background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 1  

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 2  

Diana Palmer

Sherryl Woods

Patricia Coughlin

Wakacyjna miłość

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 3  

DIANA PALMER

Nowicjuszka

Przełożyła Wiktoria Melech

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 4  

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zaczynał   się   drugi   dzień   prac   wykopaliskowych,   a   dla 

Christiany   Haley   drugi   dzień   przygody   jej   życia.   Znacznie 
wcześniej,   bo   jeszcze   w   czasie   roku   szkolnego,   podpisała   z 
doktorem   Adamsonem   umowę,   na   podstawie   której   miała 
dołączyć do jego grupy archeologicznej na trzy tygodnie letnich 
wakacji.   Z   Jacksonville   na   Florydzie   do   Tucson   w   Arizonie 
było bardzo daleko, ale Christiana tłumaczyła sobie, że pustynia 
nie jest taka groźna.

Szybko jednak przekonała się, że ocean piasku to nie to samo, 

co zwykła pustynia. Wczoraj rano zapomniała włożyć kapelusz 
i   ten   człowiek   zrobił   jej   z   tego   powodu   prawdziwą   scenę. 
Szczerze   mówiąc,   wyładowywał   się   na   niej   przy   każdej 
najmniejszej   sposobności,   od   pierwszej   chwili,   gdy   tylko 
dotarła   do   jego   wymuskanego   rancza.   Prawdziwy   pech,   że 
ruiny Hohokam znajdowały się właśnie na terenie posiadłości 
Nathaniala Langa, który zachowywał się tak, jakby nienawidził 
nauki , ludzi, a Christiany w szczególności.

Christy,   płacąc   za   uczestnictwo   w   pracach   prywatnej 

ekspedycji   archeologicznej,   marzyła,   że   tam,   na   Zachodzie, 
spotka   przystojnego,   czarującego   kowboja,   odpowiedniego 
kandydata na męża. I co? Ma Nathaniala Langa, który, choć 
spełnia trzeci warunek, nie jest ani przystojny, ani czarujący.

Na   lotnisku   w   Tucson   obrzucił   ją   obojętnym,   chłodnym 

spojrzeniem ciemnoszarych oczu. Mężczyźni zaczęli zwracać 
na   nią   uwagę   właściwie   dopiero   od   niedawna,   ponieważ 
zupełnie zmieniła swój wygląd i nabrała dzięki temu pewności 
siebie.   Pomogło   to   jej   pokonać   wrodzoną   nieśmiałość   i 
staromodne nawyki. Miała zgrabną, smukłą figurę, a nowy styl 
ubierania się jeszcze bardziej to podkreślał. Z jasnozielonymi 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 5  

oczami, długimi srebrzystoblond włosami, subtelnym zarysem 
ust i delikatnym owalem twarzy mogła się naprawdę podobać. 
Ale Nathanial Lang omijał ją z daleka jak zadżumioną, choć dla 
innych członków dwunastoosobowej grupy był czarujący i nie-
zwykle uprzejmy.

To przecież nie jej wina, że jest taką niezdarą, pocieszała się 

w duchu Christy. Czy zasługuje na pogardę tylko dlatego, że 
kiedy potknęła się na lotnisku, wszystko z walizki rozsypało się 
dokoła,   a   jej   staniczek   wylądował   na   głowie   Langa?   Coś 
takiego może się przytrafić każdemu i wszyscy przyjmują to na 
wesoło.

A on od tamtej chwili nie odezwał się do niej ani słowem. 

Podczas kolacji, którą podano w obszernym patio z widokiem 
na   łańcuch   gór   zalanych   czerwoną   poświatą   zachodzącego 
słońca, udało się jej wylać zupę pomidorową prosto na białą 
spódnicę   i   gdy,   zdenerwowana,   próbowała   oczyścić   ją 
serwetką, strąciła na podłogę wazę z zupą i swój talerz. Całe 
szczęście, że siedziała sama przy stoliku. Matka pana Langa 
okazała się miła i troskliwa. Ale jej syn kolejny raz zmroził ją 
wzrokiem.

Pierwszego ranka,  gdy wyruszali do pracy, usiłowała sama 

dosiąść konia, ale musiano jej pomóc wdrapać się na siodło. 
Koń wyczuł, że się go lęka, zrzucił dziewczynę i pochylił łeb, 
by ją ugryźć.

Pisnęła  ze  strachu,   wołając,   że  to  przecież  najprawdziwszy 

kanibalizm. Wtedy pan Lang z nie ukrywanym rozdrażnieniem 
wziął Christy do swego dżipa i zawiózł prosto na stanowisko, 
gdzie zostawił ją bez słowa.

Po   dniu   spędzonym   na   słońcu   miała   spaloną   skórę.   Nie 

narzekała, ale marzyła o kąpieli i łóżku.

Przez  cały   następny   ranek  udało  się  jej  szczęśliwie   unikać 

Nathaniala. Dwaj inni członkowie grupy również nie przepadali 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 6  

za   jazdą   konną,   więc   wszyscy   troje   poprosili   kierowcę 
ciężarówki, żeby ich zabrał ze sobą. Było już prawie południe, a 
pan Lang się nie pokazał. Christy cieszyła się, że przez tych 
kilka godzin nie musiała mieć z nim żadnego kontaktu.

Gdy jednak pomyślała, że już pewnie dzisiaj nie przyjedzie, w 

oddali, na tle gór, w obłoku kurzu pojawił się dżip. Kierował 
nim szczupły mężczyzna w stetsonie. Oczywiście, był to Lang. 
Christy z westchnieniem odłożyła pudełko, w którym układała 
kawałki   ceramicznych   naczyń.   Niestety,   szczęście   nie   może 
trwać długo.

Mężczyzna   wysiadł   z   dżipa   i   zamieniwszy   kilka   słów   z 

profesorem Adamsonem, podszedł do Christy.

-   Przynajmniej   dziś   miała   pani   tyle   rozumu,   żeby   wziąć 

kapelusz   od   słońca   -   burknął,   przyglądając   się   miękkiemu 
słomkowemu   kapeluszowi,   którego   rondo   osłaniało   jej   bladą 
skórę. - Udar słoneczny nie należy do przyjemności.

- Wiem. Nie jestem aż taka głupia - poinformowała go. - Uczę 

w szkole...

-   Tak,   słyszałem.   Pewnie   w   podstawowej?   -   jego   uśmiech 

sugerował, że nie jest na tyle inteligentna, żeby uczyć starszą 
młodzież.

-   W   średniej   -   odpowiedziała   ze   złością.   -   Mam 

trzydziestoosobowe grupy.

-   Jestem   wstrząśnięty   -   mruknął,   mierząc   ją   badawczym 

wzrokiem. - Uczy pani, jak udzielać pierwszej pomocy?

Zerwała się na równe nogi. Zbyt szybko. Przewróciła pudełko 

i upadła wprost na zaskoczonego Nathaniala Langa, popychając 
go na jednego z archeologów - amatorów. Obaj wykonali jakąś 
baletową   figurę   i   runęli   z   wysokiego   zbocza   prosto   do 
strumyka.

- Bardzo pana przepraszam, panie Lang - jęknęła Christy.
Nieskazitelnie czysta, jasnoniebieska koszula Nathaniala była 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 7  

teraz   solidnie   ubłocona,   podobnie   jak   granatowa   sportowa 
bluza.   Błoto   ściekało   długą   strugą   po   nogawce   idealnie 
wyprasowanych spodni, ciemne plamy widoczne też były na 
jego   jasnym   kapeluszu.   Spojrzał   na   dziewczynę   takim 
wzrokiem, że spuściła oczy.

-   Zanim   pani   do   nas   przybyła,   panno   Haley,   mieliśmy   tu 

absolutny spokój - powiedział, tłumiąc wściekłość. - A przecież 
to dopiero drugi dzień pani pobytu!

Był wysoki i działał na nią bardzo onieśmielająco. Tak, to nie 

ten typ bohatera, o którym marzyła.

- Staram się, jak umiem, panie Lang.
-   To   widać   -   skwitował   lodowato.   Wyciągnęła   rękę,   by 

zetrzeć brud z jego ubrania, on jednak chwycił ją za nadgarstek. 
Był to uścisk silny i bolesny, ale jednocześnie podniecający.

- Naprawdę, strasznie mi przykro, panie Lang - tłumaczył się 

George, młody student archeologii, który razem z nim stoczył 
się w dół.

- To nie pańska wina - odpowiedział krótko Nathanial.
- Christy też nic tu nie zawiniła - dzielnie bronił jej George.
Był   to   wysoki,   szczupły   młodzieniec   w   okularach,   typowy 

intelektualista, nieśmiały, często się rumieniący, tak jak choćby 
teraz. Uśmiechnął się do Christy i odszedł do stołu, na którym 
sortował i układał skorupy.

-   Zgaduję,   że   to   jeden   z   pani   wielbicieli.   -   Nathanial, 

czyszcząc   ze   złością   swego   stetsona,   nie   spuszczał   z   niej 
ciemnoszarych oczu.

- Tylko znajomy - sprostowała, znowu zdenerwowana.
- A właściwie co pani tu robi? - zapytał nieoczekiwanie.
Zadowolona,   że   jest   okazja,   by   opowiedzieć   o   ich   pracy, 

wyjaśniła:

-   Szukam   fragmentów   naczyń   ceramicznych   z   okresu 

Hohokamu.   Sporządziliśmy   mapę   terenu   i   wydobywamy   te 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 8  

skorupy.

-   To   wiem   -   przerwał,   z   trudem   powstrzymując   znie-

cierpliwienie. - Ale co pani robi w Arizonie?

- Mam teraz wakacje, a poza tym lubię ruiny.
- Od tego jest Rzym. Mają tam tego mnóstwo.
-   Tam   wszystko   zostało   już   przekopane   -   wyjaśniła.   - 

Chciałam pojechać w takie miejsce, gdzie zostało jeszcze coś 
do odkrycia.

-   Może   pani   wybrać   się   na   Biegun   Północny   -   poradził 

niezbyt miłym tonem. - Chociaż jednak lepiej niech pani tam 
nie jedzie.  Podobno łatwo tam o katastrofy. Kto wie,  co się 
może stać, wziąwszy pod uwagę pani zdolności.

Popatrzyła   na   niego   osłupiała.   Zarumieniona   ze   złości,   co 

zresztą   dodawało   jej   uroku,   z   furią   w   zielonych   oczach, 
krzyknęła:

- Nic na to nie poradzę, że czasem jestem niezręczna! Nie 

widziała dobrze jego twarzy, bo był zbyt wysoki.

Nałożył z powrotem na głowę poplamiony kapelusz.
-   Mógłbym   przysiąc,   że   towarzystwo   ubezpieczeniowe 

codziennie zamawia mszę w pani intencji.

-   Nie   jestem   ubezpieczona   -   wykrztusiła,   z   trudem   łapiąc 

oddech.

- I wcale mnie to nie dziwi! - Wcisnąwszy głębiej stetsona 

odwrócił się, żeby odejść.

- Bardzo mi przykro z powodu pańskiego kapelusza... i tak w 

ogóle! - zawołała za nim.

-   Miałem  szczęście,   że  to  tylko  strumyk,   a  nie  szyb  starej 

kopalni. - Stanął i odwrócił się z poważnym wyrazem twarzy. - 
Właśnie sobie przypomniałem, że w okolicy jest kilka takich 
starych szybów, więc, na litość boską, niech pani chodzi tylko 
po wydeptanych ścieżkach. Jeśli pani wpadnie do szybu, będzie 
nieszczęście.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 9  

- W porządku, postaram się uważać.
- To tylko dla pani dobra - zakończył sucho i odszedł.
Myśl o bezdennej studni, otwierającej się nagle pod nogami, 

zdenerwowała ją do reszty i odebrała spokój do końca dnia.

Jak do tej pory, znajdowali tylko okruchy i kawałki ceramiki. 

Ale fakt, że przetrwały tu tysiąc lat, przyprawiał ją o zawrót 
głowy. Wyobraziła sobie, że trzyma coś, co setki lat temu miał 
w ręku jakiś garncarz z Hokoham. Ludzie ci potrafili stosować 
irygację gruntów, a poza tym tu, w południowo - wschodniej 
Arizonie,   stworzyli   jedyny   w   swoim   rodzaju   system 
pokojowych rządów, gdy tymczasem w Europie trwały wojny 
na   berdysze.   Tutaj   obywatele   mieli   jednoczącą   i 
uszlachetniającą   religię   oraz   równe   prawa   dla   biednych   i 
bogatych. Był to naród o poetyckim usposobieniu, odnoszący 
się z szacunkiem do siebie samego i do całego świata. Z tego 
starożytnego ludu wywodziły się, jak sądzono, plemiona Pima i 
Papago (Tohono O'odham).

- Ekscytujące, prawda? - odezwał się George, kucając przy 

niej.   -   Przeczytałem   na   temat   Hokoham   wszystko,   na   co 
natrafiłem. Jaka szkoda, że tak niewiele po nich zostało.

-   Ale   przetrwali   ich   potomkowie,   Pima   i   Papago   - 

przypomniała   mu.   -   Tylko   po   plemieniu   Anasazi   nie   zna-
leziono, jak dotąd, ani śladu.

- Zawsze marzyłem o tym, żeby tu przyjechać - powiedział z 

westchnieniem   mężczyzna,   spoglądając   na   leżące   obok 
skorupy, na otaczające ich nagie skały i błękitne niebiosa. - Co 
za   cudownie   czyste   niebo,   prawda?   Pewnie   takie   samo   jak 
tysiąc lat temu.

-   W   Phoenbc   ogłoszono   właśnie   alarm   ekologiczny   -   tak 

groźne jest zanieczyszczenie wody i gleby.

Toksyczne pyły, radioaktywne odpady, środki chemiczne...
George spojrzał ponuro na Christy.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 10

   

- To wszystko jest przerażające.
-   Och,   wybacz,   znowu   się   zapędziłam.   Już   jako   mała 

dziewczynka lubiłam się mądrzyć. Myślę jednak, że Indianie 
mieli rację - należy żyć w zgodzie z naturą. A my zakłóciliśmy 
równowagę   pomiędzy   myśliwym   a   zwierzyną,   a   przecież   to 
była   gwarancja   istnienia   życia   na   naszej   planecie.   Teraz 
próbujemy ją przywrócić sztucznymi sposobami. Uważam, że 
powinniśmy przestać ingerować w prawa natury.

-   W   takim   razie   musiałabyś   ucierać   ziarna   kukurydzy   na 

mąkę, a skóry na ubrania zmiękczać żuciem. A ja polowałbym 
na bawoły i walczyłbym z innymi o mięso dla mieszkańców 
mojego   wigwamu   -   powiedział   George   z   uśmiechem.   -   Od 
czasu  do  czasu  wybuchałyby   pożary  na  prerii,   toczyłyby  się 
wojny   pomiędzy   plemionami,   natykalibyśmy   się   na 
grzechotniki,   zmagalibyśmy   się   z   burzami   piaskowymi, 
powodziami, suszami i zwierzętami chorymi na wściekliznę...

-   Przestań.   Trudno   zaprzeczyć,   że   każda   rzecz   ma   dwa 

oblicza. A może pomógłbyś mi uporządkować te skorupy?

-   Myślę,   że   w   tej   sprawie   dojdziemy   do   porozumienia   - 

odrzekł George.

Kolacja tego wieczora minęła dla Christy spokojnie. Udało jej 

się   nie   popełnić   żadnej   gafy.   Siedziała   w   patio,   jedząc 
herbatniki   i   podziwiając   gwiazdy.   Ubrana   w   lekką 
meksykańską sukienkę, czuła miły chłód, a łagodny wietrzyk 
muskał   jej   długie   blond   włosy.   Kilka   jardów   od   niej   na 
ogrodzonym pastwisku krowy rasy Hereford skubały trawę.

Drgnęła   nagle   na   odgłos   kroków.   Nie   odwracając   się, 

wiedziała, kto do niej podszedł.

-   Przy   stole   bilardowym   toczy   się   właśnie   zacięta   walka   - 

powiedział.   -  Kilka  osób  gra  w  szachy   i  w  warcaby.   Mamy 
sporo książek w bibliotece, jest też telewizor i kilka dobrych 
filmów do obejrzenia.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 11

   

- Dziękuję, panie Lang, ale wolę posiedzieć tutaj.
- Czeka pani na George'a? - zapytał, stając przy jej krześle.
- Gra w szachy.
- I pani nie pójdzie go dopingować? - zdziwił się z wyraźną 

kpiną w głosie.

Zapalił papierosa i usiadł okrakiem na krześle obok. Miał na 

sobie   dżinsowe   spodnie,   wysokie   buty   i   jedwabną   niebieską 
koszulę, opinającą muskularny tors.

Onieśmielona spuściła wzrok.
- George jest tylko moim kolegą.
- Nie tego się pani spodziewała, podpisując umowę, prawda? - 

zaciągnął   się   papierosem.   -   Czy   nie   przyjechała   tu   pani   w 
poszukiwaniu   przygody,   romansu   swego   życia?   I   co   pani 
znalazła? George'a?

-   Jest   inteligentny,   miły   i   świetnie   się   z   nim   rozmawia   - 

powiedziała lekko drżącym głosem. - Lubię go.

-   Nie   wygląda   na   takiego,   który   mógłby   porwać   panią   na 

konia i uwieźć w góry.

- I dzięki Bogu - odparła. Palce jej zaciskały się nerwowo na 

poręczy krzesła.

Serce   waliło   jak   młotem.   Dlaczego   on   nie   przestaje   jej 

dręczyć?

Przyglądał się jej bacznie, wodząc oczami po całym ciele, aż 

do zgrabnych, widocznych spod białej spódnicy nóg w białych 
sandałkach.

- Czyż nie marzy się pani coś podniecającego, panno Haley?
- Nie uważam za szczególnie ekscytujące tego, że wrzuca się 

mnie do samochodu jak worek z mąką, panie Lang.

- Rozumiem. Pani jest kobietą czynu i marzy się pani kariera. 

- W jego ustach zabrzmiało to prawie jak obelga.

-   Myli   się   pan.   Mam   pracę,   którą   lubię,   i   jestem   ze 

wszystkiego zadowolona.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 12

   

- Ile pani ma lat?
- Dwadzieścia pięć - odpowiedziała po chwili.
- Niezły wiek - stwierdził, wydmuchując obłoczek dymu. - Ja 

mam trzydzieści siedem. - Gdy nie zareagowała, uśmiechnął się 
kpiąco. - Nie jest pani ciekawa mojego życia?

- A czym się pan zajmuje, poza prowadzeniem tego rancza? - 

zapytała uprzejmie, zapanowawszy już nad rękami.

- Jestem inżynierem górnictwa. Pracuję dla pewnej kompanii 

niedaleko Bisbee. Przypuszczam, że słyszała pani o Lavendar 
Pit.   Była   to   największa   w   tej   okolicy   kopalnia   w   okresie 
rozkwitu górnictwa w południowo - wschodniej Arizonie. Dziś, 
oczywiście,   jest   tylko   atrakcją   turystyczną.   Ale   mamy   tutaj 
wiele   innych   przedsiębiorstw   górniczych   i   dla   nich   właśnie 
pracuję.

-   Słyszałam   o   Lavendar   Pit,   ale   nigdy   jej   nie   widziałam. 

Niewiele wiem o Arizonie. Czy pan lubi swoją pracę?

- Czasami. Interesuję się geologią. Skały fascynują mnie od 

dzieciństwa, a kiedy dorosłem, uznałem, że tym właśnie chcę 
się   zajmować   w   życiu.   Studiowałem   przez   cztery   lata,   po 
dyplomie pracowałem krótko dla kompanii naftowej, a w końcu 
wylądowałem   tutaj.   -   Znowu   zaciągnął   się   papierosem.   - 
Mogłem podjąć pracę na Alasce, ale właśnie wtedy zmarł mój 
ojciec, a matka nie umiała sobie poradzić z tym ranczem.

- Czy... czy pan nigdy nie był żonaty?
-   Nie   czułem   potrzeby   -   odpowiedział   szczerze.   -   To 

wspaniała   rzecz   być   mężczyzną   i   prowadzić   takie   życie,   w 
którym   kobiety   pełnią   raczej   rolę   kochanek   niż   żon.   Ma   to 
wszystkie zalety małżeństwa, a do niczego nie zobowiązuje.

- Samotne życie bez poczucia stabilizacji, bez dzieci...
Poruszył się na krześle.
-   To   prawda.   Przede   wszystkim   bez   dzieci.   A  co   z   panią, 

panno Haley? Dlaczego ciągle jest pani samotna?

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 13

   

-   Nawet   nie   byłam   nigdy   zakochana   -   stwierdziła   z 

uśmiechem. - Oświadczano mi się już kilka razy, ale nie byłam 
na tyle zaangażowana, żeby oddać komuś swoje serce.

„Ani swoje ciało” - dodała w myśli.
-   Rozumiem.   Zerknęła   na   niego,   ale   nie   udało   jej   się   nic 

odczytać z wyrazu jego twarzy.

Nachylił się ku niej i przymrużywszy oczy zapytał:
- Dlaczego pani tu przyjechała?
- Choć raz w życiu chciałam zrobić coś niezwykłego. Moja 

siostra, starsza o pięć lat, dba o mnie, jakbym była dzieckiem. 
Jest przekonana, że sama nie poradzę sobie w życiu. Ciągle się 
obawia, że coś mi się przytrafi i umrę. Nasi rodzice już nie żyją, 
więc   zostałaby   wtedy   sama   na   świecie.   Nie   mogę   głębiej 
odetchnąć, bo Joyce Ann zaraz się zaniepokoi, czy to nie astma. 
Nigdy dotąd nie wyjeżdżałam z Jacksonville. Pomyślałam więc, 
że już najwyższy czas gdzieś się ruszyć. Uciekłam samolotem i 
zostawiłam   list,   w   którym   przyrzekłam,   że   napiszę   do   niej 
najdalej za tydzień.

-   Wyobrażam   sobie,   jak   się   teraz   zamartwia   -   zauważył 

spokojnie Lang.

- Chyba tak. Myślę, że postąpiłam jak tchórz.
-   Dlaczego  więc  nie  miałaby   pani  do  niej  zadzwonić?   Nie 

musi pani wyjaśniać, gdzie pani jest, wystarczy powiedzieć, że 
wszystko w porządku.

Zawahała się na moment.
- Tak, chyba powinnam zadzwonić...
- Oczywiście, że powinna pani. Wyciągnął szczupłą, mocną 

dłoń, by pomóc jej wstać.

Trwało to zaledwie kilka sekund, ale dopiero wtedy mogła mu 

się   dobrze   przyjrzeć.   Miał   pociągłą   twarz   z   wyraźnie 
zarysowanym   podbródkiem,   wąskie   wargi   i   wystające   kości 
policzkowe.   Pod   czarnymi   brwiami   błyszczały   głęboko 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 14

   

osadzone   oczy,   w   kącikach   których   widać   było   drobną 
siateczkę   zmarszczek.   Robił   wrażenie   człowieka   bardzo 
stanowczego,   ale   pozory   czasem   mylą.   Był   o   wiele 
przystojniejszy,   niż   jej   się   przedtem   wydawało.   On   również 
obserwował ją z zainteresowaniem. Przesuwał powoli wzrok, 
badając dokładnie rysy twarzy. Ścisnął lekko jej dłoń i Christy 
poczuła   się  tak,   jakby   poraził   ją  nagle  prąd  elektryczny.   Na 
moment   straciła   oddech   od   gwałtownej,   nie   znanej   dotąd 
emocji.

-   Niech   pani   nie   idzie   spać   zbyt   późno   -   powiedział   - 

Pomiędzy   Jacksonville   a   nami   są   dwie   godziny   różnicy   w 
czasie. Dopiero za kilka dni przyzwyczai się pani do tego.

- Dziękuję, panie Lang.
- Większość ludzi mówi do mnie Nate.
Nate.   Podobało się jej brzmienie tego  imienia.  Uśmiechnął 

się,   puścił   jej  rękę   i   cofnął   się,   by   mogła   wstać   z   krzesła   i 
wrócić   do   swego   pokoiku   gościnnego.   Na   końcu   patio 
przystanęła na chwilę i obejrzała się. Zrobiła nieznaczny ruch 
ręką na pożegnanie i uśmiechnęła się do siebie.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 15

   

ROZDZIAŁ DRUGI

Joyce Ann była przerażona, gdy dowiedziała się, skąd Christy 

telefonuje.

- Mogłabyś przynajmniej zapytać mnie o radę - powiedziała. - 

Szczerze mówiąc, nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje. Nowe 
stroje, nowa fryzura...

- Posłuchaj, Joyce Ann - przerwała jej uspokajająco Christy. - 

Sama mówiłaś, że Stronię od ludzi. Nie martw się o mnie. Jest 
tu   kilku   przystojnych   mężczyzn   -   dodała,   by   zaintrygować 
siostrę.

Joyce Ann połknęła haczyk.
- Mężczyźni?
- Właśnie. Szczególnie jeden jest taki romantyczny, ciągle ze 

mną   rozmawia.   -   Pomyślała,   że   sposób   prowadzenia   tych 
rozmów   nie   wydałby   się   starszej   siostrze   szczególnie 
romantyczny.

- Mam nadzieję, że nie jest gorszy od Harry'ego. Christy nie 

lubiła myśleć o nim. Traktowała go jak ostatnią deskę ratunku, 
kiedy   będzie   już   musiała   wyjść   za   mąż.   Harry   miał   bardzo 
poważny stosunek do życia i prawdopodobnie nie spodobałaby 
mu się teraz, w swej nowej postaci.

- Harry jest miły - powiedziała. - Ale szuka raczej matki dla 

swoich dzieci niż żony dla siebie.

- Nic cię nie zmusza do poślubienia go - orzekła Joyce Ann 

stanowczym tonem. - Opowiedz o tym facecie z Arizony.

- Jest seksowny i bardzo miły.
-   No   to   co   innego  -   zaśmiała  się   siostra.   -   W  takim   razie 

niepotrzebnie   tak   się   o   ciebie   zamartwiałam.   Jak   długo   tam 
będziesz?

- Jeszcze tydzień, może trochę więcej.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 16

   

- Dobrze, dobrze. Daj znać, kochanie, jak ci leci. I proszę cię, 

noś...

- Dobranoc, Joyce Ann. Będę z tobą w kontakcie, obiecuję.
Christy   z   westchnieniem   odwiesiła   słuchawkę.   To   była 

zupełnie nowa sytuacja. Teraz mogła sama decydować o sobie, 
a Joyce Ann nie będzie wtrącać się we wszystko i podsuwać jej, 
niby przypadkiem, różnych mężczyzn.

Znużyła   ją   monotonia   życia,   jakie   prowadziła.   Zapragnęła 

czegoś   całkiem   innego,   niecodziennego.   Jeśli   nie   chce   się 
popaść w stagnację, trzeba zaryzykować i raz w życiu popełnić 
jakieś   szaleństwo.   Dlatego   zgłosiła   się   do   tej   ekspedycji. 
Zawsze   marzyła   o   czymś   takim.   Kupiła   sobie   zupełnie   inne 
stroje niż te, które dotąd nosiła, i zmieniła całkowicie wygląd. 
Znalazła   się   wśród   nieznanych   ludzi,   co   też   było   bardzo 
intrygujące. Zupełnie zapomniała o Harrym.

Przygotowując się do spania, rozmyślała o Nathanialu Langu. 

Traktował ją do dziś jako dopust boży, ale najwyraźniej teraz 
zmienił   zdanie.   Tego   wieczora   był   dla   niej   całkiem   miły. 
Wspomniała, jak niepewnie czuła się, kiedy spotkała go po raz 
pierwszy. A dziś tak swobodnie się z nim rozmawiało. Chyba 
chciał, żeby zainteresowała się jego życiem, żeby miała o nim 
lepsze   mniemanie.   I   tak   się   właśnie   stało.   To,   że   hołdował 
konserwatywnym poglądom, nie było takie ważne. Doszedłszy 
do tego wniosku, wreszcie zasnęła. Spała bardzo źle, dręczona 
różnymi   majakami,   w   których   przewijał   się   zagadkowy   pan 
Lang.

Następnego dnia rano zeszła pierwsza do jadalni, i to ją nieco 

zmieszało. Gdy pojawił się gospodarz, jej nadzieje na odmianę 
ich stosunków rozwiały się. Nawet na nią nie spojrzał, kiedy 
stała przy barku, i przeszedł, nie odezwawszy się ani słowem. 
Zaskoczona,   szeroko   otwartymi   oczami   spoglądała   na   tego 
wysokiego   mężczyznę   w   ciemnym   ubraniu   i   kremowym 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 17

   

stetsonie,   zastanawiając   się,   czym   mu   się   znowu   naraziła. 
Nałożyła   sobie   na   tackę   odrobinę   jedzenia   i   pomyślała   z 
westchnieniem, że, być może, tym razem nie spodobał mu się 
jej sposób kichania.

-   Ależ,   panno   Haley,   nawet   ptaszek   zjadłby   więcej   - 

zaniepokoiła się pani Lang, osoba drobna i ciemnooka.

- Zaczynani się martwić, że nie smakuje pani moja kuchnia.
- Gotuje pani wspaniale - zaprotestowała zmieszana Christy. - 

To dlatego że... ten upal jest wprost nie do zniesienia.

- Och tak! - Wystarczyło takie niewinne kłamstewko, żeby 

pani   Lang   rozchmurzyła   się   i   uśmiechnęła   wyrozumiale.   - 
Zapomniałam, że nie miała pani do czynienia z pustynią. Ale 
proszę się nie martwić. Szybko się pani przyzwyczai. Trzeba 
dużo pić i nie chodzić przy pełnym słońcu bez nakrycia głowy.

- Będę o tym pamiętać - zapewniła ją Christy skwapliwie.
Siedziała sama. jedząc bez apetytu. Weszli profesor Adainson 

i jego żona Neli. Powitali ją uprzejmie i usiedli przy swoim 
stoliku. Potem od razu zjawiła się cała reszta zespołu. George 
zauważył siedzącą samotnie Christy i skierował się do niej.

- Jaki piękny poranek - uśmiechnięty zasiadł obok i zabrał się 

do   pałaszowania   góry   jedzenia   ze   swojej   tacy.   -   Nigdy   nie 
byłem taki głodny. Wspaniale tu karmią, prawda? Ale ty nic nie 
jesz - zauważył.

- Strasznie mi gorąco - usprawiedliwiła się z uśmiechem. - 

Mam   nadzieję,   że   za   kilka   dni   przyzwyczaję   się   do   tego 
klimatu.

-   Dziś   mamy   masę   roboty   -   mruknął   George   pomiędzy 

jednym a drugim kęsem. - Mason ma zamiar użyć komputera 
do uporządkowania fragmentów skorup, które znaleźliśmy do 
tej pory. Całą noc spędził na pisaniu programu.

-   Nie   lubię   komputerów   -   wyznała   Christy.   •   -   W   naszej 

szkole też mamy komputer, już uczniów drugiej klasy uczymy z 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 18

   

niego korzystać, ale ja się go boję.

-   Powinnaś   zobaczyć   komputer   pana   Langa   Kupił   go   za 

dwadzieścia   tysięcy   dolarów   albo   i   więcej.   Z   wielkim 
oprogramowaniem.   Rejestruje   w   nim   dane   dotyczące   swego 
bydła. Ma też kilka programów graficznych, których używa do 
spraw związanych z pracą w kopalni.

- Musi być bardzo zdolny.
-   Zdolny   to   za   mało.   Mówią   o   nim,   że   jest   geniuszem. 

Wczoraj wieczorem próbowano grać z nim w szachy, ale on z 
każdym wygrywał w kilku posunięciach.

- Ja na szczęście nie gram.
- No, kończ już jeść - zaśmiał się George. - Szkoda czasu.
Tym razem też pojechali ciężarówką. Christy spędziła kolejny 

dzień   na   poszukiwaniu   szczątków   ceramiki   w   pustynnym 
piasku.

W   porze   lunchu   siedziała   w   cieniu   ciężarówki,   popijając 

chłodny   sok   z   lodówki   turystycznej,   gdy   usłyszała   warkot 
dżipa. Wyskoczył z niego Nathanial Lang, ciągle w ciemnym 
ubraniu,   rozejrzał   się   wokół,   aż   odnalazł   wzrokiem   Christy. 
Przyglądał się jej z oddali przez dobrą chwilę. Przywitał się z 
profesorem   Adamsonem   i   zamieniwszy   z   nim   parę   słów, 
skierował się w jej stronę.

-   Jest   pani   sama?   -   zdziwił   się,   przykucając   koło   niej.   -   - 

Czyżby George umarł?

Otworzyła szeroko oczy.
- Przepraszam, ale o co chodzi?
-   Wybieram   się   do   Tucson   po   zamówione   towary.   Serce 

podskoczyło jej do gardła.

-   Czy   na   pewno   nie   pomylił   mnie   pan   z   kimś   innym?   - 

zapytała, patrząc mu prosto w oczy. - Niecałe pięć godzin temu 
przeszedł pan koło mnie z taką miną, jakby mierził pana sam 
mój widok.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 19

   

- Tak, ale to było pięć godzin temu - sprostował grzecznie. - 

Uzgodniłem już wszystko z profesorem. Powiedział, że może 
pani ze mną jechać.

-   Nie   jestem   książką   z  biblioteki,   którą   można   swobodnie 

dysponować, panie Lang!

Bez słowa pociągnął ją za rękę. Biegnąc za nim, próbowała 

jeszcze   protestować.   Objął   ją   w   talii   i   wsadził   do   dżipa, 
przyglądając się z pewnym rozbawieniem jej strojowi. Miała na 
sobie długie szorty koloru khaki, beżowe skarpetki i skórzane 
sportowe   pantofle,   jasnożółtą   bawełnianą   bluzkę   koszulową 
zapiętą pod szyję i kapelusz ozdobiony żółto - białą apaszką. Z 
długimi,   opadającymi   na   ramiona   srebrzystoblond   włosami 
wyglądała bardzo modnie.

- Zupełnie jak nastolatka - podsumował z uśmiechem.
Uśmiechnęła   się   również,   nieco   zaskoczona,   ponieważ   nie 

spodziewała się, że zwróci uwagę na jej ubiór.

-   Dziękuję   -   powiedziała,   niezbyt   pewna   siebie.   Zamknął 

drzwiczki   od   jej   strony   i   obszedłszy   wóz,   usiadł   przy 
kierownicy.

- Niech się pani dobrze trzyma - poradził i zapuścił silnik.
Ruszył tak ostro, że musiała przytrzymać kapelusz na głowie, 

by nie sfrunął.

- Przecież możemy na coś wpaść! - zawołała, przekrzykując 

huk silnika.

-   A   dlaczego   mielibyśmy   na   coś   wpadać?   -   zdziwił   się, 

unosząc brwi.

Rozbawiona,   roześmiała   się.   Z   tym   człowiekiem   nawet 

zwykła   wyprawa   do   miasta   stawała   się   przygodą.   Mknęli 
szeroką,   piaszczystą   drogą,   prowadzącą   do   szosy,   a   Christy 
jedną   rękę   zaciskała   na   poręczy,   drugą   przytrzymywała 
kapelusz   i   napawała   się   spokojem   pustyni.   Pola  saguaro  
gigantycznych kaktusów o grubych pniach i białych kwiatach, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 20

   

crescote  -   wiecznie   zielonych   krzaków   ostu,   kolczastych 
groszkowatych kaktusów i mesquite - krzaków mimozy, sięgały 
postrzępionych łańcuchów górskich, otaczających Tucson. Był 
to   niezwykły   widok.   Tak   wielkie   przestrzenie   i   tyle   w   nich 
historii. Trudno było uwierzyć, ze znajduje się właśnie tu, obok 
człowieka,   który   stanowił   element   tego   kraju.   Zerknęła   na 
Langa, z nie ukrywaną przyjemnością, a nawet z dreszczykiem 
emocji podziwiając jego prawdziwie męską urodę. Nigdy nie 
czuła się tak w towarzystwie innych mężczyzn. Ale też nigdy 
przedtem nie spotkała nikogo takiego jak Nathanial Lang.

Wyczuł jej nieśmiałe spojrzenie. Poczuł się dumny, mając u 

boku piękną, podziwiającą go kobietę.

- Jak się pani podoba ta praca w słońcu?
- Jest trudniej niż oczekiwałam - przyznała. - Po dłuższym 

siedzeniu   w   jednym   miejscu   jestem   zdrętwiała   i   obolała.   W 
jakimś sensie jest to nużące. Ale warto znosić takie niewygody, 
by móc wydobyć z piasku coś, co pochodzi sprzed tysięcy lat - 
powiedziała z przejęciem.

Uśmiechnął się.
- Mnie również fascynuje Hohokam. Czy wie pani, że plemię 

Tohono O'odham wywodzi się prawdopodobnie z Hohokamu? I 
że   ich   koszyki   są   tak   ściśle   plecione,   że   nie   przepuszczają 
wody?

-   Nie,   nie   wiedziałam.   Wyobrażam   sobie,   ile   muszą 

kosztować.

- Niektóre z nich rzeczywiście kosztują majątek, ale są tego 

warte.   Znam   pewną   starszą   kobietę,   która   ciągle   jeszcze 
zajmuje   się   tym   rzemiosłem   w   rezerwacie   Papa   -   go.   Mogę 
panią do niej zawieźć, skoro już pani tu przyjechała.

- Naprawdę? - wykrzyknęła zachwycona.
- Ucieszy się, że ktoś interesuje się tym, co robi. Skręcili na 

szosę   i   dżip   płynnie   zwiększył   szybkość.   Christy   ciągle 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 21

   

przytrzymywała kapelusz, ale w końcu zdjęła go i położyła na 
kolanach.

Chyba się pani nie boi? - zażartował. - Byłem przekonany, że 

nauczyciele mają nerwy ze stali.

-   Czasami   chciałabym   mieć   takie   -   przyznała.   Obracała 

kapelusz   w   rękach,   rozkoszując   się   wiatrem,   targającym   jej 
włosy i zapachem czystego powietrza, nie tak wilgotnego, jak 
nad Atlantykiem, ale równie odświeżającego.

- Pewnie tęskni pani za morzem?
- - Tak... trochę. Ale jestem zauroczona pustynią.
- Cieszę się z tego. A jak się pani podoba Tucson?
-   W   pierwszym   momencie   byłam   oszołomiona.   Nie 

przypuszczałam, że to takie duże i rozległe miasto.

- My tutaj lubimy przestrzeń - uśmiechnął się. - Nie mogę 

wytrzymać długo na Wschodzie. Czuję się tam jak w klatce.

- Pewnie za dużo u nas drzew - powiedziała z lekką kpiną.
- Coś w tym rodzaju. Mijali restauracyjki, nowoczesne pasaże 

handlowe i puste place.

-   Czy   ktoś   wspominał   pani   o   kojotach?   Są   w   górach?   - 

spytała, spoglądając w stronę horyzontu.

Są tutaj. Każdego ranka słychać wycie. Bardzo to ekscytuje 

turystów.

Mnie raczej nie - wzdrygnęła się. Nie słyszała ich pani na 

ranczu?

- Myślałam, że to wyją wilki.
-   To   kojoty.   Indianie   nazywają   je   „śpiewającymi   psami”. 

Krąży mnóstwo legend na ich temat. Jedna z nich powiada, że 
kojoty   czuwają   czasem   przy   rannym   człowieku   aż 
wyzdrowieje.

- Dużo pan wie o tym kraju, prawda? Uśmiechnął się.
- Urodziłem się tutaj i kocham go. - Skręcił w boczną ulicę i 

wjechał na parking.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 22

   

Zanim zdążyła zapytać, gdzie są, zgasił silnik. Wysiedli.
Musiała niemal biec, by za nim nadążyć. Gdy wchodzili do 

sklepu, wpadła na drzwi i przewróciła pojemnik z motykami i 
łopatami.

Zamknęła   oczy,   by   nie   widzieć   miny   Nathaniala   Langa. 

Gdyby nie to, że zabrakło jej odwagi, zatkałaby palcami uszy, 
żeby   nie  słyszeć  tego,   co  zaraz  powie.   Ponieważ   jednak   nie 
było żadnych komentarzy, z wahaniem otworzyła jedno oko.

- Nic takiego się nie stało - mruknął sucho mężczyzna.
Postawił pojemnik na miejsce i chwycił ją pod rękę z trudnym 

do odgadnięcia wyrazem twarzy.

- Przepraszam... - zaczęła zdenerwowana.
-   Proszę   tu   poczekać   i   nie   robić   ponurej   miny   -   rozkazał, 

zostawiając ją przy stoisku ze sprzętem rybackim. - Odbiorę 
moje zamówienie i wrócę, zanim pani za mną zatęskni.

Christy nieco się uspokoiła. Czyniła sobie jednak w duchu 

wymówki, że ciągle jest taką niezdarą.

- Niech się pani tak nie przejmuje - usłyszała głos Nathaniala, 

który właśnie nadszedł, dźwigając wielkie pudło. Ujął ją pod 
rękę. - Chodźmy stąd. Jak się pani zapatruje na lunch?

-   Chętnie   bym   się   czegoś   napiła   -   powiedziała,   gdy   już 

prowadził ją do dżipa.

-   To   nie   zastąpi   dobrego   posiłku.   Co   pani   myśli   o 

chimichanga i meksykańskiej sałatce taco.

- Chimi... jak pan powiedział?
-  Chimichanga.  Zamówię   dla   pani   porcję   i   sama   się   pani 

przekona. To jest bardzo dobre.

Rzeczywiście,   było   wyśmienite.   Zaprowadził   ją   do   ładnej 

restauracji w pobliżu największej promenady w mieście, gdzie 
podano im te smaczne dania, o jakich nawet nie słyszała na 
Florydzie.

Chimichanga była pikantna i naprawdę doskonała: wołowina, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 23

   

fasola,   ser  i  papryka   wprost   rozpływały   się   w  ustach.   Przed 
złożeniem zamówienia nieźle się ubawiła, studiując kartę.

- Co to jest? - zapytała, wskazując zakąski.
-  Huevos rancheros  czyli .Jajka po farmersku” - wyjaśnił. - 

Ściślej mówiąc, jest to jajecznica z duszoną po meksykańsku 
fasolą   w   ostrym   pomidorowym   sosie   przyprawionym   chili. 
Ciężko strawna potrawa, dająca takie efekty, że nie chciałbym 
siedzieć po pani zawietrznej.

Wybuchnęła śmiechem. Był teraz zupełnie inny, niż go sobie 

dotąd wyobrażała. Tryskał dowcipem i chyba nie miał jej już za 
złe, że ciągle musiała coś zbroić.

-   Smakuje?   -   zapytał,   gdy   zjadła   mnóstwo   meksykańskiej 

sałatki  taco  i chciwie, jednym haustem, wypiła zimną wodę z 
ogromnej szklanki.

- Pyszności! - odpowiedziała z zachwytem. - Mogłabym jeść 

codziennie takie smakołyki.

- Miło mi to słyszeć. - Wypił do dna swój napój i rozparłszy 

się   wygodnie   w   krześle,   przyglądał   się   dziewczynie   bez 
skrępowania.   -   Ciągle   się   zastanawiam,   dlaczego   kobieta   o 
takiej urodzie jest do tej pory niezamężna.

-   Właściwie   nie   miałam   zamiaru   wychodzić   za   mąż   - 

uśmiechnęła   się   do   niego   nieśmiało.   Chciała   dodać,   że 
niedawno jeszcze podobna była raczej do skromnej szarotki niż 
do róży. Przecież dopiero teraz zmieniła fryzurę, styl ubierania 
się, a nawet odbyła krótki kurs, na którym nauczono ją, jak ma 
się poruszać. Nie mogła jednak powiedzieć tego Nate'owi. Nie 
chciała, żeby pomyślał, że jest nienaturalna. Na taką kobietę, 
jaką była przedtem, nawet by nie spojrzał. Nie spojrzałby nikt, 
prócz Harry'ego.

Słuchał jej, przymrużywszy z lekka oczy. A więc nie myślała 

o małżeństwie. Świetnie. On także nie. A sposób, w jaki na 
niego patrzyła, świadczył o tym, że miewała już mężczyzn. Był 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 24

   

tego   niemal  pewien,   pomimo   jej  staroświeckiej   nieśmiałości. 
Zdarza się, że niektóre potrafią dobrze udawać. Widywał takie 
popisy. Choć nie był przystojny, miał pieniądze, co czyniło go 
obiektem zabiegów różnych sprytnych ślicznotek. Było takich 
mnóstwo. Piękne ranczo przyciągało całe ich chmary. Zawsze 
świetnie się bawił w takich sytuacjach i miał teraz ogromną 
ochotę zabawić się w ten sam sposób z Christy. Była ponętna i 
bardzo go pociągała. Lubił działać szybko, ale ona wyglądała 
na taką, która chce być zdobywana powoli. Zastosował więc 
odpowiednią taktykę, żeby nie popsuć sprawy.

-   Czy   od   początku   pracowała   pani   w   szkole?   Przytaknęła 

głową.

- Zaczęłam tam pracować od razu po ukończeniu studiów, I 

chyba   nigdy   nie   przestanę   się   dokształcać.   Stale   chodzę   na 
jakieś kursy i wykłady. Lubię się uczyć nowych rzeczy. Ale 
młodzież nie tak łatwo przekonać do nauki.

- Wyobrażam sobie.
-   Pan   pewnie   studiował   geologię?   -   zapytała   po   chwili 

milczenia.

- Tak. Zawsze uwielbiałem skały. Lubiłem czuć je pod ręką, 

poznawać ich historię, barwy, kształty. Już jako dziecko byłem 
zafascynowany   skałami.   Gdy   dorosłem,   zdecydowałem   się 
wybrać   zawód   inżyniera   górnictwa.   Nie   sposób   żyć   w   tym 
stanie   i   nie   znać   się   na   górnictwie.   Pierwszymi   górniczymi 
miastami   były   tu   Tombstone   i   Bisbee   -   to   właśnie   tam   jest 
kopalnia   miedzi   Lavendar   Pit.   Teraz   zresztą   siedemdziesiąt 
procent   miedzi   w   Stanach   Zjednoczonych   także   pochodzi   z 
Tucson i Pimy w Arizonie. Wydobywa się też sporo innych 
cennych minerałów, nawet złoto i srebro.

- Chyba na całym świecie znane są kopalnie Dutchmana w 

Przesądnych Górach.

- Tak. Ale to daleko stąd. Krążą pogłoski, że inny rodzaj złota 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 25

   

można też znaleźć w Wielkiej Jaskini w pobliżu Tucson. To 
największa sucha jaskinia w tej okolicy. Dawniej była kryjówką 
różnych   bandytów   -   powiedział   konspiracyjnym   szeptem.   - 
Podobno jeszcze ciągle jest lam ukryte złoto.

O   Boże!   -   zawołała   z   podnieceniem.   -   To   pojedźmy   i 

poszukajmy!

-   Mam   nadzieję,   że   nie   okaże   się   pani   zbytnio   zachłanną 

dziewczynką - powiedział z nie ukrywanym cynizmem.

-   Nie  chodzi  mi  o  pieniądze,   ale  może  to  być  pasjonująca 

przygoda   -   wytłumaczyła   naiwnie.   -   Kto   wie,   czy   nie 
znalazłabym tam jakiegoś starego rewolweru czy kilku strzał 
Apaczów.

-   Mam   sporą   kolekcję   strzał   Apaczów.   Jeśli   pani   zechce, 

zawiozę panią któregoś dnia na grób Cochise'a Strongholda. On 
i   jego   ludzie   walczyli   z   kawalerią   Stanów   Zjednoczonych. 
Legenda   głosi,   że   został   pochowany   gdzieś   na   pustkowiu. 
Miejsce spoczynku  wodza zdradzono  tylko jednemu białemu 
człowiekowi   -   Tomowi   Jeffordsowi,   który   był   jego 
przyjacielem.

- Czy pochowali go na pustyni? - zapytała.
- Ależ nie! W głębi kanionu porośniętego drzewami. Piękne 

miejsce.

-   Wyobrażam   sobie   -   westchnęła.   -   Wie   pan,   zanim   tu 

przyjechałam,   myślałam,   że   pustynia   to   po   prostu   piasek, 
sięgający horyzontu. Okazało się, że jest zupełnie inaczej. Tyle 
tu ostów, różnych kaktusów, krzaków mimozy. A ptaki! Jakże 
piękne są te kosy z czerwonymi skrzydełkami!

-   Nie   mówiąc   już   o   strzyżykach,   wijących   gniazda   na 

kaktusach,  o pustynnych kukułkach i sowach - dopowiedział 
uśmiechnięty. - Tak, życie tu aż kipi. Są także inne stworzenia. 
Jaszczurki i węże, kojoty, wilki, jelenie, ptactwo łowne...

-   Od   jak   dawna   pańska   rodzina   mieszka   w   Arizonie?   - 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 26

   

przerwała mu.

- Nie wiem dokładnie - wzruszył ramionami. - Jeden z moich 

przodków mieszkał w Tombstone, ale nie mam pojęcia, kiedy 
tu przybył. Wiem tylko, że pochodził z Południa i przeniósł się 
tutaj po wojnie domowej.

-   Słyszałam,   że   przez   jakiś   czas   również   nad   Tucson 

powiewała flaga Konfederacji.

-   To   prawda.   W   tamtym   czasie   mieszkało   tu   wielu 

Południowców. Ta kraina ma bogatą historię.

-   Wychowałam   się   na   powieściach   Zane'a   Greya   - 

powiedziała z zadumą. - Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w 
miejscu opisywanym przez niego. Ale najbardziej się cieszę z 
tego, że mogłam zobaczyć ruiny Hohokamu.

- Tak, mnie to również fascynuje. W 300 roku p.n.e. rolnicy z 

Hohokamu   zbudowali   tu   stupięćdziesięciomilowy   system 
kanałów. To byli bardzo pomysłowi ludzie.

- Czytałam o tym. Nathanial spojrzał na zegarek.
- Muszę wracać do pracy. Czy jest pani gotowa?
- Tak. Jak to się dzieje, że może pan wyjść, kiedy ma pan na 

to ochotę? - zapytała go, gdy wstali z krzeseł.

-   Jestem   wiceprezesem   spółki   górniczej.   Właścicielem   jest 

mój wuj.

- Ach tak.
- Jestem bogaty - dodał z drwiącym uśmiechem na szczupłej 

opalonej twarzy. - Jeszcze pani tego nie zauważyła? Większość 
kobiet odgaduje to od razu.

Zaskoczona   taką   bezceremonialnością,   zaczerwieniła   się   i 

spuściła   oczy.   Chcąc   jak   najszybciej   wyjść,   przewróciła 
krzesło, trącając przy tym sąsiedni stolik, zajęty przez turystów 
z dziećmi.

Napoje mleczne i hamburgery znalazły się na ziemi.
W ogólnym zamieszaniu nieszczęsna Christy upuściła torebkę 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 27

   

i czując się ogromnie głupio, siedziała teraz na podłodze.

- To moja wina - powiedział spokojnie Nate, pomagając jej 

wstać i próbując załagodzić incydent z ujmującym wdziękiem i 
dyplomacją,   które   to   cechy   dziewczyna   dopiero   w   nim 
odkrywała. Z jednej strony wydawał się opryskliwy, ale potrafił 
też  być  dżentelmenem  i  umiał  postępować  z  ludźmi.   Już  po 
chwili poszkodowani turyści bardziej przejmowali się Christy 
niż bałaganem, który spowodowała. Obsługa restauracji także 
była dla niej uprzejma i wyrozumiała.

Pogorszyło to jeszcze bardziej samopoczucie winowajczyni. 

Rozpłakała się, gdy Nate pomagał jej wsiąść do dżipa.

- Nic się takiego nie stało - pocieszył, delikatnie ocierając jej 

łzy. - To ja się źle zachowałem wobec pani. To wyłącznie moja 
wina.

-   Nie,   moja  -   załkała.   -  Taka   ze  mnie   niezdara...   Otarł   jej 

zalaną łzami twarz i uniósł do góry, przyglądając się badawczo.

- Czerwony nos, czerwone oczy, czerwone policzki - szepnął. 

Wzrok jego spoczął na jej wargach, co sprawiło, że zadrżała od 
stóp   do   głów.   -   Usta   też   są   czerwone   -   dodał   schrypniętym 
głosem. Dłoń podtrzymująca jej podbródek zacisnęła się na nim 
lekko.   -   Czerwone,   miękkie   i   bardzo   kuszące,   moja   mała 
Christy.   -  Spojrzał  jej  w  oczy   i  odczytał  w  nich  narastające 
podniecenie, którego był przyczyną.

W dżipie było przytulnie i cicho. Nie słyszeli hałasu ulicy, nie 

zwracali też uwagi na panujący upał. Wciąż patrząc w jej jasne 
oczy,   przysunął   się   bliżej,   aż   poczuła   zapach   jego   wody 
kolońskiej.

Pochylił   się   nad   nią,   a   ona,   z   sercem   podchodzącym   do 

gardła, zacisnęła ręce na jego marynarce. Usta Nate'a wyglądały 
zaborczo i zmysłowo. Pomyślała, że na pewno znacznie więcej 
wie   o   całowaniu   niż   ona,   a   to,   że   mogłaby   być   całowana 
właśnie przez Nathaniala Langa, podniecało ją jak nic dotąd. Jej 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 28

   

usta   rozchyliły   się   bezwolnie,   wyczekująco,   całym   ciałem 
owładnęło nagłe, bolesne napięcie. Tymczasem zatrzymał się 
obok nich jakiś samochód.

-   No   i   dobrze   się   stało,   kochanie   -   powiedział   Nathanial, 

widząc wyraz twarzy Christy. - To, co zamierzaliśmy zrobić, 
nie   jest   dobrze   widziane   w   miejscu   publicznym.   Nie   mam 
ochoty całować cię po raz pierwszy przy świadkach.

Zanim zdążyła wydusić coś z siebie, uśmiechnął się i zapuścił 

silnik.

- Zapnij pas - przypomniał łagodnie i wyjechał na drogę z 

takim opanowaniem i spokojem, jakby nic szczególnego się nie 
stało.

Odwiózł   dziewczynę   na   teren   prac   wykopaliskowych,   nie 

przejmując   się   wcale,   czy   ona   również   będzie   mogła   łatwo 
przejść do porządku dziennego nad tym, co stało się między 
nimi.

Na szczęście George już z daleka zauważył nadjeżdżającego 

dżipa i podszedł do nich z laptopem pod pachą.

- Dobrze, że już jesteś! - zawołał do Christy i pomachał ręką. - 

Nie mogłem się doczekać.

Nate spojrzał w jego stronę.
- Znowu George - mruknął ze złością.
- Czuje się tutaj samotny - wyjąkała, zaskoczona wrogością 

mężczyzny.

- Naprawdę? - Wzruszył ramionami. - No cóż, każdemu coś 

się należy. Zobaczymy się później.

Poczekał,   aż   wysiadła   z   wozu   i   ruszył,   wzbijając   tumany 

kurzu   i   nie   oglądając   się   na   nią.   Gdyby   to   był   ktoś   inny, 
mogłaby przypuszczać, że jest o nią zazdrosny. Ale przecież 
Nathanial   Lang   nigdy   nie   byłby   zazdrosny   o   nią,   a   już   na 
pewno  nie  z  powodu   poczciwego  George'a.   Odwróciła  się   z 
uśmiechem   na   twarzy,   by   wysłuchać   chaotycznej   opowieści 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 29

   

kolegi.   Myślami   jednak   wciąż   była   na   parkingu   przed 
restauracją,   wspominając   rozpaczliwe   oczekiwanie   na 
pocałunek, który jednak nie nastąpił.

Zachowanie Nate'a było dla niej zagadką. To wydawał się nią 

zainteresowany, to patrzył na nią z cyniczną obojętnością. Nie 
wiedziała, co o tym sądzić. Bała się rozczarowania. Nathanial 
Lang pociągał ją. Chciałaby wierzyć, że i on czuł to samo, ale 
powinna być ostrożna. Nathanial jest człowiekiem światowym i 
traktuje   ich   znajomość   jak   romans   wakacyjny.   Z   pewnością 
Christy nie jest pierwszą kobietą ze Wschodu, która wpadła mu 
w oko.

Przygnębiona, posłała George'owi promienny uśmiech, a on, 

szczęśliwy, pomyślał, że ujął ją swym urokiem.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 30

   

ROZDZIAŁ TRZECI

Christy oczekiwała, że Nathanial, swoim zwyczajem, znowu 

zignoruje ją wieczorem, ale po kolacji podszedł do niej, zanim 
George zdążył poprosić, żeby mu kibicowała przy szachach.

- Czy umiesz tańczyć? - zapytał bez żadnych wstępów.
- Tak, trochę - wyjąkała zmieszana, z trudem wytrzymując 

jego wzrok. - Dlaczego pytasz?

- Mamy w mieście bar z grillem, gdzie co wieczór gra zespół 

country.  Moglibyśmy   tam   posiedzieć,   napić   się   piwa   i 
potańczyć.

- Ja nie piję. - Zabrzmiało to trochę jak odrzucenie propozycji 

i przestraszyła się, że Nate nie zechce wziąć jej ze sobą.

-   W   porządku.   Dostaniesz   imbirowe   piwo   angielskie.   - 

Uśmiechnął się, a jej serce podskoczyło z radości.

- W takim razie chemie z tobą pojadę - zgodziła się.
- Włóż spódnicę - polecił. - Lepiej się w niej tańczy. Czy 

rzeczywiście tylko o to mu chodziło, czy też nie lubił kobiet w 
spodniach?   Gdy   włożyła   białą  wieczorową  sukienkę  w  stylu 
hiszpańskim   uznała,   że   naprawdę   wygląda   w   mej   znacznie 
lepiej   niż   w   dżinsach   i   luźnym   sweterku.   Rozczesała 
rozpuszczone   długie   włosy   i   włożyła   sandałki   zamiast 
pantofelków   na   wysokim   obcasie.   Gdy   gotowa   wyszła   z 
pokoju,   ujrzała   czekającego   już   Nathaniala.   Ubrany   był   w 
eleganckie   spodnie   i   niebieską   koszulę   w   drobne   prążki,   z 
długimi   rękawami   i   turkusowo   -   srebrnym   krawatem.   Na 
nogach   miał   wysokie   buty,   dobrane   kolorem   do   jasnego, 
nałożonego   na   bakier   stetsona.   Stał   z   pewną   siebie   miną   - 
arogancki,   światowy,   dojrzały   mężczyzna.   Z   bijącym   mocno 
sercem pomyślała, że spędzi z nim cały wieczór sam na sam i 
będą ze sobą tańczyć.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 31

   

-   A,   jesteś   tutaj!   -   zawołał   George,   gdy   chciała   właśnie 

odezwać się do Nate'a. - Dlaczego się tak odświętnie ubrałaś? 
Myślałem, że zagramy w szachy.

- Jadę do miasta z panem Langiem - powiedziała krótko. - 

Wybacz mi, George.

Zaskoczony, przyglądał się przez chwilę Christy i Nate'owi, 

jakby nie pojmując, że jakiś inny mężczyzna też może się nią 
zainteresować.

- Aha, masz randkę - odezwał się w końcu z wahaniem.
- Właśnie - potwierdził uprzejmie Nate. - Ma randkę.
- No tak... w takim razie zobaczymy się później. Albo dopiero 

jutro. - Student uśmiechnął się nerwowo i odszedł.

- Podkochuje się w tobie - powiedział Lang, biorąc ją pod 

rękę i prowadząc do swojego mercedesa.

- Jest bardzo miły i nieśmiały. Szuka we mnie oparcia.
- Szkoda takiej kobiety jak ty dla dzieciaka, co ma jeszcze 

mleko pod nosem.

Nic nie odpowiedziała. Nate usiadł obok niej i zapuścił silnik. 

Christy nie była całkiem pewna swoich uczuć. Lang był starszy 
i z pewnością bardziej doświadczony od wszystkich mężczyzn, 
z   którymi   się   dotąd   umawiała.   Co   go   właściwie   w   niej 
zainteresowało?

- Ja też mam mleko pod nosem - zauważyła.
- Czyżby? - zapytał ironicznie z kpiącym uśmiechem. - Zapnij 

pas.   Twojej   cnocie   nic   przy   mnie   nie   grozi,   moja   panno. 
Przynajmniej na razie.

Nie  wiedziała,   jak   na  to  zareagować.   Po   chwili   uznała,   że 

żartował i zaśmiała się:

- To ładnie z twojej strony. Zapięła pas, starając się zachować 

pogodę ducha.

-   Jesteś   dla   mnie   nowym   doświadczeniem   -   oznajmił, 

wjeżdżając na szosę w kierunku Tucson. - Kobiety, którym się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 32

   

podobam, zazwyczaj nie stawiają żadnych warunków.

- Zabrzmiało to bardzo cynicznie.
-   Jestem   smakowitym   kąskiem   -   wzruszył   ramionami.   - 

Wolałbym   być   trochę   przystojniejszy.   Mógłbym   wtedy 
przypuszczać, że to ja sam jestem tak pociągający, a nie moje 
konto bankowe.

-   Chyba   przeglądasz   się   w  złym   lustrze   -   powiedziała   bez 

zastanowienia.   -   Nie   jesteś   aż   tak   odpychający,   możesz   mi 
wierzyć. - Spuściła oczy. - W twojej obecności ludzie czują się 
bezpieczni   i   swobodni,   a   jednocześnie   działasz   na   nich 
pobudzająco.

- Ciekawe spostrzeżenie. Później wyjaśnisz mi to dokładniej. 

Jak ci się podoba pustynia nocą?

Wyjrzała przez okno i aż westchnęła na widok czerwonej łuny 

na   zachodzie,   oświetlającej   postrzępione   szczyty   gór   i 
niewyraźne,   ginące   w   cieniu   zarysy   kaktusów,   porastających 
równinę.

- Przepiękna. I jak chłodno. Tego się nie spodziewałam. W 

dzień na pustyni jest tak gorąco.

-   Jak   widzisz,   nie   zawsze   tak   jest.   Jak   myślisz,   dlaczego 

kowboje   wożą   koce   przytroczone   do   siodeł?   -   zapytał   z 
uśmieszkiem.

Prowadził   wóz   w   ogóle   nie   zwracając   uwagi   na   pręd-

kościomierz,   choć   dobrze   wiedział,   że   Christy   boi   się   takiej 
jazdy.

-   Na   Florydzie   zatrzymałby   cię   każdy   patrol   drogowy   - 

szepnęła.

- I u nas obowiązują podobne przepisy. Ale jesteśmy daleko 

od miasta, droga jest prosta i nie ma dużego ruchu. Nie jestem 
ryzykantem, panuję nad kierownicą. A poza tym, w młodości 
startowałem w wyścigach samochodowych.

- Naprawdę? - zawołała zachwycona.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 33

   

- Tak. Kilka razy brałem też udział w rodeo i w wyścigach z 

przeszkodami. A teraz wystarczająco dużo emocji dostarcza mi 
urząd podatkowy, z którym muszę staczać ciężkie boje.

-   Ja   chyba   nigdy   nie   robiłam   niczego   naprawdę   nie-

bezpiecznego   -   zastanowiła   się   głośno.   -   Nie   ucząc   jazdy 
dżipem - dorzuciła, zerkając na niego.

Zaśmiał się z widocznym zadowoleniem.
- No to trzymaj się mocno. Ale dziś wieczorem nie będziemy 

robili nic szczególnie podniecającego.

Miała   ochotę   wyznać,   że   sama   jego   obecność   jest   jut 

wystarczająco ekscytująca, ale nie starczyło jej odwagi.

Bar z grillem znajdował się w ładnej części miasta i nie była 

to żadna spelunka. Lokal miał typową dla Zachodu atmosferę 
przyciągającą   miejscowych   kowbojów   parkiet   i   zespół 
muzyczny, a wszystko oświetlone było miłym światłem. Nate 
wybrał stolik naprzeciwko orkiestry, posadził przy nim Christy 
i zamierzał pójść do baru żeby przynieść coś do picia.

- Na co masz ochotę? Tylko piwo imbirowe? - zapytał.
- Tak, to mi wystarczy.
-   Nie   lubisz   prawdziwego   piwa?   Zadrżała,   słysząc   jego 

głęboki, ciepły głos.

- Nie... nieszczególnie.
- Wobec tego ja też wezmę to samo - zdecydował kierując się 

do baru.

Usiłując   zapanować   nad   sobą,   przyglądała   się   tańczącym 

parom   i   słuchała   muzyki.   W   chwilę   po   odejściu   Nate'a 
zatrzymał   się   przy   jej   stoliku   młody,   przystojny   kowboj   i 
uśmiechając się, powiedział:

- Hej, ślicznotko, zatańczysz?
- Nie, dziękuję. Już mam towarzystwo.
-   Ja   też.   Ale   to   nic   nie   szkodzi.   Tu   wszyscy   bawimy   się 

razem.   -   Przysunął   się   bliżej   i   czekał,   jakby   w   ogóle   nie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 34

   

dopuszczał myśli, że może mu odmówić. - Tylko jeden taniec i 
odstawię cię z powrotem.

Nie   chciała   z   nim   tańczyć,   ale   bała   się   wywołać   jakąś 

awanturę.

W tym momencie wrócił Lang z dwiema szklankami w ręku i 

stanął pomiędzy Christy i kowbojem.

Odstawił   napoje   na   stół   i   odwrócił   się   do   kowboja,   który 

stracił   trochę   dobrego   samopoczucia.   Christy   spoglądała   na 
nich z niepokojem. Nate stał w rozkroku ze stanowczą i groźną 
miną,  z opuszczonymi rękami.  Uśmiechał się,  ale nie był to 
miły uśmiech. Christy jeszcze go takim nie widziała. Pojęła, że 
prowadzenie rancza i praca w górnictwie to nie są zajęcia dla 
mięczaków. W postaci Nate'a była teraz jakaś twardość, której 
dotąd nie zauważyła.

Młody kowboj wydawał się z lekka zaniepokojony. Lang był 

od niego o głowę wyższy, silniej zbudowany i miał znacznie 
więcej pewności siebie.

- Przyszliśmy tu potańczyć i zabawić się - powiedział Nate. - 

A nie ma dobrej zabawy bez bójki. Wydaje mi się, chłopie, że 
doskonale nadajesz się do tego, żeby cię wyrzucić przez okno.

- O, widzę, że przyszła moja dziewczyna - kowboj spojrzał 

ponad   ramieniem   Nate'a.   -   Cześć,   złotko!   -   zawołał.   - 
Przepraszam,   ale   muszę   już   iść   -   zwrócił   się   do   Christy. 
Dotknął z szacunkiem ronda kapelusza i szybko się oddalił.

Dziewczyna odetchnęła z ulgą.
-   Nie   wiedziałam,   co   robić   -   powiedziała,   ciągle   jeszcze 

zdenerwowana. - Poprosił mnie do tańca. Nie był niegrzeczny, 
ale nie chciał odejść.

- Wcale mu się nie dziwię - zaśmiał się Nate. - Jesteś taka 

śliczna.

Zarumieniła się.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytała z niedowierzaniem.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 35

   

Jej   zachowanie   najwyraźniej   go   bawiło.   Jak   sprytnie   udała 

przestraszoną, kiedy odmówiła kowbojowi! Nie było w tym nic 
szczególnie   oryginalnego.   Nate   widział   już   niejedną   kobietę, 
stosującą taką taktykę. Ta dziewczyna ze Wschodu próbowała 
udawać   przed   nim   niewiniątko.   Na   nieszczęście   dla   Christy 
zbyt dobrze się na tym znał.

- Chodź! - Wstał i pociągnął ją za sobą na parkiet. - Odpręż 

się, kochanie - powiedział z czułością.

- Niezbyt często zdarza mi się tańczyć - wyznała nieśmiało.
„Oczywiście,   należało   się   spodziewać   takiej   odpowiedzi”   - 

pomyślał cynicznie.

- Dasz sobie doskonale radę. Obejmij mnie. Tak, właśnie tak. 

- Położył jedną jej rękę na swoim ramieniu, drugą na plecach i 
objąwszy Christy, przyciągnął ją do siebie. Zaśmiał się z cicha, 
gdy   poczuł,   jak   zadrżała,   i   muskając   ją   ciepłym   oddechem, 
szepnął   do   ucha:   -   Nie   lubisz   tańczyć   tak   blisko?   Bo   ja 
uwielbiam.

Dlaczego tak uparcie udaje nieśmiałą i niewinną? Widocznie 

taką ma już taktykę. Nie należy się tym przejmować. Niczym 
nie   różniła   się   od   tych,   które   do   niego   przychodziły.   Nie 
wytrzyma długo, wkrótce zrezygnuje z udawania. Ale na razie 
niech się sobie bawi. Działała na niego bardzo podniecająco. 
Pragnął jej tak, jak nikogo dotąd.

Gdy   przygarnął   ją   mocniej,   Christy   poczuła,   że   nogi 

odmawiają jej posłuszeństwa. Z rozkoszą wdychała intensywny 
męski   zapach   Nate'a,   upajała   się   ciepłem   jego   silnego   ciała, 
biciem serca tuż przy jej uchu. Był znacznie od niej wyższy i 
opierała   się   policzkiem   o   jego   pierś.   W   muskularnych 
ramionach partnera czuła się taka bezpieczna. Odprężyła się i 
zamknęła oczy, całkowicie zdając się na niego.

Wstrzymał oddech, gdy oparła się o niego piersią i, tuląc ją w 

ciepłym objęciu, prowadził w rytm muzyki. Już dawno zwykły 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 36

   

taniec nie sprawiał mu takiej przyjemności.

Nie był mistrzem, ale tańczył nieźle i Christy zaśmiała się, 

gdy okręcił ją w rytm muzyki. Tak długo była samotna! To że 
jest tutaj, z tym mężczyzną, przy którym czuje się prawdziwą 
kobietą, uwolnioną od wszelkich zahamowań, wydawało jej się 
wręcz nieprawdopodobne. Te wakacje okazały się warte swojej 
ceny. Nie zapomni o nich po powrocie na Florydę, do dawnego 
życia.   Pośpiesznie   odepchnęła   od   siebie   myśl   o   rozstaniu   z 
Nate'em,   bo   nagle   sprawiło   jej   to   ból.   Przymknąwszy   oczy, 
wtuliła się jeszcze głębiej w jego ramiona, chcąc zapomnieć o 
wszystkim.

Jakby   odgadując   jej   myśli,   objął   ją   mocniej   opiekuńczym 

uściskiem.   W   całym   ciele   czuł   podniecenie   wywołane   jej 
bliskością. Spadło to na niego niespodziewanie, jak lawina. Był 
już   prawie   zakochany.   Nie   mógł   powstrzymać   tego,   co   się 
działo, i wcale nie zamierzał tego czynić. Cóż złego w jeszcze 
jednym wakacyjnym romansie?

- Dobrze się bawisz? - szepnął.
- Tak! Tak! - westchnęła, przytulając policzek do jego piersi, 

świadoma narastającego w nim napięcia.

Zatrzymał   się   nagle   na   środku   parkietu   i   zaczął   się   jej 

przyglądać,   nie   zwracając   uwagi   na   rozbawione   spojrzenia 
tańczących obok par.

-   Co   się  stało?   -  zapytała.   Patrzył   na   nią  bez   uśmiechu,   z 

poważnym wyrazem twarzy.

- Nic takiego - odpowiedział po chwili.
Obrócił ją znowu w tańcu, ale jego zachowanie zburzyło jej 

spokój.   Nate   podtrzymał   ją   zręcznie,   gdy   się   potknęła. 
Uchwyciła się kurczowo jego ręki i głośno westchnęła.

Ponownie przerwał taniec i zajrzał głęboko w jej pociemniałe 

ze wzruszenia oczy.

-   Christy   -   szepnął   ochryple.   Oszołomiona   zobaczyła,   że 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 37

   

pochyla się ku niej. Nie, nie może tego zrobić! Nie tutaj!

A jednak mógł i zrobił. Wąskimi, twardymi wargami dotknął 

jej miękkich ust, nie odrywając od niej wzroku, a jej wydało 
się, że świat zawirował.

- Słodki smak - mruknął niewyraźnie.
Ustami poszukał ponownie jej warg i przytrzymał głowę, by 

mu się nie wyrwała. Tym razem był to tak gwałtowny i mocny 
pocałunek, że aż jęknęła od gorąca, które ją przeniknęło.

- Wszystko w porządku - wyszeptał. - Ja czuję to samo. - 

Przycisnął   jeszcze   mocniej   ustami   jej   wargi,   aż   zabrakło   jej 
tchu.

Po   chwili   oderwał   się   od   niej,   czując   jeszcze   smak 

imbirowego   piwa   i   mięty   i   patrzył   na   nią   pociemniałymi 
oczami, z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy.

- Mam ochotę na coś więcej niż jeden pocałunek na parkiecie. 

Wolałbym znaleźć jakieś miejsce i troszkę się z tobą pokochać 
w samochodzie, zamiast kręcić się tu przez całą noc. Co ty na 
to? - zapytał bez ogródek.

Nie wierzyła własnym uszom, a na jej twarzy odmalowało się 

całkowite zaskoczenie.

- Ja... ja... - wykrztusiła z trudem.
A przecież była gotowa pójść z nim wszędzie i zgodzić się na 

wszystko,   czego   zechce.   Ten   pocałunek   obezwładnił   ją 
całkowicie i Nate doskonale o tym wiedział. Czytała to w jego 
oczach, wiedziała, ze odgaduje jej obawy.

-   Nie   będę   cię   zmuszał   -   zapewnił   ochrypłym   głosem, 

zaciskając mocniej rękę na jej ramieniu. - Idziemy, Christy.

Dobrze, że zdecydował za nią, bo sama nie byłaby w stanie 

podjąć żadnej decyzji. Poszła za nim pokornie do mercedesa i 
nie   zaprotestowała,   gdy   ruszył   w   milczeniu.   Pojechali   drogą 
wijącą się pod górę i zatrzymali pod skalną ścianą, skąd widać 
było miasto.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 38

   

Wyłączył   silnik   i   odwrócił   się   do   niej   z   napiętą   twarzą 

oświetloną   słabym,   dochodzącym   z   dołu   blaskiem   latarń 
ulicznych.

-   Przytul   się   do   mnie,   kochanie   -   powiedział   łagodnie   i 

wyciągnął do niej rękę.

Czuła chłodny górski wietrzyk, rozkoszowała się zapachem 

czystego   powietrza   zmieszanego   z   intensywną   wonią   wody 
kolońskiej   Nate'a,   gdy   delikatnymi   ustami   muskał   jej   twarz. 
Leżała w jego ramionach, a on, ciężko dysząc, całował ją coraz 
gwałtowniej.   Zanurzyła   ręce   w   jego   gęstych   włosach, 
wiedziona raczej instynktem niż doświadczeniem.

-   O,   jak   dobrze   -   mruknął.   Przyglądał   się   pełnej   napięcia 

twarzy   dziewczyny   i   palcami   delikatnie   wodził   po   jej 
podbródku i szyi, wprawiając ją w drżenie pod wpływem nie 
znanych dotąd doznań. - Cieszę się, że przyjechałaś do Arizony, 
Christy.

- Ja także - szepnęła i szukając w niewyraźnym świetle jego 

oczu, prosiła: - Całuj mnie, Nate!

Ogarnęła go fala gorąca. Pochylił się nad nią i rozgniatając jej 

usta całował tak, że straciła oddech. Przygarnął ją mocno do 
siebie, aż poddała się jego pieszczotom. Zarzucił sobie jej rękę 
na szyję, a sam wodził dłonią po jej plecach, w górę i w dół, 
całując   coraz   namiętniej,   do   utraty   tchu.   Musiał   odczuć   jej 
zaskoczenie, które jednak po chwili minęło, Christy odprężyła 
się i zaczęła nieśmiało odpowiadać na jego pocałunki.

Nate poczuł, że kręci mu się w głowie. Teraz zrozumiał, że 

dziewczyna   pragnęła   go   tak   namiętnie   jak   nikogo   dotąd. 
Widocznie   nawet   takie   wyrafinowane   kobiety   od   czasu   do 
czasu ulegały uczuciom. Ale on nie potrzebował jej miłości. 
Nigdy od nikogo tego nie oczekiwał. Chciał tylko miło spędzić 
z nią ten wieczór. Patrzył na nią nachmurzony. Nic nie mówiła, 
tylko drżała, utkwiwszy w nim pociemniałe oczy, z dziwnym 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 39

   

wyrazem bladej twarzy. Zastanowił się, czy może już przejść do 
bardziej   zdecydowanego   działania,   i   doszedł   do   wniosku,   że 
jest   jeszcze   na   to   za   wcześnie.   Wyglądała   na   kobietę,   która 
potrzebuje czasu, i trzeba z nią postępować ostrożnie. To nawet 
lepiej.   Niech   do   tego   dojdzie   przed   samym   jej   wyjazdem. 
Wtedy obojgu łatwiej będzie o wszystkim zapomnieć, nawet 
jeśli zrodzi się między nimi jakieś uczucie.

Christy nie domyślała się jego zamiarów. Widząc, jak się jej 

przygląda,   zadrżała   z   emocji,   biorąc   to   omylnie   za   oznakę 
rodzącej się miłości. Zrozumiała, że jest zakochana. Stało się 
tak dlatego, że dotąd żaden mężczyzna nie zainteresował się nią 
poważnie.   „Oczywiście,   nie   licząc   Harry'ego”   -   pomyślała 
niechętnie.   Ciekawa   była,   co   powiedziałby   Nate,   gdyby 
dowiedział się, że jest taki samotny Harry, z trójką dzieciaków, 
który   chciałby   się   z   nią   ożenić.   Wiedziała,   że   potrzebował 
raczej matki dla swoich dzieci niż żony dla siebie i był dla niej 
tak pociągający, jak para znoszonych trzewików. Miał jednak 
stałą   pensję   nauczycielską,   ładny   dom,   a   jego   synowie   byli 
całkiem   mili.   Dobrze   by   się   z   nim   żyło.   Tyle   tylko,   że   nie 
kochała   Harry'ego,   a   teraz   pokochała   Nate'a.   I   to   mimo 
wszystkich dzielących ich różnic, mimo że on był bogaty, a ona 
niemal   bez   grosza,   że   on   pochodził   z   Zachodu,   a   ona   ze 
Wschodu.   Chyba   jednak   istniała   dla   nich   jakaś   szansa. 
Wyglądało na to, że pragnął jej rozpaczliwie, jeśli wyraz jego 
twarzy odpowiadał faktycznym uczuciom.

Gdy   tak   rozmyślała,   odsunął   ją   od   siebie   i   zapiął   pas 

bezpieczeństwa.

- Lepiej wróćmy do domu - powiedział spokojnie. Uruchomił 

silnik i zawrócił w kierunku rancza.

W czasie jazdy nie odezwał się ani słowem. Teraz, gdy poznał 

smak jej pocałunków, wiedział, że będzie jej pragnął jeszcze 
bardziej.   Było   mu   z   nią   dobrze,   ale   musiał   być   ostrożny. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 40

   

Powtarzał sobie w duchu, że to tylko turystka, że przecież nie 
zostanie   tu   na   zawsze.   Mogłaby   mu   przysporzyć   niemało 
kłopotów, gdyby nie pokierował sprawami jak należy. Niektóre 
jej reakcje zbijały go z tropu, ale był pewien, że żadna kobieta 
w   jej   wieku   nie   mogła   być   niewinna   i   nie   znać   się   na 
mężczyznach.

Christy   czuła   się   tak,   jakby   zrobiła   coś   niewybaczalnego. 

Dlaczego Nate tak nagle zamknął się w sobie? Nie próbując się 
do niego odzywać, przez całą drogę powrotną wyglądała przez 
okno.

Odprowadził ją do jej domku, milczący jak rosnące wzdłuż 

ścieżki drzewa.

Otworzyła   drzwi   i   zapaliwszy   światło,   odwróciła   się   do 

mężczyzny z pytaniem w oczach.

-  Zobaczymy się rano -  rzekł.  Dotknął dłonią jej policzka, 

odwrócił się gwałtownie i odszedł.

Christy weszła do środka i zamknęła drzwi. Czuła, że Nate 

jakby odgrodził się od niej, ale nie rozumiała, dlaczego.

Następnego   ranka   w   jadalni   George   stał   niezdecydowanie, 

dopóki  nie  zaprosiła  go,   żeby   usiadł  obok  niej.   Pomyślała  z 
goryczą, że przynajmniej on zawsze się na wszystko zgadza. 
Nate   najwidoczniej   bardzo   się   gdzieś   śpieszył,   bo   tylko 
przełomie   spojrzał   w   jej   stronę   i   z   lekka   skinął   głową. 
Zachowywał się bardzo zagadkowo.

- Czy dobrze się wczoraj bawiłaś z panem Langiem? - zapytał 

George z udaną obojętnością.

- Było bardzo przyjemnie - odpowiedziała, nie mówiąc całej 

prawdy. Uśmiechnęła się do kolegi znad jajecznicy. - A jak ci 
się grało w szachy?

-   Wygrałem.   -   Uśmiechnął   się.   -   Bez   trudu.   A   potem 

rozegrałem kilka partii z panią Lang. To bardzo miła osoba.

- Tak, ja też ją lubię. Co dziś będziemy robić?

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 41

   

- To co wczoraj - odpowiedział George. - Zawsze myślałem, 

że   badanie   starożytnych   ruin   to   wspaniała   i   podniecająca 
przygoda.   Tymczasem   okazuje   się,   że   polega   to   przede 
wszystkim na przesiewaniu piasku i czyszczeniu skorup, a to 
już nie ma takiego uroku. Chyba przerzucę się na antropologię.

- Czy to nie jest coś bardzo podobnego?
-   Zasadniczo   tak,   ale   antropologowie   mogą   pojechać   do 

krajów   Trzeciego   Świata,   żeby   poznać   kultury,   których 
korzenie   sięgają   daleko   w   przeszłość.   Mogą   naocznie 
sprawdzić,   jak   żyją   tamtejsi   ludzie.   Pamiętasz,   jak   ciekawie 
pisała   o   swoich   podróżach   Margaret   Mead?   Tym   właśnie 
chciałbym się zająć.

- Mógłbyś trafić do kotła ludożerców w dżungli. Wzdrygnął 

się.

-   Śmierć   to   nic   innego,   jak   przejście   z   jednego   stanu 

egzystencji w drugi. Dlaczego mam się tego bać?

- Widzę, że mamy całkiem inne podejście do tych spraw - 

zauważyła zaskoczona, jak łatwo George godzi się z czymś, co 
dla niej jest straszne.

- Moi rodzice byli misjonarzami. Wychowałem się w takich 

okolicach, gdzie łatwo można było trafić do kotła. Dlatego się 
nie boję.

- Nie wiedziałam, że miałeś takie niebanalne dzieciństwo - 

uśmiechnęła się Christy.

- Pochodzisz z Jacksonville? - zapytał George.
- Tak, dobrze się tam mieszka, ale i Arizona bardzo mi się 

podoba.

Student skrzywił się. Łatwo odgadnąć, co się jej tu najbardziej 

podoba. Sącząc sok pomarańczowy zastanawiał się, dlaczego 
nie potrafi zdobyć się na więcej odwagi.

Później,   kiedy   siedzieli   razem,   ślęcząc   nad   szczątkami 

ceramiki, nie miał pojęcia, że Christy myślami ciągle była przy 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 42

   

Nacie   Langu,   że   cały   czas   wspominała,   jak   ją   całował 
poprzedniego   wieczora,   i   zastanawiała   się   nad   jego 
wczorajszym i dzisiejszym zachowaniem.

Nate   nie   pokazał   się   przez   cały   dzień,   nie   było   go   też   na 

kolacji.   Smutna   i   podenerwowana   Christy,   czując   potrzebę 
porozmawiania z kimś, zadzwoniła do Joyce Ann.

-   Nie   tęsknisz   za   domem?   -   zapytała   siostra   z   nadzieją   w 

głosie.

- Niespecjalnie.
- Ale Harry z pewnością tęskni za tobą. Dzwonił już trzy razy. 

Słuchaj,   Christy,   wiem,   że   daleko   mu   do   ideału,   ale   on 
zatroszczyłby się o ciebie.

- Wiem, Joyce Ann - powiedziała spokojnie. Nie mogła mieć 

żalu   do   siostry,   że   chce   ją   widzieć   dobrze   urządzoną   i 
bezpieczną. Ale Harry nie był takim kandydatem na męża, z 
którym chciałaby spędzić całe życie.

- Może mi wreszcie zdradzisz, co się dzieje między tobą a tym 

facetem,   o   którym   wspomniałaś   -   poprosiła   nagle 
zaniepokojona Joyce Ann. - Romans wakacyjny to fajna rzecz, 
ale nie będziesz chyba tak nierozsądna, żeby tracić głowę dla 
zupełnie obcego człowieka, co?

Serce   Christy   zabiło   mocniej.   Zabawne,   jak   łatwo   siostra 

odgadywała jej myśli.

- Ależ skąd! - zaprzeczyła. - Jest tu tylu różnych mężczyzn. 

Na przykład George, który pracuje razem ze mną. Bardzo miły 
student.

- Ale to nie on wpadł ci w oko. Powiedz, kim jest tamten 

człowiek?

- Nazywa się Nathanial. Jest górnikiem.
-   O   mój   Boże!   Pracuje   pod   ziemią?   Christy   wybuchnęła 

śmiechem.

-   Nie,   w   biurze.   Jest   wysoki,   niezbyt   przystojny   i   bardzo 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 43

   

elegancki. Ma ogromny komputer.

- A pieniądze?
- On i jego matka są właścicielami tego rancza.
- Aha, maminsynek!
-   Nie!   -   Christy   potrząsnęła   głową.   -   Joyce   Ann,   on   jest 

bardzo męski...

- Ile ma lat?
- Nie wiem dokładnie, chyba trzydzieści kilka.
- Tyle co Harry.
-   Harry   skończył   czterdzieści,   ma   brzuszek   i   jest   tak 

romantyczny jak beza z kremem.

-   Jeśli   chodzi   o   mnie,   to   uważam,   że   beza   z   kremem   jest 

bardzo romantyczna.

Dziewczyna   usiadła   na   krześle,   kręcąc   w   ręku   sznur   od 

telefonu.

- Harry nie kocha mnie i ja go też nie kocham.
- Dobra, ale nie mów mi, że zakochałaś się w tym górniku z 

Arizony   -   zakpiła   Joyce   Ann   -   bo   nie   sposób   się   przecież 
zakochać w ciągu paru dni.

-   Tak   uważasz?   -   zapytała   smutno   Christy.   -   Zresztą,   to 

nieważne, bo nie wygląda na to, żeby on czuł coś podobnego do 
mnie. Zawozi mnie gdzieś, a potem całkowicie ignoruje.

- Naprawdę?! To rzeczywiście irytujące.
- Chyba taki już ma sposób bycia. Przygląda mi się dziwnym 

wzrokiem.   Ale   nie   przypuszczam,   żeby   zainteresował   się 
poważnie nauczycielką ze szkoły na Wschodzie. Jest bogaty i 
ma   kobiety   na   zawołanie.   Na   tym   ranczu   zawsze   są   jakieś 
turystki, przy czym większość z nich jest bogata.

- Za bogactwo nie kupuje się miłości.
-   Tak   mówią,   żeby   się   pocieszać.   Joyce   Ann,   nie   opo-

wiedziałam ci jeszcze o Hohokam.

-   Nie   przez   telefon.   Zbankrutowałabyś.   Opowiesz   mi,   jak 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 44

   

wrócisz do domu.

-   A  więc  za  tydzień  -  powiedziała  Christy,   czując  bolesny 

ucisk w sercu na myśl o rozstaniu z Nate'em.

Choć zobaczyła go po raz pierwszy zaledwie kilka dni temu, 

miała wrażenie, że znają się od lat. Trudno było pogodzić się z 
myślą, że będzie musiała go opuścić.

- Nie smuć się. Harry zapowiedział, że przyjedzie po ciebie na 

lotnisko z tuzinem róż.

Wyobrażając sobie Harry'ego z pękiem róż w ręku, Christy 

wybuchnęła śmiechem.

Zmieniła temat  i porozmawiały chwilę  o  czasach,  gdy żyli 

jeszcze ich rodzice. Joyce Ann bywała dokuczliwa, ale dobrze 
było mieć świadomość, że nie jest się samą na świecie.

Gdy się pożegnały i Christy odwiesiła słuchawkę, zaczęła się 

zastanawiać,   jak   sobie   poradzi   po   powrocie   do   domu   i   co 
odpowie Harry'emu na ponowną propozycję małżeństwa.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 45

   

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nazajutrz,   w   sobotę,   dla   wszystkich   gości   na   ranczu 

zaplanowano  przejażdżkę  konną,   krótki   wypad   do  miasta  po 
zakupy, a potem rodeo i nocleg na kempingu w górach. Miał to 
być   wspaniały   dzień,   ale   Christy   wcale   się   nie   cieszyła, 
ponieważ Nate ani razu nie spojrzał nawet w jej stronę.

Za   to   George   nie   odstępował   jej   na   krok,   zachwycony,   że 

będzie miał partnerkę do konnej jazdy. Problem polegał jednak 
na tym, że on sam nie umiał jeździć. Miał uczulenie na konie i 
najwyraźniej   bał   się   ich.   Oczywiście,   jego   wierzchowiec 
natychmiast   zaczął   wierzgać   i   zrzucił   go   na   ziemię.   George 
upadł   na   plecy   i   przez   dłuższy   czas   nie   mógł   złapać   tchu. 
Christy i pani Lang kręciły się wokół niego zdenerwowane, a 
jeden   z   pracowników   rancza   miał   go   zabrać   do   miasta   na 
prześwietlenie.   Poszkodowany   lekko   kulał,   ale   Christy   była 
pewna, że nie stało mu się nic poważnego. George cieszył się w 
duchu,   że   dziewczyna   tak   się   nim   zajmuje.   Poprosił,   by 
pojechała z nim do miasta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, 
pojawił się Nate. Odciągnął ją bezceremonialnie, rzucając od 
niechcenia jakąś zdawkową uwagę pod adresem George'a.

- On jest ranny - próbowała protestować.
-   Jest   skończonym   idiotą   -   skomentował   krótko   Lang.   Nie 

spuszczając Christy z oczu, poprowadził ją do stajni. - I niech 
mnie   szlag   trafi,   jeśli   pozwolę,   by   zepsuł   ci   dzień   tym 
cholernym wypadkiem.

- Ależ on nie udawał! Nie zwracając uwagi na innych gości 

dosiadających koni, obrócił ją ku sobie.

-   Słuchaj!   Twój   przyjaciel   George   mocno   się   uderzył,   ale 

wiedział, jak należy spadać. Chyba to zauważyłaś, prawda?

Zauważyła, ale nie przypuszczała, by uczynił to rozmyślnie. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 46

   

Spojrzała badawczo na Nate'a.

Poczuł się nieswojo. Wciąż nie wiedział, co o tym sądzić. Czy 

jest  aż  tak  sprytna,   czy  aż  tak  niewinna?  Pełno  w  niej   było 
sprzeczności.

Przyglądał   się   jej   nachmurzony,   lecz   nagle   jego   wzrok 

złagodniał, a ona poczuła, że uginają się pod nią kolana i brak 
jej tchu. Znowu uległa urokowi tego mężczyzny.

-   A   co   właściwie   będziemy   robili?   -   zapytała,   usiłując 

zapanować nad sobą.

- Przejedziemy się konno.
- Ja nie potrafię...
- Nauczę cię. Wziął ją za rękę i wprowadził do stajni, gdzie 

dwaj kowboje zajęci byli siodłaniem koni dla gości.

- Bud! - zawołał. - Osiodłaj Blue dla Christy.
- Tak jest, proszę pana.
Młody kowboj wyprowadził konia złocistej maści.
-   To   jest   Blue   -   przedstawił   go   Nate,   biorąc   cugle   z   rąk 

kowboja.   -   Dostałem   go   w   prezencie,   gdy   skończyłem 
piętnaście lat. Ma teraz dwadzieścia jeden lat, rzadko na nim 
jeździmy,   ale   lubi   krótkie  spacery.   Jest  bardzo  łagodny.   Nie 
zrzuci cię.

Christy   podeszła   do   konia   i   z   wahaniem   dotknęła   jego 

miękkiego pyska. Spojrzał na nią łagodnymi brązowymi oczami 
i   pozwolił   się   poklepać.   -   Jaki   on   piękny!   -   wykrzyknęła   z 
zachwytem i pogłaskała go po czole.

- Daj mu to, a pozostanie twoim przyjacielem do końca życia, 

ale   uważaj   na   palce.   -   Nate   wręczył   jej   kostkę   cukru,   którą 
podała   koniowi.   -   Ostatnio   nie   karmimy   go   już   cukrem   ze 
względu na wagę. Ale przepada za słodyczami.

- Pewnie zacząłeś jeździć konno, kiedy tylko nauczyłeś się 

siadać.

- Mniej więcej. Ojciec posadził mnie w siodle, gdy miałem 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 47

   

cztery lata. Sam był znany z sukcesów na rodeo i uważał, że 
jego synek też musi być najlepszy we wszystkim, co się tyczy 
konnej jazdy.

Zwróciła   uwagę   na   gniewny   ton   jego   głosu   i   spojrzała 

zaintrygowana.

- Mogę się założyć, że twoi rodzice tylko cię rozpieszczali - 

zaśmiał się.

- Moi rodzice umarli, gdy miałam dwanaście lat. Wychowała 

mnie Joyce Ann. Przez całe życie była dla mnie bardziej matką 
niż starszą siostrą.

Odgarnął delikatnie włosy z jej czoła i powiedział:
- Moje dzieci nie będą zmuszane do tego, czego nie zechcą 

robić.

- Ani moje - oświadczyła. Patrząc w oczy Christy, uniósł jej 

rękę i porównawszy ją ze swoją, mruknął:

-   Mamy   całkiem   inną   karnację.   Moja   skóra   jest   znacznie 

ciemniejsza od twojej. Włosy i oczy też.

-   Jestem   podobna   do   matki.   Jej   babka   była   Norweżką. 

Uśmiechnął się.

-   Ja   też   jestem   podobny   do   matki.   Moja   babka   była 

Hiszpanką.

- Twoja matka jeszcze dziś jest bardzo przystojna.
- O tak!
Puścił jej rękę, zmieszany nieco myślami, które przyszły mu 

do głowy. Mimo woli zastanawiał się, do kogo byłyby podobne 
dzieci, gdyby miał je z Christy. Nie powinien zaprzątać sobie 
głowy takimi głupstwami. Przecież to tylko wakacyjny romans.

Pomógł dziewczynie usadowić się w siodle, próbując się nie 

śmiać, gdy niezdarnie gramoliła się na konia.

-   Do   licha!   To   znacznie   trudniejsze,   niż   się   wydaje   na 

filmach! - wykrzyknęła.

-   Musisz   poćwiczyć.   Jazda   na   koniu   to   ciągłe   wsiadanie   i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 48

   

zsiadanie. Kwestia wprawy.

- Z pewnością masz rację - powiedziała, poprawiając się na 

koniu i odgarniając włosy z czoła.

- Nie powinnaś jeździć dłużej niż godzinę dziennie - dodał, 

podchodząc do swojego wierzchowca.

- Dlaczego? Wskoczył na konia ze zręcznością świadczącą o 

latach praktyki i podjechał do niej.

- Bo przekonasz się, że potrzebne są do tego mięśnie, których 

istnienia   nawet   nie   podejrzewałaś.   Dziś   wieczorem   będziesz 
chodzić na kabłąkowatych nogach, a jutro w ogóle nie będziesz 
mogła się ruszyć. Wzięła cugle w dłonie.

-   Myślałam,   że   jutro   ktoś   nas   zawiezie   do   kościoła. 

Zachichotał. Najwyraźniej chce zrobić na nim dobre wrażenie.

- Na ogół nasi goście lubią w niedzielę długo sypiać, ale jeśli 

chcesz, możesz pojechać ze mną i z moją matką.

- Dziękuję - rozpromieniła się.
Patrzył na nią ciemnymi oczami z nie ukrywaną ironią, ale 

była za daleko, żeby to zauważyć. Widziała tylko jego uśmiech.

- Nie trzymaj zbyt mocno cugli.
Jechał przed nią głęboko poruszony. Jeśli ta dziewczyna jest 

szczera   i   nie   prowadzi   z   nim   żadnej   gry,   to   taką   właśnie 
chciałby za żonę. Jeśli...

Znaleźli   się   w   kanionie,   więc   opowiadał   jej   o   pustynnej 

roślinności, i o tym, skąd czerpie ona wodę.

-   Spójrz   na   te   liście   -   powiedział,   zatrzymując   konia   i 

wskazując   na   rosnący   obok   ścieżki   groszkowaty   kaktus 
pustynny. - Jeśli są jędrne, oznacza to, że będzie deszcz, jeśli 
zaś wiotkie, nie należy się go spodziewać. W czasie suszy liście 
roślin   pustynnych   są   tak   cienkie,   że   nie   potrzebują   dużo 
wilgoci. Teraz liście saguaro są pomarszczone, ale gdy spadnie 
deszcz, rozprostują się. - Oparł ręce na łęku siodła. - Czy wiesz, 
że  jeden  saguaro  może  ważyć  do  dziesięciu   ton?   W  środku 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 49

   

kaktusa znajduje się szkielet utrzymujący ten ciężar, na który 
przede wszystkim składa się woda.  Saguaro  wypuszcza nową 
odnogę  dopiero  po  siedemdziesięciu,   siedemdziesięciu  pięciu 
latach. Żyje do dwustu lat.

Oszołomiona   i   zafascynowana,   Christy   obejrzała   ogromne 

kaktusy w Narodowym Rezerwacie Saguaro w pobliżu Tucson, 
który zwiedzili w drodze powrotnej na ranczo.

- Tutejsza roślinność ma dla tubylców ogromne znaczenie - 

mówił Nate. - Dzięki niej plemię Papago ma leki, pożywienie i 
picie.   Z   suchych   strąków  pało  i  mesquite  wyrabiają   mąkę. 
Liście kaktusa groszkowatego pieką lub gotują. Z owoców tego 
kaktusa i saguaro wyrabiają coś w rodzaju piwa. Mógłbym ci o 
tym opowiadać godzinami.

- A ja godzinami mogłabym słuchać. Chętnie pokazałabym w 

szkole zdjęcia tych roślin. Dzieci bardzo by się ucieszyły.

Rzucił   jej   chmurne   spojrzenie.   Jeśli   rzeczywiście   była 

nauczycielką, nie pasowałoby to zupełnie do tego, co dotąd o 
niej myślał. Gdyby prowadziła życie zbyt swobodne, czyż nie 
wywołałoby   to   interwencji   władz   oświatowych?   Jeśli   zaś 
odpowiadała   jej   tak   skromna   kariera,   to   czyż   mogłaby   być 
zwykłą podrywaczką, za jaką ją uważał? Nic tu się nie trzymało 
kupy.

- Dlaczego uczysz w szkole? - zapytał nieoczekiwanie.
-   Sama   nie   wiem.   Tak   się   jakoś   złożyło.   Mój   ojciec   był 

nauczycielem. Kochał życie, a ja kochałam jego. - Uśmiechnęła 
się. - Moja matka była artystką. Wcale do siebie nie pasowali, 
ale umarli jednocześnie. - Posmutniała. - Byli sobie tak oddani, 
że jedno nie chciało żyć bez drugiego. Taka miłość zdarza się 
raz na dziesięć tysięcy par.

- Chyba tak - zgodził się. - Moi rodzice nie kochali się tak 

bardzo. Ojciec ożenił się z matką dla jej rancza i udało mu się 
doprowadzić   je   do   ruiny   wariackimi   mrzonkami   o   własnym 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 50

   

imperium. Umarł, gdy miałem dwadzieścia pięć lat. Nigdy mi 
nie wybaczył, że wolałem geologię od wiejskiego życia. Kiedy 
nie udało mu się zmusić mnie do robienia tego, czego sobie 
życzył, próbował wykreślić mnie ze swego życia. Od momentu, 
gdy rozpocząłem naukę w college'u, nie powiedział do mnie 
nawet dziesięciu słów.

Christy słuchając go zastanawiała się, czy już o tym komuś 

mówił,   i   doszła   do   wniosku,   że   chyba   był   na   to   za   bardzo 
skryty.   Pochlebiało   jej,   że   to   właśnie   z   nią   rozmawiał   tak 
szczerze.

- Twoja matka jest z ciebie dumna.
- Tak. Tylko ona pozwoliła mi pozostać sobą. - Zsunął na tył 

głowy kremowego stetsona. - Większość kobiet, zaczynając z 
mężczyzną   wspólne   życie,   próbuje   go   ukształtować   i 
dopasować do własnych potrzeb. A przecież to nie tak łatwo 
zmienić czyjąś osobowość i niezbyt wielu mężczyzn się na to 
godzi.

-   Gdy   zmieniamy   ludzi,   czasami   mimo   woli   powodujemy 

również zmiany tych cech, które najbardziej w nich kochaliśmy 
- dopowiedziała Christy.

Spojrzał   na   nią   zaskoczony.   Była   piękna   z   tymi   poły-

skującymi   w   złotym   blasku   słońca   długimi   włosami,   mu-
skanymi lekkim powiewem wiatru. Patrzyła na niego ciepłym 
spojrzeniem   jasnych   zielonych   oczu,   podkreślających   śliczną 
karnację   twarzy.   Ubrana   była   w   kolorową   pasiastą   bluzkę   z 
bufiastymi   rękawami,   w   obcisłe   dżinsy   i   długie   buty   i 
wyglądała   jak   typowa   turystka   ze   Wschodu.   Miała   śliczną 
figurę i Nate dobrze pamiętał, jak trzymał ją w objęciach. Czuł 
rozlewające się po całym ciele gorąco. Na pewno zauważyła, co 
się z nim działo, ale i ona także go pragnęła. Co więc go jeszcze 
powstrzymywało?

Zacisnął szczęki. Odwrócił głowę i dostrzegł cień utworzony 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 51

   

przez drzewa pało, rosnące nad korytem wyschłego strumienia.

-   Odpocznijmy   trochę   -   zaproponował.   Podjechali   do 

zacienionego miejsca. Nate zsiadł z konia i przywiązał go do 
drzewa. Kiedy pomagał zsiąść Christy, poczuła twarde muskuły 
i bijące od niego gorąco. Usłyszała, jak ciężko oddycha. Jego 
bliskość   była   podniecająca.   Przez   dłuższą   chwilę   patrzyli   na 
siebie bez słowa.

- Uwiążę Blue - powiedział ochrypłym głosem. - A potem 

będziemy się kochać.

Gdy to mówił, patrzyła w inną stronę i nie była pewna, czy 

dobrze   usłyszała.   Przywiązał   konia   i   wrócił   do   niej.   Wtedy 
zrozumiała, że słuch jej nie mylił. W jego oczach wyczytała 
dzikie pożądanie.

Z łatwością podniósł ją i, trzymając w objęciach, zaniósł do 

zacienionego   zakątka   wśród   drzew.   Delikatnie   położył 
dziewczynę na piasku i sam rozciągnął się obok. Zdjął kapelusz 
i pochylił się do jej ust.

Teraz dopiero zrozumiała, że przedtem tylko się z nią bawił. 

Poprzednie podniecające pieszczoty były niczym w porównaniu 
z   tym   gwałtownym,   łapczywym   pocałunkiem.   Twardymi, 
szorstkimi wargami rozgniatał jej usta, zmuszając do poddania 
się bezlitosnemu naporowi jego ciała. Tak nie całował jej nikt 
dotąd.

- Rozluźnij się. - szepnął przy jej ustach. - Nie masz się czego 

lękać. Może będę trochę brutalniejszy od mężczyzn, z którymi 
miewałaś do czynienia, ale nie sprawię ci bólu.

Na początku nie widziała sensu w jego słowach, ale po chwili 

poczuła, że Nate wsuwa język w jej usta i podkłada ręce pod 
plecy. Otworzyła oczy, chcąc coś powiedzieć, ale nie zdołała 
wykrztusić słowa.

Jedną nogę wciskał pomiędzy jej uda ze stanowczością i siłą, 

jakiej nie okazał wobec niej żaden mężczyzna.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 52

   

- Proszę cię... co robisz? Za szybko! - szepnęła wystraszona.
Uniósł głowę,  by  spojrzeć jej w  oczy.  Nachmurzył  się,  bo 

rzeczywiście wyglądała na przestraszoną. A przecież była tak 
śliczna   i   pociągająca.   Mężczyźni   pewnie   od   lat   oblegali   jej 
drzwi   i   nie   mogła   w   tym   wieku   nie   mieć   żadnego 
doświadczenia. To tylko kolejny element gry, choć jej strach 
nie wyglądał na udawany.

- De masz lat, Christy? - zapytał stłumionym od pożądania 

głosem.

- Dwadzieścia pięć - odpowiedziała zażenowana.
Palcami   delikatnie   wodził   po   jej   plecach   i   ta   pieszczota 

wywoływała   nie   znane   jej   ciału   emocje.   Ogarnęło   ją   jakieś 
dziwne uczucie niepewności i podniecenia, które wzrosło, kiedy 
sięgnął do staniczka i zaczął przy nim manipulować. Wiedziała, 
że nie powinna mu na to pozwalać, ale działo się z nią coś, 
czego nie rozumiała.

- A ja mam trzydzieści siedem - mruknął, patrząc badawczo w 

jej oczy i jednocześnie palcami dotykając jej piersi, aż zadrżała 
gwałtownie.   -   Jesteśmy   wystarczająco   dorośli   i   wiemy,   co 
robimy, prawda?

- Ja... chyba tak - wykrztusiła, a serce zabiło jej mocno.
Pieścił ją ciepłymi palcami przez cienką tkaninę, a ona leżała, 

pozwalając   mu   na   te   pieszczoty.   Nie   pojmowała,   dlaczego 
zgadza się na taką poufałość, ale czuła, że jej ciałem wstrząsają 
dreszcze rozkoszy. Z jękiem spróbowała unieść się do góry.

Uśmiechnął się.
- Wspaniale - szepnął. - Zastanawiałem się, jak długo zdołasz 

udawać...

Nim   pozbierała   myśli,   zamknął   jej   usta   swoimi.   Kciukiem 

wodził po jej sutku, który sztywniał, sprawiając niemal ból, ale 
za każdym razem, gdy czuła dotknięcie, ciało jej drżało od nie 
dającej   się   opisać   ekstazy.   Jęknęła   i   zanurzyła   ręce   w   jego 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 53

   

gęstych   włosach   nad   karkiem,   jeszcze   bliżej   przyciągając 
twarde usta mężczyzny. Rozchyliła wargi, a on językiem pieścił 
jej   podniebienie.   „To   jakaś   niebezpieczna   gorączka”   - 
przemknęło jej przez głowę. Pragnęła być jeszcze bliżej niego, 
bez ubrania, by móc ochłodzić skórę rozpaloną dotykiem jego 
szczupłych,   silnych   palców.   Pożądała   tego   dotyku   jak   nigdy 
dotąd niczego.

Nate,   jakby   odgadując   jej   myśli,   uniósł   ją   i   gwałtownym 

szarpnięciem rozpiął staniczek. Potem, patrząc w oczy Christy, 
powolnym ruchem ujął jej pierś.

- Czy nie jest ci dobrze - zapytał bez ogródek - gdy czujesz 

moje ręce na twoim ciele, moje usta na twoich wargach? A to 
dopiero początek. Czy przedtem bywało inaczej?

-   Nie   -   szepnęła   załamującym   się   głosem.   Zadrżała,   gdy 

zaczął rozpinać jej bluzkę.

- Nie ma żywej duszy w promieniu dwudziestu mil - dyszał, 

nie odrywając oczu od białej skóry jej ramion.

Wstrzymał oddech, gdy natrafił wzrokiem na śliczne, twarde 

piersi o różowych sutkach. Napawał się ich widokiem, ale to 
mu nie wystarczyło. Pochylił się i zaczaj je całować.

Christy   zaszlochała.   Nigdy   jeszcze   nie   doświadczyła   tak 

słodkiej   udręki.   Nate   podziwiał   jej   ciało,   nie   ukrywając,   że 
uważa ją za piękną, i pieścił wargami jej skórę. Przywarta do 
niego,   podając   mu   usta,   jakby   błagając   o   dalsze   pieszczoty. 
Miała   wrażenie,   że   nie   przeżyje   tej   rozkoszy.   I   wtedy 
przyciągnął   ją   do   siebie,   naparł   gwałtownie   biodrami   na   jej 
biodra, przytrzymując ją silną ręką.

Do tej pory nie miała do czynienia z podnieconym mężczyzną 

i teraz przeraziła się. Zależało jej na nim i nie chciała zrazić go 
odmową. Ale za chwilę będzie już za późno. Sądząc po jego 
zachowaniu, po tym, jak drżał z podniecenia, nic już nie będzie 
w stanie go powstrzymać. Był doświadczony i najwidoczniej ją 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 54

   

również   za   taką   uważał.   Dlaczego   posunął   się   tak   daleko? 
Przecież   mówiła   mu,   że   jest   w   tych   sprawach   nowicjuszką. 
Może źle ją zrozumiał?

Starczyło   jej   sił,   żeby   oderwać   od   niego   usta,   gdy   uniósł 

głowę.  Wyobraziła sobie,  jak teraz wygląda, z nabrzmiałymi 
wargami, półnaga. Trzeba to jakoś przerwać.

- Proszę - szepnęła, opierając się ręką o jego szeroką pierś.
- Odepnij - rozkazał niskim głosem, z pożądaniem w oczach.
- Co?
Szarpnął   koszulę,   odsłaniając   muskularny   tors   pokryty 

czarnym, skręconym zarostem.

-   Tutaj   -   wziął   jej   rękę   i   zanurzył   ją   w   ciepłych,   gęstych 

włosach.   -  Tak  właśnie  lubię  -  wydyszał,   kierując  jej  ręką  i 
pojękując w upojeniu.

Bezwiednie   wyciągnęła   również   drugą   rękę,   zbyt 

oszołomiona,   by   oprzeć   się   zmysłom.   Pieściła   go,   zafa-
scynowana wpływem, jaki na niego wywierała. Wił się, tak jak 
przedtem ona. Pomyślała, szczęśliwa, że i ona potrafi dawać 
komuś rozkosz.

- Christy - wychrypiał. Nachylił się do jej ust, przyciągając ją 

bliżej,   aż  otarła   się  gładką   skórą  o  jego   szorstką,   owłosioną 
pierś.

Krzyknęła   w   ekstazie,   pragnąc   przytulić   się   do   tego 

rozpalonego   pożądaniem   mężczyzny.   Ale   gdy   gwałtownie 
przewrócił ją na plecy, położył się na niej i obezwładnił silnymi 
nogami, wpadła w panikę.

Otworzyła szeroko oczy.
- Nie! - szepnęła, rozdygotana pod jego palącym spojrzeniem. 

- Nie, Nate, proszę! Nie mogę!

- Do diabła! - powiedział ostro, rozgorączkowany. - Przestań 

grać komedię. Nie udawaj dziewicy, skoro rozpaliłaś mnie do 
białości.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 55

   

- Ja nie udaję. Jestem dziewicą. Zaśmiał się zimno.
-   W  twoim   wieku?   Z   takim   wyglądem?   To   niemożliwe!   - 

Znowu chciał ją pocałować.

Odwróciła głowę.
-   Nie   zawsze   tak   wyglądałam.   Nate...   ja   nigdy   tego   nie 

robiłam! - zawołała z rozpaczą. - • Nie rozumiesz?

-   I   oczekujesz,   że   w  to   uwierzę?   -   zapytał  z   wściekłością, 

zmuszając, by spojrzała mu w twarz. - Mój Boże, flirtowałaś ze 
mną,   odgrywałaś   różne   scenki,   żeby   zwrócić   moją   uwagę. 
Narzucałaś   mi   się   od   samego   początku,   gdy   tylko   tu 
przyjechałaś.   Dlaczego   więc   teraz   udajesz   taką   zaskoczoną? 
Pragnęłaś mnie. Spostrzegłem to natychmiast.

Zrozpaczona zagryzła wargi, nie znajdując właściwych słów. 

W dalszym ciągu napierał na nią całym ciałem i sprawiał jej 
ogromny ból.

- Tak, pragnęłam cię - przyznała żałośnie. - Ale myślałam. .. 

myślałam, że czujesz coś do mnie.

Był wściekły na nią i na siebie.
- Coś czuję? - Zaśmiał się brutalnie. - A ty nie czujesz, czego 

chcę?   -   zapytał   z   drwiną   w   głosie   i   poruszył   rozmyślnie 
biodrami,   obserwując   z   satysfakcją,   jak   Christy   oblewa   się 
rumieńcem. - Tak, dobrze wiesz, co to znaczy, prawda? Po co 
więc udajesz takie przerażenie?

- Bo to prawda. - Westchnęła i zamknęła oczy. Leżąc tak z 

rękami   opartymi   o   jego   ramiona,   zapragnęła   po   prostu   stąd 
zniknąć. - Jeszcze tydzień temu wyglądałam jak typowa stara 
panna. A potem zmieniłam uczesanie i kupiłam nowe ciuchy... i 
postanowiłam   stać   się  uwodzicielska.   Pomyślałam,   że   muszę 
spróbować   być   taka,   jak   te   kobiety,   które   podziwiam   w 
telewizji:   niezależna,   sprytna,   podniecająca,   pożądana   przez 
mężczyzn.   -   W   jej   oczach   pojawiły   się   łzy.   -   Nie 
przypuszczałam, że mogę zostać wzięta za ladacznicę.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 56

   

Głos jej się załamał i Nate uświadomił sobie, że tak ją właśnie 

potraktował.

- Mówisz poważnie? - zapytał ogarnięty nagłym niepokojem. 

- Naprawdę jesteś dziewicą? Czy to znaczy, że nigdy nie miałaś 
stosunku z mężczyzną?

-   Tak   wyglądałam,   że   żaden  o   tym  nie   marzył   -   szepnęła, 

napotykając   jego   oskarżycielski   wzrok.   Było   to   nie   do 
zniesienia.   Chciała   czym   prędzej   uciec,   zniknąć   mu   z   oczu. 
Spoglądał na nią tak, jakby jej nienawidził. - Nikogo nie mogła 
zainteresować   dziewczyna   o   tak   pospolitym   wyglądzie. 
Rozjaśniłam   więc   włosy,   zrobiłam   makijaż,   kupiłam   nowe 
kosmetyki   i   nowe   stroje   i   zaczęłam   się   zachowywać   jak 
flirciara. Myślałam... - Spuściła wzrok. - Miałam nadzieję, że 
jak zrobię się na ładną, to mężczyźni wreszcie mnie zauważą. 
Byłam   samotna   przez   całe   życie.   Chciałam   tylko,   żeby   ktoś 
mnie pokochał - dokończyła szeptem, głęboko nieszczęśliwa.

Zacisnął szczęki. Brzmiało to zbyt szczerze, by mogło być 

kłamstwem, ale to, co usłyszał, wcale go nie zachwycało.

- Miłość to rzadki towar - powiedział dosadnie, odsuwając się 

od niej. - Ja nie mam jej na sprzedaż. Chciałem tylko przespać 
się z tobą, Christy. Nie marzę o szczęściu małżeńskim. Mam 
trzydzieści siedem lat. Gdybym chciał się ożenić, dawno bym 
to zrobił.

-   Tak,   wiem.   -   Usiadła,   nie   patrząc   na   niego,   zmieszana 

nagością   swoich   ramion   i   poprzednią   uległością.   Drżącymi 
rękoma   sięgnęła   po   staniczek,   by   okryć   nim   nabrzmiałe   od 
pocałunków piersi. Jeszcze czuła na nich gorąco jego ust.

-   Trudno   mi   uwierzyć,   że   dorosła   kobieta   może   być   tak 

zielona - stwierdził ze złością, ciężko dysząc. - Z pewnością 
wiedziałaś, do czego zmierzam. Sposób, w jaki zachowywałaś 
się przy mnie, jak się uśmiechałaś i prowokowałaś, no i ten 
twój wygląd, zwiodłyby każdego mężczyznę.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 57

   

- Tak, ale ja nie zdawałam sobie z tego sprawy - westchnęła 

żałośnie.   -   Wybacz   mi.   Pragnęłam   tylko,   żeby   ktoś   mnie 
pokochał.

Patrzył na nią z nie ukrywaną wściekłością i zaciskał pięści.
- A ja chciałem się tylko z tobą przespać - powiedział zimno, 

rozmyślnie używając takich słów, żeby go wreszcie zrozumiała. 
Było to okrutne, ale konieczne. Nie chciał się angażować na 
dłuższą metę. Był całkowicie zaskoczony tym, co się zdarzyło. 
- Jeśli marzy ci się miłość i małżeństwo, złotko, poszukaj kogoś 
innego. Sądziłem, że pragniesz wakacyjnej przygody, i byłem 
gotów cię zadowolić. No cóż, pomyliłem się.

Wyraz  jego   twarzy,   pogarda  widoczna  w  oczach,   raniły   ją 

boleśnie. Drżącymi rękami zapięła bluzkę. Wstała. Nie patrząc 
na niego, otrzepała z piasku spodnie. Nie potrafiła wymówić 
ani słowa więcej, w głowie miała ogromny zamęt.

Nate   był   na   nią   wściekły.   Był   też   wściekły   na   siebie. 

Dlaczego miałby nie wierzyć w to, co od niej usłyszał? Żadna 
doświadczona kobieta nie zachowałaby się tak jak ona. Żadna, 
nawet   najlepsza   aktorka   nie   wytrzymałaby   tak   długiej 
maskarady. To nie była gra. Ona naprawdę jest dziewicą. Na 
myśl o tym wściekał się coraz bardziej. Prawdziwa niewinność 
przy takiej urodzie! Wspomniała coś o jakiejś zmianie, ale nie 
potrafił wyobrazić sobie, że mogła być mniej pociągająca.

Wtem przyszło mu na myśl okropne przypuszczenie.
- A jak wyglądają twoje sprawy majątkowe? - zapytał.
-   Pracuję   w   szkole.   O   co   ci   chodzi?   -   Odrzuciła   do   tyłu 

potargane   włosy   i   spojrzała   mu   w   oczy.   -   Jakie   to   ma 
znaczenie?

- Żadne, kiedy już cię rozgryzłem - odpowiedział lodowatym 

tonem.   -   Jestem   bogaty.   Z   pewnością   skusiły   cię   moje 
pieniądze, prawda?

Patrzyła   na   niego   w   osłupieniu.   Czyżby   naprawdę   w   to 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 58

   

wierzył?   Chyba   tak.   Bawiło   go   posądzanie   jej   o   najgorsze. 
Może   potrzebował   tego,   by   polepszyć   swoje   samopoczucie? 
Wiedziała, że mężczyźni źle znoszą nie zaspokojone pożądanie.

Odwróciła się i powiedziała przybita:
- Chcę już wracać.
- Tak, lepiej wracajmy - zgodził się. - Chciałaś zdobyć ślubną 

obrączkę, ale nic ci z tego nie wyszło, moja ślicznotko.

Skuliła się, słysząc drwinę w jego głosie. Kochała go, a on 

traktował ją z taką zimną obojętnością.  Może to i lepiej, bo 
sytuacja   się   wyjaśniła,   zanim   pozwoliła   sobie   na   jakieś 
marzenia.   Nate   nie   chciał   miłości,   a   ona   nie   potrafiłaby   się 
zadowolić   tylko   związkiem   fizycznym.   Co   za   ironia   losu! 
Przyjechała   do   Arizony   w   poszukiwaniu   miłości,   a   znalazła 
mężczyznę   o   sercu   tak   jałowym   jak   pustynia,   na   której 
mieszkał.

Kiedy   pomagał   jej   usadowić   się   w   siodle,   zauważyła 

mimochodem, że poprawił na sobie koszulę. Chciała zapomnieć 
o tym, co czuła, dotykając jego piersi, kiedy ją całował. Musi 
na   to   spojrzeć   z   pewnego   dystansu.   Był   to   tylko   pociąg 
fizyczny, nic  więcej. On nie chciał jej na  zawsze,  zamierzał 
tylko się z nią kochać. Westchnęła. Dlaczego w ogóle z nią 
zaczynał? Byłoby dla nich znacznie lepiej, gdyby nigdy jej nie 
dotknął.

Nate   wskoczył   na   siodło,   zajęty   własnymi   myślami,   mając 

pewne poczucie winy. Mimo oskarżeń rzuconych pod adresem 
Christy   wiedział,   że   to   on   sam   tu   zawinił.   Powinien   był 
domyślić się, że jest całkiem zielona, i zostawić ją George'owi. 
Do diabła, przyparł ją do muru, a potem obrzucił obelgami za 
to, że nie pozwoliła mu się wykorzystać.

Poczuł   wstyd.   Ale   zachował   się   tak,   bo   przecież   nie   miał 

najmniejszego zamiaru się żenić. Nie po to udawało mu się tyle 
razy uniknąć sideł małżeńskich, żeby teraz dobrowolnie się w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 59

   

nie pakować. Nie, skończył już z Christy, a i ona również z nim 
skończyła.   Trzeba   jak   najszybciej   zapomnieć   o   tym 
nieporozumieniu.

- Nie rób takiej ponurej miny - odezwał się, jadąc obok niej. - 

Wkrótce o tym zapomnimy.

Nic nie odpowiedziała. Nie chciała na niego patrzeć ani z nim 

rozmawiać. Czuła się głęboko nieszczęśliwa i było jej wstyd. 
Może   miał   rację,   że   zwiodła   go   swoim   wyglądem   i 
zachowaniem?   Widocznie   mężczyźni   inaczej   widzą   pewne 
rzeczy, a ona, z tą pechową niezręcznością i prowokacyjnymi 
gestami, robiła wrażenie „łatwej” dziewczyny.

Pomyślała,   że   Joyce   Ann   miała   rację.   Powinna   wrócić   do 

domu i poślubić Harry'ego. Przebranie, jakie sobie narzuciła, 
nie   pasowało   do   jej   osobowości   i   powinna   się   wstydzić,   że 
próbowała w ten sposób oszukać innych. Od jutra stanie się na 
powrót sobą, dawną Christy. Nikomu już nie sprawi bólu takimi 
głupimi pomysłami. Pomyślała ze smutkiem, że nie była jednak 
w stanie zmienić się do końca. Nie jest ani taka beztroska, ani 
uwodzicielska, ani piękna. Jest poważna, skryta i nieskompliko-
wana. Musi o tym zawsze pamiętać. Nathanial Lang nie chciał 
jej w nowej wersji, a tym bardziej nie zechciałby takiej, jaką 
naprawdę była. Mieli oboje szczęście, że to się już skończyło.

Nate przyglądał się jej, zaniepokojony brakiem odpowiedzi. 

Robiła   wrażenie   załamanej.   Odwrócił   wzrok   i   spojrzał   na 
ścieżkę przed nimi. Nie powinien był być tak okrutny. Okazała 
się bardziej wrażliwa, niż przypuszczał.

- Christy... - zaczął.
-   Nie   ma   o   czym   mówić,   panie   Lang   -   przerwała   mu 

spokojnym tonem. Nie patrzyła na niego. - Przepraszam pana za 
wszystko. Nie będę się już naprzykrzać, obiecuję.

- Na litość boską! - zdenerwował się.
Niewiele   brakowało,   by   wybuchnęła   płaczem,   ale   właśnie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 60

   

dostrzegli zbliżającą się do nich grupę jeźdźców. Odetchnęła z 
ulgą   na   widok   George'a   i   zawróciła   starego   Blue   w   jego 
kierunku.   George   doszedł   do   siebie   na   tyle,   że   mógł   wziąć 
udział w wyprawie, i Christy postanowiła nie odstępować go 
ani na krok. Przynajmniej jemu zależało na jej towarzystwie i 
nie zamierzał ciągnąć jej od razu do łóżka.

Gdy   odjeżdżała,   Nate   obserwował   ją   z   mieszanymi 

uczuciami. Zanosiło się na to, że w końcu to właśnie George ją 
dostanie. Pocieszał się w duchu, że tak będzie lepiej. On sam 
nie   miał   jej   nic   do   zaoferowania.   A   George   był   solidny   i 
niezawodny.

Nate   widział,   jak   rozjaśniła   się   twarz   tego   młodzieńca. 

Pomyślał ze złością, że wszystko było takie proste, zanim ekipa 
archeologów   wtargnęła   w   jego   prywatne   życie.   Czuł   się 
niespokojny   i   nieszczęśliwy   i   sam   już   nie   wiedział,   czego 
właściwie   chce.   Poleciwszy   swemu   pracownikowi,   żeby 
poprowadził dalej grupę, zawrócił konia i bez słowa odjechał. 
Nie   mógłby   już   ani   przez   chwilę   znieść   widoku   cierpienia, 
bijącego z jej oczu.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 61

   

ROZDZIAŁ PIĄTY

Nigdy jeszcze Christy nie uradowała się tak bardzo na czyjś 

widok   jak   wówczas,   gdy   zobaczyła   George'a.   Jechała   obok 
niego, udając, że nie zauważa nagłego zniknięcia Nate'a Langa. 
Ciągle   jeszcze   była   wstrząśnięta   tym,   co   się   między   nimi 
wydarzyło.

- Dobrze się czujesz? - zapytał George, gdy się zatrzymali, by 

napoić konie w górskim strumyku.

-   Oczywiście   -   odpowiedziała   wesoło,   odrzucając   do   tyłu 

potargane włosy.

-   Dziwnie   wyglądasz   -   zmarszczył   czoło.   -   Jesteś   taka 

podenerwowana.

- Omal nie spadłam z konia - skłamała. - Przestraszyłam się, 

ale nic się nie stało. A co z tobą? - dodała, przypominając sobie 
jego wypadek.

Uśmiechnął się z pewnym zakłopotaniem i poprawił okulary.
-   No   cóż,   muszę   się   przyznać,   że  to   był   umyślny   upadek. 

Świetnie   radzę   sobie   z   końmi,   ale   chciałem   w   ten   sposób 
zwrócić twoją uwagę.

-   No   i   zwróciłeś   -   skarciła   go   łagodnie.   Odkaszlnął   i   nie 

patrząc na dziewczynę, wyznał:

- Christy, ja bardzo... bardzo cię lubię.
- Ja też cię lubię, George - powiedziała cicho, kładąc rękę na 

łęku jego siodła. Patrząc na przejętego chłopaka pomyślała, że 
Nathanial Lang miał rację. - George, chcę, żebyś wiedział, że 
po powrocie do Jacksonville wychodzę za mąż. Nie byłam tego 
pewna, gdy tu jechałam, ale teraz już podjęłam decyzję.

Przyjął tę wiadomość z wyraźną przykrością, ale zapanował 

nad sobą i odrzekł:

-   Bardzo   tego   żałuję.   Szczęśliwy   facet.   Czy   znasz   go   od 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 62

   

dawna?

- Od czasu kiedy zaczęłam pracować w szkole. On też tam 

uczy, w szóstej klasie. Jest... jest znacznie starszy ode mnie. 
Rozwiedziony,   ma   trzech   synów.   Wszyscy   uczą   się   już   w 
szkole średniej, lubią mnie i ja ich lubię.

George starał się nie okazać, że jest tym wstrząśnięty. Christy 

z pewnością zasługiwała na coś lepszego.

- Będziesz miała wielką rodzinę, bo dojdą do tego jeszcze 

wasze wspólne dzieci - zmusił się, by powiedzieć to wesołym 
tonem.

Nagle Christy wydała mu się mniej atrakcyjna, a nawet jakby 

nieco starsza.

- Och nie, Harry już nie chce mieć więcej dzieci. Jest tego 

całkowicie pewien, więc nie ma problemu... - Nie dokończyła 
zdania, bo nie mogła się pogodzić z myślą, że nigdy nie będzie 
tulić w ramionach swojego własnego dziecka. Było to dla niej 
bardzo bolesne. - Lepiej już ruszajmy.

George pomógł jej wsiąść na konia i sam dosiadł swojego. Po 

tym, co od niej usłyszał, stracił humor i był przygnębiony przez 
całą drogę powrotną.

Christy odmówiła udziału w nocnej wyprawie. Nate pojechał 

wraz z innymi, miała więc teraz świetlicę do swej wyłącznej 
dyspozycji. Pogrążona w lekturze, nawet nie zauważyła, kiedy 
weszła pani Lang i usiadła koło niej.

-   Na   pewno   spodobałoby   ci   się   to   nocne   biwakowanie, 

Christy   -   rzekła,   uśmiechając   się   do   niej   miło.   -   To   coś 
niezwykłego, gdy siedzi się tak przy ognisku na pustyni, a w 
powietrzu   unosi   się   aromat   świeżo   parzonej   kawy.   Nasz 
pracownik, Terrance, gra na gitarze i ma wspaniały głos.

-   Nie   czuję   się   najlepiej   -   powiedziała   Christy   całkiem 

zgodnie   z   prawdą.   -   Zmęczyłam   się   podczas   porannej 
przejażdżki.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 63

   

Pani Lang obrzuciła ją badawczym spojrzeniem.
- Nate przez cały dzień prawie się nie odzywał. Odburknął mi 

niegrzecznie, gdy zapytałam go, czy wybiera się na ognisko, i 
siedział   w   swoim   gabinecie   aż   do   samego   odjazdu. 
Dowiedziawszy   się,   że   zostajesz   w   domu,   zaklął   takimi 
słowami,   że   nie   mogłabym   ci   ich   powtórzyć.   Rozzłościł   się 
jeszcze bardziej, kiedy George zaofiarował się, że zostanie z 
tobą. Podejrzewam, że Nate byłby zdolny związać go i powlec 
za sobą, gdyby tamten sam w porę nie zmienił zdania.

Christy zaczerwieniła się i zasłoniła twarz książką.
-   George   to   miły   chłopak,   ale   dziś   przed   południem 

powiedziałam mu o swoich planach. Dałam mu do zrozumienia, 
że... że może liczyć tylko na przyjaźń z mojej strony.

Pani Lang uśmiechnęła się.
-   Tak   też   i   myślałam,   że   musieliście   odbyć   poważną 

rozmowę. Czy jesteś zainteresowana kimś innym? - zapytała, 
delikatnie ją sondując.

Christy skinęła głową.
- Po powrocie na Florydę wychodzę za mąż. Kobieta upuściła 

trzymaną w ręku ścierkę do naczyń i szybko nachyliła się, by ją 
podnieść.

-   Nie   miałam   pojęcia,   że   jesteś   zaręczona   -   powiedziała, 

najwyraźniej zaskoczona.

-   Nie   jestem   -   odrzekła   dziewczyna.   -   Przyjechałam   tutaj, 

żeby   wszystko   przemyśleć.   Wprawdzie   zmieniłam   swój 
wygląd,   ale   myślę   i   czuję   wciąż   po   staremu   -   dodała   ze 
smutkiem.   -   Jestem   staromodna,   pełna   kompleksów   i 
nieprzystosowana do współczesnego świata.

- Inaczej mówiąc, nie sypiasz ze wszystkimi wokół. Christy 

mimo   woli   zaśmiała   się,   widząc   iskierki   humoru   w   oczach 
starszej pani.

- Nie, nie sypiam ze wszystkimi - potwierdziła. I oparłszy się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 64

   

wygodnie, dodała: - Mężczyźni nie marzą o małżeństwie. Nie 
odczuwają takiej potrzeby, dopóki nie zapragną mieć własnych 
dzieci   albo   nie   wejdą   do   jakiejś   społeczności,   która   tego 
wymaga. Wcale nie jest łatwo znaleźć męża, nawet kiedy się 
jest ładną kobietą,   a  już szczególnie  trudno  kobiecie niezbyt 
atrakcyjnej. Nie chcę mieć jałowego życia bez rodziny i zado-
walać się tylko karierą zawodową. Pragnę domu i dzieci, nawet 
jeśli nie będą moje własne - stwierdziła stanowczo, pocieszając 
samą siebie. - Mam dwadzieścia pięć lat. Jeśli teraz nie wyjdę 
za mąż, taka okazja może się już nigdy więcej nie powtórzyć. 
Nie chcę być samotna aż do śmierci.

- Opowiedz mi o tym człowieku, którego zdecydowałaś się 

poślubić.

Ze smutnym i przygaszonym wzrokiem Christy spełniła jej 

prośbę.

- Ma około czterdziestki. Jest miłym człowiekiem i zapewni 

mi bezpieczne i dostatnie życie.

- Kochasz go?
- Bardzo go lubię - odpowiedziała z wahaniem.
- Pragniesz go? Przypomniała sobie, jak namiętnie całował ją 

Nate, i przymknąwszy oczy odrzekła:

- Jakoś zniosę ten obowiązek małżeński.
- Moja droga - westchnęła ciężko pani Lang.
-   Rzecz   nie   w   tym,   że   to   zniesiesz.   Mężczyźni   odgadują, 

kiedy kobieta nic nie czuje. Zranisz w ten sposób swego męża. I 
na   pewno   zniszczy   to   wasze   małżeństwo.   Niedobrze,   jeśli 
pobierzecie się bez prawdziwej miłości.

-   Przy   moim   trybie   życia   mogę   liczyć   tylko   na   to   - 

powiedziała   ze   smutnym   uśmiechem   Christy.   -   Proszę   pani, 
zrobiłam okropną rzecz. Udawałam, że jestem kimś zupełnie 
innym,   i   teraz   muszę   za   to   płacić.   Powinnam   była   nie 
wyjeżdżać z domu i cieszyć się z tego, co mam.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 65

   

- Gdyby wszyscy przyjęli taką postawę, Ameryka nigdy nie 

zostałaby odkryta. - Starsza pani nachyliła się i pogłaskała rękę 
Christy.   -   Nie   martw   się,   dziecinko.   Zdaj   się   na   los.   Masz 
jeszcze cały tydzień.

- Zamierzałam wyjechać w poniedziałek...
- Nie! - Pani Lang wstała. - Nie rób tego. Uciekając przed 

problemami, nigdy ich nie rozwiążesz. A poza tym, zapłaciłaś 
za te wakacje. Zostań i ciesz się nimi.

Christy nie była pewna, czy powinna tak postąpić.
ale   w   głębi   serca   nie   chciała   jeszcze   opuszczać   Nate'a. 

Ciekawe, czy jego matka odgadła, jakie żywi do niego uczucia? 
Była mądrą kobietą o bystrym wzroku, przed którym niewiele 
mogło   się   ukryć.   Ucieszyła   się,   że   pani   Lang   nie   chce,   by 
opuściła  ranczo.   Nie  zgadzało   się  to  zupełnie  z  teorią  Joyce 
Ann,   że   Nate   był   maminsynkiem.   Zresztą,   i   tak   nigdy   nie 
będzie należał do Christy. Dał jej to do zrozumienia aż nadto 
wyraźnie. Każdy dzień spędzony tutaj będzie bolesny i długi. 
Ale ucieczka też jej nie odpowiadała.

-   Zostanę   -   zdecydowała   w   końcu.   -   Sprawiłabym   kłopot 

innym,   gdybym   wyjechała   wcześniej.   -   Zmusiła   się   do 
uśmiechu. - Ma pani rację. Ucieczka nic mi nie da.

- Tak sądzę - przytaknęła pani Lang. - A teraz muszę wracać 

do zmywania naczyń. Może położyłabyś się wcześniej spać? 
Nate wspomniał, że masz ochotę pójść z nami rano do kościoła.

-   Proszę   się   nie   gniewać,   ale   może   pójdę   innym   razem   - 

odpowiedziała, starając się zachować spokój.

Kobieta zorientowała się, o co naprawdę chodzi.
- Rozumiem. A więc innym razem. Dobranoc, Christy.
Dziewczyna   pomyślała,   że   zachowała   się   tchórzliwie, 

rezygnując z  pójścia do kościoła,  ale po tym,  co zaszło,  nie 
byłaby   w   stanie   spojrzeć   Nate'owi   w   oczy.   Ciągle   jeszcze 
odczuwała   wstyd.   Mężczyzna   twierdził,   że   to   ona   go 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 66

   

sprowokowała, i pewnie tak było. Nie zdawała sobie sprawy, do 
czego   prowadzi   takie   zachowanie,   że   może   stać   się   coś 
okropnego. Rzeczywiście była w tym nowicjuszką.

Następnego   ranka,   po   bezsennej   nocy,   kiedy   to   dręczona 

erotycznymi snami aż do świtu przewracała się z boku na bok, 
zwlokła się z łóżka i poszła pod prysznic. Potem, przyglądając 
się   sobie   w   lustrze,   zastanowiła   się,   czy   nie   powinna   dla 
okazania   tego,   jak   czuje   się   winna,   powrócić   do   dawnego 
żałosnego wyglądu nieudacznicy, którą była przed przyjazdem. 
Zdecydowała jednak, że to głupi pomysł, a Nate i tak tego nie 
zauważy. Wywołałaby tylko litość u innych, czego stanowczo 
sobie nie życzyła. Tym razem nie poświęciła jednak zbyt wiele 
czasu   ani   na   staranny   makijaż,   ani   na   ułożenie   wymyślnej 
fryzury.

Postanowiła   nie   iść   na   śniadanie,   lękając   się   spotkania   z 

Nate'em. Z tego samego powodu opuściła lunch. Zjadła kilka 
herbatników,   które   miała   w   torebce,   i   popiła   wodą,   gardząc 
własnym tchórzostwem. Absolutnie nie było to w jej stylu, ale 
też nigdy przedtem jej duma i serce nie zostały tak straszliwie 
zranione.

Gdy nie zeszła na lunch, Nate zaniepokoił się, gdyż wiedział, 

że   nie   jadła   też   śniadania.   Nie   można   dopuścić,   by   się 
zagłodziła.   Z   każdą   chwilą   czuł   się   coraz   bardziej   winny   z 
powodu swego zachowania poprzedniego ranka. Nie musiał być 
aż tak okrutny, ale wtedy stałby się przecież jeszcze bardziej 
pożądanym   celem.   Zastanawiał   się,   jak   teraz   zniesie   wyraz 
cierpienia w oczach Christy, wiedząc, że jest tego przyczyną. A 
jednak nie powinna była tak z nim flirtować. I te jej idiotyczne 
wpadki,   którymi   zwracała   na   siebie   jego   uwagę.   Sama   się 
prosiła. Chciał wierzyć, że tak było, bo inaczej chyba oszaleje.

Wszedł do jadalni, gdzie goście stali w kolejce przy bufecie, i 

natknął się na George'a, niosącego dwie tace.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 67

   

- Zaniosę coś do jedzenia Christy - powiedział chłopak do 

Nate'a. - Pewnie nie czuje się najlepiej. Może zadzwonił ten 
facet   z   Florydy   i   zepsuł   jej   humor,   bo   wczoraj   była   bardzo 
przygnębiona.   Nie   widziałem,   żeby   w   ogóle   wychodziła   ze 
swego pokoju. Nate poczuł, że robi mu się zimno.

- Facet z Florydy? - zapytał gwałtownie.
- Ten, za którego ma wyjść za mąż - odpowiedział z żalem w 

głosie   George.   -   Ma   około   czterdziestki   i   jest   już   na   tyle 
ustawiony w życiu, że, jak mówi Christy, potrafi o nią zadbać. 
Ojej, panie Lang, zgubi pan swego kurczaka.

Nate odstawił tacę na stół i bez słowa opuścił jadalnię. Nie 

myśląc o tym, co robi, szedł aż poza granice rancza i w końcu 
stanął w pobliżu zakurzonych, rozłożystych krzaków creosote. 
Nie czuł prawie wiatru szarpiącego mu włosy. Christy miała 
wyjść za mąż za kogoś, kto na nią czeka na Florydzie! Była 
zaręczona i nie powiedziała mu o tym! Pozwoliła wywieźć się 
na   pustynię,   żeby   mógł   się   z   nią   kochać,   a   potem   nagle 
zrezygnowała i zalała go potokiem usprawiedliwień!

Czy naprawdę była dziewicą? A może to tylko poczucie winy, 

że zdradza mężczyznę, za którego zgodziła się wyjść za mąż? 
Ta kobieta doprowadzi go do szaleństwa! Niech jedzie do domu 
i poślubi tego ustatkowanego faceta. Nic go to nie obchodzi. 
Będzie szczęśliwy, gdy Christy zniknie mu z oczu.

Wściekły   i   zdenerwowany,   na   resztę   dnia   zamknął   się   w 

swoim gabinecie. Pracował bez chwili przerwy, nic nie jedząc. 
A niech sobie wychodzi za tego głupca! Nic mu do tego!

Christy nie pokazała się przez cały dzień i wcześnie poszła 

spać.   Była   wdzięczna   George'owi,   że   przyniósł   jej   coś   do 
jedzenia, bo sama raczej umarłaby z głodu, niż zaryzykowała 
spotkanie z Nate'em, zanim uporządkuje swoje myśli. George 
przyznał się, że powiedział Langowi o Harrym, i można było 
sobie wyobrazić, co Nate teraz o niej sądzi. Pewnie uważa ją za 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 68

   

rozwiązłą Jezabel. Z rozpaczą pomyślała, że nie ma u niego 
żadnych szans.

Upewniła się w tym przekonaniu następnego ranka, gdy Nate 

zaszczycił ją tylko jednym, pełnym pogardy spojrzeniem. Miała 
na sobie dżinsy i wyłożoną na wierzch białą haftowaną bluzkę. 
Włosy zaczesała gładko, nie zrobiła żadnego makijażu. Ale jeśli 
oczekiwała, że dzięki temu będzie mniej atrakcyjna, to bardzo 
się pomyliła. Z bladą, naturalną cerą robiła wrażenie młodszej i 
bardziej   niewinnej,   a   luźno   upięty   kok   i   odsłonięta   szyja 
nadawały   jej   wygląd   bezbronnej   istoty.   Nate'owi   wydała   się 
teraz   równie   pociągająca   jak   z   poprzednim   makijażem, 
rozpuszczonymi   włosami   i   w   wyszukanym   stroju.   Jeszcze 
bardziej zepsuło mu to humor. Bez słowa wsiadł do samochodu 
i pojechał do biura.

George wytrwale towarzyszył Christy podczas pracy, miły i 

podtrzymujący na duchu. Dlaczego nie zakochała się właśnie w 
nim? Nie odrzuciłby jej, tak jak to uczynił Nate.

Zwyczajem   poniedziałków   dzień   ciągnął   się   w   nie-

skończoność,   a   upał   był   nieznośny.   Szczęśliwa   była,   gdy 
wreszcie zaczęli się zbierać do powrotu na ranczo, żeby zjeść 
lunch   w   cieniu   zielonych   drzew  pało.  Zastali   tam   jednak 
ogromne   zamieszanie.   Nigdzie   nie   było   widać   pani   Lang,   a 
jedyna   służąca   mruczała   coś   gniewnie   po   hiszpańsku,   nie 
mogąc poradzić sobie z bufetem.

-  Co się stało?  - zapytała  ją dziewczyna.  Ponieważ jednak 

odpowiedź padła po hiszpańsku, a Christy z języków obcych 
znała   tylko   trochę   francuski,   odeszła,   uśmiechając   się 
przepraszająco, i usiadła obok George'a.

Pani Lang, najwyraźniej czymś zdenerwowana, pojawiła się, 

kiedy wszyscy stali w kolejce do bufetu.

- Czy coś się stało? - zagadnęła ją Christy.
- Nate... Zawalił się chodnik w jednej z kopalń. Był na dole, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 69

   

kiedy to się zdarzyło.

Christy zbladła jak płótno.
-   Czy   żyje?   -   zapytała   drżącym   głosem.   Starsza   pani 

przyglądała   się   jej   przez   chwilę,   a   potem   uśmiechnęła   się 
łagodnie i położyła rękę na jej szczupłym ramieniu.

- Żyje. Nic mu się nie stało. Kilka zadrapań, trochę siniaków, 

ale   lekarz   polecił   mu   zostać   w   łóżku   do   końca   dnia,   żeby 
uniknąć ewentualnych komplikacji.

- Dzięki Bogu! - Christy walczyła ze łzami, zmieszana, że tak 

się zdradziła. Dobrze, że stały dość daleko od grupy, tak że nikt 
nie mógł dostrzec jej twarzy.

- Muszę pojechać do miasta, żeby kupić przepisane lekarstwa 

- powiedziała po chwili namysłu matka Nate'a.

- Czy mogłabyś przy nim posiedzieć?
- Nie będzie tym zachwycony - odrzekła Christy.
- Lepiej niech pani poprosi kogoś innego.
-   Nie,   nie   masz   racji.   -   Chwyciła   dziewczynę   za   rękę   i 

pociągnęła za sobą korytarzem do pokoju Nate'a.

Leżał na łóżku, przykryty prześcieradłem.
- Poprosiłam pannę Haley, by posiedziała przy tobie przez ten 

czas, kiedy będę w mieście - oznajmiła niewinnym tonem pani 
Lang. - Każę, by przyniesiono wam tu lunch. Niedługo wrócę.

Zanim   Christy   zdążyła   cokolwiek   powiedzieć,   a   Nate 

zaprotestować, była już za drzwiami.

Nate patrzył na dziewczynę zimnym wzrokiem. Jeden plaster 

miał przyklejony na czole, drugi na policzku, i to nadawało mu 
wygląd   jeszcze   groźniejszy   niż   zwykle.   Zadrapania 
zdezynfekowano, a na jednym ze skaleczeń widać było ślady 
szycia.   Możliwe,   że  pozostanie  w  tym  miejscu  blizna.   Biały 
bandaż   opatrunku   odcinał   się   wyraźnie   od   ciemnej   skóry 
opalonego   na   brąz   ramienia.   Choć   był   potłuczony   i 
najwyraźniej   osłabiony,   w   niczym   nie   umniejszało   to   jego 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 70

   

męskiej urody.

-   Zaraz   znajdziemy   kogoś,   kto   chętnie   dotrzyma   ci 

towarzystwa   -   powiedziała   niepewnie,   onieśmielona   jego 
bliskością.

- Usiądź - przerwał jej. - Nie ugryzę cię. Zarumieniwszy się, 

siadła na krześle koło łóżka, sztywno wyprostowana, z rękami 
na kolanach.

Nate badawczym wzrokiem ogarnął jej twarz i unoszącą się 

przyśpieszonym   oddechem   pierś.   Wprawiał   ją   w   widoczne 
zdenerwowanie. Widział, jak spłoszony wzrok Christy ucieka 
od   jego   silnie   owłosionej   piersi.   Jednocześnie   zdawał   sobie 
sprawę   z   tego,   że   jest   nim   zafascynowana.   Kiedy   indziej 
bawiłoby go to, a nawet sprawiało satysfakcję. Ale teraz, kiedy 
dowiedział się całej prawdy, źle znosił jej obecność.

- Jak on się nazywa? - zapytał.
- Jak się... nazywa? Kto? - wyjąkała.
- Ten facet, który czeka na ciebie... za którego masz wyjść za 

mąż - wyjaśnił oschłym tonem.

- Ach, on! - Zaczęła przyglądać się własnym rękom. - Harvey 

White, ale zazwyczaj nazywają go Harry. Ma czterdzieści lat, 
uczy w szóstej klasie i jest... urządzony i ustabilizowany.

„Starszy o piętnaście lat - pomyślał z rozdrażnieniem. - Za 

stary.” On sam był od niej starszy o dwanaście lat, ale czym 
prędzej odsunął tę myśl.

- Kawaler?
- Nie. Był żonaty. Żona opuściła go i poślubiła innego. Ma 

trzech synów. To bardzo mili chłopcy - dokończyła żałosnym 
tonem.

Zacisnął mocno szczęki.
- Od razu gotowa rodzina. A co z twoimi własnymi dziećmi? 

Jak będą do tego pasować?

- Nie będzie żadnych dzieci - odpowiedziała, unikając jego 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 71

   

wzroku. - Harry miał operację. On... nie chce mieć już więcej 
dzieci, uważa, że już przy trójce trudno podołać finansowo.

- Na litość boską! - wybuchnął. - Czy naprawdę tego chcesz?
Czuła, jak krew odpływa z jej twarzy. Próbowała ocalić swoją 

dumę.

- Będę miała zabezpieczone życie. A może w ogóle nie nadaję 

się na matkę? Nie wszystkie kobiety są do tego stworzone.

Był   pewien,   że   jej   to   nie   dotyczy.   Emanowały   z   niej 

opiekuńczość   i   tkliwość,   tak   potrzebne   każdemu   dziecku. 
Trudno mu było pogodzić się z myślą, że Christy mogłaby nie 
mieć własnych dzieci. Po prostu sprawiało mu to ból.

- Są jeszcze inni mężczyźni na tym świecie - powiedział.
- Och nie, nie dla mnie - odparła ze smutnym uśmiechem. - 

Wszystko będzie dobrze, panie Lang, nie musi się pan o mnie 
martwić.

- Nie mów tak do mnie - zaprotestował ochrypłym głosem. - 

Mam na imię Nate.

Nie wiedziała, co odrzec, ale na szczęście weszła Nita z tacą, 

którą postawiła na stole przy łóżku. Przyniosła kawę, herbatę, 
śmietankę i cukier, talerzyk z plasterkami zimnego mięsa i sera, 
sałatę,   sosy   sałatkowe,   dwa   talerze   i   sztućce,   tak   że   Christy 
również mogła zjeść lunch.

Nate   rozmawiał   przez   chwilę   ze   służącą   po   hiszpańsku, 

którym to językiem posługiwał się całkiem biegle. Dziewczyna 
zaśmiała się i wyszła.

- Mam ochotę na kawę bez śmietanki, szynkę i ser z sałatą w 

sosie   islandzkim   -   powiedział,   oparłszy   się   wygodnie   o 
poduszki.

Uśmiechnęła   się   w   duchu,   słysząc   jego   nie   znoszący 

sprzeciwu   ton.   Przynajmniej   był   konsekwentny.   Niczego   nie 
owijał w bawełnę, nawet wtedy, gdy zamawiał lunch. Podała 
mu   pełny   talerz   i   w   zasięgu   jego   ręki   postawiła   filiżankę   z 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 72

   

kawą.

Sama wzięła sałatkę owocową i kawę, też bez śmietanki, i 

usiadła na krześle.

- Jak doszło do tej katastrofy w kopalni?
-   Nie  mam  pojęcia.   Chodnik   zawalił   się  w  jednej  chwili  - 

odpowiedział,   patrząc  na  nią   spod  przymrużonych  powiek.   - 
Nie spędzam zbyt wiele czasu w kopalni na dole, ale od czasu 
do czasu muszę dokonać inspekcji.

- Tak, rozumiem.
-   Nie   podoba   mi   się   twoja   fryzura   -   powiedział   nie-

oczekiwanie.

Filiżanka zadrżała w jej ręku.
-   Przykro   mi,   ale   nie   uczesałam   się   tak,   żeby   się   tobie 

podobać.

-   Christy...   -   wymówił   wolno   jej   imię.   -   Od   czego   to 

zdrobnienie?

- Od Christiany. Dostałam imię po babci.
- Ładne. - Zarumieniła się pod jego spojrzeniem. - Zamknij 

drzwi, Christiano - rozkazał stłumionym głosem. Pomimo tego, 
co o niej wiedział, a może właśnie dlatego, jej obecność bardzo 
go   podniecała.   Chciał   tylko   sprawdzić,   przekonać   się,   czy 
rzeczywiście   nie   miał   jej   żaden   mężczyzna.   Instynkt 
podpowiadał   mu,   że   nawet   temu   facetowi,   za   którego   miała 
wyjść za mąż, nie pozwoliła na tyle co jemu. Dodawało mu to 
pewności siebie.

-   Nie   zamknę   -   oznajmiła   spokojnie.   W   obawie,   że   mu 

ulegnie, przymknęła oczy, żeby nie widzieć jego ciemnej skóry, 
od której odbijała biel prześcieradła, ani zmysłowego wyrazu 
twarzy.   Kochała   go,   ale   krótkotrwały   romans,   jaki   miał   do 
zaoferowania, nie mógł jej wystarczyć.

- Boisz się mnie? - zapytał łagodnie, nie spuszczając z niej 

oczu.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 73

   

Podniosła na niego spłoszony wzrok.
- Proszę cię, przestań - powiedziała błagalnie. - Nie mogę grać 

komedii, nie mam na to sił.

Nie   był   przyzwyczajony   do   odmowy.   Uśmiechając   się   do 

niej,   sięgnął   ręką   do   prześcieradła   gestem,   który   wprawił 
dziewczynę w drżenie.

-   Zamknij   drzwi   albo   ujrzysz   mnie   w   całej   okazałości.   - 

Powiedziawszy to, zsunął prześcieradło, odsłaniając pierś.

Wiedziała, że mogą to nie być tylko pogróżki.
- To nie fair - poskarżyła się.
-   Życie   jest   pełne   niebezpieczeństw.   A   ja   chcę   tylko 

porozmawiać.

- Naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem.
- Czyżbyś była aż tak zarozumiała? - mruknął niegrzecznie, 

obrzucając  ją  obojętnym  spojrzeniem.   -  Nie  jesteś  specjalnie 
pociągająca, złotko - skłamał.

Zerwała się na równe nogi.
- Zgoda. Dotknął ją do żywego, ale nie miała zamiaru mu tego 

okazywać. Podeszła do drzwi z zamiarem opuszczenia pokoju.

- Jeśli wyjdziesz - zagroził - wyskoczę za tobą.
„To   interesujące   być   ściganą   przez   nagiego   mężczyznę”   - 

pomyślała.   Ale   w   oczach   ludzi   to   przede   wszystkim   ona 
zostałaby ośmieszona.

Zamknęła   dokładnie   drzwi   i   opierając   się   o   nie   plecami, 

powiedziała:

- Nie jesteś dżentelmenem.
- To prawda. Podejdź do mnie. Zawahała się, ale on zaczął 

zsuwać dalej prześcieradło.

- To szantaż! - stwierdziła oskarżycielskim tonem. Z płonącą 

twarzą skierowała się jednak w jego stronę.

Choć z tej odległości nie widziała go dokładnie, wszystkiego 

mogła się domyślić.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 74

   

-   A   ja   cię   uważałem   za   przebiegłą   -   powiedział,   gdy, 

wzburzona, zbliżała się do niego. - Mój Boże, byłem ślepy jak 
kret, prawda? To przecież widać na odległość.

- Co takiego? - Nie rozumiała, o co mu chodzi. Chwycił ją za 

rękę i pociągnąwszy silnie, posadził na łóżku obok siebie.

- Twoją cnotę. - Oparł jej dłoń na swej owłosionej piersi. - 

Rozpuść włosy.

- Proszę cię...
- Daj spokój, kochanie. Nie masz się czego obawiać. Mama 

nie wróci szybko, a ja nie zrobię nic takiego, czego musiałabyś 
się potem wstydzić. Wierzysz mi?

Nie ufała mu w dalszym ciągu, ale jego bliskość działała na 

nią   z   wielką   siłą.   Podniosła   ręce   i   rozpuściła   włosy,   które 
opadły wdzięcznie na ramiona.

Objąwszy ją silnymi rękoma, zmusił, by położyła się obok 

niego na chłodnym, świeżym prześcieradle.

- Nate, nie rób tego - szepnęła błagalnie.
-   Życie   jest   zbyt   krótkie,   Christiano,   by   przejmować   się 

drobiazgami. Ja chcę wszystkiego spróbować.

Dotknął   delikatnie   wargami   jej   ust,   a   ona   pod   wpływem 

pieszczot   pozwoliła,   by   wtargnął   językiem   do   ich   ciepłego 
wnętrza. Pochylił się nad nią, jedną ręką obejmując jej plecy i 
przyciągając   bliżej   do   siebie,   jednocześnie   całując   z   coraz 
większą namiętnością.

Zesztywniała, a on uniósł głowę i patrząc jej w oczy, zapytał 

łagodnie:

- Dlaczego tak się boisz? Od pocałunku nie zajdziesz w ciążę.
- Ja nie chcę... nie chcę, byś mnie... - wyjąkała załamującym 

się głosem. - Ty tylko bawisz się mną...

Zanurzył palce w jej gęstych włosach i szarpnął je.
- Jeszcze jak się bawię - mruknął. - Czy Harry przytulał cię w 

ten sposób? - zapytał nieoczekiwanie ze złowrogim błyskiem w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 75

   

oczach, silniej szarpiąc jej włosy.

- Odpowiedz! Tak czy nie?
- Nie, ale...
-   Czy   pozwoliłaś   mu   na   takie   intymne   zbliżenie   jak   mnie 

tamtego popołudnia? - nastawał.

- Przestań, proszę. To boli.
-   Chcę   wiedzieć,   czy   miałaś   z   nim   stosunek?   -   zapytał 

brutalnie, ciężko dysząc.

-   Nie...   I   nigdy   nie   czułam   się   z   Harrym   tak   jak   teraz   - 

wykrztusiła.

Pełen napięcia, czując, jak ogarnia go radość, patrzył na nią 

błyszczącym wzrokiem.

- I mimo to wyjdziesz za niego?
- Jakoś sobie z tym poradzę. Wolną ręką delikatnie dotknął jej 

ust i po chwili milczenia powiedział:

- Z pożądaniem nie poradzisz sobie. Albo je będziesz czuć, 

albo nie. A mnie pożądasz, prawda?

Zarumieniona jęknęła:
- Puść mnie... nie chcę tu zostać z tobą, Nate, i...
- Czego nie chcesz? - zapytał, przesuwając powoli ręką po jej 

ciele, sięgając pod pasek dżinsów i głaszcząc jej miękki, płaski 
brzuch. - Śmiało! Mów!

Ale ona nie była w stanie nic mówić. Nie panowała już nad 

swymi myślami, bezbronnym wzrokiem patrzyła na niego, zbyt 
podniecona, by z nim walczyć.

Podobała mu się ta bezbronność. Wodził ręką po jej plecach 

pod haftowaną bluzką, aż do koronkowego staniczka. Sięgając 
dalej, obserwował zmieniający się wyraz jej twarzy i słuchał 
przyśpieszonego oddechu.

-   To   lubisz   najbardziej,   prawda?   -   mruczał,   łagodnie 

wsuwając   dłoń   pod   staniczek,   by   dotknąć   nagiej   piersi   i 
twardniejącego   sutka,   aż   jęknęła   cicho   od   tej   pieszczoty.   - 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 76

   

Lubisz, jak cię dotykam? - pytał szeptem. - Ale jeszcze bardziej 
lubisz   dotyk   moich   ust,   prawda,   Christiano?   Tracisz   głowę 
nawet wtedy, gdy dotykam cię przez ubranie...

Było tak istotnie. Pojękiwała z cicha. Zanurzywszy palce w 

jego   gęstych   włosach,   drżała,   czując,   mimo   dwóch   warstw 
materiału, jak gorącymi ustami wodzi po jej ciele.

-   Do   diabła   z   tym!   -   Odpiął   pasek   i   gwałtownym   ruchem 

ściągnął z niej bluzkę, żeby już, nic ich nie dzieliło.

Czegoś   tak   intensywnego,   tak   ekscytującego   jeszcze   nie 

zaznała. Zaszlochała, gdy szybko, gwałtownie zaczął całować 
jej piersi.  Rozkosz  graniczyła niemal  z bólem.  Przywarła do 
niego,   żądna   dalszych   pocałunków.   Przerwał   na   chwilę   i 
uniósłszy głowę przyglądał się płonącymi oczami, jaki wywarł 
efekt,   a   napotkawszy   jej   wzrok,   zdumiony,   wyczytał   w   nim 
miłość. Miała na pół przymknięte jasnozielone oczy, a twarz jej 
wyrażała całkowitą i absolutną uległość. Pomyślał, że nigdy w 
życiu nie widział piękniejszej kobiety.

-   Czy   Harry   jest   w   stanie   dać   ci   coś   takiego?   -   zapytał 

ochryple.

- Przestań... - wyrzekła z trudem, urywanym szeptem. - Nie 

drwij sobie, to jest silniejsze ode mnie.

Westchnął głośno.
-   Może   nie   uwierzysz,   ale   i   ze   mną   dzieje   się   podobnie. 

Odsunął się od niej z zaciętą i wykrzywioną grymasem twarzą.

Odwróciła głowę i dopiero w tym momencie zauważyła, że 

prześcieradło   zsunęło   się   na   podłogę.   Był  piękny   jak   posąg, 
muskularny, szczupły, silny. Piękny i męski. Zafascynowana, 
zamglonym   wzrokiem   podziwiała   ciemną   skórę   i   kępki 
czarnego   zarostu   na   jego   ciele.   Był   dla   niej   kwintesencją 
męskości.

Poczuwszy   na   sobie   jej   spojrzenie,   odwrócił   się   do   niej. 

Podnieciła   go   świadomość,   że   Christy   znajduje   rozkosz   w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 77

   

oglądaniu   jego   nagości,   i   podniecenie   to   ujawniło   się   w 
fizycznej   formie.   A   ona,   gdy   zrozumiała,   co   to   znaczy, 
zmieszana oblała się gorącym rumieńcem.

-   Nie   bój   się   -   zaczął   uspokajać   ją   czule,   gdy   odwróciła 

gwałtownie   wzrok.   -   Nic   na   to   nie   mogę   poradzić,   że   tak 
zareagowałem, ale nie zrobię ci krzywdy.

- Nigdy nie widziałam u mężczyzny... - szepnęła.
-   Wierzę   ci.   Z   pewnością   nie   udawała.   Rzeczywiście   była 

dziewicą i jej niewinność podniecała go tak bardzo, że z trudem 
powstrzymywał się, by nie wziąć jej i nie zaspokoić pożądania.

- Christy...
Nieśmiało spojrzała na niego, ciągle czując się zagrożona.
-   Możesz   patrzeć   -   powiedział   łagodnie.   Zawahała   się,   ale 

ciekawość   zwyciężyła.   Prześliznęła   się   po   nim   wzrokiem   i 
spłoniona podniosła oczy.

- Jesteś taki piękny - wyszeptała pełnym uwielbienia głosem.
Wyraz   twarzy   Nate'a   zaskoczył   ją.   Zmarszczywszy   brwi 

przyglądał się jej badawczo. Nie oczekiwał takiego komentarza.

Nie pojmując, o co mu chodzi, zlękła się, że znowu popełniła 

jakąś gafę. Usiadła i drżącymi rękoma zaczęła poprawiać na 
sobie ubranie.

On usiadł również, przyciągając ją do siebie. Nie powiedział 

ani słowa. Ułożył ją na sobie, tak że całym ciałem czuła jego 
bliskość. A gdy przywarł znowu ustami do jej warg, rozchyliła 
je, poddając się całkowicie pożądaniu. Językiem pieścił wnętrze 
jej ust, aż zupełnie osłabła w jego ramionach.

-   Nie   wytrzymam   dłużej   -   szepnął   stłumionym   głosem, 

odrywając się od niej. - Nakryj mnie prześcieradłem.

Uniósł ją i przytrzymał tak długo, aż jego mocnym ciałem 

przestały wstrząsać dreszcze i powrócił mu normalny oddech.

-   Pragnę   cię   -   szepnął   jej   do   ucha.   -   Lepiej   będzie,   jeśli 

natychmiast wrócisz na Florydę.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 78

   

- Dlaczego? - zapytała, zagryzając wargi.
- Dobrze wiesz, dlaczego - zaśmiał się gorzko. Spojrzał na nią 

z kpiącym wyrazem twarzy, - Moja matka wychowała mnie na 
dżentelmena, ale to, co czuję w tej chwili, nie jest łatwe do 
opanowania. Tym razem mi się udało. Ale następnym razem 
może być inaczej. Jeśli chcesz pozostać dziewicą do ślubu, to 
uciekaj ode mnie jak najdalej.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 79

   

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- Kocham cię - szepnęła żałośnie nabrzmiałymi wargami.
- Nie kochasz - powiedział stanowczo. Spuściła wzrok.
- Czy jesteś... czy jesteś tego pewien?
-  Całkowicie.   Jeśli nie  miałaś dotąd  intymnych stosunków, 

mogłabyś łatwo ulec złudzeniu, że pociąg fizyczny to miłość. 
Wiem, bo sam to już raz przeżyłem. Ale tego rodzaju uczucie 
nie trwa długo - dodał, patrząc nieubłaganie w jej oczy. - To z 
mojej   winy   znaleźliśmy   się   dzisiaj   w   takiej   sytuacji.   Nie 
powinienem był cię dotykać.

Na jej twarzy malowała się udręka. On pragnął tylko seksu, a 

ona go kochała. Rzeczywiście - sytuacja bez wyjścia. Powinna 
wracać do domu. Skierowała się w stronę drzwi.

- Idę spakować rzeczy - powiedziała.
- Nie musisz wyjeżdżać już dzisiaj - odrzekł ostrym tonem.
„O   Boże!   Co   się   ze   mną   dzieje?”   -   pomyślał   ze   złością. 

Wiedział,  że dla niej  będzie lepiej,  jeśli  jak najszybciej   stąd 
wyjedzie,   ale   na   myśl   o   tym,   że   go   opuści,   poczuł 
przeszywający ból.

- Powinnam...
- Nie dzisiaj! - uciął krótko. Stała oparta plecami o drzwi. Nie 

widziała   go   wyraźnie,   ale   doskonale   wyczuwała   jego 
wściekłość.

- Sam mówiłeś, że tak będzie lepiej - przypomniała mu jego 

własne słowa.

Leżał wsparty na poduszkach, napięty od nie zaspokojonego 

pożądania, tarmosząc ręką gęstą czarną czuprynę.

- Tak, ale masz pewne zobowiązania wobec grupy, w której 

teraz   jesteś.   Nie   chciałbym,   żeby   przeze   mnie   stracili 
pracownika - powiedział, nie patrząc na nią. - Zapewniam cię, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 80

   

że to się więcej nie powtórzy. Wrócisz do domu nietknięta. Nie 
dopuszczę po raz drugi do takiej sytuacji.

Czy   Nate  mógł  sobie  wyobrazić,   jak  bolesna  była  dla  niej 

myśl, że już nigdy nie znajdzie się w jego ramionach, że już 
nigdy nie będzie jej całował? Westchnęła z rozpaczą.

- Zgoda - odpowiedziała. - Czy coś ci przynieść?
-   Nie,   dziękuję   ci,   kochanie   -   powiedział,   trochę   już 

uspokojony. - Idź, niczego nie potrzebuję.

-   A   więc   wracam   do   pracy   -   oznajmiła   z   wahaniem, 

otwierając drzwi i nie patrząc w jego stronę. - Cieszę się, że nie 
jesteś poważnie ranny - dodała wychodząc.

Zobaczyła   go   dopiero   następnego   dnia.   Nie   czuła   się   na 

siłach, by do niego podejść. Po każdym spotkaniu z nim zawsze 
musiała się czegoś wstydzić. Znowu okazała się taka uległa i w 
dodatku   wyznała   mu   miłość.   Nie   rozumiała,   co   ją   do   tego 
skłoniło, tym bardziej że wiedziała, iż Nate nie odwzajemnia 
tego uczucia.  Ale  w  tamtej chwili  wydawało się  to  zupełnie 
naturalne.

George   pomagał   jej   w   selekcjonowaniu   ceramicznych 

szczątków,   jednocześnie   sam   przeszukując   wyznaczony   mu 
odcinek.   Mimo   drążącego   serce   bólu   praca   nad   badaniem 
kultury Hohokam sprawiała jej przyjemność.

-   Niektórzy   archeologowie   uważają,   że   kultura   Hohokam 

rozwijała się przez okres ponad dziewięciuset lat - powiedział 
George,   przyglądając   się   uważnie   rysunkowi   na   dużym 
kawałku jakiegoś naczynia. - Wyobraź sobie, jak wyglądałoby 
to społeczeństwo, gdyby przetrwało do dzisiaj.

- Byłoby to raczej trudne.
W dalszym ciągu nie miała na twarzy żadnego makijażu, a 

włosy uczesała w kok. Pomyślała z goryczą, że i tak nie ma to 
teraz żadnego znaczenia. Do wyjazdu pozostało tylko kilka dni 
i nikomu nie wyrządzi już żadnej krzywdy swoim oszustwem.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 81

   

Pracowali z George'em, aż nadeszła pora kolacji. Wsiadła do 

furgonetki, bez przerwy myśląc o wszystkim, co się wydarzyło 
od jej przyjazdu do Arizony, zastanawiając się, jak będzie żyć 
bez Nate'a. Poślubi Harry'ego i pomoże mu w wychowywaniu 
synów,   póki   nie   skończą   nauki   w   college'u.   I   co   jeszcze? 
Zrobiło jej się niedobrze, gdy pomyślała, że Harry będzie jej 
dotykał swymi pulchnymi rękami.

Mdliło   ją   jeszcze,   gdy   stała   w   kolejce   przy   bufecie.   Gdy 

nadszedł Nate, był zaskoczony dziwnym wyrazem jej twarzy. 
Poczekał,   aż   Christy   nałożyła   jedzenie   na   tacę,   podszedł   do 
niej, wziął za ramię i zaprowadził do swego stolika.

-   Dlaczego   masz   taką   nieszczęsną   minę?   -   zapytał, 

prześlizgując   się   wzrokiem   po   głębokim   dekolcie   jej 
karmazynowej bluzki bez rękawów.

- Pomyślałam o rękach Harry'ego - odpowiedziała bezwiednie 

i spłonęła rumieńcem na widok zmarszczonego czoła Nate'a.

- Porównywałaś je do moich? Skrzywiła się boleśnie.
-   Nie   powinieneś   tego   mówić   -   szepnęła,   rozglądając   się 

niespokojnie wokół, czy ktoś ich nie słyszy.

Ale inni siedzieli przy trzech stołach w drugim końcu patio, 

rozmawiając o sprawach zawodowych.

Podnosząc   do   ust   kawałek   mięsa,   powiedział   ze   słabym 

uśmiechem:

- Drogo zapłacisz za ślubną obrączkę, jeśli myśl o kontakcie 

fizycznym z tym człowiekiem napawa cię odrazą.

Wpatrując się tępo w talerz, odpowiedziała:
- Bardzo mi już dokuczyła samotność. Jakieś korzyści będę z 

tego miała.

- Wymień choć jedną.
-   Będę   miała   towarzystwo   podczas   oglądania   telewizji   - 

odpowiedziała bez cienia uśmiechu.

- Spraw sobie lepiej psa. Dostarczy ci dodatkowych atrakcji 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 82

   

jako   towarzysz   spacerów   i   będziesz   mogła   kupować   mu 
prezenty.

-   Mogę   chodzić   na   spacery   z   Harrym   i   jemu   kupować 

prezenty.

- Oczywiście, kochanie, możesz, ale pies nie będzie oczekiwał 

od ciebie pomocy w wychowywaniu dzieci. A tak przy okazji: 
czy   Harry   nie   spodziewa   się   finansowego   wsparcia   z   twojej 
strony?

- Harry i ja uzgodniliśmy...
- Do diabła z Harrym! - Nie wytrzymał Nate, patrząc na jej 

miękkie usta. - Nie chcę jeść. Chcę ciebie!

- Nie mów tak - jęknęła. Odwróciła się i usiłowała jeść stek, 

który na pewno był doskonały, a którego nie mogła przełknąć, 
kiedy Nate tak się jej przyglądał.

-   Tej   nocy   nie   spałem   nawet   pięciu   minut   -   powiedział.   - 

Dręczyły mnie wspomnienia wczorajszego dnia.

- Romans z tobą mnie nie interesuje - spojrzała mu prosto w 

oczy.

- Dlaczego, jeśli mnie kochasz?
-   Bo   seks   bez   wzajemnego   uczucia   jest   rzeczą   wstrętną   - 

wyjaśniła chłodnym tonem. - Nie słuchasz kazań w kościele?

Wzruszył ramionami.
-  Raczej  nie.  Spróbuję,  jeśli  pojedziesz z  nami  na mszę w 

następną niedzielę.

- Wtedy już mnie tutaj nie będzie. - Powiedziawszy to zbladła, 

bo w tejże sekundzie uświadomiła sobie, że w sobotę cała grupa 
nieodwołalnie opuszcza ranczo. Łzy zabłysły w jej oczach, a w 
gardle poczuła dławienie.

- Nie rób takiej miny - burknął nachmurzony - bo przesiądę 

się do innego stolika, nie zważając na ludzkie plotki. Nie mogę 
patrzeć, jak płaczesz.

Pochyliła się, starając się zapanować nad sobą.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 83

   

- Dlaczego tak się wobec mnie zachowujesz? - poskarżyła się.
-   Dlaczego?   -   oburzył   się.   -   Mój   Boże!   Czy   potrafisz 

zrozumieć, że tkwię tu, na tej pustyni, już ponad trzy lata bez 
żadnej   kobiety?   Tak   długo   żyłem   w   celibacie,   że   aż   się 
zdziwiłem, gdy moje ciało zareagowało na ciebie.

- Co takiego? - Nie potrafiła ukryć ogromnego zaskoczenia.
-   Żyję  w   celibacie   od   trzech   lat   -   powtórzył   dobitnie,   aby 

mogła dobrze zrozumieć sens jego słów. - Nie tylko ty musiałaś 
się zdecydować na zmianę osobowości. Choć nie przywiązuję 
do   tego   wielkiej   wagi,   wiesz   przecież,   że   jestem   bogaty. 
Spotkałem wiele kobiet gotowych oddać mi się bez reszty za 
kilka dni spędzonych w luksusie. W końcu jednak zaczęło mnie 
mierzić   to,   że   jestem   przedmiotem   pożądania   z   powodu 
wypchanego   portfela.   Postawiłem   wyłącznie   na   seks.   Ale 
wkrótce  zrozumiałem,  że  człowiek musi  pracować  nad sobą, 
jeśli   chce   do   czegoś   dojść.   Odchudziłem   się,   inaczej 
ostrzygłem,   zmieniłem   styl   ubioru   i...   w   ogóle   cały   sposób 
bycia. Nagle okazało się, że sam seks mi nie wystarcza. Przestał 
mnie bawić. I tak było do czasu, gdy ty się pojawiłaś. Wtedy 
wszystko się skomplikowało - dokończył ponuro.

- A jak przedtem wyglądałeś? - zapytała oszołomiona.
-   Nieważne.   Pokażę   ci   kiedyś   zdjęcie.   Nie   wyjeżdżaj   w 

sobotę. Możesz jeszcze zostać.

- Przecież wiesz, że nie mogę - odpowiedziała ze smutkiem. - 

Obiecałam   Joyce   Ann   pomóc   w   urządzeniu   bankietu   dla   jej 
męża. Marna z niej kucharka, a dla mnie to wspaniała okazja, 
by pokazać, co umiem. Ma być obecny jego młodszy wspólnik i 
dwaj bardzo ważni dyrektorzy.

- Potrafisz dobrze gotować? - zapytał jakby od niechcenia.
-   Chyba  tak.   Wprawdzie   nie  jestem   mistrzynią  kuchni,   ale 

otrzymałam   kilka   nagród   za   wypieki.   Na   ten   bankiet   mam 
zamiar przygotować dania z kuchni francuskiej.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 84

   

- Mogłabyś potem tu wrócić - zaproponował. Nie chciała mu 

mówić,   że   nie   stać   jej   na   opłacenie   powtórnej   podróży 
samolotem. Była na to zbyt dumna.

- Mam już pewne zobowiązania.
- Wobec Harry'ego? - zapytał lodowatym tonem. Podniosła na 

niego oczy.

-   Tak,   wobec   Harry'ego.   Może   nie   jest   najlepszym 

kochankiem, ale jest miły i da mi poczucie bezpieczeństwa.

- Niczego ci nie da. Będziesz ciągle wspominać, jak dobrze 

było ci w moich ramionach.

- To nie fair - powiedziała zagryzając wargi.
-   Mogę   uczynić   to   wspomnienie   pełniejszym   -   ciągnął 

stłumionym głosem. - Mogę ofiarować ci noc, o której długo 
będziesz pamiętać. Nie będziemy się na nic oglądać.

Przymknęła oczy. Kochała go i on o tym wiedział, ale nie 

powinien jej tak dręczyć.

- Nie mogę - jęknęła.
- Spójrz na mnie! Słysząc ten rozkazujący ton, podniosła na 

niego pełne bólu oczy.

- Nie zajdziesz w ciążę - powiedział szorstko. - I nie musisz 

się   z   mojej   strony   niczego   obawiać.   Nie   miewałem 
przypadkowych stosunków i zawsze byłem ostrożny. Dam ci 
coś,   czego   nie   zaznasz   nigdy   z   twym   opasłym   przyszłym 
mężem.

-   Wiem   o   tym   -   przytaknęła,   unikając   jego   wzroku.   -   Ale 

sprawiłabym   w   ten   sposób   zawód   Harry'emu.   Ty   możesz 
opowiadać jakieś bzdury o nowej moralności i namawiać mnie 
do zrezygnowania ze staromodnych nakazów, ale dla mnie to 
jest   sprawa   honoru.   Jeśli   mężczyzna   pragnie   dać   mi   swoje 
nazwisko i ufa mi, jestem mu winna coś w zamian. Ma pełne 
prawo oczekiwać ode mnie wierności.

Nie przerywał jej. Miała rację. Ale on nigdy nie myślał o tym 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 85

   

w   ten   sposób.   Honor!   Nie   zastanawiał   się   przedtem   nad 
znaczeniem   tych   słów.   Teraz   nagle   zrozumiał   ich   sens.   Ona 
uważała, że musi być wierna, choć nie miała jeszcze obrączki, 
choć   nie   złożyła   jeszcze   małżeńskich   ślubów.   Taka   kobieta 
nigdy nie pójdzie do łóżka z przypadkowym mężczyzną i nie 
wda się w przelotne romanse. Gdy już kogoś poślubi, będzie 
kochać tylko jego i umrze wierna temu jednemu człowiekowi. 
Będzie miała z nim dzieci...

Nie, nie będzie miała dzieci z Harrym, gdyż on ich nie chce. 

A   więc   umrze,   nie   zaznawszy   cudownego   uczucia 
macierzyństwa. Przecież to bez sensu! Jest stworzona do tego, 
by   zostać   matką.   Rozgorączkowany   wyobraził   sobie,   jak   by 
wyglądała   z   jego   dzieckiem   w   łonie,   rozkwitająca   w 
macierzyństwie. Stwierdził w tym momencie, że zrodziła się w 
nim potrzeba, jakiej nigdy przedtem nie odczuwał. Zapragnął 
mieć własną rodzinę. Żonę. Synów. Córki. Miał już trzydzieści 
siedem   lat   i   prócz   matki   nie   miał   nikogo.   Był   samotny, 
naprawdę   samotny.   Ale   chciał   mieć   kogoś.   Chciał   Christy. 
Znów na nią popatrzył.

Nie  spodziewał  się  wcale,   że  zgodzi   się  na   ofiarowaną  jej 

jedną   noc   miłości.   Różniła   się   bardzo   od   kobiet,   które   znał 
wcześniej. Była dziewczyną z zasadami. Odczuł nagle dumę, że 
taka istota mogła go pokochać.

-   Wierność   -   powtórzył,   wciąż   patrząc   na   nią.   -   Jeden 

mężczyzna, jedna miłość, ale jeśli nie kochasz go, czy nie jest 
to również oszustwo?

- Z czasem go pokocham - odpowiedziała stanowczo.
-   Mówiłaś,   że   kochasz   mnie   -   przypomniał.   Siedziała   bez 

ruchu na krześle.

-   A   ty   powiedziałeś,   że   to   tylko   złudzenie   wywołane 

pociągiem fizycznym - odrzekła z rozpaczą w głosie.

- Coś takiego! Mój Boże, jeszcze tydzień temu do głowy by 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 86

   

mi nie przyszło, że mógłbym pokazać się nagi jakiejś kobiecie.

- Chyba nie mówisz tego poważnie?! - zawołała zdumiona.
- Dlaczego nie? - spojrzał na nią ponuro. - Czy myślisz, że 

tylko   ty   masz   zahamowania?   To   było   całkiem   naturalne,   że 
odsłoniłem się przed tobą, ale nie zrobiłbym tego przy żadnej 
innej kobiecie.

Nie mogła patrzeć mu w oczy, mając w pamięci obraz jego 

nagiego ciała.

- Nie udawaj takiej zaskoczonej. Nie wmówisz mi, że swemu 

umiłowanemu z Florydy pozwoliłabyś na tak intymne zbliżenie.

Miał   rację.   Patrzyła   na   niego   z  uwielbieniem,   zamglonymi 

oczami. Właściwie był brzydki. Dlaczego więc lgnęły do niego 
kobiety? Dlatego że emanowała z niego męskość, że był taki 
opiekuńczy   wobec   innych,   że   odgadywały   w   nim   czułość   i 
wyrozumiałość,   tworzące   wokół   niego   atmosferę   spokoju   i 
bezpieczeństwa.   Miał   wszystkie   zalety,   które,   jako   kobieta, 
pragnęła odnaleźć w mężczyźnie.

Bez   przekonania   dziobała   widelcem   w   talerzu.   Nie   czuła 

głodu, myślami błądziła w przeszłości. Musi wracać do domu, 
do   znanego   jej   otoczenia,   ale   perspektywa   podróży   nie 
wywoływała   radosnych   emocji.   Nie   wyobrażała   sobie 
przyszłości bez Nate'a.

- Dobrze mi tu było - powiedziała w zadumie.
- Przynajmniej miałaś jakieś urozmaicenie - stwierdził.
- Wszędzie tylko piasek i piasek, ale inaczej ja go widzę, a 

inaczej ty - uśmiechnęła się.

- Chyba masz rację.
-   Jak   twoja   głowa?   -   zapytała,   wskazując   wzrokiem   na 

czerwoną   szramę,   do   połowy   zasłoniętą   gęstwiną   czarnych 
włosów.

- Okazała się twarda - zażartował. - I to mnie uratowało.
- Nigdy nie byłam w kopalni.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 87

   

- Niewiele straciłaś. - Oparł się wygodnie i trzymając w ręku 

filiżankę kawy, niespodzianie zapytał: - A jak wygląda ten twój 
Harry?

Dziwne było to jego zainteresowanie Harrym, tym bardziej że 

nie miał zamiaru wiązać się z nią w jakikolwiek sposób.

-   Jest   trochę   wyższy   ode   mnie.   Z   lekka   siwiejący.   Ma 

brzuszek piwosza i rumianą twarz. Nie jest przystojny. Ale jest 
miły.

- Ja też nie jestem przystojny, z tym tylko, że nie jestem ani 

trochę miły.

Podniosła na niego oczy.
- Nie bałabym się znaleźć z tobą w trudnej sytuacji, bo wiem, 

że tak czy owak wyciągnąłbyś nas z tego. A Harry usiadłby 
zrezygnowany i nic by nie robił. Nie potrafi walczyć.

- Widzę, że lepiej poradziłabyś sobie sama.
- Ja? Ubrałam się w najlepsze ciuchy, zmieniłam wygląd, a ty 

od razu pomyślałeś, że jestem dziwką.

- To nieprawda! - zaprzeczył gwałtownie z błyskiem oczu. - 

Podejrzewałem tylko, że szukasz bogatego faceta.

- Bardzo ci dziękuję.
- Nie znałem cię wtedy - przypomniał jej. - Nie zamierzałem 

zatrzymywać cię dłużej po deserze. Wtedy myślałem tylko o 
tym,  jak  cię uwieść.  I  widziałem,  jak się  zmieszałaś na mój 
widok.

- Przykro mi, że tak się na mnie zawiodłeś. Nie chciałam cię 

prowokować, nawet jeśli sprawiałam takie wrażenie.

- Tak mi się wtedy wydawało - mruknął z dziwnym wyrazem 

twarzy. - Czy masz jutro wolne popołudnie?

Zadrżała.   Powinna   była   powiedzieć,   że   nie,   tak   byłoby 

bezpieczniej, ale nie umiała mu się oprzeć.

- Tak - odpowiedziała.
-   Moglibyśmy   pojechać   do   kina   w   Tucson.   -   Bawił   się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 88

   

trzymaną   w   ręku   filiżanką.   -   Grają   film   sensacyjny,   który 
chciałbym zobaczyć.

Gdy usłyszała tytuł, była zachwycona. Od dawna wybierała 

się na ten film.

- Wspaniale.
Odstawił   filiżankę   i   przymrużonymi   oczami   przyglądał   się 

Christy.

-   Zbyt  długo   jestem  kawalerem,   żeby   teraz   proponować  ci 

małżeństwo - powiedział szczerze. - Jako dżentelmen nie mogę 
też  cię   uwieść.   Bądźmy   więc   przyjaciółmi,   bo   tylko   to   nam 
pozostało.

- Nie mam nic przeciwko temu - skłamała.
- To dobrze. Czuję się tu bardzo samotny. Romans na jedną 

noc   już   mi   nie   wystarcza.   Chyba   się   starzeję.   -   Zajrzał   jej 
głęboko w oczy. - Wczorajszy dzień będę wspominał jako coś 
najcenniejszego w życiu.

- Ale przecież nic się nie wydarzyło - wyjąkała.
- Naprawdę? - Wstał ze wzrokiem utkwionym w jej uniesioną 

do góry twarz.

Nie   zdawała   sobie   sprawy,   ile   uwielbienia   i   gorącego, 

tkliwego   uczucia   mógł   wyczytać   z   jej   oczu.   Poczuł   się 
człowiekiem   małodusznym.   Żałował   teraz,   że   nie   potrafił 
zaryzykować. Powinien przecież zabrać ją Harry'emu, ożenić 
się   z   nią   natychmiast   i   uwierzyć   w   możliwość   wspólnego 
szczęśliwego   życia.   Ale   byłoby   w   tym   więcej   ryzyka,   niż 
Christy sobie wyobrażała. Nie znała świata, a jej uczucia mogły 
łatwo ulec zmianie. Bał się, że z jej strony to tylko chwilowe 
zaślepienie.

- Śpij dobrze, kochanie - powiedział czule. Pogłaskał ją po 

włosach i odchodząc dodał: - Zobaczymy się jutro.

- Dobranoc! - zawołała za nim.
Gdy   skończyła   jeść,   poszła   do   świetlicy,   by   towarzyszyć 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 89

   

grającym   w   szachy.   Nie   chciała   zostać   sama   z   bolesnymi 
myślami.

Następnego   popołudnia   pomagała   w   pomiarach   doktorowi 

Adamsonowi. Przymknęła oczy, wystawiając twarz na powiew 
wiatru. W czystym powietrzu unosił się zapach starych skorup i 
pustynnej roślinności. Świat wydawał się tu wielki, bezkresny. 
Rodziło się w niej cudowne poczucie wolności. Byłoby całkiem 
wspaniale, gdyby nie brak drzew. Oczywiście, na Florydzie też 
spotyka się miejsca bez drzew, ale przynajmniej jest tam ocean 
i słone, wilgotne powietrze.

Ponieważ   ciemności   zapadały   tu   późno,   nie   zdawała   sobie 

sprawy   z   upływu   czasu.   Usiadła   na   wielkim   kamieniu,   by 
oczyścić z piasku rysunek na kawałku ceramiki, gdy nagle do 
jej świadomości dotarły dwa różne dźwięki. Jednym z nich był 
odgłos   zbliżającego   się   dżipa.   Uśmiechnęła   się   w   duchu, 
wzruszona, że Nate specjalnie po nią przyjechał, choć mogła 
wrócić furgonetką wraz z innymi. Ale następny dźwięk, który 
usłyszała chwilę potem, zmroził jej krew w żyłach. Rozpoznała 
grzechotnika. W południowej Georgii i na północnej Florydzie 
spotyka się często tego gada o rombowym wzorze na grzbiecie. 
Dźwięk, jaki wydaje, trudno pomylić z czymś innym, jest jak 
skwierczenie tłuszczu na patelni. Wiedziała, że w zachodnich 
stanach również żyją grzechotniki.

Pamiętała,   że   w   takiej   sytuacji   najlepiej   się   nie   ruszać. 

Siedziała   więc   jak   posąg   i   czekała   na   Nate'a,   modląc   się   w 
duchu,   by   do   tego  czasu  grzechotnik  nie  zdecydował   się  jej 
zaatakować.   Gdyby   nawet   natychmiast   dostała   surowicę, 
odchorowałaby to ciężko.

Ale Nate będzie wiedział, co robić. Na myśl, że jest już w 

pobliżu,   poczuła   się   bezpieczniej.   Wszystko   dobrze   się 
skończy.

- Christy? - usłyszała jego niski głos.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 90

   

Czy   ma   zdobyć   się   na   odwagę   i   odpowiedzieć?   Może 

zdenerwuje to grzechotnika? Ale Nate, zbliżając się, też mógł 
go przestraszyć. Niewiele miała do stracenia.

- Nate, tutaj jest grzechotnik! - zawołała.
Usłyszała przekleństwo i odgłos oddalających się kroków. Po 

minucie,  przez którą nadal siedziała bez ruchu,  usłyszała, że 
mężczyzna wraca.

- Gdzie on jest? - zapytał.
- Gdzieś koło mnie, z lewej strony. Boję się nawet spojrzeć.
-  Siedź spokojnie  -  nakazał  cicho,  ukazując się  w  jej polu 

widzenia. - Tylko się nie ruszaj. Bardzo dobrze. A więc udało ci 
się natrafić na grzechotnika? Pewnie usadowiłaś się w jedynym 
zacienionym miejscu. Dzielna z ciebie dziewczyna, Christy.

Poruszał   się   pewnie   i   zdecydowanie.   Szeroko   otwartymi 

oczami   badając   teren,   trzymał   karabin   gotowy   do   strzału. 
Pomimo strachu pomyślała, że w stetsonie zsuniętym na oczy, 
w szarej kurtce i ciemnych spodniach przypomina kowboja z 
dawnych lat. Zaraz rozprawi się z tym ohydnym gadem.

- Nie ruszaj się. Widzę go. Zacisnęła zęby, sztywniejąc na 

odgłos   strzału.   Nie   miała   wątpliwości,   że   był   śmiertelny. 
Widziała,   jak   celował,   a   potem   wyprostował   się   i   zawiesił 
karabin na ramieniu.

Wystarczyło, że strzelił raz. Christy zerwała się z kamienia i 

dobiegłszy do Nate'a, rzuciła mu się w ramiona.

Wolną   ręką   przytulił   ją,   sprawiając   ból   gwałtownym 

uściskiem.

-   Mój   Boże,   był   tak   blisko   ciebie!   -   powiedział   zde-

nerwowany. - Nie rozejrzałaś się, zanim tu usiadłaś? Zresztą, i 
tak   niczego   byś   nie   dostrzegła   -   dodał,   nie   czekając   na 
odpowiedź. - Chodźmy stąd, pojedziesz ze mną. Pociągnął ją za 
rękę   do   dżipa.   Kiedy   już   odłożył   karabin,   zwrócił   się   do 
pozostałych   członków   grupy,   którzy   nadbiegli   na   odgłos 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 91

   

wystrzału.

- Wszystko w porządku. Grzechotnik nie zdążył jej ukąsić. 

Zabieram ją teraz na ranczo.

- Cieszę się, że nic ci się nie stało, Christy! - zawołał z ulgą 

George.

- Ja także. Powiedziała tylko tyle, bo na nic więcej nie miała 

już czasu. Nate wepchnął ją do dżipa, usiadł obok i ruszył z 
ogromną szybkością.

Minął   główne   zabudowania   rancza,   skręcił   gwałtownie   i 

zatrzymał   się   przed   jej   domkiem.   Zaciągnął   ją   do   drzwi   i 
rozkazał:

- Klucz! Wyciągnęła klucz z kieszeni i podała Nate'owi, nie 

rozumiejąc,   o   co   mu   chodzi.   Nie   odezwał   się   do   niej   ani 
słowem i wyglądał na rozzłoszczonego.

Otworzył   drzwi   i   wprowadził   dziewczynę   do   środka. 

Popchnął ją delikatnie na krzesło i zaczął przetrząsać wszystkie 
szuflady, nie słuchając jej protestów. Po kilku minutach znalazł 
to,   czego   szukał.   Odwrócił   się,   trzymając   okulary,   które 
zdecydowanym ruchem włożył jej na nos.

-   Masz   je   nosić!   -   powiedział   szorstko.   -   Ty   kretynko! 

Przecież bez nich nie widzisz nawet na pięć kroków, prawda? 
Czy   myślałaś,   że   uda   ci   się   ukrywać   to   w   nieskończoność? 
Gdyby nie to, że masz dobry słuch, byłabyś teraz w szpitalu. 
Ukąszenie tych węży jest śmiertelne.

-   -   Wiem...   -   odparła   skonsternowana   tym,   że   jednak   ją 

zdemaskował. Teraz, gdy go dobrze widziała, trochę się zlękła. 
Jego oczy były znacznie ciemniejsze, niż myślała. Patrzył na 
nią z wściekłością na twarzy. Bardzo ją onieśmielał. Gdyby go 
tak wyraźnie zobaczyła pierwszego dnia, nie odważyłaby się 
nawet do niego uśmiechnąć. Był to twardy człowiek pustyni, 
który nie traci czasu dla takiej idiotki jak ona.

- Nic dziwnego, że potykałaś się o wszystko, co stanęło ci na 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 92

   

drodze - mruknął, spoglądając na nią z góry. - Jeśli nie chcesz 
pokazywać się ludziom w okularach, dlaczego nie nosisz szkieł 
kontaktowych?

- Próbowałam - wyznała ze skruchą, poprawiając jak zwykle 

opadające   na   nos   okulary.   -   Ale   ciągle   dostawałam   od   nich 
zapalenia spojówek. Pozostały mi więc zwykłe okulary, które 
zupełnie nie pasowały do mojej nowej osobowości.

- A co złego w okularach? - zapytał. - Uważam, że jest ci w 

nich do twarzy. Twoje oczy wydają się większe, więcej w nich 
seksu - dodał z uśmiechem.

- Naprawdę? - Spojrzała na niego z niedowierzaniem. A więc 

nie uważał, że wygląda okropnie!

-   Naprawdę.   W   twoim   wypadku   okulary   są   niezbędnym 

dodatkiem. Koniecznie musisz je nosić. Nie chcę utracić cię z 
powodu   jakiegoś   węża.   Czuję   się   za   ciebie   odpowiedzialny. 
Chyba nie przyszło ci do głowy, że w okularach jesteś mniej 
atrakcyjna?

-   Mężczyźni   nie   zwracali   na   mnie   uwagi   -   wzruszyła 

ramionami.

- Doskonale rozumiem, dlaczego. Jesteś nieśmiała, skryta i 

prawdopodobnie zapinałaś się zawsze pod szyję.

Teraz ubierasz się swobodniej, rozpuściłaś włosy i nauczyłaś 

się robić  makijaż.   Okulary  w  niczym  nie  umniejszają  twojej 
urody, Christy. - Objął ją, głaszcząc odsłonięte ramiona. - W 
okularach   czy   bez,   jesteś   najbardziej   seksowną   kobietą,   jaką 
znam.

- Mówisz tak, żeby mi zrobić przyjemność... Nie pozwolił jej 

dokończyć. Poddała się natychmiast, za bardzo spragniona jego 
dotyku, by mu się opierać. Objęła Nate'a, wsuwając mu ręce 
pod   kurtkę   i   przytulając   się   do   niego   mocno.   A   on,   nie 
ukrywając   podniecenia,   rozgniatał   jej   usta   gwałtownym 
pocałunkiem.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 93

   

- Tak, właśnie tak... - wykrztusił. - Całuj mnie. Otwórz usta. 

O tak! Jeszcze trochę. Nie cofaj się - mruczał, pochylając się 
nad nią. - Mocniej, kochanie! Mocniej!

Poczuła, że układa ją na wąskim łóżku i sam kładzie się na 

niej. Gwałtownymi pocałunkami wywoływał w Christy trudne 
do opanowania podniecenie, twardo i bezlitośnie napierając na 
nią i wciskając w materac. Słyszała, jak głośno tłucze się jego 
serce,   chłonęła   zapach   męskiej   wody   kolońskiej,   aż   się   tym 
upiła,   upiła   nim   całym.   Jego   wargi   miały   smak   mięty,   były 
twarde i gorące i nie chciała już przed nimi uciekać. Wtuliła się 
jeszcze   mocniej   w   jego   objęcia,   a   on   nie   pozostał   na   to 
obojętny.

I chociaż była już gotowa oddać mu się cała, nagle oderwał 

się od niej.

- Mój Boże, co my robimy? - powiedział ochrypłym głosem, 

siadając   i   z   trudem   chwytając   oddech.   Czarnymi,   pełnymi 
pożądania   oczami   patrzył   na   jej   pierś,   unoszącą   się   w 
przyśpieszonym oddechu pod białą bluzką. - Nie możemy się tu 
kochać. To łóżko jest za słabe dla dwóch osób. Zawali się, gdy 
zaczniemy się poruszać w górę i w dół.

Zarumieniła się,  a  on,  widząc to,  uśmiechnął  się i zapytał, 

delikatnie ściskając zębami jej dolną wargę:

-   Czy   czujesz   się   zmieszana   takim   bezpośrednim   opisem 

kochania się, Christy?

- A ciebie bawi moje zażenowanie?
- Rzeczywiście, bawi mnie to. Rzadko się dziś zdarza widzieć 

czerwieniącą się kobietę. - Władczo przesunął ręką po jej piersi. 
-   Nawet   nie   potrafisz   sobie   wyobrazić,   co   czuję,   patrząc   na 
ciebie   i   wiedząc,   że   to   wszystko   jest   dla   ciebie   absolutną 
nowością.

- I stajesz się jeszcze bardziej zarozumiały - próbowała bronić 

się przed jego arogancją.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 94

   

- Nie. Raczej bardziej dumny. - Spojrzał znów na jej piersi. - 

Dla  mnie  bardzo ważne jest  to,  że  jestem  twoim  pierwszym 
kochankiem.

- Ależ nie jesteś...
-   Będę   -   oznajmił,   przez   nieskończenie   długą   chwilę 

zatrzymując wzrok na jej twarzy. Wstał i pomógł jej podnieść 
się   z   łóżka.   Trzymał   ją   czule   w   objęciach,   z   ustami   w   jej 
włosach. - Czy słyszysz mnie, Christy? - szepnął. - To ja będę 
twoim pierwszym mężczyzną.

- Wychodzę za mąż za Harry'ego - wyszeptała żałośnie.
-   Nie   sądzę,   by   do   tego   doszło   -   przyciągnął  ją  bliżej,   by 

odczuła twardość jego członka. - Nie, nie odsuwaj się ode mnie 
- szepnął jej do ucha. - To ty wywołałaś tę reakcję. Nie bój się. 
Obiecałem ci, że nie będę cię zmuszał i dotrzymam słowa.

Odprężona, wtulona w jego objęcia, szepnęła:
-   Przepraszam   cię  za   tę  historię  z  wężem.   Powinnam  była 

nosić okulary. Ale z bliska widzę dobrze.

Pogłaskał ją po potarganych włosach.
- Masz je stale nosić, słyszysz? Nie chciałbym po raz drugi 

lękać   się,   że   cię   utracę.   Mój   Boże!   Kiedy   zobaczyłem   tego 
grzechotnika, myślałem, że już po tobie!

- Oboje omal nie staliśmy się ofiarami wypadków - zaśmiała 

się z przymusem. - Najpierw ty zostałeś przysypany w kopalni, 
a potem ja trafiłam na tego węża.

- Czy chcesz wziąć prysznic i przebrać się przed wyjazdem do 

Tucson? - zapytał.

- Tak, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
-   Nie   mam   -   odpowiedział   i   z   żartobliwym   uśmieszkiem 

zaproponował: - Mogę wymyć ci plecy.

- Nie, nie możesz - odparła zarumieniona. - Nie chodzę pod 

prysznic z obcymi mężczyznami.

- Będziesz miała okazję obejrzeć mnie dokładnie - zachęcał.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 95

   

- Jak ci nie wstyd! Wzruszył ramionami.
- No dobrze, moja świętoszko. Rozbiorę cię kiedyś ciemną 

nocą pod prześcieradłem.

- Jeśli ci na to pozwolę. Uniósł jej podbródek i z lekka musnął 

ustami jej wargi.

- Pozwolisz. Idź się kąpać - Wrócę po ciebie za pól godziny. - 

Zajrzał jej głęboko w oczy. - Harry nie da ci dziecka. A ja mogę 
ci je dać. Gdybyś go kochała, nie byłoby to ważne. Ale jeśli go 
nie   kochasz,   powinnaś   się   dobrze   zastanowić,   zanim 
podejmiesz ostateczną decyzję.

- Nie mam się nad czym zastanawiać. On chce się ze mną 

ożenić.

- Nie sądzę, żeby to było dobre wyjście - powiedział ponuro. - 

On nie cieszyłby się swoim synem tak jak ja. Przebierz się, 
kochanie. Chcę wyjechać wcześniej. Zjemy kolację w mieście.

- Nate! - krzyknęła z rozpaczą.
Ale on już wyszedł, zostawiając ją samą, zastanawiającą się 

nad   sensem   jego   słów.   W   końcu   zmęczona,   niepewna 
przyszłości,   poszła   się   kąpać.   Nie   chciał   się   z   nią   żenić,   a 
jednocześnie mówił o swoim synu. Skąd pewność, że to nie 
będzie córka?

Zresztą, nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ i tak nie 

będzie miała z nim dzieci, bo wychodzi za mąż za Harry'ego.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 96

   

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Christy nie miała ze sobą zbyt wielu sukienek, a dwie z nich 

już   tu   nosiła.   Mogła   więc   włożyć   tylko   różową   wieczorową 
spódnicę   i   zapinany   na   guziczki   żakiecik,   z   szerokim 
kołnierzem   i   długimi   rękawami.   Wyglądała   świetnie   w   tym 
kolorze,   ponieważ   podkreślał   jej   karnację.   Dobrała   pasujący 
kolorem   szal   i   rozpuściła   włosy.   Po   chwili   wahania   wzięła 
okulary. Jeśli Nate twierdzi, że jest jej w nich dobrze, to nie 
powinna mieć żadnych wątpliwości.

Wkładając   sandałki   pomyślała   o   piaszczystych   dróżkach   i 

stwierdziła, że lepsze będą pantofle.

Nate czekał na nią przed domkiem, ubrany w szary garnitur. 

Uśmiechnął   się   na   jej   widok.   Zupełnie   nie   mógł   zrozumieć, 
dlaczego tak długo nikt się nią nie interesował, nawet jeśli nie 
próbowała   upiększać   się   makijażem.   Miała   łagodne,   miłe 
usposobienie i tak wiele innych dobrych cech, że jej wygląd 
stanowił już tylko mało znaczący dodatek.

- Ślicznie wyglądasz! - Nie ukrywał zachwytu, pomagając jej 

wsiąść   do   samochodu.   -   Mam   nadzieję,   że   lubisz   chińskie 
potrawy, bo sam chętnie zjadłbym dziś coś takiego.

- Bardzo lubię peklowaną wieprzowinę na słodko i jajka w 

gorącym sosie musztardowym.

-   Ja   też   za   tym   przepadam,   ale   wieprzowinę   wolę 

przyprawioną na ostro.

- Czy podziękowałam ci za uratowanie życia? - zapytała już w 

drodze.   -   Byłam   w   takim   szoku,   że   nie   mogę   tego   sobie 
przypomnieć.

-   Nie   tylko   ty   byłaś   w   szoku.   Mną   też   to   wstrząsnęło   - 

przyznał.   -   Jad   węża   może   zabić   również   w   dzisiejszych 
czasach. A jeśli nawet nie zabije, to i tak ukąszenie jest bardzo 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 97

   

bolesne. Gdy miałem kilkanaście lat, wąż ukąsił mnie w nogę. 
W ostatniej chwili zostałem zawieziony do lekarza. Spędziłem 
trzy dni w szpitalu. I co roku o tej porze, kiedy się to zdarzyło, 
noga mi puchnie. Lekarze nie potrafią wyjaśnić, dlaczego tak 
się dzieje.

- Nic zatem dziwnego, że tak się przejąłeś moim wypadkiem - 

powiedziała cicho.

-   Przejąłem   się,   bo   nie   chcę,   żeby   stało   ci   się   coś   złego, 

Christy.

-   Dlatego   że   jestem   twoim   gościem   -   pokiwała   głową   ze 

zrozumieniem.

- Na litość boską! - jęknął ze złością. - Chyba nie wierzysz w 

to, co mówisz? Czy naprawdę nie pojmujesz, że martwię się 
właśnie   o   ciebie?   O   ile   pamiętam,   nie   traktowałem   cię   jak 
zwykłego gościa.

- Nie wiem - przyznała szczerze. - Nie zastanawiałam się nad 

tym.

Mruknął coś jeszcze zirytowany, skręcając z głównej drogi i 

wjeżdżając w cień zielonych drzew pało. Wyłączył silnik.

-   Zależy   mi   na   tobie  -   powiedział   wyraźnie,   patrząc  jej   w 

oczy.   -  Taka   jest   prawda.   Bardzo   zależy.   Nie   chcę  tego,   bo 
zakłóca to rytm mego życia i odbiera mi poczucie wolności, ale 
tak jest. Ciągle jeszcze nie zdecydowałem się, co mam z tym 
zrobić.

Słuchała z niedowierzaniem. Serce łomotało jej w piersi, a 

widząc wyraz jego oczu, miała ochotę wyskoczyć z samochodu 
i odtańczyć dziki taniec radości.

-   Cieszę   się.   Cieszę   się,   że...   mnie   lubisz   -   powiedziała 

nieśmiało. Widziała, jak Nate ciężko oddycha.

- Strasznie mi przykro, że na początku wywarłam na tobie 

takie złe wrażenie.

-   To   nie   było   tak.   Z   twojego   wyglądu   i   zachowania 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 98

   

wyciągnąłem   fałszywe   wnioski.   -   Westchnął   i   pogłaskał   jej 
policzek. - Miałem z tobą sporo kłopotu. Teraz musisz wracać 
do Jacksonville, a ja nie mam ani jednego argumentu, żeby cię 
tu zatrzymać - dokończył bardziej zdecydowanym tonem, ale z 
wyraźnym smutkiem w oczach, co ją zdziwiło.

- Przecież wiem, że nie chcesz żadnych stałych związków. 

Wszystko w porządku, Nate. O nic cię nie proszę.

- Tym ciężej mi się z tym pogodzić - westchnął.
- Przytul się do mnie, Christy. Pocałuj mnie.
Odpiął   jej   pas   bezpieczeństwa,   objął   i   pocałował   z 

nieoczekiwaną   czułością.   Tym   pocałunkiem   prosił   ją   o   coś, 
czego przedtem nigdy nie pragnął: o pocieszenie, o zaufanie. 
Prosił o miłość.

Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i   odpowiadała   czułymi 

pocałunkami, nie myśląc nawet o oporze. I nie zaprotestowała, 
gdy władczym gestem sięgnął do jej piersi. Należała cała do 
niego. Miał prawo robić z nią, co chciał.

Jedną ręką  przygarnął ją mocniej, a  drugą  rozpiął  guziczki 

żakietu. Przyglądał się jej twarzy, dotykając piersi.

- Wszystko, co zechcę? - wyszeptał.
- Wszystko. Nachylił się nad nią, muskając ustami jej wargi. 

Czuła powiew chłodnego wietrzyku na odsłoniętych, stwardnia-
łych i nabrzmiałych piersiach, w nikłym świetle zachodzącego 
słońca widziała ciepły wzrok mężczyzny.

Patrzył z uwielbieniem na jej ciało, wolno przesuwając rękę 

po kształtnej wypukłości.

-   Żadna   kobieta   nie   działała   tak   na   mnie   -   powiedział 

niewyraźnie,   zdławionym   głosem.   -   Jeszcze   nigdy   tak   nie 
było...   nigdy!   -   Usiłował   oddać   właściwymi   słowami   swoje 
uczucia. Zawsze był pośpiech i gwałtowność, nawet wtedy, gdy 
wydawało   mu   się,   że   jest   trochę   zaangażowany   uczuciowo. 
Nigdy nie było takiej czułości, takiej potrzeby, by pieścić i być 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 99

   

pieszczonym.

Nate może nie pojmował do końca swoich emocji, ale ona 

rozumiała go doskonale. To samo czuła do niego. To miłość. 
On jeszcze nie był tego świadom. Uśmiechnęła się czule do 
niego.

-   Christy,   jesteś   cudowna   -   wyszeptał   i   spoglądając   na   jej 

odkryte piersi, ciągnął dalej: - Jesteś cudowna, pragnę cię do 
szaleństwa, najdroższa!

Dotknęła wargami jego szyi, a on zadrżał i pochylił się, żeby 

znów  zagarnąć   ustami  jej  usta,   gorącą  ręką   boleśnie   gniotąc 
nagą pierś.

- Nate! - szepnęła rozgorączkowana.
Przechyliła   się   do   tyłu,   kierując   jego   wargi   ku   swoim 

piersiom. Krzyknęła z rozkoszy, gdy dotknął ich, równie jak 
ona   spragniony   pieszczoty,   pojękiwała   od   coraz   silniejszego 
ucisku jego rąk.

Wtulając twarz w jej szyję, mówił coś niewyraźnie. Kołysał ją 

w   zapamiętaniu   w   drżących   od   hamowanej   namiętności 
ramionach.   Boże!   Jak   słodko   byłoby   ją   kochać!   Ale   była 
debiutantką i miała przed sobą ból pierwszego stosunku. Nie 
chciał   też   zawieść   jej   zaufania,   wykorzystując   tę   chwilę, 
chociaż cierpiał na myśl, że niedługo wyjedzie.

Christy pogłaskała jego czarne włosy w poczuciu winy, że 

znowu dopuściła, by zaszli tak daleko. Wiedziała, że znów go 
rani.

- Wybacz mi - szepnęła. - Nie chciałam ci sprawić bólu.
Zaśmiał się cicho:
-   Nawet   sobie   nie   wyobrażasz,   jaki   to   słodki   ból   dla 

mężczyzny. Dręczący ból połączony z rozkoszą.

- Ja czuję zupełnie to samo - wyznała z drżeniem w głosie, 

ulegając pożądaniu, które przeszło jej wszelkie wyobrażenia. - 
Nate...   mówiłeś,   że   będziesz   uważał,   żebym   nie   zaszła   w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 100

   

ciążę... - wyrzuciła z siebie.

Zesztywniał.   Chciała   go!   On   też   jej   chciał,   ale   nie   w   ten 

sposób.   Nie   w   zaparkowanym   samochodzie,   nie   w   takim 
pośpiechu. Musiał uszanować jej cześć. Postanowił tak, żeby 
być w zgodzie z własnym sumieniem.

- Nie, nie chcę - szepnął, całując leciutko jej ucho, a potem 

przymknięte oczy. Wyczuł jej zaskoczenie. - Nie mogę.

- Ale...
- Nie kuś mnie - powiedział, walcząc ze sobą. - Nie proś, 

żebym zbrukał coś tak pięknego, zamieniając to w zwykły seks.

Wstrzymała   oddech.   A   więc   czuł   do   niej   coś   więcej!   Na 

pewno, bo inaczej czemuż by odmawiał, gdy gotowa była ulec?

Patrzył na nią wzrokiem pełnym uwielbienia.
- Po raz pierwszy w życiu rezygnuję w ten sposób - wyznał 

bez  ogródek.   Oczyma  szukał  jej  oczu.   -  Każdą  inną  kobietę 
wziąłbym w takiej sytuacji, niewiele się zastanawiając. Ale z 
tobą to całkiem co innego, Christy. Tego nie da się porównać z 
niczym.

Uśmiechnęła się z twarzą rozjaśnioną miłością.
- Masz rację.
Odgarnął jej włosy i bezwiednie opuścił wzrok na widoczne 

pod rozpiętym żakiecikiem piersi.

- Nie ma śladu opalenizny - szepnął.
- Jest za gorąco na opalanie. W tym roku nie byłam na plaży.
- Nigdy nie opalasz się bez staniczka? - zapytał.
- Nigdy. Czułabym się bardzo skrępowana.
- To dobrze. Nie byłbym zachwycony, gdyby inni mężczyźni 

tak cię oglądali.

Pochylił się i ucałował jej piersi, zanim zdążyła się zasłonić.
Gdy  uczesała włosy  małą szczotką wyjętą z kosmetyczki  i 

umalowała szminką usta, wydała mu się niezwykle piękna.

-   Musisz   wrócić   do   domu,   Christy   -   powiedział   przez 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 101

   

zaciśnięte zęby.

Spojrzała na niego.
-   Tak,   wiem   o   tym.   Kochał   ją,   była   tego   pewna,   ale 

powstrzymywała   go   obawa   przed   zobowiązaniami.   Mogła   to 
zrozumieć. Miał trzydzieści siedem lat. Kiedy jest się tak długo 
kawalerem, trudno zrezygnować z wolności. Ale jak ona będzie 
teraz  żyła bez niego?  Oboje doskonale rozumieli,  że nie  ma 
mowy,  żeby  tu  została.  Musi się wreszcie zdecydować  i jak 
najszybciej   stąd   wyjechać.   To   będzie   nich   najlepsze 
rozwiązanie.

Obrzucił ją długim, badawczym spojrzeniem.
- Lepiej jedźmy już stąd - zdecydował, zapuszczając silnik.
Christy   zdrętwiałymi   palcami   zapięła   pas   bezpieczeństwa. 

Trudno,   musi   się   z   tym   pogodzić.   Pozostaną   jej   piękne 
wspomnienia   z   tej   wyprawy   i   nie   spełnione   marzenia   o 
szczęściu.   Pomoże   jej   to   przetrwać   wszystkie   lata,   jakie   ma 
jeszcze przed sobą.

Jednej   rzeczy   była   teraz   pewna   -   nie   wyjdzie   za   mąż   za 

Harry'ego. Oszukiwałaby w ten sposób i siebie, i jego, kochając 
w głębi duszy Nate'a. Żeby jednak ten ostatni nie pomyślał, że 
umiera   z   miłości   do   niego,   nie   powie   mu   o   zmianie   swojej 
decyzji. Nie chce, żeby martwił się o jej szczęście lub czuł się 
winny, bo nie mógł dać jej tego, co chciała. Lepiej niech myśli, 
że jej plany małżeńskie mają zostać zrealizowane.

Jedli   kolację   bez   apetytu,.   Nate,   z   pozoru   spokojny, 

podtrzymywał   rozmowę   na   obojętne   tematy,   czuł   się   jednak 
tak, jakby miał gorączkę. Pragnął powiedzieć, że ja kocha, że 
się nią zaopiekuje, żeby nie jechała do domu i rzuciła w diabły 
Harry'ego. Ale Christy musi mieć czas, by przekonać się, że jej 
uczucie jest trwałe, i że to nie jest zwykła przygoda przeżyta w 
nowym   otoczeniu.   Był   jej   to   winien.   Sam   też   nie   chciał 
ryzykować dla chwilowej namiętności. Dla niego małżeństwo 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 102

   

było czymś, co miało trwać wiecznie.

Nate odwiózł Christy do jej domku i pocałował na dobranoc. 

Przez resztę tygodnia był uprzejmy i miły, ale zbyt zajęty, żeby 
poświęcić   jej   choć   chwilę   czasu.   Dziewczyna   rozumiała,   że 
postępuje  tak  ze  względu  na  nią,   by   ułatwić  jej  wyjazd,   nie 
miała   więc   do   niego   żalu.   Przeważnie   spędzała   czas   z 
George'em, starając się ze wszystkich sił wymazać z pamięci 
smak pocałunków Nate'a. Ostatnie godziny wakacji upływały z 
nieubłaganą szybkością.

W sobotę spakowała się i ubrała do podróży w dżinsy, luźną 

białą bluzkę i trampki, w obawie przed chłodem, jaki panuje 
zazwyczaj   w   klimatyzowanych   samolotach.   Dołączyła   do 
grupy, na którą czekała już furgonetka, mająca zawieźć ich na 
lotnisko.

Nate   pożegnał   się   ze   wszystkimi.   Do   Christy   podszedł   na 

końcu.   Patrzyła   na   niego   z   bólem   i   tęsknotą,   usiłując   ukryć 
przed nim swoją rozpacz. Nie chciała, by martwił się o nią, 
choć   jednocześnie   nie   traciła   nadziei,   że   w   ostatniej   chwili 
zmieni   zdanie,   wyzna   jej   dozgonną   miłość   i   zaproponuje 
małżeństwo. Ale nic takiego nie nastąpiło, a ona zrozumiała, że 
nie powinna była niczego się spodziewać. Wprawdzie pożądał 
jej, ale jakoś dał sobie z tym radę. Pożądanie to za mało, by 
marzyć o wspólnej przyszłości, choć ona gotowa była podjąć 
taką próbę. Kochała go tak bardzo, że zapomniała o swej du-
mie.

Odprowadził Christy na bok, badając jej twarz przenikliwym 

wzrokiem, jakby chcąc zapamiętać każdy rys. Cierpiał, ale nie 
miał odwagi tego okazać. Pozostawiał jej swobodę wyboru.

- Uważaj na siebie - powiedział spokojnie.
- Ty też - uśmiechnęła się do niego, powstrzymując cisnące 

się do oczu łzy. - Wybacz mi. Już nigdy nic podobnego nie 
zrobię.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 103

   

Otarł dłonią łzy, spływające po jej policzkach. Gdyby nie te 

łzy,  dostrzegłaby  w  jego oczach napięcie  i ból.  Nie  włożyła 
tego ranka okularów właśnie dlatego, by nie widzieć za dobrze.

- Uważaj, nie spadnij ze schodków. Powinnaś włożyć okulary 

- przypomniał łagodnie.

Troska, którą usłyszała w jego głosie, znowu wywołała łzy.
- Nie spadnę. - I całując go w policzek, dodała: - Do widzenia, 

Nate.   Dziękuję   ci   za   wspaniałe   wakacje.   Nigdy   ich   nie 
zapomnę. Ani ciebie.

Stał bez ruchu. Patrzył na nią z sercem ciężkim jak ołów, z 

uczuciem pustki i osamotnienia.

- Idź już - powiedział w końcu . wysiłkiem , odrywając ręce 

od jej twarzy.

-   Tak,   już   idę   -   uśmiechnęła   się   drżącymi   wargami   Miała 

nadzieję, że pocałuje ją na pożegnanie, ale widocznie uznał, że 
byłaby to demonstracja uczuć przy świadkach Godził się na jej 
wyjazd. - Żegnaj - dodała z trudem.

Uśmiechnęła   się   ostatni   raz,   odrywając   od   niego   wzrok, 

zarzuciła na ramię torbę i poszła do furgonetki.

Nate nie chciał patrzeć, jak Christy znika z jego życia. Wsiadł 

do samochodu i pojechał do pracy.

Christy   nałożyła   ciemne,   optyczne   okulary,   sama   sobie   się 

dziwiąc,   że   nie   zrobiła   tego   wcześniej,   by   ukryć   łzy   przed 
towarzyszami podróży.

George, który doskonale rozumiał, co się z nią dzieje, usiadł 

obok i dotknął ostrożnie jej ręki.

- Chciałbym być z tobą w kontakcie. Moglibyśmy pisywać do 

siebie, choćby raz w roku, na Boże Narodzenie.

-   To   byłoby   wspaniale   -   odparła   szczerze.   Uśmiechnął   się 

radośnie.

- Zapiszę ci mój adres. Jeszcze tylko kilka godzin i znajdzie 

się w domu. Tam wreszcie się wypłacze i spróbuje zapomnieć o 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 104

   

ostatnich trzech tygodniach. Musi upłynąć trochę czasu, zanim 
będzie w stanie stawić czoło tym wspomnieniom. A na razie 
trzeba wrócić do normalnego życia.

Przez   następne   dni   starała   się   pojąć,   jak   w   ogóle   może 

egzystować z nie dającą się usunąć z serca czarną rozpaczą. 
Joyce Ann niepokoiła się o nią, a jej obawy jeszcze wzrosły, 
kiedy Christy ostentacyjnie i nieodwołalnie zerwała z Harrym.

- To z powodu tego górnika z Arizony, prawda? - zapytała, 

poprawiając   z   irytacją   opadające   pasemko   siwiejących   już 
blond włosów, gdy siedziały w nieskazitelnie czystym saloniku 
i popijały kawę. - Zmieniłaś się po powrocie. Słuchaj, to już 
dwa   miesiące,   a   ty   snujesz   się   jak   cień   i   w   ogóle   nie 
wychodzisz z domu.

Christy schudła. Wiedziała, że nie wygląda dobrze, ale życie 

straciło   dla   niej   wszelki   urok.   Boże!   Tyle   było   zwykłych, 
najprostszych rzeczy, które dawniej tak lubiła:

siedzieć   na   plaży   i   słuchać   krzyku   mew,   czuć   na   twarzy 

powiew   słonego   wiatru   i   przyglądać   się,   jak   piana   morska 
spływa  po  wilgotnym  piasku...  Uwielbiała  zwiedzanie galerii 
artystycznych   i   obserwowanie   ludzi   znad   filiżanki   kawy   w 
małych kawiarenkach. Ale od powrotu z Arizony wszystko się 
zmieniło.   Nie   była   już   tą   samą   kobietą,   która   wybrała   się   z 
archeologami na poszukiwanie dawnych cywilizacji.

-   Szkoła   dobrze   mi   zrobi   -   odpowiedziała,   nie   słuchając 

właściwie, co mówi do niej siostra.

- Mam nadzieję. Wyglądasz jak zmora, nie zwracasz uwagi na 

ubiór, nawet się nie malujesz. Pod oczyma masz okropne sińce. 
- Joyce Ann pokiwała głową. - Kochanie, martwię się o ciebie.

- Zapomnę o nim - zapewniła ją Christy. - Z całą pewnością 

zapomnę.

Siostra była naprawdę zaniepokojona.
- Nie miałam dotąd odwagi cię zapytać, ale może jesteś w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 105

   

ciąży?

Christy uśmiechnęła się.
-   Nie.   Byłby   to   wyczyn   godny   zapisania   w   księdze 

światowych rekordów Guinessa. To dżentelmen.

Joyce Ann pomyślała, że to tylko pogarsza sytuację. No bo 

niby   z   jakiego   powodu   normalny   mężczyzna   miałby   nie 
wykorzystać okazji? Ale jeśli ją kocha, to dlaczego pozwolił jej 
odjechać?

- Jak mogę cię pocieszyć? - zapytała ze smutkiem.
- Po prostu mnie kochaj - odpowiedziała Christy i uścisnęła 

mocno starszą siostrę.

Joyce   Ann   westchnęła.  Jakie   to   niesprawiedliwe,   że   gdy 

wreszcie Christy pokochała kogoś, natychmiast go utraciła. Ale 
często tak się zdarza. Należało mieć tylko nadzieję, że kiedyś 
się z tym pogodzi.

Zapadał   zmrok.   Ponieważ   wkrótce   miał   wrócić   mąż   Joyce 

Ann, Christy pożegnała się i pojechała do siebie. Prowadziła 
swój samochód z automatyczną skrzynią biegów nie zwracając 
uwagi   na   otoczenie.   Gdyby   się   rozejrzała,   dostrzegłaby   wóz 
zaparkowany   na   jej   uliczce   i   mężczyznę,   który,   siedząc   w 
środku, obserwował ją przez okno.

Ale   ona,   obojętna   na   wszystko,   zatrzymała   się,   wysiadła   i 

otworzyła  drzwi  domu.  Gdy zapaliła światło  w  przedpokoju, 
usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się.

Doznała wrażenia, że jej serce nagle przestało bić. W ciągu 

ostatnich   tygodni   żyła   tylko   wspomnieniami.   Przez   zwykłe 
niedopatrzenie nie wzięła do Arizony aparatu fotograficznego i 
nie  miała  żadnego  zdjęcia  Nate'a.   Ale  oto  on  sam  stał  teraz 
tutaj!

Gdy podszedł bliżej, oniemiała zaskoczona. To nie był Nate, 

jakiego zapamiętała. Miał okulary w srebrnej oprawce, zwykłe 
spodnie,   białą   koszulę   z   tradycyjnym   szarym   krawatem   i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 106

   

brązowy   sportowy   płaszcz.   Nie   włożył   ani   kapelusza,   ani 
wysokich butów, a jego włosy były bardziej proste i trochę za 
długie.

-   Nate?   -   odezwała   się   z   wahaniem.   On   także   oglądał   ją 

uważnie. Włosy uczesane w kok, ani śladu makijażu, ubrana na 
zielono, a w tym kolorze stanowczo nie było jej do twarzy.

Ponieważ   miała   okulary,   mogła   mu   się   dobrze   przyjrzeć. 

Zeszczuplał i miał, tak jak ona, podkrążone oczy.

-   To   ja   -   powiedział,   stając   przy   niej   w   zapadającym 

zmierzchu. - Naprawdę - dodał ze słabym uśmiechem. - Tak 
właśnie wyglądałem, zanim mnie poznałaś.

-   Podobasz   mi   się   taki   -   odpowiedziała   z   uwielbieniem   w 

oczach.   -   Podobasz   mi   się   w   każdej   postaci.   -   Głos   jej   się 
załamał i łzy trysnęły z oczu.

- Chodź do mnie! - wyciągnął ręce.
Objął ją silnie i spragnionymi ustami odszukał jej wargi. Tulił 

ją   i   całował,   po   dwóch   miesiącach   udręki   i   samotności 
rozkoszując   się   miękkością   jej   ciała   i   słodkim   smakiem 
uległych ust. Czuł, że drży cała, i uśmiechał się radośnie.

- Co za powitanie - wyszeptał. - Stanę się zarozumiały.
-   Przecież   wiesz,   co   do   ciebie   czuję.   Nie   robiłam   z   tego 

tajemnicy - przypomniała, a w jej oczach wyczytał wszystko.

- A ja musiałem udawać - wyznał. - Musiałem ukrywać swoje 

uczucia, bo chciałem być całkiem pewny ciebie. Mój Boże, jak 
źle wyglądasz! Prawie tak samo jak ja. Tak ci było ciężko?

- Bardzo ciężko - przyznała, patrząc na niego z miłością. - 

Myślałam, że umrę.

- I ja czułem się tak samo. - Trzymał ją mocno, kołysał w 

objęciach,   całował   we   włosy.   -   Sąsiedzi   pomyślą,   że 
sprowadziłaś sobie kochanka - mruknął, rozglądając się wokół.

- I będą mieli rację - szepnęła. - Bo zaraz nim zostaniesz.
-   Może   i   tak   -   zgodził   się   ze   śmiechem.   -   Pragnę   cię   do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 107

   

szaleństwa. Ale wszystko we właściwej kolejności. Najpierw 
się pobierzemy.

- Nate! - zawołała tak szczęśliwa, jakby znalazła się nagle w 

raju.

-  Mam  nadzieję,  że  zaakceptujesz  ten  pomysł -  powiedział 

wzruszonym głosem, zaglądając jej w oczy. - Nie mogę żyć bez 
ciebie.

-   Ja   również.   -   Pogłaskała   go   delikatnie   po   wychudzonym 

policzku. - Dlaczego pozwoliłeś mi odjechać?

- Musiałem tak zrobić, kochanie - odpowiedział łagodnie. - 

Byłem pierwszym mężczyzną, w którym się zakochałaś. A ty 
byłaś   taka   wrażliwa,   niedoświadczona.   Nie   chciałem   cię 
wykorzystać.   Potrzebowałaś   czasu,   by   upewnić   się,   że 
naprawdę mnie kochasz.

- A teraz jak uważasz? - szepnęła. - Czy cię kocham? Zaśmiał 

się i z żartobliwym błyskiem w oczach odpowiedział:

- Chyba tak, panno Haley.
- Jadłeś coś?
- Nie. Masz trochę chleba, majonezu i wędliny na kanapki? A 

może wolisz, żebyśmy poszli gdzieś na kolację?

- Mam w lodówce krokiety i owoce na sałatkę. Jeśli ci to 

odpowiada - dodała niepewnie.

-   Prawdziwy   mężczyzna   nie   może   nie   lubić   krokietów   - 

zażartował. - To jedno z moich ulubionych dań.

- Ja też je lubię. - Odetchnęła głęboko. - Moja siostra będzie 

bardzo zdziwiona.

- Joyce Ann? - roześmiał się głośno Nate, zamykając drzwi 

wejściowe. - Nie, wcale się nie zdziwi.

Odłożyła torebkę i spojrzała na niego.
- Co to znaczy?
- A jak myślisz, kto do mnie zadzwonił i zapytał, dlaczego tak 

się znęcam nad tobą?

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 108

   

- Joyce Ann nie zrobiłaby tego! - oburzyła się Christy.
-   Ależ   zrobiła!   I   dzięki   Bogu,   bo   byłem   już   u   kresu 

wytrzymałości.   Jeszcze   tydzień,   a   i   tak   znalazłbym   się   pod 
twoimi drzwiami. Chcę, byś mnie kochała. Nigdy niczego tak 
nie   pragnąłem.   Powiedz   więc,   proszę,   że   nie   przywiązujesz 
wagi do długiego narzeczeństwa. Możesz nawet skłamać, jeśli 
jest inaczej.

Wtuliła się w jego objęcia i podając mu usta do pocałunku, 

powiedziała:

- Myślę, że trzy dni całkowicie wystarczą. Czy pojedziemy 

potem do ciebie?

- A chcesz tego? W Arizonie są zupełnie inne warunki niż te, 

do których przywykłaś.

-   Kocham   Arizonę.   Kocham   ten   kraj,   jego   historię   i 

tamtejszych ludzi. Kocham Arizonę przede wszystkim dlatego, 
że i ty ją kochasz. Uczyć mogę wszędzie, Nate. Myślę, że i w 
twoich okolicach nauczyciele są potrzebni.

-   Zgoda,   w   takim   razie   zamieszkamy   u   mnie.   Czy   chcesz, 

żeby ślub odbył się tutaj?

- Joyce Ann nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby było inaczej. 

A co na to twoja matka?

- Uwielbia cię. Nie może się doczekać, kiedy przy jedziesz. 

Wydaje   mi   się   jednak,   ze   powinniśmy   wybudować   sobie 
własny dom.

- A kto wtedy zaopiekuje się twoją matką ? Nie zapominaj o 

tym. Ja nie mam matki, , u twoja jest taka wspaniała. Nie chcę 
oddzielnego domu.

Najwyraźniej się ucieszył.
- Będzie tak, jak zechcesz najdroższa Mimo opanowania w 

głosie, jego twarz zdradzała wielką namiętność. - Kocham cię - 
szepnął, pochylając się ku dziewczynie.

Gdy ich usta się spotkały, zamknęła oczy, przywierając do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 109

   

niego całym ciałem. Nate usiadł w fotelu i wziął ją na kolana. 
Był   to   długi,   namiętny   pocałunek,   a   ona   nigdy   w   życiu   nie 
czuła się tak szczęśliwa.

Gdy wreszcie oderwali się od siebie, uśmiechnął się do niej 

czule i ze zrozumieniem, czując, jak znowu drży, onieśmielona 
swoją reakcją.

- Trzy dni - powiedział. - Wynajmę pokój w motelu, ale każdą 

wolną   chwilę   spędzimy   razem.   A   trzeciej   nocy   w  ogóle   nie 
zmrużymy oka.

Zaśmiała   się   radośnie,   przytulona   twarzą   do   jego   piersi, 

rozkoszując się dotykiem szorstkich włosów.

- Mam nadzieję, że nie sprawię ci zawodu.
-   Pozwól,   że   już   ja   się   tym   zajmę   -   odrzekł   rozbawiony, 

spoglądając jej w oczy. - Mieć śliczną nowicjuszkę w łóżku... - 
musnął czule ustami jej wargi. - Tak, panno Haley, to kusząca 
perspektywa  i  z  ogromną  niecierpliwością  będę  czekał  na  tę 
chwilę. Zrozumiałaś?

Przesunęła palcem po jego wargach i szepnęła:
- Zrozumiałam.
Trzy dni później odbył się ich ślub. Świadkami byli Joyce 

Ann i jej mąż. Christy miała na sobie białą lśniącą suknię z 
krótkim koronkowym welonem. Gdy Nate uniósł go, by po raz 
pierwszy pocałować ją jako mąż, łzy zabłysły w jej oczach. Tu, 
w   małym   kościółku   wśród   oświetlonych   słońcem   drzew, 
połączyła ich miłość, czułość i pożądanie. Christy podała mu 
usta i na zawsze ofiarowała serce.

_____________________________

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 110

   

  

PATRICIA COUGHLIN 

Urlop na Jamajce 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 111

   

Piątek, 15:37 
 
Rozważał to od miesięcy, lecz decyzję podjął w ciągu 

sekundy. Pomysł był śmiały, wręcz szalony, a więc dla Wina 
Deverella,   który   uwielbiał   trudne   wyzwania,   tym   bardziej 
pociągający. 

Spojrzał   ponad   długim   stołem   konferencyjnym   na 

Merrill Winters, udając, że cały pochłonięty jest słuchaniem jej 
upstrzonego technicznym słownictwem sprawozdania. Cóż za 
interesujące   rzeczy,   zdawała   się   mówić   jego   mina.   Lecz   tak 
naprawdę w tej chwili Wina urzekały wyłącznie własne myśli. 
Rozważał swój zamiar na wszystkie sposoby i coraz bardziej się 
do niego zapalał. 

Kiedy przed trzema miesiącami został zmuszony do za-

jęcia miejsca w prezesowskim fotelu morskiego towarzystwa 
asekuracyjnego   ,,Haigh   i   Deverell"   i   w   polu   jego   widzenia 
pojawiła się skromna aż do pruderii i wydajna aż do przesady 
panna   Winters,   Win   zaczął   odkrywać   w   sobie   przeróżne 
uczucia, a wśród nich to najsilniejsze: pragnął ją udusić. Teraz 
jednak   z   głębi   jego   podświadomości   wypłynęło   na 
powierzchnię coś zupełnie nowego. 

W   całej   Ameryce,   poza   klimatyzowaną   salą   na   dwu-

dziestym   szóstym   piętrze   biurowca   w   Providence,   trwały 
przygotowania   do   święta   Czwartego   Lipca,   rocznicy   nie-
podległości.   Dzień   był   gorący   i   słoneczny,   wymarzony   na 
żagle. Win wiedział, że wystarczyłoby mu zamknąć oczy, by 
poczuć   na   twarzy   niesiony   bryzą   słony   pył   wodny,   a   pod 
stopami pokład jachtu. Pobożne życzenia. 

Ostatnio   jedyną   namiastką   takich   dni   był   słoneczny 

blask, który przesączał się przez żaluzje na oknach biura. Może 
więc ów wewnętrzny podszept stanowił reakcję na mo-notonię i 
kołowrót pracy? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 112

   

A może natchnienie spłynęło zupełnie skądinąd? Może 

wymusiła na nim podjęcie tej decyzji subtelna kolory-styczna 
mieszanka, na którą składały się jedwabna bluzka Merrill i jej 
jedwabista skóra? 

Była   niewiele   niższa   od   niego,   mężczyzny   dość   słu-

sznego wzrostu, gdy zaś wkładała buty na wysokim obcasie, co 
zresztą   czyniła   codziennie,   wtedy,   patrząc   mu   w   oczy,   nie 
musiała   nawet   unosić   podbródka.   Miał   pewne   kłopoty   z 
określeniem barwy jej włosów. Przywodziły mu na myśl miód, 
morele,   pszeniczne   kłosy.   Zawsze   puszyste   i   lśniące,   z 
pewnością   zyskałyby   jeszcze,   gdyby   zdecydowała   się   je 
powierzyć rękom dobrego fryzjera. 

Nosiła okulary w dużej ciemnej oprawie. I tak jak szkła 

częściowo przesłaniały jej delikatną, ożywioną twarz, również 
biurowy rynsztunek w postaci skromnego kostiumu częściowo 
skrywał jej kształtne, ponętne ciało. 

Spętana piękność domagała się uwolnienia. 
Merrill   wydawała   się   uosobieniem   wiecznej   kobiecej 

tajemnicy,   która   od   niepamiętnych   czasów   fascynowała 
mężczyzn   i   przywodziła   ich   do   szaleństwa.   Win   pod   tym 
względem   nie   zaliczał   się   do   wyjątków.   Na   zewnątrz   opa-
nowana,   chłodna   i   uprzedzająco   grzeczna,   zdradzała   swoją 
zmysłowość   w   rzadkich   chwilach   odprężenia.   Nagle   jedno 
spojrzenie,   uśmiech,   błysk   w   oczach   odsłaniały   coś 
stłumionego   i   głęboko   ukrytego.   Czy   była   świadomą   swojej 
prawdziwej   natury?   Na   to   pytanie,   zależnie   od   okoliczności, 
Win   udzielał   sobie   raz   pozytywnej,   innym   znów   razem 
negatywnej odpowiedzi. Jako żeglarz wiedział, że pod gładkim 
lustrem   morskich   wód   częstokroć   czają   się   zdradliwe   prądy. 
Jakich niespodzianek zatem oczekiwać można pod opanowaną i 
układną powierzchownością panny Winters? 

Nuda,   ciekawość,   hormony   -   oto   trzy   przemożne   siły, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 113

   

które   stanowiły   źródło   jego   zamiaru,   by   uchylić   zasłony   i 
poznać prawdę. A może było całkiem inaczej, może za-działał 
tu jego chroniczny wewnętrzny niepokój i niezwykły talent do 
pakowania się w ryzykowne przygody? 

Jakkolwiek zresztą przedstawiała się sprawa motywów, 

rzecz była postanowiona. Miał zamiar uwieść Merrill Winters.  

 

 

 

Piątek, 15:42 

 
Wygłaszając   sprawozdanie,   Merrill   nie   zapomniała   o 

tym,   by   z   każdym   z   dziesięciu   mężczyzn,   siedzących   przy 
mahoniowym stole, utrzymywać kontakt wzrokowy. 

 

Starała się mówić wolno i wyraźnie, a ważniejsze uwagi 

podkreślać   dodatkowo   uśmiechem.   Stosowny   uśmiech,   taki, 
który wzbudzałby zaufanie i nie posiadał znamion płochości, 
był bez wątpienia sztuką niełatwą, ona jednakże we własnym 
przekonaniu tę sztukę opanowała.

 

W ogóle była dobra w swoim zawodzie. Negocjowała 

kontrakty   ubezpieczeniowe   na   przewóz   towarów   i   osób, 
prowadziła   rozmowy   ze   sceptycznymi,   a   czasem   wrogo 
nastawionymi adwokatami i zawsze wiedziała, co mówić, z kim 
mówić   i   kiedy   mówić,   a  zwłaszcza   -   co   raczej   przemilczeć. 
Blisko   osiem   lat   pracy   w   firmie   wykształciło   w   niej   szósty 
zmysł, bardzo pomocny w twardych pertraktacjach. 

 

W życiu prywatnym nie było już tak wspaniale: często, 

jak   to   się   mówi,   zapominała   języka   w   gębie,   lecz   na 
płaszczyźnie   zawodowej   z   nieśmiałej   istoty   zmieniała   się   w 
kobietę rzeczową, kompetentną, niemal bezlitosną. 

 

Teraz szósty zmysł podpowiadał jej, że już niebawem 

spełni się marzenie, które pieściła w sobie od kilku miesięcy. 
Wkrótce będzie musiała przeprosić zgromadzonych tu panów, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 114

   

by zdążyć na samolot, lecący na Jamajkę. 

 

A   kiedy   już   zajmie   swoje   miejsce,   poprosi   o   dużą, 

bardzo dużą szklankę czegoś zimnego i... egzotycznego. 

 

Jeden z mężczyzn zrobił uwagę, którą przyjęła akcep-

tującym   kiwnięciem   głową.   Następnie   spojrzała   na   Wina 
Deverella.   Był   nienagannie,   a   zarazem   niestosownie   ubrany. 
Tradycja firmy narzucała pracownikom ciemne garnitury i jasne 
koszule.   Wybór   Wina   wypadał   często   odwrotnie.   W   kwestii 
ubioru, jak zresztą w każdej innej, naginał obowiązujące reguły 
do swojego widzimisię i jak dotąd uchodziło mu to bezkarnie. 

 

Teraz też zachowywał się dość niekonwencjonalnie. 

 

Fizycznie   obecny,   myślami   przebywał   jednak   gdzie 

indziej. Obojętny obserwator z pewnością nie zauważyłby tego 
rozdwojenia, ale jej spojrzenie, niestety, trudno było zaliczyć do 
obojętnych. 

 

Nic nie mogła poradzić na to, że wszystkie kobiety w 

firmie, a w ich liczbie również i ona, uważały pana 

 

Wina   Deverella   za   fascynującego   mężczyznę.   W   tym 

sensie kontrastował z jej poprzednim szefem, przeciętnym w 
wyglądzie,   lecz   godnym   zaufania   Tedem   Haighem,   który 
wyjechał na Alaskę w poszukiwaniu młodości, przygód i Bóg 
raczy wiedzieć, czego jeszcze. 

 

Fakt, że dzieliła z innymi kobietami fascynację Winem, 

we własnym mniemaniu bynajmniej jej z nimi nie zrównywał. 
Bo czyż nie znała go bliżej? Czyż nie przejrzała go na wylot już 
pierwszego dnia współpracy? Czyż nie postanowiła sobie, że 
nie ulegnie nigdy jego urokowi, pozostanie obojętna na próby 
rozbawienia jej i nie ustąpi nawet o centymetr? Wytrwanie w 
tym   postanowieniu   nie   należało   do   rzeczy   łatwych,   Win 
Deverell bowiem potrafił być czarujący i bardzo dowcipny. No 
i był niebywale przystojny. 

 

Chociaż   nie.   Nie   tyle   może   przystojny,   co   ciekawy, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 115

   

interesujący,   pociągający.   Jego   twarz   prowokowała   do 
stawiania   pytań,   a   w   pierwszym   rzędzie   do   pytania   o   po-
chodzenie blizny nad prawą brwią oraz tej drugiej, dłuższej, na 
brodzie. Lecz ona, Merrill, wolałaby odgryźć sobie język, niż 
spytać. 

 

Przy zielonych oczach złocisty brąz jego opalonej skóry 

dawał   tak   niezwykłe   i   przykuwające   wzrok   kolory-styczne 
zestawienie, że dopiero w następnej kolejności zauważało się 
szczupłe,   muskularne   ciało.   No   i   ta   najbardziej 
charakterystyczna cecha, że gdziekolwiek był i z kimkolwiek 
rozmawiał, zawsze wydawał się rozluźniony, wolny od trosk i 
zadowolony z siebie. Doprowadzało ją to do szału. 

 

Mogłaby teraz wybić go z tej pewności siebie i z tego 

rozkosznego snu na jawie, kopiąc pod stołem w kostkę. 

 

Siedzieli wszak naprzeciw, a ich nogi niemalże się sty-

kały. Wystarczyło cofnąć stopę, wyrzucić ją do przodu i nie 
chybić celu. 

 

Wspaniała okazja, jednak Merrill nie skorzystała z niej. 

 

Po pierwsze, miała dwadzieścia dziewięć lat i była za 

stara na dziecięce psikusy. Po drugie, zależało jej na tej pracy. 
Ubezpieczenia   morskie   były   dziedziną,   na   której   się   znała   i 
którą,   jakkolwiek   wielu   ludziom   mogłoby   wydawać   się   to 
niepojęte,   naprawdę   lubiła.   Pragnęła,   aby   siedzący   tu 
mężczyźni widzieli w niej tylko i wyłącznie profesjonalistkę. 

 

Z tych dwóch powodów wyrzekła się więc przyjemności 

zadania Winowi bólu, za to cisnęła w jego kierunku potępiające 
spojrzenie. 

 

Jakby poskutkowało. O ile do tej pory pozwalał prze-

latywać   jej   słowom   niczym   puszkom   dmuchawca   niesionym 
przez wiatr, o tyle teraz skupił na nich swoją uwagę. 

 

Oczywiście,   obserwując   ją   od   samego   początku,   to 

znaczy   odkąd   zaczęła   wygłaszać   sprawozdanie   tym   swoim 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 116

   

rzeczowym, ale barwnym, działającym mu na nerwy stylem, 
Win   nie   mógł   nie   zauważyć,   że   w   jej   ciemnoniebieskich 
oczach,   w   których   malował   się   dotąd   niczym   nie   zmącony 
spokój, pojawił się na jedną krótką chwilę niebezpieczny błysk. 
Był niczym odblask dalekiej burzy, szalejącej gdzieś poza linią 
horyzontu. Natychmiast do-myślił się znaczenia tego sygnału. 
Ganiła go, że nie słucha, że lekceważy sobie jej słowa, a co za 
tym idzie, jej pracę. Ostra babka! Przywołała go do porządku, 
on   zaś   zareagował   całkiem   instynktownie.   Poprawił   się   na 
krześle, jak skarcony uczniak, a potem... uśmiechnął.  

 
Piątek, 16:01 
 
 

Na   widok   jego   uśmiechu   Merrill   poczuła   nieznośne 

swędzenie na całym ciele. Zalała ją gorąca fala irytacji. 

 

Tylko   dzięki   ogromnemu   wysiłkowi   woli   utrzymała 

spokojny ton wypowiedzi, podczas gdy wewnątrz niej płonął 
ogień.   Teraz   nade   wszystko   pragnęła   powiedzieć,   co   o   nim 
myśli.   Że   uważa   go   za   najbardziej   bezużytecznego, 
nieodpowiedzialnego,   całkowicie   pozbawionego   zasad 
pracownika firmy. Jakkolwiek w głosie Merrill nie pojawił się 
najmniejszy  nawet  ślad rozdrażnienia,  Win   wiedział,   że  jego 
uśmiech został przez nią zauważony. Wynikało to chociażby z 
pochylenia pleców czy ze sposobu, w jaki przewracała polisy 
ubezpieczeniowe,   w   których   szukała   pewnych   danych, 
potrzebnych do udzielenia wyczerpującej odpowiedzi na zadane 
jej   właśnie   przez   któregoś   z   prawników   pytanie.   Ale   już   na 
pewno nie z tego, że w ogóle szukała tej informacji. Rozważna 
panna Winters nigdy nie strzelała z biodra. 
 

Gdy po raz pierwszy Winowi udało się wyprowadzić ją z 

równowagi,   odczuł   autentyczny   niepokój.   Uważał   bowiem 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 117

   

wówczas,   że  ma   do   czynienia   ze  szkłem,   stalą,   chitynowym 
pancerzem,   a   nie   z   istotą   z  krwi   i   kości.   Od   tamtego   czasu 
nauczył   się   wielu   sposobów   rozdrażniania   Merrill   Winters, 
często bez jednego słowa. A czasem nawet nie musiał się wcale 
uśmiechać. 
 

Zaiste,   przez   te   trzy   miesiące   zalazł   jej   porządnie   za 

skórę. 
 

Póki prezesował Ted, Win i Merrill spotykali się spo-

radycznie,   lecz   ich   stosunki   zawsze   były   napięte.   Obecność 
jednego była dla drugiego dolegliwością. Dochodziło do starć, 
których   charakter   i   aurę   najlepiej   bodaj   oddaje   skrobanie 
paznokciami   po   tablicy   czy   szybie.   Ta   kobieta   mogła 
zdenerwować nawet świętego. 
 

Oczywiście, z niego też był niezły numer. Pałętał się po 

biurze   w   pieskim   nastroju   i   z   miną   frustrata.   Wyjazd   Te-da 
oznaczał   kres   pewnej   epoki   i   przywiązanie   postronkiem   do 
biurka,   na   którym   piętrzyły   się   stosy   papierów.   I   zaczął 
codziennie   uświadamiać   sobie,   że   z   racji   temperamentu   i 
zamiłowań stworzony jest do całkiem innej roboty. 
 

Pomysł   założenia   firmy   zrodził   się   w   głowie   Teda 

Haigha. Poznali się i zaprzyjaźnili jeszcze na studiach. 
 

Ted przekonał Wina, że talent do interesów jednego oraz 

żeglarska   pasja   drugiego   mogą   przynieść   godne   uwagi 
dolarowe efekty. W rezultacie firma powstała osiem lat temu, 
kiedy obu przyjaciołom brakowało dwóch lat do trzydziestki. 
Wystartowała wspaniale. Ted i Win przestrzegali skrupulatnie 
podziału obowiązków. Jeden per-traktował i przerzucał papiery, 
drugi jeździł na inspekcje statków i trudnił się wyceną. 
 

Interes   się   rozwijał,   dochody   rosły.   Aż   oto   trzy   i   pół 

miesiąca temu Ted przeżył dramat. Marjorie, jego żona, rzuciła 
go   dla   dwudziestoletniego   tenisisty.   Epizod   jak   z   marnego 
filmu, a jednak przyjaciel nie mógł się po-zbierać. Uciekł przed 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 118

   

sobą i ludźmi w góry i lasy Alaski. 
 

Win   rozumiał   go   i...   zazdrościł,   lecz   nic   nie   mogło 

osłodzić przejęcia obowiązków Teda. Na dokładkę nie bardzo 
rozumiał się na tych papierkowych sprawach. Nie miał nikogo, 
komu mógłby wyznać własną niepewność. 
 

Aż wreszcie doszedł do wniosku, że jeśli nie wyrwie się 

gdzieś na kilka dni, coś może w nim pęknąć. I wówczas wpadł 
na pomysł pojechania razem z Merrill Winters do Providence, 
gdzie   dla   omówienia   pewnej   sprawy   zaprosił   ją   Richard 
Ingraham. 
 

Nie brała ona, rzecz jasna, odpowiedzialności za jego, 

Wina,   kłopoty,   już   sam   fakt   jednak,   że   rozkwitała   w   pracy, 
gdzie   on   usychał   i   gasł,   powiększał   jeszcze   jego   fatalne 
samopoczucie. Była wzorem organizacji, demonem porządku, 
skarbnicą   ciekawych   pomysłów.   W   poniedziałki   rano,   kiedy 
wracał za swoje biurko jak skazaniec do kamieniołomów, ona 
zaś pojawiała się niczym sarna przy wodopoju, zaciskał dłonie 
w   bezsilnej   wściekłości,   tłumiąc   w   sobie   dzikie   pragnienie 
rozszarpania jej na kawałki. 
 

W tej chwili kończyła właśnie odpowiadać na pytanie 

Richarda Ingrahama, gospodarza tego spotkania, człowieka o 
uroku gada, jednak zręcznego i kutego na cztery nogi prawnika. 
 

Ingraham zmarszczył brwi. 

 

-   Wszystko  to  doskonale  rozumiem,   panno  Winters,   z 

tym że, nie żałując w swojej odpowiedzi ogólnych formułek, 
poskąpiła mi pani szczegółów. 
 

Merrill uznała, że zarzut jest bezpodstawny. I już chciała 

sięgnąć ponownie do leżących przed nią materiałów, gdy ku jej 
wielkiemu zdumieniu Win pośpieszył jej z odsieczą. 
 

-   Uważam,   że   dane,   jakie   pan   otrzymał,   są   całkiem 

wyczerpujące. 
 

-   Być  może  zadowalają  pana,   panie  Deverell  -   odparł 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 119

   

adwokat - ale ja jestem tutaj po to, by dbać o interesy moich 
klientów. 
 

-   Więc   proszę   to   robić,   a   nie   kręcić   się   w   kółko   i 

marnować czas panny Winters. 
 

Wąskie i bezkrwiste wargi Ingrahama wyrażały w tym 

momencie   szok,   jaki   przeżył   w   związku   z   tak 
bezceremonialnym potraktowaniem swojej osoby. 
 

- Doprawdy? Wydawało mi się, że w interesie pańskiej 

firmy leży uniknięcie procesu sądowego w związku z tą sprawą. 
Lecz jeśli moje działanie, by pójść wam na rękę, uważa pan za 
marnowanie czasu, to przenieśmy całą rzecz na salę sądową. 
 

Win ani drgnął. Siedział w swoim fotelu w swobodnej 

pozie bywalca operowego. 
 

- Byłoby to dość niefortunne posunięcie - powiedział. - 

Opracowywanie tej sprawy zajęło pannie Winters cały tydzień i 
mimo   pańskich   zastrzeżeń   wywiązała   się   ze   swoich 
obowiązków bez zarzutu. Ale, oczywiście, jeśli pańscy klienci 
chcą wojny przed trybunałem, mają do tego pełne prawo. 
 

- Cóż, ulegam wrażeniu, panie Deverell, że nie ma pan 

wielkiego   doświadczenia   w   negocjacjach.   -   Ton   głosu 
Ingrahama   balansował   pomiędzy   konfrontacją   a   zgodą.   - 
Nadmienię więc tylko, że koszty związane ze sprawą podniosą 
znacznie opłaty z racji odszkodowania. 
 

Win zmrużył oczy. 

 

- Być może jestem debiutantem, lecz nie ignorantem. 

 

- Wobec tego zapewne uświadamia pan sobie, że jeśli 

wyznaczona   przez   sąd   zapłata   za   poniesione   szkody   prze-
kroczy   ustaloną   pierwotnie   sumę   odszkodowania,   to   może 
wyniknąć stąd konieczność przejęcia promu. 
 

Prom, o którym wspomniał adwokat, wpadł na trawler 

rybacki.   Ingraham   reprezentował   winnego,   to   znaczy 
towarzystwo promowe. Spojrzał teraz na Merrill, jakby to ona 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 120

   

przez cały czas przemawiała przez Wina. Odwzajemniła mu się 
spojrzeniem,   którym   przyznawała   się   do   swej   bezradności. 
Ingraham zrobił się purpurowy na twarzy. 
 

Atmosfera   w   pokoju   zaczęła   przypominać   tę   ze   spe-

lunek, gdzie gra się w pokera. Papiery leżące na stole mogłyby 
być   równie   dobrze   kartami,   a   szklanki,   miast   coli   i   soków, 
mogłyby zawierać whisky. Panowała pełna napięcia cisza. 
 

Merrill   nie   miała   wątpliwości,   że   jeśli   faktycznie 

chodziło   tu   o   pokerową   zagrywkę,   to   sądząc   z   wyrazu   spo-
kojnej pewności siebie na twarzy Wina, musiał on mieć mocne 
atuty, przynajmniej fulla bądź karetę. 
 

- Przejmiemy go zatem - powiedział głosem, w którym 

pobrzmiewały dalekie grzmoty. 
 

Omal nie zerwała się z krzesła. Odsłonięcia nie takich 

kart oczekiwała. Przecież to spotkanie zostało zorganizowane, 
by osiągnąć cel wręcz przeciwny. 
 

I znów zapanowała w pokoju niemal dotykalna cisza. 

 

Zrobiło się duszno, jakby klimatyzacja przestała działać. 

 

W końcu Ingraham wykrzywił wargi w czymś w rodzaju 

uśmiechu,   obnażając   uzębienie   proste   i   kanciaste   niczym 
klawiatura fortepianu. 
 

-   W   porządku   -   rzekł.   -   Jeśli   propozycja,   którą 

przedstawiła panna Winters, jest pańską ostateczną ofertą, to 
przyjmuję ją w tej postaci. - Nabrał w płuca powietrza. - 
 

Przedłożę   ją   moim   klientom   z   sugestią,   by   na   nią 

przystali. 
 

Merrill była jak odurzona. Klienci prawie zawsze szli za 

sugestiami   swoich   adwokatów.   A   to   oznaczało,   że   wygrała. 
Osiągnęła wszystko, co zamierzała. Mogła teraz ze spokojnym 
sumieniem oderwać myśli od zawodowych problemów i skupić 
się wyłącznie na czekającej ją podróży. 
 

Dlaczego więc, zamiast po prostu się cieszyć, odczuwała 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 121

   

zdumienie   pomieszane   z   głęboką   urazą?   Odpowiedź   nie 
wydawała się trudna. Oto bowiem po wielu dniach jej ciężkiej 
pracy,   zbierania   danych   i   starannym   obmyślaniu   taktyki   i 
strategii,   rzecz   cała   sprowadziła   się   do   karcianego   blefu, 
wyśrubowania   stawki,   gdy   w   ręku   miało   się   same   blotki. 
Końcówkę   przejął   Win   Deverell   i   to   on   okazał   się 
szczęściarzem. Łatwość, z jaką pokonał 
 

przeciwnika,   była   wprost   nie   do   zniesienia.   Bolała 

niczym otwarta rana. 
 

Spotkanie   dobiegało   końca.   Mężczyźni   zbierali   już 

papiery i wkładali do teczek. Merrill zrobiła to samo, po R
 

czym,   kiwnąwszy   głową   najbliżej   siedzącym,   wstała   i 

skierowała   się   ku   drzwiom.   Skoro   Win   pokonał   Ingrahama 
jedną   ręką,   mógł   równie   dobrze   sam   pozałatwiać   pozostałe 
drobiazgi. 
 

Dopiero   na   korytarzu   poczuła   się   wolna.   Za   dwie 

godziny   będzie   się   już   odrywała   od   ziemi,   by   spędzić   na 
Jamajce   siedem   cudownych   dni   bez   segregatorów,   kal-
kulatorów   i   komputerów,   a   przede   wszystkim   bez   dener-
wującego Wina Deverella. 
 

Nagle   do   jej   świadomości,   niczym   cień   drapieżnego 

ptaka,   wdarła   się   nowa   myśl.   Przecież   kiedy   wróci,   stanie 
wobec tych samych spraw i problemów, z którymi teraz brała 
rozbrat. Ale to będzie dopiero za ponad tydzień. 
 

Tydzień, z którego nie mogła zmarnować ani minuty. 

 

Na   korytarzu   panowała   pustka,   gdyż   praktycznie 

weekend już się zaczął. Merrill podeszła do windy i nacisnęła 
guzik. Czekając, odpłynęła myślami ku złocistym, nagrzanym 
plażom,   białym   żaglom   na   tle   szmaragdo-woniebieskiego 
morza, wysmukłym palmom, wiecznie kwitnącym krzewom i 
tropikalnemu słońcu, które dla niej okaże się łaskawe. Była tak 
upojona tymi czarownymi obrazami, że zaczęła poruszać stopą 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 122

   

w takt melodii, którą podsunęła jej pamięć. Rytm wzmagał się i 
przyprawiał o zawrót głowy. Jeszcze chwila, a zawładnie nią do 
tego   stopnia,   że   ona,   Merrill,   uwolni   się   od   teczki,   rozrzuci 
włosy i zacznie pląsać tu, na korytarzu. Już chciała to zrobić, 
gdy tuż za nią rozległ się rozbawiony i poufały, stanowczo zbyt 
poufały, głos: 
 

 - Bon voyage. 

 

 

 

 

Piątek, 16:51 
 
 

Merrill zesztywniała. 

 

Winda, jak na złość, wcale nie miała zamiaru przyjechać. 

Pozostawało więc tylko odwrócić się i spojrzeć mu w oczy. 
 

Stał dwa kroki od niej. Jeżeli w ogóle człowieka, który 

nonszalancko opiera się łokciem o ścianę i tworzy z nią ostry 
kąt, można nazwać stojącym.
 

Patrzył   na   nią   spokojnym,   zamyślonym   spojrzeniem. 

Poczuła, że zaczyna jej brakować powietrza. Spuściła oczy, aby 
zaraz znowu je podnieść. Zobaczyła rozpięty guzik marynarki, 
rozluźniony   krawat,   a   potem   przylepiony   do   warg   Deverella 
jeden   z   najbardziej   irytujących   uśmieszków,   jakimi   ją   dotąd 
uraczył. Przemknęło jej przez głowę pytanie, jak długo mógł 
już stać tutaj i obserwować ją, kiedy tak gięła się w biodrach i 
wybijała pantoflem rytm melodii. Zdecydowała, że musiało to 
trwać już od pewnego czasu. Ostatecznie, miała do czynienia z 
Winem. 
 

- Dlaczego mnie śledzisz? - wybuchnęła, równocześnie 

zdając sobie sprawę z absurdalności tego pytania.  
 

- To było silniejsze ode mnie - odparł suchym tonem. - 

Opuszczając   biurowiec,   zazwyczaj   korzystam   ze   schodów 
pożarowych lub spuszczam się po związanych prześcieradłach, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 123

   

ale dzisiaj postanowiłem uczynić wyjątek i zjechać windą. 
 

Patrzyła   na   niego   z   kamiennym   wyrazem   twarzy. 

Milczała. 
 

- To miał być tylko żart - uspokoił ją. 

 

- Ach, tak... 

 

- Mam wrażenie, że moje towarzystwo bynajmniej nie 

wprawia cię w zachwyt? 
 

- Cóż, skoro codziennie od trzech miesięcy mdleję z za-

chwytu na twój widok, to dzisiaj mogę sobie odpuścić. 
 

- A ja właśnie rozważam możliwość ubezpieczenia się na 

życie, gdyż widzę w twoich oczach wrogość. 
 

-   Chcesz   wiedzieć,   skąd   się   wzięła?   Otóż   bardzo 

zaimponowałeś   mi   tym,   że   podjąłeś   ogromny   trud 
wielotygodniowej   pracy,   by   zmiażdżyć   Ingrahama   parowym 
walcem swych argumentów. 
 

Wzruszył ramionami. 

 

- Udało się. 

 

- Lecz równie dobrze mogło spalić na panewce. 

 

- Miałem szczęście. 

 

Roześmiała się i potrząsnęła głową. 

 

- O, nie! Stanowczo nie chcę wdawać się z tobą w żadną 

szermierkę słowną na początku mego krótkiego urlopu. 
 

Odwróciła się do niego plecami. Zwariowana winda jak 

gdyby zapomniała o tym piętrze. Merrill bardziej poczuła, niż 
usłyszała, że Win odrywa się od ściany i podchodzi z boku. 
 

- Wiesz, Mel... - zaczął. 

 

- Mówiłam ci już, żebyś nie używał tego zdrobnienia. 

 

-   Racja,   przepraszam.   Wiesz,   Merrill,   cieszę   się,   że 

chcesz uniknąć walki, bo mamy stanowczo zbyt upalny dzień. 
 

Jeszcze bardziej rozluźnił krawat. W rozchylonej koszuli 

na tle jego opalonej skóry pojawiły się kędziorki włosków. 
 

Przypomniała sobie tamten ranek sprzed kilku tygodni, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 124

   

kiedy wcześniej niż zwykle zjawiła się w pracy i zastała go 
pochylonego   nad   umywalką.   Wówczas   po   raz   pierwszy 
zobaczyła jego obnażony tors i po raz pierwszy od wielu lat 
doznała uczucia dziewczęcego zawstydzenia. 
 

Nie   mówiąc   już   o   zaskoczeniu   widokiem   wytatuo-

wanego na jego prawym ramieniu czarno-czerwonym tuszem 
morsa z rozdziawioną paszczą. Win zaś po prostu uśmiechnął 
się i jakby nigdy nic pozdrowił ją na dzień dobry. 
 

Z   jakimże   lękliwym   pośpiechem   zatrzasnęła   za   sobą 

drzwi i z jakąż pasją próbowała później wyrzucić z pamięci 
obraz jego muskularnego torsu. 
 

Z nie mniejszą pasją nacisnęła teraz po raz kolejny guzik 

windy. 
 

-   A   więc   wybierasz   się   na   urlop   -   powiedział,   jakby 

głośno myśląc. 
 

- Zgadza się. 

 

-   Nie   wiem   nawet,   gdzie   masz   zamiar   spędzić   ten 

tydzień. Wiem natomiast, że niechętnie rozmawiasz w pracy o 
sprawach osobistych. 
 

- Zgadza się - powtórzyła, zerkając na zegarek. 

 

- Wygląda na to, że bardzo się śpieszysz. 

 

- Raczej tak. 

 

- Więc zanim mi uciekniesz, chciałbym cię przeprosić, 

że tak bezceremonialnie wtrąciłem się do prowadzonych przez 
ciebie pertraktacji. 
 

- Doprawdy? A ja uważam, że jesteś tu, by napawać się 

swoim zwycięstwem. Wobec tego dowiedz się przy okazji, że 
mogłeś   równie   dobrze   unieważnić   efekty   mojej   tygodniowej 
ciężkiej pracy. Nie mówiąc już o... 
 

- Naszej ciężkiej pracy - wtrącił łagodnym głosem. 

 

- Co powiedziałeś? 

 

-   Powiedziałem   naszej   ciężkiej   pracy.   Mój   raport   o 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 125

   

skutkach   kolizji   jest   dobry,   Mel...   Merrill,   cholernie   dobry. 
Nigdy mi tego nie przyznałaś, ale wiem, że tak myślisz. 
 

-   W  porządku,   może   i   tak   myślę.   Z   tym   że  do   osza-

cowania   szkód   mogłabym   wynająć   niezależnego   fachowca, 
który zrobiłby swoją robotę bez krzyku. 
 

- Nie chodzi o ten raport. Chyba nie powiesz mi, że przez 

ostatnie trzy miesiące w niczym ci nie pomogłem? 
 

Merrill   zbyła   pytanie   wzruszeniem   ramion.   Nie 

potrzebowała jego pomocy. Sama też dałaby sobie radę. 
 

- Mało było wsparcia z twej strony w ostatnim tygodniu. 

 

- Tylko dlatego iż zastrzegłaś się na poniedziałkowym 

zebraniu, że bierzesz sprawę w swoje ręce. 
 

- Nie miałam wyboru. Było dla mnie jasne, że wciąż nie 

rozumiesz,   iż   na   tych   spotkaniach   obowiązują   niemal 
dyplomatyczne zasady gry. Są rzeczy, o których się mówi, i 
takie, o których się milczy. 
 

-   Raczej   są   rzeczy,   które   ty   pomijasz   milczeniem.   Ja 

walę prosto z mostu i drzewo nazywam drzewem, a głupotę 
głupotą. 
 

-   Oto   powód,   dla   którego   chciałam   wykluczyć   cię   ze 

sprawy. 
 

-   Nie   dziwi   mnie   to.   Jeżeli   coś   nie   pasuje   do   twoich 

sztywnych szablonów, po prostu to odrzucasz. - Butnie uniósł 
głowę.   -   Wściekałaś   się   i   wściekasz   na   mnie   za   mój 
niekonwencjonalny sposób pracy. 
 

Patrzyła na niego jak na dziwoląga, on zaś zadał sobie 

pytanie,   czy   wytrzymałby   jej   pogardę,   gdyby   Merrill 
dowiedziała się, że, tak naprawdę, sposób jego postępowania 
dyktowała do tej pory najzwyklejsza nieznajomość reguł gry. 
 

-   A   więc   niekonwencjonalnym   sposobem   pracy   na-

zywasz spanie podczas negocjacji, gdy ja odwalam całą robotę, 
czy tak? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 126

   

 

- Nie spałem. Myślałem. 

 

- O czym? 

 

Uśmiechnął się w stylu Roberta Redforda. 

 

- O tobie, 

 

- Daj spokój. 

 

- Nie dam ci spokoju, póki nie nadjedzie winda. Jest zbyt 

gorąco, by zbiegać schodami pożarowymi lub spuszczać się po 
prześcieradłach. 
 

Jego dowcip pozostawił ją obojętną. Win pomyślał, że z 

beztroskiego stylu uwodzenia musi przerzucić się na jakiś inny. 
Plótł sieć i jeszcze nie wiedział, ile mu to zajmie czasu i jakich 
nici użyje, ale już krew pulsowała mu na myśl o zadaniu, które 
sam sobie narzucił. 
 

- Dokąd to się wypuszczasz? 

 

Wolałby zapytać „z kim?", lecz nie zawsze najkrótsza 

droga jest drogą najprostszą. 
 

Merrill milczała. 

 

- Rozumiem, chcesz, abym zgadywał. Zacznijmy więc 

alfabetycznie. Alaska? Alcatraz? Arkansas? 
 

- Stop. Wygrałeś. Lecę na Jamajkę. 

 

- Sama? 

 

- Dlaczego  pytasz? -  Wyraz  jej  twarzy nie należał  do 

tych, które chwytają za serce. 
 

- Czy drugi człowiek to tabu, o którym nie mamy prawa 

nic wiedzieć? 
 

-   Jest   zasadnicza   różnica   pomiędzy   zwykłym   wścib-

stwem a życzliwym zainteresowaniem. Podejrzewam cię o to 
pierwsze. 
 

- Podczas gdy prawdą jest drugie. A więc? 

 

- Sama. 

 

Spodobała mu się ta odpowiedź. 

 

-   I   popełniasz   błąd.   Jamajka   jest  jak   szlachetne   wino, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 127

   

które smakuje bardziej, gdy pije się je z kimś. 
 

-   Wyjeżdżam,   żeby   odpocząć,   a   nie   prowadzić   bujne 

życie towarzyskie. 
 

- Znam wyspę. Byłem tam już kilka razy. 

 

Merrill   pozostawiła   to   oświadczenie   bez   komentarza, 

uparcie wpatrując się w pomalowane na szaro drzwi windy. 
 

Nagle Win wykrzyknął, jakby doznał olśnienia: 

 

- A może wpadlibyśmy gdzieś na drinka, bym mógł 

 

ci udzielić kilku rad i opowiedzieć o miejscowych zwy-

czajach?! 
 

Wolno, bardzo wolno odwróciła głowę. 

 

- Wątpię, by zainteresowały mnie zwyczaje, o które ty w 

ten czy inny sposób się otarłeś. 
 

- Jasne. - Jego wzruszenie ramion można byłoby uznać 

za   obronne,   gdyby   nie   towarzyszący   temu   uśmie-szek.   - 
Chociaż na pewno nie znasz tamtejszej legendy o czarownicy. 
 

- Czy chodzi o Białą Wiedźmę z Rosehall? 

 

- Zwracam honor. 

 

Ujęta   nutką   chłopięcego   rozczarowania   w   jego   głosie, 

Merrill   poczuła   się   w   obowiązku   dorzucić   kilka   słów   wy-
jaśnienia. 
 

-   Zanim   gdzieś   wyjadę,   staram   się   jak   najwięcej 

przeczytać o danym kraju czy mieście. W ten sposób zawsze 
udaje mi się obejrzeć to, co jest godne obejrzenia, i mogę z góry 
zaplanować sobie pobyt aż do najmniejszych szczegółów. 
 

-   Brzmi   to   dość   pedantycznie,   lecz   dochodzę   do 

wniosku, że wiesz o Jamajce dużo więcej ode mnie. Dlaczego 
więc nie mielibyśmy wpaść na drinka, żebyś to ty zapoznała 
mnie z historią i atrakcjami tej wyspy? 
 

Potrząsnęła głową. 

 

- Przykro mi, ale nie będzie żadnej edukacji. Spieszę się 

na samolot. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 128

   

 

Przyjął odmowę z nonszalanckim uśmiechem. Po-wzięty 

plan wymagał pewnej korekty. Doprawdy, trudno było raczyć 
się sarniną, gdy sama hasała gdzieś w kniei. 
 

Musiał więc przynajmniej zrobić coś takiego, by przez 

ten tydzień myślała o myśliwym. 
 

- Nie ma sprawy. Ja też wybieram się na lotnisko. 

 

Tam będziemy mogli na chwilę przytulić się do jakiegoś 

baru. Możemy nawet pojechać tą samą taksówką. Jak widzisz, 
są rozwiązania proste i logiczne. 
 

Tak,   rozwiązanie   było   do   tego   stopnia   logiczne,   że 

uniemożliwiało wszelkie wykręty. A na dokładkę rozległo się 
„dzyń" i drzwi windy rozsunęły się. 
 

- Jestem już spakowana. Będę czekała przed hotelem o 

siedemnastej trzydzieści. Jeśli zdążysz do tego czasu, nie ma 
powodu, abyśmy nie pojechali razem. 
 

-   Ileż   wdzięku   i   serdeczności   w   tym   zaproszeniu   - 

wymamrotał pod nosem. - Pośpieszę się. 
 

- Rób, jak chcesz. 

 

- Nigdy nie postępuję wbrew sobie. 

 

Słowa   Wina   zabrzmiały   prawie   złowieszczo.   Kłótnia 

wisiała w powietrzu. Merrill uświadomiła sobie, że jak długo 
ten człowiek będzie przy niej, nie zacznie cieszyć się urlopem. 
 

Weszli do windy. Deverell, który przepuścił dziewczynę 

przodem, zdążył jeszcze obrzucić aprobującym spojrzeniem jej 
smukłe nogi i krągły tyłeczek. Przypomniał sobie, jak wierciła 
nim przed kilkoma minutami, jakby tańczyła rumbę czy sambę. 
 

I   stała   się   rzecz   paradoksalna.   Próbując   wzbudzić   w 

Merrill   zainteresowanie   swoją   osobą,   sam   rozpalał   się   coraz 
bardziej   na   widok   tych   wszystkich   niewieścich   delikatesów, 
które, niestety, były wciąż zapakowane. Tydzień oczekiwania 
wydał mu się nagle zbyt długi. Ostatecznie, miał przed sobą 
dwa   wolne   dni/Czterdzieści   osiem   godzin,   z   którymi   mógł 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 129

   

zrobić, co mu się żywnie podobało. 
 

Zjeżdżali windą sami. Gdyby Merrill była innego typu 

osóbką, mógłby ją teraz pocałować i wyznać, że spala się w 
ogniu miłości do niej już od kilku tygodni. Kobiety uwielbiają 
takie   słówka,   gdyż   dają   im   one   poczucie   władzy   nad 
mężczyznami. Zamiast tego wyciągnął rękę i ujął uchwyt jej 
teczki. Ich dłonie spotkały się. 
 

- Musisz być wykończona - powiedział. - Pozwól, że ci 

to poniosę. 
 

Zareagowała, jakby miała w teczce przynajmniej milion 

dolarów. 
 

- Win, doprawdy, nie musisz... 

 

- Oczywiście, że nie muszę - odparł ściszonym głosem, 

patrząc jej prosto w oczy. - Ja po prostu chcę. 
 

Cofnęła dłoń i podziękowała mu takim tonem, jakiego 

nigdy jeszcze u niej nie słyszał. Również jej mina była pewną 
nowością.   Stanowiła   połączenie   zmieszania   i   podejrzliwości, 
przy czym podejrzliwość brała tu górę. Zaiste, nie czekało go 
łatwe zadanie. 
 

Jakież   miał   szanse   sprawić   w   przeciągu   czterdziestu 

ośmiu godzin, by ta statua przybrała pozycję horyzontalną?   
 

 

 

 

Piątek, 17:17 
 
 

Merrill miała jeszcze czas na szybkie przebranie się w 

coś   bardziej   stosownego,   lecz   postanowiła   zostać   w   swym 
szarym kostiumie. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że 
nikt nie uwalnia się ze zbroi przed końcem bitwy. 
 

Chwyciła więc jedną ręką większą walizkę z ciuchami, 

drugą zaś mniejszą z osobistym komputerem i po chwili była 
już   w   błyszczącym   od   marmurów,   luster   i   mosiądzów 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 130

   

hotelowym   holu.   Skierowała   się   ku   obrotowym   drzwiom. 
Kiedy wyszła na zewnątrz, Win już tam czekał, oparty o błotnik 
taksówki,   w   której   otwartym   bagażniku   czerniły   się   jego 
skórzane walizki. 
 

Ubrany   był   w   spodnie   koloru   khaki   i   białą   koszulę   z 

krótkimi rękawami. Na nogach miał lekkie obuwie. 
 

Słowem, zaliczał się do istot, które racjonalnie reagują 

na   sugestie   słupka   rtęci,   podczas   gdy   ona   lepiła   się   i   roz-
puszczała pod swoim stalowym pancerzem. Cóż za wspaniały 
początek urlopu. 
 

Wstawiła walizkę do bagażnika i przesunęła się trochę w 

bok, by to samo uczynić z komputerem, gdy usłyszała krótki 
okrzyk.   Spojrzała  w   dół  i   zobaczyła   dłoń   Wina  na   karoserii 
samochodu, rozpłaszczoną pod ciężarem komputera. 
 

-   Och,   do   licha,   bardzo   przepraszam!   -   wykrzyknęła, 

mocno skonfundowana. 
 

- Drobnostka - wybąkał, rozcierając palce. 

 

- Nie miałam pojęcia, że stoisz tak blisko. 

 

- Chciałem ci pomóc w załadowaniu bagażu. 

 

Więc ten jej wróg i nieprzyjaciel chciał być pomocny! 

 

Biedactwo! 

 

- Boli? - zapytała. 

 

- Trochę, ale niebawem przestanie. 

 

Uspokojona, że nie spędzi tego tygodnia w więzieniu za 

zamach na życie obywatela amerykańskiego, włożyła komputer 
do kufra i chciała właśnie zatrzasnąć pokrywę, gdy Win wpadł 
na ten sam pomysł. Zderzyli się głowami. 
 

Ich wspólny okrzyk oznaczał, iż tym razem ból rozdzie-

lony został bardziej sprawiedliwie. 
 

- Och, przepraszam, nie zauważyłam... 

 

-   Nie   ma   sprawy.   -   Rozcierał   potłuczoną   głowę   po-

tłuczonymi   palcami.   -   Zamknę   bagażnik,   a   ty   wskakuj   do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 131

   

środka. 
 

Usiadła   na   tylnym   siedzeniu,   obrzucając   leniwego   ta-

ksówkarza   pogardliwym   spojrzeniem,   kiedy   zaś   Win   zajął 
miejsce obok, jeszcze raz z troskliwością w głosie spytała go o 
dłoń. Zapewnił ją, że kości ma całe i nie umrze z upływu krwi. 
Jednak ręka wydawała się lekko spuchnięta, a on sam nieco 
pobladły.   Może   jednak   było   to   skutkiem   piekielnego   upału, 
panującego w taksówce. 
 

Mieli do wyboru albo zamienić się w dwie kałuże, albo 

jechać   przy   opuszczonych   szybach.   Wybrali   to   drugie. 
Powietrze,   które   wpadało   do   środka   ostrymi   podmuchami, 
miało zapach spalin i rozgrzanego asfaltu. Poza tym Merrill już 
po kilkuset metrach jazdy autostradą poczuła, że z jej fryzurą 
dzieje się coś niedobrego, bo nagle jeden z trzech grzebyków 
podtrzymujących jej włosy znalazł się na podołku, a drugi za 
kołnierzem żakietu. 
 

Pojedyncze pasma włosów zaczęły latać jej przed oczami 

niczym jakieś złociste skrzydlate węże. 
 

- Przesuń się do mnie, bliżej środka. Tutaj mniej wieje - 

powiedział Win, patrząc na jej bezskuteczną walkę. 
 

- Dobrze mi tu, gdzie jestem - odparła, czując, że jeden 

ze skrzydlatych wężów wpadł jej właśnie do ust. 
 

Win nie czekał, aż wiatr uczyni z jej włosów bocianie 

gniazdo, tylko chwycił ją za łokieć i przyciągnął do siebie. 
 

- Chyba nie chcesz sprawiać wrażenia, że lubisz wtykać 

głowę do wialni? 
 

Oburzenie Merrill nie miało granic i już chciała dać temu 

odpowiedni   wyraz,   gdy   nagle   z   całą   jasnością   uświadomiła 
sobie,   że   los   żołnierza   na   tyłach   jest   lepszy   od   losu 
pierwszoliniowca. 
 

Usiadła   trochę   skosem,   aby   jej   udo   nie   dotykało 

mężczyzny, po czym zajęła się porządkowaniem fryzury. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 132

   

 

-   Zapomniałaś   o   czymś   -   rzekł   w   pewnym  momencie 

Win, zgarniając ostatni z jej niesfornych loków z policzka za 
ucho. 
 

Przy   okazji   zawadził   dłonią   o   jej   okulary,   by   zaraz 

koleżeńskim gestem przesunąć je z czubka nosa na właściwe 
miejsce. 
 

Ta krótka scenka zawierała taki ładunek intymności, iż w 

sercu Merrill zagościł niepokój. 
 

- Czy teraz lepiej? - zapytał. 

 

- Trochę - przyznała - a będzie dużo lepiej, gdy wyrwę 

się wreszcie z tego rozpalonego do białości miasta. 
 

- Ale przecież twoja Sarasota jest nie mniej gorąca od 

Providence. 
 

Merrill   potrząsnęła   głową.   Gorąca   czy   smagana   zi-

mnymi wiatrami, zapchana tabunami turystów czy pusta poza 
sezonem, Sarasota była jej ukochanym miastem. 
 

Przerzucając   się   od   dziecka   z   miejsca   na   miejsce, 

zmieniała   klasy,   przyjaciół,   sąsiadów,   a   nawet   strefy   klima-
tyczne, a jednak, kiedykolwiek pomyślała o swoim do-mu, jej 
myśli szybowały prostu ku miastu o pięknej na-zwie Sarasota. 
 

- Panują tam innego typu upały - próbowała wyjaśnić 

coś, co z zasady było trudne do wytłumaczenia. 
 

- Mimo wszystko jest w nich jakaś rześkość, a nie ta 

plugawość, lepkość i hałaśliwość, co tutaj. 
 

- Zdaje się - zauważył z uśmiechem - że Providence od 

początku   nie   przypadło   ci   do   serca.   Niemniej   zadaję   sobie 
pytanie, jak można nie lubić miejsca, na które za-ledwie rzuciło 
się okiem? 
 

- Widziałam dość, aby się zrazić. 

 

-   To,   co   widziałaś,   oglądałaś   z   tylnego   siedzenia   ta-

ksówki. A tymczasem, żeby posmakować miasta, wczuć się w 
jego rytm i atmosferę, trzeba powłóczyć się ulicami centrum, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 133

   

wstąpić do kilku lokali, spędzić jeden wieczór w teatrze, otrzeć 
się   o   miejscowe   towarzystwo...   Przypominam   sobie,   że 
złożyłem ci kilka tego rodzaju pro-pozycji. 
 

- Byłam... 

 

- Wiem, byłaś zajęta. 

 

- Przecież ktoś musi pracować, żeby ktoś inny zbierał 

owoce. 
 

Rzuciła mu takie spojrzenie, jakby pławił się przez cały 

tydzień w samych wyrafinowanych rozkoszach. 
 

-   Co   chcesz   osiągnąć?   Przekonać   szefa   o   swojej   pil-

ności? 
 

- Byłaby to czysta strata czasu. 

 

Win   nie   sparował   tej   zjadliwej   uwagi,   gdyż   właśnie 

zajechali przed dworzec lotniczy i trzeba było wysiadać. 
 

Tym   razem   taksówkarz,   być   może   ożywiony   jazdą, 

stanął   na   wysokości   zadania   i   wygramoliwszy   się   zza 
kierownicy, sam wyładował ich bagaże. 
 

Podczas gdy Merrill kupowała w kiosku coś do lektury 

na   podróż,   Win   zajął   się   walizkami,   które   z   odpowiednimi 
instrukcjami   przekazał   bagażowemu.   Spotkali   się   przy 
głównym wejściu, a po chwili byli już w hali dworcowej. 
 

Jak zwykle na początku letniego weekendu, panował tu 

nieopisany tłok. Miało się wrażenie, że wszyscy chcą opuścić 
miasto i rozpierzchnąć się po świecie. 
 

- Wiesz - powiedziała Merrill, podziękowawszy Winowi 

za  zajęcie   się   jej   bagażem   -   miałam  niedawno   sen,   a  raczej 
senny koszmar, że ląduję na Jamajce z walizką pełną ubrań, w 
których chodzę do pracy, zaś inna, z kostiumami kąpielowymi, 
utknęła   gdzieś   w   porcie   lotniczym   na   Florydzie.   Myślę,   że 
najpotrzebniejsze rzeczy powinno się trzymać w podręcznym 
neseserze. 
 

- A ja się domyślam - rzekł, zniżając głos - że u kobiet w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 134

   

tym   podręcznym   bagażu   znalazłoby   się   przede   wszystkim 
jedwabną bieliznę i francuskie perfumy. 
 

Powiedział te słowa tonem raczej zalotnika niż szefa, ona 

jednak odparła jak najbardziej poważnie i rzeczowo: 
 

-   Bieliznę   tak,   ale   nie   jedwabną.   Jedwabna   jest   nie-

praktyczna   w   podróży.   Nie   sposób   jej   przeprać,   tak   jak 
przepiera się w hotelowych łazienkach bawełniane szmat-ki. A 
co do perfum - dodała, czerwieniejąc na twarzy i patrząc prosto 
przed siebie - to jestem na nie uczulona. 
 

Tego już było za wiele. Jakaż kobieta uczulona jest na 

perfumy?!   Chyba   tylko   ta   jedna,   która   w   czterdzie-
stostopniowym   upale   paraduje   w   żakiecie   i   spódnicy   oraz 
miewa sny, w których podzwrotnikowa wyspa myli się jej z 
biurem.   Była   po   prostu   rozpaczliwie   beznadziejna,   on   zaś, 
zamiast skupić się na interesach, pakował się w sprawę równie 
wątpliwą,   co   nie   obiecującą   żadnych   smaczków   i   zawrotów 
głowy. 
 

Merrill jakby czytała w jego myślach. Stanęła i spojrzała 

mu głęboko w oczy. 
 

- Jak widzisz, nie ma we mnie za grosz romantyzmu. 

 

Sama, można rzec, proza życia. 

 

- Cóż... - wybąkał i utknął na jednym słowie. 

 

Patrzyła   na   niego   z   wyrazem   twarzy,   który   mu   coś 

przypominał.   Win   zaczął   szukać   gorączkowo   w   pamięci   i 
wreszcie   otworzyła   się   właściwa   szufladka.   Było   to   kilka 
miesięcy temu. Opuszczał właśnie stadion po meczu Korsarzy, 
gdy   dostrzegł   przy   wejściu   do   szatni   dla   za-wodników 
dziesięcioletniego chłopca, który w niemym geście i z wyrazem 
lękliwej   nadziei   na   twarzy   wyciągał   kartonik   abonamentu, 
marząc, aby stał się cud i choć jeden z przechodzących herosów 
baseballu skreślił na nim swój boski autograf. Pamiętał też, że 
chciał rzucić  się na  nich  z pięściami,  gdy  przechodzili  obok 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 135

   

smarkacza z obojętnością właściwą gwiazdom na niebie. Teraz 
on   był   takim   rycerzem   kija   baseballowego,   który   mógł   wy-
czarować na twarzy Merrill słoneczny uśmiech. 
 

- Być może nie jesteś romantyczna w klasycznym, a co 

za   tym   idzie,   konwencjonalnym   tego   słowa   znaczeniu   - 
powiedział, mając nadzieję, że nie będzie musiał zagłębiać się 
w   szczegóły.   -   Lecz   romantyczne   cechy   osobowości   noszą 
różne imiona, a jednym z nich jest duchowa dojrzałość. 
 

- Doprawdy? - zapytała z powątpiewaniem w głosie. 

 

-   Oczywiście,   możesz   być   tego   absolutnie   pewna   - 

oświadczył, po czym wskazując ręką w stronę kas i kontuarów, 
dodał:   -   Lepiej   ustawmy   się   tam   i   załatwmy   wszystkie 
niezbędne formalności. 
 

Merrill spojrzała z lękiem na długą kolejkę i po-myślała, 

że,   być   może,   przy   łucie   szczęścia   zdąży   potwierdzić 
rezerwację i zabrać się na samolot, lecz wspólnego drinka będą 
musieli przesunąć przynajmniej o tydzień. 

 

Nie odczuła z tego powodu ani ulgi, ani rozczarowania. 

Raczej irytację. Nie lubiła odroczeń, wprawiały ją w zły humor. 
Jeśli   podejmowała   jakąś   decyzję,   dążyła   do   jej   spełnienia 
najkrótszą   drogą.   Wszelkiego   typu   zwłoka,   zatrzymanie   się, 
dreptanie   w   miejscu,   wszystko   to   zaprzeczało   jej 
przeświadczeniu   o   racjonalności   i   skuteczności   ludzkiego 
działania.   Wówczas   kąciki   jej   warg   opadały   w   kwaśnym 
grymasie. 

 

I   właśnie  tak  czuła  się  w  tej  chwili  -   skwaszona,   po-

irytowana, ale mimo wszystko odprężona, że nie będzie musiała 
brać   udziału   w   rytuale,   który   Win   nazywał   „wspólnym 
drinkiem".   Przebywanie   z   nim,   co   prawda,   nie   okazało   się 
wcale   takim   koszmarem,   jak   się   obawiała,   niemniej   szef   od 
godziny   zachowywał   się   dość   nietypowo,   czym   ją   poniekąd 
dezorientował i wyprowadzał z równowagi. A już najbardziej 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 136

   

zaskakująca   była   jego   uwaga   o   romantycznych   cechach   jej 
charakteru. 

 

Cały czas i całą energię zabierała jej dotąd praca. 

 

W   ubezpieczeniach   morskich   dominowali   mężczyźni, 

ona   zaś   postanowiła   przedrzeć   się   do   ich   zazdrośnie 
strzeżonego   świata.   Osiągnęła   to.   Siłą   rzeczy   więc   nie 
zastanawiała się nad tym, czy jest, czy też nie jest romantyczką. 
Problem ten dla niej po prostu nie istniał, również teraz. Co 
najwyżej nie chciała, jak zresztą każda kobieta, by uważano ją 
za istotę kompletnie wyzbytą cech romantycznych, uczuciową 
inwalidkę,   wydrążoną   tykwę,   pozbawiony   emocji   komputer, 
wypełniony samą tylko inteligencją. 

 

Okazało   się,   że   korzystają   dziś   z   usług   tego   samego 

przewoźnika - linii Coastways. Stanęli więc w jednej kolejce i 
posuwając   się   kroczek   po   kroczku,   ciągnęli   rozpoczętą   przy 
windzie   rozmowę.   Na   zasadzie   milczącego   porozumienia 
unikali   tematów   wiążących   się   z   pracą,   co   miało   przede 
wszystkim   ten   skutek,   że   wymieniali   uwagi   i   poglądy   w 
przyjacielskim nastroju. Jedyne, co intrygowało Merrill, a była 
to kwestia wręcz podstawowa, to powody, dla których Deverell 
tego   popołudnia   zdecydował   się   być   w   stosunku   do   niej 
grzeczny i ujmujący. 

 

Analizowała właśnie w myślach te powody, gdy nagle 

poczuła na swoim ramieniu dotknięcie jego ręki. 

 

- Teraz twoja kolej, Merrill. 

 

-   Och,   przepraszam,   zamyśliłam   się   -   powiedziała   i 

podała bilet kontrolerowi. - Nazywam się Merrill Winters. Mam 
rezerwację   na   lot   do   Atlanty   o   18:55.   Tam   czeka   mnie 
przesiadka na... 

 

Zanim   zorientowała   się,   co   się   dzieje,   z   powrotem 

trzymała bilet w dłoni. 

 

-   Przykro   mi   -   powiedział   kontroler   -   ale   samolot   do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 137

   

Atlanty   wystartuje   z   pewnym   opóźnieniem.   Dopóki   nie 
otrzymamy   dokładnych   informacji   o   zmianie   rozkładu,   nie 
mogę potwierdzić pani rezerwacji. 

 

Dziewczyna zbladła i zmarszczyła brwi. 

 

- A co z moim połączeniem w Atlancie? 

 

-   To   już   nie   moja   sprawa.   Jak   pani   widzi,   wszystkie 

odloty samolotów należących do linii Coastways są przełożone. 

 

Niepokój Merrill wzmógł się. 

 

- Wszystkie? 

 

-  Tak,  proszę pani.  Mamy  pewne problemy z  obsługą 

lotów. Chodzi o sprawy pracownicze. 

 

-   Czy   mówi   pan   o   strajku?   -   zapytała   z   ponurym 

wyrazem twarzy. 

 

- Ależ bynajmniej, proszę pani. Nowe godziny odlotów 

pojawią się na centralnej tablicy. 

 

- A kiedy to się stanie? 

 

- Spodziewamy się nieznacznych opóźnień. 

 

- Więc nie usłyszę od pana nic konkretnego? To znaczy 

że przy niepomyślnym obrocie rzeczy mogę czekać nawet do 
rana. Czy tak? 

 

- Zapewniam panią, że będziemy robili wszystko, co w 

naszej mocy, by... 

 

-   W   porządku.   Proszę   mi   lepiej   powiedzieć,   co   z 

zobowiązaniami przewoźnika zmiany rezerwacji na in-ne linie 
w przypadku przesunięcia godziny podanej na rozkładzie? 

 

-   Czynimy   starania,   by   wywiązać   się   ze   wszystkich 

naszych zobowiązań i zadowolić wszystkich naszych klientów 

 

- odparł mężczyzna głosem, który zdawał się świadczyć, 

że powtarza tę formułkę po raz tysięczny tego popołudnia. 

 

- Ale wolnych miejsc u innych przewoźników jest dzisiaj 

tak mało, że niczego na razie nie mogę obiecać. W każdym 
razie wciągnę panią na listę i gdy tylko... 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 138

   

 

-   Proszę   zrozumieć,   znalazłam   się   w   bardzo   trudnej 

sytuacji.   Aby   spędzić   urlop   tak,   jak   to   sobie   wymarzyłam, 
musiałam zarezerwować pokój w hotelu trzy miesiące te-mu i 
zgrać ze sobą wszystkie przesiadki, włącznie z tą na autobus, 
który wyrusza na wyspę, jutro o ósmej rano. 

  

Nie mówiąc już o kursach nurkowania, które zaczynają 

się   w   niedzielę   przed   południem.   Gdyby   więc   był   pan   tak 
uprzejmy i znalazł mi jedno wolne miejsce... 

  

-   Wtedy   wezwę   panią   przez   głośnik   -   przerwał   jej 

kontroler, sztywnym ukłonem dając znać, że nie ma nic więcej 
do powiedzenia i zaoferowania. 

 

A więc koszmarny sen zaczął się sprawdzać, po-myślała 

Merrill   z   rozpaczą   w   sercu.   Zamiast   lecieć   na   swoją 
czarodziejską   wyspę,   utkwiła   w   Providence,   tym 
najokropniejszym miejscu pod słońcem. Kto wie, na jak długo. 
Niemal słyszała tykanie zegara, który odmierzał 

 

bezcenne sekundy jej urlopu. Na razie był to czas zmar-

nowany. 

 

Wsunąwszy bilet do torebki, odwróciła się od lady, nie 

wiedząc co ze sobą począć. I nagle przykra niespodzianka, jaką 
sprawiły   jej   linie   lotnicze,   nie   wydała   się   najgorsza.   Bo   oto 
utkwiła   w   Providence   nie   sama,   lecz   razem   z   Winem 
Deverellem. 

 

 

 

 

Piątek, 18:51 
 
 

-   Jest   jedna   rzecz,   która   mnie   zastanawia   w   tym 

wszystkim - powiedział Win. 

 

Siedzieli   na   rozkładanych   plastikowych   krzesłach   w 

stosunkowo   przytulnym   kącie   hali.   Obok   nich   rozsiadła   się 
sześcioosobowa   rodzinka   -   czwórka   rozbrykanych   dzieci   i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 139

   

znużeni   utarczkami   rodzice.   Pozostałe   miejsca   tej 
minipoczekalni   zajmowali   członkowie   Klubu   Spokojnej 
Starości,   udający   się   do   Las   Vegas.   Klimatyzacja   dworca 
lotniczego wprawdzie działała i każdy mógł jeszcze oddychać, 
jednak   z   przyczyny   nadmiaru   podróżnych   powietrze   było   aż 
gęste od papierosowego dymu, najróżniejszych woni i ostrego 
zapachu spoconych ludzkich ciał. W tej wybuchowej mieszance 
tlen stanowił niewielką, doprawdy, cząstkę. 

 

- Co mianowicie? - zapytała. 

 

- Jak mogłaś zapisać się na naukę nurkowania,  zanim 

jeszcze dotarłaś na Jamajkę? 

 

-   Można   to   zrobić   za   pośrednictwem   administracji 

hotelowej - odparła, tłumiąc ziewanie. 

 

- Nie to miałem na myśli. Ciekawi mnie co innego. 

 

Skąd   wiedziałaś,   że   akurat   w   niedzielę   rano   będziesz 

miała ochotę na nurkowanie? 

 

Patrzyła na niego spojrzeniem bez wyrazu. 

 

- Po prostu tak sobie zaplanowałam dzień. 

 

- Zatem wyobraź sobie, że budzisz się w niedzielę i masz 

akurat chrapkę na windsurfing lub, powiedzmy, zakupy. Czy 
nigdy nie pozwalasz sobie płynąć na fali życia? 

 

- Nie. Nigdy. 

 

Zawiedziony, Win nerwowym gestem przejechał dłonią 

po włosach. 

 

-   A  co,   jeśli  w  niedzielę  rano  spotkasz  mężczyznę  ze 

swoich snów, faceta, który sprawi, że zapragniesz spędzić z nim 
resztę dnia gdzieś na odosobnionej plaży? 

 

- Gdyby się coś takiego zdarzyło - odpowiedziała Merrill 

z bladym uśmiechem w kącikach ust - to wówczas mogłabym 
rozważyć możliwość utraty zaliczki, którą wpłaciłam na konto 
tych lekcji. Ale takie rzeczy się nie zdarzają. 

 

- Skąd ta pewność?

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 140

   

 

- Nie jestem podlotkiem i coś tam w życiu przeżyłam - 

powiedziała   ze   wzruszającą   szczerością.   -   Wiem,   że   trudno 
pojąć ci taką postawę. Życie rozpościera się przed tobą niczym 
kwiecisty dywan. Ale ja swoje życie muszę sama kształtować. 
Jedyne,   co   mi   się   wydarza   poza   moją   wolą,   to   klęski   i 
nieszczęścia. Zaplanuję coś do najdrobniejszych szczegółów i 
nagle okazuje się, że złośliwa ręka losu pomieszała mi szyki. 
Jak chociażby dzisiaj. 

 

-   Przemawia   przez   ciebie   gorycz.   Ja   na   przykład   nie 

przeżywam tego  bałaganu w  rozkładzie lotów w kategoriach 
końca świata. Pocieszam się, że jestem z tobą. 

 

- Jak mam to rozumieć? 

 

- Nie patrz na mnie, jakbym chciał ci skraść torebkę. 

 

Przyjmij moje słowa jako komplement. W ciągu ostat-

niego tygodnia nie miałem wiele okazji przypatrzenia ci się. 
Zobaczyłem cię w zupełnie innym świetle. 

 

- Doprawdy? - Zgaszone oczy Merrill odzyskały swój 

blask. - Ja też zmieniłam o tobie zdanie. Myślę, że wcale nie 
jesteś takim okropnym typem, za jakiego cię dotąd brałam. 

 

Win uśmiechnął się. 

 

- Czy to oznacza rozejm? 

 

Zawahała   się.   Jego   ostatnie   słowa   brzmiały   słodko   i 

uwodzicielsko,   zatem   tym   bardziej   niebezpiecznie.   Miała 
mętlik   w   głowie,   a   z   jej   duszą   było   podobnie,   jak   z   tym 
dworcowym   powietrzem   -   stanowiła   mieszankę 
najróżnorodniejszych, często sprzecznych ze sobą uczuć. 

 

W zasadzie Win działał jej na nerwy, było tak od dawna 

i nie mogło się zmienić w ciągu ostatnich dwóch godzin. 

 

Lecz równocześnie nie mogła już nie przyznać się przed 

sobą, że Win ją pociąga, że rozwiera się przed nią niczym jakaś 
czeluść uśmiechu, wdzięku i męskiej urody, w którą miało się 
ochotę skoczyć. Targnął nią niepokój. Bo jeśli Win fascynował 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 141

   

ją od początku i ta cała batalia, którą z nim toczyła, była tylko 
komedią pozorów, formą samoobrony, zakamuflowaną postacią 
lęku, że ona, Merrill, nie ma szans na to, by ściągnąć na siebie 
jego uwagę i zainteresować go sobą? 

 

- Więc może chociaż tymczasowy rozejm? - skorygował 

ofertę,   interpretując   jej   zamyślenie   jako   wyraz   zasadniczej 
niechęci.   -   A   potem,   ewentualnie,   możemy   stopniowo   go 
przedłużać. 

 

Wyciągnął   rękę   na   zgodę.   Byłoby   małodusznością 

odrzucać jego przyjaźń. 

 

- Zgoda. 

 

Uścisnęli   sobie   dłonie,   co   nie   uszło   uwagi   czwórki 

szkrabów,   które   zaraz   zaczęły   wymieniać   między   sobą 
przedrzeźniające, lecz wcale sympatyczne uściski rąk. 

 

-   Pokój   między   nami  -   powiedział   Win   -   należałobyu 

czcić jakimś drinkiem, lecz widzę, że bar jest oble-gany. Może 
zadowolimy się colą i słodyczami ze sklepiku? 

 

- Dzięki, ale myślę, że poczekam i zjem coś dopiero w 

samolocie. 

 

Wciąż nie traciła nadziei, że poleci tej nocy. 

 

Chwilę spoglądał na nią zamyślonym spojrzeniem. 

 

- Pozwól zatem, że przyniosę sobie coś do picia. Czuję 

się jak na pustyni w samo południe. 

 

- Proszę, idź. Będę trzymała twoje miejsce. 

 

Wina   dręczyło   pragnienie,   lecz   ją  gnębiło   coś  stokroć 

gorszego. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wpadła w pułapkę 
pustego   czasu,   czasu   oczekiwania.   Nieczęsto   miewała   takie 
chwile.   Wszystko   w   jej   życiu   było   uporządkowane, 
wygładzone, z góry zaplanowane, włącznie z praniem bielizny, 
podlewaniem kwiatów i płaceniem miesięcznych rachunków. 

 

Podejrzewała,   że   ta   potrzeba   poruszania   się   w   oswo-

jonym przez rozum świecie wykształciła się w niej jeszcze w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 142

   

dzieciństwie. Jej ojciec i dwie siostry łatwo przystosowywali 
się   do   nowych   warunków   -   miast,   miejsc   pracy   i   szkół, 
natomiast   ona   podobna   była   do   matki.   Mary   Winters, 
urządzając   nowy   dom,   kopiowała   w   najdrobniejszych 
szczegółach   wnętrze   poprzedniego,   jakby   w   tęsknocie   za 
namiastką trwałości i niezmienności. 

 

Merrill,   która   naśladowała   matkę   w   życiu   szkolnym, 

gdzie, na przykład, zawsze starała się siadać w trzeciej ławce w 
rzędzie   pod   oknem,   w   pewnym   momencie   zauważyła,   że 
planowanie i porządkowanie życia stało się integralną cząstką 
jej natury. Teraz, po raz pierwszy od lat, nie dysponowała listą 
zajęć, czynności i obowiązków, która pozwoliłaby jej ożywić i 
zagospodarować ten czas. 

 

Owszem, posiadała taką listę, ale tkwiła ona w portfelu i 

dotyczyła tygodnia na Jamajce. 

 

Nic   więc   dziwnego,   że   Merill   była   przepełniona   nie-

cierpliwością pomieszaną z frustracją. Lecz te uczucia skrywały 
i przesłaniały coś innego - oszołomienie. 

 

I   choć   wolała   nie   zagłębiać   się   w   siebie,   nie   miała 

wątpliwości,   że   ten   stan   wiązał   się   najściślej   z   osobą   Wina 
Deverella. 

 

Poczuła, że pot wąziutką strugą spływa spod jej pach po 

żebrach do paska spódnicy. Wstała więc i zdjęła żakiet, Lecz 
dopiero   kiedy   Win   wrócił   i   zauważyła   w   jego   oczach 
zainteresowanie   jej   biustem,   uświadomiła   sobie,   że   bluzka 
prześwituje w tych miejscach, gdzie pot wsiąknął w materiał. 

 

- Win? 

 

Jakby nie słyszał. Wpatrywał się zupełnie wyraźnie w 

koronki   biustonosza   i   przypominał   sobie   swoje   pierwsze 
podobne   zafascynowanie.   Było   to   w   szóstej   klasie,   a 
przedmiotem   jego   adoracji   był   biustonosz   Rity   Duhammel. 
Wtedy, przed laty, nie umiał jeszcze skonkretyzować pragnień, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 143

   

jakie   wzbudzała   w   nim   szkolna   koleżanka.   Minęło   jednak 
kilkanaście lat i dobrze wiedział, czego chce od Merrill. 

 

- Win? - powtórzyła. 

 

Uniósł wzrok. 

 

- Tak, słucham? 

 

- Gdzie twoja cola? 

 

- Cola? Cóż, maszyna okazała się pusta. Podejrzewam, 

że ludzie zaczynają gromadzić zapasy. 

 

- To nie wróży najlepiej. A co będzie, jeśli odeślą nas 

wszystkich na noc do hotelu? 

 

-   Prawdziwy   koniec   świata   -   odparł   z   kamiennym 

wyrazem twarzy. 

 

Dla   Merrill   powoli   stawało   się   oczywiste,   że   oczeki-

wanie na samolot przeciągnie się. Czas wlókł się, jakby upał 
odurzył zegary. 

 

Członkowie Klubu Spokojnej Starości uparli się, że-by 

doprowadzić   ją   do   szaleństwa.   Ponieważ   stoliki   gry   w   Las 
Vegas były na razie dla nich nieosiągalne, dawali upust swej 
namiętności   w   inny   sposób   -   robiąc   zakłady.   Zakładali   się 
dosłownie o wszystko. O to, czy stewardesa będzie brunetką 
czy blondynką, czy dzisiaj został pobity rekord upałów, ile żon 
miał Frank Sina-tra, a wreszcie któremu z czwórki dzieciaków 
pobyt w łazience zajmie najwięcej czasu. Dzieciaki okazały się 
jeszcze gorsze. Jęczały, marudziły, waliły w krzesła niczym w 
tam-tamy lub wszczynały bójki między sobą. Merrill poczuła, 
że jeszcze godzina lub dwie oczekiwania w takiej atmosferze, a 
sama rzuci się na kogoś z pięściami. 

 

Na razie doznawała głównie fizycznych dolegliwości. 

 

Gumka od majtek wrzynała jej się w ciało, nogi lekko 

spuchły i bolały w kostkach, a nawet biżuteria drażniła i parzyła 
skórę. 

 

Wreszcie około dziewiątej wieczorem nie wytrzymała i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 144

   

uwolniła uszy i szyję z perłowych ozdób. 

 

- Zaczynały mnie drażnić - wyjaśniła w odpowiedzi na 

pytanie zawarte w spojrzeniu Wina. 

 

- Czy teraz lepiej? 

 

- Tak. 

 

Owszem,   było   lepiej,   lecz   tylko   przez   chwilę.   Minęła 

dziewiąta   i   Merrill   zdjęła   najpierw   zegarek,   a   zaraz   potem 
pasek od spódnicy. 

 

Dostrzegła kątem oka, że mężczyzna niemal przewierca 

ją wzrokiem. 

 

- Co tak patrzysz na mnie jak na raroga? 

 

-   Nie   chcę   przegapić   momentu,   gdy   będziesz 

zdejmowała następną rzecz, która cię uwiera. 

 

- Zrozum, Win, nie miałam wiele czasu, aby przebrać się 

na tę podróż w coś stosowniejszego. 

 

-   Ktoś   z   naszej   dwójki   musi   nauczyć   się   lepiej 

gospodarować czasem. 

 

-   Łatwo  głosić   tego  rodzaju   teorie   -   odparła,   zwijając 

pasek i wpychając go do torebki. 

 

- Dlaczego? Twoja i moja godzina mają dokładnie po 

sześćdziesiąt minut. 

 

-  Tak,  ale ja...  -  Nagle sprzączka wpychanego na  siłę 

paska   umknęła   gdzieś   w   bok,   dotknęła   kolana   i   poleciało 
paskudne   oczko   w   pończosze.   -   Zobacz,   co   najlepszego 
zrobiłeś. 

 

-   Ależ   ze   mnie   niezdara!   -   wykrzyknął   Win   głosem 

nabrzmiałym od tłumionego śmiechu. - Pozwól, niech oszacuję 
szkodę. 

 

- Ani mi się waż - syknęła, odsuwając nogi. - Już dość 

zła wyrządziłeś. Gdybyś nie sprowokował mnie do sprzeczki, 
nie robiłabym tego tak nerwowo. 

 

- Oczywiście. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 145

   

 

Potulny ton jego głosu przywrócił jej zdrowy rozsądek. 

 

-   Wybacz.   Gadam   bzdury.   Sama   zniszczyłam   sobie 

pończochy i wyglądam teraz jak ostatni niechluj. 

 

- Wyglądasz pierwszorzędnie. 

 

- Tragicznie. 

 

-   Skoro   tak   uważasz,   to   co   właściwie   stoi   na   prze-

szkodzie, byś je zdjęła? A może gołe nogi nie mieszczą się w 
twoim   wyobrażeniu   o   sobie?   Może,   zgodnie   z   po-rządkiem 
dnia, uwalniasz się z rajstop dopiero o dwudziestej trzeciej zero 
trzy?   Lecz   oto   nadarza   się   okazja,   byś   zachowała   się 
spontanicznie.   Zerwij   z   rutyną.   Bądź   swobodna   i   wolna. 
Ściągnij je i na oczach wszystkich ciśnij do kosza. 

 

Przez chwilę siłowali się spojrzeniami jak zapaśnicy. 

 

- Na pewno nie wierzysz, że to zrobię. 

 

- Jasne. 

 

- Cóż, właściwie mogłabym... 

 

- Więc zrób to. 

 

Zwilżyła językiem wargi. 

 

- Jednak w żadnym wypadku tutaj. Musiałabym pójść do 

toalety. 

 

- No więc idź. 

 

- Przed drzwiami stoi kolejka. 

 

- Widzę! W dodatku się nie przesuwa. 

 

Siedział   z   rękami   w   kieszeniach   spodni,   a   jego   wy-

rzucone do przodu i skrzyżowane w kostkach nogi zdawały się 
sięgać   przeciwległej   ściany.   Za   tą   niedbałą   pozycją   Merrill 
wyczuwała jednak pewne napięcie. 

 

-   Wiedziałem,   że   się   na   to   nie   zdobędziesz   -   rzekł 

urągliwym tonem. 

 

Uśmiechnęła   się.   Nie   mogła   pozwolić   mu   na   drugie 

zwycięstwo. A poza tym członkowie Klubu Spokojnej Starości 
zarazili ją wariactwem zakładów. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 146

   

 

- Założysz się? 

 

- Chętnie. 

 

- O kolację? 

 

- Stoi. 

 

Wstała, wygładziła spódnicę i z wysoko uniesioną głową 

skierowała   się   do   damskiej   toalety.   Z   każdym   ko-lejnym 
krokiem   jej   determinacja   przybierała   na   sile.   Po-każe   temu 
typkowi,   że   nie   wyzbyła   się   jeszcze   całkiem   zdolności 
przełamywania konwencji. Doścignął ją jego sarkazm: „Może 
zgodnie z porządkiem dnia uwalniasz się z rajstop dopiero o 
dwudziestej trzeciej zero trzy?" 

 

Jak gdyby planując dzień uwzględniała również i takie 

szczegóły. 

 

Stanęła   w   kolejce   i   pozwoliła   myślom   popłynąć   w 

obranym kierunku. Zapewne uważał, nie różniąc się w tym od 
większości ludzi, że ona, Merrill, jest pruderyjna, pedantyczna, 
sztywna i... daleka od romantyzmu. 

 

Nie   było   to   prawdą,   a   przynajmniej   nie   było   to   całą 

prawdą. Po prostu ponad wszystko ceniła ostrożność i rozwagę. 
Czy to w pracy, czy w życiu osobistym, lubiła przypatrywać się 
rzeczom ze wszystkich stron i nie czyniła niczego pochopnie. 

 

Tak   też   sprawy   się   miały   z   Peterem   i   Omaha.   Peter 

Habershaw był jej ostatnią wielką miłosną przygodą. 

 

Chociaż raczej należałoby powiedzieć, że był jej jedyną 

wielką miłosną przygodą i o tyle tylko przygodą, o ile z tym 
słowem   nie   będzie   się   wiązało   wyobrażenia   o   namiętnych 
randkach przy świetle księżyca. 

 

Spotykali się regularnie dwa razy w tygodniu, a wolne 

weekendy spędzali w Orlando. Każde z nich żądało tylko tyle, 
ile  drugie  potrafiło   dać,   i  nie  skarżyło  się,   że  nie  otrzymuje 
więcej. Pasowali do siebie jak dwa trybiki w zegarku. 

 

Pewnego dnia zegarek przestał chodzić. Peter otrzymał 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 147

   

propozycję   przejęcia   w   Omaha   w   Nebrasce   filii 
przedsiębiorstwa, w którym pracował. Wiązały się z tym duże 
pieniądze. Merrill nie zgodziła się na wspólny wyjazd. 

 

Habershaw   wyrzucał   jej,   że   gdyby   go   prawdziwie 

kochała,   porzuciłaby   Sarasotę   i   pracę   w   firmie   ubezpiecze-
niowej i wyjechała razem z nim. Gnębił ją smutek, a wy-rzuty 
sumienia kładły się na sercu nieznośnym ciężarem. 

 

W końcu jednak musiała mu przyznać rację. Gdyby go 

prawdziwie kochała, wybrałaby się do Omaha choćby piechotą. 

 

Po   wyjeździe   Petera   często   budziła   się   nocami   z 

pytaniem,   kim   jest   jako   kobieta?   A   może   odpowiedź   była 
dziecinnie prosta? Może słowa „sztywna pedantka, zamknięta 
w kręgu przyzwyczajeń" określały ją całkowicie i bez reszty? 

 

Wreszcie   nadeszła   jej   kolej.   Wybrała   pustą   kabinę   i 

zamknęła   się   od   środka.   Podciągając   spódnicę,   poczuła   się 
trochę   śmiesznie.   Ostatecznie,   zdjęcie   rajstop   nie   było 
zdobyciem   Everestu.   Chodziło   raczej   o   symboliczny   gest, 
którym ujawniała ukryte strony swej osobowości. 

 

Czuła bowiem, że świat zamyka ją w sztywnej i krzyw-

dzącej formułce. A wraz ze światem Win. 

 

Chciała wygrać ten zakład, a więc pokazać Deverellowi 

swoje gołe nogi. Niech patrzy na nie, niech nawet zatrzyma 
wzrok   w   miejscu,   gdzie   kończy   się   spódnica,   a   zaczyna   jej 
obnażona cielesność. Niech wreszcie wyobraża sobie to, przed 
czym   ona   w   tej   chwili   cofnęła   się   z   lękiem   i   pewnym 
zawstydzeniem. 

 
 
Piątek, 21:11 
 
 

Czy zrobi to? - zastanawiał się Win, odprowadzając ją 

wzrokiem, a potem czekając na jej powrót. Ma się rozumieć, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 148

   

chciał przegrać ten zakład. Ale nie dlatego, żeby patrzeć na jej 
gołe nogi, gdyż takich nóg, wśród których zdarzały się równie 
zgrabne, miał wokół siebie dziesiątki, lecz żeby stanowiło to 
wstęp do czegoś dalszego. Bo jak na razie Merrill zdawała się 
nie chwytać, o co w istocie mu chodzi. A jeśli nawet domyślała 
się   czegoś,   to   tym   swoim   staropanieńskim,   zasadniczym 
spojrzeniem zza okularów sygnalizowała, że nie ma ochoty brać 
udziału   w   jego   uwodzicielskiej   grze.   Czy   zatem,   gdyby 
ściągnęła te rajstopy i pozwoliła swej pupci lepiej oddychać, 
oznaczałoby to, że siada do karcianego stolika? 

 

Tymczasem   jedno   było   pewne   -   guzdrała   się   do 

niemożliwości.   On  zdążyłby   już  się  ogolić,   wziąć  prysznic  i 
ubrać w smoking. Lecz kiedy się wreszcie pojawiła, nie wierzył 
własnym oczom. Jeszcze przed minutą nie potrafiłby wyobrazić 
sobie   takiej   metamorfozy.   Nie   była   zmieniona   -   była 
przeobrażona. Wyglądała wręcz sensacyjnie. Przede wszystkim 
jej włosy. Pozbawiła je grzebyków i pozwoliła im swobodnie 
opadać   na   ramiona   złocistymi   falami.   A   potem   bluzka. 
Wyciągnęła   ją   spod   pancerza   spódnicy   na   wierzch,   niczym 
koszulkę   T-shirt.   Zyskała   też   na   tym   sama   spódnica,   która 
mimo   szarego   koloru   wyglądała   teraz   bardziej   sportowo.   A 
wreszcie nogi. 

 

Były   długie,   smukłe,   opalone   i   zmysłowo   gołe.   I 

prawdziwa niespodzianka:  paznokcie  stóp pomalowane miała 
różowym   lakierem.   Zatem   przywiązywała   wagę   do   estetyki 
czegoś,   czego   nigdy   nie   pokazywała   światu.   Z   te-go   zaś 
wynikało z kolei, że inni kontaktowali się tylko z jedną stroną 
jej osobowości. 

 

Poderwał się z krzesła, podbity jej wyglądem i dźgnięty 

ostrogą pożądania. 

 

- Zdaje się, że jesteś mi winien kolację - powiedziała, a 

bijący   od   niej   zapach   konwaliowego   mydła   owionął   go 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 149

   

cudowną bryzą. 

 

- Tak, i postawię ci ją z tym większą przyjemnością, że 

mój głód w ostatnich sekundach wzrósł niepomiernie. 

 

- Zatem chodźmy. 

 

Mimo że pora była dość późna, w jedynej restauracji w 

porcie lotniczym w Providence panował tłok. Długo czekali na 
stolik,   a   kiedy   wreszcie   go   dostali,   okazało   się,   że   mają   w 
sąsiedztwie   okienko   na   brudne   talerze   oraz   kuchenne   drzwi, 
które zaganiane kelnerki utrzymywały w stanie epileptycznych 
wstrząsów. Jedna z tych dziewcząt wręczyła im dwie karty i 
pobiegła dalej. Win spojrzał na swoją, ześlizgnął się oczami z 
góry na dół i podjął błyskawiczną decyzję. 

 

-   Myślę,   że   hamburger   przystoi   każdemu   w   każdym 

miejscu i o każdej porze dnia i nocy. A ty na co masz ochotę? 

 

-   Hmm,   chyba   na   pieczonego   kurczaka   z   ananasami, 

sypkim ryżem i melonem z porto. 

 

Zmarszczył brwi i ponownie zerknął w kartę. 

 

- Ależ niczego takiego tu nie ma! 

 

- Jasne, że nie ma. Nie zapytałeś, co wybieram z karty, 

tylko   na   co   mam   ochotę.   Otóż   chciałabym   również   wziąć 
prysznic, przebrać się w coś świeżego i zwiewnego oraz wpiąć 
we włosy kwiat chińskiej róży. 

 

Powiedziała to jako żart, ale poczuła się bliska płaczu. 

 

Co gorsza, obawiała się, że Win usłyszał w jej głosie tę 

nabrzmiałą łzami żałość. 

 

Pochylił   się   i   ujął   ją   za   rękę.   Patrzył   w   jej   oczy   z 

troskliwą uwagą. Prawie po ojcowsku. 

 

- Merrill? Co się stało? 

 

- Raczej co się nie stało? Mijają bezpowrotnie godziny 

mojego   urlopu.   I   to   gdzie?   W   tym   okropnym   miejscu. 
Powinnam   teraz   siedzieć   na   oblanej   światłem   księżyca 
tropikalnej plaży i sączyć jakiegoś cudownego drinka, a zamiast 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 150

   

tego kisnę tu w kuchennych oparach i zanosi się na to, że będę 
się opychać hamburgerem. 

 

- Masz rację - rzekł z wielką miękkością w głosie. 

 

- Powinnaś. 

 

Po   raz   pierwszy   widziała   Deverella   szczerze   zakło-

potanego, lecz była zbyt nieszczęśliwa, by czerpać z tego jakąś 
przyjemność. 

 

Kuchenne drzwi znów zatańczyły taniec świętego Wita. 

Wypadła z nich kelnerka i postawiła przed ni-mi dwie szklanki 
z mętną wodą. Następnie wyjęła zza ucha ołówek, a z kieszeni 
fartuszka   notesik   i   przyjęła   pozę   boksera,   który   właśnie 
podniósł się z ringu po nokaucie. 

 

- Co państwo zamawiają? Uprzedzam, skończył się ser, 

więc wszystko, co z serem, nieaktualne. 

 

- A czy znalazłaby się chińska róża? - zapytał Win, nie 

odrywając oczu od Merrill. 

 

Kelnerka zaczęła drapać się ołówkiem po głowie. 

 

- Czy to żart?... A może jestem w ukrytej kamerze? 

 

- I melon z porto? - dorzucił mężczyzna. 

 

Merrill   pozwoliła   sobie   na   uśmiech.   Dziewczyna 

zamknęła notes. 

 

-   Komu   wesoło,   temu   wesoło.   Ja   mam   do   obsłużenia 

jeszcze innych klientów. 

 

Win wyjął z portfela banknot pięciodolarowy i rzucił go 

na stół. 

 

- Dziękujemy. To za wodę. - A zwracając się do Merrill: 

- Opuszczamy ten sezam. 

 

- Czy zbzikowałeś? - zapytała go, gdy lawirowali już w 

kierunku wyjścia. - Straciliśmy nasz stolik przy minimalnych 
szansach znalezienia drugiego. 

 

- Nie szkodzi. Nie mają tego, na co ty masz ochotę. 

 

Znajdę jakieś miejsce, z którego będziesz zadowolona.

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 151

   

 

Tym razem nie drażnił się z nią. Mówił jak najbardziej 

poważnie. Serce jej drgnęło, a ręce zwilgotniały. 

 

- Win, ja tylko żartowałam. 

 

Potrząsnął głową. 

 

- Nie. Nie żartowałaś. 

 

-   W   porządku.   Przyznaję,   przygnębia   mnie   to   ocze-

kiwanie, co nie znaczy, że masz głodować. 

 

-   Ani   myślę.   Powiedziałem   ci   już,   że   znajdziemy   od-

powiedniejszy lokal. 

 

- Chcesz opuścić dworzec? 

 

- Skąd ta przerażona mina? Nie zostaliśmy tu przecież 

uwięzieni. 

 

- Nie ruszę się ani na krok z tego miejsca. W każdej 

chwili mogą zapowiedzieć mój samolot. 

 

Zapatrzony   gdzieś  przed  siebie,   Win   przeczesał   włosy 

palcami. Następnie chwycił dłoń Merrill i uniósł ją do ust. 

 

- Dobrze, mam pomysł. Poczekaj tu chwilę. 

 

Odprowadziła   go   wzrokiem.   Domyślała   się   już,   że 

Deverell próbuje z nią flirtować. Miał zresztą w tej dziedzinie 
bogatą   praktykę.   Nie   przepuścił   w   firmie   żadnej   kobiecie, 
przynajmniej tak mówiono, a ona, Merrill, stanowiła chlubny, 
bądź niechlubny, wyjątek. Żyła w przeświadczeniu, że nie jest 
w jego typie. 

 

Ale przed chwilą pocałował ją w rękę. Niby nic takiego, 

a jednak czuła to miejsce, którego dotknęły gorące wargi. Może 
to żart z jego strony albo wyraz współczucia. Jakiekolwiek były 
motywy, gest ten nie miał większego znaczenia. Przynajmniej 
nie mógł mieć. Przecież nie jest w jego typie. 

 

Uchwyciła swoje odbicie w wystawowej szybie jednego 

z dworcowych sklepów.   Kobieta,  na którą  patrzyła,  miała te 
same rysy, co ona, a jednak uderzała w niej jakaś inność w 
stosunku do tego autowizerunku, do którego Merrill przywykła. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 152

   

Uśmiechała się jak istota swobodna i beztroska w miłości i w 
życiu, gotowa w każdej chwili, pod wpływem impulsu, puścić 
się w podróż dookoła świata. Biła z niej energia zmieszana z 
fantazją i urokliwą spontanicznością. 

 

Nie   mogąc   uwierzyć   w   realność   odbicia,   Merrill 

dotknęła szyby. Poczuła gładkość szkła. Tak, to była ona. 

 

Ona we własnej osobie. 

 
 
Piątek, 21:58 
 
 

Win nie wracał. Hala dworcowa zamieniła się w obóz 

koczowników.   Wszystkie   możliwe   miejsca,   włącznie   z 
parapetami   okiennymi   i   wielkimi   donicami,   w   których   rosły 
fikusy,   oleandry   i   difenbachie,   zostały   zawłaszczone   przez 
zmęczonych   podróżnych.   Niektórzy   nawet   urządzili   sobie 
legowiska na podłodze. Tylko nieliczni zrezygnowali i udali się 
do domów. 

 

Merrill widziała to wszystko przez mgłę nurtujących ją 

myśli. Szef bez wątpienia flirtował z nią, lecz wyjaśnienie tego 
mogło   być   całkiem   proste.   Znaleźli   się   wspólnie   w   dość 
nietypowej sytuacji i trzeba było czymś zabić czas oczekiwania. 
Uwzględniając reputację Wina, który nie umiał, inaczej patrzeć 
na kobietę, jak tylko na przedmiot pożądania, robił on po prostu 
dokładnie to samo, co inni robią grając w karty, rozwiązując 
krzyżówki czy czytając lekkiej powieści - wypełniał pusty czas 
jakimś działaniem. 

 

A zatem żadnych marzeń, powiedziała do siebie. 

 

Jednak nad marzeniami nie zawsze posiada się władzę! 

 

Merrill  czuła się pęknięta  na połowy,  z których  jedna 

zachowywała   trzeźwość,   druga   zaś   wpatrywała   się   w   zare-
jestrowany   w   pamięci   uśmiech   Wina,   gest,   jakim   dotykał   w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 153

   

taksówce   jej   policzka,   a   wreszcie   wyraz   czułości   w   oczach, 
kiedy rozważał przed osłupiałą kelnerką kwestię melona z porto 
czy chińskiej róży. Były to fakty, marzenie zaś dotyczyło ich 
głębokiego znaczenia. 

 

W pewnym  momencie poczuła,  że ktoś dotyka  jej ra-

mienia.   Odwróciła   się   i   zobaczyła   Deverella.   Jego   ciemne 
włosy   były   jeszcze   ciemniejsze   od   potu,   a   twarz   lekko 
przybladła.   Jednak   w   zielonych   oczach   jarzyły   się   frywolne 
iskierki, jak u chłopca, który chce spłatać komuś psikusa. 

 

- Chodź - powiedział, mile zaskoczony tym, że po-witała 

go jasnym uśmiechem. 

 

Nie był to jej zwykły sposób reagowania na widok jego 

osoby, choć, między Bogiem a prawdą, niewiele robił do tej 
pory, by zmienić ten stan rzeczy. Wynika stąd, pomyślał Win, 
że jednak zauważyła lub odczuła tę zmianę, jaka dokonała się w 
nim w ciągu ostatnich kilku godzin. 

 

Zmiana ta zdumiewała jego samego i nie bardzo potrafił 

ogarnąć   ją   umysłem.   Zaczęło   się   normalnie   -   od   chęci 
uwiedzenia   jeszcze   jednej   spódniczki.   Zazwyczaj   starał   się 
robić   to   najmniejszym   nakładem   kosztów   własnych. 
Tymczasem przez ostatnią godzinę miotał się jak szaleniec i 
wręcz stawał na głowie, by tylko rzecz, którą sobie zamyślił, 
wypaliła   i   dostarczyła   Merrill   pewnej   przyjemności.   Po   co 
chciał uchodzić za wszechmocnego czarodzieja? 
 

Powiódł   ją   do   wyjścia,   a   potem   przez   automatyczne 

drzwi na zewnątrz. Znaleźli się w parnym i dusznym powietrzu 
lipcowej nocy. Na niebie świeciły nieliczne i bla-de gwiazdy. 
Na prawo od hali dworcowej, w odległości około stu metrów, 
wśród   betonowo-asfaltowego   krajobrazu   znajdowała   się 
niewielka oaza zieleni. Pogrążone w mroku krzewy, drzewa i 
kwiaty wydawały się teraz czarne. Trawa również posiadała tę 
barwę, tym wyraźniej więc na jej tle odcinała się żółta plama 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 154

   

obrusa.   Rozłożone   były   na   nim   zdobycze   jego   dzikich 
poszukiwań. 
 

- Win, co to wszystko ma znaczyć? - zapytała drżącym 

głosem. 
 

- Patrzysz na swoją kolację. 

 

Merrill utkwiła wzrok w pyszniącym się pośród talerzy i 

sztućców metrowej wysokości krzewie chińskiej róży. Hibiskus 
obsypany był wielkimi białymi kwiatami. 
 

Ogarnęło ją takie wzruszenie, że długo nie mogła wy-

dobyć z siebie ani słowa. 
 

-   Palnęłam   przy   stoliku   -   powiedziała   wreszcie   -   że 

chciałabym wpiąć we włosy kwiat hibiskusa, a ty wyczarowałeś 
skądś cały krzew. 
 

-   W   sklepie,   dokąd   zawiózł   mnie   taksówkarz,   nie 

chciano   mi   sprzedać   pojedynczego   kwiatu,   kazałem   więc 
zapakować całość. 
 

Pochyliła   się   i   zanurzyła   twarz   w   delikatnej,   wonnej 

puszystości.   Wdychając   zapach,   całowała   płatki   niczym 
najdroższą istotę. 
 

Dopiero po pewnej chwili zorientowała się, że coś dzieje 

się z jej włosami. One też były całowane, chociaż daleko im 
było do delikatności i wonności kwiatu chińskiej róży. A kiedy 
oba   pocałunki   skończyły   się   i   Merrill,   wyprostowawszy   się, 
powiedziała   „dziękuję",   nie   do   końca   było   wiadomo,   czy 
podziękowała za wspaniały krzew, czy za cudowną pieszczotę. 
 

Usiedli   na   przeciwległych   brzegach   rozpostartego 

obrusa,   zaś   Win   zajął   się   rozpakowywaniem   plastikowych 
pojemników. 
 

-   Wiem,   że   nie   jest   to   oblana   światłem   księżyca   tro-

pikalna plaża, ale do czegóż, ostatecznie, ma nam służyć nasza 
wyobraźnia?   Wyobraź   sobie   zatem,   że   ten   żółty   obrus   jest 
piaskiem, a ta świeca księżycem. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 155

   

 

Powiedziawszy to, zapalił świecę, którą zatknął uprze-

dnio w donicę hibiskusa. 
 

- Przepięknie - wyszeptała, zafascynowana grą światła na 

jego przystojnej twarzy. 
 

- A teraz spójrzmy, co tu mamy - powiedział. - Kurczak 

na zimno, sałatka z surowej kapusty oraz chrupiące bułeczki. 
Słowem, kuchnia więcej niż skromna. 
 

-   Niebiańska,   Win,   i   w   ogóle   przestań   sobie   ze   mnie 

żartować. 
 

-   Czy   chcesz   przez   to   powiedzieć,   że   nie   zamawiałaś 

pieczonego kurczaka z sypkim ryżem i melonem z porto? 
 

- Oczywiście, że nie. 

 

- Słyszę nieszczerość w twoim głosie. A przecież zawsze 

wytykałaś mi, gdy coś zabałaganiłem. 
 

- Ale nigdy przedtem nie byłeś wobec mnie taki miły. 

 

- Głos Merrill załamał się. 

 

-   Miły,   powiadasz.   No   cóż,   Mel,   słowo   to   oznacza 

wszystko i nic. Więc nie zapytasz o ananasy? 
 

- Okay, gdzie te ananasy? I nie nazywaj mnie Mel. 

 

- Są tutaj. - Pokazał jeden z pojemników. - Ale przedtem 

napijmy się wina. 
 

- Czy chcesz, żeby zajęła się nami ochrona lotniska? 

 

Właśnie   widziałam   strażnika,   który   nam   się 

przypatrywał. 
 

- Niby że łamiemy jakieś przepisy? 

 

- Tak. 

 

-   A   miałabyś   coś   przeciwko   temu,   gdybyśmy   je   zła-

mali? 
 

Przez chwilę patrzyła mu w oczy, a dreszcz przygody 

przebiegł jej po plecach. 
 

- Nie jestem pewna. 

 

Odpowiedź ta zdawała się w pełni go satysfakcjonować. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 156

   

 

- Nie przejmuj się. Strażnik, który tam stoi i obserwuje 

nas, sam wskazał mi to miejsce. Po prostu był ciekawy, czy 
zrealizuję decyzję, o której mu wspomniałem. 
 

Napełniwszy   winem   plastikowe   kubki,   Win   spojrzał 

przez   ramię   i   pomachał   strażnikowi.   Umundurowany 
mężczyzna odpowiedział tym samym, po czym zaraz zniknął za 
rogiem budynku. 
 

- Win? 

 

- Tak? 

 

- O jakiej decyzji mówiłeś? 

 

W   oczach   dziewczyny   malowała   się   pełna   napięcia 

powaga. 
 

- Decyzji, ma się rozumieć, rozweselenia ciebie, Merrill. 

Zadowolona? 
 

- Tak. - Uśmiech powoli wracał na jej usta. - Całkowicie. 

 

- Skoro więc wyjaśniliśmy sobie wszystko, zajmijmy się 

kolacją.   Oto   talerzyk   i  sztućce,   proszę.   A  tu   są   za-mówione 
potrawy.   Nabieraj.   Niech   twoja   śliczna   dłoń   zrobi   tu 
spustoszenie. Więcej ananasów. Grzeczna dziewczynka. Która 
teraz  zamknie  oczy,  pomyśli o Jamajce,  a kiedy  je  otworzy, 
przekona się, że baśń o latającym dywanie często sprawdza się 
w życiu. 
 

Albo   był   czarnoksiężnikiem,   albo   jej   pragnienie   cu-

downości   miało   moc   kreacyjną.   Bo   oto   wydało   jej   się,   że 
faktycznie   siedzi   na   nadmorskiej   plaży,   fale   liżą  piasek,   a  z 
ciemności dolatują wonie i odgłosy tropikalnej puszczy. 
 

Stuknęli się kubkami z winem. 

 

- Za udany urlop, Merrill. 

 

- Mam wrażenie, że śnię. 

 

- A ja jestem głodny. 

 

Wzięli się do kurczaka z łapczywością głodomorów. 

 

Jedli prawie w milczeniu, gęsto popijając winem. Kiedy 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 157

   

skończyli, z ust Merrill padło wyznanie: 
 

-   Wiesz,   Win,   nieczęsto   bywałam   w   życiu   w   takich 

sytuacjach. 
 

- Wiem. Nie należysz do istot wolnych duchem. 

 

- I nie to, żebym nie chciała... Po prostu nigdy... 

 

- Jej głos rozpłynął się na chwilę w, parnym powietrzu. 

 

-   W   każdym   razie   Mickey   wciąż   zdarzają   się   takie 

rzeczy, o których mi potem opowiada, a ja kręcę głową i za-R
 

daję sobie pytanie, dlaczego tak bardzo się różnimy? 

 

- Mickey? 

 

-   Moja   młodsza   siostra...   prześliczna.   Będąc   jeszcze 

dziewczyną, wygrywała wszystkie konkursy piękności. 
 

Teraz występuje w seryjnych melodramatach radiowych. 

 

Wciela się w te zabawne, błyskotliwe, całkowicie bez-

wstydne osóbki. Polubiłbyś ją. 
 

Wzruszyła go jej skromność. 

 

- Lubię ciebie, Mel. I uważam, że jesteś bardzo ładna. 

 

Przyjęła te słowa niczym najsłodszą pieszczotę. Po raz 

pierwszy nie zaprotestowała, że użył jej zdrobniałego imienia, 
gdyż   po   raz   pierwszy   tego   wieczoru   poczuła,   iż   do   głosu 
dochodzą jej zmysły. Zatem je miała, co oznaczało, że nie była 
samym rozumem. 
 

- Czy Mickey jest twoją jedyną siostrą? - zapytał. 

 

- Mam dwie siostrzyczki. Donna jest dwa lata starsza ode 

mnie. Bije rekordy inteligencji. 
 

- To nie ty je bijesz? 

 

Wybuchnęła   czystym,   szczerym,   niepowstrzymanym 

śmiechem.   Ten   śmiech   mógł   się   zrodzić   z   wina,   pomyślał 
mężczyzna, ale jakkolwiek sprawy się miały, nie była to już ta 
sama kobieta z zasznurowanymi ustami. 
 

- Gdzie mi tam do niej. Donna to czysty umysł. Pracuje 

naukowo nad nowymi lekarstwami. Jest doktorem biologii. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 158

   

 

- A ty kim jesteś? - Deverell wyciągnął się na swojej 

części obrusa z głową opartą na zgiętej w łokciu ręce. 
 

- Ja jestem „ta wysoka". 

 

-   Aha,   rozumiem.   Trzy   siostry:   jedna   piękna,   druga 

mądra,   a   trzecia   wysoka.   Wspaniale,   sęk   w   tym,   że   nie 
wyrastasz głową ponad tłum. 
 

-   Wiem,   ale   tak   to   się   już   utrwaliło   w   naszych   ro-

dzinnych żartach. 
 

Czuła   rozkoszną   niemoc   w   całym   ciele,   a   w   uszach 

szumiał   jej   wiatr   przygody.   Smak   wina   łączył   w   sobie 
wytrawność rozwagi ze słodyczą pragnień. 
 

- Żartach twoim kosztem - zauważył Win. 

 

-   Nigdy   nie   miałam   o   to   do   nikogo   pretensji. 

Rozumiałam, że Donna i Mickey obdarzone zostały talentem, 
każda w swej własnej dziedzinie. Było też dla mnie oczywiste, 
że by osiągnąć sukces w życiu, muszę włożyć w to dwa razy 
więcej   energii   i   pracy   niż   one.   Stąd   konieczność 
samodyscypliny,   mania   planowania   i   organizowania 
przyszłości.   Ale   tej   nocy   wszystko   to   zawieszam.   Dzisiejsza 
noc przeznaczona jest na przyjemności. Dzisiaj opuszczam mój 
kokon, moją ciasną klatkę i staję się lekkomyślna. - Zawiesiła 
wzrok na jakimś świetlistym punkcie w oddali. - Gdybym miała 
w tej chwili pod ręką samochód, popędziłabym autostradą, nie 
bacząc na żadne ograniczenia prędkości. To jedno lubiłam jako 
mała   dziewczynka-   samą   jazdę,   przemieszczanie   się, 
wędrówkę. 
 

-   Czy   twoi   rodzice   często   zmieniali   miejsca   zamie-

szkania? 
 

Kiwnęła   głową,   a   jej   pszenicznomiodowe   włosy   roz-

jarzyły się w płomieniu świecy ciepłymi błyskami. 
 

-   Nie   różniliśmy   się   niczym   od   nomadów.   Pomijając 

konieczności   związane   z   zawodem,   ojciec   miał   żyłkę 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 159

   

awanturniczą. Dosłownie rozkwitał, gdy stawał wobec nowych 
problemów, nowych miejsc i nowych wymagań. 
 

- Domyślam się, Mel, że ty reagowałaś zupełnie inaczej? 

 

-   Tak,   bałam   się   i   nienawidziłam   momentów,   które 

kończyły wędrówkę z miasta do miasta. Bo wówczas stawałam 
się nową w nowej szkole, gdzie wszyscy byli już zaprzyjaźnieni 
ze sobą, a ja... 
 

Westchnęła   głęboko.   Win   domyślał   się,   że   ten   wątek 

rozmowy dotyka w niej bardzo bolesnego miejsca. Nie zmieniał 
jednak   tematu.   Milczał,   pragnąc   dowiedzieć   się   o   niej   jak 
najwięcej. 
 

-   Donna   i   Mickey   -   podjęła   Merrill   -   miały   cudowną 

zdolność   przystosowywania   się.   Donna   w   naturalny   sposób 
zawiązywała   przyjaźnie   z   wybijającymi   się   rówieśnikami,   a 
Mickey   potrafiła   oczarować   nawet   przechodnia   na   ulicy.   Ja 
byłam   inna.   Zamknięta,   chłodna,   pełna   rezerwy.   Unikałam 
nawiązywania przyjaźni w obawie przed tym większym bólem 
w chwili niechybnej rozłąki. 
 

- To nie jest obraz szczęśliwego dzieciństwa. 

 

Wzruszyła ramionami. 

 

-   Jakoś   przeżyłam.   A   jeśli   jestem   w   miarę   normalną 

osobą,   bez   głębszych   urazów   psychicznych,   to   tylko   dzięki 
matce.   Ona   stanowiła   niezmienny   punkt   w   tym   płynnym   i 
niestałym   świecie.   Każdy   kolejny   dom   urządzała   na   wzór 
poprzedniego,   co   dawało   nam   błogosławioną   złudę   pewnej 
stałości. I wyobraź sobie, że kiedy kilka lat temu umarła, mój 
ojciec całkowicie się zmienił. Ta sama praca, to samo miasto, 
ten sam dom i te same obrazy na ścianach, które ona z takim 
namaszczeniem wieszała i z taką pogodą zdejmowała. Kiedy oś 
pękła i zabrakło stałego punktu, mój ojciec, broniąc się przed 
chaosem, zatrzymał ruch, zarzucił wędrówkę. Ale zdaje się, że 
pod wpływem wina za bardzo się rozgadałam. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 160

   

 

- Czujesz się pijana? 

 

- Nie. Czuję się rozluźniona. 

 

- I taką właśnie cię lubię - rozluźnioną. Bo wtedy nie 

dobierasz   słów,   tylko   pozwalasz   im   płynąć   z   głębi   serca.   A 
kiedy powiem coś niewłaściwego lub zrobię niewłaściwy ruch, 
wytkniesz mi to bez osłonek. 
 

Przechyliła głowę na jedno ramię i spojrzała na niego z 

niepewnością w oczach. 
 

- Nie sądzę, abyś kiedykolwiek zrobił niewłaściwy ruch. 
Jakże pragnął jej dotknąć! 

 

- Z zewnątrz tak to może wyglądać, ale tylko dlatego, że 

nauczyłem się unikać niepowodzeń. Ty stawiasz wszystko na 
jedną kartę i z całą determinacją dążysz do wytkniętego celu. Ja 
nie. W sytuacjach, kiedy nie jestem absolutnie pewien, co mam 
uczynić lub powiedzieć, wycofuję się, zwijam manatki, oddaję 
pole bez walki. Jednak, na szczęście, w tej chwili wiem dobrze, 
jaki będzie mój kolejny krok. 
 

I zanim przebrzmiało ostatnie słowo, wyciągnął ku niej 

rękę, ona zaś nie czekała, aż ta ręka do niej dotrze. 
 

Nachyliła się ku niemu pełnym wdzięku ruchem i ich 

usta spotkały się. 
 

Jedno i drugie poczuło najpierw słodko-gorzki smak wi-

na, które osiadło mgiełką na ich wargach, a zaraz potem żar 
pulsującej   krwi.   Oddech   Merrill,   niczym   majowy   wietrzyk, 
który słabnie bądź wzmaga się w zależności od gry świateł i 
cieni, padających na ziemię, muskał jego policzek, wpada! w 
kotlinę ucha, okrążał ją, po czym z cichym po-szumem ginął w 
czarnej gęstwie włosów. Natomiast jej włosy raz przypominały 
rozfalowany pszeniczny łan, raz znów poświatę księżyca, która 
spływała również i na jego ramiona. Oderwał usta od jej warg i 
zanurzył   twarz   w   tym   zbożowym   łanie,   w   tej   migotliwej 
poświacie.   Chłonął   zapachy,   miękkość   i   suchość,   aż   nagle 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 161

   

zapragnął wilgoci. 
 

Wdarł się w rozwartą szczelinę jej zębów i zaczął spijać 

rozlane tam soki. Drążył głębiej i głębiej, w daremnym pra-
gnieniu dotarcia do jakiejś ostatecznej granicy. A potem cofnął 
się i pozwolił jej na to samo. Delikatność jej miłosnej ekspansji 
sprowokowała   go   do   prób   ośmielenia   dziewczyny.   Błądził 
dłonią po jej szyi, po nieskalanych piersiach. 
 

Zmieniła pozycję i przylgnęła do niego całym ciałem. 

 

Drżała.   Mógłby   przysiąc,   że   całując   ją   i   pieszcząc, 

smakuje strach zmieszany z pożądaniem. 
 

Otóż ten strach uświadomił mu, że powinien się cofnąć, 

mimo że drzwi w zasadzie stały otworem. Uniósł więc głowę, 
zabrał   rękę   i   pragnąc   zamaskować   przykrą   dolegliwość 
wyrzeczenia, uśmiechnął się. 
 

- A więc, co teraz chciałabyś robić? - zapytał głosem, 

który w intencji miał być ciepły i miły, a zabrzmiał ochryple i 
szorstko. 
 

-   Ja   nie...   -   Zabrakło   jej   tchu   i   żeby   dokończyć 

odpowiedź, musiała zaczerpnąć powietrza. - Nie wiem. Wiem 
tylko, że nie możemy robić tego tutaj. 
 

Odgarnął z jej twarzy złocisty promień włosów. A zatem 

nie tyle lękała się samego aktu miłosnego, co spełnienia go w 
tym miejscu. Zaiste, skrawek zieleni w porcie lotniczym nie był 
nadmorską plażą. 
 

-   Jak   mógłbym   zapomnieć   o   tym   przywiązaniu   do 

należytych form - powiedział dobroduszno-ironicznym tonem. - 
Przestałem cię całować, Mel, bo właśnie nie chciałem dotknąć 
cię   w   tym   poczuciu   przyzwoitości.   Słowem,   nie   chciałem 
spłoszyć mojego ptaszka. 
 

- Trochę mnie wystraszyłeś - przyznała. - Ale nie skarżę 

się. Warto było się bać. 
 

-   Doprawdy?   -   zapytał   z   uśmiechem.   -   Z   tym   że, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 162

   

rozumiem, już nie chciałabyś bać się w tym miejscu? 
 

Potwierdziła skinieniem głowy. 

 

Win gorączkowo szukał jakiegoś rozwiązania. Pomyślał 

o pobliskim motelu, zaraz jednak porzucił tę myśl. 
 

Teraz Merrill była oszołomiona nocą i winem, nastrojona 

niczym   skrzypce   tuż   przed   koncertem,   lecz   szybki   rajd 
taksówką mógłby ją wyleczyć z wszelkiej romantyczności. Win 
nie   chciał,   by   rzecz   zmieniła   się   w   rytuał   tak   zwanego 
seksualnego   partnerstwa.   Uznał,   że   rozsądniej   będzie   nie 
przyśpieszać biegu wydarzeń. 
 

- Wobec tego powinniśmy wracać do poczekalni. 

 

Tam będziesz mogła śledzić na monitorach aktualne in-

formacje   o   odlotach,   a   być   może   również   się   zdrzemnąć,   Z 
mojej strony nic ci nie grozi. Przynajmniej na razie. 
 
 
Sobota, 8:14 
 
 

Merrill poruszyła się na plastikowym krześle poczekalni, 

obudziła się i sięgnęła ręką do obolałej szyi. 
 

Zewsząd czyhała groźba. A może to tylko ten straszny 

sen? Chociaż nie. Wiedziała, że nie jest bezpieczna również na 
jawie. Nawet gdyby Win zasługiwał na zaufanie, a przecież nie 
była tego  do  końca pewna,  to  i tak  nie  mogła zaufać samej 
sobie. 
 

Posiadał ogromną władzę nad jej zmysłami. Wystarczała 

jego fizyczna bliskość, aby czuła się wewnętrznie podzielona, 
przy czym jej ciało wymykało się spod kontroli rozumu. Nie 
był pierwszym mężczyzną, który ją pociągał, lecz żaden inny 
nie potrafił jej tak skutecznie ubezwłasnowolnić. Nawet Peter, 
którego, jak jej się to podówczas wydawało, kochała. 
 

„Więc co teraz chcesz robić?", zapytał ją minionej nocy, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 163

   

kiedy leżeli w objęciach na żółtym obrusie. 
 

„Nie wiem" - odpowiedziała mu, kłamiąc. 

 

Dobrze   wiedziała,   czego   chce.   Chciała   jego.   Po   raz 

pierwszy   w   życiu   zaznawała   takiej   mocy   i   intensywności 
pragnień. Można by rzec, Win pojawił się i od razu posiadł ją. 
Fakt,  że byli  tu schwytani  w pułapkę i  poniekąd  skazani  na 
siebie, niczego bynajmniej nie tłumaczył.  Za każdym razem, 
gdy spoglądała mu w oczy, uświadamiała sobie, że jego myśli 
stanowią zwierciadlane odbicie jej dręczącego głodu. 
 

A więc była to najprawdziwsza żądza, uczucie dzikiego 

opętania, pomyślała z niesmakiem. 
 

Deverell   jadł   śniadanie,   a   ona   obserwowała   go   spod 

przymkniętych powiek i oddawała swą wyobraźnię na pastwę 
różnych erotycznych fantazji. Ich konkretność zawstydzała, a 
równocześnie  działała  na  nią  jak  wir,   który   wciąga  w  kipiel 
grzesznego wyuzdania. I żeby chociaż broniła się, jak pływak 
broni   się   przed   utonięciem.   Ale   nie,   poddawała   się   tej 
przemożnej sile z pełną desperacji rozkoszą. 
 

Jednak w rzeczywistym życiu nie mogła przecież do tego 

dopuścić. Win był ciągle jej szefem. Romans właściciela firmy 
z   pracownicą   -   było   w   tym   coś   niesmacznego,   jakaś 
konwencjonalna   sztampa.   Czyż   to   ona   jednak   obmyśliła   tę 
układankę, czy też obmyślił ją los? 
 

Niech   zatem   los   weźmie   odpowiedzialność   za 

konwencjonalność fabuły. Szef czy nie szef, istniał dla niej od 
wczoraj na zupełnie innych zasadach, niż pozostali ludzie. Nie 
mogła dłużej udawać przed sobą i przed światem, że nie jest 
gotowa spełnić każdego jego żądania. 
 

Było jej trudno przy tak wielkim wzburzeniu operować 

w myślach prostymi pojęciami, wiedziała jednak z absolutną 
pewnością, że jeśli przewoźnik nie dojdzie szybko do ugody z 
personelem, ona, Merrill, będzie zgubiona. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 164

   

 
 
Sobota, 14:14 
 
 

Panował   piekielny   upał,   ale   Win   już   nie   potrafił 

rozróżnić, co jest pogodą, a co jego erotyczną gorączką. 
 

To ona tak go rozpaliła. Ta sama Merrill Winters, którą 

znał dotąd jako kawał lodu i której nigdy nie podejrzewał, że 
może   stać   się   płonącą   żagwią.   Gdzieś   między   biurem 
Ingrahama   a   portem   lotniczym   jego,   by   tak   rzec,   sportowy 
zamiar   uwiedzenia   jej   zmienił   się   w   całkiem   niesportowe 
uwikłanie. 
 

Zakończyli wczorajszy dzień w zupełnej harmonii. 

 

Dzisiaj napięcie między nimi powróciło. Ale nie było w 

nim owego tak dobrze znanego im wzajemnego rozdrażnienia i 
skłonności do robienia sobie na złość, tylko jakaś tajemnicza 
pulsacja,   która   więziła   ich   w   magnetycznym   polu   wysokich 
temperatur i jeszcze większych ciśnień. Byli jak byk i matador, 
dwie   przeciwstawne   siły,   których   przeznaczeniem   jest 
nieuchronne starcie. 
 

Pożądając jej głosu, dotyku warg, zapachu włosów, Win 

czuł   się   jak   kompletny   idiota.   Oczywiście,   doświadczał   już 
nieraz   zauroczenia   kobietą,   które   rosło   wraz   ze   wzbierającą 
powoli   falą   pożądania,   aby   następnie,   osiągnąwszy   szczyt, 
rozlać   się   płyciznami   sympatii,   rozleniwienia,   by   nie 
powiedzieć: poobiedniej sjesty. Tu jednak fala spiętrzyła się i 
wzdęła jakby na skutek uderzenia tajfunu, a to już oznaczało 
istotną różnicę. 
 

Próbował   wmówić   sobie,   że   ta   specyfika   obecnych 

doznań   wynika   z   wyjątkowych   zewnętrznych   okoliczności.   I 
zaraz   uśmiechał   się   z   własnego   wewnętrznego   za-kłamania, 
gdyż wiedział, iż trudno byłoby wyobrazić sobie okoliczności 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 165

   

mniej sprzyjające owemu pobudzeniu zmysłów i serca. Duszna 
hala   dworcowa,   lepkie   powietrze,   niewygodne   krzesła, 
towarzystwo czwórki nieznośnych bachorów, nie mówiąc już o 
członkach   Klubu   Spokojnej   Starości   -   wszystko   to   raczej 
powinno   było   wzbudzać   w   człowieku   dziką   żądzę   palenia   i 
mordowania   lub,   przeciwnie,   działać   nań   jak   najbardziej 
otępiająco. 
 

A tymczasem on i Merrill nie tylko że nie mieli siebie 

dość,   lecz jeszcze  garnęli  się  ku sobie i  patrzyli  na siebie  z 
miłosnym pożądaniem. 
 

Tak, patrzył na nią jak na zakazany, egzotyczny owoc. 

 

Sięgnąłby   po   niego,   lecz   uniemożliwiały   to   oczy 

świadków.   Więc   tylko   wyobrażał   sobie   jego   słodycz   przy 
kosztowaniu, zbyt zaślepiony, by ogarnąć wyobraźnią również 
konsekwencje, jakie mogło to za sobą pociągnąć. 
 

Był jak hermetycznie zamknięty szybkowar, w którym 

para osiągnęła już takie ciśnienie, że za chwilę mogła rozerwać 
ścianki naczynia. 
 
 
Sobota, 18:19 
 
 

Nareszcie linie Coastways przypomniały sobie o pasa- 

 

żerach. Podano informację, iż z uwagi na zawieszenie 

rozmów pomiędzy dyrekcją a pracownikami do niedzieli rano, 
pasażerom   zostaną   wręczone   odpowiednie   zaświadczenia, 
uprawniające ich do spędzenia nocy w pobliskim Holiday Inn. 
Ten spóźniony cokolwiek dowód troski wywołał jednak bardzo 
przychylną reakcję. Ludzie wiwatowali, uśmiechali się i zaczęli 
tłumnie gromadzić się przy kasach. 
 

Merrill   wystarczyło   jedno   spojrzenie   na   Wina,   by 

przekonać się, że myślą o tym samym. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 166

   

 

- Czyż mogłam przypuszczać - powiedziała - że dojdę do 

stanu,   w   którym   obietnica   hotelowego   pokoju   w   Providence 
ucieszy   mnie   bardziej   od   ewentualnej   zapowiedzi   lotu   na 
Jamajkę? 
 

-   Wiesz,   przed   chwilą   zadałem   sobie   bardzo   podobne 

pytanie - wyznał mężczyzna. 
 

Jego wzrok parzył. Musiała odwrócić oczy. 

 

-   Chciałam   przez   to   jedynie   powiedzieć,   jak   bardzo 

tęsknię za prysznicem i mydłem. 
 

- Jasne - zgodził się żartobliwym tonem. - I co jeszcze? 

 

- I że czuję się trochę zmęczona. 

 

I   roznamiętniona,   dodał   w   myślach.   Zresztą,   nie 

ustępował jej w tym ani o jotę, czego najlepszym dowodem 
było,   że   kiedy   przebrzmiał   głos   spikerki,   odczuł   najbliższe 
godziny   jako   kondensację   zmysłowej   rozkoszy.   Był   jak   pan 
młody, zaprzątnięty myślami o nocy poślubnej. 

 

Rozdawanie zaświadczeń, zwracanie części bagażu oraz 

rozmieszczanie   pasażerów  w   autobusach,   wszystko   to  trwało 
ponad godzinę. Autobusy miały odjeżdżać co piętnaście minut, 
lecz Merrill i Winowi udało się zabrać na pierwszy. Z braku 
dostatecznej   liczby   miejsc   siedzących,   Merrill   usiadła   na 
kolanach Wina i otoczyła mu szyję ramieniem. On zaś objął ją 
w   pasie,   a   uczynił   to   nader   śmiałym,   choć   kontrolowanym 
gestem. I tak jechali z minami niewiniątek, jak gdyby ona nie 
ocierała się piersiami o jego tors, a on nie dotykał dłonią jej 
brzucha. 

 

W autobusie panował ścisk i upał. Jazda ciągnęła się bez 

końca. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, wszyscy wydawali 
się   bardzo   zmęczeni,   lecz   Win   i   Merrill   jakby   bardziej   od 
innych. 

 

Ponieważ ostatni weszli do autobusu i zajmowali miejsce 

przy   samych   drzwiach,   pierwsi   z   niego   wyszli   i   dotarli   do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 167

   

recepcji   w   hotelowym   holu.   Jako   pierwsi   też   wysłuchali 
wygłoszonego   w   przepraszającym   tonie   oświadczenia,   że   do 
umowy   pomiędzy   przewoźnikiem   a   hotelem   wkradło   się 
przykre  nieporozumienie.   Merrill  aż potrząsnęła głową,  gdyż 
nie wierzyła własnym uszom. 

 

Tak czy inaczej jednak skazana była na wysłuchanie do 

końca   uroczystej   tyrady   dyrektora   hotelu   o   zalewie   gości   w 
związku   z   Dniem   Niepodległości   i   krótkiej   przypowieści   o 
jednym bochenku chleba do podziału. Sens jej był taki, że hotel 
nie   dysponuje   dostateczną   liczbą   wolnych   pokoi,   by 
zakwaterować wszystkich pasażerów. 

 

Posypały się gniewne pytania. W odpowiedzi dyrektor z 

ogromnym   żalem   powiadomił   żebranych,   że   w   podobnej 
sytuacji są wszystkie hotele w sąsiedztwie. Dodał, iż za jedyny 
godziwy sposób załatwienia sprawy uważa przydzielanie pokoi 
w   kolejności   wystawienia   zaświadczeń,   o   czym   informuje 
numer   wydrukowany   w   prawym   górnym   rogu   każdego 
blankietu. 

 

Merrill nawet nie rzuciła okiem na swoje zaświadczenie. 

Przecież   ona   i   Win   przeczekali   w   hali   dworcowej   pierwszy 
szturm do okienek kasowych i stanęli w kolejce jako jedni z 
ostatnich. 

 

Spojrzała na Deverella, on zaś zgodził się zwięźle z jej 

rozpoznaniem sytuacji. 

 

- Żadnych szans. 

 

Ze   smętnymi   minami   ruszyli   do   drzwi.   Dziewczyna 

czuła się dogłębnie rozczarowana. Nie będzie prysznica, snu, 
elementarnej   wygody.   Ale   najważniejsze,   że   nie   będzie 
odosobnienia, osłony, dachu nad głową dla ich miłości. Merrill 
pomyślała o dietetyczce, którą zamknięto z pudłem czekoladek 
i   butelką   likieru.   Znajdowała   się   poniekąd   w   analogicznej 
sytuacji.   Miała   na   coś   wielką   ochotę,   a   z   obiektywnych 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 168

   

względów nie mogła zaspo-koić swych pragnień. 

 

Wyszli   właśnie   w   spiekotę   i   duchotę   dnia,   kiedy 

zajechała przed hotel długa, czarna limuzyna. Wyskoczył z niej 
szofer i okrążywszy wóz, otworzył tylne drzwi. 

 

Po chwili z luksusowego wnętrza wyłonił się ubrany w 

smoking   mężczyzna,   a   za   nim   młoda   kobieta   w   białych 
koronkach. 

 

Win   i Merrill  usunęli  się na  bok,   przepuszczając parę 

nowożeńców. Ona trzymała pod rękę ukochanego małżonka, 
przytulała się do niego i spoglądała mu w oczy z uśmiechem 
radości i szczęścia na twarzy. Jego rozpierała duma. 

 

-   Jak   to   miło   spotkać   szczęśliwych   ludzi   -   zauważyła 

Merrill. 

 

-   Miejmy   nadzieję,   że   na   swój   miodowy   miesiąc   nie 

planują podróży liniami Coastways. 

 

- Masz rację, linie lotnicze Coastways postawiły nas w 

paskudnej sytuacji. 

 

- Lecz jeszcze gorszą rzeczą byłoby wracać autobusem 

na lotnisko. 

 

- Jeśli zrobimy to dostatecznie szybko, będziemy mogli 

zająć miejsce przy otwartym oknie. 

 

- Przykro mi, Mel, ale nie udało ci się tym pomysłem S

 

wzbudzić we mnie entuzjazmu. 

 

-  Entuzjazm zostawmy na  boku.  Nie mamy  po  prostu 

innej możliwości.

 

Win chwycił ją za ramię. Odwróciła się i dostrzegła, że 

w zamyśleniu patrzy na długą, czarną limuzynę. 

 

- Zdaje się, że ja mam. 

 

 

 

Sobota, 20:37 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 169

   

 
 

Kiedy Win odmalował młodemu kierowcy ich przykre 

położenie,   ten   rozjaśnił   twarz   w   sympatycznym   uśmiechu   i 
zgodził się podrzucić ich na lotnisko. 

 

Merrill, nie czekając, aż mężczyźni zakończą rozmowę, 

weszła  do  limuzyny   i  usiadła  na  tylnym  siedzeniu,   wybitym 
granatowym   pluszem.   Miała   wrażenie,   że   znalazła   się   w 
salonie, tyle tu było wolnego miejsca i panował taki komfort. 
Siedzenie niewiele różniło się od kanapy, a podłogę zaścielał 
gruby dywan. Zrzuciła sandały i zanurzyła gołe stopy w miłej 
puszystości.   Od   szofera   dzieliła   ją   nieprzezroczysta   i 
dźwiękoszczelna pleksa. 

 

Z  kolei  przed ciekawskimi  spojrzeniami przechodniów 

chroniły przydymione szyby. Klimatyzacja zapewniała dopływ 
chłodnego   i   wonnego   powietrza,   orzeźwiającego   niczym 
kwietniowa   bryza.   Naprzeciw   kanapy   stał   barek,   telewizor, 
telefon oraz stereofoniczny magnetofon. Merrill nacisnęła guzik 
i   z  głośników  popłynęła  kojąca   muzyka.   Zamknęła  oczy   i   z 
głową odrzuconą do tyłu na pluszowe oparcie zaczęła chłonąć 
wszystkimi   zmysłami   wy-smakowane   walory   luksusowego 
wnętrza.   Jej   nerwy   powoli   uspokajały   się.   Port   lotniczy   w 
Providence oddalił się na odległość tysięcy kilometrów. 

 

Skoro tylko Win dosiadł się do niej, samochód ruszył. 

 

Bardziej zobaczyli to przez boczne szyby, niż usłyszeli. 

 

Nie było bowiem słychać ani pracy silnika, ani ulicznego 

zgiełku. Ciszę zakłócały jedynie frazy skrzypiec i fortepianu. 

 

Świat   zewnętrzny   wydawał   się   cząstką   jakiejś   innej 

planety. 

 

-   Poszczęściło   się   nam   -   stwierdził   Win.   -   Szofer   ma 

akurat okienko w swoim rozkładzie zajęć i może zawieźć nas 
tam, gdzie chcemy. 

 

Zabrzmiało to jak stwierdzenie, które jednak w istocie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 170

   

było pytaniem. Merrill dobrze wiedziała, o co właśnie zapytał ją 
Win. 

 

- I co mu powiedziałeś? 

 

Zabrzmiało to jak pytanie, które jednak faktycznie było 

odpowiedzią.   Wiedziała,   oboje   wiedzieli,   że   gdyby   chciała 
jechać na lotnisko, powiedziałaby to wprost. 

 

-   Powiedziałem   mu,   że   nie   ma   znaczenia,   jak   długo 

będzie jeździł autostradami, przez jakie okolice i z jaką R

 

prędkością, gdyż i tak najważniejsza rzecz wydarzy się 

tutaj, w środku. 

 

Nachylił się nad nią, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. 

 

Złączyli się w żarliwym, długim, głębokim pocałunku. 

 

Merrill   poczuła,   że   wzbiera   w   niej   namiętność,   jakiej 

nigdy nie zaznała. Przezwyciężając wstyd i zakłopotanie, lekko 
uniosła się i pozwoliła zsunąć sobie majteczki. Puls galopował. 
Drżącymi palcami rozpinała guziki jego koszuli. Kiedy dotykał 
jej   miękkiej   i   pełnej   piersi,   ona   wodziła   dłońmi   po   jego 
owłosionych   muskułach.   Ciepło   rozchodzące   się   z   lędźwi 
sprawiło, że osunęła się na siedzenie i bezwiednie rozchyliła 
nogi. Nie śpieszył się. Pieścił ją, przesuwając rękę coraz niżej, 
jeszcze niżej, aż... 

 

Jęknęła   i   napięła   brzuch.   Przyjął   to   jako   wyraz 

gotowości  i  wsunął  się   na  nią.   Przywarła   do   niego  dziko   w 
jakimś   dziewiczym   erotycznym   uniesieniu.   Poczuła   coś 
palącego pomiędzy udami. Kiedy w nią wszedł, znieruchomiała 
na sekundę, a potem opasała jego biodra swoimi atłasowymi 
nogami. Wpadł w rytm, miażdżąc jej piersi zaborczymi dłońmi. 
Przenikał   ją   na   wskroś   we   wściekłym   zapamiętaniu,   by   w 
pewnym   momencie   spowolnić   ruchy   i   tym   samym   odsunąć 
moment   najwyższej   rozkoszy.   Było   już   jednak   za   późno. 
Osiągnęli   orgazm   prawie   równocześnie,   jęcząc,   wykrzykując 
swoje imiona i wczepiając się w siebie, jakby pragnęli stworzyć 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 171

   

z dwóch ciał jednorodną plazmę. 

 

Długo   dyszeli,   a   kiedy   się   wreszcie   uspokoili, 

dziewczyna przypomniała sobie o okularach. 

 

- Czy tego szukasz? - zapytał, podając jej szkła. 

 

- Tak, dziękuję. 

 

I od nałożenia okularów zaczęła porządkowanie nie- 

 

ładu, którego symbol, zadarta do pasa spódnica, o mało 

co nie przyprawił jej teraz o atak serca. 

 

Dostrzegł   jej   paniczny   pośpiech   w   zasłanianiu   ciała   i 

poczuł wzruszenie. Był jej coś winien. Pewne wyznanie. 

 

Krępujące, ale naprawdę konieczne. 

 

- Merrill? 

 

- Tak? 

 

Siedziała   z   głową   na   oparciu   kanapy   i   wyciągniętymi 

przed siebie nogami, 

 

- Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć. Powinienem był 

zrobić to dawno, ale nie sądziłem... 

 

W   jej   ciemnoniebieskich   oczach   pojawił   się   cień   za-

kłopotania. 

 

-   Win,   nie   jestem   na   pewno   doświadczoną   w   tych 

sprawach kobietą, ale nie jestem też pierwszą naiwną. 

 

Nie polegam na mężczyznach, jeśli chodzi o skuteczne 

zabezpieczenie   się   przed   niechcianymi   konsekwencjami 
takich... miłosnych przygód. 

 

- A więc zawsze przygotowana na każdą ewentualność? 

 

Skinęła głową. 

 

-   To   dobrze.   Jest   jednak   pewna   rzecz,   o   której   nie 

wiesz... 

 

Jej oczy lekko się rozszerzyły. 

 

- Chyba nie chcesz powiedzieć... 

 

Nie   dokończyła   pytania,   ale   mimiką   twarzy   zdołała 

wyrazić cały strach, jaki się za nim krył. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 172

   

 

- Nie - rzucił krótko i na poły gniewnie, urażony, że w 

ogóle mogła skojarzyć go sobie z jakąś chorobą. 

 

- Chodzi o coś zupełnie innego. Po prostu myślę, iż po-

winnaś wiedzieć, że nie tylko ty, lecz ja również mam zwyczaj 
coś   tam   sobie   planować.   Otóż   odkąd   opuściliśmy   biuro 
Ingrahama,   tylko   jedna   jedyna   myśl   chodziła   mi   po   głowie. 
Chciałem cię uwieść, Mel. 

 
 

 

Sobota, 21:22 
 
 

- Wiem o tym. 

 

W odruchu zdumienia aż odchylił się do tyłu. 

 

- Wiesz? 

 

-   Oczywiście.   Czy   to   właśnie   od   samego   początku 

chciałeś mi powiedzieć? 

 

Potwierdził skinieniem głowy, po czym dodał: 

 

- Nie wierzę, że się domyślałaś. 

 

- A jednak prawda jest właśnie taka. 

 

-   I   to   przez   cały   czas?   Od   samego   początku?   - 

Najwidoczniej   przyjęcie   tej   prawdy   sprawiało   mu   niejakie 
trudności. 

 

Merrill uśmiechnęła się pobłażliwie. 

 

-   Jasne.   Bo   tylko   pomyśl,   Win.   Ta   chińska   róża   i 

romantyczna   kolacja,   i   wreszcie   te   słodkie   komplementy, 
których mi nie szczędziłeś. Trzeba przyznać, że nie byłeś zbyt 
subtelny w swoich zabiegach. 

 

W miarę jak mówiła, na twarzy Deverella odbijały się 

najróżniejsze   uczucia.   Zdumienie,   niewiara,   zmiesza-nie, 
znowu   niewiara   i   na   koniec   akceptacja   z   domieszką 
rozdrażnienia.   Ze   słów   dziewczyny   wynikało   bowiem 
niedwuznacznie, że jego legendarny urok niewiele się różnił od 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 173

   

źle dopasowanej i prześwitującej maski. Z kolei pozostawało to 
w krzyczącej sprzeczności z wyobrażeniem Wina o sobie. 

 

Najwyraźniej miał siebie za uwodziciela pierwszej klasy, 

pomyślała Merrill. A tymczasem okazało się, że role nie zostały 
zagrane   tak,   jak   je   rozdano,   i   kobieta,   która   miała   zostać 
uwiedziona, sama uczestniczyła w uwodzeniu. 

 

Jak duże jednak było to jej współuczestnictwo? Cóż z 

tego,   że   przejrzała   jego   plany,   skoro   i   tak   nie   mogłaby   się 
oprzeć   jego   urokowi.   Dobrze   wiedziała,   co   działo   się   z   jej 
ciałem, zanim jeszcze Win zaczął ją całować. 

 

Była na urlopie. Urlop można porównać w prywatnym 

życiu   jednostki   do   czasu   karnawału.   Człowiek   wówczas 
uwalnia   się   z   krępujących   go   więzów   i   przy-musów. 
Doświadcza wolności. Tak i ona chciała doświadczyć wolności 
wyboru. Ostatecznie, nie poderwała Wina na ulicy. Znali się od 
lat,   mimo   że   bardzo   powierzchownie.   Był   atrakcyjnym 
mężczyzną,   ona   zaś   całkiem   normalną   kobietą.   Mogło 
wyniknąć stąd coś przyjemnego. 

 

Czyżby nie zasługiwała nawet na chwilę prawdziwej ra-

dości? 

 

Poddała   się   więc   impulsowi   i   wszystko   byłoby   w 

najlepszym porządku, gdyby rzecz kończyła się na zmysłach. 

 

Lecz   to   jej   dusza   powodowała,   że   czuła   ucisk   w 

piersiach i niepokój w całym ciele. 

 

Spojrzała   na   Wina,   który   właśnie   doprowadzał   się   do 

porządku. Poszła jego śladem i po chwili jedno o drugim mogło 
powiedzieć, że wygląda schludnie i przyzwoicie. 

 

Win patrzył w okno, za którym zmierzchało się. 

 

Krajobraz przesuwał się w ciszy. Światła migały niczym 

roje meteorytów. 

 

- Więc wiedziałaś przez cały czas, że próbuję cię uwieść, 

czy tak? - zapytał, odwracając się. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 174

   

 

- Ile jeszcze razy zadasz mi to pytanie? Tak, wiedziałam. 

 

- I wiedząc to, mimo wszystko oddałaś mi się? 

 

Obdarzyła   go   uśmiechem,   który   w   intencji   miał   być 

zagadkowy. 

 

- Czy masz coś przeciwko temu? 

 

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego tak postąpiłaś. 

 

- Pod wpływem impulsu. 

 

Z irytacją machnął ręką. 

 

- To niczego nie tłumaczy. 

 

- Poprzedniej nocy jakoś akceptowałeś moje impulsy i 

odruchy. 

 

-   Ale   wtedy   chodziło   o   tak   błahe   rzeczy,   jak   zdjęcie 

pończoch czy co tam jeszcze. 

 

- A teraz o co? - Wstrzymała oddech. 

 

- Nie wiem. Być może... - Zamilkł i zamyślił się. 

 

- Zanim znajdziesz właściwe słowo, chciałabym zapytać 

cię, czy nie byłoby prościej, jeśli nie wręcz uczciwiej, gdybyś 
otwarcie   zaproponował   mi   łóżko?   Ostatecznie,   jesteśmy 
dorośli. 

 

Zaczerwienił   się.   Przypominał   w   tej   chwili   upartego 

chłopca, który nie chce zrobić tego, czego od niego żądają, lecz 
nie wie, jak zrobić to, na co ma ochotę. 

 

-  Nasza dorosłość nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Interesuje 

mnie tylko prawdziwa przyczyna twego przyzwolenia. 

 

Chcę znać prawdę. 

 

- Powiedziałam ci prawdę - skłamała. 

 

-   Nie.   Znam   cię,   Mel,   i   dlatego   mam   prawo   ci   nie 

wierzyć. 

 

-   Dobrze,   ale   najpierw   powiedz,   dlaczego   ty 

zainteresowałeś się swoją nudną, pedantyczną i szarą jak mysz 
pracownicą? 

 

-   Ponieważ,   wbrew   temu,   co   właśnie   usłyszałem   od 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 175

   

ciebie,   jesteś   bardzo   ładna   i   pociągająca.   I   wcale   nie   jesteś 
nudna. 

 

-   Ja   również   uważam,   że   jesteś   bardzo   przystojny   i 

pociągający. 

 

-   I   ponieważ   zawsze   wydawałaś   mi   się   taka... 

nieosiągalna - dodał. 

 

- Tak - powiedziała, wolno kiwając głową w zamyśleniu 

- ty również byłeś jak futro z norek, o którym marzy uliczna 
kwiaciarka. 

 

Wziął ją w ramiona i przytulił do siebie. 

 

- I ponieważ od początku wyczuwałem - szepnął jej do 

ucha - że pod zewnętrzną skorupą wrzesz, kipisz i płoniesz. 

 

Zaczął   ją   całować,   ona   zaś   pozwoliła,   by   ogień 

błyskawicznie rozprzestrzenił się na całe jej ciało. Jednak tym 
razem  nie  trwało  to  długo,   gdyż  Win  w  pewnym  momencie 
gwałtownym ruchem odsunął ją od siebie. 

 

- Ale to, że jesteś zapalną osóbką - powiedział - wcale 

nie tłumaczy, dlaczego kochałaś się ze mną tutaj. 

 

-   Nie   tłumaczy,   powiadasz?   Czyli   że   twój   hibiskus, 

wczorajsza   kolacja   i   wynajęcie   limuzyny   też   nie   mają 
wytłumaczenia? 

 

- Mówisz o dwóch, różnych rzeczach, a raczej oso-bach. 

Ja   zawsze   kierowałem   się   impulsami,   ty   zaś   potrafisz 
zastanawiać się pół godziny nad zdjęciem rajstop. 

 

Zawsze szukasz racjonalnego powodu i zawsze go znaj-

dujesz.   Zanim   powiesz   komuś   „dzień   dobry",   dokonujesz   w 
myślach   czegoś   w   rodzaju   ruchu   szachowego.   Słowem,   nie 
kupuję twojej teorii impulsu. 

 

- Jabłko, którego nikt nie kupił, pozostaje jabłkiem 

 

- odparła filozoficznie. 

 

-   Więc   upierasz   się   przy   twierdzeniu,   że   oblazły   cię 

mrówki seksu, a ja byłem czymś w rodzaju maści na ustanie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 176

   

swędzenia. 

 

-  Dość  oryginalna  metafora,   ale  w  zasadzie pasuje  do 

rzeczywistości. 

 

-   A  jeśli  te  mrówki   na  powrót  cię   obejdą?   -   spytał   z 

łobuzerskim błyskiem w oku. 

 

- Zastanowię się, kiedy to się stanie, jeżeli w ogóle się 

stanie.   Ostatecznie,   jestem   na   urlopie.   Uprawnia   mnie   to   do 
większej swobody w zachowaniu. 

 

- Ach, tak, urlop. Wielka sprawa! 

 

Roześmiała się. 

 

- Postanowiłam zastosować się do twojej rady. 

 

- Jakiej to, czy można wiedzieć? - zapytał, gładząc jej 

szyję. 

 

- Poradziłeś mi wczoraj, bym dała się ponieść fali. 

 

Otóż od kilkunastu godzin właśnie to czynię. Przestałam 

analizować wszystkie moje kroki. 

 

- Doprawdy? Więc chciałbym prosić cię, abyś wciągnęła 

mnie do ewidencji urlopowych wyskoków. 

 

Uśmiechał się, ale jego oczy patrzyły poważnie, prawie 

badawczo. 

 

- Czy taką ewentualnością poczułbyś się dotknięty? 

 

- A czy miałbym powody? 

 

Przełknęła ślinę. 

 

- Posłuchaj, Win. Jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi. 

Każde z nas zna siebie samego i może podejmować decyzje na 
własny rachunek. Mój wyskok, jak ty to nazwałeś, jest również 
twoim wyskokiem. A zatem mamy tu do czynienia z czymś w 
rodzaju   remisu,   który   niczego   nie   zmieni   w   naszych 
wzajemnych stosunkach. 

 

-  Nie zmieni? -  Zmarszczył  brwi.  -  A  co będzie,  gdy 

urlop się skończy? 

 

- Mam nadzieję - odparła - że będziemy nadal zaliczać 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 177

   

się do społeczności żywych. 

 

Jej nadzieja, czuła to, daleka jednak była od pewności. 

Nawet od pewności przeżycia następnych kilku minut. 

 

- A zatem wrócimy do pracy i co dalej? Pamiętaj, że 

wciąż jestem twoim szefem. 

 

- Chyba nie chcesz przez to powiedzieć, że uległam ci, 

bo,   jak   to   się   mówi,   „dobre   stosunki   z   szefem   zapewniają 
możliwość szybkiego awansu"? 

 

Oboje  roześmieli   się,   chociaż  zarówno   u   niej,   jak  i   u 

niego nie był to śmiech całkiem swobodny i spontaniczny. 

 

-  Oczywiście,  że  nie,  Merrill.  Nie należysz do kobiet, 

które „lecą na szefa". Niemniej zastanawia mnie, jak się ułożą 
w przyszłości nasze stosunki. 

 

- Wciąż będę przychodziła do pracy, a ty nadal będziesz 

wydawał mi polecenia. Jestem pewna, że potrafi-my zachować 
się jak zawodowcy. 

 

- A jeśli impuls da znać o sobie w biurze? 

 

- Wtedy weźmiemy się w karby - odparła stanowczym 

tonem.  

 

- A jeśli się nie uda? 

 

Dlaczego   ją   tak   męczył?   Dlaczego   zarzucał   tymi 

wszystkimi pytaniami? Patrzyła w przyszłość niczym w czarną 
otchłań,   a   wszystko,   co   o   niej   mówiła,   było   tylko   formą 
samoobrony. 

 

- Wtedy rozejrzysz się za kupcem i zanim firma stanie 

się gniazdem rozpusty, sprzedasz ją za godziwą cenę. 

 
Sobota, 21:56 
 
 

Co   chciała   przez   to   powiedzieć?   -   pytał   siebie   Win, 

opadając   na   oparcie   siedzenia.   Najpewniej   więcej,   niż 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 178

   

wskazywałby na to czas przyszły, którego użyła. Spojrzał 

 

na Merrill. Miała pobladłą twarz i wydawała się czekać 

w napięciu na jego odpowiedź. 

 

- A więc już wiesz o tym - rzekł po chwili milczenia. 

 

- Jesteś bardziej spostrzegawcza, niż gotów byłem ci to 

przyznać. 

 

- To nie jest kwestia spostrzegawczości - odparła. 

 

-   Mam   przyjaciółkę,   która   trudni   się   pośrednictwem 

handlowym. Słyszała, że wypuściłeś już próbne balony. 

 

-   Sprawy   zaszły   dalej.   Napłynęło   kilka   interesujących 

ofert, z których właściwie już mogę wybierać. 

 

Dziewczyna poczuła w piersi jakąś zimną pustkę. 

 

- A więc to nie jest tylko pogłoska? 

 

- Daj spokój, Merrill, chyba nigdy tak nie sądziłaś? 

 

-   Nie   -   zgodziła   się.   -   Niemniej   przyznaję,   że 

próbowałam   wmówić   sobie,   iż   jest   to   czysta   spekulacja.   Że 
nawet ty nie jesteś na tyle szalony, by nosić się z zamiarem 
sprzedania dochodowej, kwitnącej firmy bez ważnego powodu. 

 

- Mam ważny powód. 

 

-Jaki? 

 

Zawahał się, chwilę medytował nad czymś, a na koniec 

wzruszył ramionami. 

 

- Nie chcę już jej prowadzić. 

 

Oczekiwała   każdej   innej   odpowiedzi,   ale   nie   tak 

dziecinnie absurdalnej. 

 

- Ot tak, po prostu, nie chcesz? Znudziło ci się? A co z 

Tedem? 

 

- Ted myśli, według mnie, podobnie. Inaczej byłby tutaj, 

a nie na Alasce. 

 

- Jego pobyt tam może być tymczasowy. 

 

-   Nie   sądzę   i,   szczerze   mówiąc,   po   tych   trzech 

miesiącach siedzenia w jego fotelu nie dziwię się, że nie wraca. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 179

   

 

-   Dlaczego?   Ponieważ   prowadzenie   firmy   nakłada   na 

ciebie pewne obowiązki i zmusza do noszenia garnituru? 

 

- I do użerania się z różnymi paskudnymi adwokatami, 

nie   mówiąc   już   o   konieczności   planowania   swojego   życia 
niemal co do sekundy. R

 

- Minęły dopiero trzy miesiące, odkąd jesteś prezesem. 

Daj sobie szansę na opracowanie własnego systemu. 

 

Wierzę, że ci się to uda. 

 

-   Namawiasz   mnie   do   czegoś,   czego,   być   może, 

najbardziej  się  lękam.  Nie chcę  żadnego systemu.  Chcę,   bu-
dząc   się,   witać   każdy   dzień   jako   pewną   możliwość   i 
propozycję,  nie  zaś drobiazgowo opisany  w  podręcznym ka-
lendarzu   odcinek   czasu.   Nienawidzę   myśli,   że   spędzę   resztę 
życia za biurkiem, przerzucając papiery. 

 

- A czy ja przerzucam papiery? - wybuchnęła, dając się 

ponieść   złości.   -   Zawieram   umowy   na   miliony   dolarów.   To 
wymaga biegłości, doświadczenia i najzwyklejszej harówki, ale 
później człowiek odczuwa ogromną satysfakcję. 

 

- Mów za siebie, Merrill - powiedział tonem, z jakim 

licytator, waląc młotkiem w stół, wypowiada „sprzedane". 

 

Tak,   los   firmy   wydawał   się   przesądzony.   Policzki 

dziewczyny pałały. 

 

-   Pięknie,   więc   wybierz   którąś   z   tych   interesujących 

ofert, które dostałeś. I co potem? 

 

- Potem wypuszczę się na żagle. 

 

Jej śmiech aż kipiał od sarkazmu. 

 

- Rzeczywiście, cudowny sposób na życie. A co zrobisz 

ze swoimi pracownikami? 

 

-   Pomyślałem   o   nich.   Sprzedam   firmę   jedynie   pod 

warunkiem, że nowy właściciel zatrzyma większość personelu. 

 

-   Być   może   przedłuży   umowy   maszynistkom   i 

sprzątaczkom, lecz założę się, iż przyjdzie z własnym gronem 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 180

   

fachowców. 

 

-   I   dlatego   właśnie   uwzględniam   w   rachunku   sute 

gratyfikacje oraz pomoc w znalezieniu nowych miejsc pracy. 
Zrobię wszystko, aby nikomu nie stała się krzywda. 

 

- Chylę czoło przed twoją szlachetnością. 

 

Win nie czuł się ani szlachetny, ani wspaniałomyślny. 

 

W   palącym   ogniu   wzgardliwego   spojrzenia   Merrill 

gnębiło go poczucie winy. Równocześnie szukał jakiegoś sło-
wa, które wymazałoby z jej oczu to pełne goryczy po-tępienie, i 
nie   potrafił   go   znaleźć.   Poza   tym   nie   lubił   za-głębiąć   się   w 
siebie i nie chciał przywoływać bolesnych wspomnień. 

 

- Mam jeszcze jedno pytanie. 

 

Win   spojrzał   podejrzliwie,   gdyż   łagodny   ton   głosu 

pozostawał w krzyczącej sprzeczności z wyrazem jej twarzy. 

 

- Mianowicie? 

 

-  Jeżeli wszystko  ma  się  skończyć  dla wszystkich tak 

wspaniale,   to   dlaczego   otaczasz   zamiar   sprzedaży   firmy   tak 
ścisłą tajemnicą? 

 

- Czy naprawdę tak ścisłą? Ty ją odkryłaś. 

 

- Przypadkowo. Mógłbyś uprzedzić personel, aby każdy 

miał czas na korektę swych planów. 

 

- Plany, planować, oto twoje ulubione słowa. Czy tym 

razem nie użyłaś ich z myślą również o sobie? 

 

- Owszem, użyłam! - wykrzyknęła. - Żyję z mojej pracy i 

boję się, że ją stracę. I że będę musiała zaczynać wszystko od 
początku w nowym miejscu z nowymi ludźmi. 

 

-   Rozumiem   twoje   obawy,   Merrill.   Ale   nie   jesteś   już 

małą   dziewczynką.   Masz   dużą   wiedzę   i   doświadczenie   w 
ubezpieczeniach.   Mógłbym   wymienić   pół   tuzina   instytucji, 
które gotowe będą licytować się, by tylko wciągnąć cię na listę 
swoich pracowników. 

 

- Czy one są z Sarasoty? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 181

   

 

- Nie, ale... 

 

- A więc jednak mam pakować manatki i wlec się w inne 

miejsce. Chyba nie sądzisz, że ta perspektywa wprawia mnie w 
stan upojenia? 

 

-   A   ty   chyba   nie   sądzisz,   że   zmienię   swoje   życiowe 

plany, bo komuś nie uśmiecha się wyjazd do innego miasta? 

 

- Nie, nie sądzę. 

 

Powiedziawszy to, odwróciła się do niego plecami. 

 

Widział teraz jej włosy, a z włosów, choćby i najpięk-

niejszych, nie da się, niestety, wyczytać tyle, co z ożywionej 
twarzy. 

 

- Zatem uważasz, że źle robię, nosząc się z zamiarem 

sprzedania firmy? 

 

- Czy moje zdanie ma tu jakieś znaczenie? 

 

Win nie chciał mijać się z prawdą. 

 

-   Ma   i   zarazem   nie   ma.   Ma,   gdyż   cenię   sobie   twoje 

poglądy na różne sprawy. Nie ma, gdyż decyzję podjąłem w 
uzasadnionej obawie przed tym, że siedząc za biurkiem oszaleję 
i jeszcze ciebie wpędzę w jakieś wariactwo. Dlatego możesz mi 
podziękować. 

 

Nie wiedziała, czy mężczyzna kpi, czy o drogę pyta. 

 

Pragnąc ułatwić sobie rozwiązanie tej zagadki, znów od-

wróciła   się   przodem   do   niego.   Dostrzegła   niewiele,   za 
wyjątkiem  potwierdzenia,   że  właściwie   już   jest  wpędzona  w 
wariactwo.   Szalała   na   jego   punkcie.   Kumulował   w   sobie 
wszystkie  jej   pragnienia,   równocześnie  reprezentując  sobą  to 
wszystko, czego w życiu unikała. 

 

- Oczekujesz z mojej strony podziękowań? Za co, jeśli 

wolno spytać? 

 

- Za to, że wystąpiłem z pomysłem sprzedaży firmy. 

 

Gdybyśmy   bowiem   nadal   w   niej   pracowali   i   dzień   w 

dzień ocierali się o siebie na korytarzu, nie mielibyśmy żadnych 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 182

   

szans. 

 

- Win, przetrzyj oczy i zobacz rzeczy takimi, jakimi są. 

To, co wydarzyło się przed kilkunastoma minutami, było... 

 

- Fantastyczne. 

 

-  ...Wybrykiem,  wyskokiem,  kaprysem.  Jednorazowym 

zawrotem głowy. Ty i ja jesteśmy jak ogień i woda, dzień i noc, 
pocisk   i   pancerz.   Jakkolwiek   byśmy   na   to   nie   spojrzeli,   w 
żadnym wypadku nie mamy szans.  

 
 
Niedziela, 11:14 
 
 

Jeździli   przez   całą   noc,   przemierzając   stany   New 

Hampshire,   Massachusetts   i   Rhode   Island.   Merrill   w   końcu 
zdrzemnęła   się,   pozostawiając   Wina   z   niepokojem   i 
niepewnością w sercu. Bił się z myślami i nie mógł znaleźć 
zadowalającego rozwiązania. Wiedział tylko, że musi wpłynąć 
na   Merrill,   by   przestała   myśleć   o   ich   zbliżeniu   jako   o 
urlopowym „wyskoku". Słowo to z jakichś względów raziło go 
i napełniało niesmakiem. 

 

O   świcie   zjedli   w   przydrożnym   zajeździe   smaczne 

śniadanie, lecz kiedy wrócili do samochodu, stwierdzili, że nuta 
rezerwy   w   ich   rozmowie   jakby   się   jeszcze   nasiliła.   Unikali 
intymnych,   a   nawet   osobistych   tematów,   przechodząc   na 
sprawy   ściśle   zawodowe,   zaś   w   związku   ze   strajkiem 
zahaczając nawet o kwestie natury politycznej. 

 

Jak   bardzo   oddalili   się   od   siebie,   najlepiej   świadczył 

fakt, że kiedy z powrotem znaleźli się na lotnisku i Merrill po 
jakimś   czasie   została   wezwana   przez   głośniki   do   okienka 
kasowego,   nie   poprosiła   Wina,   aby   jej   towarzyszył. 
Dowiedziała   się,   że   negocjacje   mają   się   ku   końcowi   i 
porozumienie   obu   stron   jest   już   kwestią   kilku,   najwyżej 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 183

   

kilkunastu godzin. Tymczasem mogła odświeżyć się i odpocząć 
w hotelu,  gdzie właśnie zwolnił się dla niej jeden pokój. W 
takiej   też   formie,   minutę   później,   przekazała   tę   informację 
Winowi. 

 

Poczuł   się   jak   człowiek   ugodzony   w  samo   serce.   Nie 

powiedziała „zwolnił się dla nas", powiedziała „zwolnił się dla 
mnie". 

 

- Wspaniale. 

 

Cisza. 

 

Wytarła   chusteczką   spocone   dłonie   i   sięgnęła   po 

walizkę. 

 

- Jestem pewna, że za kilka minut wezwą również ciebie. 

Nadal obowiązuje kolejność wystawiania zaświadczeń, a byłeś 
przecież tuż za mną. 

 

- Masz rację. 

 

- Długo to nie potrwa. 

 

- Też tak myślę. 

 

- Być może spotkamy się nawet w jednym hotelu, choć 

dowiedziałam się, że dysponują trzema. 

 

Zmusił się do uśmiechu. 

 

- Całkiem prawdopodobne. Zdarzają się na tym świecie 

najdziwniejsze zbiegi okoliczności. 

 

- W takim razie do zobaczenia. I dziękuję za wszystko. 

Wiesz, śniadanie, limuzyna, twoja opieka... - Zaczerwieniła się. 
- Chciałam powiedzieć... 

 

-   Wiem,   co   chciałaś   powiedzieć   -   przerwał,   by   wy-

ratować ją z niezręcznej sytuacji. 

 

-   A  więc,   jeśli   nie  wpadniemy   na  siebie   w  hotelu,   to 

zobaczymy   się   dopiero   w   biurze   za   tydzień   -   powiedziała, 
robiąc krok do tyłu. 

 

Za tydzień. Równie dobrze mogła powiedzieć za miesiąc 

lub za rok. Już nawet te kilka minut bez niej, gdy rozmawiała z 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 184

   

urzędnikiem   w   okienku,   wtrąciło   go   w   pustkę   bolesnej 
samotności. Nie chciał, by odchodziła, a jeszcze bardziej nie 
chciał, aby odeszła w zgodzie ze swoim własnym pragnieniem. 

 

- Tak, za tydzień. Mam nadzieję, że dotrzesz wreszcie na 

tę   wymarzoną   Jamajkę.   Jeżeli   nie,   to   pomyślimy,   jak 
zorganizować ci urlop w innym terminie. 

 

-   Dzięki.   Gdyby   sprawy   przeciągnęły   się   do   jutra, 

zadzwonię tam i odwołam rezerwację. 

 

- Tak chyba będzie najrozsądniej. 

 

- A więc... bywaj. 

 

Wzruszyła ramionami w jakiś przepraszający sposób i z 

uśmiechem na ustach, być może nawet z uśmiechem ulgi, że ta 
krępująca   scena   dobiegła   wreszcie   końca,   skierowała   się   ku 
wyjściu. 

 

Odprowadził ją wzrokiem, a kiedy zniknęła za drzwiami, 

mechanicznie   sięgnął   po   gazetę,   którą   ktoś   zostawił   ma 
sąsiednim   krześle.   Zaraz   jednak   pogniótł   ją   w   dłoniach   i 
poderwał  się  na  nogi.   W   pierwszym  odruchu   chciał  biec  do 
okna, by jeszcze raz spojrzeć na Merrill, gdy będzie wsiadała 
do taksówki, lecz pohamował się i zaczął krążyć po dworcowej 
hali. Przyglądał się plakatom, wystawom sklepowym, ludziom, 
a   wreszcie   monitorom   innych   linii   lotniczych.   Zaszedł   do 
toalety,   ochlapał   się   zimną   wodą   i   spojrzał   wrogo   na   swoją 
twarz w lustrze. Była 11:26. Minęło pięć minut, odkąd rozstał 
się z Merrill. 

 

Kilka minut później, wertując  ilustrowany magazyn w 

dworcowej księgarence, uświadomił sobie w nagłym rozbłysku, 
że   przecież   nie   zapytał   Merrill   o   nazwę   hotelu,   do   którego 
została skierowana. Znając adres, nie tracił z nią duchowego 
kontaktu, a poza tym mógł czekać do chwili, aż któraś z rzędu 
propozycja   przewoźnika   wskaże   mu   ścieżkę,   którą   on,   Win, 
ochoczo podąży. Być może jednak nie było jeszcze za późno i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 185

   

miał   szanse   złapania   Merrill   na   postoju   taksówek?   Rzucił 
magazyn i puścił się biegiem ku drzwiom. W wejściu zderzył 
się z kimś, kto zachwiał się i o mało co nie upadł. Dopiero 
podtrzymując   za   ramię   tę   osobę,   zorientował   się,   że   trzyma 
Merrill. 

 

- Mel, kochanie, co się stało? 

 

-   Nic   takiego   -   odparła   z   bladym   uśmiechem,   ciężko 

dysząc.   -   Wróciłam,   bo   pomyślałam   sobie,   że   dzisiaj   żaden 
więcej pokój może się nie znaleźć lub mogą nie być tak bardzo 
skrupulatni   w   przestrzeganiu   kolejności   na   liście.   Jeśli   więc 
chciałbyś... 

 

Zawahała się, ale nie umknęła spojrzeniem w bok. 

 

Przeciwnie,   wydawało   się,   że  pragnie   skąpać  Wina   w 

błękicie swych oczu. 

 

- Tak? 

 

- Jeśli więc chciałbyś uciec z tej okropnej hali i schronić 

się na razie u mnie, to nie mam nic przeciw temu. Zostaw tu 
tylko wiadomość, gdzie ewentualnie ma-ją cię szukać, gdy już 
będą   dysponować   pokojem   dla   ciebie.   Wówczas   po   prostu 
przeprowadzisz   się   -   dokończyła   na   ostatnim   oddechu,   cała 
pokraśniała jak piwonia. 

 

Był   to   jeden   z   tych   miłosnych   powabów,   któremu 

wdzięku   dodawała   prawie   dziewczęca   nieśmiałość.   Gdyby 
Merrill   była   kobietą,   która   idzie   na   pasku   seksualnych; 
impulsów,   a   za   taką   właśnie   starała   się   uchodzić,   nie 
czerwieniłaby   się   na   najlżejszą   aluzję   do   ich   cielesnego 
zbliżenia.   Wynikało   stąd,   że   jej   uczucia   były   głębsze,   niż 
gotowa była przyznać. 

 

- A czy chcesz mnie widzieć u siebie? - zapytał Win, 

któremu nagle zaczęło zależeć na dopowiedzeniu wszystkiego 
do końca. 

 

Wzruszyła   ramionami.   Gestem   tym   potrafiła   zresztą 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 186

   

wyrażać więcej, niż inni za pomocą słów. 

 

- O ile ty tego chcesz, to i ja chcę. A poza tym, bardzo 

nie lubię rozstawać się z przyjaciółmi, 

 

- W takim razie jadę z tobą. 

 

- Taksówka już czeka. 

 

Hotel, przed który zajechali, okazał się jednym z tych 

budynków,   w  których  człowiek  spędza   noc,   gdy   już   nie  ma 
absolutnie   żadnej   innej   możliwości.   Uformowany   nie-
wybrednie w coś zbliżonego do pudełka zapałek, miał pokoje 
utrzymane w barwach wściekłego oranżu i jadowitej zieleni. Ich 
wątpliwą ozdobę stanowiła umywalka z lustrem. Było tu jednak 
czysto i chłodno, zaś czystość i chłód stały się ostatnio tymi 
wartościami,   dla   których   Win   i   Merrill   gotowi   byli   wiele 
poświęcić. 

 

Deverell stał oparty o drzwi i przyglądał się dziewczynie, 

która   właśnie   wyjmowała   z   walizki   toaletowe   drobiazgi   i 
rozstawiała   je   na   umywalce.   Miał   trzydzieści   sześć   lat   i 
niejednokrotnie w swym życiu znajdował się w sytuacji, kiedy 
on czekał, a jakaś kobieta przygotowywała się do spędzenia z 
nim   nocy.   A   jednak   ta   scena,   której   oto   był   świadkiem, 
dostarczała   mu   całkiem   nowych   wzruszeń,   jak   gdyby   oboje 
mieli za chwilę zanurzyć się w świeżości inicjacji. 

 

W   pewnym   momencie   Merrill   poczuła   na   sobie   jego 

spojrzenie i odwróciła się. 

 

- Dlaczego nie siadasz? 

 

- Nasiedziałem się od piątku. A poza tym, chcę wiedzieć, 

czy oferując mi pokój, jesteś gotowa na dalsze ustępstwa. 

 

Musnęła wzrokiem pomarańczowe zasłony i intensywnie 

zieloną wykładzinę. Na jej wargach błąkał się sprytny uśmiech 
dziecka, które wpadło na wyśmienity pomysł. 

 

- Wiesz, myślę, że nie sposób tu mieszkać inaczej, jak 

leżąc w łóżku przy zgaszonych światłach.  

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 187

   

 

 

 Niedziela, 15:02 
 
 

Był dzień, więc ograniczyli się tylko do zasunięcia za-

słon. Lecz poza tym w półmroku, jaki zapanował w pokoju, 
zrezygnowali z wszelkich innych ograniczeń. Merrill raz czuła 
się występna i rozwiązła, raz znów czysta i dziewicza w swoich 
miłosnych   porywach.   Sprzeczność   ta   brała   się   stąd,   iż 
zabronione  jej  było  wyrazić  słowem  to,   co  wyrażała  ciałem. 
Przecież miał być to tylko urlopowy „wyskok". 

 

Potem, zmęczeni, zapadli w coś w rodzaju snu na jawie. 

Pierwsza ocknęła się Merrill. 

 

- Czy zrobiłbyś dla mnie jedno drobne dziwactwo? 

 

Przeciągnął   się   i   przesunął   palcem   po   jej   gorących   i 

nabrzmiałych wargach. 

 

- Z tobą choćby i najbardziej perwersyjne. 

 

- Nie. Zrobisz je sam. - Spoglądała gdzieś w półmrok 

pokoju. 

 

- Niech więc dowiem się, jakie. - Uśmiechnął się. 

 

- Nie jestem wstydliwy. 

 

-   To   dobrze.   Otóż   chcę,   żebyś   wstał,   podszedł   do 

umywalki i... 

 

- Do umywalki? - zapytał, na poły zdumiony, na poły 

zaintrygowany. 

 

- Tak. Podszedł do umywalki i umył się. 

 

Zmarszczył brwi. 

 

- Czy również mam wyczyścić zęby i przepłukać gardło? 

 

- Źle mnie zrozumiałeś, Win. Nie ma to nic wspólnego z 

troską o twoją higienę. Chodzi raczej o pewien kaprys z mej 
strony.   Możesz   nazwać   go   kaprysem   pa-mięci.   Zresztą, 
zapomnij o tej głupiej prośbie. 

 

- O, nie! Kto powiedział „a", musi powiedzieć „b". 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 188

   

 

Chcę   wiedzieć   wszystko   o   dziwactwie,   do   którego 

próbowałaś mnie namówić. Dobrze, umyję się i co dalej? 

 

-   Nie   ma   żadnego   „dalej".   Po   prostu   kiedyś,   gdy 

wyjechał   Ted   i   ty   przejąłeś   obowiązki   prezesa,   przyszłam 
któregoś dnia wcześniej do pracy i zastałam cię pochylonego 
nad umywalką. Byłeś nagi do pasa, a twoje ręce, ramiona, kark, 
barki i piersi okrywała piana. Lecz pewnie tego nie pamiętasz. 

 

- A właśnie że pamiętam. Zmierzyłaś mnie zgorszonym 

spojrzeniem i uciekłaś, jakbyś zobaczyła diabła. 

 

- Tak to mogło wyglądać z twojej perspektywy, lecz w 

rzeczywistości  byłam  pod  wrażeniem.   Co  za  tors,   myślałam, 
zamykając drzwi, i co za tajemniczy tatuaż! 

 

Dotknęła palcem wizerunku konia morskiego. 

 

-   Pierwsza   łódź,   jaką   wybudowałem,   tak   właśnie   się 

nazywała - „Koń Morski". W dzień wodowania urządziliśmy 
sobie nielichą pijatykę. Pijanego faceta stać na wiele rzeczy. 

 

- Również na od dawna pieszczoną w myślach wizytę w 

salonie tatuażu? 

 

- Nigdy nie zwlekam z zaspokajaniem swych pragnień. 

A jeśli chodzi o tatuaż, to zobaczyłem go na swoim ramieniu 
dopiero   na   drugi   dzień,   gdy   otrząsnąłem   się   z   pijackiego 
zamroczenia. 

 

- Po prostu ktoś zrobił ci miłą niespodziankę. 

 

- Czy miłą, nie wiem, ale na pewno bolesną. Bolało jak 

diabli, nie szukałem jednak winnego. - Zachmurzył się. - Czy 
ten tatuaż ci przeszkadza, Mel? 

 

- Skądże znowu bardzo mi się podobasz z tym ko-niem 

na ramieniu. Nie znałam jeszcze wytatuowanego mężczyzny. - 
Głęboko westchnęła. - Ani w ogóle takiego, którego mogłabym 
z tobą porównywać. 

 

Win nagle spoważniał. Ujął ją za brodę i złożył na jej 

wargach długi i czuły pocałunek. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 189

   

 

- Nie mogę wręcz uwierzyć, że już od kilku miesięcy 

pod maską szefa dostrzegasz we mnie mężczyznę. 

 

- A ja nie mogę uwierzyć, że przyznałam się do tego. 

 

- Szczerość za szczerość.  Richard Ingraham nigdy  nie 

wspominał,   że   moja   obecność   przy   negocjacjach   będzie 
nieodzowna. 

 

- Ale powiedziałeś mi... 

 

- Uciekłem się do stosunkowo niewinnego kłamstewka, 

ponieważ prawda była zbyt trudna i ryzykowna. 

 

- A co jest prawdą? 

 

- Że chciałem przyjechać tu z tobą. 

 

- Dlaczego? 

 

-   Ponieważ,   być   może,   liczyłem   na   to,   że   zdarzy   się 

podobny przypadek i to ja z kolei zobaczę cię nad umywalką z 
obnażonymi   i   namydlonymi   piersiami.   Ale   zapewniam   cię, 
Mel, że nie obrzuciłbym cię wówczas zgorszonym spojrzeniem, 
a jeśli zamknąłbym drzwi, to tylko od wewnątrz. 

 

- Więc jak będzie z tą umywalką? 

 

-   Dobrze,   zagram   w   tej   scenie,   ale   pod   jednym 

warunkiem. 

 

- Tylko niezbyt trudnym do spełnienia. 

 

- Zaspokoisz moje pewne życzenie - rzekł, wyskakując z 

łóżka. 

 

-   Już  nie  pytam,   jakie,   gdyż  domyślam   się   z   twojego 

uśmiechu. Ale żeby wszystko było jak wtedy, musisz włożyć 
spodnie. 

 

Win, wciąż z tym samym uśmiechem na wargach, spełnił 

bez słowa jej życzenie, Merrill zaś, zrobiwszy sobie oparcie z 
dwóch poduszek, przybrała pozycję widza w teatrze. 

 

Zaczęło   się   przedstawienie,   na   pozór   mało   ciekawe   i 

porywające, którego jednak tajemny sens oddziaływał na nią 
niczym najsubtelniejszy  z afrodyzjaków.   Szum wody,  mokry 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 190

   

tors Wina, jego powolne ruchy, którymi wyczarowywał pianę, 
tęczowe   refleksy   mydlanych   baniek,   gra   mięśni   pod   lśniącą 
skórą,   wilgotność   pach   i   zarostu   na   muskularnej   piersi   - 
wszystko   to   powodowało,   że   zanurzała   się   w   zmysłowej 
ekstazie. Żar oblewał jej uda. Dłoń, która tam powędrowała, 
wydawała się lodowato zimna. 
 

Deverell,   mając   przed   sobą   lustro,   nie   mógł   nie 

zauważyć jej ekstatycznego upojenia. Kiedy podszedł do łóżka i 
pochylił się nad nią, w jednym ręku trzymał mydło, w drugim 
kubek z wodą. I teraz zaczęło się coś, czego nigdy nie pragnęła 
świadomie, ale co z pewnością istniało w jej podświadomości. 
Skropił ją wodą, po czym, jął namydlać jej piersi, by następnie 
przesuwać się coraz niżej i niżej. Rozrzuciła ugięte w kolanach 
nogi,   a   zrobiła   to   hojnie,   z  krańcowym   bezwstydem.   Mydło 
pachniało   lawendą,   jaśminem,   bzem,   maciejką   -   zawierało 
wszystkie zapachy ogrodu. Kiedy więc ślizgali się potem po 
sobie, wydawało się im, że buszują w pienistości kwitnienia. 
 

Dopiero   po   półgodzinie,   gdy   przeminęło   oszołomienie 

związane   z   tym   niekonwencjonalnym   miłosnym   ekscesem, 
Merrill uświadomiła sobie, że między nią w tej chwili a nią 
sprzed kilku dni nie ma właściwie żadnego podobieństwa. To 
był   naprawdę   „wyskok",   a   raczej   skok   z   pruderii   do 
rozwiązłości, z umiarkowania do swobody seksualnej. 
 

-   Win,   można   powiedzieć,   że   masz   nową   kochankę   - 

odezwała się w pewnym momencie. 
 

- Nie mów tak, bo można by pomyśleć, że następu-jesz 

po   dawnych   i   poprzedzasz   przyszłe.   A   to   już   byłaby   dość 
cyniczna myśl. 
 

-   Czyż   jednak   nie   zawierałaby   sporej   dozy 

prawdopodobieństwa? 
 

Twarz mu się zachmurzyła. 

 

-   Nie   jestem   twoim   ojcem,   Mel,   nie   przeskakuję   z 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 191

   

kwiatka   na   kwiatek.   Czyż   nie   wytrzymałem   w   jednej   pracy 
przez   osiem   lat?   Potraktuj   to   jako   dowód,   że   potrafię 
dotrzymywać wierności. 
 

-   Użyłeś   fatalnego   argumentu,   Win,   powołując   się   na 

swoją wierność firmie, którą właśnie chcesz sprzedać. 
 

W jego chmurnym spojrzeniu pojawiły się błyski gnie-

wu. 
 

- Masz o mnie całkiem fałszywe pojęcie. 

 

- I tak już chyba pozostanie. Ale proszę cię, nie kłóćmy 

się. - Pocałowała go w gniewne usta, - Nie psujmy sobie tych 
chwil, które, być może, już nigdy więcej się nie powtórzą. 
 

-   Dobrze,   nie   psujmy   sobie   chwil,   którym   nie   dam 

prędko się skończyć. 
 

Późnym   wieczorem   dopadł   ich   głód,   a   że   hotelową 

kuchnię   zamykano   o   dziewiętnastej,   wybrali   się   do   miasta. 
Paliły się latarnie, mieniły się różnokolorowe neony, świeciły 
wystawy   sklepowe,   błyszczały   światła   samochodów.   Szli 
chodnikiem,   mocno   objęci,   zasłuchani   i   wpatrzeni   w   siebie. 
Nagle zagrodził im drogę imponujący pawilon handlowy, który 
zapraszał   do   środka   wielkimi,   jarzącymi   się   witrynami. 
Wewnątrz, tuż przy drzwiach, w wydzielonym kącie znaleźli 
przytulny   bar,   gdzie   sprzedawano   frytki,   kiełbaski,   hot-dogi, 
hamburgery i prażoną kukurydzę. Zamówili po hamburgerze i 
podwójnej porcji frytek. To proste danie, które jedli palcami, z 
jakąś wzgardą dla plastikowych sztućców, smakowało bardziej 
niż najwymyślniejsze frykasy na chińskiej porcelanie. Jedząc, 
Śmiali   się,   żartowali   i   słuchali   starych   przebojów   ze   starej 
grającej szafy. 
 

Kiedy   wrócili   do   siebie   i   zaczęli   rozpakowywać   ku-

pione   napitki   i   wiktuały,   zadzwonił   telefon.   Win   podniósł 
słuchawkę,   by   zaraz   przeprosić   rozmówcę   i   zwrócić   się   do 
Merrill: 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 192

   

 

- Mają dla mnie pokój w innym hotelu. Daj mi coś do 

pisania. Chcę zanotować adres. 
 

Chwilę patrzyła na niego, a potem potrząsnęła głową. 

 

- Podziękuj im i powiedz, że jesteś już zakwaterowany. 

 
 
Poniedziałek, 8:08 
 
 

Win   otworzył   oczy   i   w   tej   samej   chwili   uświadomił 

sobie, że ten dzień, Święto Niepodległości, spędzi inaczej niż 
zazwyczaj. Nie będzie ani żeglowania, ani ogniska i pieczenia 
mięsa   na   rożnie,   ani   zawodów   strzeleckich,   ani   wreszcie 
odpalania   fajerwerków.   Dziś   będzie   tylko   Merrill,   która 
wystarczała za wszystko. 
 

Zatem   wybierając   Merrill,   nie   czuł   dolegliwości 

wyrzeczenia   i   w   tym   sensie   stawiało   to   go   w   całkiem 
wyjątkowej   sytuacji.   Przygoda   z   nią   miała   być   krótkim   in-
cydentem w życiu uwodziciela, a tymczasem stało się coś, co 
zabraniało mu myśleć o bliższym lub dalszym jej zakończeniu. 
Raczej skłonny byłby rzeczom pozwolić swobodnie toczyć się 
dalej, wpływanie bowiem wolą na bieg wypadków mogło mieć 
różne skutki. 
 

Wstał, zamówił śniadanie przez telefon, po czym poszedł 

do   łazienki   ogolić   się   i   wykąpać.   Nakładał   właśnie   nowe 
dżinsy, gdy rozległo się pukanie do drzwi. 
 

To obudziło Merrill. Ziewnęła i przeciągnęła się. 

 

Otworzywszy   oczy,   zobaczyła   Wina,   który   akurat 

wręczał hotelowemu chłopcu napiwek. Wyglądał jak ktoś, kto 
zagospodarował już kawał dnia. Kto nawet zdążył już pomyśleć 
o śniadaniu. 
 

Poczuła się straszliwie spóźniona. 

 

-   Dzień   dobry   -   powiedział   Deverell,   podchodząc   i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 193

   

stawiając tacę na nocnej szafce. 
 

- Dzień dobry - odparła, spuszczając nogi z łóżka. 

 

Chwycił ją za ramię. 

 

- A dokąd to mi ucieka moja złotowłosa? 

 

-   Do   łazienki,   rzecz   jasna.   Jak   przystało   na   grzeczną 

dziewczynkę. 
 

- Okay, ale zaraz wracaj. Śniadanie zjemy w łóżku. 

 

Obrzuciła  spojrzeniem  pokój. Architekci  tego wnętrza, 

zajęci   komponowaniem   barw,   zapomnieli   na   śmierć   o 
wstawieniu stolika. 
 

- Zdaje się, że nie mamy większego wyboru. 

 

- Doprawdy, wspaniały hotel. 

 

Merrill   nie   zabawiła   długo   w   łazience.   Gdy   czysta   i 

pachnąca   wróciła   do   Wina,   zasiedli   do   mocnej   kawy   i 
maślanych rogalików. 
 

-   Czy   wiesz,   że   obchodzimy   dzisiaj   Święto 

Niepodległości? - zapytał, smarując rogalik masłem. 
 

Dla   Merrill   mogłoby   to   równie   dobrze   być   Boże   Na-

rodzenie. 
 

- I co, zaśpiewamy hymn państwowy? 

 

- To swoją drogą. A poza tym, moglibyśmy wybrać się 

do kina. 
 

Ciemna   sala   kinowa   zapewniała   odosobnienie   i 

intymność, a tego Win potrzebował dziś najbardziej. 
 

- Dlaczego nie - powiedziała, sięgając po leżącą na tacy 

gazetę. - Zobaczymy, co grają. 
 

Rozłożyła dziennik i znieruchomiała. Ogromny tytuł na 

pierwszej   stronie   informował,   że   doszło   do   ugody   i   linie 
Coastways wznawiają obsługę pasażerów. 
 

-   Spójrz   -   pokazała   artykuł   Winowi.   -   Strajk   się 

skończył.   Piszą,   że   nasz   przewoźnik   jest   gotów   do 
natychmiastowego realizowania przełożonych zobowiązań. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 194

   

 

- Bzdura - żachnął się mężczyzna. - Stawiam dziesięć 

przeciwko jednemu, że w pełnej gotowości będą nie wcześniej 
niż w środę. 
 

- Wszystko jedno - stwierdziła, odkładając gazetę. 

 

- Musimy jechać na lotnisko i raz jeszcze potwierdzić 

rezerwację. 
 

Dziwne,   ale   zamiast   ucieszyć   się   po   przeczytaniu 

informacji przyjęła ją niemal jak wiadomość o śmierci bliskiej 
osoby. Tak, koniec strajku oznaczał również kres tej miłosnej 
przygody, przygody poza czasem. 
 

-   Dlaczego?   -   Pytaniu   towarzyszyło   niecierpliwe 

machnięcie ręką. 
 

- Ponieważ nie widzę innego sposobu, by nie przegapić 

samolotu. 
 

- Mel, świat się nie zawali, jeśli nasze samoloty od-lecą 

bez nas. Możemy zostać tutaj lub przeprowadzić się do innego 
hotelu. Możemy pójść do kina lub kochać się na tym łóżku. 
Możemy wreszcie wybrać się wieczorem do miasta, popatrzeć 
na sztuczne ognie. Możemy istnieć przez ten dzień wyłącznie 
dla   siebie,   bez   troski   o   to,   czy   jesteśmy   tu,   czy   tam,   w 
Providence czy na Jamajce, czy gdziekolwiek indziej. 
 

- Nie - odparła stanowczym tonem. - Nie możemy. 

 

To znaczy ja nie mogę. Win, te dwa dni były cudowne, 

ale dużo w nich było ze snu i marzenia. Teraz czar pryska i 
wszystko powinno wrócić do normy. 
 

Cóż jednak miało być normą? Wiedziała jedynie, co nią 

nie   mogło   być.   Mianowicie   nie   mogło   nią   być   dręczące 
rozdarcie   między   nadzieją   a   zwątpieniem,   że   Deverell 
kiedykolwiek zdobędzie się na trwalszy związek. 
 

Wstała   i   zaczęła   się   ubierać.   Win   również   wstał,   a 

zbliżywszy się do okna, zapatrzył się na chodnik, jakby tam 
szukając   rozwiązania   nurtującego   go   problemu.   Czuł   się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 195

   

tchórzem.   Chciał   ją   zatrzymać,   a   równocześnie   dysponował 
jedynie nagą siłą. Żaden sensowny argument nie przychodził 
mu do głowy. W pewnym momencie usłyszał metaliczny trzask 
zamków walizki i odwrócił się. 
 

Stała na środku pokoju. Ubrana była w błękitno-różową 

jedwabną sukienkę. Przypominała po trosze pogodne niebo o 
zachodzie słońca. Była gotowa do wyjścia. 
 

-   Nie,   Merrill,   nic   się   nie   zmieniło,   żaden   czar   nie 

prysnął - rzekł, stając pomiędzy nią a drzwiami. - Zresztą nie 
pozwolę, aby rzeczy zaczęte przedwczoraj dziś dobiegły kresu. 
I na pewno nie zgodzę się, byś zostawiła mnie tutaj samego. 
 

- Proszę, puść mnie, muszę już iść. Nie chcesz zostać 

sam,   to   zabierz   się   ze   mną   na   lotnisko.   Bo   ja   jestem   zde-
cydowana nie przegapić tego samolotu. Inaczej moje plany już 
zupełnie się zawalą. 
 

- Plany, w których nie uwzględniłaś mnie. 

 

- Wiedziałeś o tym od samego początku. 

 

-   Masz   rację.   Wiedziałem.   Wiem   również,   jak  bardzo 

lubisz planować sobie przyszłość. Dorzucę więc tylko, że odtąd 
przy planowaniu czegokolwiek musisz brać pod uwagę jedną 
dodatkową rzecz. A mianowicie, że... kocham cię, Mel. 
 

Zacisnęła   dłonie   na   rączce   walizki   z   taką   siłą,   że   aż 

zbielały jej paznokcie. 
 

- Win, proszę. 

 

- Zanim coś powiesz, pozwól mi dokończyć. Kocham cię 

i zawsze będę cię kochał. 
 

- Jak możesz być tego pewien? 

 

- Nie wiem. Nigdy przedtem nie kochałem. Miłość to 

coś, czego nie można nie zauważyć. Wiem, że kocham i że ty 
czujesz do mnie to samo. Nie bój się swojej miłości, tak jak ja 
jeszcze przed chwilą jej się bałem. Daj mi szansę. 
 

- Szansę na co? Na złamanie mi serca? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 196

   

 

-   Nigdy   tego   nie   zrobię   -   rzekł,   ujmując   jej   twarz   w 

swoje dłonie i szukając w jej smutnych oczach iskierki nadziei. 
- Słuchasz mnie z rezerwą i sceptycyzmem, bo masz o mnie 
określone   pojęcie.   Jasne,   że   nie   jestem   święty   i   niejedną 
niewiastę mam na sumieniu. Ale jest to raczej dalsza niż bliższa 
przeszłość. Na przykład, tamtego dnia, kiedy zastałaś mnie nad 
umywalką,   nie   spędziłem   bynajmniej   nocy   z   kobietą,   tylko 
ślęcząc nad papierami przy biurku. A to już powinno w jakimś 
stopniu podważyć twoją złą o mnie opinię. 
 

-   Nie   mam   o   tobie   złej   opinii   -   zaprzeczyła,   cofając 

głowę.   -   Jesteś,   jaki   jesteś.   Niemniej   zadaję   sobie   pytanie, 
dlaczego, skoro wówczas tak ciężko pracowałeś, chcesz teraz 
pozbyć się firmy? 
 

- Zmieniasz temat - rzucił z niecierpliwym gestem. 

 

-   Mówimy   o   nas,   do   diaska.   Czy   nie   mogłabyś 

zapomnieć o tym cholernym interesie? 
 

Merrill nie mogła zapomnieć. Ta firma to było jej życie, 

w niej wykuwała własną tożsamość. Nagle przemknęła jej przez 
głowę prosta, jasna i odkrywcza myśl. 
 

Aż   dziw,   że   nie   uwzględniła   wcześniej   takiej 

ewentualności. 
 

-   Nie   sprzedajesz   firmy,   dlatego   że   męczy   cię   rola 

prezesa i jesteś znudzony, ale ponieważ się boisz. 
 

Wpatrywał   się   w   nią   tak   intensywnie,   że   niemal   hi-

pnotyzujące 
 

- Boję się? - wycedził. - Ja się boję? 

 

- Ależ oczywiście. Tylko dlaczego nie przyznałeś się do 

tego przede mną? 
 

Patrzył na nią z pobladłą i wykrzywioną twarzą, jakby co 

najmniej   rozważał,   czy   ma   się   przyznać,   że   jest   Kubą 
Rozpruwaczem. 
 

- Niby do czego? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 197

   

 

- Że boisz się niepowodzenia, finansowej wpadki, być 

może nawet bankructwa. 
 

-   To   najśmieszniejsza   rzecz,   jaką   kiedykolwiek 

usłyszałem   -   powiedział,   ale   nie   potwierdził   tej   oceny 
śmiechem. - Nie boję się. Może wykazuję pewną ostrożność, 
krztynę niepewności, szczyptę niepokoju, lecz nie ma we mnie 
strachu. 
 

Zrobiła   krok   do   przodu   i   utkwiła   w   nim   wyzywające 

spojrzenie. 
 

- Przyznaj się, Deverell. Ty się boisz jak diabli. 

 

Po jego twarzy przemknął cień furii, ale nie wzdrygnęła 

się i nie cofnęła. Instynkt i wiedza podpowiedziały jej, że Win 
kieruje   swój   gniew   nie   na   nią,   tylko   na   samego   siebie. 
Obserwowała teraz jego walkę z samym sobą. 
 

- Tak, jestem przestraszony - przyznał w końcu cichym 

głosem.   -   Lecz   nie   o   siebie   się   boję,   tylko   o   ciebie,   o   was 
wszystkich,   którzy   za   pensje   wypracowane   w   firmie 
utrzymujecie   rodziny,   opłacacie   rachunki   i   w   ogóle 
egzystujecie. Powiedziałaś, że zmorą twojego dzieciństwa były 
ustawiczne zmiany pracy twojego ojca. Otóż, kiedy mój ojciec 
stracił pracę, długo nie mógł znaleźć następnej, bardzo długo. I 
nie   chcę,   żeby   podobny   los,   tym   razem   przy   moim 
współudziale, spotkał innego mężczyznę, inną rodzinę. 
 

- Więc to dlatego... 

 

-   Tak,   dlatego.   Miałem   piętnaście   lat,   kiedy   stanęła 

stocznia, w której mój ojciec pracował jako brygadzista. 
 

Już od pewnego czasu ledwie dychała, a wszystkiemu 

był winien syn jej zmarłego właściciela, człowiek zupełnie nie 
nadający się do prowadzenia tego typu zakładu. 
 

Ojciec   codziennie   znosił   do   domu   straszne   wieści,   aż 

pewnego   dnia   poszedł   jak   zwykle   do   pracy   i   zastał   bramę 
stoczni na głucho zamkniętą. Żadnego zawiadomienia, żadnej 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 198

   

odprawy. Dwadzieścia siedem lat ciężkiej harówki i znalazłeś 
się, chłopie, na bruku. 
 

- Ale chyba z taką praktyką twój ojciec mógł znaleźć bez 

trudu pracę gdzie indziej? - zapytała. 
 

-   Zaczął   się   właśnie   okres   recesji   i   niewielu   było 

chętnych do kupowania luksusowych jachtów. Ojciec próbował 
wytłumaczyć to nowemu pracodawcy i skłonić go, by wystarał 
się   o   rządowe   zamówienia,   ale   tamten   odparł,   że   kontroluje 
sytuację i nie da się zaskoczyć. 
 

Skończyło   się   bankructwem   zakładu,   co   z   mojej 

perspektywy, wówczas kilkunastoletniego chłopca, objawiło się 
owsianką trzy razy dziennie oraz wyprzedawaniem mebli, by 
opłacić kolejne raty zastawu hipotecznego za dom. 
 

- Uśmiechnął się gorzko. - Zresztą, on też został w końcu 

sprzedany.   Po   kilku   latach   jakoś   podźwignęliśmy   się,   lecz 
nigdy już nie odzyskaliśmy dawnego poczucia bezpieczeństwa i 
zaufania do losu. 
 

- Rozumiem cię, Win - powiedziała Merrill - tyle że w 

żaden   sposób   nie   możesz   przeprowadzać   analogii   pomiędzy 
tamtą stocznią i jej durnym właścicielem a sobą i firmą „Haigh i 
Deverell". Przede wszystkim ty znasz swoje słabości, a będąc 
ich świadom, próbujesz... 
 

-   Dzięki   za   pociechę,   Mel,   ale   powiedzmy   sobie 

szczerze, że niewiele wiem o prowadzeniu biznesu od strony, 
by   tak   rzec,   kuchni,   kuchnia   zaś   decyduje   w   końcu   o 
wszystkim. Dlatego, zanim powinie mi się noga i ściągnę za 
sobą   w   przepaść   wiele   rodzin,   chcę   przekazać   firmę   w   ręce 
kogoś   bardziej   kompetentnego.   Jeśli   chcesz   nazwać   to 
strachem,   to   twoja   sprawa.   Ja   nazywam   to   po   prostu 
uczciwością. 
 

Merrill przyjęła postawę, która niewiele różniła się od 

postawy koguta, gotującego się do walki. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 199

   

 

-   Hej,   bo   się   rozpłaczę.   Nie   rób   z   siebie   tylko 

szlachetnego   matołka!   Ja   uważam,   że   masz   dość   zdrowego 
rozsądku, by nam pozwolić zajmować się kuchnią i ewentualnie 
wysłuchiwać naszych rad oraz dość wiedzy, by samemu skupić 
się na strategii i generalnych posunięciach. 
 

-   Załóżmy,   że   masz   rację,   to   i   tak   pozostaje   jeszcze 

sprawa   psychologii.   Myśl,   że   miałbym   przez   resztę   życia 
siedzieć za biurkiem, czyni ze mnie klaustrofoba. 
 

- Nie będzie tak źle. Kiedy rzeczy się ułożą i po-czujesz 

się pewniej, będziesz mógł wrócić do tych swoich wycen w 
terenie. Przynajmniej w jakimś zakresie. 
 

Zresztą,   Ted   też  nie   był   ortem,   jeśli  chodzi  o  sprawy 

księgowania, rozliczeń, itd. Ja brałam na siebie wszystkie... 
 

- Oczywiście. 

 

Sposób, w jaki to powiedział, zaniepokoił ją. 

 

- Tylko nie myśl sobie, że chcę ująć coś Tedowi. Gdyby 

był z nami, potwierdziłby to. 
 

-   Jasne   -   rzekł,   kładąc   dłonie   na   jej   ramionach.   -   Aż 

trudno   mi   w   tej   chwili   uwierzyć,   że  mając   ciebie   pod   ręką, 
szukałem   ratunku   gdzie   indziej.   Teraz   wiem,   że   możemy 
wrócić do stanu, w jakim firma znajdowała się przed wyjazdem 
Teda. 
 

- Chcesz go ściągnąć z Alaski? 

 

-   Ani   mi   w   głowie   burzyć   szczęście   faceta,   którego 

serdecznie lubię. Natomiast co byś powiedziała o wykupieniu 
jego udziałów? Haigh chętnie na to przystanie, gdyż już dał mi 
zgodę na sprzedaż całej firmy. Otóż w tym nowym układzie ty 
byś zajęła jego miejsce i stała się moją wspólniczką. 
 

- Ja? - zapytała, otwierając ze zdumienia usta. 

 

-   Tak,   ty,   Mel.   Przecież   dorównujesz   mu   wiedzą,   a 

przewyższasz umiejętnością oswajania konkretów. Ja zaś wrócę 
do mojej dawnej pracy i będę również szczęśliwym facetem. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 200

   

Firma przetrwa. Nikt nie zostanie wy-rzucony na bruk. Jedyna 
nowość to zmiana płci jednego z partnerów. 
 

To brzmiało jak czarowna baśń. Niestety, baśnie mają to 

do   siebie,   że   kiedy   się   kończą,   człowiek   wraca   do   twardej 
rzeczywistości. 
 

-   Win,   nie   będę   twoją   wspólniczką.   Nie   mam   tyle 

pieniędzy, by wykupić udziały Teda. 
 

- Ja mam. 

 

- Ale wówczas upada idea partnerstwa. Wtedy ty jako 

jedyny będziesz ponosił finansowe ryzyko. 
 

- Tak, tyle że najpierw mam zamiar poprosić cię, że-byś 

zaryzykowała wszystko. To znaczy, żebyś została mo-ją żoną. 
 

Poniedziałek, 14:30 
 
 

Mężczyzna,   który   tańczył   na   ekranie,   był   wysoki, 

szczupły i bardzo zmysłowy. Trzymał w ramionach złotowłosą 
dziewczynę,   której   śliczna   twarz   wyrażała   najróżniejsze 
uczucia,   od   przestrachu   taneczną   brawurą   part-nera   do 
zahipnotyzowania jego zwierzęcym magnetyzmem. Oto typowy 
przykład naśladowania życia przez sztukę, pomyślała Merrill, 
do tego stopnia podbita i oczarowana filmowym obrazem, że 
całkiem zatraciła świadomość, gdzie się znajduje. 
 

Pokój,   w   którym   ona   i   Win,   leżąc   w   łóżku,   oglądali 

telewizję, mógł być każdym pokojem w każdym hotelu R
 

świata, włącznie z tym na Jamajce. Klimatyzacja oraz 

zasunięte   szczelnie   zasłony   chroniły   ich   przed   upałem   i 
jasnością tego wczesnego popołudnia. Byli tylko oni dwoje i 
ten urzekający film. 
 

Deverell chrupał prażoną kukurydzę. 

 

-   Dlaczego   wszystkie   filmy   -   zapytał   w   pewnym 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 201

   

momencie - których akcja rozgrywa się w południowych sta-
nach, muszą być tak długie jak „Przeminęło z wiatrem"? 
 

Uśmiechnęła się pobłażliwie i spojrzała na zegar. 

 

- Win, film trwa dopiero piętnaście minut. 

 

- Doprawdy? A ja myślałem, że już ponad godzinę. 

 

-   Oglądanie   telewizji   było   twoim   pomysłem   - 

przypomniała mu. 
 

-   Zgoda,   z   tym   że   wówczas   jeszcze   zalecałem   się   do 

ciebie, a teraz już jesteśmy po oficjalnych zaręczynach i różne 
myśli chodzą mi po głowie. 
 

-   To,   co   czuję  na  swoim   biodrze,   nie  jest  ani   twoimi 

myślami, ani twoją głową. Jeśliby więc na tym miały polegać 
twoje procesy myślowe, to do ślubu, obawiam się, nigdy nie 
dojdzie. 
 

- Dobrze, idę na kompromis. Odsuwam się z myślami, 

napierając   ustami.   -   Pocałował   ją   w   policzek,   ona   zaś 
roześmiała   się.   -   Co   zaś   się   tyczy   naszych   zaślubin,   to 
proponuję dzień jutrzejszy. 
 

Oderwała   wzrok   od   ekranu   telewizyjnego.   Tamta 

historia miłosna schodziła na dalszy plan wobec jej własnej. 
 

- Ja natomiast sądzę, że najlepszy byłby Dzień Pracy, to 

znaczy pierwszy poniedziałek września. 
 

- Kompromisowo więc ustalmy najbliższy piątek. 

 

W ten sposób koniec twojego urlopu zbiegnie się z po-

czątkiem miesiąca miodowego. 
 

- A ja sądzę, że nalegasz na pośpiech, bym nie mogła w 

związku ze ślubem oddać się swemu sławetnemu planowaniu. 
 

- Przyznaję, że nie uśmiecha mi się deliberować całymi 

tygodniami, czy na szczycie weselnego tortu ma być dzwonek 
czy lukrowa para nowożeńców. 
 

- Słowem, żądasz, bym bez chwili namysłu skoczyła z 

wysokiej skały narzeczeństwa w niezgłębioną toń małżeństwa, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 202

   

tylko dlatego, że jestem w tobie do szaleństwa zakochana? 
 

- Wspaniale ubrałaś w słowa moje myśli, 

 

- A więc w piątek za dwa tygodnie. 

 

Uśmiechnął się i jeszcze raz ją pocałował. 

 

- W ten piątek. I ani dnia później. 

 

Merrill oparła głowę o szczyt łóżka i zamknęła oczy. 

 

Pomyślała o ślubnej sukni, o siostrach i o starym ojcu. 

 

Chciałaby   mieć,   oczywiście,   najwspanialszą   suknię   i 

wszystkich   bliskich   obok   siebie   podczas   tego   wyjątkowego 
dnia   w   życiu.   Ale   skoro   Winowi   tak   bardzo   się   śpieszyło, 
gotowa była mu się podporządkować i zrezygnować z pewnych 
rzeczy. Ostatecznie, może wziąć ślub w skromnym kostiumie, a 
siostry i ojca odwiedzi później, już jako żona Wina i w jego 
towarzystwie. 
 

„Nigdy   nie   miałam   szczęścia   w   miłości",   powiedziała 

złotowłosa dziewczyna na ekranie. 
 

„Od   tej   chwili   wszystko   będzie   inaczej",   zapewnił   ją 

czarujący łobuz. 
 

Gdy Merrill po raz pierwszy oglądała ten film, uznała tę 

scenę za mało prawdopodobną. Szczęście nie przychodzi z dnia 
na dzień, pomyślała wówczas. 
 

Teraz   musiała   zweryfikować   swój   dawny   pogląd   na 

życie. Teraz wiedziała, że los człowieka może się od-mienić w 
ciągu jednej nocy. Wystarczy, że ktoś zastrajkuje, a ktoś inny 
podjedzie pod hotel luksusową limuzyną. 
 

- Co oznacza ten uśmiech? - zapytał Win. 

 

- Myślałam właśnie o tym, jak szybko i nieoczekiwanie 

można zostać szczęśliwą. 
 

- Umieram z ciekawości, kogo dotyczy ta refleksja? 

 

Ciebie czy tej dziewczyny z ekranu? 

 

- Nas obu, sądzę. 

 

Popatrzyli na siebie pełnym miłości spojrzeniem. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 203

   

 

- Kocham cię, Mel. 

 

- Kocham cię, Win. 

 

Sięgnął dłonią po jej okulary. 

 

- Czy mogę je zdjąć? 

 

Kiwnęła głową, równocześnie przytulając się do niego 

całym ciałem. 
 

- Ale wówczas nie będziesz mogła oglądać filmu. 

 

- Nie szkodzi. Znam koniec. 

 

_______________________

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 204

   

 

  

 SHERRYL WOODS

 

Złote Wrota 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 205

   

 

Rozdział pierwszy 

 

 

Decyzja   zapadła.   Po   godzinnej   wizycie   w   agencji   tu-

rystycznej Karyn wracała do domu z mocnym postanowieniem 
wyjazdu na upragniony urlop. Na tylnym siedzeniu samochodu 
leżał   plik   folderów   reklamowych,   zachwalających   uroki 
zalanych   słońcem   plaż   Honolulu   i   ustronnych,   ale   równie 
gorących   piasków   Maui.   Wszystkie   te   kuszące   wspaniałości 
znała dotąd tylko z telewizji. Teraz myśl o złocistym słońcu 
Hawajów tchnęła w nią nowego ducha. Nawet ponury półmrok 
gęstej   mgły,   w   której   tonęły   Złote   Wrota,   nie   był   w   stanie 
zmącić tej radości. 
 

Wybór   miejsca   wypoczynku   był   trudny. 

Zniecierpliwiony   pracownik   biura   wręczył   niezdecydowanej 
klientce   pełną   gamę   ofert.   Zaproponował,   żeby   przed   do-
konaniem   rezerwacji   spokojnie   rozważyła   wszystkie 
propozycje. 
 

Karyn   zamierzała   cały   weekend   rozkoszować   się   pla-

nowaniem swych pierwszych w ciągu dwudziestu sześciu lat 
życia niczym nie skrępowanych wakacji. W jej wyobrażeniu nie 
miał   być   to   jednak   zwykły   urlop,   ale   koktajl   romansu   i 
przygody. 
 

Samochód zaczął się wspinać po krętej uliczce. Nagle 

Karyn usłyszała, że silnik dusi się i prycha. 
 

-   Dalej,   Ruby,   przecież   potrafisz.   Co   wieczór   zdoby-

wasz tę górę - przypomniała podstarzałej już maszynie. 
 

W   odpowiedzi   doszło   ją   charczenie,   które   mogłoby 

przyprawić o atak serca. Po raz pierwszy zaniepokoiła się. 
 

- Nie waż się teraz stanąć - rozkazała. - Na zewnątrz jest 

zimno i mokro. 
 

W   odpowiedzi   Ruby   wydał   z   siebie   przepraszający 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 206

   

pomruk, po czym zadławił się i zgasł. Zaczął się staczać, więc 
Karyn gwałtownie zaciągnęła ręczny hamulec. Jak zwykle w 
takich wypadkach, z właściwą sobie desperacją wrzuciła luz i 
spróbowała ponownie uruchomić silnik. 
 

Tego wieczoru jednak czerwony volkswagen nie zapalił. 

 

Po   nieudanych   próbach   reanimacji   wiekowej   machiny 

westchnęła i oparła głowę na kierownicy. 
 

- Dlaczego właśnie teraz, Ruby? - zapytała z wyrzutem. 

Jednocześnie stwierdziła, że brak jakiejkolwiek re-akcji może 
być bardzo złą wróżbą. - Nie mogłeś poczekać jeszcze miesiąc? 
Rok? Co ja ci takiego zrobiłam? 
 

Poiłam cię olejem i smarowałam woskiem. Tak mi się 

odwdzięczasz   za   to,   że   wyciągnęłam   cię   ze   sterty   złomu   i 
polakierowałam na nowo? 
 

W   nikłej   nadziei,   że   samochód   zareaguje   na   te   wy-

mówki, po raz ostatni przekręciła kluczyk w stacyjce. 
 

Nic. Nawet stłumionego zgrzytu, który świadczyłby, że 

pod maską tli się jeszcze odrobina życia. Poddała się. 
 

Zepchnęła  wrak do  krawężnika i  ponownie  zaciągnęła 

hamulec. Wysiadła i poszła szukać telefonu, z którego mogłaby 
wezwać pomoc. Ostatnio rosła liczba kaprysów Ruby'ego, więc 
Karyn znała już numer mechanika na pamięć. Wierzyła, że Joe, 
który w ciągu ostatnich ośmiu lat tuzin razy łatał każdą część 
pojazdu, znajdzie jakąś radę. 
 

- Kiedy wreszcie pozbędziesz się tego gruchota? - 

 

burknął szpakowaty mechanik, mocując volkswagena na 

haku. 
 

- Za rok - odparła ze znużeniem i pomaszerowała za nim 

ku dobrze znanemu miejscu. 
 

Joe z niedowierzaniem potrząsnął głową. 

 

-   To   pudło   jest   do   niczego.   Mało   tego   -   jest 

niebezpieczne,   a  już  szczególnie  w  nocy.  Któregoś  dnia  sta-

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 207

   

niesz, a na ulicach nie będzie żywej duszy. I co wtedy zrobisz? 
 

- Zostawię go. Zadzwonię po któregoś z braci. Zrobię 

cokolwiek - odparła. Dokładnie to samo powiedziała zarówno 
tydzień, jak i dwa tygodnie temu. - Joe, wiesz przecież, że nie 
stać mnie teraz na kupno nowego auta. 
 

-   Ale   za   to   stać   cię   na   drogą   wycieczkę?   -   wiedział 

wszystko   o   planach   wyjazdu   na   Hawaje   i   bynajmniej   nie 
popierał   tego   pomysłu.   -   Co   jest   ważniejsze:   twoje 
bezpieczeństwo   czy   kilka   dni   poza   domem,   w   jakimś   od-
ludnym miejscu, gdzie nie znasz nikogo? 
 

- Hawaje to znowu nie tak odludne miejsce. 

 

- Ach, tam! O ile wiem, masz przed sobą kawał drogi. I 

do tego ocean. 
 

Karyn westchnęła. Joe uważał własną przeprowadzkę z 

Oakland do San Francisco za ryzykowne przedsięwzięcie. Nie 
lubił   zmian,   a   ponadto   był   nadopiekuńczy   i   bardziej 
zapobiegliwy niż jej własna rodzina. 
 

- Pojadę na ten urlop i już - rzuciła i spojrzała na Joego z 

uporem.   -   Całe   życie   czekałam   na   moment,   kiedy   uzbieram 
odpowiednią sumę i wyjadę sama, żeby zobaczyć inny kawałek 
świata. Nie zrezygnuję z tej wycieczki. Joe, proszę, napraw go 
jeszcze ten jeden raz. 
 

Mężczyzna   przygryzł   nie   zapalone   jeszcze   cygaro   i 

wciąż mrucząc coś pod nosem, zgodził się. 
 

- Dobrze już, dobrze. Zrobię, co będę mógł. 

 

Kiedy jednak Karyn przyszła w sobotę po odbiór Ru-

by'ego, okazało się, że samochód stoi opuszczony na ty- 
 

łach zakładu. Joe miał grobową minę. Nawet cygaro zwi-

sało mu bezwładnie w ustach. Nadzieja zgasła. 
 

-   Wysiadł   silnik   -   stwierdził   mechanik,   zawsze 

wstrzemięźliwy w słowach i okazywaniu współczucia. 
 

- Nie da się tego naprawić? Joe, jesteś w tym najlepszy. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 208

   

Na pewno można coś jeszcze zrobić. 
 

-   Nie   warto   -   odparł   i   ponownie   wcisnął   głowę   pod 

maskę innego samochodu, który najwyraźniej miał szansę na 
lepszą przyszłość niż Ruby. 
 

- Proszę, Joe, zrób to dla mnie. 

 

- Naprawa będzie cię kosztować więcej, niż ten wóz jest 

wart. 
 

- Ile? 

 

- Pięćset, może sześćset, a nawet więcej, jeśli nie znajdę 

odpowiednich części na złomowisku. 
 

Ta   kwota   stanowiła   połowę   oszczędności   Karyn, 

pieniędzy,   które   przez   ostatni   rok   odkładała   na   wyśnioną 
podróż na Hawaje. 
 

- Wiem, że liczyłaś na te wakacje, ale to na nic. - Joe 

uczynił nawet wysiłek, żeby jego głos zabrzmiał współczująco. 
To utwierdziło Karyn w przekonaniu, że stan auta jest gorszy, 
niż się spodziewała. Joe nie miał sobie równych w naprawach 
silników.   Nigdy   pochopnie  nie  wysyłał  samochodu  na  złom. 
Jeżeli twierdził, że nie potrafi naprawić Ruby'ego, znaczyło to, 
że rzecz jest niemożliwa. 
 

- Kup sobie lepiej jakiś nowy lub przynajmniej używany 

wóz. Raty zacznij spłacać od zaraz - doradził. 
 

- Wybierz coś, a ja już ci to podszykuję. Na wycieczkę 

możesz jechać w przyszłym roku. 
 

Karyn   wiedziała,   że   to   przyjazna   rada,   może   nawet   i 

rozsądna,   ale   bardzo   gorzka.   Przygnębiona,   podeszła   do 
zdezelowanego   czerwonego   volkswagena.   Miała   prze-możną 
chęć kopnąć w opony, ale nie zebrała w sobie tyle odwagi. W 
przeciwieństwie do Ruby'ego wciąż jeszcze była wobec niego 
lojalna. 
 

- Jak mogłeś mi to zrobić? -jęknęła żałośnie i ostatni raz 

spojrzała   z  niechęcią   na  samochód.   Potem   zebrała  leżące  na 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 209

   

tylnym   siedzeniu   mapy,   swetry   i   parasolki   i   udała   się   na 
parking. Tam otworzyła torebkę, wyjęła foldery o Hawajach, 
demonstracyjnie  porwała  je  na  strzępy  i  wrzuciła  do  starego 
kubła.   Były  to  zaledwie  kawałki   papieru,   ale  kiedy   opadały, 
dziewczyna czuła, jakby wraz z nimi ulatywały bezpowrotnie 
jej marzenia. 
 

Przez cały tydzień trudno jej było pogodzić się z nie-

uniknionym. W piątek po pracy wybrała się jednak do salonu 
samochodowego, koło którego codziennie przejeżdżała. Minęła 
stoisko   z   nowiutkimi   sportowymi   kabrioletami,   kolejne   -   z 
ekskluzywnymi limuzynami, a także salę wystawową nowych 
wozów.   Wreszcie   doszła   do   używanych   samochodów. 
Próbowała wmówić sobie, że wymiana Ruby'ego na inne auto 
będzie dla niej prawdziwą przygodą. Liczyła również na to, że 
zachwyci ją wreszcie komfort jazdy, kiedy silnik nie będzie już 
gasł   na   światłach   ani   też   dusił   się   przy   pokonywaniu   pa-
górków.   Niemniej   jednak,   tląca   się   wciąż   wizja   hawajskiej 
Diamond Head nie dawała jej spokoju. 
 

- Czym mogę pani służyć? 

 

Karyn ciężko westchnęła i szybko wróciła myślami do 

rzeczywistości. Stał przed nią rozczochrany sprzedawca, który 
zacierał   ręce   na   myśl   o   perspektywie   przeprowadzenia 
transakcji jeszcze przed końcem dnia. 
 

-   Szukam   samochodu   -   odezwała   się   bez   przekonania 

Mężczyzna   zachichotał,   jakby   usłyszał   właśnie   wyśmienity 
żart. 
 

- Przyszła pani we właściwe miejsce - stwierdził z tak 

wymuszonym   entuzjazmem,   że   Karyn   ponownie   zaczęła 
rozważać możliwość podróżowania autobusami do końca życia. 
Na dobrą sprawę samochód był jej potrzebny tylko w pracy. To 
była jedyna przyczyna, która sprowadziła ją do salonu. 
 

-   Tutaj   stoi   prawdziwa   piękność.   Kabriolet.   Ma   tylko 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 210

   

kilka   lat   i   naprawdę   mały   przebieg.   Akurat   dla   tak   ślicznej 
istoty  jak pani.  Rzuca się w oczy. Seksowny. Ma swój styl, 
jeżeli wie pani, co mam na myśli. 
 

Zerknęła   na   jasnoczerwony   samochód,   który   zarówno 

barwą, jak i sylwetką przypominał jej Ruby'ego. Używany czy 
nowy   -   wyglądał   na   bardzo   drogi.   Nie   chciała   robić   sobie 
nadziei, więc wzruszyła jedynie ramionami i zapytała obojętnie: 
 

- Ile? 

 

- Cóż, musielibyśmy porozmawiać. Może chciałaby pani 

odbyć próbną jazdę i sprawdzić, czy ten wóz pani odpowiada? 
 

- Ile? 

 

- Proszę tylko spojrzeć na wnętrze. Sama skóra, i do tego 

jak   nowa,   bez   jednej   plamki.   Tylko   czterdzieści   tysięcy   na 
liczniku. 
 

- Ile? 

 

- Ma pani jakiś samochód do wymiany? 

 

Karyn przecząco potrząsnęła głową. 

 

- Mhm - mruknął z zakłopotaniem. 

 

- Ile? - upierała się. 

 

- Jaką kwotą pani dysponuje? 

 

- Ograniczoną. 

 

Po   tej   precyzyjnej   odpowiedzi   entuzjazm   sprzedawcy 

zmalał jeszcze wyraźniej. 
 

-   Rozumiem.   W   takim   razie   powinniśmy   poszukać 

czegoś bardziej klasycznego. O, tutaj jest standardowy, solidny 
wóz. Można na nim polegać, a to ważne. 
 

Wskazał na dwudrzwiowy, matowoniebieski samochód, 

który   wyglądał   jak   puszka   po   konserwie.   Brzegi   drzwi 
pokrywała   rdza.   Lewy   przedni   zderzak   był   wgięty.   -   Proszę 
pamiętać,   że  to   nic   nadzwyczajnego,   ale   za   to  dobry   środek 
transportu. Jestem pewien, że ten zakup nie ob-ciąży specjalnie 
pani kieszeni. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 211

   

 

Karyn przyglądała się bez zainteresowania. Jeszcze raz 

rzuciła okiem na czerwone auto. Jeżeli już miała zmarnować 
wakacje   na   rzecz   samochodu,   dlaczego   nie   kupić   czegoś 
bardziej   stylowego?   Emerytowanego   staruszka   wymienić   na 
przygodę i wyzwanie.  
 

- Proszę jeszcze raz opowiedzieć mi o tym kabriolecie. 

 

W oczach sprzedawcy rozbłysły ogniki. 

 

- Naturalnie. Przyniosę kluczyki i może pani wyjechać 

na   małą   przejażdżkę.   Proszę   go   rozruszać.   Wystarczy   jedna 
jazda tym cackiem, a za nic w świecie nie zechce pani innego. 
 

Tego   właśnie   się   obawiała.   Zaniepokoiła   się   jeszcze 

bardziej,   kiedy   mężczyzna   odsunął   dach   i   posadził   ją   na 
komfortowym   fotelu   za   kierownicą.   Silnik   ruszył   już   za 
pierwszym   przekręceniem   kluczyka   w   stacyjce.   Ta   przeklęta 
maszyna  pracowała  naprawdę   równo.   Leniwe   po-południowe 
słońce pieściło ramiona Karyn. Łagodny wie-trzyk rozwiewał 
jej włosy. Pojawiła się nutka podniecenia. Wyraźnie rozpoznała 
to uczucie. Doświadczyła go, przeglądając zdjęcia plaż Waikiki 
i marząc o wysokich, przystojnych brunetach. 
 

W   biurze   dealera   rozpoczęła   negocjacje.   Sprzedawca 

skrupulatnie   wyliczał   zalety   samochodu   z   zaangażowaniem 
dumnego ojca. 
 

- Nie musi mi pan tego auta zachwalać - przerwała. 

 

- Proszę tylko podać cenę. 

 

Wyglądał   na   zdezorientowanego.   Najwyraźniej   transa-

kcja nie zapowiadała się prosto. 
 

- A może to pani wskaże jakąś sumę - zaproponował. 

 

- Możemy od niej zacząć. 

 

Zacząć?   To   stwierdzenie   zabrzmiało   złowieszczo. 

Dlaczego więc nie zaczynać od zupełnego minimum? 
 

- Tysiąc dolarów - rzuciła. 

 

Sprzedawca nie ukrywał zaskoczenia. Pokręcił przecząco 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 212

   

głową i uśmiechnął się ironicznie. 
 

- Obawiam się, że to zbyt niska kwota. Nie odważyłbym 

się jej zaproponować mojemu szefowi. Wyśmiałby mnie. 
 

- Teraz kolej na pana. Ja podałam już swoją cenę. 

 

- No, niechże pani - pot zaczął występować mu na czoło 

- zaproponuje coś rozsądnego. 
 

- Właśnie to zrobiłam. 

 

- Nie mogę przyjąć pani propozycji. Tysiąc dolarów za 

taki samochód to nic. 
 

Karyn zniechęciła się. Nie kupi tego wozu. Nie za-dłuży 

się dla niego właśnie teraz, kiedy wreszcie zaczęło się jej lepiej 
powodzić. Odkąd tylko sięgała pamięcią, prześladował ją brak 
pieniędzy.   Nauczyło   ją   to,   że   życie   na   kredyt   może   być 
niebezpieczne. 
 

- Może lepiej zapomnijmy o całej sprawie. - Podniosła 

się, zabierając do wyjścia. 
 

Handlarz okazał się jednak nadzwyczaj czujny i sprawny 

jak na człowieka z nadwagą. Natychmiast za-grodził jej drogę. 
 

- Proszę poczekać. Niech pani nie będzie taka nerwowa. 

-   Posłał   kolejny   nieszczery   uśmiech.   -   Jestem   pewien,   że 
możemy dojść do porozumienia, ale pod wa

runkiem   że 

zrobimy to z rozsądkiem. 
 

- Nie sądzę - odparła, prześlizgując bokiem. 

 

- Ależ, proszę pani! - krzyknął rozpaczliwie i ruszył za 

nią. 
 

Karyn rzuciła ostatnie, markotne spojrzenie w kierunku 

czerwonego   wozu,   odwróciła   się   i   zatrzymała   wprost   na 
solidnej ścianie. 
 

-   Jakiś   problem,   Nate?   -   Ku   jej   zdumieniu   ściana 

przemówiła. 
 

Zadarła   głowę   i   stwierdziła,   że   ściana   ta   ma   również 

ręce. Głęboka, nierówna bruzda przecinała policzek mężczyzny, 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 213

   

inna blizna biegła białą nitką przez ciemną brew. 
 

Był to dziwaczny obraz, jedyny w swoim rodzaju, a do 

tego przerażający. Mimo iż nie miała żadnego doświadczenia w 
pertraktowaniu  z  dealerami,  natychmiast domyśliła  się,  że  to 
właśnie   aparycja   jest   najmocniejszą   bronią   tego   człowieka. 
Ktoś   taki   był   w   stanie   sprzedawać   fordy   akcjonariuszom 
General Motors. Jego ciemnozielone oczy mogłyby uwieść jej 
osiemdziesięcioletnią, niezamężną ciotkę. 
 

Położył dłoń na ramieniu Karyn. Poczuła, że wraca do 

równowagi   po   odbytym   pojedynku,   a   nawet   więcej   -   miała 
wrażenie, że wpada w hipnotyczny trans. 
 

Ku własnemu przerażeniu stwierdziła, że napływają jej 

do oczu łzy. Chciała przecież jedynie kupić samochód. 
 

Cała procedura wydawałaby się nie bardziej skompliko-

wana   -   może   odrobinę   kosztowniejsza   -   niż   zakup   zwykłej 
grzanki. Okazało się jednak, że wymagała świętej cierpliwości i 
dyplomacji,   a   ona   nie   mogła   się   pochwalić   żadną   z   tych 
umiejętności.   Portfel   także   nie   był   jej   atutem:   nie   pękał   w 
szwach od nadmiaru gotówki. 
 

-   Proszę   posłuchać.   Naprawdę   sądzę,   że   nie   był   to   z 

mojej strony najlepszy pomysł. Przyjdę innym razem. 
 

-   Rozumiem,   że   podoba   się   pani   ten   kabriolet?   - 

Mężczyzna pilnie przyglądał się jej twarzy. 
 

Karyn przytaknęła. 

 

- Jaka była pani propozycja? 

 

- Tysiąc dolarów - odparła wyzywająco. 

 

Odnotował   grymas   jej   podbródka,   ale   także   -   co 

ważniejsze - błysk łez w olbrzymich błękitnych oczach. Wobec 
kobiecych łez Brad stawał się bezsilny. 
 

-   Rozumiem   -   rzekł   bardzo   poważnym   tonem.   -   Czy 

zgadza się pani na tysiąc dwieście? 
 

- Ale... - zaprotestował Nate, jednak surowe spojrzenie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 214

   

szefa powstrzymało go od dalszych uwag. 
 

Brad   dostrzegł   płomyk   entuzjazmu,   który   ponownie 

zapłonął w niewinnych oczach Karyn. Jego serce natychmiast 
zabiło mocniej. 
 

- Gdybym przez jakiś czas żyła o chlebie i wodzie... - 

zaczęła i tęsknym wzrokiem powiodła w kierunku czerwonego 
wozu. 
 

- Doskonale - skwitował Brad w obawie, że mogła-by 

zmienić   zdanie   albo   też   Nate   zacząłby   opłakiwać   straconą 
prowizję. 
 

- Nate, zajmij się dokumentacją wozu. Panna... 

 

- Chambers. 

 

- Panna Chambers wypije teraz ze mną kawę w biurze. 

Przyjdź   po   nas,   kiedy   samochód   będzie   już   gotowy   do 
odebrania.   Sprawdź,   czy   jest   czysty   i   nawoskowany,   i   czy 
wnętrza nie trzeba odkurzyć. 
 

- Oczywiście, panie Willis. 

 

Brad spostrzegł, że Karyn skojarzyła nazwisko. 

 

- Ten sam Willis, co w Willis Motors? 

 

- Prawowity spadkobierca - potwierdził, ujął ją za ramię i 

poprowadził do biura. Na podłodze leżał tam miękki dywan, 
stały   mahoniowe   meble,   a   jedna   ściana   cała   była   pokryta 
fotografiami, przedstawiającymi Willisa obok najrozmaitszych 
samochodów wyścigowych. 
 

Mężczyzna   zerknął   na   zdjęcia,   które   uporczywie 

przypominały   mu   przeszłość.   Rezygnacja   z   uczestnictwa   w 
rajdach   była   dla   niego   wielkim   poświęceniem.   Najchętniej 
usunąłby te wszystkie pamiątki, ale nie chciał narażać ojca - 
dumnego z osiągnięć syna - na niepotrzebny ból i przypominać 
mu, jak wielką ofiarę złożył specjalnie dla niego. 
 

Skupił   uwagę   na   drobnym,   ciemnowłosym   chochliku, 

który zasiadł przed nim. Zanim ta baśniowa postać znik-nie jak 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 215

   

leśny duszek, chciał ją poczęstować filiżanką ka-wy. Według 
jego   oceny   Karyn   miała   około   dwudziestu   pięciu   lat.   W 
porównaniu jednak z pretensjonalnymi kobietami, które dotąd 
spotykał, wyglądała znacznie młodziej. Przemknęło mu nawet 
przez   myśl,   żeby   zaproponować   jej   mleko   zamiast   kawy. 
Przysiadł na biurku i zaczął ją obserwować. Widać było, że jest 
tym zmieszana. 
 

Zaczęła go fascynować. 

 

- Nie wzbogaci się pan na tego typu transakcjach 

 

- odezwała się twardo. - Nie znaczy to, że nie jestem 

panu wdzięczna, ale sam pan rozumie - to kiepski interes.
 

- Jestem już bogaty - wyznał. Jeżeli nawet nie zadbał o to 

ojciec, to jego własny sukces w rajdach zapewnił 
 

dostatek   w   zupełności.   Już   dawno   temu   odkrył,   że 

pieniądze   są   potrzebne,   ale   na   dłuższą   metę   nie   rozwiązują 
wszystkich problemów. 
 

- Podtrzymuje pan swoją decyzję? 

 

- Jak najbardziej. Proszę się nie martwić. 

 

Podejrzewał,   że   gdyby   znała   szczegóły,   dopytywałaby 

się   o   swoje   zobowiązania,   a   w   efekcie   wybiegłaby   z   biura 
zagniewana. 
 

- Ale dlaczego pan to robi? Równie dobrze mogłabym 

okazać się oszustką.  
 

Brad roześmiał się. Nie mógł wyobrazić sobie kobiety o 

tak niewinnej twarzy jako wyrafinowanej złodziejki. 
 

- Wątpię. 

 

- Dlaczego? 

 

-   Widziałem,   jak   wysiadała   pani   z   autobusu   i   prze-

chodziła przez salę. Łatwo było się domyślić, że potrzebne jest 
pani   coś   na   poprawę   nastroju.   Wyglądała   pani   jak   ponura 
misjonarka. 
 

Tak   naprawdę   ten   właśnie   widok   wywabił   Willisa   z 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 216

   

biura. Nad nim także zawisło przygnębienie. Powinien był żyć 
kilka stuleci wcześniej, żeby mógł przywdziać zbroję i ruszyć 
na odsiecz niedoli białogłów. Syndrom rycerza w lśniącej zbroi 
zdecydowanie   nie   pasował   do   współczesnych   czasów.   Wiele 
kobiet wręcz nie życzyło sobie żadnej pomocy, może tylko w 
walce ze smokami, ale te z kolei trudno było spotkać. 
 

-   Jest   pan   bardzo   spostrzegawczy   -   przyznała 

zaskoczona. 
 

- Tak naprawdę nie chciała pani kupić samochodu. 

 

Mam rację? 

 

- Myślałam o wycieczce na Hawaje. I tak niewiele już 

brakowało... 
 

- Co się stało? 

 

- W Rubym zgasło życie. 

 

- Bardzo mi przykro z powodu jego śmierci. Ruby to był 

pani... 
 

- Samochód. 

 

- Ach, tak. - Współczucie ustąpiło, ale podziw dla Karyn 

pozostał. - Rozumiem, że kupuje pani wóz zamiast wycieczki 
na Hawaje? 
 

- Właśnie tak.  

 

-   Hawaje   nie   uciekną.   Może   pani   pojechać   tam   w 

przyszłym roku. 
 

- To samo powiedział Joe. 

 

Wzmianką o Joe'em zaniepokoiła Brada w zaskakujący 

dla   niego   sposób.   Z   jakiejś   przyczyny   przeszkadzało   mu,   że 
dziewczyna przytacza słowa obcego mężczyzny. 
 

- Joe? 

 

- To mój mechanik. Przyjaźnimy się od kilku lat. 

 

Willis nachmurzył się jeszcze bardziej. 

 

- Mhm - mruknął. - Wszystko teraz rozumiem. 

 

- Nie sądzę. Chyba że ma pan volkswagena z sześć- 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 217

   

 

dziesiątego ósmego roku. 

 

-   Ach,   tak!   -  krzyknął   ze  zrozumieniem  i  ulgą  jedno-

cześnie. 
 

- Tak, tak. Miałam nadzieję, że utrzymam go przy życiu 

jeszcze przez rok, przynajmniej do czasu, kiedy wybiorę się na 
ten   jeden   jedyny   urlop.   -   Spojrzała   na   Willisa   nieobecnym 
wzrokiem. - Czy proszę o tak wiele? 
 

- Obawiam się, że tak. Stary samochód nie wytrzymałby 

tej próby. Dlaczego te wakacje są dla pani takie ważne? 
 

- Nigdy dotąd nie miałam urlopu. 

 

-   Na   Hawajach,   czy   tak?   -   Brad   przyjął   jej   słowa   z 

przymrużeniem oka. 
 

- Nie, w ogóle. Mam dwadzieścia sześć lat i nigdy dotąd 

nie   wyjechałam   dalej   niż   na   południe   San   Francisco.   Mam 
siedmioro   rodzeństwa.   Spotykamy   się   zawsze   na   niedzielnej 
mszy. Któregoś razu pojechałam z nimi na piknik. Padało. 
 

- Ale przed chwilą powiedziała pani, że ma dwadzieścia 

sześć lat. Z pewnością od kilku lat żyje pani samodzielnie. 
 

- Nigdy nie żyłam samodzielnie, a przynajmniej nie w 

takim sensie, jaki ma pan na myśli. Mam sześciu star-szych 
braci, którzy - w najlepszym wypadku - zamar-twiają się na 
myśl,   że   mogę   wyjść   sama   po   zmroku.   Kiedy   skończyłam 
szkołę   i   zaczęłam   zarabiać   na   tyle   dużo,   że   kupiłam   sobie 
mieszkanie, na zmianę stróżowali w nocy pod moim oknem. 
Wreszcie postraszyłam ich policją. Teraz bez przerwy dzwonią. 
Wolę nie myśleć, co by zrobili, gdybym... - załamał się jej głos. 
- No, wie pan. 
 

-   Naturalnie.   Chyba   wiem   już,   dlaczego   tak   bardzo 

chciała pani wyjechać - zaśmiał się. 
 

- Proszę mnie źle nie zrozumieć. Mam naprawdę dobre 

rodzeństwo.   Życzyłabym   im   tylko   kilku   tuzinów   własnych 
dzieci, wtedy daliby mi spokój. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 218

   

 

- Jest pani bardzo lojalna wobec bliskich. 

 

- To samo powiedziałam Ruby'emu. - Karyn oblała się 

rumieńcem.   Brad   poczuł,   że   ubóstwia   ten   dowód   kobiecego 
zażenowania.   -   Pewnie   myśli   pan,   że   rozmawia   z   jakąś 
wariatką, która mówi o samochodzie jak o człowieku. 
 

To   również   mu   się   spodobało.   Bez   wątpienia,   ta 

dziewczyna nie była pozbawiona uczuć wobec... samochodów i 
ludzi. Była zaprzeczeniem niewrażliwości, z którą zazwyczaj 
się spotykał. 
 

- Mój samochód nazywa się Ralph - wyszeptał po-ufnie. 

-  Naturalnie,  nie mówię  tak  o  nim  publicznie; wyśmiano  by 
mnie w moim środowisku. 
 

- Nie są to więc jedynie zdjęcia reklamowe? - Wskazała 

na ścianę. - Pan naprawdę jest rajdowcem? 
 

- Byłem. Kilka miesięcy temu przestałem jeździć. 

 

- Wycofał się pan? 

 

- Coś w tym rodzaju. Mój ojciec miał zawał. Lekarze 

przedstawili  mu  alternatywę:  albo  odciąży  się  w  pracy,   albo 
umrze w ciągu roku. Prowadzimy dziesięć podobnych salonów 
samochodowych,   rozrzuconych   po   całym   stanie.   No   i   tak 
właśnie znalazłem się tutaj. Po wykonaniu całej papierkowej 
roboty, rozwiązaniu problemów firmy i walce z ojcem, który 
ciągle próbuje wejść do biura, nie zostaje mi wiele czasu na 
zawody o Grand Prix. 
 

-   Pan   również   jest   bardzo   lojalny   wobec   bliskich.   Na 

pewno ciężko jest rezygnować z czegoś, co się kocha. 
 

-   Zrobiłem   to   niechętnie,   podobnie   jak   i   pani   bez 

entuzjazmu kupowała auto. 
 

- Ale w końcu zrobił to pan. Sądzę, że to bardzo szla-

chetny gest. Ja dotąd nie rezygnowałam z niczego. 
 

- Z wyjątkiem Hawajów. 

 

- To wcale nie było szlachetne - odparła ponuro. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 219

   

 

- Konieczność. Nie obyło się jednak bez złości i krzyku. 

 

Gdybym tylko mogła poradzić sobie bez samochodu... 

 

Bradowi zaświtała w głowie pewna myśl. 

 

- Kiedy zaczynają się pani wakacje? 

 

- Nie ma żadnych wakacji. 

 

- Mam na myśli datę. Czy powiedziała już pani szefowi 

o przełożeniu terminu wyjazdu? 
 

- Jeszcze nie. Ja nazwałabym to odwołaniem wyjazdu. 

 

- Niech więc pani mu nic nie mówi. Będzie pani miała 

urlop. 
 

- Ale ja nie mogę teraz pozwolić sobie na żaden wyjazd. 

 

- Może pani spędzić wakacje na miejscu. 

 

- To nie byłyby żadne wakacje. Tu jest mój dom. 

 

Nie   chcę   po   raz   kolejny   trawić   cennego   czasu   na 

sprzątaniu. 
 

-   Kto   mówi   o   sprzątaniu?   Tysiące   ludzi   rokrocznie 

odwiedzają   San   Francisco.   Napisano   o   tym   miejscu   wiele 
piosenek.   To   jedno   z   najbardziej   romantycznych   i 
podniecających   miast   na   świecie.   Jeżeli   ma   pani   ochotę   na 
orientalny   smaczek   -   proszę   bardzo.   Klimat   francuskich 
winnic?   Służę.   Osobliwa   atmosfera   klifowego   nadmorskiego 
Portofmo   we   Włoszech?   Nic   prostszego.   Dlaczego   miałaby 
pani stąd wyjeżdżać? 
 

- Po to, żeby uwolnić się od braci. 

 

-   Niech   więc   pani   wyłączy   telefon   i   powie   im,   że 

wyjeżdża. Proszę odkryć to miejsce na nowo. Czy widziała pani 
kiedyś Złote Wrota o zmierzchu? - Entuzjazm Brada narastał. 
Już   od   długiego   czasu   nie   czuł   się   tak   beztroski   i 
podekscytowany.   Teraz   przemawiał   z   zapałem   godnym 
przewodnika   turystycznego.   -   No,   więc   jak?   -   nalegał.   - 
Widziała pani, jak ten most wtedy wygląda? 
 

- Każdego wieczoru, kiedy stawałam w korku. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 220

   

 

- Ale czy kiedykolwiek obejrzała go pani naprawdę? 

 

- Niezupełnie - przyznała półgłosem. 

 

- W takim razie pani i ja wybieramy się na cały wy-

pełniony zabawą tydzień wakacji w San Francisco. 
 

Karyn wyglądała tak, jakby poraził ją grom z jasnego 

nieba. 
 

- Pan? - wyszeptała. 

 

-   Dlaczego   nie?   -   Wzruszył   ramionami.   -   Przeżyłem 

uczciwie   pracowity   rok.   Nawet   pani   tak   powiedziała.   Za-
sługuję na urlop - odparł przekonująco. 
 

- Ale pan mógłby przecież pojechać, dokąd tylko du-sza 

zapragnie. 
 

- Mógłbym - przyznał bez wahania. - Ale nie wyobrażam 

sobie przyjemniejszego urlopu, niż spędzony w towarzystwie 
kobiety, która właśnie nabyła swój pierwszy elegancki wóz. 
 

Mówił   ze   swadą,   ale   -   ku   własnemu   zdziwieniu   - 

uświadomił sobie, że nic dotąd nie było dla niego tak ważne jak 
ta   rozmowa.   Postrzeganie   świata   przez   pryzmat   młodych, 
pełnych   wigoru   oczu   Karyn   mogło   okazać   się   dla   niego 
życiową   inwestycją.   Może   nawet   mogliby   wspólnie 
wyczarować parę smoków, które chętnie by poskromił. 
 
 
 

 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 221

   

 

 

 Rozdział drugi 

 
 

Karyn dotychczas nie podejmowała pochopnych decyzji. 

Nigdy zresztą nie zmuszały jej do tego okoliczności. Jednak po 
wielu latach ustawicznej walki o przetrwa-nie miała ochotę na 
przygodę   jak   z   książkowego   romansu.   W   głębi   serca   nie 
przestała   wierzyć   w   historię   Kopciuszka,   a   Brad   Willis 
doskonale nadawał się do roli przystojnego księcia. 
 

Pilnie przyglądała się rozmówcy i usiłowała pozbierać 

myśli. Propozycja wakacji we dwoje była bardzo kusząca. 
 

Brad   miał   wiele   zalet.   Z   dużym   przejęciem   mówił   o 

ojcu; jego słowa świadczyły o zuchwałej pewności siebie, ale 
nie arogancji. Ubrany był nienagannie. Ponadto biła od niego 
niezwykła witalność i energia - cechy, których nie posiadała 
Karyn. 
 

Najważniejsze jednak było to, że wyglądał na godnego 

zaufania. Mówiło o tym szczere spojrzenie jego oczu. 
 

Okazał   jej   wiele   sympatii   i   współczucia.   Od   razu 

rozpoznała w nim bratnią duszę, mimo iż obydwoje należeli do 
dwóch różnych światów. 
 

Naturalnie,   istniała   i   druga   strona   medalu.   Brad   naj-

prawdopodobniej   miał   duże   doświadczenie   w   kontaktach   z 
ludźmi i bez wysiłku umiał sobie z nimi radzić, bez względu na 
sytuację. Możliwe nawet, że w jego kręgach dopuszczalne było 
podrywanie i porzucanie kobiet. Karyn nigdy nie interesowała 
się wyścigami samochodowy-mi, więc nie miała pojęcia, jaką 
reputacją   Willis   cieszył   się   wśród   dziennikarzy   skandalizu-
jących popołudniówek. 
 

Na myśl o tym zamarła. Sama rzadko spotykała się z 

mężczyznami.   Nie   miała   na   to   czasu.   Obawiała   się,   że   nie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 222

   

będzie w stanie rozpoznać krętacza. 
 

Niemniej   zdjęcia   w   biurze   Willisa   przedstawiały 

wyłącznie samochody i mężczyzn. Kobiet na nich nie było. 
 

Karyn instynktownie spojrzała na dłonie Brada. Chciała 

wiedzieć, czy nosi obrączkę. Jego palce były zadbane, ale nie 
przyozdabiał ich dowód zawartego małżeństwa. 
 

Dobry, choć mało wiarygodny znak - pomyślała. 

 

-   Czy   ma   pan   żonę,   panie   Willis?   -   zapytała   jak   na 

przesłuchaniu. 
 

- Brad - poprawił, uśmiechając się przy tym bez cienia 

zażenowania. - Widać, że niepokój braci udzielił się i tobie. 
 

Wykrętna odpowiedź zdenerwowała Karyn. Starała się 

mówić z rozwagą, z której zarówno bracia jak i zwierzchnicy w 
pracy byliby dumni. 
 

- Wydaje mi się, że mam prawo pytać o to kogoś, z kim 

miałabym spędzić wakacje. Nawet jeśli nie mieszkalibyśmy w 
jednym   pokoju   hotelowym,   chciałabym   wiedzieć,   czy   mamy 
jakieś wspólne cechy. 
 

-   Chodzi   o   to,   czy   obydwoje   mamy   ten   sam   stan 

cywilny? 
 

-   Coś   w   tym   rodzaju.   To   przecież   ważne,   czy   ty   nie 

jesteś żonaty, a ja zamężna. 
 

- Gdybyś była, nie doszłoby do tej rozmowy. 

 

- Skąd wiesz? Nie pytałeś mnie o to. 

 

- Nie nosisz obrączki. 

 

- To jeszcze o niczym nie świadczy. 

 

- Nie przyszedł z tobą ciekawski mąż, który zaglądałby 

pod maskę każdego samochodu. 
 

-   A   może   sama   znam   się   na   mechanice?   Przecież 

jeździłam volkswagenem z sześćdziesiątego ósmego roku. 
 

- Joe się nim zajmował. 

 

- To wciąż nie jest odpowiedź na moje pytanie. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 223

   

 

- Które? To, jak poznałem, że nie jesteś zamężna, czy to 

o moją ewentualną żonę? 
 

- Obydwa. Bardziej jednak interesuje mnie to drugie. 

 

Brad   położył   dłonie   na   biurku,   nachylił   się   ku   niej   i, 

patrząc prosto w oczy, odparł uroczyście: 
 

- Nie, Karyn Chambers. Nie mam żony. Mało tego, nie 

ma   ani   nie   było   mowy   o   poważniejszych   związkach  z 
kobietami. Żyję na zbyt wysokich obrotach. - W jego głosie 
słychać było żal. - Nie jestem wprawdzie ascetą, ale czasy się 
zmieniają, a ja staję się coraz starszy i mądrzejszy. 
 

- O ile starszy? 

 

-   Mam   trzydzieści   dwa   lata.   Chcesz   zobaczyć   moją 

metrykę urodzenia? 
 

- Nie. Wystarczy prawo jazdy. 

 

Brad sięgnął po portfel, wciąż nie spuszczając wzroku z 

dziewczyny. Jego powolne ruchy wskazywały, że oczekiwał od 
niej   cofnięcia   impertynenckiej   prośby.   Ona   jednak   uparcie 
trzymała wyciągniętą dłoń. 
 

- Nie pozwolę, żeby zupełnie obcy człowiek prowadził 

mój nowy wóz. Muszę wiedzieć, czy ma aktualne prawo jazdy. 
 

Brad, śmiejąc się, wręczył jej portfel. Było w nim tyle 

kart   kredytowych,   że   można   byłoby   za   nie   wykupić   cały 
ekskluzywny dom towarowy. 
 

Prawo   jazdy   mówiło   o   swym   właścicielu   znacznie 

więcej niż to, że potrafi prowadzić samochód. 
 

Napisano,   że   jego   oczy   są   zielone,   choć   błyszczały 

magicznie   jak   szmaragdy   i   Karyn   zapragnęła   zatrzymać   je 
wyłącznie   dla   siebie.   Zaznaczono   także,   że   Willis   mierzy 
prawie   metr   dziewięćdziesiąt,   a   jego   waga   -   na   którą   na 
pierwszy rzut oka składały się same mięśnie - lekko przekracza 
osiemdziesiąt   kilo.   Mieszkał   w   Malibu,   którego   nazwa 
przywodziła na myśl obraz unurzanych w słońcu i oplecionych 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 224

   

roślinnością leżaków z drzewa sekwojowego. Brad urodził się 
piętnastego maja, pod znakiem Byka, co mogłoby sugerować, 
że jest uparty i potrafi nakłonić ją do wspólnego wyjazdu. I tak 
nie dałaby S
 

się długo namawiać. 

 

Bała się jedynie, że jej bracia zabiją Willisa, jeśli do-

wiedzą się o jego istnieniu. 
 

- Dobrze. Jakie masz plany na te wakacje? - zapytała w 

końcu. 
 

- Nie powiedziałaś jeszcze, kiedy zaczyna się twój urlop. 

 

- Teoretycznie, od poniedziałku za tydzień. 

 

-   Świetnie.   Mam   więc   jeszcze   trochę   czasu,   żeby 

załatwić parę spraw w Los Angeles. Wszystkim zajmę się sam. 
Obiecuję, że będą to najwspanialsze wakacje w twoim życiu. I, 
zaznaczam, ja funduję. 
 

- To piękny gest, ale przecież nawet mnie nie znasz 

 

- zauważyła zaskoczona. 

 

Brad wyciągnął ku niej rękę i czekał, aż Karyn poda mu 

swoją. Zamknął jej dłoń w gorącym uścisku. 
 

- Nigdy dotąd niczego bardziej nie pragnąłem. 

 

Serce   zabiło   jej   mocniej.   Z   pewnością   ten   mężczyzna 

miał dar przekonywania. Podniosła wzrok i spotkała jego oczy, 
tak romantyczne jak blask księżyca i rozgwieżdżonego nieba. 
 

Czekała na to od wieków. 

 

Zgodnie   z   przewidywaniami   Karyn   wiadomość   o 

wakacjach   wywołała   burzę   wśród   jej   braci.   Zawzięcie 
próbowali odwieść ją od samodzielnie podjętej decyzji. Musiała 
ich   przekonać,   ale   była   w   stanie   zrobić   to   tylko   na   dwa 
sposoby:   mogła   użyć   najsubtelniejszego   taktu   albo   laski 
dynamitu. 
 

-   Myślałem,   że   po   kupnie   samochodu   odwołałaś 

wycieczkę na Hawaje - stwierdził Frank, najstarszy z braci. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 225

   

 

Po śmierci ojca on właśnie przejął jego protekcjonalny 

ton i prawo do prowadzenia dyskusji. 
 

Rozległ   się   dzwonek   i   wszedł   młodszy   brat.   Kolejni 

zjawiali się w odstępach piętnastominutowych. Nie wy-dawali 
się   zaskoczeni   obecnością   reszty   rodzeństwa   w   mieszkaniu 
siostry.   Karyn   pomyślała,   że   wszystko   mogłoby   wyglądać 
inaczej,   gdyby   była   wysoką,   pewną   siebie,   rudowłosą 
seksbombą, a nie drobną i słabą istotą. 
 

- Odwołałam tę podróż. 

 

- Co więc zamierzasz robić? - zapytał Peter. 

 

- Zostać tutaj - odparła wesoło. 

 

Jared popatrzył na siostrę podejrzliwie. 

 

- Nie rozumiem. Myślałem, że to cię zmartwi...? 

 

-  Tak  było -  potwierdził Daniel.   - Kiedy  przyszedłem 

tutaj w ubiegłą sobotę, Karyn nie skakała z radości. 
 

- Tak - przytaknął Kevin. - Dzwoniłem w niedzielę. 

 

Nasza mała siostrzyczka była naprawdę przygnębiona. 

 

Usłyszawszy   te   psychologiczne   analizy,   dziewczyna 

zakryła oczy dłońmi. 
 

- Dobra. Powiedz, co się naprawdę stało. 

 

Wzruszyła ramionami z przesadną skromnością. 

 

- Zdałam się na los. Co w tym złego? 

 

- Nic - wtrącił Timothy, który idealnie nadawał się do 

dyplomacji.   Marnował   zdolności   jako   zwykły   urzędnik.   - 
Jestem pewien, że Karyn może znaleźć mnóstwo interesujących 
rzeczy tu, w San Francisco. 
 

-   Naturalnie   -   mruknął   Jared.   -   Po   pierwsze,   trzeba 

byłoby wyremontować to mieszkanie. Moglibyśmy się zebrać 
jutro wieczorem i pomóc ci. 
 

- Nie ma mowy - zdecydowanie odrzuciła propozycję. 

Sześć   twarzy,   zdumionych   tak   kategorycznym   tonem, 
odwróciło się ku niej. Natychmiast też wycofała się z ataku. Nie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 226

   

chciała wzbudzać podejrzeń. - To znaczy... Sa-ma sobie z tym 
poradzę. A poza tym, nie zamierzam marnować wolnego czasu 
na remont. 
 

- To co będziesz robić? - zapytał wyraźnie zaskoczony 

Frank. 
 

- Nie wiem. Może nareszcie się wyśpię... - Zarumieniła 

się niebezpiecznie. - Chcę po prostu trochę po-leniuchować. 
 

Widocznie bracia dosłyszeli zakłopotanie w jej  głosie, 

gdyż od razu zaproponowali swoje towarzystwo. 
 

- Mam wolne już od wtorku - zaczął Peter.  

 

- Och, nie! - Karyn klepnęła się po kolanach, próbując 

ukryć zmieszanie. - Powinieneś zająć się swoimi sprawami, a 
nie przejmować moimi. Poza tym, mamy już plany na wtorek. 
 

- My? - Frank zmrużył oczy. 

 

- Ja i mój znajomy. 

 

- Jaki znajomy? 

 

-   Frank,   daj   spokój.   Karyn   widocznie   nie   chce 

powiedzieć nam nic więcej - odezwał się Timothy. 
 

-   Nie   obchodzi   mnie,   co   ona   chce.   Zastanawiam   się 

tylko, dlaczego ukrywa przed nami swoich znajomych. 
 

Coś chyba musi być z nimi nie w porządku. 

 

-   Wszystko  jest  w  jak   najlepszym  porządku  -   odparła 

wykończona.   Miała   ochotę   sięgnąć   po   ostateczny   środek 
perswazji. - Proszę, idźcie już. Chce mi się spać. 
 

- Jest dopiero ósma - zauważył Jared. 

 

-   Nie   widzisz,   że   siostra   ma   już   dość   naszego 

towarzystwa? - rzekł Timothy. - Chodźcie, chłopcy. Dajmy jej 
spokój. 
 

- Dzięki, Timmy. - Karyn z wdzięcznością spojrzała na 

swojego   wybawcę.   Timothy   był   najmłodszy   i   nie   przejawiał 
tyle przesadnej opiekuńczości co pozostali bracia. 
 

Chętnie przychodził z pomocą, kiedy należało wybawić 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 227

   

ją z opresji. 
 

Po   jego   uwadze   mężczyźni   zrezygnowali   z   dalszej 

dyskusji i zbierali się do wyjścia. 
 

-   Jeśli   będziesz   się   nudzić...   -   odezwał   się   Frank   na 

odchodnym. 
 

- Dzięki. Na pewno nie - ucięła. 

 

W tej samej chwili przywołała na pamięć postać Brada. 

W   jego   towarzystwie   nie   było   mowy   o   nudzie.   Wręcz 
przeciwnie - Karyn czekała bajeczna przygoda.  
 

Pukanie do drzwi obudziło ją za pięć szósta. W pierwszy 

dzień jej urlopu! Jęknęła i nakryła głowę poduszką. 
 

Miała ochotę zabić intruza. Jednak po chwili namysłu 

zwlokła się z łóżka i podeszła do drzwi, potykając się po drodze 
o własne nogi. 
 

- Kto tam? 

 

- To ja, Brad. 

 

- Brad? - Poziom adrenaliny podniósł się jej gwałtownie. 

- Co tu robisz? Jest środek nocy. 
 

- Zła odpowiedź. To pierwszy dzień wakacji. Nie możesz 

zmarnować ani minuty. 
 

Karyn oparła się o drzwi. Minęło niespełna dziesięć dni, 

odkąd poznała Brada i podziwiała jego witalność. 
 

Mogła   się   domyślić,   że   należy   spodziewać   się   go 

wcześniej   niż   po   południu.   Z   drugiej   jednak   strony,   żaden 
mężczyzna dotychczas nie stał u jej drzwi o szóstej rano. 
 

- Wpuścisz mnie? 

 

Spojrzała na swój wyblakły, rozciągnięty i bezkształt-ny 

podkoszulek, nie wydepilowane nogi i odpryskujący lakier na 
paznokciach. 
 

- Za nic w świecie. Przyjdź za godzinę. 

 

- Za godzinę wzejdzie słońce. Pokrzyżujesz mi plany. 

 

- Nie znamy się na tyle, żeby planować cokolwiek po 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 228

   

ciemku - odparła, osuwając się na podłogę. Podciąg-nęła kolana 
pod brodę i okryła je podkoszulkiem. Całe szczęście, że Brad 
nie widział jej w tej chwili. Co się z nią stało? Słodka, niewinna 
Karyn Chambers nigdy nie mówiła tak stanowczym tonem. Zza 
drzwi   doszedł   ją   cichy   śmiech.   Utwierdziło   ją   to   w 
przekonaniu, że potrafi nie zdobyć na flirt. Nic dziwnego, że 
bracia tak się o nią martwili. Uśmiechnęła się do siebie. 
 

-   Będę   gotowa   za   dziesięć   minut   -   dorzuciła   pojed-

nawczo. - Zaczekaj. 
 

- Na zewnątrz? 

 

- Tak. 

 

- Podejrzewam, że to kara za to, iż nie uprzedziłem cię 

wcześniej o mojej wizycie. 
 

- Dokładnie. 

 

- Czy zawsze tak reagujesz na niespodzianki? 

 

- Czasami. Mało kto mi je robił. 

 

- Musimy nad tym popracować. Pośpiesz się. 

 

W przeciwnym wypadku wystygnie ci kawa. 

 

- Masz ze sobą kawę? 

 

- Naturalnie. 

 

Karyn uchyliła drzwi na szerokość łańcucha. 

 

- Oto kawa. - Wręczył jej filiżankę. - Masz ochotę na 

rogaliki? 
 

- Na razie nie - odparła po krótkim namyśle. Nie chciała 

jeść śniadania sama. - Wracam za pięć minut. 
 

W   rzeczywistości   poranna   toaleta   zabrała   jej   o   wiele 

więcej czasu. Zrezygnowała z depilowania nóg; nie wy-glądały 
rażąco nieestetycznie. Wreszcie otworzyła drzwi i zamarła ze 
zdumienia.   Na   schodach   siedział   ciemnowłosy   szelma   w 
dżinsach i granatowo-zielonej koszulce. 
 

Wyglądał rewelacyjnie. Absolutnie seksownie. 

 

Brad podniósł się, wepchnął jej do ust kawałek rogalika i 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 229

   

po przyjacielsku, zupełnie niewinnie, ucałował w policzek. 
 

-   Dokąd   jedziemy?   -   Wciąż   oszołomiona,   Karyn   od-

ważyła się przemówić. 
 

- Na przejażdżkę. 

 

-   Wyrwałeś   mnie   z   błogiego   snu   tylko   po   to,   żeby 

przewieźć samochodem? 
 

- To będzie coś wyjątkowego - zapewnił. 

 

Zatrzymała się w pół kroku. Spojrzała w szmaragdo- - 

 

we   oczy   mężczyzny,   szukając   obietnicy   romansu   i 

ciepła,   które   zapamiętała   z  pierwszego   spotkania.   W   zamian 
otrzymała od niego świadome tego życzenia spojrzenie, które 
wywołało w niej nową falę emocji. 
 

Chwyciła go pod ramię i wyszeptała słodko: 

 

- Niech to będzie zabójczo wspaniała przejażdżka. 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 230

   

 

Rozdział trzeci 

 
 

Karyn nie posiadała się z zachwytu. 

 

Brad   pędził   nie   oświetlonymi   jeszcze   blaskiem   słońca 

ulicami San Francisco, tak jakby startował w wyścigu o Grand 
Prix.   Jej   stary   volkswagen   nigdy   nie   osiągnąłby   takich 
prędkości, mimo że właścicielka nie raz próbowała wycisnąć go 
jak cytrynę. W czasie szaleńczej jazdy wbiła się z przerażenia w 
fotel.   Wiatr   hulał   w   jej   krótko   przystrzyżonych   czarnych 
włosach i malował rumieniec na bladych policzkach. Serce biło 
dziko. Liczyła jedynie na drobną dawkę emocji, a tymczasem 
uczestniczyła w wyjątkowo podniecającym wyścigu. 
 

Nie spostrzegła nawet, kiedy jej zachwyt przerodził się 

w panikę. Różnica zatarła się, gdy Brad uścisnął jej dłoń, aby 
zapewnić o całkowitym bezpieczeństwie. 
 

Zauważyła   przy   tym   błysk   w   jego   oczach   i   usłyszała 

stłumiony śmiech, kiedy pokonywali niezwykle stro-me zbocze. 
Karyn   poczuła   zaufanie   do   mężczyzny,   który   prowadził   z 
ogromną precyzją i rozsądnie oceniał możliwości samochodu. 
Wóz wydawał się z nim zrośnięty, był mu całkowicie posłuszny 
i spełniał wszystkie zachcianki. 
 

Wreszcie   dotarli   nad   brzeg   oceanu.   Wysiedli   z 

samochodu   i   ruszyli   na   spacer.   Dopiero   wtedy   Karyn 
uświadomiła sobie, dokąd idą. 
 

- Złote Wrota? 

 

- Masz jakiś lepszy pomysł na rozpoczęcie urlopu? 

 

-   Większość   ludzi   codziennie   przejeżdża   tędy   lub 

spogląda na ten most z łódek zakotwiczonych w zatoce. 
 

- Ty i ja to nie większość ludzi. Jesteśmy poszukiwa-

czami przygód - przypomniał. 
 

- Słusznie - przyznała bez przekonania. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 231

   

 

Brad   ujął   ją   za   rękę   i   poprowadził   dalej.   Całą   drogę 

rozprawiał   o   historii   mostu,   wiszącego   nad   cieśniną.   Karyn 
najbardziej podobała się opowieść o pewnym Angliku, który w 
okresie   gorączki   złota   ogłosił   się   władcą   i   zdecydował   o 
budowie   mostu   i   o   konstruktorze   Ralfie   Modjeskim,   synu 
sławnej polskiej aktorki. 
 

- Myślałam, że pojechałeś do Los Angeles, żeby zrobić 

porządek   w   biurze,   a   tymczasem   pewnie   przeryłeś 
encyklopedię. 
 

- Broszury turystyczne i przewodniki - sprostował. 

 

- Ciągle zapominasz, że jesteśmy na wakacjach. Lekcja 

pierwsza: urlop jest zawsze przyjemniejszy, jeśli odrobisz pracę 
domową. 
 

- Postaram się zapamiętać - odparła poważnie. 

 

- Tę umiejętność nabywa się przez praktykę. Zobaczysz. 

A teraz pośpieszmy się. Nie możemy przegapić tego widoku. 
 

Dotarli do połowy długości mostu. Brad przyciągnął 

 

Karyn ku sobie, objął ją w talii, a drugą ręką zatoczył 

obszerny   łuk.   Ten   uścisk   pochłonął   ją   tak,   że   niemal   nie 
zwracała uwagi na to, co działo się wokół. 
 

- No i co? Warto było wstać"? - Szturchnął ją zaczepnie. 

 

Natychmiast   wróciła   myślami   do   rzeczywistości   i   po-

słusznie rozejrzała się dokoła. 
 

Przez   gęste   tumany   mgły   przedzierały   się   jaskrawo-

czerwone smugi, którymi słońce znaczyło na niebie bu-dzący 
się dzień. Gdzieś poniżej słychać było plusk wody, uderzającej 
o   deskę   surfingową.   Dochodził   też   odgłos   ko-rowodu 
samochodów, bowiem zaczynała się właśnie go-dzina szczytu. 
Nic jednak nie zmąciło wrażenia, że Karyn i Brad znajdują się 
w   odosobnionym   świecie   cieni   i   wyobraźni.   Lekki   poranny 
podmuch   wiatru   musnął   chłodem   jej   ciało.   Zadrżała. 
Sprowokowało   to   Willisa,   żeby   ją   objąć.   W   jednej   chwili 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 232

   

zapłonął   w   niej   wewnętrzny   ogień.   Było   to   niezaprzeczalnie 
zachwycające uczucie. 
 

- Co o tym sądzisz? - szepnął, wtulając usta w jej włosy. 

 

- Czuję się, jakbym umarła i powędrowała do raju. 

 

- To trochę jak unoszenie się ponad obłokami, prawda? 

Nic dziwnego, że ludzie tracą tu głowę. 
 

- Gdybym chciała codziennie przystawać tutaj choć na 

chwilę,  prawdopodobnie  ciągle  spóźniałabym  się do pracy. - 
Uwolniła   się   z   uścisku.   -   A   poza   tym,   z  czasem   ten   widok 
spowszedniałby i stracił swój urok. 
 

-   Nieprawda.   Musisz   tylko   zwracać   uwagę   na   takie 

subtelności,   jak   powolne   opadanie   mgły,   zmianę   kierunku 
wiatru   czy   koloru   nieba,   kiedy   wczesne   słońce   nabiera   sił   i 
ściele promienne nici wśród srebrnej toni wody. 
 

-   Powinieneś  rzucić   pracę   i   pisać  książki  -  rzekła   za-

uroczona poezją jego słów. 
 

- Ty jesteś moją muzą, - Na dowód szczerości ponownie 

otoczył ją ramieniem. 
 

Uniosła ku niemu zamyślony wzrok, po czym drżącymi 

palcami dotknęła jego gładko ogolonego, rozpalonego policzka. 
Stał   przy   niej   prawdziwy   mężczyzna,   a   nie   jedynie 
nierzeczywista zjawa. Mimo to Karyn nie całkiem rozumiała 
jego   słowa.   Dotąd   obcowała   wyłącznie   z   prostymi,   ciężko 
pracującymi   ludźmi,   których   uprzejmość   ograni-czała   się 
zazwyczaj do otwarcia drzwi samochodu. Nie stać ich było na 
elokwencję, jaką z łatwością popisywał się Brad. 
 

- Dlaczego jesteś właśnie taki? - zastanowiła się głośno. 

 

Nie   potraktował   tego   pytania   serio.   Wzruszył   tylko 

ramionami i z uśmiechem odparł: 
 

- Rządzą mną demony. 

 

Te trzy słowa zabrzmiały jakoś dziwnie i wprowadziły 

zamęt   do   idealnego   portretu,   który   stworzyła   sobie   w 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 233

   

wyobraźni. Brad uprzedził jej dalsze rozmyślania, wypuścił z 
objęć   i   sięgnął   po   torbę,   którą   niósł   ze   sobą.   Wyjął   z   niej 
butelkę szampana. 
 

- Za wschód słońca. 

 

- Wschód słońca? - powtórzyła za nim, ze zdziwieniem 

podnosząc wzrok na przejaśniające się wprawdzie, ale wciąż 
zamglone niebo. 
 

-   Już   nadchodzi.   Jest   to   jedno   z   tych   zjawisk,   które 

musisz przyjąć na wiarę. 
 

-   Dosyć   niebezpieczna   praktyka.   Już   dawno   temu 

nauczyłam się, że nie należy wierzyć w nic, czego nie można 
zobaczyć lub dotknąć.  
 

Cyniczna   uwaga   Karyn   zasmuciła   go.   Przesunął   czule 

palcem po jej policzku i zajrzał głęboko w oczy. 
 

- Nie miałaś łatwego życia, prawda? 

 

- Nie, ale nie narzekam - odparła, nieco urażona jego 

litością.   -   Musiałam   wprawdzie   ciężko   pracować,   ale   za   to 
zdobyłam   wykształcenie.   Mam   ciekawą   pracę   i   możliwości 
awansu. A co najważniejsze - mam kochającą rodzinę. 
 

-   To   są   zupełnie   podstawowe   sprawy,   ale   nie   zaspo-

kajają jeszcze w pełni głodu. 
 

- Hej, nie było aż tak źle. Zawsze mieliśmy co jeść. 

 

- Ludzie odczuwają głód nie tylko w sensie dosłownym - 

powiedział tak, jakby obcował z tym na co dzień. 
 

- Na przykład głód Hawajów. 

 

- Lub zwycięstwa w zawodach o Grand Prix? 

 

- Miałem w tym swój udział - odparł dumnie, ale bez 

emocji. 
 

- Na co jeszcze oprócz wyścigów masz ochotę? 

 

Tląca się do tej pory iskra rozbłysła teraz w jego oczach 

jak   potężny   płomień.   Serce   Karyn   waliło   w   oczekiwaniu 
odpowiedzi. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 234

   

 

- Nie byłem dotychczas pewien, ale teraz... - powiedział 

łagodnie,   pochylił   głowę   i   pocałował   ją   tak   gwałtownie,   że 
świat zawirował jej przed oczami. Poddała się bez sprzeciwu. 
 

Wstrząśnięta  i poruszona namiętnym pocałunkiem,  nie 

mogła zdobyć się na to, żeby podnieść wzrok. Brads uniósł jej 
twarz i zmusił do spojrzenia prosto w oczy. 
 

- Nie chowaj się przede mną. Proszę. 

 

- Nie będę, 

 

- Mój głód to ty. Jest w tobie świeżość i niewinność, 

jakiej dotąd nie znałem. 
 

Płomień w jego oczach obezwładnił ją do reszty. Brad 

Willis,   niemalże   obcy   mężczyzna,   dzierżył   jej   los   w   swojej 
dłoni. 
 

- Ty drżysz - zauważył z zakłopotaniem. - Zachowuję się 

zbyt nachalnie? 
 

- Troszkę - przyznała niepewnie. - Ale nie przestawaj. 

 

-   Nie   mógłbym,   nawet   gdybym   chciał.   -   Odetchnął 

głęboko i przyciągnął ją ku sobie. Wplótł palce w jej włosy i 
ukrył w nich twarz. Karyn czuła równe bicie jego serca i zapach 
mydła, którego używał. Jej zmysły napełniły się tą wonią, a 
ciepło   męskiego   ciała   otoczyło   ją   dyskretnie.   -   Dokąd 
chciałabyś   jechać   na   następne   wakacje?   Włochy?   Chiny? 
Francja? Wybieraj. 
 

Dziewczyna uśmiechnęła się i oddała marzeniom. 

 

- Chyba do Włoch. Jak długo się tam jedzie? 

 

- Bardzo krótko. Właściwie możesz dojrzeć je stąd. 

 

- Czyżby? 

 

- Jak najbardziej. - Wskazał palcem wybrzeże Sansalito. 

- Popatrz tam, na te kręte uliczki i kwiaty, zwieszające się na 
zboczach. Nie przypomina ci to widoku nadmorskiej włoskiej 
wioski? 
 

- Widocznie nie mam tak bujnej wyobraźni jak ty. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 235

   

 

Sansalito wciąż jest dla mnie takie samo. 

 

- W takim razie musimy ci natychmiast kupić różowe 

okulary.   Każdy   prawdziwy   romantyk   zobaczyłby   to,   co   i   ja 
widzę. 
 

- Nie miałam czasu na romanse. - Karyn nie ukrywała 

zakłopotania. 
 

- Najwyższy czas na zmiany. 

 

Wrócili   do   samochodu,   trzymając   się   za   ręce.   Kiedy 

jechali przez most, Karyn w milczeniu spoglądała w ok-no i 
myślała o tym, co zaszło między nimi. W tak krótkim czasie 
cały jej świat przewrócił się do góry nogami. 
 

Z nudnej rzeczywistości wyłoniło się kolorowe i pełne 

przygód   życie.   Czy   jednak   po   kilku   tak   wspaniałych   dniach 
będzie   w   stanie   spokojnie   wrócić   do   codziennej   monotonii? 
Powiedziała sobie, że to nie ma znaczenia. 
 

Na razie mogła upajać się czarem chwili. 

 

Zaparkowali przy dokach portowych. Z ufnością po-dała 

Bradowi dłoń i poszła z nim w górę wijącymi się uliczkami 
urokliwej wioski. 
 

Z   entuzjazmem   godnym   profesjonalnego   biznesmena 

Brad oprowadzał ją po kolejnych butikach. Obserwował przy 
tym bacznie, jak Karyn dotyka biżuterii, ogląda dzieła sztuki, 
kosztowne   wełny   i   jedwabie.   Zachwyciła   się   złoto-czerwoną 
chustą, ale pokręcił przecząco głową i wybrał dla niej inną, w 
tonacji niebiesko-jaskrawoturkusowej. Wybór okazał się trafny. 
Przyłożyła szal do twarzy i zauważyła, że z jego chłodnymi 
barwami doskonale komponuje się jej brzoskwiniowa karnacja i 
niezwykły blask w oczach. 
 

- Masz do tego smykałkę. Często dobierałeś kobietom 

garderobę? 
 

- Czasami - mruknął. Natychmiast posmutniała. 

 

- Ale nigdy nie wybrałem tak dobrze. - Zwrócił się do 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 236

   

sprzedawcy. - Bierzemy to. 
 

-   Nie,   Brad   -   zaprotestowała,   spoglądając   na   astro-

nomiczną cenę chusty. - To zbyt drogie i mało praktyczne. 
 

- No i co ja mam z tobą zrobić? Wakacje są także po to, 

żeby poszaleć po sklepach. A teraz uważaj i powtarzaj za mną: 
przez następny tydzień zobowiązuję się kupić wszystko, co mi 
się spodoba. To była lekcja numer dwa. 
 

Karyn roześmiała się na widok jego poważnej miny. 

 

- A kto będzie płacił za te wszystkie ekstrawagancje? 

 

-   O   to   będziesz   się   martwić   pomiędzy   kolejnymi 

urlopami. A poza tym, to jest prezent ode mnie. 
 

- Nie mogę go przyjąć. I tak już jestem ci zobowiązana 

za dotrzymywanie mi towarzystwa. 
 

- Chcesz, żebym bawił się równie dobrze jak ty? 

 

- Naturalnie. 

 

-   W   takim   razie   musisz   przyjąć   ten   upominek.   Lubię 

dawać ci prezenty i widzieć, jak na mnie patrzysz. 
 

Karyn   podniosła   wzrok   na   jego   pełne   nadziei   oczy   i 

prawie uwierzyła, że naprawdę zależy mu na jej akceptacji. 
 

- Dziękuję ci. 

 

- Polecam się na przyszłość. - Przesunął palcami po jej 

szyi   i   swetrze.   Dotyk   wywołał   nową,   nie   znaną   dotąd   falę 
wrażeń.   Dotychczas   nie   zaznała   jeszcze   podobnej   czułości   i 
dbałości.   Udrapowała   chustę   na   szyi.   Dotknęła   wspaniałego 
materiału i zadrżała. Zastanawiała się, jak długo przetrwają te 
fantastyczne uczucia. 
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 237

   

 

 

 

Rozdział czwarty 

 
 

Słońce przegoniło resztki mgły. San Francisco, jak za-

czarowane, wyłoniło się na tle zatoki. Karyn i Brad siedzieli w 
nadbrzeżnej   kawiarence   i   popijali   kawę.   Kiedy   opowiadał   o 
wspaniałych   podróżach   z   rodziną   i   kole-gach   sportowcach, 
zauważyła, że goście z sąsiednich stolików przyglądają się jej 
towarzyszowi z wielkim zainteresowaniem. 
 

W pewnym momencie podszedł do nich mały chłopiec i 

nieśmiało   poprosił   Brada   o   autograf.   Potem   zjawiła   się 
rudowłosa   piękność   w   obcisłej   mini,   objęła   go   za   szyję   i 
znienacka   pocałowała   w   policzek.   Twarz   mężczyzny 
spurpurowiała, czy to z powodu zakłopotania, czy oburzenia. 
Karyn czuła się nie mniej skrępowana. Przy okazji odkryła, jak 
bardzo potrafi być zazdrosna. 
 

- Brad, kochanie - zamruczała zmysłowo dziewczyna. - 

Minęło tyle czasu... 
 

Willis wstał i uwolnił się z krępującego uścisku. Rzucił 

Karyn przepraszające spojrzenie i sięgnął po jej dłoń. 
 

-   Miło   cię   było   widzieć   -   odparł   niechętnie   natrętnej 

kobiecie, zostawił na stoliku pieniądze i w maratońskim wręcz 
tempie wymaszerował z lokalu. 
 

- Przepraszam cię za ten incydent - rzekł, kiedy wreszcie 

oddalili się już od niefortunnej kawiarni. 
 

-   Wpadka   czy   zwykłe   nieporozumienie?   -   zapytała 

zdenerwowana Karyn. 
 

- Nieporozumienie. 

 

- Kto to był? 

 

- Właśnie się zastanawiam. 

 

- Nie znasz jej? 

 

- Powiedzmy, że nie pamiętam. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 238

   

 

Usłyszawszy   chłodny,   beznamiętny   ton   jego   głosu, 

zamarła. 
 

- Niezbyt elegancko wyrażasz się o swoich znajomych. 

Ona wyraźnie przypominała sobie ciebie. 
 

Brad zatrzymał się, zwrócił ku sobie jej twarz i położył 

dłonie na ramionach. 
 

- Wiele kobiet interesuje się sportem. Pokazują się na 

oficjalnych przyjęciach i demonstrują uczucia, które nie zawsze 
są szczere. Pewnie spotkałem już gdzieś tę kobietę, może nawet 
z nią rozmawiałem, ale to wszystko. 
 

Wierz   mi.   Miewałem   kiedyś   wyskoki,   ale   je   sobie 

przypominam. Naprawdę, kochanie. 
 

Karyn poczuła dziwny skurcz w żołądku. Mógł mówić 

prawdę, z drugiej jednak strony tamta kobieta zachowywała się 
tak,   jakby   go   znała   od   lat.   Zdarzenie   w   kafejce   jeszcze   raz 
uświadomiło jej, jak wielka przepaść dzieli ją od Brada. 
 

-   Lubisz   zwracać   na   siebie   uwagę?   -   zapytała,   kiedy 

ruszyli dalej. 
 

- Lubiłem wygrywać - odparł i otoczył ją ramieniem. - 

Reszta   przyszła   sama.   Czasami   z   tego   korzystałem,   ale   w 
rzeczywistości czułem się bardzo samotny. 
 

Kobiety takie jak ty nie wiążą się z mężczyznami, którzy 

wciąż są zajęci. One potrzebują kogoś zaufanego, kto za-radzi 
w razie choroby dziecka albo cieknącego kranu. 
 

-   Ja   potrzebuję   więcej.   To   znaczy,   w   tych   sprawach 

umiałabym radzić sobie sama. Moja mama mogła polegać na 
ojcu,   ale   kiedy   zmarł   w   wieku   niespełna   pięćdziesięciu   lat, 
została całkiem sama. Odtąd była zdana tylko na siebie. Nie 
lubię niesamodzielnych kobiet. 
 

- To trochę pogardliwe podejście. 

 

-   Nie   pogardliwe,   ale   realistyczne.   Zaznaczam,   że   nie 

dyskryminuję   miłości.   Wręcz   przeciwnie.   Jestem   za 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 239

   

romantyzmem   i   książkowymi   happy   endami.   Ale   tak   zwana 
„bezpieczna przyszłość" u boku męża nie przekonuje innie do 
małżeństwa. 
 

- Aha. Chyba zaczynam już rozumieć. To, co mówisz, 

stawia cię gdzieś pomiędzy feminizmem a bajkami. 
 

- Śmiejesz się ze mnie. 

 

- Nie, kochanie. Ja ci po prostu zazdroszczę. Sprawiasz 

wrażenie kogoś, kto dokładnie wie, czego chce od życia. Nie 
znam  nikogo  tak  wierzącego  w  siebie  i  w  ce-le,   jakie  sobie 
stawia. To trochę kłopotliwe dla mężczyzny, który - i to nie z 
własnego   wyboru   -   właśnie   prze-chodzi   kryzys   wieku 
średniego. 
 

- No, cóż. Nic dziwnego, jeśli taki mężczyzna chce po-

ciągać   za   wszystkie   sznurki...   Brad?   Miałbyś   odwagę 
zdecydować się na całkowicie partnerski związek z kobietą? 
 

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Musimy chyba 

poczekać i zobaczyć, jak daleko sięga mój męski szowinizm. 
Co ty na to? 
 

- Jak długo masz zamiar czekać? 

 

- Myślę, że do końca tego tygodnia. Ale nie mam nic 

przeciwko   temu,   żeby   już   porozmawiać   o   twoich 
wątpliwościach. 
 

- Moich? Myślałam, że uważasz mnie za bardzo pewną 

siebie. 
 

-   Z   jednym   wyjątkiem:   widziałem,   jak   dosłownie 

zzieleniałaś z zazdrości o tamtą kobietę w kawiarni. Dlaczego? 
 

- Ona właśnie wyglądała na kogoś, kto wie, czego chce 

od życia. 
 

A w myślach dodała: „...a najbardziej pragnęła ciebie". 

Brad zaprzeczył ruchem głowy. 
 

-   Muszę   chyba   poświęcić   resztę   tygodnia   na   przeko-

nywanie cię, że twoje obawy są bezpodstawne. - Pieszczotliwie 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 240

   

przeczesał palcami jej włosy i dotknął policzka. 
 

-   Jesteś   piękna,   ekscytująca   i   spontaniczna.   Żaden 

mężczyzna nie jest w stanie odwrócić od ciebie wzroku, chyba 
że   jest   skończonym   głupcem.   -   Karyn   już   chciała 
zaprotestować, ale położył jej palec na ustach. - Wierz mi. 
 

- Nie mogę ci wierzyć. Nie jestem ani fascynująca, ani 

doświadczona. 
 

- Bogu dzięki! 

 

- Wielu rzeczy jeszcze nie przeżyłam. 

 

- Tym milej będzie, jeśli przeżyjemy je we dwoje. 

 

Czy już skończyłaś z samokrytyką? 

 

- Nie krytykuję siebie. Próbuję ci jedynie wytłumaczyć, 

skąd się biorą moje obawy. Jestem taka, jaka jestem i szczycę 
się tym, co osiągnęłam. Tobie jednak może to nie wystarczyć. 
 

- Kochanie, nie ma dla mnie przeszkód, gdy chodzi o 

ciebie.   Widzę   twojego   ducha   i   determinację.   Dostrzegam 
kogoś, kto potrafi się śmiać i cieszyć z drobiazgów. 
 

A poza tym, wyczuwam twoje podniecenie perspektywą 

odkrycia nowych rzeczy. 
 

- Mówisz poważnie? 

 

- Tak, tak i jeszcze raz tak - zapewnił. - Czeka na nas San 

Francisco,   a   mamy   zaledwie   tydzień.   Zechcesz   mi 
towarzyszyć? 
 

Ciężar   spadł   Karyn   z   serca.   Uśmiechnęła   się   i 

przytaknęła. 
 

- Zdecydowanie tak. Co mamy dalej w planie? 

 

- Fisherman's Wharf. Zaczęliśmy dzień jako turyści i tak 

też powinniśmy go skończyć. 
 

Gwar   i   tłok   sławnego   nadbrzeżnego   bulwaru   były 

dokładnie tym, czego Karyn potrzebowała teraz najbardziej. 
 

Rozbawieni ludzie na deptaku, orgia sklepów i kafejek - 

wszystko sprzyjało odprężeniu i spacerowi ręka w rękę, który 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 241

   

pozwolił uciec od ponurych myśli. Przy okazji zauważyła, że 
Brad   interesuje   się   nie   tylko   ekskluzywnymi   butikami,   ale   i 
zwykłymi sklepami pamiątkarskimi dla turystów. Nalegał, żeby 
wybrała   sobie   koszulkę   z   na-drukiem   „San   Francisco",   i 
okazywał   anielską   cierpliwość,   kiedy   długo   nie   mogła   się 
zdecydować. 
 

Kiedy wreszcie wybrała, narzucił jej podkoszulek przez 

głowę. Musnął delikatnie ciało dziewczyny i na dłuższą chwilę 
zatrzymał dłoń na jej piersiach. Przeszył ją dreszcz podniecenia 
i oszołomienia. 
 

-   Drżysz   -  zauważył.   Karyn,   niezdolna   wyrzec  słowo, 

przytaknęła. - Wydaje mi się, że potrzeba ci kawy po irlandzku. 
- Brad błędnie zinterpretował przyczynę jej dreszczy. 
 

Poszli   do   Buena   Vista   Cafe   przy   Hyde   Street.   W   za-

tłoczonym, słynącym ze wspaniałej kawy po irlandzku lokalu 
znaleźli   wreszcie   dwa   wolne   miejsca.   Karyn   wciąż   jeszcze 
czuła   się   nieswojo.   Chciała   opowiedzieć   jakiś   dowcip,   żeby 
pokryć zakłopotanie, ale nie przychodziło jej nic do głowy. Po 
raz pierwszy pożałowała, że jako uczennica zaniedbała życie 
towarzyskie i poświęciła się wyłącznie książkom. 
 

- Znowu się chowasz - Brad skarcił ją łagodnie. 

 

- Masz rację. Nie umiem prowadzić lekkich rozmów. 

 

- Tylko obcy prowadzą lekkie rozmowy. My możemy 

już pozwolić sobie na coś więcej. Co chcesz o mnie wiedzieć? 
 

Karyn ucieszyła się, że ją wyręczył i od razu skierował 

dyskusję na odpowiednie tory. 
 

- Opowiedz mi o swojej rodzinie. 

 

-   Mówiłem   ci   już   o   ojcu.   Mama   natomiast   jest   wy-

jątkową kobietą. Pochodzi z bogatej rodziny, która zarzucała 
jej, że nieodpowiednio wyszła za mąż. Pewnie dlatego praca 
wkrótce stała się jej obsesją. Ojciec wypruwał sobie żyły, żeby 
udowodnić,   na  co  go   stać.   Nie   musiał   tego  robić;   mama   go 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 242

   

uwielbia i nie zwraca uwagi na rodzinne wymówki. 
 

- Masz rodzeństwo? 

 

- Młodszego brata. 

 

- O! Dlaczego on nie może wyręczyć cię w pracy? 

 

Mógłbyś wrócić do sportu. 

 

- Niestety. Brian jest notorycznym hazardzistą. To nałóg, 

ale on tego nie rozumie. Już dawno temu ojciec przestał z nim 
walczyć. Utrudnił mu za to dostęp do naszych interesów. Brian 
dostaje swój udział z dochodów firmy, ale zawsze mu mało. 
Ciągle pożycza od mamy, ode mnie lub od dziadków. Do ojca 
zwraca   się   tylko   wtedy,   kiedy   ten   jest   przygnębiony   -   Brad 
mówił bez śladu żalu w głosie. 
 

- Nie wydajesz się tym rozgoryczony. Dlaczego? 

 

Przecież on przeszkadza ci w realizacji marzeń. 

 

- Żal mi go. Hazard to choroba. Dopóki Brian sam się o 

tym nie przekona, nie zmieni się. Poza tym, on mi w niczym nie 
przeszkadza. Ja sam dokonałem wyboru. 
 

Teraz przechodzę trudny okres aklimatyzacji do nowych 

warunków, ale jestem przekonany, że robię dobrze. - Ujął dłoń 
Karyn,   pogłaskał   ją   i   uniósł   do   ust.   Moment   oczekiwania 
wydawał   się   wiecznością.   -Coraz   bardziej   odpowiada   mi 
stabilny tryb życia. 
 

-   Brad   -   zaczęła   z   wysiłkiem,   gdyż   alkohol   w   kawie 

krążył jej we krwi i malował na twarzy rumieniec - powinnam 
już chyba wracać do domu. Robi się późno. 
 

- Czuję przez skórę, że chcesz jechać sama. - Uśmiechnął 

się smutno. 
 

- Przykro mi. 

 

-   Nic   nie   szkodzi.   To   kolejna   rzecz,   która   czyni   cię 

wyjątkową osobą. Chodźmy. Odprowadzę cię do samochodu. 
 

- Podwiozę cię - zaproponowała w nagłym przypływie 

żalu, że dzień dobiega już końca. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 243

   

 

- Nie. Jeżeli wsiądę z tobą do wozu, nie zechcę wyjść. 

Będzie lepiej, jeśli pójdę do siebie do hotelu. 
 

- Zobaczymy się jutro rano, prawda? 

 

-   Tym   razem   może   już   nie   o   świcie,   ale   na   pewno 

przyjdę.   -   Brad   przytulił   ją   i   ucałował   w   szyję.   -   To   był 
wspaniały dzień, Karyn. Nigdy go nie zapomnę. Nigdy. 
 

Uspokojona   tymi   słowami   dziewczyna   wsiadła   do 

samochodu   i   przekręciła   kluczyk   w   stacyjce.   Kiedy   ruszała, 
drogę   zajechał   jej   autokar.   Poirytowana,   wyłączyła   silnik   i 
spojrzała na kierowcę. 
 

Timmy.   Tym  razem   nie   patrzył  na   siostrę  z  braterską 

miłością. 
 

- Brad, myślę, że lepiej będzie, jeśli już sobie pójdziesz - 

wyszeptała. 
 

Mężczyzna   wyczuł   w   jej   głosie   zdenerwowanie   i 

dostrzegł panikę w oczach. 
 

- Co się stało? 

 

-   Tam   jest   mój   brat.   -   Nieznacznym   ruchem   głowy 

wskazała na autokar. 
 

Willis odwrócił się i dostrzegł gniew na twarzy tam-tego 

mężczyzny. Zrozumiał wreszcie, na czym polegają stosunki w 
jej rodzinie. Podziwiał tę zażyłość, ale przerażała go reakcja 
Karyn. Wyglądała teraz jak zaszczute zwierzątko. Postanowił 
rozładować   napiętą   atmosferę   i   pomachał   Timmy'emu,   który 
niechętnie odwzajemnił pozdrowienie. Zanim zdążyła wrzucić 
wsteczny bieg, wsunął się do jej samochodu i usiadł obok. 
 

- Co ty wyprawiasz? 

 

- Jadę z tobą do domu. 

 

- Wykluczone. 

 

- Dlaczego? 

 

- Bo... 

 

- Bo twój brat zaraz zaatakuje cię tysiącem pytań, tak? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 244

   

 

- W najlepszym wypadku— westchnęła z rezygnacją. 

 

- A w najgorszym? 

 

- Zjawi się u mnie z resztą rodziny. 

 

- I o to chodzi. Nie zrobiliśmy nic złego. Pocałunek to 

jeszcze nie powód do histerii. 
 

- Nie znasz moich braci. Oni nie mają zamiaru oddać 

mnie żadnemu mężczyźnie. 
 

- Są bardzo staroświeccy - zaśmiał się Brad. - Nie mogę 

się doczekać chwili, kiedy ich poznam. 
 

- Nie musisz tego robić. Dobrze o tym wiesz - odparła 

smutno. 
 

-   Owszem,   ale   wiem   również,   że   chcę   się   z   tobą 

spotykać. Z twoją rodziną też. Już w tej chwili gotów jestem 
stoczyć o ciebie batalię. - Brad cieszył się na myśl, że pojawił 
się wreszcie tak długo oczekiwany smok, i miał zamiar pokonać 
go zdecydowanym ciosem. Zerknął na Karyn i wiedział już, że 
zabrał się do tego pierwszorzędnie. Był także pewien, że się 
szaleńczo zakochał. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 245

   

 

 

Rozdział piąty 

 
 

Karyn   obudziła   się   ze   sztywnym   karkiem   i   bólem   w 

krzyżu. Właśnie minęła siódma rano. Pukanie. Najwyraźniej nie 
było jej dane wyspać się podczas tego urlopu. 
 

Już  chciała   otworzyć,   kiedy   uświadomiła   sobie,   że  na 

sofie leży Brad, który zasnął tam tuż przed świtem. Pukanie nie 
zbudziło go. Zastanawiała się, czy jest cokolwiek, co mogłoby 
go wyciągnąć z łóżka i kazać wyjść przez okno, zanim osoba 
stojąca za drzwiami wtargnie do mieszkania. 
 

Po chwili namysłu otworzyła drzwi. 

 

- Proszę, mów cicho. Boli mnie głowa - mruknęła. 

 

- I rozboli cię jeszcze bardziej - odparł Tim, wkraczając 

do pokoju. 
 

Był już w drodze do kuchni, kiedy kątem oka dostrzegł 

Brada, który właśnie się poruszył. Twarz Tima wykrzywiła się 
w zdumieniu, zaraz potem w gniewie, a po chwili rysowało się 
na niej już tylko zakłopotanie. 
 

Widział,   jak   Willis   zrzucił   na   ziemię   kołdrę.   Na 

szczęście był ubrany. 
 

Tim złapał Karyn za przegub i wciągnął do kuchni. 

 

- Dobra, siostro. Kto to jest i co tu robi o tej porze? 

 

- Czekaliśmy na ciebie - odparła i włączyła ekspres do 

kawy, dorzucając dodatkową porcję. Przewidywała, że będzie 
jej potrzebna podwójna dawka kofeiny. - Kiedy zobaczyłam cię 
wczoraj, pomyślałam, że cię zirytowaliśmy. No, sam wiesz. - 
Spojrzała na brata błagalnie. 
 

- Całowanie? Na środku ulicy? Czyś ty zwariowała? 

 

Ostatnie pytanie uznała za retoryczne. 

 

- A poza tym - ciągnęła - Brad przyjechał tu ze mną, 

żebym nie musiała sama spowiadać się ze wszystkiego, chociaż 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 246

   

nie   ma   z   czego.   Pamiętaj.   -   Spiorunowała   go   wzrokiem.   - 
Zanim   przypomniałam   sobie,   że   pracujesz   na   nocną   zmianę, 
byliśmy już zbyt wykończeni, żeby się stąd ruszyć. Uprzedzam 
twoje pytanie: spał na sofie. Nie miałam serca mu odmówić, 
kiedy prosił o pozwolenie. 
 

Nie powiedziałam, że właśnie tutaj sypiam. Myślał na 

pewno, że mam sypialnię. A swoją drogą, większość ludzi ją 
ma - trajkotała bez wytchnienia. 
 

- Wszystko się zgadza. Zastanawiam się tylko, gdzie ty 

spałaś? 
 

Tego było jej już za wiele. Miała dosyć przesłuchania. 

 

Zresztą, nie miała nic do ukrycia. Postanowiła wreszcie 

położyć kres śledztwom i nieustannemu wtrącaniu się. 
 

- Nie twoja sprawa. - Spojrzała na brata. - No dobrze. 

Spałam na podłodze i dlatego czuję teraz każdy mięsień i każdą 
kosteczkę.   Jeśli   chcesz   wyświadczyć  mi  braterską  przysługę, 
pośpiesz   się   i   wyjdź   tak,   żebym   mogła   godzinkę   lub   dwie 
postać pod prysznicem. 
 

- Sama? 

 

- Tak, do licha. Sama. Prawie nie znam Brada Willisa, 

ale zapewniam cię, że nawet jeśli kąpalibyśmy się razem, to też 
nie twój biznes. - Złapała się pod boki. - Co się z tobą dzieje? 
Myślałam, że ty jeden nie będziesz zachowywał się wobec mnie 
jak nadopiekuńczy czubek. 
 

- Nazywaj mnie jak chcesz. Wszystko zniosę. Powiedz 

mi tylko, dlaczego do tej pory nie poznaliśmy tego faceta? 
 

- Dlatego że sama znam go dopiero od tygodnia - 

 

odparła niechętnie, 

 

- Od tygodnia? Ty chyba postradałaś zmysły. W środku 

nocy wpuszczasz do mieszkania zupełnie obcego człowieka? - 
Tim uważnie przyjrzał się Bradowi. - Chyba już go widziałem... 
 

- Jeździł kiedyś w rajdach samochodowych. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 247

   

 

- Tak! Gdzieś ty, do diabła, poznała rajdowca? - zapytał 

tak, jakby ta profesja była czymś niemoralnym. 
 

- Dzięki za uszanowanie mojej prośby. 

 

-   Dobrze   już,   dobrze.   Przestań   się   denerwować   i 

odpowiedz. 
 

- Poznaliśmy się, kiedy kupowałam samochód. 

 

-   Brad   Willis   -   rzekł   w   olśnieniu.   -   Oczywiście! 

Widziałem jego zdjęcie w gazecie. Siostro, on nie jest R
 

w twoim typie. 

 

-   A  kto   jest  w  jej   typie?   -  Z   pokoju   niespodziewanie 

wynurzył się Brad. Wszedł do kuchni i jak gdyby nigdy nic 
nalał sobie kawy. 
 

-   Ktoś   mniej...   Czy   ja   wiem?   Mniej...   -   plątał   się 

zażenowany Tim. 
 

- Doświadczony? 

 

- Tak. Właśnie tak. 

 

-   Twoja   siostra   ma   dwadzieścia   sześć   lat.   Większość 

mężczyzn w podobnym wieku ma już za sobą pewne do- 
 

świadczenia. 

 

- Nie chodzi mi o seks - wybełkotał tępo Tim. 

 

Karyn oparła się o framugę drzwi i jęknęła. 

 

- Mnie też nie - sprostował Brad. 

 

Zapadła   niezręczna   cisza.   Karyn   miała   tego   dość. 

Włożyła kromki chleba do tostera, potem posmarowała grzanki 
masłem i położyła przed mężczyznami. Oni zaś nadal patrzyli 
na siebie jak dwaj konkurenci, którzy zabiegają o rękę jednej 
kobiety. 
 

-   Cieszę   się,   że   zawsze   przykładnie   opiekowałeś   się 

siostrą - Willis odezwał się pierwszy, nalewając sobie śmietanki 
do kawy. - Ale najwyższy czas wypuścić ją z klatki. 
 

Źrenice Tima zwęziły się podejrzliwie. 

 

- Powiedz konkretnie, jakie masz wobec niej zamiary. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 248

   

 

- Timmy! - przerwała Karyn. 

 

- Siedź cicho! Chcę wiedzieć, jakie plany wiąże z to-bą 

ten facet. 
 

- Ależ on mnie prawie nie zna. 

 

-   Zna   cię   wystarczająco   dobrze,   żeby   spać   na   twojej 

sofie. 
 

- Na sofie, ale nie w łóżku. 

 

- Sofa jest twoim łóżkiem. 

 

- To prawda? - spytał Brad, wytrzeszczając oczy. 

 

- Gdzie spałaś? 

 

-   Na   podłodze,   ale   nie   o   to   chodzi.   Rzecz   w   tym, 

Timothy Michaelu Chambers, że nie życzę sobie insynuacji. 
 

Po chwili napięcia brat przytaknął niewyraźnie. 

 

- Masz rację. Przepraszam. 

 

- Chciałabym, żebyś już skończył dochodzenie i poszedł 

do domu. Pewnie chce ci się spać. 
 

Tim posłał Bradowi ostatnie ostrzegawcze spojrzenie. 

 

- Jeżeli ją skrzywdzisz, Willis, to cię rodzona matka nie 

pozna. A ty, siostro, bądź ostrożna i nie trać klasy. 
 

- Tim, nie powiesz o tym reszcie, prawda? - poprosiła. 

 

- Nie sądzę, żeby to komukolwiek wyszło na dobre. Po 

tych słowach wycofał się do wyjścia. Katryn z ulgą zamknęła 
za   nim   drzwi.   Brad   przyciągnął   ją   ku   sobie   i   przytulił   z 
czułością. Przylgnęła do niego posłusznie. 
 

- Nie było aż tak źle - wyszeptał. 

 

- Mogło być gorzej - przyznała. 

 

- Odpowiada ci to, co się między nami dzieje? 

 

- Z każdą minutą coraz bardziej. 

 

-   Cieszę   się,   kochanie   -   westchnął   i   musnął   jej   usta 

pocałunkiem. 
 

Karyn ogarnęła zupełna niemoc. Bała się, że bez jego 

wsparcia upadnie. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 249

   

 

-   Co   ty   ze   mną   zrobiłeś?   Zawsze   umiałam   się   kon-

trolować. Twój dotyk sprawia, że odpływam do innego świata. 
Przeraża mnie to. 
 

-   Nie   musisz   się   mnie   bać.   To   samo   powiedziałem 

twojemu bratu. Co ty na to, żebyśmy stąd wyszli? Marnujemy 
wakacje. 
 

- Poczekaj chwilę. Wezmę szybki prysznic i przebiorę 

się. 
 

Po   krótkiej   chwili   wyszła   z   łazienki.   Mokre   kosmyki 

włosów opadały jej na twarz. Czuła się jak Kopciuszek, który 
odmierza   ostatnie   sekundy   wymarzonego   balu.   Była 
wewnętrznie rozdarta. Coś podpowiadało jej, żeby rzucić się 
bez   pamięci   w   wir   uczuć.   Z   drugiej   jednak   strony   rozsądek 
przypominał, że przygoda wkrótce się skończy. 
 

Wyglądało na to, że i Bradowi udzieliła się melancholia. 

Zaplanował romantyczną, spokojną podróż wzdłuż wybrzeża. 
Każdy   kolejny   widok   był   bardziej   zachwycający   od 
poprzedniego. 
 

- Pięknie tu - westchnęła. Jej oczy wypełniły się łza-mi. - 

Przywiozłeś mnie tutaj, żeby pokazać namiastkę Hawajów? 
 

-  Chcę  ci pokazać wszystko.  -  Brad odgarnął  kosmyk 

włosów z jej twarzy. - Sądzisz, że to dobry początek? 
 

- Prawie doskonały. 

 

- Prawie? 

 

-   Brakuje   tylko   zapachu  frangipani  -   wyznała   w   roz-

marzeniu.   Lubiła   od   czasu   do   czasu   gorące   wonne   kąpiele. 
Wyobrażała sobie, leżąc w wannie, że jest na wyspie otoczonej 
słodkim zapachem kwitnących kwiatów. 
 

-   Niech   no   spojrzę   -   rzekł   z   satysfakcją   i   sięgnął   po 

pudełko ukryte za fotelem. 
 

Karyn   otworzyła   szeroko   oczy,   widząc   na   pudełku 

wizytówkę perfumerii z Waikiki. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 250

   

 

-   Kiedy   się   kąpałaś,   poleciałem   na   Hawaje   i   przy-

wiozłem ci to - Brad powitał śmiechem jej zdziwienie. 
 

- Powiedz prawdę. Jak to zdobyłeś? 

 

-   Wczoraj   złożyłem   zamówienie.   Przesyłka   nadeszła 

akurat w momencie, kiedy brałaś prysznic. 
 

-   Och,   Brad.   To   najwspanialszy   prezent,   jaki   mogłam 

dostać - wyszeptała, rozwijając paczuszkę. - Dokładnie tak je 
sobie wyobrażałam. - Zwróciła ku niemu załzawione oczy. - 
Dziękuję. 
 

- Nie musisz dziękować, kochanie. Wystarczy mi twój 

uśmiech - odparł i nałożył jej na szyję sznur wonnych korali. 
Potem powoli przysunął się i złożył pocałunek na rozpalonych, 
wilgotnych wargach dziewczyny. 
 

Podniecona, zajęta budzącą się namiętnością, Karyn nie 

zauważyła nawet, że uścisk skruszył delikatne paciorki. 
 

Jedno wiedziała na  pewno:  już  nic,   absolutnie nic  nie 

przeszkodzi ich miłości. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 251

   

 

 

 

 

Rozdział szósty 

 
 

Na   dwa   dni   przed   zakończeniem   urlopu   Karyn 

zdecydowała się przeprowadzić ze sobą szczerą rozmowę. 
 

Uświadomiła   sobie,   że   po   wakacjach   trzeba   będzie 

wrócić do codziennych zajęć. Z całą pewnością była dla Brada 
miłą rozrywką, odmienną od tych, z którymi miał do czynienia 
w swoim eleganckim świecie. Jednak szczęśliwe zakończenie 
ich tygodniowego romansu nie wydawało się prawdopodobne. 
 

Obiecała sobie, że nie będzie niczego żałować. Pocałunki 

i pieszczoty Brada sprawiały jej wprawdzie niewypowiedzianą 
rozkosz, ale na tym koniec. On zaś, zdając sobie z tego sprawę, 
nie   prowokował   bardziej   intymnych   sytuacji.   Dotąd   czas 
wspólnie z nim spędzony był ambrozją dla jej serca i duszy. 
Ostatni dzień zaspokoił natomiast jej głód wiedzy. 
 

Kiedy   spacerowali   po   De   Young   Museum,   Karyn 

przystawała przed każdą misternie rzeźbioną figurą z nefrytu i 
pięknie malowanym jedwabiem. Zasypywała Brada pytaniami 
o kulturę Wschodu, on zaś niestrudzenie udzielał odpowiedzi. 
Wiedza,   którą   czerpała   dotąd   tylko   z   książek,   nabrała   teraz 
realnych kształtów. Bez żenady przyjęła rolę uczennicy. Była 
mu   wdzięczna   nie   tylko   za   interesujące   pogadanki,   ale   i   za 
atmosferę,   która   pozwoliła   jej   odzyskać   zachwianą   ostatnio 
równowagę. 
 

Następny dzień, jak zwykle, zaczął się bardzo wcześnie. 

Willis   uparł   się,   żeby   rankiem   wyruszyć   na   balonową 
wycieczkę nad Doliną Napa. Loty zaczynały się tuż po świcie. 
Dla Karyn oznaczało to kolejną nieprzespaną noc. 
 

Czekała   na   niego   zaspana   i   nieprzytomna.   Zjawił   się 

pun-ktualnie   i   na   powitanie   zamachał   koszykiem,   przygoto-

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 252

   

wanym specjalnie na piknik. 
 

 Comment allez-vous? - zapytał z blaskiem w oczach na 

widok ukochanej osoby. 
 

Nie zrozumiała powitania i jedynie zmrużyła senne oczy. 

 

-   Jak   się   masz?   -   z   uśmiechem   przetłumaczył   swoją 

wypowiedź. - Wybieramy się do Francji. 
 

- Daj mi znać, jak już będziemy na miejscu - burknęła. - 

Te   wakacje   dają   mi   się   powoli   we   znaki.   Nie   jestem 
przyzwyczajona do tak nieregularnego trybu życia. 
 

- Wierz lub nie wierz, ale ja też nie. 

 

- Ty przynajmniej wyglądasz jak człowiek. 

 

- Ty też zaraz się lepiej poczujesz. - Przyciągnął ją do 

siebie i obsypał pocałunkami czoło, oczy i policzki. 
 

Teraz czekał na usta. 

 

- Wspaniale - szepnęła, obejmując go. 

 

- Karyn... - zaczął, ale natychmiast potrząsnął głową. - 

Nie. Nie teraz. Chodźmy już. 
 

Pędzili   przed   siebie   ciemnymi   jeszcze   ulicami   San 

Francisco. 
 

- Leciałeś już balonem? 

 

- Raz, nad Francją. To wspaniałe uczucie. Musi jednak 

być   odpowiednia   pogoda.   Dzisiaj   zapowiada   się   prze-piękny 
dzień. 
 

Przyjechali na miejsce. Właśnie napełniano gazem ba-

lony. Nieopodal pary zakochanych i całe rodziny sączyły kawę, 
oczekując   świtu.   Zafascynowana   tym   wszystkim,   Karyn 
zadawała   Bradowi   setki   pytań,   z   których   kilka   -   zwłaszcza 
techniczne - sprawiły mu trochę kłopotu. 
 

Roześmiany, przedstawił jej pilota balonu, którego wy-

najął na przedpołudnie. 
 

Kilka   chwil   później   unosili   się   już   nad   ziemią.   Na 

początku   balon   trząsł   się   i   podrywał,   ale   kiedy   wznieśli   się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 253

   

wyżej,   szybował   już   gładko   i   wzbudzał   podziw.   Na   tle 
porannego nieba wypełniona powietrzem czasza wyglądała jak 
różnobarwny obłok. 
 

- Zadowolona? - zapytał szeptem i spojrzał jej głęboko w 

oczy. 
 

- Nigdy tego nie zapomnę - odparła i pogłaskała go po 

policzku. - Cieszę się, że mnie tu zabrałeś. 
 

Ich spojrzenia spotkały się. Karyn pragnęła nauczyć się 

na pamięć rysów jego twarzy, tak żeby móc przypominać ją 
sobie,   kiedy   ostatecznie   się   rozstaną.   Wyjęła   z   torebki   tani 
aparat fotograficzny i zakomenderowała: 
 

- Uśmiechnij się. 

 

- Nie. Chcę, żebyś i ty była na zdjęciu. - Podał aparat 

pilotowi i przytulił ją czule. Roześmiała się, bo ją połaskotał - i 
tak wyszła na fotografii. 
 

-   Będę   ją   zawsze   nosił   przy   sobie.   Albo   powiększę   i 

powieszę we wszystkich biurach naszej firmy. 
 

- Najpierw musisz dostać ode mnie negatyw - zauważyła 

kokieteryjnie. 
 

- Nic prostszego. - Zręcznym ruchem wyjął jej z ręki 

aparat i schował w kieszeni. 
 

Natychmiast ruszyła, by go odzyskać. Wtem balon za-

kołysał się i wpadła wprost w objęcia Brada. 
 

Wylądowali   przytuleni   do   siebie.   Usiedli   na   winnym 

zboczu i w cieple silnego już słońca zjedli lunch. Potem Karyn 
wyciągnęła się leniwie na kocu i zwróciła twarz ku niebu. 
 

-   To   takie   niepowtarzalne   uczucie   -   westchnęła   z 

rozkoszą. 
 

- A to? - Brad zbliżył usta do jej twarzy. Czuła na jego 

wargach cierpki smak burgunda. 
 

- Jak najbardziej - zamruczała. Jej słowa rozpłynęły się 

w   skradzionym   pocałunku,   który   z   każdą   chwilą   stawał   się 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 254

   

coraz bardziej namiętny. 
 

- Chcę się z tobą kochać - wyszeptał i popatrzył jej w 

oczy. 
 

- To byłby błąd - odparła z wysiłkiem. 

 

- Dlaczego? 

 

- Pojutrze już cię nie będzie. Nie chcę dopuścić, żeby 

wraz z tobą odeszło moje serce. 
 

- Odejdę tylko wtedy, jeśli ty tego ode mnie zażądasz. 

 

- Nie chcę tego, ale tak po prostu musi być. 

 

- Jak mam cię przekonać, że to nieprawda? 

 

-   Nie   możesz   -   rzekła   smutno   w   nadziei,   że   mimo 

wszystko się myli. 
 

Brad uniósł się lekko, ale ciągle dotykał jej piersi. 

 

Głaskał   je   delikatnie   i   obserwował   rozszerzające   się 

źrenice Karyn. Ona zaś teraz niemal go nienawidziła za swoją 
bezsilność. W końcu odsunęła rękę mężczyzny i wygładziła na 
sobie bluzkę. 
 

-   No   więc   udało   ci   się   wreszcie   rozbudzić   we   mnie 

pożądanie.   I   co   z   tego?   To   zwykła   rzecz.   Nawet   zwierzęta 
odczuwają podobnie. 
 

- Sądzisz, że łączy nas tylko to? 

 

- Oczywiście. Wkroczyłeś do mojego życia jak burza. 

 

Nic dziwnego, że reaguję na to fizycznie. 

 

- I według ciebie jest to dodatek do wakacyjnego pa-

kieciku:   Brad   Willis   w   San   Francisco;   komplet   z   szyb-kim 
numerkiem w sianie. Satysfakcja gwarantowana. 
 

W   przeciwnym   wypadku   zwrot   kosztów.   -   W   jego 

słowach   brzmiała   gorycz   i   oburzenie.   -   Pozwól,   że   coś   wy-
jaśnię. Gdyby było tak, jak mówisz, wylądowalibyśmy w łóżku 
już pierwszej nocy. Powstrzymywałem się ze względu na twoje 
onieśmielenie. Chciałem dać ci czas, żebyś przyzwyczaiła się 
do   myśli   o   nas,   razem.   Ale,   do   diabła,   nie   pozwolę   ci 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 255

   

porównywać naszych uczuć do zwierząt. Może tego nie wiesz, 
ale   ja   jestem   przekonany,   że   pomiędzy   nami   zrodziło   się 
wyjątkowo piękne uczucie. 
 

Nie pozwolę ci go odrzucić, tylko dlatego że przeraża cię 

myśl o facecie z innego świata niż twój. 
 

- Boję się, że to uczucie nie ma przyszłości. Możesz się 

w końcu mną znudzić i zostawić po miesiącu lub dwóch. 
 

- Nie wiem, co bardziej mnie złości: twój brak wiary we 

mnie, czy w swoje własne uczucia. - Brad z rezygnacją pokręcił 
głową. 
 

Karyn nie chciała, żeby ta rozmowa tak się skończyła. 

 

-   Brad...   -   zaczęła,   nie   bardzo   wiedząc,   co   chce 

powiedzieć - przepraszam cię. Chciałam ci tylko wytłumaczyć, 
na czym polega mój niepokój. Twoja reakcja jest dowodem na 
to, że naprawdę należymy do dwóch różnych światów i mamy 
odrębne poglądy na to, co ważne. 
 

-   Chodźmy   już.   -   Brad   wstał   gwałtownie   i   zaczął 

pakować kosz. 
 

Karyn   podniosła   się   posłusznie   i   poszła   za   nim   do 

samochodu. 
 

W  drodze   powrotnej   do   miasta  milczeli.   Ich  ponurym 

nastrojom towarzyszyła nadciągająca chłodna i wilgotna mgła. 
Piękny,   słoneczny   dzień   momentalnie   przeistoczył   się   w 
mroczną szarzyznę. 
 

Dziewczyna   była   zaprzątnięta   swoimi   myślami   i   nie 

zwracała uwagi na to, co się dzieje za oknem. Czekała tylko, aż 
samochód się zatrzyma. 
 

Brad zaparkował  przed  niewielkim  hotelem na Pacific 

Heights. Spojrzał jej wyzywająco w oczy i zacisnął palce na 
kierownicy. 
 

- Stąd dojdziesz już chyba sama do domu. 

 

Przytaknęła w milczeniu. Jeszcze raz zerknęła na jego 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 256

   

zaciśniętą   uparcie   szczękę   i   zesztywniałe   ze   zdenerwowania 
ramiona.   Myśl   o   tym,   że   już   nigdy   więcej   jej   nie   obejmą, 
napełniła ją bolesną pustką, tak potężną, że bliska była krzyku. 
 

-   Brad...   -   zaczęła   niepewnie.   -   Nie   sądzisz,   że 

powinniśmy porozmawiać? 
 

- Dosyć już rozmawialiśmy - westchnął ciężko. 

 

- Nieprawda. Powinniśmy spróbować jeszcze raz. 

 

- Gdzie? - zapytał, jakby się nic nie stało. 

 

Westchnęła głęboko, świadoma ryzyka, które podjęła. 

 

- Tutaj. Teraz. 

 

Brad podniósł ku niej zaskoczony wzrok. 

 

- W moim pokoju? 

 

- Mam do ciebie zaufanie. 

 

- Nie powinnaś. W tej chwili moje ciało płonie z po- 

 

żądania. Nie odpowiadam za to, co się stanie, jeśli wej-

dziemy na górę. 
 

- Wiem, że mnie nie skrzywdzisz. 

 

- Na pewno nie celowo. 

 

- Więc nie ma się o co martwić. Musimy porozmawiać, a 

logika nakazuje, żeby zrobić to w twoim pokoju. 
 

- Jesteś wielkim logikiem - stwierdził z odrobiną ironii. - 

Niechętnie ci to mówię, kochanie, ale tym razem chyba wpadłaś 
we własne sidła. 
 

- Być może - przyznała w nerwowym oczekiwaniu. 

 

W   kilka   chwil   później   otwierała   drzwi   do   hotelu,   w 

którym   mieszkał   Willis.   Była   pewna,   że   nie   idzie   do   niego, 
żeby rozmawiać. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 257

   

 

 

Rozdział siódmy 

 
 

Utrzymany w wiktoriańskim stylu hotel urzekł Karyn od 

pierwszego wejrzenia. W drzwiach powitała ich czarująco miła 
obsługa. Do apartamentu Brada prowadziły kręte schody. 
 

Z każdym krokiem pewność siebie usuwała się jej spod 

nóg jak ruchome piaski. Pożądanie i niecierpliwość brały górę 
nad rozsądkiem. 
 

Wstrzymała oddech, kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi. 

Nerwowym wzrokiem obrzuciła najpierw Brada, potem wnętrze 
apartamentu. 
 

Staroświeckie lampy roztaczały romantyczne przy- 

 

ćmione   światło.   Z   radia   płynęła   cicha   muzyka. 

Atmosfera   salonu   sprzyjała   intymności.   Przez   otwarte   okno 
wdzierał się wilgotny powiew wiatru i ocierał o ich spragnione 
siebie   ciała.   Wiedziała   już,   że   nie   zacznie   mówić   pierwsza. 
Zdobyła się tylko na słaby protest, ale już po chwili tonęła w 
objęciach Brada. 
 

Bez względu na to, co się stanie, gdy minie ten tydzień, 

pragnęła   przypieczętować   wakacje   dzikimi   i   upa-jającymi 
pocałunkami   i   pieszczotami.   Nigdy   nie   wyba-czyłaby   sobie, 
gdyby pozwoliła mu odejść. 
 

- Jeszcze jest czas, żeby zmienić decyzję - rzekł pół- 

 

przytomnie. Pokręciła przecząco głową. Decyzja zapadła 

już dawno temu. 
 

- Nie ma mowy. 

 

-   Jeszcze   przed   chwilą   mówiłaś   co   innego   -   odparł   i 

uśmiechnął   się   na   widok   zawadiacko   zadartego   podbródka 
Karyn. - Co pomyśli twoja rodzina? 
 

- Moja rodzina nie ma z tym nic wspólnego - rzuciła 

poirytowana. - To wyłącznie moja i twoja sprawa. Przysięgam - 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 258

   

dodała szeptem i ponownie utonęła w jego objęciach. 
 

-   Mam   nadzieję.   -   Odgarnął   jej   z   twarzy   kosmyk 

włosów. - W tym tygodniu przekonałem się, że potrafię być 
wielkim   egoistą.   Nie   chcę  się  tobą   dzielić  z  nikim,   nawet   z 
twoją rodziną. 
 

Nikt   dotąd   tak   do   niej   nie   mówił.   Nikt   tak   jej   nie 

pożądał. Płonął w niej ogień, którego rozsądek nie był już w 
stanie ugasić. 
 

- Pocałuj mnie. Pokaż mi, jak mnie pragniesz. 

 

Te   słowa   pokonały   ostatnią   barierę.   Brad   objął   ją   i 

przywarł do jej ust z niczym już nie skrępowaną na-miętnością. 
Wilgotny dotyk jego języka i gorączka ciała napływały jak fala 
upału w zimowy dzień. Kiedy jego ręce zaczęły błądzić po ciele 
Karyn,   czuła,   że   spełniają   się   najśmielsze   marzenia.   Nie 
zauważyła,   że   oto   nagle   stanęła   przed   nim   nago.   Poczuła 
chłodny powiew powie-trza, jedyny łącznik z rzeczywistością. 
Przytuliła się do niego mocniej w poszukiwaniu ciepła, on zaś 
poprowadził ją w świat doznań, o jakich nawet nie śniła. 
 

Przeszył ją dreszcz i poczuła napięcie w dole brzucha. 

 

Wreszcie stało się; ich ciała połączyły się w akcie na-

miętności.   Karyn   wiedziała   już,   że   bez   tego   czułaby   się 
niespełniona.   Chciała   mu   to   powiedzieć,   ale   kolejny   raz 
zwyciężyła jej nieśmiałość. 
 

Brad   zrozumiał   jej   niewypowiedziane   myśli   i 

zdecydowanym   ruchem   wypełnił   jej   ciało.   Ich   okrzyki   roz-
koszy zjednoczyły się; w tej chwili nie liczyli się z niczym. 
 

Potem,  kiedy  odpoczywali,  Karyn zaczęła żałować,  że 

pełne harmonii uniesienie już się skończyło. 
 

- Jesteś wspaniały. Chcę, żeby tak było wiecznie. 

 

-   To   nie   problem   -   odparł   poważnie.   -   Ale   teraz 

chciałbym poznać resztę twojej rodziny. Musimy porozmawiać 
o naszej przyszłości. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 259

   

 

- Nie! 

 

-   Do  diabła,   Karyn.   Nie  mów  mi   tylko,   że  w  nią  nie 

wierzysz. 
 

- Nie chcę w to mieszać rodziny. Gdybym powiedzia-S

 

ła o naszym szalonym i niemożliwym pomyśle, sprawi- 

 

łabym im wielką przykrość. 

 

- Jak to niemożliwym? 

 

-   Po   prostu.   Ja   nie   mogę...   -   usiłowała   znaleźć   jakiś 

argument, ale przerwał jej telefon. 
 

Brad zaklął i podniósł słuchawkę. 

 

- Tak - warknął. - Jest u mnie. Chcesz z nią rozmawiać? 

 

- Nie. Lepiej jak najprędzej stamtąd uciekajcie - mówił 

Tim Chambers. - Frank i Jared są już w drodze. Próbowałem 
ich zatrzymać, ale... 
 

- Nie martw się. Dam sobie z nimi radę. 

 

- Słuchaj, Willis. Nie chcę panikować, ale ostrzegam cię. 

Spowoduj   chociaż,   żeby  Karyn  wyszła.   Nie  zasługuje  na  to, 
żeby wplątać ją w jakiś skandal. 
 

- Dlaczego, u diabła, myślisz, że bym na to pozwolił? 

 

-   Jakiś   podrzędny   dziennikarzyna   szuka   sensacji   i 

podobno was śledzi. Frank mówił mi, że dzwonił do nas do 
domu. Nie życzę ci, żebyś widział wtedy minę mojego brata... 
 

- Dzięki za ostrzeżenie. Zajmę się tym. 

 

- Na razie nie masz mi za co dziękować. Mam do ciebie 

kilka pytań. Wolałbym rozmawiać w spokoju... 
 

,,Jeszcze   jeden   smok   do   likwidacji"   -   pomyślał   Brad, 

odwieszając słuchawkę. 
 

- Kto to był? 

 

- Nikt specjalny. 

 

- Ale wspomniałeś, że tutaj jestem. 

 

- To lokaj - zaimprowizował na miejscu. - Chciał 

 

wiedzieć, o której ma jutro przynieść śniadanie. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 260

   

 

Spojrzała sceptycznie. 

 

-   W   takim   razie,   dlaczego   ubierasz   się   w   takim 

pośpiechu, jakby zaraz miał być koniec świata? 
 

Brad nachylił się i pocałował ją. 

 

- Nic się nie martw. Zaraz wracam. - Musisz zejść na 

dół,  żeby  ustalić  menu?  -  zapytała  ironicznie.  -  Przecież  nie 
czas jeszcze nawet na kolację. 
 

Przeklął   w   myślach   swój   nieudolny   wykręt.   Powinien 

był   wiedzieć,   że   dziewczyna   zada   mu   od   razu   tysiąc   pytań. 
Pocałował ją jeszcze raz. 
 

-   Za   chwilkę   wracam   -   rzucił   naprędce   i   zniknął   za 

drzwiami, zanim zdążyła zaprotestować. 
 

Patrzyła za nim w osłupieniu. Coś musiało się stać. 

 

Coś, o czym nie chciał jej powiedzieć. 

 

Wtem   z   korytarza   doszły   ją   podniesione,   wzburzone 

głosy. To byli jej bracia! Nie czekała ani chwili dłużej. 
 

Wyskoczyła   z   łóżka   i   zaczęła   pośpiesznie   nakładać 

dżinsy. Właśnie w tym momencie Brad wkroczył do pokoju z 
triumfującą miną. Wcisnęła nogę w drugą nogawkę, za-sunęła 
zamek i, zmieszana, podniosła na niego wzrok. 
 

Boso nie sięgała mu nawet do brody. 

 

- Ho, ho - zaczęła uszczypliwie. - Ależ to była burzliwa 

wymiana zdań. No i co? Ustaliłeś, czy ma być jajecznica, czy 
jajka na miękko? 
 

- Słyszałaś? - Mężczyzna był wyraźnie zakłopotany. 

 

- Nie wszystko, ale wystarczająco dużo, żeby rozpoznać 

głosy moich braci. Szczerze mnie dziwi, że jesteś jeszcze cały. 
 

- To rozsądni ludzie, Karyn. 

 

- Kto? Moi bracia? 

 

- Tak. Frank i Jared. 

 

- O Boże - jęknęła. - Dlaczego właśnie oni? 

 

- Jest jeszcze Jerry. Powstrzymał ich, kiedy schodziłem 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 261

   

na dół. To naprawdę dyskretny facet. 
 

- Co im powiedziałeś? 

 

- Że cię kocham. 

 

Karyn zakręciło się w głowie, ale natychmiast zebrała 

myśli. 
 

- Jak mogłeś mówić im coś takiego?! - wrzasnęła. 

 

- Teraz zażądają od ciebie, żebyś się ze mną ożenił. 

 

-   Nie   ma   sprawy.   Powiedziałem,   że   właśnie   ustalamy 

szczegóły. 
 

-   Mam   tego   wszystkiego   dość.   -   Schowała   twarz   w 

dłoniach. - Zobaczysz, że oni nie dadzą ci żyć. Nie będziesz 
mógł nawet pokazać się u siebie w biurze. 
 

-   W   takim   razie   musisz   ze   mnie   zrobić   porządnego 

człowieka   -   zażartował.   -   Co   sądzisz   o   ślubie   w   sierpniu? 
Mógłbym już dziś lecieć do Las Vegas i załatwić parę spraw. 
 

- To są twoje oświadczyny? - Karyn kipiała ze złości. 

 

- Chciałem ci się oświadczyć, ale przeszkodził mi telefon 

Timmy'ego - odparł spokojnie. 
 

-   Nie   o   to   chodzi.   Niech   cię   wszyscy   diabli,   Bradzie 

Willis! Nie widzisz, że jesteś taki sam, jak moi bracia? 
 

Nie pozwoliłeś mi nawet samej zadecydować. Całe życie 

ktoś nade mną czuwa. Mam tego dość. Prędzej umrę, niż dam 
się wpędzić z deszczu pod rynnę. 
 

Karyn   chwyciła   torebkę,   posłała   Bradowi   ostatnie 

wściekłe spojrzenie i już miała wyjść. 
 

- Na twoim miejscu nie schodziłbym teraz - ostrzegł 

 

z nonszalancją, przeciągając się leniwie na łóżku. - Jeżeli 

znam życie, to oni wciąż jeszcze tam są. 
 

- Dobrze - zgodziła się po chwili namysłu. - Zostanę, ale 

tylko dopóki nie wyjdą. 
 

Brad   podniósł   się   i   zbliżył   do   niej   tak,   że   ich   uda 

zetknęły   się.   Fizyczna   bliskość   jego   ciała   sprawiła,   że   krew 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 262

   

zaczęła jej krążyć szybciej. 
 

-   Co   powiedziałabyś   na   to,   żebyśmy   mądrze   zago-

spodarowali ten czas? 
 

Przez moment wahała się, ale gniew zwyciężył. 

 

- Nie, Brad - odmówiła, nie podnosząc oczu w obawie, 

że jego spojrzenie mogłoby ją obezwładnić. - Za-czekam tu, 
żeby   nie   prowokować   publicznych   kłótni   z   braćmi.   Potem 
wyjdę i już nigdy się nie spotkamy. 
 

- Przecież wcale tego nie chcesz. 

 

-   Tego   właśnie   chcę.   Nikt   już   nie   będzie   mną   dyry-

gował. Nie potrzebuję niańki. Pragnę jedynie miłości. 
 

- Wiesz przecież, że cię kocham. 

 

-   To   nie   miłość,   Brad.   To   protekcja.   -   Z   tymi   słowy 

opuściła pokój. Bała się, że każda następna chwila rozmowy 
przyniesie jej jeszcze większy ból. Wolała już konfrontację z 
braćmi. 
 

Zeszła na dół. W holu nie dostrzegła żadnej znajomej 

twarzy. Pomyślała, że nie może jej już grozić nic gorszego, niż 
rozstanie z ukochanym mężczyzną. Tymczasem jak spod ziemi 
wyrósł natarczywy fotoreporter, który - zanim się spostrzegła - 
zrobił kilka zdjęć. 
 

Tego było jej już za wiele. Z całych sił walnęła go w 

głowę torebką i rzuciła się do ucieczki. Biegła w dół wzgórza. 
Była już prawie na dole, kiedy doszło ją znajome wołanie. 
 

- Karyn! - krzyczał z samochodu Frank. - Chodź tutaj! 

 

- Daj mi spokój! 

 

-   No   chodź   -   prosił   Jared.   -   Wiem,   że   jesteś   zła,   ale 

chcieliśmy tylko twojego dobra. 
 

-   Nie   macie   prawa   wtrącać   się   w   moje   życie.   Mam 

dwadzieścia   sześć   lat.   Zajmijcie   się   sobą   i   zostawcie   mnie 
wreszcie w spokoju. A teraz jedźcie już. Chcę zostać sama. 
 

- A co z Willisem? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 263

   

 

- Nie musicie już się nim przejmować. Jest taki sam jak 

wy. Jego też mam powyżej uszu. Z nami koniec. Mam nadzieję, 
że was to cieszy. Wypełniliście swoją misję. 
 

Popatrzyła   ukradkiem   na   braci,   którzy   wymieniali 

właśnie   zawstydzone   spojrzenia.   Ten   widok   sprawił   jej 
ogromną satysfakcję. Minęła ich samochód, przeszła na drugą 
stronę ulicy i wsiadła do pierwszego lepszego autobusu. Było 
jej obojętne, dokąd pojedzie. I tak każde miejsce wydawało się 
teraz piekłem. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 264

   

 

 

 

Rozdział ósmy 

 
 

Jak  można  było  udowodnić  miłość  takiej   kobiecie  jak 

Karyn Chambers? To pytanie często nurtowało Brada. 
 

Odkąd   wrócił   do   Los   Angeles,   czuł,   że   odchodzi   od 

zmysłów. Co aż tak strasznego zrobił? Chciał tylko uchronić ją 
od   gniewu   braci   i   całego   zamieszania.   Ona   natomiast 
zareagowała, jakby popełnił zbrodnię. 
 

Wiele   dni   przechadzał   się   po   biurze   i   sam   ze   sobą 

rozprawiał o kobietach, które nie umieją pogodzić się z myślą, 
że są kochane. W końcu postanowił wczuć się w jej sytuację. Z 
początku Karyn wydała mu się niewinną, potrzebującą wsparcia 
osobą.   Teraz   jednak   dostrzegł   w   niej   kobietę   rozpaczliwie 
walczącą o swoją niezależność. 
 

Chciała   udowodnić   sobie   i   braciom,   że   potrafi   radzić 

sobie sama. Zachowanie Brada najwyraźniej psuło jej szyki. 
 

Willis umiał zdobyć coś, na czym mu bardzo zależało. 

 

W wyścigach wygrywał nie dlatego, że był ostrożny, ale 

dlatego że podejmował nieobliczalne wręcz ryzyko. Tak samo 
nieobliczalne   było   jego   pragnienie   pozyskania   uczuć   Karyn 
Chambers.   Ukradła   mu   serce.   Z   impetem   wkroczyła   w   jego 
samotnicze życie. Każdy centymetr je-go ciała wołał o powrót 
do San Francisco i telefon do niej. 
 

Wewnętrzny głos podpowiadał mu jednak, że pośpiech 

nie jest wskazany. Karyn na pewno potrzebowała czasu, żeby 
wszystko przemyśleć i przekonać się, że łączy ich prawdziwa 
miłość. Postanowił czekać. 
 

Nie wątpił, że w końcu wszystko się ułoży. Miał tylko 

nadzieję, iż do tego czasu nie oszaleje. 
 

Wielkie,   kolorowe   zdjęcie   na   pierwszej   stronie 

popołudniówki przedstawiało zaskoczoną kobietę, wybiegają- 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 265

   

 

cą z hotelu w San Francisco. Na drugiej fotografii było 

zbliżenie twarzy Brada. Nad zdjęciami widniał nagłówek: 
 

„Zwycięski   rajdowiec,   Brad   Willis,   znalazł   nową 

miłość". 
 

Artykuł   poniżej   podawał   szczegóły   intymnego   życia 

sportowca,   nie   wyłączając   jego   niezliczonych   miłosnych 
podbojów, nazwiska Karyn i odkrycia ich romansu w hotelu na 
Pacific Heights. 
 

„Czy to właśnie ta kobieta odciągnęła Willisa od sportu? 

- zapytywał autor. - Karyn Chambers można uznać za piękność, 
ale czy jest ona konkurencją dla jego porsche? Inne kobiety 
próbowały, jednak bez skutku." 
 

Zabrzmiało to jak tanie współzawodnictwo. Wyrażenie 

 

„gniazdko   miłości"   przyprawiło   dziewczynę   o   dreszcz 

obrzydzenia.   Wrzuciła   gazetę   do   kosza   i   wymaszerowała   ze 
sklepu, porzucając wózek z zakupami. 
 

Czuła się bardzo osamotniona. Od ostatniego spotkania 

minęło  zaledwie  kilka  dni,   ale  Brad  nie  zadzwonił  ani  razu. 
Mimo że to ona zerwała kontakt, z każdą minutą żałowała tego 
coraz bardziej. Brakowało jej jego głosu, spojrzenia, miłości. 
Być może popełnił pewne błędy, ale to ona zachowała się jak 
tchórz. 
 

Przez   moment   miała   ochotę   wrócić   do   sklepu   po   tę 

okropną   gazetę   i   jeszcze   raz   popatrzeć   na   jego   twarz.   Była 
zdziwiona, że po tym, co się stało, nadal go kocha. 
 

Jeszcze bardziej zaskoczyły ją prasowe uwagi na własny 

temat. Myśli tłoczyły się nieznośnie, kiedy wracała znużona do 
domu. 
 

Na progu powitał ją dźwięk telefonu. Dostrzegła także, 

że na automatycznej sekretarce zapisana jest jakaś wiadomość. 
Zignorowała to i położyła się na sofie. 
 

- I co teraz? - mruknęła. Nie wyobrażała sobie dalszego 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 266

   

życia   po   krótkim,   ale   brzemiennym   w   uczucia   ro-mansie   z 
Bradem. Kancelaria adwokacka, w której pracowała, była dotąd 
bardzo pomocna i umożliwiła jej szkolenie. Była to jednak stara 
i   konserwatywna   firma,   a   zdjęcia   Karyn,   eksponowane   przy 
każdym   sklepie,   na   pewno   nie   przysporzą   jej   popularności 
wśród zwierzchników. Niechętnie podejmowali się oni nawet 
prowadzenia spraw rozwodowych, w których szczegóły życia 
prywatnego musiałyby ujrzeć światło dzienne. 
 

Dziewczyna nie miała wątpliwości, że po przeczytaniu 

tego artykułu bracia zażądają od niej powrotu do domu. 
 

Nie   zdziwiłaby   się   też,   gdyby   osobiście   spakowali   jej 

rzeczy lub, przynajmniej, na stałe zablokowali łóżko tak, żeby 
nie można go było rozłożyć. 
 

Nerwowe przekręcanie klucza w drzwiach wyrwało ją z 

rozmyślań. Z pewnością zaczynał się nalot. Nie miała dokąd 
uciekać, więc pozostała na miejscu i czekała. 
 

Na  szczęście  był  to  tylko  Tim.   W  ręku  trzymał  kom-

promitującą gazetę. 
 

- Cześć - powitała go obojętnie. - Założę się, że już to 

widziałaś. 
 

- Owszem. 

 

- Frank dostanie szału. 

 

- Nie wątpię. 

 

- Mama też. Co ona sobie pomyśli? 

 

W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła matka 

Karyn. Na jej twarzy malowała się troska. Mimo to była, jak 
zawsze, uśmiechnięta. Usiadła obok córki i przytuliła ją czule. 
 

- Jak się czujesz, Karyn Mary? 

 

- W porządku, mamo... Przypuszczam, że nie wpadłaś 

tak po prostu. Przykro mi z powodu tego artykułu. 
 

- Kochanie, nie powinno ci być przykro. Martwię się o 

ciebie. Timmy, zaparz kawę, a my porozmawiamy. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 267

   

 

- Ale... 

 

- Idź już. I zrób jej dużo. Lada chwila pewnie zjawi się 

reszta. 
 

Tim   posłusznie   odmaszerował   do   kuchni.   Matka 

przyłożyła spracowaną dłoń do policzka Karyn. 
 

- Kochasz tego człowieka? 

 

-  Tak  -  przyznała  z  ulgą,  że wreszcie  mogła otwarcie 

powiedzieć o swoim uczuciu. - Ale to bez sensu, prawda? 
 

-   A   czy   miłość   ma   coś   wspólnego   z   sensem?   Jest   to 

jedno z uczuć, do których nie sposób odwrócić się plecami. 
 

- Ale on jest taki sam jak Frank i reszta. Według niego 

wciąż potrzebuję opieki. 
 

- I co w tym złego? 

 

- Chcę żyć samodzielnie, być panią własnego losu, sama 

decydować... 
 

-   Sądzisz,   że   on   mógłby   ci   w   tym   przeszkodzić? 

Kochanie,   istnieje   zasadnicza  różnica   między   troską   o   drugą 
osobę a przejmowaniem nad nią kontroli. Mężczyzna, który dba 
o kobietę za bardzo, może popełniać błędy. Zasadniczo jednak 
kieruje się miłością. To nie kontrola, Karyn Mary. Uważam, że 
jako   dorosła   osoba   powinnaś   najpierw   zastanowić   się,   czy 
rzeczywiście   kochasz   tego   człowieka   na   tyle,   żeby   o   niego 
walczyć. A teraz opowiedz mi o nim. 
 

Karyn rozpierała ochota, żeby opowiadać o Bradzie w 

nieskończoność, ale w końcu stwierdziła tylko: 
 

- Po prostu poznaliśmy się. 

 

- Kiedy? 

 

- Kilka tygodni temu - przyznała z zakłopotaniem. 

 

- Ach tak! No, cóż. W gruncie rzeczy to bez znaczenia. 

Gdzie on teraz jest? 
 

- Przypuszczam, że w Los Angeles. 

 

- Kiedy wraca? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 268

   

 

- Nie wiem. Nie rozmawiałam z nim. 

 

- Mhm. 

 

- Nie. Nie jest tak, jak myślisz. Powiedziałam mu, że nie 

mogę kochać kogoś, kto chce się zająć moim ży-ciem tak jak 
bracia. 
 

I znowu, jak na zawołanie, zjawiła się pozostała część 

rodziny Chambersów z rozwścieczonym Frankiem na czele. 
 

Zanim jednak zdążył otworzyć usta, odezwał się Tim. 

 

- Wszyscy piją kawę? 

 

-   Piwo   -   poprawił   Frank.   Usiadł   i   zmierzył   siostrę 

surowym wzrokiem. 
 

- Nie waż się odprawiać nade mną sądu, Frank Chambers 

- uprzedziła. - Ja nie wtrącałam się w twój związek z tą małą 
obdartą oszustką z Oakland, która prowadziła z tobą podwójną 
grę. Nie powiedziałam słowa, że Megan już od pięciu lat czeka 
na twoje oświadczyny i umiera z miłości do ciebie. A ty, Jared? 
Czy prawię ci morały? 
 

- To nie to samo - burknął Frank. 

 

- Tak jest - przytaknął Jared. - Ty jesteś naszą... 

 

- Nie waż się kończyć. Nie jestem już małą siostrzyczką. 

Jestem kobietą i, jak każdy, mam prawo do błędów. 
 

- Musisz przyznać, że ten błąd jest wyjątkowo rażący 

 

- zauważył delikatnie Tim, podając siostrze filiżankę ka-

wy. 
 

- I ty, Brutusie? - Rzuciła bratu urażone spojrzenie. 

 

-   Przykro   mi,   ale   to   prawda.   Być   może,   gdybym   nie 

uprzedził Brada... 
 

- Co takiego? - zagrzmiał Frank. 

 

- Uprzedziłeś go? O czym? - dodała matka. 

 

- Tak - rzekł Tim zaczepnie. - Powiedziałem, że wcieliłeś 

się w rolę surowego ojca Karyn. Nie widziałem powodów, żeby 
ją niepokoić. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 269

   

 

- Cóż, może gdyby ona sama bardziej niepokoiła się w 

zeszłym tygodniu, dzisiaj nie zobaczylibyśmy tego przeklętego 
artykułu. - Frank był bliski wybuchu. - Ład-ne rzeczy, Timmy. 
Co ty sobie wyobrażasz? 
 

-   Czy   ktoś   mógłby   mi   wytłumaczyć,   o   co   chodzi?   - 

poprosiła matka. 
 

- Dowiedzieli się, że wyjechałam z Bradem na weekend i 

pośpieszyli na ratunek. Timmy zadzwonił i ostrzegł 
 

go, że braciszkowie czekają na niego w holu hotelowym. 

 

Nie mówiąc mi  ani słowa o  całym  zamieszaniu,   Brad 

zszedł na dół. Dlatego tak się uniosłam i zostawiłam go. 
 

- On nas okłamał - wtrącił Jared z oburzeniem. - To były 

bezczelne kłamstwa! Ty jednak byłaś na górze. 
 

-   Sądzę,   że   cokolwiek   wam   powiedział,   zrobił   to   ze 

względu na okoliczności - zaoponowała siostra. 
 

W tym momencie po raz kolejny otworzyły się drzwi i 

wkroczył  Brad.   Serce  Karyn  zabiło  nieprzytomnie   z  radości. 
Zanim   się  spostrzegła,   był  już  przy   niej   i  pocałował  ją.  Nie 
mogła   ukryć   zmieszania;   nie   była   przyzwyczajona   do 
publicznego okazywania uczuć. 
 

Frank i Jared natychmiast podnieśli się z miejsc. Matka 

najwyraźniej   była   zaskoczona   widokiem   wysokiego, 
przystojnego   mężczyzny,   który   powitał   jej   córkę   namiętnym 
spojrzeniem. 
 

- Czego chcesz, Willis? - zapytał awanturniczo Frank. 

 

-   Przyszedłem   zobaczyć   się   z   twoją   siostrą.   Musimy 

porozmawiać - odparł zapytany ze stoickim spokojem. 
 

- Ona nie chce cię widzieć - wtrącił Jared. 

 

-   Pozwól,   że   będę   mówiła   za   siebie.   Owszem,   jak 

najbardziej chcę się widzieć z Bradem. - Karyn rozejrzała się 
dumnie po zebranych. Walczyła ze strachem, który ściskał ją w 
żołądku. - I to w cztery oczy. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 270

   

 

Matka przyjrzała się córce i przytaknęła z satysfakcją. 

 

Dostrzegła bowiem coś, czego nie zauważył nikt inny: 

Karyn naprawdę chciała teraz zostać sam na sam z Bradem. 
 

-   Chodźcie   -   nalegała   matka.   -   Powinniśmy   już   iść   i 

zostawić   tych   dwoje   samych.   Mają   do   przedyskutowania 
sprawy, które nas nie dotyczą. 
 

- Nie zostawię jej z nim samej - upierał się Frank. 

 

Matka   bez  skrupułów   pociągnęła   najstarszego  syna  za 

ucho. 
 

- Wynocha! Już! Reszta też - rozkazała i zaraz potem 

zwróciła   się   do   Brada.   -   Miło   mi   było   pana   poznać,   młody 
człowieku. Proszę nie zwracać na nich uwagi. 
 

- Dziękuję pani za pomoc. 

 

-   Proszę   tylko   uważać   -   dodała.   -   Jestem   po   pańskiej 

stronie, ale jeśli skrzywdzi pan moją dziewczynkę, to pierwsza 
poczęstuję pana kulką. 
 

- Będę pamiętał - uśmiechnął się mężczyzna. 

 

Podczas   gdy   wszyscy   zbierali   się   do   wyjścia,   Karyn 

poszła   do   kuchni,   nalała   kawy   i   wyciągnęła   filiżankę   w 
kierunku Brada. 
 

- Proszę. 

 

- Wracasz do pokoju czy wolisz się nadal ukrywać? 

 

- Zostaję w kuchni. 

 

- Tchórz. 

 

-   Mam   chyba   prawo   do   odrobiny   ostrożności   wobec 

mężczyzny, który podobno zmienia kobiety jak rękawiczki. 
 

- Przesada. 

 

-   Tego   nie   wiem.   Wiem   tylko   to,   co   przeczytałam   w 

gazetach. 
 

-   W   zasadzie   popieram   wolność   słowa   i   dlatego   nie 

przykładam aż takiej wagi do szczegółów. A poza tym, nigdy 
nie usiłowałem udowodnić ci, że jestem święty. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 271

   

 

Jestem tylko człowiekiem, i to bardzo samotnym. Prze-

lotne związki zapełniały mi swego czasu tę pustkę. 
 

-   A   teraz?   Czy   też   wypełniasz   sobie   wolny   czas? 

Szukasz towarzystwa na parę dni urlopu? 
 

- Wiesz dobrze, że to nieprawda. Musiałem się nieźle 

nagimnastykować,   żeby   załatwić   trochę   wolnego.   Spotka-nie 
ciebie było tego warte. - Po raz pierwszy tego dnia uśmiechnął 
się. - Zakochałem się w tobie. Chciałem ci pokazać, jak wiele w 
twoim życiu może się zmienić. 
 

Wszystko jednak wyszło inaczej. To ty byłaś moją na-

uczycielką.   Wyjaśniłaś   mi,   na   czym   polega   prawdziwa 
uczciwość i miłość. 
 

-   Cieszę   się,   że   się   na   coś   przydałam   -   skwitowała 

oschle. - Ile powinnam zażądać za tę lekcję? 
 

- Wyjdź za mnie, Karyn. Przysięgam, że nie zamierzałem 

tutaj wracać i naprzykrzać ci się, ale nie mogłem już znieść 
kolejnego dnia rozłąki. 
 

- Gdybyś ty się nie zjawił, ja odezwałabym się sama. 

 

- Naprawdę? Chcesz porozmawiać? 

 

Przytaknęła, nie spuszczając z niego wzroku. 

 

- Przyznaję się do winy. Rozumiem, dlaczego wpad- 

 

łaś   w   złość,   kiedy   za   twoimi   plecami   usiłowałem 

załatwić porachunki z braćmi. Przyrzekam, że to się więcej nie 
powtórzy. Jesteś tak świeża i tak inna niż kobiety, które znam, 
że wzbudzasz we mnie instynkt opiekuńczy. Zawsze chciałem 
być rycerzem, poskramiaczem smoków. 
 

- Sama potrafię z nimi walczyć. A nawet jeśli mi coś nie 

wychodzi, nie znaczy to, że potrzebuję pomocy. 
 

- Postaram się pamiętać. Obiecuję. Ale nie wiem, czy 

będę mógł spokojnie patrzeć, jak dzieje ci się krzywda. 
 

Podejrzewam,   że   jesteś   silniejsza,   niż   myślisz.   To 

przecież ty zaproponowałaś, żeby wejść do mnie do hotelu. 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 272

   

 

Pamiętasz? 

 

- Jesteś okropnie pewny siebie. 

 

-   Jestem   pewny   naszego   uczucia   -   poprawił.   -   Nawet 

twoja mama je dostrzegła. Tylko dlatego pozwoliła nam zostać 
samym. 
 

-   Mimo   wszystkich   doświadczeń   wciąż   jest   niepopra-

wną romantyczką - westchnęła. 
 

- Ja też. Jestem przekonany, że nasza miłość ma wszelkie 

zadatki   na   to,   żeby   trwać   wiecznie.   Dlatego   wróciłem.   - 
Uśmiechnął sie nieśmiało. - Poza tym mój ojciec ostrzegł, że 
dostanie   następnego   zawału,   jeśli   w   dalszym   ciągu   będzie 
patrzył, jak snuję się po biurze bez celu i mówię do siebie. 
 

- Twój ojciec wrócił do pracy? 

 

-   Na   pół   etatu,   ale   właściwie   tylko   na   tak   długo,   jak 

będzie trwał nasz miodowy miesiąc. 
 

-   Ale   do   tej   pory   mieliśmy   jedynie   wakacje.   -   Karyn 

wciąż nie mogła się zdobyć na otwarte wyznanie miłości. 
 

- Przyzwyczajaj się do urlopów. - Brad zbliżył się do niej 

tak, że poczuła jego oddech na policzku. - Tym razem będą to 
wakacje z prawdziwego zdarzenia. 
 

- Możesz mnie zabrać do Paryża, Grecji czy na Tahiti, 

ale nic nie dorówna romantyczności naszego tygodnia w San 
 

Francisco - wyszeptała i przytuliła się do niego czule. 

 

-   Dobrze.   Nie   jestem   wybredny.   Rozumiem,   że 

spędzamy nasz miodowy miesiąc na miejscu. Jest tylko jeden 
warunek: musisz mnie poślubić. Zrobisz to? 
 

- Tak. Wyjdę za ciebie, Bradzie Willis... 

 

Przerwał   jej   pocałunkiem.   Ich   serca   biły   w   jednym 

rytmie. 
 

- Chyba zbyt szybko się zgodziłam - zamruczała tuż przy 

jego ustach. 
 

- Ach tak? 

background image

                                              Wakacyjna miłość                                        

 

 273

   

 

- Paryż to świetny pomysł. 

 

- Nie ma sprawy - odparł, pieszcząc jej dolną wargę. 

 

- Albo Grecja. 

 

- Co tylko zechcesz. 

 

-   Poza   tym,   zawsze   chciałam   zobaczyć   miejsce,   w 

którym tworzył Gauguin. 
 

- Tahiti. Naturalnie. 

 

- Ale nie wyjeżdżajmy od razu - Karyn westchnęła ze 

szczęścia. 
 

- Dobrze. Kiedy więc? 

 

- Myślę, że za jakieś pięć lub dziesięć lat będę już miała 

ochotę wyjść z łóżka. 

___________________________


Document Outline