background image

Stanisław Barańczak 
 
159 wierszy 
1968 1988 
 
 
 
Wstęp 
Stanisław Barańczak urodził  
się w 1946 r. w Poznaniu i  
ukończył tam studia na  
Uniwersytecie  
im. A. Mickiewicza. Debiutował  
jako poeta i krytyk w r. 1965.  
Był jednym z założycieli  
Komitetu Obrony Robotników i  
kwartalnika "Zapis". Objęty  
zakazem druku w PRL w latach  
1976_#1980, pozbawiony  
dyscyplinarnie pracy na Uam w  
r. 1977, przyjęty został na  
dawne stanowisko w wyniku  
interwencji "Solidarności" w  
r. 1980. Od marca 1981 r.  
przebywa w Stanach  
Zjednoczonych, gdzie wykłada  
literaturę polską na  
Uniwersytecie Harvarda. Jest  
redaktorem naczelnym "The Polish  
Review" (Nowy Jork) i  
współredaguje paryskie "Zeszyty  
Literackie".  
Bogaty dorobek poetycki,  
krytycznoliteracki, edytorski i  
translatorski Barańczaka  
obejmuje blisko 30 książek.  
Niniejszy wybór wierszy z  
dziewięciu dotychczas  
opublikowanych tomów sporządzony  
został przez Autora i jest jego  
pierwszą książką poetycką, jaka  
ukazuje się oficjalnie w kraju  
od r. 1972.  
 
 
 
Z tomu~ 
"Korekta twarzy" 
(1968) 
 
Na tej czereśni czerwień,~ 
na jej krwawe włókna 
 
Na tej czereśni czerwień, na  
jej krwawe włókna@ kładą się  
oto w oczach mięśnie  
ćwiartowanym@ pasmem, smugi  
bandaży rozwinięte, na nich@  
wyschnięte sieci ran, już  
gęstniejące w płótna@ 
gobelinów utkanych grubym  

background image

zmartwychwstaniem@ purpury w  
nadpalonych policzkami  
kłótniach,@ ostrzach, pogoniach,  
ciętych nitkach tego sukna,@  
gdzie strumyk krwi jak w żyłach  
rdzawych liści zanikł@ 
i splątał się; w czerwieni, w  
tych włóknach mięsistych@ za  
cichą kartką skóry wrą wyrwane  
trawy@ w płonącej plątaninie,  
rosną w oczach iskry@ 
ruchu i słychać szkarłat  
ścieranych bezprawi@ w tych  
gałkach żyłkowanych, kiedy  
patrzą, bliskie,@ na tej  
czereśni czerwień, na jej włókna  
krwawe.@ 
 
 
Zbudzony~ 
w jeszcze głębszy sen 
 
Zbudzony w jeszcze głębszy  
sen, bo w jawę@ udzielną  
wszystkim i rozrzutną@ na  
wszystkich, kruszę jeszcze w  
palcach próchno@ przyśnione,  
kruszę światło niebieskawe,@ 
co prześwietlało moje kości.  
Jutro,@ ten promień widnokręgu,  
krótki i jaskrawy,@ wrysuje w  
okrąg pulsującą krawędź@  
każdego cienia. Tak się więc tka  
płótno@ 
dnia, przepalając jedną nitkę  
drugą.@ W ogniu pytań  
krzyżowych, w tym piekącym  
siewie@ ziarn piasku pod powieki,  
budzić będę długo@ 
 
mój sen do jawy głębszej; a  
nasienie@ nocy, w głąb oczu  
wbite ziemną grudą,@ wzrośnie  
światłem; z nim w siebie wejść i  
wyjść ze siebie.@ 
 
 
Czoło 
 
Głuche wejście do ciebie,  
podwójne drzwi ze skóry i kości,  
zatrzaśnięta tablica zgładzona z  
liter, pęknięć oszukańczej  
skały. Mur w poprzek prostych  
przejść ze mnie do ciebie,  
porcelanowy filtr, przez który  
najcieńsze włosy nawijają się na  
zwoje twojego mózgu tak wolno,  
że po drugiej stronie są już  
siwe. Gładka kula armatnia,  
kulista rozrywanym powietrzem;  

background image

głębinowy statek wśród ciśnienia  
myślanego przez mnie morza.  
 
Pismo 
 
Chciej wszystkiego: wbij się w  
te ciasne obroże z kolcami,  
przeszyj na ich wylot spojone w  
blok karty, godząc w to, co  
najciemniej zakryte w tunelach  
liter, ale sznurując na zawsze  
stronice cienką i łączliwą  
siecią; więc spętany jej okami,  
swoimi oczami, ale wolny, w głąb  
i na zewnątrz jaśniejący jak  
gwiazda z zakleszczonymi w  
czarnych dybach promieniami  
przegubów i karku. Tędy, przez  
rządki nierównych pierścieni,  
mknie strzała ciebie, smuga  
jeszcze tobie niejasna, póki nie  
zboczy, wytrącona z toru.  
Wtedy tobą ku tobie wybuchnie,  
zwrócona twarzą w twarz.  
I w świetle tej ostrości  
dostrzeżesz zakola rzek  
schnących na papierze, i  
pojmiesz: tak szybko krzepnie w  
bieli tego śniegu czarna i żywa  
krew.  
 
 
Z tomów~ 
"Jednym tchem"~ 
 
(1970)~ 
i "Dziennik poranny"~ 
(1972) 
 
Jednym tchem 
 
Jednym tchem, jednym nawiasem  
tchu zamykającym zdanie,@  
jednym nawiasem żeber wokół  
serca@ zamykającym się jak  
pięść, jak niewód@ wokoło  
wąskich ryb wydechu, jednym  
tchem@ zamknąć wszystko i  
zamknąć się we wszystkim,  
jednym@ wiotkim wiórem  
płomienia zestruganym z płuc@  
osmalić ściany więzień i  
wciągnąć ich pożar@ za kostne  
kraty klatki piersiowej i w  
wieżę@ tchawicy, jednym tchem,  
nim się udławisz@ kneblem  
powietrza zgęstniałego od@  
ostatniego oddechu  
rozstrzelanych ciał@ i  
tchnienia luf gorących i  
obłoków@ z dymiącej jeszcze na  

background image

betonie krwi,@ powietrza, w  
którym twój głos się rozlega@  
czy się rozkłada, połykaczu  
szabel,@ tak białej broni,  
bezkrwawych a krwawo@ raniących  
krtań nawiasów, pośród których@  
jak serce w żebrach i ryba w  
niewodzie@ trzepoce zdanie jednym  
tchem jąkane@ do ostatniego  
tchu@ 
 
Wziąłem sobie do serca 
 
Wziąłem sobie do serca te pięć  
litrów krwi,@ która ucieka z  
niego,@ jakby chciała@ przebić  
się poprzez cienkie tynki  
skóry,@ lecz wraca wciąż tym  
samym torem@ ze ślepego zaułka  
serdecznego palca;@ przejąłem  
się na własność tą krwią, co  
chce zbiec,@ odkąd złapałem  
pierwszy oddech@ na gorącym  
uczynku@ kradzieży@ ze  
świata@ i na próbie ucieczki;@  
musiałem wziąć na siebie kruche  
mury ciała.@ 
Wbiłem sobie do głowy te pięć  
zmysłów, które@ rysują wewnątrz  
 
czaszki@ suchą igłą@ dymem do  
dołu zawieszony pożar,@ wzięty  
w dwa ognie oczu portret@  
wyryty na gorąco na mózgowej  
korze;@ wykuwałem na pamięć to  
zbielałe ostrze,@ odkąd mi  
zaprzątnęły głowę@ odwrócone  
płomienie,@ co patrzą@ mi z  
oczu@ na walące się krokwie;@  
musiałem wziąć na siebie blask,  
swąd, żar i huk.@ 
Wziąłem się w garść własnymi  
pięcioma palcami,@ wziąłem w  
garść grudę gliny@ ugniecioną@  
palcami wszystkich, którzy  
umierali@ padając nagle twarzą  
w glebę@ i drąc z niej  
paznokciami ostatnią kryjówkę;@  
patrzę im wciąż na ręce -  
lepkie, lecz od potu -@ odkąd  
tak mi się pali grunt@ pod  
palcami, że z bólu@ zaciskam@  
je w pięść@ i tłukę nią w drzwi  
ziemi;@ musiałem wziąć na  
siebie otwarcie tych drzwi.@ 
 
 
Kwiat cięty 
 
Ty, wyrwane żebro ziemi,  
włókno@ woni kolczastych drutów,  

background image

wybuch wilczej nory@ ku niebu;  
ty, kwieciste kłamstwo,@  
popłoch papieru (po trzykroć  
niech będzie@ pomięty): ty,  
wzlot z gruntu@ wynikły, z  
gruntu fałszywy, ty,@  
szalbierzu bardziej niż  
wykorzeniony:@ ścięty z nóg;@  
ścięty z szyi,@ nie odetniesz  
się nożycami ani@ barwą od  
swojej ziemi, nie okiełznasz@  
swojego pędu od niej, wpół  
rozdarty tymi@ końmi na  
ciemność i zgiełk;@ ponad  
płatkami rozpłatany na@ sztuki  
piękne, po trzykroć bądź  
bolesny: cudzą@ krwią na  
kolcach i własną, bo jesteś@  
też językiem odciętym za  
krzywoprzysięstwo@ i dłonią  
wbitą nożem w stół (kwieciste  
zdanie@ złej sprawy, szulerstwo  
przygwożdżone); w kwiecie@  
wieku tych kilku godzin, więc  
 
nie w sile wieku@ umierający,@  
bądź po trzykroć ścięty;@ po  
trzykroć nieśmiertelny.@ 
 
Źrenica, w której byłem 
 
Źrenica, w której byłem; która  
była@ w czyimś oku i twarzy; w  
której była moja@ twarz; moje  
oczy; źrenice; i która@ w moim  
cieniu, w rzucanym przeze mnie  
wyzwaniu@ i podejrzeniu,  
rozwarła się ufnie@ jak chłodna  
woda, jak chłonne wołanie@ z  
bezdennych ocembrowań tęczówki,  
bijące@ w oczy umarłą wonią  
utopionych liści,@ smolnym  
smakiem obrotu długiej osi  
wody,@ która przebija szare  
zwoje Ziemi@ na wylot; byłem w  
źrenicy tak bardzo,@ jak tylko  
można być w czymś, co odpycha,@  
co odbija twarz, oczy, źrenice,  
wciągając@ w głąb; byłem w  
źrenicy tak jasno,@ jak tylko  
można być w czymś, co przed  
światłem@ zamyka się i wwierca  
głębiej w szare zwoje,@ w  
których jeżeli nawet jestem, to  
umarły@ 
 
Papier i popiół,~ 
dwa sprzeczne zeznania 
 
Papier i popiół, dwa sprzeczne  
zeznania@ na ten sam ogień;  

background image

powiedzą: "to jasne@ jak dzień,  
jak dziennik", zmięty i  
zmierzwiony kłąb@ w kałuży,  
"nie, w zwierciadle wiadomości z  
kraju@ (dobrego) i ze świata  
(złego)"; spaliłeś swój  
dziennik@ wśród nocy; "to  
bezsprzeczne", powiedzą, "choć  
zmięty@ lecz niezmienny,  
zmierzwiony ale  
niezmierzony,@ z mierzwy lecz  
wierzmy"; plączesz się w  
zeznaniach,@ w skręconych  
kartkach, tak czarnych, jak  
przedtem@ były czyste;  
powiedzą: "to proste@ jak  
drut", kolczasty, "jak druk",  
gazetowy;@ spal i splącz  
papier, płomień, popiół,  
 
północ@ w jednym błysku  
zwęglonym kroniki wypadków,@  
poprawią ci otrucie gazem na  
otrucie@ gazet; "to logiczne",  
powiedzą, "samobójca, sam siebie@  
się bał"@ 
 
 
Nie 
 
To tylko słowo "nie", słowo,  
któremu nadać@ bagaż  
strzaskanych kości i wylanej  
krwi@ potrafi nawet ciemność z  
twojej krwi i kości,@ to  
nieświadome dzieło bólu  
(wszelkie prawa@ zastrzelone),  
którego zakrwawione kopie,@  
czcionkami chłosty odbite od  
kości, arkusze@ przeszyte nicią  
strzałów,@ możesz co dzień  
podnosić z chodników zmęczonym@  
wzrokiem, wczytywać  
się w nie bezradnością rąk;@ to  
tylko słowo "nie", ostatnie  
słowo@ w dziedzinie krwi - a  
poznasz ją zaraz na wylot@ roju  
pocisków z luf;@ 
to tylko słowo "nie", miej je  
we krwi,@ która spływa kroplami  
po murze o świcie,@ daję tobie  
to słowo, jakbym dawał głowę@  
za to, że ból istnieje, jakbym  
gardło dawał@ za sprawę żył i  
ścięgien i mięśni i skóry;@  
czytam ci z liter bólu, ze  
skręconych nerwów@ pospiesznie  
zapisane słowa o tych, co  
gotowi@ zawsze otworzyć list  
cudzego ciała,@ rozciąć kopertę  
skóry i złamać szyfr kości;@ to  

background image

tylko słowo "nie", ostatni  
krzyk@ modlitwy krwi, którą  
dzisiaj odmawiam za ciebie,@  
którą odmawiam sobie prawa do  
odejścia@ 
 
 
Ta dłoń może być garścią~ 
i może być pięścią 
 
Ta dłoń może być garścią i  
może być pięścią;@ zaciśnięta,  
otwarta,@ miękko oczekująca,  
gruzłowato twarda,@ kanciasta  
 
na kamieniu, okrągła na ciepłej  
piersi,@ zdolna uderzyć w stół  
lub przesypywać zapach@  
pszenicznych ziaren,@ dłoń,  
która umie pełną garścią  
złapać@ grudki słońca, co w  
rzece pełgają zmrożonym żarem@  
lub pustą pięścią tłuc w  
zamkniętą bramę,@ ta dłoń jest  
tak jak zawsze@ tylko dłonią i  
więcej nic się w niej nie  
zawrze@ poza nią samą.@ 
Ta czaszka może stać się  
zamkniętym zakładem@ albo domem  
otwartym,@ domem gry, w którym  
mózgu śliskie, szare karty@ są  
znaczone, lub domem poprawczym z  
surowym ładem@ posiłków i  
odwiedzin; obłąkany, więzień,@  
szuler, kochanek,@ w tym domu  
schadzek mogą czuć się wszędzie@  
tak jak u siebie w domu, chociaż  
mieszkają przez ścianę;@ czy  
ślepym murem jest czy okiem  
bramy,@ ta czaszka będzie  
zawsze@ tylko czaszką i więcej  
nic się w niej nie zawrze@ poza  
nią samą.@  
 
 
Nigdy bym nie przypuścił 
 
Nigdy bym nie przypuścił: że  
choć starcza tchu@ na zduszony  
wzlot krzyku z jednoczesnych  
dwu@ 
gardeł, to przecież kiedyś  
takie Nic jak śmierć@ wpół  
słowa krtań zarośnie jak  
skudlona sierść;@ 
nigdy bym nie przypuścił, że w  
dwu ciałach skurcz,@ co wydaje  
się wieczny, skłębi się jak  
kurz@ 
i w zmarszczki prześcieradeł  
pierzchnie lekkim snem,@ gdy  

background image

rigor mortis w inne ciało wlewa  
się@ 
nieodwołalnie skrzepłym  
woskiem; nigdy bym@ nie  
przypuścił, że w czyjeś usta  
wbijać dym@ 
języka jest czułością mniej  
miękką niż strzęp@ gazy do  
podwiązania czyichś zmarłych  
 
szczęk;@  
nigdy bym nie przypuścił, że  
bezwładna dłoń@ zwieszająca się  
z łóżka sięga aż na dno@ 
martwego morza potu, choć  
przedśmiertny pot@ wyschnie  
prędzej niż pościel pognieciona  
pod@ 
ciał podwójnym ciężarem, w  
których rośnie krew,@ krążąca,  
aż nastanie ten i tamten kres.@ 
 
 
Kolęda 
 
Urodzony@ ze srebrną łyżką w  
ustach, pod@ szczęśliwą gwiazdą  
(rozżarzonym@ kamieniem  
obrazy,@ rzuconym w twoją  
stronę już cztery lata temu),@ 
urodzony@ tak wiele razy, że  
mógłbyś już wreszcie@ zacząć  
się bać,@ że mógłbyś wreszcie  
pragnąć czegoś mniej@ niż  
wszystkiego (tak jakbyś nie  
wiedział, że wszystko@ to tylko  
tyle, ile wytrwasz na  
niełaskawym chlebie@ ciała i  
słonym winie krwi, tak jakbyś  
nie wiedział,@ że będziesz  
odtąd tylko na przemian raną i  
blizną),@ tak wiele razy, że  
mógłbyś pozostać@ skulony w  
swoich mrocznych wodach, z  
dala@ od woni iskier i łun,@ 
urodzony,@ czy tego chcemy  
czy nie, z żelaznym nożem w  
zębach,@ w stalowym czepku,@ 
uśnij, zanim@ dopędzi cię ten  
żar,@ to światło, które cztery  
lata@ czyhało w pędzie, aż  
otworzysz oczy.@ 
 
 
Święto Zmarłych 
 
Podają sobie ręce@ pod  
ziemią; leżąc na wznak,  
rozpychają@ łokciami zgniłe  
deski, rozgarniają dłońmi@  
glebę, korzenie traw, odłamki  

background image

próchna; milcząc@ spiskują  
przeciw nam, zbierają siły;@  
zbyt wielu ich już;@ 
zbyt wielu, skulonych@ w  
 
brzemiennych brzuchach grobów,  
które sterczą@ tak kanciasto,  
że pęka ich ziemista skóra;@ a  
oni rosną wewnątrz i rośnie im w  
płucach@ ostatni przechowany  
haust powietrza, choć@  
przebiliśmy im piersi poprzez  
ziemię kołkiem@ krzyża;@ 
za lekka ziemia im i przegnił  
krzyż,@ więc po to ta okrągła  
data: byśmy mogli@ choć raz do  
roku za jednym zamachem@  
przywalić ich wieńcami,  
przygwoździć świecami@ i  
przydusić nabożnym kolanem, aż  
stracą@ nagromadzone siły, aż  
rozerwą@ podziemny łańcuch rąk,  
opasujący Ziemię.@ 
 
 
Przechowywać~  
w chłodnym miejscu 
 
Przechowywać w chłodnym  
miejscu,@ w centrum  
umiarkowanych stref;@ upał  
zbytnio by w nas streścił@  
płynnie rozgadaną krew.@ 
Ognista kula w niebie,@  
kulisty ogień pod ziemią@ nasz  
strach skulony dzielą@ równo  
pomiędzy siebie.@ 
Wypośrodkować trzeba@  
możliwie bezpieczne lokum;@ gdy  
lęk bulgocze w trzewiach,@  
trudno o chłodny spokój.@ 
Powietrze drży i krwawi,@  
bite przez słońca kułak;@ lecz  
drga też ziemska kula,@  
rozdzierana przez lawy.@ 
Między młotami skwaru@  
niełatwo dojść do ładu;@ na nic  
lodowców okłady@ i chłodne  
wachlarze szkwałów.@ 
Więc z obu stron nagleni@  
wpełzamy, rozsądni wreszcie,@  
tuż pod powierzchnię Ziemi,@ w  
to najchłodniejsze miejsce.@ 
 
 
Rzeźba Ziemi 
 
Te nieruchome eksplozje  
granitu, te wyrwane z wąwozów@  
i w niewiadomym kierunku  
 

background image

uprowadzone zwały@ gruntu, te  
zamrożone w ułamku sekundy  
fale@ spienionych wzgórz:@ 
za czyją sprawą to? kto za tym  
stoi?@ kto przyłożył do tego  
rękę, kto poszarpał@ i wygniótł  
cienką tkankę Ziemi? wiem,@  
zmarli od spodu tłuką głowami w  
ten mur,@ w kupę granitowego  
gruzu, tak, to oni@ pchając  
przed sobą góry, próbują  
wydostać@ się na zewnątrz, a  
przecież pozostają w grobach:@  
bo coraz to ktoś nowy pada im na  
pierś@ i w miękkiej ziemi, w  
twardej skale żłobi@ własną  
twarzą swą maskę pośmiertną; ten  
chaos,@ to kłębowisko wzgórz,  
dolin, przełęczy,@ to rzeźba  
Ziemi, nieskończony i@ nie  
dokończony portret zbiorowy tych  
twarzy@ 
 
 
Szyba 
 
Rzeczy nam kłamią: przecież@  
szyby przejrzysta gładź@ umie  
najchytrzej na świecie@  
maskować się i łgać.@ 
Z pozoru jest czymś, co  
dzieli:@ na ulicę i wnętrze,@  
na skwar zakurzonych zmęczeń@ i  
rzekę chłodnej pościeli,@ 
na świat drzew i świat  
mebli,@ na otwarty na  
przestrzał@ wiatr i na martwy  
sześcian@ powietrza wbitego w  
cegły,@  
na parkiety i bruki,@ na  
ogrzewanie i mrozy,@ na chmury  
i na sufit:@ ale to tylko  
pozór.@ 
Naprawdę szyba nie jest@  
podziałem, ale sama@ z własnego  
wnętrza zieje@ wąską, głęboką  
jamą.@ 
Mało kto z nas to dostrzegł:@  
dlatego tylko szyba@ jest  
cienka jak noża ostrze,@ że z  
obu jej stron przywarł@ 
nierozerwalnym parciem@ dwu  
magdeburskich półkul@ świat,  
w niesłyszalnym huku@ zgniatający  
uparcie@ 
 
barwy, czasy, przestrzenie,@  
zwierzęta, ptaki, ryby,@ pod  
ogromnym ciśnieniem@ aż do  
grubości szyby.@ 
Ten świat skondensowany, gdy  

background image

spojrzeć na szkła krawędź,@  
zielonością jaskrawą@ lśni jak  
toń oceanu:@ 
i tylko stąd wiadomo,@ że  
wewnątrz coś się dzieje,@ że  
wewnątrz szyby toną@ zmiażdżone  
epopeje,@ 
bo szklany świat, zgniatany@  
do utraty kolorów@ przez świat,  
który my znamy -@ zrezygnował z  
oporu.@ 
Zbyt wielkie tu  
zagęszczenie,@ by mógł dać  
znać, że żyje;@ czasami tylko  
drżenie@ szybę znienacka  
przeszyje,@ 
gdy na ulicy wystrzał@  
tryśnie fontanną huku@ ponad  
domy najwyższe,@ a po  
zmartwiałym bruku@ 
czołgów zadudni horda;@ lecz  
wtedy gospodyni@ okleja szybę,  
przezorna, paskami  
papierowymi.@ 
 
 
Bo tylko ten świat bólu 
 
Bo tylko ten świat bólu, tylko  
ta@ kula spłaszczona w lodowym  
imadle,@ wychłostana burzami,  
łamana kołami@ południków,  
trzeszcząca w granicach@  
grubymi nićmi szytych, tylko  
ta@ cienka skóra skorupy  
ziemskiej, popękana@ rzekami,  
wydzielająca z siebie pot mórz  
słonych@ między ciosami lawy i  
ciosami słońca,@ 
bo tylko ten świat bólu, tylko  
to@ ciało w imadle ziemi i  
powietrza,@ wychłostane kulami,  
łamane wpół ciosem@ pięści,  
trzeszczące pod pałką@ w  
kostnych szwach czaszki, tylko  
ta@ cienka skorupa skóry  
ludzkiej, popękana@ krwawo,  
tocząca z siebie słone morza  
potu@ pomiędzy ciosem narodzin  
i śmierci,@ 
 
bo tylko ten świat bólu; bo  
tylko ten świat@ jest bólem; bo  
światem jest tylko ten ból.@ 
 
Pajęczyna 
 
Pajęczyna, symetryczna@  
śmierć;@ 
jeszcze@ jest żaglem  
rozpiętym od liścia do liścia,@  

background image

sitem świtu (więc rymujmy@ póki  
czas), strzechą,@ która cedzi  
gwiazdy w noc sierpniową (bo@  
jutro już), zimowym@ wzrokiem  
(nie będzie nas) na szybie;@ 
nagle:@ rozczapierzona dłoń,  
którą dano ci w twarz;@ koło,  
na którym cię łamano; tarcza@  
strzelnicza z twoją zgarbiona  
sylwetką;@ kręgi na wodzie, w  
której utonąłeś;@ twój splot  
słoneczny, rozjarzony@ bólem;  
celownik w samolocie,@  
pikującym nad drogą, gdzie,  
pośród uchodźców, osłaniasz  
głowę rękami; szyba@ z siecią  
pęknięć, gdzie były twoje  
oczy;@ 
pajęczyna, koncentryczne  
kręgi: tak@ narasta ból;  
odśrodkowe promienie:@ taką  
gwiazdą martwą się upada;@ 
symetryczna śmierć;@  
harmonijna hańba;@ upodlenie  
uporządkowane;@  
czujesz tylko muśnięcie na  
twarzy.@ 
 
U końca wojny  
dwudziestodwuletniej 
 
U końca wojny  
dwudziestodwuletniej,@ w dzień  
zwycięstwa nad sobą, w dzień@  
przegranej z sobą, gdy się  
wszystko wyjaśniło@ pochodniami  
pochodów, kagankiem kagańca,@  
gdy zapomniałeś nazwisk i  
adresów,@ oświecony lampą z  
biurka prosto w oczy, jak@  
krótkim tchem psa spuszczonego  
ze smyczy, w ten dzień@  
ostatecznego zawieszenia broni@  
nad głową;@ 
szedłeś z nimi; uciekałeś z  
 
nimi;@ u końca wojny  
dwudziestodwuletniej@ liczyłeś  
zaginionych, zmarłych i  
zabitych@ w sobie samym, choć  
nigdy nie byłeś wśród siebie@  
tak jasno żywy pod oświatą  
lampy,@ zapominając nazwisk i  
adresów@ (a szedłeś z nimi;  
uciekałeś z nimi),@ jeszcze z  
wilgotnym żarem tchu na twarzy@  
zachowanej bez celu i składu;@ 
w ten dzień@ jakże pragnąłeś  
rozgromienia klęski,@ triumfu  
nad zwycięstwem, nowej wojny w  
sobie;@ mogłeś od nowa utkać  

background image

dywanowy nalot@ na ochrypłym od  
krzyku gardle, nalot łez@  
wybuchających cierpkim  
oświeceniem gniewu,@ od nowa  
atakować ostygłe okopy@ w  
huraganowym ogniu ich krzyżowych  
pytań;@ u końca wojny  
dwudziestodwuletniej,@ gdy  
zapomniałeś nazwisk i adresów,@  
grzebałeś zaginionych, zmarłych  
i zabitych@ w pojemnym grobie  
cienkościennej czaszki:@ bo  
szedłeś z nimi; uciekałeś z  
nimi.@ 
 
Ci, którzy jedzą grzanki,~ 
będą jeść suchary 
 
Ci, którzy jedzą grzanki, będą  
jeść@ suchary; nic się nie  
zmieni; ci wszyscy@ poubierani  
dzisiaj@ w skarpetki, w szelki,  
wyfasują jutro@ pas i onuce; i  
pójdą, nakryci@ paradoksalnym  
parasolem ognia,@ co prawda  
tyralierą,@ ale tym samym  
krokiem@ marszowym, którym  
wczoraj szli spod feretronów@  
pod transparenty;@ niedzielny  
spacer zmieni się w codzienny  
marsz.@ 
Ci, którzy liżą klamki, będą  
gryźć@ kraty, lecz nic się nie  
zmieni, bo wszyscy@ przezornie  
stracą dzisiaj@ kły i siekacze,  
by przeżuwać jutro@ tylko  
jedzenie; siądą, osłonięci@  
paradoksalnym parawanem murów,@  
wprawdzie w wieżach  
strażniczych,@ lecz na tym  
 
samym stołku,@ który stał  
jeszcze wczoraj przy stole i  
pryczy@ pod ścianą celi;@  
niedzielna drzemka zmieni się w  
codzienną straż.@ 
Ci, którzy biją czołem, będą  
bić@ w twarz, ale nic się nie  
zmieni; ci wszyscy,@ co nie  
umieją dzisiaj@ spoglądać w  
oczy, będą strzelać jutro@  
pomiędzy oczy; pójdą,  
zagarnięci@ paradoksalną paradą  
pobitych,@ wprawdzie unosząc  
ramię,@ ale tym samym ruchem,@  
którym umieli wczoraj wznieść  
ręce do góry@ lub złożyć  
dłonie;@ niedzielna msza  
przemieni się w codzienną  
kaźń.@ 
 

background image

Wyciągnęliśmy~  
właściwe wnioski z wydarzeń 
 
Co się dało, naprędce@  
wyciągnęliśmy spośród@ palących  
się kartotek@ wyrzucanych przez  
okna;@ niewiele ucierpiało:@  
nasze serca są@ nieco po lewej  
stronie,@ wątroby są po  
prawej,@ nasza krew jest  
tętnicza@ i żylna (po  
połowie),@ nasze dłonie wciąż  
mają@ po pięć palców (w tym  
kciuk,@ wskazujący, środkowy,@  
serdeczny, mały), nasz@ mózg ma  
dwie półkule@ tak jak nasz  
glob, którego@ spłaszczenie w  
dalszym ciągu@ jest równomierne  
z obu@ stron, nasze rzeki  
płyną@ jak zwykle w dół ku  
morzu@ a drzewa rosną w górę,@  
nasze jabłka spadają@ pionowo a  
poziomo@ suną nad ziemią  
chmury,@ nasz dzień jest jasny,  
noc@ jest ciemna, nasz chleb  
jest@ powszedni, nasza woda@  
przegotowana, dom@ jest  
mieszkalny, gazety@ są  
codzienne, a nasze@ pióra, och,  
nasze pióra są nawet@ bardziej  
niż dotąd wieczne.@ 
 
Plakat 
 
Z głową@ lekko wzniesioną, ze  
 
szczerym spojrzeniem utkwionym@  
w przyszłość, która znajduje się  
(jak powszechnie@ wiadomo)@  
zawsze o stopień wyżej na  
ruchomych schodach postępu,@ a  
jej świetlaność razi tylko  
skryte@ za szkłami,@  
przekrwione oczy krótkowidzów  
(sami sobie winni,@ za dużo  
czytają po nocach, noc@ jest po  
to, żeby spać);@ 
z głową lekko wzniesioną,  
więc@ widziany od dołu,@  
potężny,@ choć streszczony do  
popiersia przez dolną krawędź  
papieru,@ domyślnymi nogami  
kroczy tylko naprzód, wyższy@ o  
głowę (lekko wzniesioną w  
dodatku)@ ponad przeciętną@  
tłumu;@ w perspektywicznym  
skrócie dostrzega się głównie@  
planowy rozwój podbródka, który  
osiąga szerokość@ szynki  
wieprzowej (usta@ są po to,  
żeby jeść), natomiast czoło,@  

background image

proporcjonalnie węższe, ma  
rozmiar 23 cali@ i mieści się  
swobodnie w znormalizowanym@  
hełmie;@ 
z wyrazem twarzy@ myślącym@  
ale optymistycznym:@ głowa jest  
po to, żeby myśleć, tu@ trzeba  
z głową, panowie, z głową@  
lekko wzniesioną.@ 
 
Złożyli wieńce~  
i wiązanki kwiatów 
 
Złożyli wieńce@ i wiązanki  
kwiatów;@ ci z chorobą  
wieńcową, z wapnem w żyłach,  
tym,@ którzy w wapienne doły  
twarzą w dół padali@ ze  
związanymi z tyłu bukietami  
rąk;@ o, karki pogrubiałe;  
kolczasta obroża@ z jedliny  
pęknie na was; plecy w  
marynarkach,@ nie was chłostać  
rózgami róż, nie znacie bólu@  
znanego ziemi, z której nawet  
kwiaty@ wyrastają usłużnie  
związane; złożyli@ broń  
wiązanek i wieńców, i brną  
ciężkie koła@ ze złoconymi  
lawetami wstęg@ przez odarte ze  
 
skóry żywe mięso płyty@ zryte  
krętymi ranami napisów,@  
rozstrzeliwane zgraną salwą  
werbli, zniczem@ nieskończenie  
palone u ich stóp;@ 
i tylko@ dzwony,@ bukiety  
zawieszone koronami w dół,@  
rozsiewają nad miastem@ dawno  
zapomnianą@ woń ołowianych  
łez.@ 
 
W atmosferze 
Ryszardowi Krynickiemu 
i jego wierszowi 
"Odkrycie Ameryki" 
 
W atmosferze szczebiotu oraz  
wzajemnego@ zrozumienia, w  
atmosferze ptaszęco@ świeżej  
(rosa, wschód słońca, poranne@  
gazety), wydestylowanej w  
ciągu@ nocy wspólnym  
wysiłkiem@ z parnych oddechów  
śpiących, z dymu sal@  
konferencyjnych, z zaduchu cel  
(cele@ uświęcają środki  
zaradcze), w atmosferze@  
szczerości@ szczekania  
(reakcja@ łańcuchowa) lub  
merdania językiem oraz  

background image

wzajemnego@ zrogowacenia gałek  
ocznych rozmówców@ toczą się w  
dal rozmowy w sprawie,  
dochodzenia@ też w sprawie  
(różnica w ustawieniu@ lampy na  
biurku) i walki za sprawę@ oraz  
koła pociągów towarowych,  
które@ wiozą w  
wagonach_chłodniach ku  
najodleglejszym@ krańcom  
kraju@ atmosferę szczelności i  
wzajemnego zrośnięcia się z  
sobą@ mózgów i ust.@ 
 
Protokół 
 
Zdając sobie sprawę@ z  
własnej winy, ponad wszelką  
wątpliwość (oklaski)@  
udowodnionej przez przedmówców,  
chciałbym@ oświadczyć na  
usprawiedliwienie, mimo (okrzyk:  
brawo!)@ iż takie wykroczenie  
przeciw wszelkim normom@ nie  
może być (oklaski)  
 
usprawiedliwione,@ że urodziłem  
się istotnie, ale@ nie z  
własnej woli i bez złych  
zamiarów;@ ten postępek mi  
ciążył przez (śmiech, brawa)  
długie@ lata; jak słusznie  
podkreślono@ w dyskusji, nie  
potrafiłem wyciągnąć@ z  
(oklaski) tego odpowiednich  
wniosków@ i starałem się  
zatrzeć ślady swego czynu,@ ale  
po (ironiczne sykanie)  
gruntownym@ i szczerym  
przemyśleniu swej  
dotychczasowej@ postawy, pragnę  
stanowczo@ odciąć się od niej i  
poprosić o@ (śmiech) danie mi  
jeszcze@ jednej szansy  
(oklaski@ przechodzące w  
owację).@ 
 
Wypełnić czytelnym pismem 
 
Urodzony? (tak, nie;  
niepotrzebne@ skreślić);  
dlaczego "tak"? (uzasadnić);  
gdzie,@ kiedy, po co, dla kogo  
żyje? z kim się styka@  
powierzchnią mózgu, z kim jest  
zbieżny@ częstotliwością pulsu?  
krewni za granicą@ skóry? (tak,  
nie); dlaczego@ "nie"?  
(uzasadnić); czy się  
kontaktuje@ z prądem krwi  
epoki? (tak, nie); czy pisuje  

background image

listy do@ samego siebie? (tak,  
nie); czy korzysta@ z telefonu  
zaufania? (tak,@ nie); czy  
żywi@ i czym żywi nieufność?  
skąd czerpie@ środki utrzymania  
się w ryzach@ nieposłuszeństwa?  
czy jest@ posiadaczem majątku@  
trwałego lęku? znajomość  
obcych@ ciał i języków? ordery,  
odznaczenia,@ piętna? stan  
cywilnej odwagi? czy zamierza@  
mieć dzieci? (tak, nie);  
dlaczego@ "nie"?@ 
 
Spójrzmy prawdzie w oczy 
 
Spójrzmy prawdzie w oczy: w  
nieobecne@ oczy potrąconego  
przypadkowo@ przechodnia z  
podniesionym kołnierzem; w  
 
stężałe@ oczy wzniesione ku  
tablicy z odjazdami@  
dalekobieżnych pociągów; w  
krótkowzroczne@ oczy wpatrzone  
z bliska w gazetowy petit;@ w  
oczy pośpiesznie obmywane  
rankiem@ z nieposłusznego snu,  
pośpiesznie ocierane@ za dnia z  
łez nieposłusznych, pośpiesznie@  
zakrywane monetami, bo śmierć  
także jest@ nieposłuszna, zbyt  
śpiesznie gna w ślepy zaułek@  
oczodołów; więc dajmy z siebie  
wszystko@ na własność tym  
spojrzeniom, stańmy na  
wysokości@ oczu, jak napis  
kredą na murze, odważmy się  
spojrzeć@ prawdzie w te szare  
oczy, których z nas nie  
spuszcza,@ które są wszędzie,  
wbite w chodnik pod stopami,@  
wlepione w afisz i utkwione w  
chmurach;@ a choćby się pod  
nami nigdy nie ugięły@ nogi, to  
jedno będzie nas umiało rzucić@  
na kolana.@ 
 
Och, wszystkie słowa pisane 
 
Och, wszystkie słowa pisane  
pod szpiegującym przez ramię@  
nagim bielmem żarówki, och,  
wszystkie słowa pod baczną,@  
białą twarzą sufitu, pod dachem,  
pod chmurą, pod słońcem:@ 
na płask wprasowane w kartkę  
kafarem białego światła,@ nie  
wiecie, oślepione, jak ciemność  
gęstnieje nad ranem,@ nie  
wiecie, że to o świcie  

background image

codziennie noc musi się zacząć@ 
i, co dzień rozpoczynana, nigdy  
nie może się skończyć,@ och,  
każde słowo wzywając na  
fałszywego świadka.@ 
 
Strzał strącił mnie na ziemię 
 
Strzał strącił mnie na  
ziemię;@ strzał w ciemnej  
przecznicy,@ ciemne przeczenie  
za dygotem szyby;@ dopadł mnie,  
przeszył, strącił, gdy wysoko  
śniłem@ wśród pędu mrowiącego w  
jasnej zgodzie mięśni,@ wparty  
 
w strzemiona głośno kłębiącej  
się krwi,@ uprzężą ścięgien  
ledwie hamowany,@ z uzdą języka  
w zębach;@ strącił mnie na  
ziemię@ ten strzał ciemną i  
trzeźwą sylabą przeczenia;@  
moja dłoń zacisnęła na przebitej  
krtani@ te same palce, które@  
tam w ciemnej przecznicy,@  
objęły szyjkę karabinu, i@ te  
same, które zagarniały ziemię@  
w garść tak kurczową, jakby  
chciały Ziemię@ ugnieść w jeden  
brukowiec i rzucić go we mnie;@  
ten strzał jasną i senną zgodę  
mego ciała@ powalił w pędzie ku  
żarłocznym łąkom@ i, w każdej  
chwili@ przeszywany salwą@  
własnej krwi, która z ciemnych  
przecznic żył@ buchała  
niecierpliwie, rozmnożona w  
świetle,@ ujrzałem,@ jak  
upadam na asfalt z przestrzeloną  
krtanią,@ z uzdą języka  
tężejącą w knebel@ wilgotny od  
słów, które ołów wpisał w  
ciało.@ 
 
O wpół do piątej rano 
 
O wpół do piątej rano na ciała  
kochanków nagie@ jęk zza ścian  
spada nagle otwartą na oścież  
raną,@ za wszystkimi oknami  
krwawi ten sam śnieg;@ 
drżą za ścianami piersi  
spoconych od jawy ciemnej:@ czy  
przez sen słyszą cierniem swą  
rozkosz mroczną i pierwszą@  
sprzed kilku ledwie godzin, czy  
w tym samym śnie@ 
słyszą kroki krwi nagie pod  
brzytwą, czy pęd krwi w piersi@  
kobiet, gdy poród pierwszą  
włócznią rozszczepia je nagle?@  

background image

wokół ich dwojga miłość,  
narodziny, śmierć@ 
toną w tej samej ciemnej krwi;  
o wpół do piątej rano@ trzy  
jęki są im raną, są brzytwą,  
włócznią i cierniem,@ na  
których taka sama rdzawa  
krzepnie śniedź.@ 
 
Gdzie się zbudziłem 
 
 
Gdzie się zbudziłem? gdzie  
jestem? gdzie jest@ strona  
prawa, gdzie lewa? gdzie góra a  
gdzie@ dół? spokojnie;  
spokojnie: to jest moje ciało,@  
leżące na wznak, to ręka, w  
której zwykle@ trzymam widelec,  
a tą drugą chwytam@ nóż lub  
wyciągam ją na przywitanie;@  
pode mną prześcieradło, materac,  
podłoga,@ nade mną kołdra i  
sufit; po lewej@ ręce ściana,  
przedpokój, drzwi, butelka z  
mlekiem@ stojąca już pod  
drzwiami, bo po prawej widzę@  
okno, a za nim świt; pode mną@  
przepaść pięter, piwnica, a w  
niej hermetycznie@ zamknięte  
słoje z kompotem na zimę;@  
nade mną inne piętra, strych z  
bielizną@ na sznurach, dach,  
telewizyjne@ anteny; dalej, po  
lewej, ulica@ wiodąca na  
zachodnie przedmieścia, za  
nimi@ pola, szosy, granice,  
rzeki i przypływy@ oceanu; po  
prawej, już w szarych  
zaciekach@ świtu, inne ulice,  
pola, szosy, rzeki,@ granice,  
mroźne stepy, lodowate lasy;  
pode mną fundamenty, ziemia,  
otchłań ognia,@ nade mną  
chmury, wiatr, blednący  
księżyc,@ ledwie widoczne  
gwiazdy, tak;@ odnaleziony,@  
przymyka jeszcze oczy, z głową w  
miejscu@ krzyżowania się  
wszystkich pionów i poziomów,@  
przybity do tych wszystkich  
naraz krzyży@ miarowymi  
ćwiekami dudniącego serca.@ 
 
Kołysanka 
 
Śpij; w ciszy, w cieniu sinym  
śpij,@ śpij w ciepłym ciele  
nieba o siwej godzinie@ świtu,  
szarego świergotu, sitowia@  
szumiącego za szybą; śpij, z  

background image

kącika ust@ rozchylonych niech  
spływa nikła nitka śliny,@ 
śpij, stół przy oknie nasiąkł  
krwią@ pod białym plastrem  
kartki, którą wczoraj@ pokryłeś  
 
literami okrągłymi jak@ rana  
rannego słońca, wzbierająca  
ropą@ pod przetartym obłoków  
opatrunkiem; nie,@ 
śpij, nie budź się, świergocze  
świt@ i szary szum sitowia  
szepcze cicho:@ śpij, w śnie  
się schowaj, umknij przed@  
mroźną zawieją ciał jak ty  
skulonych,@ którym ze skroni  
spływa nikła nitka krwi,@  
uciekaj za zamknięte@  
okiennice oczu@ (nie ty  
będziesz zasuwać ich powieki,@  
śpij),@ skryj się za drzwiami@  
uchylonych ust@ (nie ty  
będziesz im szczęki  
podwiązywać,@ śpij),@ schroń  
się za ścianę@ rozgrzanej  
pościeli@ (nie ty masz ich  
nakrywać prześcieradłem),@ 
śpij; w ciszy, w świetle  
ostrym śpij,@ ze stołu krew  
spłynęła, lśnią czarne  
promienie@ okrągłych liter,  
zwrócone do wewnątrz;@ w te  
kolczaste obroże musisz wcisnąć  
szyję,@ pora już wstać@ 
 
Śpiący 
 
Ciężkie oddechy śpiących;  
ciężkie chmury snu;@ po  
miękkich podniebieniach toczą  
się chrapliwie@ ciężkie lawiny  
tchu i na poduszkach miękkich@  
kołują nieruchomo ciężkie głazy  
głów;@ złożyli senne głowy,  
swoje ciężkie głowy@ złożyli  
wszyscy, którzy za dnia się  
strudzili@ składaniem hołdu,  
doniesienia, broni,@ fałszywego  
świadectwa, ukłonu, podpisu,@  
uwierzytelniających listów,  
skarg, ojcowskich@ pocałunków na  
czole, wyrazów współczucia,@  
pieniędzy (grosz do grosza),  
meldunków, odwołań,@ przysiąg,  
życzeń (wszystkiego  
najlepszego), wizyt,@  
rezygnacji; złożyli głowy jak  
się składa@ kości w ziemi;  
śpią; tylko oddychają, bo@ ich  
gardła są zbyt snem zarosłe, aby  
mogły@ zmieścić krzyk; tylko  

background image

 
leżą, bo ich ciała są@ zbyt słabe  
po mozolnym dniu, by mogły  
unieść@ śmierć; tylko śpią, bo  
głowy są zbyt ciężkie, aby@  
ciepłe powietrze marzeń uniosło  
je wzwyż@ kulistym wzlotem nad  
dachy i place;@ ciężkie oddechy  
śpiących; ciężkie chmury snu.@  
Śpijcie. Dzień, dzień, o którym  
niespokojnie śnicie,@ który wam  
bliźni jest jak świeża blizna,@  
bliski jak ból kulisty w  
oczodołach, znany@ do łez  
codziennie pierwszego  
spojrzenia -@ ten dzień wstanie  
niedługo, wstanie bosą stopą@  
jutrzni. A wstanie ciężko: spod  
dymiących płyt@ chodnika; spod  
łomotu kubłów ze śmieciami;@  
spod ociężale  
czterdziestodwuletnich@ piersi  
kobiety, która, jeszcze śpiąc,@  
ściąga przez głowę koszulę; spod  
powiek@ mężczyzny, który na  
oślep wyciąga@ rękę po  
rozjątrzony budzik. Ciężki sen@  
jak szala wagi uleci w  
powietrze,@ bo dzień jest  
cięższy; bo dzień jest  
podstępny,@ bez uprzedzenia  
skacze wam do gardła@ co dzień o  
innej porze, co dzień o minutę@  
wcześniej czy później ciężka  
głowa słońca@ unosi się nad  
dachy. Śpijcie. Jeszcze chwila,@  
wzniesiecie senne głowy, swoje  
ciężkie głowy@ wzniesiecie  
wszyscy, którzy za dnia się  
trudzicie@ wznoszeniem błagań,  
wiwatów, sztandarów,@ modłów,  
toastów za zdrowie, chóralnych@  
okrzyków, rąk do nieba,  
dziękczynień; wnoszeniem@  
zażaleń, należności, wniosków,  
spraw do sądu,@ interpelacji,  
wkładów na książeczkę@  
oszczędnościową, aktów  
oskarżenia,@ sprzeciwów, opłat,  
poprawek; znoszeniem@  
przeciwności, przepisów, nowin,  
upokorzeń, krzywd. Śpijcie.  
Śpijcie. Zanim ołów słońca@  
zaleje was, niech na poduszkach  
miękkich@ kołują nieruchomo  
ciężkie głazy głów,@ po miękkich  
 
podniebieniach niech suną  
chrapliwie@ ciężkie lawiny tchu  
i niech nad ziemią płyną@  
ciężkie oddechy śpiących,  

background image

ciężkie chmury snu.@ 
 
Z tomu~ 
"Ja wiem, że to niesłuszne"~ 
(1977) 
 
W zasadzie niemożliwe 
 
Na tych ulicach, które  
kilkanaście razy@ do roku  
przybierają odświętną szatę (a  
kolor jej@ jest czerwony, bo na  
niej), na tle tych wielkich  
portretów@ malowanych techniką  
wcierkową (a kolor@ ich jest  
brunatny, bo), obok tych@  
kolosalnych liter ze styropianu,  
niesionych@ w każdym pochodzie  
(a kolor ich jest z niewiadomych  
przyczyn@ śnieżnobiały),@ 
w zasadzie nie ma prawa  
pojawić się ktoś taki,@ o mózgu  
tak wyzywająco szarym;@ 
nie potrzebują go ci ludzie,  
którzy w zimowy przedświt@ jadą  
tramwajem do pracy; ich ręce@  
zbyt są zajęte przytrzymywaniem  
teczek@ z drugim śniadaniem,  
aby mogły sięgnąć@ po książkę,  
zresztą jest zbyt ciemno; nie@  
potrzebuje go ta starsza  
kobieta, ciążąca@ samej sobie  
jak siatka z zakupami: na jej@  
nogach żylaki biegną linią i tak  
prostszą@ niż najprostsze  
linijki wiersza; nie potrzebuje  
go młody@ człowiek w płaszczu ze  
sztucznej skóry, odkładający@  
wątpliwości na później a  
nadzieję na@ książeczkę  
oszczędnościową, nie na  
jakąkolwiek@ z książek;@ 
w zasadzie niemożliwe więc, by  
się pojawił,@ 
a jednak jest;@ i niepojęty  
upór@ każe mu wciąż na nowo  
wznosić ze słów mury,@ które  
aby obalić, dość jest machnąć  
ręką@ 
 
 
 
Co jest grane 
 
Wszyscy wiemy, co; puszczamy  
do siebie oko, nie puszczając  
farby;@ wiadomo, co jest grane:  
muzyka ludowa@ w radio,  
wojskowe marsze na ulicach@ w  
każde święto, na estradach  
piosenki młodzieżowe o@ radości  

background image

życia, na stadionie grany@ jest  
hymn państwowy, na wieży  
Mariackiej@ hejnał, w czasie  
pochodu Międzynarodówka,@ o  
świcie grana jest pobudka na  
fanfarach@ fabrycznych syren, a  
wieczorem@ kołysanka  
telewizyjnego filmu z wyższych  
sfer;@ i wszystko, co tu jest  
grane, wszystko, co tu się  
rozgrywa,@ kończy się pięknym i  
optymistycznym akordem,@ np.  
przyszłość narodu w postaci  
małej dziewczynki@ odgrywa  
pantomimę wręczania wzruszonych  
kwiatów.@ Wszyscy wiemy, co tu  
jest grane, wszyscy wiemy, co  
się za tym kryje,@ kto się  
kryje za złotym pancerzem tuby w  
wojskowej@ orkiestrze, kto się  
kryje za tarczą ludowej  
basetli,@ za naelektryzowanym  
drutem gitarowych strun;  
wszyscy@ wiemy, że to my sami  
się kryjemy, że to nami,@  
żetonami, gra się w tę grę, a  
mówiąc ściślej@ my sami gramy  
sobą przed samymi sobą -@ 
ale w rytmicznym terrorze  
hołubców, paradnego marszu,@  
estradowych podrygów, chóralnego  
śpiewu,@ w tym tumulcie  
wszystkiego, co jest grane przez  
nas, ogłuszeni i ogłupieni  
doszczętnie, tracimy@ głos i  
głowę, zapominając wciąż na  
nowo, kto@ tu gra, po co, i co  
jest właściwie@ grane.@ 
 
 
 
Ugryź się w język 
 
Nie pluj od razu wszystkim, co  
ci myśl@ na język przyniesie;  
zanim otworzysz usta,@  
 
przełknij tę gorzką ślinę, zanim  
co powiesz, trzy razy@ się  
zastanów nad losem a) posady,  
b)@ posad świata, c)  
wszystkich@ posadzonych; bity w  
twarz pięścią@ pieśni masowej,  
ugryź się czym prędzej w  
język,@ tak, mocno, jeszcze  
mocniej, nie rozwieraj szczęk,@  
zaciśnij zęby, nie bój się,  
najwyżej@ język ci spuchnie tak  
korzystnie, że@ nie będziesz  
mógł już wybełkotać ani słowa@  
i bez żadnych problemów uzyskasz  

background image

czasowe@ zwolnienie z prawdy; a  
jeśli poczujesz@ na  
podniebieniu słony smak, nie  
przejmuj się:@ ten czerwony  
atrament gniewu i tak nie  
przejdzie ci przez usta@ 
 
 
To się nie mieści w głowie 
 
Nawet najmniejszy pocisk  
przechodzi na wylot@ wszelkie  
jej wyobrażenie, nawet  
najkrótszy@ drut kolczasty  
potrafi więcej pojmać@ niż ona  
jest w stanie pojąć, to@ się  
nie mieści w głowie, ten grób,  
to się@ nie mieści w grobie,  
ten glob, to się nie mieści@ w  
globie, ten głód@ wolności,@  
która nam co dzień przychodzi do  
głowy,@ ale się w niej nie  
mieści, którą co dzień@  
zadajemy sobie samym@ do  
odrobienia jak wypracowanie,  
ale@ na nasze szczęście@ to się nie  
mieści w słowie@ 
 
 
Fotografia pisarza 
 
Choć książka, trzepiąc  
skrzydełkami@ obwoluty, zrywa  
się do panicznego lotu@ z  
przerażonym gdakaniem, gubiąc  
pierze słów,@ on@ zachowuje  
spokój@ (chciałoby się  
powiedzieć: nieporuszony, bądź  
co bądź zdjęcie@ wykonano przy  
użyciu statywu);@ 
prawa ręka na pierwszym  
 
planie, palce: środkowy,@  
serdeczny i mały, zwinięte,  
tworzą coś w rodzaju@  
półpięści, która nie ma zamiaru  
uderzyć@ w żaden stół,@ a tym  
bardziej w żadne biurko,@ kciuk  
podpiera szczękę dolną,  
przyciska ją do górnej,  
zamykając@ szczelnie ten wentyl  
bezpieczeństwa,@ usta,@ by nie  
puściły pary w postaci  
szkodliwych półsłówków, palec@  
wskazujący podpiera skroń,  
dotyka@ opuszką zmęczonego  
miejsca@ pod czaszką, w tej  
akurat półkuli mózgowej,@ która  
jest bliższa oczom czytelnika,  
więc skwapliwie@ myśli;@ 
zwrócony półprofilem,@ bierze  

background image

na siebie całą  
półodpowiedzialność,@ śmiało i  
szczerze nie patrząc nikomu w  
oczy;@ 
w tle biblioteka z dziełami  
klasyków@ i słownikiem  
poprawnej polszczyzny.@ 
 
 
To nie jest~  
rozmowa na telefon 
 
Więc przypuśćmy, że tak, ale  
to nie jest rozmowa@ na  
telefon, wiesz, nasze uszy@  
mają czujnych słuchaczy, zatem  
przełóżmy to na@ język obcy im i  
nam, i nie mów "tak",@ póki nie  
przełożysz;@ 
więc powiedzmy, że tak, ale to  
nie jest@ wymowa na czasie,  
wiesz, nasze@ ściany mają czułe  
uszy, zatem odłóżmy to@ na  
potem, na zapas, i nie mów@  
"tak", póki nie przeczekasz;@ 
więc zgódźmy się, że tak, ale  
to nie jest umowa na zawsze,  
wiesz,@ nasze dusze mają  
cienkie ściany, zatem załóżmy@  
to na razie, na chwilę, i nie@  
mów "tak", póki nie  
przekreślisz;@  
więc niech będzie, że nie, ale  
to@ nie jest odmowa na serio,@  
wiesz, nasi słuchacze mają  
wrażliwe dusze, zatem@ złóżmy  
 
na niby ten protest, i@ nie mów  
"nie", póki nie przeprosisz@ 
 
 
Te słowa 
 
Te słowa z mównic i te w  
rozmównicach,@ te grubą nicią  
głosu zaszywane@ w granatowy  
worek garnituru, i@ tamte,  
rozbierane do naga z drelichu@  
przed osobistą zniewagą  
rewizji;@ te, znane ze zbyt  
częstego słyszenia, i tamte,@ z  
trudem przypominane na zawsze  
zbyt rzadkich@ widzeniach; te  
słowa, które łatwo@ dają się  
cedzić przez sitko mikrofonu,@  
i tamte, które muszą przebić się  
przez kratę@ z trudem o wiele  
większym; te,@ wygłaszane z  
nieustraszonym bezwstydem, i  
tamte,@ wyciszane ze wstydliwej  
obawy przed uchem@ strażnika;  

background image

te, mówione prosto@ w suche oko  
kamery, i tamte, które mówiąc,@  
spuszcza się wzrok, bo trudno  
znieść kobiece łzy;@ te słowa,  
które przerywane są na salach  
obrad@ przez burzliwe, długo  
nie milknące owacje,@ i tamte,  
w salach widzeń przerywane@  
interwencją czujnego zegara; te  
słowa,@ te słowa mów zbyt  
długich i zbyt krótkich rozmów@  
są - wiem, że to niepojęte -  
słowami@ jednego i tego samego  
języka@ 
 
 
Daję ci słowo, że nie ma mowy 
 
Daję ci słowo, że nie ma  
mowy@ takiej i takich słów,  
które by można@ dać komuś tak,  
jak rękę na zgodę się daje,@  
dam sobie uciąć tę rękę, że nie  
ma@ mowy o takich słowach, że  
dać słowo znaczy@ dać gardło za  
coś, co i tak nie przejdzie@  
przez nie, co jest już z góry  
daniem za wygraną;@ kto daje  
słowo, nie daje nikomu@  
posłuchu ani spokoju, niczemu@  
nie daje wiary i z niczym nie  
 
daje@ sobie rady i wszystkim  
daje do myślenia, więc@ daję ci  
słowo, że nie ma mowy,@ że nie  
ma rady, że nie ma sensu,@ że  
nie ma tu do kogo ust otworzyć i  
że@ jednak dano nam tylko słowo  
do wyboru@ 
 
 
Przejściowe ograniczenia 
 
Co się stało z naszymi  
meblami; z naszych@ mebli  
wyheblowano@ 
mównice; co się stało z@  
naszym mięsem; nasze mięso@  
przehandlowano na megafony;  
co@ się stało z naszymi@ 
mieszkaniami; nasze  
mieszkania@ rozchodowano na  
medale; co się@ 
stało z naszymi mózgami;@ z  
naszymi mózgami@ 
przeholowano, z naszych  
mózgów@ wyhodowano milczenie,  
nasze@ 
mózgi wychowano@ milczeniem,  
nasze mózgi@  
pochowano w milczeniu, są@  

background image

mądre bo małomówne@ 
małomówne bo martwe@ 
 
 
Zbiorowy entuzjazm 
 
Porwani zbiorowym  
entuzjazmem@ historycznego  
momentu, polegającego  
przeważnie@ na wykryciu i  
przykładnym ukaraniu kogoś,@  
kto nie daje się porwać@  
zbiorowym entuzjazmem,@ 
ludzie@ niewątpliwie@  
przerastają samych siebie:@ 
okazuje się np. nagle, że jest  
bardzo wielu@ (znacznie więcej,  
niż nam się dotąd wydawało)@  
ludzi, którzy, porwani  
zbiorowym@ entuzjazmem,  
potrafią napisać@ list do  
redakcji,@ co więcej, potrafią  
go napisać w sposób@  
poprawny,@ z użyciem właściwych  
na tę okazję wyrażeń,@ i robią  
to tak sprawnie, że wszystkie  
 
listy pisane@ na tę okazję@ są  
do siebie bardzo podobne;@ 
doprawdy, wielka jest siła  
zbiorowego entuzjazmu,@ jeśli  
zważyć, że w normalnych,@  
niehistorycznych momentach@  
większość tych ludzi nigdy nie  
bierze pióra do ręki,@  
niektórzy są wręcz  
niepiśmienni,@ a są i tacy,@  
którzy nie istnieją@ 
 
 
Określona epoka 
 
Żyjemy w określonej epoce  
(odchrząknięcie) i z tego@  
trzeba sobie, nieprawda, zdać z  
całą jasnością.@ Sprawę. Żyjemy  
w (bulgot@ z karafki)  
określonej, nieprawda,@ epoce,  
w epoce@ ciągłych wysiłków na  
rzecz, w@ epoce narastających i  
zaostrzających się i@ tak  
dalej (siorbnięcie), nieprawda.  
Konfliktów.@ Żyjemy w  
określonej e (brzęk  
odstawianej@ szklanki) poce i  
ja bym tu podkreślił,@  
nieprawda, że na tej podstawie  
zostaną@ nakreślone  
perspektywy, wykreślane będą@  
zdania, które nie podkreślają  
dostatecznie, oraz@  

background image

przekreślone zostaną, nieprawda,  
rachuby@ (odkaszlnięcie) tych,  
którzy. Kto ma pytania? Nie  
widzę.@ Skoro nie widzę, widzę,  
że będę wyrazicielem,@  
wyrażając na zakończenie  
przeświadczenie, że@ żyjemy w  
określonej epoce, taka@ jest  
prawda, nieprawda,@ i innej  
prawdy nie ma.@ 
 
 
Humanistyczne warunki 
 
Humanistyczne warunki życia,  
jakie mi@ zapewniono: prawo do  
ludzkich uczuć,@ do  
niepewności, strachu, do (jakież  
to ludzkie)@ nienawiści (rzecz  
jasna, względem wrogów,  
których@ starannie mi się  
 
 
 
 
 
 
dobiera, abym nie musiał się  
trudzić);@ prawo do ludzkiej  
(nie ma powodu do wstydu)@  
fizjologii: do pocenia się (przy  
robocie), do popłakiwania@ (w  
poduszkę), do krwawienia nawet  
(na@ stacji krwiodawstwa); mam  
nie tylko prawo,@ ale i  
obowiązek przejawiania  
wszelkich@ ludzkich słabości:  
nikt mnie na przykład nie  
zmusza,@ abym był bohaterem,  
tj. mówił prawdę,@ nie donosił,  
wstrzymywał się przed jakże  
ludzką@ potrzebą dokopania  
leżącemu; nic,@ co ludzkie, nie  
jest mi obce, a także@ nic, co  
obce, nie jest mi ludzkie, żyjemy@ tu w  
swoim kółku, obcych nam nie  
trzeba,@ dobrzy znajomi, sami  
swoi,@ ludzie.@ 
 
 
Mównica 
 
Zbyt wysoka na klęcznik, zbyt  
niska@ na budkę wartowniczą,@ 
chociaż zbijana zwykle z  
podobnie prostolinijnych@ i  
równie gładko heblowanych@  
desek zdań,@ 
zatrzymała się w pół drogi  
pomiędzy pokorą@ modlitwy a  
wyniosłym wtajemniczeniem@  

background image

wartowniczego hasła@ i zmusza  
do przyjęcia postawy  
pośredniej@ między klęczkami@  
a staniem na baczność;@ 
to znaczy, ciężar ciała  
spoczywa na dłoniach lub  
łokciach,@ nogi zaś, uwolnione  
od zwykłych obowiązków, mogą@  
swobodnie podrygiwać w  
służalczej ekstazie,@ uginać się  
pod ciężarem kłamstwa, lub@  
trząść się ze strachu:@ 
właśnie po to wynaleziono  
mównicę, ażeby@ zasłonić to  
wszystko@ dyskretnie@ przed  
naszymi oczami.@ 
 
 
Napiszcie do nas,~ 
co o tym sądzicie 
 
 
Ponieważ zależy nam na  
szczerej i spontanicznej@  
wymianie zdań z naszymi  
czytelnikami,@ pragniemy poddać  
publicznej dyskusji@  
następującą kwestię, która  
stanowi drażliwą@ bolączkę  
codziennego życia i domaga@ się  
zdecydowanej odpowiedzi:@ czy  
Ziemia kręci się wokoło  
Słońca,@ czy Słońce wokół  
Ziemi, a jeśli tak@ lub nie, to  
dlaczego?@ Najbardziej  
spontaniczne i szczere opinie@  
zostaną nagrodzone bonami  
towarowymi;@ anonimów nie  
drukujemy.@ 
Napiszcie do nas, co o tym  
sądzicie.@ 
 
 
Gdzie drwa rąbią (I) 
 
Gdzie znów drwa rąbią; skąd  
znowu te drwa@ się wzięły;  
jakim cudem coś z nich jeszcze  
trwa,@  
skoro - zdawałoby się - nie  
został ni wiórek@ z tylu  
rodzinnych stołów i służbowych  
biurek@ 
pod toporami, które jak  
obuchem leczą@ wszelkie  
zwątpienie tezą, że tam wióry  
lecą,@ 
gdzie drwa się rąbie: a w  
rąbania sens@ nikt nie wątpi,  
bo wlewa otuchę do serc@  
widok muskularnego i zdrowego  

background image

drwala,@ który wie, co ma robić,  
i przez to utrwala@  
w nas pewność, że ktoś  
przecież i o nas pomyśli,@ że  
pomaca nam mięśnie, doceni, że  
myśmy@ 
też zdrowi, zdolni, zdatni do  
rąbania drew;@ lecz topór  
spada: w wióry wsiąka nasza  
krew@ 
 
 
Przeglądając czasopismo~ 
"Home i Garden" 
 
Więc tak wygląda na tamtym  
 
świecie; ale@ okażmy czujność,  
nie dajmy się zwieść, te ich@  
meble też pokrywają się kurzem,  
te soczyste@ befsztyki bywają  
przypalone, te trawniki trzeba@  
bez przerwy strzyc, kurz,  
spalenizna, warkot@ motoru na  
tamtym świecie także@ czasem  
kogoś uwiera, czasem ktoś  
umiera@ z tych ludzi, ich  
opalone i wymasowane@ twarze  
też czasem bledną lub pokrywają  
się potem;@ 
poza tym i my mamy swoje  
osiągnięcia,@ 
nasze wyroby w niczym nie  
ustępują, nasze@ pozytywne  
zjawiska coraz częściej@  
występują, nasze roboty  
postępują, nasza@ młodzież  
wstępuje w szeregi, nasze  
widoczne efekty@ następują po  
podjęciu określonych działań,@ 
a jednak na tym świecie zawsze  
coś uwiera,@ choćby wszystko  
szło gładko, zawsze ktoś  
umiera,@ chociażby nawet żył,  
to tylko na tamtym@ świecie  
nikomu nic do umierania,@ tylko  
tam wszystko nie do uwierania@  
i nie do uwierzenia@ 
 
 
Nazajutrz 
 
Nazajutrz po kolejnym@  
zbiorowym samobójstwie zawsze  
tak samo@ idzie się rano po  
gazety,@ zawsze tak samo bieli  
się świeżo@ spadły śnieg albo  
wschodzi@ czyściutkie słońce  
letniego poranka, zawsze@ tak  
samo dzwonią butelki z mlekiem  
i@ pachną rogaliki, zawsze  

background image

tak@ samo mała dziewczynka z  
tornistrem@ biegnie do szkoły i  
potyka się i pada@ i tłucze  
kolano i jest dużo płaczu i w  
tym płaczu@ jest zawsze@ tak  
wiele życia@ 
11 II 76 
 
 
Autentyk 
Danucie i Adamowi Zagajewskim 
 
Za jakieś czterdzieści lat,  
kiedy już wszyscy@  
powymieramy,@ okaże się (ku  
ogólnemu zaskoczeniu), że@ czas  
życia tego pokolenia nie był@  
erą rozkwitu dzienników  
intymnych:@ choć z pozoru  
sprzyjała temu zjawisku masowa@  
samotność, dzienniki@ jakoś się  
nie rodziły, te intymne@  
embriony poczęte z zapłodnienia  
mózgu przez rzeczywistość@ (a  
może odwrotnie)@ uśmiercane  
były przed swym narodzeniem, w  
ciasnych@ łonach naszych  
spółdzielczych mieszkań,@ w  
których co noc podrywał nas ze  
snu@ trzask drzwi od windy lub  
kroki na schodach;@ na nic były  
zapewnienia żon, że to tylko  
sąsiedzi wracają z dansingu.@  
Tak, bojaźliwe było nasze  
pokolenie@ i może nawet@  
lepiej, że nie zostaną po nim te  
dzienniki,@ które i tak byłyby  
nieczytelne@ z powodu braku  
imion i poglądów własnych,@  
ograniczone do zapisu stanu@  
pogody@ i aktualnego, na  
wszelki wypadek niezmiennie@  
dobrego samopoczucia.@ 
 
 
Trzej królowie 
Lechowi Dymarskiemu 
 
Przyjdą pewnie po Nowym  
Roku.@ Jak zwykle, wcześnie  
rano.@ Kleszczami dzwonka  
wyciągnięty za głowę z  
pościeli,@ oszołomiony jak  
noworodek,@ otworzysz drzwi.  
Błyśnie@ gwiazda legitymacji.@  
Trzech. W jednym z nich  
rozpoznasz@ z bezmyślnym  
zdumieniem (jaki ten świat@  
jest mały) swego kolegę z ławy  
szkolnej.@ Od tamtych czasów  
prawie wcale się nie zmienił,@  

background image

zapuścił tylko wąsy,@ no, może  
przytył trochę.@ Wejdą. Błyśnie  
złoto ich zegarków (jaki@ ten  
świt jest szary), dym z ich  
papierosów@ zasnuje pokój  
kadzidlaną wonią.@ Brak mirry  
 
do kompletu - pomyślisz  
półprzytomnie,@ wsuwając piętą  
pod tapczan książkę, której nie  
powinni znaleźć -@ co to  
właściwie takiego ta mirra,@  
trzeba by kiedyś nareszcie@  
sprawdzić. Pan@ pójdzie z  
nami.@ Pójdziesz@ z nimi. Jaki  
ten śnieg jest biały.@ Jaki ten  
fiat jest czarny.@ Jaki ten  
świat był ogromny.@ 
grudzień 76 
 
Co będzie świadectwem 
Krystynie i Ryszardowi 
Krynickim 
 
Nie nasze podręczniki  
historii, których nikt@ nie  
otworzy, bo i po co, nie@  
gazety, które nigdy nie były  
otwarte@ na rzeczywistość  
(jeśli nie liczyć niektórych@  
nekrologów i prognoz pogody),  
nie listy,@ które tak często  
bywały otwierane, że@ niczego w  
nich nie mogliśmy pisać  
otwarcie,@ i nawet nie  
literatura, też zamknięta@ w  
sobie, w szufladach urzędników  
albo@ w tekturowych trumienkach  
okrojonych wydań;@ 
jeśli co pozostanie, to  
otwarte oczy@ tego dziecka, co  
dzisiaj nie może zrozumieć@  
naszego świata zamkniętego - i@  
otwiera usta, aby zadać nam  
pytanie;@ i jeśli nie  
przestanie powtarzać swych  
pytań,@ da kiedyś naszej  
prawdzie otwarte świadectwo@ 
 
 
Chciałbym się raz dowiedzieć,~ 
co właściwie 
 
Chciałbym się raz dowiedzieć,  
co właściwie o tym@ myślę,@ o  
tym sobie (czas wreszcie  
pomyśleć o sobie,@ zakrzątnąć  
się w przedsionkach serca,@  
wyjaśnić tlenem, na czym  
właściwie polega@ czerń krwi w  
żyłach, ustalić, jaki wniosek  

background image

płynie@ z gruczołów, co kryje  
 
się pod okrągłym@ pozorem  
czaszki, dokąd w gruncie życia  
zmierza@ całe to wiotczejące,  
spocone, dyszące ciało);@ 
chciałbym wiedzieć, co w całej  
tej sprawie należy do mnie@ ze  
świata (czas już byłby wyznaczyć  
granice,@ zdać sobie sprawę, z  
czym się wiążą@ te nici nerwów,  
jakie noże żłobią@ słowa w  
korze mózgowej, co wpływa z  
oddechem@ na zachowanie się  
płuc, co przyjmuje@ naskórek do  
swej chłonnej wiadomości, i@ co  
się nie mieści w głowie ani w  
głodnych oknach źrenic);@ 
chciałbym być całkiem pewny,  
co właściwie sądzić w procesie@  
umierania (czas byłby już się  
przyzwyczaić@ do pytań tego  
trybunału,@ czas byłby wreszcie  
ustalić, kto tu jest@ oskarżony o  
zbrodnię tego codziennego@  
stanu, kto sądzi i kto kogo  
więzi:@ czy za tym murem skóry  
jest świat czy ja sam,@ czy ja  
krzyczę przez kratę rzęs w  
świat, czy świat krzyczy w głąb  
mnie)@ 
 
 
Łono przyrody 
 
Nie chce mnie płodne@  
przyrody łono:@ nie chcą mnie  
wchłonąć@ jej wody chłodne,@ 
jej wonne zioła;@ choćbym się  
kulił@ jak płód - nie zdołam@  
nigdy się wtulić@ 
w łono natury.@ Ono nie  
kłamie.@ Wie, że nie dla mnie@  
sosny i chmury,@  
azyle wiatru,@ rosy i  
trawy,@ trafny i trwały@ sens  
tego świata.@ 
Nie, cóż za lapsus:@ w ten  
sens gościnny@ wnosić swój  
absurd?@ Zostaw to innym.@ 
Dla nich - sobotnie@ sielskie  
wycieczki;@ dla mnie -  
sromotne@ w siebie ucieczki,@ 
odwroty, klęski.@ Łono mnie  
roni:@ zamiast osłonić,@  
ściska drzew pięści,@ 
bodzie jak włócznią@ każdym  
 
promieniem.@ Zwraca mnie w  
sztuczność, w ludzką  
niesłuszność@ tym  

background image

poronieniem.@ 
 
 
Całe życie przed tobą 
 
Całe życie przed tobą, spójrz;  
cały świat czeka@ na ciebie tą  
poczekalnią, twarzą tego  
człowieka,@ który zasnął nad  
stołem z rozlaną kałużą piwa,@ 
nieogolony i zmięty; przed  
tobą całe i obce@ życie, na  
stos śpiącego ciała zwalone w  
poprzek@ twego spojrzenia - i  
jest; i żyje; i żyjąc - wzywa@ 
ciebie. Czy to jest właśnie  
to, czegoś się spodziewał?@ Czy  
rodząc się, mogłeś wiedzieć, żeś  
tylko w jedno się przedarł@  
życie - że cała reszta czeka  
cię, obca i żywa?@ 
 
 
Ja wiem, że to niesłuszne 
 
Tak, ja wiem, ale@ kiedy  
ocknąłem się przed włączonym  
telewizorem, kiedy@ mignęła na  
ekranie ta twarz (ja wiem)  
ogłuszona@ dziecięcym  
zdumieniem bólu, kiedy@ przez  
parę sekund (ja wiem, że) w  
moich oczach@ to przetrącone  
wybuchem ciało czołgało się jak  
najdalej od linii@ okopów,  
kiedy (ja wiem, że to) jeszcze@  
w chwilę potem w moich oczach  
płynęły@ jego łzy po umazanej  
błotem czy krwią twarzy -@ 
ja wiem, że to niesłuszne,  
że@ niesłuszny był kształt  
hełmu, niewłaściwy@ model  
karabinu, nie ten okop,  
nieprawidłowy@ kierunek  
pełzania, nie na miejscu@ te  
łzy, a nade wszystko, nade@  
wszystko niesłuszne było  
wszystko, co widziałem,@ co  
wiedziałem, ogłuszony@  
dziecięcym zdumieniem nie  
mojego, nie@ naszego bólu,@ 
ale mimo to (ja wiem, że to  
 
niesłuszne)@ widziałem, mimo to  
wiedziałem (ja wiem,@ że), mimo  
to@ byłem nim przez chwilę  
(ja@ wiem) i bardzo chciałem,@  
przysięgam, tylko przez chwilę,  
żeby@ nie trafił mnie nowy  
odłamek, żeby udało mi się@  
dotrzeć do swoich i żebym wrócił  

background image

cały@ do domu, ja wiem, że to  
było,@ ja wiem, przysięgam,@  
ja wiem.@ 
 
 
To mnie nie dotyczy 
 
To mnie nie dotyczy, ten  
dotkliwy@ chłód lufy  
przytkniętej do czyjejś  
potylicy@ nie mnie dotyczy, nie  
do mnie należy@ ani ta głowa,  
ani ta dłoń z pistoletem, ani@  
ocena kto ma rację i po czyjej  
stronie leży@ łopata, którą  
wykopano dół, nie zawracajcie@  
mi tej ogolonej głowy, myślenie  
o tym nie jest mi na rękę,@ ani  
na tę w rękawie mundurowym,  
ani@ na tę związaną drutem,  
mnie to nie dotyczy@ (a jednak  
czuję, że choć takie to  
nieważne,@ to przecież@  
znieważa mnie);@ 
powtarzam sobie: to mnie nie  
dotyczy, nie dotyka@ mnie  
wskazujący palec pałki, nie moja  
w tym głowa@ osłaniana rękami,  
nie mam nic wspólnego@ z tym  
zbitym człowiekiem poza  
niezbitym faktem,@ że też  
jestem człowiekiem, a to znaczy  
w końcu@ tak niewiele, poza tym  
bez powodu przecież@ nie biją,  
jestem wprawdzie wolny od  
uprzedzeń,@ ale nawet, gdy  
kogoś biją bez uprzedzenia,  
wiem,@ że sam sobie był winien,  
mnie to nie dotyczy@ (a jednak  
czuję, że choć jest to tak  
niewiele,@ to przecież@  
zniewala mnie);@ 
raz jeszcze: to mnie nie  
dotyczy, nie czuję się  
dotknięty,@ gdy muszę szeptać  
swoją spowiedź poprzez kratki@  
rubryk ankiety, z ulgą wpisuję  
 
dużymi@ literami Nie Dotyczy,  
gdy mnie pytają o@ przeszłe,  
obecne i przyszłe poglądy,@ sam  
siebie rozgrzeszając, daję sobie  
słowo,@ że w nic się nie dam  
wplątać, że nie powiem słowa@  
więcej niż to konieczne, bo  
ostatnie słowo@ i tak mają  
silniejsi, mnie to nie dotyczy@  
(a jednak: chociaż to mi na nic  
nie zezwala,@ to przecież@ nie  
zwalnia mnie)@ 
 

background image

 
 
Na śmierć przyjaciela 
 
Na twą śmierć - bo choć nigdy  
tak bardzo jak teraz@ nie żyłeś  
(jeśli życiem@ nazwiemy  
regularny puls żywej gotówki@  
wzbierający co miesiąc w  
kieszeni na sercu@ i równie  
regularny przyrost żywej  
wagi),@ więc choć nigdy nie  
żyłeś tak bardzo jak teraz,@ to  
jednak twoje życie już od  
dawna@ przestało żyć@ o  
własnych siłach: teraz jest to  
życie,@ na które się zarabia,  
życie towarzyskie,@ w którym  
się bierze udział, życie z tą  
czy inną@ kobietą, życie  
osobiste i@ zawodowe, w którym  
wszelkiej pomyślności życzą@  
podwładni, z ludźmi trzeba umieć  
żyć, nie samym@ chlebem i tak  
dalej, tak to jest w tym  
życiu;@ 
na twą śmierć - bo choć nigdy  
tak bardzo jak teraz@ nie  
czułeś się jak nowo narodzony  
(jeśli@ nazwać narodzinami to  
proste odkrycie,@ że nie jest  
niczym wyrodnym wrodzona@ nam  
wszystkim rezygnacja, zrodzone z  
warunków@ posłuszeństwo lub  
przyrodzone ludzkie prawo do@  
przejścia przez życie na  
kolanach), zatem@ chociaż nigdy  
tak bardzo jak teraz nie  
czułeś,@ że po trzydziestce  
narodziłeś się na nowo,@ to  
jednak twoje narodziny nie są@  
przyjściem na świat@ i  
 
otwarciem nań oczu:@ są  
odejściem w mrok, mimo że tak  
bardzo jesteś@ rodzonym bratem,  
nieodrodnym synem@ każdego z  
nas;@  
na twą śmierć więc, raz  
jeszcze powtórzę, na śmierć@  
zapomniałem, że można uścisnąć  
ci rękę@ i nie czuć jej  
trupiego zimna, na twą śmierć@  
spycham dziś winę za to, że już  
nigdy@ cię nie zobaczę, choć  
codziennie chodzisz@ tymi  
samymi co ja ulicami,@ na twą  
śmierć zapomniałem powołać się  
przed@ trybunałem tej kartki,  
tego trenu, który@ i mnie  
skazuje@ na twoją śmierć@ 

background image

 
 
 
Ci mężczyźni, tak potężni 
 
Ci mężczyźni, tak potężni,  
pokazywani zawsze@ nieco od  
dołu przez przykucniętych  
kamerzystów, unoszący@ ciężką  
stopę, aby mnie rozgnieść, nie,  
aby się wspiąć@ po schodkach  
samolotu, podnoszący rękę@ na  
mnie, nie, na powitanie tłumów@  
posłusznie machający  
chorągiewkami, ci podpisujący@  
mój wyrok śmierci, nie, tylko  
umowę@ handlową osuszaną  
natychmiast usłużnym@  
bibularzem,@ 
ci tak odważni, z tak  
podniesionym czołem@ stojący w  
otwartym samochodzie, tak@  
mężnie wizytujący front robót  
żniwnych, jakby@ stawiając stopę  
w bruździe wstępowali w okop,@  
ci z twardą ręką, zdatną do  
walenia w pulpit@ mównicy i  
klepania po ramieniu@ zgiętych  
w ukłonie ludzi, przyszpilonych  
przed chwilą@ orderem do  
czarnego garnituru,@ 
zawsze@ tak się ich bałeś,@  
taki byłeś mały@ wobec nich,  
zawsze stojących powyżej@ ciebie,  
na schodach, mównicach,  
trybunach,@ a przecież  
wystarczy choć na jedną chwilę@  
 
przestać się bać, powiedzmy:@  
zacząć się bać trochę mniej,@  
by się przekonać, że to właśnie  
oni,@ że to oni najbardziej się  
boją@ 
 
 
A tak niewiele brakowało 
Adamowi Michnikowi 
 
A tak niewiele brakowało:  
mogłem@ po prostu wraz z innymi  
podnieść rękę,@ po prostu wraz  
z innymi ją opuścić -@ aby w  
tej samej chwili wrosła  
ciężkim@ łokciem w zielone  
sukno prezydialnych stołów,@ w  
skórę wyściełającą przepastne  
siedzenia@ czarnych limuzyn, w  
polakierowane@ pulpity mównic,  
w bankietową biel@ obrusów;@ 
mogłem podnieść rękę. Ale  
nie.@ Nadmiar przekory? brak  

background image

pokory? szczerze@ mówiąc,  
jedynie moment zagapienia:@  
paniczny strach na myśl, że może  
wcale@ nie będę mógł opuścić  
ręki, że@ dłoń podniesioną  
przebije rzeźnicki@ hak nieba,  
które ze smutną ironią@ lubimy  
sobie wyobrażać jako@ pusty  
sklep mięsny, gdzie tylko  
czasami@ zjawia się towar w  
postaci@ naszych zarżniętych  
dusz.@ 
 
 
Tłum, który tłumi~  
i tłumaczy 
 
Tłum, który tłumi i  
tłumaczy;@ który tupotem i tępą  
głuchotą,@ stłoczony w  
autobusach i tunelach, tłumi@  
słabiutkie tętno sensu,  
stukające w czaszce,@ ale który  
tłumaczy ten ulotny puls@ na  
nieodwołalną mowę@ swej tłumnej  
samotności;@ tłum, który, choć  
nie daje mi się wytłumaczyć@ i  
tłumi każde słowo, kładąc mi na  
ustach@ dłoń wspólnego  
milczenia,@ jednak w moje  
tętnice tłoczy wspólną krew,@  
czarną,@ na oczyszczenie  
 
czekającą, wciąż@ tłukącą  
głuchym mrokiem w mur komory  
serca;@ ten tłum, który  
tratując i dusząc, zarazem@  
ogarnia swym uściskiem, tchem  
napełnia płuca@ i  
niewytłumaczalny, jest  
wytłumaczony@ 
 
 
 
Stan skupienia 
 
Choć pisane w stanie braku  
skupienia;@ 
choć powstają na kolanie; choć  
rzucone na kolana, rzadko kiedy  
powstają;@ 
choć lotny i ciekły pośpiech  
przenika przez zamknięte drzwi  
strof jak swąd kuchenny i szum  
wody z kranu;@ 
choć w ich akcentach słychać  
stąpanie sąsiada po obolałej  
podłodze czaszki;@ 
choć czuje się w ich rytmie  
śpieszny puls stanów  
przedzawałowych, duszny ból  

background image

codziennego stanu wyjątkowego;@ 
choć w charakterze ich pisma  
widać nerwowość, jakby próbowano  
je spisać szybciej niż trwa  
złożenie podpisu pod nakazem  
rewizji;@ 
choć powstają nieraz tak jak  
powstające z przerażenia  
włosy;@ 
choć ich stan pozostawia wiele  
do krzyczenia -@ umówmy się,  
że@ krzyczeć w nich nie  
warto;@ że w stałym braku  
skupienia ich stan skupienia  
musi być tym bardziej stały;@ 
że nie wolno im przeciekać  
przez byle palce, ulatniać się  
przy byle pałce;@ 
że są jedyną rzeczą, która nie  
jest do kupienia@ 
i która czasem bywa odkupieniem@ 
 
 
 
To, co jest wierszem~ 
nie do pomyślenia 
 
 
To, co jest wierszem nie do  
pomyślenia@ w owalnych ramach  
stadionu, na którym@  
stłoczeni@ (głowa przy  
głowie)@ głuszymy@ zwycięską  
wrzawą wspólny i codzienny  
lęk;@ 
to, co jest wierszem nie do  
ułożenia@ w ochoczym rytmie  
marszu, który krokiem@  
defiladowym@ (noga w nogę)@ w  
strzępy@ roznosi każdą nie dość  
regularną myśl;@ 
to, co jest wierszem nie do  
wymówienia@ w ospałym ryku  
ekranu, przed którym@  
spędzamy@ (ramię w ramię)@  
każdy wieczór@ jak zbyt szybko  
rosnący nam pod sercem płód;@ 
to, co jest wierszem nie do  
umieszczenia@ w otwartej ranie  
porannej gazety,@ która  
powtarza@ (słowo w słowo)@ co  
dzień@ ten sam krwotok  
świtania, choć dokoła noc;@ 
to, co jest takim wierszem,  
lub inaczej:@ to, co jest winą  
nie do odpuszczenia,@ 
staje się wiarą nie do  
odrzucenia,@ staje się wiedzą  
nie do oduczenia,@ staje się  
wzrokiem nie do oślepienia@ 
 

background image

Z tomu~ 
"Tryptyk z betonu,~ 
zmęczenia i śniegu"~ 
(1980) 
 
Kątem u siebie 
(Wiersze mieszkalne) 
 
Mieszkać 
 
Mieszkać kątem u siebie  
(cztery kąty a@ szpieg piąty,  
sufit, z góry przejrzy moje@  
sny), we własnych czterech@  
cienkich ścianach (każda z nich  
pusta,@ a podłoga szósta  
oddolnie napiętnuje@ każdy mój  
krok), na własnych śmieciach,@  
do własnej śmierci (masz jamę w  
betonie,@ więc pomyśl o  
siódmym,@ o zgonie,@ ósmy  
cudzie świata, człowieku)@ 
 
Nota: Wyrażenie "jama w  
betonie", oznaczające mieszkanie  
spółdzielcze, autor zawdzięcza  
niezmordowanej inwencji  
językowej Lecha Dymarskiego.  
 
 
Całe życie na walizkach 
 
Całe życie na walizkach z  
własnej skóry@ (ta najtańsza  
imitacja tektury);@  
kątem pośród swych składanych  
kości@ (prawie plastik, lecz  
gorszej jakości);@ 
wprowadzając się przejściowo w  
mózgu zwoje@ (mniej ustawne niż  
przechodnie pokoje);@  
na odchodnym z przedsionków  
serca@ (byle klatka schodowa  
jest szersza);@  
na wylocie ze źrenicy oka@  
(nie tak jasnej jak kuchnia bez  
okna):@  
w tym lokalu nie umeblowanym@  
z tymczasowym żyj  
zameldowaniem,@  
chociaż nigdy twoim się nie  
stanie@ twoje życie, zastępcze  
mieszkanie@ 
 
 
Razem z kurzem 
 
Razem z kurzem na książkach, z  
odciskami@ palców na szkle  
(ostrożnie,@ nie rzucać),  
razem@ z kartką na cukier i  

background image

krzyżem na drogę@ (ostrożnie,  
nie upuszczać); przeprowadzam  
się@ razem z pisaniem na  
kolanie, z tysiącem terminów@  
na głowie (ostrożnie, nie  
przesuwać), z tysiącem@ na  
czarną godzinę (ostrożnie, nie@  
przeczuwać), razem z miną na  
schwał i raną@ na przestrzał, z  
obietnicą na odczepnego i  
nadzieją na@ wyrost (ostrożnie,  
nie dowierzać), razem@ z można  
na upartego i trzeba na gwałt,@  
razem z będzie na pewniaka i  
zapomniałem na śmierć  
(ostrożnie,@ nie umierać),  
razem z zacznijmy na nowo@ i  
 
odpukać na wszelki wypadek i  
wszystko@ na próżno, i razem z  
tą miłością, która@ jedyna mi  
zostanie na zawsze, na przekór@  
i naprawdę, ostrożnie,  
tragarze,@ 
to wszystko jest znacznie  
cięższe, niż na to wygląda@ 
 
 
Jeżeli porcelana,~ 
to wyłącznie taka 
 
Jeżeli porcelana, to wyłącznie  
taka,@ której nie żal pod butem  
tragarza lub gąsienicą  
czołgu;@ jeżeli fotel, to  
niezbyt wygodny, tak aby@ nie  
było przykro podnieść się i  
odejść;@ jeżeli odzież, to  
tyle, ile można unieść w  
walizce,@ jeżeli książki, to  
te, które można unieść w  
pamięci,@ jeżeli plany, to  
takie, by można o nich  
zapomnieć,@ kiedy nadejdzie  
czas następnej przeprowadzki@  
na inną ulicę, kontynent, etap  
dziejowy@ lub świat:@ 
kto ci powiedział, że wolno ci  
się przyzwyczajać?@ kto ci  
powiedział, że cokolwiek jest na  
zawsze?@ czy nikt ci nie  
powiedział, że nie będziesz  
nigdy@ w świecie@ czuł się jak  
u siebie w domu?@ 
 
 
Dykto, sklejko, tekturo,~ 
płyto paździerzowa 
 
Dykto, sklejko, tekturo, płyto  
paździerzowa,@ jeszcze się  

background image

wyprostuję i kość pacierzowa@ 
wstawi się za mną, we mnie  
nieugięcie skleci@ pacierz  
prosty jak mebli odwróconych  
plecy@ 
z dykty, z płyty pilśniowej,  
ze sklejki, z tektury;@ ja  
jeszcze zmartwychwstanę, chociaż  
nie wiem, który@ 
ja; przestanę się garbić,  
chociaż kręgów dyktat@ nie  
przetrwa w moim ciele tak długo  
 
jak dykta,@  
co wpaja plecom szafy  
niezłomność pionową;@ jakby się  
Księżyc nagle swą ciemną  
połową@  
odwrócił ku mnie - stoję i  
przykładam ucho,@ i puste serca  
mebli głucho w nich i sucho@  
dudnią swą nieśmiertelność  
tandetną; ja jeszcze@  
wyprostuję się przecież,  
podźwignę się, zmieszczę@ 
w sobie ten cały prosty świat,  
moja grobowa@ płyto, dykto,  
tekturo, płyto paździerzowa@ 
 
 
Czas skończyć z takimi 
 
Czas skończyć z takimi@  
praktykami - skarży się  
lokator@ własnościowego życia -  
czekam co dzień,@ a On nie  
raczy się zjawić,@ fachowiec od  
siedmiu boleści; wszystko@  
paczy się, pęka, psuje,@ a On  
nie przyjdzie, chociaż sam  
zawinił@ w swoim czasie@  
wszystkie możliwe usterki;@  
zapytuję, jak długo można się  
modlić na klęczkach,@ chodzi w  
końcu o zwykłą@ rzetelność; na  
początku było słowo@ honoru, że  
przyjdzie i naprawi,@ a teraz  
tylko domaganie się kolejnych  
zaliczek;@ 
i jak On chce, żebym w Niego  
wierzył,@ ten niesolidny  
rzemieślnik@ bujający w  
obłokach;@ 
czas skończyć z takim  
spoglądaniem z góry@ na  
człowieka;@ 
czy On sobie wyobraża, że jest  
moim Panem?@ 
 
 
Choćby najgrubszy rygiel 

background image

 
Choćby najgrubszy rygiel,@  
najwymyślniejszy zamek:@ cóż  
żelazny ich rygor,@ gdy z  
zewnątrz i wewnątrz zamęt?@ 
Na nic zatrzask i sztaba,@  
pęk patentowych kluczy:@ pięść  
 
mroku rygle kruszy,@ gdy na  
drzwi twoje spada.@ 
Przez niewidoczną szparę@  
zamkniętych na łańcuch drzwi@  
wciśnie się dłoń koszmaru,@  
który otwarcie drwi@ 
z twoich zamknięć i zaklęć;@  
a w drzwi wprawiony judasz,@  
choć obojętność udasz,@ każe ci  
w ciemność patrzeć.@ 
I wołanie o pomoc, wierne i  
wieczne wołanie,@ kpiąc z  
opłaconych polis,@ do domu ci  
się włamie,@ 
miażdżąc najgrubsze rygle,@  
najsolidniejsze z zasuw.@ Spoza  
światów i czasów@ własny głos  
cię doścignie.@ 
 
 
 
Z rzadkiego błota, z gliny 
 
Z rzadkiego błota, z gliny  
wilgotnej wyrosłe wieżowce,@ w  
jedenastopiętrowy swój byt na  
mur_beton wierzące,@ czy  
naprawdę? powiedzcie, naprawdę  
obca wam rozpacz@ 
tego, kto dach nad głową ma  
jak nad głową wiszący@ miecz,  
kto jednym tchem życia śmierć  
sam sobie wyrządza@ i nie ma  
chwili, by z częścią siebie nie  
musiał się rozstać?@ 
Otwartymi oknami spójrzcie: z  
terierem zawzięcie węszącym@  
powraca ze spaceru mieszkaniec,  
ciało w jesionce,@ wilgotna  
glina, której co chwila nowy  
rozkaz@ 
wydaje śmierć. Lecz on o tym  
wie. Wierzy w lata, w miesiące@  
nie tak jak wy, wieżowce, swą  
wieczność wyniosłą wieszczące@  
i nieświadome, że glina przetrwa  
betonu rozpad.@ 
 
 
Skoro już musisz krzyczeć,~ 
rób to cicho 
 
Skoro już musisz krzyczeć, rób  

background image

to cicho (ściany@ mają@ uszy),  
skoro już musisz się kochać,@ 
 
zgaś światło (sąsiad@ ma@  
lornetkę), skoro już musisz@ 
mieszkać, nie zamykaj drzwi  
(władza@ ma@ nakaz), skoro  
już@ 
musisz cierpieć, rób to we  
własnym domu (życie@ ma@ swoje  
prawa), skoro@  
już musisz żyć, ogranicz się  
we wszystkim (wszystko@ ma@  
swoje granice)@ 
 
 
 
Każdy z nas~ 
ma schronienie 
 
Każdy z nas ma schronienie w  
betonie,@ oprócz tego po jednym  
balkonie,@ na nim skrzynkę,  
gdzie sadzi begonie;@ 
odbywamy śmierci i porody,@  
oglądamy prognozę pogody,@ aby  
żyć, mamy ważne powody;@ 
jednocześnie nam biją  
godziny,@ jednakowo się  
kłócimy, godzimy,@ odpoczynek  
nasz jest jaki? - godziwy;@ 
z okna widać w porze  
szarówki@ stuwatowe w innych  
oknach żarówki;@ a pod blokiem  
kredens z ciężarówki@ 
właśnie znosi firma  
transportowa@ i ktoś dźwiga -  
ależ się zmordował -@ sofę, która  
jest jak zawsze bordowa@ 
czerwiec_październik 1978 
 
 
Dziennik zimowy 
(Wiersze okolicznościowe) 
"What if this present were the  
world's last night?" 
(John Donne) 
 
1 Xi 79: Elegia pierwsza,~  
przedzimowa 
 
Zima nas nie zaskoczy. Nas  
zmarzniętych, zmartwionych  
zawczasu,@ dmuchających na  
zimny październik, żeby prędzej  
już sparzył nas mróz.@ Kto w  
wietrznym śnie tutaj wyrósł, kto  
w wieczny śnieg tutaj wrósł,@  
 
temu lato, zawsze zbyt krótkie,  
nie rozepnie do końca  

background image

zatrzasków@ 
mrozu, trzaskającego jak radio  
jeszcze długo po wyłączeniu.@  
Nie zaskoczy nas zima. Szkoleni  
w skuleniu, w stuleniu dłoni,@  
w stuleciu tym i w tych  
stronach, w których nas nic nie  
osłoni@ przed przeciągiem  
zamieszek, zadymek - śnimy  
trzeźwo, już wyleczeni@  
z marzeń o tym, że życie  
podaruje nam ciepłą rączką@ coś  
trwałego. Kąpanych w przerębli a  
nie w gorącym źródle,@ nas zima  
nie zaskoczy, nie oszukają nas  
złudne@ suflety czerwców i  
lipców, serwowane na niezbyt  
gorąco@ 
i topniejące w ustach. Tu  
zawsze - mniej więcej - jest  
zima.@ Nam, zawczasu  
zmartwionym, za życia  
zmartwiałym, szron@ skroń bieli  
przed terminem; a śnieg jak  
schludny schron@ skrywa przed  
czasem szarość, niejasność,  
brud; a mróz trzyma@ 
długo, choć trzyma nas krótko  
za twarz schowaną w szaliku.@  
Nas nie zaskoczy zima. Nas zimy  
przygotowały@ na najcięższe  
krawiectwo; do upałów nam  
starcza opału@ i ze sceptyczną  
miną patrzymy, jak w oczach  
zanika@ 
sczerniała pryzma, jak żyzne  
błoto wygrywa w tej walce,@ jak  
ziemia przebiśniegiem przebija  
kartę śniegu;@ nam zimno się  
robi na myśl, że nie ma nic  
bardziej jasnego@ od śniegu i  
śmierci, które i tak wrócą -  
twardsze i trwalsze.@ 
Zima nas nie zaskoczy. Nas  
zmartwiałych, zmarniałych na  
zapas.@ Tylko wznosić nam  
wzdłuż chodników piramidy; tylko  
nam piach@ sypać pod koła  
miażdżące; tylko węszyć spod  
białych płacht@ nikły zapach  
nicości, bezgraniczny, bezbarwny  
zapach.@ 
 
 
5 Xi 79: Gdyby nie ludzie 
 
Gdyby nie ludzie, gdyby nie  
istnieli@ tak natrętnie, ze  
swoim łupieżem, paranoją,@  
wystrzępionymi spodniami,  
antysemityzmem,@ kłopotami w  

background image

pracy, trwałą ondulacją,  
skłonnością@ do uproszczeń i  
zadyszki, gdyby wcale@ nie  
trzeba ich było poznawać,  
przecierających zamglone@  
okulary, wycierających  
zamaszyście@ buty straszne dziś  
błoto, ocierających@ bezsilną  
łzę, gdyby nie otwierali przed  
każdym@ tak od razu swoich  
otłuszczonych serc i  
wyszmelcowanych teczek@ z  
przetartymi na zgięciach  
papierami chwileczkę@ gdzie ja  
podziałem to zaświadczenie,  
gdyby@ w ogóle ich nie było,  
tych zanadto@ takich samych i  
nadmiernie@ odmiennych światów  
z podwyższonym@ ciśnieniem, z  
wygórowanymi@ żądaniami panie  
musisz pan mi pomóc, zbyt  
głośno@ mówiących, zbyt  
naocznie@ żywych, zbyt  
dotkliwie@ ludzkich,@ 
o ile łatwiej by się mówiło  
nic co ludzkie nie jest@ 
 
 
7 Xi 79: Nigdy naprawdę 
 
Nigdy naprawdę nie marzłem,  
nigdy@ nie żarły mnie wszy,  
nigdy nie zaznałem@ prawdziwego  
głodu, poniżenia, strachu o  
własne życie:@ 
czasami się zastanawiam, czy w  
ogóle mam prawo pisać@ 
 
 
13 Xi 79: Elegia druga,~ 
urodzinowa 
 
Obchodzę urodziny@ z daleka i  
na palcach@ liczę trzydzieści  
trzy lata, skończone@ na  
chybcika i z grubsza@ jak  
terminowa praca, do której nie  
miałem@ 
 
nigdy serca; bo z ręką@ na  
nim przyznaję: wcale@ nie  
spodziewałem się akurat tego@ a  
nie innego życia,@ przychodząc  
w swoim czasie na świat.@  
Szczerze mówiąc,@ 
jeśli chodzi o życie,@ nie  
mam wyrobionego@ w ciągłym  
użyciu zdania, żadnej gładko@  
chodzącej wte i wewte@  
szuflady, którą można by  
szczelnie zamykać@ 

background image

usta zwątpieniom; moim@  
zdaniom wciąż - moim zdaniem -@  
brak wyrobienia, brak ogłady  
takiej,@ jaka ułatwia życie@ w  
jego ważnych momentach, na  
przykład w momencie@ 
śmierci. Ostatnie słowo@ ma  
ten, kto jest go pewny,@ kto na  
pewniaka głosi: "najważniejsze@  
to przeżyć", albo "życie@ ma  
swoje prawa", albo (jeszcze  
lepiej) "życie@ 
jest życiem"; w moich  
zdaniach@ nie ma żywego ducha@  
pewności co do tego, że  
naprawdę@ życie (własne) jest  
ważne,@ i że ma swoje prawa, i  
nawet, że jest@ 
życiem a nie czym innym;@ nie  
jestem pewny swego@ życia, nie  
jestem pewny siebie, nie wiem,@  
nawet, czy czuję pewny@ grób  
pod nogami, właśnie, niepewny  
jest nawet@ 
amen w pacierzu (nigdy@ nie  
zdołałem go wykuć@ na blachę  
ani wyklepać tak prosto@ jak  
drut, zawsze zgniatała@ mnie  
ta żeliwna kula, tak trudno ją  
dźwignąć@ 
do pewnych granic nieba,@  
biedroneczko leć przynieś@  
pewny kawałek chleba, nie, do  
dzisiaj@ nie wiem, jak to  
powiedzieć@ pewnym i pełnym  
głosem, skąd miałbym wziąć  
taki@ głos, skoro gardło  
jeszcze@ boli po pierwszym  
krzyku,@ tym sprzed trzydziestu  
trzech lat); nie, nie stoję@ na  
pewnym gruncie, stoję@ na  
lotnym piasku, który mierzy mój,  
nasz czas@ 
 
26 Xi 79: Z innych~ 
ważnych względów społecznych 
"bleiben und stille bewahren 
das sich begrenzende Ich" 
(Gottfried Benn) 
 
W niezdecydowanym odwołaniu od  
nieodwołalnej decyzji@ zatajam  
niniejszym (pouczony o  
odpowiedzialności karnej), że@  
to, iż odmówiona mi jest i tym  
razem łaska@ paszportu, tak  
naprawdę sprawia mi pewną  
ulgę:@ gdy wyobrażam sobie z  
fotograficzną (lewe ucho@  
odsłonięte) dokładnością siebie  
samego@ na wszystkich tych  

background image

akropolach i broadwayach -  
siebie@ wraz ze wszystkimi  
przeszmuglowanymi@ w szarych  
tobołkach (co pan ma@ do  
zadeklarowania) obu półkul  
mózgu@ zmartwieniami,  
zmarznięciami,  
zmarnotrawieniami,@ z całą tą  
wsiąkłą w oczy (szare;  
ciemnoblond;@ wysoki; brak)  
wilgotną kontrabandą@ śniegu z  
deszczem, zacieków i błota,@ 
wtedy ogarnia mnie  
przestrach,@ że w tak jaskrawo  
odmiennym świetle, gwarze,  
zapachu@ ja przecież będę wciąż  
ten sam@ i rzeczywistość,  
kryształowy kieliszek,@ może nie  
wytrzymać tego dysonansu@  
 
 
10 Xii 79: Śnieg I 
 
Z ust mi wyjąłeś, śniegu,@  
ten język, który wziąłem  
pomyłkowo@ sobie na własność i  
który trzymałem@ tak długo za  
zębami; wyrwało@ mi się to z  
ust, ta czerwień bolesna i  
ciepła,@ gdyś mnie, śniegu, za  
język ciągnął, kiedyś łamał@  
sobie mój język na mnie, chcąc  
mi rozwiązać ten supeł@ śliski  
od krwi i śliny, który, między  
nami@ mówiąc, strzępił się  
niepotrzebnie o@ pękniętą szybę  
jawy, która nas rozdziela;@ 
od ust mi odjąłeś, języku,@  
 
ten śnieg, co między ustami a  
brzegiem@ horyzontu tak jarzył  
się dla mnie, że stałem@ z  
otwartymi ustami; nie mam do  
nich co@ włożyć teraz, ta biel  
lodowata i czysta@ nie jest w  
stanie przemówić do mnie bez  
ogródek@ zębów i mam ją tylko  
na końcu języka,@ szorstką od  
mrozu i szronu, nawet nie na  
końcu,@ mam tylko język,  
kaleczony o@ pękniętą szybę  
jawy, która nas rozdziela@ 
 
 
14 Xii 79: Wieczór autorski 
Leszkowi, autorowi 
 
Przyszli, ponieważ są pewne  
sprawy i sami panowie jesteście  
sobie winni.@ Wkroczyli,  
ponieważ są pewne prawa i chyba  

background image

pan nie chce, żebyśmy wyważyli  
drzwi.@ Przerwali czytanie,  
ponieważ są pewne słowa i  
radzimy panu po dobroci.@  
Odebrali wiersze, ponieważ są  
pewne granice i umówmy się.@  
Spisali wszystkich, ponieważ są  
pewne przepisy i niech pan nie  
nadużywa naszej cierpliwości.@  
Przeszukali mieszkanie, ponieważ  
są pewne zasady i pani będzie  
łaskawa uciszyć to dziecko.@  
Zabrali parę osób, ponieważ są  
pewne konieczności i spokojna  
głowa, mąż wróci pojutrze.@  
Nikogo nie uderzyli, ponieważ są  
pewne formy i a jakże, tego  
byście panowie chcieli.@ Nie  
pracowali długo, ponieważ jest  
pewien film w telewizji i  
człowiek jest tylko  
człowiekiem.@ 
 
 
15 Xii 79: Zawrót głowy~  
od sukcesów 
 
Stoję przy stole w kuchni,  
kroję baleron@ na kolację dla  
rodziny, dobrze,@ że mam  
rodzinę, dobrze, że zdobyłem@  
dla niej baleron, dobrze, że  
dochrapałem się własnej@  
 
kuchni, w której mogę kroić@  
ten baleron;@ 
nagle@ coś ze mną niedobrze,  
muszę@ się oprzeć, biały stół  
tańczy@ w oczach, rozpływa się,  
rośnie@ w śnieżny (dlaczego  
wszystkie@ przywidzenia) step,  
po którym,@ trzymając się  
(muszą@ być takie) za ręce, idą  
przed@ (melodramatyczne)  
siebie@ moje dzieci;@ 
otrząsam się, przecieram oczy,  
sięgam po baleron,@ którego  
sporo jeszcze zostanie na  
jutro@ 
 
18 Xii 79: Śnieg II 
 
Bezczelnie bezcielesny,  
bezczeszcząco czysty,@  
brukający swą bielą krochmaloną  
bruk@ najbardziej wyboisty i  
najbardziej szary;@ kryjący  
każdą sprawkę, każdą prawdę,  
brud@ i brak każdy, dróg bruzdy  
i brunatność grud@ pod płachtę  
gładką, spraną i sterylną;  

background image

czyżby@ między bólem a bielą  
tak obce obszary,@ tak puste  
karty były, że on tylko śmie@  
zapisać je, zasypać: drobny,  
biały druk@ 
płatków? Nieprawda. Żyzne i  
żywe ojczyzny@ szarości rażą  
ruchem w tym zmrożonym śnie:@  
ludzie; ich ten odgórnie  
narzucony grób@ nie pochłonie,  
wystawać będą z każdej szpary@  
pobielanej mogiły i deptać ten  
próg,@ ten stopień topniejący,  
przejściową śmierć, śnieg@ 
 
 
19 Xii 79: Czyste ręce 
 
Palce młodego porucznika  
Służby Bezpieczeństwa,@ który w  
komisariacie dworcowym  
wertował,@ podnosząc na mnie co  
chwila pełen wyrzutu wzrok,@  
wydobyte z moich bagaży rysunki  
Jana Lebensteina,@ 
nie zostawiły na papierze  
żadnych śladów.@ 
Dziwne.@ 
 
Nie żebym się spodziewał plam  
krwi, smug potu, brudu,@ czy  
choćby tłustych odcisków, które  
podobno zostawiał na książkach@  
lubiący czytać przy jedzeniu  
Wielki Nauczyciel Ludzkości:@  
praca młodego porucznika Służby  
Bezpieczeństwa@ jest czysta,@  
on sam ma tytuł magistra praw@  
i nawyki higieny osobistej,  
wyniesione@ z kulturalnej,@  
inteligenckiej rodziny.@ 
A jednak@ byłoby jakoś  
naturalniej,@ gdyby na naszych  
wierszach, rysunkach,  
dziennikach i mózgach@  
pozostawiali, choćby na  
pamiątkę,@ swój niepowtarzalny  
(linie papilarne!) ślad@ ci  
najwnikliwsi z odbiorców  
współczesnej sztuki;@ zwłaszcza  
gdy ocalają ją od zagłady jednym  
niechętnym zdaniem:@ "No  
dobra,@ ostatecznie@ możemy  
panu tego nie konfiskować".@ 
 
21 Xii 79: But why? 
 
Cynthia Kaminsky, dziewczyna  
nie z tego@ świata; z tego  
drugiego; w tym@ znalazła się  
tydzień temu (w pierwszym dniu  

background image

od razu@ zatrucie befsztykiem  
tatarskim, "nothing serious");  
przez całe@  
dwudziestojednoletnie życie  
(widziała też@ coś, co się  
nazywa "bar mleczny", "very  
strange") nie wysuwała@  
zadartego nosa poza Springfield,  
Illinois;@ 
"sorry", raz była z wycieczką w  
Washington, D.C.;@  
Cynthia Kaminsky, wystające  
zęby, nieopanowany chichot,@  
nieustające zdumienie:@ 
jak ludzie tutaj mogą to  
wszystko wytrzymać?@ czemu nikt  
tego nie zdemaskuje w  
gazetach?@  
Tłumaczymy długo i mozolnie,@  
a ona znowu:@ to po co w ogóle  
ludzie kupują te gazety?@ 
Znów tłumaczymy z wysiłkiem  
(na szczęście wiemy,@ jak jest  
 
po angielsku "nekrolog" czy  
"dział sportowy"),@ i zdawałoby  
się, że już wszystko rozumie,@  
ale nagle:@ 
A dlaczego tu wszyscy tacy źli  
i smutni?@ czemu nikt się nie  
śmieje, gdy idzie ulicą?@  
przecież za parę dni  
"Christmas"!@ 
 
22 Xii 79:~ 
Ułożone po ciemku 
 
Układ słoneczny i ustrój  
społeczny@ łączą swe siły w  
trosce o moje oczy,@  
oślepiane jarzeniową lampą  
śniegu:@ 
pierwszy, pod pretekstem  
astronomii, systematycznie@  
obcina mi (przynajmniej do  
dzisiaj) przydział dziennego  
światła;@ drugi, pod pretekstem  
ekonomii, nieregularnie@  
wyłącza mi (na przykład dzisiaj)  
światło elektryczne.@ 
Ja wiem, chodzi im o to, abym  
dał oczom odpocząć,@ a jeszcze  
bardziej o to, abym odłożył  
książkę@ i posłuchał  
tranzystorowego radia albo  
muzyki sfer,@ abym nie  
przejawiał niezdrowej skłonności  
do czarnowidztwa, ale dla  
zdrowia chadzał spać z kurami -@ 
otóż niedoczekanie wasze,  
orbity i komitety:@ ja, nocny  

background image

marek, podejrzany okularnik,@  
niepoprawny człowiek,  
nieopierzona sowa@ na złość i  
na próżno wpatrzona w ciemnotę i  
ciemność,@ ja, niewprawny  
jasnowidz, widzący czarno przed  
sobą,@ do upadłego będę  
targować się z kurzą ślepotą@  
źle oświetlonych planet i  
nieoświeconych reżymów:@ 
"Moje ostatnie słowo: więcej  
światła!" -@ 
chociaż ostatnie  
słowo - wiem o tym - będą mieć  
one@ 
 
29 Xii 79: Śnieg III 
 
 
Daremnie się wywyższasz o ten  
centymetr nad ziemię:@ i tak  
cię z niej zedrzemy, zgarniemy,  
wywieziemy@ 
gdzieś, gdzie nie będziesz nam  
dawał bielą wyniosłą i niemą@  
jasno do zrozumienia, że  
przecież zesłało cię niebo@ 
na nasze ciężkie roboty, abyś  
nam był aniołem@ upadłym ale  
stróżem; i tak cię piachem,  
popiołem@  
sypniemy, byś nam  
przykładem nie świecił, w oczy  
nas nie kłuł;@ próżno się  
chcesz zasłużyć, śniegu,  
przebrany człowieku,@ 
i tak cię stratujemy, i tak  
zmieszamy cię z błotem,@ i tak  
zrównamy cię z ziemią a nie z  
odległym obłokiem,@  
abyś nie mógł nam wmawiać -  
zszarzały, zdeptany śmieć -@ że  
ludzkie umieranie gorsze niż  
biała śmierć@ 
 
31 Xii 79: Już wkrótce 
 
Już wkrótce wezmę się za  
siebie, wezmę@ się w garść,  
zrobię porządek w szufladzie@  
przemyślę wszystko do końca,  
zaplombuję zęby,@ uzupełnię  
luki w wykształceniu, zacznę@  
gimnastykować się co rano, w  
słowniku@ sprawdzę kilka słów,  
których znaczenie jest dla mnie  
wciąż niejasne,@ więcej  
spacerów z dziećmi, regularny@  
tryb życia, odpisywać na listy,  
pić mleko,@ nie rozpraszać się,  
więcej pracy nad sobą, w ogóle@  

background image

być sobą, być wreszcie  
bardziej@ sobą,@ 
ale właściwie jak to zrobić,  
skoro@ już@ i to od tak dawna,  
tak bardzo@ nim jestem@ 
 
 
1 I 80: Elegia trzecia,~ 
noworoczna 
 
Więcej huku petard,@ niż co  
roku; śledzimy,@ wychyleni z  
balkonu,@ jak wszystkim i  
 
nikomu@ w środku nocy i zimy@  
chce się urządzać przetarg:@  
kto radośniej i głośniej@  
skłamie, że z niepokoju@  
pierwszej w roku godziny@ nie  
nasz codzienny letarg,@ lecz  
nowa jawa rośnie@ i  
narodziny.@ 
Z balkonów, loggi, okien@  
betonowego miasta@ lecą  
petardy, sztuczne@ ognie,  
flaszki po wódce,@ gazet  
płonące pasma;@ wszędzie, jak  
sięgnąć okiem,@ wszędzie, jak  
zadrżeć sercem@ (które w piersi  
się tłucze@ głośniej niż szkło  
o asfalt), coś nas, jak wspólnym  
mrokiem,@ wspólnym niejasnym  
sensem@ jednak rozjaśnia.@ 
Potrzebna jest okrągła@ data,  
godzina zero,@ by się w tej  
okrągłości@ mogła zmieścić,  
umościć@ ta, co zwykle uwiera@  
kanciasto, co urąga@ szorstkim  
brakiem ogłady:@ sztucznie  
radośni, głośni,@ żyjmy; jutro  
dopiero@ śmierć codzienna i  
ciągła@ wda się w nowe układy@  
z tym, kto umiera.@ 
Ale to - w dni poprzednie,@  
ale to - w dni następne.@  
Tymczasem - więcej huku,@ by w  
ogłuszonym uchu@ nie brzmiały  
mętnym tętnem@ echa bardziej  
powszednie:@ łopot flag, werbli  
warkot,@ pochodów tupot  
głuchy,@ brawa stadionów tępe -@  
to szumy niepotrzebne,@  
których słuchać nie warto;@  
słychać w nich tętent@ 
zagłady - lecz zagłady@  
dalekiej i nieśpiesznej.@  
Fajerwerki, petardy@ zagłuszą  
łoskot twardy@ czołgów, co  
łamią śmieszne@ szlabany i  
zasady,@ i - z drugiej strony -  
serię,@ pod którą pada martwy@  

background image

w sytym i światłym mieście@  
jeszcze jeden zakładnik.@ To  
wszystko nie na serio;@ to -  
nie tu - jeszcze.@ 
Więc więcej, więcej, więcej@  
petard i fajerwerków:@ oślepić  
oczy śmierci,@ zagłuszyć łomot  
w piersi,@ który jutro,  
 
człowieku,@ kiedy budzik  
zadźwięczy,@ znów skoczy ci do  
gardła -@ aż kiedyś po raz  
pierwszy@ ujrzysz na dnie  
lusterka@ w swojej własnej  
łazience@ twarz, w której jest  
pogarda@ i jest rozterka@ 
To ty. To on. Nad głową@ nie  
gwiazda, lecz jaskrawa@  
żarówka. Siwe włosy@ liczy i  
zanim włoży@ marynarkę i  
krawat,@ myśli cierpko i  
błogo,@ że jeszcze ten dzień  
wytrwa;@ w betonowej swej  
loży@ słyszy, jak z lewa, z  
prawa,@ nad stropem, pod  
podłogą@ brzmi ta sama  
modlitwa:@ "Nie moja sprawa;@ 
nie moja sprawa, Boże,@ co ze  
światem się stanie@ i ze mną;  
żadnych pytań,@ nie mów mi, że  
głód, szpital,@ potop, wojna,  
rozstanie;@ i cóż mi po  
oporze,@ gdy jestem lotnym  
listkiem:@ nim zdepczą mnie  
kopyta,@ ześlij mi długie  
spanie@ i niech oczy otworzę,@  
gdy już będzie po wszystkim;@  
nie wcześniej, Panie".@ 
Popatrz: jak zsyp do śmieci@  
przepaść czeka pod nami:@ u  
stóp ludnego bloku,@ u stóp  
głodnego globu,@ gdzie trwamy  
wciąż, poddani@ niepunktualnej  
śmierci.@ Fajerwerki, petardy@  
rzucamy na dno grobu:@ figę, my  
się nie damy.@ Daleka gwiazda  
świeci@ bez żalu, bez pogardy@  
ponad głowami.@ 
 
 
 
2 I 80: Eroica 
 
"Schwycić swój los za gardło"  
(Beethoven), ale jak@ to  
zrobić, na to nie starczy pięciu  
palców ani@ pięciu zmysłów,  
tego się nie da@ pojąć ani  
objąć, tego gardła, ono@ nie  
jest obudowane grubymi  
mięśniami@ ani okutane cienkim  

background image

szalikiem, z niego@ nie  
wydobywa się ani krwawy ryk ani  
kwaśny@ oddech, jego po prostu  
 
nie ma,@ 
tego gardła,@ a gdyby nawet  
było,@ ręce i tak są stale  
czymś zajęte,@ biciem braw,  
podpisywaniem zeznań, grą na  
akordeonie,@ niesieniem siatki  
z karpiami na święta,  
trzymaniem@ drzewca, pchaniem  
wózka, pocieraniem czoła@ 
 
 
30 I 80: Śnieg IV 
 
Należy go oglądać z autobusu  
"Jelcz"@ starego typu, w którym  
3 okna całkiem czyste@ nie są  
nigdy, z zasady; i należy mieć@  
miejsce siedzące z dermy  
pociętej żyletką@ przez  
chuligana, z nudów; i należy  
lekko@ mrużyć oczy, by twarze  
stłoczone, bezkrwiste@  
(mgliście znane, z widzenia)  
pokrywały wszystek@ szarawy  
obszar szyby jak lustrzana  
śniedź;@ 
i trzeba jechać w tłoku; i  
trzeba daleko,@ na drugi koniec  
mózgu, ten, który ma przystęp@  
bezwiedny i swobodny do świata,  
danego@ raz na zawsze; i z  
łaski; i przy sobie mieć@ w tym  
autobusie to, co najbardziej  
dolega,@ ludzką woń, asymetrię,  
odroczoną śmierć@ (wsuwany - z  
góry, z wolna - do kieszonek  
serc@ paszport z trwałą  
ważnością, ale w czasie  
przyszłym),@ także kaszel,  
gderanie, łokieć, nikły śmiech -@  
dopiero wtedy można znieść ten  
ból puszysty,@ tę biel  
przeszywającą, ten zbyt czysty  
śnieg@ 
 
 
31 I 80: Trzy spojrzenia~  
przez ramię 
 

Brnąc przez świeżo spadły  
śnieg,@ ja@ toruję drogę  
jemu,@ 
nigdy odwrotnie,@ 
a on mimo to myśli z  
 
nienawiścią:@ zagnać by tego  

background image

nieroba@ do odgarniania  
śniegu@ 
 

Patrząc na tłum uliczny w  
zimowe popołudnie,@ pocieszam  
się, że jeszcze wcale@ nie jest  
tak źle:@ 
wcale nie jest tak, że co  
drugi przechodzień@ jest  
policjantem w cywilu,@ 
to tylko stąd się bierze, że  
po prostu@ co drugi dorosły  
Polak@ ma taki wygląd@ 
 

Przynajmniej mam tę pewność,  
że na całej ziemi@ jest chociaż  
jeden człowiek, który@ w tej  
chwili@ pamięta o mnie@ 
i gdzie ja pójdę, tam pójdzie  
i on;@ co więcej, jeśli z  
lenistwa albo niedbalstwa@  
straci z oczu mnie,@ swojego  
bliźniego,@ 
czeka go nie tylko potępienie  
wieczne,@ ale gorzej:@ nagana  
służbowa@ 
 
 
4 Ii 80: Śnieg V 
 
Milczkiem opadający, chyłkiem  
bielący się śniegu,@ cóż w  
lutym, za oknem, nad ranem może  
być w tobie jasnego@ 
bardziej niż to, że trzeba pod  
kołdrą jedną i ciepłą@ objąć  
się, spleść ze sobą obydwa sny,  
nim uciekną@ 
przed świtem; niż to, że  
trzeba do nastroszonej piersi@  
przemówić ciepłym językiem (już  
drzwiami trzaskają pierwsi@ 
punktualni sąsiedzi, już przez  
dwie ściany winda@ swą listę  
obecności szumi); niż to, że  
pokój rozwidnia@ 
ten chłód nagi, wilgotny,  
przed którym tylko nagie,@  
wilgotne ciepło chroni - i to,  
co zrywa się nagle,@ 
dwoiste, jednolite, zdławione,  
nie do zniesienia,@ wzbijające  
 
się z krzykiem, jawne i mroczne  
jak ziemia@ 
 
 
 
8 Ii 80: I nikt mnie~  

background image

nie uprzedził 
 
I nikt mnie nie uprzedził, że  
wolność@ może polegać także na  
tym: że@ siedzę w komisariacie  
z brulionem własnych wierszy@  
ukrytym (co za przezorność) w  
nogawce zimowej bielizny,@  
podczas gdy pięciu cywilów z  
wyższym wykształceniem@ i  
jeszcze wyższymi poborami traci  
czas@ na analizę śmieci  
wyciągniętych z moich  
kieszeni:@ biletów  
tramwajowych, kwitu z magla,  
brudnej@ chustki do nosa i  
tajemniczej (skonam ze śmiechu)  
kartki:@  
"włoszczyzna@ puszka  
groszku@ koncentrat pomid.@  
ziemniaki";@ 
i nikt mnie nie uprzedził, że  
niewola@ może polegać także na  
tym: że@ siedzę w komisariacie  
z brulionem własnych wierszy@  
ukrytym (co za groteska) w  
nogawce zimowej bielizny,@  
podczas gdy pięciu cywilów z  
wyższym wykształceniem@ i  
jeszcze niżczymi czołami ma  
prawo@ obmacywać wnętrzności  
wyszarpnięte z mojego życia:@  
bilety tramwajowe, kwitek z  
magla, brudną@ chustkę, a nade  
wszystko (nie, tego nie zniosę)  
tę kartkę:@  
"włoszczyzna@ puszka  
groszku@ koncentrat pomid.@  
ziemniaki";@ 
i nikt mnie nie uprzedził, że  
cały mój glob@ to ten odstęp,  
dzielący przeciwne bieguny,@  
między którymi nie ma właściwie  
odstępu@ 
 
 
9810 Ii 80:~ 
Czterdzieści osiem 
 
 
W zakratowanym zaduchu, na  
nieugiętych deskach@ próbuję  
zasnąć, ogrzewany z lewej@  
przez robociarza w kitlu  
(kradzież narzędzi), z prawej@  
przez waluciarza w kożuchu  
(zakłócenie@ spokoju w stanie  
wskazującym). Co@ ja mam z nimi  
wspólnego poza tą wspólną celą@  
(trzy na trzy metry), wspólnym  
celem (przespać@ dwa dni i dwie  

background image

noce), wspólnym ciepłem i@ może  
tym, że wszyscy naraz budzimy  
się, kiedy@ na korytarzu  
podrywa się nagły@ jak torsje  
skowyt kogoś kopanego@ w nerki  
czy w krocze,@ 
i może tym jeszcze,@ że  
wszyscy długo potem nie możemy  
zasnąć@ 
 
 
11 Ii 80:~ 
O dalszy pomyślny 
 
O dalszy pomyślny rozbój, tak  
żeby@ można śmiało walić  
naprzód (a@ pytać potem) bez  
potykania się na wybuchowych@  
spółgłoskach bruku, żeby nikt@  
nie nadążał budować z nich słów,  
barykad, które@ tamują ruch@ w  
interesie@ żywotnym i właściwie  
pojętym, żeby to@ jakoś szło do  
przodu, żeby@ przez usta nam to  
przeszło, ten prostolinijny@  
ryk poparcia, powiadacie: zęby@  
stoją na przeszkodzie? no to  
wybić@ to sobie z głowy, wyrwać  
z korzeniami@ język, niech nic  
nie zawadza, niech się@ rozwija  
pomyślnie, po naszej myśli  
proporcjonalny proporzec@  
wycia, o tak, to dopiero  
będzie@ rozwój na równej  
drodze@ 
 
 
15 Ii 80: Śnieg VI 
 
Ten biało farbowany lis, ten  
świat, ten wilk@ w owczej  
skórze śniegu, nie wartej  
wyprawy@ w głąb, do żywego  
mięsa ziemi - kilku chwil@  
 
wystarczy przecież, aby ten  
kożuch, wyprany@ i tak  
chemicznie ze Wszystkiego,  
Niczym@ stał się, kiedy wiatr  
ciepły dobierze mu się do  
skóry,@ kiedy z niej mało  
zieleń nie wyskoczy; niszczy@  
wierzchnie okrycia, zrzuca wciąż  
skórę ten wilk,@ ten lis, ten  
świat przebrany, nieprzebrany,  
który@ w nieczystej walce z  
czystością, wytrwały@  
drapieżnik, zawsze błyśnie  
nagim, tajemniczym,@ pstrokatym  
ciałem fiołków, rdzy, błota i  
wilg@ 

background image

 
 
4 Iii 80: Może jednak 
 
Właściwie powinienem coś  
zrobić, jakoś ich@ przestrzec,  
biec na ratunek, machając  
rękami, krzyczeć@ stójcie to  
nie ma sensu, ale kiedy widzę,@  
jak w szarym marcowym parku, w  
szpalerze nagich akacji@ idący  
przede mną chłopak, dwa razy ode  
mnie@ młodszy i rzeczywistszy,  
kładzie nieśmiało, zuchwale@  
dłoń na biodrze dziewczyny,  
jakby nigdy nic@ nie miało im  
zagrozić, jakby się nie  
zbliżali@ również w tej chwili,  
również oni, do -@ 
wtedy wydaje mi się, że może  
jednak jest jakaś nadzieja@ 
 
 
 
20 Iii 80: Elegia czwarta,~ 
przedwiosenna 
 
I znowu się udało. Znów, zimo,  
niedoczekanie,@ pocałuj mnie  
gdzieś, mrozie, i każ się  
wypchać, śniegu,@ szuflami poza  
chodnik; przeżyłem was raz  
jeszcze.@ 
I znowu się udało wziąć was na  
przeczekanie,@ tępogłowe  
bałwany; znów was zaskoczył  
świegot@ plusowych temperatur,  
spływajcie stąd nareszcie@ 
strugami, już was nie ma.  
 
Przeczekać. Zbyt się dłużą@ złe  
passy i złe czasy. Żyliśmy, by  
przeczekać@ dwie godziny pod  
sklepem i dwie doby pod  
kluczem,@ 
dwa miesiące, po których  
powtarzał każdy urząd,@ że czekać  
dalej i że niczego nie  
przyrzeka.@ Wszystko tak się  
dłużyło, że coraz było krótsze@ 
życie - i krótkie były chwile,  
którym się chciało@ powiedzieć:  
Trwaj, do diabła, nawet za cenę  
duszy;@ krótkie jak żart, jak  
dwuwiersz, stłumione jak  
rozmowa@ 
z kimś bliskim, w nocy; nikłe  
jak muzyka za ścianą,@  
nieważkie jak dwa ciała, porwane  
w lot nie dłuższy@ niż ich  
jeden zmieszany oddech. I wciąż  

background image

od nowa@  
zmęczone dni liczenie: byle do  
jakiejś wiosny@ nieznanej; byle  
do tej odwilży, tych roztopów,@  
kiedy odtaje we mnie prowizorka  
zziębnięta@  
i zacznę żyć naprawdę; na  
całego; na oścież@ targnę  
koszulę serca - a tymczasem  
roztropnie@ czekać - trzymać  
się ciepło - o szaliku  
pamiętać -@ 
Ale nie ma innego życia. Ten  
zamrażalnik,@ dokąd - aby nas  
ciepło nie zepsuło zanadto -@  
upchnięto nas, chowając rzekomo  
na lepsze dni,@ 
jest tylko najzimniejszą  
częścią zimnej spiżarni,@ do  
której z rzadka, z zewnątrz,  
wpadnie ciepło i światło,@ gdy  
Ktoś otworzy - zajrzy - i znów  
zatrzaśnie drzwi@ 
listopad 1979 - 
czerwiec 1980 
Dojść do lady~ 
(Wiersze nabywcze) 
 
Posuwać się do przodu 
 
Posuwać się tam do przodu,  
ale@ jeden za drugim, nie jeden  
za wszystkich, nie wszyscy@ jak  
jeden mąż, lepiej każdy po  
 
jednemu, osobno,@ osobno ale  
blisko, żeby luk nie było,  
żeby@ nie wepchnął się ktoś z  
boku, blisko@ ale się nie  
pchać, nie pchać nosa w cudze@  
plecy, posuwać się ale@ nie do  
przesady, powtarzam: nie do  
przesady@ tylko do przodu, nie  
pchać@ noża w cudze sprawy,  
każdy ma swoją, po@ jednej,  
po@ jednemu, osobno, chociaż  
jak rząd kiełbas@ przebici  
jesteśmy jednym, prostym  
rożnem@ nienawiści jednego do  
wszystkich i wszystkich@ do  
jednego, tego pierwszego, no nie,  
ten się już posunął@ za daleko,  
do samej lady, gdzie zabiera@  
nam sprzed nosa, spod noża  
ostatnią@ kiełbasę,@ która  
należała się nam, niech on nie  
pcha@ nosa w cudzą kiełbasę,  
niech nie pcha noża w cud@  
naszej chwilowej wspólnoty, no,  
może przesada@ z tym cudem, ale  
w końcu@ jakoś się pcha@  

background image

wspólnymi siłami, wszyscy na  
jednego@ naszą daleko posuniętą  
bezsilność i@ ostatecznie nawet  
ten jeden szczęśliwiec@ ujdzie  
w tłoku@ z kiełbasą@ i  
życiem@ 
 
 
Grunt to zachować porządek 
 
Grunt to zachować porządek,@  
tu koniec, tam początek,@ nie  
dostawiać się z boku;@ 
trochę więcej kultury i  
ładu,@ towaru starczy za  
ladą,@ marny, ale jest, chwała  
Bogu;@ 
przed oczami plecy z  
łupieżem,@ na karku oddechy  
nieświeże:@ moje miejsce jest  
między ludźmi,@  
tak jak oni z życiem, przez  
życie@ dojść do ładu, dojść do  
lady sobie życzę;@ bo co za  
nią? lepiej się nie łudźmy@ 
 
 
 
Co dziś rzucili 
 
 
Co dziś rzucili@ w błoto a co  
na wiatr, kogo tam znów@  
rzucili na kolana a kogo  
błotem@ obrzucili, na kogo to  
błoto rzuca@ określone światło  
a komu@ rzuca piaskiem w oczy,  
komu rzuca@ się w oczy to  
błoto, komu do@ gardła się  
rzuca a komu najwyżej@ na mózg  
się rzuciło, ale pozwólmy tu  
sobie@ na krótki rzut błota  
wstecz, wspomnijmy tradycyjną@  
pieśń nie rzucim@ ziemi skąd  
nasz@ brud, przepraszam trud,  
trud_@ no darmo, nie rzucimy i  
dziś, rzucimy@ się w tę  
przepaść błota, w którą może@  
rzucą dziś wreszcie jakiś@  
ochłap, przepraszam@ towar,@  
chociaż czy@ 
 
 
 
Braki, odrzuty,~  
produkty zastępcze 
 
Więc to już zawsze tak, już  
zawsze zamiast@ gwiazdy  
pierwszej świetności dorsz  
drugiej świeżości,@ więc zawsze  

background image

ziemia sztucznym miodem,  
rozwodnionym@ mlekiem będzie  
płynęła, a w księdze  
przeznaczeń,@ odbitej na  
papierze piątej klasy, zawsze@  
gdzieś w środku będzie brakować  
arkusza?@ 
Więc to już zawsze, tak, już  
zawsze. Zamiast@ ostatecznej  
jasności i pierwszej jakości@  
przed oczami wciąż będą paczące  
się drzwi@ z obluzowaną klamką,  
a nie rajskie wrota.@ Objadając  
się śpiesznie przy chwiejnym  
stoliku@ przecenionym bigosem,  
jakże tu wyszeptać:@ 
"Więc to już". Zawsze tak. Już  
zawsze zamiast@ wołać: "Chcę  
żyć jak człowiek", szukać dziury  
w całym@ niebie, jakie ci dano  
- będziesz żył jak człowiek,@  
czyli: patrząc przez palce,  
przymykając oczy.@ Dziury w  
niebie nie będzie, gdy zaczniesz  
 
tak żyć.@ I przyciasna korona z  
głowy ci nie spadnie.@ 
Więc to już nigdy? Tak, już  
nigdy. Zamiast@ prowizorki,  
tandety, trzeciej kategorii@  
nie nastanie świat świetny,  
świetlisty i świeży.@ Bo skąd  
zresztą wiadomo, że ten świat  
gdziekolwiek@ jaśnieje, skoro  
nigdy nikt nie odpowiada@ za  
ukryte usterki. Ani na  
wołanie.@ 
 
 
Pan tu nie stał 
 
Pan tu nie stał, zwracam panu  
uwagę,@ że nigdy nie stał pan  
za nami@ murem, na stanowisku  
naszym też@ pan nie stał, już  
nie mówiąc, że na naszym czele@  
nie stał pan nigdy, pan tu nie  
stał, panie,@ nas na to nie stać,  
żeby pan tu stał@ obiema nogami  
na naszej ziemi, ona stoi@ przed  
panem otworem, a pan co,@ stoi  
pan sobie na uboczu@ wspólnego  
grobu, panie, tam jest koniec,@  
nie stój pan w miejscu, nie  
stawiaj się pan, stawaj@ pan w  
pąsach na szarym końcu, w końcu@  
znajdzie się jakieś miejsce i  
dla pana@ 
 
 
 

background image

Niech Pan zajmie mi miejsce 
 
Niech Pan zajmie mi miejsce,@  
którego tak mało@ między tym ze  
świecznika@ a tym ze  
śmietnika@ (bo stoją bliżej  
siebie niż na to wygląda,@ z  
ich ciał, zbratanych ściskiem,  
ten sam śpiewa pot:@ 
chociaż cię dławimy@ chociaż  
cię dławimy@ ale cię zbawimy@  
ale cię zbawimy);@ 
niech Pan to miejsce trzyma@  
dla mnie, ja tu wrócę@ między  
tych z samogonem@ a tych z  
samochodem@ (mimo że obie  
strony odmówią mi wstępu,@ z  
oczu, bliźniaczo obcych, ten sam  
zabrzmi wzrok:@ 
 
chociaż cię ranimy@ chociaż  
cię ranimy@ ale cię chronimy@  
ale cię chronimy);@ 
nie pomoże ucieczka@ w  
podróż, w sen, czy w siebie:@  
między tytułowanych@ a  
tatuowanych@ i tak powrócę,  
Panie (bo jedni i drudzy@  
gdzieś z pokrewnego środka  
skandują tę krew:@ 
choć cię kaleczymy@ chociaż  
tratujemy@ ale cię leczymy@  
ale ratujemy@ choć cię  
kaleczymy@ chociaż tratujemy@  
ale cię leczymy@ ale  
ratujemy)@ 
 
 
Każdy może stać 
 
Pamięci nieznanej kobiety,  
której śmierć w przeddzień  
Wszystkich Świętych 1979 stała  
się przyczyną czasowego  
zamknięcia sklepu mięsnego przy  
ul. Ściegiennego, a stąd  
zrozumiałego zawodu i  
rozgoryczenia pozostałych  
klientów 
 
Może nie karkówki, lecz za to  
ile otuchy@ mógł wynieść z tego  
wydarzenia i@ sklepu mięsnego  
(karkówka@ to mięso) każdy, kto  
widział, jak starsza@ kobieta,  
na wpół mdlejąc w tłoku (mięso@  
to białko), osuwa@ się na  
klęczki, ale ostatkiem sił,@  
czepiając się cudzych toreb i  
jesionek, znowu@ dźwiga się  
(białko@ to życie) do pozycji  

background image

pionowej, po czym@ dopiero,@  
utrzymywana w niej przez napór  
innych (życie@ to walka)  
ciał,@ umiera na serce,@  
stanowiąc tym samym żywy, tj.  
właściwie nieżywy dowód@ prawdy  
zawartej w sentencji: lepiej  
umrzeć@ stojąc,@ niż żyć na  
kolanach@ 
 
 
Przepraszam, kto jest ostatni 
 
Przepraszam, kto jest ostatni,  
 
ten@ gorszy wprawdzie, kto  
pierwszy,@ ten lepszy, zgoda,  
ale i tak@ ostatni będą  
pierwszymi,@ jeśli tylko  
odstoją@ swoje@ bez  
przepychanki i z zachowaniem  
porządku,@ 
i nikt ich wtedy nie zwymyśla  
od ostatnich;@ 
więc przepraszam bardzo, ale  
musimy@ w końcu@ bronić się do  
ostatniego przed@ utratą tej  
ostatniej@ nadziei,@ jaka nam  
jeszcze została@ 
 
 
Za czym państwo stoją 
 
Kobiety w średnim wieku,  
staruszki, emeryci:@ za czym  
stanęliście murem pod murem tej  
kamienicy,@ w której ceglanym  
pierścieniu tkwi brylant witryny  
"Mięso"?@ 
za czym stoicie tym murem, tym  
chórem codziennej tragedii,@ za  
jakim sensem powszechnym,  
potrzebnym i powszednim,@  
oprawnym w wers kolejki, który  
łatwo ogarnąć pamięcią?@ 
za jaką - dzień w dzień, ramię  
w ramię - stoicie barykadą,@  
komu te oczy zgaszone mają w  
oczy świecić przykładem,@ jaki  
ład osłaniacie tym murem  
płaskich twarzy?@ 
za jaką mgłą mętną, mdłą męką  
od czwartej rano stoicie,@  
skazańcy pod murem straceń  
oczekujący o świcie,@ że z mgły  
przybędzie ratunek, że zdąży,  
coś zdąży się zdarzyć?@ 
za czym stoicie, co za tym  
wszystkim (nie, Wszystkim)  
stoi -@ nie wiem, o szare  
kobiety, emeryci zgarbieni moi,@  

background image

ciśnieniem niewidzialnej nadziei  
przyparci do muru,@  
niewidzialnego sensu -  
niewidzialnego dla mnie, lecz  
także mojego;@ i ja też stoję  
za nim, choćbym zrywał się,  
szarpał, odbiegał,@ ja też,  
wśród milczącego i zmęczonego  
chóru.@ 
 
październik 1979 - luty 1980 
 
Z tomu~ 
"Atlantyda"~ 
(1986) 
 
Historia 
 
Dziesięcioletni, wybiega na  
zapuchniętą od snu ulicę.@  
Słońce czerwca zgrzyta pod  
stopą, odbite w rozsypanym  
szkle.@ 
Zamknięty kiosk jak latawiec  
ciągnie za sobą wstęgę@  
kolejki. Ludzie milczą, z rzadka  
podnosząc oczy.@ 
Normalnie o tej porze gazety  
zawsze już były.@ Moneta poci  
się w garści. Gdy wraca pędem do  
domu,@  
dwaj mundurowi przy słupie  
ogłoszeniowym na rogu@ usiłują  
jakimś narzędziem - najwyraźniej  
jest to śrubokręt -@ 
wyciąć z słoniowej skóry  
cyrkowych afiszy@ naklejoną na  
wierzchu, ręcznie pisaną  
kartkę.@ 
Poza kręgiem podejrzeń  
gęstnieje grupka gapiów.@  
Mundurowi mozolą się,  
zakłopotani@  
tępą przypadkowością swojego  
narzędzia:@ nie mieli  
właściwego na tę okoliczność.@ 
 
 
Grażynie 
 
Pamiętać o papierosach. Żeby  
zawsze były pod ręką,@ gotowe  
do wsunięcia w kieszeń, gdy  
znowu go zabierają.@ 
Znać na pamięć przepisy  
dotyczące paczek i widzeń.@  
Sztukę zmuszania mięśni twarzy  
do uśmiechu.@ 
Jednym chłodnym spojrzeniem  
gasić wrzask policjanta,@  
zaparzać spokojnie herbatę, gdy  

background image

oni bebeszą szuflady.@ 
Z obozu albo szpitala słać  
listy, że wszystko w porządku.@ 
Tyle umiejętności, taka  
 
perfekcja. Mówię poważnie.@  
Chociażby po to, aby się nie  
zmarnowały,@ nagrodą za to  
wszystko powinna być  
nieśmiertelność,@ a już co  
najmniej jej wybrakowana wersja,  
życie.@ 
Śmierć. Nie, to niepoważne,  
nie przyjmuję tego do  
wiadomości.@ Z iloma  
trudniejszymi sprawami dawałaś  
sobie radę.@ Jeżeli kogoś  
podziwiałem, to właśnie  
ciebie.@ Jeśli co było trwałe,  
to właśnie ten podziw.@ Ile  
razy chciałem ci powiedzieć. Nie  
było jak.@ Wstydziłem się luk w  
słownictwie i mikrofonu w  
ścianie.@ Teraz słyszę, że za  
późno. Nie, nie wierzę.@ 
To przecież tylko nicość.  
Jakże takie nic@ ma stanąć  
pomiędzy nami. Na złość, na  
zawsze zapiszę@ tę kreskę na  
tęczówce, zmarszczkę w kącie  
ust.@ Zgoda, wiem, nie  
odpowiesz na moją ostatnią  
pocztówkę.@ Ale będę za to  
winić coś rzeczywistego,@  
listonosza, katastrofę lotniczą,  
cenzurę,@ nie nieistnienie,  
które, zgódź się, nie  
istnieje.@ 
XI_XII, 1982 
 
 
Kiedyś, po latach 
 
"Kiedyś, po latach, Historia  
przyzna nam rację."@ Ale  
Historia niczego nie przyzna,  
nie przyzna@ się do niczego,  
Historia nie odezwie się już ani  
słowem, Historia@ leży pod  
półtora metrem piasku albo  
gliny,@ pod skórą Historii  
zgęstniała w sińce krew@ z  
wolna przemieszcza się w dół,  
zgodnie z prawami ciążenia,@ w  
oczach Historii jest pustka i  
nad wybitymi zębami@ nawet nie  
drgną jej na zawsze  
zaciśnięte,@ na zawsze  
uciszone, na zawsze  
osiemnastoletnie wargi@ 
 

background image

Dyletanci 
Zbigniewowi Herbertowi 
 
Pozbawieni zaślepienia  
historycy niewątpliwie wydobędą  
na jaw@ zastanawiającą cechę  
tego społeczeństwa,@ która  
stawia w określonym świetle całą  
jego manię wielkości:@ było  
to@ społeczeństwo dyletantów.@ 
Aktorka marnowała swój talent  
zbierając podpisy i składki.@  
Porad prawnych udzielał krytyk  
literacki (wykształcony za  
państwowe pieniądze),@  
suwnicowa, śmiechu warte,  
zasiadała przy konferencyjnym  
stole,@ powielacze klecone  
przez fizyka jądrowego@ były,  
powiedzmy sobie szczerze,@  
żałośnie prymitywne.@ 
Każdy robił nie to, co do  
niego należało.@ 
Rzecz prosta, miały w tym swój  
udział pewne niedobre  
tradycje,@ wszyscy ci poeci  
liryczni szturmujący bez  
przeszkolenia Belweder,@ nie  
pilnujący kopyta szewcy z  
szablami, damy w czerni@  
skubiące szarpie bez pojęcia o  
higienie -@ jakby nie można  
było pozostawić pewnych spraw w  
ręku ekspertów!@ 
Tradycja nie usprawiedliwia  
jednak wszystkiego.@  
Pożałowania godny wydaje się  
zwłaszcza fakt,@ że właśnie  
specjalistami społeczeństwo to  
pogardzało najbardziej,@ nie  
szczędząc docinków wszystkim  
owym cichym bohaterom,@ którzy  
robili to, co do nich  
należało,@ przetrząsali  
chlebaki, odklejali koperty nad  
parą,@ spędzali długie godziny  
ze słuchawkami na uszach,@  
zawsze fachowo,@ zgodnie z  
kwalifikacjami,@ bez słowa  
skargi na nudę.@ 
A przecież i wśród nich byli  
na pewno tacy,@ którzy tłumili  
w sobie prywatną pasję do  
Rembrandta lub ichtiologii!@ 
Z drugiej strony, wielu z  
 
tamtych też by zapewne wolało@  
wrócić do swojej suwnicy,  
eklogi, reaktora,@ ale cóż:  
powodowała nimi presja  
środowiska,@ dla niepoznaki  

background image

określana jako współczucie lub  
honor.@ 
Na takiej amatorszczyźnie  
oparte, życie nie mogło się  
toczyć@ gładko,@ bez  
przeszkód,@ odbierając jak  
należy z rąk każdego@ to, co do  
niego należało.@ 
 
 
Cóż dzisiaj 
"Była niegdyś od morza do  
morza,@ dziś być musi od dłoni  
do dłoni.@" 
(Peiper  
"Powojenne wezwanie") 
 
Dzisiaj, cóż dzisiaj. Dziś być  
musi od teraz do zawsze.@ Dziś  
być musi od ciała do koszuli, na  
grubość@ pliku świeżych ulotek.  
Od Odry do Bugu,@ z przesiadką  
we Frankfurcie nad Menem i  
dożywotnim postojem w  
Cleveland.@ Od judasza do  
blindy, cztery kroki. Od  
zamknięcia do otwarcia oczu,@  
siedem godzin, od otwarcia do  
zamknięcia oczu,  
siedemdziesiąt@ lat. Dziś musi  
być czytana od środka, od deski  
rzuconej@ na dno ziemi do deski  
przywalonej grudami chmur.  
Dziś@ wystarczy, że jest od  
początku do szczętu,@ od  
niechcenia do szpiku kości,  
nieuchwytna,@ nieobjęta,  
dotykalna, dotkliwa,@ dziś być  
musi od nigdy do teraz.@ 
 
 
Kwestia rytmu 
 
W dzieciństwie nigdy nie umiał  
maszerować w nogę,@ w każdym  
pochodzie było to samo: zanadto  
skupiony@ na konieczności  
zachowania rytmu, usztywniał  
krok,@ wypadał z szyku i, jak w  
koszmarnym śnie,@ wszystkie  
 
spojrzenia kierowały się na  
niego.@ 
Po latach, na patriotycznej  
mszy,@ nagle uświadamia sobie ze  
zgrozą, że nie umie się  
przeżegnać.@ Nie wie, którą  
ręką i w którą stronę; robił to  
tyle razy,@ ale zawsze  
odruchowo, bez zastanowienia.@  
Wszyscy wokół wykonują ten gest,  

background image

jednocześnie i płynnie, jak w  
balecie,@ teraz można by to  
naśladować, ale jest o sekundę  
za późno,@ jego  
nieprzynależność byłaby jeszcze  
bardziej widoczna,@ rytm jeszcze  
wyraźniej zakłócony.@ Stoi z  
opuszczonymi rękami i choć  
spojrzenia@ biegną w stronę  
ołtarza, jest znowu tak,@ jakby  
wszyscy patrzyli tylko na  
niego.@ 
Dlaczego właściwie nigdy nie  
nauczył się na pamięć@ tekstu  
tej pieśni, znanej każdemu od  
wieków?@ Porusza niemo i  
rytmicznie ustami, aby  
przynajmniej@ wyglądać jak  
należy, myśląc z rozpaczą:  
nieprawda,@ mimo wszystko  
jestem z nimi, po ich stronie.@ 
 
 
Msza za Polskę~  
w St. Paul's Church,~  
grudzień 1984 
 
"A teraz, bracia i siostry,  
otwórzmy śpiewniki na hymnie@  
numer trzydzieści osiem"; w  
głębi nawy@ bez przekonania  
zawodzi niemowlę, niechybnie@  
mokra pieluszka; przeciąg  
zimnymi klinami@ podważa  
klęczące kolana; ten ksiądz@  
wygląda na Irlandczyka; ktoś z  
tyłu sucho zakaszlał,@  
otrzepywanie nogawek, chyba znów  
można siąść,@ tak, wszyscy  
siadają; to znaczy, z wyjątkiem  
stojących na baczność@  
weteranów z sztandarem; brunetka  
w futrze wymyka@ się na palcach  
(ze skrzypiącej szpary w  
półmroku wionie@ jasny uliczny  
 
mróz, aż się ugina płomień@  
świec) i wraca, zatkawszy monetą  
przełyk licznika;@ "dłonie  
przebite ćwiekami; za plecami  
związane dłonie"@ 
czyżby z tym nic wspólnego nie  
miały? z reumatyzmami@ w  
kościach, drobnymi w kieszeniach  
i rodzinami na karku,@ z  
rezygnacjami, do których nigdy  
się nie przyznamy,@ z  
ucieczkami od strachu  
sprzedawanego na kartki,@ z  
haftem chorągwi i hymnów ("Jak  
długo męka twa trwa,@  

background image

Ojczyzno", przy bocznym ołtarzu  
emigracyjny kontrakt,@ "twa -  
trwa"! powinno się dawać mandat  
za takie dwa@ zaparkowane zbyt  
blisko słowa), z naszą po  
kątach@ świata upchniętą  
wspólnotą, skrzypieniem głosek,  
nalepką@ na zderzaku, z wiarą w  
leżące zbyt ciężkim krzyżem  
słowa@ lub w żart ("Czy wierzę?  
Bóg mi świadkiem, nie wiem")  
wciąż od nowa@ z klęsk i  
klęczek wstający zbyt desperacko  
i lekko;@ "głowa w cierniach;  
pałkami zmasakrowana głowa"@ 
czy to obejmie, czy się to w  
niej mieści?@ Bóg nam  
świadkiem, nie wiemy. Otwieramy  
śpiewniki na hymnie@ żywego  
ciała, numer nieskończony, na  
jego treści@ żołądkowej,  
śluzówce, nerwach wrażliwych na  
zimno@ i ból; tylko takimi  
możesz nas objąć, pojąć i  
mieć,@ ze wszystkim, ze  
zdrętwiałym kolanem, spłowiałą  
chorągwią,@ nielogiczną  
miłością do tych a nie innych  
miejsc,@ twarzy, skrzypiących  
dźwięków; z nieuleczalną  
chorobą@ nadziei; i z  
zapomnieniem; i z rozdzierającym  
je błyskiem@ zrozumienia, jak  
to jest, kiedy bez świadka i  
światła@ ginie się wśród  
niewiedzy pulsującego krwią  
świata,@ słysząc własne  
słabnące, decydujące o  
wszystkim@ "wołanie znad belki  
krzyża; uderzenia w bagażnik  
 
fiata"@ 
 
 
Nowy Świat 
 
Jedyny problem - znaleźć  
miejsce do parkowania,@  
wszystkiego poza tym mogę być  
mniej więcej pewny,@ porannej  
gazety na progu, wysokości  
federalnego podatku,@  
sprawdzających się prognoz  
pogody, zapachu mydła@  
wionącego od mijanych kobiet,  
uśmiechu@ kasjera w banku,  
punktualnego nadejścia  
śmierci,@ nawet tego, że  
wracając z pracy znajdę@ w  
skrzynce na listy, obok  
rachunków, prospektów i  

background image

reklam,@ pocztówkę z widokiem  
Nowego Światu i pozdrowieniami@  
od aresztowanego tymczasem  
przyjaciela.@ 
Cambridge, Mass., 
1982_#1985 
 
 
R~esum~e 
 
Moje niedoceniane tutaj  
kwalifikacje i osiągnięcia:@  
ja, ekspert na skalę  
wschodnioeuropejską w kwestiach  
odmowy zeznań i mówienia między  
wierszami,@ wielokrotny mistrz  
osiedla w konkurencji zdobywania  
miejsca w kolejce,@ rekordzista  
województwa w godzeniu się z  
losem na bliższą i dalszą  
metę,@ dyplomowany specjalista  
w dziedzinie czekania na  
autobus@ godzinami, w zamieci,  
w polu szczerym jak uzasadnienie  
wyroku;@  
jakże to się marnuje tutaj,  
gdzie wolność i gdzie wszystko  
gra jak w kwarcowym zegarku.@ W  
dodatku młodość zeszła na  
nabywaniu tamtych kwalifikacji@  
i już się nie nauczę (nie to  
zdrowie i nie ta głowa, panie)@  
nowych, bardziej przydatnych na  
tutejszym rynku:@ sztuki  
nieskrępowanego uśmiechu i  
 
niezachwianej pewności,@ że  
można być tym, kim się chce  
być.@ 
 
 
Wrzesień 
 
W pokoju z biurkiem, tablicą i  
nie dającym się otworzyć oknem@  
(klimatyzacja) wyjaśnia  
znaczenie zdania@ "goniąc za  
żywiołkami drobniejszego  
płazu"@ grupie złożonej z  
Mulata, Japonki, dwojga  
Anglosasów,@ nowojorskiego Żyda  
i kalifornijskiej Irlandki.@ Po  
chwili skupionego milczenia  
Japonka podejmuje czytanie,@  
brnąc po kostki przez Bałtyk  
spółgłosek. Za oknem wieżyczka  
Lowell House@ złoci się w  
słońcu, jak co roku świeżo  
odmalowana.@ Skończyło się,  
dawno temu. Co? Młodość. W  
promieniu@ co najmniej mili  

background image

(1609,31 m)@ jeszcze przez  
dobre pięć minut oprócz niego  
nie będzie nikogo.@ Kto by  
wiedział, co znaczą słowa  
"spólny łańcuch" oraz "ziemskie  
kolisko".@ 
 
 
Naród, któremu się~ 
lepiej powiodło 
 
Naród, któremu się lepiej  
powiodło,@ może, czemużby nie,  
przybrać postać studenta School  
of Dentistry@ (taki  
przynajmniej napis szczerzy  
trzonowce na jego koszulce),@  
który w tej właśnie chwili, na  
rogu Brattle i Church Street,@  
przytracza łańcuchem rower do  
parkingowego licznika.@ 
Naród, któremu się bardziej  
udało,@ ma, domyślasz się,  
swoje własne poważne problemy,@  
trądzik młodzieńczy, egzamin, od  
którego wszystko zależy,@  
skandaliczny koszt studiów,  
niezrozumiały fakt,@ że Jane z  
drugiego roku udaje  
obojętność.@ 
 
Naród, który wygrał lepszy  
los,@ jest godny twojego  
podziwu, nie taniej kpiny.@ Bo  
niby z jakiej racji miałby mu  
się dostać los gorszy.@ Bo w  
tym, że inni nie widzą wyjścia,  
nie ma jego winy.@ Przechodzisz  
obok niego, a naród znad ramy  
roweru@ ogarnia cię pojemnym,  
nie czyniącym różnic  
uśmiechem.@ 
 
 
Garden party 
 
"Pomarańcza, jak widzę, z Malty  
- wyśmienita!" 
(Norwid) 
 
"Przepraszam, nie dosłyszałam  
nazwiska?... Banaczek?...@ Czy  
to czeskie nazwisko? A, polskie!  
To znaczy,@ pan z Polski? jakże  
miło. Państwo przyjechali@ całą  
rodziną? dawno?", "No nie,  
wybacz, Sally,@ zamęczasz  
pytaniami, a trzeba, po  
pierwsze,@ zaprowadzić do stołu  
- proszę, tu krakersy,@ "potato  
chips", sałatka - pan sobie  

background image

naleje@ sam, prawda? Witaj,  
Henry -", "I co też się dzieje@  
ostatnio w Polsce? Co porabia  
Wa..., no, ten z wąsami,@ zna  
go pan osobiście? nie? Widzę  
czasami@ w dzienniku  
demonstracje - choć czy można  
wierzyć@ tej naszej telewizji,  
koszmar, prawda? jeży@ się włos  
od wszystkich tych reklam -  
cenzury -@ Europejczycy  
słusznie twierdzą, że kultury@  
nam brakuje -", "Cześć, jestem  
Sam. Mówi mi Billy,@ że pan z  
Polski - znam Polskę, widziałem  
dwa filmy@ z Papieżem - ten  
wasz Papież nic nie wie o  
świecie,@ straszny  
konserwatysta -", "A jak pańskie  
dzieci?@ Mówią już po  
angielsku? Czy chodzą do  
dobrej@ szkoły?", "Te szkoły  
publiczne to problem@ numer  
jeden, niestety -", "Nie zgadzam  
się, Sammy,@ szkoły są lepsze,  
 
jeśli rodzice, my sami,@ dbamy  
o to -", "Tak, ale budżet  
federalny -",@ "Hej, wy tam,  
skończcie wreszcie, co to za  
fatalny@ obyczaj - dyskutować  
przy winie, zakąsce@ na poważne  
tematy -", "Więc? co słychać w  
Polsce?" 
 
 
Druga natura 
 
Po paru dniach oko się  
przyzwyczaja@ do wiewiórki,  
szarej, a nie rudej jak Pan Bóg  
przykazał,@ do samochodów,  
przeciętnie o półtora metra za  
długich,@ do zbyt czystego  
powietrza, w którym rysują się  
świeżo malowane@ reklamy na  
dachach, obłoki i pożarowe  
drabinki.@ 
Po paru tygodniach  
przyzwyczaja się ręka@ do innej  
pisowni jedynki i do  
nieprzekreślania siódemki,@  
nie mówiąc o opuszczaniu kreski  
nad "n" w podpisie.@ 
Po paru miesiącach nawet język  
umie układać się w ustach@ w  
ten jedyny sposób, który  
zapewnia właściwą wymowę  
"the".@ Jeszcze parę miesięcy  
i, przyklękając na ulicy, aby  
zawiązać sznurowadło,@  

background image

uświadamiasz sobie, że robisz  
to, aby zawiązać sznurowadło,@  
nie po to, aby rutynowo zerknąć  
przez ramię,@ czy ktoś za tobą  
nie idzie.@ 
Po paru latach śni się sen:@  
stoisz przy zlewie w kuchni  
leśniczówki@ w pobliżu  
miejscowości Sieraków, gdzie po  
maturze, nieszczęśliwie  
zakochany, spędzałeś wakacje,@  
twoja lewa dłoń unosi czajnik,  
prawa kieruje się w stronę gałki  
kranu.@ Sen, jakby uderzył w  
ścianę, staje nagle w miejscu,@  
z męczącym natężeniem skupiając  
się na niepewnym szczególe:@  
czy gałka była porcelanowa, czy  
mosiężna.@ Śpiąc jeszcze, wiesz  
przeraźliwie jasno, że od tego  
 
wszystko zależy.@ Budząc się  
wiesz równie jasno, że nigdy się  
nie przekonasz.@ 
 
 
Nie używać słowa "wygnanie" 
 
Stać obiema stopami na twardym  
gruncie tej chwili,@ gdy kostka  
jezdni podbiega zakosem, uderza  
piekąco w podeszwy@ i,  
wytracając pęd, łomocząc  
trampkami w licealnej torbie,@  
zbaczasz łukiem na chodnik (te  
trzy, dokładnie trzy kroki)@ a  
siedemnastka wlecze swój  
ciemnozielony zgrzyt@ po  
przeciwbieżnym łuku szyn za róg  
Mielżyńskiego i Fredry.@ 
Całą powierzchnią dłoni  
trzymać się uparcie tej klamki@  
na stacji kolejowej Nojewo, w  
pachnące deszczem i krowim  
nawozem lato,@ jej grubej,  
drewnianej walcowatości,  
wyślizganej przez miejscowe  
ręce,@ naciskać co chwilę,  
wyczuwać moment luzu i opór  
sprężyny.@ 
I nie używać słowa "wygnanie",  
bo to nieprzyzwoicie i bez  
sensu.@ Można spojrzeć na  
sprawę z dwóch punktów  
wytężonego widzenia.@ Albo nikt  
cię nie zepchnął z jezdni, po  
której wciąż jeszcze@  
biegniesz, przez mgnienie  
trwające do tej pory,@ nikt ci  
nie wydarł z rąk klamki  
uchwyconej na sekundę, na  

background image

zawsze.@ Albo też sam,  
natychmiast gdy skręcałeś na  
chodnik, wchodziłeś w drzwi  
dworca, zostawiałeś je za sobą,  
samolubnie@ porzucone, bo z  
każdą chwilą wybiera się inne  
życie.@ 
 
 
Ziemia usuwała się spod nóg 
 
Ziemia usuwała się spod nóg,  
ruchomy chodnik@ rozsuwających  
się kontynentów unosił cię coraz  
dalej@ z tekturową walizką u  
 
nogi i wiązanką więdnących  
dalii@ na pożegnanie  
wręczonych, a górą niósł się  
głos chłodny@ megafonistki?  
anioła? nieważne, dość że  
żądali@ czegoś od ciebie głosem  
na kształt poziomej pochodni,@ 
a ziemia usuwała się spod nóg,  
wyszarpnięty ukradkiem@ dywanik  
w niemej komedii; nie gorzej niż  
Hardy czy Laurel@ traciłeś  
równowagę i, ratując się przed  
upadkiem,@ machałeś niezgrabnie  
rękami, w imitacji, dość nawet  
udatnej,@ przybysza, który już  
wita nowy ląd; i grałbyś jeszcze  
tę rolę,@ lecz głos wyznaczał  
ci celne i celestialne  
kontrole,@ 
a ziemia usuwała się spod nóg,  
latający dywan,@ który w  
zniecierpliwieniu chce znieść ze  
swojej powierzchni@ zbędny  
balast; głos żądał, abyś się  
udał pośpiesznie@ do bramy  
numer szesnaście, i dywan już  
się wyrywał@ spod zabryzganej  
jeszcze miejscowym błotem  
podeszwy,@ i przyśpieszałeś  
kroku, swój własny kibic i  
rywal;@ 
a ziemia usuwała się spod nóg,  
może tylko deska@ zapadni; i  
zamiast stać jak wrośnięty w  
ziemię,@ zamiast pędzić wraz z  
nią na zabój i na przestrzał,@  
spadałeś w głąb, i było coraz  
powolniej i ciemniej,@ i  
odrzutowy ryk nieba cichł, i  
głos w górze obwieszczał@  
zimnym ostrzem płomienia twoje  
kolejne spóźnienie@ 
 
 
Atlantyda 

background image

 
"Tak samo jeden porucznik, co  
żeśmy@ go mieli w wojsku,  
nazwisko Woźniak, chłop,  
panie,@ jak świca", i przy  
skroni prostolinijny i trzeźwy@  
chłód nożyczek, gdzieś z tyłu  
brzytwy o rzemień klaskanie,@  
kapela Dzierżanowskiego szczerzy  
klarnety z radia@ i woda  
 
"Przemysławka" ma wszystko w  
kolońskiej opiece;@ że  
odpłynąłem na inny kontynent, to  
nieprawda,@ a raczej, to bez  
znaczenia; byliśmy już wtedy  
przecież@ - osiemnaście,  
dwadzieściaa lat temu? zresztą,  
to obojętne@ z kim, kiedy i czy  
naprawdę na rogu Libelta i  
Placu@ Młodej Gwardii - jak dwa  
cal po calu rozsuwające się  
kontynenty,@ połączone już  
tylko ostatnią mierzeją  
palców,@ co pochylały mi głowę,  
aby dokładniej wygolić@ kark;  
ostatnią mielizną głosu, niknącą  
powoli@ - przez sekundę, przez  
lata - w głucho dzielącej nas  
wodzie;@ już wtedy zaczynała  
nieodwołalnym ołowiem@ zapadać  
się w nią jeszcze jedna stracona  
tajemnica,@ Atlantyda  
porucznika Woźniaka, który był  
prosty jak świca,@ którego los  
naprawdę nic mnie nie  
obchodził@ i o którym niczego  
więcej się nie dowiem@ 
 
 
Small talk 
 
Jak Się Masz, Mam Się Dobrze;  
kto mówi, że nie ma@ mowy o  
jakiejkolwiek rozmowie między  
nami,@ że nie ma porozumienia  
między murkiem z szarego  
kamienia@ i drżeniem okiennej  
ramy i tęczowymi plamami@ oleju  
na asfalcie, a mną; dlaczego  
niby skłamany@ miałby być  
dialog mój z nimi, czemużby  
miała być niema@ ta konwersacja  
hydrantu, mgły, schodów,  
zgrzytu, gałęzi@ ze mną,  
zagadywanym - w przelocie, w  
przejściu, przejazdem -@  
pytaniem wciąż tym samym i wciąż  
tak samo przyjaznym@ Co  
Słychać, Wszystko W Porządku;  
przecież serdecznie gawędzi@ ze  

background image

mną, wśród tylu gości, ten  
świat, gospodarz przyjęcia,@  
klepie mnie po ramieniu  
kordialnym pytaniem, poświęca@  
chwilę cennego czasu, całkiem  
 
przy tym świadom,@ że wszystko,  
co odpowiem, i tak nie będzie  
mieć większej@ wagi, że nie  
jest przyjęte, aby się zbytnio  
wywnętrzać@ w wymianie zdań ze  
znanym od tak niedawna  
światem,@ że zresztą, choćbym  
nawet chciał, i tak nie zdążę@  
wyjść w tej krótkiej rozmowie  
poza I Jak Tam, Niezgorzej@ 
 
 
Ze wstępu do rozmówek 
 
Celem jest mówić płynnie, choć  
w języku, który@ do końca  
będzie obcy. Ale co to znaczy@  
mówić płynnie? To raczej mieć  
wzgląd na słuchaczy,@ niż  
przełamywać sztywność tej  
wyschłej tektury,@ języka w  
nietutejszej gębie. Rzecz w tym,  
żeby@ pozwolić im się przemknąć  
jak na wodnych nartach@ przez  
sztuczny staw rozmowy, cokolwiek  
jest warta@ jej głębia po  
kolana; aby bez potrzeby@ nie  
hamować ich zjazdu po zjeżdżalni  
słów@ w brodzik porozumienia;  
gdy rozmowa będzie@ sportem  
wodnym, gdy w swoim tęponosym  
pędzie@ ledwie muśnie  
powierzchnię obły  
ślizgacz_słuch,@ gdy dna mu nie  
rozpruje kołek epitetu@  
nieoczekiwanego, albo nagła  
rafa@ zwierzenia - słowem,  
kiedy słowo gładko trafia@ na  
słowo i zdań fala nie podnosi  
grzbietu@ ponad dopisujące  
zdrowie i tę wściekłą@ drożyznę  
i pogodę doprawdy dziś ładną,@  
gdy mówisz to, co umiesz, nie  
to, co byś pragnął - na chwilę  
was opływa płytkiej unii  
ciepło@ i w pluskaniu  
podmiotów, chlupocie orzeczeń@  
nareszcie zapominasz o tym, że  
ruch warg@ może być nieraz -  
bywał nieraz - wart@ coś  
więcej; mówić płynnie, to  
rozumieć, że się@ nie opłaca z  
kimś schodzić pod powierzchnię  
słów@ cudzej czy własnej mowy -  
choćbyś jak najbieglej@ wiódł  

background image

 
go przez ciemne głębie, zawsze w  
dole zblednie@ odstraszająco  
piaszczyste i biedne@ dno  
obcości, przybyszu. Godzisz się?  
To mów.@ 
 
 
Pięć pocztówek od i do ~ 
Emily Dickinson 
 
1. 
Całą nieobjętość świata -@  
czerń wron - turkot kół -@ kąt,  
pod którym pada światło,@ gdy,  
gęstniejąc ku@ 
krawędzi zachodu, czerwień@ w  
jutrzejszy świt ścieka -@ dech,  
którego las zaczerpnie,@ gdy  
nagle - przesieka -@ 
poirytowany syk@ żelazka -  
brzoskwiń rumieniec,@ jakby im  
było wstyd@ tak całkiem wstydu  
nie mieć -@ 
a jeszcze deszcz - jeszcze na  
piętro@ wdzierający się cal po  
calu@ bluszcz - i tę  
nieobjętość,@ tę niepojętność  
całą,@ 
włącznie z ślimakiem na  
ścieżce,@ nie wykluczając  
ostu,@ zamienić - głupio,  
pośpiesznie -@ na tę  
drobnostkę,@ 
na ten wiek - na kraj jakiś -  
na ten@ los, z którego wyjścia  
nie ma -@ na, tańszy niż obraz  
świata,@ oleodruk sumienia?@ 
 
2. 
Zrozum, ty jedna: Mój język@  
szeleści jak zwiędły strzęp@  
gazety - w wynajętym@ pokoju  
skrzypiący sprzęt -@ 
cementowy pył osiedli@ wżarł  
się na zawsze@ w ten głos  
schrypły, powszedni -@ który,  
jeśli co zawrze@ 
w sobie, to nie rozpiętość@  
tęczy - nie obłok -@ najwyżej  
kartkę zmiętą,@ a przy niej -  
obok -@ 
dłoń, która nie umiała@  
podpisać aktu zdrady -@ taka  
jest moja miara,@ takie są  
straty.@ 
 
3.  
Nie znajdziesz zrozumienia.@  
Żadnych w tym naszych zasług,@  
żadnych win nie ma -@ spomiędzy  

background image

czasów@ 
i przestrzeni wybierasz@ nie  
ty sam przecież@ jakieś tu -  
jakieś teraz -@ We wszystkich  
punktach przecięć,@ 
w których Ktoś nas  
rozstawia,@ jest to samo -  
trotuar@ z kredowym obrysem -  
jaskrawa@ żółtość klonu -  
tortura -@ 
zaciek na tynku - zmierzch -@  
różne, te same@ składniki tego,  
co jest -@ czego nie  
wybieramy.@ 
 
4. 
Nie udawaj. Wiesz dobrze,@  
zajrzałeś niejeden raz w głąb:@  
kurczące się palce na kołdrze@  
zagarniają więcej niż glob -@ 
Choćbyśmy chcieli zawsze@  
brać w siebie, wchłaniać  
świat,@ odbierze go nam,  
zatrze@ najgłębiej wyryty  
ślad@ 
ta jedna ostatnia krzywda,@  
której nic nie uchyli -@ którą  
widziałaś oczyma@ suchymi@ 
pod skórą ciał, chmur,  
głosów,@ sukien, jagód,  
hipotez.@ Widząc, też na swój  
sposób@ zakładasz protest.@ 
 
5. 
Jeśli świat się w nim  
rozpozna,@ słowo - w końcu -  
jest tym@ światem - jest gdzieś  
ponad - poza@ zgodą czy  
protestem -@ 
I wiesz - choć się zwęzi w  
język -@ w cztery kąty kartki -@ 
w krzywy liter wężyk -@  
wiesz dobrze - że i tak warto@ 
ocalić go - z każdą usterką -@  
do krwi - w całym blasku  
śniegu -@ na dnie kuferka@ na  
śmierć zapomnianego -@ 
 
 
Strofa z Roberta Frosta 
 
 
"Nietowarzyskim odludkiem  
wprawdzie na zawsze zostanę,@  
lecz klub ludzkości mnie  
przyjmie, notując w aktach  
pobieżnie,@ że moim zajęciem  
było coś, co, choć nie  
zakazane,@ jednak wskazane nie  
jest. I dobrze widziane - też  
nie;"@ 

background image

 
i ja, i ja także; tak, zgadza  
się, przybyłem w towarzystwie@  
tamtego siwego pana, który  
właśnie wszedł,@ ja razem z  
nim; już prawie kładę dłoń na  
klamce@ drzwi, spoza których  
ożywione głosy,@ brzęk lodu w  
szklankach, śmiech, synkopy  
kontrabasu. I ja,@ zajrzyjcie  
do akt, i ja należę, przecież  
płacę regularnie@ składkę  
tętna, przecież zapisałem swój  
ostatni oddech@ funduszowi  
wspólnego powietrza. Ciężka  
ręka@ spada na ramię, zawraca  
mnie od progu@ do dnia  
narodzin, włóczęgostwo i  
zakłócenie porządku,@  
przekroczenie granicy, tamowanie  
ruchu,@ pragnienie znalezienia  
się nie tam gdzie moje  
miejsce,@ taki jest zarzut  
sprawnie obmacujących mnie  
dłoni@ a szczęk kajdanek za  
plecami poucza mnie przepisowo i  
płynnie,@ że mam prawo zachować  
milczenie, że wszystko,@ co  
powiem, może obrócić się  
przeciwko mnie@ 
 
 
Okno 
 
I opuszczenie będzie  
odpuszczeniem.@ Przez  
podciągnięte - a nie uchylone -@ 
okno dobiegnie obcy idiom  
popołudnia,@ pomruk strzyżonych  
trawników, tuż obok@ miękkie  
trzaśnięcie drzwiczek  
samochodu,@ gardłowy głos  
sąsiada z naprzeciwka@ pozdrowi  
po imieniu przybysza, w  
języku,@ w którym "sąsiad" i  
"bliźni" to jedno i to samo@  
 
słowo, w języku, który nie byłby  
twój własny@ nawet gdyby, nawet  
gdyby był twój.@ I opuszczenie  
będzie odpouszczeniem.@ 
 
 
Lot do Seattle 
 
Mężczyzna o wyglądzie drwala i  
kobieta w ciąży,@ na oko piąty  
miesiąc, po twojej prawej  
stronie;@ tak, ona mieszka na  
Wschodnim Wybrzeżu, leci@  
odwiedzić matkę w Seattle; tak,  

background image

spędziła tam całe dzieciństwo,@  
owszem, lubi to miasto; nie, on  
leci dalej,@ do Anchorage, to  
już jego trzeci rok na Alasce,@  
tak, jest tam ładnie o tej porze  
roku;@ ich słowa są dobroduszne  
i obłe jak obłoki@ po lewej  
ręce. W trzech plastikowych  
szklankach@ topnieją jednakowe  
kostki lodu.@ Trzy pary  
równoległych stóp, pod nimi  
wolno@ przesuwa się wspólny  
kontynent. Tak wielka i czuła  
bliskość,@ tak całkowicie  
jesteś od nich oddzielony.@  
Nie, ona jeszcze nie wie, że  
odkryją u niej raka piersi,@  
nie, jemu nikt nie powiedział,  
że po wybuchu na dworcu w  
Atenach@ będzie na fotografii  
ciałem turysty, leżącym@ koło  
przechowalni bagażu, z wystającą  
spod prześcieradła dłonią.@ Tak  
bardzo chciałbyś pomóc, tak  
zupełnie nic@ nie możesz  
zrobić, wpatrzony bezradnie w  
obłok.@ Kobieta prosi, abyś  
zasłonił okno: razi ją słońce.@ 
 
 
Poczta 
 
"Otrzyma pan natychmiast,  
Mr. Baranazack,@ czek na  
10.000.000 dolarów"; w okienku@  
koperty widać tyle; tyle razy@  
zdarzało się to już, że nie ma  
sensu@ rozdzierać jej raz  
jeszcze, by podziwiać tupet,@ z  
jakim komputer@ kończy swój  
głupi dowcip: "...jeśli do  
 
lutego@ zwróci pan załączony  
blankiet i na pana@ los padnie  
główna wygrana":@ co z tego,@ 
że jest tam i przestroga:  
"Mr. Baranazack,@ może właśnie  
w tej chwili traci pan jedyną@  
szansę fortuny i szczęścia";  
narażam@ na szwank swój los, z  
koszykarską rutyną@ trafiając  
zmiętoszoną kopertą do kosza;@  
a jednak, owszem@ jest mi  
trochę nieswojo, kiedy, ot, tak  
właśnie,@ unicestwiam możliwość  
(jeżeli nie "szczęścia",@ to  
choć "fortuny"), ukręcam@ łeb  
szansie@ 
zamiast, jak inni... Właśnie,  
Mr. Baranazack,@ otóż to, mamy  
z panem wiecznie ten sam  

background image

problem:@ los - jeden, taki, co  
się nie powtarza -@ jest panu  
dany do rąk, a pan dobrej@ woli  
nie chce okazać i nie ruszy  
palcem,@ nie wierzy w szansę,@  
nie chce zaryzykować, otworzyć  
koperty.@ Dość, Mr. Baranazack,  
dość tego; jeżeli@ nie, to  
spadnie pan z listy naszej  
klienteli@ i przestaniemy  
przysyłać@ oferty.@ 
 
 
Po przejściu~ 
huraganu "Gloria" 
 
Po kilku godzinach popisów  
wichura przekonała@ samą  
siebie, że nie ma sensu  
produkować się na trzech  
kanałach@ w przerywanych  
reklamami reportażach z terenów  
zniszczeń@ jako świszczące tło  
dla wywiadów z miejscowym  
burmistrzem,@ a przy tym  
występować na naszej ulicy na  
żywo.@ Tyle roboty za frajer?  
Za oknem, na krzyż i krzywo@  
zalepionym taśmami, czekaliśmy,  
aż się zniechęci,@ zastrajkuje,  
odejdzie na północ, w stronę New  
Hampshire.@ Przez drzwi zapach  
ozonu, mokrych liści,  
bezpiecznej przygody.@ Stajemy  
przy zwalonym klonie, który  
pozrywał przewody,@ padając w  
 
poprzek jezdni przed domem pani  
Aaron.@ Postukując laseczką i  
wyglądając jeszcze niestaro,@  
prawie jak wtedy, kiedy ukrywały  
ją zakonnice,@ bo miała jasne  
włosy, pani Aaron krąży,  
oblicza@ koszty napraw. Tuż obok  
pan Vitulaitis na skraju@  
chodnika ogląda z namysłem pień,  
ofiarowuje się nazajutrz@ z  
pomocą i elektryczną piłą,  
przydadzą się lata praktyki@ -  
żartuje - w tajdze. Łamiąc  
ścielące się na jezdni patyki,@  
omal nie wjeżdża na pień  
półciężarówka nowego sąsiada,@  
jak mu tam, Nhu czy Ngu, który  
hamuje, wysiada,@ pewnie nie  
wspominając chwili, gdy ich  
łódź, wypełniona po brzegi,@ po  
dwudziestu dziewięciu dniach  
natknęła się na frachtowiec z  
Norwegii.@ Ogarnia nas nastrój  
pikniku, wymieniamy uwagi i  

background image

żarty@ na temat kataklizmu. Nie  
był w końcu taki zażarty@ jak  
zapowiadały prognozy, większych  
śladów czy blizn po nim nie  
ma,@ krzywdy, jakie wyrządził,  
są do naprawienia@ i z rana  
punktualnie pojawi się fachowy@  
elektryk, świt, lustrator  
ubezpieczeniowy.@ Pora wracać  
do domu, usuwać krzyże - te z  
taśmy@ oklejającej szyby, tych  
innych nie jesteśmy@ w stanie  
usunąć z przeszłości albo  
przyszłości, na których@  
stawialiśmy je tyle razy. - Tak  
zwane kaprysy natury -@ orzeka  
pani Aaron wzgardliwie, dodając,  
że kto ciekawy,@ niech ogląda  
zniszczenia, ona idzie zaparzyć  
kawy.@ 
 
 
Na pustym parkingu~  
za miastem,~  
zaciągając ręczny hamulec 
 
Na pustym parkingu za miastem,  
zaciągając ręczny hamulec,@  
zastanawia się, co go właściwie  
tutaj przyniosło@ i czemu na  
dobrą sprawę nigdy nie umiał nie  
 
ulec@ sztampie smutku, znanej  
każdemu, kto uprawia  
niewidzialne rzemiosło@  
wygnania. Zawsze gdzieś będzie  
ojczyzna asfaltów spotniałych@  
pod mrozem wysokich latarń,  
ojczyzna zrudziałych podkładów@  
pod parą szyn, które także mogą  
liczyć na wzajemne spotkanie@ w  
nieskończoności dopiero;  
ojczyzna rozpędu, rozpadu,@  
ruchu przed siebie w wąwozie  
szpar w podłodze rozeschłej,@ w  
wąwozie lamp w cudzych oknach, w  
wąwozie tętnicy, w wąwozie@  
galaktycznego wybuchu. Co go  
właściwie tu jeszcze@ trzyma,  
unieruchamia, co go zamyka w  
obwodzie@ tej a nie innej  
skóry, planety, parkingu za  
miastem.@ I skąd to urojone,  
uroszczone prawo do wygnania,@  
jakby nie było prawdą, że i tak  
nikt dziś wieczór nie zaśnie@  
na własnej Ziemi. Gdzieś będzie:  
nie z własnej woli wybrana@  
sekunda ocknięcia się w ruchu,  
pośrodku zdyszanego wyznania@  
przecinek stawiany na oślep, na  

background image

opak, na razie, na zawsze.@ 
 
 
 
Z tomu~ 
"Widokówka z tego świata"~ 
(1988) 
 
Co mam powiedzieć 
 
Który to świat, czy ten? Nie w  
takt, niespodziewane@  
targnięcia wiatru szarpią  
rozespanym niebem.@ Co mam  
powiedzieć, wie, że będzie  
powiedziane.@ 
Furkot wróbla. Filc piłki  
uderza o ścianę@ garażu. Szum z  
odległych szos. Znów, po raz nie  
wiem@ który: to świat, czytelne  
"tak", niespodziewane@ 
przybicie stempla słońca na  
kolejny ranek,@ którego mogło  
nie być, a jest, cały, jeden.@  
Co mam powiedzieć? "Wierzę"?  
Będzie powiedziane@  
 
tak wiele słów, a żadne nie  
złożą się w zdanie@ proste  
oznajmujące o Wiedzącym  
Niemym,@ który, osiadłszy w  
tętnie, tka niespodziewane@ 
skrzyżowania przypadków na tej  
jednej z planet,@ w jednym z  
ciał, między jednym a następnym  
mgnieniem.@ Co nam w powiewie,  
w wietrze będzie powiedziane@ 
na ucho, to się może w głębi  
krtani stanie@ słowem, uwięzłym  
między podziwem a gniewem,@  
które poświadczy, będzie trwać,  
niespodziewane.@ Co mam  
powiedzieć - wierzę - będzie  
powiedziane.@ 
 
 
Podnosząc z progu~  
niedzielną gazetę 
 
W żaden sposób nie możesz  
wiedzieć - oddzielony@ przez  
strefy czasu, sześć  
strzępiastych klinów@ skórki  
zdzieranej z pomarańczy globu -@  
że właśnie w tym momencie  
(dokładnie pięć minut@ po ósmej  
rano, w ostrożnie zielonym@  
pierwszym tygodniu kwietnia)  
schylam się i z progu@ podnoszę  
ciężkie cielsko niedzielnej  
gazety,@ zarżniętą na mój  

background image

ołtarz i obwisłą tuszę@  
minionego tygodnia - czy raczej  
zmielony@ hamburger wiadomości,  
ogłoszeń, programów@  
telewizji, wyników meczów,  
prognoz, reklam,@ porad  
życiowych - w sumie parę  
kilogramów@ rzeczy  
zwięźlejszych lub barwniejszych  
niż w naturze.@ Przyznaj się,  
tylko nie kręć, tylko nie  
kłam:@ tam, gdzie żyjesz, nie  
macie podobnej gazety.@ 
W żaden sposób nie możesz  
wiedzieć - odgrodzony@ przez  
złoża ziemi, sześć stóp zbitej  
gleby,@ co bębniła grudkami o  
wieko twej trumny -@ że właśnie  
ponad tobą schylam się, ażeby@  
w porannym słońcu, które  
ogrodowi@ przyspiesza ćwierkający  
 
puls, spełnić nietrudny@ rytuał  
podniesienia niedzielnej  
gazety:@ poczuć znów to  
strzyknięcie w dole  
kręgosłupa,@ które mi  
przypomina, że, twój pogrobowy@  
konkurent, ciągle jeszcze góruję  
nad tobą@ tą warstwą gliny,  
tym, że żyję na złość@ tobie.  
Ty, z binoklami i lampą  
naftową,@ obudź się i przez  
chwilę, ziemię, śmierć -  
posłuchaj@ i przyznaj, tylko  
nie kręć, nie fantazjuj:@ kiedy  
żyłeś, nie mieliście takiej  
gazety.@ 
W jakiś tam sposób musisz  
wiedzieć - wyniesiony@ nad  
sfery nieba, sześć (czy ile ich  
tam@ jest u Ptolemeusza)  
przezroczystych kopuł -@ że  
właśnie pod nim, jasnym masywnym  
jak lichtarz@ sześcioramienny,  
z progu podnoszę zgniecioną@ w  
pakowną kostkę porcję Twego  
mroku@ i Twojej wiedzy:  
sześcian niedzielnej gazety;@  
na betonowe schodki  
przedmiejskiego domu@ upuszczone  
o świcie pękate nasiono.@ Nie  
myśl, że nie doceniam tego, że  
łagodnie@ oszczędzasz mnie, że  
nie chcesz mnie oniemić@  
wszystkim, że to jedynie okruch  
grozy, zbrodnie@ ledwie  
niektóre z tych, o jakich Ci  
wiadomo.@ Przyznaj się, tylko  
nie kręć, tylko nie milcz:@  
tam, skąd patrzysz, drukuje się  

background image

takie gazety.@ 
 
 
Długowieczność oprawców 
 
Oprawcy - ale ci na  
monumentalną skalę,@ nie od  
mokrej roboty ale od suchych  
statystyk,@ nie od kanciastych  
pięści lecz od zaokrąglonych  
cyfr@ w obstawie sześciu zer -  
słowem, oprawcy masowi,@ gdy  
tylko wyjdą cało ze swych  
własnych czystek@ i przejdą do  
historii, zaskakują stale@ tym,  
że każdy dożywa w zdrowiu do  
 
późnego@ wieku.@ 
Wszyscy niesłuszni świadkowie  
Jehowy, masoni,@ artyści,  
chłopi, księża, posiadacze  
ziemscy,@ mniejszości narodowe,  
opowiadacze anegdot,@  
przypadkowi pechowcy, na których  
ktoś doniósł z zemsty,@ i ci,  
których nazwisko ktoś wypluł  
razem z zębami,@ powtarzaliby  
pewnie (gdyby ich wskrzesić)  
wraz z nami@ (i chyba głośniej)  
swoje zdziwione "dlaczego",@  
widząc tych krzepkich staruszków  
na rencie,@ jak grzeją kości na  
ławce w ogrodzie,@ majstrują  
dla prawnuków latawce, z  
prostotą@ siorbią barszcz,  
korzystają z dobrodziejstw@  
dzisiejszej medycyny, prócz  
starczych kłopotów z prostatą@  
nie doznając w zasadzie żadnych  
piekielnych udręczeń.@ 
Domyślam się, że w ten sposób  
nadajesz nam jakiś szyfr,@ że  
kryje się w tym, jak zawsze,  
Twój zamysł,@ który wymierzasz  
Tobie tylko wiadomą miarą.@ 
A jednak, o co chodzi? O  
trzymanie ich między nami,@ by  
dać nam szansę - na co? na  
proces, spóźniony@ o parę epok,  
o miliony@ zlikwidowanych lat  
życia? na wyduszenie z nich@  
zeznań czy pamiętników? na  
zrozumienie natury@ ludzkiej na  
tym rażąco żywym przykładzie?  
Czy mamy@ stawać z nimi przed  
lustrem, pozować do zdjęć, na  
których@ będzie widać, że  
niczym się tak naprawdę nie  
różnią@ kaci od tych, co zwykle  
padają ofiarą?@ A może chcesz  
nam pokazać, że gdybyś do końca  

background image

znikł,@ świadczyłoby wciąż o  
Tobie przynajmniej to, że na  
próżno@ usiłujemy zrozumieć, co  
jest nagrodą, co karą?@ 
 
 
Lipiec 1952 
 
Ocknąłem się bez paniki: jakby  
godząc się, że wzrokiem  
natrafię@ na granatową emalię  
 
wiadra, tuż obok na trawie,@ z  
wodą po brzegi, niezrozumiale  
jasnoczerwoną;@ 
ktoś, z ciurkaniem i wprawą,  
wyżymał ścierkę czy fartuch@ i  
kretonowy, mokry, wskrzeszający  
z martwych@ chłód wdawał się w  
układy z moją prawą skronią,@ 
w której coś pulsowało;  
rozdziawione gamoniowato@ wrota  
kuźni, dyszące, tak jak przez  
całe to lato,@ zastarzałą wonią  
opiłków, iskier, skórzanych  
miechów@ 
i przypalonych kopyt,  
tłumaczyły mi schrypłym,  
dymnym@ basem Hendryka, szwagra  
naszej gospodyni,@ że jak się ma  
sześć lat, to nie można,  
człowieku,@ 
podchodzić za blisko kowadła,  
bo jak czasem odłamek pryśnie,@  
no to tego. I przez sekundę  
widziałem sam siebie,  
przejrzyście@ odrębnego,  
wielokrotnego, na progach  
niezliczonych kuźni,@ 
jak wchodziliśmy w drogę  
odpryskom świata, stali@ na  
torach pędzących pociągów,  
gwiazd, losów, okruchów stali.@  
"Ja" było tym, co nie było tym  
wszystkim. Za pół roku miał  
umrzeć Stalin.@ O pół globu był  
inny kontynent. W pół mgnienia  
zaczynało się Później.@ 
 
 
Jakieś Ty 
 
Właściwie nie muszę wiedzieć o  
tobie nic więcej, niż@ to, że  
jesteś tym jakimś Ty, które  
formuje mi w ustach@ i - przez  
opar wydechu, przez opór języka,  
przez niż@ atmosferyczny, przez  
kłęby spalin nad jezdnią, mgłę  
lustra,@ pył międzyplanetarny -  
każe przebijać się (z ust@ do  

background image

ust, przez morza, z tego świata  
na tamten, z chodnika@ na  
chodnik, z murów mózgu w ten sam  
mur czy mózg)@ drugiej osobie  
liczby pojedynczej czasownika,@  
jakiemuś "słyszysz", "nie  
 
milcz", "pamiętasz", "spójrz",  
"bądź",@ które, prostolinijnie  
wysłane przed siebie, pętlą@  
powraca, nie drasnąwszy skóry,  
ścian, urwisk, słońc,@ mój  
rozmówco, Fachowy  
Psychoterapeuto,@ Łaskawy  
Czytelniku, Wszechmogący  
Panie,@ Nieśmiertelna Jedyna,  
Od Czterdziestu Dwóch@ Lat Już  
Wytężający Nadaremnie Słuch@  
Sobowtórze, Tubylcze Na Brzegu,  
skąd jak bumerang@ ze świstem  
nadlatuje ciągle to samo  
pytanie@ zmienione w tę samą  
odpowiedź: że w międzyczasie  
umieram@ 
 
 
Prześwietlenie 
 
Słońce, tak dufnie jaskrawe@  
na placu przed kliniką,@  
zamiast na wskroś mnie  
przeniknąć,@ umiało na dobrą  
sprawę@ 
naświetlić tylko  
powierzchnię@ mojej skóry czy  
kurtki,@ co najwyżej  
pobieżnie@ olśnić oczy przez  
krótki@ 
moment przed ich zmrużeniem;@  
tu, w czterech półmrocznych  
ścianach,@ przez ścisłą bryłę  
ciała@ przebija się -  
nieznużenie@ 
i błyskawicznie - nikła@  
bladość promienia, który@ jak  
wścibski brukowy dziennikarz@  
ujawnia pod gruboskórnym@ 
zdrowiem wewnętrzne wstydy,@  
sztywną kruchość i śliski@  
dygot, żałosne spiski,@  
skandale i ohydy,@ 
skrywane w sobie przed sobą,@  
by siebie nie przestraszyć.@  
Radiologu Bez Twarzy,@ niech  
stanę obok@ 
Ciebie, pokaż mi ekran@ z tym  
mną, znanym na wylot@ jedynie  
Tobie; chwilą@ wiedzy niech  
mnie prześwietla@ 
Twój promień, tylko jedną:@  
daj - nim ją zaciemnię,  

background image

zagrzebię -@ spróbować, czy  
 
 
 
 
 
 
zniosę tę pewność@ siebie.@ 
 
 
Pan Elliot Tischler 
 
Pan Elliot Tischler ciągle  
otrzymuje listy,@ choć pięć lat  
temu umarł. W przedostatniej  
chwili@ sprzedał dom  
genetyczce, żonie mediewisty,@  
który w tych stronach nie mógł  
na żadnej posadzie@ zaczepić  
się na stałe, więc dom opylili@  
z kolei nam i teraz uczą gdzieś  
w Nevadzie.@ Pan Tischler, choć  
też znikł, jest bardziej  
rzeczywisty:@ 
"Time" proponuje, że mu wznowi  
abonament,@ komitet szkolny  
liczy na jego głos w  
przyszłych@ wyborach, instytuty  
zajęte badaniem@ przyczyn  
dystrofii mięśni proszą go o  
datek,@ Lawn Shark Company  
marzy o tym, by mu przystrzyc@  
trawnik, i wciąż tym samym  
zamierzchłym mandatem,@ o  
którym najwidoczniej zapomniał  
na amen,@ 
nęka go Biuro Grzywien w  
Milford, gdzie - Bóg raczy@  
wiedzieć, po co - parkował w  
miejscu nielegalnym.@ Nie cały  
umarł. Prawda, wiemy o nim  
raczej@ mało: ściany malował na  
żółto; dla żony_@ _inwalidki  
(zmarł po niej) zrobił zjazd z  
sypialni@ do ogrodu, z  
masywnych desek  
przygwożdżonych@ na fest, na  
wieczność, miałem potępieńczą  
pracę@ 
rozbierając to wszystko.  
Co jeszcze? Nic. Tyle@ co nic:  
odciski palców na kuchennym  
blacie,@ którego się kurczowo  
trzymał w tamtej chwili,@  
kiedy, sam wśród gotowych do  
transportu gratów@ i pudeł,  
mieszał cukier w ostatniej  
herbacie@ i czuł, że wszystko  
na nic, że niknie bez śladu.@  
Te odciski już starte. A zresztą  
się mylił.@ 

background image

 
 
Czerwiec 1962 
 
Chciałeś, bym poszedł w twoje  
ślady, wprasowane@ w osobliwą  
glinę tych okolic (coś w rodzaju  
białawego szamotu)@ przez  
starte bieżniki opon garbatej,  
spracowanej@ warszawy (ta  
skrzynia biegów: ileś się  
naszamotał@ z jej topornym  
lewarkiem), gdy woziła cię do  
wiejskich pacjentów:@ więc  
zdawało się naturalne, że  
zabrałeś mnie do Szamotuł,@  
gdzie Szpital Powiatowy  
rozpłaszczał się burą,  
pacniętą@ 
w pobliże rynku grudą. Oprócz  
nas nie było nikogo@ w  
kafelkowo spłukanej, źle  
oświetlonej kostnicy,@ tylko  
starsza kobieta na stole,  
żółtawa, jak pomnikowo_@  
_skrócona bryła piaskowca, był  
jakiś kosmiczny,@ komiczny,  
Kolumbowy błąd w tej niezbicie  
napiętej,@ poziomej  
nieruchomości. Na kształt  
odwróconej kotwicy@ łuk żeber  
krzyżował się z długim, w dół  
przez mostek biegnącym  
nacięciem@ 
(wzgórek łonowy taktownie  
przykryłeś strzępem ligniny),@  
w którym wyręczył cię wcześniej  
szpitalny posługacz_osiłek.@ I  
zdawało się naturalne, że  
pozwane na proces gnilny,@  
upokorzone ciało poddawało się,  
gdy podnosiłeś@ do światła  
gumową dłonią jego serce czy  
wątrobę, badałeś@ treść jelit i  
barwę płuc, rozcinałeś  
tęczowosine@ płaty żołądka. A  
wszystko swym ostatecznym  
banałem@ 
sumował odór, przed którym  
ostrzegłeś mnie jeszcze w  
domu:@ "Co zrobić, jest tylko  
biologia: co zostaje z  
człowieka, to śmierdzi."@ Ile  
tomów, totemów, systemów tym  
samym "ecce homo" zatykało mi  
nos i usta później - jakby  
chciały potwierdzić,@ że nie  
 
dorosłem do tego, aby o tych,  
którzy muszą umierać,@  
powiedzieć cokolwiek więcej niż  

background image

da się powiedzieć o śmierci.@  
Lecz zdawało się naturalne, że  
się muszę buntować, upierać.@ 
 
 
Yard sale 
 
"Popielniczka, abażur, rowerek  
dziecięcy,@ stary mikser  
(ebonit o lepkiej powierzchni@  
z wżartym w szczeliny kurzem),@  
dwie walizy,@ jaskrawe bluzki,  
krzesło bez lewej poręczy,@  
budzik, książki z zakresu  
psychoanalizy@ i kuchni  
chińskiej, toster - na wszystkim  
przywieszki@ z cenami jak dla  
zgrywy (dziesięć centów,  
dolar)@ i wszystko, wystawione  
na sprzedaż i trawnik, trwa pod  
niedzielnym dzwonem słońca i  
wytrawną,@ choć autoironicznie  
niedbałą kontrolą@ piegowatej  
dziewczynki w baseballowej  
czapce.@ Może po to te graty,  
te komiczne ceny:@ 
aluzja, że właściciel jest  
kimś, kto nie zawsze@ dba tylko  
o pieniądze, że chodzi o  
proste@ pozbycie się rupieci, o  
więcej przestrzeni,@ o "fun", o  
ułatwienie w przyszłej  
przeprowadzce;@ i - przy okazji  
- że ma w domu lepsze  
sprzęty?" -@ "A w tobie skąd ten  
sarkazm. Te twoje żałosne@  
zakurzone odkrycia, wizje w  
kiepskim guście,@ metafory  
tandetne jak wasza epoka,@  
taniocha tych konstrukcji, te  
rymy na pokaz,@ te echa jak w  
wulgarnie oprawionym lustrze,@  
to przebieranie sensu w sztuczne  
włókna mowy.@ Może po to te  
szmaty, te mimiczne weny,@ 
bym przyjął, że strój, mina,  
cały ten umowny@ kształt nie  
może być tobą, że masz coś  
lepszego@ w zanadrzu, jakiś  
wiecznie trzymany w kieszeni@  
dowód, iż jesteś godny mnie, czy  
też gotowy@ w razie potrzeby  
 
(jakiej?) całkiem się  
odmienić,@ być sobą w razie  
czego (a właściwie czego?)?" -@  
"A w Tobie skąd ta wyższość.  
Tobie też nie wszystko@ wypadło  
bez zarzutu. Ty także  
wystawiasz@ na pokaz, co masz,  
kryjąc w swój wewnętrzny  

background image

nawias@ to, czym mógłbyś być,  
gdyby lepiej Ci to wyszło;@  
przyznaj się, że tak jest, że  
Ciebie też to dręczy.@ Może po  
to te światy, te kosmiczne  
sceny."@ 
 
 
Drobnomieszczańskie cnoty 
 
Ta bezbrzeżna, zalana,  
lirycznie_bokserska@ pogarda w  
oczach artysty J., gdy się  
przysiadał w "Smakoszu",@  
zionąc nieogolonym, trzydniowym  
podmuchem:@ jak to, ja pod  
krawatem, kiedy on pod muchą,@  
ja skrępowany, zapięty, gdy on  
ostatnią z koszul@ rozrywa jak  
krwawiącą pierś! Filisterski  
brak serca!@ 
Drobnomieszczańskie cnoty. Ja  
wiem, ja się ich wstydzę,@ od  
lat poniżej poziomu: co za  
blamaż, nie mieć w biografii@  
ani jednego rozwodu, dewiacji,  
większego nałogu,@ kuracji  
psychiatrycznej, burzliwego  
romansu na boku,@  
pełnokrwistego podcięcia żył;  
jakieś szare gafy@ zamiast  
tęczowych skandali; chandry  
trwające z tydzień,@ 
zamiast żeby z szacunkiem  
szeptano: "B. ma potworne@  
wielomiesięczne kryzysy";  
żadnego dzwonienia po nocy@ do  
przyjaciół z żądaniem wysłuchania  
nowego wiersza,@ pożyczki na  
heroinę czy kaucję, znalezienia  
w ich życiu miejsca@ na mnie,  
całego; nic - czasem list, lecz  
bez krzyku "Pomocy!",@ najwyżej  
z aluzją typu: "Ostatnio jestem  
w złej formie".@ 
Ja wiem, to nie materiał na  
mit, kult, legendę,@ film z  
 
Robertem De Niro, tłuczeniem  
szkła i scenami.@ W którym  
momencie zszedłem, nieuleczalny  
prymus,@ na tę złą drogę? Skąd  
ten chorobliwy przymus,@ aby  
udawać zdrowie, ustawiać przed  
zniszczeniami@ barierki i  
makiety? Z pewności, że nie  
będę@ 
i tak słyszany ze swoją  
zdławioną supliką do nikąd@ w  
chórze profesjonalnie  
dźwięcznych koloratur@ skowytu?  

background image

Z nieśmiałości? Z nie do  
zniesienia jaskrawej@  
świadomości, że trzeba by, na  
dobrą sprawę,@ w każdej  
sekundzie życia powtarzać to  
samo "ratuj"?@ Z niechęci do  
zakłócania spokoju ratownikom@  
czy z krańcowej niewiary w ich  
ratownicze talenty?@ 
Z pychy: że dam sobie radę z  
upchniętym do wnętrza złem?@  
Czy z innej pychy: kogoś, kto  
jest tak niedościgłym mistrzem@  
własnych braków i mroków, że nie  
wciąga w ich system zamknięty@  
nikogo, igrając z myślą: och,  
gdybym tak zdradził, co wiem;@  
gdybym chciał wam powiedzieć to  
wszystko, o czym milczę?@ 
 
 
Wrzesień 1967 
 
I jakim prawem mieliśmy w  
sobie aż tyle@ nieprzezorności,  
aby w bezsennym przedziale@  
spędzić noc, wysiąść, drżąc z  
zimna, i znaleźć@ między dnem  
szarych chmur a warstwą rudych  
szpilek@ śliski od mżawki,  
pusty po sezonie camping -@ garść  
słupów do siatkówki i  
sklejkowych ruder,@ zza których  
grzmiało morze; aby w  
przemokniętym@ domku z dykty  
nie zwlekać już ani przez  
chwilę@ dłużej i paść w  
ubraniach na nagi materac@ i,  
niezdarnie zdzierając je z  
siebie, docierać@ do nas,  
odnalezionych Bóg wie jakim  
cudem@ 
 
i jakim trafem; aby nic wtedy  
nie przeczuć, chichotać z  
układanych wspólnie - senną  
głową@ przy ciepłej piersi -  
głupstw: "Morze miarowo@ szumi,  
Bo niemiarowo nie umi", pod  
wieczór@ czuć nadal w ciele  
słony, dziki, jednostajny@ rytm  
fal, które zbijały z nóg  
spienionym światłem@ zmieszanym  
z piaskiem, żwirem i  
wodorostami,@ i ten rytm  
naśladować w śpieszniejszym  
narzeczu@ dwojga ciał; aby  
wargi, błądzące powoli@ plażą  
skóry, trafiały na kryształki  
soli@ z morza? z potu? nie  
wiedząc jeszcze, jakim wiatrem@ 

background image

i jakim trwaniem będą  
zdmuchnięte, spłukane;@ aby  
języki dwa bez skutku ale  
czule@ chciały się spleść,  
przytrzymać nawzajem, nie ulec@  
sygnałowi z latarni morskiej,  
gdy nad ranem@ buczał przez  
mgłę, na znak, że wszystko ma  
swój brzeg,@ i gdy do wnętrza  
domku przez koślawą ramę@ okna  
sączył się z anten, kominów i  
drzew@ świt ze swoim natrętnie  
milczącym pytaniem,@ jakim  
właściwie cudem, jakim trafem,  
jakim@ prawem wszystko ma odtąd  
pozostać tym samym@ morzem, tym  
samym snem, tym samym słonym  
smakiem.@ 
 
 
Cape Cod 
 
"Gdybyś, szpiegowska kamero,  
krążąc wyżej niż lakierowana@  
na biało tłusta mewa, swój  
obiektyw nakierowała@ na łokieć  
tego półwyspu, z zadziornym  
"Takiego wała!"@ wypinający się  
w stronę kosmosu? losu? na  
Wschód?@ 
(całkiem jak słynny łokieć  
tyczkarza Kozakiewicza:@ dla  
ciebie jasne jest wszystko,  
nawet to, tajemnicza@ aluzja,  
zrozumiała - jak akcja  
pozasceniczna@ dla postaci  
Posłańca, co wpada na scenę bez  
 
tchu -@  
tylko dla kogoś ze schyłku  
tysiąclecia, kto zamieszkały@  
był w pewnym kraju, wstrząsanym  
to czkawką, to zamieszkami,@ to  
szlochem, to rechotem  
wisielczym; tu zawieszamy@  
głos, zamykamy nawias na klucz  
wrzucony w głąb@ 
Atlantyku), więc gdybyś,  
kamero_kameralistko,@ w duecie  
z mikrofonem nagrywała tam teraz  
wszystko:@ polerowaną pluskiem  
płaskość kamienia, czystość@  
sterczących biało wieżyczek, nie  
przytępiony mgłą@ 
horyzont, ślady przy brzegu,  
gdzie przed chwilą defilowały@  
stadka mew, szarość drewna,  
błogi uśmiech (dość  
debilowaty)@ opalających się,  
nawet nie do końca zdepilowany@  
włosek na którejś z długich,  

background image

połyskliwych nóg -@ 
cóż by ci się udało wykryć,  
nakryć, zarejestrować@ na  
gorącym uczynku i piasku, gdy  
szum fali zaleje spowiedź,@ w  
jednej z wielu pod słońcem głów  
zawiązane zaledwie w słowie@  
przyznanie się do winy?" - "O,  
gdybyś tylko mógł@ 
wiedzieć, jak łatwo wyłowić z  
tych rojowisk czy z tych  
słuchanych@ milczeń, jak łatwo  
sporządzić kartotekę wszystkich  
spróchniałych,@ zbrukanych,  
obcych, którzy nie wywodzą się z  
czystych, spłukanych@ muszel  
czy kontynentów, którzy nie mają  
praw@ 
do planety, kamyka, wizy,  
którzy zawsze wniosą w świat na  
podeszwach@ brud niepokoju,  
zostawią oddechu ślad na  
powietrznych@ kryształach,  
smugi udręk na wypranych światła  
powierzchniach -@ jak ty, piąta  
kolumna, człowiek, mąciciel  
prawd!"@ 
 
 
Południe 
 
Słodki lek prawdziwości, smak,  
 
co skróci z nami@ przejście,  
ten stromy szlak, pionową  
drogę@ z nagłego krzyku tuż po  
urodzeniu@ w dół; jeszcze  
nieprzytomny@ bielą kropli z  
piersi,@ nagim potopem@  
światła,@ smak@ i@ znak@  
światła;@ jakim powrotem@ -  
wielokrotny, pierwszy,@ twój -  
jeszcze się przypomni@ na  
dnie, po życiu już, po  
urojeniu@ trzeźwiej bezstronny:  
smak ponownie trochę@ słodki,  
lecz bardziej gorzki, jak to z  
truciznami@ 
 
 
Widokówka z tego świata 
 
Szkoda, że Cię tu nie ma.  
Zamieszkałem w punkcie,@ z  
którego mam za darmo rozległe  
widoki:@ gdziekolwiek stanąć na  
wystygłym gruncie@ tej  
przypłaszczonej kropki, zawsze  
ponad głową@ ta sama mroźna  
próżnia@ milczy swą nałogową@  
odpowiedź. Klimat znośny,  

background image

chociaż bywa różnie.@ Powietrze  
lepsze pewnie niż gdzie  
indziej.@ Są urozmaicenia:  
klucz żurawi, cienie@ palm i  
wieżowców, grzmot, bufiasty  
obłok.@ Ale dosyć już o mnie.  
Powiedz, co u Ciebie@ słychać,  
co można widzieć,@ gdy się jest  
Tobą.@ 
Szkoda, że Cię tu nie ma.  
Zawarłem się w chwili@ dumnej,  
że się rozrasta w nowotwór  
epoki;@ choć jak ją nazwą, co  
będą mówili@ o niej ci, co  
przewyższą nas o grubą warstwę@  
geologiczną, stojąc@ na naszym  
próchnie, łgarstwie,@  
niezniszczalnym plastiku,  
doskonaląc swoją@ własną  
mieszankę śmiecia i rozpaczy -@  
nie wiem. Jak zgniatacz złomu,  
sekunda ubija@ kolejny stopień,  
rosnący pod stopą.@ Ale dosyć  
już o mnie. Mów, jak Tobie  
mija@ czas - i czy czas coś  
znaczy,@ gdy się jest Tobą.@ 
Szkoda, że Cię tu nie ma.  
 
Zagłębiam się w ciele,@ w  
którym zaszyfrowane są tajne  
wyroki@ śmierci lub dożywocia -  
co niewiele@ różni się jedno z  
drugim w grząskim gruncie  
rzeczy,@ a jednak ta lektura@  
wciąga mnie, niedorzeczny@  
kryminał krwi i grozy,  
powieść_rzeka, która@ swój  
mętny finał poznać mi pozwoli@  
dopiero, gdy i tak nie będę w  
stanie unieść@ zamkniętych  
ciepłą dłonią zimnych powiek.@  
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak  
Ty się czujesz@ z moim bólem -  
jak boli@ Ciebie Twój  
człowiek.@ 
 
 
Grudzień 1976 
 
Na przykład Krawczyk Olgierd  
(bo w takim szyku, z tym  
szykiem@ zwykł się przedstawiać  
naszym spłoszonym żonom:  
"Krawczyk@ Olgierd, całuję  
rączki", staromodne trzaśnięcie  
obcasów),@ pamiętasz, no, ten,  
co to wciąż był ofiarą szykan@  
w swojej zajezdni czy gdzie to  
było - w Zakładach Naprawczych@  
Taboru Kolejowego?, szczególnie  
później, od czasu@ 

background image

afery z ulotkami; wiesz, ten  
bez górnych siekaczy,@ w  
wiecznej kurtce z zielonej  
dermy, z baczkami na cały  
policzek;@ ten, co to zawsze  
musiał najpierw się rozsiąść,  
rozetrzeć@ w popielniczce  
zżółkłego peta, przedmuchać jak  
się patrzy@ szklaną lufkę,  
pogadać przez pół godziny o  
lidze@ piłkarskiej i polityce,  
załzawić w pokoju powietrze@ 
jednym i drugim "Klubowym",  
wypocić parę herbat,@  
zrelacjonować szczegóły  
najnowszego z przesłuchań czy  
pobić@ (przedłużał te  
opowieści, jakby na zapas, na  
przyszłość:@ siedziałem jak na  
szpilkach - na biurku czekał  
George Herbert,@ porzucony w  
pół rymu, ale co było robić,@  
 
Krawczyk Olgierd miał nad nim tę  
niewątpliwą wyższość,@ 
że był żywy, posiniaczony,  
niezwłoczny): dopiero potem  
zaczynał@ pakować numery  
gazetek we flanelowe zanadrze.@  
Stary kawaler, mieszkał na  
Górczynie, kątem u matki.@  
Rewizje, doby w aresztach - było  
także parę zatrzymań@ po  
wyjściu od nas, pod blokiem, ale  
w takich momentach zawsze@  
umiał się sprytnie wyłgać i  
nigdy nie było wpadki:@ 
na przykład on. Chrzęst  
kurtki, czerń smaru czy farby@  
wokół paznokcia kciuka, gdy  
gruntownie gniótł niedopałek.@  
Co miałem powiedzieć istnieniu,  
które było Krawczykiem  
Olgierdem:@ "Jesteś sam, twoje  
skargi, protesty i tak tłumi  
martwy@ klosz ciszy nad tobą,  
nad globem: podnieś tylko wzrok?"  
Nie umiałem,@ nie było na to  
wspólnych słów. Tylko te  
płytsze, umowne, oględne,@ to,  
co się w takich sytuacjach mówi,  
co się bąka znad kartki,@ na  
której długopis notuje detale -  
uchwytne, podatne -@ zwykłego  
zła, krzywd prostszych niż  
tamta, choć nie mniej  
rzeczywistych,@ jakieś:  
"Spokojna głowa; nie ma się co  
martwić";@ jakieś: "Dam znać,  
gdzie trzeba; zamieścimy w  
"Biuletynie" notatkę";@ jakieś,  

background image

z bezradną wiarą: "Poradzimy  
sobie z tym wszystkim".@ 
 
 
 
Ustawienie głosu 
 
Tak, takim może głosem, jakim  
pierwszy pilot@ oświadcza przez  
głośniki, że wszystko w  
porządku@ (tak jakby sto ton  
stali prującej na wylot@ chmurę  
nie było gwałtem na zdrowym  
rozsądku) -@ ciepłym, choć  
ochłodzonym i orzeźwiającym@  
napojem głosu, w którym musują  
bąbelki@ wiary, że żaden ciężar  
 
nie będzie zbyt wielki,@ gdy w  
garść wziąć dźwignię męskiej  
odpowiedzialności;@ 
albo telewizyjnym głosem  
kaznodziei,@ w którym pod  
reflektorem nie ma ani cienia@  
wątpliwości (że niby wyjściem z  
beznadziei@ jest wpłacić czek  
na konto przyjścia  
Zbawiciela),@ gdy grzmi z  
piętrowych estrad, w jaskrawo  
niebieskim@ smokingu z  
poliestru - w tle chórek  
anielic@ z sekcją rytmiczną -  
gotów cały się zamienić@ w  
neon: "I Ty Się Znajdziesz W  
Królestwie Niebieskim";@ 
czy zwłaszcza głosem, jakim  
syntetyczny pieśniarz,@ jakiś w  
jednej osobie Simon i  
Garfunkel@ (tych dwóch zresztą  
naprawdę lubię), ucieleśnia@  
przekonanie, że nie jest źle z  
naszym gatunkiem,@ bo w gruncie  
rzeczy cóż jest nienawiść z  
pogardą:@ to dysonans, co  
zmierza w tonikę durową@ naszej  
dobrej natury (tu, jak za  
umową,@ sprawny chwyt modulacji  
łapie nas za gardło) -@ 
więc takim głosem gdyby mówić; ale  
gdzież tam.@ Żaden  
promieniujący z przepony  
rezonans:@ na drogach  
oddechowych chropawa  
nawierzchnia@ chrypki, na  
rozpaczliwie skrzypliwych  
resorach@ strun głosowych  
cichnący gdzieś w pustce  
wehikuł,@ który im bardziej  
grozi na starość rozsypką,@ tym  
częściej chce przekraczać  
dozwoloną szybkość.@ Nie żebyś  

background image

skąpił mi specjalnych  
wysłanników:@ 
już tyle razy w szumie  
niewidzialnych skrzydeł@  
zsyłałeś ich, w nadziei, że  
któryś ustawi@ mój głos. Stary  
łacinnik B. (sam zresztą  
skrzypiał):@ "Dykcja, mój  
panie, dykcja! Poruszać  
ustami,@ nie mamrotać pod  
nosem!" Lub takie zjawisko,@  
jak materializacja którejś z  
 
tych uroczych@ starszych pań,  
kiedy tylko mój publiczny odczyt@  
przebrzmi w pustawej sali:  
"Ciekawe to wszystko,@ 
z tym, że nie można było nic a  
nic zrozumieć;@ czy pan nie  
może głośniej, żeby w tylnym  
rzędzie@ też było słychać?" Nie  
wiem, jakoś nigdy w sumie@ nie  
umiałem się zdobyć na to, by  
powiedzieć@ cokolwiek na głos z  
pełną i natychmiastową@ wiarą -  
nie w prawdę własnych słów, ale  
w potrzebę@ męczenia innych  
tym, co w męce sam spostrzegę.@  
Tylko wiara ustawia głos. A Ty -  
jak z Tobą@  
jest, czy przypadkiem nie tak  
samo? Czemu@ sam nic nie  
powiesz pełniej, pewniej?  
Posiekane@ komunikaty, zgłoski  
tonące w milczeniu.@ Dykcja,  
mój Panie, dykcja. Wszystko to  
ciekawe,@ ale nic nie rozumiem  
w moim tylnym rzędzie.@ Wybacz.  
Ja nie kpię. Jakoś rozumiem Cię  
w sumie,@ jak jąkała drugiego  
jąkałę rozumie,@ to znaczy, z  
nim się męcząc, gdy chce coś  
powiedzieć.@ 
 
 
Obserwatorzy ptaków 
 
Z drżącej w upale szosy numer  
8@ z jej motelami, pędem i  
stacjami Esso@ dość było  
skręcić ostro, szorując  
podwoziem@ o piach, w ciągnącą  
się pół mili leśną@ drogę,  
dotrzeć do kiosku z desek, gdzie  
sumienna@ grubaska pobierała  
stosowną opłatę,@ wydając w  
zamian uśmiech i broszurę,@  
zostawić wóz pod sosną, której  
czubek z szumem@ mierzwił  
obłoki, i tak już kudłate,@ i  
bez większego zrozumienia@ 

background image

wpatrzyć się w planszę z mapką  
okolicy@ i strzałką "Jesteś  
Tutaj". O sto metrów dalej@  
szła ścieżką para z dziećmi:  
równie pospolici@ jak my, też  
"byli tutaj" i zwiedzali.@ Nie  
tak wyobrażaliśmy sobie  
 
rezerwat@ dzikiego ptactwa.  
Prawda, i tak był to czysty@  
wymysł, ta cała komedia z  
naturą,@ która istnieje dzięki  
przewodnikom, którą@ widzi się  
w ramach zatrudnień turysty.@  
Wiatr, który czujnie się  
poderwał,@ 
był w każdym razie  
autentyczny: świeży,@ nadmorski.  
Machinalnie sprawdzając w  
broszurce@ szlak, ruszyliśmy,  
depcząc chrupiący żwir  
ścieżek,@ trochę niepewni, czy  
nie jest oszustwem@ ten cały  
"show" - szczególnie że główna  
atrakcja,@ to znaczy ptaki,  
jakoś nie chciała się stawić@  
na scenie. Dróżka wychynęła z  
nagła@ z zarośli na zjeżone  
trawą słone bagna,@ kładki, w  
sitowie oprawiony stawek:@ no,  
wreszcie są! Gromadki ptactwa,@  
zielonogłowych kaczek, burych  
gęsi@ taplały się rodzinnie w  
wodzie. Ale najpierw@ wpadła  
nam w oczy inna grupa, jeszcze  
gęściej@ stłoczona obok, na  
piaszczystej skarpie:@  
obserwatorzy ptaków! Składane  
siedzenia,@ lunety na  
trójnogach, lornetki polowe,@  
kurtki z mnogością fachowych  
kieszonek,@ spłowiałe kapelusze  
i kamery "Sony":@ prawdziwi,  
tkwiący tu dobrą połowę@ dnia,  
zjeżdżający co niedziela@ 
obserwatorzy ptaków, ludzie,  
którzy@ na pytanie "Kim  
jestem?" mówią sobie: "Jestem@  
obserwatorem ptaków"! Był ich  
prawie tuzin,@ wpatrzonych w  
jedną stronę. Nigdy jeszcze@  
tak niezdefiniowany, tak z boku,  
wygnany...@ nagle drgnąłem wraz  
z nimi. Jakby wszystkich  
przeszył@ ten sam prąd: spoza  
trzcin mokro zakłapał@  
groteskowo sflaczały dźwięk -  
ogromna czapla@ wzbiła się,  
spójrz, jak blisko!, i  
poprzecznym@ lotem poniosła nad  
wydmami,@ 

background image

tak, "Wielka Czapla Błękitna"  
z fotosu@ w broszurce, "bardzo  
 
rzadko spotykana"! Tłumek@  
wydał wspólny, radosny pomruk,  
kilka osób@ podniosło oczy znad  
wzierników lunet:@ i wszystkich  
objął uśmiech - bezpieczny,  
bezsprzeczny.@ Więc świat może  
jest po to, by przeszył,  
otworzył@ nas czasem znak, jak  
strzałka: "Jesteś tutaj:@ wśród  
ludzi, obcych, ale jesteście -  
zaufaj -@ po jednej stronie,  
współobserwatorzy@ ptaków,  
pogody, innych rzeczy."@ 
 
 
Sierpień 1988 
"...Wystukiwałeś wierszy mych  
rytm; gdy w nim zbłądzę@ Dziś,  
o kulawość strofy twoją śmierć  
posądzę:@ utrata palca (wybacz,  
że w żałobne smutki@ pcham  
kalambur) wiersz stworzy o stopę  
za krótki..."@ 
(Thomas Randolph 
(1605_#35) 
"Na utratę małego palca") 
 
"Ten sierpień przejdzie do  
historii meteorologii". 
("The Boston Globe") 
 
Ten sierpień przejdzie, już  
przeszedł do historii mojego  
ciała@ jako epoka mokrych  
koszul, pod którymi skóra nie  
wiedziała,@ czy skrapla się na  
niej pot, czy rekordowa  
wilgotność powietrza;@ czas,  
gdy przez błękit smogu drwiła z  
płuc zwierciadlana  
powierzchnia@ Hancock Tower,  
wzniosłej żyletki postawionej na  
sztorc w środku miasta;@ gdy  
uszy chłonęły chłodne,  
kompetentne łkanie syren,  
gumiasta@ od upału jezdnia w  
Roxbury utrwalała ślad po  
dotyku@ opon karetki, a w  
środku młodociany handlarz  
narkotyków,@ trafiony w brzuch  
serią z Uzi, szarzał pod maską  
tlenową,@ pędząc w banalny,  
jedyny los, jaki ktoś mu  
planował;@ gdy w oczach,  
wpatrzonych w ekran, punktowane  
 
uśmiechem spikerki@ płonęły  
samoloty na pasach, wytryskały  

background image

znad miast fajerwerki,@ groził  
powodzią Ganges, ściskał dłonie  
kandydat, trajkotał@ komik w  
reklamie Toyoty, narastała  
sytuacja strajkowa@ w Polsce,  
afrykański dyktator na trybunie  
stroszył epolety;@ gdy na  
gołym, wilgotnym kolanie  
tłumaczyłem fraszkę poety,@  
który trzy i pół wieku wcześniej  
żegnał swój mały palec,@ ucięty  
w karczemnej bójce; gdy w każdej  
sekundzie ospale@ toczyły się  
wody rzek, krew krążyła w  
miliardach krwioobiegów,@ nad  
wszystkim, jeśli istniał, czuwał  
niewidzialny opiekun@ lub tylko  
obserwator, nie wiem; czas, gdy  
pod stopą rozprażał@ się  
chodnik, gazety pisały o  
znajdowanych na plażach@  
odpadkach ze szpitali, o  
przemianach w klimacie globu;@  
gdyśmy konali, jak zwykle, w  
katastrofach, na raka, z  
głodu;@ gdy któregoś dnia, pod  
prysznicem, obracając w głowie  
zmienianą@ bez końca pointę  
przekładu, wybrałem: "widzę z  
niemałą@ udręką: "Trzeba będzie  
na własny palec machnąć ręką";@  
gdy włączaliśmy klimatyzację,  
biliśmy kolejny rekord,@  
mdleliśmy na torturach,  
prześladował nas motyw z  
kwartetu@ e_moll Mendelssohna,  
poranek powierzał nas  
otwartemu@ oknu słońca, ze  
skrzynek wyjmowaliśmy listy i  
kartki,@ strzelał do nas patrol  
graniczny, całowaliśmy  
delikatny@ puch na karku,  
zastawki otwierały się miarowo w  
sercu,@ gdy przez każdy moment  
i miejsce przewlekała się nitka  
sensu,@ którego nie chcieliśmy  
dociec, a na naszych przegubach  
ucięty@ palec Thomasa Randolpha  
wystukiwał bezgłośnie akcenty.@ 
 
 
Pierwsza piątka 
 
 
W oceanicznym ryku nabitej  
głowami hali@ Boston Garden, w  
ekstazie od górnych galerii po  
parter,@ wbiegają truchtem,  
luźni, zblazowani, cali@ w  
niby_leniwej glorii, pięć  
piętrowych panter:@ długoręki  

background image

Kevin Mchale, sześć stóp i  
dziesięć cali@ 
ofensywnego geniuszu; chmurny  
i uparty@ wielkolud Robert  
Parish; piegowaty Dennis@  
Johnson, mistrz błyskotliwych  
podań; jego partner@ Danny  
Ainge, cwany gówniarz z wyglądu,  
bezcenny@ artysta strzałów z  
dystansu; aż wreszcie wstępuje  
na parkiet@ 
Larry Bird (z trybun:  
"La_Ree!!!"), kluchowaty,  
senny@ blondas, w którym nikt  
by się nie domyślił żywej,@  
jedynej, wszystko dotąd  
zaćmiewającej legendy.@ Fale  
wrzawy wzbierają, aż burzliwe  
grzywy@ walą się, nagła cisza  
święci ewidentny@ 
fakt: w dziejach koszykówki  
nie było drużyny@ tak zgranej,  
niezrównanej. Gwizdek, pierwszy  
wyskok@ do piłki. Parish;  
Johnson; Mchale czterema  
dużymi@ krokami dopada kosza,  
dwa punkty, ryk: znów im  
wyszło.@ "Socjotechnika: bez  
meczów, lig, tabel zbyt by się  
dłużyły@  
tygodnie", mruczę zawistnie.  
(Bird rzuca się w kłębowisko@  
ciał, zwód, łuk strzału:  
znowu!). Nie: tylko trochę mniej  
niedoskonali@ niż każdy, są  
doskonale kochani, nienawidzeni,  
są wyspą@ wyrosłą nad  
obojętność. Na mgnienie. Tak,  
ale na mgnienie ocali@ ich to,  
że wystają o głowę ponad tę  
resztę, to wszystko.@ 
 
 
Zdjęcie 
 
Nie ruszaj się; tak, brawo;@  
tylko poczekam, aż@ przejdą ci  
ludzie i sprawy,@ z którymi  
 
zbyt mało masz@ 
wspólnego; o, to jest dobre;@  
tylko przybliżę się, żeby@  
usunąć poza obręb@ miliony  
niepotrzebnych@ 
nieszczęść i słów; o tak,  
stój@ właśnie tak; tylko  
nastawię@ ostrość, żeby na  
jawie@ uchwycić twój sen,  
twój@  
cień; tak, z tą właśnie@  
miną, w tej pozie;@ tylko się  

background image

cofnę może,@ żeby nie za  
wyraźnie@  
rysowały się linie@ na  
twarzy, na murze w tle;@ tak,  
dobrze, właśnie te@ myśli, nie  
inne;@ 
tylko migawka: niech@ na  
mgnienie się uciszy@ czas, jego  
śmiech@ nienajżyczliwszy;@ 
tak, wreszcie, bądź tak  
chwilkę;@ z tym, że już  
zmierzch:@ a został jeden tylko@  
jednorazowy flesz@ 
 
 
I tak 
 
A jeśli nawet nie, to i tak  
będę@ udawał sam przed sobą, że  
jest środkiem świata@ każde  
moje ubocze, że biegłego  
świadka@ mam nad każdym  
pobytem, postojem i pędem,@ że  
w każdym z moich zaćmień on  
znajdzie dość światła,@ jak  
superczuły noktowizor w mętnym@  
mroku, tkwiący nad każdym  
punktem i momentem@ szpiegowski  
satelita, ratunkowa siatka,@ od  
której się odbiję, gdy bryłą  
kaleką@ runę z trapezu ziemi ku  
widowni nieb@ nade mną,  
rozpostarta czujnie i daleko@  
siatkówka oka, na którego dnie@  
moje odbicie i skąd wraca echo@  
tych samych w kółko słów: A  
jeśli nawet nie@ 
 
 
Kontrapunkt 
 
"Wariacje dla Goldberga", w  
rozpoznawalnym od razu@  
 
nagraniu Glenna Goulda, bryznęły  
z głośników stereo,@ gdy  
włączył starter; i z tym  
gwałtowniej mdlącą odrazą,@  
męką właściwie, przeklął to, co  
natychmiast stanęło@ tępą  
przegrodą w poprzek rwącego  
strumienia akcentów:@  
świadomość, że się musi  
pośpieszyć, jeśli na wieczór@  
chce zajechać do miasta, znaleźć  
gdzieś parking (w centrum!@ o  
tej porze!) i zdążyć  
przynajmniej na koniec wiecu,@  
na którym, jak dobrze pójdzie,  
uchwali się z pięć rezolucji,@  
potępiających (w sposób  

background image

stanowczy, kategoryczny,@ i  
całkowicie bezsilny) łamanie  
praw ludzkich i ucisk.@ Nie żeby  
nie był już w stanie czuć bólu,  
współczucia, goryczy.@ Im  
później, im odleglej, tym  
większą to miało wartość,@ tym  
łatwiej, może z nerwów, łzy  
piekły w kącikach oczu.@ Przez  
chwilę, przez chwilę gładzić  
zwięźle spleciony warkocz@  
kontrapunktu, rozważać cud  
współistnienia głosów,@ z  
których każdy odbywa w czasie  
osobną podróż@ a w każdym  
punkcie czasu związuje je inna  
harmonia.@ Życia by nie  
starczyło, nie tylko tej chwili  
- odłóż@ to na później.  
Przyspieszył, i dopiero gdy  
ostro hamował@ przed  
skrzyżowaniem, niejasna myśl: że  
w tak gęstej muzyce@ jest  
miejsce na wszystko, z nim  
włącznie - że jedno nie  
przeciwdziała@ drugiemu, że nie  
on słucha ale muzyka użycza@ mu  
słuchu, czasu, cierpienia,  
wszystkiego, co przewidziała@  
 
 
Drogi kąciku porad 
 

Drogi kąciku porad, choć z  
natury@ spokojny, wpadam wciąż  
w depresję, widząc@ krew. Późny  
wieczór, włączam telewizor:@ znów  
 
akt terroru, trupy dzieci.  
(Który@ z nas, telewidzów, nie  
zna takich zgryzot!)@ Snu!  
(Lecz nie naszą jest winą  
ponury@ i krwawy@ bieg spraw  
świata.) Po raz wtóry:@ Chcę  
spać! (Wystarczy spokój, kilka  
wizyt@ u terapeuty.) Wieczna  
bieganina@ sanitariuszy, dym z  
ruin, kobiety@ załamujące ręce:  
czy świat zapomina@ o nas,  
niewinnych, których nie  
ciekawi@ zło? W rezultacie  
dręczy mnie, niestety,@  
bezsenność. (Więcej spacerów.  
Mniej kawy.)@ 
 

Drogi słowniku doktryn  
filozofów,@ proszę o pomoc, bo  
tracę apetyt,@ gdy przy  
śniadaniu w twarz skacze z  

background image

gazety@ kościsty głód. (I znowu  
człowiek, znowu@ z problemem!)  
Wynajdź mi system. (Konkrety@  
czyichś trywialnych potrzeb to  
nie powód,@ aby@ przymnażać  
wiar własnego chowu.)@ Kto mi  
przywróci spokój? (Z dawnych  
etyk -@ stoicyzm.) Jak mam  
przełknąć bezsens nieszczęść?@  
Nie mogę jeść, gdy znów na  
zdjęciu człowiek@ irracjonalnie  
zdycha. Zdrowie jeszcze@  
stracę, jeżeli nie znajdę  
zasady@ w tej miazdze. Odsłoń  
mi więcej, choć słowem,@ mów.  
(Na coś więcej człowiek jest za  
słaby.)@ 
 

Drogie niebiosa, nie śmiem  
pytać. (Pytaj@ i nie miej  
obaw.) Jak spytać pustkowie@ o  
własną pustkę? (Na wszystko  
odpowiem,@ choć nie usłyszysz  
ani słowa.) Ty tam@ w górze,  
jakkolwiek mam Cię zwać,  
jakkolwiek@ uprościć, pozwól,  
niech z czegoś odczytam@ znak.  
(Tylko stuk@ własnego serca.)  
Rytmem@ serca więc, tchu i  
mrugających powiek@ mów mi, co  
chwilę, że jestem, że jesteś.@  
(Jestem.) Nie słyszę. (Nie ma  
 
mnie przy tobie,@ bo jestem  
wszędzie.) I przez całą  
przestrzeń@ swoich galaktyk,  
wirów, mlecznych smug@ śledzisz  
ten okruch snu, wprawiony w  
obieg,@ sam? (Bóg jest także  
sam.) Bóg też? (Tak, Bóg.)@ 
 
 
Wynosząc przed dom~ 
kubły ze śmieciami 
 
Prawie w ostatniej chwili  
przed pójściem do łóżka@ myśl:  
zapomniałem - trzeba dziś  
wystawić@ na skraj chodnika  
kubły; ich ciąża, posłuszna@  
rytmom tygodnia, musi być  
przerwana@ przez pneumatyczny  
łomot wozu, co się zjawi@ z  
samego rana,@ by wyrwać z ich  
wnętrzności spęczniałe przez  
siedem@ dni plastikowe worki,  
schludnie@ spięte opakowania@  
skrupulatnych odpadków. Kość z  
indyka, puszki@ po jedzeniu dla  
kota, torba z czerstwym  

background image

chlebem,@ karton po mleku,  
szkło po winie "Gallo",@  
reklamowe ulotki: echo głuchych  
dudnień@ poziomo toczy się  
przez pustki@ przedmieścia, gdy  
wystawiam przed dom ten swój  
wkład@ w bieg dni - ofiarę  
całopalną@ z siebie,@ takiego  
w każdym razie, jakim chce mnie  
świat.@ 
Prawie w ostatniej chwili  
przed normalnym życiem@ myśl:  
jednak nie da się całkiem  
zostawić@ za sobą tamtych  
zsypów, jednej z szarych  
przyczyn@ mojego mózgu, wzroku,  
zachowania@ w strunach  
głosowych więzi (więzów?)  
dawnej jawy:@ nie usuwana@  
tygodniami, fetorem sięgając  
podniebień@ blokowych pięter,  
rosła góra@ gnijących resztek,  
tania@ alegoria upadku. Okrawki  
kapusty,@ niedopałki, kręgosłup  
śledzia, tłusty grzebień,@  
flaszki po żytniej, "Polityka",  
ochłap@ nadpsutej wołowiny: dno  
przepaści, która@ pionowo ziała  
 
tchnieniem pustki,@ gdy  
stawałem, ofiara na nieczynny  
stos,@ strącając ze śmieciami w  
otchłań@ siebie,@ takiego w  
każdym razie, jakim chciał  
mnie los.@ Prawie w ostatniej  
chwili przed ostatnią chwilą@  
myśl: mimo wszystko trzeba by  
postawić@ na swoim (Twoim?),  
czytać - może się i myląc -@ w  
gratach z wysypisk znaki i  
przesłania,@ jak ten patefon z  
tubą, w której się objawił@  
Głos Jego Pana@ prostodusznemu  
psu. Jak to osiągnąć, nie  
wiem:@ mówię, próbując zbudzić  
echo,@ pewnie jest jakaś  
ściana@ w tym bezbrzeżnym  
przypadku. Co czują opuszki@  
palców, gładząc pierś; chrobot  
zegara; na niebie@ ślad  
odrzutowca: takie z siebie  
śmieci@ w szczelnych zwrotkach  
- ofiarę żywą, choć kaleką - na  
ukos, w górę, na skraj pustki@  
wynoszę za próg, pragnąc w  
zamian tylko krzty@ wiary, że  
uda mi się zmieścić@ siebie@ w  
takim mnie - tu, na razie -  
jakim chcesz mnie Ty.@ 
 
 

background image

Żeby w kwestii tej nocy~ 
była pełna jasność 
 
Ponieważ nigdy nie wiadomo,@  
czy oczy również jutro z rana@  
otworzą się, czy bielą stromą@  
rozwidni się jak co dzień  
ściana@ na wprost; ponieważ  
wysypana@ żwirem alejka szepcze  
z chrzęstem@ czyjś późny powrót  
i swój banał@ dźwięczy gdzieś  
świerszcz; ponieważ jestem@ 
- jak na sennego - dość  
świadomy@ własnego  
niezasługiwania@ na miejsce w  
punkcie, gdzie atomy@ się  
zbiegły, i w niezbieżnych  
planach@ planet; ponieważ prócz  
tykania@ sekund przez  
fosforyczną przestrzeń@ tarczy  
budzika nic nie wzbrania@  
wdzięcznym być w śnie; ponieważ  
jestem@ 
 
 
 
 
 
 
- jak na blask gwiazd - dość  
niewidomy,@ aby mi z łaski była  
dana@ zdolność sięgania po  
kryjomu,@ na oślep, w zaczajony  
na nas@ mrok, umiejętność  
popełniania@ wykroczeń poza  
siebie, przestępstw@ przez  
kordon czaszki, zbrodni  
trwania@ większych niż śmierć;  
ponieważ jestem@ 
- jak śmierć - dość żywego  
zdania@ o krwi, tętniącej w  
skroń rejestrem@ łask, nie  
myśl, że nie jestem w stanie@  
wierzyć, żeś jest. W to nie  
wierz: jestem.@