background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

JĄKAJĄCEJ SIĘ PAPUGI

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: ANNA IWAŃSKA)

background image

Wprowadzenie Alfreda Hitchcocka

Przed wami kolejna, zapierająca dech przygoda Trzech Detektywów. Jeśli znacie już tych 

młodych ludzi, nie traćcie czasu i przejdźcie od razu do czytania ich nowej historii.

Ale pozwólcie, że pozostałym przedstawię chłopców.
Są to: Bob Andrews, Pete Crenshaw i Jupiter Jones.  Mieszkają W Kalifornii,  W Rocky 

Beach,   niewielkim   mieście   na   wybrzeżu   Pacyfiku,   w   odległości   kilkunastu   kilometrów   od 
Hollywoodu.   Bob,   drobny   blondyn,   kocha   książki   i   uwielbia   przygody.   Pete   jest   wysoki   i 
muskularny.  Nim się coś wydarzy,  trochę marudzi, jednak dzięki swej sile i zręczności jest 
niezawodny w kłopotliwych sytuacjach. Jupiter, lider zespołu, jest raczej ciężkiej wagi, ale jego 
umysł pracuje z żelazną konsekwencją. Mimo że okrągła twarz Jupe’a często może się wydawać 
niezbyt mądra, w rzeczywistości jest to umysł bystry i przenikliwy.

Bob i Pete mieszkają z rodzicami, a Jupiter jest wychowywany przez wujostwo, gdyż jako 

małe dziecko stracił rodziców. Był rozkosznym i niezwykle rozgarniętym chłopczykiem. Przez 
pewien   czas   występował   jako   dziecięcy   aktor,   Mały   Tłuścioszek.   Chociaż   te   wczesne 
doświadczenia aktorskie są mu pomocne w pracy detektywa, Jupiter nie cierpi, kiedy nazywa się 
go Tłuścioszkiem lub przypomina owe czasy. W konkursie, ogłoszonym przez lokalną agencję 
wynajmu samochodów, Jupiter jako wygraną  otrzymał  prawo trzydziestodniowego używania 
staroświeckiego, zdobionego złoceniami rolls-royce’a wraz Z szoferem. Dzięki temu środkowi 
lokomocji, tak przydatnemu przy kalifornijskich odległościach, Jupiter i jego przyjaciele mogli 
poszerzyć zakres działań, postępując zgodnie z własną dewizą, która brzmi: „badamy wszystko”.

Bazą Trzech Detektywów jest skład złomu prowadzony przez wujostwo Jupe’a, Tytusa i 

Matyldę Jonesów. Kwaterą Główną chłopców jest stara, duża przyczepa kempingowa, w której 
urządzili  sobie biuro, ciemnię  i malutkie  laboratorium.  Przyczepa  jest ukryta  wśród zwałów 
przeróżnych rupieci i złomu a wiodą do niej sekretne wejścia zbudowane przez chłopców. Na 
teraz wystarczy. Słuchajcie uważnie, bowiem papugi niebawem przemówią!

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1

Wołanie o pomoc

— Na pomoc!  — głos był  dziwnie przeraźliwy i zarazem  stłumiony.  — Na pomoc!  Na 

pomoc!

Ilekroć krzyk dochodzący ze starego, rozpadającego się domu przeszywał ciszę, Pete’owi 

Crenshawowi   przebiegał   po   plecach   dreszcz.   Potem,   kiedy   wołanie   o   pomoc   zamarła   z 
osobliwym   rechotem,   wrażenie   było   jeszcze   gorsze.   Wysoki   chłopiec   o  brązowych   włosach 
klęczał   za   grubym   pniem   palmy,   rosnącej   przy   wysypanej   żwirem   ścieżce,   i   wpatrywał   się 
uważnie w dom. Właśnie zbliżali się do niego wraz z Jupiterem Jonesem, kiedy po raz pierwszy 
dobiegł ich krzyk. Skoczyli na boki, by się ukryć.

Po drugiej stronie ścieżki Jupiter, mocna zbudowany i przysadzisty, przykucnął za krzakami i 

również obserwował dom. Czekali, czy wołanie się powtórzy. Ale w domu panowała cisza. Był 
to stary dom w hiszpańskim stylu, stojący w głębi zarośniętego niczym dżungla ogrodu.

— Jupe — szepnął Pete — czy to krzyczał mężczyzna, czy kobieta?
— Nie wiem — Jupiter potrząsnął głową. — Może ani jedno, ani drugie.
— Jak to? — Pete wzdrygnął się. Z pewnością nie był to krzyk dziecka, jeśli więc również 

ani mężczyzny, ani kobiety, pozostawała tylko możliwość, o której nie chciał myśleć.

Chłopcy czekali. Upał letniego dnia w Hollywood był bardzo uciążliwy. Wokół nich rosły 

palmy,   krzewy   i   zdziczałe   kwiaty.   Lata   zaniedbania   zmieniły   ten   niegdyś   piękny   ogród   w 
dżunglę. Dom w jego głębi był również skrajnie zapuszczony. Należał do Malkolma Fentrissa, 
emerytowanego  aktora, wyspecjalizowanego niegdyś  w rolach szekspirowskich, i przyjaciela 
Alfreda   Hitchcocka,   znanego   reżysera,   który   stał   się   doradcą   chłopców.   Pan   Hitchcock 
wynajdywał   dla   nich   zagadki   do   rozwiązania,   wykazywali   bowiem   duże   zdolności 
detektywistyczne.   Przybyli   właśnie,   by   pomóc   panu   Fentrissowi   w   odnalezieniu   zaginionej 
papugi.

Pan   Hitchcock   doniósł   im   o   stracie   pana   Fentrissa   i   powiedział,   że   bardzo   pragnie   on 

odzyskać ptaka.

Zaskoczyło ich nieoczekiwane wołanie o pomoc. Ukryci w krzakach czekali na dalszy rozwój 

wypadków.

— Rany Boskie! — Pete mówił przyciszonym głosem. —Mieliśmy szukać papugi, a tu, nim 

jeszcze   zdążyliśmy   dojść   do   domu,   ktoś   krzyczy   wzywając   pomocy.   Mam   nadzieję,   że   nie 
będzie to taka sprawa, jak ostatnio. Zaczyna się fatalnie.

— Przeciwnie — odszepnął Jupe — zaczyna się bardzo obiecująco. Ale chyba wszystko się 

uciszyło. Zbliżmy się bardziej do domu i zobaczmy, co się dzieje.

— Wolałbym nie — odparł Pete. — To wygląda na dom, w którym jest pełno zamkniętych 

pokoi, i nie powinno się ich otwierać.

— Bardzo   dobre   określenie   —   powiedział   Jupe.   —   Pamiętaj   powtórzyć   to   Bobowi,   jak 

wrócimy do Kwatery Głównej.

Bob   Andrews   był   trzecim   członkiem   zespołu.   Zajmował   się   dokumentacją   i   prowadził 

specjalne poszukiwania.

Jupiter zaczął przesuwać się w stronę domu, poruszając się między krzakami i kwiatami tak, 

by nie wywołać szelestu. Pete dotrzymywał mu kroku po drugiej stronie ścieżki. Byli już około 
trzydziestu metrów od domu, gdy coś chwyciło Pete’a za nogę w kostce i przewróciło go na 

background image

ziemię. Usiłował się uwolnić, ale niewidzialna ręka zacisnęła się mocniej i szarpnęła go do tyłu. 
Rozpłaszczony, twarzą do ziemi, nie mógł zobaczyć, co lub kto go trzymało.

— Jupe! — krzyknął. — Coś mnie złapało!
Mimo swej zwalistej budowy Jupiter poruszał się szybko. Skoczył przez ścieżkę i był obok 

przyjaciela, jeszcze nim tamten skończył krzyczeć.

— Co to jest? — Pete łypał okiem na Jupe’a. — Coś mnie ciągnie do tyłu. Czy to boa 

dusiciel? W tym ogrodzie może kryć się wszystko.

Okrągła twarz Jupitera miała nadzwyczaj poważny wyraz.
— Przykro mi powiedzieć ci to, Pete, ale zostałeś złapany przez niezwykle złośliwy okaz 

Vitis vinitera.

— Zrób coś! — sapał Pete. — Nie daj mnie porwać tej yitis, czy co to tam jest.
— Mam nóż — odparł Jupe — zrobię, co będę mógł.
Wyciągnął swój cenny scyzoryk szwajcarski, z ośmioma ostrzami. Następnie chwycił nogę 

Pete’a.   Pete   poczuł,   że   Jupe   przecina   coś   gwałtownie.   Uchwyt   na   jego   kostce   zelżał.   Pete 
natychmiast przetoczył się w bok i skoczył na nogi. Za nim Jupe z szerokim uśmiechem składał 
swój nóż. Ciężki, przecięty w połowie pęd winorośli kołysał się w górę i w dół — tuż nad 
ziemią.

— Wsadziłeś nogę w splątane łodygi winorośli — powiedział Jupiter. — Im silniej starałeś 

się wyrwać, tym bardziej zaciskały się na twojej nodze. Bardzo wyrównana walka. Żadne z was 
nie   użyło   inteligencji.   Winorośl   nie   posiada   takowej,   a   tobie   panika   zahamowała   procesy 
myślowe.

Jupiter zazwyczaj mówił w ten sposób. Pete zdążył się już do tego przyzwyczaić.
— Dobra, dobra — powiedział z zakłopotaniem — spanikowałem. Chyba myślałem tylko o 

wołaniu na pomoc.

— Panika jest bardziej niebezpieczna, niż samo niebezpieczeństwo — oświadczył Jupiter. — 

Lęk odbiera zdolność podejmowania właściwych decyzji. Niszczy... niszczy.... aaooch!

Pete odniósł wrażenie, że dostrzega w przyjacielu wszelkie objawy strachu, o którym ten 

właśnie mówił. Jupiter nagle pobladł, oczy mu się rozszerzyły, szczęka opadła. Zdawał się pa-
trzeć na coś za plecami Pete’a.

— Jesteś dobrym aktorem, Jupe — powiedział Pete. —To najlepsza imitacja przerażenia, 

jaką kiedykolwiek widziałem. Ale powiedz lepiej teraz, co...

Odwrócił się i zobaczył to, na co patrzył Jupiter. Słowa utknęły mu w gardle. Jupiter nie 

udawał. Naprzeciw nich stał bardzo gruby mężczyzna ze staroświeckim pistoletem w ręce. Jego 
wygląd przeraziłby każdego. Gruby mężczyzna nosił okulary, które powiększały jego oczy do 
niezwykłych rozmiarów, upodobniając je do oczu olbrzymiej  ryby. Odbijające się w szkłach 
okularów światło słoneczne stwarzało wrażenie, że oczy wysyłają ogniste błyski.

— Dobra, chłopaki, marsz do domu! — gruby mężczyzna machnął pistoletem. — Tam 

wyjaśnicie, jaką psotę szykowaliście tutaj. No, ruszać się!

Powłócząc nogami, z suchością w ustach, Pete i Jupiter ruszyli przodem, wysypaną żwirem 

ścieżką, posępnego kierunku posępnego domostwa.

— Nie próbujcie uciekać — ostrzegł gruby — bo pożałujecie.
— Nie biegnij, Pete — szepnął Jupiter — to by było najgorsze wyjście. Musimy przekonać 

pana Fentrissa, że nasz pobyt tutaj jest jak najbardziej uzasadniony.

— Nie mam zamiaru — odszepnął Pete. — Moje nogi są jak z waty. Czuję się, jakbym 

dopiero uczył się chodzić.

Żwir chrzęścił pod ich stopami. Pod ciężarem idącego za nimi mężczyzny wydawał trzaski, 

background image

które napełniały Pete’a bardzo niemiłym uczuciem. Chłopiec był niemal zadowolony, gdy dotarli 
do wykładanego płytami ganku i stanęli przed ogromnymi drzwiami frontowymi.

— Proszę otwórzcie   drzwi   i   wejdźcie   do   środka   —   powiedział   gruby   mężczyzna.   — 

Pamiętajcie, że trzymam świerzbiący mnie palec na cynglu. Skręćcie na prawo, wejdźcie do 
pokoju i siadajcie pod przeciwległą ścianą.

Jupiter   nacisnął   klamkę.   Drzwi   otworzyły   się   ukazując   ciemny   przedpokój.   Pete   zebrał 

resztki   sił   i   obaj   przestąpili   próg,   skręcili   w  prawo   i   weszli   do  dużego   pokoju  zawalonego 
książkami, czasopismami i starymi meblami. Pod przeciwległą ścianą stało kilka dużych, krytych 
skórą krzeseł. Przemaszerowali przez pokój i usiedli. Mężczyzna stał i patrzył na nich z satysfak-
cją. Dmuchnął w lufę pistoletu, jakby usuwając kurz z drogi pocisku.

— A teraz — powiedział — wytłumaczcie, jaki figiel zamierzaliście tu spłatać, skradając się 

cichcem przez ogród do mojego domu.

— Właśnie szliśmy odwiedzić pana — powiedział Jupiter. — Widzi pan...

Ale grubas nie dał mu skończyć. Przesunął palcem wzdłuż nosa i spojrzał na nich chytrze.
— Po prostu  szliście  w odwiedziny?  — zapytał  drwiąco.  — Przemykając  od drzewa do 

drzewa jak złodzieje albo bandyci?

— Słyszeliśmy, jak ktoś wołał o pomoc — wtrącił Pete. — Wtedy skoczyliśmy za drzewa, 

żeby zobaczyć, co się dzieje.

— Aha —  mężczyzna wydął wargi. — Słyszeliście to? Wołanie o pomoc?
— Widzi pan — zaczął wyjaśniać Jupiter — przysłał nas tu pan Alfred Hitchcock, znany 

reżyser. Powiedział nam, że zaginęła pańska papuga i policja nie jest w stanie panu pomóc. 
Jesteśmy detektywami i przyszliśmy tu, by zająć się odnalezieniem pańskiej zguby. — Sięgnął 
do kieszeni i wyjął jedną Z ich wizytówek, która wyglądała następująco:

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

— Jestem Jupiter Jones — przedstawił się Jupe. — A to mój partner Pete Crenshaw.
— Aha   —   grubas   studiował   wizytówkę.   —   Jesteście   detektywami?   A   po   co   te   znaki 

zapytania? Wątpicie w wasze możliwości?

Pete czekał na to pytanie. Zadawał je prawie każdy. Jupiter wymyślił te znaki w przebłysku 

natchnienia i okazały się świetnym sposobem przykuwania uwagi.

— Znaki   zapytania   —   powiedział   Jupiter   —   oznaczają   rzeczy   nieznane,   pytania   bez 

odpowiedzi, nierozwiązane zagadki. Naszym zadaniem jest odpowiedzieć na pytania, rozwikłać 
zagadki, zbadać wszystkie tajemnicze sprawy, jakie napotykamy.  A więc znak zapytania jest 
symbolem Trzech Detektywów.

— Aha, rozumiem — pan Fentriss schował kartę wizytową do kieszeni. — I przybyliście tu 

zbadać tajemnicę mojej zaginionej papugi?

Uśmiechnął się do nich i Pete poczuł się podniesiony na duchu. Ale wraz z następnymi 

słowami pana Fentrissa jego duch znów upadł nisko.

background image

— Pragnąłbym móc w to wierzyć. Tacy mili chłopcy. Jestem pewien, że wasze rodziny będą 

nieutulone w żalu.

Bardzo powoli wyjął cygaro z kieszeni i wetknął je w usta. Następnie wymierzył w nich 

pistolet i pociągnął za cyngiel. Rozległo się głośne stuknięcie. Żywy niebieski płomień pojawił 
się na końcu lufy. Pan Fentriss podniósł płomień do swego cygara, zaciągnął się kilka razy, by je 
dobrze zapalić, po czym zdmuchnął płomień i odłożył pistolet na stolik.

„Rany, pomyślał Pete, zapalniczka!” I krew, która w nim na chwilę zastygła, zaczęła znów 

normalnie krążyć.

— Gratuluję, chłopcy! — powiedział pan Fentriss dobrodusznie. — Przeszliście próbę ognia. 

Trzymaliście się twardo wobec wszystkich  moich  wysiłków  zastraszenia was. Pozwólcie, że 
uścisnę wam dłonie.

Podszedł do nich z wyciągniętą ręką. Uścisk jego dużej dłoni był krzepiący. Roześmiał się.

— Jestem z was dumny — powiedział. — Wielu dorosłych mężczyzn opuściłaby odwaga 

wobec mojej wrogości. Muszę zatelefonować do mojego przyjaciela Alfreda i opowiedzieć mu, 
jak dobrze zdaliście ten egzamin.

— Pana….   egzamin?...   —   wydawało   się,   że   Pierwszy   Detektyw   ma   pewne   trudności   z 

mówieniem. — Czy to znaczy, że od początku wiedział pan, kim jesteśmy?

— Oczywiście   —   odparł   pan   Fentriss.   —   Alfred   dzwonił,   by   uprzedzić   mnie   o   waszej 

wizycie,  i postanowił zgotować wam małą  próbę charakteru.  Tak wielu ludzi pretenduje do 
miana bohaterów. Ale wy rzeczywiście wykazaliście rzadko spotykaną odwagę. Żal mi tylko, że 
nie mam dla was żadnej sprawy do wyjaśnienia.

— A więc pańska papuga nie zaginęła? — spytał Pete. — Pan Hitchcock mówił, że jest pan 

załamany tą stratą.

— Ach   tak,   zaginęła,   zaginęła   —   powiedział   pan   Fentriss   —   i   rzeczywiście   byłem 

niepocieszony. Ale wróciła. Zostawiłem umyślnie otwarte okno i dziś rano przyfrunęła. Drogi 
Billy, zamartwiałem się o niego.

— Billy? — zapytał Jupiter. — Czy to imię pańskiej papugi?

— Tak jest. Billy Shakespeare, zdrobnienie od William Shakespeare.
— A co z tym wołaniem o pomoc? — zapytał Pete. —Dochodziło Z tego domu było to...
— Podejrzane. Naturalnie — dokończył pan Fentriss. — To był Billy. Ten nieznośny szelma 

jest również czymś w rodzaju aktora. Uczyłem go udawania, że jest więźniem za prętami klatki, 
rozumiecie, i on zabawiał się wołaniem o pomoc.

— Czy   możemy   zobaczyć   Billy’ego?   —   poprosił   Jupiter.   —   Musi   być   bardzo 

utalentowanym ptakiem.

— Przykro mi — pan Fentriss nachmurzył się — ale Billy był tak nieznośny, że tuż przed 

waszym przyjściem zakryłem chustą jego klatkę. To go ucisza. Gdybym teraz odkrył klatkę, 
zacząłby znowu swoje.

— Sądzę więc, że nie ma tu dla nas nic do roboty — Jupiter był rozczarowany. — Pójdziemy 

już. W każdym razie cieszę się, że pana papuga wróciła.

— Dziękuję ci, mój chłopcze — odparł pan Fentriss. — Zachowam waszą wizytówkę. Jeśli 

tylko natknę się na jakąś tajemnicę, wymagającą dochodzenia, zawiadomię Trzech Detektywów.

Odprowadził   chłopców   do  drzwi.   Jupiter   i   Pete   ruszyli   ścieżką   wijącą   się   wśród   zarośli 

ogrodu.

— Muszę wyznać, że jestem rozczarowany — powiedział Jupiter. — Sprawa zaczęła się tak 

obiecująco: samotny dom,  wołanie  o pomoc,  przerażający gruby człowiek...  miałem  wielkie 
nadzieje.

background image

— Wyżej wymieniona opinia jest niekoniecznie podzielana przez Drugiego Detektywa — 

oświadczył Pete. — Mnie wystarczyłoby samo polowanie na zaginioną papugę. Nie potrzebuję 
krzyków wzywających pomocy i przerażających grubasów. Zacznijmy pracę od czegoś prostego, 
stopniowo dojdziemy do bardziej emocjonujących sytuacji.

— Masz rację — zgodził się Jupe, ale nie brzmiało to przekonująco.
Szli dalej w milczeniu w kierunku drogi. Była to kręta ulica biegnąca przez starą i zaniedbaną 

część   Hollywoodu.   Stały   przy   niej   rozrzucone   z   dala   od   siebie   duże   domy,   które   powoli 
zmieniały się w rudery, gdyż ich właścicieli nie stać było na to, by o nie zadbać. Na skraju ulicy 
czekał   na   nich   ozdobiony   złoceniami   rolls-royce.   Jupiter   miał   prawo   korzystać   z   tego 
wspaniałego pojazdu oraz z usług Worthingtona, angielskiego szofera przez trzydzieści dni. Była 
to nagroda za zwycięstwo w konkursie.

— Wracamy do domu — zwrócił się Jupiter do Worthingtona, kiedy usadowili się na tylnym 

siedzeniu starego, ale luksusowego samochodu. — Papuga odnalazła się sama.

— Doskonale,   panie   Jones   —   odparł   szofer   z   wyraźnym   angielskim   akcentem.   Kiedy 

manewrował przy zawracaniu, Jupiter patrzył przez szybę samochodu na ogród pana Fentrissa. 
Dom schowany był poza palmami i kwitnącymi krzewami.

— Pete — powiedział nagle — przypatrz się uważnie temu widokowi. Coś jest nie tak i nie 

mogę uchwycić co?

— Jakiemu widokowi? — zapytał Pete. — Masz na myśli ogród?
— Ogród, podjazd, całe otoczenie. Mam wyraźne uczucie, że coś jest nie w porządku, ale nie 

wiem, na czym to polega.

— Chcesz powiedzieć, że coś się nie zgadza i nie możesz ustalić co?
Jupiter skinął głową, skubiąc dolną wargę. Nieodmiennie był to znak, że jego umysł pracuje 

na najwyższych obrotach. Pete przyglądał się okolicy, i nie mógł zauważyć nic niewłaściwego 
poza   tym,   że   wymagała   pracy   ogrodnika   dniem   i   nocą   przynajmniej   przez   miesiąc,   żeby 
przywrócić   jej   właściwy   wygląd.   Patrzył   na   podjazd   przykryty   liśćmi   palmowymi.   Były 
zmiażdżone przez samochód, który musiał niedawno tędy przejechać, ale nie miało to chyba 
znaczenia.

— Nie widzę nic szczególnego — zdecydował.
Jupiter zdawał się go nie słyszeć. Wpatrywał się w coś przez tylne okno odjeżdżającego 

samochodu i skubał wargę, myśląc z natężeniem. Minęli już z dziesięć przecznic, gdy odwrócił 
się nagle i krzyknął:

— Panie Worthington! Musimy wrócić. Szybko!
— Doskonale, panie  Jones — szofer zręcznie  zawrócił  wielki  samochód.  — Jedziemy z 

powrotem.

— Co cię ugryzło, Jupe? — zdziwił się Pete. — Dlaczego wracamy?
— Ponieważ wiem już, co jest nie w porządku — twarz Jupitera płonęła z podniecenia. — 

Do domu pana Fentrissa nie prowadzą druty telefoniczne.

— Nie ma drutów telefonicznych? — Pete starał się odgadnąć, do czego zmierza jego 

przyjaciel.

— Są elektryczne, ale nie ma telefonicznych — powiedział Jupiter. — A pan Fentriss 

oświadczył, że pan Hitchcock uprzedził go telefonicznie o naszym przyjściu. To było kłamstwo. 
A jeśli tak, prawdopodobnie wszystko, co mówił, było kłamstwem.

— Kłamstwo? — Pete potrząsnął głową. — Dlaczego by kłamał?
— Ponieważ nie jest panem Fentrissem! — wykrzyknął Jupiter. — Jest oszustem. Pan 

Fentriss to ten, który krzyczał wzywając pomocy!

background image

ROZDZIAŁ 2

Jąkająca się papuga

RolIs-royce   pędził   wzdłuż   krętej   ulicy.   Przebyli   już   niemal   całą   powrotną   drogę,   gdy 

zobaczyli mały, czarny samochód wytaczający się z podjazdu przed nimi. Skręcił w ich stronę i 
szybko nabierając prędkości, śmignął tuż obok. Zdążyli zauważyć mężczyznę za kierownicą.

Był  to  bardzo   gruby  człowiek,  noszący  wielkie   okulary.  Nie  widzieli   jego  twarzy,  gdyż 

odwrócił ją w drugą stronę.

— To był pan Fentriss! — krzyknął Pete.
— Poprawka.   To   był   człowiek,   który   udawał,   że   jest   panem   Fentrissem   —   powiedział 

Jupiter. — Nie możemy pozwolić mu uciec. Proszę jechać za nim, panie Worthington!

— Tak jest — szofer zahamował i zaczął zawracać.
Pete patrzył z powątpiewaniem za szybko znikającym małym samochodem.
— Co zrobimy,  gdy go złapiemy?  — zapytał.  — Nie mamy  żadnych  dowodów przeciw 

niemu. Poza tym, prawdziwy pan Fentriss może potrzebować naszej pomocy.

Jupiter zawahał się, rozdarty między pragnieniem ścigania uciekającego oszusta, a chęcią 

niesienia pomocy komuś, kto może jej potrzebować. Wreszcie skinął głową.

— Masz rację, przede wszystkim musimy sprawdzić, czy nic się nie stało panu Fentrissowi. 

Proszę jechać do jego domu —zwrócił się do Worthingtona.

Jechali, więc naprzód, nie zawracając, aż do drogi wjazdowej do domu pana Fentrissa, z 

której przed chwilą wyjechał czarny samochód.

Worthington skręcił w nią, zwalniając na wąskiej drodze wśród drzew palmowych i krzaków, 

które ocierały się o boki dużego samochodu. Dotarli wreszcie na tyły starego domu, gdzie Pete i 
Jupiter byli jeszcze kilka minut temu.

— Pete — odezwał się Jupiter — ten samochód, który nas minął, był zagraniczny,  czy 

zauważyłeś jakiej marki?

— To był dwudrzwiowy sportowy ranger, bardzo dobry angielski samochód — odparł Pete 

—   prawie   nowy.   Miał   kalifornijską   rejestrację.   Nie   zapamiętałem   numeru,   wiem   tylko,   że 
kończy się na trzynaście.

— Może pan zauważył numer rejestracyjny, panie Worthington? — zapytał Jupiter.
— Przykro mi — odparł szofer — byłem skoncentrowany na prowadzeniu samochodu i nie 

przyglądałem   się   dokładnie.   Zauważyłem   tylko,   że   był   to   ranger   i   miał   czerwone   obicia 
wewnątrz.

— No, w każdym razie coś wiemy. Uporamy się później ze znalezieniem grubasa i jego 

samochodu   —   powiedział   Jupiter   wyskakując   z   rollsa.   —   Teraz   chodźmy   zobaczyć,   czy 
prawdziwy pan Fentriss jest w środku.

Idąc za nim, Pete zastanawiał się, jak Jupe ma zamiar odszukać samochód wśród miliona 

innych w Południowej Kalifornii. W jakiś jednak sposób odczuwał pewność, że Jupiter da sobie 
radę.

Nagie Pete i jego przyjaciel stanęli jak wryci. Ze starego, ponurego domu dobiegł ponownie 

krzyk.

— Pomocy!  — głos był słaby i zdyszany.  — Proszę, niech mi ktoś pomoże. Pomocy... 

szybko... nim...

Głos zamarł.

background image

— To brzmi, jakby ktoś umierał! — Pete oddychał szybko. — Chodźmy!
Przemierzył susami przestrzeń dzielącą go od drzwi. Były uchylone, jakby gruby mężczyzna 

w pośpiechu nie zdążył ich zamknąć.

Weszli, mrużąc oczy, by je przyzwyczaić do półmroku. Przez chwilę stali, słuchając. Żaden 

dźwięk nie zakłócał ciszy, poza słabym trzaskiem starych desek.

— Byliśmy w tamtym pokoju — Jupiter wskazał drzwi w głębi holu. — Sprawdźmy lepiej 

drugą stronę domu.

Pobiegli przez holi otworzyli  drzwi po prawej stronie. Weszli do dużego, staromodnego 

pokoju bawialnego z olbrzymią wnęką okienną.

— Kto... to? — słaby głos zdawał się dobiegać  z wielkiej  rośliny ozdobnej  stojącej we 

wnęce. Fioletowy kwiat kołysał się w górę i w dół i Pete odniósł dziwne wrażenie, że to on mówi 
do nich.

— Czy... ktoś przyszedł? — zdawał się pytać kwiat.
Wtedy Pete zobaczył coś zwalonego bezładnie za olbrzymią donicą, w której rósł kwiat, 

niemal ukrytego pod opadającymi ku podłodze liśćmi.

— Tędy! — krzyknął.
W paru susach dopadł donicy i klęknął nad bardzo wynędzniałym, chudym mężczyzną, który 

leżał na boku, miał związane ręce i nogi i zakneblowane usta.

Wszystko w porządku panie Fentriss — powiedział. —Zaraz pana rozwiążemy.
Węzły okazały się zupełnie luźne i usunęli je szybko. Pan Fentriss sam pozbył się już knebla. 

Przy pomocy Pete’a i Jupitera doszedł do skórzanej kanapy i wyciągnął się na niej.

— Dziękuję, chłopcy — szepnął. — Za chwilę pozbieram siły.
Jupiter, bardzo poważny przysunął krzesło i usiadł na nim.
— Panie Fentriss — powiedział — sądzę, że powinniśmy zawiadomić policję.
Mężczyzna robił wrażenie zatrwożonego.
— Nie, nie! — zawołał. — Poza tym to niemożliwe. Nie mam telefonu.

— Możemy zatelefonować z samochodu. Mamy tam zainstalowany telefon.
— Nie — odmawiał uparcie pan Fentriss. Przekręcił się na bok i podparł na łokciu, by 

spojrzeć na Jupitera. — Kim jesteście? Jak to się stało, że znaleźliście się tutaj?

Jupiter wręczył mu jedną z kart wizytowych Trzech Detektywów i wyjaśnił, że przysłał ich 

pan Hitchcock.

— To bardzo miło ze strony Alfreda — powiedział pan Fentriss.

— Czy   jest   pan   pewien,   że   nie   chce   pan   dać   znać   na   policję?   —   zapytał   Jupiter.   — 

Naturalnie, jeśli pragnie pan odzyskać swoją papugę, Trzej  Detektywi  są na pańskie usługi. 
Jednakże został pan napadnięty, związany i...

— Nie! — przerwał mu pan Fentriss. — Będę szczęśliwy, jeżeli podejmiecie się rozwiązać 

mój  problem.  Czuję,  że   mogę  wam   zaufać.   Byłem  już  na  policji.   Najpierw  powiedzieli,  że 
papuga   prawdopodobnie   sobie   odfrunęła,   potem,   kiedy   się   upierałem,   twierdzili,   że   będąc 
aktorem szukam rozgłosu.

— Rozumiem, proszę pana — skinął głową Jupiter. —Mogli sadzić, ze jest to próba robienia 

sobie reklamy.

— Tak, mój chłopcze — pan Fentriss odprężył się. —Tak więc bez policji. Musicie mi to 

przyrzec.

Przyrzekli i Jupiter poprosił o wszystkie fakty związane z zaginioną papugą.
— Byłem bardzo przywiązany do Billy’ego — powiedział pan Fentriss. — Jego pełne imię 

brzmi Billy Shakespeare. Oczywiście wiecie, kto to był William Shakespeare.

background image

— Tak, proszę pana — odparł Jupiter. — Największy dramatopisarz świata. Urodzony w 

Anglii w 1564 roku, zmarł w 1616. Jego sztuki są wciąż wystawiane na całym świecie. „Hamlet” 
jest chyba najbardziej znaną.

— Wiele razy grałem Hamleta — pan Fentriss ożywił się. —Och, odniosłem w tej roli wielki 

sukces. — Położył jedną rękę na piersi, wyciągając drugą przed siebie. — „Być albo nie być, oto 
jest   pytanie”   —   powiedział   głębokim   głosem.   —   To   wers   z   „Hamleta”   —   zwrócił   się   do 
chłopców — zapewne najbardziej znany ze wszystkich, które napisał Shakespeare. Moja papuga 
zwykła go cytować. Powtarzała słowa w kółko.

— Pańska   papuga   cytowała   Shakespeare’a?   —   zapytał   Pete.   —   To   musiał   być   bardzo 

wykształcony ptak.

— O,   z   pewnością.   Deklamował   to   z   doskonałym   brytyjskim   akcentem,   z  jednym   tylko 

błędem, a poza tym biedny ptak się jąkał.

— Jąkał się? — zapytał Jupiter.
— W jego wykonaniu ten wers brzmiał tak: „Być czy-czy-czy nie b-być, oto jest pytanie”. — 

mówił pan Fentriss.

Jupiterowi oczy zabłysły żywym zainteresowaniem
— Słyszałeś, Pete? Czy kto kiedykolwiek słyszał o jąkającej się papudze? Czuję, że będzie to 

niezwykle interesująca zagadka.

Pete miał również to uczucie. Czuł, że Jupe ma rację.
Pan Fentnss zbierał siły, a Jupiter wypytywał go dalej o fakty. Aktor miał papugę od trzech 

tygodni.   Kupił   ją   od   domokrążcy,   niewielkiego   człowieczka,   mówiącego   z   meksykańskim 
akcentem i jeżdżącego małym wozem zaprzężonym w osła.

— Musimy wiedzieć możliwie wszystko, proszę pana —mówił Jupiter. — Jak to się stało, że 

ten domokrążca trafił do pańskiego domu?

— Może pa
nna Irma Waggoner przysłała go. Mieszka parę domów dalej. Kupiła od niego papugę i kiedy 

usłyszała, że deklamuje Shakespeare’a, była pewna, że mnie to zainteresuje Przysłała go więc 
tutaj.

— Rozumiem   —   Jupiter   skubał   dolną   wargę.   —   Czy   sprzedawanie   papug   było   stałym 

zajęciem tego domokrążcy?

— Nie wiem, doprawdy — Pan Fentriss był niezdecydowany. — Kiedy go zobaczyłem, miał 

na wózku tylko dwie klatki. Jedną z Billym. W drugiej był jakiś osobliwy, ciemnawy ptak, 
podobno   rzadki   okaz   czarnej   papugi.   Ale   ja   jestem   pewien,   że   niczego   takiego   nie   ma. 
Domokrążca mówił jeszcze, że nikt nie chce kupić ptaka, bo wygląda na chorego.

— Czy przedstawił się panu lub może miał tabliczkę z nazwiskiem na swoim wozie?
— Nie — aktor potrząsnął głową. — Był w łachmanach zanosił się kaszlem i widziałem, że 

bardzo mu zależy na sprzedaniu papugi. Kupiłem ją tylko za piętnaście dolarów. Rozumiesz, nikt 
inny jej nie chciał z powodu tego jąkania.

— I był to zwykły, dwukołowy wózek z osłem — zapytał Jupiter.

— Tak   jest,   w   dodatku   wymagający   odmalowania.   Ciągnięty   był   przez   małego   osła,   na 

którego właściciel wołał Pablo. To wszystko, co mogę wam powiedzieć.

— Myślisz, że on kradł te papugi, Jupe? — zapytał Pete.

— Wątpię, żeby sprzedawał je tak otwarcie, gdyby były kradzione — powiedział Jupiter w 

zamyśleniu. — Jednakże jest oczywiste, że nie był pierwszym właścicielem Billy’ego i nie on go 
trenował.

— Jak to wykombinowałeś?

background image

— Proste. Pan Fentriss mówi, że Billy miał brytyjski akcent. Człowiek, który go sprzedawał 

miał akcent meksykański.

— Ach, rzeczywiście — Pete miał ochotę kopnąć się w kostkę za przegapienie tego faktu.
— A   teraz,   czy   zechciałby   pan   powiedzieć   nam   wszystko   o   okolicznościach   zaginięcia 

papugi? — zwrócił się Jupiter do gospodarza.

— A więc, chłopcze, jakieś trzy dni temu poszedłem na wieczorny spacer. Zostawiłem drzwi 

i okno otwarte. Kiedy wróciłem, Billy’ego już nie było. Na moim podjeździe zobaczyłem ślady 
opon, a ja nie mam samochodu. Jestem przekonany, że pod moją nieobecność ktoś podjechał pod 
dom, wszedł do środka i ukradł papugę. A policja twierdzi, że odfrunęła — ironia drżała w 
głosie   aktora.   —   Czy   słyszeliście   kiedykolwiek,   żeby   papuga   odfrunęła   zabierając   ze   sobą 
klatkę?

— Nie, proszę pana — przyznał Jupiter. — Teraz, skoro mamy już wszystkie dane dotyczące 

papugi, proszę nam powiedzieć, możliwie dokładnie, co zdarzyło się dzisiaj. Czego chciał gruby 
mężczyzna i jak doszło do tego, że pana związał.

— Ten łotr! — wykrzyknął aktor. — Najpierw powiedział, że nazywa się Claudius i jest z 

policji. Twierdził, że przysłali go, by mi pomógł w odnalezieniu papugi. Zadał mi mniej więcej 
te same pytania co ty i dałem mu te same odpowiedzi. Następnie spytał mnie, czy znam kogoś w 
sąsiedztwie, kto również kupił papugę od meksykańskiego domokrążcy, i podałem mu nazwisko 
panny Waggoner. To go bardzo zainteresowało. Zapytał potem, co mówiła moja papuga, na co 
odrzekłem, że opowiadałem już o tym na policji. To go nieco zmieszało, ale powiedział, że 
chciał po prostu sprawdzić, więc powtórzyłem mu, co Billy zawsze mówił: „Mam na imię Billy 
Shakespeare.   Być   czy   nie   być,   oto   jest   pytanie”.   To   podekscytowało   go   jeszcze   bardziej   i 
zanotował te słowa starannie.

— Przepraszam pana — wtrącił Pete — nie powiedział mu pan, że Billy się jąka?
— Nie — pan Fentriss przesunął ręką po czole. — Obawiałem się, że policja będzie się 

śmiała z pomysłu, iż papuga może się jąkać.

— Pan Claudius był jednak bardzo zainteresowany tym, co mówił Billy — zauważył Jupiter. 

— Czy coś jeszcze może nam pan powiedzieć?

— Nie sądzę — potrząsnął głową aktor. — Ach tak. Jedną dziwną rzecz. Ten człowiek, pan 

Claudius,   zapytał   mnie,   czy   domokrążca   miał   jeszcze   jakieś   inne   papugi   do   sprzedania. 
Wspomniałem ciemnego ptaka, który wyglądał na chorego, i to go niebywale podekscytowało. 
Wykrzyknął: „To musi być Sinobrody”. Wzbudziło to moją podejrzliwość. Zacząłem dochodzić 
do wniosku, że pan Claudius wcale nie jest z policji.

— Przepraszam — Jupiter zajrzał do swoich notatek —zapomniałem zapytać, jak wygląda 

pańska papuga. Jaki to rodzaj? Pan wie, jest wiele odmian tych ptaków.

— Nic na ten temat nie wiem. Billy ma głowę i pierś w pięknym, żółtym kolorze.
— A co zaszło, kiedy Claudius zorientował się, że nie dowierza mu pan?
— Wtedy stawiłem mu czoła. — Wstał wyprostowany, wyciągając rękę teatralnym gestem: 

— „Pan nie jest z policji” —zacytował  samego  siebie głębokim,  dramatycznym  głosem. —
„Sądzę, że jest pan nikczemnym łotrem, który ukradł mojego Billy’ego. Proszę go natychmiast 
zwrócić albo porachuję się z panem”. Oto, co powiedziałem.

— A potem? — spytał Jupiter.
— Potem usłyszeliśmy hałas na zewnątrz. Pan Claudius doskoczył do okna. Najwidoczniej 

zobaczył   was,   chłopcy,   zbliżających   się   do   domu.   Może   myślał,   że   jest   z   wami   policja. 
Błyskawicznie obezwładnił mnie. Wołałem o pomoc, ale on mnie związał, zakneblował mi usta i 
wybiegł z domu. Potem leżałem tu, aż przyszliście z pomocą. Nic z tego nie rozumiem, ale 

background image

doprawdy pragnę odzyskać Billy’ego. Czy sądzicie, że uda się wam go odnaleźć?

— Trzej Detektywi dołożą wszelkich starań — oświadczył Jupiter.
Następnie, zebrawszy już wszystkie informacje, pożegnali się i wrócili do samochodu. Gdy 

się zbliżyli, Worthington przerwał polerowanie rollsa i zapytał:

— Do domu, panie Jones?
— Chyba  tak — zgodził się Jupiter, a kiedy ruszyli  długą, wijącą się drogą wyjazdową, 

zwrócił   się   do   Pete’a.   —   Myślę,   że   prawie   na   pewno   pan   Cladius   ukradł   Billy’ego 
Shakespeare’a. Wrócił tu, bo potrzebował dalszych informacji. Najpierw, więc musimy odszukać 
pana Claudiusa.

— Ja   wolałbym   nie   —   powiedział   Pete.   —   Wyglądał   na   człowieka,   który   może   użyć 

prawdziwego   pistoletu   równie   łatwo   jak   tej   zapalniczki   do   cygar.   Poza   tym,   jak   można   go 
odnaleźć?

— Rozważę ten problem — odparł Jupiter. — Musi być jakiś sposób... panie Worthington, 

proszę uważać.

Ostrzeżenie   nie   było   potrzebne.   Worthington   zauważył   już   nowy,   szary   czterodrzwiowy 

samochód, wjeżdżający w drogę podjazdową prosto na nich, i skręcił ostro kierownicę. Rolls-
royce wrył się w stary zaniedbany klomb w chwili, gdy mały mężczyzna o bystrych oczach, 
siedzący za kierownicą  nadjeżdżającego  ze zgrzytem  hamulców i piskiem opon samochodu, 
czynił nadludzkie wysiłki, aby uniknąć zderzenia.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zaginięcie Małej Bo~Peep

1

Oba   auta   zatrzymały   się.   Zderzak   czterodrzwiowego   samochodu   dzieliły   centymetry   od 

lśniącej powierzchni pięknego rolls-royce’a. Worthington szybko, ale z wrodzoną elegancją wy-
sunął się z siedzenia kierowcy i stanął twarzą w twarz z małym człowiekiem, który wysiadł już 
ze swego samochodu.

— Dlaczego nie patrzysz, gdzie jedziesz, ty wielka małpo! —krzyczał mały mężczyzna.
Worthington wyprostował się na całą swą pokaźną wysokość.
— Mój panie — powiedział — ja opuszczałem tę nieruchomość z umiarkowaną prędkością. 

Pan pędził nierozważnie. Gdyby uszkodził pan ten samochód, stałoby się to całkowicie z pana 
winy.

Worthington   mówił   ze   spokojem   i   przekonaniem,   więc   mały   mężczyzna   w   nowym, 

wyglądającym pretensjonalnie ubraniu, cofnął się o krok.

— Uważaj! — warknął. — Nie zniosę zuchwałych uwag od służącego.
— Nie nazywaj mnie służącym, bo oberwiesz — Worthington sięgnął, by chwycić małego 

mężczyznę za klapy i potrząsnąć nim.

Tamten szybkim ruchem wsunął rękę pod marynarkę. W tym momencie otworzyły się tylne 

drzwi   samochodu   i   wysiadł   średniego   wzrostu   mężczyzna,   bardzo   kosztownie   ubrany.   Miał 
czarne wąsiki i niewielkie znamię w kąciku ust.

— Adams! — zawołał. — Wracaj do samochodu!

Jego głos był szorstki i rozkazujący, z lekkim francuskim akcentem.
Kierowca zawahał się, po czym naburmuszony wrócił do auta, gdzie siedział, obserwując 

scenę, trzeci człowiek: potężny i brzydki. Mężczyzna mówiący z francuskim akcentem podszedł 
do Worthingtona.

— Przepraszam   za   nierozważność   mojego   kierowcy   —powiedział.   —   Na   szczęście   ten 

wspaniały samochód nie został uszkodzony Nigdy bym sobie nie darował, gdybym rozbił taki 
pojazd. Czy mogę teraz rozmawiać z pańskim chlebodawcą?

Do tej pory wypadki rozwijały się tak szybko, że ani Jupiter, ani Pete nie podjęli żadnego 

działania. Teraz Jupiter wysiadł z rolka.

— Pan chciał ze mną mówić? — zapytał.
Mężczyzna był zaskoczony.
— Ty... ach... ty jesteś właścicielem tego rolls-royce’a?
— W tej chwili tak — powiedział  Jupiter niedbale.  Dzięki aktorskim doświadczeniom z 

dzieciństwa umiał się znaleźć w każdej sytuacji. — Może zmienię go niebawem.

— Aha   —  mężczyzna   zawahał   się.  —  Jeśli  wolno  spytać,   czy  jesteś   przyjacielem  pana 

Fentrissa, którego właśnie chcę odwiedzić?

— Sądzę, że można nas nazwać przyjaciółmi — odparł Jupiter, a przyglądający mu się Pete 

musiał  podziwiać jego nonszalancję. Jupe wiedział, jak rozmawiać z dorosłymi.  — Właśnie 
byliśmy u niego z wizytą.

— Możesz mi więc z pewnością powiedzieć, jak się miewa jego papuga, Billy Shakespeare?
— Dotychczas nie odnaleziona Pan Fentriss jest tym wielce zatroskany.

1

 

Mała Bo-Peep 

— 

postać z popularnej angielskiej bajki Mama gęś”.

background image

— Nie odnaleziona? — twarz mężczyzny pozostała bez wyrazu. — Jakże mi przykro. Wciąż 

nie ma po niej śladu?

— Najmniejszego Właśnie jesteśmy w drodze na policję, by zapytać, jakie zrobiła postępy. 

Czy mamy im powiedzieć, że jest pan gotów przyjść z pomocą w odnalezieniu papugi?

— Ach, nie, nie — mężczyzna zdawał się być zaalarmowany słowem „policja”. — Nie ma 

potrzeby wspominać im o mnie. Jestem po prostu przyjacielem, który wpadł zapytać o Billy’ego. 
Ale skoro jeszcze się nie znalazł,  nie będę nawet niepokoił pana Fentrissa. Mam doprawdy 
nadzieję, że odzyska swego ptaka. No, musimy już jechać.

Nie podając swego nazwiska, dobrze ubrany mężczyzna mówiący z francuskim akcentem, 

wsiadł do samochodu.

— Adams! — powiedział ostro. — Proszę mnie zawieźć z powrotem do hotelu.
— Tak,   proszę   pana   —   mruknął   kierowca,   rzucił   krzywe   spojrzenie   Worthingtonowi   i 

wycofał samochód z drogi wjazdowej. Po chwili wszyscy zniknęli.

— Muszę powiedzieć, że zapanował pan doskonale nad sytuacją — stwierdził Worthington, 

kiedy Jupe wsiadł do limuzyny. — Jestem z pana dumny.

— Dziękuję — odparł Jupiter.
— Słuchaj,   chciałbym   wiedzieć,   o   co   tu   chodziło   —   powiedział   Pete.   —   Ci   ludzie   w 

samochodzie to byli twardzi klienci tacy, których wolałbym nie spotkać w ciemnej uliczce. Jak 
tyś ich odstraszył?

Jupiter wziął głęboki oddech i powrócił do swego zwykłego, chłopięcego i nieco grubawego 

wyglądu.

— To był blef — powiedział. — Wydawało mi się, że wzmianka o policji zaniepokoi ich, 

skłamałem więc, że właśnie tam jedziemy.

— Pewnie — Pete skinął głową. — Widziałem to. Ale...
— Ten kierowca, Adams, miał prawdopodobnie broń — powiedział Jupiter. — Widziałeś, 

jak zaczął po nią sięgać? Wyraźnie jest to typ nawykły do przemocy.

— Broń? I nawykły do używania jej? — Pete nerwowo przełknął ślinę.
— Jego pracodawca powstrzymał go — ciągnął Jupiter. —To typ z wysoką klasą. Ciekaw 

jestem, dlaczego zatrudnia rewolwerowca do prowadzenia samochodu.

— Ciekawi mnie — odparł Pete — dlaczego musimy mieć do czynienia Z takimi typami. 

Wszystko, co zamierzaliśmy zrobić, to odnaleźć zaginioną papugę.

— To prawda — zgodził się Jupiter.

— Jak   dotąd   wpadliśmy   na   strasznego,   grubego   faceta,   człowieka   z   cudzoziemskim 

akcentem,  który  najął   bandytę   w charakterze  swego  kierowcy,  i   słyszeliśmy   o  tajemniczym 
meksykańskim domokrążcy. W dodatku wszyscy ci ludzie interesują się tym samym ptakiem.

— Wszyscy,  oprócz domokrążcy — zauważył  Jupiter. —Skoro go sprzedał, nie jest nim 

zainteresowany.

— Ale   dlaczego?   —   Pete   był   zdezorientowany.   —   Co   jest   takiego   w   tej   jąkającej   się 

papudze, że tak bardzo chcą ją mieć? Te wszystkie podejrzane typy są gotowe nawet ją ukraść.

— Nie wątpię — odparł Jupiter — że z biegiem czasu nasze dochodzenie ujawni odpowiedź. 

W tej chwili mam kompletny chaos w głowie.

— Jesteśmy więc obaj w tym samym stanie — mruknął Pete. — Jeśli chcesz wiedzieć, co 

myślę...

— Co się stało, panie Worthington? — przerwał Jupiter.
— Ktoś jest na drodze — odpowiedział szofer. — Jakaś pani, która, zdaje się, coś zgubiła.
Wziąwszy zakręt Worthington zatrzymał samochód, gwałtownie hamując. Chłopcy wyjrzeli 

background image

przez okno.

Na drodze, nie zważając na ruch uliczny, stała mała, pulchna kobieta. Wpatrywała się w 

krzewy, nawołując:

— Tutaj Ślicznotko, tutaj. Chodź do Irmy. Mam dla ciebie pestki słonecznika.
— Ktoś jest w kłopotach — powiedział Jupiter. — Zobaczymy, czy możemy pomóc.
Wysiedli   z   samochodu   i   zbliżyli   się   do   kobiety,   która   wciąż   przepatrywała   gęste   krzaki 

wzdłuż ulicy i wyciągała z nadzieją rękę z pestkami słonecznika.

— Przepraszam — odezwał się Jupiter. — Czy pani coś zgubiła?
— Tak, tak — kobieta mówiąc przekrzywiała głowę w ptasi sposób i głos jej przypominał 

świergot ptaka. — Mała Bo-Peep zaginęła i nie wiem, gdzie jej szukać. Nie widzieliście jej? Czy 
widzieliście Małą Bo-Peep?

— Nie, proszę pani — odparł Jupiter. — Czy Mała Bo-Peep to papuga?
— Ależ tak — kobieta popatrzyła na niego ze zdziwieniem. — Jak, na Boga, się domyśliłeś?
Jupiter wyciągnął jedną z ich kart wizytowych.
— Jesteśmy   detektywami   —   powiedział   —   Wydedukowałem,   ze   szuka   pani   papugi, 

ponieważ postawiła pani na trawie, na skraju tych krzaków, klatkę papugi i stara się pani zwabić 
ptaka jego ulubionym ziarnem — pestkami słonecznika.

Pete również potrafiłby to wywnioskować, ale kobiecie wydawało się to niezwykłe. Po kilku 

okrzykach zaprosiła ich do swego domu, by porozmawiać o dziwnym zniknięciu Małej Bo-Peep.

— Proszę na nas poczekać — zawołał Jupiter do Worthingtona.
Wraz z Petem poszli za kobietą, ścieżką wykładaną cegłami, do małego domku, ukrytego za 

parawanem drzew bananowych.

— Panno Waggoner — zwrócił się Jupiter do kobiety, kiedy usiedli w jej małym saloniku — 

czy kupiła pani Małą Bo-Peep parę tygodni temu od domokrążcy mówiącego z silnym akcentem 
meksykańskim?

— Ależ tak — oczy panny Waggoner rozszerzyły się w zdumieniu. — Wiesz to także i 

nawet znasz moje nazwisko. Musicie być świetnymi detektywami.

— To tylko kwestia zestawienia z sobą pewnych informacji —odparł Jupiter. — Pan Fentriss 

napomknął o pannie Irmie Waggoner, a pani wołała Bo-Peep, by przyszła do Irmy. Tak więc, jak 
pani widzi, miałem wszelkie potrzebne informacje.

— Wiele ludzi zna fakty — powiedziała panna Waggoner — a nie potrafi ich należycie 

połączyć. Poznanie faktów to tylko połowa pracy. Ale czyżby biedny pan Fentriss nie odnalazł 
jeszcze swojego Billy’ego?

— Jeszcze nie, proszę pani. Nie może go odnaleźć —odezwał się Pete — ale staramy się mu 

pomóc. Czy może nam pani powiedzieć, jak to się stało, że pani papuga zniknęła?

— Wyszłam tylko do sklepu. Nie miałam już słonecznika Mała Bo-Peep tak go lubi. A na 

drodze o mało nie przejechał mnie mały, czarny samochód, który nagle wyskoczył zza zakrętu. 
Mój Boże, jak też ci ludzie dzisiaj jeżdżą!

Pete   i   Jupiter   wymienili   spojrzenia.   Obaj   pomyśleli   to   samo,   gdy   panna   Waggoner 

wspomniała mały, czarny samochód. Pan Claudius odjechał w tym właśnie kierunku, kiedy go 
po raz ostatni widzieli.

— Poszłam jednak dalej — ciągnęła swą opowieść panna Waggoner — i kupiłam nasiona 

słonecznika. Spacerowałam trochę w drodze powrotnej, było tak słonecznie. Kiedy wróciłam do 
domu, zastałam drzwiczki klatki szeroko otwarte, a moje małe kochanie przepadło. Pomyślałam, 
że  musiałam   zostawić  klatkę   otwartą  i  Bo-Peep  wyfrunęła,   i może   być   gdzieś  W ogrodzie. 
Właśnie na nią polowałam, kiedy nadeszliście.

background image

— Czy widziała pani później ten samochód, który o mało pani nie potrącił?
— Och, nie  —  potrząsnęła   głową. —  Skręcił  kawałek   dalej   i  znikł  za  tymi  drzewami  i 

krzewami. Mój Boże, chyba nie przypuszczacie, że ten grubas, który nim jechał, ukradł Bo-
Peep?

— Bardzo się obawiam, że tak — odpowiedział Jupiter. —Myślimy także, że to on ukradł 

Billy’ego pana Fentrissa.

— Och, mój Boże! — wykrzyknęła bezradnie panna Waggoner. — Co za człowiek bez serca. 

Ale dlaczego zadawać sobie tyle trudu, żeby kraść papugi? Mógł je sobie po prostu kupić.

Akurat to samo chciałby wiedzieć Pete. Jupiter jednak nie dał odpowiedzi na to pytanie.
— Jak dotąd  jest to  tajemnicą,  proszę  pani  — powiedział.  —Czy  Mała  Bo-Peep  umiała 

mówić?

— Och, oczywiście. Mówi: „Bo-Peep Mała swe owieczki postradała, gdzie to znaleźć, nie 

wiedziała. Idź do Sherlocka Holmesa”. Czy to nie dziwne nauczyć czegoś takiego papugę?

— Tak, proszę pani — przyznał Jupiter. — Czy mówiła to z brytyjskim akcentem?
— O tak, z bardzo starannym. Jakby była uczona przez wykształconego Anglika.
Jupiter zapisał to wszystko dla Boba Andrewsa, który prowadził ich dokumentację.
— Jestem pewien — zwrócił się do panny Waggoner, kiedy skończył  pisać — że gruby 

mężczyzna, który przedstawił się jako pan Claudius, wśliznął się do domu pod pani nieobecność 
i ukradł Małą Bo-Peep. Powinna pani dać znać na policję.

— Na policję? O mój Boże, nie! — wykrzyknęła panna Waggoner. — Musiałabym przejść 

całą tę drogę do miasta ... och, nie, wy musicie mi pomóc! Proszę, zgódźcie się — patrzyła na 
nich błagalnie bardzo zmartwiona.

— Doskonale, proszę pani — powiedział Jupiter. — Jestem pewien, że pan Claudius ma obie 

papugi, możemy więc prowadzić dochodzenia równocześnie.

— Och, jestem wam tak wdzięczna. Już czuję się lepiej.
— Jeszcze   jedno   pytanie   —   przypomniał   sobie   Jupiter.   —Czy   kupiła   pani   Bo-Peep   od 

meksykańskiego domokrążcy, który jeździ dwukołowym wozem zaprzężonym w osła?

— Tak, kaszlał okropnie i wyglądał na chorego. Było mi go żal.
— Czy dał pani jakiś rachunek?
— Ależ nie. Nie przyszło mi na myśl prosić go o to.
— Nie zauważyła pani, czy na wozie było może jego nazwisko lub adres? — wypytywał 

Jupiter, ale panna Waggoner potrząsnęła głową. Nic więcej nie mogła mu powiedzieć.

Widząc, że nie zdobędą tu więcej informacji, chłopcy pożegnali się grzecznie i wyszli. Jak 

tylko znaleźli się na dworze, Pete złapał przyjaciela za rękę.

— Jupe — powiedział — czy możesz mi wyjaśnić, jak zamierzasz znaleźć te dwie papugi? 

Przecież mogą być teraz Bóg jeden wie gdzie. Przyznaję, że to niezwykle wyedukowane papugi, 
znające Shakespeare’a i „Mamę gęś”, ale są miliony papug w dżungli, które mogą zająć ich 
miejsce. Tracimy po prostu czas.

Jupiter zamyślił się.
— Czy sądzisz, że pan Claudius jest lekkomyślnym typem? — zapytał.
— No nie. Kiedy trzymał wycelowany w nas pistolet, uważałem, że to raczej twardy osobnik.
— Właśnie. Ten człowiek zadał sobie wiele trudu, żeby ukraść dwie papugi o szczególnych 

imionach i niezwykłych umiejętnościach. Nie możemy na razie dociec, co nim kierowało. Ale 
możemy założyć, że to były ważne powody, prawda?

— Przypuszczam — mruknął Pete. — Ale jakie mamy szanse znaleźć go kiedykolwiek?
— Jesteśmy detektywami. Jesteśmy inteligentni — zdecydowanie na twarzy Jupe’a mówiło 

background image

Pete’owi, że nic nie zmieni jego postępowania. — w dodatku... Uważaj!

Rzucił się na Pete’a i przewrócili się obaj wymachując rękami i nogami.   Coś   dużego   i 

ciężkiego przeleciało ze świstem na wysokości‚ gdzie przed chwilą była głowa Pete’a, i zaryło 
się w miękką darń.

— Złaź...   złaź   ze   mnie!   —   sapał   Pete   nie   mogąc   złapać   oddechu,   gdyż   Jupiter   upadł 

dokładnie na jego brzuch. — Nie mogę oddychać, nie mogę... się ruszyć.

Jupiter   pozbierał   się   i   Pete   wciągnął   głęboki   oddech.   Wstał   powoli,   podczas   gdy   jego 

przyjaciel podniósł jakiś przedmiot z trawy. Był to kawał czerwonej płyty glinianej takiej jak te, 
które pokrywały dach domku panny Waggoner.

— Gdyby   to   trafiło   któregoś   z   nas   —   powiedział   Jupiter   —bylibyśmy   na   dłuższy   czas 

unieszkodliwieni. Na szczęście, zauważyłem coś poruszającego się w krzakach tuż przedtem jak 
ta płyta zaczęła na nas lecieć.

— Dzię... kuję — Pete był wstrząśnięty. — Kto to rzucił?
— Tego nie zobaczyłem. Jednakże jestem pewien, że to miało być ostrzeżenie. Ktoś sobie 

nie życzy, żebyśmy szukali Billy’ego Shakespeare a czy Małej Bo-Peep.

background image

ROZDZIAŁ 4

Czerwona Furtka Korsarza

Bob Andrews jadł kolację nie przestając spoglądać na telefon. Od momentu, kiedy wrócił do 

domu z biblioteki, oczekiwał, że zadzwoni lada chwila. Bob pracował dorywczo w bibliotece, 
rozkładał na półkach zwrócone książki i wykonywał inne pomocnicze prace.

Jadł   już   deser   —   krem   w   świetnym   kruchym   cieście   —I   chociaż   właśnie   wyskrobywał 

ostatnie   okruchy,   telefon   wciąż   nie   dzwonił.   Mama   Boba,   przystojna,   szczupła 
szatynka‚ przechwyciła tym razem jego spojrzenie i nagle coś sobie przypomniała.

— Och, mój  Boże! — zawołała.  — Zupełnie  zapomniałam,  mam  wiadomość  dla ciebie. 

Telefonował twój przyjaciel Jupiter Jones.

— Naprawdę? Co mówił? — ucieszył się Bob.
Poprzedniego dnia Jupiter przedstawił mu w zarysie ich nową zagadkę. Uzgodnili, że Trzej 

Detektywi spotkają się tego wieczora w Kwaterze Głównej, jeśli Jupiter nie będzie zbyt zajęty. 
Czasami   musiał   pomagać   cioci   i   wujowi   w   składzie   i   nie   mógł   wtedy   prowadzić 
detektywistycznych dochodzeń.

— Zapisałam   to   —   powiedziała   pani   Andrews   wyciągając   z   kieszeni   rozmaite   skrawki 

papieru. — W żaden sposób nie mogłabym zapamiętać. Jupiter czasami używa przedziwnego 
słownictwa.

— Nie może się od tego powstrzymać — przyznał Bob. — Czyta dużo i skomplikowane 

słowa wypowiada automatycznie. Poza tym, jego wuj Tytus też tak mówi. Można się do tego 
przyzwyczaić.

— Być może, w każdym razie tu jest wiadomość — mama rozłożyła kawałek papieru — 

Korsarza Czerwona Furtka, chodź, chodź do środka. W locie jest ptak, nasza zagadka wszak.  
Wąska  będziesz, ścieżko, za strzałą idź, koleżko.  
Doprawdy,  co to za wiadomość,  Robercie? 
Bawicie się w układanie szyfrów?

Bob był już w połowie drogi do drzwi, ale zatrzymał się. Jeśli mama  zadawała pytania, 

spodziewała się otrzymać na nie odpowiedź.

— To doskonale zrozumiały język, mamo — powiedział.

— Dla mnie nie brzmi doskonale zrozumiale.
— To tylko brzmi jak szyfr — tłumaczył Bob. — Chodzi o to, że kiedy ktoś obcy usłyszy 

naszą wiadomość, nie będzie mógł jej zrozumieć.

— I ja jestem kimś obcym? Twoja matka?

— O rany, mamo, nie. Jeśli cię to interesuje, mogę ci wytłumaczyć. Widzisz, utworzyliśmy 

zespół   detektywistyczny   i   właśnie   dostaliśmy   zagadkę   do   rozwikłania.   Staramy   się   znaleźć 
zaginioną papugę.

— No, to brzmi dość niewinnie — jej twarz rozpogodziła się. — Sądzę, że do tego odnosi 

się „w locie jest ptak, nasza zagadka wszak”.

— Tak jest. A Czerwona Furtka Korsarza znaczy...
— Och, mniejsza z tym. Biegnij już i nie wracaj zbyt późno. Muszę wysłać zaproszenia na 

ten wieczorek, który mamy w kościele w przyszłym tygodniu.

Bob wyszedł pośpiesznie i wskoczył na rower. Wciąż było jasno, czas przesunięto już na 

letni.   Rocky   Beach   było   miastem   rozciągniętym   wzdłuż   wybrzeża   Pacyfiku,   w   niewielkiej 
odległości od Hollywoodu. Za nim rozciągał się obszar wysokich wzgórz. Nie tak dawno Bob 

background image

spadł z jednego z nich i roztrzaskał sobie nogę, musiał teraz nosić na niej aparat usztywniający. 
Ale któregoś dnia nie będzie on konieczny, nawet już teraz mógł doskonale jeździć na rowerze.

Trzymając się bocznych ulic, z dala od ruchliwych arterii nadbrzeżnych, dotarł na tyły składu 

Jonesa. Był to prawdopodobnie najbardziej malowniczy skład rupieci w kraju. Otaczał go długi i 
wysoki drewniany płot. Na nim lokalni artyści, w wyrazie wdzięczności za szczodrobliwość 
pana Jonesa, wymalowali różne kolorowe sceny. Całą tylną powierzchnię płotu pokrywał obraz 
pożaru San Francisco w 1906 roku. Namalowano tam dramatyczne sceny płonących budynków, 
pędzące wozy strażackie zaprzężone w konie i ludzi uciekających z tobołami na plecach.

Bob   jechał   wzdłuż   płotu,   rozglądając   się,   czy  nikt   go   nie   obserwuje,  i   zatrzymał   się   w 

odległości około piętnastu metrów od narożnika. Było to miejsce, gdzie wymalowano wielki 
czerwony płomień, buchający z budynku, i pieska siedzącego obok, spoglądającego smutno na 
płonący dom. Chłopcy nazwali małego psa Korsarz. Jednym z jego oczu był sęk w desce płotu.

Bob  wygrzebał  sęk  paznokciem   i  sięgnął   palcem,  by zwolnić  haczyk.   Wtedy  trzy  deski 

podniosły się i mógł wprowadzić rower do środka. To była „Czerwona Furtka Korsarza”.

W  płocie  były  cztery takie  sekretne  wejścia  i Trzej  Detektywi  mogli,  w razie  potrzeby, 

wchodzić i wychodzić niezauważeni.

Znalazłszy się za płotem, Bob zaparkował rower i opuścił się na kolana. Sterta materiałów 

formowała tu coś w rodzaju pieczary. Na szczycie sterty leżała tablica z dużą czerwoną strzałką i 
napisem   „Biuro”.   Był   to   ich   żart,   tablica   rzeczywiście   wskazywała   kierunek   do   Kwatery 
Głównej, czyli biura.

Bob przeczołgał się pod stertą i wyszedł na wąski korytarz między spiętrzonym po bokach 

wszelkiego rodzaju złomem. Szedł krętym przejściem aż do miejsca, gdzie musiał znów opuścić 
się na kolana i przeczołgać pod grubymi dechami, które zdawały się leżeć tu przypadkowo, a 
faktycznie stanowiły dach Drzwi Czwartych — jednego z wejść do Kwatery Głównej. Posunął 
się kawałek na czworakach i mógł znowu stanąć. Zapukał w klapę trzy razy. Klapa otworzyła się 
i   Bob   wszedł   do   Kwatery   Głównej.   Mieściła   się   ona   w   zniszczonej   dziewięciometrowej 
przyczepie kempingowej, ukrytej wśród spiętrzonego wokół żelastwa i desek. Nawet pan Jones 
nie wiedział, że zmienili starą przyczepę w swoją nowoczesną siedzibę, z ciemnią fotograficzną, 
specjalnym   laboratorium   i   biurem,   wyposażonym   w   maszynę   do   pisania,   telefon,   biurko   i 
magnetofon. Cały ekwipunek został wyreperowany i przerobiony ze starych rupieci trafiających 
do   składu,   z   wyjątkiem   naturalnie   telefonu.   Opłacali   go   z   pieniędzy   zarabianych   pracą   w 
składzie.

Tak więc odbywali tutaj swe konferencje w zupełnej tajemnicy.
Jupiter siedział teraz na obrotowym krześle i żuł koniec ołówka. Pete Crenshaw rysował 

machinalnie jedną papugę po drugiej.

— Cześć, Bob — odezwał się Jupiter. — Co cię zatrzymało?
— Mama zapomniała o twoim telefonie. Zresztą i tak nie dałaby mi wyjść bez kolacji. Czy to 

jest supertajne zebranie?

Jupiter skinął głową.
— Z powodu cioci Matyldy — powiedział. — Sprzątała dom przez cały dzień i musiałem jej 

pomagać.   Teraz   chciała,   żebym   umył   wszystkie   okna.   Zrobię   to   oczywiście,   ale   najpierw 
musimy poczynić jakieś postępy w naszych poszukiwaniach Billy’ego Shakespeare’a i Małej 
Bo-Peep. Staram się ustalić linię działania dla was dwu, podczas gdy ja będę się trudni myciem 
szyb.

Taki sposób mówienia był charakterystyczny dla Jupitera, który od lat czytał wszystko, co 

mu wpadło w ręce. Wydawało się, że nawet myśleć nie potrafi zwięźle.

background image

— Jesteśmy zaczopowani — powiedział Pete. — Zatkani. W szachu. Wiemy, że gruby facet 

podający   się   za   pana   Claudiusa,   zapewne   ukradł   Billy’ego   i   Małą   Bo-Peep,   ale   nie   mamy 
żadnego   pomysłu,   jak   go   odnaleźć.   Policja   mogłaby   odszukać   jego   samochód,   ale   oni   nie 
potraktują tej sprawy poważnie. Wyobraź  sobie, że pójdziemy do komendanta  Reynoldsa  w 
naszym mieście i poprosimy o pomoc w znalezieniu Shakespeare’a i Małej Bo-Peep!

— Poza tym,  zarówno pan Fentriss jak i panna Waggoner żądali absolutnej dyskrecji — 

dodał   Jupiter.   —   Musimy   jednak   jakoś   odszukać   pana   Claudiusa   albo   przyznać   się   do 
przegranej.

— Mam pewien pomysł — powiedział Bob. — Pytajmy ludzi, czy nie widzieli samochodu 

pana   Claudiusa.   Jeśli   wypytamy   odpowiednią   ilość   osób,   trafimy   na   pewno   na   kogoś,   kto 
zauważył auto. A jak znajdziemy samochód, właściciel powinien być gdzieś w pobliżu.

— Ludzie są bardzo nieuważni — Jupiter miał zastrzeżenia. — Nawet naoczni świadkowie 

wypadku podają sprzeczne opisy.

— Ale nie dzieci — zaprotestował Bob. — Dzieci świetnie potrafią zaobserwować wszystko, 

co   je   interesuje.   Dużo   chłopców   interesuje   się   samochodami.   Jeśli   zapytamy   parę   tysięcy 
chłopców w Los Angeles i Hollywood, założę się, że znajdzie się jeden, który doskonale pamięta 
samochód.

Jupiter miał wyraz twarzy wskazujący na maksymalny wysiłek umysłowy.
— To wspaniały pomysł, Bob — powiedział wreszcie.
— Naprawdę? — Bob patrzył na niego uważnie. — Naprawdę uważasz, że jest dobry?
— Niesłychanie prosty, I dlatego genialny — odparł Jupiter. — Jak powiedziałeś chłopcy 

interesują się samochodami, zwłaszcza niezwykłymi. Musimy pytać tak długo, aż natrafimy na 
chłopca,   który   widział   ten   samochód.   Wtedy   znajdziemy   w   pobliżu   pana   Claudiusa.   Ale 
oczywiście nie możemy osobiście pytać każdego chłopca w mieście.

— To jak chcesz to zrobić? — zapytał Pete.
Jupiter pochylił się do przodu, patrząc na nich.
— Posłużymy się systemem połączeń duch z duchem —oświadczył.

background image

ROZDZIAŁ 5

System połączeń duch z duchem

Jupiter patrzył na nich, jakby był pewny, że rozumieją, o co chodzi. Ale Bob i Pete nie mieli 

zielonego pojęcia, o czym mówił.

— Co to jest system połączeń duch z duchem? — zapytali równocześnie.
— Jest to metoda skontaktowania się z tysiącem chłopców, bez rozmowy bezpośredniej.
— A gdzie są duchy? — zapytał Bob.
— Faktycznie nie ma tu żadnych duchów — odparł Jupiter. — Jednakże chłopcy, z którymi 

się skontaktujemy, nie znają nas, w każdym razie większość z nich, i my ich nie znamy. Dla nas 
będą tylko głosem przez telefon. Możemy więc nazwać ich duchami. Poza tym to słowo ma 
pewien smak i koloryt.

— O, z pewnością — przyznał Bob,
— W dodatku — Jupiter dopiero się rozkręcał, prowadząc swój wywód — jeśli określimy 

naszych nieznanych informatorów jako „duchy”, nikt, kto nas usłyszy, nie będzie wiedział, o 
czym mowa. To będzie nasz sekret.

— No, to ma sens — zgodził się Pete.
— Należy również wziąć pod uwagę — ciągnął Jupiter — że można się posłużyć moim 

projektem dla skontaktowania się, w razie potrzeby, z chłopcami na całym obszarze stąd do 
Atlantyku. Byłby to wtedy system połączeń od Oceanu da Oceanu. Ale taka nazwa była już 
użyta przez sieć radiowo-telewizyjną. Wolę być oryginalny i nazwać nasz wynalazek systemem 
połączeń duch z duchem.

— To twój pomysł, możesz go nazwać jak chcesz — powiedział Pete.
— Naturalnie — zgodził się Bob. — Ale jak to działa?
— Bardzo prosto. Ilu masz kolegów mieszkających w okolicy, Bob?
— Och, dziesięciu, może dwunastu. Dlaczego?
— Zaraz zobaczysz. A ty, Pete? Ilu chłopców znasz poza tymi, których zna Bob?
— Sześciu, siedmiu. Do czego zmierzasz?
— Chwileczkę. Ja mam jeszcze czterech do pięciu przyjaciół, których wy nie znacie. A teraz, 

Pete, czy możesz jeszcze raz opisać samochód pana Claudiusa? Bob, notuj!

— Dwudrzwiowy, sportowy model rangera, kolor czarny — dyktował Pete — tapicerka z 

czerwonej   skóry.   Prawie   nowy.   Miał   kalifornijski   numer   rejestracyjny   kończący   się   na 
trzynaście.

Bob zapisał, a Jupiter dodał:
— Kierowca, który przedstawia się jako pan Claudius, jest gruby, nosi bardzo silne okulary. 

Myślę, że to wystarczający opis. Teraz musimy uruchomić system połączeniowy. Oto sposób 
postępowania: zatelefonuję do moich pięciu przyjaciół i zapytam, czy widzieli czarnego rangera. 
Jeśli nie, poproszę ich, by z kolei oni zadzwonili do pięciu przyjaciół, przekazali opis i poprosili 
by każdy z nich zatelefonował do następnych pięciu. Tę procedurę należy kontynuować, aż do 
uzyskania   rezultatu.   Każdemu,   kto   otrzyma   telefon,   trzeba   podać   nasz   numer   telefonu. 
Ktokolwiek będzie w stanie przekazać nam informację a samochodzie, zadzwoni do nas jutro o 
dziesiątej rano. Czy jest to dla was jasne?

— Jupe, to jest wspaniałe! — wykrzyknął Bob.
— A niech cię! — zawtórował mu Pete. — Do rana każdy chłopiec w południowej Kalifornii 

background image

będzie szukał czarnego rangera.

— Na wszelki wypadek — powiedział Jupe — czy któryś z was widzi jakieś słabe punkty w 

tym projekcie?

— Może   powinniśmy   ustalić   jakąś   nagrodę   —   zaproponował   Pete.   —   Jest   przyjęte 

wynagradzać za informacje.

— Słusznie — przytaknął Bob — to bardziej zmobilizuje każdego do szukania.
— Doskonały pomysł — zgodził się Jupiter. — Ale co możemy ofiarować? Nie mamy dość 

pieniędzy, żeby dać jakąś atrakcyjną nagrodę.

— Może ofiarować przejażdżkę rolls-roycem? — zaproponował Pete. — Każdego chłopca, 

który interesuje się samochodami,  ucieszy przejażdżka tak luksusowym  autem.  Możemy mu 
nawet   pozwolić   zatelefonować   do   któregoś   z   przyjaciół   z   aparatu   zainstalowanego   w 
samochodzie.

— Myślę, że to dobry pomysł — powiedział Jupiter.
— Bob, może ty masz jakąś propozycję?
— Tak, właśnie myślałem, że możemy pierwszemu, który zadzwoni z informacją, pozwolić 

wybrać   coś   dla   siebie   w   składzie.   Każdy   dzieciak   może   tu   znaleźć   przynajmniej   tuzin 
przedmiotów jakie chciałby mieć.

— To   prawda   —   przyznał   Pete.   —   Nie   znam   nikogo,   kogo   nie   ucieszyłaby   możliwość 

wybrania sobie czegoś spośród tych cudownych rupieci, które zwozi tu twój wujek, Jupe.

— Ale te rupiecie nie są naszą własnością — Jupiter zmarszczył  czoło. — Nie możemy 

podarować komuś czegoś, czego nie mamy.

Przez chwilę zastanawiali się. Potem Pete przypomniał sobie, że pan Jones jest im winien coś 

za reperację przedmiotów, które później miał okazję sprzedać. Zsumowali to wszystko i okazało 
się,   że   w  trójkę   zarobili   dwadzieścia   pięć   dolarów   i   trzynaście   centów.   Uzgodnili   więc,   że 
nagrodą   będzie   przejażdżka   rolls-roycem   plus   cokolwiek   ze   składu,   czego   wartość   nie 
przekracza dwudziestu pięciu dolarów i trzynastu centów.

Ustaliwszy to zabrali  się do telefonowania.  Jupe  zadzwonił  do swoich  pięciu  przyjaciół. 

Żaden z nich nie widział czarnego samochodu, ale zgodzili się przekazać telefonicznie pytanie 
następnym pięciu.

Skończywszy swoje rozmowy telefoniczne, Jupe pospieszył przez Tunel Drugi, ich główne 

wejście   i  wyjście,  by umyć   okna  cioci  Matyldzie.   Teraz   telefonował  Pete,   potem   Bob.  Nie 
musieli wiele wyjaśniać. Każdy chłopiec, z którym rozmawiali, w lot rozumiał, o co chodzi, i był 
mile połechtany,  że bierze udział w ważnym  śledztwie. Bob i Pete byli  przekonani, że nim 
skończą ostatnią z tych rozmów, pierwsi rozmówcy przekażą już dalej ich prośbę.

Bob   pozostał   dłużej   w   Kwaterze   Głównej,   przepisując   na   maszynie   notatki   z 

dotychczasowego przebiegu dochodzenia. Kiedy godzinę później przyszedł do domu jego matka 
właśnie odkładała słuchawkę, z wyrazem zdumienia na twarzy.

— Nie rozumiem — powiedziała. — Zupełnie niesłychane.
— Co się stało, mamo? — zapytał Bob
— Starałam się zatelefonować do pań, które mają mi pomóc w zorganizowaniu wieczorku w 

kościele. Dzwoniłam jak dotąd do dwunastu i nie uwierzysz, wszędzie telefon był zajęty.

Bob powstrzymał śmiech. Mógł się domyślić przyczyny.
— Czy one wszystkie mają synów w moim wieku? — zapytał.
— Tak, i nie zdziwiłabym się, gdyby dwa lub trzy telefony były zajęte, ale nie dwanaście pod 

rząd. Może spróbuję zadzwonić do pani Garret.

— Myślę, że byłoby lepiej, gdybyś odczekała trochę — powiedział Bob. — Może coś się 

background image

popsuło.

— Prawdopodobnie — odparła, ale wciąż spoglądała na telefon, kiedy Bob wchodził na górę.
W   swoim   pokoju   usiadł   i   zaczął   obliczać,   Trzy   razy   pięć,   czyli   piętnaście   to   ilość   ich 

telefonów. Jeśli każdy z tych piętnastu chłopców zatelefonował do następnych pięciu przyjaciół, 
to już mamy siedemdziesiąt pięć. Pięć razy siedemdziesiąt pięć jest trzysta siedemdziesiąt pięć, i 
to razy pięć to tysiąc osiemset siedemdziesiąt pięć, i jeszcze razy pięć...

Bob popatrzył na swoje rachunki i zagwizdał. Nie ma się co dziwić, że telefony są zajęte. 

Jupiter sam sobie nie zdawał sprawy z potęgi swego pomysłu. System połączeń duch z duchem 
był absolutną bombą. Wiadomość, którą przekazywali, była krótka, nie zajmie więc wiele czasu 
rozesłanie   jej.   Wiedział,   że   wkrótce   telefony   przestaną   być   blokowane.   Zabrał   się   więc   do 
studiowania notatek sprawy, którą nazwał „tajemnicą jąkającej się papugi”.

Coś   go   niepokoiło.   To   było   prawdopodobnie   coś   bardzo   prostego,   ale   nie   mógł   tego 

umiejscowić. Nie chodziło o to, dlaczego ten gruby facet chciał ukraść papugi. Zgodzili się 
wszyscy trzej, że z wyjaśnieniem tej tajemnicy trzeba poczekać, aż zbiorą więcej informacji. Ale 
było także zagadką, dlaczego ktoś nauczył papugę jąkać się. Ponieważ, jak zauważył Jupiter, 
Billy’ego  najprawdopodobniej  nauczono mówić  „Być  czy-czy-czy nie  b-być”,  było  zupełnie 
wykluczone, żeby papuga jąkała się przypadkowo. W takim razie...

W tym momencie poczuł się senny i poszedł do łóżka. Gdzieś w środku nocy obudził się 

jednak z dźwięczącymi w uszach słowami: „Bo-Peep Mata swe owieczki postradała, gdzie to 
znaleźć nie wiedziała, Idź do Sherlocka Holmesa”. To było to, co mówiła Bo-Peep, według słów 
panny Waggoner. Jednakże, odrzucając tajemnicze polecenie, żeby iść do Sherlocka Holmesa, 
wiersz się nie zgadzał. Bob pamiętał oryginalne słowa z „Mamy gęsi”, brzmiały one: „Bo-Peep 
Mała swe owieczki postradała, gdzie je znaleźć nie wiedziała”. Ale papuga o imieniu Bo-Peep 
nie mówiła „je”, mówiła „to”. Bob miał przeczucie, że Jupiter będzie to uważał za ważne.

— Hmm — twarz Jupitera zachmurzyła się w głębokiej koncentracji. — Masz rację, Bob. 

Panna   Waggoner   z   całą   pewnością   twierdziła,   że   jej   papuga   mówiła   „gdzie   to   znaleźć,   nie 
wiedziała”.   Ponieważ   możemy   przyjąć,   że   chodzi   o   stado   owiec,   obje   formy   z   pozoru   są 
poprawne. Jednakże...

— Och, skończ już z tymi twoimi naukowymi wywodami —zdenerwował się Pete. — Co to 

oznacza?

Trzej chłopcy zgromadzili się w Kwaterze Głównej następnego ranka. Było parę minut przed 

dziesiątą,   czyli   godziną,   o   której   mieli   nadzieję   otrzymać   informację   poprzez   uruchomiony 
poprzedniego dnia system połączeń duch z duchem. Tymczasem dyskutowali nad odkryciem 
Boba.

— Oczywiście to może być pomyłka — mówił Bob.
— Anglik, który uczył papugę, mógł nie pamiętać dokładnie.
— Trzy pomyłki — powiedział Jupiter — jeśli uznamy jąkanie się Billy’ego Shakespeare’a i 

zamianę „albo” na „czy” też za pomyłki.

—   Co   to   są   trzy   pomyłki?!   —   wtrącił   Pete   niecierpliwie.   —Robię   więcej   w   szkolnych 

wypracowaniach.

— Niewątpliwie — przytaknął Jupiter. — Ale w tym wypadku jestem pewien, że papugi 

były   trenowane   przez   wykształconego   Anglika.   Dwie   pomyłki   mogłyby   być   jeszcze 
przypadkiem, trzy sugerują celowość.

— Celowość? — Pete zdawał się nic nie rozumieć i Bob nie dziwił mu się. Nie zawsze było 

łatwo iść za tokiem rozumowania Jupitera. Czasami zdawało się, że idzie ono na skróty.

— Chcesz powiedzieć, że równie łatwo nauczyć papugę powtarzać coś, co brzmi poprawnie, 

background image

jak i  niepoprawnie?  —zwrócił  się do Jupitera.  — Jest więc jakiś powód, dla którego  Billy 
Shakespeare zmienia tekst i się jąka, a Mała Bo-Peep mówi „to” zamiast „je”.

— Właśnie   —   odparł   Jupiter.   —   Najpierw   zastanawialiśmy   się,   dlaczego   pan   Claudius 

chodzi po domach i kradnie papugi. Teraz mamy nową tajemnicę. Dlaczego nauczono papugi 
takich dziwnych zdań, i w dodatku z błędami?

— To przechodzi moje pojęcie —- kręcił głową Bob. — Po co w ogóle uczyć papugi takich 

rzeczy. Ludzie są przeważnie zadowoleni, kiedy ich papuga mówi „Polly chce ciastko”.

— Tajemnica pogłębia się, kiedy ją badasz — powiedział Jupiter. Miał na twarzy wyraz tej 

głębokiej satysfakcji, jaka pojawiała się zawsze, kiedy stawał przed wyjątkowo trudną zagadką. 
—Uczenie papug wymaga wielkiej cierpliwości — ciągnął. — Ktokolwiek to robił, miał w tym 
jakiś cel. Jaki, nie wiemy. Podejrzewam jednak, że wiedział to pan Claudius i dlatego skradł obie 
papugi.

— Aha — zawołał Bob. — Może wiele więcej papug jest w to wmieszanych poza Billym i 

Bo-Peep. Pamiętacie tę nazwaną Sinobrody, której domokrążca nie sprzedał? Pan Claudius był 
bardzo podekscytowany, kiedy o niej usłyszał.

— Och, nie — jęknął Pete. — Jeśli dwie papugi robią nam taki zamęt w głowie, pomyślcie, 

co się będzie działo przy kilku.

Normalnie to by ich rozśmieszyło, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Jupiter złapał go, 

jakby się bał, że odfrunie.

— Halo, mówi Jupiter Jones. Tak, tak jest. To ja szukam informacji o ... Widziałeś? Przede 

wszystkim powiedz mi, czy jego numer rejestracyjny kończył  się na trzynaście.., tak, nie?... 
Bardzo mi przykro, ale to nie jest samochód, którego szukamy. W każdym razie bardzo dziękuję.

Odłożył słuchawkę. Był rozczarowany.
— To był chłopiec z Hollywoodu — powiedział. — Ale numer rejestracyjny się nie zgadza.
Telefon   znowu   się   odezwał.   Tym   razem   Jupiter   trzymał   słuchawkę   blisko   odpowiednio 

przerobionego głośnika, chłopcy mogli więc słyszeć całą rozmowę. Dzwonił chłopak z Santa 
Monica,   który   widział   poprzedniego   wieczoru   czarnego   rangera   zaparkowanego   przed 
restauracją. Ale potem odjechała nim młoda para, i nie był on nowy. Znowu zły sygnał.

W sumie mieli jeszcze osiem telefonów. Jupiter fachowo wypytywał każdego telefonującego, 

ale za każdym razem nie był to właściwy samochód.

System połączeń duch z duchem okazał się niewypałem. Dalej nie mieli najmniejszego śladu, 

który prowadziłby do pana Claudiusa.

background image

ROZDZIAŁ 6

Nieoczekiwany gość

Chłopcy spoglądali na siebie głęboko rozczarowani. Wtem dobiegło do nich wołanie ciotki 

Jupitera, Matyldy. Była to duża kobieta o bardzo silnym głosie, usłyszeli ją bez trudu.

— Jupiter!! — wołała. — Ktoś tu chce się z tobą widzieć. Gdzie jesteś? Gdzieś ty się, na 

litość   Boską,   podział?   Widziałam   cię   jeszcze   godzinę   temu.   Tu   jest   chłopiec   do   ciebie. 
Meksykanin.

Meksykanin! W trójkę pomyśleli o tym samym, sprzedawca papug miał meksykański akcent!
Rzucili się do Tunelu Drugiego. W podłodze była kwadratowa klapa, która otwierała się do 

góry. Pod spodem biegła wielka karbowana rura. Opuścili się do niej i przeczołgali przez około 
dziesięć metrów jej długości. Na końcu znajdowała się żelazna krata. Pete, który był na przedzie, 
pchnął ją i odstawił na bok, po czym jeden za drugim wygramolili się za przebudowaną przez 
nich prasę drukarską. Drukowali na niej swoje karty wizytowe i nagłówki listów.

Byli   teraz   w   warsztacie   Jupitera,   na   wolnym   powietrzu.   Znajdował   się   on   w   jednym   z 

narożników składu i otoczony był stertami złomu tak, że nikt nie mógł ich widzieć. Jupiter miał 
tu swoją piłę tarczową, świder mechaniczny i inne narzędzia,  które sam naprawił ze złomu 
zwożonego przez wuja Tytusa. Wszystko osłonięte było półtorametrowym dachem, biegnącym 
wzdłuż   płotu   otaczającego   skład.   W   Południowej   Kalifornii   deszcze   są   rzadkością,   mogli 
pracować   na   dworze   niemal   cały   czas.   Mieli   poza   tym   dwie   plastykowe   płachty,   by   okryć 
narzędzia w razie potrzeby.
Pani Jones wciąż wołała Jupitera. Przemknęli wśród sterty złomu i wyszli wreszcie na podwórze 
w pobliżu głównej bramy i biura.

— Wołałaś mnie, ciociu? — zapytał Jupiter i pani Matylda obróciła się.
Za nią stał meksykański chłopiec, mniej więcej wzrostu Boba, w zniszczonych spodniach i 

podartej koszuli. Trzymał lejce małego osła, zaprzężonego do dwukołowego wózka.

— Ten chłopiec chce się z tobą widzieć, Jupiter — powiedziała pani Jones. — Masz dziś 

dzień dla siebie, to cię na pewno ucieszy. Ale jutro wraca twój wuj z całym ładunkiem staroci, 
będzie więc mnóstwo roboty.

— Tak, ciociu — przytaknął Jupiter posłusznie.
Pani Jones wróciła do biura. Meksykański chłopiec rozglądał się dookoła, jego czarne oczy 

strzelały w prawo i w lewo. Następnie zwrócił się do Jupitera, co było zupełnie naturalne, bo 
krępa, mocna postać Jupe’a przyciągała wzrok.

— Señor Jupiter? — zapytał.
— Tak, jestem Jupiter Jones.
— Jestem   Carlos   —   przedstawił   się   chłopiec   z   miękkim,   melodyjnym   meksykańskim 

akcentem. — Au-to jest tutaj? Mogę zobaczyć?

— Au-to — Jupiter nie zrozumiał, o co chodzi, ale Pete się połapał.
— On chce wiedzieć, gdzie jest rolls-royce — wyjaśnił.
— Ach, samochód, jest w garażu — powiedział Jupiter.
— Złote au-to! Musi być piękne. Tak bym chciał zobaczyć —Carlos uśmiechał się, ale zaraz 

spoważniał. — Przepraszam, señor Jupiter, ale samochody... ja je tak bardzo lubię. Wszystkie. 
Któregoś dnia... któregoś dnia ja też będę miał samochód!

— Przyszedłeś tu w sprawie samochodów? — zapytał Jupiter. Rozejrzał się dookoła. Hans i 

background image

Konrad, dwaj krzepcy pomocnicy wuja, rodem z Bawarii, właśnie wjeżdżali w bramę składu 
małą ciężarówką. — Chodź tutaj.

Carlos zawahał się chwilę, następnie przywiązał lejce swego osła do kawałka rury i poszedł 

za Jupiterem. Nim odszedł, pogłaskał pieszczotliwie szare stworzenie.

— Zaraz wrócę, Pablo — powiedział do osła.
Po   minucie   siedzieli   wszyscy   w  warsztacie   Jupitera.   Carlos   przyglądał   się   wszystkim 

urządzeniom wielkimi oczami.

— Carlos,   czy   przyszedłeś   powiedzieć   nam   o  czarnym   sportowym   rangerze?   —  zapytał 

Jupiter.

Carlos kiwał potakująco głową tak energicznie, że wydawało się, iż odpadnie mu za chwilę.
— Si,   si,   si,   señor   Jupiter   —   mówił.   —   Wczoraj   wieczorem   przyszedł   do   mnie   mój 

przyjaciel Esteban. Powiedział, że señor Jupiter chce wiedzieć o samochodzie ranger z numerem 
rejestracyjnym, który się kończy na jeden-trzy.

Chłopcy   czekali   z   zapartym   oddechem.   Carlos   patrzył   na   nich   oczami   przepełnionymi 

nadzieją.

— I... — przerwał — i powiedział‚ że jest na-groda.
— Nagroda!   —   wykrzyknął   Pete   z   takim   podnieceniem,   że   Carlos   spojrzał   na   niego 

przerażony. — Pewnie, że jest! Widziałeś ten samochód? Wiesz, gdzie jest?

— O tak, widział samochód. Widział grubego człowieka. Ale gdzie jest teraz, nie wiem. To 

było — Carlos zaczął liczyć na palcach — jeden, dwa, trzy, siedem, siedem dni temu ja widział 
samochód i grubego człowieka.

— Siedem   dni!   —   Pete   był   rozczarowany.   —   To   nam   wiele   nie   pomoże.   Jak   możesz 

pamiętać samochód po tygodniu?

— Och, ja lubię samochody tak bardzo — powiedział Carlos. — Marzę o samochodach. 

Czarny ranger jest piękny. Mogę wam powiedzieć numer rejestracyjny. AK-cztery-pięć-jeden-
trzy.   Siedzenia,   wszystko   pokryte   czerwoną  skórą.  Małe   zadrapanie  po  prawej   na  przednim 
zderzaku, małe wgniecenie tylnym.

Patrzyli na niego z szacunkiem. Wielu chłopców może zidentyfikować markę i rok produkcji 

niemal każdego samochodu, ale żeby pamiętać takie szczegóły, i to po tygodniu...

— To powinno pomóc policji w odszukaniu go — Jupiter skubał wargę — ale przyrzekliśmy 

nie zawiadamiać jej na razie. Nie widziałeś tego samochodu ostatnio, co, Carlos?

Chłopiec smutno potrząsnął głową.
— Nie mogę wygrać nagrody? — zapytał. — Nie mogę — tu westchnął głęboko — pojechać 

pięknym samochodem ze złoceniami?

— Być może, Carlos — powiedział Jupiter. — Ale przede wszystkim mów, jak to się stało, 

że widziałeś samochód i pana Claudiusa, tego grubego mężczyznę.

— Przyszedł zobaczyć się z moim wujkiem Ramosem —odpowiedział Carlos. — W sprawie 

papug.

— Papugi! — wykrzyknął Pete. — To twój wujek sprzedał Billy’ego Shakespeare’a i Małą 

Bo-Peep?

— I inne też — skinął głową Carlos. — Wszystkie papugi z dziwnymi imionami.

— Dziwne imiona? — Jupiter wymienił szybkie spojrzenie z Bobem. Więc Bob miał rację 

mówiąc   o   swoim   przeczuciu,   że   w   tę   tajemnicę   zamieszanych   jest   więcej   papug.   —   Czy 
pamiętasz może te imiona?

Carlos zagłębił palec w swoich grubych, czarnych włosach.

— Pamiętam — powiedział — Billy Shakespeare i Mała Bo-Peep.

background image

Chłopcy przytaknęli.
— To wiemy — powiedział Pete.
— Był też Scherlock Holmes i Robin Hood — kontynuował Carlos.
— Scherlock Holmes i Robin Hood — powtórzył Bob, zapisując imiona.

— I jeszcze Kapitan Kidd i Buźka — dodał Carlos. — Buźka miał tylko jedno oko.

— To już sześć — powiedział Bob zapisując dwa ostatnie imiona. — Czy było więcej?

— Och‚  tak   —  Carlosowi  rozjaśniła  się   twarz.  —  Ta   ciemna.  Sinobrody Pirat.   Mówiła 

bardzo dobrze. Siedem papug, wszystkie z ładnymi żółtymi głowami, oprócz Sinobrodego. On 
nie miał żółtej głowy.

— Sinobrody Pirat! — wykrzyknął Bob zapisując imię. —To ten, o którym wspomniał pan 

Fentriss,   co   tak   podekscytowało   pana   Claudiusa.   Jupe,   czy   myślisz,   że   wszystkie   mają   coś 
wspólnego z tą zagadką?

— Dojdziemy   do  tego   —  odpowiedział   Jupiter.   —  Carlos,  mówiłeś,  że   gruby  człowiek 

przyszedł tydzień temu do twojego wuja Ramosa, żeby wziąć papugi?

— Si, przyszedł po nie.

— I twój wujek dał mu je?

— Nie, señor — smutek pojawił się nagle na twarzy Carlosa. — Wujek Ramos... On już 

sprzedał papugi. Ten gruby pan... on by zapłacił za nie tysiąc dolarów. Ale wujek Ramos już ich 
nie miał. I ten gruby człowiek rozzłościł się i mówił brzydkie słowa, jak wujek powiedział, że 
nie pamięta, komu je sprzedał. Bo widzisz, señor Jupiter, mój wujek nie urnie czytać ani pisać. 
Więc on tylko sprzedaje papugi i bierze pieniądze.

— Tak więc od tego czasu pan Claudius starał się odszukać papugi i z nieznanych przyczyn 

ukradł te, które znalazł!  — mówił z ożywieniem  Jupiter do Boba i Pete’a.  — Zdobywamy 
mnóstwo informacji. System połączeń duch z duchem przyniósł jednak efekt, chociaż ciągle nie 
mamy wiadomości, gdzie możemy odszukać pana Claudiusa.

— Jeśli o mnie chodzi, dostajemy za dużo informacji — powiedział Pete. — Zaczęliśmy od 

jednej zaginionej papugi do odszukania. Potem mieliśmy już dwie. Teraz założę się, że myślisz o 
odnalezieniu wszystkich siedmiu, co?

Jupiter nie zaprzeczył.

— Wszystkie są częścią tej samej tajemnicy — powiedział. — Żeby ją rozwiązać, musimy 

znaleźć wszystkie ptaki.

— Ale przyrzekliśmy znaleźć tylko Billy’ego i Małą Bo-Peep — zaprotestował Pete. — Nie 

umawialiśmy się, że będziemy rozwiązywać jakąś nieziemską tajemnicę.

Bob  wiedział,   że  są to  daremne   wysiłki.  Pete  zresztą   wiedział   to  także.  Dać  Jupiterowi 

Jonesowi tajemnicę do rozwiązania, to jak dać psu soczystą kość. Nie puści, dopóki jej nie 
rozgryzie.

— Carlos   —   zwrócił   się   Jupiter   do   meksykańskiego   chłopca   —   bardzo   jesteśmy   ci 

wdzięczni za te wszystkie informacje, ale dlaczego nie telefonowałeś? Dlaczego przyjechałeś 
swoim wózkiem całą tę drogę do Rocky Beach, żeby się z nami zobaczyć?

— Miałem nadzieję, że zawiozę na wózku nagrodę do domu. A poza tym, señor Jupiter, nie 

mam pieniędzy na telefon.

Trzej chłopcy wymienili spojrzenia. Myśleli o tym samym. Czasem było u nich krucho z 

pieniędzmi, ale zawsze mieli jakieś kieszonkowe albo mogli zarobić coś pracą w składzie pana 
Jonesa. Trudno im było uzmysłowić sobie, że niektórzy ludzie nie mieli pieniędzy — po prostu 
zupełnie nic. Bob zauważył zakłopotanie Jupitera, kiedy ten zobaczył, jak strasznie chudy jest 
Carlos.

background image

— Ach, tak — powiedział. — Przekazałeś nam bardzo cenne informacje, warte są na pewno 

chociaż części nagrody. Ale naprawdę zależało nam na tym, żeby dowiedzieć się, gdzie mieszka 
pan Claudius i dlatego tak bardzo chcemy odnaleźć jego samochód.

— Gdzie mieszka gruby człowiek? — Carlos rozpogodził się. — Ach, teraz rozumiem.
Wsadził rękę do kieszeni i wyłowił z niej coś.
— Kiedy gruby człowiek wychodził od mojego wuja, przyrzekł mu dużo pieniędzy, jak sobie 

przypomni, gdzie sprzedał papugi. Dał mu tę kartkę.

Wręczył Jupiterowi kartę wizytową z nazwiskiem i adresem pana Claudiusa. A więc system 

połączeń duch z duchem wytropił jednak grubego człowieka!

Wszyscy trzej pochylili się nad kartą, gdy nagle zaczęło mrugać czerwone światełko nad 

prasą drukarską. Zainstalował je Jupiter, dawało im w ten sposób znać, że w Kwaterze Głównej 
dzwoni telefon.

Ktoś teraz telefonował. Jupiter szybko podjął decyzję.
— Carlos — powiedział — zamknij oczy.
— Si, señor — Carlos zrobił, o co go proszono.
— Pete, zostań z Carlosem. Mamy z Bobem interes do załatwienia, zaraz wrócimy.
Podczas gdy Carlos stał z zamkniętymi oczami, Jupiter i Bob wsunęli się szybko do dużej 

karbowanej rury, czyli Tunelu Drugiego, i przeczołgali się do Kwatery Głównej. Jupe złapał 
słuchawkę.

— Halo — był to głos kobiecy. Kobieta mówiła bardzo cicho, jakby się obawiała, że ktoś ją 

usłyszy. — Czy nazywasz się Jupiter Jones i starasz się znaleźć samochód pana Claudiusa?

— Tak,   proszę   pani   —   odpowiedział   Jupiter.   —   Czy   może   pani   powiedzieć,   gdzie   się 

znajduje?

— Jest w garażu, gdzie nikt go nie może zobaczyć — w głosie kobiety brzmiała złość. — I 

nie   wolno   ci   starać   się   znaleźć   pana   Claudiusa,   słyszysz.   To   bardzo   porywczy   człowiek   i 
niebezpiecznie jest narażać mu się. Cokolwiek robisz, od niego trzymaj się z daleka. Nie wtrącaj 
się w jego sprawy!

Odłożyła słuchawkę. Jupiter i Bob patrzyli na siebie. Jupe wciąż trzymał w ręce kartę, która 

mówiła im dokładnie, gdzie znaleźć pana Claudiusa. Ale po tym ostrzeżeniu nieznanej kobiety...

Jupiter powoli wsunął kartę do kieszeni.
— Musimy   dać   Carlosowi   nagrodę   —   powiedział   do   Boba   po   chwili   ciszy.   —   Potem 

musimy pójść do niego do domu i zobaczyć, co nam może powiedzieć jego wuj. To pewne, że 
jesteśmy o krok od dowiedzenia się czegoś wielkiego. Potem, no potem pomyślimy, co począć z 
panem Claudiusem.

Dwie godziny później dwa pojazdy posuwały się wzdłuż wybrzeża, drogą na południe. Na 

przedzie jechał wspaniały stary rolls-royce ze złoconymi ozdobami, za kierownicą oczywiście 
był Worthington, a na tylnym siedzeniu Jupiter, Pete i Carlos. Bob musiał pójść do swej pracy w 
bibliotece. Carlos z trudem panował nad podnieceniem. Przesuwał palce po złoceniach, dotykał 
miękkiej   skóry,   pokrywającej   siedzenia,   rozszerzonymi   oczami   przypatrywał   się   złoconemu 
telefonowi, stanowiącemu część wyposażenia samochodu.

— Au-to — powtarzał w kółko. — Jakie piękne! Nigdy nie marzyłem, że będę jechał takim 

pięknym au-tem.

Carlos wiedział wszystko o samochodach, to było oczywiste. Identyfikował każde auto, które 

mijali. Jego markę, model, rok produkcji, nawet gdy przejeżdżało bardzo szybko. Powiedział im, 
że jego ambicją jest zostać mechanikiem samochodowym, i marzył o własnym warsztacie.

Za rolls-roycem jechała mniejsza ciężarówka ze składu Jonesa, którą prowadził Konrad. Na 

background image

ciężarówce znajdowała się nagroda, na którą — jak wszyscy się zgodzili — Carlos w pełni 
zasłużył. Byli nieco zaskoczeni, kiedy zobaczyli, co wybrał. Chciał mieć kawałki desek, drzwi, 
okno i trochę gwoździ, żeby naprawić dom, w którym mieszkał z wujem. Jak im wyznał, dom 
wymagał licznych napraw.

Jupiter szepnął swojej cioci na ucho, że Carlos i jego wuj nie mają pieniędzy. Pani Jones, 

której serce było równie duże jak ona sama, podała bardzo niską cenę za to wszystko. W ten 
sposób z dwudziestu pięciu dolarów i trzynastu centów, które była winna Trzem Detektywom, 
jeszcze wręczyła Carlosowi dziesięć dolarów reszty.

Kawałki desek, drzwi, okno, gwoździe i puszka farby na dokładkę — wszystko to było za 

ciężkie do władowania na wózek ciągnięty przez małego, szarego Pablo. Problem, jak zabrać 
osła z wózkiem z powrotem do domu, został rozwiązany przez Hansa i Konrada. Załadowali po 
prostu wózek i Pabla na ciężarówkę wraz z materiałami budowlanymi wybranymi przez Carlosa. 
Pablo miał więc także swoją przejażdżkę na ciężarówce za rolls-roycem i z niej oglądał sobie 
mijany krajobraz.

Oba   pojazdy   —   samochód   i   ciężarówka   —   zajechały   teraz   w   dzielnicę   niewielkich, 

obdrapanych   budynków,   za   którymi   rozciągały   się   otwarte   pola,   gdzie   uprawiano   zboża   i 
warzywa.   Tu   mieszkał   Carlos.   Dzieci   wybiegły   na  drogę,   by  oglądać   rollsroyce’a,   i   Carlos 
machał do nich ręką.

— José! — krzyczał. — Esteban! Margarita! Patrzcie, jadę złotym au-tem!
Wokół samochodu zgromadziło się tyle ubranych w łachmany dzieci, że Worthington musiał 

zahamować. Wszyscy starali się dotknąć limuzyny. Ale Carlos powiedział do nich coś ostro po 
hiszpańsku i odsunęli się.

— Czy mam jechać dalej, panie Jones? — zapytał Worthington, który zawsze zachowywał 

spokój, niezależnie od okoliczności.

— Nie — powiedział Jupe — ciężarówka została w tyle. Poczekamy, żeby jej nie zgubić.
Kiedy   czekali,   Carlos   wskazał   na   rozpadającą   się   chatę,   stojącą   za   pustym   placem,   z 

widoczną poza nią szklarnią.

— Tam mieszkamy z wujem Ramosem — powiedział. —Możemy tam dojść. Nie musimy 

wjeżdżać tym pięknym au-tem. Droga jest bardzo zła.

Jupiter zgodził się i wysiedli w trójkę.
—   Dziękuję   panu   —   zwrócił   się   Jupiter   do   Worthingtona.   —   Nie   będziemy   pana 

zatrzymywać. Wrócimy ciężarówką z Konradem.

— Doskonale — Worthington wycofał samochód i odjechał.
Zbliżyła się ciężarówka. Jupe wskazał chatę Konradowi.
— Tam się spotkamy — zawołał i Bawarczyk skinął głową. Jupiter, Pete i Carlos ruszyli 

przez otwarty plac ku domowi — jeśli można to było nazwać domem — Carlosa. Im bardziej się 
zbliżali, tym bardziej chata wyglądała jak ruina. Jedna ściana była niemal zupełnie zburzona, 
brakowało okien i drzwi.

Carlos zdawał się zgadywać ich myśli.
— Kiedy mój wujek przyjechał tu z Meksyku, nie miał zupełnie pieniędzy. To było jedyne 

miejsce, gdzie mógł się zatrzymać. Czynsz wynosi tylko dwadzieścia dolarów miesięcznie.

Poklepał się po kieszeni, w której spoczywał dziesięciodolarowy banknot, otrzymany od pani 

Jones.

—   Teraz   mogę   zapłacić   za   następne   dwa   tygodnie   —   powiedział   radośnie.   —   Kiedy 

naprawię dom, wuj Ramos będzie mógł wyleczyć kaszel i wrócić do pracy.

Doszli już na tyły domu. Na błotnistej drodze dostrzegli zaparkowany samochód. Było to 

background image

zwykłe auto, popularnej marki, ale Carlos jęknął.

— Kto może być u wuja Ramosa? — zastanawiał się głośno. — Nie podoba mi się to.
Pośpieszył naprzód i Pete z Jupiterem pobiegli za nim. Kiedy znaleźli się blisko zrujnowanej 

chaty, dobiegł ich podniesiony głos, pełen złości.

— To głos pana Claudiusa — powiedział Pete do Jupitera.
— Powiedz mi! — wrzeszczał pan Claudius. — Powiedz mi, ty stary durniu, albo skręcę ci 

kark.

— Wujku! — krzyknął Carlos pędząc do domu. — Co ci robi ten grubas?
Wyprzedził ich i Pete z Jupiterem starali się go dogonić. Kiedy wpadł do domu przez otwór 

bez drzwi, byli tuż za nim. Zobaczyli plecy pana Claudiusa pochylonego nad łóżkiem, na którym 
leżał jakiś mężczyzna, bez wątpienia wuj Carlosa. Dławił się i kaszlał, i zdawało się, że gruby 
człowiek próbuje go udusić.

— Musisz pamiętać — wrzeszczał Claudius. — Nawet jeśli nie pamiętasz, gdzie sprzedałeś 

tamte papugi, musisz pamiętać, gdzie jest Sinobrody. Miałeś go, kiedy sprzedałeś już tamte. 
Mam cztery z nich i dostanę pozostałe, i muszę mieć Sinobrodego. Jestem pewien, że wiesz, 
gdzie go sprzedałeś!

Carlos rzucił się wprost na nogi grubego jegomościa, jak mały terrier. Ale pan Claudius 

usłyszał go wcześniej, zrobił szybki zwrot i złapał chłopca w powietrzu. Nagle Carlos zawisł 
trzymany za koszulę, bezsilnie machając rękami i nogami.

— Cofnijcie się — pan Claudius mówił spokojnie, ale z niebezpieczną nutą w głosie. Kiedy 

Pete i Jupiter zawahali się, dodał: — Cofnijcie się albo skręcę kark temu szczeniakowi. A potem 
wam.

— Łapcie   go!   —   krzyczał   Carlos   niemal   płacząc,   nie   tyle   ze   strachu,   co   ze   złości.   — 

Skrzywdził mojego wujka, który jest chory i nie może się bronić.

— Cicho   bądź   —   oczy   pana   Claudiusa   zabłysły   niebezpiecznie.   —   Zaczynacie   mi   się, 

chłopcy, za bardzo naprzykrzać.

W tym momencie postrzępiona koszula Carlosa rozdarła się. Chłopiec spadł na podłogę i 

natychmiast   uczepił   się   ramionami   nóg   grubasa.   Pete   i   Jupiter   doskoczyli   na   pomoc.   Pete 
pochwycił pana Claudiusa w pasie, a Jupiter pomagał Carlosowi trzymać go za nogi. Ale pan 
Claudius okazał się być niespodziewanie umięśniony pod zwałami tłuszczu. Odrzucił na bok 
Carlosa i skręcił tak ciało, że Pete i Jupiter odbili się od niego i wylądowali po dwu stronach 
pokoju. Następnie był już w drzwiach i wybiegł, nim zdążyli się pozbierać.

Gdy stanęli na nogi, wskakiwał już do swego samochodu i ruszył  z impetem właśnie w 

chwili, gdy Konrad parkował tuż za nim ciężarówkę.

— Gdybyśmy   byli  zdołali  go  przytrzymać   do czasu,  aż  Konrad  przyjdzie   — powiedział 

ponuro Pete, otrzepując się.

— Albo gdybym nie odesłał Worthingtona, moglibyśmy pojechać za nim — dodał Jupiter, 

obserwując znikający za rogiem samochód. — Ale mamy jego nazwisko i adres.

— To dobrze — powiedział Pete. — Przynajmniej wiemy, od jakiej części miasta trzymać 

się z daleka. Ten pan Claudius nie lubi Trzech Detektywów.

— Jest zły, a złość bierze się ze strachu — oświadczył Jupiter. — On się nas boi. To daje 

nam wyraźną przewagę.

— On się nas boi! — wykrzyknął Pete. — A jak nazwiesz nasze uczucia wobec niego?
— Jesteśmy nerwowi, ale pewni siebie.
— To zdanie jest o trzy słowa za długie.
Zawrócili od drzwi. Carlos pomagał wujowi napić się wody, myślał, że to złagodzi atak 

background image

kaszlu. Pete podniósł przewrócone krzesło — jedyne w pokoju — i zbliżyli się do łóżka. Carlos 
odwrócił się do nich,

— Dziękuję wam tysiąc razy za pomoc w przegonieniu grubego — powiedział. — Przyszedł 

tu i starał się zmusić wuja Ramosa do powiedzenia, komu sprzedał papugę zwaną Sinobrody. 
Wujek nie mógł mu powiedzieć, bo nie pamięta. To była jedna pani, która mieszka dwie, trzy, 
może cztery przecznice stąd, ale on nie zna jej nazwiska. Kupiła go tylko za dziesięć dolarów, bo 
nikt inny ptaka nie chciał. Temu grubemu bardzo zależało na tej właśnie papudze.

— O, z pewnością! — powiedział Pete. — Pan Claudius wie o tych ptakach coś, czego my 

nie wiemy.

— Coś, przez co są bardzo ważne dla niego — dodał Jupiter. — Ciekaw jestem, co to...
Przerwało im pukanie. Był to Konrad.
— Chcesz, żebym teraz wyładował te rzeczy? — zapytał.
— Tak, złóż je koło domu — odparł Jupiter, gdy wtem obaj z Petem zobaczyli stojącą za 

Konradem starszą kobietę, trzymającą w rękach tekturowe pudełko z wyciętymi dziurami.

— Kto to? — zapytał Jupe.
— Pani szła w tę stronę. Podwiozłem ją — odpowiedział Konrad. — Dobra, idę wyładować.
Odwrócił się, a starsza kobieta weszła do pokoju. Spojrzała podejrzliwie na Pete’a i Jupitera.
— Kim jesteście, chłopcy? — spytała. — Gdzie jest ten szubrawiec Ramos?
Carlos wcisnął się między nich.
— Mój wujek jest chory. O co pani chodzi? Jestem Carlos.
— Chcę z powrotem moje pieniądze! — powiedziała ze złością kobieta. — Twój wujek 

sprzedał mi tego ptaka jako rzadki rodzaj papugi, a mój zięć mówi, że zostałam oszukana, bo to 
nie jest papuga. To jest jakaś odmiana szpaka. Poza tym to, co to ptaszysko mówi, nie nadaje się 
dla przyzwoitych uszu.

Wcisnęła pudełko w ręce Carlosowi.
— Teraz zwracaj moje dziesięć dolarów. Nie dam się oszukiwać. Wmawiać mi, że szpak jest 

papugą!

Carlos miał nieszczęśliwą minę. Podał pudełko Pete’owi i powoli włożył rękę do kieszeni. 

Wyjął złożony starannie banknot, który dostał od pani Jones. Pete i Jupiter wiedzieli, ile on dla 
niego znaczył. To były jedyne pieniądze, jakie posiadał. Zdobył się jednak na uśmiech, kiedy je 
wręczał kobiecie.

— Przepraszam, señora — powiedział. —- Mój wujek jest chory. Pomylił się. Proszę, to są 

pani pieniądze.

Kobieta wzruszyła ramionami i wymaszerowała.
Carlos zwrócił się do Pete’a i Jupitera:
— To musi być Sinobrody. On tak dobrze mówi, wujek myślał, że to jakaś dziwna papuga.
Otworzył  pudełko i maty ciemny ptak z dużym dziobem nastroszył piórka, otrzepał się i 

nagle rozłożył skrzydła. Wyfrunął z pudełka i wylądował na ramieniu Pete’a.

— Ależ  to   nie  jest   zwykły  szpak!  —  wykrzyknął   Jupiter  podekscytowany.   —  To  szpak 

azjatycki. Te ptaki można nauczyć mówić nawet lepiej niż papugi. Dobrze ćwiczone mają dużą 
wartość.

— Jestem Sinobrody Pirat —— odezwał się nagle ptak ochryple. — Zakopałem mój skarb 

tam gdzie go zawsze strzegą martwi ludzie! Jo-ho-ho i butelka rumu!

Potem nastąpiła seria wyrażeń, które — jak chłopcy dobrze wiedzieli — nigdy nie zostałyby 

zaaprobowane przez ich rodziców. Byli jednak tak podnieceni oświadczeniem ptaka, że nawet 
nie słuchali dalszego ciągu.

background image

— Sinobrody! — wykrzykiwał Jupiter. — Ptak, którego tak bardzo szukał pan Claudius! I 

my go mamy!

W tym  momencie  Sinobrody,  rozglądając się wokół głodnymi  oczami,  zobaczył  kusząco 

bliskie ucho Pete’a. Dziobnął je mocno. Pete wrzasnął i strącił go z ramienia. Ptak rozpostarł 
skrzydła i wyfrunął.

— Odfrunął! — zawołał Jupiter. — Pete, przez ciebie straciliśmy cenny ślad.
— Przez który ja straciłem bardzo cenną krew — powie dział Pete, trzymając chusteczkę 

przy uchu. Stojąc w drzwiach patrzyli, jak Sinobrody znika za kępą drzew.

Mimo   tego,   co   powiedział,   Pete’owi   było   przykro.   Słowa   ptaka   o   zakopanym   skarbie   i 

strzegących   go   martwych   ludziach   brzmiały   jeszcze   bardziej   tajemniczo   niż   powiedzonka 
Billy’ego i Bo-Peep. Czuł, że Jupe ma rację. Mieli bardzo ważną poszlakę w rękach, a raczej na 
jego ramieniu. I on ją przepłoszył!

background image

ROZDZIAŁ 7

Tajemniczy skarb

Po pewnym czasie stało się oczywiste, że Sinobrody nie wróci. Carlosowi udało się uspokoić 

wujka na tyle, że mógł mówić, nie kaszląc. Leżał wyciągnięty na łóżku i starał się odpowiedzieć 
na   pytania   Jupitera.   Było   mu   łatwiej   mówić   po   hiszpańsku,   w   końcu   więc   Carlos   zaczął 
tłumaczyć i opowiedział jego historię, w niezbyt poprawnej, ale zrozumiałej angielszczyźnie. 
Wuj Ramas od czasu do czasu kiwał potakująco głową mówiąc „si, si”.

— Mój wuj przyjechał tu dwa lata temu. Całą drogę z Meksyku na wózku, który ciągnie 

Pablo. Mój wujek jest bardzo dobry w hodowli kwiatów, ale nie może dostać pracy. Ktoś mówił 
mu o tym miejscu ze starą szklarnią, dużo szyb rozbitych. Wynajął to za dwadzieścia dolarów na 
miesiąc i posadził kwiaty.

Chłopcy kręcili z oburzeniem głowami. Dwadzieścia dolarów miesięcznie było  naprawdę 

wygórowaną ceną za tę ruinę bez okien i drzwi.

— Wuj Ramos naprawia cieplarnię — kontynuował opowieść Carlos. — Rozklepał stare 

puszki i przybił, gdzie nie ma szyb. Niektóre kwiaty sadzi na dworze, a specjalne w szklarni. 
Potem ładuje kwiaty do wózka i sprzedaje w mieście.

Pewnego dnia przychodzi do nas wysoki, chudy człowiek. Mówi, że jest z Anglii i nazywa 

się John Silyer. Jest słaby i chory i nie ma dużo pieniędzy. Pyta wujka, czy może u nas zostać,
i wujek zgadza się.

Señor Silver ma tylko trochę ubrań w marynarskim worku i pudełko, metalową skrzynkę. 

Długa, szeroka i płaska, o taka. Carlos rozłożył ręce, najpierw równolegle do siebie, potem jedną 
przez drugą, a jego wuj powtarzał „si, si” i potakiwał żywo.

— Mniej więcej sześćdziesiąt na trzydzieści pięć centymetrów — powiedział Jupiter, który 

tymczasem przeliczył to szybko. — Mów dalej, Carlos, dajesz nam mnóstwo informacji.

— To pudełko, na nim jest mocny zamek — mówił dalej Carlos. — Pan Silver śpi z tym pod 

materacem. Każdej nocy otwiera i patrzy do środka. Jak tak patrzy, jest szczęśliwy.

Jego wuj znowu pokiwał głową i zawołał:
— Si, si, bardzo śliwy!
— Wujek Ramos pyta pana Silver, co w tym pudełku. Pan Silver śmieje się i mówi... — 

Carlos podrapał się w głowę starając się przypomnieć sobie dokładnie słowa Johna Silvera. — 
On mówi: „To pudełko zawiera kawałek tęczy z dzbanem złota pod nią”.

— Kawałek tęczy z dzbanem złota pod nią — powtórzył Jupiter w głębokiej zadumie. — Co 

za tajemnicze określenie. Mów dalej, Carlos.

— Więc, señor Jupiter, wujek Ramos łapie kaszel. Źle się czuje, więc posyła po mnie. Ja 

przychodzę na piechotę i staram się pomagać, ale ja nie mam do czynienia z kwiatami. Nie 
jestem z nimi dobry.

— Ty jesteś dobry chłopiec! — odezwał się wujek. — Miły chłopiec! Ciężko pracujesz!
— Dziękuję, wujku! — rozpromienił się Carlos. — No więc pan Silver jest też chory. Mówi, 

że choroba jest w nim, nie minie. Pytam go, dlaczego nie weźmie tego złota, co mówił, że ma w 
pudełku z tęczą, i nie pójdzie do lekarza. On się śmieje i potem patrzy smutno. Mówi mi, że nie 
śmie tego zrobić.

On mówi  — Carlos wziął głęboki  oddech, wydobywając  z pamięci  dawne zdarzenia  — 

mówi, że jak będzie się starał sprzedać dzbanek złota z pudełka, będzie musiał powiedzieć swoje 

background image

prawdziwe nazwisko i skąd to wziął. Ale on nie jest tu, w tym kraju, legalnie i deportują go do 
Anglii, gdzie chcą go wsadzić do więzienia. Tak więc musi żyć tutaj bez pieniędzy, ciesząc się 
tylko kawałkiem tęczy, jak długo będzie mógł. Potem mówi, że to nie ma znaczenia, i tak musi 
niedługo odejść.

Smutek pojawił się na twarzy Carlosa, gdy mówił dalej:
— Nie rozumiem, co on mówi. Dopiero potem. Ale jednego dnia pan Silver przynosi do 

domu siedem papug, wszystkie młode, z żółtymi głowami, i siedem klatek. Daje je do cieplarni i 
zaczyna uczyć.

Pete   i   Jupiter   wymieniali   spojrzenia   z   rosnącym   zainteresowaniem.   Wreszcie   mieli   się 

dowiedzieć, jaka tajemnica wiąże się z papugami.

— Pan   Silver   bardzo   dobry   z   papugami   —   ciągnął   swoją   opowieść   Carlos.   —   Ma 

Sinobrodego, tego ptaka, co mówi, z nim, kiedy przychodzi. Siedzi cały czas na jego ramieniu i 
mówi przekleństwa. To rozśmiesza pana Silver. Teraz, w cieplarni zaczyna uczyć papugi słów, 
każdą innych słów. I daje im śmieszne imiona. Ja nie rozumiem ani słów, ani imion.

— Imiona pochodzą przeważnie z angielskiej literatury lub historii — powiedział Jupiter. — 

Dlatego ich nie rozpoznałeś. Czy pamiętasz może jakieś zdania, których nauczyły się papugi?

— Nie — Carlos westchnął. — Za trudne do zapamiętania. Ale jedna papuga z żółtą głową 

umiera.  Pan  Silver  jest  bardzo  zmartwiony.   Potem  mówi,   że  Sinobrody musi  być  dublerem 
papug. Nie wiem, co to znaczy.

— Tu, w Hollywood, każdy wie, co to jest dubler — wtrącił Pete. — To ktoś, kto zastępuje 

aktora.

— No   więc   on   kończy   uczyć   sześć   żółtych   papug   i   jedną   ciemną,   która   jest   rzadkim 

rodzajem papugi. Tak on mówi.

— Prawdopodobnie  powiedział   tak,  sądząc,  że  jeśli   nazwie  go szpakiem  azjatyckim,   nie 

bardzo zrozumiesz — wtrącił Jupiter. — Co się z nim stało, kiedy skończył uczyć papugi?

Carlos rozłożył ręce w bezradnym geście.
— Pan John Silver odchodzi. W nocy odchodzi. Bierze ze sobą metalowe pudełko. Nie ma 

go trzy dni. Kiedy wraca, jest bardzo słaby i chory i nie ma metalowego pudełka. Mówi, że je 
schował. Mówi, że musi już iść niedługo i nie da nam metalowego pudełka z kawałkiem tęczy w 
środku, bo to by nam zrobiło za dużo kłopotów.

Pisze długi list i daje mi go do wysłania.
— Czy pamiętasz, do kogo był zaadresowany ten list? — zapytał Jupiter z ożywieniem.
Ale Carlos potrząsnął głową.

— Nie, ale było na nim dużo znaczków i małe czerwone i niebieskie paski dookoła.
— List lotniczy — powiedział Pete.
— Prawdopodobnie do Europy, jeśli było dużo znaczków — dodał Jupiter.
— On mówi,  że niedługo pójdzie. To znaczy,  że umrze.  Nie pozwala nam wziąć go do 

szpitala, bo mówi, że żaden szpital nie może go wyleczyć. Mówi, że chce być z przyjaciółmi — 
Carlosowi załamał się głos.

— On jest dziwny człowiek, pan Silver. Robi dziwne żarty, co mówi, jest jak zagadki, uczy 

papugi śmiesznie mówić, ale on jest nasz przyjaciel. My wiemy, że on jest dobry! — Carlos 
zamilkł na chwilę, po czym ciągnął dalej:

— Pan Silver mówi, że niedługo przyjdzie bardzo gruby człowiek. Da nam tysiąc dolarów, a 

my damy mu te wszystkie ptaki. Bardzo się śmieje, kiedy to mówi. Mówi, że to najlepszy żart w 
jego życiu, że nigdy nie zrobił lepszego. Mówi, że to jest żart, nad którym gruby człowiek będzie 
się mocno pocił. Idzie spać i wciąż się śmieje ze swojego żartu. A rano.., rano już się nie budzi.

background image

Meksykański   chłopiec   przełknął   z   trudem   ślinę.   Pete   i   Jupiter   wyczuwali   jego   głęboki 

smutek.

— Ale gruby człowiek nie przyszedł? — zapytał w końcu Jupe.
Carlos potrząsnął głową.
— Ponieważ   pan   Silver   jest   nasz   przyjaciel,   prosimy,   żeby   go   pochowano   na   małym 

cmentarzu   koło   kościoła,   dalej   na   tej   ulicy.   Nie   mamy   pieniędzy,   ale   obiecujemy   niedługo 
zapłacić. Czekamy tydzień, potem dwa, trzy tygodnie. Ale gruby człowiek nie przychodzi. W 
końcu myślimy, że nigdy nie przyjdzie. Wujek Ramos zaprzęga Pabla i ładuje papugi do wózka. 
Chodzi od domu do domu i sprzedaje papugi, bo potrzebujemy pieniędzy. Ludzie lubią papugi, 
więc sprzedaje wszystkie w  jeden dzień, nawet Buźkę i Sinobrodego. Mamy więc pieniądze. 
Tylko trochę, ale dość, żeby zapłacić za grób pana Silvera. Nie dość, żeby naprawić dom.

Carlos uśmiechnął się wreszcie.
— Ale teraz mam deski, gwoździe i drzwi. Naprawię dom. Wkrótce wujek Ramos będzie 

znowu zdrowy i wszystko jest dobrze. Och, dziękuję ci tysiąc razy, señor Jupiter.

— O nie — zasłużyłeś na swoją nagrodę i na wiele więcej, gdybyśmy tylko mieli pieniądze, 

żeby ci dać — zapewnił go gorąco Jupiter. — Jeszcze tylko jedno. Gruby człowiek przyszedł w 
końcu, prawda?

— O tak — kiwnął głową Carlos, a chory człowiek na łóżku podniósł głowę i zawtórował 

swoim „si, si”!

— Przychodzi   po   dwóch   tygodniach,   jak   sprzedaliśmy   papugi.   Jest   bardzo   zły.   Ubliża 

wujkowi, bo nie urnie czytać i pisać, i nie pamięta, komu sprzedaje papugi. Wujek Ramos mówi 
mu, żeby poszedł i nie wracał. Potem go prosi i błaga. Przynoszę mapę ze stacji benzynowej i 
wujek pokazuje, w której części miasta sprzedaje papugi. Potem gruby człowiek odjeżdża w 
swoim sportowym samochodzie ranger. Ale zostawia kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem, i 
numerem telefonu. Mówi wujkowi, że ma mu dać znać jak sobie przypomni. Ale wujek nie 
może. To jest bardzo źle, bo byłoby bardzo dobrze mieć tysiąc dolarów. Ale możemy żyć bez 
tego — Carlos wyprostował się dumnie. — Zaopiekujemy się naszym przyjacielem. Zapłacimy 
długi. Znajdę pieniądze na czynsz. Señor Gruby nie będzie ubliżał więcej mojemu wujkowi.

Jupiter zamyślił się. Teraz wiedzieli o papugach o wiele więcej niż przedtem. Wciąż jednak 

było dużo zagadek. Właśnie zamierzał zadać następne pytanie, gdy we framudze drzwi pojawił 
się Konrad. Chłopcy słuchali opowiadania Carlosa z takim napięciem, że zapomnieli o nim i o 
materiałach, które wyładowywał z ciężarówki.

— Wszystko wyładowane — powiedział. — Czas ruszać mam mnóstwo pracy w składzie. 

Jesteście gotowi?

— Tak sądzę — odparł Jupiter. — Nie, poczekaj, czy masz może w samochodzie mapę Los 

Angeles?

— Pewnie, mam nawet dwie albo trzy. Chcesz jedną?
— Pete ją weźmie.
Pete wyszedł, odszukał mapy w samochodzie, wybrał najdokładniejszą i wrócił z nią do 

domu.

— Carlos, czy możesz nam pokazać część miasta, gdzie twój wujek sprzedał papugi? — 

spytał Jupiter.

Chłopiec powiedział szybko kilka słów po hiszpańsku do swojego wuja, ten skinął głową. 

Następnie siedząc na skraju łóżka Carlos zakreślił ołówkiem część mapy wskazaną przez wuja.

— Tu, señor Jupiter. Gdzieś tu, wewnątrz tych linii. Jakie ulice, przykro mi, ale mój wuj nie 

urnie powiedzieć.

background image

Jupiter wziął mapę, złożył ją i schował do kieszeni.
— Dziękuję, Carlos — powiedział. — Mamy ogólne pojęcie co do ulic, ponieważ wiemy, 

kto   kupił   Billy’ego   Shakespeare’a   i   Małą   Bo-Peep.   Sądzę,   że   na   razie   dowiedzieliśmy   się 
wszystkiego. Jednakże w tej chwili tajemnica wygląda jeszcze bardziej tajemniczo.

— Przyznaję — wtrącił Pete.
— Gdybyśmy tylko nie stracili Sinobrodego... — Jupiter urwał. — Ale dobry detektyw musi 

się liczyć z niepowodzeniami.

Uścisnął rękę Carlosowi.
— Mam nadzieję, że twojemu wujkowi wkrótce się polepszy. Gdyby pan Claudius przyszedł 

znowu i męczył twego wujka, wezwij policję. Oni się nim zajmą.

— Policja, ha! — Chłopcu zabłysły oczy. Ujął opartą o stół laskę. — Señor Gruby będzie 

potrzebował szpital!

Pete i Jupiter przytaknęli z podziwem. Zostawili go stojącego z laską w ręce i wsiedli do 

ciężarówki. Przez całą drogę do Rocky Beach Jupiter siedział z pochyloną głową skubiąc dolną 
wargę,   a   jego   umysł   pracował   w   takim   natężeniu,   że   Pete’owi   zdawało   się,   iż   słyszy   jego 
działanie. Kiedy dotarli do składu, Pete zaryzykował pytanie o to, do jakich wniosków doszedł.

— Chcę to przespać, nim zacznę wyciągać wnioski — odparł Jupiter. — Rano musimy na 

nowo przyjrzeć się faktom. Szczerze mówiąc, ta sprawa nabiera aspektów, które mnie intrygują.

— Mnie ani trochę — powiedział Pete. — Po prostu zapędza mnie to w kozi róg. Czy nie 

możesz raz powiedzieć czegoś prostym  językiem?  Tak dla odmiany.  Na przykład, że od tej 
tajemnicy dostajesz rozstrojenia mózgu?

Jupiter spojrzał na niego bystro.
— Zgoda, powiem to. Ten przypadek rozstraja mi mózg.

background image

ROZDZIAŁ 8

Sinobrody Pirat

Następnego ranka Bob Andrews wjechał na swoim rowerze w bramę składu pana Jonesa i od 

razu   się   zorientował,   że   Trzej   Detektywi   nieprędko   będą   mogli   się   zebrać.   Pete   i   Jupiter 
pracowali ciężko pod nadzorem pani Matyldy. Zauważyła go, jak tylko pojawił się na podwórzu.

— Przyjechałeś w odpowiedniej chwili — powiedziała. — Robimy dziś spis inwentarza.
Pani Jones miała wielkie serce, ale na widok chłopca tylko jedno przychodziło jej do głowy: 

jak go zagonić do pracy! Właśnie dokonała tego z Pete’em i Jupiterem. Byli tak zapracowani, że 
ledwie mieli czas otrzeć pot z czoła. Liczyli wanny i umywalki, dźwigali naręcza metalowych 
prętów, przesuwali wszelkiego rodzaju złom, by sprawdzić, co leży pod spodem, i przekazywali 
informacje o rodzaju i ilości artykułów pani Jones.

— Jedna pięciometrowa belka — wołał Pete.
— Jedna pięciometrowa belka — powtarzała pani Jones, notując. Kiedy pojawił się Bob, 

podała mu kartkę i ołówek.

— Przejmuj zapisywanie, Bob.
Zaledwie zdążył ująć ołówek, gdy Jupiter krzyknął:
— Dwanaście żelaznych zlewów.
Bob zapisał. Jupiter przysunął się do niego i szepnął:
— Staramy się zarobić trochę pieniędzy. Mam pewien pomysł i chcę spróbować zrealizować 

go.

Pracowali  bez  wytchnienia,  gdy  naraz  Bob zauważył,   że  pani  Jones  kręci  się  blisko  ich 

Kwatery Głównej. Oglądała wielką stertę starych, zardzewiałych zbiorników na wodę, stalowych 
rur, materiałów budowlanych i innych dużych kawałów złomu, które Hans i Konrad, na prośbę 
Jupitera, przez rok układali w ten sposób, że zakryły kompletnie przyczepę kempingową będącą 
ich Kwaterą Główną.

Pani Jones przyglądała się stercie i marszczyła czoło.
— Jupiter! — zawołała. — Dlaczego nie spisaliście tych materiałów tutaj?
Jupiter spojrzał na Boba, Bob na Pete’a, a Pete na nich obu. Żaden z nich się nie odezwał.
— Jupiter, słyszysz mnie?! — wołała pani Jones. — Chodź tu i pomóż mi sprawdzić, co tu 

jest!

Zaczęła ciągnąć rury i zbiorniki, więc Jupiter i Pete podbiegli do niej czym prędzej. Bali się, 

że w następnej minucie odkryje Kwaterę Główną.

— Przepraszam,   ciociu   —   odezwał   się   Jupiter   szybko   —   ale   ten   materiał   jest 

bezwartościowy. Doprawdy nie warto zawracać sobie nim głowy.

— Nie warto sobie zawracać głowy! — powtórzyła ciocia Matylda sarkastycznie. — Zobacz, 

jaka ta sterta wysoka! Chcę wiedzieć, co jest w środku. Może powinniśmy się pozbyć  tego 
wszystkiego i zrobić miejsce na bardziej wartościowe rzeczy.

Właśnie w tym momencie wjechała na podwórze z głośnym trąbieniem duża ciężarówka 

Jonesa.   Pan   Jones   i   Konrad   przywieźli   nowy   ładunek   i   pani   Matylda   odwróciła   się,   by  go 
obejrzeć, zapominając o stercie skrywającej Kwaterę Główną.

— Niech się Bóg Najświętszy zlituje nad tobą! — wykrzyknęła. — Tytusie Andronikusie 

Jonesie, czegoś ty nakupował tym razem?

Były   to   głównie   zwykłe   rupiecie,   ale   w   tyle   ciężarówki   stał   jeleń   z   żelaza   naturalnej 

background image

wielkości, z ogromnymi rogami.

— Hm, to może komuś sprzedamy — powiedziała pani Jones — ale założę się, że zapłaciłeś 

za dużo.

— Nie  kupiłem  tego na  sprzedaż  — odparł  Tytus.  — Chcę  to ustawić  przed bramą.  — 

Zeskoczył  z ciężarówki  i objął żonę wokół dość obfitej  talii.  — Teraz  będę miał  jelonka i 
sarenkę — powiedział.

Był  to dość śmiały żart, ale pani  Matylda  zachichotała  i zapomniała  zupełnie  o wielkiej 

stercie wokół Kwatery Głównej.

— Mój ty,  Boże! — wykrzyknęła patrząc na słońce. —Czas na obiad. Musicie być  obaj 

głodni. Gdzie byliście przez cały ranek?

Nie czekając na odpowiedź ruszyła przez bramę ku małemu, białemu domowi, który stał tuż 

obok składu.

— Chłopcy, chcecie już zjeść obiad, czy na razie tylko kanapki? — zawołała, odwracając się.
— Tylko kanapki ciociu — poprosił Jupiter. — Chcemy zrobić zebranie.
— Ach   tak,   wasz   klub   —   mówiąc   to   poszła   w   stronę   domu.   Jupiter   opowiedział   jej   o 

założeniu   zespołu   detektywistycznego,   ale   szczegóły   nie   utkwiły   jej   zbyt   silnie   w   pamięci. 
Jupiter   poszedł   za   nią,   by   przynieść   kanapki,   a   Bob   z   Pete’em   pomagali   rozładowywać 
ciężarówkę. Potem Bob sporządził listę przywiezionych artykułów. Hans i Konrad wykonywali 
najcięższą robotę. Ale Konrad znalazł czas, żeby powiedzieć chłopcom, co ich zatrzymało w 
drodze.

— Zobaczyłem, że jesteśmy w pobliżu miejsca, gdzie mieszka ten chłopiec, Carlos — mówił. 

—   Skoczyliśmy   więc   tam   i   pomogliśmy   mu   wyremontować   dom.   Wszystko   teraz   ładnie 
zrobione. To dobry chłopiec, ten Carlos. I jego wuj ma się lepiej.

Wiadomość ucieszyła ich ogromnie.
— Pan Jones widział, że wcale nie mają pieniędzy — dodał Konrad — więc udał, że pani 

Jones   się   pomyliła   obliczając,   ile   się   należy   za   materiał,   i   dał   im   dwadzieścia   dolarów   i 
siedemnaście centów. Bardzo sprytnie, samo dwadzieścia dolarów wyglądałoby jak prezent, a 
tak   wszystko   w   porządku   —   puścił   do   chłopców   wielkie   oko.   —   Mam   niespodziankę   dla 
Jupitera. Carlos przysłał mu prezent. Jest w ciężarówce.

Prezent? Pete i Bob popatrzyli na siebie. Co to może być?
Konrad   wspiął   się   do   kabiny   kierowcy   i   zszedł   z   tekturowym   pudełkiem   w   ręce.   Było 

zawiązane sznurkiem i miało wycięte w wieku dziury. Podał je Pete owi.

— Carlos prosił, żeby nie otwierać tego na dworze — powiedział. — W środku jest kartka z 

wyjaśnieniem. — Po czym wrócił do pracy wraz z Hansem i panem Jonesem.

— Chodź, Bob! — krzyknął  Pete. — Idziemy  do Kwatery Głównej  otworzyć  przesyłkę. 

Mam dziwne przeczucie, że jest to coś, co uszczęśliwi Jupe’a!

Prześliznęli się między kupami złomu i weszli za prasę drukarską. Bob odstawił żelazną kratę 

i wszedł pierwszy do Tunelu Drugiego, a Pete za nim. Czołgali się na czworakach, aż pod klapę 
drzwi, którą Bob pchnął do góry. Wspięli się do Kwatery Głównej i zapalili światło. Było to 
konieczne, gdyż spiętrzony wokół złom odcinał niemal zupełnie dopływ dziennego światła do 
przyczepy. Pete zamknął okienko wentylacyjne w dachu.

— Lepiej nie ryzykować — powiedział przecinając sznurek opasujący pudełko.
Zdjął pokrywę. Wewnątrz wciśnięty w kąt, stał średniej wielkości ciemny ptak z żółtym 

dziobem, o bardzo nieszczęśliwym wyglądzie.

— To Sinobrody! — wykrzyknął Pete.
W pudełku leżał kawałek papieru. Bob wziął go do ręki. Z listu widać było, że ktoś zadał 

background image

sobie wiele trudu, by litery miały właściwy kształt.

Drogi Señor Jupiter
Tu jest se
ñor Sinobrody. On przyszedł do domu w czasie kolacji. Wysyłam go do ciebie.  

Życzę sobie, żebyś go miał, bo on jest moim przyjacielem i ty jesteś moim przyjacielem. Poza tym  
ja się boję, że gruby człowiek stara się go ukraść. My mamy teraz ładny dom i ja ci dziękuję  
tysiąc razy.

Carlos Sanchez

Kiedy Bob skończył czytać list na głos, szpak nastroszył piórka i skoczył na brzeg pudełka. 

Popatrzył na palce Pete’a, jakby się zastanawiał, czy są dobre do jedzenia. Pete schował rękę.

— O nie, nie! — krzyknął. — Już wczoraj próbowałeś mojego ucha. Nie dostaniesz więcej 

mojej krwi. Jeszcze się zmienisz w szpaka wampira.

Posłyszeli jakiś hałas i w otworze podłogi ukazał się Jupiter. Właśnie zaczął się wspinać do 

środka, gdy wzrok jego padł na Sinobrodego, siedzącego na brzegu pudełka.

Jupiter   i   Sinobrody   zamarli   w  bezruchu.   Przez   chwilę   patrzyli   sobie   w  oczy.   Wreszcie 

Sinobrody trzepnął skrzydłami.

— Jestem Sinobrody Pirat. Zakopałem mój skarb tam, gdzie go strzegą martwi ludzie — 

zakrakał. — Nigdy nie daję frajerom łatwej doli i to jest proste jak gaz-rurka.

Roześmiał   się   sztucznie,   jak   człowiek,   który   zna   dobry   dowcip   i   nie   ma   zamiaru   go 

opowiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ 9

Wezwijmy wszystkie duchy

Pete, Bob i Jupiter siedzieli wokół biurka w Kwaterze Głównej, pożerając kanapki, które 

przyniósł Jupe. Wiedzieli, że zaraz po obiedzie pani Jones zawoła ich z powrotem do pracy. Nad 
ich głowami siedział Sinobrody w klatce, którą znalazł dla niego Jupiter, i zdawał się słuchać 
każdego ich słowa.

— Wiemy, że pan Claudius ma Billy’ego Shakespeare’a i Małą Bo-Peep — mówił Pete. — 

Słyszeliśmy,   jak   mówił,   że   ma   cztery   papugi.   Zaczęliśmy   wszystko   od   przyrzeczenia,   że 
znajdziemy   Billy’ego   i   Bo-Peep.   Tak   więc   proponuję,   żebyśmy   poszli   wprost   do   niego   i 
powiedzieli   mu,   że   jeśli   nie   zwróci   ich,   to   wezwiemy   policję.   Nie   będzie   wiedział,   że 
przyrzekliśmy nie zawiadamiać policji i tylko blefujemy.

— Hm — Jupiter skubał wargę.
Bob domyślał się, że Jupe jest na tropie większej tajemnicy: jakie znaczenie mają papugi i 

dlaczego panu Claudiusowi tak bardzo zależy na posiadaniu ich. Było zupełnie oczywiste, że 
Jupitera korci rozwiązanie tej zagadki.

— Są pewne komplikacje — powiedział wreszcie Jupiter. —Wiemy teraz, że tajemniczy pan 

Silver chciał, żeby pan Claudius miał te papugi.

— Być  może   —  odezwał   się  Bob  —  ale   to  nie   daje  Claudiusowi  prawa  kraść   je  panu 

Fentrissowi i pannie Waggoner. Głosuję za Pete’em. Powinniśmy pójść do niego i zażądać, żeby 
je   zwrócił.   Weźmy   ze   sobą   Hansa   lub   Konrada.   To   powstrzyma   go   od   zrobienia   czegoś 
nieprzyjemnego.

— Dobrze więc, tu jest karta pana Claudiusa — Jupiter wyłowił z kieszeni wizytówkę, którą 

dał mu Carlos. Wyglądała następująco:

Claude Claudius
rzadkie okazy dzieł sztuki
kupno-sprzedaż
Londyn—Paryż—Wiedeń

Pod spodem był adres dużego budynku mieszkalnego w Hollywood i numer telefonu.

— Ty zatelefonuj do niego, Bob. Nigdy nie słyszał twojego głosu. Powiedz mu, że masz do 

sprzedania papugę z żółtą głową i zapytaj, czy byłby tym zainteresowany. Twoja matka kupiła ją 
od   meksykańskiego   domokrążcy.   Potem   umów   się   z   nim   i   pójdziemy   oczywiście   wszyscy 
razem.

Bob wykręcił  numer.  Zastanawiał  się, czy będzie w stanie  powiedzieć  to wszystko.  Ale 

osoba, która odebrała telefon, powiedziała mu, że pan i pani Claudius wyprowadzili się dwa dni 
temu. Dzięki głośnikowi zainstalowanemu przez Jupitera mogli wszyscy słyszeć całą rozmowę. 
Jupiter szepnął mu do ucha:

— Zapytaj, czy zabrali ze sobą papugi?
Bob powtórzył pytanie i otrzymał odpowiedź, że państwo Claudius nie mieli żadnych papug 

w mieszkaniu, gdyż w budynku nie wolno trzymać zwierząt domowych. Ani psów, ani kotów, 
ani papug. Bob odłożył słuchawkę.

— Przepadł, teraz nie wiemy, gdzie go znaleźć — powiedział bezradnie.
— Wspaniale! — wykrzyknął Pete. — Robimy szalone postępy. Jesteśmy z powrotem w 

punkcie wyjścia.

background image

— Chwilowy zastój — oznajmił spokojnie Jupiter. — Bez wątpienia mają inny adres, gdzie 

mogą trzymać papugi w ukryciu. Oczywiste, że nie mogli wziąć skradzionych papug do tego 
eleganckiego budynku. To by zbyt zwracało uwagę.

— Dobra — powiedział Pete — wyczerpałem moje pomysły. Twoja kolej.
— Może   Bob   ma   coś   do   powiedzenia   —   Jupiter   popatrzył   na   kolegę.   —   Jesteś 

spostrzegawczy, jeśli chodzi o szczegóły.

— Używa także prostszych słów niż ty — mruknął Pete. —Dobra, Bob, co sądzisz?

— No więc — zaczął Bob — nim zaczniemy układać nowy plan, myślę, że powinniśmy 

uporządkować wszystkie znane nam fakty. To nam pomoże zobaczyć wyraźniej całą sprawę. 
Włączyliśmy się w nią dopiero po kradzieży papugi pana Fentrissa. Ale w rzeczywistości zaczęła 
się ona dużo wcześniej.

— Jo-ho-ho i butelka rumu! — zaskrzeczał Sinobrody.
— Mów dalej, Bob — powiedział Jupiter. — To wielce pomocne mieć fakty przedstawione 

przez kogoś drugiego.

— Moim zdaniem — zaczął żywo Bob — punktem wyjścia tej zagadki jest Anglik, który 

nazwał siebie John Silver. Kiedy przybył do domu wuja Carlosa wiele miesięcy temu, przyznał 
się,   że   jest   w   tym   kraju   nielegalnie,   ponieważ   uciekł   Z   Anglii,   by   uniknąć   aresztowania. 
Powiedział także, że w metalowym pudełku, które ma ze sobą, trzyma cenny skarb i nie śmie go 
sprzedać.

Bob spojrzał na Jupitera, ale ten słuchał bez słowa. Tak więc Bob kontynuował:
— Pan Silver był chory, umierający. Przed śmiercią ukrył swoje pudełko i skarb, jeśli był w 

nim w ogóle jakiś. Zostawił natomiast siedem papug, jeśli traktować Sinobrodego jako papugę, 
które ćwiczył, by wypowiadały dziwne i zagadkowe zdania.

— Dziwne i zagadkowe, to łagodnie powiedziane — wtrącił Pete.
— Pan Silver poprosił Carlosa i jego wuja — Bob zajrzał do swych notatek — by wysłali list, 

który napisał, i powiedział, że wkrótce przyjdzie do nich gruby mężczyzna, który zapłaci im 
tysiąc dolarów za papugi. Ale gruby mężczyzna, czyli pan Claudius, nie przyszedł na czas. Wuj 
Carlosa   sprzedał   papugi,   by   uzyskać   pieniądze   na   opłacenie   pogrzebu   pana   Silvera.   Kiedy 
wreszcie gruby człowiek się pojawił, wpadł w szał na wiadomość, że papug już nie ma. Został 
jednak i próbował odszukać papugi. Znał część miasta, w której zostały sprzedane, i udało mu 
się odnaleźć cztery z nich. Wiemy, że dwie ukradł, być może także pozostałe dwie zostały przez 
niego skradzione.

— Kradzież Billy’ego Shakespeare’a to moment, kiedy Trzej Detektywi dołączyli do sprawy. 

Teraz mamy Sinobrodego, ptaka, na którym szczególnie zależało panu Claudiusowi, i nie mamy 
pojęcia‚ gdzie znajdują się pozostałe dwa ptaki. Nie mamy także pojęcia, dlaczego wszystkie te 
ptaki są tak ważne dla pana Claudiusa. Przeprowadził się i prawdopodobnie się ukrywa. Tak 
więc, nie wiemy, gdzie go znaleźć. I to wszystko — Bob wziął głęboki oddech — do czego 
doszliśmy do tej chwili.

— Szukaj pod kamieniami poza kościami! Nigdy nie daję frajerom łatwej doli — zaskrzeczał 

Sinobrody, trzepiąc skrzydłami.

— Przedstawiłeś nam sprawę bardzo przejrzyście — powiedział Jupiter. Myślę, że mogę tu 

dodać kilka własnych spostrzeżeń. Pan Silver był człowiekiem, który znał wiele książek, być 
może pracował wśród nich. Zwróćcie uwagę na imię, które sobie wybrał: John Silver. Jestem 
pewien, że zapożyczył je od Długiego Johna Silvera, pirata z „Wyspy skarbów”.

— To ma sens — przyznał Pete.
— Fakt, że nazwał się imieniem pirata, pozwala nam domyślić się, że jego tajemniczy skarb 

background image

był wcześniej komuś skradziony i pewnie dlatego John Silver nie ośmielił się nawet podjąć 
próby jego sprzedania. A fakt, że miał do czynienia z książkami, zdradzają także imiona, które 
dał papugom: Billy Shakespeare, Mała Bo-Peep, Sinobrody Pirat, Sherlock Holmes, Robin Hood 
Kapitan Kidd.

— I Buźka — przypomniał Pete.
— Pewnie przezwisko z jakiegoś gangsterskiego filmu. W każdym razie większość imion 

pochodzi z książek.

— Słuchajcie!  — wykrzyknął  Bob. — Może skarb, który miał  w tym  pudełku,  to jakaś 

rzadka książka. Niektóre ze starych książek są warte tysiące dolarów!

— To prawda — Jupiter zmarszczył czoło. — Ale pamiętajcie, jak pan Silver opisał skarb: 

„kawałek tęczy, a pod nim dzban złota”, nie bardzo wygląda to na książkę.

— Nie — zgodził się Pete. — Gdzie więc stoimy? Straciliśmy trop Billy’ego, Małej Bo-Peep 

i pana Caludiusa. Stoimy przed gołym murem.

— Niezupełnie gołym — zaprzeczył Jupiter. — Wczoraj słyszeliśmy, jak pan Claudius sam 

powiedział, że dotąd nie znalazł dwóch brakujących papug. Proponuję, żebyśmy je odnaleźli. 
Wraz z Sinobrodym mielibyśmy wtedy trzy ptaki, a pan Claudius cztery. Prędzej czy później 
dowie  się,  że   je  mamy,  i   wtedy  nie  musimy  się  trudzić   z  odnajdywaniem  go.  Sam   do  nas 
przyjdzie.

— Nie jestem pewien, czy będę tym zachwycony — mruknął Pete — a z pewnością nie 

podoba mi się perspektywa latania po mieście po to, żeby kraść papugi.

— Nie mówiłem, żeby je kraść — zaprotestował Jupiter. —Chciałbym je kupić.
— Kupić? — spytał Pete, a Bob także spojrzał pytająco na Jupe’a. — Jak możemy je kupić, 

skoro nawet nie wiemy, gdzie są?

— Zapominasz o naszym systemie połączeń duch z duchem — powiedział Jupiter. — Znam 

co najmniej trzech chłopców, którzy mieszkają w tej części Hollywoodu — wskazał palcem 
obszar na mapie, który zakreślił Carlos. — Zatelefonuję do tych chłopców. Oni zatelefonują z 
kolei do innych i wkrótce będziemy mieli spenetrowaną całą tę okolicę.

Bobowi i Pete’owi bardzo się to spodobało.
— To świetny pomysł, Jupe — wykrzyknął Bob. — Papugi wszystkich ciekawią. Kiedy ktoś 

w sąsiedztwie kupuje papugę i ona mówi, to jest to wydarzenie, o którym w krótkim czasie 
wiedzą  wszyscy sąsiedzi.  Bez względu  na to, kto  kupił te  papugi  od wuja Carlosa, ktoś w 
sąsiedztwie   będzie   o   nich   wiedział   i   dzięki   systemowi   połączeń   duch   z   duchem   łatwo   go 
wykryjemy.

— Tym   razem   nie   możemy   ofiarować   nagrody   —   powiedział   Jupiter   —   ale   jestem 

przekonany, że świadomość tego, że niosą pomoc w ważnym dochodzeniu pobudzi duchy do 
działania bez nagrody.

— Dobrze, ale jak kupimy papugi bez pieniędzy?
— Będę   się   starał   zdobyć   jakieś   pieniądze.   Jeśli   mi   się   nie   uda,   może   będziemy   mogli 

przekonać właścicieli papug, żeby pozwolili nam nagrać to, co mówią ich ptaki. Jest bowiem 
oczywiste,   że   przed   śmiercią   tajemniczy   pan   Silver   nauczył   papugi   wypowiadać   te   dziwne 
kwestie   z   jakiejś   przyczyny.   Ta   przyczyna   z   kolei   sprawią   że   pan   Claudius   chce   mieć   te 
wszystkie ptaki. Jestem pewien, że przyczyna...

W tym momencie rozległo się wołanie pani Jones.
— Jupiter!   Pete!   Bob!   Gdzieżeście   się   schowali?   Czas   wracać   do   roboty,   słyszycie?   Do 

roboty!

Nie ociągali się, słysząc nawoływanie. Przebyli Tunel Drugi z szybkością pocisków, a za 

background image

nimi słychać było Sinobrodego skrzeczącego:

— Do roboty! Do roboty!

background image

ROZDZIAŁ 10

W pułapce

To chyba jest ten pierwszy adres — Pete sprawdził zanotowane na kartce dwa nazwiska i 

adresy. — Proszę tu stanąć.

Było to następnego dnia, rano. Mężczyzna prowadzący rolls-royce’a był niski, o bystrym, 

badawczym spojrzeniu, nazywał się Fitch. Kiedy Jupiter zatelefonował do agencji „Wynajmij 
auto i jedź” z prośbą o przysłanie samochodu, powiedziano mu, że Worthington wyjechał. Było 
to duże rozczarowanie, bo chłopcy przywiązali się już do angielskiego szofera. Nie mieli jednak 
innego wyjścia, jak zgodzić się na innego kierowcę.

Samochód   stanął   przy   krawężniku   i   Fitch   odwrócił   się   z   uśmiechem   do   Boba   i   Pete’a. 

Jupitera nie było z nimi. Tego rana zachorowała siostra jego ciotki i wujostwo pojechali do niej, 
a Jupe musiał zająć się składem. Tak więc Bob i Pete byli zdani na siebie.

— Macie dziś dzieciaki jakąś detektywistyczną  robotę? —zapytał  Fitch. — Worthington 

opowiadał mi o was. Jakbyście kiedyś potrzebowali pomocy, zawsze możecie mnie zawołać. 
Byłem kiedyś strażnikiem bankowym. Wierzcie mi, wszystko, co warto wiedzieć o kanciarzach, 
mam tutaj — poklepał się po czole.

Chłopcom nie bardzo podobał się nowy kierowca. Pete skinął głową i powiedział:
— Dziękujemy panu. Jednakże dziś chcemy tylko wytropić pewne zaginione papugi.
—   Wytropić   zaginione...   —   zaczął   Fitch   i   jego   twarz   poczerwieniała.   —   W   porządku, 

rozumiem — obrócił się i wziął się do czytania gazety. Myślał, że Pete żartuje.

Poprzedniego wieczoru Jupiter zgodnie z planem uruchomił system połączeń duch z duchem. 

Tym razem ograniczył się tylko do części Hollywoodu i prosił o informację o osobach, które 
ostatnio nabyły żółtogłowe papugi.

Otrzymali kilka odpowiedzi od chłopców mieszkających w tej dzielnicy. Dowiedzieli się, że 

gruby mężczyzna chodził parę dni temu od drzwi do drzwi i w końcu znalazł dwie papugi — 
Kapitana Kidda i Sherlocka Holmesa. Udało mu się odkupić je za podwójną cenę.

Nie dotarł jednakże do Buźki i Robin Hooda. Pete i Bob właśnie mieli adresy posiadaczy 

tych  papug i żywili  nadzieję, że zdobędą oba ptaki. Zaopatrzeni  byli  w siedemdziesiąt  pięć 
dolarów. Jupiter dostał je od ciotki. Poprosił ją, by zapłaciła z góry za pracę, którą obiecali 
wykonać w ciągu najbliższych dwu tygodni. Liczyli, że suma powinna wystarczyć. Gdyby się 
okazała  niewystarczająca,  Pete  miał  ze  sobą  mały  magnetofon,  żeby nagrać  zdania,  których 
nauczono papugę.

Wysiadłszy   z   samochodu   chłopcy   ruszyli   cementowym   chodnikiem   wśród   wysokich 

krzewów. Zbliżali się do staromodnego, wykładanego stiukiem domu, kiedy drzwi frontowe 
otworzyły się i wyszedł z nich wysoki, chudy chłopiec z długim nosem. Szczerzył do nich zęby 
w złośliwym uśmiechu.

— Chudy Norris! — wykrzyknął Pete. Obaj z Bobem zatrzymali się zdumieni.
— Co ty tu robisz?
Część każdego roku E. Skinner Norris spędzał wraz z rodziną w Rocky Beach. Na stałe 

mieszkali w innym stanie. Wydawano tam prawo jazdy młodocianym kierowcom w odróżnieniu 
od Kalifornii. Chudy mógł więc sam prowadzić samochód. Wykorzystując tę przewagę, a także 
duże   kieszonkowe,   które   dostawał   od   rodziców,   starał   się   zostać   przywódcą   miejscowej 
młodzieży.

background image

Największą jego ambicją było pokazać, że jest sprytniejszy od Jupitera Jonesa. Jak dotąd, 

jego wysiłki nie zostały uwieńczone sukcesem. W każdym razie większość czasu spędzał na 
wtykaniu nosa w sprawy Jupitera i jego przyjaciół i kilkakrotnie dał im się mocno we znaki.

Zwrócił się teraz do nich z wymuszonym uśmiechem, ukrywając coś za sobą.
— Czy przypadkiem nie spóźniliście się trochę? Po to przyszliście?
Wyciągnął zza siebie klatkę, w której siedziała żółtogłowa papuga. Nie miała prawego oka i 

wzdłuż tej strony jej głowy biegła blizna. Prawdopodobnie dorobiła się tego w jakiejś walce.

— Papuga? — Pete udawał zdziwienie, a Bob starał się mu przyjść z pomocą.
— Dlaczego mielibyśmy się interesować papugami, Chudy? — zapytał.
Blef nie zagrał jednak. Tym razem Chudy był górą i wszyscy trzej wiedzieli o tym.
— Tak się złożyło, że zeszłego wieczoru byłem z wizytą u przyjaciela w sąsiedztwie — 

Norris rozkoszował się swym zwycięstwem. — Mój przyjaciel otrzymał telefon, że Tłuścioszek 
Jones   stara   się   odnaleźć   papugę   z   żółtą   głową.   Powiedział   mi,   że   jedna   jest   w   tym   domu, 
przyszedłem więc tu rano i kupiłem ją za trzydzieści dolarów. Tak się składa, że znam miejsce, 
gdzie mi dadzą za nią sto pięćdziesiąt. Nie mam więc co dalej tracić mego cennego czasu na 
rozmowę z wami.

Przemaszerował koło nich dzierżąc klatkę. Kiedy ich mijał, papuga uczepiła się prętów klatki 

i przekrzywiła głowę.

— Nigdy nie daję frajerom łatwej doli — zaskrzeczała.
— Zamknij się! — powiedział Norris wściekle i poszedł śpiesznie ulicą. Widzieli, jak wsiadł 

do   niebieskiego,   sportowego   samochodu,   którego   nie   zauważyli   wcześniej,   gdyż   był 
zaparkowany w osłoniętym krzewami miejscu, i odjechał.

— Jak przypuszczasz, komu Chudy ma zamiar sprzedać papugę? — spytał Pete. — Panu 

Claudiusowi?

Bob nie miał pojęcia. Wyjął notes i zapisał coś.
— Notuję, co Buźka powiedziała — wyjaśnił. — „Nigdy nie daję frajerom łatwej doli”. Jeśli 

nawet nie mamy ptaka, mamy chyba to zdanie, którego nauczył go pan Silver. Może Jupiter 
zdoła wykombinować coś z tego.

— Jeśli   tak,   jest   cudotwórcą   —   powiedział   Pete.   —   To   zdanie   brzmi   jak   ze   starego 

gangsterskiego filmu w telewizji. Dobra, spróbujmy odnaleźć Robin Hooda.

Wsiedli z powrotem do czekającego samochodu i Pete podał Fitchowi drugi adres. Był to 

stary, mocno zniszczony dom, stojący w głębi ogrodu, oddalony o kilka ulic od poprzedniego 
miejsca. Kiedy zbliżali się do celu, Pete zwrócił się do Boba:

— Myślałem sobie o tym systemie połączeń duch z duchem, który Jupiter wymyślił, żeby 

skontaktować się z setkami dzieci.

— Co ci się w nim nie podoba? — przerwał Bob. — To świetny pomysł. Jest to równie 

skuteczne jak komunikat radiowy.

— Jest jeden kłopot — powiedział Pete. — To daje rezultaty, ale też kupa ludzi może się 

zorientować, czego poszukujemy. I czasem niewłaściwy człowiek może coś wykryć. Tak jak 
Chudy. Dowiedział się, że interesują nas papugi, i kupił Buźkę przed nami.

— Dobrze, że nie wie o Robin Hoodzie — odparł Pete. —To ten dom, gdzie go mają. Tak w 

każdym razie powiedział Jupe’owi chłopiec, który mieszka obok. Mam nadzieję, że uda nam się 
odkupić tę papugę.

Szczęście,   które   opuściło   ich   poprzednio,   dopisało   im   tym   razem.   Właściciel   domu, 

niewysoki, łysy mężczyzna kupił papugę od meksykańskiego domokrążcy trzy tygodnie temu. 
Kiedy ją kupował,  domokrążca  poklepał  papugę  i powiedziała  wtedy,  ze  nazywa  się Robin 

background image

Hood, i wyskrzeczała wiązankę słów, ale od tego czasu milczała jak zaklęta. Żona nabrała do 
niej niechęci i oświadczyła, że wolałaby kanarka. Był zadowolony, że może się pozbyć papugi 
za dwadzieścia pięć dolarów, które za nią zapłacił. Kiedy im wręczał klatkę, powiedział:

— On urnie mówić, ale nie chce. Po prostu nie ma ochoty. Nie wiem, czy możecie coś z tym 

zrobić.

— Dziękujemy panu — odparł Bob — będziemy się starali nakłonić go do mówienia.

Uradowani wyszli śpiesznie z domu. Rzeczywiście, Robin Hood siedział ponury na drążku i 

zupełnie nie sprawiał wrażenia papugi, która ma zamiar mówić. Ale byli pewni, że Jupiter zdoła 
go przekonać, do zmiany zdania.

— Jedziemy prosto do Kwatery Głównej — powiedział Pete. — Zobaczymy czy... Gdzie jest 

samochód?

Nigdzie nie było widać samochodu, który zostawili przy krawężniku.
— Ten Fitch! — wykrzyknął Bob. — Pojechał sobie i zostawił nas tutaj!
— Może myślał, że to dobry kawał? — odparł Pete. —W każdym  razie będziemy mieli 

kłopoty z dostaniem się z powrotem do Rocky Beach.

Dość sponiewierana, zamknięta ciężarówka podjechała do nich i zatrzymała się. Prowadziła 

ją kobieta, która teraz wychyliła się przez okno.

— Szukacie, chłopcy, starego rolls-royce’a? — spytała. —Odjechał parę minut temu.
— Miał na nas zaczekać — powiedział Bob.
— Ach, co za przykrość — głos kobiecy był pełen współczucia. — Może mogę was gdzieś 

podwieźć? Chociaż do najbliższego przystanku autobusowego.

— Bardzo dziękujemy — zgodził się chętnie Pete. —Chodź, Bob, złapiemy autobus przy 

Wilshire.

Wspiął się do szoferki i usadowił koło kobiety. Za nim wsiadł Bob trzymając klatkę z Robin 

Hoodem. Przez moment myślał, że słyszał już głos tej kobiety, ale uznał to za niemożliwe.

— Przepraszam, ale Bulwar Wilshire jest w przeciwnym kierunku — zwrócił się do kobiety, 

gdy ruszyła z zadziwiającą prędkością.

— Nie jedziemy tam, drogie zuchy! — głos z angielskim akcentem zadźwięczał im w uszach 

alarmująco. — Mamy inne plany.

Odsunęła się przegroda dzieląca szoferkę od krytej platformy ciężarówki. Chłopcy obrócili 

głowy przerażeni. Pan Claudius wychylał się z otworu, tuż, tuż za nimi. Na jego okrągłej, tłustej 
twarzy widniał złośliwy uśmiech, oczy błyszczały za grubymi szkłami okularów.

— Tym razem idziecie ze mną — powiedział. — Przebraliście miarkę. Mam dość waszych 

interwencji.

Strach odebrał chłopcom głos. Wpatrywali się w mężczyznę w milczeniu. Uśmiechając się 

ciągle,   pan   Claudius   wysunął   rękę   w   ich   kierunku.   Trzymał   w   niej   długi,   cienki   sztylet   z 
zakrzywionym ostrzem.

— Teraz, chłopcy — powiedział — najmniejszy ruch będzie waszym ostatnim. Ten sztylet 

został wykonany tysiąc lat temu, w Damaszku. Ciąży na nim krew dwunastu zabitych. Jestem 
pewien, że żaden z was nie chce być trzynastym. To taka pechowa liczba!

background image

ROZDZIAŁ 11

Siedem fruwających informacji

Ciężarówka pędziła po stromych, nagich wzgórzach za Hollywoodem. Ani Bob, ani Pete nie 

byli w stanie wydusić z siebie słowa.

— Starałam się was ostrzec, chłopcy — odezwała się w pewnym momencie kobieta — ale 

nie chcieliście słuchać.

Wtedy   Bob   przypomniał   sobie,   gdzie   słyszał   jej   głos   —   przez   telefon,   kiedy   radziła 

Jupiterowi i jemu, żeby nie wchodzili w drogę panu Claudiusowi.

Pete w końcu opanował nerwy na tyle, żeby się odezwać:
— Czy mogę zadać jedno pytanie? Jak pozbył się pan Fitcha i samochodu?
— Bardzo łatwo — zachichotał gruby mężczyzna. — Poszedłem do agencji „Wynajmij auto 

i w drogę, by wypożyczyć  samochód mniej rzucający się w oczy niż ranger. Tam odkryłem 
zadziwiającego   rolls-royce’a,   którym   jeździliście.   Dowiedziałem   się   również,   że   jest   w  nim 
zainstalowany telefon. Śledziłem was dzisiaj. Kiedy weszliście do tego domu, zatelefonowałem 
ze sklepu na rogu do Fitcha i powiedziałem że telefonuję z domu, do którego przyszliście, I że 
zostajecie u mnie na drugie śniadanie, tak więc nie będzie potrzebny przed południem. Odjechał 
spokojnie.

— Claude — odezwała się kobieta, najwidoczniej jego żona — czy nie sądzisz, że ...
— Nie, nie sądzę! — przerwał ostro. — Pilnuj kierownicy. Patrzyłaś we wsteczne lusterko?
— Tak, z początku myślałam, że jedzie za nami jakiś mały samochód, ale zgubiliśmy go.
— Dobrze. Uważaj na tym zakręcie.
Ciężarówka zwolniła, wzięła ostry zakręt i znaleźli się w głębokim wąwozie wśród wzgórz. 

Stał tam dom z garażem na dwa samochody. Kobieta wprowadziła do niego ciężarówkę.

— Wysiadać, moi mili, wysiadać — powiedział pan Claudius za nimi.
Druga połowa garażu zajęta była przez czarny, sportowy samochód, którym pan Claudius 

jeździł, gdy Pete spotkał go po raz pierwszy.

Pan Claudius poprowadził ich do domu, do dużego salonu, dość skąpo umeblowanego. W 

jednym końcu pokoju stały na dużym stole cztery klatki z papugami o żółtych głowach. Papugi 
wyglądały smutno i apatycznie. Żadna z nich nie wydała najmniejszego dźwięku, nawet kiedy 
pani Claudius postawiła obok nich klatkę z Robin Hoodem.

Bob i Pete usiedli na wielkiej kanapie, a pan Claudius naprzeciw nich, dotykając palcem 

czubka sztyletu.

— Teraz, przebiegłe i wścibskie nicponie — powiedział —chciałbym dowiedzieć się paru 

rzeczy. Mam pięć z siedmiu papug trenowanych przez pana Johna Silvera. Dostanę resztę. O tak, 
dostanę. Powiedzcie mi, jak doszło do tego, że Huganay was najął, i jak dużo on wie.

— Huganay? — spytał Pete.
Bob patrzył w osłupieniu. Kto to jest Huganay?
— Nie udawajcie, że go nie znacie — zniecierpliwił się pan Claudius. — Huganay, Francuz, 

jeden z najbardziej niebezpiecznych złodziei dzieł sztuki w Europie. Jestem zupełnie pewien, że 
depcze mi po piętach.

Bob zaczął kręcić przecząco głową, ale Pete zapytał:
— Czy ten pan Huganay jest średniego wzrostu, ciemnowłosy, Z małym wąsikiem i mówi z 

francuskim akcentem?

background image

— To on — odparł pan Claudius — więc jednak go znacie!
— Trudno powiedzieć, że go znamy — odparł Pete i opisał spotkanie na podjeździe domu 

pana Fentrissa, kiedy rolls-royce o włos uniknął zderzenia z drugim samochodem, w którym 
jechał pan zdający się być niezwykle zainteresowany Billym Shakespeare’em, i jak tenże pan 
starał się usilnie uniknąć spotkania z policją.

— O tak — zgodził się pan Claudius — Huganay chce za wszelką cenę uniknąć spotkania 

policją. Ale czegoś nie rozumiem. Jeśli nie pracujecie dla Huganaya, dlaczego interesują was 
papugi?

Kiedy Pete wyjaśnił, jak doszło do tego, że Trzej Detektywi spotkali się z panem Fentrissem i 

obiecali mu pomóc odnaleźć Billy’ego Shakespeare’a, pan Claudius przestał wyglądać groźnie, 
zdjął okulary, przetarł je. Był bardzo zmieszany i zaczął mówić cichym głosem:

— Byłem pewny, że pracujecie dla Huganaya. Niedawno, kiedy wracałem do budynku, gdzie 

wynajmowaliśmy mieszkanie, zobaczyłem na rogu obserwującego mnie Huganaya. Potem, kiedy 
znalazłem się już w mieszkaniu, zorientowałem się, że było przeszukiwane — spojrzał na żonę. 
— Powiedziałaś mi wtedy, że mi się wydaje. Ale miałem rację! Huganay rzeczywiście śledził 
mnie, był w naszym mieszkaniu i przeczytał moje notatki.

— Tak — kobieta westchnęła. — Nie mam wątpliwości, że Huganay jest na naszym tropie. 

Jestem jednak pewna, że nie wie o tym miejscu.

— Nie — zgodził się pan Claudius. — Na szczęście wynająłem tę wilię, żeby przenieść tu 

papugi   —   zwrócił   się   do   chłopaków.   —   Trzymam   tu   mojego   rangera   i   wynająłem   stary, 
popularny samochód, żeby Huganay nie mógł mnie tak łatwo rozpoznać. On wie, że przepadam 
za rangerami. Zaraz następnego dnia dowiedziałem się, że staracie się odnaleźć mój samochód. 
Powiedział   mi   o   tym   właściciel   domu,   którego   syn   pytał,   gdzie   jest   mój   ranger.   Ojciec 
odpowiedział mu, żeby nie wtrącał się do spraw jego lokatorów, byłem więc tu bezpieczny.

— Wypytałam   chłopca   i   zdobyłam   wasz   telefon   —   powiedziała   pani   Claudius.   — 

Dzwoniłam do was i ostrzegłam was. Mój mąż był bardzo zdenerwowany i bałam się, że może 
do czegoś dojść, kiedy znowu się na was natknie.

— Tak — przyznał z westchnieniem pan Claudius — wpadam w okropną złość, kiedy coś 

mnie wytrąci z równowagi. Nie mogę tego opanować. Grożę ludziom. Wiedząc, że tropi mnie 
Huganay, taki sprytny i niebezpieczny człowiek — przesunął ręką po czole — byłem zupełnie 
rozstrojony. Kiedy napotkałem was znowu w domu pana Sancheza, byłem pewien, że działacie z 
Huganayem.

Uświadomił sobie w tym momencie, że wciąż trzyma w ręce groźnie wyglądający sztylet, i 

odłożył go.

— Myślę, że nie potrzebuję tego więcej — powiedział. —Nie wiem teraz zupełnie, co robić. 

Po prostu nie wiem. Tu jest tyle problemów, tyle problemów...

Głos mu się załamał. Westchnął głęboko.
— Claude — odezwała się żona pana Claudiusa — nadszedł czas na rozsądne działanie. To 

są mili chłopcy, którzy nie mają zamiaru cię skrzywdzić. Myślę, że należą się im przeprosiny. 
Sądzę, że możesz ich nawet poprosić o pomoc. Moim zdaniem wykazali dużo inteligencji w tej 
sprawie. Odszukali pana Sancheza i znaleźli papugę, której ty nie byłeś w stanie znaleźć —
wskazała Robin Hooda, skulonego na swym drążku, podobnie jak pozostałe papugi.

— Tak, masz rację — pan Claudius ocierał twarz chusteczką. — Chłopcy, przyjmijcie moje 

szczere  przeprosiny.  Cały kłopot  w  tym,   że  tak  łatwo  wpadam  w złość.  Jestem  kompletnie 
wytrącony z równowagi, kiedy mi coś idzie źle, a ta sprawa wiele dla mnie znaczy, bardzo wiele. 
Mam problemy z żołądkiem i nie wolno mi się denerwować. Powinienem zachować spokój, ale 

background image

po prostu nie potrafię.

Bob i Pete wymienili spojrzenia. Bob zabrał głos za nich obu.
— Nie marny do pana żalu, ale co z panem Fentrissem i panną Waggoner? Pan ukradł im 

papugi i związał pan pana Fentrissa, ... no, złamał pan kilkakrotnie prawo.

Pan Claudius znowu ocierał twarz.
— Będę się starał wynagrodzić im to — powiedział. — Będę się naprawdę starał i może mi 

wybaczą. Ale przede wszystkim muszę wyjaśnić, dlaczego dopuściłem się tego wszystkiego. 
Widzicie,   musiałem   mieć   te   papugi,   dlatego   je   ukradłem.   Musiałem   je   mieć,   ponieważ   są 
niesłychanie ważną wskazówką przy odnalezieniu bezcennego skarbu, który John Silver ukrył 
przed śmiercią.

Nagle Bob zrozumiał. Poprzedniego dnia Jupiter właśnie zaczynał przedstawiać im swoją 

teorię. Teraz Bob mógł się domyślić, jaka to była teoria.

— Proszę pana — zapytał — czy wszystkie siedem ptaków podaje jakieś informacje? To 

znaczy, czy każdy z nich daje jakiś fragment informacji i, żeby znaleźć skarb, musi pan złożyć 
wszystko razem i wtedy zrozumie pan, co to oznacza?

— Tak   —  odparł   pan   Claudius.   —   Widzicie,   John  Silver   zakpił   sobie   ze   mnie.   To  był 

najbardziej fantastyczny żart jego życia. Zostawił siedem gadających ptaków z zaszyfrowanymi 
wskazówkami dla mnie. Muszę je rozwiązać, żeby znaleźć ukryty przez niego skarb. Nikt inny 
nie wpadłby na taki pomysł. To takie typowe dla niego, dla jego znakomitego, lecz dziwacznego 
umysłu.

— Claude — przerwała jego żona. — Myślę, że chłopcy zrozumieją wszystko lepiej, jeśli 

zaczniesz od początku. Tymczasem przygotuję trochę kanapek. Chyba wszyscy jesteśmy głodni.

Bob i Pete uświadomili sobie nagle, że są nawet bardzo głodni. Ale jeszcze bardziej byli 

podekscytowani   świadomością,   że   za   chwilę   będą   wiedzieć,   jaka   tajemnica   kryje   się   za 
gadającymi papugami.

— Pan znał pana Silvera w Anglii? — spytał Bob.
— Mniej więcej dwa lata temu — zaczął swą opowieść pan Claudius — zatrudniłem Johna 

Silvera w moim przedsiębiorstwie, zajmującym się kupnem i sprzedażą rzadkich okazów dzieł 
sztuki.   To   było   w   Londynie.   Silver   był   bardzo   wykształconym,   ale   ekscentrycznym 
człowiekiem.   Nigdzie   nie   pracował   długo,   wszystkiemu   winne   było   jego   dziwne   poczucie 
humoru. Skończył wreszcie na utrzymywaniu się ze sprzedaży dowcipów, szarad i zagadek, dla 
gazet i czasopism. Potem zwrócił się do mnie o pracę. Miał dużą wiedzę zarówno w dziedzinie 
sztuki jak i literatury. Zaangażowałem go jako eksperta. Chodził na rozmaite aukcje i nabywał 
dla mnie przedmioty jego zdaniem cenne. — Któregoś dnia wrócił z obrazem. Było to zupełnie 
zwykłe malowidło, przedstawiające dwie żółtogłowe papugi, siedzące na gałęzi, a zapłacił za nie 
bardzo drogo. Jak wiecie,  łatwo  tracę  panowanie  nad sobą. Rozzłościłem  się, nazwałem go 
głupcem i wyrzuciłem.

John   Silver   —   to   nie   było   jego   prawdziwe   nazwisko,   tylko   pseudonim,   pod   którym 

sprzedawał zagadki do gazet, powiedział mi, że był pewien, iż papugi są namalowane na drugim,
starym,  znacznie  bardziej  wartościowym  obrazie. Oświadczył,  że udowodni mi  to. Zapewne 
słyszeliście już o zamalowywaniu obrazów, czasem dla ukrycia ich?

Pete nie słyszał, ale Bob skinął głową.
— Tak więc — kontynuował pan Claudius — dokonał tego. Usunął papugi i po paru dniach 

przyszedł pokazać mi prześliczny obraz — młodą pasterkę z jagnięciem. Było to z pewnością 
dzieło jednego ze znanych mistrzów. Wiedziałem od razu, że ten niewielki obrazek wart jest nie 
mniej niż sto tysięcy dolarów.

background image

— O rany! — wykrzyknął Pete. — Tyle pieniędzy za obraz! Za cztery pięćdziesiąt można 

dostać w sklepie obrazy razem z ramą.

— To tylko drukowane reprodukcje — wyjaśnił mu Bob. —Miejskie Muzeum Sztuki w 

Nowym Jorku zapłaciło raz więcej niż dwa miliony dolarów za obraz holenderskiego malarza 
Rembrandta.

— Nie mów! — Pete wykrzyknął ze zgrozą. — Dwa miliony za obraz!
— Dochodzimy do niefortunnej części historii — zaczął pan Claudius, ale przerwało mu 

nadejście żony z tacą kanapek, dwiema szklankami mleka i dwiema filiżankami kawy. Wszyscy 
zabrali się do jedzenia i dopiero po pewnym czasie podjął swą opowieść.

— John Silver twierdził, że obraz należy teraz do niego, ponieważ wyrzuciłem go z posady. 

Odparłem, że kupił go za moje pieniądze i jako mój pracownik, obraz jest więc moją własnością. 
Zaproponował, żebyśmy się podzielili pół na pół.

— To wydaje się sprawiedliwe — odezwał się Pete. —W końcu on go znalazł.
— To było rzetelne — powiedziała pani Claudius — ale Claude nie wie, co robi, kiedy ktoś 

mu się przeciwstawia.

— Niestety   —   przyznał   ze   smutkiem   jej   mąż.   —   Zacząłem   grozić   Johnowi   Silverowi 

aresztowaniem. Opuścił moje biuro z obrazem. Poszedłem na policję i złożyłem meldunek, że 
okradł mnie. Uciekł. Później dowiedziałem się, że przeszmuglował siebie i obraz, opuszczając 
kraj na frachtowcu. Obraz, śliczna pasterka, przepadł.

— Możesz winić tylko siebie —— wtrąciła pani Claudius.
— Tak więc ostrzegłem wszystkich handlarzy dzieł sztuki na świecie, by uważali na Silvera i 

obraz. Ale nigdy nie zjawił się u nich. Ukrywał się cały czas tutaj, w Kalifornii.

— Tak, proszę pana — powiedział Bob. — Mieszkał z panem Sanchezem. Był chory. Miał 

ze sobą płaską, metalową skrzynkę i powiedział panu Sanchezowi, że trzyma tam kawałek tęczy, 
a pod nim dzban złota, ale nie może ryzykować sprzedania tego.

— Doskonały opis — zauważył pan Claudius. — Obraz jest bowiem tak piękny, jakby był 

malowany tęczą.

— W końcu dostałem list od Johna. Napisał, że kiedy otrzymam ten list, nie będzie już żył, 

ale złożył obraz w bezpiecznym miejscu. Mogę go odnaleźć, rozwiązując szaradę. Był to jego 
ostatni   żart,   dowcip   moim   kosztem,   i   dało   mu   dużą   przyjemność   obmyślenie   go.   W   liście 
wyjaśniał,   że   nauczył   sześć   żółtogłowych   papug   i   azjatyckiego   szpaka   powtarzać   pewne 
elementy szarady. Miałem przyjechać do Ameryki i zapłacić tysiąc dolarów panu Sanchezowi za 
ptaki. Następnie winieniem skłonić je do mówienia, rozszyfrować szaradę i wtedy będę mógł 
znaleźć moją pastereczkę. Pomysł ten, jak pisał, przyszedł mu do głowy ze względu na malunek, 
przedstawiający dwie żółtogłowe papugi, pokrywający oryginalne malowidło, o które wybuchła 
między nami cała kłótnia.

— Myślę, że był to jego rewanż za to, jak go pan potraktował — odezwał się Pete.
— Naturalnie.   Nic   złego   by   się   jednak   nie   stało,   gdyby   nie   pech.   Jak   wiecie,   nie 

przyjechałem   i   pan   Sanchez   sprzedał   papugi.   Otóż   byłem   w   Japonii,   gdzie   dokonywałem 
pewnych   zakupów,   i   list   czekał   na   mnie   tygodniami   w   Londynie.   Kiedy   go   wreszcie 
przeczytałem,   ogarnęło   mnie   ogromne   podniecenie   i   natychmiast   wyruszyłem   do   Kalifornii. 
Musiałem powiedzieć coś na ten temat publicznie i doszło to do uszu Huganaya, złodzieja dzieł 
sztuki, skłaniając go do pójścia moim śladem.

Spojrzał na żonę, która przytaknęła.
— Huganay potrafi wywęszyć okazję — powiedziała ponuro. — Tak, jest tutaj, idzie naszym 

tropem i nic go nie powstrzyma.

background image

—   Ale   to   jeszcze   nie   najgorszy   problem   —   pan   Claudius   zagryzł   wargi.   —   Kiedy 

dowiedziałem się, że Sanchez sprzedał papugi, niemal odszedłem od zmysłów ze złości. Będąc 
analfabetą, nie miał żadnych dowodów sprzedaży i nie można było dojść, komu je sprzedał. 
Pokazał mi jednak na mapie dzielnicę, w której sprzedawał ptaki. Zacząłem więc wędrować od 
drzwi do drzwi, pytając, czy ktoś nie kupił ostatnio papugi od meksykańskiego domokrążcy. 
Zdobyłem w ten sposób dwie papugi: Sherlocka Holmesa i Kapitana Kidda. Właściciele zgodzili 
się je odsprzedać, gdyż po rozłące z meksykańskim domokrążcą stały się osowiałe i nie chciały 
mówić ani jednego słowa.

Szukałem nadal pozostałych, ciągle obawiając się, że ktoś przede mną odnajdzie mój piękny 

obraz w miejscu,  w którym  ukrył  go John Silver.  Któregoś dnia dzwoniłem do drzwi pana 
Fentrissa, gdy zobaczyłem przez okno papugę o żółtej głowie. Nie było nikogo w domu, więc 
działając   pod   wpływem   lęku,   że   właściciel   nie   zechce   sprzedać   mi   ptaka,   włamałem   się   i 
ukradłem go.

Niestety, papuga nie chciała do mnie mówić! Ani słowa! Powziąłem plan. Wróciłem do pana 

Fentrissa i udawałem, że jestem z policji. Powtórzył mi nie tylko to, co mówiła papuga, ale 
poinformował także, gdzie znaleźć małą Bo-Peep. I jeszcze powiedział, że kiedy meksykański 
domokrążca   odchodził   z   jego   domu,   miał   wciąż   Sinobrodego.   Podekscytowało   mnie   to 
naturalnie   i   przestałem   się   maskować.   Pan   Fentriss   stał   się   podejrzliwy.   W   tym   momencie 
zobaczyłem dwu chłopców idących ścieżką w stronę domu. Nie mogłem pozwolić, by mnie 
przyłapano. Związałem pana Fentrissa i zakneblowałem mu usta, niezbyt mocno, tak by mógł się 
wkrótce sam uwolnić. Wtedy przyjąłem was, chłopcy, pozbyłem się was, i czym prędzej wam 
umknąłem. Natychmiast poszedłem po Bo-Peep, nim pan Fentriss miałby szansę ostrzec pannę 
Waggoner. W domu nie było nikogo. Musiałem ukraść również Bo-Peep. Nie miałem innego 
wyjścia.   Przemykałem   się   właśnie   przez   kępę   drzew,   gdy   zobaczyłem   pannę   Waggoner 
wracającą z dwoma chłopcami.

— To   byłem   ja   z   Jupiterem   Jonesem   —   wtrącił   Pete.   —   Czy   to   Pan   rzucił   w   nas   tą 

dachówką?

— Tak, tak — pan Claudius tarł czoło. — Proszę mi wybaczyć.  Nie chciałem zrobić ci 

krzywdy, tylko was nastraszyć.

— Takie postępowanie sprawia, że Jupiter staje się jeszcze bardziej uparty -— powiedział 

Pete.

— Naturalnie. Ale pozwól, że skończę. Jak tylko mogłem najszybciej, poszedłem znowu do 

pana Sancheza. Tymczasem zorientowałem się, że Huganay kręci się w pobliżu, ukryłem więc 
rangera i wynająłem stary samochód.

Nie chciałem skrzywdzić pana Sancheza, kiedy nadeszliście, choć mogło to tak wyglądać. 

Dławił się od kaszlu i starałem się pomóc mu usiąść, sądziłem, że to przyniesie mu ulgę. Kiedy 
jednak weszliście i zaatakowaliście mnie, musiałem uciekać. Byłem już wtedy przekonany, że 
pracujecie dla Huganaya. Cóż innego mogło mi przyjść na myśl. Był on jedyną osobą, która 
mogła wiedzieć o obrazie.

Doszedłem do wniosku, że muszę się ukryć. Wynająłem starą ciężarówkę. Mogłem w niej 

jeździć nie będąc widzianym, podczas gdy żona prowadziła. Zdwoiłem wysiłki, by odszukać 
brakujące ptaki. Dziś rano jeżdżąc ulicami Hollywoodu, zobaczyliśmy waszego rolls-royce’a i 
ruszyliśmy za nim. To bardzo rzucający się w oczy samochód.

— Tak, trudno go nie zauważyć — przyznał z żalem Bob.
— Zaparkowaliśmy i zaczęliśmy was obserwować. Widzieliśmy wasze spotkanie z wysokim, 

szczupłym chłopcem, który najwidoczniej zdobył Buźkę.

background image

— Chudy Norris! — wykrzyknął wzgardliwie Pete. — Wetknął w to nos, bo jest zazdrosny o 

Jupea i zawsze stara się pokazać, że jest lepszy.

— Odjechał   z   Buźką   niebieskim   samochodem.   Możecie   sobie   wyobrazić   moją   rozpacz! 

Chciałem jechać za nim, ale chciałem też śledzić was. W końcu zdecydowałem się na to drugie i 
dałem mu odjechać. Myślę, że go nie potrzebujemy, bo kiedy mijał naszą ciężarówkę, papuga 
wyskrzeczała swoją część szarady, co to było, moja droga?

Pani Claudius wyjęła kartkę z kieszeni.
— „Nigdy nie daję frajerom łatwej doli” — odczytała.
— Stare   powiedzonko   slangowe,   bardzo   trudne   do   rozszyfrowania   jako   wskazówka   — 

skomentował   pan   Claudius.   —W   każdym   razie   śledziłem   was,   odesłałem   podstępem   wasz 
samochód ... no, znaleźliśmy się tutaj. I wszystko to na nic, po prostu na nic.

— Jak to na nic? — zapytał Bob.
— Mam pięć z siedmiu papug — odparł pan Claudius —i jak dotąd znam tylko te zdania, 

których nauczył pan Silver Billy’ego Shakespeare’a i Buźkę. Reszta nie chce ze mną gadać. Nie 
mówią. Nie chcą powiedzieć jednego słowa! I mam wrażenie, że nigdy nie zechcą!

background image

ROZDZIAŁ 12

Plan działania

Chłopcy obrócili się, by spojrzeć na papugi. Wszystkie siedziały w swych klatkach, markotne 

i apatyczne. Rzeczywiście, nie wyglądało na to, żeby zamierzały mówić.

Pan Claudius zerwał się. Podbiegł do ptaków i zaczął do nich krzyczeć:
— Mówcie! Powiedzcie, czego was nauczył John Silver! Słyszycie? Gadać!
Ptaki zwinęły się w jeszcze mniejsze kłębki pierza i nie wydały ani jednego dźwięku.
— Oto,   co   on   robi,   odkąd   zdobył   pierwszą   papugę   —   zwróciła   się   pani   Claudius   do 

chłopców. — Wrzeszczy na nie.

— Prawdopodobnie dlatego nie chcą mówić, proszę pana —powiedział Bob. — Papugi łatwo 

popadają w przygnębienie przy zmianie otoczenia i hałasach.

Pan Claudius usiadł z powrotem.
— Tracę   cierpliwość   —   mruknął.   —   Co   mam   robić?   Czas   ucieka,   Huganay,   bardzo 

niebezpieczny człowiek,  jest na moim tropie i w każdej chwili ktoś może znaleźć pasterkę. 
Wyczerpałem swoją pomysłowość.

— My znamy zdania, których nauczył pan Silver kilka papug — odezwał się Pete. — Nie 

możemy się w nich połapać,  ale pewnie Jupiter Jones coś zrozumie  jeśli powie mu  pan to 
wszystko, co opowiedział pan nam.

— Może  spiszemy  zdania,   które  znamy,   i  zobaczymy,   czy  skierują  nas na  jakiś trop  — 

powiedział Bob.

— To bardzo rozsądna propozycja — odezwała się pani Claudius. — Od początku mówiłam, 

Claude, że chłopcy mogą ci pomóc jeśli przestaniesz ich traktować jak wrogów.

— Ależ, moja droga, cóż innego mogłem sądzić? Było oczywiste... Och! mniejsza z tym. 

Bardzo mi przykro. Spróbujmy zrobić tak, jak mówicie, jeśli coś z tego wyjdzie, jeśli znajdziemy 
obraz, dostaniecie tysiąc dolarów nagrody.

— O rany! — wykrzyknął Pete. — Bierzmy się do roboty. Bob, masz swój notes?
— Tak jest — Bob wyciągnął notatnik i ołówek.
— Mam jeszcze jedną — powiedział pan Claudius —bardzo ważną informację. John Silver 

nie tylko napisał mi, że jego szarada składa się z siedmiu części, ale podał również ich kolejność. 
Tak więc nauczył Małą Bo-Peep pierwszej części, Billy’ego Shakespeare’a drugiej, Sinobrodego 
trzeciej,   Robin   Hooda   czwartej,   Sherlocka   Holmesa   piątej,   Kapitana   Kidda   szóstej   i   Buźki 
siódmej.

— To bardzo pomoże — Bob zabrał się do pisania. Czekali przez chwilę i wreszcie pokazał 

im wydartą z notesu kartkę, na której ułożył następujący schemat:

Szarada Johna Silvera (niekompletna)

Mała Bo-Peep (część 1)

Bo-Peep   Mała   swe   owieczki   postradała,   gdzie   to   znaleźć,   nie 
wiedziała. Idź do Sherlocka Holmesa.

Billy Shakespeare (część 2)

Być czy-czy-czy nie b-być, oto jest pytanie.

Sinobrody (część 3)

Jestem   Sinobrody   Pirat.   Zakopałem   mój   skarb   tam,   gdzie   go 
zawsze strzegą martwi ludzie. Jo-ho-ho i butelka rumu!

Robin Hood (część 4)

?

background image

Sherlock Holmes (część 5)

?

Kapitan Kidd (część 6)

?

Buźka (część 7)

Nigdy nie daję frajerom łatwej doli.

— Jak więc widzicie — powiedział Bob do zgromadzonych wokół niego — znamy już cztery 

z siedmiu części szarady. Tak się złożyło, że znamy także część wypowiadaną przez Sinobro-
dego. — Czuł, że nie powinien w tej chwili wyjawić, że Trzej Detektywi mają czarnego szpaka 
w swej Kwaterze Głównej. — A Buźkę słyszeliśmy, kiedy niósł go Chudy Norris. To wszystko, 
czym dysponujemy w tej chwili.

— Ale ja nic nie rozumiem — pan Claudius patrzył w kartkę z zawiedzioną miną. — To mi 

nic nie mówi. Zupełnie nic.

— Ależ, Claude — jego żona zdawała się być bardziej przedsiębiorcza od niego. — Pierwsza 

część zdania o Bo-Peep, która straciła swoje owce, najwidoczniej odnosi się do samego obrazu. 
Jest to chytra aluzja do treści malowidła, faktu, że zaginął i że musimy go odnaleźć.

— Możliwe — zgodził się jej mąż. — Ale nie widzę sensu w odsyłaniu nas do Sherlocka 

Holmesa.

— Ja również, ale przejdźmy do drugiej części. Czy jesteście pewni, chłopcy, że tak brzmiało 

to, co mówił Billy Shakespeare? Właściciel powiedział Claude’owi, że Billy mówił „Być czy nie 
być, oto jest pytanie”.

— Myślał wtedy, że pan Claudius jest z policji — wyjaśnił Pete. — Nie chciał powiedzieć, że 

Billy się jąka.

— Jąka się! Jąkająca się papuga jako wskazówka. Och, nie, to niemożliwe, to jest nie do 

rozwiązania — pan Claudius był zupełnie załamany.

— Nie wolno się poddawać — powiedziała pani Claudius. — Druga część jest rzeczywiście 

niezrozumiała, ale trzecia część, to, co mówi Sinobrody, wskazuje ogólnie miejsce, gdzie może 
być ukryty obraz.

— Gdzie zawsze strzegą go martwi ludzie — pan Claudius ocierał nerwowo twarz. — To 

brzmi tak, jakby chodziło o jakąś wyspę piratów. John Silver miał zawsze słabość do pirackich 
historii i zaginionych skarbów. Pewnie dlatego włączył to imię do swej szarady.

— Tak, to brzmi, jakby dotyczyło pirackiej wyspy — zgodziła się pani Claudius. — Ale 

może też oznaczać coś innego. Myślmy wszyscy intensywnie.

— Popatrz na ostatnią część, na kwestię Buźki: „Nigdy nie daję frajerom łatwej doli”. To 

zdanie   w   starym   amerykańskim   slangu  oznacza,   że   mówiący   nie   zamierza   zrobić   z   drugim 
uczciwego interesu. To tak, jakby John Silver dawał nam do zrozumienia, że nie ma zamiaru 
pozwolić nam rozwiązać swojej szarady.

— Gdybyśmy zdobyli trzy brakujące części szarady, może łatwiej byłoby ją rozwiązać — 

zauważyła pani Claudius. —Bez tego rzeczywiście nic nie wymyślimy.

— Proszę państwa, mam pewien pomysł — powiedział Bob.
— Tak, mój chłopcze?
— Mamy tu na miejscu Rabin Hooda, Sherlocka Holmesa i Kapitana Kidda. Jeśli nakłonimy 

ich do mówienia, będziemy mieli wszystkie części szarady. Wtedy może Jupiter Jones zdała 
znaleźć w tym jakiś sens, nawet jeśli nam się to nie udaje.

— Ale ptaki nie mówią! — wykrzyknął pan Claudius. — Popatrz na nie, nie mają na to 

najmniejszej ochoty!

To była prawda. Nastroszone na swych drążkach, papugi nie były w nastroju do mówienia.
— Pan Sanchez pomagał panu Silverowi trenować je —odezwał się Pete. — Przywykły do 

background image

niego. Mówiły do niego, kiedy je sprzedawał. Założę się, że potrafi je jakoś ugłaskać i przekonać 
do   mówienia.   Potem,   jak   będziemy   mieli   całą   szaradę,   zaniesiemy   ją   do   Jupitera   Jonesa   i 
zobaczymy, co on z tego wykombinuje.

— Na   Jowisza!   —   pan   Claudius   uśmiechnął   się,   a   potem   roześmiał   się   głośno.   — 

Oczywiście, że pan Sanchez nakłoni je do mówienia. Będziemy mieli ten obraz nim Huganay 
połapie się, co się w ogóle dzieje!

background image

ROZDZIAŁ 13

Szalony wyścig

Pół   godziny   później   wyruszyli   ciężarówką.   Prowadził   pan   Claudius   i   wszyscy   byli   w 

świetnych humorach. Bob i Pete siedzieli na przedzie. W budzie ciężarówki, na specjalnie w tym 
celu   zamocowanym   drągu,   wisiało   pięć   klatek   z   papugami,   nadzorowanymi   przez   panią 
Claudius.

Spory dystans dzielił ukryty wśród wzgórz za Hollywoodem dom pana Claudiusa od bliskiej 

wybrzeża oceanu równiny,  gdzie mieszkał pan Sanchez z Carlosem.  Spodziewali się jednak 
dojechać tam wczesnym popołudniem.

Od   dłuższej   chwili   jechali   opustoszałą   szosą   wśród   wzgórz,   gdy   dał   się   słyszeć   pełen 

niepokoju głos pani Claudius:

— Claude, jakiś samochód jedzie za nami!
— Jedzie za nami? — pan Claudius spojrzał we wsteczne lusterko. — Nic nie widzę, moja 

droga.

— Jest za zakrętem. O, teraz, około kilometra za nami
— Tak, widzę! Duży, szary samochód. Jesteś pewna, że nas śledzi?
— Nie mogę mieć pewności, ale na to wygląda.
— Szary samochód? — zapytał Pete podekscytowany. —Mogę zobaczyć?
Nie mógł ze swego miejsca dojrzeć samochodu w bocznym lusterku. W końcu wychylił się 

przez drzwi, trzymany mocno w pasie przez Boba.

— Nie   widzę...   —   zaczął,   ale   zaraz   zawołał:   —   Dogania   nas!   I   wygląda   dokładnie   jak 

samochód, który spotkaliśmy na drodze prowadzącej do domu pana Fentrissa.

— Huganay! — wykrzyknął pan Claudius. — Śledzi nas! Co robić?
— Nie daj się dogonić, aż dojedziemy do miasta — powiedziała pani Claudius.
— Nie ma żadnego miasta przez najbliższe dziesięć kilometrów, ale będę się starał.
Nacisnął na gaz i stara ciężarówka zaczęła szybko mknąć krętą drogą w dół. Brał zakręty tak 

ostro,   że   chłopcy   stoczyli   się   na   siebie,   a   papugi   zaskrzeczały   przerażone.   Pan   Claudius, 
pochylony nad kierownicą, z  zaciętością utrzymywał maksymalną prędkość, biorąc z piskiem 
opon   wszystkie   krzywizny   szosy.   Kiedy   wyskoczyli   zza   jednego   z   zakrętów,   zobaczyli 
kilkusetmetrową przepaść, odgrodzoną od drogi jedynie kruchą barierą. Ciężarówka przesunęła 
się tuż koła niej i skoczyła z powrotem na środek drogi. Bob i Pete wstrzymali oddech, a serca 
waliły im w piersiach.

— Huganay jest teraz tuż za nami! — krzyczała pani Claudius. — Stara się nas wyprzedzić!
— Widzę go w lusterku! — odpowiedział mąż. — Zrobię, co będę mógł.
Wyprowadził ciężarówkę na środek drogi. Za nimi rozległo się trąbienie i pisk hamulców. 

Szary samochód, który już zaczynał ich wyprzedzać, został w tyle. Ciężarówka trzęsła się i 
podskakiwała pędząc środkiem drogi i blokując ścigające ją auto.

Nagle na szczycie przeciwległego wzgórza zobaczyli olbrzymi samochód ciężarowy jadący 

prosto na nich.

— Uwaga! — wrzasnął Bob.
Pan Claudius skręcił kierownicę. Znaleźli się na prawej stronie drogi, akurat w momencie, 

gdy olbrzymia ciężarówka przetoczyła się koło nich z hukiem. Szary samochód zjechał również 
na bok, po czym, kiedy tylko duża ciężarówka minęła ich, skoczył do przodu. Po chwili był tuż 

background image

przy nich. Bob i Pete zobaczyli trzech mężczyzn w samochodzie, trzech mężczyzn i  chłopca. 
Pete poznał tego, który siedział  najbliżej  okna i machał  do nich, by się zatrzymali.  To był 
Huganay. Obaj zaś rozpoznali twarz rozpłaszczoną na szybie przy tylnym  siedzeniu. Była to 
wąska twarz o długim nosie, na której mieszały się uczucia tryumfu i strachu. Twarz dobrze 
znana, lecz wspominana niedobrze, należąca do E. Skinnera Norrisa.

— Chudy  Norris!  —   wykrzyknął   Pete.   —   Poczekaj,   niech   no   ja  go   dostanę!   Już   ja  go 

urządzę!

Ale  w tej   chwili  nie  zanosiło  się  na  to,  by Pete  mógł   kiedykolwiek  zrealizować  swoja, 

groźbę.   Wyjechali   na   prosty   odcinek   drogi,   która   biegła   wzdłuż   stromego,   długiego   stoku, 
kończącego   się   na   dole   strumieniem.   Centymetr   po   centymetrze   byli   spychani   coraz   bliżej 
krawędzi.

— Muszę   zahamować.   Huganay   nas   zabije!   —   krzyknął   pan   Claudius,   naciskając   na 

hamulec. Ciężarówka zatrzymała się na samym skraju przepaści, a szary samochód stanął tak 
blisko, że znaleźli się w potrzasku. Nie mogli wysiąść — po jednej stronie mieli głęboki wąwóz, 
po drugiej drzwi blokował szary samochód.

Elegancki Francuz uśmiechał się do nich paląc spokojnie cygaro.
— Ach,   Claude   —   powiedział   wesoło.   —   Co   za   miła   niespodzianka   spotkać   cię   tutaj. 

Ameryka jest wszak tak dużym krajem.

— Czego chcesz, Huganay? — gruby pan Claudius pocił się i miał pobladłą twarz. — O 

mało nas wszystkich nie zabiłeś.

— Nonsens, wiedziałem, że się zatrzymasz. Przypuszczam, że masz papugi w ciężarówce. 

Przepadam za papugami i pragnę cię uwolnić od kłopotów z nimi. Adams, proszę przejść na tył 
ciężarówki i zabrać ptaki.

— Tak, proszę pana — mały kierowca wysunął się z samochodu i podszedł do tylnych drzwi 

ciężarówki. Słyszeli protesty pani Claudius.

— Daj im papugi, Oliwio — zawołał pan Claudius do żony. — Nie mamy innego wyjścia.
Bob   i   Pete   zobaczyli,   jak   pani   Claudius   podaje   klatki   małemu   człowiekowi   na   drodze. 

Widzieli także tryumfującą twarz Norrisa. Opuścił tylne okno samochodu i krzyknął do nich:

— Ha, detektywi! Dobry dowcip! Pomagać oszustowi!
Bob i Pete milczeli, patrząc na niego z pogardą. Adams ustawił już klatki na drodze obok 

szarego samochodu.

— Szefie — powiedział — potrzebujemy miejsca na te klatki. Ten dzieciak tu zawadza.
— Słusznie, wysiadaj, chłopcze — polecił Huganay.
— Wysiadać? — Chudy Norris był zaskoczony. — Ależ ja wam pomagam.
— Twoja pomoc się skończyła. Lester, wypchnij go.
— Oczywiście, szefie — odparł trzeci mężczyzna siedzący w samochodzie obok Norrisa.
Był   to   duży   osobnik   o   brzydkiej,   zniekształconej   twarzy   boksera.   Zajęło   mu   sekundę 

pozbycie się Chudego, który o mało nie upadł na drogę. Odzyskał równowagę i podbiegł do 
Huganaya. Wyglądał niemal komicznie w swym zacietrzewieniu.

— Ale pan mi obiecał pięćset dolarów nagrody — protestował. — Wytropiłem dla pana tych 

kryminalistów i pomogłem odzyskać papugi.

— Wyślij mu rachunek — uśmiechnął się krzywo Adams. Kończył już wkładać klatki do 

samochodu. — Szefie, jednej brakuje. Nie ma tego czarnego.

— Nie   ma?   —   Huganay   wychylił   się   z   samochodu   tak,   że   jego   twarz   znalazła   się   o 

centymetry od pobladłego oblicza pana Claudiusa.

— Claude — jego głos przybrał niski, niebezpieczny ton —gdzie jest Sinobrody? Muszę 

background image

mieć wszystkie ptaki, żeby rozwiązać zagadkę.

— Nie wiem! Nie widziałem go! — krzyknął pan Claudius.
— Ale ci chłopcy widzieli — Huganay przeniósł spojrzenie na Boba i Peta. W jego szarych 

oczach było coś dziwnie przerażającego. — To rozsądni kawalerowie. Powiedzcie mi, chłopcy, 
gdzie jest Sinobrody?

— Nie mamy go! — odparował Bob.
To była prawda, nie mieli Sinobrodego. Miał go Jupiter w Kwaterze Głównej.
Szare oczy studiowały ich przez chwilę uważnie. Spoczęły w  końcu na kawałku papieru, 

który wystawał z górnej kieszeni marynarki pana Claudiusa. Był to schemat sporządzony przez 
Boba, pan Claudius wziął go z sobą wychodząc z domu.

Pan Huganay sięgnął po papier, mówiąc:

— Jesteś zazwyczaj bardzo schludny, Claude, a więc to może być coś ważnego. Ach! — z 

satysfakcją   przebiegł   kartkę   wzrokiem.   —   Cztery   z   siedmiu   części.   Sinobrody   jest   więc 
niepotrzebny.   Mamy   teraz   pozostałe   trzy   papugi   i   mogę   swobodnie   rozwiązać   szaradę.   Au 
revoir, Claude. Do zobaczenia w Londynie.

Szary samochód ruszył i po chwili zniknął z pola widzenia. Pan Claudius, którego twarz 

miała teraz kolor ziemisty, z jękiem oparł się o kierownicę.

— Co się stało, Claude? — spytała pani Claudius. — Źle się czujesz?
— Mój żołądek, znowu wróciły bóle.
— Bałam się, że do tego dojdzie. Musimy cię zawieźć do szpitala.
Zeskoczyła z ciężarówki, obeszła ją dookoła i wspięła się szybko na siedzenie kierowcy, 

przesuwając   męża   możliwie   najdelikatniej.   Bob   usiadł   Pete’owi   na   kolanach,   żeby   zrobić 
miejsce. Pan Claudius stękał zgięty w pół, trzymając się za brzuch.

— Ma   bardzo   wrażliwy   żołądek.   Reaguje   atakiem   bólu   na   każde   zdenerwowanie   — 

wyjaśniła chłopcom pani Claudius, po czym popatrzyła na nich poważnie. — Proszę, nie mówcie 
nikomu, co zaszło. Niestety, Huganay nie jest poszukiwany w tym kraju i nie możemy wnieść 
przeciw niemu oskarżenia. Wywołałoby to tylko niepotrzebny rozgłos w prasie i ktoś mógłby 
znaleźć obraz, kiedy Claude będzie w szpitalu. Naturalnie, jeśli wam uda się go odkryć, nagroda, 
o której mówił mój mąż, jest wasza. Ale nie ryzykujcie spotkania z Huganayem. On może być 
bardzo, bardzo niebezpieczny.

Zapomnieli niemal zupełnie o Norrisie. Właśnie ruszali, gdy podbiegł do ciężarówki i położył 

rękę na drzwiach.

— Poczekajcie — powiedział. — Czy możecie mnie podwieźć do miasta?
Pani Claudius obrzuciła go spojrzeniem, pod którym aż się skurczył ze strachu.
— Wsiadaj! — rzuciła ostro. — Chcę usłyszeć, jak skierowałeś Huganaya  na nasz trop. 

Gadaj, i to szybko!

— No więc — Chudy Norris zaczął wyjaśniać — tak się złożyło, że szedłem ulicą w Rocky 

Beach, gdy zatrzymał się przy mnie samochód i ten pan Huganay zagadał do mnie. Zapytał, czy 
znam chłopców, którzy jeżdżą takim starym rolls-royce’em, który, jak zauważył, ma tutejszy 
numer rejestracyjny. Odpowiedziałem, że owszem — uśmiechnął się niepewnie do Boba i Pete’a 
— że nazywają siebie detektywami, ale są... są...

Zobaczył utkwiony na sobie wzrok obu chłopców i urwał.
— No, co są, Chudy? Powiedz to — odezwał się Pete.
— Powiedziałem, że to tylko dzieci bawiące się w detektywów i że wygrali w konkursie 

prawo do używania tego rolls-rayce’a przez trzydzieści dni. Pan Huganay zapytał, czy któryś z 
was nabył może ostatnio jedną lub kilka papug, zwłaszcza żółtogłowych. Odpowiedziałem, że 

background image

się dowiem, i on dał mi swój numer telefonu. Powiedział, że zostały skradzione bardzo cenne 
papugi i da mi sto pięćdziesiąt dolarów za każdą odnalezioną. Potem odjechał. Tego wieczoru 
byłem w Hollywood i przypadkowo dowiedziałem się, że rzeczywiście szukacie żółtogłowych 
papug, i dostałem adres, pod którym była jedna z nich. Poszedłem tam pierwszy i kupiłem ją. 
Potem, jak wpadłem na was, pojechałem zatelefonować do pana Huganaya. Był bardzo miły. 
Powiedział, że jest pewien, iż pomagacie, nie zdając sobie z tego sprawy, kryminaliście, który 
kradnie   rzadkie   okazy   papug.   Poprosił,   bym   was   śledził.   Kręciłem   się   w   sąsiedztwie,   aż 
zobaczyłem   rolls-royce’a.   Zaparkowałem   za   rogiem.   Byłem   mocno   zdziwiony,   kiedy   rolls 
odjechał bez was, ale zaraz zobaczyłem was idących z papugą i widziałem, jak wsiedliście do 
ciężarówki. Pojechałem za nią aż do miejsca z którego mogłem zobaczyć dokąd zmierza, i z 
najbliższego telefonu dałem znać panu Huganayowi. Pogratulował mi i polecił zaczekać tam, 
gdzie   byłem.   Powiedział,   że   będziemy   razem   ścigać   przestępcę   i   dostanę   pięćset   dolarów 
nagrody, kiedy go złapiemy. Przyjechał akurat w chwili, kiedy wyruszyliście znowu w  drogę, 
więc pojechaliśmy za wami i... najbliższego… no, ja nie wiedziałem, że on jest też przestępcą.

Chudy Norris nie wyglądał jeszcze nigdy równie nieszczęśliwie.
— To już wszystko — powiedział nerwowo.
— Wystarczy. Usłyszałam wszystko, co chciałam wiedzieć. Teraz wynoś się! — krzyknęła 

pani Claudius. — Możesz się trochę przespacerować.

Chudy wyśliznął się z ciężarówki, dygocąc.
— Dzięki tobie, młody człowieku, mój mąż musi iść do szpitala. Dzięki tobie niebezpieczny 

przestępca znajdzie zaginione arcydzieło — jej głos był zimny i ostry. — Możesz to przemyśleć 
w czasie długiego spaceru do domu.

Ruszyła zostawiając Chudego Norrisa. Patrzył za nimi smutny i zgnębiony. Ani Bob, ani Pete 

nie czuli dla niego litości.

background image

ROZDZIAŁ 14

Tajemnicza wiadomość

Jupiter Jones siedział za biurkiem w Kwaterze Głównej z twarzą napiętą i skupioną. Bob i 

Pete skończyli właśnie opowiadać o swoich porannych przygodach. Siedzieli teraz naprzeciw 
Jupea czekając, aż się odezwie. Wszyscy trzej byli bardzo zmęczeni. Jupiter miał za sobą długi 
dzień pracy w składzie. Bob i Pete, chociaż zdążyli  już być  w domu i zjeść kolację, wciąż 
odczuwali zmęczenie po emocjonujących wydarzeniach dnia.

— Nasz ozdobiony złoceniami rolls-royce — odezwał się wreszcie Jupiter — dwukrotnie już 

umożliwił komuś rozpoznanie i śledzenie nas. Należy wyciągnąć stąd naukę. Kiedy się prowadzi 
dochodzenie, nierozsądnie jest zwracać na siebie uwagę środkiem lokomocji, wyglądem czy 
zachowaniem.

— To wszystko, co masz do powiedzenia? — zapytał Pete. — Mieliśmy wreszcie wszystkie 

papugi razem, byliśmy o krok od rozszyfrowania całej informacji od Johna Silvera. Wskazującej 
miejsce ukrycia obrazu i bum! Wszystko przepadło. Teraz Huganay ma papugi, ma wszystkie 
części szarady i może nawet znalazł już obraz.

— Papugi musiały być mocno przestraszone wszystkim, co się wydarzyło — zauważył Jupe. 

— Wątpię, czy panu Huganayowi uda się skłonić je do mówienia.

— Prędzej czy później mu się uda — powiedział Bob ponuro. — Nie wygląda na człowieka, 

który godzi się z odmową. Nawet ze strony papug.

— Daje nam to jednak trochę czasu.
— Na co? — wtrącił Pete. — Znamy cztery kwestie, których pan Silver nauczył ptaki, ale 

potrzebujemy siedmiu. Nigdy nie dostaniemy z powrotem tych papug. Nie od Huganaya.

— Masz   rację   —   zgodził   się   Jupiter.   —   Musimy   spojrzeć   prawdzie   w   oczy.   Nie 

odzyskaliśmy papugi pana Fentrissa ani panny Waggoner. Nie pomogliśmy panu Claudiusowi 
odzyskać obrazu ukrytego przez Johna Silvera. Jesteśmy fajtłapy, zamiast osiągnięć mamy tylko 
porażki.

— Nawet   nie   daliśmy   w  nos  Chudemu   Norrisowi   —  mruknał   Pete   —  Ale   on   się  sam 

załatwił. Ich kucharka mówiła, że wyjechał do krewnych na parę tygodni. Nie ma co mówić, 
rozłożyliśmy się.

Milczeli przez chwilę. W końcu Jupiter skinął głową.
— Tak — powiedział — nie mam zielonego pojęcia, jak zdobyć papugi czy też jak poznać 

trzy   brakujące   części   szarady   Johna   Silvera.   Jak   powiedziałeś,   jesteśmy   rozłożeni   na   obie 
łopatki. Nasze dochodzenie było niewypałem.

Znowu zapadła cisza, zakłócana tylko trzaskiem pestek słonecznika, które zajadał Sinobrody.
Bob westchnął.
— Gdybyśmy tylko nakłonili do mówienia Sherlocka Holmesa, Robin Hooda i Kapitana 

Kidda, kiedy ich jeszcze mieliśmy. Mielibyśmy chociaż całą szaradę.

— Robin Hood — Sinobrody, przekrzywił głowę patrząc na nich. Jak zwykle zdawał się 

słuchać   każdego   ich   słowa.   Zatrzepotał   skrzydłami.   —   Jestem   Robin   Hood   —   powiedział 
wyraźnie. —Na próbę strzałę wypuściłem, sto kroków na zachód to zrobiłem.

Trzy chłopięce twarze obróciły się w stronę klatki.
— Słyszeliście, co on powiedział? — zapytał Pete.

background image

— Czy przypuszczacie... — Bob przełknął głośno ślinę.
— Ostrożnie! — powiedział Jupiter. — Nie denerwujcie go. Spróbujmy, czy powtórzy to 

jeszcze raz. Robin Hood —zawołał do szpaka. — Halo, Robin Hood.

— Jestem   Robin   Hood!   —   powtórzył   Sinobrody.   —   Na   próbę   strzałę   wypuściłem,   sto 

kroków na zachód to zrobiłem. —Ponownie zatrzepotał skrzydłami.

Pete oddychał z trudem. Nawet Jupiter zdawał się być osłupiały.
— Pamiętacie — szepnął — jak Carlos mówił, że ptak siedział zawsze na ramieniu Johna 

Silvera, kiedy uczył on papugi?

—   Teraz   sobie   przypomniałem!   —   wykrzyknął   Bob   podekscytowany.   —   Kiedyśmy   go 

dostali, powtórzył zdanie Buźki, tylko wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Szpaki azjatyckie 
czasami lepiej mówią od papug, a ten jest niebywale bystry. Czy przypuszczasz...

— Spróbujmy — wpadł mu w słowa Jupiter. Podał Sinobrodemu duże ziarno słonecznika, 

mówiąc: — Sherlock Holmes. Halo, Sherlock Holmes.

Sinobrody zareagował zdaniem, które kiedyś usłyszał. Zatrzepotał skrzydłami i doskonale 

naśladując angielski akcent powiedział:

— Znasz moje metody, Watson. Trzy ósemki wiodą do trzynastu.
—   Zapisz   to,   Bob!   —   szepnął   nagląca   Jupiter,   zresztą   bez   potrzeby.   Bob   notował   już 

skrupulatnie.

Jupiter ponowił próbę:
— Kapitan Kidd, Halo, Kapitan Kidd! — podał Sinobrodemu następne ziarno. Ptak zjadł je, 

zaklekotał dziobem, po czym powiedział:

— Jestem Kapitan Kidd. Szukaj pod kamieniami, poza kościami pudełka jednego, nie ma 

zamków do niego.

— Ja chyba śnię — powiedział Pete zdumiony.  — To stworzenie jest magnetofonem ze 

skrzydłami! Od początku znał Wszystkie części szarady.

— Powinienem się był domyślić, kiedy po raz pierwszy powtórzył zdanie Buźki — Jupiter 

był zły na siebie.

Sinobrody   był   teraz   jakby   w   transie.   Usłyszawszy   imię   Buźka,   zatrzepotał   skrzydłami   i 

zaskrzeczał:

— Nigdy nie daję frajerom łatwej doli, i to jest proste jak gaz-rurka. Cha-cha-cha!
Śmiał   się   jak   z   dobrego   dowcipu,   ale   chłopcy   ledwie   zwrócili   na   to   uwagę.   Bob   pisał 

zapamiętale. Po paru minutach skończył i wręczył kartkę Jupiterowi.

— Masz —. powiedział — wszystkie siedem części szarady.
Pete przysunął się do Jupitera i obaj odczytali:

Szarada Johna Silvera (kompletna)

Mała Bo-Peep (część 1)

Bo-Peep   Mała   swe   owieczki   postradała,   gdzie   to   znaleźć,   nie 
wiedziała. Idź do Sherlocka Holmesa.

Billy Shakespeare (część 2)

Być czy-czy-czy nie b-być, oto jest pytanie.

Sinobrody (część 3)

Jestem   Sinobrody   Pirat.   Zakopałem   mój   skarb   tam,   gdzie   go 
zawsze strzegą martwi ludzie. Jo-ho-ho i butelka rumu!

Robin Hood (część 4)

Na próbę strzałę wypuściłem, sto kroków na zachód to zrobiłem.

Sherlock Holmes (część 5)

Znasz moje metody, Watson. Trzy ósemki wiodą do trzynastu.

Kapitan Kidd (część 6)

Szukaj pod kamieniami, poza kościami pudełka jednego, nie
ma zamków do niego.

background image

Buźka (część 7)

nie daję frajerom łatwej doli, i to jest proste jak gaz-rurka.

— Hurra!   Znamy   całą   szaradę   —   powiedział   Pete.   —   Zostaje   tylko   jedna   rzecz,   jedna 

malutka, tyci-tyci rzecz.

— Co takiego? — zapytał Bob.
— Jedyne, co zostało do zrobienia, to rozszyfrować, co to wszystko znaczy — odparł Pete.

background image

ROZDZIAŁ 15

Pęd i rozwaga

Bob pracował cały dzień w bibliotece, ale nie bardzo przytomnie. Bo też myślami był daleko. 

Wziął z półki i przejrzał książkę szyfrów i kodów, ale nie dowiedział się z niej niczego. Nie był 
w stanie nic wymyślić i tylko miał nadzieję, że tymczasem Jupiter z Pete’em wpadli na jakiś 
sposób rozwiązania tajemniczej szarady.

Po obiedzie wskoczył  na rower, pojechał czym prędzej do składu Jonesa, przeczołgał się 

przez Tunel Drugi i wreszcie  znalazł  się w Kwaterze Głównej. Pete i Jupe przywitali  go z 
posępnymi   minami.   Pete   wyznał,   że   nie   jest   zbyt   dobry  w   rozwiązywaniu   zagadek.   Jupiter 
skubał wargę w zamyśleniu. Wreszcie otworzył zebranie Trzech Detektywów.

— Nie pojmuję znaczenia szarady pana Silvera — zaczął. — Ale pewne jej części zdają się 

mieć sens. Na przykład część pierwsza, czyli Bo-Peep, która zgubiła swoje owce. Zgadzam się z 
panią Claudius, że jest to aluzja do obrazu przedstawiającego pasterkę i jej owieczkę.

Dwaj pozostali chłopcy skinęli potakująco głowami.
— Ale co może znaczyć „Idź do Sherlocka Holmesa”? —zapytał Bob.
— Życzyłbym sobie, żebyśmy mogli! — wykrzyknął Pete. —Może by nam pomógł.

— Nie   rozumiem   tego   jeszcze   —   przyznał   Jupiter.   —Część   piąta,   czyli   to,   co   mówi 

Sherlock Holmes, brzmi „Znasz moje metody Watson”, co jest dobrze znanym cytatem z książki, 
natomiast „Trzy ósemki wiodą do trzynastu” jest zupełnie bez sensu. Jak dotąd.

 Sinobrody przekrzywiał głowę.
— Trzy ósemki wiodą do trzynastu — oświadczył.
— To brzmiało jak „trzy osemki” — powiedział Pete.
— To tylko jego angielski akcent — zbył uwagę przyjaciela Bob. — Mów dalej, Jupe.
— A więc co do części drugiej. Billy Shakespeare mówi jąkając się i nieco zniekształcając 

znany cytat. Nie dostrzegam i w tym żadnego sensu.

— Część trzecia, czyli własna część Sinobrodego brzmi jak aluzja do jakiejś pirackiej wyspy 

czy kryjówki — wtrącił Bob. —Pan Claudius mówił, że John Silver przepadał za opowieściami 
o   piratach   i   gdyby   mógł   znaleźć   jakąś   wyspę   piracką   lub   coś,   co   by   ją   przypominało,   z 
pewnością użyłby jej jako kryjówki.

Jupiter rozłożył mapę.
— To jest mapa dolnej Kalifornii — powiedział. — Wiemy od Carlosa, że pan Silver znikł 

na trzy dni. Szedł piechotą lub jechał autostopem, ukrył zamknięty w metalowym pudełku obraz 
i wrócił. W ciągu trzech dni mógł dotrzeć wszędzie: do wyspy Catalina, w dół do Meksyku lub 
nawet aż do Doliny Śmierci.

— Dolina Śmierci! — wykrzyknął Pete. -— Tam jest mnóstwo ludzkich kości! Głosuję za 

tym  miejscem.  Tylko  wyobrażacie  sobie, co to znaczy znaleźć  pudełko w Dolinie  Śmierci? 
Szukając, dołączymy się w dwa dni do tych martwych facetów, którzy go pilnują!

— To tylko jedna z możliwości — zauważył Jupe. — Może chodzić o inne miejsce.
— Część   czwarta:   „Na   próbę   strzałę   wypuściłem,   sto   kroków   na   zachód   to   zrobiłem”, 

wygląda na wskazanie kierunku —zasugerował Bob. — Myślę, że należy przejść sto metrów na 
zachód z jakiegoś punktu.

— Ale z jakiego? — zapytał Pete.
— Co do części  piątej, czyli  kwestii  Sherlocka  Holmesa,  zgodziliśmy  się już, że jej  nie 

background image

rozumiemy — powiedział Jupiter. — Przejdźmy więc do szóstej: „Szukaj pod kamieniami, poza 
kośćmi pudełka jednego, nie ma zamków do niego”. To znowu wygląda na proste wskazanie 
miejsca.

— Proste jak obręcz — mruknął Pete. — Jakie kamienie? Jakie kości?
— Raz jeszcze brzmi to dla mnie jak piracka wyspa —wtrącił Bob.
— Nigdy nie słyszałem o piratach na Catalinie — odezwał się Pete. — A jest to jedyna 

wyspa w okolicy.

— Było tam mnóstwo rozbójników w czasach gorączki złota. Przypuśćmy,  że można ich 

nazwać piratami — zauważył Jupe.

— To możliwe — przyznał Bob. — A teraz co z ostatnią częścią: „Nigdy nie daję frajerom 

łatwej doli i to jest proste jak gaz-rurka”. Zdaje się to sugerować, że pan Silver zakpił sobie, 
zwłaszcza, że drugie, żargonowe wyrażenie tej części znaczy, że coś jest absolutnie pewne. W 
sumie John Silver zdaje się mówić „Nawet jak rozwiążesz moją szaradę, i tak nie znajdziesz 
obrazu, to absolutnie pewne”.

Okrągła twarz Jupitera ściągnęła się w głębokim niezadowoleniu. Lubił rozwiązywać trudne 

problemy, ale nie cierpiał, kiedy jego wysiłki trafiały w próżnię.

— Mam   tylko   nadzieję   —   powiedział   —   że   pan   Huganay   boryka   się   z   tymi   samymi 

kłopotami co my. Mamy, co prawda, kompletną szaradę dzięki Sinobrodemu, ale pan Huganay 
posiada   wszystkie   papugi   i  prędzej   czy   później   zmusi   je   do  mówienia.   A   przecież   chcemy 
odnaleźć ukryty obraz wcześniej niż on. To kwestia naszego honoru.

Siedzieli przez chwilę w zamyśleniu, po czym Pierwszy Detektyw wstał.
— Zatelefonuję   do   was,   kiedy   będę   wiedział   coś   więcej.   Nie   ma   sensu,   żebyśmy   się 

wcześniej spotykali. Oczywiście, dzwońcie do mnie, jeśli wpadniecie na jakiś pomysł.

Rozstali się. Bob i Pete wrócili do swoich domów. Ich rodzice byli lekko zdziwieni widząc 

ich wracających tak wcześnie.

Następnego   dnia   Jupiter   pomagał   wujostwu   i   zrobił   aż   trzy   pomyłki   sprzedając   jakieś 

artykuły. Pete wysprzątał domowy garaż, umył i wypolerował samochód matki, wszystko po to, 
by   skrócić   czas   oczekiwania   na   telefon   od   Jupe’a.   Bob   w   bibliotece   źle   zarejestrował   tyle 
książek, że bibliotekarka odesłała go wcześniej do domu. Rozsiadł się przy oknie w bawialni, 
wpatrując w obłoki nad górami Santa Monica, jakby oczekiwał, że stamtąd spłynie na niego 
olśnienie. Siedział tak cicho, że kiedy pan Andrews wrócił z pracy, spojrzał na niego zdziwiony.

— Co się stało? — zapytał, sięgając po fajkę. — Coś cię dręczy, Bob?
— Zagadka, tato, rodzaj szarady — nagle przyszło Bobowi do głowy, że ktoś inny może mu 

podsunąć jakiś pomysł. W końcu ojciec był uważany za bystrego człowieka. Obrócił się w stronę 
ojca spoglądając na niego poważnie spod rozczochranej czupryny. — Gdybyś usłyszał, że ktoś 
ukrył  skarb i w ten sposób określił, gdzie go szukać: „Zakopałem mój skarb tam, gdzie go 
zawsze strzegą martwi ludzie”, to myślałbyś że jakie to miejsce?

— Wyspa   Skarbów   —   odparł   ojciec   Boba,   zapalając   fajkę   —   opisana   przez   Roberta 

Stewensona. Albo jakaś inna wyspa piratów.

— Ale przypuśćmy, że nie byłoby żadnej wyspy piratów w pobliżu. To wtedy gdzie?
Pan Andrews pykał fajkę myśląc przez chwilę.
— Hmm. Jest jeszcze jedno dobre miejsce odpowiadające opisowi.
— Jest? Jakie? Gdzie? — Bob aż podskoczył z niecierpliwości.
— Cmentarz — roześmiał się ojciec.
— O rany! — Bob przebiegł koło niego takim pędem, że mało nie wytrącił mu fajki.
Kręcąc głową nad zachowaniem syna  pan Andrews poszedł do łazienki.  Bob tymczasem 

background image

niecierpliwie wykręcał numer telefonu Kwatery Głównej. Po kilku sygnałach Jupiter podniósł 
słuchawkę.

— Jupe — Bob obniżył głos — wiesz, ta część szarady Sinobrodego...
— Tak?
— No więc, przypuśćmy, że chodzi tu o cmentarz. Martwi ludzie będą tam strzegli skarbu, 

prawda?

Po drugiej stronie telefonu zaległa długa cisza. Potem Jupiter powiedział zduszonym głosem:
— Bob, nie wychodź. Zadzwonię do ciebie później.
Bob jadł nerwowo kolację, nasłuchując cały czas, czy telefon  nie  dzwoni. Wreszcie  gdy 

skończył deser, rozległ się dzwonek. Bob podniósł słuchawkę po drugim sygnale.

— Tak?
Głos Jupitera był pełen napięcia.
— Czerwona Furtka Korsarza. Pęd i rozwaga — powiedział i odłożył słuchawkę.
Bob   nie   wrócił   już   do   stołu.   Rany!   Pęd   i   rozwaga.   Znaczyło   to,   że   ma   się   znaleźć   jak 

najszybciej w składzie, użyć tylnego, sekretnego wejścia i upewnić się, że nikt go nie widzi.

— Mamo, tato! — zawołał pośpiesznie. — Muszę wyjść. Jupiter mnie potrzebuje. Będę z 

powrotem przed dziesiątą. Mogę? Dzięki.

Czmychnął z domu nim rodzice zdążyli otworzyć usta.
— Możesz mi powiedzieć, co to wszystko znaczy? — spytał pan Andrews żony.
— Chłopcy szukają zaginionej papugi — uśmiechnęła się. — Bob wspominał mi o tym parę 

dni temu. Myślę, że Jupiter jest na tropie.

— Zaginiona papuga — ojciec Boba zachichotał i dopił kawę. — To z pewnością nie jest 

niebezpieczne. — Nagle spoważniał. — Ale co to ma wspólnego z cmentarzem?

Tymczasem Bob z wszystkich sił pedałował na swym rowerze bocznymi ulicami w stronę 

płotu na zapleczu składu.

background image

ROZDZIAŁ 16

Bob zostaje wystawiony na przynętę

Bob i Pete dotarli do Czerwonej Furtki Korsarza niemal jednocześnie. Nie tracili czasu na 

rozmowy, wiedzieli, że obaj otrzymali to samo polecenie. Otworzyli furtkę, przeprowadzili przez 
nią rowery, prześliznęli się przez przypominającą tunel ścieżkę do Kwatery Głównej, ukrytej za 
ścianą bezużytecznego złomu, i wreszcie wczołgali się do biura.

Jupe  czekał  na nich  za biurkiem  zawalonym  stertą  książek,  map  i papierów.  Z jego źle 

skrywanego podekscytowania odgadli, że ma dla nich ważne nowiny.

— Musimy działać błyskawicznie — powiedział. — Dlatego was wezwałem.
— Jupe, rozwiązałeś szaradę? — zapytał Bob.
— Nie całą.  W każdym  razie początek.  Dałeś mi  wskazówkę mówiąc,  że martwi  ludzie 

strzegą skarbu na cmentarzu.

— Prawdę mówiąc, to był  pomysł  mojego taty — powiedział Bob, ale Jupe nie słuchał, 

zajęty przeglądaniem jakichś książek i papierów.

— Dzięki temu mogłem dokonać pewnych postępów —kontynuował. — A więc wiadomość, 

którą zostawił John Silver ma siedem części. Każdego ptaka nauczył innej części, ale możemy 
zapomnieć o ptakach. Będziemy operować określeniem część pierwsza, część druga i tak dalej.

— Nie gadaj tyle — wtrącił Pete — powiedz coś!
— Cześć trzecia mówi nam, że pan Silver ukrył obraz na cmentarzu. Dlatego założyłem, że 

część pierwsza i druga powinny nas skierować na ten cmentarz.

— Powinny, ale tego nie robią — zauważył Bob.
— Część pierwsza brzmi następująco: „Bo-Peep Mała swe owieczki postradała‚ gdzie to 

znaleźć   nie   wiedziała.   Idź   do   Sherlocka   Holmesa”.   Czy   zauważyliście   coś   dziwnego   w   tej 
wskazówce?

— Sherlock Holmes nie żyje — powiedział Pete,
— Sherlock Holmes jest tylko postacią z książki, nie możemy wezwać go do pomocy w tej 

sprawie — rzekł Bob.

— Właśnie! — wykrzyknął Jupiter. — Wskazówka nie mówi, żeby go wezwać. Mówi, żeby 

iść do niego, do jego domu. A gdzie on mieszkał?

— W Londynie — odpowiedział Pete.
— W Londynie na Baker Street — dodał Bob.
— Mieszkał   na   Baker   Street   —   powtórzył   Jupiter.   —   Tak   więc,   żeby   iść   do   Sherlocka 

Holmesa trzeba iść na ulicę Baker. Teraz spójrzcie na część drugą. Jest to bardzo znany cytat z 
Shakespeare’a  „Być  albo  nie  być,  oto  jest  pytanie”.   Ale  papuga,  która  była   tego  nauczona, 
zniekształca to nieco, I w dodatku jąka się! Mówi „Być czy-czy-czy nie b-być”. Papugi się nie 
jąkają, chyba, że ktoś je nauczy tego celowo. Znaczy to, że mamy zwrócić uwagę na to, co 
wymawia jąkając się, czyli „czy-czy-czy — b”.

— Zauważyłem to od razu, ale nic mi to nie mówi —świadczył Pete.
— Posłuchaj tego uważnie — powiedział Jupiter „Baker Street trzy-trzy-trzy-b”. Czy to nie 

brzmi jak adres?

Napisał coś na kartce i podał ją im. Napisane na niej było:

Baker Street 333 B

background image

— Nie do wiary! — wykrzyknął Pete.

— Adres cmentarza? — zapytał Bob.

Jupe przekopał stertę książek i wyciągnął stary atlas Południowej Kaliforni.
— Przewertowałem wszystkie książki z naszej biblioteczki. Są setki miast w Południowej 

Kalifornii i w kilku jest ulica Baker Street. W końcu znalazłem miasto w Dolinie Merita, to 
znaczy na Południu Los Angeles, gdzie jest stary cmentarz na rogu Baker Street i Vallay. Zaś 
adresem głównego wejścia prowadzącego do czegoś, co było kiedyś domem pogrzebowym‚ jest 
Baker Street 333 B.

— Wspaniale! — Pete był zachwycony. — Jakżeś do tego doszedł?
— Dzięki tym informatorom — Jupiter poklepał stos ksiażek — I telefonowi. Znalazłem 

nawet   artykuł,   który  mówi   o  tym   cmentarzu.   Jest   to   informacja   dla   turystów.   Posłuchajcie: 
Zabytkowy cmentarz w Dolinie  Merita jest jednym z najstarszych w Kalifornii. Obecnie nie  
używany znajduje się w stanie zaniedbania. Przewidziana jest jego restauracja jako obiektu  
historyczne go.

Jupiter zamknął broszurę.
— Dolina   Merita   znajduje   się   w   odległości   tylko   około   sześćdziesięciu   kilometrów   od 

miejsca,   gdzie   mieszkał   John   Silver   z   Carlosem   i   jego   wujkiem.   Biorąc   wszystko   o   czym 
mówiłem pod uwagę, jestem pewien, że znaleźliśmy miejsce, gdzie pan Silver ukrył obraz.

— Co z resztą szarady? — zapytał Bob. — Wykombinowałeś coś?
— Nie   —   odpowiedział   Jupiter.   —   Cała   reszta   zawiera   wskazania,   jak   znaleźć   samą 

kryjówkę, kiedy już znajdziemy się na cmentarzu. Musimy być na miejscu‚ żeby ją rozwiązać.

— Może pójdziemy tam jutro rano? — zaproponował Pete. — Pojedziemy samochodem.
— Pan Huganay może być właśnie w tej chwili również bliski rozwiązania szarady — odparł 

Jupiter. — Nie wolno nam ryzykować żadnej zwłoki. Musimy iść natychmiast. Mamy akurat 
dość czasu, żeby tam dojechać, zabrać obraz i wrócić przed zapadnięciem nocy. Niestety, nie 
możemy wybrać się wszyscy razem i nie możemy pojechać rolls-royce’em.

— Dlaczego? — zdziwił się Pete.
— Ponieważ Huganay mógł kazać nas obserwować. Już mieliśmy nauczkę, że rolls-royce 

jest zbyt łatwy do zauważenia i śledzenia. Oto mój plan.

Wyjaśnił   wszystko   pośpiesznie.   Bob   protestował,   ale   nadaremnie.   Wreszcie   ustąpił   pod 

argumentami Jupitera. Tak więc kiedy rolls-royce zajechał parę minut później pod skład, trzej 
chłopcy wsiedli do niego bardzo powoli, dając niewidzialnemu obserwatorowi wszelkie szanse 
zobaczenia ich.

Samochód  prowadził znowu mały szofer Fitch. Na przywitanie wyszczerzył  w uśmiechu 

żółte zęby.

— Znaleźliście ostatnio jaką dobrą papugę? — zapytał.
— O, kilka — odpowiedział Jupiter. — Jedna z nich jest pilnie poszukiwana przez policję. A 

teraz proszę pojechać dookoła składu, do drogi na tyłach. Potem pojedziemy tą drogą bardzo 
wolno, ale bez zatrzymywania.

Chcąc nie chcąc szofer odwrócił się i ruszył jak mu kazano. Samochód odjechał z trzema 

chłopcami siedzącymi w środku. Kiedy jednak skręcił na tyły składu i zwolnił, Pete i Jupiter 
wyśliznęli się z niego.

— Czekaj na nas w Kwaterze Głównej — zawołał Jupiter, po czym wraz z Pete’em dali nura 

przez Czerwoną Furtkę Korsarza, nim ktokolwiek, kto by jechał za nimi, mógł dostrzec, że w 
ogóle opuścili rollsa.

— A więc, panie Andrews — powiedział sarkastycznie Fitch — dokąd teraz? Tropić jakieś 

background image

przestępcze papugi?

— Nie   —   odparł   Bob,   starając   się   ukryć   swoje   rozczarowanie.   —   Proszę   jechać   drogą 

nadbrzeżną przez pół godziny, potem na wschód, a potem wrócimy przez wzgórza. Robię dzisiaj 
przejażdżkę tylko dla przyjemności.

Nie   odczuwał   jednak   najmniejszego   zadowolenia.   Był   tylko   przynętą   mającą   zwieść 

przeciwnika. Cała radość z przeżywania przygód należała do Jupitera i Pete’a.

background image

ROZDZIAŁ 17

Kamienie poza kośćmi

Mniejsza   ciężarówka   ze   składu   Jonesa   trzęsła   się   i   podskakiwała   na   wyboistej   drodze. 

Jupiter i Pete rozglądali się dookoła siedząc obok prowadzącego ciężarówkę Konrada. Wśliznęli 
się do niej po opuszczeniu rolls-royce’a, kiedy powrócili na teren składu. Pan Jones wcześniej 
przyrzekł   Jupiterowi,   że   pozwoli   mu   skorzystać   tego   wieczoru   z   ciężarówki.   Gdy   Konrad 
wyjeżdżał  ze składu, chłopcy przycupnęli  na podłodze  i dopiero po dwudziestu kilometrach 
jazdy wzdłuż wybrzeża usiedli normalnie.

— Nikt nie jechał za nami, Jupe — powiedział Konrad. —Wygląda na to, że jesteśmy w 

mieście, w którym chciałeś być. Jeśli to można nazwać miastem.

Zabrało im ponad godzinę dotarcie do Doliny Merita i rzeczywiście miejsce to nie bardzo 

przypominało miasto. Minęli już malutkie centrum i jechali teraz wyboistą Baker Street, przy 
której niemal zupełnie nie było zabudowań. Na wprost nich biegła długa ściana z kamieni, a za 
nią można było dostrzec setki kamiennych krzyży i posążków. Dotarli do cmentarza.

Pete wskazał ręką. W murze była przerwa, a obok niej stara drewniana tablica: Baker Street 

333 B.

— Nie zatrzymujemy się? — zapytał Pete.
Jupiter potrząsnął głową.
— Skręć, proszę, w prawo, w następną przecznicę, Konradzie — powiedział.
— Dobra, Jupe — zgodził się Konrad.
Cmentarz był ogromny i wyglądał na bardzo stary. Za narożnikiem ściany zobaczyli ruinę 

kościoła. Zbudowany z kamienia i cegły, znajdował się w stanie absolutnego zapuszczenia.

Konrad zakręcił i przejechał jeszcze ze sto metrów, zostawiając cmentarz za sobą.
Dojechali do wielkiej kępy drzew eukaliptusowych o nisko wiszących gałęziach, których 

liście wydzielały ostry, oleisty zapach.

— Zaparkuj, proszę, pod drzewami — polecił Jupiter.
Chłopcy zeskoczyli z ciężarówki.
— Poczekaj na nas, Konrad. To może chwilę potrwać — powiedział Jupiter.
— Dobra, nie śpieszy mi się — Konrad włączył radio i sięgnął po gazetę.
—   Co   teraz,   Jupe?   —   zapytał   Pete,   gdy   szli   przez   otwartą   przestrzeń   w   stronę   muru 

otaczającego cmentarz.

— Nie chcemy, żeby nas widziano, jak wchodzimy na cmentarz — odpowiedział Jupiter. — 

Nasze   intencje  są  czyste,   ale   nie   potrzebujemy   żadnych   ciekawskich,   przeszkadzających   w 
naszych poszukiwaniach.

Doszli do muru, wspięli się na niego i przeskoczyli na drugą stronę.
— Nie miałbym nic przeciw temu, żeby mieć małe towarzystwo — powiedział Pete, gdy 

szli zarośniętą ścieżką wśród nagrobków. Stały blisko siebie, duże i małe, niektóre pochylone, 
inne zniszczone mocno.

— Ty masz dobry zmysł orientacyjny, Pete — odezwał się Jupiter. — Zapamiętaj naszą 

drogę, żebyśmy wiedzieli, jak wrócić do ciężarówki, gdyby nasze poszukiwania przeciągnęły się 
aż do zmroku. Na nieszczęście, w pośpiechu zapomniałem wziąć latarkę.

— Do zmroku? — Pete jęknął cicho. — W żadnym razie nie będziemy tu siedzieć do nocy. 

— Spojrzał na lekką mgiełkę unoszącą się nad ścieżką. — Zobacz! Mgła nadciąga znad Oceanu!

Jupiter spojrzał na zachód, rzeczywiście lekkie smugi mgły toczyły się w ich stronę. W 

background image

Południowej   Kalifornii   mgła   znad   oceanu   często   osnuwa   nadbrzeżne   tereny,   redukując 
widoczność niemal do zera.

— Nie liczyłem się z mgłą Jupiter zmarszczył czoło.  — To nawet gorsze od ciemności. 

Miejmy nadzieję, że szybko rozwiążemy szaradę pana Silvera. O, jest to wejście od Baker Street, 
to oznaczone 333 B.

Jupiter przyśpieszył  kroku. Przeszli między dwoma dużymi  pomnikami i znaleźli się na 

skrzyżowaniu ścieżek tuż przy wejściu.

Kilka dróżek rozbiegało się w różnych kierunkach, w głąb starego cmentarza.
— Co robimy teraz? — zapytał Pete nerwowo.
Jupiter wyciągnął z kieszeni kartkę.
— Doszliśmy do wejścia przy Baker Street 333 B — powiedział wpatrując się w kartkę. — 

Część   czwarta   mówi   „Na   próbę   strzałę   wypuściłem,   sto   kroków   na   zachód   to   zrobiłem”. 
Wchodząc tym wejściem, zwróceni jesteśmy twarzą na północ. Tak więc...

— Tak więc co? — Pete patrzył na kręcącego się w kółko na skrzyżowaniu ścieżek Jupitera.
— Sto kroków równa się mniej więcej stu metrom. Pan Silver polecił więc iść sto metrów na 

zachód, a oczywistym punktem, od którego należy je odmierzyć, jest skrzyżowanie dróg zaraz za 
wejściem na cmentarz, czyli tutaj. Zacznij odmierzać, masz dłuższe nogi.

Pete ruszył długimi krokami po ścieżce prowadzącej na zachód. Dotarli w ten sposób do 

dróżki biegnącej równolegle do muru wokół cmentarza, w odległości około dwunastu metrów od 
niego. Pete liczył dalej kroki, wreszcie doszedł do stu i zatrzymał się.

— Dobra, co dalej? — zapytał.
— Teraz przechodzimy do części piątej, która mówi: „Znasz moje metody, Watson. Trzy 

ósemki wiodą do trzynastu”.

— Dotąd szło gładko, ale to jest z pewnością bez sensu —powiedział Pete.
Jupiter rozglądał się dookoła, na próżno szukając czegoś, co by go zainspirowało. Nagle 

przyszła mu do głowy pewna myśl.

— Pete, czy jesteś pewien, że robiłeś kroki metrowej długości?
— Tak myślę. Wyciągałem nogi, jak mogłem najdalej.
—   Lepiej   zmierzmy.   Nigdy   nie   zaszkodzi   się   upewnić.   Zrób   dwa   kroki,   zaznaczając 

początek i koniec.

Pete wykonał dwa długie kroki. Jupiter wyjął małą linijkę z kieszeni i odmierzył je.
— Robiłeś kroki  długości sześćdziesięciu  pięciu  centymetrów. Brakuje nam  dwudziestu 

pięciu metrów do stu. Zrób jeszcze trzydzieści kroków na zachód.

Po trzydziestu krokach ukazał się tylny mur cmentarza. Wokół było dużo nagrobków, ale 

wciąż nie mogli dostrzec niczego, co by nasunęło im jakiś pomysł.

Nagle Jupiter wydał zdyszany okrzyk.
— Patrz! — zawołał i wskazał trzy tablice nagrobkowe stojące blisko siebie.
Napis na nich mówił, że Jonasz Osemek, Peggy Osemek i Tommy Osemek zmarli na żółtą 

febrę tego samego dnia, w 1888 roku, i spoczywają w pokoju.

— Osemek! — wykrzyknął Pete, pojmując nagle. — Mówiłem ci, że Sinobrody powiedział: 

„Trzy osemki wiodą do trzynastu”.

— To są trzy Osemki — powiedział Jupiter. — Ale jak oni mogą wieść do trzynastu?
— Idziemy po linii nagrobków! — Pete zachłystywał się z podniecenia. — Zobaczymy, czy 

nas to gdzieś zaprowadzi. I śpieszmy się do diaska. Mgła gęstnieje.

Mgła istotnie otaczała ich wokoło i widoczność była coraz gorsza. Nie tracąc czasu Pete 

przykucnął przy najbliższej tablicy nagrobkowej. Dwie pozostałe były lekko pochylone. Patrząc 

background image

wprost   ponad   ich   wierzchołkami   wytyczył   wzrokiem   linię,   na   której   końcu,   w   odległości 
kilkunastu metrów stał wysoki kamienny blok.

— Linia kończy się na tym kamieniu, Jupe. Zobaczymy, co jest na nim napisane.
Jupiter szedł pośpiesznie w stronę kamienia, uważając by nie stąpać po grobach. Pete biegł 

za nim. Razem dotarli do kamiennego bloku. Nic na nim nie było. Zaczęli obchodzić go dokoła i 
nagle stanęli jak wryci. Napis po drugiej stronie kamienia brzmiał następująco:

Tu leży

13

bezimiennych podróżnych zabitych przez Indian

17 czerwca 1876 r.

— Trzynastu! — Pete sapał z przejęcia. — Trzy Osemki zawiodły nas do trzynastu, jak się 

patrzy. Szybko, Jupe, jaka jest reszta szarady?

— Część szósta mówi „Szukaj pod kamieniami, poza kościami, pudełka jednego, nie ma 

zamków do niego”.

— Ale jakimi kamieniami? — zapytał Pete. — To miejsce jest pełne kamieni.
— Wskazówka mówi „poza kościami” — odparł Jupiter. —To nie może oznaczać żadnego 

z nagrobków. Do diabła, ta mgła jest coraz gorsza. Ale patrz tam, wprost za tym nagrobkiem, 
pod murem. Tam leży kupa kamieni, które spadły z rozwalonej, górnej części muru. Są to z 
pewnością   jedyne   kamienie   tutaj   leżące   „poza   kościami”.   Jeśli   poszukamy   pod   tymi 
kamieniami...

Pete nie czekał na koniec zdania. Biegł już w stronę wyrwy w murze, gdzie leżała sterta 

dużych i małych kamieni. Gdy tylko znalazł się przy niej, zaczął rozrzucać kamienie, zaglądając 
pod co większe.

— Chodźże, Jupe! — wołał. — Pomóż mi. Nie mamy dużo czasu. Mgła robi się coraz 

gęstsza.

Jupiter przyłączył się do niego i zaczęli razem podnosić kamienie i przekładać je na drugą 

stronę, dalej od muru. Wkopywali się coraz głębiej i głębiej, gdy nagle usłyszeli za sobą głos o 
francuskim akcencie:

— Lubię chłopców, którzy nie stronią od pracy.
Przykucnięci na stercie spojrzeli w górę. Z mgły wyłonił się wykwintny pan Huganay, a za 

nim jego dwaj pomagierzy, Adams i potężny bokser Lester.

— Myślę jednak — złodziej dzieł sztuki patrzył na nich z uśmiechem — że czas, byśmy 

przejęli ten wysiłek. Panowie, bierzcie ich!

Pete   i   Jupiter   powzięli   tę   samą   decyzję   w   tym   samym   momencie.   Obaj   skoczyli,   by 

przemknąć się między trzema mężczyznami. Nie zdążyli jednak uzgodnić działań i Pete wpadł 
na swego przyjaciela tak, że obaj stoczyli się na Ziemię. Niemal bez wysiłku Adams złapał ich 
za przeguby dłoni, wykręcił im ręce do tyłu i zmusił do wstania.

— Doskonale! — Francuz wciąż się uśmiechał. — Trzymaj ich tam, Adams, a ty, Lester, 

bierz się do kopania w tych kamieniach, aż znajdziesz uroczą pastereczkę. Wtedy polowanie 
zostanie zakończone, a wy dwaj dostaniecie przyrzeczoną zapłatę za asystowanie mi.

Duży, brzydki mężczyzna zabrał się żywo do roboty, odrzucając wielkie kamienie, jakby to 

był żwir.

Bezsilni, wrząc wewnętrznie ze złości i zawodu, Pete i Jupiter mogli tylko stać i patrzeć.

background image

ROZDZIAŁ 18

Zabawa w chowanego we mgle

Zimna,   wilgotna   mgła   otulała   ich   coraz   szczelniej,   podczas   gdy   Lester   przekopywał 

kamienie. Pracował z zapalczywością psa wygrzebującego kość. Rzucał za siebie głazy, kawałki 
płyt,   jakieś   krótkie   rury,   odłamane   gałęzie   i   drobniejsze   kamienie,   z   których   jeden   uderzył 
Adamsa.

— Uważaj! — wrzasnął Adams.
— Mniej siły, więcej dokładności, Lester — powiedział Huganay obserwując pracującego.
Pete i Jupiter przyglądali mu się również, unieruchomieni kleszczowym uchwytem Adamsa, 

myśląc z goryczą, jak blisko byli znalezienia obrazu.

— Nie rozpaczajcie‚ chłopcy — Huganay zdawał się czytać ich myśli. — W końcu udało mi 

się zwieść strażników w Luwrze w Paryżu i w British Muzeum w Londynie. A wy o mały włos  
okazalibyście się sprytniejsi ode mnie. Odesłanie waszego rzucającego się w oczy samochodu i 
przyjechanie tu starą ciężarówką było zupełnie genialne.

Roześmiał się i zapalił ponownie cygaro, które zgasło od wilgoci. Mgła otulała go niczym 

peleryna, a płomień zapalniczki nadawał jego twarzy przerażający‚ sataniczny wygląd.

— Kazałem   was   obserwować,   oczywiście.   Mój   człowiek   zatelefonował,   że   odjeżdżacie 

wszyscy   trzej   rolls-royce’em   i   że   będzie   jechał   za   wami.   Dwadzieścia   minut   później 
zatelefonował, że minął wasz samochód i tylko jeden z was jest w środku. Zgubił was dwóch. 
Wiedziałem wtedy, że spotkałem godnych przeciwników i muszę działać szybko i sprawnie — 
wypuścił kłąb dymu.

Lester   nadal   rozgrzebywał   stertę   kamieni.   Wydobywał   teraz   olbrzymi   głaz,   rozrzucając 

mniejsze, które go blokowały.

— Rozwiązałem oczywiście pierwszą część sprytnej szarady Johna Silvera — kontynuował 

Huganay.   —   Nie   mogłem   jednak   zlokalizować   tego   starego   cmentarza.   Po   namyśle 
zatelefonowałem do biura turystycznego. Oni mają spis takich miejsc na użytek turystów i mogli 
poinformować mnie, gdzie znajduje się cmentarz pod adresem Baker Street 333 B. Wybrałem się 
tu pośpiesznie, jak widać, przybyłem na czas.

Następny kamień, rzucony przez Lestera, znów uderzył Adamsa, który zaklął pod nosem. 

Huganay zawołał do dużego mężczyzny:

— Przesuń się trochę na bok, Lester. Silver był chory, nie byłby w stanie kopać wśród tych 

wielkich kamieni.

Lester usłuchał i w chwilę później wydał okrzyk tryumfu. Wydobył  coś spod większego 

głazu i wręczył Huganayowi.

— Mam! — krzyknął. — To jest pańskie pudełko!
— Ach! — Huganay wziął w ręce płaską, metalową kasetę mającą około trzydziestu pięciu 

centymetrów szerokości i dwukrotnie dłuższą. Wieko było  zamknięte niewielką,  lecz mocną 
kłódką.

— Akurat właściwy rozmiar. Dziękuję, Lester.
— To jest pudełko, które według słów Carlosa pan Silver zwykł trzymać pod materacem — 

szepnął Jupiter ponuro do Pete’a.

Huganay zabrał się do pracy. Wyjął z kieszeni specjalne, silne i ostre obcęgi. Jednym ich 

naciśnięciem przeciął metal i kłódka odpadła. Francuz przygotowywał się do otworzenia pudła.

background image

— Tylko jeden rzut oka w tych podłych warunkach — powiedział. — Takie arcydzieło nie 

powinno nasiąknąć wilgocią.

Podniósł wieko i wydał okrzyk wściekłości. Lester przysunął się do niego, żeby zobaczyć, co 

go tak rozzłościło. Adams też starał się zajrzeć do kasety, ciągnąc ze sobą chłopców.

— Tu jest tylko kawałek papieru — Huganay łapał z trudem oddech. — Napisano na nim: 

Przykro mi, mój stary, ale nie studiowałeś szarady dość uważnie.

— Teraz, Jupe — szepnął Pete, gdy poczuł, że uchwyt Adamsa zwolnił się lekko.
Wyszarpnęli się równocześnie. Pete, który był  trzymany lewą ręką Adamsa, uwolnił się, 

Jupiter nie zdołał.

Pete   przypadł   do   ziemi.   Adams   obrócił   się   do   niego,   szarpiąc   boleśnie   Jupitera.   Pete 

wymacał coś długiego ciężkiego i uchwycił to. Skoczył na nogi i zamachnął się trzymaną w ręce 
rurą. Spadła z trzaskiem na ramię Adamsa, który z jękiem bólu wypuścił Jupitera.

Trzymając nadal broń, Pete złapał Jupe’a za rękę i pociągnął za sobą. Dali nura w mglistą 

szarość za którą udało się Pete’owi dostrzec kępę drzew eukaliptusowych. W sekundę znaleźli 
się za drzewami, otuleni szarym welonem mgły, podczas gdy trzej mężczyźni za nimi rzucali 
sprzeczne polecenia.

— Za chwilę nas dogonią — szepnął Pete do ucha jupitera. — Ciężarówka jest w tej stronie.
Wskazał   kierunek.   Jupiter   był   zdezorientowany.   Dla   niego   wszystkie   kierunki   w   mgle 

wyglądały jednakowo.

— Skąd wiesz? — spytał szeptem.
— Po prostu wiem — odparł Pete i Jupe mu uwierzył
W ustalaniu właściwego kierunku i w odnajdywaniu tropu Pete był niezawodny. Nawet w 

nocy nie błądził, miał jakiś szósty zmysł, podczas gdy Jupiter bywał zagubiony nawet w biały 
dzień.

— Teraz   słuchaj   —   mówił   Pete   szybko   —   cała   ta   przestrzeń,   aż   do   miejsca,   gdzie 

przeszliśmy przez mur jest obsadzona drzewami eukaliptusowymi. Przeskakuj tylko od jednej 
kępy do drugiej.

— Zgubię się — powiedział Jupe ponuro.
— Pójdę   pierwszy.   Zostałbym   z   tobą,   ale   ci   trzej   idą   naszym   śladem.   Muszę   ich 

wyprowadzić   na   fałszywy   trop.   Ty   tylko   trzymaj   się   drzew.   Na   każdym   szukaj   naszego 
sekretnego znaku i strzałki, która ci wskaże właściwy kierunek. Będziesz wiedział, że jesteś na 
dobrej drodze. Idź pierwszy tędy!

Pchnął   mocno   swego   pulchnego   przyjaciela   w  mgłę.   Sam   ruszył   szybko   w  przeciwnym 

kierunku nawołując głośno tak, by mężczyźni za nimi słyszeli go:

— Chodź, Jupe, trzymaj się mnie. Musimy iść w tę stronę.
Dochodzące z tyłu głosy zmieniły kierunek postępując za Pete’em. Jupiter szedł naprzód 

potykając się i obijając o nagrobki. Znalazł się wreszcie przy następnej kępie drzew. Stanął 
nasłuchując.   Światło   dnia   było   przyćmione.   Miał   wrażenie,   że   znajduje   się   pod   wodą. 
Widoczność ograniczona była do kilkunastu centymetrów i mgła nadciągała ciągle falami, szara 
i gęsta. Spojrzał w górę. Nad nim widoczność była nieco lepsza. Mógł dojrzeć w odległości paru 
metrów ciemną masę, były to zapewne korony drzew. Potykając się ruszył w tym kierunku.

Głosy mężczyzn za nim dochodziły teraz z różnych stron. Było oczywiste, że się pogubili. 

Trudno było powiedzieć, gdzie znajduje się teraz Pete.

Jupiter dotarł do drzew, których korony zobaczył przedtem, i przyjrzał się z bliska pniom. Na 

jednym z nich zobaczył niebieski znak zapytania, a pod nim strzałkę skierowaną na lewo.

Pytajnik był  symbolem Trzech Detektywów. Każdy z nich nosił kawałek kredy o innym 

background image

kolorze,   którym   kreślił   znak,   by   zostawić   wiadomość   pozostałym.   Zadowolony   z   własnego 
pomysłu umownych znaków Jupiter skierował się w lewo, jak wskazywała strzałka.

Doszedł do następnej kępy drzew znalazł następny znak zapytania i strzałkę. W każdym razie 

Pete był wciąż przed nim. Za sobą usłyszał okrzyk bólu, gdy jeden z mężczyzn najwidoczniej 
przewrócił się o coś. Ich głosy dochodziły z coraz większej odległości.

Mgła wciąż gęstniała. Wszystko było zniekształcone jak w koszmarnym śnie. Gałęzie drzew 

zdawały się być ramionami zakończonymi szponiastymi dłońmi i dłonie te sięgały po niego. 
Zwykłe nagrobki stawały się przykucniętymi stworzeniami czającymi się na niego, wysokie — 
grożącymi mu potworami.

Jupiter dyszał ciężko kiedy wreszcie zobaczył przed sobą zarys muru. Nagle coś wyrosło nad 

nim. Tym razem było to żywe i sięgało po niego. Szarpnął się do tylu.

— To ja. Pete — dobiegł go szept. — Chodź, złap mnie za rękę. Pośpiesz się.
Pokornie, a trzeba powiedzieć, że to nieczęsto zdarzało się Jupiterowi Jonesowi, pozwolił 

przeciągnąć się przez mur i poprowadzić przez gęstą mgłę do ciężarówki, której przednie światła 
tworzyły żółte stożki mroku.

— Wszystko w porządku, chłopaki? — zapytał Konrad, gdy wgramolili się na siedzenie obok 

niego.

— Zabierz nas do domu, Konrad — wysapał Jupiter. —Jedź w głąb lądu i znajdź drogę 

wolną od mgły.

— Robi się — Konrad uruchomił ciężarówkę i ostrożnie prowadził w kierunku wschodnim, 

aż przybrzeżna mgła zrzedła i w końcu znikła zupełnie. Wtedy skręcił na północ, w stronę domu.

background image

ROZDZIAŁ 19

Sinobrody ma ostatnie słowo

Podczas jazdy chłopcy milczeli długi czas, Wreszcie Jupiter odezwał się:
— Tyle dobrego z tej mgły, że powstrzyma Huganaya od śledzenia nas.
— Dlaczego miałby nas śledzić? — zapytał Pete. — Nie mamy obrazu.
— On   może   myśleć,   że   mamy   —   Jupiter   skubał   dolną   wargę.   —   To   było   zaskakujące 

zakończenie poszukiwań, ta kaseta zawierająca tylko list od Johna Silvera.

— Gdyby napadli na nas teraz, mielibyśmy Konrada i Hansa do pomocy. — Pete zamachnął 

się trzymanym w ręce kawałkiem rury, którego nie wypuścił od chwili, gdy go pierwszy raz 
podniósł z ziemi. — Mogę mieć okazję użyć tego ponownie. Ten Adams nieprędko zapomni 
cios, który mu zadałem.

— Działałeś tak, jak się tego po tobie spodziewałem —powiedział Jupiter. — Odważnie i w 

odpowiednim momencie,

Pete   nie   odpowiedział,   ale   czuł   się   mile   połechtany.   Pochwała   ze   strony   Jupe’a   była 

rzadkością i kiedy się ją otrzymało,  znaczyła  bardzo wiele. Jupiter  zaś myślał  już o czymś  
innym.

— Rozwiązaliśmy   szaradę   —   mówił.   —   Obecność   kasety   pod   kamieniami   jest   tego 

dowodem. A jednak obrazu nie było wewnątrz.

— Siódma  część mówi:  „Nie daję frajerom łatwej  doli” — przypomniał  Pete. — To by 

znaczyło, że pan Silver przewidywał dalszą zabawę.

— Być może — zgodził się Jupiter, po czym zagłębił się w myślach na całą resztę drogi. Pete 

nie przeszkadzał mu.

Nim dojechali do Rocky Beach, wpadli znowu w mgłę, ale nie była już tak gęsta jak na 

południu. Bez wypadku i przeszkód dotarli do składu.

— Chodźmy do Kwatery Głównej — powiedział Jupe, gdy Konrad odjechał. — Musimy 

zdać Bobowi sprawę ze wszystkiego, co zaszło.

Tym razem użyli wejścia: Wygodna Trójka, żeby się dostać do Kwatery Głównej, jako że 

nikt ich nie obserwował. Wygodna Trójka to były duże drzwi dębowe wraz z framugą, które 
zdawały się leżeć oparte o stertę rupieci. Ale kiedy otworzyło się je zardzewiałym kluczem, 
który zawsze spoczywał nie zauważony w starym metalowym dzbanku na stercie, wiodły do 
ogromnego bojlera, a ten z kolei prowadził do małych drzwi Kwatery Głównej.

Bob siedział, czytając nieuważnie, gdy weszli.
— Znaleźliście!? — wykrzyknął.
Ale natychmiast znał odpowiedź. Ich zmiętoszony wygląd i zmęczenie, jak i to, że nie nieśli 

niczego poza rurką w ręce Pete’a, pokazał mu, że coś poszło źle.

— Pan Huganay nas złapał — powiedział Jupiter opuszczając się ciężko na krzesło.
— Ale on też nie ma obrazu — dodał Pete, również siadając. — Znalazł pudło i była tam 

tylko kartka mówiąca, że nie dość dobrze przestudiował wskazówkę.

— Co? — zawołał Bob. — To dziwne. Sądzicie, że pan Silver spłatał podwójnego figla? 

Udawał, że ukrył obraz, a wcale tego nie zrobił?

— Chciałbym to wiedzieć — powiedział Jupiter ponuro. —Nie myślę jednak, żeby tak było. 

Notatka w pudle brzmiała dokładnie tak: Przykro mi, mój stary, ale nie przestudiowałeś szarady 
dość   uważnie.  
Znaczy   to,   że   jest   w   tych   wskazówkach   coś,   co   przeoczyliśmy,   i   Huganay 

background image

przeoczył też.

— Mówiłem ci... — zaczął Bob, ale urwał zapominając, co chciał powiedzieć, gdyż w tym 

momencie zadzwonił telefon.

Patrzyli na aparat zdziwieni. Nie spodziewali się żadnych telefonów.
— To   może   być   pan   Claudius   —   powiedział   Jupiter   po   pięciu   dzwonkach.   —   Lepiej 

odbiorę.

Podniósł   słuchawkę   trzymając   ją   blisko   głośnika,   by   wszyscy   mogli   słyszeć   obie 

rozmawiające osoby.

— Halo, Trzej Detektywi. Mówi Jupiter Jones.

— Gratulacje, młodzieńcze — usłyszeli męski głos i lekki, ironiczny śmieszek.
Chłopcy   wymienili   spojrzenia.   W   głosie   dźwięczał   zdecydowanie   francuski   akcent.   Pan 

Huganay!

— Kto mówi? — zapytał Jupiter.
Wiedział doskonale, do kogo należał głos, ale potrzebował trochę czasu, by się przygotować 

na atak, jaki zapewne szykował złodziej dzieł sztuki.

— Pan, którego spotkałeś niedawno we mgle, w pewnym malowniczym miejscu w Dolinie 

Merita. Chciałem ci tylko powiedzieć, że zrozumiałem w końcu, jak zwiódł mnie John Silver. 
Okazałeś   niezwykły   spryt   dostrzegając   to,   co   ja   przeoczyłem.   Tak   więc   wycofuję   się   z 
polowania. Wiem, kiedy przegrywam. Jestem na lotnisku. Wsiadam do samolotu natychmiast po 
zakończeniu   tej   rozmowy   i   opuszczam   kraj.   Nie   możecie   więc   mnie   złapać.   Jest   to   tylko 
pozdrowienie,   jakim   jeden   sportowiec   żegna   drugiego.   Powiedz   Claudiusowi,   że   życzę   mu 
szczęścia z pastereczką.

— Dziękuję panu — odparł Jupiter, choć nie miał pojęcia, o czym mówi Francuz.
—   Przechytrzyłeś   mnie   —   powiedział   Huganay.   —   Niewielu   ludziom   się   to   udało. 

Odszukajcie mnie, chłopcy, gdybyście byli w Europie. Pokażę wam francuski świat podziemny i 
może   będziecie   tam   mieli   okazję   wypróbować   sprytu   w   rozwiązaniu   jakiejś   tajemnicy.   Nie 
będziemy mieć do siebie żadnej urazy, zgoda?

— No... tak — Jupiter zająknął się mrugając do swoich partnerów. — Zgoda.

— Och, jeszcze jedno — przypomniał sobie pan Huganay.  — Papugi są w garażu przy 

Ocean Street 89958 w Santa Monica. Zechcesz je na pewno ocalić. Nie mam czasu wrócić, by 
się nimi zająć, więc zostawiam to tobie. Au revoir więc i ponownie moje gratulacje.

Rozmowa   była   skończona.   Jupiter   odłożył   słuchawkę   i   chłopcy   patrzyli   na   siebie   w 

milczeniu.

— Zanotowałeś adres, Bob? — zapytał wreszcie Jupiter.
— Tak — odpowiedział Bob. — Wygląda na to, że możemy odzyskać Billy’ego i Bo-Peep, i 

całą resztę. Ale, co on miał, chłopie, na myśli mówiąc, że go przechytrzyliśmy?

— Wszystko,  co   ja  zdołałem  zrobić,   to  walnąć   Adamsa,  złapać  ciebie,   Jupe,  i  uciec  — 

powiedział Pete. — Jeśli to było przechytrzenie go... Co jest? Dlaczego patrzysz na mnie w ten 
sposób?

— Jaka była część szósta szarady? — Jupiter miał lekko przyśpieszony oddech.
— „Szukaj pod kamieniami, poza kościami pudełka jednego, nie ma zamków do niego” — 

odpowiedział Bob.

— Zgadza się — przytaknął Pete. — I dokładnie tam znalazł bokser Lester metalowe pudło 

pana Silvera.

— Ale on znalazł pudło z zamkiem! — wykrzyknął Jupiter. — Pan Huganay go przeciął. A 

wskazówka wyraźnie mówi, żeby szukać pudełka bez zamków.

background image

— Racja! — Pete aż podskoczył. — Tam musi być drugie pudło... nie, nie może być. To była 

duża skrzynka, mimo że płaska. Gdyby była druga, Lester by ją wygrzebał.

— Ale przypuśćmy, że to było małe pudełko — powiedział Jupiter. — Albo nawet coś, co 

nie wygląda jak pudełko. Jak brzmi część siódma?

— „Nigdy nie daję frajerom łatwej doli” — odpowiedział Pete.
— Słyszeliśmy sami, jak Buźka to mówił, no nie, Bob?
— Tak   —   zgodził   się   Bob   —   ale   Sinobrody   dodał:   „i   to   jest   proste   jak...   gaz-rurka”. 

Zapisałem to wszystko, pamiętasz? Druga część tego zdania oznacza w starym slangu, że coś jest 
absolutnie pewne.

— Czyżby? — zapytał Jupiter. — A może pierwsza połowa zdania rozprasza tylko naszą 

uwagę, podczas gdy druga może skupić ją na bardzo niepozornym przedmiocie, jeśli jesteśmy 
dość mądrzy, żeby uważnie odczytać wskazówkę? Co to jest to, co leży na biurku przed tobą, 
Pete?

Pete popatrzył na to. Bob spojrzał też. Nawet senny Sinobrody wetknął dziób między pręty 

klatki i patrzył.

— Kawałek rury — powiedział Pete.
— Skąd to wziąłeś?
— Podniosłem na cmentarzu z ziemi i walnąłem tym Adamsa.
— A znalazło się to tam, ponieważ Lester wygrzebał to spod kamieni i odrzucił na bok, 

prawda? — pytał dalej Jupiter.

Pete skinął powoli głową.
— Tak. I... to jest ołowiana rura gazowa.
— Ołowiane rury są dzisiaj rzadkością — powiedział Jupiter. — Przyjrzyj się jej. Końce są 

zatkane wkręconymi pokrywkami tak, żeby nic się nie dostało do środka. Na przykład wilgoć.

— Taki kawałek rury — powiedział ściszonym głosem Bob — zamkniętej w ten sposób z 

obu końców...

— ...można nawet nazwać pudełkiem, do którego nie ma zamków — dokończył Pete.
— Pudełko   bez   zamków   —   powtórzył   Jupiter.   —   Pudełko,   które   nie   zardzewieje,   nie 

dopuści   do   środka   wilgoci   ani   wody,   ani   brudu   czy   robaków.   Pudełko,   które   przetrwa 
nieuszkodzone   nawet   sto   lat   w   razie   potrzeby.   Doskonałe   miejsce   na   ukrycie   czegoś 
wartościowego. I przynieśliśmy to ze sobą!

Pete   pracował   już   nad   rurą,   która   miała   trzydzieści   pięć   centymetrów   długości,   usiłując 

wykręcić pokrywki z jej końców.

— Są zbyt ciasno wkręcone — powiedział. — Wezmę obcążki z laboratorium.
Skoczył   do   malutkiego   laboratorium   stanowiącego   część   Kwatery   Głównej   i   wrócił   tak 

szybko, że ledwie zauważyli, że się w ogóle ruszył z miejsca.

— Ty otwórz, Pete — powiedział Jupiter. — Ty to znalazłeś.
Chłopcy wstrzymali oddech, kiedy Pete odkręcał pokrywki z obu końców rury. Odpadły po 

paru obrotach. Pete wsunął palec do środka i wyciągnął ciasno zwinięty kawałek płótna.

— Płótno — głos Jupitera drżał lekko — Można je zwinąć nie uszkadzając. — W ten sposób 

nawet spore płótno mieści się w małym cylindrze. Rozwiń to, Pete.

Pete rozpostarł płótno na biurku. Miało około trzydziestu pięciu centymetrów szerokości, 

około   sześćdziesięciu   długości.   Malowidło   na   nim   było   wyjątkowo   piękne,   nawet   dla   ich 
niedoświadczonych oczu. Przedstawiało młodą dziewczynę w stroju pasterki, opatrującą małe 
jagnię ze zranioną nogą. Kolory były ciepłe i żywe.

Odnaleźli zaginione arcydzieło.

background image

— „Kawałek tęczy” — powiedział Jupiter — tak określił obraz John Silver. Teraz rozumiem 

dlaczego.

Na słowa .„John Silver” i „obraz” śpiący szpak ocknął się. Słowa te najwyraźniej obudziły w 

nim jakieś wspomnienia. Zatrzepotał dwa razy skrzydłami i powiedział:

— John Silver. Dobra robota, dobra robota.
Po   czym   niezwykły   gadający   ptak   wsadził   głowę   pod   skrzydło   i   ponownie   zasnął. 

Wpatrujący   się   w   obraz   chłopcy   nie   mogli   się   oprzeć   wrażeniu,   że   to   nieżyjący   człowiek 
przemówił do nich przed chwilą i że jego śmiech wypełnił małe pomieszczenie na długą chwilę.

background image

ROZDZIAŁ 20

Który wiąże koniec z końcem

Kiedy w dwa dni później Bob, Pete i Jupiter wkroczyli do gabinetu Alfreda Hitchcocka, 

zastali znanego reżysera zagrzebanego w gazetach. Usłyszawszy kroki uniósł głowę i gestem 
zaprosił ich do zajęcia krzeseł po drugiej stronie biurka.

— Tak więc, chłopcy,  znowu jesteście bohaterami  — powiedział. — Chciałem,  żebyście 

odszukali zaginioną papugę, a wy odnaleźliście zaginione arcydzieło wasze zdjęcia trafiły do 
gazet.

— Tylko lokalnych — zauważył skromnie Jupiter. — Duże gazety w Los Angeles zamieściły 

jedynie wzmiankę, że pewni chłopcy znaleźli obraz pod kupą kamieni na cmentarzu w Dolinie 
Merita.

— Nawet nie napomknęli o Trzech Detektywach — dodał Pete.
— Ale tu jest cała masa informacji o was — pan Hitchcock podał im „Wiadomości Rocky 

Beach”. — Twoje zdjęcie, Jupe, i samochodu, który wygrałeś w konkursie. Zdjęcia was trzech 
trzymających   znaleziony   obraz,   pod   nagłówkiem  Trzej   młodzi   lokalni   detektywi   znajdują  
zaginione arcydzieło. 
To dla was doskonała reklama.

— Tak — przyznał Jupiter. — Mieliśmy już kilka ofert. Co z tego przyjęliśmy, Bob?
Bob wyjął notes.
— Zaraz sprawdzę. Zaginiony kociak syjamski, statua greckiego bożka Pana, skradziona z 

ogrodu w Hollywood;  widmowa  łódź  ukazująca  się w mgliste  noce  i zawsze  dobijająca  do 
brzegu naprzeciw pewnego domu w Malibu; oraz tajemnicze pytanie, dlaczego ktoś ustawicznie 
zmienia numery trzech domów w Rocky Beach. To jak dotąd wszystko.

Pan Hitchcock wyglądał na zdumionego.

— Widać z tego, chłopcy,  że macie robotę na dłuższy czas. Ale wróćmy do tej historii. 

Opowiedzcie mi szczegóły, które nie trafiły do gazet. Dlaczego nie ma tu ani słowa o papudze 
Malkolma Fentrissa.

— To dlatego, że pan Claudius nie chciał mieszać w to papug — odparł Jupiter. — Obawiał 

się, że będzie to brzmiało zbyt dziwacznie. Poza tym... ale może zacznę od początku.

Opowiedział jak ich dochodzenie rozszerzyło się do poszukiwań siedmiu mówiących papug i 

obrazu.

Pan Hitchcock słuchał z wielką uwagą.
— Tak więc w końcu — powiedział  — odzyskaliście  papugi, rozszyfrowaliście  szaradę, 

znaleźliście obraz i zwróciliście go panu Claudiusowi.

— Zgadza   się.   Oczywiście‚   mieliśmy   trochę   szczęścia   —   to   wyznanie   nie   przyszło 

Jupiterowi łatwo, ale był zbyt uczciwy, by tego nie przyznać.

— Szczęście   przychodzi   z   pomocą   tylko   wtedy,   gdy   się   je   właściwie   wykorzystuje   — 

powiedział   reżyser.   —   Przypuszczam,   że   oddaliście   Billy’ego   Shakespeare’a   Malkolmowi   a 
Małą Bo-Peep pannie Waggoner.

— Tak jest — przytaknął Jupiter. — Oboje nie posiadali się z radości. Pan Claudius wyjaśnił 

im wszystko i przeprosił za swe postępki. Wybaczyli mu oczywiście.

— A   więc   —   powiedział   pan   Hitchcock   —   była   to   historia,   którą   z   przyjemnością 

zaprezentuję szerszej publiczności jak zresztą każdą, którą rozwiążecie.

— Dziękujemy panu bardzo! — zawołał Jupiter, a Bob i Pete zawtórowali mu.

background image

Pierwszy Detektyw wstał.
— Chodźcie — powiedział. — Czeka nas masa pracy.
Chłopcy odeszli i pan Hitchcock został sam.
— Hmm — mruknął do siebie. — Zastanawiam się, czy nie powinienem był powiedzieć 

chłopcom o moim przyjacielu, profesorze Jarborough i staroegipskiej mumii, która według jego 
słów szepce do niego, gdy tylko są sami.

Twórca dreszczowców oparł się wygodnie o oparcie fotela i w zamyśleniu palił fajkę.

background image

Parę słów od Alfreda Hitchcocka

Kilka drobiazgów z „Tajemnicy jąkającej się papugi” wymaga jeszcze omówienia. Ponieważ 

Trzej Detektywi zajęci są teraz rozwikływaniem następnego przypadku — ja udzielę wam kilku 
wyjaśnień.

Gruby pan Claudius powrócił do Anglii ze swym arcydziełem, odnalezionym przez Trzech 

Detektywów. Chciał dać chłopcom tysiąc dolarów nagrody, lecz Jupiter nalegał, by przeznaczył 
te pieniądze dla Carlosa i jego wujka, którzy udzielili schronienia Johnowi Silverowi.

Wujek   Carlosa,   mając   tak   dużo   pieniędzy,   powrócił   do   Meksyku,   gdzie   przychodzi   do 

zdrowia w rodzinnej wiosce. Chłopcy przedstawili Carlosa Worthingtonowi. Wiedza Carlosa o 
samochodach zrobiła na kierowcy tak duże wrażenie, że wziął go do agencji „Wynajmij auto i w 
drogę”. Dyrektor firmy zatrudnił go przy myciu samochodów, a w wolnych chwilach Carlos 
uczy się mechaniki. Jest absolutnie szczęśliwy pracując wśród aut. Mieszka u państwa Jonesów, 
płacąc za pokój pracą w składzie przez jeden dzień w tygodniu.

Pan Huganay, przebiegły złodziej dzieł sztuki, przebywa głównie w Europie i policja wielu 

krajów   czyni   duże   wysiłki,   by   go   przyłapać   na   gorącym   uczynku.   Adams   i   Lester,   najęci 
pomocnicy, doznali przykrej niespodzianki: Huganay opuścił kraj nie dając im ani grosza. To 
przekonało ich, że przestępstwo nie popłaca.

To by było wszystko, jeśli chodzi o „Tajemnicę jąkającej się papugi”. W ciągu lat pracy nad 

filmami   sensacyjnymi   i   kryminalnymi   nauczyłem   się   ufać   przeczuciom.   A   mam   teraz 
przeczucie,   ze   następny   przypadek   Trzech   Detektywów   będzie   równie   intrygujący   i   pełen 
tajemniczości, jak ten, który wam właśnie opisałem. Nie traćcie więc z oczu Jupitera, Boba i 
Pete’a.

Już są na tropie.