background image

[przerobione, błedy z grubsza tylko poprawione, 

jako że czytałam to w wersji papierowej. Za 

takie a nie inne układy stron przepraszam ale 
formatowanie tekstu w Wordzie nie jest moja 

dobra strona 

 ]

background image

Nieoczekiwana pieśń 

Gdyby ta twoja mała była tak dobra, jak mówisz - powie 
dział oschle Jason Hayes - byłaby w Nowym Jorku albo w 
Londynie, a nie w Szwajcarii, w Genewie. 
Jest świetna. - Eric usadowił się na swoim miejscu i 
rozejrzał się po teatrze. Był to mały budynek, ale wszystkie 
miejsca były zajęte. - Widzisz, jak ona ich przyciąga. 
To Les Misćrables ich przyciąga. Muzyka posiada magię. 
Nie, mówię ci, to jej zasługa - zaprotestował Eric. - Czy 
nalegałbym, żebyś przyjechał aż z Nowego Jorku, gdybym nie 
uważał, że ci się spodoba? Jej głos jest wspaniały. Gdyby ci 
tak nie zależało na zaaprobowaniu obsady, próbowałbym pod 
pisać z nią kotrakt na rolę Desdemony, kiedy usłyszałem ją w 
zeszłym tygodniu. To najlepszy sopran, jaki kiedykolwiek... 
Przestań. - Jason podniósł rękę od góry. - Wszystko to już 
słyszałem. 
Eric przyjrzał mu się uważnie. 

Boże, jesteś cynicznym skurwielem. Na tym polega 

twój 
problem. Jesteś zepsuty do szpiku kości i nie istnieje nic, 
czego byś nie słyszał albo nie widział. Gdzie twoja radość 
ż

ycia? 

Jason uśmiechnął się szeroko. 
Masz jej dosyć za nas obydwóch. 
I będę ją utrzymywał w dobrej formie aż do grobu. - 
Kwadratową, chłopięcą twarz Erica rozjaśnił figlarny uś 
miech. - Życie jest dla mnie zbyt dużą przyjemnością, żebym 
chciał zostać takim zamyślonym Rochesterem jak ty. 
Jason uśmiechnął się krzywo. 
Porównanie jest niewątpliwie trafne. 
Do licha - mruknął Eric. - Ej, przepraszam. Wiesz, jaką 
mam niewyparzoną gębę. 
Nie ma sprawy. - Jason rzucił okiem na program. - Nazy 
wa się Daisy Justine? 
Tak - powiedział machinalnie Eric, patrząc na Jasona. - 
Wyglądasz na cholernie zmęczonego. 

background image

Nic mi nie będzie. Teraz mogę odpocząć. Skończyłem 
robić zmiany w partyturze ostatniego aktu tuż przed wejściem 
do samolotu. 
Partytura nie potrzebowała zmian. 
Zapis zawsze można ulepszyć. 
Tak mówi perfekcjonista. Za ciężko pracujesz. Nie wi 
dzieliśmy cię z Peg ponad osiem miesięcy. 
Jason nie odrywał wzroku od programu. 
Wiesz czemu. 
Tak. - Eric w zakłopotaniu zmarszczył brwi. - Ale to się 
musi skończyć. Nie możesz tego tak ciągnąć. 
Dlaczego nie? - Jason odwrócił stronę programu. - Powie 
działeś, że jestem zepsuty do szpiku. 
 
Ż

artowałem - przerwał Eric. - Musisz coś z tym zrobić. 

Jason wiedział, że nie chodzi mu już o odpoczynek. 
Próbowałem. 
 
Wiem, ale musi być jakiś sposób, żeby z tym skończyć. 
Nie możesz chronić całego świata. 
Nie chronię całego świata. - Jason uśmiechnął się. - Tylko 
mój kawałek. 
Nie podobasz mi się taki. Pamiętam, kiedy... 

Nie ma sensu wspominać - powiedział cicho Jason. - 

Dobrze mi się żyje. Mam wszystko, czego chcę. Pieniądze, 
kobiety, sukces. Przestań myśleć o mnie jak o postaci tragicz 
nej. 
Eric potrząsnął głową. 

To nie wszystko. 

Nie, to nie wszystko i powinien zdawać sobie sprawę, że Eric, 
który zna go najlepiej, nie kupi jego usprawiedliwienia. 

Mam pracę. 

Eric skinął głową. 
Gdybyś jej nie miał, już byś do tej pory oszalał. Twoja 
muzyka jest dla ciebie jedyną rzeczą, która się liczy. 
Nie tylko. Żywię też uczucia do ciebie. 
Przestań żartować. Jesteś największym kompozytorem, 
jakiego scena widziała w tym wieku, ale musi być... 

background image

Andrew Lloyd Webber nie zgodziłby się z tobą. 
Publiczność i krytycy się zgadzają. Przestań się ze mną 
kłócić. 
Jason uśmiechnął się. 
Nie mam takiego zamiaru. Moje ego na to nie pozwoli. 
Ale zostałeś prawie zupełnym samotnikiem. Nie można 
ż

yć tylko pracą. 

 
Kto tak mówi? Przyjrzyj mi się, 
Eric westchnął. 
Cholera, jesteś uparty. 
Jason uśmiechnął się ciepło. 

To ty się uczepiłeś tego tematu, mój drogi 

uparciuchu. - 
Jego uśmiech zbladł. - Mówmy o czym innym, Ericu. 
Eric przyjrzał mu się uważnie, a następnie niechętnie skinął 
głową. 

Dobrze. - Ściszył głos, ponieważ światła zgasły i 

orkiestra 
zaczynała grać uwerturę. - Jeżeli nie mogę uchronić cię przed 
tobą samym, mogę przynajmniej nakarmić twą pasję, podając 
ci Daisy Justine. 
Jason zachichotał. 
Mówisz jak alfons. Aktualnie nie poszukuję nowej ko 
chanki. 
Nie mówiłem o twoich potrzebach cielesnych. Zużywasz 
kobiety jak ofiara kataru siennego chusteczki higieniczne. - 
Eric skrzywił się. - To nie pasja, to tylko chuć. 
A co jest moją pasją, o proroku? 
Piosenki - stwierdził krótko Eric. -1 glosy, które je śpie 
wają. - Kurtyna szła w górę, gdy dodał z satysfakcją: - Zaprze 
ci dech w piersiach. 
Jason wzdrygnął się. 

Zobaczymy. 

Ż

ałował, że nie umie okazać więcej entuzjazmu. Cholera, Eric 

ma pewnie rację, a on jest wykończony. Może kobieta jest 
dobra, ale z pewnością nie tak fantastyczna, jak twierdzi Eric. 
Wprawdzie żyłka do robienia interesów uczyniła z Erica pier-
wszorzędnego producenta, jednak zdarzały mu się od czasu do 

background image

czasu pomyłki, jeśli chodzi o ocenę talentu. No, ale przynaj-
mniej można dać jej szansę. 
Rozsiadł się w fotelu, gdy musical zaczął rozgrywać się przed 
jego oczami. Wysiadł z samolotu z Nowego Jorku dopiero 
trzy godziny temu i stwierdził, że trudno mu nie zasnąć, nie 
mówiąc już o skupieniu się. Jak mówił, muzyka była 
wspaniała, ale widział tę sztukę zbyt wiele razy, by go utrzy-
mywała w napięciu. Jak na prowincjonalne przedstawienie 
dekoracje były zdumiewająco dobre, obsada też, ale nie na 
tyle dobra, by zasługiwać na specjalną uwagę w tej pierwszej 
scenie. 

Oto ona. - Eric chwycił go za rękę, gdy tylko zaczęła 

się 
scena w fabryce, wskazując głową na szczupłą, złotowłosą 
kobietę w chabrowoniebieskiej wiejskiej sukience. 
"Z wyglądu z pewnością nadaje się na Desdemonę" - po-
myślał obiektywnie Jason. Daisy Justine przyciągała wzrok i 
była naprawdę śliczna. Trochę ponad średniego wzrostu, 
poruszała się z niezwykłym wdziękiem. Miała obfite piersi i 
biało-różową cerę. Jej długie, białozłote włosy i delikatne rysy 
nadawały jej wyraz anielskiego blasku. Jaśniała, jakby coś 
rozświetlało ją od wewnątrz. 
Widzisz? 
Jedyną rzeczą, jaką teraz widzę, jest to, że wygląda jak 
Desdemona. 
"I że niewątpliwie patrząc na nią, reaguję fizycznie" -
stwierdził ze zdumieniem Jason. Był śmiertelnie zmęczony, 
otumaniony lotem i nigdy przedtem nie pociągał go 
powiewny typ, jednak odczuwał znajome pulsowanie w 
pachwinie, gdy patrzył na tę kobietę. 
Eric mruknął coś pod nosem. 
W następnej scenie Fantyna, targana rozpaczą, klęcząc sa-
motnie na scenie, śpiewała słynną partię solową "Miałam 
sen". 
Jason zesztywniał i usłyszał cichy chichot Erica. W teatrze 
rozległy się czyste, złote dźwięki, pełne piękna i pasji. Żyła 
pieśnią, dała się nią owładnąć, stała się z nią jednym. 

background image

Boże - szepnął Jason. 

Doznał gwałtownej radości, bliskiej bólu. Był pochłonięty, 
zauroczony i przez resztę czasu, kiedy dziewczyna była na 
scenie, siedział jak sparaliżowany, przykuty do miejsca i nie 
spuszczał z oka jaśniejącej postaci Daisy Justine. 
Kiedy przy końcu pierwszego aktu zapaliły się światła, Eric 
zwrócił się do niego: 
-No i jak? 
Jason zmusił ręce, by wypuściły z uścisku poręcze fotela i 
wstał. 
Wynośmy się stąd, do cholery. 
Teraz? Nie chcesz zaczekać i pójść za kulisy, żeby zoba 
czyć się z... - Eric przerwał, gdy zobaczył Jasona idącego 
przejściem przez tłum. Wstał pospiesznie i dogonił go, gdy ten 
dochodził do westybulu. - Co się, do licha, z tobą dzieje? 
Psiakrew, wiem, że ci się spodobała. 
Tak. - Głos Jasona był zduszony. 
W takim razie chodźmy do niej. Nie wychodzi aż do 
ostatniej sceny. 

Poczekamy, aż przedstawienie się skończy. Chodźmy 

gdzieś na kawę. - Jason z radością poczuł chłodne powietrze 
na twarzy, gdy ruszył ulicą w stronę kawiarni na rogu. Bóg 
jeden wiedział, jak bardzo potrzebował czegoś, żeby rozjaśnić 
umysł. Czuł się jak uderzony w głowę. - Co o niej wiesz? 

Ż

e śpiewa jak anioł i w dodatku umie grać. 

-Co jeszcze? 
Eric zrównał się z nim. 
Rozmawiałem z dyrektorem, Hansem Kellerem, i powie 
dział, że jest życzliwa, zawsze punktualna, bardzo profesjo 
nalna. Studiowała na stypendium u Stoliniego w Mediolanie. 
Ma dwadzieścia cztery lata, jej matka nie żyje, mieszka z 
ojcem w domku na przedmieściach Genewy. Ojciec jest arty 
stą. 
Dobrym? 
Eric wzruszył ramionami. 

background image

Przeciętnym. - Spojrzał na Jasona z 

zainteresowaniem. - 
A co za różnica? Angażujemy kobietę, a nie jej ojca, 
Jason zmienił temat. 
Dlaczego gra w drugorzędnym przedstawieniu, kiedy po 
winna być na Broadwayu? 
Skąd mam wiedzieć? - zapytał Eric z cieniem irytacji. - 
Słuchaj, aprobujesz ja jako kandydatkę numer jeden do roli 
Desdemony czy nie? 
Aprobuję. - Jason otworzył drzwi do kawiarni, a dzwonek 
zabrzęczał wesoło, oznajmiając ich przybycie. Gdy ubrany w 
smoking kelner spieszył ku nim przez salę, Jason mruknął: - 
Czy uważasz mnie za idiotę? Ona jest absolutnie urzekająca. 
Eric uśmiechnął się triumfująco. 

Teraz mówisz rozsądnie. To podpisujemy z nią 

dzisiaj 
umowę? 
Jason patrzył bezmyślnie na miłe dla oka, adamaszkowe 
obrusy. Eric miał rację mówiąc, że zachowuje się cholernie 
dziwnie, ale chyba nie jest w stanie nad tym zapanować. Jego 
reakcja na Daisy Justine była nieprawdopodobnie silna, sil-
niejsza niż Eric mógł się domyślać. 
"To z powodu muzyki" - zapewniał sam siebie. Jak długo 
czekał na taki glos? Jego reakcja była reakcją na muzykę, nie 
na kobietę. 
Ale w jakiś sposób kobieta i muzyka stapiały się, stając się w 
jego umyśle jednym. 
I to "jedno" stało się całkowicie, wszechogarniającoye^o. 
Siedział tam, w teatrze, i dzika zazdrość zalewała go, fala za 
falą, gdy publiczność ją oklaskiwała. Nie chciał się dzielić 
tymi chwilami. Nie chciał się dzielić nią. 
Usiadł przy stoliku, wziął od kelnera menu, spojrzał na nie i 
oddał. Kawiarnia. Nigdy nie był zaborczy i jego reakcja była 
szalona. Ale przecież wszystkie uczucia, jakich doznawał od 
chwili, gdy ujrzał Daisy Justine po raz pierwszy, były szalone. 
Boże, był zupełnie irracjonalny w stosunku do niej. Eric na 
pewno miał rację, pracował zbyt ciężko. 
 

background image

Daisy Justine była Desdemoną, a taki głos jak jej nie pojawia 
się codziennie. Gdyby odzyskał równowagę i dał jej do 
ś

piewania swoje utwory, poczułby się ogromnie usatysfakcjo-

nowany. 
Osłupiały Eric patrzył na niego. 
Wyglądasz, jakbyś się zmagał z losami tego świata. Po 
wiedz mi tylko, co chcesz zrobić. 
Naturalnie podpiszemy z nią dzisiaj kontrakt - powiedział 
niecierpliwie Jason. - Nie mógłbym zaakceptować teraz niko 
go innego do tej roli. 
Eric westchnął z ulgą, a potem nagle zachichotał. 

Boże, ona cię naprawdę znokautowała, co? Nie mogę 

się 
doczekać, kiedy będzie śpiewała twoje utwory. Nigdy dotąd 
takiego cię nie widziałem. 
W tej chwili Jason nie chciał sobie wyobrażać Daisy Justine 
ś

piewającej jego pieśni. Reakcja była zbyt gwałtowna. O ile 

silniej zareagowałby, gdyby usłyszał, jak ten wspaniały głos 
ś

piewa jego muzykę? 

Bzdura! Prawdopodobnie jest równie banalna i głupia jak 
woskowa lalka i nie miałby problemu z oddzieleniem kobiety 
od pieśni. Tknęło go dziwne przeczucie. Z jakiegoś powodu 
nie chciał spotkać Daisy Justine, czuł, że niebezpiecznie jest ją 
poznać. 
Jestem po prostu zmęczony. - Uniknął spojrzenia Erica, 
gdyż kelner postawił przed nim parującą filiżankę kawy. - 
Myślę, że pozwolę ci pójść do jej garderoby samemu i przed 
stawić jej ofertę. Zaczekam na ciebie za kulisami. 
Przykro mi, nie mogę tego zrobić. - Daisy czuła, że głos 
więźnie jej w gardle, gdy wymawiała te słowa. Boże, jak 
trudno było odmówić Ericowi Hayesowi, kiedy fakt, że w 
ogóle ją prosił, wydawał się cudem. 
Eric spojrzał na nią zdumiony. 

Czy pieniądze nie są wystarczające? Możemy 

negocjo 
wać. 
 

background image

Pieniądze są w porządku. Przyjęłabym tę rolę za darmo, 
ż

eby wystąpić w musicalu Jasona Hayesa. 

Słyszała pani o nim? 
Tu jest Szwajcaria, a nie Timbuktu. Wszyscy znają Jasona 
Hayesa. - Nie było to ścisłe. Z pewnością wszyscy znali dzieła 
tego człowieka, ale to wszystko. Był typem człowieka tajem 
niczego; stroniący od sławy, samotny i ekscentryczny. Czasa 
mi zdarzało mu się nie przyjść na własną premierę. Daisy 
odwróciła się do lustra i zaczęła zmywać makijaż. - Mam 
programy ze wszystkich przedstawień, jakie kiedykolwiek 
przygotował. Jego muzyka... - ściszyła głos i przełknęła ślinę, 
ż

eby złagodzić czop, jaki miała w gardle - jest wspaniała. 

Pieśń nocy jest najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zro 
bił. To adaptacja Otella Szekspira. Przerobienie tej szutki było 
marzeniem Jasona od kiedy byliśmy chłopcami. - Eric 
kusząco 
ś

ciszył gtos. - Zagrałaby pani Desdemonę. To życiowa rola. 

Pragnęła, by po prostu zamilkł i poszedł sobie. Nie chciała nic 
więcej słyszeć. Takiej roli nie można nie przyjąć; paląca, 
obsesyjna zazdrość mauretańskiego wojownika, która skaziła 
miłość, jaką żywił do swojej delikatnej wybranki... 

Nie mogę tego zrobić. 

Dlaczego nie? To by panią uformowało. 

Zmusiła się do uśmiechu. 

Byłabym zupełnie słabą osobowością, gdybym 

pozwoliła, 
by rola formowała mnie albo załamała. Nie, chodzi po prostu 
o to, że nie mogę wyjechać z Genewy. 
Woli pani mieszkać futaj niż zostać międzynarodową 
gwiazdą? 
Nie zależy mi bardzo na sławie. - Zwróciła twarz ku 
niemu i powiedziała łagodnie: - Dziękuję za tę ofertę, ale 
naprawdę nie mogę tego zrobić. Teraz, jeżeli mi pan wybaczy, 
chciałabym się ubrać. Jestem bardzo zmęczona. 
Eric niechętnie podniósł się. 

Chciałbym, żeby pani przemyślała tę sprawę. Jason 

mnie 
udusi. 

background image

Nie będę się namyślać. Życzę powodzenia w 

znalezieniu 
Desdemony. 
Eric potrząsnął głową i zwrócił się w stronę drzwi. 

Myślę, że Jason nie... - Przerwał i chwilę później 

drzwi 
zamknęły się za nim. 
Daisy odwróciła się do lustra i tępo patrzyła w swoje odbicie. 
Już wcześniej otrzymywała wspaniałe oferty, ale nigdy tak 
cudownej i atrakcyjnej. 
Musical Jasona Hayesa to marzenie pieśniarki. Pisał muzykę 
chwytającą za serce i uduchowioną. Wielkie nieba, chciała tej 
roli! 
No cóż, nie mogła jej mieć i należało się z tym pogodzić. 
Łatwo to powiedzieć, ale dręczący, wewnętrzny ból pozosta-
wał. 
Musical Jasona Hayesa... 

Odmówiła nam. 

Jason przestał opierać się o drzwi prowadzna scenęi i 
wyprostował się, gdy Eric szedł w jego stronę. 
Co?! 
Słyszałeś. Nie przyjęła naszej oferty. 
Zaproponuj jej więcej pieniędzy. 
Powiedziała, że to nie jest sprawa pieniędzy. Ona nie chee 
wyjeżdżać z Genewy. 
Jason zaklął pod nosem. 

To nie ma sensu. 

Eric wzruszył ramionami.     - Ona robi wrażenie, że jest 
całkiem zdecydowana. 
Może po prostu próbuje wywindować cenę. 
Nie sądzę. - Eric zmarszczył brwi. - Ona jest dosyć bezpo 
ś

rednia. Podoba mi się. Robi wrażenie, że jest taka sama na 

scenie i poza nią. Jest bezpretensjonalna, ale... jaśnieje. 
W takim razie potrzebujemy jej do roli Desdemony. 
Nie sądzę, żeby nam się to udało. 

Akurat - szorstko powiedział Jason. Poczuł ponownie 

gwałtowną falę zaborczości, jakiej doświadczył w teatrze. Do 
 

background image

licha, nie pozwoli jej odejść. - Musi być jakiś sposób. - Ruszył 
wzdłuż słabo oświetlonego korytarza. - Zaczekaj na mnie. 
Wrócę za chwilę. 
Masz zamiar z nią porozmawiać? 
Nie - powiedział ponuro Jason. - Mam zamiar podpisać z 
nią umowę. 
Panno Justine, jestem Jason Hayes. 
Daisy zesztywniała i cofnęła się od drzwi. Zdaje się, że Eric 
Hayes przysłał gruba rybę. 
Dzień dobry, panie Hayes. Jestem pana wielką wielbiciel 
ką. 
Najwyraźniej nie na tyle wielką, żeby dała się pani namó 
wić, by zagrać główną rolę w moim przedstawieniu - powie 
dział ostro, wszedł do garderoby i zamknął drzwi. 
Bardzo grubą rybę. Jason Hayes w niczym nie przypominał 
swojego brata, ani z wyglądu, ani z charakteru, i Daisy mo-
mentalnie poczuła się zagrożona. Tak daleko odbiegał od ste-
reotypu wrażliwego muzyka, jak tylko można sobie wyobra-
zić. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był zbudowany 
jak zawodowy bokser. Jego skóra była opalona na prawie 
brązowy kolor, a rysy twarzy nie były klasycznie piękne. 
Kości policzkowe miał zbyt szeroko rozstawione, brwi stano-
wiły czarną kreskę nad przenikliwie patrzącymi, błękitno-zie-
lonymi oczami, a jego kształtne usta były zbyt zmysłowe. 
"Otello" - pomyślała nagle, po czym uśmiechnęła się, rozba-
wiona tą myślą. Prawdopodobnie niczym nie przypominał 
posępnego, zaborczego wojownika. 

Nie chciałam pana obrazić - powiedziała łagodnie. - 

Uwielbiam pana muzykę. 
A ja uwielbiam pani głos. - Nagły uśmiech rozjaśnił ciepło 
jego ciemną twarz i wrażenie ponurości zniknęło. - Chcę go i 
będę go mieć. 
Wyjaśniłam pana bratu, że absolutnie nie mogę... 

Czego pani chce? - zapytał gwałtownie. - Proszę mi 

powiedzieć, a dam to pani. 
 

background image

Chciała grać główną rolę w jego musicalu i śpiewać jego 
pieśni, ale nie mógł jej tego dać. 
To niemożliwe. 
Dlaczego nie? 
Przyczyny osobiste. 
Jego spojrzenie skoncentrowało się na jej twarzy. 

Kochanek? 

Wyczuła w nim nagłe napięcie, które ją zdumiało. 
Wolałabym nie dyskutować na ten temat. 
Chce pani stracić taką okazję dla romansu? - zapytał 
szorstko. 
Nie powiedziałam... - przerwała i cicho dodała: - Ludzie 
są ważniejsi od kariery. Miłość jest najważniejsza. 
Pani Justine, taka cukierkowa... Nie może pani być... - 
Przerwał, przyglądając się uważnie jej twarzy. - Niech mnie 
licho! Pani tak myśli naprawdę. 
Skinęła głową. 

Oczywiście, że tak myślę. Nie mówię rzeczy, których 

nie 
myślę.   
Jak to się rzadko zdarza. 
Promienny uśmiech rozjaśnił jej twarz. 
Może w Nowym Jorku, nie tutaj. 
 
Założyłbym się, że jest to równie rzadkie po tej stronie 
Atlantyku. - Uśmiechnął się z zainteresowaniem. - Uważam, 
ż

e będę musiał zbadać to zjawisko. 

Nie zawracałabym sobie głowy. Byłoby to marnowanie 
pańskiego talentu. Lepiej pan zrobi, jeśli się pan skoncentruje 
na swojej muzyce. Przykro mi, ale naprawdę nie mogę praco 
wać z panem, panie Hayes i... 
Jason. 
Zignorowała tę uwagę i zaczęła się odwracać. 

Jak powiedziałam pańskiemu bratu, sprawa nie 

podlega 
nego... - Przerwała, gdy jego dłoń chwyciła jej nadgarstek. 
Elektryczność. Żar. Wibrujący magnetyzm. Zaskoczona 
spojrzała w górę i zobaczyła jego twarz, która odzwierciedlała 
jej własne uczucia. Poczuła, że nie może zła- 
 

background image

pać tchu i nagle zdała sobie sprawę, jak blisko jest jego 
gorące, duże ciało, pachnące mydłem i cytrynowym płynem 
po goleniu. 
Jego dłoń rozluźniła uścisk. 

Przepraszam, nie chciałem pani dotykać. - Ton jego 

głosu 
stał się nagle gwałtowny. - Ale, do jasnej cholery, uciekała 
pani przede mną. 
Zwilżyła językiem dolną wargę. 
Ponieważ uznałam naszą dyskusję za skończoną. Pan 
złożył mi ofertę, a ja ją odrzuciłam. 
Nasza rozmowa się nie skończyła. Ona się dopiero zaczę 
ła. - Cofnął się o krok i najwyraźniej usiłował zapanować nad 
swoim głosem. - Proszę mi pozwolić zaprosić się na kolację i 
jeszcze trochę porozmawiamy. 
Potrząsnęła głową. 

Byłoby to bezcelowe. Nie zmieniam zdania. 

Patrzył na nią przez chwilę, a jego błękitno-zielone oczy były 
nieruchomo utkwione w jej twarzy. Potem znowu się 
uśmiechnął, nie szyderczo czy cynicznie, ale ciepło. 

W takim razie myślę, że będę musiał zmienić je za 

panią. 
Nie zrezygnuję z pani. 
Zabrzmiało to dziwnie władczo i ponownie poczuła, że musi 
być ostrożna. 
Nie może pan zrezygnować z tego, czego pan nie ma. 
Przejęzyczenie. - Jego oczy zamigotały. - Oczywiście, 
chodziło mi o to, że nie zrezygnuję z mojej Desdemony. 
Naturalnie. - Odprężyła się. - Oczywiście, że o to chodzi 
ło. Teraz, jeżeli pan pozwoli, chcę pojechać do domu i pójść 
spać. Mieszkam pod Genewą, to długa jazda. 
Zawiozę panią. 
Nie - powiedziała stanowczo. 
Jego uśmiech nie zniknął z twarzy, ale Jason zdawał sobie 
sprawę, że mięśnie jego twarzy trochę zesztywniały. 

Ja się nie poddaję. Urodziła się pani po to, żeby 

zaśpiewać 
Desdemonę. 
Z udawana lekkością powiedziała: 
 

background image

Może kiedyś pozwoli mi pan zagrać w którymś z 

wędrow 
nych zespołów tutaj, w Europie. 
Potrząsnął głową. 

Chcę, żeby pani stworzyła tę rolę. Chcę mieć panią 

na 
Broadwayu. - Odwrócił się i otworzył drzwi. - Dobranoc, 
Daisy. 
Wymówił jej imię i z jakiegoś powodu ta nagła rezygnacja z 
formalności wzmogła jej niepokój. 

Dobranoc, panie Hayes. 

Spojrzał na nią przez ramię i jeszcze raz poprawił ją: 

Jason. 

Zanim zdołała odpowiedzieć, zamknął za sobą drzwi. 
 

No, to co teraz zrobimy? - zapytał Jasona Eric, gdy 

wy 
siedli z taksówki przed hotelem Hilton. - Nie możemy jej 
zmusić, żeby pojechała z nami. 

Nie. - Jason zapłacił taksówkarzowi, odwrócił się i 

ruszył 
w stronę głównego wejścia do hotelu. - Ale możemy znaleźć 
jakiś słaby punkt i wykorzystać to. 
Jaki punkt? 
Jakikolwiek. - Jason wszedł do hallu. - Ale nie ma potrze 
by, żebyśmy obydwaj siedzieli tutaj bezczynnie. Poleć jutro 
do Londynu i zobacz, czy uda ci się podpisać kontrakt z 
Colinem Bartlinem na rolę Jagona. Ja się tu wszystkim zajmę. 
Eric zmarszczył brwi. 

Jesteś pewny? 

Jason skinął głową. 

Zdobycie go może ci zająć trochę czasu. Słyszałem, 

ż

Bartlin ma długoterminowy kontrakt z Fantomem. Mógłbyś za 
dzwonić do Peg i namówić ją, żeby się tam z tobą spotkała. 

Może tak zrobię. - Rozjaśnił się i zrównał z Jasonem, 

gdy 
przechodzili przez hali w stronę wind. - Nigdy nie była w 
Londynie, a potrzebne jej są wakacje. Dzieci ostatnio dopro 
wadzają ją do szału. - Nacisnął guzik od windy. - Jeżeli jesteś 
pewien, że nie masz nic przeciwko temu, żeby uwikłać się w 
negocjacje z Justine. 
 

background image

"Już jestem w nie zamieszany" - pomyślał ponuro Jason. Nie 
chodziło tylko o muzykę. Ledwie jej dotknął, ale ciało jego 
było w dalszym ciągu obolałe i podniecone. Ona również 
odczuwała podniecenie, a jednak poświęcała się dla tego cho-
lernego kochanka, który chyba trzymał ją w niewoli. 
Poczuł, że ogarnia go wściekłość na tę myśl i wziął głęboki 
oddech, żeby się uspokoić. 'To tylko seks" - przekonywał sam 
siebie. Mężczyznom zdarza się wszak czuć obsesyjne pożąda-
nie i nad nim panować. Nie będzie w tym dla niej żadnego 
niebezpieczeństwa. Podpisze z nią kontrakt. Może spędzą ra-
zem kilka nocy, żeby pozbyć się żądzy, a potem on wróci do 
Nowego Jorku. 
Drzwi otworzyły się i weszli do windy. 

Nie przejmuj się. Nie mam teraz nic lepszego do 

roboty. 
Nie przewiduję żadnych problemów z tym, żeby ostatecznie 
nakłonić Daisy Justine, by podpisała z nami umowę. 
Wprawdzie było już dobrze po północy, ale ojciec jeszcze nie 
spał, gdy Daisy przyjechała do domu. Nie spodziewała się, że 
będzie spał. Ostatnio był zupełnie pochłonięty praca. Nabrał 
zwyczaju wstawania o świcie i malowania aż do godzin 
nocnych. 
Zamknęła drzwi. 
Cześć, Charlie. 
Cześć - odpowiedział bezmyślnie. 
Zrezygnowana potrząsnęła głową, gdy zobaczyła jego wy-
soką, niezgrabną sylwetkę skuloną przed sztalugami po dru-
giej stronie pokoju, który służył im jako salonik i pracownia 
zarazem. Silne światło podkreślało siwe pasma w rozczochra-
nych, brązowych włosach Charlie'ego i plamy z farby na jego 
ulubionej niebieskiej koszuli. 
Już po północy. Pora spać. 
Za chwilę. Chcę uzyskać odpowiedni kolor tej miski... - 
Jego spojrzenie skoncentrowało się na płótnie. - Jak dzisiaj 
poszło? 
 

background image

Całkiem dobrze. Publiczność chyba uważa, że jestem 

niezła. - Podeszła do płótna i oparła głowę o jego ramię, 
przyglądając się obrazowi. - Ten mi się podoba. Banan wyglą 
da tak prawdziwie, że można by go zjeść. 
Skrzywił się. 
Jak pewien krytyk mi kiedyś powiedział, umiem uchwy 
cić fakturę, ale nie duszę. 
Co tylko dowodzi, jakim był idiotą. Jak banan może mieć 
duszę? 
Zachichotał. 
To samo sobie wtedy pomyślałem. Pamiętam, jaki byłem 
wściekły... - Ściszył głos i na nowo skupił się na swoim 
obrazie. 
Jadłeś kolację? 
Co? - Spojrzał na nią. - Tak myślę. Chili albo coś w tym 
rodzaju. 
To było wczoraj. 
Objęła go zmartwionym spojrzeniem. Zawsze był szczupły, 
ale teraz robił się z każdym dniem chudszy. Płacił za ogrom 
energii, jaką wkładał w swoją pracę. 
Tak? - Dodał trochę szarości do kobaltowego błękitu 
miski z owocami. - W każdym razie na pewno coś jadłem. 
Zrobię zupę. - Rzuciła torebkę na tapczan i ruszyła w 
stronę maleńkiej kuchenki. - A potem idziemy spać. 
Jak skończę. - Zawahał się. - Pomyślałem, że może, jeżeli 
nie jesteś bardzo zmęczona, mogłabyś mi trochę popozować. 
Ten portret ma coś w sobie. Czuję, że jest dobry, Daisy. 
Więc dlaczego nie chcesz mi go pokazać? 
To niespodzianka. 
Nie jestem zmęczona, ale ty musisz odpocząć. Wiesz, co 
doktor powiedział... - Przerwała. 
Odwrócił się, żeby spojrzeć na nią i uśmiechnął się łagodnie, 
potrząsając głową. Obydwoje wiedzieli, że to tylko kwestia 
czasu, ale wymógł na niej obietnicę, że nikomu nie powie i da 
mu żyć pełnią życia. Nie miała prawa wygłaszać kazań, 
 

background image

jak powinien spędzić swoje ostatnie dni, tylko dlatego, że 
chciała zatrzymać go przy sobie trochę dłużej. 
Czuła, że łzy napływają jej do oczu i szybko odwróciła się, 
ż

eby ich nie zobaczył. 

- Porozmawiamy o tym później. Idę do kuchni. 
Charlie przestał pracować nad jej portretem po trzeciej nad 
ranem i to tylko dlatego, że Daisy stanowczo odesłała go do 
łóżka pod pretekstem, że jest zbyt zmęczona, by dłużej pozo-
wać. Starannie okrył portret, nim wyszła z pokoju. Gdy drzwi 
zamknęły się za nim, Daisy wstała i podeszła jeszcze raz do 
płótna przedstawiającego martwą naturę, nad którym ojciec 
pracował wcześniej. 
Prawdę mówiąc, nie był to bardzo dobry obraz. Zwyczajna 
martwa natura jak tuzin innych, wystawianych przez obiecują-
cych artystów z osiedla. To cholernie niesprawiedliwe. Wszy-
stko, czego Charlie chciał, to stworzyć coś wspaniałego. Cięż-
ko pracował całe życie, by ten cel osiągnąć. Czemu muza nie 
mogła pobłogosławić ojca chociaż jednym dziełem, z którego 
miałby prawo być dumny, nim umrze? 
Zmęczona odwróciła się, zgasiła światła i udała się w stronę 
własnej, małej sypialni. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, 
ale trzeba z niego korzystać jak najpełniej. Mieli dla siebie 
tych kilka ostatnich miesięcy, a być może jutro Charlie nama-
luje swoje arcydzieło. 
Zdjęła z siebie błękitną osiemnastowieczną szatę, w której 
Charlie pragnął ją namalować, i starannie powiesiła ją do 
szafy. Kiedy po raz pierwszy zobaczył, jak gra Fantynę, 
stwierdził, że urodziła się do noszenia strojów historycznych, 
a kiedy postanowił namalować jej portret, nic mu nie 
odpowiadało, tylko ta suknia z teatru. 
Włożyła szlafrok, podeszła do okna i otworzyła je. Nie było 
sensu iść spać, zanim trochę nie ochłonie. Zbyt wiele rzeczy 
wydarzyło się dziś wieczorem i nadal była podekscytowana. 
Alpy wyglądały surowo w świetle księżyca i zadrżała nieco, 
patrząc na nie. Wolała góry skąpane w słoiku, gdy widać 
 

background image

bujną trawę u podnóża stoków. Wtedy zawsze przypominała 
się jej ta wspaniała scena w Brzmieniu muzyki. Teraz cała 
łagodność zniknęła i zdawało się, że góry to tylko twarda, 
niedostępna siła. 
"Jak Jason Hayes" - pomyślała nagle. Posiadał taką samą 
zuchwałą, nieodpartą siłę jak góry. Jednak nie był zimny. 
Zdawała sobie sprawę z wulkanicznego gorąca, tkwiącego pod 
szorstką powierzchownością. 
Pieśń nocy. 
Gardło ścisnęło się jej boleśnie i z trudem przełknęła ślinę. Nie 
mogła sobie pozwolić na myślenie o Jasonie Hayesie czy jego 
sztuce. W ciągu ostatnich kilku lat odrzucała już różne 
propozycje. Ból zniknie za jakiś czas. Ważna jest radość śpie-
wania, a nie sama kariera. 
Ale, drogi Boże, jak bardzo chciałaby być tą pierwszą, która 
zaśpiewa jego pieśni dla Desdemony! 

background image

 

O wpół do trzeciej następnego popołudnia rozległo się pu-
kanie do wejściowych drzwi domku. 

Ja otworzę. - Daisy wstała z ogromnego krzesła 

przypomi 
nającego tron, zeskoczyła z podwyższenia i szybko przeszła 
przez pokój w stronę drzwi. - Kontynuuj uwiecznianie mnie. 
Chcę wyglądać przynajmniej tak apetycznie jak twój banan. 
Myślę, że należy mi się to za... 
Przerwała, otwierając drzwi. 
Jason Hayes stał na wycieraczce. Jego wzrok przesunął się po 
dziewczynie, ubranej w błękitną suknię z kwadratowym, 
głęboko wyciętym dekoltem. Uśmiechnął się blado. 

Ty rzeczywiście wierzysz w życie rolą, prawda? 

Bardzo 
ładnie. Czy mogę wejść? 
Ogarnęła ją panika. 
-Nie. 
Uniósł brwi. 

Przepraszam? 

Spojrzała pospiesznie przez ramię. Charlie był pochłonięty 
stojącym przed nim obrazem, ale trudno było przewidzieć, 
kiedy może popatrzeć. 

Proszę odejść. Nie mogę teraz z tobą rozmawiać. 

Czy twój kochanek jest taki zazdrosny? - Jego wargi 
zacisnęły się. - Myślałem, że mieszkasz z ojcem. 
Mieszkam. - Podeszła bliżej i przymknęła drzwi, żeby 
zasłonić Jasona Hayesa przed Charlie'em. - Odejdź - warknę 
ła. - Powiedziałam ci, że... 
Nie mam zamiaru odejść - przerwał - dopóki nie dostanę 
tego, czego chcę. 
Nie mam zamiaru... - Przerwała, gdy zobaczyła wyraz 
determinacji na jego twarzy. Nie miał zamiaru się poddać. - 
Nie możesz wejść. Przebiorę się i spotkamy się w Zeider Cafe 
przy tej ulicy za godzinę. 
Zamknęła mu drzwi przed nosem i odwróciła się w momen-
cie, gdy Charlie podniósł pytająco wzrok. 
 

background image

Wracając na podwyższenie, niedbale wzruszyła ramionami. 

Ktoś zbierający pieniądze na cele dobroczynne. Nic 

waż 
nego. 
ason Hayes stał przed kawiarnią. Wyraz jego twarzy do-kładnie 
zdradzał, jak bardzo jest niezadowolony, gdy patrzył na Daisy 
idącą w jego kierunku. "Trudno mu się dziwić" - 
pomyślała smutno. Minęły prawie dwie godziny, zanim zdoła-
ła się wymknąć, nie budząc podejrzeń Charlie'ego. Pół musi-
calowego świata kłaniało się Jasonowi Hayesowi w pas i jej 
niegrzeczność musiała być dla niego co najmniej niepokojąca.  
- Wreszcie - powiedział uszczypliwie. - Bałem się, że miej-
scowi żandarmi zaaresztują mnie za włóczęgostwo. 
Dlaczego nie wszedłeś do środka i nie wypiłeś filiżanki 
kawy? 
Nie chciałem kawy. - Wziął ją pod rękę i ruszył wzdłuż 
ulicy pełnej sklepów. - Przejdźmy się. Mój spokój został nieco 
nadszarpnięty i muszę się uspokoić. 
Nie masz prawa się złościć. Nie zapraszałam cię tutaj. - 
Delikatne dotknięcie wywołało w niej takie samo uczucie jak 
to, którego doznała zeszłej nocy. Uwolniła rękę i odsunęła się 
od niego. - Prawdę mówiąc, sądziłam, że jasno powiedziałam, 
co myślę. 
Nie spodziewałem się, że zamkniesz mi drzwi przed no 
sem. 
To było niegrzeczne - nie patrzyła na niego - ale nie 
chciałam, żeby mój ojciec dowiedział się o twojej propozycji. 
Dlaczego nie? 
Uczyniłoby go to nieszczęśliwym. Czułby, że nie daje mi 
wykorzystać okazji. 
A jest tak? 
Może. - Jej spojrzenie niespokojnie powędrowało w kie- 
runku jego twarzy. - Ale nie może o tym wiedzieć. 
Zamarł. 

background image

Czy twój ojciec trzyma cię tutaj? Myślałem, że mówiłaś o 
kochanku... 
To ty tak powiedziałeś. - Potrząsnęła głową. - Kiedy ja 
miałabym czas na romans? Jestem albo w teatrze, albo tutaj. 
Dobrze - powiedział z satysfakcją. - Z ojcem powinienem 
sobie poradzić o wiele łatwiej niż z kochankiem. Przynajmniej 
nie istnieje problem zazdrości. 
Układ kobieta - mężczyzna nie musi zawierać elementu- 
zazdrości. 

Nie musi, ale często tak się dzieje. - Uśmiechnął się 

krzywo. - Szekspir dobrze o tym wiedział. 
Zadrżała. 
Zazdrość to okropne uczucie. Nie rozumiem go. 
Sam miałem z nim kilka problemów, kiedy pisałem Pieśń 
nocy. - Odwrócił od niej wzrok. - Zaczynam to teraz trochę 
lepiej rozumieć. - Zmienił temat. - Twój ojciec powinien 
chcieć dla ciebie jak najlepiej. Jakim musi być samolubnym 
skurczybykiem, jeżeli cię powstrzymuje przed wykorzysta 
niem takiej okazji! 
On nie jest samolubny - powiedziała gwałtownie. - Char 
lie nigdy nie powstrzymałby mnie przed niczym, co chciała 
bym zrobić. Jest dobry, hojny i... 
Spokojnie. - Podniósł do góry rękę, żeby zatrzymać potok 
słów. - Przepraszam. Na pewno jest taki, jak mówisz. 
Wzięła głęboki oddech. 

To mój wybór. Nie mogę go zostawić. 

Jesteście tak sobie bliscy? 
Gwałtownie skinęła głową. 
Charlie? 

Tak naprawdę jest moim ojczymem. Moja matka 

zmarła, 
kiedy miałam pięć lat i od tego czasu mamy tylko siebie. - Jej 
oczy płonęły. - I nie jest egoistą. Zrobił dla mnie wszystko. 
Swoją pracę kocha bardziej niż cokolwiek na świecie, ale 
zrezygnował nawet z malarstwa na pięć lat i poszedł do pracy, 
ż

eby stać go było na opłacenie moich lekcji śpiewu u 

Stolonie- 
go. 
 

background image

W takim razie nie chciałby, żebyś poświęciła tę okazję. 
Umożliwił ci ją. 
Oczywiście, że nie. - Patrzyła wprost przed siebie. - I 
dlatego nie może się o niej dowiedzieć. 
Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy. 
Myślę, że może będę musiał porozmawiać z twoim ojcem. 
Nie! - Jej ręce zacisnęły się w pięści. - Czy nie słuchałeś? 
Nigdy bym ci nie wybaczyła, gdybyś mu powiedział, że złoży 
łeś mi tę propozycję. 
Ale jeszcze mógłbym dostać to, czego chcę - powiedział 
chłodno. - Jeżeli twój ojciec jest tak niesamolubny, jak twier 
dzisz, może cię zmusi do przyjęcia propozycji. 
Patrzyła na niego przerażona. 
Nie zrobiłbyś tego. 
Chcę, żebyś grała Desdemonę. 
A to, czego ja chcę, w ogóle się nie liczy? 
Ty też tego chcesz. - Zniżył ton głosu do pełnej pasji 
intensywności. - Masz grać tę rolę. Sprawię, że zechcesz tego 
tak samo jak ja. 
Patrzyła zafascynowana, złapana w utkaną przez niego pa-
jęczynę. W tej chwili prawie mogła uwierzyć, że jest on w 
stanie sprawić, by zrobiła wszystko, czego on sobie życzy. 
Zaśmiała się niepewnie. 
Mój Boże, czy zawsze jesteś taki zawzięty? 
Kiedy coś jest dla mnie ważne. - Jego zachowanie zmie 
niło się, jakby zarzucił pelerynę na tamtą pełną pasji intensyw 
ność. Skrzywił się smutno. - Eric twierdzi, że jestem 
zmęczony. 
Jestem w stanie w to uwierzyć. Jesteś bardzo... twardy. 
A ty bardzo łagodna. - Przyjrzał się jej rysom. - Idealizm 
i samopoświęcenie. Jesteś anachronizmem w dzisiejszym 
ś

wiecie. Myślę, że potrzebny ci jest ktoś, kto uratowałby cię 

przed samą sobą. 
Niszcząc spokój mojego ojca? 
Może dojdziemy do kompromisu. - Jason uśmiechnął się 
blado. - Możemy zawrzeć umowę. Daj mi dwa tygodnie. 
Popatrzyła na niego w osłupieniu. 

background image

Pozwól mi przyjeżdżać tutaj codziennie i opowiadać ci o 
Pieśni nocy i moich planach związanych z nią. W zamian za 
to 
obiecam ci, że nie wspomnę twojemu ojcu o mojej propozycji. 
To strata czasu. Nie zdołasz mnie przekonać. 
To mój czas. - Wzruszył ramionami. - Potrafię być cał 
kiem przekonujący. 
Nie wątpiła w to. Już czuła, że siła jego osobowości jest 
prawie nieodparta. 
A jeżeli po dwóch tygodniach w dalszym ciągu będę 
mówić "nie"? 
Wtedy wrócimy do punktu wyjścia. - Napotkał jej spojrze 
nie. - Nie będę cię okłamywać. Nie mam zamiaru się podda 
wać, ale będziesz miała za sobą okres dwutygodniowej łaski. 
I dwa tygodnie mogą wystarczyć, żeby przekonać go, że myśli 
tak, jak mówi. Człowiek taki jak Jason Hayes na pewno ma 
wiele zajęć. Może się znudzić i stracić cierpliwość na długo 
przed upływem dwóch tygodni i odlecieć z powrotem do 
Nowego Jorku w poszukiwaniu nowej Desdemony. 
Nagłe ukłucie, które poczuła na tę myśl, to nie ból, tylko ulga, 
zapewniała samą siebie. 

Nie mogę cię przekonać, że będzie to bezcelowe? 

Potrząsnął głową. 

Dobrze - ustąpiła nagle. - Dwa tygodnie. - Napotkała 

jego 
spojrzenie. - Ale nie wolno ci się przyznać mojemu ojcu, jak 
się nazywasz ani kim jesteś. Przedstawię cię jako przyjaciela, 
którego poznałam we Włoszech. Powiemy mu, że pracujesz 
przy tym musicalu. Musisz dać mi słowo, że niczego nie 
będzie podejrzewać. 
-1 zaufałabyś mojemu słowu? 
Tak - odpowiedziała po prostu. - Jesteś twardym człowie 
kiem, ale nie wierzę, że okłamywałbyś mnie. 
Rozumiem. - Przyjrzał jej się uważnie. - Jeszcze zaufanie. 
Ewidentny anachronizm. Sądzę, że będę musiał wynająć dla 
ciebie goryla, gdy sprowadzę cię do Nowego Jorku. 

Nie mam zamiaru... 

Przerwał jej, machając ręką. 
 

background image

Możemy to omówić później. Jutro będę u ciebie w domu 
za dziesięć... - Przerwał, marszcząc brwi. - Nie, namyśliłem 
się. Przyjadę po ciebie wieczorem po przedstawieniu. Nie 
podoba mi się, że masz jechać sama taki kawał dróg*.. 
Robię to od premiery - przypomniała mu sucho. 
Ale te dwa tygodnie są moje i spędzimy je po mojemu. - 
Obrócił ją i zaczął szybko iść z powrotem drogą, którą przy 
szli. - Teraz odprowadzę cię do domu, żebyś odpoczęła. Fan- 
tyna to trudna roła i z pewnością wyczerpująca. 
Nie fizycznie. 
Role wymagające wysiłku emocjonalnego są jeszcze gor 
sze. - Spojrzał na nią poważnie. - A ty jesteś kobietą, która 
daje 
z siebie wszystko w tym, co robi. 
W jego głosie nie było cienia insynuacji seksualnych, a jednak 
poczuła nagle, że wdziera się w nią przenikliwa świadomość. 
Pomyślała, że być może popełnia błąd, zgadzając się spotykać 
go przez następne dwa tygodnie. Nigdy przedtem nie 
reagowała tak na mężczyznę. 

Znowu się nad tym zastanawiasz. - Przyjrzał się jej 

twarzy 
badawczo. - Czy to coś pomoże, jeżeli powiem ci, że nie łamię 
obietnic? 
Ś

wiadomość, że tak łatwo udaje mu się odgadywać jej myśli, 

zwiększyła jedynie jej niepokój. 

Daj mi szansę. - Jego słowa brzmiały dziwnie 

nieporad 
nie. - To znaczy dla mnie cholernie dużo. 
Gdy spojrzała na niego, poczuła ogarniającą ją falę ciepła. 
Zdawała sobie sprawę, nie jest przyzwyczajony prosić o co-
kolwiek, a wyraz jego twarzy był rozczulająco chłopięcy. Któż 
by odgadł, że poczuje instynkt macierzyński w stosunku do 
człowieka takiego jak Jason Hayes? 
Odwróciła wzrok i przyspieszyła kroku. 

Przecież powiedziałam ci, że to zrobię, prawda? 

Wydał westchnienie ulgi i wydłużył krok, żeby jej dorów 
nać. Kiedy zaczął mówić, jego głos był celowo beztroski. 

Zgadza się, powiedziałaś. Tylko sprawdzałem. 

background image

Telefon dzwonił, kiedy Jason otwierał drzwi swojego apar-
tamentu dwie godziny później. 
Gdzie, do cholery, byłeś? - zapytał Eric. - Dzwonię... 
Jason przerwał mu. 
Co się dzieje? Nie możesz załatwić z Bartlinem? 

Jeszcze nie miałem okazji się z nim spotkać. Jutro 

idziemy 
na lunch. - Eric zamilkł na chwilę. - Pomyślałem, że powinie 
neś wiedzieć. Cynthia jest tutaj. 
Jason zesztywniał. 
W Londynie? 
Mieszka w hotelu Claridges. 
Skąd wiesz? 
Poszedłem do teatru, żeby sprawdzić kasowość angiel 
skiej wersji Niewinnych i Jessup powiedział mi, że wstąpiła i 
pytała o ciebie. 
Czy wie, gdzie jestem? 
Jeszcze nie. - Eric zawahał się. - Zanim Jessup wspomniał, 
ż

e ona tu jest, powiedziałem mu, że jesteś w Genewie. Ale 

kazałem mu obiecać, że nie powie nikomu. 
"Dużo by to dało, gdyby Cynthia zarzuciła swoje sieci na 
Jessupa" - pomyślał Jason ze znużeniem. Był tym wszystkim 
zmęczony. 
Bądź w kontakcie z Jessupem. Kiedy jej powie, chcę o 
tym wiedzieć. 
Może się nie dowie, Jasonie. 
Wiedział lepiej. Cynthia zawsze dowiadywrafe %!ą tego, 
czego chciała. 

Daj mi znać. 

Eric zamruczał przekleństwo pod nosem. 
Do jasnej cholery. To nie fair. 
Nie ma o czym mówić - powiedział Jason ostro. - Kiedy 
Peg przyjeżdża? 
Jutro wieczorem. Podpisałeś już umowę z Daisy Justine? 
Pracuję nad tym. Porozmawiam z tobą jutro, Ericu. Po 
zdrów Peg. 

background image

Odwiesił słuchawkę, patrząc na nią niewidzącym wzrokiem. 
Czasu było coraz mniej. Czuł, jak ogarnia go frustracja. 
Wydawało mu się, że pogodził się z sytuacja, ale jakoś tym 
razem było gorzej, 
Idąc do łazienki, zaczął rozpinać koszulę. Potrzebna mu była 
kąpieli i drink, zanim ubierze się, by pojechać po Daisy do 
teatru. 
Wszedł pod prysznic i pozwolił ciepłej wodzie spływać po 
ciele. Mięśnie miał tak zesztywniałe z napięcia, że nie reago-
wały na łagodzący strumień. Może powinien spróbować wziąć 
zimny tusz? Przynajmniej zlikwidowałby podniecenie, jakie 
odczuwał, od kiedy zobaczył Daisy. A pożądanie było tylko 
jego częścią. Cóż, do licha, ona z nim robił? 
Zamknął oczy. Uczucie czułości ogarnęło go bolesną falą, gdy 
przypomniał sobie, jak stała w promieniach słońca, patrząc na 
niego spojrzeniem pełnym namysłu, tak jaśniejąca, że 
wydawała się być częścią blasku słonecznego. Chciał ją objąć 
i ochraniać, i... 
Gwałtownie sięgnął ręką i zamknął wodę. To nie czułość, to 
zwyczajna obsesja seksualna. Była w innym typie i jej opór 
pobudził jego libido. To nie czułość. 
Nie mógł pozwolić, żeby to była czułość. 
Jason czekał na Daisy w zaułku przy wyjściu na scenę. Serce 
jej mocniej zabiło i próbowała ukryć nagłą radość, jaką 
poczuła na sam jego widok. 
Powiedziałam ci, że to nie jest konieczne. Mam własny 
samochód i będzie mi jutro potrzebny na dojazd do teatru. 
Nie, nie będzie. - Wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę 
ulicy. - Nie ma problemu. Od tej pory będę cię codziennie 
zawoził i przywoził. - Otworzył drzwi ciemnoniebieskiego 
mercedesa zaparkowanego przy krawężniku. - Poproszę kogoś 
z hotelu, żeby jutro odprowadził twój samochód do domu. 
Wsiadając do samochodu, rzuciła mu zniecierpliwione 
spojrzenie. Skrzywił się. 

Znowu cię zdenerwowałem. 

 

background image

Jestem przyzwyczajona sama załatwiać swoje sprawy. 
Obszedł samochód i usiadł za kierownicą. 
A ja... lubię załatwiać sprawy dla ciebie. 
Znowu wyczuła w nim tę zaskakującą nieporadność i znowu 
poczuła, że mięknie. 
Myślę, że możemy odbyć kilka rozmów na temat zasad 
ruchu wyzwolenia kobiet. 
Zazwyczaj nie jestem szowinistą. - Patrzył wprost przed 
siebie, zapuszczając silnik i odjeżdżając od krawężnika. - To 
jest co innego. Chcę cię chronić. Muszę cię chronić. 
Popatrzyła na niego zdumiona. 
Nie rozwijał tematu, tylko go zmienił. 

Nie sądziłem, że to możliwe, ale dzisiaj wieczór 

byłaś 
jeszcze lepsza niż wczoraj. 
Byłeś na widowni? 
Skinął głową. 
Ale chyba już więcej nie pójdę. 
Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 
 
Przypuszczam, że widziałeś ten musical tyle razy, że musi 
cię śmiertelnie nudzić. 
Muzyka nigdy mnie nie nudzi. - Jego dłonie zacisnęły się 
na kierownicy. - Chodzi o ciebie. 
-Co? 
Zaśmiał się chrapliwie. 
Jestem zazdrosny. Wczoraj wydawało mi się, że jestem 
tylko wyprowadzony z równowagi, ale dzisiaj znowu było to 
samo. - Potrząsnął głową. - Szaleństwo. 
Nie wiem, o czym mówisz. 
Popatrzył na nią z ukosa, jego blade oczy błyszczały w świetle 
tablicy rozdzielczej. 

Nie chciałem się tobą dzielić. Pragnąłem, by to 

doświad 
czenie było wyłącznie moje. 
Zaszokowana, siedziała bez tchu. 

Przestraszyłem cię. - Zaklął cicho. - Teraz myślisz że, 

jestem stuknięty. Psiakrew. Może tak jest 
 

background image

Sądzę, że powinno mi to pochlebiać - powiedziała powoli. 
Ale uważasz nadal, że jestem stuknięty. - Zrobił głupią 
minę. - W porządku. Myślę o sobie to samo. Nigdy mi się to 
przedtem nie zdarzało. Usiłuję siebie przekonać, że to tylko 
twój głos. 
Jej spojrzenie pobiegło ku niemu. 

Oczywiście, że mój głos. 

Potrząsnął głową. 

Tylko częściowo - przerwał. - To seks. - Usłyszał, jak 

gwałtownie wciągnęła powietrze. Spojrzenie, które jej rzucił, 
było jak błękitno-zielona lanca. - Nie możesz się dziwić. Wie 
działaś, że tak jest. 
Tak, wiedziała. Hormony były obecne od pierwszej chwili, 
kiedy go zobaczyła. 

Istnieje... pociąg. 

To więcej niż pociąg. To obsesja. 
Przełknęła ślinę. 
Nie chcę mieć z tobą romansu. 
To dotyczy nas obojga. Więc co zrobimy? 
 
Zignoruj to. - Zacisnęła dłonie na pasku torebki. - Mógł 
byś wrócić do Nowego Jorku. 
Nie ma mowy. - Uśmiechnął się krzywo. -1 mylisz się. 
Nie mogę tego zignorować. Wiesz, o czym myślę, od kiedy 
wsiadłaś do samochodu? 
Potrząsnęła głową przecząco. -1 nie chcę wiedzieć. 

Myślę o tym, że bardzo chciałbym rozpiąć tę 

jedwabną 
bluzkę i przyjrzeć się twoim piersiom. 
Jej oczy rozszerzyły się, gorąca fala ogarnęła całe ciało, a gdy 
jego spojrzenie przesunęło się w dół, ku wzniesieniu jej piersi, 
wymruczała łagodny protest. 

Myślę o tym, jak rubinowe mogą być twoje sutki. 

Myślę, 
jak bardzo chciałbym, żebyś się zbliżyła i pozwoliła mi się 
pieścić w czasie jazdy. Myślę, jak bardzo chciałbym zjechać z 
szosy i zdjąć... 

background image

Przestań. - Jej głos drżał i usiłowała nad nim 

zapanować. 

Nie jesteśmy parą nastolatków. 

Nigdy tak się nie czułem jako nastolatek - powiedział 

ochrypłym głosem. - Powiedziałem ci, że to dla mnie coś 
nowego. - Zmusił się do obserwowania drogi. - Wrócisz ze 
mną do hotelu? 
-Nie. Zaklął cicho. 
Cholera, przecież chcesz tego. 
Nie miewam jednodniowych przygód. 
Tylko w ten sposób możemy się tego pozbyć. To nie 
będzie romans. Żadnych zobowiązań. Tylko pozwól mi... 
Nie! - Usiłowała powstrzymać swój głos od drżenia. - Nie 
jestem zwierzęciem. Poza tym, to by wszystko skomplikowa 
ło. Nie umiem sobie teraz z tym poradzić. 
 
Czy myślisz, że ja umiem? - Zjechał na bok szosy i 
wyłączył silnik. Siedział pochylony nad kierownicą, a palce 
zbielały mu, gdy kurczowo ściskał gładki plastyk. - Słuchaj, to 
musi się stać. Musisz zagrać Desdemonę, a ja nie mogę odczu 
wać tej... - przerwał, szukając słów - zaborczości. Może gdy 
byśmy... 
Ach, rozumiem! - Rozmawiali o pożądaniu, a nie o żad 
nym subtelniejszym uczuciu i nie powinna się czuć tak zranio 
na. Mimo to zdawała sobie sprawę, że jej głos brzmi zimno. - 
Wydaje ci się, że jeżeli wskoczymy do łóżka, będziesz w 
stanie patrzeć na mnie z większym dystansem. Jak czarująco 
powiedziane. Myślę, że wolę twoją muzykę od tekstów. 
Próbuję być uczciwy. Myślisz, że przychodzi mi to łatwo? 

Patrzył wprost przed siebie. - Pojedź ze mną. Nie 

mam 
szczególnego bzika. Obiecuję, że będzie ci dobrze. 

Sądzę, że lepiej będzie, jeśli zawieziesz mnie do 

domu. 
Wymamrotał przekleństwo pod nosem i zapalił silnik. 
Reszta jazdy minęła w milczeniu, ale atmosfera była tak 
nabrzmiała emocjami, że Daisy trudno było oddychać. 
W oknach paliło się światło, gdy Jason zatrzymał samochód 
przy krawężniku. 
 

background image

Czy ojciec zawsze na ciebie czeka? 
Późno chodzi spać. Prawdopodobnie pracuje. - Sięgnęła 
do klamki. - Dobranoc. 
Zaczekaj. - Położył jej dłoń na ramieniu. Gorzki uśmiech 
wykrzywił mu usta, gdy usłyszał, jak z trudem złapała oddech 
pod jego dotknięciem. - Widzisz? Nie mogę położyć na tobie 
ręki, bo obydwoje od razu płoniemy. - Jego dłoń przesunęła 
się, by dotknąć jej szyi, a następnie zjechała w dół, by dotknąć 
górnego guzika jej bluzki. Przez cienki jedwab czuła ciepło 
jego palców. Jej piersi pęczniały, dotykając materiału, a mięś 
nie brzucha instynktownie się napięły. Wiedziała, że powinna 
zerwać czar i wysiąść z samochodu, ale nie była w stanie się 
ruszyć. 
Wyjął z dziurki perłowy guzik i wskazującym palcem powoli 
masował jej ciało między piersiami. Zwróciła uwagę na 
kontrast, jaki tworzyła jego opalona dłoń i delikatny jedwab 
jej bluzki, blady blask jej piersi pod jego palcem. 

To się musi stać, Daisy - powiedział łagodnie. 

Jego palec wśliznął się pod stanik i dotknął sutka. Przygryzła 
dolną wargę, żeby nie krzyknąć, gdy masował tam i z 
powrotem nabrzmiały koniuszek. Chciała nachylić się ku nie-
mu, ściągnąć bluzkę i pociągnąć jego usta ku... 

Nie! - Otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. - 

Nie 
musi, do cholery. Nasza umowa nie miała nic wspólnego z 
seksem. 

Ale to, co jest między nami, ma wszystko wspólne z 

seksem. Gdybyś pojechała ze mną, może bylibyśmy w stanie 
zobaczyć istotę sprawy. 
Stała na chodniku, patrząc na niego. 
Proszę cię - szepnęła. - Nie chcę śpiewać w twoim przed 
stawieniu. Nie chcę cię więcej widzieć. 
Nie przejmuj się. Nie będę cię zmuszać. Chyba zdawałem 
sobie sprawę, że to za wcześnie, ale czas mi się kończy. 
Czas ci się kończy? 
Nieważne. - Włączył zapłon. - Do zobaczenia jutro. 
Nie. 
 

background image

Zmarszczył brwi. 

Nie masz się czego obawiać. Nie jestem 

gwałcicielem. 
Poczekam, aż przyjdziesz do mnie sama. 
Nie bała się, że będzie stosował przemoc. Nie tyle bała się 
jego, ile magnetyzmu, który przyciągał ich do siebie. 
To nie jest dobry pomysł. Mam wystarczająco dużo pro 
blemów bez... 
Więc daj mi je rozwiązać. 

W zamian za igraszki na sianie? 

Wzdrygnął się, jakby go dotknęła. 
Nie jestem zupełnym skurwielem. Powiedziałem, że chcę 
ci pomóc. 
Oczyścić drogę prowadzącą do zagrania Desdemony? 
Nie, więcej niż to. 
Nie wierzę ci. 
Wiem. - Wzruszył ramionami ze znużeniem. - Będę tutaj 
jutro w południe. 
Popatrzyła na niego bezradnie, nim ruszyła ku domowi. 
Chwilę później drzwi zatrzasnęły się za nią. 
Charlie stał przed sztalugami po drugiej stronie pokoju i nie 
popatrzył na nią. 

Cieszę się, że wróciłaś do domu. Ta przeklęta 

martwa 
natura doprowadza mnie do rozpaczy. Czy jesteś zbyt zmęczo 
na, by pozować? 
Słodki Boże, nie chciała dzisiaj pozować. Była rozbudzona, 
płonęła, tęskniła... Niczego nie chciała, tylko zamknąć się w 
swoim pokoju, pójść do łóżka i pozwolić, by błogosławione 
zapomnienie snu wymazało te chwile w samochodzie z Jaso-
nem. 
Charlie dalej nie patrzył. 

Daisy? 

Nie była nastolatką oszalałą na punkcie seksu. Musiała 
poradzić sobie z tym magnetyzmem, jaki pociągał ją ku Jaso-
nowi. Nie mogła się ukryć przed tym, co czuła i nie miała 
prawa folgować swym żądzom, mając taką dużą odpo-
wiedzialność w stosunku do Charlie'ego. 
 

background image

Nie jestem zmęczona. - Uśmiechnęła się do niego 

łagod 
nie. - Pozwól mi się tylko przebrać i uczesać i zaraz wracam 
do ciebie. 
Nazajutrz Daisy czekała przed domem, gdy samochód za-
trzymał się przy krawężniku. Instynktownie zesztywniała, ob-
serwując idącego w jej stronę Jasona. Był ubrany w spłowiałe 
dżinsy, brązowe, skórzane mokasyny i turkusową bawełnianą 
bluzę. Wyglądał zupełnie inaczej niż ten elegancki mężczy-
zna, z którym rozstała się wczoraj w nocy. Mógł być jednym z 
bezpretensjonalnych młodych artystów mieszkających w St. 
Geneve. Nie, nie miała racji. Gdy się zbliżył, mogła wyczuć tę 
kontrolowaną siłę, której w niczym nie mógł umniejszyć 
niezobowiązujący strój. 
Podniósł swoje czarne brwi. 
Pilnujesz wejścia? 
Wczoraj w nocy myślałam o tym, co powiedziałeś. To 
nielogiczne, żebym to ja była tym, co cię naprawdę pociąga. 
Nie jestem typem kobiety, na punkcie której mężczyźni dosta 
ją obsesji. - Szybko mówiła dalej. -1 doszłam do wniosku, że 
to Desdemona. 
Patrzył na nią tępo. 

Nie rozumiesz? W twoim umyśle zmieszałam się z 

Desde 
mona. 

Naprawdę? 

Skinęła głową. 
Jesteś wrażliwym, twórczym człowiekiem i to naturalne, 
ż

e identyfikujesz się z postaciami w sztuce, nad którą tak 

długo pracujesz. 
Wrażliwym? - Słowo to brzmiało kwaśno w jego ustach. - 
Boże, jak ja nienawidzę tego słowa. Chowałem się w Bronxie, 
w ubogiej dzielnicy. Czy wiesz, ile rozwaliłem nosów jako 
dziecko, żeby udowodnić, że nie jestem wrażliwy? 
Zdała sobie sprawę, że w ogóle niewiele wie o nim. Nagle 
wyobraziła sobie Jasona całkowicie pochłoniętego muzyką i 
 

background image

równocześnie walczącego o normalne dzieciństwo wśród ró-
wieśników. Poczuła nagły przypływ litości. 
O, Boże. To musiało być dla ciebie okropne. 
Przetrwałem. - Przyjrzał się jej wzruszonej twarzy i za 
mglonym oczom i ze zdumieniem potrząsnął głową. - Tylko 
się sobie przyjrzyj. Opowiadam ci historię trudnego dzieciń 
stwa, a ty już się wzruszasz. Łatwo ci to idzie. W Bronxie nie 
przeżyłabyś ani pięciu minut. 
Zaperzyła się. 

Odczuwanie współczucia nie jest objawem słabości. 

Mo 
ż

e gdybyś usiłował wytłumaczyć coś tym dzieciom, zamiast 

rozwalać im nosy, miałbyś łatwiejsze życie. 
Uśmiechnął się. 
Jeżeli tak uważasz... - Przerwał. - Więc sądzisz, że dlatego 
chcę iść z tobą do łóżka, że jesteś Desdemoną? A dlaczego ty 
chcesz pójść do łóżka ze mną? Czy uważasz mnie za Otella? 
Ja nie mówiłam o sobie - powiedziała szybko. 
Ależ tak. - Uniósł brwi. - Zastanówmy się. Rozumiem 
Otella, ale nie jesteśmy aż tak do siebie podobni. Jestem zbyt 
wielkim egoistą, by zabić kobietę, którą kochałem. - Uśmiech 
nął się drapieżnie. - Zabiłbym jej kochanka, a potem znalazł 
bym inny sposób, żeby ją ukarać. 

Posłuchaj mnie. - Przestała panować nad rozmową. - 

Kiedy pogodzisz się z faktem, że nie będę Desdemoną, pra 
wdopodobnie przestaniesz mnie uważać za atrakcyjną. 
Uśmiechnął się z zainteresowaniem. 
Mów dalej. 
Pomyślałam, że pójdziemy na spacer na wzgórza. Możesz 
mi opowiedzieć o musicalu. 
Rozumiem. - Strzelił palcami. - Ja próbuję przekonać cię, 
ż

ebyś zagrała rolę. Ty odmawiasz. Mnie natychmiast przecho 

dzi obsesja, którą mam na twoim punkcie i spokojnie odcho 
dzę w swoją stronę. Czy tak wygląda scenariusz? - Potrząsnął 
głową i przez chwilę błysk czułości przemknął przez jego 
twarz. - Przepraszam, kochanie, ale to zbyt proste. Właśnie 
tego można się było po tobie spodziewać. 
 

background image

Zarumieniła się. 
Ja nie jestem prosta. 
Ależ jesteś - powiedział cicho. - Posiadasz wspaniałą, 
promienną prostotę ducha, jakiej nigdy przedtem nie widzia 
łem. - Podniósł rękę, kiedy otworzyła usta, żeby coś powie 
dzieć. - Ja cię nie obrażam. Nigdy nie uważałem, że prostota 
oznacza głupotę. Jesteś ewidentnie inteligentna, nawet jeżeli 
masz w głowie lekki zamęt. 
Nie mogła oderwać od niego spojrzenia. Czułość, humor, 
smutek - to wszystko było widoczne na jego twarzy. Nagle 
zapragnęła poznać go lepiej, bliżej. Zeszła z werandy i zaczęła 
iść w stronę bramki. 

Pójdziemy? 

-Nie. 
Odwróciła się i popatrzyła na niego, zdumiona. 

Zeszłej nocy nie mogłem spać i też podjąłem kilka 

decy 
zji. - Uśmiechnął się. - Wprawdzie nie mogę twierdzić, że 
poddałem naszą sytuację klinicznej analizie. Byłem cholernie 
podniecony i zraniony. - Odwrócił się w stronę domku. - I 
doszedłem do wniosku, że nie mam zamiaru ułatwić ci pozby 
cia się mnie. 
Wyciągnął rękę do kołatki na drzwiach. 
Nie! - Pobiegła alejką, ale on już otworzył drzwi i wcho 
dził do domku. 
Pan Justine? - Jason szedł przez pokój w stronę Charlie'e- 
go. - Jestem Jason Link. Może Daisy wspominała panu o 
mnie? 
Odczuła ogarniającą ją ulgę. Link, a nie Hayes. Nie ma 
zamiaru złamać danej obietnicy. Charlie spojrzał zdumiony. 
Obawiam się, że nie, panie Link. - Jego pytające spojrze 
nie powędrowało do Daisy. - Nie wiedziałem, że będziesz 
miała towarzystwo. Myślałem, że sama idziesz na spacer. 
Chyba zapomniałam powiedzieć o Jasonie. 
Jestem zdruzgotany. - Lekko powiedział Jason, wyciąga- 
jąc rękę do Charlie'ego. - Dużo o panu słyszałem, panie Justi- 
 

background image

ne. Musi pan być niezwykłym człowiekiem, żeby zasłużyć na 
przywiązanie, jakie Daisy żywi do pana. Charlie potrząsnął 
rękę Jasona. 
Mam szczęście - powiedział po prostu. - Gdzie poznał pan 
Daisy, panie Link? 
Jason. Poznaliśmy się w Mediolanie, a dwa tygodnie temu 
przystąpiłem do tego samego zespołu. 

Jest pan śpiewakiem? 

Jason skrzywił się. 

Nie zadałby pan takiego pytania, gdyby pan usłyszał 

mnie 
pod prysznicem. Jestem pianistą w orkiestrze. 
Maskowe brwi Chrlie'ego uniosły się w zdumieniu. 
Wydawało mi się, że mają już pianistę. 
To na razie zajęcie na pół etatu. Wypełniam luki w czasie 
wakacji i weekendów. 
Rozumiem. - Spojrzenie Charlie'ego znowu powędrowało 
ku Daisy. - Cieszę się, że pana poznałem, panie Link. Daisy 
rzadko przyprowadza kogoś do domu. Obawiam się, że jestem 
zbyt egoistyczny i przez ostatni rok trzymam ją dla siebie. 
Bzdury. - Daisy weszła do pokoju i zamknęła drzwi. - To 
ja jestem egoistką. 
Podoba mi się ten pokój. - Spojrzenie Jasona objęło bla- 
dobeżową i kremową tapicerkę tapczanu i dobranego kolorem 
fotela klubowego, kolorowe dywaniki porozkładane na sosno 
wej podłodze, a następnie ladę śniadaniową, oddzielającą sa 
lonik od przyległej kuchenki. - Przytulny. 
Charlie krzywo się uśmiechnął. 
Eufemizm na "maleńki". 
Nie. - Jason napotkał wzrok Charlie'ego. - Mówię, co 
myślę. To prawdziwy dom. - Podszedł do starego pianina, 
które stało przy ścianie. - Miałem takie w mieszkaniu w Que- 
ens. 

Pan jest z Nowego Jorku? 

Skinął głową. 

background image

Tam urodzony i wychowany. - Podszedł i przyjrzał 

się 
obrazowi, nad którym Charlie pracował. - Daisy. - Przekrzy 
wił głowę. - Myślę, że uchwycił pan podobieństwo. 
Błękitne oczy Charlie'ego rozjaśniły się. 
To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. 
To niesprawiedliwe - zaprotestowała Daisy. - Nie pozwoli 
mi nawet rzucić na niego okiem. 
Jason uśmiechnął się blado, dalej wpatrując się w obraz. 
Rozumiem, dlaczego. - Spojrzał na Charlie'ego. - Proszę 
sobie nie przeszkadzać. 
Pracowałem nad tłem. Do pracy nad postacią potrzebna 
mi jest Daisy. - Jego spojrzenie wróciło tęsknie do obrazu. - 
Może kiedy wrócicie ze spaceru... 
Dlaczego nie teraz? - Jason dał Daisy znak ręką, żeby 
weszła na podwyższenie. - Nie mam dzisiaj ochoty na górską 
wspinaczkę. Róbcie to, co robilibyście normalnie, a ja pokręcę 
się po domku i popatrzę. Nigdy nie widziałem artysty przy 
pracy. 
Charlie popatrzył z powątpiewaniem. 
Jest pan pewny? 
Jestem pewny. - Jason uśmiechnął się zdumiewająco ła 
godnie, gdy patrzył na starszego mężczyznę. - Proszę ją malo 
wać. Jest widocznie cholernie inspirującym tematem. - Od 
wrócił się i ruszył do kuchenki. - Nie będzie wam przeszka 
dzało, jeżeli się poczuję jak u siebie w domu? Zrobię dla nas 
kawę, podczas gdy geniusz będzie płonął, a potem może za 
gram wam jakąś nastrojową muzykę. 
Każdą, byle nie heavy metal. 

Ja zrobię kawę - powiedziała Daisy. 

Popatrzył na nią przez ramię. 
-1 będziesz marnować czas, kiedy ojciec może malować? Za 
kilka godzin będziemy musieli wyruszyć do teatru. - Poszedł 
do kuchenki i zaczął otwierać szafki. - Ja zrobię kawę. 
Daisy spojrzała na niego niepewnie. Jason wtargnął do 
domku, oczarował Charliego i wśliznął się do ich gospodar-
stwa, wszystko w ciągu kilku minut. 
 

background image

Jeżeli wolisz nie... - powiedział Charlie z wahaniem. - 
Wiem, że planowałaś co innego. 
Nie, w porządku. - Weszła na podwyższenie i usiadła na 
krześle, dalej patrząc na Jasona poruszającego się po kuchen 
ce. - Nic nie szkodzi. 
Zachowanie Jasona w ciągu następnych kilku godzin zdumiało 
Daisy. W jakiś sposób zdołał pozbyć się aury ważniaka, jaka 
go otaczała i stał się sympatyczny i bezpretensjonalny. Zrobił 
kawę i podał ją, usiadł do pianina i zagrał kilka utworów 
Chopina. Potem usiadł po turecku na podłodze przed 
podwyższeniem i w milczeniu obserwował, a godziny mijały. 
Dopiero kiedy Charlie skończył pracę, zaczął prowadzić 
zdawkową rozmowę do czasu, kiedy nadeszła pora, by Daisy 
przebrała się i pojechała do teatru. 
Podoba mi się - szepnął Charlie do Daisy, zanim wyszli. - 
Przyprowadź go jeszcze. 
Zobaczymy. - Pocałowała go lekko w policzek i ruszyła za 
Jasonem ku mercedesowi. 
Krzywisz się. - Jason przytrzymał dla niej drzwi po stronie 
pasażera. - Myślałem, że dobrze się zachowywałem. 
Nie lubię oszukiwać Charlie'ego. 
To był twój pomysł. 
Wiem, ale nie musiałeś... 
Słuchaj. - Patrzył jej prosto w twarz. - Podoba mi się twój 
ojczym. Jedyny kit, jaki mu wciskałem, to historyjka, którą 
chciałaś, żebym mu opowiedział. Reszta była zupełnie natu 
ralna. 
Naprawdę? 
Uśmiechnął się i pokiwał głową. 
Przypomina mi mojego pierwszego nauczyciela fortepia 
nu. Może jest trochę łagodniejszy. Nie sądzę, że biłby mnie po 
palcach za fałszowanie. 
Nie, Charlie nie skrzywdziłby nikogo. 
Ty też nie. - Jego twarz złagodniała, gdy potrząsnął głową 
z rezygnacją. - Co za para. 
 

background image

Poczuła nagle dziwne ciepło, gdy patrzyła, jak obchodzi 
samochód i siada za kierownicą. 

Nie sądzę, żebyś był tak cyniczny, jak chciałbyś, 

ż

ebym 

myślała. 
Wzruszył ramionami. 

Może to zaraźliwe. Zapewniam cię, że nie jestem taki 


nikim innym. - Włączył silnik i odjechał od krawężnika. - Ale 
skoro uważasz, że mam jeszcze jakieś szansę na zbawienie, 
może się rozluźnisz, gdy następnym razem znajdę się w jed 
nym pokoju z Charlie'em. Byłaś spięta przez cały czas, kiedy 
tam byłem. Powiedziałaś kiedyś, że sądzisz, iż można mi ufać. 
Chyba nie zrobiłem dzisiaj nic takiego, żebyś zmieniła 
zdanie? 
Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu i ponownie 
odczuła to dziwnie słodkie ciepło płynące w niej. 

Nie - powiedziała łagodnie. - Nie zrobiłeś dzisiaj nic, 

co 
by to zmieniło. 
 

background image

 

To moje ulubione miejsce. - Daisy westchnęła z zadowo 
leniem, siadając na trawie i spoglądając ku pokrytym śniegiem 
górom, a następnie w stronę wioski znajdującej się poniżej. - 
Czy ten widok nie jest cudowny? 
Poczekaj chwilę. Jak przestanę dyszeć, to ci powiem. - 
Jason usiadł koło niej i oparł się o głaz. - Nie ostrzegłaś mnie, 
kiedy wyruszaliśmy, że będę musiał wspinać się na górę, żeby 
podziwiać taki widok. 
To tylko mała górka. Niewiele więcej niż pagórek. - 
Spojrzała na niego z niepokojem i odprężyła się, gdy zobaczła, 
ż

e nawet się nie zadyszał. - Żartujesz? 

Uśmiechnął się blado, patrząc na jej twarz. 
Jesteś bardzo spostrzegawcza. 
Ale czy nie warto było się wspinać? - Zatoczyła ręką krąg. 
- Czy to nie piękne? 
Promienne. - Jego spojrzenie było utkwione w jej twarzy. 
Przeniósł je na dolinę poniżej. - Widok też jest dobry. 
Zarumieniła się i przez chwilę poczuła się nieswojo. Po raz 
pierwszy w ciągu minionego tygodnia Jason powiedział coś, 
co można było określić jako osobiste. Zdawała sobie sprawę z 
seksualnego podtekstu, ale był on jak muzyka grana w oddali, 
której akordy słychać tylko od czasu do czasu. 

Nie chowaj się w sobie. - W dalszym ciągu spoglądał 


dolinę. - Myślałem, że jesteśmy wystarczająco dobrymi przy 
jaciółmi, żebym nie musiał uważać na każde słowo. 
Była głupia. Oczywiście, że są przyjaciółmi. Nigdy by nie 
uwierzyła w to, że zdoła się zaprzyjaźnić z Jasonem Hayesem 
po tym burzliwym początku, ale jakoś tak się właśnie stało. W 
ciągu ostatnich dni stwierdziła, że jest zabawny i bystry, z 
ironicznym poczuciem humoru, które często skierowane było 
przeciw niemu samemu. Praktycznie wprowadził się do ich 
domku, a Charlie i on stawali się sobie bliżsi z każdym dniem. 
Kilka razy nawet wracał do domku, by spędzić wieczór z jej 
ojcem po odwiezieniu jej do teatru. 
 

Przepraszam. - Uśmiechnęła się i odprężyła. - Przypo 

mniał mi się ten pierwszy wieczór, kiedy przyszedłeś za kuli 
sy. Przestraszyłeś mnie. 

Ale już się nie boisz? 

Potrząsnęła głową. 

Tak naprawdę, to nie ciebie się przestraszyłam. Jesteś 

bardzo dobry. 
Podniósł brwi. 

Nie wiem, czy mam się czuć zadowolony, czy 

obrażony. 
Raczej lubię onieśmielać. 
Zachichotała. 

No cóż, nie wyszło ci. 

Jego uśmiech zniknął, a oczy błysnęły lodowa zielenią, gdy 
zapytał łagodnie: 

Czy to wyzwanie? 

Poczuła gwałtowny żar i drżenie. -Nie. 

To dalej istnieje, wiesz - powiedział cicho. - Tak 

samo 
silne, tak samo gwałtowne. Tyle, że chwilowo nad tym panuję. 
- Przerwał. - To tylko ostrzeżenie, między przyjaciółmi. 
Nagle zdała sobie przejmująco sprawę z fizycznej obecności 
mężczyzny obok niej. Z wiatru, który zwiewał ciemne włosy 
Jasona z jego czoła, ze słonecznego światła na jego opalonej 
skórze, ze sposobu, w jaki miękka tkanina spłowia-łych 
dżinsów opinała jego dobrze umięśnione uda, z mocy i siły 
jego dłoni. 
Przełknęła ślinę i szybko ponownie popatrzyła na dolinę. 
Rozpaczliwie chciała zmienić temat. 

Spodobał mi się twój brat. Nie jesteście do siebie zbyt 

podobni. 
Milczał przez chwilę, jakby zastanawiając się, czy za-
akceptowawć ten unik, i wreszcie powiedział: 

Wiem. Eric twiedzi, że przejąłem cechy pradziadka, 

który 
był Apaczem - powiedział Jason. - Mój brat posiada cały 
wdzięk i talent do robienia interesów, a wszystko, co ja mam, 
to muza szepcząca mi do ucha, zamęczająca mnie na śmierć. 
 

background image

Ale nie zamieniłbyś się z nim? 
Nie, muzyka jest wszystkim. - Przez chwilę jego głos 
brzmiał gorzko. - Musi być. 
Co masz na myśli? 
Tylko to, co powiedziałem. - Zmienił temat. - Nic dziwne 
go, że siła twojego głosu jest tak duża, że całkowicie wypełnia 
on teatr. Cała ta wspinaczka musi powiększać ci płuca. 
Trochę, a ruch pomaga walczyć ze stresami. - Zmarszczy 
ła nos. - Fantyna nigdy nie była dla mnie łatwą rolą. 
Dlaczego? 
Ponieważ ja miałam szczęście - powiedziała po prostu. - 
Fantyna cierpiała rozczarowanie, została opuszczona przez 
kochanka, rozdzielono ją z dzieckiem, straciła wszystko, dla 
czego warto było żyć. Trudno mi jest się z nią utożsamić. - 
Zerwała źdźbło trawy i zaczęła je w zamyśleniu przeżuwać. - 
Bóg dał mi głos, co jest dla mnie największą radością, a 
potem 
dokończył dzieła, dając mi kochających rodziców. Nie cier 
piałam aż tyle, by móc zagrać Fantynę dobrze. 
Straciłaś matkę. 
Ale był Charlie, który mnie wspierał i opiekował się mną. 
I kochał mnie - dodała łagodnie, spoglądając w dolinę. - Czy 
znasz tę linijkę z piosenki Fantyny: "Ale tygrysy nadchodzą 
nocą"? 
-Tak. 
No więc do mnie tygrysy nigdy nie przyszły. - Zaśmiała 
się niepewnie. - Na razie. - Spojrzała na niego z zaciekawie 
niem. - Czy do ciebie przyszły, Jasonie? 
O, tak. - Podciągnął kolana i objął je rękami. -1 nocą, i w 
dzień. 

Przykro mi. 

Kiwnął głową. 

Wiem. - Jego spojrzenie powędrowało na jej twarz. - 

Chciałbym móc ci powiedzieć, że do ciebie nigdy nie przyjdą, 
ale do każdego z nas kiedyś przychodzą. 

Nie jestem tak naiwna, by sobie z tego nie zdawać 

sprawy. 
- Zamknęła oczy i zadrżała szepcząc: - Boże, czasem tak się 
boję. 
Zamarł. 

Co się dzieje, Daisy? 

Przez chwilę czuła nieodpartą pokusę, by mu powiedzieć. Stali 
się sobie tak bliscy pod wieloma względami w ciągu tych 
ostatnich kilku dni, a czasami czuła się tak osamotniona w 
swoim oczekiwaniu, że zwierzenie się komuś sprawiłoby jej 
ogromną ulgę. Ale nie mogła iść na łatwiznę. Obiecała Char-
lie'emu i mogła to być ostatnia obietnica, jaką mu dała. Otwo-
rzyła oczy i uśmiechnęła się z wysiłkiem. 
Nic. Mówiłam ci tylko, dlaczego trudno mi grać Fantynę. 
Jego spojrzenie skupiło się na jej twarzy. 
Nie, to coś więcej. 
Wstała. 
 
Czas, żebyśmy wrócili do domu. Dzisiaj mam wolny 
wieczór i obiecałam Charlie'emu, że mu popozuję. - Otrzepała 
dżinsy i ruszyła ścieżką w dół. - Nie martw się, schodzi się o 
wiele łatwiej. 
Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać? 

Mogłabym zadać ci to samo pytanie. - Spojrzała mu 

prosto w oczy. - Tak naprawdę, to ty nigdy nie mówisz o 
sobie. 
Dziennikarze mają rację. Jesteś tajemniczym oryginałem. 
Zaczął kontrolować wyraz twarzy. 
Nie mam wiele do opowiadania. 
Nie możesz oczekiwać zwierzeń, jeżeli sam nic nie mó 
wisz. 
Zaśmiał się krzywo. 

A co będzie, jeżeli otworzę przed tobą swoją steraną 

duszę? 
Zawahała się, patrząc mu prosto w twarz. Był jednym z 
najbardziej skomplikowanych i fascynujących mężczyzn, ja-
kich kiedykolwiek znała, i nagle zdała sobie sprawę, że 
ogromnie pragnęła się dowiedzieć, jakie okoliczności ukształ- 

 

background image

towały człowieka, jakim był Jasonem Hayesem. Ale nie za 
cenę złamania słowa danego Charlie'emu. Wyczytał 
odpowiedź w jej spojrzeniu. 

Nie sadziłem, że będziesz chciała się targować. - 

Wzru 
szył ramionami. - W porządku, nie ma sprawy. Uznamy to za 
przerwę w dyskusji. Żadnych pytań. 
Powoli się odwróciła. 

Daisy. 

Popatrzyła do tyłu, by stwierdzić, że nadal siedzi tam, gdzie go 
zostawiła. 

Daj mi znać, kiedy twoje tygrysy nadejdą, to pomogę 

ci z 
nimi walczyć. 
Potrząsnęła głową. 

Kiedy przyjdą, będę musiała sama je zwalczyć. - 

Uśmie 
chnęła się. - Tak samo jak ty. 
Wstał. 
A jednak mnie powiadom. 
Może. - Uczuła nagłą pustkę, gdy przypomniała sobie, że 
ich wspólnie spędzony czas już się prawie kończy. - Jeżeli 
będziesz w pobliżu. 
Będę w pobli... - Przerwał i przez dłuższą chwilę milczał. 
 
Znajdę sposób, żeby być przy tobie. - Zaczął iść za nią w dół. 
Zadzwoń do mnie. 

To nic niewarte! - Charlie rzucił pędzlem i odwrócił 

się od 
sztalug. - Nie wiem, po co próbuję. To gówno warte. 
Daisy wstała i zeskoczyła z podwyższenia. 
Co się dzieje? Byłeś przecież taki zadowolony. 
Bo jestem głupcem. - Twarz Charlie'ego wyrażała cier 
pienie. - Ponieważ oszukuję samego siebie. 
Mnie się on podoba, Charlie. - Jason wstał od pianina, na 
którym przez ostatnią godzinę grał łagodne melodie. - A nie 
uważam się za głupca. 
Podoba ci się, bo przedstawia Daisy - oschle powiedział 
Charlie. - Myślisz, że tego nie wiem? Tak samo męczą mnie 

twoje kłamstwa, jak moje własne. - Przeszedł przez pokój i 
wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. 
Czy mam pójść za nim? - zapytał Jason. 
Nie, zostaw go. Nie lubi towarzystwa, kiedy jest w takim 
stanie. - Daisy skrzyżowała ręce, żeby powstrzymać ich drże 
nie. Czuła się tak obolała i załamana, jakby cierpienie Charlie- 
'ego było jej własnym. - Od czasu do czasu wybucha. Artysty 
czna dusza. Pójdzie na daleki spacer, zatrzyma się w barze i 
wypije parę drinków, a potem wróci do domu. Przejdzie mu, 
nim wróci. Przechodzi teraz trudny okres. 
 
Czy mogę pomóc? 
Potrząsnęła głową. 
Powiedz mi, czy ten mój portret jest coś wart? 
Jason zawahał się. 
Nie jestem krytykiem sztuki. 
Daisy westchnęła. 
Nie jest dobry. 

Tego nie powiedziałem. Nie znam się na stronie 

technicz 
nej, ale jest pełen uczucia, pełen... miłości. 
Daisy poczuła łzy piekące pod powiekami. 
Tak, jest bardzo dobry w miłości. - Jej oczy jaśniały jak 
klejnoty, gdy spojrzała na niego. - To niesprawiedliwe, wiesz. 
Przez całe swoje życie chciał tylko jednej rzeczy, stworzyć coś 
naprawdę pięknego, stworzyć coś niezwykłego. Można by 
pomyśleć, że to mu się uda... - Głos się jej załamał. - Jest takim 
dobrym człowiekiem, Jasonie. 
Wiem - powiedział łagodnie. - Charlie to świetny facet. 
Bardzo go lubię. 
Nagle poczuła, że już tego dłużej nie zniesie. Oczekiwanie , 
trwało zbyt długo, a świat wydawał się pełen bólu i niespra-
wiedliwości. Musi od tego uciec, nim ją to zdusi. 
Chodź. - Porwała szal z frędzlami i ruszyła do drzwi. - Nie 
możemy tu czekać na niego. Będzie się czuł winny, kiedy 
wróci. 
Dokąd idziemy? 

 

background image

Na przejażdżkę... Nie, na spacer. Potrzeba mi ruchu. Czu 
ję się, jakbym miała wybuchnąć. Góra. Myślę, że wejdę na 
górę. 
Jest ciemno. 
To mi nie przeszkadza. Znam ścieżkę. 
Na Boga, przynajmniej się przebierz. Podeszwy tych pan 
tofli będą się ślizgać. 
Nie szkodzi. Muszę wyjść i to zaraz. - Obróciła się przy 
drzwiach i spojrzała na niego, usiłując zapanować nad głosem. 
- Wiem, że zachowuję się jak idiotka. Nie musisz iść ze mną. 
Nie bądź głupia - powiedział ostro. - Oczywiście, że idę z 
tobą. 
Prowadziła pod górę szybkim krokiem, usiłując nie myśleć o 
niczym innym, jak tylko o stawianiu stopy za stopą, i robiąc 
co w jej mocy, by nie myśleć o udręczonym wyrazie twarzy 
Charlie'ego. 
Nim doszła do szczytu, krew pulsowała w jej żyłach, w głowie 
się jej kręciło, a płuca bolały przy każdym oddechu. 
Stała na szczycie i spoglądała w dół na światła domów w 
dolinie. Charlie prawdopodobnie jest teraz w barze, cicho 
rozmawia z barmanem, sącząc piwo, czując się zniechęcony 
i... 
Ale teraz nie mogła myśleć o Charlie'em. To było zbyt 
bolesne. Odwróciła się do Jasona, który właśnie dochodził na 
szczyt. 
Spójrz na światło księżyca na jeziorze - powiedziała. - 
Wolę światło słoneczne, ale nie mogę zaprzeczyć, że księży 
cowe ma swój urok. Co jest w świetle na wodzie? Poeci o tym 
mówią. Choreografia baletów jest tak układana, by wychwalać 
jego piękno. Można by pomyśleć, że... 
Cicho. - Jason ciężko oddychał, ale słowo to zostało 
wymówione precyzyjnie. - Paplasz, a to nie jest do ciebie 
podobne. 
Paplasz, brzmi jak taplasz, a to też słowo związane z 
wodą. - Nawet dla niej samej jej głos brzmiał gorączkowo, a 
słowa przelewały się, płynąc w noc. - W słowach jesteś bardzo 
 

dobry. Często myślałam, że twoje słowa w piosenkach poru-
szają nas wszystkich. 
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią. 
Co się, do cholery, z tobą dzieje? Wiem, że denerwujesz 
się Charlie'em, ale histeryzujesz. 
Naprawdę? - Odwróciła się, by popatrzeć na góry i w 
panice poczuła, że ponownie wypełnia ją pustka. - Pewnie 
masz rację, ale są chwile, kiedy... - Nagle oparła głowę o jego 
pierś. - Czy będziesz się ze mną kochać, Jasonie? 
Poczuła, jak tężeje. 
-Co? 
Była równie jak on zdziwiona swoim pytaniem. Nadeszło 
znikąd, zrodzone ze smutku i desperacji. A jednak, mimo 
szoku i fali panicznego strachu, które przyszły zaraz potem, 
nie żałowała swoich słów. Jason mógł zmniejszyć ból i ode-
pchnąć nadchodzącą ciemność. 
Ja nie żartuję. Chcę czuć, że żyję. Chcę zapomnieć... - 
Przerwała i podniosła głowę, by popatrzeć na niego. - Powie 
działeś, że... No cóż, może już mnie nie chcesz. Zrozumiem, 
jeżeli nie chcesz tego robić. 
Ależ oczywiście, że chcę - powiedział oschle. - Jestem 
gotów rzucić cię na ziemię i wziąć cię. Ale nie wiem, czy 
potrafię. 
Dlaczego nie? Powiedziałam, że chcę, byś to zrobił. 
Stwierdzam, że zostało mi jeszcze trochę skrupułów. - 
Jego twarz wyglądała ponuro w świetle księżyca. - Z jakiegoś 
powodu jest tak, jakbyś była zamknięta w skorupie. 
Zbliżyła się i oparła twarz o jego czarny, kaszmirowy sweter. 
Słyszała bicie jego serca i czuła fale ciepła płynące z jego 
dużego ciała. Życie. Bezpieczeństwo w obliczu tygrysów. 
Czuję się dobrze. 
Nie pieprz - powiedział chrapliwie. 
Gdy ocierał się o nią, czuła jego nabrzmiały członek. 

Potrzebuję cię. 

Jego serce zabiło mocniej. 

Wierzę ci... Tutaj? 

background image

Jej własne serce uderzyło gwałtownie. Dalej przyciskała 
policzek do jego ciała. 
Tak. Tutaj i teraz. Zrobisz to? 
Gdybym był miłym facetem jak Eric, powiedziałbym 
"nie". - Odepchnął ją i spojrzał beztrosko. - Ale co, do chole 
ry? Nie jestem aniołem i zawsze wykorzystywałem takie 
chwile. Bóg wie, że może nigdy nie będziemy mieć nic więcej. 
- Zdjął sweter i rzucił go na ziemię koło nich. - Zbyt cię 
pragnę, by grymasić na temat sposobu, w jaki cię zdobędę. - 
Rozpiął koszulę, zdjął ją i rzucił na sweter. - Zdejmij sukienkę. 
Jej agresywność zniknęła i nagle poczuła onieśmielenie. Stała, 
wpatrując się w niego z płonącymi policzkami. 

Mam to zrobić? 

Nie czekał na odpowiedź, zbliżył się i zaczął rozpinać 
maleńkie guziczki na gorsecie sukienki. 
To dziwne, jak czuje się mężczyzna, mając do czynienia z 
suknią z dawnej epoki. 
Jak się czuje? 
Chwyciła powietrze, kiedy musnął dłonią jej pierś. Jego palce 
sprawnie rozprawiały się z guzikami. 

Jak bandyta z innej epoki - powiedział łagodnie. - 

Taki, 
który nie przestrzegał żadnych zasad, kiedy pragnął kobiety. 
Przez te wszystkie godziny w domku, kiedy siedziałem i pa 
trzyłem, jak ojciec cię maluje, myślałem, jak chciałbym to 
robić. Miałem już różne halucynacje. - Rozpiął ostatni guzik i 
utkwił wzrok w jej piersiach wychylających się z rozpiętego 
gorsetu. - Na temat tego, jak chciałbym zdjąć z ciebie tę 
suknię 
i usiąść w tym dużym krześle na podwyższeniu z tobą na 
kolanach. Jak chciałbym rozłożyć twoje nogi i ocierać się o 
ciebie. - Odchylił materiał gorsetu i spojrzał na jej piersi. 
Odetchnął gwałtownie. - Cholera. 
Nie mogła oddychać ani zapanować nad drżeniem. Letni wiatr 
owiewał jej napięte sutki, ale nie czuła chłodu. Jego słowa 
działały jak afrodyzjak, podobnie jak jego spojrzenie 
skierowane na jej ciało. 

Wziął jej piersi w swoje duże, ciepłe dłonie. Przygryzła dolną 
wargę, by nie krzyknąć. 
Ich spojrzenia spotkały się, gdy tak ściskał i puszczał, ściskał i 
puszczał, rytmicznie, łagodnie i władczo. 

Myślałem, że ci się to spodoba. Wyobrażałem sobie, 

jak 
będziesz się wić i ocierać o mnie. - Zniżył głowę i chwycił 
sutek wargami. Ssał silnie, łapczywie, ciągnąc pierś zębami. - 
Ż

e pozwolisz mi ze sobą robić wszystko, co zechcę. 

Bezwiednie wygięła się do tyłu i delikatnie jęknęła. 

Pozwolisz mi? - zamruczał. - Powiedz. 

Nie mogła zrozumieć jego słów; żar ogarnął całe jej ciało. 
Powiedz mi. 
Tak... 
Przyciągnął ją bliżej. Ciepło jego nagiej klatki piersiowej było 
zmysłowym szokiem w zetknięciu z jej sutkami. Wyrwał się 
jej kolejny jęk, gdy powoli ocierał ją o swoje ciało, tam i z 
powrotem. 

O, tak - powiedział ochryple. - Czuj mnie, poznaj 

mnie. 
Jego ręce przesunęły się z jej bioder ku włosom. Wyjął 
grzebyki, które utrzymywały fryzurę. Jego palce zanurzyły się 
w miękkim gąszczu. 

Twoje włosy... Chciałem to robić tyle razy... 

Chciałem 
owinąć je dookoła siebie, zatopić się w nich, zatopić się w 
tobie. 
Szybko ją rozebrał i niecierpliwie rzucił na ziemię. Poczuła 
zapach ziemi i roślin, poczuła chłód trawy. 
Ż

ycie, jeszcze raz. Noc kipiała, płonąc wibrującym życiem, a 

ona chciała się go uchwycić, tego wszystkiego, zanim się jej 
wymknie. 
Stal, patrząc na nią, szybko zdejmując resztę ubrania. 

Niech ci się przyjrzę. Rozłóż nogi - błagał chrapliwie. 

Powoli rozsunęła uda. Czuła, jak patrzy na jej kobiecość, 
wrażliwą na niego. Mięśnie jej brzucha kurczyły się i czuła, 
jak nabrzmiewają jej piersi, gdy na niego patrzy. Był olbrzy-
mim mężczyzną, przygniatającym, a ona nigdy nie czuła się 
bardziej naga niż w tej erotycznej, poddańczej pozycji. 
 

 

background image

Padł na kolana i poruszał się między jej udami. Dłonie 
masowały jej przeponę powodując, że piersi nabrzmiewały 
jeszcze bardziej, choć ich nie dotykał. Pomyślała nieprzytom-
nie, że oczekuje tego dotknięcia. Chciała być przez niego 
zjedzona, pochłonięta. 

Czy chcesz mnie? - zapytał ochryple. - Jeżeli nie, to 

powiedz to teraz. Już się nie cofniesz, kiedy będziesz moja. 
Cholera, chyba już nie zapanuję nad sobą, kiedy raz zacznę. 
Moja. Poczuła dreszcz strachu na myśl o władczości tego 
słowa. Otello. To nie był zgorzkniały, błyskotliwy mężczyzna, 
który stał się jej przyjacielem w ciągu ubiegłego tygodnia. W 
ś

wietle księżyca stał się dzikim, zmysłowym wojownikiem. 

Pochylił się do przodu i jego ciepły język dotknął jej brzucha. 

Szybko - mruknął. - Żadne z nas nie może czekać. 

Czy 
chcesz, żebym wszedł w ciebie? - Przesunął się dotykając, ale 
nie wchodząc do środka. - Czy chcesz? 
Płonęła, pijana pożądaniem i lekkomyślnie zarzuconą 
ostrożnością. 

Tak. O, tak. 

Zanurzył się w jej głębi. Krzyknęła wyginając się. Pełnia, 
nabrzmienie, ciepło. 

Jason. 

Zamarł. 
Boże, dlaczego mi nie powiedziałaś? Czy cię zraniłem? - 
Jego zęby zacisnęły się. - Głupi. Oczywiście, że cię zraniłem. 
Nie, to nie... - Jej dłonie zacisnęły się na trawie. - Jestem... 
Och, proszę cię, dalej! 
Jego twarz wyrażała cierpienie. 

Już za późno, żebym zrobił cokolwiek innego. Nie 

mogę 
przestać. Postaram się być delikatny - powiedział. - Po prostu 
musiałem stać się częścią ciebie. - Wycofał się i powrócił, 
ustalając powolny rytm. - Zawładnęłaś mną. Całym. Widzisz, 
jak dobrze pasujemy? Czy czujesz mnie? 
Każdy centymetr, cale ciało. Paznokciami rozgrzebywała 
ziemię. 
 

background image

-Tak. 

Podoba ci się? - Jego biodra poruszały się koliście. Z 

trudem łapała powietrze, gdy on odkrywał nowe głębie. - 
Chcę, żebyś to pokochała. - Zapomniał o delikatności i zanu 
rzał się gwałtownie, mocno, głęboko. - Jęcz dla mnie. Niech 
cię usłyszę. Chcę tego wszystkiego. 
Jęczała. Nie mogła nic na to poradzić. Gwałtownie podniosła 
się do góry, próbując zrównać się z jego rytmem, usiłując 
dotrzymać mu tempa, ale był zbyt gwałtowny, zbyt silny, za 
bardzo podobny do namiętnego ogiera. Mogła go tylko 
trzymać i pozwolić mu poruszać się na niej. Jego dłonie zata-
czały kręgi i chwyciły jej pośladki, podnosząc ją przy każdym 
ruchu. 
Napięcie rosło. Słyszała swój głos, błagający go o więcej. 
Jego pierś podnosiła się i opadała z chrapliwym oddechem, w 
miarę jak się poruszał, jasne oczy świeciły dziko w ciemno-
ś

ciach, rozjaśnionych światłem księżyca, rysy twarzy były 

jakby ściągnięte bólem. 

Daj mi ją. - Jego zęby były zaciśnięte, a oczy wpół 

przymknięte. - Teraz! 
Napięcie minęło, a wyzwolenie było równie wstrząsające jak 
to, co się działo przedtem. Krzyknął i przycisnął ją mocno, 
prawie raniąc ją siłą swojego uścisku. 
Minęła chwila, nim się poruszył, a kiedy podniósł głowę, 
oczekiwał ją nowy szok. Namiętność minęła, a wyraz jego 
twarzy... 
Czułość, zdumienie, bezradność. Podniósł rękę i głaskał jej 
zmierzwione włosy, odgarniając je z twarzy z niezwykłą ła-
godnością. 

W porządku? 

Skinęła głową, patrząc mu w twarz. Był to wrażliwy, łagod-
niejszy Jason Hayes, człowiek, którego istnienie w jakiś spo-
sób wyczuwała pod maską twardości, ale którego nigdy nie 
widziała. Dziwnie się czuła, rozpalona, wypełniona radością 
i... i czymś więcej. Czym? Czymkolwiek było to uczucie, 

background image

znajdowało się ono tuż poza zasięgiem, zagubione w mgiełce 
zaspokojonej namiętności, która ich spowijała. 
Przerzucił jej włosy nad ramionami i udrapował je na pier-
siach. Następnie położył policzek na jedwabistej poduszce i 
delikatnie pieścił. 

Jeszcze jedno marzenie - wymamrotał. - Boże, ależ 

masz 
piękne włosy. - Czule pocałował jej sutek przez pasemka 
włosów. - Wśród innych, równie ślicznych, aspektów twojej 
anatomii. 
Sutek zareagował stwardnieniem, a on uśmiechnął się za-
chwycony i zniżył usta, by go delikatnie muskały. 

Na przykład ten jest dla mnie absolutnie czarujący. - 

Dmuchał na wystający koniuszek i uśmiechnął się ponownie, 
gdy ten stwardniał. - Daisy, kochanie, możesz wyglądać jak 
anioł, ale masz niewątpliwie lubieżne instynkty. 
Kochanie. Z jakiegoś powodu to lekko wypowiedziane słowo 
zraniło ją. 

Nie masz zamiaru zejść ze mnie? 

To chyba strata czasu. A poza tym, podoba mi się 

tutaj. 
Jej również się to podobało. Jego ciężar zdawał się cudow 
nie pasować do jej ciała. 

Musimy wracać. Charlie... 

Jego uśmiech zgasł. 

No tak, świat wzywa. - Zsunął się z niej i położył 

obok. - 
Czy powiesz mi, o co tu właściwie chodzi? Trudno powie 
dzieć, żebym oczekiwał, że zostanę uwiedziony przez dziewi 
cę. - Jego usta skrzywiły się. - Do diabła. W ogóle się nie 
spodziewałem, że jesteś dziewicą. Na litość boską, masz już 
dwadzieścia cztery lata. 
Czuła się osamotniona bez niego. Chciała, by z powrotem 
znalazł się na niej. 

Mam zawód. Jestem zapracowana. Wydawało mi się, 

ż

ci to nie przeszkadzało. 
Jego spojrzenie zaborczo ogarnęło ją. 

Cholera, pewnie, że nie. To... mi się podobało. - 

Wyciąg 
nął rękę, by dotknąć jej włosów, ale przerwał i ręka opadła 
 

obok ciała. - Ale nie pochlebiam sobie, że to właśnie ja byłem 
przyczyną, dla której nagle zdecydowałaś, że nadszedł czas, 
by przestać być dziewicą. Nawet nie próbowałem cię podnie-
cić. 
"Mężczyzna tak pociągający jak ty nie musi próbować" -
pomyślała smętnie. Wszystko, co musiał robić, to być sobą. 
Nie wiem, o co ci chodzi. 
Myślę, że wiesz. - Wyraz jego twarzy nie był już bezrad 
ny, wyglądało, że znowu go kontroluje. - Dzisiaj to nie ja 
rzuciłem cię do swych stóp, ale jest diabelnie pewne, że coś 
mnie wyręczyło. 
Zesztywniała, odsunęła się od niego i usiadła. 

To zupełnie oczywiste, prawda? - zapytała od 

niechcenia. 

Sam mówiłeś, że przyciągamy się fizycznie. Jesteś 

bardzo 
atrakcyjnym mężczyzną. Jestem zdumiona, że tak długo wy 
trzymałam. 

Gówno prawda. - Jego odpowiedź była krótka i 

treściwa. 

Do cholery, coś jest nie tak. 

Wstała i zaczęła się ubierać. 

Oczywiście, że coś było nie tak. Denerwowałam się o 

Charlie'ego. 
Dlaczego? - Poszukał spojrzeniem jej twarzy. - Sama 
powiedziałaś, że przejdzie mu, nim wróci do domu. 
Tak, przejdzie mu. - Włożyła sukienkę i szybko zapięła 
gorset, nim włożyła czarne baletki. Rozejrzała się po ziemi, 
ale nie mogła znaleźć grzebyków, które Jason wyjął jej z 
włosów, więc przeczesała włosy palcami, żeby trochę je upo 
rządkować. - Ale już czas, żebym do niego wróciła. 
Jeszcze nie. - Stał na trawie, tam gdzie przedtem. - Poroz 
mawiaj ze mną. 
Powiedziałam ci... - Przerwała i schyliła się, by podnieść 
szal leżący na ziemi. - Dlaczego mnie przesłuchujesz? Sam mi 
powiedziałeś, że seks będzie formą terapii. Jak to powiedzia 
łeś? "Tylko igraszki na sianie, żeby się otrząsnąć." Żadnych 
zobowiązań i... 

background image

Cholera, to były twoje słowa i wiesz, że teraz tak nie jest 
- Jego głos był chrapliwy z wyczerpania. - Zależy mi na tobie. 
Chcę ci pomóc. Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać? 
Nie ma nic do mówienia. 
Jego uśmiech był zabarwiony goryczą. 

Mogłabyś mi powiedzieć, dlaczego mnie 

wykorzystałaś. 
Zaszokowało ją to słowo. 

Nie wykorzystałam cię. - A jednak nagle zdała sobie 

sprawę, że to nieprawda. Wykorzystała go, by odsunąć ból, 
chociaż nie miała takiego zamiaru. - Zresztą, może. Ale nie 
bardziej niż ty wykorzystałeś mnie. 
Wstał i zaczął się ubierać. 

Czy czułaś się wykorzystana, Daisy? 

Pamiętała chwilę, gdy dotknął z niezwykłą czułością jej 
policzka i radość, jaką wtedy poczuła. Czuła się pochłonięta, 
doceniana, zawładnięta. Wykorzystana? Nigdy. 

Nie. - Teraz, gdy go już nie dotykała, zaczynała 

odczuwać 
chłód nocy. Cofnęła się i owinęła szalem. - Możemy już 
wracać? 
Przez sekundę zdawało się jej, że wygląda na dotkniętego, ale 
to minęło. 

Oczywiście. - Wciągnął przez głowę sweter i 

poprawił go 
na biodrach. - Dlaczego nie? - Z kpiną wskazał ścieżkę. - Ty 
pierwsza. 
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, po czym zamknęła je i 
ruszyła ścieżką. Usłyszała jego łagodny głos. 

Ale powinnaś zdawać sobie sprawę, że to jest ostatni 

raz, 
kiedy pozwalam ci prowadzić. Odtąd przejmuję inicjatywę. 
Popatrzyła na niego znużona. 

O co ci chodzi? 

Uśmiechnął się krzywo. 

Chodzi mi o to, że jeden raz to za mało. Dla nas 

obydwoj 
ga. - Przerwał. - Chodzi mi o to, że mam zamiar dobrać się do 
ciebie przy najbliższej okazji i powtarzać to jak najczęściej. 
Czuła, że słabnie. 

Nie sądzę... 

 

Nie przejmuj się. Nie mam zamiaru poważniej 

ingerować 
w twoje życie. Wezmę, co się da. Posłuchaj. Wszystko, o co 
proszę, to żebyś co wieczór po przedstawieniu przychodziła 
do mojego pokoju w hotelu. Możemy spędzić razem kilka 
godzin, oddając się przyjemnościom, a potem odwiozę cię do 
domu. - Figlarnie podniósł brwi. - Umowa stoi? 
Spojrzała na niego niepewnie, mimo że poczuła znajomy prąd 
między udami. Kochali się tak gwałtownie, że nadal drżała i 
nie było wątpliwości, że chciała go znowu. Jak by to było, 
gdyby poznali swoje ciała i nauczyli się, jak sprawiać sobie 
przyjemność? Prawdopodobnie głupio byłoby wkroczyć na 
ś

cieżkę, która wiodła do seksualnego nałogu. Wielkie nieba, 

nie była pewna, czy już się nie znajduje na tej ścieżce. 
A jednak potrzebowała go. Przez te chwile spędzone w jego 
ramionach zapomniała o wszystkim, poza przyjemnością. 
Potrzebowała tego wyzwolenia, jeżeli miała przetrwać nad-
chodzące tygodnie. Stwierdził jasno, że nie chce stałego 
związku, ale nie było powodu, żeby nie skorzystać z pociechy, 
jaką mógł jej dać. 

Ja... nie wiem. Będę musiała to przemyśleć. 

Znowu zaczęła schodzić kamienistą ścieżką. 

Jeszcze jedno. - Nadal się uśmiechał, ale wyczuła w 

nim 
twardość, której nie widziała od pierwszych dni ich znajomo 
ś

ci. - Desdemona - powiedział. - Nie mam zamiaru cię okła 

mywać. W dalszym ciągu chcę, żebyś była Desdemona. 
Minęła złota przerwa, wróciło wyzwanie. 
Powolii potrząsnęła głową, odwróciła się i ruszyła w dół. 
Charlie siedział w swoim ulubionym fotelu klubowym na-
przeciw pianina i skrzywił się smutno, gdy Daisy weszła do 
domu. 
Zrobiłem z siebie osła, co? 
Nie. Wiem, że jest ci trudno. - Zamknęła drzwi i zdjęła 
szal. - Wszyscy wielcy artyści mają temperament. Spójrz na 
Van Gogha. Obciął sobie ucho. - Przekrzywiła głowę. - Twoje 
przynajmniej są na miejscu. 
 

background image

Dałbym ucho za jego talent. - Wyciągnął nogi przed 

siebie. - Do licha. Dałbym rękę albo nogę. Gdzie Jason? Wy 
straszył się mnie? 
Nie. - Uniknęła jego spojrzenia, wieszając szal na krześle 
w kuchni. - Poszedł na spacer, a potem wrócił do hotelu. 
Byłem dla niego niegrzeczny. 
Zrozumiał to. 
Charlie powoli skinął głową. 

To skomplikowany człowiek, ale myślę, że wiele 

potrafi 
zrozumieć. - Spojrzał na nią. - To ten jedyny, co? 
Zesztywniała. 
Jedyny? 
Ten, który przyniesie ci szczęście, jakiego ja zaznałem z 
twoja matką. - Uśmiechnął się łagodnie. - Cieszę się, że poja 
wił się teraz, Daisy. Nie bój się sięgnąć po to szczęście tylko 
dlatego, że mój żywot dobiega końca. Niczego bardziej nie 
pragnę, jak twojego szczęścia i bezpieczeństwa. 
To nie jest tak - powiedziała z wahaniem. - Jesteśmy tylko 
przyjaciółmi, Charlie. 
Potrząsnął głową. 
Nie okłamuj się. Kochasz go. Życie jest zbyt krótkie, żeby 
tracić chociaż chwilę na okłamywanie siebie. 
Nie. Ja... Mylisz się. Ja go nie... - Oczy otworzyły się jej 
szeroko, gdy prawda, która umknęła jej, gdy Jason patrzył na 
nią, nagle wyjrzała zza mgły i zaświeciła jasno. Radość i 
czułość, chęć zaspokojenia i obejmowania. Miłość. - Skąd 
wiesz? - szepnęła. 
Charlie uśmiechnął się i wstał. 

Zawsze miałem bystre oko artysty. - Jego uśmiech 

zbladł. 
- Szkoda, że nie posiadam takiego samego talentu. - Ruszył w 
stronę swojego pokoju, stanął i popatrzył na nią. Spojrzenie 
jego było pełne miłości, gdy powtórzył łagodnie: - Sięgnij po 
to szczęście, Daisy. 
Za moment drzwi pokoju zamknęły się za nim. Daisy zgasiła 
ś

wiatło i żwawym krokiem ruszyła do swojej sypialni. Jak to 

się stało? Nigdy nie miała zamiaru zakochać 
 

się w Jasonie Hayesie. Nie umiała nawet określić momentu, 
kiedy ostrożność zamieniła się w pożądanie, sympatię i uwiel-
bienie, ani kiedy przyjaźń zamieniła się w miłość. Jednak 
istniało wystarczająco dużo wskazówek. Dlaczegóż by w in-
nym wypadku zwróciła się ku niemu i poprosiła, by się z nią 
kochał? Taka agresywność zupełnie nie leżała w jej charakte-
rze. Czy wybuch Charlie'ego był tylko pretekstem, by wziąć 
to, czego chciała? Nawet dzisiaj wieczór, gdy była już tak 
blisko prawdziwej odpowiedzi, okłamywała się. 
Nic dziwnego, że próbowała przekonać samą siebie, że nie 
była zbyt zaangażowana. Bóg jeden wiedział, że związek z 
Jasonem nie miał żadnej przyszłości. Jemu zależało na dwóch 
rzeczach: chciał ją posiąść i pozyskać jej głos dla swej 
muzyki. 
Nie, to nieprawda. Lubił ją. 
Ale nie było gwarancji, że sympatia zamieni się w miłość. 
Byłaby idiotką, wystawiając się na cierpienia związane z 
nieodwzajemnioną miłością, gdy i tak była już emocjonalnym 
wrakiem. Byłoby o wiele mądrzej nie angażować się dalej. 
"Sięgnij po szczęście" - powiedział Charlie. 
Ale jeżeli odważy się sięgnąć za wysoko, może potem upaść 
zbyt boleśnie. 
Podeszła do okna i westchnęła ciężko, opierając rozpalone 
czoło o chłodną szybę. Z natury zawsze była otwarto i optymi-
stycznie nastawiona, i korzystała z nadarzających się okazji, 
jednak ból i oczekiwanie trwały już zbyt długo. Nie wiedziała, 
czy może przestać się bronić i zaryzykować wystawienie się 
na jeszcze większy ból. Boże drogi, po prostu już nie wiedzia-
ła, co będzie najlepsze. 

background image

Cześć, Charlie. - Jason wszedł do domku bez 

pukania, jak 
to ostatnio robił, a jego spojrzenie natychmiast powędrowało 
na podwyższenie, na którym Daisy pozowała, siedząc na wiel 
kim krześle podobnym do tronu. Grzecznie skinął głową. - 
Cześć, Daisy. 
Poczuła, jak rumienią się jej policzki i mocniej chwyciła szal. 
To ten sam mężczyzna, który gwałtownie się z nią kochał, a 
teraz zachowuje się tak, jakby wymienili tylko ze sobą uścisk 
dłoni. No tak, ale czego się spodziewała? To było jej pierwsze 
doświadczenie tego typu i to, co się wydarzyło, niewątpliwie 
znaczyło dla niej więcej niż dla niego. 

Cześć, Jason. 

Odwrócił się i ruszył w stronę kuchni. 

Kawy? 

Charlie popatrzył na niego nieobecnym wzrokiem. 
-Nie teraz. 
-1 tak ją zrobię, będzie gotowa. - Zaśmiał się. - Zamieniam się 
w podkuchenną. Mój nauczyciel muzyki powiedziałby, że 
niszczenie tych rąk wstrząśnie światem muzycznym. 
Ś

wiatem dość trudno wstrząsnąć - powiedział Charlie, 

patrząc w płótno. - Dojdziesz do tego. - Przerwał i dodał z 
trudem: - Przepraszam ze wczoraj. 
Nie ma o czym mówić. - Jason włączył ekspres do kawy. 
- Wszyscy mamy prawo wybuchnąć od czasu do czasu. - 
Obszedł barek i usiadł ze skrzyżowanymi nogami na swoim 
ulubionym miejscu na podłodze na wprost podwyższenia. - 
Zgadza się, Daisy? 
Wybuch, który miał na myśli, był czysto zmysłowy. Patrzyła 
prosto przed siebie i zwilżyła wargi językiem. 

Już mówiłam Charlie'emu, że rozumiem. 

Dokładnie zdawała sobie sprawę, że Jason wpatruje się w nią 
uważnie. Serce zaczęło bić jej mocniej. Przypomniała sobie, 
co mówił zeszłej nocy, o czym marzył, gdy obserwował, jak 
pozuje. Nagle w wyobraźni zobaczyła ich nago w tym 
 

ogromnym hiszpańskim krześle, ręce Jasona na jej piersiach, 
jego biodra poruszające się... 
Jej spojrzenie bezwiednie powędrowało w stronę Jasona, ale 
gwałtownie uciekło. Jego twarz była lekko zarumieniona, a 
wzrok rażąco zmysłowy. Wiedziała, że przypominał sobie, jak 
to było, gdy był wewnątrz niej; wiedziała, że rozumie, że nie 
może znieść tego nagłego uczucia między udami. 

Przesuń głowę trochę w lewo, Daisy - poprosił 

Charlie. 
Gwałtownie odwróciła spojrzenie od Jasona i posłusznie 
przesunęła głowę w lewo. Boże drogi, chciała, żeby Jason 
sobie poszedł. Czuła, jak piersi nabrzmiewają jej pod gorsetem 
i robi się jej gorąco. 
Jakby w odpowiedzi na jej milczącą prośbę, usłyszała stuk-
nięcie, gdy Jason wstał. Ale zamiast wyjść, podszedł do piani-
na, usiadł i zaczął delikatnie grać. 
Wzruszająca melodia popłynęła perliście przez pokój, a nuty 
zaczęły kreślić w powietrzu wzory o niezapomnianym pięknie. 
Daisy jeszcze mocniej ścisnęła szal, patrząc na ciemną głowę 
Jasona pochyloną nad klawiaturą. Została przeniesiona od 
pożądania ku wyższej płaszczyźnie emocjonalnej, która nie 
była mniej intensywna. Coś ścisnęło ją w gardle i poczuła, jak 
łzy napływają jej do oczu. Piękna. Boże, jego muzyka była 
piękna. 
Nawet Charlie oderwał się od swojej pracy. 

Podoba mi się. Chyba nigdy tego nie słyszałem. 

Nic dziwnego. - Jason popatrzył Daisy prosto w oczy. - To 
z nowego musicalu na Broadwayu. Nie ma jeszcze obsady. 
Jak się nazywa? 
Ostatnia miłość - powiedział Jason. - Śpiewa to wiodący 
sopran. - Jason uśmiechnął się do Daisy, nie przerywając 
grania. - Myślę, że słowa też by ci się spodobały. 
Popatrzyła na niego bezradnie, owładnięta muzyką. 

Ładne - mruknął Charlie, wracając do malowania. 

"Nie ładne, ale hipnotyzujące, chwytające za serce, pory-
wające" - pomyślała Daisy. 
 

background image

Podoba ci się? - spytał łagodnie Jason. 
Cholernie dobrze wiedział, że jest zachwycona. 
Tak. - Próbowała zapanować nad głosem. 
Może udałoby mi się znaleźć dla ciebie nuty. 
Nie odpowiedziała. 
Chciałabyś? 
Nie. Mam ręce pełne roboty, grając Fantynę. 

No cóż, jak zmienisz zdanie, to mi powiedz. - 

Odwrócił 
się do klawiatury. - Zawsze chętnie służę. 
"Jak Lucyfer służył Ewie jabłkiem z drzewa dobrego i złego" - 
pomyślała gorzko. 
Jason grał jeszcze przez godzinę. Nie ograniczył się do 
Ostatniej miłości, ale zawsze do niej wracał. 
Wreszcie Daisy nie mogła już dłużej wytrzymać. Zmusiła się 
do uśmiechu, wstając i zeskakując z podwyższenia. 
Przepraszam cię, Charlie, ale dzisiaj muszę wyjść wcześ 
niej i dać sobie przyciąć tę grzywę. - Zwróciła się do Jasona. - 
Nie musisz czekać. Pojadę sama. 
Nie ma mowy. - Jason nie podniósł wzroku znad klawia 
tury, a jego palce nadal poruszały się po klawiszach. - Nie 
mam nic innego do roboty. 
Daisy rzuciła mu udręczone spojrzenie, nim poszła do swo-
jego pokoju i zamknęła drzwi. Gdy szybko się przebierała, 
Ostatnia miłość dobiegła do niej z drugiego pokoju. 
Wybuchła, gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej odległości od 
Charlie'ego i szli w stronę samochodu. 
To nie było fair. 
Otworzył drzwi. 
Nie podobało ci się? 
Ty... To nie było fair, do cholery. 

Wiem. - Jego usta zacisnęły się. - Ale nie dałaś mi 

wybo 
ru. Od chwili, gdy wszedłem dzisiaj do waszego domu, czu 
łem, jak mnie odpychasz. 
Zaczekała, aż wsiądzie do samochodu i zapali silnik, nim 
powiedziała: 

 
Masz rację. Chciałam ci powiedzieć, że wiem, że wczoraj 
popełniłam błąd. Byłam zdenerwowana i... 
Chcesz, żebyśmy znowu byli tylko przyjaciółmi - dokoń 
czył za nią. - Nie ma mowy. 
Tak będzie najlepiej. - Patrzyła wprost przed siebie. - Nie 
umiem teraz sobie z tym poradzić. 
W takim razie nie powinnaś była zaczynać. 
Zdaję sobie sprawę, że zasadniczo to moja wina. - Usiło 
wała mówić powoli i rozsądnie. - Ale przemyślałam sprawę i 
doszłam do wniosku, że nie możemy tego ciągnąć. 
Spojrzał z uwagą na jej twarz. 
Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. 
Nie ma się o co kłócić. Moja decyzja jest ostateczna. 

Decyzje podejmuje się po to, by je zmieniać. - Gdy 

samochód ruszył, powiedział burkliwie: - Nie mogę pozwolić, 
byś mi to zabrała, Daisy. Nie po tym, jak miałem przedsmak 
tego, jak może być. 
Powiedział to w dziwny sposób. 
O co ci chodzi? 
Chodzi mi o to, że właśnie wypowiedziałaś wojnę. - Usta 
zacisnęły mu się ponuro. - A ja nie biorę jeńców. - Wciągnął 
powietrze głęboko. - Słuchaj. Nie chcę, żeby tak było. Zawrze 
my umowę. Na chwilę zapomnę o Desdemonie, ale coś muszę 
mieć. Wiem cholernie dobrze, że mogę dać ci przyjemność. 
Przyjdź do mojego pokoju w hotelu po przedstawieniu, to ci to 
udowodnię. 
Nie odpowiedziała. 

Pomyślisz o tym? 

Skinęła energicznie głową. Zgodziłaby się na wszystko, byle 
zakończyć tę scenę, która stawała się z każdą chwilą 
boleśniejsza. 
-Pomyślę o tym. 
Tego wieczoru po pierwszym akcie Jason niedbale zapukał do 
drzwi garderoby, zanim je otworzył. 

 

background image

Daisy zesztywniała i obróciła się na swoim stołku, by popa-
trzeć na niego. 

Nie spodziewałam się ciebie. Byłeś na widowni? 

Potrząsnął głową. 

Powiedziałem ci, że nie będę cię już oglądał na 

scenie. 
Gdyby nie była taka zdenerwowana, zauważyłaby natych-
miast, że nie jest ubrany w strój wieczorowy. W dżinsach i 
białej letniej koszuli wyglądał tak męsko i zmysłowo, że od 
razu poczuła, jak jej postanowienie słabnie. "To tylko hormo-
ny" - wmawiała w siebie zrozpaczona. Jeżeli chodzi o miłość, 
nie miała wyboru, ale pożądanie to zupełnie inna sprawa. 
Jeżeli będzie miała silną wolę, zwalczy ją. 
Ale, drogi Boże, hormony działały silnie. 
Odwróciła się z powrotem do lustra i poprawiła na głowie 
perukę z krótkich, kręconych włosów. Obraz w lustrze nie był 
pocieszający. W luźnej, zapiętej pod szyję, białej, bawełnianej 
koszuli, którą miała na sobie w ostatniej scenie, wyglądała 
równie bezradnie, jak dziecko. 
Zgadza się. Zapomniałam. Chociaż nigdy nie pojęłam, 
dlaczego czujesz... - Przerwała, gdy usłyszała, że zamek w 
drzwiach się obraca. Kręgosłup jej zeszty wniał, gdy spojrzała 
na odbicie Jasona w lustrze. - Rozumiem, że jest jakiś powód, 
dla którego to robisz? 
Bardzo dobry powód. Nie chcę, żeby nam przeszkadzano. 
- Podszedł do niej. - Czy miałaś zamiar przyjść dzisiaj do 
mnie 
do hotelu? 
Nie... - Przerwała i ze znużeniem potrząsnęła głową. - Nie. 
Tak też myślałem. Dzisiaj po południu zdecydowanie się 
wahałaś. - Zatrzymał się za nią i jego wzrok napotkał jej w 
lustrze. - Bądź ze mną szczera. Dlaczego nie? Przecież chcesz 
przyjść. 
Zwilżyła wargi językiem. 
Najlepiej będzie, jak... Jesteś dla mnie trochę za bardzo 
bezwzględny. 
Bo podniosłem stawkę, grając Pieśń nocy dziś po połud 
niu? To nie ma z tym nic wspólnego. - Kucnął obok jej 
 

wyściełanego stołka. - To jest na zupełnie innej płaszczyźnie. 
- Jego ciepłe usta musnęły jej kark. - Nie znoszę tej peruki. 
Zdejmij ją i daj mi popatrzeć na twoje włosy. 
Przebiegł ją gorączkowy dreszcz i poczuła się nagle słabo. 
Za dużo kłopotu. Jest przypięta i... - Wzięła głęboki od 
dech, gdy jego ręce ześliznęły się, by pomacać jej piersi przez 
luźną, białą bawełnę jej nocnej koszuli. - Nie - powiedziała. - 
Sztuka... 
Występujesz dopiero w ostatniej scenie. To jeszcze pra 
wie godzina. - Jego palce szybko rozpięły jej gorset i 
wśliznęły 
się, by dotknąć jej piersi. Pochyliła się do przodu, gdy twarde 
ciepło jego dłoni zetknęło się nagle z miękkim ciałem. - Dużo 
czasu. - Jego palce delikatnie pieściły jej sutki, przygryzła 
dolną wargę, by nie krzyknąć, gdy przeszedł przez nią ogień. - 
Wczoraj nie byliśmy na górze dłużej niż czterdzieści minut.- 
Jedną ręką zaczął wyciągać szpilki przytrzymujące perukę, 
drugą nadal bawił się nią i pieścił. - Moglibyśmy wykorzystać 
ten tapczan... 
Nie, powiedziałam ci... 
Przerwała, gdy jego ciepły język dotknął jej ucha. Kolejny 
erotyczny szok. Dlaczego nie stawiała mu oporu? Czuła, jak 
topnieje, poddaje się jego dłoniom. 
Zdjął perukę i długie włosy wysypały się spod niej. 

No, tak jest lepiej. - Podniósł długie, jedwabiste 

pasmo i 
powoli gładził nim swoje wargi. - Takie miękkie.... 
Nie wiadomo dlaczego, ten gest był nawet bardziej erotyczny 
niż równoczesne pieszczenie jej nagiej piersi drugą ręką. 
Zrobiło się jej gorąco i poddała mu się z ledwo dosłyszalnym 
jękiem. Siedziała tak, drżąca, niezdolna ruszyć się, gdy powoli 
pocierał jej włosy między swoim kciukiem a palcem wskazu-
jącym, z dłonią ukrytą w gorsecie, ze wzrokiem utkwionym w 
jej odbicie w lustrze. Szepnął: 

Spójrz na swoją twarz. Chcesz tego. - Rozsunął 

materiał 
jej gorsetu, tak że widać było bezwstydnie nabrzmiały dowód 
jego słów w lustrze. - Czyż nie jesteś piękna? 
Zamknęła oczy, ale nadal słyszała jego słowa. 
 

background image

Ale nie tutaj - szepnęła. - Nie będziemy używać tego 
tapczanu. Chcę łóżko i czas, by się tobą rozkoszować. Czy nie 
widzisz, jaki jesteś nierozsądny? 
Widzę, że usiłujesz mnie zahipnotyzować.-"I to ci się 
udaje" - pomyślał, czując się znowu całkowicie bezradny. 
Zachichotał.- To się nazywa uwiedzenie. - Jego uśmiech 
zbladł. - Chociaż hipnotyzm nie brzmi w tej chwili najgorzej. 
Przyznaję, że sam chciałbym cię zahipnotyzować, żebyś 
robiła 
to, co chcę. - Jego usta ponownie musnęły ją po karku. - 
Wszystko i cokolwiek. Czy chcesz, żebym ci powiedział, jak 
zacząłbym? 
Otworzyła oczy tęsknie, ale w dalszym ciągu się nie ruszyła. 
Nie. 
Dlaczego jesteś taka zacofana? - Jego wargi delikatnie 
pociągały pasemko włosów na jej karku. - To twój wybór. To 
ty zaczęłaś, a ja zareagowałem. 
Ale to było wtedy, zanim zdała sobie sprawę, jak bardzo go 
kcha, jaka była bezradna w stosunku do niego. 
Już nie zaczynam, powiedziałam ci... 
Ż

e to pomyłka. - Jego wargi zacisnęły się ponuro, gdy 

kończył zdanie. - Za późno. Mogłaś się wycofać wczoraj w 
nocy. Może byłoby lepiej dla nas obydwojga, gdybyś to zrobi 
ła. Ale teraz musimy ciągnąć tę grę aż do końca. 
Zaśmiała się niepewnie. 
To brzmi jak groźba. Wiem, Jasonie, że nie użyłbyś prze 
mocy. 
Nie, ale wszystkiego innego tak. Czuję w sobie dzikość. - 
Wstał, w dalszym ciągu trzymając rękę w jej włosach. - Ja się 
nie poddam, Daisy. Jeżeli nie przyjdziesz do mnie dzisiaj, 
będę tu jutro. Obawiam się, że nauczyłem się sięgać po to, 
czego chcę, i brać to. - Uśmiechnął się łobuzersko. - Zanim 
mi 
to zabiorą. 
Sięgaj po szczęście. 
Wsadził rękę do kieszeni, wyjął klucz hotelowy i umieścił go 
na toaletce. 

Będę czekać. 

 

Niewidzącym wzrokiem patrzyła na metalowy klucz, podczas 
gdy on podszedł do drzwi. 

Nie ma się czego obawiać, Daisy. - Zatrzymał się 

przy 
drzwiach. - Nie czeka cię przy mnie nic poza przyjemnością. 
Przyjdziesz? 
Nie odpowiedziała i chwilę później drzwi zamknęły się za 
nim. 
Drogi Boże, ciało jej było zbolałe od pożądania i nie umiała 
powstrzymać drżenia. Nie mogła tego znieść. Pochyliła się do 
przodu i ukryła gorącą twarz w dłoniach. Wiedziała teraz, że 
Jason nie zrezygnuje, dopóki mu się nie odda. Codzienne 
udawanie przed Charlie'em, że wszystko jest w porządku, 
było wystarczającą walką i nie była w stanie znieść konfliktu 
na innym froncie. Cóż to miało za znaczenie, jeżeli zostanie 
zraniona? Przynajmniej będzie mogła skorzystać z odrobiny 
szczęścia i zapomnienia. 
Sięgaj po szczęście. 
Gdy Daisy weszła do pokoju hotelowego, Jason leżał na 
łóżku, z głową opartą o poduszkę, a jego nagie biodra 
przykryte były tylko prześcieradłem. 
Pokój był ciemny. Paliła się tylko mała lampka i Daisy miała 
nadzieję, że nie widać, jaka jest spięta. Czuła się wystar-
czająco bezradna bez światła ujawniającego jej zdenerwowa-
nie. 
Kiedy Jason zobaczył ją w drzwiach, napięte mięśnie od-
prężyły się. 
Cholernie długo tu szłaś. 
Nie byłam pewna, czy w ogóle przyjdę. Nie mogę długo 
zostać. Muszę wracać do domu, do Charlie'ego. - Zwilżyła 
wargi językiem. - Musisz to zrozumieć. Charlie jest ważniej 
szy. Kilka godzin po przedstawienu nie odgrywa roli, ale to 
wszystko. 
Ależ rozumiem. - Uśmiechnął się krzywo. - Teraz, gdy już 
mnie ostrzegłaś, jaki jestem nieważny w twoim życiu, czy nie 
sądzisz, że mogłabyś wejść i zamknąć drzwi? 

background image

Zamknęła drzwi i wzięła głęboki oddech. 
Bardzo dziwnie się czuję. Nigdy nic podobnego nie robi 
łam. 
W takim razie lepiej będzie, jeżeli cię przekonam, że 
opłaci ci się zostać. - Odrzucił prześcieradło i wstał. 
Zobaczyła 
silne uda, sklepioną pierś, niepohamowane wzburzenie, gdy 
sięgnął po granatowy szlafrok, wiszący na krześle obok łóżka 
i ruszył ku niej. Wziął jej torebkę i rzucił ją na komódkę koło 
drzwi, po czym wręczył jej szlafrok. - Łazienka. - Stanowczo 
poklepał ją po tyłku i pchnął w stronę drzwi wychodzących z 
pokoju. - Gorący prysznic dla relaksu i poczujesz się dobrze. 
Popatrzyła na niego niepewnie, a on uśmiechnął się zachę-
cająco i puścił do niej oko. 
"Jakie to dziwne, gdy nagi facet puszcza do ciebie oko" -
pomyślała rozbawiona, idąc w stronę łazienki. Po urzekają-
cym uwiedzeniu, któremu została poddana w garderobie, bez-
troska Jasona wyprowadziła ją z równowagi. Zniknęła w ła-
zience i puściła prysznic. 
Jason się mylił; prysznic niewiele jej pomógł. Zbyt silnie 
zdawała sobie sprawę z tego, że on czeka nagi, tuż za drzwia-
mi. Włożyła ciemnoniebieski welurowy szlafrok, zdjęła cze-
pek kąpielowy i rozpuściła włosy. Podniosła rękę i od 
niechcenia dotknęła pukla włosów opadającego na jej 
ramiona. Piersi naprężyły się pod miękkim materiałem 
szlafroka, gdy przypomniała sobie, jak Jason ocierał te 
pasemka o swoje usta. Serce zaczęło jej bić gwałtownie. Na 
wpół żartowała z tego, że ją zahipnotyzował, ale nie mogła 
zaprzeczyć, że istniał fizyczny magnetyzm między nimi. 
Wielkie nieba, chciała go. 
Odetchnęła głęboko, odwróciła się i otworzyła drzwi. Siedział 
na krześle, z jedną nogą przerzuconą przez oparcie krzesła tak 
naturalnie i spokojnie, jakby był kompletnie ubrany. 
Rozpaczliwie pragnęła być równie spokojna. 
Jego spojrzenie poszukało jej twarzy i oczy otworzyły się 
szerzej. 

Niech mnie licho. Ty się chyba nie boisz. 

 

Nie - odpowiedziała. - Tak. - Jej ręka nerwowo 

błądziła 
przy pasku. - Powiedziałam ci, że nie jestem przyzwyczajona 
do takich rzeczy. 
Wstał powoli i podszedł do niej. 
Powinnaś się była znaleźć pode mną na tym łóżku dwie 
minuty po tym, jak weszłaś do pokoju. Wtedy nie miałabyś 
czasu na myślenie o... - Zatrzymał się przed nią i palcem 
wskazującym delikatnie sięgnął do jej lewego policzka. - 
Chciałem ci pokazać, jaki potrafię być cierpliwy i szarmancki. 
Wpadłem we własne sieci. - Jego dłoń cofnęła się od jej 
policzka. - Cóż, muszę to nadrobić, prawda? 
Co masz na myśli? - Patrzyła na niego zdumiona, gdy 
przeszedł przez pokój, podniósł ciężki fotel klubowy, w któ 
rym siedział, i przeniósł go na środek pokoju. - Co ty, do 
diabła, robisz? 
Ustawiam scenę. Szkoda, że nie mamy podwyższenia. - 
Rzucił jej beztroski uśmiech, po czym umieścił fotel pod ma 
łym bursztynowo-kryształowym żyrandolem na środku sy 
pialni. - Będziesz mi pozować. 
Zamrugała oczami. -Co? 

Słyszałaś. - Pchnął ją delikatnie na fotel, zanim 

podszedł 
do ściany koło drzwi i zapalił górne światło. - Chcę się abso 
lutnie upewnić, że chcesz mnie tak samo, jak ja ciebie. - Z 
powrotem podszedł do niej. - Tak samo, jak chciałaś mnie 
dzisiaj po południu w domku, gdy pozowałaś swojemu ojcu. - 
Jego palce musnęły jej szyję i przebiegł ją dreszcz. - Ale tak 
naprawdę, to nie pozowałaś Charlie'emu, prawda? Pozowałaś 
mnie. Przypominałaś sobie, co ci powiedziałem wczoraj wie 
czorem, jakie mam marzenia, kiedy ty pozujesz. Kiedy spoj 
rzałaś na mnie, wiedziałem, że zastanawiasz się, czy nadal 
myślę o nas obydwojgu w tym krześle. - Usadowił się na 
podłodze parę metrów dalej i skrzyżował nogi tak, jak robił to 
tego popołudnia w ich domku. -1 obydwoje wiemy, że myśla 
łem. - Uśmiechnął się zachęcająco. - Pozuj dla mnie, Daisy. 
Policzki jej płonęły. 
 

 

background image

Ja... nie mogę. Czuję się głupio. 
Ale jesteś podniecona? 
Była zdziwiona, gdy zauważyła, że jej zdenerwowanie mija, 
ustępując miejsca poczuciu dziwnej, wyłącznie erotycznej 
sytuacji. 
Tak - szepnęła. 
Czy chcesz wiedzieć, o czym teraz myślę? 
Jej zafascynowane spojrzenie napotkało jego wzrok. Jego 
twarz była napięta, jasnozielone oczy błyszczące, a usta nie-
zwykle zmysłowe. 
-Tak. 

Myślę o tym, jak pięknie twoje włosy wyglądają na 

tle 
ciemnoniebieskiego szlafroka. - Ściszył głos. - I myślę, jak 
bardzo chciałbym, żebyś zdjęła ten szlafrok. Czy zrobisz to 
dla 
mnie, Daisy? 
Ton jego głosu był przymilny, ale po raz kolejny poczuła, że 
sama tylko siła jego woli hipnotyzuje ją. 

Zrób to - powtórzył łagodnie. - Wczoraj w nocy nie 

mogłem się tobą nacieszyć. Chcę na ciebie patrzeć. 
Jej palce zaczęły automatycznie odpinać pasek, gdy jego 
słowa jeszcze płynęły. 

Ta ciemna tkanina spawia, że wyglądasz krucho jak 

szkło 
weneckie. Twoja skóra błyszczy na jej tle, a twoje włosy... - 
Jego spojrzenie powędrowało w stronę jej bosych stóp wysta 
jących spod szlafroka. - To śmieszne, jak bose stopy mogą 
sprawić, że wygląda się całkowicie bezbronnie. 
Szarfa była rozwiązana, ale Daisy wahała się, nieśmiała, 
niepewna. 

Zdejmij to - powiedział cicho, nadal wpatrując się w 

jej 
stopy. 
Odetchnęła głęboko, wysunęła ręce z rękawów szlafroka i 
pozwoliła mu opaść na poduszki krzesła za sobą. 
Spojrzenie Jasona poruszało się z rozdzierającą powolnością 
w górę przez kostki jej nóg, do łydek, następnie do ud, 
zatrzymując się na chwilę na kręconych włosach otaczających 

 

jej kobiecość, zanim powędrowało przez jej brzuch ku pier-
siom. 
Co za rozkoszna niespodzianka. Cała jesteś taka delikat 
na, a potem ta piękna pełnia... - Uśmiechnął się widząc, że jej 
sutki zaczynają twardnieć pod jego spojrzeniem. - Powiedz 
mi, o czym myślisz. 
Czuję się jak niewolnica przed sułtanem - powiedziała 
niepewnie. 
To niezbyt rozsądne, kiedy to ty jesteś na tronie, a ja u 
twych stóp. - Jego wzrok powędrował do jej twarzy. - Speł 
niasz tylko moje marzenie i pozujesz dla mnie. 
Nie Tjyła już pewna, czyje to było marzenie. Czuła, jak z 
każdą chwilą narasta w niej podniecenie. Wielkie nieba, jego 
oczy... 

Uklęknij w fotelu. - Jego głos brzmiał chrapliwie. - I 

przerzuć włosy do przodu, żeby zakryć piersi. 
Poruszała się sennie, ospale, wykonując jego polecenia. 

Tak dobrze. A teraz tak zostaw i daj mi tylko patrzeć 

na 
ciebie. 
Atmosfera w pokoju była gęsta, naładowana elektrycznością. 
Widziała, jak piersi podnoszą się i opadają pod zasłoną z 
włosów, gdy usiłowała nabrać powietrza w ściśnięte płuca. 
Chwila wydłużała się. Nie ruszał się. 

Drżysz - powiedział niezgrabnie. 

Więcej niż drżała. Trzęsła się jak liść podczas burzy. Nie 
mogła oderwać od niego wzroku, od gładkich, silnych musku-
łów na jego ramionach, skupionych, gotowych, a jednak trzy-
manych pod kontrolą. Od muskularnych ud pokrytych drob-
nym włosem, od klatki piersiowej z ciemnym trójkątem... 
-Ale ja też. 
Nagle wstał i przeszedł przez pokój w jej stronę. Jednym 
ruchem objął ją, obrócił i rzucił na fotel. 

Już czas. Nie wytrzymam dłużej. - Przywarł do niej i 

pogrążył się w niej jednym gwałtownym ruchem. Jego pierś 
poruszała się ciężko, szaleńczo, gdy schował twarz w jej wło 
sy. - Boże, nie sądziłem, że mi się uda. - Jego dłonie chwyciły 

 
 

 

background image

jej biodra, przyciskając je do siebie. - Trzymaj się, to będzie 
dzika jazda. 
Zaczął się poruszać, rzucając się i podnosząc do góry. Było to 
dzikie, twarde, prawie zwierzęce w swej namiętności i 
dokładnie takie, jak Daisy chciała. Erotyzm, który nabrzmie-
wał przedtem, zamienił jej reakcje w szaleństwo. Słyszała, jak 
jęczy i dyszy, gdy zbliżali się do kulminacji. 
Kiedy przyszedł orgazm, był tak gwałtowny jak sama jazda i 
Daisy była w stanie jedynie desperacko trzymać się Jasona, 
podczas gdy doznania przewalały się przez nią fala za falą. 
Opadła obok niego, włosy oplatały jego pierś, oddychała z 
trudem. 
Była tak oszołomiona, że prawie nie zdawała sobie sprawy z 
tego, że dłoń Jasona delikatnie pieści jej włosy. 

Widzisz - powiedział chrapliwie. - Musimy to mieć. - 

Jego 
wargi muskały jej skroń. - Nieważne, na jak długo. Musimy to 
mieć. 
Namiętność, nie miłość. Żadnych zobowiązań... Zalał ją 
cierpki smutek. 
Jego usta pieściły teraz jej ucho. 

Przyjdziesz jeszcze? 

Namiętność to nie wszystko, ale w tej chwili nie mogła jej 
odrzucić. Wszystko, co mógł jej dać, było jej potrzebne, by 
przeżyć nadchodzące dni. 

Przyjdę. 

Jego dłoń, pieszcząca jej włosy, zatrzymała się nagle. 

Co wieczór? 

Jak mogła nie przychodzić? Więź istniejąca między nimi rosła 
przy każdym spotkaniu. Schowała głowę w ciemnych, 
sprężystych włosach pokrywających jego klatkę piersiową. 
Co wieczór. 
Co robisz? - Daisy oparła się na łokciu, usiłując dostrzec 
nagą sylwetkę Jasona w świetle księżyca, które wlewało się 
przez okno do pokoju. - Źle się czujesz? Coś się dzieje? 

 
Nie. - Jego ramiona poruszyły się, jakby zrzucał z nich 
ciężar. - Myślę tylko. Przepraszam, że cię obudziłem. 
Nie chciałam zasypiać. Zaraz muszę iść. - Usiadła na 
łóżku i odgarnęła włosy z twarzy. Nie mówił prawdy. W tym 
momencie przebudzenia wyczuła smutek, doskwierającą sa 
motność. - O czym myślisz? 
O tobie. - Zrobił nieokreślony ruch ręką. - O tym. Wiesz, 
nasz stosunek jest niezwykły. 
Wstąpiła w nią nadzieja. 
Naprawdę? - Była to pierwsza wskazówka, że w ogóle 
myśli o ich romansie. Rozmowa nie była najważniejszym 
punktem programu w ciągu tych dwóch tygodni, które były 
wielkim erotycznym snem. Przy Charlie'em Jason przez cały 
czas zachowywał tę samą niedbałą, przyjacielską wesołość, 
ale była świadoma, że kryje się pod nią napięcie. Nie mógł się 
doczekać, by weszła do jego pokoju po przedstawieniu, a 
wtedy jedyne słowa, jakie padały między nimi, to gorączkowe 
szepty, wyrażające szaleńcze pożądanie. Nie mogli się sobą 
nacieszyć. Ona stawała się równie szalona jak on. Teraz chcia 
ła z nim być ciągle. Zaczerwieniła się na myśl o tym, jak 
kazała mu zjechać z drogi wczoraj w nocy, nim dojechali do 
jej domu. Jej ochoczość wyzwalała w nim dzikość i wchodził 
w nią z... Przestała myśleć i powiedziała sucho: 
Nie wiem, czy jest niezwykły, ale niewątpliwie jest entu 
zjastyczny. 
Nie, to więcej niż to. - Zamilkł, patrząc w dół na ciemną 
ulicę, a po chwili powiedział z wahaniem: - To jest jak pieśń. 
Owinęła się prześcieradłem i usiadła na łóżku. 

Pieśń? 

Skinął głową. 

W taki sposób na ogół przychodzą do mnie pieśni. Z 

ciemności, zupełnie nieoczekiwanie, a jednak nagle się poja 
wia. - Odwrócił się i podszedł do niej. - Słyszę ją stale w 
głowie, aż zapiszę ją na papierze i zagram. Wtedy dopiero 
daje 
mi spokój. - Pochylił się nad nią i wziął jej twarz w swoje 

 
 

 

background image

niepewne dłonie. Szepnął: - Ty jesteś jak pieśń. Muszę cię 
grać wciąż na nowo. 
Tak, żebym dała ci spokój? 
Nie. - Jego palce zaplątały się we włosy i podniósł jej 
głowę, by spojrzeć jej w oczy. - Bez względu na to, ile razy 
cię 
gram, nie odchodzisz. - Schylił głowę i pocałował ją niezwy 
kle delikatnie. - Zaczynam cię słyszeć na nowo, gdy tylko 
skończę. 
Poczuła, że łzy więzną jej w gardle i, żeby nie pociekły, 
musiała zażartować. 

Motyw Daisy? 

Skinął głową. 
To chyba najlepsze określenie na to. - Z powrotem pchnął 
ją na łóżko. - Motyw Daisy. - Rozsunął jej uda i zaczął się 
poruszać między nimi. - Łagodna, jaśniejąca i uczciwa. Leżę 
obok ciebie i to słyszę. Wychodzisz i nadal to słyszę. - Jego 
ręce poszukały jej w ciemności. - Ale teraz jesteś tutaj i gra 
coraz głośniej. 
Jason. Ja muszę iść. Byłam tu zbyt... - Przerwała, gdy jego 
palce zatopiły się głębiej, badawczo i zaczęły leniwie się 
poruszać. Chwyciła powietrze i przywarła do niego. 
Zaraz - wymruczał. - Nie chcę, żebyś szła. Jeszcze raz. 
Muszę cię zagrać jeszcze raz... 
Zostań na noc. 
Daisy, zakładając bluzkę, spojrzała przez ramię na leżącego 
nago Jasona. Poczuła gorący dreszcz, patrząc na niego. Był 
wcieleniem aroganckiej męskiej siły. Kochali się dzisiaj dwa 
razy, a jednak znowu go pożądała. 
Wiesz, że nie mogę. Muszę wracać do domu. 
Tylko szybkiego i biegiem do tatusia? - Zobaczył, że ją 
obraził i zaklął cicho. - Przepraszam. - Odrzucił kołdrę i wy 
skoczył z łóżka. - Zaraz się ubiorę. 
Włożyła na nogę sandałek na niskim obcasie. 

 
Może lepiej będzie, jeśli od tej pory będę brała własny 
samochód? Nie ma sensu, żebyś wyłaził z łóżka co noc i 
odwoził mnie do domu... 
Powiedziałem: przepraszam - przerwał szorstko, znikając 
w łazience. - Wiem, że nigdy nie zostajesz. Wymknęło mi się. 
Usłyszała wodę lejącą się do umywalki. 
Włożyła drugi but i usiadła na łóżku, żeby na niego poczekać, 
w zmartwieniu marszcząc brwi. Jason był wyraźnie poiry-
towany od dwóch dni, od kiedy obudziła się i zobaczyła go 
stojącego przy oknie. Nie gburowaty, ale spięty i czasem 
wydawało się jej, że wyczuwa element desperacji. 
Wiem, że to jest dla ciebie niewygodne... 
Pieprzysz. - Wyszedł z łazienki i zaczął się ubierać. - Nic 
mi taka przejażdżka nie szkodzi. - Wsadził koszulę w spodnie 
i włożył mokasyny. - Chyba budzi się we mnie Otello. 
Popatrzyła na niego zdumiona. 
Jestem zazdrosny. - Wziął marynarkę z fotela i uśmiech 
nął się sardonicznie, wkładając ją. - Mówiłem ci kiedyś, że tak 
głupio na mnie działasz. 
Zazdrosny o Charlie'ego? 
Nie posiadam większego rywala. - Wziął ze stołu portfel i 
kluczyki i wsunął je do kieszeni. - Ani takiego, z którym 
trudniej byłoby mi walczyć. - Przeszedł przez pokój i podniósł 
ją. - Chodź, jedziemy. 
Patrzyła na niego w osłupieniu, gdy szła w stronę drzwi. 
Ależ ty lubisz Charlie'ego. 
Tym trudniej mi z nim walczyć. - Jego dłoń zacisnęła się 
na jej łokciu. - Czy on wie o nas? 
Tak. - Popatrzyła na niego trzeźwo. - Ale ja nic mu nie 
mówiłam. Nie jest ślepy ani głupi. Przedtem pozowałam mu 
co wieczór po przedstawieniu. 
Jeden kącik ust podniósł mu się w krzywym uśmiechu, który 
miał w sobie trochę goryczy. 

Zdaje się, że jestem dość łatwy do rozszyfrowania 

dla 
Charlie'ego. Teraz nie mogę na ciebie patrzeć, żeby mi nie 
stanął. 
 

 

background image

Jego szczerość zdumiała ją. 
To mnie łatwo rozszyfrować. Charlie zawsze wiedział, co 
czuję. - Jej ręka nerwowo chwyciła torebkę. - Nigdy nie chcia 
łam go oszukiwać. 
On chce dla ciebie jak najlepiej. - Z tłumioną gwałtowno 
ś

cią nacisnął guzik windy. - Cholernie dobrze wiem, że poje 

chałby do Nowego Jorku, gdybyś zagrała w Pieśni nocy. 
Nie odpowiedziała. 
-1 ty też to wiesz. Dlaczego, do diabła, nie dasz mi... 

Mieszka tutaj przynajmniej od piętnastu lat. Jest tu 

szczę 
ś

liwy. 

-A ty? 
Ja również. Nie potrzeba mi Pieśni nocy. 
Ale chcesz jej - powiedział łagodnie. - Widziałem to na 
twojej twarzy, gdy grałem Ostatnią miłość. 
Była piękna. Jestem śpiewaczką i oczywiście, że... 
Chcesz ją. 
Zdecydowanie spojrzała na niego. 
Tak, ale nie wezmę tego, czego chcę. Zapomnij o tym, 
Jasonie. 
Mowy nie ma. - Drzwi windy otworzyły się i weszli do 
ś

rodka. - Boże, doprowadzasz mnie do szału. Wyglądasz jak 

najłagodniejszy anioł na tej ziemi, a jesteś uparta jak muł. 
Jestem rozsądna. 
Rozsądni ludzie nie odrzucają okazji takich jak Pieśń 
nocy. 

Proszę cię, nie chcę już o tym rozmawiać. 

Popatrzył na jej udręczone spojrzenie i dał spokój. 

Dobrze, chwilowo o tym zapomnimy. - Jego usta 

zacisnę 
ły się. - Ale ja się nie poddaję. 
Wiedziała, że nie zrezygnuje z niczego, czego chce. Odkryła, 
ż

e jego wola była równie niezaspokojona, co nieugięta. 

Zrezygnowana, westchnęła. 

Wiem, że nie, Jasonie. 

 
Czy chciałbyś wejść i przywitać się z Charlie'em? - spy 
tała Daisy, otwierając drzwi samochodu. 
Mogę. - Jason wysiadł i podszedł do niej. Nie widziałem 
go wczoraj. - Idąc ku domowi, rzucił jej beztroskie spojrzenie. 
- Może zagram mu inny kawałek z Pieśni nocy. 
-Nie! 
Popatrzył na nią z udawaną niewinnością. 
A czemuż by nie? Podobało mu się - dodał delikatnie. -1 
tobie też. 
Sądziłam, że nie będziemy o tym rozmawiać. - Spojrzała 
w bok i dostrzegła ten sam ponury wyraz twarzy, jaki już 
wcześniej zauważyła. Zapytała cicho: - Dlaczego chcesz mnie 
zranić? 
Nie chcę cię zranić. - Wzruszył ramionami. - A zresztą, 
może. Oko za oko. 
Ja cię nie krzywdzę. 
Nie? Więc dlaczego mi się wydaje, że to robisz? - Otwo 
rzył drzwi i przepuścił ją pierwszą. - Nic nie szkodzi. To 
kwestia sporna, gdy... 
Charlie! 
Charlie leżał w swoim ulubionym fotelu klubowym, z jedną 
ręką przewieszoną bezwładnie przez oparcie. W półmroku 
jego twarz była nieruchoma jak marmur. 

Drogi Boże! - Daisy odepchnęła Jasona, przebiegła 

przez 
pokój i uklękła obok fotela. Czuła, że coś ciepłego i mokrego 
leci jej po policzkach. - Charlie, nie! 

Daisy... - wymamrotał Charlie, otwierając oczy. 

Wypełniło ją uczucie ulgi i opadła na podłogę. 

Ty tylko spałeś. - Drżącą ręką przeczesała włosy i 

zaśmia 
ła się nerwowo. - Zawsze widziałam cię pracującego i nigdy 
nie przyszło mi do głowy, że możesz odpoczywać. Boże, ależ 
mnie przestraszyłeś. 

background image

Tak? - Charlie wyciągnął rękę i dotknął jej mokrego 
policzka. - Miałem już tak dość tego głupiego owocu, że 
dałem 
sobie spokój. 
Nie jest głupi. - Uśmiechnęła się do niego promiennie. - 
Ale już jestem w domu. Poczekaj, przebiorę się i będziesz 
mógł popracować nad portretem. 
To dobrze. - Jego błękitne oczy zamrugały. - Odcień 
twojej skóry jest dla mnie o wiele większym wyzwaniem niż 
ten idiotyczny banan. - Uśmiechnął się do Jasona. - Zostaniesz 
i popatrzysz, Jasonie? Damy ci zajęcie. Zrobisz nam kawę, 
ż

ebyśmy nie zasnęli. 

Jason dalej nie spuszczał oka z Daisy. Z trudem zmusił się, by 
popatrzeć na Charlie'ego i potrząsnął głową. 
Stanowczo odmawiam spełniania funkcji chłopca na po 
syłki o drugiej w nocy. Wpadłem tylko się przywitać, a teraz 
już uciekam. - Podniósł rękę w pożegnalnym geście. - Może 
wpadnę jutro pogadać, kiedy Daisy będzie w teatrze, Charlie. 
Zrób tak. - Charlie zmarszczył nos. - Wszystko jest lepsze 
od tego okropnego banana. 
Dzięki - powiedział oschle Jason, idąc do drzwi. - Wpadnę 
po ciebie jutro o trzeciej, Daisy. Dobranoc. 
 
Dobranoc. - Daisy prawie go nie słyszała. Biegła do 
swojego pokoju, żeby się przebrać, cała przepełniona wdzię 
cznością. Jeszcze nie. To jeszcze się nie stanie. 
Co się z nim dzieje? - spytał Jason, gdy tylko Daisy 
wsiadła do samochodu na drugi dzień po południu. 
Daisy zesztywniała. 
Co mówisz? 
Słyszałaś. Przestań mnie traktować jak półgłówka. - Jason 
zapuścił motor i mercedes ruszył. - Wczoraj w nocy dla każde 
go byłoby oczywiste, że Charlie śpi, ale ty wpadłaś w panikę. 
Pomyliłam się - powiedziała wymijająco. - Charlie nigdy 
nie zasypia tak wcześnie i... 

 
Bzdury - zwięźle rzucił Jason. - Wczoraj wszystko zrozu 
miałem. Już wcześniej powinienem coś podejrzewać, ale on 
nie wygląda na chorego. 
Nie powiedziałam, że jest... - Przerwała, gdy spojrzał 
prosto na nią. Nie było sensu oszukiwać go już dłużej. - No 
dobrze, jest chory. 
Jak bardzo? 
Nie mogłoby być gorzej. - Nie patrzyła na niego. - To 
choroba krwi, która wytwarza skrzepy. Bardzo rzadka. I 
ś

miertelna. Choruje już ponad pięć lat i jest coraz gorzej. Miał 

już jeden atak serca. Lekarz powiedział, że następny go zabije. 

Jesteś pewna? Codziennie robi się jakieś odkrycia. 

Uśmiechnęła się smutno. 
Jestem pewna. Czy myślisz, że nie próbowaliśmy wszys 
tkiego? To zbyt rzadka choroba, żeby poświęcać wiele wysił 
ku na znalezienie na nią lekarstwa. 
Ile mu zostało czasu? 
To może się wydarzyć w każdej chwili. Kilka tygodni, 
miesiąc. Najwyżej miesiąc. Widzisz więc, jak niemożliwe jest 
dla mnie choćby myślenie o wyjeździe. 
Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy. 
Czy mogę się dowiedzieć, dlaczego mi o tym nie powie 
działaś? 
Obiecałam Charlie'emu. Nie chciał, żeby ktokolwiek wie 
dział. Chce żyć całkiem normalnie aż do końca. 
I pozwalasz mi się zastraszać, gnębić i nie mówisz ani 
słowa. Czy zdajesz sobie sprawę, jak ja się teraz czuję? 

Obiecałam Charlie'emu - powtórzyła. - Ja dotrzymuję 

obietnic, Jasonie. 
Przez chwilę milczał. 

No tak, dotrzymujesz. 

-1 rozumiesz, dlaczego nie mogę zagrać Desdemony? 

Tak. - Nacisnął pedał gazu. - Rozumiem, dlaczego 

nie 
możesz go zostawić. 
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Ponury wyraz jego 
twarzy zmroził ją i powiedziała z wahaniem: 
 

 

background image

Przepraszam, że nie mogłam ci powiedzieć. Z pewnością 
czujesz teraz, że zmarnowałeś kupę czasu, usiłując mnie na 
mówić, żebym zagrała Desdemonę. 
Nie bądź śmieszna. Wcale tak nie uważam. 
A co czujesz? 
Ż

al mi ciebie i Charlie'ego. Chciałbym mieć czarodziej 

ską różdżkę i móc to wszystko naprawić. 
Poczuła ogromną ulgę. Nie był zły. 
Nie patrz tak - powiedział szorstko. - Czy sądziłaś, że 
jestem aż takim skurwielem, żeby myśleć o sobie i o swojej 
cholernej sztuce, kiedy ty przechodzisz przez to wszystko? 
Nie wiedziałam, co... Musical jest dla ciebie taki ważny. 
 
Ty również. 
Zamarła. 
Naprawdę? 

Zbyt ważna, do cholery. - Zatrzymał samochód przed 

teatrem i pochylił się, żeby otworzyć jej drzwi. - Do zobacze 
nia wieczorem. 
Kiwnęła głową. Oczy błyszczały jej radośnie, gdy wysiadała z 
samochodu. Powiedział, że jest dla niego ważna. Istniała jakaś 
mała szansa, że ją kocha. 

Dziś wieczorem. 

Zatrzasnęła drzwi i szybko weszła do teatru. 
Ona wie - powiedział Eric, gdy tylko Jason podniósł 
słuchawkę. - Boże, tak mi przykro. Ostrzegałem go. Byłem 
pewny, że Jessup nie... 
Kiedy? - ostro zapytał Jason. - Kiedy Jessup jej powie 
dział? 
Wczoraj wieczorem. 
Wobec tego może być już w drodze. 
Jeszcze nie. Zapłaciłem łapówkę recepcjoniście w hotelu, 
ż

eby zadzwonił do mnie, kiedy się wyprowadzi. Będziesz 

ostrzeżony. 
Dzięki, Ericu. 
Załatwiłem Bartlina do roli Jagona. 
 

 
Co? Och, to świetnie. 
A co z Justine? 
Nie, ona nie może tego zrobić. 
Cholera. - Głos Erica zabrzmiał pogodniej. - Ale jeżeli to 
już wiesz, to może Cynthia chociaż raz nie narozrabia. Nie 
przeszkodzi ci w negocjacjach. 
Nie, tego nie zrobi. 
Jason? - Eric zawahał się. - Czy coś się stało? Twój głos... 
jest dziwny. 
Tak? Ciekawe, dlaczego? 
Słuchaj, jeśli potrzebujesz więcej czasu,może udałoby mi 
się wyprowadzić ją w pole? Mogę się z nią spotkać i... 
Nie! Trzymaj się od niej z daleka. - Jason zrobił wysiłek, 
by zapanować nad głosem. - Wszystko będzie dobrze. Muszę 
jeszcze tylko załatwić parę spraw. Daj mi znać, kiedy opuści 
hotel. 
Dobra. - Eric przerwał. - Co zrobisz potem? Przyjedziesz 
do Londynu? 
 
Nie, polecę do Nowego Jorku, załatwię parę spraw i 
pojadę do Eaglesmount. 
Znowu do swojej pustelni? - zapytał kwaśno Eric. - Czy 
można liczyć, że będziesz na premierze? 
Zobaczymy. Kiedy znajdziesz porządną Desdemonę, daj 
mi znać, to ją sprawdzę. - Ale wiedział, że nie bądzie drugiej 
takiej Desdemony, jak Daisy. - Słuchaj, muszę lecieć. Mam 
kilka spraw do załatwienia. 
Dobra. Będę w kontakcie. 
Jason odłożył słuchawkę i zamknął oczy. Ogarniały go fale 
bólu i rozpaczy. Boże, nie chciał, żeby to się skończyło. Cho-
lera, nie mogło się to stać w gorszym okresie. Dlaczego nie 
mógł mieć jeszcze kilku tygodni przed zapadnięciem kurtyny? 
Daisy będzie go potrzebować, a jego nie będzie. 
Tygrysy do mnie jeszcze nigdy nie przyszły. 
No cóż, tygrysy zbliżały się do Daisy z każdą chwilą, a jego 
nie będzie przy niej, by ją chronić albo pomóc leczyć rany. 

 

background image

może być przy niej, jeżeli ma ją uratować przed tygrysem 
najgroźniejszym ze wszystkich. 
Opadł na krzesło koło biurka i usiłował uciszyć ból i złość. 
Nie może mieć tego, co chce, ale tym razem ma przynajmniej 
trochę czasu, by pomóc, by ułatwić życie ludziom, na których 
zaczęło mu zależeć. 

Przestań się nad sobą rozczulać - wymamrotał. - 

Przestań 
udawać i zajmij się tym. 
Sięgnął po telefon stojący na biurku. Najpierw zadzwoni do 
dyrektora teatru, a potem pojedzie zobaczyć się z Charlie'em. 
Nie mógł zapobiec nadejściu tygrysów, ale może jest w stanie 
dostarczyć balsamu, który pomoże leczyć zadane przez nie 
rany. 
Cześć, Charlie. Możesz sobie zrobić przerwę i napić się ze 
mną kawy? - Jason wszedł do domku i poszedł w stronę 
kuchenki. - Wiem, nie musisz nic mówić. Sam ją zrobię. Ty 
jesteś zbyt zajęty. 
Czy ty nigdy nie pracujesz? - Charlie spojrzał na niego 
znad sztalug. - Wygląda na to, że nie zależy ci na utrzymaniu 
tego pół etatu. 
Prawdę mówiąc, miałem dzisiaj telefon. Muszę wrócić do 
Nowego Jorku na chwilę, więc postarałem się o zastępstwo na 
kilka tygodni. 
Złe nowiny? 
Zależy, jak się na to patrzy. - Jason włączył ekspres. - Nic 
takiego, z czym nie umiałbym sobie poradzić. 
Chyba nie ma wielu rzeczy, z którymi nie umiałbyś sobie 
poradzić, prawda, Jasonie? 
Mam własne problemy, jak każdy. - Jason wyszedł z 
kuchenki i podszedł do sztalug. - Nad czym pracujesz? 

Nad portretem Daisy. Powinienem go dzisiaj 

skończyć. 
-Pokażesz go jej? 
Charlie potrząsnął przecząco głową. 

Jeszcze nie. Chcę go zachować. 

-Na co? 
 

Chcę, żeby wiedziała, co do niej czuję, po... - Charlie 

przerwał, milczał przez chwilę, po czym odwrócił się, by 
spojrzeć na Jasona. - Powiedziała ci, prawda? 
Jason potrząsnął głową. 
Domyśliłem się, a ona potwierdziła. Nigdy nie złamałaby 
danej ci obietnicy. - Przerwał. - Mam nadzieję, że nie masz nic 
przeciwko temu. 
Nie mam. Jesteś już właściwie rodziną. - Wzrok Charlie'ego 
powrócił do portretu. - Zaopiekujesz się nią? 
Obiecuję ci, że będzie miała wszystko, co zechce. 
To dobrze. - Charlie poruszył ramionami, jakby zrzucał z 
nich wielki ciężar. - Martwiłem się o nią, zanim się pojawiłeś. 
Ona jest zbyt pełna miłości, żeby mogło jej być z tym dobrze. 
Ale ty jesteś na tyle twardy, by ją ochronić. 
Tak, jestem na tyle twardy. - Jason przełknął ślinę, by 
zapanować nad nagłym wzruszeniem i szybko popatrzył na 
obraz. - On jest dobry, Charlie. 
To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ale nie 
jest to arcydzieło. - Charlie zrobił głupią minę. - Chyba nie jest 
mi dane zostać nieśmiertelnym. 

A chcesz tego? 

Charlie pokiwał głową. 
To chyba podstawowy instynkt: chcieć stworzyć coś pięk- 
nego, co zostanie po tobie. 
Ale ty już to zrobiłeś. 
Charlie wskazał głową w stronę portretu. 
Daisy. 
Powiedziałem ci, że nie... 
Nie mówię o obrazie. Nie znam się na tym i nie mogę 
powiedzieć, czy portret jest wyjątkowo dobry. Mówię o samej 
Daisy. Nie ma wątpliwości, że Daisy to bardzo wyjątkowe 
stworzenie. 
Wyraz twarzy Charlie'ego złagodniał. 

Nie ma żadnych wątpliwości, ale to nie ja ją 

stworzyłem. 
Jestem tylko jej ojczymem. Nie ja dałem jej ten głos. 
 

background image

Głos dał jej Bóg - cicho powiedział Jason. - Ale to ty 

dopilnowałeś, by go wykształciła. Ty ją wychowałeś i ukształ 
towałeś jej moralność. Ona jaśnieje. I to ty wypolerowałeś ją i 
nadałeś ten blask. 
Charlie potrząsnął głową. 
Posłuchaj mnie, to jest prawda. - Głos Jasona był pełen 
szczerości. - Stworzyłeś coś trwalszego niż obraz. Każdy, z 
kim Daisy się kontaktuje, czuje się trochę lepszy, serdeczniej- 
szy. Za każdym razem, kiedy śpiewa, hojnie nas obdarowuje, 
a to ty sprawiłeś. - Poklepał go po ramieniu. - Czy to nie jest 
prawie tak samo dobre, jak być Rembrandtem, jeżeli nie le 
psze? 
Nie. - Charlie mrugał oczami. - Ale to już blisko. Ostate 
cznie być Svengalim to nie najgorzej. 
Być Svengalim jest cholernie dobrze. - Jason odwrócił się 
i wrócił do kuchenki. - No, to teraz dam ci filiżankę kawy i 
możesz wracać do pracy. Wiesz, tak sobie myślę. Znam parę 
osób w nowojorskich kołach artystycznych, które mogłyby 
chcieć rzucić okiem na ten portret. Może mimo wszystko uda 
nam się zapewnić ci tę nieśmiertelność. Czy pozwolisz mi 
pożyczyć ten obraz na parę tygodni i spróbować? 
Ż

eby mnie uspokoić? 

Jason zaprzeczył ruchem głowy. 

Nie jestem żadnym dobroczyńcą. Po prostu przyszło 

mi 
do głowy, że nie patrzysz na swoje osiągnięcia we właściwym 
ś

wietle. Nie znam wielu ludzi, którym się powiodło lepiej niż 

tobie. - Spojrzał przez ramię. - I do tego jesteś cholernie 
fajnym facetem. 
Charlie pokiwał głową, z uznaniem patrząc na Jasona stoją-
cego przy ladzie. 

Zrewanżuję ci się komplementem. Daisy ma 

wyśmienity 
gust. 
Jason nalał kawę do dwóch filiżanek. 
Zdanie Daisy można łatwo podać w wątpliwość. Nie 
odróżnia złota od tombaku. 
Uważasz, że jesteś tombakiem? 

 

Jason wręczył Charlie'emu kawę. 
Z kilkoma kawałkami złota. 
Charlie spojrzał na niego poważnie. 
Myślę, że możesz się mylić. 
Jason wzruszył ramionami. 

No cóż, nie mylę się, jeżeli chodzi o Daisy i o ciebie 

również, Charlie. - Podniósł filiżankę udając, że wznosi toast. 
- Za Daisy. 
Charlie podniósł swoją kawę i łagodny uśmiech rozjaśnił jego 
twarz. 

Za Daisy. 

Jason opadł na nią, klatka piersiowa gwałtownie się poruszała, 
całe ciało drżało. 
Daisy z trudem łapała powietrze i dopiero po chwili, gdy się 
uspokoiła, mogła zapytać: 

Czy coś się stało? 

Czuła, jak mięśnie Jasona twardnieją. 
Dlaczego pytasz? Czy cię zraniłem? 
Nie. - Uważał, by jej nie zrobić krzywdy, ale tempo, w 
jakim się kochali, było gwałtowniejsze niż kiedykolwiek 
przedtem, prawie brutalne w swej namiętności. Daisy wyczuła 
jakąś wielką desperację w sposobie, w jaki Jason ją posiadł. - 
Nie, ale... - Przerwała, gdy poczuła wargi Jasona, pieszczące 
jej ucho, i zgrubienie ocierające się o jej udo. - Znowu? - 
szepnęła. - Tak szybko? 
Znowu. - Rozsunął jej nogi i zaczął się nad nią poruszać. 
Jednym ruchem napełnił ją całą. - I jeszcze. - Wyszedł i 
gwałtownie zanurzył się na nowo. -1 jeszcze. 
"Jason zachowuje się dzisiaj dziwnie" - pomyślała z niepo-
kojem Daisy. Brał z nią prysznic, pomógł się jej ubrać, a teraz 
opierał się o drzwi łazienki obserwując, jak czesze włosy 
przed lustrem, tak jakby nie mógł znieść myśli, że nie będzie 
jej widział. Popatrzyła na niego zmartwiona. 

Jason, czy jesteś pewien, że... 

background image

Uwielbiam twoje włosy - powiedział cicho. - Boże, 

jakież 
są piękne. 
Uwielbiał jej włosy. Uwielbiał jej ciało. Poczuła ból, 
uświadamiając sobie, że zawsze mówił o stronie fizycznej, a 
nigdy o jej osobowości. 
Naprawdę powinnam je ściąć. Strasznie się plączą. 
Nie! - Spojrzała na niego zdziwiona, a on uśmiechnął się 
z wysiłkiem i powiedział już spokojniej: - Oczywiście, musisz 
zrobić tak, jak uważasz za stosowne, ale to byłby błąd. - 
Odwrócił się od niej. - Zawsze będę pamiętał, jak wyglądały 
twoje włosy rozsypane na tej poduszce. 
Ręka zatrzymała się w powietrzu i przebiegł ją zimny dreszcz. 
Pamiętał? 
Muszę wracać do Nowego Jorku. 
Szybko spuściła powieki, żeby przykryć oczy. 

Musisz? 

Gwałtownie skinął głową, nadal nie patrząc na nią. 
Pieśń nocy. 
Wrócisz? 
Mało prawdopodobne. 
Oczywiście. - Bardzo starannie odłożyła grzebień na mar 
murową toaletkę. - Rozumiem. Naprawdę nie ma powodu, 
ż

ebyś tu miał teraz zostać, skoro wiesz, że nie mogę zagrać 

Desdemony. 
To nie... - Przerwał i przez ułamek sekundy wydało jej się, 
ż

e widzi na jego twarzy cierpienie. Musiało się jej tylko zda 

wać, gdyż chwilę później jego twarz była zupełnie bez wyra 
zu. - Muszę wyjechać z Genewy. 
Jak prędko? 
Dzisiaj. Mam lot o szóstej rano. Wrzucę walizki do samo 
chodu i pojadę wprost na lotnisko, gdy tylko zawiozę cię do 
domu. 
Nie wolno okazać mu przepełniającego ją bólu. Mogła się 
tego spodziewać. Był w stosunku do niej uczciwy. Powiedział 
jej, że muzyka jest dla niego wszystkim. 
 

 

Nie musisz odwozić mnie do domu. Mogę wziąć 

taksów 
kę. 
Usta Jasona zacisnęły się. 
Odwiozę cię. 
Myślę, że wolałabym, żebyś tego nie robił. - Usiłowała 
zapanować na swoim głosem. - Mam chyba problem z zapano 
waniem nad sobą. Nie najlepiej mi idzie żegnanie. 
Daisy, nie chcę... - Przerwał i powiedział chrapliwie: - 
Przykro mi, że to tak wypadło. 
 
Czy utrudniani ci sprawę? - Jej usta rozszerzyły się w 
sztucznym uśmiechu. - Nie mam do ciebie żadnych praw. 
Nigdy mi nic nie obiecywałeś. - Przecisnęła się obok niego, 
porwała żakiet wiszący na krześle i ruszyła ku drzwiom na 
korytarz. - Do widzenia, Jasonie. Powodzenia z Pieśnią nocy. 
Niech szlag trafi Pieśń nocy\ - Dogonił ją trzema krokami 
i obrócił ją tak, by patrzyła mu w oczy. - Do diabła, nie mogę 
nic na to poradzić. 
Masz ważniejsze sprawy. - Jej głos brzmiał niepewnie, ale 
przynajmniej już nie drżał. - Powiedziałam, że cię nie winie, 
ale wiesz, że nie jestem skomplikowana, nie umiem sobie 
poradzić z tym w konwencjonalny, cywilizowany sposób. - 
Walczyła, by mu się wyrwać. To nie do wiary, że mimo 
ogarniającego ją bólu chciała, by ją dotykał i obejmował. - 
Puść mnie już, muszę jechać do domu, do Charlie'ego. - 
Wyrwała się i odwróciła ku drzwiom, wyrzucając z siebie 
gorączkowe słowa. - Będzie za tobą tęsknił. Może przyślesz 
mu kartkę z Nowego Jorku? 
Już się pożegnałem z Charlie'em. 
 
Tak? To dobrze. - Otworzyła drzwi. - Naprawdę muszę 
już iść. - Prawie biegła korytarzem w stronę windy powtarza 
jąc:- Charlie... 
Daisy! 
Nie zwróciła na niego uwagi, a chwilę później drzwi windy 
zamknęły się za nią i winda szybko zjeżdżała w dół. Nie wolno 
jej płakać. Jeżeli będzie płakać, jej oczy będą czerwone i 
napuchnięte i Charlie się domyśli. Charlie ma wystarczająco 
 

background image

dużo zmartwień bez pocieszania jej. Przecież wiedziała, że 
prędzej czy później to się musi stać. Żadnych zobowiązań, 
powiedział. To było głupie spodziewać się, że Jason nauczy 
się kochać ją tak samo, jak ona kochała jego. 
O Boże, jak go kochała. 
Ale nie może płakać. Charlie nie może nic wiedzieć. 
Zatrzymała się przed drzwiami domku i wzięła głęboki, ciężki 
oddech, próbując wymyślić plan gry. 
Nie byłaby w stanie przekonać Charlie'ego, że nic ją to nie 
obchodzi, że Jason wyjechał, ale może udawać, że wszystko 
między nimi jest w porządku i że Jason wyjechał tylko na 
krótko. Wtedy będzie miała wymówkę, może być wyprowa-
dzona z równowagi, ale nie załamana. Tak, tak będzie najle-
piej. 
Przełknęła ślinę, przylepiła do twarzy promienny uśmiech i 
weszła do domku. Pokój oświetlała lampa stojąca na stole 
obok drzwi, a dająca tylko smugi światła poza główną jasną 
plamą. Daisy ze zdenerwowania nie zauważyła, że dom nie 
jest oświetlony tak jasno, jak Charlie tego potrzebował do 
pracy. 

Charlie? Jason chyba ci powiedział, że...- Przerwała, 

ma 
jąc straszliwe uczucie, że skądś już zna tę sytuację. 
Tak. 
Tym razem stało się to naprawdę. Charlie nie spał w fotelu. 
Leżał zwinięty na podłodze Jrzed sztalugami. 

Charlie? - jęknęła. - Och, Boże, nie. 

I tygrysy nadeszły nocą... 
Daisy nie spodziewała się tylu osób na pogrzebie. Nie zdawała 
sobie sprawy, ilu przyjaciół miał Charlie. Artyści z reguły byli 
samotnikami i życie towarzyskie praktycznie nie istniało 
wśród nich. A jednak byli tutaj, trzeźwi, nieporadni, trochę 
niespokojni, żeby pożegnać się z Charlie'em po raz 

ostatni. Zamrugała oczami, opanowując łzy, gdy odwróciła się 
od grobu. 

Przepraszam, czy mógłbym chwilę z panią 

porozmawiać, 
pani Justine? 
Daisy odwróciła się i zobaczyła Erica Hayesa, stojącego obok 
niej. "Brat Jasona, a nie sam Jason" - pomyślała, czując nagły 
ból, a następnie gwałtowny przypływ gniewu. Nie chciała tu 
widzieć Erica mamroczącego uprzejme wyrazy współczucia. 
Miała ich dosyć w ciągu tych ostatnich kilku dni. 
Co za niespodzianka widzeć pana tutaj - powiedziała 
chłodno. - Obawiam się, że niespecjalnie mam ochotę rozma 
wiać, panie Hayes. 
Eric. - Rumieniec oblał jego sympatyczne rysy i Daisy 
przez chwilę poczuła wyrzuty sumienia. To nie wina Erica, że 
jego widok przywołał cały ból tego ostatniego wieczoru z 
Jasonem. 
Wiem, że to nie jest odpowiednia pora - wymamrotał Eric. 
-I nie przeszkadzałbym pani, ale obiecałem Jasonowi. 
Słucham? 
Jason przysłał mnie, żebym pani pomógł. Nie mógł przy 
jechać sam. 
Oczywiście, że nie mógł przyjechać na pogrzeb Charlie'e-go. 
Był zajęty Pieśnią nocy. A poza tym byłby przerażony, gdyby 
wzięła współczucie za coś głębszego. Przyjmowała obydwa te 
fakty, ale nie powstrzymało to palącej niechęci, jaką teraz do 
niego czuła. Mógł ją skreślić z listy osób ważnych, ale, do 
cholery, Charlie był jego przyjacielem i powinien tu być, żeby 
się z nim pożegnać. 
Nie potrzebuję pomocy. 
Proszę. - Eric położył rękę na jej ramieniu. - Jason rzadko 
mnie prosi o przysługę. Byłbym wdzięczny, gdybyś mi po 
zwoliła dać mu to, czego pragnie. 
Nie rozumiem... - Przerwała, gdy zobaczyła jego błagalne 
spojrzenie. Dlaczego nie? To nie miało żadnego znaczenia. - 
No dobrze, możemy porozmawiać w drodze do mojego samo 
chodu. 

background image

Eric odetchnął z ulgą i zrównał z nią krok. 

No, to teraz mi powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? 

Bardzo mi przykro, że sama musiałaś załatwiać pogrzeb. Dy 
rektor teatru zawiadomił Jasona o śmierci twojego ojca dopie 
ro przedwczoraj. 
Oczy otworzyły jej się szerzej. 
Dlaczego miałby zawiadamiać Jasona? 
Jason zadzwonił do niego przed wyjazdem z Genewy i 
poprosił, żeby zawiadomić go, jeżeli ty... - przerwał, zanim 
dodał niezręcznie: - będziesz miała jakieś problemy. 
Rozumiem. Jak uprzejmie. - Usiłowała powstrzymać go 
rycz w swoim głosie. Jason był zaborczym mężczyzną i przy 
puszczała, że czuł się za nią w pewien sposób odpowiedzialny 
po pozbawieniu jej dziewictwa. Może na swój sposób odczu 
wał smutek z powodu śmierci Charlie'ego. - Przykro mi, że 
musiałeś się trudzić. Zanim Charlie umarł, nie wiedziałam, jak 
to przeżyję. Ale przeżyłam. - Napotkała jego spojrzenie. - 
Doszłam do wniosku, że jeżeli przeżywa się coś strasznego, 
człowiek uczy się radzić sobie prawie ze wszystkim. Nie po 
trzeba mi żadnej pomocy. 
Słuchaj, wykorzystaj mnie - prosił zachęcająco. - Jestem 
ś

wietny w takich sprawach, jak radzenie sobie z towarzystwa 

mi ubezpieczeniowymi, firmami organizującymi przeprowa 
dzki i różne takie rzeczy. Nawet to lubię. 
Przeprowadzki? 
No, przecież nie będziesz chciała teraz mieszkać w tym 
domku sama. - Dodał rzeczowo: - Wspomnienia to piekło. - 
Zawahał się. - Poza tym, mieliśmy niejaką nadzieję, że teraz 
przyjedziesz do Nowego Jorku. 
Zdumiona odwróciła się i spojrzała na niego. 
Desdemona. Teraz już nie ma powodu, żebyś nie miała 
przyjąć tej roli - powiedział Eric. - Byłabyś szalona, nie przyj 
mując jej. Otworzy ci drogę do wspaniałej kariery. 
Obawiam się, że przyjechałeś nadaremnie. W dalszym 
ciągu nie chcę grać w musicalu twojego brata. 
Eric przez chwilę milczał. 
 

To chodzi o Jasona, prawda? Powiedział mi, że 

możesz 
czuć do niego niechęć. - Trochę zakłopotany mówił dalej: - 
Nie wiem, co jest między wami, i to nie jest mój interes. Bawię 
się tylko w chłopca na posyłki. Więc pozwól mi wykonywać 
moją pracę, dobrze? 
Jego chlopięcość była pociągająca i Daisy poczuła do niego 
rosnącą sympatię. 

Przepraszam cię. Nic z tego nie jest twoją winą. Więc 

jaką 
masz wiadomość? 
. - Powiedział, że jeżeli weźmiesz rolę Desdemony, zobaczysz 
się z nim dopiero na premierze, chyba że stanie się coś 
ważnego. - Skrzywił się. - A może nawet wtedy nie. Zdarza mu 
się czasami nie być na premierze. Popatrzyła na niego 
niepewnie. 

Nie będzie go w Nowym Jorku? 

Eric potrząsnął głową. 
Nigdy nie opuszcza swojego majątku w Connecticut, 
chyba że jest problem w pracy. 
To dziwne. 
To nonsens - powiedział Eric tępo. Zrobił niecierpliwy 
ruch ręką. - Ale nie o to chodzi. Jason będzie się trzymał z 
daleka. 
Poczuła ukłucie bólu, które następnie przerodziło się w uczucie 
otępienia. 
Nie wiem. 
Jason twierdzi, że muzyka ci się podobała. 
To, co słyszałam. 
 
Cała jest świetna. - Eric uśmiechnął się przymilnie. - 
Wiem, że Jason potrafi być trudny, ale dlaczego rezygnować z 
pracy, która wyniesie cię tam, gdzie twoje miejsce, tylko dla 
tego, żeby jemu zrobić na złość? Jason dotrzymuje słowa. 
Wiem, że dotrzymuje. 
No, więc w czym problem? Powiedziałbym, że to lekar 
stwo, którego ci potrzeba w tej sytuacji. - Doszli do samocho 
du i otworzył drzwi. - Powinnaś się czymś zająć. - Uśmiechnął 
się. - A zatrudniłem reżysera, który wypruje z ciebie flaki. 
 

background image

Praca. Pomysł napełnił ja tęsknota. Móc pracować tak ciężko, 
by w nocy paść na łóżko i nie rozmyślać o Jasonie albo o 
Charlie'em. Nie tylko praca, ale również czarująca, hipno-
tyzująca muzyka. 

Kusi cię to. - Głos Erica brzmiał radośnie. - Dlaczego 

nie 
miałabyś sobie dać tego, czego chcesz i czego ci potrzeba? 
Wsiadła do samochodu i siedziała w nim, wpatrując się w kute, 
ż

elazne bramy cmentarza. 

Ponieważ nie jestem pewna, czego mi teraz potrzeba. 
Wpadnę później, wieczorem. - Zatroskany zmarszczył 
brwi. - Dasz sobie radę? Moja żona, Peg jest w hotelu. Czy 
mam ją przywieźć ze sobą? 
Potrząsnęła głową. 
Ż

adnych nieznajomych. Nie mam na to siły. 

Peg nie jest nieznajomą. - Uśmiechnął się. - Kiedy ja 
poznasz, to zrozumiesz. - Jego uśmiech zbladł. - Ale przyjadę 
sam. O ósmej? 
Jak chcesz - powiedziała znużona. Bóg wie, że nie chciała 
być dzisiaj wieczorem sama. Wystarczająco trudno będzie 
grzebać w rzeczach Charlie'ego i decydować, co chce zosta 
wić, a czego nie. - O ósmej. 
Znalazła kartkę w środkowej szufladzie biurka. 
Tylko niestaranna bazgranina, którą momentalnie rozpoznała 
jako pismo Charlie'ego, leżąca na wierzchu sterty rachunków i 
kwitów. Spodziewała się, że będzie to rodzaj testamentu. 
Charlie nigdy nie chciał myśleć o śmierci i było dla niej 
szokiem, że zrobił tę próbę w kierunku uporządkowania spraw. 
Mojej córce, Daisy, zostawiam całą moją miłość i wszystko, co 
posiadam, z wyjątkiem jej portretu, który zostawiam przy-
jacielowi, Jasonowi Linkowi, który ma w sobie mniej tombaku, 
a więcej złota niż myśli. 
Szok za szokiem. Musiał to napisać w ostatnich dniach, może 
nawet w ciągu tego najbardziej ostatniego. 

Wstała i powoli podeszła w stronę przykrytego malowidła na 
sztalugach. Od chwili śmierci Charlie'ego nie była w stanie 
dotknąć żadnego z jego obrazów. Pochłonęły tyle miłości i 
wysiłku, że stały się bardziej osobiste niż jakiekolwiek ubrania 
ć

zy inne rzeczy. 

Zdjęła udrapowaną tkaninę i spojrzała na portret. Stała tak 
długo, patrząc na płótno przez łzy, podczas gdy popołudnie 
zamieniało się w wieczór. 
Miłość. Jason powiedział, że portret jest przepełniony miłością 
i mówił prawdę. Wiedziała, że nigdy nie będzie mogła 
Spojrzeć na ten portret, nie przypominając sobie Charlie'ego i 
ich wspólnego życia. To był spadek o wiele cenniejszy od dóbr  
ziemskich, które Charlie wspominał na tej żałosnej kartce 
papieru. 
Kartka. Ten obraz należał do Jasona! Ale Daisy nie chciała się 
z nim rozstawać! Pomyślała nagle, że przecież w zasadzie nie 
musiała. Ta kartka z pewnością nie była prawomocna. Nawet 
nazwisko w zapisie było błędne. Gdyby Charlie znał 
okoliczności, na pewno... 
Skąd mogła wiedzieć, co Charlie by zrobił? Powoli z po-
wrotem przykryła obraz i znużona odwróciła się. Wiedziała, że 
nie może ignorować ostatniej woli Charlie'ego. Obraz trzeba 
zapakować i wysłać do Jasona. 
Rozejrzała się po pokoju i wypełniło ją uczucie bólu. Nie 
mogła tu zostać. Było tu zbyt wiele wspomnień. Ta część jej 
ż

ycia została nieodwołalnie zakończona, musi się wyprowa-

dzić. Czemu by nie połączyć tej konieczności, z tym, co do-
starczy jej największej satysfakcji? Jason nie pozwolił, by jego 
uczucia zaszkodziły muzyce, więc dlaczego ona miałaby to 
robić? Nie była już tym słabym, drżącym ptaszkiem, usidlo-
nym przez orła. Spotkała tygrysy, wytrzymała ich kąsanie i 
przeżyła. Była wystarczająco silna, by stawić spokojnie czoła 
Jasonowi, nawet gdyby przypadkiem spotkała go w Nowym 
Jorku. 
Sięgaj po szczęście. 

 

background image

Zwrot, którego użył Charlie, powrócił do niej. Nie mówił o 
pracy, tylko o miłości i zaangażowaniu. Cóż, miłość minęła, 
ale miała swój śpiew, a szczęście mogło występować pod 
różnymi postaciami na tym świecie. 
Szybko przeszła przez pokój i podeszła do telefonu na biurku. 
Daisy Justine właśnie dzwoniła, żeby powiedzieć, że bę 
dzie grała Desdemonę - powiedział Eric, gdy tylko Jason 
odebrał telefon. - Wyjeżdżamy do Nowego Jorku pojutrze. 
To dobrze. 
Dobrze? Myślałem, że będziesz uszczęśliwiony. 
Jak ona się czuje? 
Wstrząśnięta. Zraniona. 
Ręka Jasona mocniej chwyciła słuchawkę. Boże, chciał z nią 
być. - Pomóż jej się wynieść z domku. 
Idziemy tam dzisiaj z Peg pomóc jej się pakować. - Eric 
przerwał. - Zmieniła się od czasu, kiedy widziałem ja po raz 
ostatni. Jest silniejsza niż myślałem i ma cholernie twardy 
charakter. 
Bądź z nią. Daj jej zajęcie. Nie dawaj jej czasu na myśle 
nie. 
Dobrze. - Eric przerwał. - Podejrzewam, że nie chcesz mi 
powiedzieć, co zaszło między wami? 
Nie. 

Tak myślałem. Lubię ją, Jasonie. Jest... niezwykła. 

-Tak. 
Jesteś straszliwie rozmowny - sarkastycznie stwierdził 
Eric. - Cóż za elokwencja. Pamiętasz tego krytyka, który po 
wiedział, że gdyby Szekspir pisał piosenki, byłby Jasonem 
Hayesem? 
Opiekuj się nią, Ericu. 
Dobrze. Ty uważaj na siebie - powiedział Eric łagodniej. 
Jason położył słuchawkę i stał, patrząc na telefon. Powie-
rzenie Daisy tej roli było ryzykowne, ale nie za bardzo. Opu-
ś

cił scenę, zanim można go było z nią łączyć, i zmusi się, 

ż

eby 

 

nie przychodzić na próby. Ogarnął go ból na myśl o tym, że 
nigdy nie zobaczy Daisy śpiewającej na scenie jego utwory, 
ż

e nigdy już nie zobaczy Daisy... 

Ale obiecał Charlie'emu, że będzie miała wszystko, czego 
zechce, i zdawał sobie sprawę, że jest to jedyny sposób, który 
ona zaakceptuje. 
Tymczasem, dzięki Bogu, miał pracę. Praca była zapo-
mnieniem. Praca była zbawieniem. 
Odwrócił się, wyszedł z gabinetu i przeszedł do pokoju 
muzycznego. 
 

background image

To nie tak - powiedział zniechęcony Joel Ricket, 

wcho 
dząc po schodach na scenę. - Cholera, Daisy, co się z tobą 
dzieje? Słyszałem, że grałaś Fantynę przez dwa lata, a tak 
grasz w tej scenie, jakbyś nigdy przedtem nie umierała. 
Daisy usłyszała chichot Erica, siedzącego w czwartym rzę-
dzie, ale nie było jej wesoło. Była zbyt zmęczona i zniechęco-
na, wiedziała też, że reżyser ma rację. Psuła scenę, która była 
punktem kulminacyjnym sztuki, i wydawało się, że nie jest w 
stanie nic na to poradzić. 
Ś

mierć Fantyny była inna. Była... - Przerwała, gdy zdała 

sobie sprawę, że ma zamiar tłumaczyć się głupią wymówką. 
Jak dalece nieprofesjonalna mogła być? - Masz rację, Joel. 
Jestem w tej scenie beznadziejna. 
Dobrze powiedziane. - Joel Ricket niechętnie odwrócił się 
do Kevina Billingsa, który grał Otella. - Dobra robota, Kevin. 
- Rzucił kwaśne spojrzenie na Daisy. - Przy nim nawet ty 
wyglądasz prawie dobrze. 
Daisy uniknęła jego spojrzenia. 
Postaram się robić to lepiej. 
Postarasz się? - zapytał ironicznie Joel. - Dwa tygodnie do 
premiery, a ty masz zamiar się postarać? Czy nie wydaje ci 
się, 
ż

e już najwyższy czas, żebyś zrobiła coś więcej niż tylko się 

starała? 
Nie denerwuj się, Joel - powiedział Kevin łagodząco. - To 
przyjdzie samo. W całej reszcie musicalu jest świetna. 
Nie wtrącaj się, Kevin - warknął na niego Joel. -1 nie bądź 
tak cholernie głupi. Jeżeli zawali tę scenę, zawali całe przed 
stawienie. 
Gdy Daisy zobaczyła rumieniec na twarzy Kevina, poczuła, że 
ogarnia ją irytacja. Kevin chciał tylko pomóc, a Joel nie 
musiał się na nim wyżywać. W ciągu ostatnich sześciu tygodni 
prób bardzo polubiła Kevina Billingsa. Był dobrym aktorem, 
miał wspaniały wygląd i cudowny głos, jedyny do roli Otella, 
a poza sceną był szczenięco przyjacielski i skromny, bez de- 
 

nerwującej pychy, z reguły demonstrowanej przez gwiazdy 
sceny i ekranu. 
Zostaw go w spokoju, Joel. Nie atakuj Kevina, kiedy to ja 
jestem winna. 
Cholernie dobrze mówisz, że to ty jesteś winna - powie 
dział ponuro Joel. - A gdybyś włożyła w tę scenę nieco uczu 
cia, nie musiałbym atakować nikogo. - Podniósł ręce do góry. 
- Czy sądzisz, że lubię być sukinsynem? 
Może i nie lubił, ale potrafił być całkowice bezwzględny, kiedy 
uważał, że to konieczne. Na tym jednak między innymi 
polegało dobre reżyserowanie, a Joel Ricket był bardzo dobrym 
reżyserem. - Nie wiem, dlaczego mam z tym kłopoty. 
Popracuję nad tym. 

Tak, popracujesz. - Usta Joela zacisnęły się ponuro, 

zbiegł 
ze sceny i usiadł na swoim miejscu w czwartym rzędzie, obok 
Erica Hayesa. -1 uda ci się, choćbyśmy mieli siedzieć tu całą 
noc. 
Mówił poważnie. Daisy nauczyła się w ciągu tych ostatnich 
sześciu tygodni prób, że Joel zawsze mówi dokładnie to, co 
myśli. Jeżeli nie uda się jej zagrać tak, by go to zadowoliło, 
będą powtarzać tę scenę, aż wszyscy padną z wyczerpania. 
Ręka Kevina pocieszająco ścisnęła jej ramię. 

Następnym razem ci się uda. 

Zmusiła się do uśmiechu. 
Mówisz to za każdym razem, kiedy zawalam tę scenę. 
Masz chyba cierpliwość anioła. 
Warto okazać trochę cierpliwości, kiedy się wie, że robi 
my coś wyjątkowego - powiedział poważnie Kevin. - Muzyka, 
ty i ja... Nie czujesz tego? 
Czuła. Dlatego znosiła wrzaski Joela i jego wybuchy gniewu, a 
także szaleńcze tempo. Pieśń nocy miała wszelkie dane, by stać 
się przebojem, który można grać i dziesięć lat. Jednakże co 
było jeszcze ważniejsze, dawała podwójną szansę: stworzenia 
niezapomnianej postaci i służenia muzyce. 

Tak, czuję to. Pieśń nocy jest niezwykła. - 

Uśmiechnęła 
się do niego. -1 masz rację, warto dla niej to wszystko znosić. 
 

background image

Skinął głową. 

Co ty na to, żebyśmy poszli gdzieś na chili, jak już 

przejdziemy przez to? Znam wspaniałe miejsce, a dobry posi 
łek zawsze pomaga mi się odprężyć. 
Dobrze, czemu nie? - Zrobiła głupią minę. - Jeżeli w ogóle 
kiedyś przez to przejdziemy. 
Jeszcze raz - powiedział Joel. - Od początku. 
Daisy przełknęła resztę gorącej herbaty, o którą poprosiła, 
ż

eby przepłukać gardło, i oddała pustą filiżankę 

garderobianej. Wielkie nieba, była zmęczona. 
Czy nie możesz odesłać reszty obsady do domu? Już 
prawie północ i... 
Jak mogę to zrobić?  - przerwał kwaśno Joel.  - 
Najwyraźniej potrzebujesz jak najwięcej pomocy. 
W porządku - szepnął Kevin. - Nic nie szkodzi. Tym 
razem ci się uda. 
Daisy uśmiechnęła się blado. 
Czuję się jak Eliza Doolittle w My Fair Lady. 
Zawsze chciałem zagrać Henry Higginsa. - Przybrał odpo 
wiednią pozę i zacytował: - Do licha, udało się jej. - Jego 
uśmiech zgasł, gdy przyjrzał się jej bladej twarzy. -1 tobie też 
się uda. 
Uśmiechnęła się do niego. 

Będziesz zdecydowanie lepszym Otellem niż Henry 

Hig- 
ginsem. 
Pianista zaczął grać Ostatnią miłość. "Biedny człowiek" -
pomyślała. Musiał być tak samo zmęczony, jak oni wszyscy. 
Znużona, podeszła do rozścielonego łóżka na środku sceny, 
które stanowiło jedyną dekorację. Uklękła na łóżku, czekając 
na swoje wejście. 

Czekaj! 

Zesztywniała i patrzyła wprost przed siebie na pierwszy guzik 
koszuli Kevina. O nie, nie tego jej teraz było trzeba. Wzrok 
Kevina przesunął się w ciemności po widowni. 

Któż to jest, do cholery? 

 

 
Jason. - Daisy nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że 
wyszeptała jego imię. - To Jason. 
Hayes? - zapytał Kevin z zainteresowaniem, mrużąc oczy 
i usiłując zobaczyć dokładniej zarys postaci stojącej w przej 
ś

ciu. - Nigdy go nie widziałem. Jest chyba samotnikiem, praw 

da? 
Tak. - Wargi miała tak suche, że zwilżyła je językiem. 
Mówiła sobie, że nic nie poczuje, gdy zobaczy Jasona Hayesa 
ponownie, i że to, co między nimi zaszło, wynikało z jej 
depresji w związku z chorobą Charlie'ego. Jednak w chwili, 
gdy usłyszała jego głos, zaczęła się trząść. - Tak słyszałam. 
Poznałaś jego głos. Znasz tego wielkiego samotnika? 
Poznałam go. - Zmusiła się, by spojrzeć przez ramię i 
zobaczyła, że Jason zatrzymuje się przy rzędzie, w którym 
siedzieli Eric i Joel. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, gdy 
zaczął rozmawiać z Joelem cichym głosem. Był ubrany w 
czarne dżinsy i czarną koszulę z długimi rękawami. Jego mu 
skularne ciało wyglądało szczupłej niż je zapamiętała, ale 
wyraz twarzy był taki sam, podobnie jak wrażenie wywołane 
jego fascynującą obecnością. - Ale nie sądzę, żebym go znała 
tak naprawdę. 
Jego muzyka jest fantastyczna. - Kevin zmarszczył brwi. 
- Boże, co będzie, jak mu się nie spodoba sposób, w jaki gram 
Otella? 
Nawet zawsze swobodny Kevin był trochę onieśmielony. 

Co tu się może nie spodobać? Jesteś wspaniały - 

powie 
działa bez namysłu, dalej patrząc na Jasona. - To ja jestem 
trudnym dzieckiem. 
Ale nie była już dzieckiem, a już na pewno nie tym naiwnym 
dzieckiem, które uległo urokowi Jasona tyle tygodni temu. 
Boże drogi, modliła się, by nie być już takim dzieckiem. 

Dobrze się czujesz? - spytał łagodnie Kevin, patrząc 

na 
nią. 
Zmusiła się, by odwrócić spojrzenie od Jasona i uśmiechnęła 
się z wysiłkiem. 

background image

Eric najwyraźniej zadzwonił do wielkiego człowieka i 
poinformował go, że narażam jego cenne dzieło na klapę. 
Tak myślisz? 
A cóż innego sprowadziłoby go tutaj o północy? - Wstała, 
ś

wiadomie przygotowując się na cios. - Przyjechał na ratunek. 

No cóż, z pewnością nie jest surowszy od Joela.. 
Nie bądź tego taki pewny. - Miała już pierwszą lekcję 
tego, jak bezwzględnie stanowczy potrafił być Jason, gry w 
grę wchodziła jego muzyka. Miała dosyć czekania jak ofiara, 
podczas gdy jej oprawcy zastanawiali się, którą siekierą się 
posłużyć. Podeszła do rampy i zawołała w ciemność: 
Cześć, Jason. Musiałam być naprawdę beznadziejna, jeże 
li trzeba cię było wzywać na ratunek. 
Jason odwrócił się, by spojrzeć na nią. Głęboko wciągnęła 
powietrze, gdy spojrzały na nią błękitno-zielone oczy. 

Fatalna - powiedział dosadnie. - Obserwuję cię od 

godzi 
ny i nie mogę w to uwierzyć. 
Pomyślała z rozpaczą, że może rzeczywiście już jej przeszło. 
Był taki okres, kiedy nie mógłby wejść do pokoju nie 
zauważony przez nią. 
Nie będę się z tobą kłócić. 
Nie chcę się kłócić. Chcę dobrej gry. - Uśmiechnął się 
ponuro. -1 będę ją miał. - Zwrócił się do Joela. - Myślę, że 
udało nam się zlokalizować problem. Zgaś światła i każ 
wszystkim zejść ze sceny. 
Słyszałeś, co powiedział - zwrócił się Joel do operatora 
ś

wiatła w kabinie i teatr nagle pogrążył się w ciemności. 

Ś

wiatła na Desdemonę - zawołał Jason. 

Daisy mam na imię - powiedziała nieco prowokująco, gdy 
zalało ją światło reflektorów. 
Nieprawda. Teraz jesteś Desdemoną. Niech pan wejdzie 
za kulisy, Billings. 
Kevin niepewnie zmarszczył brwi. 

Czy nie byłoby lepiej, gdybym został i pomógł? 

Kiedy 
jestem, może na mnie reagować i... 

Nie, nie byłoby - przerwał ostro Jason. - Pan jest 

częścią 
tego problemu. 
Daisy oburzyła się. 
Rzeczywiście! Nikt nie mógłby być bardziej pomocny niż 
Kevin. To nie fair obwiniać go za moją złą grę. 
Proszę iść za kulisy - powiedział Jason do Kevina, wcho 
dząc po schodach na scenę. - Kończmy z tym. 
Kevin wzruszył ramionami i po chwili zniknął w ciemności, 
zostawiając na scenie samą Daisy z Jasonem. 

Uklęknij na łóżku - powiedział Jason. - Czekasz na 

swo 
jego kochanka. 
Pozuj dla mnie. Uklęknij na krześle. Nie, tamto nie miało nic 
wspólnego z teraźniejszością. Uklękła na łóżku i skinęła głową 
do pianisty, żeby zaczął grać. 

Bez akompaniamentu - szybko rzucił Jason. - Nie 

potrze 
bujesz go. Znasz muzykę. Jest częścią ciebie, częścią Desde- 
mony. 
Popatrzyła na niego, zdumiona. Stanął w świetle reflektorów i 
natychmiast zdała sobie sprawę z ich odizolowania od 
obserwujących aktorów i obsługi za kulisami. 
Jest twoim kochankiem, ale boisz się go. Wiesz, że podej 
rzewa cię o niewierność, a jest gwałtownym, udręczonym 
człowiekiem. Rozebrałaś się i włożyłaś nocną koszulę. - Pod 
szedł bliżej, wyciągnął rękę i powoli zaczął wyciągać spinki, 
którymi miała włosy upięte w koczek i rzucał je na łóżko po 
jednej w geście rozdzierającej intymności. Nie wolno jej przy 
pominać sobie, ile razy robił to przedtem, ile razy drapował jej 
włosy na nagich piersiach albo dotykał nimi swego ciała. Boże 
drogi, pamiętała to! Atmosfera zaczęła się zagęszczać, stała 
się naładowana, a piersi nabrzmiały pod bawełną bluzki. Cze 
sał jej włosy palcami, dopóki nie spłynęły na jej ramiona. - 
Rozpuściłaś włosy. Pamiętałaś, by starannie zmówić modli 
twy, bo wiesz, że możesz nie dożyć jutra. 
Czy to wszystko jest konieczne? - zapytała drżąc. 

Tak. Nastrój jest wszystkim. To jest to, co nie gra w 

tej 
scenie. - Spojrzał na nią, jego jasne oczy błyszczały w ciemnej 
 

background image

twarzy. Zniżył głos aż do szeptu. - Billings jest dobrym akto-
rem, ale nie daje tego, czego ci trzeba. 
Przykrył jej piersi włosami, tak jak to robił przedtem tyle razy. 
Tyle że wtedy pochylał się i ocierał o nie swój szorstki 
policzek, poruszając nim, aż jęknęła i dotknęła jego... Walczy-
ła z tą myślą, ale było już za późno. Serce zaczęło jej bić 
gwałtownie. 
A czego mi trzeba? 
Strachu, niepewności. - Usta Jasona zacisnęły się ponuro. 
- Najwyraźniej przyjaźnicie się z Billingsem. Wiesz, że on cię 
nie skrzywdzi, i to widać w twojej grze. Desdemoną kocha 
Otella, ale również się go boi. Jest równie jasna, jak Otello 
ciemny. Musisz czuć ten strach, żeby móc go wykorzystać. 
Podniosła brwi z odcieniem kpiny. 
-1 ty masz zamiar dostarczyć mi tej potrzebnej ciemności? 

O tak. - Uśmiechnął się gorzko. - Zawsze byłem dla 

ciebie 
Otellem, Daisy. 
Oczy otworzyły się jej szerzej, gdy zrozumiała, że mówił 
prawdę. Nawet w najszczęśliwszych chwilach spędzanych ra-
zem była świadoma tej ciemności, tego elementu niebezpie-
czeństwa, który sprawiał, że ich związek był bardziej podnie-
cający, nawet jeżeli ją onieśmielał. Skinął głową, powoli czy-
tając w jej myślach. 

Nie zdawałaś sobie z tego sprawy? Ja tak. - Wyszedł 


jasnego kręgu w ciemność. - Od samego początku. Zaśpiewaj 
Ostatnią miłość, Daisy. - Był tylko ciemną, masywną postacią 
w cieniu, poza światłem. Poczuła nowy przypływ paniki. Po 
nowił żądanie, łagodne, pociągające, nieodparte. - Zaśpiewaj 
dla mnie, Daisy. 
Zaczęła śpiewać, a jej głos z początku drżał w ciemnościach. 
Wtedy nagle scena zniknęła, wszystko oddaliło się i stała się 
delikatną Desdemoną, skazaną na śmierć. Otello, jej 
kochanek, czekał tam, patrząc na nią, zamyślony, namiętny. 
Tak wiele gwałtu, tyle krzywdy. Chciała wyciągnąć do niego 
rękę i złagodzić jego ból, ale była zbyt przestraszona. Czy nie 

pojmował, że nigdy nie mogłaby być mu niewierna? Czy nie 
rozumiał, jak bardzo go kochała? 
Poruszył się, zmienił miejsce, zobaczyła błysk jego jasnych 
oczu, czających się w ciemności. Wzięła oddech. Teraz? Czy 
teraz ją udusi? Z trudem zdołała wyśpiewać tę ostatnią linijkę 
pieśni, patrząc na ten ukochany, groźny cień stojący w mroku. 
Ostatnie dźwięki zabrzmiały jak szaleńcze bicie serca, które 
miało zamrzeć, gdy tak czekała, by przyszedł do niej. Opuściła 
głowę, w milczeniu akceptując swój los. 
Aplauz. Nie potrzebowała spontanicznego aplauzu od aktorów 
stojących za kulisami, żeby zdać sobie sprawę, że przeszła 
transformację. Przez tych kilka chwil naprawdę była 
Desdemoną. W oszołomieniu podniosła głowę, gdy Jason 
ponownie wszedł w krąg światła. Jego usta wykrzywił 
szelmowski uśmiech. 
Naprawdę cholernie się mnie boisz, prawda? 
Nie. - Wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. - 
Desdemoną boi się Otella. Daisy ciebie nie. 
Chwilowe zdziwienie pojawiło się na jego twarzy, po czym 
powoli skinął głową. 
Rzeczywiście nie. Eric mówił, że się zmieniłaś. - Prze 
rwał. - Ale zawsze będziesz pamiętać, jak czuła się Desdemo 
ną, kiedy będziesz śpiewać tę pieśń, prawda? 
Tak. - Odszukała spinki, które wyjął jej z włosów i szybko 
upięła je z powrotem. - Będę pamiętać. Dziękuję ci za to. - 
Wstała i spojrzała mu w twarz. - Ale wiem, że zrobiłeś to dla 
swojego musicalu, a nie dla mnie. 
Tak? - Uśmiechnął się tajemniczo. - Jak ty mnie dobrze 
znasz. - Spochmurniał. - Ale może nie wystarczająco dobrze. 
Nie jestem Otellem. 
 
W porządku, dobrze było, Daisy. - Joel ruszył w ich 
kierunku zza kulis. - Teraz spróbujmy jeszcze raz z Kevinem. 
Nie. - Jason odwrócił się i zaczął iść w stronę kulis. - Jest 
wyczerpana. Wyślij ją do domu, Joel. 
Joel zmarszczył brwi. 

Słuchaj, a co będzie, jeżeli drugi raz się jej nie uda? 

Musimy to sprecyzować, popracować nad drobiazgami i... 

 

background image

Będzie dobrze. Odeślij ją do domu. 
Do licha, udało się. - Kevin śmiał się, idąc do niej raźnym 
krokiem. - Powiedziałem, że ci się uda. - Podniósł ją i okręcił 
dookoła. - Teraz idziemy na chili? 
Jason zatrzymał się i popatrzył na nich. Jego twarz była bez 
wyrazu, ale nagle Daisy poczuła to samo, co wtedy, gdy stał 
pełen namiętności, zaborczy, zagrażający w przerażającej cie-
mności. Niespokojnie wzruszyła ramionami, po czym pod-
niosła głowę prowokująco. Była Daisy, a nie Desdemoną. 
Jeżeli miała zbudować sobie życie bez niego, musiała nauczyć 
się ignorować tę mroczną fascynację, jaką w niej budził. Celo-
wo odwróciła się od Jasona i uśmiechnęła promiennie do 
Kevina. 

Stanowczo chili. Umieram z głodu. Daj mi tylko 

dwadzie 
ś

cia minut na prysznic i przebranie się i spotkamy się przy 

tylnym wyjściu. 
Daisy zwolniła kroku, schodząc słabo oświetlonym koryta-
rzem. Jason opierał się o ścianę przy drzwiach. Blady uśmiech 
pojawił się na jego ustach, gdy zobaczył jej wahanie. 
Punktualnie. Nie martw się, Billings cię nie zawiódł. 
Wysłałem go, żeby poczekał na ciebie w zaułku. 
Dlaczego to zrobiłeś? - Przyspieszyła kroku, idąc koryta 
rzem w jego stronę. - Myślałam, że sobie poszedłeś. 
Nie. - Przestał opierać się o ścianę. - Chciałem z tobą 
porozmawiać. 
Tak? - Uśmiechnęła się promiennie. - Jeszcze jakieś uwa 
gi psychologiczne na temat Desdemony? Nie trzeba się było 
trudzić. Miałam problemy tylko z ostatni sceną. 
-Wiem. Eric mówi, że będziesz w tej roli fantastyczna 
Jak miło. 
Polubiliście się? Eric mi mówił, że znalazł dla ciebie 
mieszkanie w Greenwich Village. Dobrze ci tam? 
Tak. Eric i Peg są dla mnie bardzo dobrzy. 
Łatwo być dla ciebie dobrym. 

Naprawdę? - Napotkała jego spojrzenie. - Dla ciebie 

nie 
było to takie łatwe. 
Zesztywniał. 
Byłem tak dobry, jak tylko mogłem w tych okoliczno 
ś

ciach. 

No jasne. Raz oskarżyłeś mnie, że cię wykorzystuję, ale 
wydaje mi się, że do ciebie bardziej pasuje to określenie. W 
porównianiu z tobą byłam jak niemowlę. - Podniosła rękę, gdy 
zaczął mówić. - O tak, ostrzegałeś mnie uczciwie. Prawdę 
mówiąc, z początku winiłam siebie za to, że nie byłam ostroż- 
niejsza. - Popatrzyła prosto na niego. - Ale potem zdałam 
sobie 
sprawę z tego, że wiedziałeś, że nie posłucham twoich ostrze 
ż

eń, Jasonie. Znałeś mnie. Jesteś bystry i wiedziałeś, że mo 

ż

esz wziąć wszystko, co chcesz, i dalej być zadufany w sobie. 

Mam nadzieję, że nigdy nie byłem zadufany w sobie. 
Ale przyznajesz, że wiedziałeś, iż nie należałam do twojej 
kategorii? 
Uśmiechnął się słabo. 
Przeciwnie, byłaś o wiele lepsza. 
Potrząsnęła głową. 
Byłam jak glina w twoich rękach. Zahipnotyzowałeś mnie. 

Mówisz w czasie przeszłym. - Jego głos brzmiał 

szyder 
czo. - Czy chcesz mi powiedzieć, że już się otrząsnęłaś z 
moich tak zwanych manewrów Rasputina? 
Skinęła głową. 
Przebudziłam się, kiedy Charlie umarł. 
Uśmiech zniknął z jego twarzy. 
Chciałem być z tobą, ale... 
 
Nie kłam. - Jej głos drżał i usiłowała nad nim zapanować. 
- Gdybyś chciał tam być, to byś przyjechał. Wiedziałeś, co ze 
mną zrobiłeś tamtej nocy, a potem przyjechałam do domu i 
znalazłam Charlie'ego... - Musiała przerwać, gdyż wspomnie 
nia nie dały jej mówić. - Moje wnętrze krwawiło, a ty pozwo 
liłeś, bym sama stawiła temu czoła. - Spojrzała na niego wyzy 
wająco. - No cóż, stawiłam temu czoła i wiele się nauczyłam. 
Ż

e jestem skurwielem? 

 

background image

Nie - powiedziała cicho. - Że byłam głupia myśląc, że 

naprawdę może ci na mnie zależeć. 
Popatrzył na nią, jakby go to dotknęło. 

Nie byłaś głupia. 

Poczuła łzy pod powiekami, ale powstrzymała je. 
Beznadziejnie głupia. - Opanowała się i gorzko uśmiechnęła. 
- Nawet nie rozumiałam, że jesteś jednym z tygrysów, Jasonie. 
Nie jestem, do cholery! - Jego usta skrzywiły się jakby z 
bólu. - Zawsze chciałem ci pomóc. 
O tak, chcesz zrobić ze mnie gwiazdę. - Wzruszyła ramio 
nami. - No i robisz, prawda? I równocześnie dostajesz to, 
czego chcesz. Sprytnie, Jasonie. 
Chyba już dosyć powiedziałaś. Wiję się z bólu. 
 
Czy dostałeś portret, który ci wysłałam? 
-Tak. 
Chcę go od ciebie odkupić. 
Nie jest na sprzedaż. 
Jej ręce zacisnęły się w pięści. 

Testament Charlie'ego prawdopodobnie nie był nawet 

prawomocny. Nie musiałam wysyłać ci obrazu. 

Ale jesteś kobietą honoru, a Charlie chciał, żebym go 

miał. 
Zrobiła niecierpliwy ruch ręką. 

To czysty impuls. Prawie cię nie znał. Wiem, że 

chciał, 
ż

ebym to ja miała ten portret. 

Wydaje mi się, że miał powód, żeby mi go dać. 

Zaśmiała się nerwowo. 
Dał ci go, bo myślał, że jestem w tobie zakochana. Niemą 
dre, co? 
Bardzo niemądre. - Jego głos brzmiał chrapliwie. - Ale i 
tak nie możesz mieć tego obrazu. Mam w związku z nim 
pewne plany. 
Cholera, dla mnie on coś znaczy. 
Dla Charlie'ego również coś znaczył. 
Nie jest to dla mnie łatwe. - Zamknęła oczy i szepnęła. - 
Proszę, pozwól mi go kupić od ciebie. To wszystko, co mi po 
nim zostało. 
 

Daisy, czy ty nie wiesz, że ja chcę... - Przerwał i 

dodał: - 
Nie mogę tego zrobić. 
Otworzyła powieki i spojrzała na niego oczami błyszczący* 
mi od łez. 

Dobry Boże, jesteś okrutny. 

Jego twarz była blada, gdy wolno skinął głową. -Tak. 
Teraz, kiedy już to ustaliliśmy, musisz mi wybaczyć. 
Kevin czeka i... 
Niech czeka. - Jego ton nagle stał się gwałtowny. - Czym, 
do diabła, jest dla ciebie Billings? 
Wszystkim, czym chcę, żeby był. - Otworzyła drzwi. -1 to 
nie twoja sprawa. 
Sam też tak uważam. 
Chwycił ją za łokieć, by pomóc jej zejść po stopniu na 
betonowe półpiętro. Pod jego dotykiem przebiegł ją erotyczny 
dreszcz. Spojrzał na nią i uśmiechnął się z dziką satysfakcją. 

Widzisz? On cię zanudzi. Jesteście zbyt do siebie 

podob 
ni. Cala ta słodycz i dobro przyprawią cię o niestrawność. 

Może lubię słodycz i dobro. Z pewnością nic w tym 

złego. 
Dzikość w jego spojrzeniu zastąpiona została niewypowie- 
dzanym znużeniem. 

Nie, nic w tym nie ma złego. To normalne, odżywcze 


bezpieczne. Trzymaj się tego, Daisy, i nie daj się nikomu 
namówić na nic innego. 
Gwałtowna zmiana w nim zbiła ją z tropu. 
Nawet tobie? 
Zwłaszcza mnie. Już ustaliliśmy, jakim jestem samolub 
nym skurwysynem. Dlaczego masz ze mnie robić... Co, do 
diabła! 
Oślepiające światło flesza rozjaśniło ciemności i jasne plamki 
zaczęły tańczyć Daisy przed oczami. Gdy za chwilę zamknęła 
oczy, usłyszała cichy, triumfalny śmiech i stukot stóp na 
betonie zaułka. 

Niech go szlag! - Jason puścił jej rękę, zbiegł ze 

schodów 
i zaczął gonić ciemną postać biegnącą w stronę ulicy. 
 

background image

Cóż mu się stało? - Kevin wyszedł z cienia u dołu 

scho 
dów. - To tylko zdjęcie. Mnie też zrobił. 
"Lampa błyskowa - pomyślała Daisy z ulga. - Po prostu 
wielbiciel robiący zdjęcia." 

Cóż za wytrwały fotografik. Już prawie pierwsza w 

nocy. 
Kevin wzruszył ramionami. 
Tak się tutaj dzieje ciągle. Jak im się uda zrobić dość 
dobre zdjęcie, to czasem mogą sprzedać je brukowcom za 
kupę szmalu. Zdjęcie przedstawiające nas razem nie byłoby 
wiele warte, ale zdjęcie Hayesa może przynieść fortunę. - Z 
zaciekawieniem przyjrzał się biegnącemu Jasonowi. - Był na 
prawdę wściekły. Nie chciałbym być w skórze tego faceta, 
kiedy Hayes go dogoni. 
Nie skrzywdzi go - powiedziała szybko Daisy. 
 
Skąd wiesz? - Wzrok Kevina szybko powrócił na jej 
twarz. - Myślałem... powiedziałaś, że go nie znasz. 
Znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć na pewno, że nie 
skrzywdzi kogoś, kto nie może się bronić. - Kevin nadal 
przyglądał się jej badawczo, więc szybko zmieniła temat. - 
Dokąd idziemy na to wyborne chili? 
Do "Acapulco" Sama. Czy myślisz, że powinniśmy zacze 
kać i zobaczyć, czy Hayes dogoni tego faceta? 
Nie, nie chciałby, żebym czekała. Skończyliśmy naszą 
rozmowę. 
Dobrze. W takim razie na chili. - Wziął ją pod rękę i 
poprowadził w stronę ulicy. - Gwarantuję, że popali ci kubki 
smakowe, ale wprawi cię w zachwyt. 
Czy mają coś łagodniejszego? Już zjadłam moją porcję 
egzotycznych dań". 
Tak? - Spojrzenie Kevina zatrzymało się i wróciło do 
miejsca na końcu zaułka, gdzie zniknął Jason. - W takim razie 
będziemy musieli znaleźć coś, co będzie trochę mniej pobu 
dzające. 

Dwadzieścia minut później Jason wpadł do biura na najwy-
ż

szym piętrze teatru, gdzie Eric przeglądał rachunki za 

kostiumy. 
Ktoś zrobił zdjęcie Daisy i mnie dziś wieczorem w zaułku. 
Cholera. - Eric wyprostował się na krześle. - Masz film? 
Nie mogłem go złapać. Skurwiel biegł jak olimpijczyk. - 
Jason przerwał. - Musisz zrobić porządek z tym zdjęciem. 
Eric potrząsnął głową. 
Jak, do diabła, mam to zrobić? Nawet nie wiesz, której 
szmacie ma to zamiar sprzedać. 
Zadzwoń do różnych brukowców i zaproponuj podwójną 
kwotę za zdjęcie. 
Ilość sprzedanych egzemplarzy jest dla nich na ogół waż 
niejsza niż nasza gotówka. 
Jason rzucił się na krzesło koło biurka. 
Muszę zdobyć to zdjęcie, do licha. 
Uspokój się. Może to tylko jakiś rozentuzjazmowany fan. 
O pierwszej w nocy? 
Nie wiemy tego na... 
Nie mogę ryzykować. - Jason oparł głowę na ręce. - Nie 
powinienem był przychodzić. Byłem idiotą, żeby tak ryzyko 
wać. Jak dalece można folgować swoim zachciankom? 
To ja to wszystko wywołałem. 
Nikt nie jest winien poza mną. Nie musiałem cię słuchać. 
Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Nie powinie 
nem był przychodzić. 
Eric patrzył na niego zdumiony. 

No, to czemu przyjechałeś? Właściwie nie 

spodziewałem 
się, że się pojawisz, bez względu na to, jakie problemy mamy 
z tą sceną. 
Jason przez chwilę nie odpowiadał. 
Nie mogłem nie przyjechać. 
-Co? 
To był pretekst. Chciałem usłyszeć, jak ona śpiewa moją 
pieśń. 
 

background image

Eric ze zrozumieniem kiwnął głową. 
Demon twórczości uniósł swój kłopotliwy łeb. 
Nie. - Jason szybko wstał i podszedł do drzwi. - Daisy. 
Nie rozumiem... - Eric przerwał, gwizdnął cicho i skinął 
powoli głową. - Chyba się tego obawiałem. Wszystkie znaki 
na to wskazywały. Po prostu nie chciałem ich widzieć. 
Ja też nie. - W śmiechu Jasona brzmiała nutka rozpaczy. - 
Zdobądź to zdjęcie, Ericu. 
W chwilę potem drzwi zamknęły się za nim. 
Trzy dni później telefon zadzwonił sześć razy, nim Daisy się 
obudziła, i jeszcze dwa, zanim zdołała wstać i dotrzeć do 
aparatu, stojącego na ladzie kuchennej po drugiej stronie pra-
cowni. 
Słucham - powiedziała sennie. 
Daisy? - Głos Erica brzmiał specjalnie niedbale. - Wszy 
stko w porządku? 
Nie - wymamrotała zaspana Daisy. - Zdecydowanie nie 
jest w porządku. Jestem obudzona, podczas gdy powinnam 
spać. Poszłam spać o trzeciej w nocy, a mój idiotyczny produ 
cent dzwoni do mnie bladym świtem. 
Jest ósma rano. Ostrzegałem cię, że Jason to potwór. 
Nie narzekam. Jestem zbyt śpiąca, by narzekać. Czego 
chcesz, Ericu? 
Kiedy jedziesz do teatru? 
O jedenastej. Czemu pytasz? Czy Joel zmienił godzinę? 
Nie. Mam pewną sprawę do załatwienia w twojej okolicy 
i pomyślałem, że wpadnę po ciebie i zawiozę cię do teatru. 
Będę za piętnaście jedenasta. 
Dobra. Czy mogę już iść spać? 
Jasne. - Eric zawahał się. - Czy drzwi masz zamknięte na 
klucz? 
Ericu... 
Tylko sprawdzam. Nowy Jork to nie Genewa. 
Peg i ty zrobiliście wykład w tej sprawie pierwszego dnia 
po moim przyjeździe do tego wielkiego, złego miasta. 
 

Ono może być złe, Daisy - poważnie powiedział Eric. 


Nigdy w to nie wątp. Do zobaczenia wkrótce. 
Daisy odłożyła słuchawkę i powlokła się ospale do łóżka. Cała 
ta rozmowa była dziwna i kompletnie bez sensu, ale była zbyt 
zmęczona, żeby ją teraz analizować. Mogła się jeszcze 
przespać przynajmniej jedną cenną godzinę, zanim będzie 
musiała wstać i przygotować się na przetrwanie kolejnego 
wyczerpującego dnia prób. Wróciła do łóżka, owinęła się koł-
drą i sennie zastanawiała się, jaką sprawę mógł Eric mieć do 
załatwienia w tej części miasta. 

Pomyślałem, że powinnaś zobaczyć to gówno. - Eric 

od 
niechcenia rzucił gazetę na stolik do kawy. - Ale nie przejmuj 
się tym. To kompletny brukowiec. 
Daisy rozłożyła szmatławca, którego często widywała obok 
kasy i w supermarkecie niedaleko jej małego mieszkanka. 
Stronę tytułową zdobiły twarze jej i Jasona. Na zdjęciu wpa-
trywali się w siebie obydwoje identycznym wzrokiem, ujaw-
niającym zmysłową intymność, która ją przeraziła. Boże drogi, 
czy naprawdę pozwoliła Jasonowi zobaczyć ten wyraz 
pożądania i całkowitego zaangażowania na swojej twarzy? 
Nagle poczuła się zupełnie odsłonięta, naga przed światem. 
Poczuła kolejny wstrząs, gdy zobaczyła nagłówek nad zdję-
ciem: Hayes i nowa gwiazda tworzą razem słodką muzykę. 
Cóż za mdląca gra słów - powiedziała tępo. - Kevin 
mówił, że takie zdjęcie można sprzedać brukowcom. 
Próbowałem je odnaleźć i powstrzymać. - Eric wzruszył 
ramionami. - Ale się nie udało. 
Wygląda całkiem niewinnie. - Daisy szybko przejrzała 
artykuł. - Przynajmniej nie piszą, że wynajmujemy razem jakiś 
przytulny apartament. 
Brukowce są tak często podawane do sądu, że próbują 
unikać ewidentnych zniesławień. • Zrobił pauzę. - Ale udało 
im się dowiedzieć, że byliście w Genewie w tym samym 
czasie. 
Daisy spojrzała na niego znad gazety, 
 

background image

Naprawdę się tym przejmujesz, co? Czy to się odbije 

na 
sprzedaży biletów? 
Eric potrząsnął głową. 

Bilety są już wysprzedane na pierwszych osiem 

miesięcy. 
Mały skandal może najwyżej zwiększyć zainteresowanie mu 
sicalem. 
Daisy pogardliwie cisnęła gazetę z powrotem na stolik do 
kawy. 
W takim razie nie mam zamiaru się tym przejmować. 
Mam dosyć zmartwieli przez Joela, żeby jeszcze zwracać uwa 
gę na taki chłam. 
Bardzo rozsądnie - powiedział z ulgą Eric. - Tylko pomy 
ś

lałem, że chciałabyś o tym wiedzieć. - Wziął ją pod rękę i 

poprowadził w stronę drzwi. - Teraz możemy o tym zapo 
mnieć. - Nie patrzył na nią, otwierając drzwi. - Słuchaj, Peg 
chce, żebyś z nami zamieszkała na kilka dni. 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
Dlaczegóż to? 
A czemu nie? Wydawało mi się, że polubiłaś Peg. 
Wiesz, że tak. - Potrząsnęła głową. - Ale przy tak prowa 
dzonych próbach nie mogę dojeżdżać z Long Island na Man 
hattan o każdej godzinie. 
Oczywiście, że możesz. Damy ci do dyspozycji limuzynę. 
- Zaśmiał się. - Każda gwiazda powinna mieć limuzynę. 
Nie jestem gwiazdą. 
Ale nią będziesz za kilka tygodni. - Eric sam zamknął 
drzwi na klucz. - Wczuj się w rolę. 
Może kiedy poza tytułem będę miała jeszcze jakieś dowo 
dy, że nią jestem. - Daisy potrząsnęła głową. - Powiedz Peg, 
ż

wdzięczna jestem za propozycję, ale przed premierą będzie mi 
wygodniej mieszkać tutaj. 
Daisy, wydaje mi się, że powinnaś... - Przerwał, a jego 
usta wykrzywiły się smutkiem. - Bałem się, że nie uda mi się 
ciebie namówić, ale pomyślałem, że warto spróbować. - Wziął 
ją pod rękę i zaczęli schodzić ze schodów. - Ale teraz, gdy 

chłopcy z brukowców są na twoim tropie, pozwól mi przynaj-
mniej być w pobliżu i odganiać ich kijem. Popatrzyła na 
niego. 
Czy cała twoja troska i to zaproszenie są z tym związane? 
Czy nie przywiązujesz do tej historyjki zbyt dużej wagi? 
Może. - Uśmiechnął się lekko. - Ale czułbym się lepiej, 
gdybyś mi pozwoliła bawić się w rycerza. Tacy faceci jak ja 
nie mają zbyt często takiej okazji. 
Ale ja nie potrzebuję... - Zobaczyła rozczarowanie na jego 
twarzy i uśmiechnęła się łagodnie. - Jestem pewna, że Peg 
uważa cię za swojego rycerza. 
Tak. - Skinął głową. - Tak, ona tak uważa. - Zamrugał 
oczami. - No, ale ona ma niezwykłą zdolność spostrzegania, a 
mnie potrzebna jest większa widownia. - Spojrzał poważniej. 

W takim razie pozwól mi przyjeżdżać po ciebie i 

odwozić cię 
do domu, aż cała ta zadyma z prasą przycichnie, dobrze? 
Zawahała się, po czym skinęła głową. 
No dobrze, ale to naprawdę nie jest konieczne, Ericu. 
Ja sądzę, że jest. Jason też tak uważa. - Poczuł, jak mięśnie 
jej ręki sztywnieją pod jego uściskiem i spojrzał na nią. - On 
chce ci pomóc, Daisy. Nie odtrącaj go. 

Więc przysłał cię, żebyś znowu go zastąpił. - Jej usta 

skrzywiły się z goryczą. - Tak jak wtedy, kiedy umarł Charlie. 

Minęła gor otworzyła drzwi i wyszła na ulicę. - Nie 

muszę go 
odtrącać, Ericu. On robi to sam. 
Mruknął coś pod nosem i ruszył za nią. 

Ericu, zaczekaj! 

Daisy odwróciła się i zobaczyła ciemnowłosą kobietę w 
czerwonym kostiumie, szybko zbliżającą się do nich. Mogła 
mieć około trzydziestu pięciu lat. Miała szeroko rozstawione 
ciemne oczy, czarne włosy upięte w gładki kok i słodką twarz 
Madonny, która nie pasowała do jej zmysłowego ciała. Przy-
pominała Daisy bujnie rosnący hibiskus; oszałamiający, egzo-
tyczny, całkiem oślepiający. Usłyszała, jak Eric cicho zaklął. 
Kobieta zatrzymała się przy nich i uśmiechnęła słodko. 

 
 

 

background image

Ericu, tak miło cię zobaczyć. Ostatnio nigdy się nie widu 
jemy. - Poruszamy się w innych środowiskach. - Skinęła smut 
no głową.- To tylko dlatego, że ty i Jason odsunęliście mnie 
od 
siebie. - Westchnęła. - Tak tęsknię za starymi czasami. 
Spieszymy się, Cynthio. 
Nie bądź niegrzeczny - skarciła go kobieta, przenosząc 
spojrzenie na Daisy. - Przedstaw mnie swojej przyjaciółce. 
 
Sądzę, że wiesz, kim ona jest. 
Jej oczy rozszerzyły się niewinnie. 
O cóż ci chodzi? 

Nieważne - powiedział Eric. - Daisy Justine, to moja 

przyrodnia siostra, Cynthia Hayes. 
Daisy otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. 
Jak się pani miewa? 
Bardzo dobrze, zawsze pilnuję, by tak było - odrzekła 
Cynthia z promiennym uśmiechem. - Ogromnie mi miło panią 
poznać. - Zmarszczyła nos. - Ale muszę przyznać, że Eric się 
nie mylił. Faktycznie, widziałam ten ohydny artykuł w 
Journa- 
lu i musiałam przyjść, poznać panią. 
Nie trzeba się było trudzić. Ten artykuł to stek kłamstw - 
powiedziała Daisy. 
Cynthia uśmiechnęła się szerzej. 
Och, ale w każdym kłamstwie jest ziarno prawdy. - Zniży 
ła słodko głos. - A pani jest taka śliczniutka. Czytałam, że 
wychowała się pani w Europie. 
W Szwajcarii. 
Jeździłam na nartach w St. Moritz. Kiedyś o mało co nie 
pojechałam do Genewy, ale stwierdziłam, że nie jest to konie 
czne. 
Chodź, Daisy, spóźnimy się. - Eric popchnął Daisy w 
stronę samochodu. - Do widzenia, Cynlhio. 
Do zobaczenia później. - Cynthia stała, patrząc na nich. - 
Mógłbyś   powiedzieć   temu   męczącemu   facetowi   przy 
drzwiach dla aktorów, żeby pozwolił mi przychodzić na pró 
by. Bardzo chciałabym usłyszeć, jak ta ślicznotka śpiewa. 
Eric zamarł. 
 

Próby są zamknięte. 

Cynthia nadal się uśmiechała. 

No tak, dla mnie są zawsze zamknięte, prawda? 

Jason nie 
zdaje sobie sprawy, jak mnie rani, tak postępując. 
Eric nie odpowiedział, tylko szybko otworzył drzwi dla Daisy. 
Miło było panią poznać, panno Hayes - powiedziała auto 
matycznie Daisy, wsiadając do samochodu. 
Cynthia. Jestem pewna, że zbyt wiele nas łączy, żebyśmy 
miały pozostawać ze sobą w oficjalnych stosunkach. A jak 
już, 
to pani Hayes. Nie wiedziałaś? Jestem żoną Jasona. 
Daisy nie była w stanie nic powiedzieć, aż Eric ruszył i 
przejechał kawałek drogi. 
On jest... żonaty? - zapytała energicznym tonem, patrząc 
wprost przed siebie. Jak głupio było czuć się tak zranioną i 
zdradzoną, gdy jej związek z Jasonem przestał już istnieć. 
Nie - powiedział Eric. - Już nie. Już od dawna nie. Jason 
ożenił się z Cynthia, kiedy miał dziewiętnaście lat, a ona 
siedemnaście. Rozwiedli się dwa lata później. 
Nie wygląda na to, żeby o tym pamiętała. 
Cynthia zawsze wierzy w to, w co chce wierzyć. 
W takim razie musi jej nadal na nim zależeć. 
Tak bardzo, jak tylko może jej zależeć na kimkolwiek. 
Z trudem przełknęła ślinę, gdyż więzła jej w gardle. Cynthia 
Hayes wyglądała bardzo miło, ale było jasne, że Eric nie chce 
mieć z nią nic wspólnego. Jednak, jeżeli ta kobieta kochała 
Jasona, okrutnym było pozwolić jej cierpieć. 
Wobec tego lepiej będzie, jeżeli złożę jej wizytę, żeby 
przekonać ją, że naprawdę nic nas z Jasonem nie łączy. Gdzie 
ona mieszka? 
Nie! - Spojrzała na niego, zaskoczona gwałtownością w 
jego głosie. - Jason nie chciałby, żebyś się w to wtrącała. Ich 
związek jest... skomplikowany. Trzymaj się od niej z daleka. 
Dobrze. - Bóg jeden wiedział, że nie miała ochoty na 
wchodzenie pomiędzy Jasona i jego byłą żonę. Nadal czuła się 
zraniona i otumaniona po spotkaniu z Cynthia Hayes. Właści- 
 

background image

wie nie tylko otumaniona. Zdała sobie sprawę, że odczuwa 
gorącą, namiętną niechęć. Zazdrość. Boże drogi, nigdy w ży-
ciu nie była o nikogo zazdrosna, ale o tę kobietę tak. - Tak 
tylko pomyślałam. Zrobię to, co ty uważasz za stosowne. Eric 
odetchnął z ulgą. 
Dobrze. Proszę cię, unikaj jej. A jeżeli będzie chciała się 
z tobą zobaczyć, obiecaj mi, że jej odmówisz. 
Dlaczego miałaby... 
Tylko mi obiecaj, zgoda? 
Jeżeli sobie życzysz. I tak nie będę miała czasu na towa 
rzyskie spotkania. - Zamilkła, a po chwili dodała: - Nie sądzę, 
ż

ebym kiedyś widziała kogoś równie pięknego. Ona jest sza 

lenie pociągająca. 
Wiedźmy bywają równie piękne - powiedział ponuro Eric. 
- A lepiej ich unikać. 
Czuła się ogłupiała. "To minie" - zapewniała siebie zdespe-
rowana. Prawie nie myślała o Jasonie przez ostatnie dwa dni. 
Będzie pracowała tak ciężko, że nie będzie miała czasu 
myśleć ani o Jasonie, ani o tej pięknej kobiecie, podobnej do 
hibisku-sa, która najwyraźniej stanowiła nadal ważną część 
jego życia. 
Boże, ależ była zmęczona. Daisy podeszła do wejścia dla 
aktorów, niezmiernie zadowolona, że ustąpiła Ericowi i nie 
będzie musiała jechać do domu metrem. Joel był dzisiaj 
gorszy niż zwykle, ale nie mogła go za to winić. Trudno się 
było skoncetrować i zasłużyła na wszystkie słowa 
bezwględniej krytyki, jakie padły. Prawdopodbnie z ulgą się 
jej pozbędzie, kiedy te... 
Jason. 
Zatrzymała się z wrażenia w miejscu na schodach, gdy 
zobaczyła go stojącego przy przednim błotniku długiej, grana-
towej limuzyny. 
Nie kłóć się. - Wyprostował się. - Po prostu wsiadaj do 
samochodu. 
Eric zawozi mnie do domu. 

 
Eric zawoził cię do domu. - Otworzył dla niej drzwi. - 
Syuacja się zmieniła. Nie mam zamiaru go wystawiać. 
Wystawiać? Czy ty nie przesadzasz? Przecież brukowce 
interesują się tobą, a nie nim. 
Proszę cię, wsiadaj do samochodu. Słuchaj, nie mam 
zamiaru cię porywać. Mój jedyny cel to dowieźć cię bezpiecz 
nie do domu. - Wskazał na szofera, którego prawie nie było 
widać przez szyby z przydymionego szkła. - Mamy nawet 
przyzwoitkę. 
Mówiłam Ericowi, że to nie jest potrzebne. Żaden z was 
nie musi odwozić mnie do domu. 
Albo wsiadasz do tego samochodu, albo będę musiał iść 
za tobą. - Uśmiechnął się krzywo. - Jeżeli chcesz nam oby 
dwojgu oszczędzić czasu i kłopotu, pozwól, że cię odwiozę i 
daj już spokój. 
Zawahała się, po czym zeszła ze schodów i przeszła zaułkiem 
do samochodu. 

To śmieszne. 

Otworzył drzwi i usiadł koło niej. 

Tak jak życie. - Zatrzasnął drzwi. Nacisnął guzik i 

okno 
między pasażerami a kierowcą rozsunęło się z szumem. - Sam 
Brockner, to jest Daisy Justine. 
Szofer odwrócił głowę i mogła mu się dobrze przyjrzeć. W 
niczym nie przypominał dystyngowanego szofera w unifor-
mie, jakiego można by sobie wyobrażać. Rudy, piegowaty, z 
błyszczącymi oczami w kolorze bursztynu. Wyglądał na nie 
więcej niż dwadzieścia lat. Turkusowo-biała hawajska koszula 
w kwiaty, którą miał na sobie, sprawiała, że jego włosy wyda-
wały się jeszcze bardziej rude. Ciepły uśmiech rozjaśnił jego 
chłopięcą twarz. 
Cześć. Miło cię poznać, panno Justine. - Limuzyna ruszy 
ła i zaczęła się zbliżać do ulicy. - Proszę się oprzeć wygodnie 
i odprężyć. Jason dał mi twój adres, za sekundę będziesz w 
domu. 
Dzięki, Sam. Mnie również miło cię poznać. 

 

background image

Jason przycisnął guzik i szyba zasunęła się z powrotem, 
zostawiając ich samych. Daisy siedziała spięta, z rękami uło-
ż

onymi na kolanach, patrzyła prosto przed siebie. 

Na litość boską, odręż się - oschle rzucił Jason. 
Jestem odprężona. 
Jesteś tak najeżona, że rozpadłabyś się na tysiąc kawałe 
czków, gdybym cię dotknął. 

Przyznaję, że czuję się nieswojo w tej sytuacji. - W 

dalszym ciągu starała się na niego nie patrzeć. Chciała, żeby 
się odsunął. Nie było między nimi fizycznego kontaktu, ale 
siedział tak blisko, że czuła ciepło jego ciała i czuła znajomy 
zapach jego płynu po goleniu. - Ale ponieważ nie ma mowy o 
tym, żebyś mnie dotykał, nie ma strachu, że coś takiego się 
wydarzy. 
-Prawda. 
Zapadła między nimi cisza, gęsta, naładowana, pełna świa-
domości tego, że tak jest. Myślała gwałtownie, jak ją prze-
rwać. 
Jakoś nigdy nie kojarzyłeś mi się z szoferem i limuzyną. 
Eric prowadzi sam. 
Eric dzięki swojemu temperamentowi lepiej sobie radzi z 
nowojorskimi taksówkarzami. Poza tym, limuzyna daje mi 
trochę prywatności. 
I jeszcze jedną ścianę, którą się można otoczyć. Kolejna 
nabrzmiała cisza. 
Poznałam dzisiaj twoją żonę. 
Eric mi mówił. No i to nie jest moja żona. 
Ona chyba nie widzi różnicy. Jest bardzo piękna. 

Też tak kiedyś myślałem. 

Znowu cisza. 

Eric powiedział, że ożeniłeś się bardzo młodo. - 

Dlaczego 
uparcie mówiła o tej kobiecie, skoro każde słowo raniło jak 
sztylet? 
-Tak. 
Uśmiechnęła się promiennie. 

 
Mówią, że pierwsza miłość nie rdzewieje. Jestem pewna, 
ż

e... 

To nie była miłość - przerwał ostro. - Pierwsza ani żadna 
inna. 
W takim razie seks. Czasami to trudno odróżnić. 
To też nie. - Odwrócił się do niej. - Co ty chcesz, żebym 
powiedział, do cholery? Popełniłem błąd i zapłaciłem za nie 
go. Do tej pory płacę. 
Tak naprawdę, to nie moja sprawa. 
Nie mogłabyś się bardziej mylić. Czy to się nam podoba, 
czy nie, nie mogłoby to być w większym stopniu twoją spra 
wą. Bóg wie, że robiłem, co mogłem, żeby cię trzymać od tego 
z daleka. 
Zmarszczyła brwi. 
Nie rozumiem, o czym ty mówisz. 
Wiem. - Na jego twarzy pojawiło się nagle zmęczenie. - 
To teraz nie ma znaczenia. Wszystko, o co proszę, to żebyś mi 
pozwoliła się pilnować. 
Znużenie w jego głosie przedarło się przez mur niechęci, który 
wybudowała przeciw niemu, dotknęło ją i wzruszyło. 
Powiedziałam ci kiedyś, że jestem przyzwyczajona pilno 
wać się sama. 
Ale pozwoliłaś mi się sobą zaopiekować i źle na tym nie 
wyszłaś. 
-Nie? Wzdrygnął się. 

Może powiedzmy inaczej. Nie mogłaś narzekać na 

brak 
tej opieki. 

Wtedy byłam inną osobą. 

Potrząsnął głową. 

Tak ci się tylko wydaje. Ból nas nie zmienia, on tylko 

usuwa z nas to, co powierzchowne, i pokazuje, jacy jesteśmy. 
- Napotkał jej wzrok. - Nadal jesteś dobra, ufna i promieniują 
ca życiem. Zbyt dobra. Zbyt wiele z siebie dajesz, by dobrze 
na tym wyjść. Popatrz na to, co byłaś gotowa poświęcić dla 

 
 

 

background image

Charlie'ego. W chwili, kiedy cię ujrzałem, wiedziałem, że 
jesteś anielsko dobra. 
Nie mogła oderwać od niego oczu. Miała dziwne uczucie, że 
w tych słowach jest coś ważnego, coś, co powinno jej dać do 
myślenia. Nagle przypomniała się jej chwila po tym, jak się 
kochali, i kiedy poczuła, że jest blisko czegoś tajemniczego i 
wielkiego. 
"Nie, to nie może się znowu stać" - myślała z rozpaczą. Nie 
wolno jej go kochać. Nie wolno jej znowu wpaść w pułapkę 
nadziei. On jej nie kocha, prawdopodobnie nigdy nie kochał 
jej naprawdę. 
Ale coś w tym było. Coś, o czym powinna wiedzieć. Nie była 
ś

lepa, chociaż zaczynała myśleć, że w przeszłości tak było. 

Czy chcesz mi coś powiedzieć? 

Otworzył usta i znowu je zamknął. Odwrócił się od niej. 
-Nie. 
Nadzieja zgasła, ale nalegała. 
Wydaje mi się, że chcesz. Porozmawiaj ze mną, Jasonie. 
Nie mam nic do powiedzenia. 
Znowu mury. 
Spojrzała na niego smutno, gdy limuzyna podjechała do 
krawężnika przed jej domem i Sam wysiadł z samochodu, by 
otworzyć drzwi pasażerskie. Jason wykrzywił usta. 
Wiem, że chyba masz już dość mojego towarzystwa na 
dzisiaj. Sam odprowadzi cię do drzwi mieszkania. 
To nie jest ko... - Przerwała i wysiadła z limuzyny. Była 
zbyt zmęczona i załamana, żeby się z nim kłócić. Odwróciła 
się i ruszyła ku frontowym schodom. - Dobranoc! 
Daisy. 
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię. 

Od tej pory to Sam będzie przyjeżdżał po ciebie i 

odwoził 
cię do domu. Po dzisiejszym wieczorze nie będę cię męczył 
swoją obecnością. 
Ostro powiedziała: 

 
Jestem zdziwiona, że nie boisz się, aby dżentelemeni z 
prasy nie zaatakowali jego również. 
On sobie poradzi. Był w Służbach Specjalnych w Wietna 
mie. - Spojrzenie Jasona powędrowało w stronę Sama. - Pro 
szę, sprawdź jej mieszkanie. 
W porządku. - Sam podszedł do schodów wiodących do 
drzwi frontowych. - Nie ma problemu. Będzie bezpieczna. 
Daisy potrząsnęła głową. 
Wątpię, żeby znalazł kogoś czającego się w przedpokoju 
albo pod łóżkiem. 
To jest Nowy Jork - powiedział Jason. - Czajenie się jest 
normą w niektórych dzielnicach. 
Nie w tej. 
Mnie się pozbywasz, ale Sama musisz zaakceptować. To 
kompromis. Przyjmij to do wiadomości i ciesz się, że nie jest 
gorzej. 
Nie czekał na jej odpowiedź, tylko wsiadł do limuzyny i 
zamknął drzwi. Znowu się przed nią zamykał, ale nie bardziej 
niż chwilę temu, gdy zajechali przed jej dom. Dlaczego nie 
umiała przyjąć tego, co mówił dosłownie? Łzy, kłujące ją pod 
powiekami, były całkowicie irracjonalne. Oszołomiona szła ku 
drzwiom, które Sam przytrzymywał dla niej. 
Wszystko będzie w porządku. - Orzechowe oczy Sama 
jaśniały w piegowatej twarzy. - Naprawdę. Wszystko będzie 
super. 
Poważnie? - Uśmiechnęła się do niego niepewnie, prostu 
jąc ramiona. - No, jasne. Chodź, Sam. Na pewno chcesz to 
mieć za sobą, pojechać do domu i pójść do łóżka. 
Nie ma pośpiechu. Jestem nocnym Markiem. 
Tak jak mój ojciec. 
Charlie? Tak, wiem. Jason wszystko mi o nim opowie 
dział. 
Otworzyła szeroko zdziwione oczy. 
Opowiedział? 
No jasne, to musiał być świetny facsi 

 
 

 

background image

Tak, to prawda. - Zawahała się. - Ale chyba nie 

oczekiwa 
łam, że Jason będzie go chwalić przed ludźmi. 
Zachichotał. 

Ż

artujesz sobie ze mnie, co? Boże, Jason chce, żeby 

cały 
ś

wiat dowiedział się, jaki to był świetny facet. No, ale ja tu 

gadu, gadu, a ty chcesz iść do łóżka. - Sam wziął ja pod rękę i 
poprowadził do schodów. - Rozejrzę się w ciągu pięciu minut, 
a potem stąd wypieprzam. 

Myślę, że próba generalna poszła dziś bardzo dobrze. 


Eric siedział na fotelu w garderobie. - Biorąc wszystko pod 
uwagę. 
Daisy skrzywiła się, siadając na stołku przed toaletką i 
wkładając buty na płaskim obcasie. 

Biorąc pod uwagę, że wszystko, co mogło pójść źle, 

poszło źle. Nie próbuj poprawić mojego samopoczucia, Ericu. 
Zawsze przed premierą panuje taki chaos i dobrze o tym 
wiesz. 

Nie wydajesz się być zmartwiona. 

Uśmiechnęła się promiennie. 
Nie jestem. Ja jestem gotowa, nawet jeżeli obsługa tech 
niczna nie jest. Mam przeczucie, że jutrzejsza premiera będzie 
bombą. 
Ja mam takie samo przeczucie. - Sięgnął do kieszeni 
marynarki i wyjął małą kopertę. - Sam wpadł tutaj, gdy ty 
zmagałaś się z próbą, i poprosił mnie, żebym ci to dał. 
Dlaczego nie poczekał, aż będzie mnie wiózł do domu? - 
Wstała i wzięła kopertę. - Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że 
pozwoli mi dzisiaj samej jechać do domu? Sam jest praktycz 
nie moim cieniem od czasu tej chryi z brukowcem. 
Eric potrząsnął głową. 
Będzie czekał na zewnątrz, jak zawsze. Czy on cię dener 
wuje? 
Nie. Sam jest naprawdę uroczy na swój sposób. Taki 
nieoszlifowany diament 
Eric skinął głową. 
-1 umie sobie radzić, kiedy są kłopoty. - Patrzył uważnie, jak 
bada kopertę. 
Koperta była z eleganckiego, kremowego papieru, a adres 
zwrotny należał do jednej z najbardziej prestiżowych galerii 
sztuki na Piątej Alei. 

 
 

 

background image

Daisy ostrożnie otworzyła kopertę i wyciągnęła pojedynczą, 
zadrukowaną kartkę. Oczy otworzyły się jej szeroko ze 
zdumienia, gdy czytała kilka linijek na zaproszeniu. 
Serdecznie zapraszamy do obejrzenia najlepszego dzieła 
Charlesa L. Justina o godzinie dwudziestej w dniu 1 lipca. 
Obowiązuje strój wieczorowy. Prosimy o odpowiedź. 
W oszołomieniu patrząc na twarz Erica, Daisy powiedziała: 
Nie rozumiem. Czy wiesz, o co tu chodzi? Pokaz dzieł 
Charlie'ego? 
Właściwie tylko jednego dzieła - powiedział Eric cicho. - 
Twojego portretu. 
Zaśmiała się nerwowo. 
Ale to wariactwo. Żadna galeria nie będzie robić wystawy 
jednego obrazu, chyba że artysta byłby Rembrandtem albo 
Van Goghiem. A już na pewno nie obrazu nieznanego mala 
rza, takiego jak Charlie. Dlaczego... - Przerwała i popatrzyła 
na Erica. - Jason? - Eric skinął głową. - Łapówka. 
Do diabła, nie. Nie można przekupić snobistycznej galerii, 
takiej jak Von Krantza. 
No, to w jaki sposób? 
Eric wyjął kasetę z kieszeni marynarki i wsadził ją do 
magnetofonu stojącego na toaletce. Nacisnął przycisk urzą-
dzenia. 

To pierwsza muzyka, którą Jason skomponował nie 

dla 
teatru muzycznego od ponad dwunastu lat. Będzie jutro nada 
wana przez stacje radiowe i telewizyjne wraz z ogłoszeniem o 
wystawie. Nazwał ją Pieśń Charlie'ego. 
Siedziała zupełnie nieruchomo, słuchając porywająco pięknej 
muzyki. Siła, łagodność i triumf miłości i ducha. Charlie. 
Czuła łzy płynące po jej policzkach, ale nie zrobiła nic, by je 
wytrzeć. Gdy ucichły ostatnie dźwięki, dalej wpatrywała się w 
błyszczący metal magnetofonu. 
Eric sięgnął ręką i wyłączył go. 

Jason powiedział, że to podwójny plan. Pieśń 

powinna 
wywołać zainteresowanie obrazem i nawet jeżeli krytycy 
okrutnie wypowiedzą się na temat pracy twojego ojca, nadal 
 

pozostaje szansa, że świat sztuki będzie go pamiętać przez 
długi czas dzięki niezwykłości prezentacji. 
Coś, co będzie żyć po nim. Nieśmiertelność Charlie'ego - 
wyszeptała, usiłując opanować łzy. 
Tak - zgodził się Eric. - Chyba można to tak nazwać. 
Dlaczego Jason mi nie powiedział? - zapytała chrapliwie. 
- Dokonał tej niesamowicie cudownej rzeczy i nigdy nic o tym 
nie wspomniał. Jak mogę mu podziękować? 
On nie chce podziękowań. 
Daisy wstała, wzięła chusteczkę z pudełka na toaletce i 
wytarła mokre policzki. 
Ale je dostanie. Gdzie on jest? 
Eaglesmount. - Eric potrząsnął głową. -1 nie będzie chciał 
się z tobą widzieć, Daisy. 
Skąd wiesz? 
Bo przekazał mi wiadomość dla ciebie. - Zawahał się. - 
Kazał ci powiedzieć, że nie zrobił tego dla ciebie. Chce, żebyś 
wiedziała, że nic nie jesteś mu winna. Zrobił to dla Charlie'e- 
go- 
-1 to nie jest dla mnie? Ja kochałam Charlie'ego. 
I kochała Jasona Hayesa. Świadomość ta zajaśniała jak 
płomień. Zdumienie i ból minęły. Nie rozumiała go; może 
nigdy go nie zrozumie. Ale jakie to wszystko miało 
znaczenie? Na wszystko, co święte, kochała go. Ruszyła w 
stronę drzwi. 
Jadę się z nim zobaczyć. 
Nie! - Eric potrząsnął głową. - Mówię ci, że się z tobą nie 
będzie chciał widzieć. - Skrzywił się. - Poza tym Eaglesmount 
ma takie środki bezpieczeństwa jak Fort Knox. Nigdy nie 
przedostaniesz się poza bramę wejściową. 
Cholera. - Daisy obróciła się, by spojrzeć na niego. - Jak 
on myślał, że ja zareaguję? Chcę go zobaczyć. 
Eric uśmiechnął się blado. 
Sądzę, że się domyślał, że tak zareagujesz. Chyba zna cię 
lość dobrze, prawda? 
Lepiej niż ja jego. - Podniosła głowę. - Ale to się zmieni. 
On nie pozwoli, by się zmieniło. 
 

background image

Dlaczego nie? 

Eric zawahał się. 
Zrobiła zniecierpliwiony ruch ręką. 

Mniejsza z tym. Jesteś równie rozmowny jak Jason. 

Ale 
powiedz mi tylko jedną rzecz. Czy jemu zależy na Cynthii 
Hayes? 

Dobry Boże, nie! 

Odetchnęła z ulgą. 

Z tego, co mówił, tak właśnie wynikało. W takim 

razie 
sprawa jest otwarta. 
Eric zmarszczył brwi. 

Nie rozumiesz, jaka jest sytuacja. 

-1 oczywiście jej nie zrozumiem, jeżeli mi nie powiecie. Jak 
mogę cokolwiek zrozumieć, jeżeli Jason nie chce się nawet ze 
mną zobaczyć? 
Jeżeli chcesz mu okazać swoją wdzięczność, bądź wspa 
niałą Desdemoną. Ta sztuka wiele dla niego znaczy. 
Wdzięczność? Ale ja chcę... - Przerwała i przyjrzała mu 
się uważnie. - No dobrze, umówmy się tak. Powiedz mu, że nie 
pojadę do Eaglesmount, jeżeli przyjedzie na premierę. I nie 
chcę, żeby stał z tyłu jak jakiś drugorzędny duch opery. Chcę, 
ż

eby siedział koło ciebie w czwartym rzędzie i chcę go wi 

dzieć za kulisami po przedstawieniu, żeby mi powiedział, jaka 
byłam wspaniała. Jasne? 
O, jasne. - Eric zmarszczył nos. - Ale nie jestem pewien, 
czy Jason się zgodzi. 
Zgodzi się, jeżeli mu powiesz, że w przeciwnym wypadku 
urządzę sobie piknik przed bramą w Eaglesmount. On wie, że 
ja łatwo się nie poddaję. - Uśmiechnęła się pogodnie. - Ostate 
cznie, to wszystko jego wina. Gdyby nie skomponował Pieśni 
Charlie'ego, prawdopodobnie nigdy nie zaglądałabym pod 
maskę Otella. 
Maskę? 
Nieważne. - Podeszła do drzwi. - Po prostu przekaż mu to 
ode mnie. - Uśmiechnęła się promiennie przez ramię. - I 

powiedz mu, że jutro zobaczy cholernie przekonującą Desde-
monę. 
Daisy kłaniała się nisko, policzki jej płonęły z emocji, a teatr 
rozbrzmiewał gromkimi brawami. 
Kevin ścisnął jej rękę. Jego policzki również były zarumie-
nione. - Nie rozglądaj się teraz, ale myślę, że daliśmy niezłe 
przedstawienie. - Radosny szept był słyszalny tylko dla niej. -
Boże, ależ jestem szczęśliwy. 
Daisy również czuła się uskrzydlona. Owacja na stojąco, 
dwanaście razy wywoływani przed kurtynę, a publiczność 
nadal nie chciała ich puścić. Spojrzała na Jasona w czwartym 
rzędzie. Stał, bijąc brawo, ale patrzył na nią bez wyrazu. Czy 
mu się podobało? Czy się myliła? Nie, nie może dać się 
oszukać przez tę jego ścianę milczenia, ale nie popełni błędu 
po raz drugi. 
Dziewczęcy uśmiech rozjaśnił jej twarz i puściła do niego 
konspiracyjnie oko. Zachichotała do siebie, gdy zobaczyła 
jego zdumione spojrzenie. Potem wraz z Kevinem poszli w 
stronę kulis. 

Daisy, Daisy, kochanie! Byłaś cudowna! 

Dobiegł ją znajomy kobiecy głos z pierwszego rzędu. Peg? 
Przeszukała wzrokiem widownię i jej uśmiech zbladł. Cynthia 
Hayes stała obok sceny, ubrana w piękną suknię w kolorze 
pawiego błękitu, ozdobioną wspaniałym naszyjnikiem z szafi-
rów. Wyciągnęła w stronę Daisy bukiet róż. 
Kevin również ją zauważył. 

Twoja przyjaciółka? Wezmę je. - Szybko podszedł i 

wziął 
kwiaty od Cynthii z wdzięcznym ukłonem. Odwrócił się, po 
dał je Daisy i wyprowadził ją ze sceny. - Wspaniała kobieta - 
powiedział. - Ciekawe, czy lubi chili. 
Kremowe róże w ramionach Daisy były piękne i niewątpliwie 
drogie, ale czuła wstręt, patrząc na nie. Chciała się ich pozbyć. 
Nie rozumiała tego gestu, tak jak nie rozumiała Cynthii Hayes. 

 
 

 

background image

Wątpię w to. - Szybko położyła bukiet na stoliku za 
kulisami. - Wydaje mi się, że to prędzej typ lubiący cielęcinę 
a la Orloff. 
Nie znasz jej? 
To była żona Jasona Hayesa. 
O! W takim razie chyba nie chcesz, żeby te róże stały w 
twojej garderobie. 
Spojrzała na niego. 
Dlaczego tak mówisz? 
Widziałem zdjęcie w Journalu. Jesteś przejrzysta jak wo 
da, Elizo Doolittle. - Pocałował ją w policzek. -1 tak ci już nie 
potrzeba więcej kwiatów. Twoja garderoba wygląda jak 
ogród. Zauważyłem, że ktoś nawet przysłał ci butelkę wina. 
Skinęła głową. 
"Roderer Cristal". Przynieśli ją tuż przedtem, zanim wy 
szłam na scenę. Nie wiem, kto ją przysłał. Nie mogłam odczy 
tać, co było napisane na kartce. 
W takim razie to pewnie Eric. Jego pismo mogłoby dopro 
wadzić do szału każdego grafologa. Czy mam cię zawieźć na 
przyjęcie Erica, kiedy się przebiorę? 
Nie, jestem dosyć zmęczona. Myślę, że trochę odpocznę, 
nim się przebiorę. Jedź beze mnie. 
Dobrze. - Ruszył korytarzem w stronę swojej garderoby, 
idąc żwawym krokiem, w którym odbijało się jego zadowole 
nie. - Chociaż Bóg jeden wie, jak moża być zmęczonym w taki 
wieczór jak ten. Jesteśmy hitem! 
Słaby uśmiech pojawił się na ustach Daisy, gdy szła wzdłuż 
korytarza. Wiedziała, jak kevin się czuje. A teraz, kiedy po-
zbyła się tych cholernych róż, ogarnęły ją jej własna radość i 
oczekiwanie. 
Jason był na widowni. Widział i słyszał, jak urzeczywistnia 
jego marzenia. A skoro był na widowni, na pewno wykona też 
następny krok i przyjdzie za kulisy. 
Otworzyła drzwi garderoby i zmarszyła nos, gdy owiał ją 
mocny zapach. Kevin miał rację. Kwiaty pachniały niesamo-
wicie i pokój rzeczywiście przypominał ogórd. No, ale roman- 
 

tyczne rendez-vous w ogrodzie to nie taki najgorszy pomysł. Miała 
już tło, potrzeba było jeszcze tylko kostiumu. 
    Kostium, który wybrała, był białą satynową suknią, odsła- 
 niajaca ramiona i podkreślającą ich kształt, obcisłą w pasie i 
biodrach, a potem rozszerzającą się w szereg błyszczących 
halek, jak u tancerki flamenco. Gorset uwypuklał zarys jej 
 
 piersi, a rozpuszczone włosy spływały jej na ramiona, przy-
trzymywane jedynie dwoma grzebyczkami zdobnymi w klejnoty. 
Kostium i tło. Ale gdzie mężczyzna? Wzięła głąboki oddech, 
usiłując się uspokoić. I co teraz? Wystrojona, a tu nikt tego nie 
widzi. "Jason przyjdzie" -zapewniała siebie w desperacji. Ubierała 
się najwyżej dwadzieścia minut, a reporterzy prawdopodobnie 
otoczyli go tuż 
po przedstawieniu. 
Podeszła do toaletki, otworzyła butelkę wina i nalała trochę do 
kieliszka stojącego na tacy. Trzeba jej było jak najwięcej ciepła i 
odwagi. Jeżeli Jason nie... 
Usłyszała pukanie do drzwi i pospiesznie odstawiła kieliszek na 
toaletkę. Przebiegła pokój i otworzyła drzwi. 
Jason, ciemny, silny, elegancki w biało-czarnym smokingu 
stał w drzwiach. 

Cześć. - Z obrzydzeniem zauważyła, że mówi jak dziecko, 

które nie może złapać tchu. - Wejdź, Jasonie. 
Nie ruszył się. Stał tylko, patrząc na nią. 

Wyglądasz... - przerwał, odwracając wzrok od jej gład 

kich ramion wychylających z białej satyny sukni - prześlicz 
nie. 

To moja pierwsza suknia na zamówienie. - Zamknęła za 

nim drzwi. - Na przyjęcie Erica. Idziesz? 
-Nie. 

Nie wiem, dlaczego byłam pewna, że taka będzie twoja 

odpowiedź. - Przeszła przez pokój i podeszła do toaletki. - 
Chcesz wina? To wyśmienity rocznik. To jeden z moich pre 
mierowych prezentów. 
 

background image

Nie, dziękuję - powiedział Jason z wahaniem. - 

Jestem, 
Daisy. Czego chcesz? 
Z pewnością więcej niż na razie miała odwagę mu powie-
dzieć. 
Chcę, żebyś mi powiedział, że jako Desdemona byłam 
taka, jak chciałeś. 
To łatwe. Byłaś Desdemona. - Odwrócił od niej spojrze 
nie. - Siedziałem tam na widowni, a ty krok po kroku dawałaś 
mi wszystko, czego oczekiwałem po tej roli, i jeszcze więcej. 
Czy to tyle? 
Nie. - Odchrząknęła. - Ale na razie poszło ci bardzo 
dobrze. Teraz to ważniejsze. Chcę, żebyś mi powiedział, że 
jestem wszystkim, czego chcesz w kobiecie. 
Zamarł, a jego spojrzenie powróciło na jej twarz. 
Cóż spowodowało tę zmianę? 
Pieśń Charlie'ego. 
Wdzięczność. 
O tak. - Uśmiechnęła się promiennie. - Jestem bardzo 
wdzięczna. 
No dobrze, powiedziałaś to. Ale to, co mówiłem Ericowi, 
to prawda. Zrobiłem to dla Charlie'ego, a nie dla ciebie. 
Nie o to chodzi. Liczy się fakt, że w ogóle to zrobiłeś. - Jej 
twarz jaśniała zapałem. - Nie rozumiesz? Trzeba być niezwyk 
łym człowiekiem, żeby zadać sobie tyle trudu tylko po to, by 
spełnić ostatnie życzenie jakiegoś faceta. Wiedziałam, że coś 
tu nie gra, że pewno nie zrozumiałam tego, co było między 
nami. 
Nie patrz tak na mnie - powiedział chrapliwie. - I nie 
próbuj robić ze mnie świętego. Zrobiłem tylko to, co chciałem 
zrobić. 
Ale to, co chciałeś zrobić, było cudowne. - Zaśmiała się z 
wahaniem. -1 przez to ty też stajesz się cudowny. 
Akurat. 
Wciągnęła powietrze i szybko powiedziała. 

Chcę, żebyś mi powiedział, że ci na mnie zależy. 

 
Oczywiście, że mi na tobie zależy. Kiedyś byliśmy ze 
sobą, zawsze trudno jest pozbyć się bagażu emocjonalenego, 
kiedy to się koń... 
Nie rób tego. - Daisy zacisnęła dłonie w pięści. - Potrze 
buję twojej pomocy. 
Jason mruknął coś pod nosem i odwrócił się od niej. 

Chyba już nie mamy o czym rozmawiać. Podwieźć cię 

na 
przyjęcie do Erica? 

Nie. - Odwróciła się na krześle i tępo gapiła się w swoje 

 odbicie w lustrze. Wyglądała blado i była wykoilczona. Czuła 
się pokonana. Miała nadzieję na tak wiele. Może się myliła. 
Może nie zależało mu na niej w żaden trwały sposób. Wyciąg-
nęła rękę nie patrząc, podniosła kieliszek do ust i wypiła wino. - 
Chyba jednak nie pójdę na to przyjęcie. 
Ależ oczywiście, że pójdziesz - powiedział chrapliwie. - 
To noc twojego triumfu. 
Triumfu? - Cisnęła kieliszkiem o podłogę i odwróciła się, 
by na niego spojrzeć. - A czemuż ty nie triumfujesz? Twój 
sukces jest większy od mojego. Po jaką cholerę wracasz do 
Connecticut? 
Nie mogę... Co się, do diabła, dzieje? 
Daisy przerażona zauważyła, że kręci się jej w głowie. Nagle 
zrobiło się jej lodowato zimo i nie mogła złapać powietrza. 
Nie czuję się... - Spadła z taboretu. - Co się stało? 
Daisy! - Blada twarz Jasona przepłynęła nad nią, gdy 
chwycił ją w swe ramiona i przycisnął. - Co... Mój Boże! - Nie 
patrzył na nią, ale na coś, co stało na toaletce, na butelkę wina. 
- To wino. Kto ci przysłał to pieprzone wino, Daisy? 
Nie mogła odpowiedzieć, gardło miała jak zamrożone, słowa 
wydobyły się z niej z rzężeniem. 

Nie wiem... Nie mogłam odczytać... Bazgranina... 

Po czym zapadła w lodowatą ciemność. 
Było jej zimno. Przeraźliwie zimno. Zwinęła się w kłębek, żeby 
trochę się ogrzać. 
 

 

background image

Ci... - Udręczony głos Jasona. - Nie płacz. Nie zniosę 

tego. 
Powiedz mi, co się dzieje. Powiedz, jak ci pomóc. 
Nie zdawała sobie sprawy z tego, że płacze. Otworzyła oczy i 
zobaczyła nad sobą twarz Jasona. 

Zimno. 

Natychmiast dokładniej owinął ją prześcieradłem. Białe 
prześcieradła; wykrochmalona, sterylna czystość. Szpital. No 
tak, jest chora... 

Lepiej? - chrapliwie zapytał Jason. 

Biedny Jason. Oczy mu błyszczały, twarz wyglądała na 
udręczoną. Jakże mu chciała pomóc. Wyglądał tak samotnie. 
Był tak samotny. Dlaczego nigdy nie zdawała sobie sprawy, 
jak przeraźliwie był samotny? 

Nie - szepnęła. - Obejmij mnie. 

Jego dłoń delikatnie głaskała jej gęste włosy rozrzucone na 
poduszce. 
Nie powinienem... Masz spad. 
Potrząsnęła głową i wyciągnęła do niego ręce. 
Obejmij mnie. 
Wstał i wśliznął się na wąskie szpitalne łóżko obok niej, 
trzymając ją mocno w ramionach. Jej włosy znalazły się pod 
jego ramieniem, a jego policzek opierał się o jej policzek. 
Wtedy, zdumiona, poczuła na swojej skroni coś ciepłego i 
mokrego. 
Nie - szepnęła, obejmując go opiekuńczo. - Nie bądź 
smutny. Zaopiekuję się... tobą. 
Tak? - Głos jego brzmiał niepewnie, a usta zacisnęły się. 
- To chyba powinno być moje zadanie, kochanie. - Jego wargi 
musnęły jej policzek. - Nie przejmuj się, zaśnij. Wszystko 
będzie dobrze. 
Chciała mu powiedzieć, że musi się przejmować, jeżeli on ma 
kłopoty. Czy on nie wie, że na tym polega miłość? Może nie 
wiedział. Był ostrożny i samotny. W swoim zmartwieniu i 
niepokoju nie zdawał sobie sprawy, jak smutny był w swojej 
samotności. 

 
Zostań ze mną - wyszeptała. Była zbyt zmęczona, by teraz 
mu pomagać, ale jak tylko się obudzi, zajmie się nim... 
Zostanę - powiedział cichou. - Zostanę, kochanie. 
Jason poszedł i kiedy znowu otworzyła oczy, Eric siedział na 
krześle obok jej łóżka. Ogarnęło ją rozczarowanie. 

W porządku. - Eric szybko pochylił się i chwycił ją z 

rękę. 
- Nie bój się. 

Dlaczego miałabym się bać? - Miała sucho w gardle i 

pusto w żołądku. Poza tym czuła się dobrze. Potem przyszło 
jej coś na myśl i spojrzała na twarz Erica. - Z Jasonem wszy 
stko w porządku? 
Eric skinął głową. 

To ty miałaś pompowany żołądek. 

To dlatego miała takie dziwne uczucie w brzuchu i takie 
obolałe gardło. Sięgnęła ręką i masowała skroń, przypominając 
sobie ostatnie chwile, nim zemdlała. 
Wino... było niedobre. 
Wino było zatrute. 
Daisy ponownie spojrzała na Erica. 

Zatrute! 

Skinął głową. 
Masz szczęście, że tylko tyle wypiłaś. Jeszcze trochę i 
Jason nie byłby w stanie nic zrobić. 
Nie rozumiem. - Zwilżyła wargi językiem. - Kevin myślał, 
ż

e to ty przysłałeś mi wino. 

Zamrugał oczami. 

O Boże, nie. To Cynthia. Raz popełniła błąd. 

Ponieważ 
byłaś chowana w Europie, wiedziała, że będziesz się znała na 
winach, więc musiała wybrać takie, które na pewno cię skusi. 
Ta marka i rocznik były na tyle rzadkie, że policja bez trudu 
wyśledziła, kto je kupił. 
Zdumiona potrząsnęła głową. 
Dlaczego? Przecież ja jej nawet nie znam. 
Niestety, uznała, że stoisz jej na drodze. Dla niej tylko to 
się liczy. 
 

 

background image

Spojrzała na niego nieprzytomnie. 
Przecież to szaleństwo. 
Niewątpliwie - odpowiedział po prostu. 
Czy ona jest niezrównoważona psychicznie? 
Skinął głową. 
 
Ale nie tak, by dało się to wykryć w jakiś sposób. Jest tym, 
co psychologiczne książki określają mianem "socjopatka". 
Jest kompletnie pozbawiona zrozumienia czy współczucia dla 
cierpień innych. Wszystko, co dostrzega, to tylko jej własne 
uczucia. - Przerwał na moment. -1 nie posiada sumienia. 
Z tego, co mówisz, wygląda na jakiegoś potwora. 
O, jest nim. - Gorzko się uśmiechnął. - Bardzo sprytnym 
potworem. Uosobienie złego ziarna. Kiedy zaczęła sobie zda 
wać sprawę z tego, że różni się od innych ludzi, zaczęła 
studiować wszystkie książki na temat nienormalnych zacho 
wań, żeby zyskać informacje, które mogła wykorzystać, żeby 
się chronić. Miała zamiar robić dokładnie to, na co miała 
ochotę i nie płacić za to żadnej ceny. Ale żeby móc tak 
postępować, musiała wiedzieć, co jest uważane za nienormal 
ne w normalnym świecie. Cynthii dawano stosy psychologicz 
nych testów do zrobienia i wychodziła z nich czysta jak przy 
słowiowa łza. Jak już powiedziałem, jest niezwykle sprytnym 
i inteligentnym potworem. - Uścisnął jej dłoń. - Dlatego usiło 
waliśmy cię chronić. 
Usiadła na łóżku, wpatrując się w niego w osłupieniu, podczas 
gdy kawałki łamigłówki zaczęły układać się w logiczną 
całość. 
Wszyscy okłamywaliście mnie. Nie chodziło wam wcale 
o reporterów. 
Jason nie chciał cię martwić. Uważał, że dość masz pro 
blemów z próbami. - Wzruszył ramionami. - Więc postanowi 
liśmy cię ochraniać bez twojej wiedzy. 
Obydwaj traktowaliście mnie jak bezradną idiotkę. - Po 
trząsnęła głową. - Może i byłam idiotką, zaślepioną idiotką. 
Czy nie wydaje ci się, że już najwyższa pora, żeby mi powie 
dzieć, o co tu w Ogóle chodzi? 
 

 
Dlatego Jason kazał mi tu przyjść. Co chcesz wiedzieć? 
Wszystko - powiedziała ostro. - Zacznij od początku. 
 
Mój ojciec ożenił się z matką Cynthii, kiedy Cynthia 
miała szesnaście lat.. 
Nie tak daleko. Chodziło mi... 
Powiedziałaś od początku. W tym momencie sprawa za 
częła się dla Jasona. Jason ożenił się z tym potworem, kiedy 
był jeszcze chłopcem. Jak musiało wyglądać jego życie po 
popełnieniu takiego błędu? 

Masz rację. Mów dalej. 

Eric zaczął na nowo: 
Jason był wtedy inny. - Jego usta wykrzywiły się. - Nie 
możesz zdawać sobie sprawy, jak bardzo. Oczywiście, był 
pochłonięty muzyką, ale był bardziej otwarty, ufny. Sięgał po 
ż

ycie. Właśnie dostał stypendium z Julliard School of Musie i 

był przepełniony radością. - Przerwał. - Wtedy pojawiła się 
Cynthia. Była jeszcze piękniejsza niż obecnie. Młodsza i zda 
wało się, że także bardziej wrażliwa. - Jego usta zacisnęły się. 
- I cholernie dobra aktorka. Nigdy nie wychodziła z roli. 
Zawsze łagodna, krucha, mała siostrzyczka. Na mnie nigdy 
nie zwracała specjalnej uwagi, ale przywiązała się do Jasona i 
nie opuszczała go na krok. 
Nie mogę sobie wyobrazić Jasona znoszącego to wszy 
stko. 
Powiedziałem ci, że był wtedy inny. - Zmarszczył brwi. - 
Jest coś, co musisz zrozumieć, jeśli chodzi o Jasona. Jednym z 
głównych motywów jego działania jest chęć chronienia. Cynt 
hia uchwyciła się tego od razu i wykorzystała to. 

Zakochał się w niej? 

Potrząsnął głową. 
Za bardzo był zakochany w swojej muzyce, a poza tym 
Cynthia spieprzyła sprawę. Tak długo grała na jego instynkcie 
opiekuńczym, że jak postanowiła się z nim przespać, on uwa 
ż

ał ją za małą siostrzyczkę i uznałby stosunek za cudzołóstwo. 

Ale ożenił się z nią. 

background image

Ponieważ zaszła w ciążę - powiedział bez wyrazu. - 
Przyszła do Jasona, płacząc na temat tego debila, który zrobił 
jej dziecko i ją zostawił. 
Kłamała? 
Nie, nie całkiem. Cynthia zawsze zachowywała pozory. 
Była rzeczywiście w ciąży, ale Bóg jeden wie, kto był ojcem. 
Przekonała Jasona, że się zabije, jeżeli rodzice dowiedzą się, 
ż

e jest w ciąży. - Jego usta skrzywiły się z goryczą. - To było 

sprytne pociągnięcie. Jason zdawał sobie sprawę, że skandal 
zrani nie tylko ją, ale całą rodzinę, więc podjął środki zarad 
cze. Powiedział wszystkim, że dziecko jest jego i uciekł z 
Cynthią. 
Cóż za romantyczny gest w dzisiejszym świecie - mruk 
nęła. 
Ale pasuje do Jasona takiego, jakim był wtedy. Pracował 
w dzień i w nocy, żeby utrzymać ich obydwoje i do tego dalej 
móc studiować w Julliard. Cynthia urodziła córeczkę i nazwa 
ła ją Dana. Jason miał bzika na punkcie tego dzieciaka. - Eric 
przerwał. - Zbyt wielkiego bzika. Cynthia zaczęła nienawidzić 
Dany. 
Swojej własnej córki? 
Dana była narzędziem, które posłużyło celowi, a niemow 
lęta bywają kłopotliwe i brudne. - Spojrzał na dłoń Daisy, 
którą nadal trzymał. - Dziecko spadło ze schodów i zabiło się, 
kiedy miało dwa lata. 
Nie. - Daisy otworzyła szeroko oczy. - Czy chcesz powie 
dzieć, że... 
Skinął głową. 
Cynthia wyglądała na załamaną, a Jason omal nie postra 
dał zmysłów z rozpaczy. Nikt nie podejrzewał, że ta śmierć 
nie 
była wypadkiem. 
Nie mogę w to uwierzyć. - Daisy było niedobrze. - Nikt 
nie może zabić bezbronnego dziecka. Może to był wypadek. 
Nie mogłaby... 
Cynthia sama się przyznała - przerwał jej Eric. - Kilka 
miesięcy po śmierci dziecka małżeństwo się rozpadło. Jason 
 

nie miał już powodu, by zostać, i chciał zostawić Cynthię. 
Wpadła w szał i powiedziała mu, że zabiła dzicko, bo była 
zazdrosna o uwagę, jaką Jason mu poświęcał. 
-1 co on zrobił? - wyszeptała. 
Eric wykrzywił wargi. 

Jak obydwoje wiemy, Jason nie jest zbyt spokojny z 

natury. Gdyby nie uciekła z mieszkania, chyba zabił ją. Za 
miast tego poszedł na policję. - Spochmurniał. - Przesłuchali 
Cynthię, ale przekonała ich, że Jason ma do niej żal, ponieważ 
rozwodzi się z nim. Potem chciał ją wysłać do szpitala psy 
chiatrycznego, ale po dwóch tygodniach badań psychiatrzy 
zwolnili ją jako zupełnie zdrową. 
-Nie! 
Znała wszystkie pytania i odpowiedzi. Była tak przekonu 
jąca, że zanim wyszła ze szpitala, wysłali raport do policji, że 
to Jason może być niezrównoważony i prawdopodobnie cierpi 
na manię prześladowczą. 
Wielki Boże! - krzyknęła Daisy. - No i co zrobił? 
Cóż móg zrobić? Mógł albo zabić Cynthię i zostać oskar 
ż

ony o morderstwo, albo próbować żyć dalej. Nie było to 

łatwe. Cynthia śledziła jego kroki, błagając go, by do niej 
wrócił. Bez względu na to, jak ją odtrącał, nie wierzyła, że 
naprawdę tak myśli. Przeprowadził się do Kalifornii i próbo 
wał ukryć się. Odnalazła go. - Przerwał. -1 wtedy zaczęły się 
wypadki. 
 
Wypadki? 
Miał jamnika, którego kochał. Pies zeżarł trutkę na szczu 
ry. Hamulec w samochodzie jego sekretarki zepsuł się i spadła 
z klifowego wybrzeża. Była w szpitalu ponad rok. Jego najle 
pszy przyjaciel miał wypadek, płynąc łodzią i utonął. Z po 
czątku Jason myślał, że ma takiego pecha. Za każdym razem, 
kiedy się do kogoś przyzwyczajał, ten ktoś albo doznawał 
poważnych obrażeń, albo ginął śmiercią tragiczną. Wtedy sto 
pniowo zrozumiał, co się dzieje. 
Poszedł na policję? 

background image

Wypadki. Mówiłem ci, że jest sprytna. Za każdym razem, 
kiedy szedł na policję, ten cholerny raport wypływał na świat 
ło dzienne obwieszczając, że jest potencjalnym paranoikiem. 
Odcięła go od wszystkiego, na czym mu zależało. Gdyby to 
dotyczyło tylko niego, poradziłby sobie z tym. Ale nie mógł 
ryzykować i narażać kogoś, na kim mu zależało. - Położył rękę 
na piersi. - Nawet mnie. Ostatecznie kupił kawał ziemi w 
Connecticut, wybudował Eaglesmount i poświęcił się całko 
wicie pracy. 
Nie mogę w to uwierzyć. Żył w koszmarze przez tyle lat. 
Dlaczego ktoś mu nie pomógł? - Popatrzyła na Erica oskarży- 
cielsko. - Dlaczego ty mu nie pomogłeś? 
Mówiłem ci, jaki jest opiekuńczy. Usiłowałem go przeko 
nać, że nie przejmuję się ryzykiem. - Zarumienił się. - Ale 
potem poznałem Peg, przyszły dzieciaki i... 
Więc pozwoliliście mu zostać w więzieniu. Pozwoliliście, 
ż

eby ta kobieta... 

Nie wiedziałem, co innego mogę zrobić. Nie mogłem 
pozwolić, żeby Peg coś się stało. 
A on nie mógł pozwolić, by cokolwiek stało się tobie albo 
komukolwiek z jego otoczenia. Sytuacja bez wyjścia. - Spoj 
rzała na niego z niedowierzaniem. - Wszyscy pozwoliliście się 
jej terroryzować. 
Jego usta zacisnęły się. 

Mam ci przypominać, że o mało cię nie zabiła? 

-1 co Jason z tym zrobi? 

Poszedł na policję i tym razem znaleźli ślad 

prowadzący 
do Cynthii. Wino. - Przerwał. - A potem poszedł szukać Cynt- 
hii. Zniknęła, ale Jason i policja szukają jej teraz. Powiedział, 
ż

ebyś się nie martwiła. Mam cię zabrać do domu i trzymać pod 

kloszem, dopóki jej nie znajdzie. 
-Nie. -Co? 
Nie mam zamiaru chować się przed tą... tą tarantulą - 
powiedziała bezbarwnie. - Mam dzisiaj przedstawienie. 
Masz dublerkę. 
 

 
To moja rola. 
Nie jesteś na tyle zdrowa, by dzisiaj wystąpić. 
Zobaczymy. Desdemona była delikatna. Może to nawet 
poprawić moją charakteryzację. 
Nie mogę ci na to pozwolić. Jason by mnie zabił, gdybym 
pozwolił ci się narażać. 
No to musisz podjąć to ryzyko. Już pora, żeby ktoś poza 
Jasonem to robił. - Odrzuciła prześcieradła i spuściła nogi na 
podłogę. - Nie pozwolę Jasonowi, by wybudował dla mnie 
Eaglesmount i mnie w nim ukrył i nie pozwolę jemu dalej tak 
ż

yć. 

A co masz zamiar zrobić? 
Najpierw wychodzę stąd i jadę do teatru. Mogę tutaj wypo 
czywać, aż będzie pora się zbierać. Ty możesz albo mi pomóc, 
albo pozwolić mi jechać samej. 
 
Jesteś słaba jak nowo narodzony kodak. 
Jestem silniejsza niż ci się wydaje. 
Tak. - Przyjrzał się jej dokładnie. - Chyba rzeczywiście. 
Pomożesz mi? 
A mam jakiś wybór? - zapytał smutno Eric. - Nie mogę 
dopuścić, żebyś zemdlała po drodze do teatru. 
Nie zemdleję. - Zacięła stanowczo wargi. - Wtedy ta żmija 
by zwyciężyła, a ona nie wygra już żadnej bitwy. 

 

background image

Tego wieczoru Jason był w garderobie, kiedy weszła do 
pokoju. 
Dobrze się czujesz? 
Poza tym, że czuję się jak wykręcona szmata, to nieźle. - 
Podeszła do toaletki i usiadła. - Nie wydaje mi się, żeby 
przedstawienie na tym ucierpiało. 
Gówno mi zależy na przedstawieniu. - Oparł ręce na jej 
ramionach. - Nie mogłem uwierzyć, kiedy Eric mi powiedział, 
ż

e jesteś dzisiaj na scenie. Zrobiłaś z siebie jeden wielki cel. 

Eric powiedział, że jest sprytna. Nie sądziłam, by mogła 
do mnie celować, kiedy jestem na scenie. Znalazłeś ją? 
Nie, ale ciągle szukam... 
Dobrze. - Zaczęła zmywać makijaż z twarzy. - Sądzę, że 
musimy działać bardziej agresywnie. Jeżeli nie pozwoli nam 
się odnaleźć, to musimy ją wywabić z kryjówki. - Spojrzała na 
jego odbicie w lustrze. - A tego nie uda nam się dokonać, 
ukrywając mnie na Long Island. 
Naprawdę? - Ręce Jasona zacisnęły się na jej ramionach. 
- Nie mogę się doczekać, aż ujawnisz swój mistrzowski plan. 
Ż

aden mistrzowski plan. Po prostu zamierzam prowadzić 

normalne życie i pozwolić jej przyjść do mnie. 
Przynęta - powiedział chrapliwie. - Prędzej szlag mnie 
trafi, nim ci pozwolę to zrobić. Ty jej nie znasz. To... 
Wiem, że to potwór i że uczyniła twoje życie piekłem. - 
Napotkała jego wzrok w lustrze. -1 wiem, że już jej dłużej nie 
pozwolę tego robić. Chcę, żeby poszła za kratki, tam gdzie jej 
miejsce i chcę, żebyś ty był wolny. 
Toczę tę bitwę, od kiedy skończyłem dwadzieścia lat. Nie 
wsadzą jej do więzienia bez niepodważalnych dowodów. 
Mamy butelkę wina. 
To znaczy, że mamy szansę. Potrzeba nam więcej dowo- 
dów. 
Wzruszyła ramionami. 

Więc będziemy mieć więcej dowodów. 

 

 
Zostaw to mnie. Ona cię zabije. - Jego twarz była blada. - 
Prawie to wczoraj w nocy zrobiła. 
Bo nie byłam czujna. 
To nie ma znaczenia. Nie wiesz, jaka ona jest. To... - 
Przerwał, szukając słowa. - Nie mogę cię stracić. 
 
Nie masz mnie. - Wstała i podeszła do szafy. - I nie 
będziesz mnie miał, dopóki się nie pozbędziemy tego pytona 
wyduszającego z ciebie życie. 
Nie pozwolę ci tego zrobić, Daisy. 
Ależ pozwolisz. - Uśmiechnęła się do niego czule przez 
ramię, sięgając po wieszak, na którym wisiały jej spodnie i 
bluzka. - Nie masz wyjścia. To moje życie i mam zamiar 
zrobić z nim to, co uważam za stosowne. 
Ręce zacisnął w pięści, zanim obrócił się i podszedł do drzwi. - 
Nie, jeżeli naprawdę ją znajdę. 

Co możesz zrobić, jak ją odnajdziesz? 

To, co powinienem był zrobić, kiedy się dowiedziałem, 

co 
©na zrobiła z dzieckiem. 
-1 sam zostaniesz mordercą? Jego twarz wykrzywiła się. 

Nie pozwolę ci umrzeć. 

Zatrzasnął za sobą drzwi. 
Sam czekał na nią w hallu, kiedy dziesięć minut później wyszła 
z garderoby. Karcąco pokiwał do niej głową. 
Jednego dnia połykasz truciznę, a następnego jesteś zno 
wu na scenie, wołając ją jak syrena, żeby przyszła i dostała cię 
w swoje ręce. Niezbyt mądrze, Daisy. Masz wielkie serce, ale 
nie można powiedzieć wiele dobrego o twoim rozumie. 
Przypuszczam, że kazano ci koczować przed moim mie 
szkaniem? 
Potrząsnął głową. 
W twoim mieszkaniu. 
Mam tylko jedno łóżko. 
Nic nie szkodzi. Przywiozłem śpiwór. Jason mówi, że od 
tej pory mam się ciebie trzymać jak rzep. 
Daisy skinęła głową. 
 

background image

Nie będę się kłócić. Mam poważny zamiar dożyć sędzi 
wego wieku i cieszyć się każdą chwilą. - Spojrzała na niego 
kątem oka. - Czy wiesz o Cynthii Hayes? 
Jasne, Jason mi o niej opowiedział, kiedy mnie wynajmo 
wał. Myślał, że ona może stanowić dla mnie zagrożenie, jeżeli 
przyjmę tę pracę. - Zaśmiał się. - Ale wiedział, że ja sobie z tą 
suką poradzę. 
Chcę się jej pozbyć. 
Najwyższy czas. 

Pomożesz mi? 

Poważnie skinął głową. 

Jason jest moim przyjacielem. Znajdź sposob na 

stłamsze- 
nie jej, a ja się już resztą zajmę. 
Uśmiechnęła się. 
Dobrze wiedzieć. 
To kiedy zaczynamy? 
Nie dzisiaj. Jestem jeszcze za słaba i roztrzęsiona. - Otwo 
rzyła drzwi. - Wystarczy jutro po przedtawieniu. 
Sam nacisnął szyfr na tablicy rozdzielczej i brama otworzyła 
się. 

Lepiej się postaraj, żeby dobrze poszło. Możemy nie 

mieć 
drugiej takiej okazji. Jason może mi wsadzić dupę do gipsu za 
to, że cię tutaj przywiozłem. 
Przejechał przez bramę i w górę, długim, krętym podjazdem w 
Eaglesmount. 
Daisy spojrzała na spokojny dwór z czerwonej cegły, po-
rośnięty dzikim winem, który przypominał jej starą, wiejską 
posiadłość w Anglii. Była zdumiona bezczasowym pięknem i 
spokojem tego miejsca. Chyba wyobrażała sobie Eaglesmount 
jako dom równie ponury i pełen melancholii jak dom Ushe-
rów. 

Jesteś pewny, że jest w domu? 

Sam skinął głową. 

Zadzwonił do mnie do teatru, kiedy byłaś na scenie, 

ż

eby 

sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku. 
 

 
Gdzie go znajdę? 
Zapewne w pokoju muzycznym. Spędza tam większość 
czasu. Jak wejdziesz do hallu, to drugie drzwi po lewej 
stronie. 
- Sam zatrzymał samochód przed głównym wejściem. - Szyfr 
do otwarcia drzwi to cztery-dwanaście-jeden. 
Dzięki, Sam. - Wysiadając z limuzyny, Daisy owinęła się 
peleryną. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. 
Jadę do siebie. Jak będziesz mnie potrzebowała, to za 
dzwoń. 
Chodziło mu o to, żeby zrobiła tak w wypadku, kiedy Jason 
weźmie ją za ucho i wyrzuci. Ale nie miała zamiaru pozwolić, 
ż

eby tak się stało. 

Nie będziesz mi potrzebny. 

Pomachała ręką, zamknęła drzwi, po czym weszła po scho-
dach i nacisnęła szyfr na tablicy obok rzeźbionych, mahonio-
wych drzwi. 
Drzwi otworzyły się i weszła do hallu. Ponownie otoczyło ją 
piękno i elegancja. Wdzięcznie wijąca się klatka schodowa 
wychodziła z wspaniale zaprojektowanego hallu, w którym 
wypolerowane białe i czarne kafelki błyszczały pod pięknym 
kryształowym kandelabrem. Ze współczuciem uświadomiła 
sobie, że nie powinna się dziwić. Cynthia Hayes zmusiła Jaso-
na, by uczynił z tego domu swój raj, a ponieważ w jego 
naturze leżało tworzenie piękna, zrobił z Eaglesmount 
niezwykły dom. 
Drugie drzwi po lewej stronie. Wzięła głęboki oddech i 
przeszła po błyszczących białych i czarnych kwadratach w 
kierunku pokoju muzycznego. 
Jason siedział przy Steinwayu po drugiej stronie pokoju, 
zapisując coś na papierze nutowym leżącym przed nim. Jego 
ciemne włosy bardziej niż zwykle błyszczały w świetle kande-
labru. Ubrany w popielate sztruksowe spodnie i czarną koszu-
lę wydawał się zupełnie nie pasować do tego uroczego, staro-
ś

wieckiego domu. Wyglądał bezwzględnie seksownie... i sa-

motnie. Jego samotność wywołała w Daisy uczucie miłości i 
współczucia, które przezwyciężyły jej zdenerwowanie. 
 

background image

Nad czym pracujesz? 

Zesztywniał, po czym obrócił się i spojrzał na nią. 
Co ty tutaj robisz? 
Sam mnie przywiózł. - Zamknęła drzwi za sobą i podeszła 
do niego, szeleszcząc białą, satynową pelerynką. - Czy to do 
nowej sztuki? 
-Tak. Uśmiechnęła się. 
A czy jest w niej rola dla mnie? 
Nie wiem. - Zmarszczył brwi. - Nie powinnaś tutaj być. 
Nie da się ukryć, że trudno się tu do ciebie dostać. Takie 
ś

rodki bezpieczeństwa! - Zatrzymała się na środku pokoju. - 

No, ale jestem i nie mam zamiaru dać się stąd wyrzucić. 
Wstał i podszedł do niej. 
Jeszcze nie znalazłem Cynthii. Pracują dla mnie detekty 
wi, usiłując ją zlokalizować, ale musisz trzymać się ode mnie 
z daleka do czasu, gdy... 
Ani mi się śni! - Obróciła się dookoła, a biała, satynowa 
pelerynka falowała i lśniła w świetle kandelabru. - Czy to nie 
wspaniała peleryna? Pasuje do tej sukni, którą miałam na 
sobie, gdy ten wąż podrzucił mi butelczynę. 
Był zdumiony zmianą tematu. 
Piękna. 
Myślałam, że ci się spodoba. Suknia musiała iść do pralni 
po moim pobycie w szpitalu, ale peleryna jest na tyle piękna, 
ż

e można ją nosić samą. 

Niecierpliwie zlekceważył temat peleryny. 
Ponieważ nie chcesz iść do Erica, wynająłem dwóch 
ludzi, żeby cię strzegli w twoim mieszkaniu dzień i noc, a 
Sam... 
Jest bardzo słodki. Wiesz, on cię bardzo lubi i podziwia. - 
Przechyliła głowę do tyłu i spojrzała w sufit. - To śliczny 
pokój. Te freski na suficie są wspaniałe. 
Czy ty mnie słuchasz, Daisy? 
Tak, słucham. - Opadła na dużą sofę naprzeciw fortepia 
nu, obitą błękitnym aksamitem. - Jestem pewna, że wszystko, 
 

co zrobiłeś, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, jest ogromnie 
profesjonalne. - Czule uśmiechnęła się do niego. -1 szkoda, że 
zorganizowanie tego wszystkiego kosztowało cię tyle wysiłku. 
Nigdzie się stąd nie ruszam, Jasonie. 
Nie rozumiem. 
Zostaję tutaj z tobą. Moje walizki są w bagażniku limuzy 
ny. Sam postanowił ich tutaj nie wnosić, dopóki nie udzielisz 
mu swego przyzwolenia. 
Którego nie dostanie. 
Dlaczego nie? Nie myślisz logicznie. Środki bezpieczeń 
stwa tutaj są lepsze niż u Erica albo u mnie. Sam może mnie 
wozić do teatru i z powrotem, a my... 
Do diabła, to jest zbyt niebezpieczne. Jak myślisz, dlacze 
go nie byłem dzisiaj w teatrze? 
Bo bałeś się być blisko mnie - powiedziała łagodnie. - Nie 
chcesz, żebym była blisko ciebie, bo ludziom, na których ci 
zależy, zawsze coś się przytrafia. Czy nie widzisz, że masz już 
na tym punkcie fobię? 
 
Cynthia to nie jest fobia, ona jest śmiertelnym zagroże 
niem. 
Takim, któremu chcę stawić czoła. 
Myślisz, że tego nie wiem? - zapytał chrapliwie. - Od 
chwili, kiedy się poznaliśmy, zdaję sobie sprawę z tego, jaka 
jesteś wspaniałomyślna. Wiem, że podjęłabyś każde ryzyko 
dla kogoś, na kim ci zależy. 
Więc próbowałeś trzymać mnie na dystans. - Potrząsnęła 
głową. - To nie wspaniałomyślność. Jestem egoistką. Ta mor 
dercza wiedźma usiłuje zrujnować moje życie, a ja nie pozwo 
lę, żeby jej to uszło na sucho. - Przerwała, po czym mówiła 
dalej. - I przez nią mężczyzna, którego kocham, przechodzi 
piekło przez większość swojego dorosłego życia. - Widziała, 
ż

e jest spięty i blado się uśmiecha. - Przykro mi, jeżeli nie 

chcesz, żebym to mówiła, ale ja naprawdę cię kocham, Jaso 
nie. 
Bóg jeden wie, czemu. Powiedziałem, że jesteś wspania 
łomyślna. 

background image

A ty kochasz mnie. - Patrzyła na niego z litością, gdyż 
wpatrywał się w nią z udręczonym wyrazem twarzy, który 
wykrzywiał jego rysy. - Dlaczego mi tego nie powiesz, Jaso- 
nie? Ten kandelabr nie spadnie na mnie tylko dlatego, że 
powiesz mi, że mnie kochasz. To Cynthia, a nie los, spowodo 
wała nasze problemy. 
Zdaję sobie z tego sprawę. 
Ale to trwa już tak długo, że przestałeś wierzyć. - Wstała 
i wyciągnęła do niego rękę. - No więc, nadeszła pora, żebyś to 
zrobił. Siadaj. 
-Co? 
Popchnęła go na sofę, z której właśnie wstała i cofnęła się. 

Muszę cię przekonać, jaki to dobry pomysł, żebym 

tutaj 
została. 
-1 jak chcesz tego dokonać? 

Posiadam tylko jeden rodzaj broni, która jest w stanie 

zmienić istniejący stan rzeczy. - Rozpięła trzy ozdobione klej 
notami zapinki u góry peleryny. - Ale to taka broń, którą 
obydwoje lubimy się posługiwać. - Zrzucona peleryna utwo 
rzyła na dywanie jedwabną plamę. 
Zignorowała fakt, że głęboko wciągnął powietrze. Usiadła mu 
na kolanach, opasując go nogami, a kolana opierając na 
poduszkach, znajdujących się po obu stronach jego ud. 
Myślę, że zaniedbałeś moje wykształcenie. Nigdy nie 
kochałam się w pokoju muzycznym. 
Jesteś naga. 
Nie. - Sięgnęła ręką i zdjęła z nóg szpilki, po czym rzuciła 
je na podłogę. - Teraz jestem naga. - Mrugnęła do niego. - 
Mówiłam ci, że peleryna jest tak dobra, że można ją nosić bez 
niczego. 
Nie rób mi tego, Daisy - powiedział chrapliwie. - Nie 
mogę tego znieść. 
A ja mogę. - Pochyliła się ku przodowi i zaczęła rozpinać 
jego koszulę. - Wszystko. Raz za razem. - Przytuliła się 
swymi 
nagimi piersiami do włosów pokrywających jego klatkę pier 
siową i poczuła dreszcz przebiegający jego ciało. - Jak dobrze 
 

wiesz. - Słyszała nierówne bicie jego serca. Położyła policzek 
na jego ramieniu. - Powiedz mi, że mnie kochasz - szepnęła. 
Daisy... 
No, dobrze. Nie teraz. - Przycisnęła wargi do zagłębienia 
w jego szyi. - Później. 
Zejdź... ze mnie! 
Dlaczego? - Ocierała się o niego. Gorąca fala między jej 
udami stawała się bolesną pustką. - Podoba ci się, że tu jestem. 
Widzę to. 
To tylko seks. 
Seks jest częścią miłości. - Jej oczy nagle napełniły się 
łzami, gdy spojrzała na niego. - Czy nie widzisz, jakie to dla 
mnie trudne? Ale Charlie kazał mi sięgać po szczęście i muszę 
to robić. Zawsze byłeś dla mnie szczęściem. Zawsze będziesz. 
- Zwilżyła wargi językiem. - To już tak dawno, Jasonie. Tak 
cię potrzebuję. 
Naprawdę? - Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, 
wyciągnął rękę i delikatnie gładził jasne włosy opadające na 
jej skroń. - Daisy... 
Potem niezdarnie zaczął zrzucać z siebie ubranie. Odpo-
wiednio ją ustawił, patrząc na nią i równocześnie nasuwając ją 
powoli na siebie. 
Krzyknęła i przygryzła dolną wargę. 
Jego ramiona przycisnęły ją mocno, tak że nie mogła oddy-
chać. Było to uczucie nieopisanie pełne, odważne, gorące, 
pulsujące. Poruszał nią, unosząc pierś i próbując wciągnąć 
powietrze. 
To ja jestem w potrzebie - powiedział przez zaciśnięte 
zęby. - Pragnąłem tego za każdym razem, kiedy cię widziałem, 
za każdym razem, kiedy patrzyłem na ciebie... - Jego ręce 
otoczyły ją w talii, unosząc ją i sprowadzając w dół. - Powiedz 
mi, żebym przestał. Zrobię ci krzywdę. Czuję się jak dzikie 
zwierzę, które... 
Nic nie szkodzi. - Jej mięśnie zacisnęły się, obejmując go 
mocniej, aż krzyknął. 

background image

Zamknął oczy dysząc, drżąc i wtedy nastąpiła eksplozja. 
Nurzał się, wypychał, poruszając jej ciałem, tak by ją dopaso-
wać do siebie w szaleństwie namiętności. 
Nie wiedziała, jak długo to szaleństwo trwało, gdyż była nim 
całkowicie pochłonięta. Myślała, że jest zbyt intensywne, by 
trwać długo, ale w przedziwny sposób trwało. Nie mogli się 
sobą nasycić. Owionęła ją zmysłowa, erotyczna mgiełka, za-
barwiając każdy oddech, każdy ruch, aż oboje osiągnęli or-
gazm. 
Oczy Jasona nadal były szkliste i zamglone, gdy uniósł 
powieki, by na nią spojrzeć. 

Boże - szepnął. 

Skinęła głową, niezdolna wymówić słowa. 
Podniósł ją, a ona osunęła się na kolana na podłodze przed 
sofą. Mgliście zdawała sobie sprawę, że się ubiera, ale nie 
była w stanie się ruszyć z miejsca, w którym klęczała na 
podłodze. 
Wstał, podniósł pelerynę z podłogi i zarzucił jej na ramiona. 

Dziękuję - powiedziała mechanicznie. 

Spojrzał zdziwiony, po czym słaby uśmiech wykrzywił mu 
usta. 

To chyba ja powinienem wyrazić swoją 

wdzięczność. - 
Jego uśmiech zbladł. - Ale to niczego nie zmienia. Nie 
możesz 
tu zostać. 
Daisy owinęła się lepiej peleryną. 

Myślałam, że nadal będziesz miał argumenty, ale to z 

pewnością przełamało lody. 
Na moment smutek zniknął z jego twarzy i wargi zadrżały. - 
Nie mogę zaprzeczyć, że tak się stało. 
Podeszła do drzwi, a peleryna płynęła za nią. 

Gdzie jest kuchnia? Umieram z głodu. Mam 

nadzieję, że 
nie masz służących, którzy mogliby mi stanąć na drodze. 
Potrząsnął głową. 

Mam tylko sprzątaczkę, która przychodzi dwa razy w 

tygodniu. 

 
Dobrze. - Otworzyła drzwi i spojrzała na niego. - Chodź, 
zrobię ci omlet. 
W tej pelerynie? 
O nie, zdejmę ją, nim zacznę gotować. Musisz mieć 
gdzieś fartuszek... - Spojrzała przez ramię. - Idziesz? 
Wiesz, że tak - powiedział ponuro, ruszając za nią. - 
Celowo dostarczasz mi wizji ciebie w samym tylko fartuszku, 
krzątającej się po mojej kuchni. Do diabła, znowu chcesz mnie 
uwieść. 
Aha! - Poszła przed nim do hallu. - Nigdy nie sądziłam, że 
jestem w stanie uwodzić, ale potrzeba jest matką wynalazku. 
Nim to się skończy, może stanę się w tym dobra. - Rzuciła mu 
figlarne spojrzenie. - Poza tym, w kuchni też się jeszcze nie 
kochałam. 
Nie odeślesz mnie? - szepnęła, przytulając się do niego w 
dużym łożu. - To nic nie da. Po prostu wrócę, a pod twoją 
ochroną jestem bezpieczniejsza niż goniąc za tobą. 
Przedstawiasz silny argument. - Jego usta się wykrzywiły. 
- A twoja zdolność przekonywania jest po prostu nieodparta. 

To się musi skończyć, Jasonie. Za bardzo cię 

kocham, 
ż

eby pozwolić ci cierpieć. 

Przez chwilę milczał. 
Boże, jak ja się boję o ciebie. 
Nie bój się. Nie stanę się kolejną ofiarą tej lisicy. 
Łatwo powiedzieć. - Jego głos brzmiał niepewnie. - Dał 
bym się za ciebie zabić, Daisy, ale nie zniósłbym, gdyby coś ci 
się stało. To mnie prawie wykończyło, ty w tym szpitalnym 
łóżku, kiedy... 
Cii, zapomnij o tym. 
Nie mogę o tym zapomnieć. Tego się obawiałem od tego 
pierwszego wieczoru, kiedy cię ujrzałem. Byłaś ciepła, piękna 
i jaśniejąca i wiedziałem, że powinienem się odwrócić i odejść 
od ciebie. - Schował twarz w jej włosach. - I nie byłem w 
stanie tego zrobić. Byłem tak cholernie pusty i sam. Musiałem 
wziąć dla siebie trochę tego blasku. Tylko trochę... 
 

 

background image

Ale ty też dawałeś. Dawałeś mnie i Charlie'emu. - 

Poca 
łowała go w policzek. - Teraz śpij, rano jeszcze o tym poroz 
mawiamy. Chyba że chciałbyś uczynić wyznanie. 
Wciągnął głęboko powietrze. 
Biedny Jason. Tak bał się wymówić te słowa w obawie, że 
niebo się zawali. 
Nieważne. - Ziewnęła i przytuliła się mocniej. - Czy to nie 
podniecające? Naprawdę będziemy ze sobą mieszkać. Będzie 
my razem jeść śniadania, a potem będę się przyglądać, jak 
pracujesz. Możesz mnie oprowadzić po domu... 
Bardzo podniecające - powiedział, łagodnie odgarniając 
jej włosy ze skroni. 
Już zasypiała, gdy usłyszała jego cichy, wahający się szept 
przy swoim uchu. Było to tylko jedno słowo, a nie dwa, które 
chciała usłyszeć, niemniej jednak, czułość w jego głosie uspo-
koiła ją i zrobiło się jej ciepło. 

Jaśniejąca... 

Daisy spojrzała znad książki i powiedziała niedbałym tonem: 
Jutro mam wolny wieczór i postanowiłam wypróbować tę 
kosmicznych rozmiarów kuchnię. Zaprosiłam Peg i Erica na 
obiad. 
Już wypróbowaliśmy kuchnię. Jak również większość 
pozostałych pokoi w tym domu. - Jason nie patrzył na nią, 
dalej pochylony nad klawiaturą. - I wolę nie występować 
przed gośćmi. 
Zbereźnik. - Daisy odłożyła książkę, wstała i podeszła do 
fortepianu. - Wiesz, o co mi chodzi. 
Wiem dokładnie, o co ci chodzi. - Jason rzucił przez ramię 
roześmiane spojrzenie. - Chcesz mnie ocalić przed moją samo 
tnością. 
Nic podobnego. - Zrobiła głupią minę, siadając obok 
niego na taborecie. - No, może. Musisz wrócić do życia. 

 
Chodzi ci o to, żebym znowu zaczął zachowywać się jak 
normalny człowiek. - Potrząsnął głową. - Zadzwoń do Erica i 
powiedz, żeby nie przyjeżdżali. 
Ale wydaje mi się, że powinieneś... 
Jego palce delikatnie dotknęły jej ust, uciszając ją. 
Nie. Dopiero kiedy będziemy pewni, że to bezpieczne. 
Już minął tydzień, a ona nie wróciła. Może nigdy nie 
wróci. 
Potrząsnął głową. 

Ona czeka na odpowiednią chwilę. 

Zapewne masz rację. - Wzdrygnęła się. 

Podniósł brew. 
Gdzie się podział cały ten odważny otymizm, którym 
mnie wspierałaś przez ostatni tydzień? 
Dalej jest. Schował się tylko za chmurką na chwilę. No 
dobrze, jeżeli nie pozwolisz mi mieć gości na obiedzie, jest 
coś 
innego, co możesz mi dać. - Zwilżyła wargi językiem i szybko 
powiedziała: - Doszłam do wniosku, że zmęczyło mnie już 
być 
kochanką. 
Przeniósł wzrok na jej twarz. 
Doprawdy? 
Skinęła głową. 
Czy ożenisz się ze mną, Jasonie? 
Zamarł. 
 
Czy przypadkiem nie pozbawiasz mnie mojego przywile 
ju? 
Nie mam żadnego wyboru. Ty nie sięgniesz po to, czego 
chcesz, ponieważ boisz się, że wszytko dokoła się zawali. - 
Oparła się o jego ramię. - Biorę więc byka za rogi. 
Przynajmniej schlebiasz mojej energii życiowej tym po 
równaniem. 
Zignorowała ten drwiący unik. 
Czy zrobisz ze mnie uczciwą kobietę? 
Urodziłaś się jako uczciwa kobieta. - Jego usta musnęły 
czubek jej nosa. - Ale byłoby dla mnie wielkim zaszczytem 
połączyć się z tobą w małżeństwie. 
 

 

background image

Postaram się, żeby było to dla ciebie również 

przyjemno 
ś

cią. Daisy odwróciła od niego spojrzenie i przeniosła je na 

klawiaturę. -1 cieszę się, że nie będę musiała wysyłać sprosto 
wania do gazet 
Zamarł. 
Sprostowania? 
Posłałam do gazet ogłoszenie o naszych zaręczynach. 
Powinno się ukazać dzisiaj po południu. 
Ciężka cholera. - Gorsze przekleństwo wymamrotał pod 
nosem i wstał na równe nogi. - To czerwona płachta na byka i 
dobrze o tym wiesz. Dlaczego po prostu nie podałaś Cynthii 
szyfru do bramy wjazdowej? 
Gdybym uważała, że przyjedzie, dałabym ogłoszenie do 
Timesa. - Popatrzyła na niego poważnie. - Nie możemy wiecz 
nie przebywać w sielankowym odosobnieniu. Musimy żyć. 
Więc posłałaś Cynthii pisemne zaproszenie, żeby przyszła 
po ciebie? 
Dlatego powiedziałam ci o ogłoszeniu. Pomyślałam, że 
będziesz chciał podwoić środki bezpieczeństwa. 
Jason podszedł do drzwi pokoju muzycznego. 
Miło z twojej strony, że znalazłaś dla mnie jakieś miejsce 
w swoich planach. 
Dokąd idziesz? 
Idę zadzwonić na policję i do agencji detektywistycznej i 
powiedzieć im, co zrobiłaś. 
Chciałam ci powiedzieć, ale wiedziałam, że... - Drzwi 
zatrzasnęły się za nim, przerywając to, co mówiła. 
Daisy patrzyła na drzwi nieszczęśliwa. Bała się, że taka będzie 
reakcja Jasona. Jej powiedzenie, że przez ostatni tydzień żyli 
w sielankowym odosobnieniu było bardzo bliskie prawdy. Był 
to czarowny okres z nocami pełnymi namiętności i dniami 
pełnymi pracy i bycia razem. Zepsucie tego było ostatnią 
rzeczą, jakiej mogła pragnąć. Od pierwszego wieczoru, kiedy 
przyjechała do Eaglesmount, Jason starannie ukrywał swój 
strach o nią, ale zawsze zdawała sobie sprawę z tego, że 
obawy czają się w tle jak nadchodząca ciemność. 
 

No cóż, wykonała jedyny ruch, jaki mogła wymyślić, żeby 
odpędzić ciemność. 
Wielkie nieba, miała nadzieję, że nie popełniła błędu. 

background image

10 
Daisy nie widziała Jasona przez resztę dnia, ale czekał w 
limuzynie, kiedy Sam przyprowadził wóz, żeby zabrać ją tego 
wieczoru do teatru. Wyraz jego twarzy nie był zachęcający. 
Jego wargi były zaciśnięte i stwierdziła, że czuje fale napięcia 
płynące od niego. 
Gdy Sam przejechał przez bramę i jechał krętą drogą wiodącą 
do autostrady, powiedziała cicho: 
Nie musisz odwozić mnie do teatru. Wiem, że wolałbyś 
zostać tutaj i pracować. 
Cóż za idiotyczna uwaga - powiedział szorstko. - A co 
mam robić? Czekać w domu na telefon, który poinformuje 
mnie, że napadnięto cię i żabi... - Przerwał i sięgnął w stronę 
peleryny, którą miała w ręce. - A ty nie masz nawet tyle 
rozumu, żeby włożyć to na siebie. Wiesz, że w górach jest 
chłodno po zachodzie. - Owinął ją wełnianą, rdzawo-kremową 
peleryną z łagodnością, która przeczyła oschłości jego głosu. - 
Jadłaś kolację? 
Nie byłam głodna. Przekąszę coś po przedstawieniu. 
-1 zapewne zemdlejesz na scenie. Pójdę ci kupić kanapkę, gdy 
dotrzemy do teatru. 
To nie jest konieczne, Jasonie. 
Jest. Mogę się jeszcze tobą opiekować, póki cię mam... 
Nie waż się tak mówić. - Jej twarz nagle rozjaśniła się 
ś

miechem. - Boże, jakiż z ciebie ponurak. 

Patrzył przez chwilę na jej promienną twarz, zanim uśmie-
chnął się niechętnie. 
Przepraszam. Nie możemy wszyscy jaśnieć, tak jak ty. 
Ale nie musisz też na mnie patrzeć jak groźny Otello. 
To już na ciebie nie działa. Ciągniesz mnie tylko za nos i 
robisz swoje. 
Ponieważ dobrze ci robi, jak się ciebie od czasu do czasu 
pociągnie za ten nos. 
Jego oczy patrzyły na nią tak ciepło, że poczuła ulgę i radość. 
 

Nie lubiła, kiedy był z niej niezadowolony, nie znosiła 
jakiejkolwiek niezgody między nimi. 
Robisz to nie tylko od czasu do czasu. - Zmarszczył brwi. 
- Ale należy ci się trochę ponurości po twoim wyczynie. 
Wprost przeciwnie, zasługuję na to, żeby mnie pochwalić 
za odwagę, wytrwałość i... błyskotliwość! - Rzuciła mu za 
mglone spojrzenie i dodała bezceremonialnie: - A jeżeli uwa 
ż

asz, że wkrótce będę już należeć do historii, to przynajmniej 

mógłbyś się na mnie tak nie wściekać. 

Nie wściekam się na ciebie. Mówię tylko, że 

powinnaś... 
Zdawała sobie sprawę, że mówił, ale zgubiła wątek, gdy 
zauważyła w lusterku blady poblask. 
Białe, małe i błyszczące. Samochód? Ale jeszcze nie prze-
jeżdżali żadnych dróg, nadal byli na terenie majątku Eagles-
mount. Samochód mógłby najwyżej czekać na jednej z bocz-
nych dróg, aż przejadą. 

Daisy? 

Przeniosła wzrok z lusterka na twarz Jasona. -Co? 

Czy coś jest nie tak? 

To musiała być jej wyobraźnia albo zagubiony promyk 
zachodzącego słońca na lusterku, bo teraz nic nie widziała. 

Nie, chyba jestem po prostu trochę zdenerwowana. 

Najwyższy czas. - Położył rękę na jej dłoni. - Tego 

ocze 
kiwałem, od kiedy sprowadziłaś się do Eaglesmount. Nie tylko 
zdenerwowana, ale cholernie przerażona. Może to cię po 
wstrzyma od podejmowania szalonego ryzyka. 

No, to twoje oczekiwania niewątpliwie się speł... 

Przerwała, gdy limuzyna wzięła zakręt i wjechała w ścianę 
ognia. 
Sam nacisnął hamulec i samochód z piskiem zatrzymał się. 
Cała prawa strona drogi była zablokowana przez małą, starą 
wywrotkę z sianem, której kabina i ładunek stały w płomie-
niach. 

 

background image

Co, u diabla! - Jason wyskoczył z samochodu 

równocześ 
nie z Samem. - Zostań tutaj, Daisy. Zobaczę, czy ktoś jeszcze 
ż

yje. - Pobiegł w stronę płomieni. 

Boże drogi, co za horror. Daisy wysiadła z limuzyny i 
podbiegła w stronę wywrotki. Musi pomóc, jeżeli można. Nie 
wydawało się możliwe, żeby kierowca mógł wysiąść, zanim... 

Daisy! 

Spojrzała na Jasona. Wpatrywał się w coś ponad jej ramie-
niem. 
Popatrzyła przez ramię i zatrzymała się na środku drogi jak 
sparaliżowana. 
Biały sportowy samochód jechał drogą w jej stronę z ma-
ksymalną prędkością. Przez szybę zauważyła roześmianą 
twarz otoczoną błyszczącymi, czarnymi włosami. Cynthia! 
Poczuła strach wyzwalający ją z marazmu. Zaczęła biec w 
stronę pobocza. Sportowy samochód był zbyt blisko. Prawie 
już na nią najeżdżał. 
Wtedy znalazł się przy niej Jason, zrywając z jej ramion 
pelerynę i pchając ją w bok z taką siłą, że upadła na ziemię. 
Co chciał zrobić? 
Pojęła to za sekundę, gdy samochód minął ją dosłownie o cal. 
Jason dał nura za nią, równocześnie rzucając jej pelerynę na 
przednią szybę sportowego samochodu. Wiatr momentalnie 
przykleił pelerynę do szyby. 
Daisy usłyszała przeraźliwy wrzask z wnętrza samochodu. 
Oślepiona kobieta dziko pędziła w poprzek autostrady i w dół 
wzgórza. 
Eksplozja wstrząsnęła ziemią i asfalt, na którym Daisy leżała, 
zadrżał. Wstała i pobiegła do krawędzi drogi, żeby zobaczyć 
piekło w dolinie poniżej. Samochód Cynthii wpadł na drzewo 
i stanął w płomieniach. 
Usłyszała w oddali dźwięk syren i zobaczyła, jak Sam 
ostrożnie idzie w stronę wraku, ale wiedziała, że za późno, by 
którekolwiek z nich mogło udzielić pomocy Cynthii Hayes. 

 
Nic ci nie jest? - Jason był obok niej, otaczając ją ramie 
niem. - Nic ci nie zrobiła? 
Nie. - Spojrzała na płonącą wywrotkę. - A co z tą cięża 
rówką? Czy ktoś w niej był? 
Chyba nie. Nikogo nie widziałem. Sądzę, że to ona zapar 
kowała tego gruchota w poprzek drogi i podpaliła ładunek, 
kiedy zobaczyła, że wyjeżdżamy z domu. 
Drgnęła. 
Cieszę się, że nikomu innemu nic się nie stało. 
Ona nie żyje. - W chrapliwym głosie Jasona brzmiała nuta 
zdziwienia, gdy spoglądał w dół na płonący samochód. - To 
trwało tak długo, że trudno uwierzyć, że już się skończyło. - 
Oderwał spojrzenie od wraka i spojrzał na Daisy. - Czy jesteś 
pewna, że samochód cię nie zadrasnął? Drżysz cała. 
Nie uderzyła mnie. - Ale dużo nie brakowało. Zastanawia 
ła się, czy to w porządku, że nie czuje cienia żalu z powodu 
strasznej śmierci, jaką ta kobieta poniosła chwilę temu. Z 
pewnością każde życie jest coś warte. Jednak czuła tylko ulgę 
na myśl, że Cynthia Hayes nie może już przynosić bólu i 
zniszczenia tym, którzy ją otaczają. Co więcej, była wdzięcz 
na, ponieważ Jason wreszcie zostanie uwolniony ze swojej 
ciemności. - Nic mi nie jest, Jasonie. - Przysunęła się do niego. 
- Teraz już nam obydwojgu nic nie będzie. 
Długi czerwony dywan został rozwinięty pod elegancką 
stalowoszarą markizą, prowadzącą do ciemnych, tekowych 
drzwi Galerii von Krantza. 
Daisy i Jason przybyli godzinę przed rozpoczęciem wystawy, 
ale długie, lśniące limuzyny przywoziły już gości, ubranych w 
stroje wieczorowe, a przy bocznej uliczce stał zaparkowany 
telewizyjny wóz transmisyjny. 
Sam wysadził ich przed głównym wejściem do galerii, ale 
musieli jeszcze przedrzeć się przez tłum dziennikarzy z tele 
wizji i prasy, żeby dotrzeć do drzwi wejściowych. 

Dobrze, że pan zadzwonił, żeby na pana czekać, 

panie 
Hayes - stwierdziła elegancka starsza pani. Skrzywiła sie. 
 

background image

Wszyscy chcą najpierw rzucić okiem na obraz. Jestem Peter-
sen. Elizabeth Petersen. - Jej spojrzenie powędrowało ku Dai-
sy. - Obraz wiernie oddaje pani urodę, panno Justine. Musi 
pani być bardzo dumna ze swojego ojca. 
Tak, jestem. - Uśmiechnęła się. -1 jestem panią Hayes. 
Przepraszam, nie zdawałam sobie sprawy, że... 
Nikt o tym nie wie. - Daisy wzięła Jasona za rękę. - 
Zajęliśmy się tym dzisiaj po południu. Przyznam, że chciałam 
usłyszeć, jak to brzmi, ale bylibyśmy wdzięczni, gdyby pani 
nikomu nie mówiła. Nie chcemy odciągać uwagi od wystawy. 
To wieczór Charlie'ego. 
Oczywiście. - Pani Petersen ze zrozumieniem pokiwała 
głową. - Mogę przynieść wam lampkę szampana? 
Nie - powiedział Jason. - Jak reszta świata chcielibyśmy 
najpierw zobaczyć portret Daisy. 
Oczywiście, proszę tędy. - Poprowadziła ich przez ele 
gancko umeblowany hali. - Oczekujemy od krytyków słów 
uznania, panie Hayes. To naprawdę niezwykły obraz. 

Naprawdę? - zapytała z zapałem Daisy. - Podoba się 

pani? 
Pani Petersen uniosła brwi. 

Przecież nie moglibyśmy przyjąć obrazu, gdybyśmy 

tak 
nie myśleli. 

Sądziłam, że może cały ten rozgłos... 

Kobieta wyżej podniosła głowę. 
Galeria von Krantza nie lubi dostarczać cyrku dla me 
diów. - Jej protekcjonalny ton zniknął, gdy dodała ze smut 
kiem: - Chociaż czasem wydaje się on konieczny, żeby zachę 
cić publiczność, by przyjęła nowego artystę. - Zatrzymała się 
przed przykrytym jedwabiem płótnem, które samotnie wisiało 
na ścianie. Jednym ruchem starannie zadbanej dłoni usunęła 
materiał i cofnęła się. - Teraz mi wybaczcie. Mam milion 
spraw do załatwienia w ciągu trzydziestu minut, które pozo 
stały do otwarcia. 
Nie ma sprawy. - Jason uśmiechnął się. - Obiecujemy 
zasłonić go z powrotem, nim przyjadą media. 

Daisy ledwo słyszała stukot dziesięciocentymetrowych ob-
casów pani Petersen na wyfroterowanej podłodze. Nie mogła 
oderwać wzroku od obrazu w ramach. 
Udało ci się, Charlie. Wreszcie sięgnąłeś po szczęście. 
Nie sądziłam, że będzie wyglądać tak okazale - szepnęła. 
- Tam w domku byliśmy zbyt blisko obrazu, zbyt blisko Char- 
lie'ego. Ona ma rację, jest niezwykły. 
Powinnaś się tego była spodziewać. To twój portret, a ty 
jesteś niezwykła. 
Potrząsnęła głową. 

Nie, to malowidło nie przedstawia mnie. Przedstawia 

miłość. 
Tak. - Jason objął ją ramieniem. - Kiedyś powiedziałaś, że 
Charlie był w tym dobry. 
On jest w tym dobry. - Jej policzki płonęły, a oczy błysz 
czały promiennie. - Nie czujesz tego, Jasonie? Charlie tego 
dokonał! Jest wszędzie. Zawsze tu będzie dla ciebie i dla 
mnie, 
i dla wszystkich, którzy będą patrzeć na ten obraz. 
Tak, czuję to. - Głos Jasona był ochryple. Nie odrywał 
oczu od obrazu i następne słowa, jakie wyrzekł, zabrzmiały 
niepewnie. - Kocham cię, Daisy Justine... Hays. 
Po raz pierwszy wypowiedział te słowa. Wiedziała, że musi 
minąć jakiś czas, zanim Jason będzie mógł zaakceptować mi-
łość istniejącą między nimi, nie bojąc się już o nią, i gotowa 
była czekać cierpliwie na to wyznanie. Ogarnęła ją teraz dzika 
radość, musiała przełknąć ślinę, żeby złagodzić wzruszenie 
ś

ciskające ją za gardło. 

Ś

wit po ciemności. 

Bezpieczeństwo po burzy. 
Podeszła bliżej do Jasona i z miłością oparła głowę o jego 
ramię, nadal wpatrując się w obraz. 
Dziękuję ci, Charlie.