background image

Edmund Cooper

Zdobywca przestworzy

(The Cloud Walker)

Przełożyła Blanka Kuczborska

background image

„W   latach   1811-1812   luddyści   niszczyli   maszyny   trykotarskie,   parowe   krosna 

mechaniczne i postrzygarki w hrabstwach Nottingham, Derby, Leicester i York; ich ruch 
odrodził się jeszcze w roku 1916. Nazwa luddyści pochodzi od imienia Ned Ludd – był 
to niedorozwinięty chłopiec z hrabstwa Leicester, który nie mogąc jakoby złapać jednego 
ze swoich dręczycieli, w napadzie szału rozbił młotkiem maszynę włókienniczą (1779)”.

Everyman’s Encyclopedia,

1958

background image

Część pierwsza

Uwiązany do ziemi

background image
background image

Rozdział pierwszy

Kiedy   Kieron   miał   osiem   lat,   zachęcano   go,   żeby   spędzał   jak   najwięcej   czasu 

w towarzystwie swojej narzeczonej, Petriny. Później, gdy minie wiek niewinności, nie 
wolno   im   już   będzie   przebywać   sam   na   sam   aż   do   chwili,   gdy   Kieron   osiągnie 
pełnoletność,   wyzwoli   się   z terminu   i będzie   w stanie   wywiązać   się   ze   swoich 
kontraktowych obowiązków.

Kieron terminował u malarza Hobarta. Już teraz czyścił pędzle, pomagał naciągać 

płótna i ucierać barwniki. Gdy skończy dziesięć lat, zamieszka u Hobarta i będzie przez 
cały   czas   do   dyspozycji   mistrza.   Chłopiec   oczekiwał   tego   z podnieceniem,   ale 
i z niepokojem.   Korciło   go,   żeby   poznać   sekrety   malarstwa,   prawa   perspektywy, 
harmonii   i właściwych   proporcji,   ale   tak   naprawdę   w głębi   serca   nie   chciał   być 
malarzem. Chciał latać. Latać w powietrzu jak ptaki. A to poczytywano za herezję.

Był już dość duży, aby rozumieć, co to znaczy, ale za mały, aby się bać. Nauczyciel, 

który   go   uczył,   i nedyta,   który   dbał   o jego   rozwój   duchowy,   włożyli   dużo   wysiłku 
w podkreślanie diabelskiej natury niedozwolonych urządzeń mechanicznych. Nie wpoili 
jednak   Kieronowi   należnego   lęku   przed   maszynami   –   a tylko   skrytą   fascynację.   Już 
w wieku   pięciu   lat   wiedział,   że   pewnego   dnia   będzie   musiał   zbudować   zakazaną 
maszynę, żeby móc latać jak ptak.

Petrina była miła – jak na dziewczynę. Jej ojcem był kowal Sholto. Ponieważ Kieron 

był z nią zaręczony, miał prawo obserwować Sholta przy pracy. Był to wielki przywilej. 
Chłopiec zdawał sobie sprawę, że kiedyś on sam będzie musiał umieć obrabiać metal. 
Będzie musiał to umieć, żeby wykuć niezbędne części do latającej maszyny. Zadawał 
Sholtowi   wiele   pytań.   Kowal,   wielki   łagodny   mężczyzna,   który   czerpał   prawdziwą 
przyjemność ze swojej pracy, nie widział nic złego w rozmowie z malcem – zwłaszcza że 
był   on   związany   kontraktem   ślubnym   z jego   córką   –   i nie   uważał   tego   za   łamanie 
przysięgi milczenia złożonej przed Cechem Kowali. Niebawem Kieron posiadł zaczątki 
wiedzy o tym, jak hartować stal, nitować blachę, wyklepywać szyszaki, klamry, dzidy, 
lemiesze.

– Chłopcze – mawiał dobrodusznie Sholto – wałkoń z ciebie, i tyle. Ołówek i pędzel 

powinny ci być w głowie, a nie klepanie blachy. Idź teraz i zajmij się szkicowaniem, bo 
inaczej mistrz Hobart przetrzepie ci skórę.

Kieron był sprytny. Wiedział, kiedy kowal żartuje, a kiedy mówi poważnie; wiedział 

także, iż nie byłoby roztropnie chwalić się coraz to większą wiedzą o obróbce metali 

background image

przed kimkolwiek, a zwłaszcza przed własnym ojcem.

Dni   dzieciństwa   są   zarazem   długie   i krótkie.   Kieron   wstawał   z rodzicami 

o pierwszym   brzasku   i jak   oni   wykonywał   codzienne   czynności,   konieczne   przed 
podjęciem   właściwej   pracy.   Zbierał   z warsztatu   ojca   wióry   i odpadki   drewna   na 
podpałkę, matka przynosiła wodę ze studni i nastawiała owsiankę, a ojciec wychodził coś 
upolować   lub   ściąć   drzewo   na   deski.   Kiedy   słońce   do   połowy   wynurzało   się   na 
wschodnim krańcu świata, rodzina zasiadała razem do śniadania. Zawsze składało się 
ono   z owsianki,   chleba   i tłuszczu,   czasem   dochodziły   jajka   i bekon   w zależności   od 
zasobów gospodarstwa.

Po śniadaniu Kieron wraz z gromadą innych  dzieci ze wzgórz senioratu szedł do 

nauczyciela na godzinną lekcję. Potem każdy z chłopców udawał się do domu swojego 
mistrza i służył mu do południa jako terminator.

Kieron miał więcej szczęścia niż inni. Hobartowi dobrze się wiodło dzięki uznaniu, 

jakie   znalazł   w oczach   Fitzalana,   władcy   senioratu   Arundel.   Artysta   był   dobrym 
portrecistą, a Fitzalan z Arundel próżnym mężczyzną mającym próżną żonę i trzy próżne 
córki. Wciąż nie tracił nadziei na syna, ale już same córki wystarczały, aby malarz miał 
pełne ręce roboty.

Hobart mógł sobie pozwolić na pobłażliwość wobec Kierona i przymykanie oczu na 

jego eksperymenty z węglem drzewnym i cennym papierem. Sam nigdy się nie ożenił.

A teraz bogaty, siwowłosy i samotny widział w Kieronie syna, którego mógłby mieć 

w swoim czasie. Toteż folgował chłopcu i rzadko go beształ. Dostrzegał u niego talent, 
jeśli   chodzi   o kreskę,   ale   brak   mu   było   na  razie   wyczucia   koloru.  No   cóż,   może   to 
przyjdzie  później... Hobart lubił  wyobrażać  sobie,  że kiedyś  obrazy Kierona zawisną 
obok   jego   własnych   w wielkim   hallu   zamku,   czekając,   aż   osiądzie   na   nich   kurz 
i dostojeństwo wieków...

Dni   dzieciństwa   są   zarazem   długie   i krótkie.   Popołudnia   po   wypełnieniu 

obowiązków wobec mistrza Hobarta Kieron miał wolne. Taka wolność była luksusem, 
który   skończy   się   w wieku   dziesięciu   lat,   gdy   zostanie   pełnoprawnym   terminatorem. 
A potem – dobrze o tym wiedział – wolność robienia co się chce skończy się raz na 
zawsze. Chyba że uda mu się zmienić los, który mu wybrano. Był dość młody,  aby 
wierzyć,  że to możliwe,  lecz i dość dojrzały,  aby zdawać sobie sprawę, że musiałby 
przeciwstawić się odwiecznej – niemal świętej – tradycji.

W letnie popołudnia chodził z Petrina do lasu na wzgórzach, które wznosiły się jak 

zbudowana przez człowieka zapora dziesięć czy dwanaście kilometrów od morza. Tam, 
na terenie należącym do jeleni, bażantów i zajęcy, budowali swój baśniowy świat.

Petrina była wielkooką, nerwową dziewczynką o płowych włosach koloru przejrzałej 

background image

pszenicy. Pewnego dnia Kieron zostanie jej mężem, ojcem jej dzieci i dlatego chciała 
dobrze go poznać. Wiedziała już, że ma on jakieś tajemne marzenie, ale nie miała pojęcia 
jakie.

Pewnego upalnego dnia trochę przypadkiem, a trochę celowo, dowiedziała się, co 

Kieron chciałby najbardziej na świecie robić.

Zmęczyli   się   chodzeniem   po   drzewach,   uganianiem   za   zwierzyną,   zbieraniem 

polnych   kwiatów   i teraz   odpoczywali   na   miękkiej,   olśniewająco   zielonej   trawie   pod 
rosłym bukiem, patrząc przez liście na niebo.

–   Kiedy   już   zostaniesz   wielkim   malarzem   –   powiedziała   Petrina   –   będę   mogła 

kupować   sobie   piękne   materiały   i szyć   suknie,   których   mi   pozazdroszczą   wszystkie 
kobiety w senioracie.

– Nigdy nie zostanę wielkim malarzem – odparł Kieron bez żalu.
–   Terminujesz   u mistrza   Hobarta,   a on   jest   wielkim   malarzem.   Zdobędziesz   jego 

umiejętności i dodasz do nich swoje własne.

– Nigdy nie będę tak wielki jak mistrz Hobart. On poświęcił temu całe życie. Ja nie 

poświęcę.

– Dlaczego?
– Ponieważ chcę robić coś innego.
– Nie możesz robić nic innego, Kieronie. Terminujesz u mistrza Hobarta, a ze mną 

jesteś związany kontraktem ślubnym. Takie jest twoje przeznaczenie.

–   Takie   jest   twoje   przeznaczenie   –   przedrzeźniał   ją   Kieron.   –   Głupie   gadanie. 

Gadanie małej dziewczynki. Chcę latać.

– Nie chcesz mnie poślubić?
– Chcę latać.
Petrina westchnęła.
–   Mamy   się   pobrać.   I pobierzemy   się.   Ty   będziesz   wielkim   mistrzem   w swojej 

sztuce.   I będziemy   mieli   troje   dzieci.   A twój   największy   obraz   będzie   przedstawiał 
straszną rybę, która miota ogniem na ludzi. To wszystko zostało przepowiedziane. I nic 
na to nie poradzisz.

Kieron był zaintrygowany.
– To zostało przepowiedziane?
Petrina uśmiechnęła się.
–   W zeszłym   roku   sprowadzono   na   zamek   astrologa   Marcusa   z Londynu.   Senior 

Fitzalan chciał wiedzieć, czy jego żona urodzi mu jeszcze syna.

– No i co?
– Mojego ojca wezwano, aby zreperował łożysko w statywie lunety. Matka zamiast 

background image

zapłaty uprosiła Marcusa o twój horoskop... Jak widzisz, Kieronie, przyszłość jest jasna. 
Ty będziesz mistrzem w swoim fachu, a ja urodzę troje dzieci... Posłuchaj, jak pszczoły 
brzęczą! Tańczą jak oszalałe. Chodźmy za nimi, to o zmierzchu będziemy mogli wrócić 
po miód.

– Do diabła z pszczołami! – wybuchł Kieron. – Do diabła z astrologiem Marcusem! 

Sam będę decydował o swojej przyszłości. Skończę praktykę u mistrza Hobarta. Teraz 
nie   mogę   temu   zaradzić.   Poza   tym   to   dobry   człowiek,   lepszy   pan   niż   inni.   I lubię 
rysować. Ale kiedy dorosnę, wszystko się zmieni. Sam będę swoim panem. Sam będę 
decydował o swojej przyszłości. I nauczę się latać.

– Czy myślisz, że wyrosną ci skrzydła?
– Zbuduję maszyną latającą.
Petrina zbladła.
– Maszynę latającą, Kieronie, uważaj. Ze mną możesz mówić o takich rzeczach, ja 

będę twoją żoną, urodzę ci dzieci. Ale nie mów o latających maszynach z nikim innym, 
zwłaszcza z nauczycielem czy naszym nedytą.

Kieron ścisnął jej dłoń, położył się na trawie i patrzył w górę przez liście buka.
–   Nie   jestem   głupcem   –   powiedział.   –   Nauczyciel,   podobnie   jak   i nedyta,   jest 

niewolnikiem   zasad   i obyczajów.   Ale   to   tylko   niedołężny   staruszek,   podczas   gdy 
nedyta...

– Podczas gdy nedyta może cię posłać na stos – przerwała ostro Petrina.
– Nie palą już teraz dzieci. Powinnaś o tym wiedzieć.
– Ale palą dorosłych. A ty kiedyś będziesz dorosły. Dwie wiosny temu spalił farmera 

z Chichester za wynalezienie maszyny do żęcia pszenicy... Kieron, zrób to dla mnie i nie 
myśl już o latających maszynach. Takie myśli są zbyt niebezpieczne.

Kieron westchnął głęboko.
– Wszystko co ciekawe jest niebezpieczne... Spójrz przez te liście na niebo. Takie 

błękitne, takie piękne. Czy kiedy płyną po nim białe chmurki, nie masz ochoty sięgnąć 
w górę i dotknąć ich? Są jak wyspy, wielkie wyspy na niebie. Któregoś dnia pożegluję 
między tymi wyspami. Któregoś dnia wyciągnę rękę i dotknę przepływającej chmurki.

Petrina zadrżała.
– Aż mi się zimno robi od tych szalonych słów.
Mnie też. Pierwsza Generacja ludzi miała latające maszyny, Petrino. Srebrne ptaki, 

które   ryczały   jak   smoki   i mknęły   wysoko   ponad   chmurami.   Nauczyciel   nam   mówił. 
Nawet nedyta temu nie zaprzecza. To historia.

– Pierwsza Generacja sprowadziła na siebie zagładę – odparowała Petrina.
Tak   jak   i Druga   Generacja   –   dodał   Kieron   spokojnie.   –   Oni   też   mieli   latające 

background image

maszyny, chociaż chyba nie tak dobre jak Pierwsza Generacja. To musiało być cudowne, 
szybować z wielką szybkością po niebie, patrzeć na ziemię i widzieć w dole ludzi jak 
mrówki.

– Ludzie to nie mrówki!
– Z dużej wysokości wszystko co żywe musi wyglądać jak mrówki.
– Pierwsza Generacja sprowadziła na siebie zagładę. Tak jak i Druga Generacja. To 

także jest historia. Nedyci mają rację. Maszyny to największe zło.

Kieron roześmiał się.
– Maszyny nie wiedzą co to dobro a co zło. Maszyny nie myślą. Myślą tylko ludzie.
–  Wobec  tego   –  rzekła   Petrina   –  źle  jest  myśleć   za  dużo.   Zwłaszcza   na  tematy 

niedozwolone.

Kieron naraz poczuł się dziwnie dojrzale, dziwnie opiekuńczo. Powiedział:
– Nie martw się, moja mała. Nie będę o tym myśleć za dużo. Zupełnie możliwe, że 

doczekasz   się   trójki   dzieci,   jak   to   przepowiedział   astrolog...   Widziałem   tu   niedaleko 
śliwę. Pójdziemy zobaczyć, czy ma jakieś dojrzałe śliwki.

Petrina zerwała się na nogi.
– A ja widziałam jabłoń. Jabłka na wyższych gałęziach są już czerwone.
Kieron uśmiechnął się.
– Jabłka i śliwki! Niech odpędzą od nas wszystkie złe myśli.
Trzymając się za ręce odeszli z polanki w złotą poświatę popołudniowego letniego 

słońca.

background image

Rozdział drugi

W dniu swoich dziesiątych urodzin Kieron zjadł pożegnalne śniadanie z całą powagą 

należną tej okazji. Później uścisnął rękę swojemu ojcu Gerardowi i raz jeszcze ucałował 
w oba policzki  Kristen, swoją matkę. Było  to pożegnanie jedynie  rytualne, ponieważ 
rodzina nadal będzie się często widywać. Ale oznaczało symboliczny koniec dzieciństwa 
Kierona. Odtąd nie będzie już nocował w domu rodziców.

Gerard przykazał mu:
– Synu, masz być pomocny mistrzowi Hobartowi w każdej potrzebie. On ci przekaże 

swoje umiejętności. W przyszłości twoje obrazy ozdobią ściany zamku. Może zawisną 
też w wielkich domach Londynu, Bristolu, Brum. A wtedy okaże się, że twoja matka i ja 
nie żyliśmy na próżno.

– Ojcze – odpowiedział Kieron, walcząc ze łzami, które bez żadnego wyraźnego 

powodu napłynęły mu do oczu – nauczę się od mistrza Hobarta wszystkiego, co zdołam. 
Postaram się was nie zawieść. Zastałbym stolarzem, jak ty, gdybyś sobie tego życzył. Ale 
ponieważ chciałeś, żebym robił podobizny, będę malował portrety, które nie przyniosą 
wstydu rodzicom Kierona, syna stolarza.

Kristen mocno go przytuliła i powiedziała:
– Masz tu trzy koszule, trzy podkoszulki i dwie pary getrów. Masz kożuch barani 

i mocne buty. Zapakowałam ci wszystko do skórzanego worka. Ubieraj się ciepło, synu, 
i jedz porządnie. Pamiętaj, że cię kochamy i będziemy śledzić twoje postępy.

Domyślił się, że i ona czuje się nieszczęśliwa. Nie wiedział dlaczego. To przecież 

miała być ważna i radosna chwila dla nich wszystkich.

– Niedługo się zobaczymy,  matko. – Uśmiechnął się, chcąc samemu sobie dodać 

otuchy.

– Tak, ale nie będziesz już spał w łóżku, które ojciec ci zrobił. Nie będziesz leżał na 

prześcieradle, które ci utkałam, i pod kołdrą, którą uszyłam, jak jeszcze ciebie nie było na 
świecie.

– Dość już, Kristen – powiedział Gerard. – Gotowiśmy się przez ciebie popłakać jak 

dzieci. – Spojrzał na żonę i zobaczył siwe pasma w jej włosach, zmarszczki na twarzy. 
Skończyła dwadzieścia osiem lat, ale nadal miała proste plecy i jędrne piersi. Dobrze się 
trzymała.

Kieron   wziął   worek   z sarniej   skóry.   Naraz   zrozumiał   całą   powagę   i uroczystość 

chwili.

– Do widzenia, ojcze, do widzenia, matko. Dziękuję, że daliście mi życie. Dziękuję, 

background image

że żywiliście mnie tyle lat. Niech was Ludd błogosławi.

Kristen uciekła z płaczem do kuchni. Gerard uniósł muskularną, owłosioną rękę do 

czoła, jak to często robił w warsztacie, i otarł pot, którego nie było.

– Niech cię Ludd ma w swojej opiece, synu. Idź teraz do mistrza Hobarta. Ja jestem 

najlepszym stolarzem w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, a ty będziesz najlepszym 
malarzem w promieniu tysiąca.

– Ojcze, ja chciałbym... – Kieron zamilkł. Już miał na końcu języka wyznanie: – Nie 

chcę być malarzem, chcę latać.

– Tak, Kieronie?
– Chciałbym okazać się ciebie godnym i przysporzyć ci chwały.
Gerard roześmiał się i żartobliwie poklepał go po plecach.
– Zmykaj już, sowizdrzale. Od dzisiaj będziesz miał lepsze jadło, niż my mogliśmy 

ci dać.

–   Wątpię,   żeby   mi   lepiej   smakowało.   –   Chciał   powiedzieć   coś   więcej.   O wiele 

więcej. Ale słowa utknęły mu w gardle. Kieron wyszedł z chaty i ruszył drogą wiodącą 
do Arundel. Nie obejrzał się za siebie, ale wiedział, że Gerard stoi w drzwiach i patrzy za 
nim. Nie obejrzał się, bo ogarnęła go nieprzeparta chęć, aby puścić się biegiem do ojca 
i wyznać mu, co naprawdę chciałby robić.

Był piękny październikowy ranek. Niebo było błękitne, ale nad niziną ciągnącą się 

ku morzu  wisiał  gruby  dywan  mgły.   Arundel  leżało  pod  tym   dywanem,   lecz  zamek 
o szarych murach, wilgotnych od rosy i lśniących w porannym świetle, stał na wzgórzu 
górując nad mgłą. Czarodziejski zamek, błyszczący, tajemniczy, pełen niewidzialnej siły.

Kieron przypomniał sobie powiedzenie: „Ci, którzy żyją w cieniu zamku, wzbogacą 

się lub spłoną”. Mistrz Hobart miał dom pod samymi blankami. Należał do tych, co się 
wzbogacili, i Kieron miał nadzieję, że i jego spotka podobny los. Tylko głupiec mógłby 
ryzykować pójście na stos. Tylko głupiec mógłby chcieć zbudować latającą maszynę.

Wysoko   na   niebie   szybował   wdzięcznie   myszołów.   Kieron   położył   worek 

i obserwował ptaka. Jakże lekko się porusza, jaką ma nieograniczoną wolność. Zazdrościł 
mu. Zazdrościł mu tej swobody i lekkości w powietrzu.

– Któregoś dnia, myszołowie – powiedział Kieron – będę tam w górze razem z tobą. 

Będę   wyżej   niż   ty.   Będę   patrzył   na   ciebie   z góry.   Zobaczysz,   że   człowiek   znów 
zdobędzie przestworza.

Na razie jednak nie był to odpowiedni moment, żeby wygłaszać mowy, których nikt 

nie słucha, tym bardziej zaś mowy, których nikt nie powinien słyszeć. Mistrz Hobart 
z pewnością już na niego czeka i niecierpliwi się. Kieron schylił się po worek.

Zobaczył  przekwitnięty dmuchawiec. Łodyżkę  z główką pełną nasion. Zerwał go, 

background image

podniósł do ust i dmuchnął. Nasionka poszybowały w spokojnym porannym powietrzu, 
podtrzymywane cienkimi jak pajęczyna nitkami, które nie dawały im opaść na ziemię.

Kieron patrzył  na to zafascynowany.  Kilka ziarenek, porwanych prądem ciepłego 

powietrza,   wzniosło   się   wysoko   i zniknęło   w promieniach   porannego   słońca.   Nawet 
nasionka   dmuchawca   mogły   tańczyć   w powietrzu.   To  upokarzające,   że   człowiek   jest 
uwiązany do ziemi.

Kieron przypomniał sobie, że w tym szczególnym dniu Hobart czeka, aby uroczyście 

go powitać.

Westchnął,   podniósł   skórzany   worek   i pomaszerował   raźno   w kierunku   Arundel. 

Przed mm miesiące i lata, podczas których będzie musiał opanować wszystkie sekrety 
hobartowej   sztuki.   Ale   kiedy   już   stanie   się   mężczyzną,   kiedy   z honorem   skończy 
praktykę, wtedy przyjdzie czas na latanie.

Tymczasem zaś zawsze znajdzie czas na marzenia.

background image

Rozdział trzeci

Przyszła zima niosąc ze sobą surowość krajobrazu; pokryła ziemię szronem, utkała 

delikatny lodowy wzór na drzewach, trawie, żywopłotach i ścianach domów, skuła krą 
spokojną rzekę Arun, a powietrze stało się cierpkie jak angielski jabłecznik.

Hobart w zimie dużo kaszlał i mało malował. Chłód wżarł mu się w kości, ściskał 

bólem piersi. Większość dnia spędzał przy kominku, okryty szalem lub skórą baranią, 
rozmyślając   nad  projektami,  które  zrealizuje   na  wiosnę:  freskiem  do głównego  hallu 
i symboliczną   pracą,   zamówioną   przez   seniora   Fitzalana,   przedstawiającą   upadek 
Pierwszej Generacji ku tym większej chwale Ludda i Kościoła Świętego Młotka.

Wdowa Thatcher, gospodyni mistrza Hobarta, gotowała smaczne i pożywne potrawy 

z zajęcy, bażantów, jagniąt i wszelkiej dziczyzny z pasternakiem, grzybami, marchewką, 
ziemniakami   i doskonałym   czarnym   pieprzem,   za   który   senior   Fitzalan   płacił 
wygórowaną cenę kapitanom żaglowców pływających aż po Wyspy Korzenne.

Mistrz   Hobart   przełykał  zaledwie   parę  kęsów  tych  pieczołowicie  przyrządzanych 

dań. Męczył go kaszel; zaraz też przysuwał się, drżąc, do kominka. Kieron, odczekawszy 
z należytym szacunkiem, aż jego pan się pożywi, objadał się, aż brzuch mu pękał, i szedł 
wybiegać się na oszronionych łąkach.

Chociaż   Hobart   sam   niewiele   pracował   podczas   tych   ciemnych   miesięcy,   nie 

pozwalał   próżnować   młodemu   terminatorowi.   Uczył   Kierona,   jak   z prostych   wici 
wierzbowych   robić   dobry   węgiel   drzewny   do   rysowania   i jak   produkować   papier 
z trzciny; wprowadzał go w tajniki drukowania tkanin i modnej ostatnio sztuki collage’u; 
przekazywał mu prastare sekrety utrwalania kolorów i gruntowania płócien. Nie żałował 
nawet cennego tranu wielorybiego do lamp, żeby podczas mrocznych popołudni Kieron 
miał dość światła do szkicowania krzeseł, stołów, mis z owocami, wiszących w kuchni 
bażantów a także protestującej wdowy Thatcher.

Mistrz   Hobart   był   siwowłosym   starcem,   zbliżającym   się   do   sześćdziesiątki.   Ból 

w piersiach   ostrzegał   go,   że   lata,   jakie   mu   zostały,   są   już   policzone.   Niemniej   był 
zdecydowany   żyć   jeszcze   co   najmniej   przez   te   osiem   lat,   dzielących   Kierona   od 
skończenia   terminu.   Jeśli   Ludd   da,   to   nim   jego   ciało   spocznie   w kamienistej   ziemi 
Sussexu, dopilnuje, aby chłopiec jako tako się urządził.

Hobart pozwolił sobie na małą herezję – tak małą, że z pewnością Ludd mu wybaczy. 

Pozwolił sobie żywić sekretne złudzenie, że Kieron jest jego synem. Hobart nigdy nie 
interesował   się  kobietami.   Sztuka   mu   wystarczała.  Ale  teraz  czuł  potrzebę  ojcostwa, 
a Kieron, bystrooki i zdolny, był chłopcem, jakiego życzyłby sobie mieć za syna każdy 

background image

mężczyzna.

Toteż Kieron uniknął wielu surowych rygorów terminowania. Był dobrze karmiony, 

miał dużo wolnego czasu, a Hobart nierzadko wsuwał mu srebrnego pensa do sakiewki.

Kieron zdawał sobie sprawę z uczuć, jakie staruszek do niego żywi. Kochał go i nie 

miał  nic przeciwko posiadaniu drugiego ojca. Poza tym  Hobart był  niewyczerpanym 
źródłem wiedzy, wiedzy zaś Kieron pragnął jak niczego na świecie.

Wieczorami,   przed   pójściem   na   wczesny   spoczynek,   Hobart   siadywał   wraz 

z Kieronem   przy   kominku   i obaj   wpatrywali   się   w płonące   żagwie,   snując   wizje 
i marzenia, rozmawiając o tym i owym. Hobart jako lekarstwo na ból i kaszel pociągał 
łyk   i drugi   whisky,   okowity   lub  eau   de   vie,   w zależności   od   tego,   jaka   brygantyna 
zawinęła ostatnio do senioratu. Przy kieliszku gotów był poruszać tematy, których unikał 
wytrzeźwiawszy nazajutrz rano. Był gotów rozmawiać o Pierwszej i Drugiej Generacji. 
Był nawet gotów rozmawiać o maszynach.

– Mistrzu Hobarcie, nauczyciel mówi, że Pierwsza Generacja udławiła się własną 

mądrością. Co to znaczy?

–   Uff!   –   Hobart   pociągnął   whisky  i poczuł   przyjemne   ciepło   rozlewające   się   po 

kościach.   –   Nauczyciel   lepiej   by   się   zajął   pisaniem,   rachowaniem   i tajemnicami 
przyrody, a nie Pierwszą Generacją.

–   Wczoraj,   kiedy   rysowałem   nasz  dom   u stóp  zamku   i udało   mi   się   przedstawić 

szorstkość kamiennych ścian, powiedzieliście, że mądry ze mnie chłopak. Czy mądrość 
to coś złego? Czy ja się też nią udławię?

– Poczekaj no, chłopcze. Daj mi pomyśleć. Coś mi się zdaje, że muszę nauczyć cię 

nie tylko zasad sztuki, ale i zasad rządzących światem, i prawidłowego myślenia. – Znów 
rozgrzewający łyk whisky i atak kaszlu. – Nauczyciel mówi prawdę. Pierwsza Generacja 
rzeczywiście udławiła się własną mądrością. Doprowadzili do tego, że powietrzem w ich 
miastach   nie   można   było   oddychać,   a wody   rzek   i jezior   nie   nadawały   się   do   picia; 
pokryli dobrą żyzną ziemię drogami z betonu i żelaza, czasem nawet morza pokrywała 
czerń. A wszystko z pomocą maszyn, które nieprzytomnie wielbili. I jakby jeszcze nie 
dość, wymyślili okropne maszyny, których jedynym celem było zabijanie ludzi, setkami, 
tysiącami, a nawet dziesiątkami tysięcy. Te maszyny nazywały się pociskami: mknęły po 
niebie z ładunkiem śmierci. Tak, nauczyciel ma rację. Udławili się własną mądrością... 
Ale   twoja   mądrość,   Kieronie,   to   coś   innego.   Objawia   się   w uczciwej   sztuce,   a nie 
w miłości do maszyn, niszczących rękę, która je stworzyła.

– Czy wszystkie maszyny muszą koniecznie być złe?
– Tak, Kieronie, wszystkie maszyny są złe. Święty Chłopiec zrozumiał to już tysiąc 

lat   temu,   kiedy   maszyny   po   raz   pierwszy   zaczęły   demoralizować   tę   piękną   ziemię. 

background image

Dlatego właśnie zaatakował je młotkiem. Ale ludzie nie chcieli go słuchać, pojmali go 
i ukrzyżowali.

Zapadła   cisza,   przerywana   trzaskaniem   drew   w kominku   i głośnym   siorbaniem 

whisky.

Po chwili Kieron znów nabrał odwagi:
– Podobno senior Fitzalan ma w zamku zegar. Zegar, który tyka, pokazuje godziny, 

minuty, a nawet sekundy. Zegar to przecież maszyna, prawda, mistrzu Hobarcie? Czy on 
też jest zły?

Mistrz Hobart zaczynał już lekko bełkotać pod wpływem whisky. Minęła dłuższa 

chwila, zanim mógł odpowiedzieć:

– Jak widzę ani nauczyciel, ani nedyta nie oświecili cię w tej mierze jak należy. To 

prawda, Kieronie, że zegar jest maszyną, ale dla możnych tego świata, którzy mają wiele 
spraw do załatwienia a mało czasu, jest to konieczna maszyna.  Święty Kościół czyni 
wyraźne rozgraniczenie między koniecznymi maszynami, które są właściwe, a zbędnymi, 
które są niewłaściwe. Tak więc zegar seniora Fitzalana, który wielokrotnie widywałem 
i który jest czymś cudownym – mówią, że robił go najlepszy zegarmistrz w Paryżu – jest 
maszyną   właściwą.   W żadnych   przekazach   nie   ma   nic   o tym,   żeby   Święty   Chłopiec 
kiedykolwiek atakował zegary.

Kieron   spostrzegł,   ile   whisky   ubyło   w butelce,   i wykrztusił   pytanie,   którego   nie 

ośmieliłby się zadać w świetle trzeźwego poranka:

– Mistrzu Hobarcie, a czy Święty Chłopiec atakował latające maszyny?
– Latające maszyny? – Mistrz Hobart był zdumiony. – Nie ma latających maszyn.
–   Nie   ma.   Ale   kiedyś   były.   –   Kierona   oblał   pot.   –   Sam   mi   mówiłeś,   panie 

o pociskach,   a ja   słyszałem   też   o skrzydlatych   maszynach,   które   z wielką   szybkością 
przenosiły   ludzi   w powietrzu,   ponad   morzami,   z jednego   lądu   na   drugi.   Dlatego 
spytałem, czy Święty Chłopiec zaatakował kiedyś latającą maszynę.

Niech   nas   Ludd   ma   w swojej   opiece!   –   Mistrz   Hobart   podrapał   się   w głowę.   – 

Latające maszyny! No mam za swoje. Ależ, Kieronie, drogi chłopcze, wynaleziono je, 
jak mi się zdaje, dopiero po śmierci Neda Ludda. Chyba właśnie wtedy, gdy Pierwsza 
Generacja ostatecznie zeszła z drogi cnoty. Myślę, że zaledwie jakieś sto lub dwieście lat 
przed wielką zagładą.

Kieron   spojrzał   na   poziom   whisky   w butelce   z zielonego   szkła   i postanowił   kuć 

żelazo póki gorące.

– Podobno nawet Druga Generacja miała latające maszyny. Gdyby służyły nie do 

zabijania ludzi, ale do przewożenia ich z miejsca na miejsce, nie byłyby przecież takie 
złe?

background image

Mistrz Hobart zamrugał oczami, spróbował skupić je na jednym punkcie, nalał sobie 

następną szklaneczkę, znów bezskutecznie podjął walkę z błędnym wzrokiem. Podrapał 
się po głowie.

– Byłyby złe, Kieronie. Cóż wzbrania ludziom podróżować konno lub pieszo? Cóż 

wzbrania im żeglować po oceanach? Nie ma żadnej potrzeby, żeby latali po niebie. Quod 
erat demonstrandum
. Dlatego maszyny, które wznoszą ludzi w powietrze, są złe.

Kieron wziął głęboki oddech.
– Któregoś dnia zbuduję latającą maszynę. I nie użyję jej dla złych celów, tylko dla 

dobrych.

Mistrz   Hobart   wstał,   zachwiał   się,   spojrzał   zamglonym   wzrokiem   na   swojego 

terminatora.

– Będziesz malarzem, Kieronie. Będziesz dobrym malarzem. Niech cię Ludd strzeże 

przed fantastycznymi mrzonkami. Zaprowadź mnie do sypialni.

background image

Rozdział czwarty

Od czterystu już lat wyspy brytyjskie nie znały monarchii, parlamentu ani władzy 

centralnej.   Kraj   był   podzielony   na   odrębne,   rządzone   feudalnie   senioraty.   Wielcy 
seniorzy, najwięksi właściciele ziemscy, zjeżdżali się od czasu do czasu na konwent do 
Londynu. Radzili głównie nad sprawami rolnictwa i handlu. Nie mieli prawa uchwalać 
podatków,   zwoływać   armii   ani   decydować   o sprawach   wagi   państwowej.   Każdy 
z seniorów   odpowiadał   za   bezpieczeństwo   swoich   włości.   Mógł   na   dowolnych 
warunkach   zawierać   przymierza   z sąsiadami,   często   też   poprzez   związki   małżeńskie 
poszczególne senioraty łączyły się lub powiększały.  Taki był  również zamiar seniora 
Fitzalana   z Arundel,   który   chciał   dzięki   małżeństwu   córki   połączyć   swoje   ziemie 
z ziemiami   Talbota   z Chichester.   A ponieważ   wszystko   wskazywało   na   to,   że   Talbot 
długo nie pożyje, oba senioraty zostałyby zjednoczone w sposób najbardziej korzystny 
dla Fitzalanów, Chociaż w Brytanii nie było centrum władzy świeckiej, istniało jednak 
centrum władzy duchownej: Kościół luddystów. Po tym jak Pierwsza i Druga Generacja, 
rzec można, własnymi rękami sprowadziły na siebie zagładę poprzez niepohamowane 
używanie maszyn, luddyzm z niemal zapomnianej filozofii prostaczków przeistoczył się 
w nowo powstałą religię.  Neda Ludda, niedorozwiniętego  chłopca, który na początku 
rewolucji   przemysłowej   chciał   młotkiem   rozbić   maszynę   tkacką,   z biegiem   lat 
przyobleczono w płaszcz boskości.

Wraz z upadkiem chrześcijaństwa następował rozkwit luddyzmu. Reprezentował on 

o wiele   stosowniejszą   filozofię.   Jezus   z Nazaretu,   czy   też   Joshua   ben   Dawid,   jak 
prawidłowo po hebrajsku brzmiało jego imię, nigdy nie musiał rozstrzygać problemów 
moralnych   związanych   z użyciem   maszyn.   Nawoływał   głównie   do   powszechnego 
braterstwa i wypowiadał się przeciwko uciskowi. Jego światopogląd był już nieaktualny. 
O wiele   ważniejsza   niż   powszechne   braterstwo   i brak   ucisku   okazała   się   kwestia 
przetrwania rasy ludzkiej. A ta już dwukrotnie usiłowała zgładzić się za pomocą maszyn. 
Z perspektywy czasu ten jedyny człowiek, który występował przeciwko maszynom, jawił 
się   prawdziwym   zbawcą   ludzkości.   Nedowi   Luddowi,   niedorozwiniętemu   chłopcu 
z hrabstwa Leicester, przypisano boską moc. Odkryto, że dzieląc parę bochenków chleba 
nakarmił nimi tysiące. Odkryto, że chodził po powierzchni rzeki Trent utrzymując się na 
wodzie. Odkryto, że w wigilię swojego ukrzyżowania zamienił wodę w piwo.

Toteż w Brytanii Kościół luddystów obrósł w siłę, a sprzeciw wobec mechanizmów 

przerodził się w religię, dość potężną, aby zakazać wszelkich wynalazków. Dość potężną, 
aby zmusić seniorów do przyznania, że każda nielegalna maszyna to wcielone zło.

background image

Kościół   luddystów   stanowił   specyficzną   cechę   Wielkiej   Brytanii,   ale   niechęć   do 

maszyn   była   cechą   uniwersalna..   Cały   świat,   podczas   wieków   barbarzyństwa,   które 
nastąpiły   po   zagładzie   drugiej   opartej   na   maszynach   cywilizacji,   żył   w niemal 
fanatycznym   strachu   przed   potęgą   maszyn.   W niektórych   krajach   i narodach   był   on 
silniejszy niż w innych. W Rosji, Chinach, Afryce i Indiach, gdzie maszyny nigdy do 
końca nie zawładnęły życiem mieszkańców, ludzie wrócili na ogół do tradycji dawno 
zmarłych przodków. Orali ziemię drewnianą sochą zaprzęgniętą do wołu, muła lub konia. 
Młócili ziarno cepami. Zabijali zwierzynę dzidami lub strzałami. Przędli na kołowrotkach 
i w pocie czoła ręcznie tkali.

Ale   w Japonii,   gdzie   strachowi   towarzyszyła   niezdrowa   fascynacja   maszynami, 

wynaleziono już na nowo silnik parowy i zaczęto eksperymenty z jego zastosowaniem do 
napędu   pojazdów   i małych   łodzi.   Niemniej   Japończycy   powrócili   do   historycznej 
filozofii izolacjonizmu i zachowali swój silnik do własnego użytku.

Silnik   parowy   wprowadzono   także   ponownie   na   kontynencie 

północnoamerykańskim,   lecz   głównie   dla   celów   kolosalnego   przedsięwzięcia 
przywrócenia   komunikacji   transkontynentalnej.   Upłynie   jeszcze   wiele   lat,   nim   statki 
amerykańskie,   poruszane   parą,   szybciej   przepłyną   Ocean   Atlantycki   niż   wielkie 
żaglowce.

Tymczasem zaś Kościół luddystów w Wielkiej Brytanii, wyspie, która niegdyś była 

kolebką rewolucji przemysłowej, autorytatywnie utrzymywał, że wszystkie niepotrzebne 
maszyny – to znaczy maszyny uznane przez kościół za niepotrzebne – są wcieleniem zła. 
I tak Wielka Brytania została skazana na los jednego z najbardziej zacofanych krajów 
Europy.

background image

Rozdział piąty

W wieku piętnastu lat Kieron był chłopcem, na którego przyjemnie było popatrzeć. 

Pobłażliwość mistrza Hobarta i obfita kuchnia wdowy Thatcher dały mu słuszny wzrost, 
szerokie   ramiona   i pewność   siebie.   Wyglądał   bardziej   na   młodego   farmera   lub 
myśliwego   niż   na   ucznia   malarza.   Na   Festynie   Nocy   Letniej   mierzył   się   w biegach, 
skokach   i rzucie   oszczepem   z kwiatem   młodzieży   senioratu   –   chociaż   mistrz   Hobart 
krzywił się z niechęcią i pocieszał eau de vie widząc, jak Kieron skacze siedem metrów 
w dal   i turla   się   po   piasku   lub   słysząc   głośne   trzeszczenie   stawów   ręki   uwięzionej 
w zapaśniczym uścisku. Nie tyle bał się, że Kieron skręci kark, ile że złamie palce. Cóż 
to za malarz z połamanymi palcami?

Ale   Kieron   był   dzieckiem   szczęścia   i wszystko   mu   się   udawało.   Coraz   częściej 

Hobart myślał o nim jako o swoim naturalnym  synu. A nawet, w przypływie  głupoty, 
poszedł kiedyś do stolarza Gerarda i jego żony Kristen oferując im tysiąc szylingów za 
zrzeczenie się praw rodzicielskich.

Gerard poczerwieniał i odpowiedział mu głośniej i mniej uprzejmie, niżby należało 

człowiekowi, który miał wstęp do zamku i rozmawiał z seniorem. Kristen, jak to kobieta, 
wybuchła   łzami,   krzyknęła   i rzuciła   mu   w twarz   dziwne   oskarżenia,   za   które   Gerard 
kazał jej niezwłocznie gościa przeprosić. Hobart był bardzo zażenowany całą tą historią. 
Począł   się   też   gęsto   i rozwlekle   tłumaczyć.   W końcu   uprosił   Gerarda   i Kristen   – 
porządnych, uczciwych ludzi, dla których żywił najwyższy szacunek i tak dalej – żeby 
nie wspominali o niczym Kieronowi.

Nazajutrz posłał Gerardowi sztylet z hiszpańskiej stali, a Kristen sztukę irlandzkiego 

płótna. Podarował im również  obraz przedstawiający Neda Ludda wznoszącego swój 
nieśmiertelny   młotek   przeciwko   maszynie   tkackiej.   Była   to   pierwsza   w pełni 
satysfakcjonująca   kompozycja   olejna   Kierona,   podpisana   „Kieron,   ucz.   Hobarta”, 
i stanowiła jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką ten posiadał.

Biorąc   pod   uwagę   wiek   chłopca   pozostawało   jedynie   życzyć   sobie,   aby   Kieron 

wykazał jeszcze zdolności artystyczne. Siła fizyczna też nie była bez znaczenia – Hobarta 
zdumiewała śmiałość i pewność jego kreski – ale chłopiec zaczął przejawiać również 
prawdziwe, autentyczne wyczucie koloru i materiału, co znamionuje wielkich malarzy. 
A nadto  opanował świetnie  technikę  malarską.  Potrafił  mieszać  olej  z pigmentem  dla 
uzyskania   pięknych   czystych   barw.   Wynalazł   też   samodzielnie   dwie   metody 
oczyszczania oleju z siemienia lnianego. Pierwsza była doskonale prosta: polegała tylko 
na czekaniu. Zlewało się olej do słojów i czekało, aż zanieczyszczenie osiądzie na dnie. 

background image

Później jednak Kieron, wciąż niezadowolony z efektu, dodał jeszcze sody kaustycznej, 
która wytrąciła wszystkie pozostałe drobinki. W rezultacie otrzymywało się absolutnie 
czysty olej lniany: przejrzysty, ciepły, złocisty. Idealny dla malarza.

Hobart nie mógł się nadziwić. Sam poprzednio używał oleju prosto od hodowców 

lnu, z maleńkimi cząsteczkami, które mąciły jego klarowność. Rafinowany olej Kierona, 
jak go nazwał, był z pewnością darem Ludda, gdyż nie zanieczyszczał barwników ani nie 
twardniał zbyt szybko na płótnie. Hobart był przekonany, że żaden malarz w całej Anglii 
nie ma lepszego oleju niż ten wynaleziony przez Kierona.

Zapytał chłopca, w jaki sposób doszedł do takich metod oczyszczania. Odpowiedź 

nie była szczególna odkrywcza.

– Zawsze narzekaliście na jakość farb, których  używamy – powiedział Kieron. – 

Barwniki były dobre, najwyraźniej więc olej był nieodpowiedni. Nalałem go trochę do 
czystej butelki i przyjrzałem mu się. Nie zauważyłem nic specjalnego. Zostawiłem go 
i znów obejrzałem na drugi dzień. Dalej nie widziałem w nim nic złego, ale tym razem 
spostrzegłem, że dno butelki było pokryte małymi drobinkami. Zostawiłem go jeszcze na 
jakiś   czas,   a po   siedmiu   dniach   na   dnie   zgromadził   się   osad,   olej   zaś   był   bardziej 
klarowny. Wtedy zrozumiałem, że trzeba uzbroić się w cierpliwość.

– Ale ta soda kaustyczna. Skąd wiedziałeś, że soda kaustyczna da jeszcze większą 

klarowność?

– Nie wiedziałem – uśmiechnął się Kieron. – Zdawało mi się, że proces oczyszczania 

mógł się jeszcze nie skończyć. Toteż eksperymentowałem.

– Eksperymentowałeś? – Hobart był  wstrząśnięty.  Eksperymenty dzielił już tylko 

włos od herezji.

Ale Kieron był niewzruszony:
– Eksperymentowałem dodając sól, dodając ocet, dodając słabą sodę i silną sodę. 

Eksperymentowałbym i z innymi substancjami, gdyby można je było łatwiej dostać.

– Chłopcze – rzekł Hobart – przerażasz mnie.
Kieron roześmiał się.
– Czasami przerażam sam siebie... Czy teraz olej wam odpowiada?
– To wspaniały olej, Kieronie. Moglibyśmy zbić fortunę sprzedając go malarzom 

z całego kraju.

– Mistrzu Hobarcie, nie sprzedawajcie lepiej mojego rafinowanego oleju. Malujcie 

nim sami i bądźcie największym malarzem naszych czasów.

Hobartowi   stanęły   łzy   w oczach.   A nie   był   człowiekiem   skłonnym   do   płaczu, 

z wyjątkiem chwil, kiedy wywoływały go ostre ataki kaszlu.

– Naprawdę chcesz zatrzymać ten czysty olej tylko do mojego użytku?

background image

Kieron uśmiechnął się.
–   Panie   mój,   nigdzie   nie   znalazłbym   lepszego   mistrza.   Czy   nie   lepiej   zdobyć 

zarówno   sławę,   jak   i fortunę?   Jeśli   będziecie   używali   oleju   rafinowanego,   dopóki... 
dopóki   zechcecie   malować,   zadziwicie   kraj   jak   długi   i szeroki   czystością   swoich 
kolorów. I wtedy, gdy waszej sławie nie zagrozi już żadna konkurencja, przyjdzie czas na 
sprzedawanie naszego oleju rafinowanego.

Hobart rozkaszlał się, żeby ukryć łzy, których nie mógł już powstrzymać.
– Chłopcze, widzę, że mnie kochasz, i jestem z tego dumny.  Widzę też, że masz 

w sobie   pierwiastek   wielkości,   i to   również   napawa   mnie   dumą,   ale   i strachem... 
Kieronie,   posłuchaj   starego   człowieka.   Twój   olej   rafinowany   jest   rzeczywiście 
wspaniały.   Ale   nie   eksperymentuj   nadto   ryzykownie.   Kościół...   Kościół   niezbyt   lubi 
nowe pomysły. Zalecam ci ostrożność.

–   Jak   sądzę,   wszystkie   eksperymenty   są   mniej   lub   bardziej   ryzykowne   – 

odpowiedział Kieron. – Mój umysł nie spocznie... Ale będę ostrożny. Nie chcę przynieść 
wstydu wam, panie, ani moim rodzicom.

W owych dniach Kieron rzadko widywał Petrinę. Czasy, kiedy wolno im było we 

dwoje chodzić na wydmy, wydawały się bardzo odległe. Teraz spotykali się tylko przy 
specjalnych   okazjach   w towarzystwie   starszych.   Widywali   się   głównie   w Kościele 
Świętego Młotka, na festynach czterech pór roku i podczas dni świątecznych, kiedy praca 
zamierała i ludzie w swoich najlepszych ubraniach szli w odwiedziny do krewnych lub 
przyjaciół albo spacerowali u podnóża zamku słuchając muzyków seniora Fitzalana.

Czasem Kieron i Petrina spotykali się przypadkiem na ulicy, ale nie mogli ze sobą 

zbyt długo rozmawiać w obawie przed złymi językami. Przez te lata Kieron zmężniał, 
a Petrina   wypiękniała   –   w każdym   razie   on   tak   uważał.   Miała   gruby,   długi   do   pasa 
warkocz, w oczach igrały jej figlarne ogniki, a wargi były kusząco pełne. Piegi znikły, 
zniknęła chłopięca figura, którą przyozdabiały teraz nęcące kobiece okrągłości. Kieron, 
zwykle pewny siebie i śmiały,  w jej obecności stawał się skrępowany i milczący.  Ale 
nawet   nie   patrząc   w jej   stronę,   zawsze   wiedział,   kiedy   go   obserwowała   podczas 
zawodów,   i ta   świadomość   w dziwny   sposób   dodawała   mu   sił.   Za   trzy   lata   Petrina 
zostanie   jego   żoną.   Trzeba   przyznać,   że   ojciec   dobrze   zrobił   zawierając   kontrakt 
z kowalem Sholto.

Kieron szkicował Petrinę z pamięci i wieszał rysunki nad łóżkiem. Hobart oglądał je 

i nic nie mówił. Chłopiec puszczał wodze fantazji, kiedy szło o ten szczególny temat. 
Niemniej   rezultaty   były   dziwnie   ekscytujące   i burzyły   krew.   Na   jednym   z obrazków 
dziewczyna wspinała się na drzewo, chyba na buka. Kieron zdołał przedstawić ją tak, że 
mimo sukienki wyglądała jak naga. Był to zaledwie szkic, ale robił wielkie wrażenie. 

background image

Miał   posmak   herezji.   Kościół   nigdy   nie   aprobował   nagości.   A tu   dziewczyna,   choć 
w pełni ubrana, wyglądała na nagą. Hobart miał nadzieję, że nedyta nigdy nie zobaczy 
tego rysunku. Drapał się w głowę i rozważał, czyby nie wezwać astrologa, żeby odpędził 
złe duchy.

Jednakże zapał,  z jakim Kieron szkicował z wyobraźni  Petrinę, nie przesłonił  mu 

najważniejszej   dla   niego   kwestii   zdobycia   przestworzy.   Przez   te   wszystkie   lata 
obserwował skrupulatnie rozmaite większe i mniejsze obiekty, które swobodnie fruwały: 
chmury, ptaki, owady, nasionka, a nawet jesienne liście. W sobotnie popołudnia, kiedy 
praca nie nagliła, a mistrz Hobart drzemał spokojnie na słońcu, Kieron leżał na plecach 
w słodko pachnącej trawie czując przyciąganie ziemi, elastyczną, niewidoczną siłę, która 
bezustannie próbowała przykuć go do centrum świata. I patrzył na białe chmurki sunące 
leniwie po niebie, na szybujące wysoko skowronki, na jaskółki przecinające powietrze 
magicznie niczym nożem, na motyle skaczące jakby z kamienia na kamień, na wiszące 
w powietrzu ważki.

Wydawało   mu   się   to   absurdalne,   że   tak   potężne   stworzenie   jak   człowiek   jest 

uwiązane do ziemi. Niegdyś, jak słyszał, człowiek stąpał nawet po powierzchni Księżyca. 
Kieron nie całkiem wierzył w tę legendę, ale ponad wszelką wątpliwość wiadomo było, 
że w przeszłości ludzie swobodnie podróżowali po niebie. I Kieron był pewien, że znów 
będą podróżować – czy to się spodoba kapłanom Ludda, czy nie.

A tymczasem, mimo dręczącej pokusy, przyjemnie było obserwować gnane wiatrem 

chmury, wiedząc, że choć składają się z wody, która jest cięższa od powietrza, płyną bez 
trudu   po   lazurowym   nieboskłonie.   I mimo   pokusy   przyjemnie   było   obserwować 
drapieżnego ptaka, jak wisi w powietrzu, krąży, nieznacznym ruchem skrzydeł wznosi się 
coraz wyżej i wyżej, aż zostaje tylko punkcik.

Kieron porównywał ten lekki lot z zapamiętałymi  wysiłkami  pszczoły,  która, aby 

utrzymać  się w powietrzu, biła skrzydełkami tak szybko, że stawały się niewidzialne, 
chociaż dźwięk maleńkich membran przypominał chyba huk silników z zamierzchłych 
czasów.

Rzeczywiście   niezgłębione   były   tajemnice   unoszenia   się   w powietrzu.   Na   pewno 

musi być wiele różnych sposobów na zdobycie nieba.

Kieron zaczął eksperymenty z latawcami. Nedyci zezwalali na latawce. Nie uważano 

ich za maszyny, lecz za zabawki. Wiele dzieci w senioracie puszczało latawce. Nie brano 
tego   za   złe.   Ale   uważano   to   za   dziwactwo   ze   strony   piętnastoletniego   młodego 
człowieka, któremu pozostały już tylko trzy lata do ukończenia terminu i który powinien 
myśleć o poważniejszych sprawach. Dorośli wznosili brwi widząc, jak Kieron stoi na 
łące podczas wietrznych jesiennych popołudni i odwija z powagą sznurek latawca, który 

background image

buja   wyżej,   niż   to   bywało   z innymi   latawcami.   Jednakże   nie   wysokość,   jaką   Kieron 
osiągał, ich dziwiła, lecz pobłażliwość mistrza Hobarta. Stary malarz musiał zdziecinnieć 
albo też senior Fitzalan jest niezadowolony z jego prac, bo inaczej z pewnością znalazłby 
jakąś robotę dla bezczynnych młodych rąk.

Rówieśnicy Kierona nie byli tacy dyskretni w swoich reakcjach i głośno się z niego 

wyśmiewali, co on znosił cierpliwie. Uważali go za gamonia i przezywali „Kieronem 
z głową w chmurach”, bo wciąż wpatrywał się w niebo. Ale Alwin, terminator młynarza, 
posunął się za daleko.

Alwin, mocno zbudowany, silny chłopak w wieku Kierona, zawsze mu zazdrościł 

i to   aż   z dwóch   powodów.   Alwin   nigdy   nie   chciał   być   młynarzem.   Od   dzieciństwa 
fascynowało   go   rysowanie   i malowanie.   Niczego   tak   nie   pragnął   jak   terminować 
u mistrza Hobarta. A ponadto dochodziła jeszcze sprawa Petriny. Alwin był związany 
kontraktem   z Joan,   córką   siodlarza   Lodowicka,   dziewczyną,   oględnie   mówiąc, 
przysadzistą   i bez   wdzięku.   To   prawda,   że   była   jakby   stworzona   do   rodzenia   dzieci 
i znała   się   na   gospodarstwie,   ale   nie   należała   do   dziewcząt,   na   których   widok   serce 
mężczyzny zabiłoby żywiej.

Alwin wybaczyłby Kieronowi, że jest w terminie u mistrza Hobarta. Albo że jest 

związany kontraktem z Petriną. Ale nie mógł mu wybaczyć tych obu rzeczy na raz. Toteż 
pewnego   popołudnia,   kiedy   nowo   skonstruowany   latawiec   Kierona   poszybował 
szczególnie wysoko, a ten niepomny prześmiewek kolegów starał się wzbić go jeszcze 
wyżej,   Alwin   na   nic   nie   zważając   podbiegł   i przeciął   sznurek.   Wiał   mocny   wiatr. 
Latawiec zakołysał się gwałtownie i po chwili odfrunął na południe, w stronę morza.

Kieron spojrzał na Alwina ze zdumieniem.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Bo jesteś głupcem.
– Czy nie mam prawa być głupcem, jeśli taka moja wola?
Alwin zdał sobie sprawę z własnej głupoty, ale nie było już odwrotu.
– Nie. Powinieneś być  taki jak my wszyscy.  Puszczanie latawców jest dobre dla 

dzieci. My jesteśmy już na to za starzy.

– Nie jesteś za stary na porządne lanie – powiedział Kieron. – Długo myślałem nad 

budową tego latawca. Zapłacisz mi za to.

– Spróbuj tylko! – krzyknął Alwin. – Spróbuj tylko! – Ale nie czuł się zbyt pewnie. 

Wiedział, że jest silniejszy od Kierona, lecz Kieron miał giętkie ciało i giętki umysł. 
Groźna kombinacja.

– Alwin – powiedział cicho Kieron – należy, ci się nauczka. Trudno.
Stanęli twarzą w twarz, Alwin pełen wiary w swoją siłę, ale nie w taktykę, Kieron 

background image

pełen wiary w swoją taktykę, ale nie w siłę.

Alwin   natarł.   Jeśli   uda   mu   się   doprowadzić   do   zwarcia   z Kieronem,   to   ma   go 

w garści.

Natarł, ale Kieron nie czekał, żeby odeprzeć atak. Odbił się od ziemi i dał potężnego 

susa   przeskakując   mu   nad   głową.   Alwin   zatrzymał   się   w pół   kroku   i odwrócił... 
nadstawiając   twarz   wprost   pod   stopy   Kierona,   które   wymierzyły   mu   z powietrza 
potężnego kopniaka w szczękę.

Alwin zobaczył  wszystkie  gwiazdy.  Pociemniało mu w oczach i upadł na ziemię. 

Zaraz   jednak   odzyskał   jasność   widzenia,   spojrzał   w górę   i zobaczył   Kierona,   który 
cierpliwie na niego czekał. Z okrzykiem wściekłości zerwał się na nogi i znów natarł na 
Kierona, tym razem przygotowany na unik z jego strony. Ale się zawiódł. Wyglądało na 
to, że  Kieron jest zdecydowany odeprzeć  natarcie  ramieniem,  co wydawało  się  dość 
niemądre, zważywszy na większą wagę Alwina. Jednakże w ostatniej chwili, bezbłędnie 
odczekawszy   na   odpowiedni   moment,   Kieron   się   pochylił,   Alwin   nie   zdążył   się   już 
zatrzymać i rozciągnął się jak długi na plecach Kierona. Wtedy Kieron się wyprostował, 
Alwin wykonał salto w powietrzu i wylądował z hukiem na ziemi. Chciał wstać, ale nie 
mógł. W głowie mu szumiało, dzwoniło w uszach i czuł się obolały na całym ciele.

Kieron stanął nad nim.
– Czy przeprosisz mnie, że przeciąłeś sznurek, Alwinie?
– Niech cię diabli! – Spróbował chwycić go za nogę.
Kieron stanął mu na ręce i przygwoździł ją do ziemi.
– Przeproś!
Alwin jęknął z bólu.
–   Idź   do   wszystkich   diabłów.   Nigdy   cię   nie   przeproszę.   Masz   mistrza   Hobarta 

i będziesz miał Petrinę.. Niech mnie Ludd pokara, jeśli... – Alwin zemdlał.

Kiedy odzyskał przytomność, zobaczył, że Kieron klepie go delikatnie po twarzy.
– Daj mi spokój. Nic mi nie jest i nie mam zamiaru cię przepraszać. Możesz mi 

połamać  wszystkie  kości,  „Kieronie  z głową  w chmurach”,  a i tak  cię  nie przeproszę. 
Przysięgam. Kieron posadził go ostrożnie, a sam przykucnął obok.

– Dlaczego mówiłeś coś o mistrzu Hobarcie i Petrinie?
Alwin spojrzał na niego z pobladłą twarzą.
– Masz to wszystko, o czym zawsze marzyłem – zaniósł się szlochem. – A bawisz się 

jak małe dziecko!

Nagle Kieron zrozumiał prawdę.
– Chciałbyś malować?
– Tak! Na Ludda, tak, chciałbym malować! A będę do końca życia mielił ziarno!

background image

– I chciałbyś mieć za żonę Petrinę?
Twarz Alwina wykrzywił grymas.
– Możesz się śmiać,  ile  dusza zapragnie. Wiesz, że jestem związany kontraktem 

z Joan.

Kieron powiedział po prostu:
– Wybacz. Nie wiedziałem, co cię do tego skłoniło.
– Czego nie wiedziałeś? – Alwin popatrzył na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem.
– Nie wiedziałem, co cię skłoniło do przecięcia sznurka... Jeśli chodzi o Petrinę, to 

nie ma rady. Ja się z nią ożenię. Kocham ją. Ale może znajdziemy jakąś radę na tamto...

– Nic się nie da zrobić – odparł Alwin. – Młynarz nie maluje obrazów, terminator 

młynarza też nie. I tyle.

Kieron uśmiechnął się.
– Czy to wbrew prawu? Czy senior Fitzalan wydał rozkaz, że wszyscy młynarze, 

którzy napaćkają coś na płótnie, mają zapłacić za to głową?

– Szydzisz ze mnie... Poza tym kto by mnie uczył? Kto dałby mi płótno i farby?
– Ja ci dam.
Alwin otworzył ze zdumienia usta. Przemówił dopiero po dłuższej chwili:
– Ty? Dlaczego?
– Czy jest jakiś powód do nienawiści między nami, Alwinie? Musimy być wrogami 

z racji decyzji, które za nas podjęto?

– Nie, ale...
Posłuchaj więc. Chciałbym, żebyś został moim przyjacielem. Któregoś dnia mogę 

potrzebować przyjaciół. W sprawie Petriny nie mogę i nie chcę nic zrobić. Ale mistrz 
Hobart kocha mnie, a ja służę mu jak umiem najlepiej. Da mi płótna i farby i nie będzie 
zadawać   niepotrzebnych   pytań...   Będę   cię   uczył,   Alwinie.   Przekażę   ci   wszystkie 
umiejętności, jakie sam nabędę. Czy to wystarczy?

Alwin   wyciągnął   rękę   i chwycił   Kierona   za   przedramię.   Kieron   zrobił   to   samo, 

pieczętując odwieczny pakt wzajemnej lojalności.

– Wystarczy – rzekł  Alwin. – Na Młotek Ludda, to nawet  znacznie  więcej. Ale 

dlaczego to robisz?

– Połączyliśmy się węzłem braterstwa, tak czy nie?
– Tak.
– Mogę ci więc zdradzić swoją tajemnicę, Alwinie. Ty chciałbyś malować, ale jesteś 

skazany na zawód młynarza. Ja chciałbym budować latające maszyny, ale mam zostać 
malarzem.   Osobno   każdy   z nas   musi   pogodzić   się   z losem,   razem   możemy   go 
przezwyciężyć. Czy naprawdę chcesz się ze mną związać?

background image

– Na śmierć i życie. Ale, jak mówisz, młynarz może malować nie łamiąc prawa. 

Z drugiej strony, latające maszyny... wszelkie maszyny... są surowo zabronione. Czeka 
cię niewesoła przyszłość, „Kieronie z głową w chmurach”.

Kieron   uśmiechnął   się   na   to   przezwisko,   które   teraz   nie   kryło   w sobie   cienia 

złośliwości.

– Prawa ustanawiają ludzie. I ludzie mogą je zmieniać... Latawiec, który odciąłeś, nie 

był wcale dziecinną zabawką, Alwinie. Stanowił eksperyment. Była to eksperymentalna 
konstrukcja do wznoszenia w górę ludzi.

– Daj sobie z tym spokój. Nedyci spalą cię na stosie.
– Posłuchaj. Jest pewien powód, dla którego w odpowiednim czasie Nedyci nic mi 

już nie zrobią.

– Jaki to powód?
– Konieczność historyczna – odparł Kieron. – Prędzej czy później człowiek znów 

będzie musiał wznieść się w powietrze. A na razie muszę pracować w tajemnicy, żeby 
być gotowym na właściwą chwilę.

– Boję się o ciebie, Kieronie.
–   Ja   też   się   boję,   Alwinie.   Ale   dobiliśmy   targu.   I podzielę   się   z tobą   moimi 

umiejętnościami, żebyś nie czuł się nieszczęśliwy.

– Czego chcesz w zamian?
– Jeszcze nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Kiedyś w przyszłości niewątpliwie będę 

potrzebował twojej pomocy. I pewno przyjdzie ci wiele ryzykować. Może nawet życie. 
Ale postaram się do tego nie dopuścić.

Alwin   wstał.   Kieron   też.   Raz   jeszcze   jeden   drugiemu   uścisnął   przedramię   na 

potwierdzenie zawartego braterstwa.

– Lepiej być martwym malarzem niż żywym młynarzem – zażartował Alwin.
– A jeszcze lepiej być żywym malarzem i żywym człowiekiem przestworzy – odparł 

Kieron.

background image

Rozdział szósty

Jaśnie panienka Alyx Fitzalan była osóbką siedemnastoletnią i zmorą życia seniora 

Fitzalana. Za rok, Luddowi niech będą dzięki, miała poślubić młodego seniora Talbota 
z Chichester. Senior Fitzalan nie mógł się już tego doczekać. Życzył Talbotowi pociechy 
ze swej córki, ale sam bardzo wątpił, aby z tego związku mogła wyniknąć jakaś pociecha. 
Niemniej   unia   Talbotów   z Fitzalanami   stanowiła   polityczną   konieczność.   Panowali 
razem  nad  większością  południowego  wybrzeża,   co było  wygodne   w czasach   pokoju 
i podwójnie korzystne w czasach wojny – przed czym niech Ludd broni.

Alyx zdawała sobie sprawę, że przeznaczono ją do wyższych celów, i zachowywała 

się   odpowiednio   do   tej   roli.   Jako   najstarsza   córka   Fitzalana   miała   i tak   wiele 
przywilejów. Teraz zaś, skoro trzymała  w ręku klucz dający ojcu władzę nad dużym 
obszarem   wybrzeża,   wiedziała,   że   dopóki   nie   zamknie   on   w skarbcu   odpisu   ślubów 
małżeńskich, wolno jej żądać wszystkiego – w granicach rozsądku.

I żądała. Domagała się rozrywek, uczt, balów. Powszechnie wiedziano, że Talbot 

z Chichester jest chorowitym młodzieńcem, któremu wiecznie cieknie krew z nosa. Alyx 
miała swoich szpiegów, którzy jej donieśli, że młody senior długo nie pożyje. Choć go 
nie cierpiała, miała nadzieję, że zdąży jednak się z nią ożenić i spłodzić syna. Marzyła, 
aby tym sposobem dorównać potęgą ojcu.

A na razie trzymała  go w szachu. Nie mógł pozwolić sobie na ryzyko,  że córka 

odmówi pójścia do ślubu.

Alyx   była   zapaloną   amazonką.   Konie   stanowiły   jej   największą   pasję.   Cóż   więc 

dziwnego, że zapragnęła mieć swój portret na koniu pokonującym wysoką przeszkodę?

Alyx miała już pięć portretów, dwa wisiały na zamku, jeden wysłano do Londynu, 

a dwa dostał Talbot. Wszystkie pięć malował Hobart i teraz na propozycję namalowania 
szóstego podniósł z przerażeniem w górę drżące ręce.

– Wasza Wysokość, jakżeż zdołam uchwycić waszą córkę na koniu skaczącym przez 

przeszkodę?

– Nie wiem, mistrzu Hobarcie, i to nie moje zmartwienie – odparł senior Fitzalan 

chłodno. – Ale jeśli to ma być cena za spokój, choćby na jakiś czas, jestem zdecydowany 
ją zapłacić.

– Ale Wasza Wysokość...
– Bez żadnych ale, mości malarzu. Zadbaj o ten portret. I zadbaj też, żeby koń miał 

tyleż gracji co jego pani. Mam piękną stajnię i chcę, żeby ci, którzy będą oglądać twój 
obraz, to wiedzieli.

background image

– Tak, Wasza Wysokość.
–   Uspokój   się,   człowieku!   Trzęsiesz   się   jak   liść   osiki.   Mam   nadzieję,   że   kiedy 

trzymasz pędzel, ręka ci tak nie drży.

– Nie, Wasza Wysokość – zapewnił szybko Hobart. – Teraz to tylko z podniecenia. 

Kiedy trzymam pędzel, mam rękę pewną jak ze stali.

–   Jeśli   będzie   dość   pewna,   żeby   oddać   należycie   podobieństwo   konia   i jeźdźca, 

włożę ci w nią pięćset szylingów.

– Dziękuję, Wasza Wysokość.
Fitzalan zmarszczył brwi i wbił wzrok w staruszka.
– Ale jeśli obraz mi się nie spodoba, wepchnę ci go do gardła.
– Tak, Wasza Wysokość. Dziękuję, Wasza Wysokość. – Mistrz Hobart zaczął się 

wycofywać sprzed oblicza seniora, kłaniając się raz po raz ze złożonymi  rękami (po 
części, żeby ukryć ich drżenie) jakby w geście wielkiej wdzięczności, niczym skazaniec, 
którego egzekucję właśnie wstrzymano – choćby na pewien czas.

– Hobart!
– Wasza Wysokość?
– Jeszcze słowo. I przestań tak dygać, działa mi to na nerwy.
– Proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość. – Hobart zamarł.
– Ten obraz... Przystąp do niego jak najszybciej, ale się nie spiesz. Rozumiesz mnie?
–   Tak,   Wasza   Wysokość   –   odparł   Hobart   bez   zastanowienia.   Chociaż   nic   nie 

rozumiał.

Fitzalan dodał:
–   Panienka   Alyx   jest   posłuszną   i kochającą   córką,   ale   jest   również,   jak   by   to 

powiedzieć, nieco popędliwa i uparta.

– Niewątpliwie, Wasza Wysokość.
– Niewątpliwie, jakie niewątpliwie! Do licha! Czy nie rozumiesz, co mówię?
– Rozumiem, Wasza Wysokość. W całym senioracie wiadomo, że panienka Alyx 

jest...

– Hobart, jesteś starym głupcem i nic nie wiesz o kobietach.
– Tak, Wasza Wysokość.
Naraz   senior   Fitzalan   uzmysłowił   sobie,   że   Hobart   rzeczywiście   jest   niemądrym 

staruszkiem, który nic nie wie o kobietach.

– Wybacz, mój przyjacielu. Źle cię traktuję.
– Wasza Wysokość jest dla mnie za dobry.
Fitzalan uśmiechnął się.
– Jesteśmy starymi przyjaciółmi, mogę ci więc zaufać. Panienka Alyx, niech ją Ludd 

background image

ma  w swojej  opiece, miewa dziwne kaprysy.  Potrzeba jej  jakiegoś zajęcia, rozrywki. 
A rozrywki kobiet są rzeczą kosztowną, Hobarcie. Pomówmy teraz o tym obrazie. Czy 
mógłbyś namalować go w tydzień?

– No cóż, Wasza Wysokość...
– Tak czy nie?
– Tak, Wasza Wysokość.
–   Otóż   właśnie.   Nie   namalujesz   go   w tydzień.   Nie   namalujesz   go   nawet   przez 

miesiąc. Zabierze ci to pewien czas, dużo czasu. Będziesz potrzebował wielu szkiców, 
wielu godzin pozowania i tak dalej. Wielu długich godzin pozowania. Czy mówię jasno?

– Tak, Wasza Wysokość.
– Panienka Alyx będzie ci wymyślać. Ja ci będę wymyślać. Ale ty się nie będziesz 

spieszyć. Mówię jasno?

– Tak, Wasza Wysokość.
– Panienka Alyx cierpi na nadmiar czasu. Sama tego nie wie, ale tak jest. Dlatego też 

ty, niby niechcący,  zajmiesz jej tego czasu jak najwięcej... Ten twój terminator... Ma 
nieco oleju w głowie?

– Oczywiście, Wasza Wysokość. – Tutaj Hobart poczuł się na pewnym gruncie. – To 

naprawdę inteligentny i bystry chłopak, niezwykle uzdolniony do pędzla, kredy, ołówka, 
węgla...

– Dobrze, dobrze, nie musisz mi deklamować wszystkich jego zalet. Widywałem go 

na   zamku   i w mieście.   To   przyjemny   młody   człowiek...   Tak...   przyjemny   młody 
człowiek. Każ mu towarzyszyć  panience Alyx. Niech jeździ z nią konno, niech z nią 
spaceruje, niech robi jak najwięcej tych, no... jakże je tam nazywasz?

– Wstępne studia – podsunął Hobart.
– Niech robi jak najwięcej wstępnych  studiów, szkiców i co tam jeszcze, byleby 

przez dwa pełne miesiące zająć nieboraczce wszystkie przedpołudnia, a jeszcze lepiej 
i popołudnia. Czy to się da zrobić?

– Ale co powie na to panienka Alyx, Wasza Wysokość? Jeśli znuży ją...
– Pal licho panienkę Alyx! Kobiety się nie nużą, kiedy na nie patrzeć z adoracją 

i z oddaniem malować... Siedemset pięćdziesiąt szylingów, Hobarcie, i ani pensa więcej. 
Znasz moje warunki. Możesz odejść.

Hobart znów ruszył ku drzwiom, z rękami ciasno splecionymi i z czołem zroszonym 

potem.

Miał teraz dwa dodatkowe zmartwienia, które trzeba będzie topić w szkockich lub 

francuskich   trunkach.   Panienka   Alyx   była   znana   ze   swoich   humorów.   A ponadto, 
uzmysłowił  to sobie z przerażającą  jasnością, konie nigdy nie stanowiły jego mocnej 

background image

strony.

background image

Rozdział siódmy

Panienka Alyx doprowadzała Kierona do szaleństwa. Była z niej nieobliczalna młoda 

dama.   Nieobliczalna,   piękna,   władcza,   znudzona.   A także   inteligentna.   Na   tyle 
inteligentna,   iż   zdawała   sobie   sprawę,   że   Kieron   został   jej   przysłany   na   pożarcie 
w charakterze kozła ofiarnego, chłopca do bicia. Niemniej bawiło ją wymierzanie mu 
razów – słownych, emocjonalnych, fizycznych.

Pierwszego dnia, kiedy Kieron pojawił się z węglem, papierem i rysownicą, dała się 

naszkicować   prawiąc   mu   przy   tym   nieustanne   złośliwości   na   temat   jego   wyglądu, 
ubrania, akcentu, pochodzenia, braku wykształcenia.

Kieron rozłożył rysownicę i zabrał się do pracy. Ale już po kilku minutach ręce tak 

mu się trzęsły, że nie potrafił zrobić kreski. Widział to i Alyx też widziała.

Mistrz Hobart ostrożnie i przepraszająco wytłumaczył Kieronowi jego misję.
– Widzisz, mój synu – Hobartowi coraz częściej wyrywał się z ust ten zwrot – to 

zlecenie ma pewne aspekty dyplomatyczne. Senior Fitzalan wyraził się całkiem jasno. 
Życzy sobie, aby panienkę Alyx na jakiś czas czymś zająć. Ja już jestem na to za stary. 
Dlatego też...

– Dlatego ją mam grać rolę tresowanej małpy – dokończył Kieron spokojnie.
– Nie nazwałbym tego tak – Hobart usiłował udać oburzenie, ale bezskutecznie. – 

Masz za zadanie robić szkice, które będą bezcenne, kiedy przyjdzie nam podjąć decyzję 
co do ostatecznej kompozycji obrazu.

– Małpa z węglem do rysowania – odparował Kieron. – Wy sami namalujecie obraz, 

mistrzu Hobarcie. Ja mam tylko opóźniać sprawę, dopóki wraz z seniorem Fitzalanem nie 
dojdziecie do wniosku, że już czas zabrać się do roboty.

– Ależ nie, ależ nie, ależ skąd – zaprotestował Hobart. – To ty namalujesz ten portret.
– Powierzylibyście mi takie zadanie?
– Powierzyłbym ci swoje życie... Poza tym, spójrz na moje ręce, chłopcze. Spójrz 

tylko.

Mistrz Hobart wyciągnął dłonie. Kieron spojrzał – trzęsły się jak galareta. Miały 

nabrzmiałe żyły,  opuchnięte stawy,  poskręcane palce. Te ręce już nigdy nie narysują 
równego koła.

– Tak mi przykro, mistrzu Hobarcie. Naprawdę mi przykro.
Nie ma powodu do smutku, mój synu. Żadnego powodu. Mam ciebie. Senior Fitzalan 

nie wie, że skończyłem z malowaniem.

– Ależ wcale nie skończyliście, mistrzu Hobarcie.

background image

– Posłuchaj, co ci powiem. Ten portret będzie nosił podpis „Hobart”. Już po raz 

ostatni położę swój podpis. Ale kiedy senior Fitzalan go zaakceptuje, dodam coś do tego 
podpisu. Będzie brzmiał: „Hobart, uczeń mistrza Kierona”. Czy to cię zadowala?

Kieron sam się zdumiał poczuwszy na policzkach łzy.
– Mistrzu Hobarcie, nie możecie tego zrobić.
– Mogę i zrobię. Czy to cię zadowala?
– To więcej, niż mógłbym marzyć. Znacznie więcej.
– Ten jeden jedyny raz proszę cię, żebyś nazwał mnie ojcem. I proszę cię, żebyś 

pięknie namalował portret panienki Alyx i przysporzył nam obu chwały.

– Ojcze, zrobię wszystko co w mojej mocy – obiecał Kieron.
– Cieszę się. To zupełnie wystarczy... Senior Fitzalan przyrzekł zapłacić za udany 

portret siedemset pięćdziesiąt szylingów.

–   Siedemset   pięćdziesiąt   szylingów!   –   Nigdy   dotąd   mistrz   Hobart   nie   mówił 

o pieniądzach.   Wymieniona   suma   była   ogromna.   Zarobek   Kierona   wynosił   dziesięć 
szylingów rocznie.

– Ale zwracam ci uwagę, że ta zapłata  pokrywa  także  stracony czas i pracę nad 

wstępnymi szkicami, które z Ludda pomocą mają przez najbliższe osiem tygodni zająć 
panience Alyx większą część dnia.

Kieron prychnął.
– Dam głowę, że płacą nam tu bardziej za rozrywkę, jaką mamy dostarczyć panience 

Alyx, niż za jej portret.

–   Mój   synu,   nie   nam   roztrząsać   przyczyny   szczodrości   naszego   seniora.   A teraz 

posłuchaj uważnie. Widziałeś moje ręce. Musisz także wiedzieć, że maluję konie mniej, 
powiedzmy, udatnie, niż należałoby... Dziwna rzecz z tymi końmi. Ale każdy malarz ma 
swój słaby punkt. No nic, odszedłem od tematu. Rzecz w tym, że to ty wykonasz portret. 
Będzie na pewno dobry, to wiem. Ale jeśli chodzi o podpis, cały świat dowie się, że 
uczeń   prześcignął   mistrza.   Wróćmy   teraz   do   zapłaty.   Gdy  już  senior   obejrzy  portret 
i zapłaci dwieście pięćdziesiąt szylingów zostanie przekazane mistrzowi Gerardowi na 
znak,   że   nasz   wspólny   syn,   jego   z urodzenia,   a mój   z ducha,   osiągnął   doskonałość 
w jednej   postaci;   dwieście   pięćdziesiąt   szylingów   będzie   czekało   na   ciebie   do   czasu 
twojej pełnoletności i ukończenia terminu, a pozostałe dwieście pięćdziesiąt szylingów 
zatrzymam sobie do własnej dyspozycji, jako zapłatę za to, czego cię nauczyłem... Czy 
taka umowa ci odpowiada?

Kieron przez dłuższą chwilę stał oniemiały. Wreszcie powiedział:
– Mistrzu Hobarcie, wasza dobroć mnie poraża. Przyjmuję wszystkie wasze hojne 

warunki, z wyjątkiem jednego. Podpisu.

background image

– Widziałeś moje ręce. Ja już nie będę malować. Mogę co prawda robić jeszcze różne 

proste rzeczy, mam dobre oko, jeśli chodzi o projekt i kompozycję, mogę wymyślić szkic 
na niezły fresk, ale malować już nie będę.

– Nie zgadzam się na to! – krzyknął Kieron.
Hobart był zdumiony.
– Ależ mój synu, takie są fakty.
–   Mistrzu   mój,   podpiszecie   płótno   „Hobart”   albo   rzucam   termin   i będę   żył   ze 

sprzedaży oczyszczonego oleju lnianego.

– Ale dlaczego? Dlaczego? – Hobart nie mógł zrozumieć, czemu Kieron odrzuca 

okazję do nagłej i szybkiej sławy.

Kieron nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Musiały wystarczyć te, które mu się 

nasunęły.

– Dlatego, mój mistrzu, że mam szczęście służyć  u wielkiego malarza i być  jego 

uczniem. To przywilej, z którego cieszę się całym sercem. Nie umiem powiedzieć nic 
więcej.

Hobart szybko rozkaszlał się, żeby ukryć wzruszenie. Kieron przyniósł mu butelkę 

whisky.

Kiedy pierwszego dnia służby przy panience Alyx szedł do zamku, padał ulewny 

deszcz. Co miało swoje dobre strony, bo chciał najpierw przemyśleć kilka problemów, 
zanim zacznie rysować konia w ruchu.

Panienka Alyx w porannej toalecie z niebieskiego materiału, podciętej odrobinę za 

wysoko nad kostką i odrobinę za nisko na piersiach, przyjęła go w podłużnym pokoju, 
którego   ściany   pokrywały   półki   z książkami.   Kieron   nigdy   jeszcze   nie   widział   tylu 
książek. Patrzył na nie z otwartymi ustami i pożądaniem w oczach.

Panienka Alyx, siedząca przy klawikordzie, obrzuciła przemoczonego młodzieńca 

pogardliwym wzrokiem.

–   Cóż   to,   chłopcze,   przyszedłeś   tu   gapić   się   na   książki   czy   zacząć   robić   moją 

podobiznę?

– Przepraszam, panienko Alyx. Proszę o wybaczenie. Nigdy jeszcze nie widziałem 

tylu książek. – Kieron ruszył  niezdarnie po grubym perskim dywanie, zostawiając za 
sobą ślady zabłoconych butów.

– Ociekasz wodą gorzej niż praczka, ty cymbale. Zastanawiam się, czy nie kazać 

ludziom ojca wystawić cię za drzwi.

– Wtedy będę ociekał jeszcze bardziej, panienko. Nie mogło ujść twojej uwagi, że 

niebiosa się rozwarły.

– Nie popisuj się tu swoim nędznym  dowcipem. Pamiętaj, że masz do czynienia 

background image

z osobą wysoko urodzoną.

–  Raz   jeszcze  proszę  o wybaczenie,   panienko.  Muszę  się  oswoić  z wagą  mojego 

zadania.

– Przystępuj więc do tegoż zadania, chłopcze, i bądź cicho.
– Tak, panienko. Czy mogłabyś łaskawie posiedzieć chwilę bez ruchu? – Kieron, 

któremu nie zaoferowano krzesła, przykucnął na dywanie i przypiął papier do rysownicy.

– Jeśli zechcę się ruszać, to będę się ruszać – oświadczyła Alyx. – Masz za długie 

włosy i coś mi się zdaje, że cuchniesz. Nie sądzę, żebym potrafiła szczególnie cierpliwie 
znosić twoją...

Kieron ugryzł  się w język  i wybrał  z woreczka kawałek węgla. Zaczął  szkicować 

panienkę Alyx. Ale ją spokój szybko znudził. Z dziecinnie złośliwą radością postanowiła 
wypuścić następną strzałę w kierunku swojej bezbronnej ofiary.

– Jesteś zaręczony z tą, jak jej tam, Petriną, o ile wiem?
– Tak, panienko.
– Jest nawet całkiem niebrzydka, ale z ciebie istne straszydło. Biedne dziecko. My 

kobiety rzadko trafiamy szczęśliwie, jeśli chodzi o wybranych dla nas mężczyzn.

– Tak, panienko.
– Nie gadaj tyle, głupku. Pracuj lepiej.
Kieron liczył zaledwie siedemnaście lat i choć był dojrzały, jak na swój wiek, nie 

miał   właściwie   żadnego   doświadczenia   z kobietami.   Ponadto   onieśmielał   go   bardzo 
wysoki stan dręczycielki. Toteż tym silniej reagował na ej banalne docinki. Ręka trzęsła 
mu się jak w febrze, linie, które kreślił, były do niczego i wiedział, że ten pierwszy szkic 
wypadł co najmniej groteskowo.

– Pokaż mi, co narysowałeś. Wprawdzie jesteś źle ubrany, nie umiesz się wysłowić 

i pochodzisz z pospólstwa, ale może się jeszcze okazać, że masz talent.

Panienka Alyx świetnie się bawiła. Tę ofiarę będzie przypiekać na wolnym ogniu.
– Panienko, to tylko próbny szkic – bronił się rozpaczliwie Kieron – niewart twojej 

uwagi.

– Nic nie szkodzi, chcę go zobaczyć. – Wstała od klawikordu, podeszła do Kierona 

i zajrzała mu przez ramię.

–  Niech  Ludd  ma   cię  w opiece!  Rysujesz,  jakbyś   miał   dwie  lewe  ręce.   Idź stąd 

i żebym cię więcej nie widziała.

–   Tak,   panienko.   Przepraszam,   panienko   –   Kieron   pozbierał   papiery,   węgiel 

i rysownicę.   Nie   pozostawało   mu   nic   innego,   jak   opuścić   zamek   i bezzwłocznie   się 
powiesić.

– Aż do jutra – dodała panienka Alyx słodkim głosem. – Staw się tu jutro o tej samej 

background image

porze, chłopcze. I módl się, żeby ci lepiej poszło.

Kieron umknął jej sprzed oczu, zlany potem. Nie powiesił się. Ale kiedy przyszła 

pora snu, męczyły go koszmary.

background image

Rozdział ósmy

Nazajutrz   również   padało.   Tym   razem   Kieron   przedsięwziął   środki   ostrożności. 

Przykrył   głowę   i ramiona   kawałkiem   juty,   a w drugi   kawałek   zawinął   materiały 
rysunkowe i zapasowe obuwie. Potem powlókł się do zamku. Zanim zaprowadzono go 
do panienki Alyx, poprosił, aby mógł uczesać się i zmienić buty.

Przyjęła   go   tak   samo   jak   przedtem,   siedząc   przy   klawikordzie   w podłużnym, 

zastawionym książkami pokoju.

– Widzę, chłopcze, że jesteś punktualny. To już coś. I znalazłeś sposób, żeby nie 

ociekać wodą. To też już coś. Miejmy nadzieją, że tym razem nie zmarnujesz papieru... 
No, nie stój jak ten strach na wróble. Siadaj gdzieś i postaraj się udowodnić, że mój drogi 
ojciec nie wyrzuca szylingów w błoto.

Kieron,   który   zadał   sobie   nieco   trudu,   żeby   ją   udobruchać,   a właściwie,   żeby 

wyglądać mniej śmiesznie we własnych oczach, nie był przygotowany na dalszy ciąg 
szyderstw. W istocie dotychczas tkwił między nauką a pracą, nigdy też nie spotkało go 
żadne poważne niepowodzenie. Teraz zaś odbierał zniewagi na wszystkich frontach – 
jako   mężczyzna,   do   tego   bardzo   młody,   jako   malarz,   nieznany   jeszcze,   a więc 
nadwrażliwy, i jako człowiek, którego godność osobista dotkliwie cierpi.

Kieronowi krew napłynęła do twarzy. Potok słów cisnął mu się na usta, ale zacisnął 

wargi i stłumił wściekłość, przynajmniej  na razie. Ten wysiłek  osadził go w miejscu. 
W pobliżu nie było krzesła, usiadł więc znów sromotnie na podłodze.

– Mam nadzieję, że masz czyste spodnie – odezwała się Alyx. – Ten dywan pochodzi 

z dalekiego kraju, o którym z pewnością nawet nie słyszałeś, i kosztował więcej, niż ty 
przy swoim miernym talencie zarobisz przez całe życie.

Tego już było za wiele.
– Panienko – odparował cicho Kieron – moje spodnie są czyste i wiem, że to perski 

dywan. Ale czy pochodzi z Persji, tego nie jestem pewien, bo słyszałem, że flamandzcy 
tkacze   robią   teraz   także   dywany   w stylu   perskim,   które   są   o wiele   tańsze   i chętnie 
kupowane przez arystokrację.

Dywan był oryginalny i Kieron dobrze o tym wiedział, ale nie mógł sobie odmówić 

drobnego odwetu.

– Ty zuchwały wieśniaku! – wybuchnęła Alyx. – Ten dywan jest prosto z Persji!
–   Rzeczywiście   jestem   wieśniakiem   i nie   mam   powodu   wątpić   w twoje   słowa, 

panienko – rzekł Kieron z odpowiednią nutą zwątpienia w głosie. – Czy mogę zaczynać? 
– Czuł się raźniej.

background image

Zaczynaj, głupku jeden. Skrob sobie jak kura pazurem, jeśli już musisz. Ale pilnuj 

się, żeby wypadło to lepiej niż wczoraj, bo klnę się na Ludda, że w przeciwnym razie 
rządca mojego ojca przepędzi cię jak nic z zamku z powrotem do nory mistrza Hobarta. 
Biedny staruszek musiał być niespełna rozumu, żeby wziąć sobie takiego ucznia jak ty.

–   Może   nie   przynoszę   mu   zaszczytu   –   odparł   Kieron   –   ale   mistrz   Hobart   jest 

najlepszym malarzem na całym południowym wybrzeżu. Gotowy portret na pewno ci się 
spodoba, panienko. Na to mogę przysiąc.

Na jakiś czas zapadła błogosławiona cisza. Kieron szkicował, Alyx kaprysiła, ale nie 

za bardzo.

Kieron   czuł,   że   mógłby   ukrócić   język   tej   młodej   damy.   Musi   mieć   jakieś   czułe 

punkty.  Musi   być,  jak  wszystkie   kobiety,   wrażliwa  na   pochlebstwo.  Będąc   już   teraz 
pewnym swojej ręki może jej pochlebić. Narysował większe i piękniejsze oczy, niż miała 
w rzeczywistości,   węższą   kibić,   pełniejsze   piersi,   włosy   gęste   i puszyste,   opadające 
kaskadą na ramiona. – Wkrótce ciekawość ją zmogła.

– Chciałabym zobaczyć twoje gryzmoły, chłopcze.
Kieron   wstał,   ale   ponieważ   noga   zdrętwiała   mu   od   siedzenia   po   turecku 

i podtrzymywania   rysownicy,   przewrócił   się.   Alyx   wybuchnęła   śmiechem.   Kieron 
przemilczał to, bo i cóż mógł zrobić? Takie już widać jego przeznaczenie, że musi grać 
rolę błazna przed tą szlachetnie urodzoną dzierlatką. Podniósł rysunek, pokuśtykał do 
klawikordu i położył przed nią.

Alyx przyjrzała się uważnie.
–   Mam   prosty   nos,   a nie   zakrzywiony   –   powiedziała.   –   i mniejsze   uszy.   Ale   od 

wczoraj zaszła pewna poprawa. Może jest jeszcze jakaś nadzieja.

Kieron miał wrażenie, że jest zarówno zdumiona, jak i zadowolona.
– Dziękuję, panienko – wymruczał.
– Powiedziałam: „może” – zaznaczyła. – „Może” znaczy tylko „może”. – Spojrzała 

przez jedno z oprawnych w ołów okien. – Przestało padać. Wybierzemy się na konną 
przejażdżkę.

Kieron stropił się.
– Nie jeżdżę konno, panienko. Miałem tylko szkicować cię w różnych sytuacjach 

i pozach.

– Masz robić to, co ci każę. Zostało uzgodnione, że mistrz Hobart namaluje mnie 

w siodle. Chcąc zrobić studium konia, musisz wiedzieć, jak koń wygląda... i ja na koniu. 
Pojedziesz więc ze mną. Poczekaj tu, aż się przebiorę.

Kieron czekał, a książki na półkach przyciągały go jak magnes. Tyle książek! Tyle 

cudownych, wspaniałych książek! Muszą być stare, bardzo stare. Nedyci z konieczności 

background image

zezwolili   na   maszyny   drukarskie,   ale   używano   ich   jedynie   do   rozpowszechniania 
zatwierdzonych tekstów religijnych. A tu były książki, które mówiły nie tylko o życiu 
i twórczości Neda Ludda, ale i o różnych nieznanych sprawach.

Panienka Alyx długo przebierała się w strój do konnej jazdy. Zostawszy sam, Kieron 

zaczął przyglądać się książkom. Wiele było bardzo starych, miały grzbiety nadgryzione 
przez myszy, upstrzone, pożółkłe ze starości kartki. Były tu rozmaite biografie – opisy 
życia władców Arundel i innych osobistości – książki historyczne, wojenne, rolnicze, 
łowieckie,   książki   o odkryciach   geograficznych,   o wymianie   handlowej   z dalekimi 
krajami,   książki   opisujące   gwiazdy.   A wśród   nich   jedna   cienka,   niewiarygodnie 
postrzępiona,   niewiarygodnie   stara   książka   o rozwoju   diabelskich   maszyn   –   wraz 
z maszynami latającymi.

Kieron rzucił się na nią chciwie. Niektóre słowa były trudne, inne niezrozumiałe. 

Pomimo   wszystko   zaczął   wydobywać   z niej   rozmaite   informacje   –   o „dziwnie 
nazywających   się   ludziach,   którzy   dokonywali   dziwnych   rzeczy,   takich   jak   bracia 
Montgolfier, Otto Lilienthal, Santos Dumont – dopóki nie wróciła panienka Alyx.

Kieron zmieszany zamknął książkę i wstawił ją na miejsce na półce.
– Chłopcze, czy pozwoliłam ci przeglądać książki mojego ojca?
– Nie, panienko.
– Więc nie pozwalaj sobie za dużo. Chodź, idziemy.
– Nie umiem jeździć konno, panienko. – Kieron nie miał w tej chwili najmniejszej 

nawet ochoty próbować dosiadać konia.

–   No   to   się   nauczysz,   chłopcze.   Takie   jest   moje   życzenie.   –   Alyx   najwyraźniej 

cieszyła się na myśl o dobrej zabawie.

Cały epizod był z góry skazany na niepowodzenie – dokładnie jak to sobie panienka 

Alyx obmyśliła. Kazała osiodłać Kieronowi starą klacz, tak starą i łagodną – jak mu 
powiedziała – że można by powierzyć jej bezpiecznie nawet dziecko. Dla siebie Alyx 
wybrała pięknego ognistego rumaka.

Kiedy  już  chłopcy  stajenni   podsadzili   Kierona   na   siodło,  Alyx   ruszyła   przodem, 

wiodąc konia wolnym kłusem spod zamku w dół zbocza do skupiska domostw na skraju 
rozbudowującego   się   miasta.   Kieron   z trudem   podążał   za   nią,   zęby   mu   szczękały, 
pośladki unosiły się w siodle i nieco przyciężko opadały.

Ludzie stawali i patrzyli na panienkę. Kobiety składały głęboki ukłon, a mężczyźni 

dotykali   kapelusza.   Wszyscy   dziwili   się,   że   towarzyszy   jej   terminator   Kieron 
i z rozbawieniem   obserwowali   jego   męki.   Petrina   zobaczyła,   jak   walczy,   żeby   się 
utrzymać w siodle, i nie mogła powstrzymać chichotu. Dwóch czy trzech próżnujących 
czeladników ośmieliło się głośno roześmiać.

background image

Zostawiwszy za sobą Arundel, Alyx puściła konia krótkim galopem. Otwarta łąka 

była  wciąż podmokła po deszczu, lecz cwałowało się niezgorzej. Ale nie Kieronowi. 
Stara klacz nie zważając na żadne jego wysiłki kierowała się tylko krokami ogiera – lub 
tajemnymi znakami panienki Alyx.

Niebawem   Kieron   puścił   lejce   i chwycił   się   rozpaczliwie   za   grzywę   biednego 

zwierzęcia. Jak było do przewidzenia, wkrótce spadł.

Panienka Alyx wybrała drogę nad brzegami rzeki Arun, wezbranej po deszczach. Był 

to   sprytny   wybór,   bo   istniało   duże   prawdopodobieństwo,   że   gdy   Kieron   zostanie 
wysadzony z siodła, spadnie w nadrzeczne błoto.

Ludd mu nie sprzyjał i rzeczywiście tak się stało. Wylądował w dużej kałuży, biorąc 

siłę upadku na ramię, a potem na plecy, kiedy się przewrócił. Było to znacznie gorsze, 
niż rozkładający cios przeciwnika podczas zapasów na trawie.

Alyx roześmiała się głośno.
–   Cóż,   uczniaku,   twoje   umiejętności   konnej   jazdy   dorównują   umiejętnościom 

rysowania.  Wdrapuj  się na siodło.  I nie bądź  taki  otępiały,  nie  zamierzam  czekać  tu 
wiecznie.

Kieronowi   udało   się   jakoś   dosiąść   klaczy.   Potłuczony   i obolały   usadowił   się 

w siodle. Ale nie zabawił tam długo. Tym razem jednak miał dość rozsądku, żeby spaść 
na łąkę, a nie w muł od strony rzeki. Bolało bardziej, ale nie było błota. Niewiele myśląc 
usiłował znów dosięgnąć siodła.

– Dość już. Wystarczy. Tak przestraszyłeś moją biedną klacz, że zrzuci cię, jak tylko 

poczuje twój ciężar. Chodź za mną do zamku. Pojadę wolno. Wiedź ją ostrożnie. Nie jest 
przyzwyczajona do takich gamoniów.

Alyx zawróciła konia i nie zaszczycając Kierona spojrzeniem, skierowała się przez 

Arundel do zamku. Kieron, utytłany błotem i roztrzęsiony, poszedł za nią, rzucając co 
chwila nerwowe spojrzenia za siebie na tę ponoć łagodną klacz.

Przechodnie na ulicach obejrzeli spektakl, starannie maskując przed panienką Alyx 

swoje rozbawienie. Z drugiej strony dołożyli starań, żeby zobaczył je „Kieron z głową 
w chmurach”, którego zabłocona twarz była teraz skierowana nie ku niebu, a ku ziemi. 
Co   gorsza,   Petrina,   załatwiwszy   zakupy   w piekarni,   wracała   właśnie   do   domu 
z koszykiem pełnym świeżego chleba. Z początku ujrzawszy Kierona przeraziła się, ale 
z wolna wyraz jej twarzy się zmieniał i nie potrafiła ukryć śmiechu. Ten śmiech ugodził 
Kierona jak cios.

Na zamku chłopcy stajenni z kamiennymi twarzami uwolnili go od klaczy. Lokaj na 

polecenie panienki Alyx niedbałymi ruchami oczyścił go nieco z błota, nie kryjąc przy 
tym obrzydzenia dla powierzonego mu zadania. Ubranie Kierona było z dobrej, mocnej 

background image

skóry i z wełny. Lokaj miał na sobie płótno i aksamit. Kieron uważał, że nagła śmierć 
byłaby wybawieniem zesłanym z niebios.

Niestety Ludd nie był dla niego łaskawy. Pozostawił go przy życiu. Panienka Alyx 

z beznamiętnym   wyrazem   twarzy   kazała   mu   stawić   się   w bibliotece.   Poszedł   za   nią 
posłusznie z postanowieniem, że zbierze swoje materiały i jak najszybciej odejdzie.

Jego szkic i rysownica leżały na perskim dywanie tam, gdzie je zostawił. Alyx, jakby 

tego nie widząc, przeszła po rysunku i zostawiła na nim ociekające błotem ślady butów 
do konnej jazdy.

Nagle Kieron poczuł, że jego cierpliwość się wyczerpała. Nie zniesie ani jednego 

upokorzenia   więcej   od   tej   rozpieszczonej   pannicy,   inaczej   nie   mógłby   nazwać   się 
mężczyzną.

– Dość tego, ty jędzo! – krzyknął. – Mam cię już po dziurki w nosie!
Alyx   odwróciła   się   do   niego   z udanym   zdumieniem   i oburzeniem.   Z chłodnym 

i wykalkulowanym oburzeniem.

– Chłopcze, przebrałeś miarę. Użyłeś wyzwiska w mojej obecności i skierowałeś je 

pod moim adresem. Każę cię za to przepędzić kijami z zamku. Twój termin zostanie 
rozwiązany, a ty sam będziesz się żywił korzonkami na wygnaniu w lesie.

–   Ale   najpierw   dam   ci   nauczkę   –   odparował   zimno   Kieron.   –   Jestem   wolnym 

człowiekiem i mam swoją godność. W twoich żyłach może i płynie szlachetna krew, ale 
twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia.

Z tymi słowami chwycił ją w pół, przełożył przez krzesło przy klawikordzie i z dużą 

energią i zapałem przystąpił do wymierzania jej klapsów w pośladki.

Alyx  krzyknęła.  Kieron   słuchał  jej  wrzasków  z prawdziwą   przyjemnością.  Z taką 

przyjemnością, że nie zauważył, kiedy otworzyły się drzwi biblioteki i wbiegła służba. 
Nie istniało dla niego nic prócz niekłamanej satysfakcji, jaką czuł sprawiając lanie temu 
rozpuszczonemu dziecku, które wyobrażało sobie, że jest kobietą. Nic innego nie widział 
i nie słyszał aż do momentu, gdy pochwyciły go czyjeś ręce, a cios w głowę pozbawił go 
przytomności.

background image

Rozdział dziewiąty

Oprzytomniał w zamkowym lochu. Oprzytomniał, bo chluśnięto mu w twarz kubłem 

zimnej wody. Wisiał przykuty rękami do muru. Bolały go nadgarstki, łokcie, ramiona, 
głowa. Przed nim siedział na krześle senior Fitzalan. U jego boku stał pałacowy strażnik. 
Za krzesłem zaś panienka Alyx.

Zabiją  mnie   – pomyślał   Kieron apatycznie.   – Nie  dbam  o to.  Lepiej  umrzeć   jak 

mężczyzna, niż żyć jak jagnię.

–   A więc,   chłopcze,   nareszcie   jesteś   uprzejmy   przyłączyć   się   do   naszego 

towarzystwa. – Senior Fitzalan mówił tonem łagodnym, nawet miękkim. Ale jego oblicze 
było srogie. Kieron nie znalazł w nim łaski.

– Proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość. Nie byłem świadom waszej obecności – 

odpowiedział Kieron, co zabrzmiało jak dowcip, zważywszy na okoliczności.

– Ha! – Senior Fitzalan pozwolił sobie na nikły uśmiech. – Zapamiętam ten żart... No 

cóż, chłopcze, uderzyłeś panienkę Alyx, i to kilkakrotnie, w miejsce, którego dżentelmeni 
nie wymawiają z nazwy. Zanim wymierzę ci karę, musisz wiedzieć, że spotkało ją to po 
raz pierwszy. Jeśli chcesz, możesz czerpać z tego faktu satysfakcję. Przed tą zniewagą 
nikt, nawet ja, nie podniósł w gniewie ręki na moją córkę. I co masz mi do powiedzenia?

– Nic, Wasza Wysokość – odrzekł Kieron po chwili zastanowienia. Głupotą byłoby 

prosić o łaskę, jak i głupotą byłoby starać się usprawiedliwiać, że go sprowokowano.

– Spotkał cię więc zasłużony los?
– Uderzyłem panienkę Alyx, Wasza Wysokość. Nie chciałem jej zrobić nic złego. To 

wszystko. – Spojrzał z ukosa na Alyx. Nie wyglądała teraz na władczą młodą damę. Była 
blada,   zmartwiona.   W gruncie   rzeczy   przeraziły   ją   tak   groźne   skutki   droczenia   się 
z Kieronem. Nie miała zamiaru rozzłościć go do tego stopnia, żeby dopuścił się czynu 
karanego   śmiercią.   No   cóż   –   pomyślał   Kieron   –   niech   moja   śmierć   spadnie   na   jej 
sumienie.

– To wszystko? – zagrzmiał Fitzalan. – To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
– Wasza Wysokość – wtrącił strażnik – pozwól mi nieco go zachęcić.
–   Milcz,   człowieku   –   parsknął   senior   z irytacją.   –   Cios   w głowę   i jego   obecna 

sytuacja   powinny   być   wystarczająco   zachęcające   jak   na   razie...   No   więc,   chłopcze, 
powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia. Nie masz nic więcej do dodania?

Kieron pomyślał przez chwilę. Mógłby dodać oczywiście wiele rzeczy, ale najlepiej 

ograniczyć się do tego, co najważniejsze.

– Proszę cię, panie, żeby mój postępek nie odbił się na mistrzu Hobarcie, który jest 

background image

dobrym człowiekiem i wielkim malarzem, i może odpowiadać tylko za własne uczynki. 
Proszę   cię   także,   żebyś   nie   winił   moich   rodziców.   Ich   jedyną   winą   jest,   że   mieli 
nieszczęście mnie zrodzić i zostali już dość pokarani.

Senior Fitzalan odchrząknął. Wąsy mu zadrżały.  Panienka Alyx pochyliła się nad 

nim i, patrząc na Kierona, zaczęła głaskać długie siwe włosy ojca.

– Myślałem nad tym,  jak cię ukarać, chłopcze. Najpierw miałem zamiar ściąć ci 

głowę, jako przykład dla wszystkich łotrów i rzezimieszków, których nigdzie nie brakuje. 
Ale ponieważ taka kara jest niejako ostateczna i ludzie zapomnieliby o niej najdalej po 
roku, byłem skłonny okazać ci łaskę i ograniczyć się tylko do ucięcia grzesznej dłoni 
i wydłubania grzesznych oczu.

Kierona przeszły ciarki. Z pewnością lepsza śmierć od takiej łaski.
– Jednakowoż – mówił dalej senior Fitzalan – moja córka Alyx, która ma własne 

zdanie, zaproponowała bardziej pomysłową karę.

Kieronowi   zaschło   w gardle.   Już   wspomniane   okropności   budziły   grozę.   Ale 

najwyraźniej nie były wystarczające, żeby dać panience Alyx pełną satysfakcję.

– Wobec tego zostaniesz poddany karze, jaką wymyśliła dla ciebie panienka Alyx, 

gdyż to ona została znieważona.

– Wasza Wysokość – powiedział szybko Kieron. – Wybieram karę śmierci przez 

ścięcie. Słusznie mi się ona należy.

– Ach tak? Wybór nie leży w twojej gestii, mój chłopcze. Możesz uważać się za 

dziecko szczęścia.

Ale Kieron nie uważał się za dziecko szczęścia.  Topór przynajmniej  jest szybki, 

podczas gdy to, co wymyśliła panienka Alyx, z pewnością potrwa znacznie dłużej.

– Skazuję cię – powiedział senior Fitzalan, uśmiechając się nieznacznie – na to, że 

będziesz dotrzymywał towarzystwa panience Alyx, kiedy sobie tego zażyczy, wykonasz 
wszystkie  potrzebne  szkice i nigdy więcej nie podniesiesz na nią ręki z obawy przed 
moim   karzącym   ramieniem...   Masz   szczęście,   chłopcze,   że   moja   córka   ma   dziwne 
kaprysy a także kobiece sposoby na zmianę moich decyzji. No i co powiesz?

Kieron otworzył i zamknął usta, ale nie mógł wydobyć głosu.
– Każ go rozkuć, ojcze. Dość już wycierpiał. – Alyx spojrzała ze współczuciem na 

Kierona. Były to jej pierwsze słowa.

Fitzalan z rozpaczą podniósł oczy do sufitu.
– Czy ktoś kiedyś zrozumie kobiety? – skinął na strażnika i Kieron został uwolniony 

z kajdan.

– Dziękuję, Wasza Wysokość, za okazaną łaskę.
Fitzalan roześmiał się.

background image

– Też mi łaska, dobre sobie! Pomówimy o łasce, kiedy panienka Alyx nacieszy się 

swoją zemstą. A teraz uciekaj stąd i idź się pomodlić.

background image

Rozdział dziesiąty

Nazajutrz Kieron stawił się na zamku jak zwykle, ale panienka Alyx nie chciała go 

przyjąć.   Wrócił   do   domu   Hobarta   przybity,   przekonany,   że   Alyx   rozmyśliła   się 
i zamówienie przepadło, a wraz z nim siedemset pięćdziesiąt szylingów i wszystko co się 
z tym wiąże. Wiedział, że powinien się cieszyć, iż udało mu się wyjść z opresji obronną 
ręką,   ale   w rzeczywistości   był   zdruzgotany.   Był   zdruzgotany,   bo   bał   się,   że   jego 
zachowanie może odbić się na mistrzu Hobarcie i że staruszek może stracić także inne 
zamówienia.

Opowiedział mu jak najdokładniej całą historię, niczego nie opuszczając, niczego nie 

dodając. Spodziewał się, że Hobart będzie zmartwiony i oburzony, z pewnością spuści 
mu lanie i niewykluczone, że zechce wyrzucić go z terminu.

Miał rację – Hobart był zmartwiony. Ale nie miał racji myśląc, że będzie oburzony.
–   Mój   synu,   widzę,   że   panienka   Alyx   potraktowała   cię   haniebnie.   Wybacz   mi. 

Wiedziałem, że robi co chce, ale nie przypuszczałem, że zachowa się w sposób niegodny 
swojej pozycji. Nic nie szkodzi, możemy  stracić względy na zamku. I tak nie byłem 
zachwycony tym zleceniem. Najważniejsze, że uszedłeś cało z tej historii. – Spróbował 
się roześmiać, ale skończyło się atakiem kaszlu, który trzeba było ułagodzić szklaneczką 
whisky. – Tak czy owak mamy olej rafinowany, na który będzie z pewnością wielkie 
zapotrzebowanie.

Kieron był zdumiony.
– Nie jesteście źli?
– Owszem, jestem zły,  że fochy kładą tamę talentowi. Czym jest Alyx  Fitzalan? 

Niczym, jedynie córką seniora Fitzalana. Oto całe je znaczenie. Ale ty, Kieronie, ty jesteś 
artystą, a może nawet geniuszem. Niedobrze się stało, że ją zbiłeś – choć ta myśl nie jest 
mi   przykra,   bo   sam   miałem   wielekroć   podobną   ochotę   –   ale   to   jeszcze   żadne 
nieszczęście.   Senior   Fitzalan   miał   dość   rozumu,   żeby   puścić   wszystko   w niepamięć. 
Przeżyjemy to jakoś.

– Panie mój, jestem wam wdzięczny całym sercem.
– Nie mówmy już o tym, Kieronie. Jutro pójdziemy na ryby.
Ale nazajutrz przyszedł lokaj z wezwaniem na zamek. Panienka Alyx życzyła sobie, 

aby Kieron, uczeń Hobarta, stawił się u niej z przyborami do rysowania.

– Nigdzie nie pójdziesz – oświadczył Hobart. – Powiem, że jesteś chory.
– Mistrzu, muszę iść – sprzeciwił się Kieron. – Taki dostałem wyrok.
Tak   jak   poprzednio   Alyx   siedziała   przy   klawikordzie,   czekając   na   niego.   Na 

background image

instrumencie leżała książka, którą Kieron od razu poznał.

– Dzień dobry, mistrzu Kieronie. – Zaskoczyła go jej uprzejmość. Poza tym nie był 

mistrzem, lecz zaledwie terminatorem. Był też za młody, aby wiedzieć, że dojrzewające 
dziewczyny nierzadko noszą w sobie skrajne cechy dziecka i dorosłej kobiety.

– Dzień dobry, panienko Alyx.
Wstała i wyciągnęła do niego rękę z książką.
– Zainteresowałeś się tym tomikiem. Jest twój.
Kieron był wstrząśnięty.
–   Panienko   Alyx,   to   naprawdę   bardzo   miło   z twojej   strony.   –   Wziął   książkę, 

pogłaskał ją miłośnie. – Bardzo miło. Ja... – umilkł.

Alyx uśmiechnęła się.
– Zapomnijmy o tym, co było, Kieronie. Jak mam ci pozować?
– Jak tylko zechcesz, panienko. Mogę narysować wiele szkiców i skomponować je 

w coś, czemu mistrz Hobart nada odpowiedni kształt.

– Kieronie?
– Panienko?
– Mów do mnie Alyx.
Kieron był jeszcze bardziej wstrząśnięty.
– Dobrze... Alyx.
– Kieronie, nigdy przedtem nie uderzył mnie żaden mężczyzna.
– Przepraszam, panienko... Przepraszam, Alyx. Przecież mieliśmy o tym zapomnieć.
– Kieronie?
– Słucham, panienko... to znaczy Alyx?
Podniosła   się   od  klawikordu   i podeszła   do   niego.   Jej   suknia   szeleściła,   jej   skóra 

pachniała, policzki płonęły, a oczy były wilgotne. Wcale nie wyglądała teraz na niemądrą 
dziewczynę, która doprowadziła go do kresu wytrzymałości.

– Źle cię traktowałam, Kieronie, przepraszam. Wczoraj płakałam całą noc, bo byłam 

okrutna i głupia, i bałam się, że mnie znienawidzisz. Czy nienawidzisz mnie, Kieronie? 
Jeśli tak, to muszę się nauczyć z tym żyć.

Kieron   nie   wiedział,   co   odpowiedzieć   ani   jak   się   zachować.   Z niezrozumiałych 

względów serce biło mu w piersi jak oszalałe. Pot wystąpił mu na czoło, ogień płonął 
w żyłach. W końcu odzyskał mowę:

– Panienko, wcale cię nie nienawidzę. Naprawdę. Coś takiego się stało, że... Czuję, 

jakbym stracił rozum.

Uśmiechnęła się.
– Zapomniałeś. Powiedz Alyx. Mam na imię Alyx. Masz tak do mnie mówić zawsze, 

background image

gdy jesteśmy sami.

– Alyx – powtórzył idiotycznie. – Alyx. – Nie przychodziło mu do głowy nic innego. 

To słowo brzmiało zarazem znajomo i obco. Magiczne słowo. Zaklęcie.

– Nie straciłeś rozumu, Kieronie. W każdym razie nie bardziej ode mnie... Jesteśmy 

teraz przyjaciółmi, prawda?

Tak,   jesteśmy   przyjaciółmi.   –   Kieron   drżał   na   całym   ciele.   Miał   wrażenie,   że 

wszystko dzieje się gdzieś poza nim. Że głos, który słyszy, należy do kogoś innego... 
Dlaczego ona stoi tak blisko? Dlaczego szumi mu w głowie?

– Czy będziemy bliskimi przyjaciółmi?
– Jeśli sobie tego życzysz.
– A ty?
– Alyx, ja... ja... – Cóż mógł powiedzieć. Cóż znaczyły słowa.
– Pocałuj mnie, Kieronie. Pocałuj mnie w usta.
Książka wypadła z rąk Kierona, ale on tego nawet nie zauważył. Żadne z nich nie 

zauważyło.

– Pocałuj mnie – szepnęła. Ten szept sprawił, że opuściły go resztki rozsądku.
Pochwycił   ją   w ramiona.   Poczuł   pulsujące   w niej   życie,   jej   piersi   na   swoich 

piersiach, ciepło jej ciała. I poczuł wargi, które dotknęły jego warg.

Groziły mu za to lochy, baty, kajdany, koło tortur i wszelkie inne męczarnie, ale nie 

dbał o nic. Smak ust Alyx Fitzalan, dotyk jej ciała... o nic innego nie dbał.

Po chwili odsunęli się od siebie.
–   Żaden   mężczyzna   nigdy   przedtem   mnie   nie   uderzył,   żaden   nie   trzymał   mnie 

w ramionach, żaden mnie tak nie całował. – Alyx miała szczęśliwy a nawet błogi wyraz 
twarzy. – Kocham cię, Kieronie.

– Boję się miłości – powiedział Kieron. – Burzy człowiekowi spokój. Ale ja też cię 

kocham. Myślałem, że cię nienawidzę, ale ta nienawiść była odmianą miłości.

Alyx zmarszczyła brwi ze smutkiem, kiedy dotarła do niej rzeczywistość.
– Nasze dni szczęścia nie potrwają długo, Kieronie. Cieszmy się nimi, póki możemy. 

Twoim   przeznaczeniem   jest   Petrina.   A moim   Talbot   z Chichester,   blade,   nieszczęsne 
stworzenie... Czy Petrina całuje tak jak ja?

– Nie wiem, Alyx. Ja nie... Myśmy nie... – jąkał się.
–   Cicho,   sza,   mój   kochany.   Dałeś   mi   już   odpowiedź...   Do   tej   pory   byłeś   tylko 

uczniem   malarza   dręczonym   przez   bezmyślną,   impertynencką   dziewczynę,   która 
wykorzystywała  władzę swojego ojca. Ale miłość jest niebezpieczna, Kieronie. W jej 
obliczu   jesteśmy   sobie   równi,   choć   w obliczu   świata   istnieje   między   nami   przepaść. 
Talbot, Petrina i panujące zwyczaje otaczają nas jak duchy. Musimy być bardzo ostrożni, 

background image

bo inaczej nas zniszczą.

Kieronowi udało się uśmiechnąć.
– Będę ostrożny, Alyx, choćby dlatego, że muszę. Boję się o nas oboje.
Wzięła go za rękę.
– Ale nie bój się za bardzo. Jeśli nie stracimy głowy, wszystko będzie dobrze. – 

Roześmiała się. – Jak się domyślam, mój ojciec kazał mistrzowi Hobartowi zająć mnie 
przez co najmniej dwa miesiące. Prawda? A ty miałeś być kozłem ofiarnym.

Kieron wzruszył ramionami.
– Prawda, Alyx. Rzeczywiście, prawda.
–  Wobec  tego   –  powiedziała  wesoło  –  któż   zaprotestuje,  jeśli  z dwóch  miesięcy 

zrobią się trzy miesiące? Ani mój ojciec, ani mistrz Hobart. Obaj będą zachwyceni, że ich 
strategia odniosła taki sukces. Ja wobec ludzi będę nadal tą wyniosłą Alyx, która chce cię 
upokorzyć. A ty będziesz grać rolę biednego terminatora, który musi to znosić dla dobra 
swojego mistrza, swojej sztuki i swojej przyszłości. Czy podołasz tej roli?

– Podołam.
– To dobrze. Dzisiaj będziesz mnie szkicował, ale jutro znów pojedziemy na konną 

przejażdżkę i na pewno znów spadniesz z konia. Ludzie się o tym dowiedzą i będą mieli 
satysfakcję.   „Kierona   z głową   w chmurach”   spotkało   jeszcze   jedno   upokorzenie.   Czy 
jesteś pewien, że to zniesiesz?

– Mogę znieść podstęp dla dobra prawdy.
– Dobrze powiedziane, mój kochany.  – Podeszła bliżej i pocałowała go. – Kiedy 

będziemy sami, naprawdę sami, możesz mi rozkazywać. Będę całować cię po stopach, 
jeśli zechcesz. Będę głaskać cię po włosach, przytulać się do ciebie i pozwalać ci się 
pieścić.

– Alyx, przestań, bo chce mi się płakać.
– Na łzy przyjdzie czas później, kiedy mnie wezmą do łoża Talbota, a do twojego 

łoża wejdzie Petrina. Jak my to wytrzymamy?

Przytulił ją mocno.
–   Nie   wiem.   Wiem   tylko,   że   dano   nam   trochę   czasu   dla   siebie.   I za   to   jestem 

wdzięczny losowi.

Trochę czasu – westchnęła Alyx. – Tylko trochę czasu. To takie smutne... Muszę cię 

bliżej poznać. Chciałabym dowiedzieć się o tobie jak najwięcej. Czy naprawdę chcesz 
być malarzem jak mistrz Hobart? A może wolałbyś robić coś innego?

– Najbardziej na świecie – powiedział Kieron tuląc ją – chciałbym latać. Chciałbym 

zdobyć przestworza jak Pierwsza Generacja i jak Druga Generacja. Chciałbym znaleźć 
się bliżej gwiazd.

background image

– „Kieronie z głową w chmurach” – szepnęła – kocham cię. Jesteś niepoprawnym 

fantastą, mój ty zdobywco przestworzy.

background image

Rozdział jedenasty

Brat Sebastian patrzył na Kierona leżącego na łóżku bez żadnej złości czy próby 

zastraszenia go. Brat Sebastian, mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna o przyjemnej 
powierzchowności   skrywał   swoją   ambicję   i żądzę   władzy   pod   maską   dobrotliwości. 
Rzadko podnosił głos. Wolał przybierać minę pełną troski. Ludziom żal było smutnej 
twarzy brata Sebastiana.

Złamana noga rwała Kierona niemiłosiernie. Wprawdzie nastawiał ją osobisty medyk 

seniora Fitzalana, ale Kieron miał wrażenie, że niezbyt  znał się on na swojej sztuce. 
Kiedy później porównał obie nogi, zauważył, że ta zdrowa jest jakby dłuższa. Za nic nie 
pragnął zmienić swojego obecnego przezwiska na inne: „Kieron kuternoga”. Poza tym 
kto zechciałby mierzyć się w zapasach z kaleką?

Brat   Sebastian   był   w kłopocie.   Na   żądanie   panienki   Alyx   Kierona   przeniesiono 

tymczasem   z domu   mistrza   Hobarta   do   ofiarowanego   mu   pokoju   na   zamku.   Alyx 
załatwiła to niezwykle zręcznie. Bezlitośnie potępiła Kierona przed ojcem za wdawanie 
się w dziecinne zabawy i oskarżyła go, że pewno złamał nogę naumyślnie, aby tylko nie 
robić szkiców i wstępnych kompozycji do obrazu. Dlaczego więc miałby wywinąć się tak 
łatwo?  Trzeba  go sprowadzić  na zamek,  żeby mógł  bez żadnej  zwłoki  kontynuować 
pracę. To go z pewnością nauczy, że nie zawsze da się wymigać od poważnych zadań 
łamiąc sobie po prostu nogę.

Senior   Fitzalan   obrzucił   córkę   bacznym   spojrzeniem.   Był   inteligentnym 

człowiekiem. Dość inteligentnym, aby zdawać sobie sprawę, że pewnych rzeczy lepiej 
nie wiedzieć. Poza tym chłopiec był pod wieloma względami przydatny. Alyx znacznie 
złagodniała, odkąd mogła na nim wyładowywać swoje nastroje. Toteż Kieron na czas 
rekonwalescencji otrzymał pokój na zamku.

I   to   właśnie   wprawiło   w zakłopotanie   brata   Sebastiana.   Kieron,   choć   pochodził 

z ludu, był teraz osobą o pewnym znaczeniu, przynajmniej na razie.

– Powiedz mi, bracie, jak to się stało, że złamałeś nogę? – Było to pytanie raczej 

retoryczne, bo wszyscy w senioracie wiedzieli, w jaki sposób Kieron złamał nogę.

– Bracie Sebastianie, puszczałem latawca – powiedział Kieron ostrożnie.
– Ach tak... Musiano mi to źle powtórzyć. Słyszałem, że nie tyle puszczałeś latawca, 

ile leciałeś na latawcu.

Kieron pomyślał przez chwilę. Brat Sebastian miał odrzucony kaptur, jego czaszka 

była gładko wygolona, a na twarzy malował się prostoduszny wyraz.

– To prawda, bracie – przyznał się Kieron. – Leciałem na latawcu.

background image

– To musiał być nadzwyczaj duży latawiec.
– Tak, bracie Sebastianie. Był bardzo duży. Sam go zaprojektowałem.
– A kto pomógł ci go wykonać?
Kieron   zastanowił   się   nad   odpowiedzią.   Jeśli   zdradzi,   że   Alwin   zdobył   płótno 

żeglarskie, obaj ucięli witki wierzbowe, a kowal Sholto dał się namówić na zrobienie 
sprzączek do szelek, będzie to wyglądało zgoła na konspirację.

– Nikt, bracie Sebastianie.  Nakłoniłem tylko  tego terminatora  od młynarza,  żeby 

trzymał sznur. Niezbyt bystry z niego chłopak i nadaje się w sam raz do mielenia ziarna, 
ale ucieszyłem się, że może mi się przydać. Skąd mogłem przypuszczać, że wpadnie 
w panikę, kiedy wzniosę się w powietrze.

Nedyta w zamyśleniu gładził się po podbródku.
– To musiał być rzeczywiście niezwykły widok.
– Na pewno – przytaknął Kieron z niekontrolowanym entuzjazmem. – Wiał stały 

i silny wiatr od lądu, uniosłem się z plaży i fikając nogami w powietrzu szukałem dla 
nich oparcia, które straciłem. To było dziwne, cudowne uczucie. Wzniosłem się już na 
dziesięć miar człowieka, kiedy lina zerwała się z haka.

– Miałeś szczęście, że spadłeś do morza.
–   Właśnie   dlatego   czekałem   na   wiatr   od   lądu   –   tłumaczył   Kieron   cierpliwie.   – 

I dlatego postanowiłem przeprowadzić eksperyment na plaży.

–   Eksperyment?   –   Brat   Sebastian   podniósł   brwi.   Było   to   niebezpieczne   słowo. 

Zalatywało stosem.

– Eksperyment  tylko  w sensie obchodzenia się z latawcem – poprawił się szybko 

Kieron. – Nic więcej.

Brat Sebastian wolno gładził się po podbródku. Wreszcie powiedział:
– Latawiec był zrobiony z płótna żaglowego i witek wierzbowych?
– Tak, bracie.
– A szelki, jak je nazywasz, miały metalowe sprzączki, które mógł wykonać tylko 

kowal.

– Tak, bracie.
– To był bardzo ambitny latawiec, Kieronie.
– Tak, bracie Sebastianie. To był ambitny latawiec.
– I sam go wymyśliłeś?
– Sam.
– Sholto nie wiedział, do jakiego celu zostanie użyty jego metal?
– Nie.
– A ten chłopiec Alwin pomagał ci tylko w ten sposób, że zaczepił linę i biegł tam, 

background image

gdzie mu kazałeś?

– Tak.
– Powiedziano  mi,  że nauczyłeś go posługiwać się bloczkiem,  z pomocą  którego 

mógł bez większego wysiłku kierować latawcem?

– Jesteś dobrze poinformowany, bracie Sebastianie.
– Tak, Kieronie, jestem dobrze poinformowany.
– Bloczek to bardzo proste urządzenie.
– Proste urządzenia mogą być niebezpieczne, Kieronie. Znasz Pismo Święte, prawda?
– Owszem, znam.
– Za proste urządzenia palono ludzi na stosie. Pamiętaj o tym, Kieronie.
Kieron   z rozkoszą   wstałby   z łóżka   i udusił   tego   tępego   nedytę.   Ale   miał   dość 

rozumu, żeby powiedzieć potulnie:

– Tak, bracie Sebastianie.
– Słyszałem – mówił dalej nedyta – że ludzie przezywają cię „Kieronem z głową 

w chmurach”. Dlaczego?

Kieron zastanowił się chwilę, wzruszył ramionami i roześmiał się.
–   Odkąd   spadłem   z klaczy   panienki   Alyx,   przezywają   mnie   także   „Kieronem 

z tyłkiem w błocie”. Ludzie zabawiają się, jak mogą. – Była to zupełnie stosowna chwila, 
żeby   przypomnieć   bratu   Sebastianowi,   iż   Kieron   miał   prawo   jeździć   konno   z córką 
seniora Fitzalana, jednakże nedyta nie myślał zbaczać z tematu.

– Nie wiesz, dlaczego nazywają cię „Kieronem z głową w chmurach”?
– Zapewne dlatego, bracie, że często patrzę na niebo. Niebo jest czymś cudownym. 

Ciągle się zmienia. Wygląda co chwilę inaczej.

– Czy niebo cię fascynuje?
– Tak, bracie Sebastianie. Niebo mnie fascynuje.
– I chciałbyś po nim podróżować?
To było niebezpieczne pytanie. Kieron postanowił mieć się na baczności.
– Niebo, firmament, to rzecz piękna – powiedział ostrożnie. – Jako malarz czuję się 

głęboko poruszony wszystkimi jego przejawami, subtelnymi zmianami, jakim podlega 
przez cztery pory roku... Ku większej chwale Ludda.

Brat Sebastian przeżegnał się.
– Ku większej chwale Ludda – powtórzył machinalnie. Lecz po pełnej czci pauzie 

znów zaczął swoje:

– Ale czy chciałbyś po nim podróżować?
Kierona bolała noga, pot zbierał mu się na czole i nie wiedział, jak długo jeszcze 

zdoła znieść obmierzłą natarczywość nedyty.

background image

–   Mogę   podziwiać   swobodę   ptaków   nie   pragnąc,   aby   wyrosły   mi   pióra.   Jestem 

człowiekiem,   bracie   Sebastianie,   i akceptuję   zarówno   wolność,   jak   i ograniczenia 
narzucone ludziom. Cieszę się ze swojej ludzkiej kondycji.

– Ale, Kieronie, mój bracie, czy chciałbyś latać?
– Bracie Sebastianie, nie chciałbym być ptakiem.
Brat Sebastian westchnął z nieszczęśliwą miną.
– Nie odpowiadasz wprost na moje pytania.
Przepraszam, bracie. Starałem się, żeby moje odpowiedzi były ścisłe i prawdziwe. Ta 

przeklęta noga cały czas mnie boli. Może niezbyt jasno myślę.

–   Może.   Zamelduję   o naszej   rozmowie   Świętemu   Kościołowi.   Rozpatrzą   ją   inni, 

mądrzejsi ode mnie.

– Dobrze, bracie Sebastianie – odparł Kieron, nie widząc w tym nic dobrego. – Może 

rzeczywiście moja dziecinna przygoda była nie na czasie.

– Latawce są przeznaczone dla dzieci, Kieronie. Pamiętaj o tym. Ty jesteś już prawie 

mężczyzną.

– Będę o tym pamiętał.
– Ponadto latawiec jest tylko zabawką. Ale jeśli ktoś zechce na nim latać, można go 

uznać za maszynę.

– O tym też będę pamiętał.
– Będę się za ciebie modlić – rzekł brat Sebastian. – Masz przed sobą wspaniałą 

przyszłość.   Mistrz   Hobart   twierdzi,   że   jesteś   utalentowany   w swojej   dziedzinie.   Nie 
zaprzepaszczaj  tej  przyszłości,  Kieronie.  Wielcy malarze  zdarzają się rzadko, a złych 
ludzi nigdy nie brakuje.

– Zapamiętam twoje słowa, bracie Sebastianie, i będę zgłębiał ich mądrość.
– Ludd z tobą, mój bracie.
– I z tobą.
– No to do widzenia.
Brat Sebastian wyszedł. Ledwo drzwi się za nim zamknęły, do pokoju wpadła Alyx.
– Jak ci poszła rozmowa z nim?
– To głupiec.
– Oczywiście, kochanie. Ale czy był zadowolony?
– Nie wiem.
– Powinieneś wiedzieć. Dlaczego nie wiesz?
– Bo ja też jestem głupcem – powiedział Kieron z irytacją. – I na domiar rwie mnie 

noga...   –   Wtem   uśmiechną)   się   i dodał;   –   A dziś   taki   ładny   dzień   i moglibyśmy 
spacerować razem w lesie.

background image

–   To   cię   oduczy   spacerować   w powietrzu,   kiedy   zostało   nam   tak   mało   czasu.   – 

Wzdrygnęła się. – Mogłeś się zabić. Przyrzeknij mi, że będziesz ostrożniejszy, Kieronie.

Spojrzał na swoją nogę.
– A cóż mi pozostaje?
– Nie teraz, głupku. W przyszłości, o czym doskonale wiesz.
– Będę ostrożny aż do dnia, kiedy cię odprowadzą do łoża Talbota – obiecał ze 

ściśniętym gardłem. – A wtedy skonstruuję latawiec, który wzniesie mnie wysoko nad 
zamek, i rzucę się wprost na ziemię zabijając się na oczach twojego męża.

Alyx nachmurzyła się.
– Chciałabym, żeby Talbot umarł. Naprawdę. I chciałabym, żeby jakaś zaraza czy 

coś innego zmiotły z ziemi Petrinę z jej piersiami chłopki i tyłkiem jak krowi zad. Niech 
mi Ludd wybaczy, ale modlę się o to.

– Petrina nie ma tyłka jak krowi zad.
– Ma. Dobrze się jej przyjrzałam.
Roześmiał się.
– Ach, przyjrzałaś się jej, Zielonooka.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!
– Muszę cię narysować z tym ogniem w oczach. Muszę zacząć zarabiać na życie, 

zanim senior Fitzalan i mistrz Hobart zaczną podejrzewać absurdalne rzeczy, które są 
prawdą.

– Ty wstrętny wieśniaku!
– Tak, jestem wieśniakiem – odparł spokojnie. – I pamiętaj, że między nami jest 

przepaść, bez względu na Talbota i Petrinę.

– Kocham cię i oddałabym za ciebie życie. Czy to nie wystarczy?
– To za dużo. I ja cię kocham, jak dobrze wiesz, Alyx, ale musimy oboje żyć na 

świecie, gdzie taka miłość stanowi obrazę dla naszych współziomków... Poza tym mam 
misję do spełnienia.

– Nie zabraniałabym ci malować.
– Ale zabroniłabyś mi latać. Spojrzała na niego ze zdumieniem.
– Latać! Mój miły, jesteś szalony. Ludzie nie latają. Ludzie nigdy nie będą latać.
– Tak, jestem szalony... i będę latać. Zbuduję maszynę, która...
–   Nie   mów   o maszynach!   A jeśli   już   musisz,   to   tylko   ze   mną.   Maszyny   są 

wcieleniem zła. Tak powiedział Święty Chłopiec, tak naucza Święty Kościół, tak uważają 
wszyscy ludzie.

A jednak – rzekł Kieron – to nie jest prawda. Maszyny jako takie nie mogą być dobre 

lub złe. Zło leży tylko w naturze ludzkiej... I klnę się, że będę latał. Będę latał dla dobra 

background image

ludzi. Klnę się na braci  Montgolfier,  Ottona Lilienthala,  wielkiego Santosa Dumonta 
i braci Wright.

– A cóż to za istoty?
– To tylko duchy. Wielkie i przyjazne duchy. Mężczyźni, którzy żyli na ziemi setki 

lat temu i wznieśli oczy ku niebu...

Wyczytałem o nich w książce, którą mi dałaś.
– Szkoda, że jej nie spaliłam. Mój ojciec nie czyta książek i dlatego nie wie, że jego 

biblioteka zawiera herezje.

–   Nawet   gdybyś   ją   spaliła,   Alyx,   i tak   wznosiłbym   oczy   ku   niebu.   To   nie   leży 

w naturze   człowieka,   aby  być   uwiązanym   do  ziemi...   Chodź,   pocałuj   mnie.   A potem 
spróbuję przydać się na coś mistrzowi Hobartowi.

background image

Rozdział dwunasty

Biegł dzień za dniem. Kieronowi zrosła się noga i nie było  wcale widać, że jest 

krótsza. Minęła wiosna, przyszło lato, twarz panienki Alyx pokraśniała – co nie uszło 
uwagi. Nauczyła Kierona jeździć konno lub przynajmniej nie spadać z siodła. Rysował 
teraz   konie   w różnych   sytuacjach:   jak   pasą   się,   kłusują,   galopują,   skaczą.   Kiedy   za 
pierwszym   razem   Alyx,   pozując   mu,   pokonała   najwyższą   przeszkodę,   był   zbyt 
przerażony, żeby węglem dotknąć papieru.

– Najmilsza, nie rób tego nigdy więcej! Skręcisz sobie kark.
–   Też   coś!   I to   mówi   zdobywca   przestworzy,   który   wzleciał   w górę   na   dziesięć 

długości   człowieka   i spadł   do   morza!   –   Z tymi   słowami   skierowała   konia   znów   na 
przeszkodę i uniosła się w górę, powiewając w słońcu kasztanowymi włosami – bogini 
zawieszona między niebem a ziemią w momencie nieopisanej piękności.

Kieron   pracował   jak   tytan,   jak   opętany.   Zrobił   sto   szkiców   i odrzucił 

dziewięćdziesiąt. Ten portret Alyx Fitzalan będzie stanowił jedyną miarę jego wielkości 
jako malarza. Wiedział, że będzie dobry, bo złożą się na niego miłość, piękno, młodość 
i radość życia.

Mistrz Hobart coraz bardziej kaszlał i coraz mniej narzekał, a to ostatnie dlatego, że 

Kieron w ogóle przestał narzekać. Hobart oglądał jego szkice ze zdziwieniem. Chłopiec 
osiągnął doskonalą harmonię z przedstawianym tematem. W jego pracy wyczuwało się 
natchnienie i – tak – wielkość. Hobart sięgał po whisky lub eau de vie i kontemplował ten 
talent. Cóż znaczyły wybryki z latawcami – nic zgoła – wobec takiej czystości kreski, 
takiego opanowania przedmiotu.

Niedługo Kieron zacznie malować. Nie na zamku, ale tu w pracowni. Jego obraz 

będzie arcydziełem podpisanym „Hobart”. A kiedy już zostanie uznany za arcydzieło, 
Hobart dopisze: „uczeń mistrza Kierona”. W ten sposób zakończy lata pracy całego życia 
i utoruje Kieronowi drogę do sławy.

Kieron wykonał obraz w ciągu jednej doby, malując bez przerwy przez dwadzieścia 

cztery godziny. W tym czasie nie odzywał się do nikogo, nie poznawał mistrza Hobarta. 
Staruszek kręcił się koło obrazu zacierając nerwowo ręce, ale Kieron go nie widział. 
Wdowa Thatcher przyniosła posiłek, Kieron spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem 
i zostawił talerz nietknięty.  Kiedy zapadł zmrok, Hobart przyniósł lampy,  dużo lamp, 
i napełnił je hojnie tranem wielorybim. Kieron mruknął coś do siebie o zmianie światła, 
ale nie wiedział, co ją spowodowało.

Raz upadł na podłogę i poczuł, że ktoś wlewa mu w usta piekący płyn. Wstał i wrócił 

background image

do sztalug. Amazonka była skończona, ale pęciny skaczącego konia wymagały poprawki. 
Wyskrobał je i zaczął na nowo.

Jak ma wyglądać ten przeklęty ogon? A nozdrza? A, niech go Ludd ma w swojej 

opiece, grzywa? Oczy są niedobre. Zwierzę powinno mieć duże, dumne oczy, bo przy 
tym niebywałym skoku niesie na grzbiecie tę cudowną istotę... Popatrzył raz jeszcze na 
Alyx.  Do kroćset! Musi zmienić jej włosy.  Te długie, piękne włosy powinny płynąć 
swobodnie, żyć własnym życiem.

Mistrz Hobart dolewał oliwy do lamp, popijał whisky, mamrotał do siebie i patrzył 

z lękiem na swojego młodego terminatora, który wyglądał, jakby prowadził walkę na 
śmierć i życie, mając za broń pędzle i farby.

Kto jest jego wrogiem? – zapytywał sam siebie bełkotliwie Hobart, pijany trunkiem 

i zmęczeniem.   Jakiemu   nieprzyjacielowi   Kieron   wypowiedział   taką   zaciętą   walkę? 
Przyszło mu do głowy, że tym wrogiem jest czas. Kieron nie tylko starał się namalować 
wspaniały   portret,   ale   na   dokładkę   rzucił   wyzwanie   wielkiemu   przeciwnikowi.   Był 
wcieleniem siły żywotnej i każde pociągnięcie pędzla traktował jak pchnięcie szpadą. 
Zapowiadał swoje wejście do nieśmiertelności.

Obraz został ukończony o świcie. Hobart, który raz i drugi się zdrzemnął, odsunął 

zasłony na oknach, ale zostawił też światło lamp.

Kieron   stał   przed   obrazem,   pędzle   i paleta   wypadły   mu   ze   zdrętwiałych   palców. 

Hobart   spojrzał   na   portret   i zapłakał,   wiedząc,   że   znajduje   się   w obliczu   wielkości. 
Kieron zwrócił ku niemu bladą, wyciągniętą twarz o zaczerwienionych powiekach.

– Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, mistrzu Hobarcie. Co powiecie?
–   Mój   synu,   mój   synu!   –   Staruszek   nie   posiadał   się   ze   szczęścia.   –   Wstąpiłeś 

w szeregi  nieśmiertelnych.  Jestem głupcem.  Wyobrażałem sobie, że mogę  cię  czegoś 
nauczyć. A teraz kiedy jest już za późno, widzę, ile sam mam braków.

– Mistrzu, jeśli mnie kochacie, podpiszcie to „Hobart”. I nic więcej.
– Kieron, nie jestem tego godzien.
– Styl obrazu jest wasz, panie. Gdybyście byli młodsi, wasze byłyby pociągnięcia 

pędzla.

– Te pociągnięcia pędzla nigdy nie mogłyby być moje.
– Są wasze, bo ja byłem przedłużeniem waszej woli. – Kieron postawił nogę na 

leżących na podłodze pędzlach. – Mistrzu, nigdy już niczego tak nie namaluję.

– Ale dlaczego? Dlaczego, Kieronie? Jesteś wielkim malarzem. Jeżeli malujesz w ten 

sposób na początku swojej kariery, to co dopiero będzie potem?

– Nigdy już niczego tak nie namaluję – powtórzył Kieron. – Ten obraz to dzieło 

miłości... i to w dwójnasób. – Roześmiał się. – Może będę musiał malować, aby żyć, 

background image

choć   będzie   to   najwyżej   poprawne,   ale   będę   żyć,   aby   latać.   To   moje   prawdziwe 
powołanie.

Hobart   nie   znalazł   słów   odpowiedzi.   Obraz   był   wspaniały.   Ale   biedny   chłopak 

najwyraźniej postradał zmysły.

background image

Rozdział trzynasty

Senior Fitzalan był zadowolony z obrazu. Nie wiedział, że był on od pierwszego do 

ostatniego pociągnięcia pędzla dziełem Kierona, ale przypuszczał, że terminator mocno 
się   przyczynił   do   końcowego   efektu.   Hobartowi   coraz   wyraźniej   drżały   ręce   i było 
oczywiste, nawet dla Fitzalana, że dni jego pracy są policzone. Naprawdę szczęśliwie się 
złożyło, że jego terminator budził nadzieje, iż prześcignie mistrza. W najbliższych latach 
nie zabraknie mu pracy. Fitzalan lubił się otaczać pięknymi przedmiotami – obrazami, na 
które nie patrzył,  książkami,  których  nie czytał.  Wielkość  człowieka  mierzy się jego 
czynami   lub   jego   dobytkiem.   Czas,   w jakim   przyszło   mu   żyć,   nie   dał   seniorowi 
Fitzalanowi możliwości wykazania się wielkimi czynami, ale pozwolił mu zgromadzić 
wiele   pięknych   przedmiotów   sztuki   pochodzących   z rąk   złotników,   płatnerzy, 
iluminatorów,   malarzy.   Przynajmniej   jego   zamiłowanie   do   sztuki   zostanie   w pamięci 
potomnych.

Obraz nosił tytuł: „Skok panienki Fitzalan”. Podpisany był po prostu: Hobart.
Lecz   Alyx   wiedziała,   czyimi   rękoma   obraz   został   ukończony,   i popłakała   sobie 

trochę ukradkiem, że imię Kierona nie będzie figurować pod portretem, który uwiecznił 
rozkwit jej młodości.  Płakała też,  bo dostrzegła  w płótnie  mistrzostwo  i grację, które 
zdradzały, że było to prawdziwe dzieło miłości. A także dlatego, że dni szczęścia już 
minęły. Odtąd będzie musiała spotykać się z Kieronem – o ile w ogóle do tego dojdzie – 
niby „przypadkiem” w jakichś ustronnych i utajonych miejscach. A wkrótce nawet i to 
nie będzie możliwe, gdyż jej ślub z Talbotem miał się odbyć już za niecały miesiąc.

Senior Fitzalan wysłał do domu Hobarta posłańca z giemzową sakiewką zawierającą 

siedemset pięćdziesiąt szylingów w srebrze. A także z poleceniem, żeby Kieron stawił się 
na   zamku.   Hobart   był   pełen   obaw,   pamiętając   okoliczności   poprzedniej   rozmowy 
Kierona   z Fitzalanem.   Ale   Kieron   nie   okazywał   trwogi.   Włożył   na   siebie   najlepsze 
ubranie i poszedł z posłańcem.

Senior Fitzalan przyjął go w komnacie, której Kieron dotąd nie znał; była tu różnego 

rodzaju broń, biurko, stół, dwa krzesła, skóra niedźwiedzia na podłodze i niewiele więcej.

Senior Fitzalan siedział za biurkiem, bawiąc się pięknym nożem myśliwskim.
– No i cóż, chłopcze, podoba ci się „Skok panienki Fitzalan”? – Ton był spokojny, 

ale głos brzmiał złowrogo.

– Wasza Wysokość, ja... ja... – zmieszał się Kieron, myśląc naraz o stu rzeczach, 

które mogły okazać się niezadowalające. – Myślę, że to jeden z najlepszych obrazów, 
jakie mistrz Hobart namalował.

background image

Fitzalan uśmiechnął się lekko.
– Ładnie powiedziane, mój chłopcze... Od czasu naszego ostatniego spotkania doszły 

mnie różne wieści o tobie. Zarówno dobre, jak i złe. Które chciałbyś usłyszeć najpierw?

Kieron zaczął się pocić, ale nie opuściła go przytomność umysłu.
– Złe, Wasza Wysokość. Wtedy będę się mógł pocieszyć potem dobrymi.
– Niech więc i tak będzie. Interesuje się tobą Święty Kościół, Kieronie. Powiedziano 

mi, że skonstruowałeś maszynę.

– Wasza Wysokość, to był tylko duży latawiec, który...
–   Dość,   znam   szczegóły.   Święty   Kościół   ogłosił   dawno   temu,   że   latawiec   jest 

zabawką. Jednakże, jeśli takiej zabawki użyje  się do niezgodnego z naturą unoszenia 
człowieka   nad   powierzchnię   ziemi,   to   staje   się   on   maszyną.   Znasz   historię   rodzaju 
ludzkiego.  Maszyny   już  dwa razy zniszczyły  wielkość  człowieka.   Mądrość Świętego 
Chłopca jest oczywista. Ludzkość może przetrwać, tylko jeśli odrzuci pokusę kryjącą się 
w maszynach. Czyż nie jest tak?

Kieron przełknął ślinę.
– Muszę pochylić czoła przed mądrością Świętego Kościoła, Wasza Wysokość.
– Masz zupełną rację, chłopcze. Maszyny prowadzą na stos. Czy widziałeś kiedyś 

człowieka płonącego na stosie, Kieronie?

– Nie, Wasza Wysokość.
– A ja widziałem – powiedział cicho senior Fitzalan. – Święty Kościół ma większą 

władzę niż wszyscy seniorzy tej wyspy, i tak powinno być. Albowiem Święty Kościół 
wskazuje nam drogę, jak mamy żyć. Widziałem, jak płonął farmer za skonstruowanie 
maszyny   do   żęcia   zboża.   Widziałem,   jak   płonął   kowal   za   zbudowanie   silnika 
napędzanego parą. I arystokrata za eksperymenty z elektrycznością i uzyskanie światła, 
które   nie   pochodziło   od   ognia.   I biedna   praczka   za   wynalezienie   maszyny,   która 
wyciskała wodę z bielizny. Swąd palącego się ciała nie przypomina zapachu pieczonej 
wieprzowiny. Czy wyrażam się jasno, chłopcze?

– Tak, Wasza Wysokość, najzupełniej jasno.
– A więc, mój Kieronie, nie chcę więcej słyszeć o żadnych próbach z maszynami. 

Napisałem do Świętego Kościoła, że zdajesz sobie sprawę ze swojego szaleństwa. Tym 
razem moja protekcja pomogła. Nie myśl jednak, że pomoże za drugim razem.

– Wasza Wysokość, jestem głęboko wdzięczny.
– Całkiem słusznie. Ale i ja ci jestem wdzięczny. „Skok panienki Fitzalan” to dobry 

obraz. Co więcej, warunki, jakie postawiłem mistrzowi Hobartowi, zostały spełnione do 
końca... a nawet z nawiązką.

– Cieszę się, Wasza Wysokość.

background image

– Nie ciesz się za bardzo. Ta nawiązka nie daje mi spokoju. Prosiłem, aby zająć 

panience Alyx wolny czas przez okres dwóch miesięcy.  Ty zaś zająłeś go przez trzy 
miesiące.

– To przez moją złamaną nogę – wykrztusił Kieron. – Trwało to jakiś czas, zanim się 

zrosła.

Senior   Fitzalan   podniósł   nóż   myśliwski,   którym   się   bawił,   i wycelował   go 

w Kierona.

– Moja córka Alyx przez parę tygodni była szczęśliwa. A teraz płacze. Czy możesz 

mi to wytłumaczyć?

– Wasza Wysokość, nie umiem znaleźć wyjaśnienia.
Fitzalan zaśmiał się głucho.
– Ja też. Jeśli chodzi o kobiety, to zawsze należy spodziewać się rzeczy najmniej 

oczekiwanych. Panienka Alyx dobrze się o tobie wyrażała... nie za dobrze, ale w miarę. 
Ta mała potrafi zważać na to, co mówi, jeśli ma w tym interes... No, a teraz płacze. Za 
miesiąc jej ślub z Talbotem, a ona płacze. Dziwne, prawda?

–   Tak,   Wasza   Wysokość,   bardzo   dziwne.   –   Kieron   był   mocno   zaniepokojony 

obrotem rozmowy.

– Posłuchaj mnie, chłopcze. Są sprawy, o których lepiej nie mówić, bo gdy się je raz 

poruszy, wymagają potwierdzenia albo zaprzeczenia. A w pewnych przypadkach jedno 
i drugie jest niebezpieczne. Nie próbuj być za sprytny, lecz powiedz mi, czy zrozumiałeś, 
o czym mówię, a raczej o czym nie mówię?

Kieron przełknął ślinę ze wzrokiem wbitym w nóż myśliwski, wymierzony, zda się, 

prosto w jego serce.

– Zrozumiałem, Wasza Wysokość.
–   Wierzę   ci.   –   Senior   Fitzalan   odłożył   nóż   na   biurko.   Wziął   do   ręki   niewielką 

giemzową sakiewkę i potrząsnął nią. – Koń na obrazie nie przynosi mi wstydu, a wiem, 
że mistrz Hobart nie przepada za malowaniem koni. Amazonka też jest nie pozbawiona 
gracji i dystynkcji. W malarstwie, chłopcze, możesz sięgać wysoko. Bacz, abyś nie sięgał 
po nic innego. – Rzucił Kieronowi sakiewkę. – Te pięćdziesiąt szylingów są nagrodą za 
dobrą pracę związaną z pewnymi trudnościami. Mam jeszcze w zanadrzu inne prezenty, 
którymi mógłbym cię obdarzyć za dodatkowe, nieproszone usługi. Dziękuj Luddowi, że 
po nie nie sięgam.

– Tak, Wasza Wysokość.
– Idź już. I pamiętaj, że łzy schną szybko, jeśli nie ma ich kto wyciskać z oczu.
–   Tak,   Wasza   Wysokość.   –   Czując   zimne   krople   potu   na   czole,   Kieron   opuścił 

komnatę.

background image

Rozdział czternasty

Nie mając już żadnego powodu do codziennych wizyt na zamku Kieron przestał tam 

chodzić. Ostrzeżenie dane mu przez seniora Fitzalana było wystarczająco wyraźne. Poza 
tym,   czyż   nie   leżało   we   własnym   interesie   Alyx,   aby   się   więcej   nie   widywali?   Jak 
powiedział senior Fitzalan, łzy wysychają szybko, jeśli nie ma ich kto wyciskać.

A jednak ciężko mu było, bardzo ciężko, wyobrazić sobie, że już nigdy w życiu nie 

pochwyci Alyx w ramiona. Niemniej Petrinę też będzie kochał. Nietrudno mu przyjdzie 
kochać Petrinę. To ona będzie leżeć u jego boku przez tysiące nocy, rodzić mu dzieci, 
siwieć i starzeć się wraz z nim. Czas studzi namiętność młodości, lecz przydaje uroku 
przeżytym radościom i smutkom.

Każdy człowiek ma tylko jedno życie – myślał Kieron. – Jesteśmy tu tylko przez 

małą  chwilkę w historii. Mam tak niewiele  czasu. Tak niewiele czasu, żeby oderwać 
człowieka od powierzchni ziemi i znów uczynić go panem przestworzy.

Mistrz   Hobart   był   uszczęśliwiony   „Skokiem   panienki   Fitzalan”.   Nie   posiadał   się 

z radości i dumy, że jego duchowy syn odniósł taki sukces. Oficjalnie praktyka Kierona 
kończyła się dopiero za siedem miesięcy, ale Hobart wiedział, że nie ma już na wikcie 
zwykłego terminatora. Wiedział, że spotkał go przywilej przebywania w towarzystwie 
geniusza – geniusza, który nalegał,  aby jego pierwsze wielkie  dzieło  było  podpisane 
„Hobart”. Toteż Hobart nie egzekwował już swoich praw mistrza. Wystarczało mu, że 
jest ojcem, dumnym z duchowego syna. Co znaczyło, że Kieron cieszył się teraz niczym 
nie skrępowaną wolnością. A to z kolei napawało Hobarta najwyższym niepokojem.

Kieron   miał   obecnie   pięćdziesiąt   szylingów   do   własnej   dyspozycji.   Była   to 

prawdziwa   fortuna.   Więcej   pieniędzy,   niż   przeszło   mu   przez   ręce   w całym 
siedemnastoletnim życiu. Jak je zużytkować? Oto problem. Dwadzieścia szylingów da 
Alwinowi,   który   dobrze   mu   się   przysłużył   przy   budowie   latawca.   Za   dwadzieścia 
szylingów   można   kupić   dużo   płótna,   barwników   i oleju   lnianego.   Co   w połączeniu 
z naukami Kierona powinno stanowić dla Alwina dobrą zapłatę za przyjaźń. Zostanie 
zarazem mistrzem w malarstwie, jak i mistrzem młynarskim. Będzie mógł się cieszyć 
częściowym przynajmniej odwróceniem swego losu.

A  pozostałe  trzydzieści   szylingów...   Kieron  wielokrotnie   czytał  książkę   daną  mu 

przez   Alyx.   Zdobywanie   przestworzy   odbywało   się   stopniowo.   Odtworzy   te   stopnie. 
A pierwszym było zbudowanie balonu napędzanego gorącym powietrzem, takiego, jaki 
zrobił Joseph i Etienne Montgolfier wiele wieków temu.

Kieron   potrzebował   sporo   metrów   płótna   i dużo   papieru,   żeby   wykleić   balon 

background image

zrobiony   z płótna.   Potrzebował   niewielkiego   rusztu   na   węgiel   drzewny.   No   i znów 
pomocy Alwina.

Panienka Alyx nie zastosowała się do filozofii, że łzy schną szybko, jeśli ich nie 

podsycać. Wysyłała dyskretne bileciki do Kierona, na które nie ważył się odpowiadać. 
Wtedy zaczęła codziennie przejeżdżać konno przez Arundel, zatrzymując się na chwilę 
przed   domem   Hobarta.   Kieron   widział   ją   i serce   biło   mu   żywiej   w piersi,   ale   nie 
wychodził, żeby się z nią przywitać. Powstrzymywał go nie tyle strach przed gniewem 
seniora Fitzalana, ile obawa, że będąc blisko niej poczuje pragnienie, aby być jeszcze 
bliżej   i jeszcze,   podobnie   jak   pierwsza   szklanka   wina   pociąga   za   sobą   pragnienie 
następnej.

Poza   tym,   nawet   gdyby   dało   się   uniknąć   gniewu   seniora   Fitzalana,   ostateczne 

rozstanie   i tak   było   nieuniknione.   A Alyx   z pewnością   łatwiej   przyjdzie   znieść   łoże 
Talbota, jeśli nie będzie wciąż czuć na sobie ciepłego dotyku Kierona.

Toteż   patrzył,   jak   przejeżdża,   zagryzał   wargi   i nie   ruszał   się   z miejsca.   A jeśli 

przypadkiem znajdował się wtedy na dworze, zdejmował kapelusz i kłaniał się nisko, 
oddając jej należny hołd jak każdy inny mężczyzna i terminator.

Chcąc zająć myśli  czym  innym,  oddał się niebezpiecznemu  zajęciu – konstrukcji 

balonu napędzanego gorącym powietrzem. Balon nie miał służyć do unoszenia ludzi, bo 
taki zostałby z pewnością  uznany przez Święty Kościół  za maszynę.  Pod warunkiem 
oczywiście, że Święty Kościół dowiedziałby się o całej sprawie, co należało brać pod 
uwagę, gdyż bracia nedyci budzili nie tylko szacunek, ale i powszechny postrach, przez 
co wielu ludzi było skłonnych donieść na sąsiada w nadziei, iż zostanie im to poczytane 
za zasługę.

Toteż balon z ludźmi nie wchodził w rachubę – na razie. Ale balon, od którego sznur 

trzymałby w ręku chłopiec będący jeszcze w terminie, musiałby chyba zostać uznany za 
zabawkę?   Sprytną   zabawkę,   lecz   przecież   niegroźną...   Kieron   był   tak   bez   reszty 
zaprzątnięty   chęcią   eksperymentowania   z latającymi   mechanizmami,   że   z niemądrą 
beztroską   zignorował   fakt,   iż   Święty   Kościół   już   raz   zainteresował   się   jego 
działalnością...

Z   początku   projekt   balonu   przedstawiał   się   skromnie.   Miał   być   nie   dłuższy   niż 

wysokość   człowieka  i nie  szerszy  niż  beczka   na wino.  Miał  być   zrobiony  z czterech 
długości   płótna,   odpowiednio   skrojonego   i zszytego   ostrożnie   na   delikatnym, 
drewnianym szkielecie.

Gdzie można by to wykonać, aby mistrz Hobart pozostał w błogiej nieświadomości, 

a ciekawość ludzka nie była wystawiona na ciężką próbę?

Kieron   naradzał   się   z Alwinem.   Alwin   przemyślał   problem.   Sam   miał   podobny. 

background image

Chciał   móc   swobodnie  malować   w samotności   bez  słuchania  wymysłów,   że  marnuje 
czas, lub szyderstw, że bierze się za sztukę, której mu nie przypisano kontraktem.

Rozwiązanie   znalazło   się   samo,   kiedy   pewnego   dnia   Alwin   i Kieron   omawiając 

swoje  projekty  spacerowali   nad  rzeką   Arun,  daleko  od  miasta,  które   z tej   odległości 
wyglądało jak wciśnięte między kościół a zamek.

Rozwiązanie objawiło się w postaci opuszczonego młyna, nie używanego od stulecia 

lub dłużej, stojącego nad rzeką. Legenda głosiła, że młynarz wraz z całą rodziną spłonął 
na   stosie   za   niezgodne   z prawem   wykorzystanie   siły  wiatru.   Legenda   głosiła   też,   że 
opuszczony młyn nawiedzają duchy jego dawnych mieszkańców.

Alwin znał nieco tę historię i to, co wiedział, powtórzył  Kieronowi. Młynarz był 

ambitnym   i pomysłowym   mężczyzną,   który   uważał,   że   siła   wiatru   została   dana 
człowiekowi, aby wykorzystał ją do wszelkich celów i na wszelki sposób, jaki potrafi. 
Święty   Kościół   z konieczności   pozwolił   zaprząc   wiatr   do   mielenia   ziarna,   do 
pompowania wody, a nawet do napędzania statków – bo wszystko to było niezbędne do 
życia. Kościół zezwalał na użycie maszyn w wypadkach, gdy chodziło o rzeczy pierwszej 
potrzeby, nie zezwalał jednak na żadne luksusy.

Lecz   młynarz   wykorzystał   siłę   wiatru   nie   tylko   do   mielenia   ziarna,   ale   i do 

napędzania   tokarni,   żeby   jego   syn   mógł   toczyć   w drewnie   puchary,   misy   i talerze 
sprzedawane później możnym, którzy chętnie kupowali piękne wyroby, czy to ze szkła, 
z kamienia, metalu czy drewna. A nadto użył wiatru do poruszania krosien, na których 
jego   żona   i córka   tkały   płótna   i jedwabie,   jakich   próżno   by   szukać   w obrębie   wielu 
kilometrów.

Zawistni  ludzie  donieśli  na nich do Świętego Kościoła.  Wszyscy czworo – mąż, 

żona, syn i córka – zostali spaleni tego samego dnia, o tej samej godzinie, tak ustawieni, 
żeby widzieć zarazem męczarnię swoich bliskich.

I tak młyn został oddany na pastwę zniszczenia i duchów. Okoliczni ludzie zwali go 

Upiornym Młynem. Rzadko kto ośmieliłby się zajrzeć tu za dnia lub tym bardziej po 
zmierzchu. Poza tym, kiedy rzeka Arun przybierała, dolną część młyna zalewała woda.

Kieron   patrzył   na   opuszczony   młyn   i z miłością   myślał   o zamieszkujących   go 

duchach. Oto odpowiednie miejsce do skonstruowania jego balonu. Oto miejsce, gdzie 
Alwin może w spokoju malować.

– To będzie nasz dom – powiedział. – Tu pośród szczurów i wspomnień będzie nasz 

dom. Tu cię nauczę sztuki posługiwania się farbami olejnymi i tu zbuduję swój balon.

Alwin nie był zachwycony.
– Kieron, to daleko od miasta.
– Tym lepiej.

background image

– I duchy mogą nie być nam przychylne.
– Wierzysz w duchy, Alwinie?
Alwin przeżegnał się.
– Wierzę, że niebezpiecznie jest nie wierzyć w niektóre rzeczy.
– Niech ci będzie, ale co do duchów to się nie zgadzamy. Sądzę, że będą nam rade, 

bo my także buntujemy się przeciwko swemu przeznaczeniu.

– Boję się – powiedział Alwin.
– Ja też. Ale czy nie lepiej bać się i robić, co się chce, niż bać się i nic nie robić?
Alwin nie znalazł na to odpowiedzi. I tak Upiorny Młyn  stał się przytułkiem dla 

młynarza, który chciał malować, i dla malarza, który chciał latać.

background image

Rozdział piętnasty

Wiele   dni   zabrało   Kieronowi   skonstruowanie   balonu   napędzanego   gorącym 

powietrzem,   który   nie   tylko   sprawił,   że   Alyx   Fitzalan   przeżyła   kilka   chwil   grozy, 
a Kieron został sprowadzony na brzeg przepaści, lecz również zmienił bieg historii.

Wprawdzie chłopcy mieli wspólnie, choć każdy dla swych celów, korzystać z młyna, 

lecz Kieron postanowił nie narażać już przyjaciela na niebezpieczeństwo i nie wciągać go 
w ten nowy projekt. Nie będzie też narażać Sholta, choć bardzo by mu się przydała jego 
pomoc przy zrobieniu małego paleniska. Ostrzeżenie brata Sebastiana było wyraźne. Jeśli 
ktoś ma cierpieć z powodu jego chęci zdobycia przestworzy, to tylko on sam.

Nabył   duże   ilości   grubego   płótna   i zadziwił   mistrza   Hobarta   swoim 

zapotrzebowaniem na papier. Staruszek zbyt kocha Kierona i za bardzo się o niego bał, 
żeby nadto wnikać w przyczynę tych próśb. Powtarzał sobie, że Kieron bez wątpienia 
przejawia   oznaki   wielkości,   że   „Skok   panienki   Fitzalan”   jest   ze   wszech   miar 
arcydziełem,   i że   wielcy   ludzie   mają   prawo   do   drobnych   słabości.   Hobart   pił   coraz 
więcej, coraz więcej kaszlał i coraz częściej się modlił. Ale nic nie mówił.

Kieron   przetransportował   płótna,   papier,   igły   i nici   do   młyna.   Kupił   też   stare 

palenisko od druciarza, który był zdumiony, że dostała mu się srebrna pięciopensówka za 
kawałek   bezużytecznego   żelastwa.   I Kieron   jak   szalony   rzucił   się   do   pracy.   Zrobił 
szkielet z wici wierzbowych – giętkie, cienkie pędy idealnie nadawały się do tego celu. 
Kieron zdawał sobie sprawę, jak dużą rolę odgrywa tu ciężar. Szkielet balonu musi być 
tak lekki, żeby gorące powietrze mogło go unieść.

Tymczasem   Alyx   wybierała   się   codziennie   na   konną   przejażdżkę   w nadziei,   że 

spotka   Kierona   choć   raz   jeszcze,   zanim   pojedzie   do   Chichester   jako   żona   smutnego 
młodzieńca,  który długo nie pożyje.  Alwin zaś, ilekroć zwolniono go z obowiązków, 
przychodził do młyna malować.

Kieron   dawał   mu   lekcje.   Alwin   był   pojętnym   uczniem,   a Kieron   dobrym 

nauczycielem. Alwin malował ziemię i niebo, jakby miał ogień w pędzlu. Jego obrazy 
pulsowały kolorem i ruchem. Kieron widział, że w tym terminatorze młynarza drzemie 
prawdziwie wielki talent. Szkoda, że będzie musiał spędzić życie mieląc ziarno.

Budowa balonu posuwała się naprzód. I ambicje Kierona rosły. Balon miał już być 

dwa razy wyższy od człowieka i dwa razy szerszy od beczki na wino. To będzie wielki 
balon – już nie zabawka, ale zapowiedź prawdziwych zamiarów.

Panienka Alyx nadal kontynuowała swoje przejażdżki. Pewnego dnia wybrała się 

nad brzegiem rzeki Arun aż do Upiornego Młyna, szukając chłopca, którego twarz śniła 

background image

jej się po nocach. A był to właśnie dzień, w którym balon czekał gotowy do lotu.

Na razie oklapły i sflaczały wisiał u drewnianej belki sterczącej z okna młyna, lecz 

wkrótce  ciepło  unoszące  się z płonącego w palenisku żaru rozszerzy wypełniające  go 
powietrze, które stanie się lżejsze. Kiedy balon nadmie się i będzie gotów do lotu, Kieron 
odwiąże go i będzie kontrolował za pomocą długiego, mocnego sznura zakończonego 
drutem przywiązanym z kolei do paleniska zawieszonego pod balonem.

Alwin   z zapałem   szkicował   Kierona   przy   pracy,   gdy   ten   sprawdzał   węzły 

i rozdmuchiwał   miechem   żar.   Żaden   z nich   nie   zauważył   Alyx   zbliżającej   się   konno 
brzegiem rzeki Arun, aż do chwili, kiedy była już prawie na miejscu.

– Niech Ludd ma nas w swojej opiece! – krzyknął Alwin z przerażeniem. – Jedzie tu 

córka seniora! – Starał się szybko ukryć swoje materiały rysunkowe, jakby go przyłapano 
na jakimś poważnym przestępstwie.

– Nic się nie bój, przyjacielu – uspokoił go Kieron, podnosząc głowę znad balonu. – 

Panienka Alyx nas nie zdradzi, ręczę za to. – Nie zwierzał się Alwinowi, ani też nikomu 
innemu, z zażyłości z Alyx. Takie sprawy powinny zostać między tymi, których dotyczą.

Alyx zeskoczyła z konia.
– No Kieronie, zastanawiałam się, gdzie też się ukrywasz. Co to za urządzenie, które 

skupia na sobie całą twoją uwagę?

– Balon napędzany gorącym powietrzem, panienko.
– Jego ton był pełen szacunku, jak zawsze w obecności innych. – Zabawka, kaprys, 

nic więcej.

– A więc – powiedziała  Alyx  – mamy tu terminatora  malarza,  który nie maluje, 

i terminatora młynarza, który nie mieli ziarna. Bardzo dziwne. – Zwróciła się do Alwina:

– Przespaceruj trochę mojego konia i daj mu się popaść. Sporo się dziś nagalopował.
– Tak, panienko. – Alwin wziął wierzchowca za uzdę i odszedł.
Alyx poczekała, aż znalazł się poza zasięgiem słuchu.
– Kieron, szukałam cię przez wiele dni. Dlaczego chcesz mnie upokorzyć?
– Najmilsza Alyx, wcale nie.
– Nie przychodzisz na zamek.
– Bo nie mam powodu. Poza tym twój ojciec mi zabronił.
– To on wie o nas?
– Nie mam pojęcia skąd, ale wie, – Kieron uśmiechnął się. – Powiedział mi, że 

płaczesz...

–   To   kłamstwo!   –   zaprzeczyła   Alyx   gwałtownie.   –   Nie   płakałabym   po   uczniu 

malarza.

– Jestem o tym przekonany – rzekł Kieron z całą powagą. – Niemniej twój ojciec jest 

background image

człowiekiem prawdomównym. Musiało mu się tylko wydawać.

Zarzuciła mu ręce na szyję, nie bacząc, czy Alwin widzi to, czy nie.
– Kieronie, kocham cię.
– Najdroższa Alyx, ja też cię kocham. Ale nasze drogi się rozchodzą. Ty wyjdziesz 

za Talbota, ja ożenię się z Petriną. Ty jesteś wysoko urodzona, a ja nisko. Nic na to nie 
poradzimy.

– To się jeszcze okaże – odparła Alyx. – Nie minie rok, a Talbot umrze, mogę za to 

ręczyć.

– Zabijesz go?
– Umrze, Kieronie. I tyle. Po prostu umrze... A co zrobimy z Petriną?
Kieron pocałował ją i mocno przytulił.
– Alyx, to mrzonki. Sama wiesz.
Wytarła oczy.
– Tak, musimy  być  tym,  czym  jesteśmy.  – Odsunęła  się. – Czy ten chłopak od 

młynarza ma długi język?

– Bądź spokojna. To mój przyjaciel. Wprowadziłem go w arkana nowej sztuki.
Spróbowała się roześmiać.
–   Nie   tylko   jego   wprowadziłeś   w arkana   nowej   sztuki,   „Kieronie   z głową 

w chmurach”. Patrz, twój balon spuchł jak dynia. Wzlatuje do góry.

– Na Ludda! Przepraszam bardzo, Alyx. Muszę go odwiązać. – Pobiegł do młyna, 

odwiązał czubek balonu i wciągnął belkę do środka. Potem zszedł na dół i przyjrzał mu 
się krytycznym okiem.

Balon   rzeczywiście   wyglądał   jak   olbrzymia   dynia   i był   większy,   niż   się   Kieron 

spodziewał.   Węgiel   drzewny   w podwieszonym   palenisku   żarzył   się   jasnym   ogniem. 
Balon z napiętą cumą kołysał się na wietrze.

Alyx patrzyła na to z podziwem.
– Jak wytłumaczysz się z tej zabawki przed Świętym Kościołem, Kieronie?
– Dlaczego miałbym się z niej tłumaczyć? – zapytał z goryczą. – To tylko zabawka, 

a ja jestem tylko głupkiem zwanym „Kieronem z głową w chmurach”.

– Nedyci mogą nazwać to maszyną. Mogą oskarżyć cię o robienie maszyn.
–   Pal   licho   głupich   nedytów!   –   Kieron   z uwagą   odwiązał   cumę   i balon   poszedł 

w górę. Bardzo ostrożnie poluzował sznur, ciesząc się siłą, z jaką szarpnął go za ramię. 
Balon wzniósł się ponad młyn. Alwin przywiązał konia Alyx do karłowatego krzewu 
ciernistego   i stał   teraz   z rękami   na   biodrach   i otwartymi   ustami,   obserwując   ten 
fantastyczny widok.

Kieron czuł, jak sznur go ciągnie za sobą, chcąc wyrwać go z okowów ziemi – i nie 

background image

posiadał   się   ze   szczęścia.   Impulsywnie   podskoczył,   a balon   natychmiast   zareagował 
unosząc go nad głową Alyx i łagodnie odstawiając na ziemię.

– Brawo! Brawo! – krzyknęła Alyx. – Cóż za wspaniała zabawka! Pozwól mnie też 

spróbować, Kieronie. Proszę cię, pozwól mi.

– Musisz trzymać z całych sił – ostrzegł ją. – Ciągnie mocniej, niż myślisz... Nie, 

Alyx, lepiej daj sobie z tym spokój.

–   Nie   psuj   zabawy,   Kieronie.   Muszę   to   potrzymać.   I potrzymam.   Nie   jestem 

dzieckiem.

– I nie jest to zabawka dla dzieci – ostrzegł ją. – Jeśli już koniecznie chcesz, to 

trzymaj. Owiń linkę dookoła pasa, o tak.

Ostrożnie podał jej sznur i upewnił się, że go mocno trzyma. Poczuwszy szarpnięcie 

Alyx   wydała   okrzyk   radości.   I przygotowała   się   do   skoku,   tak   jak   to   zrobił   Kieron. 
Niestety   w tym   samym   momencie   nastąpił   nagły   podmuch   wiatru.   Balon   od   razu 
zareagował. Ponadto Kieron zapomniał, że Alyx jest od niego o wiele lżejsza.

Trzymając się kurczowo sznura Alyx wzniosła się majestatycznie w powietrzu – ale 

nie opadła, balon płynął spokojnie nad łąką, coraz to wyżej.

Alyx zaczęta krzyczeć.
Kieron zmartwiał.
– Skacz! – zawołał. – Puść sznur! Puść sznur!
Lecz ona albo się bała, albo była już poza zasięgiem głosu. Trzymała się oburącz liny 

i wierzgała nogami jak oszalała, jakby już to samo mogło sprowadzić ją z powrotem na 
ziemię.

Alwin patrzył na to oniemiały z przerażenia. Padł na kolana i zaczął się modlić.
Na szczęście balon wznosił się bardzo wolno. Był nie więcej niż trzy, cztery metry 

nad ziemią, kiedy Alyx albo oprzytomniała na tyle, żeby puścić sznur, albo nie mogła go 
dłużej   utrzymać.   Kieron   biegł   za   nią   cały   czas,   wołając,   co   ma   robić.   Usiłował   też 
podskoczyć tak wysoko, żeby złapać ją za nogę. Kiedy spadła na ziemię, wylądowała 
niemalże   w jego   ramionach,   przywalając   go   swoim   ciężarem.   Poczuł   przyjemne 
podniecenie, ale Alyx zwichnęła kostkę. Usiadła na mokrej trawie, pojękując z cicha, 
oglądając stłuczoną nogę i szukając pociechy u Kierona.

On głaskał ją po głowie i szeptał czułe słowa. Ale jego oczy nie mogły oderwać się 

od balonu. Uwolniony; od nieproszonego balastu wznosił się majestatycznie, ciągnąc za 
sobą sznur niczym długi, powiewny ogon. Wiatr rozdmuchał ogień w palenisku, przez co 
balon   znów   podskoczył   do   góry.   Wzniósł   się   na   wysokość   jakichś   dwustu   metrów 
i zaczął szybować w stronę Arundel.

Kieron   obserwował   to   zafascynowany,   pełen   dumy.   Rzeczywiście   stworzył   coś 

background image

niezwykłego. Gdyby następny balon był tylko o połowę większy, mógłby przymocować 
do niego kosz dla siebie i płynąłby po niebie jak bóg – albo jak jeden z ludzi Pierwszej 
Generacji.

– Kieron, boli mnie noga.
– Tak, kochanie. Zajmę się tym. – Lecz jego wzrok spoczywał na balonie.
– Jestem mokra i ubłocona.
– Tak, Alyx. Niedługo przebierzesz się w ciepłe i suche rzeczy. – Jego spojrzenie 

śledziło lot balonu.

– Nie widzę cię! – wybuchnęła.
– Tak, kochanie. Zupełnie słusznie. Jestem naprawdę okropny. – I dalej nie spuszczał 

wzroku z balonu.

– Kocham cię! Jesteś głupcem, ale... niech Ludd ma mnie w swojej opiece, kocham 

cię. – Pocałowała go i przytuliła się.

–   Najmilsza   Alyx,   masz   rację,   że   jestem   głupcem.   Ale   dzisiaj   udało   mi   się   coś 

osiągnąć.

Balon minął Arundel i naraz jakby zapragnął żyć własnym życiem. Zmienił kierunek 

i zaczął krążyć nad zamkiem. A potem, najwyraźniej przekonany, że spełnił już swoje 
zadanie,   stanął   efektownie   w płomieniach   i jego   płonące   szczątki   spadły   na   rodowe 
gniazdo seniora Fitzalana.

Alwin tymczasem ochłonął i puścił się biegiem do Kierona. Lecz gdy zobaczył, co 

się dzieje z balonem, znów upadł na kolana.

– Oby Ludd się zmiłował nad nami! Kieronie, ach, Kieronie, już po nas!
– Kieron uśmiechnął się do niego łagodnie, Alwinie, przyjacielu, przede wszystkim 

uspokój się. A potem zabierz materiały rysunkowe z młyna i wróć po cichu do swojego 
mistrza. Nie było cię tu dzisiaj. Nie widziałeś ani mnie, ani panienki Alyx.

– Rozumiem, Kieronie. Ale przysięgaliśmy sobie przyjaźń na dobre i złe.
– I zachowamy ją. Lecz nie będę cię narażać z powodu tego incydentu. – Zwrócił się 

do   Alyx.   –   Panienko   Alyx,   czy   widziałaś   dzisiaj   Alwina,   terminatora   młynarza?   – 
Trzymał ją w objęciach i wiedział, że Alwin to widzi.

Alyx zaczerwieniła się po czubki włosów.
– Nie, jeśli taka jest twoja wola, Kieronie – powiedziała miękko. – Nie widziałam 

dzisiaj terminatora młynarza.

– Podobnie jak i ty,  Alwinie – ciągnął Kieron – nie widziałeś panienki Alyx  ani 

mnie. A jeślibyś nas zdradził, to cię zabiję.

Alwin poczuł się dotknięty.
– I po co to mówisz? Przecież jestem twoim przyjacielem.

background image

– Wybacz mi, Alwinie. Myśli mi się mącą. Zbyt wiele: się naraz zdarzyło. Idź już.
Alyx próbowała wstać, krzyknęła z bólu i upadła.
–   Moja   kostka...   strasznie   spuchła   i coraz   bardziej   mnie   boli.   Co   teraz   zrobimy, 

Kieronie, co zrobimy?

– Czy jeśli wsadzę cię na konia, dojedziesz do domu?
– Chyba tak...
Podźwignął   ją   delikatnie   z ziemi   i zaniósł   do   miejsca,   gdzie   stał   uwiązany   koń. 

Dystans okazał się dłuższy a Alyx cięższa, niż myślał. Zadyszał się, z wysiłku rozbolały 
go ręce i nogi. Posadził Alyx  na trawie, żeby odpocząć,  zanim pomoże  jej  wejść na 
konia.

Alyx z rozpaczą oglądała spuchniętą kostkę i zabłocony strój.
– I co ja teraz powiem? Jak wytłumaczę swój stan? – lamentowała.
– Powiedz, że spadłaś z konia – poradził jej Kieron.
–   Nigdy   nie   spadam   z konia   –   odparła   z królewską   wyniosłością.   –   Czyż   nie 

wiadomo, że jestem najlepszą amazonką na południu kraju?

– Niemniej, Alyx, dzisiaj spadłaś. Prawda nikomu z nas nie wyszłoby na dobre. Ani 

twój ojciec, ani Talbot nie mogą się nigdy dowiedzieć, że leciałaś nad łąką uczepiona 
balonu napędzanego gorącym powietrzem.

– A jeżeli mnie widziano?
Kieron wzruszył ramionami.
– Słowo człowieka z gminu przeciwko słowu panienki Fitzalan? Poza tym nikt nie 

mógł cię widzieć. Chyba że przez lunetę.

– Strażnik mojego ojca ma lunetę. Melduje o przybiciu statków handlowych.
– A więc nie zamelduje o wyczynie  mimowolnego  aeronauty – tłumaczył  Kieron 

cierpliwie. – Poza tym byłaś w powietrzu za krótko, żeby mógł cię rozpoznać z takiej 
odległości. – Uśmiechnął się. – Zwłaszcza że wierzgałaś nogami jak oszalała, co nie 
licuje z pełną godności postawą panienki Alyx Fitzalan... Musimy zaryzykować, Alyx. 
Jeśli nawet widziano jakąś postać, wezmę to na siebie. W końcu to był mój balon. Chodź, 
podsadzę   cię   na   konia.   –   Bez   zbytniego   wysiłku   usadowił   ją   w siodle   jako   tako 
wygodnie.

Spojrzała na niego z nieszczęśliwą miną.
– Co oni z tobą zrobią, mój kochany?
– Nie wiem – odpowiedział niefrasobliwie. – Pewno dadzą mi jakąś nudną pokutę. 

Ale przysięgnij, że cokolwiek się stanie, nie przyznasz się do swojego udziału.

– Kieron, jak mogę przysiąc, skore nie wiem, co z tobą zrobią.
–   Przysięgnij,   bo   cię   o to   proszę   dla   twojego   dobra,   dla   mojego   i dla   dobra 

background image

nieszczęsnego Alwina, który jest na wpół żywy ze strachu.

Westchnęła.
– A więc przysięgam, ale boję się o ciebie.
– Uśmiechnij się, Alyx. Taką cię chcę zachować w pamięci.
– Czy spotkamy się jeszcze, zanim... zanim wyjdę za mąż?
– Ludd jeden wie. Ja nie... To już za miesiąc, tak?
– Za siedemnaście dni... Kocham cię.
– Ja też cię kocham. Jedź teraz i dobrze wspominajmy naszą miłość.
Alyx ze smutkiem zawróciła konia w kierunku Arundel. Kieron patrzył za nią przez 

chwilę,   potem   poszedł   do   młyna.   Trzeba   było   posprzątać   materiały   i narzędzia, 
uporządkować całe obejście. I trzeba pomyśleć. Co będzie lepiej: iść na zamek i przyznać 
się do balonu, czy czekać, aż znajdą go ludzie seniora Fitzalana? Zabierze im to niewiele 
czasu.   A takie   przedsięwzięcie,   jak   każdy   wie,   mógł   podjąć   tylko   „Kieron   z głową 
w chmurach”.   Lepiej   więc   zrobić   z konieczności   cnotę   i wytłumaczyć   wszystko 
seniorowi Fitzalanowi, zanim wtrącą się nedyci.

Ale Kieron nie miał  szczęścia. Strażnik zamkowy nie był  jedynym  człowiekiem, 

który   używał   lunety.   Brat   Sebastian   też   ją   miał   i często   patrzył   przez   nią   z wieży 
katedralnej, chcąc wiedzieć, co się dzieje w okolicy.

background image

Rozdział szesnasty

Kieron nie wiedział, jak długo już jest przykuty do ściany, ani czy jest dzień, czy 

noc. Wiedział tylko, że jest w celi Luddyckiego Domu Naprawy i że jego sprawa może 
nawet oprzeć się o Wielkiego Inkwizytora. Jak mu powiedziano, od bardzo dawna nikt 
nie   był   oskarżony   o próbę   zbudowania   latającej   maszyny   i dlatego   ten   przypadek 
wykracza poza ramy lokalnego problemu.

W   dniu,   kiedy   jego   balon   uniósł   panienkę   Alyx   nad   łąkę,   a potem   popłynął 

majestatycznie w górę tylko po to, by za chwilę spaść w płonących szczątkach na zamek, 
Kieron nie zdążył usprawiedliwić się i wytłumaczyć przed seniorem Fitzalanem. Nedyci 
już na niego czekali: brat Sebastian, brat Hildebrand i brat Lemuel.

Oskarżono   go   o herezję   i aresztowano   w imię   Świętego   Chłopca,   po   czym 

przeprowadzono haniebnie na końcu miecza przez całe Arundel, i wtedy po raz ostatni 
widział światło dzienne.

Bracia   Hildebrand   i Lemuel   zadowoliliby   się   paroma   pogróżkami,   uznając 

zbudowanie balonu co najwyżej za niezwykły kaprys. W końcu chłopiec miał jeszcze 
niemal   rok   do   pełnoletności   i jego   postępek   niekoniecznie   musiał   być   uznany   za 
świadome pogwałcenie doktryny.

Ale brat Sebastian był ambitny. Miał zamiar dojść do wysokiej pozycji w Kościele 

luddystów. W tym celu należało wyróżnić się wcześnie. Awansować można było przez 
wysokie   koneksje   –   których   nie   miał   –   albo   przez   wykrycie   poważnej   herezji.   Brat 
Sebastian gorąco się modlił, aby Kieron został uznany za groźnego heretyka.

To prawda, że Kieron nie był jeszcze mężczyzną. Ale herezja nie jest schorzeniem 

związanym   z wiekiem.   Brat   Sebastian   wiedział,   że   nie   dalej   jak   trzydzieści   lat   temu 
spalono   trzynastoletniego   chłopca   za   chęć   zużytkowania   pary   z gotującego   czajnika. 
Ówczesny   Wielki   Inkwizytor   określił   to   jako   próbę   zbudowania   turbiny,   choć   nie 
wiadomo, czy słusznie.

Przestępstwo   Kierona   było   łatwiejsze   do   zdefiniowania.   Usiłował   skonstruować 

maszynę, która uniosłaby mężczyznę – lub kobietę – z powierzchni ziemi. Jeżeli to nie 
herezja, to brat Sebastian gotów był zjeść własny habit. Nedyta czuł się coraz pewniej 
w swoim   osądzie.   Luneta   pokazała,   że   to   nie   Kieron   zwisał   z piekielnej   maszyny, 
a kobieta.

Wkrótce potem brat Sebastian zauważył, że panienka Alyx wraca konno do zamku 

w dosyć opłakanym stanie.

Twierdziła, że spadła z konia. Lecz wszyscy wiedzieli, iż to mało prawdopodobne, 

background image

aby panienka  Alyx  dała  się wysadzić  z siodła.  Brat Sebastian  przemyślał  tę kwestię. 
Niedawno Kieron spędził sporo czasu na zamku, robiąc szkice do wspaniałego obrazu 
mistrza Hobarta „Skok panienki Fitzalan”. Kieron i panienka Alyx byli niemal w tym 
samym wieku. A jak wiadomo, nie ma dymu bez ognia.

Brat Sebastian zdawał sobie sprawę, że nic nie może zrobić Alyx Fitzalan. Święty 

Kościół nie był jeszcze przygotowany na rzucenie bezpośredniego wyzwania feudalnej 
władzy seniorów. Ale już sam Kieron powinien wystarczyć do jego celów. Ponieważ 
chłopiec miał dostęp do zamku i przed oblicze seniora Fitzalana oraz jego córki, nie był 
kimś pierwszym lepszym, jak każdy inny pospolity wieśniak. W dodatku wiele da się 
zasugerować w związku z jego obcowaniem z panienką Alyx, niewiele przy tym mówiąc. 
Poza   tym,   jeśli   to   będzie   konieczne,   można   nadać   pewną   wagę   sprawie   książki. 
W najgorszym   razie   będzie   to   skuteczny   środek,  aby  uciszyć   ewentualne   protesty  ze 
strony Fitzalanów.

Albowiem po aresztowaniu Kierona brat Sebastian uzbrojony w nakaz rewizji udał 

się do domu mistrza Hobarta, aby postraszyć  go nieco w nadziei, że ujawni się jako 
współwinowajca herezji, a także aby przeszukać pokój Kierona.

Jeśli   chodzi   o mistrza   Hobarta,   to   udało   mu   się   tylko   doprowadzić   staruszka   do 

histerii i ciężkiego ataku kaszlu, lecz w pokoju Kierona znalazł ukrytą pod materacem 
książkę. To, że książka zawierała historię zakazanych maszyn, miało już swoją wagę; że 
była ukryta, acz nie najlepiej, miało jeszcze większą wagę; a że skórzana okładka nosiła 
pieczątkę Fitzalana, miało wagę największą.

Lepiej,   aby   senior   Fitzalan   miał   się   na   baczności   –   myślał   brat   Sebastian 

z zadowoleniem. Niech tylko spróbuje stawać na przeszkodzie świętej sprawiedliwości, 
a przekona się, że i on może się poparzyć.

Brat   Sebastian   kosztował   uroków   władzy.   Napisał   sprawozdanie   do   urzędu 

Wielkiego Inkwizytora w Londynie i z ufnością czekał na pozwolenie przeprowadzenia 
pełnej rozprawy przeciw herezji.

Tymczasem zaś przykuł Kierona do ściany w Domu Naprawy. Nie rozkoszował się 

jego cierpieniem. Byłby to niewybaczalny grzech. Brat Sebastian umacniał się w wierze, 
że chodzi mu tylko o zbawienie duszy chłopca. Jeżeli Kieron za swe przewinienie spłonie 
na   stosie   –   czego   niech   Ludd   broni,   o ile   to   w ogóle   możliwe   –   lepiej,   aby   spłonął 
oświecony, w odpowiednim stanie ducha, wiedząc, że może uzyskać przebaczenie, pod 
warunkiem   okazania   prawdziwej   skruchy,   Toteż   brat   Sebastian   często   rozmawiał   ze 
swoim   więźniem,   próbując   jakoby   odróżnić   diabelskie   zamiary   od   młodzieńczej 
nieroztropności. Kieron nie był zbyt pomocny, W każdym razie nie był pomocny sobie, 
choć zapewne umacniał w bracie Sebastianie jego prawdziwe intencje, do których sam 

background image

się nie przyznawał.

– Czy czujesz do mnie urazę, Kieronie? – Brat Sebastian zadał to pytanie siedząc na 

stołku i popijając gorącą herbatę.

Kieron,   który   od   kilku   dni   był   o chlebie   i wodzie,   zachował   dość   przytomności 

umysłu, aby odpowiedzieć:

– Dlaczego miałbym czuć do ciebie urazę, bracie Sebastianie? Wypełniasz tylko swój 

obowiązek i za to cię szanuję, a nawet podziwiam.

– Otóż właśnie, widzę, że się rozumiemy. Nie chcę cię ukarać. Chcę cię zbawić.
– Wiem. Działasz z najlepszych pobudek. – Kieron uśmiechnął się. – Ja też znacznie 

bym wolał zbawienie od kary.

– Balon napędzany gorącym powietrzem to poważny grzech. To maszyna, Kieronie. 

Maszyna,   na   którą   Święty   Kościół   nie   dał   zezwolenia.   Rozumiesz   chyba,   że 
obowiązkiem kościoła jest bronić ludzi przed złem i pokusą płynącą od maszyn. Znasz 
historię, chłopcze. Maszyny już dwa razy zniszczyły świat. Nie zrobią tego po raz trzeci.

– Brat Sebastian głośno siorbał herbatę.
Kieron zwilżył wargi. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni miał w ustach coś ciepłego.
– Nie miałem na myśli nic złego, bracie. Balon był tylko niemądrą zabawką, którą 

zrobiłem dla zabicia czasu.

– Czyżby? – Brat Sebastian spojrzał na niego zimno.
– A co powiesz na temat książki? Kto ci ją dał, Kieronie? Tę książkę o latających 

maszynach?

–   Dopiero   teraz   po   raz   pierwszy   brat   Sebastian   wspomniał   o książce.   Kieron, 

wyczerpany, zziębnięty, przygnębiony, odebrał to jak grom z jasnego nieba. Otworzył ze 
zdumienia usta. Pomyślał o Alyx. Nawet jej może grozić niebezpieczeństwo ze strony 
tego czarnego kruka, Nie odpowiadasz, Kieronie. Czy chcesz kogoś osłonić?

– Chcę osłonić  tylko  siebie. Pożyczyłem  tę książkę.  Miałem...  miałem  zamiar  ją 

zwrócić.

– Senior Fitzalan pozwolił ci wziąć tę książkę ze swojej biblioteki?
– Nie.
– A więc ktoś inny?
– Nie.
– Przecież twierdzisz, że pożyczyłeś tę książkę.
– Tak.
– Bez pozwolenia właściciela?
– Miałem zamiar ją zwrócić.
– No cóż, świadczą o tym tylko twoje słowa wypowiedziane w tych dość przykrych 

background image

okolicznościach.   Taką   pożyczkę   można   też   zinterpretować   jako   kradzież.   Każdy 
rozsądny człowiek dojdzie do wniosku, że ukradłeś książkę z zamiarem skonstruowania 
jednej lub kilku opisanych tam maszyn.

– A niech cię piekło pochłonie! – wybuchł Kieron. – Zniszcz postęp, zniszcz naukę, 

spal mnie, jeśli już koniecznie musisz! Ale przestań mnie dręczyć swoją gadaniną!

Brat Sebastian opróżnił szklankę i zrobił zatroskaną minę.
– Piekło jest zarezerwowane dla tych, którzy w złej intencji budują maszyny. Może 

i spłoniesz, Kieronie. Nie mogę wykluczyć takiej możliwości. Zasmuci mnie to, ale wola 
Ludda   zostanie   spełniona.   Niemniej,   jestem   twoim   przyjacielem,   twoim   bratem, 
i spróbuję uratować ci duszę. Niech to będzie dla nas obu pewną pociechą.

Z tymi słowami brat Sebastian zostawił Kierona własnym myślom,

background image

Rozdział siedemnasty

Wielki Inkwizytor uznał powagę zarzutów i wydał zgodę na proces o herezję. Proces 

miał   się   zacząć,   jak   było   w zwyczaju,   pierwszego   dnia   następnego   miesiąca 
księżycowego. Jeśli zostałby wydany werdykt skazujący, wyrok wykonano by ostatniego 
dnia tegoż miesiąca.

Tymczasem   warunki,   w których   Kieron   przebywał,   uległy   poprawie.   Nie   był   już 

przykuty do ściany, dano mu posłanie ze słomy, stół i krzesło. Dostawał jeden ciepły 
posiłek dziennie i wolno mu było przyjmować gości oraz powołać świadków, którzy by 
zeznawali na jego korzyść. Święty Kościół pozwalał na to wszystko, aby nikt nie mógł 
skarżyć   się   na   stronniczość   lub   utrudnianie   obrony.   Co   prawda,   z zarzutu   o herezję 
uniewinniano bardzo nielicznych.  Święty Kościół rzadko decydował się na publiczną 
rozprawę, jeżeli fakty nie były niezbite. Niemniej, sprawiedliwość jest sprawiedliwością.

Pierwsi odwiedzili Kierona rodzice. Kristen miała zaczerwienione powieki i płakała. 

Gerard, pachnący żywicą  i świeżym  drewnem,  był  pełen nadziei,  przeświadczony,  że 
zbyt wiele szumu zrobiono wokół niewinnej chłopięcej psoty.

– Kieron, synku, jak ci tu dają jeść? – zachlipała Kristen. – Czy dobrze cię karmią?
Kieron zauważył, że zupełnie posiwiała, choć mogła mieć najwyżej trzydzieści pięć 

lat.   Ale   jej   twarz   pozostała   piękna,   a sylwetka   godnie   wyprostowana.   Było   mu 
niewymownie przykro, że sprawia jej taki ból.

– Tak, matko – skłamał. – Jedzenie jest doskonałe i niczego mi nie brakuje.
– Jesteś malarzem! – wybuchł Gerard. – Wielkim malarzem. Sam mistrz Hobart to 

powiedział. – Spojrzał na legowisko ze słomy i na gole ściany celi. – Jak śmią trzymać 
w takich warunkach człowieka, którego czeka wspaniała przyszłość? Czy jesteś winny 
stawianych ci zarzutów? Mów prawdę. My, twoi rodzice, mamy prawo wiedzieć.

–   Ojcze   –   zaczął   Kieron   ostrożnie,   wiedząc,   że   brat   Sebastian   podsłuchuje   pod 

drzwiami   –   skonstruowałem   zabawkę   dla   własnej   przyjemności.   Balon   napędzany 
gorącym  powietrzem.  Nie przypuszczałem,  że Święty Kościół  będzie poruszony taką 
błahą sprawą.

Gerard z namysłem gładził się po policzku.
– To była duża nierozwaga, chłopcze. Ale przecież nie grzech. Kościół nie lubi nic 

nowego,   i ma   rację.   Lecz   w twoim   przypadku   wina   leży   po   stronie   tych,   którzy   cię 
nakłonili do złego... Słyszałem, że „Skok panienki Fitzalan” to arcydzieło, choć sam się 
na tym nie znam. Mistrz Hobart mówi, że to twoja zasługa.

– Mistrz Hobart jest wielce łaskaw – powiedział Kieron – ale być może w tym, co 

background image

mówi, jest ziarnko prawdy.

Gerard uścisnął go.
– Nic się nie bój, mój chłopcze. Zarzut zostanie oddalony, a ci, którzy go postawili, 

poniosą należne konsekwencje.

– Nie czuję do nikogo żalu – rzekł Kieron, głównie na użytek brata Sebastiana. – 

Mam nadzieję, że Święty Kościół stwierdzi moją niewinność i pozwoli mi kontynuować 
przypisaną mi pracę.

Gerard poklepał go po plecach.
– Dobrze powiedziane!  Wiedziałem!  Wiedziałem!  Jesteś po prostu  pełen  fantazji 

i stąd to całe wielkie nieporozumienie.

Ale Kristen była mądrzejsza. Przytuliła Kierona i pogłaskała go po włosach.
– Czy boisz się, mój mały? – szepnęła.
– Tak, matko, boję się.
– Wiesz, co ci zrobią?
– Wiem.
– Bądź dzielny, Kieronie. Umrzemy razem. A jeśli jest inne życie, to się spotkamy na 

tamtym świecie.

– Cicho, kobieto! – zagrzmiał Gerard. – Kieron będzie żył!
Kristen puściła syna z twarzą dziwnie spokojną.
– Tak, Gerardzie, Kieron będzie żył. Jestem tego pewna.
– Na Młotek Ludda i na mój młotek klnę się, że będzie żył – przysiągł Gerard, – 

Będzie żył i pochowa tych, którzy skalali jego imię.

Strażnik zapukał w drzwi.
– Odwiedzimy cię znów – obiecała Kristen. – Przyjdziemy jutro. Przyniosę ci placki, 

świeże masło i konfiturę z jeżyn, którą tak lubisz.

Po ich wyjściu wszedł do celi brat Sebastian.
– Twój ojciec ma silny głos – powiedział ostrożnie. Kieron uśmiechnął się lekko.
– Ma też silną wolę i silną rękę. To prosty i dobry człowiek.
– Ale wypowiada niebezpieczne słowa.
– Mój ojciec jest uczciwym człowiekiem i wie o tym cały seniorat – odparł Kieron 

spokojnie.   –   Nikogo   nie   oszukuje,   przeciwko   niczemu   nie   grzeszy.   Jego   bronią   jest 
prawość.

– Co przez to rozumiesz, chłopcze?
– To, bracie Sebastianie, że masz już w klatce jednego ptaszka. Nie uda ci się złowić 

drugiego z tego samego gniazda.

Petrina również przyszła go odwiedzić, jak przystało w towarzystwie ojca.

background image

Sholto,   olbrzymi,   małomówny   mężczyzna,   pełen   dobrej   woli,   której   nie   umiał 

wyrazić, stał milcząc. Petrina, hoża i dojrzała do małżeństwa, od którego dzieliły ich już 
tylko miesiące, wzięła na siebie ciężar rozmowy.

– Kieron, jesteś strasznie blady. Czy cię tu nie głodzą?
Uśmiechnął się.
– Wszystkie kobiety są takie same. Moja matka też w pierwszej chwili zatroszczyła 

się o mój żołądek.

– Jest pewna różnica – rozzłościła się Petrina – i zaraz się o tym przekonasz.
– Przepraszam. Nie chciałem cię urazić. – Kieron zwrócił się do kowala. – Sholto, 

bardzo miło z waszej strony, że przyszliście i przyprowadziliście Petrinę. Jestem wam 
wdzięczny. Ani mój ojciec, ani ja nie będziemy mieć wam za złe, jeśli w obecnej sytuacji 
zechcecie rozwiązać kontrakt.

Sholto zaszurał niezgrabnie nogami, powiódł wzrokiem po podłodze, po ścianach, po 

suficie, jakby szukając stamtąd pomocy. Ale pomoc nie nadeszła.

– Kieron, chłopcze, wiesz, że cię lubię. Wszystko co zaszło, to jakaś przykra sprawa, 

której, po prawdzie, nie rozumiem. Znam się na obróbce żelaza i stali, i tyle.– Całą resztą 
zajmuje   się   Solvig,   moja   żona.   –   Rzucił   niespokojne   spojrzenie   na   córkę.   –   A teraz 
i Petrina ma swoje zdanie. – Przy kowadle jestem panem. – Wzruszył ramionami. – Ale 
kto by tam wygrał z kobietami?

– Rozwiązać kontrakt! – wybuchnęła Petrina, odrzucając do tyłu włosy i wypinając 

pierś. – A może to ty chcesz rozwiązać kontrakt, „Kieronie z głową w chmurach”?

Kieron był skonfundowany. Dziewczynka, którą znał, była teraz aż nadto wyraźnie 

kobietą. Zakładał, że zechce się uwolnić od heretyka, którego mogą spalić na stosie. Ale 
jeśli chodzi o kobiety, nie należy nigdy niczego z góry zakładać.

– Myślałem tylko o tym, żeby zaoszczędzić ci przykrości.
– W ogóle niezbyt mądrze myślisz – przycięła mu Petrina. – Inaczej nie przyszłoby 

ci do głowy, żeby konstruować głupie latawce i balony. I nie przyszłoby ci do głowy 
zadawać się z Fitzalanami.

– Petrina, uważaj na to, co mówisz – ostrzegł Kieron, pamiętając o bracie Sebastianie 

za drzwiami. – Te ściany są cienkie. Głos się niesie.

– Phi! – odparła Petrina. – A niech się niesie. Wszyscy wiedzą, że Alyx Fitzalan 

szaleje za tobą. Musiało to dotrzeć nawet do uszu brata Sebastiana.

– Brat Sebastian ma doskonały słuch – zapewnił ją Kieron. – Podejrzewam, że nawet 

to, o czym mówimy w tej celi, nie umyka jego uwagi.

– Nic nie szkodzi – stwierdziła Petrina ze spokojem. – Między nami nie ma nic do 

ukrycia. A więc, czy chcesz rozwiązać kontrakt?

background image

–   Nie,   na   Neda   Ludda.   Chętnie   wziąłbym   cię   za   żonę.   W szczęśliwszych 

okolicznościach wziąłbym cię za żonę z całą radością.

Petrina uśmiechnęła się.
– No to wszystko w porządku, Kieronie. Wyjdę za ciebie i koniec.
– Nadal jesteś przekonana, że astrolog Marcus przepowiedział prawdę?
– Tak, jestem przekonana. Poza tym, Kieronie, Święty Kościół jaki jest, taki jest, ale 

uznaje ważność kontraktów. Dowiedziałam się tego po pewnych staraniach.

– No więc?
–   No   więc,   jeżeli   oboje   będziemy   chcieli,   możemy   zwrócić   się,   z prośbą   do 

Wielkiego Inkwizytora, żeby odsunął karę aż do momentu, kiedy będę się spodziewać 
dziecka... albo kiedy stanie się jasne, że nie mogę mieć dzieci.

Kieron oniemiał.
– Zrobiłabyś to dla mnie?
– Jesteś przypisanym mi mężem. Czy mogłabym postąpić inaczej?
Kieron roześmiał się.
– Astrolog Marcus może jeszcze mieć ostatnie słowo.
– Nie kpij z ludzi nauki.
– Ale skąd o tym wiesz... o tym, że można odsunąć karę?
– Nieważne skąd. Poza tym to jeszcze nic pewnego. Wszystko zależy od Wielkiego 

Inkwizytora. Wiem tylko, że takie wypadki miały miejsce. – Uśmiechnęła się niewesoło. 
– Święty Kościół może nawet przyspieszyć wyznaczoną w kontrakcie datę ślubu, aby nie 
odwlekać zanadto dnia kary.

– I co? – Kieron nie posiadał się ze zdumienia. – Mógłbym żyć na wolności, dopóki 

nie poczęłabyś dziecka?

– Nie, głupi. To ja mogłabym żyć z tobą w celi. Łaskawość ma swoje granice.
– Wyszłabyś za heretyka i żyła w więzieniu? Zostałabyś napiętnowana na całe życie.
– Zostałabym  też wdową na całe  życie.  Ale taki zrobiłam wybór.  Czy masz  coś 

przeciwko niemu?

– Nie, ale... Petrino, moja droga, nikt nie ma prawa tego od ciebie wymagać.
– I nikt nie wymaga. Niech cię o to sumienie nie dręczy.
Sholto podrapał się po głowie.
– Nie kłóć się z kobietą, Kieronie. I tak nie wygrasz.
– Czy dalej chcecie, żeby wasza córka za mnie wyszła?
Sholto podrapał się po głowie.
– Kontrakt jest kontraktem, na dobre i na złe. – Spojrzał na córkę. – A co kobieta 

sobie umyśli, i tak przeprowadzi, już ja to wiem najlepiej.

background image

Petrina rzekła:
–   No   to   nie   traćmy   czasu.   Wszystko   uzgodnione.   Nie   ma   o czym   rozprawiać... 

Kieron, wielu ludzi przemówi za tobą; a i to, że nadal chcę za ciebie wyjść, będzie miało 
swoją wagę. – Podeszła bliżej i szepnęła: – Czy potrafisz udawać wariata?

Popatrzył na nią zdumiony.
– Czy potrafię... – Położyła mu rękę na ustach.
– Powiedziano mi, że Święty Kościół może przyjąć jako usprawiedliwienie chwilową 

niepoczytalność.   Zwłaszcza   jeśli   znaleźliby   się   tacy,   którzy   potwierdzą,   że   byli 
świadkami podobnych napadów.

– Jesteś dobrze poinformowana – powiedział Kieron miękko. – Bardzo dobrze. Skąd 

to wszystko wiesz, Petrino?

Przysunęła usta do jego ucha.
– Przyjechała do mnie konno pewna dama. Mam mówić dalej?
Alyx, Alyx Fitzalan zależało na nim aż tak, że pojechała do Petriny! Zawirowało mu 

w głowie. Strażnik zapukał w drzwi.

– Przyjdziemy znów jutro, Kieronie – powiedziała Petrina. – Jestem pewna, że ojciec 

zechce mi tu jutro towarzyszyć. Przyniosę ci zapiekankę z jajek i bekonu, i będę patrzyła, 
jak jesz.

– Petrino, daj się ucałować. – Kieron spojrzał niepewnie na Sholta.
Kowal roześmiał się.
–   Pocałuj   ją,   chłopcze.   Pocałuj   ją,   jak   należy.   To   jedyny   sposób,   żeby   wygrać 

z kobietą.

Trochę później tego dnia przyszedł Hobart, z szalem na ramionach, butelką w ręku, 

wstrząsany kaszlem.

– Kieronie, mój drogi synu, jak cię tu traktują?
– Nienajgorzej, mistrzu Hobarcie. Jestem cały i zdrów, jak widzicie.
– Schudłeś. Zbladłeś.
– Nie łaknę smakołyków. Brak mi słońca.
–   Będziesz   je   miał,   mój   drogi   synu,   będziesz   je   miał.   Podpisałem   oświadczenie 

w obecności świadków, że to na moje polecenie zbudowałeś balon napędzany gorącym 
powietrzem.   –   Podnosząc   głos   mówił   dalej:   –   Potrzebowałem   tego   do   namalowania 
obrazu i taka jest prawda. Potrzebny mi był szkic zamku widzianego z góry.

Kieron był bliski łez.
– Ojcze, nie możesz tego zrobić. Nie wolno ci narażać się na niebezpieczeństwo.
Hobart wyprostował się z pewnym wysiłkiem.
– A kto mi zabroni, mój chłopcze? Nazwałeś mnie ojcem i jestem z tego dumny. 

background image

A czyż nie jest obowiązkiem ojca chronić swego syna, nawet jeśli nie jest to syn rodzony 
tylko duchowy?

– Syn, duchowy syn, też ma swoje obowiązki – zaznaczył Kieron. – Błagam cię, 

panie, zniszcz ten dokument. Jest niebezpieczny.

– Niebezpieczny, też mi coś! – Mistrz Hobart pociągnął łyk z butelki. – Wybacz mi, 

Kieronie, to lekarstwo jest konieczne dla starego człowieka, którego opuściły już siły 
i umiejętności... Całe życie, Kieronie, żyłem sobie bezpiecznie... i w strachu. W strachu 
przed zleceniodawcą, w strachu przed utratą mojego marnego talentu. Przychodzi taka 
chwila, kiedy człowiek chce się wznieść ponad strach. Dzieje się tak wtedy, gdy pragnie 
ochronić tego, kogo kocha... Wybacz mi. Nie jestem odważny. Wybacz mi, że czerpię 
odwagę z butelki... Dzięki tobie byłem świadkiem wielkości. I cieszę się. Rozumiesz? 
Widziałem twoje pociągnięcia pędzla, które miały w sobie żar i piękno. Wiem, że daleko 
zajdziesz... Chciałbym, żebyś malował, bo masz wielki talent. – I bardzo łagodnie i cicho 
dodał.–   Ale   jeśli   twoim   marzeniem   jest   sięgnąć   gwiazd,   pogodzę   się   z tym.   Cóż   ci 
powiem? Nie pojmuję tego, ale się pogodzę. Czy się rozumiemy?

– Rozumiemy się, mój ojcze.
– To dobrze. – Hobart pociągnął głębszy łyk. – Opuściły mnie siły i umiejętności, ale 

nie jestem jeszcze zupełnie bezużyteczny. Mnie już nie będzie, a ten dokument zostanie. 
–   Hobart   uśmiechnął   się.   –   Kiedyś   próbowałem   cię   kupić   od   twoich   rodziców.   Nie 
wiedziałeś o tym. Teraz już nie chcę cię kupować. Jestem szczęśliwy, że mogę zapłacić 
niewielką cenę za twoją wolność.

Kieron nie mógł już powstrzymać łez.
– Ojcze, zabijasz mnie twoją miłością. Hobart uśmiechnął się.
– Moja miłość towarzyszyła ci, jak rosłeś, dojrzewałeś i pobierałeś u mnie nauki... 

i teraz też cię nie zabije.

Kieronie, wątpię, czy cię jeszcze zdołam odwiedzić. Rozumiesz, moje zdrowie...
– Rozumiem.
– A więc, pocałuj mnie, mój synu. Dla ciebie to nic wielkiego, a dla mnie znaczy 

bardzo dużo, bo jestem niemądrym, starym człowiekiem.

Kieron podszedł i pocałował go w czoło.
– Pocałuj mnie w usta, mój synu.
– Dobrze. A więc w usta.
– Teraz naprawdę przypieczętowaliśmy nasz związek. – Hobart nie krył radości. – 

Żegnaj, Kieronie. Nie spalą cię. Bądź spokojny.

– Będę więc mógł dopełnić okres mojego terminu – powiedział Kieron lekko.
Hobart uśmiechnął się blado.

background image

– Twój termin skończył się wraz z namalowaniem „Skoku panienki Fitzalan”. To 

wspaniały obraz. Niczego więcej cię już nie nauczę.

Mistrz   Hobart   pociągnął   jeszcze   raz   z butelki   i opuścił   celę.   W dwa   dni   później 

znaleziono go martwego – powiesił się w swoim pokoju na belce u sufitu.

background image

Rozdział osiemnasty

W czasach, jakie miały nastąpić, Kieron wspominał te kilka dni spędzone w Domu 

Naprawy niemal z rozrzewnieniem. Były to ostatnie dni świata, jaki znał, ostatnie dni 
ładu i bezpieczeństwa, ostatnie dni pokoju.

Gerard i Kristen znów przyszli go odwiedzić, podobnie jak Petrina, a nawet, choć 

z pewnym lękiem, Alwin, terminator młynarza.

Alwin nic nie wiedział o środkach, jakie przedsięwzięto w obronie Kierona. Patrzył 

na przyjaciela z takim współczuciem, jakby już czuł zapach dymu w nozdrzach.

– No cóż, Kieronie, spotykamy się w smutnych okolicznościach.
Kieron zaśmiał się.
–   Nie   takich   znów   smutnych.   Mam   co   jeść,   mam   gdzie   spać,   a moi   przyjaciele 

i bliscy nie zapomnieli o mnie.

Alwin wskazał głową na drzwi, w pełni świadom, że kryje się za nimi cierpliwy 

słuchacz.

– Nie złamałem przysięgi, Kieronie.
– To dobrze, przyjacielu. Ja też nie. Nie złamałem i nie złamię. Obaj więc możemy 

być spokojni.

Alwin przyjął to z widoczną ulgą. Nie miał najmniejszej ochoty zwracać na siebie 

uwagi Świętego Kościoła.

– Wielu ludzi chce przemawiać za tobą. Ja też, jeśli sobie życzysz.
Kieron dostrzegł nieszczęśliwy wyraz jego oczu i zrozumiał, ile go kosztowała ta 

propozycja.

–   Nie,   Alwinie,   dziękuję.   Nie   odrzucam   twoich   dobrych   chęci,   ale   myślę,   że 

silniejsze głosy podniosą się w mojej obronie.

– Jeśliby miało dojść do najgorszego... – zaczął Alwin.
– Nie dojdzie. – Kieron również wskazał na drzwi. I wyrzekł słowa, które okazały się 

prorocze: – Będę żył i pogrzebię tych, którzy mi źle życzą. Przysięgam.

Alwin zaszurał nogami.
– Muszę już iść.
– Nie zaniedbuj umiejętności, jakich nabyłeś. Masz duży talent.
Alwin wzruszył ramionami. Skąd teraz weźmie potrzebne materiały i wskazówki?
– Każdy z nas musi iść drogą swojego przeznaczenia. Przyjdę jeszcze. – Wyciągnął 

rękę. – Będę o tobie myślał. Jesteś moim prawdziwym przyjacielem.

Lecz Alwin nie przyszedł więcej do Domu Naprawy; a kiedy Kieron zobaczył go 

background image

następnym razem, był bez ręki – bez prawej ręki, którą malował.

Alyx Fitzalan była jego ostatnim gościem. Towarzyszył jej rządca ojca, który swoją 

postawą jasno dawał do zrozumienia, że nie pochwala bynajmniej tych odwiedzin.

–   Proszę   wstać   w obecności   panienki   Alyx   Fitzalan   –   rozkazał   głośno   i zgoła 

niepotrzebnie, bo Kieron już stał.

– Kentigern – powiedziała panienka Alyx dość cierpko – idź dotrzymać towarzystwa 

dobremu bratu Sebastianowi, którego ciężkie sapanie za drzwiami świadczy o tym, że 
jest   blisko.   Porozmawiaj   z nim   o swoich   sprawach   i skorzystaj   z tego,   co   może   ci 
ofiarować jego światły i uczony umysł.

– Ależ panienko, senior Fitzalan kazał mi trzymać się przy tobie na odległość słuchu.
– Więc  rób, co  ci kazał.  Mam  doskonały słuch. Słyszą,  że  dobry brat Sebastian 

trzęsie się jak w gorączce. Może ma widzenie. Idź, sprawdź to.

Kentigern   wycofał   się,   pokonany.   Przez   chwilę   Kieron   słyszał,   jak   wymienia   za 

drzwiami uwagi z bratem Sebastianem.

– I cóż, Kieronie?
– I cóż, panienko Alyx?
Patrzyli   na   siebie,   walcząc   z odruchem,   żeby   paść   sobie   w objęcia.   Było   to 

niemożliwe.   Świadkowie   przy   dziurce   od   klucza   natychmiast   zameldowaliby,   co 
widzieli.

– Ukradłeś książkę z biblioteki mojego ojca. Tak mi w każdym razie powiedziano. – 

Ale jej oczy mówiły: „Dziękuję ci, kochany, żeś mnie oszczędził”.

Kieron wykazał pełne zrozumienie.
–   Bardzo   przepraszam,   panienko   Alyx.   Chciałem   ją   sobie   tylko   na   krótko 

wypożyczyć.

– Czy wiedziałeś, że zawiera herezje?
– Nie, panienko. Jestem prostym człowiekiem, chciałem tylko wziąć jakąś książkę do 

czytania. Miałem zamiar odłożyć ją na miejsce przy pierwszej okazji.

– Mój ojciec uważa cię za głupca, Kieronie. Głupca bez złych intencji.
– Ma rację, panienko. Jestem głupcem. Ale na pewno nie mam złych intencji.
– Tak też będę świadczyć na procesie – powiedziała Alyx. – Masz prawdziwy talent 

do   spadania   z łagodnych   koni.   Talent   głupca.   Niemniej   miałam   taki   kaprys,   że 
postanowiłam przełożyć ślub, aby móc przemówić za tobą. Może ja też jestem głupia.

Kieron ukląkł i pocałował ją w rękę. Byłby chętnie pocałował ją w usta i poczuł jej 

piersi na swoich, ale pamiętał o tych, co patrzą i słuchają.

– Panienko, to rzeczywiście niemądre z twojej strony, że troszczysz się o mój los. 

Chociaż nic dla ciebie nie znaczę, jestem głęboko wdzięczny za twoje zainteresowanie 

background image

moją sprawą.

Alyx uśmiechnęła się ze smutkiem.
–   Wstań,   Kieronie.   Malarz   zna   swoją   modelkę,   modelka   zna   malarza.   Etykieta 

między nami jest zbędna.

– Panienko, ja... – Kieron zerknął na drzwi celi.
– Tak, wiem, ściany mają uszy. Pan Kentigern robi się czerwony jak burak, a dobry 

brat Sebastian dyszy coraz ciężej. To nie ma większego znaczenia... Mój ojciec prosił 
mnie, żeby ci podziękować za wzięcie tej książki z jego biblioteki.

– Jak to?
– To proste. Nie wiedział, że ma heretyckie dzieło. Jest szczęśliwy, że się go pozbył. 

On też będzie przemawiał za tobą. Prosił, żeby ci powiedzieć, że choć popiera Święty 
Kościół   w zwalczaniu   herezji,   uważa,   że   głupcy   zawsze   się   znajdą   i można   mieć 
pewność, że sami siebie doprowadzą do zguby.

–   Twój   ojciec   jest   bardzo   szlachetnym   człowiekiem.   –   Kieron,   mając   w pamięci 

swoje   ostatnie   spotkanie   z seniorem   Fitzalanem   pomyślał,   że   jest   on   rzeczywiście 
niezwykle szlachetny.

–   Jest   przede   wszystkim   człowiekiem   praktycznym   –   powiedziała   Alyx 

enigmatycznie. – I przygotowanym na zapłacenie rozsądnej ceny za osiągnięcie celu... 
Kieron, mam dla ciebie nowinę. Jest zarazem dobra i zła.

Kieron domyślił się od razu.
– Mistrz Hobart?
– Nie żyje. Zostawił pewien dokument.
– Wiem. Jak umarł?
– Powiesił się... Święty Kościół cię nie skaże. Ten dokument oczyszcza cię z winy. 

A jeśli dodać wszystkich, którzy za tobą przemówią, Święty Kościół będzie bezsilny.

Kieron płakał. Zwrócił się w stronę drzwi celi.
– Bracie Sebastianie! – krzyknął. – Posłuchaj mnie dobrze! Jeżeli mnie wypuszczą, 

to lepiej uciekaj z senioratu, bo jak nie...

– Kieron! – przerwała ostro Alyx. – Folguj łzom, ale nie psuj tego, za co umarł zacny 

człowiek.

Kieron ukrył twarz w dłoniach.
– Alyx, przepraszam. Hobart był dla mnie jak ojciec i...
–   I –   dokończyła   Alyx   –   świat   będzie   go   pamiętał   za   ostatni   obraz,   który   był 

najlepszy. O ile wiem, pomagałeś mu przy nim. Ty będziesz jego żywym pomnikiem, 
Kieronie. Postaraj się godnie go reprezentować. To wszystko. Kieron spojrzał na nią 
zaczerwienionymi oczami, łzy spływały mu po policzkach.

background image

– Postaram się. Ale skąd mam wiedzieć, czy mi się uda?
– Czas pokaże, Kieronie. Teraz muszę już iść. – Uśmiechnęła się i nagle porzuciła 

wszelką ostrożność. – Mój ojciec dobił ze mną targu... Ale pocałuj mnie, tak żebym 
zapamiętała.

Kieron osłupiał.
– A brat Sebastian?
– On już się nie liczy. Jego dni są policzone. A Kentigern jest lojalnym sługą domu 

Fitzalanów.   Pocałuj   mnie.   Spełnij   kaprys   kobiety.   Mam   jakieś   złe   sny,   niedobre 
przeczucia, – Wzruszyła ramionami. – Pocałuj mnie.

Kieron   przytulił   ją  mocno,   poczuł   ciepło   jej   młodych   piersi,   ucałował   jej   wargi, 

policzek, ucho, szyję.  On też miał złe przeczucia.  Wiedział, że już nigdy nie będzie 
trzymał w ramionach żywej Alyx Fitzalan.

background image

Rozdział dziewiętnasty

Kieron spał niespokojnie, męczyły go dziwne sny. Był dzieckiem, w lesie, z Petriną, 

późnym latem. Wynikł spór, czy biec za pszczołami i wybrać im miód, czy iść na jabłka 
i śliwki. W końcu postanowili nazrywać owoców.

Sen rozwiał się. Teraz był piękny październikowy poranek, niebo bez chmur i ziemia 

wyłaniająca się z mgieł; chłopiec Kieron niosąc skórzany worek szedł do domu mistrza 
Hobarta. Zobaczył dmuchawca, zerwał go i dmuchnął, a delikatne nasionka poszybowały 
w nieruchomym powietrzu.

Potężny głos, który zdawał się wypełniać świat, zagrzmiał: „A więc chciałbyś latać, 

tak?” Kieron, przerażony, rozejrzał się wokół siebie. Nikogo nie zobaczył. Ale zdawało 
mu się, że lepiej będzie odpowiedzieć. „Tak, chcę latać”. Rozległ się śmiech. „Ptaki 
latają.   Ludzie   chodzą.   Porzuć   te   mrzonki”.   Nadal   nikogo   nie   widział.   Przestraszony 
ruszył w dalszą drogę do domu malarza.

Mgła i ciemność. Potem światło. Jechał konno po niebie i naraz spadł. Leciał w dół 

i leciał, aż poczuł chłód morza i ostry ból w nodze.

I nagle ujrzał nad sobą brata Sebastiana. Jego twarz była wielka jak zamek, a oczy 

zimne. „To herezja, Kieronie! Za herezję można spłonąć na stosie. Spłonąć! Spłonąć! 
Spłonąć!”

Twarz brata Sebastiana zamieniła się w obłok czarnej mgły. Nie, nie mgły. Dymu. 

Kieron poczuł zapach dymu. Zakrztusił się, krzyknął, otworzył oczy. Ale nadal czuł dym, 
a w celi  było  zupełnie  ciemno.   Teraz  doszły do  niego  głosy,  krzyki,  wrzaski,  odgłos 
grzmotu. A może nie był to grzmot?

Nie   potrafił   zebrać   myśli,   lecz   coraz   wyraźniej   czuł   dym.   Zaczął   rozpaczliwie 

kaszleć, oczy zaszły mu  łzami.  Potrzebował powietrza,  ale zewsząd otaczał  go dym, 
gryzący dym.

Wrzaski,   krzyki   i grzmoty   nie   rozlegały   się   już   tuż   obok.   Wszystko   jakby   się 

oddaliło. Był sam w ciemności i krztusił się dymem.

Próbował krzyczeć,  ale z gardła  wydobywał  mu  się tylko  żałosny skrzek. Zaczął 

łamać sobie otępiałą głowę szukając wyjaśnienia. Wreszcie je znalazł.

„Najwyraźniej   proces   się   już   skończył   –   powiedział   sobie   z całym   spokojem.   – 

Proces się skończył i uznano mnie za winnego. Nie jestem już wcale w celi. Ogień i dym 
odebrały   mi   rozum.   Jestem   na   stosie   i płonę.   Dlaczego   jest   tak   ciemno?   Zapewne 
utraciłem wzrok. No cóż, wobec tego to już koniec, „Kierona z głową w chmurach”. Nie 
jest to nawet takie straszne, jak myślałem”.

background image

Upadł   na   podłogę   celi   macając   po   omacku   i kaszląc   niemiłosiernie,   wciąż 

przytomny.  „Jestem  w mojej   celi  –  powiedział   sobie.  –  Jestem  w mojej   celi.  Nie,  to 
złudzenie”.

Kamienna posadzka była ciepła. Czuł ją przy twarzy. „To złudzenie. To musi być 

złudzenie. Umierający człowiek szuka ucieczki przed swym losem. Co za szkoda, że...”

Stracił przytomność.
Na zewnątrz, na ulicach Arundel, nadal panował tumult, wrzask, łomot i ogień. Ale 

Kieron   był   już   z łaski   opatrzności   tego   nieświadomy.   Leżał   na   podłodze   celi,   jego 
otwarte usta dotykały kamienia, płuca czyniły rozpaczliwe wysiłki, żeby wciągnąć choć 
trochę powietrza. Byłby się najpewniej udusił dymem, gdyby nie dwa wydarzenia, jedno 
po drugim. Dziki, brodaty, uwalany krwią mężczyzna rozwalił toporem tlące się drzwi 
i wrzucił do środka płonącą żagiew, żeby zobaczyć, czy nie ma tam nic cennego. Żagiew 
zamigotała i zgasła z braku powietrza, ale napastnik zdołał dojrzeć na podłodze ciało, 
które wziął za nieboszczyka. Kaszląc, charcząc i klnąc brodacz wycofał się. Trup go nie 
interesował.

Wkrótce potem wiatr zmienił kierunek i wywiał dym z celi.
Kieron   był   bliski   śmierci   i minęło   wiele   godzin,   zanim   odzyskał   przytomność. 

Twarz,  ręce  i nogi  miał  w bąblach,   przeszywał   go  dotkliwy  ból.   Przy  każdym  ruchu 
wstrząsał nim dojmujący kaszel. Ale jakoś podniósł się na nogi i słaniając się wyszedł 
z celi i z Domu Naprawy. Przekroczył obojętnie ciało brata Sebastiana. Brat Sebastian 
miał poderżnięte gardło. Ale Kieron tego nie zauważył.

Był świt.
Kieron wyszedł na ulice Arundel.
Miasto było martwe. Tu i ówdzie tliły się jeszcze zgliszcza domów. Oprócz łoskotu 

walących  się desek, trzasku i skwierczenia  żaru, znikąd żadnego dźwięku. Ludzkiego 
dźwięku. Arundel było opuszczone przez żywych, a umarli leżeli tam, gdzie ich dosięgła 
śmierć.

Koszmar, który zastąpił nocne mary, rozegrał się w rzeczywistości,

background image

Część druga

Wzniesiony w przestworza

background image

Rozdział pierwszy

Zamroczony szokiem. Kieron szedł chwiejnie, jak pijany, do zamku. Główna brama 

zwisała w szczątkach, najwyraźniej wysadzona w powietrze.

Przeszedł  przez to, co z niej  zostało,  i przez  ciała  mężczyzn,  którzy usiłowali  jej 

bronić. Próbował myśleć, ale umysł  odmawiał mu posłuszeństwa. Kierował się tylko 
instynktem. A instynkt przede wszystkim kazał mu szukać Alyx Fitzalan.

Znalazł ją.
I gorzko tego pożałował.
Leżała w głównym hallu, pod krużgankiem. Leżała na podłodze, z koszulą nocną na 

głowie i z szeroko rozrzuconymi nogami. Leżała przygwożdżona mieczem przez pępek 
do drewnianej posadzki.

Kieron narzucił sobie najwyższą karę. Zdjął jej z głowy koszulę i spojrzał. Patrzyła 

na niego blada, posiniaczona  twarz, o oczach rozszerzonych  grozą, zachodzących  już 
bielmem   śmierci,   o szeroko   otwartych   ustach,   z krwią   zaschniętą   na   wargach,   które 
gryzła w męce.

Kieron był już na tyle dorosły, by zrozumieć, jak straszną zgotowano jej śmierć, lecz 

i na tyle niedojrzały, by dać się ponieść rozpaczy. Z okrzykiem nieludzkiej udręki upadł 
na kolana i pochylił się, żeby pocałować ją w czoło. Jego łzy padły jej na policzki i na 
wpół oszalałemu z bólu i grozy chłopcu zdało się, że i ona płacze.

– Alyx, Alyx – łkał. – Czemuż nie leżę martwy przy tobie! – Wtem przez cierpienie 

przedarła się inna myśl, przeszywając go jak ostrze miecza. – Nie, na Młotek Ludda, nie! 
Właśnie, że będę żył i odszukam tych, którzy to zrobili. A kiedy ich znajdę, znajdę też 
sposób, żeby ich okrutnie ukarać, lub zginę. Przysięgam! – Zamknął jej oczy i delikatnie 
wyciągnął   miecz   z ciała.   Miał   wąską   klingę.   Krew   się   nie   pokazała,   Zatrzymam   ten 
miecz – powiedział na głos – żeby zwrócić go właścicielom. – Wyprostował ręce i nogi 
Alyx Fitzalan, zakrył skromnie koszulą jej zniewolone ciało; przez chwilę głaskał ją po 
głowie, a potem szepnął:

– Spoczywaj teraz w pokoju, moja kochana. Muszę rozejrzeć się za żywymi, choć 

nigdy nie zapomnę o zmarłych.

Z mieczem w ręku ruszył ostrożnie przez zamkowe komnaty. Rozmiar spustoszenia 

i rzezi wprawił go w osłupienie. Wielu ludzi seniora Fitzalana leżało martwych z bronią 
w ręku.   A także   wielu   napastników.   Napastników   w dziwnych   odzieniach,   o różnych 
kolorach skóry.

Nie   było   nigdzie   widać   dwóch   młodszych   córek   seniora   Fitzalana.   Może   je 

background image

uprowadzono,   a może   zabito   gdzie   indziej.   Jego   samego   znalazł   Kieron   wkrótce   na 
korytarzu na piętrze. Leżał na podłodze przed drzwiami sypialni, z mieczem w jednej 
dłoni,   sztyletem   w drugiej;   aa   jego   piersi   okrytej   cienkim   płótnem   widniała   wielka 
czerwona plama, na twarzy zastygł wyraz głębokiego zdumienia.

W sypialni, na największym łożu, jakie Kieronowi zdarzyło się widzieć, na łożu, 

którego   miękka   jedwabna   pościel   była   teraz   pokrwawiona   i w strzępach,   leżała   żona 
seniora Fitzalana. Zdarto z niej suknię i wszystko wskazywało na to, że potraktowano ją 
podobnie jak Alyx – albo i gorzej.

Kieron nie mógł dłużej patrzeć, nie mógł się nawet zmusić, żeby podejść i okryć 

ciało martwej kobiety. Przeżył już swój bezmiar okropności. Wypadł z pokoju, czując, że 
wszystko podchodzi mu do gardła. Zwymiotował na korytarzu, ale nie było tu nikogo, 
kto by był świadkiem jego słabości.

Dobrze mu to zrobiło, odzyskał jasność myślenia.
Był osłabiony, ale czuł się lepiej. Zaczął się zastanawiać. Ogrom zniszczenia budził 

przerażenie, Arundel i zamek były spustoszone, ale przecież z pewnością nie wszyscy 
zostali  zabici.  Jacyś   mieszkańcy  musieli  uciec   na  wydmy,  a wieśniacy  – w tym   jego 
matka i ojciec – powinni dostatecznie wcześnie zauważyć niebezpieczeństwo. Z łutem 
szczęścia wielu ludziom udało się zapewne ujść przed nocą grozy. Musi ich odnaleźć. 
Musi odszukać swoich ziomków, dowiedzieć się, co sprowadziło katastrofę i co należy 
robić.

Z   mieczem   w ręku   Kieron   szedł   długimi,   ciemnymi   pasażami   szukając   na   oślep 

wyjścia z zamku. Naraz usłyszał jakiś dźwięk, głośny jęk. Stanął i słuchał. Jęk powtórzył 
się. Podszedł w jego kierunku.

Dźwięk doprowadził go z powrotem do głównego hallu. Niedaleko od Alyx leżał 

jeden   z napastników,   ubrany   w dziwaczny   strój.   Brzuch   miał   w plamach   krwi,   które 
świadczyły, że dostało mu się parę dobrych pchnięć. Kieron nie rozumiał, dlaczego nie 
dostrzegł go przedtem.

Obcy miał ciemną twarz i okropnie przewracał oczami. Wymamrotał coś w języku, 

którego Kieron nie rozumiał. Poruszył nerwowo palcami, jakby prosił o litość.

Gdy   tak   Kieron   go   oglądał,   przyszło   mu   do   głowy,   że   może   to   być   jeden 

z osobników, którzy zgwałcili Alyx.

Ucieszył   się   z tej   myśli.   Oto   nareszcie   –   ktoś,   na   kim   mógł   wywrzeć   zemstę. 

Podniósł miecz, który trzymał, miecz, który przebił Alyx.

– Niech Ludd się zmiłuje nad tobą – powiedział Kieron. – Ja nie mogę.
I pchnął – raz, drugi, trzeci.
Mężczyzna jęczał przy każdym ciosie. Potem wydał głębokie westchnienie i umarł.

background image

Kieron przyjął jego śmierć z radością. Jeszcze jedno pchnięcie – za Alyx.
Potem, nie wiedząc, co robi, ani dokąd idzie, znalazł jakoś wyjście z zamku.
Był   zdumiony,   że   na   dworze   świeci   jasne   słońce.   Alyx   i jej   rodzice   leżeli 

zamordowani na zamku, ulice pokryte były trupami mieszczan, zgliszcza domów wciąż 
się tliły.  Spojrzał z niedowierzaniem na błękitne  niebo i osłonił oczy przed blaskiem. 
Słońce wydawało się nie na miejscu. To nie był odpowiedni dzień na piękną pogodę.

Spróbował   się   zastanowić,   co   dalej   robić.   Musi   postarać   się   znaleźć   Gerarda 

i Kristen, kogokolwiek, kto został przy życiu. Musi postarać się dowiedzieć, co się stało.

Zmęczonym, chwiejnym krokiem, nadal ściskając rękojeść miecza, skierował się ku 

wydmom. Jacyś ludzie musieli ukryć się pośród wzgórz. Nie wszyscy zostali przecież 
zabici.

Czuł   straszne   pragnienie.   Bolało   go   wyschnięte   gardło,   piekły   usta.   Jakieś 

pięćdziesiąt kroków za zamkiem wyciął rozpaczliwy okrzyk i upadł na ziemię.

Mimo   jasnego   dnia   zamknęła   się   nad   nim   ciemność.   Był   jej   rad.   Przyszła   jako 

przyjaciel.

Kieron nie przekroczył jeszcze osiemnastu lat, progu męskości, ale w ciągu ostatnich 

kilku godzin postarzał się o całe lata. Widział już zbyt dużo – więcej, niż może zobaczyć 
niejeden dorosły mężczyzna i nadal pozostać przy zdrowych zmysłach.

Kieron   poszukał   schronienia   w przyjaznej   ciemności.   Okryła   go   niczym   całun 

spokoju.

background image

Rozdział drugi

Sholto   wlewał   mu   wodę   przez   zaciśnięte   wargi.   Petrina   trzymała   głowę.   Ktoś 

próbował wyjąć mu miecz z ręki, ale jego palce nie chciały się rozewrzeć.

– Spokojnie, chłopcze – mówił Sholto. – Jesteś bezpieczny. Niosłem cię na grzbiecie 

z tym mieczem, który przy każdym kroku mógł mi się wbić w stopę. Puść go teraz. Jesteś 
wśród przyjaciół.

Kieron   usiadł,   zamrugał   oczami   i przesunął   językiem   po   wargach,   starając   się 

zrozumieć, gdzie jest i co się dzieje. Petrina pocałowała go i pozwolił jej wyjąć sobie 
miecz z ręki. Bolały go palce i to jak! Musiał bardzo kurczowo ściskać rękojeść.

Rozejrzał się wokół siebie. Był na polanie leśnej, zapewne pośród wydm. Słońce 

stało   jeszcze   wysoko.   Na   polanie   zgromadziło   się   wiele   osób:   mieszkańców   miasta 
i mieszkańców wzgórz. Znajomi i nieznajomi. Nie dojrzał swoich rodziców.

–   Mój   ojciec   i matka?   –   To   były   jego   pierwsze   słowa.   Nie   spodobało   mu   się 

brzmienie własnego głosu. Chrypiał i charczał jak stary człowiek. Dym wciąż zalegał mu 
płuca i zmuszał do kaszlu, ilekroć zaczynał mówić.

– Bądź dzielny,  mój  chłopcze – powiedział Sholto. – Bywają nieszczęścia, które 

trzeba znieść po męsku.

– Nie żyją?
– Nie żyją... Twój ojciec drogo się sprzedał. Znaleźliśmy przy nim trzech martwych 

mężczyzn, którzy już nie dobędą miecza.

– A matka?
Sholto powiedział cicho:
– Synu, wybacz mi. Są rzeczy, na które brak mi słów. Jestem prostym człowiekiem. 

Wybacz mi. Moja żona też nie żyje i w głowie mi się mąci... Twoja matka była wspaniałą 
kobietą. Teraz nie żyje. Nie mówmy już o tym.

Kieron rozważył jego słowa. Sholto ma rację – pomyślał posępnie. – Lepiej o nic 

więcej nie pytać, Petrina przerwała ciszę.

– Dzięki Luddowi, Kieronie, że ty żyjesz.
– Alyx Fitzalan nie żyje – powiedział. – Miecz, który wyjęłaś mi z ręki, tkwił w jej 

brzuchu.

Petrina pocałowała go jeszcze raz.
– Niech Ludd da pokój jej duszy. Była piękną dziewczyną. Nie noszę w sercu żadnej 

urazy do panienki Fitzalan.

– No więc – powiedział Kieron mocniejszym już głosem – kto nas napadł? Co to za 

background image

ludzie, którzy napadają, gwałcą i rabują nocą?

Zamajaczyła przed nim nieznajoma twarz.
–   To   piraci,   panie,   wyrzutki,   pasożyty.   Pochodzą   z wybrzeży   Afryki   Północnej. 

Ogołocili już doszczętnie całe wybrzeże Morza Śródziemnego i teraz przywędrowali do 
Europy.

Kieron   podniósł   oczy   i zobaczył   wychudłego,   dzikookiego   mężczyznę 

w łachmanach. Przez strzępy ubrania widniała na ramieniu plama krwi. Jego ogorzała 
twarz i sposób bycia mówiły, że to żeglarz.

– Skąd to wiecie?
– Pływałem z nimi.
Kieron machinalnie sięgnął do boku po miecz.
– Pływaliście z nimi! – Skoczył na równe nogi. – To znaczy...
– Spokojnie, chłopcze – przerwał mu Sholto. – Nie gorączkuj się. Ten człowiek 

przychodzi jako przyjaciel.

– Pływałem z nimi nie z własnej woli. Pojmali mnie jako niewolnika.
– Biorą niewolników? – przeraził się Kieron.
– Zarówno mężczyzn, jak i kobiety – odparł mężczyzna posępnie. – Kiedy niewolnik 

jest silny i zdrowy, dają mu jeść. Kiedy zachoruje albo osłabnie z sit, wyrzucają go za 
burtę. Kobiety też.

– Nie mogą być ludźmi!
–   Może   nie   są   ludźmi,   ale   są   śmiertelni   –   powiedział   mężczyzna   z lodowatym 

uśmiechem.   –   Niewiele   miałem   przyjemności   w tym   roku,   lecz   jednej   nie   zapomnę: 
zacisnąłem łańcuch na szyi dwóch z tych, którzy zakuli mi ręce i nogi. Popatrzcie tylko. 
Z radością rozpłatałem własne ciało, żeby zabić tych dwóch.

Wyciągnął ręce. Kieron spojrzał na krwawą miazgę, jaką były nadgarstki mężczyzny, 

i odwrócił głowę.

– Sam rozkułem mu ten łańcuch – dodał Sholto. Kiedy Kieron przyszedł do siebie, 

zwrócił się do mężczyzny:

– Przepraszam was.
– Nie czuję urazy. Oby ten miecz, któryście wzięli, mógł zawrzeć bliższą znajomość 

z tymi, co go tu przynieśli.

– Oby Ludd dał – dokończył Sholto.
Kieron pozbierał myśli i rozejrzał się po polanie. Zebrało się tu około stu mężczyzn, 

kobiet i dzieci. Niektórzy byli w nocnej bieliźnie, niektórzy byli  ranni, jedni siedzieli 
w milczeniu lub płakali, inni mieli broń i chodzili nerwowo tam i z powrotem, nie mogąc 
znaleźć sobie miejsca.

background image

– Czy to wszyscy, którzy zostali przy życiu? – spytał Kieron.
– Nie, zostało nas o wiele więcej. Nasza gromada ciągle się powiększa, jak widzisz. – 

Wskazał na grupę pięciu osób, która właśnie nadeszła, – Większość wieśniaków ocalała. 
Wysłaliśmy do nich posłańców, żeby przyszli tu, do Udręki.

Nagle Kieron uprzytomnił sobie, gdzie jest. Udręką nazywano wysoko położony pas 

lasu jakieś pięć kilometrów za Arundel. Jako dzieci on i Petrina często się tu bawili, 
zastanawiali się, skąd ta dziwna nazwa, podziwiali ogromne buki. Kiedyś, dawno temu, 
leżeli pod takim bukiem i słuchali brzęczenia pszczół; Petrina opowiedziała mu wtedy 
o przepowiedni astrologa, a on zwierzył się jej z pragnienia, żeby latać.

Ale   wszystko   to   działo   się   w innym   świecie,   w dawno   pogrzebanym   świecie 

dziecięcych marzeń.

– Po co każecie się ludziom tutaj zbierać?
– A po cóż by innego, jak nie po to, że kiedy nas przybędzie, pójdziemy nad morze, 

do   Little   Hampton,   gdzie   stacjonują   teraz   najeźdźcy,   i zgotujemy   im   taki   sam 
poczęstunek jak oni nam.

Kieron   zostawił   Sholta   i Petrinę   i poszedł   poszukać   mężczyzny   o krwawych 

nadgarstkach.

– Ile mają statków?
– Dziesięć, może teraz dwanaście. Przybędzie więcej.
– Ilu ludzi?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Osiemset, tysiąc. Przybędzie więcej.
– Ile więcej?
– Kto wie? Ich nacja żywi się nieszczęściem innych nacji. To ludzie morza. Nie mają 

domu. Spadają jak szarańcza. I jak szarańcza, kiedy żywność się kończy, przenoszą się 
gdzie indziej.

– Mówicie, że są nacją. Jak to możliwe? Widziałem parę trupów. Mają różne kolory 

skóry, są różnych ras.

– A jednak coś ich łączy.  Wszyscy są ludźmi bez ojczyzny.  Każdy z nich stracił 

prawo   do   normalnego   życia   w miejscu   swojego   urodzenia.   Są   tym   bardziej 
niebezpieczni, bo postawili się poza nawiasem społeczeństwa. Nie mają nic do stracenia. 
Nazywają się Braćmi Śmierci.

Petrina pociągnęła Kierona za łokieć.
– Chodź coś zjeść. Na pewno jesteś głodny. Kiedy jadłeś po raz ostatni?
Spróbował sobie przypomnieć. Chyba wczoraj. Ale to było dawniej. Było w innym, 

straconym świecie. Spróbował sobie przypomnieć, kiedy i co jadł, lecz nie mógł.

background image

Petrina  zaprowadziła  go do ogniska, nad którym  bulgotał  spory kocioł. Dała mu 

miskę   gulaszu.   Usiadł   ze   skrzyżowanymi   nogami   i bezwiednie   jadł.   Podniebienie 
powiedziało mu, że gulasz zrobiono z królika, pasternaku, marchewki, ziemniaków i ziół. 
Smakował jak mokry piach.

Coraz więcej ludzi przychodziło do Udręki. Jednym z nich okazał się Alwin. Był 

w strasznym stanie, na wpół przytomny. Podtrzymywała go matka, Lilas. Kiedy oddała 
go już bezpiecznie w ręce ziomków, odeszła z Udręki i wbiła sobie sztylet w serce. Jej 
męża zabito, a nią gorliwie zajęli się Bracia Śmierci. Nie chciała już żyć.

– Alwin! – zawołał Kieron. – Tak się cieszę, że cię widzę!
Alwin wyciągnął prawy kikut.
– Nie ciesz się, Kieronie. Świat, który znaliśmy, odszedł na zawsze. – Nadgarstek 

miał mocno obwiązany sznurem w miejscu, gdzie odrąbano mu dłoń. – Nie będę już 
malować.

– Będziesz – powiedział Kieron. – Przysięgam ci to.
Nadeszli bracia Hildebrand i Lemuel, żeby zająć się Alwinem.
Kieron popatrzył na nich szyderczo.
– Szukacie nowego balonu, bracia? Nie miałem jeszcze czasu go zbudować. A gdzież 

to podziewa się brat Sebastian, ten zagorzały tropiciel heretyków?

– Brat Sebastian nie żyje – powiedział Lemuel łagodnie.
– Ach tak! Święty Chłopiec nie mógł się już doczekać jego towarzystwa.
Hildebrand wyciągnął rękę.
– Uspokój się, Kieronie. Co było, minęło.  Brat Sebastian był  może rzeczywiście 

trochę nadgorliwy. Ale nie będziemy wystawiać mu rachunku.

– Mam się uspokoić, powiadasz, bracie! Dziwne słowo, kiedy senior Fitzalan i jego 

rodzina ponieśli potworną śmierć, a wraz z nimi pół miasta. Na Młotek Ludda klnę się, że 
wystawimy rachunek, bracie. Ale nie za zbudowanie balonu.

– Przestań, Kieronie! – przywołała go do porządku Petrina. – Gorzkie słowa są nie na 

miejscu   w tym   dniu   żałoby.   Bracia   umiejętnie   i z poświęceniem   pielęgnują   chorych 
i rannych.   Nie   raz   też   ryzykowali   życiem.   –   Podtrzymała   Alwina,   który   był   bliski 
omdlenia. – Czy będziesz teraz wygłaszał mowy, podczas gdy Alwin wykrwawia się na 
śmierć?

– Wybaczcie mi – powiedział Kieron. – Jak zwykle jestem głupcem. Nie odwołuję 

tego, co powiedziałem, ale puśćmy w niepamięć wszystko, co było.

– Kieronie – rzekł Hildebrand. – Niech będzie jak mówisz. Wymażmy przeszłość. 

Wszyscy potrzebujemy się teraz nawzajem. Może taki właśnie był święty cel.

Nedyci zajęli się Alwinem i zrobili mu prowizoryczne postanie z trawy i paproci. 

background image

Wkrótce potem Kieron usłyszał jego ciche jęki, które przerodziły się w głośny krzyk. 
Wstał i chciał podejść do przyjaciela, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, świat dziko 
zawirował, Petrina mówiła coś, czego nie rozumiał.

A potem nawiedziły go koszmary. Obudził się, mając w uszach krzyk, ale tym razem 

to on krzyczał.

background image

Rozdział trzeci

Kieron spał przez resztę dnia i całą noc, a do Udręki wciąż przybywali mieszkańcy 

okolicznych dolin i ludzie z dalszych części senioratu, zaalarmowani przez posłańców, 
którzy objeżdżali konno wybrzeże. Na szczęście trwała słoneczna i ciepła pogoda. Zdolni 
do pracy mężczyźni   zabrali   się do  budowania  prowizorycznych  chat   i szałasów,  inni 
polowali na jelenie, króliki, bażanty; kobiety gotowały i pielęgnowały rannych.

Kieron nawet nie poczuł, kiedy Sholto podźwignął go z posłania i zaniósł do szałasu 

z gałęzi   świerkowych.   Nie   wiedział   też,   że   Petrina   siedziała   przy   nim   całą   noc; 
uspokajała go, chłodziła gorące czoło, szeptała czułe słowa, kiedy krzyczał przez sen.

Wczesnym rankiem obudził się odświeżony, z cudownie jasną głową. O wschodzie 

słońca zjadł pierś bażanta, popił kozim mlekiem i poczuł się jak nowo narodzony. Oprócz 
wystawionych straży cały obóz spał ciężkim snem. Ludzie byli utrudzeni i wyczerpani 
przeżytym   szokiem,   wielu   też   było   rannych.   Po   śniadaniu   Kieron   pociągnął   Petrinę 
z powrotem do szałasu. Była znużona po nieprzespanej nocy, ale on o tym nie wiedział. 
Rozpiął jej bluzkę i zaczął pieścić jej piersi. Petrina wydała jęk rozkoszy, zapominając 
o zmęczeniu.   Brzmienie   jej   głosu   i dotyk   jej   piersi   podnieciły   go   do   granic 
wytrzymałości. Wziął ją jak mężczyzna kobietę. To była konieczność. Wziął ją – po raz 
pierwszy w życiu kochał się z kobietą.

Zastanawiał się potem, dlaczego odczuwał to jako konieczność. Było to coś więcej 

niż zwykłe pożądanie. Była to afirmacja życia i miłości. Widział wiele trupów i wiele 
okrucieństwa.   Teraz   szukał   od   tego   ucieczki   w fizycznym   i psychicznym   zespoleniu 
z drugą   istotą.  Pamiętał  o Alyx.  Wspominał  ją  z czułością.   Nie  była  to   z jego  strony 
nielojalność wobec Petriny. Pamiętał Alyx z obrazu „Skok panienki Fitzalan”. Najlepiej 
tak właśnie zachować ją w pamięci. Wymazać tamten koszmar...

Potem on i Petrina leżeli ciasno przytuleni, szepcząc, obejmując się. Któregoś dnia 

opowie jej o Alyx i któregoś dnia ona także połączy się z nim w żałobie. I razem będą 
zbierać kwiaty, by uczcić jej pamięć...

Wkrótce obozowisko w Udręce – nazwa okazała się jak znalazł – tętniło życiem. 

Kobiety   przygotowywały   gorący   posiłek,   mężczyźni   ostrzyli   broń,   naradzali   się, 
wypytywali o ostatnie nowiny.

Kentigern,   rządca   seniora   Fitzalana,   zdołał   jakoś   ujść   przed   masakrą   na   zamku 

odnosząc   jedynie   rany   cięte   na   nodze   i plecach.   Z braku   wyższej   władzy   uznano   go 
powszechnie   za   przywódcę   ocalałych   przy   życiu.   Miał   cechy,   które   go   tego 
predestynowały. Wysłał już gońców do Londynu, żeby zapoznali Wielką Radę ze stanem 

background image

rzeczy. Wysłał też zwiadowców na wschodnie i zachodnie wybrzeże, aby ustalić zasięg 
inwazji piratów.

Mężczyzna, który pływał na statku pirackim, nazywał się Isidor. Dawniej był matem 

na czteromasztowcu, który kursował wzdłuż wybrzeży Europy handlując winem. Jego 
statek,   pełen   beczek   wina,   zdobyli   piraci   u wybrzeża   hiszpańskiego.   Kapitana 
powieszono,   a załogę   wzięto   do   niewoli.   Większość   z jego   towarzyszy   umarła   już 
z powodu chorób i niedożywienia. Isidor był jednym z ostatnich pozostałych przy życiu.

Podczas gdy Kentigern czekał na wieści od posłańców, a do Udręki napływało coraz 

więcej ludzi, Kieron postanowił wypytać Isidora. Chciał zdobyć jak najwięcej informacji 
o piratach.

Od   ponad   stu   lat,   jak   powiedział   mu   Isidor,   piraci   stanowili   zarazę   rejonu 

śródziemnomorskiego.   Wprawdzie   pochodzili   z wielu   krajów   i stanowili   zlepek   ras, 
jednak   mieli   pewne   wspólne   cechy:   wszyscy   znaleźli   się   poza   prawem   w swoim 
rodzinnym   kraju   i żaden   nie   lubił   uczciwej   pracy.   Przez   wiele   lat,   chociaż   los 
niewątpliwie   ciężko   doświadczył   tych,   na   których   napadali,   piraci   nie   stanowili 
poważnego   zagrożenia   dla   bezpieczeństwa   narodów.   Pływali   w małych   grupach 
złożonych   z dwóch,   może   trzech   lub   czterech   statków,   grabiąc   jedynie   odosobnione 
społeczności i okupując zajęte terytorium, dopóki ludzie nie zorganizowali się, żeby dać 
im odpór. Lecz gdy napotykali opór, często bez walki uciekali na morze. Ich orężem była 
właśnie nieuchwytność.

Ale w ostatnich latach ich liczba i potęga niepokojąco wzrosły. Zjednoczyli się pod 

wodzą   człowieka,   który   sprawował   rządy   absolutne   i kazał   się   nazywać   „Admirałem 
Śmierć”. Nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Nikt nie wiedział, z jakiego kraju 
pochodzi, bo mówił płynnie wieloma językami.

Admirał   Śmierć,   mówił   dalej   Isidor,   był   młodym   człowiekiem,   zapewne   nie 

przekroczył   jeszcze   trzydziestki.   Ale   miał   wrodzony   autorytet,   dar   komenderowania. 
W przeciągu   kilku   lat   zjednoczył   liczne   grupki   śródziemnomorskich   piratów. 
Przeistoczył   ich   w morską   nację,   podległą   tylko   własnym   prawom,   nie   uznającą 
zwierzchnictwa żadnego państwa na świecie. Piraci – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – 
przysięgli mu absolutne posłuszeństwo. Był panem życia i śmierci.

Miał różne dziwactwa. Nie tolerował dzieci ani kobiet w ciąży. Napotkane dzieci 

oddawał na rzeź, pojmane kobiety, jeśli były w zaawansowanej ciąży, czekał ten sam los, 
jeśli zaszły w ciążę później, wyrzucano je za burtę. Najwyraźniej Admirał Śmierć nie był 
zainteresowany największą ludzką nadzieją na nieśmiertelność.

Jego okręt flagowy, z którego uciekł Isidor, stał teraz na kotwicy pod Little Hampton. 

To właśnie Admirał Śmierć osobiście poprowadził natarcie na Arundel. On też opracował 

background image

plan zmasowanego ataku na południowe wybrzeże Brytanii.

Zdaniem Isidora jego zamiarem było założenie tu stałej bazy, z której będzie mógł 

napadać   na   północne   wybrzeże   Europy.   Jak   na   ironię   wybrał   Brytanię   właśnie   ze 
względu na siłę Kościoła luddystów. Wiedział, że luddyści obłożyli maszyny klątwą, co 
w rezultacie   musiało   doprowadzić   mieszkańców   wysp   brytyjskich   do   znacznego 
ograniczenia ich zdolności obronnych. Admirał Śmierć był wielkim entuzjastą maszyn. 
Wielokrotnie   zdążył   się   już   przekonać   o ich   użyteczności   –   w sensie   czysto 
destrukcyjnym. Nieobce mu były proch armatni i działa, a jego inżynierowie wymyślili 
machiny oblężnicze – balisty i tym podobne, – zdolne miotać pociski wybuchowe na 
obwarowane pozycje. Admirał Śmierć nie gardził mieczami, łukami, toporami i kuszami, 
ale wiedział z doświadczenia, że nie mogą się równać ze szrapnelem i armatą. Bóg wojny 
uśmiecha się nie do tych, co mają rację, ale do tych, co mają lepszą broń.

Admirał Śmierć miał jednak jeden słaby punkt. Był to zresztą słaby punkt wszystkich 

żeglarzy. Bał się ognia. Ale w jego przypadku było to coś więcej niż zwykły strach. Był 
to strach obłędny. Jak mówią, parę lat temu, kiedy plądrował jakieś francuskie miasto nad 
Morzem Śródziemnym, pożar uwięził go w nadbrzeżnym składzie towarów, który jeden 
z jego ludzi podpalił pochodnią. Wprawdzie Admirał Śmierć zdołał się jakoś wydostać, 
ale odniósł poważne oparzenia, zwłaszcza w nogi, i podobno na zawsze stracił męskość.

Kieron,   który   słuchał   Isidora   z zasępioną   twarzą,   rozchmurzył   się   na   tę   ostatnią 

wiadomość.

– Mówiliście z Kentigernem o tych sprawach?
– Tak, mówiłem. Słyszał wszystko to samo, albo i więcej.
–   Więc   nasze   zadanie   jest   jasne.   Musimy   uderzyć   w słaby   punkt   tego   szaleńca. 

Musimy podpalić jego statki i spowodować takie szkody, żeby do samej śmierci, która, 
oby Ludd dał, nastąpiła jak najszybciej, żałował, że przybił do naszego brzegu.

Isidor się uśmiechnął.
–   Łatwo   powiedzieć,   mój   przyjacielu.   Z powodu   swojego   strachu   Admirał   jest 

podwójnie ostrożny. Łodzie przycumowane w Little Hampton są dobrze strzeżone. Statki 
stoją na kotwicy. Wartę trzyma się dzień i noc. Trudno ich będzie zaskoczyć.

– Znajdziemy jakiś sposób – powiedział Kieron. – Znajdziemy jakiś sposób. Poznać 

słaby punkt nieprzyjaciela to połowa zwycięstwa.

background image

Rozdział czwarty

Teraz   kiedy   senior   Fitzalan   i jego   rodzina   nie   żyli,   Kentigern   został   uznany   za 

tymczasowego  przywódcę  ocalałych,  dopóki najbliższy krewny Fitzalanów nie zgłosi 
swego prawa do ziemi i majątku senioratu. Toteż do Kentigerna należała decyzja, jak, 
kiedy i czy w ogóle należy zaatakować i odeprzeć siły Admirała Śmierci.

W   Udręce   zebrało   się   już   kilkuset   ludzi.   Było   tu   wiele   kobiet   i dzieci,   ale   było 

również   ponad   dwustu   mężczyzn   zdolnych   do   noszenia   broni.   Kentigern   postanowił 
przede wszystkim wysłać zwiad do Arundel, żeby się przekonać, czy napastnicy są tam 
jeszcze i jaki jest rozmiar szkód poniesionych przez miasto.

Nie chciał narażać życia zbyt wielu ludzi ze swojej szczupłej armii. Poprosił więc 

dwudziestu   ochotników.   Pośród   tych,   którzy   wystąpili   i zostali   wybrani,   znaleźli   się 
Kieron, Sholto i Isidor.

Dwudziestu mężczyzn zbliżało się do Arundel z wielką ostrożnością. Byli uzbrojeni 

w miecze, łuki, kusze, maczugi. Ich przezorność jednak okazała się zbyteczna. Arundel 
wyglądało jak wtedy, gdy je Kieron po raz ostatni widział – śladu żywego ducha, tylko 
trupy.   Najwyraźniej   ludzie   Admirała   Śmierci   wycofali   się   do   Little   Hampton,   żeby 
skonsolidować swoje siły.

Grupą dowodził zastępca Kentigerna, Liam, który był  kiedyś  kapitanem piechoty 

i znał się nieco na sztuce wojennej. Kiedy Liam upewnił się, że w Arundel nie został nikt 
przy życiu, chciał wracać do Udręki, by zameldować o wszystkim Kentigernowi. Ale 
wtrącił się Kieron.

Był piękny, jasny dzień, choć nieco chłodny. Ptaki morskie przyleciały w głąb lądu. 

Dziobały trupy na ulicach, skakały i swarzyły się pośród ruin.

–   Kapitanie   Liam,   czy   nie   powinniśmy   pogrzebać   naszych   zmarłych?   –   zapytał 

Kieron.

Liam rozejrzał się wokół bezradnie.
– Mam rozkaz złożyć meldunek o stanie miasta i zamku, Kieronie. Poza tym jest nas 

tylko dwudziestu. Zajęłoby to nam przeszło dwa dni.

– Czy wobec tego mamy zostawić ich na pastwę ptaków i pogody? – sprzeciwił się 

Sholto. – Nie możemy tak postąpić, kapitanie. To byli nasi ziomkowie. Będę kopać dzień 
i noc, jeśli trzeba. Jestem silny i podejmę się sam pogrzebać dwudziestu ludzi.

Kieron pomyślał przez chwilę.
–   Liam   ma   rację,   Sholto.   Wycieńczylibyśmy   się   do   cna   próbując   pogrzebać 

wszystkich zmarłych.  Potrzeba nam sił, żeby ich pomścić... Ale możemy zgromadzić 

background image

zwłoki i spalić je, choćby na dziedzińcu zamkowym. Przynajmniej uchronimy ciała przed 
ptactwem i jest nas dość, żeby ich godnie pożegnać.

– Piraci  zobaczą  dym  – zaoponował Liam.  – Mogą pomyśleć,  że wróciliśmy do 

domów i zechcą ponowić atak.

– Dojście od brzegu morza zajmie im ponad godzinę – podkreślił Kieron. – Kiedy 

przybyli tu po raz pierwszy, byliśmy nie przygotowani, nie spodziewaliśmy się ataku. 
Mężczyzn, kobiety i dzieci wymordowano bezbronnych w nocy. Ale jeśli jeszcze raz tu 
przyjdą,   to   choć   niezbyt   nas   wielu,   jesteśmy   uzbrojeni   i gotowi   walczyć.   Znamy   tę 
okolicę,   a oni   nie.   Jeżeli   podpalimy   stos   pogrzebowy   późnym   popołudniem,   a piraci 
przyjdą, to sprawimy im niezłe cięgi, zanim się wycofamy. Miło by było wyprawić na 
tamten świat z kilkudziesięciu morderców na pogrzebie naszych przyjaciół.

– Dobrze mówi – poparł go Isidor. – Jeżeli nie przyjdą, nie będziemy mieli kłopotów. 

Jeżeli przyjdą, zabijemy paru i umkniemy.

Liam podrapał się po głowie.
– Kentigern prosił tylko o wieści. Nie dawał żadnych rozkazów co do zmarłych.
– Kentigern ma teraz dużo na głowie – zauważył Kieron łagodnym tonem. – I jak 

najsłuszniej troszczy się głównie o żywych. Ale nie jest przecież człowiekiem bez serca. 
Gdyby tu był, na pewno pozwoliłby nam zająć się naszymi zmarłymi. Nie chciałby, żeby 
rozkładali się na powietrzu.

Liam się zdecydował:
– Na Młotek, chłopcze, masz rację. Przygotujmy więc duży drewniany stos, bo to 

wszystko co możemy zrobić dla tych, którzy byli naszymi przyjaciółmi.

Drewna nie brakowało. Sągi były zawsze w zapasie na zamku. Wszędzie walały się 

też na wpół wypalone resztki budulca. Wkrótce na dziedzińcu zamkowym stanęła bardzo 
duża   drewniana   platforma.   Była   dość   szeroka   i długa,   aby   udźwignąć   wiele   zwłok, 
a wznosiła się niemal na wysokość męskiego ramienia.

Teraz przyszła kolej na bardziej uciążliwe i mniej przyjemne zadanie: trzeba było 

zebrać ciała. Kieron, Sholto i jeszcze dwaj mężczyźni zgłosili się do noszenia zmarłych, 
reszta podzieliła się na trzy grupy i wziąwszy ręczne wózki poszła przeszukiwać miasto.

Jedno ciało Kieron chciał zanieść sam, bez asysty – choć wiedział, że złamie mu to 

serce.

Alyx   leżała,   jak   ją   zostawił,   nietknięta.   Ale   niewiele   już   przypominała   tę   Alyx 

Fitzalan, która była  niegdyś  tak pełna życia, miłości i wdzięku. Jej ciało było koloru 
wosku, skurczone, groteskowe, podobne do lalki.

Po policzkach Kierona popłynęły łzy. Zmusił się, żeby na nią patrzeć – chciał, aby to, 

jak umarła, na zawsze wryło mu się w mózg. To były usta, które całował. To były piersi, 

background image

które się do niego tuliły.

– Alyx, droga, kochana Alyx – załkał. – Pomszczę cię. Pomszczę cię krwawo. Jeśli 

będzie   trzeba,   spędzę   całe   życie   na   zabijaniu   bestii,   które   cię   skrzywdziły,   dopóki 
ostatnia z nich nie zginie straszną śmiercią i nasza ziemia znów nie będzie wolna.

Znalazł   urwany   kawałek   brokatu   zwisający   z okna   i starannie   ją   owinął.   Był   to 

jedwab przetykany srebrem i złotem – odpowiedni całun dla dziecka światła i ruchu.

A gdy już cała, od stóp do głów, była zawinięta, przytulił ją po raz ostatni. I kiedy ją 

tulił, nagle zobaczył obraz: „Skok panienki Fitzalan”. Zdumiał się, że nie dostrzegł go 
wcześniej – swego pierwszego i ostatniego dzieła. Wisiał krzywo na ścianie, przecięty 
ostrzem miecza. Ale uszkodzenie było do naprawienia. Płótno da się zszyć, a świeża 
farba przykryje szwy.

Kieron wiedział, że już nigdy nie będzie tak malował. Ale nie miało to znaczenia. 

Alyx, która leży w jego ramionach, nie żyje. Lecz Alyx z portretu uosabia całe piękno 
i rozkwit młodości. I w ten sposób musi zostać przy życiu – powiedział sobie z goryczą – 
jak   owad   zatopiony   w bursztynie.   Kiedyś,   jak   będzie   miał   czas,   zajmie   się   naprawą 
portretu i jeszcze za sto lat ludzie będą podziwiać jej urodę i wdzięk.

Dźwignął swój ciężar i zaniósł na stos pogrzebowy. Jego towarzysze uwijali się jak 

mogli przy swoim niewdzięcznym zadaniu. Stos ciał urósł już wysoko. Kieron wspiął się 
na   platformę,   stąpając   ostrożnie,   żeby   nie   przeszkadzać   zmarłym,   i położył   Alyx   jak 
najbliżej ciała ojca.

Kiedy zszedł, Sholto i inni coś do niego mówili, ale nie słyszał ich słów.
Skropiono drewno tranem wielorybim. Wszystko było gotowe.
– Czy ktoś coś powie? – zapytał Liam.
– Ja powiem. – Kieron nagle uświadomił sobie, co się dzieje. – Ja coś powiem. 

Zanim przyłożymy pochodnię do tego stosu, który pochłonie szczątki naszych bliskich 
i przyjaciół,   proponuję,   aby   wszyscy   tu   zgromadzeni   przysięgli   zgładzić   dziesięciu 
wrogów  każdy  lub zginąć.  To  nie  są ludzie,  to  bestie.  To  nie  ludzie,   to  wysłannicy 
śmierci.

– Piękna przysięga – powiedział Isidor. – Ja przysięgam.
– Ja też – rzekł Sholto – choć Ludd wie, że nie jesteśmy ludźmi miłującymi wojnę.
Ogień strzelił wysoko i mężczyźni cofnęli się przed żarem, patrząc jak w transie na 

pękające z trzaskiem drewno i na płomienie huczące na wietrze.

Liam wysłał jednego z mężczyzn na wieżę wartowniczą, żeby obserwować rzekę, 

trakt   wiodący   do   morza   i płaskie   tereny   przybrzeżne,   ale   reszta   stała   na   dziedzińcu 
zamkowym i wpatrywała się jak zahipnotyzowana w wielką ścianę ognia, która pięła się 
coraz wyżej, aby zakryć zmarłych przed ich oczami i pochłonąć na wieki.

background image

Żar wzmagał się i mężczyźni cofali się krok po kroku, twarze poczerwieniały im, pot 

sechł, zanim zdążył zrosić czoło. Wielkie kłęby czarnego dymu wznosiły się do nieba, 
buchały snopy iskier, śmiertelny ogień huczał własnym, samopochłaniającym się życiem.

Żegnaj na zawsze – mówił w myśli Kieron. – Jeżeli jest życie wieczne, jak twierdzą 

nedyci, to może pocwałujesz jeszcze w czerwcowy poranek na pięknym rumaku, droga 
Alyx. A ja kiedyś dotrę do ciebie i namaluję taki twój portret na koniu między niebem 
a ziemią,   że   wszystkie   duchy   wszystkich   ludzi,   jacy   kiedykolwiek   żyli,   będą   cię 
podziwiać.   Ale,   wybacz   mi,   sądzę,   że   życie   jest   tylko   dla   żywych   i ostateczny   azyl 
znajdziesz w pamięci tych, którzy cię znali i kochali.

Mężczyzna, który był na wieży wartowniczej, mówił coś z podnieceniem do Liama. 

Kieron   oderwał   się   od   swoich   myśli   i usłyszał,   że   wartownik   zobaczył   kolumnę 
mężczyzn   maszerującą   z Little   Hampton.   Sądził,   że   dojdą   na   zamek   za   jakieś   pół 
godziny.

– Roztropnie czyniąc, powinniśmy szybko opuścić to miejsce – powiedział Liam. – 

Wypełniliśmy   już   swoje   zadanie,   a nawet   więcej:   wyprawiliśmy   pogrzeb   naszym 
zmarłym i możemy wycofać się z honorem.

– Ja się nie wycofam! – krzyknął Kieron z desperacją.– Ja opłakuję zabitych i chcę 

ich pomścić!

Liam, silny mężczyzna, chwycił go za ramiona i potrząsnął.
– Chłopcze, masz mężnego ducha, ale jesteś na wpół oszalały z bólu. Jest nas tylko 

dwudziestu. Jak słyszę, idzie na nas setka lub nawet więcej. Mają broń w najgorszym 
razie równą naszej, a zapewne lepszą. Nie czas teraz na wypełnianie naszej przysięgi. 
Bądź cierpliwy. Nasza chwila nadejdzie, kiedy to my uderzymy.

Kieron strząsnął z ramion jego ręce.
–   Kapitanie,   jesteście   prawym   człowiekiem   i naszym   dowódcą.   I macie   rację,   że 

jestem na wpół oszalały z bólu. Ale ból wyostrzył  mi zmysły.  Ci, którzy idą na nas, 
muszą najpierw wejść na wzgórze, żeby dostać się do zamku, tak czy nie?

– No i cóż z tego?
–   To,   że   spaliliśmy   już   naszych   zmarłych   i może   warto   by   wyrządzić   tę   samą 

przysługę piratom? Podobno Admirał Śmierć nie przepada za ogniem.

– Mówisz zagadkami, Kieronie. Wypowiedz się jasno, zanim stąd odejdziemy, biorąc 

cię choćby siłą, jeśli zajdzie potrzeba.

Kieron postarał się skupić rozbiegane myśli.
– Piraci idą tu ściągnięci widokiem dymu. W piwnicach zamkowych jest jeszcze na 

pewno wiele beczek z tranem, bali i drewna do podpałki. Gdybyśmy załadowali wozy 
tranem i materiałem  łatwopalnym  i gdybyśmy  poczekali,  aż piraci  zaczną  podchodzić 

background image

pod górę...

Liam natychmiast podchwycił tę myśl.
– Kieronie, masz  tęgi umysł.  – Zwrócił się do reszty.  – Sholto, weź kilku ludzi 

i znajdźcie   mi   szybko   trzy   wozy.   Mangan,   ty   weź   pozostałych,   idźcie   do   zamku 
i przynieście resztę tranu i co się tam jeszcze łatwo pali.

Już po chwili wozy były naładowane beczkami z tranem, drewnem, słomą, szmatami, 

i wszystkim  co zdatne do podpałki. Wyciągnięto  je przez zamkową  bramę  na szczyt 
wzgórza, gdzie stały czekając na chwilę, kiedy zjadą w dół zbocza.

Wartownik   zameldował,   że   piraci   przechodzą   przez   most   na   rzece   Arun.   Zmrok 

zapadał   szybko.   Trzeba   już   było   wytężać   wzrok,   żeby   z zamku   zobaczyć   podnóże 
wzgórza.

– Jeżeli podstęp się nie uda – powiedział Liam – będziemy musieli uciekać co sił 

w nogach. Nie sprostamy takiej sile.

– Uda się – odparł Kieron z absolutną pewnością. – Już się ściemnia, ale to nic nie 

szkodzi. To nam nawet pomoże. Znamy ich liczbę, oni naszej nie znają. W ciemności, 
kiedy wjadą na nich płonące wozy, wpadną w panikę. Tych, którym uda się ujść przed 
ogniem, możemy z łatwością dogonić i zabić. Posłuchajmy ich kroków i głosów, zanim 
przypuścimy atak. Posłuchajmy ich oddechu.

Liam spojrzał na niego z szacunkiem.
– Pewnego dnia możesz zostać wielkim generałem, Kieronie.
Kieron roześmiał się.
– Pewnego dnia zostanę generałem chmur i obłoków.
Piraci   zaczęli   wchodzić   na   wzgórze.   Ciemność   zatarła   już   nieco   kontury   ich 

kolumny, ale głosy i szczęk broni dały się wyraźnie słyszeć. Maszerowali bez żadnych 
prób   ukrycia   się,   bez   śladu   lęku.   Czegóż   mieliby   się   bać?   Mieszkańcy   miasta   byli 
w większości   zabici   lub   wzięci   do   niewoli.   Tych,   co   ocaleli,   może   być   najwyżej 
zastraszona i zdesperowana garstka.

Byli   już   tylko   o sto   kroków   od   bramy   zamkowej,   potem   siedemdziesiąt, 

sześćdziesiąt...   Widać   było   czerwony   od   blask   na   ich   twarzach   w płomieniach   stosu 
pogrzebowego.

– Teraz! – krzyknął Liam.
Trzech mężczyzn rzuciło płonące pochodnie na sterty szmat i słomy oblane tranem. 

Reszta popchnęła wozy i spuściła je ze wzgórza.

W   ułamku   sekundy   płomienie   strzeliły   w górę.   Płonący   tran   rozlał   się   z beczek 

i obryzgał  koła  zamieniając  wozy w prawdziwe gorejące  rydwany.  Piraci  mieli  przed 
sobą przerażający widok. Ogniste pojazdy, które się na nich toczyły, zajmowały prawie 

background image

całą   szerokość   wąskiej   uliczki.   W ciągu   tych   paru   strasznych   sekund,   kiedy   wozy 
nabierały   szybkości,   kolumna   piratów   wpadła   w panikę,   zamieniła   się   w rozszalałą 
zgraję. Pierwsze szeregi rzuciły się do ucieczki, kopiąc i tratując swoich towarzyszy. Ale 
wozy z ogniem były szybsze od człowieka.

Kilku piratów zachowało przytomność umysłu i ci przycisnęli  się do zamkowych 

murów, żeby przepuścić wozy. Niewiele im to pomogło. Powaliły ich strzały z łuków 
i kusz, bo ich sylwetki aż nadto wyraźnie oświetlił blask płomieni.

Dwa   pojazdy   zderzyły   się   i niebezpiecznie   przechyliły.   Płonące   beczki   z tranem 

roztrzaskały   się   o bruk   tworząc   straszliwą   rzekę   ognia.   Mężczyźni   tańczyli   w niej 
groteskowo, paląc sobie nogi, albo padali i ginęli z miłosierną szybkością.

Masakra była straszna, choć trwała nie dłużej niż dwie minuty. Wozy doturlały się do 

stóp stromego wzgórza i stanęły w ogniu rozpadając się.

–   Zadaliśmy   im   dotkliwe   straty   –   rzekł   Liam.   –   A teraz   chodźmy.   Mamy   czym 

ucieszyć serca naszych ludzi.

– Nie, kapitanie, jeszcze nie! – Kieron wymachiwał mieczem, wyjętym z ciała Alyx. 

– Niejeden tam jeszcze pozostał przy życiu. Są poparzeni, ale jeśli ich nie zabijemy, 
doczołgają się jakoś do swoich statków i przeżyją.

– Kieron dobrze mówi, kapitanie – poparł go Sholto. – Chodźmy... – Kaszlnął głośno 

i ze zdziwieniem spojrzał na swoją pierś. Tkwiła w niej głęboko strzała. Sholto opadł na 
kolana. – Opiekuj się nią – powiedział do Kierona. – Ale pamiętaj, że kobiety... Osunął 
się na ziemię. Kieron ukląkł i podniósł mu głowę. Lecz duch już uszedł z ciała kowala.

– Cóż więc – rzekł Kieron wstając – kto jest za tym, żeby pomścić Sholta i tych, 

których dzisiaj pogrzebaliśmy na stosie?

Rozległy   się   głośne   krzyki   aprobaty.   Liann   zrozumiał,   że   lepiej   dać   się   nieść 

z prądem.

– No to naprzód – zakomenderował Kieron. – Zabijajmy bez litości.
Dziewiętnastu mężczyzn uzbrojonych w łuki, szpady i topory ruszyło w dół zbocza.
Ci z piratów, którzy ocaleli, byli w pożałowania godnym stanie. Nad nimi, wokół 

nich i po nich przeszła rzeka ognia. Leżeli na drodze w męczarniach, gasząc niezdarnie 
tlące się jeszcze ubranie.

Kieron   wyglądał   strasznie,   twarz   wykrzywiała   mu   wściekłość,   gdy   z pochodnią 

w jednej   ręce   a z mieczem   w drugiej   skakał   zręcznie   przez   ogniste   strumyki   tranu, 
płonące wiązki słomy i rozżarzone kawałki drewna. Jeden z piratów leżał zmasakrowany 
wijąc się z bólu.

–   Za   Alyx!   –   Miecz   przebił   mu   pierś.   Mężczyzna   kaszlnął,   zakrztusił   się 

i znieruchomiał.

background image

Inny,   choć   mocno   poparzony,   wciąż   trzymał   broń   w ręku   i usiłował   żałośnie   się 

bronić. Ale zemsta już go dopadła.

– Następny za Alyx! – Kieron zachowywał się jak opętany. Zabijanie sprawiało mu 

przyjemność. Skakał pośród wysepek ognia w poszukiwaniu nowych ofiar.

– Jeszcze jeden za Alyx!
– Czwarty za Alyx!
Jeden   z piratów   zdobył   się   nawet   na   to,   żeby   klęknąć   i wyciągnąć   w błagalnym 

geście ręce prosząc o litość. Bełkotał coś w niezrozumiałym języku. Kieron rozkoszował 
się tym momentem, czerpiąc przerażającą uciechę ze swej władzy nad życiem i śmiercią.

–   Okażę   ci   litość,   człowieku.   Większą,   niż   okazali   twoi   ludzie.   –   I straszliwym 

cięciem miecza podciął mężczyźnie gardło. Ten zabulgotał i padł.

Jeszcze jeden za Alyx? – Jakaś cząstka świadomości Kierona była przerażona, że 

zadawanie ludziom śmierci sprawia mu taką przyjemność, jednakże reszta jego istoty 
pałała żądzą krwi, wiedziona obrazem dziewczyny, zgwałconej i brutalnie zabitej. Nie 
umiał przerwać śmiertelnej wędrówki w dół zbocza. Z bezmyślną furią zadawał ciosy 
umierającym a nawet umarłym. Nareszcie stanął, wyczerpany, osłabiony. Nie było już 
kogo zabijać.

Rozejrzał się w odrętwieniu. Płomienie dogasały. Bitwa była skończona. Na wzgórzu 

leżało sto trupów. Swąd spalonego ciała był słodki i obrzydliwy.

Poczuł, że ktoś potrząsa go za ramiona. Był to Liam.
– Kieronie, dobrze się czujesz?
Kieron spojrzał na niego niewidzącymi oczami.
– Tak, kapitanie. Dobrze.
– Posłuchaj więc. Twój plan odniósł wspaniały sukces. Ale kiedy ty dokonywałeś 

krwawej zemsty, ja pojmałem jeńców. Mają zostać przy życiu, Kieronie. Rozumiesz? 
Mają zostać przy życiu.

– Dlaczego?
– Bo mówią po angielsku. Opowiedzą nam coś więcej o Admirale Śmierci i jego 

zamiarach.

– A jak już powiedzą?
– Nie wiem. Kentigern zadecyduje.

background image

Rozdział piąty

W ciągu paru dni obóz w Udręce stał się małą obwarowaną wioską. Mężczyźni ścieli 

drzewa,   żeby   wybudować   palisadę,   kuchnie   i chaty.   Chociaż   piraci   najwyraźniej   nie 
zamierzali okupować Arundel, Kentigern uważał próbę powrotu do miasta za niesłuszną, 
dopóki   jego   oddział   się   nie   wzmocni.   Miał   zaledwie   dwustu   mężczyzn   zdolnych   do 
noszenia broni. Wobec osławionej siły, jaką dysponował Admirał Śmierć, otwarta walka 
nie dawała im żadnych szans.

Z   drugiej   strony   Kentigern   czekał   na   instrukcje   od   Wielkiej   Rady   seniorów 

z Londynu i na wiadomości ze wschodu oraz zachodu, jak daleko sięga inwazja Admirała 
Śmierci. Wieści nadchodziły pomału i nie były zbyt pomyślne. Do wielkich seniorów 
dotarły   już   prośby   o pomoc   i wskazówki   od   poszkodowanych   z kilku   senioratów 
leżących na południowym wybrzeżu. Ale wielcy seniorowie, prócz tego, że w większości 
szczęśliwi   posiadacze   włości   leżących   w sporej   odległości   od   morza,   byli   ludźmi 
rozważnymi. Armia Admirała Śmierci potrafiła błyskawicznie przenosić się z miejsca na 
miejsce,   wojska   senioratów   –   przeciwnie.   Gdyby   nawet   wysłano   na   wybrzeże 
dostateczne siły, żeby odeprzeć lub pokonać Admirała Śmierci, to cóż mu przeszkodzi 
wypłynąć w morze i uderzyć na inne bezbronne terytoria przybrzeżne? Jego statki były 
znacznie   szybsze   niż   piechota   czy   nawet   kawaleria.   Jeśli   zechce,   może   złupić   całe 
wybrzeże   wyspy   brytyjskiej,   podczas   gdy   jej   obrońcy   będą   maszerować   tam 
i z powrotem na próżno starając się stawić mu czoła.

Toteż Wielka Rada zobowiązała się jedynie w ciągu miesiąca przysłać na południe 

wojsko   pomocnicze   złożone   z pięciuset   uzbrojonych   mężczyzn,   pod   warunkiem,   że 
zaatakowane   senioraty   wystawią   wspólnymi   siłami   armię   co   najmniej   dwukrotnie 
większą. W ten dyplomatyczny sposób dano im do zrozumienia, że południowe senioraty 
muszą liczyć same na siebie.

Nowiny ze wschodu i zachodu były nie najlepsze. Jedna flotylla statków Admirała 

Śmierci uderzyła z wielkim sukcesem na wysunięty na wschód seniorat Brighton, druga 
zaś na leżący na zachodzie seniorat Portsmouth. Posuwali się następnie nie w głąb lądu, 
lecz z powrotem wzdłuż linii brzegowej, żeby połączyć się z głównymi siłami w Little 
Hampton. Najwyraźniej na razie wystarczało im opanowanie długiego, choć wąskiego 
pasa przybrzeżnego.

Jeńcy   pojmani   przez   Liama   potwierdzili   te   przypuszczenia   –   po   wzięciu   ich   na 

tortury.   Tortury  nie   były   bynajmniej   barbarzyńskie   i polegały  na   zaciskaniu   sznurów 
wokół rąk i nóg jeńców, dopóki ból nie rozwiązał im języków.

background image

Najlepszym  informatorem okazał się niejaki Jethro, ulubiony porucznik Admirała 

Śmierci.   Dzięki   podstępowi   Kierona   był   już   wystarczająco   mocno   poparzony, 
a zastosowanie sznurów potęgowało tylko okropny ból.

Jethro   uzupełnił   znane   im   już   wiadomości.   Admirał   Śmierć   miał   wielkie   plany. 

Chciał nie tylko założyć na południowym wybrzeżu Brytanii dobrze strzeżoną kolonię, 
ale wykorzystać wyspę jako teren werbunkowy. Nawet jeśli chcieć nazwać go szalonym, 
trzeba   przyznać,   że   był   też   dobrze   poinformowany   i doszedł   do   wniosku,   że   wielu 
młodych   ludzi,   tęskniących   za   przygodą,   zmęczonych   restrykcjami   i autokratyzmem 
luddystów   przyłączy   się   do   niego,   przyciągną   ich   wojenne   i inne   maszyny,   które 
w senioratach były niedozwolone. A jeśliby nie zgłosiło się dobrowolnie dość młodych 
malkontentów, to z łatwością można robić wypady w głąb lądu i brać siłą, ilu potrzeba 
mężczyzn.  Dobrze wiedział, że upłynie  sporo wody,  zanim seniorowie zjednoczą  się 
w celu wspólnej obrony. On zaś na każdą swoją akcję potrzebował niewiele czasu. Był 
niecierpliwy   i lubił   działać  szybko.  Wkrótce  jego  siła   tak  wzrośnie,  że   to,  co  zrobią 
seniorowie, nie będzie już miało znaczenia. Umocniwszy swoją bazę, Admirał Śmierć 
wyśle   statki,   by   przeprowadziły   podobne   operacje   na   wybrzeżach   Norwegii,   Danii, 
Niemiec   i Holandii.   Ma   nadzieję   opanować   w ten   sposób   całe   europejskie   wybrzeże 
morskie. A kiedy już to osiągnie, będzie mógł brać głodem i osłabiać wszystkich, którzy 
ośmielą się mu zagrozić. I spełni się jego wielkie marzenie – zostanie panem Europy.

Odkrywszy przed nimi plany wodza, Jethro żałośnie błagał o darowanie mu życia, 

obiecując, że po wyzdrowieniu chętnie będzie walczył  przeciw człowiekowi, któremu 
przysięgał wierność. Jednakże Kentigern, choć brak mu było najemnych żołnierzy, uznał, 
że   człowiek,   który   raz   złamał   dane   słowo,   może   zrobić   to   ponownie.   Wydał   wyrok 
śmierci.

Jethro zawisł na drzewie pięknego, jasnego poranka, kiedy ptaki śpiewały, a sarny 

skakały po lesie. Kieron, obecny przy egzekucji, zobaczył wyraz jego oczu – wyraz oczu 
człowieka, który po raz ostatni patrzy na świat i po raz ostatni widzi, jaki ten świat jest 
piękny.  Przez  chwilę  poczuł  litość, ale  zaraz  zabiło  ją straszne wspomnienie  śmierci 
Alyx.

Dzięki  podstępowi  z płonącymi  wozami  Kieron  stał   się  dla   mieszkańców   Udręki 

bohaterem. Mężczyźni dwakroć starsi patrzyli na niego z szacunkiem i wysłuchiwali jego 
pomysłów i opinii. Nikt nie uważał go już za heretyka, za tego, który cudem uniknął 
stosu. Tamto należało jakby do innego, minionego świata. Ale nowa pozycja niewiele 
znaczyła   dla   Kierona.   W środku   był   zimny   jak   lód,   którym   ścinały   go   wspomnienia 
okrucieństwa, gwałtu I śmierci; którym ścinała go własna straszna chęć zemsty.

Petrina bardziej niż kto inny widziała  zaszłą w nim zmianę. Piątego dnia pobytu 

background image

w Udręce poprosili brata Hildebranda, żeby dał im ślub. Ich rodzice nie żyli i nie mieli 
nikogo prócz siebie. Kieron uważał, że to jedyne rozsądne wyjście. Będą teraz mogli 
dzielić łoże i szukać pociechy w swoich ramionach, nie narażając się na złośliwe języki 
i potępienie   nedytów.   Przysięgę   ślubną   złożył   machinalnie,   myślami   zdał   się   błądzić 
gdzieś daleko. Przyjaciele zbudowali im niewielką chatę i przygotowali małą ucztę, na 
której wszyscy starali się być weseli. Ale kiedy Kieron położył się tej nocy z młodą żoną, 
nie potrafił  cieszyć  się jej pełnymi  piersiami  i krągłą figurą. Spełnił  swój obowiązek 
małżeński   sprawnie,   lecz   nieobecny   duchem,   podobnie   jak   przy   ceremonii   zaślubin. 
I Petrina długo w noc płakała.

Nazajutrz   Kentigern   zwołał   naradę   wojenną.   Miał   już   dość   wyglądania   pomocy, 

która   nie   nadchodziła,   miał   dość   życia   w lesie   jak   przestępca   i oczekiwania   czyichś 
decyzji i cudu.

Kieron,   choć   młody   wiekiem,   został   zaproszony   na   naradę   z powodu   swoich 

niewątpliwych talentów wojennych.

Pierwszy zabrał głos Kentigern.
– Przyjaciele, wszyscy wiecie, jaką odpowiedź przysłała nam Rada Seniorów. Dadzą 

nam pomoc,  ale to potrwa. I to pod warunkiem,  że wszystkie  zaatakowane  senioraty 
wystawią  armię  złożoną  z mężczyzn  zdolnych  do walki. Ja osobiście  nie mam  chęci 
siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak moi ludzie marnieją, czekając aż taka armia się zbierze. 
Ponieważ piraci nie zamierzają, jak się zdaje, okupować Arundel, moglibyśmy zapewne 
próbować wrócić do naszych domów i odbudować miasto. Ale zostałoby to z pewnością 
natychmiast zauważone. Jak wiemy, Admirał Śmierć ma dobrą wartę. Przy najmniejszej 
oznace naszej obecności z pewnością wyśle przeciw nam ludzi. Nie byliśmy dość silni, 
żeby odeprzeć pierwszy atak, trudno się więc łudzić, byśmy odparli drugi. Wobec tego 
proponuję, żebyśmy sami zaatakowali jego statki w Little Hampton. Nie spodziewają się 
tego i element zaskoczenia będzie naszym atutem. Wypowiedzcie się, co o tym sądzicie, 
przyjaciele.

Jedni byli za atakiem, twierdząc, że niewiele można stracić, a dużo zyskać. Inni byli 

przeciw, twierdząc, że wiele można stracić, a niewiele zyskać. Kieron z uwagą słuchał 
wszystkich mówców, ale sam nie zabierał głosu.

W końcu Kentigern zwrócił się wprost do niego:
– Cóż, Kieronie, jak widzę, słuchasz uważnie, ale nic nie mówisz. Dałeś już nam 

poznać, jaki masz talent  do zadawania  szkód nieprzyjacielowi.  Czy nie masz  nic do 
powiedzenia?

Kieron uśmiechnął się.
– Jak wszyscy wiecie, mam szczerą wolę unieszkodliwić piratów raz na zawsze. Mój 

background image

plan zająłby jednak trochę czasu, pod warunkiem, żebyście się na niego zgodzili, w co 
wątpię.

– Powiedz co to za plan, a wydamy osąd.
–   Jak   wiecie,   przeprowadziłem   eksperyment   z balonem   napełnianym   gorącym 

powietrzem.

Kentigern poruszył się niespokojnie.
– To sprawa, o której najlepiej zapomnieć.
– Nie, to sprawa, o której należy pamiętać. Jak i o następujących faktach: Admirał 

Śmierć   boi   się   ognia.   Panuje   na   ziemi   i panuje   na   wodzie.   Nie   panuje   w powietrzu. 
Mógłbym zbudować balon zdolny unieść dwóch mężczyzn. Przy odpowiednim wietrze 
balon poleci do Little Hampton i spuści na flotę piratów deszcz ognia. Drewniane statki 
spłoną. Bez statków Admirał Śmierć zostanie pozbawiony środków do życia i środków 
do ucieczki. Wtedy będziemy mogli zaatakować go od strony lądu.

Rozległy się pomruki oburzenia i dezaprobaty. Ostatni wyczyn Kierona zyskał mu 

miano bohatera. Ludzie woleliby, aby im nie przypominano występku, za który omal nie 
spłonął na stosie.

– Kieronie, bracie mój – powiedział łagodnie brat Hildebrand, który był także obecny 

wśród   zebranych   –   niezbadane   są   wyroki   Ludda,   który   pozwolił   ci   odkupić   winę 
heroicznym   czynem,   co   nie   uszło   uwagi   Świętego   Kościoła.   Usilnie   cię   proszę,   nie 
popadaj z powrotem w herezję.

Czy Święty Kościół przyśle nam tysiąc żołnierzy? – zapytał Kieron zgryźliwie. – 

Czy Święty Chłopiec rozbije statki piratów swoim świętym Młotkiem?

– Proszę o spokój – powiedział pospiesznie Kentigern. – Nie zebraliśmy się tutaj, 

żeby dyskutować o doktrynie czy herezji. Mamy wymyśleć sposób pozbycia się tych, 
którzy spadli na nas jak szarańcza. Czy są jakieś inne propozycje?

– Posłużmy się jeszcze raz fortelem, którego użył Kieron na zamku – rzucił ktoś 

myśl. – Weźmy łódki załadowane beczkami z tranem, słomą i materiałem łatwopalnym, 
popłyńmy   ciemną   nocą   rzeką   Arun,   przycumujmy   je   do   ruf   statków   pirackich 
i podpalmy. Wyrządzimy im w ten sposób wiele szkód.

– To się nie uda – zaoponował Kieron. – Ich wartownicy przeszkodzą nam na morzu, 

na rzece i na lądzie. Nie mogliby nam przeszkodzić tylko w powietrzu.

–   Niemniej   –   podsumował   Kentigern   –   to   dobry   projekt,   najlepszy,   jaki   dzisiaj 

słyszałem. Proponuję wziąć stu ludzi i przeznaczyć na to dziesięć łodzi. Wolałbym mieć 
ochotników, bo nie chcę zmuszać do udziału w wyprawie nikogo, kto nie ma do niej 
serca.

Kieron   zgłosił   się   jako   jeden   z pierwszych,   nie   dlatego,   aby   wierzył   w to 

background image

przedsięwzięcie, ale dlatego, że dawało okazję do zabijania piratów. Łodzie spuszczono 
na Arun w nocy przy odpływie. Rzeka płynęła wartko, niosąc napastników w kierunku 
Little Hampton z szybkością powyżej pięciu węzłów. Przez dużą część drogi mężczyźni 
siedzieli na łodziach, ale gdy zbliżyli się do Little Hampton, zsunęli się do wody i płynęli 
trzymając się burty.

Woda była lodowato zimna i wielu gryzło ubranie, żeby nie szczękać głośno zębami. 

Zgodnie   z planem   Kentigerna   uczepieni   dryfujących   łódek   mężczyźni   spychali   je   na 
środek   rzeki.   Po   dotarciu   do   Little   Hampton   pływacy   mieli   przywiązać   łodzie   do 
poszczególnych  statków i podpalić lonty,  żeby ogień nie buchnął w górę za wcześnie 
i dał im szansę ucieczki.

Ale   powodzenie   planu,   jak   Kieron   przewidział,   zależało   w zbyt   dużej   mierze   od 

zaskoczenia   przeciwnika,   na   co   trudno   było   liczyć.   Dryfujące   łodzie,   jeszcze   zanim 
dotarły do Little Hampton, zauważył niewielki patrol piratów, maszerujący z latarniami 
brzegiem rzeki.

W świetle latarni łodzie były wyraźnie widoczne, poza tym jeden z ludzi Kentigerna 

kichnął.   Piraci   z przeraźliwym   skutkiem   sięgnęli   po   łuki   i muszkiety.   Mężczyźni 
w wodzie,   zdrętwieli   z zimna,   spętani   mokrymi   ubraniami,   byli   zbyt   przybici 
i zniechęceni, aby podjąć próbę odparcia ataku. Rzucili się do drugiego brzegu, gdzie 
zaraz, gdy zaczęli wygrzebywać się z błota, dopadły ich strzały nieprzyjaciół.

Jeden pirat, zgadując przeznaczenie łodzi, rzucił na pierwszą z brzegu swoją latarnię. 

Wybuchła snopem płomieni i nieszczęśni wojownicy Kentigerna byli teraz widoczni jak 
w świetle dziennym. Kilku mężczyznom udało się wydostać na błotnisty brzeg i skryć 
w ciemnościach, ale wielu zabito w wodzie, a paru utonęło, nie mając już sił płynąć.

Kieron, jak tylko zrozumiał, co się dzieje, sprytnie schował głowę pod wodę i płynął 

tak   przez   jakiś   czas   trzymając   się   swojej   łodzi.   Na   szczęście,   nie   była   to   ta,   którą 
podpalono.  Kilkadziesiąt  metrów  dalej,  w bezpiecznej   odległości   od blasku  płomieni, 
wygramolił się na brzeg.

Chociaż   był   skostniały   z zimna   i krańcowo   wyczerpany,   zmusił   się,   żeby   biec 

w ciemności w stronę obozu; raz po raz padał na ziemię, ale zawsze wysiłkiem woli 
podnosił   się   na   nogi.   Bolały   go   wszystkie   mięśnie,   drętwiała   przemarznięta   skóra. 
Zdawał   sobie   sprawę,   że   tylko   bieg   może   uratować   mu   życie.   Wielokrotnie   chciał 
położyć się i odpocząć, a nawet zdrzemnąć, ale nie pozwalał sobie na to, wiedząc, że 
mógłby już nie wstać.

Zjawił   się   w Udręce   tuż   po   świcie   w żałosnym   stanie.   Nie   był   pierwszym 

szczęściarzem, któremu udało się powrócić. Przed nim przybyło już kilku innych, jeszcze 
kilku przybyło po nim.

background image

Nie poznał Petriny. Nie poznawał nikogo. Patrzył przed siebie pustymi oczami, jakby 

tylko ślepy instynkt kazał mu biec do domu i szukać bezpieczeństwa pośród swoich.

Ktoś go podtrzymywał, ktoś coś do niego mówił. Nie wiedział kto ani nie rozumiał 

słów. Musi być pośród przyjaciół – myślał półprzytomnie – inaczej już by go zabili. 
Jednakże na wypadek gdyby to miała być jakaś pułapka, próbował unieść miecz, którego 
nie wypuścił z rąk podczas całej tej strasznej wyprawy rzeką Arun.

Próbował   unieść   miecz   i upadł   bez   słowa.   Petrina   uklękła   przy   nim,   płacząc. 

Usiłowała wyjąć mu broń z na wpół odmrożonych palców, ale nie mogła.

Dostał   wysokiej   gorączki   i Petrina   pielęgnowała   go   przez   wiele   dni.   W pewnym 

momencie nedyci myśleli nawet, że umrze. Ale był młody i silny, a Petrina grzała go 
swoim  ciałem,   kiedy  gorączka  minęła  i chwyciły   go dreszcze.   W końcu  dreszcze   też 
minęły, wróciła mu przytomność i jasność umysłu. Wypił pożywną zupę i poczuł nagły 
przypływ sił. Z pewnym zdziwieniem zrozumiał, że przeznaczone mu jest żyć.

Któregoś   dnia   rano   zapragnął   się   umyć   i doprowadzić   do   porządku.   Petrina 

przyniosła   mu   lustro.   Przejrzał   się   –   z niedowierzaniem   zobaczył   nieznajomą   twarz: 
twarz   człowieka   o wychudłych   policzkach,   pobrużdżoną   wokół   ust   i na   czole;   twarz 
człowieka,   który   przedwcześnie   się   postarzał.   Jeśli   tak   wygląda   teraz,   to   jak   będzie 
wyglądał w wieku lat trzydziestu?  Wzruszył  ramionami. To bez znaczenia. Ma przed 
sobą dużo pracy. Ważne jest nie jak człowiek wygląda, ale co w życiu osiągnął.

Ze stu mężczyzn, którzy wyruszyli na zgubny wypad, powróciło tylko dwudziestu 

trzech – resztę zabito lub wzięto do niewoli. Kentigern był  załamanym  człowiekiem; 
ogrom klęski odebrał mu zdolność podejmowania decyzji.

background image

Rozdział szósty

Inne  senioraty wzdłuż  południowego wybrzeża  ucierpiały  nie mniej  niż Arundel. 

I podobnie jak tutejsi mieszkańcy tam też ludzie pozostali przy życiu schronili się do 
lasów lub na wydmy, gdzie założyli obozowiska, z których robili mało skuteczne a często 
tragiczne w skutkach wypady na piratów. Senioraty od dawien dawna były autonomiczne 
i samowystarczalne,   co   zaowocowało   zgubną   awersją   do   współpracy   i wspólnoty 
działania.   To   uprzedzenie   wywodziło   się   z niemal   fanatycznego   lęku   przed   złymi 
skutkami władzy centralnej. Odkąd ludzie pamiętali, senioraty łączyły się albo poprzez 
więzy krwi, albo przez podbój, lecz już od dawna żaden senior nie podniósł oręża na 
sąsiada.   Sojusze   zawarte   dzięki   małżeństwom   stanowiły   zarazem   siłę   jak   i słabość 
seniorów.   Teraz,   w obliczu   napastników   zjednoczonych   pod   jednym   przywódcą,   ich 
sytuacja była nader niekorzystna.

Upłynie sporo czasu – myślał Kieron – zanim ludzie zmienią tradycyjne  nawyki. 

Człowieka   z sąsiedniego   senioratu   ciągle   uważano   za   kogoś   obcego   i traktowano 
z ostrożnością. Ile jeszcze nieszczęść trzeba, aby wszyscy zrozumieli, że jedyna nadzieja 
leży w połączeniu sił. Zanim ludzie pójdą po rozum do głowy, a Wielka Rada przyśle 
wojsko   na   pomoc,   Admirał   Śmierć   będzie   już   trzymał   podbity   ląd   żelazną   ręką. 
A mieszkańcy  Arundel,  których   los najbardziej   leżał   Kieronowi  na sercu,  zostaną  na 
wieki wygnańcami żyjącymi w lesie, niczym barbarzyńcy.

Miał dużo czasu do namysłu, kiedy odzyskiwał siły i przychodził  do zdrowia po 

chorobie.  Znów zaczął  czerpać  przyjemność  ze współżycia  z Petriną,  rozkoszując  się 
słodką uległością jej ciała, dając jej miłość swych lędźwi i miłość swej duszy. Kiedy 
przyszła stosowna chwila, nie musiała mu mówić, że będą mieli dziecko. Sam wiedział. 
Czuł, jak drżało pod nim jej ciało, odprężone, choć napięte; czuł, jak spieszą ku niej jego 
życiodajne soki, wracając, zda się, wprost do swego źródła.

Pewnego dnia poszedł do Kentigerna. Teraz, kiedy spodziewał się potomka, tym 

bardziej było o co walczyć i dla kogo żyć.

– Chcę zbudować balon napędzany gorącym powietrzem, Kentigern. Bardzo duży 

balon, Polecę nim nad flotę Admirała Śmierci i spuszczę z nieba na statki deszcz ognia. 
Potrzebuję pomocy. Musicie nakazać ludziom, żeby mi pomogli.

Kentigern siedział na krześle owinięty szalem, jak niegdyś mistrz Hobart. I podobnie 

też pokasływał, popijając co mocniejsze trunki, jakie mu się trafiły.

– Balon napędzany gorącym powietrzem to herezja – powiedział ochrypłym głosem. 

– Święty Kościół spali cię i mnie razem z tobą.

background image

– Wszyscy umrzemy – rzekł Kieron. – Nikt nie żyje wiecznie. A jaką pomoc dał nam 

Kościół w naszym nieszczęściu?

Kentigern czknął.
– Nedyci modlą się za nas.
–   Czy   ich   modlitwy   przyczyniły   się   do  zguby  choćby  jednego  pirata?   –   zapytał 

Kieron ze złością.

– Kto wie?
– Ja wiem. Lepszy jeden miecz w garści niż modły stu nedytów.
– Miałeś rację co do tej wyprawy łodziami... Wybacz mi, Kieronie. Nie mogę zebrać 

myśli... Zbuduj swój balon, jeśli taka twoja wola. Sam już nie wiem co słuszne, a co nie.

– I dacie mi mężczyzn do pomocy?
– Dam.
– I kobiety do szycia płótna i papieru?
– Też.
– I pozwolicie mi samemu wybrać odpowiedni czas i miejsce?
– Pozwolę ci na wszystko, co zechcesz – rzekł Kentigern. – Nie pozwolę ci tylko na 

jedno.

– Na co?
– Na porażkę. Za dużo już mieliśmy porażek. Nie stać nas na więcej. Zrozum mnie 

dobrze, Kieronie. Kładziesz życie na szali tego przedsięwzięcia. Jeżeli ci się nie uda, ja 
sam, własnymi rękami wypruję ci flaki za narażanie mnie na wieczne potępienie.

– Wiele żądacie, Kentigern.
–   Żądam   zwycięstwa.   To   wszystko.   Kiedy   wiadomość   o twoim   wyczynie   się 

rozejdzie – a rozejdzie się – Święty Kościół przeprowadzi dochodzenie. Mam nadzieję, 
że   lżej   mi   będzie   płonąć   na   stosie,   jeśli   przedtem   spłoną   też   piraci.   –   Zarechotał 
złowieszczo.   –   Napatrzyłem   się   dość   w swoim   czasie.   Widziałem,   jak   mordowano 
mojego pana, a jego kobiety cierpiały niewyobrażalne katusze. Teraz ci, którzy ocaleli, 
muszą powierzyć swoje życie szaleństwu młodego człowieka.

Kieron uśmiechnął się niewesoło.
–   Miałbym   więcej   szacunku   dla   Świętego   Kościoła,   gdyby   dysponował   armią 

i bronią.

– Kościół głosi pokój i prostotę. W swojej mądrości dba o nasze dusze.
– Czy słyszeliście, żeby ktoś osiągnął spokój duszy na stosie, Kentigern?
Dość już, chłopcze! Pobij piratów, jeśli potrafisz, a chętnie stanę przy twoim boku, 

kiedy przyjdzie chwila, rozrachunku z Kościołem.

– Potrzebne mi będą wasze słowa na piśmie. Muszę mieć pismo z waszym podpisem, 

background image

nakazujące ludziom udzielić mi pomocy. Inaczej nic nie zdziałam.

– Przynieś mi więc atrament, a potwierdzę swój grzech na piśmie... Oby ci się udało, 

Kieronie. To wszystko... Podobno kochałeś panienkę Alyx. Czy to prawda?

Kieron był zbyt zdumiony, żeby cokolwiek udawać.
– To prawda. Kochaliśmy się.
Kentigern znów się roześmiał.
– Wybacz mi. Śmieję się sam z siebie. Widzisz, ja też ją kochałem. Ale dla mnie była 

nieosiągalna. Zabawne, prawda? Oddałbym życie i honor, żeby wziąć ją w ramiona.

– Kochałem ją i miałem ją w ramionach – przyznał Kieron ze spokojem. – To było 

cudowne... Nie powiem nic więcej.

– Tak... Ale dlaczego właśnie ty, Kieronie? Dlaczego wybrała ucznia malarza?
Kieron wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Może szczęście sprzyja tym, którzy ośmielą się po nie sięgnąć.

background image

Rozdział siódmy

Minęło wiele dni, zanim Kieron mógł rozpocząć budowę balonu, ale nie były to dni 

spędzone   na   próżniactwie.   Przede   wszystkim   należało   zrobić   projekt   balonu 
i wypróbować   jego   model,   potem   Kieron   musiał   zgromadzić   potrzebne   materiały 
i wyszkolić ludzi, którzy mieli mu pomagać. Połowa mieszkańców Udręki miała go za 
wariata,   druga   zaś   połowa   uważała   za   wariata   Kentigerna.   Lecz   dopóki   władza   nie 
przeszła w godniejsze ręce, należał mu się posłuch, a jego podpis widniał pod pismem 
nakazującym wszystkim zdolnym do pracy mężczyznom i kobietom udzielać Kieronowi 
wszelkiej możliwej pomocy.

Bracia   Lemuel   i Hildebrand   byli   zdjęci   grozą.   Nawoływali   do   opamiętania   się 

zarówno   Kierona,   jak   i Kentigerna.   Kentigern   oświadczył,   że   odwoła   rozkaz,   jeżeli 
Święty   Kościół   wystawi   armię   dostatecznie   liczną,   aby   zepchnąć   piratów   na   morze. 
Usłyszawszy,   iż   naraża   na   niebezpieczeństwo   swoją   nieśmiertelną   duszę,   odparł,   że 
w obecnej chwili bardziej interesują go sprawy doczesne niż pozagrobowe. Ośmielił się 
nawet   zauważyć,   że   Święty   Chłopiec   jak   dotąd   niewiele   zrobił,   aby   zasłużyć   na 
nabożeństwo nedytów i posłuch wiernych.

– Gdzie był Ludd, kiedy mordowano mojego pana i gwałcono moją panią? – spytał. – 

Nie, bracia, rozumiem wasz niepokój, ale nie mogło ujść waszej uwagi, że żyjemy teraz 
w innym   świecie.   Dni   spokoju   i czasy   pomyślności   minęły.   Ludzie   postawieni 
w rozpaczliwej   sytuacji   szukają   rozpaczliwych   rozwiązań,   Możliwe,   że   Kieron   to 
szaleniec, a ja straciłem rozum. Róbcie, co do was należy, ale nie nachodźcie mnie już. 
Jeżeli Kieron poniesie porażkę, zapłaci za to śmiercią, i ja z pewnością też. Ale jeżeli 
odniesie zwycięstwo... wtedy się rozliczymy.

–  Na  pewno  się  rozliczymy  –  obiecał   brat  Lemuel.   –  Chłopięce  psoty  to  jedno, 

a świadomy   atak   na   doktrynę   to   drugie.   Nie   miejcie   złudzeń.   Nadejdzie   dzień 
rozrachunku.

Kentigern uśmiechnął się krzywo i pociągnął głębszy łyk trunku.
–   Jakoś   nie   widziałem   was  przy  łodziach,   bracia,   kiedy   płynęliśmy   ledwie   żywi 

z zimna rzeką Arun.

–   Nasze   miejsce   nie   było   przy   łodzi,   Kentigern   –   odparował   brat   Hildebrand.   – 

Modliliśmy się za powodzenie waszej wyprawy.

–  Może  modliliście  się  nie  dość głośno.  A może   Święty Chłopiec  jest  głuchy.  – 

Kentigern   był   z siebie   bardzo   zadowolony.   Po   raz   pierwszy   w życiu   odważył   się   na 
bluźnierstwo.

background image

Kieron odprawił ich jeszcze szybciej.
– Brat Sebastian chciał mnie spalić za zrobienie zabawki – powiedział oschle. – Ale 

niezbadane są wyroki Ludda... Brat Sebastian zginął, a ja żyję. Co samo w sobie daje do 
myślenia...   I mogę   teraz   zbudować   latającą   maszynę   dla   dobra   moich   rodaków.   – 
Podniósł   miecz,   z którym   się   już   nie   rozstawał.   –   Mówię   wam,   bracia,   nie 
przeszkadzajcie   mi   w tym   ni   słowem,   ni   czynem.   Bo   możecie   się   połączyć   we   śnie 
wiecznym z bratem Sebastianem.

Bracia osłupieli. Nikt jeszcze nie ośmielił się tak do nich mówić. Rzeczywiście świat 

przewrócił się do góry nogami.

– Grozisz nam? – zapytał brat Lemuel.
– Tylko ostrzegam. To moje pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Teraz idźcie już. Jestem 

zajęty.

Bracia   oddalili   się   w stanie   niezwykłego   wzburzenia.   Kiedy   trochę   ochłonęli, 

powzięli   pewne   decyzje.   Brat   Lemuel   uda   się   do   Londynu,   do   urzędu   Wielkiego 
Inkwizytora.   Brat   Hildebrand   zostanie   w Udręce   i będzie   pilnie   baczył   na   wszelkie 
heretyckie   czyny.   Kiedy   Wielki   Inkwizytor   przyśle   posiłki,   żeby   wspomóc   autorytet 
Kościoła,   brat   Hildebrand   będzie   mógł   świadczyć   przeciw   tym   wszystkim,   którzy 
sprzeniewierzą się naukom Świętego Chłopca.

Nie było wolnego konia – Kentigern o to zadbał – toteż brat Lemuel musiał udać się 

w podróż pieszo. Londyn był oddalony o co najmniej trzy dni marszu. Bracia nie robili 
tajemnicy   ze   swoich   planów   i Kieron   został   dokładnie   poinformowany   o ich 
zamierzeniach.

Petrina odchodziła od zmysłów z przerażenia.
–   Kieron,   tym   razem   naprawdę   cię   spalą.   Święty   Kościół   nie   może   zignorować 

otwartego wyzwania. Daj sobie spokój z tym balonem, błagam cię. Bądźmy cierpliwi, 
Z czasem   Wielcy   Seniorowie   zbiorą   dostateczne   siły,   żeby   odeprzeć   piratów.   Wtedy 
znów powrócimy do normalnego życia.

Kieron przytulił ją.
– Bądź dobrej myśli, moja kochana. Wiesz równie dobrze, jak ja, że z każdym dniem 

Admirał Śmierć mocniej trzyma nas w garści Nie będę czekał na żołnierzy, którzy mogą 
nigdy   nie   nadejść,   lub   nadejść   tylko   na   własną   zgubę.   Jedyna   droga   do   pokonania 
najeźdźcy wiedzie poprzez żywioł jemu niedostępny. Uderzę z powietrza. Jego ludzie nie 
mają skrzydeł. Nie uniosą też tak wysoko luf armatnich. Spuszczę na nich ogień. Święty 
Kościół nie zyska poparcia, kiedy flotylla piratów spłonie.

–   Za   sześć   dni   brat   Lemuel   może   wrócić   i przyprowadzić   dość   ludzi,   żeby   cię 

zniszczyć.

background image

– Za sześć dni! – Kieron się roześmiał. – Z bratem Lemuela żaden piechur. Nim 

dojdzie do Londynu, dorobi się niejednego pęcherza. I czy Święty Urząd wyśle tak od 
razu swoją gwardię na pierwsze żądanie szarego braciszka? Ale to i tak nie ma znaczenia. 
Za sześć dni nic mi już nie zrobią.

– Najdroższy, boję się o ciebie.
– Kochana Petrino, ja boję się o nas wszystkich..

background image

Rozdział ósmy

Po   uzyskaniu   zgody   u Kentigerna   Kieron   stanął   przed   doniosłym   zadaniem 

wprowadzenia   w życie   swoich   niedościgłych   marzeń.   Jeszcze   nie   tak   dawno   temu 
martwiłby się, że pierwszy lot maszyny powietrznej posłuży do celów niszczycielskich. 
Gdyby zastanowił się przez chwilę, zrozumiałby, że doktryna Kościoła luddystów nie 
była z gruntu fałszywa. Historycznie rzec biorąc, rozwój maszyn dawał ludziom coraz 
większe   możliwości   destrukcyjne.   Pierwsza   i Druga   Generacja   ludzi   poprzez   postęp 
myśli   technicznej   zniszczyły   swoje   cywilizacje.   Święty   Kościół   nie   miał   powodu 
przypuszczać,   aby   obecne   pokolenie   potrafiło   się   powstrzymać   przed   stworzeniem 
trzeciej cywilizacji, opartej na maszynach.

Jednakże   Kieron   nie   miał   czasu   zastanawiać   się   nad   takimi   filozoficznymi 

problemami. Brat Lemuel był w drodze do Londynu, a Admirał Śmierć coraz pewniej 
panował  nad  południowym   wybrzeżem.  Kieron  wiedział,   że  musi   szybko  udowodnić 
zasadność swojego przedsięwzięcia... albo zapłacić karę za porażkę, czy to Kentigernowi, 
czy Świętemu Kościołowi – nie miało to większego znaczenia.

Na  początku  musiał   zrobić  dobry  projekt.  Aby spuścić   ogień  na  statki  Admirała 

Śmierci, trzeba będzie czekać na lekki wiatr od lądu, który poniesie balon z miejsca startu 
nad statki pirackie, a potem dalej w morze. W końcu prędzej czy później balon spadnie 
do wody, gdyż jest wysoce nieprawdopodobne, aby dotarł do wybrzeży Francji nawet 
przy stałym  wietrze  – wobec tego, ci którzy wzniosą się nim w niebo, będą musieli 
utonąć.

Chyba, żeby przytwierdzić do balonu coś, co utrzyma się na wodzie, Łódkę. Małą 

łódkę. To będzie miejsce dla załogi balonu. To musi być bardzo mała łódka i bardzo mała 
załoga.   Bowiem   skonstruowanie   wielkiego   balonu   przekroczyłoby   umiejętności 
mieszkańców Arundel.

Kieron rozmyślał, rysował szkice, robił modele. Balon nie może być w kształcie kuli, 

raczej zaokrąglonego na końcach cygara, które odpowiadałoby mniej więcej kształtowi 
podwieszonej pod nim łódki.

Zbrojny w glejt Kentigerna wysłał ludzi do Arundel po płótno, papier, igły i nici. 

A tymczasem   odbył   rozmowę   z Alwinem,   który   choć   blady   i wycieńczony,   wracał 
powoli do zdrowia po utracie ręki.

– Alwin, jakże się miewasz?
– Cóż, nie umarłem. Będę żył jak na urągowisko, bezużyteczny i niepotrzebny.

background image

– Czy chciałbyś żyć wiecznie?
– Kieron, nie jestem w nastroju do żartów.
– Czy nadal jesteśmy przyjaciółmi?
– Wiesz, że tak.
– Na śmierć i życie?
– Na śmierć i życie... Czego ode mnie oczekujesz, Kieronie?
– Oczekuję, że polecisz ze mną balonem. Oczekuję, że spuścisz ogień na piratów.
– Chcesz wziąć na taką wyprawę jednorękiego? – Wyciągnął ku niemu kikut, teraz 

litościwie skryty pod czystym opatrunkiem.

– Chcę wziąć przyjaciela – odparł Kieron. – Chcę wziąć człowieka, któremu ufam. 

Człowieka, którego nienawiść do piratów jest większa od strachu.

– Kieronie, jestem ci całkiem oddany, o czym wiesz. Nie grzeszę odwagą, o czym też 

wiesz. Ale zgodziłbym  się dyndać w szponach orła, byleby posiać zniszczenie wśród 
tych, którzy napadli na nasz spokojny seniorat.

– Możemy nie wrócić z tej wyprawy.
Alwin uśmiechnął się smutno.
–   Nie   zależy   mi   na   tym.   I tak   nie   mam   po   co   żyć...   Ale   dlaczego   pytałeś,   czy 

chciałbym żyć wiecznie?

– Bo nasz wyczyn zostanie w pamięci ludzkiej. Rozpoczniemy od nowa zdobywanie 

przestworzy   i uderzymy   ze   strasznym   skutkiem   na   swoich   ciemiężycieli,   Proszę   cię 
o jedno, Kieronie. Obiecaj mi jedno, a będę szczęśliwy.

– Co takiego?
– Obiecaj mi, że wielu z nich zginie wraz z nami i przez nas.
Kieron pomyślał przez chwilę.
– Nie mam  władzy nad wiatrem,  Alwinie. Gdy wszystko  przygotujemy,  musimy 

zyskać pewność, że wiatr będzie naszym sprzymierzeńcem. Ale kiedy już balon zaniesie 
nas nad statki w Little Hampton, to przysięgam ci, że piraci będą ginąć dziesiątkami 
i setkami. Czy to wystarczy?

–   Wystarczy.   –   Alwin   się   roześmiał.   –   Ci   zabici   w Arundel   poświadczają   twoje 

słowa.

–   No   to   odpoczywaj   i nabieraj   sił.   Ja   muszę   brać   się   do   roboty.   Godzina   lotu 

nadejdzie, zanim się obejrzysz.

background image

Rozdział dziewiąty

Kieron   zapomniał   o całym   świecie.   Pracował   dzień   i noc,   gdy   było   trzeba   przy 

świetle   lamp   oliwnych   i pochodni.   Rysował   projekty,   robił   obliczenia,   konstruował 
modele. Zmartwił się odkryciem, że balon musi być o wiele większy, niż myślał. Musi 
mieć pełne piętnaście metrów długości i dwa i pół metra szerokości, inaczej nie uniesie 
potrzebnego   ciężaru.   Uczył   mężczyzn,   jak   zrobić   lekki   szkielet   z wici   wierzbowych. 
Pokazywał   kobietom,   jak   mają   zszyć   płótno   i papier,   żeby   powstała   wielka   koperta 
odpowiedniego   formatu.   Dwóm   terminatorom   kowalskim   zlecił   wykonanie   czterech 
palenisk.   Kilku   drwalom   kazał   przygotować   węgiel   drzewny,   a u innych   mężczyzn 
zamówił lekką, małą łódkę. Chłopcy pletli sznury, dziewczęta wiązały je w wielką siatkę, 
którą przymocuje się łódź do balonu. Ponieważ wiadomo, że spadnie on prędzej czy 
później do morza, musi się dać z łatwością odpiąć, jak tylko łódka osiądzie na falach, 
żeby aeronauci mieli cień szansy na dopłynięcie do lądu.

Udręka, która stała się azylem przygnębionych i pobitych ludzi, zmieniła się nie do 

poznania dzięki fanatycznej wierze Kierona w balon napędzany gorącym powietrzem. 
Ludzie,   którzy   przedtem   szydzili   ze   zwariowanych   pomysłów   „Kierona   z głową 
w chmurach”, teraz zarazili się jego entuzjazmem. Rozpacz była silniejsza od wpojonych 
uprzedzeń. Szukali u niego nadziei. Szukali szansy, że on i ten jego fantastyczny projekt 
wyrządzą wielkie szkody najeźdźcom. Pamiętali, że już wozy z ogniem zadały piratom 
większe straty, niż wszyscy wojownicy razem wzięci. Przyrzekł im, że – jeśli pomogą mu 
przy budowie maszyny powietrznej – spuści ogień na statki Admirała Śmierci. Kieron, 
choć najwyraźniej jest szaleńcem, udowodnił już, że ma talent do zabijania nieprzyjaciół. 
Toteż pracowali ciężko, nie kwestionując jego nakazów ani poleceń. Poszliby za samym 
diabłem, gdyby obiecał im spalić flotę piratów.

Kieron   zapomniał   o jedzeniu   i spaniu.   Jadł   tylko   wtedy,   gdy   Petrinie   udało   się 

namówić   paru   co   odważniejszych   przyjaciół,   żeby   odciągnęli   go   na   siłę   od   pracy. 
Stawiała   wtedy   przed   nim   gorący   posiłek   i groziła,   że   nie   pozwoli   mu   się   ruszyć 
z miejsca, dopóki nie opróżni talerza. Kieron czasem rzucał naczyniem i wykrzykiwał 
obelgi, czasem jadł potulnie, przypomniawszy sobie, że bez żywności człowiek opada 
z sił.

Nie   wyglądał   już   na   osiemnastoletniego   chłopca.   Bruzdy   na   czole   i zapadnięte 

policzki   dodawały   mu   powagi   i autorytetu.   Sprawiał   wrażenie   trzydziestoletniego 
mężczyzny, urodzonego przywódcy. Ludzie zaczęli się go bać, napawał ich lękiem. Nie 
wypuszczał   niemal   miecza  z dłoni.  Mierzył   nim  płótno  i papier,  rysował   wykresy  na 

background image

piasku. Wskazywał określone punkty, groził, podkreśla gestem rozkazy.

Kentigern był  zdumiony zmianą,  jaka zaszła w obozowisku. Mężczyźni  i kobiety, 

przedtem apatyczni i zobojętniali, teraz wykonywali swoje zadania z niespożytą energią 
i szybkością   –   bo   Kieron   wymagał,   aby   dobywał   z siebie   ostatnich   sił.   W zamian 
obiecywał   zemstę.   Nadszedł   dzień,   kiedy   ukończono   wszystkie   główne   elementy 
konstrukcji.   Powłoka   balonu   była   uszyta,   siatka   spleciona,   lekka   łódka   zbudowana, 
paleniska gotowe. Pozostawało tylko uszczelnić szwy czaszy i spojenia łódki, do czego 
użyto drogocennego lepiku ze smoły.

Lepik był gorący i gryzł w oczy. Ci, co stali przy żelaznym kotle, w którym kipiał, 

zanosili się kaszlem i wycierali  załzawione  powieki. Kentigern, kaszląc i przeklinając 
wyziewy, przyszedł popatrzeć z bliska na ogromny balon rozciągnięty na trawie; lepik, 
który   zalał   miejsca   połączeń   materiału   z papierową   podszewką,   schnął   w porannym 
powietrzu.

– Jest już gotowy, Kieronie?
– Jest gotowy.
– I poleci?
– Jeżeli jakiś głupiec go nie rozedrze albo nie podpali przy podgrzewaniu powietrza, 

to poleci.

– Napracowałeś się nad nim. Kieron wzruszył ramionami.
– Wielu ludzi się nad nim napracowało.
– Ty więcej niż inni. Kiedy spałeś po raz ostatni?
Kieron podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
– Nie pamiętam. Co za różnica? Wczoraj chyba albo przedwczoraj.
Kentigern położył mu rękę na ramieniu.
– Przyznam, iż nie wierzyłem, że osiągniesz aż tyle. Odpocznij teraz, chłopcze. Jesteś 

zmęczony.

Kieron popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
– Nie jestem już chłopcem, Kentigern. Czy nie udowodniłem tego przy tej i innej 

okazji?

– Tak, masz rację. Jesteś już w pełni mężczyzną i nie zamierzałem cię urazić.
Petrina słyszała ich rozmowę.
– Każcie mu odpocząć, Kentigern. Każcie mu przerwać pracę. Zabija się.
Kentigern się uśmiechnął.
– Petrina, rozkazuję twojemu mężowi tylko, żeby zniszczył piratów. We wszystkim 

innym sam sobie jest panem.

Po policzkach Petriny płynęły łzy. Kentigern myślał, że to z powodu swądu smoły, 

background image

ale  się mylił.  Petrina  płakała  na widok podkrążonych  oczu i zapadniętych  policzków 
Kierona, na widok miecza, którego nie wypuszczał z rąk, na widok jego gorączkowego 
ożywienia i energii, które nie wypływały z dobrego odżywiania się i mocnego snu, lecz 
były przejawem demonicznej siły, zmuszającej go do popędzania siebie i innych.

Nagle   Kieron   na   nią   spojrzał.   Objął   ją   i popatrzył   jej   głęboko   w oczy.   Miała 

wrażenie, że widzi ją po raz pierwszy od wielu dni.

– Nie trap się, moja kochana. Niedługo wszystko będzie po twojej myśli... Pamiętasz, 

jak byliśmy dziećmi? Kiedyś w lecie przyszliśmy ciepłym popołudniem tu do Udręki, 
i leżeliśmy pod wielkim bukiem, a ja ci powiedziałem, że chcę latać.

Niepokój na twarzy Petriny zelżał.
– Pamiętam. Jabłka i śliwki. Za dużo zjadłam i bolał mnie brzuch.
Kieron się roześmiał.
– Jabłka, śliwki i szczęśliwy świat dzieciństwa.
Kentigern odchrząknął głośno.
– Nic tu po mnie. Pójdę lepiej. Kiedy chcesz wypróbować balon, Kieronie?
– Dziś po południu, kiedy coś zjem i porozmawiam  z moją żoną – odpowiedział 

Kieron nie patrząc na niego. – Dziś po południu będziecie  świadkiem  historycznego 
wydarzenia.

Kentigern wycofał się, kaszląc i mrucząc coś pod nosem.
–   Jabłka   i śliwki   –   mówił   Kieron.   –   Oboje   zjedliśmy   za   dużo...   Czy   pamiętasz, 

o czym jeszcze rozmawialiśmy?

Petrina uśmiechnęła się.
– Powiedziałam ci, że matka pytała o twoją przyszłość astrologa Marcusa. Rzekł, że 

będziesz wielkim mistrzem w swojej sztuce, a ja urodzę troje dzieci. – Westchnęła. – Ot, 
nadzieje i marzenia dzieciństwa. A teraz żyjemy w świecie, gdzie to nie może się spełnić.

– Czyżby?  – zawołał Kieron z podnieceniem. – Naprawdę nie może? Co jeszcze 

powiedział Marcus? Pamiętasz?

Petrina zmarszczyła czoło.
– Powiedział... Powiedział, że twoje największe dzieło będzie przedstawiać straszną 

rybę, która zabija ludzi ogniem. Nic więcej nie pamiętam.

– A więc, uratujemy reputację astrologa  – rzekł  Kieron. Odwrócił się od Petriny 

i chwycił wielki pędzel, którym nakładano gorący lepik na szwy balonu. Zanurzył go 
w żelaznym kotle i zbliżył się do rozłożonego na trawie materiału.

Szybko   i sprawnie   namalował   na   czubku   balonu   wielkie   wyłupiaste   oko.   Znów 

zanurzył   pędzel   i pod   okiem   dodał   ogromną,   przepastną   paszczę   z dwoma   rzędami 
ostrych zębów. Pociągnięcia pędzla były zwinne i pewne.

background image

Na drugim końcu balonu namalował duży czarny ogon.
– Oto moje  największe dzieło,  Petrino. Rekin, który płynie  w powietrzu  i pożera 

ludzi...   Daj   mi   teraz   coś   zjeść   i chodźmy   do   łóżka.   Dziś   po   południu   wielka, 
śmiercionośna ryba wzniesie się w niebo.

background image

Rozdział dziesiąty

Kieron obejrzał paleniska, upewnił się, że węgiel drzewny żarzy się równomiernie. 

Później   sprawdził,   czy   mężczyźni   i kobiety,   którzy   mieli   trzymać   balon   podczas 
napełniania   go   gorącym   powietrzem,   wiedzą   dokładnie,   co   mają   robić.   Wypróbował 
sznury   łączące   balon   z łódką.   Wreszcie   dał   sygnał,   żeby   otwory   w powłoce   balonu 
nakierować nad paleniska.

Płaska koperta zaczęła puchnąć. Niebawem podniosła się z trawy. Po chwili wisiała 

już nad łódką, a paleniska pompowały w nią coraz więcej gorącego powietrza.

Kieron i Alwin wskoczyli do łódki.
– No, Alwinie?
– No, Kieronie?
– Niedługo popłyniemy w górę. Jeżeli nie masz serca do tego wyczynu, to ostatnia 

chwila, żeby się wycofać.

– Powiedziałem już, co miałem do powiedzeniem. Ty też.
– Więc dość o tym. Przekonajmy się, jak śmiercionośna ryba wznosi się w niebo. – 

Dał znak mężczyznom trzymającym sznury uwiązane do dziobu i rufy łódki.

Poluzowali. Balon wolno zaczął się wznosić.
– Rozdmuchaj ogień w pierwszym palenisku! – krzyknął Kieron. – Mamy przechył.
Alwin wziął miech i oparłszy go o rękę bez dłoni wpompował trochę powietrza do 

pierwszego paleniska. Węgiel  drzewny rozbłysnął  żarem i równowaga cieplna została 
przywrócona.

Łódka, w której na jednym końcu przycupnął Kieron a na drugim Alwin, między 

nimi zaś kołysała się lekko metalowa taca z czterema paleniskami, uniosła się nad głowy 
ludzi. Kieron kazał bardziej popuścić sznury i użył miechów, żeby podsycić żar w obu 
paleniskach, które do niego należały. Alwin też posłużył się swoim miechem. Kieron 
poczuł nagle zryw.

– Lecę! – krzyknął z tryumfem. – W końcu naprawdę lecę!
Niezgrabny balon jakby ożył i wyrywał się niecierpliwie sznurom, które trzymały na 

uwięzi zawieszoną u niego łódkę.

Z dołu rozległ się wybuch radości. Alwin wychylił się i patrzył na zwrócone ku nim 

twarze. Kieron dał znak, żeby jeszcze poluzować sznury. Wolno, majestatycznie balon 
wzniósł   się   ponad   wierzchołki   drzew   Udręki.   Teraz,   kiedy   znalazł   się   w swoim 
właściwym żywiole, w tajemniczy sposób nabrał lekkości i gracji. Kieron nakazał jeszcze 
popuścić liny. Balon był już ponad pięćdziesiąt metrów nad ziemią; kołysał się i płynął 

background image

z prądami powietrza jak łódź na lekko wzburzonym morzu.

Alwin, pobladły na twarzy, spojrzał z niepokojem na Kierona.
– Czy nie wznieśliśmy się już wystarczająco wysoko, i Kieronie? To naprawdę dość 

przerażające.

Wiatr   porwał   jego   słowa.   Sznury   i drewno   trzeszczały,   węgiel   drzewny 

w paleniskach żarzył się złotym blaskiem.

–   Popatrz   na   południe!   –   krzyknął   Kieron.   –   Popatrz   na   południe!   Tam   są   nasi 

wrogowie.

Powietrze było czyste, a Udręka nie leżała dalej niż dziewięć, dziesięć kilometrów od 

morza. Alwin poszedł za wzrokiem Kierona. Zobaczył morze, daleki horyzont, słońce 
i nad wodą – a w Little Hampton ujrzał las masztów u statków stłoczonych jak dziecinne 
zabawki na stawie.

Zaśmiał się nerwowo.
– Z tej odległości nie wyglądają tak groźnie. Nie będą też wyglądać groźnie, kiedy 

nad nimi przepłyniemy i zrzucimy im ogień na pokład. Wyrządzimy im takie szkody, 
Alwinie, że ludzie długo jeszcze będą mówić o tym z podziwem.

Alwin wzdrygnął się.
– Skąd ta pewność? Jak możesz być taki pewny, że się nam powiedzie, że dobrze 

wycelujemy, że ognia nie ugaszą, że nie zestrzelą balonu, lub choćby, że przelecimy dość 
blisko statków?

Kieron uśmiechnął się złowieszczo.
– Ostatnio dużo rozmyślałem nad problemem, jak siać śmierć i zniszczenie. To nowa 

sztuka, której się uczę, i do której, jak wiesz, mam niejaki talent. Jej sekret polega na 
zwracaniu   bacznej   uwagi   na   szczegóły.   Kiedy   budowałem   rekina   przestworzy,   tego 
wspaniałego potwora wypełnionego jedynie gorącym powietrzem, myślałem też o tym, 
jak zrzucać stąd ogień. Bądź spokojny, Alwinie, jeżeli zginiemy, co niewykluczone, to 
drogo sprzedamy swoje życie.

Naraz   doszły   go   krzyki   z dołu.   Spojrzał   na   ludzi   w Udręce   i zobaczył,   że   dwaj 

mężczyźni, którzy trzymali łódkę na sznurach, oderwali się od ziemi. Wisieli na końcu 
lin krzycząc coś błagalnie.

Kieron znów się uśmiechnął.
– Mamy doskonały udźwig, jak widzę. Lepszy,  niż się spodziewałem.  Będziemy 

więc   mogli   wziąć   większy   ładunek.   Ale   teraz   wracamy   na   ziemię.   Zgaś   pierwsze 
palenisko, Alwinie, a ja zajmę się czwartym. W ten sposób wrócimy bez przeszkód do 
naszych przyjaciół.

Wzięli   butelki   z wodą   i wylali   je   bardzo   wolno   na   jarzący   się   żar.   Gorąca   para 

background image

podniosła się z głośnym sykiem podrywając balon na chwilę jeszcze wyżej. Mężczyźni 
zawieszeni u sznurów wrzasnęli z przerażenia.

Ale kiedy żar przygasł, rekin przestworzy zaczął tracić wysokość. Powoli i równo 

opadał na ziemię. Kieron westchnął z żalem, gdy znów znalazł się poniżej wierzchołków 
drzew. Po chwili z lekkim wstrząsem łódka osiadła na łące.

Pierwszy podbiegł do nich Kentigern.
– No cóż, Kieronie, jesteś zadowolony z balonu?
– Jestem zadowolony.
– I nadal uważasz, że możesz zawieźć nim materiały palne nad statki piratów?
– Wiem, że mogę. Nawet więcej, niż myślałem.
Kentigern westchnął z ulgą.
– To dobrze, nie na próżno skazaliśmy  się na potępienie.  Kiedy pracowałeś nad 

konstrukcją tego potwora, inni oddawali się bardziej cywilizowanym zajęciom. Uwarzyli 
nam piwa, chodź, napijemy się za pomyślność twojej wyprawy.

– Wy się napijcie – powiedział Kieron. – Ja mam jeszcze robotę.
– Jaką robotę? Przecież balon jest gotowy.
– Chcę wymyślić najlepszy sposób na zrzucanie ognia. Kiedy już spełnicie toasty, 

Kentigern,   wyślijcie   ludzi   po   baryłki   z tranem,   flaszki,   bukłaki,   bele   słomy,   tłuszcz, 
smołę, wszystko co się dobrze pali.

– Działasz z pełnym poświęceniem, Kieronie.
Kieron roześmiał się głucho.
– Tak. Poświęciłem się sianiu zagłady.

background image

Rozdział jedenasty

Dwa dni później wiał niezbyt  silny,  ale stały wiatr północny.  Niebo było czyste, 

niebieskie jak czaple jajo, wydmy leżały skąpane w spokojnym pięknie jesieni.

Z Udręki wyruszył dziwny orszak. Poprzedzani kolumną piechoty pod dowództwem 

Liama jechali konno obok siebie Kentigern z Isidorem, ich konie sprzężono odwróconym 
jarzmem   przechodzącym   im   pod   brzuchami.   W środku   jarzma   tkwił   solidny   żelazny 
pierścień, przez który przewleczono linę. Lina wznosiła się prosto w górę do kadłuba 
łódki, która zwisała dziesięć metrów wyżej pod czaszą balonu.

Kieron namalował na kadłubie nazwę: „Zemsta Alyx”. Petrina rozpłakała się, kiedy 

to zobaczyła. Ale zadbała, żeby Kieron nie widział jej łez.

Pożegnali   się   już   godzinę   temu,   kiedy   Alwin   spowiadał   się   z grzechów   bratu 

Hildebrandowi,   który,   choć   wiernie   notował   wszystkie   heretyckie   czyny,   nie   widział 
powodów, czemu miałby nie dać rozgrzeszenia okaleczonemu chłopcu, który szedł na 
niemal pewną śmierć.

– Będę cię zawsze kochała – powiedziała Petrina, wysuszywszy przedtem oczy, żeby 

nie odbierać mężowi ducha.

– I ja cię będę zawsze kochał.
– Bardziej, niż kochałeś Alyx Fitzalan? – Jak tylko wypowiedziała te słowa, ugryzła 

się   w język.   To   nie   był   odpowiedni   moment   na   wymówki.   Kieron   miał   za   chwilę 
ryzykować życiem.

Ale on się nie rozzłościł. Przytulił ją mocno i w obecności wielu ludzi położył jej 

rękę na piersi.

– Bardziej i pełniej, niż kochałem Alyx. – Uśmiechnął się, patrząc na balon, który już 

wypełnił   się   gorącym   powietrzem   i kołysał   się   niecierpliwie   na   uwięzi.   –   Ja 
dostosowałem się do astrologa Marcusa malując rybę, która zgładzi ogniem ludzi. Mam 
nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy i ty wywiążesz się z przepowiedni i urodzisz mi troje 
dzieci?

Pocałowała go.
– Proszę Ludda, żeby tak się stało. Wróć, Kieronie. Wróć.
Potem   on   i Alwin   usadowili   się   w „Zemście   Alyx”   sprawdzili   cały   dziwny 

ekwipunek,   który   zalegał   dno   a nawet   zwisał   z haków   po   drugiej   stronie   burty. 
Upewniwszy się, że zapasy węgla drzewnego, butelki z wodą, bukłaki z tranem, sznury, 
harpuny i ciasno zwinięte bele słomy, które całą noc moczyły się w oleju, są na miejscu, 
Kieron dodał paliwa do palenisk i użył miechów. „Zemsta Alyx” uniosła się wolno na 

background image

cumie i balon przeciągnięto nad dwa niespokojne konie. Tam przewleczono sznur przez 
pierścień  na jarzmie  i zaciśnięto  węzeł,  po czym  fantastyczna  karawana ruszyła  przy 
akompaniamencie   nerwowych   parskań   i prychań   koni,   które   nie   mogły   zrozumieć, 
dlaczego ich ciężar rwie się ku górze, co jest niezgodne z naturą.

Plan Kierona polegał na tym, żeby Kentigern i Isidor przyciągnęli balon jak najbliżej 

nawietrznej   strony   statków   w Little   Hampton.   Kiedy   już   dotrą   do   odpowiedniego 
miejsca,   z którego   jego   zdaniem   wiatr   od  lądu   zaniesie   go   nad   okręty   pirackie,   sam 
odwiąże linę cumującą „Zemstę Alyx” do jarzma między końmi. Potem wszystko zależeć 
będzie od szczęścia, umiejętności i przeznaczenia. Kentigern, Isidor i żołnierze zostaną 
na miejscu obserwując przebieg wypadków, gdyby zaś miano ich zaatakować, spróbują 
wycofać się do Arundel i patrzeć przez lunetę.

Dziwna   kawalkada   przeszła   przez   miasto   Arundel   bez   przeszkód,   płosząc   tylko 

szczury i ptaki morskie, krążące wokół rozkładających się trupów piratów, którzy zginęli 
od wozów z ogniem.

Kiedy  „Zemsta   Alyx”  mijała  zamek,  Kieron  i Alwin   znaleźli   się  tak   wysoko,   że 

mogli ponad murami  zajrzeć na dziedziniec. Ze stosu pogrzebowego został już tylko 
wielki kopiec popiołu, który rozwiewały podmuchy wiatru.

– Spoczywaj w pokoju, moja kochana – powiedział Kieron cicho. – Dzisiaj nadszedł 

dzień zapłaty.

Przez nikogo nie niepokojona kolumna zeszła ze wzgórza, przeszła przez most na 

rzece Arun i skierowała się drogą do morza.

Był piękny dzień – dzień na spacer po wydmach i podziwianie przyrody. Dzień na 

przejażdżkę konną, na malowanie albo mielenie ziarna, na wyklepanie lemiesza w kuźni. 
Był   to   dzień   na   tworzenie,   a nie   na   niweczenie.   A jednak...   Jednak   czasem   trzeba 
najpierw coś obrócić wniwecz, żeby móc zacząć tworzyć...

– Jak się czujesz, Alwinie? Czy jest ci ciepło? – Kieron kazał mu włożyć baranicę, 

wiedząc, że kiedy wzniosą się na sto lub więcej metrów w górę, zrobi się zimno.

– Ciepło mi, Kieronie. A tobie?
– Mnie też. Dzisiaj uderzymy w nich gromem z jasnego nieba.
Alwin zadrżał.
– Na tę myśl mimo baranicy przechodzą mnie ciarki. Czy nam się uda?
– Masz moje słowo. Jeżeli Kentigern i Isidor wystawią nas na dobry wiatr, masz 

moje słowo.

– A jeżeli nie?
– Uderzymy innego dnia.
Ale wszystko szło dobrze. Wszystko szło dobrze, aż do chwili gdy natknęli się na 

background image

pierwszy z posterunków Admirała Śmierci, dwa kilometry od Little Hampton. Nie był 
zbyt liczny – dwunastu ludzi, nie więcej. Żołnierze bezzwłocznie na nich natarli. Łuki 
i kusze   przeciw   muszkietom   i kuszom.   Siedemnastu   mężczyzn   z Arundel   padło,   nim 
wybito dwunastu piratów, którzy jeszcze zdążyli wysłać ostrzegawcze sygnały dymne.

Kieron wychylił się i zawołał do Kentigerna:
– Zostało nam niewiele czasu. Zjedźcie z drogi i kierujcie się na zachód. Musimy 

złapać dobry wiatr.

– Trzeba zająć się rannymi! – odkrzyknął Kentigern.
– Nie ma czasu. Zjedźcie z drogi. Zostawcie kilku mężczyzn, jeśli chcecie, ale sami 

kierujcie się na zachód.

– Do kroćset, Kieronie. Nie słyszysz ich jęków?
– Słyszę. Jedźcie na zachód. Nie traćcie czasu.
– Nie mogę.
– To znaczy, że jesteście głupcem – powiedział Kieron. – Jeżeli zaraz nie skręcicie 

na zachód, spuszczę na was ogień, który miałem spuścić na piratów. – Zapalił pochodnię 
od paleniska i zbliżył  ją do jednej z bel nasyconych  olejem, które zwisały po drugiej 
stronie burty. Słyszycie, co mówię?

– Słyszę. Niech cię wszyscy diabli, jeszcze się policzymy.
– Dzisiaj policzymy się z piratami – stwierdził Kieron ze spokojem. – Jedźcie na 

zachód.

Kentigern wydał rozkaz. Pozostali żołnierze – nie więcej niż siedmiu lub ośmiu – 

zajęli się rannymi kolegami, Kentigern i Isidor zawrócili konie i pocwałowali spalonym 
ścierniskiem. Na końcu pola stało wysokie ogrodzenie.

– Przeskoczcie je! – zawołał Kieron. – Balon was poderwie! – Dał znak Alwinowi, 

żeby podmuchał miechami na pierwsze palenisko, a sam rozjarzył czwarte. Konie, na 
których siedzieli Isidor i Kentigern, niemal jednocześnie wykonały prawie dwumetrowy 
skok i wylądowały szczęśliwie po drugiej stronie.

Kieron i Alwin gotowali się powoli do startu. Kiedy Kentigern i Isidor wyjechali na 

pole, balon i zawieszona pod nim łódka poczęły się rytmicznie kołysać, ale nie dawało 
się odczuć żadnego szarpania, sznury napinały się i popuszczały, poddając się ruchom 
koni. Nawet przy dwumetrowym skoku aeronauci poczuli jedynie, że gładko się wznoszą 
i gładko opadają.

Kieron patrzył na statki w Little Hampton, oddalone wciąż o jakieś dwa kilometry, 

ale dobrze widoczne, bo Kentigern i Isidor jechali wzdłuż linii brzegowej. Zobaczył, że 
do rozbitego posterunku zbliża się grupa konnych.

– Pospieszcie się! – zawołał na dół. – Piraci wysłali już ludzi na koniach. Szybko 

background image

wystawcie nas na dobry wiatr.

Kentigern podniósł ku niemu czerwoną i rozeźloną twarz.
– Jak daleko mamy jeszcze jechać, ty szaleńcze?
– Zatrzymajcie się na środku sąsiedniego pola. Wypróbuję wiatr.
Następne ogrodzenie nie było tak wysokie. Konie wzięły je z łatwością.
Musimy   stanowić   najosobliwszy   widok,   jaki   kiedykolwiek   widziała   Brytania   – 

myślał Kieron z uniesieniem. – Dwóch jeźdźców ciągnących balon, niczym monstrualny 
latawiec; balon, z którego zwisa łódka, a w niej dwóch młodych ludzi i ich dziwna broń – 
wszystko, co seniorat Arundel mógł wystawić przeciwko potędze Admirała Śmierci.

Roześmiał się głośno.
Alwin popatrzył na niego ze zdumieniem.
– Co ci jest, Kieronie? Jeżeli przyszło ci do głowy coś wesołego, to powiedz i mnie. 

Dużo dałbym za to, żeby móc się pośmiać.

– Spójrz na te statki.
– Patrzyłem. Są straszne.
– A teraz popatrz na nas.
Alwin popatrzył.  Na balon, na Kierona, na łódź i jej zawartość, na mężczyzn  na 

koniach w dole. I, rzecz dziwna, on też zaczął się śmiać.

–   Kieronie,   przyjacielu,   byłeś   szalony,   że   wymyśliłeś   tę   wyprawę,   a ja,   że   się 

zgodziłem   wziąć   w niej   udział.   Masz   rację,   jest   się   z czego   śmiać.   Wyglądamy 
absurdalnie.

– Nie, wyglądamy wspaniale.
Alwin westchnął.
– Piękny dzień na umieranie.
– Nie, przyjacielu, nie umrzemy. Piękny dzień na zagładę wroga.
– Przeczuwam śmierć.
– A ja przeczuwam zagładę.
– No co tam, gaduły I – zawołał z dołu Kentigern, zatrzymując konie. – Dobry stąd 

wiatr?

Kieron  puścił  z łodzi  kawałek papieru.  Opadając na  ziemię  szybował  w kierunku 

Little Hampton, w kierunku skupiska masztów, ale nie w sam jego środek.

– Zjedźcie na skraj pola, Kentigern.
Kentigern zaklął i dał ostrogę koniowi. Isidor jechał z nim równo łeb w łeb.
Kieron znów rzucił skrawek papieru. Poleciał spory kawałek, zanim opadł na ziemię. 

Oby tylko wiatr się utrzymał – modlił się w duchu Kieron. – Oby utrzymał się choć przez 
pół godziny, nie musi dłużej.

background image

Zawołał do Kentigerna:
– Jesteśmy na miejscu, Kentigern, dziękuję. Dziękuję wam za dzisiejszy dzień.
Kentigern spojrzał w górę, osłonił oczy przed słońcem.
– Jesteś głupcem, Kieronie, ale nie brak ci odwagi. Nie wiem, czy nosisz znamię 

wielkości, czy szaleństwa. Żegnaj.

– Zaopiekujcie się Petriną, gdybym...
Kentigern podniósł rękę.
– Nic się nie bój, chłopcze. – A potem dodał dziwnie oficjalnym tonem: – Będzie dla 

mnie jak córka, nie pozwolę jej skrzywdzić. Przysięgam.

– Jestem wam bardzo wdzięczny. – Kieron dał znak Alwinowi i razem odwiązali 

sznur. Balon wzniósł się.

Isidor przyłożył ręce do ust.
– Pomyślnych łowów, rekinie przestworzy! Zjedz dzisiaj jak najwięcej piratów!
Balon parł w górę, naprężony i niecierpliwy jak żywa istota. Kieron po raz ostatni 

spojrzał na jeźdźców w dole i pomachał im ręką. Wyglądali jak maleńkie figurki siedzące 
na maleńkich zwierzątkach. Wyglądali jak dziwne insekty, uwiązane do ziemi.

Potem   skierował   uwagę   na   statki   w Little   Hampton.   Statki,   w których   kierunku 

sunęła wolno „Zemsta Alyx” w strasznej, niesamowitej ciszy.

background image

Rozdział dwunasty

Przez chwilę zdawało się, że cały świat zastygł nieruchomo i tylko balon się rusza – 

płynął spokojnie po niebie, wznosząc się wolno w górę. W oddali widniały stateczki jak 
zabawki,   a w dole   uwiązane   do   ziemi   figurki   ludzi   na   koniach.   Kieron   poczuł   nagle 
ogromny przypływ  pewności i siły,  rozkoszował się ciszą, płynnym  i pięknym  lotem, 
rozkoszował się wolnością w żywiole, do którego został stworzony.

Alwin odezwał się i czar prysł.
– Dołożyć węgla drzewnego, Kieronie? – zapytał niespokojnie.
Kieron   powrócił   do   rzeczywistości.   Stwierdził,   że   są   już   wysoko   i ciągle   się 

wznoszą; lecieli dość wolno, z prędkością równą mniej więcej szybkiemu marszowi. Jeśli 
nie powieje silniejszy wiatr, balon dosięgnie flotyllę Admirała Śmierci za jakieś dziesięć, 
piętnaście minut.

– Nie, Alwinie. Równowaga cieplna jest w porządku. Spuśćmy na zewnątrz główny 

zestaw   harpunów.   Wyluzuj   około   dwudziestu   metrów   sznura   i pospiesz   się.   Potem 
sprawdź, czy twoje bele zapalne są gotowe do zrzucenia.

– Cztery harpuny, dwa od dziobu i dwa od rufy, zjechały na dół, sznury kołysały się 

na wietrze, żelazne szpony błyszczały w słońcu. Kieron chciał użyć ich w charakterze 
tymczasowej   kotwicy   zaczepiając   się   nimi   o statki,   Moje   bele   zapalne   są   gotowe, 
Kieronie.

– Moje też. Czy masz pod ręką pochodnię?
– Leży u moich stóp... Boisz się?
– Tak, boję się. Ale też przepełnia mnie szczęście. Nie, szczęście to niewłaściwe 

słowo. Raczej zapał, tak, zapał.

– Ja jestem w strasznym strachu. Powinieneś był wybrać kogoś odważniejszego.
Kieron uśmiechnął się.
– Wybrałem, kogo należało... Obcięli ci rękę, Alwinie. Zadali nieopisane cierpienia 

naszym bliskim. Pamiętaj o tym.

– Dodajesz mi siły.
– I bez tego jesteś silny. Dzisiaj policzymy się z nimi za wszystko. Czy czujesz się 

lepiej?

– Czuję się jak bóg.
Kieron roześmiał się.
– Rzeczywiście jesteśmy niczym bogowie. Ludzie uderzają z ziemi albo z morza. My 

uderzamy z powietrza.

background image

Balon nieubłaganie zbliżał się do floty w Little Hampton. Kieron zobaczył ożywiony 

ruch na pokładach statków. U luf dział pokładowych pokazały się obłoki dymu, ale nie 
dało się podnieść ich tak wysoko, żeby dosięgnąć balonu.

– Widzisz – powiedział Kieron – wpadli w panikę, marnują proch armatni.
– Zaraz znajdziemy się w zasięgu ich muszkietów.
– To podnieśmy się w górę. Popatrzmy sobie, jak strzelają do słońca.
Dołożyli węgla drzewnego do palenisk, użyli miechów. Balon podskoczył.
Teraz   skupisko   statków   było   już   oddalone   nie   więcej   niż   o sto   metrów.   Kieron 

obliczył szybkość wznoszenia się, szybkość lotu.

– Opuść harpuny jeszcze jakieś piętnaście metrów.
– Zrobione.
– Przygotuj się do akcji.
– Kieron?
– Tak, Alwinie?
– Niech cię Ludd błogosławi, że dałeś mi tą szansę.
– Już ani słowa. Rób tylko to, co mówię. Zaraz spalimy to robactwo.
Dwa harpuny zaczepiły o takielunek statku stojącego pomiędzy innymi. Ale powiew 

wiatru zniósł „Zemstę Alyx” na bok, i pod nimi była tylko woda.

– Ciągnij za linę harpuna! – krzyknął Kieron. – Musimy znaleźć się nad pokładem.
Alwin ciągnął jedną linę. Kieron drugą, ale wiatr był za silny.
– Ugaś część pierwszego paleniska, a ja zajmę się czwartym.
Wzięli butelki z wodą i ostrożnie polali żar. Gorąca para podniosła ich na chwilę 

jeszcze wyżej, ale już po kilku sekundach mogli przyciągnąć liny harpunów. Tymczasem 
piraci zaczęli się wspinać na maszty, a inni stojąc na pokładzie strzelali z muszkietów do 
rekina przestworzy.

Kieron spojrzał w dół i zobaczył mężczyzn na masztach, którzy usiłowali odczepić 

harpuny, i mężczyzn na pokładzie, którzy strzelali z muszkietów. Niewiele go to obeszło. 
„Zemsta Alyx” była teraz dokładnie nad statkiem, który zaatakowała.

– Dwie bele zapalne! – krzyknął Kieron ochrypłym głosem. – Ja też zrzucam dwie.
Przyłożyli   pochodnie   do   palenisk   i podpalili   po   dwie   bele   nasiąknięte   tranem 

zdjąwszy je uprzednio z haków.

Z   deszczem   iskier,   płomieni   i tranu   bele   spadły   na   pokład,   a jeden   z ognistych 

pocisków Alwina strącił z masztu i porwał ze sobą dwóch piratów. Ich wrzask ucichł, 
gdy z głuchym odgłosem walnęli o pokład, jeden prosto w płomienie.

Ciasno związane bele pękły przy uderzeniu i płonące szczątki rozsypały się po całym 

pokładzie. Buchnął dym; piraci cofnęli się w panice, ale znaleźli się i tacy, którzy zaczęli 

background image

już podawać sobie kubły z wodą, żeby ugasić pożar. Kieron w ślad za belami posłał dwa 
bukłaki   tranu.   Wycelował   dobrze.   Jeden   bukłak   pękł   pośród   płomieni,   a gorące 
strumyczki rozpełzły się po pokładzie. Paru piratów, których ubrania zaczęły się palić, 
wyskoczyło  za burtę.  Drugi bukłak wybuchł  przy otwartym  luku, posyłając  strumień 
ognia w głąb statku.

Na   dole   rozpętało   się   pandemonium.   Nikt   już   nie   usiłował   zestrzelić   latającego 

rekina. Piraci byli zajęci gaszeniem szalejących płomieni i ratowaniem własnej skóry. 
Coraz więcej ludzi wyskakiwało za burtę.

Kieron widząc, co się dzieje, z zadowoleniem stwierdził, że los tego statku jest już 

przesądzony. Teraz trzeba było pomyśleć o bezpieczeństwie „Zemsty Alyx”. Ogień tak 
się rozszalał, że wyrzucał w górę płonące źdźbła słomy. Byłoby absurdem, gdyby balon 
zginął od własnej broni.

– Puszczamy harpuny! – krzyknął do Alwina. – Kiedy się oswobodzimy, użyjemy 

następnych. Wiatr da nam jeszcze jeden statek.

Balon, spuszczony z uwięzi, podskoczył w górę. „Zemsta Alyx”, pozbawiona części 

balastu, zyskała na nośności. Uciekła w niebo od płonącego statku jak uwolniony ptak. 
Kieron i Alwin musieli zupełnie wygasić dwa paleniska, żeby obniżyć balon do poziomu 
masztów następnego statku.

Mieli już tylko dwa harpuny. Najbliższy statek był oddalony o sto metrów i leżał 

dokładnie   w linii   wiatru.   Była   to   największa   jednostka   całej   flotylli.   Wisiała   na   niej 
bandera ze złoconym wizerunkiem trupiej czaszki. Kieron poczuł przypływ radości. Ten 
drugi statek, jedyny jaki jeszcze mogli zaatakować, to statek flagowy. Modlił się, żeby 
Admirał Śmierć był na pokładzie.

Balon zbliżył się do niego pośród gradu kul. Kule z muszkietów waliły w kadłub 

łódki i napiętą powłokę płótna, ale żadna nie trafiła Alwina ani Kierona. Dwa harpuny 
huśtały   się   złowrogo   na   wietrze.   Jeden   zaczepił   się   już   o maszt.   „Zemsta   Alyx” 
zakołysała się gwałtownie.

Załoga   statku   flagowego   zdążyła   się   nauczyć   co   nieco   na   przykładzie   losu 

towarzyszy.   Wielu   uzbrojonych   mężczyzn   wspinało   się   już   na   maszt.   Niektórzy 
przystawali, żeby bez większej nadziei wystrzelić z broni ręcznej do dwóch napastników, 
którzy bujali się w kruchym pojeździe trzydzieści metrów nad nimi; inni, inteligentniejsi, 
próbowali dosięgnąć harpuna i odciąć go, zanim spadną następne.

Kieron widział, że mają niewiele czasu.
– Bele! – krzyknął. – Zrzuć wszystkie bele! Celuj w tych, co są najwyżej.
Alwin   dojrzał   niebezpieczeństwo   i w lot   je   zrozumiał.   Podłożyli   pochodnie   do 

pozostałych   sześciu   beli   i zrzucili   je.   Alwin   dobrze   celował.   Miał   do  tego   dar.   Jego 

background image

pierwsza bela ześliznęła się po maszcie, zostawiając za sobą płonącą słomę, od której 
zajął się takielunek, i zmuszając dwóch mężczyzn do skoku w morze. Druga bela trafiła 
pirata,   który   niemal   dosięgnął   już   harpuna.   Spadli   razem   na   pokład   w unii   ognia 
i śmierci. Dwie pierwsze bele Kierona były rzucone mniej szczęśliwą ręką: jedna w ogóle 
ominęła statek, bo „Zemsta Alyx zakołysała się akurat na wietrze, a druga wprawdzie 
spadła   na   pokład,   ale   ogień   nie   buchnął,   może   płomienie   zgasły,   kiedy   leciała 
w powietrzu.

Alwin   posłał   w dół   swoją   trzecią   belę   i z radością   ujrzał,   jak   wspomaga   ogień 

wzniecony przez pierwszą. Roześmiał się głośno z uciechy. Podobnie jak na pierwszym 
zaatakowanym statku i tu co słabsi duchem zaczęli już opuszczać pokład.

Kieron też zrzucił swoją trzecią belę. Poleciała w dobrym kierunku, lecz nie wiedzieć 

czemu, znów nie dostrzegł wybuchu ognia na pokładzie. Może zakryły go obłoki dymu, 
a może wpadła wprost do środka przez otwarty luk czy schodnię.

Alwin wręcz skakał z radości. Kieron zobaczył, że maszt płonie i wkrótce spali się 

lina harpuna.

– Bukłaki! – krzyknął. – Dawaj bukłaki z tranem!!
Nie tak wiele ich zostało. Kieron zaczął wyrzucać jak najszybciej jeden po drugim, 

nie patrząc, gdzie padają. Na pokładzie statku szalało już piekło płomieni. Alwin albo nie 
usłyszał polecenia Kierona, albo już o nic nie dbał. Stał w małej łódce – rzecz wielce 
niebezpieczna – i trzymał się jednego ze sznurów łączących ją z balonem.

– Siadaj! – krzyknął Kieron.
Alwin nie zareagował. Jego twarz jaśniała szczęściem. Wymachiwał dumnie kikutem 

i wykrzykiwał coś do piratów.

Nagle   Kieron   poczuł   gwałtowne   szarpnięcie   –   harpun   spadł   z płonącego   masztu. 

Balon   wzbił   się   w niebo.   Niemal   w tej   samej   chwili   w dole   nastąpiła   ogłuszająca 
eksplozja i statek wyleciał w powietrze. Najwidoczniej ogień dotarł do magazynu prochu. 
Siła   wybuchu   i nośność   balonu   pozbawionego   już   balastu   sprawiły,   że   wystrzelił   on 
w górę niczym korek od szampana.

Alwin wydał tryumfalny okrzyk i zdało się, że chce podskoczyć aż do nieba. Przez 

ułamek   sekundy   Kieron   widział   go,   jak   wisi   rozpostarty   nieruchomo   w powietrzu, 
z wyrazem   wielkiego   szczęścia   na   twarzy.   Po   czym   runął   w dół,   a Kieron   stracił 
równowagę. I nikt już więcej nie ujrzał Alwina, terminatora młynarza.

Mimo wszystko, gdy Kieron leżał rozciągnięty na dnie kruchej łupinki, czepiając się 

jej w walce o życie, przytomność umysłu go nie opuściła. Spojrzał w górę i zauważył, że 
siła eksplozji nadpaliła tu i ówdzie powłokę balonu. Ale dziurki na razie były niewielkie.

Wkrótce balon wyrównał lot. Kieron podniósł się na kolana i zerknął ostrożnie za 

background image

burtę. Widok wstrzymał mu oddech w piersiach. Nigdy jeszcze nie czuł tak nabożnego 
podziwu, takiego podniecenia. Musiał być co najmniej pięćset metrów nad wodą. W dole, 
jak dziecinne okręciki przy brzegu ogromnego jeziora, majaczyły statki pirackie. Naliczył 
ich   jedenaście   –   z czego   cztery   płonęły!   Wybuch   musiał   przenieść   ogień   na   dwie 
sąsiednie jednostki. Dym pokrywał wszystko grubym całunem, ale widać było, że trzy 
z palących się statków są już nie do uratowania.

Z tej wysokości wydarzenia w dole wyglądały jak w zwolnionym tempie. Nie bacząc 

na własne bezpieczeństwo i na równowagę łódki, Kieron uważnie wpatrywał się w skutki 
swojego ataku. Było to warte zapamiętania – niezależnie od tego, ile mu jeszcze zostało 
życia.

Po chwili zauważył, że najbardziej zdewastowany statek, a właściwie płonący wrak, 

najpewniej   resztka   tego,   który   wyleciał   w powietrze,   dryfuje   z prądem   po   morzu. 
Widocznie wybuch zerwał go z cumy.  A teraz, niewątpliwie za sprawą prądu z ujścia 
rzeki Arun, znosiło go wprost na dwa inne statki, dotąd nieuszkodzone.

Nawet z tej wysokości – a balon wciąż się wznosił – Kieron widział gorączkową 

bieganinę   po   pokładach   i wokół   masztów,   gdyż   żeglarze   zagrożonych   statków 
rozpaczliwie usiłowali wyciągnąć kotwicę i postawić żagle, żeby ujść przed katastrofą.

Kieron patrzył i serce rosło mu z dumy na widok zniszczenia, jakie posiał, gdy wtem 

chmura   dymu   przesłoniła   jeden   z płonących   statków,   a wokół   posypały   się,   kawałki 
drewna i takielunku. Odgłos wybuchu dotarł do niego później, przygłuszony odległością, 
lecz i tak brzmiący jak najsłodsza muzyka.

Na moment Kieron zapomniał o swoim ciężkim położeniu.
– Widzisz, Alwinie? – zawołał. – Czy nie dotrzymałem słowa? – Ale w chwili, gdy 

to wypowiedział, zdał sobie prawe, że nie ma już Alwina, żeby mu przytaknąć. – Trudno, 
mój   przyjacielu,   mój   bracie.   Widziałem   wyraz   swojej   twarzy,   byłeś   szczęśliwy. 
Spoczywaj w pokoju. Sprawiliśmy im sądny dzień. Pewno niedługo połączę się z tobą.

Jeden   ze   statków   stojących   na   drodze   gorejącego   wraku  nie   zdążył   ujść   w porę. 

Ziejący śmiercią i ogniem kadłub wyrżnął go w sam środek.

– Widzisz, Alwinie – ciągnął dalej niemądrze Kieron, wiedząc doskonale, że Alwin 

go   już   nie   słyszy,   ale   czując   przemożną   potrzebę   mówienia   –   ich   szkody   rosną. 
Z jedenastu   statków   rozgromiliśmy   pięć.   My,   dwaj   biedni   terminatorzy,   dokonaliśmy 
więcej, niż tysiąc uzbrojonych mężczyzn mogłoby zdziałać na lądzie. Czyż nie obiecałem 
ci, że będziesz żyć wiecznie?

I wtedy przyszły łzy. W podniebnej samotności Kieron nie wstydził się płakać jak 

dziecko. Mógł sobie teraz pozwolić na taki mały luksus. Nikt się nigdy o tym nie dowie. 
I tak wkrótce z pewnością utonie – nie znał się zupełnie na sztuce żeglowania łódką na 

background image

pełnym morzu – ale, jak powiedział Alwin, był to piękny dzień na umieranie.

– Matko, ojcze – łkał – przepraszam was, że nie zostałem wielkim malarzem, jak 

tego pragnęliście... Mistrzu Hobarcie, który mnie tak kochałeś, nie żałuj, że porzuciłem 
pędzel i farby. „Skok panienki Fitzalan” to twoje dzieło. Ja byłem tylko przedłużeniem 
twojej ręki, użyczyłem ci lepszych oczu... Alyx droga, obroniłbym cię, gdybym mógł. 
Wy   wszyscy,   których   kochałem,   jeśli   istnieje   życie   pozaziemskie,   w co,   może 
niesłusznie,   wątpię,   spójrzcie   tylko,   czego   dokonałem...   Petrino,   moja   żono,   nosisz 
w sobie nasze dziecko i modlę się, aby szczęśliwie przyszło na świat. Mam nadzieję, że 
będziesz myśleć o dniu dzisiejszym z dumą.

Kieron był śmiertelnie znużony. Dni i noce ciężkiej pracy i wysiłku umysłowego, 

uniesienie, jakie czuł zrzucając deszcz ognia na piratów, smutek po śmierci Alwina – 
wszystko to do cna go wyczerpało. Nie potrafił zebrać myśli ani zmusić się do działania. 
Położył się na wznak w „Zemście Alyx” i zamknął oczy. Życie to i tak nic więcej jak 
krótka   podróż   z ciemności   w ciemność   –   myślał   sennie.   Miał   szczęście,   wielkie 
szczęście, że dane mu było zakosztować miłości pięknych kobiet, namalować wspaniały 
obraz, zbudować balon i popłynąć nim po niebie jak bóg, niosąc śmierć tym, którzy żyli 
ze   śmierci.   Tak,   miał   dużo   szczęścia   jak   na   ubogiego,   niespełna   osiemnastoletniego 
młodzieńca. Wyraz błogiego spokoju spłynął mu na twarz, gdy zapadł w sen.

background image

Rozdział trzynasty

Dwa paleniska wciąż się żarzyły i rekin przestworzy, pozbywszy się niemal całego 

ciężaru,   nieustannie   się   wznosił.   Kieron   pogrążony   w głębokim   śnie   lub   też 
nieprzytomny, nie zdawał sobie sprawy, że balon jest już niemal dwa tysiące metrów nad 
poziomem  morza.  Przebił  się przez  cienką warstwę chmur,  zraszając mu twarz, ręce 
i włosy, i poszybował dalej ku słońcu.

Chłód rosy obudził Kierona. Otworzył oczy i znalazł się nad złotymi wierzchołkami 

obłoków,   w królestwie   nieopisanego   piękna   Spojrzał   w dół   na   wysepki   chmur. 
Wyglądały tak solidnie, jakby można było po nich chodzić. Widok, jaki się przed nim 
roztaczał, zapierał mu dech w piersiach.

–   Zapewne   od   wieków   nikt   z ludzi   nie   oglądał   czegoś   podobnego   z maszyny 

powietrznej – powiedział na głos. – Być może jestem pierwszym człowiekiem Trzeciej 
Generacji,   który   patrzy   w dół   na   chmury   i podziwia   ich   piękno.   Spełniły   się   moje 
marzenia.

Ale węgiel drzewny żarzył się już coraz słabiej, a dziury w powłoce wypuszczały 

gorące powietrze. Kieronowi dana była tylko chwila ekstazy, nim balon zaczął opadać 
z powrotem poprzez warstwę chmur. Patrzył zafascynowany, jak zamyka się wokół niego 
biała mgła, a dogasający żar syczy i skwierczy pod wpływem wilgoci. Balon opuszczał 
się wolno, jakby niechętnie kończył swój wielki lot. Sflaczała powłoka trzepotała głośno, 
dziury   robiły   się   coraz   większe.   Kieron   patrzył   posępnie   na   morze.   Było   lekko 
wzburzone, ale nie aż tak, żeby zatopić łódkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu lądu, lecz go 
nigdzie nie dojrzał. Może mimo wszystko Alwina spotkała lepsza, bo szybka śmierć. 
Kieron nigdy nie miał nic wspólnego z morzem i mimo że było stosunkowo spokojne, nie 
widział dla siebie większych szans.

„Zemsta Alyx” twardo uderzyła  o wodę. Przez moment powłoka balonu falowała 

wokół   niego,   napierając   ze   wszystkich   stron,   jakby   rekin   jeszcze   w agonii   usiłował 
pożreć kolejną ofiarę. Gorące węgielki spadły mu na nogi, byłby krzyknął z bólu, lecz 
nagrzane płótno i przepalony papier przylgnęły mu do twarzy, jakby go chciały udusić.

Zaraz   jednak   pozbawiony   balastu,   poszarpany   balon   spróbował   wznieść   się   raz 

jeszcze. Kieron szybko odczepił sznury z haków. Trzepocząc głośno i samobójczo, balon 
wzleciał z trudem jak ranny ptak, zakręcił się niepewnie, przewrócił się na bok i spadł do 
morza. Zanim poszedł pod wodę, Kieron zobaczył raz jeszcze wyłupiaste oczy i pełną 
zębów paszczę, które namalował. Uśmiechnął się znów na wspomnienie przepowiedni 
astrologa, na wspomnienie tego dnia, dawno temu, kiedy cały świat, zda się, był młody.

background image

A teraz był sam na otwartym morzu; nie miał siły, żywności ani nadziei. Dziwne, że 

nie  pomyślał  o zaopatrzeniu  łodzi   w żywność,  tym  bardziej  iż  nie  zapomniał   o parze 
lekkich wioseł. Niedługo można wiosłować o pustym żołądku. Może od razu wiedział, że 
nie będzie mu się chciało długo wiosłować.

Teraz, kiedy już było po wszystkim, czuł się jeszcze bardziej zmęczony. Odpocznę 

sobie – pomyślał. – Położę się, zamknę oczy, powspominam wszystko, co się zdarzyło, 
i przyjdzie mi pogodzić się z losem. Prędzej czy później pochłonie mnie morze. I taki 
będzie koniec „Kierona z głową w chmurach”.

Ułożył  się na dnie  łódki,  jak mógł  najwygodniej,  naciągając  na siebie  wszystkie 

swoje rzeczy.   Fale  kołysały  go delikatnie   i kojąco.  Przypomniało   mu   się pewne  lato 
z dzieciństwa, kiedy ojciec zrobił mu hamak i powiesił go między dwiema jabłoniami. 
Kołysał się wtedy na nim z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie, że jest tajemniczym 
i wszechwładnym panem przestworzy.

– No cóż, przez  krótką chwilę byłem  panem przestworzy – szepnął do siebie. – 

Przynajmniej tyle udało mi się osiągnąć.

background image

Rozdział czternasty

– Comment vous appelez-vous? – Obudził się z mieczem przy piersi. Kieron chciał 

sięgnąć po własny miecz, który cały czas leżał u jego boku, ale go nie znalazł. Poczuł 
naglące ukłucie, więc nie ruszając się, próbował zebrać myśli.

–  Je m’appele Kieron. Je suis anglais. – Swoją ubogą znajomość francuszczyzny 

zawdzięczał przygodnym „matelotom”, którzy nieraz zaglądali do Arundel. Zdawał sobie 
sprawę, że nie starczy jej na długo.

– Alors... Vous connaissez l’Amiral Mort?
– Oui. Je le connais.
– Vous etes ami ou ennemi?
Odpowiedź oznaczała śmierć albo życie! Ale Kieron nie dbał już o nic.
–  Je   suis   l’ennemi   d’Amiral   Mort.   Parlez-vous   anglais?  W półmroku   rozległ   się 

śmiech. Kieron odwrócił głowę od huśtającej się latarni, która go oślepiała, i zobaczył, że 
niebo,   na   którym   jaśniał   wielki   księżyc,   jest   pełne   gwiazd.   Latarnia   wisiała   mu   nad 
głową, ale nie patrzył na nią, skoncentrował całą uwagę na pięknie nocy. Jeżeli mają go 
zabić, cios zaraz spadnie.

– Un petit peu – powiedział nieznajomy. – Mówię trochę po angielsku... Może pan 

wstać?

– Chyba tak.
– Bon. Prosimy na nasz statek. Widzi pan tę drabinę sznurową?
– Tak.
– Może pan po niej wejść?
– Tak. Gdzie mój miecz?
– Spokojnie, ja go mam. Chodźmy. Przycumowaliśmy już pańską łódkę.
Kieron   wszedł   na   pokład   stateczku,   który   wyglądał   jak   niewielka   łódź   rybacka. 

Latarnię wciąż trzymano mu nad głową. Teraz, kiedy jej światło już go nie oślepiało 
i kiedy przyszedł trochę do siebie, widział wszystko wyraźnie przy blasku księżyca. Tak, 
to zapewne łódź rybacka – albo jeden ze statków dostawczych Admirała Śmierci. To 
dziwne, że Francuzi od razu o niego spytali...

– Jesteście rybakami?
– Comment?
– Rybacy. Tacy, co łowią ryby w morzu.
–  Aaa,   pecheurs!  –   Znów   rozległ   się   śmiech.   –   Tak,  monsieur  Kieron,   można 

powiedzieć, że jesteśmy rybakami. To taki żart. Dobry żart.

background image

Kieron rozejrzał się. Łódź była rzeczywiście niewielka, całą załogę mogło stanowić 

czterech,   najwięcej   pięciu   mężczyzn.   Jeden   stał   przy   sterze,   drugi   trzymał   latarnię, 
a trzecim   był   jego   obecny   rozmówca.   Mówił   władczym   tonem   i nosił   się   władczo. 
Zapewne on tu jest kapitanem.

Kieron przyjrzał mu się w świetle księżyca. Miał długą gęstą brodę, ale wyglądał 

młodo   i miał   młody   głos.   Kieron   żałował,   że   jego   miecz   spoczywa   teraz   w ręce 
francuskiego kapitana. Ta myśl była irytująca.

– Jeżeli chcecie mnie zabić, zróbcie to od razu. Nie będę się bawić w kotka i myszkę. 

Miałem dobry dzień i jestem szczęśliwy.

–  Monsieur Kieron! Kto tu mówi o zabijaniu? Znaleźliśmy pana,  heureusement, na 

pana szczęście, dzięki temu, że Etienne dobrze widzi w ciemności. Znaleźliśmy pana, jak 
mówię, dryfującego w małej łódce. Był już pan i tak bliski śmierci.

Kieron nie znalazł na to odpowiedzi.
– Ale muszę zadać panu parę pytań, monsieur. Skąd mogę wiedzieć, czy nie jest pan, 

jak to powiedzieć?... un homme dangereux, un felon, un pirate...

– Nie rozumiem, monsieur – powiedział Kieron ze znużeniem. – Jestem Kieron, syn 

stolarza,   z senioratu   Arundel   na   wyspie   brytyjskiej.   Znaleźliście   mnie   dryfującego 
w łódce   na   morzu,   bo   wyrządziłem   dziś   wiele   szkód   flocie   Admirała   Śmierci. 
Skonstruowałem   balon   i uderzyłem   na   piratów   z powietrza.   Dobrze   to   popamiętają. 
A teraz zróbcie ze mną, co chcecie.

– Un ballon! – wykrzyknął Francuz z przejęciem. – Vous etes l’homme du ballon?  

Magnifique! Monsieur, proszę mi wybaczyć. Jestem Jean Baptiste Girod, kapitan „Marie-
France”   z Arromanches.   Robiliśmy   rekonesans   sił   Admirała   Śmierci.   My  we   Francji 
wiemy,   że   to   zły   człowiek,   bardzo   zły,   i że   zajął   część   wybrzeża   brytyjskiego. 
Chcieliśmy   poznać   jego   plany.   Dziś   zobaczyliśmy   cudowną   rzecz.   Trzymaliśmy   się 
z daleka, pan rozumie.  Ale mieliśmy teleskop... I zobaczyliśmy  tę rzecz  dans le ciel
Zrzucała  feu, ogień.  Quatre ou cinq vaisseaux sont finis. Merveilleux!  Henri, Claude, 
voici l’homme du ballon! Gdzie jest le vin?

Kieron był oszołomiony. Mężczyźni nagle zaczęli go ściskać za rękę, poklepywać po 

plecach.

–  Monsieur  Kieron – powiedział kapitan Girod – proszę mi wybaczyć.  Zwracam 

panu miecz. Jesteśmy zaszczyceni pańską obecnością na pokładzie „Marie-France”.

Kieron wziął miecz. Poczuł się lepiej mając go w dłoni.
–  Messieurs  – powiedział kapitan Girod –  je vous present un homme de vaillance

Pana zdrowie, monsieur Kieron.

Jak za dotknięciem  różdżki  czarodziejskiej  na stole pojawiło się wino i szklanki, 

background image

przyniesione z dołu przez czwartego mężczyznę. Francuzi podnieśli szklanki i spełnili 
toast.

Kieron też podniósł swoją szklankę.
– Monsieur le capitaine, dziękuję za uratowanie mi życia.
– Monsieur Kieron, cała przyjemność po mojej stronie. Będę miał o czym opowiadać 

przez długie lata.

Wino   było   doskonałe.   Nim   Kieron   zdążył   opróżnić   szklankę,   już   mu   ją   hojnie 

uzupełniono. Pił czerwone francuskie wino i czuł, jak ciepło rozlewa mu się po kościach.

– Kapitanie Girod – powiedział nieco bełkotliwie – czy może mnie pan wysadzić na 

wybrzeżu brytyjskim?

– Monsieur Kieron, gdzie tylko pan zechce. – Roześmiał się. – Dla pana, przyjacielu, 

gotów jestem przeprowadzić „Marie-France” choćby pod obstrzałem Admirała Śmierci.

Kieron uśmiechnął się lekko.
– Nie trzeba. Chciałbym wysiąść na brzegu jakieś dwa lub trzy kilometry na wschód 

od Little Hampton.

– Chodźmy na dół, monsieur, tam jest jasno i ciepło. Pan się napije jeszcze wina, a ja 

przestudiuję mapy... Jesteśmy wiele kilometrów od lądu, rozumie pan. To zajmie trochę 
czasu. Wydaje mi się, że nie powinien pan wysiadać po nocy. To może być dangereus
niebezpieczne.

– Niebezpieczeństwo nie jest mi obce.
– Pardon. Je suis un fou. Monsieur, zejdźmy na dół. Odpocznie pan.
– Kapitanie, wolałbym zostać chwilę na pokładzie. Chciałbym popatrzeć na gwiazdy.
– Ach, gwiazdy! – Kapitan Girod potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Niech się 

pan czuje jak u siebie, monsieur. Excusez-moi.

Kieron stał i patrzył no niebo. Było naprawdę bardzo piękne. Nigdy dotąd nie zdawał 

sobie   w pełni   sprawy,   jak   piękne   są   te   odległe   punkciki   światła,   zawieszone 
w nieznanym, które ludzie zwą firmamentem.

Nagle zaczął się śmiać. Zaczął się śmiać, bo właśnie odkrył, że własny los nie jest 

mu już obojętny. Jeszcze niedawno było mu wszystko jedno, czy umrze, czy będzie żyć. 
Teraz   wiedział,   że   bardzo   chce   żyć.   Chce   patrzeć   na   niebo   w pogodną   noc.   Chce 
budować balony i inne maszyny powietrzne. Chce trzymać Petrinę w ramionach i kochać 
się z nią. Patrzeć, jak rośnie jego syn... Żyć... Tworzyć i pamiętać... Cierpieć i cieszyć 
się... Żyć!

Śmiał się głośno i nieopanowanie. Może to wino tak podziałało – pomyślał, czując 

żar w piersi. Nie jestem przyzwyczajony do francuskiego wina. Ale wiedział, że to nie 
wino. To jest... to jest... Cóż to jest? Siła życia! Oto najlepsze określenie. Właśnie je 

background image

wynalazł.   Siła   życia.   Ta   siła,   która   wyciąga   z ziemi   plony   i kwiaty,   daje   płodność 
kobietom i sprawia, że mężczyźni – niektórzy mężczyźni – podnoszą oczy ku gwiazdom.

– Pewnego dnia – powiedział Kieron patrząc na Syriusza, najjaśniejszą ze wszystkich 

gwiazd – dzieci moich dzieci spróbują do ciebie dotrzeć. Niech ci się nie wydaje, że 
jesteś poza zasięgiem człowieka.

Znów się roześmiał na myśl, jak to mały francuski stateczek znalazł go pośrodku 

morza, jak przypadek uratował go od śmierci.

– Na Młotek Świętego Chłopca! – chichotał. – Astrolog Marcus jeszcze zawstydzi 

wszystkich niedowiarków!

Kapitan Girod siedząc w kabinie nad mapami słyszał te dzikie wybuchy śmiechu. 

Wzruszył  ramionami. Wiadomo, że Anglicy zawsze byli  trochę postrzeleni. A ten tu, 
który samotnie rzucił wyzwanie uzbrojonej flocie, musi być mocno stuknięty.

background image

Rozdział piętnasty

Kapitan   Girod   dotrzymał   słowa.   Doprowadził   „Marie-France”   do   południowego 

brzegu wyspy brytyjskiej niemal dokładnie trzy kilometry na wschód od Little Hampton. 
Gwiazdy gasły, a niebo jaśniało, kiedy Kieron przesiadł się z francuskiego kutra na swoją 
małą łódkę, żeby powiosłować do brzegu.

–  Monsieur  –   powiedział   kapitan   Girod   –   sprawił   nam   pan   zaszczyt   swoim 

towarzystwem.   Proszę   przyjąć   ten   mały   podarek   i mile   nas   wspominać.   –   Podał 
Kieronowi butelkę  eau de vie. – Mam nadzieję, że pewnego dnia nasze narody zaczną 
znów ze sobą współpracować. Wypije pan za to?

– Wypiję. Kapitanie Girod, uratował mi pan życie, a ja nie mam dla pana żadnego 

prezentu.

–  Monsieur  Kieron,   dostatecznie   nas   pan   już   obdarował.  Merde,   alors.   To   było 

formidable. Un homme du ciel contre les bateaux de l’Amiral Mort. Będziemy opowiadać 
o tym   naszym   wnukom.   Dostaliśmy   od   pana   prezent.  Soyez   tranquille.   Wszystko 
w porządku.

– Mam jeszcze jedną prośbę, kapitanie. Dajcie mi olej i coś na rozpałkę.
– Pourquoi? Nie może pan dokonać ataku tą małą łódką.
– Nie, monsieur. Chcę ją spalić po wylądowaniu. Służyła mi wiernie. Nikt inny nie 

będzie jej używał.

– Rozumiem, monsieur Kieron.
Przyniesiono mu dużą butlę oleju, trochę szmat i zapalony kaganek. Kieron osłonił 

go starannie, żeby wiatr nie zgasił płomienia.

– Do widzenia, kapitanie, i dziękuję. Szczęśliwej drogi do domu.
– Bonne chance, monsieur. Jesteśmy pełni podziwu dla pańskiej odwagi. Pański czyn 

nie pójdzie w zapomnienie.

Kieron skierował się do brzegu. Widział go jak przez mgłę, ale miał wrażenie, że jest 

całkiem  wyludniony.   Była   lekka  fala,   lecz  pomagał   mu   przypływ.  Gdy  wziął  się  do 
wioseł, „Marie-France” zawróciła wolno i rozpłynęła się jak duch w poświacie brzasku.

Nim zdążył  dotrzeć na plażę, rąbek słońca wzniósł się już nad horyzont.  Kieron 

wyciągnął łódkę z wody. Z prawdziwą przyjemnością poczuł miękki piasek pod stopami. 
Sam się zdziwił, że sprawia mu to aż taką radość – zapewne dlatego, iż nie spodziewał 
się już stąpać po twardym lądzie.

Rozejrzał   się   na   obie   strony.   Wybrzeże   było   całkiem   puste.   Usiadł,   przesypując 

piasek z ręki do ręki. Naszło go dziwne uczucie osamotnienia. Miał wrażenie, że jest 

background image

ostatnim człowiekiem na ziemi.

Po jakimś czasie wrócił do rzeczywistości. Kaganek wciąż się palił. Złożył szmaty na 

kupkę i rozejrzał się za jakimiś szczątkami rozbitych statków. Znalazł kilka połamanych 
wręg,   niezbyt   dużych,   w sam   raz   na   niewielkie   ognisko.   Oblał   wszystko   olejem 
i podstawił świeczkę pod nasycone szmaty. Płomienie buchnęły wysoko. Przez chwilę 
stał   grzejąc   się   przy   ogniu,   gdyż   dopiero   teraz   poczuł,   jaki   jest   zziębnięty.   Potem 
przypomniał   sobie,   po   co   rozpalił   ognisko.   Odwrócił   „Zemstę   Alyx”   do   góry   dnem 
i kopniakami wgniótł do środka cienkie deseczki. Potem podniósł wrak łódki i rzucił go 
w ognisko.   Posypały   się   iskry.   Mokre   drewno   skwierczało   i trzeszczało,   parowało 
i dymiło. W końcu buchnęło ogniem i „Zemstę Alyx” pochłonął ten sam żywioł, którym 
zniszczyła ona statki Admirała śmierci.

Kieron czekał, aż szczątki łodzi zamienią się w żar, a tymczasem słońce wzeszło już 

nad horyzont.  Patrzył  na jarzący się popiół  i na zwęglone  kawałki  drewna. Niedługo 
dosięgnie   je   przypływ   i zmyje   ślady   łódki   na   zawsze...   To   też   był   rodzaj   stosu 
pogrzebowego.

Nadszedł   jednak   czas   powrotu   do   żywych.   Niebo   było   błękitne   i zapowiadał   się 

kolejny piękny dzień. Kieron uznał, że najwyższa pora udać się w głąb lądu, żeby nie 
natknąć się przypadkiem na jakichś piratów będących od świtu na nogach. Spojrzał na 
zachód, na plażę i na morze, lecz nie dostrzegł ani śladu ludzi czy statków – co nie 
świadczyło o niczym, ponieważ Little Hampton leżało za zakrętem.

Kieron  zszedł  z brzegu  na pola  i wrzosowiska, mijając  ruiny kilku  opuszczonych 

domostw.   Unosił   się   nad   nimi   zapach   dymu;   wyglądało,   że   przeszła   tędy   śmierć. 
Niewątpliwie padły ofiarą odwiedzin piratów.

Chociaż łatwiej byłoby skierować się bezpośrednio do Arundel, Kieron uznał to za 

nierozważne.   Po   pogromie   z nieba   Admirał   śmierć   mógł   wkroczyć   na   ląd   szukając 
zemsty na tych, którzy odważyliby się wprowadzić na nowo do swoich zrujnowanych 
domów. O wiele lepiej zadać sobie trud pójścia okrężną drogą przez pola i lasy, żeby 
dotrzeć do Udręki od wschodu lub północy.

Wprawdzie Kieron nie dał się namówić na drzemkę na pokładzie „Marie-France”, ale 

dał się przekonać, że należy coś zjeść. Kapitan Girod poczęstował go chlebem, pieczenia 
i normandzkim serem. Jednakże było to dobrych parę godzin temu i teraz głód znów 
zaczął mu dokuczać. Nie miał nic do jedzenia, ale miał butelkę eau de vie. Odkorkował ją 
i pociągnął spory łyk. Płyn rozlał mu się żarem po ciele i zabił skurcze głodu, a przy tym 
wcale nie stępił mu ostrości widzenia. Przeciwnie, wzmógł jakby jasność myśli i dodał 
energii.

Kieron przemierzał łąki i pastwiska z mieczem w jednej a butelką w drugiej ręce. Od 

background image

czasu do czasu podśpiewywał sobie, od czasu do czasu pociągał łyk. Cały czas rozglądał 
się za śladami ludzkiej obecności, ale świat zdał się wymarły. Może nie był to wcale 
smutny żart, że jest ostatnim człowiekiem na ziemi.

Widział   już   wieże   i blanki   zamku   Arundel.   Nie   dostrzegł   wprawdzie   żadnych 

wyraźnych oznak życia, ale postanowił okrążyć zamek od wschodu i skierować się na 
północ. Był zmęczony do granic wytrzymałości i bardzo chciało mu się pić. Nawet eau 
de vie
 nie ratowała go już przed głodem.

Był  ciepły,  słoneczny ranek. Pogoda mu sprzyjała. Jak przyjemnie byłoby usiąść 

i odpocząć  chwilę.  Czuł   nieodpartą  pokusę,  żeby  tak  zrobić,   ale   w porę  przypomniał 
sobie,   że   bezpiecznie   odpocznie   jedynie   w Udręce,   najlepiej   w ramionach   Petriny. 
Z wielkim wysiłkiem szedł więc dalej. Przy odrobinie szczęścia i rozsądnym rozłożeniu 
sił może uda mu się dojść tam przed upływem dwóch godzin.

Minęło już południe, kiedy dotarł do obozu. Zbliżył się od północy zdziwiony, że nie 

zatrzymała go żadna warta ani strażnicy. Kentigern zaniedbuje widać podstawowe środki 
ostrożności.

Kieron   czuł,  że   brak  mu  sił.   Miał  mętny  wzrok,  kręciło  mu   się  w głowie,  szedł 

niepewnym   krokiem.   Z braku   żywności   opróżnił   butelkę  eau   de   vie  daną   mu   przez 
kapitana  Girod.  Ale  jego  umysł  nadal  funkcjonował,  choć   na  zwolnionych   obrotach. 
Kiedy znalazł się na skraju polany, stanął chwiejnie patrząc z wielkim zdumieniem na to, 
co   się   dzieje.   Zobaczył   niewielu   ludzi,   a wśród   nich   sporo   obcych.   Wszyscy   byli 
niesłychanie   zajęci   pakowaniem   w tobołki   swoich   rzeczy   i ładowaniem   ich   na   wozy 
konne i na ręczne wózki.

Kentigern był na miejscu nadzorując ładowanie wozów. Petrina też tam była. Tak ich 

pochłaniała praca, że nawet go nie zauważyli. Postąpił kilka chwiejnych kroków. Petrina 
pierwsza odwróciła głowę.

– Kieron! Kieron! Mój ukochany!  Wiedziałam,  że żyjesz! – Podbiegła do niego, 

wzięła go w ramiona, podtrzymała, obsypała pocałunkami. – Wiedziałam, że wrócisz. 
Mówili, że spadłeś do morza z wielkiej wysokości. Ale ja wiedziałam, że wrócisz.

Wybacz mi, jestem pijany – to wszystko, co zdołał wykrztusić. – Nie miałem co jeść. 

Wypiłem butelkę eau de vie. Wybacz mi.

Wśród ludzi podniósł się głośny gwar, – Kieron! Wrócił „Zdobywca przestworzy”! 

Kieron tu jest! Niech Ludd ma nas w swojej opiece, Kieron powstał z martwych!

Podszedł do niego Kentigern. Kieron czuł, jak uginają się pod nim kolana, ale Petrina 

podtrzymała go, dodała mu sił.

– Co to znaczy?  – zapytał  chrapliwie.  – Gdzie  reszta naszych?  Co to za ludzie, 

których nie znam? Co się dzieje? – Podniósł miecz, który nadal trzymał; miecz, którym 

background image

niemal się zrósł. Kentigern powiedział:

–   Uspokój   się,   Kieronie.   Możesz   już   odłożyć   broń.   Walka   skończona.   To   są 

niewolnicy, którzy uciekli z rozbitych statków Admirała Śmierci. Pomagają nam teraz 
wrócić do domów... Nie sądziłem, że uda ci się uratować. Widzieliśmy przez lunetę, jak 
z dużej   wysokości   spadłeś   do   morza.   –   Wzruszył   ramionami.   –   Ale   ty   widocznie 
potrafisz wywieść w pole samego diabła.

– To nie byłem ja. To Alwin.
– Ach tak...  Twój  przyjaciel  Alwin też  miał  w sobie  mężnego  ducha... Kieronie, 

zbiegli niewolnicy mówią, że spaliłeś pięć statków, a Admirał Śmierć stracił nogę i jest 
teraz bliski stanu, który sławi jego imię. Piraci odpłynęli z Little Hampton. Nie wiedzieli, 
że jest tylko jeden rekin przestworzy... Wracamy więc do domów, Kieronie. Odbudujemy 
miasto i podejmiemy środki ostrożności, żeby nie powtórzyła się podobna tragedia. Co ty 
na to?

– Cieszę się – zdołał wykrztusić Kieron. – Zamieszkamy w domu mistrza Hobarta i, 

żeby   sprawić   przyjemność   pewnemu   astrologowi,   spłodzę   trzech   synów.   –   I mimo 
wysiłków Petriny padł zemdlony.

Ludzie okrążyli ich ciasnym kołem, patrząc, jak Petrina podnosi mu głowę i przytula 

do piersi.

– Spójrzcie na tego oto chłopca – powiedział Kentigern. – Ma zaledwie osiemnaście 

lat i uważano go za głupca, a on nas ocalił. Ja, Kentigern, klękam przed nim. I niech 
każdy, kto nie ma się za lepszego od niego, pójdzie moim śladem.

Mieszkańcy Udręki uklękli przed Kieronem. A potem zrobili mu posłanie na jednym 

z wozów. Petrina leżała przy nim, głaszcząc go po włosach. Wyprzęgnięto konie z wozu 
i dziesięciu mężczyzn pociągnęło ich do domu mistrza Hobarta.

background image

Rozdział szesnasty

W  ciągu najbliższych  dni każdy mężczyzna,  kobieta  i dziecko,  którzy wrócili  do 

miasta Arundel, pracowali od świtu do nocy i jeszcze dobrze po zmierzchu. Trzeba było 
naprawić ściany,  drzwi, okna a nawet dachy domów; znaleźć lub zrobić nowe meble 
i wyposażenie;   zdobyć   żywność;   wyprodukować   narzędzia   i broń;   opatrzyć   chorych 
i rannych; rozpocząć prace przy odbudowie zamku.

Kentigern, w braku innych upoważnionych osób, wziął na siebie odpowiedzialność 

za   seniorat.   Rozesłał   gońców   na   wschód   i na   zachód,   żeby   się   przekonać,   czy   flota 
Admirała Śmierci opuściła południowe wybrzeże Anglii, czy tylko wycofała się dalej od 
miejsca   ataku   ognistego   balonu.   Wysłał   posłańców   do   Londynu,   aby   zawiadomili 
wielkich seniorów o wyniku, jaki przyniósł plan Kierona. Zorganizował ludzi w grupy, 
które   sprzątały   z ulic   cuchnące   zwłoki   piratów,   naprawiały   mury   i płoty,   szukały 
zbłąkanego bydła, żęły późną kukurydzę z pól, polowały na jelenie, bażanty, zające.

Pierwszego dnia po powrocie Kieron był jedynym  mężczyzną w senioracie, który 

wypoczywał. Dom mistrza Hobarta niewiele ucierpiał i niewiele było przy nim roboty. 
Mężczyźni cicho wstawili mu podczas snu nowe drzwi i nowe okno, kobiety przyniosły 
z zamku od Kentigerna piękny brokat na zasłony, a dzieci usłały próg pękami polnych 
kwiatów, jakby to była świątynia.

Kieron spał przez cały dzień i całą noc. Nazajutrz rano obudził się wypoczęty, bardzo 

głodny   i pełen   młodzieńczej   energii.   Czekało   już   na   niego   śniadanie,   godne   seniora: 
owsianka ze śmietanką i miodem, piersi bażanta na zimno z piklami, świeżo upieczony 
chleb,   konfitury   z truskawek   i butelka   złocistego   wina   zwanego   reńskim,   przysłana 
z zamkowych piwnic z pozdrowieniem od Kentigerna.

Kieron   zjadł   wszystko  z apetytem,  wypił  pół   butelki   wina,  przyciągnął   do  siebie 

Petrinę i pogłaskał ją po włosach.

– Żyję – powiedział z nutą niedowierzania. – Mimo wszystko żyję.
– I musisz pożyć jeszcze przez jakiś czas – odparła Petrina – jeżeli chcesz dotrzymać 

przyrzeczenia.

– Jakiego przyrzeczenia?
– Że spłodzisz trzech synów. – Roześmiała się. – Choćby po to, aby uwierzytelnić 

słowa astrologa Marcusa.

– Dotrzymam obietnicy – zapewnił ją. – Potrzeba mi synów. Nie starczy mi samemu 

sił, żeby na nowo zdobyć przestworza.

Petrina spochmurniała.

background image

– Nie uśmiechniesz się do mnie? – spytał. – Dawniej bawiły cię niezwykłe pomysły 

„Kierona z głową w chmurach”.

– Myślałam, że to tylko mrzonki. Nie znałam strasznej prawdy.
Pocałował ją.
– Bądź dobrej myśli, Petrino. Przecież wróciłem, tak czy nie?
– Tak.
– I zawsze będę wracać. Mimo że niebo to mój prawdziwy żywioł.
Uśmiechnęła się smutno.
–   Twój   prawdziwy   żywioł...   Musisz   wiedzieć,   że   mnie   to   przeraża...   Ale   cóż, 

pozostaje mi jedynie pogodzić się z losem. I tak mam szczęście, że jesteś mój... Nikt cię 
już nie nazywa „Kieronem z głową w chmurach”, wiesz?

– A jak mnie nazywają?
–   Zdobywcą   Przestworzy.   Odkąd   twoje   dziecięce   marzenie   przerodziło   się 

w rzeczywistość,   nikt   się   już   nie   śmieje.   Wszyscy   są   z ciebie   dumni.   Pytają   o twoje 
zdrowie. Pytają, co Zdobywca Przestworzy ma zamiar dalej robić.

Kieron roześmiał się.
– Nietrudno odpowiedzieć na to pytanie. Teraz kiedy się już wyspałem i nacieszyłem 

żoną, pójdę pomóc przywracać nasze miasto do życia.

–   Nie   dziw   się   reakcjom   ludzi   na   twój   widok!   –   krzyknęła   za   nim   Petrina.   – 

Niektórzy nawet myślą, że powstałeś z martwych.

Był  ciemny,  pochmurny ranek, ale ciepły.  Na High Street wrzała praca. Cieślom 

i tynkarzom robota paliła się w rękach, kobiety czyściły stopnie kredą i zmywały wodą 
chodniki. Gdzie nie spojrzał, widział ożywione wysiłki, żeby doprowadzić miasto do 
takiego stanu, jakby nigdy nie było tu piratów.

Okazało się, że wszyscy witają go z wielkim szacunkiem. Mężczyźni dwakroć starsi, 

którzy   poprzednio   skwitowaliby   go   wzruszeniem   ramion   albo   protekcjonalnym 
uśmieszkiem, teraz dotykali kapeluszy i zwracali się do niego „panie” lub „mistrzu”. Jego 
rówieśnicy,   z którymi   zwykł   był   przekomarzać   się   i żartować,   patrzyli   na   niego 
z podziwem i starali się przed nim popisać. Nikt się jakoś nie kwapił do korzystania 
z jego   pomocy.   Kieron   czuł   się   samotnie   i nieswojo.   Bardzo   się   ucieszył   na   widok 
Kentigerna, który robił obchód, nadzorując pracę.

– Jak widzę, Kentigern, miasto szybko wraca do życia Czy są jakieś wiadomości 

o piratach?

–   Tak,   mistrzu   Kieronie,   mam   wiadomości.   Lepsze   nawet,   niż   się   można   było 

spodziewać. Admirał Śmierć niedługo pożył po waszym ataku. Umarł w męczarniach, 
jak mi doniesiono, na statku pirackim u wybrzeży Isle of Wight. Wraz z jego śmiercią 

background image

przestało  istnieć  dowództwo piratów.  Pokłócili  się. Niewolnicy podnieśli  bunt. Jedne 
statki   zaczęły   strzelać   do   drugich.   Ale   co   ważniejsze,   wszyscy   opuścili   te   strony.   – 
Uśmiechnął się szeroko. – Z pewnością historia o podniebnym rekinie przerosła samą 
siebie, w miarę jak podawano ją z ust do ust. Skąd mogli wiedzieć, czy podobny straszny 
pogrom się nie powtórzy?

– To znaczy – rzekł Kieron – że „Zemsta Alyx” zasłużyła na swoją nazwę.
– W całej pełni – przyznał Kentigern. – Zazdroszczę wam, panie. Panienka Alyx 

Fitzalan została pomszczona jak należy.

Kieron nie wiedział co odpowiedzieć.
– To była zemsta nie tylko za nią, sami rozumiecie.
Mistrzu   Kieronie,   nie   mówmy   już   o tym.   Pewnych   rzeczy   lepiej   nie   poruszać... 

Przejdźmy do spraw bieżących. Przejrzałem księgi rodowe, których na szczęście piraci 
nie zniszczyli.  Gdzieś w Ameryce  żyje  niejaki senior Howard, który zapewne będzie 
dziedziczył po seniorze Fitzalanie. Ale dopóki to nie nastąpi, i dopóki senior Howard nie 
wróci na wyspę, czy zgadzacie się, abym nadal pełnił obowiązki rządcy zamku i władcy 
senioratu?

Kieron był zmieszany.
– Nie potrzebujecie mojej zgody.
Kentigern roześmiał się.
–   Mistrzu   Kieronie,   wybaczcie,   ale   w sprawach   praktycznych   nadal   jesteście 

głupcem. Nie ja uratowałem seniorat, ale wy. Ludzie pójdą za wami choćby do piekła. 
Jeżeli chcielibyście przejąć na siebie ciężar zarządzania, to bardzo proszę. Jest niemały 
i chętnie się go pozbędę.

– Nic się na tym nie znam – odparł Kieron pospiesznie. – Z chęcią oddaję się pod 

wasze rozkazy.

– Przyjmuję to z prawdziwą ulgą – wyznał Kentigern. – Gdyby ludzie nie wiedzieli, 

że   zaakceptowaliście   moją   władzę,   z pewnością   wynikłyby   kłopoty.   Przeciw 
prawdziwemu   seniorowi   nikt   by   nie   oponował,   ale   przeciw   zarządcy...   –   Wzruszył 
ramionami.

– Oto więc moja ręka – powiedział Kieron.
–   Przyjmuję   ją   z wdzięcznością   i przyjaźnią   –   Kentigern   wyciągnął   dłoń.   –   Co 

będziecie teraz robić, mistrzu Kieronie, kiedy nie ma już piratów? Dopóki senior Howard 
się nie pojawi, albo dopóki Wielka Rada nie wyznaczy nowego seniora, niewiele będzie 
tu pracy dla malarza.

– Nie mam zamiaru zajmować się malarstwem, chyba że dla własnej przyjemności.
Kentigern w zamyśleniu potarł podbródek.

background image

–   A więc   moje   zadanie   jest   tym   łatwiejsze...   Prawem   urzędu,   który   piastuję   do 

odwołania, jako władca senioratu Arundel w zastępstwie nieżyjącego seniora Fitzalana 
i jego   spadkobierców,   mianuję   was,   mistrzu   Kieronie,   synu   stolarza,   Strażnikiem 
Wybrzeża i Kapitanem Służby Powietrznej, z pensją tysiąc szylingów rocznie za każde 
z tych   stanowisk,   płatną   kwartalnie...   Czy  dwa   tysiące   szylingów   wystarczy   wam   na 
utrzymanie rodziny, Kieronie?

Dwa tysiące szylingów! To książęca zapłata! Kieron nigdy nie widział takiej sumy. 

Jego ojcu przez całe życie nie udało się zarobić więcej niż dwieście szylingów rocznie. 
Kieron był całkiem oszołomiony.

–   Dwa   tysiące   szylingów   to   więcej,   niż   mógłbym   kiedykolwiek   zamarzyć   – 

wykrztusił. – Ale co mam robić za te pieniądze?

– Ależ człowieku, masz budować balony! Cóżby innego? Masz zadbać o to, żebyśmy 

już  nigdy  nie  ucierpieli  od  rozbójników  morskich.   Masz  bronić   nas  przed  seniorami 
z sąsiedztwa, bo wraz ze śmiercią seniora Fitzalana z pewnością znajdą się tacy, którzy 
będą łakomym okiem spoglądać na Arundel. Jak wiesz, prawo jest zwykle po stronie 
silniejszego. No i cóż, Kieronie, będziecie nas bronić?

– Najlepiej jak umiem.
Kentigern roześmiał się serdecznie.
– To dostateczna gwarancja. Przez całe lata samo wasze imię będzie więcej warte niż 

stu   uzbrojonych   konnych...   Oczywiście   seniorat   pokryje   koszty   broni,   materiałów 
i potrzebnych wam towarów. Ludzie będą szkoleni według waszych wskazówek. Czy to 
wam odpowiada?

– W zupełności – powiedział Kieron słabym głosem.
– No to idźcie do domu, przyjacielu, i sporządźcie stosowne plany. Przyślijcie mi 

wykaz potrzebnych wam ludzi i sprzętu. Mamy być niezwyciężeni i koniec.

background image

Rozdział siedemnasty

Po raz drugi obudził Kierona miecz przytknięty do piersi. Petrina leżąca u jego boku 

wrzasnęła na widok tego, co ujrzała przy świetle latarni w szarym brzasku wkradającym 
się przez okno. Zobaczyła dwóch uzbrojonych mężczyzn w strojach ozdobionych herbem 
Wielkiego Inkwizytora Kościoła Luddystów. Jeden z nich trzymał latarnię, drugi miecz.

– Czy to ty jesteś Kieron, syn stolarza, do niedawna terminator mistrza Hobarta, 

malarza?

–   Tak,   to   on   –   powiedziała   ciemna,   zakapturzona   postać   stojąca   przy   drzwiach. 

Kieron poznał głos brata Lemuela.

–   Milcz,   bracie   –   powiedział   mężczyzna   z mieczem.   –   Zrobiłeś,   co   do   ciebie 

należało. Pozwól mu mówić za siebie.

Petrina rozpaczliwie skrywała swą nagość – noc była gorąca i pełna namiętności. 

Kieron próbował zebrać myśli i skupić się. Spojrzał na herb na pelerynach: wyszyty złotą 
nicią młotek na lazurowym polu wznoszący się nad symbolicznymi płomieniami.

– Ty jesteś Kieron, syn stolarza? Mów, bo rozwiążę ci język.
– Ja jestem Kieron, syn stolarza.
– Ubieraj się szybko. Masz się niezwłocznie stawić w wielkim hallu na zamku.
– A moja żona?
– Nie mamy żadnych instrukcji co do twojej żony. Pospiesz się, człowieku! Święty 

Kościół nie lubi czekać.

– Za jaką przyczyną nachodzicie nas po nocy?
– Zaraz się dowiesz, jeżeli dotąd nie wiesz. Szybciej!
Kieron pocałował Petrinę.
– Nic się nie martw, moja kochana. Nie obrażaj ich. Kentigern wyjaśni to bzdurne 

nieporozumienie, zapewniam cię.

Wyskoczył   z łóżka   i ubrał   się.   Petrina   dygotała   pod   kocem,   tłumiąc   łkanie 

i przeklinając swoją nagość. Kiedy Kieron był gotów, miecz wymierzono mu w brzuch 
i skrępowano z tyłu ręce.

– Petrino, droga siostro – odezwał się brat Lemuel przymilnym tonem – czy w tym 

czasie ciężkiej próby nie łakniesz pociechy Świętego Kościoła?

Petrina podniosła głowę.
–   Zejdź   mi   z oczu!   –   zasyczała.   –   Idź   sobie   lepiej   mamić   dzieciaki!   Po   dniu 

dzisiejszym żadna kobieta w senioracie nie spojrzy na ciebie, żeby nie splunąć.

Kieron roześmiał się. Ucieszył go hart ducha małżonki. W odpowiedzi dostał pięścią 

background image

w zęby od człowieka z latarnią. Z warg pociekła mu krew, poczuł słony smak na języku.

–   Panie,   zapamiętam,   że   uderzyliście   związanego.   Przyjdzie   chwila,   że   się 

policzymy.

Mężczyzna zarechotał.
– Tak, tak, przyjdzie taka chwila, mistrzu Kieronie. Kiedy płomienie buchną w górę, 

wtedy będziemy się liczyć. Naprzód marsz!

Wyprowadził Kierona na ulicę. Na zewnątrz czekała grupka uzbrojonych mężczyzn. 

Otoczyli  go, jakby z obawy,  że mieszkańcy  miasta  porwą  się, żeby go uwolnić.  Ale 
słońce jeszcze nie wzeszło i wszyscy spali po dniu ciężkiej pracy. Ktokolwiek uknuł ten 
spisek, dobrze go wymyślił.

Samopoczucie  Kierona z każdym  krokiem się poprawiało. Z pewnością Kentigern 

ma dostateczną władzę, żeby położyć kres tej niedorzeczności.

W zamku siły Wielkiego inkwizytora ujawniły się w całej pełni. Kieron zobaczył 

dwóch żołnierzy pilnujących bramy, a na dziedzińcu stało dziesięć lub więcej koni, po 
których znać było niedawną ciężką podróż.

Kierona   zaprowadzono   do   hallu   zamkowego,   gdzie   paliły   się   lampy   i ogień   na 

kominku   i gdzie   czekał   na   niego   brat   Hildebrand   w towarzystwie   przedstawicieli 
Wielkiego Inkwizytora. Był tam również Kentigern. Kieron ze zdumieniem zobaczył, że 
i on ma związane ręce.

–   Dzień   dobry,   Kieronie   –   powiedział   brat   Hildebrand.   –   Widzisz   do   czego 

przywiodła cię twoja uporczywa herezja.

– Dzień dobry, bracie – odparł Kieron zgryźliwie. – Nic dziwnego, że mając takie 

zadanie przychodzicie po nocy jak złodzieje.

Żołnierz, który uderzył go w sypialni, znów wymierzył mu cios. Kieron zatoczył się.
– Zapamiętam sobie twoją odwagę, człeku – zazgrzytał zębami. – Módl się, żeby 

mnie   nigdy   nie   rozwiązano.   –   Zwrócił   się   do   Kentigerna.   –   Czy   nie   wystawiliście 
wartowników?

Kentigern uśmiechnął się ze smutkiem.
– Nie mieli polecenia, żeby strzec nas przed Kościołem luddystów, Kieronie. Bardzo 

żałuję tego błędu. Piraci uderzyli w nas przynajmniej jako wrogowie. Ci tutaj mianują się 
przyjaciółmi.

– Będziemy się za was modlić – powiedział brat Hildebrand. – Niech się spełni wola 

Ludda. Cokolwiek się stanie, zbawimy przynajmniej wasze dusze.

– Mając takich przyjaciół – rzekł Kieron – nie potrzeba nam już wrogów.
– Cisza!
Na środek wystąpił mężczyzna w habicie nedyty, ale ze srebrnym łańcuchem wokół 

background image

szyi,  z którego zwisał złoty młoteczek.  W ręku trzymał  zwój, który rozwinął i zaczął 
czytać:

– „Ja, Xavier, Wielki Inkwizytor Świętego Kościoła Luddystów polecam Luddowi 

w opiekę dusze Kierona, terminatora mistrza Hobarta, malarza i Kentigerna, zarządcy 
seniora Fitzalana z senioratu Arundel, i nakazuję sługom Kościoła, aby dostarczyli ich 
bezzwłocznie do Świętego Kolegium imienia Neda Ludda w mieście Londynie, gdzie 
będą sądzeni za rozliczne herezje i zdradę. Zgodnie z moim życzeniem nasz drogi brat 
Constant,   Sługa   Inkwizycji,   ma   zadbać,   aby   cało   i zdrowo   stanęli   przed   trybunałem, 
któremu   przewodniczyć   będzie   Wielki   Inkwizytor,   wydając   wyrok   po   wysłuchaniu 
świadków i po naradzie z dziesięcioma Sługami Inkwizycji”.

Kentigern zaśmiał się z goryczą.
– Chcą nas spalić, Kieronie. To zabawne, nieprawdaż? Wy zniszczyliście  potęgę 

piratów swoim balonem, ja wam w tym nieco pomogłem, a oni chcą nas spalić. Bardzo 
zabawne, choć należało się tego spodziewać.

– Do stu Młotków, chciałbym wiedzieć, jakby nas spalili, gdyby rozprawa odbyła się 

w naszym senioracie.

–   Do   stu   Młotków,   Kieronie,   macie   całkowitą   rację!   –   wykrzyknął   Kentigern. 

Zwrócił się do Sługi Inkwizycji, Constanta, który właśnie skończył odczytywać papirus. 
–   Odwieczne   prawo,   przysługujące   wszystkim   ludziom,   mówi,   że,   oskarżeni 
o jakiekolwiek  przestępstwo, łącznie  z herezją, mogą  na własne życzenie  być  sądzeni 
w swoim senioracie w obecności swoich ziomków.

Constant zaśmiał się nieprzyjemnie.
– To prawda, że każdy ma prawo być sądzony we własnym senioracie. Ale najpierw 

musi   wyrazić   takie   życzenie   w obecności   swojego   seniora.   Wy   nie   macie   seniora... 
Święty   Kościół,   jak   zawsze,   działa   w ramach   prawa   i ściśle   tego   przestrzega.   Mamy 
przed  sobą  długą  drogę.  Czy  pojedziecie   dobrowolnie,   czy  też  moi  ludzie   mają  was 
obezwładnić i rzucić na wóz?

Kieron i Kentigern spojrzeli na siebie z konsternacją.
– Lepiej jechać dobrowolnie – powiedział Kieron. – Człowiek przytomny zachowuje 

przynajmniej godność.

– Zakneblujcie im usta – zarządził Constant. – Musimy wyjechać przed świtem, bo 

jeszcze tutejsi skołowani i sprowadzeni na manowce ludzie gotowi nam przeszkodzić.

Kieronowi   i Kentigernowi   zawiązano   usta.   Potem   w towarzystwie   eskorty 

uzbrojonych mężczyzn wyprowadzono ich na dziedziniec zamkowy, gdzie czekały już 
osiodłane konie.

Kieron   spojrzał  z nadzieją   na  niebo,   ale   chmury  wisiały  nisko,  zwiastując  późny 

background image

brzask. Zanim ludzie wstaną i zorientują się w sytuacji, oddział konny będzie już daleko. 
Pomyślał o Petrinie. Kiedy wypchnięto go z sypialni, brat Lemuel się stamtąd nie ruszył, 
a przy drzwiach domu też zostawiono straż. Miał nadzieję, że nic jej się złego nie stanie. 
Ale   to   będzie   dla   niej   straszne   żyć   przez   resztę   życia   jako   wdowa   po   mężczyźnie 
spalonym za herezję. No i co z dzieckiem... Co będzie czuł syn Zdobywcy Przestworzy, 
kiedy dorośnie i zrozumie, jaki los spotkał jego ojca?

– Usadźcie ich dobrze na koniach – powiedział Constant. – Będziemy jechać szybko. 

Odpowiadam   za   ich   bezpieczeństwo   i nie   życzę   sobie   tłumaczyć   się   przed   Wielkim 
Inkwizytorem, jeżeli skręcą kark. Poza tym  – zaśmiał się – mogą się jeszcze okazać 
niewinni.

Żołnierz   pomagający   Kieronowi   dosiąść   konia   chrząknął,   zakaszlał,   otworzył 

szeroko oczy ze zdumienia i upadł na ziemię. W półmroku Kieron zobaczył sterczące mu 
z pleców drzewce strzały.

– Niech nikt się nie waży ruszyć – odezwał się głos. – Chyba że chce podążyć za 

swoim towarzyszem w zaświaty.

– Na koń! – krzyknął Constant. – Wszyscy na koń! Odjeżdżamy!
Dwóch ludzi spróbowało na siłę posadzić Kierona w siodle. Obaj zginęli.
Sługa Inkwizycji  Constant stał nieruchomo wpatrując się w półmrok i nie widząc 

nikogo. Podobnie reszta jego ludzi.

– Ty, który jesteś schowany w cieniu! – zawołał Constant – wiedz, że jestem Sługą 

Inkwizycji w służbie Wielkiego Inkwizytora i że zgodnie z prawem biorą tych mężczyzn, 
żeby w jego obecności zdali sprawę ze swoich uczynków! Sprawiedliwości musi stać się 
zadość.

– Ty, który nie jesteś ukryty w cieniu – odpowiedział głos – nie ruszaj się. I bądź 

spokojny, sprawiedliwości stanie się zadość. Liczę do trzech, kto nie rzuci broni, zginie. 
Raz... dwa... trzy...

Rozległ   się   szczęk   rzucanych   na   ziemię   mieczy,   sztyletów,   kusz   i strzał.   Kieron 

uradowany   rozejrzał   się   dokoła.   Jaśniało.   Mógł   już   dojrzeć   niewyraźne   sylwetki   na 
blankach,   mężczyzn   przycupniętych   przy   stajni,   mężczyzn   w bramie   stojących 
z napiętymi łukami.

– To bardzo rozsądne – powiedział głos. – Teraz możemy porozmawiać. – Z cienia 

wynurzył się mężczyzna – był to Isidor, a za nim dwóch innych, którzy rozcięli sznury 
krępujące Kierona i Kentigerna i wyjęli im kneble z ust.

– Przybyliście w samą porę – powiedział Kentigern.
– To zasługa pani Petriny – odparł z powagą Isidor. – Podobno zbiła  nocnik na 

głowie paplającego nedyty i przebrana w jego habit wymknęła się ze strzeżonego domu, 

background image

żeby wszcząć alarm.

Kieron wybuchnął śmiechem.
– Cud goni cud. Najpierw dwóch chłopców w balonie rozgromią flotyllę piratów, 

a teraz nocnik łamie potęgę Kościoła luddystów. Ludd, jak widać, nie zawsze stoi po 
stronie silniejszego.

Kentigern potarł nadgarstki i spojrzał na Sługę Inkwizycji, Constanta.
– Ten osobnik właśnie brał nas do Londynu na stos.
– Znamy ich plany – powiedział Isidor. – Jeden z nich mówił dużo i chętnie, gdy 

poczuł sztylet na gardle... Postanowiłem nie wprowadzać ludzi na teren zamku, bo nie 
wiedziałem, czy ci tutaj nie zabiją was w rozgardiaszu bijatyki.

– Bardzo słuszna decyzja. Ale oni by nie zabili. Ci krętacze lubią popełniać zbrodnie 

w majestacie   prawa.   –   Kentingern   zwrócił   się   do   żołnierzy   i oficerów   Kościoła 
luddystów,   których   ustawiono   w szereg.   –   Przyszliście   wykonać   swoje   zadanie   nie 
otwarcie, lecz po ciemku jak zwykli złoczyńcy. Nie ofiarowaliście się z pomocą, kiedy 
trzeba było wypędzić stąd najeźdźcę. Wasi przełożeni nie wykazali nadmiernej troski 
o los naszych kobiet i dzieci, bo mieli, jak się zdaje, ważniejsze sprawy na głowie, takie 
jak   demaskowanie   strasznego   spisku,   mającego   na   celu   zbudowanie   balonu.   Zawsze 
żywiłem szacunek dla Kościoła i jego nauk, choć czasem uważałem je za zbyt surowe. 
Ale   teraz   kiedy   widzę,   jak   Kościół   luddystów   dba   o swoje   owieczki,   powiem   bez 
ogródek, że nic tu po was w naszym senioracie, Na te słowa podniósł się głośny szum 
aprobaty. Kieron rozejrzał się. Było już prawie jasno. Miał wrażenie, że wszyscy dorośli 
mężczyźni,   a i wiele   kobiet,   zebrali   się   na   dziedzińcu   zamkowym.   Zobaczył   Petrinę 
i uśmiechnął się do niej.

Kentigern podszedł do Sługi Inkwizycji. Zerwał mu srebrny łańcuch z piersi, rzucił 

na ziemię złoty młoteczek i przydeptał go obcasem. Wyjął zwój z ręki Constanta i wolno 
podarł go na strzępy. Sługa Inkwizycji stał blady, nieruchomy, pewny, że nadeszła jego 
ostatnia godzina.

–   A więc   włodarzu  Pisma   Świętego,  słyszysz   teraz   głos   ludu,   wolnego   ludu 

z Arundel. Wielu z nas straciło żony, mężów, synów, córki, podczas gdy tacy jak wy 
medytowali nad szkodliwością heretyckich działań. Wątpię, aby choć jedna obecna tu 
osoba uroniła łzę, gdybyśmy przed śniadaniem powiesili kilkunastu luddystów.

Znów rozległ się huragan aprobaty.
– Ale przestańcie się trząść, szanowany Sługo Inkwizycji. Jesteśmy cywilizowanymi 

ludźmi... dopóki nie stanie się nam wielka krzywda. Możecie więc wrócić do swojego 
Wielkiego   inkwizytora   w Londynie   i przekazać   mu   nasze   podziękowanie   za   piękne 
konie, które nam przysłał, i za broń. Trochę to spóźniony prezent, ale trudno. Powiedzcie 

background image

też, że Kentigern żałuje, lecz postanowił pozostać zarządcą senioratu Arundel, dopóki nie 
zgłosi się prawowity dziedzic. A mistrz Kieron, syn stolarza, jest zbyt zajęty, żeby stawić 
się na rozprawę przeciwko herezji, został bowiem mianowany Strażnikiem Wybrzeża, 
Kapitanem   Służby   Powietrznej,   i,   właśnie   w tej   chwili;   Wszechmistrzem   Maszyn. 
Dodajcie wreszcie, że jeżeli wyśle przeciw nam swoje siły, jeżeli zjawi się tu jeszcze 
jakaś   misja   luddycka,   przywitamy   was   bezlitosnym   gradem   ognia   z nieba 
i z niszczycielskich maszyn, o których nie macie nawet wyobrażenia... Zapamiętasz moje 
słowa?

– Zapamiętam – zdołał wyszeptać Constant, choć ledwo go było słychać.
– Idźcie już. Za sześć godzin wyślę za wami psy i ludzi na koniach. Nie radzę, żeby 

znaleźli was jeszcze na terenie naszego senioratu. – Kentigern zwrócił się do tłumu. – 
Czy dobrze mówię?

– Na Młotek  Ludda – krzyknął  ktoś, i zaraz  się  poprawił  – na balon  Zdobywcy 

Przestworzy, dobrze mówicie! – Rozległ się śmiech i wesołe okrzyki.

– Ostatnia sprawa! – zawołał Kentigern. – Gdzie są ci, którzy sprowadzili na nas to 

robactwo?

Wypchnięto   do   przodu  dwóch   nedytów,   Lemuela   i Hildebranda.   Lemuel   miał   na 

sobie tylko pończochy i długi podkoszulek. Na głowie nosił ślady krwi a na twarzy wyraz 
głębokiego upokorzenia. Hildebrand wyglądał jak człowiek, który gotuje się na śmierć. 
Kentigern wbił w nich surowy wzrok.

– Moje serce nie znajduje dla was wybaczenia ani usprawiedliwienia dla waszych 

czynów.   Pochodzicie   z nas,   wasi   rodzice,   którym   przynosicie   wstyd,   wychowali   was 
w tym senioracie, widzieliście straszną klęskę i cierpienia, jakie nam zadano. A jednak 
z pobożnymi   słowy  na   ustach   chcieliście   wyrządzić   nam   jeszcze   większe   zło.   Niech 
zakują   wam   ręce   i nogi   w łańcuchy   na   okres   dwunastu   miesięcy.   Będziecie   spać   na 
słomie  w stajniach  i pracować  u każdego,  kto was zechce  zatrudnić.  Jeśli spróbujecie 
ucieczki, poszczujemy was psami. Dziękujcie waszemu Luddowi, że uszliście z życiem. 
Nasza sprawiedliwość jest mniej okrutna niż wasza. – Kentigern zwrócił się teraz do 
ludzi. – Przyjaciele, nie jestem waszym seniorem i wiele lat może upłynąć, zanim takowy 
się znajdzie. Ale zrobię co w mojej mocy dla tego senioratu. To wszystko co mam do 
powiedzenia.

– Niech żyje Kentigern! – krzyknął ktoś. – Nie chcemy pośród nas obcych. My was 

znamy i wy nas znacie. Niech podniosą rękę ci, co są za Kentigernem.

Pośród okrzyków i nawoływań podniósł się las rąk.
– No cóż – powiedział Kentigern wesoło – przegłosowaliście mnie, bo jestem zbyt 

tchórzliwy,   żeby   sprzeciwiać   się   woli   większości...   Nie   tak   dawno   temu   byłem 

background image

przekonany,   że   świat   się   kończy.   I wtedy  przyszedł   do   mnie   Zdobywca   Przestworzy 
prawiąc dziwy o balonie, którym zamierza zaatakować naszych wrogów. Był szaleńcem, 
oczywiście. – Tłum zatrząsł się ze śmiechu. – Ale jego szaleństwo było zaraźliwe, jak się 
zdaje... I sami powiedzcie, przyjaciele, czy nie było też inspirujące? Skończył się już 
świat, który dotąd znaliśmy, świat, w którym wynalezienie czegoś pomocnego ludziom 
stanowiło grzech śmiertelny. Ale Zdobywca Przestworzy dał nam możność zbudowania 
nowego świata. Czy chcecie zbudować ten nowy świat, czy wolicie wrócić do starych 
zwyczajów?

– Zbudować nowy! – krzyknęli. – Chcemy zbudować nowy świat!
– Rozumiem – rzekł Kentigern. – Przyjaciele, odprowadźcie teraz tych osobników, 

którzy   przybyli   tu,   aby   działać   przeciwko   nam,   z powrotem   na   drogę   do   Londynu, 
a potem idźcie do domów i zjedzcie porządne śniadanie, bo czeka nas dużo pracy.

Kiedy tłum się rozszedł, a słudzy Wielkiego Inkwizytora pośród gwizdów udali się 

w drogę powrotną, Petrina podeszła do Kierona, który objął ją ramieniem.

– Czy nocnik był wystarczająco ciężki? – zapytał.
– Aż nadto. – Roześmiała się. – Nie miałam czasu, żeby go opróżnić.
Kieron zwrócił się do Kentigerna:
– Nie wiedziałem, że potraficie tak przemawiać.
– Ani ja – wyznał Kentigern. – Kieronie, jestem waszym dłużnikiem. Obawiam się, 

że to właśnie wasze dziwne pomysły zrobiły ze mnie mężczyznę.

– Przeciwności losu albo łamią człowieka, albo go prostują – zauważył Kieron.
–   Dobrze   powiedziane.   Ale   teraz   mamy   przed   sobą   wiele   problemów.   Całkiem 

możliwe,   że   Kościół   luddystów   zechce   odzyskać   swoje   panowanie.   Ile   czasu 
potrzebujecie na zbudowanie balonów?

– Ilu balonów?
– Powiedzmy pięciu.
Kieron osłupiał.
– Pięciu? Mam zbudować pięć balonów?
– Bądźmy jak najlepszej myśli, ale przygotujmy się na najgorsze – rzekł Kentigern.
– Mogę dostać stu ludzi?
– Tak.
– I tysiąc metrów kwadratowych płótna i papieru?
– Tak, choćbym musiał sprowadzić je z sąsiedztwa lub obedrzeć z halek wszystkie 

kobiety w senioracie.

– W takim razie w ciągu pięciu dni będziecie mieli pięć balonów, wyposażonych 

w broń i gotowych do obrony senioratu.

background image

–   To   szybciej,   niż   myślałem.   Sądzę,   że   zgromadzenie   sił   przeciw   nam   zajmie 

luddystom co najmniej osiem dni... o ile w ogóle się na to odważą.

Petrina zadrżała.
– Chodźmy, Kieronie. Jest już dzień. Musisz coś zjeść.
– Moja kochana, nie mam czasu. Jest tyle do zrobienia, tyle do przemyślenia.
Kentigern chrząknął.
–   Zdobywco   Przestworzy,   rzadko   wam   coś   rozkazuję.   Ale   musicie   być   zdrowi 

i sprawni. Czy mam kazać ludziom nakarmić was siłą?

Kieron roześmiał się.
– Srogi z was pan, Kentigern. Ale mam jeszcze sroższą panią. Od dzisiaj będę żył 

w strachu przed nocnikiem. Pójdę lepiej na śniadanie.

background image

Rozdział osiemnasty

W wieku dwudziestu ośmiu lat Kieron był żywą legendą i człowiekiem, który zyskał 

sobie   sławę   nieśmiertelnego.   Zdążył   połamać   obie   ręce   i nogi,   odniósł   kontuzje 
i obrażenia, które niejednego wpędziłyby do grobu, a wszystko z powodu obsesji latania. 
Balony napędzane  gorącym  powietrzem  zostawił już za sobą. Stały się domeną  jego 
mniej uzdolnionych uczniów i rzemieślników. On sam pasjonował się teraz szybowcami 
– maszynami, które mogły jak ptaki szybować po niebie.

Kościół luddystów nigdy więcej nie wystąpił przeciw senioratowi Arundel. Potęga 

Kościoła chyliła się ku upadkowi. Wiadomość o nadzwyczajnym sukcesie ataku Kierona 
na   siły   Admirała   Śmierci   rozeszła   się   lotem   błyskawicy   po   sąsiednich   senioratach, 
a nieco   wolniej   po   senioratach   w głębi   kraju;   za   nią   zaś  podążyła   wieść,   że   Kościół 
luddystów został w Arundel wyklęty – i co inteligentniejsi ludzie zaczęli o tych sprawach 
rozmyślać.  Kościół  ośmieszył  się  daremną   próbą  pojmania   Zdobywcy  Przestworzy  – 
jedynego człowieka, który potrafił rozprawić się z piratami – i skazania go za herezję. Co 
gorsza,   nie   tylko   się   ośmieszył,   ale   wręcz   skompromitował,   pokazując   wyraźnie,   że 
bardziej troszczy się o dogmaty niż o dobro swoich wiernych.

Przez całe wieki luddyści czerpiąc inspirację z losu, jaki spotkał Pierwszą i Drugą 

Generację, rządzili za pomocą strachu, samowoli i kar. Usiłowali, rzec można, zatrzymać 
bieg historii, stworzyć społeczeństwo, które stanie w miejscu, nie będzie się ani staczać, 
ani doskonalić. Chcieli uwięzić inwencję ludzką jak owada w bursztynie. Pomysłowych, 
utalentowanych   i twórczych   ludzi,   którzy   starali   się   ulepszyć   byt   swój   i swoich 
współziomków,   wsadzano   do   więzienia,   torturowano,   palono   dla   dobra   doktryny 
głoszącej, że maszyny są wcieleniem zła. Ale dziwna i cudowna maszyna okazała się 
konieczna   dla   zadania   klęski   Admirałowi   Śmierci   –   i mieszkańcy   senioratu   Arundel 
wydali werdykt na nauki Świętego Kościoła.

Ludzie inteligentni nie przeszli nad tym do porządku dziennego. Ambitni i obdarzani 

wyobraźnią   młodzieńcy   z całego   kraju   żywili   dla   Zdobywcy   Przestworzy   ten   sam 
nabożny podziw i szacunek, jaki ich ojcowie i dziadowie żywili dla Świętego Chłopca. 
Co bardziej awanturniczy, którym snuły się po głowie dziwne pomysły i niezwykłe idee, 
zrywali terminy, zostawiali dom i rodzinę i wędrowali do Arundel, aby ofiarować swoje 
usługi   człowiekowi,   który  według   nich   zapoczątkował   nowy,   złoty   wiek.   Niektórych 
chwytali po drodze majstrowie lub rodzice i ci otrzymywali należną karę z rąk swojego 
seniora albo z rąk Kościoła. Ale dostatecznie wielu dotarło do Wolnego Senioratu – jak 
teraz   nazywano   Arundel   –   żeby   otoczyć   Zdobywcę   Przestworzy   elitą   młodych   ludzi 

background image

o otwartej głowie.

On   przyjmował   ich   z radością,   jak   braci,   synów,   współtowarzyszy.   Najlepsi 

mieszkali u niego w domu, jedli przy jego stole, mieli zawsze dostęp do ukochanego 
mistrza.  Kieron dawno już wypełnił  przepowiednię astrologa Marcusa i począł trzech 
dorodnych  synów. Dom mistrza Hobarta rozbudowano, żeby mógł pomieścić rodzinę 
Kierona i wybranych uczniów. Nie był to już po prostu dom. Był to mały uniwersytet.

Petrina z upływem lat stała się jeszcze piękniejsza, krąglejsza i niezmiernie dumna 

z męża oraz z synów. Rezydowała w swoim obszernym domu jak królowa. Uczniowie 
ubiegali się o jej uśmiech i słowo pochwały. Ale jej serce i miłość miał na wyłączność 
tylko   Kieron.   Za   każdym   razem,   kiedy   eksperymentował   z nową   latającą   maszyną, 
wstrzymywała oddech ze strachu i na próżno starała się nie płakać. Gdy przynoszono go 
rannego do domu, koiła go, doglądała i dodawała mu sił do życia.

Czasem   patrzyła   na   obraz   „Skok   panienki   Fitzalan”,   na   jego   ostatnie   dzieło 

malarskie, które z pełnym poświęcenia uczuciem odrestaurował. Niekiedy nienawidziła 
tej   smukłej,   jasnookiej   dziewczyny,   siedzącej   z taką   gracją   na   koniu   między   niebem 
a ziemią.   Niekiedy   zaś   płakała   z żalu   nad   nią.   Alyx   Fitzalan   nigdy   nie   zażyła   pełni 
miłości ze swoim ukochanym, nie urodziła mu trzech synów.

Petrina była ślepo oddana Kieronowi – duchem, ciałem i umysłem. Dla niej jednej 

nie był Zdobywcą Przestworzy. Ona jedna widziała w nim człowieka, który zbyt wiele od 
siebie wymaga, samotnego mężczyznę, którego łzy, rozterki i pragnienia znajdują ujście 
tylko w bezpiecznej ciemności nocy.

Pewnego dnia, kiedy wiał przychylny, jednostajny wiatr od wschodu, Kieron zasiadł 

w kabinie swojego siódmego szybowca, który leżał na plaży w Little Hampton, uwiązany 
do ósemki najlepszych koni Kentigerna, gotowych na jego znak. Siedząc i czekając, aż 
wiatr   się   wzmocni,   Kieron   myślał   o sześciu   poprzednich   szybowcach.   Pierwszy   – 
zaledwie imitacja pary skrzydeł ptaka z szelkami dla człowieka – wzleciał nawet nad 
ziemię, ale przekoziołkował w locie. Kieron miał szczęście, że wyszedł z tego ze złamaną 
ręką. Drugi – z dwiema parami skrzydeł umieszczonymi jedne nad drugimi – nie uniósł 
się nawet w powietrze, roztrzaskał się w kawałki na plaży, po której ciągnęły go konie. 
Trzeci   –   ukształtowany   na   wzór   szybującej   mewy   i pomysłowo   wykonany   z drewna 
i płótna – wzniósł się pięknie, lecz silny opór powietrza połamał mu skrzydła;

Kieron spadł do wody jak kamień i złamawszy nogę byłby się niechybnie utopił, 

gdyby nie pewien oddany mu uczeń, który był świetnym pływakiem. Czwarty i piąty 
szybowiec   stanowiły   wariacje   tego   ostatniego   modelu.   Jednym   z jego   najbardziej 
utalentowanych uczniów był Bruno z Yorku, który pieszo przemierzył  Anglię wzdłuż 
i wszerz, żeby dojść do Wolnego Senioratu. Bruno, jak i jego mistrz, był opętany ideą 

background image

latania i dogłębnie studiował ruchy takich ptaków jak jerzyk  i jaskółka. Przekonująco 
mówił o oporze powietrza i dowodził wagi tak zwanych „opływowych kształtów”. Choć 
miał niespełna dwadzieścia lat, w przeciwieństwie do innych uczniów nie bał się wyrażać 
własnych   opinii,   nieraz   sprzecznych   z opiniami   ukochanego   mistrza   –   za   co   Kieron 
bardzo go cenił.

Zdaniem Bruna idealny kształt maszyny latającej powinien łączyć w sobie istotne 

cechy budowy skrzydeł szybującego ptactwa z opływową linią ciała charakterystyczną 
dla szybko pływających ryb. Namówił nawet Kierona, aby opędzili pół dnia nad rzeką 
Arun i popatrzyli jak ślizgają się w wodzie pstrągi, pomagając sobie ruchami ogona.

I tak czwarty i piąty szybowiec zaprojektowano według wskazówek Bruna, nadając 

im wysmukły, opływowy kształt. Pierwszy z nich wzniósł się bez przeszkód, ale okazał 
się niesterowny. Po przeleceniu jakichś dwustu metrów zarył nosem w piasku, a Kieron 
wystrzelił jak z katapulty w powietrze i wylądował boleśnie na plecach.

Niemniej   z pomocą   Bruna   udało   mu   się   dokonać   najdłuższego   jak   dotąd   lotu 

maszyną   cięższą   od  powietrza.   Razem   pracowali   nad   projektem   piątego   szybowca   – 
wyposażyli   go   w dłuższe,   smuklejsze   skrzydła,   jeszcze   gładszy,   bardziej   opływowy 
kształt i rybi ogon, którym aeronauta mógł poruszać za pomocą sznurków. Ten model 
przeleciał   prawie   kilometr,   zanim   wiatr   poszarpał   na   strzępy   płótno   na   jednym   ze 
skrzydeł, przez co Kieron znów wyszedł z opresji połamany.

Szósty szybowiec był jeszcze ambitniejszą wersją piątego. Stanowił niemal w całości 

własne  dzieło   Bruna.   Oprócz   ruchomej   płetwy  ogonowej   zaprojektował   on   nastawne 
klapy w skrzydłach i tak wszystko połączył, że aeronauta mógł nimi sterować za pomocą 
drewnianych drążków.

Była   to   piękna   maszyna:   miała   długie,   zwężające   się   skrzydła;   zgrabny,   krągły 

kadłub; gibkość ryby, lekkość ptaka. Bruno błagał, żeby mógł jako pierwszy polecieć, 
wprawiając   innych   uczniów   w osłupienie   swoją   zuchwałością.   Dotąd   pierwszy   lot 
zawsze należał do Zdobywcy Przestworzy. Ale dlaczego miałby Bruno nie nacieszyć się 
własnym tryumfem – pomyślał Kieron – zwłaszcza, jeśli naprawdę będzie to tryumf? 
Toteż pewnego pięknego ranka Bruno usiadł w gondoli pomiędzy skrzydłami, sprawdził 
przyrządy, spojrzał nerwowo do tyłu na pionową i poziome płetwy ogonowe – którym 
poświęcił tyle myśli i troski – uśmiechnął się do Kierona i dał sygnał jeźdźcom, którzy 
mieli   ciągnąć   szybowiec   na   drewnianych   kółkach   po   plaży,   dopóki   nie   nabierze 
dostatecznej szybkości, aby się wznieść. Szybowiec wzniósł się o wiele szybciej, niż się 
Kieron spodziewał. Wzniósł się pięknie, gładko, pewnie; sznur, którym przywiązany był 
do   koni,   zwisał   z żelaznego   haka   w przodzie   maszyny.   Bruno   z wrodzonym   zda   się 
instynktem wiedział, jak ma manewrować. Był już pięćdziesiąt metrów nad ziemią, kiedy 

background image

nagły zryw wiatru chwycił go zwinnymi  palcami i podrzucił w górę. Niespodziewany 
podryw  zaskoczył  Bruna, który wyleciał  z kosza i z rozpaczliwym  krzykiem  spadł na 
ziemię, zabijając się na miejscu.

Kieron siedział teraz w kabinie siódmego szybowca – w zasadzie był to powtórzony 

model   Bruna,  ale   z większymi   statecznikami  i z pasami  do  przywiązania   aeronauty  – 
i myślał o tych wszystkich maszynach cięższych od powietrza, które się nie sprawdziły, 
a także o wszystkich zdolnych młodych ludziach, którzy oddali życie w walce o zdobycie 
przestworzy. Bruno przypominał mu Alwina sprzed wielu lat, chociaż był od tamtego 
bystrzejszy i bardziej zapalony.

Zabiłem   wielu   wrogów   i tylko   dwóch   przyjaciół   –   rozmyślał   Kieron   w swojej 

kabinie. – Miałem w życiu dużo szczęścia. Wiatr był już dobry. Mężczyźni na koniach, 
siedemdziesiąt   metrów   przed   szybowcem,   obejrzeli   się,   czekając   na   sygnał.   Niech 
poczekają, niech  sobie mruczą  pod nosem i klną – zadecydował  spokojnie Kieron. – 
Wkrótce będzie jeszcze lepszy wiatr.

Pomyślał teraz o innych uczniach... O Lachlanie z Edynburga, który maszerował na 

południe z podartym fragmentem książki, w którym zawarta była cenna wiedza o tym, 
jak otrzymać gaz lżejszy od powietrza. Lachlan przysięgał, iż pewnego dnia wyprodukuje 
ten gaz w takich  ilościach,  że będzie można  wypuścić  w niebo wiele  balonów, które 
zostaną tam na zawsze... O Torbenie, który przyszedł z Norwich chcąc dowiedzieć się 
wszystkiego o balonach napędzanych gorącym powietrzem i zrobić jeszcze lepszy model 
niż Zdobywca Przestworzy. Co mu się zresztą udało. Spokojny Torben o cichym głosie 
i wielkich  ambicjach.  Zbudował  balon,  który z trzema  mężczyznami  przeleciał  morze 
i wylądował   w Holandii...   Był   też   Levis   z Colchester.   Szalony   Levis,   który   wyrabiał 
proch,   konstruował   rakiety   i wystrzeliwał   je   w niebo,   jakby   brał   udział   w jakimś 
obrządku   religijnym.   Levis   stracił   trzy   palce   u ręki   i oślepił   się   na   jedno   oko   przez 
przedwczesne wybuchy; a jego rakiety powietrzne, choć efektownie wyglądały na niebie, 
ciągnąc za sobą smugę dymu i ognia, nadawały się jedynie do nastraszenia przeciwnika; 
na razie jednak nikt już nie porywał się na Wolny Seniorat – silny, zdeterminowany, 
i dysponujący   potęgą   wielu   światłych   umysłów.   Marzyciel   Levis   nie   lubił,   gdy   jego 
rakiety porównywano do broni. Śnił o rakiecie, która kiedyś sięgnie gwiazd...

Kieron   uśmiechnął   się   myśląc   o tych   i innych   młodych   ludziach.   Nazywano   ich 

z sympatią   „żółtodziobami   Zdobywcy   Przestworzy”.   Ale   czy   nie   takie   właśnie 
żółtodzioby będą w przyszłości panować na niebie?

Szybowiec zadrżał. Wiatr okrzepł. Chłopcy trzymający końce skrzydeł zadygotali 

z zimna. Jeźdźcy klęli na swoich narowistych stanowiskach i spoglądali raz po raz na 
Kierona, ale żaden się nie ważył kwestionować osądu Zdobywcy Przestworzy.

background image

Kieron westchnął, po raz ostatni rozejrzał się wokół i podniósł rękę. Może zginie, jak 

Bruno. Może nie. Ale ten dzień tak czy owak należał do Bruna. Cokolwiek się stanie, 
inni będą kontynuować jego pracę.

Jeźdźcy   zobaczyli   podniesioną   rękę.   Szybowiec   ruszył   naprzód,   podskakując   na 

nierównościach piasku. Raz koniec lewego skrzydła omal nie dotknął ziemi – byłaby to 
katastrofa. Ale Kieron poruszył klapą w skrzydle i maszyna się wyprostowała. W miarę 
jak jeźdźcy nabierali szybkości, pojazd sunął coraz pewniej. Kieron widział umykające 
mu   sprzed   oczu   morze   i piasek.   Nagle   trzęsienie   ustało.   Wolno,   majestatycznie 
szybowiec się wzniósł. Nie za ostro, nie za ostro – pomyślał Kieron, sterując płetwą 
ogonową,   żeby   nieco   odwrócić   się   od   wiatru.   Szybowiec   kołysząc   się   w powietrzu, 
zataczał szeroki łuk. Kieron spojrzał w dół i zobaczył, że musi być jakieś pięćdziesiąt, 
sześćdziesiąt   metrów   nad   ziemią.   Poczuł   lekkie   szarpnięcie,   kiedy   lina   holownicza 
odczepiła się gładko z haka.

– Bruno – powiedział głośno na wietrze – wynieśliśmy się w przestworza. Miałeś 

rację, chłopcze, to lepsze niż balony. Takie maszyny pozwolą nam latać niezależnie od 
wiatru. I będziemy naprawdę płynąć po niebie.

Zatoczył wielkie koło, wiedząc, że traci już wysokość i musi starać się wylądować 

gładko na plaży. Skrzydło uniosło się, ukazując mu na mgnienie oka panoramę senioratu 
Arundel   –   zamek   jak   dla   lalek   i takież   miasteczko   w porannym   słońcu.   Pomyślał 
o Petrinie i o swoich synach, ale widok już zniknął i Kieron skoncentrował całą uwagę na 
problemach lotu.

Ćwiczył sterowanie na modelach i na szybowcu uwiązanym na wietrze do drzewa. 

Dziś prowadził go pewnie i z wyczuciem. Miał wrażenie, że stanowi część jego ciała. 
Wolno i cierpliwie sprowadzał go do lądowania, aż w końcu leciał wzdłuż plaży z nosem 
i ogonem pod właściwym kątem. Wtedy ustawił dźwignie w tym położeniu.

W dole jeźdźcy siedzieli nieruchomo jak posągi. Jeżeli nie uciekną w porę, wpadnie 

prosto na nich. Rozpierzchli się w ostatniej chwili – jeden z mężczyzn zleciał z konia, 
który pociągnął go za sobą.

Wiatr   szumiał   Kieronowi   w uszach.   Morze   i brzeg   zmierzały   prosto   na   niego. 

Nastąpił przykry wstrząs, kiedy koła uderzyły o piasek, a potem szybowiec raz jeszcze 
podskoczył kilka metrów w powietrze i statecznie wylądował. Kiedy już tracił szybkość, 
jedno ze skrzydeł dotknęło piasku i maszyna okręciła się gwałtownie wokół osi. Gdyby 
nie pasy, Kieron wyleciałby z impetem na zewnątrz. Śmierć Bruna nauczyła go jednej 
ważnej rzeczy.

Maszyna stanęła, wszystko skończyło się szczęśliwie. Mężczyźni i chłopcy biegli już 

ku niemu. Przez chwilę siedział w ciszy, żałując, że nie ma Bruna.

background image

–   A więc   dokonaliśmy   tego   –   powiedział   cicho.   –   Bruno,   dokonaliśmy   tego. 

Przelecieliśmy   ponad   kilometr   w maszynie   cięższej   od   powietrza.   To   jest   początek 
wszystkiego.

Nagle doszły do niego krzyki, nawoływania, odgłosy radości i świat znów wziął go 

w swoje władanie.

background image

Epilog

Kieron oparł się wygodnie w swoim fotelu na kółkach, z którego, jak wiedział, już 

nigdy   nie   wstanie,   i rozejrzał   się   wokół   z zadowoleniem.   Sprowadzili   mu   różnych 
lekarzy, którzy debatowali nad nim, doglądali go i mówili, że dość już wzruszeń, musi 
trochę odpocząć. Ale on wiedział swoje. Wiedział, że wkrótce odpocznie na wieki. I nie 
martwił się tym.

Była   późna   wiosna.   Kieron   siedział   na   wózku   w zamkowym   ogrodzie   różanym 

i wdychał słodką woń niesioną lekkim powiewem wiatru. Obok pysznił się klomb róż 
damasceńskich,   o cudownym   złotawym   kolorze.   Wyhodował   je   pewien   znamienity 
ogrodnik z Francji i nazwał „Madame Petrina”, żeby sprawić przyjemność Zdobywcy 
Przestworzy. Z drugiej strony kwitł klomb drobnych, białych różyczek, wyhodowanych 
przez ogrodnika zamkowego i nazwanych po prostu „Alyx”.

Między tymi   dwoma   klombami,   białych  różyczek   „Alyx”   i pysznych   żółtych   róż 

„Madame Petrina” siedział teraz Kieron, senior Arundel z woli ludu i pierwszy posiadacz 
Orderu Orlich Skrzydeł, przyznanego mu jednogłośnie przez Międzynarodowe Bractwo 
Aeronautów;   siedział   i ze   spokojem   w sercu   wspominał   dobre   i złe   chwile   swojego 
długiego żywota.

Kentigern od dawna nie żył – Kentigern, który był dobrym seniorem, a dla niego 

prawdziwym przyjacielem przez ponad trzydzieści lat. Petrina też już nie żyła – droga, 
kochana Petrina. Od jak dawna? Od niedawna – myśl o tym wciąż bolała. Nie żyło także 
dwóch jego synów. Pierwszy – nazwany naturalnie Marcus – spłonął żywcem podczas 
swojej   pierwszej   podróży   jako   nawigator   statku   powietrznego   unoszonego   wodorem. 
A drugi, Alwin, zginął w szybowcu podczas burzy. Kieron był zadowolony, że sterówce 
napełniane wodorem wyszły już z użycia. Były zbyt niebezpieczne, zginęło przez nie 
wielu  wartościowych   ludzi.  Teraz   siłę  nośną stanowił  hel.  Kieron  cieszył   się  też,  że 
Niemcy, Francuzi, Amerykanie i Japończycy pracują nad silnikiem na ropę do napędu 
szybowców.

Choć te wynalazki i pomysły przyszły za późno, żeby uratować życie jego dwóch 

synów, został mu jeszcze trzeci, Jason. Jason był specjalistą elektrykiem na sterowcu 
unoszonym helem, biorącym na pokład dwustu ludzi. Jason bezpiecznie podróżował po 
niebie, latając do tak odległych miast jak Tokio, Lima, Nowy Jork, Johannesburg, z całą 
odwagą i pewnością pokolenia, które zaakceptowało podbój przestworzy.

Nad   ogrodem   różanym   przesunął   się   wielki   cień.   Kieron   bez   patrzenia   w górę 

wiedział,   co   to   jest.   Był   to   codzienny   pasażerski   sterowiec   Londyn-Rzym.   Zawsze 

background image

przelatywał tędy o tej porze, można było według niego regulować zegarek. Jego śmigła 
napędzał   silnik   parowy.   Może   za   kilka   lat   nowe   silniki   na   ropę   znajdą   również 
zastosowanie w wielkich sterowcach.

Kieron pomacał biało-czerwoną wstęgę na piersi i przypięte do niej Orle Skrzydła. 

Był dumny z tego orderu. Przyznali mu go ludzie z wielu krajów świata.

Międzynarodowe   Bractwo   Aeronautów   miało   swoją   siedzibę   w Genewie, 

w Szwajcarii. Kieron nigdy nie był  dalej od senioratu Arundel niż wody,  na których 
znalazła go „Marie-France”, wiedział jednak, gdzie jest Szwajcaria. Znalazł ją na mapie.

Kiedyś, dawno temu, nowo założone Bractwo przysłało do niego posłów z prośbą, 

aby   jako   człowiek,   który   zapoczątkował   podbój   przestworzy,   sformułował   im   statut. 
Kieron przemyślał tę sprawę dogłębnie, ale przyszedł mu do głowy tylko jeden punkt. 
Napisał go im własnoręcznie:

„Chmury i wiatr są wolne, przelatują nad wszystkimi krajami, należą do wszystkich 

ludzi.   Oby   nikt   nie   wznosił   się   w niebo   z nienawiścią   w sercu   lub   niechęcią   do 
współbraci. Na ziemi są granice, na niebie ich nie ma. Niechaj ci, którzy mają szczęście 
wzlecieć w powietrze, pamiętają, że wszyscy mamy ten sam kolor krwi”.

Był   to   pierwszy   i ostatni   punkt   statutu   Międzynarodowego   Bractwa   Aeronautów. 

Każdemu, kto chciałby latać w celach innych niż pokojowe, odmawiano prawa do nauki 
tej sztuki i udogodnień przysługujących aeronautom.

Niedawno Bractwo zaprosiło Kierona do Genewy po odbiór Orderu Orlich Skrzydeł. 

Odpisał, że jako człowiek podeszły wiekiem nie czuje się na siłach, aby odbyć  taką 
podróż, niemniej dziękuje za pamięć. Skoro Zdobywca Przestworzy nie mógł odwiedzić 
Genewy,   Międzynarodowe   Bractwo   Aeronautów   odwiedziło   Arundel.   Przylecieli, 
w liczbie dwóch tysięcy ludzi, dziesięcioma sterowcami. Przywieźli wiele darów, mówili 
wieloma  językami.  Byli  wśród nich Hindusi, Afrykanie,  Francuzi, Niemcy,  Rosjanie, 
Amerykanie,  Chińczycy i przedstawiciele narodowości, o których  Kieron nigdy nawet 
nie słyszał. Ich liczba rosła w miarę, jak napływali dalsi uczestnicy ze wszystkich stron 
Wielkiej Brytanii. W końcu aż cztery tysiące ludzi stało w ulewnym deszczu z odkrytymi 
głowami, gdy Zdobywca Przestworzy siedział pod daszkiem w swoim fotelu na kółkach 
i słuchał   przemówień   w wielu   językach.   Dzięki   mowom   Anglików   i Amerykanów 
zrozumiał też, o czym mówią ci wszyscy inni młodzi ludzie. Był oszołomiony honorami, 
jakie   mu   świadczyli.   Zdobywca   Przestworzy   stał   się   czymś   więcej   niż   wielkim 
człowiekiem: stał się symbolem.

Kiedy zasłabł, lekarze zabrali go z konferencji i zalecili absolutny spokój. Siedział 

więc teraz w ogrodzie różanym, rozkoszując się zapachem „Madame Petriny”, patrząc 
z czułym rozrzewnieniem na drobne białe różyczki zwane „Alyx”. Kieron, syn stolarza, 

background image

znany teraz powszechnie jako senior Kieron lub Zdobywca Przestworzy,  czuł spokój 
i zadowolenie.   Nad   ogrodem   przeleciał   sterowiec   do   Rzymu.   Gdzieś   nad   Oceanem 
Spokojnym,   w drodze   do   Japonii   pełnił   swoją   służbę   Jason,   syn   Kierona   i Petriny. 
Z zamku wyszedł lekarz, żeby sprawdzić samopoczucie słynnego pacjenta. Kiedy zbliżał 
się do fotela na kółkach, usłyszał głębokie westchnienie. Potem zobaczył osuwające się 
ciało.

Zdobywca Przestworzy miał siedemdziesiąt osiem lat. W ostatnich chwilach życia 

przypomniało mu się wiele rzeczy: dźwięk pszczół z dzieciństwa, drżący głos mistrza 
Hobarta, „Skok panienki Fitzalan”, dotyk Petriny, pierwszy krzyk pierworodnego syna. 
Przypomniał mu się też Alwin i podniebny rekin, kapitan Girod, Kentigern i Bruno ze 
swoją obsesją linii opływowych. I przypomniały mu się latające nasionka dmuchawca, 
wirujące liście jesienne i wszystkie motyle dzieciństwa.

W każdym razie – jak stwierdził lekarz – umarł w spokoju. Zdobywca Przestworzy 

wierzył, że życie jest tylko dla żywych. Ale któż zaprzeczy, że jego duch sięgnął gwiazd?