background image

Kowalewski - MARTA - HITLER 

 
 
Niezwykłym zdarzeniem losu stało się udziałem zwykłych śmiertelników, że o tej samej porze, gdy 
podpisywano zawieszenie broni pomiędzy uczestnikami europejskiej wojny powszechnej w 
pamiętnym dniu 11 listopada 1918 roku za panowania cesarza Wilhelma w Alte Deutsche Stadt 
Kreuzburg... równo o godzinie jedenastej w bólach jęczącej ze szczęścia matki, przyszło na świat 
dziecię płci żeńskiej. W imieniny miesiąca, w imieniny godziny ochrzczono je z uzasadnionej 
obawy o kruche zdrowie nowonarodzonej. Nadano jej piękne imię Marta. Ojciec od kilku miesięcy 
spoczywał w ziemi na jednym z dalekich pól bitewnych pogodzonej chwilowo Europy. Na 
zgliszczach miast, w oparach pobojowisk dojrzewał kolejny układ nie mający szans na rzeczywistą 
realizację zawartych w nim szczytnych, przyznajmy to, zamierzeń. Sygnatariusze aktu końcowego 
wersalskiej konferencji pokojowej mieli świadomość, że zredagowali jedynie usprawiedliwienie 
zbiorowego mordu na milionach ludzkich istnień, niezależnie od ich narodowości. W miasteczku 
półsierota miała nie tylko podobne sobie losem rówieśniczki, ale w miarę dorastania i kształcenia 
się w towarzystwie panien z dobrych domów, poznawała ponurą historię miasta od 
średniowiecznego Zakonu Kawalerów Mieczowych (Szpitalników) - okrwawionych w boju za 
wiarę założycieli grodu, do zasłyszanych opowieści, rozpowszechnianych poza pensją, w 
odwiedzanych domach i na ulicach miasteczka. Rycerze z czarnymi krzyżami na płaszczach 
zakonnych pozostawili po sobie przepastne lochy i zamurowane żywcem w kościelnym murze 
postaci grzeszników i przerażające historie powtarzane z pokolenia na pokolenie aż po dzień 
dzisiejszy.  

Marzenia i obawy panienek bywają ich tajemnicą do czasu zawierzenia ich rówieśniczkom. 
Wówczas okazuje się dopiero, jak bardzo są do siebie podobne, na jawie i we snach. Marta śniła 
wielokrotnie o tajemniczych rycerzach i zakonnicy, która uległa jednemu z tych rosłych 
wspaniałych i pięknych mężczyzn. Kara za wiarołomstwo była okrutna. Żaden z sądzących jej 
występek nie znał litości. Skazana na zamurowanie żywcem poprosiła o spowiednika, ale nawet ten 
już ją opuścił. Dla wiary i kościoła była straconą na wieczność, już umarłą duszą.  
Przez kilka dni tkwiła konając powoli z głodu i pragnienia w kamiennych przyporach świątyni.  
Trwała tam w milczeniu jako okrutne memento dla pozostałych mniszek i pozostających na 
wolności białogłów. Nikt nie ośmielił się pospieszyć jej z pomocą, bowiem i to nie miałoby 
żadnego sensu. Przedłużyłoby jedynie czas oczekiwania śmierci. Kiedy osądzona i skazana 
winowajczyni wyzionęła wreszcie ducha, jej doczesne szczątki pokryła skorupa zastygającej 
szybko zaprawy murarskiej. Zachowano jednak zarys jej sylwetki ku pamięci tego smutnego faktu 
dla potomnych. Marta nie raz, nie dwa, przystawała przed kamiennym zarysem twarzy zakonnicy i 
starała się odczytać z niego tajemnicę męki człowieka pozostawionego już tylko sobie, 
pozbawionego szans na ocalenie... Odgadywała w myślach, co mogła czuć ta istota wystawiona w 
ostatnich chwilach swojego życia na publiczny widok oglądających jej mękę przechodniów. 
Spojrzenie żywej i umarłej zaiskrzyło pomiędzy kobietami, które oddzieliły całe wieki, a przecież 
zjednoczyło po pewnym czasie równie wielkie, siostrzane cierpienie. 
Życie wyedukowało Martę okrutnie, na wskroś prześwietlając możliwości tego wątłego organizmu. 
Przećwiczyło ją we wszelkich możliwych sytuacjach, których zwykły człowiek by nie zdzierżył. 
Okazała się pojętną uczennicą i wytrwałą obywatelką III Rzeszy, jak na aryjską matkę przystało. 
Była wśród wiwatujących na cześć Wodza tłumów, chociaż nikt nie zapamiętał, czy brała czynny 
udział w wiecach, marszach i seansach kronik frontowych. Żyła rytmem mas poddanych sprawnie 
działającej maszynie propagandowej. Ulegała, jak wielu innych, podlegała prawodawstwu 
wojennemu, a po wyzwoleniu kraju z okupacji hitlerowskiej nie zamykała oczu i uszu na to, co 

background image

usiłowano wtłoczyć w jej chłonny umysł i otwarte serce. Ufność naiwnej osoby też ma jednak 
swoje granice. Z czasem Marta coraz bardziej gubiła się aż wreszcie zupełnie przestała pojmować, 
co się wokoło niej zmieniało, co się stało z nią, o co w ogóle mają do niej żal jej bliźni. 
Jeszcze za życia Ojca Narodów - batki Stalina i jego wiernego czekisty Bieruta, Marta spacerowała 
obok dwóch sąsiadujących ze sobą szkół podstawowych. Trafiła na przerwę, podczas której 
uczniowie obrzucali się niemieckimi przekleństwami i śnieżkami. Polskich , równie dosadnych 
słów też nie zabrakło w odpowiedzi. W miektóre śnieżki wlepiano kostkę koksu z pobliskiego 
stosu zgromadzonego na opał budynku. Jedna z takich kul śniegowych dosięgła przypadkowo 
przechodzącej Marty. Polała się krew na włosy. Zlepiła je w rudą plątaninę krzepnącej mazi i 
zniszczonej krwawiącą raną fryzury. Krew, ropa, pot, mocz i wszelkie płyny ustrojowe, jakie może 
wydalać ludzki organizm wytoczyły się z leżącego na chodniku ciała. Marta nagle poczuła wstyd, 
że oglądają jej fizjologiczną bezradność przygodni gapie, i zaraz potem ulgę, kiedy okazało się to 
jedynie jej chwilowym omamem.  

W tej chwili zmasakrowana twarz Marty nie przypominała wcale kształtnej główki kobiecej za 
muślinowymi firankami salonu, wsłuchanej w muzykę wiedeńskich klasyków. Obraz ten pojawił 
się na krótką chwilę, przemknął w myślach zranionej kobiety i natychmiast zniknął, jak bańka 
mydlana. Zlitował się nad Martą i zajął się nią troskliwie felczer zatrudniony w szkole uznawanej 
przez uczniów z przeciwnej strony za poniemiecki pomiot i dziedzictwo, które jak najszybciej 
trzeba zburzyć. Uzasadniona poniekąd nienawiść do pokonanych wrogów przeszła na 
pozostawione przez nich gmachy, nawet jeśli to były instytucje tak bardzo potrzebne i użyteczne 
miejscowej społeczności, jak poczta, szpital czy szkoła.  
Ulegając nastrojom i podszeptom usposobionych wojowniczo mieszkańców Kluczborka należałoby 
zniszczyć połowę ocalałego z wojny miasteczka, a przecież nie przelewało się w państwie 
odbudowującym na razie wysiłkiem całego narodu, własną Stolicę. Niedouczony konował mógł 
zatamować krew, to wszystko. Ten dobry, współczujący wszystkim pacjentom, człowiek nie 
potrafił jednak uleczyć dawno zabliźnionych ran głęboko skrytych w zbolałym ciele cierpiącej 
dzień po dniu katusze powracających wspomnień, Marty. 
Dręczące i toczące duszę, jak rak, obrazy z przeszłości, oddalała próbując oddać się innym 
wspomnieniom, z własnego domu rodzinnego, gdzie przed wielu laty fotografowali się w ogrodzie, 
słuchali muzyki, grali a przede wszystkim długo i namiętnie rozprawiali o sztuce  

i filozofii. Potem rozgrzani winem, tańcem i upojeni recytowaniem wierszy oddawali się miłości 
długo w noc, czego jednak w najtajniejszych albumach nie uświadczysz...  
Cudem ocalałe z wojennej gehenny książki a nawet kruche płyty stanowiły teraz jej prywatny azyl., 
gdzie nikt nie mógł jej skrzywdzić, wyszydzić, obrazić... Dopiero, gdy wychodziła do miasta 
wzbudzała irytację wśród zdrowych i pięknych, ustabilizowanych, pogodzonych  
z nowym porządkiem panującym w socjalistycznej ojczyźnie, Polaków. 
Mijały dni, miesiące, pory roku, wreszcie całe lata. Wylatujący jak z procy, po lekcjach ze szkoły 
uczniowie spotykali złorzeczącą im Martę i odwzajemniali się jej celnymi rzutami. Trafiały ją tym 
razem pociski z kolczastych kasztanów. Gwałtownie gestykulowała odgrażając się szczeniakom 
bełkotliwym stekiem przekleństw, z których chłopcy niewiele pojmowali. Naśladowali tylko jej 
komiczne ruchy przekrzykując się wrzaskami: Marta!.Heilll - Hitler.kaputt!!! Część z nich 
efektownie padała na trawę z okrzykami: Oh, Mein Gott! udając poległych Niemców.  
Nie mogli nawet wyobrazić sobie przerażenia i ogromu złych wspomnień jakie wzbudzali w niej 
tym widokiem. Ciała poległych z obu wojen, więzionych w obozach, rozstrzeliwanych braci i sióstr 
stawały jej przed oczami. Nieustający w sennym marszu szpaler dawno umarłych nie pozwalał jej 
ze spokojem powracać do świata żywych. 

background image

Kilku najbardziej sprawnych i przebiegłych urwisów okrążało nieszczęśliwą kobietę znienacka 
rzucając w jej stronę zdradliwy, kasztanowy pocisk. Zdesperowana nie mogąc znieść widoku 
hitlerowskiego pozdrowienia w wykonaniu smarkaczy, rejterowała z pola bitwy żegnana 
okrzykami: Marta, Hitler! Rodzice winowajców przetrzepali czasem skórę swoim krnąbrnym 
latoroślom, ale w końcu sama Marta dała spokój ze skargami. Ani w mowie, ani w piśmie nie 
radziła sobie z niełatwym dla niej językiem, którego do tej pory nie miała okazji, ani wyraźnej 
potrzeby sumiennie poznawać. 
Praktycznie nikt się nie przejmował jej prywatną gehenną a mieszkańcy Kluczborka schodzili jej z 
drogi, kiedy tylko pojawiała się w zasięgu ich wzroku. Podobno czas goi rany. Wydaje się, że jest 
najlepszym lekarzem zranionej duszy człowieka. Marta była chodzącą, ropiejącą i wciąż otwartą 
wobec winowajców, raną. Nikt nie lubi się przyznawać, a codzienny widok zjawiającej się na 
ulicach, w rynku i w parku imienia Nikołaja Rigaczina wszystkich szokował tak skutecznie, że 
trudno było uznać dzień za obiecujący. Ludzie obawiali spotkać się oko w oko ze krążącą po 
mieście, jak niema skarga indywiduum i zbiorowy wyrzut sumienia, piekielną zjawą. Spodziewając 
się ataku zewsząd Marta uprzedzała prowokację uczniaków zaczepiając ich wiązanką przekleństw 
pełnych uzasadnionego żalu. Wywoływało to śmiechy smarkaczy nieświadomych prawdziwych 
przeżyć tej kobiety. Nikt otwarcie jej nie życzył śmierci. Nikt nie przyznał się do tego pragnienia, 
ale wielu ucieszyłaby wiadomość, gdyby nagle Marta z dnia na dzień zniknęła z ich życia. Długo 
nie dawała im tej satysfakcji, jednak do czasu...., który bywa niekiedy cierpliwym, ale częściej, 
nader złośliwym doradcą. 

W murze jednej z kamieniczek w staromiejskim ryneczku Alte Deutsche Stadt Kreuzburg 
umieszczono granitową tablicę upamiętniającą bohaterski czyn Mikołaja Rigaczina. Penetrujący 
teren zajętego jeszcze przez Niemców miasta, młody żołnierz Armii Czerwonej poświęcił się 
całkowicie, rzucając wiązkę granatów i własne ciało na plujący ogniem, w stronę nadchodzących 
wojsk radzieckich, ukryty w piwnicy hitlerowski karabin maszynowy. Zginął natychmiast 
przeszyty serią i eksplozją wrzuconych do wnętrza granatów. Ten bezprzykładny akt odwagi 
zrodził legendę o heroizmie i oddaniu najlepszych na świecie żołnierzy. Świadków tego zdarzenia 
było niewiele, a kilku z nich opowiadało, że chłopak był tak pijany, że niewiele kojarzył z tego, co 
się rozgrywało wokół niego. Jak było naprawdę wie tylko umarły bohater oraz pogrzebana wraz z 
nim w piwnicy obsługa gniazda niemieckiego karabinu maszynowego. 
Uroczystość odsłonięcia odbywała się w asyście tłumów spędzonych uczniów, pracowników 
instytucji oraz, jak to było we zwyczaju, wszelkich organizacji partyjnych i państwowych. 
Zaproszono też matkę bohatera - desperata. Wśród karnie stojących pocztów sztandarowych w 
trójkach, szeregach, czworobokach zwracała uwagę niepozorna sylwetka zabiedzonej kobieciny. 
Jej słuszny wiek wzbudzał szacunek lecz nieprzyjemny grymas na jej starczej twarzy nie pozwalał 
dłużej zatrzymywać zaciekawionego spojrzenia. Było w niej coś, co zdecydowanie odstręczało, a 
zarazem niezmiernie fascynowało. Niespełnieni mężczyźni miewają takie idiosynkrazje w stosunku 
do chromych, garbatych, ale wyzwalających umierającą potencję, poruszających z dawien dawna 
nie używaną wyobraźnię.  
Wyobcowana Marta nie znajdowała jednak nawet jednego adoratora wśród setek znudzonych 
obcowaniem z jedną , zaślubioną przed laty kobietą, małomiasteczkowych samców.  
A przecież cieszyła się w młodości niesamowitym wręcz powodzeniem. O jej względy zabiegał 
kwiat niemieckiej młodzieży. Ona sama nie uważała się za Niemkę czystej krwi. Wezwana na 
obowiązkowe badania antropologiczne uzyskała jednakże świadectwo czystości rasowej. Był to 
swoisty glejt na przeżycie tego piekła, które niebawem miało nastąpić na Ziemi - planecie ludzi, 
gotujących sobie nieustannie i wzajemnie los na miarę godnych pożałowania istot. 
Wśród oswobodzonych z pewnością nie mogła uchodzić jednak za Polkę, ale po wyzwoleniu 
Kluczborka przez wojska radzieckie z litości pozostawiono ją czasowo w spokoju. Trudno było 

background image

wymagać od rekonwalescentki, żeby o własnych powróciła do Vaterlandu skoro nawet nie potrafiła 
się rozeznać w rzeczywistości jej najbliższej. Straciła poczucie jakiegokolwiek ładu, czasu, 
tożsamości własnej i tych, z którymi przeżyła okres wojny - nie okupacji, bowiem były to tereny 
Rzeszy. Właśnie tutaj z pompą otwierano wielkie roboty publiczne. Dzięki nim tysiące młodych 
Niemców znalazło wreszcie pracę i źródło utrzymania rodziny. Podobnie, jak inne kobiety, Marta 
również zanosiła im w szczere pole jedzenie dla pokrzepienia się w pracy.  

 
Wdzięczni za ofiarowanie posiłku mężczyźni spoglądali na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Jej 
też w owym czasie udzielał się patos chwili i doniosłych wydarzeń rokujących nadzieję na 
świetlaną przyszłość Narodu. Nie odmawiała, gdy zapraszano ją do kina, a podczas filmowego 
seansu, w ciemności po obejrzanej kronice, pozwalała nawet na czuły uścisk ręki sąsiadowi. 
Wierzyła jeszcze w swą szczęśliwą gwiazdę. Nic nie zapowiadało katastrofy. Z polecenia Fuhrera 
budowano pierwsze nowoczesne, betonowe drogi do transportu czołgów. Nieopodal stąd w 
pamiętnym wrześniu 1939 roku startowały Heinkle, Junkersy, Messerschmidty i ruszały na 
Warszawę zmasowane, pancerne zagony.  
Marta stopniowo coraz mniej przejmowała się zbytnio buńczucznymi zapewnieniami Wodza 
Narodu o rychłym opanowaniu świata. Wzrastający dystans do kolejnych deklaracji i niejaki chłód 
pięknej baronówny wzbudzał wściekłość a nawet rosnące w czasie pożądanie młodych, jurnych 
bojówkarzy w brunatnych koszulach. Niemniej jednak nikt z nich nie śmiał otwarcie poważyć się 
na to, co śniło się po nocach każdemu. Zerwać pachnący kwiat, nawąchać się go do woli, ścisnąć 
tak, by wypłynęły z niego wszystkie soki, spijać je do ostatniej kropli, aż do ostatecznego upojenia. 
Niedoszłą ofiarę bojowców z SA czy gotowych na wszystko zdrowych, silnych chłopców z 
Hitlerjugend chronił nimb walecznego ojca i brata służących w Wehrmachcie. To ich imiona 
wyryto w mauzoleum poległych w czasie Pierwszej Wojny Światowej, bohaterów. Spacerujący po 
miejskim parku omijali ten monumentalny obiekt z fontanną pośrodku sztucznego zbiornika wody, 
w którym pływały miłe dla oka cyraneczki.  
Wzrok odpoczywał w otaczającej ten monument zieleni, a nade wszystko spojrzenia bywalców 
przykuwała niemłoda ( jak na zamążpójście) już lecz wciąż piękna Marta, w ciemnej sukni, która 
przystoi zarówno wdowom, jak też starym pannom. Niezupełnie wiadomo, czy z jej strony była to 
swoista gra z pożądającymi jej ciała i niemałego przecież posagu epouserami, czy też manifestacja 
niezależności, jaka przystoi sufrażystkom, ale w domach mieszczańskich Kreuzburga i w kręgach 
okolicznej arystokracji odbierana była jako coś niestosownego, wręcz nieprzyzwoitego. 
Zniewolone po kościelnym ślubie i hucznym weselu kobiety wpadały w monotonny rytm rodzenia 
kolejnych dzieci, gotowania tych samych przez całe lata, potraw, w końcu ciężko chorowały 
umierając wreszcie pochowane na cmentarzu w gronie podobnie umęczonych i zasłużonych 
matron. Z takich, czy też innych powodów wyraziście odstająca od bliźnich baronówna ostrożnie 
lecz z wyraźną konsekwencją hołubiła w sobie tę niezależność od wymagań małomiasteczkowej 
etykiety; ba demonstrowała ją niekiedy w sposób zaskakujący nawet bardzo radykalnych 
przeciwników miejscowego establishmentu. Opowiadano o niej, że spraszając do swojej willi 
najpiękniejsze z poczciwych gospodyń goliła je pod pachami sama też nie pozwalając sobie 
pozostawić jednego włoska.  
W niemowlęcej nagości zbliżały się potem ku sobie, pieściły jedwabistą skórę i wszelkie 
dziewczęce krągłości. Zapominały się w tym akcie oddawania się do tego stopnia, że nie zaznawały 
snu przez całą noc miłości, której nie zakłócał im żaden osobnik płci przeciwnej. Nikt nie 
sprawdzał jednak prawdziwości tych pomówień, bo zwyczajnych ludzi wystarczająco przytłaczały 
doczesne sprawy i problemy utrzymania domu i przetrwania ich rodzin. 

Marta nie pragnęła nikogo z nich zwalczać, ani też sprzeciwiać się biegowi historii. Polegli z jej 
rodziny przekazali je w dziedzictwie duchowy dystans do spraw, na które pojedynczy człowiek nie 

background image

ma wpływu. Bez złudzeń, ale również bez goryczy przyjmowała los z pokorą, ale nigdy nie 
potrafiła wykrzesać z siebie tej iskry bożej, zachwytu i gotowości oddania się idei porywającej 
tłumy. Dlatego też jej indywidualizm był nie na miejscu, w każdym razie, nie na tym miejscu a z 
pewnością już nie w tym burzliwym czasie. Wielkie Niemcy i cały naród poszukiwały przecież 
wyzwań na miarę nowej, Tysiącletniej Rzeszy. Kobiety również miały mieć swój udział w tej 
wspólnej walce o zwycięstwo. wszystkie, bez wyjątku.  
Nawet sam Hitler nie przypuszczał, że w Alte Deustche Stadt Kreuzburg znajdzie się jednostka 
wyobcowana z tłumu jego entuzjastów. Milczenie bywa niekiedy silniejszą formą protestu niż 
krzyk. Nie opuszczając propagandowych seansów w miejskim kinie uznawała film faworyty 
Wodza, pięknej Leni Riefenstahl za interesujące dokonanie podczas gdy wszyscy wokoło 
rozpływali się w entuzjastycznych zachwytach. Nie wypadało wówczas skąpić wyrazów swojej 
wierności Fuhrerowi i gotowości ofiar dla Ojczyzny. 
Marta dla świętego spokoju zaopatrzyła się w Mein Kampf, którego kartki pozostawały przez 
długie lata w szafce za szybą z książkami na widocznym miejscu. Żaden z gości, którzy nie mogli 
pominąć obecności biblii hitleryzmu na honorowym miejscu w pokoju, nie wiedział, że ani jedna 
kartka w środku nie była rozcięta. To nie była manifestacja ze strony młodej baronówny, raczej 
absolutny brak zainteresowania wypocinami parweniusza uzurpującego sobie prawa do 
jakiejkolwiek racji. Arystokraci nie ujawniają jednak swych uczuć. Motłoch i jego przywódcy 
posługują się całym arsenałem słów i znaczeń.  
Noblesse oblige, więc szlachetnym pozostaje rola czułego obserwatora.  
Baronówna poprzestała na tym właśnie zajęciu nie wdając się w żadne publiczne przedsięwzięcia, 
choćby brzmiały one najbardziej wzniośle i patriotycznie. Wiedziała już dokładnie, jak słodko i 
zaszczytnie est Pro Patria Mori . Rozkoszując się lekturą książek z wielu, rozlicznych dziedzin 
sztuki i niekoniecznie aryjskiej, nauki dziewczyna nie spieszyła się z zamążpójściem. „Cierpienia 
młodego Wertera” poruszały jej wyobraźnię lecz nie chciała ułatwiać potencjalnym kandydatom do 
swej ręki trudu jej zdobycia. Był to czas, gdy panny kilkunastoletnie uznawano już za dojrzałe do 
małżeństwa. Dyskretny urok mezaliansu nie kusił jednak wysublimowanej wewnętrznie 
osobliwości tego zakątka Rzeszy. Marta zdawała sobie doskonale sprawę z trudności, jakie czekają 
jej partnera w życiu prywatnym i rodzinnym. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na rezygnację z 
niezależności wlasnej za cenę bycia przyzwoitą Fraulen w solidnym, niemieckim domu. . Myśl o 
życiu w samotności i zaciszu domowego ogniska wcale nie przerażała pięknej i mądrej 
arystokratki. Uderzający w konkury, najbardziej zasłużeni urzędnicy i szanowani obywatele Rzeszy 
odchodzili jak niepyszni odprawiani przez wymagającą kobietę. Pomimo wszystko, Marta jako 
pogrobowiec poległego na polu chwały herosa, nadal wzbudzała szacunek, lęk i . niepokój. Nie 
zważając na zgubne konsekwencje nałogu wypalała w ogrodzie niejednego papierosa zaciągając się 
dymem przez długą lufkę z brunatnego szkła. Jednych to oburzało i gorszyło, innych fascynowało. 
Wydawała się taka tajemnicza i niedostępna dla zwykłych śmiertelników, jak księżniczka z bajki. 
W tym małym, pogranicznym mieście, gdzie wszyscy o sobie wiedzą prawie wszystko, o jej 
własnym życiu właściwie nie wiedział chyba nikt. Owszem, bywało, że ktoś chwaląc się damskimi 
podbojami zagalopował się dodając Martę do szpaleru swych kochanek, ale takie nadużycie dobrej 
woli słuchaczy nie wytrzymywało próby czasu. Żadne plotki, nawet powtarzane po wielokroć we 
wszystkich kręgach towarzyskich kluczborskiej society, nie znajdowały potwierdzenia w 
wiarygodnych świadkach czy bohaterach domniemanego skandalu. Z braku jakichkolwiek 
przesłanek o intymnym życiu Marty w Kluczborku przypuszczano, że puszcza ona wodze chuci i 
fantazji „u wód”, w kraju oraz daleko poza granicami Europy, gdzie nierzadko, wyjeżdżała na 
długo z powodu słabego zdrowia.  
Malaryczny klimat miasteczka sprawiał, że zazwyczaj można było wiotką sylwetkę fascynującej 
wszystkich kobiety ujrzeć jedynie we wnętrzu, za półprzezroczystymi firankami zasłaniającymi 

background image

wielkie okno na parterze rodzinnej willi. Na ulicę dobiegało niekiedy echo odtwarzanych na 
gramofonie nagrań wagnerowskich arii i uwertur. Marta zdzierała bezlitośnie czarne, płytowe 
krążki słuchając wielokrotnie cudownych głosów kastratów, barytonów, tenorów, kontraltów i 
sama otwierała usta niemo powtarzając słowa arii. W ten sposób odżywała w niej atmosfera 
wypełnionej po brzegi wspaniałą publicznością sal teatralnych Paryża, włoskich oper i berlińskiej 
filharmonii . W tym iluzorycznym świecie odnajdywała się i zatracała bez reszty. Nie pragnęła 
uczestniczyć w żadnych, choćby bardzo szlachetnych przedsięwzięciach, które w porównaniu z 
inscenizowanymi kreacjami światów natychmiast tracą swój urok i ulotne piękno. Partie utworów 
symfonicznych Mozarta, Haydna, Beethovena a i Strauuss’ owskie walce rozbrzmiewały stosownie 
do życzeń składających jej wizytę gości. Marta narzucał nawet styl proponując rodzaj muzyki, 
którą wielu słyszało po raz pierwszy w życiu . W Kluczborku rzadko pojawiały się zespoły 
teatralne, a już z pewnością występ filharmoników był iluzją. Czasem w muszli koncertowej grały 
spacerowiczom zaproszone z okolic orkiestry. Popijający piwo młodzieńcy częściej patrzyli na 
wsłuchaną w muzyków postać Marty, niż chłonęli tę muzykę. Spacerowali za nią krok w krok nie 
ośmielając się zbliżyć do niej, porozmawiać, bowiem o filozofii i muzyce mieli nader blade 
pojęcie. Spoglądający z oddalenia na dom Marty SA - man nie mógł nawet marzyć o zaproszeniu 
go pod ten dach. Spróbował kiedyś sam wejść na pokoje pod pretekstem oddania przesyłki, ale 
służący rodziny nawet jej nie odebrał, bo ani zamieszkujący willę Państwo, ani sama Marta nie 
mieli zwyczaju niczego zamawiać pocztą, a już z pewnością nazistowskich pism, na których 
prenumeratę już wielokrotnie próbowano ich namówić. Bezskutecznie. Romantyczny okres burzy i 
naporu chłopcy z oddziałów szturmowych oraz Hitlerjugend pojmowali konkretnie, bez metafor, 
jako Sturm und Drang nach Osten. 

Przyzwyczajali się do myśli o zdobywaniu wszystkiego, co w ich życiu było do zdobycia.  

Nie było dla nich żadnych przeszkód. Czuli energię młodych Bogów. Gnany wiatrem wprost w 
plecy, młody, zakochany po uszy w Marcie nazista nie rezygnował. W przeciwieństwie do pięknej i 
bogatej arystokratki organizacja wydobyła go z rynsztoka, dała mu zajęcie, wskazała sens i 
możliwość realizacji celów . Wzbudziła w nim nadwątloną wiarę we własne siły. Właśnie teraz, 
gdy zyskał pewność siebie, dojrzał do zrealizowania celu, który przez wiele długich lat równie 
nieśmiałych i anonimowych westchnień do ukochanej, wydawał mu się nieosiągalny. Tym razem 
Marta była w jego zasięgu. Należało tylko wybrać stosowny moment. Taka chwila i sposobność do 
szturmu wreszcie nadeszła. Innej metody, niż frontalny atak, po prostu nie znał. Zatopiona w 
świecie ułudy, idealnych wyobrażeń o możliwych i niemożliwych do spełnienia marzeniach, nie 
przypuszczała, jak ślepy los brutalnie przerwie jej szczęśliwy sen. Przez całe miesiące przyglądał 
się biernie i jedynie z oddali niezliczonym wizytom kolejnych jej znajomych. Wzbierała w nim 
zazdrość i bezsilność z powodu braku szans zmierzenia się z nimi w bezpośredniej konfrontacji. 
Czasami udawało mu się namówić kompanów do wymierzenia kary zalotnikowi, który był na tyle 
nieostrożny aby piechotą iść ślepymi zaułkami pogrążonego we śnie miasteczka. Nie zdając sobie 
sprawy z epizodów towarzyszących próbom zdobycia jej ręki, Marta traktowała ich z rezerwą tak 
jednak, by nie odczuli jej wyniosłości. Był to konieczny sposób nie tyle na utrzymanie przyjaźni,  
ile podtrzymanie więzi niezbędnych do współżycia w niewielkiej społeczności Kreuzburga.  
Wstąpił do niej, jak wielu innych jej adoratorów. Nie liczył na wiele, ale nie spodziewał się tak 
bezwzględnej i natychmiastowej odprawy. Marta zresztą też nie zamierzała tak brutalnie go 
odprawić, ale jej przerażenie widokiem prostaka w mundurze i brunatnej koszuli było tak ogromne, 
że odruchowo zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. O ile do tej pory parweniusz znosił z pokorą 
wszystkie afronty tutejszej arystokracji, to w obliczu niechybnej śmierci na froncie wezbrała w nim 
fala goryczy i wściekłości. Na fali euforii i w zapalczywości stopniowo zapominał o dzielącym go 
dystansie. Usiłował pokonać istniejącą przepaść jednym, skutecznym szusem. Cel uświęca środki. 
Musiał zbliżyć się do tej kobiety, zanim przeszyje go na polu bitwy seria z karabinu czy oberwie 
odłamkiem nieprzyjacielskiego granatu. Nawet nie myślał o całkowitym spełnieniu nieustających 

background image

sennych marzeń o posiadaniu Marty lecz po sforsowaniu okna parł naprzód jak wściekłe zwierzę. 
Okruchy stłuczonej całym ciałem, szyby utkwiły w jego ramieniu i we włosach, a twarz spływała 
krwią. Musiało dojść do konfrontacji pięknej i bestii z tym, że tylko w bajce wszystko potoczyło się 
ku szczęśliwemu finałowi. Zdumiony tym, co do tej pory zrobił nie miał już innego wyjścia, tylko 
ulec instynktowi. Stało się. Marta uległa sile równie, jak i ona przerażonego tym, co się stało, 
rozszalałego samca.  
W listopadzie planowała zaprosić większe grono znajomych i urządzić swoje dwudzieste pierwsze 
urodziny otwierające trzecią dekadę życia.  
W tej chwili nie wiedziała, że w niej poczęło się następne życie.  
Nie czekając, aż zgwałcona kobieta ochłonie pospiesznie zemknął do ogrodu i zniknął w jego 
przepastnych chaszczach. Szukano go w całym mieście, a nawet w okolicy, bowiem nie pojawił się 
na punkcie werbunkowym. W kilka miesięcy później Marta otrzymała wiadomość o schwytaniu 
dezertera i natychmiastowym rozstrzelaniu go po krótkiej rozprawie polowej. To dziwne, ale gdy 
dotarła do niej wieść i śmierci desperata nagle zrobiło się jej go ogromnie żal. Nie to, żeby mu 
wybaczyła, czy nagle zapałała ku niemu uczuciem, ale był to jednak żywy człowiek. Prawda, że 
był zły, do cna zepsuty, okropny w manierach i zachowaniu, bezwzględnie odrażający w tym, co 
jej wyrządził., ale poniósł równie przerażającą karę.  
Marta była w odmiennym stanie i dziecko, które miało się urodzić już było sierotą.  
Ona zresztą także urodziła się już po śmierci ojca, ale on zginął na polu bitwy. Bękart był 
dzieckiem szaleńca i dezertera. Dla niemieckiego państwa pozostawało absolutnie obojętne, skąd 
pojawił się na świecie kolejny obrońca ojczyzny. Przejęło miłosiernie z rąk zagubionej matki 
niemowlę, które wychowywało się w zakładzie opiekuńczym, jak wiele wojennych sierot. Marta 
znalazła się w zakładzie dla nerwowo chorych. Nie, nie w Domu Wariatów lecz w przytułku dla 
zbłąkanych dusz, które dysponowały wystarczającą kwotą pieniędzy aby uniknąć losu biedaków 
skazanych na łaskę i niełaskę państwowych instytucji.  
W miarę niepowodzeń wojsk na froncie wschodnim sytuacja materialna Marty stawała się 
podobnie beznadziejna. Przeniesiono ją do gorszego zakładu, a w końcu znalazła się na bruku. 
Miała niesamowite szczęście, że uniknęła eksterminacji chorych uznanych  
za nieuleczalne przypadki. Udało się jej uciec tuż przed egzekucją. Jeden z sanitariuszy przezornie 
chroniąc się od zimna, włożył na siebie podwójny, biały fartuch. Widząc Martę, której choroba 
polegała głównie na melancholii zaryzykował. Zdejmując niepostrzeżenie wierzchni fartuch włożył 
go jej na plecy bez słowa wskazując palcem las, do którego powinna czmychnąć przy najbliższym 
postoju. Tak też się stało...Boska Opatrzność czuwała nad nią. 

Resztki instynktu samozachowawczego, jakiś głos wewnętrzny, podpowiedziały jej zbawczą myśl 
o konieczności bezzwłocznego opuszczenia szeregów owieczek idących bezwolnie na rzeź. 
Wyrwana z otępienia przez samolot, który z hukiem przeleciał nad grupą katów  
i skazańców wykorzystała moment bezładu i chaosu znikając w gęstym lesie. Gnała ile tchu w 
piersiach. Nawet nie przypuszczała, że człowiek ma w zapasie tyle sił. Jeszcze przed chwilą ledwo 
powłóczyła nogami a po cudownym ocaleniu nagle tak bardzo się zachciało jej żyć. 
Czerpała z niego na tyle, na ile pozwalała okupacyjna rzeczywistość. Odwiedzała kina i teatry. W 
kawiarniach poznawała mężczyzn, którzy zapraszali ją, a ona im nie odmawiała. Wykorzystywała 
ostatnie lata swej młodości. Widocznie czuła nadchodzącą burzę, kolejną falę nieszczęść, która 
miała jej dosięgnąć i ostatecznie zniszczyć. Słyszała już o potwornościach jakich dopuszczali się 
żołnierze armii Wielkich Niemiec.  
Docierały do niej skąpe, bo skąpe, ale pewne wiadomości o mordach na ludności cywilnej.  

background image

W Kluczborku ginęli nie tylko Cyganie, Żydzi i Polacy. Znikali też Niemcy, i to ci, których znała... 
Im bardziej zbliżał się ku miastu front, tym bardziej wszyscy odczuwali strach. Mieszkańcy bali się 
zarówno nieprzyjaciela, jak też bezwzględności władz nakazujących bezwzględną karność i 
posłuszeństwo ich zarządzeniom. Marta po raz pierwszy trzymała w ręku kilof i łopatę. Patrząc na 
innych uczyła się kopać rowy, transzeje i okopy. Do tej pory nawet w przydomowym ogródku nie 
plewiła grządek. Nie przywykła do ciężkiej pracy, zmęczona padała bez kolacji po takim wysiłku 
nie myjąc się nawet przed snem. Tymczasem wyświetlane w kinach kroniki Deutsche Vohenschau 
grzmiały zapowiedziami konieczności totalnej mobilizacji przed nadchodzącą ze Wschodu falą 
bolszewickiej zagłady.  
Wydawało się Marcie, że nic gorszego już nie może jej spotkać. Jakże się myliła. W ślad za 
wkraczającymi do wyzwolonego miasta oddziałami Armii Radzieckiej weszła do Kluczborka 
banda najgorszych chuliganów, złodziei, szabrowników bez żadnych zahamowań moralnych. Tym 
razem znów trafili na Martę. Ogołocili jej dom ze wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek 
wartość... Nie poprzestali na rabunku mebli i drogocennych przedmiotów. Jedyna lokatorka 
opustoszałej willi zdała sobie sprawę, że gdziekolwiek by nie uciekła, wszędzie pozostanie 
bezbronną ofiarą wystawioną na łaskę i niełaskę dzikich, zgłodniałych, żądnych wojennych łupów 
tryumfatorów. Dotknięte podobną hańbą kobiety masowo pędziły w stronę wzburzonych wód 
Stobrawy, aby w jej nurtach utopić zszargany wstyd i honor. Towarzyszyły im wraz dziećmi te, 
których jeszcze to nieszczęście nie dosięgło, ale nie mogło przecież ominąć... Marta po prostu 
spóźniła się i nie zdążyła popełnić samobójstwa.  
O ile w wyzwolonym już Kluczborku nie znalazł się nikt, kto by przeszkodził złoczyńcom i 
zapobiegł przestępstwu, to po dokonaniu się zbrodni postawiono na brzegach rzeki wartę z polskich 
żołnierzy i pierwszych drużyn milicji obywatelskiej. Zatrzymana wpół drogi na tamten świat, 
zdecydowana na samounicestwienie kobieta nagle opadła z sił . Szlochająca na podmokłych łąkach 
Marta nie umiała już wykrzesać z siebie sił na pokonanie tej przeszkody z uzbrojonych ludzi. Inne 
błagały ich o pozwolenie przejścia, albo prosiły o dobicie ich na miejscu... Wszystko to na próżno. 
Skargi do Pana Boga i niewybredne przekleństwa w obecności bezradnych strażników, miotane 
naprzemian z modlitwami trafiały do nieba i w próżnię powracając bez odpowiedzi.. Patrząc na 
umundurowanych ludzi zrezygnowana Marta rozpamiętywała swoją kolejną, ostateczną hańbę, 
która dokonała się na oczach rechoczącej z uciechy gawiedzi. W ten sposób koniec II Wojny 
Światowej i jej początek sprzed sześciu lat, spięła klamra dramatycznych, takich samych faktów 
przemocy dokonanej na bezbronnej Bogu ducha winnej Marcie. W przeciwieństwie do 
poprzedniego gwałtu musiała znieść na sobie całą grupę pijanych gwałcicieli. Nie ponieśli oni 
żadnych konsekwencji swojego czynu, bo nie istniała jeszcze żadna oficjalna administracja 
sądowa, a poza tym kto by się przejmował szwabską dziwką.? Jeśli już, to zainteresowanie jej 
osobą przybrało najmniej pożądaną przez skrzywdzoną kobietę, formę internowania jej wśród 
tysięcy dzielących jej los cywilów. W byłym, hitlerowskim obozie koncentracyjnym w 
Landsbergu, obecnie Łambinowicach dokonała się zemsta narodu zwycięzców rękami najbardziej 
bezwzględnych i zajadłych w czynieniu swojej powinności, katów. Kobiety gwałcono, ale ciało 
Marty, jak u Hioba, cierpliwego, ale pełnego wiary i ufności w Boga, pokryło się wrzodami. To 
właśnie uchroniło ją przed zakusami bezkarnych dozorców i strażników. W Marcie nie pozostało 
jednak śladu wiary i nadziei a już na pewno nie myślała o miłości...  
Nawet, gdyby nie zachorowała, to i tak nikomu by nie przyszło na myśł zbliżyć się do niej. 
Ostatnie przeżycia sprawiły, że była tak wyniszczona fizycznie i psychicznie, że wszystkie doznane 
dotychczas nieszczęścia, krzywdy i upokorzenia wypisane były na jej twarzy.  
W czasie kilku miesięcy pobytu za obozowymi drutami nie tylko wychudła, ale też 
niewyobrażalnie wręcz, potwornie zbrzydła. Głód i chłód nie doskwierały jej jak innym 
współwięźniom, którzy każdą porą skóry czuli razy zadawane im przez nowych, równie jak 
hitlerowscy kapo, sadystycznych oprawców. Podbierano jej skąpe racje żywnościowe, które 

background image

chomikowała pod siennikiem. Nawet tego nie zauważała. Zaledwie docierało do niej poczucie 
kolejnej krzywdy, jaką jej zadaje ktoś zupełnie anonimowy. Było jej to zresztą już zupełnie 
obojętne, kto... Pokonani Niemcy przyjmowali karę bez poczucia winy, bo wielu z nich przemocą 
wcielono do Wehrmachtu, a ludność cywilna znosiła dolegliwości wojny z równą pokorą, jak 
obozowe zarządzenia i upokorzenie.  
Marta przetrwała je wszystkie, jak przechodzi się ciężką lecz uleczalną chorobę.  
Nikt z żyjących na wolności, nie przesyłał jej odzieży ani paczek żywnościowych, więc skazana na 
głodowe racje znów godziła się powoli z tym, co znowu ją spotkało. Przyjmowała to z pokorą jak 
kolejny dopust Boży. Sypiała na lepiącym się z brudu, twardym barłogu, marznąc w tym samym 
ubraniu, które jej przydzielono na początku kary. Kiedy zaczęło  
już przygrzewać wiosenne słońce, nagle ją zwolniono. Na rozkaz nowych władz likwidowano cały 
obóz. Ci, którzy przetrwali jego powojenną gehennę, nawet nie potrafili cieszyć się odzyskaną 
wolnością. Na własnych nogach człapali przez bramę, poza ogrodzenie tam, gdzie ich oczy 
poniosły.Marta miała szczęście, boorganizator transportu zabrał ją pod plandekę ciężarówki i w ten 
sposób po raz kolejny trafiła do Kluczborka. Była jednak już tylko cieniem człowieka i żaden 
znajomy osobnik w mieście nie rozpoznawał w niej dawnej piękności. 

Zaludnione przesiedleńcami ze wschodnich terenów rzeczpospolitej miasto odzyskane po 
krwawych walkach z Niemcami, rozbrzmiewało tryumfalnymi marszami, w tym samym rytmie, co 
grzmiące do niedawna tu parade marsze. Z megafonów dobiegały słowa nowego Ojca Narodów, 
zaś pochody pierwszomajowe i w lipcowe Święto Odrodzenia Polski wszyscy mieszkańcy wylegali 
na ulice. Nikt nie miał czasu przejmować się losem jednostki, skoro liczył się kolektyw. Marta nie 
miała pretensji do uśmiechniętych ludzi. Nikt z nich jej nie znał, a i ona nie chciała nikomu 
opowiadać o swych przejściach. Każdy, komu udało się przeżyć wojnę miał dość własnych 
przeżyć. Kto naprawdę uporał się z nimi mógł się uważać za szczęśliwego człowieka. Marta nie 
należała do grona tych nielicznych ludzi, ale też nawet nie tęskniła, dawno zapomniała o tym 
uczuciu. Zawinęła w sobie wszystkie nieszczęścia, jak odebranej jej niemowlę i tak codziennie w 
samotności przemierzała te same szlaki niewielkiego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych. 
Mauzoleum poległych żołnierzy pozostawiono, ale pisane szwabachą i gotykiem nazwiska 
starannie zacementowano. Marta bezsilnie patrzyła, jak powtórnie znikają z pamięci jej i 
potomnych jej najbliżsi, polegli... Milczała, jak ów skazaniec z zagipsowanymi ustami przed 
egzekucją w obawie, że wyda niestosowny w tych okolicznościach okrzyk. Ona stała, jak 
zamurowana, trwała, niczym Niobe skamieniała z żalu i bólu po zapomnianych bohaterach z jej 
rodziny. Wyszła powoli z parku przez nikogo nie zauważona, bowiem dawno było już po zmroku. 
Po tym wszystkim, pozostawiona jedynie sobie, zdana na pastwę losu, Marta powoli popadała w 
obłęd, aż wreszcie zupełnie oszalała. Nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy do końca z tego 
oczywistego na pozór, faktu... 

Widywano ją na popadającym w ruinę, pięknym niegdyś kąpielisku, gdzie przed wojną wzbudzała 
pożądanie stałych bywalców tego obiektu. Na jego terenie funkcjonował latem swoisty salon 
towarzyski. Było to zwyczajowe miejsce plenerowych spotkań miejscowej elity.  
Po latach minionych od tych szczęśliwych dni Marta siadywała w altance na wzniesieniu, skąd 
teraz słychać było już tylko odgłosy piłki kopanej na boisku klubu sportowego nieopodal suchego 
już basenu. Na samym dnie kumkały pojedyncze żaby wskakujące do kałuż brudnej wody w 
załomach spękanej tafli, na której pozostał wzorzysty ślad panującego tu niegdyś dawnego piękna i 
przepychu.. Chodziła też pomiędzy żelaznymi krzyżami w kwaterach żołnierzy pochowanych na 
cmentarzu. Tych mogił nikt nie ośmielił się usunąć, chociaż cmentarz ewangelicki ustąpił 
katolickim grobom następnych mieszkańców Kluczborka.  

background image

Od przybyłych ze Wschodu przesiedleńców trudno było oczekiwać szacunku do śladów 
przeszłości, której przecież nie znali, więc nie mogli też pamiętać o przodkach Marty znanej pod 
przezwiskiem - Hitler. Od najmłodszych lat prześladowała nas jej brzydota i okropny grymas, od 
jakiego każdy bez wyjątku, dostawał gęsiej skórki. Wtedy wydawało się, że to właśnie z jej winy 
wszystkim śniły się po nocach egzekucje, których widoku nie oszczędzano nam w prasie, 
książkach i kronikach filmowych. Spotykaliśmy ją po drodze ze szkoły.  
Nie dość, że na lekcjach musieliśmy ścierpieć niewyobrażalne katusze ze strony belfrów, to na 
dodatek przyszło nam znosić zachowanie wariatki; tak ją traktowaliśmy przez cały okres 
dojrzewania.. Daliśmy jej spokój dopiero po makabrycznym odkryciu pogryzionego przez szczury 
kolegi. Ocaliła go wyciągając z bunkra, do którego wszedł w poszukiwaniu pozostawionych tam 
przez hitlerowców granatów, bagnetów i masek gazowych.  
Nagle ta wstrętna osoba stała się zbawcą dla jednego z jej uporczywych prześladowców.  
Nie odwiedzająca kościoła, obciążona niepisaną klątwą obojętności dostarczyła wymownego 
dowodu chrześcijańskiego miłosierdzia. Zawstydziła nas wszystkich, jednak nikt nie zdobył się na 
okazanie jej wdzięczności. Zamiast tego przestaliśmy ją prześladować. Potworny wstyd narastał w 
nas z latami i dojrzewał do przeprosin tej osoby. Niestety, nawet, gdyby żyła Marta, nie potrafiłaby 
zrozumieć, czego chcemy od niej chcąc jej wynagrodzić wszystkie doznane od nas krzywdy i 
upokorzenia... Poprzestajemy więc na wyjawieniu prawdy o niej mając nadzieję, że przynajmniej 
teraz się nie mylimy. Widzieliśmy ją na pamiętnym wiecu, kiedy ku czci Rigaczina żołnierze z 
kompanii honorowej wystrzelili w niebo trzy salwy. Nikt nie przypuszczał, jaką to wzbudzi 
reakcję. Zazwyczaj tłum odbierał to jednoznacznie, pozytywnie, jednak Marta zachowywała się 
zawsze odmiennie. Ona sama nie zdawała sobie sprawy z tego, co się z nią działo. Jeszcze przed 
uroczystością, która zwabiła ją oprawą i wielką rzeszą zgromadzonych ludzi trwała we właściwym 
sobie otępieniu i letargu psychicznym. Zadawnione krzywdy, żal i ból zakrzepły wraz z żółcią w 
wysuszonym ciele wspartej o laskę staruszki. Zgęstniała krew już nie krążyła z dawnym wigorem 
w żyłach nie wszystko więc docierało nawet w pełni do świadomości jednej z wielu, anonimowych 
istot uczestniczących w patriotycznej manifestacji. Jeśli nawet z powiewem przeszłości powracało 
do Marty jakieś wspomnienie, to zastygało wewnątrz krwioobiegu nie docierając do serca. Potrójna 
salwa była tak wyzwalająca energię, że ze wszystkich organizmów ludzkich i ust wyrwały się 
słowa pieśni śpiewanej zbiorowo Międzynarodówki. Porwana entuzjazmem tłumu Marta usiłowała 
czynić to, co robią wszyscy... być częścią tej wspólnoty. Zapomniała, że od dawna już nie mogła 
mówić, a tym bardziej śpiewać... Przemożna chęć wydobycia z siebie głosu była tak silna, że w 
końcu z jej ust wydobył się niesamowity skowyt. W harmonijne tony wspólnie odśpiewanej pieśni 
wdarł się fałsz słyszalny nawet przez notabli na trybunie. Odczytano to jako próbę prowokacji 
politycznej i natychmiast odnaleziono winowajczynię.  
Funkcjonariusze nie zastanawiali się nad pobudkami inspirującymi ją do takiego działania. 
Sprawnie i brutalnie zakleili szerokim plastrem usta i wynieśli staruszkę wprost do otwartej już 
„suki” odjeżdżając natychmiast po zatrzaśnięciu za nią drzwi. Dopiero w środku milicyjnej 
furgonetki odżyły w Marcie wszystkie żale i wspomnienia. Nagły przypływ energii zdumiał ją 
samą i konwojujących ją milicjantów. Ubiegła ich zrywając nagle z ust krępujący przylepiec i 
przekrzykując warczący motor miotała bez przerwy przekleństwa na wszystkich swoich 
dotychczasowych prześladowców. Coś w niej pękło, miara się przebrała i wezbraną falą wylewały 
się z niej wstrzymywane do tej pory opowieści o złym losie. Nikt nic nie zrozumiał z bezładnego 
natłoku urywanych w pół zdania wyznań i śląsko - niemieckiej mieszaniny słów. Nie 
zatrzymywano jednak pojazdu z tak błahego powodu, jak nagła histeria zatrzymanej osoby. 
Owszem, kierowca milicyjnej suki stopniowo przyspieszał i nie zwalniał nawet na zakrętach. 
Uwięziona w ciasnej przestrzeni zaczęła się chwiać, tracić równowagę, boleśnie obijać o twarde 
ścianki, aż po nagłym uderzeniu głową w sufit zupełnie straciła przytomność.  

background image

W jednej chwili przesunęły się w jej umęczonej głowie obrazy z całego życia. Przeglądała się w 
nich niczym sędzia własnych poczynań. Powróciła do kamiennej postaci zamurowanej przed 
wiekami zakonnicy i nagle poczuła niesamowitą bliskość tej dawno zmarłej kobiety. Bez słów 
porozumiała się z nią i cicho odeszła opuszczając wszystkich, którzy do tej pory ją dręczyli. 
Oszczędzając im niepotrzebnych manifestacji swego żalu i pogardy, jaką do nich żywiła, zeszła z 
tego świata odwiedzając stare parki i ogrody pełne roślin porastających zapomniane groby jej 
bliskich. Spacerowała po tej magicznej przestrzeni, niczym po niebieskich łąkach Raju. 
Wsłuchiwała się w odgłosy sfer rozkoszując się harmonią otaczającej ją muzyki. Tańczyła boso po 
rosie na puszystych chmurach unoszących ją w kierunku, który był jej równie mało znany jak też 
już zupełnie obojętny. Ulga dla konwojentów przyniosła również jej samej uspokojenie. Przestała 
się miotać pomiędzy wspomnieniami, które trudno znieść słuchającym, a cóż dopiero tym, których 
one bezpośrednio dotyczą. Niespodziewane zejście aresztowanego nie było pierwszym i ostatnim 
wypadkiem przy pracy organów porządku w niedawno minionych czasach . Marta uległa 
nieszczęśliwemu wypadkowi, jak wiele innych ofiar przesłuchań wyskakujących z okna czy 
spadających ze schodów urzędu. Nikt nie protestował, rzadko kogo to zdziwiło, a spisany 
pospiesznie raport o tragicznym wydarzeniu spoczął, jak wiele podobnych zapisów w 
przepastnych, niedostępnych, a może już zniszczonych archiwach. Z ponurych, „ prastarych Ziem 
Piastowskich” ruszyliśmy (z nadzieją odmiany tamtej rzeczywistości na lepszą),w Polskę i w 
szeroki świat, w którym nikt nigdy nie słyszał o losach Marty Hitler. Dziś jej koszmary i 
wspomnienia przeszły na nas, niczym zemsta niezrozumianej przez bliźnich, skrzywdzonej 
kobiety. Z tym niechcianym dziedzictwem jeden po drugim, kolejno uciekaliśmy z małego miasta 
na Ziemiach Odzyskanych. Z zaświatów dobiega nas ostrzegawcza sentecja egzystencjalnego 
apelu: „...pozwólcie umarłym grzebać swoich umarłych”... Marta nie spoczęła w spokojnej ziemi. 
Podobnie, jak my za jej życia, tak też po niespodziewanej śmierci szczeniaki i chuligani 
prześladowały ją prześcigając się w pomysłach aż do granic swoich możliwości... Nie bacząc na 
skutki, wydobyli nocą trumnę z jej ciałem. Oparli o mur cmentarny drewnianą skrzynię i otworzyli 
rozpruwając wnętrzności zasuszonych, a przez to nieźle zachowanych zwłok. Patrolujący ulice 
miasta milicjanci musieli zauważyć makabryczną ekspozycję u bram cmentarza. Przygotowani na 
bójki i awantury tego nie spodziewali się zupełnie. Kierujący wozem funkcjonariusz nagle z 
przerażenia zesztywniał a po chwili wyrżnął prosto w mur o otwartą na oścież trumnę ze 
szczątkami Marty Hitler. Zginający się pod gwałtownym naporem siły bezwładu metal zaiskrzył i 
wkrótce nagła eksplozja pochłonęła w płomieniach ciała wszystkich nieszczęśników. Umarła z 
żywymi do niedawna oprawcami, razem płonęli w piekielnym ogniu na jednym z najpiękniejszych 
światów. Zamknęła się w ten sposób ostatecznie ziemska wędrówka jednej z ludzkich dusz.