także jego posiadłości 

antarktycznych.   Obsadzenie   antarktycznych   posiadłości   Norwegii 

przypadło w udziale specjalnej jednostce dowodzonej przez Alfreda 

Richtera.   Niektórzy   badacze   tej   najciemniejszej   zagadki   II   wojny 

światowej twierdzą, że wszystko zaczęło się już w 1938 r., kiedy to 

Richter   przeleciał   nad   Ziemią  Królowej   Maud  i   ze  swego   małego 

samolotu zrzucił na teren Neuschwabenlandu (Nowej Szwabii - jak 

background image

przemianowała   niemiecka   propaganda   Ziemię   Królowej   Maud) 

kilkanaście   proporczyków   z   hitlerowskim   Hakenkreutzem.   Tym 

sposobem   Niemcy   złamali   wszystkie   umowy   międzynarodowe 

dotyczące   podziału   Antarktydy.   Okupacja   tych   ziem   po   zdobyciu 

Norwegii była już tylko formalnością...

I   tutaj   zaczęły   się   schody.   Już   w   1941   r.   hitlerowcy   poczynili 

pierwsze   kroki   do   kolonizacji   Nowej   Szwabii   i   innych   części 

Antarktydy, na co wskazuje istnienie stacji antarktycznej “Oazis" w 

Oazie Bungera. Dziś tam znajduje się stacja “A. B. Dobrowolski" - 

przejęta  od ZSRR w 1959 r. Dziś nadaremnie byłoby szukać tam 

śladów   po   hitlerowskich   polarnikach,   bowiem   od   1956   r. 

“gospodarowali" tam Rosjanie i jeżeli nawet były tam jakieś dowody 

na działalność Niemców, to zostały one dokładnie zatarte...

Kolejna   dygresja   -   stacja   antarktyczna   “Oazis"   a   potem   “A.   B. 

Dobrowolski" znajduje się w czymś, co polarnicy nazywają “oazami", 

bowiem   tak   jak   saharyjskie   oazy,   zawierają   one   wodę   w   stanie 

wolnym w postaci jeziorek i minimalną ilość śniegu oraz lodu. Nie 

jest wyjaśnione właściwie, d l a c z e g o  te oazy powstały w caliźnie 

lodowego pancerza Antarktydy.

A może  w y b i t o   je potężnymi eksplozjami jądrowymi?... Oaza 

Bungera  została odkryta  przez amerykańskiego lotnika Bungera - 

towarzysza wyprawy admirała Byrda, a zatem n i e   b y ł o  jej przed 

1946   r.!   A   zatem,   czy   oazy   powstały   wskutek   doświadczeń 

niemieckich   z   bronią   jądrową   na   Antarktydzie?   To   byłoby   do 

udowodnienia,   wystarczy   przejrzeć   sejsmogramy   z   tego   okresu   z 

instytutów sejsmologicznych w Durbanie, Johannesburgu czy Punta 

Arenas. Na sejsmogramach wybuch jądrowy pozostawia swój ślad - 

background image

pojedynczy wysoki “pik". Znalezienie takiego “pika" świadczyłoby o 

tym, że w rejonie Antarktydy przeprowadzano we wczesnych latach 

40. testy jądrowe...

Być   może   już   to   ktoś   zrobił,   bo   znane   były   sejsmiczne   efekty 

wybuchów   jądrowych.   Ktoś   zadał   sobie   tyle   trudu   i   przejrzał   te 

rejestry, wykrył cały szereg “pików", wyciągnął wnioski i

...w 1946 r. na Antarktydę wybrał się admirał Richard Byrd, ale 

jego ekspedycja przypominała bardziej zbrojną wyprawę zdobywczą, 

niż naukowy rejs w wody Antarktyki. Pomiędzy  t r z y n a s t o m a 

okrętami   znajdowały   się   lodołamacze,   lotniskowiec,   tankowce   i 

jeden okręt podwodny! Jednostki te wiozły 25 naukowców i 4100 

żołnierzy,   15   dużych   samolotów,   samoloty   zwiadowcze   dalekiego 

zasięgu,   helikoptery   i   latające   łodzie.   Szło   tutaj   o   wielkoskalową 

Operation   High   Jump,   którą   finansował   Waszyngton,   uchwaloną 

przez Kongres USA i realizowaną przez marynarkę wojenną - US 

Navy.

Cele wyprawy do Ziemi Królowej Maud (alias Neuschwabenlandu) 

- według oficjalnej propagandy - były całkiem naukowe. Hmmm... 

Jeżeli   tak   było   w   rzeczywistości,   to   po   co   w   takim   razie   była 

potrzebna Byrdowi ta cała machina wojenna w sile dywizji piechoty? 

Co   tam   Amerykanie   robili?   I   z   jakiego   powodu   -jak   twierdzili 

chilijscy   i   argentyńscy   dziennikarze   -   Amerykanie   mieli   znaczne 

problemy   z   wejściem   na   brzegi   Antarktydy?   A   dlaczego   admirał 

Byrd   wykonał   długi   na   200   km   marsz   przez   całą   Antarktydę 

Wschodnią? Kogo tam szukał? Może faszystów?

Wybacz   Czytelniku   kolejną   dygresję   -   wiadomo,   że   kryptonimy 

operacji wojskowych mają z ich celami pewien związek i ten High 

background image

Jump   nie   dawał   nam   spokoju.   Kiedy   skojarzyliśmy   to   z 

dyskoplanami to od razu wszystko stało się jasne - w porównaniu z 

ówczesnymi   samolotami,   V-7   potrafił   rzeczywiście   wykonać   high 

jump! wysoki skok! ...

Być może prawda jest ukryta właśnie tam, bowiem w tych czasach 

Niemcy   bardzo   interesowali   się   polarnymi   obszarami   Ziemi. 

Wspomnijmy   choćby   wyprawę   okrętu   podwodnego   U-209   pod 

dowództwem   komandora   Broddy   na   wody   Bieguna   Północnego, 

która była jednym wielkim niepowodzeniem. Tak wielkim, że teraz 

trzeba   poszukiwać   U-209   na   dnie   basenu   Amundsena   czy 

Makarowa, 4.000 m pod lodami Bieguna Północnego.

Admirał   Byrd   powrócił   z   Antarktydy   ze   znacznymi   stratami   w 

ludziach i sprzęcie. Najciekawszym jest to, co oświadczył:

“  Stany Zjednoczone muszą się przygotować do obrony przed 

nieprzyjacielem, który dysponuje obiektami latającymi mogącymi 

im zagrozić z biegunów naszej planety. "

Gerd   Burde   twierdzi,   że   adm.   Byrd   miał   na   myśli   hitlerowskie 

latające dyski, które - wg dr Strangesa - wyrabiano tam, gdzie uciekli 

naziści. Oto możliwe lokalizacje:

35.

Neuschwabenland na Antarktydzie,

36.

Półwysep Tajmyr na Syberii, ZSRR,

37.

La Pampa w Argentynie,

38.

Region Południowych Andów,

39.

Taormina na Sycylii,

40.

Mediolan we Włoszech,

41.

Johannesburg w RPA,

background image

42.

Terytorium   pomiędzy   Bahia   Błanca,   Cordobą   a   Salta   w 

Argentynie,

43.

Reno w stanie Newada, USA.

W tych wyżej wymienionych miejscach mogły - wg dr Strangesa - 

znajdować się supertajne hitlerowskie bazy latających dysków. Być 

może   tak   było,   ale   o   tym   w   zakończeniu.   A   teraz   powróćmy   do 

zagadek Kowar i okolic.

Karkonosze   są   -   jak   tu   już   nadmieniliśmy   -   po   prostu 

naszpikowane sztolniami  i  szybami  jak  szwajcarski  ser   z  powodu 

permanentnego kopania minerałów i szukania skarbów już od XV 

wieku.   Kopali   i   ryli   tam,   wysadzali   w   powietrze   i   rąbali   skałę 

Ślązacy,   Polacy,   Niemcy,   Walonowie,   Czesi,   Słowacy,   Węgrzy, 

Rosjanie i wszyscy inni - których fascynowały te niewysokie góry i 

ich bogactwa, tajemnicze i ciemne lasy, które niszczy cywilizacyjny 

postęp XX wieku...

Pytamy raz jeszcze: czego oni tam szukali? Oczywiście szło o złoto, 

srebro, szlachetne i półszlachetne kamienie - tymi ostatnimi Natura 

hojnie obdzieliła Karkonosze i stąd właśnie pochodzi ta rozmaitość 

sztolni i korytarzy czy szybów w okolicach Karpacza, Sobieszowa, 

Jagniątkowa,   Podgórzyna,   Szklarskiej   Poręby,   Piechowic,   itd.   itp. 

Szukano także rud manganu (Mn), molibdenu (Mo) - służących do 

uszlachetniania stali no i oczywiście uranu i toru. Na Dolnym Śląsku 

znajduje   się   wiele   złóż   tych   pierwiastków   w   następujących 

lokalizacjach:

44.

Radoniów k./Gryfowa Śląskiego - U,

45.

Kopaniec k./Jeleniej Góry - U, Y, Er, Th,

background image

46.

Kowary-U, Th,

47.

Kletno k./Stronia Śląskiego - U, Y, Er, Th,

48.

Janowice, Rudawy Janowickie U,

49.

Głuszyca, Góry Sowie - U,

50.

Bogatynia - Th, Y, Er,

51.

Okrzeszyn k./Wałbrzycha - U,

52.

Szklarska Poręba - Th, Y, Er,

53.

Lubomierz k./Jeleniej Góry - Y, Er,

54.

Nowa Sól-U,

55.

Wambierzyce - U.

Wszystkie złoża zawierają także rad (Ra) i radon (Rn), które są 

produktami rozpadu uranu i toru.

Już   wiemy,   że   to   właśnie   ze   śląskiego   uranu   Sowieci 

wyprodukowali   swe   bomby   atomowe.   Poza   uranem,   na   Dolnym 

Śląsku znajdują się także i inne minerały, które Niemcy i Rosjanie 

mogli wydobywać i używać w technologiach nuklearnych:

SZMARAGDY - czyli Be

3

Al

2

(Si

6

O

18

) - występujące w Strzegomiu i 

Ząbkowicach,   złoża   stanowiące   również   cenne   źródło   berylu, 

pierwiastka   niezbędnego   do   wybudowania   reaktora   jądrowego. 

Beryl   ma   jeszcze   jedną   właściwość   -   otóż   przy   bombardowaniu 

płytki berylu cząstkami alfa - czyli  

2

4

He - emituje on wielką ilość 

neutronów   i   dlatego   używa   się   go   do   produkcji   bomb 

neutronowych...

GRAFIT   -   czysta,   alotropowa   odmiana   węgla   -   C   -   służy   jako 

moderator neutronów w reaktorach jądrowych. Wydobywa się go 

m.in. w Wałbrzychu.

background image

CYRKONY - ZrSiO

4

  - także HfSiO

4

  - zawierające dwa ważne dla 

atomowej technologii pierwiastki - cyrkon i hafn. Używa się ich do 

budowy reaktorów jądrowych. Występują w Strzegomiu i Jeleniej 

Górze.

GRANATY   –   M

3

M

2

(SiO

4

)

3

-   które   mogą   zawierać   cały   szereg 

pierwiastków użytecznych w technologiach jądrowych. Wydobywa 

się   je   w:   Strzegomiu,   Sobótce,   Jordanowie   Śląskim,   Świdnicy, 

Strzelinie,   Ząbkowicach   Śląskich,   Jeleniej   Górze,   Nowej   Rudzie   i 

Kłodzku. Jak wynika z tego, Dolny Śląsk zawiera niemal wszystkie 

komponenty   broni   jądrowych   czy   reaktorów   jądrowych. 

Wystarczyło to wszystko wydobyć, oczyścić, wzbogacić... i zrobić z 

tego wszystkiego bomby A, H czy N, a także środki przenoszenia 

tych broni - rakiety V-l, V-2, V-6 czy V-7... Dlatego było potrzeba tak 

dużo wody do flotacji rud metali i niemetali w "Der Riese" w Górach 

Sowich. Czyż to jeszcze nie jest jasne?

Notabene, w okresie lat 70., za czasów Edwarda Gierka, naszemu 

gensekowi wpadło do głowy skonstruowanie naszej własnej, polskiej 

bomby wodorowej, czym miał się zająć komendant WAT - gen. dyw. 

prof. dr hab. Sylwester Kaliski. Najprawdopodobniej sprawa bomby 

H   dla   Gierka   była   czymś   ubocznym,   a   gen.   Kaliski   pracował 

najprawdopodobniej   nad   zupełnie   nową   bronią.   Komponenty   do 

tego dzieła miał - właśnie na Dolnym Śląsku, co uniezależniało go od 

dostaw   surowców   i   sprzętu   z   ZSRR.   Sowietów   to   wszystko 

zirytowało do tego stopnia, że zamknęli polski poligon rakietowy w... 

Łebie   i   zamiast   polskich,  wprowadzili   sowieckie   rakiety,   zaś   gen. 

Kaliski   zginął   w   niewyjaśnionych   okolicznościach,   co   często   się 

background image

zdarzało ludziom niewygodnym Moskwie za czasów PRL...

Miłośnicy tajemnic Karkonoszy  zwrócili naszą uwagę na pewną 

miejscowość w okolicy Karpacza - Dolinę Sowią. Faktycznie dolina 

ta   jest   naprawdę   niesamowita,   szczególnie   wieczorami   przy 

księżycowej pełni, kiedy to dolinę spowija atmosfera trudnego do 

zdefiniowania horroru rodem z opowiadań Lovercrafta... Ale ad rem 

-   w   Sowiej   Dolinie   znajdują   się   sztolnie,   które   wycięli   w   skale 

Walonowie - co zostało uwidocznione w nazwach - np. Waloński 

Kamień. Byliśmy tam i wydaje się nam, że działały tutaj doskonalsze 

narzędzia górnicze, niż prymitywne dłuta i świdry Walonów z XV, 

XVI   czy   XVII   wieku   i   ładunki   z   silniejszych   materiałów 

wybuchowych, niż czarny proch...

Czy szukano tam uranu? Być może tak, ale nie znaleziono go. Nie 

można jednak wykluczyć, że go tam nie ma. Być może, że w Sowiej 

Dolinie   ukryto   jakieś   skarby   z   czasów   II   wojny   światowej. 

Wystarczyło   pod   osłoną   nocy   przynieść   drogocenny   ładunek   z 

Karpacza do Sowiej Doliny, potem przynieść do najbliższej sztolni 

czy szybu, zawalić go wybuchem i zastrzelić współpracowników czy 

pomocników.

Proste - nieprawdaż? Tak rozgrywało się to wiele razy, więc mogło 

się wydarzyć także i tutaj.

W   wielu   miejscach   Dolnego   Śląska   mówi   się   o   skarbach 

chronionych   przez   bojowe   gazy   zgromadzone   przez   Niemców. 

Sądzimy, że jest to bardzo “gorący" ślad. Dlaczego? A dlatego, że 

potencjalny   znalazca   nie   miałby   tego   komu   oznajmić,   zgodnie   z 

zasadą,   że   najlepiej   milczy   martwy.   Skarby   nie   miały   bronić   się 

magicznymi siłami, ale najzupełniej realnymi środkami w postaci 

background image

fosgenu,   difosgenu,   iperytu,   tabunu   i   innymi   paskudztwami. 

Znalazca   po   kilku   latach   znajdzie   otwór   do   sztolni   czy   szybu   ze 

skarbami i z radości zapomni o środkach bezpieczeństwa. Potem już 

jest prościutko - kilka głębszych wdechów, jęk szoku i bólu, utrata 

świadomości   i   śmierć   po   kilku   minutach.   I   to   jest   koniec,   finis, 

exitus,   a   skarb   pozostaje   nienaruszony.   Może   to   właśnie   dlatego 

leśne   zwierzęta   trzymają   się   z   daleka   od   niektórych   obszarów 

Sudetów. Wyjaśnienie tego jest proste - one wyczuwają obecność 

toksycznych środków bojowych i czającą się śmierć. Jeżeli chcemy 

coś znaleźć, to tylko w tych miejscach!

Ale musimy mieć cały zestaw ochronny OP-1 + maska p. gaz. Jest 

nadzieja, że woda w czasie wielkiej powodzi w 1997 r. wytłoczyła 

gazy trujące z podziemnych komór (co jednocześnie tłumaczyłoby 

jej toksyczność) - ale to już jest nasz domysł. Trzeba zlokalizować 

takie   miejsca   i   zbadać,   co   się   w   nich   znajduje...   Mogłoby   to 

doprowadzić   do  stworzenia   ogólnej   teorii   poszukiwania   skrytek   z 

gazowymi zabezpieczeniami, ale to już robota dla profesjonałów w 

rodzaju   Mela   Fishera,   Clive   Cusslera   czy   naszego   Ryszarda 

Wójcika...   My,   jako   amatorzy,   możemy   ostrzec   innych   amatorów 

przed   takiego   rodzaju   “niespodziewankami",   których   można   się 

spodziewać także na Dolnym Śląsku, w postaci fugasów i granatów 

gazowych w sztolniach i szybach. A nie są to jedyne “przyjemności" i 

“atrakcje", które mogą Was spotkać!

W sierpniu 1993 r. w Piechowicach zwiedziliśmy tunele wycięte w 

stoku   Sobiesza   od   strony   Cichej   Doliny.   Wyrąbano   je   w   masie 

różowego   granitu,   w   której   od   czasu   do   czasu   błyskały   kryształy 

kwarcu - ale czy rąbano ten granit tylko po to?

background image

Już   na   pierwszy   rzut   oka   jest   oczywiste,   że   kiedyś   wycięto   ze 

zbocza kilkaset metrów sześciennych granitu, a przecież to nie mógł 

być kamieniołom! Kopalnia kryształu górskiego? - być może, ale co 

w takim razie robią w dolinie Cichego Potoku dziwne struktury z 

cegieł,   wyglądające   jak   szyby   wentylacyjne?   Dziś   są   wypełnione 

ziemią i zarosłe roślinami, a jakiemu celowi służyły pół wieku temu? 

Kominy wentylacyjne? A skoro tak, to pytamy: komu i po co i gdzie 

dostarczały   one   powietrze?!   Tak   więc   może   ma   rację   legenda 

sytuująca   “złoty   pociąg"   gdzieś   w   zboczu  Sobiesza   czy   pod   Cicha 

Doliną?   Zagadka   ta   jest   jeszcze   bardziej   interesująca   dlatego,   że 

właśnie   w   bliskości   Piechowic   może   znajdować   się   klucz   do 

największej   tajemnicy   nie   tylko   II   wojny   światowej,   ale   również 

całego XX wieku.

Cóż to takiego?

Przecież to UFO jest taką tajemnicą.

Ale jeszcze zostańmy na chwilę przy Twierdzy Kłodzkiej.

Twierdza ta została wybudowana już w XVIII wieku, a w czasie II 

wojny światowej znajdował się tam obóz jeniecki Stalag VIIIa - poza 

tym było tam ciężkie więzienie dla jeńców wojennych. To mówią 

oficjalne przewodniki.

Przewodnicy,   którzy   prowadzili   wycieczki   po   szlakach 

turystycznych Twierdzy mówili nam, że w czasie wojny znajdowała 

się   tam   fabryka   elektrycznych   i   elektronicznych   podzespołów   do 

rakiet V. Co najciekawsze - te podzespoły wywożono potem do “Der 

Riese"   i   do   Peenemunde.   W   fabryce   pracowali   sowieccy   jeńcy 

wojenni,  których  Niemcy   zamordowali   i   pochowali   na   cmentarzu 

Stalagu VIIIa. Nieszczęśnicy ci i tak zostaliby po tzw. "Wyzwoleniu" 

background image

rozwaleni przez NKWD za tchórzostwo w obliczu wroga na rozkaz 

obłąkanego zbrodniarza z Kremla...

Podziemna fabryka miała się znajdować pod twierdzą i to głęboko 

- na 12 kondygnacji - tymczasem dla turystów udostępniono tylko 

dwie...   Ostatnich   10   zalano   wodą,   a   wejścia   do   nich   Niemcy 

wysadzili   w   powietrze.   To   właśnie   tam   toczy   się   m.in.   akcja 

ostatniego odcinka serialu Konrada Nałęckiego “Czterej pancerni i 

pies".

Autor   tej   wojennej   epopei,   według   której   Konrad   Nałęcki 

zrealizował   ten   najpopularniejszy   serial   w   PRL,   płk   Janusz 

Przymanowski   (zmarły   w   lipcu   1998   r.),   mimo   tego,   że   sam   był 

zaprzysięgłym komunistą, przedstawił w niej bardzo ważną myśl. Na 

stronicach jego powieści, w rozdziałach 11, 12 i 13 tomu II, czytamy o 

tym, jak to załoga czołgu T-34 “Rudy" o numerze taktycznym 102 

toczy zwycięski bój z hitlerowskim desantem, którego zadaniem było 

ewakuować z terenów zajętych przez Polaków i Rosjan kontenery z 

rozszczepialnym materiałem. Z kolei na filmie, całe to wydarzenie 

rozgrywało   się   w   okolicach   Gdyni-Babich   Dołów   i   Oksywia(!)   – 

ciekawe   czy   płk   Przymanowski   i   Konrad   Nałęcki   tylko   przez 

przypadek umieścili tam swych bohaterów? A może było w tym coś 

więcej?   Kręcąc   X   i   XI   odcinek   “Pancernych"   obaj   realizatorzy 

musieli wiedzieć coś więcej, niż to trąbiła i wbijała nam w głowy 

peerelowska propaganda...

Po   zwalczeniu   desantu   niemieckiego,   który   jednak   załadował 

pojemniki na pokład U-Boota “Hermenegildy", sowieckie lotnictwo 

topi U-Boota i na tym kończy się ten sensacyjny epizod. Jest jednak 

drugie dno tej historii - otóż sowiecki generał dokładnie wiedział o 

background image

jaki   ładunek   toczy   się   gra.  Powiedział   o  tym   polskiemu  dowódcy 

brygady pancernej a ten załodze “Rudego". Po akcji “Hermenegilda" 

załoga ta zostaje wysłana do forsowania Odry - w najgorszy ogień, a 

nuż   polscy   czołgiści   zginą   w   boju   i   prawda   o   wiedzy   sowieckich 

generałów nigdy nie wypłynie na wierzch?... Bo to jest doprawdy 

ciekawe - oficjalnie mówi się, że Sowieci nic nie wiedzieli o broni 

jądrowej   nad   którą   pracowali   ci   obrzydliwi   kapitalistyczni   i 

burżuazyjni uczeni i wojskowi, a tu masz... sowiecki generał wie nie 

tylko o uranie, to zna jeszcze równoważnik trotylowy! Jakież foux-

pas!   Pułkownik   Przymanowski   przemycił   w   powieści   i   filmie 

prawdę,   której   ujawnienia   tak   bali   się   włodarze   Kremla   i   ich 

warszawskie podnóżki!

Takich “foux-pas" jest w tej powieści więcej i dość dużo mówi się o 

rzeczach,   o   których   czytało   się   jedynie   w   podziemnej   literaturze 

sprowadzanej z Zachodu, czy wysłuchiwanych na falach RWE, VoA 

czy   SVOBODA...   No   bo   np.   co   robił   Polak   Janek   Kos   i   Gruzin 

Grigorij Saakaszwili w Przymorskim Kraju nad brzegami Pacyfiku? 

Albo   jak   znalazł   się   w   Rosji   Wasyl   Selmen   alias   Olgierd   Jarosz, 

dowódca “Rudego" numer 1? A czy nie jest zagadkowa jego śmierć? 

Wszak Gustlikowi Jeleniowi pokazał się on na moment w Spandau - 

wychodząc   z   ziemianki   sztabu   brygady...   A   może   Selmen/Jarosz 

został   po   prostu   przeniesiony   do   GRU?   Historia   wywiadów   i 

kontrwywiadów zna nie takie numery! I tak dalej, i temu podobnie... 

Dlatego   na   miejscu   niektórych   co   bardziej   oszołomowatych 

krytyków   literackich   i   filmowych   nie   wieszałbym   psów   na   płk 

Przymanowskim,   bo   w   “Czterech   pancernych..."   powiedział   on 

więcej   prawdy,   niż   niejeden   historyk   po   1989   r.   Janusz 

background image

Przymanowski był korespondentem wojennym armii Berlinga, więc 

widział i słyszał niejedno. I nie mógł napisać zbyt dużo - wszak pisał 

to   we   wczesnych   latach   60.   i   dlatego   musiał   trzymać   się   prawa 

Burdego - “kto wie, nic nie mówi - kto mówi, nic nie wie".

Wróćmy do Dolnego Śląska, gdzie zakłady umieszczone w takich 

miejscowościach jak: Dzierżoniów, Kłodzko, Świdnica, Legnica czy 

Wrocław pracowały dla hitlerowskiego programu broni V i nie są 

obce dla badaczy tego problemu. Ci, którzy tam pracowali i przeżyli, 

po powrocie do domu byli przesłuchiwani przez oficerów NKWD, 

GRU   czy   po   prostu   Armii   Czerwonej   jak   to   było   z   Tadeuszem 

Łukawskim   i   innymi.   Sowieci   za   wszelką   cenę   chcieli   wydrzeć 

hitlerowcom sekret broni V, bo j u ż   w t e d y  - gdy umilkły salwy II 

wojny   światowej   -   planowali   III   wojnę  światową   a  jej   preludium 

odegrało się w 1946 r. na niebie Szwecji, Norwegii, Danii i Finlandii.

Twierdza   Kłodzka   jest   jednym   ogniwem   z   długiego   łańcucha 

miejsc,   w   których   prowadzono   prace   nad   częściami   samolotów, 

rakiet   i   dyskoplanów   V-7.   Te   części   były   potem   wywożone   do 

Mimoyecąues,   Epperleąues   i   innych   miejsc,   skąd   w   postaci 

pocisków   leciały   na   Londyn,   Antwerpię...   -   w   celu   spełnienia 

diabelskiego życzenia Fuhrera III Rzeszy by zetrzeć i spalić te miasta 

na   proch   i   popiół.   Nikt   nie   wie,   do   czego   doszłoby,   gdyby 

hitlerowcom udało się skonstruować bombę A, H czy N plus latający 

ponaddźwiękowo dysk. Spełniłaby się ponura wizja P. K. Dicka w 

której   Niemcy   i   Japończycy   wygrali   II   wojnę   światową.   Po   nas 

zostałby jeno popiół z krematoriów Auschwitz, Birkenau, Sttuthofu, 

Sobiboru, Treblinki i innych miejsc masowego mordowania.

Na   całe   szczęście   dla   nas   -   Słowian,   Żydów   i   Cyganów   (którzy 

background image

mieli iść w pierwszej kolejności “do gazu") - te obłąkańcze plany 

zostały pokrzyżowane. I stało się inaczej.

background image

ROZDZIAŁ 9

URANOWY SZLAK NIBELUNGÓW

Walka   o   strategiczne   surowce   trwa   -   ślady   wiodą   do 

Jachymowa   -   Poszukiwania   w   Beskidach,   Górach 

Świętokrzyskich i Tatrach - Zbyt wiele bunkrów, jak na nasz 

gust:   Baza   Spała-Konewka-Jeleń   -   Niebezpieczny   ładunek 

pociągów pancernych.

Odetchnijmy trochę od Sudetów i przenieśmy się gdzieś indziej, 

tam gdzie naziści prawdopodobnie pracowali nad swymi broniami i 

pozyskiwali   rudy   pierwiastków   służących   w   technologiach 

jądrowych - bowiem dyskoplan V-7 spełniał rolę idealnego nośnika 

dla wszelkiego rodzaju broni masowego rażenia.

Nasz przegląd zaczniemy w miejscach poszukiwań rud uranowych 

poza   Sudetami.   Potem   spróbujemy   wyjaśnić   przeznaczenie 

kompleksu   budowli   w   Spale,   Konewce   i   Jeleniu   i   kompleksu 

bunkrów w Grzechyni k./Makowa Podhalańskiego, na czym się nie 

kończy ten sezam tajemnic, jako że każdy nowy dzień przynosi nowe 

odkrycia i wydarzenia... - i więcej pytań, niż odpowiedzi na nie.

W czasie II wojny światowej, hitlerowcy prowadzili wielkoskalowe 

poszukiwania   rud   metali   nieżelaznych,   a   to   dlatego   że   głód 

surowcowy zmuszał do zmian w ekonomice Rzeszy i szukania coraz 

to innych zamienników - stąd Niemcy stali się mistrzami ersatzów, 

ale i tak musieli oni szukać coraz to innych źródeł zaopatrzenia w 

nie. To wiedzą wszyscy, ale musimy te sprawy przypomnieć, bo bez 

background image

tego   nie   zrozumiemy,   co   właściwie   działo   się   w   1943   r.   na 

pograniczu polsko-słowackim.

Jeżeli idzie o Beskidy, to wedle tego, co nam opowiadali tamtejsi 

mieszkańcy   wynika,   że   prace   poszukiwawcze   za   tymi   rudami 

prowadzono   w   rejonie   Bystrej   Podhalańskiej,   Osielca,   Sidziny   (w 

rejonie Sidziny istniały dwa gorące źródła, co mogło być przesłanką 

do   wysnucia   wniosku,   iż   znajdują   się   tam   struktury   podobne   do 

utworów Gór Kruszcowych czy Karkonoszy, gdzie znajdują się także 

rudy uranu), Żarnowki czy Zawoi.

Wszędzie   tam,   gdzie   prowadzono   poszukiwania   (o   ile   możemy 

wierzyć byłym żołnierzom jednostek Armii Krajowej operujących na 

tym terenie) znajdują się kamieniołomy. Do poszukiwań włączyli się 

także specjaliści z Armii Czerwonej i ich działalność trwała aż do 

1950 r.

Wróćmy   w   Beskidy   -   jak   już   tu   nadmieniliśmy,   wywiad   AK 

śledzący działalność Niemców w Beskidach, uzyskiwał informacje o 

tym, że hitlerowcy poszukują rud uranu, molibdenu i tytanu. M.in. 

szukano tych rud w rejonie Babiej Góry Beskidzie Wysokim. Ślady 

tych   poszukiwań   możemy   dziś   widzieć   w   rejonie   koło   szczytowej 

Diablaka i Cylu a także przy Przełęczy Brona. Na szczęście tu i gdzie 

indziej   uranu   nie   znaleziono,   a   flisz   karpacki   nie   odpowiadał 

strukturom uranonośnym Jachymova...

Mieszkaniec   Jordanowa   -   Tadeusz   Łukawski   i   mieszkaniec 

Makowa Podhalańskiego Józef Mędrala - z którymi rozmawialiśmy 

na   ten   temat   -   twierdzili,   że   takie   właśnie   były   poglądy 

nazistowskich geologów.

Jachymov   jest   typowym   przykładem   na   to,   że   hitlerowcy   byli 

background image

doskonale poinformowani o zasobach rudy uranowej w tym rejonie 

- Gór Kruszcowych w Republice Czeskiej. Wydobycie radu z rudy 

uranowej   Jachymova   zaczęło   się   już   ok.   1900   r.   a   w   roku   1939 

stanowiło   1/3   produkcji   uranu  na   świecie.   Do   Jachymova   wiodły 

hitlerowskich   uczonych   odkrycia   prof.   Otto   Hahna   i   jego 

współpracowników   z   Kaiser   Wilhelm   Institut   w   Berlinie   - 

rozszczepienie   jądra   uranu.   To   właśnie   z   Jachymova   prof.   Hahn 

otrzymał   5   ton   radioaktywnego   materiału,   z   którego   uzyskał   i 

wyizolował 0,5 g protaktynu (Pa). Jego próby w grudniu 1938 r. - na 

krótko po zajęciu przez Niemców Jachymova - prowadziły prosto ku 

zbudowaniu “urządzenia uranowego" (czytaj: reaktora jądrowego), 

w którym miano używać jako paliwa uranu wyizolowanego  z  rudy 

uranowej przez firmę Degussa.

Jeżeli idzie o Żarnówkę, to nie znajdziemy tu kamieniołomów, ale 

w   lasach   Przysłopskiego   Wierchu   można   jeszcze   ponoć   znaleźć 

resztki   wież   wiertniczych,   przy   pomocy   których   prowadzono 

odwierty badawcze.

Inna   wersja   wydarzeń   mówi,   że   wieże   te   rozmontowano   i 

wywieziono w nieznanym kierunku.

Kolejnym miejscem, w którym Niemcy szukali uranu były Tatry - 

a dokładniej rejon DW “Księżówka" (kamieniołom), Dolina Białego, 

Stara Robota, Kominiarski Wierch (Kominy Tylkowe), Kopa Magury 

i   najprawdopodobniej   Kopa   Kondracka.   W   Wysokich   Tatrach 

poszukiwania   prowadzone   były   w   rejonie   turni   Mnicha   nad 

Morskim   Okiem   i   Czarnego   Stawu   pod   Rysami.   Co   do   Tatr 

Słowackich,   to   nie   mamy   informacji   na   ten   temat,   ale 

domniemywamy, że takie poszukiwania też tam miały miejsce. Tak 

background image

czy owak, wyniki tych poszukiwań musiały być zerowe bowiem w 

Tatrach   nie   ma   złóż   rud   uranowych   czy   torowych.   Do   dziś   dnia 

znajdują się tam tunele i szybiki poszukiwawcze wycięte w skale. 

Być   może   hitlerowcy   szukali   w   Tarach   nie   tyle   rud   uranu,   ile... 

wejścia do podziemnego państwa Agharti? - tak jak to miało miejsce 

w   rejonie   Aggtelek   na   Węgrzech   i   w   Słowackim   Krasie?   O   tym 

jeszcze powiemy w innym miejscu.

Co do Gór Świętokrzyskich, to wiadomo, że rudy uranowo-torowe 

z domieszkami hematytu, syderytu i pirytu znajdują się w Rudkach 

k./Nowej   Słupii,   Daleszycach   i   Bodzentyna   -   jak   dowodzi   tego 

materiał   statystyczny   zebrany   przez   świetnie   zapowiadającego   się 

małopolskiego ufologa Bartosza Soczówkę z MKM UFO “Spodek" w 

Miechowie, właśnie w tym mieście i jego okolicach często obserwuje 

się   NOLe.   W   pozostałych   też.   A   to   potwierdza   fakt   monitoringu 

naszych   złóż   uranowo-torowych   przez   Obcych...   Niemcy   także 

musieli wiedzieć o tych złożach (małych, bo małych, ale zawsze) i 

mając nadzieję na więcej już umieścili kompleks przetwórczy rud 

uranowo-torowych   w   okolicach   Spały-Konewki   i   Jelenia.   O   tym 

jeszcze powiemy później.

To byłoby na tyle, co do niemieckiej działalności w czasie II wojny 

światowej   na   Podhalu,   Podtatrzu   i   w   Tatrach.   Pozostał   jeszcze 

Beskid Mały - w Beskidzie Małym znajdują się także niewielkie złoża 

żelaza   w   postaci   syderytu   i   limonitu   w   okolicach   Łamanej   Skały 

(Madohory) a w Krzeszowie wytapiano rudę. Niemcy mieli nadzieję, 

że   tam   także   -   jak   i   w   Górach   Świętokrzyskich   -   będą   złoża   rud 

uranowo-torowych. Niestety, zawiedli się, bowiem Beskid Mały jest 

młody - trzeciorzędowy, zaś Góry Świętokrzyskie liczą sobie ponad 

background image

700 min lat. Złoża uranu nie byłyby w stanie się utworzyć... Ale i tu 

hitlerowcy przygotowywali grunt do wydobycia. Wysiedlano ludzi, 

oczyszczano   teren   i   przygotowywano   przedpole...   Wszystko   pod 

płaszczykiem   akcji   wymierzonej   w   partyzantkę   AK.   Beskid   Mały 

znajdował się na pograniczu Rzeszy i Generalnego Gubernatorstwa. 

Ala ten fakt nie tłumaczy tak krwawych akcji pacyfikacyjnych - w 

tym  jest jeszcze drugie  dno... Nie bez kozery  jest fakt, że Beskid 

Mały leży niedaleko od wsi Grzechynia k./Makowa Podhalańskiego. 

Nie dysponujemy kompletnymi informacjami, bo jest coraz mniej 

świadków   tych   wojennych   wydarzeń.   Ludzie   umierają   i   nie 

pozostawiają swych wspomnień, no - może czasami powiedzą coś 

swym dzieciom i wnukom - tych zaś, niestety, historie sprzed lat 

wcale nie interesują.

Dlatego też nie ma się czemu dziwić, że w ciężkich czasach historii 

kraju,   kiedy   to   żołnierze   AK   byli   prześladowani   przez 

komunistyczny aparat władzy przy pomocy sowieckich doradców z 

NKWD,   NKGB   czy   KGB,   wszelkie   informacje   o   faszystowskich 

poszukiwaniach   surowców   zatraciły   się   w   przepaści   czasu. 

Obawiamy się, że już nigdy nie dowiemy się, co się działo w czasach 

II   wojny   światowej   w   Beskidach,   Tatrach   czy   Górach 

Świętokrzyskich.   Informacje   te   -jak   grudki   złota   wyłuskujemy   z 

relacji żołnierzy Armii Krajowej (batalion “Harnasie"), operujących 

na terenie Beskidów. .

O   kompleksach   bunkrów   Spała-Konewka-Jeleń   obszernie 

wypowiadał się red. Bogusław Wołoszański w programach z cyklu 

“Sensacje XX wieku" i “Encyklopedia II wojny światowej". To, co 

pokazał   w   materiale   filmowym   red.   Wołoszański,   to   ogromne 

background image

bunkry przypominające Wolfschanze - “Wilczy Szaniec" Fuhrera.

Między   innymi   padł   domysł,   że   w   Spale-Konewce   i   Jeleniu 

wzniesiono kompleks kwatery Hitlera przed inwazją na ZSRR, czyli 

przed 22 czerwca 1941 r. Tych “wilczych szańców" było w Polsce - 

jak na nasz gust - nieco za  dużo... Oczywiście koło Kętrzyna i w 

kierunku na Węgorzewo i Ełk wybudowano pomniejsze “szańce" Hla 

Himnilera, Goringa i innych hitlerowskich bonzów III Rzeszy, tak 

więc nie można mówić tylko o Kętrzynie jako o kwaterze Hitlera, ale 

o całym kompleksie kwater  głównych OKH, OKL czy SS i Policji 

rozciągającym się od Kętrzyna po Węgorzewo i Ełk. Obecnie każda 

miejscowość,   w   której   znajdują   się   poniemieckie   bunkry   pragnie 

widzieć   w   nich   kwaterę   Hitlera   -   i   tych   kwater   jest   obecnie   co 

najmniej   15!   Za   dużo   -   odpada...   Jedna   kwatera   Hitlera   koło 

Kętrzyna całkowicie wystarczyła i nie trzeba było budować następnej 

kwatery   przesuniętej   tylko   o   1°   długości   geograficznej,   co   przy 

przesuwających się frontach nie ma żadnego znaczenia...

Tą argumentacje przedstawiliśmy w 1997 r. red. Wołoszańskiemu 

z dopiskiem, że budowle Spały-Konewki-Jelenia przypominają dość 

dokładnie bunkry Gór Sowich, a te ostatnie także budowle z Los 

Alamos czy Alamogordo. Czy trzeba było coś więcej dodawać?

Nasze   uwagi   oparliśmy   przede   wszystkim   na   informacjach   o 

rafinacji i wzbogacaniu rud uranu. Dlaczego? Dlatego, że:

56.

Cała   budowla   -   a   raczej   kompleks   budowli   -   składa   się   z 

potężnych,   żelazobetonowych   konstrukcji,   których   grubość 

wynosi ponad 2 m, i to tam, gdzie nie groziło bombardowanie 

czy silny ostrzał artyleryjski.

background image

57.

Wszystkie   drzwi   były   zrobione   ze   stali,   czy   nawet   z   ołowiu 

oprawionego   w   stal.   Były   one   wodo-   i   gazoszczelne.   Niestety, 

niczego   więcej   nie   można   powiedzieć,   bowiem   zostały   one 

wywiezione do ZSRR. Wnioski można było jednak wyciągnąć na 

podstawie masywności zawiasów i obrzeży framug.

58.

Jak   to   widzieliśmy   na   filmie   red.   Wołoszańskiego,   cały 

kompleks był zalany wodą. A to oznacza, że woda musiała służyć 

do celów przemysłowych. Czyżby nie szło tu o rafinerię “ciężkiej 

wody" albo zakład flotacji?

Za hipotezą o zakładzie flotacyjnym przemawia fakt, że zakład ten 

umiejscowiono   w   dorzeczu   Pilicy   i   niedaleko   od   potencjalnych 

kopalni uranu w Górach Świętokrzyskich. Skąd to wszystko wiemy? 

Odpowiedzi   na   te   pytania   udzieliła   nam   prof.   dr   Zofia   Kielan-

Jaworowska, która w swej książce pt. “Przygody w skamieniałym 

świecie" podaje następującą informację:

“Na   przełomie   XIX   i   XX   wieku,   w   Górach   Świętokrzyskich 

pracowali   dwaj   geologowie   obcego   pochodzenia:   Niemiec   - 

profesor   Uniwersytetu   Wrocławskiego   dr   Georg   Gurlich   i 

Rosjanin - Dymitrij Soboljew, zatrudniony wtedy na Politechnice 

Warszawskiej."

Nie trzeba zatem dalszych wyjaśnień, co do tego, skąd Niemcy i 

Rosjanie wiedzieli o uranie w Górach Świętokrzyskich?...

Zasoby   uranu,   podobno   niskoprocentowej   rudy   -   jak   podają 

specjaliści   -   znajdują   się   w   Górach   Świętokrzyskich   jak   już 

wymieniliśmy   w   okolicach   Rudek,   Miedzianej   Góry,   Miedzianki, 

Daleszyc, Bodzentyna i Winnego. Ciekawą rzeczą jest to że jest to 

background image

autunit - Ca(UO

2

P0

4

)

2

. 8-10 H

2

0 i torbenit - Cu(U0

2

P0

4

)

2

. 8-10 H

2

0 - 

które są bardzo silnie radioaktywne - autunit niemal tak samo, jak 

uranit - U0

2

 i U0

3

 - zaś torbenit zaledwie trzykrotnie mniej! Czyli te 

złoża nie są tak ubogie, jak to przedstawiano w oficjalnej polskiej 

prasie   popularnonaukowej?!...   Oczywiście   hitlerowcy   wiedzieli   o 

tych   złożach   i   zamierzali   je   wykorzystać   do   własnych   celów. 

Zamierzali je wykorzystać, ale na drodze stała im polska - bardzo 

silna   -   partyzantka,   która   dawała   się   im   solidnie   we   znaki. 

Lokalizacja   tego   strategicznie   ważnego   zakładu   jest   uzasadniona 

także i z tego względu - bowiem znajduje się on poza strefą działania 

partyzantki z Gór Świętokrzyskich!!!

Ta   hipoteza   ma   swą   słabą   stronę,   ale   o   tym   później.   Jak   było 

naprawdę,   to   nie   dowiemy   się   nigdy,   bo   wszystko,   co   się   dało 

rozebrać i wywieść zostało rozebrane i wywiezione do Sowietów w 

latach 1945 - 1950. W tym przypadku możemy tylko powiedzieć coś 

na podstawie aktywności sowieckiego wywiadu wojskowego GRU i 

jego odgałęzienia wspólnego z KGB - GKNIIR (Gławnowo Komitieta 

Naucznoj   i   Issliedowatielnoj   Razwietki   -   Głównego   Komitetu   d/s 

Wywiadu   Naukowo-Technicznego),   które   musiało   kierować   całą 

operacją wywozu, Skąd GRU wiedziało, że tam właśnie znajduje się 

coś   ciekawego?   A   z   “braterskiego"   okresu   współpracy   pomiędzy 

RSHA   i   NKWD   w   latach   1939-41   w   ramach   paktu   Hitler-Stalin 

(mylnie nazywanym paktem Ribbentrop - Mołotow) i z prac prof. 

Soboljewa.   Posiadając   jeszcze   informacje   z   rezydentur   w   USA   i 

Wielkiej Brytanii oraz innych krajów, szefowie GRU - a konkretnie 

gen. Golikow - mieli dokładny obraz tego, co się działo na terenach 

background image

zajętych przez Rzeszę. A także o tym, co się działo po drugiej stronie 

Atlantyku...   Dzięki   temu   Sowieci   w   Agudzerze   mogli   niemal 

natychmiast postawić na nogi swój instytut atomowy, a w cztery lata 

po USA zdetonować swą bombę A.

Po   tym   wydarzeniu,   konstrukcja   i   odpalenie   bomby 

termojądrowej czyli H, było jedynie kwestią czasu. W momencie, 

kiedy   Amerykanie   odpalali   na   Eniwetok   swe   “urządzenie 

termonukleame" o zawrotnej masie 60 ton, Sowieci dysponowali już 

normalną bombą H, którą można było zrzucić na cel z samolotu, 

bądź   przenieść   przy   pomocy   rakiety...   Czyli   inaczej,   niż   to 

przedstawiała peerelowska propaganda.

Polscy badacze: Juliusz Szymański, Mariusz K. Sawicki i Krzysztof 

Pietrzak   w   swej   pracy   pt.   “Niemieckie   stanowisko   dowodzenia 

Jeleń-Konewka", którą poznaliśmy dzięki uprzejmości mgr Siorka, 

twierdzą   -   że   baza   ta   była   de   facto   stanowiskiem   dowodzenia. 

Punktem   wyjścia   tego   twierdzenia   było   to,   że   Niemcy   posiadali 

więcej takich stanowisk dowodzenia: Kętrzyn, Stepina, Strzyżowo, 

Spała-Konew-Jeleń...   -   co   miało   wynikać   z   obsesji   Hitlera   o   swe 

bezpieczeństwo, m.in. spowodowało to, że nie latał on samolotami i 

z niechęcią podróżował pancernymi autami i pociągami. Pociągi te 

oczywiście istniały, były to sztabowe jednostki: Amerika" (Hitler), 

“Asien" (Góring), “Afrika" (Keitel), “Befehlzug" (Himmler) " także 

“Heinrich", “Westfalen" (Ribbentrop) i “Atlas" (Oberkommando der 

Wehrmacht - OKW). Budowę tego kompleksu rozpoczęto w 1940 r., 

mimo,   że   był   już   postawiony   jeden   bunkier   “kolejowy"   - 

przystosowany   do   przyjmowania   pociągów   pancernych 

hitlerowskich   bonzów.   Podobnie   było   w   Jeleniu.   Na   podstawie 

background image

egzystencji   bunkrów   kolejowych,   wymienieni   powyżej   Autorzy 

doszli do wniosku, że tam właśnie naziści dokowali swe pociągi, przy 

czym   pominęli   milczeniem   fakt,   że   pociągi   te   załadowywano   i 

rozładowywano. Musiało być to “coś" wyjątkowo niebezpiecznego, a 

to dlatego, że środki bezpieczeństwa można porównać tylko z tymi, 

jakie znajdowały się w “Der Riese". Ba! - i tu także znajdowały się 

rezerwy   wody.   Wydaje   się   być   możliwe,   że   tutaj   także   mógł   być 

wybudowany hitlerowski reaktor jądrowy. Świadczy o tym m.in. to, 

że   znaleziono   tam   fragmenty   rurek,   które   mogły   służyć   za 

wymienniki ciepła do pierwotnego i wtórnego chłodzenia reaktora... 

Jak to naprawdę wyglądało, możemy sobie tylko wyobrazić, bowiem 

zostało to wszystko wywiezione do ZSRR. A to, co zostało, wcale nie 

musi świadczyć o tym, że były to zakłady czy montownie silników 

lotniczych   BMW,   Askania   czy   IG   Farben.   Zachowane   resztki 

armatur wodnych i inne urządzenia hydrotechniczne... - przecież to 

dokładnie to samo co w kompleksie “Der Riese"! Autorzy podają 

wielce interesujący fakt że konstrukcje betonowe były grube na 2,5 

m - po co?!

Zagadek jest naprawdę dosyć, a wydaje się, że nie ma im końca. 

Obawiamy   się,   że   eksploratorzy   z   wrocławskiego   “Exploratora"   i 

łódzkiego   “Labiryntu"   nie   ustalą   przeznaczenia   tych   budowli,   nie 

mówiąc o dotarciu do ich dna. A przecież są one jedynie ogniwem w 

ogromnym   łańcuchu   takich   budowli,   które   powstały   w   czasie   II 

wojny   światowej.   Jak   widzimy,   poza   straszliwym   konfliktem   tej 

wojny, przebiegał jeszcze krwawszy konflikt służb “cichego frontu". 

Tę rundę wygrali Sowieci, którzy wywieźli wszystkie tajemnice do 

siebie  tylko po   to,  by   wykorzystać  je  do  dalszej   wojny   z wolnym 

background image

światem i stworzenia Światowej Republiki Rad!

I na zakończenie jeszcze a propos Tatr. Nasuwa się pytanie, czy 

hitlerowcy   w   Tatrach   nie   szukali   także...   Księżycowej   Jaskini   - 

artefaktu   po   poprzedniej   Super-cywilizacji,   o   której   od   dawien 

dawna   wiedzieli   słowaccy   górale?   Hitler   wiedział   o   istnieniu 

podziemnego państwa Agharti, o której pisał w swym czasie polski 

pisarz, obieżyświat i awanturnik - Antoni Ferdynand Ossendowski. 

Hitler musiał znać jego książkę “Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" i 

dlatego chciał znaleźć wejście do tego podziemnego świata. Wejście 

do tego świata mogłoby znajdować się w Tatrach, ale nie Bielskich, a 

w   Zachodnich   -   w   gmachu   skalnym   Czerwonych   Wierchów.   W 

ramach   PROJEKTU   TATRY   wykazano,   że   właśnie   tam   dzieją   się 

dziwne   rzeczy-znikają   ludzie,   umierają   ludzie   z   nieznanych 

przyczyn, a nad skałami ukazują się NOLe... Kiedy połączymy prostą 

linią   Czerwone  Wierchy   z  kompleksem   jaskiń   Domicą-   Baradla   - 

gdzie Hitler kazał swym speleologom szukać wejścia do Agharti, i 

przeciągniemy linię w drugą stronę, to linia ta przetnie płd. - zach. 

stok   Babiej   Góry   gdzie   ponoć   ma   znajdować   się   tunel 

wzmiankowany przez prof. dr inż. Jana Pająka, w którym miały się 

poruszać   pojazdy   jakiejś   podziemnej   cywilizacji.   Przedłużenie   tej 

linii   dalej,   ku   pn.   zach.   wiedzie   nas   w   pobliże   Łamanej   Skały   w 

Beskidzie Małym... Ale o tym już w następnym rozdziale.

background image

ROZDZIAŁ 10

ZAKAZANA STREFA GRZECHYNI

Grzechynia:  hitlerowski  “Dreamland"?  -  Dobrze  strzeżony 

obszar wytwórczy - “Der Riese" i Grzechynia - analogie nie 

są przypadkowe -Amerykańskie bombowce nad Tatrami - 

Księżycowa  Jaskinia  a NKWD -  Ostatni  rozkaz dla  załogi 

dyskoplanu: “Uciekać"!

Kiedy   kompletowaliśmy   materiały   do   tekstu   o   Spale-Konewce-

Jeleniu,   postawiliśmy   przy   tym   pytanie,   dlaczego   te   obiekty   były 

chronione   przy   pomocy   formacji   Freiwillingen   Verbande   i   SS-

Hilfswillige (Hiwi)? Przecież nie chodziło tutaj tylko o Niemców, a 

także   Ukraińców,   Rosjan,   Azerów,   Gruzinów,   Turkmenów, 

Kozaków, i in. ludzi z ziem zajętych przez III Rzeszę. Jak się wydaje, 

odpowiedź   jest   niezbyt   skomplikowana:   po   1943   r.   i   klęsce 

stalingradzkiej, oddziały te wysyłano głównie na front wschodni i do 

pacyfikacji (w 1944 r.) Powstania Warszawskiego. Przeto nie istniał 

problem, jak najlepiej zabezpieczyć tajemnicę z którą ci ludzie się 

zetknęli (czytaj: fizycznej likwidacji tych ludzi), bo to zabezpieczali 

doskonale   czerwonoarmiejcy,   enkawudziści   i   funkcjonariusze 

SMIERSZ-u,   którzy   nie   mieli   litości   dla   członków   FV   czy   Hiwi. 

Także dla członków RONA - Russkaja Oswoboditielskaja Narodnaja 

Armia - generała Własowa. Ci ludzie uznani przez czerwony terror 

za zdrajców, nie mieli zbyt wielkich szans na przeżycie w brunatnym 

terrorze   i   byli   od   początku   spisani   na   straty   -   posyłano   ich   na 

background image

najgorsze odcinki frontu, gdzie mieli zerowe szanse przeżycia... Tak 

też było w 99,9% przypadków. Być może stało się i tak, że komuś 

udało się uniknąć Armii Czerwonej, ale wpadał w łapy NKWD czy 

GRU, którzy wyciskali z niego informacje, jak sok z cytryny, a potem 

przekazywali go katom ze SMIERZ-u. Ci nie bawili się za długo - 

ustalali stopień winy wobec ludu pracującego i tow. Stalina, a potem 

kula   w   kark   i   po   zabawie.   Krótko   i   po   stalinowsku...   I   tak   było 

wszędzie.   W  ten   sposób   w  białych  rękawiczkach  niejako,  Niemcy 

rozwiązali   dwa   podstawowe   problemy:   co   zrobić   z   Hiwi   i   jak 

utrzymać tajemnicę swych poczynań...

Kompleksy   zaangażowane   w   produkcję   i   badania   broni   V   były 

strzeżone najpierw przez formacje SS, potem Wehrmacht i wreszcie 

Hiwisów, czyli jednostki pomocnicze SS i policji.

Coś   takiego   właśnie   miało   miejsce   przy   budowie   bunkrów   w 

Grzechyni - małej wioski położonej w Paśmie Jałowieckim Beskidu 

Wysokiego,   pomiędzy   Ostroszem   a   Pasmem   Jałowca,   w   dolince 

potoku Grzechynka, 4 km od Makowa Podhalańskiego na zachód od 

niego.

O   tych   bunkrach   krążyły   legendy   wśród   młodzieży   szkolnej   i 

harcerzy   z   powiatu   Sucha   Beskidzka.   Robert   K.   Leśniakiewicz 

usłyszał o nich po raz pierwszy w 1967 r. od druhów, harcerzy z 

Makowa   Podhalańskiego,   z   którymi   był   na   obozie   harcerskim   w 

Rowach na Pomorzu Środkowym. Potem słyszał o nich na wczasach 

zimowych w DWDz. w Sidzinie, też od kolegów z Makowa Pdhl. i 

Suchej Beskidzkiej. A wreszcie usłyszeliśmy o nich po raz ostatni od 

nieżyjącego już mieszkańca Suchej Besk. - Józefa Mędrali, którego 

Niemcy zatrudnili przy budowie tych bunkrów i innych umocnień w 

background image

latach 1943 - 1945.

W lipcu 1994 r. ekipa JORDANOL-a w składzie Anna Jeleńska i 

Robert K. Leśniakiewicz, udała się do Grzechyni na rekonesans, by 

zbadać te relacje in situ. Zgodnie z informacjami Józefa Mędrali - 

znaleziono  na  wpół   zasypany  rów  przeciwczołgowy  -   którym   dziś 

cieknie niewielki potoczek zasilający rzekę Skawę.

W samej wsi, nieopodal kościółka (a właściwie kaplicy) pomiędzy 

nim a dnem doliny znajduje się żelbetonowa kopułka pancerna z 

zasypanym wejściem i jedną strzelnicą dla kaemu. Pole jej ostrzału 

pokrywało   dolinę   Grzechyni   i   było   zgrane   z   polem   ostrzału 

identycznego bunkra stojącego na Głowiczówkach.

Mieszkańcy Grzechyni wskazywali lokalizację  dalszych bunkrów 

na stokach Ostrej Góry od strony Makowa Pdhl, Suchej Besk. na 

stoku   Koziejówki   od   strony   Makowa   Pdhl.   Po   wojnie,   te   bunkry 

zdemolowano   i   zostały   zamienione   na   składy   ziemniaków   czy 

fundamenty domów...

Rozstawienie   tych   bunkrów   było   bez   sensu,   gdyż   nie   mogło 

zaszkodzić zbytnio oddziałom Armii Czerwonej, która maszerowała 

z Makowa Podhalańskiego do Suchej Beskidzkiej i dalej do Żywca, 

ani sile żywej, ani tym bardziej czołgom i działom samobieżnym - od 

których odległość wynosiła około 4 km. Nawet ogień z najcięższych 

karabinów   maszynowych   nie   byłby   zbytnio   szkodliwy... 

Wyglądałoby zatem na to, że owe bunkry miały bronić czegoś, co 

było położone na zachód od Grzechyni, ale co to było? Bunkry te są 

wyraźnie strażniczymi umocnieniami, nie potężnymi konstrukcjami 

obronnymi. W każdym z nich mogło być 2 - co najwyżej 3 żołnierzy z 

kaemem. Nie było tam miejsca dla artylerii. Zgodnie z założeniami 

background image

Sowieci   pomaszerowali   w   kierunkuSuchej   Beskidzkiej   i...   tu 

następuje   coś   dziwnego,   bo   zbaczają   z   trasy   pochodu   i   z 

niesamowitym   uporem   atakują   bunkry   Grzechyni!   Oczywiście 

złamali opór obrońców za cenę ogromnych strat w ludziach. I znów 

zadajemy pytanie: DLACZEGO? Ani Józef Mędrala, ani mieszkańcy 

Kowalówki nie potrafili nam na to odpowiedzieć...

Józef Mędrala opowiedział nam, że bunkry te były budowane w 

1943 r. (znów 1943 r!! ). Na początku pracowali tam Polacy, potem 

zostali   przygnani   tam   Rosjanie,   Ukraińcy   i   Włosi   (od   marszałka 

Badoglio).   Ciekawym   jest   to,   że   prace   przebiegały   tam   aż   do 

przełomu   stycznia   i   lutego   1945   r.   -   do   ostatniej   chwili   przed 

wkroczeniem Rosjan. Tak, jak w “Der Riese"!...

Nie jest nam znane, czy po wojnie bunkry te zajęło GRU, NKWD 

czy ich polski odpowiednik - komunistyczne UBR. Podobno część z 

nich   została   wysadzona   powietrze   przez   wojsko.   Istnieje   wiele 

punktów   wspólnych,   co   do   podobieństw   między   bunkrami 

Grzechyni   a   “Der   Riese".   W   świetle   tego,   co   powiedzieli   nam 

świadkowie, wynika że:

59.

Obie te budowy były stawiane na terenach górskich.

60.

Obie   te   budowy   były   wykonywane   przez   więźniów   obozów 

koncentracyjnych   i   jeńców   wojennych   oraz   robotników 

przymusowych.

61.

Pracowali tam niemieccy i włoscy inżynierowie.

62.

Teren   był   zabezpieczany   przez   jednostki   Waffen-SS,   potem 

żołnierze Wehrmachtu i Hiwisi.

background image

63.

Obydwie budowy zlokalizowano na drugorzędnych kierunkach 

strategicznych,   nie   leżących   na   kierunkach   ataku   wojsk 

sowieckich.

64.

Obydwie   budowy   znajdowały   się   w   pobliżu   węzłów 

komunikacyjnych.

65.

Obydwie   budowy   leżały   w   pobliżu   centrów   naukowo-

badawczych: Krakowa, Wrocławia, Pragi Czeskiej.

66.

W ich bliskości testowano bronie V.

67.

W ich bliskości znajdowały się zasoby rud uranowo-torowych 

lub takowych poszukiwano!

Jak   widać   -   podobieństw   jest   sporo.   Do   tego   trzeba   jeszcze 

Czytelnikowi wiedzieć, że w pobliżu Grzechyni też dokonywano prób 

z broniami V!

W lecie 1994 r. wpadła nam w ręce broszura reklamowa “Nowy 

Informator Zakopanego", w której opublikowano informacje, które 

nas wielce zainteresowały.

Znany zakopiański przewodnik tatrzański Piotr Konopka znalazł 

na obszarze Wierchu pod Fajką jakieś dziwne, metalowe przedmioty 

- okazało się, że są to odłamki amerykańskich bomb z przed 50 lat! 

Świadkiem   tego   wydarzenia   był   Jan   Krupski,   który   reporterom 

opowiedział, co następuje:

“16   września   1944   r.   Wraz   z   Eugeniuszem   Bergierem 

znajdowaliśmy się w okolicy Zmarzłej Przełęczy i zaobserwowaliśmy 

przelot około 50 amerykańskich bombowców nad Tatrami. Jeden z 

nich był najwyraźniej uszkodzony i zrzucił swój ładunek. Detonacja 

była ogłuszająca, chociaż znajdowaliśmy się co najmniej kilometr od 

background image

miejsca   wybuchu.   Uszkodzony   samolot   wylądował   w   Borach 

k./Czarnego Dunajca, a amerykańscy lotnicy trafili do hitlerowskiej 

niewoli. Przy okazji chciałbym przypomnieć wydarzenia z jesieni 

1944r., kiedy to Niemcy eksperymentowali z nowymi działami i 

strzelali z przełączy Krowiarki (przełącz pomiędzy Babią Górą a 

Policami) spod Babiej Góry w kierunku Tatr, w linii prostej 45 km. 

Te   strzelania   spowodowały   w   Tatrach   wiele   szkód-   ucierpiały 

m.in. Kozi Wierch, Kościelec i Koszysta. "

Znalezione   odłamki   z   okolicy   Wierchu   pod   Fajką   można   sobie 

obejrzeć w Centrum Przewodników Tatrzańskich w Zakopanem, na 

ulicy Chałubińskiego 44, przy rondzie. Natomiast z tego wszystkiego 

najciekawszą   jest   informacja   Jana   Krupskiego   o   hitlerowskich 

próbach   z   dalekosiężnymi   działami,   świadek   w   rozmowie   z   nami 

potwierdził   wypowiedź   zamieszczoną   w   NIZ   i   dodał,   że   Niemcy 

wystrzelili   w   stronę   Tatr   kilkadziesiąt   pocisków.   Podobne 

informacje   uzyskał   swego   czasu   oficer   Straży   Granicznej   Jerzy 

Archacki z Zakopanego, który przedtem służył w Lipnicy Wielkiej na 

Orawie. Według niego, tamtejsi ludzie wspominają, jak to jesienią 

1944 r. hitlerowcy strzelali z ciężkich dział (na oko ponad 200, a co 

najmniej 400 mm) z Krowiarek w Tatry. Efektów strzelań nie było 

widać, ale huk wystrzałów był tak silny, że fale uderzeniowe wybijały 

okna, chwiały się kominy i falowały dachy domów i słychać było 

wycie lecących pocisków. Krowiarki od zabudowań Lipnicy oddziela 

dystans 5 km...

A zatem istnieje związek pomiędzy broniami V i Krowiarkami a 

Grzechynią, które leżą 15 km od siebie. Rozwiązanie tego  rebusu 

może   być   całkiem   proste   -   Niemcy  mieli   tam   całe   narzędziowe   i 

background image

paliwowe   zaplecze   do   eksperymentów   z   ciężkimi   działami   na 

Krowiarkach. Wniosek całkiem logiczny, ale już pierwszy rzut oka 

na   mapę   wskazuje   na   nonsens   takiego   rozumowania.   Pomiędzy 

Grzechynią   a   Krowiarkami   istnieje   jedynie   jedna   droga,   która 

zasługuje na takie miano... i to nie bardzo, bowiem w czasie wojny 

była to zwykła gruntówka, którą mógłby od biedy przejechać wóz z 

sianem czy ziemniakami, ale nie ciężkie ciężarówki czy platformy z 

działami... Zresztą istniał lepszy dojazd z Zawoi...

A zatem o co tu chodzi?

Przypuszczamy, że w Grzechyni znajdowało się być może jakieś 

lotnisko dla V-7 j - i istnieją na to wskazówki w postaci informacji o 

niezwykłych   latających   dyskach   widzianych   po   słowackiej   strony 

granicy.   Ale   o   tym   później.   Poligony   artyleryjskie   i   ekipy   je 

obsługujące   musiały   się   znajdować   w   Lipnicy   Wielkiej   i   Zawoi, 

natomiast w Grzechyni musiało być coś innego - może lotnisko dla 

tajnych samolotów szpiegowskich czy coś jeszcze innego...

Kto wie, czy z zagadką Grzechyni nie jest związana jeszcze inna 

zagadka   -  zagadka   tunelu wypalonego  w  masywie  Babiej   Góry,  a 

dokładniej   w   jej   szczytowej   kopule   Diablaka.   Ta   informacja   jest 

jeszcze bardziej dziwna, bo przed i w czasie wojny, na południowym 

stoku Babiej znajdowało się górskie schronisko, o którym się pisze, 

że zostało spalone w czasie wojny. Oczywiście przez Niemców - a 

juści! Ale  żeby   być  ścisłym, to  schronisko  zostało  spalone  już po 

wojnie, w 1947 r. I to przez zamieszkujących tam żołnierzy Armii 

Czerwonej   -   którzy,   żeby   było   ciekawiej,   podawali   się   za 

artylerzystów   dokonujących...   pomiarów   meteorologicznych   dla 

lotnictwa! Ciekawe - nieprawdaż?

background image

Dlaczego?

Czy   było   tam   coś,   czego   nie   mogły   ujrzeć   oczy 

niewtajemniczonych?   Czy   był   to   nieszczęśliwy   wypadek,   czy 

zamierzone podpalenie? Na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi. A 

my   pytamy   dalej:   Co   ci   sowieccy   “meteorologowie"   robili   na 

Diablaku?   Jakiego   rodzaju   pomiary   tam   przeprowadzali?   Czego 

szukali?   Księżycowej   Jaskini   czy   Tunelu   prof.   Pająka?   A   może 

prototypu   V-7?   Istnieje   możliwość,   że   NKWD   coś   wiedziało   o 

podziemnym   tunelu   w   stoku   Babiej   i   celowo   wysłało   tam   swych 

ludzi w celu przechwycenia nazistowskich zbrodniarzy wojennych. 

W   tym   czasie   istniała   i   działała   ODESSA   i   przemycała   ona 

hitlerowców do Ameryki Łacińskiej. Kto wie, czy SS nie chciało użyć 

tego kanału do ucieczki z sowieckiej Zony - gdziekolwiek, byle dalej 

od   czerwonych,   którzy   się   z   nimi   nie   patyczkowali.   No,   nie   ze 

wszystkimi, bo ci - którzy mieli dostęp do technicznych tajemnic III 

Rzeszy,   lądowali   w   Gorkich,   Agudzerze   czy   innych   “atomowych 

miastach" Związku Sowieckiego. Zatem brzmi to wszystko całkiem 

prawdopodobnie   -   możliwe,   że   na   rozkaz   z   Łubianki   czekiści   z 

NKWD   obsadzili   schronisko   na   Diablaku,   odnaleźli   wejście   do 

Tunelu w Babiej Górze i zawalili jego wejście wybuchem materiałów 

wybuchowych,   po   czym   spokojnie   wrócili   do   ZSRR,   gdzie   ich 

rozwalono,   by   nie   było   zbędnych   świadków   i   nie   mogli   nikomu 

wskazać potencjalnej drogi ucieczki z komunistycznego raju...

Ten scenariusz jest bardzo prawdopodobny, jako że musimy wziąć 

pod   uwagę   to,   iż   sam   Hitler   i   jego   esesowska   świta   fanatycznie 

wierzyli   w   okultyzm,   astrologię   i   czarną   magię...   Także   mogli 

wierzyć   w   istnienie   podziemnych   tuneli   w   Babiej   Górze.   [Jest 

background image

faktem,   że   paranaukowa   organizacja   SS   -   Deutsches   Ahnenerbe, 

miała wyłączność na badania jaskiń i była to bodaj jedyna dziedzina 

objęta takim monopolem  - przypis wydawcy]. Zaś NKWD i GRU 

doskonałe   wiedziało   o   tym,   że   oni   wiedzą   i   dołożyły   starań,   by 

zlokalizować   wyloty   tych   tuneli   i   skutecznie   zablokować 

nazistowskim bonzom drogi ucieczki. W takim ujęciu, Grzechynia 

staje się idealnym dworcem lotniczym dla dyskoplanów V-7, które 

mogły   lądować   na   terenach   małych,   do   kilku   arów   płaskiej 

powierzchni. Popuśćmy wodze fantazji:

Jest   ciemna   noc,   rozświetlona   jedynie   migotaniem   gwiazd   na 

niebie.   Gdzieś   na   północy   i   zachodzie   słychać   kanonadę   artylerii 

sowieckiej i polskiej, ale w górach jest cicho. Naraz z nocnego nieba 

spuszcza się na ziemię ciemny kształt w kształcie talerza i ląduje 

tam,   gdzie   znajdują   się   poletka   w   górnej   części   wsi   Grzechynia. 

Talerz wylądował i wyskakują z niego ciemne sylwetki ludzkie. To są 

faszystowscy Gauleiterzy i esesmani uciekający z miast otoczonych 

przez Armię Czerwoną i ludowe Wojsko Polskie. Tajny helikopter V-

7/Vril-Haunebu załadowano nocą i przyleciał tutaj pod jej osłoną do 

małej   beskidzkiej   wsi   zapomnianej   przez   Boga   i   ludzi.   Dalej 

wydarzenia   nabierają   tempa   -   pasażerowie   szybko   pną   się   po 

krętych błotnisto-kamienistych dróżkach szlaku nr 216 (znaki żółte) 

wiodącego na Jałowiec, potem wchodzą na zielony szlak nr 180/186 

(wg przewodnika Wł. Krygowskiego -“Beskidy" t.l. Warszawa 1976) 

wiodący na Diablaka. Ze szczytu schodzą na południowy stok Babiej 

i po przejściu około pół kilometra wchodzą do tunelu, który - jak się 

im wydaje - wyprowadzi ich ku wolności... Coś takiego się mogło 

narodzić   w   mózgach   mistycznie   wytresowanych   fanatyków   i 

background image

wyznawców   Eckhardta,   czy   innego   ideologa   nazizmu!   Jak   już 

nadmieniliśmy - NKWD o tym wiedziało i załoga “meteorologów-

artylerzystów" (sic!) nie była niczym innym, jak ekipą SMIERSZ-u 

mającą za zadanie zatrzymać grupki uciekinierów i zlikwidować ich 

kryjówki. Wygląda więc na to, że wejście do Tunelu prof. Pająka jest 

dziś zawalone tysiącami ton kamieni i skał.

Nie wiemy,  ile jeszcze takich zagadek skrywa pokrętna historia 

najstraszliwszego   konfliktu,   ale   chcemy   się   jeszcze   podzielić   z 

Czytelnikami  w  następnym  rozdziale  informacją, która  w  naszym 

dossier znajduje się na fiszce “Japoński i arktyczny ślad".

background image

ROZDZIAŁ 11

U-BOOTY W “KRAINIE CUDÓW

Ostatni   U-Boot   wychodzi   na   ocean   -   WUNDERLAND: 

Kraina Cudów - Wielką Północną Drogą Morską do Japonii? 

-   Kto   zaopatrywał   antarktyczne   bazy   nazistów?   - 

Ufokatastrofa na Szpicbergenie - Atomowe popioły Nowej 

Ziemi.

Pierwszy   ślad   -   ten   japoński   -   przyszedł   nam   do   głowy   po 

obejrzeniu dokumentalnego filmu Franka Beyera i Knuta Bosera w 

koprodukcji   niemiecko-polsko-australijsko-japońskiej   (sic!)   pt. 

“Ostatni U-Boot" z roku 1993. Jego akcja zaczyna się 15 kwietnia 

1945 r. i kończy się koło 10 maja tegoż roku.

Na pokład okrętu podwodnego U-835 (czy coś podobnego - to w 

końcu   nie   jest   ważne)  okrętują   się  ważni   faszystowscy   bonzowie: 

niejaki dr Rohner, fanatyczny enesdeapowiec sędzia Beck, generał 

Mallenberg - ale najcenniejszym ładunkiem są dwie tony uranu - 

surowca potrzebnego do produkcji paliwa jądrowego. Eskortują ten 

ładunek (poza 2 tonami uranu są tam także plany broni VI) dwaj 

oficerowie Cesarskiej Floty -komandor Kimura i komandor Tatsumi. 

Niemiecki   dowódca   U-Boota   Korwettenkapitan   Gerber   dostaje 

rozkaz   przepłynięcia   swym   okrętem   typu   XXVIa   z   maksymalną 

prędkością   do   Japonii.   Tak   to   trochę   przypomina   “Inkarnację" 

Leonarda   i   podobnie   się   kończy   -   niemal   zresztą   tak   samo,   jak 

“Podwodny   wróg"   Roberta   Wise'a   z   1967   r.   ...   -   bo   U-Boot   w 

background image

beznadziejnej   sytuacji   poddaje   się   Sprzymierzonym   - 

amerykańskiemu   niszczycielowi,   uprzednio   zdradziecko   topiąc 

brytyjski   niszczyciel   celną   torpedą...   Podejrzewamy   że   to,   co 

pokazali twórcy “Ostatniego U-Boota" nie musi być akurat do końca 

prawdziwe,   i   że   U-835   nie   musiał   płynąć   do   Japonii,   a   do... 

hitlerowskich   baz   na   Antarktydzie!   Do   już   tu   wymienionego 

Neuschwabenlandu,   aby   tam   można   było   dalej   toczyć   prace   nad 

bombą A (i nie tylko) lub nad udoskonalaniem dyskoplanu V-7. Jest 

jeszcze   jedna   możliwość   -   U-835   wiózł   na   Antarktydę   paliwo 

jądrowe dla V-7, które się tam już znajdowały!... Takie scenario nie 

jest niemożliwe.

Drugim   śladem   jest   rzekoma   wyprawa   okrętu   podwodnego   U-

209,   pod   dowództwem   Korwettenkapitana   Broddy   do   mitycznej 

Agharty,   do   której   wejście   miało   się   znajdować   na   Biegunie 

Północnym.   Myśl   godna   samego   Fuhrera   i   jego   okultystycznych 

bredni o zamieszkałych we wnętrzu Ziemi Nordykach. O podobnych 

krainach we wnętrzu Ziemi pisali także słynni pisarze SF, tacy jak: 

E. A. Poe, H. Ph. Lovercraft, M. Obruczew, Brinsley Le Poer-Trench 

czy u nas F. A. Ossendowski... Dzisiaj widzimy, że jest to wszystko 

inaczej, ale wtedy, w latach 30. każda fantazja była dozwolona a 

Hitler w podobne bajania wierzył, tak jak człowiek lecący w przepaść 

wierzy   w   to,   że   skały   ku   którym   leci   zmiękną   w   momencie,   gdy 

uderza w nie jego ciało...

Kiedy Hitler odprawiał w rejs Korwettenkapitana Broddę, wierzył 

w to, że u celu swej podróży znajdzie on Ariów, którzy przy pomocy 

swej   techniki   wojennej   pomogą   “Największemu   Z   Wszystkich 

Ariów" zniszczyć hordy Rosjan i Azjatów ze wschodu i Zachodnich 

background image

Aliantów, dzięki czemu stanie się władcą całego świata.

Brodda nie znalazł ani jednego Aria i znaleźć ich nie mógł. Wydaje 

się nam całkiem prawdopodobne, że wrak jego U-Boota spoczywa 

gdzieś   w   trzykilometrowej   głębi   Północnego   Oceanu   lodowatego. 

Tak sądziliśmy dotąd.

Wydaje się nam czymś nieprawdopodobnym, że Adolf Hitler był 

na tyle głupi, by wierzyć tym wszystkim bredniom, którymi karmił 

się do czasu napisania “Mein Kampf”. Fregattenkapitan Heinrich 

Brodda miał do wykonania całkiem trudne, ale wykonalne zadanie - 

w którym nie szło o Ariów czy Agartyjczyków, a o to, jak przewieźć 

do   Japonii   uran   i   plany   broni   odwetowych!!!   Jest   jedna   jeszcze 

rzecz, która świadczy za tym - a mianowicie: to, że wydarzyło się to 

już w 1943 r., a nie w 1945, kiedy to Hitler musiał zdawać sobie 

sprawę   z   tego,   że   wojna   jest   już   przegrana   z   kretesem.   Już   w 

sierpniu 1942 r. Hitler rozkazał rozpoczęcie operacji Kriegsmarine 

pod kryptonimem “Wunderland" - “Kraina Cudów". Oficjalnie szło 

tu o zablokowanie sowieckich portów przyjmujących statki i okręty z 

Ameryki i blokadę Wielikoj Siewiernoj Morskoj Puti - czyli Wielkiej 

Północnej   Drogi   Morskiej.   Natomiast   nieoficjalnie   szło   o 

poczynienie   obserwacji   przez   wysadzonych   na   lody   Oceanu 

Arktycznego meteorologów. Ich zadaniem było meldować do Rzeszy 

o   stanie   pogody.   Niemcy   chcieli   zamknąć   żywotną   drogę   morską 

Sowietów, co mogłoby zaważyć na losach wojny... Nazwa operacji - 

ów   “Wunderland"   -   nie   dawała   nam   spokoju.   Dlaczego   właśnie 

“Kraina   Cudów"   czy   “czarów"?   Dlaczego   nie   “Morski   lew"   czy 

“Kałamamica" czy cokolwiek innego!? Czy szło o mityczną ziemię 

Ariów na Hyperborei?

background image

Jednego   możemy   w   zasadzie   być   pewnymi   -   Fregattenkapitan 

Heinrich   Brodda   i   jego   U-209   nie   dopłynęli   do   celu   pod   lodami 

Bieguna Północnego, bo to przekraczało ich techniczne możliwości. 

Puścili   się   w   podróż   do   Japonii   po   mniej   strzeżonej   Północnej 

Drodze  Morskiej  -   co jest  w  zasadzie  możliwe,  ale na  upartego   i 

bardzo   chcąc...   -   wreszcie   albo   wpadli   na   skały   lub   na   lód   i 

strzaskani   poszli   na   dno   w   lodowate   objęcia   rosyjskiego   Davy 

Jonesa   (albo   raczej   Dawida   Iwanowa),   albo   wpadli   w   ręce 

Sowietom.   Jaką   radość   miałby   towarzysz   Ławrientij   Pawłowicz 

Beria! Taki bogaty łup!

A   może   jednak   przeszli,   ale   nie   po   Wielikoj   Morskoj   Puti,   ale 

poprzez   Przejście   Północno   -   Zachodnie   szlakiem   Frobishera.   Z 

Morza   Baffina   na   Morze   Beauforta   a   potem   na   południe   ku 

Cieśninie   Beringa   i   dalej   do   Japonii.   Wszystko   cacy,   ale   kto 

zaopatrzyłby   tego   U-Boota   w   paliwo   i   inne   rzeczy   niezbędne   do 

takiego   przejścia?   U-Boot   to   nie   lodołamacz,   nie   ma   wzmocnień 

przeciwlodowych i możliwości współczesnych okrętów podwodnych 

z   napędem   atomowym,   dla   których   trzymiesięczny   arktyczny 

podlodowy   patrol   to   normalka...   A   więc   to   musiało   być   przejście 

Północno - Wschodnie, o ile - rzecz jasna - tak było.

Zatem zakładamy, że oni jednak przeszli do Japonii i od 1943 r. 

Japończycy   zaczęli   pracować   nad   swymi   Wunderwaffen.   I 

faktycznie,   Japończycy   poza   bronią   biologiczną   generała   dr   Ishi 

Shiro, pracowali także nad bronią atomową, to potwierdzony fakt. 

Cała   prawda   wyjdzie   na   jaw   po   otwarciu   tokijskich   i 

waszyngtońskich archiwów, i nie wcześniej.

Posiłkując się wyborną monografią Jerzego Lipińskiego pt. “Druga 

background image

wojna światowa na morzu", spróbowaliśmy odnaleźć jeszcze inne 

nietypowe   operacje   U-Bootów   wymierzone   przeciwko   USA,   w 

rodzaju   już   tu   wspomnianej   operacji   “Seewolf”.   Nie   znaleźliśmy 

żadnych informacji o akcjach “wilczych stad", ale zainteresował nas 

pewien fakt, otóż część U-Bootów była przekazana ZSRR i USA, zaś 

inne   były   albo   zatopione   lub   znikły   w   głębinach   Wszechoceanu. 

Wstępnie   założyliśmy,   że   okręty   podwodne,   które   przekazano 

Aliantom - miały jakieś specjalne właściwości - na co wskazuje np. 

los U-Boota U-511, który po rakietowych testach na Bałtyku został 

przekazany Japończykom i aż do końca wojny pływał pod cesarską 

flagą boskiego Tenno jako Ro-500. Takich przypadków możemy w 

tabeli znaleźć więcej.

TABELA I. WYKAZ NIEMIECKICH OKRĘTÓW PODWODNYCH 

PRZEKAZANYCH   OBCYM   FLOTOM   W   CZASIE   II   WOJNY 

ŚWIATOWEJ

Typ:

Nr 

takt.

Kiedy i komu przekazano:

IXC

U-

16.09.1943, Japonia, jako Ro-500

IXC/40

U-

maj 1945, zniszczono w USA

IXC/40

U-

maj 1945, zniszczony w USA

IXC/40

U-

10.07.1945, zajęty w Mar del Plata (Argentyna), 

IXC/40

U-

styczeń   1946,   zajęty   w   Kanadzie,   potem 

IXC/40

U-

?, do USA

IXC/40

U-

?, do Wlk. Brytanii, potem w listopadzie 1945 r. 

IXC/40

U-

03.02.1945   do   Wielkiej   Brytanii,   a   w   czerwcu 

IXD1

U-

1945, do Japonii jako I-506

IXD2

U-

jw. jako I-501

IXD2     

U-

jw. jako I-502

XB

U-

jw. jako I-505

XB

?, do USA, zatopiony na Bikini przy teście bomby 

IXB

U-

15.02.1944 r. Przekazano do Japonii i jako Ro-

XXI

U-

do Wlk. Brytanii i USA

XXI     

U-

do Wlk. Brytanii, a potem ZSRR

XXI

U-

jw.

XXI

U-

jw.

XXI

U-

jw.

background image

VIIC/41      U-

17.08.1945 r. Zajęty w Mar del Plata (Argentyna), 

VIIC/41 

U-

?, do Wlk. Brytanii i USA

VIIC/41 

U-

jw.

VIIC/41

U-

jw.

VIIC/41

U-

?, jw.

VIIC/41

U-

?, do Wlk. Brytanii i ZSRR

XXIII

U-

Jw.

TABELA   II.   NIEMIECKIE   OKRĘTY   PODWODNE,   KTÓRE 

ZNIKNĘŁY W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ

Ty

p:

Nr 

takt.

Kiedy i gdzie zniknął:

IXC   U-

październik 1944, Płn. Atlantyk

IXD

2

U-196 listopad 1944, Sund

IXD

2

U-851 marzec 1944, na pn. zach. Od Nowej Funlandii

XB

U-116 15.10.1942 r.,Pn. Atlantyk

IXB U-122 po 22.06.1940 r. Biskaje

IXB U-163 po 15.03.1943 r. Biskaje

VIIA U-54 po 14.02.1940 r. Morze Północne

VIIC U-325 po 30.04.1945 r. w Kanale La Manche

VIIC U-326 po kwietniu 1945 r. w Kanale La Manche

VIIC U-398 po 17.04.1945 r. Morze Północne

VIIC U-553 po 20.01.1943 r. Płn. Atlantyk

VIIC U-650 po 01.07.1945 r. Pd. Atlantyk

VIIC U-972 styczeń 1944, Atlantyk

VIIC U-

styczeń 1945 r. Morze Północne

VIIC

/41

U-

1277

zatopiony   przez   załogę   w   Porto   (Portugalia) 

03.06.1945r. (!)

TABELA III.

NIEMIECKIE   OKRĘTY   PODWODNE   ZATOPIONE   POZA 

AKWENAMI   OCEANU   ATLANTYCKIEGO   PÓŁNOCNEGO   W 

LATACH 1944 I 1945

Nr 

Data:

Gdzie i przez kogo zatopiony:

U-

5186

22.04.

45.

na pn. zach. od Azorów, USS “Carter" i USS “Neal 

A. Scott"

U-

16.04.45. ! na pd. zach. od Azorów, USS “Stanton" i USS 

U-

06.05. na pd. wsch. od Nowej Funlandii, USS “Farquhar"

U-

15.04.4 na   pd.   wsch.   od   Azorów,   USS   “Stanton"   i   USS 

U-

54610

20.04.

45.

na   pn.   zach.   od   Azorów,   USS   “Flaherty" 

USS“Neunzar",   USS   “Chatelain",   USS   “Varian", 

U-183 23.04. Morze Jawajskie, USS “Besugo"

U-168    06.10 Morze Jawajskie, “Zwaardis"

background image

U-537 09.11.4 Morze Jawajskie, USS “Flounder"

U-177 06.02. Wyspa Nanebevzeti, USAF

U-307 29.04. okolice Murmańska, HMS “Loch Insh"

U-344 24.08. Morze Barentsa, “dierzkij" i HMS “Loch Dunregan"

U-639 30.08. na pn. wsch. od Nowej Ziemi, S-101

U-679 10.01.4 okolice Padliszek, MO-12

A   co   się   stało   z   Broddą   i   jego   U-209?   -   zapytałby   Czytelnik. 

Zgodnie   z   tym,   co   podaje   Jerzy   Lipiński,   U-209   został 

prawdopodobnie   zatopiony   po   9   maja   1943   r.   i   prawdopodobnie 

uznano go za zatopiony w 10 dni później -19 maja 1943 r. Miały go 

posłać na dno dwie brytyjskie fregaty: HMS “Jed" i HMS “Sennen", 

na pd. wsch. od Grenlandii. Samo określenie “prawdopodobnie" jest 

niewystarczające,   by   uznać   U-209   za   zniszczony,   ergo,   mógł   on 

zostać wykorzystany przez Hitlera do poszukiwań nie tyle Ariów, ile 

drogi północnej z Rzeszy do Japonii. Przecież oficjalnie go nie było ! 

Podwodny Fliegende Hollander - Latający Holender, okręt widmo... 

Czy to nie o nim pisał Leonid Płatow???

Wygląda   na   to,   że   pod   koniec   wojny   hitlerowskie   U-Booty   i 

cesarskie sensuikany płynęły do Ameryki Południowej i Antarktydy i 

gdybyśmy dobrze poszukali, to

TABELA IV.

JAPOŃSKIE   OKRĘTY   PODWODNE   ZAGINIONE   W   LATACH 

1942-1945

Nr takt.   !   Data:

Gdzie zaginął:

I-23

po 15.02.42. na pd. od Hawajów

I-39

po 03.12.43. na Pacyfiku

I-40

XII. 1943.

W-y Gilberta

I-22

po 04.10.42

na wsch. od Wysp Salomona

I-11

po 11.01.44

okolice Samoa

I-12

po 05.01.45. na Pacyfiku

I-67

po 29.08.42 W-y Bonin

background image

I-56

po 30.03.45 na pd. od Okinawy

I-44

po 04.04.44 na pd. wsch. od Okinawy

I-48

po 20.01.45. Karoliny

I-362 po 01.01.45. na pn. od Truck Island

I-361 po 30.05.45. na pd. wsch. od Okinawy

I-371 po 24.02.45. na pd. od Kurę (Japonia)

Ro-38 po 19.11.43

Południowy Pacyfik

Ro-

po 25.11.43

Archipelag Salomona

Ro-

po 28.07.43. Kolombangang

I-52

24.06.1944 r. zatopiona   na   pd.   wsch.   od   Azorów   przez 

samolot z USS “Bogue"!   Mała ale znacząca 

znaleźlibyśmy   ich  wraki   wokół   Szóstego   Kontynentu.   Te   okręty 

były   zupełnie   nowym   typem   okrętów   podwodnych.   To   były 

prawdziwie oceaniczne jednostki, które na tamte czasy cechowały 

się zupełnie niesamowitymi osiągami i technicznymi parametrami. 

Na przykład niemiecki typ podwodnego tankowca typu XIV mógł 

wziąć na pokład 432 tony ładunku i przewieźć go na odległość 9.300 

Mm (17.200 km), a typ XX z kolei mógł zabrać rekordową ilość 800 

ton ładunku i mógł płynąć aż 13.100 Mm (czyli 24.300 km) - zatem 

mogły one bez problemu przerzucić na Antarktydę ludzi i materiały 

do   wybudowania   antarktycznych   baz   V-7   i   zaopatrzyć   je   we 

wszystko, czego potrzebowały, póki nie zniszczył ich adm. Byrd, w 

roku 1946...

Powróćmy   jeszcze   na   północny   Atlantyk,   do   operacji 

“Wunderland", która mogła mieć jeszcze inny cel. Tak wielka ilość 

stacji   mogła   hitlerowcom   posłużyć   do   wypracowania   dokładnych 

map pogody i przygotowania inwazji nie tylko na ZSRR, ale także 

na... Kanadę i USA, z kierunku najzupełniej niespodziewanego! - np. 

z Bieguna Północnego! Plan szalony, to fakt, ale przy niemieckiej 

precyzyjności   i   pedanterii   oraz   doskonałej   organizacji   mógł   być 

zrealizowany.   Arktyka   jest   naprawdę   “Krainą   czarów"   -   światem 

milionów ton lodu powoli krążącego wokół bieguna, na straszliwie 

background image

zimnym   Oceanem   Lodowatym,   z   fenomenami   przyrody   i   cudami 

żywej   przyrody   mówiącymi   o   wyjątkowości   tego   obszaru   Ziemi. 

Dlatego   właśnie   nie   możemy   się   zbytnio   dziwić   adm.   Byrdowi   i 

amerykańskim   politykom,   którzy   obawiali   się   ataku   ze   strony 

Biegunów. Instrumentem, który doskonale się do tego nadawał, był 

ekstra szybki i ładowny supersamolot-dyskoplan V-7...

Jeden   z   prototypów   dyskoplanu   V-7   miał   się   rozbić   na 

Szpicbergenie, co - jak dowiódł tego O. J. Braenne - było kaczką 

dziennikarską, jako że w Norwegii nie było bazy lotniczej położonej 

blisko Szpicbergenu, która posiadałaby samoloty odrzutowe mogące 

dolecieć do Szpicbergenu, krążyć tam przez godzinę i powrócić bez 

tankowania. OK - nie było, ale... Rzeczywiście - ani w Tromso ani w 

Hammarfest takich maszyn nie było, natomiast mogły tam być (i 

były)   latające   łodzie   typu   PBY   “Catalina",   “Martin   Mariner"   czy 

“Navy Mariner" względnie “Sunderlandy" ZOP, które mogły bardzo 

długo utrzymywać się w powietrzu i pokonanie trasy Hammerfest - 

Szpicbergen, godzinne krążenie i lot z powrotem to pestka. Właśnie 

to świadczy za realnością tej “ufokatastrofy" V-7 uszkodzonego przez 

atomowy wybuch Sowietów na Nowej Ziemi. Był 1952 r., kiedy w 

lipcu tegoż roku Sowieci testowali ładunki termojądrowe - było tego 

około pół setki, a w latach 60. założono tam “atomowy śmietnik", w 

którym   składowano   niewiarygodne   17.000   ton   radioaktywnych 

odpadów. Co to oznaczało? Oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że 

rozbity   dysk   na   Szpicbergenie   mógł   być   albo   rosyjskim,   albo 

amerykańskim pojazdem wzorowanym na V-7. J. O. Braenne pisał, 

że był on uszkodzony wybuchem nuklearnym na Bikini. Kulą w płot! 

- zważywszy fakt, że atomowy poligon Nowej Ziemi - Cziornaja Guba 

background image

leży bliżej Szpicbergenu, niż Bikini, Eniwetok czy Rongelapu...

Problem istnienia V-7 wciąż pozostaje otwarty, i - jak się wydaje - 

pojawiają się wciąż nowe dziwne fakty, które świadczą za hipotezą, 

która stała się tematem przewodnim tej książki.

A   my   teraz   przesuńmy   się   z   południowych   granic   Polski   ku 

Ziemiom   Czech,   Moraw   i   Słowacji,   gdzie   na   nas   czekają   dalsze 

dowody na to, że hitlerowskie tajne bronie produkowano także w 

Czechach i na Słowacji. Także próby tej broni były przeprowadzane 

na terytoriach Czech i Słowacji, a zatem...

background image

ROZDZIAŁ 12

NIEMIECKI DYSKOPLAN NAD PRAGĄ

Latające fortece nad Pragą: pomyłka czy celowe działanie - 

Lot doświadczalny czy ewakuacja? - Schriever i Habermohl 

w praskiej  Avii  -  Palcem  po mapie, albo w poszukiwaniu 

zgubionego dyskoplanu.

Podstawową   informacją,   która   może   nas   przywieść   na   ślady 

niemieckiej cudownej broni - Wunderwaffe V-7 - jest doniesienie 

mjr Rudolfa Lusara i Jurija Straganowa, wedle których dyskoplan 

V-7 (MODEL N-1) był wypróbowywany w okolicach Pragi Czeskiej. 

Ta lokalizacja wydaje się być bardziej niż prawdopodobna. Praga, 

którą ogłoszono miastem  otwartym, była bardziej bezpieczną, niż 

Peenemunde, które to mimo silnej obrony przeciwlotniczej i osłony 

myśliwców,   zostało   zbombardowane   przez   Aliantów.   (Mimo   tego 

wciąż tam pracowano aż do 1945 r.) Praska Avia-Junkers stała się 

miejscem   tajnego   biura   projektowego   B-7,   w   którym   pracował 

niemiecki   zespół   konstruktorski,   którego   działalność   znana   była 

tylko kilku Niemcom i żadnemu Czechowi.

24   lutego   1945   r.   dokonano   pierwszego   lotu   doświadczalnego 

dyskoplanu   V-7.   Nota   bene,   jeżeli   pamiętasz   Czytelniku   pierwsze 

kadry filmu “Tylko dla orłów" wg powieści Alistaira Mc Leana, to 

zwróciłeś z pewnością uwagę na to, że niemiecki generał przylatuje 

do   Adler   Horst   zwyczajnym,   dwuwirnikowym   helikopterem,   otóż 

powinien to być właśnie dyskoplan! V-7! Ciekawym jest fakt, że lot 

background image

ów   zbiegł   się   z   nalotem   na   Pragę   alianckiej   wyprawy   bombowej, 

która   zbombardowała   Drażd’any,   Vinohrady,   Podskali,   Karlovo 

Namesti   i   Emauzy.   Ten   fakt   do   tej   pory   wymykał   się   badaczom 

historii V-7 i nikt nie skojarzył - dat praskiego eksperymentu z datą 

nalotu na Drażd'any i nie mówi o tym żadna encyklopedia II wojny 

światowej,   którą   mieliśmy   możliwość   przeczytać.   Nie   ma   żadnej 

wzmianki   o   tym   także   w   literaturze   pamiętnikarskiej.   Czyżby 

chodziło o to, że Praga została omyłkowo wzięta za te nieszczęsne 

Drażd'any   i   zbombardowana   -   a   może   chodziło   o   celowe 

zbombardowanie Pragi, ale jego powody zostały utajnione do dziś 

dnia...   Skoro   nie   chodziło   tu   o   Drażd'any,   to   sprawa   tego 

bombardowania podpada automatycznie pod tematykę tej książki.

Dr Ludvik Soufek swego czasu przeprowadził wywiad z 

byłym pracownikiem czeskiej ekipy Avii, a ten wspominał 

o   obecności   w   niej   dwóch   niemieckich   inżynierów-

konstruktorów   specjalistów   od   dyskoplanów   -   inż. 

Habermohla   i   inż.  Schrievera.   Świadek   wspominał,   że 

boisko   futbolowe   należące   do   fabryki   zostało   dokładnie 

wybetonowane przez żołnierzy Wehrmachtu. Była to zbyt 

mała powierzchnia na to, by służyć jako pas startowy dla 

zwyczajnych   samolotów.   Po   wojnie   tą   betonową   płytę 

rozbito   i   okazało   się,   że   nie   ma   pod   nią   żadnych 

podziemnych   przestrzeni,   ale   skalny   gruz,   służący   jako 

podkład.   Podejrzewamy,   że   po   nalocie,   niemieckie 

dowództwo   postanowiło   przesunąć   gdzieś   indziej   ten 

kompleks   badawczy   i   prototypy   maszyny   oraz 

dokumentację   w   inne   miejsce.   Już   wieczorem   po 

background image

bombardowaniu   Habermohl   i   Schriever   odlecieli   do 

zapasowego   stanowiska.   Biuro   projektowe   pracowało 

nadal, ale jego kluczowe postacie wyjechały stopniowo do 

nowego   miejsca   pracy.   Ostatni   zostali   przed   końcem 

wojny   zlikwidowani,   co   było   hitlerowską   praktyką, 

stosowana   w   celu   zachowania   tajemnicy,   bo   najlepiej 

milczy trup...

Funkcjonariusz czeskiej straży przemysłowej dalej opowiedział o 

tym,   że   po   ogłoszeniu   alarmu   lotniczego   obaj   konstruktorzy 

wyjechali służbowym mercedesem Avii wraz z kierowcą, pomiędzy 

13   a   14.   -   auto   wróciło   do   zakładów   około   21.   Można   zatem 

przypuszczać,   że   w   tym   czasie   trwała   ewakuacja   dokumentacji, 

tajnych broni, a szofer potem wrócił po tajne rozkazy.

Jeszcze tego wieczoru, Niemcy zagonili wszystkich pracowników 

Avii do zaciemnionej hali i tam pilnowali ich do rana. Wyglądałoby 

na to, że w tym czasie przygotowano do odlotu prototyp V-7 tak, by 

nikt   z   miejscowych   nie   mógł   tego   zobaczyć   i   pod   osłoną   nocy 

przemieścili   go   do   nowego   zakładu  pracy.   A   zatem   lot,   który   wg 

Lusara   i   Straganowa   miał   miejsce   24   lutego   1945   nie   był   lotem 

doświadczalnym i zaplanowanym, ale lotem ewakuacyjnym, który 

miał   uchronić   cenny   prototyp   przed   dalszymi   nalotami 

Sprzymierzonych.

W jakim kierunku pojechało auto Schrievera? Na to pytanie za 

64.000   dolarów   nie   potrafimy   dać   jednoznacznej   odpowiedzi   i 

często łamaliśmy sobie nad tym głowę. Zgadzamy się z poglądem dr 

Soućka,   że   mercedes   był   poza   zakładami   około   7   godzin   -   3,5 

godziny w jedną stronę w nocy, a zatem Schriever mógł dojechać 

background image

najdalej 200 km od Pragi, stanowiącej punkt wyjścia.

Kiedy   wyrysujemy   na   mapie   krąg   wokół   Pragi   Czeskiej,   o 

promieniu   200   km,   to   musimy   jednocześnie   wziąć   pod   uwagę 

kierunek wyjazdu Schrievera i Habermohla. Nie mogli oni pojechać 

na   północ,   ku   Drażd'anom,   które   były   celem   nalotów 

Sprzymierzonych, ze wschodu nadciągała Armia Czerwona do której 

dołączyło później Ludowe Wojsko Polskie - jego II Armia. Zatem ten 

kierunek   też   odpadał.   Pozostaje   nam   jedynie   zachód   i   południe, 

gdzie naziści wywozili wszystko, co mieli najcenniejszego.

Tą   lokalizację   możemy   sprecyzować   -   jeżeli   była   to   broń 

produkowana czy w fazie prototypu, to musimy wziąć pod uwagę 

miejsce   o   dużej   koncentracji   przemysłu.   Wszystko   wskazuje   na 

Tabor, Ceskie Budejovice i Pilzno. Jest jednak małe ale, te miasta 

były   stale   bombardowane   przez   Amerykanów   i   tak   -   wedle   dr 

Soucka -w rachubę może wchodzić tylko Cheb.

background image

ROZDZIAŁ 13

FLUGZEUGWERKE EGER

Flugzeugwerke   Eger,   makiety   dla   bombowców   -   Sztuczny 

gaik   i   osiem   pięter   pod   ziemię   -   Niemiecki   wynalazek: 

fabryka bez dróg i kolei? - Wehrmacht, ŚtB i nurkowie - 

Samolot, który mógł startować z boiska.

Niektóre przesłanki wskazują na to, że zakłady Cheb (Eger) były 

fantomem  dla alianckiego  lotnictwa - jak oświadczył dr Soućkovi 

były wysoki funkcjonariusz MSW CSRS ds. denazyfikacji kraju - a 

które to oświadczenie podaje on w swej książce “Pfipad Jantarove 

komnaty". Martin Andel - pod tym pseudonimem ukrywa się wysoki 

oficer   Śt.B.   (Śtatna   Bespecnost   -   Służba   Bezpieczeństwa 

Państwowego w byłej Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej - 

stanowiła ona czechosłowacki odpowiednik sowieckiej KGB) mówił 

także   o   zatrzymaniu   obcego   agenta   w   pobliżu   ruin   hitlerowskiej 

lotniczej   fabryki   w   Chebie,   zniszczonej   w   1944   r.   Od   tego   czasu, 

funkcjonariusze Śt.B. zaczęli dokładnie badać te ruiny na których 

widniał jeszcze ogromy szyld: FLUGZEUGWERKE EGER G.m.b.H. 

Kompleks zabudowań fabryki nie był niczym ciekawym, zbudowano 

go w 1940 r., miał 8 wytwórczych i montażowych hal i tor kolejowy 

na lotnisko. Jej dyrektor - Georg Sander gdzieś uciekł na początku 

maja 1945 r. i nikt nie wie, dokąd.

Większość   budowli   tej   jednostki   była   zrobiona   z   masywnych 

elementów   budowlanych   i   przybyły   na   to   miejsce   major   wojsk 

background image

inżynieryjnych z Pragi orzekł, że filary tych budowli mogłyby być 

obciążone   dwudziestokrotnie   większym   ciężarem,   niż 

najmasywniejsze części produkowanych tam samolotów - tak głosiła 

jego ekspertyza dla St.B. Ciekawym było to, że od linii kolejowej 

wiodła ku zakładom bocznica, którą ktoś zdemontował, a w kilku 

miejscach   zdemolował   ładunkami   wybuchowymi.   Najdziwniejsze 

jest   także   to,   że   bocznicę   położono   dość   późno,   prawdopodobnie 

j u ż   p o   n a l o c i e   na   zakład.   Przeszukano   teren   u   końca 

bocznicy, gdzie znajdował się posadzony brzozowy gaik i stała tam 

na wpół rozwalona buda. Okolica wyglądała, jakby zwieziono na nią 

kilkaset metrów sześciennych ziemi, na której posadzono drzewa. 

Znaleziono nawet miejsca, z których drzewa były przesadzane...

Okazało się przy tym, że faktycznie zakład FLUGZEUGWERKE 

EGER G.m.b.H. były jedynie makietą dla alianckich bombowców w 

celu odciągnięcia ich uwagi od... czegoś. Bombardowanie makiety 

było dla faszystów dowodem na to, że kamuflaż był doskonały i że 

nalot - wobec zniszczenia obiektu - już się nie powtórzy. Tym czymś, 

co było chronione kamuflażem była podziemna fabryka zaryta na 

osiem   kondygnacji   w   ziemi,   jedna   z   największych   w   okupowanej 

Europie   -   przy   czym   jedno   z   wejść   do   niej   znajdowało   się   w 

sztucznym   gaiku.   To   właśnie   stąd,   miały   gotowe   wyroby   być 

hissowane   z   podziemi   fabryki   i   ładowane   na   wagony   bocznicy, 

dochodzącej na lotnisko.

O jakie wyroby chodziło?

Tory kolejowe były obliczone na przewóz bardzo dużych i ciężkich 

przedmiotów o ciężarze jednostkowym do stu ton! (Zwykły wagon 

kolejowy ma nośność 30 - 40 ton.) Nie ma takiej lotniczej części, czy 

background image

nawet takiego samolotu, który ważyłby sto ton! A przecież musiało 

być coś takiego, co latało i miało masę prawie 100 ton. Tory te nie 

miały   żadnego   połączenia   z   linią   kolejową,  a   j e d y n i e   z 

lotniskiem! A przecież żaden samolot nie miał takiego udźwigu, by 

wziąć   taki   ładunek...   Ostatni   niemiecki   samolot,   zdolny   do 

przewożenia wielotonowych ładunków, sześciosilnikowy Me-323 był 

zniszczony w 1944 r.

Tak samo nie mogło iść także o rakietę - bo ta potrzebuje nie tylko 

pola   startowego,   ale   także   prowadnicy,   urządzeń   podających 

utleniacz i paliwo, bunkrów obsługi, tuneli odprowadzających gazy 

spalinowe   przy   starcie,   itd.   itp.   -   a   tu   była   jedynie   betonowa 

płaszczyzna i... i nic ponadto. Płyta betonowa dokładnie taka sama, 

jak przy praskiej Avii!

Praca   w   podziemnej   fabryce   przebiega   w   ścisłym   reżimie 

dotrzymania   tajemnicy   i   był   on   wyższy,   niż   w   innych   fabrykach, 

nawet w tych, gdzie pracowali najbardziej oddani Hitlerowi Niemcy. 

Żaden z nich nie mógł - pod karą śmierci - opuścić hali, w której 

pracował. Każdy znał jedynie tą część podziemi, w której pracował. 

W ostatnich tygodniach wojny, na przełomie kwietnia i maja 1945 r., 

Niemcy   dokładnie   zasypali   wejścia   do   podziemi   i   szyby 

wentylacyjne, część wysadzili w powietrze, zaś resztę - jak to robili 

także w Polsce - zalali wodą. Pod jej powierzchnią znalazła się ta 

drobna część maszynerii, której nie zdążyli zniszczyć lub wywieźć. 

Dokąd wywieźli - tego nikt nie wie...

W czasie maksimum zainteresowania podziemnym kompleksem, 

specjalna drużyna poszukiwawcza znalazła zwitek  dokumentów, z 

których   wynikało,   że   wyrabiano   tam   zwyczajne   części   do 

background image

zwyczajnych samolotów bieżących typów. Później jednak eksperci 

stwierdzili, że są one falsyfikatem zrobionym dość nieudolnie, jakby 

fałszerzom zabrakło czasu... Przeszukanie ruin fabryki niczego nie 

przyniosło   nowego.   Dziś,   po   kilkudziesięciu   latach,   melioracji   i 

pracach   wojsk   inżynieryjnych,   nie   można   już   dokładnie   wytyczyć 

obszaru fabryki. Pod koniec lat 40. próbowano osuszyć podziemia, 

ale to było niemożliwe i woda uparcie stała w ruinach. Przywieziona 

tam   drużyna   nurków   w   ciemnej   toni   narażała   swe   życie   bo   ich 

skafandry co rusz zaplątywały się w szczątkach maszyn, rwały się o 

ostre   krawędzie   stropów,   a   wszystko   przy   zerowej   widzialności. 

Kiedy   doszło   do   nieszczęśliwego   wypadku,   odpowiedni   urząd 

(czytaj:   szefostwo   Śt.B.)   doprowadził   do   ukończenia   akcji   i 

pirotechnicznej “sanacji" obiektu.

Pisze dr Ludvik Soućek:

“Nie tylko sądzą, ale do końca twierdzą, że ostatnim miejscem, 

do  którego Schriever  i   Habermohl  przewieźli   swój  prototyp  był 

Cheb/Eger.   Wyglądało   to   następująco   -   kiedy   zaczęły   się 

bombardowania,   otrzymali   rozkaz   przewieźć   prototyp   w 

bezpieczne miejsce. Ich talerze latające były montowane w Pradze 

- z części robionych w Chebie. Jak już powiedziałem, nadziemną 

część fabryki pozostawiono w ruinie, by Alianci byli pewni, że ją 

zniszczyli. Ciężkie części latających talerzy wywożono stamtąd i 

montowano w hangarze. Tego się nie dało robić w podziemiach, 

bo   pojazd   miał   średnicę   45   m.   Wydaje   się,   że   jeden   z 

konstruktorów wyjechał w czasie nalotu do Chebu/Egeru, by tam 

wszystko   przygotować   na   przylot   prototypu   latającego   talerza. 

Oznaczało to ewakuację pobliża miejskiego lotniska, aby przegonić 

background image

ewentualnych   zwiadowców   i   zamaskować   miejsce.   Tymczasem 

drugi konstruktor przygotowywał wszystko do przelotu. To ni e 

był żaden ćwiczebny czy doświadczalny lot, ten mieli oni dawno za 

sobą...   Po   zachodzie   słońca   okolica   fabryki   była   dokładnie 

oczyszczona z ludzi a robotników zamknięto w hali. Habermohl 

mógł startować... Do tego ładnego obrazka tylko mi jedno nie chce 

pasować   -   rodzaj   napędu.   Wciąż  nie  daje   mi  spokoju  pytanie   - 

dlaczego   pracownicy   Avii   nie   słyszeli   pracy   silników?   Przecież 

tylko   betonowy   plac   mógł   służyć   do   startu   pionowzlotów,   a 

znajdował się on tuż przy zakładach Avii."

background image

ROZDZIAŁ 14

BRONIE “V" W PROTEKTORACIE CZECH I MORAW.

Sowiecka   wersja   PAPERCLIP-u  w  Czechosłowacji   -   Gdzie 

jest   archiwum   VI   wydziału?   -   Bronie   odwetowe   w 

Protektoracie:   Velvety   u   Teplic,   Plzeń,   Brno   i   Dećin   - 

Pfibram: hitlerowscy uczeni, uranowa ruda i laboratoria SS 

- Fałszywe złoto III Rzeszy.

Cytowany w poprzednim rozdziale dr Ludvik Soućek, który zbierał 

swe materiały od naocznych świadków tych wydarzeń w latach 70, 

był   w   o   wiele   lepszej   sytuacji,   niż   my   dziś.   Po   trzech 

dziesięcioleciach, które upłynęły od jego poszukiwań, możemy się 

jedynie cieszyć większą swobodą badawczą - choćby ze względu na 

swobodny przepływ informacji i ludzi przez granice naszych krajów 

- i nie musimy już stosować jego uniku w literacką formę “powieści 

hipotetycznej".   Możemy   całkiem   otwarcie   poszukiwać   odpowiedzi 

na konkretne pytania nieskrępowani kontrolą państwa. Niektórych 

odpowiedzi nigdy nie uzyskamy, jak np. o tożsamość informatorów 

dr Soućka, którą to tajemnicę zabrał on, niestety, do grobu.

I tak nasze poszukiwania poszły w innym kierunku, wzięliśmy pod 

uwagę powszechnie znany fakt, że jeszcze przed końcem II wojny 

światowej,   Alianci   zaczęli   przy   pomocy   specjalnych   misji 

wywiadowczych (ALSOS, PAPERCILP i in.) gromadzić i analizować 

wszelkie dostępne informacje o tajnych broniach, których użyciem 

Hitler był zainteresowany daleko przed majem 1945 r.

background image

W czasie naszych poszukiwań mieliśmy możliwość dowiedzieć się 

w ciągu kilku lat, jak bardzo rozbudowany był niemiecki program 

Vergeltungswaffen.   Największe   problemy   mieliśmy   z   uzyskaniem 

informacji źródłowych, które dla prywatnych badaczy, jak my, były i 

długo jeszcze będą zupełnie zamknięte, bowiem działają siły, które 

wciąż bronią tajemnic III Rzeszy! Tak w Polsce, jak i w Czechach, 

Morawach   i   Słowacji!   Przekonaliśmy   się,   że   są   tajemnice,   które 

jeszcze po pół wieku mogą zabić...

Wciąż   jeszcze   brak   odpowiedzi   na   szereg   kluczowych   pytań!... 

Ogrom   wojennego   przemysłu   i   kompleksu   naukowego   III   Rzeszy 

budzi zdumienie nawet dzisiaj, w czasie pokojowego rozwoju wielu 

gałęzi przemysłu. I to niechaj usprawiedliwi niedostatki tej naszej 

wspólnej pracy.

Każda   formacja   wojskowa,   rodzaj   wojsk   -   Wehrmacht   (Heer), 

Luftwaffe   i   Kriegsmarine   -   miał   własne   organizacje   badawcze, 

laboratoria, hale produkcyjne, poligony i fundusze na działalność, 

wszystko   to   pilnie   strzeżone   przed   wrogiem   zewnętrznym   i 

konkurencją.

Na   terytorium   byłej   Czechosłowacji   znajdowało   się   wiele 

dokumentów o rozwoju i  produkcji broni  odwetowych V. Szło tu 

głównie o zakłady produkcyjne III Rzeszy na terenie Protektoratu 

Czech i Moraw. Dokładnie idzie o fragmenty archiwów brneńskiej 

Ćeskej Zbrojovky (ĆZ) i plznieńskich zakładów Skody.

Zostały one zgromadzone w VI Wydziale Wojskowego Wywiadu 

Technicznego, którego pracownicy gromadzili wszelkie informacje w 

zakresie hitlerowskiej nauki i techniki: plany, opisy, wykresy, itp. 

Poszukiwania najlepiej zacząć od tego właśnie zbioru. Niestety, nie 

background image

ma dziś już z niego nic - dzięki działalności GRU i NKGB, które to 

instytucje   rabowały   wszystko,   co   im   się   nawinęło   pod   rękę, 

przesłuchując   wszystkich,   którzy   mieli   jakąkolwiek   styczność   z 

niemieckim   przemysłem,   więźniów   obozów   pracy   i   obozów 

koncenrtracyjnych   a   także   pracowników   przymusowych.   Poprzez 

wywiezienie   wszelkich   materiałów   do   ZSRR   z   sowieckich   stref 

okupacyjnych,   Moskwa   miała   nadzieję   wyrównać   poziom   z 

Amerykanami. Ci ostatni nie zasypiali gruszek w popiele i dosłownie 

przed nosem Armii Czerwonej, jednostki 1 Armii USA gen. Hodgesa 

wywiozły   z   Nordhausen   10   egzemplarzy   kompletnych   rakiet   V-2, 

maszyny i prawie 10 ton (sic!) dokumentacji!

Na podstawie zachowanej dokumentacji można się dowiedzieć, że 

wyrób części do V-1 był prowadzony przez  l a b o r a t o r i u m   w 

Velvetech u Teplic, gdzie produkowano m.in. paliwo do pocisków V 

przez   Fullstelle   Hertine,   od   maja   1944   do   marca   1945   r. 

wyprodukowano   tam   2625   głowic   do   pocisków   V.   Siostrzanym 

zakładem był Luftmuna Bromberg w Bydgoszczy!

Niektóre prace badawczo-rozwojowe dyskoplanu były prowadzone 

w   zakładach   CZ   Brno   i   Skoda   Plzeń.   Nas   jednak   najbardziej 

interesują   zakłady   położone   w   okolicy   Pragi   Czeskiej,   gdzie 

produkowano   części   i   podzespoły   do   V-7   i   gdzie   dokonano 

pierwszego lotu MODELU N-1.

Oprócz   niemieckich   laboratoriów   Schmidding   w   Dećinie   - 

Podmoklech,   gdzie   gromadzono   znaczną   część   materiału 

specjalistycznego   do   produkcji   broni   rakietowych   (silniki   Argus) 

zwraca uwagę także zakład Skody w Pfibramie. Te zakłady należały 

do naukowego centrum badawczego SS i dowodzone były przez SS-

background image

Obergruppenfuhrera   Rolfa   Engela.   W   1943   r.   kiedy   obsadził   to 

stanowisko   z   polecenia   ministra   Speera,   umieszczono   tam   także 

elitarną   kadrę   naukową   zakładu   badań   silników   odrzutowych   w 

Grossendorf- Władysławowie! Pracowano tam do kwietnia 1945 r. 

(!)   -   potem   ewakuowano   ich   do   Monachium.   Byli   to   pracownicy 

Versuchanstallt   fur   Strahltriebwerke   Grossendorf   -   czyżby   z   ich 

wytworem zetknął się S. Theau na gdyńskiej plaży w okolicy Babich 

Dołów?...   W   Monachium   pracowali   oni   dalej   w   centrum   badań 

rozwojowych broni V zakładów Bayerische Motorenwerke - BMW...

Uważamy   za   wysoce   prawdopodobne   to,   że   pracownicy   Engela 

pod dyrekcją tego doskonałego eksperta z czasów przedwojennych i 

wojny skonstruowali system napędowy dyskoplanu V-7.

W latach 60. czasopismo “Radar" opublikowało apel, w którym 

nawoływano   do   wypełnienia   “dziur"   w   naszej   wiedzy   na   temat 

hitlerowskich broni odwetowych. Proszono czytelników, by wszelkie 

informacje dotyczące tej tematyki przesyłali na adres redakcji, która 

chciała   sporządzić   pracę   na   temat   broni   V   na   terenie   byłej 

Czechosłowacji.

“ W naszych bibliotekach i wojskowych archiwach zachowało się 

niewiele informacji o tym, jakich prób dokonywano z rakietami u 

nas   (tj.   w   CSRS)   przed   drugą   wojną   światową,   bowiem 

najważniejsze dokumenty zostały wywiezione przez Niemców do 

Berlina. Także nie ma informacji o tym, co robili hitlerowcy na 

naszych ziemiach w czasie wojny, jest ich bardzo mało, a wiadomo 

- że dokonywali oni u nas prób rakietowych. "

Tak motywowała swój apel redakcja “Radaru". Nie wiemy, jak to 

się wszystko skończyło, ale jesteśmy pewni tego, iż informacje nas 

background image

interesujące   spoczywają   w   grubych   szafach   pancernych   i 

komputerowych   bankach   pamięci   Łubianki   i   Chodynki   -   co 

sprawiło, że “... nie ma informacji o tym, co robili hitlerowcy na 

naszych ziemiach..."

Jest to prawdą nie tylko w odniesieniu do niemieckich rakiet, ale 

wszystkich   broni   V.   Godnym   uwagi   jest   fakt,   że   NKWD/NKGB   i 

GRU nie były jedynymi agenturami działającymi na terenie naszych 

krajów   (tj.   Czechosłowacji   i   Polski)   i   że   dokumentacja   dotycząca 

dyskoplanu   V-7   została   jednak   wywieziona   do   USA,   a   Sowieci 

dostali po nosie po raz drugi.

Hitlerowcy   nie   tylko   pracowali   nad   broniami   V   czy   bombami 

atomowymi - bowiem wydaje się nam, że chcieli oni podbudować 

wciąż pusty skarbiec III Rzeszy przy pomocy współczesnej alchemii 

- chemii jądrowej!

Zadaliśmy sobie pytanie: skoro Niemcy mieli reaktor jądrowy, to 

czy nie chcieli go użyć do... produkcji złota? Proszę nie zapominać, 

że to właśnie Niemcy prowadzili poszukiwania szlachetnego kruszcu 

we Wszechoceanie w latach 20. - że wspomnimy tu wyprawę statku 

“Meteor". Tymczasem w sukurs przyszła fizyka i chemia jądrowa i w 

latach 20. pewien inżynier-chemik Adolf Miethe (sic!!!) już w dniu 4 

lipca   1924   r.   w   swym   doniesieniu   zamieszczonym   w   “Die 

Naturwissenschaften"   przekazał   informację   o   wytworzeniu 

sztucznego   złota   poprzez   bombardowanie   elektronami   rtęci   w 

lampie   kwarcowej.   Po   kilku   tysiącach   godzin   pracy,   w   rtęci 

stanowiącej   katodę   inż.   Miethe   znalazł   niewielkie,   ale   mierzalne 

ilości   złota!   Wedle   współczesnego   alchemika,   bombardowanie 

elektronami miało doprowadzić do zamiany protonu w jądrze rtęci 

background image

na   neutron   i   co   za   tym   idzie,   stworzenia   atomu   najtrwalszego 

izotopu złota 

79

197

Au, co miało przebiegać zgodnie z reakcją:

Oczywiście reakcja taka jest możliwa tylko i wyłącznie na papierze, 

bowiem   w   naturze   coś   takiego   nigdy   nie   zachodzi.   Ale   Miethe 

wywołał   znaczne   zamieszanie   swym   raportem   i   chemicy   całego 

świata mieli problem do rozgryzienia. Ciekawym jest to, że Miethe 

został poparty przez Japończyka Nagaokę...

Teoretycznie złoto można wyprodukować z rtęci - jej rzadkiego 

izotopu (sama rtęć jest mieszaniną aż siedmiu trwałych izotopów: 

Hg-196, Hg-198, Hg-199, Hg-200, Hg-201, Hg-202 i Hg-204 i rzecz 

w tym, że nie występuje naturalny izotop rtęci Hg-197 i Hg-203...) 

zawartość   izotopu  

80

196

Hg   -   w   tej   mieszaninie   wynosi   jedynie... 

0,146%! Trochę za mało, by móc uzyskać złoto w reakcji:

Taka   produkcja   jest   całkowicie   nieopłacalna   ze   względu   na 

ogromne   ilości   energii,   którą   trzeba   w   nią   włożyć   i   małą   ilość 

materiału   wyjściowego   -   izotopu   Hg-196.   Oczywiście   można 

próbować inaczej, np. wyprodukować złoto z bizmutu:

Ewentualnie:

albo:

Czy wreszcie:

background image

Złudne złoto alchemików? Tak! - ale wiemy o tym teraz, w latach 

90.   zaś   w   latach   40.   chemia   jądrowa   stawiała   dopiero   pierwsze 

kroki... Miethego uznano za szarlatana w Niemczech i za granicami 

Rzeszy, to fakt. Nie zapominajmy jednakże o tym, że Fuhrer wierzył 

przede   wszystkim   właśnie   szarlatanom!!   Pracownia   Miethego 

znajdowała się we Wrocławiu. Czy konstruktor lotniczy Miethe, a 

inżynier-chemik   Miethe   to   jedna   i   ta   sama   osoba?   Jeżeli   tak,   to 

oznaczałoby, że w Górach Sowich pracowano nie tylko nad V-7, ale 

także   nad   transmutacją   materii   -   nad   którą   pracowali   wszyscy 

alchemicy,   Masoni,   Różokrzyżowcy   i   Templariusze,   za   których 

spadkobierców uważała się czarna elita SS...

Izotop rtęci-198 można uzyskać przez separację czy rafinację, a 

źródłem neutronów mógłby być reaktor jądrowy. Taki reaktor mógł 

pracować   nie   tylko   w   Górach   Sowich,   ale   nawet   w   podziemiach 

Wrocławia, królestwie szczurów do Wielkiej Powodzi w lipcu 1997 r.

People   always   dream   about   usual   things   and   ask   “   why   "?-1 

dream   about   unusual   things   and   ask:   "why   not"...  -jak   mawiał 

senator Robert Kennedy. Totalitaryzm ma to do siebie, że nie widzi 

rzeczy   takimi,   jakimi   one   są   i   opiera   się   głównie   na   chciejstwie 

przywódców... Tak mogło być, i było w przypadku fałszywego złota 

III Rzeszy. Za tą prawdę płaciły miliony zgładzonych dla złota ludzi 

w hitlerowskich obozach śmierci. Co robiono ze znalezionym przy 

nich złotem, opisał dokładnie węgierski Żyd - dr Miklosz Nyszli w 

książce “Pracownia doktora Mengele". Rzeszy było wciąż mało złota, 

bo to ono napędzało jej machinę wojenną. Cóż, w tym przypadku 

sprawdziło   się   stare   polskie   przysłowie,   że   nie   można   budować 

background image

swego   szczęścia   na   czyimś   nieszczęściu.   Rzecz   w   tym,   że   wielu 

zbrodniarzy uniknęło kary za to, co robili dla szczęścia III Rzeszy 

Niemieckiej. Ów aurum sacra fames - przeklęty głód złota - zabił 

miliony Europejczyków nie w wojnie, nie z bronią w ręku, ale w 

komorach gazowych Auschwitzu i Birkenau, Sobiboru i Treblinki, i 

wielu innych miejsc kaźni i rabunku, prowadzonego pedantycznie 

przez ucywilizowanych barbarzyńców XX wieku.

background image

ROZDZIAŁ 15

DIABELSKI SKARB W TECHOUICACH

Francuski   generał   wysyła   list,   zaś   amerykański   - 

komandosów - 32 worki papierów na jednej tonie trotylu - 

Śtechovicka   afera   się   zaczyna   -   Szwedzki   “Expressen"   o 

planach   tajnych   broni   w   Śtechovicach   -   Amerykanie 

szczerze żałują, ale nie oddają tego, co wzięli.

Jednostki   specjalne   Sprzymierzonych   poszukiwały   w   ramach 

swych misji wszelkich tajemnic ziem zagarniętych ongiś przez III 

Rzeszę. W państwach, które stały się po wojnie niepodległe, miały 

one niedużą rezerwę czasu, by wykonać swe zadania w czasie pobytu 

własnych   armii   na   terytoriach   tych   krajów   i   przechwycić   ludzi   i 

dokumentację,   o   które   im   chodziło.   Z   powrotem   suwerenności   i 

przejmowaniem spraw wewnętrznych przez lokalne rządy, misje te 

musiały   się   zakończyć,   bowiem   lokalne   służby   bezpieczeństwa 

patrzyły Aliantom na ręce.

Coś   podobnego   miało   miejsce   także   i   w   powojennej 

Czechosłowacji   -   w   jej   górach   odzywały   się   od   czasu   do   czasu 

wystrzały,   działały   jeszcze   bandy   Wehrwolfu,   tak   samo   było   w 

Polsce, na terenach Dolnego Śląska.

Już   13   października   1945   r.   francuska   ambasada   w   Pradze 

Czeskiej   wysłała   list   do   czechosłowackiego   MSZ,   w   którym   za 

pośrednictwem gen. Koeniga oznajmiała, że we francuskim obozie 

jenieckim dla esesmanów ujawnił się oficer SS Gunther Achenbach. 

background image

Ten opowiedział, że wie o miejscu opodal Pragi(!!!), gdzie jest ukryte 

archiwum   dokumentów   o   ważnych   wydarzeniach   wojennych. 

Francuskie poselstwo chciało sprawdzić prawdomówność opowieści 

Achenbacha i dostarczyć go do Czechosłowacji, by skonfrontować go 

z rzeczywistością.

Jednakże   z   MSZ   nie   przyszła   żadna   odpowiedź   nawet   po   3 

miesiącach, więc francuski attache wojskowy - generał pułkownik 

Flipo   -   przesłał   tam   zapis   relacji   Achenbacha   i   plany   przezeń 

przekazane.   Przejął   je   czechosłowacki   Sztab   Generalny.   W 

zeznaniach   pojmanego   SS-mana   czytamy,   że   na   poligonie   SS   w 

Hradiśfku koło Pragi było 20 kwietnia powołane Sonderkommando 

“Lange", które wykonało długą na 12 m sztolnię opodal poligonu 

“Zavist". Napisał:

“Po   wykopaniu   sztolni,   ułożono   w   niej   około   30   worków. 

Pochodziły one z Berlina i były bardzo ciężkie. Jeden worek się 

rozpruł i zawierał same papiery. "

Potem otwór zamaskowano uprzednio zaminowawszy:

“ Akcją wykonano na rozkaz Staatsministra Karla Hermanna 

Franka,   który   jako   jedyny   posiadał   plan   ułożenia   i   zniszczenia 

(tego   archiwum).   Rozkaz   dotyczący   przydziału   siły   roboczej 

otrzymał dowódca grupy szkoleniowej I. Kommando tworzyło 32 

kopaczy   i   3   kierowników   zmian   (sami   podporucznicy). 

Domyślaliśmy   się,   że   w   workach   znajdowały   się   dokumenty 

specjalnego   znaczenia,   dlatego   akcja   była   ściśle   tajna   i 

wykonywali ją oficerowie. "

lutego 1946 r. major .B. J. Wheeler, zastępca dyrektora USFET 

wydał   tajny   rozkaz,   na   mocy   którego   wysłano   na   terytorium 

background image

Czechosłowacji   specjalną   brygadę   komandosów   pod   dowództwem 

kpt. Stephena M. Richardsa. Grupa wystartowała z Frankfurtu nad 

Menem 7 lutego, w Norymberdze przesłuchała swego niemieckiego 

informatora i 10 lutego przekroczyła granicę.

Lionel S. B. Shapiro, który uczestniczył w akcji jako agent i jako 

przedstawiciel   North   American   Newspaper   Alliance   opisał 

detalicznie całą akcję prowadzoną przez “dzielnych amerykańskich 

chłopców", którzy zgarnęli “najbogatszy dokumentalny łup wojenny 

wszech   czasów",   i   to   za   cenę   konfliktu   z   młodymi   władzami 

Czechosłowacji;

“Amerykanie   dostali   się   do   Czechosłowacji   jakby   nigdy   nic. 

Utajnienie   było   konieczne,   aby   nie   trzeba   było   nikogo 

niepotrzebnie zabijać "!

Komando   przyprowadził   na   miejsce   Achenbach,   zidentyfikował 

skrytkę według drzewa, które zaznaczył uprzednio zasadzając je u 

wejścia do podziemnego korytarza. Prace eksploracyjne wykonano 

w śniegowej burzy i trwały one 38 godzin tj. od 11 lutego rano do 12 

lutego   wieczorem,   “przy   nieustannym   zagrożeniu   życia".   Po 

przewaleniu   jednej   tony   gliny   ukazała   się   sztolnia   oszalowana 

deskami, o rozmiarach 1,75 x 1,30 12 m, która była zabezpieczona 

minami   pułapkami   i   niemal   toną   trotylu.   Po   pokonaniu   tych 

wszystkich   przeszkód   komandosi   zabrali   wszystkie   32   worki   i 

załadowali   na   ciężarówkę,   po   czym   odjechali.   13   lutego   1946   r. 

przyjechali   z   powrotem   do   Frankfurtu.   Tymczasem   do   Śtechovic 

przyjechało   kilka   komisji   Sztabu   Generalnego   Armii 

Czechosłowackiej z Pragi.

Niestety, było już post factum.

background image

Krótko   potem,   korespondentka   szwedzkiego   dziennika 

“Expressen" telefonowała do redakcji z informacją:

“  Skradzione przez Amerykanów dokumenty niemieckie zostały 

najprawdopodobniej ukryte na rozkaz samego Hitlera!"

Informacja ukazała się w Sztokholmie 17 lutego.

19 lutego 1946 r. Sztokholmski “Expressen" wydrukował kolejne 

doniesienie swej korespondentki, w której to informacji czytamy, że:

“W   amerykańskich   kręgach   w   Pradze   panuje   znaczna 

nerwowość. Pierwszy sekretarz ambasady USA oświadczył, że to 

może spowodować straszne następstwa i histerię ".

22 lutego 1946 r. dzienniki opublikowały protest Czechosłowacji 

wystosowany   pod   adresem   rządu   USA,   a   w   dzień   później 

opublikowano   informację   o   amerykańskiej   akcji,   “Expressen" 

przyniósł kolejne doniesienie pani Lux Taube z Pragi. Napisała ona, 

że:

“  Wydaje   się   być   więcej,   niż   jasnym,   że   szło   o   dokumenty 

niezwykłej   wagi   -   mówi   się   o   planach   i   nowych   tajnych 

niemieckich   broniach,   które   ukryto   pod   ziemią   na   potrzeby 

przyszłości".

Czy Lux Taube miała na myśli plany dyskoplanu V-7?

24   lutego   1946   r.   Amerykański   ambasador   w   Pradze   Czeskiej 

przeprosił ministra spraw wewnętrznych za ten “pożałowania godny 

incydent".   Urzędy   wojskowe   USA   otrzymały   polecenie   zwrócenia 

tych dokumentów stronie Czechosłowackiej. To się stało w osiem 

dni później, kiedy 2 marca do Pragi wjechała amerykańska kolumna 

ciężarówek  chroniona przez MP. Kolumnę przysłał  osobiście gen. 

Siubert,   szef   G-2,   a   prowadził   ją   gen.   Koenig   z   USFET   we 

background image

Frankfurcie.

Wkrótce się okazało, że Amerykanie nie zwrócili tego, co zgarnęli 

w Śtechovicach:

“Jeżeli   idzie   o   zawartość   worków,   które   dowództwo 

amerykańskiej armii zwróciło na praski Hrad to zawierają one 

cenny materiał, ale mamy dowody na to, że nie jest to ten sam  

materiał, który Amerykanie wywieźli ze Stechovic... "

-stwierdził   w   dniu   8   marca   1946   r.,   w   czasie   posiedzenia 

parlamentu poseł Vaclav David (skąd to wiedział?):

“  Zwrócono   nam   archiwum   ministerstwa   rządu   Franka   i   SD 

oraz   część   archiwum   prezydenckiego.   Dokumenty   te   były 

wywiezione   przez   Rokycany,   Plzeń   i   Klatovo   do   armii   USA. 

Stechovicka skrytka była naszpikowana całymi tonami materiału 

wybuchowego   i   uzbrojona   tak,   że   wyleciałoby   w   powietrze 

wszystko,   co   znajdowałoby   się   w   okolicy.   Takimi   środkami   nie 

trzeba   było   zabezpieczać   archiwum   prezydenta   i 

Reichsministerium Franka ".

Ergo   wynika,   że   Amerykanie   przywieźli   do   Pragi   coś   zupełnie 

innego, niż to, co wywieźli ze Śtechovic.

Plany   tajnych   broni,   o   których   pisali   reporterzy   szwedzkiego 

“Expressen",   nie   znajdowały   się   w   tej   dokumentacji,   a   zatem 

możemy podejrzewać z niemal stuprocentową pewnością że zostały 

one wywiezione do Stanów Zjednoczonych.

background image

ROZDZIAŁ 16

TWIERDZA SUMAUA

Hitlerowskie   UFO   pod   Mednikiem?   -   Niebezpieczeństwo, 

którego nie można lekceważyć - Poligon SS w Hradiśfku - 

Archiwum, skarb albo jedno i drugie! - Bóhmerwaldfestung: 

Twierdza Śumava - 62 dywizje pod bronią.

Rezultaty   naszych   badań   nad   historią   niemieckich   broni   V   dr 

Milos   Jesensky   zaprezentował   na   jednym   ze   zjazdów   klubu 

“Hyperion" w Bratysławie w maju 1994 r. a raport z tego spotkania 

był opracowany w dziesięciu wersjach i czterech językach. Od tego 

czasu w prasie codziennej oraz w innych periodykach, pojawiają się 

sporadycznie  informacje, które  dotyczą  tego   tematu. Na  przykład 

redaktorowi   “Expressu"   Michalovi   Polakovi   udało   się   natrafić   na 

kilka   gorących   śladów,   wiodących   w   przeszłość,   nie   tak   znów 

odległą. M.in. znalazł on pewnego świadka, kobietę której siostra 

pracowała w Avii Ćakovice, jako pracownik socjalny. Zakład musiał 

zatrudnione tam przy montażu silników lotniczych kobiety posłać 

do   Mezinosti,   filii   Mednik,   i   jej   siostrze   udało   się   -   dzięki   swej 

profesji   -   tam   przeniknąć.   Na   zamkniętym   odcinku   torów 

kolejowych pomiędzy Davli i wsią Luka pod Mednikiem, w tunelach 

montażowych  miały   znajdować   się   samoloty   w   kształcie   dysku,  a 

niektóre   z   nich   -   według   red.   Polaka   -   znajdują   się   do   dziś   w 

podziemiach   fabryki   na   obszarze   Mednika.   Siostra   świadka 

stwierdziła   przy   tym,   że   320   młodych   pracownic,   które   tam 

background image

odesłano, nigdy już nie wyszło na zewnątrz... Ona sama potem była 

zatrzymana przez Gestapo.

Michał Polak znalazł także dalszego świadka - Jaroslava Rajtolara, 

który   wedle   własnych   słów   pracował   w   podziemnym   kompleksie, 

gdzie   przebiegała   tajna   zbrojeniowa   produkcja.   Szło   właśnie   o 

zaadaptowanie   tuneli   kolejowych   na   trasie:   Vrane   nad   Vltavou   - 

Libfice i Davle - Luka  pod  Mednikiem oraz  mostu kolejowego  w 

Zampach k./Pragi Czeskiej. W tunelach wyrabiano części dla Avii 

Ćakovice   i   pracowały   tu   nie   tylko   kobiety,   ale   także   mężczyźni   z 

całego terytorium Protektoratu. Większość tworzyły roczniki 1923 i 

1924.   Pracownicy   mieszkali   w   chatach   i   barakach,   które   Niemcy 

zajęli w okolicy Sazavy.

“Prace w tunelach nadzorowało siedmiu Niemców, a na “ dwójce 

"pracował mistrz Hans Braden. To właśnie  jego Rosjanie zabrali 

ze sobą do ZSRR. W każdym razie szło o świadka, który swe życie  

okupił informacjami. Świadek Rajtolar pracował w tunelach od 

września 1944 aż do maja 1945 r. Jak twierdzi, kobiety pracujące 

pod   Mednikiem   nigdy   żywe   stamtąd   nie   wyszły.   Następnie 

świadek   potwierdził   loty   doświadczalne   tej   nowej   broni,   które 

miały miejsce pod koniec wojny. Samoloty - UFO, mające około 8- 

16 m średnicy, było ich trzy. Latały z ponaddźwiękową prędkością, 

a jeden z nich spadł gdzieś na naszej ziemi w okolicach Pragi. "

Czy   świadek   kłamał,   czy   nie?   Czy   można   wierzyć   redaktorowi 

“Expressu"? Niektórzy twierdzą, że ta cała historia jest mistyfikacją i 

jest   całkiem   niejasna.   Gdzie   właściwie   przebiegał   montaż 

dyskoplanu? Jak to się stało, że siostrze świadka i J. Rajtolarowi 

udało się uniknąć śmierci, skoro Niemcy wszystkich likwidowali?

background image

Poszukiwania   planów   V-7   stwarzają   nawet   dla   dzisiejszych 

badaczy sporo trudności i niebezpieczeństw. To wyszło przy okazji 

prac naszych znajomych i kolegów przy tzw. “skarbie w Hradisfku" i 

na   łamach   naszej   i   zagranicznej   prasy   w   przedziwnych 

okolicznościach   pojawił   się   poniższy   tekst.   Ogólną   uwagę 

przyciągnął podpis: “grupa Sommer":

“Sytuacja wokół skarbu jest dziś poważna i niebezpieczna. My, 

którzy   prowadziliśmy   jego   zaminowanie   wiemy   to   najlepiej. 

Wiemy co zaminowaliśmy i gdzie. Hradiś'ko to nie tylko skarb, w 

sztolniach   jest   ukrytych   wiele   rzeczy.   Przyrzekamy   oddalić 

katastrofę,   która   grozi   temu   regionowi.   Wystarczy   jedno 

uderzenie   kilofem   w   to   miejsce,   a   skarb   i   okolica   wyleci   w 

powietrze.   Usuńcie   wszystkich   i   wyrzućcie   kopaczy   złota   i 

poszukiwaczy  skarbów czy  to Niemcy, czy  to ci z USA. Oni  nie 

poniosą szkody, tylko Wy  -  Czesi. Czas na rozminowanie sztolni 

był w 1995 r. Poczekajcie - my to rozminujemy. Miejcie rozum, bo  

inaczej sprowadzicie wielką sensację i nieszczęście. To wszystko 

wywieziono do USA i nie warto się za to brać.

Grupa Sommer "

Był   tam   jeszcze   tekst   podpisany   “Lange",   ale   nie   został   on 

opublikowany przez “Express".

Sytuację mogłaby nieco rozjaśnić fotografia opublikowana przez 

redakcję,   na   której   widzimy   kilku   szeregowców   niemieckiej 

jednostki   z   garnizonu   w   Hradisfku.   Dwóch   z   nich   po   wojnie 

pozostało w Czechach, i istnieje domysł, że któryś z nich może się 

zgłosi z kolejnym fragmentem mozaiki - której na imię odwetowe 

bronie III Rzeszy...

background image

Co do wymienianego tu już niejednokrotnie poligonu Waffen-SS 

w Śtechovicach (Hradisfko), to chodziło o obszar o powierzchni 500 

km

2

  położony   pomiędzy   Wełtawą   a   Sazawą.   W   jego   centrum 

znajdował się plac ćwiczeń SS, gdzie wypróbowywano nowe bronie 

(m.in. słynnego “Goliata", który tak dawał się we znaki żołnierzom 

powstania   Warszawskiego,   zdalnie   kierowany   czołg   załadowany 

trotylem, do likwidacji mniejszych umocnionych punktów oporu). 

W jego bezpośrednim pobliżu znajdowały się linie kolejowe Vrane 

nad Vltavou - Davle - Jilove i tunele pomiędzy Vranym nad Vltavou, 

Skochovicemi i Davlami, gdzie znajdowało się miejsce produkcji i 

montażu dyskoplanów, co wiemy z relacji red. Polaka. Informacje o 

badaniach Hradiśfka tworzą wdzięczny temat dla mediów od końca 

kwietnia 1995 r., kiedy to na scenie pojawił się Helmut Gaensel (czy 

Gansel),   były   Niemiec   sudecki   obecnie   zamieszkały   na   Florydzie 

(USA).   Jego   rywalem   stał   się   czeski   badacz   i   eksplorator   Josef 

Mużik,   i   z   początku   wyglądało   na   to,   że   obaj   mają   wyrównane 

szanse.   Obaj   rozbili   swe   namioty   (a   właściwie   całe   obozy 

namiotowe)   w   pobliżu   sztolni   sztechowickich.   Obaj   byli   bardzo 

pewni   siebie.   I   obaj   włożyli   niemałe   pieniądze   w   tą   imprezę.   W 

miarę upływu czasu Helmut Gaensel wysunął się na czoło, a to z 

powodu większych finansów, którymi dysponował. Był tam zresztą 

już po raz trzeci - pierwszy raz szukał tam w latach 60., potem w 

1989   r.,   a   przed   nim   szukali   inni   Niemcy,   Rosjanie,   Amerykanie 

(poza   ludźmi   kpt.   Richardsa   w   1946   r.),   jednostki   byłego 

czechosłowackiego  MSW  (które  współpracowały  z  jasnowidzami  i 

używały   metod   parapsychicznych),   Omnipol   (największy 

czeskosłowacki   koncern   zbrojeniowy).   I   wreszcie   Josef   Mużik   z 

background image

Helmutem   Gaenselem.   Przypomina   to   nieco   historię   skarbu   z 

Oaklsland...

W   chwili   obecnej   mało   kto   wątpi   w   to,   że   w   rejonie   Stechovic 

znajdują   się   od   połowy   stulecia   jakieś   podziemne   komory   i 

przestrzenie,   a   w   nich   tajemnice   III   Rzeszy,   na   temat   których 

narosło wiele legend i rozpętało się wiele sporów teoretyków.

W połowie 1993 r. w jednym z dzienników ukazała się krytyczna 

rozprawa na temat bezpłodności wysiłków grup Mużika i Gaensela, 

w   której   pisze   się   m.in.,   że   nie   zdziwiłoby   to   nikogo,   gdyby   w 

podziemiach   sztechowickich   znalazło   się...   UFO!   Całość   była 

utrzymana   w   tonie   ironicznym   i   bagatelizowano   prace   obu 

eksploratorów, ale już 25 sierpnia tegoż roku pojawia się pogląd, że 

w Śtechovicach mógł zostać ukryty zbiór dokumentów dotyczących 

broni   V,   nad   którymi   do   końca   wojny   tak   tam   intensywnie 

pracowano. Bingo! Ze wszystkich informacji na temat testów V-7 na 

ziemiach  Protektoratu   Czech   i   Moraw  ta   notatka   jest   najbardziej 

interesująca. Tak, domyślamy się, jak to być mogło. Archiwum V... 

skarb... - a może tak jedno i drugie?...

Niewiarygodne?

To   wszystko   są   już   fakty,   a   nie   spekulacje.   Fakty,   które 

potwierdzają, że na ziemiach Protektoratu na przełomie lat 1944/45 

miały   miejsce   ściśle   tajne   próby   z   supertajnym   niemieckim 

dyskoplanem   przedstawiającym   sobą   technologię,   która   nawet 

dzisiaj   ma   znaczną   wartość   dla   tego,   kto   znajdzie  te   dokumenty. 

Mamy podejrzenie, że tajemnica tej technologii pozostała po wojnie 

w czeskiej ziemi. Reichsprotektorat der Bóhmen und Mahren był 

przecież ostatnim bastionem hitleryzmu w Europie! To właśnie tam, 

background image

a nie w Twierdzy Alpejskiej, hitlerowcy mieli możność ukrycia przed 

armiami   Sprzymierzonych   to,   co   było   dla   nich   najcenniejsze,   co 

faszyści wtedy mieli - projekty, plany, dokumentacje techniczne i 

prototypy   wynalazków   o   znaczeniu   epokowym.   Pisząc   te   słowa, 

mimochodem przypomina nam to polski film pt. “Tajna misja", w 

którym   polscy   partyzanci   wydzierają   hitlerowcom   ogromną   pakę, 

która   jest   prezentem   dla   Hitlera,   a   w   której   znajduje   się 

miniaturowe...  UFO! Całość  utrzymana  w  konwencji  komedii, ale 

zrobionej w 1989 r., kiedy jeszcze nie wszystko można było w Polsce 

powiedzieć wprost...

Możemy zaryzykować ciekawe porównanie, na podstawie którego 

domyślamy   się,   iż   te   techniczne   cuda   i   cudeńka   nie   zostały 

wywiezione do Reichu, a pozostały na jego peryferiach, w Czechach. 

Jak   powszechnie   wiadomo,   dr   Wehrner   von   Braun   i   jego   ekipa 

poczekali do końca wojny w Alpenfestung - skąd wiele transportów 

pod silną eskortą SS jechało do Czech obsadzonych armią Schórnera 

i tam ukrywało swoje ładunki. Ciekawe jest to, że istnieje analogia 

pomiędzy Alpenfestung i twierdzą Śumava - Bohemerwaldfestung, 

którą   jeszcze   dokładniej   zabezpieczono   -   było   tam   5   dywizji   VII 

Armii   w   tym   brygady   pancerne   SS   “Therese",   kilka   dywizji   tzw. 

Armii “Ostmark", kilka pułków SS i na dodatek Armia “Mitte" gen. 

Schórnera,   która   była   związkiem   taktycznym   grupującym   aż   62 

dywizje!

W   górach   szumawskich   budowano   umocnienia,   okopy,   bunkry, 

schrony,   stanowiska   dowodzenia,   węzły   łączności   i   arsenały   oraz 

magazyny   amunicji,   które   miały   zasilać   Twierdzę   Śumava.   K.   H. 

Frank także postarał się o skrytki na materiały piśmienne, archiwa, 

background image

itp. w powiatach Domażlice, Klatovy i Prachatice.

Z tego też względu zakładamy, że wszystkie materiały i prototypy 

V-7 testowane w Czechach, zostały właśnie w Czechach schowane - 

jak dowodzi tego przypadek hradisztkiego archiwum.

Reasumując   możemy   stwierdzić,   że   eksperci   grupy   badającej   i 

rozwijającej   V-7,   przeczekali   koniec   wojny   w   Bóherwaldfestung 

Śumava   i   byli   w  niej   o  wiele   bardziej   bezpieczni,  niż   członkowie 

grupy   dr   von   Brauna   w   Hindelang-Oberallgau   nieopodal   granicy 

Rzeszy ze Szwajcarią!

background image

ROZDZIAŁ 17

GEHEIME REICHSSACHE LEITMERITZ

Podziemna fabryka w Litomericach - Firma Elsabe, fałszywe 

transakcje   w   rejestrze   handlowym   -   Kolejne   zagadki: 

Podziemne zakłady Richard II i Richard III - Pojemniki na 

ciężką wodę? -Litomefice: Sekret Rzeszy.

Mimo   wszystko,   to   o   czym   pisaliśmy   wcale   nie   daje   nam 

stuprocentowej   pewności   co   do   tego,   gdzie   Niemcy   produkowali 

jeszcze swe V-7. Rzecz w tym, że żadna z wymienionych tutaj fabryk 

i   poligonów   nie   znajduje   się  n i e d a l e k o   Pragi.   Wszystkie 

dotychczas wymienione zakłady znajdowały się w odległości ponad 

100   km   od   stolicy   Czech.   Dlatego   też   w   tym   miejscu   pozwolimy 

sobie zwrócić uwagę Czytelnika na podziemną fabrykę “Richard" w 

górskim masywie Czeskiego Pogórza Radobyl koło Litomefic k./Usti 

nad Labem. Miejscowość ta jest oddalona tylko o 54 km od Pragi 

Czeskiej na pn. zach. od niej.

Większość historyków i publicystów, którzy zwrócili uwagę na to 

miejsce   zaraz   po   wojnie   stwierdza,   że   ten   budowlany   projekt 

“Richard"   miał   zabezpieczać   przestrzeń   produkcyjną   dla   firmy 

Elsabe. Firma ta była częścią koncernu Auto Union (dziś AUDI) i 

wyrabiała czołgowe silniki HL-230.

Ta  informacja  była sygnowana  przez Ministerstwo Uzbrojenia i 

Materiałów   Wojennych   III   Rzeszy.   Ministerstwo   owo   zleca 

przeniesienie   fabryki   silników   z   Siegmaru,   który   był   poważnie 

background image

zagrożony alianckimi nalotami, do podziemi Litomefic. Jednakże ta 

okoliczność   nie   usprawiedliwia   utajnienia   całej   sprawy   i 

makabrycznego,   morderczego   tempa   tych   przenosin,   w   których 

zaangażowano więźniów kilku obozów koncentracyjnych, co kilku 

autorów zainspirowało do wysnucia hipotezy, że szło o produkcję 

broni odwetowych V. My zamierzamy udowodnić, że mogło równie 

dobrze iść o wyrób latających dysków.

Co na to wskazuje?

1   kwietnia   1944   r.   praska   centrala   Gestapo   wysłała   do 

niemieckiego ministra d/s Czech i Moraw K. H. Franka prośbę o 

pozwolenie zwiększenia ilości więźniów zatrudnionych przy małej 

twierdzy   Terezin   na   dwóch   budowach   o   2000   ludzi,   a   także   o 

pozwolenie zwiększenia obsady wartowniczej załogi SS o kolejnych 

180  esesmanów. Jednakże prośba ta została odrzucona pismem z 

dnia 29 sierpnia 1944r.

“Można   (...)   jeszcze   generalnie   wskazać   na   to,   że   policyjne 

więzienie   w   Terezinie   wciąż   zyskiwało   na   bezpieczeństwie   od 

początku   swego   istnienia.   Aktualnie   jest   najsilniej   strzeżonym 

miejscem w całym Protektoracie. Poza tym realizuje się tam -jak 

wiadomo  -  różne   projekty   budowlane   ważne   ze   względów 

wojskowych, pod pieczą samego SS-Reichsfuhrera, które to prace 

mają całkowite pierwszeństwo. "

Formularz   “wie   dort   bekannt"   adresowany   do   urzędu 

budownictwa   z   podpisem   K.   H.   Franka   jest   wymownym 

dokumentem. Odpowiedź na to pytanie może nas przywieść na ślad 

niemieckich dyskoplanów V-7 w Czechach.

Co zatem budowano w bliskości twierdzy w Terezinie?

background image

Terezin   leży   w   odległości   zaledwie   3   km   od   Litomefic.   W   tym 

czasie cały przemysł lotniczy III Rzeszy przeniósł się pod ziemię, by 

uciec przed dywanowymi nalotami bombowców Sprzymierzonych, 

dzięki czemu powstały plany sześciu gigantycznych, podziemnych 

zakładów   lotniczych.   Miały   one   być   zbudowane   na   bazie 

betonowych schronów na wzór bunkrów dla okrętów podwodnych 

(doskonale pokazanych w filmie “Okręt") na atlantyckim wybrzeżu i 

miejsc odpalania rakiet V-2 (okolice Pas-de-Calais).

W kwietniu, Adolf Hitler osobiście powierzył to zadanie szefowi 

Organizacji   Todta   z   ministerstwa   Speera   -   Xaverowi   Dorschemu. 

Dorsch   referował   później   Hitlerowi,   gdzie   mają   być   te   fabryki 

postawione,   ale   stopień   ich   utajnienia   był   taki,   że   w   spisach 

ministerstwa Speera one w ogóle nie figurowały - a przecież istniały! 

Czy postawiono je na czeskiej ziemi? 

Czy nie był ten  projekt tożsamy z tym, o  którym  pisze praskie 

Gestapo w sierpniu 1944r.? 

Znajdowały się w pobliżu Terezina?

Odpowiedź na to i inne pytanie znajduje się w wypowiedzi Xavera 

Dorscha,   w   jego   zeznaniu   przeciwko   marszałkowi   Milchowi   w 

Procesie Norymberskim. Powiedział on ni mniej ni więcej, tylko to - 

ż e   j e g o   f a b r y k a   m i a ł a   b y ć   w y b u d o w a n a   o k o ł o 

5 0   k m     n a   p ó ł n o c   o d   P r a g i   C z e s k i e j .

Terezin znajduje się dokładnie w tej odległości, a Litomefice cztery 

km dalej na północ. Podziemny kompleks “Richard" dokładnie jak 

ulał   pasuje   do   tej   lokalizacji   fabryki   produkującej   V-7   w   sensie 

wyjaśnienia,   że   idzie   o   fabryki   w   pobliżu   Pragi,   wbrew 

dotychczasowej lokalizacji zakładów tych w Walterze w Jinovicach 

background image

czy Aero w Vysoćanach.

Jakie   przesłanki   wskazują   przeciwko   wyjaśnieniom,   że 

litomierzycka fabryka wyrabiała silniki do czołgów?: 

1.   Podziemna   fabryka   “Richard"   -   jak   już   powiedzieliśmy   - 

należała do Elsabe G.m.b.H. z kapitałem zakładowym wartości 30 

mln RM, której celem istnienia było - wedle Rejestru Handlowego - 

wyrób i sprzedaż samochodów wszelkiego rodzaju. To oczywiście nie 

musi   być   prawdą.   Niemieckie   ministerstwo   finansów   wydało 

zarządzenie,   by   wpisywać   do   rejestru   także   fingowane 

przedsiębiorstwa, kryptonimy tajnych inwestycji, a to wszystko w 

celu skołowania wszystkich służb wywiadowczych wroga, ergo nie 

istnieje jednoznaczny dowód na to, że pod grzbietem Radobyla coś 

de facto było, tj. coś było, ale co tam wyrabiano n a p r a w d ę - tego 

nikt nie wie.

68.

W tych podziemiach Litomefic poza firmą Elsabe G.m.b.H z jej 

“Richardem"   wybudowano   dalsze   dla   firmy   Kalkspat   -   filii 

koncernu Osram i firm AEG oraz Siemens - wszystkie mające 

swoje udziały w produkcji broni V. Budowa dla Elsabe stała się 

“Richardem   I",   budowa   dla   Kalkspatu   -   “Richardem   II"   -   do 

której miała się przenieść także berlińska filia Osramu. To akurat 

nie wygląda nam na czyjś wymysł, bo w tym czasie już dawno 

mówiło się o przemieszczeniu fabryk do podziemi w Hersbrucku 

k./Norymbergii i Litomefic. Ciekawą jest także budowa “Richard 

III" - gdyby do niej doszło, to dla kogo byłoby to przeznaczone i 

do wyrobu czego miałoby to posłużyć. Co miano produkować w 

“Richardzie II" i “Richardzie III"!?

background image

69.

Gdyby   litomeficka   podziemna   fabryka   podpadała   pod 

produkcję samolotów, to należałaby ona do kompetencji sztabu 

zabezpieczającego   produkcję   myśliwców   (tzw.   Jagerstab),   a 

jednak tak nie było. Budowy “Richarda I, II i III" podlegały SS-

Gruppenfurerowi dr inż. Hansowi Kammlerowi, który zajmował 

się produkcją i uzbrojeniem broni V oraz ich wykorzystaniem.

Istnieje   rozkaz   mówiący   o   przeniesieniu   fabryki   silników 

czołgowych HL-230 z Siegmaru do Litomefic i istnieje późniejszy 

rozkaz Adolfa Hitleraz dnia 30 kwietnia 1944 r. o zmianie profilu 

produkcji tych zakładów i zamiast silników czołgowych miały być 

tam wytwarzane s a m o l o t y   m y ś l i w s k i e !!!

Interesujące   jest   także   porównanie   architektury   obu   budów   z 

innymi podziemnymi fabrykami i montowniami, które znajdowały 

się na terenie III Rzeszy. I tak np. główny zakład Mittelwerke Dora 

w   górze   Kohnstein   koło   Nordhausen   służył   wyłącznie   montażowi 

tajnych broni rakietowych, zaś druga wielka filia - Laura - położona 

w Saafeld  (Turyngia) służyła  do testowania  i  składania  jednostek 

napędowych do broni V. Mówiąc krótko, hale i korytarze kompleksu 

Litomefice   (o   całkowitej   długości   36   km!!!)  r ó ż n i ł y   s i ę 

c a ł k o w i c i e  od kompleksów Dory, Laury i innych podziemnych 

zakładów produkcyjnych III Rzeszy.

Krążą mgliste legendy wokół tego, co miano produkować w tym 

kompleksie - chodzi o “Richarda II i III". Jeden z więźniów tam 

zatrudnionych   wspomina   o   składowanych   tam   silnikach 

rakietowych.   Inny   zaś   świadek   -   będący   fizykiem   jądrowym   - 

rozpoznał w basenach i pojemnikach umieszczonych w jednej z hal... 

background image

elektrolizery do produkcji ciężkiej wody - D

2

OI Czy chodzi o fantazję 

czy fakty?

background image

ROZDZIAŁ 18

ŚLADY WIODĄ DO BEZEJOVIC

Przedstawiamy   następnych   eksploratorów   -   Tajemnicza 

budowla - Himmler i Skorzeny w Bezejovicach - Podziemne 

korytarze,   szyby   wentylacyjne   i   elektryczne   instalacje 

Wehrmachtu   -   Gdzie   wylądował   prezent   dla   dyktatora 

Perona? - UFO nad lotniskiem w Nesvećilech w maju 1945 r.

To, czego Helmut Gaensel i Josef Mużik szukają, nie znajduje się 

w Śtechovicach  -  wszelkie ślady zmierzają tutaj, do Bezejovic i ci 

dwaj   eksploratorzy   są   na   mylnym   tropie,   który   prowadzi   do 

nikąd... "

-   tak   oświadczył   na   początku   1997   r.   redaktorowi   Pavlovi 

Pfeućilovi   niejaki   Luboś   Kordac,   na   podwórcu   wpółrozpadłego 

bezejowickiego zameczku, który w czasach II wojny światowej był 

siedzibą komendantury Waffen SS.

Najpierw kilka słów o autorze tego stwierdzenia, doświadczonym 

eksploratorze i badaczu, który przyprowadził redaktora magazynu 

“Blesk" na ruiny odległego zamku na Beneśovskiej - czym wzbudził 

niesłychane   zainteresowanie   czeskich   i   zagranicznych 

eksploratorów.   W   związku   ze   swą   handlową   działalnością,   pan 

Kordac często bywa w Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Chile.

“  Właśnie tam udało mi się uzyskać całą masę interesujących 

dokumentów   i   zeznań   na   temat   podziemnego   budownictwa 

niemieckiego   w   Bezejovicach   w   ostatnich   dniach   wojny.   Na 

background image

pobliskim   lotnisku   w   Nesvaćilech   lądował   jeden   samolot   za 

drugim, z nich wyładowywano jakieś paki i odwożono na zamek. 

Jeszcze w kwietniu 1945 r. wylądowały tu dwa samoloty Junkers z 

silnie   strzeżonym   ładunkiem,   często   przylatywali   tam   wysocy 

dygnitarze Trzeciej Rzeszy - Heinrich Himmler i Otto Skorzeny, o 

czym świadczą dokumenty i zdjęcia. "

O   prawdopodobieństwie   oświadczenia   Kordaća   świadczą   marne 

wyniki  poszukiwań  jego  kolegów   w  Hradiśfku  i  Śtechovicach. Na 

dodatek, jego “odkrycie" starego zamku pełnego zagadek też dolało 

oliwy do ognia.

Współczesne   zagadki   zaczynają   się   już   przy   ojcu   dzisiejszego 

właściciela.   Była   to   postać   znana   w   całej   Europie   -   prezes 

zakładów   Skody   przewodniczący   rady   wykonawczej   brnieńskiej 

Ćeskej Zbrojovky i zakładów zbrojeniowych w Rosji i Polsce - pan 

Viliam   Hromadko,   osobisty   przyjaciel   prezydenta   Beneśa   i... 

Stalina.

  W   roku   1922 

był on pierwszym ambasadorem Czechosłowacji w ZSRR. "

Jak   dowiedzieli   się   dziennikarze   z   “Blesku",   w   bezpośredniej 

bliskości zamku znajduje się pewne tajemnicze przedsiębiorstwo z 

Izraela,   które   zajmuje   się   agroturystyką.   Żeby   było   dokładniej, 

należy dodać także i to, że pod posadzką sali rycerskiej kopali Josef 

Mużik i Helmut Gaenseł, ale na ciąg dalszy prac nie dał zezwolenia 

aktualny właściciel budowli - Jan Michael Hromadko. Tłumaczył to 

tym, że nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa na swej ziemi i 

pod swym dachem... Zgodnie z wypowiedziami świadków, z którymi 

rozmawiali redaktorzy Pavel Pfeućil i Kamil Varcoller - w okolicy 

wciąż   krążą   samochody   z   niemieckimi   znakami   rejestracyjnymi   i 

background image

jacyś ludzie z detektorami metali...

“Na   drzewach   wycięto   niemieckie   znaki   z   lat   wojny.   Całe 

podziemia   zamku   i   jego   okolice   są   pocięte   korytarzami 

podziemnymi   i   szybami   wentylacyjnymi   -   jak   to   wykazują 

badania   geofizyczne.   Najwięcej   pod   ziemią   znajduje   się   kabli 

energetycznych z niemieckimi oznakowaniami, a niektóre z nich 

s ą   s t a l e   p o d   p r ą d e m  (!!!). Podziemia coś ewidentnie stałe 

pracuje,   bowiem   według   zakładu   energetycznego,   zrujnowany 

zamek pobiera prądu za 64.000 koron na miesiąc(l). "

Wedle roboczej hipotezy Lubosa Kondraća pod ziemią znajdują 

się   urządzenia,   plany   i   dokumentacja   niemieckich   wynalazków, 

które   uprzednio   przeznaczono   do   wywiezienia   z   III   Rzeszy   do 

Ameryki   -   a   konkretnie   do   Argentyny.   Domniemywamy,   że 

wydarzenia te przebiegały następująco: ... Jest 20 kwietnia 1945 r. 

Hitler   świętuje   swe   56   urodziny.   Paskudny   Geburtstag...   Do 

podziemnego   bunkra   pod   Reichstagiem   przychodzą   goście   z 

życzeniami. Przychodzili i wychodzili, tak że cały czas od obiadu do 

wieczerzy   upłynął   Hitlerowi   na   odwiedzinach   i   pogaduszkach,   a 

także   na   radzeniu,   co   robić...   Sytuacja   na   frontach   była 

katastrofalna: wojska 2 Frontu Białoruskiego - Armia Czerwona i 

Ludowe Wojsko Polskie połączyły się siłami Żukowa i Koniewa - i 

wraz   z   Rokossowskim   podążały   do   Berlina,   atakując   na   froncie 

szerokim na 50 km, na pd. zach. od Szczecina. Na południu został 

złamany   opór   Wehrmachtu   na   Odrze   i   Nysie   Łużyckiej   -   Armia 

Czerwona prze do przodu coraz szybciej. Żołnierze Koniewa - ludzka 

powódź   forsuje   Sprewę,   a   w   tym   samym   czasie   dywizje   Żukowa 

obsadzają   Protzel.   Na   zachodzie   Alianci   Zachodni   zdobywają 

background image

Norymbergę i Stuttgart, do których wkracza francuska 1 Armia.

W   Berlinie,   stolicy   konającej   III   Rzeszy,   na   pokład   dwóch 

Junkersów   Ju-52,   w   gorączkowym   tempie   ładuje   się   80   pak   z 

dziełami sztuki, sztabami złota i dokumentami dotyczącymi badań 

nad   broniami   V.   Miejsce   przeznaczenia   -   Argentyna,   pałacowy 

kompleks   dyktatora   Juana   Perona   w   Buenos   Aires.   Zadajmy 

pytanie, dlaczego i z jakiej przyczyny najwyższy satrapa III Rzeszy w 

dzień   swych   kolejnych   urodzin   posyłał   prezenty   dla   swego 

zaoceanicznego   kolegi   w   postaci   tak   dotąd   pilnie   strzeżonych 

tajemnic   broni   V   i   nazistowskiego   dyskoplanu,   które   to   bronie 

mogły odwrócić losy II wojny światowej?

W   czasie,   kiedy   w   bunkrze   pod   zbombardowaną   i   spaloną 

Kancelarią   Rzeszy   odgrywał   się   ostatni   epizod   nazistowskiej 

tragifarsy,   Hitler   przy   czytaniu   telegramów   gratulacyjnych   myśli 

tylko o jednym - o SS-Sturmbannfuhrerze Otto Skorzenym, który 

zajmuje się w tej chwili wywozem skarbu Rzeszy - 460 skrzyń w 

pociągu do Austrii. Ślad obu samolotów i pociągu urywają się koło 

Beneśova. Według niektórych źródeł, opierających się na zeznaniach 

gen. Emila Kleina, paki te z samolotów przeładowano na ciężarówki 

i   przewieziono   je   do   Śtechovic,   gdzie   gen.   Klein   dopilnował   ich 

składowanie i bezpieczne ukrycie.

Cała rzecz ma wszakże jeden haczyk: istnieją także świadkowie, 

którzy mówią, że podziemne ukrycie w Stechovicach służyło także 

jako manewr mylący przeciwnika, zaś  p r a w d z i w e   m i e j s c e 

u k r y c i a   jest   w   innym,   znanym   jedynie   wtajemniczonym 

miejscu...

Lubos Kordac, zawołany zbieracz wszelkich dokumentów i zeznań 

background image

sądzi,   że   jest   na   wyciągnięcie   ręki   od   rozwiązania   zagadki 

bezejowickiego zamku. Wedle jego poglądu - oba Ju-52 doleciały do 

Pragi   Czeskiej   po   międzylądowaniu   na   polowym   lotnisku   w 

Nesvaćilech, gdzie je rozładowano potajemnie. Potem odleciały do 

Pragi, która była właściwym celem ich lotu. dziennikach lotu obu 

maszyn pojawił się zapis, że międzylądowanie było spowodowane 

awarią   prawego   koła   podwozia...   Podobnie   było   i   w   przypadku 

pociągu, który według świadków zakończył swój bieg w nocy 23/24 

kwietnia przy ściśle obstawionym peronie w Bystficy koło Beneśova, 

a   potem   kolumna   ciężarówek   odjechała   do   Bezejovic.   Nawiasem 

mówiąc - pod koniec wojny znajdował się w tym zameczku mały 

obóz koncentracyjny.

Istnieją   interesujące   hipotezy,   według   których   jeden   z   modeli 

próbnych   V-7   został   rozebrany   i   złożony   w   podziemiach   zamku 

bezejovickiego. Wierzy w to cały legion eksploratorów, którzy dzisiaj 

metr   po   metrze   czeszą   ziemię   w   okolicy   tej   miejscowości,   przy 

użyciu konwencjonalnych i niekonwencjonalnych metod, a wszystko 

dlatego, że jeden z pierwszych meldunków o obserwacji UFO nad 

Czechami pochodzi z lotniska w Nesvacilach z pierwszych dni maja 

1945 r.!!!

background image

ROZDZIAŁ 19

CZESKI ROSWELL 2 I INNE

Touźim, 12 grudnia 1944 r.: Czeski Roswell 2 - Ogromny 

“sterowiec" w Blovicich i dalsze incydenty - Z Protektoratu 

na Słowację - Obserwacja słowackiego pilota myśliwskiego - 

Dyskoplan nad Koszycami?

W   kwietniu   1995   r.,   dzięki   uprzejmości   dr   Lubośa   Śafafika, 

dostaliśmy do rąk wycinek z lokalnej gazety wydawanej w Toużimi, 

w której opisano w krótkim artykule dziwne wydarzenia:

12   grudnia   1944   r.   doszło   na   północny-zachód   od   miasteczka 

Touźim   do   kilku   silnych   wybuchów,   których   fale   uderzeniowe 

spowodowały   nieznaczne   szkody   w   domach.   Świadkowie 

wspominali, że tuż przed wybuchami nie było widać czy słychać 

żadnego   samolotu,   ani   nie   ogłoszono   alarmu   lotniczego.   Dalej 

napisano, że na miejscu eksplozji znaleziono kratery tak wielkie, 

jak po bombach. Najciekawszym wszakże było to, że na miejscu “ 

nalotu " nie znaleziono żadnych odłamków bomb lotniczych czy 

szczątków samolotu, poza kilkoma płaskimi kawałkami lekkiego 

białego metalu o dziwnej strukturze. Oficjalne orzeczenie organów 

policji   i   wojska   w   Touźimie   mówiło   o   amerykańskim   nalocie   i 

bombardowaniu - jednakże ani Amerykanie, ani inni Alianci nie 

przyznali   się  do tego nalotu i  bombardowania. W  opisywanym 

czasie   lotnictwo   Aliantów   nie   przeprowadzało   żadnych   operacji 

nad północnymi Czechami. Najciekawszą jest jednak informacja o 

background image

tym,   że   jeszcze   w   1991   r.   można   było   znaleźć   odłamki  

zagadkowych   “bomb"   w   jednym   z   kraterów   przy   drodze   do 

Utvinu.

Jeżeli   w   ten   grudniowy   dzień   1944   r.   nie   chodziło   o   szczątki 

samolotu   bądź   odłamki   bomb,   to   co   to   było?   Czyżby   te   kawałki 

niezwykle   lekkiego   metalu   pochodziły   z   samolotu   nieznanej 

konstrukcji, czy wreszcie dyskoplanu V-7?!

Kiedy uświadomimy sobie fakt, że termin tej katastrofy nie jest aż 

tak   odległy   od   daty   pierwszego   doświadczalnego   lotu   latającego 

dysku   N-1   w   okolicach   Pragi,   to   domysł   iż   to   właśnie   któryś   z 

hitlerowskich doświadczalnych dyskoplanów V-7 uległ  tam awarii 

nie jest aż tak absurdalny...

Podobnie, kiedy wspomnimy obserwacje NOLi w połowie lat 40. 

naszego   stulecia   nad   Czechami   i   Słowacją,   to   ich   wyjaśnienie 

automatycznie kojarzy się z obecnością niemieckich tajnych broni 

na tych terenach.

Jeden   z   najdziwniejszych   przypadków   opisał   świadek   tego 

wydarzenia - pan Frantiśek Paneś, a było to tak:

Było  to   w   1944   r.  -   wojna   miała   się   ku   końcowi,   a   samoloty 

Sprzymierzonych   osiągnęły   przewagę   absolutną   w   przestrzeni 

powietrznej Czechosłowacji.

W tym czasie mieszkałem z rodzicami w Blovicach koło Pilzna i 

miałem   18   lat.   Kiedy   w   1964r.   po   raz   pierwszy   przeczytałem  

informacją o UFO, błyskawicznie mi się przypomniało zdarzenie 

sprzed 20 laty.

Było to w późne, letnie popołudnie, kiedy nad lasem zwanym 

Kamensko   ujrzałem   na   wysokości   jakichś   5   km   lśniący   na   tle 

background image

niebieskiego   nieba   przedmiot   cygarowatego   kształtu.   Moją 

pierwszą myślą było to, że był to niemiecki sterowiec. Brakowało 

mu   jednak   gondoli,   silników   i   stabilizatorów.   Długość   obiektu 

wynosiła jakieś 100- 150 m, a średnica około 50 m. (Czyli, że nie 

był to duży sterowiec, bowiem sterówce niemieckie typu Shuttler-

Lanza /SL/ i Luftkreuzer Zeppelin /LZ/ o konstrukcji szkieletowej 

miały długości rządu 200 m.)

“ Sterowiec " był oświetlony zachodzącym słońcem i jego strona 

zwrócona do promieni słonecznych lśniła jak srebro (W latach 30. 

zarówno   Niemcy   jak   i   Brytyjczycy   oraz   Amerykanie   próbowali 

zbudować   sterówce   z   cienkiej   folii   aluminiowej),   zaś   po   stronie 

odsłonecznej obiekt miał barwę ciemniejącego nieba, ale była ona 

doskonale widoczna. Po niebie płynął tylko jeden obłok, ale nie był 

to obłok. Dziwne w tym było to, że pod obiektem znajdowało się 

coś   jaskrawo   świecącego,   które   wyglądało   jak   jakaś   kabina. 

Obiekt   był   bezgłośny.   Wyglądało   na   to,   że   “sterowiec"   opada 

powoli w dół. A że to był już prawie wieczór, to sądziłem, że te 

zmiany   barw   wywołane   są   grą   słonecznego   światła.   Pamiętam 

jeszcze, że były tam kolory czerwony i żółty.

Obiekt   obserwowałem   przez   7   minut,   a   potem   on   począł   się 

szybko wznosić. Na koniec obiekt zniknął w błękicie nieba. Całe 

zjawisko trwało jakieś 15 minut. "

Trudno przypuszczać, że w 1944 r. faszyści używali sterowców w 

celach  wojennych,  zważywszy  fakt  jego  niewielkiej  odporności  na 

pociski zwykłe i rakietowe. A może szło o coś zupełnie innego, ale o 

co? W latach 30. mogłoby chodzić o niemiecką misję szpiegowską, 

bowiem   bezpieczeństwo   byłoby   zagwarantowane   -   już   po   dojściu 

background image

Hitlera   do   władzy,   Niemcy   wymogli   na   rządzie   Czechosłowacji 

zezwolenie na lot sterowca nad Czechami i de facto taki lot miał 

miejsce w dniu 15 maja 1934 r. w rejonie Plznia. Tego dnia długi na 

238 m Zeppelin przeleciał granicę na kierunku Waldsassenn - Cheb 

w   kierunku   na   pd.   -   wsch.   i   w   czasie   lotu   fotografował   zakłady 

Skody.

Jednakże nie wiadomo, jaki właściwie byłby ceł lotu sterowca nad 

własnymi terenami i bez ubezpieczenia. Sam świadek dodaje do tego 

swoje zdanie:

“Długo mi to wydarzenie chodziło po głowie. Czy Niemcy chcieli 

prowadzić wojnę powietrzną z wykorzystaniem sterowców? Ale tą 

myśl szybko odegnałem od siebie, bo nie słyszałem, by alianckie 

samoloty   nie  były   w  stanie  zestrzelić   tych latających gigantów. 

Sterowiec to nie był, balon też nie. Chmura? Z chmurą tego się nie  

dało nijak porównać. I tak doszedłem wreszcie do wniosku, że to 

mogło być tylko UFO..."

W   latach   60.   redakcja   czasopisma   “Letectvi   +   kosmonautika" 

otrzymała list, który później na jego łamach cytowali autorzy Gótz i 

Tikovsky. List brzmiał tak:

“Droga Redakcjo,

Przeżyłem następującą przygodę: było to w pobliżu Rohatki koło 

Hodonina   w sierpniu  1944  r. lub   już we wrześniu.  Wracałem  z 

babcią z pola, była 9 wieczorem i dość już ciemno, kiedy nad górą 

w   kierunku   Ratiśkovic   pojawiła   się   czerwona   kula   i   z   dużą 

prędkością leciała w kierunku Skalici na Słowacji. Przelot trwał 

kilka sekund i doskonale go pamiętam  -  lot był po linii prostej, 

intensywność i barwa światła się nie zmieniła, światło było ciągle 

background image

jasnoczerwone   o   średnicy   dwukrotnie   większej   od   Księżyca   w 

pełni. Leciało to światło zupełnie bezgłośnie. Lot był niesamowity i 

wywarł   na   mnie   niezwykłe   wrażenie   -pamiętam   go   dokładnie, 

mimo że byłem wtedy małym chłopcem.

J. S. z Hodonina "

Nasuwa   się   tutaj   dość   elegancka   hipoteza,   że   hitlerowcy   mogli 

wpaść na pomysł użycia sterowca jako... latającego dźwigu! Można 

było w ten sposób przenosić ciężkie do 400 ton przedmioty - także i 

doświadczalne   dyskoplany   V-7...   Sterowiec   działający   jako   dźwig 

wynosił dyskoplan do granic stratosfery - na wysokość około 20.000 

m, a potem dyskoplan używał swego własnego napędu i wylatywał 

na LEO (LEO = niska orbita wokółziemska - od słów Low Earth 

Orbit) - 100 - 150 km nad Ziemię, już na przedprożu Kosmosu!... Do 

tego   tematu   jeszcze   powrócimy   w   następnych   rozdziałach. 

Powróćmy do relacji o dziwnych obiektach latających z lat wojny.

W   swym   liście   świadek   -   pan   Jifi   Maruśka   z   Turnova   opisuje 

kolejne dziwne wydarzenie z lat wojny:

“  Było to w czasie II wojny światowej, kiedy matka zawołała 

mnie   do   okna.   Podszedłem   i   ujrzałem   dziwne,   podłużne   ciało, 

błyszczące w słońcu i z widocznymi okienkami. Obiekt ten wisiał 

przez 5 minut nad jednym miejscem, potem z tyłu wystrzelił mu 

niebieskawy kłąb gazu czy dymu i przedmiot ten odleciał lotem 

poziomym, całkowicie bezgłośnie."

Jeszcze   lepiej   udokumentowane   są   przypadki   obserwacji   NOLi 

nad terenem środkowej Słowacji, głównie dlatego, że ich autorem 

jest były lotnik-myśliwiec Daniel Lazarik. Opisy jego przypadków od 

razu kojarzą się z hitlerowskimi próbami z dyskoplanami. Niektóre z 

background image

nich cytujemy w pełni:

Dnia   26   sierpnia   1941   r.   zaobserwowaliśmy   w   okolicach 

Hontianskych Nemec, wiosce Depov i potokiem Stiavnićka, około 

godziny 15:30 nieznany obiekt latający, za którym znajdowała się 

długa aerodynamiczna turbulencja wypełniona plazmą. Po kilku 

minutach   fala   uderzeniowa   dosięgła   powierzchni   ziemi   na 

szerokości około 50 m.

Jesienią   1941   r.   uczniowie   klasy   I   szkoły   w   Krupinie, 

zaobserwowali na wschód od szczytu góry Tanistavar grupę NOLi 

kolistego   kształtu.   Ja   sam   widziałem   grupę   4   czy   5   lśniących 

metalicznie obiektów lecących na pn. - wsch. Po kilku minutach 

usłyszeliśmy   kilka   (co   najmniej   5)   silnych   eksplozji   z   miejsca 

obserwacji   NOLi.   Dnia   23   maja   1942   r,   o   godzinie   21:30,   na 

wschód   od   19°E   i   jakieś   15°   nad   horyzontem   zaobserwowałem 

obiekt   (...)   świecący   fioletowo-czerwonym   światłem.   Przy 

zakończeniu   plazmatycznego   ognia   spowodowanego   cieplnym 

promieniowaniem wydzielanym przez obiekt błysnęło najpierw 2-

krotnie, potem 3-krotnie, 4-krotnie 15-krotnie -pomiędzy błyskami 

obiekt świecił ciemnożółtym światłem.

W czasie Świąt Bożego Narodzenia obserwowaliśmy z kościoła 

we   wsi   Devićie   lot   obiektu,   który   pozostawiał   za   sobą   długi, 

ognisty ślad. W czerwcu 1947 r. wraz z grupą ludzi z restauracji 

przy   Dobśinskiej   Lodowej   Jaskini   widziałem   przelot   kulistego 

obiektu  na  wysokości  20"  nad  zachodnim  horyzontem,  która  to 

kula   wywołała   jonizację   gazów   i   ognisty   ogon   za   nią.   Dnia   23 

października 1947 r. z drogi nr 66, o około 700 m na wschód od 

miejscowości Devićie 20" nad pd. -zach. horyzontem pojawił się 

background image

lecący obiekt, który sygnalizował błyskami w sekwencji 2, 3, 4 i 5 

błysków poprzedzonych i rozdzielonych ciemnożółtym światłem. "

Mniej więcej w tym samym czasie grupa świadków zaobserwowała 

nad   wsią   Malinec   przelot   6   dysków   w   formacji   trzy   na   trzy 

(dwukrotna formacja “as trefl") lecące po sobie w odstępie około 10 

minut.

Niemniej   ciekawą   jest   sprawa   przelotu   w   okolicy   Koszyc   na 

Słowacji   dyskokształtnego   obiektu,   który   pozostawiał   za   sobą 

zasłonę  dymną   i   płomienie   tak   jakby   rzeczywiście   narodził   się  w 

niemieckich fabrykach V-7. Osądźcie sami:

We wrześniu 1946 r. świadek, 26-letni Ondrej Pahuly z Vysneho 

Opatskeho   pasł   stadko   10   krów   należących   do   jego   dziadka.   W 

czasie wojny służył on w armii węgierskiej, za co potem siedział w 

łagrze w Stalinowie i pracował w kopalniach węgla kamiennego w 

Donbasie. Była piękna jesienna pogoda i godzina 17 - słońce powoli 

skłaniało się ku zachodowi. Naraz świadek zauważył na niebie nad 

Hidasnemeti   ciemny   punkt.   Po   chwili   stał   się   on   szybko 

przybliżającym się krążkiem. NOL leciał nad Kosice nad szosą do 

Seni i zaczął szybko tracić wysokość. Okazało się wkrótce, że był to 

obiekt w kształcie dysku o szaroczarnej barwie. Wydawał on dźwięk 

podobny do stłumionego buczenia. W jego górnej części znajdowała 

się kabina, a obok niej jakieś reflektory (a może broń), zaś spodnia 

część była sferycznie wklęsła. Świadek dodaje, że obiekt wynurzył się 

z gęstego czarnego dymu, który pojawiał się za nim, póki NOL nie 

zniknął.   Jednocześnie   z   dymem   wydostawał   się   spoza   krawędzi 

talerza   prąd   rozżarzonych   gazów   w   kształcie   płomieni   czerwonej 

barwy, od czasu do czasu żółto pobłyskujących do odległości jakichś 

background image

50 metrów.

W   tylnej   części   dysku   znajdowała   się   jakaś   struktura,   której 

przeznaczenie   było   nieznane,   a   w   okolicach   “wydechu"   NOL   był 

jakby okopcony od spalin i tryskającego gazu. NOL leciał płynnie i 

przybliżył się na tyle, że miał pozorną wielkość podwójnych drzwi.

NOL   stale   tracił   wysokość   na   swej   trajektorii   nad   Haniskiem   i 

Śebastovcami,   potem   zmienił   kurs   na   Barć   i   zrobił   kółko   nad 

dzisiejszym   lotniskiem   wojskowym,   następnie   na   wysokości   200-

250 m odleciał w stronę Turniańskich Podhradi.

Słońce   stale   świeciło,   kiedy   dysk   wziął   ponownie   kurs   na 

węgierską granicę, a jego kabina raziła świadka w oczy refleksem 

słonecznych promieni. W chwilę potem dysk zniknął na południu...

Uważnemu   Czytelnikowi   nie   uszło   uwagi,   że   przy   opisach 

obserwacji NOLi pominęliśmy maj 1945 r. i od razu przeszliśmy do 

wydarzeń,   które   rozegrały   się   w   rok   później,   kiedy   to   tereny   III 

Rzeszy   podzielono   na   cztery   Zony   okupacyjne,   tak   że   o 

faszystowskich   latających   talerzach   nie   mogło   być   -   na   pozór 

-jakiejkolwiek mowy. Jednak nasza hipoteza robocza zakłada, że tuż 

po wojnie hitlerowskie dyskoplany były wykorzystywane - a jakże! - 

przez   Związek   Radziecki.   Dyskoplany   te,   pod   okiem 

wszechwładnego szefa NKWD, były przechwycone w Niemczech i 

wypróbowywane   -   ba!   -   udoskonalone   nawet   hen,   gdzieś   w 

bezkresnych przestrzeniach Syberii (kto wie, czy nie w Jakucji i na 

Półwyspie Tajmyr) po to, by w razie czego mogły służyć skutecznie 

jako   psychologiczny   straszak   przeciwko   opornym   -   co   było 

całkowicie   po   myśli   i   woli   “ojca   wszystkich   narodów"   w   celu 

zademonstrowania swego wielkiego JA i imperialnych zapędów.

background image

Puste słowa?

Nie! Tak  właśnie stało się w przypadku tzw. “skandynawskiego 

rakietowego lata '46", ale o tym już w dalszym rozdziale...

background image

ROZDZIAŁ 20

EUROPA PO DESZCZU

Europa   po   deszczu"   -   Ghost-rockets,   spók-rakaterna, 

rakiety-widma - 997 przypadków płk Jacobssona - 20.000 

rakiet   V   w   rękach   Sowietów   -   Stalin   a   panopticum   na 

skandynawskim   niebie   -   Rozwiązanie   zagadki   pewnego 

porwania...

Tytuł tego rozdziału zapożyczyliśmy od słynnego obrazu “Europa 

po deszczu" malarza-surrealisty Maxa Ernsta, który to obraz zawiera 

jego protest przeciwko wojnie, śmierci i przemocy. Przejmujący jest 

ten obraz przedstawiający Europę po deszczu ognia, stali i ognistym 

Armageddonie   wojny...   Europa   po   II   wojnie   światowej 

przedstawiała   żałosny   widok.   Tylko   ziemie   Szwajcarii,   Szwecji   i 

Portugalii wyglądały jak wyspy normalności w świecie, który oszalał 

- w oceanie ruin, zgliszcz i ludzkiego cierpienia. I właśnie wtedy, 

kiedy wszyscy myśleli, że najgorsze za nami, nad Szwecją pojawiło 

się widmo strachu przed kolejną wojną...

W czerwcu 1946 r., nad Skandynawią pojawiły się jakieś dziwne 

latające   obiekty.   Nazwano   je   “geist-rakaterna"   bądź   “spók-

rakaterna" w Skandynawii, “ghost-rockets" w krajach anglosaskich i 

“rakiety-widma" w Polsce, “rakety-prizraky" na Słowacji czy “rakety-

duchu" w Czechach, itd. itp. - bowiem wyglądały jak dziwne cygara z 

krótkimi skrzydełkami i pojawiały się nagle - jak widma... Naliczono 

ich około 30 - jak zarejestrowała to szwedzka policja i wojsko do 

background image

dnia 9 lipca 1946r.

Tego   dnia,   w   godzinach   popołudniowych   w   centralnej   Szwecji 

zaobserwowano na przestrzeni 500 km przelot dziwnego, żarzącego 

się   ciała.   Wojsko   i   policja   zebrały   ponad   250   relacji   o   tym 

fenomenie, ale tylko jednemu ze świadków udało się zrobić zdjęcie. 

W związku z tym niezwykłym wydarzeniem mówiło się o “nowych 

rodzajach  napędu",  “rakietowych  testach   w ZSRR",  etc.  etc.  Inny 

punkt   widzenia   reprezentował   renomowany   dziennik   “The   Daily 

Telegraph",   który   opublikował   zdjęcie   wykonane   przez   świadka   - 

Erika Reutesvarda - z komentarzem w takim duchu:

“Szwedzki   Forsvarsstaben   (odpowiednik   naszego   Sztabu 

Generalnego MON) wziął się za tę sprawę zupełnie serio, czemu 

nie   można   się   dziwić,   bowiem   Szwedzi   nie   mieli   najlepszych 

doświadczeń   z   niemieckimi   broniami   V.   W   czasie   wojny   na 

szwedzką   ziemię   spadły   cztery   bomby   odrzutowe   V-l   i   jedna 

rakieta   V-2.   Ich   resztki   pieczołowicie   zebrano   i   po   przebadaniu 

odesłano do Wielkiej Brytanii. "

Już   następnego   dnia,   10   lipca,   Forsvarsstaben   powołał   komisję 

śledczą   na   czele   której   stanął   płk   Bengt   Jacobsson.   Pułkownik 

Jacobsson   natychmiast   powołał   do   prac   komitetu   najlepszych 

specjalistów z sił powietrznych i marynarki wojennej, wywiadu (IB), 

tajnej policji politycznej (SAPO) i radiokontrwywiadu (FRA).

Pierwszą   czynnością   komitetu   Jacobssona   było   uspokojenie 

histerii  panującej w  szwedzkich mediach. Wszystkie informacje o 

obserwacjach  UFO  nad   Szwecją   utajniono  i   zamknięto   w  szafach 

pancernych   MON.   To   nie   był   pierwszy   i   ostatni   przypadek 

utajnienia faktu istnienia NOLi w historii ludzkości. Potem Komitet 

background image

przystąpił do systematycznej pracy, co bynajmniej nie oznacza, że 

była   ona   efektywna.   Tajemnicze   “aniołki"   (jak   nazwali   je 

Amerykanie) tymczasem latały sobie po szwedzkim niebie i wysiłki 

zmierzające do zlokalizowania punktu ich startu i pochodzenia zdały 

się   psu   na   budę.   Po   upływie   5   miesięcy   Komitet   zebrał   997 

obserwacji   tych   obiektów,   które   obserwowały   osoby   wysoko 

wykwalifikowane   (żołnierze,   lotnicy,   marynarze,   policjanci, 

radarzyści,   itd.)   oraz   zwykli   ludzie.   Najciekawszy   przypadek   miał 

miejsce   w   dniu   19   lipca,   kiedy   to   jakiś   obiekt   latający   wpadł   z 

hukiem w wody jeziora Kolmjarv.

Ten przypadek był przedmiotem  intensywnych badań Komitetu 

Jacobssona.   Grupa   ekspertów   i   żołnierzy   pod   dowództwem 

porucznika   Karla-Gósty   Bartolla  n i e   z n a l a z ł a   ż a d n e g o 

choćby   najniklejszego   śladu   tajemniczego   “aniołka"!   A   przecież 

trałowano dno jeziora sumiennie i nurkowie przeczesali każdy cal 

jego powierzchni. Bezskutecznie. Jednakże wydarzenie w Kolmjarv 

zwróciło   uwagę   badaczy   na   niemieckie   bronie   V   z   II   wojny 

światowej.   Sformowano   hipotezę   roboczą,   że   były   to   niemieckie 

pociski odrzutowe i rakietowe odpalane w celach ćwiczebnych przez 

Rosjan w kierunku półwyspu Skandynawskiego z okupacyjnej Zony 

Niemiec.

Swego   czasu   specjaliści   z   FRA  p o t w i e r d z i l i   związek 

pomiędzy   pojawianiem   się   “rakiet-widm",   a   dziwnymi   sygnałami 

radiowymi   przychodzącymi   z   pd.   -   zach.   sektorów   Bałtyku.   Jak 

powszechnie   wiadomo,   w   czasie   wojny   faszyści   intensywnie 

pracowali nad radiowym naprowadzaniem bombowców i bomb na 

cel. Przy pomocy wiązek fal radiowych Niemcy naprowadzali swe 

background image

bombowce nad angielskie miasta, wiązki te krzyżując się nad celem 

powodowały   uwolnienie   się   bomb...   Anglicy   jednak   rozgryźli   ten 

system i przygotowali się przeciwko niemu odpowiednio.

Ale to już temat na osobną opowieść...

Rzecz polegała na tym, że na początku sierpnia 1946 r. specjaliści 

z FRA namierzyli kilka takich  wiązek tajemniczych fal radiowych i 

dlatego też wysłano samolot radiozwiadu na inspekcję okolicy wysp 

Uznam   i   Wolin   -   czyli   byłego   HVP   dr   Wehrnera   von   Brauna   i 

generała Waltera Dornbergera... - w tym czasie obsadzonego przez 

Armię Czerwoną. Szpiegowski lot nie przyniósł żadnego rezultatu - 

samolot   FRA   został   przegoniony   przez   myśliwce   z   czerwonymi 

gwiazdami na skrzydłach...

Zatem co Rosjanie robili na byłych poligonach rakietowych HVP?

Fala   obserwacji   “rakiet-widm"   skończyła   się   nagle   we   wrześniu 

1946 r. i w końcu roku rozformowano Komitet Jacobssona, który o 

pochodzeniu   “rakiet-widm"   dyskretnie   milczy.   Wszystkie   wyniki 

badań   i   ekspertyzy   utajniono   i   spoczywają   w   sejfach   MON   w 

Sztokholmie. DO DNIA DZISIEJSZEGO!

Cóż   zatem   latało   po   skandynawskim   niebie   owego   pamiętnego 

lata?

Na   podstawie   znanych   nam   faktów   możemy   śmiało   założyć,   że 

szło   ni   mniej   ni   więcej   tylko   o   próbne   loty   sowieckich   rakiet 

skonstruowanych na bazie komponentów niemieckich broni V!

Nagłe   znikanie   “rakiet-widm"   przy   akompaniamencie   silnych 

eksplozji   wskazuje   na   użycie   materiałów   wybuchowych 

umieszczonych   w   newralgicznych   punktach   konstrukcji   i   z 

kontrolowanym   autodestrukcyjnym   mechanizmem.   Siła   wybuchu 

background image

przy prędkościach rzędu 2 - 2,5 Ma jest wystarczająca, by rozerwać 

każdy samolot czy rakietoplan na strzępy. To wyjaśniałoby fakt, że 

nie znajdowano żadnych szczątków. Co więcej - ponieważ korpusy 

tych   pocisków   wykonywano   nie   z   metalu,   ale   z   laminatów 

drewnopochodnych i sklejek, eksplozje i pęd powietrza w czasie lotu 

roznosił te “aniołki" na... trociny! A przecież wszyscy spodziewali się 

znaleźć szczątki konstrukcji metalowej! Pęd powietrza roznosił je na 

powierzchni co najmniej 20 km

2

, więc można ich było szukać - nie 

wiedząc czego szukać - do dnia Sądu Ostatecznego...

Tym sposobem Stalin rozwiązał sobie dwa problemy:

70.

Wypróbowanie   niemieckiej,   zdobycznej,   broni   rakietowej. 

Stalin też miał swoje “organy Stalina" vel “Katiusze" i lotnicze 

niekierowane pociski rakietowe typu RS, oraz:

71.

Zastraszenie   krajów   skandynawskich   w   celu   uzyskania 

szerokiego   dostępu   do   Morza   Bałtyckiego   i   zapewnienia 

bezpieczeństwa całej północno-zachodniej flance ZSRR.

To   ostatnie   wymaga   szerszego   omówienia.   Otóż   Stalinowi   w 

Teheranie,   Jałcie   i   Poczdamie   udało   się   zabezpieczyć   ZSRR   od 

południa  i   zachodu  tworząc   pas  podległych  Moskwie  krajów  tzw. 

demokracji   ludowej,   państw   satelickich:   Polski,   Czechosłowacji, 

Węgier,   Rumunii,   Bułgarii,   Albanii   i   Jugosławii.   Rządy 

komunistyczne usiłowano zmontować także w Grecji. Tam nic nie 

zagrażało   sowieckiemu   dyktatorowi.   Natomiast   gorzej   było   od 

północy i północnego-zachodu - były tam państwa skandynawskie: 

Finlandia, Norwegia i Szwecja oraz przez Bałtyk - Dania. Stalin miał 

w garści południowe wybrzeża Bałtyku, ale w rękach wolnego świata 

background image

znajdowało   się   ujście   zeń   -   Cieśniny   Duńskie   i   Kanał   Kiloński. 

Potężna Flota Bałtycka z Leningradu (dziś St. Petersburg), Tallinna, 

Rygi i Kłajpedy była właściwie uwięziona na tak małym akwenie, 

jakim jest Morze Bałtyckie i nie mogła “rozwinąć skrzydeł" na cały 

północny Atlantyk. A kto ma w ręku północny Atlantyk i jego trasy 

komunikacyjne Europa - Ameryka i vice-versa, ten może wygrać III 

wojnę światową. Dlatego też Stalin wywiera “delikatny nacisk" na 

rządy Szwecji, Danii i Norwegii w celu osiągnięcia kontroli nad tym 

newralgicznym akwenem Cieśnin. Wpół zsowietyzowana Finlandia 

(istnieje   na   to   idiotyczny   termin:   “finlandyzacja",   tak   naprawdę 

chodziło o utratę części suwerenności na rzecz ZSRR!) była buforem 

oddzielającym   ZSRR   od   Szwecji   i   Norwegii.   Ta   ostatnia   wstąpiła 

później do NATO... Rzecz w tym, że Stalin myślał już wtedy - na 

przełomie   lat   1945/46   w   kategoriach   jądrowego   pola   walki.   III 

wojna światowa miała rozegrać się nie na terytorium ZSRR, a na 

terenie   strefy   buforowej   państw   satelickich,   w   tym   Polski. 

Udowadniają to wprost tacy polscy wojskowi, jak m.in. gen. bryg. 

Tadeusz Pióro czy płk Ryszard Kukliński. III wojna światowa byłaby 

wyrokiem   śmierci   przede   wszystkim   na:   Polaków,   Czechów, 

Słowaków,   Węgrów,   Rumunów,   Bułgarów,   Turków,   Finów   i 

Norwegów a także Szwedów i Niemców, bo główne atomowe bitwy 

tej   wojny   rozegrałyby   się   na   terytoriach   ich   krajów.   To 

matematyczny pewnik.

W   1946   r.   ZSRR   przy   pomocy   niemieckich   rakiet   wymusił   na 

Szwedach   wieczystą   neutralność   a   na   Finach   posłuszeństwo. 

Norwegia przyrzekła nie umieszczać baz wojskowych USA na swym 

terytorium   -   hitlerowskie   rakiety   były   instrumentem   tego 

background image

“delikatnego nacisku" na polityków skandynawskich! Statystyka jest 

także   dowodem   na   to:   65%   obserwowanych   “rakiet-widm" 

nadlatywało   od   strony   ZSRR,   zaś   pozostałe   35%   z   innych 

kierunków.   “Rakiety-widma"   obserwowano   także   nad   Grecją   i 

Turcją oraz ponoć nad Francją (1 przypadek), co pozwala sądzić, że i 

na te kraje Rosjanie wywierali presję...

Dowodem na prawdziwość tych domysłów jest sprawa porwania i 

zamordowania   szwedzkiego   dyplomaty   w   Budapeszcie   -   Raoula 

Wallenberga, przez NKWD w 1945 r. W lutym tego roku, szwedzki 

dyplomata   znany   z   tego,   że   uratował   życie   20.000   Żydów   przed 

“Endlosung   Aktion"   Eichmanna,   poprzez   nadanie   im   statusu 

obywateli   szwedzkich,   został   porwany   przez   Sowietów   ze   swego 

mieszkania   i   wywieziony   na   Łubiankę.   Początkowo   wydawało   się 

nam to dziwne, bo pozbawione jakiegokolwiek sensu, aż do czasu, 

kiedy   zapoznaliśmy   się   z   materiałem   filmowym   francuskiej   TV, 

której film pt. “Wallenberg" wyjaśnił nam dokładnie wszystko. Cała 

ta afera polegała na tym, że Waflenbergowie pracowali w czasie II 

wojny   światowej   na   dwie   strony   sprzedając   broń   i   surowce   obu 

walczącym   stronom   naraz!   Na   tym   zbudowali   swe   imperium 

finansowe. Alianckie bombardowanie zakładów łożysk tocznych w 

Schweinfurcie   było   atakiem   na   zakłady   SKF   (głównymi 

udziałowcami byli Wallenbergowie - sic!) - które przejęły cały rynek 

łożysk w Europie i sprzedawały swe wyroby zarówno Niemcom, jak i 

Aliantom Zachodnim i ZSRR. Możemy sobie tylko policzyć, jaki to 

przynosiło   zysk!   Tak   było   z   kiruńskim   magnetytem   i   innymi 

pierwiastkami: manganem, molibdenem czy miedzią i niklem. To na 

tych   podstawach   opierała   się   cała   machina   wojny.   Obok 

background image

stalinowców   i   hitlerowców,   szwedzcy   przemysłowcy   byli 

najciemniejszymi postaciami tego czasu! To chyba o nich pisał w 

swym poemacie Konstanty I. Gałczyński:

i będzie świat walczył przeciw szujom, którzy wojną się tuczą i  

wojną handlują, aż powie matka dziecku wieczorem spokojnym: 

“Synku, na świecie kiedyś były wojny..."

(“ Poemat o pracy i pokoju ")

Tak więc rola Raoula Wallenberga w tym przypadku sprowadzała 

się   do   roli   zakładnika,   którego   następnie   zamordowano,   kiedy   ją 

spełnił.   Nie,   nie   rozwalono   go   strzałem   w   potylicę,   jako   “wroga 

ludu",   ale   po   prostu   skończył   życie   gdzieś   na   jakiejś   wyspie 

Archipelagu   GUŁag...   (Pod   koniec   2000   roku   Rosjanie 

zrehabilitowali   Raoula   Wallenberga   i   przyznali   się   do 

zamordowania jego i jego kierowcy.)

Pozostaje   otwartym   pytanie,  czy   Stalin   chciał   przy   pomocy   V-7 

postraszyć tych, którzy przeżyli wojnę od Szczecina po Triest i od 

Bałtyku po Dunaj, w celu nawrócenia ich na “jedynie słuszny" ustrój 

państwa   i   styl   życia?   Czy   V-7   pomogło   w   komunistycznych 

przewrotach w tych krajach? Udowodnienie tego nie jest w tej chwili 

możliwe, ale znając sposób myślenia paranoidalnego zbrodniarza z 

Kremla   i   jego   siepaczy,   możemy   przypuszczać,   że   tak   to   właśnie 

było!

I   jeszcze   a   propos   porwania   Wallenberga   -   w   40   lat   później 

sytuacja powtórzyła się i KGB zlikwidowała kolejną ciemną postać 

naszej najnowszej  historii  - premiera Szwecji Olofa  Palmego. Był 

styczeń 1986 r. i Palmę, podobnie jak Wallenberg był zaangażowany 

w   handel   bronią   do   krajów   Bliskiego   Wschodu   i   gdzie   się   tylko 

background image

dało... Michaił Gorbaczow dopiero co objął rządy na Kremlu i zaczął 

delikatnie wyhamowywać machinę wojenną nastawioną na atak na 

Europę   Zachodnią,   ale   nie   pasowało   to   marszałkom   i   generałom 

Armii Czerwonej. Resztę możemy sobie dośpiewać - Palme przestał 

być   wygodny   Kremlowi,   bo   godził   w   jego   interesy,   więc 

zlikwidowano go i całą winę zwalono na Kurdów. No cóż, Hitlerowi 

zawadzali Żydzi i cykliści. Sowietom zawadzał każdy, kto zagrażał 

(czasami   tylko   potencjalnie)   interesom   Czerwonego   Imperium. 

Analogie pomiędzy oboma wydarzeniami oddzielonymi interwałem 

40 lat są czytelne dla każdego, kto ma choć za grosz wyobraźni...

background image

ROZDZIAŁ 21

POLARNA STACJA W...KARKONOSZACH!

Poszukiwania   w   Królewcu   -   Sejf   w   podziemiach   zamku 

Wildenhof- Adm. Dónitz chroni średniowieczne pergaminy 

-   Kriegsmarine   buduje   schron   dla   Hitlera   -   Ponowne 

poszukiwania   w   Karkonoszach   -   Stacja   polarna   na   ziemi 

czeskiej?...

Mało   kto   dziś   zdaje   sobie   sprawę,   że   opisana   w   poprzednim 

rozdziale   sytuacja   mogła   doprowadzić   do   wybuchu   otwartego   - 

“gorącego"   konfliktu   pomiędzy   Aliantami   Zachodnimi   a   ZSRR. 

Stalin w tym czasie miał pod bronią 11 milionów żołnierzy w Europie 

i w każdej chwili mógł mieć drugie i nawet trzecie tyle... Truman 

miał 4 bomby atomowe, ale w przypadku ich użycia mogło dojść do 

tego, co opisali w swych powieściach fantastycznych: Nevil Shute - 

“Ostatni brzeg", Walter M. Miller Jn. - “Kantyczka dla Leibowitza", 

John Wyndham - “Poczwarki" i “Dzień tryfidów" czy nasz Marek 

Baraniecki   -“Głowa   Kassandry".   Od   maja   1945   r.   w   Europie 

rozpoczęła się obok euforii końca wojny także dekada strachu przed 

NIEZNANYM, bo - jak już tu nadmieniliśmy - Stalinowi marzyła się 

III wojna światowa i spełnienie się słów “Międzynarodówki": “... gdy 

związek nasz bratni ogarnie ludzki ród!" A to oznaczałoby Katyń i 

Oświęcim razy setki tysięcy...

Rzecz   w   tym,   że   nawet   teraz   Europa   centralna   znajduje   się 

pomiędzy młotem niemieckiego ekspansjonizmu gospodarczego, a 

background image

kowadłem wielkorosyjskiego imperializmu grabieżczego. W 1939 r. 

było   podobnie,   z   tym   że   obie   potęgi   zawarły   ze   sobą   sojusz 

wymierzony   w   Polskę   i   inne   kraje   Europy.   Ale   wróćmy   do 

właściwego tematu.

W   poszukiwaniu   dalszych   ponurych   tajemnic   III   Rzeszy   na 

terenach   Polski   i   Czech,   przeniesiemy   się   teraz   do   byłych   Prus 

Wschodnich   -   do   Królewca   (dawniej   Konigsberga,   dziś 

Kaliningradu),   gdzie   6   kwietnia   1945   r.   po   długotrwałym 

przygotowaniu ogniowym lotnictwa bombowego i artylerii, wojska 3 

Frontu Białoruskiego przystąpiły do ostatecznego szturmu miasta. 

Na   35.000   Niemców,   którzy   przygotowali   się   do   długotrwałej 

obrony w systemie fortyfikacji Królewca wybudowanych jeszcze w 

XIX   wieku,   runęły   pociski   artyleryjskie,   cztery   armie   i   2.500 

samolotów.  W powodzi bomb lotniczych i artyleryjskich granatów 

spadających z nieba, miasto zmieniło się w gorejącą pochodnię...

Niemieckie   pozycje   były   rozkawałkowane,   okopy   zasypane, 

umocnienia   zburzone   i   całe   kompanie   pochowano   żywcem   w 

ruinach. Cały system łączności był zniszczony, podobnie jak składy 

amunicyjne. Chmury dymu ogarnęły tych, którzy to przeżyli. Ulice 

były usłane szczątkami spalonych aut, ruinami domów, trupami 

ludzi i innych istot żywych... "

- wspomina świadek tych wydarzeń. Anegdota Roja Miedwiediewa 

mówi, że Stalin wydał rozkaz zakazujący bombardowania ZOO w 

Królewcu  i wzięcia żywcem największego  w Europie hipopotama, 

który się tam znajdował... Rozkaz wykonano i hipopotama ujęto bez 

użycia ciężkiej broni.

Pozostałości obrońców, które przeszły przez to piekło i usiłowały 

background image

się   przedostać   na   zachód   zostały   zmasakrowane   na   rozkaz 

sowieckich dowódców. To przesądziło o kapitulacji i 9 kwietnia 1945 

r. Królewiec padł, co zatwierdził swym podpisem gen. Lasch. Ponad 

30.000 wermachtowców dostało się do niewoli a “niezwyciężona" 

Armia Czerwona zabrała się za systematyczne grabienie i łupienie 

miasta. Żołdacy zachowywali się, jak bestie uwolnione z pęt...:

“Żołnierze   wyrzucali   z   okien   instrumenty   muzyczne,   naczynia 

kuchenne, obrazy i chińską porcelanę... Pijani żołdacy zataczali się 

po ulicach i strzelali do wszystkiego, co się poruszało. Próbowali 

jeździć na rowerach, ale nie mogąc utrzymać równowagi padali 

do   rowów.   Płaczące   kobiety   i   dziewczyny   były   wywlekane   z 

domów,   a   po   ulicach   biegały   zagubione   dzieci   poszukujące 

rodziców. Wiało grozą... "

Nasze   poszukiwania   zaczynamy   w   chwili,   kiedy   po   masakrze 

niemieckich żołnierzy i oficerów w zamku Wildenhof koło Królewca, 

dowodzącemu   niemieckiej   DZ   “Windhund"   gen.   von   Schwerin 

ukazała się grupa oficerów NKWD i pancerna szafa. W jej środku 

znajdowały   się   jakieś   dokumenty   i   tajne   listy,   a   także   pancerna 

skrzynka która skupiła uwagę enkawudzistów.

Kiedy   technicy   otworzyli   ją,   wypadły   z   niej   bardzo   dziwne 

przedmioty: jakaś kamienna tabliczka pokryta dziwnymi znakami, 

dwa kawałki gęsto zapisanego pergaminu zniszczone wiekiem i ich 

fotokopie. Były one lepsze od oryginału.

Na   dnie   skrzyneczki   znajdował   się   rozkaz   podpisany   przez 

Grossadmirala Karla Dónitza - namiestnika Hitlera od dn. 1 maja 

1945   r.   Rozkaz   nakazujący   wywóz   zawartości   skrzynki   do   jakiejś 

tajemniczej   kryjówki   pod   kryptonimem   “Bobrowa   tama" 

background image

opieczętowano   pieczęcią   o   treści   GEHEIME   REICHSSACHE   i 

klauzulą   NAJPILNIEJ   STRZEŻONA   TAJEMNICA   RZESZY 

SZCZEGÓLNEGO ZNACZENIA.

Dokładna   analiza   przedmiotu   nie   przyniosła   żadnych   wyników. 

Tafelkę - jak się wkrótce  okazało - wykonano  z  obsydianu (szkło 

wulkaniczne) i pokryto ją dziwnymi znakami wyrytymi w rządkach 

pionowych   w   stosunku   do   jej   dłuższego   boku,   jak   w   językach 

Dalekiego   Wschodu.   W   górnej   jej   części   znajdowały   się   trójkąty 

umieszczone podstawami ku obwodowi. Tafla była niegdyś rozbita, 

ale spojono ją z powrotem. Teksty na pergaminach były tej samej 

treści z tym, że jeden z nich był napisany po staroangielsku, a drugi 

w średniowiecznej łacinie. Ten bardziej uszkodzony zaczynał się od 

słów: “Thys relike ys a ryghte...", zaś drugi - łaciński - brzmiał-

“Ista reliquia est valde mysticum et myrificum opus, quod major 

es   mei   exArmo-rica,   scilitetB.   Brittania   Minore,   secum 

convehebant,   et   ąuidam   sanctus   clericus   sem-per   patri   meo   in 

manuferebat quodpenitus illud destrueret, afflrmans quod esset ab 

ipso Sathana conflatum prestiglosa et diabolica arte, quare pater 

meus cenfre-git illud in duas partes, ąuas ąuidam ego Johannes de 

Vinceto sahas servavi et ad-aptavi sicut apparet die Luneproximo 

postfestum beate Marie Virginis anni gratie MCCCCXLV."

W przekładzie na polski brzmi to tak:

“  Ta   relikwia   (pamiątka)   jest   bardzo   tajemniczym   i   podziwu 

godnym dziełem, które moi przodkowi przynieśli swego czasu z 

Armoryki, to znaczy z Małej Brytanii (Płw. Bretoński) a pewien 

święty   kapłan   memu   ojcu   polecił   aby   ją   zupełnie   zniszczył, 

twierdząc iż pochodzi ona od samego Szatana, który stworzył ją 

background image

czarami i diabelskim sposobem, przeto mój ojciec rozbił ją na dwie 

części.   Ale   ja   -   Jan   de   Vincey   zachowałem   obie   te   części  

nieporuszone i spoiłem je z powrotem w jedność. W poniedziałek, 

po święcie Marii Panny a.D. 1445. "

Rosyjskie   dowództwo   potraktowało   tabliczkę   jako   jedną   ze 

skradzionych pamiątek (a dokładniej: jedno z ponad 100.000 dzieł 

sztuki zrabowanych przez faszystów krajów okupowanych przez III 

Rzeszę) i poleciło przekazać ją komisji inwentaryzującej po klęsce 

Niemiec rozkradzione zasoby muzealne. A kiedy członkowie komisji 

ujrzeli tylko odpis rozkazu Dónitza, to niezbyt dowcipni oficerowie 

NKWD ujrzeli w nim potwierdzenie swoich domysłów o wartości 

muzealnej obiektu. Na tym całe zdarzenie skończyło się na długie, 

długie lata.

Ale   nie   dla   dr   Ludvika   Soucka,   znanego   czeskiego   pisarza   i 

publicysty   (1926-1978),   który   w   swej   książce   “Pfipad   Jantarove 

komnaty" postawił prowokujące pytanie: “Czym właściwie była ta 

tajemnicza Bobrza Tama (Der Biberdamm) i gdzie się znajdowała?"

Książka dr Soućka wyszła w 1970 r. w ograniczonym nakładzie, a 

to widocznie dlatego, że zawierała inną odpowiedź na to pytanie, niż 

to dawały tradycyjne badania historycznych autorytetów. Badanie 

tej sprawy dało dr Souckovi do ręki odbitkę “Sturmera" z dnia 17 

czerwca   1938   r.   -   był   on   poświęcony   Dónitzowi   i   jego   trosce   o 

absolwentów szkoły Kriegsmarine w Bremenhaven. Zainteresowały 

go dwa wiersze, dwie linijki, które dosłownie brzmiały tak:

Die deutsche Kriegsmarine ist stoltz. Sie bautefur ihren Fuhrer 

und   Reichskcmler   Adolf   Hitler   einen   absolut   uneinnehmbaren 

Fersteck, wo er vor allen seinen Feinden sicher sein wird. "

background image

W   tłumaczeniu   na   polski   brzmi   to   następująco:  Niemiecka 

marynarka   wojenna   może   być   dumna.   Wybudowała   ona   dla 

naszego   wodza   i   kanclerza   Rzeszy   Adolfa   Hitlera   absolutnie 

niedostępne   ukrycie,   gdzie   będzie   bezpieczny   przed   wszelkimi 

wrogami. "

Fragmenty mowy Dónitza pojawiły się we wszystkich niemieckich 

dziennikach w tym organie NSDAP “Volkischer Beobachter", ale te 

słowa cytował jedynie Stumer". W tydzień później nastał tam nowy 

redaktor naczelny, a po starym wszelki ślad zaginął. Schemat znany 

- nieprawdaż?...

Spróbujmy   odpowiedzieć   na   pytanie,   jakiż   to   schron   mogła 

zafundować Hitlerowi jego Kriegsmarine? Czy mogło to być coś w 

rodzaju   przystani   kapitana   Nemo   z   powieści   Juliusza   Verne'a 

“20.000   mil   podmorskiej   żeglugi"   pod   wyspą   Lincolna?   A   może 

chodziło o coś innego?

Gdzie się taki schron mógł znajdować?

Dr Soućek już na początku lat 70. wystąpił z propozycją, że cała ta 

baza   mogła   znajdować   się   gdzieś   na   Dalekiej   Północy.   Sugeruje 

szukać “Bobrzej Tamy" na wschodnim wybrzeżu... Grenlandii!

Preludium do takiego dziwacznego wyjaśnienia tej zagadki były, 

wedle dr Soućka, dziwne wydarzenia na Zlatem navrśi w czeskich 

Karkonoszach   -   tajemniczym   łańcuchu   górskim,   gdzie 

niejednokrotnie   widziano   latające   dyski   zmierzające   ku   polskiej 

stronie   granicy.   W   naszą   świadomość   zapadły   zeznania   pewnego 

autochtona   mówiące   o   tym,   że   po   czeskiej   stronie   Karkonoszy 

pojawiła   się   w   1939   r.   grupa   hitlerowskich   ekspertów.   Jej 

kierownikowi   -   człowiekowi   o   ciężko   wymawialnym   imieniu   i 

background image

nazwisku - dr Herdemertenowi tak się tam spodobało, że zajął dla 

swej   grupy   wysokogórskie   schronisko   “Jestfabi   bouda",   a   całą 

okolicę otoczyło wojsko, broniące dostępu obcym osobom.

Ciekawe jest to, że samo nazwisko dr Herdemertena brzmi nie 

niemiecko,   ale   skandynawsko   -   jak   u   Szweda   czy   Norwega   albo 

Duńczyka...

Wedle wspomnień okolicznych mieszkańców, dr Herdemerten (a 

może   raczej   Hardemórten)   długo   tam   nie   posiedział,   bo   wkrótce 

zastąpił go dr Hans Knoespel. Ten zaś miał jako hobby ornitologię, i 

miejscowi mieszkańcy z podziwem obserwowali, jak Niemcy wnosili 

do   schroniska   jakieś   ptaki   w   klatkach   -   wyglądały   one   jak   białe 

sokoły. Także Niemcy zaprzęgali do sań dziwne, długosierstne psy i 

uczyli je ciągnąć po śniegu.

Na  wiosnę  1940  r.  żołnierze  odeszli,  ale  w zimie  pojawili   się  z 

powrotem z ptakami, psami i sankami. I tak było do wiosny 1945 r. 

Wojna   się   powoli   kończyła   i   po   odejściu   hitlerowskiej   jednostki 

pozostał   w   Zlatem   navrśi   tylko   niejaki   Anton   Pohoschaly,   który 

przekazał   bazę   pododdziałowi   czeskich   żołnierzy,   którzy   tam 

przyjechali terenowym jeepem.

Jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie na Zlatem navrśi turyści mogli 

spotkać ślady dziwnej, niemieckiej aktywności. Dr Soućek, który był 

w Karkonoszach pod koniec lat 60. zidentyfikował u pewnego górala 

poniemiecką   czapkę   polarnika,   które   to   czapki   były   na   stanie 

Wehrmachtu!   A   żeby   było   jeszcze   ciekawiej,   do   czapki 

przytwierdzono   celuloidową   plakietę   z   drobnym   napisem,   który 

można   było   od   biedy   odczytać:   PO-LA-RE   VER-SUCHS-STA...   - 

brakowało   kilka   liter,   ale   to   pozwała   odtworzyć   całość,   która   z 

background image

pewnością brzmiała: POLARE VERSUCHSSTATION GOLDHOHE, 

czyli POLARNA STACJA BADAWCZA ZŁOTY WIERCH położonej 

pomiędzy   Harrachovem   a   Spindleruv   Młynem   na   grzbiecie 

Krkonośa...

Wydaje   się,   że   to   wyświetla   bardzo   wiele,   przede   wszystkim 

kwestię śmierci dr Herdemertena, o której czescy mieszkańcy tych 

stron   mętnie   wspominali.   Nazwisko   dr   Herdemertena   było   dość 

znane   wśród   hitlerowskich   naukowców.   Już   w   1938   r.   pod 

auspicjami   i   egidą   Reichsmarschala   Hermanna   Góringa 

zorganizował   niemiecką   ekspedycję   polarną   do   zachodniej 

Grenlandii. Tam studiował on w Umanaku roślinność, zwierzęta i 

Eskimosów, zgromadził setki opisów zaobserwowanych zjawisk i po 

powrocie do Rzeszy otrzymał od Reichsmarschala nowe zadanie - 

utworzyć   na   terenie   Rzeszy   obóz   treningowy   dla   następnych 

wypraw.   Tam   miał   on   pracować   nad   możliwością  a d a p t a c j i 

ludzi   i   zwierząt   do  twardych,  surowych  warunków   klimatycznych 

Arktyki   (a   w   perspektywie   także   Antarktyki).   Reszta   znana   -   dr 

Herdemertenowi   spodobały   się   Karkonosze,   bardziej   niż   Alpy 

Bawarskie...

Później zastąpił go na stanowisku dr Knoespel, który jako zoolog 

uczestniczył   w   wyprawie   do   Umanaku.   I   tak   właśnie   zrodził   się 

pomysł założenia sieci stacji meteo na Grenlandii, - a że Grenlandia 

jest   “kuźnią   pogody"   na   całym   Europejskim   Teatrze   Działań 

Wojennych,   to   owe   stacje   pracowały   przede   wszystkim   dla 

Kriegsmarine i Luftwaffe...

Pierwszą taką próbą był rejs trawlera grenlandzkiego “Sachsen", 

który   przez   kilka   miesięcy   krążył   między   lodami   Morza 

background image

Grenlandzkiego i trzykrotnie dziennie wysyłał meldunki meteo. Po 

jego   rejsie,   zakończonym   sukcesem,   niemieckie   dowództwo 

zapragnęło   mieć   stację   na   stałym   lądzie,   co   powierzono   dr 

Knoespelowi. Ten w ramach tajnej akcji o kryptonimie “Knoespe" 

wylądował w 1941 r. wraz z czterema ludźmi z pokładu U-Boota w 

zatoce Liliefjord na Szpicbergenie, około 1.100 km na południe od 

Bieguna   Północnego.   I   tym   razem   przedsięwzięcie   absolwentów 

obozu treningowego  w Karkonoszach uwieńczyło powodzenie,  ale 

zakończyła ją śmierć dr Knoespela w czerwcu 1944 r. - w czasie, 

kiedy   po   jego   grupę   przypłynął   U-Boot.   Doktor   zginął   w 

nieszczęśliwym wypadku przy rozminowywaniu terenu wokół bazy. 

Rozminowywanie było właśnie zacieraniem śladów po prowadzonej 

działalności. Ale stacja na Szpicbergenie przydała się raz jeszcze w 

grudniu 1944 r. w czasie słynnej “Bitwy o wyłom" w Ardenach, kiedy 

to   hitlerowcy   wbili   potężny   pancerny   klin   swych   superczołgów 

Konigstiger pomiędzy armie Pattona i Bradley'a... Wykorzystali oni 

pogodę,   którą   przepowiedziano   dzięki   pomiarom   stacji 

szpicbergeńskiej...

Niewiele wiemy o wojennych działaniach w Arktyce, z wyjątkiem 

tego, co czytamy u Liversidge'a w jego “The Third Front". Podaje on 

tam, że Amerykanie zniszczyli  j e d n ą   z   w i e l u   hitlerowskich 

stacji meteorologicznych na Grenlandii.

Wydawałoby   się,   że   w   tym   miejscu   kończy   się   historia   PVG. 

Jednakże   wciąż   bez   odpowiedzi   pozostało   niepokojące   pytanie, 

które przedłużyło nasze poszukiwania ad fontes: O jakim schronie 

dla Hitlera mówił Dónitz i co to wszystko ma - do licha - wspólnego 

z   jakimś   łacińskim   papierem,   Karkonoszami,   Grenlandią   i 

background image

hitlerowskim dyskoplanem?!

background image

ROZDZIAŁ 22

ES KOMMT DER TAG!

Faszyści   na   śladach   Wikingów   -   Niemieckie   ekspedycje 

zmierzają ku północy - Bunkier Hitlera za kołem polarnym? 

- Es kommt der Tag! - Akcja “Vinnetou": Speer chce uciec 

na Grenlandię! - Powietrzny most do Arktyki.

Powróćmy   do  rozkazu Grossadmirala  Dónitza  z  1  maja   1945   r. 

mówiącego   o   Bobrowej   Tamie,   a   znalezionego   w   Królewcu.   I   tu 

jeszcze a propos Królewca, to godzi się wspomnieć, że miał on swój 

udział w niemieckim programie rakietowym, jako że w latach 1935-

38   na   Mierzei   Kurońskiej   przeprowadzano   eksperymentalne   loty 

rakiety HW-2 na paliwo stałe, zaś słynny “Raport z Królewca" stał 

się   -   obok   “Raportu   z   Oslo"   -   dokumentem   podstawowym   w 

brytyjskiej akcji wymierzonej przeciwko niemieckim broniom V.

Jeżeli natomiast kryptonimy wojskowe oddają w jakimś stopniu 

rzeczywistość,   to   nazwa   Bobrowa   Tama   sugeruje,   że   ów   schron 

Hitlera ma związek z wodą, skoro budowała go Kriegsmarine... Kto 

wie, czy nie chodzi o schron, do którego wejście znajduje się poniżej 

linii wodnej - jak w budowlach bobrów?... Schron taki rzeczywiście 

byłby niewykrywalny dla nikogo, poza wywiadem działającym poza 

schronem,   chociaż   historia   II   wojny   światowej   udowodniła,   że 

prawdziwi patrioci byli w stanie przeniknąć nawet do hitlerowskich 

obozów   koncentracyjnych   -   i   jak   dowodzi   akcja   rtm.   Witolda 

Pileckiego   -   wyjść   z   tego   bez   szwanku.   Rotmistrz   został 

background image

zamordowany   już   po   wojnie   przez   Żydów   w   służbie   “jedynie 

słusznego   ustroju"!   To   nie   jest   ponury   żart!   W   Polsce   (i   innych 

krajach   też)   3/4   komunistycznego   aparatu   zbrodni   i   terroru 

stanowili   Żydzi!   W   czasie   wojny   rtm.   Pilecki   zapisał   się   już   w 

panteon   polskich   bohaterów...   Ale   ad   rem.   Bobrza   Tama   może 

zatem być budowlą we wnętrzu jakiejś nadmorskiej góry, do której 

można dostać się tylko pod wodą- np. na pokładzie U-Boota...

Następnym słowem-kluczem jest “Armorika", która występuje w 

tekście   łacińskiego   pergaminu.   Z   analizy   zachowanych 

historycznych   map   można   wyciągnąć   wniosek,   że   idzie   tu   o 

Grenlandię, o której mówiło się także jako o Małej Brytanii. Pojęcie 

to wychodzi z tradycji największej budowli Gothabu i Julianehlbu - 

grenlandzkiego kościoła p.w. św. Annora, który tam był pierwszym 

misjonarzem. W archiwalnych dokumentach Watykanu Grenlandię 

często nazywa się Armoryką (Armorica).

Tej   nazwy   używa   się   także   w   tajnej   korespondencji   pomiędzy 

królową Elżbietą I a lordem Essexu - w której szło o opis zamiaru 

zdobycia   Grenlandii   po   odejściu   większej   części   islandzkich 

osadników, którzy zaczęli stamtąd migrować w 1410 r.

Grenlandzka kolonia przetrwała około cztery stulecia. Od 1261 r., 

kiedy   to   Grenlandia   stała   się   bastionem   Norwegii   -   norweskie 

karakki   i   drakkary   kursowały   z   towarami   pomiędzy   oboma 

ziemiami. Przywoziły one z Norwegii zboże za które kupowano od 

Grenlandczyków   niedźwiedzie,   foki,   skóry   i   kły   morsa.   W   XIV 

stuleciu norweski handel skierował się na południe i połączenie  

metropolią   się   przerwało,   tylko   od   czasu   do   czasu   płd.   -   zach. 

wybrzeże   odwiedzali   zabłąkani   wielorybnicy.   Poza   tym   królowa 

background image

Małgorzata wydała zakaz pływań do kolonii w Grenlandii. Kiedy na 

początku XV w. przestały płynąć statki do kolonii, jej mieszkańcy 

zaczęli   się   z   niej   wynosić.   Kolonia   została   dobita   przez   nieznaną 

zarazę i ataki Eskimosów.

Data   całkowitego   exodusu   kolonistów   z   Grenlandii   doskonale 

pasuje do czasu, kiedy to przodkowie Johna de Vincey przywieźli 

tabliczkę do Anglii. John tabliczkę skleił w 1445r., ale rozbił ją jego 

ojciec!

Nie   jest   zupełnie   jasne,   dlaczego   Anglicy   chcieli   zdobyć 

Grenlandię. Powszechnie sądzi się, że miało to nastąpić z inspiracji 

słynnego  kabalisty, maga, alchemika  i nekromanty dr Johna Dee 

(Deviusa),   żyjącego   w   latach   1527   -   1608,   który   należy   do 

najoryginalniejszych   i   najbardziej   niezwykłych   postaci   czasów 

elżbietańskich. NB ma on zapisaną także czeską i polską kartę swego 

życia, jako iż przebywał przez czas jakiś w Pradze i Krakowie... Dr 

Dee   przepowiedział   ponoć   lordowi   Essex,   że   jeżeli   zdobędzie 

Grenlandię, to pozyska sobie rękę królowej Elżbiety I, a z nią także i 

tron.   Essex   poczynił   przygotowania   do   tej   wyprawy,   zgromadził 

sprzęt i ludzi, ale królowa nie dała zgody na tę wyprawę.

A zatem wychodzi na to, że Hitler i Dónitz zamierzali - jak wynika 

to   z   dokumentu   z   Królewca   -   uciec   gdzieś   na   (a   raczej   pod) 

Grenlandię.

Kiedy   do   tego   przyłączymy   informacje   o   badaniach   dr 

Herdemertena i Knoespela, zainteresowanie Góringa i OKL lodami 

Arktyki   i   informacji   podanej   przez   Dónitza   o   ukryciu   dla   Adolfa 

Hitlera,   to   wszystko   wskazuje   na   to,   że   Bobrowa   Tama   była 

wybudowana   gdzieś   na   grenlandzkim   wybrzeżu   Oceanu 

background image

Atlantyckiego,   w   pasie   od   Paamiut   (Frederikshlb)   aż   do 

Ittoqqortoormiit (Scoresbysund).

Kiedy   patrzymy   na   mapę   Grenlandii   stwierdzamy,   że   ta   skuta 

lodem ziemia ma wiele niemiecko-brzmiących nazw na północno-

wschodnim wybrzeżu, co wskazuje na szczególne zainteresowanie 

Niemców   tymi   ziemiami.   Nazwy   takie,   jak:   Hans   Egede,   Moltke, 

Biering, Tauser i inne do dziś dnia wskazują trasy, po których szły 

niemieckie   ekspedycje.   Informacje   naukowe   przez   nie   zebrane 

posłużyły potem, pod koniec lat 30., hitlerowcom w realizacji ich 

własnych celów.

To właśnie niemieckie wyprawy z przełomu XIX i XX w. znalazły 

dowody   normańskich   przedsięwzięć   osiedleńczych   na   Ziemi 

Peary'ego   na   północnym   wschodzie   Grenlandii.   Było   to 

interesującym odkryciem, bowiem Wikingowie budowali swe osady 

tylko   na   południowych   i   zachodnich   brzegach   wyspy.   Niemcy 

znaleźli   ślady   osadnictwa   w   miejscach,   w   których   mikroklimat 

zezwalał na to. Znaleziono także pokłady węgla, który jednak nie był 

węglem sensu stricto, a czymś pomiędzy kaustobiolitem a lignitem.

Odkrycia niemieckich ekspedycji poszły w zapomnienie i dopiero 

odkryli   je   na   nowo   eksperci   z   Kriegsmarine,   którzy   intensywnie 

poszukiwali   miejsca   dla   Bobrowej   Tamy.   Być   może   mieli 

przygotowany inny wariant, ale ze względu na bezludność i pokłady 

paliwa   kopalnego   wybrano   Ziemię   Peary'ego,   gdzie   zbudowano 

tajną bazę.

A   teraz   zadajmy   pytanie,   jak   to   się   ma   do   owej   tajemniczej 

kamiennej   tabliczki   z   łacińsko   -   staroangielskim   tekstem   z 

Królewca?

background image

Jak   powszechnie   wiadomo,   Wikingowie   przedsiębrali   swe 

łupieskie wyprawy wzdłuż wybrzeży Europy i tak niektóre duńskie 

plemiona   napadały   na   zachodnie   wybrzeża   Europy,   Gibraltar, 

przenikali na Morze Śródziemne aż do Konstantynopola i na Morze 

Czarne.   Stamtąd   wracały   rzekami   Wołgą,   Donem   czy   Wisłą   do 

siebie. Wikingowie wstępowali w służbę wschodnich władców i tam 

się   nieco   cywilizowali.   Wyprawy   te   opisywał   F.   T.   Bengtsson   w 

“Rudym Ormie". Jeden z nich zapewne zdobył gdzieś na Wschodzie 

kamienną tabliczkę i przywiózł ją jako łup wojenny do siebie - na 

Grenlandię... Potem przybyłaby tam nieskuteczna wyprawa Essexa, 

który wiedział o trasie wiodącej do osad Wikingów - być może od 

przodków, z których jeden był Johnem de Vincey. Prawdopodobnie 

podróżowali   oni   koło   Islandii   po   Drodze   Duńskiej,   ale   prądy   i 

niesprzyjające wiatry zagnały ich na wybrzeża Ziemi Peary'ego. Tam 

znaleźli   ślady   po   dawnym   germańsko   -   wikińskim   osadnictwie   i 

kamienną tabliczkę. Została ona wzięta do Anglii jako suwenir. A w 

XV   wieku   John   de   Vincey   opisał   to   wszystko   na   pergaminie   po 

łacinie i w swym własnym języku. Jak te przedmioty dostały się w 

łapy   faszystów,   możemy   się   tylko   domyślać.   Obydwie   te   relikwie 

wskazywały na miejsce, w którym wybudowano Bobrzą Tamę, i o jej 

anonimowości   Niemcy   byli   przeświadczeni.   Dlatego   włożyli   tą 

tabliczkę   do   koperty   z   pieczęcią   GEHEIME   REICHSSACHE   i   do 

podziemnego   skarbca,   gdzie   przeleżała   lata   całe.   Potem,   kiedy 

agonia III Rzeszy stała się faktem, przypomniał sobie o niej Dónitz. 

Za   późno   -   wszystko   przeszło   w   ręce   zbrodniarzy   z   sowieckiego 

NKWD.

I   jak   twierdzi   dr   Ludvik   Soućek,   ukrycia   i   schronu   ostatnich 

background image

hitlerowskich   Nibelungów   należy   szukać   gdzieś   na   wybrzeżach 

Ziemi Peary'ego - na północnej części Grenlandii.

Właśnie   powyższe   stwierdzenie   dr   Soucka   ukazuje   cały   jego 

geniusz   i   głęboką   wiedzę,   a   także   nieprawdopodobną   intuicję 

badacza. Rzecz w tym, że dopiero po zakończeniu Zimnej  Wojny 

okazało się, że Ziemia Peary'ego jest całkowicie wolna od lodów i co 

więcej   -   przylegające   do   niej   Morze   Grenlandzkie  t a k ż e   !!! 

Znajduje   się   tam   wielka,   całoroczna   płonia   wiatrowa,   otoczona 

lodami stałego paku arktycznego, tak że dostać się do niej można 

było  t y l k o   albo  n a d   albo   pod   wodą!   Stanowiło   to   najpilniej 

strzeżoną tajemnicę wojskową, bowiem płonie idealnie nadawały się 

do   przeprowadzenia   ataku   rakietowego   na   terytorium   USA   czy 

ZSRR   z   pokładu   atomowego   rakietowego   okrętu   podwodnego   - 

“boomera"! To właśnie tutaj miał dotrzeć komandor Brodda na U-

209 z rozkazu samego Fuhrera, a nie do wnętrza Ziemi... Bo to tutaj 

kiedyś  r z e c z y w i ś c i e   mieszkały   germańskie   plemiona 

Normanów-Wikingów. Rejs U-209 odbył się naprawdę! I naprawdę 

odkryto   płonię   u   wybrzeży   Ziemi   Peary'ego,   gdzie   wybudowano 

Bobrową Tamę... Ujawnienie płoni wyjaśniło nam wszystko.

Jak to być mogło? Dr Soućek widzi to następująco:

OKRES PIERWSZY: Niemcy zaczęli budować Bobrową Tamę jako 

niezdobytą twierdzę dla Adolfa Hitlera i strategiczną bazę dla U-

Bootów z rakietami na pokładzie w celu przeprowadzenia ataku na 

amerykańskie  wybrzeża.  Tam   także  miała   być  stała   stacja  meteo. 

Personel był szkolony w PVG w czeskich Karkonoszach

OKRES DRUGI: rozpoczęty w 1944 r. - personel Bobrowej Tamy 

nie   mógł   liczyć   w   stu   procentach   na   to,   że   po   dramatycznych 

background image

zmianach   na   Europejskim   TDW   dostaną   oni   rakiety   dalekiego 

zasięgu   z   głowicami   jądrowymi  z  “Der   Riese"   w   polskich  Górach 

Sowich,   którymi   miano   przeprowadzić   atomowe   uderzenie   na 

Amerykę. Bobrza Tama miała posłużyć nie jako baza strategicznego 

lotnictwa i rakiet jądrowych, ale jako depozyt zrabowanych przez 

hitlerowców dzieł sztuki, złota i kosztowności w Europie, a także 

depozyt   dokumentacji   technicznej   -   w   tym   dyskoplanu   V-7.   W 

ostatnich   dniach   wojny   przy   pomocy   okrętów   podwodnych   ze 

specjalnymi   załogami   zaczęto   do   płn.   -   wsch.   Grenlandii   wysyłać 

wszystko, co miało dla Niemców jakąkolwiek wartość.

TRZECI   OKRES:   już   po   wojnie,   Bobrowa   Tama   służyła   jako 

doskonały   schron   dla   niemieckich   prominentnych   działaczy 

narodowosocjalistycznych, esesmanów, pracowników SD, Gestapo i 

innych   zbrodniczych   organizacji.   Ewakuowano   ich   z   Rzeszy   przy 

pomocy   U-Bootów   i   V-7.   Cudowne   bronie,   oceaniczne   okręty 

podwodne   -   dorównujące   japońskim   Junsenom,   podwodne 

wyrzutnie   rakietowe   “Urzel"   i   dyskoplany   -   to   były   te   asy,   które 

faszystowska   enklawa   przygotowywała   do   ostatecznej   bitwy   - 

Ragnarók   -   zmierzchu   bogów   i   Valhalli.   Przypuszczamy,   że 

wszystkie te maszyny ukazywały się pod koniec lat 40. wszędzie tam, 

gdzie   toczyły   się   wojny,   a   współcześnie   latają   nad   poligonami 

atomowymi i wszędzie tam, gdzie posługują się energią jądrową. “Es 

kommt der Tag!" - hitlerowcy po prostu czekali i po wojnie na to, że 

przyjdzie i ich wielki dzień i szukali sposobu, jak tylko dorwać się do 

broni   jądrowej,   by   tylko   uskutecznić   prowokację   -   a   w   tym   byli 

mistrzami... Prowokacja ta w czasie Zimnej Wojny doprowadziłaby 

do wojny pomiędzy Zachodem a Wschodem - o wiele straszniejszej, 

background image

niż II wojna światowa. I to byłby ów der Tag!...

Dziś, kiedy od tych wydarzeń upłynęło pół stulecia wiemy że się to 

im nie udało. Hitler, Bormann i inni są już dziś tylko trupami bez 

względu na to, czy udało się im ujść z płonącego Berlina czy nie. 

Tysiącletnia   Rzesza,   która   rozciągała   się   na   całą   Europę   i   część 

Afryki legła w gruzy... Tak samo Bobrowa Tama nie spełniła swej, 

złowieszczej roli. Okręty podwodne czekające w jakiejś podmorskiej 

jaskini   już   dawno   poszły   na   dno   i   przerdzewiały,   a   resztki 

rakietowego   dysku   rozwlekły   północne   zawieje.   Ruiny   bazy 

upodobniły się do skał tej najniegościnniejszej ze wszystkich ziem 

świata. Dramatyczny to obraz...

Kto chociaż widział zdjęcia wnętrza Kancelarii Rzeszy ze ścianami 

wyłożonymi   ciężkimi   płytami   porfiru   czy   marmurów,   olbrzymimi 

drzwiami i kandelabrami, to będzie w stanie wraz  z  dr Soućkiem 

wyobrazić sobie i ostatnie schronienie faszyzmu który stało się i jego 

grobem:   wyłożone   marmurem   ściany,   żelazne   kandelabry,   wielki 

orzeł   ze   swastyką   na   jednej   ze   ścian   z   dębowym   wieńcem, 

rozpadające się freski, hakenkreutze na czerwonych pasach ścian, 

kobierce i gobeliny. I papier, tony papieru rozsypane na podłodze 

miotane   lodowatym   wiatrem   z   szybów   wentylacyjnych.   I 

zapomnielibyśmy o tym najokropniejszym - dziesiątki martwych ciał 

ścielących się na ziemi tak, jak ich zastała śmierć w czasie ostatniej 

walki.   Cóż   za   obraz!   Jakże   pasuje   do   obłędnej   wagnerowskiej 

muzyki!   Jakie   otoczenie   dla   Zygfryda,   Lohengrina   i   innych 

bohaterów nordyckich legend...

Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że idziemy po cienkim 

lodzie historycznej fikcji, ale przecież są ku temu przesłanki, bowiem 

background image

istniały   plany   ewakuacji   faszystowskich   bonzów   np.   w 

korespondencji   ministra   uzbrojenia   Alberta   Speera   (pseudonim 

“Old   Shatterhand")   do   dowódcy   jednostki   Luftwaffe   do   zadań 

specjalnych   KG-200   ppłk   Wernera   Baumbacha   (pseudonim 

“Vinnetou").

Jak uważa niemiecki historyk Giinther W. Gellermann, nie jest 

dziś jasne, który z tych dwóch wpadł na pomysł ucieczki z Rzeszy 

drogą   powietrzną.   Był   to   pomysł,   który   był   przedmiotem   ich 

rozmowy   i   wymiany   teleksów   od   11   marca   do   początku   kwietnia 

1945 r.

Od połowy marca, oficerowie sztabu jednostki KG-200 zatrzymali 

się na lotnisku w Travenmunde, na południe od którego znajduje się 

małe   jeziorko.   Na   jego   powierzchni   -   ku   wielkiemu   zdziwieniu 

personelu lotniska - wylądowała latająca łódź Blohm und Voss BV-

222. Ppłk Baumbach na odprawie sztabu jednostki oznajmia że wraz 

z Albertem Speerem chce odlecieć jeszcze przed upadkiem Rzeszy 

do jakiegoś opuszczonego fiordu północnej Norwegii, a potem dalej 

na   Grenlandię!!!   Inne   źródła   wymieniały   Alaskę,   albo   też   Zatokę 

Hudsona.

Podpułkownik   dał   swym   podwładnym   czas   do   namysłu,   czy 

chcieliby się doń przyłączyć. Na dowód o realności tego pomysłu w 

ciągu   dalszych   dni   na   lotnisku   siadały   samoloty   od   Speera   z 

uzbrojeniem, przewożące również żywność, zimową odzież, narty, 

sanie,   radiostacje,   sprzęt   łowiecki   i   rybacki,   materiały   pędne.   To 

było   wszystko   załadowywane   do   przestronnego   wnętrza   latającej 

łodzi. Ppłk Baumbach następnie wysłał mjr Bergera do właściciela 

statku w Hamburgu w celu omówienia  z  nim  wynajęcia  trawlera 

background image

arktycznego   na   rejs   z   resztą   zapasów   do   północnej   Norwegii. 

Armator Kaufmann był poinformowany o tych planach i przyrzekł, 

że załatwi co trzeba i przyłączy się do nich.

Przygotowania ukończono, ale z  niewiadomych powodów Speer 

wciąż zwlekał.

W   godzinach   wieczornych   30   marca   nad   jeziorem   przeleciało 

skrzydło   nieprzyjacielskich   Lightningów   i   ogniem   z   kaemów 

rozwaliło latającą łódź na płonące strzępy. Dlatego też Baumbach 

nakazał   ppłk   Lenschowi   z   Travenmunde,   aby   według   rozkazu 

Grossadmirala przysłał mu ostatni egzemplarz latającej łodzi BV-

222 w okolice Flensburga z najwyższym stopniem pilności.

Jednocześnie na północ poleciał Junkers Ju-290 z kpt. Meyerem - 

dowód tego, że wciąż liczono się z możliwością ucieczki. BV-222 nie 

dotarł na miejsce. Dr Gellermann cytuje zapisek z dnia 3 maja 1945 

r., gdzie Speer napięty w oczekiwaniu notuje w swym kalendarzyku:

“Latająca   łódź   miała   już   tu   być,  Baumbach   bezskutecznie   jest 

poszukiwany przez Storcha..."

Poszukiwany   Ju-290   wylądował   w   Travenmunde,   ale   był 

postrzelany przez alianckie pościgowce. Tak właśnie skończyła się 

“gra Vinnetou" i nie mamy dowodów na to, że powiodła się jakimś 

niemieckim   prominentom   ucieczka   drogą   powietrzną   na   trasie 

Rzesza - Północna Norwegia - Grenlandia...

Jeżeli   powyższa   hipoteza   jest   prawdziwa,   a   wiele   za   jej 

prawdziwością   mówi   -   ot,  choćby   sprawa   rejsu  U-209   i   istnienie 

płoni   North   East   Water   u   wybrzeży   Ziemi   Peary'ego,   o   której 

szefostwo Kriegsmarine i Hitler musieli wiedzieć (sic!) - to wiadomy 

był   strategiczny   cel   działań   wojennych   III   Rzeszy   -   Ameryka 

background image

Północna.  Sytuacja  wygląda  tak, że  mamy  nie  tylko  informacje o 

obserwacjach UFO nad obszarami Ameryki Północnej, które to UFO 

były podobne do V-7, ale mamy też dowody materialne w postaci 

s z c z ą t k ó w   n i e m i e c k i e g o   l a t a j ą c e g o   t a l e r z a ! 

Idzie   tu   o   wydarzenie,   które   jest   znane   Czytelnikom   pod   nazwą 

KATASTROFA W ROSWELL w 1947 r. Katastrofa ta, jak dalej to 

zobaczymy, wciąż skrywa bardzo ciekawe, uwagi godne wydarzenia - 

niezwykłe istotne dla naszych rozważań...

Ale o tym w następnym rozdziale.

Zanim   jednak   do   niego   przejdziemy,   pozwolimy   sobie 

przypomnieć jeszcze jeden dziwny fakt. Znany polski popularyzator 

ufologii   Maciej   A.   Janisławski   w   swej   książce   pt.   “Świat   pełen 

tajemnic" w rozdziale pt. “Pusta w środku Ziemia" opisuje dzieje 

pewnej ekspedycji przeprowadzonej przez hitlerowców na Rugię:

“ Oto na wiosnę 1942 r. w III Rzeszy zorganizowano w wielkiej 

tajemnicy niezwykłą ekspedycję naukową. Na jej czele stanął sam 

doktor   Heinz   Fisher,   najwybitniejszy   specjalista   w   dziedzinie 

radiolokacji.   Plany   badań   tej   ekspedycji   zatwierdzili   osobiście 

Hitler, Góring i Himmler!

Powołana przez Fisher a grupa naukowców zaopatrzona została 

w   najnowocześniejsze   radary   i   wszystko   inne,   co   było   im 

potrzebne...   Celem   ekspedycji   była   wyspa   Rugia,   na   której 

rozstawiono   anteny   radarów   (skierowane   w   niebo   pod   kątem 

45"). Cel badań znali tylko trzej przywódcy III Rzeszy... Personel 

Fishera nie miał zielonego pojęcia, jakiego typu badania przyszło 

im prowadzić.

Dopiero   po   kilku   tygodniach,   kiedy   anteny   radarów   tkwiły 

background image

nieruchomo   w   swoim   miejscu,   otrzymali   wyjaśnienie,   które, 

brzmiało   następująco:   “Fuhrer   ma   wszelkie   podstawy 

przypuszczać,   że   Ziemia   nie   jest   wypukła,   ale   wklęsła.   Nie 

zamieszkujemy   na   zewnętrznej   powierzchni   globu,   ale   na 

wewnętrznej... Drugim zadaniem ekspedycji jest uzyskanie drogą 

odbicia   fal,   obrazów   floty   angielskiej   zakotwiczonej   w   Scapa 

Flow."

I   dalej   Maciej   A.   Janisławski   nie   zostawia   na   niemieckich 

uczonych i przywódcach Rzeszy suchej nitki wyrzucając im głupotę i 

pseudonaukę.   My   podeszliśmy   do   tej   informacji   od   strony 

posiadanej   już   wiedzy   i   doszliśmy   do   wniosku,   że   dr   Fischer 

wiedział,   co   robi   -   zaś   jego   wyprawa   była   niczym   innym,   jak 

wstępem   do   operacji   WUNDERLAND,   anteny   nieprzypadkowo 

celowały w stronę Scapa Flow, bo poza Scapa Flow była Grenlandia i 

Bobrza   Tama   przy   płoni   North   East   Water   u   wybrzeży   Ziemi 

Peary'ego. Nasz szanowny Kolega mylił się w ocenie tej informacji. 

To   nie   była   wcale   pseudonauka!   To   był   genialny   kamuflaż   dla 

naiwnych, na który dało się złapać wielu ludzi! Te radary wcale nie 

były radarami, bo radary niemieckie w 1942 r. były w powijakach - 

czego   dowiodły   rezultaty   bitwy   pod   Przylądkiem   Północnym   - 

chodziło   tu   najprawdopodobniej   o   anteny   kierunkowe   wysyłające 

wąski   strumień   radiofal   w   określonym   kierunku.   Były   to 

najprawdopodobniej fale z zakresu HF, które skierowane pod kątem 

45°   leciały   w   atmosferę,   odbijały   się   od   jonosfery   i   mogły   dzięki 

temu lecieć na ogromne dystanse. Identyczna antena kierunkowa 

mogła   emitować   radiosygnały   w   kierunku   Rugii   i   tam   były   one 

odbierane. Wąskie pasma radiofal gwarantowały to, że nieprzyjaciel 

background image

ich nie namierzy tak  łatwo, jak normalne nadajniki radiowe. Ot i 

wszystko - cała zagadka ekspedycji dr Fischera została rozwiązana!

Powyższe   jest  d o w o d e m   na   to,   jak   hitlerowcy   potrafili 

wykorzystać   nawet   tak   niedorzeczne   teorie   do   swych   celów.   Ta 

sławetna   Holilweltlehre   -   w   którą   Hitler   święcie   wierzył,   wszak 

posłał   swych   speleologów   do   grot   Domicy-Baradli,   została 

wykorzystana   do   utrzymywania   łączności   z   tajnym   bunkrem 

grenlandzkim   Fuhrera!  A  nie  ma   lepszego   sposobu  na   utajnienie 

czegoś, jak przykrycie tego czegoś jeszcze większą tajemnicą! Tak 

zawsze   było   w   historii   wojny   psychologicznej   i   maskowania 

strategicznego...

background image

ROZDZIAŁ 23

OPERACJA “BROKEN ARROW"

Jak to się właściwie zaczęło - ślady wiodą do Roswell - Na 

Kremlu   słuchają   “pozaziemskiej   rozmowy"   -   Operacja 

“Złamana   Strzała"   -   Niemieckie   dyskoplany   w   Nowym 

Meksyku?   -   V-7:   Samolot   z   atomowym   napędem   - 

Powiedzmy   to   wreszcie   wprost:   Film   Santilliego   jest 

falsyfikatem!

Myśl,   by   połączyć   w   jedno   dwie   tak   różne   rzeczy,   wpadła 

Robertowi w czasie radiowego wywiadu w kwietniu 1996 r. W czasie 

rozmowy  z redaktorem   Bogusławem  Wołoszańskim  wynikło kilka 

wniosków,   z   których   jeden   głosił,   że   przypadek   ufokatastrofy   w 

Roswell   mógł   być   jakąś   “zasłoną   dymną"   akcji   dezinformacyjnej 

amerykańskich służb specjalnych, które miały zabezpieczyć tajność 

katastrofy   samolotu   bombowego   B-29   “Superfortess"   z   bombą 

atomową na pokładzie. Alternatywny wniosek głosił, że w okolicy 

Roswell doszło do katastrofy niemieckiego latającego spodka V-7, 

który   testowano   na   pobliskim   poligonie   USAF   w   White   Sands   - 

White Sands Missile Rangę.

Nie   mamy   żadnych   dowodów   wprost   na   potwierdzenie 

prawdziwości tej hipotezy, bowiem od pół stulecia jest ona najpilniej 

strzeżoną   tajemnicą   i   ma   związek   z   najciemniejszą   kartą   historii 

Ameryki - historią broni jądrowej. Musielibyśmy uzyskać dostęp do 

najtajniejszych   archiwów   amerykańskich   służb   specjalnych:   CIA, 

background image

FBI, NSA, Archiwum Kongresu USA, ATIC USAF a nade wszystko 

Komisji d/s Energii Jądrowej.

Wszystkim tu wymienionym i nie wymienionym służbom udało 

się   z   powodzeniem   zamazać   ślady   na   całe   dziesięciolecia   tak 

skutecznie, że jeszcze w lecie 1985 r. mogliśmy wierzyć temu, co 

pisali Charles Berlitz i William L. Moore w książce “Wydarzenie w 

Roswell", że w pewną lipcową noc 1947 r., w okolicy bazy USAF i 

miasta Roswell spadł z nieba rażony piorunem najprawdziwszy NOL 

w   kształcie   dysku.   Dysk   został   przewieziony   przez   wojsko   do 

Edwards   AFB   w   Kalifornii   i   wszelki   ślad   po   nim   zaginął.   Nasz 

bezkrytyczny pogląd na sprawę zmienił się po obejrzeniu słynnego 

filmu “The Roswell Footages" Raya Santilliego - ukazującego sekcję 

zwłok rzekomej Kosmitki znalezionej przy rozbitym UFO w Roswell. 

Zmieniliśmy   całkowicie   zdanie   po   obejrzeniu   następnego   quasi-

dokumentalnego   filmu   Jeremy  Kagana   “Roswell".   Innymi 

reperkusjami tego wydarzenia są film SF “Hangar 18", także ostatni 

super-kiczowaty gniot hollywoodzki “Dzień Niepodległości" i horror 

“Z Archiwum X", Ten serial rzeczywiście jest (piszemy te słowa w 

1997 r.) przebojem w naszych TV - rzecz w tym, że wydarzenia w 

nim   pokazane   są   jedynie   pół   prawdami,   a   jak   rzekł   piekielny 

kuternoga   dr   Góbbels   “największe   kłamstwo   mija   się   o   włos   z 

prawdą". W przypadku tego serialu jego realizatorom udało się to w 

stu procentach! Tak więc powtarzamy raz jeszcze:  w   R o s w e l l 

n i e   d o s z ł o   d o   a w a r i i   s t a t k u   k o s m i c z n e g o 

O b c y c h !

Skąd to przeświadczenie?

Jakie mamy na to dowody?

background image

Przede wszystkim mówi za siebie historia II wojny światowej, a 

dokładniej   -   jej   końca   -   i   fakty,   które   są   znane   historykom   jak   i 

fanom ufologii. Zaczniemy od historii.

Jak tu już nadmieniliśmy, w 1945 r. na zajętych terenach Rzeszy 

pracowały intensywnie wywiady państw sprzymierzonych w Koalicji 

Antyhitlerowskiej   realizujące   misje   ALSOS   i   PAPERCLIP.   Grupa 

ALSOS   pracowała   nad   atomowymi   tajemnicami   Rzeszy,   zaś 

PAPERCLIP nad  technologiami  rakietowymi. Dzięki  temu w ręce 

Sprzymierzonych wpadł cały wyższy techniczny personel HVP z dr 

von Braunem na czele i gen. Dornbergerem. W tym samym czasie 

sowieccy żołnierze przechwycili 5.000 osób ze średniego i niskiego 

szczebla   technicznego,   czyli   tych   -   którzy   wykonywali   plany 

“największych   mózgów   niemieckich   w  Peenemunde."   Amerykanie 

odtransportowali   swych   jeńców   do   Nowego   Meksyku   na   White 

Sands Missile Test Range, zaś Sowieci swoich do Kazachstanu i - o 

ile można rozważać na serio teorie dr Strangesa - także na półwysep 

Tajmyr, co nawet wygląda dość prawdopodobnie w świetle afery z 

latającym spodkiem na Spitsbergenie, o której pisał J. O. Braenne. 

Niemcy, którzy pracowali nad atomem znaleźli się w Los Alamos i w 

Anglii (m.in. w Calder Hall), a także w gruzińskiej Agudzerze i na 

atomowych poligonach Nowej Ziemi.

No,   a   potem   był   już   tylko   wyścig   o   to,   kto   pierwszy   zbuduje 

l e p s z ą   broń   atomową.   Pierwszymi,   którzy   zdetonowali   bombę 

atomową byli Amerykanie, czego dokonali rankiem 16 lipca 1945 r. 

na Jordana de Muerte. Potem przyszła kolej na bombę wodorową, 

którą Rosjanie odpalili na Nowej Ziemi. Właśnie tak! - a nie - jak 

wmawiała nam przez lata sowiecka propaganda - Amerykanie na 

background image

atolu   Eniwetok,   który   zniósł   z   powierzchni   Oceanu   Spokojnego 

wysepkę Elugelab, co dało komunistycznej propagandzie podstawy 

do wieszania zdechłych psów na USA aż do końca Zimnej Wojny... 

Prawda   jest   taka,   że   Amerykanie   zdetonowali   “urządzenie 

termonuklearne" o masie 65 ton mocy 3 MT TNT, dnia l.XI.1952r. 

Tymczasem Sowieci zdetonowali swą bombę wodorową (już bombę, 

a nie wielotonowe “urządzenie termojądrowe") 12 sierpnia 1953 r. 

Ta   głowica   była   lżejsza   od   amerykańskiego   “urządzenia 

termojądrowego" ponad 10 razy... Rosjanie zdetonowali największą 

super-bombę   wodorową   o   mocy   58...68   MT   TNT   na   poligonie 

Cziornaja Guba na Nowej Ziemi w latach 60.

Wróćmy jednak do lat 40. W 1946 r. zatwierdzono status quo ante 

końca II wojny światowej, a dzięki niemrawości Churchilla i głupiej 

krótkowzroczności   Roosvelta,   który   za   cenę   świętego   spokoju 

sprzedał   kraje   Europy   środkowej   obłąkanemu   zbrodniarzowi   z 

Kremla,   dając   mu   ziemie   na   których   postawił   stopę 

czerwonoarmista,   zastąpiony   potem   przez   bandziora   z 

czerezwyczajki... - mógł się zacząć eksport komunizmu na Zachód. 

Czy   była   to   wyliczona   gra,   czy   tylko   zaślepienie   zachodnich 

polityków nie dostrzegających imperialnych ambicji ZSRR? Widząc 

to,   co   dzieje   się   dzisiaj   w   Rosji   i   widząc   reakcje   Zachodu   na 

wydarzenia w tym kraju w latach 1989-98 jesteśmy w stanie przyjąć 

to drugie... W opisywanym czasie drugiej połowy lat 40. było to i 

jedno i drugie. Polityka Albionu poniosła sromotną klęskę w starciu 

ze sprzedajnością Roosvelta i chytrością Stalina, którzy dogadali się 

ponad   głową   Churchilla...   Była   to   gra,   w   której   każdy   chwyt   był 

dozwolony   -   w   tym   ciosy   poniżej   pasa.   W   przeciwieństwie   do 

background image

Roosvelta, który w starciu ze Stalinem wyszedł na głupka, Truman 

był twardym pragmatykiem i sięgał nawet po argument monopolu 

na...   kontakty   z   Kosmitami!   Truman   doskonale   zdawał   sobie 

sprawę, jak bardzo Stalin wpuścił Roosvelta w kanał, co dało temu 

pierwszemu legitymację do zajęcia Europy Środkowej i umocnienia 

w niej swych wpływów, rugując tym samym niemal do zera wpływy 

USA... - dlatego trzeba było wymyślić coś ekstra! I to właśnie dlatego 

Kenneth   Arnold   i   jego   obserwacja   latających   dysków   nad   Mt. 

Rainier zyskała taki rozgłos! Arnold obserwował latające dyski 27 

czerwca 1947 r., a już 2 lipca tegoż roku jeden z nich rozbił się w 

Roswell!!!   Czyż   to   nie   dziwne?   Jest   oczywistym   fakt,   że   służby 

specjalne USA u ż y ł y   o b s e r w a c j i   A r n o l d a   d o   s w y c h 

c e l ó w   i   odwrócenia   uwagi   przeciwnika   od   tajnych   operacji 

kontrwywiadowczych i ochrony amerykańskich badań naukowych.

Dlaczego?

A po prostu dlatego, że w maju 1945 r. z sowieckiej ambasady w 

Ottawie zbiegł sowiecki szyfrant NKWD Igor Guzienko. Zabrał on ze 

sobą plik dokumentów, z których wynikało, że pewni Amerykanie, w 

tym   uczestnicy   PROJECT   MANHATTAN   byli   na   garnuszku 

sowieckiego   wywiadu   i   ukryci   pod   kryptonimami   Oppenheimer   - 

“Star", Fermi - “Editor", Greenglass - “Callibre", itp. - co wywołało z 

kolei   afery   szpiegowskie   Rosenbergów,   Nunn-May'a,   Fuchsa   i 

innych, oskarżonych w procesach o atomowe szpiegostwo. Wynika z 

tego,   że   służby   specjalne   USA   były   zaangażowane   do   ochrony 

amerykańskich laboratoriów naukowych i zakładów produkcyjnych 

oraz   baz   wojskowych,   do   których   należały:   Roswell   AFB,   White 

Sand AFB czy Alamogordo. To jednak nie wystarczyło, bo w 1946r. 

background image

zaczął   pracować   reaktor   jądrowy   prof.   Kurczatowa,   co   było 

poprzedzone   od   1945   r.   prowadzoną   przez   Sowietów   rabunkową 

eksploatacją rud uranowych i torowych w Polsce (Kowary i okolice 

Jeleniej Góry), Bułgarii (Bukovo), Czechach (Jachymov), Węgrzech 

(Pecs),   Ukrainie   (Żołtyje   Wody),   i   innych.   Nawet   znalezienie 

bogatych   rud   na   Uralu   nie   przerwało   eksploatacji   w   krajach 

satelickich, i trwała ona aż do 1956 r.

Postawmy   zatem   pytanie,   co   mogło   Stany   Zjednoczone 

doprowadzić do tego, że spreparowana “legenda" dla obcych służb 

wywiadowczych poszła w obieg? Istnieją trzy możliwe odpowiedzi: 

1. Prace nad niewidzialnymi dla radaru samolotami bombowymi 

w   ramach   PROJECT   RAINBOW,   które   to   miały   za   zadanie 

dokonanie   atomowych   bombardowań   ZSRR   w   ramach   planu 

PINCHER.

2. Katastrofa bombowca B-29 z bombą atomową na pokładzie - 

czyli pierwsza w historii operacja ZŁAMANA STRZAŁA, i...

3. Katastrofa   prototypu   dyskoplanu   wybudowanego   wedle 

planów teamu w składzie: Schriever-Miethe-Beluzzo-Zimmermann-

Schauberger czyli Wunderwaffe V-7!

Spójrzmy   na   tą   drugą   możliwość,   która   jest   najbardziej 

prawdopodobną, a to dla tego, że w Roswell AFB stacjonowało 509 

Skrzydło  Bombowców   Strategicznych   USAF,   mające  na   stanie   49 

samolotów   bombowych   B-29   “Superfortess"   przystosowanych   do 

transportu i zrzutu bomb atomowych. Operacja BROKEN ARROW i 

poprzedzająca   ją   katastrofa  m u s i a ł a   być   utajniona  p r z e d e 

w s z y s t k i m   przed własnymi mediami i społeczeństwem, które 

przecież   znały   skutki   działania   tej   broni   masowego   rażenia,   po 

background image

Hiroshimie   i   Nagasaki.   Trzeba   było   ukryć   prawdę   także   przed 

Kongresem i agentami NKGB oraz GRU. Nie ma lepszej legendy od 

jeszcze   bardziej   tajemniczej   legendy   -   a   za   tą   dowództwo   USAF 

uznało relację Arnolda (i inne też) o obserwacji UFO... Relacje te 

-jak   wykazał   to   Robert   w   swej   pracy   pt.   “Tryptyk   ufologiczny: 

Ufologia a polityka" - zostały wykorzystane nie tylko przez USAF, 

jak pokazała to niejednokrotnie historia.

A teraz rozważmy możliwość katastrofy dyskoplanu V-7 w okolicy 

Roswell.   Jak   to   już   nadmieniliśmy,   prototyp(y)   hitlerowskiego 

dyskoplanu zostały przewiezione do New Mexico w ramach misji 

PAPERCLIP   i   wypróbowywano   je   w   okolicy   Whi-te   Sands.   To 

miejsce leży niedaleko Los Alamos i Alamaogordo, bowiem V-7 miał 

napęd jądrowy. Hipoteza ta wygląda niezwykle, ale wcale nie jest 

taka   niezwykła,   jakby   się   wydawało.   Świadczy   za   tym   kilka 

przesłanek, a mianowicie: 

1. Badania nad V-7 miały miejsce na terenach okupowanej Polski 

w bliskości miejsc, gdzie wydobywano uran i tor: w Górach Sowich, 

Wrocławiu   i   Gdyni,   gdzie   dowożono   rudę   uranową   i   torową   z 

kopalni wymienionych w poprzednich rozdziałach. NB, w Kowarach 

testowano także reaktor jądrowy, na co wskazują takie detale, jak 

np.   ołowiane   płyty,   rurki   z   miedzi   czy   osmorenu.   Te   artefakty 

znajdują się tam do dziś dnia. Coś takiego było także na terenach 

Protektoratu   Czech   i   Moraw,   gdzie   centrum   badawcze   SS 

znajdowało się w okolicy występowania i wydobycia rud uranowych 

w Pfibramsku, czego już nie można zrzucać na karb przypadku.

72.

Przy budowie Modelu N-3 austriacki uczony dr Schauberger 

używał   nadzwyczajnego   rodzaju   napędu   na   bazie   wody,   jako 

background image

paliwa   (kontrolowana   reakcja   termojądrowa   ???).   Silnik   ten 

pozwalał   dyskoplanowi   na   osiąganie   nieprawdopodobnej 

szybkości   i   wysokości   lotu   przy   ogromnej,   fantastycznej 

manewrowości   aparatu   latającego.   Jak   wiadomo,   jedynymi 

urządzeniami   energetycznymi   pracującymi   na   bazie   wody   są 

właśnie reaktory jądrowe.

73.

White Sands Missile Range znajduje się w okolicy Alamogordo 

i Los Alamos, co jak już tu pisaliśmy, stanowi kolejną przesłankę 

“za"   tą   hipoteza,   bowiem   w   obu   tych   miejscach   prowadzono 

prace nad technologiami nuklearnymi...

I wreszcie:

4. Szczątki rozbitego NOLa były szybko przewiezione do Edwards 

AFB   w   Kalifornii   i   Fort   Worth   ARB   w   Teksasie,   gdzie   je 

pieczołowicie   ukryto.   Rzecz   w   tym,   że   obie   te   bazy   mają   bunkry 

dekontamitacyjne,   w   których   składuje   się   “gorące"   materiały 

radioaktywne! I to aż do czasu obniżenia ich radioaktywności do 

mniej szkodliwych rozmiarów.

Tajemnica   radioaktywnego   napędu   jądrowego   i   jego 

wykorzystania   do   przenoszenia   ładunków   konwencjonalnych   czy 

jądrowych stanowiła nie lada wyzwanie dla służb wywiadowczych - 

szczególnie   tych   sowieckich!   Czyż   nie   jest   łatwiej   w   ten   sposób 

wyjaśnić   katastrofę   w   Roswell,   niż   tworzyć   skomplikowane 

scenariusze i wprowadzać w sprawę - to zagmatwane równanie - 

kolejną niewiadomą - Obcych?...

Najciekawszym momentem w filmie Kagana jest ten, w którym 

reżyser pokazuje (celowo bądź niecelowo) mechanizm “celowanego 

rykoszetu"  (jak nazwał ten proces Nestor polskiej ufologii Lucjan 

background image

Znicz-Sawicki w swych pracach) polegający na rozsiewaniu plotek i 

pogłosek   różniących   się   tylko   o   włos   od   rzeczywistości...   Oprócz 

jednego,   kluczowego   faktu,   pani   kapitan   służby   medycznej   USAF 

opowiada historię ożywienia Kosmity w szpitalu lotnictwa swemu 

chłopakowi,   a   ten   powtarza   ją   w   sekrecie   -   a   jakże   -   kolejnym 

osobom, zaklinając się przy tym, że informacja pochodzi z “pewnego 

i   sprawdzonego"   źródła...  Metoda   to   stara   i   używana   jak   świat,  i 

niewiarygodnie   skuteczna,   zwłaszcza   w   demokratycznych 

społeczeństwach.   Opowiastkę   o   autentycznym   UFO,   którą 

Amerykanie jeszcze “wzmocnili" drugą opowiastką o żywym Obcym 

miały dojść do Kremla i stanowić ostrzeżenie dla generalissimusa, 

który miał pod bronią w Europie 11 milionów ludzi i ogromny apetyt 

na   jej   większą   część,   co   udowodnił   w   Skandynawii,   gdzie 

wypróbowywał   swoje   -   przepraszamy   -   poniemieckie,   zdobyczne 

rakiety V-l V-2. A miał ich do bólu, bo Armia Czerwona zajęła w 

Niemczech prawie 22.000 sztuk tej broni! Dwadzieścia dwa tysiące 

jednostek! !!

Dlatego też Zachód m u s i a ł   c o ś   z r o b i ć !  - by odpowiedzieć 

na stalinowskie przedstawienie - demonstrację siły. Latający talerz z 

atomowym napędem plus bomba A lub H - o! to było właśnie to coś 

ekstra! V-7 zbiegał się z PROJECT RAINBOW w tej mierze, że był 

on   pierwszą   konstrukcją   typu   “stealth",   bowiem   był   niemal 

niewidzialny dla ówczesnych systemów radiolokacyjnych - a zatem 

był   idealną   bronią   pierwszego   uderzenia   -   ot,   coś   takiego,   jak 

“Czerwony Październik" z powieści Toma Clancy'ego... To dlatego - 

jak   sądzimy   -   katastrofa   w   Roswell   była   genialnym   humbugiem 

wymierzonym w GRU i NKGB.

background image

A teraz spójrzmy na tą historię z jeszcze innego punktu widzenia i 

na jeszcze jeden jej aspekt. Charles Berlitz podaje bardzo ciekawą 

listę   obserwacji   NOLi   w   okolicach   Roswell   AFB,   która   może   być 

użyteczny dla nas pod względem tego, jak technicy z White Sands 

testowali niemieckie latające spodki i opanowywali technikę lotu V-

7:

25.VI. - przelot dyskokształtnego obiektu nad Silver City (NM),

26.   VI.   -   przelot   kulistego   obiektu   nad   Wielkim   Kanionem 

Kolorado (CO),

27.VI.   -   przelot   dyskoidalnego   obiektu   nad   Tintown/Bisbee   na 

granicy z Nowym Meksykiem (AR/NM), 27.VI. - przelot grupy 8 lub 

9 latających dysków nad Warren (AR), zaobserwowany przez mjr G. 

B. Wilcoxa, 

27.VI. - przelot białego dysku nad Pope (NM), 

27.VI. - przelot dysku nad San Miguel (NM), 

27.VI.   -   przelot   dysku   nad   White   Sands   AFB,   zaobserwowany 

przez kpt.E. B. Dethney'a (NM), 

28.VI.   -   przelot   “ognistej   kuli   z   ogonem"   nad   Alamogordo, 

zaobserwowany przez kpt. F. Dwyne'a (NM), 29.VI. - piloci USAF 

obserwują NOLa w okolicach Cliff, który podobnież wylądowała, ale 

poza dziwnym zapachem niczego niezwykłego tam nie stwierdzono 

(NM), 

29.VI. - grupa ekspertów lotniczych USAF, pod kierownictwem dr 

C. J. Zohna (zwróćcie uwagę na niemieckie brzmienie nazwiska!) 

obserwował   srebrny   dysk,   który   wykonywał   różne   ewolucje   nad 

White Sands Proving Grounds (NM), 

29.VI.   -   obserwacja   przelotu   srebrnego   dysku   nad   Tucumcari 

background image

(NM), 

30.VI. - przelot 13 dyskokształtnych obiektów nad Albuquerque 

(NM), 

1 .VII. - przelot białego dysku nad Albuquerque (NM),

  1-6.   VII.   -   siedem   meldunków   o   obserwacjach   UFO   nad 

północnymi stanami Meksyku - od Mexicali do Juarez,

1 .VII. - przelot ogromnego dysku nad Phoenix (AR), 1/2.VII. - 

katastrofa UFO w okolicy Roswell (NM).

“Co zatem widzieli ci ludzie?" - pyta dramatycznie Charles Berlitz i 

po   chwili   sam   sobie   odpowiada:   “Oczywiście   nie   rakiety 

skonstruowane   według   rakiet   V-2   które   wypróbowywano   w   tym 

czasie   na   poligonie   w   White   Sands,   jak   to   wyjaśniało   kilku 

sceptyków!" Zgadzamy się, że V-2 nie były już żadną nowością, ale 

niemieckie   latające   talerze   były   ostatnim   hitem   techniki.   Z   tego 

wszystkiego można wydedukować, że ci, którzy coś o tym wiedzieli - 

nie powiedzieli nic (zgodnie z prawem Burdego) i zwalili wszystko 

na   Kosmitów,   podobnie   jak   ci,   którzy   widzieli,   ale   nie   wiedzieli, 

bowiem   wtedy   stał   się   modny   fenomen   UFO   i   kontakt   z 

pozaziemską cywilizacją był fascynującym marzeniem świata, który 

miał już serdecznie dość wojennego szaleństwa.

Pozostańmy   jeszcze   przy   pytaniu,   czy   w   ogóle   jest   możliwa 

katastrofa   UFO?   Być   może   pytanie   głupie,   ale   konkretne.   NOLe 

obserwowano od 1947 r. i musiały one być zbudowane w oparciu o 

matematyczne modele niezawodności - co oznacza, że NOL musi 

sobie dać radę w każdych warunkach i przede wszystkim chronić w 

przypadku   katastrofy   swych   pasażerów.   Według   “legendy 

roswelliańskiej", obok rozbitego dysku znajdowały się martwe ciała 

background image

humanoidów, które potem przewieziono do Dallas i tam pokrojono, 

jak to pokazano na filmie Santilliego. Sam zaś dysk był zrobiony z 

metalu   “zapamiętującego   kształt"   -   o   czym   mówi   w   swym   filmie 

Jeremy Kagan. W porządku, zgadzamy się z tym, ale w takim razie 

dlaczego   rozbity   dysk   nie   wrócił   po   katastrofie   do   swego 

poprzedniego kształtu a pozostał z niego rozbity wrak we wnętrzu 

krateru?

Następna   sprawa   -   skoro   NOLe   są   doskonałymi   pojazdami 

atmosferycznymi (jak udowadnia to prof. dr inż. Jan Pająk w swych 

pracach),   hydrosferycznymi   i   kosmicznymi,   to   dlaczego   ów 

nieszczęsny NOL spadł po trafieniu go zwykłym piorunem? Przecież 

- jak dowiodły tego materiały filmowe dostarczone przez Hungarian 

UFO Research Federation z Debreczyna w 1997r. - NOLe są w stanie 

wytrzymać   uderzenie   pioruna!   Dziwne!   Super   statek   kosmiczny 

pada na Ziemię rozwalony jednym piorunem! Nie mówiąc już o tym, 

że  k a ż d y   s t a t e k   l a t a j ą c y jest klatką Faraday'a i ładunek 

elektryczny   musi   spłynąć   po   jego   powierzchni   nie   robiąc   szkody 

załodze. Takie są prawa fizyki! Przecież tak prymitywny w sumie 

statek kosmiczny jak Apollo-11 trafiły w czasie startu cztery pioruny 

i poza chwilowymi przerwami łączności nic się złego nie stało...

Krótko mówiąc, była to katastrofa samolotu B-29 “Superfortess" 

bądź  amerykańskiej   wersji  dyskoplanu  V-7.  Istnieje jeszcze  jedna 

możliwość - mógł to być latający dysk - aparat szpiegowski wysłany 

z Grenlandii nad atomowe poligony New Mexico przez niedobitki 

hitlerowców,   bazujących   w   “Bobrzej   Tamie"   nad   brzegami   płoni 

North East Water na Morzu Grenlandzkim...

Spreparowane   wyjaśnienie   o   katastrofie   statku  Obcych,   o   czym 

background image

miały   świadczyć   znalezione   trupy   humanoidów   były   typowym 

humbugiem, który działa do dziś dnia. Przykładem na to jest film 

Santilliego,   którego   zadaniem   było   po   raz   któryś   reanimować   tę 

katastrofę,   a   obie   te   rzeczy   miały   przynieść   konkretne   zyski   -   i 

przynoszą!

Kopia   filmu   Santilliego   kosztuje   około   50   USD,   zaś   turyści 

zwiedzający Roswell zostawiają w tym mieście miliony USD rocznie! 

I kto o zdrowych zmysłach zarzynałby kurę znoszącą złote jajka?... 

Nie ma takich głupich! - zwłaszcza w Ameryce, gdzie ludzie czują 

pieniądze każdym bebechem i zrobią dla nich wszystko - łącznie z 

humbugiem stulecia, jakim jest “wydarzenie w Roswell"...

NB, inne miasteczka bez perspektyw także pozazdrościły sławie (a 

nade   wszystko   pieniędzy)   mieszkańcom   Roswell   i   jak   grzyby   po 

deszczu zaczęły się mnożyć kolejne ufokatastrofy na terenie Stanów 

Zjednoczonych: Aztec, Laredo, Phoenix...

Roberto   Pinotti   na   łamach   mediolańskiego   “Mysteri   e   verita" 

wyliczył 22 katastrofy na terenie USA! A gdzie reszta świata? W tym 

kontekście prawdziwości nabierają wydarzenia na Spitsbergenie i w 

Gdyni,   bo...   -   nikt,   poza   garstką   autorów   biorących   nędzne 

wierszówki, na tym nie zarobił!...

Film Santilliego miał premierę w 1995 r., a szumnie zapowiadane 

dowody   na   jego   autentyczność   nie   zostały   podane   do   dnia 

dzisiejszego (18 września 1998 r.), a zatem wciąż musimy na nie 

czekać. Pytanie za 64.000 dolarów - jak długo?

Będziemy czekać, choć wątpimy, czy się doczekamy, jeżeli mamy 

rację.

I jeszcze jedno - wielu Czytelników zapytywało nas, i nie bez racji - 

background image

skoro   Niemcy,   a   potem   Amerykanie,   przechwycili   technologię 

Obcych, to teraz po naszym niebie powinny przelatywać nie UFO, 

ale   amerykańskie   pojazdy   w   kształcie   talerzy!   Nowoczesne 

technologie amerykańskie mogły powstać z inspiracji technologiami 

Obcych   -   ale   w   swej   głównej   mierze   są   one   technologiami 

“ziemskimi"...

Rzecz w tym, że gros technologii Obcych opiera się na nieznanych 

nam   prawach   fizyki,   do   których   cała   nasza   fizyka   klasyczna   i 

relatywistyczna stanowi zaledwie Podpunkt do wstępu!

Stąd   właśnie   ten   silny   opór   uczonych   broniących   swego 

zaskorupiałego widzenia świata! UFO są tym co rozwala wszystkie 

znane nam pojęcia o przestrzeni i czasie!

Wygląda na to, że żeby korzystać z tej technologii, nasza fizyka i 

inne nauki stosowane, muszą dokonać ogromnego skoku, a ten na 

razie jest niemożliwy ze względu na rewolucyjność tej Obcej wiedzy. 

Jak na razie, to mamy z niej jedynie okruchy: tranzystory, obwody 

scalone, nadprzewodniki... Obawiam się, że sytuacja przedstawia się 

identycznie, jak w powieści braci Strugackich pt. “Piknik na skraju 

drogi".

Musimy czekać...

background image

ROZDZIAŁ 24

POWRÓT ASTRONAUTÓW HITLERA.

Po   raz   pierwszy   w   historii   Ludzkości:   faszystowski 

astronauta na orbicie - Okropna wizja: Hitler żyje! - Bronie 

za   życie   rakietowych   niewolników   -   Tajne   inspekcje 

profesora Wehrnera von Brauna.

...   Była   to   ostatnia   noc   przed   startem.   Przygotowania 

przedstartowe, w które zaangażowano kilkaset osób powoli zbliżały 

się   ku   końcowi.   Ponownie   sprawdzano   wszystkie   detale   przed 

podróżą   pierwszego   astronauty.   W   tym   czasie   do   bazy   wciąż 

przyjeżdżały   czarne   mercedesy   z   dokładnie   sprawdzonymi   i 

dobranymi pieczołowicie gośćmi z całej Rzeszy. Delegaci pochodzili 

nie   tylko   z   Westpreussen   i   Reichsgau   Sudetenland,   ale   i   z 

Ingermannlandu, Gótengen i Memel-Narewu, które powstały jako 

strefa   buforowa   między   Europą   a   Azją   po   porażce   ZSRR   i 

wyrzuceniu Rosjan za Ural.

Wszyscy   byli   niezmiernie   wzruszeni,   w   tym   generalicja   i 

komendanci   SS,   wysocy   urzędnicy   państwowi   i   partyjni, 

dziennikarze   i   ekipy   filmowe,   aż   do   ostatniego   technika   i   załogi 

wojskowej bazy, która się nigdy nie zbliżyła do rakiety.

Temu wzruszeniu nie oparł się nawet Heinrich Holzer. Próbował 

zachować spokój i równowagę duchową, która po wielomiesięcznym 

wysiłku pomogła mu sięgnąć zaszczytu bycia pierwszym astronautą. 

Lekarze przepisali mu przed lotem dziesięciogodzinny wypoczynek, 

background image

a on go w pełni wykorzystał.

Kiedy   rankiem   promienie   słoneczne   zalały   całą   miejscowość,   a 

wskazówki na zegarze odmierzyły czas wypoczynku, do jego łóżka 

podszedł lekarz, potrząsnął go delikatnie za ramię i rzekł: “Es ist 

schon Zeit."

Szybko   wstał   z   pościeli,   umył   się   ubrał   i   zjadł   śniadanie.   Po 

badaniu lekarskim asystenci zaczęli ubierać go w oliwkowo-zielony 

skafander i na głowę włożyli ciężki hełm z hitlerowskim orłem nad 

oczami. Potem odprowadzili do samochodu, który podwiózł go do 

ogromnej wieży rakiety.

Po chwili Holzer wstąpił do kabiny statku kosmicznego. Patrząc z 

jej   szczytu   widział,   nisko   na   dole,   lekarzy,   techników,   a   za   nimi 

ogromną   masę   ludzką   ubraną   w   różne   mundury:   feldgrau 

Wehrmachtu, ciemnoniebieskie lotnictwa, czarne, brązowe i khaki. 

Nad   tym   wszystkim   łopotały   krwawo-czerwone   sztandary   ze 

swastyką   na   białym   kręgu.   Jeszcze   tylko   pozdrowił   ten   tłum 

wyciągniętą   prawą   ręką   w   hitlerowskim   pozdrowieniu   i   znikł   we 

wnętrzu statku kosmicznego.

Na stanowisku dowodzenia lotem kierował główny konstruktor, 

jego   nazwisko   było   od   początku   związane   z   rozwojem   techniki 

rakietowej.   Był   to   ten,   który   po   powodzeniu   kontrofensywy   w 

Ardenach i wyparciu Aliantów z Europy, zajęciu Wielkiej Brytanii i 

atomowym   bombardowaniu   Moskwy,   zdążył   odnowić   instytut 

rakietowy w Peenemunde, a teraz namówił Fuhrera, by po wojnie 

zajmował się technikami rakietowymi.

Przed   personelem   stanowiska   dowodzenia   i   grupą 

umundurowanych   generałów   i   SS-Brigadefuhrerów,   na   wielkim 

background image

ekranie TV widać było twarz astronauty.

Jest dzień 10 kwietnia 1959 r., godzina 8:08.

...Drei ...zwei... eins ...START!!!

Oślepiający   błysk   i   gigantyczny   obłok   dymu   nad   betonowym 

placem. Ogłuszający huk i dudnienie przeciągłego grzmotu, płomień 

-   najpierw ognista  kula,  potem   oślepiająco  jasny   ognisty   słup...  - 

rakieta powoli dźwiga się do góry, a z dysz strzelają płomienie. Po 

paru minutach rakieta staje się świetlnym punktem znikającym w 

błękicie nieba.

Potężny   siła   wtłacza   astronautę   w   fotel,   kiedy   pracują   silniki 

rakietowe.   Nieprzyjemna   wibracja   zanika,   kiedy   odpada   ostatni 

booster i astronauta na chwilę traci orientację w nieważkości...

Godzina   8:50   -   statek   kosmiczny   przelatuje   nad   Ameryką 

Południową,   którą   astronauta   obserwuje   przez   bulaj.  “Alles   in 

Ordnung" - melduje. Tam na dole Japończycy wypalali dżunglę, zaś 

Niemcy już sięgnęli Wszechświata.

Godzina   9:13   -   statek   kosmiczny   GROSSDEUTSCHLAND-1 

przelatuje nad Afryką. Większą część tego kontynentu przesłaniają 

obłoki.   Kontynent   ten   stał   się   poligonem   doświadczalnym 

niemieckiej polityki kolonialnej. Z tego kontynentu przed paru laty 

praktycznie zniknęła czarna rasa, wykończona Cyklonem B. Spalona 

w krematoriach i przerobiona na szykowne lampy z ludzkiej skóry... 

Afryka - meldunek z pokładu: “Schade, das es bewolkt ist."

Godzina 9:25 - przygotowanie do lądowania.

Godzina 9:55 - lądowanie.

Jeszcze   tego   samego   dnia   w   dziennikach   dziesiątków   stacji 

radiowych   i   na   czołówkach   poczytnego   dziennika   “Volkischer 

background image

Beobachter" pojawiła się informacja:

“Dzisiaj, 10 kwietnia 1959 r

;

, o godzinie 9:55 czasu miejscowego, 

wylądował statek kosmiczny GROSSDEUTSCHLAND-1, pilotowany 

przez   SS-Sturmbannfuhrera   Heinricha   Hólzera   po   dokonaniu 

jednego   oblotu   Ziemi   w   północno-zachodniej   części 

Reichskommisariatu Ukraine..."

To naprawdę paskudna wizja: Hitler żyje, a Europa od Uralu po 

Atlantyk   jest   we   władaniu   III   Rzeszy.   Nasza   krótka   historyjka 

pierwszego   lotu   człowieka   w   Kosmos   jest   jedynie   próbą 

rekonstrukcji tego, co stałoby się, gdyby Niemcy i Japonia wygrały II 

wojnę   światową,   a   to   dzięki   rozwojowi   techniki   rakietowej   i 

nuklearnej, a potem III Rzesza mogłaby wysłać w Kosmos swego 

pierwszego kosmonautę. Wokół Ziemi latałaby sobie kapsuła statku 

kosmicznego GROSSDEUTSCHLAND-1, ale pytamy, jaka ta Ziemia 

by była?

Zniewolona   i   skolonizowana   wedle   planów   nazistów,   narody 

figurowałyby jedynie jako nazwy geograficzne miejsc, gdzie kiedyś 

żyły,   albo   w   rezerwatach,   jak   dzisiaj   Indianie.   Nie   zapominajmy 

myśli, którą zaczęliśmy tą książkę, że rozwinięta technika w rękach 

barbarzyńców może tylko zabijać, bowiem barbarzyńca nie potrafi 

niczego innego niż rozszerzać swój Lebensraum - jak trzeba, to także 

i w Kosmos...

Być   może   Czytelnik   poczuje   niesmak   czytając   nasze   małe 

opowiadanie   z   gatunku   political-science-fiction   jako   mit,   który 

miałby za cel gloryfikację technicznych umiejętności hitlerowców. 

Uprzedzamy, że jesteśmy od tego jak najdalej. Ale jeżeli mamy dany 

background image

problem   wyjaśnić,   to   musimy   wziąć   pod   uwagę,   że   u   początku 

przenikania   człowieka   w   Kosmos   stała   technologia,   która 

spowodowała   śmierć   i   cierpienia   dziesiątek   tysięcy   zagłodzonych, 

chorych, bitych i udręczonych na wszystkie sposoby “rakietowych 

niewolników" w Nordhausen, Głuszycy, Śtechovicach, itd. itd.

Nie zapominajmy, że fascynującą przygodę lotów kosmicznych i 

lądowania człowieka na Księżycu zawdzięczamy dr Wehrnerowi von 

Braunowi,   którego   faszystowska   przeszłość   jest   po   prostu 

dowiedzionym faktem historycznym. Będąc dyrektorem naukowym 

projektu V-l i V-2 m u s i a ł  on wiedzieć, kto i w jakich warunkach 

pracował wytwarzając te rakiety, które on projektował...

10   lutego   1962   r.   Julius   Mader,   autor   książki   “Tajemnica   z 

Huntsville" dostał list od byłego więźnia “Mittelwerk Dora" Adama 

Cabala z Wrocławia, w którym autor napisał m.in., że:

“Profesor Wehrner von Braun w czasie wielu odwiedzin w Dorze 

ani   raz   nie   zaprotestował   przeciwko   okrutnemu   traktowaniu 

więźniów. Wielokrotnie wchodził do hali 36. 3/4 jej powierzchni 

zabierały   długie   na   6   m   prycze   z   desek.   Na   końcu   hali,   gdzie 

znajdował się korytarz A, miała miejsce najhaniebniejsza zbrodnia 

w Dorze. Znajdowało się tam “ ambulatorium " w którym konali 

ludzie dobijani przez ciągłą ciężką pracę i mściwość nadzorców, 

leżały   tam   ludzkie   zwłoki   jak   jedna   masa.   Profesor   von   Braun 

przechodził blisko koło nich, niemal ich dotykając.

Ludzie   umierali   tam   dziesiątkami   (...),   zaś   prof   von   Braun 

przechodził   koło   nich   nawet   nie   zwracając   ku   nim   głowy.   Nie 

wierzę w to, że w tych chwilach jego myśli były zajęte przestrzenią  

międzyplanetarną.   Nie   wierzę   w   to   że   nie   widział   tych   którzy 

background image

umierali w błocie i brudzie. Musiał ich widzieć!"

Wehrner   von   Braun,   według   encyklopedii   niemieckiej   techniki 

rakietowej,   według   przydziału   służbowego   SS-Gruppenfuhrer, 

przemilczał swe wizyty w “rakietowym piekle" Nordhausen, tak jak 

to zrobił w przypadku odwiedzin w “Der Riese" w Górach Sowich - o 

czym opowiedział nam Tadeusz Łukawski.

Milczał,   kiedy   mógł   złagodzić   los   więźniów   pracujących   przy 

produkcji rakiet. Milczał i potem, kiedy w 1945 r. dwaj żołnierze 

włożyli do walizki pieczołowicie zabezpieczony przed molami czarny 

esesowski uniform pakując go do samolotu do Ameryki. Zachował 

milczenie do swej śmierci w 1976 r.

Pytanie brzmi: “Dlaczego?"

Jak długo będziemy się zajmowali futurystycznymi wynalazkami 

nazistów   oraz   ich   źródłami,   z   których   owe   wynalazki   brały   swe 

początki,   nie   możemy   zapomnieć,   jakimi   zbrodniami   przeciw 

ludzkości   były   one   opłacone   i   jak   złowieszczym   celom   miały   one 

posłużyć...

ROZDZIAŁ 25

SPOTKANIA Z “FOO-FIGHTERS

Zemsta   z   niebios:   “latające   fortece"   nad   Niemcami   -   23 

listopada 1944 r.: panika w powietrzu - “Tam gdzie są foo, 

tam jest i ogień" - Zgłoszeń i meldunków przybywa - UFO w 

czasie przeciwuderzenia w Ardenach - “Ostatni pilot eskadry 

foo-fighters".

background image

Jest listopad 1944 r. Amerykańskie “latające twierdze" zrzuciły w 

tym   miesiącu   na   terytorium   Rzeszy   ponad   55.700   a   brytyjskie 

bombowce 53.000 ton bomb. Niemieckie koleje są już zniszczone, a 

miasta takie, jak: Koblencja, Hamburg czy Saarbrucken są celami 

częstych nalotów. Wciąż trwają naloty na rafinerie naftowe i fabryki 

materiałów pędnych, Anglicy bombardują Berlin, Hanower, Kolonię 

i   Essen.   Amerykańskie   naloty   dywanowe   zmiatają   z   powierzchni 

ziemi Drezno i Hamburg.

Bombowce   wykonują   naloty   w   celu   zniszczenia   stanowisk 

odpalania   ciężkich   pocisków   rakietowych   V-2   i   pocisków 

odrzutowych V-l, które z kolei Niemcy odpalają również z wyrzutni 

lotniczych...

23 listopada 1944 r. o godzinie 22, por. Eduard Schlueter z 415 

Eskadry USAF z bazy w Dijon pilotował swój samolot w kierunku 

Mainz. W akcji obserwacji brali udział także porucznicy D. J. Meyers 

i F. Ringwald z wywiadu lotnictwa A-2.

Krótko   po   skończeniu   zwiadu   nad   skrajem   Schwarzwaldu   pilot 

zaczął obserwować rzekę Ren.

Na   jakieś   20   mil   od   Strasburga,   por.   Ringwald   zaobserwował 

przez   boczne   okno   kabiny   10   ognistych   kul   barwy   czerwonej   jak 

leciały z ogromną prędkością w zwartej formacji.

Chciałbym wiedzieć, co to za światła tam, za tymi pagórkami. 

Patrzcie! - zawołał na swych kolegów por. Ringwald.

Z   pewnością   gwiazdy   -   odpowiedział   machinalnie   pilot,   zajęty 

obserwacją przyrządów.

background image

E, to nie gwiazdy, to coś innego.

-Jesteś pewny, że to nie jakiś refleks? - zapytał por. Schlueter.

- Oczywiście!

Pilot   zaczął   obserwować   światła,   które   zmierzały   ku   nim.   Bez 

najmniejszego namysłu zameldował do bazy:

Mamy tutaj dziesięć niemieckich myśliwców. Wygląda na to, że 

lecą za nami z ogromną prędkością!

Coś   się   wam   pochrzaniło,   boys.   Poza   wami   nikogo   nie   ma   w 

powietrzu   -   odpowiedziała   stacja   radiolokacyjna.   Zmieszany 

Donald Meyers spojrzał na ekran pokładowego radaru. I znów za 

okno.   I   ponownie   na   ekran.   Na   ekranie   nie   było   śladu 

niemieckich myśliwców...

No   to   -   do   diabła   -   czym   są   te   czerwone   światła?!   -   wskazał 

Ringwaldowi przez okno widoczne obiekty, które żarzyły się w 

odległości około 5 mil od samolotu. Schlueter zrobił zwrot na nie 

i   ruszył   ku   obiektom.   Dziwne   obiekty   jakby   ten   manewr 

przewidziały i ich światło pociemniało do tego stopnia, że były 

niemal  niewidoczne.  Samolot przeleciał  już  miejsce, gdzie  one 

mogłyby   być,   ale   załoga   niczego   nie   widziała.   Naraz   nocne 

światła pojawiły się nieco dalej w formacji wskazującej że idą do 

kontrataku.   Schlueter   odbezpieczył   broń   pokładową   w 

oczekiwaniu   na   walkę,   ale   do   niej   nie   doszło,   bowiem   NOLe 

poleciały szybko w dół, ku niemieckiemu terytorium. W tej samej 

chwili system radarowy zaczął wykazywać niesprawności, więc 

pilot zawrócił do bazy. Piloci zostawili swe obserwacje dla siebie, 

bo   nie   mieli   zamiaru   ryzykować   swych   karier   wojskowych 

background image

pilotów podejrzeniami o chorobę psychiczną...

NB,   powyższy   epizod   posłużył   Andrzejowi   Zbychowi   na   punkt 

wyjścia   jednego   z   odcinków   serialu   “Stawka   większa   niż   życie"... 

Sugerował w nim, że były to albo wiązki ścieśnionego światła - czyli 

promienie   laserowe,   albo...   nowe   pojazdy   latające   Niemców. 

Oczywiście   w  finale  dzielny   Hauptmann   Hans   Kloss  nie  dość,  że 

rozwiązał   tę   zagadkę,   to   jeszcze   spowodował,   że   dywanowy   nalot 

rozniósł na strzępy atrapę fabryki, zaś on sam osobiście wysadził 

prawdziwą fabrykę w powietrze.

Inaczej zachowali się piloci Henry Giblin i Walter Cleary, którzy 

nad północną Anglią spotkali się z ogromną pomarańczową kulą, 

leciała ona z prędkością tylko 45 km/h na wysokości około 500 m 

nad   ich   myśliwcem.   Oczywiście   naziemna   stacja   r/lok.   nie 

potwierdziła   obecności   obiektu   w   sąsiedztwie   ich   samolotu. 

Tymczasem ich pokładowy radar wysiadł i musieli zawrócić do bazy. 

Tam   obaj   piloci   stali   się   celem   pośmiewiska   swych   kolegów,   ale 

dzisiaj   wiemy,   że   byli   oni   pierwszymi   lotnikami   Aliantów,   którzy 

spotkali   się   z   fenomenem   Foo-fighters.   Określenie   to 

najprawdopodobniej wzięło się z komiksu “Smokey Stover", gdzie 

często   padały   słowa:   “Where   there's   foo,   there's   fire"   co   można 

przełożyć: “Gdzie jest feu (z franc. ogień) tam jest pożar". Słowo 

“foo"   można   tłumaczyć   także   jako   “fool"   -   “głupiec",   aczkolwiek 

pierwsza wersja wydaje się bardziej adekwatna, bowiem słowa “foo" 

i   “feu"   wymawia   się   identycznie   -   “fu"...   Poza   tym   spotykało   się 

jeszcze   inne   określenia,   jak   np.   “kraut   balls"   -   co   w   żargonie 

lotników miało znaczyć “zielone głowy", choć etymologii tej nazwy 

nie   znamy,   to   możemy   założyć,   że   chodziło   tu   o   pilotów,   którzy 

background image

widzieli foo-fighters....

Następna   para   z   415   Eskadry:   McFalls   i   Baker   opisała   swe 

spotkanie z foo-fighters, który to opis znalazł się potem w archiwach 

A-2:

“22   grudnia   1944   r.   o   godzinie   6   rano,   opodal   Hagenau,   na  

wysokości   3.050   m   przybliżyły   się   do   nas   dwa   wielkie   i   jasne 

światła. Ich kolor był jasno-pomarańczowy. Kiedy osiągnęły nasz 

pułap, to przez dwie minuty siedziały nam na ogonie. Obiekty były 

pilotowane. Potem się od nas oddaliły, przy czym wydawało się 

nam, że widzieliśmy wydobywające się nich płomienie"!"

Dalszego   ciągu   informacji   nie   znamy,   bo   nie   przeszedł   przez 

cenzurę   wojskową,   prawdopodobnie   była   w   nim   opisana   reakcja 

pokładowej aparatury r/lok.

W nocy 24 grudnia 1944 r. McFalls i Baker lecieli nad Nadrenią, 

kiedy   ponownie   w   ich   pobliżu   zjawiła   się   gorejąca   czerwonym 

światłem kula. Kula ta stała się naraz kształtem jakiegoś okrągłego 

samolotu   (!!!),   który   wykonywał   jakieś   karkołomne   manewry,   a 

potem odleciał gdzieś ku dołowi.

Na   następne   meldunki   nie   trzeba   było   długo   czekać.   Załoga 

bombowca, którą zmusiła do lądowania grupa 15 świetlistych kul, 

zameldowała   w   dowództwie,   że   każda   z   nich   wydawała   z   siebie 

dziwne   światło   o   zmiennej   intensywności.   Wydawało   się   im,   że 

zmiany blasku zależą od prędkości obiektów. W swym meldunku 

informowali oni, że:

“ W jednej chwili kule się do nas zbliżyły, jedna po drugiej i to tak 

blisko, że dotykały naszych skrzydeł. Odczuwaliśmy ostry wzrost 

temperatury. Oczywiście pokładowy radar przestał działać."

background image

Pilot   innej   “latającej   fortecy"   zameldował,   że   już  nad   Wyspami 

Brytyjskimi napotkał ognistą kulę, która go przez jakiś czas śledziła - 

tzn. leciała za nim. Kiedy o swej obserwacji opowiedział kolegom, ci 

go wyśmiali, że padł ofiarą przywidzenia. Kiedy w dwa dni później 

obserwował ognistą kulę identyczną z tą, którą obserwował ongiś, 

zaczął   być   przeświadczony   o   realności   swych   obserwacji.   W 

odległości   kilkuset   metrów   od   tajemniczego   obiektu   dobiegł   doń 

dziwny dźwięk, jakby pochodził od śmigieł niewidzialnego samolotu. 

Kiedy   nadal   leciał   swym   kursem,   kula   oddaliła   się   od   niego   i 

odleciała. Po chwili zaobserwował ja znów na wielkiej wysokości i w 

znacznym oddaleniu od swej maszyny.

Plotki   o   tym,   że   foo-fighters   są   jakąś   tajną   bronią   faszystów 

nasiliły   się   w   drugiej   połowie   grudnia   1944   r.,   bowiem   Niemcy 

złapali drugi oddech i uruchomili doskonale przygotowaną operację 

o kryptonimie “Herbstsnebel", której celem było zdobycie Antwerpii 

przy pomocy potężnego uderzenia pancernej pięści, która zarazem 

miała oddzielić od siebie amerykańskie armie Bradley'a i Pattona.

16 grudnia w Ardenach runęła na amerykańskie linie ofensywa 

800 niemieckich czołgów. Amerykanie byli kompletnie zaskoczeni i 

nieprzygotowani   do   obrony   wielu   z   nich   uciekło   na   sam   widok 

żołnierzy Wehrmachtu, których nikt się nie spodziewał. 12 Armia 

gen. Omara Bradley'a została rozdzielona na dwoje i tym sposobem 

Hitlerowcy uzyskują we froncie głęboki wyłom, którym wtargnęli w 

głąb zdobytego przez Aliantów terytorium.

Postępy   wojsk   niemieckich   trwają   jakieś   6   do   8   dni,   póki 

Amerykanie nie otrząsnęli się z zaskoczenia. (Bardzo dramatycznie 

ukazuje to hollywoodzka superprodukcja “Bitwa o Ardeny" z plejadą 

background image

gwiazd amerykańskiego kina lat 70.) Szybko zorganizowali obronę i 

przygotowywali   się   do   kontrataku.   Prawdopodobnie   dowództwo 

Aliantów zaczęło brać meldunki o foo-fighters na poważnie, bowiem 

podejrzewano,   że   w   Alzacji   szykuje   się   kolejny   niemiecki   atak 

mający wesprzeć ofensywę w Ardenach i sztab polecił meldować o 

wszelkich   obserwacjach   dziwnych   zjawisk   nad   tym   terenem!   23 

grudnia, kiedy polepszyła się pogoda, 9 Armia USAF wykonała 1200 

nalotów,   a   w   dniu   następnym   niemieckie   pozycje   zaatakowało 

kolejnych 2.000 “latających fortec" z 8 Armii USAF pod osłoną 800 

myśliwców   dalekiego   zasięgu.   W   czasie   tej   akcji   wielu   pilotów 

obserwowało   gorejące   czerwono   i   pomarańczowo   kule   na   niebie 

dolatujące do ich maszyn nad Hagen, zaś żółte kule widziano nad 

Neustadtem. Kule te podlatywały do samolotów, leciały równolegle 

do nich i znikały równie nagle, jak się pojawiły.

Fenomen   foo-fighters   był   nie   tylko   europejskim   fenomenem 

bowiem obserwacje ich odnotowano także nad Japonią i Pacyfikiem. 

Tak np. załoga Liberatora B-24 była eskortowana znad laguny Truk 

przez dwie czerwono świecące kule przez kilkadziesiąt kilometrów.

Wróćmy do Europejskiego TDW.

12   stycznia   1945   r.,   kiedy   na   północnym   skrzydle   frontu   w 

Ardenach toczyły się zażarte walki, VII i XVIII Korpusy 1 Armii USA 

meldują   o   obserwacjach   czerwono   świecących   latających   kul. 

Żołnierze widywali od jednego do 4, a czasem i więcej latających 

obiektów.

Jeszcze w czasie od połowy stycznia do końca kwietnia 1945 r. na 

temat   foo-fighters   zgromadzono   pojemny   wywiadowczy   materiał 

informacyjny,   który   był   analizowany   przez   dowództwo.   Kiedy   się 

background image

jednak   okazało,   że   obiekty   owe   nie   przejawiają   żadnych   wrogich 

zamiarów, a tereny - nad którymi je obserwowano - były zajęte przez 

Sprzymierzonych, śledztwo w tej sprawie umorzono w 1945 r. na 

początku maja.

Ostatnie   zaobserwowane   foo-fighters   odnotowano   na   początku 

maja 1945 r., kiedy to pewien pilot zaobserwował nad wschodnim 

skrajem   Schwarzwaldu   5   pomarańczowych   kul,   które   leciały   w 

formacji trójkąta.

I już na koniec rozdziału. Musimy nadmienić gwoli ścisłości, że na 

tym   historia   foo-fighters   się   bynajmniej   nie   skończyła,   bo 

Brytyjczycy w latach 70. i 80. powołali do życia program badawczy 

nazwany   PROJECT   PENNINE,   którego   celem   jest   badanie 

dziwnych,   czerwonych,   żółtych   i   pomarańczowych   kul   -   zwanych 

przez nich BOL - Ball Of Light - nad Górami Pennine. Rzecz w tym, 

że kule takie obserwowano tam z a w s z e  - a trzeba nam wiedzieć, 

że okolica ta, podobnie jak okolica Babiej Góry, ma mieścić w sobie 

wejście do podziemnego państwa Agharti... Ale to już inna historia.

background image

ROZDZIAŁ 26

ZAKOŃCZENIE   -   POZAZIEMSKIE   TECHNOLOGIE   W 

TRZECIEJ RZESZY?

Jeszcze jedno o foo-fighters - “Złapać, ale nie strzelać!" - 

Feuerball und Kugelblitz - Przegląd samolotów przeszłości - 

Od   broni   odwetowych   do   hitlerowskiej   stacji   kosmicznej 

“Andromeda" - Projekt “Uranus" - Pozaziemski desant w III 

Rzeszy?

Spróbujmy   odpowiedzieć   na   pytanie,   o   co   właściwie   szło   w 

przypadku foo-fighters? Jedno z kilku możliwych wyjaśnień - które 

wynika   z   powszechnie   panującego   przekonania   o   rozwoju 

technicznym,   o   sposobie   myślenia   naukowców   Hitlera   i   jego 

konstruktorów   -   mówi,   że   mogło   chodzić   o   fluoryzujące   balony 

małych rozmiarów. Dr Peter Halden wykazuje, że te balony mogły 

mylić   pilotów   myśliwców   i   powodować,   że   odłączały   się   one   od 

strumienia   samolotów   (taktyka   wypracowana   przez   Aliantów   w 

1942 r. zakładała, że samoloty bombowe przenikały na terytorium 

Rzeszy nie ławą, ale właśnie strumieniem tak, aby było naruszone 

tylko   jedno   “pudełko"   hitlerowskiej   obrony)   i   pozwalało   to 

hitlerowskim   maszynom   zaatakować   angielskie   i   amerykańskie 

bombowce.

Tenże autor opisuje, że całe dziesiątki balonów używano do tego, 

by   wynosiły   w   powietrze   różne   przedmioty,   które   dezorientowały 

obsługę   radarów   naziemnych   i   lotniczych   nieprzyjaciela.   Tymi 

background image

przedmiotami były najczęściej tzw. odbijacze kątowe. Bardzo często 

stosowano   to   w   okolicach   jezior   Wannsee   i   Museelsee,   co   było 

bardzo uciążliwe w nawigacji powietrznej.

Ta   dowcipna   i   całkiem   elegancka   teoria   -   niestety   -  n i e 

w y j a ś n i a  wszystkiego. Być może w małym udziale procentowym 

były to balony z odbijaczami kątowymi, aliści nie wyjaśnia tego, że 

balony te poruszały się w powietrzu o wiele szybciej, niż samoloty 

myśliwskie,   zaś   ich   manewrowość   była   już   w   ogóle 

nieporównywalna. Sięgnijmy znów ku autentycznym źródłom:

W czasie nocnych nalotów na zachodnie Niemcy przypadkowo 

w różnych okolicznościach widziałem świecące, latające dyski albo 

kule, które leciały w ślad za naszymi formacjami bombowymi."

- jak to oświadczył jeden z wyższych oficerów wywiadu 8 Armii 

USAF w czasie konferencji prasowej -

“  Było   powszechnie   wiadomo,   że   niemieckie   nocne   myśliwce 

miały   zamontowane   w   przedniej   części   kadłuba   bardzo   silne 

reflektory, którymi nagle oświetlały cel no to, by skuteczniej weń 

mierzyć, ale przede wszystkim po to, by oślepiać nieprzyjacielskich 

tylnych   strzelców.   Często   po   prostu   wywoływali   w   ten   sposób 

panikę   na   pokładach   alianckich   maszyn,   co   obniżało   morale   i 

sprawność   bojową   załóg.   W   ostatnim   roku   wojny,   Niemcy 

wysyłali wiele obiektów kierowanych radiem, które miały niszczyć 

system zapłonowy naszych silników lotniczych i pracę stacji r/lok. 

Z   całą   pewnością   nasi   uczeni   przejęli   ten   wynalazek   i 

udoskonalają   go  tak,   by   był   on  bronią   zarówno   obronną,   jak  i 

zaczepną. "

Zaraz, zaraz - skądś to już znamy - czyż nie z filmu “Szpieg w 

background image

masce" z Hanką Ordonówna w robi tytułowej?...

Te “sterowane radiem obiekty", które się pojawiły w wypowiedzi 

tego   wywiadowcy,   stały   się   corpus   delicti   dla   włoskiego   autora 

Renata Vesco w jego książce “Złapać, ale nie strzelać" z 1968 r.

Renato Vesco pisząc na temat hitlerowskiego postępu naukowego 

w III Rzeszy, aplikuje nam stały schemat typu:

“Pozaziemska   technologia,   mianowicie   ta,   która   ma   coś 

wspólnego   z   uzbrojeniem,   a   zatem   nic   musi   się   martwić   o 

pieniądze,   rozwinęła   się   (w   III   Rzeszy)   bardziej,   niż   to   sobie 

wyobrażamy i jak to jest powszechnie wiadomo..."

Vesco   przypuszcza,   że   fenomen   foo-fighters   nie   był   w 

rzeczywistości   niczym   innym,   jak   bezpilotowymi,   zdalnie 

kierowanymi   latającymi   obiektami   typu   Rotor   Powered   Vehicle 

(RPV). Używano tego urządzenia w nalotach na Niemcy i miały one 

system napędowy podobny do helikoptera!

Faszystowski   RPV   “Feuerball"   służył   głównie   do 

unieszkodliwiania   alianckich   radarów   wywołując   jonizację 

powietrza w bezpośredniej bliskości celu przy pomocy supersilnego 

pola   elektrycznego   i   impulsami   elektromagnetycznymi, 

wytwarzanymi   przez   silne   generatory   pokładowe.   “Feuerball"   był 

zdalnie kierowany przez radiowe urządzenie i napędzany silnikiem 

odrzutowym,   spalającym   bogatą   mieszankę   paliwa,   która   wokół 

niego wytwarzała ognista aureolę.

Jak   uważa   Renato   Vesco,   “Feuerball"   był   ostatnim   hitem 

hitlerowskich   konstrukcji   typu   RPV,   jednakże   wkrótce   został   on 

zdystansowany   przez   jego   doskonalszego   brata   -   naddźwiękowy 

“Kugelblitz",   testowany   w   1945   r.   nad   obszarem   Podziemnego 

background image

kompleksu   Kahla   w  Turyngii.   Eksperymentalny   prototyp   i   dalsze 

egzemplarze zostały zniszczone pod koniec wojny.

Nie   od   rzeczy   byłoby   tutaj   dodać,   że   wszystkie   te   projekty   i 

programy zbrojeniowe powstały i były kierowane przez dowództwo 

SS i trzymane w całkowitej tajemnicy. Nikogo też nie zdziwi fakt, że 

na czele tych supertajnych projektów stał człowiek, z którym się już 

niejednokrotnie   spotykaliśmy   m.in.   przy   okazji   omawiania 

podziemnych zakładów w Litomeficach - SS-Grupenfuhrer Dr. Ing. 

Hans Kamm1er - ostatni dowódca korpusu armijnego specjalnego 

przeznaczenia.

Dalsza   lista   nazistowskich   wojennych   projektów,   pióra   Renato 

Vesco   jest   długa   Czego   tam   nie   ma!   Są   wszystkie   te   cudeńka 

współczesnego pola walki - od promieni laserowych do konstrukcji 

“stealth"... Na zakończenie Vesco pisze:

“... ani uczeni, ani ufolodzy nie chcieli przyznać, że “Kugelblitz " 

starszy   brat   antyradarowego   “Feuerballa"   jest   antenatem 

latających talerzy i to właśnie one i inne niemieckie konstrukcje są 

prehistorią fenomenu znanego dziś, jako UFO. "

Włoski   badacz   sądzi,   że   badania   nad   tymi   broniami   i   innymi 

wynalazkami   prowadzono   po   zakończeniu   wojny   dalej   w   innych 

krajach   -   a   mianowicie   w   USA.   Z   tym   się   doskonale   zgadzają 

wypowiedzi   byłego   oficera   wywiadu   8   Armii   USAF,   które   już   tu 

cytowaliśmy.

Spróbujmy   teraz   znaleźć   odpowiedź   na   pytania   o   źródła 

nietradycyjnych i futurystycznych projektów. Poza dyskoplanem V-7 

- temat, który jak czerwona nitka prowadzi nas przez stronice tej 

książki - wspomnijmy projekty Reimara i Waltera Hortenów, które 

background image

skumulowały   się   w   konstrukcji   myśliwca   bombardującego 

(szturmowego)   typu   “latające   skrzydło"   oznaczonego   Ho-IX(Go-

229).   Ten   “bezogoniasty"   samolot   był   w   stanie   poruszać   się  

prędkością rzędu 1.000 km/h dzięki dwóm silnikom odrzutowym. 

NB,   była   to   także   konstrukcja   “stealth".   Jego   prototypy   zostały 

znalezione przez żołnierzy amerykańskich w maju 1945 r.

W świetle powyższego, nikogo już nie zaskoczą dziwne poglądy 

Brada   i   Sherryl   Steigerów   sformułowanych   w   ich   książce   “The 

Rainbow   Conspiracy".   W   publikacji   tej   pisze   się   o   rasie 

pozaziemskich istot, które skontaktowały się z niemieckim rządem 

już pod koniec lat 20. i wpłynęły znacząco na rozwój niemieckiej 

techniki, hitlerowskich projektów badawczych. Autorzy detalicznie 

opisali   katastrofę   na   terytorium   III   Rzeszy   jakiegoś   Nieznanego 

Obiektu   latającego   w   1936   r.,   co   stało   się   stymulatorem   rozwoju 

hitlerowskiej techniki i wiedzy. Czytamy tam m.in. o tym, że pewne 

tajne organizacje zamierzały już w 1943 roku wybudować kosmiczną 

stację “Andromeda" o długości przekraczającej 100 m! NB, wertując 

stare roczniki miesięcznika “Dookoła świata" z lat 20. i 30. Robert 

znalazł   kilka   opisów   przyszłych   stacji   kosmicznych   i   baz 

księżycowych już w 1936 r.! Czyżby był to li tylko przypadek? Jeżeli 

tak, to nadzwyczaj dziwny...

Niestety, nie mamy możliwości sprawdzić prawdziwości twierdzeń 

Steigerów,   zatem   spróbujmy   sprawdzić   hipotezę   o   możliwym 

kontakcie   hitlerowców   z   pozaziemskimi   technologiami   w   świetle 

znanych   nam   faktów   historycznych.   Jeden   taki   fakt   już   mamy   - 

zeznanie S. Theau na temat katastrofy UFO w Gdyni w lipcu 1943 r. 

Jak wynika z informacji rosyjskiego badacza Jurija Straganowa, już 

background image

pod koniec 1942 r. Niemcy interesowali się obserwacjami NOLi nad 

terytorium Rzeszy. Badania komisji Sonderburo-13, która się tego 

podjęła w ramach projektu “Uranus" nie znane, ale Niemcy - jak się 

wydaje - wszystkie przypadki z terytorium Rzeszy utajnili i co jest 

już poza dyskusją - było to o wiele wcześniej, niż pokazanie się foo-

fighters w latach 1944-45!

W archiwum Grupy Badań NOL Kraków znajduje się meldunek o 

obserwacji   NOLa   w   III   Rzeszy   w   1944   r.   -   o   czym   informował 

“Magazyn Ufologiczny - UFO" nr 3/23,1995 czołowy polski ufolog i 

publicysta pan Bronisław Rzepecki.

Świadek wydarzenia, pani Z. S. przeżyła CE3 z NOLem na polu 

leżącym pomiędzy Kadbaen a Viersen koło Dusseldorfu. Klasyczny 

w swym kształcie NOL wylądował na polu. NOL przypominał dwie 

połączone brzegami miski o średnicy 3 m i wysokości około 2 m. 

NOL leżał bezgłośnie na ziemi. Świadkowie poczuli paraliż, kiedy 

spróbowali się przybliżyć do obiektu, a ten zaczął migotać silnym 

zielonym i niebieskim światłem, ze swych “okienek".

Przed odlotem obiekt zgasił światła i bezszelestnie uniósł się w 

powietrze. Kiedy uniósł się na 20 m nad ziemię żołnierze ostrzelali 

go z broni ręcznej i działa plot., ale pociski jakby omijały swój cel. 

Dysk tymczasem osiągnął pułap około 1 km i odleciał na zachód, a 

potem   “rozpłynął   się   w   powietrzu".   To   wszystko   trwało   około   5 

minut.   W   pół   godziny   potem   przyjechali   tam   jacyś   oficerowie   i 

obejrzeli   wszystko   na   miejscu.   Potem   przesłuchiwali   wszystkich 

wojskowych i cywilów. Trwało to miesiąc. Teren został ogrodzony i 

nikogo  tam  nie puszczali.  Było tam  wielu oficerów  i  jeden  cywil, 

którego nazywali “profesorem". Ten zadawał jej pytania identyczne 

background image

z tymi, które zadawał jej Bronisław Rzepecki. Kim był tajemniczy 

“profesor" interesujący się NOLami? NB, to właśnie Niemcy jako 

pierwsi   wprowadzili   do   słownictwa   termin   UFO   -   od   słów 

Unbekannten Flugobiekten... Zatem czy był to członek Sonderburo-

13? Tak czy inaczej, jest to dowód na to, że Niemcy badali już UFO 

n a   p o c z ą t k u   l a t   c z t e r d z i e s t y c h !

Następne obserwacje UFO na terytoriach krajów Osi czy krajów 

przez nie zajętych, są znane w tych przypadkach:

1. październik 1935 r. - w czasie agresji faszystowskich Włoch na 

Etiopię, nad Addis Abeba wisiał dziwny, dyskowaty obiekt, którego 

widziało wiele osób. Inne źródło podaje, że było to w 1938 r., co 

zgadza się z wypowiedzią badacza kultury Afryki - Pierre Ichaca. 

2. zima 1941 r. - trwała akcja poszukiwawczo-ratunkowa trzech 

narciarzy   w   szwajcarskich   Alpach.   Wyprawa   doszła   do   miejsca, 

gdzie w pokrywie śniegowej znaleziono ślady, jakby po wylądowaniu 

jakiegoś latającego obiektu. Ślady zaginionych narciarzy jakby się 

tam właśnie kończyły - co wskazuje, że narciarze ci zostali porwani 

przez UFO, jak to ma miejsce np. w Tatrach, Alpach Wapiennych, 

czy Górach Błękitnych w Australii...

3. 25 marca 1942 r. - strzelec Roman Sobiński zaobserwował nad 

Zuidersee pomarańczowy, świecący dysk na wysokości około 5 km. 

Strzelił do niego kilka razy ale bez widocznego efektu.

4. 25 marca 1942r. - nad holenderskim krążownikiem “Tremp" 

przez trzy godziny krążył wielki dysk, który potem nagłe odleciał.

74.

kwiecień   1942   r.   -   kpt.   LaPrier   wraz   z   meteorologiem 

obserwowali nad Saharą w okolicy Adres-al-Abuet latający talerz 

background image

barwy aluminium na wysokości 5.000 m nad pustynią.

75.

maj 1944 r. - Nowiny (Polska), 5 świadków widziało lądowanie 

NOLa, w którym znajdowało się 8 czy 9 istot o wzroście 1,5 m. 

Istoty gestami zapraszały ludzi do siebie, ale kiedy ci odmówili, 

to wsiedli z powrotem do NOLa i odlecieli.

76.

  1   sierpnia   1944   r.   -   w   Warszawie   świadek   pan   Z.S.   około 

godziny   11   zaobserwował   3   małe,   ale   bardzo   jasne   punkty   na 

niebie,   które   przybliżyły   się   do   świadka   na   jakieś   500   m, 

podleciały pod niemiecki bombowiec i odleciały z nim na zachód. 

Wiele   obserwacji   zarejestrowali   Polacy   w   czasie   kampanii 

wrześniowej w 1939r. Wróćmy do naszego tematu i na koniec 

postawmy pytanie, czy piloci UFO mogli próbować nawiązać na 

przełomie lat 30. i 40. kontakt z hitlerowcami, a jeżeli tak, to jak 

ów kontakt mógł wyglądać?

Jakkolwiek   wyglądałoby   to   dziwnie,   istnieje   wysokie 

prawdopodobieństwo,   że   kontakt   z   przedstawicielami   Innej 

Cywilizacji m ó g ł się uskutecznić na terytorium III Rzeszy. Czeski 

badacz inż. Jaromir Kozak, który tę hipotezę analizował w swym 

interesującym studium “UFO a Tfeti fiśe" tak o tym pisał w 1995 r.:

“Niemcy   w   okresie   pomiędzy   1933   a   1943   były   największym 

mocarstwem na Ziemi, a zatem gdyby na Ziemi wylądowali w tym 

czasie przedstawiciele Innej Cywilizacji, którzy z ludźmi chcieliby 

się dogadać, to oczywiście gadaliby z największym mocarstwem 

planety. Nie można wykluczyć, że takie rozmowy już wtedy miały  

miejsce   i   Niemcy   mogli   otrzymać   od   Nich   niektóre   technologie. 

Latające talerze mogły być wybudowane na bazie pozaziemskiej 

background image

technologii, ustępującej nieco technice Obcych.(...) Sytuacja mogła 

się   dramatycznie   zmienić,   kiedy   Niemcy   zaczęli   przegrywać 

wojnę.   Z   kim   Pozaziemianie   mieli   zasiąść   do   stołu?   Ówczesny 

Związek   Radziecki   był   zbyt   prymitywny,   by   z   jego 

przedstawicielami rozmawiać o czymkolwiek. Nad Niemcami miał 

przewagę, ale tylko w sile żywej swej armii, zaś technologiczne 

wsparcie   szło   z   Zachodu.   Ponadto   system   polityczny   ZSRR 

odbiegał znacznie od systemów politycznych na reszcie planety i 

powtórzyłaby   się   historia   Niemiec.   Jedynym   kandydatem   do 

rozmów były Stany Zjednoczone AP, które wyszły  z  wojny jako 

najsilniejsze państwo na Ziemi. "

Co było potem, możemy się domyślić bez problemów. Dowody są 

w   postaci   niesłychanego   rozwoju   naukowo-technicznego   USA   od 

połowy   lat   40.   naszego   stulecia   i   obserwacji   Kennetha   Arnolda, 

która to obserwacja ogłosiła wszem i wobec początek “ery UFO" na 

Ziemi...

Jordanów - Kośice, 1997 1998 r.

background image

O AUTORACH

Dr   Milos   Jesensky   jest   znanym   słowackim   pisarzem   i 

dziennikarzem. Zadebiutował literacko pod pseudonimem Manfred 

Jensen opisując okultystyczny życiorys Adolfa Hitlera - “Demon z 

jineho sveta" (1997). W tym samym roku wydał swą drugą książkę 

pt. “Ćtyri hodiny do stfednoveku", którą krytyka uznała za najlepszą 

książkę   od   czasu   pojawienia   się   na   Słowacji   książki   “Poranek 

magów" Pauwelsa i Bergiera.

W   1998   r.   wydano   mu   kolejną   książkę   “Realne   pfibehy   X" 

nawiązującą do znanego polskiemu widzowi serialu “Z Archiwum X" 

oraz   “Zeme   zazraku"   będącą   encyklopedycznym   opracowaniem 

legend   pod  kątem  zawartości   w  nich  pierwiastka  ezoteryki,  które 

dziś można zaliczyć do zjawisk paranormalnych.

W   roku   2000   światło   dzienne   ujrzały   jego   następne   książki, 

których razem wydał już 11.

Dr Jesensky aktualnie współpracuje z rozgłośnią radiową “Radio 

Żilina"   i   słowacką   telewizją   publiczną   STV-l   -   dla   której   robi 

programy   historyczne   i   ufologiczne,   działa   aktywnie   jako 

korespondent   wielu   renomowanych   czasopism,   w   tym   także 

polskich: “Nieznanego świata" i “Czasu UFO". Jest organizatorem 

corocznych   Środkowoeuropejskich   Kongresów   Ufologicznych   w 

Koszycach.

Kpt.   rez.   SG   inż.  Robert   K.   Leśniakiewicz   jest   emerytowanym 

oficerem   Wojska   Polskiego   i   Straży   Granicznej. 

Niekonwencjonalnymi badaniami zajmuje się od 1973 r., kiedy to po 

background image

raz pierwszy w życiu ujrzał przelot UFO nad Tatrami. W roku 1985 

zaczął pracować w Klubie Kontaktów Kosmicznych (nr klubowy 84), 

dla którego dokonał przekładów książek Brinsley'a le Poer-Trencha - 

“Operation   Earth",   Brada   Steigera   -   “Alien   Meetings",   Salomona 

Szulmana - “Innopłanetianie nad Rossijej", A. I. Wojciechowskiego - 

“Czto eto było? - Tajna Podkamiennoj Tunguski" i Petera Krassy - 

“The Greatest Mystery of the Century" oraz Milośa Jesensky'ego - 

“Bohove atomovych valek". Od 1988 r. wraz ze swymi najbliższymi 

realizuje   PROJEKT   TATRY   -   który   zamknięto   w   1996r.   Od   tego 

czasu   współpracuje   także   z   takimi   czasopismami,   jak:   “Nieznany 

Świat" i “Czas UFO", a także “Eko-światem", zaś w latach 1997 - 

2000 współpracował z czeskim magazynem “Fantasticka Fakta" i 

włoskim   “Misteri   e   verita".   Zadebiutował   w   1987   r.   na   łamach 

miesięcznika   Wojsk  Ochrony   Pogranicza   “Granica"   cyklem 

artykułów pod wspólnym tytułem “UFO na granicy".

Inż. Leśniakiewicz jest znanym autorem oryginalnych teorii, które 

zawarł   w   samizdatach:   “Tryptyk   ufologiczny   tajemnica   historii   - 

Ufologia a polityka - UFO na granicy" (1991-94) - “UFO na granicy" 

wydano w Krakowie w 2000 roku, “PROJEKT TATRY" (1996), “Na 

tropie diabłów i... Kosmitów" (1998), “Ludzie, NIELUDZIE i pytania 

(1999),   “U   progu   epoki"   (2000).   Poza   tym   częściowo   przełożył 

następujące książki autorów obcych: Brinsley le Poer-Trench - “Men 

Among   Mankind",   Boris   Szurinow   -   “Paradoks   XX   wieka",   H. 

Spencera i J. Evansa - “UFO 1947-87: The 40-Year Search for an 

Explanation", Clas Svahn - “UFO Mysteriet..." Współpracuje także z 

“Nautiliusem   Radia   Zet"   red.   Roberta   Bernatowicza.   Jest   twórcą 

Grupy   Badań   UFO   JORDANOL,   którą   w   1998   roku   dołączył   w 

background image

struktury   Małopolskiego   Centrum   Badań   UFO   i   Zjawisk 

Anomalnych.

Obaj autorzy przyjaźnią się od wielu lat i niniejsza praca jest ich 

pierwszym (i nie ostatnim) wspólnym dziełem.

LITERATURA:

Abraham S. - “Kto były foo-fighters"?" w ATM 24/280

Archacki J. - wywiad z 15 czerwca 1994 r. dla JORLANOL-a.

Archiwum UFO-Centrum Kośice - dokument nr 11/13/3/90

Błachnij K. - “Ostatnia tajemnica zatopionych bogów" Warszawa 

1971

Braenne   J.O.   -   “Katastrofa   UFO   na   wyspie   Spitzbergen   - 

tajemnica   wyjaśniona!"   w   “UFO"   nr   4,   1994,   przekład   R. 

Leśniakiewicz i W.Leśniakiewicz 

Burde G. - “UFO: Secret of the Third Reich" - film TV, 1993 “Das 

gabs   -   die   fliegende   Untertasse   der   deutschen   Luftwaffe"   w   ZB 

“Illustierte fur Menschen im Atomszeitalter" nr 25,1953 

Davies N. - “Europa", Warszawa 1998

“Deutsche   Flugskreisel:   Gab   's   die?"   -   w   “Luftfahrt   Lexikon" 

ss.1361 - 1371 

“Deutsche UFOs schon 1947/48 einwandfrei beobachtet" w “Das 

neue Zeitalter" vol. 41, s.4 

“Dookoła świata" nr 6,1936

“Fliegende Untertasse: Eine deutsche Erfindung" w “Die 7 Tage" 

vol.5 nr 26 

“Fliegende   Untertasse   in   Deutschland   erfunden"   w 

background image

“Sonderbericht der Deutsche Illustierte", bez daty. 

“Flugkreisel-irdish: Heim" w “Welt" nr 14, 1950 

Foster H.A. - “Boj o jużny pól", Martin 1953 

Gellermann G.W. - “Moskva vola armadni skupinu Stred", Brno 

1996 

Gótz J. i Tikovsky V. - “Lietajuce taniere na obzore", Bratysława 

1967 

Gracz J. - “Fabryka UFO" w “Wróżka" nr 12, 1996 

Hak Z. - “Vysokotlaka pumpa, tajna zbrań Tfeti fiśe" w ATM nr 

8/328 

Halden P. - “Zahada ci skutoćnost'?", Bratysława 1992 

Hoffmann K. - “Sztuczne złoto", Warszawa 1985

Humble R. - “Tajna broń niemiecka a zjawisko UFO" w “UFO" nr 

3, 1997 

Janisławski M. - “Świat pełen tajemnic", Warszawa 1988 

Jastrzębski J. - “Do serca Arktyki", Warszawa 1987

Jesensky   M.   -   “Hitlerova   tajna   zbrań"   -   referat   autora   na 

sympozjum   w   Ołomuńcu,   11   stycznia   1996   r.   Jesensky   M.   - 

“Tajomstvo   Hitlerovho   hrobu,   otaazniky   nad   skłonom   vodcu 

Tretejriśe" cz. I i II w “Slovensky vychod" nr z dnia 7 i 8 czerwca 

1995 r. 

Jesensky M. i Niczki E. - “Naci UFO-Kutatas" cz. I i II w “Szines 

UFO" nr 1 i 2,1995 

Johnson B. - “Sekrety II wojny światowej", Poznań 1997 

Karny M. - “Tajemstvi a legendy Tfeti fiśe", Praga 1983 

Keller   W.   -   “Erste   Flugscheibe   flog   1945   in   Prag"   w   “Welt   am 

Sonntag" z dnia 25 kwietnia 1953 r. 

background image

Kielan-Jaworowska   Z.   -   “Przygody   w   skamieniałym   świecie", 

Warszawa 1974 

Kroulik J. i Rużicka B. - “Vojenske rakety", Praga 1985 

Kubiak K. - “Gotenhafen - baza Kriegsmarine" w “Bandera" nr 10, 

1992 

Kuzowkin A.S. i Niezapomniawszyj N.N. - “NLO prosit posadki" 

Moskwa 1991, przekład R. K. Leśniakiewicz 

Lamparska J. - “Tajemnice ukrytych skarbów", Wrocław 1995 

“Latające kręgi" w “Żołnierz Wolności" z 30 maja 1982 r. 

Lenk   L.   -   “Je   ye   Śtechovicich   UFO?"   w   “Ćesky   denik"   z   22 

kwietnia 1994 r. 

Leśniakiewicz R.K. - “UFO na granicy", Jordanów 1992 - skrypt 

Leśniakiewicz R.K. “Ufologia a polityka", Jordanów 1994 - skrypt

Leśniakiewicz R.K. - “V-7: Najgroźniejsza broń Hitlera" w “UFO" 

nr 1, 1996 

Leśniakiewicz R.K. - “UFO nad PETDW" w “UFO" nr 2, 1991 

Leśniakiewicz R.K. - “To nie demony służyły Hitlerowi" - referat 

na IV Ogólnopolski Kongres Ufologiczny w Gdyni, 27 czerwca 1998 

w “Na tropie diabłów i...Kosmitów", Jordanów 1998 - skrypt 

Leśniakiewicz   R.K.   -   “Katastrofa   w   Roswell   a   sprawa   V-7"   w 

“UFO" nr 3, 1996 

Lissoni   A.   -   korespondencja   prywatna   z   Robertem 

Leśniakiewiczem w latach 1991-95. 

Lissoni A. - “UFO - segredi e misteri dei dischi volanti", Mediolan 

1992 

Lissoni A. - “I dischi volanti del terzo Reich" w “Misteri e verita" 

nr 22, 1996 

background image

Liska V. i Lenk L. - “UFO i nad Ćeskoelovenskem", Praga 1991 

Liska V. - “Svedectvi z Letńan" w “Expres" z 21 września 1993 

Liska V. - Skryva Śtechovicke podzemi UFO?" w “Koktejl" nr 10, 

1993 

Łukawski T. - wywiad z dn. 8 maja 1994 i 20 stycznia 1995 dla 

JORDANOL-a. 

Lusar   R.   -   “Die   deutschen   Waffen   und   Geheimwaffen   des   2 

Weltkrieges und ihreWeiterentwicklung", Monachium 1962 

Lusar   R   -   “Fliegende   Untertassen,   eine  deutsche   Erfindung"   w 

“Das neue Zeitalter" nr 9, 1958 

Lutyński W. - “Flota-widmo"* Warszawa 1975 

Luther A. - wywiad z dnia 28 sierpnia 1993 r. dla JORDANOL-a. 

Mader J. - “Tajomstvo z Huntsville", Bratysława 1964

Masaon P. - “Historie nemecke armady", Praga 1995

Mędrala J. - wywiad z dnia 18 września 1993 dla JORDANOLa.

Mędrala J. - korespondencja prywatna autora z marca 1994r.

Meyer G.H. - “Die deutsche Fliegende Untertassen" w “Das Ufer 

die Farb Illustier-te" nr 18, 1952

Mioduszewski M. - “Występowanie pierwiastków radioaktywnych 

na terenie Polski", Kraków 1998 (skrypt MCBUFOiZA)

Middlebrook M. - “Nalot na Peenemunde", Warszawa 1987

Mużik J. “Śtechovicky pokład - Mytus nebo skutecnost", Havifov 

1995

Nejtek V. - “Smrt se ući letat", Praga 1990

Niedzicki W. - “Tajemnice Ziemi", Warszawa 1985

“Nowy Informator Zakopiański", Zakopane 1994

“Operation   High   Jump"   w   “The   Unopened   Files"   nr   1,1996, 

background image

przekład R. K. Leśniakiewicz

Patrovsky V. - “UFO stale zahadne", Praga 1991

Piętrowa A. i Wilson P. - “Śmierć Hitlera", Warszawa 1997

Polak M. - “UFO pada u Prahy" w “Express" nr 219, 1993

Polak M. - “Varovani na dva roky" w “Expres" nr 219, 1994

Pfeućil P. - “Skryva se pokład pod Kravinem?" w “Blesk Magazin" 

nr 12, 1997

Pfeućil P. - “Skonćil pokład pro Perona v Bezejovicich?" w “Blesk 

Magazin" nr 13, 1997

Pfeućil P. - “Boj o Śtechovicky pokład jde do finiśe" w “Nedelni 

Blesk" z 30 kwietnia 1995 r.

Pytko K. - “Projekt U" w “Sukces" nr 5, 1994

Radomski M. - “Tajemnica kowarskiej kopalni" w “Na żywo" nr 

46, 1995

Rejman W. - “Kopalnie uranu w Polsce" w “Wiedza i Życie" nr 9, 

1996

Rzepecki B. - “CE2 w Niemczech w roku 1944" w “UFO" nr 3, 1996

Rzepecki B. - “Bliskie Spotkania z UFO w Polsce", Tarnów 1995

Schneigert Z. - “Broń i strategia nuklearna", Warszawa 1984

Schneigert Z. - “Zagrożenie z Kosmosu", Warszawa 1983

Sautier G. - “Luftwaffe plante Scheiben-Flugzeuge" w “Quelle" bez 

numeru i daty.

Sider J. - “Ultra Top Secret" w “EUROUFON News" nr 2,1991 - 

przekład B. Pysk

Sievers E. - “Flying Saucer liber Sudafrika", Pretoria 1955

Siorek   St.   -   korespondencja   prywatna   z   Robertem 

Leśniakiewiczem w 1997 r.

background image

Siorek St. - “Niemiecka sztuka dezinformacji" w “Explorator" nr 2 

- 4, 1996/97

Siwek P. - korespondencja prywatna z Robertem Leśniakiewiczem 

z lat 1995-97

Steiger B. i S. - “Is Earth a Battleground for Cosmic Terrorists?" w 

“UFO Universe" nr 2, 1993 - przekład R. Leśniakiewicz

Sornmerville D. - “Druha svetova valka den za dnem", Praga 1995

Soućek L. - “Pripad Jantarove Komnaty", Bratysława 1983

Soućek L. - “Nebeske detektivky, senzace a zahady", Praga 1991

Stranges   F.   E.   -   “Nazi   UFO:   Secrets   and   Bases   Exposed"   w 

“Nieznany świat" nr 3 i 4, 1995 - przekład R. Leśniakiewicz i W. 

Leśniakiewicz

Stroganow J. - “Tajemnica dysku Bellonzo" w “Nieznany świat" nr 

3, 1995 - przekład R. K. Leśniakiewicz

Svahn   C.   -   “UFO   Mystenet:   frln   flygande   tefat   till   cirklar   i 

sadesfalten", Nykoping 1998

Szulman S. S. - “Innopłanetianie nad Rossijej", Moskwa 1990 - 

przekład R. K. Leśniakiewicz

Sukmanowska   A.   i   Stolarczyk   S.   -   “Tańcząc   na   wulkanie", 

Warszawa 1991

Szurinow B. A. - “Paradoks XX wieka", Moskwa 1991 -przekład R. 

K Leśniakiewicz

Szymański J. i in. - “Niemieckie stanowiska dowodzenia Jeleń-

Konewka" (maszynopis)

T. D. - “Hradiśtko laka" w “Expres" z dn. 3-6 listopada 1993 - 

“Untertassen-Flieger Kombination" w “Der Spiegel" z dnia 30 marca 

1950 r.

background image

Węsławski J. M. - “Oazy polarnych oceanów" w “Wiedza i Życie" 

nr 9, 1998

Witkowski I. - “Supertajne bronie Hitlera", Warszawa 1998

Wojciechowski J. - “UFO i prawdziwe latające talerze", Warszawa 

1982

Wojewódzki M. - “Akcja V-l, V-2", Warszawa 1972

Wołoszański B. - “Encyklopedia II wojny światowej", TVP-1 1993 

r.

Wołoszański B. - “Sensacje XX wieku", TVP-1, 1985 r.

Wołoszański B. - “Sensacje XX wieku", TVP-1, 1990 r.

Wołoszaśiski B. - “Sensacje XX wieku", TVP-1, 1993 r.

Wołoszański B. - “Sensacje XX wieku - Po II wojnie światowej" 

Warszawa 1995

Wołoszański B. - korespondencja prywatna autora, 1997 r.

Wołoszański B. - “Ten okrutny wiek" cz. I i II, Warszawa 1997

Wozniesinski B. - korespondencja prywatna autora, 1996 r. 

“Wunderwaffen 45 erst heute luftet sich der Schleier" w “Bild am 

Sonntag" z dnia 17 lutego 1957

Znicz-Sawicki L. - “Goście z Kosmosu - Nieznane Obiekty latające" 

t.l, Gdańsk 1983