background image

Jeremy Belpois

Podziemny zamek

Tej nocy mija dok adnie dziesi  lat
od chwili, kiedy ujrza em j  po raz pierwszy, wi c my

,

e nadszed  ju  w

ciwy moment, aby o tym opowiedzie .

eby ujawni  wszystkie niewiarygodne zdarzenia, których byli my  wiadkami.

Turni Ishiyama, Ulrich Stern, Odd Della Robbia
i ja, Jeremy Belpois. Ylo i oczywi cie Aelita.
Nie ma dnia,  ebym nie my la  o Aelicie.
Ta historia jest dla nich wszystkich, dla moich przyjació .
ale przede wszystkim jest dla ciebie.
Kto wie, czy jeszcze s uchasz...
Jeremy

background image

1

MOTYL NA DNIE MORZA
(MORZE JAPO SKIE - 21 GRUDNIA)

Mówi si ,  e jak w Pekinie motyl trzepoce skrzyd ami, to w Nowym Jorku b dzie

pada  deszcz. Mo e tak w

nie by o równie  i tym razem, ale trudno powiedzie . Tak to

jest: wszyscy widz ,  e pada, ale nikt nie potrafi wskaza  odpowiedzialnego za to
motyla... We wtorek, 21 grudnia, o godzinie 14.36 statek KNT-17 zarzuci  kotwic  na

rodku Morza Japo skiego i oficer zameldowa  bazie naziemnej:

- Zaj li my pozycj .
W bazie nas uchiwa a Yu ki ko Itou,  adna, dwudziestotrzyletnia Japonka. Yukiko

spokojnie, skontrolowa a zza biurka otaczaj ce j  monitory, przysun a sobie mikrofon
do ust i powiedzia a:

- Tu baza, wszystko okej. Spuszczajcie Rovy’ego, kiedy wam b dzie pasowa o.
KNT-17 to statek, który kontrolowa  kable telekomunikacyjne  cz ce Japoni  ze

Stanami Zjednoczonymi. By  tylko jeden problem: kable znajdowa y si  na g boko ci
ponad tysi ca metrów pod poziomem morza. I dlatego do akcji wkracza  Rovy. Mimo

miesznego przezwiska by  to bardzo wyspecjalizowany robot. ROV: Remotely Operated

Vehicle. Jedyny, który by  w stanie spokojnie pracowa  pod ogromnym ci nieniem, jakie
panuje w g bi oceanu. Yukiko mia a na swoim monitorze dwa obrazy. Widzia a robota -
co  w stylu wielkiej 

tej puszki, która w

nie by a spuszczana na fale za pomoc

urawia, a obok mia a obraz oficera pok adowego znajduj cego si  na statku.

- Jak si  masz, kotku? - zaskrzecza  jego g os w radioodbiorniku.
- Do mnie mówisz? - parskn a  miechem Yukiko.
- No co  ty! Rozmawia em z Rowym.
Kolejny wybuch  miechu.
- We  si  do roboty albo ca a Japonia zostanie bez Internetu!

Awaria podmorskiego kabla telefonicznego trwa a ju  od sze ciu godzin. Sytuacja robi a
si  niepokoj ca. Przez ten kabel przechodzi a wi kszo  rozmów telefonicznych i e-
maili, które Japo czycy wysy ali do Ameryki i odwrotnie. Trzeba by o dzia

 szybko i

precyzyjnie. Dzi ki nap dowi  rubowemu o du ej mocy Rovy p yn  pod wod  jak
strza a. Dotar  do d ugiego, czarnego kabla, który le

 na piaszczystym dnie. Ocean by

cichy i ciemny. Na tej g boko ci nie by o nawet ryb. Gdyby ciemno ci nie rozja nia a
podwodna kamera robota, wydawa oby si ,  e monitor Yukiko jest wy czony. Min o
kilka minut. Cisz  w s uchawkach przerwa  g os oficera pok adowego.

- My

,  e znalaz em usterk . To chyba nic powa nego.

Z wewn trznej przegrody Rovy’ego wysun o si  mechaniczne rami , które

wyd

o si  i dotkn o powierzchni kabla. W tej samej chwili urz dzenia elektroniczne

wokó  Yukiko zacz y wariowa .

- Stop! - zawo

a instynktownie.

- Co jest?
- Mia am tu... co  podobnego do skoku napi cia. Nie umiem tego wyt umaczy ,

ale... wygl da o, jakby si  kabel na moment zakorkowa ...

- Yukiko? Mog aby  powtórzy ?
- Jak tylko ruszy

 ten kabel,  wiat o na moment w ogóle przesta o p yn .

background image

- Ale ja go ledwo dotkn em! Poza tym to niemo liwe,  eby co  takiego si  sta o

z kablem  wiat owodowym!

Dziewczyna zignorowa a t  uwag  i spojrza a szybko na monitor.
- W ka dym razie chyba ju  wszystko w porz dku. Znowu jest  czno .
- Chcesz,  eby my jednak dalej naprawiali?
- Nie, nie, nie ma sensu. Misja zawieszona. Wci gnij Rovy’ego i wracaj do domu.
-  wietnie, to spotkamy si  dzi  wieczorem.
Yukiko u miechn a si  i za

a sobie kosmyk w osów za ucho.

- Czemu nie?
W czasie gdy w Japonii zaczyna  znowu dzia

 Internet, we Francji, w sto ówce

szko y Kadic, trzynastoletnia dziewczynka jad a  niadanie. Nazywa a si  Aelita Stones,
ale w ci gu swojego krótkiego  ycia nosi a ju  wiele ró nych imion. Jak na swój wiek
by a niewysoka, mia a ma y, zadarty nosek, wielkie oczy i rude w osy przyci te na pazia.
Nosi a wygodne ogrodniczki i w odró nieniu od pozosta ych uczniów, którzy  miali si  i
gadali jak naj ci, mia a raczej powa ne spojrzenie. W sto ówce szko y Kadic czu o si

wi teczn  atmosfer . By  przedostatni dzie  zaj  przed przerw  bo onarodzeniow  i

lekcje mia y si  znowu zacz  dopiero w styczniu, prawie dwadzie cia dni pó niej. Du o
wolnego czasu, który mo na fajnie sp dzi  w domu z mam  i tat . Aelita jednak mia a
inne plany, nie tak przyjemne. Jej rodzice ju  nie  yli. Dziewczynka mia a wra enie,
jakby min y wieki, odk d zosta a sama na  wiecie. Od tego strasznego dnia, w którym
jej ojciec...

- Wszystko dobrze? - a  podskoczy a, gdy niespodziewanie zagadn  j  Jeremy.
Jeremy Belpois mia  trzyna cie lat, tyle co ona, przyd ugie jasne w osy i okr

e

okulary na nosie. Jeremy by  dla niej wa

 osob , poniewa  tego strasznego dnia, w

którym jej ojciec...

- Aelita?
Dziewczynka zatrzyma a r

 z rogalikiem w po owie drogi. Mia a rozchylone

usta i spojrzenie zagubione w pustce.

- Porazi y j  emocje - zauwa

 trzeci kumpel. By  to Odd Della Robbia, jak

zawsze u miechni ty, z rozwichrzonymi w osami i wygl dem rockmana. - Jeremy, nasz
szata ski plan jest gotów? - zapyta , zwracaj c si  do przyjaciela.

-Zapi ty na ostatni guzik - przytakn  Jeremy. - Aelita i ja jedziemy do moich

starych na ferie. Moja mama ju  si  cieszy,  e b dzie mia a dziewczynk , któr  b dzie
mog a rozpieszcza .

- A ty si  nie cieszysz?
- Odwal si , Odd.
- Nasz zakochany informatyk.
Jeremy zaczerwieni  si , ale rozmawia  dalej jakby nigdy nic, ze wzrokiem

utkwionym w talerzu.

- Wrócimy do szko y w niedziel , dziewi tego. Dzie  przed rozpocz ciem

lekcji.

-  wietnie! Co powiedzia

 swoim starym?

-  e b

 nocowa  u Ulricha.

- Ja te ! I tak nigdy nie sprawdzaj . A inni? S ysza

, co mówili?

- Nie, ale omówili my ju  wszystko. Nie powinno by  problemów.

background image

- Hej, Aelita, jeste  tu z nami? - zapyta  Odd, widz c,  e przez ca y ten czas

rudow osej nie drgn  ani jeden mi sie . Rogalik tkwi  nadal nieruchomo przed jej buzi .

- Aelita, je li to zgryw, to wcale nie jest  mieszny - powiedzia  Jeremy z

niepokojem.

Dziewczynka patrzy a na niego niewidz cym wzrokiem, prawie nie mrugaj c.
- Ty si  nazywasz Jeremy, prawda?
Z niedowierzaniem wbi  w ni  wzrok, a potem za mia  si , speszony. Odd uda ,

e bierze udzia  w zabawie:

- Tak, on jest Jeremy, a ja jestem Odd. Jeste my twoimi najlepszymi przyjació mi.

Pami tasz?

Mia  to by

art, ale Aelita si  nie za mia a.

- Nie - odpowiedzia a.

background image

2

PUSTY DOM
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, 9 STYCZNIA)

Nowy Rok zacz  si  od wyj tkowych mrozów. Rankiem w niedziel , 9 stycznia,

poci g przyjecha  na stacj  z godzinnym opó nieniem. Na bia ym tle wida  by o dwa
ciemne pasy szyn.  nieg pada  przez ca  noc i wygl da o na to,  e jeszcze b dzie pada .
Drzwi poci gu otworzy y si  z sapni ciem. Jeremy pomóg  Aelicie wynie  walizki.

- Cze ! - przywita  ich g os z peronu. - Ale si  na was naczeka em.
By  to Ulrich Stern, wysoki i chudy ch opak okutany w czerwon  puchow

kurtk . Na g owie mia  wielk  we nian  czap  dla ochrony przed wiatrem. Spod czapki
wystawa  ciemny kosmyk, który zawsze spada  mu na czo o. Aelita i Jeremy ucieszyli si
na jego widok.

- Siemasz! Jak tam ferie?
Ulrich wzruszy  ramionami, wi c Jeremy ju  o nic wi cej nie pyta . Wiedzia ,  e

przyjaciel przechodzi w

nie trudny okres i nie bardzo dogaduje si  z rodzicami. Ulrich

bez wysi ku podniós  jedn  z dwóch walizek.

- Jak si  masz, Aelita? Fajnie by o u pa stwa Belpois?
- Rodzice Jeremy’ego s  bardzo mili - u miechn a si  dziewczynka. - A jego

matka  wietnie gotuje!

- Super - mrukn  Ulrich. Potem popatrzy  na nich w milczeniu, nie wiedz c, jak

powiedzie  o tym, co sk oni o go do przyj cia na stacj . Na koniec waln  prosto z mostu,
tak jak lubi :

- A lepiej ci z pami ci ?
Aelita mocniej otuli a si  kurtk . Jej oddech zmienia  si  w par .
- Powiedzmy,  e spoko. Pami tam, kim jeste , a to ju  co !
Ulrich u miechn  si  sceptycznie. Ruszyli przez oblodzone i  liskie ulice miasta.

niegu napada o tyle,  e wszystko dooko a wygl da o jak jeden bia y dywan.

- Ale zi b! W tym pustym domu zamarzniemy na ko  - szcz ka  z bami Jeremy.
- Luzik - uspokoi  go Ulrich. - Wczoraj Yumi zakrad a si  tam i w czy a

ogrzewanie. B dzie jak w bajce.

- Odd ju  jest? - dopytywa  si  Jeremy, chuchaj c w zmarzni te d onie.
- Wróci  dzi  rano. Pomaga Yumi porz dkowa  dom.
- Ekstra.
- No tak - zgodzi  si  Ulrich. - Nasz „szata ski plan”, jak to mówi Odd, si

sprawdza.

To Jeremy wpad  na pomys ,  eby bez wiedzy rodziców wróci  do szko y dzie

przed rozpocz ciem lekcji. Zamierzali sp dzi  razem niedziel , bez obawy,  e kto

dzie si  wtr ca  w ich sprawy. On i Odd powiedzieli,  e b

 nocowali u Ulricha,

Ulrich,  e b dzie u Jeremy’ego, Yumi,  e u Aelity. Jeremy wykorzysta  nawet
komputerowy program d wi kowy. Zadzwoni  do wszystkich rodzin, podaj c si  za
ka dym razem za innego rodzica i potwierdzaj c wymówk . Istotnie, szata ski plan.
Dzi ki niemu zyskali czas i spokój, których potrzebowali, aby za atwi  pewn  spraw .
Kto  oczy ci  ze  niegu drewnian  tabliczk  na bramie i teraz mo na by o z  atwo ci
odczyta  napis PUSTELNIA. W znajduj cym si  za ogrodzeniem ogrodzie rozci ga  si

background image

taki sam ksi ycowy krajobraz jak w ca ym mie cie. Na  niegu wida  by o podwójny
rz d  ladów, które prowadzi y a  do ganku. Pustelnia by a wysok  i w sk  will  ze
spadzistym dachem. Sk ada a si  z dwóch pi ter i sutereny. Przylega  do niej niski gara .
Otacza y j  pokryte  niegiem  wierki. Drzewa ros y g ciej za budynkiem, w miejscu,
gdzie niskie ogrodzenie oddziela o ogród od parku szko y Kadic.

Aelita przystan a, aby przyjrze  si  ciemnym szybom, bia ym kolumienkom na

ganku i drzewom.

- Pami tasz ten dom? - spyta  j  Jeremy.
- Jak przez mg . Ale mam niejasne wra enie... Czuj ,  e jest to miejsce, do

którego jestem bardzo przywi zana.

Jeremy przytakn .
- Jak na pocz tek to obiecuj ce! Ale teraz wejd my do  rodka, bo zimno jak nie

wiem.

W  rodku Odd przyczepia  do sufitu kolorow  girland . Skoro tylko us ysza ,  e

drzwi si  otwieraj , ze zwinno ci  kota zeskoczy  z drabiny, z ca ej si y klepn  Ulricha
w plecy i zacz

ciska  Aelit , na co Jeremy patrzy  z niejak  zazdro ci .

- Cze ! - powita a ich Yumi, wychodz c  piesznie z kuchni. Jej migda owe oczy

yszcza y, a na twarzy jak zwykle mia a swój lekki, zagadkowy u miech.

Yumi Ishiyama, ostatnia z paczki, by a najstarsza i najbardziej odpowiedzialna,

przynajmniej w teorii. Wysoka i szczup a, uwielbia a ubiera  si  na czarno, pod kolor

osów. Jej rodzice byli Japo czykami. Do Francji przeprowadzili si  zaraz po jej

urodzeniu.

- Jak ferie? - spyta  j  Jeremy.
- Nie le. Uda o mi si  nawet poje dzi  na nartach. A wy?
Rozmow  przerwa  nagle  oskot wywracanych rzeczy. Zaraz potem pojawi  si

Kiwi, pies Odda, który zacz  gania  mi dzy przyjació mi i rado nie merda  ogonem.

ród   artów  i  u cisków  wszyscy  opowiedzieli  sobie  o  feriach.  Potem  uznali,   e  czas

zabra  si  do pracy. Ulrich wdrapa  si  na drabin , aby zawiesi  girland . Odd i Jeremy,
kucharze grupy, przenie li si  do kuchni. Mama przygotowa a dla Yumi blach
zapiekanego makaronu, a oprócz tego dziewczynka zrobi a zakupy, kupi a popcorn,
napoje, wst pnie obgotowane mi so na piecze  i siatk  ziemniaków.

- Uwa aj i nie obetnij sobie palca - powiedzia  Jeremy do Odda, który z

obieraczk  w r ku sadowi  si  na krze le. Przyjaciel zignorowa  t  uwag .

- Gadaj, jak si  czuje Aelita? - zapyta , jakby to le

o mu najbardziej na sercu.

- Dobrze - odpowiedzia  Jeremy, wzruszaj c ramionami. - Pami  wróci a jej ju

prawie ca kiem. Przypomina sobie nas i sporo wydarze  z ostatnich lat...

Zamy li  si  na chwil , po czym doda :
- ...oprócz Lyoko.
- Co to znaczy „oprócz Lyoko”?
-  Znaczy,   e  ca kowicie  wymaza a  z  pami ci  wszystko,  co  wi e  si   z  Lyoko  -

westchn  Jeremy.

- I Xan  te ?
- I Xan  te .
Odd sko czy  obiera  ziemniaka i wzi  nast pnego.
- My lisz,  e ta amnezja jest z winy Xany?
- Niemo liwe - odpar  Jeremy powa nie. - Xana nie  yje.

background image

- Super by a wy erka! - wykrzykn  Ulrich, wstaj c od sto u.
- Zgadnij, kto b dzie my  talerze? - mrugn  porozumiewawczo Odd.
- Wykluczone! To robota dla bab!
Yumi szturchn a go  okciem w brzuch.
- Zamierza

my z Aelit  ci pomóc - powiedzia a ze z

liwym u mieszkiem. -

Ale skoro twierdzisz,  e to robota dla bab, zostawimy ci t  przyjemno .

Ulrich burcza  co  z niezadowoleniem, a reszta si  z niego za miewa a. Nagle

Jeremy  wsta   od  sto u,  znikn   na  chwil   w  pokoju  obok  i  wróci ,  trzymaj c  jak
torebk .

- Naczynia nie zaj c. Co powiecie na spacerek? - zaproponowa  z entuzjazmem.
- Nie widzisz, jaka jest pogoda, Einstein? - zaprotestowa  Odd, pokazuj c na

okno. - Przynajmniej tysi c stopni poni ej zera. I za

 si ,  e zaraz zacznie pada

nieg.

- Kiedy jest tysi c stopni poni ej zera,  nieg nie pada- sprostowa  „Einstein”. Odd

prychn  i przewróci  oczami. - W ka dym razie nie mo emy i  bardzo daleko. Do parku
Kadic b dzie w sam raz.

Yumi przygl da a mu si  z powa

 min .

- Co ci chodzi po g owie? - zapyta a.
Jeremy otworzy  torebk  i wyci gn  z niej ma  kamer  cyfrow .
- Chcia bym zrobi  wideopami tnik - wyja ni . - Pomy la em,  e by oby

zabawnie, gdyby my opowiedzieli przed kamer , co nam si  przydarzy o. Kto wie, mo e
kiedy  nam si  przyda.

-  wietny pomys  - przytakn a Yumi z przekonaniem.
- A ja zgadzam si  z Oddem - przyzna  Ulrich. - Po co tyle k opotu?
Yumi drugi raz szturchn a go  okciem, tym razem mocniej i bardziej

precyzyjnie. St kn .

- To co, ruszamy? - zach ci  ich Jeremy. Nikt wi cej ju  nie protestowa .

Za

yli kurtki i szaliki i odwa nie wyszli na zewn trz. Niebo by o szarofioletowe.

Zanosi o si ,  e b dzie pada

nieg. Jeremy poszed  za dom, toruj c drog . Odd i Aelita

pod yli tu  za nim. Ulrich z Yumi zostali z ty u.

- Te szturcha ce nie by y wcale mi e - mrukn  ch opak, obra ony.
- A to nie ty jeste  tu mistrzem sztuk walki? - zakpi a. - Nie mów,  e nie kapujesz,

czemu Jeremy nam zaproponowa  t  hec  z wideopami tnikiem.

- Noo... - zawaha  si . - Prawd  mówi c, to nie.
- Dla Aelity, mato ku! Jak b dziemy opowiada  o Lyoko od samego pocz tku,

mo e wróci jej pami .

Ulrich, nie do ko ca przekonany, mocniej naci gn  sobie we nian  czapk  na

czo o. Wszyscy wyszli tyln  furtk  z Pustelni i ruszyli przez park.  nieg si ga  tam
prawie do kolan i panowa a cisza. Kiwi w podskokach biega  tam i siam. Przystan li, gdy
dostrzegli spadziste dachy budynków Kadic, czarne na tle zimowego nieba. Byli na ma ej
polance. Jeremy i Odd zacz li kopa  r kami w  niegu.

- Patrz - szepn  Ulrich do Yumi. - Odd nie wytrzyma d

ej ni  pi  sekund...

cztery... trzy...

Gdy doszed  do „jeden”, Odd nabra  w d onie  wie ego  niegu, zrobi  du  kulk

i rzuci  j  w nich z ca ej si y. Ulrich schyli  si  i  nie ka trafi a Yumi prosto w twarz.

- He, he! - za mia  si  Ulrich, klepi c j  po plecach. - A nie mówi em?
- Zap acisz mi za to, Odd! - wrzasn a Yumi, zanurzaj c r ce w  niegu.

background image

Rozgorza a bitwa.
- Dosy , dosy , poddaj  si ! - wysapa a Aelita kilka minut pó niej.
Potem zwali a si  na  nieg obok Jeremy’ego, który ju  wcze niej si  podda .

Walcz c na  nie ki, oczy cili du y kawa ek polanki i ods onili zielone k pki trawy oraz
wielk , zardzewia

elazn  pokryw  od studzienki kanalizacyjnej. Dziwne,  e ta

najzwyklejsza okr

a p yta nie znajdowa a si  na ulicy, ale w samym  rodku parku.

- Ulrich! - zawo

 Jeremy, trzymaj c kamer . - Zacznij opowiada , dobra?

- Ja? - wzdrygn  si  Ulrich.
- W ko cu pierwszy zszed

 ze mn ...

- No przesta , nie rób takiej miny, Ulrich - nalega a Yumi.
- Je li ty zaczniesz, obiecuj ,  e pomog  ci ze zmywaniem. Zgoda?
- Dobra, w takim razie... - odchrz kn  i ust pi .

Wszyscy dobrze wiedzieli, dlaczego Jeremy zatrzyma  si  ko o tego w azu, nie musieli o
tym rozmawia . To w

nie tu wszystko si  zacz o... Dla Ulricha Jeremy zawsze by

tylko klasowym kujonem. Od kiedy zacz li chodzi  do szko y Kadic, zdarza o im si
tylko burkn  do siebie „tak”, „nie” i w przelocie „cze ”. Ulrich pozna  si  na Jeremym
o wiele pó niej. Szko a Kadic sk ada a si  z kilku po czonych ze sob  budynków. Dwie
szerokie aleje prowadzi y od g ównej bramy a  do pomieszcze  administracji. Mie ci y
si  one w g ównym budynku, od którego odchodzi y boczne skrzyd a, oddzielone od
siebie dziedzi cami. W pierwszym skrzydle by y klasy. W drugim niskim skrzydle,
oddzielonym od pierwszego centralnym dziedzi cem, znajdowa y si  sto ówki. W
ostatnim skrzydle mie ci  si  internat. Na najwi kszym dziedzi cu, tym mi dzy
sto ówkami a internatem, by o szkolne boisko. Tego dnia Ulrich sta  ko o jednego z
automatów do kawy rozstawionych wokó  boiska. Razem z nim by  Odd, jego nowy
kolega z pokoju, który ca y czas gada  i gestykulowa , podczas gdy on popija  spokojnie
napój z puszki. W pewnej chwili do automatu podszed  Jeremy, w

 monet  i nacisn

przycisk.  Pr d  kopn   go  tak  silnie,   e  kujon  polecia   na  ziemi   jak  worek  kartofli.  Po
chwili wahania Ulrich pospieszy  mu z pomoc  i odprowadzi  go do piel gniarki. Na
szcz cie nic powa nego mu si  nie sta o. Ulrich po egna  go i oddali  si  w zamy leniu.
Kilka dni potem Ulrich us ysza omot i krzyki dochodz ce z pokoju Jeremy’ego. Pobieg
tam i zasta  koleg  zaj tego walk  z czym  w rodzaju puszek na kó kach - najwyra niej
co  posz o nie tak w czasie do wiadcze  naukowych.

- Pomó  mi! Wy cz to!
Ulrich wyci gn  wtyczk  i wszystko wróci o do normy.
- Dzi ki.
- Spoko. Zaczynam si  przyzwyczaja ,  e trzeba wyci ga  ci  z k opotów.
Jeremy Belpois spojrza  na niego powa nie zza zaparowanych okularów i po

chwili ciszy o wiadczy :

- To co  zupe nie innego.
-  e co?
- Nie mog  ci tutaj tego wyja ni .
- To gdzie?
- Na zewn trz. W parku. Ale nie od razu, jutro.
Ulrich przygl da  mu si  z niedowierzaniem przez kilka sekund, ale si  zgodzi .

Nazajutrz s

ce przeb yskiwa o mi dzy li mi, rzucaj c zielonkawe  wiat o. Cie  dawa

background image

wytchnienie od tego upalnego, wiosennego dnia. Ulrich ze zdziwieniem obserwowa
swojego nowego koleg , który skaka  od krzaka do krzaka jak sp oszony królik.

- Jeste  pewien,  e to odpowiednie miejsce?
Jeremy popatrzy  na niego wilkiem.
- Nikt ci nie kaza  przychodzi .
- Robi  to dla ciebie. Boj  si  zostawi  ci  samego. Masz talent do pakowania si

w k opoty.

Ten  mieszny okularnik, zawsze tak tajemniczy i samotny, wzbudzi  ciekawo

Ulricha.

- To tu! - wykrzykn  wreszcie Jeremy. - Jest!
Wystaj cy z trawy w az wydawa  si  tu zdecydowanie nie na miejscu.
- Pomó  mi - poprosi  Jeremy.
Ch opcy zdo ali wspólnie podnie  ci

elazn  p yt . Ci g zardzewia ych

uchwytów schodzi  w dó  pionowego kana u. Z do u dolatywa  nieprzyjemny zapach.

- I ja mam niby zej  tam na dó ?
- Nie p kaj - uci  Jeremy, spuszczaj c si  do dziury jako pierwszy.
Ulrich zawaha  si , ale zacz  schodzi  za nim. Coraz ni ej i ni ej. Po ciemku.

Nagle jego stopa, zamiast na kolejny szczebelek, trafi a na pró ni . Ch opiec zachwia  si
i znieruchomia , zwisaj c z uchwytu jak kie basa z haka w sklepie mi snym.

- No co jest? L k wysoko ci? - dobieg  z do u g os Jeremy’ego.
- Schodki si  sko czy y. Skacz.
- Co to ma znaczy  skacz?!
- No dawaj, to najwy ej pó tora metra, nie wi cej.

ci ni ty  w  cementowej  rurze  Ulrich  zacz   si   zastanawia ,  kto  go  do  tego

zmusi . Jeremy wygl da  na spokojnego cz owieka... ale najwyra niej mia  co  nie tak z

ow . Musia  by  troch  stukni ty, jak wszyscy geniusze.

- Ulrich, ruszaj si !
Skoczy , przetoczy  si  przez bark i natychmiast podniós  si  na nogi, zdziwiony,

e jest jeszcze ca y. Rozejrza  si  dooko a i zobaczy ,  e znajduj  si  w przestronnym i
le o wietlonym tunelu, którego nie by o wida  z góry. Zauwa

 równie ,  e ma mokre

spodnie. Dnem tunelu p yn o co  w rodzaju szarawej rzeczki i... Jejku, w  yciu nie czu
podobnego smrodu! Tunel wype nia  okropny, dusz cy fetor.

- Tu si ...  ee... nie da oddycha  - d awi  si  Ulrich.
- To s

cieki - wyja ni  spokojnie Jeremy. - Jeste my w kana ach, stary.

- Idealne miejsce...  ee... na mi  wycieczk !
- No to czego stoisz, jakby ci  zamurowa o! Im szybciej si  ruszymy, tym

szybciej st d wyjdziemy.

Ulrich  nie  da   sobie  tego  powtarza   dwa  razy.  Ch opcy  ruszyli  po  czym   w

rodzaju chodnika, który ci gn  si  wzd

 ohydnego  cieku. Ich cienie uk ada y si  na

cianach w potworne figury. Cisz  przerywa y tylko ich kroki i jakie  zatrwo one piski.

- Szczury? - spyta  Ulrich.
- S uchaj, jaka cz

 zdania: „Jeste my w kana ach” nie jest dla ciebie jasna?

Oczywi cie,  e szczury. I je li naprawd  chcesz wiedzie , te czarne rzeczy, które p ywaj
tam w dole, to s ...

- Okej! Okej! Kapuj ! - przerwa  mu Ulrich z niecierpliwym gestem.

background image

Po kilku krokach tunel nagle zako czy  si  krat , która zamyka a przej cie. Nowy

ci g przymocowanych do  ciany  elaznych uchwytów prowadzi  do góry.

- Wracamy na powierzchni .

Ulrich westchn . By  pewien,  e ciuchy przesz y mu na zawsze zapachem kana u.
Wspi li si  w gór , gdzie znajdowa a si  druga metalowa klapa. Kiedy j  odsun li,

wiat o s oneczne prawie ich o lepi o. Ulrich wylaz  na zewn trz. I zaniemówi .

Wydostali si  na powierzchni  filaru mostu prowadz cego do starej fabryki -
gigantycznego budynku, który w ca

ci zajmowa  samotn , rozpra on  od s

ca

wysepk . Pod nimi szumia a spokojnie rzeka, która przep ywa a niedaleko od Kadic. Za
plecami Ulricha ulic , któr  kiedy  je dzi y do fabryki ci arówki, blokowa a wielka
brama z drutem kolczastym u góry. Asfalt by  pop kany, a z jezdni tu i ówdzie wyrasta y

pki trawy. Most te  nie by  w dobrym stanie. Metalowe filary grozi y zawaleniem,

prze ar a je rdza. Ale panorama by a naprawd  niesamowita. Z mostu wida  by o w
oddali opuszczone baraki, wierzcho ki drzew i budynki Kadic.

-  adnie, co? - u miechn  si  Jeremy.
- Tak. Ciekawe, dlaczego ju  nikogo tu nie ma.
- Troch  bada em t  spraw  i... nic nie znalaz em. Fabryka zosta a zamkni ta, gdy

byli my mali. Z jakiego  powodu w

ciciel, zamiast j  sprzeda , wola  j  zostawi ,  eby

sobie w spokoju ple nia a. Potem za miastem powsta  nowy obszar przemys owy i ca a ta
dzielnica popad a w ruin  - Jeremy przerwa  i zapatrzy  si  na wysp . - Wcze niej czy
pó niej kto  to kupi i zbuduje parkingi. Albo biura. Albo mo e hotel - doko czy .

Nieczynna fabryka wygl da a ponuro. Ulrichowi przysz o do g owy, jak

wykorzysta  ca y ten teren: zbudowa  si ownie, rampy do skateboardu, jakie  fajne
lokale i wypasiony park rozrywki.

- Chod my- Jeremy potrz sn  go za rami , a potem wszed  na most.
- Dok d?
- No jak to dok d? Do fabryki.

background image

3

ERIK MC KINSKY
(STANY ZJEDNOCZONE, KALIFORNIA, 9 STYCZNIA)

- B dziesz dzi  po po udniu na meczu baseballowym?
- Tak... to znaczy, nie wiem... Mo e b

 zaj ty.

- Dalej t  grup  muzyczn ?
- To nie jest grupa. To zespó  stulecia.
- Skoro tak uwa asz.

Ch opcy rozmawiali, siedz c na skraju boiska. Pierwszy z nich nazywa  si  Mark
Holeman. By  to jedenastoletni dryblas, który nosi  czapeczk  i szalik Massachusetts
Rippety Indians, szkolnej dru yny baseballowej. Drugi za  nazywa  si  Erik Mc Kinsky,
by  w tym samym wieku i nosi  odblaskow  puchówk  z logo Ceb Digital, tego w

nie

zespo u stulecia. Na plecach mia  zdj cie Gardenii, jego wokalistki, która siedzia a
okrakiem na gitarze jak czarownica na miotle. Na wprost ch opców znajdowa o si  puste
boisko Rippety Indians. Za ich plecami wznosi  si  nowoczesny i troch  smutny gmach
szko y Rippety. By  to wielki, ró owy sze cian z du ymi przeszklonymi oknami,
rozmieszczonymi na fasadzie jako  tak przypadkowo. Mark wyrwa  z ziemi k pk

tawej trawy i westchn .

- S uchaj. Ceb Digital s  fajni, a Gardenia jest bombowa, ale...
- Fajni? Bombowa? Ona jest boska! I dzi  po po udniu jest wielki koncert...
- Erik, otwórz oczy! Ju  nie potrafisz my le  o niczym innym. Zamykasz si  w

pokoju i s uchasz ich p yt. Potem w czasz Internet i ogl dasz tylko ich stron , nast pnie
siadasz przed telewizorem i ogl dasz ich ostatni wideoklip...

- No i co z tego? - zapyta  poirytowany Erik i ukradkiem wyci gn  s uchawk  z

ucha. Ju  mo e trzynasty raz z rz du s ucha  Luv Luv Punka, ostatniego singla zespo u.
Byli naprawd  odjazdowi.

- Do licha!  ycie to nie tylko Ceb Digital.

- No tak, lepiej jest ogl da  Indians, jak dostaj  baty jak... jak nie wiem kto. Powinni
przynajmniej  pozwoli   ci  pogra .  By   to  cios  poni ej  pasa  i  Erik  po

owa   go

natychmiast. Mark marzy  o tym,  eby gra  w dru ynie szkolnej. Od dwóch lat nie
opuszcza  ani jednego treningu i stara  si  na wszelkie sposoby przekona  trenera,  eby
pozwoli  mu do czy  do dru yny. Jednak stara  si  na pró no. Mark naprawd  nie mia
talentu do baseballu.

- Ja przynajmniej sp dzam czas na powietrzu!
- Ale jest zima! I na dodatek zimno jak w psiarni.
To by a prawda. Wstali i pobiegli,  eby wzi  rowery, które zostawili ko o

otaczaj cej boisko metalowej siatki. Erik przejecha  z piskiem opon przez oblodzon
alejk  i zatrzyma  rower ko o pogi tej skrzynki na listy, na której by o napisane: MC
KINSKY.

- Mamo, wróci em! - krzykn , otwieraj c drzwi na o cie . Potem rzuci  plecak i

zdj  puchow  kurtk . K tem oka zobaczy  matk  le

 na niebieskim materacu w

salonie.

- Cze ... skarbie... - wysapa a. - Robi ... w

nie... gimnastyk ...

background image

Matka Erika by a maniaczk  aerobiku. Ranki mia a zaj te przez  wiczenia na

rozgrzewk , a popo udnia sp dza a w si owni.

- Id  na gór  do pokoju!
- Sko cz ... rozci ganie... i przyjd ... ci  przywita ...

Na ekranie monitora wy wietli  si  napis MUSIC-OH. A potem JESTE  PO

CZONY.

Z g

ników p yn o na ca y regulator Luv Luv Punka, a fio kowe oczy Gardenii zdawa y

si

ledzi  Erika z g bi pulpitu. W skrzynce by y dwadzie cia dwa nieprzeczytane e-

maile - oficjalny newsletter Ceb Digital; facet, który chcia  kupi  bilety na koncert, „cena
nie gra roli”, nowe wiadomo ci z forum Music-Oh. Ch opiec zaj  si  nimi ze spokojem.
Jaka  Lisette93 pisa a:

Siemaaa Erik!!! Fajowo, ze mi odpowiedzia

 i ze zarejestrowa am si  na forum

i jestem teraz ful wypas fank !

Erik ju  mia  skasowa  ten e-mail, gdy zainteresowa a go dalsza cz

:

eby podzi kowa  poka e ci 1 sekret: zdj cie Gardenii jak pracowa a jako

kelnerka zanim zosta a prawdziwa gwiazda za sprawa swego cudownego g osu!!! Tylko
mnie nie pytaj jak spotka am te lask ...

Erika przeszy  dreszcz. Wszyscy prawdziwi fani Ceb Digital wiedzieli,  e

Gardenia, zanim razem z gitarzyst  Frenem za

a zespó , pracowa a jako kelnerka w

restauracji Skate Willy w Bostonie. I wszyscy wiedzieli,  e gdy tylko zespó  odniós
sukces, ich mened er sprz tn  wszystkie zdj cia, podpisane papierowe serwetki, bluzki
noszone w tym okresie przez Gardeni . Nie zachowa o si  ani jedno zdj cie Gardenii w
stroju Willy-Girl, a gdyby znalaz o si  jakie , to, no có ... by oby bezcenne. W e-mailu
Llssette93 nie by o za czników, tylko link. Erik ju  zamierza  klikn  na niego dr

. I w

nie w tym momencie do pokoju, wion c zapachem brzoskwiniowych perfum,

wpad a jego matka.

- Erik, kotku! - zawo

a. - Chod  na dó , przygotowa am ci ma e co nieco.

Erik nadal gapi  si  w ekran.
- Id . Chwila.
Matka z czu

ci  zmierzwi a mu w osy.

- Ci gle przed komputerem! To niezdrowe. Zejd my, ju  dziesi ta, a ty jeszcze

nic nie jad

.

Jej ton nie dopuszcza  sprzeciwu. Erik zrozumia ,  e b dzie musia  prze

 na

potem spotkanie z Gardeni . W tym momencie wewn trz komputera ch opca inna istota
zrezygnowa a z czekania. Cyfrowe stworzenie p ywa o w niesko czonej nico ci, gdzie
nie by o ani imion, ani wspomnie . Czeka o, jak zamkni ta w kokonie larwa, na
odpowiedni moment, by si  uwolni  i sta  si  doros ym osobnikiem. Potem ciemno ci
rozci  promie

wiat a. Mechaniczne szczypce zbli

y si  powoli, uciskane przez wiele

metrów sze ciennych wody. Musn y j . Wtedy si  obudzi a. Ale nie wiedzia a,
dlaczego. Ani co powinna zrobi . Czu a tylko siln  potrzeb  odzyskania w asnych
wspomnie . By a pewna,  e gdzie  s , ale gdzie? Musi je znale

 - dzi ki nim zrozumie,

co ma robi . Co  ukrytego w komputerze Erika wiedzia o,  e ta pami  czeka zamkni ta
w niewidzialnym sejfie. Potrzebowa o klucza,  eby go otworzy . Potrzebowa o oka,
którym mog oby patrze  przez dziurk  od klucza. O, tak. Oko. Musi znale  swoje oko.
Oko Xany.

Erik musia  wypi  obrzydliwy koktajl marchewkowy i wys ucha  tego samego co

zawsze, czyli kazania matki:

background image

- Ca e wakacje siedzia

 zamkni ty w pokoju i s ucha

 muzyki! Mog

chocia  wyj  z tym twoim przyjacielem, Markiem, i troch  si  porusza ...

Erik udawa ,  e s ucha, ale czu , jak ro nie w nim niepokój. Nie móg  zapomnie

o tym e-mailu. Skoro tylko matka wróci a do gimnastyki, ch opiec pobieg  do pokoju i
zamkn  drzwi na klucz. Chcia  mie  pewno ,  e nikt nie b dzie mu przeszkadza . Tylko
mnie nie pytaj jak spotka am te lask ... Podekscytowany Erik wstrzyma  oddech. Potem
podniecenie zmieni o si  w strach. Tym razem Ceb Digital nie mieli z tym nic
wspólnego. By  to parali uj cy strach, taki jaki si  odczuwa, kiedy si  my li,  e tu  za
zamkni tymi drzwiami jest co  okropnego. R ka na myszce zadr

a. Klik. Na ekranie

komputera nie pojawi a si  Gardenia o wielkich fio kowych oczach. Prawd
powiedziawszy, nie by o nawet zdj cia. By  za to rysunek. Ko o po rodku i dwa
koncentryczne pier cienie dooko a. Cienka kreska u góry i trzy nieco grubsze kreski u
do u przecina y drugi, zewn trzny pier cie .

- Zwyk a  cierna... - wymamrota  zawiedziony Erik.
Potem jednak zacz  si  przygl da  rysunkowi. Co to takiego w

ciwie? Tarcza

strzelnicza? Logo? Erik nie móg  oderwa  oczu od ekranu. Nie wiedzia  dlaczego, ale ten
rysunek przypomina  mu pewn  konkretn  rzecz. Oko. Klikn  na nie.

background image

4

PODZIEMNY ZAMEK
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, NIECO WCZE NIEJ)

W rzeczywisto ci wszystko zacz o si  nieco wcze niej, jeszcze zanim Ulrich

zszed  za Jeremym do kana ów. W momencie, gdy si  naprawd  zacz o, Jeremy by
sam. Pani Hertz co semestr og asza a konkurs klasowy na najbardziej oryginalny
eksperyment naukowy i Jeremy zawsze wygrywa . Tamtym razem zdecydowa ,  e
skonstruuje miniaturowego robota. Brakowa o mu kilku cz ci, aby uko czy  prototyp, a
w szkole nie znalaz  nic, co by mog o mu si  przyda  do dalszej pracy. Potem
przypomnia  sobie o znajduj cej si  niedaleko od szko y opuszczonej fabryce. Pomy la ,

e mo e tam znajdzie co  przydatnego. Poza tym niedawno odkry  tajne podziemne

przej cie, które prowadzi o z parku Kadic w

nie do starej fabryki... Metalowa klapa

azu by a na zewn trz ca kiem zardzewia a. Ale kiedy j  podniós , na odwrocie ukaza

si  dziwny symbol i tajemniczy napis: Green Phoenix - Zielony Feniks. Ten sam symbol
by  wyryty u stóp metalowej drabinki, która prowadzi a do kana ów. Znajdowa  si  te  w
pionowych szybach, jakby mia  wskazywa  drog . A potem... przy wej ciu do starej
fabryki, która sta a na wyspie na  rodku rzeki, znowu ten nieco zatarty ju  symbol.
Zielony Feniks. Do zrujnowanej fabryki prowadzi  sk pany w s

cu most. Od g ównej

bramy dochodzi o si  do w skiej galerii, która wisia a kilka metrów nad ziemi . Hala
by a ogromna i opustosza a. Wzd

cian bieg y k adki i korytarze. D wigi i inne

nieu ywane urz dzenia by y podtrzymywane przez stalowe belki. Okna o du ych
zakratowanych szybach wychodzi y na rzek . Zosta y w nich tylko nieliczne brudne
szyby. Nikt tu nie zagl da  od wielu lat. Jeremy postanowi  poszpera  na parterze. Ostatni
robotnicy zostawili wszystko w nie adzie: rury i opony od ci arówek, urz dzenia
elektroniczne, belki, cz ci mechaniczne. By a to prawdziwa kopalnia skarbów. Tu móg
znale  cz ci do swojego robota. Szkoda,  e z drabiny, która kiedy  pozwala a zej  na
parter, zosta o tylko kilka zwisaj cych w powietrzu szczebelków. Jeremy spostrzeg  dwa
grube kable przyczepione do sufitu za pomoc  solidnych haków. Kable zwisa y blisko
galerii i si ga y a  do ziemi.

„Powinny wytrzyma  mój ci ar...”, pomy la .

apa  jeden i poci gn  go z ca ej si y.  adnego podejrzanego d wi ku.

Wydawa  si  mocny.

- Jaba-daba-duuu! - krzykn , spuszczaj c si  w dó  po kablu. Kilka sekund potem

przekozio kowa  po zakurzonej posadzce. Piek y go obtarte d onie.

Ale uda o si . Zacz  kr ci  si  po opuszczonej hali, szukaj c czego  ciekawego.

Nagle, troch  przez przypadek, zauwa

 wind . By  to prosty metalowy kontener,

uruchamiany przez d wigni , która zwisa a na sznurku ze skrzyni sterowania. Tylko
jeden czerwony przycisk, aby zjecha  w dó .

„Ciekawostka, dok d jedzie”, pomy la  Jeremy, stoj c na metalowej pod odze i

wcisn  przycisk.
Tak naprawd  to nie wierzy ,  e winda ruszy - a tu krata ochronna jednak opu ci a si , a
stary silnik zacz  pracowa . Jeremy zacz  my le ,  e pope ni  b d. Po mniej wi cej
minucie jazdy w ciemno ci winda zatrzyma a si  i krata znów si  podnios a.
Fotokomórka uruchomi a mechanizm i automatyczne drzwi otworzy y si  z sykiem.

background image

Jeremy znalaz  si  w wielkiej sali. By o tu jak w zamku - starym, zniszczonym i
tajemniczym.  ciany  wieci y ch odnym, zielonkawym  wiat em. Z sufitu zwisa o
pot

ne urz dzenie sk adaj ce si  z rur i kabli elektrycznych. Prowadzi y one do

wisz cego po rodku wielkiego ko a. Na pod odze, na podwy szeniu, znajdowa o si
drugie ko o przypominaj ce platform  teleportacyjn  z filmów fantastycznonaukowych
albo wyrzutnie, z których wylatuj  pociski w kreskówkach. Tylko  e to nie by o w
kreskówce. To by o w realu. I by o przed nim. Jeremy nie wierzy  w asnym oczom. Z
sufitu zwisa o mechaniczne rami , które s

o do sterowania wieloma zgaszonymi

ekranami i klawiatur . Przed ekranami znajdowa  si  wygodny fotel z rz dem przycisków
na por czach. Stanowisko dowodzenia. Konsole do sterowania statkiem kosmicznym,
Jeremy zapomnia  na chwil  o celu swej wizyty i o swoim do wiadczeniu naukowym.

owa mu p ka a od nat oku pyta : kto zbudowa  co  podobnego w podziemiach starej

fabryki? Ludzie? A mo e kosmici? I wreszcie - po co, dlaczego? Podszed  do stanowiska.
Szybki rzut oka wystarczy , aby rozwia  pierwsz  w tpliwo . Przed ekranami sta a
normalna klawiatura typu ameryka skiego, najcz ciej u ywana przez programistów. A
zatem to miejsce zosta o zbudowane przez ludzi. Kosmici nie mogli zna  ziemskiego
alfabetu. Ale gdzie si  w

ciwie znajduje? W bazie wojskowej? Na opuszczonym planie

z filmu fantastycznonaukowego? Nagle Jeremy przypomnia  sobie o drucie kolczastym
przed mostem i o gro nie brzmi cych tabliczkach rozsianych po ca ej fabryce:
NIEBEZPIECZE STWO, W ASNO

 PRYWATNA, WYSOKIE NAPI CIE...

Rozejrza  si  dooko a i pomy la ,  e w pomieszczeniu mog  znajdowa  si  ukryte
kamery. Jego obecno  mog a zosta  zarejestrowana. Gdzie  mo e w czy  si  ju  alarm.
Zaraz po niego przyjd . Kto  go porwie i nikt go ju  nie zobaczy. Chocia  si  wysila , nie
potrafi  sobie wyobrazi , kto to mia by by .

-  Je li  mam  ma o  czasu  -  powiedzia   na  g os,  aby  doda   sobie  odwagi  -  to

przynajmniej wykorzystam go,  eby zobaczy , co to takiego.

Usiad  w fotelu...

...i odkry ,  e nic to nie da o - przyciski nadal by y wy czone, tak samo jak monitor i
klawiatura. Musi zatem znale

 g ówny wy cznik. Jeremy przeszuka  uwa nie ca  sal .

Sprawdzi  wielki komputer, który zwisa  z sufitu,  ciany,  wiat a... przetrz sn  wszystko,
ale bez skutku. Wsiad  ponownie do windy-kontenera, któr  przyjecha .

„A teraz, jak przypuszczam, wróc  tym na gór ”.
Nacisn  wielki czerwony przycisk,  eby sprawdzi  swoj  teori , i zaraz znalaz

si  na parterze fabryki. Nacisn  go ponownie i znowu zjecha  do laboratorium
komputerowego. Straci  pi  minut, ale post pi  zgodnie z maksym  pani Hertz: droga
naukowca sk ada si  z eksperymentów, nie mo na nigdy bra  niczego za pewnik.
Zatrzyma  si  na chwil ,  eby si  zastanowi . Je li jedyn  drog  ewakuacyjn  by a
winda, to g ówny wy cznik musi si  znajdowa  w tej sali. Chocia  go szuka , nie móg
go znale , a rzeczy tego rodzaju zawsze s  raczej widoczne. Zatem z której  strony
musia o si  znajdowa  drugie wyj cie. Ukryte. Jeremy usadowi  si  wygodnie na fotelu
od komputera, odpr

 si , zamkn  oczy. Czu  si  jak na klasówce. Zacz  si  kr ci ,

wci  siedz c w obrotowym fotelu. Otwiera  i zamyka  gwa townie oczy, aby zapami ta
uj cia pomieszczenia z ró nych punktów widzenia. Zgaszone ekrany konsoli i
klawiatura. Ogromna konstrukcja mechaniczna zawieszona u sufitu. Zielona  ciana.
Drzwi windy. Jeremy zatrzyma  si . Otworzy  oczy, zacz  znów patrze  na drzwi: by y

background image

zdecydowanie zbyt nowoczesne w stosunku do zniszczonej blaszanej windy, która
znajdowa a si  za nimi.

„To jest wyj cie bezpiecze stwa”, powiedzia  sobie Jeremy. „I broni dost pu do

czego  wa nego”.

W laboratorium komputerowym wszystko by o wy czone. Mimo to drzwi

otwiera y si  i zamyka y bez problemu. I winda wje

a i zje

a.

„Co to wszystko mo e znaczy ?”.
Jeremy podszed  bli ej, staraj c si  nie uruchomi  mechanizmu fotokomórki.

Powierzchnia drzwi by a g adka i wygl da a solidnie. Potem ch opiec zauwa

 co ,

czego nie spostrzeg  wcze niej - metalow  p ytk  po prawej stronie drzwi. By a ona tego
samego koloru co one, ale z innego materia u. Jeremy dotkn  jej. Nic si  nie zdarzy o.
Najwidoczniej wszystkie jej funkcje by y nieaktywne, poza instalacj  automatycznego
otwierania i zamykania. Okej, szed  fa szywym tropem, ale nie trzeba traci  ducha. By
pewien,  e gdzie  znajduje si  inne pomieszczenie. I  e musi istnie  sposób, aby si  tam
dosta . Zacz  lustrowa

ciany i uderza  mur na ró nej wysoko ci. Krok po kroku.

Obszed  ca e pomieszczenie - bez rezultatu. Potem kucn  na pod odze i zacz  j
ostukiwa , a  go rozbola y knykcie.

Puk, puk, puk.
Nie znajdzie niczego w ten sposób, a ju  robi si  pó no.
Puk, puk.
Wychodzenie poza teren szko y jest surowo zabronione i...
Puk, puk, brzd k, puk. Jeremy si  zatrzyma . Odczo ga  si  na kolanach do ty u.
Puk.
Brzd k.
No prosz .
Brzd k.
Szuka  palcami brzegu prawie niewidocznej metalowej p yty tak d ugo, a

paznokcie trafi y na wystaj cy brzeg. Wyci gn  z kieszeni swój szwajcarski scyzoryk i
wetkn  koniec do ma ego rowka. Spróbowa  podwa

 p yt . Poruszy a si . W

ostrze jeszcze g biej i ponownie podj  prób , potem w

 palce do niewielkiej wolnej

przestrzeni, która powsta a, poci gn  silnie obiema r kami.

I podniós  klap .
Ni ej by  pionowy szyb, ciemna dziura. I  elazne uchwyty, po których mo na

by o  zej .  Jeremy  zszed   w  dó   i  dotar   do  okr

ej  sali  o   cianach  pomalowanych  na

ciep y 

topomara czowy kolor. Ogl da  je d ugo. Nie mia  poj cia, czym mog y by

dziwne urz dzenia, które si  tu znajdowa y, ale z pewno ci  wy cznika nie by o tak e w
tym pomieszczeniu. Przed nim wznosi y si  trzy wysokie kolumny. By y one ustawione
tak,  e tworzy y idealny trójk t. 

czy y si  z sufitem za pomoc  kabli, rur i dziwnej

maszynerii. Na ka dej kolumnie znajdowa y si  przesuwne drzwi zwrócone w stron

rodka pomieszczenia. I wszystkie by y zapiecz towane. Jeremy natychmiast zrozumia ,

e tajemnicze kolumny s  w jaki  sposób sterowane przez centralny komputer ze

stanowiska u góry. Ale... do czego one s

? Czy to wyrzutnie? I co mog

wystrzeliwa ? Kolumny najbardziej przypomina y supernowoczesne kabiny
prysznicowe. Jeremy postanowi  wróci  i skupi  si  na poszukiwaniu g ównego
wy cznika. Móg  jedynie spróbowa  zej  jeszcze ni ej. Z westchnieniem wcisn  si

background image

znowu w szyb i zacz  schodzi . Adidasy ze lizgiwa y si  z wyst pów. Zaczyna o mu
brakowa  tchu w piersiach. W ko cu stopami dotkn  pod

a.

Wokó  panowa y ciemno ci. Wyj  z kieszeni komórk  i u

 wy wietlacza jako

latarki. Kilka kroków przed sob  dostrzeg  drzwiczki. By y kwadratowe i solidne.
Podwójne zawiasy uniemo liwi yby wywa enie ich nawet przy u yciu  omu. Jeremy
uderzy  w drzwiczki pi ci . G uchy odd wi k powiedzia  mu,  e nie poradzi by sobie z
nimi nawet palnik wodorotlenowy. Na prawo od drzwiczek znajdowa o si  bia e
plastikowe pud o z wy wietlaczem jednoliniowym i klawiatur  alfanumeryczn .
Wy wietlacz by  pokryty grub  warstw  kurzu, wi c Jeremy przetar  go palcem. Potem
nacisn  na chybi  trafi  jeden klawisz. D3L3ND4, odpowiedzia  mu ekran. Jeremy usiad
na  ziemi,  wdychaj c  g boko  suche  powietrze  z  podziemnego  przej cia.  By   mo e  ten
dziwny kod ma co  wspólnego z alfabetem wojskowym stosowanym przez wojsko
ameryka skie. Alfa, Bravo, Charlie, Delta... Ale w takim razie po co te liczby? Albo
mo e to jest rodzaj równania, którego wynikiem jest has o. Spróbowa  nacisn  inny
klawisz na chybi  trafi , ale na ekranie pojawi  si  napis B

D!!!!, a potem znowu

D3L3ND4. Ze z

ci ch opiec uderzy  pi ci  w cementow

cian . Potem spróbowa

innej kombinacji. B

D!!!! D3L3ND4. Jeremy postara  si  skupi . Tajemniczy napis

sk ada  si  z siedmiu znaków, a wiadomo  o b dzie zawiera a ich osiem. Zatem has o
mog o sk ada  si  z o miu znaków. Podniós  si  zmartwiony: oznacza o to ponad dwa
miliardy mo liwych kombinacji! Móg by stworzy  program crackuj cy, który
sprawdzi by kolejno wszystkie kombinacje, a  znajdzie t  w

ciw . Ale gdzie go

pod czy ? Na pudle nie by o wida  ani wtyczek, ani wej , do których mo na by wpi
kabelki. Prawdopodobnie zreszt  drzwiczki mia y zabezpieczenie przed tego typu
próbami w amania. Wydawa o si ,  e to si  nie uda.

Jeremy opu ci  fabryk  tu  przed zmrokiem. Wróci  do internatu i zacz  my le

o napisie. Szuka  w wyszukiwarce Google i czyta  ksi ki z dziedziny zaawansowanych
technik kryptograficznych, czystej matematyki, teorii tajnych wiadomo ci. Szuka  nazwy
„Green Phoenix” na wszystkich istniej cych stronach. Albo przynajmniej mia  wra enie,

e to zrobi . Spróbowa  pomiesza  znaki, ustawi  je w kolumn , doda  i odj . I nic.

Spróbowa  odnale  Informacje o fabryce, o dawnych w

cicielach, o tym, dlaczego

zamkn li ca e przedsi biorstwo... ale równie  niczego nie znalaz . Sp dzi  na tym ca y
dzie . Sp dzi  na tym drugi dzie . Potem trzeci. W ko cu los podsun  mu rozwi zanie.
Jeremy bieg  w

nie do gabinetu pani Hertz, aby po yczy  kilka ksi ek, kiedy zobaczy

dyrektora Delmasa, który wychodzi  ze swego gabinetu w towarzystwie wysokiego i
chudego faceta w  rednim wieku. Nieznajomy mia  d ugie bia e w osy, które sp ywa y w
nie adzie, i g st  brod . Wygl da  jak skrzy owanie neandertalczyka ze  wi tym
Miko ajem.

- Dzi ki, Paul - mówi  dyrektor. - Ta zagadka nie dawa a mi spa  od kilku

tygodni!

- Mia em po prostu szcz cie - skromnie wymawia  si  tamten.
- Bzdura! - upiera  si  dyrektor. - Nie ma zagadki, której by  nie rozwi za . Nie

bez powodu jeste  dyrektorem Klubu  amig ówek.

Jeremy’emu co  b ysn o w g owie: by  mo e ten dziwny cz owiek zdo a mu

pomóc... Sp aszczy  si  za jedn  z kolumn w korytarzu, poczeka , a  dyrektor i
tajemniczy osobnik go min , i zacz  i  za nimi. Dyrektor Delmas po egna  przyjaciela
w drzwiach, a ten pod

 samotnie przez park.

background image

To by a odpowiednia okazja. Jeremy b yskawicznie dop dzi  m czyzn .
- Przepraszam... - zagadn  nie mia o.
- Tak, m odzie cze?
Mia  bardzo jasne oczy i mi y g os.
- No, ja... - co móg  mu powiedzie ?  e pods ucha  jego rozmow  z dyrektorem?

e przypadkowo znalaz  superkomputer wojskowy i  eby go odpali , musi otworzy

tajemne drzwiczki w podziemiach opuszczonej fabryki?

- Mów e! Co si  sta o?
- Mam zagadk , której nie mog  rozwi za .

czyzna w zamy leniu podrapa  si  po czole.

-  I  chcia by   pomocy?  -  mrukn   jakby  do  siebie.  -  W  rzeczywisto ci  nie  jest

wa ne rozwi zanie, ale to, w jaki sposób si  do niego dochodzi. Je li ja rozwi
zagadk , stracisz ca  zabaw .

- Dyrektor Delmas przecie  te ... - zacz  Jeremy i ugryz  si  w j zyk.
Nieznajomy wybuchn  g

nym  miechem.

- Pods uchiwa

 nas, co? Dobrze. Poszukajmy  awki, usi

my sobie wygodnie i

zastanówmy si  spokojnie, jak rozwi za  twoj

amig ówk .

Kiedy usiedli, Jeremy nabazgra  w po piechu D3L3ND4 na kartce papieru i

podsun  j  panu Paulowi, który przyjrza  si  jej z uwag .

Kilka sekund pó niej mrukn :
- Osiem znaków.
-Tak! - wykrzykn  Jeremy z niedowierzaniem, przypominaj c sobie ekran z

fabryki. - W jaki sposób mo na na to wpa ?

- Chyba jeste  za m ody na takie rzeczy... Ale z drugiej strony, wy, m odzi,

jeste cie bez porównania lepsi, je li chodzi o komputer, od nas starych. S ysza

 kiedy

o j zyku leet?

Jeremy przytakn .  ci le rzecz bior c, leet nie by  prawdziwym j zykiem, tylko

sztuczk  programistów stosowan  po to, aby zapami ta  najtrudniejsze has a. Polega  on
na zast powaniu niektórych liter cyframi albo innymi symbolami, które przypomina yby
orygina . Tak wi c, na przyk ad, AMORE zmienia o si  w 4MOR3 a VITTORIA
zmienia a si  w V1TT0R14. W rzeczywisto ci Jeremy ju  bra  pod uwag  tak
mo liwo . Ale D3L3ND4 po przet umaczeniu za pomoc  leet zmienia o si  w s owo
DELENDA.

- My la em o tym - wyja ni  Jeremy. - Ale odrzuci em pomys , bo to s owo nic

nie znaczy.

- „Delenda”? - zapyta  pan Paul z u miechem. - Przykro mi,  e musz  zaprzeczy ,

ale nie masz racji. Jest to s owo  aci skie, które znaczy mniej wi cej „to, co trzeba
zniszczy ”. A wiesz, z jakiego powodu to s owo jest tak s ynne,  e niektórzy jeszcze
dzisiaj je znaj ?

- Nie - przyzna  si  Jeremy. Jego mocn  stron  by y nauki  cis e, a nie j zyki

klasyczne.

- W staro ytnym Rzymie pewien polityk o imieniu Katon, aby przekona  swoich

kolegów do wypowiedzenia wojny wrogiej Kartaginie, ka

, ale to ka

 swoj  mow

w senacie ko czy  zdaniem: „Carthago delenda est”, czyli „Kartagina musi zosta
zniszczona”.

- „Carthago” ma osiem liter... - wymamrota  Jeremy z rozpromienion  min .

background image

Wzi  od pana Paula d ugopis i kartk  i nabazgra  na niej C4RTH4G0.
- Gratulacje, mój m ody przyjacielu.
To by o rozwi zanie. Jeremy w

 do plecaka latark  elektryczn  i laptop,

sprawdzi , czy na korytarzu jest pusto i wy lizgn  si  z pokoju. Potem przemy la  to raz
jeszcze i zawróci . Wyci gn  spod 

ka swoj  star  hulajnog  - w ten sposób b dzie

móg  przeby  kana y o wiele szybciej. Przeszed  przez park Kadic i spu ci  si  do
studzienki. Kiedy winda starej fabryki dowioz a go na pierwszy poziom pod ziemi ,
obejrza  chwil  w milczeniu fotel sterowania, który sta  przed zgaszonymi ekranami.

- Zaraz si  dowiem, czy rozwi zanie jest poprawne - powiedzia  na g os.
Potem spu ci  si  w dó  szybu. Zapalon  latark  zawiesi  sobie na szyi na

sznurku. Kiedy dotar  na dó , mia  tak spocone d onie,  e palce mu si  ze lizgiwa y ze
szczebelków. Wytar  sobie czo o podkoszulkiem i skierowa  s ab  wi zk

wiat a latarki

na drzwiczki. Na wy wietlaczu urz dzenia do otwierania wida  by o jeszcze ten sam
napis.

D3L3ND4
Ch opiec wzi  g boki oddech, a nast pnie zacz  wystukiwa  rozwi zanie.

Skoro tylko przycisn  klawisz ze znakiem zero w s owie C4RTH4G0, na ekranie
pojawi o si  nowe s owo...

DOST P!
...i zamek otworzy  si  z suchym trzaskiem. Jeremy spodziewa  si  znale  sal ,

w której a  do sufitu b

 sta y dziesi tki ciemnych szafek i  ciany spokojnie szumi cych

komputerów. Zobaczy  natomiast wielki cylinder pokryty dziwnymi ciemnymi napisami.
Nie wygl da  jak komputer. Przypomina  raczej nowoczesn  rze

. By a to technologia,

z jak  Jeremy nigdy wcze niej si  nie zetkn .

- Ciekawe, czy zadzia a - powiedzia  i jego g os odbi  si  echem w pustej sali.
By  tylko jeden sposób, aby to sprawdzi . Jeremy podszed  do wy cznika u

podstawy cylindra. By a to prosta d wignia, któr  nale

o popchn  do do u. Po chwili

wahania Jeremy opu ci  d wigni . Strzeli a z niej b kitnawa iskierka.

Jeremy  wróci   do  laboratorium,  aby  sprawdzi ,  czy  co   si   zdarzy o.  Odetchn

boko i usiad  na fotelu. Jego ci ar uruchomi  czujnik i ekrany natychmiast si

za wieci y. Z okr

ej rampy na pod odze, któr  ch opiec wzi  za platform  do

teleportacji, wznosi  si  sto ek zielonego  wiat a. Przypomina o to rodzaj rzutnika. Na
monitorach zacz y wy wietla  si  rz dy znaków. Jeremy nigdy nie widzia  tego j zyka
programowania. Z zachwytem zacz  bada  fantastyczny komputer. W czasie gdy stuka
palcami po klawiaturze, promie  z rzutnika utworzy  kul , która unosi a si  w powietrzu.
By a podzielona na cztery cz ci. W  rodku b yszcza  intensywnie bia y rdze .

- Mapa - wyszepta  podniecony ch opiec.
Wielka mapa  wiata podzielona na cztery sektory. Jeremy by  ju  prawie pewien,

e znajduje si  wewn trz bazy wojskowej. Tylko  e ta unosz ca si  w powietrzu kula nie

wygl da a na Ziemi . Nie rozpozna

adnego z kontynentów. Postuka  troch  w klawisze.

Na czterech sektorach pojawi a si  seria nazw:

LYOKO LAS.
LYOKO LODOWIEC.
LYOKO PUSTYNIA.
LYOKO GÓRY.

background image

„Lyoko”? Jeremy zwi kszy  zoom i obraz podzieli  si  na oddzielne cz ci.

czy  je centralny rdze , który nie mia  nazwy. Rdze  by  bia y. Cztery sektory mia y

ró ne kolory.

LAS.
LODOWIEC.
PUSTYNIA.
GÓRY.
Jeremy poci  si  z podniecenia, okulary ze lizgiwa y mu si  na czubek nosa, a

szkie ka zaczyna y pokrywa  si  par . Palce mu dr

y, gdy wystukiwa  polecenia,

których nie móg  nawet do ko ca zrozumie .

ZOOM. WEJD . RDZE . WEJD .
PODAJ HAS O. ODMOWA DOST PU.
Koniec. Nie móg  si  dalej ruszy . Wida  by o nadal cztery sektory i bia y rdze .

Wygl da y na niedost pne i nie by o  adnej innej wskazówki.

PODAJ HAS O. COFNIJ. LYOKO LAS. WEJD . PODAJ HAS O.
ODMOWA DOST PU. WYMAGANE PO

CZENIE.

- „Po czenie” - wycedzi  Jeremy przez zaci ni te z by. - Z czym ty si  masz

czy ?

Kolejne tajemnicze napisy na ekranie.
SKANOWANIE AKTYWNE.
TRWA POSZUKIWANIE ISTOT LUDZKICH...
POSZUKIWANIE ZAKO CZONE. ISTOTA LUDZKA ZNALEZIONA.
WIE A 3. LYOKO LAS. PO

CZY ?

Jeremy nic nie rozumia . Teraz rzutnik pokazywa  tylko cz

 sektora lasu. W

rogu tej cz ci migota  czerwony punkt...

PO

CZY ?

Ale co to, do licha, znaczy? Czerwony punkt jest istot  ludzk ?
„Uspokój si !”, rozkaza  sobie Jeremy, bior c g boki oddech.
Gigantyczny superkomputer, który sta  w samym sercu opuszczonej fabryki,

skrywa  w sobie bardzo zaawansowan  gr  komputerow . Wygl da a na jedn  z tych, w
których bior  udzia  osoby z ca ego  wiata,  cz c si  przez Internet. By  mo e „istota
ludzka” w sektorze lasu oznacza a w

nie... innego gracza. W Wie y 3. W Lyoko.

Cokolwiek to znaczy. Jeremy siedzia  nieruchomo. Je li naprawd  odpali  gr
komputerow , to dlaczego zosta a ona wcze niej wy czona? I dlaczego znajdowa a si  w
takim miejscu? W starej fabryce. O wiele starszej od technologii, któr  skrywa a.

Zacz  si  ba . Bardzo  atwo by oby nacisn  enter. Zupe nie tak, jakby kto

chcia ,  eby Jeremy to zrobi . Ale kto?

- To nie jest gra - wyszepta  ch opiec, zaciskaj c z by. - By  mo e jest to

wirtualna rzeczywisto . Ale nie s

y do grania. W tym wypadku wi c czerwony punkt,

„istota ludzka”, mo e oznacza  ka

 rzecz. Nawet co  niebezpiecznego. Powinien

wy czy  to wszystko. Pój  sobie. Zapomnie . Sko czy  eksperyment na konkurs. Ale
Jeremy czu ,  e nie mo e. Siedzia  przed fantastycznym komputerem. I musia  odkry , do
czego on s

y. Musia  dowiedzie  si  czego  wi cej.

NACI NIJ S, ABY PO

CZY  SI  Z ISTOT .

- No, dobra - Jeremy powiedzia  to na g os, aby doda  sobie odwagi. - 

czymy

si  z ni . Jazda.

background image

Jego  palec  nacisn   klawisz  S.  Ekran  zrobi   si   nagle  ciemny,  potem  co   si

ruszy o. Przestraszony Jeremy zamkn  na chwil  oczy. Kiedy je z powrotem otworzy ,
zobaczy  przed sob  twarz dziewczynki. Mia a intensywnie ró owe, przyci te na pazia

osy, a na czole d ug  grzywk . Po bokach twarzy wyrasta a jej para spiczastych uszu,

takich jak u elfa. Jej delikatne rysy podkre la  egzotyczny makija . Na policzkach mia a
dwie pionowe kreski w tym samym kolorze co powieki. S ycha  by o jej spokojny
oddech, typowy dla osób pogr onych w g bokim  nie. Dochodzi  on z jej
przymkni tych ust.

-  liczna - powiedzia  do siebie Jeremy pó

osem.

Nagle m oda elfka otworzy a oczy. By y zielone, wielkie i b yszcz ce. Rozejrza a

si  dooko a, zdezorientowana. Za plecami mia a czarn

cian , na której rozsiane by y

pozbawione sensu liczby i symbole.

-  Gdzie  ja  jestem?  -  spyta a.  Zdawa a  si   patrze   wprost  na  ch opca.  -  Kim  ty

jeste ?

Jeremy a  zeskoczy  z fotela.
- Do mnie mówisz? Ty mnie widzisz?!
Przy stanowisku musia y by  kamera internetowa, mikrofon i g

niczki, których

nie zauwa

. Przede wszystkim jednak, dziwna rzecz - stara  si , ale nie by  w stanie

jasno my le .

- Ty nie powinna ... to znaczy... W

ciwie... kim ty jeste ? - wybe kota

speszony.

- Nie wiem. A ty kim jeste ? - powtórzy a za nim elfka.
- Ja jestem... jestem ch opcem.
- No to ja jestem dziewczynk . Tak s dz .
Jeremy nie wierzy  w asnym oczom.
- Mo esz mi powiedzie , dlaczego... jestem tutaj? - spyta a elfka.
Jeremy nie wiedzia , co odpowiedzie .
- A niczego nie pami tasz?
Dziewczynka przetar a sobie oczy i znów zacz a rozgl da  si  dooko a.

Zmartwiona potrz sn a g ow .

- Co robi

 przed chwil ? - próbowa  nalega  Jeremy.

- Spa am.
- Spa

? Od jak dawna?

- Nie umiem powiedzie  - odpowiedzia a dziewczynka, coraz bardziej speszona.
Po chwili niezr cznej ciszy ch opiec postanowi  si  przedstawi :
- Mam na imi  Jer... Jeremy.
- Jeremy.  adne imi . Podoba mi si .
Po raz pierwszy dziewczynka lekko si  u miechn a. Potem znów si  zasmuci a.
- Ja nie pami tam nawet, czy mam jakie  imi .
-  Zróbmy  tak  -  zaproponowa   Jeremy  po  chwili  zastanowienia.  -  Je li  nie  znasz

swojego imienia, ja wymy

 dla ciebie jakie . Co powiesz na... czekaj... Maya?

Dziewczynka zamruga a oczami w sposób, któremu Jeremy nie móg  si  oprze .
- Maya... - powtórzy a. -  adnie! Maya i Jeremy. Jeste my ju  od teraz

przyjació mi?

Jeremy pomy la ,  e wszystko to jest strasznie dziwne. Ale bez wahania

odpowiedzia :

background image

- Oczywi cie. Jeste my przyjació mi.

background image

5

SEN MAI

Kiedy Jeremy zaprowadzi  Ulricha do fabryki, zszed  z nim a  do sali z

kolumnami, która znajdowa a si  na drugim poziomie pod ziemi .

- A co to za cosie? - zapyta  Ulrich, pokazuj c palcem te kolumny.
- Nie mam poj cia.
Zbli yli si  do pierwszych metalowych drzwi, które przesun y si  z brz kiem.

Wewn trz kolumny by a o wietlona kabina. Ulrich wsadzi  tam g ow , aby si  rozejrze .

- Nie wchod ! - ostrzeg  go Jeremy, który trzyma  si  z ty u.
- Dlaczego?
Jeremy westchn .
- Obawiam si ,  e to mo e by  niebezpieczne. Rozmawia em o tym z May .
- T  twoj  przyjació

, która bawi si  w „ pi

 Królewn  w komputerze”?

Sk d ona si

czy?

- W tym s k. Nie wiem. I wydaje mi si ,  e nawet ona tego nie wie.
Ulrich podrapa  si  w g ow .
- Mówi

 mi,  e widzia

 j  w  rodku lasu, prawda?

-  Tak.  To  jest  sektor  wirtualnego   wiata,  który  wygl da  tak,  jakby  go

zaprojektowano w najdrobniejszych szczegó ach.

- A ona jak ci  widzi?
- Widzi mnie tu. W fabryce.
- Ona widzi  wiat realny, a ty  wiat wirtualny.
- No w

nie.

- A jak si  s yszycie?
- Jej g os dochodzi z g

ników. A mój? Nie wiem. Ona mówi,  e s yszy go

wsz dzie dooko a siebie.

- Noo, farciarzu!
- E tam. No wi c wygl da na to,  e st d mo na kontrolowa  ten ca y wielki  wiat

wirtualny... w którym jest tak e ona.

- Zatem twoja przyjació ka nale y do  wiata wirtualnego?
- Nie jestem pewny.
- Dlaczego?
Jeremy chwil  si  zastanawia .
- Trudno wyja ni  - przyzna  w ko cu. - Gdy rozmawia em z ni  po raz pierwszy,

od razu pomy la em,  e mam przed sob  istot  wirtualn , co  w rodzaju zaawansowanej
sztucznej inteligencji. Nie by a w stanie odpowiedzie  na pytania, które w naszym

wiecie s  podstawowe, tak jakby nic nie wiedzia a. Nie zna a nawet swojego imienia. A

jednak we wszystkim tym, w jej zachowaniu, w jej g osie... by o co ... nieokre lonego i
bardzo... ludzkiego. Dlatego nabra em przekonania,  e jest to prawdziwa dziewczynka. Z
krwi i ko ci.

- Szkoda tylko, Jeremy,  e ona tkwi w komputerze pe nym wirtualnej

rzeczywisto ci! Co  ty, nie mo e by  prawdziwa! Jak ci przyszed  do g owy taki
bezsensowny pomys ?

- Podda em j  testowi Turinga.

background image

- Czemu j  podda

? - wytrzeszczy  oczy Ulrich.

Wobec tak bezgranicznej ignorancji Jeremy tylko westchn  z rezygnacj .
- Turing by  matematykiem - zacz  wyja nia . - Jednym z wynalazców

informatyki. Wymy li  mi dzy innymi test, aby okre li , czy dana istota jest
cz owiekiem, czy tylko maszyn .

- Chyba widzia em co  w tym stylu w jednym starym filmie z Harrisonem

Fordem.  By   tam  robot,  który  nie  wiedzia ,   e  jest  robotem...  -  skomentowa   Ulrich,
drapi c si  po g owie.

-  Podda em  j   temu  testowi  -  przerwa   mu  Jeremy.  -  Otrzyma em  wynik

pozytywny. Wi c si  zastanawiam: je li Maya jest realn  osob , która znajduje si
wewn trz superkomputera, to jak do licha si  tam dosta a? - mówi c to ostatnie zdanie,
opar  si  o przesuwne, pod wietlane drzwi, które otworzy y si  z szelestem.

- Sekund ! - zawo

 Ulrich na ten widok. - Co  mi mówi,  e znasz ju

odpowied ...

- Owszem. Te kolumny mog  mie  z tym co  wspólnego.
Drzwi kabiny otworzy y si  ponownie. Trzy kolumny przybra y teraz nowy,

niepokoj cy wygl d. Jeremy wskaza  przyjacielowi kable i urz dzenia, które odchodzi y
z ich szczytu i znika y w suficie.

-  Wiem,   e  to  bez  sensu,  Ulrich...  ale  s dz ,   e  jest  to  rodzaj  skanerów.  Co   w

stylu fotokopiarek biotrójwymiarowych.

- Ciekawostka - skomentowa  ironicznie Ulrich. - A po naszemu?
-  W  praktyce  -  t umaczy   cierpliwie  Jeremy  -  te  trzy  kolumny  s

  do

teleportowania si  do  wiata wirtualnego, w którym  yje Maya.

- Science flction - parskn  Ulrich.
- Tak samo my la em.
- Chcesz powiedzie ,  e dosta a si  tu do  rodka i znalaz a si ... z drugiej strony?
- Dok adnie to chc  powiedzie  - przytakn  powa nie Jeremy.
- A mog  ci  spyta , jak na to wpad

?

- Sam nic z tego nie rozumiem. Ale tu u do u, widzisz, na kolumnie jest napis...
- Skaner. Kabina do wirtualizacji. Uwaga. Kurcz .
- Kurcz ? Tego tam chyba nie by o.
- Wiem, chcia em tylko... Och, niewa ne!
- S uchaj, Ulrich. Test Turinga nie jest na sto procent wiarygodny i Maya mo e

by  zaawansowanym programem sztucznej inteligencji, który pod ka dym wzgl dem
na laduje ludzk  osobowo . Ale je li tak nie jest, musimy znale  sposób, aby j
uwolni .

- Pyta

 j , czy przypomina sobie te... kabiny do wirtualizacji?

- Nie przypomina sobie skanerów i nie wie, od jak dawna jest w  rodku. Mówi,  e

spa a.

Nagle Ulricha przeszed  dreszcz. Zwiedzanie starej fabryki razem z przyjacielem

by o zabawne. Ale teraz poczu ,  e pcha si  w co  niebezpiecznego. Co  bardzo
niebezpiecznego.

- No wi c co chcesz zrobi ? - zapyta  w ko cu.
Jeremy poprawi  sobie okulary na nosie.

background image

- To chyba oczywiste? Chc  sprawdzi , czy moja teoria jest s uszna i czy te

urz dzenia naprawd  dzia aj  tak, jak my

. I w ten sposób dochodzimy do tego, po co

tu jeste .

- Potrzebujesz  winki morskiej.
- Bezb dne wnioskowanie.
Ulrich u miechn  si , bo w jego g owie powoli kie kowa  pomys .
-  Daj  spokój,  stary.  Ani  my

  wchodzi   do   rodka!  Nawet  je li  podoba  mi  si

pomys  ze  wink  morsk ... - Ulrich z dziwnym u mieszkiem spojrza  Jeremy’emu prosto
w oczy. - Znasz takiego jednego, co si  nazywa Odd Della Robbia?

- Twój kumpel z pokoju? Ten, co tak leci na dziewczyny?
- Ten. Co o nim my lisz?
- Hm. Wydaje si  dziwny.
- Nie widzia

 jeszcze jego psa...

Ko o wej cia do internatu Kadic wisia  d ugi regulamin, którego uczniowie mieli

obowi zek przestrzega .

Rzeczy w stylu: PO KOLACJI NIE WOLNO WYCHODZI  Z INTERNATU

BEZ OPIEKI NAUCZYCIELA. Albo: PO GODZ. 22.00 TRZEBA ZACHOWYWA
CISZ , ABY NIE PRZESZKADZA  INNYM UCZNIOM. Mniej wi cej w po owie
kartki widnia  czerwony napis, wykonany dwa razy wi kszymi literami,  eby nikt go
przypadkiem nie przeoczy : W SZKOLE KADIC NIE WOLNO TRZYMA
ZWIERZ T DOMOWYCH, 

CZNIE ZE Z OTYMI RYBKAMI I MA YMI

ZWIERZ TAMI W KLATCE (CHOMIKAMI, KANARKAMI ITP). UCZNIOWI,
KTÓRY Z AMIE T  ZASAD , GROZI ZAWIESZENIE OD JEDNEGO DO TRZECH
DNI, A W CI

SZYCH PRZYPADKACH WYDALENIE ZE SZKO Y. ZWIERZ

ULEGNIE KONFISKACIE.

Ulrich nie mia  zwierz t. Za to Odd Della Robbia - i owszem. Przeszmuglowa  do

szko y Kiwiego, obrzydliwego, wy ysia ego szczeniaka ze spiczastymi uszami i
rozdziawionym pyskiem. Wprowadziwszy si  do ich wspólnego pokoju, Odd stosowa
najbardziej absurdalne sposoby, aby go ukry : wpycha  go do szafy lub pod 

ko,

wynosi  w plecaku na dwór dla za atwienia potrzeby. Po pierwszych dwóch dniach
Ulrich uzna ,  e Kiwi jest najbardziej wstr tnym kundlem  wiata. W nocy skamla , bo
czu  si  samotny. Je li  wieci  ksi yc, wy , dobrze chocia ,  e cicho. W ci gu dnia
uwielbia  chowa  si  w szufladach, gdzie gryz  i ob linia  ubrania. Ulrich znalaz  swój
strój do taekwondo w strz pach. Jego adidasy zosta y dos ownie po arte. Kiedy pokaza
je Oddowi, ten tylko wzruszy  ramionami: Kiwi zawsze lubi

mierdz ce rzeczy. Owego

wieczoru Ulrich wróci  ze starej fabryki i jakby nigdy nic wszed  do pokoju. Poczeka, a
zrobi  si   g boka  noc,  a  potem...  je li  Jeremy  potrzebuje   winki  morskiej,  to  on  mu  j
dostarczy! Po

 si  do 

ka ca kowicie ubrany i udawa ,  e  pi. Wreszcie us ysza ,  e

ku obok oddech Odda staje si  ci ki i regularny. Kiwi zwin  si  w k bek na

butach swojego pana i skamla  cicho. Ulrich spojrza  na zegarek: min a pó noc. Umówi
si  z Jeremym,  e spotkaj  si  przy w azie ko o pierwszej. O tej porze równie  Jim
Morales, nauczyciel WF-u, który pilnowa  uczniów, zwykle ju  g

no chrapa . Ulrich

odczeka  jeszcze kilka sekund... Droga wolna! Ch opiec podniós  ko dr , staraj c si  nie
ha asowa .

- A teraz czas na nas, wredna bestio! - wyszepta .

background image

apa  Kiwiego, przycisn  go do siebie, aby nie szczeka , i wy lizgn  si  z

pokoju. Promie

wiat a zza drzwi, które si  otwiera y. Lekkie puk drzwi, które si

zamyka y. Odd Della Robbia otworzy  oczy z nieprzyjemnym wra eniem,  e co  jest nie
tak. Moment... Nie s ycha  chrapania Kiwiego. Odd usiad  zaniepokojony. 

ko Ulricha

- puste. Kiwiego ani  ladu.

- Piesku?... - zawo

.

Nic.
Spróbowa  zagwizda . Znów nic.
Odd b yskawicznie w

 kurtk  na pi am  i wybieg  z pokoju. Od strony

schodów dobiega  odg os lekkich kroków. I ten d wi k... to by  Kiwi, który
poszczekiwa , ale w jaki  taki dziwny, st umiony sposób!

-Ej, ty! Co...
Drzwi wej ciowe do internatu by y otwarte i Odd, nie zwalniaj c, wybieg  na

zewn trz. Owia o go przejmuj co ch odne, nocne powietrze. Zobaczy  sylwetk  Ulricha,
ledwie widoczn  pomi dzy drzewami w parku. Dlaczego Ulrich wzi  jego psa? Przysz o
mu do g owy wiele niepokoj cych hipotez. Jego nowy kolega z pokoju jest mrukiem,
zgoda, ale w gruncie rzeczy wygl da na równego go cia. Z pewno ci  nie skrzywdzi
Kiwiego. Nawet je li w ciek  si  o te po arte buty!

Odd zatrzyma  si  mi dzy drzewami i z apa  oddech. Wokó  niego cicho falowa a

trawa. Rozejrza  si  dooko a, szukaj c kolegi z pokoju, który si  jakby
zdematerializowa . Potem zauwa

 na ziemi uchylony w az. Podszed  bli ej i a  si

cofn :  w  g bi  by o  szambo.  Ch opiec  pochyli   si ,  wsuwaj c  g ow   do  w azu,  ale
natychmiast si  wycofa , zniesmaczony fetorem, który dobywa  si  z instalacji
kanalizacyjnej. Jednak e z g bi dobiega  cichn cy odg os kroków - Ulrich zszed  na dó .
A je li zrobi  to Ulrich, on te  sobie poradzi. Zatkawszy nos, rzecz jasna.

- Ale  liczny! - wykrzykn a Maya z komputera, gdy Ulrich pokaza  jej Kiwiego.
- Jak ty... jak ty to robisz,  e nas widzisz? - zapyta  j  zaciekawiony ch opiec.
- Przede mn  w powietrzu pojawi o si  okno - u miechn a si  dziewczynka. - I

wy jeste cie tam w  rodku.

- Jejku! Ale jazda! - wykrzykn  Ulrich, ogl daj c j  na ekranie w laboratorium. -

To jest co  w rodzaju wideokonferencji.

Jeremy poprawi  go tonem profesjonalisty:
- Powiedzia bym raczej,  e jest to zaawansowany interfejs,  cz cy u ytkownika

ze  wiatem wirtualnym. Wykorzystuje on kamery internetowe, mikrofony i licho wie, co
jeszcze. W ka dym razie... Mayu, nied ugo b dziesz mog a pozna  Kiwiego osobi cie.
Znalaz em w komputerze program do wirtualizacji, który tego dokona. Jestem na
dziewi dziesi t dziewi  procent pewny,  e wszystko pójdzie dobrze. Najpierw
wy lemy do ciebie psa, potem spróbujemy zrobi  jego transfer z powrotem. Kiedy
sprawdzimy,  e jest ca y i zdrowy, my te  mo emy spróbowa  przyj ... albo uwolni
ciebie...

-  Tylko  si   nie  zagalopuj  -  szepn   Ulrich.  -  Jedna  rzecz  na  raz.  Zacznijmy

transfer zwierzaka.

W oczach dziewczynki b ysn  dziwny ognik.
- Jeste  pewien,  e wiesz, co robisz, Jeremy?

background image

-Tak. To znaczy, nie... ale nie martw si  - próbowa  j  uspokoi . - To jest tylko

pierwsza próba i by  mo e trzeba b dzie troch  czasu. Ten superkomputer jest cholernie
skomplikowany.

- I by  mo e, niestety, w czasie eksperymentu stracimy Kiwiego na zawsze... -

Ulrich u miechn  si  z

liwie.

Jeremy zgromi  go wzrokiem.
- Zejd  na dó . W

 Kiwiego do jednego ze skanerów, zamknij drzwi i wracaj.

Zaczekam na ciebie i w cz  odliczanie, dopiero jak przyjdziesz.

Kiedy Ulrich z azi  w dó  po szczebelkach, piesek, uradowany,  e co  si  dzieje,

obliza  mu ca  twarz.

- Fuj! Wreszcie si  ciebie pozb

, wstr tny zwierzaku.

Pi  minut pó niej Ulrich by  ju  z powrotem.
- Gotowe!
- Super. Maya, szykuj si . Musisz mi ca y czas mówi , co si  dzieje w twoim

wiecie. Uwaga, w czam odliczanie: pi dziesi t... czterdzie ci dziewi ...

- Co tam si  dzieje? - zapyta  nagle Ulrich.
- Co?
- S ysza em ha as. Jakby kto  jecha  wind .
- Id  sprawdzi .
Ulrich przyjrza  si  odliczaniu, które przebiega o nieub aganie.
- Zaraz - wymamrota .
Kiedy Odd trafi  do sali ze skanerami, by  prawie pewien,  e znajduje si  w

rodku snu. Albo raczej koszmaru.

Krótko mówi c, w jakim  absolutnie nierealnym miejscu. Pokona  kana y i

elazny most, przeszed  przez opuszczon  fabryk  i zjecha  rozklekotan  wind . Ale

dopiero ta jasna sala z supernowoczesnymi kabinami prysznicowymi by a naprawd
dziwna.

- Ale odjazd... - wymamrota , wytrzeszczaj c oczy.
W odpowiedzi us ysza  cichy, jakby przyt umiony skowyt.
- Kiwi! - zawo

 Odd. - Gdzie  ty si  schowa ? Chod  tu, piesiu!

Szczeniak zacz  szczeka  jak op tany i drapa  od  rodka jedn  z dziwnych

kolumn. Odd podbieg  do niej i dotkn

ciany, która si  otworzy a, przesuwaj c si  na

bok.

- Trzy... dwa...
Kiwi wyskoczy  na zewn trz jak pocisk i waln  Odda w sam  rodek brzucha,

omal go nie przewracaj c.

- Uff, ma y... - j kn  ch opiec, opieraj c si  o drzwi kabiny, aby nie upa . B d.

Kiwi rzuci  mu si  pod nogi, podci  go,  ciana znowu si  odsun a. Odd zacz  macha

kami w poszukiwaniu oparcia, którego zabrak o, i run  do  rodka kolumny. Drzwi z

trzaskiem zamkn y si  za jego plecami.

- Jeden... zero! Wirtualizacja!

wiat o wewn trz zmieni o si  nagle w o lepiaj cy blask. Odd poczu ,  e si

unosi, popychany silnymi podmuchami powietrza, które wichrz  mu w osy na g owie.
Zamkn  oczy. Skóra go piek a, w oski na r kach si  naje

y i...

...spad  na ziemi  jak kot, podpieraj c si  nogami i r kami,  eby z agodzi

uderzenie.

background image

Odjazd!
„Rany, gdzie ja jestem?”.
Wszystko dooko a mia o nierzeczywiste kolory i kszta ty, typowe dla grafiki 3D z

gier komputerowych. By y tam niebotyczne drzewa. By o  wiat o, mimo  e nie widzia

ca. Kolor pod

a przechodzi  od ciemnego br zu w piaskowy. Brakowa o

horyzontu. Krajobraz by  sterylny i opustosza y. Odd prze kn

lin . Do licha! Tak jakby

znalaz  si  wewn trz gry komputerowej. Wra enia wzrokowe by y tak silne i zarazem tak
dziwne,  e Odd odruchowo zakry  sobie oczy r kami. I natychmiast je zabra ,
przestraszony. To nie by y jego r ce! Przyjrza  si  sobie uwa niej. Nie by  ju  ubrany w
pi am  i kurtk  - mia  na sobie fioletowy skafander. Na r kach mia  co  jakby

kawiczki, które na czubkach palców ko czy y si  pazurami. Jego cia o tak e nie by o

ju  realne. U do u pleców wyrasta  mu ogon. Najbardziej niewiarygodne by o to,  e go
czu . Czu  tak e swoje mi kkie futerko, które ch on o powietrze i robi o si  puszyste.
Skonsternowany, dotkn  twarzy. Zosta a normalna, ale w osy na g owie naje

y mu si

jak u punka, a nad czo em wyros o dwoje mi kkich, w ochatych uszu.

- Hej, sta em si  czym  w stylu… superkota!
- Odd? - wyrwa  go z tych rozmy la  jaki  g os.
Ch opiec odwróci  si , próbuj c zobaczy , kto to mówi, ale nie zobaczy  nikogo.

os zdawa  si  dochodzi  bezpo rednio z wn trza jego ucha, jakby kto  w

 w nie

uchawk .

- O kurcz ! - wykrzykn  g os, najwyra niej wzburzony. - Odd, co ty tam robisz?!
Odd ze zdziwieniem rozpozna  g os Jeremy’ego Belpoisa, klasowego

megakujona.

- Jeremy...? To ty?
- Tak! To ja!
- Gdzie... jak mnie s yszysz?
- Licho wie. Ale twój g os dochodzi g

no i wyra nie, i widz  ci  na monitorach.

- Odd? - w czy  si  drugi g os, bardziej znajomy.
- Ulrich! Powiesz mi  askawie, w co mnie, do cholery, wpakowa

?

- Sam chcia bym wiedzie , co robisz tam ty zamiast twojego zapchlonego kundla

- g os Ulricha brzmia  niepewnie.

- Ale hej, moment, ch opaki, co  przegapi em? Czy kto  zechce mi wyja ni , co

to za miejsce? Dlaczego mam wra enie,  e nie jest to miejsce... normalne?

Potem g os Jeremy’ego potwierdzi  jego najdziwniejsze przypuszczenia:
- Bo faktycznie tak jest, Odd. Znajdujesz si  w  wiecie wirtualnym,

kontrolowanym przez superkomputer... hm... kwantowy.

- Co?! To  art, prawda?
- Nie. Kabina, do której wszed

, a w której mia  si  znale  Kiwi, to skaner do

wirtualizacji biotrój...

- Ej, ej, ej! - wybuchn  Odd, który zaczyna  si  niecierpliwi . - Sorki,  e ci

przerw , stary, ale jak mi wyja nisz, dlaczego mam... to?

- Kurcz ! - wtr ci  si  o ywiony Ulrich. - Ale to co  to jest ogon!
- Mhm... no... - wybe kota  Jeremy. - Prawdopodobnie obraz, który si

materializuje w  wiecie cyfrowym, nie odpowiada rzeczywistemu obrazowi, ale krzy uje
si  z  twoimi  marzeniami  i...  Och,  do  cholery,  nie  wiem!  -  j kn .  -  By   mo e  po  prostu

background image

marzy

, aby sta  si  kotem, i komputer zamieni  te pod wiadome pragnienia na cyfrowe

wcielenie.

- Kotem...? - powtórzy  Odd, rozgl daj c si  dooko a. - No dobra. A teraz gdzie

jestem?

Cisza
- W Lyoko.
- W Lyoko?
- Dok adniej mówi c... na Pustyni Lyoko.
- Nie ma tu nikogo innego oprócz mnie?
- Jest dziewczynka. Maya.
-  adna?
- Nie w twoim typie. Ma uszy jak u elfa.
- A oprócz mnie i dziewczynki z uszami jak u elfa nie ma tu czasem dziwnych

stworów, które wygl daj  jak opancerzone grzyby i przemieszczaj  si  stadem...?

- Hm, nie, nie s dz .
- Wi c one te  musia y znale  si  w Lyoko przez przypadek. I w

nie tu id !

W starej fabryce Jeremy z furi  wali  w klawisze, zmieniaj c uj cie, z którego

ogl da  Odda.

- Ooo! To one - wykrzykn  Ulrich, bardziej zafascynowany ni  przestraszony.
Porusza y si  po lesie zwart  grup , podskakuj c na ohydnych owadzich nó kach.

Wygl da y jak pokryte brodawkami karaluchy. Jak tylko zlokalizowa y Odda, zacz y w
niego strzela  promieniami laserowymi. Ch opiec na mgnienie oka zamar  w bezruchu,
sparali owany strachem. A potem instynktownie odskoczy  do ty u. Co to by  za skok!
Odd wzbi  si  w powietrze jak strza a, fikn  kozio ka w locie, bezb dnie wyl dowa  na
ga zi i stamt d skoczy  naprzód. Jeszcze nigdy w  yciu nie czu  si  tak zwinny. Porusza
si  w tej dziwnej atmosferze bez najmniejszego wysi ku.

- Widzieli cie, jaki czad? Jestem szybki jak b yskawica! - triumfowa . - Hej,

jeste cie jeszcze tam na zewn trz?

- Tak! - odpowiedzia  g os Jeremy’ego.
- Jak zrobi

 ten skok? - zapyta  Ulrich nieufnie i z cieniem zazdro ci.

- To proste. Patrz!
Odd da  kolejnego susa. Ale w czasie lotu co  go uderzy o w plecy.
- Aj! Co to by o?
- Laser!
Gra by a komputerowa, ale ból bardzo realny. Plecy piek y. Piek y naprawd .
- Odd! - ostrzeg  go Jeremy. - Trafi y ci !
- Dzi ki za info! Boli jak zaraza!
- Na monitorze pojawi  si  licznik, komputer mówi,  e straci

 trzydzie ci...

czego .

- Czego  w stylu punktów  ycia - doda  Ulrich.
- Ch opaki, naprawd  jestem w grze komputerowej! I ile mam tych punktów

ycia?

- Zosta o ci jeszcze siedemdziesi t, a potem...
- Potem...?
- Game over.
- A wtedy... co si  ze mn  stanie?

background image

- Nie mam poj cia.
Odd instynktownie przyspieszy  bieg.
- Jee, ale jazda! To co teraz mam robi ? - zawo

, wskakuj c mi dzy drzewa.

os Jeremy’ego nie kaza  na siebie czeka .

- Powiniene  zobaczy  przed sob  bia  wie .
- Widz !
- Dobra. To jest Wie a 3. Jest na samej granicy sektora lasu.
- No i?
- To jest miejsce, gdzie znajduje si  Maya. Dobiegnij do niej i b dziesz

bezpieczny.

Odd obejrza  si  przez rami . Karaluchy zbli

y si  coraz bardziej. Pustynia

powoli przechodzi a w równin  poro ni

 krzakami, którymi szarpa  wirtualny wiatr.

- Nie  id   tam! - ostrzeg   go nagle nieznajomy  g os.  Dobiega   z  przodu. -  Wie a

ju  nie jest bezpieczna!

up! Strza  z lasera. Odd zrobi  unik i zahamowa ,  eby si  rozejrze . Kilka

kroków przed sob  zobaczy  niewysok  dziewczynk  o spiczastych uszach i obci tych na
pazia ró owych w osach. Chowa a si  mi dzy krzewami.

- Maya?
- Tak. Za mn , szybko!
Odd zmieni  kierunek i pod

 za ni , nie zadaj c dalszych pyta . Kolejny

pocisk laserowy  wisn  tu  obok niego i rozbi  ska  na milion kawa ków.

- Jeremy! Oni nie  artuj ! Nie przyszed  ci tymczasem do g owy genialny pomys ,

jak nas st d wyci gn ? - wrzasn  Odd.

- Nie! Nic nie rozumiem z tego, co widz  na monitorze! Ale jest druga wie a...

niedaleko od was.

- Z której strony?
- Id cie prosto! Powiem wam, kiedy skr ci . Komputer teraz... wy wietla mi

map  sektora, w którym si  znajdujecie.

- Ajjj! Dosta em! - poskar

 si  Odd, tocz c si  po ziemi w chmurze py u. - Boli!

Maya pomog a mu wsta .
- W któr  stron , Jeremy? - zapyta a z trwog .
- Prosto! Wie a zacz a si  b yska ! Na niebiesko...
- Dobra, idziemy! - zawo

 Odd, machaj c kocim ogonem.

Potem us ysza  g os Ulricha:
- Jeremy, ja nie mog  tak sta  tu jak g upi i tylko patrze . Zejd  do skanerów.
Ulrich dotar  do pomieszczenia z kolumnami. Serce mu wali o. Czu  strach i

okropne wyrzuty sumienia. W tym paskudnym po

eniu Odd znalaz  si  z jego winy i

on, Ulrich, powinien jak najszybciej co  zrobi . Nie ba  si  wcale spotkania z tym czym
w rodzaju karaluchów. Od pi tego roku  ycia  wiczy  sztuki walki.

- Spadaj, zwierzaku! - wymin  Kiwiego, który biega  po ca ym pomieszczeniu i

szczeka .

Skaner, do którego wszed  Odd, nie chcia  si  otworzy . Ulrich wskoczy  do

drugiego skanera. Poczeka . Nacisn  kilka guzików, które znajdowa y si  wewn trz.

- S yszysz mnie, Jeremy? - zapyta .
- Ca kiem dobrze - potwierdzi  przyjaciel z g

nika.

- Jestem gotowy.

background image

- Trzymaj si  mocno... Wirtualizacja!
Ostre  wiat o porazi o Ulricha. Co  podobnego do tr by powietrznej poci gn o

go do góry... W ci gu kilku sekund wyl dowa  po drugiej stronie. W Lyoko. By  tam
znaczy o co  ca kiem innego, ni  przygl da  si  wydarzeniom zza ekranu w
laboratorium. Jego oczy z trudem adaptowa y si  do tego p askiego i pustego cyfrowego

wiata. Li cie na drzewach porusza y si  pod wp ywem niewidzialnego wiatru, ale robi y

to wszystkie naraz, mechanicznie. Pod jego stopami trawa ugina a si  z opó nieniem
rz du u amka sekundy. Nie by a prawdziwa. Ulrich przez chwil  sta  nieruchomo,
zdezorientowany. Odczuwa  wszystko jako  inaczej, chocia  nie umia by wyja ni , na
czym ta inno  polega. By o to troch  tak, jakby znalaz  si  pod wod , która opó nia a
ruchy. On równie  si  zmieni . Mia  na sobie samurajskie kimono, a na nogach japonki
na koturnach i d ugie bia e skarpety. U pasa dynda a mu katana, tradycyjny miecz
japo ski.

- Ale wypas! - wykrzykn , próbuj c ostrza.
- Ulrich?
- Twoja teoria si  sprawdza, Jeremy! Ten, kto tu trafia, przybiera wygl d, który

odpowiada jego prawdziwej naturze.

Natura Ulricha, jak wida , by a natur  samuraja. Usi owa  si  zorientowa  w tym

szczu wysokich drzew.

- Gdzie jest reszta?
Nie potrzebowa  odpowiedzi: po jego lewej stronie powietrze przeszy  ostry

krzyk.

- Maya! - Odd i Ulrich us yszeli w uszach wrzask Jeremy’ego.
- Trafili May ! Komputer nie pokazuje  adnego punktu  ycia! Nie wiem, co to

znaczy, ale uwa ajcie!

„Sorry, Jeremy, to znaczy,  e ona nie jest prawdziwa”, pomy la  Ulrich. Ale nie

powiedzia  tego g

no.

Dobieg  do nich w kilku susach. Elfka p dzi a, co si  w nogach, a Odd skaka  z

ga zi na ga

 i stara  si

ci gn  na siebie ogie  wroga. Ulrich natomiast zachowa  si

zupe nie inaczej: doby  miecz z pochwy i ugodzi  nim pierwszego karalucha. Unikn
promienia lasera i uderzy  robota, a  katana zawibrowa a na jego owadzim pancerzu.
Jakby uderzy  w kowad o. Ulrich przetoczy  si  po ziemi, podniós  si  na nogi i
sprawdzi , czy miecz si  nie z ama . Potem zatoczy  nim m

ca przed sob .

- Chod  tu, no,  mia o...
Potwór nie mia  ani oczu, ani ust. Sk ada  si  tylko z pancerza z ciemnymi

czu kami. Ulrich uchyli  si  przed natarciem czu ek. Uderzy  mieczem - zaiskrzy o. Czu
si  nieswojo, gdy tak skaka  i biega  w wirtualnym  wiecie. Wszystko to by o takie...
nierealne! Nie mia  jednak czasu o tym my le . Zauwa

,  e w samym  rodku pancerza

karaluchy maj  dziwny znak - podwójny czarny pier cie . Co  w stylu tarczy
strzelniczej. Albo oka. Ulrich podskoczy  do góry, fikn  kozio ka i wyl dowa  na
potworze. Bez wahania wbi  katan  w sam  rodek symbolu. Karaluch rozprysn  si  na
sto b yszcz cych kawa ków.

- O jednego mniej! - wykrzykn  triumfalnie Ulrich.
- Hej, to niesprawiedliwe! - zaprotestowa  Odd, który siedzia  nad nim na ga zi. -

Dlaczego ty masz miecz, a ja tylko g upi ogon?

background image

Ale przy tym, gestykuluj c, machn  niechc cy r

 do ty u. Z jego nadgarstka

wyfrun a strza a, która wbi a si  w pie  kilka metrów dalej.

- Ale odjazd! Laserowe strza y! - krzykn . - Moje r ce wystrzeliwuj  laserowe

strza y!

Potem zeskoczy  na ziemi  ko o przyjaciela. Karaluchy zacie ni y kr g wokó

dwóch ch opców, którzy stan li do siebie plecami: we dwóch przeciw ósemce.

- Widzisz to kó ko, które maj  na pancerzach? - spyta  Ulrich.
- Widz .
- Je li trafisz tam, rozpadn  si .
- A co, je li my si  rozpadniemy?
Dwaj kumple z pokoju popatrzyli na siebie. Sytuacja by a tak absurdalna,  e

ciwie nie odczuwali strachu.

- S uchaj, Odd, chcia em ci  przeprosi  za porwanie Kiwiego...
- I za wpakowanie mnie do wirtualnego  wiata, gdzie wygl dam jak kot, a ty jak

kelner z japo skiej restauracji, i gdzie s  karaluchy, które chc  nas zabi , zanim zdo amy
si  schowa  w b yskaj cej wie y?

- No tak, za to te .
- Nie musisz- Odd u miechn  si  od ucha do ucha.- Ja si  tu  wietnie bawi !
Rzuci  si  na najbli szego potwora, wycelowa  r

 i wrzasn :

- Strza a z lasera!
Maya  bieg a  resztk   si .  Wzrok  utkwi a  w  bia ej  wie y,  która  znajdowa a  si   z

przodu i by a cz ciowo zas oni ta drzewami. Przypomina a ogromn

wiec  o g adkiej

powierzchni, ale emitowa a z owieszcze niebieskawe  wiat o. Im bardziej Maya si  do
niej zbli

a, tym silniejsze mia a wra enie,  e w powietrzu rozchodzi si  z a energia. Nie

po raz pierwszy wyczuwa a t  dziwn  wibracj . Wróci  jej fragment wspomnie  -
wibracja by a rodzajem sygna u ostrzegawczego: „potwór!”. Teraz ju  wiedzia a,  e jest
w tej wibracji co  strasznego. W biegu nieoczekiwanie zacz a sobie przypomina .
Przypomina , dlaczego. I kto.

- Jeremy! - krzykn a. - Przypomnia a mi si  wa na rzecz!
- Mów.
- To on wezwa  potwory!
- Co za on?
- Xana!
- Xana?
- To w adca tego  wiata. Xana kontroluje Lyoko. On mnie nienawidzi!

Nienawidzi nas wszystkich!

- Nienawidzi nas? Dlaczego?
- Nie pami tam... wiem tylko,  e jest szalony! A potwory s  na jego us ugach.

yszysz ten d wi k?

- Jaki d wi k?
- To nawo ywanie! Dochodzi z wie y. Wie a b yska si , poniewa  jest

zainfekowana wirusem! To Xana j  zainfekowa !

„Jakim wirusem”, pomy la  Jeremy z dreszczem.
- A dlaczego mia by nas atakowa ?

background image

- Co to za pytanie? Dlaczego pocisk niszczy wszystko, co napotka na swojej

drodze? - Maya odzyska a kolejny fragment wspomnie . - Nie chce,  ebym wesz a do
wie y!

- Dlaczego? - pyta  dalej Jeremy.
- Dlatego,  e ja... - mówi a Maya prawie w transie. - Ja mog  go przep dzi .

Mog ... zdezaktywowa  wie .

Jeremy nic nie powiedzia , wstrz ni ty t  nowin .
-  Musi  by   tam  symbol...  -  ci gn a  Maya  po  chwili  ciszy.  -  Oko...  Tak!  Oko

Xany! Musisz powiedzie  ch opakom,  eby w nie celowali! To jego znak na potworach,
ale te  jego s aby punkt...

- Nie martw si , ju  to odkryli - u miechn  si  Jeremy.
Dobiegaj c do podstawy b yskaj cej wie y, Maya us ysza a brz czenie.

Znieruchomia a. Na wprost niej pojawi  si  ogromny krab. By  wysoki na co najmniej
dwa metry, mia  obrzydliwe odnó a i napuchni ty, ciemny  eb. Dziewczynka rzuci a si
na ziemi , a promie  wystrzelony z jego szczypców wyry  ciemn  szram  na pniu za jej
plecami. Maya zerwa a si  i  miertelnie przera ona zacz a biec.

- Idzie za mn ! Jeremy! - krzykn a zrozpaczona.
Ch opiec sprawdzi  na monitorze. Trzy, cztery, pi  punkcików pojawi o si  nagle

na mapie.

- Jest ich wi cej, depcz  ci po pi tach. Nie zatrzymuj si !
„Nie mog  si  zatrzyma . Tylko ja mog  zwalczy  infekcj . Ja znam sposób, aby

go zatrzyma . A on si  boi. Mnie”.

Kolejne straszliwe brz czenie. Ziemia u stóp Mai podnios a si , a ona potoczy a

si  na bok. Potem znów ruszy a. Ale zbyt wolno. Gigantyczny krab by  tu -tu . Potem
zauwa

a ruch i dwie postacie wyl dowa y za ni . Odd i Ulrich.

- Wiej! - krzykn  do niej Ulrich.
- Lepiej zajmij si  mn , przero ni ty skorupiaku! - krzykn  Odd.
Krab wzi  go za s owo.

up!

Odd oberwa  na ca ego i rozp yn  si  w nico . Jakby nigdy nie istnia . Na ten

widok oszo omiony Ulrich upad  na kolana.

- Jeremy... On... nie  yje?
Cisza.
A potem mocny i jasny g os Jeremy’ego:
- W

nie wyszed  z kolumny skanera. Nie jest mo e w formie, ale...  yje!

- A wi c  adne game over!
Krab uniós  szczypce i uderzy  nimi o ziemi . Utworzy a si  rozpadlina.
- Nie dla nas, jak s dz . Ale Maya nie ma punktów  ycia!
Ulrich popatrzy  na dziewczynk  o spiczastych uszach, która dalej bieg a w stron

yskaj cej wie y.

- Zatem nie powinny jej trafi ...
- Ona jest inna, Ulrich.
- Co ma zrobi  w wie y?
- Nie wiem.
„Ona mo e zwalczy  infekcj ”, pomy la . Ale zosta , aby popatrzy .

background image

Uszata dziewczynka stara a si  nie my le  o zgrai potworów, które depta y jej po

pi tach. Stara a si  nie s ucha , jak katana Ulricha ociera si  o ich pancerze. Bola y j
nogi,  a  do  oczu  nap ywa y   zy,  ale  bieg a  dalej,  pod  gór ,  w  stron   b yskaj cej  wie y.

zy? Program komputerowy nie p acze ze strachu. Program komputerowy nie ucieka,

aby ratowa  swoje  ycie. Nie kieruje si  instynktem. Teraz wie a znalaz a si  kilka
kroków przed ni . Bardzo blisko. Mog a jej ju  dotkn . Zamiast tego z rozp du
wskoczy a do  rodka. Przesz a przez bia e  ciany jak przez dym. By a wewn trz.
Wewn trz wie y. Panowa a tam cisza. Jakby zaciek a bitwa, która toczy a si  na
zewn trz, nigdy nie mia a miejsca.  ciany wie y by y nieo wietlone. Widnia y na nich
dziwne,  bia e  symbole.  Na   rodku  pod ogi  znajdowa   si   ten  sam  symbol  -  dwa
koncentryczne pier cienie, trzy kreseczki.

Oko Xany.

wieci o si  ono z ym, zimnym, niebieskawym  wiat em.

- Jeremy? - zawo

a dziewczynka.

-  Spokojnie.  Ulrich  i  potwory  zostali  na  zewn trz.  Wygl da  na  to,   e  nie  mog

wej  do  rodka.

- Tak, ale ja... jak da am rad ?
- Przesz

 przez... - Jeremy odkaszln . - Z informatycznego punktu widzenia

mo na powiedzie ,  e firewall wie y ci  rozpozna  i...

- Ko cz ju , m dralo! - przerwa  Odd, który tymczasem wróci  do laboratorium.
Dziewczynka o spiczastych uszach rozejrza a si  dooko a. Nie wiedzia a, co

zrobi . Zbli

a si  do oka, które wibrowa o na pod odze. Gdy tylko go dotkn a,

niewidzialna si a unios a j  delikatnie do góry, w stron  sufitu. Zatrzyma a si  przed
zwyk ym, prawie przezroczystym prostok tem, który unosi  si  w powietrzu kilka
centymetrów przed ni . By  to monitor. Maya dotkn a go d oni . Na monitorze pojawi
si  wyraz. Zamkn a oczy i nagle zacz a gwa townie porusza  r koma, pisz c w
powietrzu, jakby kierowa a ni  nieznana si a i jakby chodzi o o gest powtarzany ju
miliony razy. Otworzy a   powrotem oczy i przeczyta a to, co napisa a.

KOD LYOKO
Wytworzy  si  rodzaj wiru. Tak, jakby znika a energia.
- Wie a zdezaktywowana - rozleg  si  wokó  niej metaliczny, dziwny g os.
Potem wie a si  o ywi a i symbole na  cianach zmieni y si  w kaskad  liter i

cyfr.

- Zrobione! - krzykn a rado nie dziewczynka.

os Jeremy’ego dr

 z emocji:

- Potwory znikn y!
W wie y dziewczynka u miechn a si  szeroko.
- Wiem, Jeremy! To w

nie to trzeba by o zrobi !

- Ale co to znaczy: „Kod Lyoko”?
- To jest sposób zwalczania infekcji! Teraz przypominam sobie tak e inne

rzeczy...

- Jakie?
- Xana nie jest w adc  tego  wiata. To ja nim jestem!
-Ty...?
- Wyobra asz sobie? I wcale nie mam na imi  Maya. Nazywam si ... Aelita.

background image

6

NIE JESTEM ISTOT  LUDZK

Czas. Potrzebowali czasu.
Czasu, aby zrozumie , kim albo czym jest Xana. I kim albo czym jest Aelita.

Ch opcy wrócili do swojego codziennego  ycia i do normalnych zaj  szkolnych: lekcji,
zada , g upich zbiórek dzieciaków, których teraz ju  systematycznie unikali... Ale gdy
tylko  mogli,  spotykali  si ,  aby  w  wielkim  sekrecie  rozmawia   o  Aelicie,  Xanie  i  o
wszystkim, co dotyczy o Lyoko, dziwnego wirtualnego  wiata, który powoli poznawali.
Jeremy próbowa  znale  wyja nienie. Mówi ,  e Xana jest czym  w rodzaju oszala ego
wirusa, a Aelita jego antywirusem. Ale to nie wystarcza o, aby zrozumie  wszystko.
Prawd  powiedziawszy, to nie wystarcza o, aby cokolwiek zrozumie . Czym by y wie e
w Lyoko? Dlaczego w czterech sektorach tego wirtualnego  wiata by o ich a  tak du o?
A te dziwne elektroniczne zjawiska, które zacz y si  pojawia , odk d superkomputer
zosta  w czony?  wiat a, które wybucha y, sprz t stereo i drukarki, które si  same

cza y, telewizory, które emitowa y niebieskawe  wiat o, a potem wy cza y si  na

dobre. Czy by  jaki  zwi zek mi dzy tymi wydarzeniami a Lyoko, czy te  wszyscy trzej
powoli dostawali paranoi?

Czas.
Potrzebowali czasu.
I mo e, z czasem...
Jeremy, odrywaj c si  od tych my li, podniós  g ow  znad konsoli

superkomputera. Mia  podkr one oczy.

-  A  ona  kim jest? - zapyta   Ulricha  z  wyrzutem  i  wskaza   na  stoj

 ko o niego

dziewczynk , która ze zdziwieniem rozgl da a si  dooko a. W rzeczywisto ci zna  j ,
przynajmniej z widzenia. Wiedzia ,  e nazywa si  Yumi Ishiyama. I  e jest od nich o rok
starsza.

Jego przyjaciel schyli  g ow  i lekko si  zaczerwieni .
- Ona, no có ... przysz a za mn . Znalaz em j , gdy szpera a na dole...
- W sali ze skanerami - uzupe ni a dziewczynka.
Ulrich by  bardzo zak opotany, a Yumi, ogl dnie mówi c, nastawiona bojowo.
Jeremy wymamrota  z irytacj :
- I tak opowiedzia

 jej wszystko, co?

- Nic jej nie powiedzia em!
- A wi c jak si  tu znalaz a?
- Od kiedy to ch opaki umiej  utrzyma  co  w tajemnicy? - przewróci a oczami

Yumi. - Dobra, ja te  chc  wej  do tego  wiata Lyoko!

- Daj spokój.
- My licie,  e p kam?
- To nie jest rzecz dla bab... - burkn  z rezygnacj  Jeremy.
Yumi wskaza a na ekrany.
- Czy by? Ulrich powiedzia  mi,  e tam w  rodku jest dziewczynka!
Jeremy spojrza  na przyjaciela z rezygnacj .
- No, mo e co  jej opowiedzia em, Jeremy, ale...

background image

- Na pewno ma ju  do  zadawania si  z takimi trzema  obuzami jak wy! -

ci gn a Yumi. - Podejrzewam,  e odczuwa potrzeb  zwierzenia si  innej dziewczynie.

Jeremy zdawa  si  rozwa

 t  my l.

- Nie s uchaj jej, Jeremy! - w czy  si  Ulrich. - To nie jest dziewczyna. Yumi zna

sztuki walki i bije si  jak ch opak. Nawet lepiej. Je li ja jestem samurajem, ona stanie za
dwóch.

Yumi spiorunowa a go wzrokiem. Ale Jeremy ju  nie s ucha . Zastanawia  si ,

czy zjawienie si  Yumi nie jest czasem pomy ln  okazj , a nie przykr  wpadk . Mo e
Yumi mia a racj . Mo e wirtualnej dziewczynce  atwiej by oby rozmawia  z drug
dziewczynk . By  mo e. Mimo  e on i Aelita naprawd  dobrze si  dogadywali.

W ko cu kiwn  g ow .
- Je li naprawd  tak ci na tym, zale y, przygotowujcie si  - powiedzia  nagl co.
Skaner zamkn  si  wokó  Yumi. Potem pojawi o si

wiat o. Ciep e powietrze

owion o j  i unios o jej w osy do góry. Yumi zmaterializowa a si  w Lyoko ubrana w
tradycyjne kimono przepasane szarf , która by a zawi zana na plecach w sztywn
kokard . W osy mia a upi te szpilami, a twarz upudrowan  na bia o. W r ku trzyma a
dwa wachlarze o kraw dziach ostrych jak brzytwy. Yumi i Ulrich pojawili si  w sektorze
pustyni. P askie wydmy i troch  ska  - opustosza y i smutny krajobraz. Yumi kr ci o si
w g owie. By a troch  zdezorientowana.

- Jak si  czujesz? - spyta  j  Ulrich tonem pe nym zrozumienia.
- Dobrze. Chyba.
- Na pocz tku troch  trudno si  tu porusza . Do twarzy ci w tym japo skim

wdzianku. Jeste  ekstra!

Yumi nie odpowiedzia a. Zrobi a kilka kroków, czuj c,  e szumi jej w g owie.
„To dlatego,  e to nie jest realne”, pomy la a. „Dlatego czuj  si  taka zagubiona. I

dlatego nie rozpoznaj

adnego z elementów  rodowiska, w którym si  zwykle

poruszam”.

- Nie martw si  - u miechn  si  do niej Ulrich. - Twoje oczy i twoje cia o musz

si  dopiero przyzwyczai  do Lyoko. Daj sobie chwil .

Yumi spojrza a na bia  wie , któr  by o wida  w oddali. Nie rozumia a, do

czego s

y ta budowla. Podstawa wie y by a ciemna, zakotwiczona w ziemi za pomoc

grubych korzeni, a dalej wznosi  si

nie nobia y cylinder, który nikn  u góry.

-  adna, prawda? - spyta  jaki  g os tu  obok niej.
Yumi si  odwróci a. To by a Aelita.
Nie wiadomo dlaczego, ale wyobra

a j  sobie inaczej. My la a,  e jest wy sza.

Bardziej... doros a. A znalaz a si  twarz  w twarz z wystraszon  dziewczynk .

- Pi kna i... tajemnicza - odpowiedzia a, ponownie spogl daj c na wie .
- A my nie mo emy tam wej . Tylko ona mo e - rzek  Ulrich, wskazuj c na

Aelit .

Yumi skin a g ow .
- Ulrich mówi,  e jeste ... stra niczk  tego wszystkiego.
- W pewnym sensie tak.
- Powiedzia  mi te ,  e tu s  jakie  potwory, które ci  prze laduj .
- I które prze laduj  te  was, je li jeste cie ze mn .
- Dlaczego?
- Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, dlaczego te wie e...

background image

Aelita nie zdo

a sko czy  zdania. Ca y horyzont ogarn y silne wibracje,

podobne do czego  w rodzaju cyfrowego trz sienia ziemi, które zako ysa o dzie mi. Po
chwili wie a w oddali, wcze niej  nie nobia a, wyemitowa a niebieskaw  po wiat , a
potem zacz a rozprasza  niepokoj

 krwistoczerwon  mg . W powietrzu rozleg o si

ostre, przenikliwe zawodzenie, podobne do skrobania tysi ca kawa ków kredy o
powierzchni  ogromnej tablicy.

- Zwiewajcie stamt d, natychmiast! - us yszeli krzyk Jeremy’ego.
- Co si  dzieje? - zapyta a przestraszona Yumi.
Elfka wzi a j  za r

 i zaprowadzi a pod os on  ska y, która znajdowa a si  za

ich plecami.

- Zosta  tu i nie ruszaj si  - poradzi a jej. - Je li masz szcz cie, on ci  nie

zauwa y.

- Ale co si  dzieje? Kto mnie nie zauwa y?
- Xana. Istota, która mnie prze laduje.
Wie a zacz a wysy

 z owrogie przerywane b yski. Aelita przygl da a si  jej z

niepokojem.

- Ju  mnie znalaz  - doda a g osem pe nym napi cia. - Zwo uje potwory, aby...
Znowu nie zdo

a sko czy  zdania. Znienacka z piasku przed nimi wynurzy  si

szkieletowa y potwór - tarantula!

Podniós  si  i pochwyci  Aelit .
Yumi potoczy a si  na piasek.
- Aelitaaa! - krzykn  ze strachem Jeremy.
Ale zamiast ugodzi  dziewczynk , tarantula podnios a j  i ustawi a na wprost

swojej pokrytej szczecin  paszczy. Chwil  pó niej obrzydliwa ssawka zacz a przyciska
Aelit  do tu owia potwora.

- NIE! - zawo

 Jeremy.

Aelita oniemia a. Ssawka naciska a j  tak silnie, jakby chcia a j  przebi  na wylot.

Oko Xany narysowane na ciele paj ka by o tak blisko,  e mog a go dotkn .

Potwór j  obw chiwa .
Powietrze przeszy  metaliczny  wist. Wachlarz Yumi rozci  na pó  paszcz

tarantuli i w strudze  wiat a wylecia  z oka Xany. Potwór rozpad  si , a Aelita upad a na
piasek. Kto  pomóg  jej si  podnie . To by  Ulrich.

- Sorki, ale zaj o nam to chwil  - powiedzia  z u miechem.
Na wie y za plecami Aelity wibrowa y niepokoj ce odblaski.
- Musz ... pój  j  zdezaktywowa  - powiedzia a machinalnie dziewczynka.
Eskortowali j  a  do stóp wie y, potem Aelita przenikn a przez  cian  i

poszybowa a na górn  platform . Po

a r

 na przezroczystym ekranie. Zosta a

rozpoznana.

AELITA
KOD LYOKO
Symbole na  cianach wie y zacz y spada  gwa townie w dó . Xana znowu zosta

usuni ty.

- Przemieszcza si  za pomoc  wie ? - spyta a Yumi, gdy czekali na zewn trz.
Pustynny wiatr przemiata  piasek we wszystkich kierunkach.
- Co  w tym rodzaju - odpowiedzia  Ulrich. - I chce Aelity.
- Kiedy wróci?

background image

- On zawsze wraca... - szepn a elfka, wy aniaj c si  z bia ej  ciany wie y.
Zatoczy a si  przed nimi i wyczerpana osun a na Yumi. Yumi podtrzyma a j  i

pog aska a po w osach.

- Wygl dasz na bardzo zm czon .
- Ju  mi przechodzi...
- Nie mo emy jej st d wyci gn

? - Yumi spojrza a zmartwiona na Ulricha.

- Nie wiemy, jak to zrobi .
- Jeremy?
- Ulrich ma racj . Kiedy znajdujecie si  w Lyoko, macie do dyspozycji okre lon

liczb  punktów  ycia. Za ka dym razem, gdy potwory was trafi , zmniejsza si  wam
liczba tych punktów. Kiedy dojdzie do zera, ko czycie gr . Ale w jej przypadku jest
inaczej...

Na te s owa Aelita podnios a wzrok. Mia a  zy w oczach.
- No tak, w moim przypadku jest inaczej. Ja jestem inna. Wy tylko gracie w

wirtualn  rzeczywisto , ja za

yj  w Lyoko i to jest moja rzeczywisto !

- Aelita, to nie tak...
- Nie jestem istot  ludzk ! Jestem programem komputerowym!
- Mylisz si ! - Jeremy energicznie potrz sn  g ow . - Programem

komputerowym jest Xana. Ty nie! Ty nie jeste  taka jak on.

- Jestem dok adnie taka jak on.
- Trz siesz si  - powiedzia a Yumi, przytulaj c j  mocno, jak starsza siostra.
Aelita spojrza a na ni .
- Trz siesz si  ze strachu - ci gn a Yumi, u miechaj c si . - A z tego, co wiem,

programy komputerowe si  nie boj .

Uwi ziona w cyfrowym  wiecie Lyoko dziewczynka o elfich uszach nie zna a

senno ci, g odu ani pragnienia. I w ogóle si  nie starza a. Jeremy natomiast od wielu dni
odczuwa  nieustanny ból g owy. Prawie ca y czas sp dza  przed komputerem.
Programowa , analizowa  i próbowa  zrozumie . Ale przede wszystkim rozmawia  z
Aelit .

- No, Aelito - szepn  do ciemnej kamery. - Teraz wsta  i skoncentruj si .
- Która tam u ciebie godzina?
Jeremy spojrza  na zegarek swojego laptopa: wpó  do czwartej w nocy.
- Jeszcze wcze nie - sk ama .
Siedzia  zamkni ty w swoim pokoju w internacie od... nie wiedzia  nawet, od jak

dawna. Stamt d  czy  si  zdalnie z komputerem w fabryce. Rzecz niezbyt trudna dla
takiego geniusza informatycznego jak on. Od dnia, w którym Yumi do czy a do ich
paczki, Jeremy 

 zabarykadowany w pokoju. Prawie nie wychodzi , nawet na kolacj .

Odd i Ulrich przynosili mu co  ze sto ówki. I radzili mu, aby odpocz , ale ich nie

ucha .

- Spróbujemy raz jeszcze.
- Nie jestem pewna, czy chc  to zrobi , Jeremy.
- Musimy. Nie znam innego sposobu.
- Jak chcesz. Ale pope niasz b d.
- Nie pope niam.
Jeremy popatrzy  na monitor. Aelita chodzi a po  wiec cych koncentrycznych

pier cieniach, które tworzy y pod og  Wie y 3. Potem zacisn  kciuki i odpali  program.

background image

By  to algorytm, który porównywa  cyfrowe dane Aelity z Lyoko z danymi znajduj cymi
si  na serwerze w starej fabryce. Wszyscy, którzy weszli do Lyoko, zostali roz

eni na

dane wirtualne i zapami tani w pami ci superkomputera. Dane te by y niezb dne, aby
zrobi  transfer w odwrotn  stron . Ale z jakiego  powodu dane Aelity nie odpowiada y
sobie.  Znajduj ca  si   w  Wie y  3  dziewczynka  zosta a  uniesiona  w  powietrze,  z  g ow
odchylon  do ty u i r kami wzd

 cia a. Potem zacz a stawa  si  przezroczysta, a  nie

pozosta o z niej nic poza trójwymiarowym szkicem. Teraz dziewczynka nie mog a ju

ysze  Jeremy’ego. Ch opiec skupi  si  nad monitorem. Kolumna cyfr wirowa a z du

pr dko ci  wokó  rysunku Aelity. Dwadzie cia procent. Trzydzie ci. Czterdzie ci. Gdy
licznik przekroczy  sze dziesi t, Jeremy wstrzyma  oddech. Komputer doszed  do
dziewi dziesi ciu i zacz  zwalnia . Na górnej wardze ch opca perli  si  pot.
Dziewi dziesi t trzy. Dziewi dziesi t cztery. Komputer doszed  do dziewi dziesi ciu
dziewi ciu i w tym miejscu si  zatrzyma .

- Ale dlaczego?? - w ciek  si  Jeremy i waln  pi ci  w stó . Nacisn  kilka

klawiszy i wewn trz wie y Aelita zacz a odzyskiwa  swoj  zwyczajn  form , a  znów
stan a na ziemi.

- Jak posz o tym razem? - spyta a, gdy tylko dosz a do siebie.
- Jeszcze si  nie uda o. Twoje cia o mo e si  ponownie zmaterializowa , a to

znaczy,  e wesz

 tam przez te same skanery w fabryce... ale z jakiego  powodu nie

mo esz stamt d wyj . Masz problem z g ow .

- No wiesz! Co to ma znaczy ?
-   e  dane  wej ciowe  nie  zgadzaj   si   z  danymi  wyj ciowymi.   e  co   w  twojej

owie... si  zmieni o.

- Mo e to si  wi e z moj  utrat  pami ci. Mo e mam mniej danych ni

wcze niej.

Jeremy obserwowa  cyfry, które pojawia y si  na jego monitorze.
- Albo mo e masz ich wi cej.
Aelita spojrza a na niego zaciekawiona.
- Mo esz mi podes

 dane, które masz na swoim komputerze? Ja te  je

sprawdz .

- Chyba tak.
W bia ej wie y, która s

a jej za schronienie, pojawi  si  wisz cy w powietrzu

ekran i w ci gu chwili zape ni  si  liczbami. Dziewczynka czyta a je z uwag .

- Te liczby s  jak... wspomnienia. Morze wspomnie  - wymamrota a na koniec.
Jeremy zamy li  si  na moment, potem przytakn . Pami  Aelity zawsze by a

delikatna i krucha. Do tej pory nie wzi  pod uwag  hipotezy,  e mog o to wynika  z
nadmiaru informacji, a nie odwrotnie.

- To  mieszne - doda a dziewczynka.
- Co?
- Mam g ow  pe

 wspomnie ... których nie pami tam!

- Tak, jakby nie nale

y do ciebie - mrukn  Jeremy, pogr ony w my lach. -

Tak, jakby ci kto  je doda ... z zewn trz.

- Ale kto móg by zrobi  co  takiego? I dlaczego?
- Nie wiem.
- Mo e s  to instrukcje, które pozwalaj  mi porusza  si  w Lyoko. A na zewn trz,

w realnym  wiecie, nie s  mi potrzebne.

background image

- Mo e.
„Albo w

nie z ich powodu Xana poluje na ciebie”, pomy la  Jeremy, ale nie

powiedzia   tego  g

no.  „I  dlatego  ci   nie  zabija.  By   mo e  chce  tych  wspomnie .

Potrzebuje ich”.

- Jeremy?
- Co?
- Nie móg by  sprowadzi  mnie z powrotem, usuwaj c te dodatkowe

wspomnienia?

Jeremy westchn .
- To mo e ci  bole .
- Ale spróbowa  mo na.
- Ryzykuj ,  e zniszcz  na zawsze twoj  pami ...
- Ale wszystko poza tym zadzia a, nie s dzisz?
- Jak mam ci odpowiedzie ?
- Ja my

,  e „tak”.

- To bardzo niebezpieczne.
- Usu  je, Jeremy.
- A je li i tak nie zadzia a? Je li stwierdzimy,  e usun li my ci pami  na pró no?
- B dzie to znaczy o,  e si  pomyli

. I  e ja nigdy nie by am... taka jak wy.

W dniu, w którym próbowali zmaterializowa  Aelit , Yumi zwirtualizowa a si  w

Lyoko obok niej, a Odd i Ulrich oczekiwali jej w sali ze skanerami. Pomy leli o
wszystkim: Odd opowiedzia  dyrektorowi,  e jego kuzynka przeniesie si  do Kadic.
Ulrich sfa szowa  dokumenty potrzebne do zapisania si  do szko y, a Jeremy wreszcie

 swojego programu do zniekszta cania g osu, udaj c ojca Aelity. Jeremy siedzia  nad

klawiatur  w laboratorium z palcem zawieszonym nad przyciskiem DELETE. Monitor
by  pe en dodatkowych wspomnie  dziewczynki.

- Zrób to, Jeremy! - Aelita by a bardzo spi ta, chocia  stara a si  wygl da  na

pewn  siebie.

Yumi u cisn a jej d

.

- Nie martw si , wszystko b dzie dobrze. Poza tym,  e b dziesz musia a chodzi

do klasy z tymi trzema chuliganami.

- A ty? - spyta a Aelita.
- Ja jestem rok wy ej. Ale b dziemy si  widywa  w sto ówce i na przerwach.
- B dzie fajnie.
- B dzie bardzo fajnie, zobaczysz. Na pewno lepiej ni  tu. No i przynajmniej tam

nie  ma  potworów,  z  którymi  trzeba  walczy ,  ani  z ych  programów,  które  na  ciebie
poluj ... - Yumi zatrzyma a si  nagle, patrz c na ni  zaniepokojona. - Co ci si  sta o?

Aelita dotkn a r

 czo a.

- Nic. Co  mnie mocno uk

o w g owie.

- Zrobione - wtr ci  si  Jeremy. - Wykasowa em... wszystko, mo na powiedzie .

Teraz zobaczymy, jak ci  tu  ci gn  z powrotem. Gotowa?

Aelita g boko odetchn a. Potem zamkn a oczy.
-Tak.
- Okej. Id  do wie y. Tak. Zatrzymaj si .
Jeremy po raz ostatni sprawdzi , czy wszystko dzia a jak nale y. Dobra, gotowe.
- Materializacja! - wykrzykn  i wcisn  przycisk.

background image

Chwil  potem w Lyoko Aelita zosta a uniesiona w powietrze i powoli zacz a si

dewirtualizowa . Pi  procent.

-Trzymajcie kciuki... Miejmy nadziej ,  e tym razem si  uda - szepn  Jeremy,

który nie by  w stanie opanowa  napi cia.

Komputer dalej przetwarza  dane, z ka dego kawa ka wirtualnej Aellty

odtwarzaj c po kawa ku Aelit  z krwi i ko ci, zgodnie z tym, co zapami ta y skanery.
Trzydzie ci procent. Czterdzie ci. Sze dziesi t. Osiemdziesi t. Kiedy komputer doszed
do dziewi dziesi ciu, zacz  zwalnia . Dla bezpiecze stwa Jeremy odpali  program, nad
którym pracowa  ca  noc.

- Program Maska Wspomnie  aktywny!
Dziewi dziesi t osiem. Dziewi dziesi t dziewi . Ekran zamigota  na

czerwono. Dziewi dziesi t dziewi  przecinek dziewi dziesi t dziewi .

- Dalej, dalej, dalej...
STO!
Jeremy opad  na oparcie fotela. Uda o si !
Ni ej, w sali ze skanerami, otworzy y si  przesuwne drzwi jednej z kolumn i

dziewczynka wypad a na zewn trz. Mia a w osy rude, a nie ró owe, i uszy nieco
odstaj ce, ale na pewno nie elfie. Jej ubranie by o troch  niemodne.

- Aelita? - spyta  Odd niepewnie.
Dziewczynka opar a si  o  cian ,  eby nie upa . Zrobi a gest, jakby si  chcia a

rozejrze , chocia  mia a zamkni te oczy. Potem powoli je otworzy a i z niedowierzaniem
przyjrza a si  swoim d oniom. W ko cu podnios a g ow  i zobaczy a Odda i Ulricha,
którzy wpatrywali si  w ni  bez s owa.

- Ch opaki... to wy? Jeste cie... inni ni  sobie was wyobra

am.

- Chcesz powiedzie ,  e my la

,  e tu te  mam ogon? - zakpi  Odd. - No, je li

my lisz,  e b

 ci si  ociera  o nogi i mrucza , to grubo si  mylisz!

Na chwil  zapad a cisza. Potem wszyscy troje wybuchn li gromkim  miechem. W

ko cu Ulrich, staraj c si  zachowa  powag , oznajmi  uroczy cie:

- Witaj w  wiecie realnym, Aelito!
- Wszystko okej? - spyta  Jeremy z g

ników.

- Posz o jak po ma le, prowadzimy j  na gór .
- Dobra, ja w tym czasie zmaterializuj  Yumi.

os Jeremy’ego by  powa ny i profesjonalny, ale mo na by o wyczu ,  e

ch opak nie mo e ju  usiedzie  w miejscu. Kiedy otworzy y si  drzwi laboratorium,
Jeremy zerwa  si  z fotela, stan  z r kami za plecami i patrzy  na nich, u miechaj c si  z
zak opotaniem. Odd i Ulrich stali po bokach Aelity. Jeremy zdj  okulary i oczy ci  je
brzegiem koszuli. By  zbyt zawstydzony, aby podnie  wzrok.

- No hej, czemu jej nie u ciskasz, mistrzu? - zach ci  go Ulrich.
- No bo, eee...
Ale Aelita ju  bieg a, by rzuci  si  na szyj  swojemu wybawcy. Kiedy otworzy y

si  drzwi laboratorium, Jeremy zerwa  si  z fotela, stan  z r kami za plecami i patrzy  na
nich, u miechaj c si  z zak opotaniem. Odd i Ulrich stali po bokach Aelity. Jeremy zdj
okulary i oczy ci  je brzegiem koszuli. By  zbyt zawstydzony, aby podnie  wzrok.

background image

7

JOHN F. BULLENBERG
(ZATOKA MEKSYKA SKA, 9 STYCZNIA)

Motocykl - hayabusa z turbodo adowaniem, rozwijaj ca pr dko  do ponad

trzystu kilometrów na godzin  - z piskiem opon przejecha  przed hangarem i zahamowa
gwa townie, zostawiaj c na asfalcie d ug  czarn  smug . Nieustraszonym motocyklist
by  dwudziestotrzyletni ch opak, który mia  na sobie postrz pione d insy, czarn
skórzan  kurtk  i ma y plecak. Opu ci  podpórk  i zdj  kask.

-  Hej,  Fernando!  -  zawo

,  rzucaj c  kluczyki  od  motoru  mechanikowi  w

niebieskim kombinezonie, który wychodzi  z hangaru.

- John! Znowu wyje

asz? - odpowiedzia  tamten z silnym hiszpa skim

akcentem i z apa  kluczyki w locie.

- Koniec wakacji, niestety! Mo esz mi zaparkowa  motor? Jestem spó niony.
- Nie ma sprawy.
Prywatny odrzutowiec, Gulfstream G550, kosztowa  prawie sze dziesi t

milionów dolarów. Na jasnoniebieskim tle wida  by o wyra nie wielobarwne logo
Music-Oh, wielkiego portalu muzycznego. Stewardesa zerka a ukradkiem przez otwarte
drzwi na Johna F. Bullenberga, który majestatycznym krokiem skierowa  si  w stron
schodów.

- Witamy na pok adzie, panie Bullenberg!
- Mów mi John, zdaje si ,  e jeste my w tym samym wieku.
Dziewczyna pachnia a kwiatami.
- Jestem od pana starsza o rok, panie... John - odpowiedzia a, czerwieni c si .

miechn  si  do niej. Wchodz c, obróci  si  w stron  kabiny pilotów: Tony i

Matt oczekiwali go z fili ank  kawy. Na r kawach koszul mieli baretki z logo Music-Oh.
Takie samo logo znajdowa o si  tak e na mundurze stewardesy.

- Cze , ch opaki.
- Jeste my gotowi - powiedzia  Tony. - Móg by  przej  stery na czas startu? Kto

musi zmieni  tego staruszka obok mnie.

- Ej! - prychn  Matt. - To ty tu jeste  staruszkiem, który powinien odpocz .
John niedawno zrobi  licencj  pilota, a Tony i Matt wiedzieli,  e uwielbia

sterowa  odrzutowcem. Ale tym razem ch opak potrz sn  g ow .

- Mo e przy l dowaniu. Musz  wróci  do pracy...
Kabin  pasa ersk  stanowi  elegancki salonik z mahoniowymi meblami i fotelami

z jasnej skóry. John usadowi  si  wygodnie na najbli szym fotelu i wyci gn  z plecaka
laptopa.

- Napijesz si  czego ? - zapyta a go stewardesa. John nigdy wcze niej jej nie

widzia . Musia a by  nowa.

- Nie, dzi ki.

 do dwudziestego roku  ycia John F. Bullenberg by  zwyczajnym ch opakiem:

studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego bez grosza przy duszy, który ci gle zalega  z
op atami za czynsz i by  do ty u z egzaminami. Pewnego dnia przyszed  mu do g owy
pomys  na program komputerowy, który pozwala  si  kontaktowa  mi

nikom muzyki z

ca ego  wiata. Pierwsz  wersj  Music-Oh zaprogramowa  w  rodku nocy, pod koniec

background image

zmiany w restauracji fast food, gdzie pracowa . Odt d sprawy nabra y przyspieszenia:
szybkie motocykle, prywatny odrzutowiec, wille na ca ym  wiecie. Teraz lecia  do
Kalifornii. Wraca  z Kostaryki, gdzie wspólnie z przyjació mi sp dzi  Bo e Narodzenie.
John Bullenberg 

 jak w bajce.

- L dujemy za pi  minut! - zameldowa  Tony przez g

nik. - Tymczasem mam

Margie na linii.

Margie by a osobist  asystentk  Johna. Spodziewa  si ,  e wcze niej czy pó niej

zostanie równie  jego dziewczyn , ale do tej pory nie uda o mu si  jej poderwa .
Odrzuci a jego zaproszenie na obiad bo onarodzeniowy. M odzieniec szybko zdj

uchawk  zamocowan  na pod okietniku jego fotela.

- Halo!
- Ju  wyl dowali cie?
- Jeszcze nie. Jakie  problemy?
Margie by a drobn  dziewczyn  o czarnych oczach,  liczn  i zawsze roze mian .

Tym razem jednak jej g os by  powa ny i pe en niepokoju.

- S uchaj, John. Wygl da na to,  e Music-Oh zosta  zainfekowany przez wirusa.
Nie by a to nowo : w poprzednim roku by o co najmniej sto ataków, a John mia

na us ugach elit  programistów, którzy zajmowali si  tego rodzaju problemami. Ale tym
razem Margie postanowi a porozmawia  z nim osobi cie. To go zaniepokoi o.

- Powa nie?
- Do tej pory zainfekowa  kilka komputerów. Dziewi  czy dziesi . Ale nie w

tym rzecz. S uchaj... nigdy nie widzia am czego  takiego.

Dziesi  komputerów? Music-Oh mia  spo eczno  obejmuj

 prawie pi set

milionów zarejestrowanych u ytkowników. Dlaczego Margie zawraca mu g ow  z
powodu takiego g upstwa?

- Zrobi

 zrzuty ekranów? Jaki jest teraz stopie  zainfekowania?

- Powiedzmy tak: to mo e by  najwi ksza katastrofa informatyczna od czasów

robaka milenijnego.

John nie wierzy  w asnym uszom. Pomy la ,  e Margie go nabiera. Ale

dziewczyna nie robi a  artów. A co dopiero tego rodzaju  artów.

- Okej. Wy lij mi e-mall, przeczytam go od razu. Rozmawia

 ju  z Francisem?

- Jeszcze nie, on te  jest na wakacjach. Mia am nadziej ,  e ty do niego

zadzwonisz.

- Pewnie. Czekam na twój e-mail. Brakowa o mi ciebie - doda  John po piesznie i

zako czy  rozmow .

Z okien G550 móg  zobaczy  hangar, który zaczyna  si  oddala , gdy samolot

wykonywa  manewry na pasie startowym. E-mail Margie dotar , gdy samolot by  ju  w
powietrzu. Wiadomo  sk ada a si  tylko z dwóch linijek.

Pospiesz si , mówi a pierwsza.
Druga zawiera a link do strony Music-Oh.
John klikn  na niego i na ekranie jego laptopa pojawi  si  obraz. Dwa

koncentryczne  pier cienie,  trzy  kreseczki  u  do u  i  jedna  u  góry,  co   w  stylu  tarczy
strzelniczej.

„Albo... oka”, pomy la .
- Przygotowa am ci mro on  herbat  - powiedzia a stewardesa.

background image

John nie odpowiedzia . Otworzy  program do debugowania, z którego móg

kontrolowa  kod programu Music-Oh. Przeanalizowa  kod  ród owy strony, popracowa
nad nim i zmodyfikowa  go.

- Zobaczymy, czy teraz zadzia a - wymamrota  przez zaci ni te z by.
Nacisn  przycisk KOMPILUJ. Kilka sekund oczekiwania. Potem ze zdziwieniem

popatrzy  na swój kod, który zacz  si  rusza . Znaki, które skaka y w gór  i w dó .
Uk ada y si  w pewien rysunek. Dwa koncentryczne pier cienie. Cztery kreseczki.
Znowu to dziwne oko. John zakl , uderzaj c pi ci  w mi kk , bia  skór  fotela.
Spróbowa  zdebugowa  program, ale ten si  zablokowa .

- Wszystko dobrze? - zapyta a opieku czo dziewczyna.
John westchn .
- Raczej nie. Wcale nie.
Wyci gn  z kieszeni kurtki telefon komórkowy i zrobi  kilka zdj  monitorowi.

Wysta  je MMS-em do swojego przyjaciela Francisa.

„Zobacz, co to jest”.
Potem wy czy  komputer.
I ponownie zakl .
MMS Johna zosta  przes any z jego telefonu do stacji przeka nikowej, a stamt d

do nast pnej, a potem znów do nast pnej. W czasie tej podró y do czony do
wiadomo ci ma y cyfrowy fragment zmieni  nagle kierunek. By  to tylko krótki 

cuch

kodu, bez imienia i bez pami ci, ale w pewnym sensie  ywy. Program zdo

 zagnie dzi

si  w komputerze spó ki telefonicznej i stamt d przywo

 inne fragmenty kodu bez

imienia. Czeka y na niego. Jego cyfrowe komórki zajmowa y z powrotem swoje miejsce i
zaczyna y dzia

. Próbowa y dosta  si  do tej skarbnicy pami ci, która by a jeszcze

zamkni ta na klucz w sejfie.

Nie umar em, pomy la  stwór, nadal szukaj c swoich fragmentów. Serwer spó ki

telefonicznej pad , gdy cyfrowy stwór przemieszcza  si  wzd

 linii elektronicznych.

Nie umar em. O tak. Teraz sobie przypominam. Wracam.

Kilka sekund pó niej, w domu po

onym gdzie  w Maine, zadzwoni a komórka

programisty imieniem Francis. M

czyzna wzi  telefon i przeczyta  wiadomo . Zobacz,

co to jest. By y tak e dwa za czniki: zwyczajne strony startowe Music-Oh, które widzia
miliony  razy.  My

c,   e  to  jaki   dowcip,  odpisa :  To  jest  najpi kniejsza  strona  na

wiecie. Jego telefon zadzwoni :

- Francis? Co to za  arty?
- Co masz na my li?
- Wys

em ci dwa zdj cia tego dziwnego wirusa. To co  w stylu... czego  z

dwoma pier cieniami i...

- John, o czym ty, u licha, mówisz? Na zdj ciach, które mi wys

, nie wida

adnego wirusa. Wr cz przeciwnie, nie wida  absolutnie nic poza zwyk  stron  g ówn

Music-Oh!

John kaza  przes

 je sobie z powrotem,  eby uwierzy . Strona zacz a ponownie

dzia

. Wirus znik , nie pozostawiaj c  ladu. Rozp yn  si  bez  ladu.

background image

8

CZEKOLADA, KSI

KI I TAJNE PRZEJ CIA

- Apsik! - kichn  Odd.
- Apsik! - zawtórowa a mu Yumi.
- To chyba nie by  najlepszy pomys ,  eby przyj  rozmawia  tu, na dworze, w

taki mróz - za mia  si  Jeremy.

- Mo emy sko czy  pogaduszki w Pustelni - zgodzi  si  Ulrich. - Ja nie czuj  ju

nóg, chyba je odmrozi em. Wracamy do ciepe ka? Co wy na to?

- Jak rozka esz, szefie! - krzykn  Odd i zanim ktokolwiek zd

 go

powstrzyma , trafi  Jeremy’ego w g ow

nie

. Ten jak d ugi run  na ziemi .

Yumi zamkn a si  w  azience, aby wzi  ciep y prysznic. Ulrich i Odd przykryli

si  grub  warstw  koców i usadowili w salonie, aby ogl da  horror. Kiwi zwin  si  w

bek na kolanach Ulricha, który bezskutecznie próbowa  go zrzuci .

- Chi, chi! - chichota  Odd. - Jakie to  mieszne!
- Co ci  tak bawi? - pyta  zirytowany Ulrich. - Ten potwór urwa  jej g ow !
- W

nie! To jest przesada! Czekaj, popatrz, teraz zabije tak e i jego. Och, jak

rany... He, he, he!

Aelita przygl da a si  tej scenie z kuchni.
- Odd jest naprawd  niewiarygodny - skomentowa a rozbawiona.
- W sensie,  e nie ma drugiego takiego wariata? - Jeremy z u miechem wzi  z

pó ki garnuszek i postawi  go na p ycie elektrycznej, uwa aj c, aby si  nie poparzy .
Potem zacz  wsypywa  czekolad  w proszku i wlewa  mleko. Aelita usiad a obok.

- Gor ca czekolada, tego w

nie nam teraz trzeba!

Jeremy, patrz c spod oka, zauwa

 zadowolon  min  przyjació ki.

- Jak si  czujesz?
- Hm. Nie wiem. Najpierw, gdy opowiadali cie, wydawa o mi si ,  e co  sobie

przypominam. Urywki. Jakby migawki. Ale mia am dziwne wra enie,  e to nie zdarzy o
si  naprawd , tak jakby mi si  tylko  ni o...

Aelita opar a lekko g ow  na ramieniu Jeremy’ego.
- Mog  ci  o co  zapyta ? - powiedzia a szeptem.
- Pewnie.
- Dlaczego, gdy mnie uwolnili cie z superkomputera, nie wy czyli cie go raz na

zawsze?

Czekolada w proszku powoli rozpuszcza a si  w mleku.
- Naprawd  próbowali my.
- Ale co  posz o nie tak?
- No. Xana pokaza ,  e chce prze

 za wszelk  cen . Aby uniemo liwi

wy czenie go, pos

 si  tob ...

- Mn ?
Jeremy spojrza  jej w oczy, przyjrza  si  jej drobnej twarzy. W jego my lach

nadal mia a elfie uszy.

- Tylko ty mo esz go zwalcza , Aelito. Ty jedna umiesz kontrolowa  wie e i

udaremnia  jego ataki.

- No tak, wie e... Ale dlaczego s  tak wa ne? Jak dzia aj ?

background image

- O, to odkryli my du o pó niej - Jeremy zamiesza  czekolad . B dzi  wokó

pustym  wzrokiem.  -  Wie e  s ...  portalami.  To  jest  klucz  do  ca ej  tej  historii.  Stanowi
po czenie mi dzy  wiatem Lyoko a... na przyk ad tym - Jeremy po

 r

 na

mikrofalówce. Aelita unios a brew.

- Czy w mikrofalówce jest wie a?
- Ej, pami taj, to powa na sprawa. W Lyoko s  wie e prawie do ka dego

urz dzenia elektrycznego istniej cego w  wiecie realnym. I je li kto  zaatakuje jedn
wie  tam...

- ...w rzeczywisto ci zmienia tak e co  tutaj. Kapuj .
- Ano w

nie. Xana, przynajmniej w teorii, jest w stanie oddzia ywa  na nasze

urz dzenia elektryczne. Na ka

 rzecz, która posiada  adunek elektryczny. 

cznie z... -

Jeremy pukn  si  palcem w czo o - ...mózgiem, który dzia a dzi ki mikro-
wy adowaniom elektrycznym. Z pewnymi wyj tkami, oczywi cie, bo na przyk ad Odd
jest bezpieczny.

Dziewczynka za mia a si , ale wcale nie czu a si  uspokojona. Yumi wysz a spod

prysznica z g ow  owini

 r cznikiem. Odd i Ulrich byli jeszcze pod kocami i ogl dali

„najbardziej zabawn ” ko cow  scen  filmu.

- A gdzie reszta? - zapyta a.
- Szom tam na pogaduszkach - zameldowa  Odd z pe

 buzi . - Czaszteczko?

- Obiad by  przecie  dopiero godzin  temu!
Odd wzruszy  ramionami i dalej chrupa  ze smakiem pó  ciasteczka. Drug

po ow  rzuci  Klwiemu.

- Jeste my! - przerwa  im Jeremy, wychodz c wraz z Aelit  z kuchni. W r kach

mia  tac  z paruj

 wy mienit  czekolad . Oboje do czyli do siedz cych na tapczanie.

Kiwi zaskomla  cichutko, gdy poczu  ten zapach.
- No wi c! - zawo

 Odd, rozdaj c wszystkim kubki z czekolad . - Czas na toast.

Za nas... i za ostatni dzie  naszych ferii!

- Na zdrowie!
- Pyszna! - zauwa

 Ulrich, prze uwaj c z zadowoleniem. - Zostawi

 grudki,

tak jak lubi ...

Jeremy spojrza  na niego znad okularów.
- Jakie grudki? Naprawd  dobrze wymiesza em.
- A jednak... - Ulrich mia  wypchane policzki i prze uwa  pracowicie. Potem

nagle przesta . Wytrzeszczy  oczy, które zrobi y si  czerwone. Twarz mu posinia a. I
wreszcie gwa townie wyplu  czekolad , brudz c koce i pod og .

- Wody! - wrzasn , zrywaj c si  na nogi. - Dajcie mi wody! Odd, zabij  ci !
Odd p ka  ze  miechu.
- Grudki superostrej papryki! Chi, chi! Postara em si ,  eby czekolada naszego

Ulricha by a naprawd  niezapomniana.

Skonsternowani Yumi, Jeremy i Aelita wymienili spojrzenia, ale nie wytrzymali i

wybuchn li gromkim, chóralnym  miechem. Ulrich wróci  z kuchni z za zawionymi
oczyma.

- Fuj! Co za g upi  art.
- No, panie Stern, nie rób pan takiej miny. Papryka jest dobra na serce. Zrobi em

to dla twojego zdrowia.

- Zemszcz  si  na tobie, Odd! Zobaczysz!

background image

Rozbawiona Yumi po

a mu r ce na ramionach.

- No co ty! Raczej zróbmy co  wszyscy razem, dobra?
-  Jestem  za!  -  przy czy   si   Odd,  szcz liwy,   e  uniknie  zas

onej  kary.  -  Co

proponujesz?

- Chod my poszpera  na strychu - zaproponowa a Yumi. Oczy jej b yszcza y.
Ostatnie  pi tro  Pustelni  by o  oddzielone  od  reszty  domu.  Mie ci   si   tam  wielki

gabinet. Ale nie by o w nim  adnych komputerów. Znajdowa  si  tam tylko stó
zawalony papierami i trzy tablice pokryte troch  ju  nieczytelnymi wzorami
matematycznymi. W k cie sta  ma y kredens, ekspres do kawy i kuchenka elektryczna, a
obok niej brudna, wyszczerbiona fili anka. Poza tym znajdowa y si  tam ksi ki. Setki
ksi ek, upchni tych w gro

cych zawaleniem rega ach albo u

onych w stosy na

pod odze. By y tam ró ne ksi ki, wielkie i ma e, niektóre zamkni te, a inne otwarte. W
zapiecz towanych kartonowych pud ach le

y ca e roczniki pism. Strych o wietla y trzy

okna. Pierwsze wychodzi o na alejk  wej ciow  prowadz

 do Pustelni i na ulic . Z

drugiego okna, po przeciwnej stronie, wida  by o przykryty  niegiem park, a w tle
zabudowania Kadic. Wreszcie z trzeciego okna, najwi kszego, roztacza  si  widok na
dawn  dzielnic  przemys ow  z mostem i wysepk , na której sta a opuszczona fabryka.
Pustelnia. Kadic. Fabryka. Trzy miejsca, niby oddalone od siebie, ale po czone ze sob
sieci  tajnych podziemnych chodników. Jeremy pierwszy podszed  do biblioteczki i
przeci gn  palcami po zakurzonych grzbietach ok adek.

- Widzisz, zatrzymali my wszystko! - z pewn  satysfakcj  powiedzia  do Aelity. -

Od podstaw matematyki do zaawansowanej teorii maszyn licz cych - wzi  opas y tom i
zacz  go kartkowa . - O tak, to jest prawdziwy skarb!

Odd zacz  kicha  jak szalony.
- Apsik! Mówi c szczerze, wola bym co  bardziej tradycyjnego. Apsik! Na

przyk ad, nie wiem, szkatu  pe

 z otych dukatów...

- Bo si  nie znasz - odpar ,  miej c si , Ulrich.
Yumi zacz a szpera  w ród kartek rozrzuconych na biurku.
- Notatki. Bazgro y. Nawet lista zakupów.
Kiwi zanurzy  pysk w przewróconym koszu na  mieci, a potem ca y wsun  si

niezdarnie do  rodka.

- Chyba nic nie kapuj . Co mia

 na my li, mówi c,  e „zatrzymali cie

wszystko”? - zapyta a zmieszana Aelita, g adz c kilka starych przedmiotów. -
Wszystko... co?

- Ups, mo e nie powiedzieli my ci jeszcze... - odpowiedzia  Odd w zamy leniu.
- Czego nie powiedzieli cie?
- Czekali my tylko na odpowiedni moment - wtr ci  si  Jeremy.
- No bo koniec ko ców...
- Czy mo na wiedzie , o czym wy, do licha, mówicie? - naciska a Aelita.
- To bardzo proste. To by  kiedy  twój dom - powiedzia  Jeremy i podszed  do

niej.

- Mój dom?
- W

nie.

- Chcesz powiedzie ,  e ja tu mieszka am?
- Tak. Razem z twoim ojcem. Twórc  Lyoko.
Aelita poczu a,  e uginaj  si  pod ni  nogi.

background image

- Mój ojciec... stworzy  Lyoko?
- Tak. Twój ojciec nazywa  si  Franz Hopper. Profesor Hopper. Uczy  w Kadic.
-  Chwila,  moment  -  Aelita  potrz sn a  g ow ,  nie  mog c  zebra   my li.  -

Naprawd  mój ojciec wymy li  Lyoko?

-  No.  Gdy  chodzi

  do  szko y  -  ci gn   Jeremy.  -  Wydawa o  si ,   e  wszystko

idzie jak z p atka, dopóki... - przerwa  gwa townie, patrz c na ni  z powag . - Czy co  ci
mówi data 6 czerwca?

- Nie - Aelita potrz sn a g ow . - A powinna?
- To dzie , w którym uciek

 razem z twoim ojcem. Dzie , w którym wesz

 do

skanerów w starej fabryce.

- My... uciekli my?
- Nie pytaj nas, dlaczego. Nie wiemy.
- I kiedy zdarzy o si  to wszystko?
- Dziesi  lat temu.
Aelita schowa a g ow  w ramiona. W oczach mia a l k.
- Dziesi  lat temu? Ale... je li naprawd  by am uczennic  w tej szkole... ile

mia am wtedy lat?

- Mniej wi cej dwana cie.
- To niemo liwe! Je li tak jest, to teraz powinnam mie  ponad dwadzie cia lat!
Jeremy nie potrafi  sobie nawet wyobrazi , jak bardzo jest to dla niej bolesne i

wstrz saj ce. Ale wcze niej czy pó niej nadszed by ten moment i Jeremy dobrze o tym
wiedzia . Aelita musia a sobie przypomnie . A z pami ci  nieuchronnie musia  wróci
ból. Zmusi  si  do u miechu.

-  Ale  nie  masz  ich.  Wiem,   e  mo e  wyda   ci  si   to  absurdalne,  ale  si   nie

postarza

. Gdy by

 w Lyoko i komputer by  wy czony, czas si  dla ciebie zatrzyma .

Aelita wygl da a na oszo omion . Zmarszczy a czo o, twarz mia a skupion .

Próbowa a uporz dkowa  te wszystkie nowe informacje.

- W takim razie kto... wy czy  superkomputer? - wykrztusi a.
- Tego tak e nie wiemy - potrz sn  g ow  Jeremy. - Mo e twój ojciec. Albo ten,

kto go  ciga . Mo e kto  pomy la ,  e to zbyt niebezpieczne, gdy jest w czony.

- Ja... mieszka am tu z tat  - powtórzy a Aelita, jakby chc c si  upewni . Potem w

bi oczu rozb ysn  jej ognik. - A... moja matka? Musia am mie  tak e i mam ... nie?

-  Przykro  mi...  Nic  o  niej  nie  wiemy  -  tym  razem  odpowiedzia a  Yumi,

opanowuj c si , aby nie wybuchn  p aczem.

Aelita spojrza a na ni  bez s owa. Wszystko to by o takie absurdalne i takie pe ne

pyta  bez odpowiedzi. Nie by a w stanie nawet my le , chocia  si  stara a. Czu a si
pusta i bezsilna. Nie wiadomie wyj a z pyska Kiwiego notes, który psiak wygrzeba  w
koszu. Ok adka z czarnej skóry by a  ci gni ta gumk . Otworzy a go mechanicznie i
przekartkowa a: wszystkie strony by y bia e.

„Pusty. Tak samo jak moja g owa”.

a sobie notes do tylnej kieszeni d insów i usiad a na pod odze. Chcia a

zamkn  oczy, obudzi  si  po miesi cu i nie pami ta  niczego z ca ej tej historii.

- Hej,  s uchajcie!  - g os Odda  przerwa   nagle  pe

  napi cia  cisz . -  Robimy  si

zbyt nerwowi na tym strychu. I nasz szczególny dzie  zamienia si  w styp . Co wy na to,

eby zabawi  si  w co ?

- Co masz na my li? - zapyta a nieufnie Yumi.

background image

- Co powiecie na zabaw  w chowanego?
Nikt nie wyrazi  entuzjazmu.
Zasmucony Odd rozejrza  si  dooko a i westchn :
- Zgoda, kapuj . Ja b

 odlicza  jako pierwszy. Ale nie szukajcie zbyt trudnych

kryjówek!

Potem wyszed  za drzwi gabinetu, zostawiaj c je otwarte, zas oni  sobie r koma

oczy i zacz  liczy  na g os: jeden, dwa, trzy, cztery... Jeremy uzna ,  e pomys  Odda nie
jest a  taki z y. Z apa  Aelit  za r

 i szepn  jej:

- W t  stron .

LATARKA ELEKTRYCZNA
Niezb dna w podziemiach opuszczonej fabryki.
MYSZKA SUPERKOMPUTERA
To jest jedyna myszka od superkomputera. Zabra em j , kiedy postanowili my go

wy czy .

KAMERA CYFROWA
Za pomoc  tej kamery chcieli my odtworzy  twoje wspomnienia, Aelito.
KASETA VHS
Dokumentalne nagranie, które zostawi  profesor Franz Hopper, aby wyja ni

sekrety Lyoko.

CZEKOLADA ROZPUSZCZALNA

odka pomoc w walce z zimnem.

KLAMERKA DO BIELIZNY
Podstawa przy przechodzeniu przez kana y. Nie wolno o niej zapomnie !!!
SZWAJCARSKI SCYZORYK
Mój niezast piony scyzoryk, wierny towarzysz w ka dej przygodzie!
BILET NA POCI G
Podró , która pozwoli a nam odkry  nowe sekrety Pustelni
FILM GROZY
Ulubiony film Odda. Co on w nim widzi zabawnego...?
Sztuczka programistów, stosowana,  eby zapami ta  najtrudniejsze has a. S

y

do zast powania liter i cyfr.

NOTES
Znale li my go na strychu w Pustelni. Nale

 do profesora Hoppera. Pozory

myl ! Nowy singiel „zespo u stulecia”. T o d wi kowe tej historii.

WORKI Z WAPNEM
Worki z wapnem, które znale li my w piwnicy Pustelni. Zaprowadzi y nas do

braci Broulet.

OBWODY
W fabryce by o pe no nieczytelnych schematów. Mo e odnosi y si  do

superkomputera?

POTWORY Z LYOKO
Zza konsoli nabazgra em stworzenia mieszkaj ce w Lyoko.
WIZYTÓWKA
Wizytówka profesora Hoppera. Niewiele wi cej si  o nim dowiedzieli my.
CZARNY KOT

background image

Nie my la em,  e Odd jest znawc  opowiada  grozy. Ta ksi ka chyba jest super.

Musz  j  przeczyta .

ELAZNY MOST

Most przed star  fabryk . Na pewno go pami tasz, Aelito.
STUDZIENKA KANALIZACYJNA
Po d ugiej w drówce w smrodzie, wreszcie  wie e powietrze... ale to nie koniec

niespodzianek.

WILLA PUSTELNIA
Punkt wyj ciowy naszego dochodzenia. Stary dom profesora Hoppera jest

labiryntem tajemnych przej .

MEDALION
I twój medalion, Aelito. Twój ojciec i twoja matka, Anthea, mieli takie same.

Szukaj matki...

background image

9

EVA SKINNER
(STANY ZJEDNOCZONE, KALIFORNIA, 9 STYCZNIA)

Gimnazjum im. Meredith Logan z góry przypomina o raczej luksusowy hotel ni

szko . By  to sze ciopi trowy budynek w kszta cie podkowy obejmuj cej wielki
dziedziniec g ówny. Znajdowa y si  tam park, pole golfowe i sztucznie spi trzona rzeka,
na której uczniowie mogli  wiczy  si  w wio larstwie. Szko a Meredith, bo tak
nazywano gimnazjum, znajdowa a si  pomi dzy miastem Berkeley a Briones Regional
Park w Kalifornii. By a uwa ana za jedn  z najlepszych szkó  w Stanach Zjednoczonych,
i to nie tylko z powodu doskona ej kadry pedagogicznej, lecz tak e umiej tno ci
organizowania ró nego rodzaju imprez, od koncertów po zawody sportowe. W niedziel ,
9 stycznia, w ca ej szkole panowa  zgie k. Od  witu dziedziniec by  zastawiony tirami i
przyczepami kempingowymi, a teraz robotnicy wy adowywali i montowali cz ci,
pod czali przewody. Mniej wi cej w po udnie pojawili si  tak e uczniowie, którzy
wrócili o dzie  wcze niej z ferii. Jak na t  por  roku by  to niezwykle upalny dzie  -
ponad dwadzie cia stopni. M odzie  ubrana w T-shirty t oczy a si  pod banerami z
napisem: CEB DIGITAL, KONCERT NA  YWO! Trzy uczennice trzymaj ce pojemniki
na  lunch  stan y  pod  star   sosn   zwan   Old  Joe,  która  ros a  na  ma ym  wzgórku  ko o
szko y. Stamt d mia y  wietny widok na ca y dziedziniec.

- Niesamowite, prawda? - powiedzia a Susy, ulegaj c podniecaj cej atmosferze.
- Naprawd  warto by o wróci  do szko y dzie  wcze niej!
- Nie mog  si  doczeka ! - zawtórowa a jej Jennifer. - Ju  wida  scen . O kurcz ,

jest OGROMNA!

Trzecia dziewczynka, Eva Skinner, mia a krótko przyci te blond w osy, które

podkre la y doskona  lini  jej noska. Eva spojrza a na kole anki i zamruga a
lazurowymi oczami, których zalotne spojrzenie ju  niejednemu uczniowi Meredith
zawróci o w g owie.

- Jest wielka, ale w Los Angeles by a przynajmniej dwa razy taka - skomentowa a

zimno.

Z nich wszystkich tylko ona mia a szcz cie uczestniczy  w wydarzeniu stulecia:

koncercie Ceb Digital w Los Angeles, na który przysz o prawie sto tysi cy osób. Z tego
powodu zosta a wybrana na przewodnicz

 szkolnego fanklubu i teraz mog a sobie

pozwoli  na ocen  pracy robotników.

- Mój stary obieca ,  e mnie zawiezie na tamten koncert - westchn a Susy - ale

co  mu wypad o w ostatniej chwili.

- Tak, ale  eby ci  przeprosi , na Bo e Narodzenie podarowa  ci kucyka -

zwróci a jej uwag  Jennifer.

- Konie, co za obrzydlistwo.  mierdz .
- W ka dym razie ta scena nie jest taka du a - zawyrokowa a Eva, aby wróci  do

ulubionego tematu. - Reflektory te  s  ma e. A poza tym w Los Angeles koncert by
wieczorem, a nie po po udniu. Wyobra acie sobie? W ciemno ciach posta  Gardenii na
telebimach si ga a do samego nieba...

- Powinnam by a tam by ! - 

owa a Susy. Potem poszpera a w torebce i

wyci gn a cyfrowy aparat fotograficzny, który wujek i ciocia podarowali jej na

background image

urodziny. - Pójdziemy zrobi  troch  zdj ? B dziemy mog y umie ci  je na forum
Music--Oh.

- Zosta y tylko trzy godziny do koncertu, a ja musz  jeszcze wzi  prysznic,

uczesa  si , umalowa  i wybra  ubranie - nad sa a si  Eva. - Nie mam czasu na...

- Ale ty jeste  przewodnicz

 - przypomnia a Jennifer ze z

liwym

mieszkiem. - Masz pewne obowi zki.

Eva  zatrzyma a  si   przy   awce  przed  wej ciem  do  szko y,  aby  wzi   list   z

nazwiskami wszystkich, którzy chcieli zdj cie z autografem Gardenii albo innego
cz onka zespo u. Potem Susy poprosi a j ,  eby doradzi a jej, co ma na siebie w

. Na

koniec Jennifer b aga a j ,  eby pomog a jej z fryzur .

- A kiedy ja si  przygotuj ?
- Ty i tak jeste  pi kna. Prosz , przecie  wiesz,  e to co  wyj tkowego!
Eva wysuszy a jej w osy, u

a i pofarbowa a jedno pasemko na ró owo.

- Zupe nie jak fryzura Gardenii - stwierdzi a z zadowoleniem Jennifer,

przegl daj c si  w lustrze.

Eva darowa a sobie uwag ,  e z tym ró owym pasemkiem na piaskowych

osach  przyjació ka  wygl da  ma o  inteligentnie.  By a  gotowa  pomalowa   jej  twarz  na

zielono,  eby tylko móc ju  wróci  do swojego pokoju. Kiedy wreszcie wysz a z pokoju
Jennifer, znalaz a si  twarz  w twarz z nadbiegaj

 z korytarza Susy.

- Co znowu? - spyta a Eva. Tym razem by a naprawd  rozz oszczona.
Susy wr czy a jej CD.
- To s  zdj cia - wysapa a.
- Czy nie mog abym wywiesi  ich na stronie po koncercie? Zosta a ju  tylko

godzina!

-  artujesz, prawda? Dzi ki temu,  e Ceb Digital s  w Meredith, nawi emy

miliony kontaktów. Nie chcesz zostawi  wszystkich fanów z niczym!

- W porz dku. Daj mi to.
Eva wpad a do pokoju jak furia, rozebra a si  i wesz a pod prysznic. Zamiast

ugiej, relaksuj cej k pieli musia a zadowoli  si  krótkim prysznicem. Potem w

a

szlafrok, owin a mokre w osy czystym r cznikiem i chlapi c na pod og , pobieg a do
komputera.  adowanie zdj  b dzie niewdzi czn  prac . W dniach koncertów strona
Music-Oh dzia

a pora aj co wolno. Komputer si  uruchamia , a Eva lakierowa a sobie

paznokcie. Potem pomacha a r koma, aby je wysuszy . W tym czasie stop  nacisn a
przycisk otwieraj cy czytnik DVD. Na szcz cie, jako przewodnicz cej fanklubu,
zarezerwowano jej miejsce w pierwszym rz dzie i nie musia a przychodzi  wcze niej,

eby t oczy  si  przy barierkach jak zwykli  miertelnicy. Ale i tak to b dzie wy cig z

czasem. Wzi a myszk  i klikn a na ikon  Music-Oh. Na ekranie pokaza o si  logo Ceb
Digital - ró a z  odyg  zako czon  gitar  elektryczn . Eva rzuci a na nie roztargnione
spojrzenie. Obraz zadr

 i zafalowa , korona kwiatu powi kszy a si , a ró owy kolor

pociemnia . Na miejscu logo pojawi  si  dziwny rysunek. Dwa czarne koncentryczne
pier cienie. Cztery kreski pionowe, u góry i u do u. Zdziwiona dziewczynka zamruga a
powiekami. Z myszki strzeli a niebieskawa iskra. Potem Eva ju  nic nie pami ta a.

background image

10

SEKRETY PUSTELNI
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, 9 STYCZNIA)

Jeremy poprowadzi  Aelit  w stron  biurka i wskaza  jej klap  w pod odze. By a

to zwyk a drewniana deska, tylko ja niejsza od reszty parkietu. Odsun li j  wspólnie i
zacz li kicha  od unosz cego si  kurzu. Pomi dzy grubymi cementowymi  cianami
zobaczyli w skie kr cone schody.

- Niesamowite! - wykrzykn a Aelita. -To mi wygl da na tajne przej cie.
- To jest tajne przej cie, schodzi si  nim prosto do podziemi - u miechn  si

Jeremy. - Pomy l, st d odchodzi korytarz, który prowadzi a  do opuszczonej fabryki!

dzimy,  e twój ojciec wykorzystywa  je,  eby niepostrze enie chodzi  do swojego

laboratorium. Mo liwe nawet,  e dziesi  lat temu uciekli cie w

nie t dy.

- Mówisz tak, jakby to by a najzwyklejsza rzecz na  wiecie... - Aelita wzi a go za

rami   i  obróci a  w  swoj   stron .  -  Prosz   ci ,  Jeremy  -  szepn a,  patrz c  mu  prosto  w
oczy. - Musisz opowiedzie  mi wszystko, co wiesz. Teraz!

- Jak chcesz, ale tylko pod warunkiem  e nie damy si  od razu odnale  -

za artowa . Widz c jednak surowy wyraz twarzy Aelity, natychmiast spowa nia . -
Odkryli my,  e twój ojciec by  typem cz owieka raczej... dyskretnego. Wyposa

 dom w

drogi ewakuacyjne i ukryte przej cia.

- Ale po co te wszystkie tajemnice?
- S dzimy,  e wi za o si  to ze szczególn  natur  bada  twojego ojca. A mo e

jak  rol  w tym odgrywaj  tak e ci, dla których prowadzi  te badania...

- Co to znaczy? Dla kogo pracowa  mój ojciec? - poczu a, jak po plecach

przebiega jej dreszcz.

Jeremy potrz sn  g ow .
-  Nie  jeste my  pewni.  Na  razie  mamy  tylko  nazw :  Green  Phoenix.  Zielony

Feniks.

- Czyli?
- Poruszamy si  po omacku.
Zapad o milczenie, które wydawa o si  trwa  ca e wieki. Aelita bez ruchu

wpatrywa a si  w gin ce w ciemno ciach schody.

- A ty znasz wszystkie te przej cia? - zapyta a nagle, tak jakby obudzi a si  z

ugiego snu.

- Nie, niestety. Plany budowy Pustelni uleg y zniszczeniu. Ale za to przy ka dej

wyprawie badawczej odkrywamy jakie  nowe przej cie. Dlatego zabawa w chowanego
tutaj jest tak wci gaj ca!

Ch opiec u miechn  si , a potem porozumiewawczo pu ci  do niej oko. Aelita

odwzajemni a u miech i postawi a stop  na pierwszym schodku. Po chwili zastanowienia
ponownie odwróci a si  do Jeremy’ego.

-  adnych tajemnic mi dzy nami, nigdy. Zgoda?
Jeremy popatrzy  na ni  powa nie i przytakn .
- S owo. Teraz jednak zejd my, zanim Odd nas odkryje.
Podziemia Pustelni by y czym  wi cej ni  zwyk  piwnic . Przypomina y

magazyn. Jeremy i Aelita wyszli z tajnego przej cia i zamkn li za sob  drzwi. Dzi ki

background image

cementowej p ycie, która je pokrywa a, by y one ca kiem niewidoczne. Na wprost nich
mie ci a si  ch odnia - pomieszczenie zamkni te pancernymi drzwiami. Po prawej stronie
znajdowa a si  spi arnia pe na metalowych szaf, w których sta y jeszcze konserwy.
Zacz li b dzi  po korytarzach o wietlonych tylko przez matowe okienka na wysoko ci
sufitu. Znale li schowki zawalone miot ami i  rodkami czyszcz cymi, a potem weszli do
ogromnej, pustej sali, w której by  tylko wieszak do suszenia bielizny i stara pralka.
Jeremy wiedzia ,  e Aelicie musi by  ci ko, i czu  si  winny,  e nie jest w stanie
szczerze wspó czu  przyjació ce. Dawno ju  nie czu  si  tak szcz liwy. By  na feriach
razem ze swoimi przyjació mi. A gra w chowanego dostarczy a mu doskona ego
pretekstu, aby poby  troch  sam na sam z Aelit . By  mo e zachowywa  si
niew

ciwie, ale nic nie móg  na to poradzi . Ostatecznie Aelita tak e zdawa a si

traktowa  t  wycieczk  po podziemiach jako rozrywk .

-  A  z  tej  strony?  -  spyta a  zaciekawiona,  gdy  doszli  do  wylotu  ciemnego

korytarza.

- Schodzi si  do innych przej , których jeszcze nie zbadali my w ca

ci. Spacer

nimi zajmuje dobre dwadzie cia minut. A potem... kto wie?

Aelita mia a wra enie,  e ju  tu by a, chocia  nie potrafi a sobie przypomnie ,

kiedy. Otrz sn a si  i spojrza a w przeciwn  stron .

- A to? - zapyta a.
By o to ma e, kwadratowe pomieszczenie o bokach d ugo ci zaledwie paru

metrów. Wygl da o na magazyn. Znajdowa y si  tam skrzynki pe ne po amanych
kafelków, kube  zabrudzony zapraw  i stara kielnia, a w k cie le

y zakurzone worki z

wapnem.

- Poczekaj chwil  - powiedzia a Aelita. - Mówi

,  e nie znalaz

 nigdy planu

budowy willi, prawda?

- Prawda.
- Ale kto  przecie  j  zbudowa . Mam na my li murarzy. Mo e oni mogliby nam

co  powiedzie .

- Hm - Jeremy spojrza  na ni  z podziwem. - Masz racj . Nie pomy la em o tym -

przykucn , aby zbada  worki. - Tu u góry jest napis, którego nie mo na odczyta .
Ca kiem zatarty. Pomó  mi przesun  te worki, mo e te z ty u s  w lepszym stanie.

Worki sporo wa

y, ale we dwójk  zdo ali przesun  ich pierwszy rz d o kilka

centymetrów dalej. Aelita wcisn a si  mi dzy worki i schyli a si , aby przeczyta .

- Bingo! Bracia Brouiet, rue de Tivoli 117.
- Z drugiej strony miasta - zauwa

 Jeremy.

- To znaczy,  e mój ojciec zwróci  si  do firmy z odleg ej dzielnicy. Mo e ona

jeszcze dzia a? Chod my tam od razu.

- Ej, powoli! - wykrzykn  Jeremy. - Poczekajmy przynajmniej do ko ca gry, co?
-  Ale  pomy l!  -  nalega a  Aelita.  -  Czy   ledztwo  nie  jest  bardziej  wci gaj ce  od

zabawy w chowanego?

Yumi i Ulrich poszli do ogrodu. Buty zapada y si  im g boko w  niegu. Po kilku

krokach Ulrich mia  ju  mokre skarpetki i zacz  kicha .

- Wyj cie na dwór to nie by  najlepszy pomys . Zostawiamy mnóstwo  ladów,

Odd znajdzie nas w sekund ! Trzeba by o zosta  w  rodku, w ciepe ku.

- Zamknij si ! - wybuchn a Yumi. - Czy nie mo esz przesta  narzeka  i zamiast

tego rozkoszowa  si

wie ym powietrzem? Nie s dzisz,  e to romantyczne?

background image

Ulrich si  zatrzyma .
- Ro... mantyczne?- wybe kota  zmieszany.
Czu  si , jakby Yumi zada a mu jeden ze swych bolesnych ciosów kung-fu.
-  Chod my,  no   mia o!  -  zach ci a  go  przyjació ka.  Wzi a  go  za  r

  i

poprowadzi a w stron  oblodzonej alejki wej ciowej. R ka Yumi by a rozpalona, a
Ulrich mimo mrozu mia  spocon  szyj . Czarne w osy dziewczynki b yszcza y w
promieniach zimowego s

ca.

Yumi zatrzyma a si  nagle.
- Tfu, co za zbieg okoliczno ci. Patrz, kto idzie - szepn a.
Ulrich obróci  si  instynktownie w stron , w któr  spogl da a, i skamienia . W

sekund  pó niej obj  Yumi i rzuci  si  z ni  na ziemi . Zanurkowali w g bokim  niegu.
Przed bram  przechodzi  ich kolega ze szko y, William Dunbar. Mia  na sobie eleganck ,
zapi

 pod szyj  kurtk  i szar  we nian  czapk , która zakrywa a mu troch  przyd ugie

czarne w osy. Z uszu wystawa y mu s uchawki od odtwarzacza MP3. Pogwizdywa  sobie
jaki  kawa ek.

- Co ci strzeli o do g owy? - krzykn a na wpó  przyduszona Yumi. - Chcesz mnie

zabi ?

- Cicho b

! - szepn  Ulrich, k ad c jej d

 na ustach. Odwróci  si

zaniepokojony, aby sprawdzi , czy William niczego nie spostrzeg . Ale ch opiec oddali
si  spokojnym krokiem.

To,  e zatka  jej usta, dos ownie rozw cieczy o Yumi. Bez zastanowienia

zastosowa a chwyt d udo, przerzuci a Ulricha przez bark i wsta a. Jego zwykle blada
twarz sta a si  czerwona jak burak. On te  patrzy  na ni  z gniewem.

- S uchaj no, Stern! - sykn a. - Nie chcia

,  eby William nas zauwa

, co? Nie

chcia

,  eby si  ze mn  przywita ?

- Daj spokój, dobra?
- Nie b dziesz mi mówi , kiedy mam da  spokój, a kiedy nie! Nie masz  adnego

prawa!  adnego!

Dziewczynka obróci a si  na pi cie i skierowa a wielkimi krokami w stron

domu. Przemoczony Ulrich zosta  na  niegu, zastanawiaj c si , w którym momencie
pope ni  b d.

background image

11

EVA SKINNER
(STANY ZJEDNOCZONE, KALIFORNIA, 9 STYCZNIA)

Czu  si  dobrze. Czu  si

ywy. I chocia  straci  cenny czas na szukanie

odpowiedniej osoby, by o warto... Ona by a doskona a. Nie to, co ten ch opaczek z
Massachusetts. Ani ten m odzieniec z prywatnego samolotu.

Eva.
Ona mu pasowa a. To ona by a t  wybran .
Facet z ochrony mia  dwa metry wysoko ci i pot

 klat . Ubrany by  w ciemn

koszulk . Zmierzy  dziewczynk  z ym wzrokiem. Potem zauwa

 plakietk  z napisem

FANKLUB i da  jej znak,  eby wesz a.

- T dy - rzuci  szorstko.
Eva Skinner wesz a za metalow  barierk , a za ni  Susy, Jennifer i pi  innych

dziewczynek z komitetu naczelnego klubu. Zaraz mia o si  zacz . Po ich prawej stronie
uczniowie ze szko y im. Meredith Logan napierali na barierki. Po lewej stronie by a
scena, oddzielona od widzów tylko nisk  zapor  i w skim pasem trawnika. Sam sprz t
muzyczny zajmowa  wi ksz  cz

 przestrzeni. Sta o tam pi  wielkich b bnów i

nieokre lona liczba werbli, talerzy, ma ych b bnów i b benków. By y tam bongo i
plemienne b bny do wolnych piosenek, a tak e wielki stojak, na którym ju  umieszczono
wszystkie gitary, których Freno b dzie u ywa  w czasie koncertu. Komputery do efektów
specjalnych znajdowa y si  obok klawiszy Bumby, zamocowanych na spr

ynie, aby

móg  si  on porusza  w rytm muzyki. Na  rodku sceny sta y mikrofony Gardenii i bas
Mistika.

- Ale czad - wymamrota a Susy z szeroko otwartymi oczami.
- Ale odjazd - na ladowa a j  Jennifer.
Eva natomiast nic nie powiedzia a. Przygl da a si  technikom, którzy ko czyli

pod cza  ostatnie kable. Na wielkim telebimie wy wietlane by y w kó ko nagrania
wideo z tournee dooko a  wiata. Dziewczynki zajmowa y fantastyczne pozycje: to one
pierwsze zobacz  Gardeni , kiedy wejdzie na scen  i zawo a: „Cieszcie si

yciem,

ludzie!”. A potem: „Jeste my Ceb Digital!”.

Nagle wszystkie  wiat a si  zapali y, a st oczona przy barierkach m odzie

zacz a g

no skandowa : Ceb-Dig! Ceb-Dig! Ceb-Dig! Wszyscy bardzo si

rozczarowali, gdy zobaczyli,  e na scen  wchodzi nie Gardenia, ale nauczycielka, pani
Hanna Jeffrey Logan, dyrektorka szko y i prapraprawnuczka za

ycielki szko y,

Meredith Logan. Zapad a cisza i pani Logan rozpocz a przemow :

-  To  wydarzenie,  które  tak  was  emocjonuje,  w  rzeczywisto ci  ma  wielkie

znaczenie edukacyjne... Muzyka odgrywa niezwyk  rol  w kszta ceniu m odych
umys ów... Koncert, który znajdzie odd wi k w ca ym narodzie...

Po pi ciu minutach tego gl dzenia m odzie  nie wytrzyma a. Skandowanie

odezwa o si  znowu, g

niejsze ni  wcze niej. S ycha  by o te  odosobnione okrzyki:

- Starczy tej gadki! Chcemy Gardenii!
Imi  Gardenii by o podawane z ust do ust, a  zmieni o si  w og uszaj cy ryk. Na

koniec dyrektorka wzruszy a ramionami i zako czy a:

background image

- Jestem przekonana,  e zrozumieli cie. Bawcie si  w spokoju i nie zróbcie sobie

krzywdy. Oddaj  g os s ynnym Ceb Nomina ...

- CEB DIGITAL. - wrzasn  t um tak g

no,  e rozwia y si  jej w osy.

- Tak, tak, zgoda, jak uwa acie. Mi ego popo udnia.
Odwróci a si  pospiesznie i na scenie zgas y  wiat a.
- Oto oni - szepn a Eva, dr c. - Zaczynaj .
Don, don, don, don...
Rozleg  si  d wi k basu. Mistik powtarza  ci gle t  sam  nut . Entuzjazm

odzie y si ga  szczytów. Goryle z ochrony musieli opiera  si  o barierki,  eby nie

run y. Gitara Frena zacz a solówk . Scena by a jeszcze pusta. Potem d wi czny
kobiecy g os wyskandowa :

- Cieszcie si ...
-  YCIEM, LUDZIE! - odpowiedzia a chóralnie publiczno .
-  Tak,  w

nie  tak!  -  to  by   prawie  szept,  ale  zawiera   w  sobie  niezwyk ,  cho

jeszcze przyt umion  energi . - Dzisiaj, w Gimnazjum im. Meredith Logan w
BERKELEY,  w  KALIFORNII!  -  g os  podniós   si   na  moment,  ale  szybko  wróci   do
szeptu. - Poprzedzi a nas wasza niezwykle czaruj ca dyrektorka... Jak wy z ni
wytrzymujecie? Ca e szcz cie,  e ju  nie chodzimy do szko y.

Krzyki,  miechy.
- Jeste my tu dla was.  eby was rozerwa . My jeste my...
- CEB DIGITAL!
Zapali y si

wiat a i muzycy wbiegli na scen . Potem nast pi a eksplozja

muzyki, podskoki, okrzyki i Eva nie kojarzy a ju  nic poza tym,  e jest doskonale
szcz liwa. Przez godzin  i dwadzie cia minut krzycza a a  do zdarcia gard a. Kiedy
Freno zacz  solówk  na gitarze altowej, adrenalina  cisn a jej gard o tak mocno,  e
poczu a si  tak, jakby mia a zemdle .

- Panie i panowie - oznajmi a ze sceny Gardenia. - Mamy zaszczyt zaprezentowa

wam teraz nasz ostatni singiel. Nazywa si ...

- LUV LUV PUNKA! - wyr czy a j  publiczno .
Gitara zacz a gra  g

niej, a inne instrumenty do cza y kolejno. Na ciemnej

scenie  wieci  si  telebim. Jaki  ch opak budzi  si  w zaba aganionym pokoju, jad

niadanie...

- Life is sometimes weird-a, boring-a, laid-a, that’s my shout ‘coz I...
- LUV LUV PUNKA!
Gardenia by a przebrana za sprz taczk . Sz a po ulicy, widzia a ch opca, który

ucieka , bra a go za r

. Freno gra  na gitarze, le c na skrzynkach w zau ku, pada

deszcz. Zoom na schody przeciwpo arowe budynku i oto Bumba przy klawiszach.

- ...so wanna say that /...
- LUV LUV PUNKA!
Gardenia podnios a z ziemi ró , a ta o

a. Jej  odyga wyd

a si  a  do ziemi,

wypu ci a korzenie, sta a si  pot

 ro lin , która unios a Gardeni  i ch opaka ku niebu.

Korona ró y otwiera a si  i mieni a ró nymi kolorami. Potem na chwil  p atki zmieni y
kszta t. Utworzy y dwa koncentryczne pier cienie w kszta cie oka.

Eva ju  takie widzia a. Obraz b ysn  tak szybko,  e nikt z publiczno ci go nie

zarejestrowa . Ale zd

 odcisn  si  w mózgu Evy Skinner. Wszystko wokó  niej sta o

si  czarne.

background image

12

TAJEMNICA BUDOWNICZYCH
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, 9 STYCZNIA)

Zabawa  w  chowanego  zako czy a  si   fiaskiem.  Gdy  tylko  Odd  zabra   si   do

szukania, Jeremy i Aelita pojawili si  na strychu i krzykn li,  eby si  zatrzyma . Potem
ca a trójka zesz a, aby poszuka  Ulricha i Yumi. Znale li ich siedz cych w milczeniu na
tapczanie w salonie. Musia o mi dzy nimi co  zaj , poniewa  dziewczynka wygl da a
na rozw cieczon , a Ulrich obserwowa  j  nie mia o.

- Aelita wpad a na pomys  - oznajmi  Jeremy. - W piwnicy zosta o troch  worków

z wapnem zakupionych przez firm  budowlan

- No i? - burkn  Ulrich.
- Chcieli my pój  pod adres podany na workach i zapyta , czy kto  z nich

pracowa  w Pustelni.

- W niedziel ? - w czy a si  Yumi.
- Dzisiaj mo emy robi  to, co chcemy. Jutro zaczyna si  szko a.
- Wiesz, ile lat mog  mie  te worki z wapnem, Einstein? Co najmniej dziesi .
- Ale to jest jaki  pomys .
Ulrich przetar  r cznikiem mokre w osy.
- A czemu to takie wa ne?
- Jeremy opowiedzia  mi o tajnych przej ciach - wyja ni a Aelita. - Mo e znajdzie

si  jaki  robotnik, który tam pracowa . Mo e mia by dla nas jakie  informacje. Mo e kto
pami ta mojego ojca...

Wpatrywali si  w ni  w milczeniu.
Yumi powiedzia a za wszystkich:
- W sumie, co nam szkodzi spróbowa .
- Ale chyba nie pójdziemy tam wszyscy razem - zaoponowa  Odd. - Kto  musi tu

zosta  i przygotowa  podwieczorek!

- Nie wierz . Ty po prostu jeste  wiecznie g odny! - wykrzykn  Jeremy.
- Odd ma racj . Nie ma potrzeby,  eby my szli wszyscy. Ja na przyk ad

chcia abym tu zosta ,  eby sobie co  wyja ni  z... - Yumi wskaza a g ow  w kierunku
Ulricha.

- Zabierzcie ze mnie tego kundla! - w ciszy, która zapad a, rozleg  si  syk Ulricha.

- Albo go udusz  r cznikiem!

nieg pada  powoli i osiada  na ubraniach przechodniów. Odd kichn .

- Nie rozumiem, dlaczego w ko cu wypad o na mnie i na ciebie!
- Nie mów,  e nie kapujesz - u miechn  si  Jeremy. - Ulrich i Yumi chc  si

pogodzi , ale za nic nie zostan  sami w Pustelni. Dlatego Aelita zosta a.

- Ale mog em zosta  ja! Pogodzi bym ich w nanosekund !
- Ty? Ty by  ich tak godzi ,  e od razu by przeszli do sparingu kung-fu -

skwitowa  Jeremy ze  miechem.

Nie mia  poj cia, co zasz o mi dzy tamt  dwójk , ale móg  si  za

,  e wi e

si  to jako  z Williamem Dunbarem. Kiedy Ulrich i Yumi si  k ócili, zawsze tak by o.
Szare niebo powoli pociemnia o i zapad  zmrok.

- Czego dok adnie szukamy? - zapyta  Odd po chwili.

background image

- Ruede Tivoli numer 117- przypomnia  mu Jeremy. – To adres firmy

budowlanej, która nazywa si  Bracia Broulet. Je li naprawd  pracowali przy budowie
Pustelni i pami taj  jeszcze pana Hoppera, to mog  nam dostarczy  mnóstwo informacji.

- Ile czasu min o, odk d mogli pracowa  przy willi?
- Co najmniej jedena cie lat. Mo e troch  wi cej.
- Co  mi si  zdaje,  e nara amy si  niepotrzebnie na zapalenie p uc -

skomentowa  Odd.

Dwaj ch opcy przeci li na ukos kwadratowy, wy

ony ciemnymi p ytkami place

de la Révolution. Sklepiki dooko a niego jarzy y si  od bo onarodzeniowych lampek.
Weszli na rue de Provence. Min li kilka osób w nieprzemakalnych kurtkach, czekaj cych
na autobus.

- Rue de Tivoli to powinna by  druga albo trzecia przecznica na lewo.
- Jeste my dopiero przy numerze 2! - Odd wskaza  tabliczk  z numerem pierwszej

kamienicy. - Czeka nas du o 

enia.

By a to anonimowa ulica z biurami. W miar  jak posuwali si  wzd

 niej,

eleganckie kamienice ust powa y miejsca ubo szym, zaniedbanym budynkom i
smutnym, opuszczonym magazynom. Sz o si  bardzo ci ko, bo wiatr sypa  im  niegiem
w oczy. Chodniki zmieni y si  w tafle lodu i ch opcy poruszali si

rodkiem ulicy, na

której by a b otnista breja, gdy  jaki  p ug  nie ny rozsypa  sól. Cel ich w drówki
stanowi a stara, odrapana kamienica, chyba najbardziej zaniedbana na ca ej ulicy. Fasada
w czasach  wietno ci musia a by  koloru oliwkowego, ale teraz by a ju  prawie szara.
Drzwi sk ada y si  ze zwyk ych mosi nych ram, w których tkwi y ciemne, obrzydliwe
szyby. Na domofonie by o dwana cie przycisków, ale ani jednego nazwiska.

- S uchaj, Einstein - powiedzia  Odd. - Tu nikt nie mieszka od przynajmniej stu

lat.

- Spróbujemy zadzwoni  na chybi  trafi . Czy wolisz od razu wróci ?
Popatrzyli w stron  rue de Provence. Westchn li. Potem nacisn li wszystkie

guziki naraz i nas uchiwali.

- Kto wie, czy to dzia a - wymamrota  Jeremy, ponownie na chybi  trafi

naciskaj c jaki  przycisk, i to z ca ej si y.

Nagle zza szybek da  si  s ysze  s aby g os:
- Id , id ! Po co ten po piech. W ko cu dzi  jest wolne, nie wiecie?
Klucz przekr ci  si  w zamku i drzwi si  zako ysa y, ale nie otworzy y. Odd

apa  klamk , szarpn  w swoj  stron  i w ramiona wpad a mu staruszka. By a bardzo

a i niska. Wygl da a troch  jak ma a dziewczynka. Mia a skór  naci gni

 na

policzkach, prawie przezroczyst . Patrzy a zm czonym i  agodnym wzrokiem.

- Ojej!  - wykrzykn a,  uwalniaj c  si  delikatnie  z  obj   Odda. -  Naprawd   wam

si

pieszy!

- Tak, prosz  pani... - odpowiedzia  Jeremy, troch  zak opotany. - Szukali my

kogo  z firmy Bracia Brouiet. Czy to dobry adres?

Staruszka si  u miechn a.
- Nie jeste  za m ody,  eby zajmowa  si  budownictwem? Tak, to dobry adres.

Wejd cie. Na zewn trz jest za zimno,  eby rozmawia . - Nie odpowiedzia a. Zaprosi a
ich tylko do  rodka. - Dopiero co zrobi am herbat .

Jeremy i Odd szybko wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Pomys  z herbat

nie by  z y. Panna Marie Lemoine zajmowa a mieszkanie na parterze kamienicy.

background image

Znajdowa o si  w nim troch  starych mebli, prehistoryczny czarno-bia y telewizor i
ogromne radio, które ciut trzeszcza o. Dostali herbat  w fili ankach z ró nych
kompletów i talerz ciastek o podejrzanym wygl dzie. Odd w

 do ust jedno z nich i

zmusi  si , aby prze

. Jeremy zobaczy ,  e przyjacielowi oczy wychodz  na wierzch.

Postanowi  jednak ich nie próbowa .

- Mo e nie s  naj wie sze - przyzna a staruszka. - Od dawna nie przyjmuj  go ci.
Jeremy uzna ,  e nadszed  w

ciwy moment, aby wyja ni  cel ich wizyty.

- Tak jak wspomnia em wcze niej, panno Lemoine, szukamy pana Brouleta.
- Z firmy Bracia Broulet - uzupe ni a. - Nie mieszka tu ju  od bardzo dawna.
- Pami ta go pani cho  troch ?
Marie wpatrzy a si  w Jeremy’ego z surowym wyrazem twarzy.
- Dla twojej informacji, m odzie cze, by am dozorczyni  w tym domu przez

prawie dwadzie cia lat i mam doskona  pami

. Mia abym nie pami ta  Philippe’a,

Jean-Jacques’a i Jean-Pierre’a Brouletów? Mieli biuro na pierwszym pi trze przez
dziesi  lat, zanim... Jeszcze ciasteczko?

Staruszka z niespodziewan  zr czno ci  podnios a ciastko z talerza i wrzuci a je

prosto do ust Odda, który spurpurowia  i zacz  gwa townie kas

.

- A wi c jak mówi am, byli tu przez dobrych dziesi  lat, zanim Jean-Jacques i

Jean-Pierre zmarli - ci gn a Marie Le-moine. - Wypadek przy pracy, niestety. Corinne,
dziewczyna, która pomaga a im przy ksi gowo ci, powiedzia a mi,  e pracowali we
dwóch na rusztowaniu. Nie mieli wielu robotników, to by a ma a firma. No i rusztowanie
run o. Philippe, najm odszy, to by  wieczny weso ek i lekkoduch. W ci gu sze ciu
miesi cy sprzeda  firm  i wynaj  biuro panu Gastonowi, który z pewno ci  nie by

entelmenem,  e tak powiem. Wyobra cie sobie,  e pewnego razu...

- A Philippe? Co si  z nim sta o? - wtr ci  si  Jeremy.
Marie wygl da a na zirytowan ,  e jej przerwano.
- Wyjecha  do jakiego  miasta na po udniu. Powiedzia ,  e d

ej tu nie

wytrzyma.

- W którym roku to by o?
Marie popija a spokojnie swoj  herbat  i cieszy a si ,  e ch opcy s uchaj  jej z

uwag . Zachowywa a si  tak, jakby chcia a utrzyma  ich w napi ciu.

- Dziwni z was ch opcy. Przychodzicie tu w niedziel  po po udniu,  eby

wypytywa  o rzeczy, które zdarzy y si  przesz o dziesi  lat temu! W ka dym razie by o
to w... pomy lmy... kiedy Philippe si  przeprowadzi ?  - Odwróci a si  w stron  Odda. -
Ty chocia  jeste  u miechni ty i wida ,  e lubisz zje . Na pewno nie chcesz jeszcze
ciasteczka?

Odd znieruchomia  i zacisn  usta. Ba  si ,  e jeszcze jedno ciastko mog oby

wyl dowa  mu w gardle.

Jeremy postanowi  pomóc przyjacielowi.
- Panno Lemoine - powiedzia  najbardziej grzecznym tonem, na jaki móg  si

zdoby . - Przepraszam,  e o to pytam, ale czy przypadkiem pan Philippe nie zostawi
pani czego , co pomog oby go znale

? Dajmy na to numeru telefonu?

- Oczywi cie! Telefon i adres, w zwi zku z p atno ciami i innymi sprawami do

za atwienia. Prowadzenie firmy jest skomplikowane, mnóstwo biurokracji. Trzeba
wyrówna  rachunki z dostawcami, zako czy  umowy...

- I ma pani jeszcze ten adres?

background image

- Dlaczego to was ciekawi?
Jeremy przygryz  warg . Próbowa  szybko wymy li  przekonuj

 wymówk .

- Mój przyjaciel - wskaza  Odda - jest wnukiem pana Brouleta I nigdy nie widzia

swojego dziadka.

Na te s owa staruszka podnios a si  z krzes a i wycisn a na policzkach Odda dwa

szorstkie poca unki.

-  Wnuczek  Phillppe’a!  Nie  wiedzia am,   e  mia   syna  albo  córk ...  No  tak,  masz

jego oczy! Jak to mo liwe,  e nie widzia

 nigdy swojego kochanego dziadka, synku?

Jeremy kontynuowa  improwizacj .
- Jest... no... jest to bardzo smutna historia, prosz  pani! Córka Philippe’a, mama

mojego przyjaciela, musia a przenie  si  do Pary a i w wyniku wypadku straci a
pami . Opowiada a mi,  e dawno temu...

- Opowiada a? Mimo  e straci a pami ?
Jeremy si  pl ta . Odd spróbowa  go wyci gn  z tarapatów.
- Czy mog  prosi  o drug  herbat , prosz  pani? - zapyta  z niewinn  min . -

Dzi kuj .  Pani  jest  taka  mi a!  -  doda   natychmiast.  -  Od  zawsze  o  tym  marzy em,  wie
pani. Mam na my li: o tym,  eby odnale  rodzin ...

Marie Lemoine u miechn a si  i zapomnia a o wszelkich w tpliwo ciach.
- Pewnie, pewnie. Moje biedactwo. Zaraz id  poszuka  ci adresu twojego

dziadzia. Tam w salonie mam archiwum wszystkich numerów kamienicy i gdzie ...

Staruszka pocz apa a do drugiego pokoju i wróci a po kilku minutach z

wymi toszonym bilecikiem w r ku.

- To tu! Nie mieszka ju  w naszym mie cie, ale mo ecie go znale  w...  -

Wr czy a karteczk  Oddowi.

Kiedy z powrotem znale li si  na dworze, Jeremy spojrza  z rozbawieniem na

Odda.

- Powiedz prawd , te ciastka naprawd  by y takie paskudne?
- Nawet sobie nie wyobra asz.
Jeremy wybuchn  szczerym  miechem.

background image

13

EVA SKINNER
(STANY ZJEDNOCZONE, KALIFORNIA, 9 STYCZNIA)

- Lepiej si  czujesz? - zapyta  mi y kobiecy g os. - Otwórz oczy.
- Nap dzi

 nam stracha - do czy  si  dziewcz cy g os.

Eva Skinner znajdowa a si  w szkolnym gabinecie lekarskim i widzia a przed

sob  zatroskane twarze doktor Johan i swojej przyjació ki Susy. Otworzy a usta, aby co
powiedzie , ale nie zdo

a. Co  sterowa o ni  od  rodka jak pacynk . Co  przej o

kontrol  nad jej mózgiem. Xana wydawa  polecenia, jedno za drugim: otwórz usta,
poruszaj j zykiem, mów. By o to bardzo skomplikowane.

-  le si  poczu

 na koncercie - szepn a  agodnie doktor Johan.

le?”, pomy la  Xana. Nigdy nie czu  si  tak dobrze. Czu  si  wr cz  wietnie.

Musia  si  tylko przyzwyczai  do tego cia a. I odpocz  po d ugiej podró y. By  przecie
fragmentem 

cucha znaków na dnie cyfrowego morza, wirusem w sieci informatycznej,

MMS-em, a wreszcie filmem wideo na koncercie. Wszystko po to, aby znale
odpowiedni  osob .

Ev  Skinner.
- W ka dym razie to nic powa nego. Nied ugo przyjad  po ciebie twoi rodzice i

zabior  ci  do domu.

Eva spróbowa a na nowo co  powiedzie . Nie zdo

a. By  to straszliwy wysi ek.

- Zostawmy j  sam  - powiedzia a pani doktor do Susy. - Musi wypocz .
Dziewczynka spojrza a na Ev  z wyrzutem.
- Pami taj, masz wyzdrowie . Przez ciebie straci am przecie  ko cówk  koncertu.
Eva znalaz a si  sama w pokoju. Dla Xany by  to dobry moment, aby zaznajomi

si  ze swoim nowym cia em. Musia  nauczy  si  rusza  i mówi . Potrafi  ju
kontrolowa  oczy. W prawo, w lewo, do góry, do do u. Spojrza  na wezg owie 

ka,

potem na d ugi sufit ze  wietlówk  po rodku, na okno, na drzwi. Teraz musia  pomy le
o reszcie cia a. Skoncentrowa  si  i spróbowa  ruszy  palcem wskazuj cym prawej r ki.
Nic z tego.

 „Rusz... tym... palcem... No, rusz tym palcem. Prosz  ci ... Do licha!”.

. Prawa pi

 nagle si  zacisn a. A wi c na tym polega sztuczka: zrobi

co , nie zastanawiaj c si , jak. Eva otworzy a usta.

- Eeeeeeeej - to by o jej pierwsze s owo.
Bez adny i przyt umiony j k, ale by  to ju  pocz tek. Potem poruszy a wszystkimi

palcami nóg i r k. Kiedy uda o jej si  unie  koc, zrozumia a,  e jest na dobrej drodze.
Wsta a i od razu upad a twarz  na pod og . Ból wstrz sn  jej cia em, jakby kto  j
chlasn  batem. G upi, s abi ludzie. Jako  zdo

a si  podnie  na czworaki. Wsta a,

znowu upad a, ale tym razem r ce by y przygotowane, aby z agodzi  uderzenie. Znowu
na nogi. Dwa kroki i upadek. I znowu. Pó  godziny pó niej potrafi a przej  ca y pokój.
Dosz a do okna i otworzy a je na o cie . Gabinet lekarski by  na trzecim pi trze i
wychodzi  na niezbyt ruchliw  ulic , po której w

nie przeje

a stara ci arówka,

zostawiaj c za sob  czarny dym z rury wydechowej. W g bi ulicy ubrana na ró owo
pani bieg a z niedu ym psem na smyczy. Eva zastanawia a si  przez chwil , czy
wyskoczy  na dó  przez okno. Zdecydowa a,  e nie skoczy, aby nie ryzykowa

background image

po amania ko ci. Nie mog a sobie na to pozwoli . Pó  metra od okna bieg a rynna.
Wspi cie si  na ni  nie mog o by  trudne. Wesz a na parapet i zawis a na rynnie, która
wyda a metaliczny j k. Eva by a w szpitalnej koszuli i na bosaka. Zacz a zwinnie
schodzi  w dó , skupiona na ruchach, które trzeba by o wykona : r ka, noga, r ka, noga.
Gdy zesz a prawie na sam dó , pu ci a si  i upad a plecami na asfalt. Kolejne bolesne
uderzenie. Jak bardzo wra liwe jest to cia o?

- Zrobi

 sobie krzywd , kochanie? - wo

a pani z pieskiem, biegn c jej na

pomoc. Mia a blond w osy zebrane w kucyk i okulary przeciws oneczne, które zakrywa y
jej prawie ca  twarz. Z uszu wystawa y jej dwie bia e s uchawki. -  le si  czujesz?

Wyj a sobie z ucha jedn  s uchawk .
- Dlaczego nie jeste  ubrana? Nie masz nawet butów! Poczekaj, zawo am kogo ...
Ludzie cz sto zmieniali ubrania i prawdopodobnie strój, jaki mia a na sobie Eva,

by  nieodpowiedni. Xana zastanowi  si , co robi . Eva podnios a si  i podesz a do
kobiety. Mniej wi cej dziesi  minut pó niej Eva sz a sobie spokojnie, ubrana w za du y
ró owy dres. Podwin a r kawy, a tak e nogawki,  eby si  nie potkn . Niedaleko, na
rogu ulicy, szczeka  rozpaczliwie piesek.

background image

14

NIEPLANOWANA PODRO
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, 9 STYCZNIA)

W salonie w Pustelni znów zapanowa  spokój. Yumi i Aelita rozmawia y weso o.

Ulrich siedzia  na tapczanie i od czasu do czasu rzuca  Kiwiemu popcorn, a psiak  apa  go
w locie. Jeremy podniós  s uchawk  telefonu i da  znak pozosta ym,  eby byli cicho.
Wybra  numer i poczeka .

- Halo? - g boki g os odezwa  si  po trzecim dzwonku.
- Halo, dzie  dobry. Szukam pana Philippe’a Brouleta.
- Kto go szuka?
- Nazywam si  Jeremy. Jeremy Belpois. Chodzi o rzecz sprzed wielu lat. Jestem...

jego znajomym.

- Ju  go daj . Prosz  mówi  g

no, bo jest troch  przyg uchy.

Inny m ski g os, tym razem troch  nieprzyjazny, wydysza  do s uchawki:
- Kto mówi?
- Witam, ja...
- Co? Nic nie rozumiem. Przepraszam, kto mówi?
- HALO. DZIE  DOBRY.
- O tak, teraz s ysz  pana dobrze. Niech pan mówi.
- JESTEM JEREMY BELPOIS. DZWONI  DO PANA Z MIASTA  ELAZNEJ

WIE Y.

- Ach tak. Ale niech pan tak nie krzyczy, u licha! Pami tam dobrze pa skie

miasto, mieszkali my tam przez wiele lat, ja i moi bracia. Ile to czasu min o! Nazywali
nas „trzej Brouletowie”, chi, chi! - pan Philippe gubi  si  w nat oku wspomnie .

- SZUKAM INFORMACJI O PROFESORZE ZE SZKO Y KADIC, PANU

HOPPERZE.

- Kim?
- HOPPER. FRANZ HOPPER.
Nagle g os starca sta  si  zimny i opryskliwy.
- Ja nic nie wiem.
- ALE MUSIA  PAN PRACOWA  W JEGO DOMU. W PUSTELNI...
- Nigdy o nim nie s ysza em - odpar  Broulet. - Przykro mi.
I od

 s uchawk .

-  Sympatyczny  -  skomentowa   Jeremy,  patrz c  na  przyjació .  -  Ale  wie  pan  co,

panie Broulet? Je li nie chce pan rozmawia  przez telefon, to porozmawiamy u pana w
domu.

-  e co? Dok d chcesz pojecha ? - zapyta  os upia y Ulrich.
Jeremy wymieni  nazw  nadmorskiego miasteczka, w którym mieszka  pan

Broulet.

- Teraz jest wpó  do szóstej - doda . - Je li z apiemy najbli szy poci g,

dojedziemy tam ko o dziewi tej. Wrócimy ostatnim poci giem, o pó nocy, i o trzeciej
nad ranem znowu tu b dziemy. Prze pimy si  pi  godzin i jutro pójdziemy do szko y
wypocz ci.

background image

- Ty jeste  ca kiem stukni ty, Einstein! - odpar  Ulrich. - Chcesz przejecha  pó

Francji tylko dlatego,  e jaki  staruszek rzuci  s uchawk ?

- Nie kapujesz - odpowiedzia  Jeremy. - On co  wie! Gdy tylko us ysza  imi  ojca

Aelity, uci  rozmow !

- Mo e pan Hopper mu nie zap aci ! - zasugerowa  Odd. Nikt si  nie za mia .
- Je li on naprawd  pracowa  w Pustelni, mo e nam dostarczy  mnóstwo

ytecznych informacji na temat domu.

Yumi siedzia a na tapczanie ze szklank  soku w r ku. Postawi a j  na ziemi.
- Powiedzia

, Jeremy,  e zastanawiasz si , czy pracowa  w Pustelni. Wszystko,

co wiemy, to jego nazwisko na jakim  worku z cementem w piwnicy. Tak czy inaczej to
daleka podró . Mo emy chyba prze

 j  na pó niej.

- A ja my

,  e to superpomys ! - zaprotestowa  Odd. - Zaczyna em si  ju

nudzi .

Na koniec odezwa  si  Ulrich.
- S dz ,  e Aelita powinna zdecydowa . W ko cu rozmawiamy o jej domu.
Dziewczynka, która a  do tej chwili trzyma a si  na uboczu, wsta a.
- Je li Jeremy mówi powa nie, pojad  porozmawia  z panem Brouletem. Wiem,

e mo e trudno b dzie wam to zrozumie , ale... mojego taty ju  nie ma. I ten dom ze

swoimi tajemnymi przej ciami i ca  reszt  jest jedyn  rzecz , która mnie z nim wi e.
Je li jest kto , kto mo e powiedzie  mi co  wi cej o Pustelni i pomóc mi wszystko sobie
przypomnie , jestem gotowa pój  na koniec  wiata,  eby go spotka .

- A ja id  z tob  - powiedzia  Jeremy stanowczo.
- Nie zgrywaj bohatera - Odd wymierzy  mu przyjacielskiego kuksa ca. - Je li

jedzie Aelita, jedziemy wszyscy.

Dotarli na stacj  minut  przed odjazdem poci gu. Na szcz cie nie musieli

kupowa  biletów: Jeremy zadba ,  eby kupi  je przez Internet.

- Jeszcze my! - krzykn  Odd do ubranego w ciemn  kurtk  konduktora, który

upewnia  si , czy nikt nie zosta  na peronie.

Ulrich wsiad , wpychaj c do  rodka Aelit , i drzwi poci gu si  zamkn y.
- Rany, co za luksusy! - wykrzykn  Odd. - Nigdy wcze niej nie jecha em TGV!
- Zas uga szkolnej karty kredytowej - u miechn  si  Jeremy.
- Co!?
- Bilet na TGV sporo kosztuje, a ja nie mia em wystarczaj co du o pieni dzy,

eby kupi  dla wszystkich - wyja ni  Jeremy. - Dlatego pod czy em si  do komputera w

Kadic i pobra em dane karty kredytowej, której dyrektor Delmas u ywa do zakupów
szkolnych.

- Zwariowa

? - wzi a si  za g ow  Aelita. - Dyrektor to zauwa y!

- Nie. Umie ci em p atno  w sekcji Nieprzewidziane wydatki mojej córki Sissi.
Ulrich zmierzy  go surowym spojrzeniem.
- Jeremy, to si  nazywa kradzie .
- Ja tylko po yczy em t  kas . Zamierzam j  odda  co do ostatniego centa.
Odd zachichota , trzymaj c si  pod boki.
- Nasz geniusz zawsze taki powa ny, a tu odkrywamy,  e prosz , haker z niego!
Aelita si  nie  mia a.
- Nie podoba mi si  to - skomentowa a ch odno.

background image

- Okej, mo e  le zrobi em - przyzna  Jeremy. - Ale nikt nie zauwa y, a jutro

poprosz  rodziców,  eby mi przes ali pieni dze. Zgoda?

- Nie. Ka dy z nas zap aci swoj  cz

.

Usadowili si  na swoich miejscach. W przedziale by y cztery fotele oddzielone od

siebie stolikiem po rodku. Pi ty fotel znajdowa  si  od strony w skiego korytarza. W
tak  psi  pogod  wagon by  pusty. Poci g przyspieszy  bieg, min  przedmie cia. Cisz
przerywa  tylko szum klimatyzacji, która dmucha a ciep ym powietrzem. Za oknami
pojawi y si  przykryte  niegiem pola i chaty o spadzistych dachach. Niebo zwiesza o si
nisko, zwiastuj c kolejn

nie yc .

- Jedziemy przynajmniej w cieplejsz  stron  - zauwa

 Ulrich.

- A do tego mamy trzy godziny na relaks!  wietna okazja,  eby si  zdrzemn

! -

zako czy  Odd i natychmiast wyci gn  si  na siedzeniu, a pod g ow  zamiast poduszki
pod

 sobie ciep  kurtk .

nik wyskrzecza  nazw  Saint-Charles, które by o ich stacj  docelow . Poci g

wjecha  powoli na stacj . By a to ogromna konstrukcja ze spadzistym dachem, wykonana
ze szk a i stali. Odd zerkn  na notatki, które mia  w kieszeni.

- Czy miejsce, gdzie musimy pój , jest daleko?
- Place de Lenche. Nie tak daleko, ze dwa kilometry.
Ulica przy stacji wznosi a si  ku górze. Na szczycie pagórka wida  by o strzelist

dzwonnic  i wielk  kopu  ko cio a Notre Dame de la Gare. Yumi mia a racj . W
Prowansji by o znacznie cieplej ni  w ich mie cie, mimo  e znad morza wia  silny,
wilgotny wiatr.

-  T dy,  w  stron   Le  Panier  -  zdecydowa   Jeremy,  patrz c  na  map ,  któr   przed

wyjazdem wydrukowa  z Internetu. - Czyli jednego z miejsc o najgorszej reputacji w
mie cie.

- Powa nie? - zapyta  podniecony t  wiadomo ci  Odd.
Jeremy si  za mia .
- Nie! Tak by o dawno temu. Ale teraz jest to ju  tylko atrakcja turystyczna.
Latem ta dzielnica musia a wygl da  naprawd

adnie. Sta y tam kolorowe

kamienice, jedna obok drugiej. Zau ki by y tak w skie,  e nie mo na by o przej  z
otwartymi ramionami. Ale tego wieczoru uliczki by y puste i ciemne. Dzieci ci gle
odwraca y si  do ty u ze strachu,  e kto  idzie za nimi. Stan li na wprost Montee des
Accoules - szerokich, stromych schodów wci ni tych mi dzy domy.

- Pi kne - zauwa

a z podziwem Aelita.

-  Tak,  ale  zamiast  nich  mo na  by o,  do  licha,  zamontowa   porz dne  schody

ruchome! - poskar

 si  Odd, sapi c, gdy si  wspinali do góry.

- Dalej, dalej - nabija  si  z niego Ulrich. - Podobno jeste  zwinny jak kot!
Uko czyli wspinaczk  i dotarli do place de Lenche. Stan li na wprost Notre

Dame de la Gare. Ko ció  zajmowa  ca y wierzcho ek wzgórza. Na dole migota o morze.
Nawet z tej odleg

ci mo na by o dojrze  spienione fale.

- Jeste my - oznajmi  Jeremy, wskazuj c boczn  uliczk .
Doszli do wysokiej pomara czowej kamienicy z zielonymi balkonami. Na

drzwiach by a mosi na tabliczka:

FRANÇOIS I LAURETTE BROULET.
I ni ej: PHILIPPE BROULET.

background image

François mia  ko o trzydziestki i wygolon  g ow , która b yszcza a w  wietle

lampy.

- Czego chcecie?
Jeremy rozpozna  g boki g os, który s ysza  przez telefon po po udniu. Zebra  si

na odwag  i oznajmi :

- Chcieliby my porozmawia  z panem Philippe’em, je li jest w domu. Dzwoni em

dzisiaj.

czyzna nawet nie drgn . Jego zwaliste cia o przes ania o prawie ca e drzwi.

- To dla nas bardzo wa ne - nalega  Jeremy. - Przejechali my kawa  Francji,  eby

si  z nim zobaczy .

- A co mnie to obchodzi?
Aelita zamierza a si  w czy , kiedy zza pleców m czyzny dobieg  kobiecy g os:
- Kto to, kochanie?
- Pi tka dzieciaków.
- Wpu  ich, dobrze? Na dworze jest zimno. Zapytaj, czy jedli kolacj .

czyzna prychn , a potem zlustrowa  ich od stóp do g ów.

- Jedli cie kolacj ? - zapyta  szorstko.
- Prawd  powiedziawszy, nie - wyzna  Odd, który jak zwykle by  g odny.
- A wi c przygotuj  kanapki - odpowiedzia a z wn trza opieku cza kobieta.
François odsun  si  od drzwi, by ich przepu ci . Weszli do ma ej, ale przytulnej

jadalni. Stó  by  nakryty, a smakowity zapach pieczeni pobudza  apetyt. Kiedy Laurette
przynios a tac  kanapek, pi tka m odych go ci dos ownie si  na nie rzuci a.

- Pyszne, prosz  pani, wielkie dzi ki! - mrukn  Odd, d awi c si  plasterkiem

szynki.

Kobieta u miechn a si  pob

liwie.

- Nie ma za co, nie ma za co!
Potem usiad a przy stole, przygl daj c si  z przyjemno ci , jak dzieci jedz .
- Powiedzcie mi, co wy tu robicie o tej porze? Jeste cie sami czy z kim ?
Yumi pomy la a,  e lepiej b dzie sk ama , aby nie wzbudza  zbyt wielu

podejrze .

- Z naszym nauczycielem - uci a. - Dzisiaj jest ostatni dzie  ferii i chcieli my go

wykorzysta , aby porozmawia  z panem Philippe’em. To bardzo wa ne: Mamy nadziej ,

e pomo e nam kogo  znale .

- Krewnego Aelity - doda  Jeremy, wskazuj c na przyjació

. - Czy mog aby

pani go zawo

?

- Tu jestem - odpowiedzia  g os za ich plecami.
Philippe Broulet by  m czyzn  oko o sze dziesi tki, tak samo zwalistym jak

jego syn, tylko ju  bez takich musku ów. Mia  wielkie i stwardnia e r ce robotnika.

- Tato, te dzieciaki szukaj  ciebie - oznajmi  François.
- Te same, które dzwoni y dzisiaj, jak przypuszczam. Hopper i spó ka.
Pan Philippe usiad  i opar okcie na stole.
- Podejrzewa em,  e  atwo si  od was nie uwolni  - westchn .
- Bo to jest naprawd  wa ne, niech mi pan wierzy, panie Broulet.
Philippe obserwowa  d ugo dzieci, potem zatrzyma  wzrok na Aelicie.

background image

- Pami tam,  e profesor Hopper mia  córk . By a do ciebie podobna jak dwie

krople wody, moja ma a. Mimo  e dzisiaj powinna mie ... o, przynajmniej dwa razy tyle
lat co ty.

- No i faktycznie Aelita jest siostrzenic  profesora - wtr ci  si  szybko Jeremy. -

Córk ... siostry!

Pozostali spojrzeli na niego w napi ciu, ale nic nie powiedzieli. Kiedy Jeremy

zaczyna  zmy la , nie by o  atwo przewidzie , jak daleko mo e si  zagalopowa .

- Tak, mo liwe - mrukn  m czyzna. - Te same oczy, te same w osy. François,

przynie  mi co  do picia. Mo e nalewk .

- Dlaczego od

 pan dzisiaj s uchawk , skoro tylko wymieni em nazwisko

Hoppera? - zapyta  Jeremy znienacka.

- Dlatego  e ... No có , min o ju  sporo czasu.
Philippe wzi  kieliszek z r k syna, skosztowa  nalewki i zacz  opowiada :
- Nie pami tam dok adnie roku. Ja i moi bracia pracowali my wtedy w naszej

firmie, na pó nocy. Interes szed  marnie. Pewnego dnia skontaktowa  si  z nami taki
jeden w sprawie przebudowy fabryki.

- Fabryki na wyspie? - zapyta a Yumi.
Philippe przytakn .
- Praca by a dobrze p atna... zbyt dobrze, powiedzia bym. W zamian ten go

nakaza  nam wykonywa  j  w absolutnej tajemnicy. By  w to zamieszany rz d,
rozumiecie, albo przynajmniej nam tak powiedzia . Nie wyjawi  nam nigdy swojego
nazwiska, a spó ka, która p aci a rachunki, nie istnia a - sprawdzi em w izbie handlowej.
Jednak pieni dze dociera y na czas i w du ej ilo ci, dlatego nie byli my w stanie
odmówi .

czyzna poci gn

yczek swojej nalewki. Zdawa  si  patrze  w jaki  punkt w

oddali. Potem ci gn  dalej:

- Wie li nas do pracy z opaskami na oczach, w ci

arówkach o ciemnych

szybach, jak w filmie! A gdy znale li my si  w  rodku, nie wolno nam by o wychodzi  z
pomieszczenia, które nam przydzielili.  aden z nas nigdy si  nie dowiedzia , jak zosta a
zaprojektowana ta fabryka ani nad czym dok adnie pracowali my. Pami tam,  e by a tam
winda i pomieszczenia przygotowane pod... jakie  diabelstwo elektroniczne, jak s dz . W
ka dym razie...

Kolejna pauza.
- ...nast pnego roku ten sam m czyzna wezwa  nas i przedstawi  nam Franza

Hoppera. Facet by  powa ny, ale sympatyczny. Mia  t  córeczk , która... do licha, wydaje
mi si  w

nie,  e ona te  mia a na imi  Aelita...

W pokoju zapad a martwa cisza. Ale Aelita szybko j  przerwa a:
- Chcia  pan powiedzie  Eloital Moja kuzynka.
- Eloita...? Tak, mo liwe. W ka dym razie Hopper przeniós  si  do tamtego

miasta,  eby pracowa  w pobliskiej szkole, czym  w rodzaju gimnazjum, i chcia ,

eby my dla niego przebudowali star  will , której nada  tak  dziwaczn  nazw .

- Pustelnia?
- Brawo. Zwyk e warunki: kupa forsy, buzia na k ódk . Sko czyli my prac ,

Hopper by  zadowolony i na koniec ten tajemniczy go  nam zap aci . To wszystko.

- Ale jak to? - zaprotestowa  Odd.

background image

- Panie Philippe, niech pan b dzie z nami szczery - nalega  Ulrich, u miechaj c

si  porozumiewawczo. - Nie chodzi o o zwyk y remont, prawda? Widzieli my tajne
przej cie, które  czy Pustelni  z fabryk ...

Poirytowany m czyzna wzruszy  ramionami.
- Obieca em nigdy o tym nie wspomina .
- Ale to wa ne!
- Obieca em. Rz d by  w to zamieszany. A je li nie rz d, to w ka dym razie kto

niebezpieczny. Nie chcia em mie  wtedy k opotów, a co dopiero teraz.

Aelita wsta a, podchodz c do kuchennych mebli.
- Ale teraz mój... wujek nie  yje. A nic mi po nim nie zosta o - powiedzia a

abiutkim g osem.

- A co ja mog  na to poradzi ?
- Ja uwa am - wtr ci  Jeremy. - To znaczy, my uwa amy,  e mo e nam pan

pomóc dowiedzie  si  czego  o profesorze.

Wróci a Laurette, która posz a do kuchni wraz z m em, aby posprz ta  i umy

talerze.

-   mia o,  tato!  -  u miechn a  si .  -  Powiedz  im.  To  tylko  dzieci,  co  ci  mog

zrobi ?

Pan Broulet westchn  i skapitulowa .
- No dobra. Masz racj , Laurette. Ale w zamian poprosz  o jeszcze troch

nalewki.

Potem znów zwróci  si  do dzieci i podj  w tek:
- Jest jeszcze tylko jedna rzecz, któr  mog  wam powiedzie , nie  ami c

zobowi za . Hopper wróci  do mnie po jakim  czasie i tym razem nie by o z nim tego
go cia bez nazwiska. Min o ju  prawie dziesi  lat, ale pami tam to dobrze. Hopper
poprosi  mnie o osobist  przys ug : mia em wróci  do Pustelni i wymurowa  ma e
pomieszczenie w domu tak, aby by o niewidoczne dla postronnych. Powiedzia em mu,  e
to nie ma sensu, poniewa  kto  zawsze mo e sprawdzi  na mapie katastralnej.
Odpowiedzia  mi,  e on si  ju  tym zajmie. Wydawa  si  raczej przestraszony. Obieca ,

e mi zap aci. Pewnie,  e nie zap aci  tak dobrze, jak tamten drugi, ale suma by a

przyzwoita. I zgodzi em si .

- Zbudowa  pan tajny pokój w Pustelni? - powtórzy  z niedowierzaniem Jeremy.
- Ale dowcip! - szepn  Odd.
- Dlaczego? Do czego by  mu potrzebny? - zapyta a sceptycznie Yumi.
Philippe Broulet zamruga , jakby chcia  sobie co  przypomnie .
- Ostatni raz widzia em Franza Hoppera latem. Zauwa

em,  e jest wychudzony

i wyniszczony, pewnie prac . Zawsze podejrzewa em,  e to kto  wi cej ni  zwyk y
profesor, za którego si  podawa . Poszed em do niego, aby odebra  zap at  i par
narz dzi, które zostawi em w willi. Poprosi  mnie,  ebym natychmiast sobie poszed ,
bardzo si

pieszy . Zanim go jednak po egna em, ja równie  zada em mu to samo

pytanie co wy: „Panie profesorze”, spyta em, „powie mi pan, do czego jest panu
potrzebny tajemny pokój, do którego nikt nie mo e wej ?”. On u miechn  si
tajemniczo i odpowiedzia  tylko: „ eby j  zabezpieczy . A poza tym zostawi em map

ciwej osobie”.

Wszyscy si  zwrócili instynktownie w stron  Aelity.
- A teraz to ju  naprawd  koniec mojej historii.

background image

Nikt nie chcia  si  zatrzymywa  w tym mie cie. Dopiero co zrobili superodkrycie:

w Pustelni jest tajny pokój! I mapa zostawiona dla w

ciwej osoby. Prawdopodobnie jest

to ta sama osoba, która nie pami ta, gdzie mo e by  mapa.

- Na stacj ? - zaproponowa  Jeremy, gdy tylko wyszli z domu Brouletów.
Ulrich od razu kiwn  g ow .
- Prowad .
Pobiegli wi c z powrotem pust  ulic . Aelita sz a kilka kroków za nimi. Chcia a

poby  troch  sama,  eby inni jej nie przeszkadzali. Dotarli do stacji Saint-Charles na
kilka minut przed jedenast .

- Gazu! - zawo

 nagle Jeremy. - Je li z apiemy poci g, który teraz odje

a,

dziemy w domu o drugiej zamiast o trzeciej. B dziemy mie  godzin  wi cej na

szukanie pokoju!

Poci g TGV sta  ju  pod jasno o wietlonym zadaszeniem stacji. Silniki by y

czone i g os   g

nika zach ca  pasa erów do wsiadania. Dzieci pop dzi y ile si  w

nogach w stron  d ugiego, srebrzystego wagonu/sk adu, wskoczy y do  rodka, drzwi si
zamkn y i poci g ruszy .

- Ju  drugi raz za atwili my wszystko ekspresowo - powiedzia  z dum  Odd.
- Ups! - mrukn  Jeremy. - Ma y problem.
- Co?
- Nie zmienili my rezerwacji. Mamy bilety na poci g o pó nocy, a nie na ten.
- Boisz si ,  e ka  nam zap aci  kar ? - zapyta  Ulrich.
- Nie, ale nie mamy zarezerwowanych miejsc.
Yumi stan a po rodku wagonu i rozejrza a si  - nikogo.
- Tej nocy chyba tylko my wsiedli my do tego poci gu. Usi

my tutaj. Je li kto

przyjdzie, to si  przesi dziemy.

background image

15

EVA SKINNER
(STANY ZJEDNOCZDNE, KALIFORNIA, 9 STYCZNIA)

By a prawie pó noc ostatniego dnia ferii. „Ferie”. S owo to przemkn o przez

ow  Evy jak nieprzyjemne sw dzenie. By a to my l tej innej Evy, która by a uwi ziona

na peryferiach swojego mózgu. Nowa Eva przyjecha a autobusem do Downtown
Berkeley, centrum miasta. Milcza a przez ca  drog , s uchaj c rozmów innych
pasa erów: ludzi, którzy wracali z pracy, kobiet z torbami pe nymi zakupów, m odzie y z
plecakami. Kiedy wi kszo  osób wysiad a, Eva zrobi a to samo. Sz a powoli i s ucha a.
Odkry a,   e  w  Downtown  Berkeley  znajdowa a  si   stacja  BART-u,  najwa niejszego
przewo nika w okolicy. Pewna pani powiedzia a,  e BART je dzi a  do San Francisco.
Kto wie, czy z San Francisco nie jest bli ej do Francji. T um stopniowo si  zmniejsza .
Na to w

nie czeka a Eva. Nadszed  moment, kiedy ludzie zacz li mówi ,  e „robi si

pó no”. Na szerokich ulicach mi dzy kanciastymi budynkami zosta o niewiele osób.
Musia a si  kogo  zapyta . Wsta a z  awki, na której siedzia a nieruchomo przez ostatnie
dwie godziny, i wróci a w stron  stacji BART-u. Zauwa

a m czyzn  w czarnym

mundurze, z pa

 u pasa. Nieco wcze niej jaka  pani zatrzyma a tak samo ubranego

faceta,  eby poprosi  go o informacj , i nazwa a go „panem policjantem”. Zatem o
informacje nale

o prosi  m czyzn w mundurach.

- Przepraszam... panie policjancie - powtórzy a s owa, których u

a tamta pani.

- S ucham, dziewczynko - odpowiedzia  z u miechem. By  wysoki i mia  wielki

brzuch, od którego prawie p ka  mundur. Na g owie mia  tylko k pk  siwych w osów, a
za to g ste w sy.

- Przepraszam... - powtórzy a mechanicznie Eva. - Informacji.
- Co mówisz? - zmieszany policjant podrapa  si  w g ow . - Potrzebujesz

informacji?

Eva skin a g ow : nie sz o wcale tak  le. Spróbowa a si  u miechn .
- Gdzie... Francja.
- Hotel Francja? Nie znam takiego. Twoi rodzice s  tam?
Nie. Tym razem nie zrozumia . Powtórzy a:
- Gdzie... Francja. Francja... Francuz.
Gliniarz wytrzeszczy  oczy.
- Francja w Europie? - za mia  si . - I chcia aby  tam dojecha  BART-em? Che,

che, to jest linia metra, ma a. Musisz pojecha  do San Francisco i tam z apa  samolot.
Lotnisko, kapujesz? Lecie . Francja jest po drugiej stronie  wiata.

Eva skin a g ow . Rozumia a, co to znaczy „lotnisko”, i wiedzia a, czym s

samoloty. Ale nie zna a poj cia „po drugiej stronie  wiata”.

- Lotnisko! - powtórzy a, popisuj c si  kolejnym u miechem i wskazuj c stacj .
Zaniepokojony policjant potrz sn  g ow .
- Nie masz rodziców, prawda?
- Nie - odpowiedzia a Eva. Nie by a zmartwiona. Nie mia a zielonego poj cia, o

czym mówi  ten m czyzna.

- Jak si  nazywasz?
- Eva.

background image

- Eva, a dalej?
- Eva Skinner.
-  I  jeste   zupe nie  sama,  Evo  Skinner?  -  policjant  westchn   z  rezygnacj ,

miechn   si   do  niej  i wzi   j   za  r

.  -  Zróbmy  tak. Odwioz   ci   na  lotnisko  w  San

Francisco, a ty mi poka esz, gdzie s  twoi rodzice. Okej, ma a?

Pokaza  jej swój czarny samochód z bia ymi drzwiami. Na dachu tkwi  d ugi,

niebieski kogut, w tej chwili zgaszony.

- Dzi ki - odpowiedzia a mechanicznie.
I wsiad a do  rodka.
W czasie jazdy patrzy a uwa nie, jak si  kieruje tym dziwnym pojazdem.

Wydawa o si  to  atwe: wystarczy o wrzuci  bieg, potem przyspiesza o si  jednym z
peda ów, a drugim zwalnia o. Auto jecha o szybko w ród dziesi tek innych. Mijali niskie
budynki.  wiat o na dachu miga o na niebiesko w regularnych odst pach. Funkcjonariusz
wzi  w lew  r

 jakie  dziwne co  i powiedzia  do niego:

- Robertson do centrali. Mam tu niejak  Ev  Skinner, dziewczynk  lat dwana cie,

mo e trzyna cie. Wydaje si  troch  dziwna, by a sama na stacji Downtown Berkeley.
Wioz  j  do centrali.

- Lotnisko! - zaprotestowa a Eva, szturchaj c go w rami .
- Spokojnie, ma a, potem ci  tam zawioz  - u miechn  si  do niej policjant. - Ale

najpierw zrobimy ma e przes uchanko, co ty na to?

os z pude ka zaskrzecza :

- Wezwa  tych z pogotowia opieku czego?
- Super. Za atwimy to szybko.
Eva zmarszczy a brwi. Sprawy nie uk ada y si  po jej my li. Musia a dotrze  do

Francji, straci a ju  zbyt wiele czasu.

- Stój.
- Co? - spyta  funkcjonariusz, przechylaj c si  w jej stron .
- Stój. Tu. Wysiadam.
- Wykluczone. Teraz jedziemy do centrali, gdzie jedna pani zada ci kilka pyta  i

zaopiekuje si  tob ...

„Oszust”, pomy la a Eva. Ten sposób mówienia brzmi fa szywie.
- Stój! - krzykn a.
- Hej, ma a! Uspokój si  natychmiast - zaprotestowa  policjant.
Eva dotkn a jego ramienia.
Samochód gwa townie zahamowa .
Funkcjonariusz w mgnieniu oka straci  przytomno . Teraz le

 skulony na

tylnym siedzeniu auta. Eva usadowi a si  za kierownic  i wzi a w r ce pude ko.

- Robertson do centrali - zg osi a si . Mówi a g osem funkcjonariusza. Ciep ym i

troch  zachrypni tym. Doros ym.

- Tu centrala. Masz jeszcze jakie  problemy z t  dziewczynk ?
Eva odwróci a si  i spojrza a na nieprzytomnego policjanta za ni .
- Nie - odpowiedzia a, szczerz c w u miechu bia e z bki. - Wszystko w porz dku.

Fa szywy alarm. Gdzie... lotnisko?

- Robertson,  arty sobie stroisz? Musisz przejecha  przez Bay Bridge, dojecha

do San Francisco i jecha  za oznakowaniami. Ale teraz przywie  t  dziewczynk  do
centrali. A potem id  si  przespa . Co  mi si  zdaje,  e masz dosy  na dzisiaj.

background image

Oznakowania. By y zatem oznakowania. Musia a jecha  za nimi. Mo e si

szybko przesuwa y. Super. Sko czy a rozmow . Potem wcisn a peda  gazu,
pod piewuj c sobie jak  piosenk .

background image

16

KLOPOTY Z POLICJ

RODKOWA FRANCJA, 1. STYCZNIA)

- Bilety prosz .
Konduktor by  wysokim i surowym m czyzn . Mia  wystaj ce ko ci

policzkowe, b yszcz

 skór  i wysuni

 do przodu szyj . Do perfekcyjnie

wyprasowanego munduru by  przyczepiony identyfikator: Jules Tatillon. Jeremy
wyci gn  z kieszeni palmtopa i przeczyta  m czy nie kod rezerwacji, a potem wyja ni :

- Zarezerwowali my miejscówki na nast pny poci g, ale przyszli my na stacj

troch  wcze niej i postanowili my wsi

 do tego. Czy mo na zamieni ?

- Pewnie.
Pan Tatillon spojrza  na jego palmtopa. Nagle podniós  g ow  i zapyta :
- Jeste cie niepe noletni, o ile si  nie myl ?
Zimno. Bezosobowo. Jeremy z wahaniem kiwn  g ow .
- Bo widzicie - ci gn  konduktor - to bardzo dziwne. Bilety zosta y

zarezerwowane na nazwisko pana Jeana-Pierre’a Del masa. Czy to kto  z was?

- Hm, no nie, widzi pan... - spróbowa  wyja ni  Jeremy.
Ale konduktor mu przerwa .
- Domy la em si  tego. Zap aci  kart  kredytow , a wy jeste cie za m odzi,  eby

 posiada . Kto jest z wami?

- Nikt - w czy  si  oburzony Odd. - Jeste my wystarczaj co duzi,  eby

podró owa  sami!

- To wam si  tylko tak wydaje.
- Ale poprzedni konduktor nie robi  nam problemów.
Pan Tatillon westchn .
- Niestety, niektórzy z moich kolegów nie przestrzegaj  regulaminu. Mog  si

chocia  dowiedzie , kim jest pan Delmas, który kupi  wam bilety?

- To dyrektor naszej szko y.
- A dlaczegó  to w adze szkolne pozwalaj  nieletnim na podró owanie po nocy

bez opieki, kiedy, o ile si  nie myl , za kilka godzin musicie by  w szkole?

- Mamy misj  specjaln  - spróbowa  go sp awi  Jeremy. - Na rzecz naszej szko y.
Na twarzy pana Tatillona pojawi  si  grymas rozbawienia, ale w jego

wymuszonym u miechu nie by o rado ci.

- Taak, wyobra am sobie - powiedzia  drwi co i zacz  co  notowa  w swoim

wielkim notesie.

- Co pan chce zrobi ?
- Skontaktowa  si  z najbli sz  stacj , naturalnie. B dziemy tam za dwana cie

minut.  Tam  zajmie  si   wami  policja  kolejowa,  która  wezwie  waszych  rodziców  i
dyrektora i spróbuj  to wyja ni .

- Ale nie mo e pan tego zrobi ... - b aga  Odd s abym g osem.
- W

nie,  e mog , moi pa stwo. I gdybym by  na waszym miejscu, modli bym

si ,  eby wasi rodzice nie wiedzieli o tej sprawie i  eby si  okaza o,  e sami to
wymy lili cie. Bo w przeciwnym razie, o ile si  nie myl , mog  zosta  oskar eni o
niedopilnowanie nieletnich.

background image

To powiedziawszy, pan Tatillon stukn  obcasami i ruszy  wzd

 wagonu.

- A dok d pan idzie? - zapyta a go os upia a Yumi.
- Sko czy  mój obchód - odpowiedzia  spokojnie konduktor. - Ale nie martwcie

si , gdy b dzie stacja, odprowadz  was osobi cie.

- O raju, matka zawsze mi mówi a,  e sko cz  w kiciu! - j kn

nie Odd,

kiedy straszny konduktor znikn  w nast pnym wagonie.

- Jeremy, to twoja wina! Nie powiniene  by  bra  danych karty kredytowej!
- Ten cz owiek to wariat!
- Ale od razu „niedopilnowanie nieletnich”? No bez przesady!
- Ja za to odpowiadam... - przeprasza  Jeremy.
-To nie jest kwestia odpowiedzialno ci... Policja! Kapujesz? Policja!
- Ciupa - powtórzy  wystraszony Odd.
- Jaka ciupa! Odd, we  przesta . Jeste my nieletni. Najwy ej dyrektor nas

zawiesi.

- Zawiesi? A kto mu powie...
- DO

! - wrzasn a Aelita.

Ch opcy zamilkli natychmiast i wpatrzyli si  w ni .
- Nie ma sensu si  k óci  - potrz sn a w osami. - Pomy lmy raczej, co zrobi .
- Mo emy zwia .
- Z poci gu? Skoczymy przy trzystu na godzin ?
- Je li ka  nam wysi

, mo emy odmówi  udzielania odpowiedzi.

- A wtedy naprawd  nas aresztuj !
Sedno problemu stanowi a Aelita. Jeremy z przyjació mi stworzy  dla niej

fa szyw  to samo . Gdyby policja przeprowadzi a dochodzenie, wszystko mog oby si
wyda . Te dwana cie minut bardzo im si  d

o. Potem poci g wjecha  na

supernowoczesn  stacj  Saint-Exupéry. By a to gigantyczna konstrukcja z czym  w stylu
skrzyde  po rodku. Mia a faliste kszta ty, a wykonana by a ze szk a i stali. Od wewn trz

wietla y j  silne reflektory. Kto  zakas

 za ich plecami: pan Tatillon.

- Dzieciaki, wysiadka.
Na peron zajecha  ma y elektryczny samochodzik, taki, jakich si  u ywa na

polach golfowych. Na bia o-niebieskiej masce meleksa by  napis POLICJA. W  rodku
siedzia  m ody, wyra nie zm czony funkcjonariusz w mundurze. Mia  krótkie blond

osy i nosisko, które zajmowa o trzy czwarte twarzy.

- Jestem Roger Crane - przedstawi  si .
- A to te dzieciaki - przywita  go pan Tatillon. Potem  ciszy  g os:
- Nie zdziwi bym si , panie w adzo, gdyby t  kart  kredytow  ukradli. I kto wie,

co jeszcze zmalowali!  le im z oczu patrzy.

- Niech pan pami ta,  e pana s uchamy! - wtr ci  si  obra ony Jeremy.
Pan Tatillon ci gn  nieub aganie:
-  A  je li  chodzi  o  tego  tam  -  wskaza   Odda  -  to  on  zacz   protestowa ,   e  nie

wolno mi wzywa  policji, i ba em si ,  e mnie zaatakuje.

Dzieci popatrzy y na siebie z niedowierzaniem.  e te  musia y trafi  na

szurni tego konduktora!

- Prosz  pana, przecie  to wariat! - wybuchn a Yumi.
Pan Tatillon podniós  brew.
- Sam pan widzi.

background image

- Prosz  si  nie martwi  - uspokoi  go funkcjonariusz. - Teraz ja si  nimi zajm .

Niech pan odje

a.

- Za minut  i dwadzie cia sekund - u ci li  pan Tatillon, zerkaj c na zegarek. -

Nie mog  przecie  pozwoli ,  eby poci g odjecha  za wcze nie.

Dzieci,  ci ni te na tylnym siedzeniu, patrzy y, jak policyjny meleks mija stacj  w

Lyonie. Chocia  by

rodek nocy, g

niki bez przerwy skrzecza y, zapowiadaj c

przyje

aj ce i odje

aj ce poci gi. Na peronach kot owa y si  t umy ludzi z

walizkami i zwini tymi pod pach  gazetami. W barze biznesmeni pili kaw , jakby to by
bia y dzie . Policjant zaparkowa  przed wielkimi przesuwnymi drzwiami, nad którymi
wisia o god o policji, i kaza  im wej . Poprowadzi  ich do pustego pokoiku, w którym
znajdowa a si  tylko para krzese  opartych o  cian . Potem wyszed  i zamkn  drzwi na
klucz.

- I co teraz robimy? - zapyta  Jeremy.
- Czekamy - burkn  Ulrich.
Nie mieli innej mo liwo ci. Pokój by  zamkni ty i bez okien. Dwie ma e kratki

wentylacyjne na wysoko ci sufitu zapewnia y przep yw powietrza. By y one tak ma e,  e
trudno by oby przecisn  przez nie nawet r

. Odd zasn  na krze le z g ow  opart  o

cian . Aelita zwin a si  w k bek na ziemi i ukry a twarz mi dzy kolanami.

Czekali.
Oko o wpó  do drugiej w nocy drzwi zaskrzypia y i funkcjonariusz Crane wetkn

ow  do  rodka.

- Zapraszam.
Dzieci zosta y wprowadzone do innego pokoju. Znajdowa y si  w nim tylko

zawalone szparga ami biurko i krzes o, na którym usiad  funkcjonariusz. M czyzna
wzi  d ugopis, bia y formularz i powiedzia :

- Teraz chc  us ysze  po kolei wasze nazwiska.
Pi tka milcza a ze zwieszonymi g owami.
Policjant u miechn  si .
- Przedstawi  wam moj  wersj  wydarze  - powiedzia  tonem starszego brata. -

Pomy leli cie,  e ostatniego dnia ferii by oby fajnie zrobi  sobie wycieczk .
Na ciemniali cie rodzicom,  e ty - wskaza  na Ulricha -  pisz w jego domu - wskaza  na
Jeremy’ego  -  a  on  w  twoim.  Z apali cie  superszybki  TGV,  ale  wpadli cie  na  tego
nudziarza Tatillona i wyl dowali cie tutaj. Je li podacie mi wasze nazwiska, dostaniecie
porz dny ochrzan i wszyscy pójdziemy spa . Je li za  b dziecie uparcie milcze , b
zmuszony znowu was zamkn , wezwa  pracownika socjalnego, sprawa przejdzie przez
wiele instancji, a wam grozi,  e traficie przed s d dla nieletnich. Na koniec i tak podacie
swoje nazwiska. A wasi rodzice w ciekn  si  znacznie bardziej, zapewniam was.

- Jeremy Belpois - zacz  Jeremy, trzymaj c nadal zwieszon  g ow .
- Ulrich Stern.
- Yumi Ishiyama.
- Aelita... Stones.
- Odd Della Robbia.
Roger Crane wygl da  na zadowolonego.
- Brawo. Dobra decyzja. A teraz opowiedzcie mi dok adnie, co kombinowali cie.

Przede wszystkim o karcie kredytowej na nazwisko Jeana-Pierre’a Delmasa.

background image

Wys uchawszy opowiadania, policjant milcza  przez chwil . Kiedy si  odezwa ,

w jego g osie nie by o ani cienia wyrzutu. Ale i tak jego s owa ci y do  ywego.

- Wiesz, jak si  nazywa to, co zrobi

?

Jeremy co  wymamrota .
- Nie dos ysza em?
- Kradzie .
- Dok adnie. I my lisz,  e  adnie si  zachowa

?

- Nie, prosz  pana. To by  b d. Bardzo mi przykro.
- Mam nadziej  - odpar  funkcjonariusz.
Przeci gn  si  i po

 nogi na biurku. Góra szparga ów wyl dowa a na ziemi,

ale m ody cz owiek si  tym nie przej . Kto  zapuka  do drzwi biura i do pokoju wszed
drugi m czyzna, bardzo podobny do policjanta, tylko o kilka lat m odszy i z d ugimi
blond w osami schowanymi pod  mieszn , zielon  czapk  z daszkiem. Jego twarz mia a
poczciwy wyraz.

- Czo em, Roger - przywita  si .
- Hej, René.
- Masz jeszcze du o roboty? - przybysz spojrza  na dzieci.
- Raczej nie. Co jest?
- Melduj ,  e wyje

am. Je li rano chcesz odwiedzi  mam ...

Roger Crane zerkn  na zegarek.
- Faktycznie, ju  pó no.
Zab bni  o ówkiem po biurku. Potem znowu zacz  patrze  w zamy leniu na

pi tk  dzieci.

- Jeszcze jedno nie jest dla mnie jasne. Mo na wiedzie , dlaczego wybrali cie si

w tak dalek  podró  poci giem? I na dodatek w  rodku nocy!

- To moja wina - Aelita wysun a si  naprzód. I opowiedzia a wszystko: o tym,  e

jej ojciec nie  yje,  e znale li worek z wapnem,  e poszli do firmy budowlanej i pojechali
do tamtego miasta po informacje. Pomin a tylko wszystkie w tki dotycz ce Lyoko i
tajemnego pokoju.

Roger i René Crane byli pod wra eniem. Policjant wcale w to wszystko nie

uwierzy , ale postanowi  udawa ,  e bierze ich opowie  za prawdziw . Wzi  formularz,
na którym do tej pory gryzmoli , i powiedzia :

- Widzicie, dzieciaki, teraz móg bym zadzwoni  do waszych rodziców i obudzi

ich w  rodku nocy. Wystrasz  si , w ciekn , b

 si  zastanawiali, gdzie zrobili b d,

wychowuj c  was.  I  w  ten  sposób  ci ar  waszej  winy  spadnie  na  nich.  Nie  jest  to
najlepsze wyj cie, nie s dzicie? Wy za  porz dnie najedli cie si  strachu, zobaczyli cie,
co znaczy wyl dowa  na posterunku policji, i mam nadziej ,  e nie b dziecie mieli
ochoty powtarza  tego do wiadczenia.

- Najmniejszej - potwierdzi  Odd, kiwaj c energicznie g ow .
- Jeste cie dzie mi - zawyrokowa  René Crane. - A dzieci urz dzaj  dziecinady.

My te  tak robili my, gdy byli my w waszym wieku.

Roger spojrza  na brata z wyrzutem, ale oczy mu si  za mia y.
- Tak wi c pomy la em o czym  innym.
- To znaczy?
-  e tym razem was puszcz ,  eby wasi biedni rodzice nie dostali zawa u. Za dwa

dni zadzwoni  do dyrektora waszej szko y, powiem mu,  e chodz  s uchy o ró nych

background image

oszustach, którzy si  kr

 na wolno ci, i poprosz  go, aby sprawdzi  swoj  kart

kredytow . Je li w mi dzyczasie pieni dze wróc  na jego konto, nie b dzie  adnej
kradzie y i b

 zadowolony. W przeciwnym razie...

Zerkn  na Jeremy’ego i doda :
- Je li wasz przyjaciel tak  wietnie sobie radzi z komputerem,  e umie  ci gn

pieni dze z konta szkolnego, nie daj c si  z apa , to jestem pewien,  e b dzie umia
zwróci  je na miejsce.

- Zrobi  to jutro rano, prosz  pana.
- Bardzo dobrze. A wi c zmywajcie si  st d. Nie chc  was ju  widzie . Sio!
Dzieci sta y nieruchomo na  rodku pokoju.
- Powiedzia em sio!
Ulrich zabra  g os w imieniu ich wszystkich:
- Eeee, jest tylko ma y problem, prosz  pana. Jak mamy teraz wróci  do domu?
- No tak - przyzna  Crane. - Uciek  wam ostatni poci g. Na piechot  b dzie trudno

i..

Zab bni  palcami po biurku. Potem spojrza  na brata, który dalej czeka .
- Co ty na to?
- Miejsce jest.
Latarnie na parkingu kolejowym o wietla y  nieg na 

to-pomara czowy kolor.

Roger Crane podstemplowa  kart  i przebra  si . Teraz mia  na sobie sztruksowe spodnie
i grub  kurtk . Nadal jednak zachowa  surow  min  policjanta i Jeremy zrozumia , co to
znaczy „mie  twarz jak glina”.

- ...bry wieczór, panie w adzo - powita  go taksówkarz, który sta  z plecami

opartymi o drzwi samochodu i pali  papierosa.

- Cze , Tom.
- Co to za dzieciaki? Aresztowa

 je? Wcze nie zaczynaj , co? - zarechota .

- To niebezpieczni kryminali ci, fakt. Jad  ich troch  wymrozi .
- He, he! W tak  noc jak ta nie ma potrzeby!
Roger Crane szed  przodem, a tu  za nim pi tka dzieci.  wiat a wielkiej

ci arówki roz wietla y ciemno ci. Zatrzyma a si  niedaleko od nich. By  to du y
samochód brudnobia ego koloru. Po bokach mia  napis, który ozdobnym krojem czcionki

osi : DETEKTYW.

- Ale  to gazeta z naszego miasta! - powiedzia a Yumi, rozpoznaj c tytu .
Crane kiwn  g ow .
- Tak, ale tutaj j  drukuj . A mój brat jest jednym z kierowców ci arówek,

którzy dostarczaj  j  do kiosków. To jest wasza podwózka.

- Wypas!
- Przyjedziemy do miasta oko o pi tej.
- Przyjedziemy? - zapyta  Ulrich.
Funkcjonariusz Crane ziewn .
- Ja te  jad . Obieca em mamie,  e do niej wpadn .
René zeskoczy  z kabiny ci arówki.
- Wy, dzieciaki, musicie si

 sobie z ty u na gazetach. W kabinie jest miejsce

tylko dla jednego z was.

background image

Otworzy  drzwi z ty u i ukaza y si  stosy  wie o wydrukowanych gazet. Napis

DETEKTYW, wydrukowany wielk  czerwon  czcionk  na ka dym egzemplarzu, jeszcze
nie wysech . Na pierwszej stronie widnia a  mieszna karykatura lokalnego polityka.

- B dziecie mie  co czyta  w czasie jazdy - u miechn  si  René. - Chocia  troch

tu ciemno. I obawiam si ,  e zimno. Ale je li b dziecie opowiada  sobie kawa y, czas
minie szybciej. A wi c kto z was usi dzie z przodu ze mn  i Rogerem? Mo e która  z
dziewczyn?

Oczy Aelity b ysn y.
- Nie, dzi ki, ja chc  pos ucha  kawa ów - odpowiedzia a pospiesznie.
- Dobra! - zgodzi  si  René. - Kawa y to najfajniejsza rzecz na  wiecie. To mo e

ty? Kapuj ,  e towarzystwo mojego brata nie jest zbyt fajne, ale ja jestem spoko. I w
kabinie jest cieplej.

- Ch tnie, dzi ki! - za mia a si  Yumi.
- Wskakuj. Pasa erowie na gap  na gazetach, a kole anka z przodu. Jedziemy.
W czasie podró y Roger opowiedzia  bratu ca  histori  z nadgorliwym

konduktorem. Yumi,  ci ni ta mi dzy dwoma bra mi w kabinie ci arówki, mia a ochot
zapa  si  pod ziemi  ze wstydu. Wycieraczki rusza y si  gwa townie, zmiataj c p atki

niegu z przedniej szyby. Wjechali na autostrad .

- Zdradz  ci sekret - szepn  Roger porozumiewawczo. - Mój brat jest znanym

autorem thrillerów!

- Serio? - Yumi by a naprawd  zaciekawiona.
Zawstydzony René potrz sn  g ow .
- Powiedzmy,  e pracuj  nad tym. W ka dym razie, je li ci  to interesuje, w mojej

nast pnej ksi ce morderc  jest drukarz, jeden z tych, co drukuj  gazety.

- Nabijasz si  ze mnie? - zapyta a nieufnie Yumi.
- Jak e bym  mia ! Opowiem ci pierwsz  scen : pi kna dziewczyna poznaje w

barze tego faceta, drukarza. On pokazuje jej, gdzie pracuje. S  tam ogromne maszyny,
wiesz? Dostaj  z komputera artyku y i wszystkie dane, a potem si  w czaj . Wielkie
wa ki zaczynaj  si  kr ci  z potworn  si . W pewnej chwili dziewczyna mówi do
drukarza,  e chcia aby si  znale  na pierwszej stronie gazety. On j  popycha i ona
naprawd  trafia na pierwsz  stron . Kapujesz?

- Brrrr - wzdrygn a si  Yumi.
- Kole anka chyba ma ju  do  wra

 na dzisiaj, René - powiedzia  z u miechem

Roger. - S uchaj, znalaz em informacje, o które mnie prosi

.

- Ekstra. Wal.
- Jest ca a dziedzina nauki po wi cona atramentom sympatycznym. Od

klasycznego soku z cytryny po z

one zwi zki chemiczne. W ka dym razie w archiwum

policyjnym znalaz em co  bardzo interesuj cego, w

nie to, co przyda ci si  do ostatniej

sceny...

- Super! - wykrzykn  René.
- Czy s ysza

 kiedy  o  elazocyjanku potasu?

René w

 do ust gum  do  ucia i podsun  paczk  Yumi.

- Nie, mów.
- Robisz o mioprocentowy roztwór  elazocyjanku, moczysz w nim pióro i piszesz

po zwyk ej bia ej kartce. Pismo jest zupe nie niewidoczne, ale wystarczy posmarowa
kartk  roztworem azotanu  elaza i ...pa! Pojawiaj  si  kolejno jasnoniebieskie litery.

background image

- Jeste  genialny, bracie.
- Chyba taki atrament by  w modzie kilka lat temu.  atwo go zrobi , a azotan

elaza mo na kupi .

Yumi kiwa a si  g owa. Ciep o w szoferce, rozmowa o czym  skomplikowanym.

A do tego  rodek nocy. Dziewczynka nie zauwa

a nawet, jak zamkn a oczy i zapad a

w niespokojny sen.

Na pocz tku my leli,  e podró  w naczepie ci arówki b dzie romantyczna. Po

dwóch minutach nadal by o jeszcze romantycznie, ale ju  ciut niewygodnie. Po
dziesi ciu minutach zrozumieli,  e b dzie to droga przez m

. Stosy gazet zajmowa y

prawie ca  przestrze  i cho  izolowa y troch  od zewn trz, to zimno i tak dostawa o si
przez zamkni te drzwi. Ponadto  wie y tusz plami  r ce i ubrania. Mia  tak strasznie
silny zapach,  e prawie si  dusili. Odd odcisn  sobie napis DETEKTYW na kurtce i na
spodniach. Nie by o siedze . Na ka dej dziurze w jezdni dzie mi rzuca o na wszystkie
strony.

- Co za cholerna jazda - skar

 si  Odd po raz tysi czny. - A ja mia em ochot

uci  sobie drzemk .

Ulrich by  prawie niewidoczny w ciemno ciach.
- Ciesz si ,  e posz o tak dobrze.
- No - zgodzi a si  Aelita. - Na szcz cie przyszed  brat pana Crane’a.
- Sorki - przeprasza  Jeremy, tak e po raz tysi czny.
Dziura. Dzieci straci y równowag  i zwali y stos gazet si gaj cy a  do blaszanego

daszku. Po kilku minutach usadowi y si  znowu.

- Mam nadziej ,  e nikt nigdy si  o tym nie dowie - westchn  Ulrich.
- O, ja na pewno nie powiem.
- Nasza wielka wyprawa zostanie w tajemnicy, przysi gam!
- Ja te .
- S uchajcie, naprawd  nie da si  spa  - odezwa  si  Odd po chwili. -

Wykorzystajmy ten czas i sko czmy nasz wideopami tnik.

- Mia am nadziej ,  e kto  to powie... - przyzna a Aelita. - Czuj , jakbym jeszcze

co  powinna wiedzie .

Jeremy powalczy  z kurtk  i wyci gn  z niej kamer . W czy  j  i niebieski

wy wietlacz za wieci  si  w ciemno ci. Ch opiec potrz sn  g ow .

- Nic nie wida . Nie ma podczerwieni!
-  Nie  ma  sprawy  -  pocieszy   go  Ulrich.  -  Wystarczy  audio.  I  tak  musimy  jako

zabi  czas.

- Je li co  musicie, to opowiedzie  mi wszystko, ze szczegó ami - poprawi a go

Aelita. - A wi c co by o po tym, jak mnie zmaterializowali cie w realu?

background image

17

BÓL G OWY
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, TROCH  WCZE NIEJ)

Nied ugo po tym, jak skanery zmaterializowa y j  w  wiecie realnym, pojawi y

si  bardzo silne bóle g owy.  apa y Aelit  nagle i tak mocno,  e dos ownie nie mog a
oddycha . Przyczyna tych migren by a zupe nie niezrozumia a, ale jednocze nie bardzo
prosta. Aelita by a w jaki  sposób zwi zana z wirtualnym  wiatem Lyoko. Nosi a jego

lad - obola  pami . Zauwa yli ten niewyt umaczalny zwi zek w momencie, gdy

próbowali wy czy  superkomputer. Aelita upad a nieprzytomna na ziemi . Wygl da a
jak nie ywa.

- Odpal go! Odpal komputer, Jeremy! - wrzasn li wszyscy pozostali w ciemnych

podziemiach starej fabryki.

Jeremy przesun  wtedy d wigni  do do u. I zrozumia  prost  prawd : nie mo na

by o wy czy  superkomputera. Bo to znaczy o wy czy  tak e Aelit . D ugo si  nad tym
zastanawia . Na koniec doszed  do wniosku,  e problem wi e si  z obszarami pami ci
dziewczynki, które by y poddawane manipulacjom, a które Jeremy wykasowa ,  eby
uwolni  j  z Lyoko. Problem dla niego zbyt skomplikowany. No i by  Xana. Jeremy,
chocia  nie wiedzia  jeszcze dok adnie, kim albo czym jest ta gro na i szalona istota,
zacz  podejrzewa ,  e wi  mi dzy Aelit  a Lyoko zale y w jaki  sposób od istnienia
Xany. Ale nadal by o du o tajemnic i pyta  bez odpowiedzi. I by a ta okrutna, pulsuj ca
nienawi ci  istota, która nie pozwala a im spokojnie spa .

 do tamtego wieczoru. Wieczoru, który wszystko zmieni . Kursor na ekranie

komputera Jeremy’ego drgn  nagle. Zacz y wyskakiwa  litery, jedna za drug , a
utworzy y s owo. Potem zdanie.

WRESZCIE CI  ZNALAZ EM.
Ch opiec patrzy  zdziwiony na okienko czatu, które pojawi o si  na jego

monitorze. Przez chwil  nie wiedzia , co robi , ale ciekawo  wzi a gór . Palce zacz y
nerwowo biega  po klawiaturze.

Kim jeste ?
JESTEM FRANZ HOPPER.
Jeremy a  podskoczy . „To niemo liwe...”. Po plecach przebieg  mu dreszcz

strachu. A je li to Xana si  z nim kontaktuje? Sztuczna inteligencja nienawidzi a
wszystkiego, co wi za o si  z Aelit  i jej ojcem, twórc  Xany. Jeremy trzyma  palce
zawieszone nad klawiatur .

NIE JESTEM XAN . MOG  TO UDOWODNI . ZAPYTAJ MNIE, O CO

CHCESZ. PODDAJ MNIE TESTOWI TURINGA.

Przera ony Jeremy przyjrza  si  nowemu napisowi. Ktokolwiek pisa  do niego,

czyta  mu w my lach... Nie wiedzia , jak zareagowa . Ani czy reagowa . Postara  si
pomy le . Co wiedzia  o Xanie?  e jest sztucznym tworem ze sztucznego  wiata.  e
mo e przej  kontrol  nad aktywuj cymi wie ami po czonymi z urz dzeniami
elektronicznymi ze  wiata realnego. A zatem  e mo e si  chyba przemieszcza  w
Internecie.  Dlaczego  nie?  By   mo e  Xana  mia   dost p  do  danych  bankowych  z  ca ego

wiata. Móg  korzysta  z ka dego testu naukowego, opracowywa  strategie i robi

obliczenia z pr dko ci

wiat a...

background image

By  mo e.
Albo, tak e by  mo e, Jeremy powinien po prostu zamkn  okno dialogowe,

wy czy  komputer i pój  spa .

POS UCHAJ MNIE. WIESZ, JAKI JEST SZCZYT G UPOTY?
ZAPALI  JEDN  ZAPA

, A POTEM DRUG , ABY ZOBACZY , CZY

TA  PIERWSZA  SI   PALI.  MY LISZ,   E  XANA  OPOWIEDZIA BY  CI  KAWA ?
CO  TY, ON NIE MA POCZUCIA HUMORU!

Jeremy u miechn  si .
Ty te  nie masz. To kiepski kawa .
MUSZ  CI PRZYZNA  RACJ .
Dlaczego si  ze mn  kontaktujesz?
MUSIMY GO WYKASOWA .
Kogo wykasowa ?
XAN .
Jeremy potrz sn  g ow , coraz mniej rozumiej c.
Ale kim jest XANA?
Tym razem musia  czeka  kilka sekund na odpowied .
WROGIEM.

Spaghetti z sosem bolognese by o najgorszym daniem, jakie podawano w

sto ówce Kadic. Kucharka w zasadzie umia a gotowa  ca kiem nie le, ale makaron nie
by  jej mocn  stron . Spaghetti sklei o si  w mi kk

taw  bry , a sos sp ywa  na dno

talerza, gdzie tworzy  czerwon  ka

 o nieokre lonym smaku. Mimo to Odd z rado ci

poch on  swoj  porcj  i przyw aszczy  sobie porcje Yumi i Aelity.

- Zachowujesz si  jak prosiak - stwierdzi  Ulrich.
- Zawsze tak mówicie: „Odd, jeste  wstr tny, Odd, s

ysz nam za  mietnik”... A

ja po prostu nie lubi  wyrzuca  jedzenia.

- Czy kto  z was widzia  Jeremy’ego? - zapyta a Yumi,  eby zmieni  temat.
- Nie. Dzisiaj nie przyszed  na lekcje.
- Zajrza am do niego rano - doda a Aelita. - Pracuje na komputerze.
Odd wessa apczywie gruby zwój makaronu i potrz sn  g ow .
- Ten ch opak zachoruje, je li b dzie dalej tak pracowa .
W tym momencie przy stole pojawi  si  William Dunbar z tac  w r ku.
- Mog  si  przysi

?

- Przykro mi, ale raczej nie - Ulrich nie raczy  nawet podnie  oczu znad talerza.
- Co? Znowu rozmawiacie o sekretach waszego zamkni tego klubu?
- Dok adnie tak.
William mia  ju  cisn  w niego tac , ale si  powstrzyma .
- Jak sobie chcecie! Zreszt  jako  straci em apetyt.
W tej w

nie chwili zacz  dzwoni  telefon Aelity.

- Co mówisz? Co? Mój ojciec? Jeremy... to wcale nie jest  mieszne!
Ale to nie by

art. Aelita, Ulrich, Yumi i Odd weszli wtedy do Lyoko po raz

ostatni. Elfka, samuraj, Japonka i superkot z d ugim, fioletowym ogonem. Powrót do

wiata wirtualnego by  dla Aelity jak zimny prysznic. I nie tylko dla niej. Znajdowali si

w sektorze lodowca. W g bi równiny b yszcz cej jak  ka diamentów wznosi a si  góra.
Mia a lodowe wierzcho ki po czone niebezpiecznymi przej ciami z kryszta u. Z

background image

najwy szego szczytu spada  w dó  srebrny wodospad, tworz c u do u b yszcz ce
jeziorko. Jeszcze silniej ni  zwykle odczuwali emocje zwi zane z pobytem w sztucznym

wiecie. Na bia ej powierzchni lodowca nie by o wida  ich cieni i dzieci mia y wra enie,

jakby unosi y si  kilka centymetrów nad ziemi .

- Gdzie jest mój ojciec? - spyta a Aelita, rozgl daj c si  dooko a.
- Schowany ko o wodospadu - odpowiedzia  Jeremy. - Ale nie my l,  e  atwo go

rozpoznasz. Ostrzeg  mnie,  e nie b dzie mia  postaci ludzkiej.

- Co  mi tu  mierdzi pu apk  - sykn  Ulrich. - Mam przeczucie,  e za tym stoi

Xana.

- I w

nie dlatego my te  tu jeste my - wyja ni a Yumi. - Aelita nic nie ryzykuje,

je li z ni  jeste my.

Jeremy, który siedzia  w laboratorium starej fabryki, przygryz  warg . W g bi

serca mia  nadziej ,  e Yumi ma racj . Ale tak naprawd  to Aelita ryzykowa a najwi cej
z nich wszystkich, jak zawsze. Zw aszcza  e nadal nie mia a  adnych punktów  ycia.
Nawet po rematerializacji. Nic jednak nie powiedzia . Szli w stron  wodospadu, który
wpada  do srebrnego jeziora. Wokó  tworzy a si  lekka mgie ka. Nad g adkim jeziorem
zwisa  lodowy most, który znika  za s upem wody. Odd poszed  pierwszy. Z góry
sp ywa y tony wody, ale nie by o s ycha

adnego ha asu. Na lodowcu panowa a cisza.

- Co jest za wodospadem, Jeremy?
- Pi ty sektor. Rdze  Lyoko.
- Ten bez nazwy?
- Ten bez nazwy.
- A co jest w... rdzeniu Lyoko?
- Nie mam zielonego poj cia.
- Chod my. I uwa ajmy.
Gdy doszli mniej wi cej do po owy mostu, Aelita nagle si  zatrzyma a.
- Zosta cie tu. Dalej musz  pój  sama.
- Zwariowa

?

Aelita potrz sn a g ow .
- Mój ojciec tam jest.
- Tego nie wiemy na sto procent - stwierdzi  Ulrich.
- Ale ja czuj ,  e to on. A je li tak jest... mo e lepiej,  eby my sami

porozmawiali.

- Ma racj , ch opaki - przytakn a Yumi. - To jej  ycie. I jej wielka chwila.
Aelita u miechn a si  do niej z wdzi czno ci . Potem odwróci a si  i zacz a i

sama po mo cie, krok za krokiem. Reszta przygl da a si  temu, zaciskaj c pi ci. Nie
poczu a mokrych bryzgów, chocia  znalaz a si  dok adnie pod wodospadem. Krople
spada y jej na skór , a zaraz potem sp ywa y, nie mocz c jej. By y tylko iluzj . Za
wodospadem kry a si  grota o niskim sklepieniu i pod

u zanurzonym w wodzie. Most

tworzy  wielki  uk nad srebrnymi wodami. I tam w

nie, w najwy szym punkcie, w

po owie wysoko ci nad powierzchni  jeziora, wisia a w powietrzu  wietlista kula. Aelita
zapatrzy a si  na ni  z zachwytem. Kula wygl da a jak  ywa. Wewn trz niej kr gi

wietlne wirowa y i migota y wszystkimi barwami t czy.

- Aelito!

background image

Kula wypowiedzia a jej imi ! Dziewczynka, nie mog c powstrzyma  emocji,

pobieg a a  na koniec mostu i wyci gn a r

,  eby jej dotkn . Nie mog a jednak

dosi gn . Brakowa o tylko kilku centymetrów.

- Ale  uros

, mój ma y uszatku. Jestem z ciebie bardzo dumny.

- Tato... - po twarzy elfki ciek y wirtualne  zy, zimne i bez smaku.
-  Chcia bym  mie   wi cej  czasu,  skarbie  -  dobiega   z  kuli  g os  jej  ojca.  -  Czasu,

eby ci wyja ni . Czasu dla nas. Ale go nie mam. On si  zbli a.

- Xana...?
- Zagra a nam wszystkim. Musimy go skasowa .
Dziewczynka przytakn a.
- We dwoje na pewno to zrobimy, tato!
- Tak. Ale nie b dzie to  atwe. Zrobi wszystko,  eby nas powstrzyma .
- Tatusiu... strasznie za tob  t skni am.
- Ja za tob  te , córeczko. Nawet nie wiesz, jak. Od chwili, gdy by em zmuszony

ci  opu ci , ca y czas t skni em. Przez te wszystkie lata nie robi em nic innego, tylko
my la em o tobie i o Anthei, twojej mamie. O naszej rodzinie.

ród tego nierealnego, sterylnego krajobrazu Aelita czu a bardzo prawdziwe

ciskanie w gardle. Przed ni  by a nie tylko kula, lecz tak e i g os... ciep y, dr

cy g os

ojca. Który w

nie wymówi  imi  jej matki. Jedna po owa jej serca chcia a krzycze :

„Tatusiu,  chod   tu  i  przytul  mnie!  Co  nas  obchodzi  Xana  i  ca a  reszta.  Potrzebuj
ciebie!”. Ale druga po owa chcia a wiedzie .

- Tato? Gdzie jest mama? - zapyta a s abym g osem.
- Nie wiem, córeczko. Ale  yje i ty musisz jej poszuka . Zostawi em dla ciebie w

Pustelni jedn  rzecz. Zosta a dobrze schowana, ale jestem pewien,  e j  znajdziesz.

- Dlaczego nie mo emy zrobi  tego razem, tato?
- Bo ja ju  nie wiem, gdzie ona si  znajduje. Musia em pozby  si  moich

asnych wspomnie ,  eby on ich nie dosta ...

Nagle kula podskoczy a, zacz a kr ci  si  wokó  w asnej osi, a wewn trz niej

przep ywa y pr dy o zdecydowanie wi kszym nat

eniu.

- Xana! - szepn  ojciec. - Zauwa

 nas.

Jeremy siedzia  nieruchomo przed monitorem w laboratorium. Palce mia  oparte

na klawiaturze. W sali wokó  niego panowa a prawie ca kowita ciemno ,  wieci y si
tylko diody i migota y napisy. Naprawd  nie chcia  s ucha  tej rozmowy. Ale na
monitorze widzia  wszystko, co dzia o si  w Lyoko, a g

niki superkomputera

transmitowa y ka de s owo i ka de westchnienie. Byt tak zamy lony,  e nie zauwa
cienia, który zbli

 si  ukradkiem do jego stanowiska. Nie zauwa

 zaci ni tej pi ci,

która wznios a si  za jego plecami. Pot

ny cios w g ow . Jeremy spad  z krzes a na

ziemi , nieprzytomny. William Dunbar, szkolny kolega, o którego Ulrich by  tak
zazdrosny, z zadowoleniem spojrza  na Jeremy’ego i u miechn  si .

Powietrze wokó  zlodowacia ego jeziorka nagle nape ni o si  elektryczno ci . Zza

lodowego wyst pu wy oni y si  setki potworów Xany, przypominaj cych rój w ciek ych
owadów.

Yumi zauwa

a je pierwsza.

- Tam! - krzykn a.
- Mówi em,  e to pu apka! - zawo

 Ulrich.

background image

W mgnieniu oka grupka znalaz a si  pod laserowym ostrza em. Yumi rzuci a

swoimi wachlarzami, ale wrogowie byli zbyt liczni. Zosta a trafiona dziesi  razy i
natychmiast rozpad a si  na niebieskawy py . Wynurzy a si , dysz c ci ko, z kolumny
skanera.

- Jeremy? - zapyta a, z trudem  api c oddech.
Z g

ników w sali do wirtualizacji nie nadesz a  adna odpowied . Yumi wesz a

na pierwsze pi tro i zawo

a go znowu.

- Jeremy...?
Przyjaciel le

 na ziemi, a obok niego pogi te okulary. Przy stanowisku

dowodzenia siedzia  William Dunbar, a jego palce biega y po klawiaturze.

- Co ty tu robisz? - krzykn a przera ona Yumi. - Jak to zrobi

,  e...?

William bardzo powoli obróci  si  w jej stron .
- Cze , skarbie - zaskrzecza . Jego  adne, ciemne oczy znikn y. Na ich miejscu

pali y si  dwa niebieskie  wiate ka. Oczy Xany.

- O, nie, William... nie!
Yumi nie mia a czasu pomy le , jak to si  mog o sta . Z gard a ch opca wydoby

si  ryk, który nie mia  w sobie nic ludzkiego. Zanim zd

a zareagowa , William wsta

z fotela i podniós  j ,  api c za bluzk . Yumi przelecia a przez pokój. Uderzy a plecami o

cian . Uderzenie by o tak silne,  e pozbawi o j  oddechu. Po chwili podnios a si ,

obola a. Obróci a si  w stron  drzwi windy i rzuci a si  do nich najszybciej, jak mog a.

- Jeremy! - krzykn a.
Le cy na ziemi ch opiec poruszy  r

, macaj c pod og  w poszukiwaniu

okularów. Yumi nie zatrzyma a si . Nie mia a poj cia, co robi . Ale wiedzia a,  e trzeba
wywabi  Williama z tego pokoju.

Odd i Ulrich, znajduj cy si  w sektorze lodowca w Lyoko, patrzyli ze

zdziwieniem, jak potwory wycofywa y si  za góry, zza których kilka minut wcze niej
przyby y.

- Cha, cha! - ucieszy  si  Odd. - Patrz, przep dzili my je!
- Nie s dz ,  eby zmywa y si  dzi ki nam. Mia y nad nami spor  przewag

liczebn .

- No wi c?
- Wygl da to na odwrót strategiczny. Albo...
Nagle zbocze góry zacz o si  ko ysa . Potem wstrz sy rozszerzy y si  na ziemi

i tu  ko o nich w lodowcu utworzy a si  g boka szczelina. Strumie  wody z wodospadu
na kilka sekund si  zwi kszy , potem zmniejszy , a na koniec zmieni  w stru

 kapi cej

wody.  wiat Lyoko zacz  drga  przed ich oczyma. Du o silniej ni  zwykle odczuli
zawroty g owy wywo ane przez wirtualne  rodowisko.

- My lisz,  e Aelita potrzebuje pomocy? - spyta  Odd.
- Nie wiem. My na pewno.
- Czemu?
- Patrz tam! - pokaza  Ulrich.
Zza lodowych szczytów wy oni  si  gigantyczny stwór. By  tak wysoki,  e móg

jednym krokiem przej  nad ca  gór . Wielka bia a maska, z jednym okiem tworzy a

ow . Z czaszki wyrasta y czarne czu ki, podobne do zwariowanych dredów. Kolos mia

posta  ludzk , ale by  o wiele pot

niejszy. Uderzy  pi ci  w gór  i wielki fragment

background image

lodowca na wierzcho ku odczepi  si  i run  do jeziora. Szczelina jeszcze si
powi kszy a.

- O, cholera... - wymamrota  Odd, czuj c,  e uginaj  mu si  kolana.
- Odd! Ulrich! - us yszeli g os Aelity.
Dziewczynka bieg a po lodowym mo cie, a kilka metrów za ni  frun a  wietlista

kula. Dobieg a do nich w kilka sekund.

- To mój ojciec! - wyja ni a, wskazuj c kul .
- O, dzie  dobry, panie Hopper - przywita  si  grzecznie Odd, chocia  pierwszy

raz w  yciu zdarzy o mu si  rozmawia  z czym  w rodzaju... lampy. - Czy móg by pan
nam pomóc z tym potworem?

- Chyba móg bym - odpowiedzia a kula, wprawiaj c ch opców w os upienie. -

Ale musimy to zrobi  razem.

- Jak?
- Mia em nadziej ,  e Jeremy wam to powiedzia .
- No... nie by  zbyt rozmowny ostatnio.
Kolos skoczy  do przodu. Uderzenia jego ogromnych stóp o ziemi  niszczy y

wszystko. Szczelina zmieni a si  w przepa , która rozci ga a si  mi dzy nogami giganta.
Podniós  r ce ku niebu. Chwil  potem waln  pi ciami w ziemi . Unios a si  fala
srebrzystej wody, która znikn a, zmieniaj c si  w g st  par .

- Za mn ! - zawo

a kula. - Róbcie wszystko,  eby nie zdematerializowa o

Aelity!

-  Ty  id ,  Odd!  -  Ulrich  zawin   m

ca  katan .  B ysn o  ostrze.  -  Spróbuj

odwróci  jego uwag .

- Niech pan idzie pierwszy, panie Hopper! - krzykn  Odd do kuli. - Biegniemy za

panem!

Kolos znowu uderzy  pi ci  i tym razem przepa  dosz a do jeziora, które

zadrga o, jakby na znak protestu. Srebrna woda zacz a si  wylewa , znikaj c w
cyfrowych otch aniach tego, co zosta o ze  wiata Lyoko. Kula da a nurka do przepa ci, a
za ni  Odd i Aelita. Wyl dowali dok adnie na ustawionej pod k tem prostym platformie z

adkiej ska y, która wisia a nad bezdenn  rozpadlin . Na komputerze w starej,

opuszczonej fabryce, pod pi tym sektorem - rdzeniem, który do tej chwili by  bia y -
pojawi a si  nazwa.

KARTAGINA
By a to nazwa miasta bez wymiarów, zbudowanego z niezliczonych, bardzo

precyzyjnie rozmieszczonych niebieskich bloków o regularnej, g adkiej powierzchni. Po
cyfrowym niebie lata y we wszystkich kierunkach setki potworów. Szybowa y,
wykorzystuj c  wielkie  p etwy  w  formie  skrzyde .  Mia y  d ugie  paszcze  z  par   ma ych,
ruchomych rogów i p askie, szerokie, bia e cia o. By y podobne do mant. Gdy tylko
zauwa

y intruzów, wyda y ostry okrzyk i zacz y zlatywa  si  w ich stron , strzelaj c

w nich mnóstwem laserowych strza . Odd, Aelita i kula uciekali pod krzy owym ogniem.
Znajduj ce si  poni ej miasto z niebieskich bloków rozpada o si  i sk ada o w
niesko czono . Znale li drug  platform , a potem trzeci , i biegli do utraty tchu a  do
chwili, gdy ostatnia platforma sko czy a si  nad zupe

 pustk . Tak, jakby dobiegli

jednocze nie do centrum i do ko ca wszystkiego. Przed nimi zmaterializowa  si
pozbawiony obudowy, faluj cy ekran.

background image

- Aelito, teraz twoja kolej! Musisz zainstalowa  program! - rozkaza a kula, która

wisia a tu  za jej plecami.

- Jaki program?
- Jeremy wie.
- Jeremy! Pode lij mi dane! Jeremy!!! - wrzasn a, podnosz c oczy do góry.
Ale nie by o  adnej odpowiedzi.
Odd zwinnie skaka  do przodu i do ty u, nadstawia  nadgarstki, wystrzeliwa

swoje laserowe strza y, rozpaczliwie próbuj c broni  dziewczynki. Na szcz cie potwory
nie interesowa y si  dwójk  dzieci, lecz koncentrowa y swoje wysi ki na kuli, która
unosi a si  nieruchomo w powietrzu. Kula powoli zwi ksza a swoj  obj to .

- Jeremy! - krzykn a zrozpaczona Aelita. - Potrzebuj  programu! TERAZ!
- Ju ... jestem - wymamrota  Jeremy g osem osoby powracaj cej z za wiatów.
- Gdzie si  podziewa

, do licha?

- By y... problemy. William...
- Nie czas na pogaduszki! - krzykn  Odd. - Jeremy, pode lij nam ten cholerny

program! A pan, panie Hopper, musi st d ucieka , jest pan zbyt  atwym celem!

- Zajmijcie si  programem! - rozkaza a kula. - Nie przejmujcie si  mn ! Program!
Aelita dotkn a d

mi ekranu i w kilka sekund za adowa a do pami ci Lyoko

przes any przez Jeremy’ego program.

-  Zrobione!  -  oznajmi a,  zrywaj c   czno .  Ale  co   sz o  nie  tak.  Dziewczynka

popatrzy a na faluj cy ekran. - Za adowa am program do systemu, Jeremy, ale si  nie
odpala! Wyskakuje mi b d!

- To nie b d - u ci li  ch opiec. - Superkomputer nie ma wystarczaj co du o

mocy,  eby aktywowa  program.

- To wyja nij mi, po co by o go instalowa ? - wrzasn  Odd, który dalej zaciekle

walczy  z mantami. By  wyko czony, tak samo jak reszta. Walczyli przecie  z
nieujarzmion  i prawdopodobnie niesko czon  pot

. - Sk d teraz we miemy moc?

- Ze mnie - powiedzia a kula. - Zawieram w sobie ca  moc, która jest wam

potrzebna.

Yumi znajdowa a si  na pierwszym pi trze starej fabryki, tam, gdzie metalowa

galeryjka prowadzi a do bramy wej ciowej i do  elaznego mostu. Sytuacja by a
nieweso a.  William  zachowywa   si   jak  szalony.  I  sta   si   potwornie  silny.  Biegn c  po
galeryjce, Yumi czu a,  e ze strachu serce podchodzi jej do gard a. Tu, w  wiecie
realnym, nie mia a punktów  ycia ani ostrych jak brzytwa wachlarzy. Bola y j  plecy.
Jeszcze jedno takie uderzenie i na pewno straci przytomno . Nie mog a stawi  czo a
Williamowi, ale mog a próbowa  utrzyma  go z dala od laboratorium. I przy tym
prze

. W lizgn a si  mi dzy zardzewia e przegrody. Uwa

a na ka dy podejrzany

ruch czy ha as. Ale najwyra niej niewystarczaj co. William wy oni  si  zza niej jak
widmo i z apa  j  za szyj . Yumi próbowa a si  wyrwa . Jej tenisówki  lizga y si  po
cemencie i nie znajdowa y punktu oparcia. Szamota a si .

- Pomocy - szepn a s abo.
William przyci gn  j  do siebie, trzymaj c za gard o. Zamierza  cisn  ni  o

jedn  z ceglanych  cian fabryki. Potem zmieni  zdanie. Na twarzy pojawi  mu si  grymas.
Symbol Xany b yszcz cy w jego oczach drga  pod wp ywem jakich  zak óce . Yumi
poczu a,  e unosi si  w powietrze, jej stopy ju  nie dotyka y pod ogi. William ko ysa  ni
nad pró ni  za metalow  barier  galeryjki...

background image

... eby zrzuci  j  w dó . Upadek z przynajmniej pi ciu metrów.
Odd nauczy  si ,  e wszystko ma swoje granice. Móg  samotnie walczy  z

trzema, mo e czterema potworami. Nie z setk . Ch opiec wskoczy  na grzbiet manty,

apa  j  za rogi i kierowa  ni  tak,  eby polecia a do góry, gdzie tysi ce innych

potworów t oczy o si  wokó  pana Hoppera. Rozz oszczona manta próbowa a go zrzuci ,
ale Odd wbi  w ni  pi ty i nie zwolni  u cisku.

- Przekl te bestie! - wrzeszcza .
Zmusi  j  do wzbicia si  w gór , zabi  drugiego i trzeciego potwora. Wtedy

zobaczy  b ysk lasera.

up!

Dosta  dok adnie pomi dzy oczy. Przesuwne drzwi odsun y si  na bok i Odd

znalaz  si  w sali ze skanerami.

- Yumi? Jeremy? - wysapa .
- Odd, wróci

? - g os Jeremy’ego brzmia  tak, jakby przyjaciel by  przera ony. -

Le  pi tro wy ej! Tam jest Yumi, a z ni  William Dunbar.

- A ten co tu robi?
- To nie jest prawdziwy William! To Xana! Chce j  zabi !
- O, cholera...
Odd zerwa  si , nie mówi c nic wi cej. Serce bi o mu jak szalone, ale nie zwraca

na to uwagi. Dobieg  chwiejnym krokiem do windy,  ci gn  j , nacisn  czerwony guzik
oznaczaj cy parter fabryki. Wjecha  na gór . Próbowa  zgadn , gdzie ma i . Rozejrza
si , zdezorientowany. Pachnia o kurzem. Odg os uderzenia. Cichy okrzyk. K tem oka
dojrza  ruch. Na galeryjce sta  William. Trzyma  co  zawieszonego nad przepa ci ... Ej,
chwila! To jest Yumi!

- NIEEE! - krzykn  instynktownie Odd.
William go zobaczy . Pos

 mu sadystyczny u miech i zwolni  u cisk.

Odd bez zastanowienia rzuci  si  ku spadaj cej dziewczynie.
Na skraju zamarzni tego jeziora, które w

nie rozpad o si  na tysi ce

fragmentów kodu, Ulrich wci  zmaga  si  z kolosem. Albo raczej ucieka  co si  w
nogach, a potwór depta  mu po pi tach. Strategia ju  si  nie sprawdza a, trzeba by o
szybko wymy li  co  innego. Postanowi  schowa  si  mi dzy otaczaj cymi go bry ami
lodu i przeczeka . Nagle tu  za sob  us ysza  ci ki chód kolosa. Skoczy  zwinnie do
przodu i z ca ej si y wbi  miecz w zewn trzn  stron  jego stopy. U

 klingi jako oparcia,

eby podci gn  si  do góry. Gigant nie przej  si  tym zbytnio - szed  dalej i rozbija  na

kawa ki to, co zosta o ze srebrnego jeziora. Ulrich wyt

 wszystkie si y, aby wspi  si

na r koje  miecza. Wyci gn  ostrze ze stopy giganta i skoczy  znowu. Wbi  miecz w
sam  rodek jego uda. Wspi  si  wy ej. Kontynuowa  wspinaczk  a  do pasa kolosa. Tu
by o trudniej - potwór mia  wielk , wystaj

 klatk  piersiow . Nie dawa o si  na ni

wspi . Zaczeka , a  gigant ruszy ramieniem, i wyliczy  skok tak, aby wyl dowa  na jego
gigantycznej r ce. Wbi  miecz w jedn  z ogromnych opuszek palca. W tym momencie
potwór, który do tej pory nawet go nie zauwa

, zareagowa . R ka machn a gwa townie

i ch opiec musia  skuli  si  w zag bieniu mi dzy palcem wskazuj cym a palcem

rodkowym,  eby unikn  zmia

enia. Zda  sobie spraw ,  e nie poradzi sobie bez

pomocy.

- Jeremy - b aga . - S yszysz mnie? Jeremy!

background image

-  Jestem!  -  Ulrich  us ysza   g os  Jeremy’ego,  a  potem  kolos  zacz   go  mia

.

Bola o. Naprawd  bola o!

- Jeremy! Zrób co !
- Nic nie mog  zrobi ! Chyba  e... Umiesz je dzi  na motorze?
- JEREMY!
Obok ch opca na wielkiej r ce potwora pojawi  si  ma y cyfrowy motor. Potwór

zwolni  u cisk na tyle,  e Ulrich zdo

 wy lizgn  si  z jego palców. Wskoczy  na

motor, przekr ci  manetki i doda  gazu. Zjecha  wzd

 kciuka i zanurkowa  za

paznokciem. Potem zacz  wspinaczk . Przedrami .  okie , ciemna jama koloru
spalonego  elaza. Krzywizna bicepsu. Teraz kolos zachowywa  si  jak kto , kto próbuje
uwolni  si  od muchy. Ale zamiast zwolni , Ulrich jeszcze przyspieszy . Plecy. Szyja.
Po

 si  na motorze i wystrzeli  jak spr

yna w stron  bia ej maski, która by a twarz

potwora...

...która w tym momencie w

nie si  pochyli a i pokaza a mu swoje jedyne oko:

symbol Xany. Ulrich jeszcze w powietrzu doby  miecza. I z ca ej si y wbi  sztych katany
w czarny  rodek okropnego symbolu. Dot d dla giganta miecz Ulricha by  jak szpilka.
Teraz jednak poczu  cios. Zachwia  si . Ulrich zacisn  z by i stara  si  trzyma  z ca ych
si . Podci gn  si  do góry i opar  stopy o g adk  powierzchni  maski. Potem jeszcze

biej wbi  katan . Kolos skoczy  gwa townie w bok i Ulrich znalaz  si  w powietrzu,

ow  do do u i bez miecza. Zwin  si  w kulk , fikn  kozio ka i uderzy  stopami o

ziemi . Wyl dowa  na stoj co, ale wstrz s by  bardzo silny, z by Ulricha uderzy y o
siebie i przez moment ch opak my la ,  e je sobie po ama . Wszystko jednak mia  ca e.

by te . Nie mia  czasu,  eby si  zdziwi . Potwór, dygocz c z furii, run  prosto na

niego. I zdezintegrowa  go.

- Panie Hopper! - zawo

 Jeremy ze swego stanowiska. - Potrzebujemy pa skiej

mocy, natychmiast.

- Jestem gotowy, Jeremy - oznajmi a kula. - Zabierz st d reszt  dru yny.
- Tato... co to znaczy? - pyta a Aelita. - O jakiej mocy wy mówicie?
Dziewczynka znajdowa a si  jeszcze na platformie, otoczona przez manty.

Wysila a si ,  eby utrzyma  je z daleka. Z r k wystrzeliwa a energetyczne kule, które

wietla y przestrze  na ró owo. Nie by o nikogo poza ni  i kul .

- Mamy ma o czasu, mój ma y uszatku - powiedzia  czule ojciec. - Dotknij mnie i

daj mi dost p do programu.

Kula podp yn a w stron  ekranu, nie przejmuj c si  potworami ani ich laserami.

Jej powierzchnia pociemnia a mocniej, a przep ywaj ce w niej pr dy sta y si  jeszcze
bardziej niespokojne i szybkie.

- Nie! - zaprotestowa a Aelita. - Najpierw musisz mi powiedzie , co si  z tob

stanie!

- Aelito, PRZESTA ! Nie b

 g uptaskiem! Dotknij mnie!

Dziewczynka opu ci a r ce i cofn a si . Manty wypuszcza y w stron  kuli

chmur  strza .  wiat o wewn trz niej ciemnia o, a  wreszcie kula sta a si  czarna jak noc.

- Panie Hopper! Aelita! Program traci moc! Zosta o jeszcze czterdzie ci procent -

odlicza  zaniepokojony Jeremy. - Trzydzie ci... dwadzie cia...

Aelita zbli

a si  do ojca.

background image

- Nie rób tego, tatusiu... - wymamrota a z p aczem. Manta strzeli a znowu,

dziewczynka zafalowa a i prawie si  zdezintegrowa a. Ca ym cia em opar a si  o kul .
Obj a ojca. Przez chwil  poczu a,  e ma w ramionach osob  z krwi i ko ci...

- Aelita! - krzykn  Jeremy. - Panie Hopper...
Kula rozpu ci a si . Bez wybuchów, bez ha asu. Tak, jakby nigdy nie istnia a.

Fala mocy zala a ca  Kartagin . Stamt d przenios a si  do innych sektorów Lyoko.
Rozchodzi a si  na wszystkie strony jak wezbrane morze. Zala a bloki, cyfrowe drzewa,
ska y na pustyni i zamarzni te jeziora. By o to morze, które wyp dza o Xan . Z bia ej fali
zmieni o si  ono w k bowisko czu ków, które szuka y jego nowych fragmentów i
nowych kryjówek. Gdy tylko potwory z Lyoko zetkn y si  z fal  albo czu kami mocy,

ka y jak kolorowe ba ki. Ale to nie one si  liczy y. By y przecie  tylko pionkami. Na

koniec morze znalaz o Xan , który wrzasn  z gniewu i strachu. Kawa ek po kawa ku
jego cyfrowe cia o ulega o zniszczeniu. Równie  znajduj cy si  w starej fabryce William
krzykn  z bólu i zgi  si  wpó . G owa wygi a mu si  w ty , a z otwartych ust zacz
bucha  g sty, czarny jak smo a dym, który zwija  si  w szerokie spirale, a potem znikn .

William Dunbar zemdla .
Kilka metrów ni ej Odd le

 na betonie i trzyma  Yumi w ramionach. Uratowa

 w ostatniej chwili. Gdy William rzuci  dziewczynk  w dó , Odd u

 w asnego cia a

jako poduszki, aby zapewni  jej mi kkie l dowanie.

- Dobrze si  czujesz? - zapyta .
- Tak, a ty?
- Pomijaj c kilka siniaków! - parskn  weso o Odd. - Powinna  przej  na diet .
Odd, Yumi, Ulrich i Jeremy stali w milczeniu w sali ze skanerami. Czekali, a

kolumna si  otworzy,  eby wypu ci  Aelit . Jeremy’emu  omota o serce, oczy mia
wilgotne. No i wreszcie, oto ona. Chwiejnym krokiem wysz a ze skanera. Spojrza a na
nich kolejno, a potem podesz a do Jeremy’ego. Po twarzy ciek y jej  zy.

- Nie  yje, prawda? Mój ojciec...
Nikt nie odpowiedzia . Przyjaciele zbli yli si  do niej i obj li j  w milczeniu.

background image

18

TAJNY POKÓJ
(FRANCJA, MIASTO  ELAZNEJ WIE Y, 1. STYCZNIA)

Jeremy przerwa  opowie ,  eby obj  Aelit , która siedzia a na stosie gazet z

ty u ci arówki i cicho p aka a.

- Trzymaj si  - szepn . - Nie p acz. Nie p acz, prosz .
Aelita wyj a z kieszeni chusteczk , wydmucha a nos i wytar a mokre oczy.
- Dzi ki - wymamrota a. - Jeste cie kochani.
Milczeli przez chwil , s uchaj c g uchego dudnienia ci arówki.
- Czy jeszcze co  powinnam pami ta ? - spyta a Aelita.
- Tylko jedn  rzecz - zacz  Jeremy. - Kilka tygodni temu...
- Wrócili my do laboratorium - powiedzia  Odd.
- Rozmawiali my o tym wszyscy i pomy leli my o tajemnicy, która nas po czy a

- doda  Ulrich.

- Ale te  o tym, jak by o niebezpiecznie. Xana, który chcia  nas zabi , potem

William, potem twój ojciec...

-  Za apali my,   e  to,  co  brali my  za  supermegagr   komputerow ,  wcale  ni   nie

by o...

- Bo ona mia a co  wspólnego ze  wiatem realnym.
- Tak wi c postanowili my wy czy  superkomputer.
- To zrobi

 ty, Aelito.

-  Twój  ojciec  powiedzia ,   e  tylko  ty  mo esz  to  zrobi .  Podesz

  sama  do

ównego wy cznika, a my stali my za twoimi plecami...

- Powiedzia

: „Mój ojciec by tego chcia ” i opu ci

 d wigni .

- Potem wszyscy poszli my do mojego pokoju - zako czy  Jeremy. -

Rozebrali my mojego laptopa, z którego  czy em si  z komputerem w fabryce...

- Zamkn li my go w szafie.
- Tak by o trzeba.
- Do  ju  potworów.
- I do  informatyki. Chyba  e trzeba kupi  bilety na poci g... - Jeremy podrapa

si  po g owie.

- Z tym te  uwa aj - poradzi  mu Odd. - Patrz, ile k opotów mogli my sobie

narobi !

Chocia  ból zwi zany z ich wspomnieniami by  jeszcze  wie y, ta uwaga

podzia

a na wszystkich. Powoli, prawie ze wstydem, zacz li si

mia  - najpierw cicho,

a potem coraz g

niej, bo zrozumieli,  e ten  miech jest jedn  z najpi kniejszych rzeczy

w ich przyja ni. Kto  zapuka  do drzwi ci arówki.

- Hej, wy! Wszystko dobrze?
By  to René Crane. Us yszeli, jak walczy z zamkiem, i nagle drzwi si  otworzy y.

Na zewn trz panowa a ciemno . Kurtka m czyzny by a za nie ona, a za jego plecami
wirowa y bia e p atki. Jeremy wychyli  si  z ci arówki jako pierwszy i zobaczy ,  e na
ulicach jest jeszcze wi cej  niegu, co najmniej ze trzydzie ci centymetrów.

- Jeste my na miejscu? - zapyta .

background image

- Wy tak - odpowiedzia  René. - Ja i mój brat mamy jeszcze kawa ek. W t  psi

pogod  nie tak  atwo jecha .

- W takim razie szerokiej drogi!
Po chwili z szoferki wysz a Yumi. Dziewczynka mia a oczy napuchni te od snu, a

buzi  owini

 szalikiem.

- Oto ta, która smacznie spa a! - powiedzia  Ulrich, czule g adz c jej w osy.
Ci arówka zaparkowa a na wprost g ównego wej cia na teren Kadic. Wielka

czarna brama wznosi a si  mi dzy dwoma s upami z czerwonej ceg y. Alejka, która
przechodzi a przez park i prowadzi a do majestatycznych budynków szko y, by a
zasypana  niegiem.

- Poradzicie ju  sobie? - zapyta  funkcjonariusz Crane.
- Mamy bardzo blisko do domu, dzi ki - zapewni  Jeremy. - Mniej ni  dziesi

minut piechot .

- Na ulicy pustki, nie ma strachu,  e kto  was zauwa y - zako czy  policjant. -

Zmykajcie. I nie wpakujcie mi si  znowu w jakie  k opoty.

- Nie, prosz  pana.
- I pami tajcie,  e we wtorek zadzwoni  do waszego dyrektora i dowiem si , czy

zwrócili cie pieni dze pobrane z karty kredytowej.

- Tak, prosz  pana.
Na koniec Roger Crane si  u miechn .
- Powodzenia, dzieciaki. Je li wybierzecie si  kiedy  znowu w podró , wpadnijcie

do mnie.

- Dobra, ale nie do aresztu! - rzuci  szybko Odd.
Wszyscy si  za miali. Stali wokó  ci arówki w samym  rodku zawiei  nie nej.

nieg zasypywa  wszystko: szko , dzielnic  przemys ow , rzek ,  elazny most i dachy

opuszczonej fabryki. Fabryki, która skrywa a w swym wn trzu tajemniczy podziemny
zamek. Dzieci sz y do Pustelni, zataczaj c si  pod silnymi podmuchami zimnego i
ostrego wiatru. W pewnej chwili Odd opar  si  o skrzynk  na listy i westchn .

- Nie dam ju  rady. Jestem g odny, jest mi zimno i zasypiam na stoj co.
- Jest ju  blisko, Odd! Pi  minut i jeste my w domu.
- Nie mog  si  doczeka ,  eby wle  pod ko dr ...
Jeremy potrz sn  g ow .
-  adnej ko dry. Jest dopiero wpó  do szóstej, do lekcji mamy trzy godziny.
- No i?
- Zapomnieli cie ju  o panu Broulecie? I o zamurowanym pokoju?
- Nie chcecie chyba szuka  go... teraz…
- Czuj ,  e to ta noc, Odd - przerwa a Aelita. - Ostatnia noc naszych ferii.
W ko cu doszli do Pustelni i czekali, marzn c, pod gankiem, a  Aelita otworzy

drzwi. W willi by o jeszcze w miar  ciep o, mimo  e wy czyli ogrzewanie, kiedy
wychodzili z apa  poci g.

- Jasne,  e nie ma co gada  o spaniu - narzeka  Odd. - Inaczej rano obudzimy si

jako sopelki. Ale co  zje  chyba mo na? Kto  ma ochot  na ma  przek sk ?

Wszyscy mieli. Ulrich w czy  piec centralnego ogrzewania i ustawi  go na

maksimum. Potem ca a pi tka posz a do kuchni. Zosta  jeszcze chleb z obiadu, troch
omletu, sery i czekolada, mas o orzechowe. Wzi li si  ochoczo do roboty i w kilka minut
potem wszyscy zgodnie ruszali szcz kami..

background image

- Je li chodzi o zamurowany pokój - powiedzia  na koniec Jeremy - to

pomy la em sobie,  e musimy si  podzieli . Odd, Yumi i Ulrich, wy ostukacie wszystkie

ciany,  eby sprawdzi , czy gdzie  si  nie odezwie pustka. Ja i Aelita przeszukamy na

nowo strych. Je li pan Hopper naprawd  zostawi  t  map , to tylko Aelita mo e j
znale .

- Okej - przytakn  Ulrich. - Kto co  znajdzie, zawiadamia reszt .
Podczas gdy pozostali obszukiwali  ciany kawa ek po kawa ku, Jeremy zaj  si

biblioteczk  na strychu. Zdj  ksi ki z najwy szej pó ki i po

 je na pod odze, a

potem zacz  je uwa nie kartkowa . Aelita kr

a po pokoju. Nagle wskaza a na

zniszczon  skórzan  walizk , która le

a na jednym z rega ów, i powiedzia a ironicznie:

- Naprawd  jest tu wszystkiego po trochu. Nawet zestaw ma ego chemika, który

ma przynajmniej dwadzie cia lat!

Usiad a na pod odze obok przyjaciela i zacz a razem z nim przegl da  ksi ki.
- Jeremy, jaki by  mój ojciec? - zapyta a w pewnym momencie.
- Nie zna em go przecie  osobi cie.
- Ale pisa  do ciebie.
- Owszem.
- I pracowali cie razem.
- Przez krótki czas, nad programem, który zniszczy  Xan . Nigdy bym nie da

rady bez niego - Jeremy si  zawaha . - By  najwi kszym geniuszem, jakiego mo na sobie
wyobrazi . I naprawd  bardzo ci  kocha .

Kontynuowali prac  w milczeniu, sko czyli bada  ksi ki i zacz li przegl da

pisma. Nie znale li jeszcze nic przydatnego:  adnej notatki na marginesie,  adnego
znaku,  adnego bileciku w

onego mi dzy ok adk  a obwolut . Zupe nie nic. Z do u

schodów dobieg  g os Ulricha.

- Jeste cie tam? Sko czyli my ju ! Rezultaty zerowe, niestety.
- Tak samo tutaj! Chod cie nam pomóc! - zaproponowa  Jeremy.
Weszli na strych. Wszyscy mieli zm czone twarze, ale pracowali dalej i nikt nie

narzeka .

- Nic - westchn  w ko cu Odd.
- A ta kupa pism tam w g bi?
- Ju  j  przejrzeli my.
Profesor wykona

wietn  robot . Je li faktycznie zostawi  wskazówki, jak

znale  zamurowany pokój, to doskonale je ukry .

- Podejrzewamy,  e istnieje jaka  mapa - zastanawia  si  Ulrich. - Ale je liby

nawet istnia a, profesor Hopper móg  j  ukry  wsz dzie. W  cianie, któr  potem kaza
ponownie pomalowa , albo w meblu z podwójnym dnem...

- Nie wiem czemu - wtr ci a si  Aelita - ale jestem pewna,  e to w ksi ce. I je li

mia abym powiedzie , w jakiej, wybra abym t !

W r kach trzyma a Opowiadania Edgara Allana Poe.
- A dlaczego?
- Bo jest w niej co  znajomego. Mo e ojciec czyta  mi te bajki, gdy by am ma a?
Odd, który by  fanem takiej literatury, odpowiedzia :
- Nie wierz ! Poe pisa  powie ci grozy, niezbyt odpowiednie dla ma ej

dziewczynki. Ale czekaj, tam by o co  a propos tajemnic...

- Co?

background image

Odd wzi  ksi

 z r k Aelity i zacz  j  gwa townie kartkowa . Spojrza  na spis

tre ci, a potem otworzy  na odpowiedniej stronie.

- Dobrze pami ta em!
- Mo esz nam to wyt umaczy ? - sapn  zniecierpliwiony Ulrich.
- To jest to s ynne opowiadanie, Skradziony list, w którym bohater musi odnale

cenny list schowany w wielkim domu.

- Co  mi to przypomina.
- No: nas.
- I udaje mu si  chocia
-Tak, na koniec go znajduje... - za mia  si  Odd. - W skrzynce na listy!

Kapujecie? Policja szuka tego listu od wielu dni, ale jedyne miejsce, gdzie nikt nie
zajrza , jest najbardziej oczywiste!

- S dz ,  e to bzdura - powiedzia  sceptycznie Ulrich. Odd zamkn  ksi

,

zbieg  p dem pi tro ni ej, wyszed  do ogrodu, zajrza  szybko do skrzynki na listy i wróci
na strych.

- Okej. Fa szywy trop - oznajmi  rozczarowany. - Tam te  nic nie ma.
Ulrich wzniós  oczy do nieba.
- Nie mów! - powiedzia  ironicznie i dalej my la  na g os.
- Mo e narysowa  j  na kartce albo mo e w jednym ze swoich...
- Notesów! - doko czy a za niego Aelita. - Takich jak ten. Wyci gn a z kieszeni

insów notes, który wyj a Kiwiemu z pyska poprzedniego popo udnia, gdy po raz

pierwszy szperali na strychu. Wszystkie kartki by y bia e.

- Pusty - zauwa

 z rozczarowaniem Odd.

- Mo e profesor co  w nim napisa  atramentem sympatycznym.
- Nooo, na przyk ad sokiem z cytryny...
Na te s owa oczy Yumi zab ys y.
- Ej, czekajcie! - krzykn a. - Sok z cytryny nie jest jedynym  atwym do zrobienia

atramentem sympatycznym. Pan Hopper by  tak e profesorem od przedmiotów  cis ych,
a wi c zna  si  na chemii! Nie zdziwi abym si , gdyby u

elazocyjanku potasu. Je li

tak jest, wystarczy nam tylko azotan  elaza,  eby ods oni  sekretny zapis.

Wszyscy popatrzyli na ni  zdziwieni. Yumi nigdy nie by a mocna z chemii.

Skórzana walizka wci  le

a otwarta na pod odze. Wewn trz tkwi y probówki z

kolorowymi zwi zkami chemicznymi i aparaty destylacyjne. By a te  ma a instrukcja
obs ugi.

- Te rzeczy s  ju  troch  przeterminowane - zauwa

 Jeremy.

- Miejmy nadziej ,  e i tak zadzia aj .
Aelita wybra a probówk , otworzy a j  i chcia a wyla  zawarto  na pierwsz

stron  notesu. Do wn trza probówki musia a jednak dosta  si  wilgo , bo na kartk  spad
azotan  elaza w postaci bry y. Aelita zacz a kruszy  j  w palcach, delikatnie pocieraj c
papier 

tymi kryszta kami. I nagle zobaczy a niebieskie litery, napisane w po piechu

wiele lat wcze niej.

Moja male ka Aellto, mam nadziej ,  e to ty czytasz te s owa...
Aelita rozpozna a pismo ojca. Poczu a t sknot . Podnios a d

 do ust,

znieruchomia a i obserwowa a, jak o ywaj  napisane dla niej s owa.

Zejd  do piwnicy Pustelni i dojd  do ch odni. Kiedy j  ju  zobaczysz...

background image

Dr c z przej cia, Aelita zacz a smarowa  kolejne strony azotanem  elaza.

Pojawi a si  mapa Pustelni razem ze wskazówkami, jak doj  do zamurowanego pokoju
za ch odni .

- By em pewien,  e to w

nie tam! - za artowa  Odd.

Profesor zapisa  tylko cztery strony.
Na ko cu czwartej pojawi o si  krótkie zdanie: Kocham Ci .
I podpis: Tata.
Nast pne strony by y ju  czyste. Odd zerwa  si  na nogi.
- Kto ostatni w piwnicy, zmywa talerze! - wrzasn  i rzuci  si  w dó  po schodach.
Ch odnia nie mia a okien. By o to zwyk e prostok tne pomieszczenie o grubych

cianach, w którym znajdowa y si  dwa rz dy niskich pó ek. Wyloty w suficie s

y do

ch odzenia powietrza. Na  cianach stercza y wielkie haki na w dliny, teraz pokryte
paj czynami. Aelita otworzy a znowu notes ojca i czyta a wskazówki, które jej zostawi :

-  „Ustaw  si   plecami  do  drzwi  i  znajd   trzeci  hak  na  lewej   cianie,  licz c  od

wn trza ch odni”.

- To tamten! - pokaza  Ulrich.
- „Poci gnij go do siebie”.
Ulrich wspi  si  na pó ki i uczepi  si  haka. Us yszeli g

ne brz k i hak z

trzaskiem obni

 si  o kilka centymetrów.

- „Znajd  czwart  pó

 na dole po prawej i podnie  j ”.

Odd popchn  metalowy wspornik w stron

ciany. Co  chrupn o.

- „Zamknij drzwi pomieszczenia. Otwórz je znowu i zamknij”.
- Zrobione - oznajmi  Jeremy.
- „Na koniec poci gnij znowu za hak”.
Tym razem oprócz trzasku us yszeli zgrzyt i na  cianie w g bi otworzy y si

drzwi tak niskie i w skie,  e mo na by o przez nie przej  tylko na czworakach. Z drugiej
strony przej cia, w pokoju, który by  zamkni ty przez dziesi  lat, zapali o si

wiat o.

Dzieci wesz y kolejno: najpierw Aelita, potem Jeremy, Odd, Ulrich i wreszcie Yumi.
Znale li si  w zwyk ym pokoju o bia ych  cianach, które wygl da y, jakby je dopiero co
otynkowano. Ze  rodka sufitu zwisa  kabel elektryczny zako czony lampk , która s abo
migota a. Sta  tam wygodny tapczan z ciemnej skóry, a na wprost niego ma a szafka z
telewizorem i odtwarzaczem wideo. By y to stare modele. Kineskop telewizora prawie
dotyka

ciany, a ekran by  wypuk y.

- Ale odjazd! - krzykn  Odd. - To co  jest jeszcze na kasety! Zabytek!
Jeremy u miechn  si .
-Ten pokój zosta  zamkni ty, zanim wynaleziono czytniki DVD.
- Nie kapuj  tylko, po co profesor robi  sobie tyle k opotów i wzywa  firm

budowlan ,  eby schowa  tapczan i telewizor - skomentowa  Ulrich.

- Mo e  ona nie pozwala a ogl da  mu meczów pi ki no nej?
Zignorowali uwag  Odda. Pami tali, jak samotna jest Aelita.
Usadowili si  na tapczanie, Ulrich i Odd na por czach, bo brakowa o miejsca.

Potem Jeremy zacz  walczy  z odtwarzaczem wideo.

- W  rodku jest kaseta. Dajcie mi chwil .
Nagle w czy  si  telewizor. Najpierw pokaza  si  zwyk y szary obraz

oznaczaj cy brak sygna u. Potem odtwarzacz uruchomi  si  ze zgrzytem i ekran zrobi  si
czarny. Jeremy podkr ci  d wi k i usiad  na tapczanie z pozosta ymi.

background image

- Cokolwiek to jest, zaczyna si .
Z g

ników starego telewizora pop yn y s odkie d wi ki fortepianu. Stare,

po

e zdj cia ukazywa y si  powoli w rytm muzyki. Aelita w wieku dwóch lub trzech

lat, drepcz ca po ogrodzie ko o domku w górach. Domek mia  czarny dach. Na trawniku
sta  rowerek o trzech kó kach. Aelita w obj ciach pi knej pani o niebieskich oczach i
rozpuszczonych, rudych w osach, takich samych jak w osy dziecka. Pani mia a na sobie
krótk , twarzow  sukienk  w kwiatki.

- Mama - wyszepta a dziewczynka zd awionym z emocji g osem.
Obrazy wy wietla y si  dalej. Jeszcze raz matka Aelity, teraz w eleganckiej sukni

wieczorowej i na wysokich obcasach. Na szyi mia a sznur pere , które b yszcza y na jej
jasnej skórze. Znowu ona, w obj ciach profesora Hoppera, obydwoje w fartuchach
laboratoryjnych. U miechni ty profesor Hopper z twarz  cz ciowo zakryt  g st , czarn
brod . A potem, bez uprzedzenia, z g

ników dobieg  d wi czny g os profesora, który

na

 si  na muzyk . W tym czasie na ekranie ukazywa y si  nowe zdj cia: Aelita przy

fortepianie, Aelita ze swoj  ulubion  maskotk , u miechni ty pan Hopper przy grillu.

- Moja male ka Aelito! Mam nadziej ,  e to ty ogl dasz ten film. Ukry em go

starannie. Wiedzia em,  e twoje zami owanie do sztuczek chemicznych i niezapisanych
notesów zaprowadzi ci  tutaj. Mam nadziej ,  e znam ci  na tyle,  eby si  nie myli .

Sko czy y  si   zdj cia,  a  na  ich  miejsce  ukaza   si   profesor.  Siedzia   na  tym

samym tapczanie, co teraz dzieci. Mia  na sobie koszul  w krat . By  wyprostowany, r ce
trzyma  skrzy owane na brzuchu. Jego powieki, widoczne za grubymi szk ami okularów,
by y opuchni te ze zm czenia.

- Je li ogl dasz ten film, to znaczy,  e nie posz o mi dobrze. Z

em sobie

przysi

,   e  je li  wróc   do  Pustelni,  gdy  si   sko czy  ta  przygoda,  sam  wejd   do  tego

pokoju i spal  t  kaset . Je li tak si  nie sta o, to znaczy,  e mnie ju  nie ma. Przykro mi.

 za tob  t skni , mój ma y uszatku. A zdj cia na pocz tku tego filmu to prezent ode

mnie,  eby  nie czu a si  samotna.

Jeremy odwróci  si  w stron  Aelity: patrzy a w ekran jak zahipnotyzowana.
- Tymczasem my

,  e jestem ci winny wyja nienie. Kiedy si  urodzi

, nosi em

jeszcze moje prawdziwe nazwisko - nie Franz Hopper, tylko Waldo Schaeffer. W tym
czasie ja i Anthea, moja  ona, a twoja matka, pracowali my w Szwajcarii nad  ci le
tajnym projektem, który mia  kryptonim „Kartagina”. W momencie, gdy nasze badania
by y ju  bardzo zaawansowane, zrozumieli my,  e zostan  one wykorzystane, by
kontrolowa  ludzko . Dlatego postanowili my si  ukry . Ale nie uda o si  nam. Twoja
matka zosta a porwana. Nie wiem, gdzie j  trzymaj , ale jestem pewien,  e jeszcze  yje.
Mam nadziej ,  e czuje si  dobrze. Ile  ja si  jej naszuka em! Zrobi em wszystko, co w
mojej mocy,  eby j  odnale . Ale musia em te  chroni  ciebie. Ukry em si  w tym
mie cie i zacz em uczy  w Kadic, pos uguj c si  fa szywym nazwiskiem. Tutaj
stworzy em Lyoko, wykorzystuj c te same programy, które opracowa em razem z twoj
matk  przy projekcie Kartagina. Chcia em,  eby Lyoko chroni o nas przed u yciem
Kartaginy do z ych celów. Ale po pewnym czasie oni znale li mnie jednak tak e i tutaj.
A kiedy przyjechali, musia em si  przygotowa  do nowej ucieczki. Próbowali ci  z apa  i
zranili ci . Bardzo powa nie zranili. Kula rozora a ci g ow . Mog

 umrze .

Aelita powoli podnios a dr

 r

. Pod w osami mia a szerok  blizn .

background image

- By  tylko jeden sposób,  eby ci  wyleczy . A je li teraz mnie s uchasz, wiesz

ju , jaki. Kiedy wy cz  przycisk nagrywania, wezm  ci  ze sob  do Lyoko. W
bezpieczne miejsce.  eby ci  wyleczy . Bardzo si  boj , Aelito. Xana...

Zak ócenia przerwa y reszt  zdania i obraz na ekranie chwia  si  chwil .
- ...Je li teraz mnie s uchasz, prawdopodobnie nie posz o mi tak, jak powinno. A

wi c musisz zniszczy  superkomputer i wszystko, co si  znajduje w starej fabryce.

- My te  na to wpadli my... - mrukn  Odd.
- Musisz go zniszczy ,  eby nikt nie móg  go znale  i wykorzysta . To nie

wynalazki stanowi  problem, tylko ludzie. Ludzie s  niebezpieczni, Aelito. Ludzie s

li.

Profesor Hopper na ekranie wytar  chustk  oczy. G os mu dr

 ze wzruszenia i

gniewu. Potem ci gn  dalej:

- A teraz druga rzecz, o któr  musz  ci  prosi : otwórz szafk  pod telewizorem.

Znajdziesz w niej drewnian  skrzyneczk . W niej jest medalion na 

cuszku. To jest

prezent, który da a mi twoja matka, a ja da em jej identyczny. Zachowaj go jako
najcenniejsz  rzecz, jak  masz. I znajd  swoj  matk , Aelito. Wiem,  e to trudne i
niebezpieczne zadanie, córeczko, ale jeste  dzielna i znajdzie si  kto , kto ci pomo e, tak
jak mnie pomóg . W

nie dlatego mo esz poprosi  o pomoc...

Zak ócenia zag uszy y s owo, film przeskoczy  o kilka sekund do przodu.
- ...ern. Zwró  si  do nich, je li b dziesz w potrzebie. A kiedy znów obejmiesz

mam , uca uj j  ode mnie.

Film przeskoczy  dalej z powodu nowego zak ócenia. Ta ma musia a si

uszkodzi  w ci gu tylu lat. Jeremy spróbowa  powalczy  z odtwarzaczem, ale bez
rezultatu.

- Nic si  nie da zrobi  - westchn  ze smutkiem. - I tak to jest ju  koniec. Nie ma

nic wi cej.

Aelita wsta a w ciszy, podesz a do Jeremy’ego i odsun a go lekko. Potem

otworzy a ciemne drzwiczki szafki. Tak jak powiedzia  jej ojciec, w  rodku by a
drewniana skrzyneczka, niewiele wi ksza od jej d oni. Otworzy a j  i wyj a cienki z oty

cuszek, na którym wisia  medalion wielko ci du ej monety, tak b yszcz cy,  e Aelita

mog a si  w nim przejrze .

Na powierzchni medalionu wyryto dwie litery, W i A, a poni ej rysunek w

a

marynarskiego.

- Waldo i Anthea - szepn a dziewczynka, która teraz zna a ju  prawdziwe imi

swojego ojca.

- Zwi zani ze sob  - doda  Jeremy.
- Tak. Razem na zawsze.

background image

19

EVA SKINNER
(STANY ZJEDNOCZONE, KALIFORNIA, 1. STYCZNIA)

Pierwszy samolot do Francji startowa  o szóstej rano i g

niki zaprasza y

pasa erów,  eby szli w stron  bramek do wej cia do samolotu. Eva Skinner sz a przez

ugie korytarze, ci gn c za sob  sztywn  walizk  na kó kach, która s

a jej za

podr czny baga . Zmieni a strój i teraz mia a na sobie obcis e d insy i kolorow  bluzk .

miecha a si . My la a,  e ludzie s  naprawd  skomplikowani.  eby polecie  z

Ameryki do Francji, trzeba by o kupi  bilet, potrzebowa a te  wizy i specjalnego
pozwolenia, bo by a „niepe noletnia” i „nie pod opiek  osoby doros ej”. Musia a zdoby
baga e. Ubrania. A jak ju  dotrze do Francji, b dzie musia a jeszcze dojecha  do miasta,
w którym znajdowa o si  gimnazjum. Nie le. Wolny czas w samolocie wykorzysta,  eby
po czy  si  z Internetem i przygotowa  swój przyjazd: jutro dyrektor b dzie na ni
czeka  z otwartymi ramionami. Nowa uczennica ze Stanów Zjednoczonych, która jest na
wymianie szkolnej. Eva min a ogromne sklepy wolnoc owe. Popatrzy a na monitory,
szukaj c swojej bramki. Numer 27. Musia a i  za oznakowaniami i pospieszy  si ,
ludzie zacz li ju  wsiada  do samolotu. Stewardesa u miechn a si  do niej. By a to mi a
dziewczyna w  miesznym berecie pod kolor stonowanego kostiumu linii lotniczych.

- Nazwisko?
- Eva Skinner.
- Chwileczk  - wystuka a co  na komputerze i u miechn a si  znowu. -

Rezerwacja w pierwszej klasie. Bez opieki osoby doros ej. Dobrze. Mog  zobaczy
dokumenty i zgod  twoich rodziców?

Eva poda a kobiecie ulotk  z sieci fast foodu, któr  troch  wcze niej znalaz a na

ziemi: cheeseburger w promocji za jedynego dolara i dwadzie cia pi  centów,
upominek, menu dla dzieci. Wr czaj c stewardesie ulotk , Eva musn a jej d ugie,
zadbane palce. Kobieta otworzy a ulotk , na której znajdowa o si  wielkie, kolorowe
zdj cie kanapki.

- Wszystko w porz dku. Moja kole anka na pok adzie poka e ci miejsce.
Eva skin a g ow  i razem z innymi pasa erami uda a si  do d ugiego metalowego

kawa, którym przesz a do samolotu. Pierwsza klasa by a prawie pusta. Niedaleko Evy,

po drugiej stronie korytarzyka, siedzia o dwoje innych pasa erów - pani w czarnej sukni,
skupiona nad swoim laptopem, oraz m czyzna w  rednim wieku, który zasn  jeszcze
przed startem, a teraz  lini  si  na swój krawat za pi set dolarów.

- Wszystko w porz dku, panno Skinner? - zapyta a inna u miechni ta stewardesa,

która mia a taki sam kostium jak poprzedniczka. - Mo na rozpi  pasy, wystartowali my.
Czy poda  co  do picia?

- To samo co temu panu - odpowiedzia a Eva, wskazuj c na drzemi cego

czyzn .

- Koniak? Oj, chyba jednak nie. Mo e lepiej sok owocowy?
- Tak. Prosz .
Stewardesa, ko ysz c biodrami, sz a wzd

 korytarza. Wygl da a na uradowan ,

e jest u yteczna. Za t  u yteczno  jej przecie  p acili. Fotele w pierwszej klasie by y

wielkie i wygodne. Mo e teraz zasn

? Nie trzeba si  b dzie martwi , co kaza  robi

background image

cia u Evy Skinner. Xana b dzie móg  spokojnie pomy le . A mia  niema o do
przemy lenia: na przyk ad jak zaprzyja ni  si  z dzie mi i zdoby  ich zaufanie. A przede
wszystkim - jak je zabi .

background image

20

PIERWSZY DZIE  SZKO Y
(FRANCJA, MIAST  ELAZNEJ WIE Y 1. STYCZNIA)

Yumi, Jeremy, Odd, Aelita i Ulrich przybyli przed bram  wej ciow  Kadic

spó nieni dziesi  minut. Na koniec, po wyj ciu z tajnego pokoju, zasn li. Ale godzin
pó niej zadzwoni  budzik. I ju  tu s , zadyszani i z oczami piek cymi po nieprzespanej
nocy.

- Zaczynamy wi c! - oznajmi  uroczy cie Odd.
- My mamy dwie godziny chemii - oznajmi  Jeremy, patrz c na zegarek.
- Ja histori  - doda a Yumi. - I powinnam si  ruszy , psorka ju  pewnie wesz a do

klasy.

- Zwariowali cie! - oburzy  si  Odd. - Mia em na my li... zaczynamy z Pustelni  i

Lyoko?

- Jasne - przytakn  Jeremy. - B dziemy szuka  matki Aelity. Ale superkomputer

zostawimy wy czony.

Aelita mia a na szyi medalion ojca.
-  Ale  przynajmniej  mamy  na  to  wszystko  mas   czasu,  co  nie?  -  u miechn   si

Ulrich.

Yumi prze

a plecak z ksi kami na drugie rami .

- Za to historzyca nie lubi czeka . Musz  spada .
- To do zobaczenia na obiedzie w sto ówce.
- Dobra. No to udanego pierwszego dnia i ca ej reszty semestru - odpowiedzia a,

wchodz c przez bram  jako pierwsza.

By  10 stycznia i wreszcie przesta  pada

nieg. S abe  wiat o s oneczne

wietla o posypane sol  ulice. W alei wjazdowej Kadic by o wiele  ladów sportowych

butów. Pi tka dzieci, którym strasznie chcia o si  spa , pobieg a oblodzon

cie

.

Mimo wszystko byli szcz liwi,  e s  wci  razem. Na wprost nich sta  g ówny budynek
gimnazjum. Wygl d mia  surowy, ale ani troch  gro ny - zimowe s

ce odbija o si  w

szybach okien, a wielkie drzwi by y otwarte. Jednym susem przyjaciele wbiegli na
schody.

background image

SPIS TRE CI

1. Motyl na dnie morza 7

2. Pusty dom 13

3. Erik Mc Kinsky 29

4. Podziemny Zamek 37

5. Sen Mai 61

6. Nie jestem istot  ludzk  91

7. John F. Bullenberg 109

8. Czekolada, ksi ki i tajne przej cia 117

9. Eva Skinner 129

10. Sekrety Pustelni 135

11. Eva Skinner 143

12. Tajemnica budowniczych 149

13. Eva Skinner 159

14. Nieplanowana podró  163

15. Eva Skinner 179

background image

16. K opoty z policj  185

17. Ból g owy 203

18. Tajny pokój 231

19. Eva Skinner 249

20. Pierwszy dzie  szko y 253