background image

Erich Maria Remarque 

 

Przystanek na Horyzoncie 

(Station am Horizont) 

 

Przełożył Andrzej Zawilski 

background image

I  

 

Kai  zdumiewał  się,  że  po  roku  znów  jest  w domu,  że  otaczają  go  te  same  co  w młodości 

krajobrazy i ludzie, wśród których dorastał. To zdumienie towarzyszyło mu zawsze, kiedy wracał 

i wszystko było jak przedtem: hrabina Ghest ze swoją słabością do ciasta cytrynowego i muzyki 

romantycznej, białowłosy pan von Croy, rodzeństwo Holgersen. Tylko mała Barbara nie była już, 

jak wtedy, dzieckiem. 

Wszyscy  siedzieli  jeszcze  na  tarasie  rodowej  siedziby.  Drzwi  do  pokoju  muzycznego  były 

otwarte, gdyż uważano, że muzyka dobrze się komponuje z wczesnojesiennym otoczeniem. Park 

i żółknące  w nim  liście  tworzyły  odpowiednie  tło.  Tym  milej  zasiądzie  się  potem  do  stołu: 

stosowne uwagi o znikomości rzeczy zaostrzą apetyt. 

Spokojnie,  gdzieś  z samego  dna,  wpełzało  dotychczas  głęboko  uśpione  poczucie  własnego 

istnienia  –  zdominowane  nastrojem  pory  roku,  spotęgowane  porządkiem  zdarzeń  dnia.  Tutaj 

siewy  i żniwa  były  zawsze  ważniejsze  od  spraw  serca.  Wszyscy  żyli  tak  samo,  nie  było 

większych  różnic.  Znano  się  zbyt  długo,  by  jeden  drugiego  mógł  jeszcze  czymś  zaskoczyć. 

Dlatego  w rozmowach  nie  wykraczano  poza,  jakże  zdrową,  przyziemność  dnia  powszedniego. 

Chwilami natrętne „ja” domagało się względów. Godzono się z tym. Nikt jednak nie pojmował, 

jak bardzo to ciągłe bycie z sobą przeszkadza penetracjom Ale w zamian pozostawała pokrywana 

gadulstwem pustka. 

Wiatr  targał  zamaszyście  wierzchołkami  platanów  i chwilami  zagłuszał  muzykę.  Spoza 

drzew błysnął spóźniony piorun. 

Kaia  ogarnął  niepokój:  nagle  dotarło  doń,  że  minuty  i sekundy  jego  życia  przemijają 

bezpowrotnie,  podczas  gdy  on  tkwi  tutaj,  obecny  jedynie  połowicznie.  Obok  przepływał 

bezgłośnie strumień czasu, zagadkowy, niepokojący, niepowstrzymany, sunący niczym cień, bez 

ustanku, jak niemiłosierne krwawienie. 

Dłużej  Kai  nie  mógł  tego  znieść.  Pod  jakimś  pretekstem  pożegnał  się  i poszedł  do  stajni. 

Chciał wziąć konia i przez wrzosowiska popędzić do domu. 

W cieple półmroku pachnącego słomą i oddechem zwierząt leżała pośród koni Frute, błękitna 

dożyca.  Słysząc  kroki,  zerwała  się  i wypadła  na  zewnątrz  z radosnym  ujadaniem.  Jej  szczek 

zamienił  się  po  chwili  w pełen  zachwytu  skowyt.  Kai  nasłuchiwał.  W drzwiach  stajni  stała 

młodziutka Barbara. 

–  Kai,  pojadę  z panem!  –  zawołała.  –  Mamy  na  to  cały  wieczór.  Za  lasem  jeszcze  widać 

burzę. 

Wsparta  o boks  przyglądała  się  Kaiowi.  Jej  twarz  ginęła  w ciemności.  Zarysy  jaśniejącego 

w mroku  czoła  i ocienionych  ust  miały  osobliwy  urok.  Wpadające  przez  okno  nikłe  światło 

odbijało  się  w jej  oczach.  Kai  widział,  jak  bardzo  coś  wyrywa  się  w niej  naprzód  –  coś,  czego 

background image

jeszcze  sobie  nie  uświadamiała.  Pobiegła  za  nim,  bo  zdawało  się  jej,  że  chce  z nim  jechać; 

w rzeczywistości chodziło o więcej. 

Stali  pomiędzy  stłoczonymi  zwierzętami,  obok  okrytych  gładką  sierścią  koni  i mocno 

przytulonego,  lśniącego  psa,  pośród  końskiego  potupywania,  cichego  parskania  i brzęku 

łańcucha. Naraz Kai chwycił Barbarę za ręce i rzekł dobitnie: 

–  Barbaro,  zawsze  po  powrocie  zastawałem  panią  dojrzalszą.  Dlatego  te  powroty  były 

wspaniałe. Ale pani nie  wolno opuszczać tego miejsca. Proszę  mi wierzyć, pani należy do tego 

domu,  do  tych  lip  i platanów,  psów  i koni.  Ja  powinienem  był  nigdy  stąd  nie  wyjeżdżać  albo 

wcale  nie  wracać;  teraz  jestem  rozdarty,  nie  umiem  już  tak  naprawdę  wrócić.  Pani  miejsce, 

Barbaro,  jest  jednak  tutaj,  pośród  tej  ciszy,  jest  pani  stworzona  do  takiego  życia:  godnego, 

pełnego prostoty. 

Jej dłonie drżały. Nie odpowiadała. Milczenie, które zapadło, nabrzmiewało wyczekiwaniem, 

zaczynało ciążyć. Kai przerwał je: 

– Trzeba osiodłać klacz, Barbaro. 

 

Jechali  obok  siebie.  Zaraz  za  parkiem  ciągnęły  się  łąki  i pola,  pomiędzy  nimi  leżała  wieś. 

Dalej zaczynały się wrzosowiska porośnięte brzozą, krzewami jałowca, usiane głazami. Horyzont 

był  zachmurzony.  Co  chwila  rozświetlały  go  poskręcane  zygzaki  błyskawic.  Konie  uniosły 

głowy. Wiatr, który dotąd hulał pod lasem, owładnął aurą wieczoru. 

– Znowu pan wyjedzie? 

–  Nie  wiem.  Być  może.  –  Kai  naraz  się  pochylił  i znów  wyprostował.  –  Tak.  Możliwe,  że 

wyjadę… 

Popędzili konie. Droga wiodła na wzniesienie. Z góry roztaczał się rozległy widok. Ściągnęli 

koniom  cugle.  Na  wzgórze  opadał  cień,  wciskając  się  między  kamienie  i krzaki.  Za  wzgórzem, 

w gęstniejącym mroku, falowały wrzosowiska. 

 

Błyskało  się  coraz  częściej.  W rudawym  blasku  leżąca  opodal  wieś  wyglądała  jak  nocna 

zjawa. Gwałtowne rozbłyski wydobywały z ciemności rzędy dachów i niską, jasną wieżę. Potem, 

tak samo nagle, wszystko wpadało w otchłań. Wykwitający na sekundę obraz sprawiał wrażenie 

oglądanej we śnie dalekiej fatamorgany. Najcichszy nawet grzmot nie odezwał się w przerwach 

dzielących błysk od ciemności. 

Okolicę  prostą  linią  przecinał  nasyp  kolejowy.  Na  podobieństwo  lśniącej,  podniecającej 

obietnicy  biegły  po  nim  szyny.  To  srebrząc  się,  to  matowiejąc,  zlewały  się  na  widnokręgu 

w jednolity,  fosforyzujący  punkt.  Biegną  tak  ku  nieskończoności,  pomyślał  Kai.  Grzbiet  konia 

kołysał  się  pod  nim  rytmicznie.  Szyny  wybiegały  w bezkresną  dal.  Pośród  wiatru  i błyskawic 

nadciągała noc. Krzyknął do Barbary: 

background image

– Zwolnij, o tej porze powinien przejeżdżać pociąg! 

Naraz  drgnęła  ziemia,  w głębi  odezwał  się  jakiś  rumor.  Druty  wzdłuż  nasypu  jęknęły 

metalicznie  i po  chwili  ich  śpiew  zmieszał  się  z narastającym  hałasem.  Łańcuch  lampek 

sygnałowych  zamigotał  jak  sznur  nagle  zastygłych  lśniących  oczek  wodnych,  bezgłośnie 

podskoczyło ramię semafora. Ponad torami wyrosły reflektory poprzedzane białą smugą światła. 

Obok  jeźdźców  przetoczyły  się  jasno  oświetlone,  długie  wagony  ekspresu.  Przez  sekundę  było 

widać  ludzi  w oknach;  jakaś  postać  przylgnęła  do  szyby,  nie  wiadomo  –  kobieta,  a może 

mężczyzna?  I już  po  wszystkim.  Jeszcze  tylko  rozpływające  się  w oddali,  podskakujące  tylne 

ś

wiatełka pociągu, po czym znów zapadła cisza. 

Kai  skulił  się  w siodle  i mocno  wsparł  na  łęku.  To  była  jasna  wyspa,  która  jak  kometa 

przecięła nieboskłon. Przybyła nie wiadomo skąd i pomknęła w nieznane. Wewnątrz ludzie: teraz 

obok siebie, za chwilę każdy podąży w inną stronę. Cały ogrom ludzkich przeznaczeń pędzących 

w jasnej  kabinie  poprzez  ciemność.  Jakiż  splot  podniecających  tajemnic  ciągnął  za  nimi. 

Zdawało  się,  że  ponad  bezkresem  równiny,  z chmur  i cienia,  z ziemi  i nocy  wołają  głosy  – 

niezrozumiałe i pomieszane, istna kipiel morza, które kłębi się i woła… 

Nad lasami przetoczył się pierwszy grzmot. Kai wyprostował się. Uśmiechnął się do Barbary 

i chwycił cugle jej konia. 

– Miała pani rację, Barbaro. Znowu chcę wyjechać. 

Będę podróżował. Wyjadę zaraz. Zegnaj, zawdzięczam pani najpiękniejsze chwile… 

Puścił cugle i chciał odjechać, lecz zatrzymało go spojrzenie dziewczyny. Czuł, że trzeba coś 

jeszcze  powiedzieć,  coś  istotnego,  ważnego.  Nie  mógł  jednak  znaleźć  słów.  Choć  szukał  ich 

gorączkowo,  umykały  mu,  przepadały  w natłoku  obrazów.  W końcu  pośpiesznie,  niemal 

gwałtownie wykrzyknął: 

– Ale wrócę…! 

To  też  znaczyło  niewiele.  Jednakże  czas  naglił,  nabierał  tempa.  Jakby  strata  minuty 

oznaczała utratę życia. Koń kręcił się i przytupywał, udzielił mu się niepokój jeźdźca. 

Barbara  uniosła  głowę  i poruszyła  się  znacząco.  Kai  zrozumiał.  Zawrócił  konia.  Chciał  do 

niej podjechać. Wiedział, że przytuliłaby się teraz do niego. Wiedział też, że jego „nie” zabrzmi 

stanowczo, że się od niej na dobre odsunie. Nie mógł dopuścić do wybuchu namiętności. Bał się, 

ż

e  nałoży  sobie  pęta.  Ale  przypływ  w nim  wzbierał.  Nim  sięgnął  szczytu,  Kai  spiął  konia  i nie 

patrząc  za  siebie,  puścił  się  galopem  z góry,  prosto  do  swego  domu.  Przed  nim  przez  zarośla 

pędziła psica. Wyglądała jak błękitny lis. 

 

Wjechał  na  podwórze,  zaprowadził  konia  do  stajni  i zaczął  go  czyścić.  Zaraz  jednak 

przerwał, oddał stajennemu szczotki i szmaty, a sam poszedł do siebie na górę. 

We  wszystkich  kątach  pokoju  stały  ogromne,  okute  metalem  walizy.  Biła  z nich  jakaś 

background image

władcza moc. Odrapane, poobcierane, oklejone były mnóstwem kolorowych etykiet hotelowych. 

Każda  oznaczała  jakiś  etap,  migotanie  dni  podobne  do  szybowania  mew,  jakieś  wspomnienie. 

Krawędź  ozdabiała  charakterystyczna  plakietka  z Mena  House  –  palmy,  pustynia,  piramidy, 

mętnoszary  Nil,  orkiestra  wojskowa  w sali  restauracyjnej  Shephearda,  pola  golfowe  Grand 

Hotelu  w Heluanie,  zachody  słońca  pod  Asuanem,  hotel  Katarakta,  jazda  powolną  dahabiją 

prosto  w niebo  barwy  jadeitu.  Dalej  był  emblemat  hotelu  Galie  Face  –  czyli  plaża  w Kolombo, 

gdzie grzywy fal morskich rozpryskiwały się niemal na szybach okiennych, w sali mauretańskiej 

buczały wentylatory, a dwudziestu milczących, odzianych w biel hinduskich boyów czatowało za 

kolumnami na samotnych gości, by uraczyć ich wodą sodową i zielonymi cygarami; Grand Hotel 

w Gardone  z kiczowatymi  landszaftami  przedstawiającymi  Lago  di  Garda  –  a więc  przejażdżki 

motorówką w bryzgającej pianie i słońcu, szkocki pled i popołudnia w San Vigilio; brązowy bilet 

bagażowy kolei andyjskiej – pociągi wspinające się ponad przepaściami Kordylierów. Na jakiejś 

stacji  indiański  dzieciak,  nieruchawy,  o wąskiej  głowie,  w o wiele  za  dużym  poncho,  patrzący 

przerażającym  wzrokiem  stulatka  –  stemple  komór  celnych  w Buenos,  w Rio,  księżycowe  noce 

w tropiku  owiewane  pasatem,  Amerykanka  i Murzyn  w orkiestrze  okrętowej;  hotel  Medan, 

Palące  Hotel,  Grand  Orient,  hotel  Buitenzorg  –  jawajski  płaskowyż,  brązowe  dziewczęta 

i dudniące  po  całych  nocach  gongi  tysiąca  gamelanów.  Wszystkie  naklejki  należały  do 

przeszłości. Teraz jednak każda stawała się realną rzeczywistością: to był zew życia. Właśnie te 

niezgrabne  walizy  z drewna,  mosiądzu  i skóry,  grube,  opasłe,  kanciaste,  rozstawione  nocą  po 

pokoju, działały niczym  wielki nadajnik  radiowy świata, anteny własnego jestestwa.  Kolorowe, 

wyblakłe etykiety rozbrzmiewały muzyką przygody. 

Kai  przyniósł  jedną  z waliz,  otworzył  zamki.  Pusta  czeluść  żarłocznie  pochłonęła  bieliznę, 

ubrania i różne drobiazgi. 

Za jednym zamachem spakował się do końca i zniósł wszystko do garażu. Później wrócił na 

górę  i przebrał  się  do  podróży.  Wiedział,  że  postępuje  niemądrze,  że  byłoby  lepiej  spokojnie 

wszystko  uporządkować  i opóźnić  wyjazd  o godzinę,  a nawet  o dzień.  Nie  chciał  jednak  tłumić 

w sobie  owych  namiętności,  które  wzbierały,  burzyły  się,  gnały  go  naprzód.  Odrzucał  namysł 

i rozwagę, ryzykował. 

Utwierdził  się  w postanowieniu  i razem  ze  swymi  zamiarami,  myślami  i słowami  rzucił 

w porywający go nurt. Przegryzł kilka kęsów, wydał polecenia zarządcy, podpisał jakieś papiery 

i zszedł znów do  garażu.  Włożył zakurzony  kombinezon automobilowy,  gwizdnął na  psa, który 

jednym  susem  znalazł  się  obok,  nacisnął  starter  i powoli,  na  najniższym  biegu,  przetoczył  się 

przez  podwórze.  Potem  warkot  silnika  przeszedł  w jednostajny  szum,  dziko  i przeciągle 

zakrzyczał ponad polami klakson, reflektory omiatały drogę. Pojazd rwał na południe. 

 

Pierwszego  dnia  po  południu  Kai  spotkał  Cyganów.  Omal  nie  rozjechał  pomarszczonej 

background image

staruchy, która została z tyłu za taborem, by żebrać po wsiach. Spluwając ze strachu, złorzeczyła 

kołom  i wygrażała  wychudłymi  pięściami.  Kiedy  jednak  dojrzała  skuloną  na  tylnym  siedzeniu 

Frute, zlękła się i chciała uciec. 

Kai przywołał Cygankę. Mocno zagniewana wróciła. Zaprosił ją do samochodu. Powiedział, 

ż

e  może  z nim  jechać  tak  daleko,  jak  tylko  zechce.  Stara  zagadała  coś  do  psa,  potem  kiwnęła 

głową i wsiadła. 

Kai dowiózł ją do taboru i zamierzał ruszyć dalej. Przeszkodził mu w tym mężczyzna krępej 

postury, o ciemnym wejrzeniu chytrego chłopa. Malowniczo gestykulując, przekonywał Kaia, by 

został  jeszcze  godzinę  –  stąd  już  niedaleko  do  miejsca  na  obóz.  Próbował  wytłumaczyć,  że 

odmowa zmartwi starą. 

Kai  dał  się  uprosić.  Po  chwili  zaprzęgi  zjechały  w leśną  drogę  i wtoczyły  się  na  polanę. 

Ustawiono  wozy  i wkrótce  nad  gorejącym  ogniem  zawisł  wielki,  miedziany  kocioł.  Starucha 

pochyliła się nad nim z warząchwią i mieszała, dorzucając do kotła ziół i okrawków mięsa. 

Zupa  miała  niezwykły  smak,  tak  ostry,  jakby  doprawiono  ją  alkoholem.  Na  pytanie  Kaia 

stara zaśmiała się: 

– Nie, tylko zioła… 

Chwyciła  go  za  lewą  rękę  i zaczęła  wróżyć.  Szybko,  z ogromną  wprawą  mamrotała.  Naraz 

coś spostrzegła i zamilkła. Kai nie pytał o nic. Wyjął papierosy i poczęstował starą. Gwałtownie 

zbiegły się dziewczęta, ich chwytliwe palce przebierały w pudełku. Na czyjejś ręce błysnął agat. 

Dłoń była smukła, delikatna w przegubie. 

Kai  uniósł  oczy,  szukając  twarzy.  Dziewczyna  wytrzymała  jego  wzrok,  z wolna  się  jednak 

zarumieniła, rysy jej zmiękły. Pod delikatną cerą pulsowała krew. 

Powiedział coś do niej. Potrząsnęła głową, nie rozumiała. Patrzyli tak na siebie, odgrodzeni 

od  całego  świata  ludzkiej  mowy,  w całkiem  nowy  i szczególny  sposób,  szukając  w końcu 

porozumienia bez słów. 

Kai  zauważył,  że  stara  to  spostrzegła  i chce  coś  powiedzieć.  Natychmiast  ją  uprzedził, 

rzucając  mimochodem  pytanie  o jej  sprawy  osobiste.  Odparowała  od  razu,  reagując  jak  stary 

wyjadacz, po czym wpadła w lament. Nagle jednak przestała rozpaczać, zmrużyła figlarnie oko, 

roześmiała się i zaczęła wybierać z kotła kawałki mięsa dla Frute. Kai pożegnał się. 

 

W Monachium zaopatrzył się w wizy i dokumenty automobilowe. 

W  Kochel  padał  deszcz.  W Walchensee  kleiła  się  do  szyb  wirująca  śnieżna  breja.  Dwa 

kilometry dalej leżał śnieg. Przed Zirlbergiem droga pod śniegiem była zlodzona. Koła kręciły się 

w miejscu. Kai nie miał łańcuchów. 

Odpiął rzemienne pasy od waliz i obwiązał nimi opony. Po kilkuset metrach ze skór zostały 

strzępy.  Powiązał je, powplatał drut i gałęzie jodły.  Spróbował raz jeszcze. Na ostatnim ostrym 

background image

podjeździe  wóz  bezwładnie  stoczył  się  z góry  i tylko  z najwyższym  trudem  udało  się  go 

powstrzymać. Kai musiał wrócić po łańcuchy śniegowe. 

 

Wiedział,  że  nie  ma  innego  wyjścia.  Jednak  na  przekór  wszelkiej  logice  konieczność 

zawrócenia  zdeprymowała  go.  Najchętniej  by  zaryzykował  i jeszcze  raz  spróbował  pokonać 

wzniesienie. 

Z  łańcuchami  na  kołach  wóz  gładko  wspiął  się  na  górę.  Niebo  pojaśniało.  Odbijało  od  gór 

nasyconym  błękitem.  Dotychczas  Kai  jechał  bez  określonego  celu.  Teraz  się  zdecydował. 

Postanowił skierować się na Lazurowe Wybrzeże. 

Następnego ranka zostawił Alpy za sobą i pędził pośród białego pyłu włoskich dróg. 

Raz  z prawa,  raz  z lewa,  kiedy  indziej  nad  nim  lub  głęboko  w wąwozie  biegła 

zelektryfikowana linia kolei pośpiesznej. Krętymi serpentynami droga opadała do Pontedecimo. 

Późnym popołudniem był w Genui. Nie zatrzymując się, pojechał dalej do Monte Carlo. 

 

Po  przyjeździe  do  hotelu  przygotował  sobie  japońską  kąpiel  w ukropie  z dodatkiem  olejku 

eukaliptusowego.  Potem  natarł  ciało  spirytusem  mentolowym.  Tak  odświeżony  wypakował 

smoking i ubrał się. 

Kupił zieloną kartę wstępu do cercie priue kasyna. Po drodze rzucił okiem w stronę wielkich 

sal.  Drobni  kupcy  angielscy  tłoczyli  się  wokół  stołów  gry  wraz  z miejscowymi  Rosjanami 

i podstarzałymi Amerykankami. Obstawiano jak najniżej. Pomiędzy nimi siedziało towarzystwo 

pośledniejszej rangi przemieszane z kokotami i leciwymi Angielkami, których na całym świecie 

uniknąć nie sposób. 

Jak dobrze być Brytyjczykiem, pomyślał Kai. Wszystkie stare panny wysyła się z Anglii na 

Lazurowe Wybrzeże bądź do Egiptu. 

W  salons  prives  kończyła  się  partia  bakarata.  Nie  było  w tym  nic  interesującego.  Kai 

wyszedł  z kasyna  i snuł  się  wzdłuż  Avenue  de  Monte  Carlo.  Zza  budynku  poczty  błyskały 

latarnie  stojące  u wejścia  do  portu.  Na  wodzie  obok  zacumowanych  jachtów  motorowych 

kołysały się troskliwie okryte żaglówki. Prychające automobile wspinały się po stromej ulicy. Na 

prawo jaśniał oknami Sporting-Club. 

 

Kai wszedł, pokazał legitymację. Trafił między znajomych. 

Panowało  tu  ożywienie.  Jakiś  Rosjanin  właśnie  stracił  ćwierć  miliona  franków.  Przy  stole, 

gdzie grano wtrente-et-quarante, po raz szósty z rzędu wygrana padła na noir. Wyglądało to na 

początek passy i ludzie w podnieceniu cisnęli się obstawiać. 

Kai  podszedł  do  stołu  i postawił  kilka  razy.  Przed  nim  siedział  jakiś  typ  z Bałkanów.  Miał 

zapadnięte czoło. Jego palce zdobiło mnóstwo pierścieni. Choć różniły się od siebie, w każdym 

background image

tkwił  szmaragd.  Obok  leżała  szkatułka  z japońskiej  laki  –  w połowie  czarna,  w połowie 

czerwona.  Wewnątrz  uwięziony  był  mały  pajączek.  Jegomość  co  chwila  potrząsał  szkatułką. 

Zależnie od tego, w której połowie znalazł się pajączek, stawiał na rouge lub noir. 

– A pan jaką ma maskotkę? – spytał Kaia Bird, producent automobili. 

– Po co mi maskotka? – odparł Kai. 

–  Wobec  tego  nie  może  pan  grać  –  ciągnął  z całą  powagą  Bird.  –  W tym  sezonie  nikt  nie 

ryzykuje  gry  bez  maskotki.  Niech  pan  spojrzy  na  tę  rudą  Amerykankę.  Krowi  dzwonek,  który 

przypasała  do  lewej  ręki,  waży  co  najmniej  kilogram.  Zobaczy  pan,  że  nie  rozstaje  się  z nim 

nawet na minutę. To właśnie jej maskotka. 

– Co za szczęście, że nie przyszło jej do głowy dzwonić przed każdą grą – powiedział Kai. 

Niech  pan  nie  żartuje.  Mężczyzna  naprzeciw  jest  Brazylijczykiem  i,  jak  sądzę,  plantatorem 

kawy.  Widzi  pan?  Obok  niego  leży  mały  żółw.  Brazylijczyk  przywiózł  go  tu  zza  oceanu. 

Niestety,  żółw  nie  znosi  miejscowego  pokarmu.  Dlatego  codziennie  właściciel  sprowadza  mu 

specjalną  sałatę  z Nicei.  Zanim  zagra,  każdy  żeton  pociera  o pancerz  zwierzęcia.  W ten  sposób 

wygrał już dwieście tysięcy franków. Seria, w której sześć razy wygrana padała na noir, już się 

skończyła. Przed siódmą  grą nieuważny sąsiad strącił żółwia ze stołu. Brazylijczyk natychmiast 

przerwał grę i wyszedł. Od tej chwili stale wygrywał rouge. Przed godziną żółw znowu zjawił się 

na  stole.  Widać  przywrócono  go  do  łask.  Cóż…  chodźmy  do  rulety.  Po  prawej  siedzi  książę 

Fioła. To dzięki niemu przy tym stole gdzieś od dwunastej gra się bardzo wysoko. 

Kai  znalazł  jakieś  miejsce  i zasiadł  do  gry.  Mało  go  to  jednak  obchodziło.  Fioła  windował 

stawki i wkrótce nikt nie obstawiał poniżej tysiąca franków. 

Brazylijczyk  też  się  tu  przeniósł,  usadził  swego  żółwia  i postawił  kilka  numerów  d’cheval. 

Potem najchętniej obstawiał noir. Gra nabierała tempa. Głos krupiera ożywił się, coraz częściej 

powtarzały  się  jego  stereotypowe  zapowiedzi,  coraz  krótsze  były  przerwy  między  kolejnymi 

grami. 

Kai  bezmyślnie  patrzył  na  siedzącą  obok  Amerykankę  i jej  dużą  indiańską  broszkę 

wyklepaną ze szczerego złota. Nie wiedział, co bardziej podziwiać – brak gustu właścicielki czy 

wartość  broszki.  Miał  za  sobą  czternaście  godzin  jazdy  samochodem.  Wciąż  prześladował  go 

szum silnika, jego monotonny, usypiający śpiew. 

Po chwili odkrył, że dotychczas cały czas przegrywał. Wyjął z kieszeni banknoty i przesunął 

je  po  stole.  Wspaniałe  uczucie  rozdwojenia  nie  opuszczało  go,  wprawiając  w jedyny  w swoim 

rodzaju nastrój. Lekko, wręcz beztrosko odbierał siebie tutaj przy rulecie. Przed sobą miał ludzi, 

dla  których  całe  życie  skupiało  się  teraz  w oszczędnych  ruchach  rąk.  Czasem  tylko  drgnęła 

powieka,  unosiła  się  brew,  jakaś  dłoń  wędrowała  na  chwilę  w górę  przetrzeć  skronie  i czoło, 

poprawić włosy, rozpalały się i zaraz gasły czyjeś oczy. 

Półświadomie Kai stale słyszał łagodny, monotonny szum. Wydawało mu się, że mozaikowy 

background image

ornament  na  ścianach  rozpływa  się,  staje  przezroczysty,  że  jakimś  cudownym  sposobem 

przenikają przezeń obrazy gór i lasów, rozświetlonych słońcem wyżyn i dolin, czerwieniejących 

o zachodzie  szczytów.  Widział  wszystkie  drogi  i dróżki,  które  przemierzył  dziś  w ciągu  wielu 

godzin  pędzących  jak  wiatr.  Równocześnie  jednak  śledził  dokładnie  grę  i wciąż  w niej 

uczestniczył. 

Czymś niemal boskim było owo ogarnięcie dwóch obszarów – jednoczesne przebywanie tu 

i całkiem  gdzie  indziej.  Przypominało  wszakże  o częstym  udręczeniu  wywoływanym  zwykłą 

ludzką  niemocą  sprawiającą,  że  nie  da  się  podzielić  swej  jaźni  tak,  by  w tym  samym  czasie 

dosięgnąć odmiennych rzeczy i spraw. 

Ż

etony  i pieniądze  piętrzyły  się  przed  Kaiem.  Wędrowały  do  niego  od  Brazylijczyka  przez 

cały stół. Książę Fioła zauważył to i położył plik banknotów na wybranym przez Kaia numerze. 

Prawie  wszyscy  zrobili  to  samo.  Z nieomylnym  instynktem  bywalców  salonów  gier  wyczuli 

zbliżającą się serię. Tylko Brazylijczyk przycupnął zawzięty obok swego żółwia. Ostro i głośniej 

niż  zwykle  uderzał  płytkami  z galalitu  o pancerz  zwierzęcia.  Kai  odwrócił  się  do  Birda. 

Ironicznie zauważył: 

– Zdaje się, że budzę wielkie zaufanie. 

Bird wpatrywał się w drgający krążek. 

– Proszę tam nie patrzyć, dopóki kulka się nie zatrzyma. 

Kai uśmiechnął się. 

– Ależ Bird… – powiedział i odwrócił się. 

W  tej samej chwili kulka wskoczyła w przegrodę oznaczoną siódemką i zatrzymała się. Kai 

wygrał. Bird promieniał. 

– Musi pan przerwać – poradził. 

Po  chwili,  kiedy  Kai  przesunął  znów  sporą  sumę  na  numer  siódmy,  na  twarzy  Birda 

wykwitły wszystkie odcienie zdumienia. 

Całe  zresztą  towarzystwo  osłupiało,  widząc  ten  oczywisty  błąd.  Gdy  seria  się  kończy,  nikt 

nie  obstawia  szczęśliwego  numeru,  czeka  się  na  nową  passę.  Teraz  prócz  Kaia  nikomu  nie 

przyszłoby do głowy stawiać na siódemkę. Kai nieco ironicznie przyglądał się grającym. Nie ma 

ż

adnej  różnicy  między  nimi  a otoczeniem  hrabiny  Ghest,  pomyślał.  Zawsze  robią  tylko  to,  co 

właściwe. Przecież to okropne… 

Teraz  Kai  przegrał.  Gra  przestała  go  interesować.  Wstał  od  stołu  i wyszedł  zapalić,  a także 

sprawdzić, co porabia pies, którego zostawił w samochodzie. 

Książę  Fioła  poszedł  za  nim  i przedstawił  się.  Postanowili  iść  w stronę  tarasów  kasyna,  by 

posłuchać kreolskiej orkiestry. 

Wokół  rozpościerała  się  noc,  podobna  do  czarnego  szkła.  Za  hotelem  de  Paris  szklany 

monolit  kruszył  się.  Czuło  się  tutaj  jedwabisty  podmuch  morskiego  powietrza,  jego  iście 

background image

południową miękkość. 

Przed  budynkiem  poczty  stał  wóz  Kaia.  Błotniki  były  zbryzgane  gliną,  koła  usmarowane, 

zakurzone, zmaltretowane długą jazdą przez kilka krajów i góry. Odcinał się wyraźnie od szeregu 

wspaniałych  limuzyn  błyszczących  chromem  i lakierem,  był  jedynym  wśród  nich  wozem 

sportowym – brudnym i wspaniałym. 

Fioła mu się przyglądał. 

– To mój pojazd – powiedział Kai. 

– Przyjechał pan dzisiaj? – zdziwił się Fioła Kai skinął głową. 

– Przed trzema godzinami. 

Już  prawie  minęli  samochód,  gdy  na  tylnym  siedzeniu  coś  się  poruszyło.  Z ciemności 

wynurzył się psi łeb i rozległ się żałosny skowyt. 

Kai zaśmiał się. 

– Frute! 

Jednym susem dożyca wyskoczyła z wozu i prężąc się, stanęła obok mężczyzn. 

– Powinniśmy zajrzeć do Cafe de Paris. Pies jeszcze nie jadł kolacji. 

Kai  wybrał  najlepsze  kąski  spośród  zimnych  kotletów,  jakie  jeszcze  były,  i dopilnował,  by 

Frute  je  dostała.  Kiedy  oblizywała  się  po  jedzeniu,  Kai  kazał  jej  wracać  do  auta.  Posłusznie 

odmaszerowała,  choć  nim  wskoczyła  na  siedzenie,  próbowała  psiej  dyplomacji.  Lekko  drżała, 

niby to nasłuchując gwizdu, po czym wielkimi susami popędziła z powrotem. W ostatniej chwili 

ruszyło  ją  jednak  sumienie.  Nim  dobiegła  do  Kaia,  zatrzymała  się,  wyraźnie  nieufna, 

wyczekująca,  z przekrzywionym  łbem.  Kai  pogroził  jej  palcem.  Odszczeknęła  z wyrzutem  i, 

pogodzona już z losem, zawróciła. 

Na  tarasie,  pod  gołym  niebem  tańczyło  kilka  par.  Do  tego  celu  służyła  niewielka, 

kwadratowa  przestrzeń  pomiędzy  stolikami.  Usadowioną  w muszli  orkiestrę  zasłaniała  bariera. 

Wyglądało to dziwnie, jakby sama muszla grała. Na niebie błyszczały gwiazdy. 

Od morza dobiegały różne odgłosy. Motorówka żłobiła w wodzie pienistą bruzdę. W oddali 

unosił  się  samotny  żagiel,  oświetlony  reflektorem  przepływającej  łodzi.  W ciemnościach  nocy 

sprawiał  wrażenie  czegoś  nadprzyrodzonego:  zdecydowanie  odcinając  się  od  czarnego  tła,  stał 

nieporuszony niczym kredowa skała w blasku magnezji. 

Kreole  świetnie  improwizowali,  w ich  grze  zupełnie  nie  czuło  się  rutyny.  Tanga  wabiły 

melancholią, chciało się tańczyć. 

Fioła przyrządzał sobie martini. Przerwał na chwilę i zwrócił się do Kaia: 

–  Niech  pan  patrzy,  jak  ta  kobieta  trzyma  głowę.  Co  za  linia  –  od  skroni  przez  policzki  do 

podbródka… Za późno, już jej nie widać. 

Po chwili jednak tańcząca, otulona brokatem, znów się ukazała. Trudno było dociec, czy nosi 

suknię,  czy  też  nadzwyczaj  zręcznie  upięty  kupon  materiału.  Wąskie  biodra  wysmuklały  całą 

background image

postać,  ozdoby  na  przegubie  rozrzucały  błyski.  Kobieta  odchylała  głowę  nieco  do  tyłu,  jej 

ramiona  były  nagie.  Zdawało  się,  że  unoszą  całą  tancerkę.  Nic  nie  było  wyraziste, 

dopowiedziane. Na tym właśnie polegał niezwykły urok. 

Skąpe  światło  sprzyjało  marzeniom.  Zamazywało  kontury.  Przybliżająca  się  i odpływająca 

wraz z muzyką powiewna postać rzucała jakiś czar. 

– Jakie to szczęście oderwać się czasem od  ziemi i dać upust fantazji – rzekł Kai. – Można 

taką  chwilę  zamienić  w coś  naprawdę  romantycznego.  O ileż  lepiej  być  tu  niż  na  miejscu 

mężczyzny, który tańczy z brokatową damą. On wie, czy jego pani chętnie jada przekąski, jakie 

gatunki win przedkłada nad inne, o czym lubi rozmawiać. Dla niego to kobieta, być może nawet 

kobieta  ukochana.  Dla  nas…  –  Tutaj  Kai  zerknął  na  kieliszek  Fioli.  –  Widzę,  że  już  pan  wypił 

martini.  Dlatego  mogę  moje  wrażenia  wyrazić  dokładniej.  Otóż  dla  nas  to  symbol 

najwspanialszego nastroju. I tak doszliśmy do czegoś, co chyba najbardziej warte pożądania. 

Fioła zamyślił się. 

–  Bardzo  możliwe.  Takie  błąkanie  się  po  obrzeżach  ma  szczególny  wdzięk.  Ale  dlaczego 

sądzi pan, że zbliżając się choćby o krok, doznajemy zawodu? 

–  Niekoniecznie  zaraz  zawodu.  Ale  to  już  nie  to.  Będąc  bliżej,  musimy  niejedno  określić, 

wyjaśnić. Tworzą się współzależności. Może nieco przesadzam, ale coś takiego sprawia, że czar 

pryska. 

– To teoria. 

–  Oczywiście  –  przyznał  Kai.  –  Zycie  wedle  podobnych  zasad  byłoby  bardzo  głupie, 

a założenie, że istnieją bezbłędne reguły postępowania, to czysta niedorzeczność. Z teorią jest jak 

z medycyną. Kiedy trzeba, sięgamy po nią, w miarę możności jednak z sofistycznym umiarem. 

– To wygodne. 

–  Ale  z wygody  płyną  korzyści.  Wygoda  to  przyjemność,  zwłaszcza  gdy  łatwo  ją  mieć. 

Czemu z niej nie skorzystać dla pobudzenia swej jaźni. 

Takie  poglądy  można  znakomicie  określić  jako  niemoralne  –  powiedział  Fioła,  przy  czym 

ś

ciągnęły się nieco rysy jego twarzy. – Poza tym nie są logiczne, ale to dobrze. Postępowcy mają 

logikę w małym palcu, szczyciły się tym całe pokolenia. Logika jednak paraliżuje uczucia, jeśli 

rozumieć  pod  tym  pojęciem  nie  sentymenty,  lecz  giętką,  niezmiernie  aktywną  część  duszy 

wyposażoną  w iście  koci  kręgosłup  –  gibki  i sprężysty  –  zawsze  gotową  do  skoku.  Logika 

stwarza  tę  wyśmienitą  pozycję,  z której  w poczuciu  wyższości  można  obalić  każde  odczucie. 

Nawet  jeśli  wiąże  się  ze  sprawami  godnymi  uwagi.  Dzięki  temu  rzeczywistość  pozostaje 

izolowana, z dala od profesorów i bankierów. – Fioła dokończył z ironią: – Także z dala od tego, 

co rzetelne, przyzwoite. Kai wyjął papierosy. 

– Nie psujmy nastroju prawieniem morałów. 

– Mam wrażenie, że raczej mocno go podbudowaliśmy. 

background image

– Tym gorzej. Idźmy stąd, trzeba coś zrobić. 

Kreole  śpiewali  teraz  na  tle  bandżo  i saksofonów.  Spomiędzy  siedzących  znów  wyłonił  się 

profil tańczącej kobiety. 

–  Ma  pan  rację  –  powiedział  Fioła.  –  Trzeba  coś  przedsięwziąć  i powinno  to  być  równie 

wyjątkowe  jak  ta  tańcząca  dama.  –  W uśmiechu  odsłonił  ostre  zęby.  –  Może  znów  spróbujemy 

rulety i postaramy się rozbić bank? 

– Zgoda. 

Wstali od stolika. 

– Widzę, że obaj należymy do ludzi zdecydowanych – ciągnął uradowany Fioła. 

– Nawet bardzo. Teraz również mamy od czego zaczynać. 

– Należy zauważyć, że nawet moralność obecnie jest po naszej stronie. 

– Tym rozważniej będziemy grali. 

 

Przed wejściem do Sporting-Clubu Fioła rzucił za siebie żeton. 

– Ofiara dla Merkurego – wyjaśnił, gdy krążek spadł na ulicę. 

Nie, dla  Wenus. – Kai wskazał na  kokotę, jedną z tych, które sprzedają się po sto franków. 

Zaskoczona podniosła żeton, który przypadkiem upadł u jej stóp, i teraz słała im całusy. 

– To z pewnością oznacza szczęście. 

Przez chwilę przypatrywali się rulecie. Kai usiadł. Fioła robił notatki. Grano ostro o wysokie 

sumy,  nie  było  mowy  o żartach  ani  pogawędce,  nerwy  napięte  do  granic  wytrzymałości. 

W powietrzu krążyły ścierające się fluidy. 

Bankiem  miotały  potężne  wstrząsy,  gdy  kilka  razy  wypadło  zero.  Gość  z Bałkanów 

zdenerwował  się,  roztrzaskał  pajęczą  szkatułkę  i tak  ją  zostawił.  Na  jego  miejsce  wskoczyła 

korpulentna belgijska dama. Jak kwoka ukokosiła się na poduszkach, którymi wyścieliła krzesło, 

i leniwymi ruchami tłustych ramion wiosłowała nad stołem. 

Tymczasem  Kai  testował  ruletę.  Trzy  razy  udało  mu  się  wygrać,  obstawiając  rouge, 

następnie  całą  wygraną  przerzucił  na  impair  i znów  mu  się  powiodło.  W ten  sposób  zapewnił 

sobie  pierwszą  douzaine.  Potrojoną  sumę  pomnożył  w bloku  czwórkowym  i całość  postawił  na 

siódemkę. Było to wszystko, co miał przy sobie. 

Gra pochłonęła go teraz tak mocno, że nie istniało dlań nic prócz zielonego blatu stołu, który 

– zdawało się – niemal pękał pod naporem napięcia i koncentracji. Gwizd wirujących numerów 

zapierał  dech.  Wreszcie  niczym  błysk  zjawiała  się  liczba,  coraz  wyraźniejsza,  rosnąca,  kulka 

pożerała przestrzeń, wahała się, znikała i w końcu najzwyczajniej stanęła w polu: siódemka. Kai 

wygrał. 

Już  rozluźniony  pomyślał,  że  sytuacja  sprzed  godziny  powtarza  się.  Jakby  koło  czasu 

zawróciło  i los  darował  mu  jeszcze  jedną  szansę.  Kai  dał  się  porwać  chwili:  zrobił  to  samo  co 

background image

przedtem – jeszcze raz postawił na siódemkę. 

 

Fioła,  który tymczasem  wszystko stracił, próbował powstrzymać  Kaia, czyniąc rozpaczliwe 

gesty.  Nawet  krupier  się  ociągał.  Mimo  to  Kai  wytrwał  w swym  postanowieniu.  Przegrał,  lecz 

znów  obstawił  tak  samo.  Po  trzykroć  krupier  zgarniał  najwyższą  stawkę.  Po  kilku  dalszych 

zagrywkach miejsce obok Kaia opustoszało. Bank odrobił straty. 

Kai  chciał  wstać.  Oparł  ręce  na  stole  i naraz  poczuł  pod  dłonią  jakieś  żetony.  Zupełnie  nie 

zauważył,  kto  i jak  mu  je  podsunął.  Dopiero  teraz  spostrzegł  kobietę,  która  już  od  dość  dawna 

siedziała obok. Odgadł, że to od niej dostał żetony. Powiedziała bardzo cicho i stanowczo: 

– Musi pan grać dalej. 

Ociągał  się  przez  moment.  W tej  grze  nie  było  już  mowy  o pojedynczych  zagrywkach,  nie 

dało  się  jej  przerwać  w każdej  dogodnej  chwili.  Gra  przeistoczyła  się  w samoistną  moc  – 

panującą  nad  całym  stołem,  rządzącą  się  własnymi,  surowymi  prawami.  Moc  ta  bez  reszty 

owładnęła sytuacją, wszystko, co nie dotyczyło gry, odsuwała w cień. Nie istniało już nic prócz 

mieszaniny gorączkowych przeczuć i drżącego wyczekiwania. 

Ludzie,  którzy  siedzieli  przy  stole,  czuli,  że  tworzą  teraz  wspólny  front.  Być  może  to 

zrozumieli  i dlatego  nie  przeszkodzili  Kaiowi,  kiedy  postanowił  grać  dalej  żetonami,  które  nie 

należały do niego; przecież każdy rasowy gracz wyczuwa emanację magii zawsze towarzyszącą 

serii  i stara  się  do  niej  dostroić.  Wie  także,  że  rezygnacja  z gry  w takiej  chwili  może  wszystko 

obrócić wniwecz. 

 

Każdy z grających czuł intuicyjnie, że zbliża się rozstrzygnięcie, że to właśnie Kai stoi przed 

wielką  szansą.  I wszyscy  byli  gotowi  grać  wraz  z nim.  Nikt  nie  zauważył,  że  Kai  nie  ma 

pieniędzy,  w przeciwnym  wypadku  ktoś  by  mu  pomógł.  Sam  zapewne  by  o to  poprosił,  gdyby 

nie tempo, w jakim toczyła się gra. Nie mając pieniędzy, opuścił kilka kolejek. Ale teraz nadeszła 

chwila  szczególna:  odstąpienie  od  gry  byłoby  nonsensem,  ponowny  w niej  udział  zakrawał 

natomiast  na  nieco  żałosne  trwanie  przy  swych  błędach.  Chodziło  jednak  tylko  o tę  grę,  o tę 

jedyną, w której za wszelką cenę powinien obstawić. 

Krupier  już  klepał  swój  tekst  i spoglądał  na  Kaia.  Kai  zauważył,  że  Fioła  połapał  się 

w sytuacji i posłał mu pod stołem wizytówkę, na której coś pośpiesznie napisał. Czuł, że zewsząd 

otaczają  go  bratnie  dusze,  w ostatniej  chwili  przesunął  żetony  nieznajomej  na  rouge 

i natychmiast wygrał drugie tyle. 

Podziękował nieznajomej, oddał jej dług, po czym obstawił impair, rouge i dwie liczby. Na 

liczby padła wygrana. 

W potrójnej serii dama z Belgii straciła wszystko, co miała. Roześmiała się nerwowo i wstała 

od  stołu.  Za  to  pomiędzy  górą  banknotów  i gęsto  zapisanym  notesem  znów  pojawił  się  żółw. 

background image

Mariaż maskotki i systemu – czyż mogło się nie udać…? 

A jednak się nie udało. Kai znowu szturmował bank. Kobieta obok przeniknęła jego zamiary 

i postanowiła  się  przyłączyć.  Fioła  zaciągnął  pożyczkę,  którą  poręczył  wizytówką,  i wrócił  do 

gry. Na razie jednak bank był wypłacalny, Brazylijczyk bowiem sporo przegrał. 

W  sali  stał  jeszcze  jeden  stół  do  rulety.  Fioła  wstał  i zaczął  grać  również  przy  nim.  Kai 

poszedł w jego ślady. W krótkim czasie przepadł gdzieś żółw. Pojawił się natomiast Bird, który 

wraz z innymi zrobił to samo: włączył się do natarcia na bank. 

Wiadomość  o szalonym  pojedynku  szybko  się  rozeszła.  Pozostałe  sale  opustoszały.  Ludzie 

tłoczyli  się  w kilku  rzędach  wokół  stołów,  niektórzy  przyszli  prosto  z czytelni,  z gazetami 

w ręku.  Niesłychane  –  krupier  wyraźnie  się  przeliczył.  Gorączka  zataczała  coraz  szersze  kręgi. 

Coraz  więcej  ludzi  przychodziło  wziąć  udział  w bitwie.  W przemyślną  grę  wkładano  całą 

energię. Najbardziej oblężone były miejsca, w których obstawiano podwójnie bądź potrójnie. 

Bank  zaczynał  topnieć.  Wprawdzie  powiększył  swe  zasoby  podczas  kilku  gier,  ostatecznie 

jednak trzeba było wszystko wypłacić i uruchomić rezerwy. 

W końcu Fioła i Kai poszli na całość. Ulokowali najwyższe sumy na kilku zaledwie polach, 

na które natychmiast popłynął strumień pieniędzy od innych graczy. Na jednym z dwóch stołów 

komuś  dopisało  szczęście.  W banku  zabrakło  pieniędzy  i krupier  poprosił  o chwilę  przerwy. 

W podnieceniu  ludzie  przeciskali  się  do  drugiej  rulety.  Zapanował  nastrój  entuzjazmu 

i powszechnego  zbratania,  który  zdawał  się  mieć  wpływ  na  wirującą  kulę.  Już  następna  gra 

osiągnęła  maksimum  en  plain.  Bank  nie  mógł  wypłacić  wygranej.  Również  tutaj  trzeba  było 

zrobić  przerwę  i przynieść  pieniądze.  Gwar  narastał  niczym  przypływ  morza.  Sporting-Club 

mógł przez najbliższe dni żywić się sensacją: w całej sali bank został rozbity. 

Kai  opuszczał  Sporting-Club  w wyśmienitym  nastroju.  Czuł  się  jak  ktoś,  komu  udało  się 

szczęśliwie zakończyć ciężką pracę. Wewnętrzne obawy i rozterki nic go już teraz nie obchodziły 

Rozpierało go uczucie nieco zuchwałej lekkości. Nie było dlań ważne, że wygrał dużo pieniędzy. 

Nie wiedział nawet, czy odebrał całą wygraną. Czuł jednak, że ten dzień jak zawrotna spirala był 

wspaniały, że go uskrzydlił, że dosłownie wszystko mu sprzyjało. 

Szedł  prosto  do  swego  wozu,  czekającego  jak  wierny  przyjaciel,  nisko  usadowionego  na 

kołach, wyróżniającego się sportową linią. 

Maskę  oblepiała  u góry  zaskorupiała  glina.  Kai  odłamał  grudkę  i bezwiednie  rozcierał 

w palcach. Zauważył, że tu i ówdzie nikiel poszarzał. Wyjął chusteczkę i przetarł mały fragment 

do połysku. 

Dziwiło go, że jego umysł wciąż żywo pracuje. Wyrzucił chusteczkę i uruchomił silnik. Na 

zakończenie pełnego wrażeń dnia chciał pojechać w górę przez Grandę Corniche do La Tourbie. 

Frute  wsunęła  mu  łeb  pod  ramię  i przeszkadzała  w prowadzeniu  auta.  Powoli,  w kilku 

nawrotach, zdołał zawrócić. Avenue de Monte Carlo wyglądała jak wymarła, tylko jakaś samotna 

background image

postać  szła  od  strony  Boulevard  de  la  Condamine.  Okrągły  kapelusik,  uszminkowane  usta 

i zmęczona twarz. 

Kaiowi wydawało się, że poznaje w niej kobietę, która podniosła żeton rzucony przez Fiole. 

Kobieta  podeszła  bliżej,  stanęła  niezdecydowana,  uśmiechnęła  się.  Stała  tak  szczupła 

i niepozorna, mając za sobą pustą ulicę i, w głębi, masyw górski – żywa istota na tle milczącego 

szeregu ulicznych latarni. Mizerny, zawodowy uśmiech pokrywał niepewność; był jak zaszczute 

zwierzę, które boi się, że w każdej chwili może mu się coś przydarzyć. 

Ów  uśmiech  zmieszał  Kaia:  był  w nim  tragizm  znacznie  większy  niż  w głośnym  krzyku. 

Mała kokota zapewne nie miała o tym pojęcia. Bo ten tragizm nie przynależał do niej – ona była 

jedynie istnieniem o mocno przytępionych przez płatną miłość odczuciach. To było tragiczne dla 

każdego,  kto  próbował  doszukać  się  w niej  człowieczeństwa  –  dostrzegał  je  poza  nią,  nie  zaś 

w niej… 

Kai uchylił drzwi. 

– Jadę na spacer. Może miałaby pani ochotę pojechać ze mną? 

Nie  była  zaskoczona.  Jej  zawód  przyzwyczaił  ją  do  dziwactw.  Skinęła  głową  i wsiadła.  Za 

chwilę przecież się dowie, o co chodzi. 

Okrążyli  gazon  przed  kasynem,  skręcili  w Avenue  de  Spelughes,  zostawili  po  prawej 

Mirabeau  i zaczęli  podjeżdżać  pod  górę.  Gaźnik  zasysał  strumień  powietrza,  cicho  przy  tym 

pomlaskując,  prędkość  rosła.  Po  lewej  wyrosła  ściana  pionowych,  stromych  skał,  z prawej 

krajobraz  wciąż  się  zmieniał.  Raz  rozciągał  się  daleko  ponad  kamienną  barierą,  kiedy  indziej 

widać było tylko niebo. 

 

Kai  włączył  reflektory  i skierował  cienką  smugę  światła  ukosem  na  pobocze.  Sto  metrów 

z przodu  droga  ożyła  w bladym  niesamowitym  świetle,  wielkie  palmy  –  jak  czarne  olbrzymy  – 

wystrzeliwały przed nimi, a za samochodem natychmiast zapadały w ciemność. 

Niczym  pies  myśliwski  biegło  obok  wozu  światło  reflektora;  podobne  do  ostrego,  jasnego 

palca  lub  świetlistej  szpili  wyławiało  z ciemności  ukryte  sceny  –  willę  o białych  ścianach, 

połamane  gałęzie  drzew,  skalne  zwaliska,  alejki  ogrodowe,  które  w wąskim  strumieniu  światła 

sprawiały  wrażenie  położonych  nieprawdopodobnie  wysoko,  wręcz  zawieszonych  w powietrzu, 

prowadzących ku gwiazdom. 

Nocna  panorama  stawała  się  coraz  rozleglejsza.  Wybrzeże  ciągnęło  się  majestatycznym 

łukiem od Bordighery po Cap d’Antibes. W dole, poniżej garbów skalnych, leżało Monte Carlo 

i Monako,  jak  oblany  wodą  grzbiet  bawołu,  na  którym  roi  się  od  robaczków  świętojańskich. 

Cicho  szumiało  morze,  fale  uderzały  z rzadka,  w oddali  połyskiwała  piana.  Słaby  powiew 

przynosił delikatny, słony zapach. 

Na zboczach chwilami błyskało światło, narastało i zbliżało się. Były to  reflektory jakiegoś 

background image

samochodu,  widoczne  na  długo  przed  spotkaniem,  gdy  jeszcze  ślizgały  się  po  drogach 

i ogrodach.  Zwykle  skręcały  w dół,  ku  drodze  nadmorskiej.  Raz  jednak  światło  pozostało  na 

górze, błyskało już to wyżej, już to we wgłębieniu kamiennej drogi. Nagle ta para żarzących się 

oczu przygasła i Kai usłyszał przyjazny szum silnika  mijającej  go limuzyny.  Lampka wewnątrz 

pojazdu  oświetlała  starszą  kobietę;  spod  narzuconego  futra  widać  było  jej  ramiona.  Wyglądały, 

jakby należały do młodej dziewczyny. 

Na wysokości La Tourbie Kai zawrócił. W czasie jazdy dziewczyna się nie poruszyła. On też 

nie  miał  pojęcia,  o czym  z nią  rozmawiać.  Kiedy  znów  ich  oczom  ukazało  się  kasyno,  Kai 

zapytał: 

– Dokąd mam panią zawieźć? 

Cienie podkreślały regularne rysy jej twarzy, wyraziste czoło i podbródek. 

Jest naprawdę ładna, pomyślał Kai, oczekując odpowiedzi. 

Popatrzyła na niego i ze spokojem odparła: 

–  Dokąd  pan  chce.  –  Dopiero  po  chwili  zrozumiała,  co  Kai  miał  na  myśli.  Zmieszała  się 

i pośpiesznie dorzuciła: – Na Boulevard de la Condamine. 

Jej twarz znów się zapadła. Wcisnęła się w kąt, rękę trzymała na klamce od drzwi, jakby nie 

miała już chwili do stracenia. 

Kai cały czas błądził myślami wokół niej. Był w znakomitym nastroju. Chciał komuś sprawić 

przyjemność, zabrał więc dziewczynę ze sobą. Odkrył, że podczas przejażdżki kokota na moment 

przeobraziła się w kobietę. 

Kiedy mijali Sporting-Club, Kai przypomniał sobie scenkę z żetonem rzuconym przez Fiole. 

Chwycił damską torebkę, która leżała pomiędzy nimi, wsunął do niej pieniądze, zatrzasnął zamek 

i trzymając ją, powiedział: 

– Przyniosła mi pani dziś szczęście. Jutro będzie tak samo. 

Chwilę  zwlekała,  nim  wzięła  torebkę.  Kai  nawet  sądził,  że  odejdzie  bez  niej.  Ale  zaraz 

odebrała  swą  własność:  była  to  dla  niej  znaczna  suma.  Nawyk  brania  pieniędzy  wziął  górę. 

Odeszła bez specjalnych podziękowań. 

Kai  trochę  późno  się  połapał,  że  popełnił  błąd  i zachował  się  wobec  niej  zbyt  oschle.  Czuł 

wewnętrzną  potrzebę  powiedzenia  dziewczynie  czegoś  miłego  –  że  chętnie  spotkałby  się  z nią 

jutro,  że  dopiero  dziś  przyjechał  i jest  potwornie  zmęczony.  Lecz  na  co  mogło  się  to  zdać: 

zyskałby krótką chwilę, a dziewczyna i tak pewnie by go nie zrozumiała. 

Czekał, aż zniknie w głębi Avenue de Monte Carlo, patrzył na jej drobną postać rysującą się 

na tle wyludnionej ulicy. 

Towarzystwo  Kaia opuszczało właśnie Sporting-Club. Jakaś dama przechodziła przez ulicę. 

Ozdobny  kandelabr  oświetlał  żółto  jej  twarz.  To  była  kobieta,  która  poratowała  Kaia  żetonami. 

Była sama. Nie oglądając się za siebie, wsiadła do limuzyny. 

background image

Kai nagle poczuł ogromne zmęczenie. 

 

background image

II 

 

Spał  do  późnego  popołudnia.  Obudziło  go  głośne  zawodzenie  Frute,  która  domagała  się 

wyjścia.  Na  wieczorny  spacer  pojechali  we  dwójkę  do  Nicei.  Dożyca  miała  swój  dzień.  Na 

Promenadę  des  Anglais  rozbawiona  bezceremonialnie  wciskała  się  między  spacerowiczów, 

okazując im względy tak natarczywie, że wielkim kołem omijano osobliwą parę. 

Ktoś  przyglądał  się  im,  wyraźnie  zaskoczony.  Po  chwili  wzrok  przechodnia  zderzył  się  ze 

spojrzeniem Kaia. 

–  Co  za  niespodzianka!  Chyba  niedawno  pan  przyjechał.  Gdyby  to  się  stało  wcześniej, 

zapewne byśmy się spotkali. 

– Jestem tu od wczoraj, Lieven, dziś po raz pierwszy w Nicei. 

Lieven pogłaskał psa. 

– Pamięta pan, jak chciał mi podarować Frute przed odjazdem z Surabai? Wtedy była jeszcze 

szczenięciem, teraz prezentuje się wspaniale. 

– Dziś nie oddałbym jej nikomu. Ile to czasu minęło, odkąd widzieliśmy się ostatni raz? 

– Dwa lata. 

– Dwa lata. Czas pędzi  jak  rozregulowany  zegar. Zdawało mi się, że to nie więcej niż dwa 

tygodnie. 

– Dużo się wydarzyło? 

Niewiele. Rok przeżyłem bardzo spokojnie. Po  części przez  rozwagę, po części przesądziły 

o tym sentymenty. Dobrze mi to zrobiło. 

– Stara przypadłość,  czyli niezdrowe zasiedzenie  się. Zjawia się jak  malaria, w regularnych 

nawrotach.  Dopiero  co  udało  mi  się  z niej  wyleczyć  po  wizycie  u Kinsleya.  On  się  ożenił, 

pochłania  faszerowane  gęsi  i poważną  lekturę.  Coś  takiego  odstrasza  przynajmniej  na  rok.  Jak 

długo chce pan tu zostać? 

– Nie mam pojęcia. – Kai wzruszył ramionami. 

–  W takim  razie  spotkaliśmy  się  we  właściwym  momencie.  Jutro  jadę  do  Monzy.  Pojedzie 

pan ze mną? 

– Na wyścigi? 

–  Tak,  ale  niewielkie,  bez  specjalnego  znaczenia.  Dla  mnie  jednak  bardzo  ważne.  Kilka  lat 

temu kupiłem akcje fabryki samochodów. Teraz moja pozycja umocniła się na tyle, że zostałem 

współpracownikiem.  Skonstruowaliśmy  nowy,  doskonały  model  –  bardzo  szybki.  Zamierzamy 

go  wypróbować.  Jedną  z maszyn  zgłosiliśmy  do  jutrzejszego  wyścigu.  Nie  nadając  sprawie 

rozgłosu,  chcemy  sprawdzić,  na  ile  ten  pojazd  odpowiada  wymogom  toru  wyścigowego. 

Trenujemy wytrwale od dawna i marzy mi się, by wóz okazał się przebojem wyścigów o Grand 

Prix  Europy.  Dlatego  też  nie  można  do  końca  odsłaniać  jego  możliwości.  Nie  chcemy 

background image

przedwczesnego zwycięstwa, zależy nam jedynie na próbie. Czy to pana interesuje? 

– Tak, pojadę z panem. 

Postanowili  coś  zjeść  i zajęli  stolik  w restauracyjnym  ogródku.  Było  miło,  spokojnie 

gawędzili o wspólnie przeżytych latach, racząc się okruchami wspomnień jak dzieci ciastem. 

W  ramionach odlanych w brązie figur wokół hotelu Ambasadeur zapaliły się kuliste lampy. 

Za  hotelem  Negresco  wschodził  księżyc.  Stojący  w wodzie,  niegustowny  jetee  pauillon  nabrał 

urody,  gdy  z jego  okien  spłynęło  do  morza  światło  elektryczne.  Wzdłuż  promenady  sunęły 

automobile,  jeden  obok  drugiego,  w kilku  rzędach,  co  trochę  przypominało  defiladę.  Szum 

przypływu mieszał się z warkotem silników. 

 

Lieven  odwiózł  Kaia.  Był  z nim  szofer,  którego  Lieven  zamierzał  zostawić  w Monzie,  by 

pomógł mechanikom. Jechali z umiarkowaną prędkością. Ulicą toczyło się mnóstwo autobusów, 

w których  panowie  z megafonami  udzielali  wyczerpujących  objaśnień  krajoznawczych 

przedstawicielom wykształconej klasy średniej. 

Droga zataczała łuk, po czym opadała w dół, tworząc zakręt o ograniczonej widoczności. 

Za sobą usłyszeli przenikliwy dźwięk klaksonu. 

Lieven ostrzegawczo podniósł rękę, lecz mimo to zjechał na bok, by przepuścić doganiający 

ich pojazd. 

Dostrzegli  maskę  dużego  kabrioletu,  który  na  pełnym  gazie  próbował  ich  wyprzedzić. 

Siedząca za kierownicą kobieta zbyt późno zauważyła, że ma przed sobą podwójny zakręt. Mimo 

to usiłowała jak najszybciej znaleźć się przed samochodem Lievena. 

Naraz  zza  zakrętu  usłyszała  sygnał  pojazdu  nadjeżdżającego  z przeciwnej  strony,  zupełnie 

straciła głowę i zbyt szybko zjechała na właściwą stronę. Choć Lieven zahamował, kabriolet otarł 

się o jego wóz i odgiął błotnik. Autem zarzuciło tak mocno, że Lieven musiał odbić kierownicą, 

by nie stoczyć się w dół. 

Oba  samochody  stanęły  sczepione  z sobą.  Lieven  włączył  gwiżdżący  sygnał  ostrzegawczy. 

Kai wyskoczył i pobiegł na zakręt zatrzymywać pojazdy jadące z naprzeciwka. 

W  kabriolecie  siedziała  dama,  która  prowadziła  wóz.  Mocno  pobladła  patrzyła  na  Lievena. 

Ten wzruszył ramionami. 

– Przykra sprawa. 

– To była moja wina – powiedziała pośpiesznie dama. 

Automobiliści  nigdy  nie  mówią  o winie  –  odparł  Lieven.  –  To  był  godzien  pożałowania 

wypadek. Mam nadzieję, że uda się nam uruchomić pani wóz. 

Szofer rozgiął błotniki. Lieven ostrożnie cofnął, wyłączył silnik i oglądał uszkodzenia. 

–  Tylko  błotnik,  a więc  drobiazg.  Reszta  jest  nietknięta.  Odstawił  pojazd  na  widoczne 

miejsce i wraz z Kaiem wrócił przejrzeć kabriolet. Dama wysiadła i bezradnie stała obok auta. 

background image

Lieven uruchomił silnik i wsłuchiwał się weń. Wszystko było jak należy. 

– Myślę, że może pani jechać – powiedział głosem, w którym pobrzmiewało współczucie. 

Wrzucił bieg, nacisnął pedał sprzęgła. Coś zgrzytnęło, kabriolet jednak ani drgnął. 

– Możliwe, że to skrzynia biegów! – krzyknął w podnieceniu, manewrując drążkiem. 

Wóz nie reagował. 

Szofer wymontował siedzenia i boczne stopnie, podstawił podnośnik pod tylną oś i po chwili 

dwa koła zawisły w powietrzu. Silnik pracował, koła jednak się nie obracały. 

Lieven pokręcił głową i odwrócił się do młodej damy. 

– Już wiemy, co się stało. Przypuszczalnie pękła tylna oś albo został uszkodzony dyferencjał. 

Tak czy inaczej bez warsztatu się nie obejdzie. 

– Możliwe, że wyłamał się tylko jeden bolec – uspokajał Kai. – Proponuję odstawić wóz do 

najbliższej miejscowości i tam poszukać warsztatu. Musimy panią wziąć na hol. To dla nas żaden 

kłopot. 

– Raczej przyjemność – roześmiał się Lieven. – Jednak do tego potrzeba linki holowniczej. 

– Czy nie lepiej zostawić samochód tutaj i kogoś po niego przysłać? – zapytała dama. 

Nie  byłoby  chyba  po  co  wracać.  Wóz  stoi  wyjątkowo  niefortunnie  i najbliższy  autobus 

mógłby  z niego  zrobić  miazgę,  zwłaszcza  gdyby  za  kierownicą  siedział  Włoch  o ambicjach 

rajdowca. Zresztą oni wszyscy tak jeżdżą. Myślę, że bez trudu znajdziemy linę. 

Lieven zatrzymał kilka przejeżdżających samochodów. 

– Lina holownicza? 

Przeczący ruch głowy. 

Po chwili obok przystanął autobus, z którego wysypała się grupa zaciekawionych turystów. 

Kai wdał się w pertraktacje z szoferem i w końcu wyprosił od niego linę. Dał mu swój adres 

i obiecał, że odwiezie linę do zajezdni. 

W  kierowcy  jednak  obudziła  się  zawodowa  solidarność.  Zostawił  autobus  na  pastwę  losu, 

wczołgał  się  pod  unieruchomiony  kabriolet  i wielkim  głosem  jął  spod  kół  wykrzykiwać 

instrukcje. 

Przewodnik  grupy  wołał  go  przez  megafon.  Osiągnął  tyle,  że  szofer  wsunął  się  pod 

samochód jeszcze głębiej. Zrezygnowany przewodnik odwrócił się do wycieczkowiczów i podjął 

swą zwykłą opowieść o urokach okolicy. 

W  końcu  udało  się  wyciągnąć  szofera  spod  kabrioletu,  choć  nie  obeszło  się  bez  łagodnego 

przymusu.  Został  hojnie  obdarzony  papierosami,  nim  wreszcie  dał  spokój  i przypomniał  sobie 

o swoich obowiązkach. 

Szofer Lievena mocno splótł linę pomiędzy pojazdami i zasiadł za kierownicą kabrioletu. 

Ustalono, że miss Maud Philby wybierała się do Genui. 

–  My  także  tam  jedziemy  –  powiedział  Lieven.  –  Tak  więc  do  warsztatu  będzie  nam  po 

background image

drodze. 

Siedli we troje obok siebie. Wóz ruszył. Lieven krzyknął do szofera: 

– Hamulce działają?! 

– Tak. 

– Zatem hol nie przeszkodzi w płynnej jeździe – stwierdził uspokojony i podjął rozmowę ze 

swymi pasażerami. 

Po  dwudziestu  kilometrach  ujrzeli  szyld  warsztatu  samochodowego.  Wprowadzili  kabriolet 

do  środka,  oś  została  wymontowana.  Po  godzinie  pojawił  się  szofer,  który  zameldował,  że 

doraźna  naprawa  mija  się  z celem  i trzeba  sprowadzić  części  do  wymiany.  Za  trzy  dni  wóz 

powinien być gotów do drogi. 

Lieven spojrzał pytająco na Maud Philby. 

Skinęła głową. 

– Zostawię samochód tutaj. Czy moglibyście zabrać mnie do Genui? 

–  Chętnie  –  padła  uprzejma  odpowiedź.  –  Jedziemy  przecież  przez  Genuę.  Ale  może  chce 

pani jechać dalej? 

– Nie, tylko do Genui. Tam zaczekam. 

– Możemy już ruszać? 

Czas  naglił.  Lieven  jechał  szybko.  Od  morza  wiała  bryza.  Woda  miała  kolor 

ciemnoniebieski. Niebo i morze tworzyły znakomite tło dla profilu Amerykanki. Rysy jej twarzy 

wyglądały jak płaskorzeźba. Uwydatniał je mistrzowski makijaż. 

Kai wyłączył się z rozmowy. Ich współpasażerka należała do kobiet, które na pierwszy rzut 

oka  trudno  zaszufladkować.  W dodatku  była  Amerykanką,  a to  niebagatelnie  komplikowało 

ocenę.  W Europie  uznać  by  ją  należało  za  znakomitość  z półświatka,  jako  Amerykanka  mogła 

być równie dobrze żoną chorującego na wątrobę maklera. 

Wszystko  przemawiało  za  tym,  że  jest  egzaltowana  i ma  własny,  raczej  amerykański  styl 

bycia, w którym miesza się uprzejmość z rycerskością. 

W Genui rozstali się. Kai i Lieven pojechali dalej do Mediolanu. 

– Śliczna osóbka – rzekł Lieven. – Jej żółty kabriolet zdarzało mi się już widywać. Mieszka 

chyba w Nicei. 

– Ale wyprzedza nieuważnie. 

– Dużo ostrożniejsza jest w rozmowie. 

Była  z nami  sama,  przypuszczalnie  jest  niezamężna.  Potraktowała  nas  jednak  dość  lekko. 

Widać podobne przygody zdarzają jej się częściej i nie przykłada do nich większej wagi. 

– Jeśli ma pan rację, Kai, nasze szanse wobec niej rysują się całkiem obiecująco. 

– Przeciwnie, dopiero wtedy można by mówić o szansach, gdyby była z kimś. 

– Jak na mój gust jest kobietą co się zowie – Lieven zamyślił się – ale chyba zbyt sobie ceni 

background image

wygodę, by mogło do czegoś dojść. 

– Jest pan praktycznym człowiekiem – rzekł z uznaniem Kai. – Cóż za przezorność w takim 

oglądaniu  od  podszewki  rodzących  się  namiętności,  wyszukiwaniu  wszelkich  zabezpieczeń, 

zanim runie lawina uczuć. To cudownie praktyczne. 

Lieven pochylił się ku niemu. 

– Długie życie… – zaczął. 

Kai przerwał mu z uśmiechem: 

–  Wiem,  wiem…  nauczyło  pana,  że  we  wszystkim,  co  dotyczy  uczuć,  najpierw  trzeba 

wytyczyć  granice,  gdyż  powody  katastrofy  mogą  tkwić  wszędzie.  Coś  takiego  jednak  nie 

imponuje – to tylko rozsądek. 

–  Nazywa  pan  rozsądkiem  coś,  co  umożliwia  pełną  samoocenę.  Można  to  jednak  określić 

trafniej: jest to mądrość, rozważna i przewidująca. 

–  Pańska  mądrość  traktuje  dość  rygorystycznie  stację  początkową.  Znakomicie  umie  pan 

przewidzieć,  jaki  będzie  koniec;  niewykluczone,  że  ma  pan  równie  niezawodne  metody  oceny 

początku. Ale dzisiejsza zdobycz wygląda dość skromnie. 

Lieven zamyślił się. 

 

–  Zapomina  pan  o kabriolecie  oddanym  do  naprawy  –  powiedział  w końcu.  –  To  po  prostu 

dar  niebios.  Teraz  trzeba  całą  sprawę  pociągnąć  dalej  tak,  by  wszystko  wyglądało  jak  szkolne 

zadanie dla początkujących. Myślę, że dam sobie z tym spokój i przekażę sprawę Hollsteinowi. 

– Kto to taki? 

– Człowiek, który pojedzie dziś dla mnie na wyścigach: dwadzieścia trzy lata, doskonały za 

kierownicą,  trochę  jednak  idealista.  Obiecujące  predyspozycje,  pies  gończy  pierwszej  klasy, 

dobry w biegu, kiepski jednak podczas polowania. 

–  Stwierdzam,  że  przez  te  dwa  lata,  kiedy  się  nie  widywaliśmy,  stał  się  pan  wręcz 

wspaniałomyślny. Taki dar… 

–  To  jeszcze  nie  do  końca  postanowione.  A poza  tym  proszę  zauważyć,  że  moja 

wspaniałomyślność  idzie  w parze  z rozsądkiem:  ogranicza  się  do  spraw,  co  do  których  sam 

jeszcze mam wątpliwości. 

– Przy takim nastawieniu rzadko chyba odczuwa pan stratę. 

–  Taki  jest  cel.  Moja  postawa  jest  tak  egoistyczna,  że  chwilami  niemal  ociera  się 

o szlachetność: chroni innych… 

Powietrze  zmatowiało.  Przydrożne  zarośla  pokrywała  tak  gruba  warstwa  kurzu,  że 

przypominały  gipsowe  figury.  Jak  mgła  unosił  się  w powietrzu  biały,  wapienny  pył  i kłębił  się 

nad  polami.  Jeden  za  drugim  sunęły  terkoczące  automobile.  Droga  wiodła  wprost  na  tor 

wyścigowy w Monzie. 

background image

Słońce z rzadka przedzierało się przez pył. Sprawiał on przez to wrażenie jeszcze gęstszego. 

Strumień  pojazdów  kończył  się  po  kilku  kilometrach.  Trzeba  było  stać  w kolejce,  z której 

dopiero rozjeżdżano się na parkingi. 

 

Na  wypełnionych  po  brzegi  trybunach  panował  nastrój  gorączkowego  wyczekiwania. 

Obojętne,  czy  w teatrze,  czy  na  wyścigach,  tłumom  na  widowni  zawsze  towarzyszy  to 

podniecenie,  ogarniające  każdego  bez  wyjątku.  Łopotały  flagi,  w powietrzu  unosiły  się  balony 

reklamowe, z dołu dobiegał ryk silników – trwały jazdy próbne. 

Lieven zdziwił się, widząc tłumy na trybunach. Wraz z Kaiem udał się w stronę pomieszczeń 

technicznych,  by  sprawdzić,  jak  wygląda  jego  stanowisko  fabryczne.  Panował  tu  wielki  ruch. 

W kręgu  grupy  mechaników  dyskutowano  o czymś  z przejęciem.  Jakiś  młodzieniec  ruszył 

pośpiesznie w stronę Lievena. Miał zabandażowaną prawą rękę. 

– Hollstein, skąd ten opatrunek?! – zawołał Lieven i przedstawił młodego człowieka Kaiowi. 

– Miałem mały wypadek. 

–  Przecież  z tym  bandażem  nie  będzie  mógł  pan  jechać!  Co  teraz  zrobimy?  –  Lieven 

przyglądał się solidnie owiniętej ręce. – Co takiego się stało? 

–  Dziś  w południe  chciałem  raz  jeszcze  sprawdzić  smarowanie  i podniosłem  tył  auta. 

Musiałem  krzywo  podstawić  podnośnik,  bo  podczas  smarowania  wóz  się  obsunął  i koło 

przygniotło mi rękę. 

– No i…? 

– Stłuczenie. Na szczęście niezbyt poważne. Myślę, że jakoś z tym pojadę. 

Lieven gniewnie potrząsnął głową. Hollstein uśmiechnął się z przymusem. 

–  Mogę  jechać,  proszę  mi  wierzyć!  Będę  prowadził  głównie  lewą  ręką.  Świetnie  sobie  nią 

radzę, prawej nie muszę wcale używać. Poza tym do hamowania i zmiany biegów wyklepaliśmy 

specjalny  hak.  Przywiążę  go  mocno  do  przedramienia.  Jest  prawie  jak  ręka.  –  Przyniósł  hak 

i demonstrował,  jak  się  nim  posługuje.  Z niepokojem,  ale  i nadzieją  patrzył  na  Lievena.  Potem 

poszukał wsparcia u Kaia. – Proszę panów, przecież to proste. Na tak gładkim torze nic złego nie 

może się stać. 

Lieven nie wiedział, czy się roześmiać, czy złościć. 

–  Ten  pański  hak  jest  po  prostu  genialny!  Tak  użyteczny,  że  być  może  w przyszłości 

będziemy  konstruować  samochody  z takim  hakiem.  Na  razie  jednak  poczekamy.  Pan  nie  może 

jechać, zaraz wycofamy zgłoszenie. 

 

Twarz Hollsteina wyrażała rozpacz. Trzymał w ręce nieszczęsny hak i jeszcze próbował coś 

wskórać: 

– Objaśnię w samochodzie, będzie łatwiej zrozumieć. Zrobiłem już próbne okrążenie. – Siadł 

background image

za kierownicą i zaczął wiązać rzemień. 

Lieven chwycił go mocno za ramię. 

– Hollstein, zachowuje się pan jak dzieciak. Kiedy wóz pędzi sto pięćdziesiąt na godzinę, na 

północnej, wąskiej pętli  potrzebuje pan nie dwóch, lecz często trzech rąk, żeby utrzymać się na 

torze i nie przelecieć nad barierą. Wielka szkoda, ale nic pan już nie poradzi. Dobrze to świadczy 

o panu, że chce pan jechać. Ale pan nie pojedzie. Byłaby to niewiarygodna lekkomyślność. Pójdę 

teraz  odwołać  pański  udział  w wyścigu.  –  Po  koleżeńsku  chwycił  zabandażowaną  rękę 

Hollsteina, potrząsnął nią i krótko dodał: – Ale spodziewam się, że wkrótce się zagoi. 

Oddalił się wraz z Kaiem, zostawiając osłupiałego Hollsteina. 

Przeciskali się przez tłum. Trasa była ogrodzona. Pierwszy wyścig zaczynał się niebawem. 

–  Lieven,  dlaczego  pan  się  gniewa?  –  mówił  Kai.  –  Młody  człowiek  robi  jak  najlepsze 

wrażenie. 

–  Rzeczywiście  jest  dobry  –  odparł  Lieven.  –  Jeden  z najlepszych,  jakich  znam,  młody, 

zadziorny,  lecz  jeszcze  chyba  mało  rozważny.  Trzeba  na  niego  uważać  i mocno  trzymać 

w ryzach. – Narastał huk podobny do ryku przelatujących szrapneli. Pierwsze pojazdy ze świstem 

przemknęły po torze.  Lieven rzucił okiem  za siebie. – Gdyby Hollstein  miał jechać, zależałoby 

mi,  żeby  pan  obejrzał  maszynę.  Dyrektor  naszej  fabryki,  Pesch,  siedzi  już  ze  stoperem  na 

trybunie. Jeszcze o niczym nie wie. 

Dziś rano był tutaj – ciągnął Lieven. – Telefonował, że wszystko jest w porządku i że mam 

przyjeżdżać.  Potem  pojechał  do  Mediolanu  i stracił  naszą  ekipę  z oczu.  Chciał  mierzyć  czas 

z trybuny, podczas  gdy ja stanąłbym  ze stoperem za zakrętem  Lesmo.  W ten sposób dałoby  się 

uniknąć zaliczania pełnych okrążeń. Już podczas treningu wypadliśmy interesująco, może nawet 

zbyt interesująco. – Znów rozległ się ryk i przeleciało kilka maszyn. Lieven potupywał nerwowo. 

–  Co  za  wrażenie!  Tyle  razy  oglądałem  wyścigi,  że  już  nie  powinny  na  mnie  działać.  Kiedy 

jednak  słyszę  silnik  wyjący  na  pełnych  obrotach,  za  każdym  razem  skóra  mi  cierpnie.  To 

doprawdy irytujące, że tym razem musimy zrezygnować. 

Naraz usłyszał, że ktoś go woła. Odwrócił się. Jeden z mechaników biegł do niego. 

– Niech pan szybko przyjdzie… 

– Co się stało? 

– Hollstein… 

– Co z nim? 

– Zerwał opatrunek. 

Lieven poczerwieniał z wściekłości i pośpiesznie podążył za mechanikiem. 

Po  drodze  dowiedział  się,  co  zaszło.  Kiedy  Lieven  i Kai  odeszli,  Hollstein  zachowywał  się 

spokojnie. Mechanicy pocieszali go, ale wydawało się, że nic do niego nie dociera. Przejrzał wóz 

– biegi, pedały. Potem siadł na masce i gryzł papierosa. Nagle usłyszał ryk startujących maszyn 

background image

i zobaczył,  jak  z łoskotem  przemyka  pierwsza  z nich.  W jednej  chwili  coś  się  z nim  stało. 

Uderzył  zranioną  ręką  o maskę  i zanim  komukolwiek  udało  się  doskoczyć,  potargał  bandaże 

ż

elaznym hakiem. 

Byli  na  miejscu.  Hollstein  stał  bardzo  blady,  z dzikim  wzrokiem  i mocno  zaciśniętymi 

ustami. Prawa ręka wisiała bezwładnie, z opatrunku zostały jedynie zakrwawione strzępy. 

Lieven  chwycił  hak,  który  dotychczas  trzymał  jeden  z mechaników,  i zaczął  kląć.  Gdy 

jednak ujrzał nieprzytomny wyraz twarzy szofera, dał spokój, wyrzucił hak do kąta i położył dłoń 

na ramieniu Hollsteina. 

– Wiem, co to znaczy, kiedy trzeba rezygnować z wyścigów. Szczególnie boleśnie odczuwa 

się to w pańskim wieku, chyba nawet bardziej niż utratę kobiety. Powinien był pan kląć, wyć i – 

niech  tam!  –  nawet  próbować  z tym  hakiem  lewą  ręką.  Proszę  mnie  dobrze  zrozumieć:  można 

było od biedy poprowadzić wóz samą lewą. Ale to, co pan zrobił, było doprawdy niepotrzebne. 

Chyba się pan zgodzi? 

Hollstein bezgłośnie poruszał ustami. Lieven patrzył na krwawiącą rękę. 

– W tym wyścigu chodziło tylko o próbę, nie zależało nam na zwycięstwie. 

Hollstein wykrztusił: 

– Wygrałbym na pewno. 

Jego kredowobiała twarz stężała z bólu. Lieven spojrzał na szofera z góry i cienko gwizdnął. 

–  Ach,  o to  chodzi.  –  Zaśmiał  się.  –  Więc  zamierzał  pan  spłonąć.  Mieliśmy  zatem  sporo 

szczęścia. Nie ma rady, trzeba odłożyć tę próbę do następnego razu. 

Udręczony Hollstein próbował oponować: 

– Później zostaje nam już tylko Puchar Mediolanu. 

Lieven udobruchał się. 

– Wiem. I chcielibyśmy go zdobyć. 

Hollstein  potrząsnął  głową.  Z szeroko  otwartych  oczu  naraz  trysnęły  mu  łzy  i spłynęły  po 

policzkach. Twarz pozostała jednak nieporuszona. 

Kai odciągnął Lievena na stronę, po czym podszedł do Hollsteina. 

– Pojadę w tym wyścigu – oznajmił. 

– Pan? Kiedy? 

– Dzisiaj, teraz. – Odwrócił się do Lievena: – Myśli pan, że uda się jeszcze zgłosić zmianę? 

– Kai, pan naprawdę chce jechać? 

–  To  mnie  podnieca.  W zasadzie  znam  tor,  z maszyną  jakoś  sobie  poradzę.  Nie  muszę 

wygrać, myślimy przecież tylko o próbie. Możemy się jeszcze wpisać na listę? 

Lieven niemal dał się przekonać. 

 

–  Obawiam  się,  że  nie.  Skoro  jednak  chce  pan  jechać,  postaramy  się  to  zaraz  zgłosić.  Jak 

background image

daleko jest pierwsza grupa? 

– Na trzecim okrążeniu – rzekł mechanik. 

–  Druga  runda  trwa  mniej  więcej  godzinę.  Mamy  zatem  dość  czasu  na  przygotowania. 

Najlepiej będzie, jeśli w trójkę pójdziemy do dyrekcji wyścigów. Przedtem jednak do lekarza. 

Hollstein  dalej  nie  słuchał.  Zostawił  swych  rozmówców,  pobiegł  do  biura  i przyprowadził 

kierownika  wyścigów.  Chwilę  rozmawiali,  po  czym  człowiek  ów  znikł  w biurze,  by  omówić 

sprawę z kolegami. Lekarz opatrzył ranę Hollsteina. W końcu Kai dostał zezwolenie na start. 

Hollstein  zmienił  się  całkowicie.  Wyjaśnił,  że  może  znów  poruszać  palcami,  posunął  się 

nawet do stwierdzenia, jakoby uderzenie o maskę wpłynęło dobroczynnie na stan ręki i że lekarz 

niechybnie  by  się  zdziwił,  gdyby  ją  zobaczył:  z pewnością  nie  spodziewał  się  tak  szybkich 

postępów w kuracji. 

– Bez wątpienia – mruknął Lieven i zapytał Kaia: – Pamięta pan jeszcze ten tor? 

– Ścigałem się na nim trzy lata temu. Dla orientacji pierwsze okrążenie pojadę ostrożnie. Jak 

wóz trzyma się na zakrętach? 

–  Jeśli  będzie  pan  na  nie  wchodził  ze  środka,  na  pewno  nie  wypadnie  pan  z toru  –  rzekł 

Hollstein. 

–  Świetnie.  Pojadę  tak,  żeby  można  było  zmierzyć  czas  przy  pełnej  prędkości.  Czy  trzeba 

wymieniać opony? 

–  Po  trzecim  okrążeniu  trzeba  zmienić  wszystkie.  Chcemy  się  przekonać,  ile  gumy  zedrze 

pan na zakrętach i, być może, zamówimy solidniejsze opony na wyścigi o Puchar Mediolanu. 

Hollstein  podniósł  maskę  i pokazywał  Kaiowi  nowe  rozwiązania  konstrukcyjne  silnika. 

Nieoczekiwanie obaj pogrążyli się w rozmowie na tematy techniczne. 

Drugi wyścig już się zaczął. Hollstein pociągnął Kaia za sobą. 

–  Musi  pan  się  przebrać.  Proszę  włożyć  moje  rzeczy,  chyba  będą  na  pana  pasowały. 

Potrzebuje pan spodni, kurtki, paska… a może lepszy byłby kombinezon? Mam wszystko! Chce 

pan kask? Może być też grubo wywatowana czapka. Okulary? Proszę wziąć jaśniejsze. W słońcu 

będzie pan doskonale widział nierówności. Na dużym zakręcie tor jest trochę wyjeżdżony, dalej 

trafi  pan  na  twardy  grunt.  Nie  powinien  się  pan  niczego  obawiać,  nawet  jeśli  spod  kół  pryśnie 

trochę  żwiru.  Rękawice?  Dobrze,  można  się  bez  nich  obejść,  koło  kierownicy  jest  wyłożone 

gumą.  –  Troszczył  się  o Kaia  jak  matka.  –  Jeśli  pojedzie  pan  ostro,  będzie  pan  od  razu 

w czołówce.  Wóz  ma  znakomite  przyśpieszenie.  –  Po  chwili  dodał  ciszej:  –  Kto  wie,  czy  nie 

jedzie pan po zwycięstwo… Kai zmrużył oko. 

– Ależ pan zawzięty… 

Zjawił się Lieven. 

Kai, może pan wyjeżdżać. Drugi wyścig się skończył. Silnik zawarczał. Kai zajął właściwą 

pozycję.  Praca  wysokoobrotowej  maszyny  robiła  wrażenie.  Karoseria  nie  przejmowała  całości 

background image

wibracji i drgania wstrząsały ciałem, przenikały do krwi. 

Wóz  potoczył  się  na  pole  startowe.  Kai  podał  swój  numer  i zgłosił  zmianę  kierowcy.  Po 

dwóch minutach z megafonów na trybunach usłyszał swoje nazwisko. 

Uważnie  przyglądał  się  podjeżdżającym  maszynom.  Ustawiały  się  w małych  boksach  – 

prostokątach nakreślonych zmieloną kredą. Nie wszyscy zawodnicy byli na stanowiskach. Jeden 

nerwowo  wygładzał  bluzę  i szarpiąc,  poprawiał  kołnierz,  inni  w ostatniej  chwili  próbowali  coś 

ulepszać. Niedaleko Kaia toczyła się rozmowa, czyjeś plecy zasłaniały kierowcę. 

Kai  starał  się  rozluźnić  i zachować  spokój.  Ustalił,  że  gawędzący  zawodnik  nosi  szyte, 

brązowe  buty  na  gumowych  obcasach,  ma  za  ciasną  skórzaną  czapkę,  a nogi  stojącej  obok 

kobiety są pierwszej klasy. 

Teraz dostrzegł również dłoń w długiej rękawiczce, która wydała mu się znajoma. Musiał ją 

gdzieś niedawno widzieć. Kiedy mężczyzna usunął się na bok, Kai poznał kobietę, z którą jechał 

do Genui. To była Maud Philby. 

Ku jego radości w tej właśnie chwili zaczął się wyścig. 

Oczy  Kaia  powędrowały  dalej.  Wkrótce  jednak  poczuł  na  sobie  czyjeś  spojrzenie.  Bez 

ceremonii  przechwycił  je  i wytrzymał  przez  chwilę,  udając,  że  nie  poznaje.  Potem  odwrócił  się 

w stronę  trybun,  rzucił  raz  jeszcze  okiem  na  publiczność.  Wreszcie  w ostatniej  chwili  zręcznie 

dał do zrozumienia, że sobie przypomina, i z całym spokojem, a także pewną rezerwą, pozdrowił 

damę. 

Wprawił ją w zakłopotanie, co poznał po tym, jak mu odpowiedziała: zbyt wcześnie i dlatego 

w pośpiechu; była wyraźnie niezadowolona, że nie poznał jej od razu. 

Nie  patrzył  więcej  w tamtą  stronę,  wiedział  jednak,  że  wciąż  jest  pod  obserwacją.  Udział 

Kaia w wyścigu wyraźnie zaskoczył Maud Philby. 

Kierowca podszedł do swej maszyny i Kai miał uczucie, że bezustannie mu się przypatruje. 

Wywnioskował, że oboje mówią o nim. Usadowił się jak najwygodniej; bardzo teraz żałował, że 

nie wolno mu wygrać wyścigu. 

 

Rozległ  się  strzał.  Silniki  zawyły  i biały  wóz  Kaia  skoczył  naprzód,  dał  się  jednak 

wyprzedzić  i przyblokować.  Utkwił  pośród  grupy,  nie  mógł  się  z niej  wydostać.  Czołówka 

znajdowała  się  dwieście  metrów  przed  nim.  Pierwszy  zakręt  Kai  pokonał  dziewięćdziesiątką. 

Wóz dobrze trzymał się toru. Za drugim razem wszedł ostrzej w luk i znakomicie pokonał zakręt. 

Zadowolony  zwiększył  szybkość  i starał  się  ją  utrzymać.  Próby  sprawdzenia,  jak  pojazd  bierze 

zakręty,  spowodowały  jednak  straty  na  trasie.  Kai  dał  się  wyprzedzić  dwóm  zawodnikom.  Na 

początku  trzeciego  okrążenia  mocno  docisnął  pedał  gazu.  Omal  nie  stracił  panowania  nad 

maszyną,  zaskoczyła  go  ogromna  nadwyżka  mocy.  Wyprzedził  dwóch  rywali  i podjechał  na 

stanowisko obsługi. 

background image

Hollstein wcisnął mu do ust papierosa. Kai pośpiesznie się zaciągnął. 

– Silnik ciągnie bardzo dobrze. 

Mechanicy mocno dokręcili śruby. 

Czołówka miała dwa kilometry przewagi. Kai jednak już wiedział, jak trzeba jechać, i powoli 

odrabiał  straty.  Z łatwością  wyprzedził  kilka  maszyn  i zbliżył  się  do  prowadzącej  grupy.  Linię 

mety  przejechał  na  niezłej,  czwartej  pozycji,  dziewięćdziesiąt  sekund  za  zwycięzcą.  Wygrał 

kierowca, który rozmawiał z Maud Philby. 

Lieven cieszył się. 

– Zdumiewająco łatwo opanował pan wóz. Jak pan myśli, mamy widoki na Prix Europy? 

– Auto jest bardzo szybkie. 

Mechanicy przynieśli opony. 

– Tylko trochę starte. Po bokach są w dobrym stanie, co oznacza, że wóz mocno trzyma się 

drogi. Nie wynosiło pana z zakrętów? 

–  Nie,  maszyna  pewnie  trzyma  się  podłoża.  Dobrze  byłoby  poćwiczyć  technikę  brania 

zakrętów. To szansa dla tego wozu. 

– Jutro wszystko rozmontujemy i dokładnie sprawdzimy, co ucierpiało najbardziej. 

Koło  stanowiska  przetoczył  się  cały  sznur  aut  szykujących  się  do  następnego  wyścigu. 

Hollstein siedział na barierze i czuł się szczęśliwy. 

Czekał  na  konstruktora,  którego  spostrzegł  dopiero  w chwili,  gdy  ten  stał  tuż  obok  niego 

i krzyczał: 

– Tak ostrożnie brał pan dziś zakręty…! 

Hollstein uradowany wskazał na Kaia, podnosząc przy tym zabandażowaną rękę. 

– To nie ja siedziałem za kierownicą. 

Lieven wyjaśnił, co się stało. 

– Jaki ma pan czas? – zapytał Pesch. 

 

Porównali wskazania stoperów. Lieven wybuchnął śmiechem. 

–  Nie  ma  wątpliwości,  Kai.  Pod  koniec  osiągnął  pan  szybkość  dochodzącą  do  stu 

siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. 

Pesch był podniecony. 

–  To  więcej,  niż  się  spodziewaliśmy.  –  Zwrócił  się  do  Kaia;  –  Czy  według  pana  silnik  ma 

jakieś rezerwy? 

– Oceniam, że można liczyć jeszcze na jakieś dziesięć do dwudziestu kilometrów na godzinę. 

Pesch wpatrywał się w Kaia. 

– Kiedy pan dokładnie pozna wóz, pojedzie pan jeszcze prędzej. 

– Niestety, do tego nie dojdzie – odparł uprzejmie Kai. 

background image

Pesch puścił to mimo uszu. 

– Musimy koniecznie o tym pomówić. Teraz idę do dyrekcji wyścigów. Czy moglibyśmy się 

spotkać dziś wieczorem? 

Kai zerknął na Lievena. 

– To się da zrobić. 

 

Hollstein zeskoczył z bariery i zawołał zaskoczony: 

– Murphy do nas idzie! 

Kai nastawił uszu. To nazwisko przez ostatnie dwa lata stało się sławne. Należało do jednego 

z najlepszych amerykańskich kierowców wyścigowych. 

– To Murphy brał udział w wyścigu? – zapytał. 

– Przecież właśnie on wygrał – zaśmiał się Hollstein. 

Kai nie zwracał uwagi na nazwiska kierowców i teraz go zdziwiło, że obsada była tak bardzo 

międzynarodowa. Przyszło mu do głowy, że Murphy to zapewne ów kierowca, który stał razem 

z Maud Philby. Zaciekawiony rozejrzał się za nim i naraz zobaczył, że nadchodzi razem ze swą 

towarzyszką. 

Rzucił szybkie spojrzenie Lievenowi. 

W  uprzejmych  słowach  Murphy  podziękował  Lievenowi  za  pomoc  okazaną  miss  Philby 

podczas  wypadku.  Wóz,  którym  jechała,  mówił,  należy  do  niego,  tym  bardziej  więc  czuje  się 

zobowiązany za odstawienie go do dobrego warsztatu. 

Możliwość podtrzymania  znajomości  ucieszyła  Lievena.  Rozmowa o wypadku była jedynie 

pretekstem,  ale  ten  pretekst  był  mu  na  rękę.  Lieven  zakładał,  że  Murphy  robi  to,  czego  chce 

Maud  Philby.  Jeśli  nawet  poznali  się  w nieszczególnych  okolicznościach,  teraz  –  inaczej  na  to 

patrząc  –  należało  uznać,  że  znajomość  utrwaliła  się  na  tyle,  ile  uważał  za  stosowne.  Przede 

wszystkim  jednak  czuł  się  zniewolony  osobliwą  elegancją  Maud  Philby  i gotów  był  na  każdy 

kompromis. Ta sfera jego życia nie była pozbawiona sukcesów, dlatego też doskonale wiedział, 

ż

e nie należy przeceniać zobowiązań kobiety wobec jej partnera. 

Kai  nie  podzielał  zdania  Lievena.  Wedle  niego  to  raczej  Murphy’emu,  a nie  Maud  Philby, 

zależało  na  wykorzystaniu  okazji.  Tym  bardziej  że  Amerykanin  ani  razu  nie  wspomniał 

o wyścigu, a przecież temat ten wręcz prosił się o rozmowę. 

Murphy  opowiadał  zabawne  historyjki,  jego  dowcip  chwilami  stawał  się  niemal  jowialny. 

Wciągał w rozmowę Hollsteina, a rzucane mimochodem słowa w połączeniu z uśmieszkami miss 

Philby miały tworzyć beztroski nastrój. Nie zmieniając tonu, odezwał się naraz do Kaia: 

– Gratuluję, pańska jazda była wspaniałą improwizacją. Gdyby pan trenował, zapewne bym 

z panem  przegrał.  –  Te  uprzejme  słowa  rzucił  z pewną  nonszalancją,  dając  wyraźnie  do 

zrozumienia,  że są tylko zdawkowym  komplementem, zwykłą  galanterią, opinią, której nikt nie 

background image

traktuje serio. Znów przywołał na usta uśmieszek, jakby chciał opowiedzieć kolejną anegdotę. – 

Pod  koniec  jechał  pan  niemal  sto  siedemdziesiąt  kilometrów  na  godzinę…  Spojrzał  w drugą 

stronę,  starając  się  okazać,  że  myśli  teraz  o czymś  innym.  Położył  dłoń  na  ramieniu  Hollsteina 

i dał do zrozumienia, że poza tą jedyną odpowiedzią nic  go już nie interesuje. Kai jednak w lot 

pojął,  że  całe  spotkanie  Murphy  zaaranżował  jedynie  w tym  celu,  by  zadać  owo  pytanie.  Teraz 

w napięciu oczekiwał odpowiedzi. 

Nie krył rozczarowania, gdy Kai obojętnie odparł: 

–  Ma  pan  rację,  silnik  nie  spisał  się  najlepiej.  Amerykanin  nie  dawał  za  wygraną.  Niby  od 

niechcenia rzucił na pożegnanie: 

–  Będziemy  teraz  częściej  widywać  się  na  torze…  Kai  nie  chciał  kolejną  wykrętną 

odpowiedzią  sprawiać  wrażenia,  że  ma  coś  do  ukrycia.  Po  takim  debiucie  ocenił  Murphy’ego 

jako dobrego, choć trochę niecierpliwego dyplomatę i chciał mu okazać, jak mało go to wszystko 

obchodzi. Wzruszył ramionami i rzekł: 

– Bardzo możliwe. 

Umyślnie powiedział aż tyle, choć dotychczas niczego nie postanowił. 

Przy tym niby przypadkiem skierował wzrok w stronę Maud Philby i dostrzegł w jej oczach 

drwinę  wywołaną  chybionymi  zabiegami  Amerykanina.  Wywnioskował,  że  choć  rozumie 

Murphy’ego,  który  starał  się  przejrzeć  nowego  przeciwnika,  nie  popiera  jednak  takiego 

postępowania. Na myśl, że znajomość będzie miała ciąg dalszy, Kai odczuł podniecenie. 

Maud  Philby  uznała  natomiast,  że  nadarza  się  okazja  do  ekscytującego  flirtu  stwarzającego 

możliwość  najprzeróżniejszych  kombinacji.  Nie  byłaby  Amerykanką,  gdyby  coś  takiego 

przepuściła.  Zbyt  nęcąco  rysowała  się  szansa  uknucia  misternej  intrygi,  w której  jednocześnie 

mogła się czuć upragnioną nagrodą i działać na własny rachunek. Po takich partnerach można się 

było wiele spodziewać. Im bardziej sprawa wyglądała niejednoznacznie, tym szybciej dojrzewały 

decyzje miss Philby. 

Lieven powziął już pewien plan. Zamierzał się taktownie wywiedzieć, co łączy Maud Philby 

z Murphym, 

by 

potem 

więzy 

te 

systematycznie 

i po 

przyjacielsku 

podkopywać, 

a w rozstrzygającej  chwili  znaleźć  się  na  właściwym  miejscu.  Wiedział,  jakie  to  ważne,  by 

wytropić  u płci  pięknej  chwilę  słabości  i ją  wykorzystać.  Każda,  nawet  najodporniejsza  kobieta 

miewa dni, w których słabnie jej hart ducha i, bezbronna, ulega mężczyźnie, jeśli ten to dostrzeże 

(chwała  Bogu  rzadko  dostrzega)  i rozpocznie  skuteczne  oblężenie.  W miłości  był  trochę  jak 

maruder  i nie  miał  żadnych  złudzeń.  Uważał,  że  naprawdę  trudno  tutaj  podporządkować  się 

zwykłym regułom i nacierać frontalnie; nie zawsze da się zadośćuczynić wymaganiom sumienia, 

w innych sytuacjach nawykłego do otwartego stawiania spraw. 

Dziwaczny  wielokąt,  w którym  każdy  milcząco  upatrywał  czegoś  dla  siebie,  utwierdzał  tę 

znajomość  o wiele  bardziej  niż  zwyczajna,  wzajemna  sympatia.  Niezmiernie  ożywiona  Maud 

background image

Philby zaprosiła wszystkich na herbatę w któryś z nadchodzących dni. 

 

Pesch czekał już na Kaia i Lievena. Zaproponował, by teraz, późnym popołudniem, jechać do 

Genui. Jeszcze przez kilka godzin będzie jasno, Lieven uznał zatem, że jadąc w szybkim tempie, 

pokonają większą część trasy, nim zapadnie zmrok. 

 

W  drodze  rozmowa  się  nie  kleiła.  Kai  rozsiadł  się  wygodnie  i przespał  kilka  godzin.  Od 

pewnego  czasu  czuł  się  zmęczony.  Oświadczył,  że  najwspanialej  śpi  w samochodzie  jadącym 

z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Jeśli nawet sen nie jest twardy i głęboki, 

można to sobie z nawiązką powetować równoczesnym odczuwaniem skrajności – przebłyskami 

rozespanej  świadomości,  do  której  dociera  ciemny,  szumiący  powiew  szybkiej  jazdy, 

i bezczasowym  strumieniem  snów,  przy  czym  oba  te  światy  się  mieszają.  Nudzącemu  się 

Peschowi  powiedział,  że  coś  takiego  da  się  określić  jako  włóczęgę  przez  chaos,  po  czym 

z czystym  sumieniem  zapadł  w sen  tak  wyborny,  że  obudził  się,  dopiero  gdy  klaksony  otrąbiły 

przybycie do Miramare. 

Kolację  jedli  późnym  wieczorem  na  tarasie.  Z tyłu  jarzyły  się  szerokie  okna  sali 

restauracyjnej,  przed  tarasem,  głęboko  w dole,  widać  było  nieliczne  liście  wydobywane  przez 

ś

wiatło z ciemności ogrodów palmowych. 

Via  San  Benedetto  tonęła  w bladym  świetle;  po  lewej  nad  spowitym  w noc  miasteczkiem 

pochylała  się,  strzegąc  go  zazdrośnie,  Statione  Principe.  Daleko  z tyłu,  zawieszony  wysoko 

w ciemnościach, błyszczał jasnym światłem szyld hotelu Savoy. 

Pesch zagłębił się w fotelu i zapytał Kaia: 

– Jak się panu podoba nasz wóz? 

– Bardzo. 

– Jeszcze do końca pan go nie poznał. Na następnych wyścigach trzeba będzie wypróbować 

go bardziej gruntownie, pojechać ostrzej. 

Kai skinął głową. Pesch milczał wyczekująco. Po chwili dalej sondował: 

– Można by do tego czasu potrenować… 

– Z pewnością; ręka Hollsteina zagoi się dużo wcześniej. 

– Bawimy się w chowanego – wtrącił się Lieven. – Kai, dlaczego pan się wykręca? Przecież 

wiemy, o co chodzi. 

–  Ach  tak  –  rzekł  z uśmiechem  Kai.  –  Chcielibyście,  żebym  pojechał  w wyścigu  o Puchar 

Mediolanu? 

– Tak – odparł Pesch. – O tym chciałem z panem pomówić. 

–  To  stało  się  zbyt  prędko.  Nie  chciałbym  jechać.  Jestem  tu  dopiero  kilka  dni  i bardzo 

możliwe,  że  niebawem  wyjadę.  Cztery  tygodnie  to  dużo  czasu.  Biorąc  pod  uwagę  powody,  dla 

background image

których  przyjechałem,  decyzja  jest  dla  mnie  zbyt  trudna.  Mam  zobowiązania  i właśnie  dlatego 

muszę odmówić. 

Pesch jednak kusił: 

–  Wyścig  mediolański  traktuję  jedynie  jako  przygrywkę.  Chodzi  przede  wszystkim  –  tu 

zrobił  efektowną  pauzę  –  o mistrzostwa  Europy  wjeździe  górskiej,  gdzie  właśnie  pan  powinien 

pojechać. 

– Mistrzostwa Europy na trasie Targa Florio. Cztery lata temu przejechał pan ten dystans. – 

Lieven pochylił się z przejęciem. 

– Miałby pan wszystko do dyspozycji… – dodał wolno Pesch. 

Nie było odpowiedzi. 

Pesch dokończył: 

– Sposób, czas trwania i terminy treningów zależą wyłącznie od pana. 

Teraz czekał. 

Kai  zwlekał.  Poznał  już  urok  wyścigów  automobilowych,  wobec  których  inne  dziedziny 

sportu wydają się wręcz dyletanckie. Dziś po południu znów zetknął się z tą atmosferą; uwielbiał 

chwilę, w której przeobrażał się w zawodnika i siadając za kierownicą wozu wyścigowego, całe 

swe doświadczenie, duszę i jestestwo kierował na osiągnięcie niedorzecznego celu – musiał być 

szybszy  o kilka  sekund  niż  inni  ludzie  w takich  samych  pojazdach.  Istota  rekordu  polegała  na 

negowaniu samego siebie; właśnie dzięki temu łatwiej i z całą bezwzględnością mógł wyzwolić 

w sobie nadzwyczajną wolę walki i wydestylować z niej żar oczekiwań tak wielkich, jakby szło 

o istnienie  całego  świata,  kiedy  w rzeczywistości  oznaczało  to  zaledwie  kilkumetrowe 

zwycięstwo nad podobnymi sobie, którzy nosili pikowane kamizelki i lubili pieczyste z rożna. 

Kai  umiał  docenić  propozycję.  Wydawało  mu  się  jednak,  że  jeszcze  jej  czegoś  brak,  że 

wobec  zapału,  z jakim  tu  przybył,  jest  dalece  niewystarczająca.  Coś  buntowało  się  w nim  i nie 

pozwalało jej przyjąć. Wstał. 

– Nie, nie chcę, nie chciałbym teraz podejmować decyzji. 

Pesch skinął głową. 

–  Jak  pan  uważa.  Ale  niech  pan  to  przemyśli.  Zostaję  w San  Remo  jeszcze  przez  tydzień. 

Czekam na pana… 

Kai zwrócił się do Lievena. 

–  Moglibyśmy  wyjechać  jutro  wczesnym  rankiem?  Trochę  boję  się  o Frute.  Nie  jest 

przyzwyczajona zostawać długo sama. A teraz chyba pójdziemy spać. 

Przez  chwilę  jeszcze  stał  na  balkonie  i wyrzucał  sobie,  że  nie  zabrał  suki.  Była  do  niego 

bardzo  przywiązana  i na  pewno  tęskniła.  Postanowił,  że  nazajutrz  kupi  jej  funt  polędwicy 

wołowej. Przepadała za nią. 

 

background image

III 

 

Maud  Philby  miała  swoje  sposoby  wymuszania  haraczu,  tak  skuteczne,  że  dostawała  go 

nawet  wówczas,  kiedy  nie  chciała.  Danina  była  znacznie  wygodniejsza  niż  narażanie  się  na 

wymianę  ognia  –  tej  zawsze  lepiej  unikać.  Znała  na  wylot  wszystkie  pułapki  oraz  subtelności 

flirtu i w końcu zawsze odnosiła sukces. Gdyby było inaczej, uznałaby to za blef. 

U  Lievena  taktykę  ostrożnego  wyczekiwania  rozgryzła  w jeden  dzień.  Lieven  został 

odpowiednio  sklasyfikowany  i stracił  w jej  oczach,  Kai  natomiast  zabiegom  miss  Philby 

przeciwstawił uprzejmy brak zainteresowania. Amerykanka nie natrafiała również na jego opór, 

toteż nigdy nie wiedziała, czy jej strzały są celne. 

Zbyt długo mieszkała w Ameryce, aby była w pełni zdolna do cywilizowanego flirtu. Lubiła 

wprawdzie  ten  rodzaj  szermierki  i uprawiała  go  po  mistrzowsku,  ale  tajemnica  milczenia,  jej 

przemożne oddziaływanie nie należały do repertuaru miss Philby. 

Nie pojmowała, że  Kai na nią nie reaguje,  uznała to za bierny opór. Chociaż nie  musiał jej 

przyświecać żaden cel, nabyła już dość europejskiej ogłady, aby brać w rachubę i taką możliwość 

– w zbyt małej jednak mierze, by w sprawach flirtu, tej na wskroś europejskiej sztuki, nie poddać 

się amerykańskiemu pomieszaniu spraw. To zaś nie pozwalało jej dostrzec we flircie czarownej, 

pełnej  wdzięku,  czasem  doprawionej  smutkiem  (przecież  we  flircie  wyrzekamy  się  spełnienia 

właśnie  ze  względu  na  melancholijną  mądrość)  konwersacji  i kazało  go  traktować  jak  sport, 

w którym dopuszczalny jest wyłącznie happy end. 

Pewnego  dnia  rankiem  wszyscy  spotkali  się  na  korcie  tenisowym.  Maud  Philby  wpadła  na 

szczególny  pomysł  –  chciała  grać  o wschodzie  słońca.  Wyświadczono  jej  grzeczność, 

towarzystwo  stawiło  się  punktualnie.  O wczesnej  godzinie  piękną  okolicę  rozjaśniał  fiołkowy 

brzask.  Zaspani  balownicy  przykucnęli  po  kątach,  ciemne  karły  w szarym  półcieniu,  krzewy 

i kamienie  zaczarowane  w figury  znad  niewidocznych  jeszcze,  choć  głośno  szumiących  wód 

kołyszącego  się  morza.  Wraz  z pojawieniem  się  słońca  nadleciał  wiatr,  o którym  Maud  Philby 

każdego  ranka  umiała  powiedzieć  coś  trafnego.  Wyjątkowo  ładnie  potrafiła  okazywać  zachwyt 

i było jej z tym do twarzy. 

Zaczynało  wiać  zawsze  o tej  samej  porze.  Wiatr  zdawał  się  przybywać  nie  wiadomo  skąd, 

z wnętrza  budzącej  się  do  życia  szarości,  miękkiej  jak  pióra  mew.  Początkowo  czuło  się  jakiś 

chłód  na  czole,  który  stopniowo  narastał  i przeobrażał  się  w wiatr.  Z mglistych  oparów 

wynurzało  się  ołowiane  morze,  rozdygotane,  niespokojne.  Dalej  rozpościerało  się  niebo,  które 

z wolna nabierało barw. 

Maud Philby spoglądała przed siebie ze zmarszczonym czołem. 

–  Dwie  rzeczy  w życiu  uważam  za  zbyt  trudne,  choć  ambicja  każe  mi  dopiąć  swego: 

zobaczyć,  jak  porusza  się  godzinowa  wskazówka  zegara  i jak  przemyka  blask  jutrzenki  na 

background image

bezchmurnym niebie. Ani jedno, ani drugie dotychczas mi się nie udało, nie umiałam wpatrywać 

się wystarczająco długo i w skupieniu. Żyjemy w zabieganym stuleciu, Murphy… 

Czerwień  stawała  się  coraz  intensywniejsza.  Naraz  wystrzeliło  słońce,  od  razu  wysoko  na 

niebie,  ogniste,  gorejące.  Morze  zadrżało…  oczywiście  drugiego  ranka  Maud  Philby  chciała  to 

zobaczyć…  i przybrało  barwę  srebrzystego  brokatu,  piasek  na  kortach  przemienił  się  w złoto, 

hotel zaś zaróżowił na podobieństwo brodzącego flaminga – takie to porównania wymyślała miss 

Philby, nim pierwszy raz uderzyła rakietą. 

Innym pomysłem Amerykanki było śniadanie w plenerze. W małej hali klubowej podstawili 

głowy  pod  tryskające  z prysznica  jasne  strugi  wody,  zestawili  razem  kilka  giętych  stolików 

i krzeseł, a po chwili pojawiły się talerze i dzbanki. 

Maud  Philby  ogromnie  się  troszczyła,  by  każdy  dostał,  co  lubi.  Sama  wzięła  grzanki 

z masłem  i rzeżuchę  wodną.  Lieven  dostał  duże  kawałki  arbuza  doprawione  pieprzem 

i musztardą  ziołową,  które  bardzo  sobie  chwalił.  Murphy  zamówił  czarną  kawę,  Kai  zaś 

stwierdził, że z rana najlepiej smakuje papieros, trochę jak orzeszki ziemne z migdałami. 

Maud  Philby  orzekła  jednak,  że  samym  papierosem  nie  da  się  żyć.  To  był  jeden  z jej 

największych  przymiotów  –  podczas  jedzenia  wygłaszała  wyłącznie  komunały  i starała  się  nie 

zadręczać  otoczenia  problemami  duszy.  Kai  dostosował  się  do  obowiązujących  reguł  i kazał 

sobie przynieść ananasa. 

Służba hotelowa zabrała się do dzieła. Dwóch ludzi trzymało ananasa, trzeci przyniósł prasę 

do  owoców  i szklanki,  a szef  sali  czynił  swą  powinność  i w nienaganny  sposób  podawał  sok  – 

z lodem oraz słomkami do picia. Każdego ranka ten obrzęd dostarczał podobnych uciech. 

 

W  końcu  rakiety  tenisowe  powędrowały  do  przechowalni  i towarzystwo  się  rozeszło. 

Właśnie schodzili się pierwsi goście, co dla Maud Philby było przykre. Uważała, że przychodzą 

za wcześnie: wedle niej powinni byli się zjawić dopiero za dwie godziny. 

O  jedenastej  nastąpiło  kolejne  spotkanie  i wszyscy  udali  się  na  promenadę.  Jak  zwykle 

wygłaszano  uszczypliwe  uwagi,  w tonie  żartobliwym,  doprawionym  niekiedy  złośliwością,  co 

podobnym  spacerom  nadaje  niepowtarzalny  urok.  Lieven  wyróżniał  się  wręcz  wizjonerskimi 

porównaniami i opisami fizjonomii przemierzających deptak Angielek. 

Maud  Philby  gustowała  w napojach  orzeźwiających  podawanych  w wysokich  szklanicach 

oraz w konwersacji, przy czym w spokojnej chwili wzniecała żar, tłumiła go łagodnie, podpalała 

lont i momentalnie, jednym słowem, gasiła. 

I  właśnie  teraz,  kiedy  całe  towarzystwo  zasiadło  w kawiarni,  chroniąc  się  przed  ostrym 

słońcem pod rozłożystym czerwonym parasolem, ze swadą opowiadała o rozbitym samochodzie, 

który właśnie wrócił z naprawy. 

Rozumowała  poprawnie.  Murphy  podejrzewał  winę  Lievena  lub  Kaia,  zakładał,  że  jechali 

background image

nieuważnie  i z całą  pewnością  dałoby  się  uniknąć  zderzenia  z wozem,  w którym  za  kierownicą 

zasiadała dama. Dlatego żywo wypytywał o przyczyny wypadku. 

Nie  doczekał  się  satysfakcji.  Z drugiej  strony  również  miss  Philby  mówiła  z przejęciem 

o swojej  niezręczności,  przy  czym  mocno  przesadzała,  chcąc  podkreślić  przytomność  umysłu 

Lievena. 

Taki początek uznała za wielce obiecujący: Murphy rozgniewał się na dobre. Nie mówił nic, 

tylko  kiwał  głową,  pozornie  ze  wszystkim  się  zgadzał,  dając  do  zrozumienia,  że  są  to  sprawy 

oczywiste  i przerabia  się  je  na  kursach  dla  kierowców.  Ironizował,  cedząc  niedbale  „tak,  tak”, 

i nawet kiedy rozlał absynt, nie stracił promiennego wyrazu twarzy. 

Zapadło wymowne milczenie. Lieven nie chciał replikować, bo wiodłoby to ku niepożądanej 

jednoznaczności,  przyjął  zatem  zupełnie  odmienną  taktykę.  Oświadczył  nonszalancko,  że  miss 

Philby jest zbyt uprzejma. Sama zdecydowała o wszystkim, kiedy tak dzielnie poczynała sobie za 

kierownicą;  sprawy  potoczyły  się  tak,  jak  już  opowiedziano,  po  czym  –  tu  głos  Lievena 

zabrzmiał przymilnie – możliwe było tylko miękkie zderzenie. 

Z namaszczeniem zapalił papierosa. W takich chwilach nieważne czynności miewają pewien 

urok. Murphy dał spokój. Zwrócił się do Maud Philby: 

–  Ostatnio  do  dobrego  tonu  należy  mieć  niewielki  dywan  z Genui.  Widziałem  tam  niezły 

isfahan. Może chciałaby go pani obejrzeć? 

Zmiana tematu nie była po myśli miss Philby. Odparowała pośpiesznie, że chętnie pojedzie, 

zwłaszcza że kabriolet został już naprawiony. Chciałaby jechać nie tylko do Genui, lecz także do 

Mediolanu, obejrzeć wyścigi pucharowe. 

Sytuacja  zrobiła  się  interesująca.  Maud  Philby  miała  wrażenie,  że  dopięła  swego.  Było 

cudownie patrzeć, jak Murphy z nadętą miną zamawia absynt, a Lieven zaciąga się papierosem. 

Nie udało się jednak przełamać dyplomatycznej rezerwy. Wobec tego spróbowała z innej strony 

i zapytała Lievena, czy te wyścigi rzeczywiście są ważne. 

– Nic szczególnego, to całkiem przeciętna impreza – odpowiedział wymijająco. 

Murphy, spoglądając zza wysokich kieliszków, wtrącił: 

– Ale warto się pokusić o wygraną. 

– Oczywiście – zgodził się lakonicznie Lieven. 

Murphy naciskał: 

– Będziecie startowali? 

– Jeszcze się nie zgłaszaliśmy – zbył pytanie Lieven. 

– Nie wiecie, czy wasz kierowca będzie do tego czasu zdrów? O to chodzi? 

– Zgadł pan – rzekł z przekąsem Lieven. 

– Uważam, że jego rana była naprawdę poważna – ciągnął Murphy. 

 

background image

Istotnie. 

– Szkoda. Zatem nie spotkamy się na torze. 

–  Ależ  dlaczego  nie?  Może  jednak  tak!  –  Lieven  rozzłościł  się  na  Amerykanina. 

Utrzymywanie go w niepewności sprawiało mu radość. 

Maud Philby przysłuchiwała się uważnie. Z uśmieszkiem, z góry przepraszając za naiwność, 

zwróciła się do Kaia: 

– Przecież pan mógłby wskoczyć na miejsce poszkodowanego kierowcy? 

Murphy zmierzył Kaia bystrym spojrzeniem. Nagle zrobił się przymilny. 

–  Bardzo  przepraszam,  nie  wiedziałem  o tym  i nawet  nie  przyszło  mi  to  na  myśl. 

W przeciwnym  wypadku  nie  byłoby  już  o czym  mówić.  –  Patrzył  na  Kaia  uprzejmie,  ale 

i czujnie. – Jesteśmy zatem rywalami. 

Pomimo  tych  prób  nie  uzyskał  zadowalającej  odpowiedzi,  nie  dowiedział  się  niczego 

o planach  Kaia.  Uważał,  że  Kai  jest  przeciwnikiem  niebezpieczniejszym  niż  Hollstein,  i na 

wszelki wypadek chciał w porę wiedzieć, co go czeka. 

Lieven już od dawna budził w nim głęboką niechęć; Kaia jeszcze spodziewał się obłaskawić. 

Nader  przykra  była  dla  niego  chwiejność  i kokieteria  Maud  Philby.  Wówczas,  na  torze, 

przystał  na  zawarcie  znajomości,  ponieważ  liczył,  że  dowie  się  czegoś  o wyścigach  i pociągnie 

za  język  przeciwnika;  jakakolwiek  myśl,  że  znajomość  rozwinie  się  w takim  tempie,  była  mu 

obca. Nie rozumiał  Maud Philby i jej dwuznacznej roli w całej tej historii. Przecież właśnie dla 

niej nie powinna mieć żadnego znaczenia. 

 

Jej  jednakże  wyraźnie  się  to  podobało.  Bez  reszty  pochłonęła  ją  rozmowa  z Lievenem, 

z którym wymieniała szydercze żarciki na temat Sporting-Clubu i jego nowych członków. 

Na asfalcie alei zatrzymała się limuzyna. Wysiadła z niej dama, w której Kai rozpoznał swą 

partnerkę  od  stołu  gry  z pierwszego  wieczoru.  Była  sama  i wolnym  krokiem  szła  promenadą. 

Pochylenie  głowy,  ruchy  jej  ramion  i całej  postaci  przypominały  mu  pewien  znajomy  obraz: 

rozmowę  z Fiolą  na  tarasie  kasyna  podczas  dansingu.  Sądził,  że  ma  do  czynienia  z tą  samą 

kobietą. 

Przeszła  kilka  kroków,  odpowiedziała  na  czyjś  ukłon,  po  czym  przepadła  w tłumie 

spacerowiczów.  Kai  zerknął  w stronę  Maud  Philby  i uśmiechnął  się:  nagle  bardzo  mu  się 

spodobała.  Przywołał  Frute  i pogłaskał  ją  po  grzbiecie.  Orkiestra  zaczęła  grać.  Kai  poczuł  się 

dziwnie lekko. Podjął decyzję. 

Muzyka  uwodziła  słodyczą  skrzypiec,  ich  ckliwą  kantyleną.  Instrumenty  dęte  blaszane 

w nieregularnym  rytmie  przeciwstawnych synkop z czasem cichły, by po  chwili dać się słyszeć 

na tle tematu. 

Coś  działo  się  z trąbką.  Było  ją  wprawdzie  słychać  w wysokim  rejestrze,  kiedy  jednak 

background image

trębacz  dobywał  dźwięku  silniejszego  i głębszego,  instrument  chrypiał  i tylko  czasem  odzywał 

się  czysto.  W końcu  ów  muzyk,  grubas  o czerwonych  policzkach,  też  to  zauważył.  Potrząsnął 

głową, jak lekarz opukał i osłuchał instrument, zajrzał do środka, przedmuchał wentyle, jeszcze 

raz spróbował, mocniej potrząsnął głową, zaraz potem trąbką i w końcu zrezygnował z gry. 

Oparł  instrument  na  kolanach  i śledził  utwór  w nutach.  Widać  było,  że  nie  ma  pojęcia,  co 

z sobą  zrobić.  Jakiś  czas  wybijał  takt  nogą,  po  chwili  jednak  dał  spokój  i siedział  bezczynny, 

rozglądając  się  bezmyślnie,  podczas  gdy  inni  grali:  silny,  dobrze  odżywiony  mężczyzna 

o dziecinnym, bezradnym uśmiechu, człowiek, którego złożony organizm, w tym skomplikowane 

zwoje mózgowe, nie mógł sobie poradzić z zatkaną trąbką. 

 

Tak niekiedy objawia się tragiczna tajemnica ludzkiej egzystencji. 

Przy rozstaniu Kai z całym spokojem zapytał Maud Philby: 

–  Pojedzie  pani  dziś  ze  mną  na  wycieczkę?  Mam  coś  do  załatwienia  po  drugiej  stronie 

granicy. Będzie mi miło, jeśli się pani zgodzi. 

Była  zaskoczona,  ale  podejrzewała,  że  ma  to  związek  z poprzednią  rozmową.  Spytała  od 

razu: 

– O której? 

– Jeśli pani to odpowiada, możemy jechać o piątej. 

– W porządku – zgodziła się i poprosiła Murphy’ego, by zabrał ją do restauracji. 

– Murphy staje się figurą tragiczną – rzekł Lieven, kiedy tych dwoje odeszło. 

– Dla mnie, na razie, raczej zabawną. – Kai aż gwizdnął z uciechy. 

–  Będzie  jednak  tragiczną.  Tymczasem  sroży  się  na  nas  obu,  nie  wie,  którego  ma 

zaatakować. Znam podobne sytuacje. Zazwyczaj fałszywie dobiera się cel ataku. 

– Kto według pana byłby tym fałszywym celem? 

Lieven zamyślił się i po chwili odpowiedział: 

– Oczywiście, że pan! 

Kai roześmiał się. 

– Rozumuje pan jak starożytni Rzymianie. I ja, i pan bylibyśmy celami chybionymi. 

– Nie rozumiem. 

–  Naprawdę  obawiam  się,  że  ma  pan  jakieś  złudzenia.  Nie  zauważył  pan,  że  w całej  tej 

sprawie o nic nie chodzi? 

– Od początku na to wyglądało – powiedział po namyśle Lieven. 

– Zobaczy pan, idę o zakład. Ta Philby zupełnie nie jest zainteresowana. 

– Jeśli chodzi o nas. Ale Murphy… 

Drogi  Lieven,  jedyną  szansą  dla  kogoś  takiego  jak  Murphy  jest  to,  że  może  posłużyć  do 

zabijania  nudy,  gdy  jednak  trafi  się  coś  lepszego,  najpewniej  zostanie  odsunięty.  To  lepsze 

background image

jednak  szybko  przemija,  dzięki  czemu  Murphy  znów  wróci  do  łask.  W ten  sposób  przetrzyma 

innych.  Byłoby  ogromnym  błędem  sądzić,  że  jeśli  coś  jest  trwałe,  musi  być  wartościowe.  To 

oszustwo  formułowane  przez  proroków  postępu  na  użytek  większości,  która  bywa  niepokorna 

albo  zagubiona.  To,  co  wartościowe,  jest  zawsze  w ruchu,  przeciętność  natomiast  trwa 

w miejscu. Dlatego Murphy jest typem małżonka. Często zresztą posiadanie łączy się z gniewem, 

zwykle wówczas, gdy czujemy się odsuwani od tego, co uważamy za swoje. 

– Po pańskich sądach znać spore doświadczenie. 

– Nie miałem zamiaru osądzać, chciałbym się raczej włączyć. 

Lieven, zaskoczony, zaniemówił. Kai z całym przekonaniem ciągnął dalej: 

–  Wchodzę  w to  już  dziś  po  południu.  Zdecydowałem,  że  zostanę  tu  dłużej.  W tej  sprawie 

niczego nie da się zrobić, ale właśnie dlatego postanowiłem zostać. Czasem, by uruchomić bieg 

wydarzeń, trzeba uderzyć z innej strony. W najbliższych dniach chciałbym odszukać Fiole: mam 

do niego kilka pytań. 

Lieven  nie  do  końca  rozumiał  sens  decyzji  Kaia,  nie  chciał  też  niczego  więcej  się 

dowiadywać.  Postanowił  trzymać  się  swej  wypróbowanej  taktyki  wyczekiwania,  zachowując 

przy tym większą czujność. 

 

Maud Philby czekała na Kaia w hallu hotelowym. Wyruszyli niezwłocznie. 

Popołudnie  minęło  przyjemnie,  wczesny  zmierzch  na  Lazurowym  Wybrzeżu  trudno 

porównać z czymkolwiek. Znad morza,  które na horyzoncie połyskiwało czerwienią wina, niósł 

się  krystaliczny  podmuch.  Do  zatok  nie  docierały  już  jaskrawe  promienie  słońca,  pogrążały  się 

w cieniu, który je dzielił, odgradzał od siebie. Roślinność opadała ze wzniesień ku ulicom, ledwo 

powstrzymywały  ją  mury  ogrodów  i zdawało  się,  że  pod  swym  zielonym,  kwitnącym 

nienasyceniem pogrzebie cały świat. 

Na wodzie kołysały się żagle łodzi rybackich w kolorze brązu bądź ochry. Często dobiegały 

z nich  nawoływania,  dźwięczne  i przenikliwe  niczym  krzyki  ptaków  –  wirująca  gra  dźwięków 

opadająca z wysokości błękitnego nieba. 

– Popołudnie jest jak owoc pomarańczy – mówiła Maud Philby. – Nie wiadomo, co lepsze: 

podziwiać czy może obrać ze skórki i wgryźć się w miąższ. 

Kai  nie  spodziewał  się  tak  obrazowych  porównań:  był  pochłonięty  wymijaniem  autokarów 

z wycieczkowiczami,  które  bez  ostrzeżeń  wypadały  zza  zakrętów,  a za  sprawą  objaśniających 

przez tuby cicerone były jak wyspy objawienia. Chyląc czoło przed poetycznym nastrojem, jaki 

zagościł na sąsiednim fotelu auta, odpowiedział poniekąd twierdząco, ucinając jednak rozmowę: 

– Jedno i drugie… 

Sądził, że dzięki temu będzie pamiętał, by zatankować jeszcze przed granicą, i zyska trochę 

spokoju.  Kiedy  siedział  za  kierownicą,  rzadko  miewał  ochotę  na  wymianę  górnolotnych 

background image

frazesów. 

Następne pytanie miss Philby było znacznie bardziej na miejscu: 

– Właściwie dokąd jedziemy? 

Zrobił tajemniczą minę. 

– Przekona się pani za pół godziny. 

Wóz  sunął  przed  siebie.  Most  i jakieś  ruiny,  dalej  znów  szosa,  agawy,  palmy,  między  nimi 

domy.  Przez  uliczki  niósł  się  śpiew  dziewcząt,  całe  rodziny  gromadziły  się  na  wieczorne 

rozmowy  przed  pootwieranymi  drzwiami  domów;  ciemną  czeluść  za  plecami  ludzi  cień  barwił 

złotem i umbrą. 

 

– Nie powie mi pan, dokąd jedziemy? – nie dawała za wygraną Maud Philby. 

– Jesteśmy na miejscu. 

Kai  skręcił  na  podjazd  hotelu  Royal.  Wręczył  portierowi  swą  wizytówkę  i poprosił 

o przekazanie jej doktorowi Peschowi. Sam został na dole. 

Po  chwili  w towarzystwie  boya  hotelowego  pojawił  się  Pesch.  Kai  przedstawił  go  miss 

Philby i rzekł: 

– Rozstaliśmy się kilka dni temu, nie kończąc rozmowy. 

Pesch skinął głową. 

– Mówiłem, że będę na pana czekał. 

Kai odwrócił się do Amerykanki. 

– Doktor Pesch skonstruował wóz, którym jechałem w Monzie. 

Pojęła i od razu zrobiła się czarująca. Kai zapytał: 

– Kto dotychczas zgłosił się do wyścigu o Puchar Mediolanu? 

Pesch wymienił nazwiska. 

– Będzie to zatem dobry wyścig. Pan też się zgłosił? 

– Nie. Chcemy, żeby startował tylko jeden nasz  wóz. Zgłosimy  go jednak, jeśli pan  zgodzi 

się nim pojechać. 

Jego  upór  miał  w sobie  coś  sympatycznego.  Kai  niczego  mu  nie  gwarantował,  Pesch 

właściwie  go nie znał.  Wiedział jedynie od  Lievena, że  Kai kiedyś jeździł na wyścigach. Teraz 

po prostu realizował swój pomysł i był w tym konsekwentny. Należał do ludzi sukcesu, o czym 

nie rozstrzygały pomysły, lecz właśnie konsekwencja… 

Maud Philby nachyliła się do Pescha. 

– A kogo spośród zgłoszonych uważa pan za faworyta? 

Pesch zastanowił się. 

– Myślę, że Murphy’ego… 

 

background image

Rozpromieniona  Amerykanka  spojrzała  na  Kaia,  którego  jej  zachowanie  bawiło.  Kiedy 

obserwował  ją  z bezpiecznego  schronienia,  jakim  była  dlań  dawno  powzięta  decyzja,  jej 

gorliwość  śmieszyła  go  w dwójnasób.  By  nie  psuć  sobie  zabawy,  Kai  odezwał  się  do  Pescha 

dźwięcznym głosem, w którym brzmiało zdecydowanie: 

–  Przyjechałem  tutaj  powiedzieć  panu,  że  poprowadzę  ten  wóz.  Za  tydzień  chcę  rozpocząć 

trening. 

W drodze powrotnej Maud Philby milczała. Rozkoszowała się myślą, że niebawem przekaże 

wiadomość Murphy’emu. W życiu trafiają się naprawdę wspaniałe chwile. 

 

background image

IV 

 

Fioła odstawił srebrny puchar. 

–  Ten  koktajl  musi  dojrzewać  trzy  tygodnie.  Ostatnie  trzy  dni  powinien  stać  w zamknięciu 

z lodem  i dopiero  wtedy  można  dodać  przecedzonego  soku  cytrynowego.  Jeszcze  tylko  nieco 

mokki  i koniecznie  kilka  kropel  angostury.  –  Brzegi  szklanych  kieliszków  przetarł  połówką 

cytryny i zanurzył w cukrowym pudrze, który natychmiast zamienił się w kryształki. Potem dodał 

sproszkowanego  lodu,  mocno  potrząsnął  pucharem  i napełnił  szkło  zawartością.  –  Nie  podaję 

słomek, za to jest cytryna. – Podsunął Kaiowi plasterki. 

Do pomieszczenia wpadało przytłumione światło, nadając wnętrzu miękkość jedwabiu. Sofy 

dosunięto do okien; na niskich taboretach leżały pliki gazet. 

– Dawno nie było tu prasy – zauważył Fioła. 

– Po pierwszym wieczorze już więcej nie grałem – rzekł Kai, myśląc o rulecie. 

–  Kilka  dni  temu  podniósł  się  krzyk.  Człowiek  z żółwiem  poczuł  się  oszukany.  Tak 

protestował,  że  aż  ten  jego  amulet  spadł  na  podłogę.  Facet  wyglądał  groteskowo,  kiedy  żółw 

niepostrzeżenie i z dostojeństwem ruszył naprzód, a on wyrzekał, machając przy tym rękami jak 

wiatrak. 

– Trudno dziś o wytworne maniery. 

Kai  patrzył  przez  okno.  Dwie  motorówki  właśnie  opuszczały  port  w Monako  –  niewielki, 

w kształcie  prostokąta,  trochę  jak  dla  zabawek.  Chciał  się  od  Fioli  dowiedzieć  czegoś 

o nieznajomej z salonu gier i myślał, od czego by tu zacząć. Jakiś wstyd nie pozwalał mu zapytać 

wprost. Wpadł w zadumę i coraz głębiej się w niej pogrążał. Fioła wyrwał go z niej: 

– Daleko odbiegł pan myślami. 

Kai  drgnął  zaskoczony.  Właśnie  zamierzał  sprecyzować  pytanie  i naraz  stanęły  mu  przed 

oczami obrazy z przeszłości. Światło potęgowało nastrój, owa stonowana połyskliwa szarość, na 

której  tle  nawet  odległe  sprawy  udawało  się  zrozumieć.  Myślał  o młodej  Barbarze  i o tym,  jak 

pochylała  się  ku  niemu  w stajni,  mając  za  sobą  końskie  boki  i ciemność,  a w oczach  przebłyski 

budzącej  się  dopiero  kobiecości.  Obraz  był  niezwykle  wyrazisty,  Kai  widział  go  wciąż  równie 

ostro jak rozświetlone okno, krzesła, gazety i swego rozmówcę. Chwilami, choć nie bez oporów, 

obraz ten się rozmywał, zawsze jednak gotów był wrócić. 

–  Robi  pan  nadzwyczajne  koktajle  –  odezwał  się  w zamyśleniu  do  Fioli.  –  Właśnie  się 

zastanawiam, czy życie bez celu to nie za mało. Zapewne byłoby lepiej gdzieś osiąść, do czegoś 

się  zabrać,  wytyczyć  sobie  jakieś  granice.  Czegoś  takiego  chce  się  dopiero  w pewnym  wieku, 

może nawet takie jest prawo natury. 

– Niewątpliwie. Ale nie sądzę, by to odpowiadało każdemu. 

Gonimy bez tchu od  jednej sprawy  do drugiej,  wirujemy jak  kula niesiona wartkim nurtem 

background image

ku kolejnej kipieli, żądni jedynie doznań zaspokajających nasze „ja”. 

Nieraz  mi  się  wydaje,  że  stoję  na  rozstajach:  z jednej  strony,  jak  dotychczas,  mam  do 

czynienia  ze  swoim  ego,  dla  którego  nadrzędnym  celem  jest  coraz  to  głębsze  przeżywanie 

samego  siebie,  często  pełne  zwątpienia,  z drugiej  zaś  życie  wsparte  na  trwałych  podstawach 

i rozumie, ugruntowane i zakotwiczone, ożywiane mądrością i wolą. 

Fioła wstał. 

– To zdumiewające, ale mam wrażenie, że chce się pan żenić. 

Kai milczał. Odpowiedział dopiero po chwili: 

–  Rzeczywiście,  tego  nie  można  wykluczyć.  –  Potrząsnął  głową.  –  Właściwie  chciałem 

z panem mówić o czymś całkiem innym. 

– Dziś przyjmuje księżna Parmy – oznajmił Fioła. – W tym nastroju przyjęcie u niej dobrze 

panu  zrobi.  Chodźmy  tam  razem.  Poza  tym  powinien  pan  wiedzieć:  spokojną  przystań  zawsze 

chwalą  ludzie,  którzy  akurat  tkwią  pośrodku  oceanu.  Gdyby  ich  jednak  zatrzymać  w porcie, 

z pewnością by tego nie znieśli. 

 

Księżna  Parmy  była  stara.  Chodzenie  sprawiało  jej  kłopot  i najczęściej  opierała  się  na 

solidnej lasce. Prowadziła dom otwarty, którego styl i wystrój wnętrz był bardzo niejednorodny. 

Kilka pokoi całkowicie wypełniały cenne kolekcje, lecz do nich księżna nigdy nie wchodziła. 

Kai i Fioła zostali zaproszeni na festyn kostiumowy. Klub tego dnia był pusty. Portier ziewał, 

zasłaniając  usta  wyzłoconym  rękawem,  bezczynni  krupierzy  siedzieli  dostojnie,  sztywni 

i znudzeni  niczym  olimpijscy  bogowie.  Tylko  przy  jednym  stole  toczyła  się  gra  z udziałem 

jakichś  nieznanych  gości,  pozostałe  stały  opuszczone.  Obowiązywało  niepisane  prawo 

nakazujące zjawiać się u księżnej punktualnie. 

Kai  rozpoczął  przygotowania  z dużym  wyprzedzeniem.  Umiał  cieszyć  się  chwilą,  gdy  po 

wymyślnej kąpieli, odziany w gruby szlafrok frotte, wyciągał się na szezlongu lub w fotelu, palił 

lekkie  papierosy  Wirginia,  piłował  paznokcie  i patrzył  w okno.  Pozwalał  wtedy  leniwie  błądzić 

myślom,  spokojnie  oddawał  się  marzeniom,  zagłębiał  w lekturę  gazet  bądź  książek,  w których 

rozcinał zazwyczaj tylko pierwsze strony. 

Potem  następowało  powolne,  przedłużane  z rozmysłem  ubieranie  się.  Podczas  wiązania 

krawatu  nagle  pojawiał  się  jakiś  interesujący  pomysł,  wart  przemyślenia.  I naraz  wzrok  Kaia 

napotykał  w lustrze  odbicie  wykrzywionej  tajemniczym  uśmieszkiem  twarzy;  zaskoczenie,  że 

można się było tak dalece zapomnieć. Jeszcze trzeba uformować węzeł krawatu i zdjąć z włosów 

siatkę. Z dołu dobiegał dźwięk klaksonu. To był wóz Fioli. 

W  zamkniętym  samochodzie  Kai  czuł  się  nieswojo.  Był  przyzwyczajony  do  pojazdów 

otwartych.  Jeszcze  dziwniejsze  było  dlań,  że  nie  siedzi  za  kierownicą.  Kabina  wozu,  jak  mała, 

dziwna  wysepka,  przesuwała  się  z cichym  buczeniem  wzdłuż  ogrodów  i drzew  morwowych. 

background image

Zwietrzałe  brązowe  kolumny,  rozmyty,  nadgryziony  zębem  czasu  herb  o ledwo  widocznej 

rzeźbie,  wypadające  z ciemności  gałęzie  drzew,  aleje  podtrzymujące  niebo  niczym  kolumnada. 

A przed  podjazdem  bajkowe  widowisko  –  oświetlone  automobile,  pochodnie,  lampiony, 

rozkołysany, połyskujący złotem tłum gości, przemieszanie czerwieni i jasnych barw. 

 

Księżna przyjmowała przyjaciół w niewielkim, nieco oddalonym pokoju. Nie wymagała, by 

się z nią witać, kto chciał, mógł zostać nierozpoznany, dopóki sam nie zdjął maski. 

Większość  pomieszczeń  została  przygotowana  dla  gości.  W kilku  pokojach  było  jednak 

ciemno. 

– To są pokoje japońskie – mówił Fioła. – Do nich goście nie mają wstępu. 

Gdy Kai i Fioła się pojawili, księżna była bardzo zmęczona. 

–  Od  godziny  co  chwila  wysłuchuję  tego  samego.  To  męczy.  Chodźcie,  proszę,  ze  mną, 

chciałabym trochę odpocząć. 

Oparła  się  na  ramieniu  Fioli  i poprowadziła  obu  do  pokoi  japońskich.  Były  duże,  ściany 

przyozdobiono,  zachowując  umiar,  nie  przeładowano  ich  obrazami.  Stało  tu  obok  siebie  kilka 

miękko wyściełanych mebli, na nich leżały poduszki. W powietrzu unosił się zapach mimozy. 

Szerokie  skrzydła  okien  niemal  sięgały  podłogi.  Za  nimi  jak  barwny  obraz  filmowy 

przesuwały  się  roziskrzone,  gwarne  sceny  zabawy.  Spoza  ciemnej  ściany  parkowych  drzew 

nadciągał  korowód  z pochodniami,  które  chwiały  się  to  w górę,  to  w dół,  i po  chwili  zniknął. 

Bezgłośnie,  dalekie  i wspaniałe,  wzniosło  się  ponad  wierzchołkami  drzew  słońce,  zastygło 

wielkie,  nieruchome  i w zupełnej  ciszy  opadło,  rozpryskując  się  mgławicą  srebra  i błękitu. 

Jednocześnie  w nocne  niebo  strzelały  świetlnymi  smugami  fajerwerki,  smugi  zamieniały  się 

w języki ognia i skrzący się pył. 

–  W dzieciństwie często na takich przyjęciach siadaliśmy w ciemnym pokoju i choć kazano 

nam spać, przyciskaliśmy czoła do szyb, pełni obaw, że zostaniemy przyłapani – mówiła księżna. 

–  Drżeliśmy  z przejęcia,  czekając  na  sztuczne  ognie,  wstrzymywaliśmy  oddech  na  myśl  o tych 

romantycznych  wspaniałościach.  Nauczyciel  wyjaśnił  mi  później,  że  to  przede  wszystkim 

magnezja;  znienawidziłam  go,  uciekłam  od  niego,  nie  chciałam  wiedzieć,  jak  to  się  dzieje,  że 

w ciągu minuty zapala się na niebie zorza polarna. Teraz mam siwe włosy, muszę podpierać się 

laską  i opowiadam  sentymentalne  historyjki.  Tak  bywa,  gdy  nie  starcza  już  sił  na  życie 

w wielkim  stylu.  Wciąż  lubię  fajerwerki  i jak  dawniej  najbardziej  je  przeżywam,  gdy  stoję  tu 

w ciemnym  oknie.  Wtedy  mam  uczucie,  że  zza  takiego  fajerwerku  wystrzela  jeszcze  jeden;  ten 

fajerwerk błyszczy dłużej i skłania do zadumy. 

W  łukowatym  zwieńczeniu  okien  teraz  znów  widać  było  tylko  gwiazdy.  Wokół  niosły  się 

stłumione  śmiechy  kobiet.  Twarze  przesuwały  się  za  szybą  i znikały  w parku.  Świetliste 

lampiony jak wielkie motyle przycupnęły wśród liści. 

background image

 

Księżna podniosła się z miejsca i odezwała się z pewną obawą w głosie: 

–  Nie  jest  dobrze  przebywać  tutaj  zbyt  długo.  Zaczyna  się  filozofować.  A kiedy  filozofia 

miesza się z sentymentami, rzadko wynika z tego coś sensownego. Chodźmy stąd. 

 

Tłum  postaci  w maskach  wtargnął  na  schody  i rozsypał  się  po  korytarzach.  Balansując 

tacami, na których piętrzyły się piramidy naczyń z napojami orzeźwiającymi, służący prowadzili 

gości  na  pokoje.  Na  tarasie  na  postumentach  ustawiono  kilka  bufetów  z kryształową  zastawą. 

Wyglądały jak ogromne stoły z lodu. Pośrodku z fontanny tryskała barwiona woda, rozsiewająca 

cierpki zapach. Z długich rynienek napełnionych lodem wystawały lśniące szyjki baterii butelek. 

– Chodźmy do pawilonu – rzekł Fioła. – Tańczy się tam jak w paryskich barach. 

Spoza drzew znów wystrzeliły zielone race. Fioła odprowadził je wzrokiem i ciągnął dalej: 

–  Teraz  księżna  znów  jest  w pokoju  japońskim  –  jedynym,  którego  się  nie  oświetla.  Stoi 

z twarzą przyciśniętą do szyby, jak w dzieciństwie, i wstrzymując oddech, daje upust skrywanym 

emocjom.  Robi  jej  się  lżej  na  sercu,  opuszczają  ją  zmartwienia.  To  jej  chwila  i często  mi  się 

wydaje, że tylko po to urządza przyjęcia. Dzięki temu wraca… 

– Może raczej odczuwa potrzebę przeżywania czegoś romantycznego – rzekł Kai. 

Nie, wprawdzie tego potrzebuje, ale nie sądzę, by się to objawiało w ten sposób. Księżna ma 

za  sobą  wspaniałe  życie.  Nawet  tutaj  może  pan  spotkać  mężczyzn,  których  kiedyś  kochała. 

Więcej nawet, bywają tu mężczyźni, o których po prostu zapomniała. Księżna bowiem była tak 

łakoma  życia,  że  kiedy  oglądała  się  za  innym,  nie  dostrzegała  już  poprzednika  i o nim 

zapominała.  Nigdy  nie  poznałem  kobiety  bardziej  prostolinijnej.  Cieszyła  się  nieposzlakowaną 

opinią,  toteż  zawsze  właściwie  oceniano  jej  starania  wobec  wyróżnianych  przez  nią  ludzi. 

Człowiek,  którego  musiała  poślubić  jako  szesnastolatka,  został  dzięki  niej  ministrem.  Był  przy 

tym  bezspornym  durniem.  Ona  zaś  wiodła  światowe  życie,  zatrzymując  się  na  rozlicznych 

stacjach,  i wielu  znamienitych  ludzi  nigdy  o niej  nie  zapomni.  A teraz  stoi  w ciemnym  oknie 

i znów przeżywa swą młodość, ludzką i dobrotliwą. 

–  Chciałbym  o tym  jeszcze  pomówić,  później,  w klubie  –  odezwał  się  Kai.  –  W ostatnich 

tygodniach dużo o tych sprawach myślałem i teraz to wszystko wywołało jakiś kryzys. Nie wiem, 

co  ważniejsze:  kwestie  zasadnicze  czy  obrzeża  spraw,  jakie  są  związki  między  tym,  co 

wewnętrzne, i co na zewnątrz. 

–  Skoro  tyle  spraw  pana  dręczy,  możemy  się  nie  zrozumieć.  Obstawałbym  przy  kwestiach 

zewnętrznych, peryferyjnych. Aż za dobrze wyuczyliśmy się gospodarki rabunkowej; po  czymś 

takim trudno zamienić się w dobrego ogrodnika. 

– Ale jedno i drugie może się stać nawykiem – zauważył Kai. 

–  Ogrodnictwo  zapewne  tak.  Ono  nawet  wymaga  przyzwyczajenia.  Poza  tym  jednak 

background image

przyzwyczajenia  budzą  sprzeciw.  Lubimy  tempo,  ono  przesądza  o wszystkim.  Ale  chyba  nie 

podziela pan zdania teoretyków sztuki miłosnej, wedle których tempo zawsze sprawia, że miłość 

jest powierzchowna. 

Kai przesunął się, jakby chciał się zasłonić. 

–  Ja  się  z nim  nie  godzę  –  ciągnął  Fioła.  –  Dlatego  nie  widzę  problemu  tam,  gdzie  pan  go 

dostrzega.  Sprzeczność  uważam  za  pozorną.  Nasze  życie  wewnętrzne  jest  takie  samo  jak  życie 

człowieka,  który  kocha  tylko  jedną  kobietę  (żal  mi  takich  kobiet)  i inne  sprawy  tego  świata 

uznaje za błahe. Nasza psychika już się do takiego życia dostroiła, wytrenowaliśmy umiejętność 

przeżywania: odpowiednie filtry nie przepuszczają niczego, co podsuwa egocentryzm. Różni nas 

jedynie  tempo.  Ci  odmienni  od  nas  są  powolni,  ociężali,  poprzestają  na  małym,  my  działamy 

prędzej, z rozmachem, i osiągamy dużo. Cenimy rozmach tak samo jak oni spokój i dzięki temu 

każdy  ma,  co  dla  niego  niezbędne.  Różnica  polega  jedynie  na  intensywności,  nie  zaś  istocie 

spraw.  Dlaczego  mamy  się  ograniczać  i nie  wybiegać  dalej?  A może  pan  też  chciałby  się 

podporządkować  zasadom,  które  wyznaje  większość?  Kai  zwlekał  z odpowiedzią.  W końcu 

rzekł: 

– Waham się. Stale nachodzą mnie wspomnienia i nie wiem, co z nimi począć. Ale nie chcę 

ich od siebie odsuwać. Od pewnego czasu jestem na Lazurowym Wybrzeżu, wystarczająco długo 

jak  na  tutejszy  krajobraz  o nużącej,  szablonowej  urodzie.  Dlatego  nie  jadę  dalej?  Brak  mi 

odwagi, mam wrażenie, że coś mi umyka. Ale nie wiem co. 

Fioła, który już wstał, roześmiał się głośno. 

–  Pańskie  problemy  są  okropne!  Z całą  pewnością  stoi  za  tym  kobieta!  Co  za  absurdalne 

pomysły! 

Kai także się roześmiał. 

–  Nie  ma  żadnej  kobiety,  w każdym  razie  nie  jest  tak,  jak  pan  sądzi.  Najlepszy  dowód,  że 

mam ochotę wypytać pana o damę, której nie znam. 

–  To  może  dowodzić  również  czegoś  wręcz  przeciwnego.  Kai  nie  umiał  znaleźć 

odpowiednich  słów  i schylił  się  po  kwiat.  Był  to  narcyz.  Fioła  miał  po  trosze  rację.  Jego 

niepokoje  wiązały  się  z obrazem  młodej  Barbary.  Była  wprawdzie  postacią  odległą, 

równocześnie  jednak  czymś  stałym  w życiu  Kaia.  Pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  mu  było 

dopuścić, by stała się jedynie epizodem. Gdyby się na nią zdecydował, byłoby to rozstrzygnięcie 

trwałe  i coś  takiego  także  wchodziło  w rachubę.  Życie  z Barbarą  oznaczałoby  spokój,  byłoby 

wartością niepowtarzalną i nie do podważenia, aż dziwne jak bardzo… 

– Prowadzimy iście niemiecką dysputę. – Fioła chwycił Kaia pod ramię. 

– I całkowicie bezużyteczną – westchnął Kai. 

Zawinił  pokój  japoński.  Pocieszające  jedynie,  że  jeśli  kogoś  tak  dręczą  marzenia  o życiu 

osiadłym, nigdy nie zapuści korzeni. Tych ludzi przede wszystkim pociąga przygoda. 

background image

 

Wśród  starych  dębów  stał  pawilon  urządzony  specjalnie  do  zabaw  tanecznych.  Zamiast 

podłogi  była  w nim  bardzo  gruba,  szklana  płyta.  Pod  nią  umieszczono  sznury  żarówek 

i reflektory  rzucające  matowe  światło  o zmieniających  się  płynnie  kolorach.  Poza  tym 

w pomieszczeniu nie było żadnego oświetlenia. 

Twarze  tańczących  ginęły  w mroku,  gdyż  światło  spod  podłogi  nie  sięgało  tak  wysoko. 

Czasem  tylko  dały  się  zauważyć  czyjeś  loki,  czoło,  jakieś  ucho.  Jedynie  nogi  otaczała  jasność, 

ż

yły  one  własnym,  iluminowanym  życiem;  szczupłe  łydki  i zgrabne  kolana  rytmicznie 

podrygiwały. Pomiędzy nimi przemykał Pierrot w jedwabiach – aksamitna plątanina pomponów 

w ledwie  sączącym  się  świetle  obok  skąpanych  w promieniach  reflektorów  długich,  szczupłych 

nóg i bioder opiętych błyszczącą materią. 

Kai  nie  zabawił  tu  długo.  W tym  stanie  ducha  nie  mógł  ścierpieć  podszytych  erotyzmem 

akrobacji,  czuł  do  nich  głęboką  odrazę,  tym  bardziej  że  działo  się  to  przy  muzyce.  Wyszedł  na 

zewnątrz  i spacerował  samotnie  wzdłuż  ścieżki  wiodącej  do  altany.  Znalazł  miejsce,  z którego 

widać  było  taras,  zatrzymał  się  i,  niewidzialny  w ciemności,  ściągnął  maskę;  stał  tak  zupełnie 

spokojny, rozluźniony. 

W bocznej alejce słychać było czyjeś kroki, tak lekkie, że z pewnością należały do kobiety. 

Kai  dojrzał  zarys  zbliżającej  się  postaci.  Przechodząc  obok,  kobieta  otarła  się  o niego 

i wystraszyła  się.  Nie  przypuszczała,  że  ktoś  może  stać  na  drodze.  Kai  przeprosił  ją 

i wytłumaczył, że uciekł z pawilonu w poszukiwaniu spokoju. 

 

– Sądziłem, że pani przejdzie i mnie nie zauważy. 

Dlatego  uznałem,  że  będzie  najprościej,  jeśli  się  nie  odezwę  –  dodał  i zamilkł  na  chwilę.  – 

Mamy stąd ładny widok na zastawione stoły – zauważył. 

– Lecz raczej platoniczny. Czy oglądanie bufetu ma jakikolwiek sens? 

–  Jeśli  nie  jest  się  głodnym,  to  tak.  Ale  przecież  w każdej  chwili  można  zmienić 

zapatrywania. 

– To dość praktyczne, nie każdy jednak tak potrafi. 

Kai roześmiał się. 

–  Zdaje  sobie  pani  sprawę,  o jakich  głupstwach  mówimy?  Roztrząsanie  każdej  błahostki, 

przypisywanie  jej  jakiegoś  znaczenia  wymaga  sporego  wysiłku.  Poza  tym  bywa  nudne.  Lepiej 

przygotować sobie pewien zasób nie zużytych powiedzonek i korzystać z nich w miarę potrzeby. 

To taki rodzaj drobnej monety, niezastąpionej w mało ważnych sytuacjach. 

– A kiedy powaga chwili wymaga czegoś innego, trzeba się posłużyć amunicją prawdziwych 

przekonań? 

Kai  spoważniał.  Miał  do  czynienia  z grą  żartów  i przekomarzań.  Gdyby  ją  podjął, 

background image

skończyłoby się na beztroskiej paplaninie. Nie  mógł dać się tak  zwyczajnie odprawić, z drugiej 

jednak strony drążenie  rozterek ducha i wszelkie próby brylowania wokół kwestii zasadniczych 

byłyby  czymś  z gruntu  fałszywym.  O wiele  skuteczniejsze  i bardziej  na  miejscu  powinny  być 

wykwintnie opakowane banały. 

Zawiesił maskę na przegubie i spokojnie powiedział: 

–  Słowa,  słowa.  Raz  mówi  się  to,  innym  razem  co  innego.  Ważne,  na  co  akurat  mamy 

ochotę.  Po  co  zaraz  amunicja?!  Nie  jesteśmy  wcale  bohaterami.  Upodobanie  do  militariów  jest 

czymś  typowo  kobiecym.  Niestety,  cały  świat  zdaje  się  je  teraz  podzielać.  Nawet  adwokaci 

chcieliby czasem uchodzić za rycerzy serca. Przerażająca ambicja. 

– Jeśli ją pan odrzuci, co pozostanie? 

Kai postanowił dowiedzieć się czegoś więcej i ostrożnie ciągnął dalej: 

 

– Po co zaraz odrzucać?! Wystarczy ją powściągnąć. Wszelkie porywy traktować tak, jak na 

to zasługują, nie czynić z nich norm. Zycie nie przysparza wielu radości. 

Ileż  zawdzięczamy  konfliktom.  A konflikty  związane  z kobietami  należą  do  najczęstszych 

i najdawniejszych, są najbardziej pierwotne. Czy można nie dostrzegać, że wszystkie są jedynie 

ż

yciowymi wariacjami? 

–  Ale  jak  znieść,  gdy  pojawia  się  zbyt  wiele  tematów  wariacji?  Jak  odróżnić  te  w dobrym 

guście od kiepskich… 

– Jedne i drugie są nie do zniesienia; na razie jednak zbytnio się nie narzucają. 

– Za to bardziej męczą. 

– Raczej śmieszą. 

– Wyglądają na zwykłe filisterstwo. 

Spojrzeli po sobie. Oboje myśleli o tym samym. Kai odezwał się pierwszy: 

– Jeśli będziemy ciągnąć tę rozmowę, stracimy wieczór i wszystkie uciechy. Poza tym trochę 

nierozważnie  weszliśmy  w zarośla  i oto  zwyczajnie  siedzimy  w krzakach.  Powinniśmy  się 

posilić. Zobaczmy, co przygotowano do jedzenia. 

Ruszyli  ku  pawilonowi  i wszczęli  wartką  rozmowę,  która  okazała  się  zabawna;  Kai  tym 

razem czuł, że panuje nad sytuacją, chwytał wszystkie aluzje, celnie ripostował i nie potrzebował 

ż

adnych  dodatkowych  objaśnień.  Dziwne,  ale  oboje  nabrali  do  siebie  większego  zaufania,  niż 

gdyby się znali od dawna. Było im z sobą dobrze, poddali się nastrojowi chwili bez obaw, że coś 

im grozi. 

Skrzyły  się  błyskotliwe  powiedzonka,  jedno  celne  spostrzeżenie  goniło  drugie,  często 

zapędzali się w boczne uliczki – rozmowa pulsowała w coraz żywszym rytmie. 

Z  ciemności  wyłonił  się  pawilon.  Dobiegające  zeń  dźwięki  były  przytłumione,  jakby 

wydobywały  się  z zatopionego  miasta.  Opadające  kaskadą  arpedżia,  na  ich  tle  świergoczące 

background image

pizzicata i melodia skrzypiec. 

– Zatańczy pani? – zapytał Kai. 

– Nie teraz. Wolę patrzyć. 

 

Skręcili do wejścia. Z mroku, spomiędzy tańczących, wyłonił się Fioła. 

– Popełniacie grzech pychy. Jak można stać tak obojętnie? 

– Obojętnie? 

Fioła wyciągnął ręce w stronę Kaia. 

–  Postępuje  pan  dziś,  jakby  stosował  się  do  zaleceń  Sokratesa.  Proszę  mi  tego  oszczędzić. 

Może przyniosę coś do picia? 

Wrócił  z butelkami  i ciasteczkami,  przysunął  kilka  niskich  krzeseł,  poustawiał  je  i napełnił 

kieliszki. Zwrócił się do Kaia: 

–  Zawsze  przed  zebraniami  towarzyskimi  i wszelkimi  zabawami  powinien  pan  przeczytać 

kilka stron czegoś mocnego. Pomoże to panu skutecznie pozbyć się niepotrzebnych myśli. 

Nieznajoma odstawiła kieliszek. 

–  To  przerażające,  jak  wiele  mądrości  dziś  się  trwoni.  Wciąż  słucham  pouczeń  na  temat 

sztuki  życia.  Widocznie  musi  być  ona  niezwykle  krucha,  skoro  wymaga  takiego  wsparcia 

i ciągłego potwierdzania. 

Fioła westchnął. 

–  Prawie  pani  zgadła.  Jest  jeszcze  gorzej:  coś  takiego  w ogóle  nie  istnieje.  To  jedynie 

konstrukcja  pomocnicza.  Rodzaj  urojonego  banku,  na  który  z ochotą  wystawia  się  weksle.  Do 

przyjęcia tylko wówczas, kiedy się tyle o tym mówi. 

Pożegnał  się.  Zaraz  potem  na  chwilę  ucichła  orkiestra.  Kai,  którego  zaskoczyła  przerwa, 

powiedział coś, czego właściwie nie chciał mówić: 

– Zdaje się, że skądś panią znam. 

Poruszyła się, wyraźnie zaniepokojona. 

– Nieważne, chyba mi się zdawało. To tylko takie wrażenie, nie wiem, skąd się wzięło. 

Kobieta wstała. 

 

– Możliwe, że gdzieś się widzieliśmy. Na tym skrawku wybrzeża nietrudno o przypadkowe 

spotkanie. Na pewno nie pogniewam się za to na pana. 

Kai  roześmiał  się  i poszedł  za  nią.  Nie  chciał  i nie  potrafił  jej  zostawić.  Weszli  do  domu, 

przemierzyli obszerny hall. W jednym z bocznych pomieszczeń ustawiono stoły do gry. Miejsca 

przy nich były zajęte. 

Szczupły,  dość  młody  Pierrot  zerknął  znad  stołu,  podniósł  się  natychmiast  i podszedł  do 

nieznajomej. 

background image

– Jest pani nareszcie. Już się martwiłem. 

– Jak pan widzi, całkiem niepotrzebnie. 

Dama  nie  zatrzymała  się,  zrobiła  jeszcze  kilka  kroków  i przeszła  obok  młodego  człowieka, 

traktując  go  jak  obraz.  Nie  było  w jej  zachowaniu  nic  obraźliwego,  starała  się  wręcz  okazywać 

serdeczność,  przez  co  jej  wyniosłość  jeszcze  bardziej  rzucała  się  w oczy.  Zafascynowała  Kaia, 

który po raz pierwszy zobaczył, jak poczucie wyższości może się ocierać o dobroć. 

– Chce pan zagrać? 

– Tak, ale niedługo. 

Poszukali miejsca i usiedli. Kai stanął za nią. Przypomniał sobie pierwszy wieczór w Monte 

Carlo.  Uśmiechnął  się:  gdzie  miał  oczy!  Siedząca  teraz  przed  nim  kobieta  podsunęła  mu 

wówczas żetony. 

 

Poprosiła o radę w jakiejś kombinacji. Kai pochylił się i położył na stole jej stawki. Grali tak 

jakiś czas. W końcu dali spokój i wyszli. 

– Jak miło spacerować. 

Szli  skrajem  klombu,  na  którym  rosły  narcyzy.  Po  stawie  sunęła  łódka  oświetlona 

lampionami. Zza drzew eukaliptusowych wyzierał księżyc. 

–  I znów jedna  z roztropnych wskazówek  życiowych.  Wiadomo,  że w chwilach duchowego 

rozdarcia  skupienie  uwagi  na  zewnętrznej  stronie  tego  świata  pomaga  bardziej  niż  czyjaś 

pociecha  i zrozumienie.  Kiedy  ogarnia  nas  rozpacz  i ubieramy  się  w stroje,  które  lubimy, 

wszystko znów wydaje się proste. Ale jeśli otwieramy swą duszę, jest nam ciężko, widzimy, jak 

wolno puszczają okowy. 

Kobieta  nie  odpowiedziała.  Kai  też  milczał.  Znów  zbliżyli  się  do  tarasu.  Dama  podała  mu 

rękę. Kai nie ruszał się, czekał, aż jego towarzyszka zniknie w oddali. 

Nie  stało  się  nic,  co  mogłoby  zburzyć  jego  spokój:  spotkanie,  trochę  słów,  mało  znacząca 

rozmowa. Mimo to czuł jakąś przemianę, niewielką wprawdzie, lecz przeciwstawić się jej byłoby 

mu równie trudno jak oprzeć się tej kobiecie. Zastanawiał się, jak to ująć; zbyt mało jednak się 

zdarzyło, by pokusić się o jakieś podsumowanie. W końcu uznał to za miłe przeżycie mające coś 

wspólnego z wierszami Matthiasa Claudiusa. 

 

Ten  stan  ducha  nie  trwał  długo.  Niebawem  zastąpiły  go  pragnienia.  Spenetrował  dom. 

Kobiety już nie było. Tłumaczył sobie, że nie powinien jej szukać. Wiedział jednak, że gdyby ją 

znalazł,  bardzo  by  się  ucieszył.  Dlatego  uderzył  do  Pierrota,  ten  jednak,  uniósłszy  głowę  znad 

stołu gry, zmierzył Kaia przeciągłym, taksującym spojrzeniem. Rozzłościło go to; usiadł przy tej 

samej  rulecie  i zagrał.  Kiedy  po  chwili  znów  poczuł  na  sobie  badawcze  spojrzenie  tamtego, 

pochwycił je i gniewnym wzrokiem zmierzył z wolna całą postać Pierrota – od stóp po jedwabne 

background image

guzy  szpiczastej  czapy.  Pierrot  mocno  zacisnął  zęby.  Kai  stracił  chęć  do  gry  i poszedł  szukać 

Fioli. 

Znalazł  go  koło  pawilonu.  Przez  chwilę  rozmawiali  o niczym,  aż  w końcu  Kai  zapytał  go, 

kim była nieznajoma. Fioła osłupiał. 

– To pan tego nie wie? 

– Nie. 

– W takim razie można panu pozazdrościć czarownego tete-a-tete. 

Kai uniósł głowę. 

 

– Czemuż to? 

– To najtrudniejsza, najbardziej kapryśna i zarazem najmniej wierna kobieta sezonu. 

Kai czekał. 

Fioła zaśmiał się. 

– Lilian Dunquerke. Kocha wicehrabiego de Courbisson. 

 

background image

 

Na jasnej nawierzchni toru wyścigowego w Monzie trwały treningi. Już od wczesnego ranka 

dolatywał  stamtąd  huk  motorów.  W parku  królów  Italii  coraz  to  rozlegał  się  grzmot,  który  po 

chwili zlewał się w oddali z jednostajnym, wytężonym rykiem, aż z czasem przybliżał się niczym 

łoskot pędzącej nawałnicy. 

–  Przepyszny  koncert  –  cieszył  się  Lieven,  przekraczając  z Kaiem  bramę  prowadzącą  do 

stanowisk technicznych. 

Jasne  powietrze  lekko  drżało.  Poranne  słońce  padało  na  trybuny.  Lieven  patrzył  właśnie 

w tamtą stronę. 

– Niech pan spojrzy, jak dziwnie słońce układa się na drewnianym belkowaniu; kiedy z tyłu 

jest cień, trybuny wyglądają po trosze jak monstrualny szkielet. Nie wiem dlaczego, ale nie lubię 

pustych  trybun.  Mogą  zepsuć  humor.  Szczególnie  gdy  przypisujemy  im  natrętną  i zarazem 

zbyteczną symbolikę. Jest pan przesądny? 

– Czasami. 

– Więc niech pan dziś zachowa rozsądek. Proszę zająć się tylko tym, co niezbędne. 

Przed  garaże  zajechał  samochód.  Za  kierownicą  siedział  Hollstein,  który  już  z daleka 

krzyczał: 

 

– To wspaniałe! Od rana sam na sam z takim wozem! Nie wytrzymałem i zrobiłem już dwa 

okrążenia. Sądzę, że Murphy okropnie się z tego powodu wścieka. Jest tutaj od godziny. 

Kai  patrzył  na  słońce  i cieszył  się,  że  zaraz  rozpocznie  trening.  Czuł  głęboką  potrzebę,  by 

przez najbliższe dni zajmować się wyłącznie jazdą, potem padać ze zmęczenia i spać. O niczym 

nie chciał myśleć, spodziewał się, że problemy, które go nurtują, rozwiążą się same. Wiedział, że 

spokojne  przeczekanie  bywa  niekiedy  najlepszym  sposobem  na  podjęcie  właściwej  decyzji; 

przekonał się o tym już nie raz. Tydzień treningów w Monzie przyszedł w samą porę. Codzienny 

wysiłek  działał  jak  sen  –  Kai  pogrążał  się  w nim  pełen  ufności,  wierzył,  że  kiedy  się  zbudzi, 

ś

wiat będzie całkiem inny. Czuł się wspaniale, trenując do upadłego, robiąc coś, co angażowało 

wyłącznie wzrok i ręce. 

Gang silników działał jak podniecająca muzyka. Niewidoczne wozy wyścigowe słychać było 

z oddali  i tylko  co  jakiś  czas  rozlegał  się  gwizd  pojazdu  przelatującego  obok  niczym  żelazny 

pocisk na ogumionych kołach. 

– Ile zgłoszeń dotychczas wpłynęło? 

– W naszej klasie dwanaście. 

Zza  zakrętu  wystrzelił  czerwony  bolid  i zatrzymał  się.  Spod  białej  czapki  wyzierały  czujne 

szparki przymrużonych oczu i zaciśnięte usta kierowcy. 

background image

– Czy to może…? – Kai spojrzał pytająco na Hollsteina. 

Ten odparł z uśmiechem: 

– Murphy. 

Kai  teraz  w dwójnasób  smakował  ożywczą  świeżość  poranka.  Miał  przed  sobą  jasny, 

jednoznaczny cel, jakże wyraźny wobec powikłanej, mgliście rysującej się przyszłości. Wszystko 

było nieważne oprócz stojącego przed nim zadania – może niespecjalnie poważnego, niezmiernie 

jednak podniecającego. 

 

Mężczyzna w czerwonym wozie wyścigowym nie obchodził go jako człowiek; nie miało też 

znaczenia,  że  źle  ocenił  sytuację  (ocenie  tej  zresztą  skwapliwie  dostarczano  pożywki)  i nie 

wahając się, wywołał przykre starcie, co świadczyło, że myślenie nie jest jego mocną stroną. 

Był jednak jeszcze jeden, zupełnie inny powód, dla którego umysł Kaia nagle nabrał lotności. 

Była  nim  tkwiąca  w każdym,  nawet  najbardziej  wyrafinowanym  intelektualnie  człowieku  wola 

walki,  próby  sił,  ów  pierwotny  instynkt,  który  w tajemniczy  sposób  każe  odrzucić  godność 

i rozwagę,  zapomnieć  o potrzebach  ducha,  o całym  nalocie  kulturowym  –  przemożna  chęć,  by 

twardo rzucić przeciwnikowi w oczy: Chodź, spróbuj, ale miej się na baczności! 

To, czego Kai dotychczas nie traktował poważnie, stało się nagle rzeczywistością: był gotów 

walczyć z Murphym; przez najbliższy tydzień nic na tym świecie nie miało być dlań ważniejsze 

od  ryczącej  maszyny  i toru  wyścigowego,  na  którym  za  wszelką  cenę  musiał  być  szybszy  niż 

inni. 

– Zaraz zaczynamy. – Kai wkładał kombinezon. – Czy wóz jest po przeglądzie? 

– Wszystko powinno być w porządku. 

–  Dobrze.  Zrobię  dziesięć  okrążeń.  Kiedy  wystawi  pan  w bok  prawą  rękę,  pojadę  szybciej, 

jeśli  ją  pan  podniesie  do  góry,  spróbuję  jeszcze  przyspieszyć.  Kiedy  zobaczę,  że  wyciąga  pan 

w bok lewą rękę, zmniejszę prędkość, jeśli zobaczę ją nad pańską głową, pojadę jeszcze wolniej. 

Wóz  przemierzył  dziesięciokilometrową  trasę  i znowu  się  ukazał.  Lieven  uniósł  wysoko 

prawe  ramię  i Kai  skoncentrował  uwagę  na  pedale  gazu.  Z maksymalnie  wyśrubowaną 

prędkością  dość  ryzykownie  wziął  zakręt.  Po  dziesięciu  okrążeniach  zatrzymał  się.  Pulsująca 

krew rozsadzała mu żyły, jazda pochłonęła go bez reszty. Zupełnie zapomniał o wcześniejszych 

niepokojach i zwątpieniu. 

– Teraz ćwiczymy start! 

Wóz poderwał się z rykiem, zdławiony, wyhamowany stawał dęba, znów się rozpędzał – raz, 

dziesięć razy, pięćdziesiąt, aż Kaiowi udało się osiągnąć pożądane przyspieszenie startowe. 

 

Zbliżało się południe. Kai wysiadł z samochodu. 

–  Wystarczy.  Koniecznie  muszę  coś  zjeść.  Pierwszego  dnia  apetyt  zawsze  jest  największy. 

background image

Czeka nas wspaniały lunch. 

Umył  się,  po  czym  wraz  z Lievenem  i Hollsteinem  udali  się  w stronę  pawilonu 

restauracyjnego. 

–  Kai,  widzi  pan  kanarkowożółty  kabriolet?  –  Lieven  ożywił  się.  –  Nieczęsto  spotyka  się 

takie między Mediolanem a Niceą. 

Maud Philby z Murphym już tutaj byli. Amerykanka wołała do nadchodzącej trójki: 

– Zabieram was na lunch do Mediolanu! 

Z rozkoszą obserwowała, z jakim chłodem witają się Murphy i Lieven. Murphy natychmiast 

odwrócił się do niej i rzekł: 

– Wybaczcie, ale chciałbym zostać na torze. 

– Ja też chciałbym po południu jeszcze pojeździć – odezwał się Kai. 

Maud Philby patrzyła na nich dobrodusznie. 

– Widzę, że bardzo poważnie traktujecie wyścigi. 

– Istotnie. 

Lieven postanowił zmienić temat. Ostrożnie zaproponował: 

– Możemy wszyscy po prostu zjeść tutaj. Będzie skromniej, za to bardziej praktycznie. 

– Dobry pomysł. – Maud Philby uśmiechnęła się do Kaia. – W samochodzie mam nawet dla 

pana ananasa. Możemy go zjeść na deser. 

Dla  Murphy’ego  była  to  kropla  przepełniająca  kielich  goryczy.  Zrobił  się  ponury  niczym 

wieczór  listopadowy  i niemal  całkiem  wyłączył  się  z rozmowy.  Początkowo  ostentacyjnie 

wzgardził ananasem. Ale kiedy spostrzegł uśmieszek na ustach miss Philby, sam, nie kryjąc przy 

tym pogardy, bez słowa pochłonął prawie cały owoc. Kiepski nastrój nie opuścił go, nawet gdy 

zobaczył zdumienie w oczach Lievena, który tego wszystkiego nie mógł pojąć. Na dodatek Maud 

Philby przymilnie dopraszała się papierosa. 

Murphy  popełniał  błąd,  starając  się  dociec  powodów  kokieterii  miss  Philby.  Rozumiał  jej 

sztuczki,  nie  na  tyle  jednak,  by  się  zorientować,  do  czego  zmierza.  Tym  bardziej  że  ona  też 

najczęściej nie miała o tym pojęcia. 

Mógłby  położyć  kres  jej  czarującym  intrygom,  gdyby  zajął  się  swoimi  sprawami  i pozostał 

obojętny  wobec tych niegodnych  knowań. Tymczasem  reagował dokładnie na odwrót: szedł na 

całość,  od  razu  chciał  zgarnąć  całą  pulę.  Taka  taktyka  może  skutkować  w typowym, 

nieskomplikowanym 

układzie 

towarzyskim; 

w stosunkach 

intelektualnie 

bardziej 

wyrafinowanych,  tracących  dekadencją,  należy  postępować  zgoła  inaczej.  Gra  w otwarte  karty 

nie wchodzi tu w rachubę, sprzyja cudzym oszustwom i własnej klęsce. 

Murphy chciał wygrać wyścig i odnieść triumf nad Kaiem. Na razie jego ambicja pogrążała 

go  w oczach  miss  Philby,  wręcz  wystawiała  na  cios.  Czuł  to,  lecz  tym  niecierpliwiej  czekał  na 

zwycięstwo, po którym spodziewał się korzystnego zwrotu. 

background image

Szybko  wstał  od  stołu,  choć  nie  było  dlań  miłe  zostawiać  Kaia  i Lievena  z Maud  Philby. 

Wkrótce od strony toru dobiegł warkot jego wozu. 

Maud  Philby  miała  teraz  swoją  chwilę.  Dotychczas  w powabnej  intrydze  brakowało  jej 

trochę  konsekwencji;  swe  posunięcia  wykonywała  jedynie  podczas  przypadkowych  spotkań. 

Teraz  jednak  grunt  był  dość  dobrze  przygotowany  i należało  unikać  nieporozumień.  Kluczyła 

zatem  rozważnie:  uznała,  że  to  właściwa  pora,  by  jeszcze  raz  szczegółowo  ocenić  układ  sił. 

Czyniła to z wielką pasją. 

Zaczęła  niewinnie  od  rozmowy  o wyścigach  z zamiarem  wygłoszenia  kilku  zgrabnych 

pochwał pod adresem Murphy’ego. 

Nie udało jej się jednak wciągnąć Kaia w ogień dyskusji. Natychmiast ją osadził: 

 

– Jestem głęboko przekonany, że Murphy wygra ten wyścig. 

Zmierzyła  go  wzrokiem,  próbując  się  dopatrzyć  ironii.  Kai  pozbawił  ją  jednak  tej 

przyjemności, dorzucił natomiast szereg informacji technicznych; rozmowa przestała się kleić. 

Zupełnie  nie  wiedziała,  czego  jeszcze  mogłaby  się  uczepić.  Pewną,  słabą  zresztą,  pociechą 

było dla niej, że Kai z Hollsteinem po chwili też udali się na tor. Postanowiła więc, że wieczorem 

zje kolację z Murphym. 

Ostatecznie  na  placu  boju  pozostał  tylko  Lieven,  zachwycony,  że  po  raz  pierwszy  zbiera 

owoce  swej  polityki  wyczekiwania.  Było  mnóstwo  powodów,  dla  których  Maud  Philby 

zachowywała  się  czarująco,  żaden  z nich  nie  miał  jednak  nic  wspólnego  z Lievenem.  Ten  zaś 

wielkodusznie zrezygnował z dogłębnej analizy i cieszył się tym, czym go raczono. Co jakiś czas 

nasłuchiwał odgłosów z toru. Zaraz jednak wracał do pogawędki, wytwornej i błyskotliwej, którą 

prowadził w błogim przeświadczeniu, że jego rywale przez najbliższy tydzień będą dostatecznie 

zajęci. 

 

Maud  Philby  zjawiała  się  teraz  rzadziej.  Sytuacja  dojrzewała,  ona  zaś  wolała  niczego  nie 

psuć i jeśli już przychodziła, to tylko na chwilę. W stosunku  Murphy’ego do dwójki znajomych 

w ciągu  kilku  następnych  dni  zaszła  jakaś  zmiana.  Zrobił  się  zaskakująco  miły.  Raz 

niespodziewanie włączył się do pogawędki. 

– Chce podsłuchać to i owo – ocenił Hollstein. 

– Niczego się nie dowie… 

Kai  spędzał  każdy  dzień  na  torze.  Tutaj  wszystko  było  jak  naprężona  cięciwa,  łatwo 

dostrzegalne,  proste.  Wyciąga  się  rękę,  sięga  w określone  miejsce  i dalej  reszta  zależy  od  tego, 

czy  dłoń  zacisnęła  się  wystarczająco  mocno.  Pędzi  się  z wyjącym  silnikiem.  Trzeba  go 

przemyślnie  poskromić  i zmusić  do  jak  najlepszych  wyników.  Jest  to  jednoznaczne,  rzetelne 

zadanie, wymagające siły. Nie ma mowy o pogrążaniu się w niepewność śliskich jak ryby uczuć. 

background image

Można rzucić na szalę całą ambicję bez obawy, że się pobłądzi. 

Z  dnia  na  dzień  czuło  się  coraz  większe  napięcie.  Przeciwnicy  obserwowali  się  nawzajem 

i próbowali na wszelkie sposoby dowiedzieć się, z jaką prędkością jeździ konkurencja. Spotykało 

się ludzi, którzy nie mieli nic do roboty i po prostu snuli się wokół toru ze stoperem w kieszeni. 

Kai wyczekiwał południowej sjesty, żeby w końcu spróbować jazdy na pełnych obrotach na 

dłuższej części toru. W tym czasie nie było nikogo, kto mógłby go wyśledzić na starcie. 

Na  próbie  generalnej  zjawili  się  Lieven  i Hollstein.  Trochę  jeszcze  obawiając  się 

niepożądanych oczu, Kai ruszył wolno i dopiero po chwili rozwinął pełną szybkość. 

Wciskał się w zakręty jak w miękkie poduszki i dziesięć kilometrów przemknęło pod kołami 

wozu  jak  jedno  tchnienie.  Znów  był  obok  trybun  i Lievena,  ponownie  miał  przed  sobą  tor,  las, 

znowu  migoczące  bielą  puste  trybuny,  chociaż  tym  razem  zdawało  mu  się,  że  w zacienionym 

kącie widzi jakiś ruch. Niestety, już przeleciał obok. Po chwili jednak znów zbliżał się do trybun 

i już  z daleka  omiatał  je  wzrokiem.  Wyraźnie  dostrzegł  coś  jasnego,  co  z bliska  okazało  się 

marynarką – w cieniu kryła się jakaś postać. W pędzie, jeszcze z daleka, dawał znaki Lievenowi, 

ż

eby  mierzył  czas,  po  czym  trochę  wolniej  zrobił  następne  okrążenie,  przed  trybunami  dodał 

jednak  gazu,  udając,  że  wyciska  pełną  moc  z silnika,  lecz  za  zakrętem  znów  zwolnił  i mijając 

trybuny, po raz ostatni upewnił się, że widzi na nich Murphy’ego. 

Wściekły z tego powodu wyhamował. Murphy wie już teraz, na co stać maszynę. Na pewno 

nie dał się zwieść manewrom Kaia na ostatnich dwóch okrążeniach. Pozostawała nikła nadzieja, 

ż

e nie widział wszystkiego. 

Kai zatrzymał się i zawołał: 

 

– Ktoś jest na trybunach, przypuszczalnie Murphy! 

Lieven, klnąc siarczyście, podniósł do oczu lornetkę. 

– Gdzie? 

– Po prawej. Głęboko w kącie. Od jak dawna może tam być? 

Lieven zbladł ze złości. 

– Istotnie, to Murphy. Właśnie schodzi. Podjadę tam i dam mu wycisk. 

Kai zatrzymał go. 

–  Nie  ma  sensu.  To,  co  zrobił,  jest  wprawdzie  nie  fair,  ale  i nie  zabronione.  Inni  też  tak 

postępują. Pozostaje nam jedno: trzeba się dowiedzieć, jaka jest jego prędkość. Zrobimy to. Ja na 

razie nie mam zamiaru się stąd ruszać. 

Hollstein mruczał zdenerwowany: 

– Właśnie do nas idzie. 

– A to lis. Zauważył, że go widzieliśmy. 

Lieven spojrzał osłupiały na Kaia. 

background image

– Rzeczywiście idzie. Czy to odwaga, czy raczej bezczelność? 

– Postępuje prawidłowo. 

– Będę… 

– Lieven, zachowajmy spokój… 

– Ja nie potrafię – rzekł Hollstein, po czym szybko się oddalił. 

Murphy zbliżał się spacerkiem, bez pośpiechu, uśmiechając się przyjaźnie. 

– Właśnie się przyglądałem, jak pan jeździ. Wóz ciągnie znakomicie. 

Przez  chwilę  Kai  miał  wątpliwości.  Może  Murphy  całkiem  przypadkowo  znalazł  się  na 

trybunie.  Jeśli  nie  znaczyłoby  to,  że  go  dotychczas  nie  doceniał.  Rozpoczęcie  rozmowy  od 

kwestii najdrażliwszej było wyśmienitą zagrywką, w każdym razie niecodzienną. 

Kai odpowiedział wymijająco: 

– Jeszcze nie jestem całkiem zadowolony. 

Zatem  wymaga  pan  bardzo  dużo.  Oceniam,  że  jechał  pan  z prędkością  stu  osiemdziesięciu 

kilometrów na godzinę. 

– To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. – Kai zdziwił się jeszcze bardziej. Taka przerażająco 

bezwstydna  odzywka  Murphy’ego  mogła  być  konsekwentną  próbą  wprowadzenia  w błąd; 

przecież z całą pewnością miał w kieszeni rezultaty, chodziło więc o to, by wszystko zagmatwać. 

Kai dorzucił: – Byłoby jeszcze lepiej, gdyby mi się udało dojść do dwustu. 

– Wtedy zwycięstwo należałoby do pana. – Murphy roześmiał się i oparł o maskę pojazdu. 

– Co pan powie na temperaturę wody w chłodnicy? – zapytał wyzywająco Lieven. 

Murphy spoważniał. Ostentacyjnie obmacał chłodnicę. 

– Znakomicie, naprawdę znakomicie – odparł lodowato, po czym poszedł w swoją stronę. 

– Już chciałem powiedzieć, że popełnił pan błąd – rzekł z namysłem Kai, gdy zostali sami. – 

Sądził  pan,  że  on  powie  coś  o przegrzaniu  wody.  To  był  przypadek,  jestem  tego  pewny,  ale 

zareagował tak niesamowitym  chłodem, że trudno się dopatrywać jakichś podtekstów. Niestety, 

powoli wkraczamy na teren, gdzie najłatwiej się porozumieć za pomocą prawego sierpowego. 

Lieven wzruszył ramionami. 

– Czyżby się poczuł obrażony? 

– Z całą pewnością. 

– Wszystko mi jedno. Nie cierpię takiego szpiegowania. Czego u nas szukał? 

– Niepokoi się. 

– My też. Szczególnie teraz. 

– Zgadzam się. Ale jego dopiero czekają kłopoty. 

– Czyżby? – Lieven błysnął okiem i roześmiał się. – Niech więc ma za swoje. 

Daję  słowo.  I muszę  panu  coś  wyznać:  od  dziś  powody  mojego  startu  w tym  wyścigu 

z obiektywnych  zmieniły  się  w subiektywne.  Ten  Murphy  podrażnił  moją  ambicję.  Będziemy 

background image

z nim walczyć tą samą bronią co on z nami. I jeśli to możliwe, z jeszcze większą zajadłością. Nie 

będzie to wprawdzie gra salonowa, ale dzięki temu okażemy się skuteczniejsi. 

 

Przez ostatnie dni podbródek Hollsteina pokrył się jasnym puchem. Młody człowiek był tak 

zajęty,  że  nie  miał  czasu  się  ogolić.  Cały  czas  krążył  w pobliżu  toru.  Warkot  silnika  wozu 

Murphy’ego rozpoznawał niemal z każdej odległości. 

Jego  trud  okazał  się  daremny.  Robił  co  mógł,  Murphy  jednak  nie  dał  się  przyłapać. 

Amerykanin  pozornie  jechał  zawsze  tak  samo,  lecz  jego  czas  za  każdym  razem  się  zmieniał 

i pomiary  nie  miały  żadnej  wartości.  Hollsteinowi  nie  udało  się  namierzyć  choćby  jednego 

okrążenia,  które  Murphy  przejechałby  z równą  prędkością.  Stary  wyga  wiedział,  że  go 

obserwują, i był bardzo ostrożny. 

Hollstein musiał dać za wygraną. Lieven go uspokajał: 

–  Nie  zależy  nam  na  zwycięstwie.  W tym  roku  głównym  celem  jest  udział  w górskich 

mistrzostwach Europy na Sycylii. 

 

Kai  wynajął  szopę,  w której  urządził  warsztat.  Odwiedziła  go  tu  Maud  Philby.  Była 

zaskoczona  radością,  z jaką  Kai  ją  przywitał.  Kwiaty,  które  przyniosła,  z zagadkowym 

uśmiechem wetknął do chłodnicy auta. Krytycznie przyjrzał się swemu dziełu i jeszcze co nieco 

poprawił. 

– Oto moja niezawodna maskotka! 

Miss  Philby  stwierdziła,  że  dopisało  jej  szczęście.  Jak  się  wydawało,  kilkudniowa 

nieobecność wzmogła zainteresowanie Kaia jej osobą. 

–  Chciałbym  się  w końcu  trochę  odprężyć.  Napije  się  pani  ze  mną  herbaty?  –  Kai  już  był 

gotów do wyjścia. Ruszył w stronę toru. – Muszę się jeszcze zobaczyć z Hollsteinem.  Mam dla 

niego zadanie. 

Hollsteina  nie  było  na  torze,  był  za  to  Murphy.  Kai  jechał  w kierunku  Mediolanu.  Czuł 

osobliwą  radość  na  myśl,  że  dokuczył  Murphy’emu,  uciekając  się  do  tak  prymitywnych 

i zarazem  wypróbowanych  metod;  najzwyczajniejszy  oręż  bywa  często  najbardziej  skuteczny 

Miło  spędził  popołudnie.  Wcześniejsza  złość  zamieniła  się  w serdeczność,  a Maud  Philby 

udzielił  się  ów  nastrój.  Gawędzili  beztrosko  i było  im  z sobą  wyśmienicie.  Po  raz  pierwszy 

zjawiło się między nimi coś cieplejszego, jakby początek autentycznego uczucia. 

 

Wieczorem  Kai  znów  był  w szopie.  Wyrzucił  bukiet  z chłodnicy,  rozmyślił  się  jednak, 

podniósł  kwiaty,  wstawił  do  szklanki  i schylił  się  przed  nimi  w oszczędnym  ukłonie.  Jego  cień 

powtórzył ukłon na ścianie. Spodobało mu się to na tyle, że przez chwilę zabawiał się sztuką gry 

cienia, z którą zetknął się na Jawie. Potem wyjął kwiaty i wyrzucił z szopy. 

background image

Uniósł  wóz  na  dwóch  podnośnikach  w ten  sposób,  by  tylne  koła  nie  dotykały  ziemi. 

Następnie  długo  przyglądał  się  przewodom  prowadzącym  do  gaźnika.  Przyszedł  mu  do  głowy 

pewien pomysł. Szybko coś nakreślił, pobiegł do najbliższego telefonu i poprosił Hollsteina, by 

przyszedł z mechanikiem. 

Obaj zjawili się po kilku minutach. Na twarzy Hollsteina malował się niepokój. 

– Miał pan jakąś awarię? 

– Nie, chcę coś wypróbować. 

Kai objaśnił szkic. 

–  To  jest  pomysł  na  usprawnienie  zasysania  jeszcze  lepiej  rozpylonej  mieszanki.  Wkrótce 

wypróbujemy urządzenie, będzie chyba gotowe na mistrzostwa Europy. Teraz chodzi mi jednak 

o coś  innego.  Przekonacie  się,  że  podczas  jazdy  z największą  prędkością  wóz  niezbyt  dobrze 

trzyma się toru, trochę tańczy i zarzuca na boki. 

Hollstein skinął głową. 

 

– Na mokrej nawierzchni… – ciągnął Kai. 

–  Nie  damy  rady  tego  do  końca  wypróbować  –  wpadł  mu  w słowo  Hollstein.  –  Już  o tym 

myślałem. 

– Żeby wóz nabrał stabilności, trzeba  go  z przodu odciążyć. Przyczyną braku stabilności są 

hamulce przednich kół. Musimy je zdemontować. To powinno pomóc. 

Hollstein przyciągnął bliżej żarówki na długich kablach. 

– Na pewno pomoże. Zabierzmy się do tego od razu i wymontujmy oś. 

Pracowali  z wysiłkiem.  Silnik  połyskiwał  w świetle  żarówek.  Szczękały  klucze,  zgrzytały 

ś

ruby. Zapadła noc. 

– Hollstein, nie jest pan głodny? 

Mechanik  przyniósł  wędzone  ryby,  ser,  chleb  i wino.  Umyli  z grubsza  ręce,  Hollstein  siadł 

przy  stole,  Kai  oparł  się  o ścianę  z chlebem  w jednej  ręce  i srebrzystym  kawałkiem  ryby 

w drugiej,  na  papierze  walały  się  resztki  posiłku.  Jedli  tak  z apetytem,  popijając  przy  tym 

orzeźwiające wino. 

Kai słyszał, jak na zewnątrz hula wiatr. Pomiędzy pogrążonymi w cieniu ścianami kładło się 

przytłumione  światło.  Rozjaśniało  wyłącznie  dolną  część  szopy.  Wydobywało  z ciemności 

połysk i kontury metalowych przedmiotów. Na chwilę Kai wrócił myślami do owego wieczoru, 

kiedy  był  w stajni  z Frute  i młodą  Barbarą,  pośród  koni,  w półmroku  zapadającego  zmierzchu. 

Zdawało mu się, że słyszy głos: 

– Znowu pan wyjedzie? 

Jakiś czas nasłuchiwał, po chwili jednak otrząsnął się i dał spokój wspomnieniom. 

–  Musimy  teraz  złożyć  to,  co  rozkręciliśmy.  Pracowali  w milczeniu.  Kai  zdziwił  się,  kiedy 

background image

stwierdził, że skończyli. Z twarzy Hollsteina biła powaga. 

– Hollstein, dlaczego nic nie mówimy? – zapytał go Kai. 

Czar prysł. 

– Nie mam pojęcia – roześmiał się zagadnięty. – Nagle zrobiło się jakoś dziwnie. 

– Żeby zmniejszyć tarcie w cylindrach, dodałem do oleju trochę grafitu – powiedział Kai. – 

Zobaczmy, jak to zadziała. 

Podnieśli  cały  wóz  i uruchomili  silnik.  Szyby  w oknach  się  rozdzwoniły,  szopa  jęknęła 

w posadach, zadrżało wino w kieliszkach – tak potężny był ryk olbrzyma uwięzionego w ciasnej 

przestrzeni, którego koła wirowały ponad ziemią. 

Gdy  po  kilku  minutach  się  uspokoił,  zapadła  niesamowita,  dławiąca  cisza.  Kai  zmierzył 

temperaturę  wody  w chłodnicy  oraz  oleju,  przyjrzał  się  też  uważnie  cylindrom.  Maszyna  znów 

się  rozszalała,  zdawało  się,  że  ryk  silnika  wypiera  z szopy  całe  powietrze.  W końcu  potwór 

zaczął  opadać  z sił,  wycie  przeszło  w świst  i ucichło.  Do  tego  zamierającego  już  śpiewu 

dołączyła  inna  melodia,  dobiegająca  z oddali,  cicha,  lecz  uporczywa.  Zrazu  była  stłumiona 

i złowroga jak triumfalny hymn, po chwili ucichła i znów, za jakiś czas, powróciła. 

Wsłuchiwali się w napięciu. Hollstein jednym susem znalazł się przy drzwiach i otworzył je 

na  oścież.  Była  ciemna,  chłodna  noc,  na  niebie  błyszczały  gwiazdy.  Wciąż  nasłuchiwali.  Żeby 

lepiej  słyszeć,  Hollstein  przyłożył  dłonie  do  uszu  i szeroko  otworzył  usta.  Przeciągły  dźwięk 

rozdzierał nocną ciszę. 

Hollstein odwrócił się. 

– Ktoś jest na torze, trenuje. 

– O tej porze… 

Noc była jasna, świecił księżyc. Ale jak kierowca dostał się na tor? 

Kai  czekał.  Bez  wątpienia  był  to  silnik  pracujący  na  najwyższych  obrotach.  Naraz  zaświtał 

mu  pewien  pomysł.  Hollstein  spojrzał  na  Kaia  i w lot  pojął,  o co  chodzi.  Pobiegł  do  szopy 

i przyniósł stopery. 

 

Jechali w stronę toru. Koła bezgłośnie toczyły się po drodze. Wycie nasilało się, było coraz 

bardziej intensywne, potężne, brzmiało jak ryk rosłego jelenia. Kai i Hollstein czuli, że budzi się 

w nich żyłka myśliwska. 

Zostawili auto w parku i ruszyli pieszo. 

– Jestem ciekaw, jak wjechał na tor – szepnął Kai. 

Zatrzymali  się  za  jakimiś  deskami  i zaczęli  się  rozglądać  w poszukiwaniu  punktu 

obserwacyjnego. Skradając się w milczeniu, podeszli jeszcze kawałek, skąd widać było odcinek 

toru. 

W  srebrzystym  świetle  księżyca  szary  tor  lśnił  i wyglądał  jak  z aksamitu.  Na  zakręcie 

background image

poświata  wpadała  niemal  w biel,  łuk  toru  wybiegał  z głębokiego  cienia  i w cieniu  się  roztapiał. 

W rozedrgane niebo uderzał jednostajny szum, który niepostrzeżenie je wypełniał, potężniejąc to 

tu, to znów dalej w całej przestrzeni pomiędzy lasem i gwiazdami. 

W  tej  chwili  huk  się  przybliżał.  Kai  podniósł  głowę.  Cyferblaty  stoperów  fosforyzowały 

biało  pod  palcami.  Pochylił  się,  zmrużył  oczy,  zacisnął  w pięść  wolną  rękę;  z ciemności 

wystrzeliła  mroczna  zjawa,  przemknęła  z łoskotem,  mignęła  na  pochyłości  łuku,  jak  nocne 

ptaszysko przeleciała wysoko nad zakrętem i przepadła. 

– Rozpoznał go pan? 

– To Murphy. 

– Udało się go namierzyć? 

– Tak. 

– Niech pan tu zostanie i zaczeka. Ja biegnę na zakręt. 

–  To  pachnie  przygodą.  –  Hollstein  roześmiał  się  radośnie,  jak  chłopiec,  który  bawi  się 

w Indian. 

– Wręcz nieprzyzwoite, ale ekscytujące. To nasz rewanż – rzucił Kai i pobiegł wzdłuż toru. 

Znowu  słyszał  gwizd  opon  trących  o podłoże.  Jak  upiór  wynurzył  się  z ciemności  blady  cień 

pojazdu,  przemknął  błyskawicznie,  zapierając  dech,  i wyrwał  prosto  w niebo  –  istny  pocisk  na 

kołach wystrzelony w dal i, pochwycony magiczną dłonią, z powrotem wepchnięty na prostą. 

Za  pierwszym  razem  ten  obraz  go  oszołomił,  za  drugim  Kai  już  coś  zaobserwował,  przy 

trzecim  przejeździe  analizował  technikę  jazdy,  wreszcie  kiedy  wóz  przemknął  czwarty  raz, 

wiedział tyle, że wrócił do Hollsteina. Ten leżał na ziemi, miał z sobą stoper, papier, rękę trzymał 

na wyłączniku latarki i coś notował. 

Pojechali do szopy i obliczyli prędkość Murphy’ego. Hollstein pobladł. 

– Był nieprzyzwoicie szybki. 

–  Oczywiście,  ale  trzeba  założyć,  że  nocą  prędkość  może  być  większa  nawet  o dziesięć 

procent. Nasze pomiary były robione w południe. Zaraz się przekonamy, czy dobrze rozumuję. 

– Jak to? 

–  W tej chwili jadę, właśnie teraz. To  będzie interesujące.  Wszystko wskazuje na to, że tor 

jest otwarty. 

Hollstein zaczął się śmiać. 

– Szalony pomysł, ale jestem za. 

Kai chwycił go w ramiona. 

–  Czasem  nie  da  się  postępować  po  dżentelmeńsku.  Zbyt  wiele  skrupułów  może  podciąć 

skrzydła.  Ale  to  będzie  cudownie  ożywcze.  Rzadko  jestem  w tak  świetnym  nastroju,  pełen 

werwy. 

– Murphy pewno jeszcze tam jest. 

background image

–  Będzie  zatem  uroczo,  w każdym  razie  nie  powinniśmy  się  tym  przejmować.  Cóż  nas  to 

może obchodzić? Będziemy nieostrożni. Jeśli go spotkamy, tym lepiej dla niego. Bez względu na 

wszystko jedziemy. 

Silnik mruknął, potem kichnął; w mgnieniu oka wóz dopadł linii horyzontu – jak głodny wilk 

dyszący żądzą mordu. 

Jakiś  kot  przebiegł  drogę  tuż  pod  kołami  i teraz  uciekał.  Hollstein  przegonił  go  na  prawą 

stronę. Kai potrząsnął głową. 

– Koty w księżycową noc… dziś mimo to nic nam nie grozi. Jesteśmy pod ochroną. 

Dojechali do toru. Murphy’ego już nie było. Kai pełną piersią zaczerpnął powietrza, śmiało 

spojrzał  przed  siebie,  nacisnął  pedał  gazu  i całym  ciałem  przylgnął  do  kierownicy.  Znów  był 

dwudziestolatkiem, którego coś podobnego wciąga znacznie bardziej niż wszystko, co się wiąże 

z kobietami. Wóz połykał trasę oświetloną płytkim światłem księżyca, pędził jak wiatr, odrywał 

się od ziemi, sięgał chmur. 

Pełen  zaufania  do  swej  maszyny  Kai  jechał  jak  w transie;  zatopiony  w półśnie  ulegał 

bezwiednie  instynktowi.  Dopiero  kiedy  zobaczył,  że  Hollstein  wymachuje  rękami,  dała  o sobie 

znać rzeczywistość. Zupełnie już przytomny zjechał z trasy. Obliczyli prędkość. 

– Jesteśmy szybsi. 

 

background image

VI 

 

Następnego  dnia  była  piękna  pogoda.  Ranek  Kai  spędził  jeszcze  w Monzie,  gdzie 

intensywnie pracował wraz z Hollsteinem. W południe, kiedy wrócił z Mediolanu, był elegancko 

ubrany. 

– Mam ochotę pojechać do Nicei. 

Hollstein, zdziwiony, wyprostował się. 

– Przecież mieliśmy trenować. 

– Na razie daję sobie spokój. Zupełnie nie wiem, co mnie naszło, ale muszę dziś być w Nicei. 

W jakim celu, też właściwie nie wiem. Widzi pan, Hollstein, z pomysłami często tak bywa i nic 

na to nie można poradzić. Jutro w południe będę z powrotem. 

– Rozumiem, ale byłoby lepiej, gdyby pan został. 

Kai położył mu dłoń na ramieniu. 

–  To  dziwne,  ale  poczucie  obowiązku  miewa  się  przed  dwudziestym  piątym  rokiem  życia 

i po  ukończeniu  trzydziestego  piątego.  Dziesięć  lat  pośrodku  jest  czasem  dziwactw 

i nieprzewidywalnych zachowań. Zostawmy to jednak. Wrócę do pana w jeszcze lepszej formie. 

Pojechał do księżnej Parmy. Początkowo nie miał takiego zamiaru, przyszło mu to do głowy, 

kiedy dojeżdżał do Nicei. Cieszył się na to spotkanie. Ogarnął go przy tym jakiś spokój. 

Jeden  z pokoi  księżnej  zapełniały  akwaria  i terraria.  Starsza  pani  lubiła  tu  przesiadywać 

wieczorami. Jedyna, osłonięta lampa paliła się nad szklanymi zbiornikami, w których rosły gęsto 

obok  siebie  strzałki  wodne  i walisnerie.  Światło  przesączało  się  przez  przezroczystą, 

jasnozieloną,  krystaliczną  toń.  Wolno  poruszały  się  w niej  czarno-srebrzyste  Pterophylla 

amazonae,  wachlując  płetwami  i wąsami  –  bardzo  delikatne,  wręcz  dekadenckie.  Czerwone 

ś

limaki  w okrągłych  skorupach  przycupnęły  w gęstej  wyściółce  z porostnic,  uciesznie  zwisał 

wijący  się  haplochilus,  jego  pogięty  grzbiet  barwił  się  nieco  perłową  czerwienią  –  okaz,  jaki 

spotkać  można  jedynie  na  Cap  Lopez  pośród  szklistych  listeczków  niewielkich  krzewinek 

halofitowych. 

Księżna  była  sama.  Wskazała  Kaiowi  miejsce  obok  siebie,  naprzeciw  szerokich  szyb 

akwarium. 

– Sądziłam, że jest pan w Monzie. 

– Jeszcze dziś tam byłem, jutro też będę. 

– A teraz? 

– Nagła ochota – szybko się pojawiła, szybko została zaspokojona… 

Księżna się uśmiechnęła. 

– Pan jest bardzo młody. 

– Już nie. 

background image

Zaśmiała się głośniej. 

– Jeszcze tak, jeszcze bardzo młody. 

– Tego właśnie nie wiem. Nawet się z tego powodu martwię. Czuję się rozdwojony. Niczego 

nie potrafię dobrze uchwycić –  wiem, że  mnóstwo spraw  mi umyka. Nie umiem na  niczym się 

zatrzymać, nie chcę też tego. Często mi się zdaje, że balansuję: po prawej cisza, z lewej niepokój, 

wrażenie, że już chyba ostatni raz taka huśtawka, że w końcu trzeba rozstrzygnąć. 

Rozstrzygnięcia zapadają do dwudziestego roku życia – mówiła z powagą księżna. – Później 

ż

yjemy według tych pierwszych ustaleń. Jeśli do czegoś się bierzemy, robimy to niejednokrotnie 

dlatego,  że  wydaje  się  ważne.  Zwykle  jednak  są  to  tylko  zmiany  powierzchowne,  zmiany 

otoczenia, upodobań. A rozstrzygnięcia? Te, jeśli chodzi o pana, dawno już zapadły. 

–  Wciąż  próbuję  sobie  poradzić  z rozdarciem,  które  wprawia  mnie  w niepewność  i lęk,  ale 

jakoś  mi  się  nie  udaje.  Muszę  zdecydować,  jak  dalej  pokierować  życiem.  Wcześniej  myślałem 

podobnie  jak  dziś.  Ale  teraz  tracę  pewność  siebie,  zaczynam  sobie  wytyczać  granice  –  usiłuję 

określić  je  na  nowo,  spojrzeć  inaczej.  Dotychczas  uważałem,  że  granice  są  narzędziem 

powstrzymywania,  dziś  widzę,  że  mogą  sprzyjać  skupieniu.  To  cały  splot:  spokój,  cisza, 

zakorzenienie,  możliwe,  że  również  kobieta;  praca,  stabilizacja,  rozrost,  obowiązki  –  wartości 

trwałe.  Widzi  pani,  jak  wiele  to  wszystko  daje  do  myślenia:  Ja”  stojące  w centrum,  nie  zaś  na 

obrzeżach – promień okręgu zamiast stycznych. 

Księżna przyglądała mu się przez chwilę. 

– Jestem  starą  kobietą, wiele  przeżyłam. Nie ma trwałych związków ani trwałych układów. 

Bywają jednak trwałe rozwiązania. 

Kai skinął głową, śledząc przez szklaną ścianę szybkie skręty wąskich, płaskich ryb. 

Księżna mówiła dalej, cicho, głosem o ciepłym brzmieniu: 

–  Wśród  ryb są takie,  które nazywają się borzoj – jak chart rosyjski. Są równie eleganckie. 

Z karpi jest większy pożytek, lecz co karpiom z tego… 

Ryby krążyły niczym motyle, wachlowały przez zielonkawy odmęt. 

Stara dama ciągnęła: 

– Kiedy ujmiemy ładunku tragarzowi niosącemu kamienie, ulżymy mu. Jeśli spróbujemy tak 

samo  postąpić  z duszą,  dusza  się  poskarży.  Wolność,  którą  cieszymy  się  od  pokoleń, 

przyzwyczaiła  nas  do  odczuwania  balastu  jako  czegoś  dobrego.  W jakim  celu  chce  pan  wziąć 

ciężar  na  siebie?  Z rzeką  jest  tak  samo,  wybiera  swoją  drogę:  może  płynąć  prosto  lub  wić  się 

tysiącem  meandrów.  Ważne,  by  znalazła  kres  w morzu,  a nie  w stawie,  który  napędza  młyny, 

w którym moczy się len i płucze pranie. 

Mówiła  głośniej.  Kai  wyczuł  powagę  chwili  i szukał  odpowiedniego  tonu  dla  swych 

wynurzeń. Księżna to spostrzegła i po jej twarzy przemknął uśmiech. 

– Cofam, co powiedziałam – że pan jest taki młody. 

background image

–  Proszę  mi  nie  uciekać.  Oczywiście  posłużyłem  się  obrazami,  a obrazy  niczego  nie 

przesądzają,  mogą  co  najwyżej  wzmacniać  dowody.  Światu  nie  zależy  na  świadectwie  prawdy, 

proszę spojrzeć na stulecia historii: przetoczyły się, mając za nic słuszność i sprawiedliwość. To 

oznacza  wyrok  śmierci  na  każdą  demokrację,  tak  bardzo  po  ludzku  ją  przecież  pojmujemy. 

Ś

mierć grozi też wszystkiemu, co pożyteczne. 

Kai zmarszczył czoło. 

– Pożyteczne, ależ to brzmi! Budzi wstręt jak drobny, wyświechtany pieniądz. W ten sposób 

pojawia  się  słowo,  urabia  się  w jednorodną  papkę  z jakimś  pojęciem  i zaczyna  się  nadymać:  ty 

jesteś  mną.  Przy  czym  cały  czas  słowo  i pojęcie  są  od  siebie  oddzielone,  samo  słowo  zaś  jest 

daleko  uboższe  od  pojęcia  i kryjących  się  za  nim  znaczeń.  Trzeba  o tym  pamiętać,  bo 

posługiwanie  się  słowami  przychodzi  bez  trudu  i niczym  nie  grozi.  A przecież  możemy  w ten 

sposób  ośmieszyć  to  niewypowiedziane,  ukryte  poza  słowami.  Dobór  odpowiednich  słów 

wymaga większego wysiłku i nieraz trzeba coś oglądać z zupełnie innej strony. 

Twarz księżnej – duża, o rysach mocno przywiędłych – przybliżyła się do Kaia. 

 

–  Trafił  pan  w mój  słaby  punkt.  Mało  co  bywa  równie  bezużyteczne  jak  słowa.  Widać  to 

doskonale, kiedy dużo czasu spędza się samotnie. Słowa przychodzą wprost z ulicy i sporo z niej 

można w nich odnaleźć.  Co powinno pozostać czymś osobistym, bywa przez język uogólniane, 

a przez to źle rozumiane. W ten sposób słowa sprowadzają wyłącznie dobro… 

W bladych kącikach ust księżnej pojawiła się ironia. Kai wyczekująco uniósł brwi. 

Księżna mówiła teraz cichym, stonowanym głosem: 

–  Słowa  są  pożywką  dla  błędu,  ich  wąskie  znaczenie  bywa  ważniejsze  od  istoty  spraw. 

Najczęściej wtedy, gdy sami sobie chcemy czegoś dowieść… – Jej twarz naraz się rozpogodziła. 

Falami  pojawiały  się  na  niej  już  to  łagodna,  ciepła  radość,  już  to  iskierki  przekory,  a nawet 

niegroźnej  złości.  –  Nieważne,  ile  ziemi  wydobędziemy,  drążąc  szyb,  chodzi  o to,  w jakim 

stopniu  ta  praca  nas  zadowoli.  Gest  znaczy  więcej  od  treści.  Treść  to  rzecz  znana,  nudna 

i ostatecznie bez sensu – umieramy, nie bacząc na nią, a wtedy nie należy już do nas. Jest czymś 

obcym  i tylko  nas  dręczy.  Natomiast  gest  przynależy  do  nas  tak  dalece,  że  bez  nas  nie  ma  go 

wcale.  A ponieważ  Jest  z nami  nierozłączny,  jest  czymś  wiekuistym.  To  niczego  nie  oznacza, 

wieczność  to  jedynie  słowo  posiłkowe.  Prawdy,  które  pozostawiamy,  umierając,  nie  mają 

ż

adnego  sensu.  Poszukiwanie  ich  trudno  uznać  za  heroizm,  wymaga  jednak  odwagi.  Można 

w poznanie  prawdy  włożyć  wiele  wysiłku  i nawet  nie  trzeba  tego  robić  długo.  Ale  dopiero  gdy 

zaprzestaniemy prób przeniknięcia poprzez transcendentalne podwoje  i przerzucania mostów na 

tamtą  stronę,  rozpocznie  się  życie,  dla  którego  my  sami  staniemy  się  punktem  centralnym. 

Wszystko  jedno,  co  będzie  dalej;  ja  dla  swych  trosk,  dążeń  i miłości  wybrałam  obszary  dość 

odległe, w których te kruche sprawy rzadko stają się ciężarem i niewiele nas obchodzą. 

background image

Księżna umilkła, jej twarz się wygładziła. Po chwili odezwała się cicho: 

– Spraw serca nigdy nie powinno się uzależniać od ludzi. Jeśli tak uczynimy, nasze szczęście 

może  się  okazać  chwiejne  i wątpliwe.  Jeszcze  gorzej,  gdy  powierzamy  serce  jednemu 

człowiekowi. Cóż pozostanie, gdy ten jedyny odejdzie? A odejdzie na pewno… 

W jednej chwili cały pokój wypełnił się marzeniami, ożyły w nim cienie i imiona. Pojawiły 

się w oczach księżnej, otoczyły ją, chyliły się ku jej starym dłoniom. Nie przysparzały cierpień, 

nie było w nich żalu. Świadczyły o pełni życia, które powstało z przeszłości i teraz wewnętrznym 

ż

arem tliło się w dobrotliwych oczach leciwej kobiety. 

Księżna  zbliżyła  twarz  do  szklanej  ściany  akwarium.  Smukłe  rybki  syjamskie  bezgłośnie 

wynurzyły się z gęstwiny strzałkowców i całą ławicą podpłynęły na spotkanie starszej damy. 

– Poznają mnie. Początkowo byłam chyba dla nich czymś niezwykłym: wolno przybliżającą 

się wyblakłą górą, pełną wzniesień i nierówności, z rozpadliną ust i jeziorami oczu, może nawet 

rodzajem zorzy polarnej, której odbite światło pada na ich trójkątne, okryte łuską łebki…Trudno 

powiedzieć, jak to wygląda z ich strony… Nie sposób zresztą o tym zbyt długo myśleć… 

–  I nie  trzeba  –  powiedział  Kai.  –  Nie  odeszliśmy  tak  daleko,  by  warto  było  podobnym 

myślom poświęcać wiele czasu. Zwierzęce rozumowanie nie jest jeszcze dość odległe, byśmy się 

mogli w nim  przeglądać. Prowadziłoby to do zawirowań, skłaniałoby  do ucieczki czy  okopania 

się  na  zajętych  pozycjach.  Ten  świat  bowiem,  od  którego  uciekliśmy,  izoluje  nas  i zarazem  na 

nas  czyha.  A każdy  nosi  w sercu  dziedzictwo  zdrady.  Nie  staliśmy  się  jeszcze  wystarczająco 

odmienni, by porównywać. 

Księżna uśmiechnęła się. 

– Tym samym ogłasza pan wyrok na siebie. Powiada pan, że obciąża nas dziedziczna skaza, 

a zatem  nie  jest  wskazane  nicowanie  najgłębszych  warstw  naszego  bytu;  lepiej  poruszać  się  na 

powierzchni i wiele spraw zaakceptować. Pan jednak  chce zstąpić w głąb, opuścić się w dół jak 

górnik, by drążyć pokłady duszy. Widzi pan, w przerażeniu obracam się nawet ku alegoriom. 

Kai złożył płasko dłonie. 

– Dziś myślę tak jak pani. Jutro może być inaczej, czy to komuś przeszkadza? Może lepiej, 

ż

e myśląc o sobie, wybiega się poza teraźniejszość? Księżna Parmy sięgnęła po laskę. 

–  Dlaczego  zadaje  pan  sobie  tyle  trudu,  by  odgadnąć  przyszłość?  I tak  będzie,  co  ma  być. 

Panu, który tak bardzo przejmuje się swoją przyszłością, mogę dziś tylko jeszcze raz powtórzyć, 

ż

e jest pan bardzo młody. 

Kai schylił się do ręki księżnej. Księżna podniosła się i patrzyła na niego. Czuł, że stara dama 

myśli  o czymś  całkiem  innym.  Pomiędzy  nimi  stanęły  znów  cienie  wspomnień  jej  wspaniałego 

ż

ycia, które już wcześniej zapełniły pokój. Były tak wyraźne, że mogły porwać ku miłości, niosły 

z sobą powiew przeszłości. Były jednak zbyt słabe i zupełnie bezsilne wobec jednego: tajemnicy 

ż

ycia pulsującej falą gorącej krwi w młodym ciele Kaia. 

background image

Nieobecne spojrzenie księżnej ożywiło się. Wróciła do rzeczywistości. Ujęła Kaia pod ramię. 

– Czy pojedzie pan w niedzielę na wyścigach? – A kiedy potwierdził, dodała: – Chciałabym 

dać panu talizman. 

Przyniosła jakąś monetę. 

–  Nie  mam  tego  dużo.  To  stara  koreańska  moneta  szczęścia.  Kiedy  pana  zmęczy 

powodzenie,  niech  ją  pan  komuś  podaruje.  Taki  obowiązek  nakłada  zaklęcie  zapisane  na 

monecie… 

Oboje się roześmiali. 

 

background image

VII 

 

Kai  wrócił  do  Mediolanu,  ale  przez  ostatnie  dwa  dni  poprzedzające  wyścigi  nawet  nie 

dotknął  auta.  Hollstein  wciąż  za  nim  chodził  i czynił  mu  wyrzuty.  Nie  zdołał  jednak  Kaia 

przekonać. Najbardziej dziwili się Murphy i Maud Philby. 

Murphy prawie nie opuszczał toru. Wymyślał najróżniejsze sytuacje, chciał się przygotować 

na każdą okoliczność. Hollstein popadał w melancholię, kiedy widział, jak Amerykanin trenuje. 

Dla  Maud  Philby  te  dni  wyczekiwania  były  pełne  napięcia  pomieszanego  ze  wzmożoną 

czujnością. 

Pierwszego  wieczoru  stała  się  nawet  trochę  sentymentalna.  Popołudnie  spędziła  z Kaiem 

i musiało  do  niej  dotrzeć,  że  jej  zaloty  trafiają  w próżnię.  Kai  odnosił  się  do  niej  z serdeczną 

uprzejmością, która niczym walec drogowy miażdżyła każdą z wkluwanych weń igieł. 

Nie  pozostało  nic  innego,  jak  czekać,  aż  Kaiowi  przejdzie.  Wieczorem  jednak  było  jeszcze 

gorzej.  Kai  stracił  całe  zainteresowanie  dla  wyścigów  i mówił  o nich  jak  o wystawie  bydła. 

Pierwszy  raz  Maud  Philby  na  dobre  się  rozgniewała  i musiała  zadać  sobie  wiele  trudu,  by  nie 

ulec amerykańskim manierom. 

Raz  jeszcze  pośpiesznie  wypunktowała  swoje  racje  i doszła  do  wniosku,  że  wszystko  się 

zgadza.  Teraz  należało  już  tylko  poczekać  na  stosowny  nastrój  u Kaia.  Dlatego  zachowała 

rezerwę  i postanowiła  nie  dawać  za  wygraną  dopóty,  dopóki  Kai  oficjalnie  nie  potwierdzi,  że 

rezygnuje z udziału w zawodach. 

Z tego też względu zatrzymała Lievena, który ciesząc się na wspaniały wyścig, wraz z całym 

towarzystwem stale przebywał w pobliżu. Zdecydowanie go wyróżniała, a kiedy zostali sami, nie 

wytrzymała i zapytała Lievena, czy Kai wystartuje. 

– Oczywiście – odparł zdumiony Lieven. 

–  W takim  razie  albo  jest  pewien  zwycięstwa,  albo…  –  Tu  spojrzała  wyczekująco  na 

Lievena. 

– …nie zamierza wygrać. Tak pani sądzi – dokończył Lieven. – Ani jedno, ani drugie. Znam 

jego taktykę. Na dwa dni przed wyścigami nie chce o nich słyszeć. Dzięki temu na starcie czuje 

się znacznie swobodniej, bez obciążeń. Zawsze tak postępuje. 

Maud  Philby  odetchnęła.  Lieven  przyjrzał  jej  się  badawczo  i doszedł  do  wniosku,  że 

Amerykanka  przejawia  wyjątkowe  zainteresowanie  sprawami  Kaia.  Znajomość  ta  wyraźnie 

wykraczała  poza  ramy  towarzyskiej  gry,  a nawet  –  jak  mu  się  zdawało  –  traciły  znaczenie 

subtelne  aluzje  na  temat  automobilowego  współzawodnictwa  obu  panów.  Widać  było,  że 

w postępowanie miss Philby wkradło się coś osobistego. 

Lieven  postanowił  powściągnąć  zapędy  Kaia  wobec  Amerykanki  i już  się  zastanawiał,  co 

robić,  by  jego  działania  wyglądały  na  bezinteresowne.  Było  bowiem  dlań  jasne,  że  powodem 

background image

ekscytacji  Maud  Philby  jest  wyłącznie  okazywana  przez  Kaia  obojętność;  obawiał  się 

niepotrzebnego  uczucia,  które  mogłoby  się  zrodzić,  gdyby  rywal  wygrał  wyścig.  Należało 

popchnąć  Kaia  w stronę  miss  Philby,  aby  Amerykanka  miała  go  w nadmiarze.  Takie  były 

założenia  planu  Lievena.  Całą  rozgrywkę  już  przemyślał  i rozpierała  go  duma  z pomysłu  a la 

Maupassant – działania nie wprost. To, co knuł, było zaiste szachowym gambitem z damą. Aby 

uprzedzić  ewentualne  niespodzianki,  poszedł  na  wyścigi  razem  z miss  Philby.  Dzień  wcześniej 

przekonał Amerykankę, że łączą ich interesy. Zajmował dogodną pozycję do ataku. 

Teraz  potrzebował  czegoś,  co  nagle  rozczaruje  Maud  Philby.  Najwięcej  nadziei  wiązał 

z możliwością  nieoczekiwanego  zwycięstwa  kogoś  trzeciego.  Nawet  oswoił  się  z tą  myślą, 

zwłaszcza że chwilowe zachcianki zwykł przedkładać nad korzyści zawodowe. I tak nieuchronny 

pojedynek Kaia z Murphym z dnia na dzień zyskiwał wielowarstwową otoczkę. 

 

Trybuny  wypełniły  się  na  długo  przed  rozpoczęciem  wyścigów  i teraz,  upstrzone 

rozedrganymi,  barwnymi  plamami,  wyglądały  jak  pola  namalowane  przez  impresjonistę.  Nad 

trasą krążyły samoloty, zrzucając ulotki. Mnóstwo ich kołysało się w powietrzu i niczym ławica 

białych  ryb  opadały  na  głowy  ludzi  bądź  wirując,  trafiały  na  tor,  skąd  natychmiast  usuwali  je 

porządkowi. 

Kłuła oczy biel nakreślonych  kredą prostokątów  wyznaczających pola startowe.  Mechanicy 

w niebieskich kitlach uwijali się na stanowiskach, piętrzyły się piramidy czarnych i szarych opon, 

obok walały się podnośniki samochodowe, wiadra z wodą i butelki. 

Auta,  które  miały  jechać  w pierwszym  wyścigu,  ustawiały  się  na  starcie.  Padł  strzał 

i maszyny jak wilcza wataha wyrwały z wyciem do przodu. Maud Philby ani razu nie spojrzała 

na tor, czekała na Kaia i Murphy’ego. Kai pojawił się pierwszy Pomachała mu radośnie, a na jej 

twarzy wykwitł rumieniec. Kai ukłonił się. 

– Niebawem będę z powrotem, ten wyścig nie trwa długo. 

Rozpromieniła się. 

– Życzę panu szczęścia. 

– Zobaczymy. 

Lieven czuł, że ogarnia go wzburzenie. Kiedy zobaczył, jak bardzo Maud Philby ożywiła się 

podczas tej króciutkiej wymiany zdań, wręcz tracąc panowanie nad sobą, uczucie to jeszcze się 

wzmogło.  Do  reszty  stracił  humor  i wiarę  w bliźniego,  kiedy  po  chwili  równie  gorąco  życzyła 

sukcesu Murphy’emu. 

Ten  człowiek  jest  i pozostanie  kanalią,  pomyślał  i na  razie  postanowił  wstrzymać  się 

z realizacją swych przemyślnych planów. 

Pierwszy  wyścig  się  skończył.  Głos  z megafonów  bezustannie  coś  mówił  o Pucharze 

Mediolanu.  Wysoko  powiewały  proporce  z numerami  startowymi  i nazwiskami  zawodników. 

background image

Kolejne maszyny podjeżdżały na start. 

Kai miał w kieszeni monetę talizman od księżnej Parmy. Czuł wewnętrzny żar i przez chwilę 

wydawało  mu  się,  że  znów  słyszy  dźwięki  tamtej  zabawy  w parku  –  syk  fajerwerków  i głos 

kobiety,  na  której  ramiona  padało  światło.  W tajemniczy  sposób  ów  nastrój  przeniknął  go  na 

wskroś,  po  czym  przeszedł  w zuchwałe  wyczekiwanie,  pełne  przeczuć  i nadziei,  osobliwe 

wyzwanie bezkresu i skrzącej się jasności… Zacisnął ręce na kierownicy. 

Trzask  wystrzału  był  jak  ukąszenie  komara  w porównaniu  z niemal  jednoczesnym, 

rozdzierającym rykiem startujących maszyn. Murphy od razu wyrwał do przodu i zajął pierwszą 

pozycję,  jakieś  trzydzieści  metrów  przed  całą  grupą.  Jego  czerwony  wóz  na  czele  przykuwał 

wzrok niczym sztandar wiodący oddział do ataku. 

Maud  Philby  zastygła  w bezruchu.  Zacisnęła  wargi,  rysy  jej  twarzy  ściągnęły  się,  profil 

znaczyły jedynie oszczędne linie. 

– Kto prowadzi? 

– Murphy. Ucieka całej grupie. Kai… 

– Kai? – Lieven, zdenerwowany, wstał. 

– Kaia nie ma w grupie. 

– Gdzie…? 

– Gdzie jest Kai? 

Miss Philby wyciągnęła rękę. 

 

– Tam… 

Przekleństwo zamarło na ustach Lievena. Biały wóz jedyny został na starcie. 

– Nie odpalił! 

Zdawało  się,  że  trwa  to  całą  wieczność.  Auto  ani  drgnęło.  Lieven  nie  mógł  na  to  patrzyć. 

Kręcił się w kółko i tupał, złorzecząc: nerwy tego starszego, raczej korpulentnego człowieka były 

napięte  do  granic  wytrzymałości.  Nie  mógł  nic  poradzić,  gotów  był  tłuc  głową  w mur,  widząc, 

jak inni pędzą przed siebie. 

Maud Philby przywarła wzrokiem do linii startu. Nagle rozległ się grzmot silnika i samotna 

biała  plama  ruszyła  z miejsca,  zostawiając  za  sobą  pióropusz  dymu.  Lieven  podskoczył 

i rozczarowany załamał ręce. 

– Za późno, o wiele za późno… – Spojrzał na cyferblat, zerknął na Maud Philby, potrząsnął 

zegarkiem i zapytał Amerykankę o czas. Porównali zegarki i Lieven odetchnął z ulgą. Sądził, że 

Kai stracił kilka minut; w rzeczywistości było to zaledwie czterdzieści osiem sekund. 

Ś

cigające  się  maszyny  z wyciem  przemknęły  znów  obok  trybun.  Prowadził  Murphy,  udało 

mu  się  jeszcze  zwiększyć  dystans  wobec  innych.  Dalej,  gęsto,  jeden  za  drugim,  gnali  następni. 

Na końcu jechał Kai, któremu nawet udało się trochę zbliżyć do grupy. 

background image

Na  trzecim  okrążeniu  Kai  dogonił  przedostatniego  kierowcę.  Powoli  wysunął  się  przed 

niego.  Po  pięciu  okrążeniach  wyprzedził  dwie  kolejne  maszyny.  Od  Murphy’ego  dzieliły  go 

jednak cztery kilometry. 

Maud Philby wsparła dłonie na barierze. 

– Stopniowo połyka rywali. 

– Wyścig jeszcze trwa. 

– Sądzi pan, że dojdzie…?– Poprawiła się: – …że będzie dalej wyprzedzał? 

– Do końca zostało piętnaście okrążeń. W tej chwili nie można niczego przesądzać. Nawet co 

do Murphy’ego. 

Na siódmym okrążeniu Kai zwolnił. Zjechał na stanowisko. 

Hollstein krzyczał: 

– Tylna prawa opona! 

Mechanicy rzucili się do kół. 

– Wymienić wszystkie! – wołał Kai. 

Hollstein  wepchnął  mu  papierosa  do  ust  i trzymając  w lewej  ręce  butelkę  wody  mineralnej, 

pytał: 

– Coś do picia? 

–  Nie!  Źle  wyszedłem  ze  startu,  Hollstein,  ale  to  nie  powinno  nam  psuć  humoru!  Wóz 

ciągnie  wspaniale.  –  Kai  rzucił  okiem  na  koła,  podnośniki  trzasnęły  o grunt.  Już  był  za 

kierownicą. – Świetna robota, ani minuty za długo. 

Wokół wszystko wirowało. Megafony na trybunach dudniły: 

–  Na  zakręcie  Lesmo  Mazzini  miał  awarię  tłoka  –  kończy  wyścig!  Rath  musiał  wymienić 

ś

wiece – jedzie dalej! 

Na  torze  zostało  sześć  aut.  Kai  dopadł  ostatniego  zawodnika  i zdołał  go  wyprzedzić  na 

prostej.  Z rozpędu  zostawił  za  sobą  jeszcze  jeden  wóz,  przykleił  się  do  niewielkiej,  niebieskiej 

maszyny i metr po metrze zmniejszał dystans. 

Sytuacja  robiła  się  interesująca.  W przelocie  koło  stanowiska  technicznego  Kai  dostrzegł 

bladą twarz Hollsteina i zaraz za nim stojący wóz Murphy’ego. Kiedy Kai przejeżdżał, Murphy 

właśnie  siadał  za  kierownicą.  Miał  jednak  całe  okrążenie  przewagi,  z którą  Kai  musiał  sobie 

poradzić. 

Po  dwóch  następnych  okrążeniach  Murphy  wymieniał  zanieczyszczone  świece.  Podczas 

krótkiego  postoju  stracił  niemal  całą  przewagę.  Kai  jechał  już  tylko  trzysta  metrów  za  nim,  na 

trzeciej pozycji. 

Dodał  gazu  i udało  mu  się  wyprzedzić  kierowcę  jadącego  za  Murphym.  Teraz  przed  sobą 

miał już tylko Amerykanina. 

Uspokoił  się,  opadło  z niego  całe  podniecenie  ostatnich  godzin.  Teraz  musiał  wytrzymać 

background image

jeszcze trzy rundy.  Wiedział, że jest szybszy  od Murphy’ego i że jeśli nic się nie wydarzy, stać 

go będzie na więcej niż tylko odrobienie strat. 

Na  pełnym  gazie  pokonał  najważniejszy  zakręt,  wziął  go  –  jak  szaleniec  –  górą,  dopadł  do 

czerwonej maszyny i przez sekundę pędził obok, po czym wysunął się przed nią. 

Maud  Philby  szarpała  batystową  chusteczkę.  Trybuny  szalały.  Nieznajomi  wymieniali 

opinie. Najwięksi zapaleńcy niebezpiecznie przechylali się ponad barierą. 

– Jadą! 

Zelektryzowany  tłum  znieruchomiał,  wpatrując  się  w tor,  skąd  dobiegał  potężniejący  ryk 

silników. Wielcy rywale zbliżali się, pierwszy przemknął biały wóz – miał dużą przewagę. 

– Kai! 

Maud Philby jęknęła i naraz poczuła, że słabnie. 

– Lieven, proszę mi przynieść pomarańczę. 

Zaskoczyła  go,  zrozumiał,  że  widzi  teraz  jej  prawdziwe  oblicze,  że  się  w końcu  odsłoniła. 

Kręcąc głową, przyniósł owoce i uznał, że trzeba działać i że jego przemyślenia były słuszne. 

Kai  przemknął  wzdłuż  trybun.  Zaczynało  się  ostatnie  okrążenie.  Napięcie  sięgało  zenitu. 

Zaciążyło  nad  tłumem,  dusząc  eksplozję  krzyku,  zastygło  w milczeniu  nabrzmiewającym 

wyczekiwaniem jak prężący się do skoku drapieżca. 

 

Nagle na trybunach zrobiło się małe zamieszanie. 

Jakaś kobieta krzyczała. Nikt na nią nie zwracał uwagi. 

Wciąż jednak wołała. Ponaglała, prosiła, coraz głośniej. 

Tym wymowniejsze było milczenie tłumu. 

Powoli do krzyku kobiety dołączały kolejne, wołających przybywało i w końcu okazało się, 

o co  chodzi:  w poprzek  trasy  turlał  się  jasny  kłębuszek,  za  nim  następny,  jeden  tańczył  wokół 

drugiego:  za  barierę  wypadły  dwa  pieski  maltańskie  i beztrosko  baraszkowały  na  torze,  nie 

bacząc na dobiegające z góry nawoływania. 

Przez to drobne zdarzenie rozładowało się całe dotychczasowe napięcie trybun; obawa o los 

szczeniąt zataczała coraz szersze kręgi i niczym potężna fala rozlewała się wokół. Zatrzymać jej 

już  się  nie  dało.  Rozległy  się  gwizdy,  ludzie  krzyczeli,  machali  rękami,  oba  psy  znalazły  się 

w centrum uwagi. 

Teraz  para  maltańczyków  wyraźnie  się  zaniepokoiła,  pieski  wyglądały  na  skołowane.  Już 

nawet  znalazł  się  ktoś  chętny  do  sforsowania  bariery  z desek,  ale  go  odciągnięto.  W strachu 

o życie zwierząt ludzie wstrzymali oddech: świst kompresorów potężniał, nadjeżdżały finiszujące 

maszyny. 

 

Kai mógł jeszcze zwiększyć dystans, ponieważ Murphy znów miał defekt cylindra i jego wóz 

background image

nie  rozwijał  pełnej  szybkości.  Był  pewien  zwycięstwa,  ta  pewność  dostarczała  mu  szczególnej 

satysfakcji. 

Z drugiej strony, gdyby teraz zamiast bezpiecznie zdążać do mety, siedział Murphy’emu na 

zderzaku, wyścig ekscytowałby go znacznie bardziej. 

W  polu  widzenia  miał  już  trybuny  i uderzyło  go,  że  wśród  publiczności  dzieje  się  coś 

niezwykłego.  Wytężył  wzrok  i zobaczył  dwie  małe  plamki  na  torze.  Natychmiast  się  połapał, 

o co  chodzi:  znał  kapryśną  zmienność  tłumów,  wiedział,  że  w tej  chwili  dla  trybun  los  dwóch 

szczeniaków jest ważniejszy od rezultatu wyścigu (złośliwość bywa zaraźliwa, współczucie może 

przerodzić  się  w epidemię,  ponieważ  ma  za  sobą  sankcję  moralną,  a łatwość,  z jaką  można  się 

stać moralnym, pociąga w takich okolicznościach każdego). 

Naraz  Kai  wpadł  na  pomysł,  nieodparty:  musiał  postąpić  właśnie  tak.  Błyskawicznie 

rozejrzał  się  i ocenił,  że  zdąży.  Ostrożnie  popuścił  pedał  gazu,  nacisnął  delikatnie  hamulce, 

a kiedy poczuł, że biorą, docisnął je mocniej. Oba psy widział już wyraźnie – zupełnie ogłupiałe 

z powodu wrzawy biegły prosto pod samochód. Teraz Kai nacisnął pedał hamulców z całej siły – 

rozległ  się  ostry  zgrzyt  i zaraz  potem  przeraźliwy  pisk  opon.  Wóz  stanął  dęba,  chwilę  jeszcze 

sunął  po  ziemi  i zatrzymał  się  obok  trybun.  Od  mety  dzieliło  go  jakieś  sto  metrów,  szczenięta 

były tuż przed maską. 

Wychylił  się.  Jeden  psiak  biegł  mu  wprost  do  ręki.  Kai  podniósł  go  i spróbował  schwycić 

drugiego. Ten jednak uciekł i wcisnął się pod samochód. 

W  tej  samej  sekundzie  obok  mignął  czerwony  wóz  Murphy’ego  i z rykiem  dopadł  mety. 

Murphy zdobył Puchar Mediolanu. 

 

Owację jednak zgotowano Kaiowi. Tłum zrozumiał, że wewnętrzny impuls kazał mu wyrzec 

się  zwycięstwa  dla  ratowania  zwierząt.  Nieważne,  czy  była  to  tylko  poza,  czy  odruch  serca. 

Doceniono gest. 

Kai  wcisnął  sobie  szczeniaka  pod  ramię  i sięgnął  po  drugiego,  który  zaszył  się  pod  kołami 

i zaciekle ujadał. Pośród nadjeżdżających z hukiem maszyn starał się wyciągnąć zwierzaka. 

Ostatnie  pojazdy  kończyły  wyścig.  Kai  ze  zdziwieniem  przyglądał  się  swej  ręce,  którą 

maltańczyk pogryzł do krwi. Ludzie to dostrzegli i na trybunach rozległ się śmiech. Na tor upadły 

pierwsze  kwiaty;  tłumy  ogarnął  szał  entuzjazmu,  zapomniano  o wyścigu,  ważny  był  tylko  ten 

incydent,  który  zaczął  się  niepozornie,  lecz  ku  powszechnemu  zdumieniu  zamienił  się 

w wydarzenie  dnia  i zrządzeniem  losu  zakończył  się  pomyślnie.  Rekordowy  wynik  wyścigu 

stracił  znaczenie,  stał  się  kwestią  drugorzędną.  Był  zbyt  świeży,  nikt  się  nim  nie  zajmował. 

Przesądził  o tym  czyn  Kaia  i może  też  dwa  jedwabiste  kłębuszki  –  doprawdy  trudno  o coś 

milszego… 

Nikt nie słuchał gardłujących megafonów. Ludzie tłoczyli się obok bariery, las rąk wyciągał 

background image

się  do  pomocy,  z tłumu  wynurzyła  się  czyjaś  ciemna  czupryna,  potem  szczupła  twarz,  jakaś 

młoda  dama  balansowała  przez  chwilę  ponad  głowami  zgromadzonych,  zeskoczyła  z bariery 

i wbiegła na tor. Pieski poturlały się do niej, dama zgarnęła je z toru i z zajętymi rękoma stanęła 

przed Kaiem. Postawiła swawolną parę ponownie na ziemi i na oczach wszystkich ucałowała go 

z całej siły. 

Publiczność wpadła w zachwyt. Jacyś mężczyźni, którzy wtargnęli na tor, chcieli nieść Kaia 

na rękach. Z największym trudem wrócił do samochodu. 

Obok  stanowiska  technicznego  zderzył  się  z Murphym,  który  natychmiast  go  pochwalił  za 

znakomitą  jazdę.  By  ceremoniom  stało  się  zadość,  Kai  pogratulował  Amerykaninowi 

zwycięstwa. Dla odmiany Murphy, powodowany szlachetną uczciwością, wyjaśnił, że gdyby nie 

malheur  Kaia,  absolutnie  nie  wygrałby  wyścigu,  ponieważ  z powodu  defektów  maszyny  został 

daleko w tyle. 

– To było raczej bonheur, nie malheur – zaśmiał się Kai. 

Murphy patrzył na Kaia i niczego nie pojmował. 

– Pęknięcie tłoka? – zapytał rzeczowo. 

Zupełnie nie rozumiał, co się naprawdę wydarzyło. 

W  dyrekcji  wyścigów,  gdzie  panowało  niejakie  zamieszanie,  postawiono  Kaiowi  szereg 

pytań. Nikt dokładnie nie wiedział, jak należy postąpić. Zachowanie Kaia godziło w regulamin, 

co  nie  miało  jednak  znaczenia,  skoro  Kai  nie  wygrał.  Domniemaniom  nie  było  końca,  szukano 

jakiegoś  punktu  oparcia.  Przecież  miał  wolną  drogę:  gdyby  rozjechał  szczeniaki,  wozem  by 

nawet nie zarzuciło, może poczułby co najwyżej lekkie uderzenie. 

Kai z powagą kiwał głową. 

– Tak więc chcą panowie zdjąć ze mnie ten ciężar. Następnym razem wezmę to pod uwagę. 

 

Czy to były jego psy? A może zna właścicielkę? – reporterzy już ostrzyli ołówki. 

Kaia ogarniało zniechęcenie. Zrozumiał, że łatwo zrobić coś wymagającego fantazji, trudniej 

zadowolić otoczenie sensownymi wyjaśnieniami. Wszystko musi mieć jakiś powód, inaczej nikt 

nie daje wiary tłumaczeniom. Przyczyny, powody, motywy – oto mizeria tego świata. 

Kai uciekł do Frute i nawet nie pożegnał się z przyjaciółmi. 

 

background image

VIII 

 

Zatoka  pokryła  się  srebrem  i błękitem.  Błękitu  wciąż  przybywało.  W świetle  opadającego 

słońca  zarysy  gór  gubiły  się  niczym  wątła  melodia  skrzypiec.  W końcu  światło  zupełnie  zeszło 

z gór i jeszcze tylko przez jakiś czas rozjaśniało zielonkawe niebo. 

Kai usiadł na dywanie obok Frute. 

– Frute, od dwóch godzin tylko milczymy i napawamy się atmosferą wieczoru. To oczywiste, 

ż

e  rozmyślamy  i próbujemy  dociec  przyczyn  naszego  nastroju.  Murphy’ego  wpędziliśmy 

w chorobę,  o czym  nie  pomyślałem  podczas  naszej  akcji.  Jesteśmy  poza  tym  tanimi  pozerami, 

chociaż  już  dziesięć  lat  temu  z przykrością  odstąpiliśmy  od  podobnych  praktyk.  Tym  razem 

musieliśmy  je  zaakceptować  z własnej  woli,  choć  odrobinę  przymuszeni.  Czyżbyśmy  popadali 

w pesymizm?  Maud  Philby  to  chyba  niezbyt  ważna  znajomość,  owszem,  miła,  nie  narusza 

spokoju; niewykluczone, że też się rozchorowała, a może i nie – co do niej jesteśmy zgodni. Ale 

widzisz, Frute, jest jeszcze Barbara, wobec której odżywa wszystko, co było wcześniej, i w serce 

wkrada  się  rozterka,  bo  opowiada  się  właśnie  za  Barbarą.  Barbara  jest  nie  tylko  kobietą  –  to 

fundament,  to  skrzyżowanie  wszelkich  dróg.  Musimy  się  z tym  zgodzić.  Podobne  wyznania 

zawsze  są  trudne.  Zwykle  wolimy  przeczekać  i z całym  przekonaniem  ruszyć  tymczasem  gdzie 

indziej,  w zupełnie  odmienny  teren.  Coś  takiego  pomaga  bardziej  niż  przemyślne  analizy. 

Z analiz  zresztą  niewiele  wynika.  Pozostaje  jeszcze  Lilian  Dunquerke.  Z nią  trudno  będzie  coś 

osiągnąć,  jest  na  pewno  wyjątkowa.  Fioła  twierdzi,  że  kocha  wicehrabiego  de  Courbisson. 

Miejmy się na baczności, Frute! 

 

Murphy patrzył rozdrażniony na Maud Philby. 

– Kai powinien zostać aktorem, a nie kierowcą wyścigowym. 

–  Aktorstwo  to  trudny  zawód  –  odparła  ironicznie.  –  Ale  czyż  nie  jest  prawdziwym 

kierowcą? 

– Zdaje się, że lubi efektowne zagrania. Tak postępują amatorzy. 

– Jak na amatora jest całkiem niezły. 

– To szarlatan, który ponad wszystko przedkłada poklask publiczności. 

– Wczoraj nawet sam coś takiego powiedział. 

– Starał się zatrzeć złe wrażenie. Jakie właściwie mogą być motywy jego postępowania? 

Maud Philby spojrzała Murphy’emu prosto w oczy i zapytała uprzejmie: 

– A jakie są pańskie motywy? 

– Kai nie gra fair. 

Miss Philby, zniecierpliwiona, wzruszyła ramionami. 

– Uchodzi za człowieka światowego, z klasą. 

background image

–  Może  w,  innych  okolicznościach.  Wyścigi  zamienił  w farsę  i zniszczył  rywali.  Zrobił  to 

z premedytacją  –  głośno  myślał  Murphy.  –  Maud,  może  mi  pani  wierzyć,  że  gdybym  wiedział, 

dlaczego  on  się  zatrzymał,  również  bym  wyhamował!  A gdyby  wóz  się  przewrócił,  nie 

dojechałbym do mety! – Czekał, uniósł wzrok. – To była nierówna walka. Kai musiał wygrać, ja 

znalazłem się na straconej pozycji. 

 

Murphy, to się robi niesmaczne. Poza tym z sentymentalizmem nie jest panu do twarzy. 

– Wiem, że to niestosowne. Nie potrafię żonglować uczuciami. Myślę jednak o zaszłościach, 

które  zakorzeniły  się  tak  mocno,  że  przetrwały  niejedno  i teraz  wymagają  specjalnego 

traktowania.  Maud,  chodziliśmy  razem  na  lody  i uczyliśmy  się  francuskiej  wymowy;  co  do 

francuskiego  zresztą  nie  była  pani  najlepsza.  Jedno  dla  drugiego  było  ucieleśnieniem  wielu 

niejasnych  pojęć,  pomagaliśmy  sobie,  nawet  o tym  nie  wiedząc.  Od  dawna  wyrośliśmy 

z wcześniejszego  poczucia  wspólnoty,  każde  buduje  teraz  własny  świat,  do  którego  drugiemu 

znacznie  trudniej  przeniknąć  niż  kiedyś.  Coś  z tego  jednak  pozostało,  są  we  mnie  obrazy 

związane  Wyłącznie  z pani  osobą.  Ich  obrona  nie  oznacza  tchórzostwa,  lecz  –  proszę  mi 

wybaczyć te słowa – poczucie słabości wobec innych. 

Maud Philby zaśmiała się. 

– To prawda, Murphy, jadaliśmy razem lody, razem żeglowaliśmy. Ale od kiedy jest pan tak 

wrażliwy, by się rozczulać nad wspomnieniami? 

– Odkąd musiałem się zetrzeć z komediantem, który pomylił tor wyścigowy z salonem. 

– Murphy, pańska zajadłość dowodzi, że zainkasował pan celny cios. Powiedzmy uczciwie: 

cały ten gniew bierze się z przeświadczenia, że Kai mógł wygrać, gdyby tylko zechciał. 

Murphy  zastygł  w fotelu.  Maud  Philby  obserwowała  go  z zainteresowaniem.  Liczyła  się 

z wybuchem. Zaczął jednak miękko: 

–  Powinniśmy  być  wobec  siebie  szczerzy.  Ja  nie  rozczulam  się  nad  wspomnieniami,  lecz 

staram się chronić naszą przyszłość. Wiem, z jakiego powodu tego chcę. Pani też wie… 

Otwartość godna pozazdroszczenia. Jak sobie przypominam, dwukrotnie proponował mi pan 

małżeństwo. Nie mogłam panu odpowiedzieć twierdząco, szybko też o wszystkim zapomniałam. 

Zalet małżonka ma pan nawet w nadmiarze. Czasem wręcz wydaje mi się, że pan już się urodził 

ż

onaty.  Wszelkie  chwyty  stosowane  w małżeństwie  zna  pan  na  wylot.  Jest  pan  wprost 

niesamowicie etyczny i prostoduszny. Co się z panem dzieje? 

– Jestem wściekły! 

–  Gorzej,  wściekle  zazdrosny!  To  właśnie  wpędziło  pana  w chorobę.  –  Próbowała  go 

udobruchać:  –  Dopiero  co  mówił  pan  o zaszłościach.  Zostańmy  przy  nich.  I niech  pan  już  da 

spokój! 

– Od pewnego czasu trzymają się pani żarty psychologiczne. Na tym terenie zawsze czułem 

background image

się obco, darujmy więc to sobie. Rozmawiajmy znów jak kiedyś w Teksasie… 

– Czyli jak? 

–  Bez  konwenansów.  Nie  mówmy  o uczuciach.  Pani  wie,  że  chciałbym  panią  przy  sobie 

zatrzymać.  Pogodziłem  się  z tym,  że  ma  pani  wiele  cech  niezbyt  dla  mnie  miłych.  Jestem  tego 

ś

wiadomy i spodziewam się, że potrafię je nawet uszanować. Na moją decyzję nie mają żadnego 

wpływu. Dlaczego jestem głęboko przekonany o słuszności takiej decyzji…? Nie mogę i nie chcę 

o tym  mówić.  Maud,  bardzo  mi  zależy,  aby  pani  ze  mną  została.  Tymczasem  dla  pani  to  tylko 

gra…  –  Zrezygnowany  machnął  ręką.  –  Zresztą  dobrze…  Wie  pani,  co  sądzę  o tych 

zapierających  dech  sztuczkach,  iskrzeniu  to  tu,  to  tam,  podniecającym,  ale  i niebezpiecznym. 

Maud, powinna pani ciągnąć tę grę… 

Przyglądała się Murphy’emu spod na wpół opuszczonych powiek, nie zdradzając, jak bardzo 

ekscytuje ją ta tyrada, której spodziewała się już od dawna. 

– Teraz znów prowadzi pani grę – ciągnął Murphy. – Moim przeciwnikiem jest Kai. 

– Kai. – Miss Philby się uśmiechnęła. 

 

Tak.  Ale  to  się  musi  skończyć.  Grę,  którą  pani  zaczęła,  zamierzam  podjąć  jako  kierowca 

wyścigowy. Wszystko przewidziałem. Pierwszy etap mamy za sobą. Wyścig w Monzie był farsą. 

Teraz czeka nas wyścig górski o mistrzostwo Europy. To zadecyduje. 

– Owszem, ale o czym zadecyduje? 

– O pani, Maud – odparł chłodno Murphy. 

– Mówi pan jak prawdziwy Teksańczyk. 

–  Pani  nie  chce  zrozumieć.  Nie  chodzi  o Kaia  i o mnie.  Kai  zniknie,  a po  nim  pojawią  się 

inni. Pani musi zdecydować sama o sobie. Czy dalej ma być tak samo, czy może inaczej? Wiem, 

ż

e  my,  Amerykanie,  nie  dorównujemy  Europejczykom  w psychologicznych  zawiłościach. 

Wierzymy wyłącznie w sukces, który ja także uważam za rozstrzygający. Odwołajmy się więc do 

sukcesu. Jeśli wygram wyścig, raz na zawsze zwyciężę Kaia i jemu podobnych. 

–  Pomylił  mnie  pan  z kimś,  kogo  podniecają  wskazania  stopera.  Pański  obraz  świata,  mój 

drogi,  jest  niezwykle  uproszczony.  Wygląda  na  to,  że  składa  się  wyłącznie  z tras 

automobilowych zaliczanych jedna po drugiej. 

– Maud, popada pani w sentymentalizm. Nigdy pani taka nie była. 

– Tylko w pańskiej obecności. Nie zawsze bywam taka sama. Wręcz przeciwnie, nie umiem 

ż

yć bez zmian. 

–  Zarzuca  mi  pani  uproszczone  spojrzenie  na  świat.  Chciałbym,  żeby  tak  było.  Do 

wytłumaczenia  tej  sytuacji  posłużyłem  się  najprostszym  szablonem.  Zrobiłem  to  niechętnie, 

wcześniej  musiałem  wiele  przemyśleć,  niejedno  przezwyciężyć.  Ale  nie  roztrząsajmy  tego;  dla 

pani  tak  też  będzie  lepiej.  Przyjęcie  prostych  reguł  nie  przyszło  mi  łatwo,  w każdym  razie 

background image

znacznie trudniej niż pani. Ale teraz dużo rozumiem, dla pani rozeznanie w sytuacji też powinno 

się stać łatwiejsze. W sprawach ważnych, na które nie mamy wpływu, często pozostaje nam zdać 

się na przypadek, coś nieprzewidywalnego. Poddam się próbie, mimo że moje szanse nie rysują 

się korzystnie. 

Maud Philby zwlekała z pytaniem, które musiało paść: 

– Dlaczego? 

 

Ponieważ  wóz  Kaia  jest  szybszy  od  mojego.  Wyścig  w Monzie  tego  dowiódł.  To  nie  Kai 

wygrał, lecz jego maszyna. 

– Podczas wyścigu górskiego prędkość maksymalna będzie miała drugorzędne znaczenie. 

–  To  prawda,  prędkość  nie  będzie  najważniejsza.  Kai  jednak  pojedzie  z ulepszonym 

gaźnikiem, dzięki któremu wóz lepiej przyśpiesza. 

– Czy to ma znaczenie? 

– Ogromne. Jego szanse będą nieporównywalnie większe niż moje. 

– Skąd pan o tym wie? 

– Od niego samego, od Hollsteina, od Lievena – nie robią z tego tajemnicy. 

– Nie wie pan, na czym polega ulepszenie? 

Murphy ociągał się z odpowiedzią. 

–  Nie  –  odrzekł  w końcu.  –  Gdybym  wiedział,  szanse  byłyby  równe.  Podczas  zwykłego 

wyścigu  wyrównanie  możliwości  nie  ma  wielkiego  znaczenia,  tam  każdy  troszczy  się  o siebie. 

Ale to będzie pojedynek, za którym stoi cały splot okoliczności i spraw. Tutaj szanse muszą być 

identyczne. Tylko wtedy można mówić o walce fair. 

Miss Philby wiedziała już, do czego Murphy zmierza. Postanowiła mu pomóc: 

– Co na to Kai? 

Murphy odezwał się nader spokojnie: 

– Trzeba to wyjaśnić, Maud. I właśnie pani musi to zrobić! 

– Toż to absurd. 

Nie  miała  ochoty  do  niczego  się  mieszać,  a już  na  pewno  nie  zamierzała  zrażać  do  siebie 

Kaia.  Poraził  ją  bezmiar  nonsensu  w rozumowaniu  Murphy’ego,  coś  takiego  mogło  się  jednak 

przydać,  w dodatku jej pochlebiało. Gdyby zebrać wszystko razem i dobrze przemyśleć, dałoby 

się uknuć sensacyjną intrygę. 

Maud Philby zdawała sobie sprawę, że nadgorliwość Murphy’ego pomaga jej zbliżyć się do 

Kaia.  Myślała  na  tyle  nowocześnie,  by  wiedzieć,  że  już  rozpoczęty  flirt  się  rozwinie, 

a rywalizacja  go  podtrzyma.  Dlatego  sama  powstrzymywała  się  od  działania;  wierzyła 

w sprawczą moc układu. Ufała jej w przekonaniu, że wszystko może się wydarzyć. 

Wspomniała wizytę u Pescha w San Remo, gdzie Kai wyraził chęć udziału w wyścigach. Od 

background image

tamtego  czasu  wciąż  o nim  myślała  i porównywała  go  z Murphym.  Myśli  te  coraz  bardziej  ją 

zaprzątały  i teraz  wystarczyłby  drobny  pretekst,  by  poszła  za  Kaiem.  Zamierzała  poszukać 

takiego pretekstu. 

Miała świadomość, że wbrew temu, co sugerował Murphy, nie chodzi o czysto intelektualne 

podłoże tego sportowego flirtu. To było coś poważniejszego. Pragnęła Kaia. A Murphy miał jej 

pomóc. W końcu – i tutaj Murphy się nie mylił – pozostanie właśnie on. A wtedy zawsze będzie 

można pomyśleć, co dalej. 

Na razie jednak Murphy wszystko pogmatwał. Byłoby dobrze wybrnąć z opresji, nie wiążąc 

się zbyt mocno, ale też nie dając się zranić. Miss Philby zdecydowała się więc na kolejny zwrot. 

Ponieważ Murphy sądził, że jego szarża niemal się powiodła, należało teraz pomieszać mu szyki 

i uderzyć z przeciwnej strony. 

–  Murphy,  przestałam  pana  rozumieć.  Zupełnie  nie  wiem,  o co  panu  chodzi.  Mówił  pan 

o wizycie  w warsztacie  samochodowym.  Uważam,  że  nawet  pańskie  szaleństwo  nie 

usprawiedliwia podobnych manier. Postaram się zapomnieć o dzisiejszej rozmowie. 

Murphy się przestraszył. Pogubił się przy jej kolejnym wyskoku i nie zauważył wolty, którą 

Maud  Philby  zatoczyła,  by  dotrzymać  obietnicy,  a zarazem  nie  krępować  sobie  ruchów. 

Próbował jej przerwać. Odparowała stanowczo: 

– Nasza rozmowa dobiegła końca. 

Zamierzał  oponować,  przekonywać,  że  może  później…  Spostrzegła  to  i uprzedziła  go, 

wstając. 

–  Powinien  pan  znaleźć  czas  na  trening  nie  tylko  automobilowy:  niech  pan  spróbuje 

powściągnąć swą fantazję. Jest w okropnym stanie. – Drżała z radości na myśl, że skłoni Kaia do 

rozmowy  o ulepszeniach  konstrukcyjnych.  Jeśli  Kai  nie  zechce  mówić,  zamierzała  mimo 

wszystko zwodzić Murphy’ego. Swą chwilową przewagę wykorzystała do ostatka. – Będzie pan 

miał okazję zająć się tak jazdą, jak i ćwiczeniem fantazji jeszcze przed mistrzostwami Europy. 

– A co z wyrównaniem szans? – spytał Murphy, po czym zerwał się gwałtownie. 

– To się da zrobić. 

Nie czekając na odpowiedź, szybko wyszła. 

 

background image

IX 

 

Sporting-Club  urządzał  wielkie  strzelanie  do  gołębi.  Traktowano  to  jak  imprezę  zamkniętą, 

nie przewidywano udziału gości, toteż zgromadziła się klubowa elita. 

Wstępne  zmagania  rozpoczęły  się  rano.  Przez  cały  dzień  słychać  było  suchy  trzask 

wystrzałów, który niósł się wzdłuż promenady, docierał do sal kasyna, czytelni, przenikał przez 

drzwi i okna – cichy, wytworny, śmiercionośny. 

Po  południu  wszyscy  zgromadzili  się  na  stanowisku,  gdzie  miała  się  rozegrać  decydująca 

walka. 

Kai przyszedł w towarzystwie Maud Philby. 

Było późne popołudnie, złocista pora pogłębionych barw Lazurowego Wybrzeża, spokojnego 

morza  i nasycenia  światłem.  Na  pootwierane  drzwi  opuszczono  nisko  markizy,  które  strzegły 

cienia niczym  kwoki jaj. Przez wzorzysty parasol przeświecało słońce i rzucało  kwiatowy  wzór 

na  balustradę  tarasu.  Zaraz  za  polem  strzeleckim  znajdował  się  przepływ  koloru  lapis  lazuli, 

delikatnie obmywany wodą sięgającego tu ramienia zatoki. 

W  rogu  ogrodzonego  placu  powiewała  chorągiewka.  Na  jednym  ze  stołów  leżały  różne 

papiery,  sprawozdania  i formularze.  Rozgrywki  dobiegały  końca:  na  placu  boju  zostało  dwóch 

rywali i walka pomiędzy nimi właśnie wkraczała w rozstrzygającą fazę. 

Lieven  podszedł  do  Maud  Philby  i Kaia  i udzielił  im  wyczerpujących  informacji. 

Przeciwnikami byli kapitan O’Donnel i wicehrabia Courbisson. Obaj mieli po dwadzieścia sześć 

trafień przy trzydziestu strzałach. Pozostało im jeszcze po pięćdziesiąt strzałów. 

– Courbisson strzela bez pudła. 

Kai spojrzał w tamtą stronę. Courbisson był młodym jasnowłosym mężczyzną o angielskich 

rysach  twarzy.  Jedynie  brwi  miał  ciemne,  świadczyły  o pochodzeniu  wicehrabiego.  Mimo 

podniecenia umiał nad sobą zapanować, każdy jego ruch był wyważony. 

Kai czuł, że budzi się w nim ciekawość. Przypomniał sobie ogród księżnej Parmy, rozmowę 

z Fiolą o Lilian Dunquerke i utkwiony w nim wzrok Pierrota, z którym spotkał się przy stoliku do 

kart. Pierrotem był Courbisson. 

Z przeciwnej strony stanowiska  rozległ się głośny sygnał powiadamiający, że wypuszczono 

gołębia.  Opadła  ruchoma  ścianka  klatki  i Courbisson  uniósł  brwi.  Gołąb  jednak,  po  wyjściu 

z ciemnej skrzynki oślepiony blaskiem słońca, nie ruszał się.  Wystraszony  przycupnął na ziemi 

i nastroszył pióra. 

Courbisson  opuścił  fuzję:  regulamin  zabraniał  strzelać  do  siedzącego  ptaka.  Ze  znaczącym 

uśmiechem odwrócił się w stronę obserwujących go osób, dając do zrozumienia, że celny strzał 

to dla niego fraszka. 

Taka  nonszalancja  rozzłościła  Kaia.  Kontrast  był  przykry:  z jednej  strony  bezbronny, 

background image

wystraszony  gołąb,  z drugiej  człowiek  zadający  śmierć  –  postawny,  zadufany  w sobie, 

wyposażony w doskonałą broń, odziany w świetnie skrojony garnitur, traktujący to wszystko jak 

zabawę. 

Ludzie  stojący  przy  klatkach  próbowali  wypłoszyć  ptaka.  Gołąb  najpierw  zaczął  biec,  po 

czym uniósł się nad ziemię, bijąc pośpiesznie skrzydłami. Courbisson był bez wątpienia dobrym 

strzelcem:  odczekał  sekundę,  następnie  zakreślił  lufą  niewielki  łuk  i wypalił.  Rozległ  się  huk 

wystrzału,  któremu  towarzyszył  obłoczek  dymu.  Trzepoczące  ciało  gołębia  opadło,  akurat  gdy 

ptak  pierwszymi,  pewnymi  uderzeniami  skrzydeł  wzbijał  się  w przestrzeń;  podrygujący  kłębek 

piór został szybko uprzątnięty. 

– Pierwszorzędny strzał. 

Kai podszedł kilka kroków i niemal dotknął sznura ograniczającego teren zawodów. Panowie 

z komisji  sędziowskiej  poznali  go  i przekonywali,  by  jeszcze  teraz  przystąpił  do  rozgrywki. 

Wiedzieli, że jest dobrym strzelcem. 

Ktoś machał kartką papieru. 

– Zrobimy wyjątek. Szanse są obiecujące. Wpisać pana na listę? 

– Nie. 

– Może uśmiechnie się do pana szczęście. Labouchere i Monty odpadli… 

Kai pokręcił głową. Widział, że Courbisson uważnie mu się przygląda. 

– Dlaczego pan odmawia? 

–  Wolę  strzelanie  do  rzutków.  Zabijanie  dla  przyjemności  tych  niewinnych  i pięknych 

ptaków zupełnie mnie nie pociąga. 

Zależało  mu,  by  jego  słowa  dotarły,  gdzie  trzeba.  Courbisson  usłyszał  ostatnie  zdanie 

i zrozumiał  je  właściwie.  Jeszcze  trzymając  fuzję  w ręku,  postąpił  dwa  kroki  w stronę  Kaia 

i rzekł: 

– Czy byłby pan na tyle miły, by raz jeszcze przedstawić swój punkt widzenia? Proszę przy 

tym pamiętać, że za chwilę będę znów strzelał do żywych gołębi. 

Sytuacja stawała się groźna, napięcie sięgało zenitu. Kai odezwał się bardzo spokojnie: 

– Nie mam zwyczaju tłumaczyć się przed nieznajomymi… 

Courbisson  pobladł  i oddalił  się.  Nie  odezwał  się  więcej.  Otoczyli  go  znajomi.  O’Donnel 

podjął się mediacji. 

–  Courbisson,  niepotrzebnie  się  pan  unosi.  Razem  z Lievenem  próbowali  załagodzić  spór. 

Zanim jednak, szepcząc, zdołali coś ustalić, dał się słyszeć jakiś głos: 

– To prawda. Strzelanie do ptaków jest niepotrzebne i okrutne. 

Rozmowa urwała się jak nożem uciął. Kai rozpoznał głos. Obok stała Lilian Dunquerke. 

Nagle  ciszę  napełnił  gwar,  ludzie  mówili  jeden  przez  drugiego,  szum  rozmów  wzbierał 

kipiącą  falą.  Kobieta  stojąca  obok  Kaia  wiedziała  jednak,  co  robi,  wiedziała  też,  na  ile  ją  stać. 

background image

Szczupła, o chłopięcej figurze, wyglądała, jakby znalazła się w salonie. Czekała. Była czarująca 

i pewna siebie, całkowicie panowała nad sytuacją. 

Wobec takiego obrotu spraw nie pozostawało już nic do zrobienia. O’Donnel zwrócił się do 

zgromadzonych i wyjaśnił, że nie weźmie udziału w finale. 

Napięcie  opadło.  Rezygnując  z zawodów,  kapitan  wykazał  się  bystrością  umysłu.  Ludzie 

ś

miali  się  i cieszyli,  że  byli  świadkami  drobnej  sensacji,  całkiem  nieprzewidzianej,  o której 

przyczynie  już  zapominano  –  kolejnego  kaprysu  Lilian  Dunquerke  i szarmanckiej  galanterii 

O’Donnela,  co  dostarczyło  tematu  ożywionej  i wdzięcznej  konwersacji.  Podziwiano  tę  kobietę, 

jej  pewność  siebie  i zimną  krew:  jedno  jej  słowo  wystarczyło,  by  wytworzyć  atmosferę,  której 

dramaturgia sięgała korzeniami minionych stuleci. Przez sekundę pośród słomkowych kapeluszy 

i panów  ze  strzelbami  zalśnił  blask  rokoka,  kiedy  to  wola  kobiety  była  prawem,  a jego 

dobrowolne przestrzeganie czymś oczywistym. Ciepły nurt unosił wszystkich, ludziom zdawało 

się,  że  ich  odmienia;  uwodził  ich  czar  formy  i zniewalający  wdzięk,  które  potrafią  zapanować 

niezależnie od okoliczności. 

 

Lilian  Dunquerke  wzięła  O’Donnela  pod  ramię  i poprowadziła  pomostem  aż  do  końca 

półkolistego  tarasu.  Przez  chwilę  rozmawiali,  stojąc  w jasnym  świetle,  które  nieodmiennie 

pojawiało  się  wraz  z przypływem.  Na  tle  morza  ich  twarze  promieniały  swobodą,  śmiałością 

i pięknem. 

Wkrótce wolnym krokiem ruszyli w stronę zgromadzonych gości. Lilian Dunquerke podeszła 

do Kaia, a w jej postanowieniu znać było tę samą stanowczość i opanowanie. Nie odezwała się, 

Kai wiedział jednak, że ma podążyć za nią. Kroczył zatem obok damy, bliski jej i jednocześnie 

daleki,  obdarzony  zaufaniem,  lecz  obcy,  szedł  lekki  i radosny,  bez  żadnych  określonych 

zamiarów. 

Powyżej  stopni  wiał  wiatr.  Weszli  razem  na  górę.  Sprzed  dworca  kolejowego  wypełzały 

szyny, wyglądały jak z ołowiu. Na moście słychać było muzykę dobiegającą z tarasu. Okna sali 

restauracyjnej  stały  otworem.  Wychodziły  na  gazon,  który  tulił  się  do  budynku  niczym  pies  – 

ociężały, nawykły do wygody. Dalej lśniły w szeregu automobile. Minęli je. Z boku stało jeszcze 

kilka samochodów. Nad jednym z nich pochylał się jakiś mężczyzna. Courbisson. 

Mimo  że  musiała  go  widzieć,  Lilian  Dunquerke  wciąż  zachowywała  się  tak  samo.  Zaczęła 

coś mówić – bez pośpiechu, zupełnie się do tego nie zmuszając; mówiła niewiele i powoli nastrój 

opadał jak skraplająca się mgła.  Szła prosto do swego wozu, nie  wstrzymując  kroku  ani  go nie 

przyśpieszając,  jakby  chodziło  o coś  najbardziej  oczywistego  pod  słońcem.  Courbissona  nie 

dostrzegała, traktowała go jak powietrze. 

Przez  ułamek  sekundy  widać  było,  jak  wicehrabia  stoi  lekko  pochylony,  wyczekujący, 

z dłonią  zaciśniętą  na  ozdobionym  figurką  żurawia  korku  chłodnicy.  Kai  otworzył  drzwi 

background image

limuzyny.  Zanim  Lilian  Dunquerke  postawiła  nogę  na  stopniu,  pochyliła  głowę  w stronę  Kaia 

i spokojnie, ale stanowczo zażądała: 

– Proszę mnie odwieźć do domu. 

Zupełnie  roztrzęsiony  Courbisson  zrobił  krok  do  przodu.  Nie  panując  nad  sobą,  chwycił  za 

klamkę i wykrztusił: 

– Madame, pani jedzie ze mną. 

Kai spojrzał na niego. 

Dopiero  co  zachował  się  pan  nietaktownie.  Gdyby  teraz  potraktować  pana  poważnie, 

należałoby  uznać,  że  pan  się  po  prostu  kompromituje.  –  Przez  chwilę  patrzył  wicehrabiemu 

w oczy,  dając  do  zrozumienia,  że  to  wszystko  mało  go  obchodzi;  w rzeczywistości  jednak  miał 

się na baczności i nie zamierzał ustąpić pola. 

Zniknięcie  Courbissona  zostało  zauważone.  Fioła,  Lieven  i O’Donnel  udali  się  w kierunku 

zaparkowanych automobili. Fioła wziął wicehrabiego pod ramię i pociągnął za sobą. Courbisson 

nie stawiał oporu. 

 

Kai wsiadł do samochodu i zwolnił hamulec. Cichy, wyrazisty śpiew pracującego na pełnych 

obrotach  silnika  wnikał  w krew,  umysł  Kaia  ogarniał  coraz  szersze  obszary.  Kierując  się 

instynktem  igły  magnetycznej,  upewniał  się,  że  wkracza  w coś  niezwykłego,  urągającego 

konwencjom  i logice;  owo  przeżycie  leży  w zasięgu  ręki,  trzeba  jednak  wszystko  postawić  na 

jedną  kartę.  Chcąc  nie  chcąc,  rozpoczął  już  tę  grę,  mógł  bowiem  chłonąć  uroki  życia  nie 

obciążony  gęstą  magmą  uczuć,  dając  upust  porywom  gorącej  krwi  i niezmąconego  instynktu, 

ufając przy tym, że jego anioł stróż nie pozwoli zasnąć czujnym zmysłom i w porę zadmie w róg. 

Odwrócił  się  do  Lilian  Dunquerke,  jakby  dopiero  teraz  zamierzał  rozpocząć  niewinną 

rozmowę, i ujął drążek zmiany biegów. 

– Jak się wrzuca drugi bieg? Do przodu i w prawo? 

Skinęła głową. 

– Trzeci jest naprzeciw? 

– Tak. 

Lilian Dunquerke nie chciała więcej  mówić o tym, co  zaszło.  Wytłumaczyła, dokąd jechać, 

po czym wóz gładko pomknął aleją do dzielnicy willowej; zatrzymali się przed domem stojącym 

w głębi ogrodu, pośród palm i eukaliptusów. 

Ż

adne  się  nie  odezwało,  nie  uzgodnili  dalszego  ciągu,  zgodnie  jednak  szli  w stronę  domu, 

obok  kamiennej  kolumnady porośniętej wybujałym winem. Ciemny, masywny  portal w kolorze 

umbry przywitał ich chłodem i szczególnym, przenikającym na wskroś światłem. 

Dolne  pomieszczenia  znajdowały  się  tuż  nad  poziomem  ziemi,  wchodziło  się  tam  po  kilku 

zaledwie  stopniach.  Dzięki  temu  łączyły  się  z parkiem,  który  wdzierał  się  niemal  na  ściany 

background image

i okryte dywanami posadzki, choć nie zagrażał im, jakby istniała jakaś nieprzekraczalna granica. 

Spokojną  harmonię  płaszczyzn  zakłócały  nieliczne  meble;  ogromne  okna  były  jak  obrazy, 

ś

ródziemnomorski pejzaż przezierał przez nie w całym swym bogactwie. 

Pociemniałe  drewno,  stare  i wyblakłe  dywany.  Wszystko  w subtelnych,  pastelowych 

tonacjach.  Jedynie  płaszczyzny  szyb  odbijały  różnorodność  kolorów  parku  i nasycony  błękit 

nieba. 

Siedząc w fotelu, Kai patrzył na zdziczały park. Z przodu rósł trawnik, dalej wybujałe cisy, 

za  nimi  dęby,  akacje  i kilka  cyprysów.  Zwietrzałe,  kruszące  się  posągi  nimf  porosły  krzewami, 

w pełnym świetle grał na swej fletni Pan. Czas zdawał się o nich zapominać. 

Lilian Dunquerke przebrała się i zeszła do Kaia. Podchwyciła jego spojrzenie. 

– Park dziczeje, często mi to powtarzają. Nie chcę jednak zabierać mu swobody, nie potrafię 

się  na  to  zdecydować.  Jego  bogowie  są  cisi  i wyrozumiali.  Umierają,  a nożyce  ogrodnika  nie 

powinny im przeszkadzać. Jeśli park ich zarośnie, będę najszczęśliwsza. 

Kai podjął wątek: 

–  Ich  czas  minął,  nie  trzeba  go  przemocą  przywracać.  Świadczą  o tym  muzea. 

W zakurzonym posągu za szybą lub pod szklaną kopułą trudno się dopatrzyć powabu Ateny. 

– Byłoby wspaniale, gdyby została po niej tylko legenda. 

Wielu  ludziom  odebrałoby  to  chleb  i poczucie  własnej  wartości  –  tym  wszystkim,  którzy 

okupują katedry uniwersyteckie bądź uganiają się za jakimś odłamkiem, którego nikt dotychczas 

nie odkrył. 

– Tak miałaby wyglądać nieśmiertelność…? 

– Bywa jeszcze gorzej, na przykład w British Museum. Spójrzmy na faraonów. Ci zapewnili 

sobie  nawet  nieśmiertelność  ciał.  Ich  mumie  leżą  tam  jak  drukowany  perkal  na  straganach 

przekupniów  z mórz południowych. Ponieśli sprawiedliwą  karę.  Każdy  może ich teraz oglądać. 

Zdobyli nieśmiertelność. 

– Napisano o tym niejeden dobry wiersz. 

–  Ale  znam  wiele  złych  przykładów,  nie  każdy  bowiem  ma  w sobie  coś,  co  upoważnia  do 

zadawania się z nieśmiertelnością. 

– Czy nasze drwiny są na miejscu? 

– Co zatem pozostaje? 

– A czy w ogóle coś pozostaje? 

– Drwina może działać oczyszczająco i na pewno niczego nie niszczy… 

– Czy coś jednak zostaje? 

– Nic, co mogłoby być nieśmiertelne… 

– Zatem… 

– To, co wieczne. – Kai powiedział to lekko, zupełnie bez patosu. 

background image

Lilian Dunquerke potraktowała jego słowa jak komplement. Chcąc zamknąć temat, odezwała 

się głosem brzmiącym teraz zgoła inaczej: 

– Może napilibyśmy się herbaty? 

Kai  nie  próbował  przedłużać  rozmowy,  mimo  że  urwała  się  w momencie,  w którym 

szermierzowi słowa trudno oprzeć się pokusie zgłębiania dialektyki utajonej przecież w każdym 

paradoksie,  dać  spokój  tym  akrobacjom  umysłu  polegającym  na  igraniu  ideami.  Rozmowa 

zresztą zamierała, być może jej przedłużanie oznaczałoby skłonność do niepotrzebnego gadania, 

może nawet próżność. Niemalże nagły finał był pułapką, przez którą złotousty pięknoduch miał 

popaść  w sentymentalizm  i tym  samym  dać  się  zdemaskować.  Bywają  sytuacje,  w których 

jedynie milczenie popłaca; dzięki milczeniu dojrzewają znacznie łatwiej niż w powodzi słów. 

Teraz  mówili  o zupełnie  innych  sprawach,  o drobiazgach  –  herbacie  oraz  japońskich 

obrazach  i książkach,  o automobilach,  o San  Sebastian  i okultyzmie.  Lilian  Dunquerke 

przekonała  się,  jak  wspaniałym  causeurem  jest  Kai  i że  błyskotliwa  konwersacja  zdaje  się  nie 

sprawiać mu żadnego wysiłku. Sama prześlizgiwała się z tematu na temat jak łyżwiarz kreślący 

na lodzie ósemki, lekko przeskakiwała na odległe niekiedy obszary. 

Kai  starał  się  jej  dotrzymywać  kroku,  zataczał  koła,  uzupełniał,  dopowiadał  i ani  na  chwilę 

nie zapominał o dobrych manierach. W miarę jak nadciągał zmierzch, spowalniał jednak tempo, 

jego wypowiedzi stawały się coraz bardziej osobiste. 

Choć słowa wciąż płynęły wartkim strumieniem, zmienił się tembr głosu Kaia, dzięki czemu 

ważniejszym zdaniom nadawał szczególne zabarwienie. 

Lilian Dunquerke to wyczuła – nastrój szarej godziny wybiegał naprzeciw jej oczekiwaniom 

niczym  ciepły, łagodny powiew południowego  wiatru. Skuliła się w sobie, próbując dociec, czy 

ów  nastrój  nie  uniesie  jej  ze  sobą,  czy  nie  przerodzi  się  w burzę.  Siedzieli  w fotelach  twarzą 

w twarz.  Ciemniejący  wieczór  zacierał  rysy,  kontury  ginęły  w mroku  jak  na  przestylizowanej 

fotografii  portretowej,  jaśniały  tylko  gładkie  dłonie,  w których  żarzyły  się  czerwone  ogniki 

papierosów. 

Znów wdali się w szermierkę słowną, jeszcze bardziej podniecającą, pełną nieoczekiwanych 

zwrotów. Kai musiał przyznać, że w starciu z tą kobietą każde pchnięcie trafia w próżnię, każdy 

atak  spełza  na  niczym.  Wychwytywała  je  bezbłędnie,  z czarującym  uśmiechem,  wprawiając 

adwersarza w stan podniecenia: rozkoszował się dysputą, w której wspaniale go rozumiano, choć 

niczego  nie  mówił  do  końca;  wystarczyły  lekkie  muśnięcia,  postępowanie  za  ruchem  ręki 

przeciwnika  –  wszystko  to  składało  się  na  urok  pojedynku,  tego  misterium  miłości  i braterstwa 

dusz, owego skrzyżowania broni spowodowanego najwyższym napięciem ducha. Miłość i walka 

wyrastają bowiem z tych samych korzeni. 

Rozmowa  zatracała  powiązania  logiczne,  dała  się  ponieść  fali  rozluźnienia  związków 

przyczyn  i skutków,  podporządkowała  emocjom,  które  decydują  o wszystkim,  zanim  w końcu 

background image

rogowe okulary użyczą rozumowi ostrości wejrzenia. 

To  było  balansowanie  na  krawędzi,  Lilian  Dunquerke  i Kai  traktowali  słowa  jak  nośniki 

pojęć, po czym odbierali im znaczenie, naraz te same słowa przemykały jako impresje i obrazy. 

Lilian  Dunquerke  pochyliła  się.  Bawiła  się  naszyjnikiem  z jadeitu,  który  chciała  pokazać 

Kaiowi.  Zbliżyła  kamienie  do  okna.  W szarym  świetle  miały  kolor  ciemnej  zieleni  wpadającej 

niemal  w czerń.  Tylko  krawędzie  połyskiwały  niczym  powierzchnia  morza  w pogodne  dni. 

Pośrodku naszyjnika tkwił duży aleksandryt. Mienił się czerwono, a opuszczany przybierał barwę 

ciemnego fioletu, jak stuła duchownego. 

– Ponieważ zmienia kolor, dopasowując się do otoczenia, jest jedynym dżentelmenem wśród 

kamieni;  zawsze  przybiera  odcień  bardziej  nasycony  od  otaczających  go  barw,  zawsze 

w najlepszym guście. 

Okna  wychodzące  na  taras  sięgały  podłogi.  Były  otwarte.  Wieczorne  powietrze  z wolna 

wypełniało  pokój.  Lilian  Dunquerke wstała i wsparła  ramię  na fotelu. Tylko ono jaśniało na tle 

ś

cian,  reszta  ginęła  w mroku.  Spoczywając  tak  na  oparciu,  wyglądało  przepięknie  –  długie 

i zgrabne, jak żywe stworzenie; zdawało się, że oddycha… 

 

W ciemnościach mówiła do Kaia – powoli, spokojnie, dźwięcznym głosem. Do jej ramienia 

tuliły się resztki światła. W dłoni trzymała naszyjnik, nieco go unosząc. 

Barwny  odblask  aleksandrytu  padał  na  przegub  dłoni.  Widok  ramienia  Lilian  Dunquerke 

w takiej chwili zapierał dech o wiele bardziej, niż gdyby patrzeć na całą postać. Jej głos przy tym 

brzmiał uwodzicielsko. 

Lilian Dunquerke przerywała, opuszczała Kaia, wracała, jej słowa stawały się coraz bardziej 

niebezpieczne, wieloznaczne. 

Kai  dopowiadał  coś  nieważnego,  zbaczał  ku  niewinnym  powiedzonkom  człowieka 

ś

wiatowego  i wpadał  w ton  osobisty.  Kilka  razy  pozwolił  sobie  na  kuszące  napomknienia,  ich 

przedmiotem  stawało  się  „co”  i „jak”  było  mu  znajome  i tutaj  zachowywał  spokój.  Nadeszła 

chwila,  kiedy  doświadczenie  bezwzględnie  domagało  się  zmniejszenia  dystansu  –  Kai  wiedział 

jednak, że chodzi o coś więcej, i podtrzymywał towarzyską konwersację. 

Dunquerke  stała  obok.  Miał  tuż  przed  oczami  jej  ramiona,  usta,  czuł  zapach  jej  ciała; 

uśmiechała  się,  chwytała  za  głowę,  jakby  o czymś  zapominała,  rozkładała  ręce,  przechodziła 

obok,  obracała  się,  przystając  wyczekująco.  Kai  siedział  nieporuszony,  nie  dał  się  zwieść 

kuszącym  obrazom.  Wiedział  bowiem,  że  jeśli  pofolguje  dyscyplinie  i ulegnie,  gra  zamieni  się 

w rzeczywistość i bardzo wiele go ominie – znał tę grę, to wzajemne sprawdzanie się i kuszenie, 

których  zadaniem  jest  poddanie  partnera  próbie,  by  się  przekonać,  czy  jest  zdolny  do  jeszcze 

większych  namiętności,  czy  też  od  razu  zwietrzy  podstęp.  W tej  grze  partner  nie  ma  nic  do 

zyskania, może natomiast stracić wszystko. 

background image

 

Nie  chodziło  o nic  wielkiego,  trzeba  było  jedynie  mieć  trochę  taktu  i smaku.  W tej  jednak 

sytuacji było to sporo, ponieważ niełatwo przyjąć, że coś, co tylko mogłoby być prawdziwe, jest 

prawdą  bez  wątpienia  i że  nie  można  niczego  zakładać  z góry,  lecz  trzeba  zostawić  sprawę 

w zawieszeniu,  trzymając  się  złotego  środka,  by  nadmiar  nie  zranił,  niedosyt  zaś  nie  zepsuł 

humoru. 

Nerwy Kaia drżały, jakby płynął przez nie prąd elektryczny. Podjął grę i robił nawet więcej: 

doprowadził  ją  do  punktu,  w którym,  jak  się  zdawało,  wyczerpały  się  możliwości  i zbliżał  się 

przełom. W milczeniu, które zapadło, wypełnionym drżącym wyczekiwaniem kobiety, milczeniu 

podsycanym  zarówno  przez  strach,  jak  i podniecenie,  Kai  naraz  z kopyta  ruszył  ku  tematom 

ubocznym,  po  czym  wyciął  woltę,  uciekając  na  teren  obiegowych  powiedzonek  wygłaszanych 

przymilnym  tonem,  z zamiarem  podkreślenia  ich  li  tylko  dekoracyjnego  charakteru,  ich 

językowej pikanterii i podrzędnego znaczenia.  Wydawało mu się, że prowadzi auto drogą pełną 

zakrętów, czuł się pewnie, choć obok otwierała się przepaść, brał zakręt za zakrętem tak długo, 

jak tylko się dało. 

Lilian Dunquerke zdumiewało, że  Kai tyle razy  się zmieniał. Nie  ustawał, wciąż parł przed 

siebie. Ani razu nie zachował się niezręcznie; w tym, co osobiste, pozostał rzeczowy, w tym zaś, 

co ogólne – pełen czaru. 

Szli przez park. Zdążali aleją eukaliptusów w kierunku, gdzie mieszkali starożytni bogowie. 

Minęli jakiś mur, ulicę, kraty ogrodzeń. Potem znów był park opadający do samego morza. 

Już poza obrębem zatoki stał na kotwicy jacht – biały na tle błękitnej wody. 

Rozmowa  krążyła  teraz  wokół  spraw  codziennych  i kończyła  się  niemal  konwencjonalnie. 

Każde  wiedziało  już  wystarczająco  dużo  o partnerze,  by  jeszcze  się  w czymś  utwierdzać  lub 

w cokolwiek  wsłuchiwać.  Konwencjonalne  zakończenie  było  najstosowniejszą  osłoną  dla 

wspólnych doznań dnia. 

 

Lilian  Dunquerke  pokazała  Kaiowi  swój  jacht  i opowiedziała  o wygranych  w zeszłym  roku 

regatach.  Przez  chwilę  stali  wsparci  o reling.  Dopiero  teraz  Kai  okazał  inicjatywę.  Choć 

propozycja  była  najzupełniej  oczywista,  musiała  jednak  pochodzić  od  niego.  Rzucił 

mimochodem: 

– W tym sezonie też zamierza pani popłynąć? 

– Tak, za jakieś trzy tygodnie wyruszam do Neapolu. 

– W tym czasie w Palermo rozpoczynam treningi. To ta sama droga. 

– Prześlę panu wiadomość. 

Oboje wiedzieli, o co chodzi. 

 

background image

 

Do  hotelu  Kai  wracał  wolnym  krokiem.  Pozbył  się  wewnętrznego  napięcia  i napawał  się 

ś

wieżym,  wieczornym  powietrzem.  Był  pewien,  że  odbierze  dziś  pocztę  od  Barbary.  Myślał 

o tym, jakby chodziło o coś najzwyczajniejszego w świecie. 

Szedł tak wolno, że nim znalazł się w hotelu, minęła godzina. Wstąpił na pocztę. Czekał tam 

na niego tylko jeden list, w białej, grubej kopercie. Rozpoznał pismo Barbary. 

Skinieniem  ręki  odprawił  chłopca  obsługującego  windę.  Z listem  w dłoni  wszedł  po 

schodach.  Dopiero  w pokoju  otworzył  kopertę.  Barbara  pisała,  że  wybiera  się  do  St.  Moritz, 

i pytała, czy by do niej nie przyjechał. 

Zrobiło się cicho. Kai został sam z listem, miał przy tym wrażenie, że również sam z całym 

swoim życiem. 

Myślał  o młodości  jak  o ogrodzie;  obrazy  tego  ogrodu  od  dawna  nie  dawały  mu  spokoju 

i teraz,  niezwykle  wyraźne,  wyzierały  spoza  horyzontu.  Wraz  z szumem  drzew  powracały  doń 

głosy, o których – jak sądził – zdążył już zapomnieć. 

Wyrwało  mu  się  głębokie  westchnienie.  Postanowił,  że  nie  będzie  uciekał  od  decyzji. 

Pojedzie do St. Moritz. 

Następnego  ranka  zameldowano  Kaiowi  o wizycie  kapitana  O’Donnela,  który  przybył 

w towarzystwie członka Sporting-Clubu przedstawiającego się jako Chattingius. 

Trzeba przyznać, że tej wizyty Kai trochę się spodziewał. 

Z niezmąconym spokojem taksował zatem wzrokiem żakiet O’Donnela: prążkowane spodnie 

były  chyba  nieco  za  wąskie,  a o plastronie  też  dałoby  się  to  i owo  powiedzieć.  Czuło  się,  że 

trochę sztywny O’Donnel nie jest do końca przekonany do swej misji. 

Jeszcze bardziej ceremonialnie zachowywał się Chattingius. Z namaszczeniem rozwodził się 

nad tym, co zaszło, dając do zrozumienia, że chodzi o honor, po czym w wyważonych słowach, 

jako zaufany Courbissona, przekazał wyzwanie. 

Kai  przyjął  wyzwanie  i podał  nazwiska  sekundantów  –  Fioli  i Lievena.  Zapewniał,  że 

niezwłocznie  ich  o wszystkim  powiadomi.  Chattingius  uznał  sprawę  za  załatwioną,  po  czym, 

wciąż sztywny i pełen dystynkcji, zamierzał się oficjalnie pożegnać. 

Nie  bez  przymusu  Kai  zaproponował  aperitif.  Z trudem  powstrzymał  się  od  uszczypliwych 

uwag: wiedział, że nie zostaną zrozumiane. 

O’Donnel w minutę wyłożył wszystko, co miał do powiedzenia. Kai doskonale go rozumiał. 

Wiedział,  że  O’Donnel  zgodził  się  być  sekundantem  tylko  dlatego,  by  cały  ten  spór  w miarę 

możności łagodzić. 

Niestety, Frute zepsuła Chattingiusowi cały efekt pożegnania: miała kiepskie wyczucie stylu 

i wytworne  maniery  poczytała  za  afront.  Przywarowała  obok  drzwi  i przeciągłym  skowytem 

background image

wystraszyła  Cłiattingiusa  tak  bardzo,  że  omal  nie  zgubił  cylindra.  Rozbawiła  tym  Kaia,  który 

przepraszał gościa, śmiejąc się w duchu z jego wystraszonej miny. 

Po chwili telefonował do Fioli i Lievena. 

 

Fioła zjawił się niemal natychmiast. Głupota Courbissona wprawiła go w zły humor. 

–  Jest  za  młody,  by  pojąć,  o co  chodzi.  Ma  wielkie  serce  i za  to  go  lubię;  drzemie  w nim 

jednak nieszczęsna skłonność do romantycznych zachowań, nie rozumie niczego ze spraw, które 

toczą się obok własnym biegiem. Ma pan zamiar potraktować go surowo? 

– Raczej nie. Choć to strzelanie do gołębi rzeczywiście mnie wtedy rozzłościło. 

–  Ale  pan  wrażliwy.  Cóż,  jest  pan  przecież  Niemcem.  Przed  dwoma  laty  pan  jednak  też 

strzelał. 

Kai skinął głową. 

–  To  nic  nie  znaczy.  Uważam,  że  trzeba  myśleć  logicznie,  niekoniecznie  jednak  logikę 

należy stosować w życiu. 

Fioła śmiał się. 

–  Ma  pan  rację.  Po  co  się  przejmować  tym,  co  myśleliśmy  poprzedniego  dnia…  Powinien 

pan  wybaczyć  Courbissonowi,  ponieważ  wychował  się  w Anglii.  Sport  cieszy  się  tam 

szczególnymi względami, co wiele tłumaczy; nie ma w tym żadnej pruderii. 

– Już mu wybaczyłem… 

Fioła wzruszył ramionami. 

–  Irytujące.  Jednak  uważa  pan,  że  porozumienie  się  z nim  nie  jest  możliwe…  –  Spojrzał 

badawczo na Kaia. 

Kai wytrzymał jego wzrok i spokojnie odparł: 

– To prawda. Myślę, że nie będę mógł się z nim porozumieć. 

Przez  chwilę  milczeli.  Fioła  popadł  w zadumę.  Wiedział,  do  czego  Kai  zmierza,  chciał  to 

zawrzeć w swym pytaniu. Kai dążył do zwarcia, ponieważ pragnął Lilian Dunquerke. Zerwanie 

byłoby dlań usprawiedliwieniem. 

– A jeśli Courbisson poprosi o wybaczenie? 

– Do tego na pewno nie dojdzie. 

– Ma pan rację. 

Fioła znów się zamyślił, po czym rzekł: 

– O ile mi wiadomo, świetnie strzela pan z pistoletu… 

– Tak… 

–  Chcę  panu  zwrócić  uwagę,  że  Courbisson  ma  o tym  nikłe  pojęcie.  To  grozi  katastrofą… 

Z fuzją w ręku jest znakomity, niemal nie do pokonania… Ale pistolety… tego już się nie zdoła 

nauczyć… 

background image

Kai ściszył głos: 

– Proszę się nie martwić, postaram się go nie trafić… 

– Jeśli tak, byłbym panu bardzo wdzięczny… 

Kai skinął głową. 

– I bez tego mój zamiar był właśnie taki. 

Fioła podał mu rękę. 

Kai dodał: 

– Nawet dam mu szansę. 

Fioła zdziwił się. 

–  Jak  pan  to  sobie  wyobraża?  Courbisson  jest  kiepskim  strzelcem…  ależ  oczywiście,  zaraz 

do niego idę. 

– Nie to miałem na myśli – odparł Kai. 

– Obawiam się, że nie zrozumiałem. 

–  Nie  jestem  obojętny  wobec  rozwoju  pewnych  zdarzeń,  także  w trochę  innym  sensie  – 

możliwe nawet, że je spowodowałem. 

Fioła poderwał głowę i odezwał się ostrożnie: 

–  Sądzę,  że  teraz  pana  rozumiem.  Chce  pan  powiedzieć,  że  są  zdarzenia,  których  tak  czy 

owak nie dało się uniknąć. 

–  Właśnie…  musiało  do  nich  dojść,  prędzej  czy  później.  Myślę,  że  będzie  dobrze,  jeśli 

udzielę Courbissonowi także formalnej satysfakcji. To powinno – tutaj Kai się zawahał – ułatwić 

mu wyplątanie się ze wszystkiego. Courbisson nie widzi przyczyny nieporozumienia tam, gdzie 

ona  tkwi  rzeczywiście,  choć  takie  stawianie  sprawy  jest  dla  niego  mniej  bolesne  od  zdarzeń 

późniejszych;  ma  jeszcze  zbyt  mało  lat,  by  pojąć,  że  najbardziej  godna  szacunku  jest  w nim 

młodość. 

Fioła się roześmiał. 

–  Byłoby  miło  jeszcze  trochę  porozmawiać.  Muszę  jednak  pomówić  również 

z Courbissonem…  widzi  pan,  to  mój  daleki  krewny…  a później  z Lievenem  i O’Donnelem. 

Kiedy to się odbędzie? 

– Wczesnym rankiem… 

 

Fioła pojechał do Courbissona, którego gryzło sumienie, toteż potraktował gościa z rezerwą. 

Fioli  to  nie  zmartwiło.  Podszedł  do  Courbissona  jak  najbliżej  i ze  spokojem,  ale  i energią, 

mówił do niego: 

– Renę, sprowokował pan pojedynek i ja będę jednym ze świadków. Ten smutny fakt winien 

raz  na  zawsze  uzmysłowić  panu  istotę  pojedynku.  Otóż  wiedz,  że  pojedynek  jest  jedynie 

formalnym  zakończeniem  sporu  i pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  traktować  go  inaczej.  Pod 

background image

ż

adnym pozorem, Renę! 

– Tak… 

Courbisson nie drgnął. Był blady i wyglądał na wyczerpanego. 

Fioła  umówił  się  z Lievenem.  Wspólnie  z O’Donnelem  i Chattingiusem  ustalili  czas 

i miejsce pojedynku. 

Postanowiono,  że  do  spotkania  dojdzie  za  dwa  dni  o świcie  na  dalekich  tyłach  pola 

golfowego używanego przez klub z Monte Carlo. 

 

Morze  miało  kolor  ołowianoszary,  tylko  horyzont  przybierał  jaśniejszy  odcień;  w zatokach 

woda  była  jeszcze  ciemniejsza,  jak  poczerniałe  żelazo.  Nieliczne  fale  obmywały  plażę.  Bez 

wątpienia  byłoby  wspaniale  popłynąć  w gęstą  szarość  przedświtu,  kiedy  barwy  dnia  –  srebro 

i błękit  –  jeszcze  śpią,  i widzieć,  jak  ożywają  w bryzgach  piany  na  jasnym  ciele,  zanim 

wschodzące słońce użyczy im winnoczerwonego blasku pierwszych promieni. 

Kai drżał na balkonie w zimnym powietrzu przenikającym tym mistycznym chłodem, który 

po zachodzie oddaje zatokę we władanie ducha Północy. 

Kiedy  się  ubierał,  uzmysłowił  sobie,  że  ostatnio  zaniedbał  Maud  Philby.  Postanowił,  że 

jeszcze dziś ją odnajdzie. 

Przeżywał  istny  natłok  najróżniejszych  myśli  i obrazów.  Myślał  o swej  maszynie, 

o Barbarze, o Murphym, o młodym Hollsteinie – odkrywał, że wspaniale jest żyć i mieć jeszcze 

tyle przed sobą… 

Wiedział, skąd się to bierze, i właśnie dlatego lubił podobne sytuacje. 

Szczękając zębami, wrócił do pokoju i wziął kąpiel. W łazience było ciepło, błyszczały kafle 

i niklowane  krany.  Chropawe  ziarna  soli  kąpielowej  rozpuszczały  się  w dłoni  pod  strumieniem 

wody.  Ciepło  było  rozkoszne  niczym  łóżko  w chłodach  Islandii.  Potem  wziął  siekący  ciało 

prysznic, a ręczniki frotte dokonały reszty. 

Fioła i Lieven przybyli z lekarzem od strony Avenue de Monte Carlo i spotkali się z Kaiem 

w Cafe de Paris. 

Wóz ruszył w kierunku Grandę Corniche i zakręt za zakrętem zmierzał do rozwidlenia dróg, 

po  czym  skręcił  do  Col  de  l’Arme.  Po  jednej  stronie  widok  ograniczały  kamienne  ściany,  po 

przeciwnej  wyłaniały  się  skały  Monako  i nieliczne,  gasnące  już  światła,  przesuwały  się  zarysy 

wybrzeża. Z każdą minutą robiło się jaśniej. Morze nabierało blasku, wierzchołki nadbrzeżnych 

Alp czerwieniały w pierwszych promieniach słońca. 

Kiedy  auto  wjechało  na  płaskowyż,  na  którym  rozciągało  się  pole  golfowe,  słońce  już 

wzeszło. Fioła spojrzał na zegarek. Byli na miejscu zgodnie z planem. Wóz został zaparkowany 

po lewej stronie, na umówione miejsce czterech panów udało się pieszo. 

Nie  było  tam  jeszcze  nikogo.  Jakiś  automobil  jechał  jednak  pod  górę.  Wiatr  przynosił 

background image

stłumione  dźwięki  klaksonu  –  czasem  mocniejsze,  innym  razem,  kiedy  wóz  pokonywał 

serpentyny po drugiej stronie skał – słabsze. 

Lieven wpatrywał się w nadjeżdżający pojazd. 

– Tylko dwóch, ale może… 

Przywitano się z rezerwą. 

 

Ku  zaskoczeniu  Fioli  i Kaia  pojawił  się  tylko  O’Donnel  w towarzystwie  Chattingiusa. 

Chattingius był śmiertelnie poważny, O’Donnel bardzo niespokojny. 

Obaj czekali i naradzali się po cichu. O’Donnel raz jeszcze poszedł na parking, lecz po kilku 

minutach wrócił, potrząsając głową. 

Chattingius zdecydowanym krokiem podszedł do Fioli. 

– Czy możemy porównać czas? 

– Jest dziesięć po szóstej. 

–  Zatem  dziesięć  minut  później,  niż  ustaliliśmy.  Z ubolewaniem  muszę  stwierdzić,  że  od 

wczorajszego popołudnia wicehrabia Courbisson był nieosiągalny. Dlatego też, niestety, nie jest 

możliwe  wyjaśnienie  powodów,  dla  których  dotychczas  się  nie  pojawił.  Pozostaje  nam 

przypuszczenie,  że  doszło  do  jakiegoś  wypadku  lub  też  pojawiły  się  inne,  nieprzewidziane 

okoliczności,  które  nie  pozwoliły  wicehrabiemu  nas  powiadomić.  Mam  nadzieję,  że  podzielą 

panowie  nasz  punkt  widzenia  do  czasu,  kiedy  dowiemy  się  czegoś  bliższego,  i proszę 

o wybaczenie, ponieważ trud przybycia tutaj okazał się zbyteczny. 

Fioła był przerażony i spoglądał na O’Donnela, który czynił rozpaczliwe gesty. 

– W nocy nie było go w domu… 

Lieven chwycił Fiole za ramię i nasłuchiwał. Całe towarzystwo zamilkło. Wiatr niósł daleki 

odgłos silnika. 

– Doktorze – odezwał się Fioła – nie wiadomo, kto się zbliża, może więc będzie pan łaskaw 

odejść nieco na stronę. 

Ktoś  nadjeżdżał  z wyraźnym  pośpiechem.  Chattingius  nagle  znów  przybrał  sztywną  pozę 

i stanął z boku. Między drzewami ukazał się Courbisson. 

 

Był blady, zdenerwowany, patrzył błędnym wzrokiem. 

Przywitał  się  ze  swymi  sekundantami  i chwilę  z nimi  rozmawiał.  Chattingius  chciał  już 

podejść do Fioli, lecz Courbisson go powstrzymał stygnącym uśmiechem. Był całkiem załamany, 

miał jednak jeszcze tyle godności, by samemu doprowadzić sprawę do końca. 

Poprzedniego dnia Courbisson próbował znaleźć Lilian Dunquerke, ale do południa mu się to 

nie  udało.  Po  południu  raz  jeszcze  do  niej  zaszedł,  mocno  już  rozdrażniony  wcześniejszym 

wyczekiwaniem.  Sądził,  że  Lilian  Dunquerke  go  nie  przyjmie,  że  znajdzie  po  temu  tysiąc 

background image

powodów. 

Ku  jego  zdziwieniu  poproszono  go  od  razu.  Zupełnie  nie  był  przygotowany  na  spotkanie 

w wesołym  towarzystwie,  nie  było  najmniejszej  szansy,  by  choć  przez  chwilę  został  z panną 

Dunquerke sam na sam i mógł pomówić o tym, co go dręczy. 

Lilian Dunquerke go nie dostrzegała. Został jednak, robił dobrą minę do złej gry i czekał, aż 

goście  pójdą.  W końcu,  kiedy  zostało  już  niewiele  osób,  udało  mu  się  dopaść  panią  domu 

w pokoju obok. 

Chciał  prosić  o rozmowę,  zanim  jednak  cokolwiek  powiedział,  uprzedziła  go,  podając 

łaskawie rękę. 

–  Zegnaj,  Renę.  Proszę  niczego  nie  wyjaśniać.  Byłoby  mi  przykro  oglądać  pana 

odgrywającego  tragedię.  Kiedy  pan  stąd  wyjdzie,  będzie  pan  miał  jeszcze  przed  sobą  kawał 

ż

ycia; cały czas jesteśmy przecież w drodze. Zegnam… 

Chciał  coś  powiedzieć,  przekonywać  ją,  tłumaczyć,  nawet  zrobić  coś  niezwykłego.  Ale  nie 

było wyjścia: spotkał się ze stanowczą odprawą. 

Godzinami  snuł  się  po  ulicach,  dorożkarze  krzyczeli  na  niego,  kiedy  wchodził  im  w drogę, 

automobilistów zmuszał do hamowania. Czuł się jak ktoś ukąszony przez węża, poruszał się jak 

automat, musiał wciąż chodzić, chodzić bez końca. 

Wędrował  przez  stare  miasto,  wspinał  się  stromymi  uliczkami  –  zupełnie  rozbity 

wewnętrznie, zrozpaczony, otępiały. 

Poniżej  widział  wystające  spośród  palm  latarnie,  które  otaczały  taras  kasyna  i schodziły  do 

samego  morza.  Dworzec  kolejowy  błyszczał  kolorami  jak  dziecięca  zabawka,  tuż  nad  morzem 

rozpościerał się okrągły placyk, gdzie strzelano do gołębi. 

Courbisson mówił cicho do siebie, wygłaszał formuły błagalne i zaklęcia, wyrzucał z siebie 

wszystko,  co  go  dręczyło.  Była  już  późna  noc  i ubranie  wicehrabiego  nasiąkło  mgłą.  Nagle 

poczuł głód, tak silny i nieokiełznany, że zadrżały pod nim kolana. Otworzył drzwi, za którymi 

znajdowała się mała jadłodajnia z kilkoma stałymi gośćmi przy stole, zażądał chleba i owoców, 

pochłonął je łapczywie, zostawił na stole pieniądze i poszedł dalej. 

W końcu zatrzymał się przed niewielkim hotelem. Uprzytomnił sobie, że nie zdoła dojść do 

domu, nie myślał już o niczym, zamówił pokój i niemal natychmiast zapadł w sen. 

Nagle się przebudził, zapalił światło i spróbował pomyśleć. Przypomniał sobie, że powinien 

powiadomić  sekundantów,  postanowił,  że  pojedzie  po  nich  rano  i zabierze  ich  ze  sobą.  Swoje 

położenie oceniał teraz inaczej niż wieczorem, wzburzenie minęło, choć rozterki pozostały. 

Zrozumiał swoją winę i zdawało mu się, że przez kilka godzin postarzał się o lata. Wiedział, 

ż

e  otwierają  się  przed  nim  nowe  horyzonty,  których  nie  dostrzegał  w swym  dotychczasowym, 

beztroskim życiu; ta noc była dla niego czasem wielu decyzji. 

Uznał,  że  najgorsze  minęło.  Nie  wiedział,  jak  bardzo  sobie  szkodzi,  ze  wszystkich  jego 

background image

planów  i zamierzeń  jedno  bowiem  liczyło  się  naprawdę  –  odzyskanie  Lilian  Dunquerke. 

Rozmyślając  tak,  zdrzemnął  się,  po  czym  znów  zapadł  w ciężki,  głęboki  sen  i nie  usłyszał 

budzika.  Ponieważ  spóźnił  się  pół  godziny,  nie  zastał  sekundantów  na  umówionym  miejscu. 

Popędził samochodem na pole golfowe z nie do końca jasnym, dopiero co powziętym zamiarem 

potwierdzenia wobec siebie swej wartości, dokonania czegoś znaczącego i właściwego. 

Tę potrzebę zaszczepiła w nim Lilian Dunquerke, a on zaspokajał ją dotychczas bezwiednie; 

teraz  zrozumiał  wagę  daru,  na  który  nie  zasłużył,  i tym  bardziej  zależało  mu,  by  okazać  się 

godnym pani swego serca. 

Nie  wyczuwał  pomieszania  materii,  owego  spóźnionego  działania  na  rzecz  przegranej 

sprawy. 

Gubiąc  się  w tym  chaosie  przemyśleń,  przybył  na  spotkanie  i pośpiesznie  oświadczył 

O’Donnelowi  i Chattingiusowi,  że  powody,  dla  których  chciał  walczyć,  są  obecnie  bez 

znaczenia. 

O’Donnel odetchnął. Chattingius, napuszony i dostojny, zapytał: 

–  Czy  wobec  tego  należy  podać  do  wiadomości,  że  rezygnuje  pan  z honorowego 

rozstrzygnięcia? 

–  Tak…  –  Courbisson  odszedł  z nim  na  stronę  i mówił,  z trudem  dobierając  słowa,  lecz  na 

tyle  głośno,  że  również  Kai  usłyszał:  –  Chciałbym  wyjaśnić,  że  uzyskałem  pewne  informacje, 

które poważnie nadwątliły moje przekonanie o słuszności pojedynku. 

Fioła podszedł do niego i z radością pogratulował wicehrabiemu rozsądnej decyzji. 

Courbisson potrząsnął głową; razem z Fiolą zbliżył się do Kaia, patrzył na niego, ociągał się, 

usiłował się zmusić do mówienia… 

Kai wiedział, jak bardzo młody człowiek cierpi z powodu swej straty; wiedział, że jest zbyt 

dumny, by się przyznać do porażki i że mimo rozdartego serca pragnie postąpić zgodnie ze swym 

wychowaniem oraz zasadami i nie chce okazywać zazdrości zwycięskiemu rywalowi… 

Szybkim ruchem ujął dłoń Courbissona i zanim ktoś się odezwał, powiedział: 

–  Przeceniamy  sytuację,  choć  każdy  widzi  ją  inaczej.  Rozwiązanie,  jakie  pan  znalazł, 

ś

wiadczy,  że  zdaje  pan  sobie  sprawę  z podwójnego  oblicza  całej  tej  historii.  Zatem  wie  pan 

również  –  tutaj  Kai  ściszył  głos  –  że  zerwanie  nie  zawsze  bywa  końcem,  często  natomiast 

pierwszym krokiem ku jeszcze większej namiętności… 

 

Courbisson spurpurowiał. 

Fioła za jego plecami uśmiechnął się do Kaia, który dokończył: 

–  Chciałbym  jeszcze  z panem  pomówić.  Za  kilka  tygodni  zaczynam  trening  przed 

mistrzostwami Europy; myślę, że nasza rozmowa mogłaby wiele wyjaśnić. 

Courbisson nagle się zmienił. Opadło zeń napięcie i poczuł, że udręka ustąpiła wewnętrznej 

background image

jasności. Z błyskiem nadziei w oku uścisnął dłoń Kaia. 

– Na pewno przyjadę… 

Po czym oddalił się w towarzystwie Fioli i przyjaciół. 

Kai i Lieven jeszcze jakiś czas zostali na polu golfowym. Trawa zieleniła się w promieniach 

słońca.  Brązowe  skały  rysowały  się  łagodną  linią  na  tle  błękitu  nieba.  Las  chylił  się  na  nie, 

a jasne  promienie  oświetlały  falujące  połacie  zieleni.  Niżej  rozciągały  się  łąki  pełne  kwiatów, 

usiane plamami krzyczących barw, otoczone srebrzystą zielenią gajów oliwnych. 

W  kierunku  Ventimiglii  połyskujące  wody  zatoki  pokrywała  czerwona  mgiełka,  kiedy 

patrzyło  się  w stronę  Nicei,  można  było  rozróżnić  każdy  dom.  Zdawało  się,  że  okna  zamku 

w Monako  płoną.  Również  domy  na  skałach  błyszczały  w blasku  słońca.  Ulicami  mknęły 

samochody. 

Lieven wziął w rękę kij golfowy i machnął nim, rozcinając ze świstem powietrze. 

– Golf bez wątpienia jest interesujący, automobile jednak podobają mi się znacznie bardziej. 

Kai, postarajmy się wygrać mistrzostwa Europy! 

– To będzie niezły numer! 

– A co pan myśli o Murphym? 

– Wszystko… 

Lieven miał jeszcze na końcu języka drugie pytanie. Wolał jednak je przemilczeć. Manewry 

oskrzydlające wymagają ostrożności. Lepiej nie pytać Kaia o Maud Philby… 

 

background image

XI 

 

Frute  słuchała  Kaia  z cierpliwą  wyrozumiałością  zwierzęcia.  Choć  nie  rozumiała  niczego, 

spokojnie wpatrywała się w pana, stroiła mądre miny i usiłowała zgadnąć, o co mu chodzi. 

Kai mówił długo. W końcu przerwał, poklepał sukę po grzbiecie i roześmiał się: 

–  Masz  rację,  Frute.  Gadam  jak  adwokat,  bo  myślę  zupełnie  co  innego.  Sądzę,  że  zrobimy 

tak: pojedziemy do St. Moritz, weźmiemy jednak z sobą Hollsteina. 

Pól  godziny  wystarczyło,  by  nie  spodziewający  się  niczego  Hollstein  był  gotów  do  drogi. 

Bardzo  zaprzyjaźnił  się  z Kaiem,  wyruszyli  zatem  w świetnych  humorach,  ciesząc  się,  że  przy 

okazji  będą  mogli  oglądać  dwie  pory  roku  jednocześnie  i w środku  wiosny  przeżyją  kilka  dni 

rzetelnej zimy. Pędzili przed siebie w jasną przestrzeń, droga wiła się malowniczo, a szum silnika 

przydawał podróży osobliwego uroku. 

Niebawem zostawili za sobą równiny i przed maską samochodu wyrosły góry. Mnożyły się 

wzniesienia, pojawiły ostre zakręty. W pewnej chwili zerwała się ulewa tak mocna, że automobil 

torował  sobie  drogę,  wzbijając  fontanny.  Strumienie  deszczu  ograniczały  widoczność  do  kilku 

zaledwie metrów. Wobec takiego potopu Kai zjechał na pobocze i zatrzymał się. 

Z obu stron naciągniętego wysoko dachu spływały, chlupocząc, strugi wody. W samochodzie 

gęstniał niebieski dym z papierosów, ściana deszczu nie pozwalała mu wydostać się na zewnątrz. 

Schronienie pod brezentem było jak mała bezpieczna wysepka. 

Po pewnym czasie szum ulewy zamienił się w ciche, nieco przekorne ciurkanie sączącej się 

wody; w końcu i ono ucichło. W ciężkich chmurach rozwarła się szczelina, przejaśniało się coraz 

bardziej,  aż  wreszcie  błysnęło  słońce  i pokazały  się  szczyty  gór.  Po  chwili  koła  niezawodnej 

maszyny znów jęły znaczyć na drodze podwójny ślad opon. 

Niebawem  auto  wjechało  pomiędzy  chłodne  nawisy  skalne  i pojawił  się  śnieg.  Początkowo 

zalegał  tylko  jedno  zbocze,  zsuwając  się  pofałdowanym  jęzorem  na  sam  dół;  dalej  jednak 

poszarpanymi  łatami  rozpościerał  się  szeroko,  przetykany  z rzadka  brunatnymi  wysepkami 

zeszłorocznej, oliwkowej trawy. Tu i ówdzie na niewielkich łączkach pojawiały się krokusy, ich 

kwiaty  mieniły  się  wszystkimi  barwami;  wszystko  to  było  osobliwym  przemieszaniem  zimy 

i lata. 

Wóz parł poprzez tę niezwykłą krainę i wdzierał się coraz wyżej. 

Do zboczy przywarły niskie chaty, wzrok przemierzał długą, jasną dolinę, za nią widać było 

srebrzące się szczyty, wzgórza, płaskowyż i naraz wynurzyły się ciemne, brązowe domy, potem 

cała wieś i kamienne budynki hoteli. Byli w St. Moritz. 

Frute  wyskoczyła  z auta  z takim  impetem,  że  aż  zaryła  się  w śniegu.  Za  drugim  skokiem 

omal  nie  przewróciła  Barbary,  rzuciła  się  na  nią  w porywie  żywiołowej  radości  i dopóki  szał 

psich powitań nie minął, Barbara, śmiejąc się, mogła witać Kaia jedynie na odległość. 

background image

Patrzył na nią w milczeniu. Na jej widok zabiło mu serce, nie mocniej jednak niż zwykle. Nie 

czuł  podniecenia,  choć  wcześniej  myślał,  że  bez  tego  się  nie  obejdzie.  Natomiast  z całą  mocą 

dotarło doń, jaki spokój ogarnia go w jej obecności. Rysy Barbary podkreślała opalenizna, w jej 

ruchach  znać  było  rozluźnienie  i brak  wysiłku,  stąpała  lekko  i swobodnie.  Zachowywała  się 

z dystynkcją damy, choć jej uroda była jeszcze dziewczęca. 

Szli obok siebie zaśnieżoną drogą. Kai stawiał duże kroki. 

–  Od  dawna  nie  widzieliśmy  śniegu,  Barbaro.  Nad  Morzem  Śródziemnym  kwitną  narcyzy 

i mimozy. 

Uśmiechnęła się. 

– A tu zbocza pokryły się krokusami i tylko patrzeć, jak się pojawią narcyzy. 

Weszli  w sześcioczęściowe  drzwi  obrotowe  hotelu.  Przez  chwilę  dreptali  obok  siebie  jak 

w szklanej skrzyni. Gdy  urządzenie z kryształu i mosiądzu przekręciło się do końca, wypchnęło 

ich do ciepłego hallu, który w porównaniu ze śnieżną jasnością panującą na zewnątrz zdawał się 

tonąć w ciemnościach. 

–  Kai,  wybrałam  dla  pana  dobry  pokój.  Będzie  pan  miał  cudowny  widok  i pierwszorzędny 

leżak. 

– To wspaniałe, Barbaro, że tak się pani o mnie troszczy. 

Rozstali się na godzinę.  Kai szybko się przebrał i zszedł do hallu; Hollstein jeszcze  pluskał 

się w wannie. Barbara, w stroju narciarskim, już czekała. Obok siedziała Frute, która na krok nie 

odstępowała dziewczyny. 

Kai  nie  mógł  oderwać  wzroku,  obrazek  robił  wrażenie:  młodziutka  kobieta  o szczupłej, 

prostej  jak  trzcina  figurze  odziana  w obcisły  kostium,  wdzięcznie  unosząca  głowę,  obok  zaś 

dożyca z dwojgiem postawionych czujnie, szpiczastych uszu. 

– Jest pani jedyną osobą, Barbaro, dla której Frute mnie zdradza. 

 

Suka podniosła głowę w niejasnym poczuciu winy i niepewnie spojrzała na Kaia. Następnie 

uznała,  że  warto  ulokować  się  za  plecami  pana;  uderzając  go  delikatnie  ogonem  w kolano, 

przypominała o swym istnieniu. 

Barbara chwyciła Frute za obrożę i wyciągnęła z ukrycia. Objęła łeb suki. 

– Myślałam o tym często: ona ma izabelowe oczy – na pewno jest zaczarowana. 

– Nie wydaje mi się. Za bardzo gustuje w surowym mięsie. 

Dziewczyna się roześmiała. 

– Kai, tak się cieszę, że pan przyjechał. 

–  Ja  też  się  cieszę,  że  jesteśmy  razem.  Pani  obecność,  Barbaro,  ma  na  mnie  niezwykły 

wpływ: kiedy jest pani obok, życie wydaje się zupełnie proste. 

Chwilę się zastanawiała i uśmiechnęła się lekko. 

background image

– Czyżby było aż tak skomplikowane? 

–  Tylko  czasami.  I zawsze  na  krótko.  Im  jest  się  starszym,  tym  prostsze  się  staje.  Z wielu 

rzeczy  wyrasta  się  jak  ze  starego  ubrania,  bywa,  że  zaczynają  śmieszyć,  choć  traktowało  się  je 

poważnie. Ale o tym wolałbym nie rozmawiać; zaczekajmy na Hollsteina i ruszajmy w śnieg. 

Góry stały nieruchome, oślepiająco białe, jakby zwaliła się na nie i naraz zastygła eksplozja 

porażającego  blasku.  Roiło  się  od  barwnych  swetrów;  krążąc,  tłocząc  się  wokół  zamarzniętych 

stawów,  wyglądały  z daleka  jak  amazońskie  papugi.  Nieustraszone  panie  w obcisłych, 

kraciastych bryczesach przemierzały śnieżne szlaki. Nie krępował ich męski strój, wiedziały, że 

podobają się w nim jeszcze  bardziej. Ciemne okulary  złociście połyskiwały na tle spalonych na 

brąz  twarzy.  Kaia  zadziwił  widok  łysych  głów.  Bił  od  nich  niezwykły  blask.  Rozsiane  po  całej 

okolicy przypominały gwiezdne konstelacje. 

Barbara  paplała  o różnych  sprawach.  Było  w niej  tyle  wdzięku,  że  mogła  sobie  na  to 

pozwolić.  Żłobiła  w śniegu  koleiny,  chwytała  go  w ręce,  strząsała  z jodłowych  gałęzi, 

przyglądała  mu  się  z powagą,  próbowała  dociec  zapachu  i innych,  ukrytych  przymiotów, 

w końcu podrzucała śnieżną kulę do góry i puszczała się pędem w dół. 

Frute  zupełnie  oszalała.  Udając  wściekłość,  wgryzała  się  w śnieżny  puch,  po  czym 

gwałtownie rzucała się przed siebie, podskakując niepotrzebnie wysoko, strojąc przy tym chytre 

miny.  Barbara  skorzystała  z okazji  i zaczęła  ją  gonić,  obrzucać  śniegiem,  aż  obie  zadyszane 

upadły;  a kiedy  dziewczyna  chciała  wstać,  suka,  uderzając  delikatnie  łapą,  powalała  ją  znowu, 

przy czym cały czas radośnie poszczekiwała. 

Nie trzeba było długo czekać, by Hollstein również wkroczył do akcji. Poszybowały śnieżne 

kule,  a Frute  znowu  zaczęła  za  nimi  uganiać.  Kai  stał  z boku  i zagrzewał  towarzystwo  do 

zabawy.  Sam  jednak  się  nie  przyłączył.  Nie  mógł  sobie  poradzić  z lekkim,  osobliwym 

niepokojem, który go ogarnął. Nie było to szczególnie przykre uczucie, ale wbrew jego woli nie 

chciało go opuścić. 

 

Wieczorem zeszli potańczyć. Za dnia, zarówno nad morzem, jak i w górach, płuca wypełnia 

ożywcze powietrze, skóra zdaje się wdychać promienie słońca, a czas spędzony wśród szczytów 

o nieokiełznanych kształtach bądź w przestrzeni ograniczonej odległym horyzontem sprawia, że 

wieczorne  spotkania  pulsują  żywym,  zdrowym  rytmem,  żyły  wypełnia  gorący  strumień  krwi, 

myśl porusza się wartko niczym nogi tancerzy, a ciała od stóp do głów wibrują radością. 

Błyszczało  szkło,  snuła  się  melodia  skrzypiec,  za  oknem  rozciągały  się  górskie  łańcuchy, 

niebo,  noc  i nieskończoność;  Barbara  i Hollstein  często  kierowali  się  ku  tanecznej  części 

parkietu. 

Kai  wyprosił  dyspensę.  Przygotowywał  sobie  koktajl  i bez  reszty  oddał  się  tej  ceremonii. 

Zanim  wypił,  puścił  znad  szklanki  oko  do  tancerzy,  życząc  im  jak  najlepiej,  choć  spoglądał 

background image

z lekką ironią. 

Ilekroć  go  mijali  w tańcu,  wzrok  Kaia  biegł  w okolice  ramion  Hollsteina.  Hollstein 

odpowiadał  flegmatycznym,  nieco  wyniosłym  spojrzeniem,  czuł  się  przy  tym  trochę  nieswojo, 

choć promieniał radością. 

Wraz  z Barbarą  powrócił  spokój.  Jej  obecność  przypominała  o platanach  rosnących  obok 

domu,  o wrzosowiskach,  o purpurowych  zachodach  słońca  na  nizinie,  nocach,  podczas  których 

ś

pi się spokojnie, lasach, gwiazdach, o świeżości poranków i jasnych dniach. Ale dała też o sobie 

znać zadawniona konieczność samoograniczenia i niezrozumiały strach. 

Zrobiło się późno. Widać było, że Hollstein jest zmęczony. Kai dał znak tańczącej parze. 

– Barbaro, dzień był pełen wrażeń, szczególnie dla Hollsteina. Dajmy mu się wyspać. Dobrej 

nocy, Hollstein, zobaczymy się rano! 

Hollstein  nieśmiało  zaprotestował,  po  chwili  jednak  posłusznie  się  oddalił.  Barbara  oparła 

dłoń na ramieniu Kaia. 

–  Chodźmy  się  przewietrzyć.  Robię  tak  co  wieczór…  Kai  pomógł  jej  włożyć  płaszcz. 

Chwycił  tęgi  mróz  i w zmarzniętym  na  kamień  śniegu  nie  odciskały  się  ślady,  nie  było  wiatru. 

Frute stawiała łapy niezdarnie jak dziecko, które uczy się chodzić. 

Barbara  opowiadała  o starszym  panu  von  Croyu,  o rodzeństwie  Holgersen,  o klaczy,  która 

urodziła  śnieżnobiałe  źrebię  z czarną  strzałką  na  czole  –  w Egipcie  zapewne  uznano  by  je  za 

ś

więte  –  o swoich  psach,  parku,  o sąsiadach  i przyjaciołach.  Dla  Kaia  wszystko  to  było  jak 

spokojny, ciepły, letni dzień. Milczał i nie potrafił powiedzieć niczego, co złamałoby konwencję 

rozmowy. 

Wrócili do hotelu. W hallu Barbara przystanęła. 

– Dobranoc, Kai… 

– Dobrej nocy, Barbaro… 

Wyczekiwanie, które odmalowało się na jej twarzy, skrył cień. Czy już raz nie przeżywałem 

tego samego? – pomyślał Kai. Chwycił jej dłoń, lekko uścisnął. 

– Dobranoc… 

Patrzyła na niego dziwnie, bezosobowo, przez chwilę wydawało się, że to nie Barbara, lecz 

zupełnie obca kobieta… potem jednak w drżącym głosie dziewczyny odezwały się echem słowa: 

– Dobrej nocy… 

 

Przed południem Kai często zostawał w hotelu. Twierdził, że musi się zająć korespondencją. 

W takie dni Barbara i Hollstein szli sami na narty.  Szybko się  zżyli, oboje byli przecież bardzo 

młodzi. 

Czasami,  kiedy  się  rozstawali,  Kai  znów  dostrzegał  niepokojący  wzrok  Barbary,  który 

przypominał mu, że za mało się z nią liczy i traktuje zbyt zasadniczo. Tymczasem ona przestała 

background image

być  dzieckiem,  osiągnęła  wiek,  w którym  w ciągu  miesiąca  zmieniała  się  bardziej  niż  starsi  od 

niej przez lata. 

Bez towarzystwa dzień mu się dłużył. Kai układał się na balkonie, a resztę zostawiał słońcu. 

Na  lunch  przychodził  późno,  ponieważ  obawiał  się,  że  jeśli  zejdzie  na  werandę  wcześniej, 

nie zastanie tam Barbary i Hollsteina. Jeśli ich miejsca były puste, czuł się zawiedziony i od razu 

drwił z siebie. 

Podobnie  jak  inni  goście,  Kai  miał  w jadalni  stały  stolik.  Raz  zszedł  na  dół  wyjątkowo 

późno.  Na  werandzie  zastał  jakieś  poruszenie.  Frute  zwykle  spędzała  przedpołudnia  sama  na 

dworze,  a poza  tym  zaprzyjaźniła  się  z kucharzami.  Kiedy  gong  wzywał  na  lunch,  natychmiast 

przerywała swe zajęcia i szła do jadalni przywitać się z panem. Tym razem jednak go nie zastała, 

wobec czego położyła się obok stołu i czekała. 

 

Tymczasem w stronę stolika skierowała się  grupa amerykańskich dziewcząt i nie bacząc na 

sytuację,  z niefrasobliwością  właściwą  swej  nacji  zamierzała  go  zaanektować.  Kiedy 

Amerykanki od stolika dzieliły dwa kroki, Frute podniosła głowę; przy następnym kroku dożyca 

wstała;  kiedy  wreszcie  czyjaś  ręka  chwyciła  poręcz  krzesła,  Frute  obnażyła  kły  i dziewczęta 

musiały się zatrzymać. 

Szef sali wyjaśnił, że stolik jest zarezerwowany. Uraziło to dumę przewodniczki grupy, która 

zareagowała,  jakby  szło  o honor  wszystkich  kobiecych  organizacji  z jej  kraju.  Zażądała 

wydalenia  psa.  Kiedy  Kai  wkroczył  do  jadalni,  bezradność  jednych  mieszała  się  z przewrotną 

radością  innych,  nad  wszystkim  zaś  górowały  głośne  wyrzekania  wypowiadane  w dziwacznej, 

obcej mowie. 

Dożyca złagodniała, wciąż jednak strzegła stolika i nie pobiegła przywitać Kaia. Dopiero gdy 

stanął przy krześle, zeszła z posterunku. Kai w lot pojął, co się stało. Spokojnie usiadł, dając do 

zrozumienia, że nie zaszło nic ważnego. 

Awantura  rozeszła  się  po  kościach.  Potrząsając  głowami,  z gniewnym  prychaniem 

Amerykanki przesiadły się do sąsiedniego stolika. Dwoje dziewcząt trzęsło się w obawie o życie 

i opiekunka  musiała  się  nimi  zająć.  Po  chwili  z ożywieniem  rozprawiano  o każdej 

z serwowanych potraw. 

Frute przywarowała obok Kaia i zaczęła węszyć. Opiekunka grupy wyraźnie się zaniepokoiła 

takim  obrotem  sprawy.  Poszeptała  z dziewczętami,  odcięła  kawałek  kotleta  i pokazała  go  suce, 

pogwizdując  przyzywająco.  Teraz,  gdy  niebezpieczeństwo  minęło,  postanowiła  obłaskawić 

zwierzę. 

Frute  uniosła  łeb  i postawiła  uszy.  Na  tym  się  jednak  skończyło,  suka  okazała  całkowite 

desinteressement.  Za  to  delikatnym  drapaniem  przypominała  Kaiowi,  że  czas  najwyższy  zrobić 

dla niej kanapki. Kawałek kotleta z powrotem powędrował na talerz, wciąż jednak słychać było 

background image

natarczywy  głos:  Amerykanka  nie  przestawała  chwalić  dobrze  ułożonego  psa.  Kai  odetchnął, 

spór został zażegnany. 

 

Barbara  i Hollstein  nie  przyszli  na  lunch.  Idąc  w góry,  zabrali  pieczone  mięso,  owoce, 

grzanki,  masło  i zostawili  mu  wiadomość,  że  może  do  nich  dołączyć.  Kai  oczami  wyobraźni 

widział, jak siedzą gdzieś na śniegu – dwoje roześmianych młodych ludzi pośród słońca i bieli. 

– I na co nam przyszło, Frute? – Myśli Kaia stale krążyły wokół tego samego. – Nawet nie 

wiesz,  jak  staro  się  czuję  od  kilku  dni.  Zawsze  tak  bywa,  kiedy  proste  sprawy  stają  się  zbyt 

trudne.  Popatrz,  taki  Hollstein  wie,  co  robić,  i świetnie  sobie  radzi.  Tymczasem  ja  ustawiłem 

przed  sobą  barierę  i dziwię  się,  że  nie  mogę  jej  pokonać.  Wyobraź  sobie,  że  facet  obok  ciebie 

zdołał  dzięki  frywolnym  gierkom  zawojować  Agnes  Guermantes,  a potem  przez  miesiąc  ją 

zwodził, tłumacząc, że nie mógłby jej zadowolić. A teraz stoi tu, nieborak, i nie  ma  pojęcia, co 

robić. Jeśli znało się kobietę, gdy była dzieckiem, widziało, jak dorasta, to mamy do czynienia ze 

szczególną  sytuacją  i niełatwo  się  w niej  znaleźć.  Ta  bezradność  pojawia  się  zawsze,  kiedy  od 

nowa próbujemy ułożyć nasze stosunki z ludźmi, których znaliśmy dawno temu. 

Amerykanki porozsiadały się swobodnie i od czasu do czasu porozumiewawczo uśmiechały 

się  do  Kaia.  Zepsuły  mu  tym  humor  do  końca.  Resztę  dnia  spędził  w pokoju,  aż  w końcu 

wyciągnęła go stamtąd Barbara. 

Wieczorem  Frute  urządziła  kolejną  awanturę.  Było  już  późno,  Kai  się  zaczytał  i zapomniał 

zamknąć  drzwi  na  klucz.  Frute  skorzystała  z okazji,  pchnęła  klamkę  i wymaszerowała  na 

korytarz. Kai usłyszał stłumiony krzyk, stwierdził, że psa nie ma w pokoju, i ruszył na ratunek. 

Po  przeciwnej  stronie  korytarza  zobaczył  jakiegoś  dżentelmena  w piżamie,  a obok  niego 

sukę; mężczyzna bał się zamknąć za sobą uchylone drzwi. Kai zawołał Frute i chciał przeprosić 

za  napaść.  Nic  z tego  nie  wyszło,  gdyż  mężczyzna  w piżamie  błyskawicznie  się  ulotnił.  Kai 

postanowił, że wytłumaczy się rano, i zapamiętał numer pokoju. 

 

Gdy  jednak  na  drugi  dzień  zapytał  portiera,  ten  wymienił  mu  nazwisko  jakiejś  damy 

z Pensylwanii. W tej sytuacji Kai darował sobie przeprosiny. 

Ostatni dzień Barbara chciała spędzić w schronisku wysoko w górach. Frute została w hotelu. 

Wyruszyli  jeszcze  przed  świtem,  oświetlając  drogę  latarkami.  Śnieg  był  szaroblady  jak  twarz 

topielca, światło latarek wydawało się zupełnie bezsilne, sprawiało wrażenie kompletnej nicości. 

Po  dwóch  godzinach  rozjaśniły  się  szczyty  gór.  Niektóre  pokazały  się  od  razu,  inne  ginęły 

we  mgle.  Potem  góry  znów  pociemniały,  a mgła  ustępowała,  w miarę  jak  przybywało  dnia.  Na 

szczytach cały czas coś się działo. Najpierw zalśniła czerwień, która z wolna schodziła niżej ku 

skalnym ścianom, mgły  zabarwiły się perłowo, wszędzie pojawiały się złociste błyski, wreszcie 

jasne  światło  wydobyło  z mroku  granitowe  krawędzie,  które  zastygły  dostojne  i wyniosłe; 

background image

w końcu słońce zdobyło ostatnie przyczółki nocy i wzniosło się ponad góry. 

Mróz  tracił  na  ostrości.  Barbara  dość  prędko  zrzuciła  kaptur.  Hollstein  rozpiął  kurtkę.  Kai 

zaproponował, żeby pozbyć się wszystkiego za jednym zamachem. Kurtki i swetry powędrowały 

do plecaków, podwinięto rękawy i Barbara, w cienkiej, białej bluzie, jak chłopiec wspinała się do 

schroniska – niewielkiej, brązowej chaty wtulonej w zbocze góry. 

Od  frontu  była  kuchnia  z paleniskiem,  przed  którym  ułożono  zapas  drewna.  Do  słupa  ktoś 

przypiął  kartkę,  na  której  w najlepszej  wierze  wypisał  kilka  naiwnych  pouczeń.  Za  kuchnią 

znajdowało  się  pomieszczenie  sypialne.  Pod  południową  ścianą  schroniska  stała  ławka.  Cała 

trójka przejrzała teren wokół chaty, uzupełniła zapas drewna – takie prawo obowiązuje w górach. 

Teraz każde mogło wystawić się na słońce w zawczasu upatrzonym miejscu. 

Po  południu  Barbara  zabrała  się  do  garnków  i rondli.  Zapach  kawy  wzbudził  niepokój 

Hollsteina. 

–  Cywilizacja  ma  swój  urok  –  wyznał  z takim  przekonaniem,  że  Kai  wybuchnął  śmiechem 

i poczłapał do kuchni. Później kartkowali księgę schroniska, a Hollstein dał wspaniały popis gry 

na harmonijce ustnej. 

Wieczór  nastroił  Kaia  melancholijnie.  Patrzył,  jak  cień  osacza  światło,  które  usuwa  się 

i w końcu ginie, jak w pewnej chwili spełza z dachu chaty i przepada w powietrzu. 

Cały  czas  milczał  i wydawało  mu  się,  że  jest  bardzo  stary;  kiedy  z chaty  doszły  doń 

przytłumione odgłosy rozmowy Barbary z Hollsteinem, poczuł się też samotny. 

Myślał o swych dokonaniach i nachodziły go wątpliwości – owoce tych dokonań nie budziły 

zachwytu,  był  zdecydowanie  kiepskim  ogrodnikiem.  Wieśniak  uprawiający  rolę  żyje  uczciwiej, 

bardziej rzetelnie, może nawet bardziej heroicznie. Codzienna praca, która daje zadowolenie, jest 

prawdziwym  błogosławieństwem.  Ale  przecież  to  kłamstwo:  co  innego  może  zadowalać  nie 

mniej  niż  ona;  tak  czy  owak  nie  sposób  w tym  rozumowaniu  posunąć  się  naprzód.  Kai  uderzył 

kijem w zamarznięty blok śniegu, który oderwał się, przekoziołkował i potoczył w dół. 

Patrzył,  jak  śnieżna  kula  opada,  i znów  pogrążył  się  w zadumie,  w świecie  symboli  oraz 

porównań tak  pospolitych,  że poczuł do siebie niesmak. Niełatwo  jednak  mu było  położyć  kres 

rozmyślaniom, gdyż takie porównania są jak paciorki różańca, które przesuwamy mechanicznie, 

jeden po drugim. 

Naraz  posłyszał,  że  Barbara  go  woła,  i wrócił  do  schroniska.  Pod  stropem  wisiała  lampa 

naftowa,  w piecu  płonął  ogień.  Barbara  z zakasanymi  rękawami  uwijała  się  wokół  garnków, 

pieca oraz patelni i szykowała kolację. Hollstein przeszkadzał jej ciągłymi pouczeniami. Mimo to 

dopięła swego i podała jedzenie. 

Na  noc  opatulili  się  we  wszystkie  koce,  swetry  i kurtki.  Hollstein  zasnął  pierwszy.  Barbara 

próbowała  jeszcze  coś  mówić,  po  chwili  jednak  spokojny  oddech  dziewczyny  zaświadczył,  że 

i ona zapadła w sen. 

background image

Kai  długo  nie  mógł  zasnąć.  Noc  mijała  mu  wśród  marzeń  i snucia  planów  na  przyszłość. 

Około  północy  poczuł  głód;  był  to  jedyny  konkretny  rezultat  przemyśleń.  W plecaku  znalazł 

herbatniki i w końcu udało mu się zasnąć. 

Poranek  przywitał  ich  chłodem  i słońcem.  Znów  ruszyli  w śnieg,  wybuchom  śmiechu  nie 

było końca. Spod nart wzbijały się tumany śnieżnego puchu, na zakrętach z trudem udawało się 

utrzymać równowagę… 

Do  odjazdu  zostało  już  zaledwie  kilka  godzin.  Hollstein  poszedł  uwolnić  Frute,  którą 

zamknęli w pokoju hotelowym. Jeszcze raz Kai został sam na sam z Barbarą. Siedzieli naprzeciw 

siebie,  oboje  czegoś  wyczekiwali.  Kai  znów  czuł  na  sobie  pytające  spojrzenie  dziewczyny,  na 

które nie znajdował odpowiedzi. I nagle dotarło doń, że Barbara może wobec niego żywić jakieś 

uczucia.  Chwila  pożegnania  zacierała  jednak  wcześniejsze  wrażenia,  nie  było  się  już  nad  czym 

zastanawiać. 

Kai wiedział,  że się myli, lecz brakło mu odwagi, by się do tego przyznać. Ze zdumieniem 

odkrył, że ogarnia go smutek. 

Zbliżał  się  Hollstein  z Frute.  Duszę  Kaia  rozdarło  nagłe,  rozpaczliwe  pragnienie,  ale 

Hollstein był tuż obok. Już po wszystkim, uświadomił sobie Kai. 

Pożegnali się przed bramą. 

– Barbaro, proszę spojrzeć na Frute. Smutno jej, że musi wyjeżdżać… 

– Tak, Kaiu… 

Podjechał samochód. 

– Do widzenia, Barbaro… 

Po chwili minęli zakręt. Za nim nie było nikogo. 

 

background image

XII 

 

Maud  Philby  miała  szczupłe  uda  Diany;  ich  idealne  proporcje  przydawały  ruchom 

Amerykanki  powiewnej  lekkości,  która  wrażliwego  poetę  może  uskrzydlić  o wiele  bardziej  niż 

cierpienie duszy i natchnąć do ułożenia hymnu. Nawet w najbardziej niebezpiecznych dla kobiety 

okolicznościach,  widziana  z tyłu,  bosa,  brodząca  w piasku,  nie  traciła  wdzięku  i stąpała 

sprężyście. 

Kai  dopiero  teraz  miał  okazję  to  ocenić;  wiedział,  jak  niewiele  kobiet  ma  tak  zgrabne  nogi 

i porusza się równie lekko. 

Miss  Philby,  w kostiumie  kąpielowym  z niebieskiego  jedwabiu,  z Frute  u nogi,  szła 

posuwiście  po  kamiennym  obramowaniu  plaży.  Mijała  okrągłe  stoliki,  nad  którymi  drżały  na 

wietrze  wielkie  czerwone  i niebieskie  parasole.  Wśród  kabin,  na  niskim  stole  o masywnych, 

krzywych  nogach,  ulokował  się  bufet  przyciągający  mnogością  kapslowanych  butelek  i sałatek. 

Instruktorów pływania, szarmanckich młodzieńców iście apollińskiej urody – spalonych na brąz, 

ż

ylastych,  wspaniałej  budowy  –  oblegała  grupa  Amerykanek.  Młodzi  mężczyźni  zajmowali  się 

nimi uprzejmie, choć raczej opieszale. Przebierali się co godzina i pokazywali w coraz to innych 

trykotach. Niechętnie wchodzili do wody, ale też rzadko tego od nich wymagano. 

Kai  leżał  na  kamiennym  molo  i mrużąc  oczy,  obserwował  jakiegoś  Kreola  nurkującego 

niczym  foka.  Za  nim  unosiły  się  na  wodzie  tratwy  z mat  kokosowych;  dobiegały  z nich  krzyki 

młodych Amerykanek; ich język nadawał tym wołaniom jedyną w swoim rodzaju intonację. 

Zatarg,  do  którego  doszło  podczas  zawodów  strzeleckich,  był  dla  Maud  Philby  przykrym 

zajściem. Natychmiast się zorientowała, o co chodzi, wiedziała też, że Kai wywołał ten incydent 

w określonym  celu.  Była  nim  zaskoczona,  uznała  przy  tym,  że  całkowicie  przekreślił  jej  plany. 

Wszystko, czego w ciągu tygodnia dopięła, teraz w jednej chwili straciło sens. Nie było ważne, 

czy Kai już wcześniej znał Lilian Dunquerke, czy też poznał ją dopiero teraz, gdy rozpoczęła się 

między  nimi  gra  –  ekscytująca,  zuchwała  i pełna  uroku;  zdarzenie  to  należało  do  tych 

nielicznych, w których tak naprawdę ważne są tylko fakty. 

Maud  Philby  bynajmniej  nie  czuła  się  zraniona.  Musiała  jednak,  wbrew  woli,  przyznać,  że 

umiarkowana  sympatia,  jaką  żywiła  dla  Kaia,  gwałtownie  ustąpiła  mieszaninie  gniewu, 

zdumienia i czegoś jeszcze, co na razie nie poddawało się rzeczowej ocenie. Kai jej się wymknął, 

gorzej  –  zrobił  to  nieumyślnie;  najlepszy  dowód,  że  zanim  do  czegoś  doszło,  stali  obok  siebie. 

Kai i Lilian Dunquerke jej zaimponowali: zdawała sobie sprawę, jakiej odwagi wymagało od tej 

kobiety  bezceremonialne  zachowanie;  gdyby  oboje  wykazali  tylko  trochę  mniej  zręczności, 

skończyłoby  się  to  bolesnym  zgrzytem.  Takie  śmiałe  zagrywki  z godnym  zaufania  partnerem 

miały również dla Amerykanki niepośledni urok. Gorzko żałowała, że wypadła z gry. Jej chłodna 

rozwaga  gdzieś  się  ulotniła,  miss  Philby  czuła  się  dotknięta.  Teraz  Kai  mógłby  ją  zawojować, 

background image

wykonując  jeden  tylko  właściwy  ruch.  Wiedziała  jednak,  że  akurat  na  tym  zupełnie  mu  nie 

zależy. 

Podeszła do Kaia i usiadła na kamieniu. 

–  Wczoraj  woda  była  tak  przejrzysta,  że  płynąc,  widziało  się  na  dnie  swój  cień.  Kiedy 

wracałam do brzegu, cały czas sunął kilka metrów przede mną. Podobnie bywa z samolotem, za 

którym po ziemi biegnie cień – nieco tajemniczy, zagadkowy. 

– W ogóle cienie to osobliwe zjawisko – rzekł Kai. – Można się nawet o nie potknąć. Nocą 

w światłach  samochodu  stają  się  najbardziej  niezależne.  Zalegają  płasko  w jakimś  zagłębieniu 

i naraz z niego wyskakują; niesamowite stwory – umykają i przerażają. Zdarzyło się, że pewien 

kierowca  wymieniał  na  szosie  żarówkę  reflektora.  Kiedy  ruszył,  ujrzał  przed  sobą  jakąś 

podskakującą  zjawę.  Chwilami  wyglądała  jak  człowiek  rozkładający  ramiona,  innym  razem 

niczym baśniowy upiór. Nie wiedział, co o tym myśleć, i dopiero po jakimś czasie spostrzegł, że 

gdy  wkręcał  żarówkę,  do  reflektora  dostał  się  komar,  który  –  powiększony  przez  paraboliczne 

lustro do monstrualnych rozmiarów – wykonał w strumieniu światła ten diabelski taniec. 

Maud Philby siedziała skulona, z podciągniętymi nogami, dłonie splotła na kostkach. 

– To doprawdy niezwykłe! Pan jest romantykiem… 

– Też mi się czasem tak zdaje… 

– Czy to nie męczy? – Oparła podbródek na kolanach. Pod kostiumem plażowym zarysowała 

się  wdzięcznie  wygięta  linia  kręgosłupa;  gdyby  rozłączyła  ręce,  zwolniłyby  napinającą  ów  łuk 

cięciwę. 

–  Kogoś  zręcznego  nie  bardzo  –  odrzekł  Kai,  któremu  rozmowa  zaczęła  sprawiać 

przyjemność. 

– A jeśli ktoś nie jest zręczny? 

– To czeka go los rybaka, który wpada do wody, zaplątuje się we własną sieć i tonie. 

– Nadzwyczaj przykry koniec… 

– Najgorsze, najbardziej przykre są ostatnie chwile – te, w których rybak walczy z siecią. 

– Chce pan powiedzieć, że romantyzm bywa niebezpieczny? 

 

Niezwykle… 

– To znaczy, że też wymaga zręczności? 

–  Trudna  sprawa  –  rozważał  Kai.  –  Ale  choćby  ze  względu  na  tradycję  powinniśmy 

zachować trochę romantyzmu. Co bowiem w innym razie stałoby się z miłością…? 

Amerykanka zmieniła pozycję, wyprostowała plecy opięte niebieskim jedwabiem. 

– Chodźmy popływać. 

Weszli  do  wody.  Maud  Philby  zrzuciła  buty.  Drobne  kamyki  trzeszczały  pod  jej  stopami. 

Oboje mocno chwycili za liny, które prowadziły do morza; trzymając się ich, brnęli przed siebie. 

background image

Nadciągała  mlecznobłękitna  fala  przyboju,  rozbiła  się  o ciała  Kaia  i miss  Philby,  zamieniła 

w pianę  i wyglądało  na  to,  że  cofając  się,  chce  ich  porwać  za  sobą.  Ręce  jednak  trzymały  linę. 

Gdy następna fala zakryła ich głowy, puścili liny i zaczęli płynąć. Za nimi z pluskiem podążyła 

Frute. 

Opłynęli  pierwszą  tratwę  i zostawili  ją  z tyłu.  Dalej  kołysała  się  następna,  pusta.  Wciągnęli 

się  na  nią.  Nadpłynęła  Frute,  jej  głowa  wyglądała  jak  fragment  wystającej  z wody  antycznej 

rzeźby.  Kai  pomógł  suce  wejść  na  tratwę,  Frute  otrząsnęła  się,  urządzając  niezgorszy  prysznic. 

Fale coraz to zalewały tratwę. Kai i Maud Philby wstali. 

– Zgłosił pan już swój udział w mistrzostwach Europy? Tratwa zakołysała się. Amerykanka 

chwyciła Kaia za ramię i spojrzała mu w oczy. 

–  Do  zamknięcia  listy  jest  jeszcze  dużo  czasu  –  odpowiedział,  po  czym  znienacka  ją  objął 

i szybkim ruchem wepchnął do wody, a zaraz za nią rozszczekaną Frute. 

Obie natychmiast się wynurzyły; Kai wyciągnął się wzdłuż tratwy, jego twarz znajdowała się 

na samym skraju, tuż obok głowy miss Philby. 

 

– Może miałaby pani ochotę zjeść ze mną obiad? 

Chlusnęła mu wodą w oczy, pomachała ręką i odpłynęła. 

Obiad jedli na niewielkim tarasie na pierwszym piętrze hotelu. 

Nad  tarasem rozpięto płócienne  zadaszenie, by osłonić stoliki  przed piekącym słońcem.  Na 

posadzce ostro odcinał się zarys cienia. Oślepiające słońce kontrastowało z łagodnym, miękkim 

ś

wiatłem pod płóciennym dachem. 

Maud  Philby  stanęła  obok  balustrady.  Słońce  rozświetliło  jej  włosy,  blask  padał  na  szyję 

Wydawało się, że światło ją porywa, nie pozwala dotknąć; wyglądała jak skrząca się Amazonka. 

Kiedy  przekroczyła  linię  cienia,  jej  skóra  zmatowiała,  na  twarzy  pojawił  się  uśmiech,  oczy 

straciły wyrazistość – znów była kobietą. 

Po  kąpieli  oboje  odczuwali  lekkie  znużenie,  które  bywa  doskonałą  podstawą  do  miłej 

pogawędki  i flirtu.  Wiedli  wartką  konwersację,  nad  którą  unosiła  się  subtelna  mgiełka  erotyki, 

z radością patrzyli na siebie, rozumieli się bez słów. 

Kiedy  zapadała  cisza,  Kai  wybiegał  myślami  daleko,  wracały  doń  najróżniejsze  odczucia 

i wspomnienia, splatały  się ze sobą i nie do  końca wiedział,  czy ten nastrój jest dalekim  echem 

dni  spędzonych  z Barbarą,  przeczuciem  przeżyć  u boku  Lilian  Dunquerke  czy  może  wytworem 

chwili obecnej, w której siedział przy stole razem z Maud Philby… 

Jedno doznanie przechodziło w następne, już to zatrzymując się i przenikając go bez reszty, 

już  to  sprawiając,  że  drżał,  wstrzymywał  oddech  i nadal  nie  wiedział,  co  dalej.  Amerykanka 

pociągała go teraz bardziej niż tamte kobiety, ale może dlatego, że siedziała obok, że to właśnie 

w niej  upatrywał  ukojenia  swych  rozterek;  z drugiej  strony  wiedział,  że  nad  tą  osobliwą  wizją 

background image

ciąży  cień  osobowości  Barbary  i Lilian  Dunquerke  –  to  one  w tym  momencie  składały  się  na 

tajemniczy  syndrom  kobiecości  obejmujący  tak  wiele  czarownych  odcieni,  często 

przeciwstawnych, jakże jednak pociągających dla mężczyzny. 

 

Maud Philby zanurzyła końce palców w miseczce z wodą i odłożyła serwetę. 

– Proszę o papierosa. – Wstała, ale z wyjściem na słońce wyraźnie zwlekała. 

Kai podał jej ogień. Amerykanka pochyliła się, Kai wyciągnął rękę z zapałką ku jej twarzy. 

Maud  Philby  przyglądała  się  jego  dłoni,  której  dotychczas  nigdy  nie  oglądała  z tak  bliskiej 

odległości,  tak  dokładnie  –  patrzyła  na  opaleniznę,  na  wypukłe  i ostre  paznokcie,  a potem 

przeniosła  wzrok  nieco  dalej,  na  twarz.  I nagle  widząc  tę  rękę  i twarz,  które  na  moment 

pociemniały  i zmatowiały  za  drgającym  płomykiem  zapałki,  podczas  czynności  wykonywanej 

setki  razy,  zaciągając  się  papierosem,  przez  sekundę  niemal  nieobecnym  spojrzeniem  ogarnęła 

całą postać Kaia i uświadomiła sobie, że go kocha. 

Opadło ją zdumienie i poczuła się bezradna. Nieoczekiwane odkrycie powaliło ją, zrobiło jej 

się słabo i musiała się podeprzeć. 

Ujęła rękę Kaia, jakby chciała podtrzymać zapałkę, musiała się czegoś chwycić, bo czuła, że 

traci równowagę. Wystarczyłby jakikolwiek ruch i zamieniłaby się w jeden wielki akt oddania. 

 

Kai nie miał nic przeciw zacieśnieniu znajomości, nadaniu jej bardziej osobistego charakteru. 

Często nawet – może niezbyt serio – o tym myślał, a w obecnym nastroju z chęcią przystałby na 

zbliżenie. 

Mimo  to  utrzymywał  dystans  –  nie  utracił  jeszcze  zdrowego  instynktu,  dzięki  któremu 

rzadko  wystawiał  się  na  cios  w sprawach  mniejszej  wagi;  instynkt  ów  nie  tylko  wskazywał  mu 

właściwą  drogę,  pomagał  również  pokonywać  zakręty  i unikać  pułapek,  a teraz  sprawił,  że  na 

osobę pokroju Maud Philby, kiedy już ją trochę poznał, nie mógł się zdecydować. 

Należała  do  dość  irytującego  rodzaju  ludzi,  wobec  których  blef  wydaje  się  jedyną  słuszną 

metodą  postępowania.  Nie  sądził,  że  przez  to  jest  mniej  warta,  jednak  blef  stosowany  w takiej 

sytuacji  wymaga  bądź  co  bądź  wszechstronnego  wsparcia  umysłu  i charakteru  oraz  duchowego 

dystansu. W przeciwnym razie kończy się wyłącznie rozczarowaniem. 

W  ten  sposób,  nawiązując  poważną  znajomość  z Maud  Philby,  Kai  cudownie  napytałby 

sobie biedy; nie mógłby też zbytnio liczyć na bezpieczeństwo i odkrycie swych uczuć. Natomiast 

to,  co  się  przydarzyło  Amerykance,  możliwe,  że  pierwszy  raz  w życiu,  zakrawało  na 

tragikomedię; ona – dotychczas zawsze taka pewna siebie – popełniła w decydującej chwili błąd: 

cały  oręż  jej  wyrafinowania,  tylekroć  sprawdzony  w różnych  sytuacjach,  teraz,  kiedy  naprawdę 

okazał  się  potrzebny,  nie  tylko  nie  pomagał,  lecz  wręcz  przeszkadzał.  Przez  tę  sprzeczność 

bezradność  Maud  Philby  robiła  wrażenie  gry,  dlatego  też  Kai  wietrzył  podstęp  tam,  gdzie  go 

background image

absolutnie nie było. 

Tak więc nie wykonał żadnego ruchu i ważki moment przeminął. 

 

Maud  Philby  uznała,  że  spotkała  ją  odprawa.  Nie  zauważyła  przy  tym,  jak  dalece  jej  nie 

zrozumiano.  Tyle  że  jej  zdolność  odczuwania  przybrała  teraz  zupełnie  inny  wymiar  – 

Amerykanka była niemal powalona, wstydziła się, czuła się chora i udręczona, uważała, że musi 

możliwie  prędko  wrócić  do  dawnej  poprawności,  gdy  tymczasem  poprawność  nie  doznała 

ż

adnego uszczerbku. 

Aby  zatrzeć  wcześniejsze  wrażenie,  rozpaczliwie  szukała  tematu  do  dalszej  rozmowy: 

spodziewała się, że mówiąc o sprawach bieżących, ukryje powody swego zachowania i zarazem 

przedłuży spotkanie z Kaiem. Uznała, że najbezpieczniejszym tematem będzie Murphy. Od razu, 

nie bawiąc się w dyplomację, przeszła do sedna. 

–  Słyszałam,  że  zmienił  pan  coś  w konstrukcji  silnika  –  powiedziała  z uśmiechem 

i z powrotem usiadła. 

Zmiana tematu zaskoczyła Kaia, zupełnie nie rozumiał, o co chodzi. Potwierdził skinieniem 

głowy. 

 

– Czy to jakieś udoskonalenie? – indagowała go Maud Philby. 

Stał się czujny, obawiał się, że Amerykanka znów zastawia pułapkę. Nie dał się podejść. 

– A pani wie to od… – Tu zawiesił wyczekująco głos. Miss Philby spodziewała się pytania, 

wiedziała, że musi się częściowo odkryć, by tym skuteczniej się zasłonić. 

– Murphy coś o tym wspominał… 

– Ach, Murphy… 

– Twierdził, że to może mieć znaczenie… 

– Mocno przesadził. 

Widząc, jak Kai ją traktuje, trochę się uspokoiła; nadal jednak była zmuszona grać swoją rolę 

i teraz uderzyła w ton koleżeńskiej poufałości. Jak sądziła, wybrała najmniejsze zło. 

– Czy wyścig nie straci przez to uroku? 

– Dla Murphy’ego z pewnością tak. 

–  Według  mnie  również  dla  pana.  Przede  wszystkim  dla  pana.  Panu  nie  zależy  na 

zwycięstwie  za  wszelką  cenę,  pan  jeździ  dla  emocji.  –  Znów  zdobyła  się  na  odwagę:  –  Pan  po 

prostu lubi niejasne sytuacje. 

Kai  zaczął  coś  podejrzewać  i omal  nie  odgadł  prawdy.  Jeśli  ktoś  decyduje  się  na  szarżę, 

zawsze może spaść z konia. 

– Uważa pani, że przy równych szansach byłoby bardziej interesująco? – Głos Kaia ożywił 

się. 

background image

– Tak. 

Odetchnęła. Wydawało jej się, że niebezpieczeństwo minęło. 

– I zależy pani na tym? – Kai nie patrzył teraz na nią. 

Amerykanka milczała, trochę się przestraszyła. 

Kai wstał i przyniósł plik kartek. Podał go jej. 

– To są szkice konstrukcji, o którą pani pytała. 

 

Oszołomiona  patrzyła  na  papiery,  kręciło  jej  się  w głowie,  nie  przypuszczała,  że  sprawy 

przybiorą taki obrót, wstydziła się bardziej niż przedtem. Już myślała, że jej uczucie przybladło. 

Teraz dosięgło ją ze zdwojoną siłą, czuła się całkiem bezbronna. 

– Pan mi to daje… – odezwała się z trudem. 

– To są kopie, już ich nie potrzebuję. 

– Ale po co mi one… 

– Dzięki temu – Kai uśmiechnął się ironicznie – wyścig dostarczy nam więcej emocji. 

Maud  Philby była półprzytomna, niezdolna do logicznego  myślenia. Odczuwała  przemożną 

chęć wyjaśnień, przywrócenia jakiegoś ładu. Było jej obojętne, co się stanie. Chwyciła szkice i je 

podarła. 

– Nie, to nieprawda, ja nie chcę czegoś takiego. Tym razem prawda dotarła do Kaia. Reakcja 

miss Philby dostarczyła jego rozumowaniu brakującego ogniwa. 

Ale  teraz  na  nowo  czuł  lęk  przed  tym,  co  jeszcze  kilka  minut  temu  uważał  za  godne 

pożądania.  Sytuacja  zanadto  się  zmieniła,  pojawiły  się  zbyt  wielkie  namiętności  i dalsza  ich 

znajomość  musiałaby  się  wiązać  z całym  tragicznym  bagażem  nieporozumień,  wyjaśnień 

i przeprosin, czego wolał uniknąć. Poza tym nie chciał, by Amerykanka go kochała: uważał, że 

ich związek  może być trochę prymitywny i monotonny. Jak na nowicjuszkę Maud Philby miała 

bowiem za dużo doświadczenia. 

Odłożył na później smakowanie owoców, które właśnie dojrzały. Dodał do nich jeszcze coś. 

Zmiął podarte papiery, wyrzucił je i powiedział: 

– Szkoda tego pomysłu, ale w praktyce nic z niego nie wynika. Wypróbowaliśmy go i się nie 

udało. Rysunki są nawet interesujące, ale zupełnie bez wartości. 

Maud Philby osłupiała. 

– Naprawdę nie wprowadził pan tego ulepszenia? 

– Próbowaliśmy. Niestety, pomysł okazał się chybiony. 

– Wobec tego plany są… 

– …bez znaczenia. 

 

Kai  roześmiał  się  serdecznie,  jakby  udał  mu  się  najprzedniejszy  żart,  choć  ani  on,  ani  miss 

background image

Philby, każde na swój sposób, nie traktowali poważnie tego, co powiedział. 

 

Amerykanka patrzyła na Kaia, z trudem powstrzymując wybuch. Bez wątpienia miała czarny 

dzień. 

Kai  szybko  przeszedł  do  porządku  nad  rozterkami  Amerykanki,  dając  tym  samym  do 

zrozumienia,  że  na  podobne  zmartwienia  szkoda  czasu.  Rozmowa  zamieniła  się  w cudowną 

idyllę, a miss Philby całkowicie odzyskała rezon. 

Po  pewnym  czasie  Kai  zaproponował  kawę  na  tarasie  kasyna.  Wiedział,  że  zastaną  tam 

Lievena. 

Wyszli  razem,  Maud  Philby  wciąż  jeszcze  trochę  zdenerwowana,  choć  zbierała  już  myśli 

i liczyła,  że  zdoła  je  jakoś  uporządkować.  Nie  dano  jej  czasu,  gdyż  Lieven  z ogromnym 

przejęciem opowiadał właśnie zabawną anegdotę z życia cokolwiek podejrzanej hrabiny C, której 

mąż  sprowadzał  jej  do  domu  kochanków,  aż  w końcu  jeden  z nich  uznał,  że  niegodnie  nadużył 

przyjaźni  hrabiego,  ze  wstydem  stanął  przed  nim  i wszystko  mu  opowiedział.  I choć  hrabia 

przedstawił mu iście tagorejską listę rozkoszy, ten nie popuścił dopóty, dopóki hrabia nie przyjął 

wyzwania.  Był  to  najpocieszniejszy  pojedynek,  jaki  kiedykolwiek  widziano.  W swym 

zapamiętaniu skruszony donżuan nie pomyślał, jak tu oszczędzić hrabiego, i przestrzelił mu udo. 

Zrobił się niezgorszy zamęt, wszyscy uwierzyli, że to poważne, nawet niezmiernie poważne, że 

broniący  się  gotów  był  walczyć  do  ostatka.  Swoją  inicjatywą  hrabia  zaskoczył  otoczenie, 

przypuszczano,  że  się  zmienił,  każdy  następny  zalotnik  starał  się  unikać  jego  towarzystwa,  aż 

w końcu o całej awanturze zapomniano. 

Tymczasem  Maud  Philby  znów  była  sobą.  Po  półgodzinie  Kai  pożegnał  się  i ustąpił  pola 

Lievenowi. Ten nie miał pojęcia, że może teraz zebrać coś, czego bynajmniej nie posiał. 

 

background image

XIII 

 

Kai jeszcze na chwilę wstąpił do Hollsteina. Omówili pokrótce przebieg treningów i ustalili, 

kiedy powinni się spotkać na Sycylii. 

–  Hollstein,  niech  pan  uważa  na  hamulce.  Z hamulcami  jak  nasze  musimy  wygrać  wyścig 

górski. 

Kiedy  to  załatwił,  wrócił  do  hotelu,  by  się  spakować.  Na  placu  przed  kasynem  czekały 

rozliczne  limuzyny  obładowane  walizami.  Bagaże  piętrzyły  się  na  dachu  hotelowego  autobusu. 

Sezon dobiegał końca. 

Kai  zawiózł  kufer  na  jacht  Lilian  Dunquerke.  Pozostałe  walizy  oraz  wóz  Hollstein  miał 

dostarczyć do Genui i zostawić w strzeżonym miejscu. 

Nadszedł  czas  pożegnania  z widokiem  na  morze,  oknem  i balkonem  w pokoju  hotelowym. 

Kai zżył się z otoczeniem, czuł się w nim bezpiecznie. Morze było spokojne, powietrze łagodne 

i miękkie,  cisza  przypominała  harmonijny  akord  poprzedzający  melodię,  która  niebawem 

rozwinie się i wypełni przestrzeń. 

A  jeśli  zaraz  zabije  dzwon?  –  mogłaby  przecież  nadciągnąć  burza  pędząca  przed  sobą 

kolorowe ptaki od brzegu po horyzont, ku nawałnicy i zagładzie. 

Zastygłe  godziny  poprzedzające  spełnienie,  w których  ani  się  na  nic  nie  czeka,  ani  do 

niczego  nie  dąży  –  rzadkie  chwile,  kiedy  wiatr  i chmury  mogą  oznaczać  przeznaczenie,  a serce 

staje się kompasem pozbawionym na moment swej mocy, poddanym działaniu bieguna, którego 

położenie samo ustaliło. 

Złote godziny bezbronności, powrotu w dzieciństwo, ufności i zawieszenia. Świecie ty mój, 

czyń ze mną, co tylko zechcesz – niech zadmie wiatr i wypełni żagle. 

Niepokój  rozwiał  się.  Żagle  z wolna  obracały  się  na  południe.  Sprawy  dopiero  co  minione 

traciły  blask.  Słońce  stało  w zenicie,  nie  liczyło  się  już  wczoraj  ani  jutro.  To  było  trwanie  – 

jednako odległe od ciszy i burz… 

Przed  wieczorem  krajobraz  nabrał  kolorów.  Skalne  ściany  okalające  wschodnią  zatokę 

pojaśniały,  ukazały  się  kamienne  zręby  i rozpadliny.  Ukośne  promienie  słońca  kładły  się  na 

zboczach,  zamieniając  je  w barwne  bryły  i płaszczyzny.  Na  zachodzie  opadała  czerwonawa 

mgiełka,  naprzeciwko  czerniały  palmy.  Słońce  powoli  przygasało  –  resztki  światła  gubiły  się 

pośród ulic, nad powierzchnią morza. 

Rozległ  się  gwizd  lokomotywy.  Sapiąc,  wychynął  zza  skały  pociąg,  niczym  ruchoma 

bransoleta otoczył skraj zatoki. Zostawił za sobą pasmo błękitnego dymu, którego kłęby barwiły 

się perłowo. 

Automobile  bezgłośnie  przemierzały  skrzyżowanie  obok  stacji  końcowej  i pędziły  w stronę 

zakładu  kąpielowego.  Wielkie  autobusy  uginające  się  miękko  na  grubych  oponach,  pękate 

background image

i szybkie niczym chrabąszcze, kluczyły w wąskich zaułkach. Z Cafe de Paris dolatywały dźwięki 

muzyki. 

Kai  zszedł  do  hallu  i wydał  kilka  poleceń  portierowi.  Murzynowi  w bramie  wcisnął  garść 

drobnych, które zostały mu jeszcze w kieszeni. 

Na  plac  cały  czas  podjeżdżały  samochody.  Ubrani  na  biało  chłopcy  z Cafe  de  Paris 

wskakiwali  na  stopnie  i kierowali  pojazdy  na  wolne  miejsca  postojowe.  Kilka  kabrioletów 

parkowało  tuż  obok  stolików;  ich  właściciele  gawędzili  z gośćmi.  Policjanci  niezawisłego 

państewka,  odziani  w białe,  szamerowane  złotem  mundury  i ozdobne  hełmy  tropikalne,  stali 

pośród  tego  zamieszania  dostojni  jak  królowie.  Między  nimi  uwijali  się  kucharze  w wysokich 

czapach. 

Ponad  ulicą  opadającą  stromo  w kierunku  Mirabeau  odcinał  się  wąskim  pasem  przyczółek 

leżącego wysoko Corniche. 

Kai  skręcił  na  Boulevard  de  Monte  Carlo  i z wolna  szedł  w dół  po  schodach.  Rozkoszował 

się  chwilą,  jego  umysł  przenikała  idealna  harmonia,  cieszył  się  tym,  co  nadchodzi,  chciał 

zatrzymać czas wypełniony błogim,  mądrym  spokojem,  marzeniami, szczęściem. Był świadom, 

ż

e znalazł się u wrót szczęścia; chciał smakować każdą minutę tak długo, jak to tylko możliwe. 

Stał  na  szerokim  deptaku  obok  przystani.  Patrzył  na  Monako,  niespokojne  miasto,  którego 

zabudowania pięły się po skale niczym wybujała roślina. Wybiegający w morze akwedukt z Tir-

aux-Pigeons  kształtem  filarów  przypominał  swych  rzymskich  poprzedników.  W sklepach 

jubilerskich  przy  Boulevard  de  la  Condamine  paliły  się  już  światła.  Godzina  pomiędzy  dniem 

i zmierzchem  przynależy  jeszcze  do  światła,  zdaje  się  jednak  poddawać  mistyce  wieczoru; 

dlatego Włoszki z nizin Lombardii zwykły się o niej pozdrawiać, mówiąc: felicissima notte. 

Jacht  czekał,  jego  dziób  obmywały  przezroczyste  fale.  Kadłub  lekko  drżał,  z wnętrza 

dobiegał cichy szum: maszyny były pod parą. 

Frute jednym susem wskoczyła na pokład. Kai wszedł za nią. Po kilku minutach jacht odbił 

od brzegu i wyszedł w morze. 

 

Kai był sam na pokładzie. Nikt mu nie przeszkadzał. Niewidoczny dla cudzych oczu siedział 

przy  relingu  i patrzył,  jak  pieni  się  woda  za  rufą.  Wieczorne  słońce  barwiło  kilwater  na 

czerwono.  Kobaltowoniebieskie  i zielone  bryzgi  wznosiły  się  jasną  ścianą,  po  czym 

rozpryskiwały nad pofalowaną powierzchnią wody. Nadciągnął wiatr. 

Frute  uniosła  łeb.  Zbliżała  się  Lilian  Dunquerke.  Kai  podszedł  do  niej.  Długo  stali  obok 

siebie, patrząc na znikające w oddali wybrzeże. Oboje wiedzieli, że wraz z lądem zostawiają za 

sobą świat i jego problemy. 

Na  tyle  pogardzali  utartymi  normami,  że  je  wykorzystywali;  zawsze  mogły  posłużyć  do 

obrony  i zdystansowania  się  wobec  spraw  drugorzędnych.  Ale  teraz  od  norm  odstąpili,  każde 

background image

bowiem znalazło w drugim partnera o tym samym formacie osobowości. 

Mogli  sobie  pozwolić  na  udźwignięcie  przygody,  która  przeskakując  rozliczne  stacje, 

pojawiła  się  niczym  dar  i zapewne  tak  samo  znienacka  miała  przeminąć;  byli  dość  silni,  by 

niczego na powrót nie przywoływać ani nie zatrzymywać. 

Dlatego nie tracili czasu na jakiekolwiek próby pogłębiania zadzierzgniętych więzi, po prostu 

dali  się  całkowicie  ponieść  fali;  wiedzieli,  że  przygoda  potrwa  tyle  co  tchnienie,  że  będzie  jak 

przelotny uśmiech lub uścisk dłoni… 

Nie mogliby zostać z sobą dłużej, zbyt duże było między nimi pokrewieństwo ducha. 

Oboje  musieli  odrzucić  pokusę  wielu  miałkich  okazji,  by  sięgnąć  dalej,  ku  pełni  przeżyć. 

Zwątpienie,  które  kazało  im  odwrócić  się  od  powierzchownych  uczuć,  obecnie  pomagało 

zrozumieć  całą  niezwykłość  sytuacji,  w naiwnych  oczach  mogącej  wyglądać  jak  ucieleśnienie 

romantycznego ideału. 

Byli  jak  Adam  i Ewa.  Arka  unosiła  ich  poprzez  wody,  które  zatopiły  ziemię;  mijały  ranki, 

popołudnia,  wieczory  i noce,  a na  zaczarowanym  okręcie  czas  stał  w miejscu,  chociaż  złociste, 

nabrzmiałe godziny wciąż biegły naprzód. 

Nie  dążyli  do  niczego  więcej  ponad  to,  co  przeżywali.  Umieli  odnaleźć  właściwy  wymiar 

szczęścia,  mniej  liczyła  się  intensywność  przeżyć,  bardziej  ich  trwanie.  Można  przeżywać 

wspólnie  coś  wielkiego  lub  małego;  oboje  dla  swych  przeżyć  mieli  dużo  spokojnego,  choć 

bynajmniej  nie  mistycznego  poszanowania,  nie  uciekali  się  do  eksperymentów  i dzięki  temu 

przeżycia w nich trwały. 

Niepotrzebny  był  żaden  patos  ani  wielkie  słowa.  Byłyby  skazą  kładącą  się  cieniem  na 

trwaniu.  Wystarczyło  zająć  się  po  prostu  i zwyczajnie  tym,  co  codzienne.  Powab  świata  polega 

na  migotaniu  dni  i godzin,  przemykaniu  zdarzeń  i nie  wolno  zapominać,  że  należy  z nimi 

harmonijnie współbrzmieć. 

Ale  dzięki  temu  w każdej  chwili  przeżywa  się  zachwyt.  A ponieważ  stale  poruszamy  się 

w górnych rejonach, przestajemy ocierać się o sprawy szare i płaskie. O ileż więcej barw staje się 

naszym udziałem. 

Lilian Dunquerke i Kai świetnie wiedzieli,  że  miłość nie jest doskonała; przekonanie to nie 

burzyło im  spokoju i pogody ducha. Nie próbowali we wszystkim się zgadzać, za to bardzo się 

starali, by każde mogło pozostać sobą. 

Z wygodnych leżaków rozstawionych obok relingu przyglądali się rybakom o spalonych na 

brąz plecach, którzy korzystali właśnie z przypływu. 

Kiedy  jacht  nieruchomiał  na  kotwicy,  Kai  i jego  towarzyszka  dobywali  wędek  bądź 

wyglądali  w przezroczystej  wodzie  żółwi  i ośmiornic.  Drobne  fale  rozbijały  się  z chlupotem 

o dziób  statku.  W pełnym  słońcu,  jedynie  w koszulach  i luźnych  spodniach,  siedzieli  na 

pokładzie; zakładali się, kto pierwszy coś złowi. Nieraz między korkowe pływaki wpadała ławica 

background image

ryb, innym razem zdawało się, że coś szarpie wędką. 

Wiele  radości  przysparzało  im  śledzenie  tańczących  na  fali  plam  słońca.  Wystarczyło  się 

pochylić  nad  dziobem  jachtu,  by  się  przekonać,  że  niżej  jest  głębia,  która  otwiera  się  niczym 

niema otchłań. 

 

Z  czasem  mieli  dosyć  wrażeń,  spoza  których  wyzierała  nieco  podejrzana  filozofia  symboli. 

Wtedy  kładli  się  płasko  na  plecach  i oglądali  już  tylko  błękit,  w którego  bezkresie  można  było 

pogrążyć się bez reszty. 

W  takiej  chwili  do  świadomości  obojga  przenikały  doznania  o niezwykłej  sile.  Czy  leżące 

obok ciało nie jest prawdziwym cudem? Jego istnienie dawało się chłonąć bez udziału zmysłów, 

a przez to wrażenie stawało się tym pełniejsze; patrząc w niebo, czuło się wzajemne  zespolenie 

z zachowaniem  wszelkich  indywidualnych  rysów  i zupełnego  bezruchu;  to  doznanie  ożywiał 

wszechobecny  prąd,  którego  oddziaływanie  docierało  do  świadomości  dopiero  wtedy,  gdy 

udawało  się  w nim  powoli  zatracić,  a potem  odeń  odciąć  i skierować  własne,  jednostkowe 

istnienie  ku  temu,  co  ogólne,  a także  wówczas,  kiedy  kwestie  ogólne  traciły  blask  i otwierały 

drogę  szczególnemu  i bardzo  intensywnemu  przeżywaniu,  w którym  dusza  zdaje  się  całkowicie 

wnikać w skórę i które bywa najcenniejszym instrumentem wysublimowanego uczucia. 

Wszystko  to  jednak  rozwiewało  się  jak  dym  w obliczu  pasztetu  z małych  raczków, 

przyrządzanego przez kucharza doprawdy genialnie. 

 

Na jachcie były radioodbiorniki i nieraz udawało się wychwycić w eterze koncert z Londynu 

lub  Paryża.  Bardzo  często  audycję  zakłócały  niezrozumiałe  sygnały  radiostacji  okrętowych;  nic 

bowiem  nie  może  konkurować  z gadulstwem  statku,  który  wyszedł  w morze  –  wszyscy  muszą 

wiedzieć, że zdąża właśnie do Pernambuco bądź Kolombo. 

I  tak,  leniwie  i bez  starć,  mijały  dni.  Ani  jedno,  ani  drugie  nigdy  słowem  nie  wspominało 

o wcześniejszych wydarzeniach. Odsunęli je od siebie, nie zastanawiając się nawet dlaczego. 

Pozwalali  sobie  na  luksus  samotności.  Kai  lubił  się  zaszyć  z lekturą  w kącie  obok  łodzi. 

Czasami  oboje  zachowywali  się  jak  dzieci,  w czym  nie  było  odrobiny  pozy  ani  przymusu. 

Podobnie jak w innych sytuacjach, i tutaj ulegali najbardziej naturalnym impulsom. 

 

O uczuciach się nie mówiło. Dlatego też ani trochę nie byli sobą zmęczeni… 

Pod  wydętymi  żaglami  Kai  i Lilian  Dunquerke  uprawiali  szermierkę,  krzyżując  oręż 

o wąskiej, zagiętej klindze. Zachodzące słońce barwiło na brązowo ich twarze i ramiona. 

Przywierali  do  siebie,  z kocią  zręcznością  odskakiwali,  wsunięte  w rękojeść  dłonie  miotały 

błyskawice. Stal uderzała o stal, we wszystkie strony strzelały iskrzące się zygzaki i zdawało się, 

ż

e można z floretem w ręku ruszyć w afrykański busz i pochwycić na sztych skaczącego w górę 

background image

lamparta. 

Kai odrzucił floret. 

– Czas kończyć, bo  zaczniemy walczyć na serio. – Te florety wręcz prowokują, by przebić 

komuś gardło; byłoby to teraz bardzo proste, o wiele trudniej wrzucić je po prostu do wody. 

 

Nocą  wiał  wiatr  z południa.  Na  niebie  wzeszedł  ogromny  księżyc,  niemal  jak  w tropikach. 

Statek jaśniał w niematerialnej poświacie. Nie dało się spać. 

Kai i jego towarzyszka krążyli po pokładzie. Natknęli się na florety. Kai podniósł je i wygiął. 

– Księżyc się z nimi rozprawi. 

Rzucił  obie  klingi  wysoko  w górę;  ze  świstem  przecięły  powietrze,  wpadły  do  wody 

i zatonęły. 

– W księżycową noc nie wolno mieć żadnej broni. 

Z  podciągniętymi  kolanami  przysiedli  na  dziobie.  Twarz  Lilian  Dunquerke  odbijała  blade 

ś

wiatło.  Morze  wyglądało  jak  ołów,  w którym  jacht  żłobił  srebrzystą  bruzdę.  Fosforyzujące 

srebro mamiło wzrok. Cicho nadleciał wiatr i teraz jęczał w ożaglowaniu. Księżyc był zabójczy, 

wystawianie się nań bez ochrony mogło się okazać niebezpieczne.  Wiadomo, że jasna poświata 

zagraża życiu. Za jej sprawą młode zwierzęta zamieniają się w nocne zjawy o zielonych oczach. 

Jeśli  ktoś  w afrykańskiej  zagrodzie  zje  podczas  pełni  kurze  mięso,  to  poprzez  żołądek  zyskuje 

zdolność  widzenia  rzeczy  odległych.  Osobliwością  bywa  również  drzewo  z Walhalli,  które 

rozrasta się i nagle rozpada na strzępy. 

Kai  opowiadał  o przesądach  ludzi  z dalekich  krajów.  Wedle  nich  niektóre  czary  zadają 

ś

mierć,  są  też  amulety,  które  od  niej  chronią.  Sam  doświadczył  złych  mocy  kamienia 

księżycowego i opali – odczyniła je jawajska dziewczyna za pomocą ametystów; zdarzyło się to 

w jakiejś wsi,  Kaiowi brakowało wtedy chininy.  Dziewczyna potem poszła za nim,  a po jakimś 

czasie go opuściła. Lilian Dunquerke nie musiała pytać: wiedziała, że dziewczyna umarła… 

Naraz Kai gwałtownie wykrzyknął: 

– Życie dzień po dniu może okropnie zmęczyć! 

– Tylko teraz… 

– Ani na chwilę nie można przestać żyć, tak samo jak czasem nie da się zejść na ląd ze statku 

cumującego przy nabrzeżu. Życie jest jak jazda bez przystanków. 

– Tak się tylko zdaje. 

–  Wciąż  się  żyje  i żyje,  toż  to  prawdziwe  utrapienie.  A gdyby  tak  dać  spokój,  zniknąć  na 

jakiś czas i potem znów powrócić do życia? 

– A czy nie wracamy? 

– Tak nie dojdziemy do  niczego – rzekł  Kai i roześmiał  się. –  Księżyc działa pobudzająco. 

Szkoda, że nie da się zburzyć porządku lat i miesięcy wypełniających czarę życia – wybrać jakiś 

background image

dzień  z czterdziestego  piątego  roku,  innym  razem  z osiemnastego  i dowolnie  je  układać.  O ileż 

byłoby to barwniejsze; teraz co dzień jesteśmy tacy sami i czegoś brakuje. 

Lilian Dunquerke milczała. 

–  Jak  pięknie  wygląda  pani  w tym  świetle  –  ciągnął  Kai  –  uwodzicielskim  i dekadenckim, 

w dodatku  tak  bezsilnym.  Patrzę  na  pani  oczy,  usta,  ramiona,  wracam  myślami  do  naszych 

zmagań  szermierczych,  czuję  jeszcze  pani  ruchy…  Rozumie  pani,  że  to  za  mało,  że  chciałbym 

dodać  do  tego  wszystko,  co  było  wczoraj  i dziś,  zwłaszcza  kiedy  podświadomie  czuję,  z całą 

mocą,  jak  dalece  niemożliwe  jest  związanie  się  z drugim  człowiekiem  bez  reszty,  tak  jak 

naprawdę  bym  pragnął.  Mamy  odrobinę  za  wiele  zdrowego  rozsądku,  a przy  tym  zbyt  gorącą 

krew. Byłoby prościej, gdybyśmy mieli tylko jedną z tych dwóch rzeczy. 

Patrząc w pani oczy, widzę, że myśli pani teraz wyłącznie o mnie. Wiem jednak, że choć to 

prawda, później już nigdy tak nie będzie. Nie układam zgrabnych zdań, powiedzonek – to światło 

wszystko  odmienia.  Czuję  się  szczęśliwy,  że  jestem  tutaj  i mogę  podążać  za  pani  myślami; 

wierzę,  że  gdyby  udało  się  pochwycić  stygnące  tchnienie  czasu,  byłoby  można  dosięgnąć 

wieczności… 

Idźmy dalej: jest mi pani całkowicie oddana, ale jednocześnie przypomina pani pasmo tęczy 

wyrastające  z mgieł,  potem  coraz  wyraźniejsze,  przybierające  swą  właściwą  postać,  które  dalej 

znów  się  rozmywa  w mgliste  smugi.  Chciałbym  do  siebie  przyciągnąć  również  te  umykające 

końce, przytrzymać rękami jak łuk, napiąć, nałożyć strzałę, wypuścić ją i trafić w to, co już poza 

nami. Za jednym zamachem wypełnić ten krąg sobą, ujrzeć tysiąc swoich wcieleń w nowej, innej 

przestrzeni! Odrzucam następstwo zdarzeń – niech współistnieją! 

Przeżywamy osobliwe  godziny.  Poza nami nie ma niczego,  każda  moja myśl dąży  ku pani, 

pani  całą  sobą  roztapia  się  we  mnie;  taki  układ  zapewnia  szczęście,  jest  dla  niego 

najkorzystniejszy. A mimo to pojawiają się pragnienia. Ale czy ta godzina spełnionego szczęścia, 

godzina  roztropności  serca,  powstrzymywanych  dłoni,  skupienia  duszy  –  istne  dzieło  sztuki, 

najczystszy produkt wysublimowanego jestestwa (trzeba było starań całego życia, by wyjść na jej 

spotkanie) – nie nastraja pani melancholią? 

Lilian Dunquerke podniosła dłonie do oczu i splotła palce. Patrzyła przez nie na Kaia. 

 

– Jeśli zechcemy, czas umrze… – odezwała się po chwili. 

– Można i tak. Światło księżyca jest jak podmuch rozniecający uczucia. Nie mogę się oprzeć 

wrażeniu, że przed chwilą byłem bardzo niemądry. 

–  Przeciwnie,  bardzo  się  pan  starał.  Proszę  spojrzeć  przez  moje  palce.  Morze  przypomina 

wtedy stado słoni, ich grzbiety są szare. Nie da się zaprzeczyć, że tak wygląda bycie z sobą… 

Rozległo  się  powolne  człapanie.  Coś  zaszurało  i w bladym  świetle  księżyca  ukazała  się 

Frute.  Wyglądała jak  szara zjawa o długich łapach i szklistych oczach. Czar jednak zaraz prysł, 

background image

zjawa promieniowała ciepłem i z pełnym zaufaniem wsunęła łeb pod ramię Kaia. 

Zapadła  cisza.  Słychać  było  tylko  ciężki  oddech  psa.  Drobne  fale  obmywały  dziób  jachtu, 

który w ciszy, to unosząc się, to zanurzając, podążał przed siebie; wraz z nim przemieszczał się 

horyzont, jakby był krynoliną narzuconą na statek. 

Zawiązał się intymny krąg z trzema istotami pośrodku, trojgiem bijących serc, wokół których 

królowała  noc.  Każda  z nich  skuliła  się  w sobie,  łączyła  je  wspólnota  istot  żywych.  Czuło  się 

tchnienie  wszechświata  rozciągającego  się  poza  horyzontem,  oddech  niepojętego,  jego  trwanie 

i nieskończoność;  z całym  jednak  spokojem  zakreślano  dlań  granice,  wyznaczano  początek 

i koniec, pomiędzy którymi znajduje się miejsce dla życia. 

 

Nie  poddali  się  jednak  temu  doznaniu  bez  reszty.  Lilian  Dunquerke  zażądała  koktajlu 

z koziej  śmietanki,  zadarskiego  maraskino,  wermutu  i kilku  kropel  angostury,  którą  Kai  zdołał 

gdzieś  wyszperać.  Dla  siebie,  co  już  zakrawało  na  cud,  przyniósł  karafkę  koniaku,  a dla  Frute 

grube jak ramię salami, które udało mu się ściągnąć kucharzowi. 

I tak zwycięsko dotrwali świtu. 

Mijał dzień  za dniem i nikt nie pilnował  kalendarza. Czas  się zatrzymał,  na statku panował 

osobliwy nastrój zawieszenia, który ogarniał całą przestrzeń ograniczoną horyzontem. 

W  końcu  jednak  nadszedł  dzień,  w którym  znów  pojawiły  się  zegarki,  czas,  terminy.  Jacht 

zbliżał się do Neapolu i Palermo. 

W  ciągu  ostatnich  nocy  przechodziły  burze.  Ruchome  przedmioty  w ciemnych  kajutach 

przetaczały się z miejsca na miejsce z łoskotem przypominającym huk wystrzałów. Nad morzem 

wiatr cichł, morze jednak było wzburzone i musiało upłynąć trochę czasu, nim fale opadły. 

Pod wieczór część horyzontu zaczęła się zamieniać w zatokę. Już w południe z tamtej strony 

widać było pionowy słup dymu. 

Kai uśmiechnął się do Lilian Dunquerke. 

–  Szkoda  czasu  na  sentymenty:  doskonale  wiemy,  że  było  to  przeżycie  jednorazowe 

i niepowtarzalne.  Cieszmy  się  ostatnimi  godzinami,  ich  melancholią  i smutkiem  –  one  także  są 

odcieniami szczęścia. Czymże byłoby szczęście bez pożegnań? 

Wybrzeże  rosło  w oczach.  Najpierw  wyglądało  jak  cienki  łańcuszek,  potem  z obu  stron 

zatoki  brzegi  nabierały  kształtów,  spoza  błękitnej  mgły  wyłaniały  się  wyraźne  zarysy  stałego 

lądu. Po zboczu góry tarasami aż na sam szczyt pięło się miasto: Neapol. 

Jacht  zawrócił  i wyszedł  w morze.  Niewiele  później  przed  dziobem  wyrosło  okazałe 

wybrzeże  Sycylii.  To  był  już  inny  świat:  po  trosze  tropikalny,  przypominający  Afrykę.  Na 

jachcie opuszczano żagle, prędkość zmalała. 

Tylko kilka słów. Uniesiona dłoń i głos Lilian Dunquerke: 

– Na pewno przyjadę na wyścigi. 

background image

Niewielka  łódka  odbiła  od  burty  i niebawem  ląd  stały,  ludzie  i palmy  odgrodziły  Kaia  od 

jachtu. 

 

background image

XIV  

 

W  Palermo  Kai  zatrzymał  się  zaledwie  na  kilka  godzin.  Wynajął  samochód  i kazał  się 

zawieźć do Termini. Szofer przejechał trzydzieści siedem kilometrów w dwadzieścia pięć minut. 

Obok dużej przewiewnej hali stał grubo okryty kurzem wóz wyścigowy. Kai przyjrzał mu się 

uważnie: tego typu wozem jeździł Murphy. Poprosił szofera, by się zatrzymał; od razu rozpoznał 

Amerykanina,  który  także  go  zauważył,  choć  równocześnie  do  kogoś  machał.  Pokazało  się 

dwóch mechaników, którzy przepchnęli auto do hali. 

Murphy  podszedł  do  Kaia.  Wymienili  kilka  niezobowiązujących  słów.  Zawziętość  rywala 

niemile  dotknęła  Kaia.  Murphy  okazał  się  nadzwyczaj  skryty  i jedynie  półgębkiem  odpowiadał 

na pytania. 

 

Kai  podjechał  dalej  i ujrzał  Hollsteina,  który  biegł  z naprzeciwka,  trzymając  w ręce  świece 

zapłonowe.  Zastanawiał  się,  ile  czasu  minęło,  odkąd  ostatni  raz  widział  Hollsteina.  Choć 

wydawało się, że mógłby to być nawet rok, w rzeczywistości od poprzedniego spotkania upłynął 

niecały  miesiąc.  Ale  teraz,  kiedy  stanął  z Hollsteinem  twarzą  w twarz,  czuł,  że  ten  czas  się 

w ogóle  nie  liczy,  że  znów  w obecności  młodego  człowieka  odżywa  cała  przeszłość.  Przygodę 

z Lilian Dunquerke postrzegał jak samotną wyspę pośród ogromu morza; z wyspą tą nie łączyła 

go już żadna nić. Poweselał i zapytał Hollsteina: 

– Co z tymi świecami? 

– Od kilku dni wciąż je wymieniamy. Ostatnio udało nam się trafić na świece o zwiększonej 

trwałości, doskonale wytrzymujące najwyższe obroty. Ale może przejrzy pan pocztę? 

Przyniósł plik listów i gazet. 

Kai przerzucał je pośpiesznie. Hollstein tymczasem opowiadał, że dostał list od Barbary. 

Barbara… 

Wśród  swych  przesyłek  Kai  także  znalazł  listy  od  Barbary.  Mimo  to  słowa  Hollsteina 

sprawiły mu ból. 

Dziwił  się  sobie,  temu,  jak  osobliwie  zachowuje  się  czasem  serce.  Dopiero  rozstał  się 

z kobietą, przy której zapomniał o innej; teraz myśli o drugiej, zupełnie wykreślając z pamięci tę, 

z którą spędził bez mała miesiąc. Przy czym żadna z nich nie opuściła jego jaźni. Pokrętne drogi 

miłości  umykają racjonalnym uzasadnieniom, pod tym  względem  miłość  nie  daje się porównać 

z niczym. 

Przede wszystkim jest w niej coś z aforyzmu, i to o wiele więcej, niżby się mogło wydawać. 

Nie można zbyt długo uprawiać jej bezkarnie. Jeśli ma trwać dłużej, konieczne są interludia. Kai 

odkrył, że terminy wyścigów w jakimś metafizycznym rytmie współgrają z zawirowaniami jego 

psychiki. Tak jak ostatni wyścig, pojawiają się zawsze we właściwej porze. 

background image

Wzrok Kaia objął masyw górski, Kai przyglądał się drogom, potem niebu. 

– Dużo pan jeździł, Hollstein? 

– Niemal codziennie. 

– Także w deszczu? 

–  W ogóle  nie  padało.  Zmieniliśmy  parę  drobiazgów  w hamulcach,  myślę,  że  nawet  na 

mokrej nawierzchni poradzą sobie z rozpędzonym autem. 

– Lieven już przyjechał? 

– Tak, nawet już tutaj przychodził. 

 

Ale nie za często. 

– Nie, raczej rzadko. 

– A mechanicy? 

– Wszyscy już są. 

– Wystartujemy na trzech maszynach. Ile zgłosił Murphy? 

– Cztery. 

– Cztery? 

– Murphy jest bardzo przewidujący. 

– Już to zauważyłem. Wręcz nieprzyzwoicie ostrożny. 

–  Dopiero  od  niedawna.  Przedtem  okazywał  duże  zaufanie.  Przychodził  co  dzień  i udzielał 

mi  wielu  istotnych  informacji.  Zupełnie  nie  rozumiałem,  o co  mu  chodzi.  W końcu  się 

połapałem, że okrężną drogą próbuje się dowiedzieć, co udoskonaliliśmy w gaźniku. Kiedy z całą 

powagą wyjaśniłem mu, że się myli, że nam się, niestety, nie powiodło, przestał mnie nachodzić. 

Teraz, jak sądzę, pluje sobie w brodę, że przekazał mi tyle wskazówek, a okazało się to chybioną 

inwestycją. Trudno inaczej wytłumaczyć jego postępowanie. 

Kai doskonale wiedział o innych powodach poczynań Murphy’ego. 

– Czy Maud Philby też jest na Sycylii? – zapytał. 

– Tak, mieszka w Palermo. 

– Przyjeżdżała już tutaj? 

– Była raz z Lievenem. 

Kai  stukał  palcami  o maskę  samochodu.  Sprawiało  mu  to  przyjemność;  do  rytmicznie 

postukującej jednej ręki dołączył drugą, którą naśladował uderzenia w bęben. Po chwili przerwał. 

– Hollstein, tym razem musimy zwyciężyć. 

– Zgadzam się. Myślę, że na pewno się uda. 

– Jutro rozpoczynamy forsowny trening. 

– Możemy zacząć już dzisiaj. 

 

background image

Lepiej jutro. Dziś uporządkuję swoje sprawy i spróbuję obudzić w sobie wolę walki. 

W  Palermo  Kaiowi  udało  się  bez  kłopotu  odnaleźć  znajomych.  Po  przyjeździe  niemal  od 

razu  zadzwonił  do  Lievena,  który  koniecznie  chciał  się  z nim  zaraz  widzieć.  Trochę  zdziwiony 

Kai  poprosił  o przełożenie  spotkania  na  wieczór,  tym  bardziej  że  Lieven  nie  wymienił  żadnego 

konkretnego powodu. Kai był jednak ciekaw, o co chodzi, a jednocześnie przewidywał zabawne 

komplikacje wiążące się z Maud Philby. 

By osiągnąć należyty efekt, zszedł do restauracji, a kiedy Lieven się pojawił, zaprosił go do 

swojego  stolika  i zaproponował  mu  wspólny  posiłek.  Lieven  się  żachnął,  po  czym  –  z nieco 

nadętą miną – odmówił. 

– Przecież chciałem z panem pomówić. 

– Właśnie po to tu jesteśmy. Jednak jedzenie w samotności działa na mnie deprymująco. Te 

drobne przystawki są jedyne w swoim rodzaju. Tylko nad samym morzem można je dostać. 

Lieven się ociągał. W końcu zrozumiał, że dalsze wzbranianie się niczego nie zmieni i może 

nawet  lepiej  poczekać  razem,  a w tym  czasie  czymś  się  zająć.  Zwłaszcza  że  mieli  o czym 

rozmawiać. 

Kai zaczął: 

– Zdaje się, że Hollstein już się na dobre rozjeździł… 

– O, tak… 

– I dużo czasu spędza na torze? 

– Tak. 

– Lieven, dlaczego pan taki małomówny? 

– Różne myśli chodzą mi po głowie. 

– Tego się nie da ukryć. Zje pan ciastko francuskie? 

– Chętnie. 

– Delikatne, nieprawdaż? 

– Bardzo delikatne. 

– Kawę może wypilibyśmy na zewnątrz? 

– Rzeczywiście, będzie przyjemniej. 

 

Ś

wietnie! Poszukajmy jakiegoś ustronnego kąta. Kącika do spokojnej pogawędki. Dobrze? 

Lieven roześmiał się. 

–  Kai,  stara  się  pan  być  nadzwyczaj  miły.  I bynajmniej  nie  jest  pan  ciekaw,  z czym  się  do 

pana wybierałem. To cygara zawijane w zielony liść. Proszę się poczęstować. 

Pili kawę.  Lieven nie milkł teraz ani na  chwilę.  O ile  przedtem opowiadał pośpiesznie byle 

co, o tyle przy  kawie prawie całkiem się rozluźnił i myślał,  jak pokierować rozmową,  by nadać 

jej możliwie beztroski charakter. 

background image

Kai przerwał mu: 

– Podobno Maud Philby także jest w Palermo. 

– Tak. 

– Od dawna? 

– Od kilku dni. – Lieven wydmuchiwał kółka dymu i śledził je wzrokiem. Po chwili ciepłym 

głosem dodał: – Przyjechaliśmy razem. 

– Ach tak – odezwał się Kai, patrząc również gdzieś daleko przed siebie, pozornie nieobecny 

myślami, w głębi ducha jednak szczerze ubawiony. 

Lieven milczał. Chciał się przekonać, jak Kai zareaguje na ostatnie słowa. Z pewnością doń 

dotarło,  że  pomiędzy  Lievenem  a Maud  Philby  coś  się  zmieniło.  Z tego  powodu  miał  nawet 

trochę  nieczyste  sumienie,  ponieważ  do  końca  nie  wiedział,  co  właściwie  zaszło  między  nią 

a Kaiem.  Podejrzewał  więcej  niż  w istocie  było,  w czym  zresztą  utwierdzały  go  aluzje 

Amerykanki. 

Choć  wiedział,  że  obojętne  „tak”  niczego  nie  załatwia,  miał  na  tyle  doświadczenia,  by 

w związkach z kobietami zakładać każdą możliwość, każdy bieg wydarzeń. W dodatku, mając do 

czynienia z Kaiem, liczył się z wszelkimi dziwactwami, a nieobecność Kaia przez ostatnich kilka 

tygodni też dawała do myślenia. 

– Cudowna kobieta… 

Kai obracał w palcach cygaro. 

 

– I znakomite cygaro. Tak świeże, jakby dopiero co skręcono liść. 

– Bo też zostało zwinięte przed kilkoma dniami. Dostałem je poleconą pocztą. 

– Niesamowite. Będziemy je palić razem. 

–  Ależ  oczywiście.  –  Lieven  nastawił  uszu.  Zdawało  mu  się,  że  słyszy  coś  pomiędzy 

wierszami. 

–  Te  cygara  są  jak  najprawdziwsza  fajka  pokoju  –  ciągnął  Kai.  –  Zmuszają  do  zawarcia 

porozumienia  bez  konieczności  wybaczania  czegokolwiek.  Szczególnie  pierwsza  połowa.  Przy 

całym szacunku dla jakości tytoniu, nie należy ich palić do końca. Druga połowa jest już trochę 

za ciężka. Nie sądzi pan, że można ją sobie darować? 

– Na wszelki wypadek? 

–  Są  wyjątkowe.  Rozumie  się,  że  na  wszelki  wypadek.  Bardzo  to  miłe  z pańskiej  strony, 

Lieven, że przyjmuje pan na siebie zobowiązania, których nikt nie wymaga. Kiedy mieliśmy obaj 

zdecydowanie mniej lat, ulegając nieobliczalnemu impulsowi… a byliśmy w iście romantycznym 

nastroju… obiecaliśmy sobie, że nasza przyjaźń nigdy nie ucierpi z powodu kobiety. Myślę, że to 

była zdrowa idea. Więc dlaczego teraz mówimy przede wszystkim o tym…? 

Lieven odetchnął i rzekł bez ogródek: 

background image

– A to kanalia… 

Kai roześmiał się. 

– Co się stało? 

– Bardzo pogmatwana historia. 

– Obcując z kobietami tego pokroju, zawsze wpadamy w sieć intryg. 

–  Potrafię  zrozumieć,  że  spiskują,  zanim  do  czegoś  dojdzie;  ale  kiedy  sprawa  już 

przebrzmiała? Po co? 

Muszę pana sprowadzić na ziemię: do niczego jeszcze nie doszło, nic się nie wydarzyło. Nie 

mógł pan o wszystkim wiedzieć. Widzę całość szerzej, a robi się coraz bardziej zabawna. Krótko 

mówiąc:  Maud  Philby  przybyła  tutaj  na  swój  prywatny  wyścig;  mistrzostwa  Europy  będą 

bowiem  w rzeczywistości wyścigiem o nią. Naturalnie zobaczymy  jeszcze wymianę rozmaitych 

grzeczności, wdzięczenie się, gierki osobiste i nawet ludzkie odruchy… pozostaje jednak pewna 

niedorzeczność,  o której  wolałbym  nie  mówić.  Ale  jak  zręcznie  została  zamaskowana 

i opakowana,  szczególnie  teraz:  to  –  niech  pan  wybaczy,  Lieven  –  spore  osiągnięcie.  Nie 

wahałbym się nazwać tego mistrzowską zagrywką, skoro i pan został w to wplątany. 

Lieven  nie  wszystko  zrozumiał,  zaczął  jednak  podejrzewać,  że  jego  zwycięstwo  nad  Maud 

Philby  nie  jest  bezsporne;  przeczuwał  nawet,  że  chyba  żadnego  zwycięstwa  nie  było,  że  raczej 

poniósł porażkę. 

Gryzło  go to, by jednak  przywrócić  równowagę  w swych poglądach na  życie, pocieszał się 

wzniosłą zasadą poprzestawania na tym, co się posiada. 

Gniew  wywołany  niezasłużoną  krzywdą  (przecież  mógł  osiągnąć  to  samo,  nie  przeżywając 

aż takich rozterek) sprawił, że musiał się wygadać. Gdyby Philby nie rozzłościła go tak bardzo, 

nigdy nie przyszłoby mu do głowy rozmawiać w ten sposób z Kaiem. Aby się ratować, otworzył 

serce i wyrzucał z siebie wszystko: 

– Myśli pan, że chciała  nas poróżnić? Kilka dni  temu opowiadała… nie, przecież to się nie 

trzyma  kupy;  właściwie  niczego  nie  powiedziała.  Kiedy  w pewnej  chwili  pojawiło  się  między 

nami  coś  na  kształt  zaufania,  dała  mi  zręcznie  do  zrozumienia,  że  okazuje  jej  pan  spore 

zainteresowanie.  Jak  to  zrobiła,  już  nie  pamiętam.  W każdym  razie  mówiła  z takim 

przekonaniem, że uznałem za konieczne powiedzieć o tym panu. 

– Jedyne, czego przypuszczalnie nie wzięła w swych kalkulacjach pod uwagę – rzekł Kai. 

– Ale dlaczego? 

Bo mijałoby się to z celem. Przecież podobnie jak Murphy’ego i mnie, również pana chciała 

zaprząc  do  wyścigu.  Trzech  cichych  rywali,  z czego  dwóch  występujących  otwarcie… 

podniecająca  sprawa,  godny  podziwu  pomysł  na  wspaniałe  przeżycie  naszych  zmagań 

sportowych.  Musi  pan  przyznać,  że  w sprawach  związanych  z flirtem  stacją  na  pociągnięcia 

w wielkim stylu… 

background image

– A ja… – Lieven potrząsnął głową. – Że też na to nie wpadłem… 

– Niech pan nie rozpacza – szydził Kai. – Wyścig dopiero się zaczyna. 

 

Lieven  był  wstrząśnięty.  Od  początku  wszystko  dokładnie  skalkulował,  a jego 

przewidywania  spełniły  się  co  do  joty.  Jako  praktyk  świetnie  wiedział,  że  każda  kobieta  ma 

chwile słabości. Zaraz po wyjeździe Kaia coś takiego spotkało także Maud Philby. Niestety, była 

to  tylko  chwila,  a tego  Lieven  nie  wziął  pod  uwagę.  Jako  przyjaciel  Kaia  był  dla  zranionej 

Amerykanki  smacznym  kąskiem.  A ponieważ  wiedział,  co  się  wcześniej  zdarzyło,  wszystko 

tłumaczył  na  opak.  Zamiast  zadowolić  się  okazywaną  mu  łaskawością,  wzniecał  iskry  i kiedy 

jego  mocno  wątpliwa  zdobycz  znowu  wszczęła  grę,  był  tak  niemądry,  że  spodziewał  się  dla 

siebie  korzyści  w tych  posunięciach  miss  Philby,  które  zmierzały  zupełnie  gdzie  indziej. 

Podejrzenie  rzucone  przez  Maud  Philby  na  Kaia  uznał  za  wyraźny  dowód,  że  Amerykanka  od 

dłuższego  czasu  czuje  doń  sympatię,  i tylko  dlatego  zdecydował  się  na  tę  śmieszną  rozmowę. 

Tak bywa, kiedy porzucamy wypróbowane zasady i pozwalamy się zwabić na teren prawdziwych 

uczuć:  intuicja  podpowiadała  Lievenowi,  że  będzie  musiał  odpłacić  pięknym  za  nadobne.  Był 

szczerze  oburzony  i czuł,  że  wystrychnięto  go  na  dudka.  Ponieważ  sam  podobne  podchody 

zawsze  uważał  za  jedną  z najmilszych  stron  ziemskiej  egzystencji,  oburzał  się  tym  bardziej. 

I wykonywał ruchy zgoła komiczne. 

Teraz,  strojąc  się  w piórka  urażonej  uczciwości,  serdecznie  ubawił  Kaia,  wyłuszczając, 

w jaki sposób zamierza wybrnąć z opresji. 

 

Kai przerwał mu: 

– Poraża mnie pański heroizm. Cóż pana tak dotknęło? 

Rozwodząc się obszernie, Lieven dowodził, że nie czuje się ani odrobinę dotknięty. 

–  Tak  właśnie  to  widzę  –  stwierdził  Kai.  –  Przecież  wcześniej  nie  raz  postępował  pan  tak 

samo. 

Lieven zaniemówił. Tu był pies pogrzebany. Postąpił nieostrożnie i zupełnie nie zauważył, że 

się  zakochał.  Może  nie  do  utraty  zmysłów,  wystarczająco  jednak,  by  odkrywszy  to,  do  reszty 

stracić spokój. 

Kai ciągnął: 

–  Ze  wszystkich  wyścigów,  w jakich  startowałem,  ten  będzie  najbardziej  niezwykły.  Musi 

pan  przyznać,  że  perturbacje  psychologiczne  wydatnie  zwiększają  napięcie  towarzyszące 

zawodom. 

Lieven skinął głową. 

– Niestety… 

– Murphy potraktował mnie dziś lodowato. 

background image

– Świetnie go rozumiem. Wycięła mu niezły numer! 

– Widać się z tym godzi. Jego sytuacja jest jasna: pojedzie w wyścigu, w którym nagrodą ma 

być  Maud  Philby.  Murphy,  niestety,  jest  za  mało  dekadencki,  by  pojąć  całe  wyrafinowanie 

sytuacji;  Amerykanie  jednak  potrafią  się  zadowolić  sportowym  wymiarem  spraw  i dla 

Murphy’ego  wszystko  powinno  być  all  right.  Postawieni  wobec  trudnych  problemów,  ludzie 

czasem postępują z godną pozazdroszczenia elastycznością. Są po prostu praktyczni. 

Lieven sposępniał. Patrzył na cygaro. Dręczyła go jakaś myśl, zmieniały mu się rysy twarzy 

i w końcu wyrzucił z siebie: 

– Uważam, że po prostu postąpiła ze mną nieprzyzwoicie. 

Kai nie mógł dłużej nad sobą zapanować i roześmiał się. Lieven patrzył na niego osłupiały. 

Kai śmiał się jeszcze głośniej. Lieven był rozbrajający: jakże cudownie oddzielał to, co spotkało 

jego, od tego, co się przydarzyło innym; nie przychodziło mu nawet do głowy, że Maud Philby 

pograła  z nim  tak  samo,  jak  on  zawsze  miał  w zwyczaju.  Tym  razem  Amerykanka  go  ubiegła. 

Czuł się nieswojo i zmienił temat: 

– Kiedy rozpoczyna pan trening? 

– Jutro. 

– Murphy będzie bezlitosnym przeciwnikiem. 

– Szczególnie odkąd Maud Philby zrobiła z niego desperata. 

– Świadczą o tym choćby cztery wozy, które zgłosił do wyścigu. 

Kai  poczuł  naraz  przypływ  sympatii  do  Maud  Philby.  Jego  nieobecność  wykorzystała 

nadzwyczaj  zręcznie.  Kombinacja  okazała  się  bez  zarzutu,  wszystko  zostało  zapięte  na  ostatni 

guzik. Z pewnością zasługiwała na blef. Kai był ciekaw ponownego z nią spotkania, tym bardziej 

ż

e rozstanie sprawiło jej pewną przykrość. Nie zamierzał jednak ułatwiać jej życia. 

Lieven wyjął z teczki papiery. 

– Wciąż chce pan jechać razem z Fiolą? 

Kai potwierdził. 

– Obiecałem mu to. Jest zresztą bardzo dobry. Dokładnie zna trasę. 

Dobrze.  Rozegramy  ten  wyścig  następująco.  Hollstein  spróbuje  od  razu  doskoczyć  do 

czołówki, gdzie narzuci mordercze tempo. Na czwartym okrążeniu może spuścić z tonu. Jeśli się 

uda, powinien podczas dwóch pierwszych okrążeń oczyścić pole i wtedy my ruszymy do przodu. 

Przy  takim  tempie  słabsi  zostaną  szybko  wyeliminowani.  Hollstein  poprowadzi  przez  dwie 

pierwsze rundy, my będziemy się trzymać głównej grupy, nie tracąc jednak z nim kontaktu. Na 

trzecim okrążeniu podciągniemy do przodu, dogonimy i wyprzedzimy Hollsteina, który powinien 

się trochę oszczędzać i pozostać w rezerwie. Dalej poprowadzę ja, pan pojedzie tuż za mną. Na 

czwartym okrążeniu pan wyjedzie przede mnie i zaatakuje każdego, kto jeszcze będzie z przodu. 

– A więc pełne  maskowanie. Drużyna cały czas razem, jeden blisko drugiego. Pesch czuwa 

background image

nad sprzętem? 

– Tylko tak jak każdy konstruktor: boi się wypadku. 

– Może lepiej zostawić Hollsteina na czele? Wtedy z łatwością prześcignie innych i wygra. 

– Ryzyko jest dość duże. Jutro możemy omówić to z Peschem. 

– Będzie naprawdę miło, jeśli Hollstein zwycięży. 

Lieven roześmiał się. 

Sprawiłby  Maud  Philby  nie  lada  niespodziankę.  Chłodno  kalkulował.  Oto  nastręczała  się 

okazja,  dzięki  której  w ostatecznym  rozrachunku  mógłby  się  nie  wycofywać  ze  wszystkiego. 

Jeśli  eksperyment  się  powiedzie,  pojawi  się  jeszcze  mnóstwo  dodatkowych  okoliczności.  To 

zaskakujące rozwiązanie mogłoby dla Maud Philby okazać się zbawienne. Byłoby małą zemstą, 

dostarczyłoby nowych możliwości… Lieven odłożył papiery. 

– Kai, mówi pan poważnie? 

– Oczywiście, czemu nie spróbować? 

Lieven dał się przekonać. 

–  Nie  wiemy  tylko,  co  powie  Pesch.  Niestety,  nasz  konstruktor  jest  do  obrzydliwości 

zasadniczy. 

–  Myślę,  że  bez  trudu  mu  pan  wytłumaczy,  że  takie  rozwiązanie  będzie  najlepsze  właśnie 

z powodów zasadniczych. 

– Postaram się. 

– Zrobimy to razem. Pesch z pewnością nam wówczas uwierzy. 

Od  biedy  jeszcze  inaczej  moglibyśmy  go  skłonić  do  zmiany  planów.  Po  każdym  okrążeniu 

mamy  zjeżdżać  na  stanowisko,  by  wymieniać  koła.  Pesch  boi  się  jak  ognia  wypadku 

spowodowanego  zużyciem  opon.  Wtedy  może  się  okazać,  że  trzeba  zmienić  strategię;  w końcu 

wszystko  może  się  zdarzyć.  Każdy  plan  należy  traktować  jak  założenie  prowizoryczne. 

Najważniejsze są zawsze decyzje podejmowane podczas wyścigu. 

– Dobrze. Zatem od jutra bierze się pan do dzieła? 

– Tak. I będę trenował z Hollsteinem. 

Kai nie dziwił się, widząc, jak Lieven nagle zapala się do nowego pomysłu i jak mu zależy, 

by możliwie dobrze przygotować do wyścigu Hollsteina. 

– Mamy jeszcze wystarczająco dużo czasu – stwierdził i obojętnie skinął głową. 

Lieven wyraźnie poweselał. 

 

Przez  następne  dni  Kai  nie  opuszczał  Termini.  Razem  z Hollsteinem  nocował  w hali  dla 

samochodów.  Cały  czas  coś  wypróbowywali.  Pracowali  do  późnej  nocy,  robili  obliczenia, 

pomiary, różne eksperymenty. 

Pesch w towarzystwie Lievena zjawiał się każdego dnia już wczesnym rankiem. Kiedy trasa 

background image

była wolna, wszystkie wozy wyjeżdżały, nie tracono ani minuty. 

Niemal  codziennie  Kai  spotykał  Murphy’ego.  Ścigali  się,  na  tyle  jednak  ostrożnie,  by  nie 

zdradzać swych sekretów. Jeden usiłował podpatrzyć drugiego. Za krzakami i skałami czatowano 

na  siebie  z zegarkami,  które  mierzyły  czas  przejazdu  różnych  odcinków  trasy.  Każdy  kierowca 

starał  się  ukryć  przed  rywalami  swe  umiejętności,  a na  wysuniętych  stanowiskach  umieszczał 

kolegę obserwatora. 

Na  wzniesieniu  pomiędzy  Calvaturą  a Polizzi  Kai  dostrzegł  dwie  głowy.  Pomachał  w ich 

stronę. Głowy zniknęły. Krzyknął do Fioli: 

 

–  Blef!  Założę  się,  że  te  głowy  pokazały  się  po  to,  byśmy  się  teraz  poczuli  bezpiecznie. 

Następne,  ze  w stoperami,  są  dopiero  przed  nami,  dużo  dalej.  –  Zatrzymał  się,  po  czym  wolno 

podjechał  do  malowniczego  skupiska  skał.  Za  nimi  leżał  jakiś  osobnik  i smacznie  chrapał.  Na 

widok Kaia ocknął się, Kai zaś grzecznie życzył mu dobrego dnia. 

Dwa  dni  przed  wyścigiem  Kai  zakończył  treningi.  Hollstein  trenował  teraz  sam,  Kai 

natomiast  udał  się  do  Palermo.  Kładł  się  wcześnie  spać,  wstawał  dopiero  późnym  rankiem. 

Potem  przez  godzinę  pływał  i szedł  na  śniadanie.  Wypalał  najwyżej  pięć  papierosów  dziennie. 

Wylegiwał się na słońcu, z rana i wieczorem brał masaże. Po południu czytał na tarasie, później 

spacerował.  Nie  brał  do  ust  alkoholu.  Zamiast  tego  nakupił  francuskich  książek  i pism;  zaczął 

także  flirtować  z dziewczyną  sprzedającą  pomarańcze.  Nie  odbierał  poczty,  niczym  się  nie 

martwił. 

 

Wiele jednak obiecywał sobie po spotkaniu z Maud Philby. Niezmiernie go interesowało, jak 

sobie  poradziła  po  wszystkim,  co  ją  ostatnio  spotkało.  Liczył  się  z tym,  że  będzie  nieco 

nieśmiała, speszona. 

Mylił  się  gruntownie.  Żadne  z jego  przypuszczeń  nie  okazało  się  prawdą.  Maud  Philby 

przyszła na spotkanie radosna, pełna życia, bez żadnych obciążeń. 

Kai  początkowo  sądził,  że  Amerykanka  po  mistrzowsku  panuje  nad  sobą,  a objawy  jej 

znakomitego samopoczucia zaraz znikną. Ku jego zaskoczeniu nic w zachowaniu miss Philby się 

nie zmieniło, nawet gdy zadał jej kilka podstępnych pytań. 

Dziwił się, jego zdaniem w takiej pewności siebie było coś nienaturalnego. 

Próbował  zgłębić,  o co  chodzi,  nie  znalazł  jednak  żadnego  sensownego  wytłumaczenia. 

Zachowanie  Maud  Philby  przybrało  teraz  cechy  niczym  nie  skrępowanej,  koleżeńskiej 

poufałości.  Amerykanka  bez  trudu  się  poruszała  w tych  ramach,  demonstrując  przy  tym  wielki 

styl, nie zdradzając ani przez chwilę, że wcześniej cokolwiek się zdarzyło. 

Doszło do tego, że Kai zaczął się gubić. Wszelkie rozterki odsunął jednak od siebie do czasu, 

kiedy będzie sam i pojawią się ważniejsze powody. Wydawało się niepojęte, że Maud Philby tak 

background image

ś

wietnie radzi sobie z tą drażliwą materią, mimo że podczas ostatniego spotkania w Monte Carlo 

nie umiała powściągnąć emocji. 

Na  razie  Kai  musiał  przyjąć  do  wiadomości,  że  miss  Philby  zapomniała  o swym  uczuciu; 

wręcz  z podziwem  myślał  też  o Lievenie,  który  tak  prędko  zdołał  się  zakręcić  wokół  pięknej 

Amerykanki. 

Jednakże  nowa  sytuacja  pobudzała  jego  wyobraźnię.  Zmienność  Maud  Philby  mu 

imponowała, o ile komuś może imponować utrata pozycji uważanej dotychczas za pewną. 

Coś, co od kilku tygodni interesowało go raczej średnio, naraz stało się obiektem pożądania. 

Przedtem  w Monte  Carlo,  kiedy  wystarczyło  wyciągnąć  rękę,  rozkoszował  się  cokolwiek 

snobistycznym  pomysłem,  by  Maud  Philby  odepchnąć  i dzięki  temu  zakosztować  czysto 

intelektualnej,  przewrotnej  radości.  Teraz,  przekonawszy  się,  że  podobny  czyn  nie  wywarłby 

ż

adnego  wrażenia,  ponieważ  raz  już  stracił  okazję,  gorąco  zapragnął  Amerykanki;  chciał  nie 

tylko ją odbić, lecz także wykorzystać. 

 

Wieczór  spędzili  razem.  Umysł  Kaia  pracował  na  najwyższych  obrotach,  rozmowa  skrzyła 

się  dowcipami:  tym  razem  po  prostu  rozpoczął  się  najprawdziwszy  flirt  oparty  na  solidnych 

podstawach.  Kai  nie  szczędził  starań.  Wybrał  najlepszą  drogę:  całkowicie  wymazał  przeszłość, 

nie wspomniał o niej ani słowem, nawet nie pomyślał. Zaczął od samego początku, jakby poznał 

Maud Philby dopiero przed godziną. 

Palmy  z szelestem  gięły  się  na  wietrze.  Jakiś  tenor  zakradł  się  do  hotelowego  ogrodu 

i śpiewał  włoskie  canzony.  Wypłoszono  go,  udało  mu  się  jednak  wrócić  i po  chwili  z drugiej 

strony  ogrodu  znów  popłynęła  szeroka  kantylena.  W końcu,  gdy  śpiewak  zaintonował  Santa 

Lucia, przestał uważać, personel hotelowy go wytropił i wyrzucił za ogrodzenie. 

W tym samym czasie, jakby się wcześniej umówili, z sali tanecznej dolatywały synkopowane 

rytmy melodii granej przez big-band z Argentyny. Dźwięki były stłumione, przenikające jednak 

na  wskroś,  ożywcze.  Stanowiły  tło  a zarazem  rezonans  rozmowy  i słysząc  je,  Kai  uprzytomnił 

sobie,  że  całkowicie  oddał  się  konwersacji.  O jakiejkolwiek  refleksji  nie  było  mowy:  rozmowa 

absorbowała go zbyt mocno, a postępy, jakie czynił, przyprawiały o zawrót głowy. 

W  pewnym sensie  cała ta historia zawierała niemało  komizmu, umykającego zresztą uwagi 

obojga,  nie  chodziło  bowiem  o to,  co  działo  się  tu  i teraz.  Kai  i Amerykanka  podążali  za 

ś

wiatłem,  którego  blask  pamiętali  z poprzedniego  spotkania.  Ileż  wcześniejszego  zapału 

roztrwonili,  nic  nie  osiągnąwszy.  Teraz  z zaskoczeniem  odkrywali  coś,  do  czego  zmierzali 

z pomocą  jak  najbardziej  sztampowych  zabiegów,  czemu  dodawało  pikanterii  to,  że  u źródła 

nowej sytuacji leżały błędy popełnione wcześniej. 

Beztroska, z jaką Maud Philby traktowała zdarzenia sprzed miesiąca, fascynowała Kaia; nie 

był  przy  tym  do  końca  pewien,  jaką  rolę  grał  w nich  Lieven.  Chciał  się  tego  dokładnie 

background image

dowiedzieć i dlatego próbował wymusić na Amerykance coś w rodzaju jasnej deklaracji. O tym, 

ż

e przemawia przezeń starannie maskowana, męska próżność, wolał na razie nie myśleć. Zamiast 

tego wmawiał sobie, że nie doceniał Maud Philby. 

Natomiast  miss  Philby  bynajmniej  nie  blefowała,  i to  z powodów,  których  istnienia  Kai 

nawet  nie  przeczuwał.  Ostatnie  spotkanie  w Monte  Carlo  nie  tylko  ją  zraniło  –  to  ostatecznie 

mogła  znieść  –  gorzej,  odebrało  jej  pewność  siebie.  Nie  miała  pojęcia,  co  dalej;  była  wówczas 

dokładnie w takim nastroju, jakiego oczekiwał Kai. Zamiast Kaia spotkała jednak Lievena. 

Nie  znała  zamiarów  Lievena.  Wiedziała  jedynie,  że  przyjaźni  się  z Kaiem.  To  tu  tkwiło 

sedno sprawy, tu należało uderzyć; natychmiast zdecydowała, że weźmie w ten sposób odwet za 

upokorzenie,  którego  doznała  od  Kaia.  Zakładała,  że  będzie  musiała  pokonać  opór  Lievena; 

nader  łatwe  zwycięstwo  nie  przywróciło  jej  wprawdzie  pewności  siebie,  zyskała  jednak  broń, 

którą  mogła  obrócić  przeciw  Kaiowi:  słodką  tajemnicę,  doprawioną  szczyptą  przewrotnej 

złośliwości.  Posunęła  się  tak  daleko,  że  wciągnęła  nawet  w swe  intrygi  Lievena,  chytrze  mu  to 

i owo  podpowiadając,  co  miało  doprowadzić  (tego,  niestety,  Lieven  nie  brał  w swych 

kalkulacjach pod uwagę) do zerwania przyjaźni z Kaiem. Ale na ten temat niczego nie wiedziała, 

dlatego zachowała wewnętrzną równowagę. 

– Zatańczymy? 

– Chętnie. 

Muzyka  porwała  ich  jak  wir.  Niewiele  par  tańczyło,  na  gładkim  parkiecie  mieli  więc  dużo 

miejsca. 

Maud  Philby  utrzymywała  dystans,  pozwalając  tylko  na  ten  subtelny  kontakt  ciał,  który 

stanowi  o magii  każdego  tańca.  Niczym  nie  zakłócony  równoległy  krok  pozwalał  wyczuć 

bliskość okrytej cienkim jedwabiem długiej, sarniej nogi i taneczną wibrację kolan. 

Dali  się  unieść  rytmicznej  frazie,  która  wyprowadziła  ich  aż  na  taras,  poddali  melodii 

wprawiającej  w nastrój  wzajemnej  życzliwości,  miękkiej  łagodności  pełnej  jak  najcieplejszych 

uczuć  wobec  partnera.  Pogrążali  się  w rozmarzeniu,  czuli,  że  wyrastają  ponad  rzeczywistość, 

zataczając  powolne  koła,  unosili  się  bądź  pochylali  ku  posadzce;  nad  sobą  mieli  wspaniale 

wygwieżdżone niebo południa, a powietrze smakowało niczym wino; kiedy przesuwali się obok 

sali  dansingowej,  ich  ciała  mimowolnie  się  zbliżyły,  a ramię  spoczęło  na  ramieniu  bez 

specjalnych zamysłów, gdyż taniec narzucał ten gest zaufania; połączeni uściskiem ramion, stali 

twarzą w twarz i wystarczył nieznaczny obrót, by całkiem z bliska spotkały się ich oczy. 

 

Nie obchodziło ich, że gwiazdy, palmy i muzyka tworzą szablonową i trochę tanią scenerię, 

niemalże  nie  odzywali  się  do  siebie,  unikali  przedwczesnych  wyjaśnień.  Wieczór  osiągnął 

idealną  harmonię,  Kai  i jego  partnerka  przypominali  parę  zakochanych,  którzy  odnaleźli  się  po 

latach. 

background image

Jednak  już  nazajutrz  rano,  kiedy  poszli  pływać,  pojawiły  się  komplikacje.  Maud  Philby 

zrozumiała wieczorne spotkanie po swojemu i teraz uznała za stosowne pomówić o wyścigu. 

Kai okazał całkowitą obojętność, o niczym nie chciał słyszeć. 

Ona jednak nie dała się zbyć byle czym, ostrożnie, choć stanowczo próbowała dopiąć swego, 

a Kai nie potrafił jej powstrzymać. 

Obserwował Amerykankę spod na wpół opuszczonych powiek, dochodząc do wniosku, że ta 

znajomość  byłaby  dlań  cudowną  przygodą,  gdyby  los  zesłał  mu  ją  kiedy  indziej,  nie  teraz  – 

w porze duchowego kryzysu i rozterek. 

Bawiła  go  strategia  Maud  Philby,  choćby  to,  jak  –  taktownie  i ironicznie  –  mówiła 

o Murphym, dzięki czemu Kai mógł przejrzeć plany rywala. 

Postanowił  jej  przerwać,  by  w końcu  też  się  czegoś  dowiedzieć.  Spokojnie  i jakby 

mimochodem wtrącił: 

– Nasz team pojedzie tak, żeby zwyciężył Lieven. 

Zaśmiała się. 

– Nie wierzę. 

– A to dlaczego? 

–  Nawet  gdyby  pan  rzeczywiście  chciał,  żeby  Lieven  wygrał,  nie  dopuści  pan  do  tego. 

Choćby ze względu na Murphy’ego. 

– A jeśli  Lieven naprawdę chce  zwyciężyć? Błyskawicznie pojęła, o co chodzi, nie dała się 

jednak podejść. Odparowała natychmiast: 

– W takim razie zachowuje się głupio. 

 

Kai  postanowił  przyprzeć  ją  do  muru.  Nie  liczył  się  z tak  nagłą  odmianą,  był  wyraźnie 

zaskoczony.  Zamiast  dyplomatycznie  się  bronić,  Maud  Philby  ustąpiła  z zajmowanych  pozycji. 

Nie skapitulowała – miała jeszcze przecież tysiące możliwości – po prostu wkroczyła do obozu 

wroga i zrobiła rzecz najbardziej zdumiewającą: powiedziała prawdę. 

Ze  śmiechem  opowiedziała  Kaiowi  o swych  zamiarach  –  wprawdzie  niezbyt  szczegółowo, 

napomykając  jedynie  o niektórych  sprawach,  jak  mówi  się  do  kogoś,  kto  i bez  tego  swoje  wie. 

Wtajemniczając  go,  uczyniła  zeń  sprzymierzeńca.  Teraz,  kiedy  zaledwie  jeden  dzień  dzielił 

Amerykankę  od  realizacji  ambitnych  planów,  bez  wyraźnej  potrzeby  pochłonął  ją  pewien 

pomysł; mówiła o nim jak dzieciak, który przyznaje się, że nabroił. 

Czegoś  takiego  Kai  zupełnie  nie  oczekiwał.  Pojął,  że  poprzedniego  wieczoru  pomylił  się 

zasadniczo.  Mimo  to  niczego  nie  żałował  –  przeciwnie,  stację,  do  której  wówczas  dotarł, 

akceptował  całym  sercem.  W tej  chwili,  nie  mając  o tym  pojęcia,  Maud  Philby  zupełnie  go 

zawojowała. 

Odkryła  się  całkowicie  i okazało  się,  że  jej  ambicji  nie  należy  traktować  zbyt  poważnie. 

background image

O ambicji  zresztą  nie  było  już  mowy,  miss  Philby  z całą  otwartością  obnażyła  prawdziwe 

uczucia.  Gdyby  nie  wczorajszy  wieczór,  nie  przyszłoby  jej  to  do  głowy.  I tak  w postępowaniu 

Amerykanki  urok  i czar  nie  przesłaniały  już  najważniejszego  –  jej  kobiecości,  która  daleko  za 

sobą pozostawiła zwykły flirt i sportowe emocje. 

W ten sposób komedia pomyłek z minionego dnia doprowadziła do osobliwej kapitulacji po 

obu stronach. 

 

Nadeszła wiadomość od Fioli, który prosił o pilne odwiedziny. 

Kai natychmiast do niego pojechał. 

Fioła  leżał  w łóżku,  szczelnie  okryty.  Na  czoło  wystąpiły  mu  grube  krople  potu.  Miał 

dreszcze, trząsł się i szczękał zębami. 

– Atak  malarii. Tydzień za wcześnie. Nie  mogę  z panem jechać. To  potrwa do jutrzejszego 

wieczora. 

Kai skinął głową. 

 

– Proszę się nie martwić, może nie będzie  tak źle… –  Powiedział to odruchowo, chciał się 

pocieszyć; nagłe nieszczęście zupełnie go jednak przybiło. 

– Musi pan jechać… – wyrwał go z zamyślenia głos Fioli. 

Kai, całkiem nieobecny duchem, odparł: 

– Tak, jakoś sobie poradzę… 

Zastanawiał  się  nad  rozwiązaniem.  Gdyby,  na  przykład,  wystawili  tylko  dwie  maszyny, 

pojechałby  z Hollsteinem,  to  jednak  byłoby  dość  ryzykowne…  A może  powinien  wziąć  do 

pomocy któregoś z mechaników…? 

Fioła podniósł się, zaraz jednak opadł na łóżko w kolejnym ataku lodowatych dreszczy. 

– Zamiast mnie proszę wziąć Courbissona. – Skierował wzrok w przeciwną stronę pokoju. 

Kai  obrócił  się  i dopiero  teraz  zobaczył  bladą  twarz  i chłopięcą  sylwetkę  wicehrabiego.  Od 

razu stanęło mu przed oczami zajście na zawodach strzeleckich. 

– Zna trasę – mówił z trudem Fioła – często ze mną jeździł i… chciałby z panem pojechać. 

Kai zdecydował się od razu. Zachowanie Courbissona na polu golfowym mu się spodobało; 

teraz  młody  człowiek  stał  obok  blady,  pełen  dobrych  chęci,  ze  szczerym  zamiarem  wymazania 

win i potwierdzenia swej wartości. A Kai obiecał mu poważną rozmowę. To mogła być najlepsza 

okazja. Podał Courbissonowi rękę. 

– Jedziemy razem. 

Od razu wsiedli do samochodu i z umiarkowaną prędkością, oszczędzając maszynę, objechali 

całą trasę. Kai dokładnie poinformował Courbissona o wszelkich szczegółach. 

Potem go odwiózł i doradził, by się położył już po południu i spokojnie przespał całą noc. 

background image

 

background image

XV 

 

Już  wieczorem  hotele  przeżywały  prawdziwe  oblężenie.  Trzeba  było  wynająć  łazienki. 

Wanny pozamieniano na łóżka. Z każdego dobijającego parowca wysypywały się kolejne grupy 

ludzi. 

Noc była głośna. Komu nie udało się zdobyć miejsca w hotelu, koczował pod gołym niebem. 

W przepełnionych  restauracjach  ludzie  pili  do  białego  rana,  potem  z nastaniem  świtu  lokale 

gwałtownie  pustoszały.  W ogrodach  ulokowały  się  sprowadzone  specjalnie  z tej  okazji  zespoły 

jazzowe. Protesty nie zdawały się na nic. 

Kai obudził się w środku nocy i w barwnym świetle latarni ujrzał ludzi tańczących na piasku 

pod palmami; w powietrzu unosił się wir świateł, różnych odgłosów i muzyki. 

Rankiem wypchał kieszenie tabletkami i bardzo wcześnie opuścił hotel. Minęło jednak sporo 

czasu,  zanim dotarł do  Cerdy: droga była zatłoczona pojazdami,  mimo że  o tak wczesnej porze 

jeszcze nie dojechały specjalne pociągi z Palermo. 

Razem  z Courbissonem  jakoś  w końcu  przedarli  się  przez  ten  ścisk.  Na  stanowisku  czekali 

już  mechanicy,  jeszcze  raz  mieli  przejrzeć  maszyny.  Piętrzyły  się  stosy  opon.  Przygotowano 

także specjalne opony antypoślizgowe, nabite błyszczącymi metalowymi kolcami. 

 

– To na wypadek deszczu – wyjaśnił Pesch. 

– Deszcz? – Kai patrzył na bezchmurne niebo. – Zanosi się raczej na upał. 

Pokazali  się  Hollstein  i Lieven.  Byli  gotowi  do  jazdy.  Zdołali  już  włożyć  obszerne,  lekkie 

ubiory odsłaniające szyję. Kai także poszedł się przebrać. Powoli naciągał na siebie kombinezon. 

Czuł, że tym razem gra toczy się o więcej niż zwykle; przez moment przytrzymał w ręku chłodną 

tkaninę, po czym się pozapinał i zaciągnął pas. 

W ostatniej chwili wszystko się pozmieniało. Murphy’emu chodziło o Maud Philby, to było 

oczywiste.  Z kolei  dla  Kaia  wyścig  bynajmniej  nie  oznaczał  walki  o piękną  Amerykankę,  coś 

takiego  wręcz  go  śmieszyło.  Za  nic  jednak  nie  chciał  dopuścić  do  wygranej  Murphy’ego. 

Zamierzał powstrzymać jego natarczywe pretensje, do których Amerykanin mógłby sobie rościć 

prawo tylko w zupełnie odmiennych okolicznościach. 

Pojazdy wjeżdżały na wagę.  Wydano szesnaście  numerów. Cztery czerwone wozy należały 

do zespołu Murphy’ego. On sam, w samochodzie z numerem dziesiątym na masce, ruszał ostatni 

z grupy. Za Murphym startował Hollstein, potem Lieven, za nimi Kai. 

Jechali  trasą  Coppa  Florio,  pięć  razy  mieli  okrążyć  masyw  Le  Madonie.  Na  każdym 

okrążeniu  o długości  stu  ośmiu  kilometrów  znajdowało  się  tysiąc  pięćset  zakrętów,  tak  więc 

jeden  wypadał  średnio  co  siedemdziesiąt  pięć  metrów.  Przyjmowano  zakłady,  zwycięstwo 

Murphy’ego typowano w stosunku cztery do jednego. 

background image

Kierowcy  startowali  w odstępach  dwuminutowych.  Rozległ  się  ryk  silnika  i pierwszy  wóz 

ruszył, wzbijając chmurę kurzu. 

Courbisson denerwował się i koniecznie już chciał wsiadać. 

– Tylko spokojnie – rzekł Lieven. – Ma pan jeszcze dużo czasu. 

Co  rusz  rozlegał  się  grzmot  odpalających  maszyn.  Powietrze  drżało  od  nieopisanego  ryku, 

zdawało  się,  że  potężny  łoskot  rozrywa  je  na  strzępy,  nie  dało  się  rozmawiać,  trzeba  było 

krzyczeć wprost do czyjegoś ucha, co i tak sprawiało wrażenie szeptu. 

Kai nie poddawał się, próbował mówić, rozdzierający huk przenikał jednak do krwi. 

Kolejka  wozów  wciąż  się  posuwała.  Pierwsza  z czterech  czerwonych  maszyn  Murphy’ego 

wyrwała przed siebie. Hollstein siedział już za kierownicą, Lieven zamierzał zrobić to samo, Kai 

skinął na Courbissona.  Usiedli, włożyli  okulary, czapki, ściągnęli rękawy,  owinęli skórą  kolana 

i łokcie. Murphy nawet się nie obejrzał. Jego wóz przyspieszył ostro i już był daleko. Przez twarz 

Kaia przemknął osobliwy grymas. 

Wystartował  Hollstein,  po  nim  Lieven.  Kai  patrzył  przed  siebie,  nerwy  miał  napięte  do 

granic wytrzymałości; naraz poczuł drżenie stóp wspartych na pedałach. Zagryzł wargi i rozejrzał 

się  wokół,  co  jednak  niewiele  pomogło.  Zdał  się  zatem  na  los  i w szalonym  napięciu  czekał  na 

sygnał startu, czając się do skoku od chwili, kiedy przed sobą nie miał już nikogo. 

 

I nagle, z potężnym grzmotem, maszyna wyrwała ze stanowiska. Kai runął w słoneczną biel 

drogi.  Wóz  zdawał  się  unosić  ponad  wzniesieniami  i zagłębieniami,  przemykał  pośród  plam, 

cienia  i jasności,  przeskakiwał  przez  garby,  wystrzelał  w przód  na  prostej.  Wiraże  migały 

w żółtym, rozświetlonym przez słońce pyle, skały wypadały raz z boku, raz przed samochodem, 

zakręt  za  zakrętem  i znowu  chmura  kurzu,  a za  nią  na  łuku  trasy  coś  ciemniejszego,  pędzącego 

w górę, skręcającego niczym błyskawica, przez ułamek sekundy lśniącego białym odblaskiem – 

Kai odetchnął głęboko: to był Lieven. Jechał więc tuż za nim. 

 

W  pędzie  przemykały  obok  srebrzystozielone  gaje  oliwne.  Jak  ogromny  wąż  wyłoniła  się 

z kurzu  serpentyna,  wyrosła  na  moment  i znikła.  Spod  kół  strzelały  kamienie,  tempo  było 

zawrotne. 

Z przodu za czerwonym wozem Murphy’ego ciągnął Hollstein; od jakiegoś czasu z błyskiem 

szaleństwa  w oku  gonił  Amerykanina  tak  zaciekle,  że  gdy  brał  wiraż,  wyrzuciło  go  na  skraj 

drogi… 

Nagle ukazała się przepaść, a później przez kilometr drogę zalegał tłuczeń: zaczęło się istne 

bombardowanie,  spod  samochodu  na  wszystkie  strony  leciały  kamienie,  trzeba  było  z całej  siły 

zacisnąć ręce na kierownicy i jakoś zygzakami przedostać się przez wyboje. 

Na tle jaśniejącego nieba ukazały się szarozielone zarysy obronnego miasteczka Caltavuturo. 

background image

Droga wspinała się, świszczały kompresory, trzaskały skalne odłamki, kurz wciskał się w gardło, 

droga  znów  się  wznosiła  –  i nagle  przed  Hollsteinem  wyrósł  pierwszy  wóz,  od  szarości  drogi 

odbijający  jasnym  błękitem.  Nie  było  to  żadne  z czerwonych  aut,  niestety;  zgrzytając  zębami, 

Hollstein  wyprzedził  rywala  na  wąskiej  drodze,  która  znów  pięła  się  w górę  na  osiemset, 

dziewięćset, wreszcie dziewięćset siedemnaście metrów, osiągając Polizzi. 

Otwierał  się  stąd  rozległy  widok  na  błękitną  przestrzeń  nieba  wypełnioną  tchnieniem 

jedwabistego  powietrza,  a także  na  słup  dymu  unoszący  się  pionowo  nad  Etną.  I jeszcze  jeden 

wóz,  tym  razem  czerwony  –  czyżby  Murphy?  Wyprzedzając  go,  Hollstein  spojrzał  na  numer: 

dziewiątka. Murphy był więc przed nim. 

Teraz jednak przy  zjeździe zaczęły się ostre  zakręty, wóz pomykał, przyprawiając o zawrót 

głowy, co chwila rozlegał się pisk hamulców, biały bolid jak burza pokonywał wiraże, parł bez 

wytchnienia.  W dolinie  Fiume  Grandę  Hollstein  znów  zobaczył  chmurę  kurzu,  ruszył  jak 

szalony,  musiał  niemal  pionowo  wdrapać  się  na  dziewięćset  metrów  i w końcu,  w Collesano, 

połknął przeciwnika. Był to Francuz Balbot. 

Pojawiły  się  palmy,  agawy  i morze  –  koło  Campo  Felice  droga  wiodła  na  zachód  i był  to 

jedyny  prosty  odcinek  trasy:  siedem  kilometrów  plażą  poprzez  rozpadliny,  wodne  przepływy, 

kamienne rozwaliska. Hollstein ścigał jakiegoś Włocha. Blisko trybun Włochem zarzuciło i jego 

wóz zablokował trasę. Hollstein zdołał go ominąć dosłownie o włos i rozpoczął drugie okrążenie. 

Po czterech minutach nadjechał Lieven, dwie minuty za nim Kai. 

Pesch zarządził, by czasy Murphy’ego wraz z czasami Hollsteina, Lievena i Kaia wypisywać 

grubym  węglem  na  białej  planszy.  Dwóch  mechaników  podnosiło  tablicę  wysoko,  kiedy 

nadciągały rozpędzone auta. 

Kai  widział,  że  Murphy  zyskał  dwie  minuty  przewagi.  Przejechał  okrążenie  w godzinę 

i trzydzieści  sześć  minut,  Hollstein  w godzinę  trzydzieści  osiem  minut,  Lieven  i Kai  w godzinę 

i czterdzieści minut. 

Za Polizzi Hollstein wyprzedził następnego rywala, minutę później ujrzał kolejny wóz, który 

nie wytrzymał tempa; teraz stał na drodze i dymił. Był czerwony, pierwszy samochód w teamie 

Murphy’ego. Szanse się wyrównały, trzy maszyny jechały przeciw trzem. 

Niewiele  później  znów  pokazał  się  czerwony  wóz,  droga  jednak  była  tak  wąska,  że 

wyprzedzanie nie wchodziło w rachubę. 

Na następnym zakręcie Hollstein podjął kolejną próbę, przeciwnik jednak trzymał się środka 

drogi. Wiedział, kogo ma za sobą, i nie zamierzał się poddać. Hollstein pozwolił mu trochę uciec, 

ponieważ w tumanach kurzu niczego nie widział. 

Po  chwili  sytuacja  się  zmieniła,  droga  była  teraz  szersza;  z piskiem  kompresora  Hollstein 

dogonił  rywala.  Momentami  siedział  mu  na  kole,  chwilami  udawało  mu  się  z nim  zrównać. 

Przeciwnik jednak postanowił zepchnąć go z drogi. 

background image

 

Hollstein wiedział, czym to grozi, wysunął się do przodu i chciał oderwać się od czerwonego 

wozu,  tamten  jednak  nie  popuszczał,  aż  w końcu  źle  ocenił  odległość,  zaczepił  o tylne  koło 

Hollsteina, oba auta zarzuciło, przeleciały ponad skrajem drogi i gwałtownie uderzyły o siebie. 

Hollstein  wyskoczył  z samochodu  i obiegł  go  dokoła.  Jeden  rzut  oka  mu  wystarczył,  by 

stwierdzić, że pękła lewa tylna oś. Połowa drugiego wozu stała na drodze. 

W każdej chwili mógł nadjechać Lieven. Razem ze swym współtowarzyszem, ciężko sapiąc, 

Hollstein odsunął czerwony pojazd na pobocze, po czym wskoczył na swój wóz, dając znaki. Dał 

się  słyszeć  ryk  silnika,  pilot  Lievena  podniósł  w przelocie  rękę,  obaj  zrozumieli,  co  się  stało. 

Hollstein nie schodził z wozu, czekał na Kaia. 

Od pola kapusty po drugiej stronie drogi nadszedł mechanik. Kierowca, z którym jechał, miał 

złamaną rękę, na jego twarzy malowało się cierpienie. 

Z  czerwonego  wozu  Hollstein  przyniósł  drewniany  podnóżek,  roztrzaskał  go  o maskę 

samochodu  na  wąskie  deszczułki,  podarł  kurtkę  i starannie  usztywnił  ramię  poszkodowanego, 

który ani na chwilę nie przestawał obrzucać swego dobroczyńcy obelgami. 

Kiedy  Hollstein  skończył,  wyglądał  marnie.  Raz  jeszcze  podszedł  do  czerwonego  wozu, 

kopnął  weń,  potem  pobiegł  do  swego  auta,  siadł  za  kierownicą  i w porywie  niczym  nie 

uzasadnionej nadziei wielkim  głosem przywołał swego pilota;  po chwili jednak padł na  kolana, 

widząc,  że  nie  ma  już  żadnych  szans,  i w końcu,  załamany,  przykucnął  na  ziemi:  dla  niego 

wyścig się skończył. 

Lieven  rozpoznał  Hollsteina  i zrozumiał,  co  się  stało;  teraz  on  prowadził,  i to  ze 

zwielokrotnioną  energią.  Kiedy  Kai  spostrzegł  Hollsteina  na  poboczu,  zdecydował  się  na  atak. 

Jechał tak ostro, jak tylko mógł, ponieważ wiedział, że Lieven gotów jest wszystko zaprzepaścić. 

Chciał  się  do  Lievena  zbliżyć  i w trzeciej  rundzie  go  wyprzedzić.  Zjechał  na  stanowisko 

w chwili, gdy Lieven właśnie odjeżdżał. Krzyknął za nim: 

– Teraz ja poprowadzę! 

Przejechał  dwa  okrążenia  w trzy  godziny  i dwanaście  minut,  Murphy  w trzy  godziny 

dziesięć; Amerykanin był więc osiem minut przed nim i miał dwie minuty przewagi. 

O  wszystkim  Kai  poinformował  Courbissona.  Wypił  niemal  do  dna  olbrzymi  kubeł  wody, 

resztę chlusnął przed siebie nad maską, zmienił rękawiczki bez palców i na pełnym gazie ruszył 

w trzecie okrążenie. 

 

Szpaler  kaktusów  przy  drodze  wyglądał  jak  przedpotopowe  skamieliny.  Jakiś  kamień 

wystrzelił  w górę  i uderzył  w żołądek  stojącego  na  trasie  kibica,  aż  ten  się  przewrócił.  Kai  brał 

zakręty na pełnym gazie. Wyprzedził Lievena; przez chwilę obie maszyny, pędząc bok w bok na 

najwyższych  obrotach,  znieruchomiały  względem  siebie.  Lieven  sądził,  że  goni  go  któryś 

background image

z rywali, i nie zamierzał go przepuścić; dopiero ujrzawszy wysuwającą się w przód białą maskę, 

natychmiast się usunął. 

Jak  przypływ  morza  narastało  na  trybunach  podniecenie  zmieszane  z gorączką 

wyczekiwania.  Wysoko  w górze  tablice  z numerami  pokazywały  czas  zawodników.  Najszybszy 

był  Murphy  z dwiema  minutami  przewagi,  za  nim  Kai.  Potem  był  Lieven  i jeszcze  jeden 

Amerykanin z czerwonego zespołu – jechali w odstępach pięćdziesięciosekundowych. Trzy wozy 

już odpadły.  Kiedy  wystrzał z armatki obwieszczał jadącym z przodu  kierowcom  koniec  każdej 

rundy, na czele stawki pędził Zamboni, tuż za nim cała sfora psów i, coraz to bliżej, Murphy – 

niczym goniący je wilk. 

 

Kai wyprzedził Manniego, potem poradził sobie z Willsem i Toskanim; Murphy’ego jednak 

nie zdołał dopaść.  Ilekroć widział przed sobą chmurę  kurzu, serce tłukło mu jak oszalałe, omal 

nie  rozsadzając  piersi.  Za  każdym  jednak  razem  przeżywał  rozczarowanie:  Amerykanina  ani 

ś

ladu. Kai zsunął okulary. Pot strumieniami spływał mu z czoła na policzki i podbródek, pociły 

mu się dłonie. Twarz miał szarą do kurzu, który grubą warstwą wciskał się w każde wgłębienie 

skóry.  Na  którymś  z zakrętów  Courbisson  omal  nie  wypadł  na  zewnątrz,  tak  mocno  nim 

zarzuciło. Kai chwycił go za pas i z całej siły przyciągnął do siebie. 

Termometr  wskazywał  czterdzieści  stopni  Celsjusza.  Hiszpan  Rodiño  uderzył  w trybuny, 

odrzuciło go na drugą stronę, zatrzymał się, wydostał z wozu, przez chwilę stał prosto, po czym 

runął rażony udarem słonecznym prosto w ramiona ludzi śpieszących mu na ratunek. 

Kai  poczuł,  że  potworne  ciśnienie  rozsadza  mu  czaszkę.  Wskazał  kieszeń.  Courbisson 

wydobył  z niej  tabletki  i wepchnął  je  Kaiowi  do  ust,  a następnie  przystawił  do  nich  butelkę 

z wodą.  Kai  nie  widział  już  niczego  poza  drogą:  trasa  przesłaniała  wszystko,  wydawała  mu  się 

powiększona  do  nienaturalnych  rozmiarów,  jakby  włożył  szkła  o nadzwyczajnej  mocy  –  każdy 

kamień,  każdy  garb,  każde  zagłębienie;  chwilami  linia  drogi  rozmywała  się,  robiła  niewyraźna, 

Kai  widział  jak  przez  mgłę,  za  którą  mogło  nie  być  już  niczego;  nie  próbował  tego  zrozumieć, 

wręcz przestał myśleć, liczyła się tylko ta szalona jazda; nie słyszał nic poza własnym silnikiem, 

którego potężny ryk niczym płomień przenikał weń porami skóry; pędził tak już cztery godziny 

w zupełnym otępieniu, za chwilę rozpoczynała się piąta godzina i zdawało się, że ta jazda trwać 

będzie wiecznie… 

Znów  podjeżdżali  na  stanowisko  techniczne,  obok  którego  stał  jakiś  wóz  dymiący  jak 

Wezuwiusz;  ktoś  zaglądał  pod  uniesioną  pokrywę  silnika.  Zatrzymali  się  z piskiem  opon.  Kai 

wyskoczył  z wozu,  spragniony  dopadł  napojów,  pił  bez  umiaru,  łapczywie,  po  czym  rozciął 

cytrynę i wgryzł się w nią; w tym czasie Pesch krzyczał mu do ucha: 

– Lieven…! 

– Lieven powinien zaraz nadjechać… 

background image

– Miał wypadek! – ciągnął Pesch i w rozpaczy szarpał  ramię  Kaia. – Teraz został pan sam! 

Proszę jechać, jak pan chce… 

Pesch  był  przybity,  już  nie  wierzył  w sukces.  Jeden  z mechaników  przyniósł  tablicę 

z wynikami. 

 

– Jaki czas? 

– Kai: cztery godziny czterdzieści osiem minut, Murphy: cztery godziny czterdzieści siedem. 

Kai błyskawicznie wskoczył do samochodu i krzyknął: 

– Czy Lievenowi coś się stało?! 

Mechanik, który klęczał przy przednim kole, poinformował Kaia: 

– Uraz ramienia, na szczęście niezbyt poważny, wóz całkiem rozbity… 

Ledwo  śruby  zostały  dokręcone,  Kai  znów  był  na  trasie.  Na  którymś  z zakrętów  ujrzał 

Hollsteina;  po  twarzy  młodzieńca  ciekły  łzy,  przestępował  z nogi  na  nogę  i wyciągał  do  Kaia 

ręce. 

 

Wóz  przeistoczył  się  w bladego,  wyjącego  upiora.  Kai  tracił  poczucie  rzeczywistości.  Na 

jednym  z szalonych  wiraży  auto  przechyliło  się  na  dwa  koła  i Courbisson  dotknął  gruntu;  teraz 

jego dłonie krwawiły. Podczas tej jazdy nie dało się myśleć, to był rozpasany instynktowny pęd; 

jego  kierunek  wyznaczał  punkt  znajdujący  się  gdzieś  z przodu  na  trasie.  Tym  punktem  był 

Murphy. 

Kai  brał  zakręty  jak  straceniec,  wóz  z łoskotem  przelatywał  przez  kamienne  rumowiska, 

ś

cinał  trawiaste  łachy  –  i oto  rozległ  się  huk  wystrzału  anonsujący  przejazd  zawodnika 

otwierającego  stawkę.  Kai  zjechał  na  stanowisko.  Wyskoczył  z auta  i jeszcze  przez  chwilę 

z rozpędu biegł przed siebie, nim się opamiętał, zawrócił i zapytał o czas. 

Pesch podszedł do Kaia i zaklinał go: 

–  Ma  pan  minutę  przewagi  nad  Murphym,  jest  pan  pierwszy  i,  na  miłość  boską,  niech  pan 

będzie ostrożny. Oby nic się nie przydarzyło, tak czy owak będziemy wśród najlepszych… 

Kai ledwie słuchał Pescha. Mechanicy, którym udzieliło się jego podniecenie, pobili rekord – 

w czterdzieści osiem sekund zmienili cztery koła. 

Przed maską wyrósł brązowy samochód.  Kiedy  Kai doszedł  go na dwa  metry,  z kłębiącego 

się pyłu w czoło białej maszyny wystrzelił ze świstem kamień. Kai skulił się odruchowo, jakby 

kamień trafił w niego, po czym poraziła go nagła myśl: co będzie, jeśli kamień rozbił chłodnicę?! 

Courbisson  wyczołgał  się  na  maskę  i rozciągnął  wzdłuż  pojazdu  –  na  szczęście  nie  było 

ż

adnych szkód. Utrzymali tempo. 

Znów  dogonili  brązowy  wóz,  który  po  chwili  znalazł  się  z tyłu;  wyprzedzili  też  czerwoną 

maszynę, ostatnią przed Murphym, oraz zielony wóz Boillota, który zostawili za sobą po prawej; 

background image

przypuszczalnie  byli  teraz  tuż  za  czołówką.  Wystarczyło,  by  Kai  nawiązał  z nią  kontakt, 

a zwycięstwo z pewnością będzie należało do niego.  Wiedział,  że jeśli nic szczególnego się nie 

zdarzy,  będzie  miał  najlepszy  czas;  czymś  takim  jednak  nie  zadowoliłby  się  nigdy,  istniał  dla 

niego tylko jeden rodzaj zwycięstwa: musiał być na mecie przed Murphym! 

Usłyszeli przed sobą ryk silnika i połknęli rywala w zielonym samochodzie; był to Zamboni. 

Courbisson w podnieceniu krzyczał do Kaia: 

– Teraz przed nami może być już tylko Murphy! 

Pędzili jak w transie. Przed maską mignął cień otoczony gęstą chmurą kurzu. Kai wstrzymał 

oddech. To była czerwień – a więc Murphy… 

Zmrużył  oczy  i wpił  się  wzrokiem  w drogę.  Widział  jedynie  podrygujący,  niewyraźny  cień 

ciągnący za sobą chmurę pyłu. Zbliżał się doń z każdą minutą. Naraz kurz zrobił się tak gęsty, że 

nie było widać pobocza; na którymś zakręcie żwir pod tylną osią obsunął się, koła zakręciły się 

raz  i drugi,  wóz  zachwiał  się  i przewrócił.  Kai  z całej  siły  chwycił  kolumnę  kierownicy,  zdołał 

jakoś  poderwać  auto  i postawić  je  na  kołach.  Courbisson  złapał  za  przednią  oś,  podniósł  ją, 

próbował objąć mocniej i oparł lewą rękę na chłodnicy; w tym momencie poczuł dojmujący ból. 

Jeszcze jedno pchnięcie i wóz znalazł się na drodze; dłonie Courbissona były od wewnątrz jedną 

wielką raną – poparzone rozżarzonym metalem, obdarte ze skóry podczas dźwigania samochodu. 

Znów zagrzmiał silnik, strata nie przekraczała kilku sekund. Były to jednak niezwykle cenne 

sekundy; obłok kurzu znikł z pola widzenia, powietrze pojaśniało. 

Wóz  się  rozszalał,  unosił  się,  przeginał,  przeskakiwał  ponad  blokami  zastygłej  lawy,  sunął 

przez  płytkie  rowy,  z rykiem  wdrapywał  się  na  wzniesienia  –  Kai  i jego  towarzysz  usiłowali 

znów pochwycić w nozdrza zapach szarobiałej, najwspanialszej rzeczy pod słońcem, czyli kurzu 

– zazwyczaj nieprzyjaciela kierowców  wyścigowych, teraz wyczekiwanego jak zbawienie;  kurz 

bowiem oznaczał Murphy’ego. 

W  Polizzi  znów  go  dostrzegli.  Kai  zrósł  się  z maszyną,  jęczał  razem  ze  świszczącym 

kompresorem, całym sobą wysuwał się w przód lub do tyłu, jakby w ten sposób chciał zwiększyć 

szybkość.  Setki  razy  byli  w niebezpieczeństwie,  groziły  im  wywrotki,  omal  się  nie  rozbili 

o skarpę – w końcu jednak dopadli Murphy’ego… 

Pokonali  siedem  tysięcy  zakrętów  i oto  siedzieli  Amerykaninowi  na  ogonie;  w Collesano 

dzielił  ich  tylko  metr,  w Campo  Felice  obie  maszyny  się  zrównały,  teraz  zaczynała  się  obłędna 

gonitwa wzdłuż plaży. 

Murphy  tracił  panowanie  nad  sobą,  krzyczał,  klął,  robił,  co  mógł  –  Kai  nagle  się  uspokoił, 

rozsiadł  się  wygodnie,  wysunął  głowę  tuż  nad  kierownicę.  Wpadli  w rozlewisko  i wokół 

chlusnęła  woda.  Courbisson  przez  jakiś  czas  widział  obok  siebie  przód  maszyny  Amerykanina, 

potem Murphy coraz bardziej zostawał w tyle; rozległ się wystrzał z armatki i jednoczesny ryk na 

trybunach;  wśród  nieopisanej  wrzawy  biały  wóz  Kaia  przeciął  linię  mety.  Murphy  był  cztery 

background image

metry za nim. 

Rozpętała  się  burza.  Powalono  bariery,  publiczność  zbierała  się  wokół  maszyn.  Kai  wygrał 

z przewagą ponad sześciu minut.  Zasypywano  go kwiatami, wrzucano wiązanki do samochodu. 

Energiczni  panowie  z opaskami  na  rękawach  próbowali  ochronić  kierowców.  Kai  dostrzegł 

Pescha,  który przedzierał się przez tłum –  konstruktor  cieszył się, był rozluźniony i szczęśliwy. 

Na  trasę  wyjechali  motocykliści  z czerwonymi  chorągiewkami,  którymi  wskazywali  drogę 

zawodnikom kończącym wyścig; publiczności nic już nie mogło powstrzymać. 

 

Po  wyjściu  z auta  Kai  poczuł  gwałtowny  ból,  nie  mógł  chodzić  i musiał  się  o coś  oprzeć. 

Podniósł  stopy  i pokazał  Courbissonowi:  żar  silnika  przepalił  podeszwy,  które  zupełnie 

poczerniały. 

–  Obu  nam  będą  potrzebne  bandaże,  ale  najpierw…  –  Rozejrzał  się  wokół  i zrobił  kilka 

kroków.  Natychmiast  jednak  wpadł  w ręce  przedstawicieli  prasy  i trzeba  było  sporego  wysiłku, 

by się od nich uwolnić. 

Ruszył  w przeciwnym  kierunku,  próbując  się  dostać  na  zaplecze  warsztatów.  Tutaj  z kolei 

czekała na niego grupka żądnych spotkania Amerykanek; musiał się wycofać. 

Kai  bynajmniej  nie  promieniał  szczęściem,  na  jego  twarzy  malował  się  szczególny  rodzaj 

napięcia  i udręczenia.  Odwracał  się  tyłem  do  gratulujących,  był  obojętny  wobec  wyrazów 

uznania, wycofywał się i wręcz chował, kiedy – ni stąd, ni zowąd – znów napotykał wyciągające 

się ręce. 

Był nieskończenie zmęczony, ubrudzony smarem, przepocony i cały okryty kurzem. Marzyła 

mu się kąpiel w strumieniach krystalicznej wody, a po niej kojący, spokojny wieczór w miękkim 

fotelu  z dużą  ilością  schłodzonego  szampana,  który  przywróciłby  względną  równowagę 

wysuszonej i spalonej upałem skórze. 

 

Jednocześnie  po  wyjściu  z auta  czuł  przemożną,  dręczącą  go  i nadzwyczaj  przyziemną 

potrzebę; bądź co bądź osiem godzin bez najmniejszej przerwy spędził za kierownicą, a przecież 

jak każdy podlegał prawom natury. 

Tak  więc  wobec  ogromu  zachwytów  pozostał  nieco  markotny  i szukał  okazji,  by  choć  na 

chwilę niepostrzeżenie się oddalić. W końcu mu się udało, z wielkim jednak trudem. 

Ogarnęło go przygnębienie. Przypisywał je wyczerpaniu: ostatnie godziny odebrały mu cały 

zapas energii. 

Wracali do Palermo. Kai usiadł z tyłu, za nic w świecie nie dotknąłby teraz kierownicy, miał 

wobec  jazdy  uraz  i przysięgał,  że  już  nigdy  nie  wsiądzie  do  samochodu  wyścigowego.  Zawsze 

tak było po trudnym wyścigu. 

Courbisson z zabandażowanymi rękami siedział obok i patrzył na niego. Kai pochwycił jego 

background image

spojrzenie,  obaj  myśleli  o tym  samym:  wiedzieli,  że  jeśli  wicehrabia  wróci  teraz  do  Lilian 

Dunquerke,  zostanie  przywrócony  do  łask.  Na  jak  długo  i dlaczego  –  tego  do  końca  nie  mógł 

wiedzieć.  Myślał,  że  sprawy  potoczą  się  jak  najlepiej  i w dużej  mierze  jego  marzenia  miały  się 

spełnić.  Kai  znał  prawdziwe  przyczyny,  postanowił  jednak  Courbissona  oszczędzić  i nic  nie 

powiedział. 

Sam  nie  zobaczył  już  Lilian  Dunquerke.  Nie  przyjechała  na  wyścigi,  tak  szybkie  ponowne 

spotkanie  musiałoby  oznaczać  koniec.  Wszak  oboje  ponad  wszystko  uwielbiali  gesty;  gest 

bowiem jest częścią formy, a forma to świętość. Znacznie bardziej niż jakakolwiek treść. 

W przyszłości mieści się niejedno prawdopodobieństwo – odległe, niejasne, Kai wolał o tym 

nie myśleć, starał się wręcz zapomnieć. Bardzo wcześnie wyuczono go heroicznego godzenia się 

z tym,  co  oczywiste;  może  dlatego  niezbyt  poważnie  traktował  wszelkie  przewidywania 

dotyczące rozwoju uczuć. 

Z  tego  powodu  popadł  w melancholię,  mimo  że  przecież  nie  przejmował  się  odległymi 

kwestiami.  Przygnębienie  to  musiało  się  pojawić;  można  je  było  przezwyciężyć  tylko  w jeden 

sposób: należało mu stawić czoło. 

Kiedy  wieczorem,  znużony  kąpielą,  Kai  siedział  sam  w pokoju,  melancholia  jeszcze  się 

pogłębiła  i zamieniła  w krańcową  depresję;  czuł,  że  chodzi  nie  tylko  o spóźniony,  szczery  i nie 

pozbawiony  uroku  żal  po  pewnym  epizodzie,  który  podzielił  los  wszystkiego,  co  ludzkie, 

i przeminął,  żal  wolny  od  przykrej  i sentymentalnej  żądzy  posiadania,  powiązany  z każdym 

przeżyciem  tak  samo  jak  śmierć  nieodłączna  jest  od  wszelkiej  egzystencji;  wiedział,  że  wiele 

spraw dobiega kresu, zamyka się jakiś krąg, nadciąga koniec i pora pożegnań. 

Z czasem ogarnął go spokój, depresja ustępowała. Noc była jak matka, Kai coraz wyraźniej 

odczuwał tchnienie czegoś nowego, czegoś, co dopiero się rodzi. Nie miał pojęcia, dokąd ta noc 

go zaprowadzi, podporządkował się jednak całkowicie, obdarzył ją zaufaniem śpiącego dziecka. 

Powoli  wyłaniał  się  znajomy  obraz,  znikał  i pojawiał  się  na  nowo;  za  każdym  razem  był 

coraz wyraźniejszy, bardziej czytelny, aż w końcu ustalił się na dobre. 

Kiedy  Kai  późno  kładł  się  do  łóżka,  wiedział  już,  że  trzeba  wracać  do  domu,  do  dworu 

ocienionego platanami i do młodej Barbary. 

Wierzył,  że  podjął  ostateczną  decyzję.  Następnego  dnia  też  nie  miał  wątpliwości.  I choć 

wcześniejsza  stanowczość  minęła,  gdy  opadło  napięcie  związane  z wyścigiem,  Kai  wciąż  był 

wewnętrznie  wyciszony  i pogodny,  lecz  ta  spokojna  radość  osobliwie  mieszała  się  z łagodnym 

smutkiem. 

Choć  wiedział,  że  nieprędko,  a może  nawet  nigdy  nie  zobaczy  już  przyjaciół,  pożegnał  się 

całkiem  zwyczajnie,  jakby  chodziło  o krótkie  rozstanie  podyktowane  li  tylko  chwilowym 

kaprysem. 

Co  do  Maud  Philby  miał  wątpliwości.  Ostatnio,  całkiem  niespodziewanie,  stosunki  między 

background image

nimi  całkowicie  się  zmieniły:  zwariowany,  iskrzący  się  flirt  ustąpił  miejsca  prawdziwej 

skłonności, której owoców nie zdołali zakosztować i której nie dało się ukryć. To uczucie było na 

razie rozproszone, dzięki temu miało jednak wiele twarzy, było serdeczne i otwarte. 

Maud  Philby  zamierzała  spędzić  lato  na  francuskim  wybrzeżu.  Kiedy  Kai  ją  o to  zapytał, 

niemal się zaczerwieniła, a jej twarz zajaśniała ciepłym blaskiem. 

Kai razem z Courbissonem płynął do Genui. Hollstein odprowadzał ich na statek. 

– Kai, proszę przekazać pozdrowienia… 

–  Oczywiście,  chętnie  –  rzekł  ostrożnie  Kai,  ponieważ  w oczach  Hollsteina  zauważył  coś 

więcej i nie chciał mu sprawiać przykrości. Dlatego też dorzucił: – Jeśli zajdzie potrzeba, zawsze 

będzie pan mógł jakiś czas pomieszkać u mnie. 

Hollstein spojrzał na Kaia, po czym pośpiesznie uścisnął mu dłoń. 

– Z największą przyjemnością… – powiedział. 

Kai więcej się nie odezwał. 

 

W Genui zostawił Courbissona i odebrał swój wóz. 

Mknął przez płaskie równiny, mijał pola, drzewa, wsie, ludzi, niczego jednak nie dostrzegał, 

parł  przed  siebie  i tylko  to  się  liczyło.  Nie  zatrzymywał  się  nawet  w górach  o późnej  porze, 

pośród 

głębokiej 

nocy; 

kapitulował 

dopiero 

wtedy, 

gdy 

mokra 

droga 

groziła 

niebezpieczeństwem. 

Zostawiwszy  za  sobą  góry,  mimowolnie  zwolnił  tempo.  W Monachium  zatrzymał  się  cały 

dzień. Nie rozumiał sam siebie: dotychczas gnał go niepokój, teraz wyraźnie grał na zwłokę. Na 

niemieckich wyżynach pozwolił sobie na dwudniowy wypoczynek. 

 

Przyglądał  się  życiu  niewielkiego  miasta.  Każdy  dzień  wiązał  się  tutaj  z następnym, 

bliźniaczo  podobnym,  jak  regularne  warstwy  układały  się  całe  lata.  Kai  przypomniał  sobie 

pewien  wieczór  w Genui,  szybki  wjazd  serpentynami  do  Miramare,  windę,  pokój,  szeroko 

otwarte  okna,  a za  nimi  głęboko  w dole  port,  ponad  którym  rozbrzmiewał  donośny  dźwięk 

dzwonów. Przez cały ten zgiełk przedzierał się krzyk syren ze statków wychodzących w morze – 

rozdzierający  ciszę,  władczy  i mocarny,  od  którego  drżało  nocne  powietrze.  Następnego  ranka 

Kai wypłynął do Singapuru i na Jawę. 

Opuścił  go  wcześniejszy  zapał  –  cóż  miał  począć,  przecież  się  zdecydował.  Wyruszył 

w drogę. Tyle że jechał jeszcze wolniej… 

 

Uznał, że będzie najlepiej, jeśli przyjedzie w środku nocy. Nikogo nie zawiadomił. 

Nie  pojechał  do  swojej  posiadłości.  Kiedy  znalazł  się  na  drodze,  do  której  przylegał  park, 

zostawił wóz, chwycił Frute za obrożę i wszedł w aleję. 

background image

Drzewa  pachniały  wilgocią  i liśćmi.  Na  tle  nocnego  nieba  rysowały  się  potężne  konary 

platanów.  Kai  zatrzymał  się.  Patrzył  na  dom,  który  jaśniał  igrającym  na  szybach  światłem 

księżyca. Liczył okna – tam na górze spała Barbara. W pokoju było ciemno. 

Kai stał  i wyczekiwał.  Widok  przyprawił  go  o silne bicie  serca. Nigdy  nie przypuszczał, że 

dom  zrobi  na  nim  aż  takie  wrażenie.  Natężył  uwagę  –  w ziemi,  gdzieś  pod  stopami,  wspierane 

przez  tajemne  moce,  ożywały  najgłębsze  pokłady  jego  świadomości.  Gałąź  plątana  zwisała  na 

tyle nisko, że mógł ją pochwycić; liście były chłodne i wilgotne. 

Milczenie potężniało. Było jak niemy, odwieczny  pierścień obejmujący  ziemię, życie i noc. 

Stojąc  tak  w samotności,  Kai  nagle  doznał  olśnienia:  pojął,  że  zbyt  szybko  uwierzył 

w decydujące  rozstrzygnięcie.  Walka  o zwrot  w jego  życiu  nie  zakończyła  się  wtedy,  gdy  tak 

sądził;  rozstrzygnęła  się  dopiero  teraz,  kiedy  stanął  oko  w oko  ze  swą  decyzją.  Dlatego  musiał 

tutaj przyjechać. 

W  obliczu osiągniętego  celu powróciły niepokoje ostatnich dni.  Kai odczuwał je dotkliwiej 

niż wszystko dotychczas, nie umiał ich przezwyciężyć; sens ich bowiem sprowadzał się do tego, 

ż

e cel ów został na zawsze utracony. 

 

Jeśli nie pojawiała się tęsknota,  drzemiące zazwyczaj ego tkwiło w bezruchu. Siła pragnień 

jestestwa odpowiadała natężeniem rozmiarom zwątpienia; niczego bowiem nie pożądamy równie 

gwałtownie i namiętnie jak inności, ona zaś nigdy nie stanie się częścią naszego „ja”. 

W  drobnych  zdarzeniach  nie  urzeczywistnia  się  przeznaczenie:  przyjazd  w rodzinne  strony 

nie musi oznaczać powrotu do domu. Kai wiedział teraz, że wszystko, do czego ostatnio z całych 

sił  dążył,  było  dlań  bliskie  i zarazem  dalekie;  w chwili  wyrzeczenia  odbierał  własne  zespolenie 

z tym światem jak zagadkowy dysonans, czuł, jak mocno go kocha. 

Jego  życie  było  jak  barwny  film,  jego  udziałem  stało  się  wiele  spraw,  niektórych  tylko 

dotknął,  rzadko  natomiast  coś  tracił  i nigdy  nie  rezygnował.  Teraz  po  raz  pierwszy  czegoś  się 

wyrzekał i wiedział, że będzie to strata bezpowrotna. 

Chciał  odejść,  coś  jednak  trzymało  go  w miejscu.  Cicho  mówił,  patrząc  na  dom.  Trwało  to 

długo, wypowiedział wiele słów. 

Od  strony  zabudowań  doleciało  szczekanie,  Frute  natychmiast  odpowiedziała.  Kai  się 

przestraszył. 

Tłumionym  gwizdem przywołał psa i ruszył z powrotem  wzdłuż alei. Przytrzymywał  Frute, 

która skomlała i co rusz oglądała się za siebie. 

Podjechał  pod  uśpiony  budynek  urzędu  pocztowego.  Długo  się  dobijał,  zanim  obudził 

telegrafistę.  Nadał  sążnistą  depeszę  do  Hollsteina,  w której  zapraszał  go  na  najbliższe  miesiące 

do  swej  posiadłości.  Sam,  pisał,  ma  zamiar  udać  się  w podróż,  przypuszczalnie  nie  będzie  go 

przez całe lato. Chciał podać jakiś powód, chwilę się wahał, po czym uśmiechając się, dodał, że 

background image

myśli również o wędrówce wzdłuż francuskiego wybrzeża. 

A więc Hollstein przyjedzie i zostanie razem z Barbarą. 

 

Z  nieco  nawet  przesadną  troską  Kai  ulokował  Frute  na  siedzeniu  obok  siebie.  Zrobiło  się 

chłodno,  suka  drżała  z zimna,  owinął  ją  więc  kocem.  Myślał  o ostatnich  słowach  depeszy.  Jak 

szybko  pędzi  życie,  skoro  nie  dostrzegamy  cezur!  Jeszcze  kilka  minut  temu  trwało 

w zawieszeniu,  przyszłość  rysowała  się  mgliście;  teraz  tamto  minęło  i Kai  pośpiesznie 

porządkował wydarzenia: „ja” dostarczało ogromnych przeżyć i wstrząsów  tylko  mimochodem; 

jeśli ktoś zda się wyłącznie na swą jaźń, zniszczy siebie lub zdolność przeżywania. Tylko ten, kto 

ż

yje  tymczasowością  i traktuje  ją  jako  coś  trwałego,  kto  wciąż  zwraca  się  ku  ulotnym 

przeżyciom, potrafi dotrzeć do samego jądra. 

Barbara i Lilian Dunquerke należą już do przeszłości; Maud Philby czeka.