background image

Jorge Luis Borges

Księga piasku

OPOWIADANIA

(Przełożyła: Zofia Chądzyńska)

background image

Spis treści:

Tamten..........................................................3

Ulrica...........................................................10

Kongres.......................................................14

There Are More Things................................28

Sekta Trzydziestu.........................................34

Noc darów....................................................37

Zwierciadło i maska.....................................41

Undr............................................................45

Utopia człowieka zmęczonego......................50

Fortel...........................................................56

Avelino Arredondo......................................61

Krążek.........................................................66

Księga piasku..............................................68

Epilog.........................................................72

background image

Tamten

Wydarzenie to miało miejsce w lutym 1969 roku w Cambridge, na północ od 

Bostonu. Nie zanotowałem go od razu, pierwszą mą myślą bowiem było o nim 

zapomnieć, by nie stracić rozumu. Teraz, w roku 1972, myślę, że jeżeli je opiszę, inni 

przeczytają to jako opowiadanie, a może wtedy, z upływem lat, stanie się nim i dla 

mnie.

Wiem, że było czymś potwornym, póki trwało, a również w czasie 

bezsennych nocy, jakie nastąpiły potem. To nie znaczy zresztą, by miało wzruszyć 

osobę trzecią.

Było około dziesiątej rano. Siedziałem na ławce nad brzegiem rzeki Charles. 

O jakieś pięćset metrów w prawo stał wysoki budynek, którego nazwy nigdy się nie 

dowiedziałem. Szara woda popychała wielkie kawały lodu. W sposób nieunikniony 

rzeka skojarzyła mi się z czasem. Tysiącletni obraz Heraklita. Spałem dobrze; moje 

wykłady poprzedniego dnia chyba zainteresowały słuchaczy. Dokoła nie było żywej 

duszy.

Nagle doznałem uczucia (zdaniem psychologów dowodzącego zmęczenia), że 

moment ten już raz przeżyłem. Na drugim końcu ławki ktoś usiadł. Byłbym wolał 

samotność, ale nie chciałem od razu wstawać, by nie wydać się niegrzecznym. 

Tamten zaczął pogwizdywać. Wtedy właśnie nastąpił pierwszy z wielu niepokojących 

epizodów tego ranka. To, co gwizdał, to, co usiłował gwizdać (nigdy nie miałem zbyt 

dobrego słuchu), było popularną kreolską balladą “La Tapera" Eliasa Regules. 

Sposób gwizdania przeniósł mnie na nie istniejące już patio i przywiódł wspomnienie 

Àlvara Meliana Lafinur, który od tak dawna nie żył. Potem pojawiły się pierwsze 

zwrotki. Nie był to głos Àlvara, ale usiłował być do niego podobny. Uświadomiłem to 

sobie ze zgrozą. Zbliżyłem się doń i zapytałem:

- Pan z Urugwaju czy z Argentyny?

- Jestem Argentyńczykiem, ale od czternastego roku mieszkam w Genewie - 

zabrzmiała odpowiedź.

Nastąpiła długa cisza. Zapytałem: — Na ulicy Malagnou pod siedemnastym, 

na wprost cerkwi?

Odpowiedział, że tak.

- W takim razie - powiedziałem zdecydowanie - pan się nazywa Jorge Luis 

background image

Borges. Ja także jestem Jorge Luis Borges. Jest rok 1969 i znajdujemy się w 

Cambridge.

- Nie - odpowiedział moim własnym, tyle że dalekim głosem.

Po jakimś czasie powtórzył z naciskiem:

- Jestem w Genewie, na ławce, o parę kroków od Rodanu. Dziwne wydaje mi 

się jedno, że jesteśmy do siebie podobni, choć pan, z tą siwą głową, wygląda na o 

wiele starszego.

Odpowiedziałem:

- Mogę ci dowieść, że nie kłamię. Opowiem ci o sprawach, o jakich nie może 

wiedzieć nieznajomy. W domu jest srebrne naczynie do mate na nóżce udającej węża, 

które nasz pradziad przywiózł z Peru. Jest też srebrna miska, którą przytraczał do 

siodła. W twojej szafie stoją dwa rzędy książek. Trzy tomy bajek “Księgi tysiąca i 

jednej nocy" Lane'a ze stalorytem i notkami zamieszczonymi petitem pomiędzy roz-

działami, słownik łaciński Quicherata, “Germania" Tacyta po łacinie w wersji 

Gordona, “Don Kichot" wydany przez Garniera, “Tablas de sangre" Rivery Indarte, z 

dedykacją autora, “Sartor Resartus" Carlyle'a, biografia Amiela i schowana za innymi 

w tekturowej oprawie książka o obyczajach seksualnych ludów bałkańskich. Nie 

zapomniałem również pewnego popołudnia na pierwszym piętrze domu przy placu 

Dubourg.

- Dufour - poprawił.

- Zgoda. Dufour. Czy ci to wystarcza?

- Nie - odpowiedział. - Te dowody niczemu nie służą. Jeżeli śni mi się pan, to 

nic dziwnego, że wie pan to, co ja wiem. Wszystkie pańskie staranne wyliczania są 

daremne.

Zarzut był słuszny. Odparłem:

- Jeżeli ten ranek i to spotkanie są snem, każdy z nas z pewnością uważa, że to 

jego sen. Może przestaniemy śnić, może nie przestaniemy. Tymczasem naszym 

obowiązkiem jest przyjąć ten sen tak, jak przyjęliśmy wszechświat i to, że nas 

poczęto, że do patrzenia mamy oczy i że oddychamy.

- A jeżeli sen będzie trwał? - zapytał z niepokojem.

Aby uspokoić i jego, i siebie, powiedziałem z przekonaniem, jakiego z 

pewnością nie miałem:

- Mój sen trwa już siedemdziesiąt lat. W końcu, jeżeli o tym pomyśleć, nie ma 

człowieka, który by nie spotkał samego siebie. To właśnie zdarza się nam w tej 

background image

chwili, z tą różnicą, że jest nas dwóch. Czy nie chcesz wiedzieć czegoś z mojej 

przeszłości, co w przyszłości oczekuje i ciebie?

Przytaknął bez słowa. Mimo że trochę zagubiony, mówiłem dalej:

- Matka jest zdrowa i czuje się dobrze, mieszka nadal w swym domu na rogu 

Charcas i Maipú w Buenos Aires, ale ojciec umarł trzydzieści lat temu. Umierał na 

serce. Dobił go paraliż połowy ciała: lewa ręka położona na prawej wyglądała jak 

ręka dziecka na ręce giganta. Niecierpliwie czekał śmierci, ale nigdy się nie skarżył. 

Nasza babka umarła w tym samym domu. Na parę dni przed końcem zawołała nas 

wszystkich i powiedziała: “Jestem bardzo starą kobietą, która umiera bardzo powoli. 

Niech nikt sobie nie zawraca głowy czymś tak zwykłym i codziennym". Twoja siostra 

Norah wyszła za mąż i ma dwóch synów. No, a co słychać u ciebie w domu?

- Dobrze. Tata ze swymi wiecznymi żarcikami na temat religii. Wczoraj 

wieczór powiedział, że Chrystus był jak gauczo, który nie chce się angażować, i 

dlatego używał przypowieści.

Zawahał się, a potem dodał:

- A pan?

— Nie znam liczby książek, jakie napiszesz, ale wiem, że będzie ich zbyt 

wiele. Będziesz pisał wiersze, które dadzą ci rozkosz nie dzieloną z nikim, i opo-

wiadania fantastyczne. Będziesz wykładał, tak jak twój ojciec i jak tylu z naszej krwi.

Byłem zadowolony, że wcale nie pyta o powodzenie lub niepowodzenie 

książek. Zmieniłem ton i ciągnąłem dalej:

- Co dotyczy historii... Była inna wojna, między niemal tymi samymi 

przeciwnikami. Francja od razu skapitulowała. Anglia i Ameryka wygrały z nie-

mieckim dyktatorem nazwiskiem Hitler cykliczną bitwę pod Waterloo. Buenos Aires 

około roku 1946 spłodziło nowego Rosasa, dość podobnego do naszego krewnego. 

Prowincja Córdoba uwolniła nas od niego w pięćdziesiątym piątym, tak jak uprzednio 

Entre Ríos. Teraz źle się dzieje. Rosja usiłuje wziąć we władanie tę planetę; 

Ameryka, uwikłana w przesąd o konieczności demokracji, nie może się zdecydować, 

czy zostać prawdziwym imperium. Z każdym dniem nasz kraj staje się bardziej 

prowincjonalny. Bardziej prowincjonalny i bardziej zadufany w sobie, jakby zamykał 

oczy. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby w szkołach naukę łaciny zastąpiono nauką 

guarani.

Zauważyłem, że zaledwie mnie słucha. Naturalny lęk przed niemożliwym, a 

jednak oczywistym paraliżował go. Ja, który nie byłem ojcem, poczułem dla tego 

background image

biednego chłopaka bliższego mi, niż gdyby był moim rodzonym synem, przypływ 

miłości. Zobaczyłem, że trzyma w rękach książkę. Zapytałem o jej tytuł.

- To “Biesy" Fiodora Dostojewskiego - odpowiedział z pewną dumą.

- Już nie bardzo pamiętam. Jakie to jest?

Ledwie wypowiedziałem te słowa, już wiedziałem, że takie pytanie jest 

ś

więtokradztwem.

- Mistrz rosyjski - odparł - głębiej niż ktokolwiek inny spenetrował labirynt 

słowiańskiej duszy.

Ten retoryczny wysiłek wydał mi się dowodem, że się uspokoił.

Zapytałem, czy zna inne książki mistrza.

Wymienił dwie czy trzy, między innymi “Sobowtóra".

Zapytałem, czy czytając je potrafił odróżnić postacie, podobnie jak i u 

Conrada, i czy ma zamiar przeczytać wszystkie jego dzieła.

- Raczej nie - odrzekł dość zaskoczony.

Zapytałem go, co pisze; odpowiedział, że przygotowuje tomik wierszy, który 

ma zamiar nazwać “Czerwone hymny". Myślał również o tytule “Czerwone rytmy".

- Czemu nie? - powiedziałem. - Masz znakomitych poprzedników. “Błękitny 

wiersz" Rubena Daria. “Szara piosenka" Verlaine'a.

Nie słuchając mnie wyjaśnił, że jego książka ma wyśpiewać braterstwo 

wszystkich ludzi. Poeta naszych czasów nie może odwracać się tyłem do swojej 

epoki.

Zamyśliłem się i zapytałem, czy rzeczywiście czuje się bratem wszystkich. Na 

przykład wszystkich pracowników zakładów pogrzebowych, wszystkich listonoszy, 

wszystkich nurków, wszystkich tych, co mieszkają po parzystej stronie ulicy, 

wszystkich zachrypniętych i tak dalej. Odpowiedział, że jego książka odnosi się do 

masy pariasów i uciśnionych.

- Twoja masa pariasów i uciśnionych - odparłem — nie jest niczym innym jak 

abstrakcją. Tylko jednostki istnieją, jeżeli w ogóle ktoś istnieje. “Człowiek 

wczorajszy nie jest człowiekiem dzisiejszym", zawyrokował pewien Grek. My dwaj, 

na tej ławce w Genewie czy też w Cambridge, zapewne możemy być tego dowodem.

Prócz surowych stronic Historii pamiętne wydarzenia obywają się bez 

pamiętnych zdań. Człowiek, który ma umrzeć, chce przypomnieć sobie jakiś wyryty 

w pamięci obraz z dzieciństwa; żołnierze przed pójściem do ataku mówią o błocie lub 

o kapralu. Nasza sytuacja była jedyna w swoim rodzaju i szczerze mówiąc nie byli-

background image

ś

my do niej przygotowani. My - oczywiście - mówiliśmy o literaturze; obawiam się 

zresztą, że nie powiedziałem nic więcej niż to, co zazwyczaj mówię dziennikarzom. 

Moje alter ego wierzyło w wymyślenie lub odkrycie nowych metafor; ja - w te, które 

odpowiadają wewnętrznym zbliżeniom, poczuciu bliskości, i w te, jakie nasza pamięć 

zaakceptowała. Starość ludzi i zmierzch, sny i życie, płynięcie czasu i wody. Wyłoży-

łem mu tę opinię, którą po latach zamieści w książce. Niemal mnie nie słuchał. Nagle 

rzucił: - Jeżeli pan jest mną, jak wytłumaczyć, że zapomniał pan o swoim spotkaniu z 

pewnym starszym panem, który w roku 1918 powiedział panu, że też jest Borgesem?

Nie pomyślałem o tej trudności. Odpowiedziałem bez przekonania:

- Może było to tak niezwykłe, że postarałem się o tym zapomnieć.

Zaryzykował nieśmiałe pytanie:

- Jak z pańską pamięcią?

Zrozumiałem, że dla chłopca, który nie ma dwudziestu lat, człowiek przeszło 

siedemdziesięcioletni jest niemal nieboszczykiem. Odpowiedziałem:

- Często bywa podobna do zapomnienia, ale zawsze jeszcze znajduje to, co 

powinna. Uczę się anglosaskiego i nie jestem w tym najgorszy.

Jak na sen nasza rozmowa trwała już zbyt długo. Nagle przyszło mi coś do 

głowy.

- Mogę ci natychmiast dowieść - powiedziałem - że ci się nie śnię. Posłuchaj 

tego wersetu, którego nigdy nie czytałeś, a który ja zapamiętałem.

Powoli zacząłem deklamować przesławne zdanie: L'hydre-univers tordant 

son corps écaillé d'astres...

Odczułem jego niemal przerażone zdumienie. Powtórzył zdanie szeptem, 

rozkoszując się każdym olśniewającym słowem.

- To prawda - wybełkotał - nigdy nie byłbym w stanie napisać czegoś 

podobnego.

Hugo nas zjednoczył.

Przedtem powtarzał z zapałem, teraz to sobie przypominam, ów krótki wiersz, 

w którym Walt Whitman wspomina wspólną noc nad morzem, kiedy to był naprawdę 

szczęśliwy.

- Jeśli Whitman to wyśpiewał - zauważyłem - to dlatego, że tego pragnął, a to 

nie nastąpiło. Poemat zyskuje, jeśli można się z niego domyślić, że jest wyrazem 

pragnienia, nie zaś kroniką faktu.

Popatrzył na mnie.

background image

- Pan go nie zna! - wykrzyknął. - Whitman nie może kłamać!

Pół wieku nie mija bezkarnie. Po naszej rozmowie, ludzi wielorakich lektur i 

odmiennych gustów, poznałem, że nie możemy się zrozumieć. Byliśmy zbyt różni i 

zbyt podobni. Nie mogliśmy też oszukiwać się, to utrudnia dialog. Każdy z nas był 

karykaturalną kopią drugiego. Sytuacja była zbyt nienormalna, by mogła trwać 

dłużej. Radzić czy też dyskutować też nie miało sensu, bo jego nieuniknionym 

przeznaczeniem było stać się tym, czym ja jestem.

Niespodziewanie przypomniała mi się fantazja Coleridge'a. Ktoś śni, że 

wędruje przez raj, na dowód czego dostaje kwiat. Po obudzeniu trzyma ten kwiat w 

dłoni.

Pomyślałem o podobnej sztuczce.

- Posłuchaj - powiedziałem - czy masz jakieś pieniądze?

- Tak - odparł. - Mam dwadzieścia franków. Zaprosiłem dziś wieczór Simona 

Ż

ychlińskiego do “Crocodile'a".

- Powiedz Simonowi, że poświęci się medycynie, że będzie praktykował jako 

lekarz w Carouge i zdziała wiele dobrego... a teraz daj mi trochę drobnych.

Wyjął trzy srebrne monety i garstkę miedziaków. Nie rozumiejąc, dał mi 

jedną ze srebrnych.

Podałem mu któryś z tych niebezpiecznych amerykańskich banknotów 

mających rozmaitą wartość przy jednakowej wielkości. Popatrzył nań zdumiony.

- To niemożliwe! - krzyknął. - Jest na nim data 1964.

(W wiele miesięcy później ktoś zwrócił mi uwagę, że na banknotach w ogóle 

nie ma dat).

- To jakiś cud - wybąkał. - A cuda napawają strachem. Tych, co byli 

ś

wiadkami zmartwychwstania Łazarza, ogarnęło przerażenie.

Nic się nie zmieniliśmy, pomyślałem. Zawsze odniesienia literackie.

Podarł banknot i schował monetę.

Ja postanowiłem rzucić swoją do rzeki. Srebrny łuk niknący w srebrnej rzece 

nadałby mojej historii jakiś obraz życia, ale los chciał inaczej.

Odpowiedziałem, że jeżeli coś nadnaturalnego zdarza się dwukrotnie, 

przestaje przerażać. Zaproponowałem, byśmy spotkali się nazajutrz na tej samej 

ławce, znajdującej się w dwóch różnych miejscach i w dwóch różnych epokach.

Zgodził się natychmiast i powiedział, nie patrząc na zegarek, że nie ma już 

wiele czasu. Obaj kłamaliśmy i każdy z nas wiedział, że jego rozmówca kłamie. 

background image

Dodałem, że mają tu przyjść po mnie.

- Przyjść po pana? - zapytał.

- Tak. Kiedy dojdziesz do mojego wieku, stracisz niemal całkowicie wzrok. 

Będziesz widział żółtości, cienie, światła. Ale nie przejmuj się. Stopniowe tracenie 

wzroku nie jest tragiczne. Przypomina powolny letni zmierzch.

Pożegnaliśmy się, nie podając sobie rąk. Nazajutrz nie poszedłem. On też 

pewnie nie przyszedł.

Wiele myślałem nad tym spotkaniem, o którym nie opowiedziałem nikomu. 

Mam wrażenie, że znalazłem do niego klucz. Spotkanie było rzeczywiste, ale tamten 

rozmawiał ze mną we śnie i dlatego mógł o  mnie zapomnieć; ja rozmawiałem z nim 

na jawie i wspomnienie to wciąż jeszcze mnie niepokoi.

Tamten śnił o mnie, choć niezupełnie o mnie. Śnił, teraz dopiero to 

rozumiem, o nie istniejącej dacie na dolarze.

background image

Ulrica

Hann tekr svenhit Gram ok

leggr i methal theira bert

Völsunga Saga, 27

Moje opowiadanie będzie wierne rzeczywistości, a w każdym razie mojemu 

wspomnieniu rzeczywistości, co w końcu jest tym samym. Wypadki miały miejsce 

bardzo niedawno, ale wiem, że maniera literacka równa się manierze nadawania 

rysów przypadkowości i podkreślaniu emfazy. Chcę opowiedzieć o moim spotkaniu z 

Ulricą (nie znałem jej nazwiska i zapewne nie poznam go nigdy) w mieście York. 

Kronika ta obejmuje jedną noc i jeden ranek. Nic by mnie nie kosztowało nadmienić, 

ż

e zobaczyłem ją pierwszy raz obok “Pięciu sióstr Yorku", owych słynnych czystych, 

pozbawionych wszelkich obrazów witraży, jakie uszanowali obrazoburcy Cromwella, 

ale faktem jest, że poznaliśmy się w saloniku “Northern Inn", gospody leżącej poza 

murami miasta. Było tam zaledwie parę osób, a ona siedziała tyłem do mnie. Ktoś 

poczęstował ją kieliszkiem, lecz odmówiła.

- Jestem feministką - powiedziała. - Nie chcę naśladować mężczyzn. Nie lubię 

ich tytoniu ani alkoholu.

Zdanie miało brzmieć dowcipnie i odgadłem, że nie po raz pierwszy je 

wygłasza. Potem dowiedziałem się, że wcale nie było dla niej charakterystyczne, ale 

to, co mówimy, nie zawsze do nas pasuje.

Opowiedziała, że spóźniła się do muzeum, ale wpuszczono ją, dowiedziawszy 

się, że jest Norweżką.

Ktoś z obecnych skomentował:

- Nie po raz pierwszy Norwegowie wchodzą do Yorku.

- To prawda - przytaknęła. - Anglia należała do nas i straciliśmy ją, jeżeli w 

ogóle można coś mieć i w ogóle można coś stracić.

Wtedy na nią popatrzyłem. Pewien werset Blake'a wspomina o dziewczynach 

z łagodnego srebra i szalonego złota, ale w Ulrice była mieszanina złota i łagodności. 

Była zręczna i wysoka, o drobnych rysach i szarych oczach. Większe wrażenie niż jej 

twarz zrobił na mnie wyraz spokojnej tajemniczości.

Uśmiechała się łatwo, a uśmiech wydawał się ją oddalać. Nosiła się czarno, co 

background image

jest rzadkie na północy, gdzie starają się rozweselać to, co samo otoczenie przygasza. 

Mówiła poprawnie po angielsku, lekko akcentując literę “r". Nie jestem bystrym 

obserwatorem; to wszystko zauważyłem z czasem.

Przedstawiono nas sobie. Powiedziałem, że jestem profesorem na 

Uniwersytecie Los Andes w Bogocie, Kolumbijczykiem - wyjaśniłem.

Zapytała zamyślona:

- Co to znaczy być Kolumbijczykiem?

- Nie wiem - odpowiedziałem. - To akt wiary.

- To tak jak być Norweżką - przytaknęła.

Nie pamiętam żadnych innych słów, jakie padły tej nocy. Nazajutrz wcześnie 

rano zszedłem do sali jadalnej. Przez szyby zobaczyłem, że spadł śnieg; równina 

gubiła się w świetle poranka. Nie było nikogo więcej. Ulrica zaprosiła mnie do swego 

stołu. Powiedziała, że lubi samotne spacery.

Przypomniał mi się żart Schopenhauera i odpowiedziałem:

- Ja także. Możemy więc wyjść razem.

Oddaliliśmy się od domu, sunąc po świeżym śniegu. Na polach nie było żywej 

duszy. Zaproponowałem spacer do Thorgate, które leżało o parę mil w dół rzeki. 

Wiem, że już wtedy byłem w niej zakochany; nie zniósłbym nikogo innego u swego 

boku.

Usłyszałem dalekie wycie wilka. Nigdy nie słyszałem, jak wyje wilk, ale 

wiem, że to był wilk. Ulrica się nie przelękła.

Po chwili odezwała się, jakby myśląc głośno:

- Niewielkie i prymitywne miecze, jakie widziałam wczoraj w York 

Minster, wzruszyły mnie bardziej niż wielkie okręty w muzeum w Oslo.

Nasze drogi rozdzieliły się. Ulrica tegoż popołudnia wyjeżdżała do Londynu, 

ja - do Edynburga.

- Na Oxford Street - powiedziała - pójdę śladem De Quinceya, który szukał 

swej Anny zagubionej w londyńskim tłoku.

- De Quincey - odparłem - przestał jej szukać. Ja ciągle jej szukam.

- Może - powiedziała półgłosem - teraz ją znalazłeś.

Zrozumiałem, że rzecz nieoczekiwana przestała mi być wzbroniona, i 

ucałowałem jej usta i oczy. Odsunęła się ode mnie z łagodną stanowczością, a potem 

rzuciła:

- Będę twoją w gospodzie w Thorgate. Proszę, nie dotykaj mnie teraz. Tak 

background image

będzie lepiej.

Dla człowieka samotnego w starszym wieku ofiarowana miłość jest darem, 

którego już się nie spodziewa. Cud ma prawo stawiać swoje warunki. Pomyślałem o 

swoich młodych latach w Popayán i o pewnej dziewczynie z Teksasu, jasnej i smukłej 

jak Ulrica, która odmówiła mi swojej miłości.

Nie popełniłem błędu zapytując, czy mnie kocha. Zrozumiałem, że nie jestem 

pierwszy i że nie będę ostatni. Ta przygoda, może jedyna dla mnie, będzie jedną z 

wielu dla prześlicznej i stanowczej uczennicy Ibsena.

Trzymając się za ręce, nadal rozmawialiśmy.

- Wszystko to jest jak sen - powiedziałem - a ja nigdy nie śnię.

- Jak ów król - odparła Ulrica - który nie śnił aż do chwili, gdy czarownik 

uśpił go w chlewie.

Potem dodała:

- Posłuchaj. Zaraz zaśpiewa ptak.

Po chwili usłyszeliśmy śpiew.

- W tych okolicach - powiedziałem - mówią, że ten, kto ma umrzeć, widzi 

przyszłość.

- A ja mam umrzeć - dodała.

Spojrzałem na nią zdumiony.

- Idźmy na przełaj przez las - zaproponowałem. - Będziemy prędzej w 

Thorgate.

- Las jest niebezpieczny - odparła.

Poszliśmy pustymi polami.

- Chciałbym, żeby ta chwila trwała zawsze - wyszeptałem.

- “Zawsze" jest słowem niedozwolonym dla ludzi - stwierdziła Ulrica i ażeby 

uniknąć patosu, poprosiła, bym jeszcze raz powtórzył swoje nazwisko, którego nie 

dosłyszała.

- Javier Otárola - powiedziałem.

Próbowała je wymówić, ale nie potrafiła. Podobnie i ja pomyliłem się, 

powtarzając jej imię: Ulrikke.

- Będę cię nazywała Zygfrydem - oznajmiła, uśmiechając się.

- Jeżeli ja jestem Zygfrydem, ty jesteś Brunhildą.

Zwolniła kroku.

- Znasz sagę? - zapytałem.

background image

- No pewno - odparła. - Tragiczna historia, którą Niemcy zmarnowali w 

swych zapóźnionych “Nibelungach".

Nie chciałem dyskutować i odpowiedziałem:

- Brunhildo, idziesz tak powoli, jakbyś chciała, żeby między nami w łożu 

pojawił się miecz.

Nagle znaleźliśmy się przed gospodą. Nie zdziwiło mnie, że nazywała się tak 

jak tamta - “Northern Inn".

Ze szczytu schodów Ulrica krzyknęła:

- Słyszałeś wilka? Nie ma już wilków w Anglii. Spiesz się.

Kiedy wchodziłem na pięterko, zauważyłem, że ściany wyklejone są tapetą à 

la William Morris - głęboką czerwienią ze splatającymi się owocami i ptakami. 

Ulrica weszła pierwsza. Ciemny pokój był niski, mansardowy. Oczekiwane łoże 

odbijało się w lustrze, a ciemny mahoń przypominał mi zwierciadło z Pisma. Ulrica 

już się rozebrała. Zawołała mnie moim prawdziwym imieniem: Javier. Poczułem, że 

ś

nieżyca się wzmaga. Nie było już ani mebli, ani luster. Między nami nie było 

miecza. Czas sączył się niby piasek. W cieniu płynęła odwieczna miłość i po raz 

pierwszy i jedyny posiadłem obraz Ulriki.

background image

Kongres

Ils s'acheminerent vers un château immense, au frontis-

pice duquel on lisait: “Je n'appartiens à personne

et j'appartiens à tout le monde. Vous y étiez avant que

d'y entrer, et vous y serez encore quand vous en sortirez".

Diderot, “Jacques Le Fataliste et son Maître"

*

(1796)

Nazywam się Alejandro Ferri. W nazwisku mym pobrzmiewają wojownicze 

echa, ale nie skojarzenia z żelazem, symbolem chwały, ani wielki cień Macedończyka 

- zdanie pochodzi od autora “Marmurów", który zaszczycał mnie swoją przyjaźnią - 

nie przypomina w niczym szarego człowieczka, który kreśli te linijki na piętrze 

hoteliku przy ulicy Santiago del Estero, w południowej części miasta, pod żadnym 

względem nie przywodzącej już na pamięć jego dawnych dzielnic. Wkrótce skończę 

siedemdziesiąt ileś tam lat, nadal udzielam lekcji angielskiego garstce uczniów. Z 

powodu niezdecydowania, niedbalstwa czy z innych przyczyn nie ożeniłem się i teraz 

jestem sam. Nie doskwiera mi samotność; dość trudno jest znosić samego siebie i 

własne manie. Widzę, że się starzeję: nieomylną oznaką jest fakt, że nie interesują 

mnie ani nie zaskakują nowości, może dlatego że - jak stwierdzam - nie ma w nich 

nic specjalnie nowego, są to zawsze te same, skromne wariacje. Kiedy byłem młody, 

pociągały mnie zmierzchy, przedmieścia, nieszczęścia; teraz - poranki w centrum 

miasta i łagodny spokój. Już nie udaję Hamleta. Zapisałem się do partii 

konserwatywnej i do klubu szachowego, dokąd chodzę jako widz, i to nieraz 

roztargniony. Ciekawski może ekshumować z jakiegoś ciemnego kąta Biblioteki 

Narodowej przy ulicy Mexico egzemplarz mojego “Krótkiego studium analitycznego 

języka Johna Wilkinsa", dzieła, które należałoby wznowić, już choćby po to, żeby 

poprawić jego liczne błędy. Nowy dyrektor Biblioteki jest, jak mówią, literatem, 

który się poświęcił badaniom dawnych języków (jakby obecne nie były dość 

prymitywne) oraz demagogicznemu wychwalaniu wyimaginowanego Buenos Aires 

nożowników. Nigdy nie chciałem go poznać. Przybyłem do tego miasta w 1899 roku i

jeden jedyny raz przypadek zetknął mnie z nożownikiem czy też z osobnikiem 

cieszącym się opinią nożownika. Jeżeli się nadarzy okazja, opiszę kiedyś ten epizod.

background image

Już mówiłem, że jestem sam; parę dni temu sąsiad z hotelu, który słyszał, jak 

wspominam Fermina Egurena, powiedział mi, że zmarł on w Punta del Este.

Ś

mierć owego człowieka, który z pewnością nigdy nie był mym przyjacielem, 

w jakiś uporczywy sposób nie przestawała mnie zasmucać. Wiem, że zostałem sam 

jako jedyny już na świecie strażnik owego wydarzenia, Kongresu, którego 

wspomnienia nie będę mógł z nikim dzielić. Teraz jestem ostatnim członkiem 

Kongresu. To prawda, że każdy człowiek nim jest, że nie istnieje na planecie istota, 

która by nim nie była, ale ja jestem nim w inny sposób. Wiem, że nim jestem: to mnie 

odróżnia od mych niezliczonych kolegów, obecnych i przyszłych. Jest prawdą, że 

siódmego lutego 1904 roku przysięgliśmy na to, co najświętsze - czyż jest na świecie 

coś świętego lub coś, co by nie było święte? - nie wyjawiać historii Kongresu, ale jest 

równie pewne, że fakt, który wyjawiam teraz, łamiąc przysięgę, jest także częścią 

Kongresu. To oświadczenie jest niejasne, ale może rozpalić ciekawość moich 

ewentualnych czytelników.

W każdym wypadku zadanie, jakie sobie narzuciłem, nie jest łatwe. Nigdy nie 

trudniłem się, nawet w sposób epistolarny, gatunkiem narracyjnym, a poza tym - co z 

pewnością jest o wiele ważniejsze - historia, którą opowiadam, jest niewiarygodna. 

Pióro José Fernandeza Irali, niesłusznie zapomnianego poety, autora “Marmurów", 

było przeznaczone do tego dzieła, lecz dziś jest już za późno. Nie będę rozmyślnie 

przeinaczał faktów, ale przeczuwam, że lenistwo i niezręczność niejeden raz 

doprowadzą mnie do błędów.

Dokładne daty nie mają znaczenia. Przypomnijmy sobie, że przybyłem z 

Santa Fe, mojej rodzinnej prowincji, w 1899 roku. Nigdy już tam nie wróciłem; 

przyzwyczaiłem się do Buenos Aires, miasta, które mnie nie pociąga, tak jak można 

przyzwyczaić się do własnego ciała lub do nie przemijającego bólu. Bez większych 

emocji przewiduję, że niedługo umrę; wobec powyższego muszę opanować swój 

zwyczaj dygresji i trochę przyspieszyć tok opowiadania. Naszej osobowości - o ile 

takową posiadamy - nie zmieniają lata; ten sam impuls, który pewnej nocy skierował 

mnie do Kongresu Świata, zaprowadził mnie wcześniej do redakcji “Ultima Hora". 

Dla biednego chłopaka z prowincji dziennikarstwo wydaje się zawodem 

romantycznym, podobnie jak dla biednego chłopaka z miasta może wydawać się 

romantyczne życie gaucza lub parobka na cudzej ziemi. Nie zawstydza mnie, że 

chciałem zostać dziennikarzem, choć to rutynowe zajęcie wydaje mi się dziś banalne. 

Pamiętam, jak mój kolega Fernandez Irala powiedział, że dziennikarz pisze dla 

background image

zapomnienia, podczas gdy chciałby pisać dla pamięci i czasu. Już wycyzelował 

(czasownik ten był wtedy w użyciu) kilka znakomitych sonetów, które później z 

małymi zmianami miały ukazać się na stronicach “Marmurów".

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Kongresie. 

Może było to owego popołudnia, gdy kasjer wypłacił mi pierwszą gażę, ja zaś, aby 

uświęcić ów dowód, że Buenos Aires mnie przyjęło, zaprosiłem Iralę, byśmy razem 

poszli coś zjeść. Ten wymówił się jednak, twierdząc, że nie może opuścić Kongresu. 

Natychmiast zrozumiałem, że nie chodzi tu o pretensjonalną budowlę zwieńczoną 

kopułą na końcu szerokiej, zamieszkanej przez Hiszpanów alei, lecz o coś bardziej 

tajemniczego i ważniejszego. Ludzie mówili o Kongresie, niektórzy z jawną niechę-

cią, inni zniżając głos, jeszcze inni z przejęciem i ciekawością, a w gruncie rzeczy - 

myślę - nikt nie wiedział, o co chodzi. W parę tygodni później, którejś soboty, Irala 

zaproponował mi, bym mu towarzyszył. Załatwił już, jak twierdził, niezbędne 

formalności.

Było około dziewiątej czy też dziesiątej wieczór. W tramwaju powiedział mi, 

ż

e zebrania wstępne odbywają się w soboty i że don Alejandro Glencoe, może z 

powodu mojego imienia, już wyraził zgodę. Weszliśmy do cukierni “Gas". 

Kongresmani, a było ich piętnastu lub dwudziestu, siedzieli wokół długiego stołu. Nie 

wiem, czy było jakieś podium, czy też podsuwa je tylko moja pamięć. Natychmiast 

rozpoznałem przewodniczącego, choć nigdy go dotąd nie widziałem. Don Alejandro, 

o godnym wyglądzie, był już człowiekiem w latach, miał wysokie czoło, szare oczy i 

miedzianą brodę przetykaną siwymi nitkami. Widywałem go zawsze w ciemnym 

tużurku, złożone ręce zwykł opierać na lasce. Był silny i wysoki. Na lewo od niego 

siedział człowiek o wiele młodszy, również rudowłosy; intensywność tej radości 

przywodziła na myśl ogień, kolor brody pana Glencoe i jesienne liście. Po prawej 

siedział młody chłopak o podłużnej twarzy i czole dziwnie niskim, ubrany jak dandys.

Wszyscy zamówili kawę, niektórzy absynt. Moje zdziwienie spowodowała obecność 

kobiety, jedynej pośród grona mężczyzn. Przy drugim końcu stołu siedział 

dziesięcioletni chłopiec w stroju marynarskim, który jednak szybko zasnął. Był tam 

również protestancki pastor, dwóch typowych Żydów i jakiś Murzyn w jedwabnej 

chustce, w bardzo obcisłych spodniach, na wzór compadritos z ulicznych 

skrzyżowań. Przed chłopcem i Murzynem stały dwie filiżanki z czekoladą. Innych 

osób nie pamiętam, prócz pana Marcela del Mazo, człowieka o nader eleganckich 

manierach i pięknej wymowie, którego nigdy więcej nie zobaczyłem. Zachowałem 

background image

zatartą fotografię jednego z zebrań, ale nie opublikuję jej, ubiory bowiem z owej 

epoki, fryzury i wąsy nadają tym postaciom groteskowy i niemal żałosny wygląd, 

który zafałszowałby całą scenerię. Wszelkie zgrupowania tworzą własne rytuały, 

własne słownictwo; wydawało się, że życzeniem Kongresu, który dla mnie miał 

zawsze w sobie coś ze snu, jest, by kongresmani bez pośpiechu odkrywali cel, ku 

jakiemu dążą, a także imiona i nazwiska kolegów; szybko zrozumiałem, że mym 

obowiązkiem jest niestawianie pytań, i nie zapytałem o nic Fernandeza Irali, który 

sam z siebie również nic mi nie powiedział. Nie opuściłem ani jednej soboty, ale 

minął miesiąc czy nawet dwa, zanim zrozumiałem. Od drugiego zebrania sąsiadem 

moim był Donald Wren, inżynier południowej linii kolejowej, który potem miał mi 

dawać lekcje angielskiego.

Don Alejandro odzywał się rzadko; inni nie zwracali się doń wprost, ale 

czułem, że mówią dla niego i że szukają jego aprobaty. Wystarczał powolny gest 

ręką, aby temat debat się zmienił. Powoli odkryłem, że rudzielec z lewej nosi 

dziwaczne nazwisko Twirl. Przypominam sobie jego kruchą sylwetkę, właściwość 

niektórych zbyt wysokich ludzi, sprawiających wrażenie, jakby wzrost przyprawiał 

ich o zawrót głowy, na skutek czego się garbią. Pamiętam, że lubił bawić się 

miedzianą busolą, którą co jakiś czas odstawiał na stół. Pod koniec 1914 roku zginął 

jako żołnierz piechoty w jakimś irlandzkim pułku. Po prawej siedział zawsze ów 

chłopak o niskim czole, Fer-min Eguren, siostrzeniec przewodniczącego. Nie wierzę 

w realistyczne metody, gatunek - jeżeli takie bywają - sztuczny; wolę od razu 

opowiedzieć to, co stopniowo zrozumiałem. Przedtem pragnę jednak przypomnieć 

czytelnikowi swoją ówczesną sytuację: byłem biednym chłopakiem z Casildy, 

chłopskim synem, który przybył do Buenos Aires i nagle się znalazł, tak to 

widziałem, w intymnym centrum miasta, a może nawet - świata. Pół wieku minęło i 

ciągle jeszcze czuję owo początkowe olśnienie, które z pewnością nie było ostatnie.

A oto fakty: opowiem je możliwie zwięźle. Don Alejandro Glencoe, 

przewodniczący, był właścicielem ziemskim z Urugwaju, z obszarów graniczących z 

Brazylią. Ojciec jego, pochodzący z Aberdeen, zapuścił korzenie na tym kontynencie 

w połowie zeszłego wieku. Przywiózł ze sobą setkę książek, jedynych, odważam się 

twierdzić, jakie don Alejandro przeczytał w ciągu swego życia. (Mówię o tych róż-

norodnych książkach, jakie miałem w ręku, jedna z nich bowiem leży u źródła mojej 

historii). Pierwszy Glencoe, umierając, pozostawił córkę i syna, który potem został 

naszym przewodniczącym. Córka wyszła za don Egurena i została matką Fermina. 

background image

Don Alejandro pragnął w swoim czasie zostać deputowanym, ale przywódcy 

polityczni zamknęli przed nim drzwi kongresu urugwajskiego. Rozgniewał się i po-

stanowił zorganizować inny Kongres, o szerszym zasięgu. Przypomniał sobie 

wyczytane na którejś z wulkanicznych stronic Carlyle'a przeznaczenie owego 

Anacharsisa Cloots, wyznawcy bogini mądrości, który na czele trzydziestu sześciu 

cudzoziemców przemawiał jako “orator rodzaju ludzkiego" przed zgromadzeniem w 

Paryżu. Za jego przykładem don Alejandro wymyślił projekt zorganizowania Kongre-

su Świata, który by reprezentował wszystkich ludzi i wszystkie narody. Jako miejsce 

zebrań wybrał cukiernię “Gas"; inauguracja, przewidziana cztery lata później, miała 

odbyć się w majątku don Alejandra. Jak wielu Urugwajczyków, nie będących 

zwolennikami Artigasa, kochał on Buenos Aires, ale zdecydował, że Kongres będzie 

się zbierał w jego ojczyźnie. Zastanawiające, że zasadnicze założenia miały się 

sprawdzić z niemal magiczną dokładnością.

Z początku mieliśmy diety nie do pogardzenia, ale zapał, z jakim Fernandez 

Irala, tak biedny jak i ja, zrezygnował ze swoich apanaży, porwał nas wszystkich i 

poszliśmy w jego ślady. Okazało się to zbawcze, jako że pomogło oddzielić plewy od 

ziarna; liczba kongresmanów zmniejszyła się, ale ci, co pozostali, byli wierni. 

Jedynym płatnym zajęciem była praca sekretarki, Nory Erfjord, która nie miała 

innych środków do życia i której robota była bardzo ciężka. Zorganizowanie 

jednostki obejmującej całą planetę to nie bagatelka. Listy i telegramy płynęły w tę i w 

tamtą stronę. Nadchodziły zgłoszenia z Peru, Danii, Hindustanu. Jakiś Boliwijczyk 

pisał, że jego ojczyzna pozbawiona jest dostępu do morza i że ten fatalny brak 

powinien być tematem jednej z pierwszych debat.

Twirl, człowiek o dużej inteligencji, zauważył, że Kongres nasuwa pewne 

filozoficzne problemy. Planowanie zebrania reprezentującego wszystkich ludzi to 

zadanie podobne do obliczania archetypów platońskich, zagadki, która przez wieki 

absorbowała myślicieli. Sugerował, by nie posuwać się za daleko, gdyż don 

Alejandro Glencoe mógłby podjąć się nie tylko reprezentacji właścicieli ziemskich i 

Urugwajczyków, ale również prekursorów i miedzianobrodych, i siedzących w fotelu. 

Nora Erfjord była Norweżką. Czy miała reprezentować sekretarki czy Norweżki, czy 

po prostu wszystkie piękne kobiety? Czy wystarczał jeden inżynier, by reprezentować 

wszystkich inżynierów, nawet tych z Nowej Zelandii?

Mam wrażenie, że wtedy właśnie włączył się Fermin.

- Ferri będzie reprezentował gringos - powiedział, wybuchając śmiechem.

background image

Don Alejandro popatrzył na niego surowo i niespiesznie rzekł:

- Pan Ferri jest reprezentantem imigracji, której praca wspomaga nasz 

kraj.

Fermin Eguren zawsze mnie nie znosił. Był to człowiek nadzwyczaj z siebie 

dumny; pysznił się, że jest Urugwajczykiem, że przyciąga kobiety, że potrafi wybrać 

sobie drogiego krawca, że pochodzi z Basków, ludzi na marginesie historii, którzy 

trudnili się tylko jednym - dojeniem krów.

Incydent niesłychanie trywialny przypieczętował naszą wzajemną wrogość. 

Po sesji Eguren zaproponował, byśmy udali się na ulicę Junin. Nie pociągało mnie to 

zbytnio, ale zgodziłem się, nie chcąc wystawiać się na jego drwiny. Poszliśmy wraz z 

Fernandezem Iralą. Wychodząc z budynku, minęliśmy jakiegoś rosłego mężczyznę. 

Eguren, z lekka wstawiony, popchnął go. Tamten zagrodził nam przejście i 

powiedział:

- Kto zechce wyjść, nadzieje się na ten nóż.

Przypominam sobie błysk stali w ciemnościach sieni. Eguren, przerażony, 

rzucił się do tyłu. Ja też byłem w strachu, ale moja niechęć była silniejsza. Wsunąłem 

rękę pod pachę, jakbym chciał wyjąć broń, i stanowczym głosem rzuciłem:

- Rozstrzygniemy to na ulicy.

Nieznajomy już innym tonem odpowiedział:

- Proszę, to jest mężczyzna. Chciałem tylko wypróbować was, przyjacielu. - 

Teraz uśmiechał się życzliwie.

- Przyjaźń to już na pański rachunek - odparłem i wyszliśmy.

Człowiek z nożem wszedł do burdelu. Potem powiedziano mi, że nazywa się 

Tapia czy też Paredes i że ma opinię awanturnika. Gdy wyszliśmy na ulicę, Irala, 

który nie stracił kontenansu, poklepał mnie po plecach i oświadczył z emfazą:

- Wśród nas trzech znalazł się prawdziwy muszkieter. Twoje zdrowie, 

d'Artagnan!

Fermin Eguren nigdy mi nie darował, że byłem świadkiem jego słabości.

Czuję, że teraz, i to dopiero teraz, zaczyna się właściwa historia. Stronice już 

napisane odnotowały tylko warunki, jakie przypadek czy też przeznaczenie 

stworzyły, aby zaistniał niewiarygodny fakt, chyba jedyny w moim życiu. Don 

Alejandro Glencoe tkwił zawsze w samym środku sprawy, ale ze zdumieniem i 

niepokojem stopniowo pojmowaliśmy, że prawdziwym prezesem jest Twirl. Ten 

dziwaczny wąsacz schlebiał Glencoe, a nawet Ferminowi Egurenowi, choć w sposób 

background image

tak przesadny, że mogło to wyglądać na kpiny; nie ośmieszało go to jednak i nie 

nadwerężało jego pozycji. Glencoe żył w blasku swojej fortuny. Twirl odgadł, że aby 

przekonać go do jakiegoś projektu, wystarczy wspomnieć, że jest on zbyt kosztowny. 

Z początku Kongres był, jak podejrzewam, tylko nieokreśloną nazwą; Twirl 

proponował ciągłe rozszerzanie go, na które don Alejandro zawsze przystawał. To 

było tak, jakbyśmy się znajdowali w środku rosnącego koła, które bez przerwy 

powiększa się i oddala. Oświadczył na przykład, że Kongres nie może się obejść bez 

podręcznej biblioteki; Nierenstein, który pracował w księgarni, zaczął nabywać atlasy 

Justusa Perthesa i rozmaite obszerne encyklopedie, począwszy od “Historia 

naturalis" Pliniusza i “Speculum" Wincentego z Beauvais aż do labiryntów 

(odczytuję to słowo głosem Fernandeza Irali) uczonych encyklopedystów francuskich 

i do encyklopedii brytyjskiej, Pierre'a Larousse'a, Brockhausa, Larsena oraz 

Montanera i Simona. Pamiętam, jak z szacunkiem gładziłem jedwabiste tomy pewnej 

encyklopedii chińskiej, której pięknie wyrobione litery wydawały mi się bardziej 

tajemnicze niż plamy na skórze lamparta. Jeszcze nie powiem, jaki koniec je czekał, 

ale z pewnością nad nim nie ubolewam.

Don Alejandro polubił Iralę i mnie, może dlatego, że tylko my dwaj nie 

usiłowaliśmy mu schlebiać. Zaprosił nas na parę dni do swego majątku Kaledonia, 

gdzie rozpoczęli już prace murarze.

Po długiej podróży w górę rzeki i po przeprawie promem stanęliśmy o świcie 

na drugim brzegu La Platy. Potem wiele nocy spędzaliśmy w oberżach, otwierając i 

zamykając zastawy przeprawialiśmy się przez ogrodzenia dla bydła w Cuchilla 

Negra. Jechaliśmy wolantem. Wieś wydała mi się jakaś większa i bardziej samotna 

niż ta, gdzie się urodziłem.

Dotąd zachowałem w pamięci oba obrazy jego majątku: ten wymyślony i ten, 

który wreszcie ujrzały moje oczy. Bezsensownie wyobraziłem sobie, niby we śnie, 

niemożliwe połączenie równiny Santa Fe z czymś w rodzaju Wieży Ciśnień. 

Kaledonia była wielkim domiskiem z wypalanej gliny pokrytym dwuspadową 

strzechą, połączonym z ceglaną przybudówką. Dom ten wydał mi się stworzony, by 

stawić czoło niepogodom i upływającemu czasowi. Szorstkie mury były bardzo 

grube, drzwi wąskie. Nikomu nie przyszło do głowy, by w pobliżu posadzić choćby 

jedno drzewo. Był wystawiony zarówno na pierwsze, jak i na ostatnie promienie 

słońca. Zabudowania były z kamienia, liczne bydło chude, o długich rogach, 

zmierzwione końskie ogony sięgały ziemi. Po raz pierwszy poczułem zapach świeżo 

background image

zarzynanych zwierząt. Przyniesiono wory sucharów. W parę dni później 

dowiedziałem się, że zarządca nigdy w swym życiu nie miał w ustach świeżego 

chleba. Irala zapytał o ubikację; don Alejandro szerokim gestem wskazał na cały 

horyzont. Noc była księżycowa, wyszedłem się przejść i wpadłem na niego, pilnował 

go nandu.

Upał, który nie zmniejszył się z nastaniem nocy, był nie do zniesienia, 

wszyscy marzyli o odrobinie chłodu. Liczne niskie pokoje wydały mi się nie urzą-

dzone; nam wskazano izbę wychodzącą na południe, w której stały dwie prycze i 

komoda, a na niej srebrna miska i dzbanek. Zamiast podłogi było klepisko.

Następnego dnia natknąłem się w bibliotece na trzy tomy Carlyle'a i 

poszukałem stronic poświęconych znakomitemu mówcy, rzecznikowi rodzaju ludz-

kiego, nazwiskiem Anacharsis Cloots, który przywiódł mnie do owego ranka, do owej 

samotności. Po śniadaniu, niczym nie różniącym się od obiadu, don Alejandro 

pokazał nam, jak posuwają się roboty. Przejechaliśmy milę konno po pustkowiu. 

Irala, który nie był zbyt dobrym jeźdźcem, spadł z konia. Zarządca zauważył bez 

uśmiechu:

- Miastowy, a umie zsiadać.

Z daleka zobaczyliśmy budowlę. Chyba ze dwudziestu ludzi pracowało nad 

czymś w rodzaju rozczłonkowanego amfiteatru. Przypominam sobie jakieś 

rusztowania i stopnie, przez które widać było połacie nieba.

Parokrotnie usiłowałem nawiązać rozmowę z gauczami, ale nic z tego nie 

wyszło. Jakimś sposobem wyczuwali własną odmienność. Między sobą porozu-

miewali się gęgającą mieszaniną hispano-brazylijską. Bez wątpienia w ich żyłach 

płynęła krew indiańska i murzyńska. Byli krępi, silni. Ja wydawałem się w Kaledonii 

wysoki, co dotąd mi się nie zdarzało. Niemal wszyscy nosili chiripy

*

, niektórzy 

bufiaste spodnie. Mieli bardzo niewiele wspólnego z płaczliwymi postaciami z 

Hernandeza lub też Rafaela Obligado. Pod wpływem sobotnich pijatyk z łatwością 

stawali się napastliwi. Nie było między nimi kobiet, nigdy też nie usłyszałem dźwięku

gitary.

Bardziej niż ci ludzie znad granicy zainteresowała mnie całkowita zmiana, 

jaka nastąpiła w don Alejandrze. W Buenos Aires był to łagodny i pełen umiaru 

dżentelmen, w Kaledonii - surowy szef klanu, tak jak jego przodkowie. W niedzielę 

rano czytywał Pismo Święte robotnikom, którzy nie rozumieli z niego ani słowa. 

Pewnej nocy zarządca, młody chłopak, który przejął tę funkcję po swoim ojcu, 

background image

przyszedł nas zawiadomić, że tutejszy chłop i jeden z robotników podźgali się 

nożami. Don Alejandro podniósł się bez pośpiechu. Podszedł do tłumu gapiów, broń, 

którą zawsze nosił przy sobie, podał zarządcy, dość zalęknionemu - jak mi się wydało 

- i wszedł między stalowe klingi. Usłyszałem rozkaz:

- Rzućcie te noże, chłopcy. - Po czym równie spokojnym głosem dodał: - A 

teraz podajcie sobie ręce i pogódźcie się. Nie chcę tu żadnych awantur.

Obydwaj posłuchali go. Następnego dnia dowiedziałem się, że zwolnił 

zarządcę.

Czułem się osaczony przez samotność. Bałem się, że nigdy nie wrócę do 

Buenos Aires. Nie wiem, czy Fernandez Irala podzielał moje lęki, ale mówiliśmy 

dużo o Argentynie i o tym, co będziemy robili po powrocie. Tęskniłem nie do 

zwykłych rzeczy, tylko na przykład do dwóch lwów, strzegących bramy przy ulicy 

Jujuy niedaleko placu Once, lub do świateł pewnego sklepu, którego usytuowania nie 

byłem pewien. Zawsze byłem dobrym jeźdźcem, teraz nabrałem zwyczaju dalekich 

konnych przejażdżek. Pamiętam wciąż pewnego deresza, którego sam siodłałem, a 

który już z pewnością nie żyje. Możliwe, że jakiegoś popołudnia lub wieczoru 

znalazłem się w Brazylii, granicę bowiem wytyczały tylko rzadko rozstawione słupki.

Przestałem już liczyć dni, gdy któregoś wieczoru, podobnego do wszystkich 

innych, don Alejandro uprzedził nas:

- Trzeba się wcześnie położyć, bo jutro wyjazd o świcie.

Jadąc w dół rzeki, czułem się tak szczęśliwy, że mogłem z czułością myśleć o 

Kaledonii.

Wróciliśmy do naszych sobotnich zebrań. Na pierwszym z nich Twirl poprosił 

o głos. Za pomocą właściwych sobie kwiecistych zwrotów retorycznych stwierdził, że

biblioteka Kongresu Świata nie może ograniczać się do książek pomocniczych i że 

klasyczne dzieła narodowe we wszystkich językach są rodzajem świadectwa, którego 

brak może się okazać fatalny w skutkach. Jego propozycja została natychmiast 

przyjęta. Fernández Irala i doktor Cruz, profesor łaciny, wzięli na siebie misję 

wybrania odpowiednich tekstów. Twirl omówił już sprawę z Nierensteinem. W 

owych czasach nie spotkałoby się Argentyńczyka, który by nie marzył o Paryżu niby 

o wyśnionej utopii. Najniecierpliwszy z nas był Fermin Eguren, a zaraz po nim 

Fernandez Irala, choć z całkowicie odmiennych powodów. Dla autora “Marmurów" 

Paryż to był Verlaine i Leconte de Lisle; dla Egurena rozpustne dzielnice ulicy Junín 

w lepszym wydaniu. Podejrzewałem, że dogadał się z Twirlem. Ów na najbliższym 

background image

zebraniu poruszył kwestię języków, jakimi będą się porozumiewali kongresmani, a 

także konieczność wybrania delegatów, którzy by pojechali jako oficjalni wysłannicy 

do Paryża i Londynu. Aby się nie zdradzić, początkowo wysunął moją kandydaturę, 

dopiero potem, po lekkim wahaniu, zgłosił swego przyjaciela Egurena. Don 

Alejandro, jak zawsze, zgodził się.

Chyba pisałem już o tym, że w zamian za lekcje włoskiego Wren wprowadził 

mnie w nieogarnione tajniki angielskiego; ograniczył do minimum gramatykę i 

przysłowiowe “rozmówki" i od razu zabraliśmy się do poezji, której formy wymagają 

zwięzłości. Moim pierwszym zetknięciem z językiem, który potem miał wypełnić mi 

ż

ycie, było wspaniałe “Requiem" Stevensona; potem przyszły ballady, które Percy 

objawił dostojnemu osiemnastemu wiekowi. Na krótko przed wyjazdem do Londynu 

doznałem olśnienia Swinburne'em, który sprawił, iż - acz z poczuciem winy - 

zwątpiłem w aleksandryny Irali.

Przybyłem do Londynu w początkach stycznia 1902 roku; pamiętam wciąż 

pieszczotę śniegu, którego nigdy przedtem nie widziałem, a którego czar głęboko 

odczułem. Na szczęście udało mi się nie jechać razem z Egurenem. Zatrzymałem się 

w skromnym pensjonaciku na tyłach British Museum, całe dni spędzałem w 

bibliotece w poszukiwaniu mowy godnej Kongresu Świata. Nie zaniedbywałem 

języków uniwersalnych, zająłem się esperanto, które Lugones w “Lunario 

sentimental" określa jako “bezstronne, proste i oszczędne", oraz volapukiem, 

usiłującym wyczerpać wszystkie możliwości lingwistyczne, deklinując czasowniki i 

koniugując rzeczowniki. Brałem pod uwagę argumenty za i przeciw łacinie, do której 

nostalgia trwała nadal po wiekach. Zatrzymałem się nad analitycznym językiem 

Johna Wilkinsa, w którym określenie każdego słowa tkwi w literach, z jakich jest 

uformowane. Pod kopułą owej sali poznałem Beatriz.

Opisuję historię Kongresu Świata, nie zaś historię moją, Alejandra Ferri, lecz 

ta pierwsza obejmuje tę drugą, tak jak obejmuje wszystko inne. Beatriz była wysoka, 

smukła, o czystych rysach i rudych włosach, które mogły - choć nigdy tak się nie 

stało - przypomnieć mi włosy dwuznacznej postaci Twirla. Nie miała dwudziestu lat. 

Opuściła jakieś północne hrabstwo, by studiować literaturę na uniwersytecie. 

Pochodziła, tak jak i ja, ze skromnej rodziny. Naonczas w Buenos Aires pochodzenie 

włoskie nie było uważane za wykwintne; w Londynie odkryłem, że dla wielu ma w 

sobie coś romantycznego. Wkrótce staliśmy się kochankami; poprosiłem, by została 

moją żoną, lecz Beatriz Frost, podobnie jak Nora Erfjord, była gorliwą wyznawczynią 

background image

wiary głoszonej przez Ibsena i nie chciała z nikim się wiązać. Z jej to ust narodziło 

się słowo, jakiego nie ośmieliłem się wymówić. O noce, o letnie wspólnie dzielone 

ciemności, o miłości płynąca w mroku niby tajemna rzeka, o chwilo szczęścia, w 

której każde jest obojgiem, o niewinności i czystości tego szczęścia, o jedności, w 

której zatracaliśmy się, aby potem zatracić się we śnie, o pierwsze zorze dnia, 

podczas których na nią patrzyłem.

Na wypalonej granicy Brazylii dokuczała mi nostalgia; inaczej czułem się w 

czerwonym labiryncie Londynu, który dał mi tak wiele. Pomimo pretekstów, jakie 

wymyślałem, by odsunąć wyjazd, musiałem wracać w końcu roku; wspólnie 

spędziliśmy Boże Narodzenie. Obiecałem jej, że don Alejandro pozwoli jej przystąpić 

do Kongresu, odpowiedziała mi niewiążąco, że chętnie pozna południową półkulę i 

ż

e jakiś jej kuzyn, dentysta, osiedlił się w Tasmanii. Beatriz nie chciała odprowadzić 

mnie na statek. Pożegnania były według niej rodzajem bezsensownego uniesienia, 

celebrowaniem nieszczęścia, a ona była przeciwna wszelkiemu dramatyzmowi. 

Pożegnaliśmy się w bibliotece, w której poznaliśmy się poprzedniej zimy. Jestem 

człowiekiem tchórzliwym: nie zostawiłem jej swego adresu, gdyż chciałem oszczę-

dzić sobie oczekiwania na listy.

Zauważyłem, że podróż powrotna zazwyczaj trwa krócej niż droga w 

pierwszą stronę, ale ten rejs przez Atlantyk, pełen wspomnień i niepokoju, wydał mi 

się niezwykle długi. Nic nie bolało mnie bardziej niż myśl, że jednocześnie z moim 

Beatriz będzie przeżywała własne życie, minuta po minucie, noc po nocy. Napisałem 

wielostronicowy list, który podarłem, gdy odpływaliśmy z Montevideo. Przybyłem 

do kraju we czwartek; Irala czekał na mnie w porcie. Wróciłem owego dnia do swego 

dawnego mieszkania przy ulicy Chile, a nazajutrz łaziliśmy i gadaliśmy. Chciałem 

odzyskać Buenos Aires. Z ulgą dowiedziałem się, że Fermin Eguren wciąż jeszcze 

przebywa w Paryżu; fakt, że wróciłem przed nim, mógł w jakiś sposób złagodzić 

moją długą nieobecność.

Irala był zniechęcony. Fermin wydawał w Europie krocie i nie stosował się do 

ponawianych wciąż wezwań, by wracać natychmiast. Było to do przewidzenia. 

Jeszcze bardziej zaniepokoiły mnie inne nowiny; nie licząc się z opozycją Irali i 

Cruza, Twirl, powołując się na Pliniusza Młodszego, wedle którego nie było książek 

tak złych, by nie zawierały w sobie czegoś dobrego, zaproponował nabycie z kolekcji 

“La Prensa" trzech tysięcy czterystu egzemplarzy rozmaitych wydań “Don Kichota", 

całej korespondencji Balmesa, rozpraw uniwersyteckich, rachunków, biuletynów i 

background image

programów teatralnych. “Wszystko jest świadectwem" - oznajmił. Nierenstein poparł 

go; don Alejandro “po trzech burzliwych sobotach" zaaprobował ten wniosek. Nora 

Erfjord zrezygnowała ze swego stanowiska sekretarki; miejsce jej zajął nowy 

członek, Karliński, człowiek Twirla. Olbrzymie paki gromadzono teraz, bez 

katalogów i fiszek, w pokojach położonych w głębi oraz w piwnicach wielkiego 

domiska don Alejandra. W początkach lipca Irala spędził tydzień w Kaledonii; 

murarze porzucili pracę. Zapytany, zarządca odpowiedział, że tak im rozkazał szef i 

ż

e w końcu zawsze jest na wszystko dosyć czasu.

W Londynie napisałem sprawozdanie, którego nie warto tu przytaczać. W 

piątek poszedłem przywitać się z don Alejandrem i wręczyć mu ów tekst. To-

warzyszył mi Fernández Irala. Zmierzchało i do wnętrza domu napływał wiatr z 

pampy. Na wprost frontonu domu, od strony ulicy Alsina, stał wóz zaprzężony w trzy 

konie. Dotąd widzę ludzi zgiętych pod ciężarem pak, które składali na ostatnim patio. 

Komenderował nimi władczo Twirl. Jakby coś przeczuwając, znaleźli się tam 

również Nora Erfjord, Nierenstein, Cruz i Donald Wren oraz jeden czy dwóch 

kongresmanów. Nora uściskała mnie i ucałowała, a ten uścisk i ten pocałunek 

przywiodły mi na myśl inne. Dobrotliwy i wesoły Murzyn pocałował mnie w rękę.

W jednym z pokoi otwarta była kwadratowa klapa w podłodze prowadząca do 

sutereny, ceglane stopnie ginęły w mroku.

Nagle usłyszeliśmy kroki. Zanim go ujrzałem, wiedziałem, że to don 

Alejandro. Nie wszedł, ale raczej wbiegł. Miał zmieniony głos. Nie był to głos ani 

zrównoważonego dżentelmena, przewodniczącego naszym sobotnim zebraniom, ani 

głos feudała, właściciela majątku, który zmusza swych gauczów do przerwania bitki 

na noże i czytuje im Pismo Święte, bardziej jednak przypominał ten ostatni.

Nie patrząc na nikogo, rozkazał:

- Proszę wynieść to wszystko, co zostało złożone na dole. W suterenie nie 

może zostać ani jedna książka.

Wykonanie zadania trwało niemal godzinę. Na klepisku ostatniego patia 

ułożyliśmy bardzo wysoki stos. Chodziliśmy tam i na powrót, jedynym, który się nie 

poruszył, był don Alejandro.

Po czym padł rozkaz:

- A teraz proszę to podpalić.

Twirl był bardzo blady. Nierenstein wybełkotał:

- Kongres Świata nie może się obejść bez tych drogocennych naukowych 

background image

pomocy, które tak troskliwie wybierałem.

- Kongres Świata? - powiedział don Alejandro. Roześmiał się gorzko, a nigdy 

przedtem nie słyszałem, żeby się śmiał.

W niszczeniu tkwi jakaś tajemnicza rozkosz; płomienie rozbłysły hucząc, 

ludzie zaś przytulili się do murów lub schronili po pokojach. Noc, popiół i zapach 

spalenizny pozostały na patio. Przypominam sobie jakieś zabłąkane kartki; ocalone - 

teraz bieliły się na ziemi. Nora Erfjord, która kochała don Alejandra miłością, jaką 

młode kobiety darzą starych mężczyzn, powiedziała, nie wiedząc właściwie, co 

mówi:

- Don Alejandro wie, co robi.

Irala, wierny literaturze, wypowiedział zdanie:

- Co ileś wieków biblioteka aleksandryjska musi spłonąć.

Potem doszło do nas niespodziewane oświadczenie:

- Cztery lata czekałem na zrozumienie tego, co wam w tej chwili mówię. 

Przedsięwzięcie, które podjęliśmy, jest tak ogromne, że obejmuje - teraz już to wiem - 

cały świat. To nie jest sprawa dla kilku agitatorów, którzy sami siebie otumaniają, w 

szopach jakiejś, hen daleko zagubionej estancji. Kongres Świata rozpoczął się w 

pierwszym momencie istnienia świata i będzie trwał, gdy my staniemy się już pro-

chem. Nie ma takiego miejsca, którego by nie obejmował. Kongres to książki, 

któreśmy spalili. Kongres to Kaledończycy, którzy rozbili legiony Cezarów. Kongres 

to Hiob na swym gnoju i Chrystus na Krzyżu. Kongres to ten nic niewart chłopak, 

który trwoni mój majątek z ladacznicami.

Nie mogłem się powstrzymać i wykrzyknąłem:

- Don Alejandro, ja też jestem winny. Miałem już skończone sprawozdanie, 

które panu przywiozłem, ale nadal w Anglii wydawałem pańskie pieniądze przez 

miłość do kobiety.

Don Alejandro mówił dalej:

- Podejrzewałem to, Ferri. Kongres to moje byki. Kongres to byki, które 

sprzedałem, i mile ziemi, która nie należy już do mnie.

Rozległ się przerażony głos: był to głos Twirla.

- Nie powie nam pan chyba, że sprzedał pan Kaledonię?

Don Alejandro odpowiedział niespiesznie:

- Tak, sprzedałem ją. Nie pozostała mi ani jedna piędź ziemi, ale nie boli mnie 

moja ruina, bo teraz rozumiem. Może się więcej nie zobaczymy, lecz Kongres już nas 

background image

nie potrzebuje, tej zaś ostatniej nocy wyjdziemy razem, by popatrzeć na Kongres.

Był pijany zwycięstwem. Jego pewność i wiara porwały nas. Nikt ani przez 

sekundę nie pomyślał, że zwariował.

Na placu wsiedliśmy do dorożki. Usiadłem na koźle obok woźnicy, a don 

Alejandro rozkazał:

- Objedziemy miasto, maestro. Niech pan nas wiezie, dokąd ma pan ochotę.

Murzyn na stopniach nie przestawał się uśmiechać. Nigdy się nie dowiem, czy 

cokolwiek zrozumiał.

Słowa są symbolami, które zakładają wspólną pamięć. To, co teraz notuję, jest 

owocem wyłącznie mojej pamięci. Ci, co dzielili ją ze mną - pomarli. Mistycy 

wywołują różę, pocałunek, ptaka będącego wszystkimi ptakami, słońce będące 

wszystkimi gwiazdami i słońcem, dzban wina, ogród albo akt płciowy. Nie mogę 

posłużyć się żadną z metafor, by opisać tę długą upojną noc, która opuściła nas 

zmęczonych i szczęśliwych, gdy wstały zorze. Niemal nie rozmawialiśmy, słychać 

było tylko skrzyp kół i stukot kopyt uderzających o kamienny bruk. Przed świtem, 

niedaleko wody cichej i ciemnej, którą może było Maldonado, a może Riachuelo, 

wysoki głos Nory Erfjord zaintonował balladę Patricka Spensa, a don Alejandro 

wtórował jej od czasu do czasu cicho i fałszywie. Angielskie słowa nie przyniosły mi 

obrazu Beatriz. Za moimi plecami Twirl wyszeptał:

- Chciałem zła, a przynoszę dobro.

Coś niecoś z tego, cośmy widzieli, wciąż istnieje - czerwonawy cmentarny 

mur Recolety, żółta ściana więzienia, dwóch mężczyzn tańczących z sobą na rogu 

ulicy, zakratowane patio wyłożone czarnymi i białymi kaflami niby szachownica, 

szlabany, mój dom, jakieś targowisko, niezgłębiona i wilgotna ciemność nocy - ale 

ż

adna z tych rzeczy ulotnych, które może były czymś innym, nie ma znaczenia. 

Ważne jest to, iż odczuliśmy, że nasz plan, z którego niejednokrotnie kpiliśmy, 

naprawdę sekretnie istnieje, że jest wszechświatem i nami. Nie mając nadziei, przez 

lata szukałem smaku owej nocy; czasem wydawało mi się, że odnajduję go w mu-

zyce, w miłości, w niepewnej pamięci, ale nie wróciła nigdy prócz jednego ranka, gdy 

pojawiła mi się we śnie. Kiedy przysięgaliśmy, że nigdy nic nikomu o tym nie 

powiemy, była już sobota rano.

Nie zobaczyłem więcej żadnego z nich prócz Irali. Nigdy nie mówiliśmy o 

tym, co zaszło: każde nasze słowo byłoby profanacją. W 1914 roku don Alejandro 

Glencoe zmarł i został pochowany w Montevideo. Irala umarł na rok przed nim.

background image

Raz jeden minęliśmy się z Nierensteinem na ulicy Lima; udaliśmy, że się nie 

widzimy.

background image

There Are More Things

Pamięci Howarda P. Lovecrafta

Miałem właśnie składać ostatni egzamin na teksaskim uniwersytecie w 

Austin, kiedy dowiedziałem się, że mój stryj, Edwin Arnett, zmarł na zawał w za-

padłym kącie na południu Argentyny. Odczułem to, co zazwyczaj odczuwamy, gdy 

ktoś umiera; rozpacz już zbędną, gdyż nic nas nie kosztowało być lepszym, niż 

jesteśmy. Człowiek zapomina, że sam jest umarłym, który rozmawia ze zmarłymi. 

Studiowałem filozofię; przypomniałem sobie, że to właśnie stryj, tam, w Czerwonym 

Domu pod Lomas, nie wymieniając żadnego nazwiska, objawił mi jej piękne za-

wiłości. Podana na deser pomarańcza stawała się instrumentem, za pomocą którego 

wprowadzał mnie w idealizm Berkeleya; szachownica służyła do wyjaśnienia 

paradoksów eleatów. Wiele lat później pożyczył mi traktat Hintona, który chce 

dowieść istnienia czwartego wymiaru przestrzennego, hipotezy, jaką można 

udowodnić za pomocą rozmaitych kombinacji kolorowych sześcianów. Nie zapomnę 

pryzm i piramid, jakie ustawialiśmy na podłodze jego gabinetu.

Mój stryj był inżynierem. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował w 

kolejnictwie, postanowił osiąść w Turdera, która ofiarowywała mu niemal wiejską 

samotność i bliskie sąsiedztwo Buenos Aires. Nic łatwiejszego niż odgadnąć, że jego 

architektem miał być najbliższy przyjaciel, Alexander Muir. Ten sztywny mężczyzna 

wyznawał sztywną doktrynę Knoxa; mój stryj, na wzór wszystkich panów owej 

epoki, był wolnomyślicielem lub raczej agnostykiem, ale interesowała go teologia, 

tak jak interesowały go zabawne sześciany Hintona lub ład koszmarów sennych 

młodego Wellsa. Lubił psy; miał wielkiego owczarka, którego nazwał Samuel 

Johnson na pamiątkę Lichfield, swego odległego rodzinnego miasteczka.

Czerwony Dom stał na wzgórzu, otoczony od zachodu przez mokradła. 

Rosnące za żelaznym ogrodzeniem araukarie nie łagodziły jego masywnych zarysów. 

Zamiast tarasu miał dwuspadowy dach z czarnej dachówki i kwadratową zegarową 

wieżę, która wydała mi się przytłaczać mury, a także wąskie okna. Jako chłopiec 

przyjmowałem tę brzydotę, tak jak się przyjmuje nie pasujące do siebie rzeczy, które 

dlatego tylko, że współistnieją, noszą miano wszechświata.

Wróciłem do kraju w 1921 roku. Dla uniknięcia wszelkich rodzinnych sporów 

background image

dom został sprzedany na licytacji. Kupił go cudzoziemiec nazwiskiem Max 

Preetorius, podwajając najwyższą ofiarowaną sumę. Kiedy akt został podpisany, 

przyjechał o zachodzie w towarzystwie dwóch pomocników, którzy wraz z nim 

wyrzucali na pustkowie nieopodal drogi, jaką dawniej pędzono bydło, wszystkie 

meble, wszystkie książki i wszystkie domowe sprzęty. (Ze smutkiem wspominałem 

tomy Hintona i wielki globus). Następnego dnia poszedł porozmawiać z Muirem i za-

proponował mu pewne przeróbki, co tamten z oburzeniem odrzucił. Ostatecznie 

podjęło się robót jakieś stołeczne przedsiębiorstwo. Miejscowi stolarze odmówili 

ponownego meblowania domu; na warunki proponowane przez Preetoriusa przystał 

wreszcie niejaki Mariani z Glew. Przez dwa tygodnie pracował nocą przy 

zamkniętych drzwiach. Również nocą nowy właściciel wprowadził się do 

Czerwonego Domu. Okien już nie otwierano, lecz w ciemnościach widać było 

przebłyski światła. Pewnego dnia mleczarz natknął się na owczarka: leżał na bruku 

bez głowy i poćwiartowany. W zimie zrąbano araukarie. Nikt nigdy więcej nie 

widział Preetoriusa, który jakoby szybko opuścił kraj.

Jak można się domyślić, te wieści mnie zaintrygowały. Wiem, że moją 

zasadniczą cechą jest ciekawość, która nieraz doprowadzała mnie do związku z 

zupełnie obcą kobietą tylko po to, by sprawdzić, kim jest i jaka jest, do zażywania 

(zresztą bez specjalnych rezultatów) laudanum, do ekstrapolacji liczb nieskończonych 

lub do przedsięwzięcia straszliwej przygody, o której tu opowiem. Na skutek tego 

wszystkiego powziąłem fatalną decyzję przebadania całej sprawy.

Pierwszym posunięciem było zobaczenie się z Alexandrem Muirem. 

Pamiętałem go jako trzymającego się prosto, ciemnowłosego mężczyznę, szczupłego 

szczupłością, która nie wyklucza siły; lata przygarbiły go, krucza broda zaś 

poszarzała. Przyjął mnie w swym domu w Temperley, nader podobnym - co było do 

przewidzenia - do domu stryja, jako że oba odpowiadały solidnym zasadom dobrego 

poety i złego architekta, jakim był William Morris.

Rozmowa była powściągliwa; nie na darmo symbolem Szkocji jest oset. 

Niemniej jednak zrozumiałem, że mocna cejlońska herbata i spory półmisek 

drożdżowych bułeczek (które mój gospodarz przełamywał i smarował mi, jakbym był 

jeszcze dzieckiem) były w istocie wspaniałym kalwińskim festynem na cześć 

siostrzeńca przyjaciela. Teologiczne spory tych dwóch panów były w gruncie rzeczy 

niby długa partia szachów, wymagająca współpracy obu graczy.

Czas mijał, ale nie dotykaliśmy sprawy, o którą mi chodziło. Nastąpiło 

background image

kłopotliwe milczenie, wreszcie Muir zagaił:

— Młodzieńcze (Young man) - powiedział - nie po to przyjechał pan do 

mnie, byśmy mówili o Edwinie czy też o Stanach Zjednoczonych, kraju, który w 

dodatku niezbyt mnie interesuje. To, co spędza panu sen z powiek, to sprzedaż 

Czerwonego Domu i ów niecodzienny kupiec. Mnie także. Szczerze mówiąc, nie 

podoba mi się ta cała historia. Opowiem panu tyle, ile wiem, niestety nie ma tego 

wiele.

Po chwili przerwy znowu zaczął mówić:

- Przed samą śmiercią Edwina burmistrz wezwał mnie do swego biura. Był w 

towarzystwie proboszcza. Zaproponowali mi zrobienie projektu katolickiej kaplicy, 

zaznaczając, że bardzo dobrze mi zapłacą. Z miejsca odmówiłem: jestem sługą bożym 

i nie mogę przykładać ręki do ołtarzy stawianych bożkom.

Tu przerwał.

- To wszystko? - ośmieliłem się zapytać.

- Nie. Z kolei ten gudłaj Preetorius chciał, bym zburzył moje dzieło i na jego 

miejsce wystawił coś monstrualnego. Ohyda umie przybierać rozmaite kształty.

Słowa te wymówił z powagą i podniósł się z miejsca.

Gdy byłem już na ulicy, podszedł do mnie Daniel Iberra. Znaliśmy się tak, jak 

znają się ludzie pochodzący z tego samego miasteczka. Zaproponował wspólny 

spacer. Nigdy nie interesowali mnie plotkarze i przygotowałem się na ponurą litanię 

sklepikarskich historyjek, ordynarnych i częściowo apokryficznych, ale zrobiłem 

dobrą minę do złej gry i zgodziłem się na jego propozycję. Był późny wieczór. Kiedy 

w pewnej chwili na wzgórzu wyłonił się Czerwony Dom, Iberra niespodziewanie 

zmienił kierunek. Zapytałem go o powód. Jego odpowiedź była inna, niż 

przewidywałem.

- Jestem prawą ręką don Felipe. Wiadomo, że nigdy nie byłem tchórzem. 

Pamiętasz pewnie tego chłopaka nazwiskiem Urgoiti, który specjalnie przyjechał z 

Merlo, żeby się ze mną zmierzyć, i pamiętasz, co się z nim stało. Więc teraz 

posłuchaj. Parę nocy temu wracałem z zabawy. O kilka sążni od ogrodu zobaczyłem 

coś. Koń stanął dęba i gdybym go nie przytrzymał i nie zmusił do skręcenia w boczną 

uliczkę, dziś nie opowiadałbym ci tego, co słyszysz. To, co zobaczyłem, nie da się 

opisać.

Rozdrażniony zaklął brzydko.

Owej nocy nie mogłem zasnąć. Nad ranem przyśnił mi się sztych w rodzaju 

background image

grafik Piranesiego, którego nie znałem albo jeżeli widziałem, to zapomniałem o tym, 

przedstawiający labirynt. Był to kamienny amfiteatr otoczony cyprysami, sięgający 

wyżej niż ich wierzchołki. Nie miał drzwi ani okien, tylko nie kończący się szereg 

wąskich pionowych nacięć. Za pomocą lupy usiłowałem dojrzeć minotaura, wreszcie 

go spostrzegłem. Był to potwór nad potworami. Miał w sobie mniej z byka niż z 

bizona, leżące zaś na ziemi ciało ludzkie wydawało się spać i śnić. O czym śniło, o 

kim?

Następnego popołudnia znalazłem się na wprost Czerwonego Domu. Brama w 

ogrodzeniu była zamknięta, niektóre pręty pokrzywione. To, co niegdyś było 

ogrodem, stało się gęstwiną dzikich chaszczy. Na prawo był niezbyt głęboki rów o 

rozdeptanych brzegach.

Został mi już tylko jeden sposób, który odkładałem z dnia na dzień, nie tylko 

dlatego, że wydawał mi się nieskuteczny, ale też dlatego, że mógł przywieść mnie do 

tego, co nieuniknione, co ostateczne.

Bez specjalnej nadziei pojechałem do Glew. Stolarz Mariani był już niemłody; 

różowy, tęgi Włoch, kordialny i wulgarny zarazem. Sam jego widok wystarczył mi, 

by zrezygnować z fortelu, jaki sobie zaplanowałem. Podałem mu wizytówkę, którą z 

pompą przeliterował na głos, przy czym z szacunkiem zająknął się przy słowie 

“doktor". Powiedziałem, że interesują mnie meble, jakie robił do posiadłości mojego 

stryja w Turdera. Wtedy zaczął mówić bez końca. Nie będę próbował powtarzać 

wszystkich jego słów, połączonych z gestykulacją, w sumie wyjaśnił mi, że jego 

zadaniem jest spełnianie choćby najdziwniejszych życzeń klienta i dokładne 

wykonanie tego, co mu zostało polecone. Pogrzebał w szufladach i pokazał mi jakieś 

papiery, z których nic nie zrozumiałem, podpisane przez nieuchwytnego Preetoriusa. 

(Najprawdopodobniej wziął mnie za adwokata). Kiedyśmy się żegnali, zwierzył mi 

się, że za żadne skarby świata nie postawiłby więcej nogi w Turdera, a już na pewno 

nie w tym domu. Dodał, że klient ma zawsze rację, ale że jego skromnym zdaniem 

pan Preetorius jest obłąkany. Po czym zamilkł, jakby żałował tego, co powiedział. 

Nic więcej nie udało mi się z niego wyciągnąć.

Przewidywałem, że wiele z tego wszystkiego nie wyniknie, ale co innego jest 

przewidywać, a co innego ponieść porażkę.

Wielokrotnie mówiłem sobie, że jedyną tajemnicą jest czas, ten nie kończący 

się wątek z wczoraj, dziś, przyszłości, zawsze i nigdy. Te głębokie refleksje okazały 

się niepotrzebne; poświęcając popołudnia, studiowałem Schopenhauera albo Royce'a; 

background image

całe noce krążyłem po bitych drogach wokół Czerwonego Domu. Czasem widziałem 

na piętrze światło dziwnie białe, kiedy indziej wydawało mi się, że słyszę jakieś jęki. 

Tak trwało do dziewiętnastego stycznia.

Był to jeden z tych argentyńskich dni, kiedy człowiek czuje się nie tylko 

zmaltretowany i zniszczony przez upał, lecz wręcz upodlony. Była może jedenasta w 

nocy, kiedy rozpętała się burza: najpierw południowy wiatr, a potem ulewa. 

Błądziłem, poszukując jakiegoś drzewa. W nagłym świetle błyskawicy zobaczyłem, 

ż

e stoję o parę kroków od ogrodzenia. Nie wiem już, z lękiem czy też z nadzieją 

spróbowałem, czy brama jest otwarta. Niespodziewanie ustąpiła. Ruszyłem przed 

siebie gnany przez burzę. Niebo i ziemia sprzysięgły się przeciw mnie. Również 

drzwi domu były uchylone. Uderzenie deszczu chlasnęło mnie w twarz i wszedłem.

Wewnątrz usunięto posadzki, stąpałem więc po nierówno rosnących kępach 

trawy. Jakiś zapach słodkawy i mdlący przenikał cały dom. Na lewo czy też na 

prawo, sam już nie wiem, natknąłem się na kamienną balustradę. Pospiesznie 

wszedłem na górę. Niemal nie myśląc, przekręciłem kontakt.

Jadalnia i biblioteka z mych wspomnień były teraz, po zburzeniu ścianki 

działowej, jedną olbrzymią pustą izbą z jakąś resztką mebli. Nie będę usiłował ich 

opisać, bo nie jestem pewien, czy rzeczywiście je widziałem, mimo bezlitosnego 

białego światła. Chcę wyjaśnić, że aby coś zobaczyć, trzeba to zrozumieć. Fotel 

przewiduje ciało ludzkie, jego gesty, kształty, tak jak nożyczki - czynność krojenia. 

Cóż powiedzieć o lampie, o pojeździe? Dziki nie może zrozumieć Biblii misjonarza, 

pasażer inaczej postrzega olinowanie statku niż załoga. Gdybyśmy naprawdę 

zobaczyli wszechświat, może pomogłoby to nam ogarnąć go umysłem.

Ni jeden z bezsensownych kształtów, jakie udało mi się zobaczyć tej nocy, nie 

odpowiadał ciału ludzkiemu ani też żadnemu zastosowaniu, jakie bylibyśmy w stanie 

pojąć. Poczułem obrzydzenie i przerażenie. W jednym z kątów zauważyłem 

ustawioną prostopadle drabinę wiodącą na wyższe piętro. Pomiędzy nie więcej niż 

dziesięcioma żelaznymi szczeblami pozostawione były puste, nierówne przestrzenie. 

Ta drabina, postulująca wchodzenie za pomocą rąk i nóg, była zrozumiała i w jakiś 

sposób przyniosła mi ulgę. Zgasiłem światło i przez pewien czas czuwałem w 

ciemnościach. Nie słyszałem najlżejszego dźwięku, ale przenikała mnie świadomość 

obecności rzeczy niepojętych. Wreszcie się zdecydowałem.

Gdy już znalazłem się na górze, moja lękliwa ręka po raz drugi przekręciła 

kontakt. Koszmar, jaki zapowiadało niższe piętro, w całej okazałości kwitł na drugim. 

background image

Było tam wiele przedmiotów, a może tylko kilka, lecz jednych w drugich. Teraz 

przypominam sobie coś w rodzaju długiego stołu operacyjnego, bardzo wysokiego, w 

kształcie litery U, z okrągłymi wyżłobieniami na końcach. Przyszło mi do głowy, że 

jest to łoże mieszkańca tego domu, którego potworna anatomia tak właśnie się 

przedstawia, niby anatomia zwierzęcia lub boga, nie bezpośrednio jednak, lecz 

poprzez swój cień. Z jakiejś przed laty czytanej, zapomnianej stronicy Lukiana 

przypłynęła ku mnie nazwa amfisbena, która sugerowała to, co widziały moje oczy, 

lecz w żadnym razie tego nie wyczerpywała. Przypominam sobie również lustra w 

kształcie litery V, ginące w panujących w górze ciemnościach.

Kim był mieszkaniec? Czego szukał na tej planecie nie mniej straszliwej dla 

niego niż dla nas? Z jakich tajemnych zakamarków astronomii czy też czasu, z 

jakiego dawnego, dziś nie do pojęcia, zmierzchu zjawił się na owym południowo-

amerykańskim przedmieściu tej właśnie nocy?

Poczułem się intruzem wśród chaosu. Deszcz już ustał. Spojrzałem na zegarek 

i ze zdumieniem zobaczyłem, że dochodzi druga. Zostawiłem zapalone światło i 

ostrożnie zacząłem schodzić. Zejść tędy, którędy wszedłem, nie wydawało się 

niemożliwe. Zejść, zanim mieszkaniec powróci. Doszedłem do wniosku, że nie 

zamknął drzwi, bo nie wiedział, jak to się robi.

Moja noga dotykała przedostatniego szczebla drabiny, kiedy poczułem, że 

wchodzi po niej coś, co jest przytłaczające, powolne, mnogie. Ciekawość przemogła 

strach i nie zamknąłem oczu.

background image

Sekta Trzydziestu

Oryginalny manuskrypt obejrzeć można w bibliotece uniwersyteckiej w 

Lejdzie; jest po łacinie, ale pewne hellenistyczne naleciałości usprawiedliwiają 

podejrzenie, że został przetłumaczony z greckiego. Według Leiseganga pochodzi z IV 

wieku ery chrześcijańskiej. Gibbon wspomina o nim przelotnie w jednej z not 

odnoszących się do XV rozdziału “Decline and Fall".

Oto co mówi anonimowy autor:

“...Sekta ta nigdy nie była liczna, a i teraz ma bardzo niewielu wyznawców. 

Zdziesiątkowani przez ogień i żelazo śpią na poboczach dróg albo w ruinach, jakie się 

ostały po wojnie, nie wolno im bowiem budować domów. Zazwyczaj chodzą nago. 

Fakty zarejestrowane przez moje pióro są ogólnie znane; moim celem jest 

pozostawienie pisemnego świadectwa temu, co udało mi się odkryć w związku z ich 

doktryną i zwyczajami. Długo dyskutowałem z ich mistrzami, ale nie zdołałem 

nawrócić ich na wiarę w Boga.

Pierwszą rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, była różnorodność ich wierzeń na 

temat tego, co dotyczy zmarłych. Najprostsi uważają, że duchy tych, którzy przestali 

ż

yć, same zajmują się grzebaniem własnych ciał; inni, mniej ortodoksyjni, są zdania, 

ż

e polecenie Chrystusa: «Niechaj umarli grzebią swe umarło»

*

, potępia pompatyczną 

próżność naszych obrzędów pogrzebowych.

Rada, aby sprzedać, co się ma, i rozdać to biednym, jest gorliwie wypełniana 

przez wszystkich; pierwsi obdarowani oddają to, co dostali, następnym, ci z kolei 

następnym. Oto wystarczające wytłumaczenie ich ubóstwa i nagości, zbliżającej ich 

do stanu rajskiego. Z zapałem powtarzają słowa: «Wejrzyjcie na ptaki niebieskie, iż 

nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je. Azażeście 

wy niedaleko ważniejsi niż one?» Tekst zakazuje im oszczędzania: «A jeśli trawę 

polną, która dziś jest, a jutro będzie w piec wrzucona, Bóg tak przyodziewa, jakoż 

daleko więcej was małej wiary? Nie troszczcież się tedy, mówiąc: Cóż będziem jeść 

albo co będziem pić?» Przykazanie: «Iż wszelki, który patrzy na niewiastę, aby jej 

pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim», jest nieomylnym nakazem czystości. 

Tymczasem wielu sekciarzy twierdzi, że skoro nie ma pod niebem ani jednego 

człowieka, który by nie popatrzył pożądliwie na kobietę, wszyscyśmy cudzołożyli. 

background image

Jako że pragnienie czynu jest równie grzeszne jak sam czyn, sprawiedliwi mogą bez 

ryzyka oddawać się najstraszniejszej rozpuście.

Sekta unika kościołów; jej kapłani głoszą kazania na świeżym powietrzu, ze 

wzgórza, z jakiegoś murku, czasem ze stojącej na brzegu morza barki.

Nazwa sekty wywoływała rozmaite przypuszczenia. Jedno z nich mówi, że 

jest to liczba, do jakiej ograniczeni są wierni, liczba niewielka, lecz prorocza, sekta 

bowiem z powodu swej perwersyjnej doktryny skazana jest na zagładę. Inne 

wyprowadzają ją z wysokości arki, która miała trzydzieści łokci; inne, fałszujące 

astronomię, z liczby nocy będących sumą księżycowego miesiąca; inne ze chrztu 

Zbawiciela; jeszcze inne z wieku Adama, gdy powstał z czerwonej gliny. Wszystkie 

są równie fałszywe. Nie mniej kłamliwy jest katalog trzydziestu boskości lub tronów, 

z których jednym jest Abraksas wyobrażony z głową koguta, ramionami i torsem 

człowieka, a odwłokiem zwiniętego węża.

Bezcenny dar głoszenia Prawdy - chociaż ją znam - nie został mi dany. 

Niechaj inni, szczęśliwsi ode mnie, zbawiają sekciarzy słowem. Słowem lub ogniem. 

Lepiej jest zostać straconym niż zadać sobie samemu śmierć. Ograniczę się więc do 

wyłożenia straszliwej herezji.

Słowo stało się ciałem, aby być człowiekiem wśród ludzi, którzy ukrzyżują 

Go, a potem zostaną przez Niego zbawieni. Narodził się z żywota kobiety z ludu 

wybranego nie tylko po to, by głosić miłość, ale również by zostać męczennikiem.

Nie wolno, by te sprawy zostały zapomniane. Nie wystarczyła śmierć żywej 

istoty od żelaza czy od cykuty, aby wstrząsnąć wyobraźnią ludzką do końca naszych 

dni. Zrządzeniem Pana wydarzenia nabrały patosu. Oto co tłumaczy Ostatnią 

Wieczerzę, słowa Jezusa zapowiadające wydanie Go, wielokrotny znak dawany 

jednemu z uczniów; błogosławieństwo chleba i wina, zaparcie się Piotra, samotne 

czuwanie w Getsemani, sen dwunastu apostołów, ludzką modlitwę Syna 

Człowieczego, krwawy pot, miecze, zdradziecki pocałunek, Piłata umywającego ręce, 

biczowanie, szydzenie, cierniem koronowanie, purpurę i berło z trzciny, ocet i żółć, 

krzyż na wzgórzu, obietnicę daną dobremu łotrowi, trzęsienie ziemi i ciemności.

Boskie miłosierdzie, jakiemu zawdzięczam tyle łask, pozwoliło mi odkryć 

prawdziwą i tajemną przyczynę nazwy sekty. W Kariocie, gdzie najprawdopodobniej 

powstała, przetrwał klasztor zwany klasztorem trzydziestu srebrników. To była 

najwcześniejsza nazwa i ona daje nam klucz. W tragedii Krzyża - piszę to z należną 

czcią - byli aktorzy świadomi i nieświadomi, wszyscy nieodzowni, wszyscy 

background image

nieuniknieni. Nieświadomi byli kapłani, którzy wręczyli srebrniki, nieświadomy był 

motłoch, który wybrał Barabasza, nieświadomy był prokurator Judei, nieświadomi 

byli Rzymianie, co wznieśli Krzyż, na którym On miał ponieść mękę, i wbili 

gwoździe, i rzucili kości o Jego szaty. Świadomych było tylko dwóch: Odkupiciel i 

Judasz. Ten ostatni rzucił trzydzieści sztuk srebra, będących ceną zbawienia dusz, i 

natychmiast się powiesił. Miał wówczas trzydzieści trzy lata, tak jak Syn Człowieczy. 

Sekta czci ich jednakowo, a innych rozgrzesza.

Nie ma winnego; nie ma ani jednego, który by świadomie, czy też 

nieświadomie, był wykonawcą planu, jaki nakreśliła Mądrość. Teraz wszyscy spoczy-

wają w Chwale.

Ręka odmawia mi opisania drugiej potworności. Wtajemniczeni, skończywszy 

ów wiek, każą wyszydzić się i ukrzyżować na wzgórzu, aby iść śladem swoich 

mistrzów. To zbrodnicze pogwałcenie piątego przykazania musi zostać ukarane 

poprzez zastosowanie rygorów, jakich prawa ludzkie i boskie zawsze wymagały. Oby 

przekleństwa firmamentu, oby nienawiść aniołów..."

Zakończenia manuskryptu nie odnaleziono.

background image

Noc darów

Historię tę usłyszeliśmy w starej kawiarni “Pod Orłem", na skrzyżowaniu 

Floridy i Piedad.

Rozmawiano o problemie poznania. Ktoś wspomniał platońską tezę 

twierdzącą, że wszystko widzieliśmy już w poprzednim świecie, tak że zawsze pozna-

wanie jest rozpoznawaniem; zdaniem - chyba -mojego ojca Bacon napisał, że jeśli 

dowiadywać się, to znaczy przypominać sobie, w takim razie nie wiedzieć czegoś, 

znaczyłoby o tym zapomnieć. Inny rozmówca, jakiś stary pan, być może trochę 

zagubiony w tej metafizyce, zdecydował się zabrać głos. Powiedział wolno i z 

przekonaniem:

- Nie do końca pojmuję, czym są platońskie archetypy. Nikt nie pamięta, 

kiedy po raz pierwszy zobaczył żółć czy czerń ani gdy po raz pierwszy zachciało mu 

się zjeść jakiś owoc, może dlatego, że był wtedy za mały i nie wiedział, iż właśnie 

zapoczątkowuje bardzo długi szereg. Natomiast istnieją inne pierwsze doświadczenia, 

których się nie zapomina. Mógłbym wam opowiedzieć, co mi dała pewna kwietniowa 

noc 1874 roku, która wyryła się w mej pamięci.

Dawniej lato bywało jakieś dłuższe; sam nie wiem, dlaczego zatrzymaliśmy 

się tak długo w majątku naszych krewnych, Dornów, o parę mil od Lobos. W owym 

czasie jeden z parobków, Rufino, zaczął wprowadzać mnie w wiejskie obyczaje. 

Ukończyłem właśnie trzynaście lat, on był trochę starszy i uchodził za chłopaka 

pełnego animuszu; kiedy bawiliśmy się w “znaczenie sadzą", zawsze jego przeciwnik 

miał na twarzy czarny ślad. Któregoś piątku zaproponował mi, żebyśmy w sobotę 

wieczór poszli na zabawę do miasteczka. Rzecz jasna, zgodziłem się, choć nie bardzo 

wiedziałem, jakie nas tam czekają rozrywki. Uprzedziłem go, że nie umiem tańczyć, 

odparł, że łatwo się tego nauczyć. Po kolacji, około wpół do ósmej, wyszliśmy. 

Rufino wystroił się jak na święto i zabrał srebrny sztylecik, ja zaś nie wziąłem 

mojego kozika, bojąc się narazić na śmieszność. Niezadługo pojawiły się pierwsze 

domy. Znacie, panowie, Lobos? Zresztą to nie ma znaczenia; wszystkie prowin-

cjonalne miasta są identyczne nawet w tym, że każde uważa się za coś zupełnie 

odmiennego od innych. Te same udeptane drogi, te same niskie domki, te same 

między nimi szczerby, jakby po to, by człowiek na koniu wydawał się wyższy. 

background image

Zsiedliśmy z koni na wprost domu pomalowanego na niebiesko, czy też różowo, z 

szyldem “La Estrella". Do słupka przywiązanych już było parę koni w pięknej 

uprzęży. Spoza przymkniętych drzwi padało na ulicę światło. W głębi sieni ujrzałem 

długą izbę z drewnianymi ławami. Między nimi parę ciemnych, nie wiadomo dokąd 

prowadzących drzwi. Psiak o żółtej sierści przyjął nas radosnym szczekaniem. 

Wewnątrz było sporo ludzi, pośród których kręciło się kilka kobiet w kwiecistych 

sukniach. Gospodynią wydała mi się starsza niewiasta cała w czerni. Rufino powitał 

ją i powiedział:

- Przyprowadziłem przyjaciela, który jeszcze niewiele widział.

- Nauczy się, niech pan się nie martwi - odparła dama.

Zawstydziłem się. Ażeby odwrócić uwagę lub pokazać, że jestem jeszcze 

dzieckiem, siadłem na brzegu ławy i zacząłem bawić się z psem. Na kuchennym stole 

paliły się łojowe świece, osadzone w butelkach, pamiętam też blask żarzącego się w 

głębi piecyka. Na przeciwległej, pochlapanej wapnem ścianie wisiał obraz Matki 

Boskiej Miłosiernej.

Wśród żartów ktoś niezdarnie brzdąkał na gitarze. Z nieśmiałości nie 

odmówiłem kieliszka jałowcówki, która sparzyła mi usta. Wśród kobiet jedna wydała 

mi się inna niż reszta. Nazywali ją Branką. Zauważyłem w jej rysach coś 

indiańskiego, ale była piękna, oczy miała smutne, warkocz do pasa. Rufino, który 

zauważył, że na nią popatruję, zwrócił się do niej:

- Opowiedz o napadzie Indian, żeby nam odświeżyć pamięć.

Dziewczyna zaczęła mówić, jakby wokół nie było nikogo, a ja odczułem w 

jakiś dziwny sposób, że nie może myśleć o niczym innym, wydawało się, że to 

jedyne, co przydarzyło się w jej życiu. Opowiadała to tak:

- Byłam jeszcze mała, kiedy mnie przywieziono z Catamarki. Co ja tam 

wiedziałam o napadach. Na estancji ze strachu ani słowem o tym nie wspominano. 

Potajemnie dowiedziałam się, że Indianie spadają niby burza, że zabijają ludzi, 

porywają zwierzęta, kobiety zabierają ze sobą w głąb lądu i Bóg wie, co z nimi wy-

rabiają. Nie chciałam w to wierzyć. Mój brat Lucas, którego potem zadźgali, 

przysięgał mi, że to wszystko bujdy, ale kiedy coś jest prawdziwe, wystarczy to usły-

szeć, aby zrozumieć, iż tak jest naprawdę. Rząd daje im alkohol i mate, żeby siedzieli 

w spokoju, ale oni mają bardzo chytrych czarowników, którzy nimi rządzą. Na rozkaz 

wodza napadają małe forciki, rozrzucone daleko jedne od drugich. Z samej 

ciekawości właściwie już chciałam, żeby nas napadli, i nieraz długo wypatrywałam 

background image

ich od zachodu. Nie wiem, ile upłynęło czasu, ale zanim doszło do napadu, zdarzyły 

się przymrozki i lata upalne, i znakowanie bydła, i śmierć syna zarządcy. To było tak, 

jakby ich przywiał wiatr z pampy. Zobaczyłam w rowie kwitnący kwiat ostu i 

przyśnili mi się Indianie, a rano to się stało. Zwierzęta wyczuły to przed ludźmi, tak 

jak wyczuwają trzęsienie ziemi. Powiało jakimś niepokojem, a ptactwo zaczęło latać 

tam i na powrót. Pobiegliśmy spojrzeć w tę stronę, w którą ja zawsze patrzyłam.

- Kto was zawiadomił? - zapytał któryś ze słuchaczy.

Dziewczyna, jakby wciąż była myślami hen daleko, powtórzyła tylko ostatnie 

zdanie.

- Pobiegliśmy spojrzeć w tę stronę, w którą ja zawsze patrzyłam. Jakby 

ruszyła pustynia. Przez żelazne sztachety najpierw ujrzeliśmy tuman kurzu, a potem 

dopiero Indian. To był napad. Uderzali się rękami po ustach, wydając dziki krzyk. W 

Santa Irene było trochę długiej broni, dobrej najwyżej do tego, by ich ogłuszyć i 

jeszcze bardziej rozzłościć.

Branka mówiła to, jakby się z pamięci modliła, ale ja usłyszałem na ulicy 

Indian z pustyni i ich pokrzykiwania. Jedno pchnięcie i już byli na sali, jakby 

wgalopowali do niej na koniach we śnie. Byli to pijani mieszkańcy nadbrzeży. Teraz - 

we wspomnieniu - wydaje mi się, że byli bardzo wysokiego wzrostu. Ten, który stał 

na czele, dał łokciem kuksańca Rufinowi, znajdującemu się pod drzwiami. Tamten 

usunął się i go przepuścił. Starsza niewiasta, która dotąd nie ruszyła się ze swego 

miejsca, teraz wstała i zwracając się do nas, powiedziała:

- To Juan Moreira.

Tyle czasu upłynęło, że dziś już nie wiem, czy pamiętam człowieka z owej 

nocy, czy też tego, którego potem tylokrotnie miałem widywać w rzeźni. Widzę 

czuprynę i czarną brodę Podesty, ale jednocześnie przypominam sobie jakąś twarz 

blondyna, poznaczoną ospą. Psiak wyskoczył do nich, łasząc się. Moreira powalił go 

jednym cięciem. Padł na grzbiet i zdechł, przebierając w powietrzu łapami. Tu za-

czyna się prawdziwa historia.

Bezszelestnie podszedłem do drzwi, które wychodziły na wąskie przejście i na 

schody. Na górze schowałem się w jakimś ciemnym pokoju. Poza niskim łóżkiem nie 

zapamiętałem żadnych mebli. Drżałem. Na dole krzyki nie ustawały, dobiegł mnie 

brzęk tłuczonego szkła. Usłyszałem lekkie kroki, na chwilę zajaśniała szpara w 

drzwiach i rozpoznałem głos Branki, wzywający mnie szeptem.

- Jestem tu po to, by służyć, ale tylko spokojnym ludziom. Przyjdź do mnie i 

background image

nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.

Zdjęła już szlafrok. Położyłem się obok niej, dłońmi poszukałem jej twarzy. 

Nie wiem, ile czasu minęło. Nie było żadnych słów, żadnego pocałunku. Rozplotłem 

jej warkocz i pieściłem najpierw jej włosy, a potem jej ciało. Nie widzieliśmy się 

więcej i nigdy nie dowiedziałem się jej prawdziwego imienia.

Ogłuszył nas strzał. Powiedziała wtedy:

- Możesz zejść innymi schodami.

Tak zrobiłem i znalazłem się na udeptanej ścieżce. Świecił księżyc. Sierżant 

policji z bagnetem na karabinie pilnował muru. Roześmiał się i powiedział:

- Jak widzę, wcześnie zaczynasz.

Coś mu odpowiedziałem, ale nie zwrócił na to uwagi. Na mur wdrapywał się 

jakiś człowiek. Jednym ruchem sierżant wbił bagnet w jego ciało. Człowiek stoczył 

się na ziemię i pozostał tak, leżąc na plecach, jęcząc i brocząc krwią. Przypomniał mi 

się pies. By dobić rannego, sierżant raz jeszcze zagłębił w nim bagnet. Z niejakim 

zadowoleniem w głosie powiedział:

- Tym razem ci się nie powiodło, Moreira.

Umundurowani ludzie otaczający dom zbiegli się z różnych stron, za nimi 

sąsiedzi. Andrés Chirino siłą musiał wyrywać bagnet z rany. Wszyscy pragnęli 

uścisnąć mu dłoń. Rufino roześmiał się:

- Temu wreszcie odechciało się wojować.

Chodziłem pomiędzy grupkami ludzi, opowiadając wszystkim to, co 

widziałem. Nagle poczułem się strasznie zmęczony, może miałem gorączkę. Wy-

mknąłem się więc, odszukałem Rufina i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wciąż 

jechaliśmy konno, gdy zobaczyliśmy blade światło świtu. Bardziej niż zmęczony 

czułem się oszołomiony falą tylu wydarzeń.

- Wielkim przypływem tej nocy - powiedział mój ojciec.

Tamten przytaknął.

- Rzeczywiście. W czasie paru krótkich godzin poznałem miłość i zobaczyłem 

ś

mierć. Wszystkim ludziom zostają ukazane wszystkie sprawy, a w każdym razie te, 

które dane im jest poznać, ale mnie te dwie najbardziej istotne rzeczy ukazały się w 

ciągu jednej nocy. Lata mijają, tylekroć opowiadałem tę historię, że nie wiem już, czy 

rzeczywiście ją pamiętam, czy tylko powtarzam słowa na nią się składające. Może to 

samo przydarzyło się Brance z opowieścią o napadzie Indian. Dziś to już wszystko 

background image

jedno, czy to ja, czy też ktoś inny widział, jak zginął Moreira.

background image

Zwierciadło i maska

Po bitwie pod Clontarf, w której Norweg został ukorzony, król wezwał poetę i 

rzecze:

- Najwspanialsze wyczyny tracą swój blask, jeżeli się ich nie przełoży na 

słowa. Chcę, byś wyśpiewał me zwycięstwo i mą chwałę. Będę Eneaszem, a ty mym 

Wergilim. Czy czujesz się na siłach stworzyć dzieło, które unieśmiertelni nas obu?

- Tak, królu - odparł poeta. - Jestem Ollanem. Przez dwanaście zim 

studiowałem sekrety wersyfikacji. Znam na pamięć trzysta sześćdziesiąt opowieści 

będących podstawą prawdziwej poezji, Cykle z Ulsteru i Munsteru tkwią w strunach 

mej harfy. Mam zatem prawo używać najstarszych słów naszego języka i 

najzawilszych metafor. Opanowałem tajemne pismo chroniące naszą sztukę przed 

niedyskretnymi oczami tłumu. Mogę wysławiać miłość, kradzież bydła, morskie 

wyprawy i wojny. Znam mitologiczne powiązania wszystkich domów królewskich 

Irlandii. Znam działanie ziół, zasady astrologii, matematykę i prawo kanoniczne. W 

publicznych sporach zwyciężałem rywali. Ćwiczyłem się w uprawianiu satyry, 

sprowadzającej choroby skórne do trądu włącznie. Jak tego dowiodłem w tej bitwie, 

umiem władać mieczem. Jednego nie potrafię: wywdzięczyć ci się za łaskę, jaką mnie 

obdarzasz.

Król, którego łatwo męczyły długie przemowy, zwłaszcza nie przez niego 

wygłaszane, odparł z ulgą:

- Wiem o tym aż nazbyt dobrze. Mówiono mi, że słowik już przestał śpiewać 

w Anglii. Kiedy przeminą deszcze i śniegi, a słowik powróci z południa, 

wyrecytujesz swój poemat ku mej chwale przed dworem i przed kolegium poetów. 

Daję ci na to pełny rok. Wygładzisz każde słowo i każdą literę. Jak wiesz, nagroda 

będzie godna mych królewskich obyczajów i twych nie przespanych nocy.

- Królu, największą nagrodą jest spoglądanie w twoje oblicze - odrzekł poeta, 

który był również dworakiem.

Złożył zwyczajowy pokłon i wycofał się, zaczynając już w myśli układać 

wiersz.

Gdy minął naznaczony czas, a był to czas epidemii i buntów, zaprezentował 

swój panegiryk. Wydeklamował go z powolną pewnością siebie, nie rzuciwszy nawet 

okiem na rękopis. Król kiwał głową z aprobatą. Wszyscy naśladowali ten gest, nawet 

background image

ci, którzy cisnęli się w drzwiach i nie słyszeli z poematu ani słowa. Wreszcie król 

zabrał głos:

- Przyjmuję twe dzieło. Jest to nowe zwycięstwo. Każdemu słowu nadałeś 

jego właściwy sens, a każdemu rzeczownikowi określenie, jakie mu przydawali 

pierwsi poeci. W całym panegiryku nie ma ani jednego obrazu, którego by nie 

używali klasycy. Bitwa jest cudowną tkaniną z ludzi, ostrzem miecza jest zaś krew. 

Morze ma swego boga, a z chmur wróży się przyszłość. Zręcznie manewrowałeś 

rymami, aliteracją, asonansem, sylabami, retoryką, mądrymi kanonami metryki. 

Gdyby nawet zniknęła cała irlandzka literatura - omen absit - można by bez straty 

odbudować ją z twej klasycznej ody. Trzydziestu skrybów przepisze ją po dwanaście 

razy.

Nastała chwila ciszy, po czym ciągnął dalej:

- Całość jest udana, a przecież nic się nie stało. Puls nie bije szybciej, krew 

ż

wawiej nie płynie. Ręce nie chwyciły za łuk. Nikt nie zbladł. Nikt nie wydał 

wojowniczego okrzyku, nikt przeciw wikingom nie nadstawił piersi. Za rok, poeto, 

będziemy oklaskiwać nowy poemat. Jako wyraz naszego uznania przyjmij to srebrne 

zwierciadło.

- Składam dzięki, zrozumiałem - rzekł poeta.

Gwiazdy na niebie wędrowały nadal swą świetlistą drogą. I znowu w saskich 

lasach zaśpiewał słowik, a poeta wrócił ze swym dziełem, krótszym niż poprzednie. 

Nie wypowiedział go z pamięci, lecz odczytał z widoczną niepewnością, opuszczając 

niektóre akapity, jakby sam nie całkiem je rozumiał lub jakby nie chciał ich 

profanować. Były to dziwne stronice. Nie był to opis bitwy - to była bitwa. W jej wo-

jennym chaosie szamotał się Bóg, który jest Trzema i Jednym, pogańskie bożki 

Irlandii i ci, co będą walczyli setki lat później, w początkach “Starszej Eddy". Forma 

była równie osobliwa. Rzeczownikiem w liczbie pojedynczej rządził czasownik w 

liczbie mnogiej. Przyimki nie były używane zgodnie ze zwyczajami. Szorstkość i 

słodycz przeplatały się. Metafory były zbyt śmiałe, w każdym razie takie się 

wydawały.

Król wymienił parę słów z ludźmi pióra, którzy go otaczali, i ozwał się tak 

oto:

- O twej pierwszej odzie mogłem powiedzieć, że była szczęśliwym 

podsumowaniem tego, co do dziś skomponowano w Irlandii. Ta przewyższa to, coś 

uprzednio napisał, przewyższa, a również unicestwia. Zdumiewa, zachwyca, 

background image

olśniewa. Nie zasługują na nią głupcy, lecz małe grono mędrców. W szkatule z kości 

słoniowej spocznie jej jedyny egzemplarz. Od poety, którego pióro potrafiło coś 

takiego spłodzić, możemy oczekiwać jeszcze wspanialszego dzieła. - I dodał z 

uśmiechem: - Jesteśmy postaciami z baśni, a należy pamiętać, że w baśniach prym 

wiedzie liczba trzy.

Poeta ośmielił się wyszeptać:

- Trzy dary czarownika, triada, niepodważalna Trójca.

Król ciągnął dalej:

- Jako dowód naszego zadowolenia przyjmij tę oto złotą maskę.

- Składam dzięki i przyjmuję - rzekł poeta.

I upłynął kolejny rok. Pałacowe straże doniosły, że poeta nie niesie żadnego 

manuskryptu. Król popatrzył nań pełen zdumienia, bo był jakby odmieniony. Coś, co 

nie było czasem, naznaczyło i zmieniło jego rysy. Wydawało się, że oczy patrzą w 

dal, a może oślepły. Poeta poprosił króla o chwilę rozmowy. Niewolnicy opuścili 

pokój.

- Nie napisałeś poematu? - zapytał król.

- Owszem - smutno odparł poeta. - Oby Chrystus, nasz Pan, nie był mi na to 

zezwolił.

- Czy możesz go wygłosić?

- Nie śmiem.

- Daję ci odwagę, której ci brak - oznajmił król.

Poeta wygłosił poemat. Był to jeden wers.

Nie ośmielając się wypowiedzieć go na głos, poeta i król wyszeptali go, jakby 

był sekretną modlitwą lub też bluźnierstwem. Król nie był mniej zachwycony ani 

mniej poruszony niż poeta. Patrzyli na siebie, obaj bardzo bladzi.

- Kiedy byłem młody - rzekł król - pływałem ku zachodowi. Na pewnej 

wyspie widziałem srebrne charty, które zagryzały, złote dziki. Na innej żywiliśmy się 

zapachem magicznych jabłoni. Na jeszcze innej widziałem mury ognia. Na najdalszej 

ze wszystkich rzeka wysoka i pochyła jak nawa strzelała w niebo, a wodami jej 

płynęły ryby i łodzie. Oto cuda, ale nie można porównywać ich z twym poematem, 

który w jakiś sposób wszystkie je zawiera. Jakie czary sprawiły, że spłynął on na 

ciebie?

- Rankiem - rzekł poeta - zbudziłem się, powtarzając jakieś słowa, których z 

początku nie pojmowałem. Te słowa to był poemat. Poczułem, że popełniam grzech,  

background image

może taki,  jakiego  Duch nie przebacza.

- Ten, który teraz dzielę z tobą - wyszeptał król. - Grzech poznania Piękności. 

Jest to łaska niedostępna ludziom. Musimy ją odpokutować. Dałem ci zwierciadło i 

złotą maskę, oto trzeci dar, który będzie ostatni.

I w prawą rękę wsunął mu sztylet.

Wiemy, że wyszedłszy z pałacu, poeta zadał sobie śmierć, a król jest 

ż

ebrakiem, który przemierza drogi Irlandii, niegdyś będącej jego królestwem, i że 

nigdy nie powtórzył owego poematu.

background image

Undr

Muszę uprzedzić moich czytelników, że przedstawionego niżej tekstu 

nadaremnie będą szukać w “Libellusie" (1615) Adama z Bremy, który, jak wiadomo, 

narodził się i zmarł w XI wieku. Lappenberg odkrył go w manuskrypcie znajdującym 

się w Bodleian Library w Oksfordzie i ze względu na wiele okolicznościowych 

szczegółów uznał za zapóźnioną interpolację, lecz opublikował w charakterze 

ciekawostki w swych “Analecta Germanica" (Lipsk 1894). Opinia dyletanta z 

Argentyny niewiele znaczy, niech czytelnicy sami to osądzą. Moja wersja hiszpańska 

nie jest dosłowna, lecz jest wiarygodna.

Pisze Adam z Bremy:

“...Ze wszystkich narodów graniczących z pustynią, a leżących po drugiej 

stronie zatoki, poza ziemiami prokreacji dzikiego konia, najbardziej godny 

wzmiankowania jest naród Umów. Niepewne lub zmyślone wieści pochodzące od 

kupców, niebezpieczne drogi i napady nomadów sprawiły, że nigdy nie dotarłem do 

ich terytorium. Niemniej jednak mam wrażenie, że ich rzadko trafiające się i daleko 

od siebie pobudowane osady leżą w dolnym biegu Wisły. W odróżnieniu od 

Szwedów Umowie wyznają prawdziwą wiarę w Chrystusa, nie zabarwioną 

arianizmem ani też krwawym kultem demonów, z których biorą początek królewskie 

domy Anglii i innych północnych narodów. Są wśród nich pasterze, wodniacy, 

czarownicy, płatnerze wykuwający miecze i wikliniarze plotący łyko. Bezlitosne 

wojny niemal nie pozwalają im na uprawianie ziemi. Płaskość terenu i napady 

rozmaitych plemion sprawiły, że są świetnymi jeźdźcami i łucznikami. W końcu 

człowiek zawsze upodabnia się do swego wroga. Ich włócznie dłuższe są niż nasze, 

bo są to włócznie jeźdźców, a nie piechurów.

Należy przypuszczać, że nie znają pióra, rogu napełnionego atramentem ani 

też pergaminu. Żłobią swe pismo tak, jak nasi przodkowie żłobili runy, które im 

objawił Odyn po tym, gdy -  Odyn poświęcony Odynowi - przez dziewięć nocy 

zwisał z jesionu.

Do tych ogólnych informacji dodam mą rozmowę z Islandczykiem Ulfem 

Sigurdarsonem, człowiekiem poważnym i małomównym. Spotkaliśmy się w Uppsali 

nieopodal świątyni. Ogień z płonących drewien już zagasł, przez szczeliny w murze 

przenikał chłód i pierwsze blaski świtu. Na zewnątrz zapewne zostawiały na śniegu 

ś

lady swych łap szare wilki, pożerające mięso pogan przeznaczone dla trzech bogów. 

background image

Nasza rozmowa rozpoczęła się po łacinie, jak to jest w zwyczaju wśród kleru, ale 

wkrótce przeszliśmy na język nordycki, którym mówią od dalekiej Thule aż po 

azjatyckie bazary.

Oto co mi powiedział:

- Pochodzę z rodu skaldów. Wystarczyła mi wieść, że poezja Urnów składa 

się z jednego słowa, aby przedsięwziąć poszukiwania i podróż, która miała 

zaprowadzić mnie do ich ziemi. Nie bez zmęczenia i wysiłku dotarłem po roku na 

miejsce. Była noc, zauważyłem, że mijający mnie ludzie spoglądają na mnie bacznie, 

nieraz dosięgnął mnie ciśnięty kamień. Ujrzałem blask kuźni i wszedłem.

Kowal zgodził się mnie przenocować. Nazywał się Orm. Mówił językiem 

podobnym do naszego. Zamieniliśmy parę słów. Z jego ust usłyszałem po raz 

pierwszy imię króla, które brzmiało Gunnlaug. Dowiedziałem się, że po ostatniej 

wojnie nieufnie odnosił się do cudzoziemców i miał zwyczaj ich krzyżować. Aby 

uniknąć tego losu, mniej odpowiedniego dla człowieka niż dla boga, postanowiłem 

napisać drapę, czyli hymn pochwalny, wysławiający zwycięstwa, sławę i miłosierdzie 

królewskie. Zaledwie nauczyłem się go na pamięć, kiedy przyszło po mnie dwóch 

ludzi. Nie chciałem oddać im miecza, ale pozwoliłem im się poprowadzić.

Mimo świtu widać było jeszcze gwiazdy. Szliśmy, mijając nędzne chaty po 

obu stronach drogi. Mówiono mi o piramidach. Na pierwszym placu zobaczyłem słup 

z żółtego drewna. Na jego szczycie zauważyłem czarną rybę. Orm, który poszedł z 

nami, powiedział mi, że ta ryba wyobraża Słowo. Na drugim placu zobaczyłem 

czerwony słup uwieńczony kołem. Orm powtórzył, że to też jest Słowo. Poprosiłem, 

by mi je powiedział. Odparł, że jest prostym rzemieślnikiem i że go nie zna.

Na trzecim i ostatnim placu zobaczyłem czarny słup z rysunkiem, którego nie 

potrafiłbym sobie przypomnieć. W głębi spostrzegłem prosty mur, jego krańców nie 

było widać. Potem okazało się, że tworzy koło, jest pokryty glinianym dachem, nie 

ma żadnych wewnętrznych drzwi i otacza całe miasto. Konie przywiązane do pali 

były niewielkiego wzrostu i miały długie grzywy. Kowala nie wpuszczono. Wewnątrz

pełno było uzbrojonych mężczyzn, wszyscy stali. Gunnlaug, król, był chory i leżał z 

przymkniętymi oczami na podwyższeniu wysłanym wielbłądzimi skórami. Był to 

człowiek zniszczony, o żółtej cerze, niby święty, lecz zapomniany przedmiot; na jego 

piersiach widniały dawne, długie blizny. Jeden z żołnierzy utorował mi drogę, ktoś 

przyniósł harfę. Przyklęknąwszy, cicho zacząłem nucić drapę. Nie brakło tam figur 

retorycznych, aliteracji ani innych wymaganych przez ten gatunek akcentów. Nie 

background image

wiem, czy król ją zrozumiał, ale dał mi srebrny pierścień, który mam do dziś. Pod 

poduszką dojrzałem ostrze sztyletu. Po prawej stronie króla stała szachownica o stu 

polach, z garścią rozrzuconych pionków.

Strażnik odepchnął mnie. Jakiś człowiek stanął na moim miejscu. Dotknął 

strun, jakby je stroił, i cicho powtórzył słowo, jakie chciałem usłyszeć, lecz nie 

dosłyszałem. Ktoś powiedział z szacunkiem: “Teraz to nic nie znaczy".

Zobaczyłem czyjeś łzy. Człowiek podnosił lub zniżał głos, niemal jednakowo 

brzmiące akordy były zaś monotonne, a raczej nie kończące się. Pragnąłbym, żeby 

ten śpiew trwał wiecznie i stał się moim życiem. Nagle ustał. Usłyszałem stuk harfy, 

gdy śpiewak, bez wątpienia całkowicie wyczerpany, upuścił ją na ziemię. 

Wychodziliśmy bezładnie. Byłem jednym z ostatnich. Ze zdumieniem ujrzałem, że 

zapada noc.

Przeszedłem parę kroków. Zatrzymałem się, gdy poczułem czyjąś rękę na 

moim ramieniu. Ktoś powiedział:

- Klejnot króla był twym talizmanem, ale musisz umrzeć, usłyszałeś bowiem 

Słowo. Ja, Bjarni Thorkelsson, uratuję cię. Pochodzę z rodu skaldów. W swym 

dytyrambie nazwałeś krew ostrzem miecza, bitwę zaś tkaniną z ludzi. Słyszałem te 

zwroty u ojca mego ojca. Obaj, i ty, i ja, jesteśmy poetami. Uratuję cię. Już nie 

szukamy określeń na to, co jest dla nas natchnieniem, i nazywamy to jednym słowem, 

którym jest Słowo.

Odpowiedziałem:

- Nie udało mi się go dosłyszeć. Błagam cię, powiedz mi je.

Przez chwilę się wahał, po czym odparł:

- Przysięgłem, że go nie wyjawię. Poza tym nikt nie może niczego nauczyć. 

Musisz je znaleźć sam. Spieszmy, twemu życiu grozi niebezpieczeństwo. Ukryjesz 

się w mym domu, gdzie nie odważą się ciebie szukać. Jeśli zawieje pomyślny wiatr, 

już jutro będziesz płynął na południe.

Tak zaczęła się przygoda, która trwała wiele zim. Nie opowiem wszystkiego, 

co mnie spotkało, ani nie będę się starał, by opisać logiczny porządek wszystkich 

wydarzeń. Byłem kolejno wioślarzem, handlarzem niewolników, niewolnikiem, 

drwalem, rabusiem napadającym karawany, śpiewakiem, różdżkarzem głębokich wód 

i metali. Przez rok znosiłem niewolę w kopalniach rtęci, od której traci się zęby. Wraz 

z ludźmi przybyłymi ze Szwecji broniłem Mikligarthru (Konstantynopola). Nad 

brzegami Morza Azowskiego pokochała mnie kobieta, której nie zapomnę; 

background image

porzuciłem ją czy też ona mnie porzuciła, to obojętne. Byłem zdradzany i 

zdradzałem. Niejeden raz los kazał mi zabijać. Zostałem wyzwany przez greckiego 

ż

ołnierza, który dał mi do wyboru dwa miecze. Jeden był o dłoń dłuższy od drugiego. 

Zrozumiałem, że chce mnie nastraszyć, i wybrałem krótszy. Zapytał dlaczego. 

Odpowiedziałem, że od mej dłoni do jego serca odległość jest zawsze ta sama. Na 

brzegach Morza Czarnego istnieje runiczne epitafium, które wyryłem dla mego 

towarzysza Leifa Arnarsona. Biłem się z Błękitnymi Ludźmi z Serkland, czyli z 

Saracenami. W miarę upływu czasu stawałem się po kolei różnymi ludźmi, ale ten 

zamęt był jak długi sen. Najważniejsze było Słowo. Czasami przestawałem w nie 

wierzyć. Powtarzałem sobie, że jest bezsensem rezygnować z przepięknej sztuki 

tworzenia przepięknych słów i że nie ma powodu szukać jednego jedynego, niemal 

złudnego. Było to płonne rozumowanie. Jakiś misjonarz zaproponował mi słowo Bóg, 

które odrzuciłem. Kiedyś o świcie na brzegu pewnej rzeki wpadającej do morza 

wydało mi się, że wreszcie doznaję olśnienia.

Wróciłem na ziemię Urnów i z trudem odnalazłem dom śpiewaka.

Wszedłem i wypowiedziałem swe imię. Była już noc. Thorkelsson, który leżał 

na ziemi, kazał mi zapalić gromnicę w świeczniku z brązu. Jego twarz była tak 

postarzała, że zrozumiałem, iż i ja jestem już stary. Jak to jest w zwyczaju, zapytałem 

go o króla. Odpowiedział:

- Już się nie nazywa Gunnlaug. Teraz ma inne imię. Opowiedz mi o swych 

podróżach.

Zrobiłem to, zachowując, o ile się dało, chronologię i szczegóły, jakie tu 

opuściłem. Zanim skończyłem, zapytał:

- Dużo śpiewałeś na tych ziemiach?

Pytanie zaskoczyło mnie.

- Na początku - odrzekłem - śpiewałem dla zarobku. Potem lęk, którego nie 

pojmuję, kazał mi porzucić śpiew i harfę.

- Dobrze - powiedział. - Mów dalej.

Posłuchałem jego rozkazu, potem nastała długa cisza.

- Co ci dała pierwsza kobieta, którą posiadłeś? - zapytał.

- Wszystko - odparłem.

- Mnie również życie dało wszystko. Wszystkim daje wszystko, lecz 

większość o tym nie wie. Mój głos jest zmęczony, a me palce słabe, ale słuchaj.

Wyszeptał słowo Undr, co znaczy cud.

background image

Porwał mnie śpiew tego umierającego człowieka, ale w jego tonach i akordach 

rozpoznałem własne trudy, niewolnicę, która dała mi pierwszą miłość, ludzi, których 

zabiłem, chłodne świty, zorze nad wodami, wiosła. Chwyciłem harfę i zaśpiewałem 

inne słowo.

- Dobrze - powiedział tak cicho, że musiałem przysunąć się, by go dosłyszeć. - 

Zrozumiałeś mnie.

background image

Utopia człowieka zmęczonego

Nazwał je “utopią", słowem greckim,

znaczącym “takie miejsce nie istnieje".

Quevedo

Nie ma jednakowych wzgórz, ale równina na całej ziemi jest taka sama. 

Szedłem po równinie. Zastanawiałem się, bez ciekawości zresztą, czy jestem w 

Oklahomie, czy w Teksasie, czy może w miejscu zwanym przez pisarzy pampą. Ani 

po lewej, ani po prawej żadnych ogrodzeń. Jak mi się to już zdarzało, z wolna 

powtórzyłem słowa Emilia Oribe:

środku przeraźliwej, nie kończącej się równiny,

Tam niedaleko Brazylii,

które rosną i olbrzymieją.

Droga była nierówna. Zaczęło padać. Dwieście lub trzysta metrów dalej 

zauważyłem światło w jakimś domu; dom był niski, czworokątny, otoczony 

drzewami. Otworzył mi mężczyzna tak wysoki, że niemal się przeląkłem. Był w 

szarym ubraniu. Poczułem, że czeka na kogoś. W drzwiach nie było zamka.

Weszliśmy do podłużnego pomieszczenia o drewnianych ścianach. Z sufitu 

zwieszała się lampa, siejąca żółtawe światło. Stół nie wiedzieć dlaczego zadziwił 

mnie. Stała na nim klepsydra, pierwsza, z jaką się zetknąłem, dotychczas widywałem 

je tylko na stalorytach. Mężczyzna wskazał mi krzesło.

Usiłowałem przemawiać do niego rozmaitymi językami, ale nie udało nam się 

porozumieć. On z kolei spróbował mówić po łacinie. Zebrałem moje dawne szkolne 

umiejętności i przygotowałem się do rozmowy.

- Po ubraniu - powiedział - poznaję, że przybywasz z innego wieku. 

Różnorodność języków sprzyjała różnorodności narodów i wojnom, świat wrócił 

więc do łaciny. Niektórzy obawiają się, że przerodzi się ona znowu we francuski, 

prowansalski czy w jakiś bełkot, ale nie ma obawy. Zresztą ani to, co było, ani to, co 

będzie, mnie nie interesuje.

Nie odpowiedziałem, więc dodał:

- Jeśli nie lubisz patrzeć, jak ktoś inny je, może zechcesz mi towarzyszyć?

Zrozumiałem, że dostrzegł moje zmieszanie, przystałem więc na tę 

background image

propozycję.

Poszliśmy korytarzem pełnym rozmaitych drzwi prowadzącym do niewielkiej 

kuchenki, w której wszystko było z metalu. Wróciliśmy niosąc kolację na tacy: 

kaczany kukurydzy, winne grona, jakiś nieznany owoc, którego zapach przypominał 

mi figi, i wielki dzban wody. Chyba nie było chleba. Rysy mego gospodarza były 

ostre i miał on coś dziwnego w oczach. Nie zapomnę tej twarzy surowej i bladej, 

której więcej nie zobaczę. Mówił bez gestykulacji.

Krępowała mnie konieczność posługiwania się łaciną, lecz w końcu rzekłem:

- Nie zdumiewa cię moje nagłe pojawienie?

- Nie - odparł. - Takie wizyty miewamy od wieku do wieku. Nie trwają długo. 

Najpóźniej jutro znajdziesz się u siebie.

Pewność w jego głosie mi wystarczyła. Uznałem, że należy się przedstawić:

- Jestem Eudoro Acevedo. Urodziłem się w 1897 roku w mieście Buenos 

Aires. Mam siedemdziesiąt lat. Jestem profesorem literatury angielskiej i amerykań-

skiej oraz pisarzem opowiadań fantastycznych.

- Pamiętam, że czytałem bez przykrości - odpowiedział - dwa opowiadania 

fantastyczne. Podróże kapitana Lemuela Guliwera, które wielu uważa za prawdziwe, i 

“Summę teologiczną". Ale nie mówmy o faktach. Nikogo nie obchodzą już fakty. Są 

tylko punktami wyjścia inwencji i rozumowania. W szkole   uczą   nas   sztuki   

wątpienia   i   zapominania. Zapominania przede wszystkim tego, co osobiste i lo-

kalne. Żyjemy w czasie przemijającym, staramy się jednak żyć sub specie 

aeternitatis. Z przeszłości pozostało nam zaledwie parę imion, lecz język skłania się 

ku ich zapomnieniu. Unikamy zbędnych uściśleń. Nie ma już chronologii ani historii. 

Nie ma również statystyki. Powiedziałeś, że masz na imię Eudoro; ja nie mogę ci 

powiedzieć, jak się nazywam, bo zwą mnie po prostu kimś.

- A jak się nazywał twój ojciec?

- Nie nazywał się.

Na jednej ze ścian zobaczyłem regał. Na chybił trafił wyjąłem książkę i 

otworzyłem ją; litery były wyraźne, lecz nie do rozszyfrowania, pisane ręcznie. Ich 

ostre linie przypominały mi pismo runiczne, którego jednakże używano zawsze tylko 

do epigrafów. Pomyślałem, że ludzie przyszłości nie tylko są wyżsi, ale i zręczniejsi. 

Instynktownie spojrzałem na długie i szczupłe palce mężczyzny.

Ten odezwał się:

- Teraz zobaczysz coś, czego nigdy nie widziałeś.

background image

Ostrożnie podał mi tom “Utopii" Moore'a, wydrukowany w Bazylei w 1518 

roku, w którym brak było wielu kartek i rycin.

Nie bez zarozumiałości odpowiedziałem:

- To książka drukowana. W domu mam ich przeszło dwa tysiące, choć nie są 

ani tak stare, ani tak drogocenne.

Przeczytałem głośno jej tytuł. Tamten roześmiał się.

- Nikt nie może przeczytać dwóch tysięcy książek. Żyję od czterech wieków i 

w tym czasie przeczytałem nie więcej niż pół tuzina. Zresztą nie jest ważne, by 

czytać, tylko by czytać wielokrotnie. Druk, obecnie zniesiony, był czymś bardzo złym 

dla ludzkości, jako że mnożył do zawrotu głowy niepotrzebne teksty.

- W moim czasie, w interesującym wczoraj - odparłem - panował przesąd, że 

między każdym wieczorem a rankiem dzieją się rzeczy, o których wstyd nie wiedzieć. 

Planeta była usiana zbiorowymi zjawami, jak Kanada, Brazylia, Kongo Szwajcarskie 

lub Wspólny Rynek. Niemal nikt nie znał wcześniejszej historii tych bytów 

platońskich, natomiast wszyscy znali najdrobniejsze szczegóły ostatniego kongresu 

pedagogicznego czy nieuchronnego zerwania stosunków między prezydentami i 

przesłań, jakie do siebie kierowali, zredagowanych przez sekretarzy sekretarzy z tą 

ostrożnością, jaka charakteryzuje tego rodzaju dokumenty.

Czytano to wszystko tylko po to, by od razu zapomnieć, gdyż po paru 

godzinach wypierane były przez inne sprawy, równie banalne. Ze wszystkich istnieją-

cych funkcji funkcja polityka była bez wątpienia najbardziej publiczna. Ambasador 

czy też minister był czymś w rodzaju kaleki, którego należało przewozić z miejsca na 

miejsce w dużych i hałaśliwych wehikułach, pod ochroną motocyklistów i 

grenadierów, osaczonego przez rozgorączkowanych fotografów. Można pomyśleć, że 

ucięto im nogi, jak lubiła mawiać moja matka. Obrazy i wydrukowane teksty były 

bardziej rzeczywiste niż fakty same w sobie. Tylko to, co wydrukowane, uważało się 

za prawdziwe. Esse estpercipi (być to być sfotografowanym), taka panowała zasada, 

sposób i cel naszego specyficznego pojmowania świata. W tym wczoraj, które stało 

się moim udziałem, ludzie byli naiwni; uważali, że jakiś towar jest dobry, bo tak z 

uporem twierdził ten, co go produkował. Kradzieże również były częste, chociaż 

każdy wiedział, że posiadanie pieniędzy nie daje ani więcej szczęścia, ani więcej 

spokoju.

- Pieniędzy... - powtórzył. - Teraz nikt nie doświadcza ubóstwa, co musiało 

być nieznośne, ani też bogactwa, które było najbardziej krępującym rodzajem 

background image

wulgarności. Każdy wykonuje jakiś zawód.

- Jak rabini - rzekłem.

Chyba nie zrozumiał, bo ciągnął dalej:

- Nie ma również miast. Sądząc po ruinach Bahia Blanca, które obejrzałem z 

pustej ciekawości, strata jest niewielka. Jako że nie ma własności, nie ma też 

dziedziczenia. Kiedy człowiek dorasta, mając sto lat, gotów jest do przyjęcia siebie 

samego i swej samotności. Już począł syna.

- Syna? - zapytałem.

- Tak, jednego jedynego. Nie należy mnożyć rodzaju ludzkiego. Są tacy, 

którzy uważają, że człowiek jest organem boskości, odczuwającym, że wszechświat 

istnieje, ale nikt nie jest pewien, czy istnieje ta boskość. Mam wrażenie, że teraz się 

rozważa złe i dobre strony samobójstwa stopniowego lub jednoczesnego wszystkich 

ludzi na świecie. Ale wracajmy do naszych spraw.

Przytaknąłem.

- Po skończeniu stu lat jednostka może się obejść bez miłości i bez przyjaźni. 

Cierpienia i nie zamierzona śmierć już jej nie grożą. Zajmuje się jakąś sztuką, 

studiuje filozofię, matematykę lub też gra ze sobą w szachy. Kiedy chce, zabija się. 

Będąc panem swego życia, jest również panem swej śmierci.

- Czy to cytat? - zapytałem.

- Z pewnością, nie pozostaje nam nic więcej. Język jest zestawem cytatów.

- A wielka przygoda moich czasów, podróże międzyplanetarne? - zapytałem.

- Już od wieków zarzuciliśmy te przenosiny, które zresztą były, rzecz jasna, 

cudowne. Nigdy nie udało się nam umknąć przed Tu i Teraz. - Po czym dodał z 

uśmiechem: - W dodatku wszelkie podróże są międzyplanetarne. Skoczyć z planety 

na planetę to tyle, co pójść do stodoły naprzeciwko. Kiedy pan wszedł do tego 

pokoju, odbył pan właśnie międzyplanetarną podróż.

- Oczywiście - przytaknąłem. - Ale również mówiło się o substancjach 

chemicznych i gatunkach zoologicznych.

Mężczyzna siedział teraz do mnie tyłem i spoglądał przez szybę. Równina 

bieliła się cichym śniegiem i światłem księżyca.

Ośmieliłem się zapytać:

- A czy są jeszcze muzea i biblioteki?

- Nie. Chcemy zapomnieć o wczoraj, z jednym wyjątkiem: komponowania 

elegii. Nie ma rocznic ani czczenia pamięci, nie ma posągów zmarłych. Każdy na 

background image

własny rachunek musi tworzyć sztukę, jakiej potrzebuje.

- Wobec tego każdy musi być własnym Bernardem Shaw, własnym 

Chrystusem i własnym Archimedesem.

Przytaknął bez słowa. Zapytałem:

- Co się stało z rządami?

- Zgodnie z tradycją powoli wyszły z użycia. Robili wybory, wypowiadali 

wojny, narzucali taryfy, konfiskowali fortuny, wydawali nakazy aresztowań i chcieli 

narzucać cenzurę, a nikt na planecie ich nie szanował. Prasa przestała publikować ich 

przemowy i podobizny. Politycy zostali zmuszeni do wzięcia się za uczciwe zawody, 

niektórzy stali się zabawnymi komikami lub dobrymi znachorami. Rzeczywistość 

była zresztą z pewnością bardziej skomplikowana niż to moje streszczenie.

Zmienił ton i dodał:

- Zbudowałem ten dom, który jest podobny do wszystkich innych. Zrobiłem te 

meble i te sprzęty. Pracowałem na roli, na której inni - nie znam ich twarzy - 

pracowali może lepiej niż ja. Mogę ci pokazać pewne rzeczy.

Przeszedłem za nim do sąsiedniego pokoju. Zapalił lampę, również zwisającą 

z sufitu. W kącie zobaczyłem harfę z paroma strunami. Na ścianach wisiały 

prostopadłe płótna, na których dominowały różne odcienie barwy żółtej. Nie 

wydawały się wytworem tej samej ręki.

- To moje dzieło - oświadczył.

Obejrzałem płótna i zatrzymałem się przed najmniejszym, które 

przedstawiało, a może sugerowało zachód słońca i zawierało w sobie coś z 

nieskończoności.

- Jeśli ci się podoba, możesz to sobie wziąć jako podarek od przyszłego 

przyjaciela - rzucił spokojnie.

Z wdzięcznością przyjąłem podarunek, lecz inne płótna w jakiś sposób mnie 

niepokoiły. Nie powiem, żeby były puste, ale takie odnosiło się wrażenie.

- Namalowane są farbami, jakich twe starodawne oczy nie mogą dojrzeć.

Delikatne palce potrąciły struny harfy, zaledwie dosłyszałem jakiś dźwięk.

Wtedy dało się słyszeć pukanie.

Wysoka kobieta i trzech czy też czterech mężczyzn weszło do domu. Można 

by rzec, że byli rodzeństwem lub też że upodobnił ich czas. Mój gospodarz zaczął 

zrazu rozmawiać z kobietą.

- Wiedziałem, że zjawisz się tej nocy. Widziałaś Nilsa?

background image

- Parę razy. Ciągle maluje.

- Miejmy nadzieję, że z większym powodzeniem niż jego ojciec.

Rękopisy, obrazy, meble, sprzęty, niczego nie pozostawiliśmy w domu. 

Kobieta pracowała na równi z mężczyznami. Zawstydziłem się swojej słabości, która 

nie pozwalała mi prawdziwie im pomóc. Nikt nie zaryglował drzwi, gdy już 

wyszliśmy objuczeni. Zauważyłem, że dach domu jest dwuspadowy.

Po piętnastu minutach marszu skręciliśmy na lewo. W głębi dostrzegłem coś 

w rodzaju wieży zwieńczonej kopułą.

- To krematorium - powiedział któryś z nich. - Wewnątrz jest komora śmierci. 

Podobno to wynalazek pewnego filantropa o nazwisku, jeśli się nie mylę, Adolf 

Hitler.

Dozorca, którego wzrost mnie nie zaskoczył, otworzył nam kratę.

Mój gospodarz szepnął parę słów. Przed wejściem do środka zrobił ręką gest 

pożegnania.

- Znów będzie padał śnieg - powiedziała kobieta.

W mym gabinecie przy ulicy Mexico mam płótno, które ktoś namaluje za 

tysiące lat materiałami rozrzuconymi dzisiaj po całej planecie.

background image

Fortel

Historia, którą opowiem, to historia dwóch ludzi czy też może raczej historia 

wydarzenia, w którym wzięło udział dwóch ludzi. Samo wydarzenie ani oryginalne, 

ani niezwykłe ma zresztą mniejsze znaczenie niźli osobowość bohaterów. Obaj 

zgrzeszyli przez pychę, ale w sposób całkowicie odmienny i z odmiennym 

rezultatem. Fakt (właściwie niemal anegdota) miał miejsce niedawno w jednym z 

amerykańskich stanów. Moim zdaniem nie mógł zdarzyć się nigdzie indziej.

W końcu 1961 roku na teksaskim uniwersytecie w Austin miałem okazję 

długo rozmawiać z jednym z protagonistów wydarzenia, które chcę opowiedzieć, 

doktorem Ezrą Winthropem. Jest on profesorem staroangielskiego (sam nie uznaje 

określenia “anglosaski", twierdząc, że ta nazwa kojarzy się z elementem 

dwuczęściowym). Przypominam sobie, że nie zaprzeczywszy mi ani razu, poprawił 

wiele moich błędów i zbyt śmiałych konkluzji. Mówiono mi, że w czasie egzaminów 

woli nie formułować żadnych pytań i zaprasza studenta do wypowiadania się na 

dowolny temat, pozwalając mu wybrać jakieś określone zagadnienie. Winthrop 

pochodzi z Bostonu, ze starej purytańskiej rodziny i wiele go kosztowało nagięcie się 

do zwyczajów i przesądów Południa. Tęsknił za śniegiem, zauważyłem jednak, że 

ludzie Północy umieją chronić się przed zimnem, tak jak my przed upałem. Obraz 

jego, trochę już zamglony, ukazuje mi wysokiego mężczyznę o siwiejących włosach, 

nie tyle zręcznego, ile mocnego. Lepiej przypominam sobie jego kolegę, Herberta 

Locke'a. Ofiarował mi on egzemplarz swej książki “Toward a History of the 

Kenning", w której twierdzi, że Sasi wyzwolili się z tych cokolwiek mechanicznych 

metafor (“droga wieloryba" zamiast “morza", “sokół bitwy" zamiast “orła"), podczas 

gdy poeci skandynawscy przeplatali je i łączyli aż do utraty sensu. Wspomniałem 

Herberta Locke'a, albowiem gra pewną rolę w mym opowiadaniu.

Teraz dochodzę do głównego bohatera, Islandczyka Erica Einarssona. Nigdy 

go nie spotkałem. Przyjechał do Teksasu w 1969 roku, podczas gdy byłem w 

Cambridge, ale listy wspólnego przyjaciela Ramona Martineza Lopeza sprawiły, iż 

miałem uczucie, że znam go doskonale. Wiem, że był gwałtowny, energiczny, 

chłodny w obyciu; w kraju ludzi wysokich mógł uchodzić za wysokiego. Z powodu 

rudych włosów, jak to było do przewidzenia, studenci ochrzcili go Czerwonym 

Erikiem. Był on zdania, że nie najlepszy slang w ustach cudzoziemca zmienia go w 

background image

intruza, wobec czego nigdy nie używał skrótu O.K. Dobry badacz języków 

nordyckich, angielskiego, łaciny i - choć się do tego nie przyznawał - niemieckiego, 

bez trudu wyrobił sobie markę na amerykańskich uniwersytetach. Jego pierwszą 

pracą była monografia na temat czterech artykułów De Quinceya poświęconych 

wpływowi duńskiego na krainę jezior Westmoreland. Po niej napisał drugą na temat 

chłopskiego dialektu w Yorkshire. Obie te publikacje zostały dobrze przyjęte, lecz 

Einarsson był zdania, że jego kariera wymaga czegoś bardziej spektakularnego. W 

1970 roku w Yale opublikował obszerne wydanie krytyczne ballady o bitwie pod 

Maldon. Erudycja, jaką wykazał w przypisach, nie pozostawiała nic do życzenia, lecz 

pewne hipotezy zawarte we wstępie wzbudziły dyskusję w najbardziej elitarnych 

kręgach akademickich. Einarsson twierdził na przykład, że rodzaj ballady 

przypomina - jakkolwiek nie bezpośrednio -heroiczny styl fragmentów “Finnsburha", 

nie zaś opanowaną retorykę “Beowulfa", i że sposób, w jaki miejscami są w niej 

wplatane wzruszające szczegóły, jest interesującą zapowiedzią metod podziwianych, 

słusznie zresztą, w sagach islandzkich. Wniósł również pewne poprawki w tekście 

Elphinstona. Od razu w 1969 roku został mianowany profesorem uniwersytetu w 

Teksasie.

Jak wiadomo, na amerykańskich uniwersytetach dość często odbywają się 

kongresy germanistów. Doktor Winthrop miał szczęście być delegatem na 

poprzednim kongresie w East Lansing. Dziekan jego wydziału, który zresztą 

szykował się do roku wolnego od wykładów, poprosił go, by zastanowił się nad 

kandydatem na następne spotkanie, w Wisconsin. W rzeczywistości było ich tylko 

dwóch: Herbert Locke lub Eric Einarsson.

Podobnie jak Carlyle, Winthrop wyrzekł się purytańskiej wiary swych 

przodków, pozostał jednak wierny ich zasadom etycznym. Nie odmówił swej rady, 

jego obowiązek był zresztą oczywisty. Herbert Locke od 1954 roku nie skąpił mu 

swej pomocy przy opracowywaniu wyczerpującego wydania eposu “Beowulf”, które 

w pewnych określonych wypadkach miało zastąpić edycję Klaebera, teraz zajęty był 

kończeniem czegoś bardzo przydatnego dla germanistyki: słownika angielsko-

anglosaskiego, który miał oszczędzić czytelnikom niepotrzebnego nieraz szperania po 

słownikach etymologicznych. Einarsson był o wiele młodszy. Jego pewność siebie 

ś

ciągnęła nań ogólną niechęć, nie wyłączając niechęci Winthropa. Wydanie 

krytyczne “Finnsburha" niemało przyczyniło się do zwrócenia ogólnej uwagi na jego 

nazwisko. Miał zacięcie polemiczne, na kongresie mógł odegrać większą rolę niż 

background image

milczący i nieśmiały Locke. Nad tym wszystkim zastanawiał się właśnie Winthrop, 

kiedy stało się to, co się stało.

W “Yale Monthly" ukazał się obszerny artykuł na temat studiów nad literaturą 

i językiem anglosaskim. Pod ostatnią linijką widniały nie pozostawiające wątpliwości 

inicjały E.E., a jakby jeszcze tego było mało, słowa University of Texas. Artykuł, 

napisany prawidłową angielszczyzną cudzoziemca, nie pozwalał sobie na najmniejsze 

uszczypliwości, był jednak utrzymany w tonie agresywnym. Autor stwierdzał, że 

rozpoczynanie studiów tego języka od eposu “Beowulf", dzieła starej daty, 

napisanego stylem retorycznym i wergiliańskim, jest nie mniej dowolne niż za-

czynanie ich od zawiłych wierszy Miltona. Doradzał odwrócenie porządku 

chronologicznego: zaczęcie od “Grobu" z XI wieku, w którym pobrzękuje aktualny 

język, a potem cofanie się do początków. Co do “Beowulfa", wystarczy przedstawić 

jakiś fragment tego nudnawego eposu o trzech tysiącach wersów, na przykład rytuały 

pogrzebowe Scylda, powracającego do morza, z którego wyszedł. Nazwisko Winthro-

pa nie było ani razu wzmiankowane, lecz ten ostatni poczuł się osobiście dotknięty. 

Niewymienienie go nie miało znaczenia: ważne było, że podważono jego metody 

pedagogiczne.

Do powzięcia decyzji pozostawało niewiele już czasu. Chcąc być 

sprawiedliwym, Winthrop nie mógł pozwolić, by artykuł Einarssona, ogólnie już 

znany i komentowany, miał wpłynąć na jego decyzję. Wybór był trudny. Któregoś 

ranka zjawił się w dziekanacie; tegoż popołudnia Einarssonowi zlecono oficjalnie 

misję wyjazdu do Wisconsin.

W wilię dnia 19 marca, kiedy to miał nastąpić wyjazd, Einarsson zjawił się w 

gabinecie Ezry Winthropa. Przyszedł pożegnać się i podziękować. Okno wychodzące 

na skośną, obsadzoną drzewami ulicę było obudowane półkami pełnymi książek. 

Einarsson od razu dostrzegł pierwsze wydanie “Eddy Islandorum" w pergaminie. 

Winthrop powiedział, że wie, iż Einarsson dobrze wywiąże się z nałożonego nań 

zadania, i że nie ma za co dziękować. Jeśli się nie mylę, ich rozmowa trwała długo.

- Porozmawiajmy szczerze - powiedział Einarsson. - Absolutnie wszyscy na 

naszym uniwersytecie wiedzą, że jeżeli nasz dziekan, Lee Rosenthal, zaszczycił mnie 

misją reprezentowania nas, zrobił to na skutek pańskich sugestii. Nie chcę pana 

oszukiwać. To prawda, że jestem dobrym germanistą, językiem mojego dzieciństwa 

jest język sag i mam lepszą wymowę niż moi koledzy z Wielkiej Brytanii. Moi 

studenci wymawiają cyning, a nie cunning, wiedzą również, że pod żadnym 

background image

pozorem na wykładach nie wolno im palić ani pojawiać się w hipisowskich strojach. 

Teraz co do mojego zawiedzionego rywala: byłoby w najgorszym guście, gdybym 

zabrał się do krytykowania go; na temat kenningów wykazuje on nie tylko źródłową, 

ale również dokładną znajomość prac Meissnera i Marquardta. Pomińmy jednak te 

drobiazgi. Jestem panu, doktorze, winien osobiste wyjaśnienie. Opuściłem mój kraj 

pod koniec 1967 roku. Jeżeli ktoś decyduje się na wyjazd w dalekie strony, 

niedwuznacznie narzuca sobie obowiązek, że się tam wybije. Moje dwie początkowe 

czysto filologiczne publikacje miały na celu tylko wykazanie moich umiejętności. 

Rzecz jasna, że nie było to dosyć. Zawsze interesowała mnie ballada o Maldon, którą 

z niewielkimi potknięciami mogę deklamować z pamięci. Udało mi się skłonić 

władze Yale do wydania mojej pracy krytycznej na ten temat; jak pan wie, ballada 

opiewa skandynawskie zwycięstwo, ale teza, że miała wpłynąć na późniejsze sagi 

islandzkie, jest moim zdaniem absurdalna i nie do przyjęcia. Wspomniałem o tym, 

tylko by schlebić angielskim czytelnikom.

Teraz przechodzę do sprawy zasadniczej, do mojej polemicznej noty w “Yale 

Monthly". Jak pan wie, usprawiedliwia ona lub chce usprawiedliwić mój system 

nauczania, umyślnie wyolbrzymiając minusy pańskiego, który w zamian za 

narzucenie studentom owych trzech tysięcy zawiłych wersów opowiadających jakąś 

niejasną historię, ofiarowuje im bogaty słownik, który - o ile nie przerwą tego, co 

robią - pozwoli im później korzystać z całego corpus literatury anglosaskiej. 

Prawdziwym celem mego artykułu był wyjazd do Wisconsin. Pan, mój drogi, wie tak 

jak i ja, że kongresy nie są same w sobie wiele warte i powodują zbędne koszta, ale 

dobrze jest mieć je w swoim życiorysie.

Winthrop popatrzył na niego zaskoczony. Był inteligentny, ale skłonny do 

brania wszystkiego zbyt serio, wszystkiego - tak kongresów, jak i wszechświata, w 

końcu również mogącego być kosmicznym żartem. Einarsson ciągnął dalej:

- Może przypomina pan sobie naszą pierwszą rozmowę. Przyjechałem z 

Nowego Jorku, była to niedziela, stołówka uniwersytecka była zamknięta i poszliśmy 

na lunch do “Nighthawk". Dowiedziałem się wówczas wielu rzeczy. Jako prawdziwy 

Europejczyk zawsze uważałem wojnę domową za krucjatę przeciw zwolennikom 

niewolnictwa. Pan dowodził, że Południe było w swoim prawie, chcąc odłączyć się 

od Unii i zachować własne instytucje. Aby nadać większą wagę swej opinii, 

zaznaczył pan, że pochodzi z Północy i że ktoś z pańskich przodków walczył w 

szeregach Henry'ego Hallecka. Wychwalał pan również odwagę konfederatów. W 

background image

odróżnieniu od innych mam dobrego nosa do ludzi. Ów ranek wystarczył mi. 

Zrozumiałem, drogi kolego, że trawi pana specyficzne amerykańskie pragnienie 

bezstronności. Przede wszystkim pragnie pan być fair. Właśnie dlatego, że jest pan 

człowiekiem Północy, usiłuje pan zrozumieć i usprawiedliwić racje Południa. Kiedy 

dowiedziałem się, że mój wyjazd do Wisconsin zależy od pańskiej opinii, 

postanowiłem wykorzystać swoje odkrycie. Zrozumiałem, że zaatakowanie metody, 

jaką posługuje się pan w swych wykładach, jest najskuteczniejszym sposobem, aby 

zapewnić sobie pański głos. Natychmiast napisałem swój artykuł. Obyczaje 

miesięcznika zmusiły mnie do użycia inicjałów, ale zrobiłem co mogłem, by nie 

pozostawić najmniejszych wątpliwości co do tożsamości autora. Niezależnie od tego 

rozgłosiłem wszystko między kolegami.

Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwał Winthrop.

- Teraz rozumiem - powiedział. - Jestem starym przyjacielem Herberta i 

doceniam jego pracę. Pan bezpośrednio czy też pośrednio mnie zaatakował. 

Odmówienie panu mego głosu mogło równać się represji. Porównałem więc wasze 

zasługi, a rezultat pan zna. - Potem dodał, jakby myśląc głośno: - Może chcąc nie 

okazać się małostkowym, uległem próżności. Jak pan widzi, pański fortel nie 

zawiódł.

-  Fortel jest odpowiednim słowem - odparł Einarsson - ale nie żałuję tego, co 

zrobiłem. Uczynię co w mej mocy dla dobra naszego uniwersytetu. Poza tym 

zdecydowałem, że pojadę do Wisconsin.

- Mój pierwszy wiking - powiedział Winthrop, patrząc mu prosto w oczy.

- Jeszcze jeden romantyczny przesąd. Nie wystarczy być Skandynawem, by 

być potomkiem wikingów. Moi rodzice byli dobrymi pasterzami Kościoła 

ewangelickiego; w początkach dziesiątego wieku moi przodkowie byli może dobrymi 

kapłanami Tho-ra. O ile wiem, w mojej rodzinie w ogóle nie zdarzali się ludzie 

morza.

- W mojej było wielu - odparł Winthrop. - Mimo wszystko nie różnimy się tak 

bardzo. Łączy nas wspólny grzech: próżność. Pan mnie odwiedził, by się poszczycić 

swym pomysłowym fortelem, ja poparłem pana, by się poszczycić mą prawością.

- I jeszcze coś nas łączy - odpowiedział Einarsson. - Narodowość. Jestem 

obywatelem amerykańskim. Moje miejsce jest tu, nie w dalekiej Thule. Pan pewnie 

uważa, że paszport nie zmienia charakteru człowieka.

Podali sobie ręce, po czym się rozstali.

background image
background image

Avelino Arredondo

Zdarzyło się to w Montevideo w 1897 roku.

W każdą sobotę grupa przyjaciół spotykała się w “Café del Globo" wokół tego 

samego, stojącego na uboczu stolika, jak robią ludzie przyzwoici i skromni, którzy 

nie chcą pokazywać swoich mieszkań czy też uciekają od swego otoczenia. Wszyscy 

byli mieszkańcami Montevideo i z początku niełatwo im było zaprzyjaźnić się z 

Arredondo, który pochodził z głębi kraju i ani się nie zwierzał, ani nie zadawał pytań. 

Miał niewiele ponad dwadzieścia lat, był chudy, ciemnoskóry, raczej niski i chyba 

tępawy. Jego twarz mogła wydawać się bez wyrazu, gdyby nie oczy jednocześnie 

senne i pełne energii. Pracował w pasmanterii na ulicy Buenos Aires, a w wolnych 

chwilach studiował prawo. Kiedy inni piętnowali szalejącą w kraju wojnę, którą 

według powszechnej opinii prezydent z nikczemnych przyczyn przeciągał, 

Arredondo milczał. Milczał i wtedy, kiedy zarzucano mu skąpstwo.

Niezadługo po bitwie pod Cerros Blancos Arredondo oznajmił kolegom, że 

znika na jakiś czas, bo musi pojechać do Mercedes. Wiadomość nie zaniepokoiła 

nikogo. Ktoś powiedział, by miał się na baczności przed tym nicponiem Apariciem 

Saravią; Arredondo odparł z uśmiechem, że nie boi się białych. Tamten, który zapisał 

się do partii, nic już nie odpowiedział.

Trudniej mu przyszło rozstanie z jego dziewczyną, Klarą. Zrobił to używając 

tych samych słów. Uprzedził ją, by nie czekała na listy, bo będzie bardzo zajęty. 

Klara, która też nie miała zwyczaju pisania, zgodziła się na taki układ. Bardzo się 

kochali.

Arredondo mieszkał pod miastem. Usługiwała mu Mulatka o tym samym 

nazwisku co on, gdyż jej przodkowie byli niewolnikami rodziny Arredonda w czasie 

Wielkiej Wojny. Należała do osób, którym można było w pełni zaufać; nakazał jej, by 

każdemu, kto będzie o niego pytał, mówiła, że jest na wsi. Właśnie odebrał w sklepie 

ostatnią pensję.

Przeniósł się do pokoju w głębi, wychodzącego na ziemne patio. Posunięcie to 

nie było konieczne, ale pomagało mu w wyobcowaniu się, którego pragnął. 

Wróciwszy do zarzuconego zwyczaju drzemania podczas sjesty, z wąskiego 

ż

elaznego łóżka spoglądał ze smutkiem na puste półki biblioteczne. Sprzedał 

wszystkie swe książki, z propedeutyką prawa włącznie. Pozostała mu tylko Biblia, 

background image

której nigdy naprawdę nie poznał i nie przeczytał do końca.

Przeglądał ją strona po stronie, czasami z zainteresowaniem, czasami 

znudzony, i narzucał sobie obowiązek uczenia się na pamięć niektórych rozdziałów 

Księgi Wyjścia i zakończenia Eklezjastesa. Nie usiłował zrozumieć tego, co czytał. 

Był wolnomyślicielem, ale co wieczór odmawiał “Ojcze nasz", bo tak obiecał matce, 

wyruszając do Montevideo. Niedotrzymanie tej synowskiej obietnicy mogło mu przy-

nieść nieszczęście.

Wiedział, że musi doczekać do poranka dwudziestego piątego sierpnia. Znał 

dokładnie liczbę dni dzielących go od tej daty. Po tym terminie czas ustanie lub, 

wyrażając się ściśle, nic, co stanie się potem, nie będzie miało znaczenia. Oczekiwał 

tej daty, jak się czeka na chwilę szczęścia i wyzwolenia. Zatrzymał zegarek, by ciągle 

na niego nie spoglądać, ale co noc słysząc dwanaście ciemnych uderzeń, zrywał 

kartkę z kalendarza, myśląc: o jeden dzień mniej.

Z początku chciał nabrać jakichś przyzwyczajeń: pić mate, palić mocne 

papierosy, które by sam sobie skręcał, czytać i powtarzać na głos pewną liczbę 

stronic, rozmawiać z Klementyną, kiedy na tacy przynosiła mu posiłek, powtarzać i 

przed zdmuchnięciem świec ulepszać pewne przemówienie. Rozmowa z Klementyną, 

kobietą bardzo już starą, nie była łatwa, pamięć jej bowiem ograniczała się do wsi i 

codziennych wiejskich zajęć.

Miał też do dyspozycji szachownicę; rozgrywał na niej chaotyczne partie, 

których nigdy nie kończył. Brakło w tych szachach wieży, zastępował ją zwykle 

nabojem lub dwudziestocentówką.

Aby jakoś zapełnić czas, co rano sprzątał swój pokój za pomocą ścierki i 

miotły oraz zabijał pająki. Mulatce nie podobało się, iż zniża się do zajęć należących 

do niej, których w dodatku nie umie wykonywać.

Wolałby budzić się, kiedy słońce stało już wysoko na niebie, ale 

przyzwyczajenie wstawania o świcie było silniejsze niż jego postanowienia. Bardzo 

tęsknił do przyjaciół, choć bez goryczy myślał o tym, że oni nie tęsknią za nim z 

powodu jego nieprzezwyciężonej rezerwy. Pewnego popołudnia jeden z przyjaciół 

przyszedł zapytać, co się z nim dzieje, ale Mulatka go nie znała i odprawiła go. 

Arredondo nigdy nie miał się dowiedzieć, kto to był. Wiele go kosztowało, jako 

zapalonego czytelnika gazet, zrezygnowanie z tych muzeów nieważnych drobiazgów. 

Nie był człowiekiem skłonnym do medytacji lub wahań.

Jego dni i noce były jednostajne, mimo to najtrudniejsze były niedziele.

background image

W połowie lipca pomyślał, że popełnił błąd, dzieląc czas, który i tak w jakiś 

sposób nami rządzi. Pozwolił wtedy błądzić swym marzeniom po rozległych ziemiach

Urugwaju, dziś zlanych krwią, myśląc o falistych polach Santa Irene, gdzie bawił się 

latawcem, o kucu, który dzisiaj zapewne już nie żył, o kurzu, jaki unosił się po 

przejściu stada prowadzonego przez pasterzy, o sfatygowanym dyliżansie 

przyjeżdżającym co miesiąc z Fray Bentos ze swym ładunkiem błyskotek i tandety, o 

zatoce La Agraciada, gdzie wylądowało Trzydziestu Trzech bohaterów narodowych, 

o Hervidero, o szczytach, lasach i rzekach, o Cerro, na które się wdrapywał, 

docierając aż do latarni morskiej na szczycie, przekonany, że na brzegu La Platy nie 

ma drugiego, które mogłoby się z nim równać. Kiedyś ze wzgórza w zatoce przeniósł 

się myślą do wzgórza w herbie Montevideo i zasnął.

Co noc wiatr od morza przynosił chłód ułatwiający sen. Nie zaznał 

bezsenności.

Bardzo kochał swoją dziewczynę, ale powiedział sobie, że mężczyzna nie 

powinien myśleć o kobietach, zwłaszcza wtedy, gdy odczuwa ich brak. Wieś 

przyzwyczaiła go do czystości. Co do tamtej sprawy... Usiłował jak najmniej myśleć 

o człowieku, którego nienawidził.

Deszcz bębniący o dach tarasu dotrzymywał mu towarzystwa.

Dla więźnia lub ślepca czas płynie niby woda po łagodnej pochyłości. Mniej 

więcej w połowie okresu swego odosobnienia Arredondo zdołał niejeden raz poczuć 

się jakby w czasie poza czasem. Na pierwszym patio była studnia, w głębi której 

siedziała ropucha; nigdy nie przyszło mu do głowy, że tym, czego by pragnął, jest 

czas ropuchy, czas graniczący z wiecznością. Kiedy termin już się zbliżał, zaczął się 

znowu niecierpliwić. Pewnej nocy nie wytrzymał i wyszedł na ulicę. Wszystko 

wydało mu się inne, jakby większe. Na rogu zobaczył światło i wszedł do szynku. 

Aby usprawiedliwić swą obecność, zamówił kieliszek gorzkiej cana. Żołnierze 

rozparci przy drewnianym szynkwasie rozmawiali. Jeden z nich powiedział:

- Wiecie, że jest surowo zakazane podawanie jakichkolwiek wiadomości o 

walkach. Wczoraj wieczór zdarzyło się nam coś, co was zabawi. Wraz z jednym 

chłopakiem z koszar przechadzaliśmy się przed gmachem redakcji “La Razón". Na 

ulicy usłyszeliśmy dochodzące ze środka słowa, sprzeczne z tym zakazem. 

Weszliśmy, nie tracąc czasu. Ciemno tam było jak w grobie, więc po omacku 

puściliśmy serię w kierunku mówiącego. Kiedy wreszcie zamilkł, zaczęliśmy go 

szukać, żeby go wyciągnąć nogami do przodu, i wtedy przekonaliśmy się, że to 

background image

maszyna, takie coś, co się nazywa fonograf, że to samo gadało.

Wszyscy się roześmieli.

Arredondo słuchał ich gadaniny w milczeniu. Jeden z żołnierzy zapytał go:

- Jak ci się podoba ten dowcip, chłopie?

Arredondo nie odpowiedział, wtedy chłopak w mundurze zwrócił się do 

niego, przysuwając blisko twarz:

- Natychmiast krzyknij: “Niech żyje prezydent Juan Idiarte Borda!"

Arredondo posłuchał rozkazu. Wśród kpiących okrzyków doszedł do drzwi. 

Już był na ulicy, kiedy usłyszał ostatnią obelgę:

- Strach się nie boi ani nie obraża.

Zachował się jak tchórz, ale wiedział, że nim nie jest. Spokojnie wrócił do 

domu.

Dwudziestego piątego sierpnia Avelino Arredondo zbudził się po dziewiątej. 

Najpierw pomyślał o Klarze, dopiero później o dacie. Powiedział do siebie z ulgą:

- Koniec męki oczekiwania. Oto nadszedł dzień.

Ogolił się bez pośpiechu i w lustrze ujrzał swą zwykłą twarz. Wybrał 

czerwony krawat i ubrał się w to, co miał najlepszego. Obiad zjadł późno. Szare niebo 

groziło deszczem - zawsze wyobrażał sobie, że to będzie promienny dzień. Poczuł 

ś

ciśnięcie serca na myśl, że na zawsze opuszcza wilgotną izdebkę. W sieni natknął się 

na Mulatkę i oddał jej ostatnie pieniądze, jakie mu jeszcze pozostały. Na metalowej 

ż

aluzji mydlarni zobaczył kolorowe trapezy i pomyślał sobie, że zapomniał o nich już 

przeszło dwa miesiące temu. Ruszył w stronę ulicy Sarandi. Był to dzień świąteczny i 

na ulicach nie było wielu ludzi.

Nie wybiła trzecia, kiedy doszedł do placu Matriz. Właśnie skończyło się “Te 

Deum" i grupki mężczyzn, wojskowych i księży, powoli schodziły po stopniach 

kościoła. Na pierwszy rzut oka cylindry, czasem trzymane w rękach, mundury, 

galony, broń, sutanny mogły dać złudzenie, że jest ich wielu. W rzeczywistości nie 

było więcej niż jakieś trzydzieści osób. Arredondo nie czuł strachu, lecz coś w 

rodzaju szacunku. Zapytał, który z nich jest prezydentem. Odpowiedziano mu:

- Ten obok arcybiskupa w mitrze i z pastorałem.

Wyjął rewolwer i wystrzelił.

Idiarte Borda zrobił parę kroków, padł na wznak i powiedział wyraźnie:

- Umieram.

Arredondo oddał się do dyspozycji władz. Jakoby potem zadeklarował:

background image

- Należę do partii czerwonych, co stwierdzam z dumą. Zabiłem prezydenta, 

który zdradził i zgnoił naszą partię. Zerwałem z przyjaciółmi i z dziewczyną, żeby ich 

w to nie wplątywać. Nie czytywałem gazet, by nikt nie mógł powiedzieć, że zostałem 

namówiony. Ten akt sprawiedliwości jest mój i tylko mój. A teraz mnie sądźcie.

Tak to mniej więcej wyglądało, aczkolwiek w sposób mniej prosty; wolno mi 

jednak wyobrażać sobie, że właśnie tak.

background image

Krążek

Jestem drwalem. Nazwisko nie ma znaczenia. Chata, w której się urodziłem 

i w której niezadługo umrę, stoi na skraju lasu. O tym lesie mówią, że ciągnie się aż 

do morza otaczającego całą ziemię, po którym krążą drewniane domki, takie jak mój. 

Bo ja wiem? Nigdy go nie widziałem. Nie widziałem też drugiego krańca lasu. Kiedy 

byliśmy mali, mój starszy brat kazał mi przysiąc, że we dwóch wyrąbiemy cały las do 

ostatniego drzewa. Mój brat umarł, a ja szukam i będę szukał czegoś całkiem innego. 

Na zachodzie płynie rzeczka, w której można łowić ryby ręką. W lesie są wilki, ale 

nie boję się ich, a moja siekierka nigdy mnie nie zawiodła. Nigdy nie liczyłem też 

swoich lat, choć wiem, że mam ich dużo. Moje oczy już nie widzą. We wsi, dokąd 

zresztą nie chodzę, żeby nie zabłądzić, uważają mnie za sknerę. Ale do czego mógł w 

ż

yciu dojść drwal?

Drzwi domu przyciskam kamieniem, żeby się tam nie dostał śnieg. Pewnego 

popołudnia usłyszałem ciężkie kroki, a potem stukanie. Otworzyłem i wszedł jakiś 

obcy człowiek. Był wysoki, stary, owinięty w zniszczony koc. Na twarzy miał bliznę. 

Lata dodały mu więcej chudości, niż odebrały sił, lecz zauważyłem, że chodzi o lasce. 

Zamieniliśmy parę słów, których nie pamiętam. Wreszcie rzekł:

- Nie mam domu i sypiam, gdzie popadnie. Przeszedłem całe królestwo 

anglosaskie.

Te słowa pasowały do jego wieku. Mój ojciec zawsze mówił o królestwie 

anglosaskim, teraz ludzie mówią o Anglii.

Miałem chleb i rybę. W czasie posiłku milczeliśmy. Zaczęło padać. Z paru 

skór zrobiłem mu posłanie na klepisku, na którym umarł mój brat. Kiedy zapadła noc, 

zasnęliśmy.

Wyszliśmy z domu o świtaniu. Deszcz ustał, a na ziemi leżał świeży śnieg. 

Upadła mu laska, którą mi kazał podnieść.

- Dlaczego mam cię słuchać? - zapytałem.

- Bo jestem królem - odparł.

Pomyślałem, że to wariat. Podniosłem laskę i podałem mu ją.

Przemówił już innym głosem:

- Jestem królem Secgenów. Wielekroć wiodłem ich poprzez ciężkie bitwy do 

zwycięstwa, lecz w chwili dopełnienia się przeznaczenia straciłem moje królestwo. 

background image

Moje imię jest Isern, a pochodzę z rodu Odyna.

- Nie czczę Odyna - rzekłem. - Czczę Chrystusa.

Ciągnął dalej, jakby mnie nie usłyszał:

- Przemierzam drogi wygnania, ale wciąż jestem królem, bo mam krążek. 

Chcesz go zobaczyć?

Otworzył kościstą dłoń. Nie było w niej nic. Wtedy zdałem sobie sprawę, że 

przez cały czas miał zaciśniętą pięść. Wbijając we mnie wzrok, powiedział:

- Możesz go dotknąć.

Nie bez nieufności dotknąłem czubkami palców jego dłoni. Poczułem coś 

zimnego i dojrzałem błysk. Jego dłoń nagle się zamknęła. Nie powiedziałem nic. 

Tamten ciągnął dalej, cierpliwie, jakby mówił do dziecka:

- To jest krążek Odyna. Ma tylko jedną stronę. Na całym świecie nie ma 

drugiej rzeczy, która by miała tylko jedną stronę. Póki będzie w mojej ręce, będę 

królem.

- Jest ze złota? - zapytałem.

- Nie wiem. To krążek Odyna i ma tylko jedną stronę.

Wtedy poczułem żądzę, by posiąść ten krążek. Gdyby był mój, mógłbym go 

sprzedać, wymienić na sztabkę złota, być królem.

Powiedziałem do włóczęgi, którego do dziś nienawidzę:

- W chacie mam ukrytą szkatułkę pełną monet. Są ze złota i lśnią jak 

siekierka. Jeżeli dasz mi krążek, oddam szkatułkę.

Odrzekł z uporem:

- Nie chcę.

- A więc - powiedziałem - idź swoją drogą.

Odwrócił się do mnie tyłem. Wystarczyło uderzenie siekiery w kark, by 

zachwiał się i padł, lecz padając, otworzył pięść i zobaczyłem w powietrzu złoty 

błysk. Dobrze zaznaczyłem miejsce siekierką i zaciągnąłem trupa aż do wezbranego 

strumienia. Tam go cisnąłem.

Po powrocie do domu szukałem krążka. Nie znalazłem go. Od lat bez przerwy 

go szukam.

background image

Księga piasku

...thy rope of sands...

George Herbert (1593-1633)

Linia składa się z nieskończonej liczby punktów; płaszczyzna z nieskończonej 

liczby linii; objętość z nieskończonej liczby płaszczyzn; nadobjętość z nieskończonej 

liczby objętości... Nie, zdecydowanie to more geometrico nie jest najlepszym 

sposobem zaczęcia mojej opowieści. Teraz stało się zwyczajem twierdzenie, że każde 

opowiadanie fantastyczne jest prawdziwe; moje jednak jest prawdziwe.

Mieszkam sam, na czwartym piętrze przy ulicy Belgrano. Parę miesięcy temu, 

o zmroku, ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem nieznajomego. 

Był to wysoki mężczyzna o niewyraźnych rysach. Może zresztą taki mi się wydał z 

powodu mej krótkowzroczności. Wyglądał ubogo, lecz schludnie. Był w szarym 

ubraniu, a w ręku miał walizkę, też szarą. Od razu domyśliłem się, że to 

cudzoziemiec. Z początku sądziłem, że jest stary; potem spostrzegłem, iż zmyliły 

mnie jego przerzedzone włosy, tak jasne, że niemal białe, jakie często miewają 

Skandynawowie. W czasie naszej rozmowy, która nie trwała nawet godziny, 

dowiedziałem się, że pochodzi z Orkadów.

Wskazałem mu krzesło. Milczał chwilę, zanim zaczął mówić. Wiało od niego 

melancholią, tak jak teraz chyba wieje nią ode mnie.

- Sprzedaję biblie - powiedział.

Nie bez pedanterii odpowiedziałem:

- W tym domu jest parę biblii angielskich, z pierwszą Johna Wiclifa włącznie. 

Posiadam również biblie Cipriano de Valera oraz Lutra, która literacko jest 

najsłabsza, i łaciński egzemplarz Wulgaty. Jak pan sam widzi, biblie nie są mi 

specjalnie potrzebne.

Po chwili ciszy odparł:

- Sprzedaję nie tylko biblie. Mogę panu pokazać świętą księgę, jaką nabyłem 

w zapadłym kącie Bikaniru. Może ona pana zainteresuje.

Otworzył walizkę i położył ją na stole. Był to tom in octavo, oprawny w 

materiał. Niewątpliwie przeszedł przez wiele rąk. Kiedy go oglądałem, zaskoczył 

mnie jego niezwykły ciężar. Na grzbiecie był napis Holy Writ, a pod spodem 

background image

Bombay.

- Dziewiętnasty wiek, prawda? - zapytałem.

- Nie wiem, nigdy tego nie wiedziałem - brzmiała odpowiedź.

Otworzyłem księgę na chybił trafił. Litery były nie znane. Strony, które 

wydawały się zniszczone, a ich typografia marna, były drukowane w dwóch 

kolumnach, tak jak biblie. Tekst był gęsty, ułożony wersetami. W górnym rogu 

każdej strony widniały arabskie cyfry. Zastanowiło mnie, że strona parzysta nosiła 

(powiedzmy) numer 40 514, nieparzysta zaś, idąca zaraz po niej, numer 999. 

Odwróciłem ją: na jej odwrocie znalazłem numer ośmiocyfrowy. Była też tam mała 

rycina, z rodzaju tych, jakie znajdują się w encyklopediach: kotwiczka, narysowana 

piórkiem, niby niezdarną ręką dziecka.

Wtedy właśnie nieznajomy powiedział:

- Niech pan dobrze się jej przypatrzy. Nie zobaczy jej pan nigdy więcej.

Coś jakby groźba zabrzmiało w tym zapewnieniu, ale nie w głosie.

Zapamiętałem miejsce i zamknąłem tom. Natychmiast go otwarłem. 

Nadaremnie strona po stronie szukałem rysunku kotwicy. Aby pokryć zmieszanie, 

powiedziałem:

- Jest to wersja Pisma w którymś z języków hindustańskich, nieprawdaż?

- Nie - odpowiedział. Potem zniżył głos, jakby chciał powierzyć mi jakiś 

sekret: - Nabyłem ten egzemplarz w miasteczku na równinie w zamian za Biblię i 

parę rupii. Ten, co go posiadał, nie umiał czytać. Podejrzewam, że Księgę Ksiąg 

uważał za amulet. Należał do bardzo niskiej kasty: nie można było nadepnąć na jego 

cień bez zarażenia się. Powiedział mi, że jego książka nazywa się Księgą Piasku, 

albowiem ani ta księga, ani piasek nie mają początku ni końca.

Poprosił, bym poszukał pierwszej strony.

Oparłem lewą rękę na okładce i otworzyłem księgę dwoma niemal ściśniętymi 

palcami: dużym i wskazującym. Wszystko nadaremnie: między okładką a ręką 

zawsze znajdowało się parę stron, jakby kiełkowały z książki.

- A teraz niech pan poszuka ostatniej.

I to również mi się nie udało; zaledwie, nie swoim głosem, zdołałem wyjąkać:

- Nie może to być.

Sprzedawca biblii ściszonym tonem powiedział:

- Nie może być, ale jest. Liczba stronic w tej książce jest dokładnie 

nieskończona. Żadna nie jest pierwsza. Żadna nie jest ostatnia. Nie wiem, czemu są 

background image

tak, a nie inaczej ponumerowane. Może dlatego, by wykazać, że określenie 

nieskończoności wymyka się jakimkolwiek liczbom. - Po czym, jakby myśląc głośno, 

dodał: - Jeżeli przestrzeń jest nieskończona, jesteśmy w jakimkolwiek punkcie 

przestrzeni. Jeżeli czas jest nieskończony, jesteśmy w jakimkolwiek punkcie czasu.

Jego rozważania rozdrażniły mnie, więc powiedziałem:

- Pan jest zapewne wierzący?

- Tak, jestem prezbiterianinem. Moje sumienie jest spokojne. Jestem pewien, 

ż

e nie oszukałem tamtego człowieka, dając mu Słowo Boże w zamian za tę diabelską 

księgę.

Zapewniłem go, że nie powinien robić sobie żadnych wyrzutów, i zapytałem, 

czy znalazł się w tych stronach przypadkiem. Odparł, że za parę dni chce wracać do 

ojczyzny. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że jest Szkotem z Orkadów. 

Powiedziałem, że ja osobiście bardzo kocham Szkocję poprzez miłość do Stevensona 

i Hume'a.

- I zapewne do Robbie Burnsa - uzupełnił.

W czasie rozmowy przeglądałem nieskończoną księgę. Z udaną obojętnością 

zapytałem:

- Chce pan zaoferować ten ciekawy egzemplarz British Museum?

- Nie. Proponuję go panu - odparł i wymienił wysoką cenę.

Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że taka suma przekracza moje 

możliwości, i zamyśliłem się. Po paru minutach miałem gotowy plan.

- Proponuję panu pewną transakcję - rzekłem. - Pan dostał ten tom za parę 

rupii oraz Pismo Święte; ofiarowuję zań panu moją miesięczną emeryturę, którą 

właśnie podjąłem, i odziedziczoną po mych rodzicach Biblię Wiclifa wydrukowaną 

gotykiem.

- A black letter Wiclif! - wymruczał.

Poszedłem do sypialni i przyniosłem pieniądze oraz Biblię. Przerzucił parę 

kartek i obejrzał okładkę z zapałem bibliofila.

- W porządku - powiedział.

Byłem zdziwiony, że się nie targuje. Potem dopiero miałem zrozumieć, iż 

przyszedł do mnie już zdecydowany, by sprzedać księgę. Schował pieniądze, nie 

licząc.

Mówiliśmy o Indiach, o Orkadach, o norweskich jarls, którzy tymi wyspami 

rządzili. Kiedy wyszedł, była już noc.

background image

Nie zobaczyłem go więcej i nie poznałem jego nazwiska.

Miałem zamiar wstawić Księgę Piasku w puste miejsce po Wiclifie, ale w 

końcu zdecydowałem schować ją za niekompletną edycję “Księgi tysiąca i jednej 

nocy".

Postawiłem ją tam i nie mogłem zasnąć. O trzeciej czy czwartej nad ranem 

zapaliłem światło. Wziąłem tę niezwykłą księgę i zacząłem ją przeglądać. Na jednej 

ze stron zobaczyłem rysunek maski. W rogu miała nie wiem już jaką cyfrę 

podniesioną do dziesiątej potęgi.

Nikomu nie pokazałem mej zdobyczy. Do szczęścia jej posiadania dołączył 

się lęk, by mi jej nie ukradziono, a potem nieufność, że może jednak nie okaże się 

nieskończona. Te dwie obawy pogłębiły moją dawną mizantropię. Miałem jeszcze 

garść przyjaciół - przestałem ich widywać. Stałem się więźniem księgi i niemal 

zaprzestałem wychodzenia na ulicę. Za pomocą lupy przebadałem jej zniszczony 

grzbiet i okładki i odrzuciłem przypuszczenie jakichkolwiek sztuczek. Sprawdziłem, 

ż

e małe ryciny oddalone są od siebie o dwa tysiące stron. Zapisałem je w notatniku 

alfabetycznym, który dość szybko się wypełnił. Nigdy się nie powtórzyły. Nocą, w 

czasie krótkich chwil, kiedy udawało mi się zasnąć, śniłem o księdze.

Lato miało się ku końcowi, kiedy zrozumiałem, że jest to księga monstrualna. 

Na nic się nie zdały rozważania, że nie mniej potworny jestem ja sam, kiedy oglądam 

ją oczami, dotykam dziesięcioma zakończonymi paznokciami palcami. Poczułem, że 

jest ona jakimś koszmarem, czymś nieczystym, co bezcześci i przenika 

rzeczywistość.

Pomyślałem o ogniu, ale zląkłem się, że spalenie nieskończonej księgi będzie 

również nieskończone i zadusi dymem całą planetę.

Pamiętam, że czytałem, iż najlepiej schować liść pomiędzy liśćmi. Przed 

pójściem na emeryturę pracowałem w Bibliotece Narodowej, w której znajduje się 

dziewięćset tysięcy tomów: wiem, że na prawo z holu kręcone schodki giną w 

mrokach suteren, gdzie złożone są czasopisma i mapy. Skorzystałem z nieuwagi 

pracowników, by zgubić Księgę Piasku na jednym z pełnych wilgoci regałów. 

Postarałem się nie zauważyć, na jakiej wysokości ani w jakiej odległości od drzwi ją 

umieszczam.

Trochę mi ulżyło, ale nadal nie chcę nawet przechodzić ulicą México.

background image

Epilog

Pisanie prologu do nie czytanych jeszcze opowiadań jest zadaniem właściwie 

niemożliwym, jako że wymaga analizy wątków, których nie należy zdradzać. Z tych 

względów wolę napisać epilog.

Opowiadanie początkowe podejmuje stary temat sobowtóra, który tylekroć 

kusił zawsze szczęśliwe pióro Stevensona. W Anglii nosi on nazwę fecht lub bardziej 

literacko wraith of the living. W Niemczech - Doppelgänger. Podejrzewam, ż

najdawniejszą formą było alter ego. Ta zjawa poczęła się zapewne od odbić w 

zwierciadłach metalu czy wody lub po prostu od pamięci, która z każdego z nas robi 

aktora i widza zarazem. Moim obowiązkiem było sprawić, by rozmówcy byli 

dostatecznie różni i dostatecznie podobni, by być jednym i tym samym. Czy warto 

wspominaćże pomysł tej historii przyszedł mi do głowy nad brzegami rzeki Charles 

w Nowej Anglii, której zimny bieg przywiódł mi na myśl dalekie wody Rodanu?

Miłość jest bardzo często tematem mych wierszy; inaczej jest z prozą, gdzie 

występuje raz jeden: w “Ulrice". Czytelnicy zauważą jej formalne zbliżenie do 

Tamtego".

“Kongres" jest najdłuższym opowiadaniem z tego tomu, o założeniu tak 

szerokim, że w końcu łączącym się z kosmosem i z sumą wszystkich dni. Niejasny 

początek pragnie przypomnieć temat fikcji Kafki; koniec - wznieść się, z pewnością 

daremnie, do ekstazy Chestertona lub Johna Bunyana. Nigdy nie zasłużyłem na 

podobne olśnienie, ale udało mi się je wyśnić. Moim zwyczajem wplotłem w to 

opowiadanie szczegóły autobiograficzne.

Przeznaczenie, które - jak głosi fama - jest niezbadane, nie dawało mi 

spokoju, dopóki nie przejrzałem pośmiertnego opowiadania Lovecrafta, pisarza, 

którego zresztą zawsze uważałem za nieświadomego parodystę Poego. W końcu 

uległem; pożałowania godny owoc tej kapitulacji nosi tytuł “There Are More 

Things".

“Sekta Trzydziestu" opisuje bez żadnego dokumentalnego zaplecza historię 

domniemanej herezji.

“Noc darów" jest może najprostszym opowiadaniem w tym tomie, 

najgwałtowniejszym i najbardziej egzaltowanym.

“Biblioteka Babel"

*

 (1941) wyobraża nie kończącą się liczbę książek; 

background image

“Undr" oraz “Zwierciadło i maska" - odwieczne dzieła składające się z jednego 

wyrazu.

“Utopia człowieka zmęczonego" jest moim zdaniem opowieścią najuczciwszą

a zarazem najbardziej melancholijną z całej serii.

Zawsze mnie zaskakiwała obsesja etyczna u Amerykanów z Północy; “Fortel" 

chce odzwierciedlić ten rys.

Mimo Johna Feltona, Charlotty Corday, znanej opinii Rivery Indarte 

(“Jest rzeczą świętą zamordować Rosasa") i urugwajskiego hymnu narodowego 

(“Tak, tyrani, Brutusa sztylet wziąć") nie zgadzam się z morderstwem politycznym. 

Cokolwiek by było, czytelnicy samotnej zbrodni Arredonda zechcą dowiedzieć się jej 

zakończenia. Luis Melidn Lafinur prosił o jego uniewinnienie, lecz sędziowie Carlos 

Fein i Cristóbal Salvanac skazali go na miesiąc odosobnienia i na pięć lat 

więzienia. Dziś jedna z ulic Montevideo nosi jego imię.

Dwa różne i niepojęte przedmioty są tematem ostatnich opowiadań. “Krążek" 

to koło Euklidesa, które zakłada możliwość istnienia jednej strony; “Księga piasku"

tom o niezliczonej liczbie stron.

Mam nadziejęże pospieszne notki, które właśnie skończyłem dyktować, nie 

wyczerpują tej książki i że jej fantazje będą puszczały pędy w gościnnej wyobraźni 

tych, którzy ją właśnie zamykają.

J. L. B.

Buenos Aires, 3 lutego 1975