background image

Biblioteka Ameryka

ń

ska 

Tom VI

 

Flannery O'Connor (1925 - 1964) 

jest uznaną wielkością literatury 

nie tylko amerykańskiej ale i światowej. 

Całe swoje Ŝycie spędziła w Georgii, 

a bohaterami jej utworów są zwykli, prości ludzie 

amerykańskiego Południa. 

 

Autorka dwu powieści: 

Wise Blood (1952) i The Violent Bear It Away 

(1960 - w przygotowaniu jako kolejny tom Biblioteki 

Amerykańskiej) oraz dwu zbiorów opowiadań: 

A Good Man Is Hard to Find (1955) 

Artificial Nigger and Other Tales (1957). 

Pośmiertnie opublikowano fragmenty nie ukończonej 

prozy pt. Who Do the Heathens Rage? 

W Polsce ukazały się dwa wybory jej opowiadań 

zatytułowane Trudno o dobrego człowieka (PIW, 1970) 

oraz W pierścieniu ognia (PIW, 1975). 

background image

FLANNERY O'CONNOR 

MĄDROŚĆ KRWI 

PrzełoŜyła 

Magdalena Kucharska 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Przedświt 

Warszawa 1992 

background image

Tytuł oryginału: Wise Blood 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Przedświt 

 

Redakcja: Małgorzata śbikowska 

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Zbigniew Kołaczek 

Korekta: Ewa Redlicka 

 

ISBN 83 - 85081 - 39 - 9 

 

Wydanie pierwsze, Warszawa 1992 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Przedświt 

00 - 478 Warszawa 

Al. Ujazdowskie 16/49 

tel. 21 - 67 - 64 

 

 

Druk i oprawa: Zakł. Graf. W. N. Łódź, ul. świrki 2 

background image

Wstęp 

Zmarła w 1964 roku w wieku trzydziestu dziewięciu lat Flannery O'Connor od dawna 

uznawana jest za jedną z najbardziej utalentowanych i zaskakujących pisarek amerykańskiego 

Południa.  Oprócz  opowiadań  pisała  równieŜ  powieści.  Oryginalny  charakter  jej  twórczości 

wynika w duŜej mierze z wpływu, jaki wywarło na nią wychowanie w tradycyjnej katolickiej 

rodzinie  osiadłej  od  pokoleń  w  Georgii,  otoczonej  białą  biedotą  i  protestanckimi  członkami 

sekty Bible - Belt, z których większość wywodziła się ze zuboŜałego chłopstwa walczącego o 

przetrwanie  na  pagórkowatych  równinach  Georgii  i  odciętego  od  świata  na  górzystych 

obszarach  Tennessee.  Ich  osamotnienie,  nieuregulowany  tryb  Ŝycia  i  przekazywany  z 

pokolenia  na  pokolenie  fanatyzm  religijny  stają  się  źródłem  aktów  przemocy  i  zachowań 

patologicznych.  Mowa  i  myśli  pełne  są  brutalnych,  pierwotnych  obrazów  biblijnych,  które 

zasiali  w  ich  psychice  ciemni,  naiwnie  egzaltowani  objazdowi  pastorzy  lub  zwykli  oszuści, 

którzy  błąkają  się  od  miasteczka  do  miasteczka.  Jako  tradycyjna  katoliczka;  Flannery 

O'Connor wnikliwie analizuje ten religijny półświatek i prowadzi z nim polemikę, chociaŜ o 

ile  jest  ona  zasadniczo  pisarką  religijną,  to  jednak  jej  twórczość  nie  ma  charakteru 

dydaktycznego  i  nie  dotyczy  bezpośrednio  sporów  doktrynalnych.  Pisarka  przywołuje 

chaotyczne  wyobraŜenia  religijne  ze  świadomości  wyznawców  najbardziej  popularnych 

odmian  protestantyzmu  z  dokładnością  antropologa,  który  obeznany  jest  z  ich  Ŝyciem,  nie 

nadając  jednak  swym  rozwaŜaniom  zabarwienia  satyrycznego.  To,  co  słyszy  i  widzi,  odnosi 

do  doświadczeń  wcześniejszych  pokoleń.  W  jej  pierwszej  powieści  zatytułowanej  Mądrość 

krwi, dziadek głównego  bohatera, zagorzały, wędrowny pastor, był  człowiekiem, który nosił 

w sobie „Jezusa jak Ŝądło”, a jego wnuczek, jako człowiek dorosły, „gdzieś w głębi swojego 

umysłu  zobaczył  Jezusa  przesuwającego  się  po  wierzchołkach  drzew,  dziką  postać  w 

łachmanach, która dawała mu znaki, aby się odwrócił i wkroczył w ciemność, gdzie nigdy nie 

mógłby być pewny gruntu pod nogami, gdzie mógłby chodzić po wodzie nie wiedząc o tym, a 

potem nagle ocknąć się i utonąć.” Jednak juŜ w wieku osiemnastu lat Haze zostaje wyrwany 

ze swojej doliny i jako Ŝołnierz uczestniczy w wojnie światowej, z której wraca kontuzjowany 

i oszołomiony nihilizmem. Wrodzona poboŜność przemienia się u niego w anty - religijność i 

po  powrocie  do  Tennessee  w  milczeniu  przedziera  on  ulotkę,  którą  wepchnęła  mu  w  rękę 

córka  pastora,  myśląc  tylko  o  jednym  -  aby  załoŜyć  swój  anty  -  kościół,  Kościół  Bez  Chry-

stusa. Jest on „niemym wołem” Williama Lewisa: 

background image

„Jestem członkiem i głosicielem kościoła, w którym ślepi nie widzą, kulawi nie 

chodzą,  a  to  co  jest  martwe,  takim  pozostaje. Jeśli  ktoś  mnie  zapyta,  powiem  mu,  Ŝe 

jest to kościół nie skalany krwią Jezusa... Jezus był kłamcą.” 

Nie  jest  to  rozumowanie  ateisty,  jest  to  szaleńcza  namiętność  człowieka  obłąkanego. 

Widzimy go więc w momencie „chrztu” - pogrąŜonego w grzechu, którego pragnie - w łóŜku 

oziębłej miejscowej prostytutki, kupującego celowo na wpół sprawny samochód i głoszącego 

swą „wiarę” na rogach ulic, w miejscach publicznych, w otoczeniu domokrąŜców i oszustów. 

Odbiera  fałszywemu  „ślepemu”  pastorowi  piętnastoletnią  zdemoralizowaną  córkę

;

  pozbywa 

się  swojego  konkurenta,  który  zaczął  głosić  Święty  Kościół  Chrystusa  Bez  Chrystusa  i 

odchodzi  w  obskurny  świat  głodu  i  nędzy.  Najbardziej  jednak  przeraŜające  są  chłód  i 

obojętność  jego  obsesji,  które  nadają  tej  postaci  nieludzki  wymiar.  Jest  całkowicie 

autentyczny. Takie są teŜ w zasadzie w swojej mowie i Ŝyciu codziennym wszystkie postacie 

jej  powieści  i  to  właśnie  ta  „codzienność”  jest  w  nich  najbardziej  przeraŜająca.  Flannery 

O'Connor  w  sposób  mistrzowski  oddaje  atmosferę  strachu  w  obsesyjnie  powracających 

obrazach,  które  dręczą  umysły  ludzi  prostych.  WyobraŜenia  te,  zakorzenione  na  stałe  w 

ś

wiadomości bohaterów jej powieści, znajdują odbicie w ich burzliwym Ŝyciu wewnętrznym. 

W końcu, w ostatecznym geście odizolowania się od świata, do którego powrócił po wojnie, a 

moŜe  równieŜ  z  zamiarem  zemsty  na  swojej  świętoszkowatej  gospodyni,  której  naprawdę 

chodzi  tylko  o  jego  pieniądze,  Haze  wciera  sobie  do  oczu  wapno,  aby  się  oślepić.  W  akcie 

tym nie ma nic z melodramatu. Jest w nim logika szaleństwa. Flannery O'Connor opanowała 

sztukę  ukazywania  tego  co  absurdalne  jako  rzeczy  naturalnej  dla  swoich  bohaterów. 

Charakterystyczna  dla  nich  oszczędność  w  słowach  nieadekwatna  do  wymiaru  ich  własnych 

tragedii, sprawia, Ŝe proza Flannery O'Connor jest tym bardziej przekonywająca. 

Z właściwą sobie zadumą i powagą religijną opisując obrazy i złudzenia, jakimi Ŝyją 

bohaterowie  jej  powieści,  autorka  wykazuje  silną  i  niebezpieczną  skłonność  do  dziwacznej 

symboliki.  Wkracza  ona  jednak  tak  głęboko  w  Ŝycie  wewnętrzne  swoich  postaci,  Ŝe  prawie 

nigdy  nie  wydaje  się  to  nienaturalne.  Okoliczności  zewnętrzne  sprawiają,  Ŝe  główni 

bohaterowie jej utworów stają się samotnikami. Sądzę, Ŝe jej talent ujawnia się najpełniej w 

opowiadaniach,  a  tam  właśnie  zaskakujące  symbole,  jakich  uŜywa  wiąŜą  się  z  głębokim 

poczuciem wewnętrznego konfliktu moralnego postaci. 

Doskonałym tego przykładem jest jedno z opowiadań ze zbioru Everything That Rises 

Must  Converge  zatytułowane  „Parker's  Back”,  w  którym  dominujący  motyw  wydaje  się  na 

pierwszy  rzut  oka  groteskowy.  (Groteskowość  sama  w  sobie  nie  znaczy  dla  niej  nic  -  jest 

jednym z atrybutów rzeczywistości.) Prosty kierowca cięŜarówki oddaje się swojej Ŝyciowej 

background image

obsesji tatuowania się. Swe ciało zmienia w Ŝywą galerię obrazów, co sprawia, Ŝe kobiety nie 

potrafią mu się oprzeć. Kiedyś zafascynował dzięki temu swoją poboŜną Ŝonę, która wkrótce 

jednak  przestała  się  nim  interesować.  Aby  rozbudzić  na  nowo  jej  uczucia,  kaŜe  wykonać 

sobie tatuaŜ na plecach, które do tej pory pozostawały nie zapisaną kartą. Wybiera największy 

i  najdroŜszy  dostępny  tatuaŜ:  Chrystusa  Bizantyjskiego.  Sekta  jego  Ŝony  jest  jednak 

przeciwna  temu  wyobraŜeniu  Chrystusa.  MęŜczyzna  zostaje  odrzucony,  poniewaŜ  dopuścił 

się  tego,  do  czego  czują  odrazę  członkowie  jej  sekty  -  bałwochwalstwa.  Ten  „boŜek” 

pozostaje najwidoczniej obojętny Bogu i sprawom ostatecznym. Jednak farsa ta jest powaŜna. 

Oniemiały  w  swym  bólu  człowiek  domaga  się  prawa  do  Ŝycia  wewnętrznego,  pragnie 

pokazać, Ŝe jest kimś. Obala narzucone mu ograniczenia. Jego czyn jest zarazem naturalną i 

absurdalną prośbą, a nawet Ŝądaniem. Stanowi równieŜ wyraz buntu i nienawiści do kobiety, 

którą człowiek ten jest zmęczony, tak samo jak ona zmęczona jest nim. W swoim zagorzałym, 

niewzruszonym  egotyźmie  ci  ograniczeni  ludzie  posuną  się  do  wszystkiego,  nie  wyłączając 

morderstwa.  Opowiadanie,  utrzymane  w  subtelnym  klimacie  baśni,  razi  równocześnie 

krzykliwością barw plakatu cyrkowego. 

Wyobraźnia  Flannery  O'Connor  jest  nieposkromiona  -  niemalŜe  tak  Ŝywa  jak 

wyobraźnia pierwszych Purytan. Odnosimy wraŜenie, Ŝe pisarka sama poparzyła sobie palce 

w pełnych Ŝaru opisach  biblijnych. O zachodzie słońca krajobraz moŜe wydawać się  równie 

dobrze  sielankowy  jak  ociekający  krwią.  Wyrządzenie  zła  przez  bohatera  wprowadza  go  w 

ś

wiat rzeczywisty „winy i smutku”. Stanowi to w przypowieściach Flannery O'Connor punkt 

wyjścia dla rozwaŜań natury moralnej. W jednym z opowiadań pewien ksiądz wybiera się w 

odwiedziny  do  niewiernego,  który  Ŝarliwie  pragnie  śmierci,  aby  ukarać  swą  matkę  za 

wykastrowanie  go.  Człowiek  ten  zostaje  wyleczony  przez  miejscowego  doktora,  którym 

gardzi za to, Ŝe nie pozwolił mu umrzeć. 

„Zrozumiał,  Ŝe  przez  resztę  Ŝycia,  słabowity,  umęczony  ale  cierpliwy,  będzie  stał  w 

obliczu  oczyszczającego  strachu.  Pozbawiono  go  moŜliwości  choćby  słabego  krzyku, 

ostatniego bezsilnego protestu. A Duch Święty w otoczeniu nie ognia a lodu w dalszym ciągu 

zstępował nieubłaganie.” 

Strach w ujęciu Flannery O'Connor jest środkiem odnowy duchowej lub psychicznej, 

który  moŜe  doprowadzić  do  zniszczeń,  ale  z  pewnością  spowoduje  wewnętrzną  przemianę. 

MoŜna  to  odrzucić  jako  argumentację  antyhumanistyczną,  jednak  ironia  jest  w  zasadzie 

głównym  środkiem  literackim,  do  jakiego  ucieka  się  Flannery  O'Connor,  a  inspiracją  dla 

zaskakujących opisów w jej prozie nie jest czysta widowiskowość, czy pogoń za sensacją. W 

jednym  z  jej  najlepszych  opowiadań  „A  Good  Man  is  Hard  to  Find”  cała  rodzina  wyjeŜdŜa 

background image

poza miasto. Wszyscy przekomarzają się w zwykły, radosny sposób. Poczciwa babcia wpada 

nagle  na  pomysł,  aby  zrobić  mały  objazd  i  odnaleźć  miejsce,  gdzie  się  urodziła.  Wkrótce 

gubią  drogę.  Samochód  wywraca  się  i  na  pomoc  zjawiają  się  trzej  męŜczyźni,  zbiegli 

więźniowie. Po kolei wyprowadzają dzieci i rodziców pod las, aby ich tam zabić. Przywódca 

bandytów,  znany  jako  Misfit  -  dumny  z  tego  przezwiska  -  wdaje  się  w  dyskusję  religijną  z 

babcią, która mówi mu o modlitwie i o tym jak Jezus wskrzeszał umarłych. „Nie byłem tam, 

więc  nie  mogę  temu  zaprzeczyć  -  powiedział  Misfit.  -  Szkoda,  Ŝe  mnie  tam  nie  było...  To 

niesprawiedliwe,  Ŝe  mnie  tam  nie  było  bo...  jakbym  tam  był,  to  bym  wiedział  i  nie  byłbym 

wtedy  taki,  jaki  jestem  teraz.”  Ale  kiedy  kobieta  go  dotyka  i  mówi,  Ŝe  jest  jednym  „z  jej 

własnych  dzieci”,  Misfit  odskakuje  w  tył  „jak  ukąszony  przez  węŜa”  i  zabija  ją.  Dzień  ten 

jednak zaczął się niewinnie. 

Jak  wszyscy  pisarze  „Gotyccy”  Flannery  O'Connor  jest  wraŜliwa  na  przejawy 

obecności diabła, lub raczej mnogości diabłów w świecie ludzkim. Nie odbiera tego jednak w 

konwencjonalnym,  religijnym  pojęciu.  Wydawałoby  się,  Ŝe  ma  za  złe  Ewangelistom,  Ŝe 

uczynili z Szatana postać literacką, podczas gdy w rzeczywistości jest on w Ŝyciu codziennym 

stale obecną siłą. Celem ukazywania przez nią zła nie jest wzbudzenie w  czytelniku emocji, 

ale ukazanie jak agresja rodzi się w umysłach przeciętnych ludzi. Dowiadujemy się, Ŝe nawet 

uczucia  oświeconych  mogą  mieć  swoje  nie  uświadomione  korzenie:  kiedy  Thomas,  młody 

historyk  widzi  jak  jego  matka  przyprowadza  do  domu  niechlujną  dziewczynę,  którą 

„uratował”  i  obserwuje  „jej  lekko  zgięte  nogi”  wyślizgujące  się  z  samochodu,  „z  cichą, 

złowrogą intensywnością narasta w nim wściekłość jak rozgniewany tłum”. Inna dziewczyna, 

pouczona przez psychiatrę, aby uwaŜać zło za chorobę rozumie, Ŝe to rozróŜnienie uwalnia ją 

od  odpowiedzialności  za  jej  grzechy.  Być  moŜe  przypomina  to  Mauriaca  bawiącego  się 

perwersją i paradoksem, jednak w twórczości Flannery O'Connor rola elementu diabołicznego 

polega  na  wykorzenieniu  dumy  ze  źle  pojmowanej  cnoty.  Autorka  nie  przekonuje  nas 

argumentami, ale fizyczną Ŝywotnością scen, zapisem głosów i Ŝycia ludzi i swym kunsztem 

pisarskim, który rzadko zawodzi. Szokuje ale oświeca. 

 

V.S. PRITCHETT, 1980 

background image

Nota autorki do drugiego wydania (1962) 

Mądrość  krwi  osiągnęła  wiek  dziesięciu  lat  i  ciągle  jest  Ŝywa.  Jestem  na  tyle 

samokrytyczna,  aby  to  stwierdzić.  KsiąŜka  pisana  była  z  pasją  i  tak  teŜ,  jeśli  to  moŜliwe, 

powinna być czytana. Jest to komiczna opowieść o chrześcijańskim malgré lui, i jako taka jest 

ona  bardzo  powaŜna,  poniewaŜ  wszystkie  powieści  komiczne,  jeśli  mają  posiadać  jakąś 

wartość, muszą dotyczyć spraw Ŝycia i śmierci. Mądrość krwi napisana została przez autorkę 

od urodzenia wystrzegającą się z góry ustalonych teorii, posiadającą jednak pewne określone 

zamysły.  Fakt,  Ŝe  wiara  w  Jezusa  dla  niektórych  jest  sprawą  Ŝycia  i  śmierci  jest  przeszkodą 

dla  czytelników,  którzy  woleliby  uwaŜać  ją  za  kwestię  bez  większych  następstw.  Dla  nich 

integralność Hazela Motesa leŜy w tym, Ŝe z taką energią starał się pozbyć obrazu postaci w 

łachmanach,  która  przesuwa  się  po  wierzchołkach  drzew  gdzieś  w  głębi  jego  umysłu.  Dla 

autorki natomiast spójność postaci bohatera polega na tym, Ŝe nie potrafi on tego zrobić. Czy 

czyjaś  integralność  moŜe  leŜeć  w  tym,  czego  nie  potrafi  zrobić?  Myślę,  Ŝe  zwykle  tak  jest, 

poniewaŜ wolna wola nie oznacza jednej woli, ale wiele pragnień ścierających się ze sobą w 

człowieku.  Wolność  nie  rodzi  się  tak  łatwo.  Jest  to  tego  rodzaju  tajemnica,  której  powieść, 

równieŜ powieść komiczna, potrafi zaledwie dotknąć. 

background image

Rozdział I 

Siedząc na samym brzegu zielonego pluszowego siedzenia, Hazel Motes patrzył przez 

chwilę  na  okno  pociągu,  jakby  zastanawiał  się,  czy  przez  nie  nie  wyskoczyć,  a  następnie 

przeniósł  wzrok  na  drugie,  w  przeciwległym  końcu  przedziału.  Pociąg  mknął  pomiędzy 

wierzchołkami  drzew,  które  znikając  jedno  po  drugim,  ukazywały  zawieszone  ponad  linią 

odległych lasów purpurowo czerwone słońce. Nieco bliŜej wiły się, niknąc w oddali, zaorane 

pola.  Kilka  wieprzy  przypominających  ogromne,  cętkowane  głazy  ryło  hałaśliwie  w 

bruzdach.  Pani  Wally  Bee  Hitchock,  która  siedziała  w  tym  samym  przedziale,  naprzeciwko 

Motesa,  powiedziała,  Ŝe  według  niej  taki  wczesny  wieczór  to  najpiękniejsza  pora  dnia  i 

zapytała, czy on teŜ tak myśli. Była otyłą kobietą w sukience z róŜową krezą i mankietami. Jej 

nogi w kształcie gruszek zwisały z siedzenia, nie dotykając podłogi. 

Popatrzył  na  nią  przez  moment,  po  czym  nie  odpowiadając,  pochylił  się  do  przodu  i 

znów zaczął wpatrywać się w podłuŜny korytarz wagonu. Odwróciła się, ciekawa, co go tak 

zainteresowało,  ale  zobaczyła  tylko  dziecko  wyglądające  z  jednego  z  przedziałów  i  dalej,  w 

końcu korytarza, stewarda, który otwierał szafę z prześcieradłami. 

- Domyślam się, Ŝe jedzie pan do domu - powiedziała, odwracając się znowu do niego. 

Nie  wyglądał  na  wiele  ponad  dwadzieścia  lat,  trzymał  jednak  na  kolanach  sztywny,  czarny 

kapelusz  z  szerokim  rondem,  taki,  jakie  noszą  starsi  wiejscy  kaznodzieje.  Do  rękawa  jego 

jaskrawoniebieskiego garnituru ciągle jeszcze przyklejona była kartka z ceną. 

Nie odpowiedział jej, ani nawet nie odwrócił wzroku od tego, w co się wpatrywał. U 

jego  stóp  leŜał  worek  z  wojskowego  wełnianego  materiału,  pomyślała  więc,  Ŝe  pewno  po 

zwolnieniu z wojska właśnie wraca do domu. Chciała podsunąć się bliŜej, aby dowiedzieć się, 

ile  go  kosztował  garnitur,  ale  złapała  się  na  tym,  Ŝe  zamiast  tego  rzuca  mu  ukradkowe 

spojrzenia,  próbując  wejrzeć  w  jego  oczy.  Miały  kolor  skorupki  orzecha  i  były  głęboko 

osadzone  w  oczodołach.  Kształt  jego  czaszki  rysował  się  pod  skórą  w  sposób  surowy  i 

zdecydowany. 

Poczuła  nieprzyjemne  rozdraŜnienie  i  gwałtownie  odrywając  wzrok  od  jego  twarzy 

spojrzała z ukosa na metkę. Garnitur kosztował 11 dolarów i 98 centów. Poczuła, Ŝe go to w 

pewien  sposób  określa  i  spojrzała  znów  w  jego  twarz,  juŜ  trochę  pewniej.  Miał  orli  nos  i 

długie  pionowe  zmarszczki  w  kącikach  ust.  Włosy  przylegały  do  głowy,  jakby  były  ciągle 

background image

przyciśnięte  cięŜkim  kapeluszem.  Jednak  znacznie  bardziej  absorbujące  były  jego  oczy. 

Pochyliła się mocniej w przód, próbując w nie zajrzeć. Były osadzone tak głęboko, Ŝe robiły 

wraŜenie  wiodących  gdzieś  daleko  tuneli.  Wtedy  on  nagle  odwrócił  się  do  okna  i  równie 

szybko zwrócił się z powrotem tam, gdzie poprzednio skupiał swoje spojrzenie. 

Patrzył  na  stewarda.  Kiedy  wsiadał  do  pociągu,  tamten  stał  pomiędzy  dwoma 

wagonami  -  postawny  człowiek  z  okrągłą,  Ŝółtą,  łysą  głową.  Gdy  Haze  zatrzymał  się  przed 

nim, steward skierował wzrok ku niemu, a potem w przeciwną stronę, wskazując, do którego 

wagonu ma wejść. Kiedy nie zareagował, steward powiedział z rozdraŜnieniem: „Na lewo, na 

lewo” i Haze ruszył. 

- No - powiedziała pani Hitchock - nie ma to jak w domu. 

Spojrzał  na  nią  przelotnie  i  zobaczył  jej  płaską  twarz,  poczerwieniałą  pod  czapą 

lisiorudych włosów. Wsiadła dwa przystanki wcześniej. Nigdy jej przedtem nie widział. 

- Muszę iść zobaczyć się ze stewardem - powiedział. 

Wstał  i  ruszył  do  końca  korytarza,  gdzie  steward  zaczął  juŜ  ścielić  łóŜko.  Stanął  za 

nim  i  oparł  się  o  poręcz  siedzenia,  ale  tamten  nawet  na  niego  nie  spojrzał.  Rozkładał  dalej 

leŜankę. 

- Jak długo zajmuje panu posłanie jednego łóŜka? 

- Siedem minut - odpowiedział, nie patrząc na niego. 

Haze usiadł na poręczy siedzenia. 

- Jestem z Eastrod - odezwał się. 

- To nie na tej trasie - powiedział porter. - Wsiadł pan do złego pociągu. 

- Jadę do miasta. Powiedziałem, Ŝe wychowałem się w Eastrod. 

Nie było Ŝadnej odpowiedzi. 

- Eastrod - powtórzył Haze głośniej. Steward zaciągnął zasłonę. 

- Chce pan mieć juŜ teraz posłane łóŜko? Czy po to pan tu teraz stoi? - zapytał. 

- Eastrod - powiedział Haze. - Koło Melsy. 

Porter wygładził energicznie jedną stronę siedzenia. 

-  Ja  jestem  z  Chicago  -  powiedział.  Zawinął  drugi  róg.  Kiedy  pochylił  się,  na  jego 

karku pojawiły się trzy podłuŜne fałdy. 

- Tak myślałem - powiedział Haze, złośliwie mruŜąc oczy. 

- Nogi ma pan  w przejściu. Ktoś się moŜe potknąć - powiedział steward, odwracając 

się nagle i przeciskając obok niego. 

Haze  podniósł  się  i  postał  jeszcze  kilka  sekund.  Wyglądał  jak  zawieszony  na  linie 

biegnącej od środka jego pleców do sufitu pociągu. Patrzył, jak steward oddala się korytarzem 

background image

kołyszącym,  zwinnym,  łagodnym  krokiem  i  znika  w  drugim  końcu  wagonu.  Wiedział,  Ŝe  to 

Parrum, czarnuch z Eastrod. Wrócił do swojego przedziału i usiadł w przygarbionej pozycji, 

opierając  jedną  nogę  na  rurze,  która  biegła  pod  oknem.  Eastrod  wypełniło  jego  myśli,  a 

później  przeniknęło  na  zewnątrz  i  zapełniło  przestrzeń  mrocznych,  pustych  pól 

rozciągających się za oknem pociągu. Zobaczył dwa znajome domy, drogę koloru rdzy, kilka 

murzyńskich  chat,  jedną  stodołę  i  budę  z  obdartą  czerwono  -  białą  reklamą  tabaki  CCC  na 

jednej ze ścian. 

- Jedzie pan do domu? - zapytała pani Hitchcock. 

Popatrzył na nią z niesmakiem i chwycił za rondo czarnego kapelusza. 

- Nie, nie jadę - powiedział wysokim, ostrym, nosowym głosem mieszkańca Tennesee. 

Pani  Hitchcock  powiedziała,  Ŝe  ona  teŜ  nie.  Opowiedziała  mu,  Ŝe  zanim  wyszła  za 

mąŜ,  nazywała  się  Weatherman  i  jedzie  na  Florydę  odwiedzić  swoją  zamęŜną  córkę  Sarah 

Lucile. Mówiła, Ŝe nigdy wcześniej nie miała czasu na tak daleką podróŜ. Wydarzenia w jej 

Ŝ

yciu  następowały  po  sobie  jedno  za  drugim  i  czas  upływał  tak  szybko,  Ŝe  trudno  było 

powiedzieć, czy jest się jeszcze młodym, czy starym. 

Pomyślał,  Ŝe  mógłby  jej  powiedzieć,  Ŝe  jest  stara,  gdyby  go  zapytała.  Po  chwili 

przestał  jej  słuchać.  Steward  przeszedł  z  powrotem  korytarzem,  nie  spojrzawszy  na  niego. 

Pani Hitchcock straciła wątek. 

- Domyślam się, Ŝe jedzie pan kogoś odwiedzić? - zapytała. 

-  Jadę  do  Taulkinham  -  powiedział,  wcisnął  się  głębiej  w  siedzenie  i  spojrzał  przez 

okno. - Nie znam tam nikogo, ale mam tam coś do zrobienia. 

- Mam zamiar zrobić tam coś, czego nigdy do tej pory nie robiłem - dodał i rzucił jej 

ukośne spojrzenie, wykrzywiając nieznacznie usta w pogardliwym uśmiechu. 

Odpowiedziała,  Ŝe  zna  niejakiego  Alberta  Sparksa  z  Taulkinham.  Dodała,  Ŝe  jest 

szwagrem jej bratowej i Ŝe... 

- Nie jestem z Taulkinham - odezwał się. - Powiedziałem, Ŝe tam jadę. Tylko tyle. 

Pani Hitchcock zaczęła znowu mówić, ale przerwał jej ostro: 

- Ten steward wychował się tam, skąd ja pochodzę, ale mówi, Ŝe jest z Chicago. 

Pani Hitchcock powiedziała, Ŝe zna kogoś, kto mieszka w Chi... 

- Równie dobrze moŜna jechać tam, jak i gdzie indziej - odezwał się. - To wszystko, 

co mam do powiedzenia. 

Pani  Hitchcock  westchnęła,  Ŝe  czas  leci.  Nie  widziała  dzieci  swojej  siostry  od  pięciu 

lat i nie wie, czy by je teraz jeszcze poznała. Jest ich troje, Roy, Bubber i John Wesley. John 

background image

Wesley  miał  sześć  lat,  kiedy  napisał  do  niej  list,  do  kochanej  Mamalali.  Nazywali  ją 

Mamalala, a jej męŜa Papalala... 

- Przypuszczam, Ŝe myśli pani, Ŝe odkupiono pani grzechy - powiedział. 

Pani Hitchcock złapała się za kołnierzyk. 

- Przypuszczam, Ŝe pani myśli, Ŝe odkupiono pani grzechy - powtórzył. 

Zaczerwieniła  się.  Po  chwili  przyznała,  Ŝe  tak,  Ŝycie  jest  natchnieniem,  a  potem 

powiedziała, Ŝe jest głodna i zapytała, czy nie poszedłby do wagonu restauracyjnego. WłoŜył 

swój surowy, czarny kapelusz i wyszedł za nią z przedziału. 

Wagon restauracyjny był pełny. Ludzie czekali na miejsca. Stali z panią Hitchcock w 

kolejce przez pół godziny, kołysząc się w wąskim przejściu i przyciskając co kilka minut do 

ś

ciany,  aby  przepuścić  przechodzących  ludzi.  Pani  Hitchcock  rozmawiała  ze  stojącą  obok 

kobietą.  Hazel  Motes  wpatrywał  się  w  ścianę.  Opowiadała  kobiecie  o  męŜu  swojej  siostry, 

która  pracuje  w  City  Water  Works  w  Alabamie,  a  kobieta  opowiadała  jej  o  swoim  kuzynie, 

który  ma  raka  gardła.  W  końcu  zbliŜyli  się  do  wejścia  do  wagonu  restauracyjnego  i  mogli 

zajrzeć  do  środka.  Kelner  wskazywał  klientom  stoliki  i  podawał  kartę  dań.  Był  białym 

człowiekiem o czarnych lśniących włosach w czarnym lśniącym garniturze. Fruwał od stolika 

do stolika jak kruk. Zaprosił ruchem ręki następną parę i kolejka przesunęła się tak, Ŝe Haze, 

pani  Hitchcock  i  kobieta,  z  którą  rozmawiała,  stali  juŜ  u  wejścia.  Za  chwilę  opuściła  wagon 

kolejna dwójka. Na skinienie stewarda pani Hitchcock i kobieta weszły do środka, a za nimi 

Haze.  MęŜczyzna  zatrzymał  go  jednak,  mówiąc:  „Tylko  dwoje”  i  odepchnął  z  powrotem  w 

stronę drzwi. 

Twarz  Haze'a  brzydko  się  zaczerwieniła.  Spróbował  wcisnąć  się  za  stojącą  z  tyłu 

osobę,  a  potem  przepchnąć  przez  tłum,  by  wrócić  do  wagonu,  z  którego  przyszedł,  ale  zbyt 

wielu  ludzi  zebrało  się  przy  wejściu.  Musiał  więc  stać,  podczas  gdy  wszyscy  na  niego 

patrzyli.  Przez  chwilę  nikt  nie  wychodził.  Wreszcie  z  końca  wagonu  podniosła  się  od  stołu 

kobieta i kelner machnął ręką. Haze zawahał się, ale na następne skinienie ruszył chwiejnym 

krokiem wzdłuŜ korytarza, potykając się po drodze o dwa stoły i mocząc sobie rękę w czyjejś 

kawie. Kelner posadził go przy trzech młodych kobietach wyglądających jak papugi. 

Ich dłonie, o palcach zakończonych ostrymi czerwonymi paznokciami, spoczywały na 

stole. Usiadł i wytarł rękę o obrus. Nie zdejmował kapelusza. Kobiety skończyły jeść i paliły 

papierosy. Kiedy przysiadł się, zamilkły. Wskazał na pierwszą pozycję w karcie, a stojący nad 

nim kelner powiedział: „Zapisz to, chłopcze” i mrugnął do jednej z kobiet, która chrząknęła 

znacząco.  Zapisał  zamówienie  i  kelner  oddalił  się.  Siedział  z  wzrokiem  wbitym  w  szyję 

kobiety naprzeciwko niego. Co chwila jej ręka trzymająca papierosa dotykała plamki na szyi, 

background image

po chwili znikała z pola widzenia, potem znów powracała, a prosta smuga dymu z ust kobiety 

uderzała  go  w  twarz.  Kiedy  dmuchnęła  w  niego  po  raz  trzeci  czy  czwarty,  spojrzał  na  nią 

karcąco.  Miała  wyraz  twarzy  zacietrzewionego  koguta.  Jej  małe  oczy  wpijały  się  w  niego 

zaczepnie. 

- JeŜeli pani miałaby być zbawiona - powiedział - to ja nie chciałbym być. 

Potem  odwrócił  twarz  w  stronę  okna.  Zobaczył  w  szybie  swoje  blade  odbicie  na  tle 

ciemnej,  pustej  przestrzeni,  która  rozciągała  się  za  oknem.  Nagle  obok  nich  przetoczył  się 

wagon towarowy, rozdzierając pustkę na pół i jedna z kobiet się roześmiała. 

-  Myśli  pani,  Ŝe  wierzę  w  Chrystusa?  -  powiedział,  pochylając  się  ku  niej  i  mówiąc 

tak,  jakby  nie  mógł  złapać  oddechu.  -  Nie  wierzyłbym,  nawet  gdyby  istniał.  Nawet  gdyby 

jechał tym pociągiem. 

- Kto pana zmusza? - zapytała jadowitym tonem ze wschodnim akcentem. 

Odchylił się na oparcie. 

Kelner  przyniósł  mu  obiad.  Zaczął  jeść  powoli,  potem  coraz  szybciej  w  miarę,  jak 

kobiety  skupiały  swoją  uwagę  na  poruszających  się  mięśniach  jego  Ŝuchwy.  Jadł  coś 

cętkowanego  z  jajkami  i  wątróbką.  Skończył,  wypił  kawę  i  sięgnął  po  pieniądze.  Kelner 

widział go, ale nie podszedł, aby podliczyć rachunek. Za kaŜdym razem, gdy przechodził koło 

stolika, mrugał do kobiet i wpatrywał się w Haze'a. Pani Hitchcock i jej nowa znajoma skoń-

czyły  juŜ  i  wyszły.  W  końcu  męŜczyzna  podszedł  do  niego,  aby  odebrać  naleŜność.  Haze 

wepchnął mu pieniądze i przeciskając się obok niego wyszedł z restauracji. 

Stał przez chwilę w przejściu między wagonami, czując powiew świeŜego powietrza i 

skręcał papierosa. Nagle między wagonami przeszedł obok niego steward. 

- Hej, ty, Parrum! - zawołał. 

Steward nie zatrzymał się. 

Haze poszedł za nim do wagonu. Wszystkie łóŜka były juŜ posłane. Człowiek na stacji 

w Melsy sprzedał mu miejsce leŜące, poniewaŜ w przeciwnym razie, jak twierdził, musiałby 

czuwać  całą  noc.  Dostał  górną  leŜankę.  Haze  podszedł  do  niej,  sięgnął  po  swój  worek,  po 

czym  poszedł  do  toalety  przygotować  się  do  snu.  Był  bardzo  najedzony  i  chciał  jak 

najszybciej  znaleźć  się  w  łóŜku.  Wyobraził  sobie,  Ŝe  za  chwilę  będzie  leŜał  i  obserwował 

przesuwający  się  za  oknami  pociągu  nocny  krajobraz,  ale  wywieszka  mówiła,  Ŝe  trzeba 

poprosić  stewarda,  aby  wpuścił  na  górę.  Umieścił  najpierw  swój  worek  na  górnej  leŜance  i 

poszedł  go  poszukać.  Nie  było  go  w  jednym  końcu  wagonu,  więc  skierował  się  w  drugą 

stronę.  Wychodząc  zza  rogu  natknął  się  na  coś  cięŜkiego  i  róŜowego,  co  sapiąc  wydało 

pomruk  „Niezdara!”  Była  to  pani  Hitchcock  w  róŜowym  szlafroku  i  papilotach  na  głowie. 

background image

Popatrzyła  na  niego  spod  zmruŜonych,  niemalŜe  zamkniętych  powiek.  Papiloty  otaczały  jej 

głowę  jak  ciemne  muchomory.  Próbowała  przejść  koło  niego,  a  on  próbował  ją  przepuścić, 

ale za kaŜdym razem przesuwali się w tę samą stronę. Jej twarz lekko się zaróŜowiła i małe 

białe  plamki  pojawiły  się  na  obydwu  policzkach.  Wyprostowała  się,  stanęła  w  miejscu  i 

powiedziała: 

- Co się z panem dzieje? 

Prześlizgnął się koło niej, ruszył korytarzem i wpadł na stewarda, przewracając go. 

- Musisz mnie wpuścić na górę, Parrum - powiedział. 

Steward  podniósł  się,  chwiejnym  krokiem  poszedł  w  dół  korytarzem  i  wrócił  po 

chwili, kołysząc się z drabiną w ręku. Haze obserwował go w milczeniu, jak ustawia drabinę, 

a następnie zaczął się po niej wspinać. W pół drogi zatrzymał się i odwrócił. 

- Pamiętam cię. Twój ojciec był Murzynem o nazwisku Cash Parrum. Nie moŜesz tam 

wrócić, ani ty, ani nikt inny, nawet gdybyś bardzo chciał - odezwał się. 

- Jestem z Chicago - odpowiedział steward poirytowanym głosem. - ' Nie nazywam się 

Parrum. 

- Cash nie Ŝyje - powiedział Haze. - Zaraził się cholerą od świni. 

Usta stewarda zadrŜały. 

- Mój ojciec pracował na kolei - powiedział. 

Haze  roześmiał  się.  Steward  szarpnął  nagle  za  drabinę  i  chłopak  wpadł  na  łóŜko, 

chwytając kurczowo za koc. LeŜał przez kilka minut na brzuchu, nie poruszając się. Po chwili 

przewrócił  się,  włączył  światło  i  rozejrzał  wokoło.  Nie  było  okna.  Znajdował  się  w 

zamkniętym pomieszczeniu i tylko ponad zasłonką znajdowała się wąska szczelina. Sufit koi 

był niski i zaokrąglony. PołoŜył się i dostrzegł, Ŝe sufit nie wygląda, jakby był zamknięty, ale 

jakby się właśnie zamykał. LeŜał przez chwilę bez ruchu. Wydawało mu się, Ŝe w gardle ma 

coś  w  rodzaju  miękkiej  gąbki  przypominającej  w  smaku  jajko  i  nie  chciał  się  odwrócić,  w 

obawie, aby się nie poruszyła. Zapragnął zgasić światło. Nie odwracając się, wyciągnął rękę, 

wyczuł  przycisk,  nacisnął  go  i  zapadła  ciemność,  którą  rozjaśniało  tylko  światło  wpadające 

przez  szczelinę  z  korytarza.  Chciał  znaleźć  się  w  zupełnych  ciemnościach,  ale  nie  w 

półmroku.  Usłyszał  równomierny,  narastający,  a  potem  milknący  w  oddali,  stłumiony  przez 

chodnik odgłos kroków stewarda, który szedł korytarzem, ocierając się o zielone zasłony. Po 

chwili, kiedy prawie juŜ spał, wydało mu się, Ŝe słyszy znowu, jak steward idzie z powrotem. 

Zasłony poruszyły się i kroki zamilkły. 

W półśnie zdawało mu się, Ŝe miejsce, w którym leŜy, przypomina trumnę. Pierwszą, 

jaką  w  swoim  Ŝyciu  zobaczył,  była  trumna,  w  której  leŜał  jego  dziadek.  Tej  nocy,  kiedy 

background image

czuwano  przy  starym  w  domu,  pozostawiono  ją  otwartą,  z  wiekiem  podpartym  kawałkiem 

drewna  na  podpałkę.  Hazel  przyglądał  się  temu  z  oddali,  myśląc,  Ŝe  nie  pozwoli,  aby  go  w 

niej  zamknęli;  kiedy  nadejdzie  czas,  wepchnie  swój  łokieć  w  szczelinę.  Jego  dziadek  był 

wędrownym  kaznodzieją,  zjadliwym  staruchem,  który  objechał  trzy  hrabstwa  z  Jezusem 

ukrytym  w  swojej  głowie  jak  z  niewidzialnym  Ŝądłem.  Kiedy  nadszedł  czas,  aby  go 

pogrzebać, zatrzasnęli nad nim wieko pudła, a on się nawet nie poruszył. 

Haze miał kiedyś dwóch młodszych braci: jeden z nich zmarł jako niemowlę i został 

włoŜony  do  małego  pudełka.  Drugi  wpadł  pod  koła  kosiarki,  kiedy  miał  siedem  lat.  Jego 

trumienka była prawie dwukrotnie mniejsza niŜ normalna, a kiedy ją zamknęli, Haze podbiegł 

i otworzył ją znowu. Mówiono, Ŝe to dlatego, iŜ nie chciał rozstawać się z bratem, ale to nie 

było  tak.  Po  prostu  wyobraził  sobie,  co  by  było,  gdyby  to  on  znalazł  się  w  środku  i  zam-

knęliby nad nim wieko. 

Spał teraz i śnił, Ŝe jest znów na pogrzebie swojego ojca. Widział, jak leŜy w trumnie 

wykrzywiony, ze zgiętymi rękami i kolanami i jak go w ten sposób niosą na cmentarz. „Kiedy 

podniosę tyłek w górę”, usłyszał starego, „nikt nade mną niczego nie zatrzaśnie”. Kiedy jed-

nak  spuścili  trumnę  w  dół  i  z  głuchym  odgłosem  upadła  na  ziemię,  jego  ojciec  rozpłaszczył 

się jak wszyscy inni. Zbudziło go nagłe szarpnięcie pociągu. Pomyślał, Ŝe w Eastrod musiało 

być wtedy dwudziestu pięciu ludzi, w tym trzech Motesow. Teraz nie było juŜ Motesow, nie 

było Ashfieldów, nie było Blasengamów, Feyów, Jaksonów... czy Parrumów - nawet Murzyni 

mieli dosyć. Kiedy pociąg skręcał, zobaczył w ciemności załadowany wóz, pochyloną stodołę 

i mniejszy, na wpół rozebrany dom, bez ganku i podłogi w holu. 

Zupełnie  inaczej  wyglądała  ta  okolica,  kiedy  miał  osiemnaście  lat  i  ją  opuszczał. 

Wtedy w domu mieszkało dziesięcioro ludzi i nie zauwaŜył, aby zmniejszył się on od czasów 

jego  ojca.  Opuścił  go,  gdy  miał  osiemnaście  lat,  poniewaŜ  dostał  wezwanie  do  wojska. 

Najpierw przyszło mu do głowy, Ŝe przestrzeli sobie stopę i nie pójdzie. Chciał być pastorem 

tak jak jego dziadek, a pastor moŜe sobie poradzić bez stopy. Moc pastora tkwi w jego gardle, 

języku  i  rękach.  Jego  dziadek  przejechał  fordem  trzy  hrabstwa.  W  co  czwartą  sobotę 

przybywał  do  Eastrod,  jakby  w  ostatniej  chwili,  aby  uratować  ich  przed  piekłem  i  jeszcze, 

zanim  otworzono  mu  drzwi  samochodu,  zaczynał  krzyczeć.  Ludzie  zbierali  się  wokół  jego 

forda,  zwabieni  podniesionym  głosem.  Zwykł  się  wspinać  na  przednią  maskę  i  stamtąd 

przemawiać, a czasami wdrapywał się aŜ na dach i krzyczał do nich z góry. 

-  Macie  serca  z  kamienia!  -  krzyczał.  -  Jezus  umarł,  aby  was  zbawić!  Jezus  tak  was 

umiłował, Ŝe umarł jedną śmiercią za wszystkich, umarłby jednak dla kaŜdej duszy z osobna! 

Czy  to  rozumiecie?  Czy  rozumiecie,  Ŝe  umarłby  i  dziesięć  milionów  razy  dla  kaŜdej 

background image

zatwardziałej  duszy,  pozwoliłby  na  rozpięcie  swych  ramion  i  nóg  na  krzyŜu  i  przybicie  ich 

dziesięć milionów razy dla kaŜdego z was? 

Stary  wskazywał  na  swojego  wnuczka  Haze'a.  Okazywał  mu  wyjątkowe 

lekcewaŜenie,  poniewaŜ  twarz  dziecka  była  prawie  dokładnym  odbiciem  jego  twarzy  i 

wydawała się z niego kpić. 

- Czy wiecie, Ŝe nawet dla tego chłopca, dla tego biednego, grzesznego, bezmyślnego 

chłopca,  stojącego  tutaj  i  zaciskającego  i  rozprostowującego  swoje  brudne  ręce,  Jezus 

umarłby  dziesięć  milionów  razy,  zanim  pozwoliłby  mu  zatracić  jego  duszę?  Ścigałby  go  po 

odmętach  grzechu!  Czy  wątpicie,  Ŝe  Jezus  potrafi  chodzić  suchą  stopą  po  wodach  grzechu? 

Ten chłopiec otrzymał rozgrzeszenie i Jezus nie ma zamiaru kiedykolwiek go opuścić. Jezus 

nigdy  nie  pozwoli  mu  zapomnieć,  Ŝe  jest  odkupiony.  Na  co  moŜe  liczyć  grzesznik?  Ręka 

Jezusa w końcu go dosięgnie! 

Chłopiec  nie  musiał  tego  słuchać.  Tkwiło  w  nim  juŜ  głębokie,  mroczne  przekonanie, 

Ŝ

e  aby  uniknąć  Jezusa,  musi  unikać  grzechu.  Mając  dwanaście  lat,  wiedział  juŜ,  Ŝe  będzie 

kaznodzieją.  Później  gdzieś  w  głębi  swojego  umysłu,  zobaczył  Jezusa  sunącego  wśród 

wierzchołków drzew, dziką postać w łachmanach, która dawała mu znaki, aby się odwrócił i 

wkroczył  w  ciemność,  gdzie  nigdy  nie  mógłby  juŜ  być  pewny  gruntu  pod  nogami,  gdzie 

mógłby chodzić po wodzie, nie wiedząc o tym, a potem nagle ocknąć się i utonąć. Miejscem, 

w  którym  nie  trzeba  mówić  zbyt  wiele,  i  w  którym  chciał  pozostać,  dotykając  rękami 

znajomych  przedmiotów,  z  szeroko  otwartymi  oczami  i  nogami  na  znajomej  ziemi,  było 

Eastrod.  Kiedy  miał  osiemnaście  lat  i  został  powołany  do  wojska,  uwaŜał  wojnę  za  pokusę, 

która mogłaby sprowadzić go na manowce i przestrzeliłby sobie stopę, gdyby nie to, Ŝe gorą-

co  wierzył  w  siebie  i  w  to,  Ŝe  za  kilka  miesięcy  powróci  nie  zepsuty.  śywił  głębokie 

przekonanie,  Ŝe  ma  moc  opierania  się  złu;  odziedziczył  to,  tak  jak  swoją  twarz,  po  dziadku. 

Pomyślał, Ŝe jeśli rząd nie da mu szybko spokoju, to i tak ucieknie za kilka miesięcy. Wtedy, 

gdy miał osiemnaście lat, myślał, Ŝe odda im tylko dokładnie cztery miesiące swojego Ŝycia. 

Nie było go przez cztery lata, nie wrócił, nawet na przepustkę. 

Jedyne  przedmioty,  jakie  zabrał  ze  sobą  z  Eastrod,  to  czarna  Biblia  i  okulary  w 

srebrnych  oprawkach,  które  naleŜały  do  jego  matki.  Chodził  do  wiejskiej  szkoły,  gdzie 

nauczył się pisać i czytać, ale nie sądził, Ŝeby miało mu się to kiedykolwiek przydać: jedyną 

ksiąŜką, do której zaglądał była Biblia. Nie czytał jej często, ale jeśli to robił, zawsze zakładał 

okulary  matki.  Męczyły  mu  się  w  nich  oczy,  tak  Ŝe  po  jakimś  czasie  musiał  przerwać  czy-

tanie. Miał zamiar powiedzieć w wojsku kaŜdemu, kto próbowałby skłonić go do grzechu, Ŝe 

jest  z  Eastrod  w  Tennessee  i  Ŝe  ma  zamiar  tam  powrócić  i  juŜ  tam  pozostać,  Ŝe  chce  głosić 

background image

Ewangelię  i  Ŝe  nie  ma  zamiaru  dopuścić,  aby  jego  dusza  została  potępiona  za  sprawą  rządu 

lub jakiegoś obcego miejsca, w które go wysłano. 

Po  kilku  dniach  spędzonych  w  obozie,  kiedy  juŜ  miał  paru  przyjaciół  (nie  byli  to 

właściwie przyjaciele, ale po prostu ludzie, z którymi musiał mieszkać), pojawiła się wreszcie 

okazja, na którą czekał Wyjął okulary matki z kieszeni i załoŜył je. Potem powiedział im, Ŝe 

nie poszedłby z nimi za milion dolarów i puchowe łóŜko; powiedział, Ŝe pochodzi z Eastrod 

w  Tennessee  i  Ŝe  nie  ma  zamiaru,  aby  jego  dusza  została  potępiona  za  sprawą  rządu  lub 

jakiegoś obcego miejsca, w które... ale jego głos załamał się i nie skończył zdania. Wpatrywał 

się  w  nich  bez  słowa,  próbując  przybrać  nieustraszony  wyraz  twarzy.  Jego  przyjaciele 

powiedzieli  mu,  Ŝe  oprócz  księdza  nikt  nie  interesuje  się  jego  cholerną  duszą,  a  on  zdołał 

jeszcze  odpowiedzieć,  Ŝe  Ŝaden  ksiądz,  choćby  miał  nawet  nakaz  od  papieŜa,  nie  będzie 

manipulował jego duszą. Powiedzieli mu, Ŝe nie ma Ŝadnej duszy i poszli do burdelu. 

Sporo czasu minęło, nim im uwierzył. A chciał im uwierzyć i pozbyć się tego cięŜaru 

raz na zawsze. Wreszcie nadarzyła się okazja, aby się pozbyć tego balastu bez zepsucia, aby 

zostać  zmienionym  w  nic  zamiast  w  zło.  Armia  posłała  go  na  koniec  świata  i  zapomniała  o 

nim. Był ranny i pamiętano o nim wystarczająco długo, aby wyciągnąć z jego piersi szrapnel - 

powiedzieli, Ŝe go stamtąd wyjęli, ale nigdy mu go nie pokazali i czuł, Ŝe on ciągle tam jest, 

zardzewiały  i  zatruwający  go  od  środka  -  a  potem  wysłali  na  inną  pustynię  i  znowu  o  nim 

zapomnieli.  Miał  tyle  czasu,  ile  zapragnął,  na  badanie  swojej  duszy  i  upewnienie  się,  Ŝe  jej 

tam w środku nie ma. Kiedy był juŜ całkowicie przekonany, zdał sobie sprawę, Ŝe zawsze o 

tym  wiedział.  Jego  cierpienie  było  tęsknotą  za  domem,  nie  miało  nic  wspólnego  z  Jezusem. 

Kiedy  został  zwolniony  z  wojska,  stwierdził  z  zadowoleniem,  Ŝe  nie  jest  jeszcze  zepsuty. 

Marzył  tylko  o  tym,  aby  powrócić  do  Eastrod  w  Tennessee.  Czarna  Biblia  i  okulary  jego 

matki leŜały ciągle na dnie wojskowej torby. Nie czytał juŜ teraz Ŝadnych ksiąŜek, ale wciąŜ 

trzymał  Biblię,  poniewaŜ  pochodziła  z  jego  domu.  Okulary  zachował  na  wypadek,  gdyby 

pogorszył mu się kiedyś wzrok. 

Kiedy  dwa  dni  temu  wyszedł  z  wojska  w  mieście  oddalonym  o  około  trzysta  mil  od 

miejsca, w którym chciałby się znaleźć, natychmiast poszedł na stację kolejową i kupił bilet 

do  Melsy,  najbliŜszej  Eastrod  stacji.  Kiedy  do  odjazdu  pociągu  pozostało  mu  jeszcze  cztery 

godziny wszedł do pobliskiego sklepu z pasmanterią. Wewnątrz unosił się zapach tektury. Im 

głębiej wchodził do sklepu, tym stawał się on bardziej mroczny. Wszedł jeszcze dalej i kupił 

sobie granatowy garnitur i czarny kapelusz. Poprosił, aby zapakowano jego wojskowe ubranie 

w  papierowy  worek,  który  włoŜył  następnie  do  kosza  na  śmieci.  Kiedy  wyszedł  na  światło 

background image

dzienne,  garnitur  przybrał  kolor  raŜąco  niebieski,  a  linie  kapelusza  zdawały  się  gwałtownie 

zaostrzać. 

Był w Melsy o piątej po południu i złapał cięŜarówkę z bawełną, która podwiozła go 

do połowy drogi do Eastrod. Resztę przeszedł piechotą i dotarł tam o dziewiątej wieczorem. 

Dom był równie ciemny jak noc i otwarty na nią. ChociaŜ dostrzegł, Ŝe ogrodzenie częściowo 

się  zawaliło,  a  na  podłodze  ganku  rosną  chwasty,  nie  zorientował  się  od  razu,  Ŝe  to  tylko 

skorupa  i  Ŝe  nie  pozostało  nic  oprócz  szkieletu.  Zgniótł  kopertę,  przytknął  do  niej  zapałkę  i 

przeszedł  przez  wszystkie  pokoje  na  górze  i  na  dole.  Kiedy  koperta  się  spaliła,  podpalił 

następną i przeszedł jeszcze raz przez cały dom. Kiedy tej nocy spał na podłodze w kuchni, z 

dachu spadła mu na głowę deska, kalecząc mu twarz. 

W  domu  nie  pozostało  nic  prócz  komody  w  kuchni.  Jego  matka  zawsze  spała  w 

kuchni i tam trzymała swoją komodę z drzewa orzechowego. Dała za nią trzydzieści dolarów, 

i  nigdy  więcej  nie  zrobiła  tak  duŜego  zakupu.  Ktoś,  kto  zabrał  wszystko  inne,  musiał  ją 

zostawić.  Haze  otworzył  wszystkie  szuflady.  W  górnej  znalazł  dwa  kawałki  sznurka,  a 

pozostałe  były  puste.  Zdziwiło  go,  Ŝe  nikt  nie  przyszedł  i  nie  ukradł  takiej  komody.  Wziął 

sznurek,  owinął  go  wokół  nóŜek,  przeciągnął  przez  deski  podłogi  i  w  kaŜdej  szufladzie 

zostawił karteczkę: TA KOMODA NALEśY DO HAZELA MOTES'A. NIE KRADNIJ JEJ, 

BO ZNAJDĘ CIĘ I ZABIJĘ. 

W  półśnie  myślał  o  tej  komodzie  i  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  jego  matka  będzie 

spokojniej  spoczywała  w  grobie,  wiedząc,  Ŝe  jest  ona  tak  dobrze  strzeŜona.  JeŜeli  pewnej 

nocy przyjdzie jej szukać, znajdzie ją na miejscu. Ciekaw był, czy czasami w nocy zagląda do 

mieszkania. Wyobraził sobie, jak idzie z tym wyrazem niepokoju i napięcia na twarzy, który 

widział przez szczelinę w trumnie. Widział jej twarz przez szczelinę, kiedy zamykali nad nią 

wieko.  Miał  wtedy  szesnaście  lat.  Widział  cień,  który  padł  na  jej  twarz,  nadając  jej  wyraz 

przygnębienia, tak jakby po śmierci nie była ani trochę spokojniejsza, tak jakby miała zerwać 

się,  odrzucić  pokrywę,  wylecieć  i  uspokoić  się  wreszcie.  Ale  trumnę  zamknięto.  Być  moŜe 

miała zamiar stamtąd wyfrunąć, być moŜe miała zamiar wyskoczyć. Widział ją w swoim śnie, 

jak wyrywa się z zamknięcia jak potworny wielki nietoperz, próbuje się wydostać, ale ciemne 

wieko zatrzaskuje się nad nią. Widział od wewnątrz, jak zamyka się, opada coraz niŜej i niŜej, 

odcinając  światło  i  powietrze.  Otworzył  oczy,  ale  wciąŜ  wydawało  mu  się,  Ŝe  się  nad  nim 

zamyka,  wskoczył  w  szczelinę,  wepchnął  w  nią  głowę  i  ramiona  i  zawisł  tak,  na  wpół 

przytomny.  Z  mdławego  światła  pociągu  wyłaniał  się  powoli  dywan  leŜący  na  podłodze. 

Wisząc tak ponad firanką przedziału, zobaczył w ciemności, na drugim końcu korytarza białą 

postać stewarda, który stał, obserwując go bez ruchu. 

background image

- Źle się czuję! - zawołał. - Nie mogę być zamknięty w tym pomieszczeniu. Wypuść 

mnie! 

Steward obserwował go, nie ruszając się z miejsca. 

- Jezu - powiedział Haze. - Jezu. Steward się nie poruszył. 

- Jezusa juŜ dawno nie ma - odpowiedział w końcu cierpkim, tryumfującym głosem. 

Rozdział II 

Dotarł do miasta dopiero o szóstej wieczorem następnego dnia. Tego ranka wysiadł z 

pociągu na stacji węzłowej, aby zaczerpnąć trochę powietrza i kiedy patrzył w drugą stronę, 

pociąg nagle ruszył. Pobiegł za nim, ale kapelusz sfrunął mu z głowy i musiał zawrócić, aby 

go ratować. Na szczęście wysiadając, wziął ze sobą swój wojskowy worek w obawie, aby mu 

go ktoś nie ukradł. Musiał czekać na stacji sześć godzin na następny pociąg. 

Kiedy dotarł do Taulkinham, zaraz jak tylko wysiadł, rzuciły mu się w oczy jarzące się 

neonowym  światłem  reklamy.  ORZESZKI  ZIEMNE,  WESTERN  UNION,  AJAX,  TAXI, 

HOTEL, SŁODYCZE. Prawie wszystkie były podświetlane i poruszały się w górę i w dół lub 

migotały  jak  oszalałe.  Szedł  powoli  ze  swoim  wojskowym  workiem  przerzuconym  przez 

ramię. Odwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, przerzucając worek z jednego znaku na 

drugi. Przeszedł przez całą stację w tę i z powrotem, zupełnie jakby miał zamiar wsiąść znów 

do pociągu. Jego twarz pod cięŜkim kapeluszem była surowa i zdecydowana. Ktoś, kto by go 

w lej chwili obserwował, nigdy by się nie domyślił, Ŝe nie ma dokąd pójść. Dwa czy trzy razy 

przeszedł  w  tę  i  z  powrotem  po  poczekalni,  nie  siadając  na  Ŝadnej  ze  stojących  tam  ławek. 

Szukał jakiegoś odosobnionego miejsca. 

Wreszcie pchnięciem otworzył drzwi w końcu stacji, na których znajdował się prosty 

czarno  -  biały  znak  TOALETA  MĘSKA.  DLA  BIAŁYCH.  Wszedł  do  wąskiego 

pomieszczenia  z  rzędem  umywalek  po  jednej  stronie  i  szeregiem  drewnianych  przegród  po 

drugiej.  Ściany,  niegdyś  w  jasnym,  Ŝywym,  Ŝółtym  kolorze,  teraz  bardziej  zbliŜone  do 

zielonego,  ozdobione  były  gęsto  ręcznym  pismem  i  szczegółowymi  rysunkami  pewnych 

części ciała zarówno męskich jak i kobiecych. Niektóre z przegród miały drzwi, a na jednych 

z  nich  widniał  ogromny  napis  WITAJ  zrobiony  najprawdopodobniej  ołówkiem.  Po  nim 

następowały trzy wykrzykniki i coś, co przypominało węŜa. Haze wszedł do tej przegrody. 

background image

Siedział  przez  pewien  czas  w  wąskim  pudełku,  studiując  inskrypcje  na  bocznych 

ś

cianach i na drzwiach, zanim zauwaŜył po lewej, nad papierem toaletowym, chwiejny napis, 

który wyglądał jak pisany ręką pijaka. Mówił on: 

Pani Leora Watts! 

60 Buckley Road 

Najbardziej gościnne łóŜko w mieście! 

Brat. 

Wyjął ołówek z kieszeni i zapisał sobie adres na odwrocie koperty. 

Opuścił dworzec, wsiadł do Ŝółtej taksówki i powiedział kierowcy, dokąd chce jechać. 

Taksówkarz był małym człowiekiem w skórzanej czapce na głowie. Na środku jego ust tkwiła 

końcówka cygara. Minęli kilka domów, zanim Hazel zauwaŜył, Ŝe męŜczyzna przygląda mu 

się w tylnym lusterku. 

- Nie jest pan chyba jednym z jej przyjaciół? - zapytał w końcu kierowca. 

- Nigdy jej nie widziałem - powiedział Haze. 

- Gdzie pan o niej usłyszał? Ona zwykle nie przebywa w towarzystwie pastorów. 

Kiedy mówił, cygaro tkwiło niewzruszenie na swoim miejscu, a wargi rozchylały się 

to z jednej, to z drugiej strony. 

-  Nie  jestem  Ŝadnym  pastorem  -  powiedział  Haze  marszcząc  brwi.  -  Zobaczyłem  po 

prostu jej nazwisko w toalecie. 

- Wygląda pan na pastora - powiedział kierowca. - Ten kapelusz wygląda na kapelusz 

pastora. 

- Nie wygląda - powiedział Haze i pochylił się do przodu, łapiąc za oparcie przedniego 

siedzenia. - To zwykły kapelusz. 

Zatrzymali  się  przed  małym,  jednopiętrowym  domem  pomiędzy  stacją  benzynową  a 

pustym placem. Haze wysiadł i zapłacił, wsuwając rękę przez okno. 

- To nie tylko kapelusz - powiedział kierowca. - To chyba wyraz pańskiej twarzy. 

-  Niech  pan  posłucha  -  powiedział  Haze,  nasuwając  kapelusz  na  jedno  oko.  -  Nie 

jestem pastorem. 

-  Rozumiem  -  powiedział  kierowca.  -  Nikt  nie  jest  doskonały  na  tej  zielonej,  boŜej 

ziemi, ani pastor, ani nikt inny. Łatwiej jest mówić ludziom, jak potworny jest grzech, jeŜeli 

się go zna z własnego doświadczenia. 

Haze  wsadził  głowę  w  okno,  przypadkowo  zawadzając  kapeluszem  o  dach  i 

przywracając  mu  jego  normalną  pozycję.  Wydawało  się,  Ŝe  tym  samym  przykrywa  swoją 

twarz kamienną maską, przez co stała się zupełnie bez wyrazu. 

background image

- Słuchaj pan - powiedział - nie wierzę w nic, rozumie pan? 

Kierowca wyjął z ust końcówkę cygara. 

- W ogóle w nic? - zapytał i zamarł z otwartymi ustami. 

- Nie mam zamiaru tego dwa razy powtarzać - powiedział Haze. 

Kierowca zamknął usta i po chwili z powrotem włoŜył w nie cygaro. 

-  Na  tym  polega  problem  z  wami,  pastorami.  Zbyt  dobrze  wam  się  powodzi,  aby  w 

cokolwiek wierzyć - powiedział i odjechał z poczuciem własnej racji i wyrazem oburzenia na 

twarzy. 

Haze  odwrócił  się  i  spojrzał  na  budynek,  do  którego  miał  wejść.  Była  to  zwykła 

chałupa, ale z jednego z frontowych okien sączył się ciepły blask. Wszedł na ganek, podszedł 

do okna, przyłoŜył oko do najbliŜszej szczeliny w zasłonce i zorientował się, Ŝe patrzy wprost 

na  wielkie,  białe  kolano.  Po  pewnym  czasie  odsunął  się  i  spróbował  otworzyć  drzwi 

wejściowe. Nie były zamknięte. Wszedł do małego, ciemnego korytarza z jedną parą drzwi po 

kaŜdej  stronie.  Te,  które  znajdowały  się  po  lewej,  były  pęknięte  i  przepuszczały  wąski 

promień światła. Wsunął się w oświetloną przestrzeń i zajrzał przez szczelinę. 

Pani  Watts  siedziała  samotnie  na  białym,  Ŝelaznym  łóŜku,  obcinając  sobie  wielkimi 

noŜyczkami  paznokcie  u  stóp.  Była  duŜą  kobietą  o  bardzo  Ŝółtych  włosach  i  białej  skórze, 

błyszczącej  od  natłuszczającego  kremu.  Miała  na  sobie  róŜową  nocną  koszulę,  która  lepiej 

pasowałaby komuś o skromniejszej figurze. 

Dźwięk  klamki  poruszonej  przez  Haze'a  sprawił,  Ŝe  spojrzała  w  górę  i  zobaczyła  go 

stojącego  w  uchylonych  drzwiach.  Przeszyła  go  śmiałym,  niewzruszonym  spojrzeniem.  Po 

chwili spuściła wzrok i wróciła do obcinania paznokci. 

Wszedł i stanął, rozglądając się wokoło. W pokoju nie było nic prócz łóŜka, biurka i 

fotela na biegunach zawalonego brudnymi ubraniami. Podszedł do biurka i przesunął palcami 

po  pilniczku  do  paznokci,  a  potem  po  pustej  szklance,  spoglądając  jednocześnie  w  Ŝółtawe 

lustro i obserwując uśmiechającą się do niego, lekko zaniepokojoną panią Watts. Jego zmysły 

były rozbudzone do granic wytrzymałości. Odwrócił się szybko, podszedł do łóŜka i usiadł w 

jego  przeciwległym  rogu.  Wciągnął  głęboko  powietrze  przez  jedną  dziurkę  od  nosa  i  zaczął 

ostroŜnie przesuwać rękę wzdłuŜ prześcieradła. 

RóŜowy  koniec  języka  pani  Watts  wysunął  się  i  zaczął  nawilŜać  jej  dolną  wargę. 

Wydawała się zadowolona z tego, Ŝe go widzi, zupełnie jakby był jej starym znajomym, ale 

nie odezwała się słowem. 

Podniósł jej stopę, która była cięŜka, ale nie zimna, i przesunął ją o cal w bok, ciągle 

trzymając na niej rękę. 

background image

Usta  pani  Watts  rozszerzyły  się  w  pełnym  uśmiechu,  ukazując  małe,  szpiczaste, 

pokryte  zielonymi  plamkami,  zęby.  Pomiędzy  kaŜdym  z  nich  był  duŜy  odstęp.  Wyciągnęła 

dłoń i chwyciła rękę Haze'a tuŜ nad łokciem. 

- Na co polujesz mały? - wycedziła przez zęby. 

Gdyby  nie  złapała  go  tak  mocno  za  rękę,  mógłby  jeszcze  wyskoczyć  przez  okno. 

Mimowolnie jego usta poruszyły się, jakby mówił „Tak, proszę pani”, ale nie wydobył się z 

nich Ŝaden dźwięk. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  zapytała  pani  Watts,  przyciągając  jego  sztywne  ciało  bliŜej 

siebie. 

-  Niech  pani  posłucha  -  powiedział,  dobierając  uwaŜnie  ton  głosu.  -  Przyszedłem  w 

zwyczajnym interesie. 

Usta  pani  Watts  stały  się  bardziej  okrągłe,  tak  jakby  poczuła  się  zakłopotana  tymi 

zbędnymi słowami. 

- Proszę się rozgościć - powiedziała po prostu. 

Patrzyli  na  siebie  prawie  przez  minutę  i  Ŝadne  z  nich  się  nie  poruszyło.  Potem  Haze 

powiedział nieco wyŜszym tonem niŜ normalnie: 

- Chciałbym pani powiedzieć, Ŝe nie jestem jakimś cholernym pastorem. 

Pani Watts przyglądała mu się przez chwilę z głupim uśmieszkiem na twarzy. Potem 

podłoŜyła mu drugą rękę pod brodę i pogłaskała go w matczyny sposób. 

- W porządku, synu - powiedziała. - Mama nie  ma nic przeciwko temu,  Ŝe nie jesteś 

pastorem. 

Rozdział III 

Swoją drugą noc w Taulkinham Haze Motes spędził spacerując po centrum miasta, nie 

zwracając  jednak  większej  uwagi  na  wystawy  sklepowe.  Czarne  niebo  podpierały  długie 

srebrne  snopy  światła,  przypominające  rusztowania,  a  w  głębi  migotało  tysiące  gwiazd. 

Wydawały  się  poruszać  bardzo  wolno,  jakby  wokoło  jakiejś  ogromnej  budowy,  która 

obejmuje  cały  porządek  wszechświata,  a  do  jej  zakończenia  potrzebna  jest  nieskończoność. 

Haze  nie  zwracał  najmniejszej  uwagi  na  niebo.  W  czwartkowe  wieczory  sklepy  w 

Taulkinham  były  otwarte  dłuŜej,  aby  ludzie  mogli  mieć  więcej  czasu  na  obejrzenie  tego,  co 

im  oferowano.  Cień  Haze'a  pojawiał  się  to  przed  nim,  to  za  nim,  od  czasu  do  czasu 

background image

przecinany  cieniami  innych  ludzi,  ale  kiedy  zostawał  sam,  ciągnął  się  za  nim  szczupły, 

nerwowy, idący w tył. Szyja Haze'a wysuwała się do przodu, jakby próbował powąchać coś, 

co  ciągle  mu  umykało.  Jaskrawe  światło  witryn  sklepowych  sprawiało,  Ŝe  jego  niebieski 

garnitur wydawał się fioletowy. 

Po  chwili  zatrzymał  się  przed  domem  towarowym,  w  miejscu,  gdzie  człowiek  o 

szczupłej  twarzy  rozłoŜył  swój  stolik  i  demonstrował  maszynkę  do  obierania  ziemniaków. 

MęŜczyzna  miał  na  sobie  płócienny  kapelusz  i  koszulę  we  wzory  z  odwróconymi  do  góry 

nogami baŜantami, przepiórkami i brązowymi indykami. Dostrajał swój głos odpowiednio do 

hałasów ulicznych, tak aby docierał on do kaŜdego ucha, jak w intymnej rozmowie. Kilkoro 

ludzi zgromadziło się wokół niego. Na stoliku do gry w karty stały dwa wiadra, jedno puste, a 

drugie  wypełnione  ziemniakami.  Pomiędzy  nimi  leŜała  piramida  z  zielonych  tekturowych 

pudełek, a na jej szczycie demonstracyjnie rozłoŜona jedna maszynka. MęŜczyzna stał przed 

tym ołtarzem, wskazując co chwila na róŜnych ludzi. 

-  I  co  ty  na  to?  -  powiedział,  wskazując  na  pryszczatego  chłopca  z  wilgotnymi 

włosami. - Chyba nie dasz sobie czegoś takiego sprzątnąć sprzed nosa? 

WłoŜył  brązowego  ziemniaka  do  otwartej  maszynki,  przekręcił  rączkę,  ziemniak 

wpadł do pudełka, a w następnej sekundzie wypadł z drugiej strony juŜ całkiem biały. 

- Chyba nie dasz sobie czegoś takiego sprzątnąć sprzed nosa? - powtórzył. 

Chłopiec parsknął rubasznym śmiechem i popatrzył na zebranych wokoło ludzi. Miał 

Ŝ

ółte włosy i lisią twarz. 

- Powiedz no, jak się nazywasz? - zapytał męŜczyzna z maszynkami. 

- Nazywam się Enoch Emery - wysapał chłopak. 

-  Chłopiec  o  tak  ładnym  imieniu  powinien  mieć  taką  maszynkę  -  powiedział 

sprzedawca, przewracając oczami i próbując rozgrzać swoją publiczność. Nikt się jednak nie 

roześmiał oprócz chłopca. Po chwili stojący naprzeciwko Haze'a człowiek zaśmiał się niezbyt 

przyjemnym, zjadliwym i ostrym śmiechem. Był to wysoki męŜczyzna o trupim wyglądzie, w 

czarnym garniturze i czarnym kapeluszu na głowie. Nosił okulary z ciemnymi szkłami, a jego 

policzki  poprzecinane  były  liniami,  które  wyglądały  jak  namalowane  i  od  dawna  juŜ 

wyblakłe.  Nadawały  one  jego  twarzy  wyraz  uśmiechniętego  mandryla.  MęŜczyzna  zaczął 

przesuwać się do przodu w wystudiowany sposób, potrząsając blaszaną puszką w jednej ręce i 

stukając  w  chodnik  przed  sobą  laską,  którą  trzymał  w  drugiej  ręce.  Zaraz  za  nim  szła 

dziewczynka,  rozdając  ulotki.  Ubrana  była  w  czarną  sukienkę  i  zsuniętą  na  czoło  czarną, 

robioną  na  drutach  czapkę.  Spod  czapki  wystawały  jej  kosmyki  brązowych  włosów.  Miała 

background image

podłuŜną  twarz  i  krótki  ostry  nos.  Człowiek,  który  sprzedawał  maszynki,  wyraźnie  się 

zdenerwował, kiedy zobaczył, Ŝe ludzie patrzą na tę parę zamiast na niego. 

- Ej ty, tam - powiedział wskazując na Haze'a - nigdy nie uda ci się znaleźć podobnej 

okazji w Ŝadnym sklepie. 

Haze patrzył na ślepca i dziecko. 

-  Hej!  -  powiedział  Enoch  Emery,  sięgając  ręką  przez  jakąś  kobietę  i  uderzając  go 

pięścią w ramię. - Do ciebie mówi! Do ciebie mówi! 

Musiał uderzyć go jeszcze raz, zanim Haze spojrzał na sprzedawcę maszynek. 

-  Dlaczego  nie  miałbyś  zabrać  jednej  z  nich  do  domu  dla  swojej  Ŝony?  -  zapytał 

męŜczyzna z maszynkami. 

- Nie mam Ŝony - mruknął Haze, patrząc znowu na ślepca. 

- No, ale chyba masz kochaną starą matkę? 

- Nie. 

- Phi! - prychnął męŜczyzna i zwrócił się do ludzi: - Przydałaby mu się jedna z tych 

maszynek za towarzyszkę. 

Enochowi  Emery'emu  wydało  się  to  tak  zabawne,  Ŝe  zgiął  się  w  pół  ze  śmiechu  i 

trzepnął się po kolanie, ale Haze wyglądał jakby nic do niego nie dochodziło. 

-  Dam  pół  tuzina  obranych  ziemniaków  temu,  kto  pierwszy  kupi  jedną  z  tych  tutaj 

maszynek - powiedział męŜczyzna. - Kto pierwszy? Tylko półtora dolara za maszynkę, która 

kosztowałaby was trzy dolary w sklepie. 

Enoch Emery zaczął szperać po kieszeniach. 

- Będziecie błogosławić dzień, w którym się tutaj zatrzymaliście - mówił męŜczyzna. - 

Nigdy  go  nie  zapomnicie.  KaŜdy  z  was,  ludzie,  kto  nabędzie  jedną  z  tych  maszynek,  nigdy 

tego nie zapomni! 

Ś

lepiec posuwał się powoli do przodu, mrucząc chrapliwym głosem: 

-  PomóŜcie  ślepemu  pastorowi.  Nie  Ŝałujcie  paru  groszy.  Wykorzystam  je  równie 

dobrze  jak  kaŜdy  z  was.  PomóŜcie  ślepemu,  bezrobotnemu  pastorowi.  Czy  wolelibyście, 

abym Ŝebrał, zamiast nauczać? Nie Ŝałujcie paru groszy. 

Niewielu ludzi zebrało się wokół niego, a ci, którzy stali, zaczęli się odsuwać. Kiedy 

zobaczył  to  sprzedawca  maszynek,  pochylił  się  i  popatrzył  z  wściekłością  znad  swojego 

stolika. 

-  Hej,  ty!  -  wrzasnął  na  ślepca.  -  Co  ty  sobie  wyobraŜasz?  Za  kogo  ty  się  masz,  Ŝe 

rozganiasz moich klientów? 

background image

Nie  zwracając  na  niego  uwagi,  ślepiec  nie  przestawał  potrząsać  puszką,  a  dziecko  w 

dalszym ciągu rozdawało broszury. Minął Enocha Emery'ego i podszedł  do Haze'a, stukając 

białą laską przy nodze. Haze pochylił się do przodu i zobaczył, Ŝe linie na twarzy ślepca nie 

były namalowane. Były to blizny. 

-  Co  ty  sobie  do  cholery  myślisz?!  -  krzyknął  sprzedawca  maszynek.  -  Ja 

zgromadziłem tu tych wszystkich ludzi, a tobie się wydaje, Ŝe moŜesz z tego korzystać? 

Dziecko  wyciągnęło  jedną  z  broszurek  do  Haze'a,  a  on  ją  schwycił.  Na  okładce 

widniały słowa: Jezus Cię Wzywa. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  za  kogo  ty  się  masz!  -  krzyczał  człowiek  z  maszynkami. 

Dziewczynka  podeszła  do  miejsca,  gdzie  stał  i  podała  mu  broszurę.  Patrzył  na  nią  przez 

chwilę, skrzywił się szyderczo, a potem obszedł stolik, wywracając wiadro z ziemniakami. 

-  Ci  cholerni  fanatycy  Jezusa!  -  wrzeszczał,  rzucając  wokoło  wściekłe  spojrzenia  i 

próbując odnaleźć ślepca. - Ci przeklęci cudzoziemscy komuniści! Ja zgromadziłem ten tłum! 

Zatrzymał się, zdając sobie nagle sprawę, Ŝe otacza go tłum ludzi. 

- Słuchajcie - powiedział - po kolei, mam duŜo tego towaru, tylko się nie pchajcie. Pół 

tuzina obranych ziemniaków dla pierwszego, który się zgłosi. 

Wycofał się cicho za stolik i zaczął podnosić w górę pudełka z maszynkami. 

- No, podchodźcie, patrzcie jak tego duŜo - zachęcał. - Nie ma się co tłoczyć. 

Haze  nie  otworzył  swojej  broszurki.  Popatrzył  na  jej  okładkę  i  przedarł  ją  na  pół. 

ZłoŜył razem obydwa kawałki i przedarł je jeszcze raz na pół. Składał i przedzierał je dalej, aŜ 

pozostała mu w ręku mała garstka  confetti. Otworzył dłoń i pozwolił, aby strzępy rozsypały 

się po ziemi. Potem podniósł wzrok i zobaczył niecałe trzy stopy przed sobą obserwujące go 

dziecko ślepca. Jej usta były otwarte, a oczy, wpatrzone w niego, błyszczały jak dwa odłamki 

zielonego  szkła  ze  stłuczonej  butelki.  Przez  ramię  miała  przerzucony  biały,  jutowy  worek. 

Haze popatrzył na nią spode łba i zaczął wycierać swoje klejące się ręce o spodnie. 

- Wszystko widziałam - powiedziała. Potem przeszła szybko z powrotem na miejsce, 

gdzie  stał  ślepiec,  odwróciła  głowę  i  spojrzała  stamtąd  na  Haze'a.  Większość  ludzi  odsunęła 

się. 

Człowiek z maszynkami pochylił się nad swoim stolikiem. 

- Ej! - zwrócił się do ślepca. - Zdaje mi się, Ŝe to ci powinno wystarczyć, Ŝebyś mi się 

więcej nie wtrącał. 

- Patrzcie no - odezwał się Enoch Emery. - Mam tylko dolara i szesnaście centów ale... 

- No - powiedział sprzedawca. - Zdaje się, Ŝe to cię powinno przekonać, Ŝe nie masz 

co się ze mną mierzyć. Poszło mi osiem maszynek, poszło... 

background image

- Daj mnie jedną - poprosiło dziecko ślepca, wskazując na maszynki. 

- Ha! - powiedział. 

Rozwiązywała chusteczkę. Wysupłała z niej dwie pięćdziesięciocentówki. 

- Daj mi jedną z nich - powiedziała, podając mu pieniądze. 

MęŜczyzna rzucił okiem na monety. 

- Dolar pięćdziesiąt, siostrzyczko - odparł, wykrzywiając usta. 

Szybko  cofnęła  rękę  i  nagle  popatrzyła  na  Haze'a,  jakby  otrzymała  od  niego  jakiś 

znak. Ślepiec szedł dalej. Stała jeszcze przez chwilę wpatrując się w niego, a potem odwróciła 

się i poszła za ślepcem. 

-  No,  niech  pan  patrzy  -  odezwał  się  Enoch  Emery.  -  Mam  tylko  dolara  i  szesnaście 

centów, ale chcę mieć jedną z nich. 

-  Zatrzymaj  je  sobie  -  powiedział  męŜczyzna,  zdejmując  wiadro  ze  stolika.  -  To  nie 

jest buda z tandetą. 

Haze  widział  z  pewnej  odległości,  jak  ślepiec  oddala  się  ulicą.  Stał  i  patrzył  za  nim, 

nerwowo wkładając i wyjmując ręce z kieszeni, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma iść za 

nim,  czy  wrócić  do  straganu.  Potem  nagłe  rzucił  dwa  dolary  męŜczyźnie,  który  sprzedawał 

maszynki,  złapał  jedno  pudełek  ze  stolika  i  zaczął  biec  ulicą.  Za  moment  usłyszał  sapanie 

Enocha Emery'ego przy swoim boku. 

- Ty, coś mi się zdaje, Ŝe masz kupę pieniędzy - powiedział Enoch. 

Haze zobaczył, jak dziewczynka dogania ślepca i bierze go pod ramię. Dzieliła go od 

nich  odległość  mniej  więcej  jednego  domu.  Zwolnił  trochę  i  zobaczył  przy  sobie  Enocha 

Emery'ego.  Miał  na  sobie  Ŝółtawobiały  garnitur,  róŜowobiałą  koszulę  i  krawat  koloru 

zielonego  groszku.  Uśmiechał  się.  Wyglądał  jak  przyjazny  pies  myśliwski  z  lekkim 

ś

wierzbem. 

- Jak długo tu jesteś? - dopytywał się. 

- Dwa dni - mruknął Haze. 

- Ja siedzę tu dwa miesiące - powiedział Enoch. - Mam państwową posadę. A ty, gdzie 

pracujesz? 

- Nie pracuję. 

- To niedobrze - stwierdził Enoch. - Ja mam państwową posadę. 

Przyspieszył kroku, aby zrównać się z Hazem, a potem dodał: 

-  Mam  osiemnaście  lat  i  jestem  tu  dopiero  od  dwóch  miesięcy,  a  juŜ  pracuję  na 

państwowej posadzie. 

- To dobrze - powiedział Haze. 

background image

Nasunął kapelusz mocniej na tę stronę głowy, po której znajdował się Enoch Emery i 

zaczął iść bardzo szybko. Przed sobą widział ślepca, który zaczął w przesadny sposób kiwać 

się w prawo i lewo. 

- Nie dosłyszałem, jak masz na imię - powiedział Enoch. 

Haze powiedział, jak się nazywa. 

- Wyglądasz mi na takiego, co naciąga naiwniaków - zauwaŜył Enoch. - Na powaŜnie 

wchodzisz w cały ten interes z Jezusem? 

- Nie - powiedział Haze. 

- Ani ja - przyznał Enoch. - Cztery tygodnie chodziłem do takiej Rodemill Boys' Bible 

Academy.  Jedna  kobieta,  co  wytargowała  mnie  od  taty,  tam  mnie  posłała.  Była  z 

Towarzystwa  Dobroczynności.  Jezu,  cztery  tygodnie  i  myślałem,  Ŝe  mnie  wyświęcą  na 

wariata. 

Haze  dotarł  do  końca  budynku,  a  Enoch  dotrzymywał  mu  kroku,  dysząc  cięŜko  i 

ciągle mówiąc. Kiedy Haze ruszył przez ulicę, Enoch krzyknął: 

- Nie widzisz tych świateł! To znaczy, Ŝe masz czekać! 

Jakiś  policjant  zagwizdał,  a  przejeŜdŜający  samochód  zatrąbił  i  ostro  zahamował. 

Haze szedł dalej, nie spuszczając wzroku ze ślepca, który znajdował się na wysokości połowy 

budynku. Ciągle gwiŜdŜąc, policjant przeszedł na drugą stronę ulicy do Haze'a i zatrzymał go. 

Miał szczupłą twarz i owalne Ŝółte oczy. 

-  Wiesz,  po  co  tu  wisi  ten  drobiazg?  -  zapytał,  wskazując  na  światła  nad 

skrzyŜowaniem. 

- Nie zauwaŜyłem tego - odpowiedział Haze. 

Policjant  wpatrywał  się  w  niego  bez  słowa.  Kilka  osób  się  zatrzymało.  Przewrócił 

oczami i powiedział do Haze'a: 

- MoŜe myślałeś, Ŝe czerwone jest dla białych, a zielone dla czarnych? 

- No właśnie, tak myślałem - powiedział Haze. - Zabieraj swoją rękę. 

Policjant cofnął dłoń i połoŜył ją sobie na biodrze. Zrobił krok w tył. 

-  Powiedz  wszystkim  swoim  znajomym  o  tych  światłach.  Czerwone  jest,  Ŝeby  się 

zatrzymać, zielone, Ŝeby iść - dla kobiet i męŜczyzn, białych i czarnych, wszyscy mają iść na 

tym samym świetle. Powiedz to wszystkim swoim znajomym, Ŝeby wiedzieli, jak przechodzić 

przez ulicę, kiedy przyjadą do miasta. 

Ludzie się śmiali. 

- Ja się nim zaopiekuję - powiedział Enoch Emery, przeciskając się do policjanta. - On 

tu jest dopiero dwa dni. Ja się nim zaopiekuję. 

background image

- A ty, jak długo juŜ tu jesteś? - zapytał gliniarz. 

-  Ja  się  tu  urodziłem  i  wychowałem  -  powiedział  Enoch.  -  To  moje  miasto  rodzinne. 

Zajmę się nim, zrobię to dla pana. Ej, czekaj! - krzyknął do Haze'a. - Zaczekaj na mnie! 

Przepchnął się przez tłum i dogonił go. 

- Zdaje się, Ŝe tym razem cię wyciągnąłem - odezwał się. 

- Dziękuję. 

- Nic takiego - powiedział Enoch. - A moŜe byśmy tak wpadli do Wallgreen'sa na coś 

mocniejszego? Tak wcześnie Ŝaden nocny klub nie jest otwarty. 

- Nie lubię takich sklepów - powiedział Haze. - Do widzenia. 

- W porządku - odparł Enoch. - Zdaje się, Ŝe idę w tę samą stronę, dotrzymam ci przez 

chwilę towarzystwa. 

Spojrzał na ślepca i dziecko. 

- Jednego jestem pewien. Na pewno nie chciałbym trafić na jakiegoś naiwniaka o tej 

porze, a szczególnie na tego od Jezusa. Dość się juŜ na nich napatrzyłem. Tamta kobieta, co 

mnie  wytargowała  od  taty,  nic  nie  robiła,  tylko  się  modliła.  Jak  tylko  się  rozłoŜyliśmy  z 

naszym tartakiem koło Boonville, to zaraz tam przyszła. 

Złapał Haze'a za płaszcz. 

-  Jedyne,  co  mi  się  nie  podoba  w  Taulkinham  to  to,  Ŝe  za  duŜo  tu  ludzi  na  ulicy  - 

powiedział  poufnym  tonem.  -  Wygląda  na  to,  Ŝe  tylko  czekają,  jakby  cię  załatwić.  Na 

przykład  tamta,  przyszła  nagle  i  zdaje  się,  Ŝe  jej  się  spodobałem.  Miałem  dwanaście  lat  i 

umiałem  śpiewać  dobrze  parę  hymnów.  Nauczyłem  się  ich  od  jednego  czarnucha.  No  więc 

ona  przychodzi,  ja  się  jej  podobam  i  zaczyna  się  o  mnie  targować  z  tatą,  w  końcu  zabiera 

mnie do Boonville, Ŝebym z nią mieszkał. Miała dom z cegły, ale cały czas był tam ten Jezus. 

W  tym  momencie  potrącił  go  przechodzący  obok  mały  człowieczek  w  obszernym, 

spłowiałym roboczym kombinezonie. 

- Patrz, jak idziesz - burknął Enoch. 

Mały  człowieczek  przystanął,  podniósł  rękę  w  złowrogim  geście,  a  rysy  jego  twarzy 

wykrzywiły się jak pysk rozdraŜnionego psa. 

- Do kogo to mówisz? - warknął. 

-  Widzisz?  -  powiedział  Enoch,  poskakując,  aby  dogonić  Haze'a  -  oni  tylko  czekają, 

Ŝ

eby  ci  dołoŜyć.  Nigdy  dotąd  nie  byłem  w  tak  nieprzyjaznym  miejscu.  Nawet  z  tą  kobietą. 

Mieszkałem przez dwa miesiące w jej domu - ciągnął - a potem przyszła jesień i wysłała mnie 

do Rodemill Boys' Bible Academy i myślałem, Ŝe moŜe tam będzie trochę lepiej. Z tą kobietą 

trudno było wytrzymać. Nie była stara, zdaje się, Ŝe miała czterdzieści lat, ale za to diabelnie 

background image

brzydka. Miała takie brązowe okulary, a jej włosy były tak cienkie, Ŝe wyglądały, jakby gęsty 

tłuszcz sączył się z jej czaszki. Myślałem, Ŝe to będzie ulga, dostać się do tej akademii. Raz 

nawet  zwiałem  od  niej,  ale  ona  mnie  złapała  i  okazało  się,  Ŝe  ma  na  mnie  papiery  i  moŜe 

wysłać mnie do poprawczaka, jeśli bym nie chciał z nią zostać, więc nawet byłem zadowolo-

ny, Ŝe wylądowałem w tej akademii. Słyszałeś kiedyś o czymś takim? 

Haze wydawał się nie słyszeć pytania. 

- No, ale to była Ŝadna ulga - powiedział Enoch. - Dobry Jezu, Ŝadna ulga. Uciekłem 

stamtąd  po  czterech  tygodniach,  lecz  ani  się  nie  obejrzałem,  jak  mnie  znalazła  i  zabrała  z 

powrotem do siebie. Ale i stamtąd uciekłem. 

Odczekał chwilę. 

- Chcesz wiedzieć jak? 

Po sekundzie zaczął mówić dalej. 

-  A  tak,  Ŝe  napędziłem  jej  piekielnego  stracha.  Myślałem  nad  tym  i  myślałem. 

Modliłem się nawet. Mówiłem sobie: Jezu, pokaŜ mi sposób, jak się stąd wydostać, Ŝeby nie 

zabić  tej  starej  i  Ŝeby  nie  trafić  do  poprawczaka,  i  myślisz,  Ŝe  mi  nie  pokazał?  Wstałem  raz 

rano,  zaraz  jak  się  rozwidniło,  poszedłem  do  jej  pokoju  bez  spodni  i  ściągnąłem  z  niej 

prześcieradło. O mało co nie dostała ataku serca. Potem wróciłem do taty, a po niej ślad zagi-

nął. 

- Ciągle tylko ruszasz tą swoją szczęką - zauwaŜył, obserwując twarz Haze'a z boku. - 

Nigdy  się  nie  uśmiechasz.  Nie  byłbym  zaskoczony,  jakby  się  okazało,  Ŝe  jesteś  naprawdę 

bogatym człowiekiem. 

Haze  skręcił  w  boczną  uliczkę.  Ślepiec  i  dziewczynka  byli  przy  rogu  następnego 

domu. 

- No, coś mi się zdaje, Ŝe mimo wszystko ich dogonimy - powiedział Enoch. - Znasz 

tu duŜo ludzi? 

- Nie - odparł Haze. 

- I pewno nikogo nie poznasz. To takie miejsce, w którym cięŜko znaleźć przyjaciół. 

Siedzę tu juŜ dwa miesiące i nie znam nikogo.  Wygląda na to, Ŝe kaŜdy tylko patrzy, jak  ci 

dołoŜyć. Zdaje się, Ŝe masz niezłą kupę pieniędzy. Ja nie mam ani grosza. Jakbym miał, to juŜ 

bym wiedział, co z nimi zrobić. 

Ś

lepiec i dziewczynka skręcili w lewo. 

-  Doganiamy  ich  -  powiedział  Enoch.  -  ZałoŜę  się,  Ŝe  jak  nie  będziemy  uwaŜać,  to 

trafimy na jakieś spotkanie religijne i będziemy musieli śpiewać hymny z nią i jej tatusiem. 

background image

Nieco dalej widać juŜ było ogromny gmach przykryty kopułą i wysokimi kolumnami 

od  frontu.  Ślepiec  i  dziewczynka  zmierzali  w  jego  kierunku.  Dookoła  budynku,  po  drugiej 

stronie ulicy i w pobliskich alejkach, stały zaparkowane samochody. 

- To nie kino, bracie - powiedział Enoch. 

Ś

lepiec i dziewczynka weszli na szerokie schody prowadzące do budynku. Po bokach 

siedziały kamienne lwy. 

- Nie wygląda mi to teŜ na kościół - zauwaŜył Enoch. 

Haze zatrzymał się na schodach. Zdawało się, Ŝe chce nadać swej twarzy jakiś bardziej 

określony wyraz. Nasunął sobie czarny kapelusz na bakier i ruszył w stronę jednego z lwów, 

przy którym usiedli ślepiec z dziewczynką. Podszedł do męŜczyzny i, nic nie mówiąc, stanął 

pochylając  się  nad  nim,  jakby  chciał  wejrzeć  w  głąb,  przez  jego  ciemne  okulary. 

Dziewczynka wpatrywała się w niego. 

Usta ślepca zwęziły się lekko. 

- Czuję grzech w twoim oddechu - powiedział. 

Haze odsunął się nieco. 

- Po co pan za mną idzie? 

- Nigdy za panem nie szedłem - powiedział Haze. 

- Ona mówiła, Ŝe pan szedł - odparł ślepiec, wskazując kciukiem na dziewczynkę. 

-  Nie  szedłem  za  panem  -  powtórzył  Haze.  Namacał  ręką  pudełko  z  maszynką  i 

spojrzał na dziewczynkę. Czarna, robiona na drutach czapka tworzyła prostą linię na jej czole. 

Dziewczynka  uśmiechnęła  się,  ale  szybko  opanowała,  jakby  wyczuła  w  tym  coś 

niewłaściwego. 

- Nie szedłem za panem. Szedłem za nią. 

Wyciągnął do niej pudełko. 

W pierwszej chwili wyglądała, jakby miała zamiar je chwycić, ale nie zrobiła tego. 

- Nie chcę - powiedziała. - Myśli pan, Ŝe mogłoby mi się to na coś przydać? Niech pan 

to zabierze. To nie jest moje. Nie chcę tego. 

- Weź - powiedział ślepiec. - WłóŜ to do worka i zamknij się, bo dostaniesz. 

Haze znów wyciągnął do niej pudełko. 

- Nie wezmę - burknęła. 

- Bierz, jak ci mówię - powtórzył ślepiec. - Nie będzie za tobą więcej łaził. 

Wzięła pudełko i wepchnęła je do worka z broszurami. 

- To nie moje - powiedziała. - Zatrzymam je, ale to nie jest moje. 

background image

- Szedłem za nią, Ŝeby jej powiedzieć, Ŝe nie dałem się złapać na Ŝadne ze znaczących 

spojrzeń, które mi rzucała - powiedział Haze patrząc na ślepca. 

-  O  czym  ty  mówisz?!  -  krzyknęła.  -  Nie  rzucałam  ci  Ŝadnych  znaczących  spojrzeń. 

Przypatrywałam się tylko, jak drzesz tę broszurkę. Podarł ją na drobne kawałki - zwróciła się 

do ślepca. - Podarł ją, rozsypał wokół siebie jak sól i wytarł ręce o spodnie. 

- Szedł za mną - powiedział ślepiec. - Nikt by za tobą nie szedł. Słyszę w jego głosie 

pragnienie Jezusa. 

- Jezu - mruknął Haze. - Mój Jezu. 

Usiadł przy nodze dziewczynki i połoŜył rękę na schodku koło jej stóp. Miała na sobie 

trzewiki na gumowych podeszwach i czarne bawełniane rajtuzy. 

- Słuchaj, jak bluźni - powiedziała niskim głosem. - On wcale za tobą nie szedł, tato. 

Ś

lepiec wydał z siebie krótki, nerwowy śmiech. 

- Słuchaj, chłopcze - powiedział. - Nie moŜna uciec od Jezusa. Jezus jest faktem. 

-  Wiem  mnóstwo  rzeczy  o  Jezusie  -  odezwał  się  Enoch.  -  Chodziłem  do  Rodemill 

Boys' Bible Academy. Wysłała mnie tam jedna babka. Jak coś chcesz wiedzieć o Jezusie, to 

moŜesz się o to zapytać mnie. 

Wszedł na grzbiet lwa i usiadł na nim bokiem, zakładając nogę na nogę. 

- Przeszedłem długą drogę - powiedział Haze - i raczej trudno by mi było teraz w coś 

uwierzyć. Przeszedłem pół świata. 

- Ja teŜ - odezwał się Enoch Emery. 

-  Nie  odszedłeś  jednak  wystarczająco  daleko,  abyś  mógł  się  powstrzymać  od  pójścia 

za  mną  -  odpowiedział  ślepiec.  Wyciągnął  nagle  ręce  i  połoŜył  je  na  twarzy  Haze'a.  Haze 

znieruchomiał na moment. Potem odtrącił ręce ślepca. 

- Niech pan przestanie - powiedział słabym głosem. - Nic pan o mnie nie wie. 

- Mój tata wygląda jak Jezus - wtrącił się Enoch z grzbietu lwa. - Włosy sięgają mu do 

ramion. Jedyną róŜnicą jest blizna na brodzie. Nigdy nie widziałem mojej matki. 

- Jakiś pastor zostawił na tobie swój znak - prychnął pogardliwie ślepiec. - Szedłeś za 

mną, abym go z ciebie zdjął i nadał ci inny? 

-  Słuchaj,  nie  ma  lepszego  lekarstwa  na  twój  ból  niŜ  Jezus  -  powiedziała  nagle 

dziewczynka i poklepała Haze'a po ramieniu. 

Siedział w czarnym kapeluszu z rondem nasuniętym głęboko na czoło. 

- Słuchaj - powiedziała głośniej. - Jeden męŜczyzna i kobieta zabili małe dziecko. To 

było jej dziecko, ale było brzydkie i oni nigdy nie czuli do niego miłości. To dziecko miało w 

sobie  Jezusa,  a  ta  kobieta  nie  miała  nic  prócz  swojej  urody  i  męŜczyzny,  z  którym  Ŝyła  w 

background image

grzechu. Odesłała dziecko, a ono wróciło. Odesłała go z powrotem, a ono znów wróciło i za 

kaŜdym razem, jak je odsyłała, wracało tam, gdzie ona i męŜczyzna Ŝyli w grzechu. Udusili je 

jedwabną  pończochą  i  powiesili  w  kominie.  Potem  jednak  nie  dawało  jej to  spokoju. Ciągle 

tylko patrzyła na to dziecko. Jezus sprawił, Ŝe stało się piękne, by ją prześladować. Nie mogła 

połoŜyć  się  z  tym  męŜczyzną,  nie  spoglądając  w  jego  kierunku,  a  ono  patrzyło  na  nią  z 

komina, promieniejąc przez cegły w środku nocy. 

- Mój Jezu - mruknął Haze. 

-  Nie  miała  nic,  prócz  swojej  słodkiej  buzi  -  powiedziała  głośno  i  szybko.  -  To  nie 

wszystko. Nie, proszę szanownego pana. 

- Słyszę, jak szurają nogami tam w środku - powiedział ślepiec. - Wyjmuj broszurki, 

przygotowują się do wyjścia. 

- To nie wszystko - powtórzyła. 

- To co robimy? - zapytał Enoch. - Co jest w środku tego budynku? 

- Kończy się program mojego zgromadzenia - wyjaśnił ślepiec. 

Dziewczynka  wyjęła  broszurki  z  jutowego  worka  i  podała  mu  dwa  przewiązane 

sznurkiem pliki. 

- Ty idź z tym drugim chłopcem z tamtej strony i rozdawaj - powiedział do niej. - Ja z 

tym, co za mną szedł, zostaniemy tutaj. 

-  On  nie  ma  zamiaru  ich  tknąć,  co  miałby  w  tym  za  interes?  -  odparła.  -  MoŜe  je 

najwyŜej porwać na strzępy. 

- Idź, jak ci mówię - powiedział ślepiec. 

Stała przez chwilę z nachmurzoną miną. Potem zwróciła się do Enocha Emery'ego: 

- To chodź, jak masz iść. 

Enoch zeskoczył z lwa i przeszedł za nią na drugą stronę. 

Haze dał nura w dół schodów, ale ręka ślepca wystrzeliła i zacisnęła się jak kleszcze 

na jego ramieniu. 

- śałuj za grzechy! Idź na sam szczyt schodów, wyznaj je wszystkie i rozdaj ludziom 

te broszurki! - powiedział szeptem i wepchnął Haze'owi w rękę plik broszurek. 

Haze spróbował wyswobodzić ramię, ale przyciągnął tylko ślepca bliŜej siebie. 

- Niech pan słucha, jestem tak czysty jak pan. 

- Cudzołóstwo, bluźnierstwo i co jeszcze? - zapytał ślepiec. 

-  To  są  tylko  słowa  -  powiedział  Haze.  -  JeŜeli  Ŝyłem  w  grzechu,  to  Ŝyłem  w  nim 

jeszcze, zanim zgrzeszyłem. Nie zaszła we mnie Ŝadna zmiana. 

Próbował oderwać palce ślepca od swego ramienia, ale ten zaciskał je coraz mocniej. 

background image

- Nie wierzę w grzech, niech pan zabierze rękę. 

-  Jezus  cię  miłuje  -  powiedział  ślepiec  apatycznie,  z  drwiną  w  głosie.  -  Jezus  cię 

miłuje, Jezus cię miłuje... 

- Wszystko by się zgadzało, gdyby Jezus istniał - odparł Haze, uwalniając ramię. 

- Wejdź na samą górę, rozdaj te broszurki i... 

-  Wezmę  je  tam  na  górę  i  wyrzucę  w  krzaki!  -  krzyknął  Haze.  -  Będziesz  się 

przyglądał i zobaczysz, jeśli widzisz. 

-  Widzę  więcej  niŜ  ty!  -  powiedział  ślepiec,  śmiejąc  się.  -  Ty  masz  oczy,  które  nie 

widzą, uszy, które nie słyszą, ale pewnego dnia będziesz musiał zobaczyć. 

- Patrz, jeśli potrafisz! - krzyknął Haze i zaczął biec w górę schodów. 

Tłum  ludzi  juŜ  się  wylewał  przez  drzwi  audytorium  i  niektórzy  byli  juŜ  w  połowie 

schodów.  Przepchnął  się  przez  nich  z  łokciami  rozwartymi  jak  skrzydła,  a  kiedy  dotarł  na 

górę, nowa fala zepchnęła go prawie do miejsca, z którego wyruszył. Zaczął się znów przez 

nich przepychać, aŜ w końcu ktoś krzyknął: „Przepuśćcie tego wariata!” i ludzie się rozstąpili. 

Pobiegł w górę, przepchnął się w bok i stanął, dysząc cięŜko i spoglądając wyzywająco w dół. 

-  Wcale  za  nim  nie  szedłem  -  powiedział  głośno.  -  Nie  szedłbym  nigdy  za  takim 

ś

lepym głupcem jak on. Mój Jezu. 

Opierał  się  o  ścianę  budynku,  trzymając  plik  broszur  za  sznurek.  Jakiś  gruby 

męŜczyzna zatrzymał się obok, aby zapalić cygaro. Haze trącił go w ramię. 

- Niech pan spojrzy w dół - powiedział. - Widzi pan tego ślepca? Rozdaje broszurki i 

Ŝ

ebrze.  Jezu.  Powinien  pan  go  zobaczyć.  Ma  ze  sobą  takie  brzydkie  dziecko  przebrane  w 

kobiece ubrania, które teŜ rozdaje ulotki. Mój Jezu. 

- Zawsze się znajdą fanatycy - powiedział gruby męŜczyzna, ruszając z miejsca. 

- Mój Jezu - westchnął Haze. 

Pochylił  się  nad  starą  kobietą  o  niebieskich  włosach  z  czerwonymi,  drewnianymi 

koralami na szyi. 

-  Niech  pani  lepiej  przejdzie  na  drugą  stronę  -  powiedział.  -  Tam  stoi  taki  jeden 

głupiec i rozdaje broszurki. 

Wychodzący ludzie popchnęli kobietę w przód, ale zdąŜyła jeszcze na niego spojrzeć 

dwojgiem jasnych świdrujących oczu. Ruszył za nią przez tłum, ale była juŜ zbyt daleko, więc 

przepchnął się z powrotem tam, gdzie wcześniej stał oparty o ścianę. 

- Słodki Jezu Chryste UkrzyŜowany - powiedział. - Chcę wam ludzie coś powiedzieć. 

MoŜe myślicie, Ŝe nie jesteście czyści, bo nie macie wiary? Więc pozwólcie powiedzieć wam, 

Ŝ

e jesteście czyści. KaŜdy z was, ludzie, jest czysty i pozwólcie, Ŝe wam wyjaśnię dlaczego. 

background image

Jeśli myślicie, Ŝe to z powodu Jezusa Chrystusa UkrzyŜowanego, to się mylicie. Nie twierdzę, 

Ŝ

e nie został on ukrzyŜowany, ale to nie dla was umarł. Słuchajcie mnie, sam jestem pastorem 

i głoszę prawdę. 

Tłum posuwał się szybko. Wyglądał jak ogromna narzuta, której wystrzępione końce 

znikały w ciemnych uliczkach. 

-  Myślicie,  Ŝe  nie  wiem,  co  istnieje,  a  co  nie?!  -  krzyczał.  -  Czy  nie  mam  oczu  w 

głowie? Czy jestem ślepcem? Słuchajcie no! - zawołał. - Mam zamiar stworzyć nowy kościół, 

kościół prawdy, bez Jezusa Chrystusa UkrzyŜowanego. Nic was nie będzie to kosztować, aby 

się do niego przyłączyć. Jeszcze nie zaczął działać, ale wkrótce zacznie. 

Nieliczni,  którzy  pozostali,  spojrzeli  na  niego  raz  czy  dwa.  PoniŜej,  na  chodniku,  i 

dalej po ulicy porozrzucane były broszurki. Ślepiec siedział na najniŜszym stopniu. Po drugiej 

stronie Enoch Emery stał na łbie lwa, próbując zachować równowagę, a dziewczynka z uwagą 

obserwowała Haze'a. 

- Nie potrzebuję Jezusa - powiedział Haze. - Po co mi Jezus? Mam Leorę Watts. 

Cicho  zszedł ze  schodów  i zatrzymał  się  obok  ślepca.  Stał  tam  przez  chwilę.  Ślepiec 

zaśmiał się. Haze odwrócił się i ruszył przez ulicę. Był juŜ po drugiej stronie, kiedy dotarł do 

niego przenikliwy głos. Odwrócił się i zobaczył, jak ślepiec stoi na środku ulicy i krzyczy. 

- Hawks, Hawks, nazywam się Asa Hawks, gdybyś chciał znów za mną pójść! 

Jakiś samochód musiał zjechać na bok, aby go nie potrącić. 

- śałuj za grzechy! - krzyknął, zaśmiał się i podbiegł kilka kroków w przód, udając, Ŝe 

chce go dogonić i złapać. 

Haze  wtulił  głowę  między  zgarbione  ramiona  i  ruszył  przed  siebie.  Nie  obejrzał  się, 

dopóki nie usłyszał za sobą kroków. 

-  Teraz,  jak  juŜ  ich  spławiliśmy  -  dyszał  Enoch  Emery  -  to  moŜe  byśmy  poszli  się 

gdzieś zabawić? 

-  Słuchaj  -  powiedział  Haze  szorstko.  -  Mam  swoje  sprawy  i  nie  potrzebuję  twojego 

towarzystwa. 

Zaczął iść bardzo szybko. Enoch musiał biec, Ŝeby dotrzymać mu kroku. 

- Jestem tu juŜ dwa miesiące - mówił - i nie znam nikogo. Ludzie nie są tu przyjaźni. 

Znalazłem  sobie  pokój  i  nikt  tam  oprócz  mnie  nie  bywa.  Mój  tato  powiedział,  Ŝe  muszę 

jechać. Nigdy bym nie pojechał, ale mnie zmusił. Coś mi się zdaje, Ŝe cię juŜ widziałem parę 

lat temu. Nie jesteś czasem ze Stockwell? 

- Nie. 

- Z Melsy? 

background image

- Nie. 

- Kiedyś zatrzymaliśmy się tam z tartakiem - powiedział Enoch. - Zdaje się, Ŝe juŜ cię 

gdzieś widziałem. 

Szli dalej bez słowa, aŜ dotarli znów do głównej ulicy. Była prawie pusta. 

- Do widzenia - odezwał się Haze. 

- TeŜ idę w tę stronę - powiedział Enoch ponuro. 

Po lewej znajdowało się kino. Właśnie zmieniano elektryczny afisz. 

-  Gdybyśmy  się  nie  zagadali  z  tymi  naiwniakami,  to  moglibyśmy  iść  na  film  - 

mruknął. 

Kroczył teraz przy boku Haze'a mamrocząc i postękując. Raz nawet złapał Haze'a za 

rękaw, Ŝeby zwolnił, ale ten odtrącił go. 

-  Tata  zmusił  mnie,  Ŝebym  tu  przyjechał  -  powiedział  łamiącym  się  ze  wzruszenia 

głosem. 

Haze  spojrzał  na  niego  i  zobaczył,  Ŝe  płacze  i  ma  rozmazaną,  mokrą, 

purpuroworóŜową twarz. 

- Mam tylko osiemnaście lat - płakał - a on kazał mi jechać, a ja nie znam tu nikogo, 

nikt  tu  nie  chce  mieć  do  czynienia  z  obcym.  Ludzie  nic  są  przyjaźni.  On  wziął  i  odszedł  z 

tamtą kobietą, a mnie kazał jechać, ale ona nie wytrzyma z nim długo. On urządzi jej niezłe 

piekło,  zanim  ona  zdąŜy  zagrzać  przy  nim  miejsca.  Ty  jesteś  pierwszą  znajomą  twarzą  od 

dwóch tygodni. Widziałem cię parę lat temu. Na pewno cię widziałem. 

Haze popatrzył przed siebie z nieruchomą twarzą, a Enoch mamrotał i mazał się dalej. 

Minęli kościół, potem hotel, potem sklep z antykami i skręcili w uliczkę pani Watts. 

-  Jak  potrzebujesz  kobiety,  to  nie  musisz  kołować  Ŝadnej  takiej  jak  ta  mała,  co  jej 

dałeś maszynkę - powiedział Enoch. - Słyszałem, gdzie jest dom, w którym moglibyśmy się 

trochę zabawić. Oddałbym ci pieniądze w przyszłym tygodniu. 

- Słuchaj, wiem gdzie idę. Dwa domy stąd mam kobietę. Mam kobietę, rozumiesz?  I 

tam właśnie idę, odwiedzić ją. Nie jesteś mi potrzebny. 

- Mógłbym ci oddać za tydzień. Pracuję w miejskim zoo. Pilnuję bramy i płacą mi co 

tydzień. 

- Odczep się ode mnie - powiedział Haze. 

- Ludzie nie są tu przyjaźni. Ty nie jesteś stąd, ale teŜ nie jesteś przyjazny. 

Haze  nie  odpowiedział.  Szedł  dalej,  z  głową  wciśniętą  pomiędzy  wystające  ramiona, 

jakby mu było zimno. 

background image

- Ty teŜ tu nie znasz nikogo - powiedział Enoch. - Nie masz Ŝadnej kobiety, ani nic do 

roboty.  Jak  cię  zobaczyłem,  to  od  razu  wiedziałem,  Ŝe  nie  masz  nikogo  i  nic  prócz  Jezusa. 

Zobaczyłem cię i od razu wiedziałem. 

-  Tam  właśnie  idę  -  powtórzył  Haze  i  skręcił  w  alejkę  prowadzącą  do  domu  pani 

Watts, nie oglądając się na niego. 

Enoch zatrzymał się. 

- No dobra, dobra! - krzyknął i wytarł rękawem mokry nos. - Dobra! - krzyknął. - Idź, 

gdzie masz iść, ale spójrz no tutaj. 

Trzepnąwszy  się  po  kieszeni,  podbiegł  do  Haze'a,  złapał  go  za  rękaw  i  zagrzechotał 

przed nim pudełkiem z maszynką. 

- Ona mi ją dała. Ona mi ją dała i nic nie moŜesz na to poradzić. Powiedziała mi, gdzie 

mieszkają  i  poprosiła,  Ŝebym  ich  odwiedził  i  przyprowadził  ciebie.  Nie,  Ŝebyś  ty 

przyprowadził mnie, ale ja ciebie, a to ty przecieŜ ich kołowałeś. 

Oczy  błyszczały  mu  przez  łzy,  a  twarz  wykrzywiła  się  w  złośliwym,  przebiegłym 

uśmiechu. 

-  Zachowujesz  się,  jakbyś  myślał,  Ŝe  masz  w  Ŝyłach  mądrzejszą  krew  niŜ  inni  - 

powiedział. - Ale to nie prawda! To ja ją mam. Nie ty. Ja. 

Haze  nic  nie  powiedział.  Stał  jeszcze  przez  chwilę  na  środku  schodów,  a  potem 

podniósł  rękę  i  cisnął  plikiem  broszurek,  które  ze  sobą  niósł,  prosto  w  twarz  Enocha  z  taką 

siłą,  Ŝe  tamtemu  broda  opadła  w  dół,  a  usta  się  rozchyliły.  Enoch  stał  z  rozwartymi  ustami, 

patrząc  w  dół  na  miejsce,  w  które  został  uderzony,  a  potem  odwrócił  się  i  popędził  w  dół 

ulicy. Haze wszedł do domu. 

PoniewaŜ  poprzedniej  nocy  po  raz  pierwszy  spał  z  kobietą,  nie  powiodło  mu  się 

specjalnie  z  panią  Watts.  Kiedy  skończył,  czuł  się  jak  ktoś,  kogo  morze  zamiast  na  brzeg 

wyrzuciło na jej ciało, a ona robiła nieprzyzwoite aluzje na temat jego wyczynów, co mu się 

następnego  dnia  ciągle  przypominało.  Nie  był  zbyt  pewny  siebie  znowu  do  niej  idąc.  Nie 

wiedział, co powie pani Watts, kiedy go zobaczy w otwartych drzwiach. 

Kiedy zobaczyła go stojącego w progu, powiedziała „Ha, ha”. 

Czarny kapelusz tkwił przekrzywiony na bakier na jego głowie. Nie zdjął go od razu. 

Zrobił  to  dopiero  wtedy,  gdy  zawadził  nim  o  Ŝarówkę  elektryczną,  która  wisiała  na  środku 

sufitu. Pani Watts leŜała na łóŜku i nakładała sobie na twarz warstwę kremu. Podparła brodę 

na  ręce  i  obserwowała  go.  Zaczął  chodzić  po  pokoju,  rozglądając  się  wokoło.  W  gardle  mu 

wyschło, a serce ścisnęło się jak mała małpka, która chwyta kurczowo za kraty swojej klatki. 

Usiadł na brzegu jej łóŜka z kapeluszem w ręku. 

background image

Uśmiech pojawił się na twarzy pani Watts jak zakrzywione ostrze sierpa. Była do tego 

na  tyle  przyzwyczajona,  Ŝe  nie  musiała  juŜ  myśleć.  Jej  oczy  pochłaniały  wszystko  jak  lotne 

piaski. 

- Ten Jezusowy kapelusz proroka! - powiedziała. 

Podniosła się i zdjęła koszulę. Sięgnęła po jego kapelusz, włoŜyła go sobie na głowę i 

siedziała tak z rękami na biodrach, przewracając oczami w komiczny sposób. Haze patrzył na 

nią przez chwilę, a potem wydał z siebie trzy urywane, krótkie dźwięki, które były prawdopo-

dobnie śmiechem. Poderwał się, aby pociągnąć za sznurek i wyłączyć światło i rozebrał się w 

ciemności. 

Kiedyś,  gdy  był  jeszcze  mały,  ojciec  zabrał  go  do  lunaparku,  który  zatrzymał  się  w 

Melsy. Trochę na uboczu stał mały namiot. Wejście tam kosztowało nieco więcej. Stał przed 

nim wysuszony człowiek i zapraszał do środka huczącym głosem. Nie mówił jednak, co tam 

jest.  Krzyczał  tylko,  Ŝe  jest  to  tak  sensacyjne  i  kuszące  widowisko,  Ŝe  kaŜdego,  kto  chce  to 

zobaczyć, będzie kosztowało 35 centów i Ŝe jest to tak ekskluzywny pokaz, Ŝe tylko piętnastu 

ludzi moŜe wejść naraz. Ojciec wysłał go do pomieszczenia, w którym tańczyły dwie małpy, 

a  później  ruszył  w  tamtym  kierunku  wąskim  przejściem  między  namiotami.  Haze  opuścił 

pokaz  małp  i  poszedł  za  nim,  ale  nie  miał  trzydziestu  pięciu  centów.  Zapytał  krzykacza,  co 

jest w środku. 

- Daj sobie spokój - poradził mu męŜczyzna. - To nie jakiś pokaz małp dla dzieci. 

- Małpy juŜ widziałem. 

- To dobrze - odpowiedział. - Ale daj sobie z tym spokój. 

- Mam piętnaście centów - upierał się Haze. - To moŜe mnie pan wpuści na połowę? 

Pomyślał,  Ŝe  to  musi  być  coś  tajnego.  MęŜczyźni  w  intymnych  sytuacjach.  Potem 

pomyślał, Ŝe moŜe jest to męŜczyzna i kobieta w intymnej sytuacji. Ona pewnie nie chciałaby, 

Ŝ

eby ją zobaczył. 

- Mam piętnaście centów - powtórzył. 

-  Została  mniej  niŜ  połowa  do  końca  -  powiedział  męŜczyzna,  wachlując  się 

słomkowym kapeluszem. - Zmiataj stąd. 

- W takim razie to będzie warte piętnaście centów - stwierdził Haze. 

- Spływaj - powiedział męŜczyzna. 

- Czy to czarnuch? - zapytał Haze. - Czy oni coś robią czarnuchowi? 

Człowiek wychylił się ze swego podestu i przyjrzał uwaŜnie chłopcu. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytał. 

- Nie wiem. 

background image

- Ile masz Lat? 

- Dwanaście - powiedział Haze. Miał dziesięć. 

- Dawaj te piętnaście centów i wchodź. 

PołoŜył  pieniądze  na  podeście  i  zaczął  się  pospiesznie  przedzierać  przez  kolejne 

zasłony  namiotu,  aby  jeszcze  zdąŜyć,  zanim  pokaz  się  skończy.  Kiedy  wszedł  do  środka, 

zobaczył  tylko  plecy  siedzących  męŜczyzn.  Wdrapał  się  na  ławkę  i  spojrzał  ponad  ich 

głowami.  Wszyscy  patrzyli  w  dół,  gdzie  leŜało  coś  białego,  wijąc  się  lekko  w  skrzyni 

wyłoŜonej  białym  materiałem.  Przez  chwilę  myślał,  Ŝe  jest  to  obdarte  ze  skóry  zwierzę,  a 

potem zobaczył, Ŝe to gruba kobieta. Miała niczym nic wyróŜniającą się twarz, tylko w kąciku 

jej  ust  znajdował  się  pieprzyk,  który  poruszał  się  za  kaŜdym  razem,  kiedy  się  uśmiechała. 

Podobny miała w okolicy biodra. 

- Jakby kaŜdą zamknąć w takiej skrzyni - powiedział jego ojciec - to wszystko szłoby 

o wiele lepiej. 

Haze nie musiał go widzieć, aby rozpoznać ten głos. Ześlizgnął się z ławki i wydostał 

z  namiotu.  Przeczołgał  się  pod  namiotem,  nie  chcąc  natknąć  się  na  zasuszonego  człowieka, 

który  reklamował  widowisko.  Wskoczył  na  tył  furgonetki  i  usiadł  w  najdalszym  kącie. 

Lunapark huczał i brzęczał na zewnątrz. 

Kiedy wrócił do domu, jego matka stała na podwórku przy miednicy i patrzyła w jego 

stronę.  Ubierała  się  zawsze  na  czarno  i  nosiła  dłuŜsze  sukienki  niŜ  inne  kobiety.  Stała 

wyprostowana patrząc na niego. Stanął za drzewem i zszedł jej z oczu, ale po chwili znowu 

poczuł na sobie jej spojrzenie. Zobaczył znowu podium, skrzynię i szczupłą kobietę w środku. 

Skrzynia była jednak dla niej za krótka. Jej głowa opierała się na jednym końcu, a nogi, aby 

mogły się zmieścić, musiała podkurczyć. Miała twarz w kształcie krzyŜa i włosy przylegające 

mocno  do  głowy.  Haze  stał  przyciśnięty  plecami  do  drzewa  i  czekał.  Matka  zostawiła 

miednicę i podeszła do niego z kijem. 

- Co widziałeś? - zapytała. 

- Co widziałeś - powtórzyła tym samym tonem i uderzyła go kijem po nogach, ale on 

był jak część drzewa. 

- Jezus umarł, aby cię zbawić - powiedziała. 

- Nie prosiłem go o to - mruknął. 

Nie uderzyła go ponownie, tylko stała i wpatrywała się w niego z zaciśniętymi ustami. 

Poczucie  winy  za  to,  Ŝe  wszedł  do  namiotu,  ustąpiło  miejsca  nie  nazwanej,  nie 

umiejscowionej  winie,  którą  znalazł  w  sobie  samym.  Po  chwili  matka  odrzuciła  kij  i  ciągle 

zaciskając usta wróciła do miednicy. 

background image

Następnego  dnia  w  tajemnicy  zaniósł  swoje  buty  do  lasu.  Zakładał  je  tylko  w  zimę, 

gdy szedł na spotkania religijne. Wyjął je z pudełka i napełnił dno kaŜdego z nich kamykami i 

Ŝ

wirem,  a  potem  je  załoŜył.  Zacisnął  mocno  sznurowadła  i  przeszedł  w  nich,  jak  mu  się 

wydawało, dobrą milę przez las, aŜ doszedł nad zatoczkę, gdzie usiadł, zdjął je i ulŜył swym 

stopom, wsuwając je w mokry piasek. Sądził, Ŝe to powinno Go usatysfakcjonować. Nic się 

nie wydarzyło. Gdyby spadł jakiś kamień, przyjąłby to za znak. Po chwili wyciągnął stopy z 

piasku,  poczekał,  aŜ  wyschną,  potem  znów  załoŜył  buty,  w  których  ciągle  były  kamienie  i 

przeszedł w nich pół mili z powrotem. 

Rozdział IV 

Wstał  z  łóŜka  pani  Watts  wcześnie  rano,  zanim  jeszcze  do  pokoju  zaczęło  wpadać 

dzienne światło. Kiedy się obudził, poczuł na sobie jej rękę. Wstając uniósł ją i połoŜył przy 

jej  boku.  Nie  spojrzał  na  panią  Watts.  Miał  w  głowie  tylko  jedną  myśl:  chciał  kupić 

samochód.  Decyzja  ta  dojrzała  w  jego  głowie,  kiedy  się  obudził  i  nie  potrafił  myśleć  juŜ  o 

niczym  innym.  Nigdy  wcześniej  nie  przyszło  mu  to  do  głowy;  nigdy  wcześniej  nawet  nie 

chciałby  go  mieć.  Prowadził  samochód  bardzo  rzadko  i  nie  miał  prawa  jazdy.  Miał  tylko 

pięćdziesiąt dolarów ale sądził, Ŝe moŜe za to kupić samochód. OstroŜnie wysunął się z łóŜka, 

aby nie obudzić pani Watts i ubrał się po cichu. O szóstej trzydzieści chodził juŜ po centrum 

miasta, poszukując punktów sprzedaŜy uŜywanych samochodów. 

Były  one  porozrzucane  między  grupami  starych  budynków,  które  oddzielały  część 

handlową  miasta  od  terenu  dworca  kolejowego.  Obejrzał  kilka  z  nich  z  zewnątrz,  zanim  je 

otworzono.  Od  razu  po  wyglądzie  takiego  punktu  potrafił  ocenić,  czy  znajdzie  w  nim 

samochód  za  pięćdziesiąt  dolarów.  Kiedy  je  otworzono  przeszedł  przez  nie  szybko,  nie 

zwracając uwagi na nikogo, kto próbował mu pokazać towar. Czarny kapelusz z godnością i 

skupieniem  tkwił  na  głowie  Haze'a,  a  jego  twarz  wydawała  się  tak  krucha,  jakby  złoŜona  z 

potłuczonych kawałków delikatnego tworzywa i tak niepozorna jak karabin, o którym nikt nie 

wie, Ŝe jest nabity. 

Dzień  był  dŜdŜysty,  a  światło  raziło  ostrym  blaskiem.  Niebo  wyglądało  jak  cienki 

kawałek  wypolerowanego  srebra  z  ciemną,  cierpką  plamą  słońca  w  jednym  z  rogów.  Do 

dziesiątej zbadał wszystkie lepsze punkty i zbliŜał się do terenów kolei. Nawet i tu znajdował 

tylko  samochody,  które  kosztowały  więcej  niŜ  pięćdziesiąt  dolarów.  W  końcu  trafił  do 

background image

punktu,  który  znajdował  się  pomiędzy  dwoma  opuszczonymi  magazynami.  Wywieszka  nad 

wejściem głosiła: NAJNOWSZE MODELE U SLADE'A. 

Przez środek zakładu biegła Ŝwirowana ścieŜka, a z boku, tuŜ przy wejściu, znajdował 

się  budynek,  na  drzwiach  którego  namalowane  było  słowo:  BIURO.  Pozostała  część  punktu 

była  pełna  starych  samochodów  i  pogruchotanych  części.  Przed  biurem,  na  puszce  po 

benzynie, siedział biały chłopak. Wyglądał tak, jakby go tam posadzono, aby odstraszał ludzi. 

Miał  na  sobie  czarny  płaszcz  przeciwdeszczowy,  a  jego  twarz  była  częściowo  ukryta  pod 

skórzaną czapką. Z ust zwisał mu papieros z prawie centymetrowej długości popiołem. 

Haze ruszył na tyły zakładu, gdzie zobaczył dziwny samochód. 

-  Ej!  -  krzyknął  chłopak.  -  Tu  się  tak  sobie  nie  wchodzi.  PokaŜę  ci  to,  co  mam  do 

pokazania. 

Haze nie zwrócił jednak na niego uwagi. Szedł dalej do miejsca, gdzie stał samochód, 

który zwrócił jego uwagę. Chłopak poszedł za nim, dysząc ze złości i przeklinając. Samochód 

stał  w  ostatnim  rzędzie.  Była  to  maszyna  w  kolorze  szczura  z  wielkimi  wąskimi  kołami  i 

wyłupiastymi  przednimi  światłami.  Kiedy  dotarł  do  niej,  zobaczył,  Ŝe  jedne  drzwi 

przywiązane są sznurem i Ŝe z tyłu ma okrągłe okno. Właśnie taki samochód chciał kupić. 

- Chcę się zobaczyć z panem Siadem - powiedział. 

-  Po  co  chce  pan  go  widzieć?  -  zapytał  chłopak  podejrzliwie.  Miał  szerokie  usta  i 

kiedy mówił, uŜywał tylko jednej połowy. 

- Chcę się z nim zobaczyć w sprawie tego samochodu - odparł Haze. 

-  To  ja  -  powiedział  chłopak.  Jego  twarz  wyglądała  spod  czapki  jak  wąski  łeb 

wyleniałego orła. Usiadł na stopniu samochodu na wprost Ŝwirowej alejki i dalej przeklinał. 

Haze obszedł samochód dookoła. Potem zajrzał przez okno do środka. Tapicerka była 

koloru  zielonkawo  -  matowo  -  piaskowego.  Brakowało  tylnego  siedzenia;  na  jego  miejscu 

znajdowała  się  drewniana  ławka.  Na  dwóch  tylnych  bocznych  oknach  były  ciemnozielone 

postrzępione firanki. Spojrzał przez przednie okna i zobaczył chłopca siedzącego na stopniach 

samochodu na wprost Ŝwirowej alejki. Miał podciągniętą jedną nogawkę spodni i drapał się w 

kostkę, która wystawała z Ŝółtej skarpety. Przeklinał, wydając gardłowe dźwięki, jakby chciał 

odkaszlnąć  flegmę.  Jego  postać  była  Ŝółtawa  i  zniekształcona  przez  okienne  szyby.  Haze 

szybko wyszedł zza samochodu i stanął przed nim. 

- Ile kosztuje? - zapytał. 

- Dobry Jezu - powiedział chłopak - Jezu Chryste przybity do krzyŜa. 

- Ile kosztuje? - warknął Haze, blednąc. 

- Jak pan myślisz, ile jest wart? - zapytał chłopak. - Niech pan powie na oko. 

background image

-  Nie  jest  wart  tyle,  ile  kosztowałoby  odholowanie  go  stąd  na  złomowisko.  Więcej 

bym za niego nie dał. 

Chłopak całą uwagę poświęcił swojej kostce, na której miał strup. Haze uniósł wzrok i 

zobaczył nadchodzącego męŜczyznę. Kiedy podszedł bliŜej, zauwaŜył, Ŝe wygląda dokładnie 

tak  samo  jak  chłopak,  oprócz  tego,  Ŝe  jest  o  dwie  głowy  wyŜszy  i  ma  poplamiony  potem 

brązowy filcowy kapelusz. Nadchodził zza pleców chłopca spomiędzy rzędów samochodów. 

Kiedy był tuŜ za nim, zatrzymał się i odczekał chwilę. Potem zwrócił się do chłopaka z czymś 

w rodzaju kontrolowanego ryku. 

- Zabieraj swój tyłek z tego stopnia! 

Chłopak  burknął  coś  i  zniknął,  przeciskając  się  pomiędzy  dwoma  najbliŜszymi 

samochodami. MęŜczyzna stał i patrzył na Haze'a. 

- Czego pan chce? - zapytał. 

- Chodzi o ten samochód tutaj - powiedział Haze. 

- Siedemdziesiąt pięć dolarów. 

Po obu stronach punktu stały stare czerwonawe budynki z czarnymi pustymi oknami, 

a za nimi następne, zupełnie bez okien. 

- Dziękuję - odpowiedział Haze i zaczął iść w stronę biura. 

Kiedy doszedł do wyjścia, obejrzał się i zobaczył męŜczyznę dwa kroki za sobą. 

- Moglibyśmy się trochę potargować - powiedział. 

Haze poszedł z nim z powrotem do samochodu. 

- Nie codziennie znajduje się taki samochód - mówił męŜczyzna. 

Usiadł  na  stopniu,  na  którym  siedział  wcześniej  chłopak.  Haze  nie  widział  go,  ale 

tamten  nie  odszedł.  Tkwił  na  bagaŜniku  dwa  samochody  dalej,  zwinięty  w  kłębek,  jakby 

marzył, ale na jego twarzy pojawił się cierpki, opanowany wyraz. 

- Wszystkie opony są nowe - zapewnił męŜczyzna. 

- Były nowe, kiedy go robiono - powiedział Haze. 

- Kiedyś to się budowało samochody. Teraz nie ma juŜ takich. 

- Ile pan za niego chce? - zapytał Haze znowu. 

MęŜczyzna obrzucił go uwaŜnym spojrzeniem i zamyślił się. 

- Mógłbym go panu oddać za sześćdziesiąt pięć - powiedział po chwili. 

Haze  oparł  się  o  samochód  i  zaczął  skręcać  papierosa,  ale  mu  to  nie  wychodziło. 

Rozsypywał tytoń i bibułki. 

- No a ile moŜe pan za niego dać? - zapytał męŜczyzna. - Nie oddałbym chryslera za 

takiego essexa. Tego samochodu nie robiły czarnuchy. Wszystkie czarnuchy mieszkają teraz 

background image

w  Detroit  i  tam  składają  samochody  -  dodał  próbując  nawiązać  rozmowę.  -  Byłem  tam  i 

trochę widziałem. Właśnie stamtąd wróciłem. 

- Nie dałbym za niego więcej niŜ trzydzieści dolarów - powiedział Haze. 

- Mają tam jednego czarnucha - mówił męŜczyzna - co ma prawie tak białą skórę jak 

pan czy ja. 

Zdjął  kapelusz  i  przeciągnął  palcem  po  przepoconej  wewnętrznej  obwódce.  Miał 

resztki włosów koloru marchewkowego. 

- Przejedźmy się nim - zaproponował. - Czy moŜe chce pan wejść pod spód i obejrzeć 

go? 

- Nie - powiedział Haze. 

MęŜczyzna spojrzał na niego przelotnie. 

- Płaci pan, jak będzie pan odjeŜdŜał - powiedział swobodnie. - Jak nie znajdzie pan w 

nim tego, czego pan szuka, to są inne w tej samej cenie, które mogą to mieć. 

Dwa  samochody  dalej  chłopak  zaczął  znowu  przeklinać.  Brzmiało  to  jak  urywany 

kaszel. Haze odwrócił się nagle i kopnął w przednią oponę. 

- Mówiłem panu przecieŜ, Ŝe nie pękną - powiedział męŜczyzna. 

- Ile? - zapytał Haze. 

- Niechby było pięćdziesiąt dolarów - zaproponował. 

Zanim  Haze  kupił  samochód,  męŜczyzna  wlał  w  niego  trochę  benzyny  i  obwiózł  go 

wokół okolicznych domów, aby udowodnić, Ŝe jest na chodzie. Chłopak siedział skulony na 

tylnym siedzeniu ciągle przeklinając. 

- Coś z nim musi być nie tak, bo inaczej by tak nie przeklinał. Niech pan go nie słucha 

- powiedział męŜczyzna. 

Samochód jechał, wydając z siebie przenikliwy pisk. MęŜczyzna nacisnął na hamulec, 

aby pokazać, jak dobrze działa i chłopiec spadł im z tyłu na głowy. 

- Niech cię cholera! - wrzasnął męŜczyzna. - Przestań po nas skakać! Trzymaj tyłek na 

desce! 

Chłopak nie odpowiedział. Nawet nie zaklął. Kiedy Haze się obejrzał, siedział skulony 

w czarnym płaszczu przeciwdeszczowym z czarną skórzaną czapką zsuniętą prawie na oczy. 

Jedyną róŜnicą było to, Ŝe popiół miał strzepnięty z papierosa. 

Kupił samochód za czterdzieści dolarów i zapłacił jeszcze dodatkowo za pięć galonów 

benzyny.  MęŜczyzna  kazał  chłopakowi  iść  do  biura  i  przynieść  pięciogalonową  bańkę 

benzyny,  którą  miał  wiać  do  baku.  Chłopak  przyszedł  zgięty  prawie  w  pół,  przeklinając  i 

taszcząc Ŝółtą bańkę z benzyną. 

background image

- Daj to tutaj - powiedział Haze. - Sam to zrobię. 

Potwornie  się  spieszył,  by  juŜ  odjechać.  Chłopak  wyszarpnął  od  niego  puszkę  i 

wyprostował się. Była zapełniona tylko do połowy, ale trzymał ją przy baku, aŜ wypłynęło z 

niej powoli pięć galonów. Przez cały czas powtarzał: „Słodki Jezu, słodki Jezu, słodki Jezu”. 

- Dlaczego on się nie zamknie? - zapytał nagle Haze. - Po co tak ciągle gada? 

- Ja tam nigdy nie wiem, co z nim jest - odparł męŜczyzna i wzruszył ramionami. 

Kiedy samochód był gotowy, męŜczyzna i chłopak stanęli z boku przypatrując się, jak 

Haze  odjeŜdŜa.  Nie  chciał,  Ŝeby  go  ktokolwiek  obserwował,  poniewaŜ  nie  prowadził 

samochodu  od  czterech  czy  pięciu  lat.  MęŜczyzna  i  chłopak  nie  powiedzieli  nic,  kiedy 

próbował go zapalić. Stali tylko i patrzyli. 

-  Chciałem  kupić  ten  samochód  głównie  po  to,  Ŝeby  był  moim  domem  -  wyjaśnił.  - 

Nie mam dokąd pójść. 

- Nie spuściłeś jeszcze hamulca - powiedział męŜczyzna. 

Spuścił hamulec i samochód ruszył do tyłu, poniewaŜ zostawiony był na tylnym biegu. 

Po chwili ruszył do przodu i odjechał zygzakiem, mijając chłopaka i męŜczyznę, którzy ciągle 

stali  przyglądając  się.  Jechał  prosto  przed  siebie  tą  samą  ulicą,  pocąc  się  i  nie  myśląc  o  ni-

czym.  CięŜko  mu  było  utrzymać  samochód  na  drodze.  Minął  teren  kolei,  który  ciągnął  się 

mniej więcej przez pół mili, a potem magazyny. Kiedy spróbował zwolnić, samochód zgasł i 

musiał zapalić go znowu. Minął szare zabudowania, a następnie bogatsze Ŝółte domy. Zaczął 

mŜyć deszcz, więc włączył wycieraczki. Klekotały głośno jak dwaj idioci, którzy klaszczą w 

kościele.  Minął  białe  zabudowania.  Przed  kaŜdym  z  nich,  na  kwadratowym  trawniku,  tkwił 

brzydki pysk psa. W końcu minął wiadukt i znalazł się na głównej drodze. 

Jechał teraz bardzo szybko. 

Autostrada  upstrzona  była  stacjami  benzynowymi,  campingami  dla  przyczep  i 

przydroŜnymi motelami. Po chwili po obydwu stronach drogi pojawiły się czerwone wąwozy, 

a  za  nimi  połacie  ziemi  pospinane  ze  sobą  słupami  elektrycznymi.  Niebo  sączyło  na  to 

wszystko  swe  światło,  a  potem  zaczęło  wlewać  się  w  samochód.  Nagle,  ponad  rowem, 

ukazała  sic  głowa  świni  z  ryjem  uniesionym  do  góry  i  Haze  musiał  zahamować  z  piskiem 

opon  i  czekać,  aŜ  całe  stado  zniknie  w  rowie  po  drugiej  stronie  drogi.  Zapalił  samochód  i 

pojechał  dalej.  Miał  uczucie,  Ŝe  wszystko,  co  widzi,  to  fragmenty  czegoś,  czego  dobrze  nie 

pamiętał,  co  mu  się  kiedyś  przydarzyło  i  teraz  stanowi  ogromną  pustą  przestrzeń  w  jego 

umyśle. Mała czarna, odkryta cięŜarówka wyjechała przed nim z bocznej drogi. Na tyle miała 

umocowane  Ŝelazne  łóŜko,  krzesło  i  stół,  a  na  nich  znajdowała  się  skrzynka  z  pstrokatymi 

kurczakami.  CięŜarówka  jechała  bardzo  wolno  z  łoskotem  środkiem  jezdni.  Haze  zaczął 

background image

naciskać  na  klakson.  Uderzył  w  niego  trzy  razy,  zanim  zorientował  się,  Ŝe  nie  działa. 

Skrzynka  była  tak  szczelnie  wypełniona  mokrymi  pstrymi  kurczakami,  Ŝe  te,  które  były 

zwrócone  w  jego  stronę,  miary  głowy  wysunięte  za  kraty.  CięŜarówka  nie  przyspieszyła  ani 

trochę, więc Haze był zmuszony zwolnić. Rozmokłe pola rozciągały się po obu stronach drogi 

i sięgały aŜ do sosnowych zagajników. 

Droga  zakręcała  i  prowadziła  w  dół  wzgórza.  Z  jednej  strony  ukazała  się  wysoka 

skarpa,  porośnięta  sosnami,  a  z  drugiej  ze  ściany  wąwozu  sterczał  szary  otoczak.  Białymi 

literami namalowano na nim napis: BIADA BLUŹNIERCOM I ALFONSOM! CZY PIEKŁO 

WAS POCHŁONIE? CięŜarówka zwolniła jeszcze bardziej, jakby po to, aby kierowca mógł 

to  przeczytać,  a  Haze  znowu  wcisnął  swój  zepsuty  klakson.  Walił  w  niego  uparcie,  ale  nie 

udało  mu  się  wydobyć  z  niego  Ŝadnego  dźwięku.  CięŜarówka  wjechała  juŜ  na  szczyt 

następnego pagórka, potrząsając posępnie skrzynią z pstrokatymi kurczakami. Haze zatrzymał 

samochód  i  skierował  wzrok  na  dolną  część  głazu,  gdzie  małymi  literami  napisano:  Jezus 

zbawia. 

Jechał, wpatrując się w napis i nie posłyszał za sobą klaksonu. Stała za nim cysterna, 

długa  jak  wagon  kolejowy.  Po  chwili  w  oknie  jego  samochodu  pojawiła  się  kwadratowa 

czerwona twarz. MęŜczyzna patrzył przez chwilę na kark i kapelusz Haze'a, a potem połoŜył 

mu rękę na ramieniu. 

- Co pan robi na środku drogi? - zapytał kierowca cysterny. 

Haze zwrócił ku niemu swoją kruchą, spokojną twarz. 

- Niech pan zabierze rękę - powiedział. - Czytam napis. 

Twarz  kierowcy  nie  drgnęła,  a  jego  ręka  została  dokładnie  w  tym  samym  miejscu, 

jakby nie dosłyszał dobrze. 

- Nie ma takiego alfonsa, który nie był wcześniej kimś gorszym - powiedział Haze. - 

To nie jest grzech ani bluźnierstwo. Grzech był juŜ przed nimi. 

Wyraz twarzy kierowcy cysterny pozostał bez zmian. 

- Jezus jest tanim chwytem dla czarnuchów - dodał Haze. 

Kierowca  połoŜył  obydwie  ręce  na  szybie  i  zacisnął  je,  tak  jakby  chciał  unieść 

samochód w górę. 

- Zabierz pan w końcu to cholerne pudło ze środka drogi - powiedział. 

- Nie muszę od niczego uciekać, bo w nic nie wierzę. 

Przez  mniej  więcej  minutę  wpatrywali  się  w  siebie.  Spojrzenie  Haze'a  stawało  się 

coraz bardziej nieobecne; rodził się w jego umyśle nowy plan. 

- W którą stronę do zoo? – zapytał. 

background image

- W odwrotnym kierunku - odpowiedział kierowca. - Czy stamtąd właśnie pan uciekł? 

-  Muszę  się  zobaczyć  z  chłopakiem,  który  tam  pracuje  -  powiedział  Haze.  Zapalił 

silnik i zostawił kierowcę stojącego na drodze na wprost liter namalowanych na głazie. 

Rozdział V 

Kiedy Enoch Emery obudził się tego ranka, wiedział, Ŝe przyjdzie ktoś, komu będzie 

mógł to pokazać. Mówiła mu to jego krew. Miał mądrą krew po swoim ojcu. 

O drugiej po południu, powitał przy bramie straŜnika, który przyszedł go zmienić. 

-  Spóźniłeś  się  piętnaście  minut  -  powiedział  z  rozdraŜnieniem.  -  Ale  zostałem. 

Mogłem sobie iść, ale zostałem. 

Miał na sobie zielony mundur z Ŝółtymi lamówkami na kołnierzyku i na  rękawach, i 

Ŝ

ółtymi  pasami  na  zewnętrznych  stronach  nogawek.  StraŜnik  z  drugiej  zmiany,  chłopak  z 

twarzą  o  ostrych  rysach  i  strukturze  łupka  ilastego  z  wykałaczką  w  zębach  ubrany  był  tak 

samo. Brama, przy której stali, zrobiona była z Ŝelaznych prętów. Okalał ją betonowy łuk w 

kształcie  dwu  drzew,  których  gałęzie  tworzyły  szczyt  bramy,  i  gdzie  poskręcane  litery 

układały się w napis MIEJSKI PARK LEŚNY. StraŜnik z drugiej zmiany oparł się o jeden z 

pni i zaczął grzebać w zębach wykałaczką. 

- Codziennie - skarŜył się Enoch - codziennie tracę dobrych piętnaście minut, stojąc tu 

i czekając na ciebie. 

Zawsze,  kiedy  schodził  ze  słuŜby,  szedł  do  parku  i  zawsze,  kiedy  tam  szedł,  robił  to 

samo.  Najpierw  szedł  na  basen.  Bał  się  wody,  ale  lubił  siedzieć  na  brzegu  i  obserwować 

kąpiących  się.  Co  poniedziałek  przychodziła  tam  kobieta,  która  miała  kostium  kąpielowy  z 

rozcięciami na biodrach. Najpierw myślał, Ŝe ona o nich nie  wie i zamiast patrzeć otwarcie, 

siedząc na brzegu, zaszył się w jakieś krzaki i chichocząc pod nosem obserwował ją. Tłumy 

zjawiały  się  dopiero  około  czwartej,  więc  w  basenie  nie  było  nikogo,  kto  by  jej  mógł 

powiedzieć  o  tych  rozcięciach.  Pluskała  się  w  basenie,  a  potem  kładła  się  na  brzegu  i  spała 

prawie  przez  godzinę,  nie  podejrzewając,  Ŝe  ktoś  przez  cały  czas  się  jej  przygląda  zza 

krzaków. Kiedy indziej, gdy został trochę dłuŜej, zobaczył trzy kobiety, z których kaŜda miała 

podobne rozcięcia po bokach kostiumu i chociaŜ basen był pełen ludzi, nikt nie zwrócił na to 

uwagi.  W  ten  sposób  miasto  zawsze  go  zaskakiwało.  Odwiedzał  dziwkę,  kiedy  miał  na  to 

ochotę, ale zawsze szokowała go swoboda w miejscach publicznych. Poczucie przyzwoitości 

background image

nakazywało  mu  wczołgiwać  się  w  krzaki.  Bardzo  często  kobiety  zsuwały  ramiączka 

kostiumów i leŜały wyciągnięte na trawie. 

Park  znajdował  się  w  sercu  miasta.  Przyjechał  tu  i  -  jak  nakazywał  mu  głos  krwi  - 

osiedlił  się  w  samym  jego  sercu.  Codziennie  zaglądał  w  to  serce  i  codziennie  był  tym 

widokiem przejęty, przestraszony i zaskoczony do tego stopnia, Ŝe nawet na samą myśl o tym, 

co  tu  widział,  przechodziły  go  ciarki.  Dokładnie  w  centrum  parku  odkrył  coś  wyjątkowego. 

Była  to  jego  tajemnica,  chociaŜ  przecieŜ  kaŜdy  mógł  to  zobaczyć  i  przeczytać  umieszczoną 

nad  tym  kartkę,  która  wyjaśniała  wszystko.  Było  jednak  coś,  czego  kartka  nie  mogła 

wyjaśnić,  bo  to  znajdowało  się  w  nim  samym:  przeraŜająca  wiedza  nie  mieszcząca  się  w 

słowach,  przeraŜająca  wiedza  narastająca  w  nim  jak  potęŜny  nerw.  Nie  mógł  wyjawić  tej 

tajemnicy byle komu. Ale komuś musiał ją wyjawić. Ten komu miałby to pokazać, musiałby 

być szczególną osobą. Choć nie wiedział dlaczego, osoba ta nie mogła być z tego miasta. Był 

pewien,  Ŝe  rozpozna  tego  człowieka,  kiedy  go  zobaczy  i  wiedział  teŜ,  Ŝe  musi  go  spotkać 

wkrótce,  bo  inaczej  ten  wewnętrzny  nerw  powiększy  się  do  takich  rozmiarów,  Ŝe  będzie 

zmuszony ukraść samochód, obrabować bank lub napaść w ciemnej uliczce na jakąś kobietę. 

Jego krew tego ranka mówiła mu, Ŝe ta osoba przyjdzie dzisiaj. 

Pozostawił  swojego  zmiennika  i  poszedł  w  stronę  basenu  dyskretną  ścieŜką,  która 

prowadziła  za  przebieralnią  dla  kobiet  na  małą  polankę,  skąd  rozciągał  się  widok  na  cały 

basen. Nie było w nim nikogo - . woda koloru zielonej butelki stała nieruchomo - ale idąc w 

odwrotną  stronę,  w  kierunku  zabudowań  pływalni,  zobaczył  kobietę  z  dwoma  małymi 

chłopcami. Przychodziła mniej więcej co dwa dni i przyprowadzała dwójkę dzieci. Wchodziła 

z nimi do wody, przepływała cały basen, a potem wychodziła na brzeg i kładła się w słońcu. 

Miała biały kostium kąpielowy w plamy, który wisiał na niej jak worek i Enoch obserwował 

ją nie raz z przyjemnością. Przeszedł z polanki na zbocze porośnięte kapryfolium. Znalazł w 

nich  tunel  i  doczołgał  się  nim  do  nieco  szerszej  przestrzeni.  Usadowił  się  i  rozsunął  gałęzie 

krzewu  tak,  aby  przez  nie  dobrze  widzieć.  Jego  twarz  na  tle  krzaków  była  zawsze  bardzo 

czerwona. Gdyby ktoś rozchylił gałązki w tym właśnie miejscu, pomyślałby, Ŝe widzi diabła i 

spadłby ze zbocza prosto do basenu, Kobieta i dwaj chłopcy weszli do budynku pływalni. 

Enoch  nigdy  nie  szedł  od  razu  do  ciemnego,  tajemniczego  centrum  parku.  Stanowiło 

ono zwykle punkt kulminacyjny całego popołudnia. Robił najpierw inne rzeczy, które były do 

tego  wstępem.  Po  wyjściu  z  krzaków,  szedł  zwykle  do  FROSTY  BOTTLE,  budki  z  hot 

dogami w kształcie butelki ze szronem pomalowanym na niebiesko wokół szyjki. Tam zjadał 

czekoladowy mroŜony krem i wygłaszał kilka znaczących uwag pod adresem kelnerki, która, 

jak  sądził,  była  w  nim  zakochana.  Później  szedł  obejrzeć  zwierzęta.  Siedziały  w  długim 

background image

rzędzie stalowych klatek takich jak w filmach o więzieniu Alcatraz. Klatki były elektrycznie 

ogrzewane  w  zimę,  a  latem  włączano  klimatyzację;  sześciu  męŜczyzn  pilnowało  zwierząt  i 

karmienia  ich  płatami  mięsa  z  kością.  Zwierzęta  nigdy  nic  nie  robiły,  tylko  leŜały.  Enoch 

obserwował je codziennie pełen strachu i nienawiści. Potem szedł tam. 

Dwóch  małych  chłopców  wybiegło  z  budynku  pływalni  i  wskoczyło  do  wody,  a 

jednocześnie z drugiej strony basenu rozległ się warkot samochodu. Głowa Enocha wyjrzała 

zza  krzaków.  Zobaczył  przejeŜdŜający  wysoki  wóz  w  szczurzym  kolorze,  który  wydawał 

takie  dźwięki,  jakby  silnik  wlókł  za  sobą  całą  resztę.  Samochód  przejechał  i  Enoch  słyszał 

jeszcze,  jak  gruchocze  na  zakręcie  alejki  i  znika  w  oddali.  Słuchał  uwaŜnie,  czy  się  nie 

zatrzyma.  Warkot  oddalił  się,  a  później  stopniowo  stawał  się  coraz  głośniejszy.  Samochód 

przejechał  jeszcze  raz.  Tym  razem  Enoch  zauwaŜył,  Ŝe  siedzi  w  nim  tylko  jedna  osoba, 

męŜczyzna.  Dźwięk  ponownie  zamarł,  a  później  znowu  stał  się  głośniejszy.  Samochód 

przejechał  po  raz  trzeci  i  zatrzymał  się  prawie  dokładnie  naprzeciwko  Enocha  po  drugiej 

stronie basenu. Siedzący za kierownicą męŜczyzna wyjrzał przez okno i spojrzał na wzgórze 

pokryte  trawą,  a  potem  w  dół  na  wodę,  gdzie  pluskali  się  i  krzyczeli  dwaj  chłopcy.  Enoch 

wysunął  głowę  z  krzaków  tak  daleko,  jak  tylko  potrafił  i  patrzył.  Drzwi  od  strony  kierowcy 

przywiązane były sznurem. MęŜczyzna wysiadł drugimi drzwiami, obszedł samochód i zszedł 

do połowy wzgórza w kierunku basenu. Stał tam  przez chwilę, jakby kogoś szukał, a potem 

usiadł sztywno na trawie. Miał na sobie niebieski garnitur i czarny kapelusz. Siedział z pod-

ciągniętymi kolanami. 

- No, chyba zabawię się w psa - powiedział Enoch. - No, chyba zabawię się w psa. 

Zaczął  się  natychmiast  wyczołgiwać  z  krzaków.  Krew  w  jego  Ŝyłach  krąŜyła  szybko 

jak  facet  na  motocyklu  w  wesołym  miasteczku,  jeŜdŜący  w  kółko  po  pochyłym  torze. 

Pamiętał  nawet  nazwisko  tego  męŜczyzny  -  pan  Hazel  Motes.  Po  chwili  ukazał  się  na 

czworakach na skraju zarośli i spojrzał ponad basenem. Niebieska postać siedziała tam gdzie 

przedtem,  w  tej  samej  pozycji.  MęŜczyzna  wyglądał,  jakby  trzymała  go  tam  jakaś  niewi-

dzialna  ręka  i  jakby  na  jej  skinienie,  mógłby  przenieść  się  jednym  skokiem  na  drugą  stronę 

basenu, nie zmieniając ani na chwilę wyrazu twarzy. 

Z  budynku  pływalni  wyszła  kobieta  i  podeszła  do  trampoliny.  Rozpostarła  szeroko 

ramiona  i  zaczęła  się  bujać.  Deska  trzepotała  głośno.  Potem  nagle  odwróciła  się  tyłem, 

zawirowała i zniknęła pod wodą. Głowa pana Haze'a Motesa odwracała się powoli, w miarę 

jak kobieta płynęła wzdłuŜ basenu. 

Enoch podniósł się i poszedł ścieŜką za budynkiem pływalni. Ukradkiem wyszedł zza 

rogu  i  ruszył  w  stronę  Haze'a.  Stąpał  lekko  i  cicho  po  trawie  rosnącej  wzdłuŜ  chodnika  na 

background image

szczycie stoku. Kiedy znalazł się bezpośrednio za Hazem, usiadł na brzegu chodnika. Gdyby 

jego  ręce  miały  długość  dziesięciu  stóp,  mógłby  połoŜyć  mu  dłonie  na  ramionach. 

Przypatrywał mu się bez słowa. 

Kobieta wydostała się z basenu, podpierając się brodą o brzeg. Najpierw pojawiła się 

jej  długa  i  trupia  twarz  okolona  czepkiem,  przypominającym  bandaŜ  nasunięty  na  oczy,  z 

wystającymi  z  ust  ostrymi  zębami.  Uniosła  się  na  rękach,  po  czym  ukazała  się  jej  ogromna 

stopa,  potem  cała  noga,  a  za  moment  druga  i  była  juŜ  na  zewnątrz.  Przycupnęła  na  brzegu, 

dysząc  cięŜko.  Po  chwili  wstała  i  otrząsnęła  się,  rozpryskując  spływającą  z  niej  wodę. 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  zauwaŜyła  ich  naprzeciwko  siebie.  Enoch  widział  część  twarzy 

Haze'a,  który  przypatrywał  się  kobiecie.  Haze  nie  odwzajemnił  uśmiechu,  ale  nadal  ją 

obserwował,  gdy  szła  w  stronę  bardziej  nasłonecznionej  części  basenu  i  usiadła  prawie 

dokładnie poniŜej miejsca, gdzie siedzieli. Enoch musiał przysunąć się trochę bliŜej, aby coś 

widzieć. 

Kobieta  zdjęła  czepek.  Jej  włosy  były  krótkie,  potargane  i  mieniły  się  wszystkimi 

kolorami,  od  głębokiej  miedzi  po  zielonkawoŜółty.  Potrząsnęła  głową,  a  potem  spojrzała 

znów w górę na Haze'a Motesa, ukazując w uśmiechu ostro zakończone zęby. Rozciągnęła się 

na  słońcu,  podnosząc  kolana  i  układając  kręgosłup  na  betonowym  chodniku.  Na  drugim 

końcu basenu dwaj mali chłopcy stukali się na przemian głowami o ścianę basenu. Usadowiła 

się w końcu tak, Ŝe jej plecy przylegały płasko do betonu i zsunęła ramiączka kostiumu. 

- Wielki Jezu! - szepnął Enoch i zanim udało mu się oderwać oczy od kobiety, Haze 

Motes zerwał się na nogi i był juŜ prawie w samochodzie. Kobieta siedziała wyprostowana z 

kostiumem zsuniętym z przodu do połowy, a Enoch patrzył równocześnie w obie strony. 

Oderwał wzrok od kobiety i rzucił się za Hazem Motesem. 

- Niech pan zaczeka! - krzyknął i zaczął machać rękami przed samochodem, który juŜ 

zagruchotał i ruszył z miejsca. Hazel Motes wyłączył silnik. Jego twarz za szybą była Ŝabia i 

zgorzkniała;  wyglądała,  jakby  zastygła  w  krzyku.  Przypominała  twarzy  z  filmów 

gangsterskich, kiedy ktoś siedzi w szafie przywiązany do krzesła ze szmatą w ustach. 

- No - powiedział Enoch - niech mnie diabli, jeśli to nie jest Hazel Motes. Jak się pan 

ma, Hazel? 

-  StraŜnik  mówił,  Ŝe  znajdę  cię  na  basenie  -  powiedział  Hazel  Motes.  -  Mówił,  Ŝe 

chowasz się w krzakach i patrzysz, jak pływają. 

Enoch zarumienił się. 

-  Zawsze  podziwiałem  pływanie  -  odparł  i  wsadził  głowę  głębiej  w  okno.  -  Szukał 

mnie pan?! - wykrzyknął. 

background image

-  Chodzi  o  tego  ślepca  o  nazwisku  Hawks  -  powiedział  Haze.  -  Czy  ta  dziewczynka 

powiedziała ci, gdzie mieszkają? 

Enoch wydawał się nie słyszeć. 

- Przyszedł pan tutaj specjalnie, Ŝeby się ze mną zobaczyć? - zapytał. 

- Asa Hawks. Jego dziecko dało ci maszynkę. Czy powiedziała ci, gdzie mieszkają? 

Enoch  wyjął  głowę  z  okna  samochodu.  Otworzył  drzwi  i  usiadł  obok  Haze'a.  Przez 

chwilę patrzył na niego, oblizując usta. Potem szepnął: 

- Muszę panu coś pokazać. 

-  Szukam  tych  ludzi  -  powiedział  Haze.  -  Muszę  zobaczyć  się  z  tym  człowiekiem. 

Powiedziała ci, gdzie mieszkają? 

- Muszę panu to pokazać - powtórzył Enoch. - Muszę to panu pokazać, jeszcze dzisiaj. 

Muszę. 

Złapał Haze'a Motesa za ramię, ale on się wyswobodził. 

- Powiedziała ci, gdzie mieszkają? - zapytał znowu. 

Enoch  nadal  oblizywał  usta.  Były  zupełnie  blade  z  wyjątkiem  opryszczki,  która  była 

purpurowa. 

- Jasne - powiedział. - PrzecieŜ mnie zaprosiła, Ŝebym przyszedł się z nią zobaczyć i 

przyniósł moje organki. Muszę panu pokazać tę rzecz, a potem panu powiem. 

- Jaką rzecz? - mruknął Haze. 

-  Tę,  co  mam  panu  pokazać  -  powiedział  Enoch.  -  Niech  pan  jedzie  prosto  przed 

siebie, a ja powiem, gdzie się zatrzymać. 

- Nie chcę widzieć Ŝadnej twojej rzeczy. Chcę ten adres. 

Enoch nie patrzył na niego. Patrzył przez okno. 

- Nie przypomnę sobie, jeśli pan ze mną nie pójdzie. 

Samochód ruszył. Krew Enocha mocno pulsowała. Wiedział, Ŝe musi pójść jeszcze do 

FROSTY  BOTTLE  i  do  zoo,  i  przeczuwał  okropną  walkę  z  Hazem  Motesem.  Musi  go  tam 

doprowadzić, nawet gdyby miał uderzyć go w głowę kamieniem i zanieść na swoich plecach. 

Mózg  Enocha  składał  się  z  dwóch  odrębnych  części.  Ta,  która  porozumiewała  się  z 

krwią,  obmyślała  plany,  ale  nigdy  nic  nie  wyraŜała  słowami.  Druga  część  była  po  brzegi 

zapchana  słowami  i  zdaniami.  Podczas  gdy  pierwsza  obmyślała,  jak  przeprowadzić  Haze'a 

przez FROSTY BOTTLE i zoo, druga pytała: „A skąd pan wytrzasnął taki fajny samochód? 

Powinien  pan  sobie  na  nim  namalować  jakiś  znak,  na  przykład:  »Wpadnij  do  mnie,  kotku«. 

Widziałem jeden z takim napisem, i jeszcze jeden widziałem z...” 

Twarz Haze'a Motesa sprawiała wraŜenie wykutej w skale. 

background image

- Mój tata kiedyś miał Ŝółtego forda, którego wygrał na loterii - mruknął Enoch. - Miał 

rozkładany  dach,  dwie  anteny  i  ogon  wiewiórki.  Zamienił  go.  Niech  się  pan  tu  zatrzyma! 

Niech się pan tu zatrzyma! - krzyknął, kiedy mijali właśnie FROSTY BOTTLE. 

-  Gdzie  to  jest?  -  zapytał  Hazel  Motes,  jak  tylko  weszli  do  środka.  Znaleźli  się  w 

ciemnej sali z ladą i brązowymi stołkami ustawionymi przed nią jak muchomory. Na ścianie 

naprzeciwko  wisiała  ogromna  reklama  lodów,  przedstawiająca  krowę  przebraną  za 

gospodynię domową. 

-  To  jeszcze  nie  tu  -  powiedział  Enoch.  -  Musimy  się  tylko  zatrzymać  po  drodze  i 

kupić coś do jedzenia. Co pan chce? 

- Nic - odpowiedział Haze. Stał wyprostowany na środku sali z rękami w kieszeniach. 

- No to niech pan usiądzie. Ja muszę się czegoś napić. 

Coś drgnęło za ladą i kobieta z włosami obciętymi krótko, po męsku, wstała z krzesła, 

odłoŜyła gazetę i podeszła do kontuaru. Miała na sobie fartuch, który kiedyś był biały, a teraz 

upstrzony brązowymi plamami. 

-  Co  podać?  -  zapytała  głośno,  nachylając  się  do  jego  ucha.  Miała  męską  twarz  i 

szerokie umięśnione ramiona. 

- Czekoladowy mroŜony krem, maleńka - powiedział Enoch miękko. - Chcę, Ŝeby  w 

nim było duŜo lodów. 

Odwróciła się od niego gwałtownie i wlepiła wzrok w Haze'a. 

-  On  mówi,  Ŝe  nic  nie  chce,  tylko  posiedzieć  i  popatrzeć  na  panią  przez  chwilę  - 

powiedział Enoch. - Jest spragniony tylko pani widoku. 

Haze spojrzał drewnianym wzrokiem na kobietę, a ona odwróciła się tyłem i zaczęła 

miksować lody. Usiadł na ostatnim krześle w rzędzie i zaczął strzelać palcami. 

Enoch obserwował go uwaŜnie. 

- Coś mi się zdaje, Ŝe pan trochę zmiękł - powiedział po kilku minutach. 

Haze wstał. 

- Daj mi adres tych ludzi. W tej chwili - powiedział. 

W jednej sekundzie Enochowi przyszła do głowy myśl o policji. Jego twarz napełniła 

się nagle tajemniczą wiedzą. 

- Zdaje się, Ŝe nie jest pan juŜ tak zarozumiały jak wczoraj wieczorem - powiedział. - 

Nie ma pan juŜ tak mocnego powodu jak wtedy. 

Ukradł ten samochód, pomyślał. 

Hazel Motes usiadł z powrotem. 

background image

-  Jak  to  się  stało,  Ŝe  tak  nagle  zerwał  się  pan  z  miejsca  tam  na  basenie?  -  zapytał 

Enoch. 

Kobieta odwróciła się do niego z mroŜonym kremem w ręku. 

-  Rzeczywiście  -  powiedział  Haze,  patrząc  na  szklankę.  -  Nie  chciałbym  mieć  do 

czynienia z tego rodzaju wstrętnym specyfikiem. 

Kobieta grzmotnęła mroŜonym kremem o ladę tuŜ przed nosem Enocha. 

- Piętnaście centów! - warknęła. 

-  Jest  pani  warta  trochę  więcej,  maleńka  -  powiedział  Enoch,  prychnął  i  zaczął 

tankować mroŜony krem przez słomkę. 

Kobieta przemaszerowała do Haze'a. 

-  Po  co  pan  tu  przychodzi  z  takim  sukinsynem?!  -  krzyknęła.  -  Taki  mity,  cichy 

chłopak jak pan, Ŝeby przychodził tu z takim sukinsynem. Powinien pan lepiej dobierać sobie 

towarzystwo. 

Miała  na  imię  Maude  i  cały  dzień  piła  whisky  ze  słoika  po  owocach,  który  trzymała 

pod ladą. 

-  Jezu  -  westchnęła,  wycierając  nos  ręką.  Usiadła  na  prostym,  twardym  krześle 

naprzeciwko Haze'a z twarzą zwróconą do Enocha i rękami załoŜonymi na piersiach. 

- Codziennie - powiedziała do Haze'a, patrząc na Enocha - codziennie ten sukinsyn tu 

przychodzi. 

Enoch myślał o zwierzętach. Muszą iść teraz zobaczyć zwierzęta. Nienawidził ich i na 

samą myśl o nich jego twarz stała się czekoladowopurpurowa, zupełnie jakby mroŜony krem 

uderzył mu do głowy. 

- Jesteś miłym chłopcem - powiedziała. - Widzę, Ŝe masz czysty nos. Dbaj o to, Ŝeby 

był  czysty  i  nie  zadawaj  się  z  takim  sukinsynem  jak  ten  tutaj.  Od  razu  poznam  czystego 

chłopaka. 

Krzyczała do Enocha, ale on patrzył na swojego towarzysza. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe 

coś w Hazelu Motesie się napina, chociaŜ na zewnątrz nawet nie drgnął. Wydawało się, Ŝe to, 

co  w  nim  tkwi,  rozrasta  się  do  takich  rozmiarów,  Ŝe  nie  mieści  się  juŜ  w  niebieskim 

garniturze. Krew nakazywała Enochowi się pospieszyć. Szybko ciągnął krem mroŜony przez 

słomkę. 

- Tak, panie szanowny - powiedziała. - Nie ma nic słodszego niŜ czysty chłopiec. Bóg 

mi świadkiem, Ŝe zaraz poznaję takiego, jak go zobaczę, i poznaję teŜ sukinsyna, zaraz jak go 

zobaczę,  bo  to  jest  ogromna  róŜnica  i  ten  zaropiały  bękart  siorbiący  przez  słomkę,  jest 

background image

przeklętym  sukinsynem,  a  ty  jesteś  czysty  chłopak  i  lepiej  uwaŜaj  w  jego  towarzystwie. 

Poznaję czystego chłopaka, zaraz jak go zobaczę. 

Enoch  poskrobał  rurką  po  dnie  szklanki.  Wyłowił  piętnaście  centów  z  kieszeni, 

połoŜył  je  na  Jadzie  i  wstał.  Hazel  Motes  juŜ  to  zrobił  i  pochylał  się  teraz  przez  ladę  nad 

kobietą. Nie zobaczyła go od razu, bo patrzyła na Enocha. Opierając się rękami o ladę Haze 

wychylił się tak, Ŝe jego twarz znalazła się o stopę od jej głowy. Odwróciła się i spojrzała na 

niego. 

- Chodźmy - zaczął Enoch - nic mamy czasu na takie głupoty. Muszę ci natychmiast to 

pokazać, muszę... 

- JESTEM czysty - powiedział Haze. 

Dopiero kiedy powtórzył to jeszcze raz, do Enocha dotarły te słowa. 

- JESTEM czysty - powiedział jeszcze raz bezbarwnym głosem, z twarzą pozbawioną 

wyrazu,  patrząc  na  kobietę  tak,  jakby  patrzył  w  ścianę.  -  Gdyby  Jezus  istniał,  nie  byłbym 

czysty - powiedział. 

Popatrzyła na niego przestraszona, a potem wybuchnęła. 

- Myśli pan, Ŝe mnie to obchodzi?! - krzyknęła.  - Gówno mnie to obchodzi, kim pan 

jest! 

-  Chodźmy  -  zaskamlał  Enoch.  -  Chodźmy,  bo  panu  nie  powiem,  gdzie  tamci  ludzie 

mieszkają. 

Złapał Haze'a za ramię i odciągnął od lady w stronę drzwi. 

-  Ty  bękarcie!  -  krzyknęła  kobieta.  -  Myślisz,  Ŝe  coś  mnie  obchodzą  jacyś  brudni 

faceci? 

Hazel Motes otworzył drzwi szybkim pchnięciem i wyszedł. Wsiadł do samochodu, a 

chłopak wsunął się za nim. 

- W porządku - powiedział Enoch. - Jedź prosto tą drogą. 

- Co chcesz za ten adres? - zapytał Haze. - Nie zostanę tutaj. Muszę jechać. Nie mogę 

tu dłuŜej zostać. 

Enoch wzdrygnął się. Zaczął oblizywać wargi. 

-  Muszę  to  panu  pokazać  -  powiedział  ochrypłym  głosem.  -  Nie  mogę  tego  pokazać 

nikomu  innemu.  Otrzymałem  znak,  Ŝe  to  pan,  kiedy  zobaczyłem,  jak  pan  zajeŜdŜa  przed 

basen.  Od  rana  wiedziałem,  Ŝe  ktoś  przyjdzie  i  potem,  kiedy  pana  zobaczyłem  na  basenie, 

otrzymałem ten znak. 

- Nie obchodzą mnie twoje znaki. 

background image

- Chodzę tam codziennie, Ŝeby to zobaczyć - mówił Enoch. - Chodzę codziennie, ale 

nie  mogłem  nigdy  zabrać  nikogo  ze  sobą.  Musiałem  czekać  na  znak.  Dam  panu  adres  tych 

ludzi zaraz, jak to pan zobaczy. Musi pan to zobaczyć. Kiedy pan to zobaczy, coś się stanie. 

- Nic się nie stanie - powiedział Haze. 

Zapalił znowu silnik, a Enoch usiadł na przednim siedzeniu. 

-  Teraz  zwierzęta  -  mruknął.  -  Najpierw  musimy  koło  nich  przejść.  Nie  potrwa  to 

długo. Nie potrwa to dłuŜej niŜ jedną chwilę. 

Zobaczył zwierzęta czekające na niego ze złością w oczach, gotowe wyrzucić go poza 

obręb  czasu.  Pomyślał,  co  by  było,  gdyby  rozległ  się  w  tej  chwili  ryk  syren  wozów 

policyjnych i musiałby oddać Hazela Motesa policji, zanim zdąŜyłby mu to pokazać. 

- Muszę zobaczyć się z tymi ludźmi - powiedział Haze. 

- Niech pan się tu zatrzyma! Niech się pan zatrzyma! - krzyknął Enoch. 

Na  lewo  stał  długi  rząd  błyszczących  stalowych  klatek,  a  za  kratami  siedziały  lub 

przesuwały się czarne kształty. 

- Niech pan wysiada - powiedział Enoch. - Zajmie nam to najwyŜej chwilę. 

Haze wysiadł i stanął przy samochodzie. 

- Muszę zobaczyć się z tymi ludźmi - powtórzył. 

- Dobrze, dobrze, chodźmy - zaskamlał płaczliwie Enoch. 

- Nie wierzę, Ŝe znasz ich adres. 

- Znam! Znam! - wykrzyknął. - Zaczyna się od trójki, teraz chodźmy! 

Popchnął Haze'a w stronę klatek. W pierwszej siedziały czarne niedźwiedzie jak dwie 

matrony,  popijające  herbatkę  z  wyrazem  uprzejmości  i  wzajemnego  zainteresowania  na 

twarzach. 

- One nic nie robią, tylko siedzą tak cały dzień i cuchną - powiedział Enoch. - Co rano 

przychodzi  tu  człowiek  i  myje  te  klatki  wodą  z  węŜa,  ale  śmierdzi  tak  samo,  jakby  nic  nie 

robił. 

Przeszedł obok dwóch następnych klatek z niedźwiedziami nie patrząc na nie, a potem 

zatrzymał  się  przy  następnej,  w  której  tkwiły  dwa  Ŝółtookie  wilki,  węszące  wokół 

betonowych krawędzi. 

- Hieny - powiedział. - Nie interesują mnie hieny. 

Pochylił się i splunął do klatki na nogę jednego ze zwierząt. Wilk odskoczył zwinnie 

w  bok,  rzucając  mu  nienawistne  spojrzenie.  Zapomniał  na  chwilę  o  Hazelu  Motesie.  Potem 

szybko spojrzał w tył, aby się upewnić, czy on jeszcze tam jest. Stał tuŜ za nim. Nie patrzył na 

zwierzęta. Enoch pomyślał, Ŝe Haze myśli o policji. 

background image

- Chodźmy, szkoda czasu na małpy, które są dalej - powiedział. 

Zwykle  stawał  przy  kaŜdej  klatce  i  na  głos  wypowiadał  obsceniczne  uwagi  pod 

adresem  zwierząt,  ale  tego  dnia  to  wszystko  było  jedynie  formalnością,  przez  którą  musiał 

przejść. Pospiesznie minął klatki, oglądając się za siebie dwa lub trzy razy, aby upewnić się, 

czy  Haze  za  nim  idzie.  Przy  ostatniej  klatce  z  małpami  zatrzymał  się,  jakby  nie  mógł  sobie 

tego odmówić. 

- Niech pan spojrzy na nią - powiedział z nienawiścią w oczach. 

Małpa stała odwrócona tyłem, cała szara, oprócz małego róŜowego siedzenia. 

- Gdybym miał taki tyłek - powiedział pruderyjnie - to bym na nim cały czas siedział. 

Nie pokazywałbym go kaŜdemu, kto przychodzi do parku. Chodźmy, nie mamy czasu patrzeć 

na te ptaki tam dalej. 

Minął w biegu klatki z ptakami i był juŜ na końcu zoo. 

-  Teraz  nie  potrzebujemy  juŜ  samochodu  -  powiedział,  nie  zatrzymując  się.  - 

Zejdziemy  w  dół  tego  wzgórza,  za  te  drzewa.  Haze  zatrzymał  się  przy  ostatniej  klatce  z 

ptakami. 

- O, Jezu - jęknął Enoch. 

Stał, wymachiwał rękami i krzyczał „Chodźmy!”, ale Haze nie ruszył się z miejsca

Chłopak  podbiegł  do  niego  i  schwycił  go  za  ramię,  ale  Haze  odpechnął  go  i  dalej 

patrzył na klatkę. Była pusta. Enoch spojrzał na nią. 

- Jest pusta! - krzyknął. - Po co pan patrzy na tę starą pustą klatkę? Chodźmy juŜ! 

Jego twarz stała się purpurowa. 

- Jest pusta! - krzyknął. 

I  wtedy  zobaczył,  Ŝe  nie  jest  pusta.  Z  dolnego  rogu  klatki  patrzyło  oko.  Tkwiło  w 

ś

rodku czegoś, co wyglądało jak kawałek szczotki owiniętej w starą szmatę. PrzybliŜył twarz 

do prętów i zobaczył, Ŝe ten kawałek miotły to sowa z jednym otwartym okiem. Patrzyło ono 

prosto na Hazela Motesa. 

- To nic tylko stare sowisko - mruknął. - Na pewno pan takie juŜ nie raz widział. 

-  JESTEM  czysty  -  powiedział  Haze  do  oka.  Powiedział  to  w  ten  sam  sposób,  jak 

mówił do kobiety we FROSTY BOTTLE. Oko przymknęło się z lekka i sowa obróciła dziób 

do ściany. 

Pewnie wziął i kogoś zamordował, pomyślał Enoch. 

- Słodki Jezu, chodźmy juŜ! - zawodził. - Muszę panu to pokazać w tej chwili. 

background image

Odciągnął go zaledwie parę kroków od klatki i Haze zatrzymał się znowu, patrząc na 

coś  w  oddali.  Enoch  miał  bardzo  słaby  wzrok.  ZmruŜył  oczy  i  zdołał  dostrzec  w  oddali  na 

ś

cieŜce jakąś postać. U kaŜdego z jej boków podskakiwała jedna mała postać. 

Hazel Motes odwrócił się nagle do niego i spytał: 

- Gdzie to jest? Zobaczmy to teraz, Ŝebyśmy mieli to juŜ za sobą. Chodźmy. 

- PrzecieŜ właśnie chciałem pana zabrać. 

Czuł, jak schnie na nim pot i go piecze i wszędzie, nawet na czaszce, czuł dokuczliwe 

mrowienie. 

- Musimy przeciąć tę drogę i zejść ze wzgórza. Musimy iść piechotą. 

- Dlaczego? - mruknął Haze. 

- Nie wiem - powiedział Enoch. 

Wiedział  juŜ,  Ŝe  coś  się  z  nim  stanie.  Krew  przestała  mu  pulsować  w  Ŝyłach. 

Wcześniej cały czas waliła jak oszalała, a teraz przestała. Zaczęli schodzić ze wzgórza. Było 

to  strome  zbocze  pełne  drzew  pomalowanych  na  biało  do  wysokości  czterech  stóp. 

Wyglądały, jakby miały skarpetki do kostek. Złapał Haze'a Motesa za ramię. 

-  Tu  w  dole  robi  się  wilgotno  -  powiedział,  patrząc  niepewnie  wokoło.  Hazel  Motes 

odtrącił  jego  rękę.  Za  moment  Enoch  znów  złapał  go  i  zatrzymał.  Wskazał  w  dół,  poprzez 

drzewa. 

- Muvzeevum - powiedział. 

To  dziwne  słowo  sprawiło,  Ŝe  przeszył  go  dreszcz.  Po  raz  pierwszy  wypowiedział  je 

na  głos.  Tam,  gdzie  wskazywał,  zaczął  pojawiać  się  fragment  szarego  budynku.  Kształt  ten 

stawał się  większy,  w miarę jak schodzili ze wzgórza, a potem, kiedy wyszli spośród drzew 

na Ŝwirowany podjazd, zaczął się nagle kurczyć. Był to okrągły budynek w kolorze sadzy. Na 

jego  froncie  znajdowały  się  kolumny,  a  pomiędzy  kaŜdą  z  nich  stały  kamienne  kobiety  bez 

oczu  trzymające  na  głowie  dzbanki.  Ponad  kolumnami  ciągnęła  się  betonowa  wstęga,  w 

której wycięte były litery MVZEVM. Enoch bał się wypowiedzieć to słowo po raz drugi. 

- Musimy wejść po schodach na górę do drzwi wejściowych - szepnął. 

Na  ganek  prowadziło  dziesięć  schodków.  Drzwi  były  szerokie  i  czarne.  Enoch 

popchnął  je  ostroŜnie  i  włoŜył  głowę  w  szczelinę.  Po  chwili  wyjął  ją  z  powrotem  i  po-

wiedział: 

- W porządku. Niech pan wchodzi spokojnie. Nie chcę obudzić tego starego straŜnika. 

Nie jest dla mnie zbyt uprzejmy. 

Weszli  w  ciemny  korytarz.  Powietrze  było  cięŜkie  od  zapachu  linoleum,  kreozotu  i 

czegoś jeszcze. To trzecie było podzapachem i Enoch nie potrafił tego porównać do niczego, 

background image

co do tej pory znał. W korytarzu nie było nic oprócz dwu urn i starego człowieka śpiącego na 

twardym  krześle  opartym  o  ścianę.  Miał  na  sobie  tego  samego  rodzaju  mundur  co  Enoch  i 

wyglądał w nim jak  wciśnięty  w suchą skorupę  pająk. Enoch spojrzał na Haze'a Motesa, by 

sprawdzić, czy on teŜ wyczuwa ten podzapach. Wyglądało na to, Ŝe tak. Krew Enocha zaczęła 

znów pulsować, popychając go naprzód. Złapał Haze'a za ramię i przeszedł z nim na palcach 

do  następnych  czarnych  drzwi  w  końcu  korytarza.  Uchylił  je  nieco  i  wsunął  głowę  w 

szczelinę. W chwilę później cofnął ją i kiwnął palcem na Haze'a, aby za nim poszedł. Weszli 

w następny korytarz podobny do poprzedniego, ale biegnący w poprzek. 

- To tam, w tych pierwszych drzwiach - powiedział Enoch cienkim głosem. 

Weszli do mrocznego pomieszczenia pełnego szklanych gablotek, pokrywających całe 

ś

ciany. Na środku na podłodze stały trzy inne, przypominające trumny.  Te na ścianach były 

pełne  ptaków  ustawionych  na  polakierowanych  kijkach  i  patrzących  w  dół  wysuszonym, 

pełnym pikanterii wzrokiem. 

-  Chodźmy  -  szepnął  Enoch  i  przeszedł  obok  dwóch  gablotek  na  środku  podłogi  do 

ostatniej  z  nich.  Zatrzymał  się  przy  niej  patrząc  w  dół,  z  szyją  wysuniętą  do  przodu  i 

splecionymi dłońmi. Hazel Motes stanął obok niego. 

Stali  tak  we  dwóch,  Enoch  sztywno  wyprostowany,  a  Hazel  Motes  lekko  pochylony 

do  przodu.  W  gablocie  były  trzy  miski,  rząd  ślepej  broni  i  męŜczyzna.  To  właśnie  na  niego 

patrzył  Enoch.  Jego  nagie,  wysuszone  Ŝółte  ciało  miało  około  trzech  stóp  długości.  Powieki 

były opuszczone, prawie zamknięte, jakby spodziewał się, Ŝe ogromny stalowy blok spadnie 

na niego z góry. 

-  Widzi  pan  ten  napis?  -  powiedział  Enoch  kościelnym  szeptem,  wskazując  na 

napisaną na maszynie kartkę przy stopach męŜczyzny. - Tam jest napisane, Ŝe on kiedyś był 

tak wysoki jak pan i ja. Jacyś Arabowie zrobili to z niego w sześć miesięcy. 

OstroŜnie skierował wzrok na Hazela Motesa. 

Mógł  dostrzec  tylko,  Ŝe wpatruje  się  w  skurczonego  człowieka.  Pochylił  się  w  przód 

tak,  Ŝe  jego  twarz  odbijała  się  w  wierzchniej  szybie  gabloty.  Odbicie  było  blade,  a  oczy 

wyglądały  jak  dwie  regularne  dziury  po  kulach.  Enoch  czekał,  sztywno  wyprostowany. 

Usłyszał kroki w korytarzu. O Jezu, modlił się, niech się pospieszy i zrobi, co ma zrobić! W 

drzwiach ukazała się kobieta z dwoma małymi chłopcami. Trzymała kaŜdego za rękę i uśmie-

chała  się.  Hazel  Motes  nawet  na  moment  nie  oderwał  wzroku  od  skurczonego  człowieka. 

Kobieta  podeszła  do  nich.  Stanęła  z  drugiej  strony  gabloty,  spojrzała  w  dół  i  odbicie  jej 

uśmiechniętej  twarzy  pojawiło  się  na  szybie  ponad  głową  Hazela  Motesa.  Prychnęła  i 

połoŜyła  sobie  dwa  palce  przy  zębach.  Twarze  małych  chłopców  były  jak  rondle  ustawione 

background image

po obu stronach twarzy kobiety po to, aby łapać uśmiechy, które z niej spływały. Kiedy Haze 

zobaczył w szybie jej twarz, głowa odskoczyła mu w tył i wydał odgłos, który, mogłoby się 

wydawać, Ŝe wyszedł z ust człowieka w gablocie. Po chwili Enoch był tego pewien. 

- Niech pan czeka! - krzyknął i wybiegł z pokoju za Hazelem Motesem. 

Dogonił go w połowie wzgórza. Złapał za ramię, zakręcił nim wokoło i nagle poczuł 

się  słaby  i  lekki  jak  balon  i  mógł  tylko  stać  i  patrzeć  na  niego.  Hazel  Motes  złapał  go  za 

ramiona i potrząsnął nim. 

- Daj mi ten adres! - krzyknął. - Chcę znać ten adres! 

Nawet gdyby Enoch był pewien, jaki jest ten adres, nie mógłby go sobie przypomnieć. 

Nie  był  w  stanie  nawet  się  podnieść.  Jak  tylko  Hazel  Motes  go  wypuścił,  upadł  w  tył, 

uderzając w jedno z drzew w białej skarpetce, po czym przeturlał się i rozciągnął na ziemi z 

egzaltowanym  wyrazem  twarzy.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  dryfuje.  Zobaczył  jak  przez  mgłę,  Ŝe 

pojawia  się  nad  nim  niebieska  postać  i  unosi  w  górę  kamień.  Widział  jak  dzika  twarz  się 

odwraca i jak kamień leci w jego kierunku.  Zacisnął mocno powieki i kamień uderzył  go w 

czoło. 

Kiedy  przebudził  się,  Hazela  Motesa  nie  było.  PoleŜał  jeszcze  chwilę.  PołoŜył  palce 

na czole, a potem zatrzymał je przed oczami. Były na nich czerwone smugi. Odwrócił głowę i 

zobaczył  kroplę  krwi  na  ziemi.  Kiedy  na  nią  patrzył,  wydało  mu  się,  Ŝe  powiększa  się  i 

kiełkuje  jak  mały  pęd.  Usiadł  wyprostowany  i  włoŜył  w  nią  palec.  Przeszedł  go  dreszcz  i 

bardzo  słabo  poczuł,  jak  jego  krew,  jego  tajemnicza  krew,  zaczyna  pulsować  w  samym 

centrum miasta. 

Wtedy juŜ wiedział, Ŝe to, czego od niego oczekiwano, zaczyna się spełniać. 

Rozdział VI 

Tego  wieczoru  Haze  krąŜył  samochodem  po  ulicach  miasta,  dopóki  nie  odnalazł 

ś

lepca i dziewczynki. Stali na rogu, czekając na zmianę świateł. Prowadził swojego essexa w 

pewnej odległości za nimi przez jakieś cztery domy, a potem skręcił w boczną uliczkę. Jechał 

dalej  przez  ciemną  dzielnicę,  mijając  tereny  kolei  i  obserwował,  jak  wchodzą  na  ganek 

pudełkowatego, dwupiętrowego domu. Kiedy ślepiec otworzył drzwi, padł na niego promień 

ś

wiatła i Haze musiał wyciągnąć szyję, aby go lepiej widzieć. Dziewczynka odwróciła powoli 

głowę  i  patrzyła  na  jego  przejeŜdŜający  samochód.  Twarz  Haze'a  była  tak  blisko  szyby,  Ŝe 

background image

wyglądała  jak  przyklejona  do  niej  papierowa  maska.  ZauwaŜył  numer  domu  i  wywieszkę: 

POKOJE DO WYNAJĘCIA. 

Potem  pojechał  z  powrotem  w  kierunku  centrum  miasta  i  zaparkował  essexa  przed 

kinem w miejscu, gdzie mógł złapać wysypujących się po seansie ludzi. Światła wokoło były 

tak jasne, Ŝe księŜyc, który sunął w górze, ciągnąc za sobą małą procesję chmurek, wydawał 

się blady i nieistotny. Haze wysiadł z essexa i oparł się o maskę z przodu. 

Przy  okienku  kasowym  stał  szczupły,  mały  człowiek  z  długą  górną  wargą  i  kupował 

bilety dla trzech tęgich kobiet, stojących za nim. 

- Przydałaby się teŜ jakaś przekąska dla tych pań - powiedział do kasjerki. - Nie mogę 

pozwolić, aby umarły z głodu na moich oczach. 

- Czy on nie jest zabawny?! - wykrzyknęła jedna z kobiet. - Potrafi o mnie zadbać! 

Trzech chłopców w czerwonych atłasowych sfatygowanych kurtkach wyszło z foyer. 

Haze podniósł ręce do góry. 

- Gdzie macie ślady krwi, która, jak sądzicie was zbawiła?! - zawołał. 

Wszystkie trzy kobiety odwróciły się jednocześnie i popatrzyły na niego. 

-  Mądrala  -  powiedział  mały  człowiek  i  spojrzał  ze  złością,  jakby  go  ktoś  miał  za 

chwilę obrazić. 

Trzej chłopcy przysunęli się, trącając się łokciami. 

Haze odczekał chwilę i zawołał znowu: 

- Gdzie macie ślady krwi, która jak sądzicie, was zbawiła? 

- PodŜegacz tłumów - powiedział mały człowiek. - Jedyne, czego nie mogę znieść, to 

podŜegaczy tłumów. 

-  Do  jakiego  kościoła  naleŜysz,  kolego?  -  zapytał  Haze  wskazując  na  najwyŜszego 

chłopca w sfatygowanej czerwonej atłasowej kurtce. 

Chłopak zachichotał. 

- W takim razie ty - odezwał się ze zniecierpliwieniem, wskazując na następnego. - Do 

jakiego kościoła naleŜysz? 

- Do kościoła Chrystusowego - powiedział chłopiec falsetem, aby ukryć prawdę. 

-  Kościoła  Chrystusowego!  -  powtórzył  Haze.  -  A  ja  głoszę  kościół  bez  Chrystusa. 

Jestem członkiem i głosicielem tego kościoła, w którym ślepi nie widzą, a kulawi nie chodzą, 

a  co  jest  martwe,  takim  pozostaje.  Jeśli  cię  to  interesuje,  to  mogę  ci  powiedzieć,  Ŝe  jest  to 

kościół nie splamiony krwią Chrystusa Zbawiciela. 

- To kaznodzieja - powiedziała jedna z kobiet. - Chodźmy. 

background image

-  Słuchajcie  ludzie,  mam  zamiar  nieść  prawdę  ze  sobą,  dokądkolwiek  idę!  -  zawołał 

Haze.  -  Będę  głosił  ją  kaŜdemu,  kto  będzie  chciał  słuchać,  w  kaŜdym  miejscu.  Mam  zamiar 

głosić, Ŝe nie było Upadku, bo nie było niczego, skąd moŜna by upaść i nie było Zbawienia, 

bo nie było Upadku, i nie było Sądu, bo nie było tych dwu pierwszych. Nic nie ma znaczenia, 

prócz tego, Ŝe Jezus był kłamcą. 

Mały człowiek zagonił szybko swoje dziewczyny na film, a trzej chłopcy odeszli, ale 

w tym momencie wyszło więcej ludzi, więc zaczął powtarzać to samo od początku. Ci poszli i 

przyszli następni, a on powtórzył wszystko po raz trzeci. Potem oni teŜ odeszli i nikt juŜ nie 

wyszedł; nie było juŜ nikogo, prócz kobiety w okienku. Przez cały czas patrzyła na niego ze 

złością, ale on jej nie zauwaŜył. Nosiła okulary z drobnymi kryształkami górskimi w rogach 

oprawek i miała białe włosy ułoŜone w kiełbaski naokoło głowy. Przystawiła usta do dziury w 

szybie i krzyknęła: 

- Słuchaj pan, jak nie ma pan kościoła, Ŝeby tam to robić, to nie musi pan tego robić 

przed kinem! 

- Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa, droga pani - odpowiedział. - Jeśli nie ma  w 

nim Chrystusa, to nie ma powodu, aby to robić w wyznaczonym miejscu. 

-  Słuchaj  pan  -  powiedziała.  -  Jak  się  pan  nie  zabierze  spod  tego  kina,  to  wezwę 

policję. 

-  Jest  wiele  kin  -  powiedział,  wsiadł  z  powrotem  do  essexa  i  odjechał.  Tej  nocy 

przemawiał jeszcze przed trzema innymi kinami, zanim wrócił do pani Watts. 

Rano  pojechał  z  powrotem  pod  dom,  do  którego  poprzedniej  nocy  weszli  ślepiec  z 

dziewczynką.  Budynek,  drugi  z  rzędu  takich  samych,  miał  na  Ŝółto  oszalowane  ściany. 

Podszedł do drzwi wejściowych i zadzwonił. Po dłuŜszej chwili otworzyła kobieta z miotłą w 

ręku. Powiedział, Ŝe chce wynająć pokój. 

- Co pan robi? - zapytała. 

Była to wysoka koścista kobieta, wyglądem przypominająca miotłę, którą trzymała do 

góry nogami. 

Powiedział, Ŝe jest pastorem. 

Kobieta przyjrzała mu się uwaŜnie, a potem popatrzyła na samochód za jego plecami. 

- Jaki kościół? 

Powiedział, Ŝe Kościół Bez Chrystusa. 

- Protestancki - zapytała podejrzliwie - czy jakiś zagraniczny? 

- Nie, proszę pani, protestancki. 

- Dobrze - powiedziała po chwili - moŜe pan obejrzeć. 

background image

Przeszedł przez biały otynkowany hol, po czym skręcił i wspiął się za nią na górę po 

kilku schodkach. Kobieta otworzyła drzwi do pokoju w końcu korytarza. Okazał się niewiele 

większy niŜ jego samochód; stało tam łóŜko, komoda, stół i proste krzesło. W ścianie tkwiły 

dwa gwoździe do wieszania ubrań. 

- Trzy dolary tygodniowo z góry - powiedziała. 

Na  wprost  drzwi,  przez  które  weszli,  znajdowało  się  jeszcze  jedno  okno  i  kolejne 

drzwi.  Haze  otworzył  je,  spodziewając  się,  Ŝe  będzie  to  szafa.  Zobaczył  przed  sobą  pustą 

przepaść spadającą około trzydziestu stóp w dół na wąskie nagie podwórko, gdzie wyrzucano 

ś

mieci. Do framugi okna przybita była deska na wysokości kolan, aby zapobiec wypadnięciu. 

- Mieszka tu człowiek o nazwisku Hawks, prawda? - zapytał szybko. 

- Na dole we frontowym pokoju, on i jego dziecko. 

Ona teŜ patrzyła w dół, w przepaść. 

-  Tu  kiedyś  było  wyjście  ewakuacyjne  -  powiedziała.  -  Ale  nie  wiem,  co  się  z  nim 

stało. 

Zapłacił jej trzy dolary i przejął pokój w swoje posiadanie. Jak tylko kobieta wyszła, 

zszedł po schodach i zapukał do pokoju Hawksów. 

Uchyliła  je  córka  ślepca  i  stała  w  drzwiach  patrząc  na  niego.  Wydawało  się,  Ŝe 

sprawia  jej  trudność  utrzymywanie  w  równowadze  swojej  twarzy,  tak  aby  jej  wyraz  był 

jednakowy po obu stronach. 

- To ten Chłopak, tato - powiedziała ochrypłym głosem. - Ten, co za mną chodzi. 

PoniewaŜ  wystawiła  przez  drzwi  tylko  głowę,  nie  mógł  dojrzeć  wnętrza  pokoju. 

Ś

lepiec podszedł do drzwi, ale nie otworzył ich szerzej. Wyglądał inaczej niŜ dwa dni temu; 

był szorstki i nieprzyjazny. Stał bez ruchu, nie odzywał się. 

Haze wiedział, co ma powiedzieć jeszcze, zanim opuścił swój pokój. 

-  Mieszkam  tutaj  -  wyjaśnił.  -  Myślałem,  Ŝe  jeśli  pańska  córka  robiła  do  mnie  takie 

oczy, to mogę jej się trochę odwzajemnić. 

Nie  patrzył  na  dziewczynę,  wpatrywał  się  w  ciemne  okulary  i  dziwne  szramy,  które 

zaczynały się gdzieś pod nimi i biegły w dół po policzkach ślepca. 

-  Patrząc  na  ciebie  tamtego  wieczoru  okazałam  ci  tylko  oburzenie  za  to,  co  zrobiłeś. 

To ty robiłeś do mnie oczy. Szkoda, Ŝe go nie widziałeś, lato, obejrzał mnie od góry do dołu. 

-  Zacząłem  głosić  swój  własny  kościół  -  powiedział  Haze.  -  Kościół  Bez  Chrystusa. 

Głoszę go na ulicach. 

background image

-  Nie  chcesz  zostawić  mnie  w  spokoju,  prawda?  -  powiedział  Hawks.  Jego  głos  był 

matowy  i  w  niczym  nie  przypominał  głosu,  który  pamiętał  Haze.  -  Nie  prosiłem,  Ŝebyś  tu 

przychodził i nie chcę, Ŝebyś się plątał w pobliŜu. 

Haze spodziewał się ukrytego zaproszenia. Czekał, próbując coś wymyślić. 

- Co z pana za pastor - usłyszał swój głos - jeŜeli nie wie pan, jak zbawić moją duszę? 

Ś

lepiec  zatrzasnął  mu  drzwi  przed  nosem.  Haze  stał  tam  jeszcze  przez  chwilę, 

naprzeciw obojętnych drzwi, a potem przeciągnął rękawem po ustach i odszedł. 

W  pokoju  Hawks  zdjął  okulary  i  przez  szczelinę  w  zasłonce  obserwował,  jak  Haze 

wsiada  do  samochodu  i  odjeŜdŜa.  Oko,  które  przyłoŜył  do  szczeliny  było  trochę  bardziej 

okrągłe  i  mniejsze  niŜ  drugie,  ale  jasne  było,  Ŝe  widzi  dobrze  na  obydwa.  Dziewczynka 

patrzyła przez tę samą szczelinę nieco niŜej. 

- Dlaczego go nie lubisz, tato? - zapytała. - Bo za mną lata? 

- Gdyby za tobą latał, wystarczyłoby abym zaprosił go do środka. 

- Podobają mi się jego oczy - powiedziała. - Wyglądają, jakby nie widziały tego, na co 

patrzą, ale sięgały gdzieś głębiej. 

Ich  pokój  był  takich  samych  rozmiarów  jak  Haze'a,  ale  stały  w  nim  dwie  prycze, 

kuchenka  naftowa,  umywalka  i  pieniek,  który  słuŜył  im  za  stół.  Hawks  usiadł  na  jednej  z 

prycz i włoŜył papierosa do ust. 

- Przeklęty Jezusowy wyrzutek - wymamrotał. 

-  A  przypomnij  sobie,  kim  ty  byłeś  -  powiedziała.  '  -  Co  próbowałeś  zrobić. 

Przeszedłeś przez to i on teŜ przejdzie. 

- Nie chcę, Ŝeby się tu plątał - powiedział. - On mnie denerwuje. 

- Słuchaj no - powiedziała, siadając obok niego, - PomóŜ mi go zdobyć, ą potem sobie 

pójdziesz i zrobisz, co będziesz chciał, a ja z nim zamieszkam. 

- On nawet nie pamięta o twoim istnieniu - powiedział Hawks. 

-  Nawet  jak  nie  pamięta  -  powiedziała  -  to  i  tak  nie  szkodzi.  W  ten  sposób  mogę  go 

łatwo  zdobyć.  Ja  chcę  go,  a  ty  powinieneś  mi  pomóc,  a  potem  będziesz  mógł  sobie  odejść, 

dokąd zechcesz. 

PołoŜył się na łóŜku i skończył papierosa; jego twarz była zamyślona i zła. LeŜąc tak, 

zaśmiał się, ale potem jego rysy znów stęŜały. 

- To mogłoby być niezłe - powiedział po chwili. - To byłaby oliwa na brodę Aarona. 

- Słuchaj - odezwała się. - To byłoby cudowne! Ja po prostu za nim szaleję. Nigdy nie 

spotkałam chłopaka, który by mi się bardziej podobał. Nie przeganiaj go. Opowiedz mu, jak 

się oślepiłeś dla Jezusa i pokaŜ mu ten twój wycinek z gazety. 

background image

- Tak, ten wycinek - powtórzył. 

Haze  wyjechał  samochodem  za  miasto,  aby  przemyśleć  wszystko  w  spokoju  i 

postanowił uwieść dziewczynkę. Pomyślał, Ŝe kiedy ślepiec zobaczy  ruinę swojej córki, zda 

sobie sprawę, Ŝe Haze nie Ŝartował, kiedy mówił, Ŝe głosi Kościół Bez Chrystusa. Poza tym 

był jeszcze inny powód; nie chciał wracać do pani Watts. Poprzedniej nocy kiedy spał, wstała 

i  wycięła  w  rondzie  jego  kapelusza  obsceniczny  kształt.  Czuł,  Ŝe  powinien  znaleźć  sobie 

kobietę nie dla przyjemności zaspokajania swoich popędów, ale by udowodnić, Ŝe nie wierzy 

w grzech, poniewaŜ doświadczył tego, co się nim nazywa. Miał jej dosyć. Chciał kogoś, kogo 

mógłby  czegoś  nauczyć  i  był  całkowicie  pewien,  Ŝe  córka  ślepca  będąc  tak  brzydka,  będzie 

równieŜ niewinna. 

Zanim  wrócił  do  swojego  pokoju,  wstąpił  do  pasmanterii,  aby  kupić  nowy  kapelusz. 

Chciał  taki,  który  byłby  zupełnym  przeciwieństwem  starego.  Nabył  białą  panamę  otoczoną 

czerwoną,  zieloną  i  Ŝółtą  wstęgą.  MęŜczyzna,  który  mu  ją  sprzedał,  powiedział,  Ŝe  to  jest 

wyjątkowy okaz, szczególnie, jeśli wybiera się na Florydę. 

- Nie jadę na Florydę - odparł. - Ten kapelusz jest dokładnym przeciwieństwem tego, 

który miałem przedtem, i tyle. 

- MoŜe go pan nosić wszędzie - zapewnił sprzedawca. - Jest nowy. 

- Wiem o tym - powiedział Hazel. 

Wyszedł  ze  sklepu,  zdjął  z  niego  czerwoną,  zieloną  i  Ŝółtą  wstąŜkę,  uderzeniem 

wygładził jego fałdy na szczycie i zagiął w dół rondo. Kiedy go załoŜył, wyglądał w nim tak 

samo złowrogo jak w tym, który miał poprzednio. 

Pod drzwiami Hawksów pojawił się dopiero późnym popołudniem, kiedy, jak sądził, 

będą w trakcie kolacji. Otworzono mu prawie natychmiast i głowa dziewczynki ukazała się w 

szczelinie  drzwi.  Wyszarpnął  jej  klamkę  z  ręki  i  wszedł  do  środka,  nie  zwracając  na  nią 

uwagi.  Hawks  siedział  na  pieńku.  LeŜały  przed  nim  resztki  kolacji,  lecz  najwyraźniej  juŜ 

skończył jeść. Ledwie zdąŜył włoŜyć ciemne okulary. 

-  JeŜeli  Jezus  leczył  ślepców,  jak  to  się  dzieje,  Ŝe  nie  moŜe  pan  go  poprosić,  Ŝeby 

uleczył pana? - zapytał Haze. Przygotował to zdanie w swoim pokoju. 

- Oślepił Pawła - powiedział Hawks. 

Haze  usiadł  na  krawędzi  jednej  z  prycz.  Rozejrzał  się  wokoło,  a  potem  przeniósł 

wzrok na Hawksa. ZałoŜył nogę na nogę, zdjął, a potem znowu załoŜył. 

- Skąd ma pan te blizny? - zapytał. 

Fałszywy ślepiec pochylił się do przodu i uśmiechnął się. 

background image

- Ciągle masz szansę zbawić się, jeśli Ŝałujesz - powiedział. - Ja nie mogę cię zbawić, 

ale ty moŜesz zbawić sam siebie. 

- Właśnie to zrobiłem - powiedział Haze. - Bez Ŝałowania. Mówię teraz o tym, jak to 

robiłem co wieczór na... 

- Spójrz na to - powiedział Hawks. 

Wyjął  poŜółkły  wycinek  gazetowy  z  kieszeni  i  podał  mu  go,  a  jego  usta  przestały 

wykrzywiać się w uśmiechu. 

- Stąd mam te blizny - zamamrotał. 

Dziewczynka dała mu znak spod drzwi, Ŝeby się uśmiechał i nie robił kwaśnej miny. 

Kiedy czekał, aŜ Haze skończy czytać, uśmiech powoli powracał mu na twarz. 

Nagłówek  brzmiał:  EWANGELISTA  OBIECUJE,  śE  SIĘ  OŚLEPI.  Artykuł 

informował o tym, Ŝe Asa Hawks, Ewangelista Wolnego Kościoła Chrystusowego obiecał, Ŝe 

się  oślepi,  aby  udowodnić  tym  swoją  wiarę,  Ŝe  Jezus  Chrystus  go  zbawił.  Miał  zrobić  to  na 

spotkaniu religijnym czwartego października w sobotę o ósmej wieczorem. Data była sprzed 

ponad  dziesięciu  lat.  Nad  nagłówkiem  było  zdjęcie  Hawksa,  człowieka  około  trzy-

dziestoletniego, bez blizn, o prostych ustach, z jednym okiem mniejszym i bardziej okrągłym 

od  drugiego.  Usta  miały  taki  wyraz,  jakby  naleŜały  albo  do  kogoś  naprawdę  świątobliwego, 

albo wyrachowanego, ale w oczach była dzikość, która sugerowała paniczny strach. 

Przeczytawszy  wycinek,  siedział  przez  chwilę  w  milczeniu.  Przeczytał  go  trzy  razy. 

Zdjął  kapelusz,  włoŜył  znowu,  wstał  i  zaczął  rozglądać  się  po  pokoju,  jakby  starał  się  sobie 

przypomnieć, gdzie są drzwi. 

-  Zrobił  to  wapnem  -  powiedziała  dziewczynka  -  i  setki  ludzi  się  nawróciło. 

Ktokolwiek  oślepi  się  tylko  dla  udowodnienia  tego,  Ŝe  wierzy,  moŜe  zbawić  i  ciebie,  czy 

kogoś swojej krwi - dodała z natchnieniem w głosie. 

- Ktoś, kto ma dobry samochód, nie musi nic udowadniać - mruknął Haze. 

Rzucił  jej  gniewne  spojrzenie  i  spiesznie  wypadł  przez  drzwi,  ale  kiedy  tylko  się  za 

nim  zamknęły,  przypomniał  sobie  o  czymś.  Odwrócił  się,  otworzył  je  i  podał  jej  kartkę 

papieru zwiniętą w małą kulkę. Potem pospieszył do swojego samochodu. 

Hawks  zabrał  jej  kartkę  i  rozwinął  ją.  Było  tam  napisane:  MAŁA.  NIGDY  NIE 

WIDZIAŁEM  TAKIEJ  DZIEWCZYNY.  JESTEŚ  NAPRAWDĘ  DOBRA  I  DLATEGO 

PRZYSZEDŁEM. Przeczytała to, patrząc mu przez ramię i przyjemnie się zaróŜowiła. 

- Teraz masz na to pisemny dowód, tato - powiedziała. 

- Ten bękart uciekł z moim wycinkiem - mruknął Hawks. 

- Masz przecieŜ jeszcze jeden, prawda? - spytała z głupim uśmieszkiem. 

background image

-  Zamknij  się  -  powiedział  i  rzucił  się  na  łóŜko.  Drugi  wycinek  oznajmiał:  NERWY 

EWANGELISTY ZAWODZĄ 

- Mogę go dla ciebie odzyskać - zaproponowała, stając blisko przy drzwiach, aby móc 

uciec,  gdyby  go  za  bardzo  zdenerwowała,  ale  on  odwrócił  się  do  ściany,  jakby  miał  zamiar 

zasnąć. 

Kiedy  dziesięć  lat  temu  na  spotkaniu  religijnym  zamierzał  się  oślepić,  dwustu  ludzi 

przyszło zobaczyć, jak to zrobi. Modlił się przez godzinę do ślepoty Pawła doprowadzając się 

do  tego,  Ŝe  ujrzał,  jak  uderza  w  niego  Boski  promień  błyskawicy  i  wtedy  zebrawszy  się  na 

odwagę wepchnął ręce w wiadro mokrego wapna i przeciągnął nim po twarzy. Nie był jednak 

w  stanie  dotknąć  swoich  oczu.  Zawładnęło  nim  tyle  diabłów,  ile  było  konieczne,  Ŝeby  to 

zrobić, ale w tym momencie wszystkie zniknęły i zorientował się, Ŝe został sam. Zastanawiał 

się,  czy  Jezus,  który  ich  rozgonił,  stoi  tam  równieŜ,  kiwając  na  niego,  i  w  końcu  wybiegł  z 

namiotu i zniknął w jakiejś uliczce. 

- Dobrze, tato - powiedziała. - Wyjdę na chwilę i zostawię cię w spokoju. 

Haze natychmiast zaprowadził swój samochód do pobliskiego warsztatu, przed którym 

czekał juŜ na niego człowiek z czarną grzywką i szeroką twarzą bez wyrazu. Haze powiedział 

mu, Ŝe chce, Ŝeby samochód trąbił, kazał mu teŜ zlikwidować przecieki w baku, doprowadzić 

do tego, Ŝeby rozrusznik gładko pracował i lepiej przymocować wycieraczki. 

MęŜczyzna  otworzył  bagaŜnik,  zajrzał  do  środka  i  z  powrotem  go  zamknął.  Potem 

obszedł samochód dookoła, pochylając się nad nim to tu, to tam i pukając w kilku miejscach. 

Haze zapytał, jak długo mu zajmie doprowadzenie go do porządku. 

- Nie da się tego zrobić - stwierdził męŜczyzna. 

- To dobry samochód - powiedział Haze. - Wiedziałem od razu, kiedy go zobaczyłem, 

Ŝ

e jest to samochód dla mnie i odkąd go mam, zawsze znajduję miejsce, do którego mogę nim 

uciec. 

- Zamierza pan nim gdzieś pojechać? - zapytał męŜczyzna. 

- Tak, do innego warsztatu - powiedział Haze, wsiadł do essexa i odjechał. W innym 

warsztacie  znalazł  człowieka,  który  powiedział  mu,  Ŝe  moŜe  doprowadzić  samochód  do 

dobrego  stanu  w  jedną  noc,  poniewaŜ  jest  to  dobry  samochód,  dobrze  złoŜony,  z  dobrych 

materiałów  i  poniewaŜ,  jak  dodał,  on  jest  najlepszym  mechanikiem  w  mieście  i  pracuje  w 

najlepiej wyposaŜonym warsztacie. Haze zostawił u niego swojego essexa, pewien, Ŝe oddaje 

go w uczciwe ręce. 

background image

Rozdział VII 

Następnego  popołudnia,  kiedy  odebrał  samochód,  pojechał  nim  na  miasto,  aby 

przekonać  się,  jak  spisuje  się  na  otwartej  drodze.  Niebo  było  trochę  jaśniejsze  niŜ  jego 

niebieski garnitur, czyste i jednostajne, z jedną tylko chmurą: wielką, oślepiającą, z lokami i 

brodą.  Był  juŜ  około  mili  za  miastem,  kiedy  usłyszał,  jak  ktoś  z  tyłu  chrząka.  Zwolnił, 

odwrócił  głowę i zobaczył dziewczynkę Hawksa, która właśnie podnosiła się z podłogi, aby 

usiąść na desce, która słuŜyła za tylne siedzenie. 

- Byłam tu przez cały czas - powiedziała. - A pan w ogóle o tym nie wiedział. 

Miała  bukiet  mleczy  wetknięty  we  włosy  i  odcinające  się  od  bladej  twarzy  mocno 

pomalowane na czerwono usta. 

-  Po  co  się  chowasz  w  moim  samochodzie?  -  zapytał  ze  złością.  -  Mam  interes  do 

załatwienia. Nie mam czasu na głupoty. 

Potem  zreflektował  się  i  przypominając  sobie,  Ŝe  ma  ją  uwieść,  spuścił  z  tonu  i 

rozciągnął usta w lekkim uśmiechu. 

- No jasne - powiedział. - Miło cię widzieć. 

Przerzuciła jedną chudą nogę w czarnej pończosze przez oparcie przedniego siedzenia, 

a potem przedostała się tam cała. 

-  Czy  pisząc  „dobra”,  chciał  pan  powiedzieć,  „ładna”  czy  po  prostu  „dobra”?  - 

zapytała. 

- I jedno, i drugie - odpowiedział sztywno. 

-  Mam  na  imię  Sabbath.  Sabbath  Lily  Hawks.  Moja  matka  nazwała  mnie  tak,  bo 

urodziłam się w szabas, a kiedy wymówiła to słowo, odwróciła się na łóŜku i umarła, i nigdy 

jej nie widziałam. 

-  Hm  -  mruknął  Haze.  Zacisnął  szczękę  jakby  obwarował  się  nią  i  jechał  dalej.  Nie 

pragnął Ŝadnego towarzystwa. Uczucie przyjemności związane z jazdą samochodem i całym 

popołudniem zniknęło. 

- On i ona nigdy nie byli małŜeństwem - ciągnęła. - Dlatego jestem bękartem i nic na 

to nie poradzę. To on mi to zrobił. Ja nie jestem winna. 

- Bękartem? - mruknął. 

Nie  mógł  zrozumieć,  jak  dziecko  pastora,  który  oślepił  się  dla  Jezusa,  mogło  być 

bękartem. Odwrócił głowę i po raz pierwszy popatrzył na nią z zainteresowaniem. 

Przytaknęła, a kąciki jej ust uniosły się w górę. 

background image

- Prawdziwym bękartem - powiedziała, ściskając go za ramię. - I wie pan co? Bękart 

nigdy nie wejdzie do królestwa niebieskiego! 

Haze o mało nie wjechał do rowu, tak się w nią wpatrywał. 

-  Jak  mogłabyś...  -  zaczął,  gdy  nagłe  zobaczył  czerwony  wał  przed  sobą  i 

przyhamował. 

- Czyta pan gazety? - zapytała. 

- Nie - odpowiedział. 

- No to jest tam taka kobieta o nazwisku Mary Brittle, co mówi, co zrobić, kiedy sam 

nie wiesz. Napisałam do niej list i pytałam, co mam zrobić. 

Jak moŜesz być bękartem, kiedy on się... - zaczął znowu. 

- Napisałam tak: „Droga Mary, jestem bękartem, a bękarty, jak wiadomo, nie wejdą do 

królestwa  niebieskiego,  ale  mam  w  sobie  coś  takiego,  co  sprawia,  Ŝe  chłopcy  za  mną  latają. 

Jak  pani  myśli,  czy  powinnam  pozwalać  się  pieścić,  czy  nie?  Nie  wejdę  i  tak  do  królestwa 

niebieskiego, więc nie wiem, co to za róŜnica”. 

- Posłuchaj - powiedział Haze. - Jeśli się oślepił, to jak... 

-  Potem  odpowiedziała  na  mój  list  w  gazecie.  Napisała:  „Droga  Sabbath,  małe 

pieszczoty  są  dozwolone,  ale  myślę,  Ŝe  twoim  prawdziwym  problemem  jest  przystosowanie 

się  do  współczesnego  świata.  Być  moŜe  powinnaś  przemyśleć  powtórnie  swoje  wartości 

religijne,  aby  przekonać  się,  czy  odpowiadają  one  twoim  potrzebom  Ŝyciowym. 

Doświadczenie religijne moŜe być pięknym dodatkiem do Ŝycia, jeśli będziesz na nie patrzyła 

z  odpowiedniej  perspektywy  i  nie  pozwolisz,  aby  cię  ograniczało.  Poczytaj  trochę  ksiąŜek  o 

etyce kultury”. 

- Nie moŜesz być bękartem - powiedział Haze, blednąc. - To musi być jakaś pomyłka. 

Twój tatuś się oślepił. 

-  Potem  napisałam  do  niej  jeszcze  raz  -  powiedziała,  pocierając  czubkiem  swojego 

trampka  o  jego  łydkę  i  uśmiechając  się.  -  piszę  tak:  „Droga  Mary,  chciałabym  się  tylko 

dowiedzieć, czy powinnam iść na całość czy nie? To mój prawdziwy problem. Jestem nieźle 

przystosowana do współczesnego świata”. 

- Twój tatuś się oślepił - powtórzył Haze. 

-  Nie  zawsze  bywał  taki  dobry,  jak  jest  teraz.  Nigdy  nie  odpowiedziała  na  mój  drugi 

list. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe w młodości nie wierzył i dopiero doszedł do tego po jakimś 

czasie? To chciałaś powiedzieć, czy nie? - zapytał i szorstkim kopnięciem odrzucił jej stopę 

od swojej kostki. 

background image

- Tak jest - powiedziała i wyprostowała się. - Niech pan przestanie przystawiać swoją 

nogę do mojej - dodała. 

Oślepiająca biała chmura znajdowała się tuŜ przed nimi i przesuwała się w lewo. 

- A moŜe byśmy tak skręcili w tę polną drogę? - zaproponowała. 

Autostrada  rozgałęziała  się  w  tym  miejscu  i  Haze  skręcił  w  gliniastą  drogę.  Była 

pagórkowata  i  cienista,  a  okolica  wyglądała  bardzo  korzystnie.  Z  jednej  strony  porastało  ją 

gęste  kapryfolium,  a  z  drugiej  była  pusta  przestrzeń,  która  schodziła  w  dół,  ukazując 

mikroskopijny obraz miasta. Biała chmura znajdowała się teraz dokładnie na wprost nich. 

- Jak doszedł do swojej wiary? - zapytał Haze. - Co sprawiło, Ŝe został pastorem? 

-  Lubię  polne  drogi  -  powiedziała.  -  Szczególnie  takie  pagórkowate  jak  ta.  MoŜe 

zatrzymamy się i usiądziemy pod drzewem, Ŝeby się lepiej poznać? 

Haze zatrzymał samochód i wysiedli. 

- Czy był bardzo zły, czy tylko częściowo? - zapytał. 

- Do gruntu zły - powiedziała, przechodząc pod drutem kolczastym, który ciągnął się 

wzdłuŜ drogi, usiadła i zaczęła zdejmować buty i pończochy. 

- Najlepiej lubię chodzić po polach bez butów - powiedziała z entuzjazmem. 

- Posłuchaj no, muszę wracać z powrotem do miasta. Nie mam  czasu spacerować po 

jakichś  polach  -  wybełkotał  Haze,  ale  przeszedł  pod  ogrodzeniem  na  drugą  stronę  i 

powiedział: - Wydaje mi się, Ŝe zanim doszedł do wiary, nie wierzył w ogóle. 

- Przejdźmy przez to wzgórze tam na pole i usiądźmy pod drzewami - powiedziała. 

Wspięli  się  na  wzgórze  i  zeszli  z  drugiej  strony,  ona  nieco  z  przodu  przed  Hazem. 

Przyszło mu do głowy, Ŝe siedząc z nią pod drzewem, moŜe łatwo ją uwieść, ale nie spieszył 

się  z  tym,  mając  na  uwadze  jej  niewinność.  Czuł,  Ŝe  to  za  cięŜkie  zadanie  jak  na  jedno 

popołudnie.  Usiadła  pod  wielką  sosną  i  uklepała  koło  siebie  ziemię  dla  niego,  ale  on  wolał 

usiąść na kamieniu mniej więcej pięć stóp od niej. Oparł głowę na kolanach i patrzył prosto 

przed siebie. 

-  Mogę  cię  zbawić  -  powiedziała.  -  Mam  kościół  w  moim  sercu,  w  którym  króluje 

Jezus. 

Pochylił się w jej kierunku i popatrzył ze złością. 

-  Ja  wierzę  w  nowego  rodzaju  Jezusa  -  powiedział.  -  Takiego,  który  nie  marnuje 

swojej krwi zbawiając nią ludzi, poniewaŜ jest w pełni człowiekiem i nie ma w nim Ŝadnego 

Boga. Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa! 

Przysunęła się do niego bliŜej. 

- Czy bękart moŜe być w nim zbawiony? - zapytała. 

background image

-  Nie  ma  bękartów  w  Kościele  Bez  Chrystusa.  Wszystko  jest  jednością.  Bękart  nie 

róŜni się niczym od innych ludzi. 

- To dobrze - powiedziała. 

Popatrzył  na  nią  poirytowany,  bo  coś  w  jego  umyśle  zaczynało  temu  przeczyć, 

mówiąc,  Ŝe  bękart  nie  moŜe  być  zbawiony,  Ŝe  istnieje  tylko  jedna  prawda:  Ŝe  Jezus  jest 

kłamcą,  i  Ŝe  jej  przypadek  jest  beznadziejny.  Odpięła  sobie  kołnierzyk  i  wyciągnęła  się  na 

ziemi. 

- Ale moje stopy są białe, prawda? - zapytała, unosząc je lekko. 

Haze nie patrzył na jej stopy. Coś w jego umyśle mówiło mu, Ŝe prawda jest jedna i Ŝe 

bękart nie mógłby być zbawiony w kościele Bez Chrystusa. Postanowił uznać to za niewaŜne 

i zapomnieć o tym. 

- Raz było takie dziecko - powiedziała, przewracając się na brzuch - które nikogo nie 

obchodziło, czy będzie Ŝyło, czy nie. Krewni podsyłali je sobie nawzajem, aŜ wreszcie trafiło 

do  swojej  babki,  która  była  bardzo  złą  kobietą  i  nie  mogła  znieść  go  koło  siebie,  bo 

najmniejsza dobra rzecz sprawiała, Ŝe dostawała wysypki i puchła. Nawet oczy ją swędziały i 

puchły, i nie mogła nic zrobić, tylko biegać w tę i z powrotem po ulicy, wymachując rękami i 

przeklinając,  a  kiedy  było  z  nią  to  dziecko,  to  było  dwa  razy  gorzej,  więc  trzymała  je 

zamknięte  w  pojemniku  na  kurczaki.  Oglądało  swoją  babcię  w  ogniach  piekielnych, 

spuchniętą i płonącą i opowiadało jej o wszystkim, co widziało, aŜ w końcu poszła do studni, 

zawiązała sobie linę od wiadra na szyi, spuściła wiadro w dół i złamała sobie kark. 

- Dałby mi pan piętnaście lat? - zapytała. 

- Słowo bękart nie miałoby Ŝadnego znaczenia w Kościele Bez Chrystusa - powiedział 

Haze. 

- Dlaczego się nie połoŜysz i nie odpoczniesz? - zapytała. 

Haze przesunął się o kilka stóp dalej i połoŜył się. Zakrył twarz kapeluszem i załoŜył 

ręce na klatce piersiowej. Opierając się na łokciach i kolanach, podpełzła do niego i spojrzała 

na czubek jego kapelusza. Potem podniosła go jak pokrywkę i zajrzała mu w oczy. Patrzyły 

prosto w górę. 

- To dla mnie bez róŜnicy - powiedziała - czy ci się podobam, czy nie. 

Wbił wzrok w jej szyję. Stopniowo pochylała głowę, aŜ czubki ich nosów prawie się 

zetknęły, ale mimo to nie spojrzał na nią. 

- Widzę cię - powiedziała rozbawionym głosem. 

- ZjeŜdŜaj! - krzyknął podskakując gwałtownie. 

background image

Podniosła się i pobiegła za drzewo. Haze włoŜył kapelusz i stanął wstrząśnięty. Chciał 

wrócić  do  essexa.  Nagle  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  stoi  nie  zamknięty  na  wiejskiej  drodze  i  Ŝe 

pierwsza osoba przechodząca tamtędy moŜe nim odjechać. 

- Widzę cię - powiedział głos zza drzewa. 

Odszedł  szybko  w  kierunku  samochodu.  Wesoły  wyraz  na  twarzy,  która  spoglądała 

zza drzewa, rozpłynął się. 

Wsiadł  do  samochodu  i  wykonał  wszystkie  czynności  potrzebne  do  tego,  by  go 

zapalić,  ale  essex  wydał  tylko  bulgot  jak  woda  zagubiona  gdzieś  w  rurach.  Ogarnęła  go 

panika  i  zaczął  walić  w  rozrusznik.  Na  tablicy  rozdzielczej  były  dwa  przyrządy  ze 

wskazówkami, które pochylały się chwiejnie to w jedną, to w drugą stronę, pracując według 

swojego  własnego  systemu,  niezaleŜnie  od  reszty  samochodu.  Trudno  mu  było  powiedzieć, 

czy to z braku benzyny czy czegoś innego. Sabbath Hawks podbiegła do ogrodzenia. Padła na 

ziemię,  przeturlała  się  pod  drutem  kolczastym  i  stanęła  przy  oknie  samochodu,  patrząc  na 

niego przez szybę. Odwrócił ze złością głowę. 

- Co zrobiłaś z moim samochodem? - powiedział. 

Potem  wysiadł  i  zaczął  iść  polną  drogą,  nie  czekając  na  jej  odpowiedź.  Po  chwili 

poszła za nim, zachowując pewną odległość. 

W  miejscu,  gdzie  od  autostrady  odchodziła  polna  droga,  stał  sklep,  przed  którym 

znajdowała  się  pompa  benzynowa.  Było  to  około  pół  mili  za  nimi.  Haze  utrzymywał 

równomierny,  szybki  krok,  aŜ  dotarł  na  miejsce.  Wyglądało  na  opuszczone,  ale  po  kilku 

chwilach  z  lasu  za  sklepem  wyszedł  człowiek.  Haze  powiedział  mu,  czego  chce.  Kiedy 

męŜczyzna  wyprowadzał  swoją  cięŜarówkę,  którą  miał  podwieźć  ich  do  essexa,  Sabbath 

Hawks  podeszła  do  znajdującej  się  z  boku  domu  klatki  o  wysokości  około  sześciu  stóp. 

Gdyby nie Sabbath, Hazel nie zauwaŜyłby jej w ogóle. Zobaczycie wewnątrz coś się porusza i 

podszedł  bliŜej,  aby  przeczytać  tabliczkę,  która  mówiła:  DWAJ  ŚMIERTELNI 

WROGOWIE. PATRZ ZA DARMO: 

Na  środku  podłogi  spoczywał  czarny,  chudy  niedźwiedź  o  długości  około  czterech 

stóp; jego grzbiet upstrzony był ptasim łajnem, które strzelało w niego z górnej części klatki, 

gdzie  siedziało  na  grzędzie  małe  kurczę  jastrzębia.  Większa  część  ogona  ptaka  była  wy-

skubana, a niedźwiedź miał tylko jedno oko. 

- Chodź tutaj, jeśli nie chcesz, Ŝebym cię zostawił - powiedział Haze szorstko, łapiąc 

ją za ramię. 

CięŜarówka  była  gotowa  i  cała  trójka  pojechała  z  powrotem  na  miejsce,  gdzie  stał 

essex.  Po  drodze  Haze  opowiedział  męŜczyźnie  o  Kościele  Bez  Chrystusa,  wyjaśnił  jego 

background image

załoŜenia i oznajmił, Ŝe nie ma tam niczego takiego jak bękart. MęŜczyzna nie skomentował 

tego  ani  słowem.  Kiedy  wysiedli,  wiał  w  bak  essexa  bańkę  benzyny,  a  Haze  wsiadł  i 

bezskutecznie próbował go zapalić. MęŜczyzna otworzył przednią klapę i przez chwilę badał 

wzrokiem to, co się pod nią mieściło. Był jednoręki, miał dwa zęby koloru piasku i łupkowo 

niebieskie  zamyślone  oczy.  Powiedział  do  tej  pory  nie  więcej  niŜ  dwa  słowa.  Podczas  gdy 

Haze  stał  z  boku,  męŜczyzna  przez  dłuŜszy  czas  wpatrywał  się  w  silnik,  ale  nie  dotknął 

niczego. Po chwili zamknął klapę i wysmarkał nos. 

- Co się tam stało? - zapytał Haze podnieconym głosem. - To niezły wóz, nie? 

MęŜczyzna nie odpowiedział. Usiadł na ziemi i wsunął się pod essexa. Miał na sobie 

wysokie  buty  i  szare  skarpetki.  Długo  leŜał  pod  samochodem.  Haze  osunął  się  na  kolana, 

podparł się na rękach i spojrzał pod spód, aby się przekonać, co on tam robi, ale okazało się, 

Ŝ

e nie robi nic. LeŜał tylko i patrzył w górę, jakby kontemplował, a jedyną swoją rękę załoŜył 

na  piersi.  Po  chwili  wysunął  się  spod  samochodu  i  wytarł  twarz  i  kark  flanelową  szmatką, 

którą miał w kieszeni. 

- Niech pan posłucha - powiedział Haze. - To dobry samochód. Niech mnie pan tylko 

popchnie i wystarczy. Ten samochód zawiezie mnie wszędzie, gdzie tylko będę chciał. 

MęŜczyzna nie odezwał  się, tylko wrócił do cięŜarówki, a Haze i Sabbath wsiedli do 

essexa i on ich popchnął. Po przejechaniu kilkuset metrów, samochód zaczął bekać, dyszeć i 

trząść się. Haze wystawił głowę przez okno i gestem ręki przywołał cięŜarówkę. 

-  Ha!  -  powiedział.  -  Nie  mówiłem?  Ten  samochód  zawiezie  mnie  wszędzie,  gdzie 

będę chciał. MoŜe zatrzymać się tu i tam, ale nie stanie na dobre. Ile jestem winien? 

- Nic - odpowiedział męŜczyzna - zupełnie nic. 

- Ale benzyna, ile za benzynę? 

- Nic - powtórzył męŜczyzna z takim samym spokojnym spojrzeniem. - Zupełnie nic. 

- W porządku. Dziękuję panu - powiedział Haze i pojechał dalej. - Nie potrzebuję od 

niego Ŝadnej łaski - mruknął. 

- To wspaniały wóz - powiedziała Sabbath Hawks. - Jedzie gładko jak po maśle. 

-  Nie  zrobiła  go  banda  cudzoziemców,  czarnuchów  ani  jednorękich  facetów  - 

powiedział Haze. - Zbudowali go ludzie z otwartymi oczami, którzy wiedzieli, co robią. 

Gdy dotarli do końca polnej drogi i stanęli przed wjazdem na autostradę,  cięŜarówka 

podjechała znów z boku i zrównała się z essexem, a Haze i człowiek o łupkowo niebieskich 

oczach patrzyli na siebie przez szyby swoich samochodów. 

- Mówiłem panu, Ŝe ten samochód zawiezie mnie wszędzie, gdzie tylko będę chciał - 

powiedział Haze cierpkim głosem. 

background image

- Zobaczymy, jak pan na tym wyjdzie - odparł męŜczyzna i wjechał swoją, cięŜarówką 

na główną drogę. 

Haze jechał dalej. Oślepiająca biała chmura przybrała postać ptaka o długich cienkich 

skrzydłach i odpływała w przeciwnym kierunku. 

Rozdział VIII 

Enoch Emery wiedział teraz, Ŝe jego Ŝycie nie będzie juŜ nigdy takie same, poniewaŜ 

to, co miało mu się przydarzyć, właśnie się zaczęło. Zawsze wiedział, Ŝe coś się stanie, ale nie 

wiedział co. Gdyby więcej rozmyślał, mógłby dojść do wniosku, Ŝe teraz nadszedł czas, aby 

usprawiedliwić krew swojego ojca, ale nie myślał nigdy z takim rozmachem, zastanawiał się 

zawsze  tylko  nad  tym,  co  ma  zrobić  na  bieŜąco.  Czasami  nie  myślał,  tylko  się  dziwił;  a 

potem,  jak  ptak,  który  zauwaŜa,  Ŝe  buduje  gniazdo,  którego  właściwie  nie  planował, 

spostrzegał naraz, Ŝe robi to, czy tamto. 

To, co miało mu się przydarzyć, zaczęło się spełniać w chwili, gdy pokazał zawartość 

szklanej gabloty Haze'owi Motesowi. Była to tajemnica, która nie mieściła mu się w głowie, 

ale  wiedział,  Ŝe  to,  czego  się  od  niego  oczekuje,  będzie  czymś  okropnym.  Jego  krew  była 

bardziej  wraŜliwa  niŜ  jakakolwiek  inna  część  ciała;  wieściła  przeznaczenie  obiegając  całe 

ciało,  moŜe  z  wyjątkiem  mózgu,  i  w  rezultacie  jego  język,  którego  czubek  ukazywał  się  co 

kilka minut, aby skontrolować opryszczkę, wiedział więcej niŜ on sam. 

Pierwszą  niezwykłą  rzeczą,  którą  u  siebie  spostrzegł,  było  odkładanie  pieniędzy  z 

wypłaty.  Odkładał  ją  całą,  prócz  tej  części,  którą  co  tydzień  zabierała  właścicielka  domu  i 

tego,  co  musiał  wydać  na  jedzenie.  Potem  ku  swojemu  zdziwieniu  zauwaŜył,  Ŝe  jada  coraz 

mniej,  aby  zaoszczędzić  więcej  pieniędzy.  Uwielbiał  supermarkety;  codziennie  po  południu, 

po opuszczeniu parku miejskiego, spędzał tam godzinę lub dwie, wertując puszki z jedzeniem 

i  czytając  opowieści  o  róŜnego  rodzaju  kaszkach.  Ostatnio  zmuszony  był  tu  i  tam  podkraść 

parę  rzeczy,  które  mogły  mu  się  zmieścić  w  kieszeni  i  zastanawiał  się,  czy  to  moŜe  być 

przyczyną  tego,  Ŝe  oszczędza  tyle  na  jedzeniu.  Mogło  tak  być,  ale  miał  przeczucie,  Ŝe  z 

oszczędzaniem  pieniędzy  wiąŜe  się  jakaś  inna,  powaŜniejsza  sprawa.  Zawsze  oddawał  się 

kradzieŜom, ale nigdy przez oszczędność. 

Równocześnie zaczął sprzątać swój pokój. Było to małe pomieszczenie o wyblakłych, 

niegdyś  zielonych  ścianach  na  poddaszu  starego  domu.  Dom  miał  wygląd  grobowca  i 

background image

podobną  atmosferę,  ale  Enochowi  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  Ŝeby  rozjaśnić  ten  kąt.  w 

którym mieszkał. Potem nagle zorientował się, Ŝe zaczyna to robić. 

Najpierw  zdjął  dywan  z  podłogi  i  wywiesił  go  przez  okno.  Był  to  błąd,  poniewaŜ 

kiedy wrócił, aby go z powrotem wciągnąć, znalazł tylko kilka długich luźno związanych ze 

sobą sznurków. Pomyślał, Ŝe musiał to być bardzo stary dywan i postanowił obchodzić się z 

resztą  mebli  z  większą  ostroŜnością.  Myjąc  framugi  łóŜka  wodą  i  mydłem,  odkrył,  Ŝe  pod 

drugą warstwą brudu jest czyste złoto i wywarło to na nim takie wraŜenie, Ŝe umył teŜ niskie, 

okrągłe krzesło z wygiętymi nogami, które sprawiały, Ŝe wyglądało ono, jakby uchwycone w 

akcie  kucania.  Złoto  zaczęło  się  pojawiać  zaraz  po  pierwszym  pociągnięciu  mokrą  szmatką, 

ale zniknęło po drugim, a w efekcie dalszego czyszczenia krzesło sprawiało wraŜenie, jakby 

to  był  koniec  długich  lat  jego  wewnętrznej  walki.  Enoch  nie  wiedział,  czy  ma  to  traktować 

jako  dobry  czy  zły  znak.  Poczuł  niezdrową  pokusę,  aby  skopać  krzesło  na  kawałki,  ale 

zostawił je w spokoju, dokładnie w miejscu,  gdzie zawsze stało, bo na razie przecieŜ był na 

tyle roztropnym chłopcem, Ŝeby nie zdawać się całkiem na znaczenie przedmiotów. Na razie 

przeczuwał tylko, Ŝe to, czego jeszcze nie wie, jest naprawdę istotne. 

Jedynym meblem w pokoju, którym się jeszcze nie zajął, była umywalka. Składała się 

z  trzech  części  i  stała  na  ptasich  nogach  o  długości  sześciu  stóp,  zakończonych  pazurami, 

które  zaciskały  się  wokół  małych  kul  armatnich.  W  jej  dolnej  części  znajdowała  się 

przypominająca  tabernakulum  szafka,  przeznaczona  na  dzbanek  na  brudną  wodę.  Enoch  nie 

miał dzbanka na brudną wodę, czuł szacunek dla przeznaczenia przedmiotów i poniewaŜ nie 

miał  odpowiedniej  rzeczy,  którą  mógłby  tam  włoŜyć,  pozostawił  to  miejsce  puste. 

Bezpośrednio nad miejscem na ten skarb leŜała szara marmurowa płyta, zza której wyłaniała 

się  drewniana  rama  rzeźbiona  w  serca,  zawijasy  i  kwiaty,  zakończona  po  bokach 

pochylonymi  orlimi  skrzydłami.  Pomiędzy  nimi,  akurat  na  poziomie  twarzy  Enocha,  który 

stał  przed  umywalką,  znajdowało  się  małe  owalne  lustro.  Drewniana  rama  szła  dalej  nad 

lustrem  i  zwieńczona  była  na  szczycie  ozdobnym  hełmem  w  kształcie  rogu,  co  wskazywało 

na to, Ŝe artysta nie stracił wiary w swoje dzieło. 

Jeśli chodzi o Enocha, miejsce to stanowiło dla niego zawsze centrum pokoju i łączyło 

go  najbardziej  z  tym,  czego  nie  wiedział.  Niejednokrotnie  po  obfitej  kolacji  śnił  o  tym,  Ŝe 

otwiera  szafkę,  wchodzi  do  niej,  bierze  udział  w  pewnych  rytuałach  i  poznaje  tajemnice,  o 

których następnego ranka miał bardzo niejasne pojęcie. Podczas sprzątania, od początku jego 

uwaga  skoncentrowana  była  na  szafce,  ale  jak  to  zwykle  z  nim  bywało,  zaczął  od  najmniej 

waŜnej  rzeczy  i  krąŜył  po  pokoju  coraz  bliŜej  centrum,  gdzie  znajdowała  się  istota.  Więc 

zanim zabrał się do umywalki, zaopiekował się najpierw obrazami na ścianach. 

background image

Było ich trzy, jeden naleŜał do jego gospodyni (prawie zupełnie ślepej i poruszającej 

się  po  domu  tylko  dzięki  bardzo  czułemu  zmysłowi  węchu),  a  pozostałe  dwa  były  jego 

własnością. Do gospodyni naleŜał brązowy portret łosia amerykańskiego stojącego w małym 

jeziorku. Wyraz wyŜszości na twarzy zwierzęcia był dla Enocha tak nieznośny, Ŝe gdyby się 

go  nie  bał,  dawno  by  juŜ  coś  na  to  poradził.  Nie  mógł  więc  nic  zrobić  w  swoim  pokoju,  co 

uszłoby uwadze zadowolonego z siebie zwierzęcia, w którego oczach nigdy nie pojawiał się 

wyraz  zdziwienia,  czy  rozbawienia,  bo  niczego  dobrego  ani  zabawnego  nie  moŜna  się  juŜ 

było  spodziewać.  Nigdzie  nie  znalazłby  współmieszkańca,  który  by  go  bardziej  irytował. 

JeŜeli wypowiedział głośno jakąś uwagę, czuł się jeszcze bardziej strzeŜony, ale mimo to cały 

czas  przez  jego  głowę  przepływał  strumień  wewnętrznego,  niepochlebnego  dla  łosia 

komentarza.  Obraz  wisiał  w  cięŜkiej,  brązowej,  rzeźbionej  w  liście  ramie,  co  dodawało 

łosiowi powagi i powiększało jego samozadowolenie. Enoch czuł, Ŝe nadszedł czas i musi coś 

z  tym  zrobić;  nie  wiedział,  co  się  ma  wydarzyć  w  jego  pokoju,  ale  kiedy  to  się  stanie,  nie 

chciałby  mieć  uczucia,  Ŝe  łoś  tym  kieruje.  Nagle  przyszło  mu  do  głowy  rozwiązanie:  w 

nagłym przebłysku intuicji, zdał sobie sprawę, Ŝe zdjęcie ramy z obrazu będzie równoznaczne 

z rozebraniem łosia (chociaŜ nie miał on na sobie ubrania) i nie mylił się, poniewaŜ kiedy to 

zrobił,  zwierzę  wydało  się  takie  małe,  Ŝe  Enoch  spojrzał  tylko  na  nie  z  ukosa  i  prychnął 

lekcewaŜąco. 

Po  tym  sukcesie  zwrócił  swoją  uwagę  ku  dwóm  innym  obrazom.  U  dołu  kaŜdego  z 

nich  był  kalendarz,  a  przysłali  mu  je  Hilltop  Funeral  Home  i  American  Rubber  Tire 

Company. Jeden ukazywał małego chłopca w niebieskich śpiochach, klęczącego przy łóŜku i 

mówiącego:  „I  pobłogosław  mojego  tatusia”.  Przez  okno  do  jego  pokoju  zaglądał  księŜyc. 

Był to ulubiony obraz Enocha i wisiał dokładnie nad jego łóŜkiem. Drugi, który znajdował się 

dokładnie naprzeciwko łosia, po drugiej stronie pokoju, przedstawiał kobietę, która miała na 

sobie gumową obręcz. Zostawił go tam, gdzie wisiał prawie pewny tego, Ŝe łoś tylko udaje, Ŝe 

go nie dostrzega. Jak tylko skończył z obrazami, wyszedł, aby za wszystkie pieniądze, jakie 

zaoszczędził, kupić perkalowe zasłony, butelkę złotej farby i pędzel. 

Czuł się zawiedziony, poniewaŜ myślał, Ŝe pieniądze te wyda na nowe ubranie, a teraz 

poszły  na  komplet  zasłon.  Nie  wiedział,  po  co  kupuje  złotą  farbę,  zanim  nie  dotarł  z  nią  do 

domu. A kiedy juŜ tam był, usiadł przed umywalką, w której mieściła się szafka na dzbanek z 

brudną wodą, otworzył ją i pomalował od wewnątrz złotą farbą. Potem zdał sobie sprawę, Ŝe 

szafka miała być do czegoś uŜywana. 

Enoch nigdy nie ponaglał swojej krwi, aby mu o czymś powiedziała, dopóki sama nie 

będzie gotowa. Nie naleŜał do tego rodzaju chłopców, którzy chwytają się kaŜdej moŜliwości 

background image

i  zaczynają  działać  według  jakiegoś  niedorzecznego  planu.  W  tak  wielkich  sprawach  jak  ta 

zawsze starał się mieć pewność i czekał teraz przekonany, Ŝe za kilka dni się dowie. Potem, 

przez  mniej  więcej  tydzień,  jego  krew  odbywała  sama  ze  sobą  codziennie  tajne  narady, 

zatrzymując się tylko od czasu do czasu, aby wydać mu jakiś rozkaz. 

Kiedy  obudził  się  w  poniedziałek,  był  pewien,  Ŝe  jest  to  dzień,  który  przyniesie  mu 

odpowiedź.  Jego  krew  uwijała  się  jak  kobieta,  która  sprząta  dom  zaskoczona 

niespodziewanym  przyjściem  gości,  a  on  sam  był  w  gburowatym  i  buntowniczym  nastroju. 

Kiedy  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  to  jest  właśnie  ten  dzień,  postanowił  nie  wstawać  z  łóŜka.  Nie 

chciał usprawiedliwiać krwi swego taty, nie chciał zmuszać się do zrobienia czegoś, co inne 

coś nakazywało mu robić, czego nie rozumiał i co zawsze okazywało się niebezpieczne. 

Naturalnie jego krew nie miała zamiaru tolerować tego typu postawy. Zjawił się w zoo 

przed dziewiątą trzydzieści, tylko pół godziny później niŜ miał być. Przez całe rano myślami 

był  daleko  od  bramy,  której  miał  pilnować  i  śledził  bieg  swojej  krwi,  która,  jak  chłopak  z 

miotłą  i  wiadrem,  goniła  bez  chwili  wytchnienia,  uderzając  w  coś  co  chwila  i  rozbijając  po 

drodze jakieś przedmioty. Jak tylko przyszedł drugi straŜnik, Enoch udał się do śródmieścia. 

Miasto  było  ostatnim  miejscem,  gdzie  chciał  się  znaleźć,  poniewaŜ  wszystko  tam 

mogło się wydarzyć. Przez cały czas, kiedy jego umysł był w pogoni, rozmyślał, jak zaraz po 

ukończeniu słuŜby wyślizgnie się do domu i pójdzie spać. 

Zanim dotarł do centrum dzielnicy handlowej, był juŜ wyczerpany i musiał oprzeć się 

o  okno  wystawy  sklepowej  Walgreen'a,  aby  odetchnąć.  Pot  spływał  mu  po  piecach, 

powodując swędzenie, więc po chwili musiał ruszyć znowu, torując sobie za pomocą mięśni 

drogę pomiędzy szybami wystaw pełnych budzików, wód toaletowych, cukierków, tamponów 

higienicznych, piór wiecznych i kieszonkowych i latarek mieniących się wszystkimi kolorami 

na witrynach dwa razy wyŜszych od niego. Okazało się, Ŝe musi dotrzeć do źródła huku, które 

znajdowało  się  na  środku  małej  alkowy  tworzącej  wejście  do  drogerii.  Stało  tam  Ŝółto  - 

niebieskie,  szklano  stalowe  urządzenie,  buchające  praŜoną  kukurydzą  do  kotła  z  masłem  i 

solą. Enoch podszedł do niego z portmonetką w ręku, odliczając pieniądze. Była to podłuŜna, 

szara sakiewka ściągnięta u góry sznurkiem, ta sama, którą ukradł swojemu ojcu i zachował 

jako jedyną rzecz, która mu po nim została, i której (oprócz niego samego) dotykał jego tata. 

Wybrał  dwie  pięciocentówki  i  podał  je  obsługującemu  maszynę  blademu  chłopcu  w  białym 

fartuchu.  Chłopiec  pomieszał  w  przyrządach  i  napełnił  papierową  torebkę  kukurydzą,  nic 

spuszczając  oka  z  portmonetki  Enocha.  Kiedy  indziej  Enoch  próbowałby  się  z  nim 

zaprzyjaźnić,  ale  tego  dnia  był  zbyt  zajęty,  Ŝeby  go  nawet  zauwaŜyć.  Wziął  torebkę  z 

background image

kukurydzą i zaczął wpychać sakiewkę tam, skąd ją wyjął. Oczy chłopca powędrowały za nią 

aŜ na skraj kieszeni. 

- Wygląda to na pęcherz świni - zauwaŜył z zazdrością. 

- Muszę juŜ iść - mruknął Enoch i wszedł szybko do sklepu. W roztargnieniu doszedł 

aŜ do najdalszych półek, jakby chciał się pokazać kaŜdemu, kto mógłby go szukać. Zatrzymał 

się przed budką z wodą sodową i zastanawiał się, czy ma usiąść i coś zjeść. Lada budki wyło-

Ŝ

ona  była  róŜowo  -  zielonym  marrnurkowym  linoleum,  a  za  nią  stała  przepasana  róŜowym 

fartuchem  rudowłosa  kelnerka  w  uniformie  koloru  cytryny.  Jej  zielone  oczy  osadzone  w 

róŜowej twarzy przypominały wiszący za nią obrazek przedstawiający cytrynowo - wiśniową 

niespodziankę, specjalność tego dnia za dziesięć centów. Stanęła twarzą w twarz z Enochem, 

podczas  gdy  on  patrzył  na  informację  nad  jej  głową.  Po  chwili  oparła  klatkę  piersiową  na 

ladzie, splotła na niej ręce i czekała. Enoch nie mógł się zdecydować, na które z kilku dań ma 

ochotę,  aŜ  w  końcu  kelnerka  zakończyła  jego  rozterki,  wkładając  jedną  rękę  pod  ladę  i 

wyciągając stamtąd cytrynowo - wiśniową niespodziankę. 

- Jest w porządku - powiedziała. - Przyrządziłam ją dziś rano po śniadaniu. 

- Coś mi się dzisiaj ma przydarzyć - powiedział Enoch. 

- Mówię ci, Ŝe jest w porządku. Przyrządziłam ją dzisiaj. 

- Widziałem ją dzisiaj, kiedy się obudziłem - powiedział natchnionym, jasnowidzącym 

głosem. 

- BoŜe - powiedziała i wyrwała mu ją sprzed nosa. Odwróciła się i zaczęła się krzątać 

nerwowo.  Po  chwili  postawiła  przed  nim  z  rozmachem  następną,  taką  samą,  ale  tym  razem 

ś

wieŜą. 

-  Muszę  juŜ  iść  -  powiedział  Enoch  i  wybiegł.  Kiedy  przechodził  koło  budki  z 

kukurydzą, czuł, jak czyjeś spojrzenie przylgnęło do jego kieszeni, ale nie zatrzymał sięNie 

chcę tego zrobić, mówił do siebie. Cokolwiek to ma być, nie chcę tego zrobić. Idę do domu. 

To  będzie  coś,  czego  nie  chcę  zrobić.  Nie  mam  Ŝadnego  interesu  w  tym,  Ŝeby  to  zrobić. 

Przypomniał sobie, jak musiał wydać wszystkie pieniądze na zasłony i złotą farbę, kiedy mógł 

sobie za nie kupić koszulę i fosforyzujący krawat. To będzie niezgodne z prawem, pomyślał. 

To zawsze jest niezgodne z prawem. Nie mam zamiaru tego robić - powtórzył i zatrzymał się. 

Stanął  przed  kinem,  gdzie  rzucała  się  w  oczy  ogromna  ilustracja  potwora,  który  wpychał 

młodą damę do wielkiego pieca. 

Nie  idę  na  ten  film,  zdecydował,  spoglądając  nerwowo  na  plakat.  Idę  do  domu.  Nie 

mam  zamiaru  czekać  na  jakiś  seans  filmowy.  Nie  mam  pieniędzy  na  bilet,  pomyślał, 

wyjmując znów portmonetkę. Nawet nie mam zamiaru liczyć tych drobniaków. 

background image

Nie masz tu nawet czterdziestu trzech centów, pomyślał. To nawet nie wystarczy. Na 

wywieszce było napisane, Ŝe cena biletu dla dorosłych wynosi czterdzieści pięć centów, a na 

balkon trzydzieści pięć. Nie mam zamiaru siedzieć na Ŝadnym balkonie, mówił do siebie, ku-

pując bilet za trzydzieści pięć centów. 

Nie wchodzę, pomyślał. 

Otworzyły się przed nim jedne, a potem drugie drzwi i zorientował się, Ŝe wchodzi do 

długiego,  czerwonego  foyer,  a  potem  idzie  w  górę  ciemniejszym  tunelem.  Po  chwili  był  juŜ 

na balkonie, poruszając się po omacku między krzesłami, jak Jonasz uwięziony w ogromnym 

i ciemnym Ŝołądku. Nie mam zamiaru na to patrzeć, myślał ze złością. Nie podobały mu się 

Ŝ

adne inne filmy oprócz kolorowych musicali. 

Pierwszy  był  o  uczonym  imieniem  Oko,  który  dokonywał  zdalnie  sterowanych 

operacji.  MoŜna  było  obudzić  się  pewnego  razu,  znaleźć  rozcięcie  na  swojej  klatce 

piersiowej,  głowie,  czy  brzuchu  i  stwierdzić,  Ŝe  brakuje  czegoś,  bez  czego  nie  moŜna  Ŝyć. 

Enoch  nasunął  sobie  kapelusz  głęboko  na  czoło  i  podciągnął  kolana  tak,  aby  zasłaniały  mu 

twarz. Tylko jego oczy patrzyły w ekran. Film trwał godzinę. 

Drugi był o Ŝyciu w więzieniu na Diabelskiej Wyspie. W pewnej chwili Enoch musiał 

chwycić za oparcie swojego fotela, aby nie wypaść przez znajdującą się tuŜ przed nim poręcz 

balkonu. 

Trzeci miał tytuł Lonnie znów wraca do domu. Opowiadał o pawianie Lonniem, który 

uratował  sympatyczne  dzieci  z  płonącego  sierocińca.  Enoch  ciągle  miał  nadzieję,  Ŝe  Lonnie 

się  spali,  ale  po  nim  nie  było  nawet  widać,  Ŝe  jest  mu  gorąco.  Na  koniec  ładna  dziewczyna 

dała  mu  medal.  Tego  juŜ  Enoch  nie  mógł  znieść.  Zanurkował  w  przejście,  przebiegł  przez 

dwa  górne  tunele  i  wypadł  pędem  z  czerwonego  foyer  na  ulicę.  Jak  tylko  zderzył  się  z 

podmuchem świeŜego powietrza, upadł. 

Kiedy oprzytomniał, siedział oparty o ścianę budynku kina i nie myślał juŜ o tym, aby 

uciec  od  swoich  obowiązków.  Była  noc  i  miał  uczucie,  Ŝe  wiedza,  której  nie  mógł  uniknąć, 

została  mu  juŜ  prawie  objawiona.  Oparł  się  o  ścianę  i  siedział  tak,  zupełnie  zrezygnowany, 

przez  około  dwadzieścia  minut,  a  potem  wstał  i  zaczął  iść  ulicą,  jakby  prowadzony  przez 

jakąś cichą melodię lub gwizd, którym przywołuje się psy. Minął dwa budynki, zatrzymał się, 

i spojrzał na drugą stronę ulicy. Tam, dokładnie naprzeciwko niego, stał wysoki samochód w 

szczurzym  kolorze,  a  z  przodu,  na  masce  spoczywała  ciemna  postać  w  kapeluszu,  który 

nadawał jej srogi wygląd. Ręce tego człowieka przesuwały się w dół i w górę. Miał szczupłe, 

ruchliwe dłonie prawie tak blade jak kapelusz. 

background image

- Hazel Motes! - szepnął Enoch i serce zaczęło mu się szamotać jak oszalały dzwon. 

Na  chodniku  koło  samochodu  stała  grupka  ludzi.  Enoch  nie  wiedział,  Ŝe  co  wieczór  na 

ulicach  Hazel  Motes  głosi  swoją  nową  religię.  Nie  widział  go  od  dnia,  kiedy  pokazał  mu 

wysuszonego człowieka w szklanej gablocie w parku. 

-  Gdybyście  byli  zbawieni  -  krzyczał  Hazel  Motes  -  obchodziłoby  was  wasze 

zbawienie, ale  was to nie obchodzi! Spójrzcie w głąb siebie i zobaczcie,  czy nie  wolicie nie 

być zbawieni niŜ być zbawieni. Nie ma spokoju dla pragnących zbawienia! - krzyczał. - A ja 

głoszę pokój, głoszę Kościół Bez Chrystusa, kościół pokoju i zadowolenia! 

Dwoje czy troje z tych, którzy zatrzymali się przy samochodzie, rozeszło się w róŜne 

strony. 

-  Idźcie!  -  krzyknął  Hazel  Motes.  -  No  dalej,  idźcie  sobie!  Prawda  nic  dla  was  nie 

znaczy!  Słuchajcie  -  powiedział,  zwracając  się  do  pozostałych  -  prawda  nie  ma  dla  was 

znaczenia. Gdyby Jezus was zbawił, co by to zmieniło? Nic by wam to nie pomogło. Wasze 

twarze  nie  drgnęłyby  ani  trochę.  Nawet  jeŜeli  stały  tam  trzy  krzyŜe,  a  on  wisiał  na  tym 

pośrodku, to nie znaczy on dla mnie i dla was więcej niŜ pozostali dwaj. Posłuchajcie. Potrze-

bujecie czegoś, co zajęłoby miejsce Jezusa, czegoś, co mówiłoby prostym językiem. Kościół 

Bez  Chrystusa  nie  ma  Jezusa,  ale  go  potrzebuje!  Potrzebuje  nowego  Jezusa!  Takiego,  który 

byłby w pełni człowiekiem i nie marnowałby swojej krwi, takiego, który róŜni się od innych 

łudzi, na którego moglibyście patrzeć. Dajcie mi takiego Jezusa, wy, ludzie. Dajcie mi takiego 

nowego Jezusa, a zobaczycie, jak daleko Kościół Bez Chrystusa moŜe zajść! 

Jeden  z  obserwujących  odszedł  i  zostało  jeszcze  tylko  dwoje  ludzi.  Enoch  stał  jak 

sparaliŜowany na środku ulicy. 

- PokaŜcie mi, gdzie on jest! - krzyczał Hazel Motes. - A ja ustanowię go w Kościele 

Bez  Chrystusa  i  wtedy  ujrzycie  prawdę!  Wtedy  przekonacie  się  raz  na  zawsze,  Ŝe  nie 

zostaliście zbawieni. Niech ktoś da mi tego nowego Jezusa, abyśmy wszyscy zostali zbawieni 

poprzez sam jego widok! 

Enoch  zaczął  bezgłośnie  krzyczeć.  Krzyczał  tak  przez  pełną  minutę,  podczas  gdy 

Hazel Motes mówił dalej. 

-  Spójrzcie  na  mnie!  -  wolał  ochrypłym  głosem.  -  Macie  przed  sobą  spokojnego 

człowieka!  Spokojnego,  poniewaŜ  moja  krew  mnie  uwolniła.  Posłuchajcie  waszej  krwi, 

przyjdźcie  do  Kościoła  Bez  Chrystusa,  a  moŜe  ktoś  przyniesie  nam  nowego  Jezusa  i 

zostaniemy zbawieni poprzez sam jego widok! 

Z  ust  Enocha  wydobył  się  niezrozumiały  dźwięk.  Próbował  zawyć,  ale  krew  go 

powstrzymała. 

background image

-  Słuchaj,  mam  go!  -  szepnął.  -  To  znaczy  mogę  go  mieć!  Wiesz!  Tego!  Co  ci 

pokazywałem. JuŜ go widziałaś! 

Jego  krew  przypomniała  mu,  Ŝe  kiedy  ostatnim  razem  widział  Haze'a  Motesa,  ten 

uderzył  go  w  głowę  kamieniem.  A  on  nie  wiedział  nawet  jeszcze,  jak  wykradnie  to  ze 

szklanej  gabloty.  Wiedział  tylko,  Ŝe  ma  juŜ  przygotowane  miejsce  w  pokoju,  aby  to 

przechować,  zanim  Haze  będzie  gotowy  to  zabrać.  Jego  krew  zasugerowała  mu,  Ŝeby  to 

zostawił  jako  niespodziankę  dla  Haze'a.  Zaczął  się  wycofywać.  Przeszedł  tyłem  przez  ulicę, 

przez  kawałek  chodnika,  przez  następną  ulicę  i  taksówka  musiała  ostro  zahamować,  aby  go 

nie  potrącić.  Kierowca  wystawił  głowę  przez  okno  i  zapytał,  jak  to  moŜliwe,  Ŝe  sobie  tak 

dobrze radzi, kiedy Bóg stworzył go, składając ze sobą dwa tyły, zamiast normalnie dodać tył 

do przodu. 

Enoch był zbyt zajęty, Ŝeby o tym pomyśleć. 

- Muszę juŜ iść - mruknął i odszedł w pośpiechu. 

Rozdział IX 

Drzwi  do  pokoju  Hawksa  były  zawsze  zaryglowane  i  kiedykolwiek  Haze  w  nie 

zapukał,  co  robił  dwa  lub  trzy  razy  na  dzień,  ewangelista  wysyłał  do  niego  swoją  córkę  i 

znów  zamykał  je  na  zamek.  DraŜniło  go  to,  Ŝe  Haze  zagląda  do  jego  pokoju,  wymyślając 

róŜne  preteksty  po  to  tylko,  aby  spojrzeć  w  jego  twarz;  a  on  był  często  pijany  i  nie  chciał 

zostać zdemaskowany. 

Haze nie rozumiał, dlaczego pastor nie zaprasza go do środka i nie zachowuje się, jak 

przystoi  pastorowi,  kiedy  widzi  straconą  duszę.  W  dalszym  ciągu  próbował  dostać  się  do 

pokoju i spojrzeć na jego twarz. Okno, do którego mógł dosięgnąć, było cały czas zamknięte, 

zasłonka zaciągnięta. Chciałby zajrzeć, jeŜeli by to było moŜliwe, za ciemne okulary. 

Za  kaŜdym  razem,  gdy  pukał  do  ich  pokoju,  wychodziła  dziewczyna  a  drzwi 

zatrzaskiwały  się  za  nią  na  zasuwę;  potem  nie  mógł  się  jej  pozbyć.  Szła  za  nim  do 

samochodu,  wchodziła  do  środka  i  siadała.  Porzucił  pomysł  uwiedzenia  jej  i  próbował  się 

bronić.  Nie  mieszkał  jeszcze  tygodnia  w  tym  domu,  gdy  pewnej  nocy,  kiedy  leŜał  juŜ  w 

łóŜku, zjawiła się w jego pokoju. Ubrana była  w koszulę nocną, która  zwisała z jej wąskich 

ramion i ciągnęła się za nią po podłodze, a w ręce trzymała szklankę z palącą się świecą. Haze 

background image

obudził się dopiero, jak weszła mu do łóŜka. Kiedy otworzył oczy i ją zobaczył, natychmiast 

wyskoczył spod kołdry na środek pokoju. 

- Czego chcesz? - zapytał. 

Nie  powiedziała  nic  i  tylko  uśmiechnęła  się  szerzej  w  świetle  świecy.  Stał  przez 

chwilę groźnie na nią spoglądając, a potem chwycił krzesło i podniósł je w górę, jakby chciał 

nim  w  nią  rzucić.  Ociągała  się  tylko  przez  ułamek  sekundy.  Drzwi  od  jego  pokoju  nie 

zamykały się, więc podstawił krzesło pod klamkę, zanim wrócił do łóŜka. 

- Słuchaj - powiedziała, kiedy wróciła do swojego pokoju. - Wszystko na nic. Mało co 

we mnie nie rzucił krzesłem. 

- WyjeŜdŜam stąd za kilka dni - odparł Hawks. - Lepiej się postaraj, jeŜeli chcesz mieć 

co jeść, jak wyjadę. 

Był pijany, ale mówił powaŜnie. 

Nic  nie  szło  tak,  jak  Haze  tego  oczekiwał.  KaŜdy  wieczór  spędzał  na  kazaniach,  ale 

członkiem  Kościoła  Bez  Chrystusa  była  ciągle  tylko  jedna  osoba:  on  sam.  Chciał  szybko 

zebrać  duŜą  liczbę  wiernych,  aby  zrobić  wraŜenie  na  ślepcu,  ale  nikt  za  nim  nie  poszedł. 

Pojawił  się  ktoś,  kogo  mógłby  nazwać  wiernym,  ale  było  to  właściwie  nieporozumienie. 

Pewien  szesnastoletni  chłopiec  chciał,  Ŝeby  ktoś  z  nim  poszedł  do  burdelu,  poniewaŜ  nigdy 

tam  nie  był.  Wiedział,  gdzie  znajduje  się  to  miejsce,  ale  nie  chciał  tam  iść  bez  osoby  z 

pewnym  doświadczeniem  i  kiedy  zobaczył  Haze'a,  kręcił  się  w  pobliŜu,  aŜ  tamten  skończył 

kazanie  i  poprosił  go,  Ŝeby  z  nim  poszedł.  Było  to  jednak  nieporozumienie,  bo  kiedy  juŜ 

stamtąd  wyszli  i  Haze  poprosił  go,  aby  został  członkiem  Kościoła  Bez  Chrystusa  lub  nawet 

kimś  więcej,  uczniem  i apostołem,  chłopiec  powiedział,  Ŝe  przykro  mu,  ale  nie  moŜe zostać 

członkiem  tego  kościoła,  poniewaŜ  jest  upadłym  katolikiem.  Powiedział,  Ŝe  to,  co  właśnie 

zrobili, jest grzechem śmiertelnym i jeśliby umarli nie Ŝałując za to, cierpieliby wieczną karę i 

nigdy  nie  zobaczyliby  Boga.  Haze  nie  bawił  się  w  burdelu  tak  dobrze  jak  chłopiec  i 

zmarnował  tylko  pół  wieczoru.  Wykrzyknął,  Ŝe  nie  istnieje  nic  takiego  jak  grzech,  czy  Sąd, 

ale chłopiec tylko potrząsnął głową i zapytał, czy chciałby pójść tam jeszcze raz następnego 

wieczoru. 

Gdyby  Haze  wierzył  w  modlitwę,  modliłby  się  o  ucznia,  ale  nie  wierzył,  więc  mógł 

tylko bardzo się tym martwić. Dwa dni po tym spotkaniu, pojawił się pierwszy uczeń. 

Tego wieczoru Haze przemawiał przed czterema róŜnymi kinami i za kaŜdym razem, 

kiedy  spoglądał  w  górę,  widział  tę  samą,  duŜą  twarz,  która  się  do  niego  uśmiechała. 

MęŜczyzna, do którego naleŜała, był pulchnawy i miał kręcone blond włosy i modne baczki. 

Ubrany  był  w  czarny  garnitur  ze  srebrnym  paskiem  i  biały  kapelusz  z  szerokim  rondem 

background image

zsuniętym na tył  głowy, a na nogach miał dobrze dopasowane, czarne buty z czubkami. Nie 

nosił skarpetek. Wyglądał jak były pastor, który został kowbojem, lub jak były kowboj, który 

został właścicielem zakładu pogrzebowego. Nie był przystojny, ale pod jego uśmiechem kryła 

się uczciwość, która pasowała do jego twarzy jak garnitur sztucznych zębów. 

Za kaŜdym razem, kiedy Haze patrzył w jego stronę, człowiek ten mrugał do niego. 

Kiedy  przemawiał  przed  ostatnim  kinem,  oprócz  tego  człowieka  słuchało  go  troje 

ludzi. 

-  Czy  was,  ludzie,  obchodzi  prawda?  -  zapytał.  -  Jedyną  drogą  do  prawdy  jest 

bluźnierstwo, ale czy was to w ogóle obchodzi? Czy zwrócicie uwagę na to, o czym mówię, 

czy po prostu odejdziecie jak wszyscy? 

Stali  przed  nim  dwaj  męŜczyźni  i  kobieta  z  małym  dzieckiem  o  twarzy  kota,  które 

rozpierało  się  na  jej  ramieniu.  Patrzyła  na  Haze'a,  jakby  był  sprzedawcą  na  jarmarcznym 

straganie. 

- No, chodźmy - powiedziała. - Skończył, idziemy. 

Odwróciła się i dwóch męŜczyzn podąŜyło za nią. 

-  Idźcie sobie - powiedział Haze  - ale pamiętajcie, Ŝe prawda nie czai się  za kaŜdym 

rogiem ulicy. 

Człowiek, który za nim szedł, wyciągnął szybko rękę i mrugając do Haze'a, pociągnął 

go za nogawkę spodni. 

- Chodźcie tutaj, ludzie - powiedział. - Chcę wam wszystko o sobie powiedzieć. 

Kobieta odwróciła się, a on się do niej uśmiechnął, jakby od początku uderzyła go jej 

uroda. Miała kwadratową, czerwoną twarz, a jej włosy były świeŜo ufryzowane. 

- Szkoda, Ŝe nie mam ze sobą swojej gitary - powiedział męŜczyzna. - Bo jakoś lepiej 

mi mówić słodkie słowa pod muzykę niŜ normalnie. A kiedy się mówi o Jezusie, to potrzeba 

trochę muzyki, prawda, przyjaciele? Popatrzył na dwóch męŜczyzn, jakby odwoływał się do 

dobrego  wraŜenia,  które  ukazało  się  na  ich  twarzach.  Mieli  na  sobie  brązowe  filcowe 

kapelusze i czarne miejskie garnitury. Wyglądali jak starszy i młodszy brat. 

-  Słuchajcie,  przyjaciele  -  powiedział  uczeń  poufale.  -  Dwa  miesiące  temu,  zanim 

spotkałem tego tu Proroka, pomyślelibyście o mnie, Ŝe to nie ten sam człowiek. Nie miałem 

na  świecie  ani  jednego  przyjaciela.  Czy  wiecie  jak  to  jest,  kiedy  się  nie  ma  na  świecie 

przyjaciela? 

- Najgorzej to mieć takiego, co ci włoŜy nóŜ w plecy, kiedy nie patrzysz - powiedział 

starszy męŜczyzna, ledwo otwierając usta. 

background image

- Przyjacielu, z twoich ust padły mądre słowa - odpowiedział męŜczyzna. - Gdybyśmy 

mieli czas, chciałbym, abyś to powtórzył, aby kaŜdy mógł to usłyszeć, tak jak ja to słyszałem. 

Seans się skończył i pojawiało się coraz więcej ludzi. 

-  Przyjaciele,  wiem,  Ŝe  wszystkich  was  interesuje  ten  oto  Prorok  -  mówił,  wskazując 

na Haze'a, który opierał się o maskę samochodu. - JeŜeli dacie mi tylko czas, powiem wam, 

co on i jego prawdy dla mnie znaczą. Nie tłoczcie się, bo jeŜeli będzie trzeba, to pozostanę tu 

przez cały wieczór, Ŝeby wam o wszystkim powiedzieć. 

Haze  stał  w  miejscu  bez  ruchu  z  głową  lekko  wysuniętą  do  przodu,  jakby  nie  był 

pewny, czy dobrze słyszy. 

-  Przyjaciele  -  powiedział  męŜczyzna.  -  Pozwólcie,  Ŝe  się  przedstawię.  Nazywam  się 

Onnie  Jay  Holy  i  mówię  wam  to,  Ŝebyście  mogli  sprawdzić  i  przekonać  się,  Ŝe  nie  kłamię. 

Jestem pastorem i nie zaleŜy mi na tym, Ŝebyście o tym wiedzieli, ale nie chcę, Ŝebyście wie-

rzyli  w  coś,  czego  nie  czujecie  w  swoich  sercach.  Wy,  co  tam  podchodzicie  z  tyłu, 

przepchnijcie się tutaj, Ŝebyście dobrze słyszeli - powiedział. - Ja nic nie sprzedaję, ja czymś 

obdzielam! 

Coraz więcej ludzi zatrzymywało się przy nim. 

- Przyjaciele - ciągnął. - Patrząc na mnie dwa miesiące temu nie pomyślelibyście, Ŝe to 

ten  sam  człowiek.  Nie  miałem  na  świecie  ani  jednego  przyjaciela.  Czy  wiecie,  jak  to  jest, 

kiedy się nie ma na świecie ani jednego przyjaciela? 

- Najgorzej to mieć takiego, co ci włoŜy... - odezwał się ktoś głośno. 

-  Słuchajcie  -  mówił  Onnie  Jay  Holy.  -  Nie  mieć  przyjaciela  na  świecie  to 

najnędzniejsza  i  najsmutniejsza  rzecz,  jaka  moŜe  się  przydarzyć  kobiecie  lub  męŜczyźnie!  I 

tak  było  ze  mną.  Byłem  gotowy  się  powiesić  lub  popaść  w  zupełną  rozpacz.  Nawet  moja 

własna  droga  matka  nie  kochała  mnie  i  to  nie  dlatego,  Ŝe  nie  miałem  w  sobie  słodyczy,  ale 

dlatego, Ŝe nigdy nie wiedziałem, jak okazać naturalną słodycz, która we mnie była. KaŜdy, 

kto przybywa na ziemię - powiedział wyciągając ramiona - rodzi się pełen słodyczy i miłości. 

Małe  dziecko  kocha  wszystkich,  przyjaciele,  a  jego  naturą  jest  słodycz,  dopóki  coś  się  nie 

wydarzy.  Przyjaciele,  nie  muszę  tego  mówić  ludziom  takim  jak  wy,  którzy  potrafią  sami 

myśleć. Kiedy to małe dziecko rośnie, nie okazuje juŜ tak swojej słodyczy, nadchodzą troski i 

kłopoty,  które  go  męczą  i  cała  słodycz  chowa  się  do  wewnątrz.  Potem,  przyjaciele,  staje  się 

ono  biedne,  samotne  i  chore  i  mówi:  „Gdzie  podziała  się  cała  moja  słodycz?.  Gdzie  są 

przyjaciele,  którzy  mnie  kochali?”.  I  cały  czas  ta  mała  zwinięta  róŜa  słodyczy  jest  w  jego 

wnętrzu,  Ŝaden  płatek  nie  opada,  a  na  zewnątrz  jest  tylko  marna  samotność.  Być  moŜe, 

background image

przyjaciele,  będzie  chciał  odebrać  Ŝycie  sobie,  wam,  lub  mnie  albo  pogrąŜyć  się  w  zupełnej 

rozpaczy. 

Mówił  smutnym,  nosowym  głosem,  ale  przez  cały  czas  się  uśmiechał,  Ŝeby  im 

pokazać, Ŝe przeszedł juŜ przez to, o czym mówił i wydobył się na powierzchnię. 

-  Tak  było  ze  mną,  przyjaciele.  Wiem,  o  czym  mówię  -  powiedział  i  załoŜył  ręce  na 

piersi.  -  Ale  przez  cały  czas,  kiedy  byłem  gotowy  powiesić  się  lub  pogrąŜyć  w  zupełnej 

rozpaczy,  nosiłem  w  sobie  tę  słodycz,  jak  wszyscy  i  potrzeba  mi  tylko  było  czegoś,  co  ją 

ujawni. Potrzebowałem tylko trochę pomocy, przyjaciele. Potem spotkałem tego oto Proroka - 

powiedział,  wskazując  na  siedzącego  na  masce  samochodu  Haze'a.  -  To  było  dwa  miesiące 

temu,  ludzie,  kiedy  usłyszałem,  jak  chce  mi  pomóc,  jak  głosi  Kościół  Chrystusa  Bez 

Chrystusa,  kościół,  który  ma  zyskać  nowego  Jezusa,  aby  pomóc  mi  wydobyć  na  światło 

dzienne moją słodką naturę, gdzie kaŜdy będzie mógł się nią cieszyć. To było dwa miesiące 

temu,  przyjaciele,  a  teraz  nie  poznalibyście  we  mnie  tego  samego  człowieka.  Kocham  was 

wszystkich,  ludzie,  i  chcę,  abyście  posłuchali  jego  i  mnie,  i  przyłączyli  się  do  naszego 

kościoła, Świętego Kościoła Chrystusa Bez Chrystusa, nowego kościoła z nowym Jezusem i 

wtedy wszyscy otrzymacie pomoc, tak jak ja! 

Haze wychylił się do przodu. 

-  Ten  człowiek  to  oszust  -  powiedział.  -  Nie  widziałem  go  nigdy  wcześniej.  Nie 

głosiłem tego kościoła dwa miesiące temu i nie nazywa się on Świętym Kościołem Chrystusa 

Bez Chrystusa! 

MęŜczyzna zignorował go i inni teŜ nie zwrócili na niego uwagi. Pozostało przy nim 

dziesięciu lub dwunastu ludzi. 

-  Przyjaciele  -  powiedział  Onnie  Jay  Holy.  -  Jestem  ogromnie  zadowolony,  Ŝe 

spotykam  was  teraz,  a  nie  dwa  miesiące  temu,  bo  wtedy  nie  mógłbym  świadczyć  o  tym 

nowym kościele i tym oto Proroku. Gdybym miał przy sobie gitarę, potrafiłbym to wszystko 

lepiej powiedzieć, ale będę musiał zrobić wszystko, co mogę, bez niej. 

Miał zwycięski uśmiech na twarzy i widać było, Ŝe nie uwaŜa, iŜ jest znacznie lepszy 

od kogokolwiek, choć jednak był. 

-  Więc  chcę  tylko  wam,  ludzie,  dać  nowe  powody,  dla  których  moŜecie  zaufać  temu 

kościołowi - powiedział. - Po pierwsze, przyjaciele, moŜecie polegać na tym, Ŝe nie ma on nic 

wspólnego  z  czymś  obcym.  Nie  musicie  wierzyć  w  nic,  czego  nie  rozumiecie  i  nie  po-

chwalacie.  JeŜeli  czegoś  nie  rozumiecie,  to  nie  jest  to  prawdą  i  to  jest  najwaŜniejsze  w  tym 

kościele. Nie ma jokerów w tej talii. 

Haze pochylił się w przód. 

background image

-  Bluźnierstwo  jest  drogą  do  prawdy  -  powiedział.  -  I  nie  ma  innej  drogi,  czy  to 

rozumiecie, czy nie! 

-  Teraz,  przyjaciele  -  powiedział  Onnie  Jay  -  chcę  wam  wyjawić  drugi  powód,  dla 

którego moŜecie absolutnie zaufać temu kościołowi. Oparty jest on na Biblii. Tak jest! Oparty 

jest  na  waszej  własnej  interpretacji  Biblii,  przyjaciele.  MoŜecie  siedzieć  w  domu  i  inter-

pretować  sobie  sami  Biblię,  tak  jak  serce  wam  mówi,  Ŝe  powinna  być  interpretowana.  Tak 

powinno  właśnie  być,  tak  zrobiłby  Jezus.  Och,  jaka  szkoda,  Ŝe  nie  mam  ze  sobą  gitary  - 

poskarŜył się. 

-  Ten  człowiek  jest  kłamcą  -  powiedział  Haze.  -  Nigdy  wcześniej  go  nie  widziałem, 

nigdy... 

- To powinno was przekonać, przyjaciele - ciągnął Onnie Jay Holy. - Ale podam wam 

jeszcze  jeden  powód,  tylko  po  to,  Ŝeby  wam  pokazać,  Ŝe  potrafię.  Ten  kościół  jest 

nowoczesny! Kiedy wstąpicie do niego, moŜecie być pewni, Ŝe nie będzie niczego i nikogo, 

kto  byłby  bardziej  do  przodu  niŜ  wy,  nikt  nie  będzie  wiedział  niczego,  czego  wy  juŜ  byście 

nie wiedzieli, wszystkie karty są na stole, przyjaciele, i to jest fakt! 

Na  twarzy  Haze'a  ocienionej  białym  kapeluszem  zaczęła  malować  się  wściekłość. 

Kiedy  właśnie  miał  otworzyć  usta,  Onnie  Jay  Holy  wskazał  ze  zdziwieniem  na  dziecko  w 

niebieskim berecie przerzucone bezwładnie przez ramię kobiety. 

- Ach, tam jest małe dziecko - powiedział - mała wiązka bezbronnej słodyczy. Jestem 

przekonany,  ludzie,  Ŝe  nie  pozwolicie,  aby  to  maleństwo  urosło  i  Ŝeby  mu  wtłoczono  całą 

słodycz do środka, podczas gdy mogłaby ona pozostać na zewnątrz i zdobywać mu przyjaciół 

i miłość. Dlatego chcę, Ŝebyście wszyscy przyłączyli się do Świętego Kościoła Chrystusa Bez 

Chrystusa.  Będzie  to  was  kosztować  dolara,  ale  czym  jest  dolar?  Kilkadziesiąt  centów!  To 

nieduŜo, aby zapłacić za otworzenie w was tej małej róŜy słodyczy! 

- Słuchajcie! - krzyknął Haze. - Nie musicie płacić, aby poznać prawdę! Nie moŜecie 

jej poznać za pieniądze! 

-  Słyszycie,  co  mówi  Prorok,  przyjaciele?  -  powiedział  Onnie  Jay  Holy.  -  Dolar  to 

nieduŜa  suma.  śadna  suma  nie  jest  zbyt  duŜa,  by  poznać  prawdę.  Teraz  chcę,  Ŝeby  kaŜdy  z 

was, ludzie, kto chce korzystać z tego kościoła, podpisał się w małym notesie, który mam w 

kieszeni, dał mi osobiście dolara i pozwolił, abym uścisnął mu rękę! 

Haze ześlizgnął się z maski samochodu, wsiadł do niego i zatrzasnął drzwi. 

-  Ej,  poczekaj!  Poczekaj!  -  krzyknął  Onnie  Jay  Holy.  -  Nie  mam  jeszcze  nazwiska 

Ŝ

adnego z moich nowych przyjaciół! 

background image

Kiedy  zapadała  noc,  essex  Haze'a  miał  tendencję  do  figli.  Jechał  do  przodu  jakieś 

sześć cali, a potem cofał się cztery w tył. Gdyby nie zrobił teraz tego kilka razy, Haze'a juŜ by 

tu  nie  było.  Zamiast  tego  musiał  chwycić  kierownicę  obiema  rękami,  aby  nie  wypaść  przez 

przednią  lub  tylną  szybę.  Samochód  uspokoił  się  na  kilka  sekund,  przejechał  około 

dwudziestu stóp do przodu i zaczął znowu swoje figle. 

Twarz Onnie'go Jay Holy'ego wykazywała ogromne napięcie. PrzyłoŜył do

:

 niej rękę, 

jakby tylko w ten sposób mógł utrzymać na niej uśmiech. 

-  Muszę  teraz  juŜ  iść,  przyjaciele,  ale  będę  w  tym  samym  miejscu  jutro  wieczorem. 

Muszę  teraz  złapać  Proroka  -  powiedział  szybko  i  odbiegł  w  chwili,  gdy  essex  zaczął  się 

znów  posuwać  do  przodu.  Nie  dogoniłby  Haze'a,  gdyby  samochód  się  nie  zatrzymał,  zanim 

nie przejechał następnych dziesięciu stóp. 

Wskoczył na stopień samochodu, zdołał otworzyć drzwi i dysząc, klapnął na siedzenie 

obok Haze'a. 

- Przyjacielu - powiedział - właśnie straciliśmy dziesięć dolarów. Co się tak spieszysz? 

Jego  twarz  wskazywała  na  to,  Ŝe  przeŜywał  pewien  rodzaj  autentycznego  bólu, 

chociaŜ  patrzył  na  Haze'a  z  uśmiechem,  w  którym  obnaŜał  wszystkie  górne  zęby  i  czubki 

dolnych. 

Haze odwrócił głowę i popatrzył na niego wystarczająco długo, aby dostrzec uśmiech, 

zanim  jego  gość  nie  został  rzucony  na  przednią  szybę.  Potem  essex  zaczął  jechać  gładko. 

Onnie Jay wyjął lawendową chusteczkę i trzymał ją przez pewien czas przy ustach. Kiedy ją 

odsunął, uśmiech powrócił na jego twarz. 

- Przyjacielu - powiedział - ty i ja razem musimy się do tego zabrać. Kiedy pierwszy 

raz zobaczyłem, jak otwierasz usta, powiedziałem sobie: „Oto jest wielki człowiek z wielkimi 

ideami”. 

Haze nie odwracał głowy. 

Onnie Jay wziął głęboki oddech. 

-  No,  a  wiesz  kogo  mi  przypomniałeś,  jak  cię  pierwszy  raz  zobaczyłem?  -  zapytał.  - 

Jezusa Chrystusa i Abrahama Lincolna, przyjacielu - powiedział po chwili milczenia. 

Twarz Haze'a nagle nabrzmiała wściekłością. Jej rysy całkowicie się zatarły. 

- Nie masz racji - powiedział ledwo słyszalnym głosem. 

-  Przyjacielu,  jak  moŜesz  tak  mówić?  -  zapytał  Onnie  Jay.  -  PrzecieŜ  przez  trzy  lata 

miałem w radiu program, który dawał prawdziwie religijne doznania całym rodzinom. Nigdy 

go nie słuchałeś? Nazywał się Soulsease, kwadrans Nastroju, Melodii i Umysłowości. Jestem 

prawdziwym pastorem, przyjacielu. 

background image

Haze zatrzymał essexa. 

- Wysiadaj - powiedział. 

-  Dlaczego,  przyjacielu?  Nie  powinieneś  mówić  takich  rzeczy!  To  absolutna  prawda, 

Ŝ

e jestem pastorem i gwiazdą radiową. 

- Wysiadaj - powiedział Haze, sięgając przez niego ręką i otwierając drzwi. 

-  Nigdy  bym  nie  pomyślał,  Ŝe  potraktujesz  w  ten  sposób  przyjaciela.  Chciałem  cię 

tylko zapytać o tego nowego Jezusa. 

- Wysiadaj - powiedział Haze i zaczął go popychać do drzwi. Wypchnął  go na brzeg 

siedzenia, aŜ w końcu Onnie Joy wypadł przez drzwi na ulicę. 

- Nigdy bym nie pomyślał, Ŝe przyjaciel moŜe mnie tak potraktować - poskarŜył się. 

Hazel  kopnięciem  strącił  jego  nogę  ze  stopnia  samochodu  i  znów  zamknął  drzwi. 

Próbował  uruchomić  wóz,  naciskając  na  rozrusznik,  ale  bezskutecznie.  Gdzieś  pod  nim 

rozległ  się  dźwięk,  który  brzmiał,  jakby  ktoś  płukał  sobie  gardło  nie  uŜywając  wody.  Onnie 

Jay podniósł się z chodnika i stanął przy oknie. 

-  Gdybyś  mi  tylko  powiedział,  gdzie  jest  ten  nowy  Jezus,  o  którym  wspominałeś  - 

zaczął. 

Haze spróbował jeszcze kilka razy, ale nic to nie pomogło. 

- Wyciągnij zawór - doradził Onnie Jay, wchodząc na stopień samochodu. 

- Nie ma tam zaworu - warknął Haze. 

-  MoŜe  się  zalał  -  powiedział  Onnie  Jay.  -  Skoro  stoimy,  to  moŜemy  ze  sobą 

porozmawiać o Świętym Kościele Chrystusa Bez Chrystusa. 

- Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa - powiedział Haze. - Nie mam ochoty dłuŜej 

na ciebie patrzeć. 

-  Nic  to  nie  zmieni,  kiedy  dodasz  jeszcze  jednego  Chrystusa  do  nazwy,  jeŜeli  nie 

zmienisz  znaczenia,  przyjacielu  -  powiedział  Jay  zranionym  tonem.  -  Powinieneś  mnie 

słuchać, bo nie jestem amatorem. Jestem kimś w rodzaju artysty. JeŜeli chcesz gdzieś dojść w 

religii, musisz dbać o to, aby była ona słodka. Masz dobre idee, ale potrzebujesz artysty, Ŝeby 

z tobą pracował. 

Haze wbił nogę w gaz i potem w rozrusznik i znowu w gaz, lecz to nie pomogło. Ulica 

była praktycznie pusta. 

- Razem moŜemy popchnąć go na krawęŜnik - zaproponował Onnie Jay. 

- Nie prosiłem cię o pomoc - powiedział Haze. 

background image

- Wiesz, przyjacielu, naprawdę chciałbym zobaczyć tego nowego Jezusa - powiedział 

Onnie  Jay.  -  Nigdy  nie  słyszałem  wcześniej  idei,  co  by  tak  przyciągała,  jak  ta.  Potrzeba  jej 

tylko trochę reklamy. 

Haze  próbował  zapalić  silnik,  naciskając  z  całych  sił  na  kierownicę,  ale  to  nie 

pomogło.  Wysiadł,  podszedł  od  tyłu  i  zaczął  spychać  samochód  na  krawęŜnik.  Onnie  Jay 

stanął przy nim i pomógł mu pchać. 

- Myślałem juŜ wcześniej o takiej idei, o nowym Jezusie - zauwaŜył. -  Takim, co by 

był bardziej współczesny. Gdzie go trzymasz, przyjacielu? - zapytał. - Czy jest to ktoś, z kim 

widujesz się codziennie? Naprawdę chciałbym go spotkać i posłuchać trochę jego prawd. 

Wepchnęli samochód na parking. Nie dało się go zamknąć, a Haze bał się, Ŝe jeśli go 

zostawi  na  całą  noc  tak  daleko  od  miejsca,  gdzie  mieszkał,  ktoś  moŜe  go  ukraść.  Nie 

pozostało  mu  nic  innego,  jak  tylko  w  nim  spać.  Wszedł  na  tył  i  zaczął  spuszczać  zasłonki z 

frędzlami. Onnie Jay miał juŜ głowę w samochodzie. 

-  Nie  musisz  się  bać,  Ŝe  gdybym  zobaczył  nowego  Jezusa,  odsunąłbym  cię  od  tego 

interesu  -  powiedział.  -  No,  przyjacielu,  znaczyłoby  to  po  prostu  bardzo  duŜo  dla  mojego 

ducha. 

Haze  złoŜył  tylne  siedzenie,  aby  zrobić  więcej  miejsca  i  rozłoŜyć  siennik.  Trzymał  z 

tyłu swoją poduszkę i wojskowy koc, a na półce pod tylnym owalnym oknem miał blaszaną 

kuchenkę i dzbanek na kawę. 

- Przyjacielu, mógłbym ci nawet zaoferować jakąś niewielką sumę, Ŝeby go zobaczyć 

- zaproponował Onnie Jay. 

- Posłuchaj - odpowiedział Haze - zjeŜdŜaj stąd. Mam juŜ dość twojego  widoku. Nie 

ma nic takiego jak nowy Jezus. To tylko pretekst, aby coś wyjaśnić. 

Uśmiech zniknął z twarzy Onnie Jay'a. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał. 

- śe nie ma takiej rzeczy ani osoby. To był tylko pretekst, Ŝeby o czymś powiedzieć - 

powtórzył  i  połoŜył  rękę  na  klamce.  Zaczął  zamykać  drzwi,  nie  zwaŜając  na  to,  Ŝe  ciągle 

tkwiła w nich głowa Onnie Jay'a. - Nic takiego nie istnieje! - krzyknął. 

- Na tym polega kłopot z wami, intelektualistami - mruknął Onnie Jay. - Nigdy nie ma 

nic za tym, o czym mówicie. 

- Zabieraj głowę z mojego samochodu, Holy - . powiedział Haze. 

- Nazywam się Hoover Shoats - burknął człowiek z głową w drzwiach. - Od razu jak 

cię zobaczyłem, wiedziałem, Ŝe jesteś zwykłym dziwakiem. 

background image

Haze  otworzył  drzwi  na  tyle  szeroko,  aby  móc  je  zatrzasnąć.  Hoover  Shoats  zdąŜył 

wyciągnąć  głowę,  ale  pozostał  w  nich  jego  kciuk.  Rozległo  się  wycie,  które  rozdarłoby 

prawie kaŜde serce. Haze otworzył drzwi, aby mógł wyjąć z nich palec i zatrzasnął je znowu. 

Zaciągnął przednie zasłony i połoŜył się na kocu wojskowym z tyłu samochodu. Na zewnątrz 

Hoover Shoats podskakiwał na chodniku i wył. Kiedy wycie ustało, Haze usłyszał zbliŜające 

się kroki, a potem wzburzony głos, który powiedział do niego przez blachę: 

-  UwaŜaj  przyjacielu.  Wysadzę  cię  z  tego  interesu.  Mogę  mieć  własnego  nowego 

Jezusa  i  mogę  mieć  proroków  na  pęczki,  słyszysz? Słyszysz  mnie,  przyjacielu?  -  rozległ  się 

ochrypły głos. 

Haze nie odpowiedział. 

- Tak, będę tam jutro wieczorem ze swoim kazaniem. Potrzebujesz trochę konkurencji 

- mówił głos. - Słyszysz mnie, przyjacielu? 

Haze  podniósł  się,  przechylił  przez  przednie  siedzenie  i  uderzył  w  klakson  essexa. 

Rozległ  się  dźwięk  podobny  do  beczenia  kozy  zmieszanego  z  odgłosem  piły  elektrycznej. 

Hoover Shoats odskoczył, jakby przeszył go ładunek elektryczności. 

-  W  porządku,  przyjacielu,  jeszcze  o  mnie  usłyszysz  -  powiedział,  stojąc  około 

piętnastu stóp dalej i drŜąc, po czym odwrócił się i odszedł cichą ulicą. 

Haze leŜał jakąś godzinę w samochodzie, kiedy zaczęły dręczyć go koszmary. Śnił, Ŝe 

został  Ŝywcem  pogrzebany.  Nie  czekał  na  Sąd,  bo  nie  było  Sądu,  nie  czekał  na  nie.  Jakieś 

oczy  zaglądały  przez  owalne  tylne  okno  jego  grobowca,  niektóre  patrzyły  z  naleŜnym 

szacunkiem, jak chłopiec z zoo, a inne tylko po to, Ŝeby zobaczyć to, co było do zobaczenia. 

Trzy  kobiety  z  papierowymi  workami  patrzyły  na  niego  krytycznie,  jakby  był  przedmiotem, 

kawałkiem ryby, czy czymś, co moŜna kupić, ale po chwili zniknęły. Człowiek w płóciennym 

kapeluszu przyłoŜył sobie kciuk do nosa i poruszał palcami. Potem zatrzymała się kobieta z 

dwoma  chłopcami  i  uśmiechnęła  się.  Po  chwili  wypchnęła  chłopców  z  pola  widzenia  i  dała 

znak, Ŝe wejdzie i dotrzyma mu przez chwilę towarzystwa, ale nie mogła przedostać się przez 

szybę  i  w  końcu  dała  sobie  spokój.  Przez  cały  ten  czas  Hazel  chciał  się  wydostać,  ale 

poniewaŜ  nie  wierzył,  Ŝe  mu  się  uda,  nie  ruszył  nawet  palcem.  Ciągle  spodziewał  się,  Ŝe  w 

owalnym oknie pojawi się nagle Hawks, ale ślepiec nie przyszedł. 

W  końcu  otrząsnął  się  z  tego  snu  i  obudził.  Sądził,  Ŝe  to  juŜ  rano,  ale  była  dopiero 

północ.  Zapalił  samochód,  wcisnął  gaz  i  essex  potoczył  się  wolno,  jak  gdyby  nigdy  nic. 

Pojechał z powrotem do domu. Wszedł do środka, ale zamiast pójść na górę do siebie, stanął 

w korytarzu, patrząc na drzwi do pokoju ślepca. Podszedł do nich, przyłoŜył ucho do dziurki 

od  klucza  i  gdy  usłyszał  chrapanie,  nacisnął  łagodnie  na  klamkę,  ale  drzwi  nie  ustąpiły. 

background image

Przyszło  mu  do  głowy,  Ŝeby  się  włamać.  Szukał  po  kieszeniach  odpowiedniego  narzędzia  i 

natknął  się  na  mały  kawałek  drutu,  którego  czasami  uŜywał  jako  wykałaczki.  Korytarz  był 

słabo oświetlony, ale to mu nie przeszkadzało. Przyklęknął przy dziurce od klucza i wsunął w 

nią ostroŜnie drut, próbując nie hałasować. 

Po  którejś  kolejnej  próbie  usłyszał  w  zamku  cichy  zgrzyt.  Wstał  i  drŜącymi  rękami 

Otworzył  drzwi.  Oddychał  szybko,  serce  mu  waliło,  jakby  pokonał  biegiem  jakąś  ogromną 

odległość,  Ŝeby  się  tu  znaleźć.  Stanął  tuŜ  za  progiem,  czekając,  aŜ  oczy  przywykną  do 

ciemności, a potem podszedł wolno do Ŝelaznego łóŜka. LeŜał na nim Hawks. Głowa zwisała 

mu  nad  krawędzią.  Haze  przykucnął,  zapalił  zapałkę  tuŜ  przy  jego  twarzy  i  wtedy  tamten 

otworzył  oczy.  Dwie  pary  oczu  patrzyły  na  siebie  tak  długo,  aŜ  zapałka  się  wypaliła.  Na 

twarzy  Haze'a  zaczęła  odbijać  się  coraz  głębsza  pustka,  przez  chwilę  przemknął  przez  nią 

jakiś cień, ale zaraz zniknął. 

-  Teraz  moŜesz  juŜ  wyjść.  Teraz  juŜ  moŜesz  dać  mi  spokój  -  powiedział  Hawks 

szorstkim,  ochrypłym  głosem  i  pchnął  swoją  rękę  w  stronę  twarzy  Haze'a,  nie  dotykając  jej 

jednak. Jego twarz bez wyrazu odsunęła się i za chwilę zniknęła w mroku. 

Rozdział X 

Następnego dnia wieczorem Haze zaparkował essexa przed Odeon Theatre, wspiął się 

na maskę samochodu i zaczął przemawiać. 

-  Pozwólcie,  Ŝe  powiem  wam,  co  symbolizuję  ja  i  mój  kościół!  -  zawołał.  - 

Zatrzymajcie się na chwilę, aby posłuchać prawdy, bo moŜecie jej juŜ nigdy nie usłyszeć. 

Stał z głową wysuniętą do przodu, zataczając jedną ręką nieregularny łuk. Zatrzymały 

się dwie kobiety i chłopiec. 

-  Głoszę,  Ŝe  są  róŜne  rodzaje  prawdy,  wasza  prawda  i  prawda  innych,  ale  za  nimi 

obiema kryje się tylko jedna prawda i brzmi ona, Ŝe prawda nie istnieje! - zawołał. - Nie ma 

prawdy za tymi wszystkimi prawdami, oto co głoszę ja i mój kościół! Nie ma juŜ miejsca, z 

którego  przychodzicie,  miejsce,  do  którego,  jak  wam  się  wydaje,  zmierzacie,  nigdy  nie 

istniało,  a  miejsce,  w  którym  jesteście,  jest  do  niczego,  jeŜeli  nie  potraficie  z  niego  wyjść. 

Gdzie jest wasze miejsce? Nigdzie! 

- Nigdzie poza wami samymi nie znajdziecie takiego miejsca - ciągnął. - Nie musicie 

patrzeć w niebo, bo ono się nie otworzy i nie pokaŜe wam niczego, co się w nim kryje. Nie 

background image

musicie  teŜ  szukać  jakiejś  dziury  w  ziemi,  aby  tam  coś  dla  siebie  znaleźć.  Nie  moŜecie 

posunąć się ani do przodu, ani do tyłu, ani do czasów swoich tatusiów, ani swoich dzieci, jeśli 

je macie. W was samych jest miejsce, którego szukacie. JeŜeli był jakiś Upadek, patrzcie tam, 

jeśli  było  jakieś  Zbawienie,  patrzcie  tam  i  jeŜeli  oczekujecie  jakiegoś  Sądu,  patrzcie  tam, 

poniewaŜ  wszystkie  te  trzy  rzeczy  będą  musiały  zdarzyć  się  w  was  samych  i  w  waszych 

czasach, a gdzie to wszystko jest w waszych czasach i waszych ciałach? 

Gdzie  w  was  samych  i  w  waszych  czasach  jest  ślad  tego,  Ŝe  zbawił  was  Jezus?!  - 

krzyczał. - PokaŜcie mi, gdzie, bo nie widzę tego miejsca. JeŜeli znaleźlibyście miejsce, gdzie 

zbawił was Jezus, to tam powinniście pozostać, ale kto z was potrafi je odnaleźć? 

Następna  grupka  ludzi  wyszła  z  kina  i  dwoje  z  nich  się  zatrzymało,  aby  na  niego 

popatrzeć. 

- Kto powiedział, Ŝe to wasze sumienie?! - wołał, patrząc wokoło ze ściągniętą twarzą, 

jakby wyczuwał konkretną osobę, która tak myśli. - Wasze sumienie to trik - mówił. - Ono nie 

istnieje,  choć  moŜe  wam  się  tak  wydawać,  a  jeśli  wam  się  wydaje,  Ŝe  je  macie,  to  lepiej 

wyciągnijcie  je  na  wierzch,  zduście  je  i  zabijcie,  bo  nie  znaczy  ono  więcej  niŜ  odbicie 

waszych twarzy w lustrze, czy cień ciągnący się za wami. 

Był tak skoncentrowany  na swojej mowie, Ŝe nie zauwaŜył wysokiego samochodu w 

szczurzym  kolorze,  który  przejechał  juŜ  trzy  razy  naokoło  budynku,  podczas  gdy  dwaj 

męŜczyźni,  którzy  w  nim  siedzieli,  szukali  miejsca  do  zaparkowania.  Haze  nie  widział  go, 

gdy parkował dwa samochody za nim, w miejscu, które opuścił właśnie inny samochód i nie 

widział teŜ, jak wysiada z niego Hoover Shoats oraz człowiek w raŜąco niebieskiej marynarce 

i białym kapeluszu, ale po paru sekundach odwrócił głowę w ich stronę i zobaczył człowieka 

w raŜąco niebieskiej marynarce i białym kapeluszu na przedniej masce samochodu. Do tego 

stopnia  uderzył  go  jego  wycieńczony  i  wychudzony  wygląd,  Ŝe  przestał  mówić.  Nigdy 

wcześniej  nie  wyobraŜał  tak  sobie  siebie.  Człowiek,  którego  widział,  miał  zapadłą  klatkę 

piersiową, szyję wysuniętą do przodu i ręce opuszczone wzdłuŜ ciała; stał tam, jakby czekając 

na jakiś sygnał, którego obawiał się, Ŝe moŜe nie odebrać. 

Hoover Shoats spacerował nie opodal po chodniku, brzdąkając na gitarze. 

- Przyjaciele! - zawołał. - Chcę przedstawić was temu oto Prawdziwemu Prorokowi i 

chcę,  Ŝebyście  wszyscy  posłuchali  jego  słów,  bo  myślę,  Ŝe  one  was  uszczęśliwią,  tak  jak 

uszczęśliwiły mnie! 

Gdyby  Haze  widział  Hoovera,  zdziwiłby  się,  jak  radośnie  wygląda,  ale  jego  uwaga 

skupiona  była  na  człowieku  na  masce  samochodu.  Ześlizgnął  się  ze  swojego  essexa  i 

podszedł bliŜej, nie spuszczając oka z ponurej postaci. Kiedy Hoover Shoats podniósł rękę z 

background image

dwoma  wyprostowanymi  palcami,  męŜczyzna  wykrzyknął  nagle  wysokim  nosowym, 

ś

piewnym głosem: 

- Ci, którzy nie zostali zbawieni, zbawiają się i nowy Jezus jest juŜ blisko! Czekajcie 

na ten cud! PomóŜcie swojemu zbawieniu w Świętym Kościele Chrystusa Bez Chrystusa! 

Powtórzył  to  wszystko  jeszcze  raz  dokładnie  tym  samym  tonem,  ale  szybciej.  Potem 

zaczął kaszleć. Miał głośny, suchotniczy kaszel, który wydobywał się gdzieś z głębi jego płuc 

i kończył się długim świstem. Kiedy się uspokoił, splunął białym płynem. 

Gruba kobieta, obok której stał Haze, odwróciła głowę, popatrzyła na niego, a potem 

spojrzała znowu na Prawdziwego Proroka. W końcu trąciła Haze'a łokciem i uśmiechnęła się 

do niego. 

- Bliźniacy, co? - zapytała. 

-  Jeśli  się  go  nie  dopadnie  i  nie  zabije,  to  on  panią  dopadnie  i  zabije  -  odpowiedział 

Haze. 

- Co? Kto taki? - zapytała. 

Patrzyła jak wsiada do samochodu i odjeŜdŜa. Potem trąciła łokciem męŜczyznę, który 

stał obok niej z drugiej strony. 

- Pomylony - powiedziała. - Nigdy nie widziałam, Ŝeby bliźniacy chcieli się nawzajem 

pozabijać. 

Kiedy  wrócił  do  swojego  pokoju,  zastał  w  swoim  łóŜku  Sabbath  Hawks.  Siedziała 

wciśnięta  w  róg,  obejmując  jedną  ręką  kolana,  a  drugą  ściskając  prześcieradło,  jakby  się 

chciała na nim powiesić. Jej twarz była ponura i wylękniona. Haze usiadł na łóŜku ledwo na 

nią spojrzawszy. 

- Nie obchodzi mnie czy rzucisz we mnie stołem - powiedziała. - Nie wyjdę. Nie mam 

dokąd iść. On ode mnie uciekł i to ty go do tego sprowokowałeś. Widziałam, jak wczoraj w 

nocy przyszedłeś i przystawiłeś mu zapałkę do twarzy. Myślałam, Ŝe kaŜdy widzi, kim on jest 

bez zapałania zapałki. To po prostu oszust. Nawet niewielki oszust, tylko taki drobny, a kiedy 

jest zmęczony udawaniem, Ŝebrze na ulicach. 

Haze  spuścił  wzrok  i  zaczął  sobie  rozwiązywać  buty.  Były  to  stare  wojskowe  buty, 

które  pomalował  na  czarno,  Ŝeby  rząd  się  od  niego  odczepił.  Rozwiązał  sznurówki, 

oswobodził stopy i usiadł patrząc ciągle w dół, podczas gdy ona przyglądała mu się uwaŜnie. 

- Masz zamiar mnie uderzyć, czy nie? - zapytała. - JeŜeli tak, to dalej, zrób to teraz, bo 

i tak nie wyjdę. Nie mam gdzie iść. 

Nie  wyglądał  na  to,  Ŝeby  miał  zamiar  czymś  rzucać.  Wyglądał,  jakby  miał  zamiar 

siedzieć tak aŜ do śmierci. 

background image

-  Słuchaj  -  powiedziała  szybko  zmieniając  ton  -  jak  cię  tylko  zobaczyłam, 

powiedziałam  sobie:  Tego  właśnie  chcę,  dajcie  mi  go!  Powiedziałam  sobie:  Spójrz  w  te 

orzechowe  oczy  i  zapomnij  o  całym  świecie,  dziewczyno!  Ten  niewinny  wygląd  nie  jest  w 

stanie niczego ukryć, on jest na wskroś zepsuty, tak jak ja. Jedyną róŜnicą jest to, Ŝe ja lubię 

taka  być,  a  on  nie.  Tak  jest!  -  powiedziała.  -  Lubię  taka  być  i  mogę  cię  nauczyć,  jak  to 

polubić. Nie chciałbyś się nauczyć, jak to polubić? 

Odwrócił lekko głowę i tuŜ ponad swoim ramieniem zobaczył wynędzniałą, nieładną, 

uśmiechniętą twarzyczkę o jasnych, zielonych oczach. 

- Tak - powiedział, nie zmieniając kamiennego wyrazu twarzy. - Chciałbym. 

Wstał,  zdjął  płaszcz,  spodnie  i  majtki  i  połoŜył  je  na  krześle.  Potem  zgasił  światło, 

usiadł na łóŜku i ściągnął skarpetki. Jego stopy były duŜe, białe i wilgotne. Siedział, patrząc 

na dwa białe kształty, które tworzyły na podłodze. 

- No, chodź! Pospiesz się - powiedziała trącając go kolanem w plecy. 

Odpiął  guziki  koszuli,  zdjął  ją,  wytarł  nią  sobie  twarz,  po  czym  rzucił  na  podłogę. 

Potem wsunął nogi pod kołdrę obok dziewczyny i siedział tak, jakby próbował sobie jeszcze o 

czymś przypomnieć. 

Oddychała bardzo szybko. 

- Zdejm kapelusz, królu dŜungli - powiedziała niskim, gburowatym głosem i sięgając 

ręką do jego głowy, złapała od tyłu kapelusz i rzuciła go przez pokój w ciemność. 

Rozdział XI 

Następnego  ranka  około  południa  postać  w  długim,  czarnym  płaszczu 

przeciwdeszczowym  i  lekkim  kapeluszu  naciągniętym  głęboko  na  twarz  z  rondem 

nachylonym w dół tak, Ŝe dotykało niemal postawionego kołnierza, przemykała szybko przez 

ciemne  uliczki,  tuŜ  pod  ścianami  budynków.  Osoba  ta  niosła  jakiś  pakunek  wielkości  mniej 

więcej  niemowlęcia,  zawinięty  w  gazety  i  ciemną  parasolkę,  poniewaŜ  niebo  miało 

niewyraźny, cierpki szary kolor, jak grzbiet starego kozła. Człowiek ten miał na nosie ciemne 

okulary  i  czarną  brodę,  która,  jak  rozpoznałby  kaŜdy  uwaŜny  obserwator,  nie  była  jego 

naturalnym  zarostem.  Przypięta  była  do  kapelusza  z  obu  stron  szpilkami.  Parasolka  ciągle 

wyślizgiwała  mu  się  spod  pachy  i  plątała  pod  nogami,  jakby  chciała  go  powstrzymać  przed 

spełnieniem jakiegoś zamiaru. 

background image

Nie  minął  jeszcze  jednego  budynku,  kiedy  na  chodniku  zaczęły  się  rozpryskiwać 

ogromne  krople  koloru  kitu,  a  nad  głową  rozległ  się  nieprzyjemny  pomruk.  Zaczął  biec, 

ś

ciskając zawiniątko w jednej ręce, a parasolkę w drugiej. Po chwili, gdy burza dogoniła go, 

schował się pomiędzy dwoma oknami wystawowymi drogerii, w wejściu wyłoŜonym biało - 

niebieskimi  płytkami.  Uchylił  nieco  ciemne  okulary.  Blade  oczy,  które  znad  nich  spojrzały, 

naleŜały do Enocha Emery'ego. Był właśnie w drodze do Hazela Motesa. 

Nigdy wcześniej go nie odwiedzał, ale instynkt, który go prowadził, był bardzo pewny 

siebie. W zawiniątku było to, co pokazał Haze'owi w muzeum. Ukradł to poprzedniego dnia. 

Przyciemnił sobie twarz i ręce brązową pastą do butów, tak Ŝe gdyby ktoś widział go 

w  akcji,  wziąłby  go  za  kolorowego.  Potem  wślizgnął  się  do  muzeum,  kiedy  straŜnik  spał,  i 

rozbił  szklaną  gablotę  kluczem  nasadowym,  który  poŜyczył  od  swojej  gospodyni.  Potem 

pocąc się i trzęsąc, wyciągnął skurczonego człowieka, wepchnął go do papierowego worka i 

przekradł się z powrotem koło straŜnika, który nadal spał. 

Jak tylko znalazł się na zewnątrz, zdał sobie sprawę, Ŝe poniewaŜ nikt go nie widział, 

nikt  teŜ  nie  będzie  mógł  pomyśleć,  Ŝe  zrobił  to  kolorowy,  więc  on  stanie  się  natychmiast 

podejrzany i będzie musiał zmienić wygląd. Dlatego teŜ przypiął sobie czarną brodę i załoŜył 

czarne okulary. 

Kiedy wrócił do swojego pokoju, wyjął nowego Jezusa z worka i nie śmiąc na niego 

spojrzeć, złoŜył go w złoconej szafce. Potem usiadł na brzegu łóŜka i czekał. Czekał, aŜ coś 

się stanie, lecz nie wiedział co. Czuł, Ŝe coś ma się stać i całym sobą tego oczekiwał. Sądził, 

Ŝ

e  będzie  to  jeden  ze  wznioślejszych  momentów  w  jego  Ŝyciu,  ale  poza  tym,  nie  miał 

najmniejszego pojęcia, co to moŜe być. WyobraŜał sobie, Ŝe kiedy będzie juŜ po wszystkim, 

stanie się zupełnie innym człowiekiem, lepszym nawet niŜ dotąd. Siedział tak przez piętnaście 

minut i nic się nie wydarzyło. 

Posiedział jeszcze pięć minut. 

Potem  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  to  on  musi  zrobić  pierwszy  krok.  Wstał,  podszedł  na 

palcach do półki i kucnął przy drzwiczkach. Uchylił je i popatrzył przez szczelinę. Następnie 

powoli rozchylił ją szerzej i włoŜył głowę do tabernaculum. 

Minął jakiś czas. 

Dla kogoś, kto patrzyłby na niego od tyłu, widoczne byłyby tylko podeszwy jego stóp 

i  wygięte  siedzenie.  W  pokoju  panowała  absolutna  cisza.  Nawet  z  ulicy  nie  dobiegał  Ŝaden 

dźwięk.  Wszechświat  mógłby  przestać  istnieć.  Nie  podskoczyła  nawet  pchła.  Potem  bez 

Ŝ

adnego uprzedzenia wydobyło się z szafki głośne jak wybuch kichnięcie, towarzyszący mu 

odgłos uderzenia i rozpryskującej się cieczy. Enoch cofnął się, trzymając się za twarz i głowę. 

background image

Siedział przez kilka minut na podłodze w pozie, która wyraŜała całkowitą dezorientację. Jego 

pierwszą  myślą  było,  Ŝe  to  kichnął  skurczony  człowiek,  ale  po  chwili  zauwaŜył,  w  jakim 

stanie  jest  jego  nos.  Wytarł  go  rękawem,  a  potem  siedział  jeszcze  jakiś  czas  na  podłodze. 

Wyraz jego twarzy wskazywał na to, Ŝe objawia mu się powoli jakaś głęboka, nieprzyjemna 

myśl. Po chwili kopnął drzwi arki i zatrzasnął je przed nosem nowego Jezusa, a potem wstał i 

zaczął jeść bardzo szybko tabliczkę czekolady. Jadł ją tak, jakby miał coś przeciwko niej. 

Następnego  ranka  obudził  się  dopiero  o  dziesiątej  i  wyruszył,  aby  szukać  Hazela 

Motesa.  Pamiętał  adres,  który  mu  dała  Sabbath  Hawks  i  tam  właśnie  prowadził  go  instynkt. 

Był  bardzo  zły  i  niezadowolony  z  tego,  Ŝe  musi  spędzić  w  ten  sposób  swój  wolny  od  pracy 

dzień, ale chciał pozbyć się nowego Jezusa, tak aby policja, jeŜeli miałaby kogoś aresztować 

za  kradzieŜ,  aresztowała  nie  jego,  a  Hazela  Motesa.  Nie  mógł  w  ogóle  zrozumieć,  dlaczego 

zdecydował  się  zaryzykować  własną  skórę  za  martwego  połmurzyńskiego  karła,  który  nie 

zrobił  nic  oprócz  tego,  Ŝe  dał  się  zabalsamować,  a  potem  leŜał,  śmierdząc  w  muzeum  przez 

resztę Ŝycia. Nie mieściło mu się to po prostu w głowie. Miał zdecydowanie zły humor. Jeśli 

chodzi o niego, to było mu bez róŜnicy, ten Jezus był równie zły jak kaŜdy inny. 

Stojąc w wejściu do drogerii i próbując otworzyć poŜyczoną od gospodyni parasolkę, 

odkrył, Ŝe była ona równie stara jak jej właścicielka. Kiedy wreszcie mu się to udało, zsunął 

swe ciemne okulary z powrotem na oczy i wszedł w ulewę. 

Gospodyni  przestała  uŜywać  tej  parasolki  piętnaście  lat  temu  (co  było  jedynym 

powodem,  dla  którego  mu  ją  poŜyczyła)  i  jak  tylko  spadły  na  nią  pierwsze  krople  deszczu, 

złoŜyła  się  z  trzaskiem,  wbijając  mu  pręty  w  kark.  Przebiegł  kilka  stóp,  trzymając  ją  nad 

głową, a potem schował się do najbliŜszego sklepu, Ŝeby się od niej uwolnić. Aby otworzyć ją 

znowu, musiał oprzeć jej czubek na chodniku i pomóc sobie nogą. Wybiegł znowu, trzymając 

rękę  wysoko  przy  szprychach,  aby  się  nie  zamknęły,  co  spowodowało,  Ŝe  rzeźbiona  w 

kształcie  głowy  fox  terriera  rączka  wpijała  mu  się  co  chwila  w  Ŝołądek.  Przeszedł  tak  jedną 

czwartą  budynku,  kiedy  tylna  część  materiału  odczepiła  się  od  drutów  i  uniosła  w  górę,  a 

strugi  deszczu  zaczęły  wlewać  mu  się  za  kołnierz.  W  końcu  wskoczył  pod  dach  kina.  Była 

sobota i przed kasą stały w nieregularnej kolejce dzieci. 

Enoch  nie  przepadał  za  dziećmi,  ale  one  czasami  lubiły  mu  się  przyglądać.  Kolejka 

odwróciła  się  i  dziesięć,  czy  piętnaście  par  oczu  zaczęło  go  z  duŜym  zainteresowaniem 

obserwować. Parasolka zacięła się w paskudnej, na wpół otwartej pozycji, a ta połowa, która 

pozostawała  otwarta,  miała  zaraz  opaść  w  dół  i  wlać  mu  za  kołnierz  następną  porcję  wody. 

Kiedy to się stało, dzieci zaczęły się śmiać i podskakiwać. Enoch popatrzył na nie ze złością, 

odwrócił się do nich plecami i odchylił swoje ciemne okulary.  Zorientował się, Ŝe ma przed 

background image

sobą  pokolorowane  zdjęcie  goryla  naturalnej  wielkości.  Nad  głową  zwierzęcia  widniał 

czerwony  napis:  GONGA!  Gigantyczny  Władca  DŜungli  oraz  Wielka  Gwiazda,  TUTAJ,  WE 

WŁASNEJ  OSOBIE!!!  Na  poziomie  kolan  goryla  był  jeszcze  jeden  napis,  który  mówił. 

DZISIAJ  Gonga  pojawi  się  osobiście  przed  kinem  o  12.00!  Wolny  wstęp  dla  pierwszych 

dziesięciu śmiałków, którzy wystąpią i uścisną mu rękę! 

W momencie, gdy Los wyciągał nogę, aby go kopnąć, Enoch zwykle myślał o czymś 

zupełnie  innym.  Kiedy  miał  cztery  lata,  jego  ojciec  przyniósł  mu  z  więzienia  blaszane 

pudełko.  Na  pomarańczowym  tle  namalowane  były  rozsypane  orzeszki  i  zielony  napis 

ORZECHOWA  NIESPODZIANKA!  Kiedy  Enoch  je  otworzył,  wyskoczyła  mu  prosto  w 

twarz  stalowa  spręŜyna  i  złamała  końcówki  dwóch  przednich  zębów.  Jego  Ŝycie  pełne  było 

takich  incydentów.  Wydawało  się,  Ŝe  powinien  lepiej  wyczuwać  chwile  zbliŜającego  się 

niebezpieczeństwa.  Przeczytał  cały  plakat  uwaŜnie  dwa  razy.  W  jego  mniemaniu  okazja,  by 

obrazić  małpę,  nadarzyła  mu  się  za  sprawą  Opatrzności.  Nagle  odzyskał  cały  szacunek  dla 

nowego Jezusa. Zrozumiał, Ŝe będzie mimo wszystko nagrodzony i doświadczy tej wzniosłej 

chwili, której oczekiwał. 

Odwrócił  się  i  zapytał  najbliŜszego  dziecka,  która  jest  godzina.  Dziecko 

odpowiedziało, Ŝe jest dwunasta dziesięć i Ŝe Gonga jest juŜ dziesięć minut spóźniony.  Inne 

dziecko  dodało,  Ŝe  być  moŜe  przeszkodził  mu  deszcz.  Inne  jeszcze  powiedziało,  Ŝe  to  nie z 

powodu  deszczu,  ale  dlatego,  Ŝe  jego  reŜyser  przylatuje  z  Hollywood.  Enoch  zacisnął  zęby. 

Pierwsze dziecko poinformowało go, Ŝe jeŜeli chce uścisnąć rękę gwiazdy, to musi stanąć w 

kolejce, jak oni wszyscy i czekać. Enoch ustawił się w kolejce. Jakieś dziecko zapytało go, ile 

ma  lat.  Inne  zauwaŜyło,  Ŝe  ma  śmieszne  zęby.  Starał  się  to  wszystko  zignorować  i  zaczął 

poprawiać parasolkę. 

Po  kilku  minutach  zza  rogu  wyjechała  czarna  cięŜarówka  i  skierowała  się  wolno  w 

stronę kina. Enoch wsadził parasolkę pod pachę i próbował coś dojrzeć przez ciemne okulary. 

Kiedy  cięŜarówka  zbliŜyła  się,  z  gramofonu  w  przyczepie  zaczęła  dobiegać  melodia  Tarara 

Boom  Di  Aye,  ale  muzyka  prawie  zupełnie  tonęła  w  odgłosach  deszczu.  Na  przyczepie 

samochodu przyklejono duŜą ilustrację blondynki, która reklamowała jakiś inny film. 

Kiedy samochód zatrzymał się przed kinem, dzieci pilnowały uwaŜnie kolejki. Drzwi 

przyczepy były okratowane i przypominały drzwi wagonu dla bydła, ale małpy przy nich nie 

było. Z kabiny wyszli klnąc dwaj męŜczyźni w płaszczach przeciwdeszczowych, podbiegli do 

tyłu  cięŜarówki  i  otworzyli  drzwi.  Jeden  z  nich  wsadził  głowę  do  środka  i  powiedział:  -  W 

porządku, pospiesz się, dobra? Drugi pogroził dzieciom palcem i powiedział: - Odsuńcie się, 

no, odsuńcie się. 

background image

Ze środka samochodu rozległ się głos nagrany na płycie: „Ludzie, oto Gonga, Ryczący 

Gonga,  Wielka  Gwiazda!  Mocno  mu  uściśnijcie  dłoń!”  W  deszczu  głos  brzmiał  prawie  jak 

mamrotanie. 

MęŜczyzna, który czekał przy drzwiach cięŜarówki, wsunął znów głowę do środka. 

- Dobra, wychodzisz? - zapytał. 

Gdzieś  w  środku  przyczepy  rozległo  się  cięŜkie  stąpnięcie.  Po  chwili  wyłoniła  się 

ciemna futrzana ręka, poczuła deszcz i cofnęła się. 

-  Niech  to  diabli!  -  powiedział  męŜczyzna  stojący  pod  daszkiem.  Zdjął  swój  płaszcz 

przeciwdeszczowy  i  rzucił  koledze,  który  złapał  go  i  wsunął  do  środka  przyczepy.  Po 

następnych  dwóch,  trzech  minutach  goryl  pojawił  się  w  drzwiach  w  płaszczu  zapiętym  pod 

szyję,  z  postawionym  kołnierzem.  Na  szyi  miał  Ŝelazny  łańcuch.  MęŜczyzna  chwycił  za 

niego,  ściągnął  zwierzę  na  dół  i  obydwaj  wpadli  pod  daszek  kina.  Kobieta  o  matczynym 

wyglądzie  przygotowywała  w  okienku  kasowym  bilety  wolnego  wstępu  dla  pierwszych 

dziesięciorga dzieci, które odwaŜą się uścisnąć rękę małpie. 

Goryl  zupełnie  zignorował  zebranych  i  poszedł  za  męŜczyzną  w  stronę  małej 

platformy  wzniesionej  około  stopy  nad  ziemią.  Wkroczył  na  nią,  odwrócił  się  przodem  do 

dzieci  i  zaczął  pomrukiwać.  Jego  pomruki  były  nie  tyle  głośne  co  złowrogie;  zdawały  się 

wydobywać z głębi jakiegoś czarnego serca. Enoch był przeraŜony i gdyby nie to, Ŝe otaczały 

go dzieci, natychmiast by uciekł. 

- Kto pierwszy? - zapytał męŜczyzna. - No dalej, dalej, kto wystąpi pierwszy? Wolny 

wstęp dla pierwszego chętnego! 

ś

adne z dzieci się nie poruszyło. MęŜczyzna popatrzył na nie ze złością. 

-  Co  się  z  wami  dzieje,  dzieciaki?  -  warknął.  Macie  stracha?  Nic  wam  nie  zrobi, 

dopóki trzymam go za ten łańcuch. 

Zacisnął uścisk na łańcuchu i potrząsnął nim, aby im pokazać, Ŝe trzyma go pewnie. 

Po chwili od grupy oddzieliła się mała dziewczynka. Miała długie loki jak drewniane 

wióry i zaciętą, trójkątną twarz. Zatrzymała się w odległości czterech stóp od gwiazdora. 

- Dobrze, dobrze - powiedział męŜczyzna brzęcząc łańcuchem - pospiesz się. 

Małpa  wyciągnęła  rękę  i  szybko  uścisnęła  dłoń  dziecka.  Do  tego  czasu  inna 

dziewczynka  była  juŜ  gotowa,  a  potem  dwóch  chłopców.  Kolejka  zmieniła  kształt  i  zaczęła 

się posuwać do przodu. 

Goryl trzymał wyciągniętą przed siebie rękę, a głowę odwrócił w stronę okna i patrzył 

znudzonym  wzrokiem  na  deszcz.  Enoch  przezwycięŜył  strach  i  gorączkowo  próbował 

wymyślić jakąś obsceniczną uwagę, którą mógłby go obrazić. Zwykle nie miewał kłopotów z 

background image

tego rodzaju zadaniem, ale teraz nic mu nie przychodziło do głowy. Jego mózg, obydwie jego 

części,  były  zupełnie  puste.  Nie  mógł  sobie  nawet  przypomnieć  obraźliwych  zwrotów, 

których uŜywał na co dzień. 

Przed  nim  stało  juŜ  tylko  dwoje  dzieci.  Pierwsze  uścisnęło  rękę  i  odeszło  na  bok. 

Serce  Enocha  biło  gwałtownie.  Ostatnie  dziecko  skończyło,  odeszło  na  bok  i  zostawiło  go 

twarzą w twarz z małpą, która automatycznym ruchem chwyciła jego dłoń. 

Była to pierwsza ręka wyciągnięta do Enocha, odkąd przyjechał do miasta. Była ciepła 

i miękka. 

Przez chwilę stał bez ruchu, trzymając ją w uścisku. Potem zaczął się jąkać. 

- Nazywam się Enoch Emery - wybełkotał. - Uczęszczałem do Rodemill's Boys' Bible 

Academy.  Pracuję  w  zoo.  Widziałem  dwa  twoje  filmy.  Mam  tylko  osiemnaście  lat,  ale 

dostałem juŜ państwową posadę. Mój tata kazał mi przy... - I głos mu się załamał. 

Gwiazdor nachylił się lekko do przodu i w jego oczach zaszła zmiana. Nieprzyjemna 

para  ludzkich  oczu  podsunęła  się  bliŜej  i  spróbowała  dojrzeć  coś  przez  celuloidowe  oczy 

goryla. 

- Idź do diabła - rozległ się gburowaty głos zza kostiumu małpy, nisko ale wyraźnie i 

ręka została odpechnięta. 

Upokorzenie  Enocha  było  tak  dotkliwe  i  bolesne,  Ŝe  obrócił  się  trzy  razy,  zanim 

doszło do niego, w którą stronę ma iść. Potem pobiegł w deszcz tak szybko, jak tylko potrafił. 

Zanim  dotarł  do  domu  Sabbath  Hawks,  on  i  jego  zawiniątko  byli  zupełnie 

przemoczeni. Trzymał je w stalowym uścisku, ale pragnął tylko się go pozbyć i nigdy więcej 

go nie oglądać. Gospodyni Haze'a stała na ganku, patrząc z nieufnością na burzę. Dowiedział 

się  od  niej,  gdzie  mieszka  Haze  i  wszedł  na  górę  do  jego  pokoju.  Drzwi  były  uchylone, 

wsadził  więc  głowę  w  szczelinę.  Haze  leŜał  na  łóŜku  ze  szmatą  na  oczach,  połowa  jego 

twarzy,  która  była  widoczna,  miała  odcień  popielaty  i  jakby  krzywiła  się  w  grymasie 

nieustającego  bólu.  Sabbath  Hawks  siedziała  przy  stole  pod  oknem,  przeglądając  się  w 

kieszonkowym  lusterku.  Kiedy  Enoch  poskrobał  w  ścianę,  podniosła  wzrok.  OdłoŜyła 

lusterko, wyszła na palcach na korytarz i zamknęła za sobą drzwi. 

- Mój męŜczyzna źle się dzisiaj czuje i śpi, bo w ogóle nie spał ostatniej nocy. Czego 

chcesz? - zapytała. 

- To dla niego, nie dla ciebie - powiedział Enoch, podając jej mokre zawiniątko. - Dał 

mi to jego przyjaciel, Ŝebym mu zaniósł. Nie wiem, co jest w środku. 

- Zaopiekuję się tym. Nie przejmuj się. 

background image

Enoch  poczuł  nagłą  potrzebę,  Ŝeby  kogoś  natychmiast  obrazić.  Tylko  to  mogło  jego 

uczuciom przynieść choćby chwilową ulgę. 

- Nigdy nie myślałem, Ŝe będzie miał coś z tobą wspólnego - odezwał się, rzucając jej 

jedno ze swoich specjalnych spojrzeń. 

- Nie mógł przestać za mną chodzić - powiedziała. - Czasami tak juŜ z nimi jest. Nie 

wiesz, co jest w tym pakunku? 

- PoŜywka dla ciekawskich - powiedział. - Daj mu to tylko, a on juŜ będzie wiedział, 

co to jest i moŜesz mu powiedzieć, Ŝe jestem zadowolony, Ŝe się tego pozbyłem. 

Ruszył  w  dół  po  schodach,  ale  w  połowie  drogi  odwrócił  się  i  posłał  jej  następne 

specjalne, spojrzenie. 

- Rozumiem, dlaczego on musi sobie zakładać szmatę na oczy - powiedział. 

- Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy. Nikt cię o nic nie pytał. 

Kiedy  usłyszała,  jak  zatrzaskują  się  za  nim  drzwi  wejściowe,  zaczęła  oglądać 

zawiniątko ze wszystkich stron. Nic nie wskazywało na to, co moŜe być w środku. Było zbyt 

cięŜkie  jak  na  ubrania  i  za  lekkie  jak  na  jakieś  urządzenie.  Wyrwała  dziurę  w  papierze  w 

jednym  końcu  i  zobaczyła  coś,  co  wyglądało  jak  pięć  suszonych  orzeszków  ziemnych 

ustawionych  w  rządku.  W  korytarzu  było  zbyt  ciemno,  Ŝeby  mogła  się  im  dokładnie 

przyjrzeć, więc postanowiła zanieść pakunek do łazienki, gdzie było lepsze światło i otworzyć 

go, zanim odda Haze'owi. Jeśli był tak chory jak mówił, nie będzie chciał sobie przeszkadzać 

Ŝ

adną paczką. 

Wcześnie  rano  powiedział,  Ŝe  czuje  okropny  ból  w  klatce  piersiowej.  W nocy  zaczął 

kaszleć twardym, suchym kaszlem, który brzmiał jak wymuszony w miarę, jak się przedłuŜał. 

Była pewna, Ŝe chce tylko ją odstraszyć od siebie, dając jej do zrozumienia, Ŝe jest zaraźliwie 

chory. 

- Nie jest wcale chory - mówiła idąc korytarzem. - Po prostu jeszcze się do mnie nie 

przyzwyczaił.  -  Weszła  do  łazienki  i  usiadła  na  brzegu  ogromnej  zielonej  wanny  ó  ostro 

zakończonych nogach i rozerwała sznurek, którym zawiązana była paczka. - Ale przyzwyczai 

się  do  mnie  -  mruknęła.  Odwinęła  mokry  papier,  upuściła  go  na  podłogę,  a  potem  siedziała 

oniemiała, patrząc na to, co leŜało na jej kolanach. 

Dwa  dni  poza  szklanym  pojemnikiem  nie  posłuŜyły  nowemu  Jezusowi.  Jedną  stronę 

twarzy  miał  częściowo  zmiaŜdŜoną,  jedna  powieka  pękła  i  wydobywał  się  spod  niej  blady 

pył. Przez chwilę jej twarz nie wyraŜała niczego, jakby nie wiedziała, co o nim myśleć lub po 

prostu  nie  myślała  nic.  Siedziała  tak  moŜe  przez  dziesięć  minut,  bez  Ŝadnej  myśli, 

zaabsorbowana czymś znajomym, co w nim dostrzegła. Nigdy wcześniej nie widziała nikogo, 

background image

kto  by  tak  wyglądał,  ale  było  w  nim  coś  z  kaŜdego,  kogo  znała,  jakby  wszyscy  ludzie 

wtłoczeni zostali w tę jedną osobę, zabici, skurczeni i wysuszeni. 

Uniosła go w górę, zaczęła go oglądać i po chwili jej ręce przyzwyczaiły się do dotyku 

jego  skóry.  Włosy  mu  się  potargały  w  niektórych  miejscach,  więc  mu  je  przygładziła, 

trzymając go w ramionach, a na jej twarzy pojawiło się lekkie odbicie tego samego uśmiechu. 

- No, muszę powiedzieć - odezwała się - Ŝe wyglądasz całkiem ładnie. 

Jego głowa mieściła się dokładnie w zgięciu jej ramienia. 

- Gdzie twoja mama i tata? - zapytała. 

Odpowiedź przyszła jej od razu do głowy. Wydała z siebie krótki, nieznaczny okrzyk i 

siedziała uśmiechnięta z wyrazem zadowolenia w oczach. 

- No, chodźmy, zrobimy mu niezłą niespodziankę - powiedziała po chwili. 

Hazę obudził się, gdy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za Enochem Emerym. Podniósł 

się i widząc, Ŝe jej nie ma w pokoju, zaczął się ubierać. Myślał tylko o jednym, i pomysł ten, 

jak  myśl  o  kupieniu  samochodu,  przyszedł  mu  do  głowy  podczas  snu,  bez  Ŝadnego 

uprzedzenia.  Chciał  przenieść  się  natychmiast  do  innego  miasta  i  głosić  Kościół  Bez 

Chrystusa tam, gdzie nikt jeszcze o nim nie słyszał. Znajdzie tam nowy pokój i nową kobietę i 

zacznie  od  początku,  nic  myśląc  o  niczym.  Będzie  to  moŜliwe  tylko  dzięki  posiadaniu 

samochodu,  czegoś,  co  dowiezie  go  szybko  do  miejsca,  w  którym  chce  się  znaleźć,  nie 

naraŜając  go  przy  tym  na  kontakt  z  innymi  ludźmi.  Spojrzał  przez  okno  na  swojego  essexa. 

Stał  w  deszczu  wysoki  i  kwadratowy.  Haze  nie  zauwaŜał  deszczu,  widział  tylko  samochód. 

Gdyby  ktoś  go  zapytał,  czy  pada,  nie.  byłby  w  stanie  odpowiedzieć.  Naładowany  energią, 

odszedł od okna i skończył się ubierać. Wcześnie rano, zaraz po obudzeniu się, poczuł, Ŝe coś 

zjada  go  od  środka.  Wydawało  się,  Ŝe  jego  pierś  przez  noc  opustoszała  i  teraz  zieje  pustką. 

Słyszał  swój  kaszel  dobiegający  jakby  z  oddali.  Po  chwili  ponownie  dał  się  wessać  w 

obezwładniający sen, ale niebawem obudził się juŜ z nowym planem i energią, by go od razu 

przeprowadzić. 

Złapał  worek  jutowy  spod  stołu  i zaczął  wrzucać  do  niego  resztę  swoich  rzeczy.  Nie 

miał ich zbyt wiele, a jedna czwarta tego, co miał, była juŜ w worku. Podczas pakowania ręka 

Haze'a nie natrafiła na Biblię, która tkwiła jak skała na dnie worka przez ostatnie kilka lat, ale 

kiedy  próbował  wygospodarować  miejsce  na  swoje  zapasowe  buty,  jego  palce  zacisnęły  się 

na  małym,  podłuŜnym  przedmiocie.  Wyciągnął  go.  Był  to  futerał  z  okularami  jego  matki. 

Zapomniał o tym, Ŝe ma okulary. Kiedy je załoŜył, ściana naprzeciwko niego przysunęła się i 

zachwiała.  Podszedł  do  małego  lusterka  w  białych  ramkach,  które  wisiało  na  drzwiach  i 

przyjrzał  się  swemu  odbiciu.  Jego  rozmazana  twarz,  pokryta  głębokimi,  nieregularnymi 

background image

zmarszczkami  pociemniała  z  podniecenia.  Małe  okulary  w  srebrnych  oprawkach  dodawały 

rysom jego twarzy ostrości i przekory, jakby ukrywał pod nimi jakiś niecny plan, który jego 

nagie  oczy,  pozbawione  zasłony  okularów  mogłyby  zdradzić.  Zaczął  nerwowo  strzelać 

palcami  i  zapomniał,  co  właściwie  miał  zrobić.  Kiedy  spojrzał  na  swoją  twarz  w  lustrze, 

zobaczył  tam  odbicie  twarzy  swojej  matki.  Odsunął  się  szybko  i  podniósł  rękę,  aby  zdjąć 

okulary,  a  wtedy  drzwi  się  otworzyły  i  w  jego  polu  widzenia  pojawiły  się  dwie  kolejne 

twarze. 

- Nazywaj mnie teraz mamą - powiedziała jedna z nich. 

Haze stał bez ruchu, z jedną ręką przy okularach, a drugą zawieszoną w powietrzu na 

wysokości  klatki  piersiowej.  Głowę  miał  wysuniętą  do  przodu,  jakby  musiał  uŜyć  całej 

twarzy, aby coś zobaczyć. Dzieliły go od tej osoby jakieś cztery stopy, a jemu się zdawało, Ŝe 

stoi tuŜ przed jego nosem. 

-  Zapytaj  twojego  tatusia,  gdzie  ucieka  taki  chory?  -  powiedziała  Sabbath.  -  Zapytaj 

go, czy ma zamiar wziąć nas ze sobą. 

Ręka,  która  zwisała  w  powietrzu,  szarpnęła  się  w  stronę  patrzącej  twarzy,  nie 

dotykając  jej  jednak.  Wyciągnęła  się  znowu  powoli  i  znów  nie  złapała  za  nic,  a  potem 

gwałtownie wyrwała do przodu, chwyciła pomarszczone ciało i rzuciła nim o ścianę. Głowa 

pękła z trzaskiem i wydobył się z niej obłoczek pyłu. 

- Zniszczyłeś go! - krzyknęła Sabbath. - On był mój! 

Haze  chwycił  skórę  z  podłogi.  Otworzył  tylne  drzwi,  tam,  gdzie,  jak  mówiła 

gospodyni,  było  kiedyś  wyjście  ewakuacyjne  i  wyrzucił  przez  nie  to,  co  trzymał  w  ręku. 

Kiedy  krople  deszczu  uderzyły  go  w  twarz,  odskoczył  i  stanął,  patrząc  zaciekawiony  na 

dziewczynę, jakby przygotowywał się do ciosu. 

- Nie musiałeś go wyrzucać. Ja bym go naprawiła! - krzyknęła. 

Podszedł bliŜej i otworzywszy szerzej drzwi, zaczął wpatrywać się w szary, zamazany 

deszczem  obraz  przed  sobą.  Krople  uderzały  z  pluskiem  o  kapelusz,  jak  gdyby  spadały  na 

blachę. 

-  Kiedy  cię  pierwszy  raz  zobaczyłam,  wiedziałam  od  razu,  Ŝe  jesteś  podły  i  zły  - 

dobiegł  go  rozwścieczony  głos  zza  pleców.  -  Wiedziałam,  Ŝe  nic  potrafisz  dawać. 

Wiedziałam, Ŝe jesteś wystarczająco podły, Ŝeby rozbić dziecko o ścianę. Wiedziałam, Ŝe nie 

chcesz odczuwać radości i Ŝe nie pozwolisz nikomu jej odczuwać, bo ty chcesz tylko Jezusa! 

Odwrócił się i podniósł ze złością rękę, prawie tracąc równowagę. Błyszczące krople 

deszczu spływały z ronda kapelusza, z okularów i jego czerwonej twarzy. 

- Chcę tylko prawdy! - krzyknął. - A to, co widzisz, jest prawdą i ja ją poznałem. 

background image

- Pastorska gadanina - powiedziała. - Gdzie chciałeś uciec? 

- Poznałem całą prawdę, jaka istnieje! - krzyknął. 

- Dokąd chciałeś uciekać? 

-  Do  jakiegoś  innego  miasta,  Ŝeby  tam  głosić  prawdę.  Kościół  Bez  Chrystusa!  Mam 

samochód,  którym  mogę  tam  pojechać,  mam...  -  zaczął  mówić  podniesionym,  szorstkim 

głosem, ale przerwał mu kaszel. Przypominało to nie tyle kaszel, co wołanie o pomoc z dna 

kanionu. Purpurowy kolor stopniowo wypłukiwał się z jego twarzy, aŜ w końcu stała się tak 

bezbarwna i chłodna, jak deszcz padający za jego plecami. 

- Kiedy chciałeś jechać? - zapytała. 

-  Jak  tylko  się  trochę  prześpię  -  powiedział,  po  czym  ściągnął  okulary  i  wyrzucił  je 

przez drzwi na zewnątrz. 

- Nie będziesz juŜ spać - powiedziała. 

Rozdział XII 

Mimo woli Enoch nie mógł pozbyć się nadziei, Ŝe nowy Jezus zrobi coś dla niego w 

zamian  za  jego  przysługę.  Była  to  cnota  Nadziei,  która  składała  się  u  Enocha  w  dwóch 

trzecich z podejrzliwości i w jednej z poŜądania. Miała go w swojej mocy przez resztę dnia, 

kiedy  opuścił  Sabbath  Hawks.  Miał  tylko  niejasne  wyobraŜenie  o  tym,  jak  chciałby  zostać 

nagrodzony,  lecz  nie  był  chłopcem  bez  ambicji:  chciał  zostać  kimś.  Chciał  polepszyć  swoją 

sytuację  tak,  jak  to  tylko  moŜliwe.  Chciał  być  KIMŚ,  do  kogo  naleŜy  przyszłość,  tak  jak  ci 

młodzi chłopcy w reklamach ubezpieczeniowych. Chciał pewnego dnia  ujrzeć kolejkę ludzi, 

którzy czekają, aby uścisnąć mu dłoń. 

Cały dzień nie mógł sobie znaleźć miejsca, chodził po pokoju, obgryzając paznokcie i 

skubiąc materiał, jaki pozostał z parasolki gospodyni. W końcu ogołocił ją zupełnie i wyłamał 

druty.  Pozostał  z  niej  tylko  czarny  kij  zakończony  z  jednej  strony  stalowym  ostrzem,  a  z 

drugiej głową psa. Mógłby słuŜyć jako narzędzie specjalnych tortur, które wyszły juŜ z mody. 

Enoch  chodził  w  tę  i  z  powrotem  po  pokoju,  trzymając  parasol  pod  pachą.  Zdawał  sobie 

sprawę, Ŝe na ulicy przyciągałby uwagę przechodniów. 

Około  siódmej  po  południu  załoŜył  płaszcz,  wziął  kij  i  skierował  się  w  stronę 

pobliskiej  restauracji.  Miał  przeczucie,  Ŝe  czekają  go  jakieś  wyróŜnienia,  ale  był  bardzo 

background image

zdenerwowany,  jakby  obawiał  się,  Ŝe  będzie  musiał  walczyć  o  nie,  zamiast  je  po  prostu 

otrzymać. 

Nigdy  nie  wyruszał  w  drogę  nie  zjadłszy  czegoś  wcześniej.  Restauracja  w  kształcie 

tunelu o szerokości około sześciu stóp, nazywała się „Paris Diner” i połoŜona była pomiędzy 

salonem do czyszczenia butów a pralnią chemiczną. Enoch wślizgnął się do wnętrza, wdrapał 

na  najdalsze  krzesło  przy  ladzie  i  poprosił  o  talerz  zupy  grochowej  i  czekoladowy  mroŜony 

krem. 

Kelnerka była wysoką kobietą o duŜej Ŝółtej sztucznej szczęce i włosach tego samego 

koloru  spiętych  pod  siatką.  Jedną  rękę  trzymała  ciągle  na  biodrze,  a  drugą  wypełniała 

zamówienia. ChociaŜ Enoch przychodził co wieczór, nigdy nie nauczyła się go lubić. 

Zamiast  zrealizować  jego  zamówienie,  zaczęła  smaŜyć  bekon.  Poza  nim  był  tylko 

jeden  klient,  który  skończył  juŜ  jeść  i  zaczął  czytać  gazetę,  więc  ten  bekon  musiał  być  dla 

niej. Enoch wychylił się przez ladę i wbił jej kij w biodro. 

- Słuchaj - powiedział. - Zaraz muszę iść. Spieszę się. 

- To idź - odparła. Zaczęła poruszać szczęką i wpatrywać się z uwagą w rondel. 

-  Daj  mi  w  takim  razie  kawałek  tego  ciasta  -  poprosił  patrząc  na  połówkę  Ŝółto  - 

róŜowego  ciasta na szklanej tacy. - Mam  coś do  załatwienia. Muszę zaraz iść. PołóŜ je koło 

niego  -  dodał,  wskazując  na  męŜczyznę.  Prześlizgnął  się  między  krzesłami,  przysiadł  się  do 

jego stolika i zaczął czytać wierzchnią stronę jego gazety. 

Ten odchylił ją i spojrzał na niego. Enoch uśmiechnął się. MęŜczyzna znów podniósł 

gazetę. 

- Mógłbym poŜyczyć tę część, której pan nie czyta? - zapytał Enoch. 

MęŜczyzna  spojrzał  na  niego  znad  gazety  mętnymi,  zimnymi  oczami.  Przerzucił 

wzrokiem  jej  strony,  ostentacyjnie  wytrząsnął  tę,  na  której  były  komiksy,  i  podał  ją 

Enochowi.  Była  to  ulubiona  strona  Enocha.  Czytał  ją  obowiązkowo  codziennie  wieczorem. 

Czytając i jedząc jednocześnie ciastko, które kelnerka wyrzuciła przed nim na ladę jak pocisk, 

czuł jak ogarnia go uczucie przyjemności, odwagi i siły. 

Kiedy  skończył  jedną  stronę,  odwrócił  gazetę  na  drugą  i  zaczął  oglądać  reklamy 

filmów. Przejrzał trzy kolumny nie zatrzymując się, aŜ natrafił na rubrykę, która reklamowała 

Gongę,  Ogromnego  Władcę  DŜungli  i  wymieniała  kina,  w  których  pojawi  się  podczas 

swojego  tournee  oraz  godziny  spektaklu.  Za  pół  godziny  miał  pokazać  się  w  Victory  na 

Pięćdziesiątej Siódmej i to miał być jego ostatni występ w tym mieście. 

Gdyby  ktoś  widział  Enocha  w  chwili,  gdy  to  czytał,  zauwaŜyłby  pewną  zmianę  w 

wyrazie  jego  twarzy.  Jego  oblicze  wciąŜ  jeszcze  lśniło  natchnieniem,  jakie  dała  mu  lektura 

background image

komiksów,  ale  powoli  zaczęło  ono  ustępować  czemuś  innemu:  pierwszym  oznakom 

przebudzenia. 

Kelnerka akurat wtedy odwróciła się, chcąc zobaczyć, czy juŜ sobie poszedł. 

- Co się z tobą dzieje? - zapytała. - Połknąłeś pestkę? 

- Wiem, czego mi potrzeba - mruknął Enoch. 

- Ja teŜ wiem - powiedziała, rzucając mu mroczne spojrzenie. 

Sięgnął po swój kij i połoŜył parę drobnych na ladzie. 

- Idę juŜ. 

- Nie zatrzymuję cię - odpowiedziała. 

- MoŜesz mnie juŜ więcej nie zobaczyć takim, jakim jestem teraz. 

- Będę zadowolona, jak cię w ogóle juŜ nie zobaczę - powiedziała. 

Enoch wyszedł. Był przyjemny, wilgotny wieczór. Na chodnikach błyszczały kałuŜe, a 

zaparowane witryny sklepowe kłuły w oczy wystawioną tandetą. Zniknął w bocznej uliczce i 

zaczął  posuwać  się  ciemnymi  chodnikami,  zatrzymując  się  tylko  raz  czy  dwa  na  rogu,  aby 

rzucić  okiem  we  wszystkich  kierunkach  i  pobiec  dalej.  Victory  była  małym  kinem, 

dopasowanym  do  potrzeb  całej  rodziny  i  kaŜdego  z  jej  członków  z  osobna.  Przeszedł  przez 

oświetloną część miasta, a potem dalej przez wąskie uliczki, aŜ dotarł do dzielnicy handlowej, 

w której znajdowało się kino. Potem zwolnił. Zobaczył je wreszcie przed sobą, błyszczące na 

ciemniejszym  tle  otaczających  go  budynków.  Nie  przeszedł  przez  ulicę,  ale  szedł  w  pewnej 

odległości  od  kina,  wlepiając  wzrok  w  mocno  oświetlony  punkt,  aŜ  znalazł  się  dokładnie 

naprzeciwko i ukrył w wąskiej klatce schodowej, która rozdzielała budynek. 

CięŜarówka,  która  przewoziła  Gongę,  zaparkowana  była  po  drugiej  stronie  ulicy,  a 

gwiazdor stał pod namiotem, ściskając dłoń starszej kobiety. Kiedy odeszła na bok, z kolejki 

wystąpił pan w koszulce polo i energicznie jak sportowiec potrząsnął rękę Gongi. Za nim stał 

mniej  więcej  trzyletni  chłopiec  w  wysokim  kapeluszu  jak  z  westernu,  który  zakrywał  mu 

prawie  pół  twarzy.  Gdy  przyszła  kolej  na  niego,  kolejka  wypchnęła  go  do  przodu.  Enoch 

patrzył na to przez jakiś czas, a jego twarz napełniła się zawiścią. Za małym chłopcem stała 

jakaś pani w szortach, a za nią starszy męŜczyzna, który starał się zwrocie uwagę zebranych, 

podchodząc  do  gwiazdora  tanecznym,  a  nie  jak  wszyscy  inni  dostojnym  krokiem.  Enoch 

nagle  rzucił  się  przez  ulicę  jak  strzała  i  wślizgnął  się  bezgłośnie  na  otwarty  tył  cięŜarówki. 

Gwiazda powróciła do przyczepy, a ludzie tłoczyli się juŜ przy wejściu do teatru. Kierowca i 

mistrz  ceremonii  wsiedli  do  kabiny  i  cięŜarówka  ruszyła  z  łoskotem.  Przemknęła  szybko 

przez ulice miasta i wjechała na autostradę. 

background image

Z  przyczepy  dobiegały  niepokojące  odgłosy,  nie  tego  rodzaju  jednak,  jakie  mógłby 

wydawać normalny goryl. Zagłuszał je szum silnika i jednostajny odgłos kół toczących, się po 

jezdni. Noc była blada i tylko od czasu do czasu ciszę przerywały skargi sowy i przytłumione 

dudnienie pociągu towarowego w oddali. CięŜarówka pędziła przed siebie z duŜą prędkością, 

zanim  nie  pojawił  się  przed  nią  przejazd  kolejowy.  Wtedy  zwolniła  i  kiedy  podskakiwała 

przetaczając  się  po  torach,  spod  klapy  wyślizgnęła  się  postać  męŜczyzny.  Wyskoczył,  omal 

nie upadając, po czym pobiegł kulejąc w stronę pobliskiego lasu. 

Kiedy  znalazł  się  juŜ  w  ciemnościach  sosnowego  zagajnika,  połoŜył  na  ziemi  ostro 

zakończony kij i coś duŜego i bezwładnego, co niósł pod pachą. Zaczął się rozbierać, zwijając 

starannie  i  układając  w  stos  kaŜdą  część  ubrania,  którą  zdjął.  Kiedy  wszystkie  leŜały  juŜ  u 

jego stóp, podniósł kij i zaczął wiercić nim dziurę w ziemi. 

W bladym świetle księŜyca, które prześwitywało przez gałęzie zagajnika i tworzyło na 

dole  jasne  plamy  chwilami  oświetlając  postać,  moŜna  było  poznać,  Ŝe  to  Enoch.  Jego  twarz 

szpeciła szrama ciągnąca się od kącika ust aŜ do obojczyka i siniec pod okiem, który nadawał 

jej przytępiony, posępny wyraz. Nie mogło być nic bardziej złudnego, bo właśnie przeŜywał 

najbardziej intensywne chwile szczęścia. 

Kopał  szybko,  aŜ  zrobił  otwór  o  długości  około  stopy  i  takiej  samej  głębokości. 

Umieścił  w  nim  złoŜone  na  kupę  ubrania  i  stanął  z  boku,  aby  chwilę  odpocząć.  Zakopanie 

ubrań nie było dla niego symbolem uwolnienia się od swojego starego ja; wiedział tytko, Ŝe 

juŜ  ich  nie  będzie  potrzebował.  Jak  tylko  odzyskał  oddech,  zasypał  dołek  i  uklepał  ziemię 

nogami. Robiąc to, odkrył, Ŝe zapomniał zdjąć butów i kiedy skończył, zdjął je i odrzucił od 

siebie. Potem podniósł duŜy przedmiot i potrząsnął nim energicznie. 

W  nikłym  świetle  widać  było,  jak  znika  jedna,  a  potem  druga  chuda  noga,  później 

kolejno obie ręce i w końcu tam, gdzie stał, pojawiła się czarna, cięŜka, kudłata postać. Przez 

chwilę  miała  dwie  głowy,  jedną  jasną,  drugą  ciemną,  ale  po  chwili,  ta  jasna  naciągnęła  na 

siebie  od  tyłu  tę  ciemniejszą  i  naprawiła  błąd.  Następnie  zajął  się  ukrytymi  wiązaniami  i 

wygładzaniem swojego przebrania. 

Przez  moment  stał  bez  ruchu.  W  końcu  zaczął  pomrukiwać,  bić  się  w  pierś, 

podskakiwać, machać rękami i podrzucać głową. Pomruki były najpierw cienkie i niepewne, 

ale  za  chwilę  stały  się  głośniejsze.  Z  kaŜdą  chwilą  stawały  się  coraz  donośniejsze,  głębsze  i 

bardziej  złowrogie,  aŜ  wreszcie  zamilkły.  Wyciągnął  rękę  w  próŜnię,  potrząsnął  nią 

energicznie,  cofnął  ją  i  znów  powtórzył  ten  gest.  Wykonawszy  go  cztery,  czy  pięć  razy, 

podniósł ostro zakończony kij, włoŜył go sobie pod ostrym kątem pod pachę i wyszedł z lasu 

background image

na drogę. śaden goryl w dŜungli afrykańskiej, Kalifornii, czy nawet najlepszym apartamencie 

Nowego Jorku, nie byłby bardziej szczęśliwy niŜ ten, którego Bóg wreszcie nagrodził. 

Kobieta  i  męŜczyzna,  którzy  siedzieli  mocno  objęci  na  kamieniu  niedaleko  drogi 

patrząc  przez  rozległą  dolinę  na  panoramę  miasta  w  oddali,  nie  zauwaŜyli  zbliŜającej  się  do 

nich  włochatej  postaci.  Kominy  i  kwadratowe  dachy  domów  tworzyły  czarną,  nierówną 

ś

cianę na tle jaśniejszego nieba, a  gdzieniegdzie wieŜe wbijały się w  chmury ostrym klinem 

swoich  iglic.  Młody  człowiek  odwrócił  się  akurat  w  porę,  by  zobaczyć  o  kilka  stóp  za  sobą 

wstrętnego, czarnego  goryla z wyciągniętą przez siebie łapą. Zdjął rękę z ramienia kobiety i 

cicho  zniknął  w  lesie.  Ona,  jak  tylko  odwróciła  głowę,  poderwała  się  i  pobiegła  krzycząc 

wzdłuŜ  drogi.  Goryl  stał  jakby  zaskoczony,  a  jego  ręka  opadła.  Usiadł  na  kamieniu,  gdzie 

tamci wcześniej siedzieli i popatrzył przez dolinę na nierówny zarys miasta. 

Rozdział XIII 

Następnego  dnia  wieczorem,  pracując  z  wynajętym  prorokiem  i  Świętym  Kościołem 

Chrystusa  Bez  Chrystusa,  Hoover  Shoats  zarobił  na  czysto  piętnaście  dolarów  i  trzydzieści 

pięć centów. Prorok dostawał za swoje usługi i udostępnienie swojego samochodu trzy dolary 

za  wieczór.  Nazywał  się  Solace  Layfield,  miał  gruźlicę,  Ŝonę  i  sześcioro  dzieci  i  to,  co 

zapracował jako prorok,  wystarczało mu w zupełności. Nigdy nie przyszło mu do głowy, Ŝe 

moŜe to być niebezpieczna praca. Następnej nocy nie zauwaŜył jednak wysokiego samochodu 

w  szczurzym  kolorze  zaparkowanego  przed  jednym  z  pobliskich  domów,  ani  bladej  twarzy, 

obserwującej go z intensywnością, która zwykle oznacza, Ŝe coś musi się stać, niezaleŜnie od 

tego, jakby się chciało temu zapobiec. 

Ta  twarz  obserwowała  go  prawie  przez  godzinę,  kiedy  przemawiał  stojąc  na  masce 

swojego  samochodu,  za  kaŜdym  razem,  kiedy  Hoover  Shoats  dawał  mu  znak,  podnosząc  w 

górę  rękę  z  dwoma  wyciągniętymi  palcami.  Po  zakończeniu  ostatniego  seansu,  kiedy  nie 

mogli  juŜ  pozyskać  Ŝadnych  słuchaczy,  Hoover  zapłacił  mu  i  razem  odjechali  samochodem. 

Minęli  z  dziesięć  domów  i  zatrzymali  się  tam,  gdzie  mieszkał  Hoover.  Pastor  wyskoczył  z 

samochodu,  wołając:  „Do  jutra,  przyjacielu”  i  wszedł  w  ciemny  korytarz,  a  Solace  Layfield 

pojechał  dalej.  Kilka  metrów  za  nim  w  stałej  odległości  podąŜał  wóz  w  szczurzym  kolorze. 

Kierował nim Hazel Motes. 

background image

Obydwa samochody przyspieszyły, a po kilku minutach szybko zaczęły zbliŜać się do 

skraju  miasta.  Pierwszy  z  nich  skręcił  w  opustoszałą  drogę,  nad  którą  pochylały  się  pokryte 

mchem  drzewa.  Światło  reflektorów  przesuwało  się  przed  nim  jak  sztywne  czułki.  Haze 

stopniowo zmniejszał odległość, a potem, naciskając gwałtownie na gaz, wystrzelił do przodu 

i uderzył w tył jadącego przed nim wozu. Obydwa samochody się zatrzymały. 

Cofnął  trochę  swojego  essexa,  podczas  gdy  drugi  prorok  wysiadł  i  stał,  patrząc  w 

ś

wiatła  reflektorów  Haze'a.  Po  chwili  podszedł  do  okna  samochodu  Hazela  i  zajrzał  do 

ś

rodka. Słychać było tylko brzęczenie świerszczy i rechotanie Ŝab. 

- Czego pan chce? - powiedział nerwowym głosem. 

Haze  nie  odpowiedział,  patrzył  na  niego  bez  słowa.  Za  chwilę  zaczął  zdawać  sobie 

sprawę z tego, Ŝe mają podobne twarze i są tak samo ubrani i szczęka mu opadła. 

- Czego chcesz? - zapytał, podnosząc głos. - Nic ci nie zrobiłem. 

Haze  nacisnął  znowu  na  gaz  i  ruszył  ostro  do  przodu.  Tym  razem  uderzył  w  drugi 

samochód pod takim kątem, Ŝe tamten stoczył się do rowu na poboczu. 

MęŜczyzna  podniósł  się  z  ziemi,  na  którą  został  odrzucony  i  podbiegł  znowu  do 

essexa. Stał około pół metra od okna i zaglądał do środka. 

- Po co trzymasz coś takiego na drodze? - zapytał Haze. 

- Ten samochód jest zupełnie w porządku. Dlaczego zepchnąłeś go do rowu? 

- Zdejmij ten kapelusz. 

-  Posłuchaj  -  powiedział  męŜczyzna,  zaczynając  kaszleć  -  czego  ode  mnie  chcesz? 

Przestań tak na mnie patrzeć, tylko powiedz, o co ci chodzi. 

- Jesteś fałszywy - powiedział Haze. - Po co stajesz na samochodzie i mówisz, Ŝe nie 

wierzysz w to, w co wierzysz. 

- A co cię to obchodzi? - zasyczał męŜczyzna. - Co cię to obchodzi, co ja robię? 

- Po co to robisz? O to cię pytam. 

- Człowiek musi o siebie dbać - powiedział drugi prorok. 

- Jesteś fałszywy. Wierzysz w Jezusa. 

- Co cię to obchodzi? Dlaczego zepchnąłeś mój samochód z drogi? 

- Zdejmij ten kapelusz i marynarkę - powiedział Haze. 

- Posłuchaj - odparł męŜczyzna. - Nie kpię sobie z ciebie. On mi kupił ten garnitur, a 

stary wyrzuciłem. 

Haze wyciągnął rękę i strącił mu biały kapelusz z głowy. 

-  I  zdejmij  tę  marynarkę  -  powiedział.  MęŜczyzna  zaczął  wycofywać  się  środkiem 

drogi. 

background image

- Zdejmij tę marynarkę! - krzyknął Haze. Zapalił silnik i ruszył za nim. Solace zaczął 

biec susami, po drodze zdejmując marynarkę. 

- Zdejmij wszystko! - krzyczał Hazel z twarzą przy szybie. 

Prorok zaczął biec na dobre. Rozdarł koszulę, rozpiął pas i zostawił za sobą spodnie. 

Zaczął się łapać za stopy, jakby chciał teŜ zdjąć sobie buty, ale zanim zdąŜył to zrobić, essex 

przewrócił  go  na  ziemię  i  przejechał  po  nim.  Haze  zatrzymał  samochód  około  dwudziestu 

stóp dalej i zaczął się cofać. Przejechał znów po ciele, zatrzymał się i wysiadł. Essex stał tuŜ 

nad fałszywym prorokiem, jakby zadowolony z tego, czego dokonał. MęŜczyzna, który leŜał 

teraz  twarzą  do  ziemi  bez  kapelusza  i  marynarki  nie  był  juŜ  tak  podobny  do  Haze'a.  Wokół 

niego  było  duŜo  krwi,  a  koło  głowy  utworzyła  się  cała  kałuŜa.  Nie  poruszał  się,  tylko  palec 

koło  jego  twarzy,  zginał  się  i  rozginał,  jakby  odliczając  czas.  Kiedy  Haze  wbił  mu  czubek 

buta w bok, zaświszczał, a potem ucichł. 

-  Nie  mogę  znieść  jednego  -  powiedział  Haze.  -  Człowieka,  który  jest  fałszywy  i 

wyśmiewa  się  z  tego,  co  jest  prawdą.  Jak  nie  chciałeś  tak  skończyć,  nie  powinieneś  był  mi 

wchodzić w drogę. 

MęŜczyzna starał się coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywał się tylko świst. Haze 

przykucnął nad jego głową i słuchał. 

- Sprawiłem matce duŜo kłopotów - powiedział z czymś w rodzaju bulgotu w gardle. - 

Nigdy jej nie dawałem spokoju. Ukradłem samochód. Nigdy nie powiedziałem prawdy ojcu, 

nie dałem Henrykowi, nie dałem mu... 

- Zamknij się - powiedział Haze, nachylając się niŜej, aby usłyszeć spowiedź. 

- Powiedziałem, gdzie jest jego bimbrownia i dostałem za to pięć dolarów - dyszał. 

- Zamknij się - powtórzył Haze. 

- Jezu... 

- Zamknij się, jak ci mówię. 

- Jezu, pomóŜ mi - zaświszczał. 

Haze  trzepnął  go  mocno  w  plecy  i  męŜczyzna  umilkł.  Nachylił  się,  nasłuchując,  czy 

powie coś jeszcze, ale juŜ nie oddychał. Odwrócił się i przyjrzał przedniej części essexa, aby 

się przekonać, czy jest uszkodzony. Na zderzaku były bryzgi krwi i to wszystko. Zanim ruszył 

z powrotem do miasta, wytarł je szmatą. 

Wczesnym  rankiem  następnego  dnia  obudził  się  w  samochodzie  i  pojechał  na  stację 

benzynową,  aby  zatankować  essexa  i  sprawdzić  go  przed  podróŜą.  Nie  wrócił  do  swojego 

pokoju.  Spędził  noc  w  samochodzie  zaparkowanym  w  uliczce,  nie  śpiąc,  tylko  myśląc  o 

Ŝ

yciu, jakie ma zamiar rozpocząć, głosząc Kościół Bez Chrystusa w innym mieście. 

background image

Przed  stacją  benzynową  czekał  zaspany  biały  chłopak.  Haze  powiedział  mu,  Ŝe  chce 

zatankować  do  pełna,  poniewaŜ  udaje  się  w  długą  podróŜ  i  poprosił  go,  Ŝeby  mu  sprawdził 

olej,  wodę  i  czy  opony  nie  przepuszczają  powietrza.  Chłopak  zapytał  go,  gdzie  jedzie,  a  on 

powiedział,  Ŝe  do  innego,  miasta.  Chłopak  zapytał  go,  czy  aŜ  Stamtąd  przyjechał  tym 

samochodem,  a  on  odpowiedział  twierdząco.  Poklepując  go,  po  ramieniu,  dodał,  Ŝe  kto  ma 

dobry  samochód:,  nie  musi  się,  niczym  przejmować  i  zapytał  go,  czy  rozumie.  Chłopak 

odpowiedział,  Ŝe  tak,  Ŝe  teŜ  tak  myśli.  Haze  przedstawił  się  i  wyjaśnił,  Ŝe  jest  pastorem 

Kościoła  Bez  Chrystusa  i  codziennie  wieczorem  głosił  jego  prawdy  z  maski  swojego 

samochodu  w  tym  mieście,  a  teraz  jedzie  do  innego,  miasta,  by  tam  je  głosić.  Chłopiec 

napełnił  bąk,  sprawdził  poziom  wody  i  oleju,  przetestował  opony,  a  podczas  gdy  to  robił, 

Haze chodził za nim opowiadając mu, w co naleŜy wierzyć. Powiedział, Ŝe nie naleŜy wierzyć 

w nic, czego nie moŜną zobaczyć, dotknąć lub sprawdzić zębami - Powiedział, Ŝe jeszcze kil-

ka  dni  temu  wierzył  w  bluźnierstwo  jako  drogę  do  prawdy,  ale  Ŝe  nie  moŜna  nawet  w  to 

wierzyć,  poniewaŜ  wtedy  wierzy  się  w  coś,  przeciw  czemu  moŜną  bluźnić.  -  Jeśli  chodzi  o 

Jezusa, który, jak mówią, urodził się w Betlejem i został ukrzyŜowany na Kalwarii za grzechy 

ludzi, to jest On zbyt nieczystą ideą, aby zdrowa psychicznie osoba mogła go nosić w swoim 

umyśle  -  powiedział,  podniósł  wiadro  z  wodą  i  uderzył  nim  o  betonowy  chodnik,  aby 

podkreślić  to,  o  czym  mówi.  Zaczął  przeklinać  i  bluźnić  przeciwko  Jezusowi  cicho  i 

intensywnie,  ale  z  takim  przekonaniem,  Ŝe  chłopiec  przerwał  pracę,  aby  posłuchać.  Kiedy 

skończył  sprawdzać  samochód,  powiedział,  Ŝe  w  baku  jest  przeciek,  następne  dwa  są  w 

chłodnicy, a tylna opona wytrzyma dwadzieścia mil, jeśli będzie jechał powoli. 

-  Posłuchaj,  ten  samochód  zaczyna  dopiero  Ŝyć.  Błyskawica  niezdolna  byłaby  go 

powstrzymać - odparł Haze. 

- Nie ma sensu wlewać w niego wody, bo i tak wycieknie. 

- Wlej ją mimo wszystko - powiedział Haze i stanął, przypatrując się, jak chłopiec to 

robi. Potem kupił od niego mapę samochodową i odjechał, pozostawiając za sobą na drodze 

łańcuszek z kropel wody i benzyny. 

Przejechał  bardzo  szybko  kilka  mil,  ale  miał  wraŜenie,  Ŝe  to  nie  on  posuwa  się  do 

przodu,  ale  wszystko,  co  go  otacza,  chaty,  campingi,  słupy  elektryczności,  opuszczone 

stodoły z poszarpanymi reklamami tabaki CCC, a nawet napis Jezus umarł dla CIEBIE, który 

zobaczył  i  którego  umyślnie  nie  przeczytał,  pozostawiając  za  sobą.  Wydawało  mu  się,  Ŝe 

droga  naprawdę  umyka  mu  spod  kół.  Wiedział  juŜ,  Ŝe  wieś  się  skończyła,  ale  ciągle  nie 

zdawał sobie jeszcze sprawy, Ŝe nie ma Ŝadnego innego miasta. 

background image

Nie  przejechał  jeszcze  pięciu  mil,  kiedy  usłyszał  za  sobą  syrenę.  Obejrzał  się  i 

zobaczył  czarny  wóz  patrolowy.  Samochód  zrównał  się  z  nim,  a  policjant,  który  w  nim 

siedział,  dał  mu  znak,  Ŝeby  zjechał  na  pobocze.  Miał  czerwoną,  przyjemną  twarz  i  oczy 

koloru świeŜego, czystego lodu. 

- Nie jechałem za szybko - powiedział Hazel. 

- Nie - powiedział policjant - nie jechał pan. 

- Jechałem po odpowiedniej stronie szosy. 

- Tak, zgadza się. 

- Czego pan chce ode mnie? 

- Po prostu nie podoba mi się pańska twarz. Gdzie ma pan prawo jazdy? 

- Mnie się teŜ nie podoba pańska twarz i nie mam prawa jazdy. 

-  No  -  powiedział  policjant  uprzejmym  tonem.  -  Nie  wydaje  mi  się,  Ŝebyś  go 

potrzebował. 

- Nawet jeśli bym go potrzebował, nic by to nie zmieniło, bo i tak go nie mam. 

-  Posłuchaj  pan  -  powiedział  policjant  zmieniając  ton  głosu.  -  Nie  ma  pan  nic 

przeciwko  temu,  Ŝeby  podjechać  na  następne  wzgórze?  Chcę,  Ŝeby  pan  zobaczył  widok 

stamtąd, będzie to najpiękniejszy widok, jaki pan kiedykolwiek oglądał. 

Haze wzruszył ramionami, ale zapalił silnik. Nie miał nic przeciwko temu, Ŝeby pobić 

się  z  policjantem,  jeśli  tamten  tego  chciał.  Wjechał  na  szczyt  pagórka  z  wozem  patrolowym 

tuŜ za sobą. 

- Teraz niech pan odwróci samochód przodem do skarpy! - zawołał policjant. - W ten 

sposób lepiej będzie pan widział. 

Haze wykonał polecenie. 

-  Teraz  moŜe  lepiej  niech  pan  wysiądzie  -  powiedział  policjant.  -  Myślę,  Ŝe  lepiej 

będzie pan widział, jak pan wyjdzie z samochodu. 

Haze  wysiadł  i  spojrzał  na  rozciągający  się  przed  nim  widok.  Skarpa  spadała  w  dół 

ukazując  około  trzydzieści  stóp  czystej,  wymytej  czerwonej  gliny  i  częściowo  wypalone 

pastwisko,  gdzie  obok  kałuŜy  leŜała  krowa.  Gdzieś  w  połowie  horyzontu,  na  dachu 

jednoizbowej chaty siedział skulony myszołów. 

Policjant  podszedł  od  tyłu  do  essexa  i  zepchnął  go  ze  skarpy.  Krowa  podniosła  się  z 

trudem  i  pogalopowała  przez  pole  do  lasu.  Myszołów  odleciał,  trzepocząc  skrzydłami  na 

pobliskie  drzewo.  Samochód  spadł  na  dach,  a  trzy  koła,  jakie  w  nim  pozostały,  kręciły  się 

jeszcze.  Silnik  wypadł  i  potoczył  się  trochę  dalej,  a  róŜne  inne  części  rozleciały  się  na 

wszystkie strony. 

background image

-  Ci,  co  nie  mają  prawa  jazdy,  nie  potrzebują  samochodu  -  powiedział  policjant, 

wycierając zakurzone ręce o spodnie. 

Haze stał patrząc przez dłuŜszą chwilę na tę scenę. W jego twarzy zdawało się odbijać 

całe pole, polana i to, co było dalej, wszystko, co dzieliło go od szarego, pustego nieba, które 

rozciągało  się  daleko,  aŜ  za  horyzont.  Kolana  się  pod  nim  ugięły  i  usiadł  na  skraju  skarpy 

zwieszając z niej nogi. Policjant stał, patrząc na niego. 

- Mogę pana podwieźć tam, gdzie chciał pan jechać. 

Pochylił  się  nad  nim  z  rękami  wspartymi  na  kolanach  i  zapytał  zaniepokojonym 

głosem: 

- Jechał pan gdzieś? 

- Nie - powiedział Haze. 

Policjant kucnął i połoŜył rękę na ramieniu Haze'a. 

- Nie planował pan nigdzie jechać? - zapytał z niepokojem. 

Haze  zaprzeczył  ruchem  głowy.  Wyraz  jego  twarzy  się  nie  zmienił  i  nie  odwrócił 

głowy do policjanta. Zdawał się koncentrować na przestrzeni. 

Policjant wstał, poszedł z powrotem do samochodu i stanął przy drzwiach, patrząc na 

plecy i tył kapelusza Haze'a. 

-  No  to  do  zobaczenia  -  powiedział  i  odjechał.  Po  chwili  Haze  wstał  i  zaczął  iść  w 

stronę miasta. 

Droga  zajęła  mu  pięć  godzin.  Zatrzymał  się  w  sklepie  z  narzędziami,  aby  kupić 

blaszane wiadro i worek niegaszonego wapna i zaniósł to wszystko do swojego pokoju. Kiedy 

dotarł  przed  dom,  w  którym  mieszkał,  stanął  na  chodniku,  otworzył  worek  z  wapnem  i 

zapełnił  nim  do  połowy  wiadro.  Potem  podszedł  do  kranu  koło  schodów,  dopełnił  wiadro 

wodą i ruszył w stronę drzwi. Jego gospodyni siedziała na ganku, kołysząc kota w ramionach. 

- Co pan ma zamiar z tym zrobić, panie Motes? - zapytała. 

- Oślepić się - powiedział i wszedł do domu. 

Gospodyni siedziała jeszcze chwilę na ganku. Była to kobieta, która wyczuwała takie 

samo  niebezpieczeństwo  w  jednym  słowie,  co  w  innym;  rozumiała  wszystko  dosłownie,  ale 

wszystkie  słowa  miały  dla  niej  tę  samą  wartość.  Jednak,  gdyby  ona  czuła  się  aŜ  tak  źle, 

zamiast się oślepić, zabiłaby się i zdziwiłoby ją, gdyby ktoś postąpił inaczej. Wsadziłaby po 

prostu  głowę  do  kuchenki  gazowej,  lub  moŜe  zaŜyłaby  zbyt  duŜo  bezbolesnyeh  tabletek 

nasennych i to byłoby wszystko. MoŜe pan Motes po prostu był nieuprzejmy, bo jak to mogło 

być  moŜliwe,  Ŝeby  ktoś  chciał  się  oślepić?  Kobieta  jej  pokroju,  tak  wnikliwa,  nie  zniosłaby 

ś

lepoty. Wolałaby być martwa niŜ ślepa. Nagle zdała sobie sprawę,, Ŝe gdyby była martwa, to 

background image

byłaby równieŜ ślepa. Wpatrywała się przed siebie intensywnie, po raz pierwszy stając twarzą 

w  twarz  z  tym  odkryciem.  Przypomniała  sobie  zwrot  „śmierć  na  wieki”,  którego  uŜywali 

pastorzy,  ale  natychmiast  wymazała  go  sobie  z  umysłu,  zachowując  swój  niezmienny,  koci 

wyraz  twarzy.  Nie  była  religijna  ani  chorowita,  za  co  dziękowała  swoim  gwiazdom.  Nie 

zaufałaby teŜ w niczym osobie, która miałaby takie tendencje, a pan Motes je miał, bo inaczej 

nie  byłby  pastorem.  Nie  wątpiła  ani  przez  chwilę,  Ŝe  mógł  włoŜyć  sobie  wapno  do  oczu, 

poniewaŜ  oni  wszyscy,  szczerze  mówiąc,  mieli  trochę  nie  po  kolei  w  głowie.  Jaki  powód 

mogłaby mieć zdrowa psychicznie osoba, Ŝeby nie chcieć się cieszyć dalej Ŝyciem? 

W Ŝaden sposób nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. 

Rozdział XIV 

Pamiętała jednak o tym, bo kiedy juŜ to zrobił, dalej mieszkał w jej domu i codziennie 

jego widok stawiał ją przed tym pytaniem. Najpierw powiedziała mu, Ŝe nie moŜe zostać, bo 

nie chciał nosić ciemnych okularów, a ona nie miała ochoty patrzeć na bałagan, jaki zrobił w 

swoich  oczodołach.  Przynajmniej  się  jej  wydawało,  Ŝe  nie  ma.  Jeśli  nie  myślała  o  czym 

innym,  kiedy  on  był  w  pobliŜu,  łapała  się  mimowolnie  na  tym,  Ŝe  pochyla  się  do  przodu  i 

zagląda  mu  w  twarz,  jakby  spodziewała  się  zobaczyć  coś,  czego  jeszcze  dotąd  nie  widziała. 

To ją w nim denerwowało i nasuwało podejrzenie, Ŝe oszukuje ją w jakiś tajemniczy sposób. 

Siedział na jej  ganku przez dobrą  część kaŜdego  popołudnia, ale przesiadywanie z nim było 

tym  samym,  co  przebywanie  w  samotności.  Odzywał  się  tylko  wtedy,  gdy  mu  to  pasowało. 

Zadawało  mu  się  pytanie  rano,  a  on  mógł  odpowiedzieć  na  nie  po  południu  lub  nigdy. 

Zaoferował jej większą sumę pieniędzy za to, by zgodziła się, Ŝeby zatrzymał swój pokój, bo 

znał drogę do niego i z powrotem. Postanowiła pozwolić mu zostać przynajmniej tak długo, 

dopóki nie dowie się, w jaki sposób ją oszukuje. 

Co  miesiąc  dostawał  pieniądze  od  rządu  za  coś,  co  wojna  zrobiła  w  jego 

wnętrznościach i nie musiał pracować. Gospodyni zawsze była pod wraŜeniem ludzi, którzy 

mogli  płacić.  Kiedy  juŜ  dotarła  do  jakiegoś  strumienia  dochodu,  szła  za  nim  aŜ  do  źródła  i 

włączała  się  w  jego  nurt,  tak  Ŝe  wkrótce  stawał  się  jej  własnym  dochodem.  Czuła,  Ŝe 

pieniądze, które płaci na podatki, wędrowały do  wszystkich moŜliwych dziurawych kieszeni 

na świecie, Ŝe rząd nie tylko posyłał je za granicę Murzynom i Arabom, ale teŜ marnował je w 

kraju na ślepych głupców i kaŜdego idiotę, który podpisuje kartę. Czuła się usprawiedliwiona, 

background image

kiedy  mogła  odzyskać  z  tego  tyle,  ile  mogła.  Czuła  się  usprawiedliwiona,  kiedy  mogła  w 

ogóle cokolwiek odzyskać, w pieniądzach, czy w jakiejś innej formie, zupełnie jakby kiedyś 

ziemia naleŜała do niej i została z niej wydziedziczona. Nie potrafiła patrzeć na nic spokojnie, 

jednocześnie nie chcąc tego posiąść, a najbardziej draŜniła ją myśl, Ŝe gdzieś w pobliŜu moŜe 

być ukryta jakaś wartościowa rzecz, coś, czego nie moŜe zobaczyć. 

Dla niej ślepiec wyglądał na kogoś, kto coś widzi. Jego twarz miała szczególny wyraz, 

jakby  chciał  pójść  za  czymś,  co  ledwo  potrafił  dostrzec  w  oddali.  Nawet  gdy  siedział 

nieruchomo  na  krześle,  na  twarzy  miał  wyraz  napięcia,  jakby  ku  czemuś  dąŜył.  Wiedziała 

jednak, Ŝe jest zupełnie ślepy. Upewniła się co do tego, jak tylko zdjął z oczu szmatę, której 

przez  jakiś  czas  uŜywał  jako  bandaŜa.  Wystarczyło  jej  jedno  długie  spojrzenie,  Ŝeby  się 

przekonać,  Ŝe  zrobił  to,  co  miał  zamiar  zrobić.  Zaraz  po  tym,  kiedy  zdjął  szmatę,  inni 

mieszkańcy  mijali  go  w  korytarzu,  stąpając  cicho  na  palcach  i  wpatrując  się  w  niego  jak 

najdłuŜej, ale teraz nie zwracali juŜ na niego uwagi, a ci nowi nie wiedzieli, Ŝe zrobił to sobie 

sam.  Dziewczyna  Hawksa  rozniosła  tę  wiadomość  po  domu,  jak  tylko  się  to  wydarzyło. 

Patrzyła,  jak  to  robi,  a  potem  biegała  od  pokoju  do  pokoju,  krzycząc  o  tym,  co  się  stało,  aŜ 

wszyscy  mieszkańcy  zbiegli  się,  aby  go  zobaczyć.  Gospodyni  czuła,  Ŝe  jeŜeli  harpie 

kiedykolwiek  istniały,  to  ta  dziewczyna  jest  jedną  z  nich.  Przyczepiła  się  do  niego  i  nie 

dawała  mu  spokoju  przez  kilka  dni,  a  potem  odeszła.  Powiedziała,  Ŝe  nie  moŜna  liczyć  na 

jakiegoś  wiernego  Jezusowi  ślepca  i  Ŝe  stęskniła  się  za  tatą,  który  opuścił  ją  i  odjechał 

bananową  łodzią.  Gospodyni  miała  nadzieję,  Ŝe  jest  juŜ  na  dnie  słonego  morza,  poniewaŜ 

miesiąc  zalegał  z  płaceniem.  Za  dwa  tygodnie  dziewczyna  oczywiście  wróciła  i  znowu 

zaczęła zawracać mu głowę. Miała usposobienie osy i jeszcze zanim weszli na ganek, słychać 

było, jak na niego krzyczy, a on nigdy nie otwierał ust. 

Gospodyni prowadziła porządny dom i tak mu powiedziała. Oznajmiła, Ŝe jeśli chce, 

Ŝ

eby z nim mieszkała ta dziewczyna, będzie musiał płacić podwójnie i wyjaśniła, Ŝe niektóre 

rzeczy  jej  przeszkadzają,  a  niektóre  nie.  Pozwoliła  mu  samemu  domyślić  się,  co  przez  to 

chciała  powiedzieć  i  czekała  z  załoŜonymi  rękami,  aŜ  wyciągnie  właściwe  wnioski.  Nie 

powiedział nic, tylko odliczył trzy dolary i podał jej. 

- Tej dziewczynie, panie Motes - powiedziała - zaleŜy tylko na pana pieniądzach. 

-  Gdyby  tego  tylko  chciała,  mogłaby  je  sobie  wziąć.  Zapłaciłbym  jej,  Ŝeby  sobie 

poszła. 

Myśl  o  tym,  Ŝe  jej  pieniądze  mogłyby  iść  na  utrzymanie  takiego  wyrzutka,  była  dla 

gospodyni nie do zniesienia. 

- Niech pan tego nie robi - powiedziała szybko. - Ona nie ma do tego prawa. 

background image

Następnego  dnia  zadzwoniła  do  Towarzystwa  Dobroczynności  i  poczyniła  starania, 

Ŝ

eby posłać dziewczynę do domu poprawczego; tam było jej miejsce. 

Była ciekawa, ile Haze dostaje co miesiąc od rządu, a poniewaŜ nie miał oczu, czuła, 

Ŝ

e  nie  będzie  trudno  się  tego  dowiedzieć.  Następnym  razem,  kiedy  na  poczcie  znalazła 

kopertę od rządu, otworzyła ją nad parą i za kilka dni poczuła się w obowiązku podnieść mu 

czynsz. Uzgodnili, Ŝe będzie jadał u niej posiłki i poniewaŜ Ŝywność podroŜała, musiała mu 

teŜ  podnieść  za  wikt.  WciąŜ  jednak  nie  mogła  pozbyć  się  wraŜenia,  Ŝe  jest  oszukiwana. 

Dlaczego  pozbawił  się  oczu,  a  nie  zabił  się,  jeśli  nie  miał  jakiegoś  planu,  jeśli  nie  widział 

czegoś,  czego  nie  mógłby  osiągnąć  nie  będąc  ślepym  na  wszystko  inne?  Postanowiła 

dowiedzieć się o nim wszystkiego, co mogła. 

-  Skąd  pochodzi  pańska  rodzina,  panie  Motes?  -  zapytała  go  pewnego  popołudnia, 

kiedy siedzieli na ganku. - Sądzę, Ŝe juŜ nie Ŝyją, prawda? 

Wydawało  się  jej,  Ŝe  moŜe  sądzić,  co  jej  się  podoba.  Nie  przerwał  swojej 

bezczynności odpowiedzią na jej pytanie. 

-  Z  moich  teŜ  nikt  juŜ  nie  Ŝyje  -  powiedziała.  -  Ze  strony  pana  Flood'a  Ŝyją  wszyscy 

oprócz  niego  samego  -  powiedziała  pani  Flood  wspominając  męŜa.  -  Przychodzą  tu  tylko, 

kiedy potrzebują wsparcia, ale pan Flood miał pieniądze. Zmarł w wypadku samolotowym. 

- Moi wszyscy nie Ŝyją - powiedział po chwili. 

- Pan Flood zginął w wypadku samolotowym. 

Zaczęło się jej podobać  siedzenie z nim na ganku, choć nigdy nie mogła być pewna, 

czy wiedział, Ŝe ona tam jest. Nawet, gdy jej odpowiadał, nie mogła stwierdzić, czy wiedział, 

Ŝ

e odpowiada jej. Jej, we własnej osobie, pani Flood, jego gospodyni. Nie byle komu. Czasem 

siedzieli tak razem i pół popołudnia, on bez ruchu, a ona kołysząc się wolno, i wydawało się, 

Ŝ

e nie zamieniają ze sobą ani słowa, choć ona mogła mówić, ile wlezie. JeŜeli nie mówiła, a 

tylko  myślała  o  czymś,  zwykle  po  chwili  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  siedzi  wyprostowana  na 

krześle,  patrząc  na  niego  z  otwartymi  ustami.  Jeśli  zobaczyłby  ją  ktoś  Ŝ  przechodniów, 

pomyślałby, Ŝe adoruje trupa. 

UwaŜnie  śledziła  jego  zwyczaje.  Nie  jadał  duŜo  i  nie  zwracał  uwagi  na  to,  co  mu 

podaje. Gdyby to ona była ślepa, siedziałaby cały dzień przy radiu, zajadając ciastka i lody i 

mocząc  sobie  stopy.  Jadł  wszystko  i  nie  dostrzegał  róŜnicy  między  potrawami.  Cały  czas 

chudł,  jego  kaszel  pogłębiał  się  i  zaczął  powłóczyć  nogą.  Podczas  pierwszych  chłodnych 

miesięcy  złapał  wirusa,  ale  mimo  to  nadal  wychodził.  Codziennie  spacerował  mniej  więcej 

pół  dnia.  Wstawał  wcześnie  rano  i  chodził  po  swoim  pokoju  w tę  i z  powrotem  -  słyszała  u 

siebie  na  dole,  jak  chodzi  ciągle  w  tę  i  z  powrotem.  Potem  wychodził  i  spacerował  przed 

background image

ś

niadaniem,  a  po  śniadaniu  wychodził  znowu  i  spacerował  aŜ  do  południa.  Znał  pięć,  czy 

sześć domów wokoło i nigdy nie zapuszczał się dalej. Widziała teŜ, Ŝe czasem zatrzymuje się 

przy  jednym.  Czasem  zostawał  w  swoim  pokoju  i  stał  w  jednym  miejscu,  podnosząc  i 

opuszczając nogi. Wydawało się, jakby był martwy i nie chce juŜ nic więcej od Ŝycia, prócz 

tego, by móc wykonywać to ćwiczenie. Pomyślała, Ŝe mógłby równie dobrze być mnichem i 

mieszkać w jakimś klasztorze. Nie rozumiała go i nie podobała jej się myśl, Ŝe to wciąŜ wisi 

nad jej głową. Lubiła jasne światło dnia. Lubiła wszystko widzieć. 

Nie  potrafiła  oddzielić  tego,  co  było  w  jego  głowie,  a  co  na  zewnątrz  niej.  O  swojej 

myślała  jak  o  tablicy  rozdzielczej,  którą  mogła  kontrolować.  Jeśli  chodzi  o  niego,  potrafiła 

sobie tylko wyobrazić zewnętrzne wnętrze, cały czarny świat w jego głowie i ją samą większą 

niŜ świat, wystarczająco duŜą, aby pomieścić niebo, planety i wszystko, cokolwiek było, jest i 

będzie. Skąd mógł wiedzieć, czy  czas idzie do przodu, czy do tyłu i czy  idzie razem z nim? 

WyobraŜała  sobie,  Ŝe  to  tak,  jakby  się  szło  przez  tunel  i  wszystko,  co  moŜna  zobaczyć,  to 

ś

wiatło  wielkości  główki  od  szpilki,  jeden  maleńki  punkcik.  Musiała  wyobrazić  sobie  to 

ś

wiatełko,  inaczej  nie  mogła  o  nim  myśleć.  Widziała  je  jako  rodzaj  gwiazdy,  takiej  jak  na 

kartkach świątecznych. Zobaczyła go, jak idzie tyłem do Betlejem i musiała się roześmiać. 

Pomyślała,  Ŝe  dobrze  byłoby,  gdyby  mógł  robić  coś  ze  swoimi  rękami,  coś,  co 

wydobyłoby  go  z  jego  wewnętrznego  świata  i  przywróciło  mu  kontakt  z  rzeczywistością. 

Była przekonana, Ŝe jest zamknięty w swoim wewnętrznym świecie. Chwilami nie była nawet 

pewna, czy chociaŜ wie, Ŝe istnieje. Zaproponowała mu, Ŝeby sobie kupił gitarę i nauczył się 

na niej grać. Stworzyła sobie w wyobraźni obraz ich dwojga, jak siedzą razem wieczorem na 

ganku, a on brzdąka na gitarze. Kupiła dwa drzewa kauczukowe, aby oddzielić miejsce, gdzie 

siedzieli, od ulicy i uczynić je bardziej intymnym i pomyślała, Ŝe dźwięk gitary wybiegający 

zza  drzew  kauczukowych  na  ulicę,  zatuszuje  jego  trupi  wygląd.  Zaproponowała  mu  to,  ale 

nigdy nie doczekała się odpowiedzi. 

Co  miesiąc,  po  zapłaceniu  za  pokój  i  wikt,  zostawała  mu  ponad  jedna  trzecia 

pieniędzy na czeku rządowym, ale jak widziała, nie wydawał nic. Nie uŜywał tytoniu ani nie 

pił  whisky;  nie  mógł  nic  innego  robić  z  pieniędzmi,  jak  tylko  je  gubić,  bo  nie  miał  nikogo. 

Pomyślała o dobrodziejstwach, jakie przypadną jego wdowie, gdyby taką zostawił. Widziała, 

jak  pieniądze  wypadają  mu  z  kieszeni,  a  jemu  nie  chce  się  nawet  schylić,  aby  je  podnieść. 

Pewnego  dnia,  kiedy  sprzątała  jego  pokój,  znalazła  cztery  dolary  i  trochę  drobnych  w  jego 

koszu na śmieci. Przyszedł właśnie o tej porze z jednego ze swoich spacerów. 

- Panie Motes - powiedziała - w tym koszu na śmieci jest dolar i trochę drobnych. Wie 

pan, gdzie jest kosz na śmieci. Jak mógł się pan pomylić? 

background image

- To mi zostało, nie potrzebowałem ich. 

Opadła na jedyne krzesło w jego pokoju. 

- Czy pan co miesiąc wyrzuca pieniądze? - zapytała po jakimś czasie. 

- Tylko, jeŜeli mi zostanie. 

-  A  biedni  i  potrzebujący?  -  mruknęła.  -  Biedni  i  potrzebujący.  Czy  pan  nigdy  nie 

myśli o biednych i potrzebujących? JeŜeli pan nie chce tych pieniędzy, to ktoś inny mógłby je 

chcieć. 

- MoŜe pani sobie wziąć - powiedział. 

- AleŜ panie Motes - powiedziała chłodno. - Nie muszę jeszcze Ŝebrać! 

Zdała  sobie  teraz  sprawę,  Ŝe  jest  szaleńcem  i  powinien  być  pod  kontrolą  kogoś 

rozsądnego. 

Gospodyni  przekroczyła  juŜ  średni  wiek,  a  jej  sztuczna  szczęka  była  trochę  za  duŜa, 

ale  miała  długie  nogi  rasowego  konia  i  nos,  który  jeden  z  lokatorów  nazywał  greckim.  Nad 

brwiami, uszami i ze środka głowy spadały jej loki jak kiście winogron, ale Ŝadna z tych zalet 

nie  mogła  przydać  się  jej  do  tego,  aby  przyciągnąć  uwagę  Haze'a.  Zrozumiała,  Ŝe  jedyną 

drogą było zainteresować się tym, czym on się interesuje. 

-  Panie  Motes  -  powiedziała  pewnego  popołudnia,  kiedy  siedzieli  na  ganku.  - 

Dlaczego  pan  juŜ  nie  głosi?  To,  Ŝe  jest  pan  ślepy,  nie  jest  przeszkodą.  Ludzie  chętnie 

posłuchaliby ślepego pastora. Byłoby to coś innego. 

Przyzwyczajona była do braku odpowiedzi. 

-  Mógłby  pan  kupić  sobie  specjalnego  psa  i  razem  moglibyście  zebrać  niezły  tłum. 

Ludzie zawsze pójdą zobaczyć psa. 

-  Jeśli  chodzi  o  mnie  -  mówiła  dalej  -  nie  mam  takiej  Ŝyłki.  Wierzę,  Ŝe  to,  co  jest 

prawdą  dzisiaj,  jutro  będzie  fałszem  i  Ŝe  moŜna  się  bawić  tak  długo,  jak  długo  nie 

przeszkadza  się  innym  robić  tego  samego.  Jestem  tak  dobra,  panie  Motes,  nie  wierząc  w 

Jezusa, jak niejeden, co w niego wierzy. 

- Jest pani lepsza - powiedział nachylając się nagle do przodu. - Gdyby pani wierzyła 

w Jezusa, nie byłaby pani taka dobra. 

Nigdy wcześniej nie powiedział jej komplementu! 

-  No,  panie  Motes,  widzę,  Ŝe  jest  pan  niezgorszym  pastorem!  Powinien  pan  zacząć 

znowu. Miałby pan co robić. Teraz nie ma pan nic do roboty, tylko pan spaceruje. Dlaczego 

nie zacznie pan znowu głosić? 

- Nie mogę juŜ głosić - mruknął. 

- Dlaczego? 

background image

-  Nie  mam  czasu  -  powiedział,  wstał  i  odszedł  z  ganku,  jakby  przypomniała  mu  o 

jakiejś pilnej sprawie. Sprawiał wraŜenie kogoś, kto pomimo bólu w nodze, musi iść dalej. 

Jakiś  czas  później  odkryła,  dlaczego  utyka.  Sprzątając  jego  pokój,  natknęła  się 

przypadkiem  na  parę  jego  zapasowych  butów.  Podniosła  je  i  zajrzała  do  środka,  myśląc,  Ŝe 

moŜe  znajdzie  tam  coś  cennego.  WyłoŜone  były  Ŝwirem,  kawałkami  szkła  i  małymi 

kamykami.  Wysypała  to  wszystko  i  przesiała  sobie  przez  palce,  szukając  jakiegoś  błysku, 

który  mógłby  oznaczać  coś  wartościowego,  ale  okazało  się,  Ŝe to,  co  miała  w  ręku,  to  tylko 

ś

miecie, których kaŜdy mógł nazbierać na chodniku. Stała jeszcze chwilę trzymając buty i w 

końcu włoŜyła je z powrotem pod łóŜko. Za kilka dni, kiedy zbadała je znowu, wyłoŜone były 

ś

wieŜymi  kamykami.  „Dla  kogo  on  to  robi?”,  zadawała  sobie  pytanie.  „Go  z  tego  ma?”  Go 

chwila otrzymywała znak o czymś, co jest ukryte gdzieś w pobliŜu, a mimo to pozostaje poza 

jej zasięgiem. 

- Panie Motes - zagadnęła go tego dnia, kiedy jadł obiad w kuchni. - Po co pan chodzi 

na kamieniach? 

- Aby zapłacić - powiedział chrapliwym głosem. 

- Zapłacić za co? 

- Nie ma znaczenia za co - powiedział. - Płacę. 

- Ale co pan takiego dostał, za co mógłby pan płacić? - upierała się. 

- Niech pani pilnuje swoich interesów - powiedział niegrzecznie. - Pani nic nie widzi. 

Gospodyni nadal bardzo wolno przeŜuwała. 

-  Czy  pan  myśli,  panie  Motes  -  powiedziała  chrapliwym  głosem  -  Ŝe  jak  się  jest 

martwym, to jest się ślepym? 

- Mam nadzieją - powiedział po chwili. 

- Dlaczego? - zapytała, patrząc na niego. 

- JeŜeli w czyichś oczach nie ma dna, to potrafią więcej utrzymać. 

Gospodyni patrzyła na niego przez długi czas, nic nie rozumiejąc. 

Zaczęła  koncentrować  całą  swą  uwagę  na  jego  osobie,  lekcewaŜąc  przy  tym  inne 

rzeczy. Szła za nim, kiedy wychodził na spacer, spotykała go przypadkiem i towarzyszyła mu. 

Wydawał  się  nie  zauwaŜać,  Ŝe  ona  przy  nim  jest,  z  wyjątkiem  chwili,  kiedy  klepał  się  w 

policzek,  jakby  jej  głos  draŜnił  go  jak  śpiew  komara.  PoniewaŜ  miał  głęboki  świszczący 

kaszel, zaczęła zadręczać go o jego zdrowie. 

- Nie ma pan nikogo, kto by się panem zaopiekował oprócz mnie, panie  Motes. Nikt 

nie troszczy się o pana interesy oprócz mnie. Nikogo by to nie obchodziło, gdyby nie ja. 

background image

Zaczęła przyrządzać smaczne dania i zanosić mu je do pokoju. Z kwaśną miną zjadał 

natychmiast  wszystko,  co  mu  przynosiła  i  oddawał  jej  talerz  nie  dziękując,  jakby  cała  jego 

uwaga  zwrócona  była  w  inną  stronę,  a  to  była  niedogodność,  którą  musiał  znosić.  Pewnego 

ranka  oznajmił  jej  niespodziewanie,  Ŝe  ma  zamiar  jadać  gdzie  indziej  i  wymienił  nazwie 

lokalu za rogiem, prowadzonego przez cudzoziemca. 

- Będzie pan przeklinał ten dzień! - powiedziała. - Złapie pan infekcję. śaden człowiek 

przy  zdrowych  zmysłach  tam  nie  jada.  Mroczne,  brudne  miejsce,  zaskorupiałe!  Pan  jest 

niewidomy, panie Motes, nie moŜe pan tego widzieć. 

-  Szalony  głupiec  -  mruknęła,  kiedy  odszedł.  -  Niech  pan  poczeka  do  zimy.  Gdzie 

będzie pan jadał, kiedy nadejdzie zima i pierwszy podmuch wiatru przyniesie panu wirusa? 

Nie  musiała  długo  czekać.  Złapał  grypę  jeszcze,  zanim  zaczęła  się  zima  i  był  zbyt 

słaby,  Ŝeby  wychodzić,  więc  znów  miała  satysfakcję,  Ŝe  przynosi  mu  jedzenie  do  pokoju. 

Pewnego ranka przyszła wcześniej niŜ zwykle i zastała go śpiącego i cięŜko oddychającego. 

Stara koszula, którą zakładał do snu, była rozpięta i ukazywała trzy sploty drutu kolczastego 

okręcone wokół jego piersi. Cofnęła się do drzwi i upuściła tacę. 

- Panie Motes - powiedziała niskim głosem. - Po co pan to wszystko robi? To nie jest 

naturalne. 

Podniósł się. 

- Po co panu ten drut? To nie jest naturalne - powtórzyła. 

Po chwili zaczął zapinać koszulę. 

- To naturalne - powiedział. 

- No, ale to nie jest normalne. To jedna z tych krwawych historii. Ludzie przestali juŜ 

robić takie rzeczy, jak gotowanie się w oliwie, robienie z siebie świętego, czy wmurowywanie 

kotów w ścianę. Nie ma powodu, aby to robić. Ludzie juŜ takich rzeczy nie robią. 

- Nie przestaną tego robić tak długo, jak ja będę to robił - powiedział. 

- Ludzie przestali juŜ to robić - powtórzyła. - Po co pan to robi? 

- Nie jestem czysty. 

Stała, patrząc na niego, niepomna stłuczonych talerzy u jej stóp. 

-  Wiem  o  tym  -  powiedziała  po  chwili.  -  Ma  pan  ślady  krwi  na  nocnej  koszuli  i  na 

pościeli. Powinien pan sobie nająć sprzątaczkę... 

- Nie mówię o tego rodzaju czystości – przerwał jej. 

- Jest tylko jeden rodzaj czystości, panie Motes - mruknęła. 

Spojrzała w dół na talerze, które przez niego zbiła i cały bałagan, który będzie musiała 

sprzątać. Wyszła do ubikacji i wróciła po chwili z szufelką i miotłą. 

background image

-  Łatwiej  krwawić,  niŜ  się  pocić,  panie  Motes  -  powiedziała  tonem  wysokiego 

sarkazmu. - Musi pan wierzyć w Jezusa, bo inaczej nie robiłby  pan tych  głupot. Musiał pan 

kłamać,  kiedy  podawał  pan  nazwę  tego  swojego  kościoła.  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  się 

okazało, Ŝe jest pan jakimś agentem papieŜa, czy kimś równie zabawnym. 

- Nic od pani nie chcę - powiedział i połoŜył się z powrotem, kaszląc. 

- Nie ma pan nikogo prócz mnie, kto mógłby się panem zaopiekować - przypomniała 

mu. 

Na  początku  planowała  wyjść  za  niego,  a  potem  oddać  go  do  jakiejś  państwowej 

instytucji  dla  umysłowo  chorych,  ale  stopniowo  zmieniała  zdanie  i  postanowiła  wyjść  za 

niego i zatrzymać go przy sobie. Obserwowanie jego twarzy stało się jej zwyczajem; chciała 

spenetrować ciemność, jaka za nią się kryła i przekonać się, co tam jest.  Miała wraŜenie, Ŝe 

juŜ wystarczająco długo  się ociągała i musi go zdobyć teraz, kiedy jest słaby lub nigdy. Był 

tak osłabiony grypą, Ŝe chodził chwiejnym krokiem. Zima juŜ się zaczęła i wiatr chłostał dom 

ze  wszystkich  stron,  wydając  dźwięk  podobny  do  świstu  ostrych  noŜy  przecinających 

powietrze. 

-  Nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  chciałby  być  w  taką  pogodę  na  dworze  - 

powiedziała  wsuwając  głowę  do  jego  pokoju  pewnego  ranka  w  jeden  z  najzimniejszych  dni 

roku. - Słyszy pan ten wiatr, panie Motes? Ma pan szczęście, Ŝe ma pan takie ciepłe miejsce i 

kogoś, kto się panem opiekuje. 

Starała się, Ŝeby jej głos brzmiał bardziej miękko niŜ zwykle. 

- Nie ma takiego ślepca i chorego, który miałby więcej szczęścia i kogoś, kto mógłby 

się nim zaopiekować. 

Weszła  do  środka  i  usiadła  na  twardym  krześle  tuŜ  przy  drzwiach.  Siedziała  na  jego 

skraju, pochylając się w przód z rozchylonymi nogami i rękami zaciśniętymi na kolanach. 

-  Pozwoli  pan,  Ŝe  coś  panu  powiem,  panie  Motes.  Niewielu  męŜczyzn  ma  takie 

szczęście  jak  pan,  ale  nie  mogę  powstrzymać  się  przed  wspinaniem  się  na  te  schody. 

Wykańcza mnie to. Myślałam o tym, czy nic moglibyśmy temu jakoś zaradzić. 

LeŜał  cały  czas  nieruchomo  na  łóŜku,  ale  teraz  nagle  usiadł,  jakby  usłyszał  coś 

niepokojącego. 

- Wiem, Ŝe nie chciałby  pan oddać tego pokoju - powiedziała i czekała na efekt tych 

słów. Odwrócił do niej głowę; mogła być pewna, Ŝe przyciągnęła jego uwagę. - Wiem, Ŝe się 

panu tu podoba i nic chciałby pan opuścić tego miejsca i Ŝe jest pan chory i ślepy, i potrzebuje 

pan kogoś, kto by się panem opiekował - dodała, po czym serce zaczęło jej trzepotać i straciła 

background image

oddech.  Haze  sięgnął  po  swoje  ubrania,  które  leŜały  zrolowane  w  nogach  łóŜka.  Zaczął 

wkładać je w pośpiechu na nocną koszulę. 

- Myślałam o tym, jak to zrobić, jak to urządzić, Ŝeby pan miał dom i kogoś, kto by sic 

panem opiekował i Ŝebym ja nie musiała wspinać się po tych schodach. Po co się pan ubiera, 

panie  Motes?  Nie  chce  pan  chyba  wyjść  w  taką  pogodę.  Myślałam  o  tym  -  mówiła  dalej, 

obserwując, jak się ubiera - i doszłam do wniosku, Ŝe jest tylko jedno wyjście: pobrać się. Nic 

zrobiłabym tego w normalnej sytuacji, ale zrobię to dla chorego i ślepego męŜczyzny. JeŜeli 

sami sobie nie pomoŜemy, to nikt nam nie pomoŜe. Nikt. Świat jest pusty. 

Marynarka,  która  była  jaskrawo  niebieska,  kiedy  ją  kupował,  miała  teraz  cieplejszy 

odcień. Kapelusz panama przybrał kolor słomkowy. Kiedy go nic nosił, kładł go na podłodze 

obok  butów.  Sięgnął  tam  teraz  i  włoŜył  go,  a  potem  zaczął  zakładać  buty,  które  ciągle  były 

wyłoŜone kamykami. 

- KaŜdy powinien mieć gdzie wracać - powiedziała. - A ja chcę panu stworzyć tu dom. 

miejsce, w którym moŜe pan zawsze przebywać, panie Motes i nigdy się o nic nie martwić. 

Jego  laska  leŜała  na  podłodze,  tam,  gdzie  stały  teŜ  jego  buty.  Wymacał  ją,  a  potem 

wstał i zaczął iść wolno w stronę gospodyni. 

- Mam dla pana miejsce w moim sercu, panie Motes - powiedziała i poczuła, jak serce 

jej drŜy jak ptasia klatka. Nie wiedziała, czy idzie do niej, Ŝeby ją objąć, czy nie. Minął ją z 

twarzą bez wyrazu i wyszedł na korytarz. 

-  Panie  Motes!  -  powiedziała,  odwracając  się  gwałtownie  na  krześle.  -  Nie  mogę 

pozwolić, Ŝeby pan tu został na innych warunkach, nie mogę juŜ dłuŜej wspinać się po tych 

schodach.  Chcę  tylko  panu  pomóc.  Oprócz  mnie  nie  ma  pan  nikogo,  kto  mógłby  się  panem 

opiekować. Nikogo prócz mnie to nic obchodzi, czy pan będzie Ŝył, czy  pan umrze! Oprócz 

mojego domu, nie ma pan gdzie pójść! 

Wymacał laską pierwszy stopień. 

-  MoŜe  planował  pan  znaleźć  sobie  jakiś  inny  pokój  do  wynajęcia?  -  zapytała 

wznosząc głos. - Czy teŜ planował pan przenieść się do innego miasta? 

- Nie wybieram się tam - powiedział. - Nie ma innego miasta ani innego domu. 

- Nic pan nie ma, panie Motes, a czas płynie, nie cofa się i jeśli nie bierze się tego, co 

on oferuje, człowiek moŜe znaleźć się w ciemnej, zimnej dziurze i jak pan myśli, dokąd moŜe 

to zaprowadzić? 

Macał  laską  kaŜdy  stopień,  zanim  postawił  na  nim  stopę.  Kiedy  był  juŜ  na  dole, 

zawołała do niego: 

background image

- Nie musi pan wracać do miejsca, którego pan nie ceni, panie Motes! Drzwi nie będą 

stały  dla  pana  otworem.  MoŜe  pan  najwyŜej  wrócić  po  swoje  rzeczy  i  iść  tam,  gdzie  pan 

myśli, Ŝe będzie panu lepiej! 

Długo  stała  na  szczycie  schodów.  -  Wróci  -  mruknęła.  -  Niech  no  go  tylko  zawieje 

wiatr. 

Tego wieczoru pojawił się zacinający, lodowaty deszcz. LeŜąc w łóŜku i nie śpiąc do 

północy, pani Rood, gospodyni, zaczęła płakać. Chciała wybiec na deszcz i zimno, ścigać go i 

znaleźć  skulonego  w  jakimś  zasłoniętym  od  wiatru  miejscu,  przyprowadzić  z  powrotem  i 

powiedzieć: „Panie Motes, panie Motes, moŜe pan tu zostać na zawsze, albo ja pójdę z panem 

dokądkolwiek pan będzie chciał”. Miała  cięŜkie Ŝycie, przeŜyła je bez bólu i przyjemności i 

myślała,  Ŝe  teraz,  kiedy  nastaje  jego  ostatnia  część,  zasłuŜyła  na  przyjaciela.  Jeśli miała  być 

ś

lepa  po  śmierci,  kto  mógłby  ją  lepiej  wtedy  poprowadzić  niŜ  ślepiec?  Kto  mógłby  lepiej 

poprowadzić ślepca niŜ ślepiec, który wiedział, jak to jest? 

Jak  tylko  się  rozwidniło,  wyszła  na  deszcz  i  przeszukała  te  pięć,  czy  sześć  domów, 

które  znała,  pytając  o  niego  w  kaŜdych  drzwiach,  ale  nikt  go  nie  widział.  Kiedy  wróciła, 

zadzwoniła na policję, opisała go i poprosiła, Ŝeby go znaleźli i przyprowadzili do niej, Ŝeby 

zapłacił  czynsz.  Cały  dzień  czekała,  aŜ  przywiozą  go  wozem  policyjnym,  lub  Ŝe  wróci  z 

własnej  woli,  ale  nie  przyszedł.  PoniewaŜ  wiatr  i  deszcz  nie  ustawały,  pomyślała,  Ŝe  do  tej 

pory utonął juŜ pewnie w jakiejś uliczce. Chodziła po swoim pokoju tam i z powrotem coraz 

szybciej, myśląc o jego oczach bez dna i o ślepocie śmierci. 

Dwa  dni  później  dwaj  młodzi  policjanci,  którzy  robili  objazd,  znaleźli  jego  ciało  w 

rynsztoku  w  pobliŜu  opuszczonej  budowy.  Kierowca  podjechał  aŜ  na  skraj  rynsztoka  i 

wpatrywał się w niego przez pewien czas. 

- Czy nie szukaliśmy ślepego? - zapytał. 

Drugi sprawdził w notesie. 

- Ślepy, w niebieskiej marynarce, nie zapłacił za komorne - powiedział. 

- I oto jest - oznajmił pierwszy, wskazując na rynsztok. Drugi podsunął się bliŜej i teŜ 

wyjrzał przez okno. 

- Nie ma niebieskiego garnituru - powiedział. 

-  Ma  niebieski  -  powiedział  pierwszy.  –  Przestań  się  na  mnie  pokładać.  Wysiądź,  to 

zobaczysz, Ŝe jest niebieski. 

Wysiedli,  obeszli  samochód  i  przykucnęli  na  brzegu  rynsztoka.  Obydwaj  mieli  nowe 

wysokie buty i nowe ubrania policyjne; obydwaj mieli Ŝółte włosy i bokobrody i obydwaj byli 

grubi, ale jeden był grubszy od drugiego. 

background image

- MoŜe i kiedyś był niebieski - przyznał grubszy. 

- Myślisz, Ŝe nie Ŝyje? - zapytał pierwszy. 

- Zapytaj go - powiedział drugi. 

- Nie, Ŝyje, rusza się. 

-  MoŜe  jest  tylko  nieprzytomny  -  powiedział  grubszy,  wyjmując  swoją  nową  pałkę. 

Obserwowali  go  przez  kilka  sekund.  Jego  ręka  poruszała  się  po  brzegu  rynsztoka,  jakby  za 

coś chciała złapać. Zapytał ich ochrypłym szeptem, gdzie jest i czy jest dzień, czy noc. 

- Jest dzień - powiedział chudszy patrząc na niebo. - Musimy pana zabrać z powrotem, 

Ŝ

eby zapłacił pan za komorne. 

- Chcę iść dalej tam, dokąd zmierzam - powiedział ślepiec. 

- Najpierw musi pan zapłacić za komorne - powiedział policjant. - Co do grosza. 

Drugi, widząc, Ŝe jest przytomny, uderzył go w głowę swoją nową pałką. 

- Nie chcę mieć z nim kłopotów - powiedział. - Ty weź go za stopy. 

Umarł  w  samochodzie  policyjnym,  ale  oni  tego  nie  zauwaŜyli  i  zawieźli  go  do  jego 

gospodyni. Kazała go połoŜyć na swoim łóŜku i kiedy wypchnęła ich juŜ za drzwi i zamknęła 

je za nimi, podsunęła krzesło i usiadła tuŜ przy jego głowie, skąd mogła do niego mówić. 

- No, panie Motes - powiedziała. - Widzę, Ŝe wrócił pan do domu! 

Jego twarz była surowa i spokojna. 

-  Wiedziałam,  Ŝe  pan  wróci  -  powiedziała.  -  I  czekałam  na  pana.  Nie  musi  pan  juŜ 

płacić czynszu, moŜe pan tu mieszkać za darmo, tak, jak pan chce, na górze, czy na dole. Jak 

tylko pan chce, będę na pana zawsze czekała, a jak pan będzie chciał gdzieś iść, to pójdziemy 

razem. 

Nigdy nie widziała u niego tak spokojnej, zrównowaŜonej twarzy. Złapała go za rękę i 

przyłoŜyła ją sobie do serca. Była bezwładna i sucha. Zarys jego czaszki był prosty pod skórą, 

a  głęboko  wypalone  oczodoły  zdawały  się  prowadzić  w  ciemny  tunel,  w  którym  on  sam 

zniknął.  Nachylała  się  coraz  niŜej  nad  jego  twarzą,  zaglądając  w  nią  głęboko,  próbując 

zrozumieć, jak została oszukana lub, co ją oszukiwało, ale nic nie widziała. Zamknęła oczy i 

zobaczyła światełko wielkości główki od szpilki. Było jednak zbyt daleko, Ŝeby mogła się na 

nim  skoncentrować.  Czuła  się,  jakby  ją  zatrzymano  przy  wejściu  do  czegoś.  Siedziała  z 

zamkniętymi oczami, wpatrując się w jego oczy i poczuła, jakby w końcu dotarła do początku 

czegoś,  czego  nie  mogła  zacząć  i  widziała,  jak  on  się  coraz  bardziej  i  bardziej  oddala  w 

ciemność, aŜ w końcu stał się tym światełkiem nie większym od główki szpilki. 

background image

Posłowie 

Flannery  O'connor  jest  dziś  bezsporną  wielkością  powojennej  prozy  amerykańskiej. 

Pozycję  swą  zawdzięcza  przede  wszystkim  opowiadaniom  (dwa  tomy  tych  opowiadań: 

Trudno o dobrego człowieka W pierścieniu ognia - kaŜdy z nich był wyborem - ukazały się 

przed laty nakładem PIW - u). Ale „przede wszystkim” nie znaczy „wyłącznie”. Nie znaczy 

„jedynie”. Flannery  O'Connor pisała teŜ powieści. Była autorką Mądrości krwi (1952) i The 

Violent Bear It Away (1960). Pozostawiła równieŜ po sobie fragmenty Who Do the Heathens 

Rage?  A  o  powieściach  tych  nie  wolno  zapominać.  Są  to  bowiem  ksiąŜki  waŜne  i  bardzo 

interesujące. 

O'Connor  debiutowała  zaraz  po  wojnie,  w  roku  1946,  opowiadaniem  The  Geranium, 

umieszczonym  w  kwartalniku  Accent.  JednakŜe  jej  pierwszym  utworem,  który  samodzielnie 

ukazał się drukiem, była Mądrość krwi. Owszem, wcześniej miała juŜ gotowy tomik złoŜony 

z  sześciu  krótszych  tekstów.  W  jego  skład  wchodziły:  The  Geranium,  The  Barber,  Wildcat, 

Plon, The Turkey The Train. Ale tomiku tego nie zdołała wydać. Dopiero w kilka lat później 

wydała Mądrość krwi. Zaczęła ją pisać w roku 1947. Cztery rozdziały drukowała po róŜnych 

czasopismach jako osobne całości, jako opowiadania. Ich integracja, zwłaszcza zaś fabularne 

rozwiązanie utworu nastręczało jej sporo kłopotów, JednakŜe w końcu z nich wybrnęła. 

Była pisarką chrześcijańską, a ściślej rzecz biorąc, pisarką katolicką. Znaczy to tyle, Ŝe 

wizję  świata,  którą  uzewnętrzniały  jej  powieści  i  jej  opowiadania  określały  idee  katolickiej 

teologii.  AleŜ  tak!  Zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  stwierdzenie  to  moŜe  budzić,  i  zresztą  budzi,  nie 

całkiem  bezpodstawne  wątpliwości.  Ich  usprawiedliwieniem  staje  się  wielointerpretacyjność 

prozy  Flannery  O'Connor.  Wielointerpretacyjność  ta  powstaje  wskutek  przemilczeń, 

natarczywego  stosowania  elipsy  i  nieustannych  niedopowiedzeń.  Nakładając  się  jedno  na 

drugie,  zezwalają  one  na  róŜnorodne  rozumienie  tekstu.  Nade  wszystko  jednak  rozstrzyga  o 

tym dość skomplikowany układ symboli. 

Opowiadania  i  powieści  O'Connor  nie  posługiwały  się  systematycznym  odwołaniem 

do historii ukrytej, przemilczanej przez fabułę, choć fabule tej przyporządkowanej. A więc nie 

pogrąŜały się w literaturze „drugiego dna”. Zwracały się natomiast w stronę „lokalnego” jak 

gdyby  symbolu.  Przenośnego  znaczenia  nabierały  wówczas  określone  „obiekty” 

przedstawione  -  np.  słońce  -  określone  wydarzenia,  ich  właściwości,  relacje  pomiędzy  nimi 

background image

itd.  itp.,  jak  dzieje  się  to  choćby  w  Mądrości  krwi.  Kompozycja  owych  figuratywnych 

odniesień  otwiera  prozę  O'Connor  na  sprzeczne,  a  nawet  na  przeciwstawne  sobie 

interpretacje. Ujawnia to cała jej twórczość. Nie tylko wczesne utwory. A zatem niepodobna 

posądzać jej o katolicką wizję świata, skoro z nie mniejszym powodzeniem moŜna by wizję tę 

wykładać  jako  z  katolicyzmem  nie  mającą  nic  wspólnego?  Owszem.  Ale  pod  jednym 

warunkiem,  tym  mianowicie,  Ŝe  ograniczymy  się  wyłącznie  do  prozy  i  Ŝe  rozwaŜając  ją, 

zrezygnujemy z tej optyki, jaką narzuca nam eseistyka pisarki. Bo Flannery O'Connor pisała 

teŜ eseje. Zaczęła je pisać stosunkowo późno, pod koniec lat pięćdziesiątych. Z tego przecieŜ 

czasu  pochodzą  szkice  takie  choćby  jak  The  Fiction  Water  and  His  Country  (1957),  The 

Church  and  the  Fiction  Water  (1957),  The  Novelist  and  Free  Will  (1963).  Świadczą  one  o 

katolickich  przekonaniach  pisarki  podobnie  jak  wywiady,  których  udzieliła  nie  tak  znowu 

mało. Jeśli więc spojrzeć na prozę O'Connor poprzez pryzmat jej dyskursywnych wywodów, 

jej  powieści  i  opowiadania  uzyskają  jawnie  chrześcijańskie  zabarwienie.  A  izolacja  jej 

twórczości  ściśle  artystycznej,  odcinanie  jej  od  tego,  co  artykułowała  w  inny  sposób,  nie 

byłoby chyba posunięciem roztropnym. 

Wizja  świata  Flannery  O'Connor  zakłada  istnienie  Boga.  Bóg  jest  nie  tylko  stwórcą 

wszechświata, pierwszą  przyczyną, nie tylko kimś wszechmocnym i wszechwiedzącym. Jest 

równieŜ źródłem wszelkich wartości moralnych. Są one pochodną jego intencji skierowanych 

ku  człowiekowi.  Są  przez  intencje  te  ustanowione  i  od  nich  zaleŜne.  Ludzkie  działanie  i 

ludzkie przeŜycie będzie wartościowe moralnie jedynie wtedy,  gdy spełni zamysł  Boga. Nie 

musi spełniać go zawsze. Człowiek bowiem został wyposaŜony w wolną wolę. ToteŜ moŜe - 

ś

wiadomie  czy  nieświadomie  -  sprzeciwiać  się  intencjom  BoŜym.  Powieścią  o  takim 

sprzeciwie jest Mądrość krwi; mówi o sytuacji współczesnego Jonasza. Jonasz chciał umknąć 

temu, do czego Bóg go powołał. Przed tym teŜ ucieka Hazel Motes. Stara się uchronić przed 

powołaniem.  Odrzuca  Chrystusa.  Staje  się  kaznodzieją,  ale  kaznodzieją,  który  naucza,  Ŝe 

ś

lepi  nie  widzą,  kulawi  utykają,  a  martwi  na  zawsze  pozostaną  tam,  gdzie  ich  pogrzebano. 

Równocześnie  jednak  krąŜy  wokół  chrześcijańskich  idei,  tyle  Ŝe  zaprzeczonych.  Pragnie 

wiary.  ToteŜ  z  tym  większą  zaciekłością  jej  się  wypiera.  Chce  wykazać,  Ŝe  nie  ma  grzechu. 

ToteŜ po przyjeździe do Taulkinham rusza natychmiast do miejscowej kurwy  Leory Watts - 

wyczytał jej adres nagryzmolony na ścianie dworcowego klozetu. Na rozrywki seksualne nie 

ma szczególnej ochoty. Ale śpi z Leorą Watts. 

Po  to,  by  dowieść,  Ŝe  grzech  nie  istnieje,  tak  jakby  przespanie  się  z  kurwą  mogło 

posłuŜyć  za  dowód  w  tym  względzie.  To  wszakŜe  mu  nie  wystarcza.  Będzie  chciał  okazać 

swą  przewagę  nad  tymi,  którzy  wierzą  w  transcendencję.  Po  to,  by  potwierdzić  swe  racje. 

background image

Jeśli  dokona  tego,  czego  nie  dokonali  wierzący  w  Boga,  tedy  zatryumfuje  jego  kościół, 

„Kościół  Bez  Chrystusa”.  Bo  tego  kościoła  jest  samozwańczym  apostołem.  Kaznodzieja, 

którego napotyka w Taulkinham, okaŜe się oszustem. Udaje ślepca.  Kiedyś naprawdę chciał 

się oślepić, ale nie starczyło mu zdecydowania. Zląkł się w ostatniej chwili. 

Motes nie zlęknie się, doprowadzi rzecz do końca. A potem będzie udręczał Swe ciało, 

poddawał je rozlicznym umartwieniom. 

Czy ten współczesny Jonasz dotrze do Niniwy czy teŜ jego historia pozostanie historią 

„zaprzeczonej”  misji?  Mądrość  krwi  nie  przyniesie  jeszcze  odpowiedzi  na  to  pytanie. 

Odpowiedzi  udzieli  dopiero  następna  powieść  Flannery  O'Connor  The  Violent  Bear  It  Away 

(w przygotowaniu jako kolejny tom Biblioteki Amerykańskiej). Oczywiście, juŜ w Mądrości 

krwi  pojawią  się  pewne  oznaki,  sugerujące  konwersję  Motesa,  jego  nawrócenie,  na-

prowadzające  na  myśl,  Ŝe  oto  mamy  przed  sobą  relację  o  drodze  do  „prawdy”  -  drodze  do 

Damaszku.  Ale  są  to  zaledwie  sugestie,  niejasne  i  pewnie  niewystarczające.  Za  sprawą 

przemilczeń,  niedopowiedzeń  ostateczne  rozstrzygnięcie  tej  kwestii  jest  niepewne,  jakby 

zawieszone. 

Bóg  Flannery  O'Connor  chce,  abyśmy  go  poznali.  Nieobecność  wiedzy  o  Bogu  staje 

się  tedy  przejawem  nie  tylko  naszej  ignorancji,  ułomności  ludzkiego  umysłu,  którą  to 

ułomność  autorka  Mądrości  krwi  wybija  z  godnym  podziwu  uporem,  lecz  takie  moralnym 

uchybieniem,  a  nawet  czymś  więcej  -  grzechem.  Przy  czym  ten,  który  ma  fałszywe 

wyobraŜenie  o  transcendencji,  który  transcendencję  tę  postrzega  niewiernie,  deformując  ją  i 

odkształcając, jest mimo wszystko kimś „lepszym”, „bardziej wartościowym” aniŜeli ten, kto 

w ogóle jej sobie nie wyobraŜa, choćby pogrąŜony był w dopełnianiu kościelnych obrządków, 

choćby  nigdy  nie  próbował  naruszyć  religijnego  rytuału.  Dlatego  teŜ  fałszywy  ślepiec  Asa 

Hawks będzie bliŜszy moralnym wartościom O'Connor aniŜeli pani Wally Bee Hitchcock czy 

pani Flood (właściwie pani Flood z początków XIV rozdziału). 

Wyrzeczenie  się  Boga  jest.  -  dla  O'Connor  -  czymś  jeszcze,  czymś  ponadto.  Jest 

wypaczeniem  ludzkiej  natury.  Bo  przecieŜ  istnieje  natura  człowiecza.  Składa  się  z  zespołu 

elementarnych  dyspozycji.  W  ich  obręb  wchodzi  głód  transcendencji.  To  niezbywalny  rys 

kaŜdego  człowieka.  Oczywiście,  głód  ów  moŜna  przytłumić.  MoŜna  go  teŜ  oszukiwać, 

zastępując  „rzeczywistą”  transcendencję  róŜnymi  formami  substytutów.  Tak  poczyna  sobie 

Enoch  Emery,  pokładając  całą  swą  nadzieję,  w  Mądrości  krwi  Nadzieja  ta  uczyni  jego 

wzorcem animalizaeję Nie, nie utraci on człowieczeństwa. Nie wyzbędzie się teŜ swej natury, 

gdyŜ wyzbyć się jej nic moŜe. Ale w pewnym stopniu wypaczy ją. Zniekształci i znieprawi. 

background image

Flannery  O'Connor  ogląda  świat  z  perspektywy  chrześcijańskiego  moralisty.  W 

kaŜdym  razie  taką  perspektywę  stara  się  zazwyczaj  zachować.  Prowadzi  to  do  konfliktu  z 

pewnymi składnikami akceptowanej przez nią poetyki. Nade wszystko prowadzi do konfliktu 

z „czarną komedią”, do której autorka The Violent Bear It Away czuła nieodpartą słabość. 

Pisarstwo  O'Connor  wyrastało  z  tradycji  prozy  „neogotyckiej”.  Odwoływało  się  do 

Faulknera,  ale  nie  tego,  który  pisał  Wrzask  i  wściekłość  czy  Absalomie,  Absalomie...,  do 

Faulknera  z  Azylu.  I  do  powieści  Carson  McCullers  W  zwierciadle  złotego  oka.  

powieściach  i  opowiadaniach  O'Connor  grozę  równowaŜył  komizm.  AliaŜ  grozy  i  komizmu 

staje  się  niejako  ich  znakiem  rozpoznawczym.  I  z  tego  właśnie  względu  zbliŜa  je  do  roz-

wijającej się niemalŜe równolegle twórczości Johna Hawkesa. Hawkes zresztą nie zapierał się 

tych  pokrewieństw.  Przeciwnie,  kilkakrotnie  je  podkreślał.  Zarazem  jednak  autorka  The 

Violent  Bear  It  Away  demonstruje  swą  fascynację  „czarną  komedią”.  „Czarna  komedia” 

będzie  tym  -  co  przeciwstawi  się  chrześcijańskiemu  moralizmowi.  Albowiem  polega  ona  na 

akcentowaniu  perspektywy  komicznej  jako  waŜniejszej  niŜ  perspektywa  moralna.  Wszelkie 

wydarzenia  zmyślone  są  oceniane  z  punktu  widzenia  obu  tych  perspektyw.  Wiele  spośród 

nich mieści się równocześnie w wyznaczanych przez nie ramach. WszakŜe to, co pocieszne i 

zarazem  godne  pochwały,  zwłaszcza  zaś  godne  potępienia  rozwaŜa  się  tu  przede  wszystkim 

pod  kątem  śmieszności.  Bierze  się  pod  uwagę  w  pierwszej  kolejności  wymiar  komiczny 

opisywanych wypadków, a dopiero później ich „zawartość etyczną”. Tym samym dobro czy 

zło,  choć  nadal  pozostają  dobrem  i  złem,  są  nade  wszystko  mniej  czy  bardziej  zabawne.  A 

tego  rodzaju  ujęcia  faktów  fabularnych  nie  dopuszczał  chrześcijański  moralizm.  „Czarna 

komedia”  przekreśla  go  więc  ostatecznie.  Flannery  O'Connor  usiłowała  przekreślenie  to 

zatrzeć,  zamazać.  Mogła  tego  dokonać  jedynie  poprzez  okiełznanie  swych  estetycznych 

skłonności,  poprzez  narzucenie  im  odpowiednich  ograniczeń.  Zmierzała  w  tym  kierunku. 

Widać  to  wyraźnie  w  jej  utworach  pisanych  około  roku  1960.  Ale  ograniczenia  takie 

zarysowały  się  juŜ  wcześniej,  w  tytułowym  opowiadaniu  zbiorku  A  Good  Man  Is  Hard  to 

Find  and  Other  Stories  (1955).  A  nawet  jeszcze  wcześniej,  w  tej  oto  powieści,  która  leŜy 

teraz przed nami - w Mądrości krwi. 

Lech Budrecki