background image

ELLEN JAMES

Na przekór miłości

1

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Okna   salonu   otwarte   były   szeroko   ku   letniemu 

popołudniu.   Intensywne,   złociste   światło   sączyło   się   do 
pokoju,   a   lekki   wiatr   szeleścił   w   zasłonkach,   jakby   chciał 
wywabić   Christine   do   ogrodu.   Lecz   Christine   Daniels   nie 
miała   czasu   na   delektowanie   się   urodą   dnia.   Borykała   się 
właśnie   z   kuponem   jasnoczerwonego,   bawełnianego 
materiału.

Zebrała kraj materiału i narzuciła go zawadiacko na ramię 

manekina. Żywa czerwień była jej ulubionym kolorem. Czuła, 
że   uda   jej   się   uszyć   wspaniałą   sukienkę,   mimo   że   dotąd 
potrafiła jedynie fastrygować. Ale w końcu szycie - to taki 
sam cel jak wszystkie dotychczasowe, a zatem coś, z czym 
należało się zmierzyć, stoczyć walkę i ostatecznie wygrać. To 
wszystko było częścią jej zupełnie nowego życia, dalekiego od 
napięć i presji, z którymi mocowała się w Nowym Jorku jako 
wspólnik   w   ojcowskiej   firmie   maklerskiej   na   Wall   Street. 
Teraz   wiodła   żywot   nieskomplikowany,   lecz   dostarczający 
więcej satysfakcji - prowadziła swój własny interes, uroczy 
pensjonat w niedużym, malowniczym miasteczku Red River 
w stanie Nowy Meksyk.

Mrucząc coś do siebie, szperała w znalezionym na strychu 

pudełku po cygarach wypełnionym guzikami. Wyjęła jeden z 
nich, biały, dość zwykły i przyłożyła go do czerwonej tkaniny. 
Mógł pasować, lecz wydawał się nieco pospolity. Odgarnęła 
do  tyłu  pasmo   długich,  jasnomiodowych  włosów  i  wsunęła 
guzik   w   usta   niczym   cukierek.   Ssała   go   w   zamyśleniu, 
przeczesując pudełko w poszukiwaniu czegoś niecodziennego. 
Może   rząd   małych,   perłowych   guziczków   wzdłuż   całej 
sukienki z góry aż na dół...

- Przepraszam - zagrzmiał głęboki, męski głos tuż za jej 

plecami.   Christine   drgnęła   zaskoczona,   a   wessany   wraz   z 

2

background image

dużym   łykiem   powietrza   guzik   wylądował   w   okolicach 
tchawicy,   gdzie   utknął,   zamykając   dostęp   powietrza.   Nie 
mogła oddychać! Jej serce zaczęło szaleńczo łomotać, podczas 
gdy mężczyzna wciąż mówił.

- Szukam Mary Christine Daniels. Czy dobrze trafiłem?
Christine panicznie przestraszona usiłowała krzyknąć, lecz 

nie mogła  wydobyć z siebie ani słowa. Czuła, że jej płuca 
eksplodują   za   chwilę   z   braku   powietrza.   Jedyne,   co   mogła 
zrobić,   to   zatrzepotać   ramionami   jak   pingwin   pragnący 
ulecieć.

- Czy to oznacza, że pani jej nie zna? - zapytał mężczyzna 

z powątpiewaniem. Christine zatrzepotała ponownie, ale już 
słabiej.   Jak   przez   mgłę   zobaczyła   wzór   na   tapecie,   który 
zaczął falować - przekwitłe kuliste róże rozprzestrzeniające się 
i kurczące w niepokojący sposób.

Twarz   mężczyzny   majaczyła   gdzieś   pomiędzy   nią   a 

tapetą. Christine miała niejasne wrażenie, że jego rudawe brwi 
zmarszczyły się złowrogo. Twarz przybliżała się i zdawała się 
dziwnie nie należeć do żadnego ciała.

- Dobry Boże - powiedział nieznajomy. - Co pani sobie 

zrobiła?

Poczuła   na   plecach   uderzenie   silnej   dłoni   i   jeszcze 

mocniej   zaczęła   się   dławić.   Ogarnęło   ją   przerażenie. 
Mężczyzna   chwycił   stojący   na   stoliku   wazon   z   jaskrami, 
wyciągnął z niego kwiaty i podsunął go tuż pod jej nos.

- Wody - powiedział. - Pani musi napić się wody! 
Christine chciała histerycznie roześmiać się. Spojrzała w 

głąb wazonu i zobaczyła tam ciemną ciecz i zatopione w niej 
rozmokłe łodygi. Poczuła się jak wessana w próżnię. Nie było 
powietrza,   nie   było   światła,   niczego   czego   można   by   się 
uchwycić...

Męskie ramię przytrzymało ją od tyłu, zaciskając się na jej 

ciele   jak   imadło.   Wiedziała,   że   nieznajomy   starał   się   jej 

3

background image

pomóc, ale bolesny ucisk jego ramion sprawił, że poczuła się 
jeszcze bardziej jak w potrzasku. Ogarnięta paniką zaczęła się 
wyrywać. Atakowała kopniakami kość goleniową mężczyzny, 
dopóki jego uścisk nie zwiotczał nieco.

Mężczyzna jej nie puszczał.
-   Stój   do   cholery!   -   krzyczał.   Nagle   straciwszy 

równowagę, oboje potknęli się o manekin,  który zawirował 
szaleńczo   i  runął   na  bok.   Christine  zaczęła  pogrążać  się   w 
nieświadomości.   Wówczas   ramiona   mężczyzny   znów   się 
zacisnęły.   Mocnym   uderzeniem   pięści   podbił   jej   klatkę 
piersiową i guzik wyskoczył z niej gwałtownie.

Pierwsze   co   poczuła,   to   zbawienny   zastrzyk   powietrza 

wdzierającego   się   do   płuc.   Dotąd   tylko   częściowo   była 
świadoma   silnych   ramion   wciąż   ją   obejmujących   i 
masywnego, męskiego ciała, które do niej przywarło. Teraz 
niespodziewanie   poczuła   się   bezpieczniejsza   dzięki   ciepłu 
promieniującemu   z tego  człowieka.  Osunęła się  bezwładnie 
jak szmaciana lalka. Mężczyzna uniósł ją i bezceremonialnie 
położył na kanapie. Opadła na poduszki, chwytając w płuca 
powietrze.   Wszystko   wokół   wydało   się   teraz   jasne   i   ostre. 
Delektowała   się   popołudniowym   słońcem,   zaglądającym 
przez   okna   i   wilgotnym,   cierpkim   zapachem   jaskrów 
rozsypanych na stoliku.

Mężczyzna pochylał się nad nią.
- Dobrze się pani czuje? - pytał z troską.
- Tak - zachrypiała, przypatrując mu się uważnie. 
Był   niezwykle   przystojny,   miał   ciemnordzawe   włosy   i 

wyraziste   rysy   twarzy.   Nawet   jego   wydatny   nos   jakby 
przydawał   mu   atrakcyjności.   Słoneczne   promienie 
wydobywały   rudawozłoty   refleks   na   owłosieniu 
przedramienia, a jego skóra miała złocisty odcień. Mężczyzna 
z miedzi i złota...

4

background image

Christine   zamknęła   i   otworzyła   oczy.   Była   tak 

roztrzęsiona,   że   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   przypadkiem 
nadal jeszcze nie jest ofiarą halucynacji.

Mężczyzna wyprostował się.
-   Przyniosę   szklankę   wody   -   powiedział.   -   Gdzie   jest 

kuchnia?

Wskazała   kierunek   i   obserwowała   go,   gdy   odchodził. 

Poruszał   się   energicznie,   stawiając   długie,   sprężyste   kroki. 
Gdy   po   chwili   wrócił,   z   wdzięcznością   przyjęła   szklankę 
wody sodowej. Uniosła się, by wypić parę łyczków, lecz zaraz 
opadła na poduszki, poruszona nagłą myślą.

- Pan uratował mi życie - powiedziała. - Gdyby nie to, co 

pan zrobił, byłoby już...

Nie   mogła   nawet   dokończyć   zdania.   Objęła   szklankę 

dłońmi, jej palce drżały.

-   To   nie   było   dla   mnie   przyjemne   przeżycie   -   od-

powiedział   cierpko.   -   Proszę   nadal   trenować   te   kopniaki. 
Świetnie to pani idzie.

Pochylił się nad wyblakłym perskim dywanem i podniósł 

z podłogi coś białego i niedużego.

- Co robił ten guzik w pani buzi?
- Lepiej mi się myśli, kiedy coś żuję - wyjaśniła.
- Dość zwariowany zwyczaj - odpowiedział. - Może teraz 

zrozumie to pani.

Podrzucił   guzik,   który   z   cichym   „pac”   wylądował   na 

blacie stolika.

-   No   cóż   -   powiedziała   Christine.   -   Zakradł   się   pan 

znienacka   od   tyłu.   Każdy   na   moim   miejscu   skoczyłby   jak 
oparzony.

- Pukałem do drzwi frontowych, lecz nikt nie odpowiadał. 

Czy to pani jest Mary Christine?

- Po prostu Christie - poprawiła go, przypatrując mu się 

uważnie.

5

background image

Jego piwne oczy przywoływały na myśl obraz górskiego 

potoku, unoszącego garść jesiennych liści.

- Jak by na to nie patrzeć - powiedziała - uratowałeś mi 

życie. Nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć.

- Nie ma o czym mówić - odpowiedział zniecierpliwiony. 

- Miałem co prawda zatrzymać się tu na parę dni, lecz może 
zniknę   na   moment   i   pozwolę   ci   wydobrzeć.   Wrócę 
wieczorem...

- O, nie - zaprotestowała, kręcąc słabo głową opartą na 

poduszkach kanapy. - Nie możesz odejść po tym, co zaszło. 
Nie rozumiesz tego? Ocaliłeś mi życie, a to nas jakoś wiąże, to 
znaczy... Nie możesz tak po prostu sobie pójść.

Christie   widziała,   jak   twarz   mężczyzny   lekko   tężeje. 

Najwyraźniej   nie   chciał   w   żaden   sposób   ulec   jej 
niestosownym emocjom, ale to nie miało znaczenia. Drżała 
wciąż od stóp do głów i bardzo kogoś potrzebowała. A on był 
tuż, obok...

- To było ważne przeżycie dla nas obojga - powiedziała, 

dzwoniąc lekko zębami. - Na pewno nie na co dzień ratujesz 
komuś   życie.   To   sprawia,   że   widzi   się   wszystko   w   innym 
świetle.   Taka   byłam   dziś   wściekła   na   jednego   z   gości. 
Zostawił   w   pokoju   okropny   bałagan,   który   musiałam 
posprzątać.   Ale   to   już   teraz   nieważne.   To   nie   ma 
najmniejszego znaczenia. Prawda?

Nie odpowiadał. Po prostu stał, przypatrując się Christie w 

taki   sposób,   w   jaki   uczony   mógłby   studiować   dziwaczny 
gatunek zwierzęcia. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej, 
kloszowej   spódnicy   z   perkalu   i   luźnym  podkoszulku,   który 
nawoływał śmiałym napisem „Przybądźcie na spływ potężną 
rzeką Rio Grande”. Wreszcie przemówił.

-   Jak   się   czujesz,   Christie?   -   pytanie   zabrzmiało   dość 

szorstko.

6

background image

- Kręci mi się w głowie. Czuję się nieźle, tylko jestem 

trochę rozbita.

Odebrał od niej szklankę i odstawił na stolik. Potem ujął 

jej dłonie.

- Masz zimne ręce - powiedział. - Pewnie jesteś w szoku. - 

Christie   nie   zaprzeczyła.   Bliskość   tego   mężczyzny   jakby 
potęgowała   niepokój   w   jej   sercu,   które   waliło   nierówno   i 
nawet zawroty głowy zdawały się nasilać.

Dotknął wierzchem dłoni jej czoła.
- Nie masz gorączki - stwierdził. Przemawiał szorstko i 

rzeczowo, ale jego dotyk był ciepły i Christie czegoś zabrakło, 
kiedy   po   chwili   cofnął   rękę.   Otulił   ją   szydełkowym, 
wełnianym szalem, który leżał na kanapie. Jego gest nie miał 
w sobie nic czułego, a jednak Christie poczuła się niezmiernie 
błogo.   Usiadł   w   fotelu   naprzeciwko.   Nosił   wąskie   dżinsy, 
które podkreślały szczupłość jego bioder. Były najwyraźniej 
nowiuteńkie.   Podobne   wrażenie   sprawiała   koszula.   Jej   krój 
podkreślał szerokie ramiona, ale zdawało się, że jest noszona 
po   raz   pierwszy.   Widoczne   były   charakterystyczne 
zagniecenia materiału.

- Jak się nazywasz? - zapytała.
- Matt Gallagher.
-   Gallagher...   a,   tak   -   powiedziała   ucieszona.   - 

Zarezerwowałeś   pokój   na   weekend.   Ulokowałam   cię   na 
drugim piętrze, jest tam spokój i cisza oraz cudowny widok na 
narciarskie   stoki.   Wyglądają   przepięknie,   takie   zielone. 
Oczywiście   są   malownicze   także,   kiedy   spadnie   śnieg   - 
dorzuciła   niezupełnie   a   propos.   -   A   tej   zimy   mam   zamiar 
szaleć na nartach. Czy jeździsz na nartach, Matt?

-   Nie   miałem   okazji   spróbować   -   padła   lakoniczna 

odpowiedź. Kręcił się na fotelu i wyglądał nieswojo.

Po   chwili   wyjął   z   kieszeni   dżinsów   niewielki   złoty 

zegarek i sprawdziwszy godzinę, zaczął obracać go w palcach 

7

background image

pieczołowicie niczym talizman. Kiedy po chwili spojrzał na 
nią badawczym, taksującym wzrokiem, Christie posmutniała. 
Ten   wyraźny   brak   entuzjazmu   czy   jakiejkolwiek   zachęty 
sprawiał jej przykrość. Przybysz najwidoczniej nie dostrzegł 
w   niej   pięknej   kobiety,   chociaż   z   pewnością   wyglądała 
atrakcyjnie. Jej ciemnoblond włosy o niespotykanym odcieniu 
opadały puklami aż do pasa, a oczy miały odcień głębokiego 
błękitu.   Policzki   były   nieco   zaokrąglone,   ale   cała   sylwetka 
wysmukła. A oto niejaki Matt Gallagher spoglądał na nią bez 
najmniejszej aprobaty niczym na oskubaną gęś. Odrzuciła szal 
i usiłowała usiąść.

-   Auu!   -   krzyknęła   z   bólu,   zaczepiwszy   kosmykiem 

włosów o jeden z guzików w oparciu kanapy.

- Cóż się znowu stało? - zapytał Matt, wpychając zegarek 

na   powrót   do   kieszonki.   W   mgnieniu   oka   był   przy   niej. 
Poczuła przyjemną woń wody kolońskiej, która mieszała się z 
zapachem   nowiusieńkiego   teksasu.   Bardzo   pociągające 
wydały się jej piegi na jego nosie.

Pociągnęła za uwięziony kosmyk.
- Pomogę ci - zaproponował.
Delikatnie   manipulował   przy   jej   włosach,   lecz   bez 

powodzenia.

-   Musi   być   jakiś   sposób   -   mruczał   do   siebie.   - 

Zobaczymy...

Usiadł   obok   na   kanapie   i   obiema   rękami   dotykał   jej 

głowy. Niczym harfista starający się opanować nową melodię 
pracował   pieczołowicie   na   strunach   jej   włosów.   Miał 
sprężyste,   kształtne   palce   o   mocnych   kostkach.   Nigdy   nie 
przypuszczała,  że  kostki  męskich  dłoni  mogą  kryć  w  sobie 
tyle magnetyzmu.

- Stanowczo powinnaś unikać guzików - oświadczył Matt. 

Nadal nie dawał za wygraną. - Wygląda na to, że już wiem. 
Zaczekaj... mam!

8

background image

Triumfalnie uwolnił ostatnie pasemko.
Nie   od   razu   wypuścił   z   ręki   jej   włosy.   Przez   chwilę 

spływały swobodnie między jego palcami. Przyjrzał się im.

-   Hmm   -   w   jego   głosie   brzmiało   lekkie   zdziwienie. 

Cokolwiek   miał   na   myśli,   nie   było   to   miłe.   Do   licha!   To 
brzmiało,   jakby   właśnie   zobaczył   węża   zaplątanego   wokół 
własnego ramienia. Christie uniosła głowę i zdecydowanym 
gestem odgarnęła wszystkie włosy na jedno ramię.

Matt przyglądał się jej, pocierając w zamyśleniu brodę.
-   Być   może   twój   ojciec   ma   rację.   Ktoś   powinien 

zaopiekować się tobą.

Słowa te spadły na Christie jak piorun z jasnego nieba.
- Co?! Znasz mojego ojca? - zapytała oburzona. Z osobą 

własnego ojca, Christophera Danielsa

Trzeciego,   wiązała   Christie   większość   bolesnych 

wspomnień.   Bardzo   długo   próbowała   żyć   podług   jego 
oczekiwań, lecz nigdy jej się to w pełni nie udało. Teraz, gdy 
była wreszcie wolna, nie miała najmniejszej ochoty wrócić ani 
pod jego, ani pod czyjekolwiek skrzydełka.

Matt wzruszył ramionami niecierpliwie, jakby chciał coś 

wyjaśnić.

- Jestem nowym wspólnikiem twojego ojca.
- Rozumiem - wycedziła Christie. - Zająłeś moje miejsce 

w   firmie   Daniels,   Peters   i   Bainbridge.   Teraz   jest   to   już   z 
pewnością firma Daniels, Peters, Bainbridge i Gallagher.

-   Świetna   myśl.   Jednak   obawiam   się,   że   całą   firmę 

wkrótce diabli wezmą i nie będzie co zbierać. A wszystko z 
twojego powodu, droga Christie Daniels!

Spoglądał na nią z jawną niechęcią.
- O czym ty mówisz? - zapytała. - Mój ojciec jest jednym 

z najlepiej prosperujących maklerów na całej Wall Street. I z 
pewnością ma się dobrze. Cóż takiego się stało?

9

background image

Poczuła nagły niepokój, wróciły echa dzieciństwa, kiedy 

ojciec był dla niej wszystkim. Dzisiaj nie miała co do tego 
złudzeń, lecz wciąż przecież nie życzyła mu źle...

-   Wiedziałabyś,   co   się   dzieje,   gdybyś   odbierała   jego 

telefony   lub   odpowiadała   na   listy,   zamiast   wysyłać   je 
nietknięte.

Zmienił pozycję i stare sprężyny kanapy jęknęły pod jego 

ciężarem.   Był   mężczyzną   potężnym   i   masywnym,   lecz   nie 
ponad   miarę.   Wyglądał   niczym   poszukiwacz   złota,   który 
właśnie zjawił się w dolinie, by nabyć dla siebie ekwipunek w 
miejskim składziku. Z pewnością nie jak nowojorski makler... 
mężczyzna ulepiony z tej samej gliny, co jej ojciec. Poczuła 
się osaczona przez kogoś, kto w końcu wdarł się podstępnie 
do jej domu. Zacisnęła dłonie w pięści i oświadczyła:

-   Moje  wzajemne   stosunki   z  ojcem   to  z   pewnością  nie 

twój interes.

- Niestety to jest mój interes - Matt pochylił się ku niej. 

Miał   złowrogi   wyraz   twarzy,   w   czym   trochę   przypominał 
niedźwiedzia   grizzly,   oglądanego   kiedyś   przez   Christie   w 
parku Yellowstone.

- Czy myślisz, że dla przyjemności przywlokłem się tu, by 

cię odszukać? Otóż nie. Ale ponieważ z twojego powodu stoi 
pod   znakiem   zapytania   cała   moja   kariera,   nie   miałem 
specjalnego wyboru.

- Nie wiem, o czym mówisz - zaprotestowała. - W ciągu 

ostatnich czterech miesięcy  nie miałam żadnego kontaktu z 
ojcem.   Jakim   więc   cudem   mogłam   mieć   wpływ   na   twoją 
karierę?

Matt   zaklął   pod   nosem.   Wstał   i   podszedł   do   walizki. 

Wyjął   z   jej   bocznej   kieszeni   jakąś   teczkę   i   podał   ją 
dziewczynie.

- Czytaj - nakazał.

10

background image

Christie   była   wściekła.   Miała   raz   na   zawsze   dość 

rozkazujących   jej   facetów.   Ale   musiała   wiedzieć,   o   czym 
mówi   ten   człowiek.   Otworzyła   teczkę   i   wśród   pliku 
dokumentów zobaczyła list od ojca. Przez chwilkę ważyła go 
w   dłoni.   Papier   był   w   najlepszym   gatunku,   jak   zresztą 
wszystko,   czego   kiedykolwiek   dotknął   jej   ojciec.   Sam   był 
chodzącą doskonałością i wymagał perfekcjonizmu od innych. 
Wciąż nie mogła otworzyć listu. W ciągu minionych miesięcy 
żal walczył w niej z poczuciem winy z powodu zerwania z 
domem. Jednak wyzwolenie się spod władzy ojca stało się dla 
niej w pewnym momencie jedynym wyjściem, prawdziwym 
wybawieniem po wielu latach życia w nieustannym napięciu. 
On nie miał prawa znów wdzierać się do jej świata!

Christie spojrzała na Matta, który stał teraz obok kominka 

i   lustrował   ponuro   kolekcję   porcelanowych   kotków. 
Rozerwała kopertę. Im szybciej dowie się w czym rzecz, tym 
lepiej. Szybko przebiegła wzrokiem list, napisany na równie 
wytwornym papierze jak koperta.

Moja droga Mary Christine!
Bardzo   mnie   boli   to,   że   unikasz   ze   mną   wszelkich 

kontaktów. Nie widzę innego wyjścia niż wysłanie Matta w 
charakterze emisariusza.

Ostatniego dnia, rzuciwszy wiele gorzkich oskarżeń pod 

moim adresem, nie dałaś mi jednocześnie szans obrony. Przez 
całe   życie   pracowałem   i   walczyłem   głównie   po   to,   by 
zostawić   ci   coś   cennego   w   spadku.   Tylko   dlatego   firma 
Daniels, Peters i Bainbridge cokolwiek dla mnie znaczyła.

Cóż,   przyznaję,   że   starałem   się   zaaranżować   twoje 

zaręczyny z Orenem Petersem, lecz czy nie miałem swoich 
racji? Oren jest ambitnym młodym człowiekiem i podobnie 
jak ty, spadkobiercą firmy. Jego ojciec zawsze był dla mnie 
kimś   więcej   niż   wspólnikiem,   był   moim   najbliższym 

11

background image

przyjacielem. Dlaczego nasze dzieci nie miałyby się połączyć, 
by   wspólnie   kiedyś   przejąć   dziedzictwo?   Miałem   zresztą 
wrażenie, że byłaś zainteresowana Orenem, zanim przejrzałaś 
mój plan.

Dzisiaj   to   wszystko   nie   ma   żadnego   znaczenia.   Nie 

chciałaś   przejąć   mojej   spuścizny   i   odtąd   firma   praktycznie 
przestała się dla mnie liczyć, Mary Christine. Postanowiłem ją 
zatem rozwiązać po trzydziestu latach budowania. Bez ciebie 
moja   praca   straciła   sens.   Otrzymasz   od   Matta   niezbędne 
dokumenty,   których   podpisanie   umożliwi   mi   dalsze   kroki 
likwidacyjne. Nadal jesteś głównym udziałowcem i bez twojej 
zgody nie mogę nic zrobić. Jest w tym zresztą pewna ironia 
losu, nie sądzisz? W efekcie więc ty zwyciężyłaś. Myślę, że 
zawsze ci o to chodziło.

Szczerze oddany 

Twój ojciec

Christie przeczytała list raz jeszcze i z niedowierzaniem 

roześmiała się głośno.

-   Przeszedł   samego   siebie   -   oświadczyła.   -   Grozi 

zlikwidowaniem biznesu! W rzeczywistości to ostatnia rzecz, 
na   jaką   by   się   zdobył.   Za   to   po   mistrzowsku   usiłuje   mnie 
podejść,   abym   przepełniona   uczuciem   winy   wróciła   do 
Nowego   Jorku   pierwszym   samolotem.   Prawdziwy   mistrz 
manipulacji!

Przez chwilę odczuła szczery podziw dla gry ojca, a potem 

z pogardą cisnęła list na podłogę. Oburzyła ją ta przebiegła 
próba ponownego zawładnięcia nią, ale jednocześnie była zła 
na   siebie.   Psiakrew!   Znowu   w   końcu   czuła   się   winna,   a 
przecież dokładnie o to chodziło jej prześladowcy.

Matt odwrócił się w jej stronę.
- Wydaje mi się, że czegoś tu nie rozumiesz - powiedział 

chłodno. - On naprawdę chce zlikwidować firmę z powodu 

12

background image

tych sentymentalnych idiotyzmów. I tak czy inaczej musisz go 
powstrzymać, zanim zrobi coś arcygłupiego. Obiecałem mu, 
że przekażę ci te papiery, ale nie mam zamiaru pozwolić ci na 
ich podpisanie.

-   A   więc   świetnie   się   składa.   Bo   ja   ich   na   pewno   nie 

podpiszę! - odepchnęła od siebie teczkę.

-   To   jeszcze   mało   -   kontynuował   Matt.   -   Musisz 

uporządkować   swoje   rachunki   z   ojcem.   Nieważne   jak   - 
zadzwoń do niego albo najlepiej leć ze mną do Nowego Jorku. 
Jesteś jedyną osobą, która może sprawić, że zmieni zdanie. Im 
szybciej się do tego weźmiesz, tym lepiej dla nas wszystkich.

Christie   rozdrażniło   to   nachalne   mieszanie   się   do   jej 

spraw. Obrzuciła rozmówcę lodowatym spojrzeniem.

- Nie pozwolę sobą manipulować. Ani tobie, ani mojemu 

ojcu   -   powiedziała.   -   A   swoją   drogą,   jeśli   rzeczywiście 
obchodzi cię przyszłość firmy, możesz sobie wykupić mojego 
ojca razem z Orenem Petersem. Terence Bainbridge wycofa 
się wkrótce, nie ma więc co na niego liczyć, lecz ty i Oren 
stworzycie z pewnością miły duet - ironizowała.

-   To  niezły   dowcip.   Ja  i   twój   beztroski   eks-narzeczony 

jako para wspólników.

- Oren nie jest żadnym lekkoduchem - zaprotestowała. - 

Jest tak samo despotyczny i uparty jak mój ojciec - utkwiła 
spojrzenie   w   rozmówcy   -   który   zresztą   zawsze   otaczał   się 
ludźmi tego pokroju. Ty też nie wyglądasz na wyjątek.

Zignorował   tę   uwagę,  zajęty   nagle   porcelanową   figurką 

kota z wymalowanymi na ogonku dzwoneczkami. Obejrzał ją 
krytycznie ze wszystkich stron mówiąc:

- Nawet gdybym chciał wykupić twojego ojca, nie byłoby 

mnie na to stać - lekki grymas wykrzywił jego usta. - Mój 
ostatni   wspólnik   dokonał   poważnych   nadużyć   i   zupełnie 
rozłożył interes. Musiałem zaczynać wszystko od początku i 
oto   po   raz   drugi   mogę   zrobić   klapę,   w   dodatku   z   powodu 

13

background image

niedorzecznej kłótni rodzinnej. Prześladuje mnie chyba jakieś 
fatum.

Wypuścił   z   ręki   porcelanową   figurkę,   która   upadła   z 

hałasem.   Dziwnym   trafem   nie   rozleciała   się   na   kawałki. 
Christie przeszyła Matta zimnym wzrokiem.

-  Obwiniasz mnie   za  wszystkie niepowodzenia  swojego 

życia. To raczej nie w porządku, nie uważasz?

Wolnymi krokami przemierzał pokój, zatrzymując się co 

chwila, by usunąć ze swojej drogi jakiś wiklinowy mebel.

-   Obwiniam   korupcję   i   nadużycia   na   rynku   papierów 

wartościowych. Obwiniam mojego wspólnika, który zniszczył 
nasz   wspólny   interes   i   moją   wiarę   w   przyjaźń.   Obwiniam 
twojego   ojca,   który   zachowuje   się   jak   sentymentalny   stary 
głupiec - i ciebie także za to, że uciekłaś z Nowego Jorku, 
zostawiając po sobie cały ten bałagan i licząc, że ktoś go za 
ciebie uporządkuje.

Zatrzymał   się   na   widok   wysokiej,   osobliwej   komody, 

która mu stała na drodze.

-   Po   jakiego   czorta   jest   tu   aż   tyle   mebli?   -   zapytał 

zaczepnie. - Ten pokój przypomina jakiś opętany antykwariat.

-   Lubię   starocie   -   oświadczyła   Christie.   -   Nigdy   nie 

miałam na to czasu w Nowym Jorku. Właściwie na nic nie 
miałam tam czasu.

Rozejrzała   się   dokoła,   obdarzając   ciepłym   spojrzeniem 

otaczający   ją   rozgardiasz   -   pokiereszowane   biurko   z 
żaluzjowym   zamknięciem,   które   przycupnęło   w   kącie   jak 
zwierzak   pielęgnujący   swe   rany,   staroświecki   grzejnik, 
wynaleziony   gdzieś   w   sklepie   ze   starzyzną   w   Santa   Fe, 
ozdobny wiktoriański kwietnik. Jak dotąd nic nie cieszyło ją 
bardziej   niż   wynajdowanie   coraz   to   nowych   drobiazgów   w 
coraz to innych stylach - egipskim, gotyckim, renesansowym, 
rokokowym, kolonialnym czy japońskim.

14

background image

Zwróciła się w stronę Matta, ciekawa czy jest w stanie 

dostrzec, jak wiele znaczyło dla niej to nowe życie, którego 
każdy   kolejny   dzień   krył   w   sobie   masę   radości   i 
niespodzianek. Lecz Matt Gallagher należał do innego świata i 
prawdopodobnie   nie   doceniał   uroków   rzeczy   małych   i 
prostych. Musiała przyjąć inną linię obrony.

-   Posłuchaj,   Matt   -   zaczęła.   -   Ja   właściwie   nie   miałam 

innego wyjścia. To narastało od tak dawna... - pokiwała głową 
ze smutkiem. - Gdy jesteś maklerem, jedyne co cię obchodzi - 
to pchanie akcji w górę, wyżej niż w zeszłym tygodniu, wyżej 
niż   wczoraj.   Codziennie   rano   budziłam   się   z   nerwową 
wysypką - otrząsnęła się na samo wspomnienie. - Śniłam sen 
swojego ojca, a nie mój własny, i to stawało się czasem nie do 
zniesienia - ciągnęła. - A potem miała miejsce wielka farsa z 
moimi   zaręczynami   z   Orenem.   Zorientowałam   się,   że 
wszystko to uknuł mój ojciec, praktycznie przekupił Orena, by 
tylko   biedak   mi   się   oświadczył!   Tak   więc   ostatnia   kropla 
przepełniła mój kielich goryczy. Życie pod presją wymagań 
ojca było jednym pasmem udręk i już to wystarczyłoby, żeby 
odejść. Lecz on posunął się jeszcze dalej, próbując narzucić 
mi   małżeństwo.   Nie   pozostawało   mi   nic   innego,   jak 
natychmiast wyjechać. Czy jesteś w stanie to zrozumieć?

- Mimo wszystko powinnaś była zostać w Nowym Jorku - 

odpowiedział   Matt.   -   Należało   rozwiązać   własne   problemy, 
zamiast od nich uciekać.

Miał niezadowoloną minę. Najwyraźniej zastanawiał się 

nad tym, jak dowieść, że gdyby tylko starczyło jej odwagi, 
powinna wrócić do domu dla własnego dobra.

- Nie mam zamiaru kroczyć kolejną wydeptaną przez ojca 

ścieżką - oznajmiła stanowczo. - I możesz mu to powtórzyć.

-   Pośredniczenie   między   tobą   a   ojcem   nie   ma   żadnego 

sensu - zawyrokował. - I niczego nie rozwiąże. Musisz sama 
to   z   nim   załatwić   i   powstrzymać   go   w   jego   szaleństwie. 

15

background image

Naprawdę   nie   chciałbym   przyglądać   się,   jak   kolejna   firma 
pada na moich oczach. Możesz być tego pewna - to bardzo 
żałosny widok.

Christie poczuła, jak krew uderza jej do głowy.
- Tracisz czas! - wykrzyknęła. - O ile wiem Christopher 

Daniels Trzeci może robić wszystko, na co ma ochotę!

Matt   stanął   przed   nią   z   rękoma   ukrytymi   głęboko   w 

kieszeniach dżinsów. Wyglądał groźnie.

- Przekonam cię, Christie, nieważne jakim kosztem.
- Żaden człowiek nie będzie mi dyktował, co mam robić. 

Dotyczy to i ciebie!

Po raz pierwszy uśmiechnął się - zwodniczym, ujmującym 

uśmiechem.

-   Jeszcze   zobaczymy,   Christie   -   powiedział   miękko.   - 

Zobaczymy...

16

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Christie z trudem wydobyła się z objęć zapadniętej starej 

kanapy. Wciąż jeszcze była oszołomiona i zdawało się jej, że 
zaraz straci przytomność. Rzeczywiście, zachwiała się nieco i 
wtedy Matt ponownie ruszył z pomocą. Objął ją ramieniem 
pewnie   i   stanowczo,   a   zarazem   zaskakująco   delikatnie. 
Poczuła dziwną, bezwładną błogość w całym ciele.

- Dobrze się czujesz? - zapytał z niepokojem.
- O tak... Nieźle, dziękuję - odparła, odsuwając się nieco 

od niego. Krępowała ją subtelność tego uścisku.

- No cóż - przemówiła rzeczowym tonem. - Skoro musisz 

zatrzymać się w Red River, powinieneś spróbować w hotelu 
Blue Spruce na Main Street, pewnie mają tam wolne miejsca.

- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - powiedział pewnie. 

- Zostanę tutaj.

- Nie ma mowy!
- Jak to, czyżbym nie miał rezerwacji?
- W zasadzie tak, ale...
- Więc nie możesz mnie odesłać. Jestem gościem jak inni.
Christie   zerknęła   kpiąco   na   rozmówcę.   Targały   nią 

sprzeczne   uczucia.   W   gruncie   rzeczy   Matt   bardzo   jej   się 
podobał i niemiła była myśl, że oto miałby  zniknąć raz na 
zawsze za drzwiami i umknąć z jej życia. Rozsądek jednak 
nakazywał   pozbyć   się   go   natychmiast,   zanim   przestałaby 
panować   nad   emocjami.   To   przecież   wysłannik   jej   ojca. 
Należało się go wystrzegać.

Lecz   z   drugiej   strony   ufała   przecież   sobie   i   własnej 

odporności na jego wdzięki. A Matt będzie w Red River tylko 
kilka dni. Dlaczego nie pozwolić mu zostać?

-   Jestem   kobietą   interesu   -   powiedziała   po   chwili   -   i 

byłoby głupotą odsyłać gościa, który płaci. Ale nie oczekuj 
specjalnego traktowania.

17

background image

Rozmowa utknęła w martwym punkcie. Christie wreszcie 

przemówiła.

-   Zaprowadzę   cię   do   twojego   pokoju,   żebyś   mógł   się 

rozgościć   -   zadecydowała.   -   Trochę   później   dopełnimy 
formalności.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku schodów. 

Matt podniósł  walizkę i  podążył  za nią.  Nim przeszła parę 
kroków, położył dłoń na jej ramieniu.

- Zwolnij - doradził. - Lepiej nie chodź zbyt energicznie 

jeszcze przez jakiś czas.

Ta poufałość irytowała i dziwnie niepokoiła dziewczynę. 

Ponieważ wciąż jednak nie czuła się dobrze, pozwoliła, by 
ujął ją pod rękę i razem weszli na drugie piętro.

-   Oto   twój   pokój   -   oznajmiła,   otwierając   zamaszyście 

drzwi.

We   wnętrzu   niepodzielnie   królowały   starocie.   Oczom 

gościa ukazały się dwa sekretarzyki z lustrami, bujane krzesło 
i   fotel,   taboret   i   krzesło   na   kółkach,   parę   oszklonych 
biblioteczek,   rustykalne   sosnowe   biurko   i   miniaturowy 
klawikord w idealnym stanie. Całego tego dobytku, niczym 
obwarowanej   fortecy,   strzegło   ogromne   łoże,   ulokowane 
pośrodku.

- Przytulnie tu, prawda? - zapytała Christie, torując sobie 

drogę między sekretarzykiem a bambusowym bujakiem. Matt 
stał w drzwiach, obserwując podejrzliwie pokój, jakby miał do 
czynienia   z   niebezpieczną   zasadzką.   Wreszcie   przekroczył 
próg, podszedł do łóżka i położył na nim walizkę, sprawdzając 
jednocześnie   sprężystość   materaca   i   obrzucając   Christie 
odpowiednio wymownym spojrzeniem.

- Musisz wiedzieć, Matt - zagadała - że skoro już jesteś w 

Red   River,   możesz   tutaj   nieźle   się   rozerwać.   Masz   wiele 
różnych   możliwości:   łowienie   ryb,   pływanie   tratwą,   piesze 
wyprawy...

18

background image

Spojrzał na nią ironicznie.
- Obawiam się, że nie będę miał na to czasu. Wracam do 

Nowego Jorku w poniedziałek, a ty polecisz ze mną.

Zmarszczyła gniewnie brwi w odpowiedzi.
- Nigdy nie wrócę do Nowego Jorku. Jestem teraz kimś 

innym i żyję zupełnie innym życiem.

Matt otworzył walizkę.
- Nikt nie żąda od ciebie wielkich ofiar, Christie. Jedyne, 

czego oczekuję, to że zjawisz się w domu i powstrzymasz ojca 
od   robienia   głupstw.   Potem   możesz   spokojnie   wracać   do 
swojego raju na końcu świata.

Christie poruszyła się gwałtownie.
- Kiedy się przekona, że jestem w Nowym Jorku, zrobi 

wszystko, żeby mnie tam zatrzymać. W tym cały problem - on 
stara się grać na moich emocjach i na moim poczuciu winy. 
Naprawdę świetnie to potrafi.

Matt wzruszył ramionami.
-   To   może   wrócisz   do   pracy   w   firmie?   Naprawdę   tak 

bardzo   przeraża   cię   perspektywa   życia   w   Nowym   Jorku   i 
pracy na giełdzie?

Christie kiwnęła głową.
-   To   piekło   jest   nie   do   wytrzymania.   Czy   ty   tego   nie 

zauważyłeś?   Spójrz   na   siebie.   Jesteś   napięty   jak   struna, 
wezbrany wulkan, który za chwilę wybuchnie.

Matt gniewnie zerknął na Christie znad walizki.
- To fakt, że żyję w napięciu - przyznał cierpko.
- I czasem mam tego dość! Ale nie mogę tak po prostu 

wszystkiego   rzucić   po   piętnastu   latach   pracy.   Nie   wolno 
uciekać od odpowiedzialności w taki sposób, jak robisz to ty.

-   Czasami   obowiązek   nas   przytłacza   -   odpowiedziała 

Christie.   -   Bardzo   długo   starałam   się   spełniać   wszystkie 
polecenia mojego ojca. Nie mogę jednak poświęcić własnego 
szczęścia, by go zadowolić.

19

background image

Obserwował ją z zaciętą miną, lecz milczał. Christie czuła, 

że   zdobyła  lekką   przewagę.   Usiadła   na   łóżku   i   rozkołysała 
materac, który okazał się sprężysty i jędrny. Na pewno dobrze 
będzie   służyć  Mattowi...   Wyobraziła   sobie   jego   duże,   silne 
ciało rozciągnięte na łóżku i pogrążone we śnie...

Z   trudem   przełknęła   ślinę,   przywołując   wyobraźnię   do 

porządku. Matt wypakowywał właśnie z walizki stertę koszul. 
Wszystkie miały oryginalne opakowania i wyglądało na to, że 
ich   właściciel   odwiedził   niedawno   jakiś   sklep,   zażądawszy 
różnych koszul na każdą okazję.

-   Dlaczego   przytaskałem   ze   sobą   cały   ten   śmietnik?   - 

marudził, rozwijając parę długich, żółtych skarpetek. Coraz to 
nowe rzeczy wyskakiwały z walizki, a Matt miał taką minę, 
jakby nie on je tam wkładał.

Christie   zwróciła   uwagę   na   flanelową   bluzę   w   zielono-

niebieską kratę i parę sztruksowych spodni.

- To akurat bardzo mi się podoba - pochwaliła, gładząc 

miękką   flanelę.   -   Czy   zabrałeś   ze   sobą   także   szorty?   Albo 
adidasy?

Wychyliła   się,   by   dojrzeć   buty,   które   miał   na   nogach. 

Okazały   się   nieskazitelnie   nowymi   butami   do   górskiej 
wspinaczki.

- Jesteś całkiem nieźle wyposażony. Myślę, że nie jesteś 

przypadkiem beznadziejnym.

- Co za wścibska osoba z ciebie.
-   Zgadza   się   -   przyznała,   nie   tracąc   pewności   siebie. 

Wyprostowawszy się próbowała właśnie zgarnąć włosy tak, 
by je zapleść w jeden luźny warkocz.

- Jestem okropnie wścibska, ale przy okazji życzliwa. Te 

cechy uczyniły ze mnie niezłego maklera. W moich klientach 
zawsze   bardziej   interesowało   mnie   to,   kim   są,   niż   to,   ile 
posiadają.   A   oni   to   we   mnie   cenili.   Czy   możesz   to   sobie 

20

background image

wyobrazić?   Makler,   który   w   gruncie   rzeczy   nienawidzi 
mechanizmów giełdy.

Matt skrzyżował ręce na piersiach i obojętnie przyglądał 

się dziewczynie.

-   Niezły   makler?   Jeśli   wierzyć   twojemu   ojcu,   byłaś 

rewelacyjna.

- Jakie to dziwne... Nigdy mi tego nie powiedział. Raczej 

dawał do zrozumienia, że nie spełniam jego oczekiwań.

- Mogłaś mu przecież powiedzieć, że potrzebujesz jakiejś 

zachęty - podsunął. - Więcej uznania z jego strony...

- To by niczego nie załatwiło - żachnęła się.
- Sprawy zbyt się skomplikowały. Chciałam przecież, by 

nie   tylko   mnie   doceniał,   ale   również   szanował.   Chciałam, 
żeby zaakceptował moje prawo do podążania własną drogą, 
nie tylko tą jedną jedyną, którą on sam wytyczył.

Podeszła do okna.
-   Red   River   jest   dla   mnie   miejscem   szczególnym   - 

powiedziała   z   przejęciem.   -   Kiedyś   spędziłam   tu   z   ciotką 
wspaniałe   wakacje,   miałam   wtedy   czternaście   lat.   Tutejsze 
lato po prostu mnie oczarowało i nigdy nie przestałam marzyć, 
że powrócę w to miejsce. I wróciłam! To mój największy w 
życiu   sukces,   niestety,   bardzo   różny   od   tego,   jakiego 
oczekiwał   mój   ojciec.   Czy   wiesz,   że   był   to   mój   pierwszy 
samodzielny   wybór?   Nie   przyszło   mi   łatwo   i   tym   bardziej 
jestem z siebie dumna.

-   Moje   gratulacje   -   oświadczył   Matt   bez   przekonania. 

Wciąż opróżniał walizkę, coś przy tym do siebie mrucząc pod 
nosem. Bez trudu mogła się zorientować, że jego biadolenie 
dotyczyło w równym stopniu poszczególnych części własnej 
garderoby, jak również jej niepoczytalnego postępowania.

Christie   patrzyła   jak   znoszony,   szaro-brązowy   dres, 

wyrzucony   w   powietrze,   wylądował   po   chwili   na   stercie 
rozrzuconych po całym łóżku ubrań.

21

background image

-   Och,   ta   rzecz   już   była   w   użyciu   -   stwierdziła 

zaciekawiona. - Pewnie w tym biegasz?

- W zasadzie tak - przyznał niechętnie, jakby odkryła coś 

nazbyt osobistego.

-   Dobrze,   że   ćwiczysz,   to   rozładowuje   napięcia.   Czy 

stosujesz jakąś dietę? - dopytywała się. - Jadasz jak należy, 
czy   raczej   tylko   zimne   napoje   i   kawa   przez   cały   dzień? 
Służbowe obiady i kolacyjki z klientami też nie są szczytem 
racjonalnego odżywiania. Prędzej czy później kończy się to 
wrzodami żołądka.

Matt   postanowił   odwrócić   uwagę   Christie   od   własnych 

zwyczajów gastronomicznych.

- Wrzody... - podchwycił hasło. - To mi przypomniało, że 

jestem głodny. Czy jest tu blisko jakaś dobra knajpka?

Christie   odstąpiła   od   okna.   Przyjrzała   się   rdzawo-

brunatnej czuprynie Matta i wyrazistym rysom jego twarzy. 
Był stanowczo zbyt przystojny. Fizycznie pasował jak ulał do 
górskiego otoczenia, ale coś zaciętego w jego twarzy mówiło 
jej, że myślami jest daleko. Ogarnęło ją dziwne wzruszenie. 
Ten człowiek kilka chwil wcześniej uratował jej życie.

- Nie musisz jeść w restauracji - powiedziała. - Możesz 

zjeść kolację ze mną, przygotuję coś szybkiego.

Zmarszczył brwi i lekka bruzda przecięła mu czoło. Myśl 

o wspólnej kolacji wyraźnie nie wzbudziła w nim entuzjazmu.

-   Nie   oczekuję   specjalnego   traktowania   -   powiedział 

oschle.

- Jak chcesz - Christie ruszyła w stronę toalety, potykając 

się o nogę zastawiającego przejście krzesła.

- Jesteś chodzącym nieszczęściem.
- Nie przypominam sobie, aby przydarzały mi  się takie 

historie, zanim się tu pojawiłeś.

Z szafki wyjęła dwa czyste ręczniki i podała je Mattowi.
- Wykąpać się można na dole - informowała.

22

background image

- Poza tobą nikt się na tym piętrze nie zatrzymał, jesteś 

więc sam.

Skierowała   się   w   stronę   drzwi,   lawirując   pomiędzy 

meblami. Odwróciła się w progu.

-   Parę   kroków   stąd   w   Miner's   Cafe   podają   dość   lichy 

kotlet   rybny   -   powiedziała.   -   Ale   gdybyś   zdecydował   się 
dołączyć   do   mnie,   będę   na   dole...   Potraktuj   to   jako   wyraz 
wdzięczności za uratowanie mi życia. Zazwyczaj nie serwuję 
kolacji moim gościom - dodała powściągliwie - ale tym razem 
mam ochotę zrobić wyjątek.

Wyszła z pokoju, nie czekając na odpowiedź. Cóż, jeżeli 

on nie zdecyduje się na wspólną kolację, to nawet lepiej dla 
obojga.   W   swoim   nowym   życiu   Christie   nie   przewidywała 
specjalnego miejsca na męskie towarzystwo.

Wróciła   do   salonu,   gdzie   wciąż   leżał   na   podłodze 

przewrócony manekin. Podniosła go. Odruchowo wygładzała 
fałdy materiału, daleka już teraz od fantazjowania na temat 
kroju sukienki.

Jej   uwagę   przykuł   biały   guzik   na   nocnym   stoliku   - 

sprawca niedawnej katastrofy. Ukryła go w dłoni, myśląc, że 
mimowolnie stał się w jej oczach symbolem więzi między nią 
a Mattem.

- Do diabła! - zaklęła. Nawet jeśli rzeczywiście uratował 

mi życie, tego typu wzruszenia nie powinny mnie dotyczyć. I 
naprawdę nie wiem, dlaczego tak zależy mi na tym, żeby tu 
zszedł   na   kolację!   Może   działa   tu   syndrom   wybawcy   i 
wybawionej. Heros wybawił z opresji heroinę i teraz ona jest 
mu winna dozgonną wdzięczność. Jakie to dogodne pole do 
fantazjowania i snucia romantycznych mrzonek!

Wrzuciła   guzik   do   pudełka   po   cygarach   i   zatrzasnęła 

wieczko.   Żaden   mężczyzna   nie   zakłóci   spokoju   jej   nowej 
egzystencji,   nawet   Matt   Gallagher.   Bez   względu   na   to   jak 
dalece byłaby mu wdzięczna i niezależnie od tego, czy jej się 

23

background image

podobał,   czy   nie   -   reprezentował   wrogi   obóz   i   o   tym   nie 
należało zapominać.

Uznawszy,   że   dostatecznie   zapanowała   nad   sytuacją, 

Christie przekroczyła próg kuchni, jednego z najukochańszych 
miejsc w swoim nowym domu.

Zmierzyła   wzrokiem   potężny,   zwalisty   piec   niczym 

przeciwnika przed walką. Również na polu kulinarnym miała 
zamiar   niebawem   osiągnąć   mistrzostwo,   zwłaszcza   że   w 
Nowym   Jorku   zawsze   jadała   poza   domem.   Miała   zwyczaj 
wyrywać się z pracy na krótko w porze lunchu, kupować na 
wynos porcję ciepłej zupy, a na pobliskim straganie banana 
lub jabłko i wszystko to przełykać pospiesznie na schodach u 
podnóża   biurowca.   Teraz   nikt   nie   zmusiłby   jej   do   takich 
poświęceń. Z upodobaniem pielęgnowała wizję samej siebie 
jako   niezrównanej   autorki   pysznych,   domowych   potraw. 
Pewne   sukcesy   w   tej   dziedzinie   miała   już   za   sobą   i   dziś 
wieczorem   postanowiła   odnieść   kolejny,   oszałamiający 
sukces, na wypadek gdyby niejaki Matt Gallagher miał zamiar 
do niej dołączyć.

Oczywiście   nie   chodziło   o   to,   żeby   wywrzeć   na   nim 

wrażenie,   czy   też   dowieść   swej   kobiecości.   Co   to,   to   nie! 
Kobiety stosują takie sztuczki, kiedy chcą zdobyć mężczyznę, 
a   o   to   Christie   z   pewnością   nie   chodziło.   To   była   kwestia 
pewnej ambicji. Jeśli ona pitrasi jakieś danie, to będzie to coś 
wyśmienitego,   nawet   gdyby   miała   zjeść   je   sama.   Pal   licho 
Matta!

Zaczęła   myszkować   w   staroświeckiej   lodówce,   która 

brzęczała i furkotała tajemniczo. Już za chwilę na rozgrzanej 
w   rondlu   oliwie   skwierczały   plastry   bakłażanów,   a   obok 
bulgotał   pomidorowy   sos.   W   piekarniku   podgrzewały   się 
pszenne   bułeczki   upieczone   poprzedniego   dnia.   Kuchnię 
przepełniała   błoga   mieszanina   dźwięków   towarzyszących 
gotowaniu   oraz   kuszący   aromat   bazylii   i   oregano.   Christie 

24

background image

delektowała   się   chłodnym,   spokojnym   światłem   wieczoru, 
ucierając na blacie kuchennym kawałek żółtego sera.

Bez   reszty   zaabsorbowana   tą   czynnością   nie   usłyszała 

Matta,   który   właśnie   pokonał   wahadłowe   drzwi   tuż   za   jej 
plecami.   Odchrząknął   cicho,   co   sprawiło,   że   odwróciła   się 
gwałtownie i odruchowo przyłożyła dłoń do szyi. Poczuła pod 
palcami przyspieszone tętno.

-   Nie   chciałem   cię   przestraszyć   -   wytłumaczył   się. 

Uśmiechnęła się cierpko w odpowiedzi.

-  Nic  nie  szkodzi.  Na  szczęście  tym  razem  nie  miałam 

niczego w ustach.

Stali tak przez chwilę naprzeciw siebie. Christie wytarła 

dłonie w ściereczkę, zatkniętą za pasek spódnicy.

-   No   cóż   -   powiedział   Matt.   -   Pomyślałem,   że   może 

moglibyśmy zjeść razem kolację.

Uradowana zaczęła się krzątać przy blacie.
- Usiądź tam przy stole, proszę. Jedna chwila i wszystko 

będzie gotowe.

Zasiadł   wygodnie   na   krześle   przy   pokiereszowanym, 

dębowym stole i obserwował jej kolejne poczynania. Nieco 
tym speszona,  Christie upuściła  łyżkę,  która wylądowała  w 
pomidorowym   sosie,   brudząc   jej   podkoszulek   serią 
czerwonych   plamek.   Zdając   sobie   sprawę   z   tego,   że 
zachowuje się nerwowo, stanęła tyłem do gościa, starając się 
skoncentrować   na   precyzyjnym   krojeniu   papryki.   Och, 
przecież   wcale   nie   musi   wywierać   na   nim   wstrząsającego 
wrażenia.

Myśl ta uspokoiła ją i kolejne czynności przebiegały we 

właściwym   rytmie   -   trzeba   wyjąć   z   kredensu   talerze   i 
salaterki,   o,   tak,   zamieszać   w   trzech   różnych   rondlach, 
stojących   na   kuchni,   teraz   poodrywać   liście   sałaty...   Wciąż 
czuła na sobie wzrok Matta, lecz nie dbała o to. Działała z 
pełną swobodą. Po chwili dwa kopiaste talerze z bakłażanami 

25

background image

z serem w sosie pomidorowym powędrowały bezpiecznie na 
stół, a towarzyszyła im butelka wina i paprykowo-ogórkowa 
sałatka.   W   wyłożonym   serwetką   koszyku   piętrzyły   się 
zachęcająco   gorące   bułeczki.   Pokręciła   się   jeszcze   przez 
chwilę   i   uwieńczyła   dzieło   ćwiartką   świeżutkiego   masła 
podanego   na   talerzyku   z   chińskiej   porcelany,   porzeczkową 
konfiturą   w   szklanej   salaterce   i   lnianymi,   zamiast 
papierowych, serwetkami. Zasiadła teraz naprzeciw Matta i z 
dumą przyjrzała się całości. Danie pachniało zbyt apetycznie, 
by   zwlekać   z   rozpoczęciem   uczty,   a   po   całym,   pełnym 
niespodzianek dniu, czuła się solidnie głodna.

Żadne z nich nie odzywało się przez dłuższą chwilę. Matt 

jadł uważnie, niczym zawodowy degustator. Po jakimś czasie 
wydał swój sąd.

-   Wyśmienite   -   orzekł   z   podziwem.   -   Przywykłem   do 

restauracyjnych  posiłków   i   właściwie   już   zapomniałem,   jak 
smakuje prawdziwa domowa kuchnia.

Christie uśmiechnęła się z wdzięcznością.
-   Cieszę   się,   że   to   przyznałeś.   Mój   styl   życia   ma,   jak 

widzisz, znaczną przewagę nad twoim.

-   To   zbyt   daleko   posunięty   wniosek   -   odpowiedział, 

sięgając po sałatę. - Poprzestałbym na stwierdzeniu, że twoja 
kuchnia jest wspaniała.

-   Dziękuję   -   skwitowała,   nawijając   na   widelec   nitkę 

roztopionego   sera.   -   Skąd   właściwie   pochodzisz,   Matt? 
Urodziłeś się w Nowym Jorku?

- Tak, dzieciństwo spędziłem w Brooklynie, a potem przez 

wiele lat mieszkałem na Manhattanie.

- Dla mnie Manhattan to całe moje życie, aż do chwili, 

gdy  przeniosłam się tutaj. Jako dziecko wciąż wędrowałam 
między   apartamentem   ojca   na   Park   Avenue   a   mieszkaniem 
matki po zachodniej stronie Central Parku.

26

background image

- Wiem, że twoi rodzice się rozwiedli. Podobnie zresztą 

jak i moi... Mamy więc coś wspólnego

-   powiedział   dość   obojętnie,   pocierając   w   zamyśleniu 

podbródek.

- Ile miałeś lat, kiedy to się stało? - zapytała Christie.
- Kiedy co się stało? - spojrzał na nią z roztargnieniem. - 

Ach, rozwód moich rodziców? Miałem trzynaście lat.

- Ja dwanaście. Okropnie to przeżywałam... Każde z nich 

walczyło o wyłączne prawo do opieki nade mną, ale w końcu 
sąd przyznał to prawo obojgu - mówiła z uśmiechem, lecz w 
kącikach jej usta czaiła się jakaś gorycz. Dla matki Christie 
cała ta stoczona w przeszłości wojna była niczym innym jak 
rzuceniem   wyzwania   wielkiemu   Christopherowi   Danielsowi 
Trzeciemu. Nie chodziło wcale o Christie. Dopiąwszy swego, 
Juliet   Daniels   prawie   natychmiast   przestała   interesować   się 
córką   i   wróciła   do   swego   życiowego   nałogu   -   nigdy   nie 
kończących się podróży po całym świecie.

Matt odstawił kieliszek z winem.
- Ja też miałem nielekko - przyznał niechętnie.
-   Mieszkałem   z   matką   dopóki   nie   uznała,   że   jestem 

nieznośny. Potem byłem przy ojcu, aż on również uznał, że 
jestem nie do wytrzymania.

Christie roześmiała się.
- Trudno mi sobie ciebie wyobrazić jako zbuntowanego 

nastolatka. Wyglądasz raczej bardzo...

-   szukała   odpowiednich   słów   -   poważnie   i   od-

powiedzialnie.

Matt przełamał bułeczkę i obficie posmarował ją masłem.
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że jestem statecznym 

nudziarzem?

Przyjrzała   mu   się   badawczo.   Nudziarz?   O,   nie,   raczej 

trudno   byłoby   dopatrzeć   się   czegoś   nudnego   w   złotawym, 
fascynującym kolorycie tego mężczyzny...

27

background image

- „Stateczny” to nie jest właściwie słowo - myślała głośno. 

-   Przypominasz   raczej   wulkan,   który   za   chwilę   może 
wybuchnąć z wielką siłą.

- Miło to słyszeć - odparł z przekąsem.
- Bardzo wierzę w to, że w życiu trzeba oddać się czemuś 

bez   reszty,   zwłaszcza   jeśli   można   w   tym   odnaleźć   własne 
szczęście. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że... Matt, czy ty 
czujesz się szczęśliwy?

Ścigał widelcem kawałek pomidora, pląsający po talerzu 

w ostatniej łyżce smakowitego sosu.

- Oczywiście że tak - oświadczył, przełykając upolowany 

kęs.

Christie miała wielką ochotę podrążyć trochę ten temat. 

Matt wydawał jej się osobą wewnętrznie niespokojną. Kimś, 
kto   nie   umie   sprostać   wysokim   wymaganiom   stawianym 
samemu sobie i bezwiednie oczekuje jakiegoś rozstrzygnięcia, 
które   dokonałoby   się   poza   nim.   Ciekawe   co   ma   na   myśli, 
kiedy mówi o szczęściu... Spytała go o to, lecz przerwał jej w 
pół słowa.

- Ten dom ma już swoje lata - zauważył. - Opowiesz mi o 

nim?

Christie uniosła do ust kieliszek. W tym pytaniu brzmiała 

obojętność i dla obojga było jasne, że padło ono tylko po to, 
by zamknąć rozmowę o sprawach nazbyt osobistych.

-   Dość   długo   poszukiwałam   domu,   który   mógłby   się 

nadawać na pensjonat. Wiedziałam od dawna, że w Red River 
są idealne warunki do stworzenia małego przedsięwzięcia tego 
typu i że będzie ono nieźle prosperować - uświadomiła sobie, 
że   przemawia   językiem   dawnej   Mary   Christine   Daniels, 
kobiety   interesu.   A   przecież   chciała,   by   zrozumiał   drugą 
stronę   medalu,   by   odczuł,   że   w   to   przedsięwzięcie 
zaangażowała przede wszystkim własną duszę. Oparła łokcie 
o stół i spojrzała mu przenikliwie w oczy. - Kiedy zobaczyłam 

28

background image

ten dom po raz pierwszy, wcale nie byłam pewna, czy w ogóle 
się do czegokolwiek nadaje. Okap dachu, zwisający prawie do 
ziemi,   jakby   ktoś   go   zapomniał   przystrzyc,   ta   absurdalna 
weranda   ciągnąca   się   wzdłuż   frontu   tak,   że   nie   widać   jej 
końca... Ale w krótkim czasie okazało się, że jesteśmy bardzo 
dobraną parą - dom i ja. Albo razem zatoniemy, albo razem 
wypłyniemy na szerokie wody. Czy ty to rozumiesz?

- Ani trochę - odpowiedział. - Dopóki opowiadasz mi, jak 

podejmujesz   decyzje   na   podstawie   różnych   „oczarowało 
mnie” czy „marzyłam”, dopóty nie brzmi to zbyt mądrze.

-   A   kto   powiedział,   że   muszę   być   mądra?   -   pomyślała 

chwilę. - Za to wiesz, co? Po raz pierwszy w życiu jestem 
autentycznie szczęśliwa.

Matt nie odzywał się. Odłożył na bok sztućce i spojrzał na 

nią   z   uwagą,   aż   poczuła   się   trochę   nieswojo.   Co   on   sobie 
myśli? Usiłowała wytrzymać jego wzrok, ale było w nim coś, 
co   ją   przyprawiało   o   przyspieszone   bicie   serca.   Ta 
intensywność,   czy   może   ten   niezwykły   kolor   jego   oczu, 
przypominających   ciemny   topaz...   Christie   nie   mogła   się 
oprzeć wrażeniu, że traci poczucie równowagi i dziwnie lekka, 
a zarazem zlękniona, daje się ponieść jakiemuś spienionemu 
nurtowi   w   nieznane.   Przytrzymała   się   krawędzi   stołu. 
Przybladłe słońce chowało się już za korony sosen i do pokoju 
zakradał   się   zmrok.   Smużka   cienia   zacierała   rysy   twarzy 
Matta,   co   czyniło   go   jeszcze   bardziej   nieodgadnionym. 
Między nim a dziewczyną narastało napięcie. Wyciągnął rękę 
ponad   stołem   i   przez   chwilę   Christie   myślała,   że   chce   ją 
dotknąć. On jednak sięgnął po jej pusty talerz i położył na 
swoim. Wstał i odniósł naczynia do zlewu. Każdy jego ruch, 
bardzo   naturalny,   lecz   zarazem   pełen   wdzięku,   przykuwał 
mimowolnie   jej   uwagę.   Patrzyła,   jak   ostrożnie   układa   w 
zlewie chińskie talerze, najwidoczniej zdając sobie sprawę z 
tego, jak są jej drogie.

29

background image

Wstała i ona, bezmyślnie zabierając ze stołu salaterkę z 

konfiturami i trzymała ją bezradnie w ręku, nie wiedząc, co 
dalej...   Wtedy   Matt   podszedł   do   niej   dość   blisko,   tak   że 
brązowa krata koszuli opinającej jego ramiona znalazła się na 
wysokości jej oczu.

- Christie - powiedział cicho i bardziej do siebie niż do 

niej, jakby chciał odkryć jakieś nowe, sobie wiadome nuty w 
brzmieniu   jej   imienia.   -   Christie   -   powtórzył   w   tonie 
subtelnego, lecz stanowczego rozkazu.

Patrzyli   sobie   z   bliska   w   oczy.   Christie   czuła   własne 

spowolnione tętno i bezwład, ogarniający całe jej ciało, jakby 
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki została zamieniona w 
niemy   i   wyczekujący   posąg.   Wtedy   Matt   bardzo   powoli 
pochylił się nad nią i dotknął wargami jej ust.

30

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Pocałunek delikatny jak muśnięcie jedwabiu dotknął ust 

dziewczyny, nie domagając się niczego w zamian. A jednak 
Christie nie mogła nie zareagować, poddała się jego wargom 
chętnie,   ulegle...   Dłoń   Matta   błądziła   pieszczotliwie   po 
zakątkach jej twarzy, jego kciuk pocierał w skupieniu gładki 
policzek   dziewczyny.  Christie   westchnęła   głęboko   i   w   tym 
momencie zdała sobie sprawę z tego, że Matt, całując ją, nie 
przestaje się uśmiechać. Po chwili cofnął się o krok.

Christie   stała   bez   ruchu   jak   opuszczone   dziecko,   z 

zamkniętymi   oczami   i   wciąż   trzymając   kurczowo   szklaną 
salaterkę.   Wreszcie   spojrzała   na   Matta   półprzytomnie. 
Niewiele   mogła   dostrzec   poprzez   mrok   ocieniający   jego 
twarz,   bardziej   więc   czuła,   niż   wiedziała,   że   wciąż   się 
uśmiecha.

- Dziękuję za wspaniałą kolację - powiedział, a w jego 

głosie pobrzmiewały wesołe nutki. Wyszedł z kuchni lekkim 
krokiem   człowieka,   któremu   coś   przed   chwilą   niezwykle 
poprawiło humor.

Christie   wiedziała,   że   powinna   jakoś   zareagować   i   dać 

wyraz swemu oburzeniu, jednak zbyt wielki chaos panował w 
jej głowie. Pomyślała ze zgrozą, że wcale nie wie, czy bardziej 
oburza ją to, że Matt ją pocałował, czy to, że sobie poszedł...

-   To   niemożliwe!   -   powiedziała   do   siebie.   Podeszła   do 

ściany   i   przekręciła   kontakt.   Oślepiona   ostrym,   nazbyt 
jaskrawym światłem, mrugała bezradnie jak ktoś, kto dopiero 
przebudził   się   z   długiego,   rozkosznego   snu.   Wciąż   jeszcze 
czuła   smak   pocałunku,   który   niczym   dobre   wino   nadal 
upajał...

- O, nie! - próbowała się otrząsnąć. Opadła na krzesło, 

pocierając   w   skupieniu   skronie,   jakby   chciała   wymazać   z 
pamięci   cały   ten   incydent.   Lecz   nie   potrafiła...   Ta   krótka, 

31

background image

przelotna   pieszczota   poruszyła   w   niej   jakąś   strunę,   której 
istnienia nawet nie podejrzewała.

Stało   się   coś   niepojętego.   Przy   Orenie   nigdy   nie 

doświadczyła   nawet   przybliżonego   uczucia.   W   jej   wnętrzu 
zapłonął osobliwy płomyczek, rozświetlając ją od środka.

-   Do   diabła   z   tobą,   Matt   Gallagher   -   powiedziała, 

uderzywszy pięścią w stół. - Po prostu... idź do diabła!

Nazajutrz rano cały dom wypełnił jazgot gromadki dzieci, 

drących   się   w   niebogłosy   i   wymachujących   drewnianymi 
mieczami.   Christie   wsparta   na   poręczy   schodów   usiłowała 
przywołać maluchy do porządku.

- Stephanie! - napominała. - Oddaj Jasonowi jego miecz i 

idźcie już do domu. I pamiętaj, że nie jesteś średniowiecznym 
rycerzem, tylko średniowieczną damą.

Christie zbiegła po schodach w poszukiwaniu pozostałych 

błędnych rycerzy. W drzwiach jadalni stanęła jak wryta. Jej 
oczom   przedstawiał   się   przerażający   widok.   Talerze   z 
resztkami   gofrów   zajmowały   cały   stół,   a   rozlany   syrop 
klonowy utworzył na podłodze małą kałużę. Drużyna rycerska 
w   pełnym   rynsztunku   musiała   się   widać   przeobrazić   we 
wrogą, najeźdźczą hordę siejącą postrach i zniszczenie na swej 
drodze.

Państwo   Fanshaw,   goście   hotelowi,   znaleźli   się   już 

niestety w jadalni i właśnie rozglądali się dookoła zgorszeni.

-   Zeszliśmy   na   śniadanie   -   powiedział   pan   Fanshaw 

zirytowany - i zastaliśmy to.

-   W   dodatku   słyszeliśmy   i   widzieliśmy   jakieś   dzieci   - 

dorzuciła   pani   Fanshaw.   -   Cały   tłum.   Panno   Daniels,   nie 
uprzedzała nas pani, że tu będą jakieś dzieci.

Christie uśmiechnęła się przepraszająco.
- Zapewniam państwa, że to tylko chwilowo. Wszystko 

wyjaśnię...

32

background image

-   Dziękujemy   -   przerwał   pan   Fanshaw.   -   Zjemy   dziś 

śniadanie na mieście.

Christie zaklęła w duchu. Zrezygnowana przyklękła i za 

pomocą paru serwetek zaczęła wycierać podłogę. Jej włosy 
swobodnie spłynęły w dół i natychmiast ich końce utonęły w 
gęstej mazi. Kiedy zastanawiała się, co jeszcze miłego może ją 
spotkać, do jadalni wkroczył ze zbolałą miną Matt. Tuż za nim 
z niewinnym wyrazem w okrągłych, błękitnych oczach sunął 
dostojnie syjamski kot. Christie usiadła na podłodze, próbując 
wytrzeć syrop zlepiający jej włosy.

- Dzień dobry, Matt - powiedziała. - Widzę, że zawarłeś 

przyjaźń z Vincentem.

Matt zerknął na kota spode łba.
-  Obudziłem się  i zobaczyłem go  liżącego  mój  palec  u 

nogi. Od tej pory wszędzie za mną łazi.

- No cóż - westchnęła Christie. - Musisz mieć coś w sobie.
Odpowiedział jej wymownym spojrzeniem.
- Na dodatek potem coś przeraźliwie skrzeczało. 
Christie   przyjrzała   się   z   troską   kotu,   który   właśnie 

wylizywał rozlany syrop.

-   Nigdy   nie   słyszałam,   żeby   skrzeczał.   Co   najwyżej 

pomiaukuje. Ale sporadycznie.

- Ale to nie kot skrzeczał - oświadczył Matt.
- Tylko jakieś dziecko poowijane w ręczniki. Nazywało 

się Sir Dunsmore i powiedziało, że szuka smoka.

Christie   podniosła   się   z   podłogi   i   otrzepała   kolana. 

Włożyła   dzisiaj   jasnoczerwoną   bluzę   z   długimi   rękawami   i 
dżinsy, które podtrzymywał pasek z ogromną srebrną klamrą 
w kształcie wierzgającego konia. Zatknąwszy kciuki za szlufki 
spodni, stała przez chwilę spokojnie i obserwowała kolejne 
poczynania Vincenta, który teraz z widoczną przyjemnością 
ocierał się wąsikami o łydki Matta.

33

background image

- Czy mogłabyś jakoś powstrzymać to zwierzę? - zażądał 

Matt.

Wzruszyła ramionami.
- Vincenta zawsze interesują nowi goście. Ale na ogół jest 

dosyć wybredny, więc możesz to uznać za wyróżnienie.

- Ale ja nienawidzę kotów - zadeklarował.
W   odpowiedzi   Christie   posłała   mu   spojrzenie   pełne 

dezaprobaty.

Tymczasem Vincent przewrócił się na grzbiet, wyrzucając 

wysoko   w   powietrze   czarne   łapy   i   kusząco   eksponując 
puszysty, biały brzuszek. Najwyraźniej domagał się pieszczot. 
Matt jednak był niewzruszony. Wówczas kot sprężył się do 
skoku,   z   oczywistym   zamiarem   spenetrowania   resztek   po-
zostawionych na stole. Christie spojrzała na niego karcąco i 
ostrzegła:

-   Nawet   o   tym   nie   marz,   Vincent.   Mam   aż   nadto 

sprzątania.

Kot  jeszcze  przez chwilę mocował   się z  nią wzrokiem, 

lecz   wkrótce   skapitulował   i   podwinąwszy   ogon   pokornie 
opuścił jadalnię.

Christie   odwróciła   się   i   spojrzała   na   Matta.   Jego   czoło 

okalały   niesforne,   skręcone   kosmyki,   z   pewnością   nie 
poddające się łatwo grzebieniowi czy szczotce. Dziewczyna 
poczuła dziwny dreszczyk i przypomniała sobie wczorajszy 
pocałunek. Zagryzła wargi i próbowała oddalić w myślach to 
wspomnienie.   Przecież   to   wróg   kotów   -   przyszedł   jej   do 
głowy zbawienny argument - czy ktoś taki w ogóle może się 
liczyć?

Podeszła do mahoniowego kredensu, gdzie znalazła kilka 

ostatnich   gofrów,   cudem   ocalałych   z   najazdu   wojowniczej 
hordy. Zaniosła je na stół.

- Rycerze powrócili już z wyprawy do swych domostw - 

zauważyła. - Nie słyszę żadnych dziwnych odgłosów, a ty?

34

background image

Matt zasiadł przy stole i polał swojego gofra sporą porcją 

syropu.

- Nie zdołałem zapytać Sir Dunsmore'a i jego dzielnych 

rycerzy, w jakim celu napełnili wannę wodą aż po brzegi i 
wlali do niej taką masę mydła.

- O, nie! - wykrzyknęła Christie ze zgrozą. Ruszyła ku 

drzwiom, lecz Matt ją powstrzymał.

- Spokojnie - powiedział. - Wypuściłem już wodę. Zostało 

tylko trochę mydlin.

Christie opadła z ulgą na krzesło.
-   Chciałabym,   żeby   nasz   występ   w   końcu   się   udał... 

Organizujemy   w   Red   River   Święto   Średniowiecza,   będzie 
pełno   atrakcji:   występy   madrygalistów,   tańce   dworskie, 
ruchomy bufet, no i oczywiście żywe obrazy.

Matt spojrzał na nią nieco zbity z tropu.
- Jakim cudem udało ci się zaangażować w to wszystko? 

Jesteś tu zaledwie parę miesięcy.

- Ale już jestem członkiem tutejszej społeczności - odparła 

dumnie. - W obchody Święta zaangażowałam się za namową 
Evelyn   Tucker.   Poznałam   ją   na   czwartkowych   spotkaniach 
Dyskusyjnego Klubu Książki. Jesteśmy też obie członkiniami 
ochotniczej straży pożarnej.

W oczach Matta zabłysły wesołe iskierki.
-   Co   jeszcze   porabiasz   w   wolnym   czasie?   -   zapytał. 

Przechylając wysoko nad talerzem wypełniony miodem słoik, 
Christie obserwowała, jak złota strużka spływa w dół wprost 
na jej porcję gofrów. Jednocześnie delektowała się każdym 
słowem następującej wyliczanki:

-   Gram   w   miejskiej   drużynie   piłkarskiej,   pracuję 

społecznie   w   bibliotece,   działam   w   komitecie   fundacji   na 
rzecz budowy nowego muzeum... zaraz, co tam jeszcze...? - 
zerknęła   na   przypięty   do   bluzy   spory   okrągły   znaczek 
nawołujący   do   wstąpienia   w   szeregi   Klubu   Włóczykijów   z 

35

background image

Red   River.   -   Aha,   zorganizowałam   nowy   klub.   Urządzamy 
wycieczki górskie dla osób po sześćdziesiątce. Nie uważasz, 
że to piękna idea?

Matt parsknął głośno. Widać było, że ledwie panuje nad 

rozsadzającym go wielkim wybuchem wesołości.

-   Co   w   tym   takiego   zabawnego?   -   spytała   Christie   z 

wymówką w głosie.

Jej   rozmówca   przybrał   poważny   wyraz   twarzy,   tylko 

gdzieś w kącikach oczu nadal czaiła się ironia.

-   Wprawdzie   udało   ci   się   zwiać   od   nowojorskich 

przepychanek, ale najwyraźniej trafiłaś z deszczu pod rynnę. 
Twój rozkład zajęć wygląda jeszcze gorzej niż mój.

- To zupełnie nie to samo - zaprotestowała. - W Nowym 

Jorku   odbywałam   nie   kończące   się   sesje   z   klientami   i 
godzinami   wisiałam   na   telefonie!   Tutaj   moja   praca   ma 
zupełnie inny wymiar.

-   Zapewne.   Posiedzenia   w   komitetach   i   klubach   to   coś 

zupełnie innego niż sesje z klientami.

- Owszem, tak. Stawiam sobie nowe cele i każdy z nich 

ma   swój   głęboki   sens.   Osiągnęłam   wyższy   stopień 
samorealizacji, który polega na byciu bardziej ludzkim, a nie 
na napychaniu kabzy. Tak rozumiem teraz słowo sukces!

Nie wywarło to zbytniego wrażenia na Macie, który nadal 

spokojnie konsumował swoją porcję.

- O rany, zupełnie jakbym słyszał twojego ojca. On też 

odmienia   słowa   „cel”,   „osiągnięcie”   i   „sukces”   przez 
wszystkie przypadki.

Christie   zabolało   to   porównanie.   Nie   chciała   w   niczym 

przypominać swojego ojca. Odwróciła się i podeszła do okna. 
Wzdłuż ogrodzenia wysoko pięły się równym rzędem malwy. 
W   Nowym   Jorku   nigdy   nie   miała   ogródka,   zaledwie   liche 
geranium w doniczkach. Tak wiele zmieniło się w jej życiu...

36

background image

- Zdaje się, że dotknąłem czułego punktu - skomentował 

Matt. - Co cię tak ubodło w moich słowach?

- Nie zrozumiesz tego. Ojciec spodziewał się, że urodzi 

mu   się   syn,   Christopher   Daniels   Czwarty.   Zgrzeszyłam   na 
samym wstępie, przychodząc na świat jako dziewczynka... Ale 
starałam   się   to   wynagrodzić   mojemu   ojcu.   Kiedy   byłam   w 
szkole,   grałem   w   football   i   baseball,   kiedyś   nawet 
próbowałam zorganizować drużynę - uśmiechnęła się smutno. 
- Trener twierdził, że byłabym świetna w defensywie, ale ojcu 
nie   spodobała   się   perspektywa   kibicowania   córeczce 
blokowanej na boisku przez muskularnych wyrostków.

Przysunęła do siebie duży wazon z cyniami i poprawiała 

kwiaty.

-   Czy   wiesz,   jak   trudno   jest   dogodzić   własnemu   ojcu? 

Studiowałam   ekonomię   tylko   dlatego,   że   on   tak   chciał. 
Ukończyłam studia zamiast w cztery - w trzy lata, żeby tylko 
mu   zaimponować.   I   wiesz,   co   on   na   to   powiedział?   Że 
mogłabym mieć wyższą średnią.

Wepchnięta niedbale do wazonu żółta cynia straciła parę 

płatków.

- No dobrze, być może takie postępowanie nie przynosi 

mu   chluby,  ale  zrozum,   że   jest  taki   wobec   wszystkich.  Do 
licha,   wobec   mnie   także.   W   zeszłym   tygodniu   zdobyłem 
dwóch pierwszorzędnych nowych klientów i nie usłyszałem 
nawet pół słowa na ten temat. Ale ja się tym po prostu nie 
przejmuję   i   tobie   radzę   to   samo.   Jedź   do   Nowego   Jorku   i 
ureguluj raz na zawsze swoje rachunki z ojcem. Wtedy i ja 
będę   mógł   wrócić   do   swoich   spraw   i   ty   ze   spokojnym 
sumieniem osiądziesz na swojej ziemi obiecanej.

- Nie rozpędzaj się, proszę. Już powiedziałam - nie pojadę 

do Nowego Jorku!

Podniosła   się   energicznie   zza   stołu,   zaczęła   układać 

naczynia i wynosić je do kuchni. Miała nadzieję, że Matt już 

37

background image

sobie poszedł, ale kiedy chciała wrócić do jadalni po resztę 
naczyń,   napotkała   opór   z   drugiej   strony   drzwi.   Pchnęła   je 
trochę mocniej, lecz nawet nie drgnęły.

- Co tam się dzieje? - zapytała zniecierpliwiona.
- Pozwól mi wejść - dobiegł ją głos Matta. Napierał na 

drzwi od drugiej strony, ale Christie nie dawała za wygraną. 
Całym swoim ciałem broniła wejścia.

- Matt, radzę ci iść na spacer i porozglądać się trochę po 

okolicy - zaproponowała. - Dobrze ci zrobi odrobina świeżego 
powietrza. Wywietrzeje ci z głowy miejski smog.

- Zaraz to upuszczę. Zwłaszcza syrop - odpowiedział.
Christie   wycofała   się   szybko,   tak   że   mógł   wreszcie 

pokonać drzwi. Niósł stertę naczyń i dzbanuszek z syropem. 
Jakoś udało mu się to wszystko donieść w bezpieczne miejsce. 
Następnie, znalazłszy gąbkę, zabrał się do zmywania.

- Dam sobie radę sama - usiłowała go przekonać, torując 

drogę łokciem. - Zostaw to, Matt.

- Myślałem, że kobiety lubią, kiedy mężczyzna pomaga w 

domu - zauważył, wyciągając rękę z gąbką wysoko, by nie 
mogła jej dosięgnąć. 

-  I  tak  nie  masz   u  mnie   szans  -  Christie  bezskutecznie 

usiłowała dosięgnąć gąbki, lecz Matt przerzucił ją do drugiej 
ręki ponad jej głową. Nadal napierała na niego buńczucznie, 
aż poczuła zapach jego wody po goleniu, który przypominał 
trochę leśny aromat zadrzewionych górskich zboczy Nowego 
Meksyku. W dodatku Matt uśmiechał się teraz do niej i na 
dnie   jego   oczu   igrało   znajome   złotobrązowe   światełko... 
Uznała, że najwyższy czas przestać i wycofać się z honorem.

Matt zmywał ochoczo, nucąc coś pod nosem.
Christie, korzystając z okazji, przyjrzała się uważnie jego 

umięśnionym   plecom,   po   czym   z   niejakim   trudem 
oderwawszy od nich wzrok, zabrała się do czyszczenia innych 
naczyń.

38

background image

- Twój ojciec i ty jesteście ulepieni z tej samej gliny - 

powiedział Matt. - Kiedy was słucham, to jakbym czytał dwa 
rozdziały tej samej powieści, tyle że nie po kolei.

Christie przerwała na chwilę pucowanie gofrownicy.
- Czy mój ojciec dużo ci opowiadał? - dociekała. - Zwykle 

nie jest rozmowny na tematy rodzinne.

- Był dość wylewny. Zwłaszcza na twój temat, a to coś 

znaczy.   Wciąż   opowiadał,   jaka   jesteś   cudowna,   serdeczna, 
miła, inteligentna i piękna.

Matt wyrecytował listę jej zalet, jakby podawał notowania 

dnia. Ten świetlany wizerunek samej siebie nie zwalił jakoś 
Christie z nóg, za to coś zaświtało w jej głowie. Ze zgrozą 
zmięła w dłoni papierowy ręcznik.

-   On   to   znowu   robi   -   powiedziała   głosem   drżącym   ze 

zdenerwowania.   -   Jeden   raz   mu   nie   wystarczył.   Znowu 
próbuje!

Matt zerknął na nią znad zlewu zaintrygowany.
- O czym ty mówisz, Christie? 
Wzięła głęboki oddech.
- Już ci mówiłam,  że próbował mnie  swatać z Orenem 

Petersem. Nie udało mu się, więc wymyślił kolejną intrygę. 
Tym   razem   chodzi   o   ciebie   -   wymierzyła   w   Matta 
oskarżycielski palec.

Roześmiał się z niedowierzaniem.
-   To   jakaś   paranoja,   Christie.   Robisz   z   własnego   ojca 

jakieś zwariowane biuro matrymonialne.

- Może minął się z powołaniem - kpiła. Wziąwszy się pod 

boki, stanęła na wprost Matta.

-   Wszystko   układa   się   w   logiczną   całość.   Mój   ojciec 

najpierw opowiada ci o mnie wszystkie te głupstwa, a potem 
wysyła tutaj z misją odstawienia mnie do Nowego Jorku. Tak 
jakby nie mógł przyjechać Terence Bainbridge, który jest dla 
mnie   jak   mój   własny   dziadek.   Ale   nie,   on   wybrał   ciebie. 

39

background image

Nieprzypadkowo!   I   nieprzypadkowo   pocałowałeś   mnie 
wczoraj w taki sposób!

Matt wytarł ścierką mokre dłonie.
- A co ma jedno do drugiego? - zapytał najeżony.
- Musiałeś się domyślić, o co ojcu chodzi - na oślep snuła 

dalsze   oskarżenia.   -   To   by   ci   nawet   odpowiadało,   prawda? 
Gdybym zakochała się w tobie, mógłbyś bez trudu wywieźć 
mnie   do   Nowego   Jorku.   Wróciłabym   do   pracy,   ojciec   nie 
zlikwidowałby   firmy   i   to   by   rozwiązało   wszystkie   twoje 
problemy.

Nagle   spostrzegła,   że   trochę   się   zagalopowała.   Twarz 

Matta spochmurniała, a w jego wzroku pojawiły się groźne 
błyski. Przemówił jednak głosem zaskakująco opanowanym, z 
lekką tylko nutą szyderstwa.

-   Jesteś   niesamowita,   Christie.   Nawet   w   tym   uroczym, 

niewinnym pocałunku zobaczyłaś coś złego. Nie wiesz sama, 
jak bardzo zgorzkniałaś w tej wojnie z ojcem i jak wypacza to 
twój obraz rzeczywistości. Mój Boże, żal mi ciebie.

Odłożył ścierkę i z kwaśną miną opuścił kuchnię. Drzwi, 

pchnięte   z   impetem,   długo   jeszcze   kołysały   się   po   jego 
zniknięciu.

Christie   czuła   dotkliwą   pustkę   w   środku,   jakby   utraciła 

przed chwilą coś cennego. Rozkoszne wspomnienie pocałunku 
zostało zbrukane... I to przez jej własną podejrzliwość. Nie 
miała   wątpliwości   co   do   Orena,   który   bardziej   zabiegał   o 
większe wpływy w firmie niż o nią, ale czy słusznie posądziła 
o to samo Matta?

Westchnęła   głęboko.   Intuicja   mówiła   jej,   że   Matt 

Gallagher to człowiek uczciwy. Nie wierzyła, że jest podobny 
do Orena Petersa. Lecz nawet jeśli nie brał udziału w grze 
świadomie, z pewnością został wykorzystany przez jej ojca 
jako as atutowy. Zbyt dobrze znała ten schemat, by wiedzieć, 
że   to   kolejny,   dobrze   skalkulowany   ruch,   mający   na   celu 

40

background image

odzyskanie   nad   nią   władzy.   Podeszła   do   zlewu   i   odkręciła 
kurek.   Gorąca   woda   spłynęła   strumieniem   na   talerze,   roz-
pryskując   się   i   parząc   jej   palce.   O   tak,   jej   ojciec   był 
niezrównany.   Po   tylu   latach   wiedział   doskonałe,   jaki   typ 
mężczyzny może jej się podobać. Nie mógł dokonać lepszego 
wyboru.

Do   kuchni   wkroczyła   Lisa   Barrera.   Jak   zwykle   szła   z 

nosem w książce, a ciemne loczki kołysały się na jej głowie. 
Po   omacku   okrążyła   bufet,   wyminęła   stojącą   przy   zlewie 
Christie,   odsunęła   zza   stołu   krzesło   i   z   wdziękiem   na   nie 
opadła.

-   Dzień   dobry   -   bąknęła,   przewracając   stronę.   Zwykle 

poruszała się w ten właśnie sposób, ale też nigdy na nic nie 
wpadała, ani nie potykała się o nic. Była studentką, dorabiała 
w pensjonacie od początku jego istnienia.

-   Minęłam   w   holu   jakiegoś   wystrzałowego   faceta   - 

oświadczyła, przewracając kolejną kartkę książki.

-   Sprawiał   wrażenie   lekko   zagubionego,   jakby   pomylił 

adres.   Ale   wszedł   na   górę   po   schodach,   więc   chyba   tu 
mieszka.   Ma   absolutnie   niewiarygodny   brązowy   odcień 
włosów. Nie całkiem rudy, ale prawie.

Christie   zaczęła   płukać   talerze,   wylewając   przy   tym   na 

siebie ogromne ilości gorącej wody.

- Umiarkowanie przystojny - przyznała ostrożnie.
- Ale rzeczywiście rudy. Wprawdzie ciemnorudy, to fakt, 

nie mniej jednak - rudzielec.

-   Nie   zgadzam   się   z   tobą   -   odpowiedziała   Lisa, 

podpierając   ręką   podbródek   i   jeszcze   mocniej   zapuszczając 
nos   w   książkę.   -   Ma   włosy   brązowe   z   lekko   rudawym 
odcieniem. Poza tym nie można określić go innym słowem niż 
„wystrzałowy”.   „Przystojny”   jest   tu   raczej   nie   na   miejscu, 
podobnie   jak   „niezły”.   „Piękny”   brzmiałoby   już   lepiej, 
chociaż trochę staroświecko.

41

background image

- Lisa - zaprotestowała Christie. - Już wystarczy! 
Mimo absolutnego zatopienia w lekturze, Lisa nie traciła 

zadziwiającej   zdolności   rejestrowania   pewnych   istotnych 
danych   z   otoczenia.   Prawdopodobnie   znała   już   dokładną 
liczbę piegów na nosie Matta Gallaghera.

Christie   nie   miała   jednak   zamiaru   dumać   o   czyichś 

piegach. Zakręciła wodę.

-   Czy   możesz   coś   dla   mnie   zrobić,   Lisa?   -   zapytała.   - 

Przejmij   pałeczkę   na   resztę   dnia.   Muszę   się   urwać.   Chcę 
trochę pochodzić po górach.

-   Nie   ma   sprawy   -   Lisa   spokojnie   przewróciła   kolejną 

stronę, a Christie serdecznie pozazdrościła jej tego spokoju. Ją 
samą przepełniał paniczny niepokój na myśl, że Matt obecny 
jest gdzieś w jej domu. Tęskniła do zacisza gór, które mogły 
przynieść   ukojenie   targającym   nią   emocjom.   Otworzyła 
lodówkę i wyjęła parę jajek ugotowanych na twardo i słoik 
majonezu domowej roboty. Sporządziła smaczną pastę i po-
smarowała nią kilka kromek chrupkiego, pszennego pieczywa. 
Zapakowała   je  w   papier,   a   ze   spiżarni   wyjęła  hermetyczny 
pojemnik na lód.

-   Lisa,   czy   mogłabyś   zejść   do   sklepu   po   lód   i   parę 

lemoniad?  A jeśli napotkasz na drodze tego wystrzałowego 
faceta,   to   nie   informuj   go   o   moich   planach.   Chciałabym 
uniknąć rozmowy z nim.

Ta   wypowiedź   ostatecznie   zdołała   oderwać   Lisę   od 

lektury. Po raz pierwszy uniosła głowę znad książki, a w jej 
ciemnych oczach zabłysło zainteresowanie.

-   Coś   jest   między   wami   -   dociekała.   -   Cała   jesteś 

naładowana jak prądnica, Chris. Mam wrażenie, że gdyby cię 
dotknąć, przeskoczyłoby parę iskier, a może nawet mogłabyś 
kogoś porazić...

-   Lisa   -   nalegała   Christie,   wrzucając   do   przenośnej 

lodówki owoce. - Zejdź na dół do sklepu, błagam.

42

background image

Lisa zamknęła książkę z ostentacyjną niechęcią, lecz zaraz 

załatwiła   sprawunki,   i   to   jak   zazwyczaj   zadziwiająco 
sprawnie.

Christie załadowała swój skromny bagaż na starego land 

rovera. Jednym skokiem usadowiła się na siedzeniu kierowcy i 
oto gotowa była do drogi.

- I znowu dajesz nogę - dobiegł ją z otwartego okna niski 

głos Matta.

Christie   ujęła   koło   kierownicy,   patrząc   obojętnie   przed 

siebie.

-   Nigdzie   nie   uciekam,   do   ciężkiego   diabła.   Wyruszam 

gdzieś w swoich własnych sprawach, to wszystko.

-   Być   może.   Z   moich   obserwacji   wynika   jednak,   że 

chętnie wiejesz, kiedy sprawy źle idą.

Matt wychylał się brawurowo z okna w stronę łazika.
Dłonie   Christie   zacisnęły   się   kurczowo   na   kierownicy. 

Odwróciła   głowę,   by   spojrzeć   w   oczy   rozmówcy.   Miał   na 
głowie   czapkę   z   napisem   „Czerwone   Skarpety   z   Bostonu”. 
Czapka   reklamująca   najwidoczniej   jego   ulubioną   drużynę 
baseballową   nie   zdążyła   jakoś   dopasować   się   do   kształtu 
głowy.   Przycupnęła   na   samym   jej   czubku   niczym   kura   na 
grzędzie.   Niespodziewanie   i   wbrew   jej   woli   cała   złość 
opuściła Christie.

- Cokolwiek sobie o mnie  myślisz, mam zamiar dzisiaj 

spędzić   czas   przyjemnie   i   samotnie.   Mam   bowiem   dość 
pewnego faceta, który uparł się, aby mnie dręczyć.

- Twoja przyjaciółka Lisa powiedziała, że udajesz się w 

góry i będziesz szczęśliwa, jeśli dotrzymam ci towarzystwa.

-   Zostałeś   źle   poinformowany   -   Christie   zanotowała   w 

pamięci: „Punkt pierwszy. Poważna rozmowa z Lisą na temat 
podstawowych zasad lojalności wobec chlebodawcy”.

-   Wciąż   mamy   sobie   dużo   do   powiedzenia.   Nie 

znajdziemy lepszej okazji - zadecydował i w mgnieniu oka 

43

background image

ulokował się wygodnie na siedzeniu obok, rozprostowując w 
miarę możliwości swoje długie nogi.

- Jestem gotów na wszystko.
Christie   miała   ochotę   zawyć   niczym   ranny   łoś.   Matt 

ucieleśniał w jej oczach prześladowcę zesłanego przez ojca ku 
jej zgubie. Wścibiał wszędzie swój nos i próbował przełamać 
jej   opór,   nie   przebierając   w   środkach.   Żerował   też   na   jej 
słabości   do   niego   i   najwyraźniej   angażował   zupełnie 
nieświadomie   cały   swój   urok,   by   tylko   osiągnąć   cel.   Na 
przykład   teraz,   gdy   tak   siedział   obok,   męski   i   tryskający 
energią...

Christie   bębniła   palcami   po   kierownicy.   Matt, 

doprowadzając ją do szału, powodował jednocześnie żywsze 
pulsowanie   krwi   w   jej   żyłach.   Przyjrzała   mu   się   z   ukosa   i 
dostrzegła, że uśmiecha się od ucha do ucha.

„Punkt   drugi   -   pomyślała.   -   Wyposażyć   samochód   w 

dodatkowy   sprzęt   na   wypadek   inwazji   ze   strony   intruza. 
Najlepsza długa żerdź”. 

- Wspomniałaś, że powinienem trochę rozejrzeć się dokoła 

- oświadczył. - Czy znajdę lepszą okazję?

- Och, diabli nadali... - syknęła przez zaciśnięte zęby. Nie 

odzywając się już więcej, przekręciła kluczyki w stacyjce i 
uruchomiła   silnik.   Starała   się   wyobrazić   sobie,   że   siedzący 
obok   Matt   po   prostu   nie   istnieje.   Po   chwili   łazik   mknął 
żwirowaną drogą, wioząc ich oboje w kierunku gór.

44

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Łazik   podskakiwał   na   wąskiej,   wyboistej   drodze,   która 

pięła się w górę gdzieś ku zalesionym obszarom. Świerki i 
sosny,   kołyszące   się   wysoko,   rzucały   zagadkowy, 
ciemnozielony cień, a kontrastujące z nimi pnie osikowe w 
kolorze   kości   słoniowej   strzeliście   wznosiły   się   ku   niebu. 
Christie   umiejętnie   wyminęła   głaz   tarasujący   środek   drogi, 
jednak kierownica lekko wymknęła się jej spod kontroli. Stary 
samochód   miał   swoje   dziwactwa   i   czasem   niczym   uparty, 
hardy muł wprost dopraszał się rządów silnej ręki. Christie 
skręciła  koło  kierownicy  z  taką  siłą,  że  Matta  aż  rzuciło  o 
drzwiczki.

-   Zdałabyś   egzamin   na   nowojorskiego   taksówkarza   - 

zauważył - i to z wyróżnieniem.

- Uliczny ruch - to nie dla mnie - oświadczyła Christie. - 

W   żadnym   wypadku.   Te   korki   i   wrzeszczący   na   siebie 
kierowcy... Co to, to nie. Nauczyłam się prowadzić samochód 
na polnych drogach, byłam wtedy w college'u i nareszcie poza 
wielkim   miastem.   To   pozostawiło   we   mnie   ślad.   Kiedyś 
wzięłam nawet udział w rajdzie samochodowym.

Łazik podskakiwał na wybojach i w identycznym rytmie 

balansowało ciało Matta. Zadarł do góry daszek swej czapki 
mówiąc:

- Chyba właśnie trenujesz przed jakimś rajdem. 
Christie nie zwracała na jego docinki najmniejszej uwagi. 

Docisnęła   pedał   gazu   i   samochód   znacznie   przyspieszył. 
Drobny żwir wypryskiwał spod kół na boki, a wiatr odrzucił 
do   tyłu   splątany   strumień   włosów   dziewczyny.  Poczuła   się 
nagle lekka i beztroska jak szybujący w powietrzu sokół. Czy 
to uroda dnia wprawiła ją w stan nieważkości, czy też bliskość 
siedzącej obok osoby... - rozważała w duchu.

45

background image

Matt   pokręcił   głową   z   niedowierzaniem,   gdy   ostrym 

łukiem ominęła kolejny kamień na drodze.

-   O   twoich   samochodowych   umiejętnościach   nie   mam 

jakoś   sprecyzowanego   zdania   -   skomentował.   -   Za   to   twój 
wehikuł naprawdę robi wrażenie. Ma wytrzymałość czołgu.

Christie uśmiechnęła się.
- W Nowym Jorku nigdy nie miałam samochodu. Lecz 

tutaj  nie można się bez niego obyć - nie ma  taksówek ani 
metra!   Postanowiłam   kupić   sportowy   wóz,   taki   o   jakim 
zawsze marzyłam. Ale któregoś dnia zauważyłam tego grata, 
tkwiącego   smętnie   pod   sosną   na   czyimś   podwórzu   z 
obszarpanym   napisem   „na   sprzedaż”   zatkniętym   za   szybę. 
Trawa niemal zarastała mu opony i widać było, że stał tak 
latami. Pomyślałam, że musiałabym stracić rozum, żeby kupić 
coś takiego... Dalej przeszukiwałam salony sprzedaży w Santa 
Fe. Ale mimo usilnych starań nie mogłam wyrzucić z pamięci 
tego staruszka. Najwyraźniej jeszcze nie nadawał się na złom - 
mówiąc to, pogłaskała czule ulubieńca po tablicy rozdzielczej.

- Spróbuję zgadnąć - zaproponował Matt. - Ten samochód 

musiał mieć w sobie coś, jakiś nieodparty urok...

- Tak! Skąd wiesz? Tak dokładnie było. W dodatku miał 

podkowę przytwierdzoną do  przedniego  zderzaka  i to  mnie 
ostatecznie przekonało.

- Kupiłaś samochód z powodu podkowy?
- No, właściwie... - zawahała się. - Dowiedziałam się od 

właściciela,   że   podkowa   należała   do   klaczy   o   imieniu 
Pierwiosnek.

- A cóż to ma znowu do rzeczy? - Matt dociekał.
-   Pierwiosnek   miała   niesłychanie   wybredne   maniery. 

Jadała czekoladki, ale tylko z nadzieniem karmelowym.

Spojrzał na nią z podziwem, pocierając swój stanowczy, 

mocno zarysowany podbródek.

46

background image

-   Gdyby   podążać   za   twoim   rozumowaniem   należałoby 

pożegnać   się   z   logiką   na   zawsze.   Trochę   to   przypomina 
zasady, rządzące wzrostem cen akcji na giełdzie.

-   Och,   każdy   ma   jednak   w   końcu   jakiś   swój   system   - 

powiedziała  uśmiechając  się.  -  I  każdy   uważa,  że  mylą  się 
inni, a nie on. Mogłabym się założyć, że taki Oren jest teraz w 
biurze,   drepcąc   dookoła,   wymachuje   swoimi   tajemniczymi 
wykresami i sam ze sobą kłóci się na temat plusów i minusów 
kolejnej transakcji.

Przez   dłuższą   chwilę   oboje   milczeli.   Pogrążony   we 

własnych myślach Matt wystukiwał palcami na kolanie jakieś 
niecierpliwe   rytmy.   Christie   spoglądała   w   pełnej   napięcia 
zadumie na drogę przez zakurzone szyby auta.

- Czy byłaś zakochana w Orenie? - pytanie Matta brutalnie 

przerwało   ciszę.   Nie   brzmiało   zbyt   grzecznie   i   wprawiło 
Christie w zakłopotanie, nie chciała jednak pozostawić go bez 
odpowiedzi.

- Nie, nigdy go nie kochałam - odparła. - Przez chwilę 

wydawało mi się, że tak jest. Oren potrafi być czarujący, kiedy 
się   postara.   Ale   w   rzeczywistości   z   mojej   strony   było   to 
wyłącznie spełnianie oczekiwań ojca. Wciąż opowiadał, jaki 
jest szczęśliwy z powodu naszych zaręczyn - Christie zerknęła 
na Matta z ukosa.

- Nigdy nie popełnię więcej takiego błędu. Możesz być 

tego pewny!

Spojrzał na nią gniewnie.
- Czy ty naprawdę myślisz, że jestem wplątany w jakąś 

obłędną intrygę uknutą przez twego ojca? Mój Boże, ostatnia 
rzecz,   jakiej   bym   sobie   życzył,   to   żebyś   się   we   mnie 
zakochała,   Christie.   I   najmniej   odpowiednią   rzeczą,   jaka 
mogłaby  mi   się przydarzyć, byłoby  zakochać  się w  tobie - 
powiedział to zdecydowanym tonem, bez cienia wahania.

47

background image

No   cóż,   pochlebcą   nazwać   go   nie   można   -   pomyślała 

Christie.

- W porządku, wierzę ci, że nie brałeś udziału w kolejnym 

planie   wyswatania   mnie   wbrew   mojej   woli.   Ale   w   końcu 
przyjechałeś tu jednak jako rzecznik jego spraw. I dlatego ci 
nie ufam.

- Do licha, nie trzymam ani jego, ani twojej strony, nie 

rozumiesz? Chcę po prostu uporządkować swoje własne życie.

Christie   przyszło   na   myśl,   że   Matt   jest   człowiekiem 

pełnym sprzeczności. Sama czuła się przy nim rozdarta i zbita 
z tropu. Czasami miała ochotę przeczesać palcami jego włosy, 
żeby sprawdzić, czy rzeczywiście są jak jedwab, czy tylko tak 
wyglądają...

A   czasami   miała   ochotę   porządnym   kuksańcem   zrzucić 

mu z głowy jego baseballową czapkę.

Droga   zwężała   się   stopniowo   i   wkrótce   osiągnęła 

szerokość   ścieżki.   Gałęzie   drzew   zahaczały   o   samochód, 
bębniąc   w   jego   szyby   niczym   natarczywe   palce.   Przebyli 
jeszcze   około   mili   i   Christie   zatrzymała   wóz.   Wyłączyła 
silnik, szeroko otworzyła drzwi i wyskoczyła na zewnątrz. Z 
przyjemnością   rozciągnęła   zesztywniałe   od   długiej   jazdy 
mięśnie   nóg.   Z   tylnej   kieszeni   spodni   wyjęła   mapę,   roz-
postarła ją na masce samochodu i zaczęła pilnie studiować.

Matt posnuł się trochę dookoła, po czym zajrzał Christie 

przez ramię.

- A cóż to znowu jest? - zapytał.
- Dokładnie to, co widzisz. Chciałabym trochę rozejrzeć 

się po okolicy. Po to tu przyjechałam.

Nieco   pilniej   przyjrzał   się   niewyraźnemu   rysunkowi 

mapy.

- Wielka kopalnia złota Shelby'ego - odczytał odręczny 

napis i roześmiał się. - Ty chyba żartujesz. Poszukujesz jakiejś 
kopalni złota?

48

background image

Jego drwiący ton irytował Christie, a w dodatku nie mogła 

skupić   się   nad   mapą,   czując   za   plecami   jego   bliskość, 
wprawdzie   przypadkową,   ale   mimo   to   krępującą. 
Odchrząknęła znacząco.

-   Nie   szukam   „jakiejś”   kopalni   złota   -   oświadczyła.   - 

Zdążyłam już dotrzeć do wielu starych, opuszczonych szybów 
tu, w górach. Ale to nie było to. Szukam czegoś... - zawahała 
się, lecz po chwili dokończyła - szukam czegoś wyjątkowego i 
nie obchodzi mnie, co akurat ty sobie o tym pomyślisz, Matt.

Złożyła mapę i wetknęła ją z powrotem do kieszeni, po 

czym   spojrzała   mu   wyzywająco   w   oczy,   zadzierając   brodę 
zaczepnie do góry. Wciąż stał bardzo blisko i patrzył teraz na 
jej   usta.   Jego   twarz   ocieniona   daszkiem   czapki   miała 
nieprzenikniony wyraz. W jakiś naturalny sposób pochylił się 
nisko nad nią, a Christie, nie mogąc się temu oprzeć, zbliżała 
pomalutku   twarz   do   jego   twarzy,   już   nie   zaczepnie,   lecz 
ulegle, dążąc na spotkanie jego ust.

Całował ją jakoś stanowczo i rzeczowo, jego wargi były 

chłodne, bardzo pewne... Christie przylgnęła do niego cała, 
zarzucając mu ręce na szyję. Jeszcze wówczas, gdy ich usta 
oderwały się już od siebie, wciąż trwała tak, oparta o niego 
oddychając   nierówno.   Jego   dłonie   luźno   obejmowały   ją   w 
talii.

- Mapy skarbów i kopalnie złota... - wymruczał.
- Jesteś nie gorsza od Orena w tym fantazjowaniu. No, 

może   twoje   mapy   skarbów   są   trochę   zabawniejsze   od   jego 
tabelek i wykresów.

- Nie porównuj mnie z Orenem, proszę - odparła. - On jest 

opętany żądzą pieniędzy i władzy.

- Czego ty tak wciąż szukasz, Christie? - zapytał miękko. - 

Jaki   to   ukryty   skarb   chciałabyś   odnaleźć?   -   Jego   ciepłe   i 
mocne dłonie nieco ciaśniej objęły ją w talii.

49

background image

Dziewczyna wdychała sosnowy aromat, nie wiedząc, czy 

to Matt tak pachnie, czy las dookoła. Przytuliła się do niego 
trochę mocniej, chciała, by zrozumiał dobrze to, co miała mu 
do powiedzenia. 

-   Przybyłam   do   Red   Rever,   żeby   odnaleźć   coś,   co 

straciłam   dawno   temu   -   zaczęła   półgłosem.   -   Tamtego   lata 
przyjechałam tu z ciotką... Wszystko układało się wspaniale. 
Ciotka   Sarah   była   wtedy   moją   najlepszą   przyjaciółką, 
akceptowała   mnie   taką,   jaką   byłam,   nie   musiałam   udawać 
kogoś innego. Kiedy spędzałyśmy tu wakacje, zakochała się w 
pewnym mężczyźnie, który wprost idealnie do niej pasował. 
Wędrowaliśmy wszyscy troje po górach, poszukując starych 
kopalni złota. Czułam się tak, jakbym odnalazła prawdziwą 
rodzinę.

- Rozumiem. Starasz się odtworzyć tamto lato, prawda? 

Pogoń za kopalniami złota i te rzeczy. I tak jak twoja ciotka 
znalazła sobie tutaj mężczyznę, ty też jakiegoś poszukujesz. 
Hmmm... - zakończył w tonie dezaprobaty.

Christie   zaczerwieniła   się   ze   złości.   Dlaczego   Matt 

uważał, że rozszyfruje bez trudu jej postępowanie, jeśli tylko 
przyłoży do niego pierwszy lepszy schemat? A poza tym jak 
mógł przytulać ją z taką obojętnością? Jego pierś podnosiła się 
i   opadała   spokojnie,   podczas   gdy   jej   serce   mało   nie 
wyskakiwało z piersi za każdym jego dotknięciem. Odsunęła 
się gwałtownie.

- Nie jestem aż tak naiwna, jak przypuszczasz - oznajmiła. 

-   To   prawda,   że   przyjechałam   do   Red   Rever   z   powodu 
tamtych   wakacji.   Wiem,   że   tutaj   potrafię   być   szczęśliwa. 
Prawdą jest również to, że drepcę po starych śladach, szukając 
kopalni złota. Ale co do jednego, to jesteś w błędzie. Ja nie 
poszukuję żadnego mężczyzny!

Oddaliła   się   od   niego,   przeszedłszy   na   drugą   stronę 

samochodu.

50

background image

Matt   pochylił   się   nad   zderzakiem   i   obejrzał   przy-

twierdzoną tam podkowę Pierwiosnka.

- Mogłabyś się przyznać do tego, Christie. Jesteś w końcu 

okropnie   sentymentalna,   w   przeciwnym   razie   już   dawno 
wyrzuciłabyś   tę   podkowę.   Prawdopodobnie   zwariujesz 
niedługo na punkcie jakiegoś gościa stąd, który będzie dobrze 
wiedział, co chcesz od niego usłyszeć i będzie plótł głupoty o 
różnych oczarowaniach i urokach, w które ty tak wierzysz.

W jego słowach najwyraźniej pobrzmiewała zazdrość. W 

dodatku   spoglądał   już   groźnie   dookoła,   jakby   wypatrywał 
podejrzanego kowboja, który tu przygalopuje na mustangu, by 
łowić Christie na lasso swych słodkich słówek. Dziewczyna 
podniosła z ziemi kij i przełamała go na pół.

-   Jestem   realistką   -   powiedziała   zdecydowanie.   -   Być 

może tamtego lata wierzyłam w miłość romantyczną. Miałam 
czternaście lat i ciotka Sarah wydawała mi się najszczęśliwszą 
osobą   na   świecie.   Ale   wiesz,   co   było  potem?   Pobrali   się   i 
wszystko między nimi wygasło. Teraz mieszkają w Wisconsin 
i   tak   się   ze   sobą   kłócą,   że   ledwie   to   znoszę,   kiedy   ich 
odwiedzam.

Odrzuciła daleko oba kawałki kija.
- Widziałam, co się działo z ciotką Sarah, widziałam, co 

przydarzyło się moim rodzicom... I cała ta farsa z zaręczynami 
z Orenem też nie przyczyniła się do pogłębienia mojej wiary 
w prawdziwą miłość!

Matt zerknął na nią sceptycznie.
- Może obdarzysz uczuciem kogoś, komu nie zależy na 

miłości.

- No, a ty? - spytała prowokująco. - Może ty też nie jesteś 

takim cynikiem, na jakiego wyglądasz. Może jest w Nowym 
Jorku   jakaś   kobieta,   która   sprawia,   że   mimowolnie 
dopuszczasz się najróżniejszych szaleństw...

- Do licha, nie - uciął krótko. I nic już nie miał do dodania.

51

background image

Christie kopnęła prawą przednią oponę łazika. Czuła się 

absurdalnie szczęśliwa na myśl, że Matt nie jest związany z 
żadną kobietą. Z dużym trudem przyszło jej wyperswadować 
sobie, że to jej w ogóle nie powinno obchodzić.

Otworzyła tylne drzwi samochodu i wydostała pojemnik z 

jedzeniem.

- Jestem głodna - oświadczyła. - Pora na lunch! 
Zupełnie   nie   zwróciła   uwagi   na   fakt,   że   do   południa 

brakowało   jeszcze   paru   godzin.   Matt   jakoś   zakłócał   jej 
naturalny rytm posiłków samą swą obecnością. Usiedli obok 
siebie. Christie podała Mattowi kanapkę i lemoniadę.

-   Masz   prawdziwy   talent.   Nawet   twoja   pasta   z   jajek 

smakuje jak najwykwintniejszy przysmak... - oparł się o pień 
sosny, wyciągnął nogi i nasunął czapkę głębiej na oczy. - Jest 
taka   pyszna   -   mamrotał,   ziewając   jednocześnie   szeroko.   - 
Naprawdę jest zupełnie w porządku...

Christie   nie   mogła   dojrzeć   jego   oczu   ukrytych   pod 

daszkiem czapki. Dopiero po kilku minutach wsłuchiwania się 
w jego równy oddech zrozumiała, że śpi jak kamień. Usiadła 
na   wilgotnej   darni   i   pałaszując   chleb,   przyglądała   się 
śpiącemu.

Jego   dłonie   spoczywały   na   brzuchu,   a   między   nimi 

chwiała   się   butelka   z   lemoniadą.   Przez   lekko   otwarte   usta 
dobiegło subtelne pochrapywanie. Wyglądał tak spokojnie i 
błogo, jakby opadło całe napięcie, które towarzyszyło mu tego 
ranka. Christie zapragnęła położyć głowę na jego kolanach i 
wyciągnąć się na ziemi u jego boku. Czuła, że mogłoby to być 
naprawdę niezwykle przyjemne...

Oparła   dłonie   mocno   na   kolanach,   by   powstrzymać   się 

przed   tym.   Nadal   jednak   mu   się   przyglądała.   Miał   silne, 
umięśnione   ramiona,   prawdopodobnie   w   wolnych   chwilach 
ćwiczył regularnie w którymś z klubów kulturystycznych na 
Manhattanie.   Całe   jego   ciało   promieniowało   siłą   i 

52

background image

sprężystością,   lecz   tu   i   tam   Christie   odkryła   pewne 
charakterystyczne szczegóły, które ją wzruszały - na przykład 
uszy,   wystające   bezradnie   spod   czapki,   łokcie, 
zdezorientowane i zawstydzone swoją nagością nieosłoniętą 
rękawem marynarki...

Zapragnęła nagle zerwać mu z głowy czapkę i ucałować 

go.   Budził   w   niej   jakieś   dzikie   łakomstwo,   niczym 
czekoladowy   łakoć,   który   chciałaby   smakować   kawałek   po 
kawałku,   wiedząc   dobrze,   że   zjadła   już   dość.   Z   minuty   na 
minutę   rósł   w   niej   nieopanowany   apetyt   na   jeszcze   jedno 
spojrzenie   piwnych   oczu   i   jeszcze   jedną   pieszczotę 
delikatnych dłoni. On wyjeżdża w poniedziałek! Można by tak 
podelektować się chociaż małym pocałunkiem...

Zacisnęła dłonie aż do bólu, by się powstrzymać. O, nie, 

Matt   Gallagher   może   zaszkodzić   jej   bardziej   niż   tysiąc 
czekoladek zjedzonych naraz!

Poruszył   się   przez   sen,   mamrocząc   pod   nosem   coś,   co 

brzmiało   jak   „sprzedać,   cholera,   sprzedać”.   Prawie   pełna 
butelka   lemoniady   tkwiąca   w   jego   dłoniach   niebezpiecznie 
przechyliła się w prawo, grożąc wylaniem całej zawartości. 
Przykuło to uwagę Christie.

Kiedy butelka mocno przechyliła się na bok, rzuciła się na 

kolana obok śpiącego i w ostatniej sekundzie ją złapała. Matt 
przebudził się gwałtownie i sztywno usiadł.

-   Co   za   czort!   -   wykrzyknął,   strącając   sobie   z   głowy 

czapkę bezwładnym ruchem ramienia. Jednocześnie omal nie 
uderzył w głowę dziewczyny. Wciąż klęczała nieco pochylona 
nad Mattem, ściskając w dłoni uratowaną butelkę i wpatrując 
się w jego twarz z bardzo bliska. Miał takie wymowne usta, 
duże i dynamiczne. Teraz lekko wykrzywione wyrażały stan 
wzburzenia,   ale   mimo   to   nie   traciły   nic   ze   swego   czaru. 
Gdyby tak przesunąć się w ich kierunku choćby

53

background image

o parę centymetrów, pocałunek stałby się nieunikniony... 

Dzielnie pokonała w sobie tę pokusę i niezgrabnym ruchem 
wycofała się na poprzednie miejsce, obficie ochlapując przy 
tym własne dżinsy lemoniadą.

Matt spojrzał trochę przytomniej.
-   Dlaczego   mnie   nie   obudziłaś?   -   zapytał   z   lekką 

wymówką w głosie.

- Wyglądałeś na kogoś, komu drzemka dobrze robi. 
Wyjął z kieszeni zegarek i sprawdził godzinę.
- Dobry Boże, dopiero wpół do jedenastej. Nigdy nie śpię 

o tej porze, a właściwie w ogóle nigdy nie sypiam w ciągu 
dnia.

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odpowiedziała.
-   Rzeczywiście   musiałem   mocno   zasnąć   -   mamrotał, 

wsuwając zegarek do kieszeni. - Znaleźć się o tej porze gdzieś 
w środku lasu, to dla mnie prawdziwy szok. Soboty zwykle 
spędzam w biurze.

- To żałosne. Pomyśl, ile tracisz, tkwiąc tam, pięćdziesiąt 

pięter   ponad   poziomem   ulicy   -   Christie   podniosła   z   ziemi 
czapkę Matta i zaczęła ją modelować. - Tylko sobie wyobraź, 
Matt.   W   soboty   wszyscy   normalni   ludzie   dobrze   się   bawią 
gdzieś   w   Central   Parku,   a   ty   siedzisz   w   ciasnej   klitce   bez 
okien i studiujesz raporty finansowe.

- Ale tam są okna.
- O! - najwyraźniej ją to zaskoczyło. - Nie zajmujesz biura 

po mnie na tyłach pokoju Terence'a?

-   Nie,   mam   duży   gabinet   narożny.   Dawną   salę 

konferencyjną, jak przypuszczam.

Christie wygięła daszek czapki Matta, którą wciąż jeszcze 

miętosiła w rękach. Do ciężkiej cholery, zawsze chciała dostać 
ten gabinet z dwoma rzędami okien, miejsce, w którym nie 
czułaby   się   jak   w   puszce.   Ojciec   jednak   nalegał,   żeby 
pozostało   salą   konferencyjną.   Jak   on   zdołał,   ten   cały   Matt 

54

background image

Gallagher, przyjść sobie znikąd i od razu dostać w prezencie 
to, co chciał?

Poczuła przypływ gniewu. Z powodu ojca, Matta, czy też 

ich   obu   razem   -   sama   nie   wiedziała.   Dlaczego   w   ogóle 
obchodziło ją, co się dzieje wewnątrz spółki Daniels, Peters, 
Bainbridge i Gallagher? Te sprawy przecież już dawno jej nie 
dotyczyły!

Oddała Mattowi jego baseballową czapkę. Gdy ją założył, 

okazało   się,   że   zbyt   przesadnie   poprawiła   daszek,   który 
sterczał teraz mocno koślawo. Spojrzała na niego z wyrzutem, 
jakby i to było wyłącznie jego winą.

Matt przesunął czapkę na tył głowy.
-   Nie   wybrałem   się   tu   z   tobą,   żeby   ucinać   drzemkę   i 

marnotrawić czas. Musimy porozmawiać o twoim powrocie 
do   Nowego   Jorku.   Do   poniedziałku   masz   sporo   czasu   na 
przygotowanie   się,   a   ponadto   musimy   potrenować   twoje 
wystąpienie przed ojcem.

- Potrenować? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Za kogo 

ty się masz?

- To oczywiste, że nie możesz tak po prostu wkroczyć do 

jego   gabinetu,   bez   żadnego   przygotowania.   Masz   do   niego 
zbyt   emocjonalny   stosunek,   potrzebujesz   kogoś,   kto   ci 
pomoże   opanować   uczucia   i   zyskać   pewien   dystans,   zanim 
dojdzie do waszej konfrontacji.

Christie   otworzyła   i   zamknęła   usta   niczym   ryba 

wyrzucona na piasek.

-   To   staje   się   nie   do   zniesienia   -   przemówiła   wreszcie 

oburzona. - Wybij sobie z głowy ten plan. Nie pojadę z tobą 
do   Nowego   Jorku.   I   coś   ci   powiem:   jeżeli   kiedykolwiek 
dojdzie do konfrontacji z ojcem, to ciebie z pewnością przy 
tym nie będzie!

Zgarnęła resztki prowiantu do pojemnika i wrzuciła go do 

samochodu.

55

background image

Matt nie dawał za wygraną.
- Musimy o tym pomówić, Christie...
-   Nie   -   urwała   krótko.   -   Nic   nie   musimy.   Mam   teraz 

zamiar udać się na poszukiwanie mojej kopalni. Możesz pójść 
ze mną albo zostać tutaj.

Z tylnego siedzenia łazika Christie zabrała swój słomkowy 

kapelusz. Wcisnęła go na głowę i pomaszerowała w głąb lasu.

Matt podążył w ślad za nią.
- Skąd wiesz dokąd iść? - zapytał.
- Sprawdziłam na mapie i wiem.
- Nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś sens. Tu nie ma 

nawet śladu żadnego szlaku.

- Owszem, jest - odpowiedziała zdecydowanie. - Trzeba 

tylko umieć patrzeć.

- Tu nie ma żadnej ścieżki.
- Właśnie, że jest.
- Niby gdzie?
Christie zatrzymała się dość gwałtownie i Matt wpadł na 

nią   z   impetem.   Objął   ją   szybko   ramionami,   by   zapobiec 
upadkowi.   Podobnie   jak   wczoraj   jego   uścisk   był   pewny, 
mocny,   a   zarazem   uwodzicielski.   Christie   z   niejakim 
wysiłkiem oparła się czarowi jego dotyku, już po raz kolejny.

Energicznym ruchem wręczyła Mattowi mapę.
- Proszę. Sam ją sobie obejrzyj.
Rozwijał   sfatygowany   kawałek   papieru   z   oczywistym 

brakiem przekonania.

- Wygląda jak rysunek trzyletniego dziecka - narzekał. - 

Jakim cudem możesz z tego cokolwiek odczytać? Odwrócił 
mapę   do   góry   nogami,   postudiował   ją   chwilę   i   wreszcie 
podejrzliwie zapytał: - Skąd ją wzięłaś?

Christie pogardliwie wydęła policzki i odebrała mu mapę 

stanowczym ruchem.

56

background image

- Jeżeli już koniecznie musisz wiedzieć, to dostałam ją od 

pewnej   kobiety,   właścicielki   tych   ziem.   To   kopia   mapy 
Wielkiego   Shelby'ego,   który   wyznaczył   granicę   złotodajnej 
działki w 1890 roku i przystąpił do budowy szybu. Musisz 
wiedzieć, że Wielki Shelby naprawdę był wielki - ciągnęła. - 
Z powodu wybujałego wzrostu zawsze straszliwie walił głową 
we  framugę,  przekraczając  próg  salonu  Złota  Strzała,  który 
prowadziła wówczas niejaka Flo Jackson. Nigdy biedak nie 
pamiętał, by w porę się uchylić. Ale okrutnie kochał się we 
Flo i coś go tam stale przyciągało.

- Christie, na litość boską, a cóż to ma wspólnego z tą 

mapą?!

Pomyślała chwilę.
- Zupełnie nic - przyznała. - Ale tu nie o to chodzi.
- A o co chodzi? - spytał zbity z tropu.
- Zlituj się! Jakoś w ogóle nie da się z tobą rozmawiać.
Obróciła się na pięcie i dała nura między drzewa. Matt 

niechętnie podążył za nią, wypowiadając serię uszczypliwych 
uwag pod jej adresem.

Słoneczne   promienie   przebijały   się   malowniczo   przez 

korony drzew, a odgłos ptasiego świergotu i przekomarzania 
towarzyszył idącym ze wszystkich stron.

-   Zastanawiam   się,   czy   to   głos   sójki   błękitnej...   - 

wsłuchiwała   się   Christie.   -   W   przyszłym   tygodniu   mam 
zebranie   kółka   ornitologicznego,   więc   się   o   to   dokładnie 
wypytam. Czy ty kiedyś obserwowałeś ptaki, Matt?

-   Właśnie   mi   się   wydaje,   że   jestem   na   tropie   pewnego 

rzadkiego ptaszka - oświadczył. - Wygląda mi to na kukułkę-
żółtobrzuszkę - odpowiedział niewinnym uśmieszkiem na jej 
złowrogie spojrzenie.

Christie nie zważała na złośliwości Matta i czuła się coraz 

wspanialej, wędrując tak przez las i ciesząc się jego pięknem. 
Maszerowała   raźnym,   swobodnym   krokiem,   wymachując 

57

background image

ramionami. W dodatku coś jej szeptało do ucha, że nareszcie 
kroczy szlakiem Shelby'ego.

Wędrowali jakiś czas w milczeniu, wsłuchani w tłumione 

szmery   i   szelesty   tajemniczego,   leśnego   organizmu,   który 
pulsował   dookoła.   Po   jakimś   czasie   Christie   zerknęła 
ukradkiem   na   zegarek.   Według   jej   obliczeń   powinni   już 
dotrzeć   do   szybu   jakiś   czas   temu.   Nie   widziała   jednak 
większego sensu w informowaniu o tym swojego towarzysza. 
Starając   się   nadać   swym   ruchom   możliwie   największą 
nonszalancję, sięgnęła ponownie po mapę i zerknęła na nią z 
ukosa.

- Zgubiliśmy się, Christie - stwierdził Matt. - Zaczęliśmy 

błądzić już w tej samej minucie, w której opuściliśmy miasto.

- Po prostu trochę zboczyliśmy  z trasy  i tyle! Zaraz to 

zresztą naprawimy, niech się tylko dobrze zorientuję...

Przemawiała głosem osoby bardzo pewnej siebie, badając 

mapę centymetr po centymetrze i rozglądając się po okolicy. 
Nagle   Christie   uzmysłowiła   sobie,   że   nie   ma   zielonego 
pojęcia, dokąd powinni się udać.

-   Spójrz  wreszcie  prawdzie  w   oczy,  dziewczyno.  Jesteś 

mieszczuchem i należysz do innej rzeczywistości. Wróć do 
Nowego Jorku i przestań udawać Robin Hooda, bo ci z tym 
nie do twarzy!

Na te słowa aż coś zagotowało się w Christie. O nie! Ona 

nikogo nie udaje - ona naprawdę przynależy właśnie tutaj. I 
nie   będzie   z   powodu   kogoś   takiego   jak   Matt   gubić   się   w 
niepotrzebnych   analizach   samej   siebie,   bo   zna   siebie 
doskonale   i   niektórych   decyzji   jest   po   prostu   absolutnie 
pewna!

Ale   pewne   stało   się   również   to,   że...   właśnie   niestety 

zabłądziła.   Gdzieś   w   górach,   w   samym  sercu   gęstego   lasu, 
straciwszy   wszelkie   poczucie   orientacji   -   zagubiła   się   jak 

58

background image

dziecko. A wraz z nią wpadł w te same tarapaty niejaki Matt 
Gallagher.

59

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Christie przeszła jeszcze parę metrów i wreszcie usiadła 

na omszałym pniu. Matt zbliżył się do niej.

- Posuń się trochę - poprosił.
-   Tu  nie   ma   dosyć  miejsca   -   odpowiedziała   szorstko.   - 

Siadaj sobie gdzie indziej.

Nie usłuchał i przysiadł jednak obok. Rozpostarł szeroko 

mapę tak, by oboje mogli się jej przyjrzeć.

- No dobrze - powiedział. - Spróbujemy to rozgryźć. Jeśli 

wierzyć mapie, powinniśmy się kierować na północ. A północ 
jest   tam   -   pomachał   kciukiem   na   lewo   jak   autostopowicz 
zatrzymujący okazję.

- Ależ północ jest tam! - Christie zdecydowanie wskazała 

kierunek na wprost.

- Mój Boże, nie masz za grosz orientacji w terenie.
-   Północ   musi   być   tam   -   upierała   się.   -   To   znaczy... 

Wystarczy   zbadać   położenie   słońca   i   wszystkiego   się 
dowiemy.

Zadarła głowę,  by  przyjrzeć się  niebu i  dać praktyczny 

dowód   swoim   uczonym   zasadom,   ale   zobaczyła   jedynie 
wiecznie zielone korony drzew. W żaden sposób nie mogła 
dojrzeć   słońca,   co   pozwoliłoby   jej   może   wyciągnąć   jakieś 
wnioski.

- W każdym razie tak się te rzeczy sprawdza... - dodała już 

bez uprzedniej pewności siebie.

-   Zaprowadzę   cię   do   tej   kopalni,   chodź!   -   Matt   zwinął 

mapę i ruszył dziarsko przed siebie z widoczną determinacją.

- Zaczekaj! - wołała, goniąc go. - Mech! Przecież mech 

obrasta pnie drzew od północnej strony... Cholera, a może od 
południowej.

60

background image

-   Teraz   ja   jestem   kierownikiem   wycieczki,   dobrze? 

Zachowaj dla siebie te genialne wskazówki, ty niedopieczony 
skaucie i chodź wreszcie.

Ratunek   przyszedł   nagle   i   zupełnie   niespodziewanie. 

Drzewa rozstąpiły się przed idącymi, ukazując szeroką, jasną 
płaszczyznę   łąki   porosłej   polnym   kwieciem.   Po   przeciwnej 
stronie   zamykał   ją   gaj   osikowy,   pulsujący   światłem   tak 
promieniście, jakby wchłonął całe słońce i więził je między 
drobnymi   gałęziami.   Christie   zatrzymała   się   w   nabożnym 
skupieniu. Jej uwagę przykuł widok zmurszałej, starej chaty, 
otoczonej   walącym   się   płotkiem,   ukrytej   w   cieniu   osiki. 
Niedoszła   złotonośna   działka   tworzyła   wyrwę   w 
malowniczym rysunku gór okalającym cały horyzont, ale po 
wielu   latach   opuszczenia   tak   naturalnie   wtopiła   się   w 
krajobraz, że była ledwie widoczna.

- Oto nasz cel - wyszeptała Christie bardzo cichutko, jakby 

nie chciała spłoszyć tej chwili. Nie wiedziała, jak to się stało, 
że  jej  dłoń  znalazła  się  w  dłoni  Matta.  Brnęli  razem  przez 
gęstą łąkę.

Na   początek   postanowili   zbadać   stary   górniczy   szyb. 

Podpierające   go   spróchniałe   belki   tkwiły   tu,   pomyślała 
Christie,   niczym   memento   dla   wszystkich   marzeń 
pogrzebanych w ciemnym tunelu.

- Wielki Shelby nigdy nie znalazł tu większej ilości złota - 

przytrzymując na głowie kapelusz, ostrożnie wyciągała szyję, 
aby coś dojrzeć wewnątrz szybu. - I nie sądzę, by to się udało 
jego   towarzyszom.   To   smutne...   Tyle   zmarnowanej   pracy   i 
energii...

- Bo ja wiem? - Matt westchnął refleksyjnie i przykucnął, 

by przyjrzeć się z bliska strukturze . - Może to nie było takie 
złe? Jeśli nic im się nie udawało znaleźć, to mogli zawsze 
zapakować swoje narzędzia i przenieść się w inne miejsce. 
Możliwe, że w rzeczywistości to nie miało dla nich takiego 

61

background image

wielkiego   znaczenia.   W   gruncie   rzeczy   przecież   szukali 
przygody.

Christie zaskoczyły mocno te słowa oraz wyraźna nutka 

nostalgii   brzmiąca   w   głosie   Matta.   Wycofała   głowę   z 
ciemnego otworu, by mu się lepiej przyjrzeć.

- Nie wydaje mi się, żeby to na tym polegało. Ci ludzie 

zawsze opuszczali tonący okręt, nigdy nie przywiązywali się 
na dłużej do żadnego miejsca, ciągle gnała ich gdzieś dalej 
żądza wygranej.

Matt   wyprostował   się   i   schował   ręce   głęboko   w 

kieszeniach dżinsów.

- Tak tylko sobie teoretyzowałem... Bujałem w obłokach... 

Fantazjowałem... - ironizował subtelnie.

-   Poszukiwanie   złota   to   niezły   fach.   Z   dala   od 

obowiązków  i  tego  cholernego  poczucia  odpowiedzialności, 
koczuje   się   gdzieś   pod   gołym   niebem,   znosi   cierpliwie 
wszelkie niewygody... - pokręcił nagle głową. - Tylko, że to są 
piękne marzenia. Życie nigdy nie jest takie proste - jego twarz 
nieoczekiwanie zachmurzyła się, wyrażając coś pośredniego 
między bólem a żalem. Nie patrząc na Christie, zszedł parę 
kroków niżej, do potoku.

Christie   podążyła   jego   śladem.   Niezbyt   głęboki,   rwący 

strumień obmywał kryształowo czystą wodą osadzone na dnie 
kamienie   i   skałki.   Christie   usiadła,   opierając   się   plecami   o 
gładki   głaz   i   zaczęła   rozsupływać   żółte   sznurowadła 
adidasów. Potem zdjęła skarpetki, nieprzypadkowo utrzymane 
w dokładnie tym samym odcieniu czerwieni, co jej bluza.

- Matt, dlaczego właściwie zostałeś maklerem? - zapytała. 

- Nigdy nie marzyłeś, żeby być pilotem, archeologiem albo 
fotoreporterem?

Podniósł   z   ziemi   dwa   niewielkie   kamyki   i   z   gorzkim 

uśmiechem pocierał jeden o drugi.

62

background image

- Czy ty naprawdę nigdy nie odczułaś tej potężnej emocji, 

pulsującej   zawsze   wzdłuż   całej   Wall   Street?   -   spytał.   -   To 
właśnie tak bardzo mnie porwało piętnaście lat temu.

Christie przyjrzała mu się z namysłem.
- Ale dziś to już ciebie nie dotyczy, prawda? - sugerowała 

- Mówisz o tym jak o czymś minionym. 

Zanurzyła stopy w zimnym strumieniu. Matt spoglądał na 

kamyki trzymane w ręku i potrząsał nimi niczym kośćmi do 
gry.

-   Byłem   trochę   młodszy   niż   teraz   i   trochę   bardziej 

idealistycznie nastawiony do życia. I myślałem, że do jasnej 
cholery   wszyscy   grają   fair,   podobnie   jak   ja.   Uważałem 
swojego partnera za kogoś, komu mogę ufać, za najlepszego 
przyjaciela... - poruszył się niespokojnie.

- Ile masz lat, Christie? - zapytał niespodziewanie.
- Dwadzieścia siedem.
- Pamiętam, jak to jest, kiedy ma się dwadzieścia siedem 

lat   -   westchnął.   -   Ale   parę   miesięcy   temu   skończyłem 
trzydzieści pięć... - urwał nagle. - Pewien jestem, że nie masz 
ochoty   wysłuchiwać   wszystkich   zawiłych   historii   mojego 
życia - zakończył grobowym głosem.

- Właśnie, że mam - oświadczyła przekornie, zanurzając 

stopy głębiej w potoku, aż oparła je o dno.

- Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej - uniosła głowę na 

tyle wysoko, by móc go dostrzec spod ronda kapelusza.

Stał w odległości paru kroków i spoglądał na wodę.
- Wydawało mi się, że wyszedłem na prostą - mruknął. - 

Zamknąłem   ten   rozdział   życia,   w   którym   znaczącą   rolę 
odegrał   mój   nieuczciwy   wspólnik   i   wstąpiłem   do   firmy 
twojego ojca. I wtedy... - zawiesił głos.

Nie doczekawszy się dalszego ciągu, Christie dokończyła 

za niego:

- I wtedy potknąłeś się o moją osobę.

63

background image

-   Zgadza   się   -   odpowiedział.   -   Zaledwie   kilka   dni   po 

moich urodzinach twój ojciec zaczął przebąkiwać coś na temat 
rozwiązania firmy. I tak to wygląda. Mam trzydzieści pięć lat, 
jestem w połowie drogi, a moje życie przypomina rozsypaną 
układankę.

Christie przywarła plecami do twardego głazu, wspierając 

się obiema dłońmi o piasek. Ostre kamyki wbijały się w jej 
skórę. Nadal nie wyjmowała stóp z wody, choć przemarzły już 
do kości.

- Ja jakoś zdołałam odmienić całe swoje życie. Może ty 

powinieneś spróbować zrobić to samo?

- sugerowała ostrożnie.
Cisnął w wodę jeden z kamyków gestem, który zdradzał 

rosnące w nim napięcie.

-   Mówisz   o   czymś,   co   jest   niemożliwe.   Nie   jestem   w 

stanie kompletnie zmienić swojego życia - i ty też nie, Christie 
- powiedział z determinacją. - Oczywiście możesz wykonać 
parę pozornych posunięć, ale tak naprawdę wciąż dążysz do 
sukcesu,   zupełnie   jak  twój   ojciec.   Wciąż   wyznaczasz   sobie 
jakieś   cele   i   plany.   Weźmy   choćby   te   wszystkie   kluby   i 
komitety, do których należysz. Ornitologiczne, turystyczne, co 
tam jeszcze? Biblioteki, muzea, pokazy, o rany, wspomniałaś 
coś nawet o straży pożarnej! Wyznajesz zasadę „jeden pomysł 
- dobrze, dziesięć pomysłów - jeszcze lepiej”, dokładnie tak 
jak twój stary.

Skoczyła   na   równe   nogi,   rozbryzgując   dokoła   wodę, 

urażona do żywego.

- Nie będę taka jak on! On nigdy nie jest zadowolony, z 

niczego i z nikogo. Wciąż wyżej i wyżej podnosi poprzeczkę, 
tak, żeby nikt nigdy nie mógł jej przeskoczyć, nawet on sam. 
To nie jest życie dla mnie!

Matt wrzucił do strumienia następny kamyczek. Kropelki 

wody wyprysnęły wysoko.

64

background image

-   Możesz   się   ze   mną   spierać   w   nieskończoność   - 

powiedział. - Możesz dużo opowiadać o tym, jak chciałabyś 
wszystko urządzić, ale wiedz, że zawsze coś tobą powoduje, 
niezależnie   od   twej   woli   i   świadomości.   I   zawsze   będziesz 
ambitna i przebojowa i bardzo w tym podobna do ojca.

-   Mówisz   tak,   żeby   uniknąć   rozmowy   na   niewygodny 

temat. A w rzeczywistości to ty sam nie chcesz znać prawdy o 
sobie. Nie masz ochoty przyjąć do wiadomości faktu, że coś w 
twoim życiu jest nie tak. Powiedziałabym nawet, że uratować 
cię może tylko jakiś bardzo radykalny zwrot!

- Jedno, co na pewno jest mi potrzebne jak zbawienie, to 

twoje   szczere   postanowienie   powrotu   do   Nowego   Jorku. 
Wtedy nareszcie wszystko wróci na swoje miejsce.

Christie stanęła naprzeciw Matta. Jej stopy całkowicie już 

zdrętwiały z zimna, ale nie czuła tego.

- Ja tu jestem tylko pretekstem, Matt. Cały ten chaos, w 

którym jesteś pogrążony, wcale nie zniknie w dniu mojego 
pojednania z ojcem.

Spoglądała na niego oskarżycielsko. Matt zerknął spode 

łba   w   jej   kierunku,   zdjął   czapkę   i   tak   długo   mierzwił 
czuprynę,   aż   jego   włosy   opadły   bezwładnie   na   wszystkie 
strony.   Potem   odwrócił   się   z   pozorną   obojętnością,   gotów 
wyraźnie zrobić jakiś unik.

-   Mam   ochotę   przyjrzeć   się   tej   chacie   -   powiedział 

zadziornie.

- Wydawało mi się, że to raczej ja mam ochotę przyglądać 

się czemukolwiek tutaj.

Christie   brnęła   przez   zimny   nurt   ku   brzegowi.   Kiedy 

wreszcie   dotarła   do   chaty,   niosąc   skarpetki   i   buty   z 
rozwiązanymi,   uwalanymi   ziemią   sznurowadłami,   Matt   już 
tam był od jakiegoś czasu.

65

background image

Drzwi   chaty   zabezpieczono   solidną   kłódką,   która 

kontrastowała z lichym, zmurszałym drewnem. Matt dosięgnął 
dłonią belki wieńczącej futrynę.

- Wielki Shelby zapewne niejeden raz grzmotnął głową w 

tą deskę - zauważył.

- Właścicielka dała mi klucz. Mam go gdzieś przy sobie...
Christie wydobyła z kieszeni pęk kluczy z breloczkiem w 

kształcie pulchnej złotej rybki. Zawierał tak bogatą kolekcję 
kluczy,   że   sama   nie   pamiętała   przeznaczenia   co   najmniej 
połowy   z   nich.   Pobrzękując   nimi,   dopasowywała   kolejne 
klucze do zamka, aż wreszcie trafiła na właściwy i otworzyła 
kłódkę.   Drzwi   zaskrzypiały   przeraźliwie,   lecz   ustąpiły 
posłusznie i dziewczyna bez większych ceregieli przekroczyła 
sfatygowany próg.

Matt zmuszony był pochylić głowę, wchodząc do chaty w 

ślad za nią. Oboje przystanęli na chwilę tuż za progiem, by 
przyzwyczaić   oczy   do   panującego   mroku.   Wszystkie   okna 
zabito   deskami,   lecz   tu   i   ówdzie,   przez   niewielkie   szpary, 
wdzierały   się   promyki   światła.   Stopniowo   Christie   mogła 
dostrzec   poszczególne   przedmioty   -   pordzewiały   stelaż   od 
łóżka, półkę na narzędzia, pożółkły kalendarz, spod którego 
najwyraźniej   wystawał   poprzedni,   również   mocno   już 
nieaktualny. Przyjrzała mu się uważnie i z niejakim trudem 
odcyfrowała datę.

- Lipiec 1947 - przeczytała półgłosem. - Wielki Shelby 

urzędował tutaj dużo wcześniej, ale to miejsce miało potem 
kilku właścicieli. I aż dziwne, że nikt z nich nie wpadł na 
pomysł,   żeby   tu   na   przykład   urządzić   letnisko.   Musisz 
wiedzieć, że cena wcale nie jest wygórowana.

Matt myszkował wśród narzędzi na półce.
- Jaka jest powierzchnia posesji? - zapytał fachowo.
- Nie pamiętam, ale wiem, że należy do niej cała ta piękna 

polana.

66

background image

Zanurkował ponownie pod framugą, a wydostawszy się na 

zewnątrz, rzucił bystro okiem na teren dookoła.

Christie   grzecznie   mu   towarzyszyła,   ukradkiem   ob-

serwując   jego   profil.   Miał   zacięty   wyraz   twarzy,   lecz   gdy 
mówił,   w   jego   głosie   pobrzmiewała   ciepła   nuta   nostalgii   i 
jakiejś nieukojonej tęsknoty.

- To kawał pięknej ziemi - powiedział. - Tyle tu otwartej 

przestrzeni, a przy tym ostra krawędź gór w tle... I ta cisza... 
Posłuchaj.

Christie zamknęła oczy. Słyszała pobrzękiwanie owadów 

gdzieś blisko, szelest wiatru w liściach osiki, świergot ptaków. 
Tak,   to   była   prawdziwa   cisza   w   porównaniu   z   jazgotem   i 
harmiderem nowojorskich ulic.

Gdy ponownie otworzyła oczy, poczuła na sobie baczne 

spojrzenie Matta. Zmieszana umknęła przed jego wzrokiem w 
obawie,   że   mógłby   zobaczyć   więcej,   niż   powinien.   Nie 
chciała,   żeby   wiedział,   jak   bardzo   jej   się   podoba.   Lecz   z 
drugiej   strony   jej   płochliwość   byłaby   jeszcze   bardziej 
podejrzana.   Odpowiedziała   więc   na   jego   spojrzenie   z 
możliwie   największym   opanowaniem   i   podeszła   do 
ogrodzenia.

-   Klamka   jest   złamana   -   zauważyła,   majstrując   przy 

bramie.

-   To   raczej   nie   ma   specjalnego   znaczenia,   większość 

ogrodzenia praktycznie nie istnieje.

Christie   zwróciła   się   w   stronę   topornie   ociosanych 

palików, które leżały powalone na ziemi. Brama tkwiła wśród 
nich   samotnie,   co   tworzyło   dość   absurdalny   obrazek,   lecz 
Matt zdawał się być nim bardzo fascynowany.

- Mogę naprawić klamkę - zaofiarował się, obejrzawszy ją 

ze wszystkich stron. - Wiem w czym rzecz, zaraz będzie jak 
nowa. Wszedł do chaty i po chwili wrócił, niosąc młotek i 

67

background image

obcęgi. - Nie trzymałem młotka w ręku od czasów szkolnych - 
powiedział do Christie.

Początkowo   Christie   obserwowała   Matta   z   pewnym 

sceptycyzmem, za chwilę jednak przekonała się, że raczej wie, 
co   robi.   Odzyskała   już   czucie   w   nogach,   więc   ponownie 
osadziwszy   kapelusz   na   głowie,   zanurkowała   w   wysokie 
trawy łąki. Lisa robiła jej ostatnio wykłady na temat gatunków 
polnego   kwiecia   i   teraz   Christie   usiłowała   zidentyfikować 
poszczególne   okazy,   obficie   pyszniące   się   dookoła.   Te 
wysokie, faliste o odcieniu pomarańczowocynobrowym - to z 
pewnością   hinduskie   dzwoneczki.   Niebieskie   -   to   łubin,   a 
delikatne, białe kwiatuszki muszą być śnieguliczkami.

Usiadła na dywanie z traw, pogrążona w rozmyślaniach. 

Zamiast cieszyć się pięknem tego, co ją otaczało, snuła smutne 
refleksje   na   temat   własnej   osoby   i   tej   oczywistej   cechy 
własnego charakteru, która kazała jej być ekspertem w każdej 
dziedzinie. Rzeczywiście, przypominała w tym swojego ojca - 
Matt nie mylił się wcale.

Zerwała źdźbło trawy i rozdzieliła je na dwoje. Gdzieś w 

jej wnętrzu kiełkował niepokój. Przez całe życie próbowała 
dostosować się do wyobrażeń ojca, z wielkim trudem zdołała 
wyrwać się z tego schematu i odnaleźć swoje „ja”. I nagle 
pojawił   się   Matt,   który   spowodował,   że   uświadomiła   sobie 
pewną przykrą prawdę - te wszystkie lata pogoni za pozorami 
pozostawiły w niej trwały ślad. Znowu znalazła się na drodze 
do jakiegoś sukcesu, nie umiała przeskoczyć samej siebie, nie 
umiała stać się kimś innym, niż ... Christopherem Danielsem 
Czwartym!

Ukryła twarz w dłoniach. Nie, to niemożliwe! Skoro nie 

czuła już szacunku do ojca, jak wobec tego mogła szanować 
samą   siebie?   Myśli   jak   błyskawice   przebiegały   przez   jej 
głowę.

68

background image

- Hej, spójrz, naprawiłem! - zawołał Matt. - Brama jest już 

w porządku!

W jego głosie pobrzmiewała duma. Christie uniosła wolno 

głowę i zobaczyła, jak demonstruje z satysfakcją efekty swojej 
pracy,   naprzemian   otwierając   i   zamykając   bramę.   Klamka 
działała bez zarzutu.

- Cudownie - powiedziała Christie bez przekonania, ale 

Matt wcale nie zauważył jej braku entuzjazmu i minorowej 
miny.   Buszował   właśnie   po   chacie,   potrząsając   już   lekko 
nadbutwiałym klocem drewna.

Christie   podeszła   wolno   do   solidnie   już   umocowanej 

bramy i oparła się o nią całym ciężarem. Obserwowała spod 
oka   poczynania   Matta,   który   właśnie   ważył   w   dłoni 
zaśniedziałą   siekierę,   z   wyrazem   prawdziwej   błogości   na 
twarzy. Odrąbał od belki sporej wielkości klocek i ułożywszy 
go   na   pniu,   z   wielkim   zapałem   odciosywał   kawałek   po 
kawałku. Na początku szło mu to niezdarnie, lecz po chwili 
uchwycił   właściwy   rytm.   Czynność   ta   pochłonęła   go 
całkowicie, nie zważał ani na smugi słońca przebijające się 
przez   korony   osik   i   oświetlające   całą   jego   postać,   ani   na 
strużki potu, które znaczyły jego koszulę ciemnymi plamami. 
Na krótki moment przerwał pracę, żeby zdjąć koszulę. Oczom 
Christie   ukazał   się   silny,   umięśniony   tors,   pokryty 
gdzieniegdzie   rudo-złotym   owłosieniem.   Nieświadom 
spoczywającego na nim spojrzenia dziewczyny, z zacięciem 
kończył rozpoczęte dzieło, niczym urodzony drwal.

Kiedy Christie patrzyła na Matta, jej rozterki i niepokoje 

gdzieś się ulatniały. Zauważyła rozbrajający kontrast między 
brązem jego przedramienia, kończącym się na linii krańców 
rękawa, a olśniewającą bielą, panującą tuż powyżej tej linii. 
Obserwowała, jak pod skórą poruszają się węzły jego mięśni, 
gdy   unosi   siekierę   i   potem   z   rozmachem   nią   uderza. 
Dziewczyna   uśmiechała   się   do   siebie.   Matt   z   pewnością 

69

background image

pracował   bardzo   systematycznie,   nie   był   natomiast   na   tyle 
próżny, by spędzać czas pod lampą kwarcową, miał w sobie 
jakąś naturalną surowość. Gdyby nie blady odcień jego skóry, 
można   by   go   wziąć   za   pioniera   Dzikiego   Zachodu.   Jego 
skumulowana energia znajdowała teraz ujście - odrąbywane 
drzazgi jedna za drugą wyskakiwały spod jego siekiery.

Wreszcie odłożył ją na bok i otarł spocone czoło. Lekko 

zmieszał   się,   uchwyciwszy   badawcze   spojrzenie   Christie. 
Podszedł   do   niej   i   stanął   naprzeciwko,   po   drugiej   stronie 
bramy.

- Rany boskie, to było coś!
-   No   cóż...   Może   powinieneś   zaopatrzyć   swoje 

nowojorskie biuro w drewno do rąbania. Byłoby to skuteczne 
lekarstwo na twoje stresy.

- Stresy - powtórzył jak echo. - Mam ich wiele w Nowym 

Jorku, to fakt. A wiesz, co najbardziej zżera mi nerwy? Ta 
cholerna, wszechobecna korupcja. Liczyłem na to, że w firmie 
twojego ojca będzie inaczej, ale pomyliłem się.

Na te słowa Christie drgnęła czujnie.
-   Chwileczkę   -   zaprotestowała.   -   Mój   ojciec   popełnia 

wiele   błędów,   to   prawda,   ale   w   tym   wypadku   mocno 
przesadziłeś.   Jest   absolutnie   uczciwym   człowiekiem   we 
wszystkich posunięciach giełdowych i...

- Zaczekaj. O nic nie oskarżam twojego ojca. Uwierz mi, 

że zanim jeszcze zacząłem z nim współpracować, dokładnie 
sprawdziłem,   czy  mogę  mu  ufać.  Mówię  o  czymś  innym  - 
oparł zaciśniętą pięść o sztachety płotu. - Korupcja opanowała 
cały   rynek,   wciska   się   wszędzie   jak   śmiertelna   zaraza.   Nie 
możesz od tego uciec, bo zbyt wielu ludzi gra nie fair. Giełda 
powinna   być   miejscem   wielkiej   gry   dla   wielkich   graczy, 
sprawdzianem   refleksu,   kompetencji   i   zdolności   prze-
widywania. A powoli staje się polem popisu dla krętaczy i 
hochsztaplerów.

70

background image

Wzburzenie i pasja, z jaką przemawiał Matt, poruszyły w 

duszy   Christie   jakąś   strunę.   Jednak   odsunęła   się 
niepostrzeżenie od bramy i zrejterowała w zacisze ukwieconej 
łąki. Nie chciała dać się wciągnąć w rozmowy o Wall Street. 
Matt   nie   dawał   z   kolei   za   wygraną   i   przeskoczywszy 
ogrodzenie dogonił ją.

-   Wiesz,   gdzie   tkwi   sedno   sprawy?   -   kontynuował 

podniecony. - Powiem ci, chodzi o samą definicję zjawiska. 
Wewnętrzne nadużycia - co to dla ciebie znaczy?

-   Nie   jestem,   jak   mi   się   wydaje,   na   egzaminie   - 

oponowała. - Wybacz, ale bardzo bym teraz chciała przyjrzeć 
się   kwiatom.   Szczególnie   mnie   intryguje   pewna   odmiana 
pasternaka...

- Nie wykręcaj się Christie, proszę.
- Na miłość boską! - zatrzymała się przyparta do muru. - 

Wewnętrzne   nadużycie   ma   miejsce   zawsze   wtedy,   kiedy 
zawierasz   korzystną   transakcję,   kierując   się   w   swoich 
decyzjach   informacjami,   do   których   nie   powinieneś   mieć 
dostępu.

-   Aha!   A   możesz   uściślić   określenie   „informacje,   do 

których nie powinieneś mieć dostępu”?

Christie westchnęła zniecierpliwiona, ale wyglądało na to, 

że nie zdoła uciec od tej rozmowy.

- No dobrze - powiedziała. - Wyobraźmy sobie, że twój 

wujek   jest   szefem   dobrze   prosperującej   sieci   restauracji 
szybkiej obsługi. Ty jesteś jego ulubionym krewniakiem, bo 
tylko  tobie   jednemu   z  całej   rodziny   smakują  te   obrzydliwe 
hamburgery i frytki. Wuj ci ufa, więc zdradza w sekrecie, że 
ma  zamiar przejąć firmę  Iks, która zarządza konkurencyjną 
siecią knajp. Kiedy dochodzi do zgłoszenia ofert kupna, wuj 
oferuje za akcje Iksa wysoką cenę i wszyscy akcjonariusze 
odsprzedają   mu   swoje   udziały.   No   i   masz!   Oto   przykład 
poufnej informacji: wuj zwierzył ci się w sekrecie ze swoich 

71

background image

planów   -   Christie   rozprawiała   z   coraz   większym 
zaangażowaniem. - I ty możesz to wykorzystać. Po kryjomu 
kupić pakiecik akcji u Iksa, a potem wykończyć wuja, gdy 
cena osiągnie niebotyczne wyżyny. Ale wuj nie jest całkiem 
głupi   i   niestety   jest   w   stanie   dociec,   że   to   twoja   sprawka, 
zwłaszcza   jeśli   skorzysta   z   usług   giełdowych   organów 
ścigania, których przedstawiciele bladym rankiem zapukają do 
twoich drzwi. Musisz wtedy, biedaku, pożegnać się na dobre z 
ukochanymi   hamburgerami   i   frytkami.   Nie   wyszły   ci   na 
zdrowie.   Dużo   lepiej   czułbyś   się   po   moich   pulpetach 
sojowych.

Matt,   który   wyglądał   na   nieco   oszołomionego,   aż 

przysiadł na trawie.

- Starałem się coś ci wyjaśnić - powiedział. - Czy nie tak?
- Tak - przyznała posłusznie Christie, gotowa teraz stawić 

mu   czoła   w   dyskusji.   -   Może   powinnam   posłużyć   się 
przykładem jakiegoś innego wuja?

-   Nie,   nie,   proszę.   W   porządku   -   dałaś   mi   przykład 

nielegalnego   użycia   wewnętrznego   przecieku,   zresztą 
przykład bardzo dobry. Ale odwróćmy sytuację. Jak wszystko 
to  wygląda  wówczas,  kiedy  mnie  się  tylko  wydaje,  że  wuj 
chce przejąć Iksa? Cała moja intuicja podpowiada mi, że on z 
pewnością   to   zrobi.   Co   wtedy?   Czy   jeżeli   wtedy   wykupię 
akcje u Iksa i zrobię fortunę w dniu zgłaszania ofert, to czy 
jest to przestępstwo?

Christie zmarszczyła nos w głębokiej zadumie.
-   To   prawda,   rzeczywiście   trudno   jest   ustalić,   gdzie 

zaczyna   się   nadużycie.   Granica   między   przestępstwem   a 
legalnością jest tu dosyć płynna.

- No właśnie! - huknął Matt triumfalnie i pochylił się nad 

nią poufale. - I tu jest pies pogrzebany. Nie ma zgody co do 
definicji,  zasady   są   dosyć  niejasne,   więc  łatwo  je  obejść.  I 

72

background image

ludziom wydaje się, że dopóki nie zostaną przyłapani, mogą 
robić wszelkie świństwa.

- Tak... Pewnie masz rację - odparła trochę roztargniona. 

Przyglądała   się   właśnie   z   uwagą   długim,   gęstym   rzęsom 
Matta, które miały nieco ciemniejszy odcień brązu niż jego 
czupryna.   Powinno   się   wprowadzić   jakiś   zakaz,   który 
kategorycznie   zabraniałby   mężczyznom   posiadania   takich 
szałowych rzęs...

- Czemu tak wytrzeszczasz oczy? - zapytał Matt.
- Czy coś ci wpadło pod powiekę?
- Nnnie... - zmieszana wróciła do rzeczywistości.
- Mówiłeś właśnie o płynności zasad...
- Tak jest. Mój eks-partner jest tu świetnym przykładem. 

Przez   lata   postępował   uczciwiej   niż   najuczciwsi.   A   potem 
wystarczył mały krok i zboczył z prostej drogi.

-   Tak   to   się   dzieje   -   zawyrokowała   Christie.   -   Kiedy 

oddychasz   przez   długi   czas   morowym   powietrzem,   sam 
stajesz   się   z   czasem   trędowaty.   Jakie   to   szczęście,   że   dziś 
jestem bardzo daleko od tych spraw i mogę się tylko śmiać.

- Mnie, niestety, jest zupełnie nie do śmiechu. Muszę coś z 

tym zrobić, jakoś powstrzymać tą falę obłędu. A przynajmniej 
otworzyć oczy niektórym naiwnym inwestorom.

Christie spojrzała na niego przenikliwie.
-   Napisz   o   tym,   Matt.   Opisz   swoje   doświadczenia 

giełdowe.   Powinieneś   to   zrobić   -   może   seria   artykułów   do 
gazet? Albo od razu pójdź na całość i opublikuj książkę!

Teraz i ona zapaliła się. Jaki doskonały pomysł! Oczami 

wyobraźni  już  widziała   książkę  Matta  z   jego  podobizną   na 
obwolucie, zarzucone nią witryny księgarń.

Odpowiedział jej zdumionym spojrzeniem.
- O czym ty mówisz, do diaska? Nie napisałem ani słowa 

od czasów szkolnych.

73

background image

- Aha - ta informacja sprowadziła Christie na ziemię, ale 

nie   na   długo.   -   Więc   może   powinieneś   wydawać   własne 
pismo?   To   byłoby   dobre   na   początek.   Podobno   własne 
czasopismo   -   to   rewelacyjny   sposób   wyzwalania   energii 
twórczej.

-   O   mój   Boże...   -   to   było   jedyną   odpowiedzią   Matta. 

Christie   jednak   bardzo   się   już   przywiązała   do   swojego 
pomysłu.

- Mam świetny tytuł dla twojej książki - oświadczyła. - 

„Moje życie w ślepym zaułku Wall Street”. Chyba niezły, co?

Przyjrzał się jej sceptycznie, lecz Christie tylko wzruszyła 

ramionami.

- No dobrze, więc może sam wymyślisz lepszy - wycofała 

się. - Tak czy owak uważam, że powinieneś napisać o tym, co 
się dzieje, Matt. To by ci dobrze zrobiło.

- Czy nie musisz przypadkiem już wracać do Red River? - 

zapytał nienaturalnym głosem. - Na pewno masz dziś jakieś 
zebranie, może nawet niejedno...

Niechętnie zerknęła na zegarek.
- Tak, rzeczywiście. Po południu zbiera się nadzwyczajne 

posiedzenie   komitetu   Fundacji   na   rzecz   budowy   muzeum. 
Obiecałam, że będę.

Gdyby mogła, chciałaby tu spędzić resztę dnia, spierając 

się z Mattem i patrząc na niego, po prostu być wciąż przy nim 
w miejscu, które stało się trochę ich miejscem.

To   wrażenie   niezwykłej,   intymnej   bliskości,   podsycane 

aromatem polnych ziół i leniwym koncertem pszczół, stawało 
się   niebezpieczne   niczym   zdradliwa   zasadzka.   Christie 
skoczyła na równe nogi, starając się spłoszyć czar tej dziwnej 
chwili.

-   Tak,   lepiej   już   chodźmy   -   powiedziała.   -   Robi   się 

późno... lepiej chodźmy, zanim będzie za późno... Chodźmy 
już stąd!

74

background image

75

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Chistie   i   Matt   bez   nadmiernego   pośpiechu   dotarli 

ponownie w pobliże chaty. Matt włożył koszulę i posprzątał 
narzędzia. Poruszał się dość opieszale, choć to on pierwszy 
zaproponował   powrót.   Także   Christie   nie   zdradzała 
niecierpliwości.   Kiedy   Matt   zakładał   swoje   baseballowe 
nakrycie głowy, powstrzymała jego dłoń w pół gestu.

- Poczekaj, twoja czapka ciągle źle wygląda - powiedziała. 

Dłuższą chwilę obracała ją w ręku, wyginając i naciągając na 
wszystkie strony. - Spróbuj teraz.

Matt naciągnął czapkę mocno na uszy. Wreszcie niesforny 

daszek sterczał nienagannie pod właściwym kątem. Również 
pozostałe rzeczy Matta wyglądały jakby lepiej niż poprzednio 
- dżinsy były ubrudzone tu i ówdzie ziemią, koszula już trochę 
wymięta. Zupełnie nie przypominał rezydenta nowojorskiego 
drapacza   chmur,   lecz   kogoś,   kto   duszą   przynależy   właśnie 
tutaj, do tego górzystego zakątka Nowego Meksyku.

- Christie - zaczął z poważną miną, jakby zbierał się do 

wypowiedzenia słów niezmiernie ważkich.

-   Tak?   -   uniosła   głowę   znad   wielkiej   kłódki,   którą 

usiłowała zamknąć.

- Czas spędzony tu dzisiaj z tobą, to dla mnie... - urwał, 

nie bardzo wiedząc, jak dokończyć.

- Wiesz, chciałbym... - zaczął ponownie. - Chciałbym znać 

nazwisko właścicielki, która cię tutaj przysłała.

Christie   zawahała   się   przez   chwilę,   upychając   w   tylnej 

kieszeni dżinsów ogromny pęk kluczy.

- Mam nadzieję, że nie planujesz kupna?
-   To   niezły   kawałek   gruntu.   Mógłby   się   okazać   dobrą 

inwestycją - zauważył.

Jego   chłodny,   trochę   interesowny   ton   zbulwersował 

Christie. Stanęła przed drzwiami chaty, podpierając się pod 

76

background image

boki na szeroko rozstawionych nogach, jakby chciała obronić 
to miejsce przed zakusami intruza.

- Inwestycja?! - wykrzyknęła. - To jedyne, co przychodzi 

ci do głowy? Nie widzisz, jak tu jest pięknie, jak cicho? Czy 
naprawdę interesuje cię wyłącznie, jak szybko zbić forsę?

- Widocznie tak chcesz mnie widzieć, Christie. Tylko że 

to bardzo fałszywy obraz - odparł.

- To dlaczego myślisz o tym cudownym kawałku ziemi w 

takich   kategoriach?   Jesteś   maklerem   w   każdym   calu.   Nie 
umiesz już dostrzegać rzeczy samej w sobie, a jedynie jako 
obiekt mogący przynieść zyski.

-   Daj   mi   szansę  coś   powiedzieć,   proszę!   Nie  myślałem 

wcale o kupnie tego miejsca po to, żeby czerpać z niego jakieś 
zyski. Bywają różne rodzaje inwestycji, jak wiesz - kołysał się 
lekko z rękoma wepchniętymi głęboko w kieszenie spodni. - 
Bardzo brakuje mi w życiu czegoś, co miałbym na własność. 
Wciąż   obracam   pieniędzmi,   których   ani   nie   widzę,   ani   nie 
dotykam.   Pieniądze   -   to   dla   mnie   rzędy   elektronicznych 
cyferek   przebiegające   przez   ekran   komputera   i   szybko 
znikające. Właściwie nigdy nie miałem nic wartościowego, co 
byłoby naprawdę tylko moje. Jeżdżę wynajętym samochodem, 
mieszkanie też nie należy do mnie... Pewnie przyjemnie jest 
mieć własny skrawek ziemi...

Christie   oparła   się   plecami   o   chropowatą,   drewnianą 

ścianę chaty.

- Załóżmy, że kupisz ten teren, Matt. Powiedz mi,  jaki 

będziesz miał z niego pożytek, skoro mieszkasz w Nowym 
Jorku, a więc ni mniej, ni więcej tylko dwa tysiące mil stąd? 
Czy to logiczne?

- Jestem ostatnio z logiką na bakier i to chyba pod twoim 

wpływem   -   odpowiedział,   rzucając   Christie   wymowne 
spojrzenie.

77

background image

-   Ja   z   tym   nie   mam   nic   wspólnego.   Ani   z   twoimi 

pomysłami, ani z problemami, które cię gryzą. Nie obwiniaj 
mnie   więc,   Matt,   zwłaszcza   że   nie   zapraszałam   cię   na   tę 
przejażdżkę.

- Chciałbym powiedzieć coś z sensem, ale czuję, jak mój 

mózg pogrąża się w chaosie.

- Dlaczego nie kupisz sobie małej farmy w Connecticut 

albo w Rhode Island? - pytała nieustępliwie.

-   Z   pewnych   niejasnych   dla   mnie   samego   przyczyn 

podoba   mi   się   ta   właśnie   polana   -   ta   stara   chata,   góry 
dookoła...   Za   to   lokalizacja   jest   zupełnie   niewłaściwa. 
Chciałbym,   żeby   to   miejsce   znalazło   się   godzinę   drogi   od 
Nowego Jorku...

- Ale dzięki Bogu nie znajduje się tam i nie znajdzie. I nie 

spodziewaj   się,   że   podam   ci   nazwisko   właścicielki.   Sama 
mam   zamiar   kupić   ten   grunt.   To   jest   miejsce,   jakiego   od 
dawna szukałam.

Matt potarł dłonią kark.
- Masz już przecież własny dom w Red River. Po co ci 

jeszcze jedna posiadłość?

- Wspominałam ci już, że poszukuję kopalni złota, która 

miałaby  w sobie to „coś”, coś specjalnego... Właśnie jedną 
znalazłam.

- Jesteś jeszcze bardziej nielogiczna niż ja - utyskiwał.
- Może tak, a może nie... W każdym razie ta ziemia będzie 

moja - podkreślała uparcie, prostując dumnie plecy i patrząc 
Mattowi odważnie prosto w oczy. - Wracaj do Nowego Jorku, 
Matt.   Kup   sobie   lepiej   jeden   z   tych   oszałamiających 
apartamentów w okolicach Central Parku, taka umiarkowana 
dawka   zieleni   w   sąsiedztwie   powinna   ci   wystarczyć   do 
szczęścia. Może wyglądasz na dzikiego człowieka gór, ale z 
pewnością nim nie jesteś. 

Uśmiechnął się kpiąco.

78

background image

- A ty, Christie? Naprawdę uważasz się za kobietę stąd? 

Wierzysz, że to twoje miejsce?

To   pytanie   ugodziło   dziewczynę   w   najczulszy   punkt   i 

spowodowało, że wszelkie wątpliwości odsuwane na dalszy 
plan, znowu ją opanowały. Nie mogła dłużej oszukiwać samej 
siebie,   musiała   przyznać   w   duchu,   że   jest   jak   jej   ojciec   - 
zacięta,   ambitna,   wciąż   podwyższająca   poprzeczkę.   Lecz   te 
cechy charakteru stawały się zupełnie niepotrzebne tutaj - w 
środku   leśnego   odludzia.   Tu   przydawał   się   spokój, 
umiejętność pogodnej rezygnacji i cieszenia się tym, co jest, 
wewnętrzna równowaga... Christie bardzo chciała ją osiągnąć 
- i tu zaczynał się paradoks: kolejny cel, kolejne dążenie...

- Wszystko jedno, co sobie o tym myślisz, ja i tak jestem 

tu u siebie - oświadczyła, starając się zapomnieć o własnych 
rozterkach i o podejrzeniach Matta. Obróciła się na pięcie i 
pomaszerowała   z   rozmachem   przez   ukwiecone   pole.   Matt 
podążył   spiesznie   za   nią.   Zatrzymała   się   jeszcze   na   krótką 
chwilę, by spojrzeć za siebie. Chciała zachować w pamięci 
cały   ten   urokliwy   obrazek:   starą   chatę   pochyloną   nad 
zmurszałym   płotem,   skupione   ciasno,   napromieniowane 
słońcem   osiki   i   zatrzęsienie   polnych   kwiatów   o   odcieniach 
cynobru i głębokiego błękitu...

Wszystko to wyglądało wspaniale, ale jeszcze coś innego 

czyniło to miejsce wyjątkowym. Było to od teraz ich wspólne 
miejsce   -   jej   i   Matta.   Do   kroćset   diabłów!   Nie   miała   już 
wyjścia. Ten człowiek wkradł się do jej życia jak nieproszony 
gość   i   zapanował   nad   jej   emocjami.   Zostawiła   za   sobą 
niezapomniany, czarujący widok i ruszyła z determinacją w 
stronę lasu.

- Znowu obrałaś nie ten kierunek - zwrócił jej uwagę Matt. 

Zacisnęła   drobne   pięści   w   bezsilnej   złości,   ale   posłusznie 
podążyła w ślad za nim. W bardzo krótkim czasie dotarli do 

79

background image

samochodu. Skąd taki mieszczuch wiedział, jak orientować się 
w terenie? Pozostało to dla niej zagadką.

Matt tymczasem z widocznym zadowoleniem poklepywał 

maskę łazika.

- Bardzo mi się podoba ta bestia. Chętnie bym się z nią 

zmierzył.

- Przepraszam bardzo - Christie starała się zignorować to 

jawne natręctwo i zasiadła za kierownicą. Gdy jednak włożyła 
kluczyki   do   stacyjki,   przez   otwarte   okno   wsunęła   się   do 
środka kędzierzawa głowa Matta.

- Już pojutrze wracam na zawsze do taksówek i ulicznych 

korków   -   powiedział.   -   Pomyśl,   może   już   nie   będę   miał 
drugiej takiej szansy... - patrzył na nią błagalnie, jak dziecko, 
które chciałoby się przejechać na pierwszym w życiu rowerze.

- Masz ci los... - zrezygnowana Christie przeniosła się na 

siedzenie obok. Matt z wyrazem głębokiej wdzięczności na 
twarzy pieszczotliwym gestem objął kierownicę i uruchomił 
silnik.

-   Twój   breloczek   od   kluczyków   jest   zbyt   ciężki   - 

zauważył.

-   Wezmę   to   pod   uwagę   -   Christie   zapinała   swój   pas   z 

kwaśną   miną,   trochę   wyprowadzona   z   równowagi 
wścibstwem Matta. Jak tak dalej pójdzie, za chwilę zechce 
opanować   także   cały   pensjonat.   Nie   poprawiło   jej   nastroju 
także   to,   jak   zręcznie   Matt   zawrócił   samochód   na   wąskiej 
drodze.   Z   trudem   przystosowała   się   do   kołyszącego   ruchu 
auta, w przeciwieństwie do kierowcy, który najwyraźniej czuł 
się   jak   ryba   w   wodzie,   zmieniając   biegi   z   dużą   wprawą. 
Christie zastanowił wyraz ogromnej błogości malującej się na 
jego twarzy, jakby żadne zmartwienia czy kłopoty nie miały 
teraz   do   niego   dostępu.   Bardzo   podobał   się   dziewczynie 
właśnie   taki   jak   teraz,   beztroski   i   rozjaśniony.   Lecz   co 
dziwniejsze,   podobał   się   jej   także   wówczas,   kiedy   się 

80

background image

wściekał. Zastanawiała się, jakby wyglądało dzielenie z nim 
na co dzień złych i dobrych dni. Prawdopodobnie należał do 
tych   mężczyzn,   którzy   zachowują   się   nieznośnie   z   powodu 
byle kataru czy przeziębienia. Lecz z drugiej strony mogłoby 
być miło razem w zimowe wieczory posiedzieć przy kominku 
albo zagrać partyjkę w karty...

Dość!   Co   też   jej   przyszło   do   głowy?   Jeszcze   trochę,   a 

zobaczyłaby   ich   razem   jako   kuśtykających   o   laseczce 
staruszków, którzy przeżyli zgodnie przynajmniej pół wieku w 
harmonii   i   szczęściu!   Nic   bardziej   absurdalnego.   W 
poniedziałek Matt opuści Red River i pewnie nigdy już się nie 
zobaczą - tak przynajmniej powinno być. W końcu nie należy 
zapominać o tym, że to wysłannik ojca...

Matt   wjechał   gładkim   łukiem   na   drogę   prowadzącą   do 

domu i zaparkował tuż pod szyldem reklamującym pensjonat. 
Jak   zawsze   w   chwili   powrotu   do   domu   Christie   poczuła 
przyjemne   znużenie.   To   miejsce   uosabiało   jej   tęsknotę   za 
dzieciństwem.   Kochała   mansardowe   okna   na   poddaszu   i 
frontowy   dziedziniec   opadający   ukośnie   w   dół   ku   drodze. 
Goście wprowadzali się i wyprowadzali, nie pozostawiając po 
sobie śladów, a ona czuła się tu jak we własnym raju. Aż do 
dziś.   Bo   teraz   niestety   przybył  pewien   gość   specjalny,   nad 
którym nie bardzo dało się przejść do porządku dziennego. I 
Christie nie miała na to żadnej rady.

Wieczór,   zasnuwający   niebo   cieniem   barwy   głębokiego 

kobaltu,   zastał   Christie   w   salonie.   Obłożona   księgami 
rachunkowymi   siedziała   na   podłodze   ze   skrzyżowanymi 
nogami.   Nade   wszystko   starała   się   nie   myśleć   o   Macie. 
Zniknął   gdzieś,   zanim   jeszcze   wróciła   z   zebrania   i   nie 
widziała go przez resztę dnia. Na chwilę pojawili się tylko 
państwo Fanshaw, by opłacić rachunek i wymeldować się.

W   wielkim,   starym   domu   panowała   błoga   cisza, 

przerywana   niekiedy   ledwo   słyszalnymi   odgłosami 

81

background image

dobiegającymi z pokoju gospodarczego, w którym krzątała się 
Lisa. Gdzież, do pioruna, mógł podziewać się Matt, i to tak 
długo? Może zawieruszył się gdzieś w okolice Miner's Cafe i 
spotkał tam na przykład jakąś ładną dziewuszkę... A potem 
poszli   razem   do   baru   u   Hildy   i   właśnie   tam   teraz   tańczą 
fokstrota...

- Pięknie, nie ma co, panie Gallagher, nie traci pan czasu - 

syknęła ze złością pod adresem nieobecnego. - Bardzo mi się 
to podoba!

Zza drzwi salonu wychyliła się głowa Lisy.
- Poskładałam ostatnią partię pościeli, do zobaczenia jutro, 

Chris.   Gdyby   cię   to   interesowało,   oszałamiający   samiec 
wyszedł   z   domu   po   popołudniu,   mamrocząc   coś   o   jakichś 
wędkach.

-   To   mnie   naprawdę   nie   interesuje!   -   zaprotestowała 

Christie,   lecz   głowa   Lisy   zdążyła   już   zniknąć.   W   domu 
zapanowała cisza jeszcze głębsza niż poprzednio i dziewczynę 
ogarnęło nagłe poczucie osamotnienia. Nie zaznała tego stanu 
nigdy   przedtem,   czy   to   możliwe,   że   przybycie   Matta 
wywołało aż taką rewolucję?

Przeraźliwy łoskot i rumor przerwał nieoczekiwanie ciszę, 

a dobiegał najwyraźniej z okolicy frontowych drzwi. Po chwili 
do   salonu   wkroczył   Matt,   obładowany   do   niemożliwości. 
Przedstawiał dość osobliwy widok. Christie wpatrywała się w 
niego   osłupiała.   Z   jego   rąk   sterczały   na   wszystkie   strony 
mniejsze i większe wędki. U ramienia dyndało zielone pudło 
na   sprzęt   wędkarski   oraz   wiklinowy   kosz,   a   sieć   rybacka 
zwieszała się z jego pasa. Na nogach miał obłocone rybackie 
buciory.   Ubrany   był   w   kamizelkę   w   kolorze   khaki   z 
nieskończoną   liczbą   różnorodnych   kieszeni,   a   na   głowie 
zamiast   baseballowej   czapki   -   kapelusz   ze   zwisającymi   u 
ronda   haczykami.   Jego   oczy   rzucały   niebezpieczne   błyski 
niczym w gorączce. Wyraźnie miał wszelkie objawy obłędu, 

82

background image

jaki   ogarnia   niewinnego   człowieka   tuż   za   progiem   sklepu 
wędkarskiego   i   każe   mu   zamiast   jednej   skromnej   wędki 
wykupić całą zawartość półek.

Zerknął   spode   łba   na   Christie,   przy   czym   wszystkie 

haczyki,   dyndające   wokół   ronda,   zakołysały   się   w   jednym, 
zgodnym rytmie.

- Czy masz jakieś dżdżownice? - zapytał.
- Bardzo mi przykro, Matt, ale akurat mi się skończyły.
-   Cholera,   to   wielka   szkoda.   Potrzebuję   trochę   robali   - 

westchnął. Pobrzękując i podzwaniając, wycofał się z salonu.

Christie   wsłuchiwała   się   w   jego   dudniące   kroki, 

wywołujące nie mniej  hałasu niż byłoby w stanie wzniecić 
średniej wielkości stado słoni.

A jednak te przeraźliwe dźwięki najwyraźniej wprawiły 

Christie w przedziwny błogostan, bo długą chwilę uśmiechała 
się rozanielona, a potem z zapałem wróciła do rachunków.

-   Oooaaauuu!!!   -   z   najwyższego   piętra   dobiegło   nagle 

dzikie wycie, pełne rozpaczy i przerażenia. Christie skoczyła 
na równie nogi.

- Zaczekaj, już idę! - krzyczała. Wpadła na drugie piętro 

jak   bomba   i   pomknęła   tropem   błotnistych   śladów 
pozostawionych   przez   nieprzemakalne   buty   Matta.   Ich 
właściciel zdrów i cały stał na środku korytarza, trzymając w 
sztywno   wyciągniętej   przed   siebie   sieci   jakieś   zwierzę, 
skręcające się i wijące. Matt uśmiechał się zwycięsko.

- To moja pierwsza zdobycz dzisiejszego dnia - oznajmił 

dumnie. - Czy domyślasz się, co to takiego może być?

Christie wyjęła uważnie sieć z jego rąk i położyła ją na 

podłodze. Oboje cofnęli się o krok z ostrożnością saperów, 
mających do czynienia z podejrzanym niewypałem. Jakiś czas 
sieć   leżała   na   ziemi   nieruchomo   i   bezgłośnie.   Nagle   coś 
wystrzeliło   z   jej   wnętrza   wysoko   w   powietrze,   przybrało 

83

background image

kształt   syjamskiego   kota,   który   opadł   na   cztery   łapy   i 
błyskawicznie zniknął w głębi korytarza.

-   Byłam   pewna,   że   Gomez   może   szybko   się   poruszać, 

tylko   potrzebuje   odpowiedniego   bodźca   -   oświadczyła 
Christie z entuzjazmem.

Matt obdarzył ją nieufnym spojrzeniem.
- Czy on aby nie nazywa się Vincent?
-   To   brat   Vincenta,   Gomez   -   wyjaśniła.   -   Chyba   nie 

przypuszczałeś, że mam tylko jednego kota.

Matt   bąknął   coś   pod   nosem,   co   brzmiało   jak   „dom 

wariatów, słowo daję” i dał nura do swojego pokoju wraz ze 
sprzętem. Po piętach dreptała mu Christie. Wędki balansowały 
niebezpiecznie   wśród   mebli   i   dość   opornie   przychodziło 
Mattowi   znalezienie   dogodnego   miejsca,   w   którym   mógłby 
wszystkie   je   złożyć.   Z   pomocą   pospieszyła   Christie   i 
ostatecznie   oparła   wędki   o   strojną,   wiktoriańską   komodę. 
Musiała przyznać w duchu, że w pokoju jest dosyć tłoczno, 
lecz   z   drugiej   strony   wiedziała   dobrze,   że   nie   umiałaby 
zrezygnować   z   jednego   choćby   drobiazgu.   Gładziła   dłonią 
marmurowy   blat   komody,   obserwując   jak   Matt   przysiada 
sztywno na krawędzi łóżka, próbując pochylić się do przodu, a 
potem nagle zamiera w bezruchu z głuchym jękiem. Po jakimś 
czasie znowu próbuje wrócić do pozycji wyjściowej, lecz bez 
skutku,   wydając   z   siebie   jeszcze   dziwniejszy   dźwięk, 
przypominający trochę skargę żaby miotanej atakiem czkawki.

- Christie - wydusił wreszcie z siebie żałośnie. - Coś mi się 

wydaje, że nie dosięgnę własnych stóp. 

Wszystko stało się jasne. Christie przyklękła grzecznie i 

jeden za drugim zsunęła z jego nóg dlugaśne buty.

Matt sieknął po raz kolejny, rozbierając się z opinającej go 

kamizelki.   Christie   podniosła   się   i   usłużnie   pomogła   mu 
pozbyć  się   koszuli.   Wówczas   w   całej   okazałości   zobaczyła 

84

background image

jego kark płonący jasną czerwienią i nieco tylko jaśniejsze, 
jaskrawo różowe ramiona.

- Z taką opalenizną nikt nie byłby w stanie normalnie się 

poruszać - orzekła Christie. - Wyglądasz jak niedogotowany 
homar.

Zbiegła   szybko   na   pierwsze   piętro,   porwała   z   toaletki 

słoiczek z kremem i pognała z powrotem. Wskoczyła na łóżko 
za jego plecami i przysiadła wygodnie na piętach.

- Co masz zamiar zrobić? - dopytywał się z niepokojem. - 

Nie ufam ci! - próbował spojrzeć za siebie.

- Zachowaj zimną krew - nakazała Christie, biorąc na dłoń 

ogromną   ilość   kremu.   Zaczęła   go   wcierać   w   powierzchnię 
jego pleców pewnymi, zwinnymi pociągnięciami dłoni.

- Odkryć w sobie dzikiego drwala, a zaraz potem poczuć 

powołanie wędkarskie - to trochę za dużo jak na jeden dzień.

- Co do szlachetnej cechy umiaru, jestem gotów przyjąć 

wiele uwag, ale nie od ciebie - odrzekł z kwaśną miną. - Poza 
tym,   musisz   wiedzieć,   Christie,   że   dzisiaj   odkryłem   coś 
nadzwyczajnego...

Zwierzenie to brzmiało autentycznie i przekonująco, więc 

Christie nadstawiła pilnie ucha.

- Co takiego, powiedz, proszę.
- Łowienie pstrągów - tłumaczył z ożywieniem - jest jak 

samo   życie.   Zapuszczasz   swoją   żyłkę   w   granatowo-zieloną 
głębinę   i   czekasz   na   tę   jedną   rybę.   Nie   śpieszysz   się,   nie 
krzątasz... Po prostu czekasz na pstrąga.

Christie słuchała tego na pozór obojętnie, wciąż delikatnie 

nacierając   kremem   jego   plecy   i   ramiona,   ale   gdzieś   w   jej 
wnętrzu   kiełkowało   lekkie   uczucie   zazdrości.   Ten  człowiek 
przebywał w Red River ledwie dwadzieścia cztery godziny, a 
zadomowił się tu bardziej, niż to się jej udało. Może on po 
prostu się o to nie stara, w przeciwieństwie do niej samej?

85

background image

- Żałuję, że nie byłaś tam ze mną, Christie - mówił dalej. - 

To naprawdę przepiękne jezioro i w dodatku blisko miasta. - 
Poruszył   ramieniem,   jakby   ponownie   wypróbowywał 
zarzucanie   wędki.   -   Wędkowanie   to   prawdziwa   sztuka   - 
wzdychał. - To twórczość... 

Wyciągnął  daleko   przed  siebie  obie   dłonie.  -   Oto  moja 

kariera - powiedział, rozcapierzając palce prawej. - A to jest 
łowienie   pstrągów   -  lewą   dłoń   zacisnął   w   pięść.   Po   chwili 
ciężko westchnął. - To dwie kompletnie różne dziedziny. W 
żaden sposób nie da się ich połączyć, jeśli by się chciało w 
którąś zaangażować całym sercem.

- Widzę jedno wyjście - podsumowała Christie. Pochyliła 

się ponad jego barkiem i wskazała lewą pięść. - Wybierz to! 
Rzuć całą tę giełdę i posadę u mojego starego. Zrób dokładnie 
to, co ja zrobiłam.

-   To   niemożliwe.   Poświęciłem   już   tej   piekielnej   Wall 

Street piętnaście najlepszych lat życia. Nie mógłbym teraz tak 
po   prostu   zostawić   wszystkiego,   co   osiągnąłem.   Nie 
zrobiłbym tego, nawet gdyby opatrzność miała mi zesłać w 
nagrodę największego i najsoczystszego pstrąga ze wszystkich 
pstrągów w Mississippi.

Straszny był jednak uparciuch z tego Matta Gallaghera. 

Christie   spoglądała   na   jego   wojowniczo   zmierzwioną 
czuprynę.   Do   licha,   ten   miedzianorudy   koloryt   Matta 
zdecydowanie   był   intrygujący...   Palce   Christie   wędrowały 
coraz wolniej po jego skórze, ich subtelny dotyk stawał się 
prawie pieszczotą. Christie czuła własne przyspieszone tętno, 
ciepły   krąg   światła   nocnej   lampki   obejmował   ich   oboje   i 
zamykał w małym, intymnym światku. Spojrzenie dziewczyny 
powędrowało w stronę komody po przeciwnej stronie pokoju i 
tam w lustrzanym odbiciu napotkało wzrok Matta.

Jego oczy pociemniały i przybrały odcień zmatowiałego 

bursztynu. Na ich dnie czaiło się pełne napięcia pragnienie. I 

86

background image

nie była to bliżej nieokreślona nostalgia, jaka już kilkakrotnie 
tego   dnia   zasnuwała   jego   twarz   zagadkową   mgiełką,   lecz 
bardzo   realna   tęsknota,   której   przedmiot   znajdował   się   tuż, 
tuż...

Christie   odsunęła   się   od   niego   gwałtownie,   jej   dłonie 

niczym poparzone odskoczyły od rozgrzanej powierzchni jego 
skóry.

Matt   odwrócił   się   do   niej   dość   niezręcznie   i   kiedy 

próbował   objąć   ramieniem   jej   talię,   Christie   straciła 
równowagę i przechyliła się na materac, nie chcący pociągając 
go za sobą. Runęli oboje w niezgrabnym uścisku na kołdrę. 
Twarz Matta znalazła się tuż ponad jej twarzą. Skrzywił się 
leciutko.

- Mój Boże, nawet usta okropnie mnie pieką, płoną po 

prostu... - szeptał.

Teraz nie sposób było mu się oprzeć. Mając go przy sobie 

tak blisko, Christie czuła rozlewające się gdzieś w jej środku 
miłe ciepło i ogarniającą całe ciało rozkoszną bezwładność, 
jak po wypiciu olbrzymiego kieliszka mocnego, korzennego 
calvadosu.

-   Będę   bardzo   delikatna...   -   powiedziała   cicho   i   lekko 

dotknęła jego warg swoimi.

Na początku ich pocałunek ostrożnie balansował na samej 

granicy   rozkoszy,   ale   potem   porwał   nagle   oboje   w   długą, 
upojną podróż. Matt obejmował Christie ciasno ramionami, a 
ona przywarła całym ciałem do niego, oplątując rękoma jego 
szyję i czując, jak powoli przestaje nad sobą panować.

Matt jęknął niespodziewanie i Christie dopiero wówczas 

zdała sobie sprawę z tego, że już od dłuższej chwili ściska 
mocno palcami jego poparzoną skórę.

- Przepraszam... - bąknęła. - Czy to cię zabolało?

87

background image

- Żaden ból nigdy nie sprawił mi większej przyjemności - 

mruczał kurtuazyjnie do jej ucha.- Christie, czy nie wydaje ci 
się, że między nami coś...

- Tak, dzieje się coś... Czego być nie powinno.
- Ale jest. Nic na to nie poradzimy.
Ucałował sam kącik jej ust, lecz i to wystarczyło, by po jej 

plecach przebiegł błogi dreszczyk.

- Nie, nic nie poradzimy... - przeczesywała palcami jego 

jedwabistą czuprynę, a on znów ją całował z zapamiętaniem.

-  Ojej, Matt,  co my   z  tym zrobimy...?  - westchnęła po 

chwili, spoglądając na niego w lekkim oszołomieniu.

-   Poczekamy   i   zobaczymy,   co   się   dalej   wydarzy   - 

odpowiedział. - Przecież uwielbiasz rzucać losowi wyzwania, 
prawda?

- Tak - westchnęła, gładząc palcem złocisty zarost na jego 

policzku. - Ale jeśli mamy się dowiedzieć, dokąd nas wiedzie 
los, musisz zostać w Red River trochę dłużej.

Jego   wargi   wędrowały   po   delikatnej   muszelce   ucha 

Christie.

- Moja śliczna Christie... wróci do Nowego Jorku razem ze 

mną.

Aż podskoczyła z oburzenia, po czym usiadła sztywno, 

mocno zaparta obiema dłońmi o materac.

-   Przecież   wiesz,   że   to   niemożliwe.   Moje   życie 

nieodwracalnie   wiąże   się   teraz   z   tym   miejscem   i   nie 
zaryzykuję utracenia tego, co dopiero zaczęłam budować!

- A moje życie - to Nowy Jork - odpowiedział spokojnie. 

Pocierał   z   czułością   napięte   mięśnie   jej   pleców.   Christie 
jednak tężała jeszcze mocniej pod jego dotykiem.

-   Gdybyś   tylko   nie   był   tak   beznadziejnie   uparty,   Matt. 

Sam wiesz, że potrzebna jest ci jakaś zmiana, a przynajmniej 
wakacje. Dlaczego nie chcesz spędzić tu choćby paru tygodni? 
To wszystko, o co proszę.

88

background image

- Wiesz doskonale, co myślą klienci o pośredniku, który 

jest dla nich nieosiągalny choćby przez dzień lub dwa. Nie, 
Christie, to ty powinnaś pojechać do Nowego Jorku.

Christie patrzyła wymownie w jego piwne oczy, starając 

się   nie   słuchać   tego,   co   mówi,   lecz   jakoś   nakłonić   go   do 
pozostania w Red River.

- A pstrągi, Matt? - szepnęła. - Pamiętasz swoje pstrągi...?
I nie mogła już powiedzieć nic więcej, bo jego usta znów 

zamknęły   się   wokół   jej   warg   w   namiętnym,   a   zarazem 
subtelnym  pocałunku,   a  jego  dłonie   błądziły   po   jej  twarzy. 
Niejasna przyszłość przestała na chwilę być ważna, tak jakby 
nigdy nie miała zaistnieć. Liczyła się tylko teraźniejszość - 
realny, choć graniczący z cudem, krótki moment zatracenia się 
w cudownej przepaści silnych ramion Matta...

Rozkołysane   dzwony   odezwały   się   gdzieś   w   głowie 

Christie, dalekie i przenikliwe. Jak dziwne doznania potrafił 
wzbudzić w niej ten mężczyzna! Mimo oszołomienia, w jakie 
wprawił   ją   pocałunek,   stopniowo   zdołało   jednak   do   niej 
dotrzeć,   że   odgłosy   są   całkiem   rzeczywiste,   pochodzą   z 
parteru  i oznaczają w  sposób  oczywisty, iż ktoś  usiłuje  się 
dostać do domu.

- Ojej... - wyszeptała półprzytomnie. - Muszę zejść na dół.
- Nie zwracaj na to uwagi. 
Dzwonek odezwał się jeszcze raz, słabo, lecz uparcie.
-   To   jacyś   goście   -   stwierdziła   rzeczowo   Christie, 

wyzwalając się z namiętnego uścisku i usiłując zaprowadzić 
porządek wśród zmierzwionej grzywy swoich włosów. - Idę 
tam. Matt.

- Christie...
Lecz   już   go   nie   słuchała.   Lawirując   zręcznie   między 

meblami,   wydostała   się   szybko   z   pokoju   i   pognała   w   dół, 
przeskakując po dwa stopnie. Należało zyskać trochę dystansu 
do   tego,   co   działo   się   między   nią   a   Mattem   i   spojrzeć   na 

89

background image

sprawy   przytomniej.   Nieoczekiwany   gość,   kimkolwiek   był, 
stał się w tej sytuacji po trosze intruzem, lecz i po trosze - 
wybawieniem!

Przy   stoliku   recepcyjnym   na   dole   Christie   zastała   dwie 

urocze starsze panie.

- Chciałybyśmy wynająć pokój na jedną dobę- oznajmiła 

pierwsza z nich. - Oczywiście pod warunkiem, że nie panuje 
tu jakiś zaraźliwy wirus, kochaniutka, bo wyglądasz na osobę 
rozpaloną   gorączką.   Czy   to   jakieś   przeziębienie?   Adeline 
łatwo się zaraża, zwłaszcza letnią porą!

-   To   ty   raczej   wciąż   się   przeziębiasz,   Abigaile   - 

zaoponowała druga staruszka. - Nie zrzucaj tego na mnie.   

Badawczo przyjrzała się Christie.
-   Cała   jesteś   rozogniona,   dziewczyno.   Przygotuję   dla 

ciebie   pewien   specyfik,   który   powinien   ci   pomóc.   Musisz 
wiedzieć,   że   jestem   znana   z   przyrządzania   skutecznych 
domowych mikstur ziołowych.

Christie   uśmiechnęła   się   blado.   Gdzieś   na   dnie   duszy 

żywiła   nieśmiałą   nadzieję,   że   rzeczywiście   istnieje   jakiś 
cudowny   środek   na   jej   dolegliwość...   której   imię   brzmiało 
Matt Gallagher.

90

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Przyrządy   do   ćwiczeń   ustawiane   w   pokoju   bawialnym 

zostały właśnie wprawione w ruch przez Christie, która uparła 
się,   by   poddać   swój   brzuch   serii   wymyślnych   tortur.   Tego 
ranka   Abigail   i   Adeline   wmusiły   w   nią   tajemniczy   wywar 
nazywany   przez   nie   „kleikiem”.   Kleik   okazał   się 
ciemnobrązowym,  zawiesistym płynem  z osiadłymi  na dnie 
paprochami i jak dotąd nie wywołał żadnych pioronujących 
skutków. Christie nadal czuła się dość nieswojo po bezsennej, 
niespokojnej   nocy,   wypełnionej   fantazjowaniem   na   temat 
Matta.

Winowajca   nie   pojawił   się   jeszcze   na   dole   i   Christie, 

chcąc nie chcąc, wsłuchiwała się w każdy dźwięk, który choć 
trochę przypominał odgłos kroków na schodach. Dlaczego nie 
mogła przestać o nim myśleć?

Ćwiczyła   zapamiętale,   starając   się   całym   wysiłkiem 

mięśni   wyrzucić   z   duszy   przedmiot   jej   rozmyślań.   Coś 
zaszeleściło   w   okolicy   schodów   i   Christie   zamarła   w   pół 
ruchu. Wbrew przypuszczeniom zamiast Matta wkroczył do 
bawialni Gomez, tocząc przed sobą papierową kulę.

- Ty ptasi móżdżku! - parsknęła Christie. - Przepraszam, 

Gomez,   nie   miałam   na   myśli   ciebie   -   zaznaczyła.   - 
Powiedziałam to oczywiście do siebie. Czy nie uważasz, że 
rozsądna,   dorosła   kobieta   powinna   odznaczać   się   większą 
odpornością na męskie piegi?

Gomez turlał się po podłodze, walcząc z kłębkiem papieru 

przednimi   łapami.   Znużona   Christie   podniosła   ręcznik   na 
wysokość twarzy, lecz przekonawszy się, że nie mana czole 
ani   jednej   kropelki   potu,   odrzuciła   go   z   niesmakiem.   Matt 
Gallagher   najwidoczniej   wpływał   paraliżująco   na   wszystkie 
gruczoły   jej   ciała.   Pochyliła   się   i   odebrała   kotu   zmięty 
kawałek papieru, nie zważając na jego protesty. Usiadła na 

91

background image

kanapie,   bezmyślnie   rozprostowując   i   wygładzając   kartkę. 
Wypełniały   ją   ciasne   rządki   odręcznego   pisma,   upstrzone 
gdzieniegdzie   kleksami,   które   spłynęły   z   jakiegoś 
nieszczelnego   pióra.   Christie   przystąpiła   do   cierpliwego 
odcyfrowywania gryzmołów.

Gdy przeczytała całą stronę, wyprostowała się czujnie na 

kanapie   i   z   rosnącym   podnieceniem   przebiegła   wzrokiem 
całość jeszcze parę razy. Wreszcie poderwała się z miejsca i 
pognała do kuchni, nie wypuszczając kartki z ręki. Wiedziała 
już, co począć z tym fantem!

Po upływie może dziesięciu minut pukała do drzwi pokoju 

Matta, podtrzymując ostrożnie drugą ręką tacę ze śniadaniem. 
Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi, ostrzegawczo zapukała 
ponownie, po czym sforsowała drzwi i wpłynęła do pokoju.

-  Co  tam,  do  ciężkiego  czorta?! -  Matt  podniósł  głowę 

znad sosnowego biurka w rogu pokoju. Podłogę wokół niego 
zaścielały   sterty   zmiętych   kartek.   Sam   Matt   przypominał 
żywcem   potarganą   przez   kota   papierową   kulę,   w 
niemiłosiernie   wymiętoszonej   koszuli,   ze   sterczącymi   na 
wszystkie   strony   włosami   i   mętnym   spojrzeniem 
zaczerwienionych oczu.

- Dobry Boże! - powiedziała Christie, stawiając tacę na 

komodzie.

Matt ostentacyjnie pochylił się nad biurkiem.
- Co ty tu robisz? - gderał.
- W twój rachunek, jak wiesz, wliczone jest śniadanie i 

czysta pościel. Wygląda na to, że pościeli nie używasz, a na 
śniadanie   nie   raczysz   zejść.   Chcę,   żebyś   wiedział,   za   co 
płacisz.

Tacę   ozdabiał   flakonik   z   bukietem   świeżych   fiołków. 

Christie, wdychając z przyjemnością ich miły aromat, zabrała 
się  do  smarowania   dżemem  grzanek  z  żytniego  chleba.  Do 
miseczki   z   waniliowym   jogurtem   dodała   kilka   plastrów 

92

background image

brzoskwini,  a   w  salaterce  z   owsianką,  posłodzoną  miodem, 
ulokowała   zachęcająco   łyżkę.   Matt   wyglądał   na   skrajnie 
wyczerpanego i zapewne nie podołałby sam wszystkim tym 
czynnościom.

-   Jedz,   proszę   -   nakazała,   dosuwając   do   blatu   komody 

jedno   z   krzeseł.   Matt   wahał   się   chwilę,   w   końcu   jednak 
podszedł, a pochłonąwszy pierwszą grzankę, nie umiał się już 
zatrzymać.   Z   wysokości   okiennego   parapetu   Christie 
obserwowała go zadowolona, a doczekawszy momentu, kiedy 
najwyraźniej nasycił pierwszy głód, wyjęła z kieszeni szortów 
zmiętą kartkę i zaczęła nią powiewać w powietrzu.

- To jest bardzo obiecujące, Matt - oznajmiła. - Naprawdę 

świetne!   Podobały   mi   się   nawet   te   wiatraki   nabazgrane   na 
marginesach - wskazała rysuneczki pokrywające brzeg strony.

- Skąd to masz? - Matt dwoma susami znalazł się przy 

niej. Wyrwał jej z ręki papier.

-   Rany   boskie,   to   nie   miało   nigdy   ujrzeć   światła 

dziennego, to są zwykłe brednie!

- Ależ Matt, masz świetne pióro! - protestowała Christie. 

Usadowiła się na krześle za biurkiem, rozprostowując kolejne 
wymięte kartki papieru.

-   Twoje   pisanie   ma   w   sobie   ogień.   Sam   wiesz,   jak 

obrzydła   mi   giełda,   a   jednak   kiedy   czytam   to,   co   o   niej 
napisałeś, znowu jestem na Wall Street, wbrew swojej woli. I 
znowu mi przebiega po plecach dreszczyk, który musi poczuć 
każdy, kto się o to otarł choć raz...

- Bzdura - urwał, mnąc kartkę w dłoni i wolno pochodząc 

do   biurka.   Spojrzał   w   zamyśleniu   na   papiery,   a   potem   na 
dziewczynę.

- Czy naprawdę przekonuje cię moja idea? - zapytał.
-   Wierzysz,   że   giełda   może   znowu   stać   się   miejscem 

szlachetnego   wyścigu,   polem   wielkiej   gry,   której   reguły 
byłyby   uczciwe   i   jednakowe   dla   wszystkich   -   mówiąc   to, 

93

background image

gestykulował żywo. Promieniował jakąś wielką energią, jakby 
na przekór swoim zmęczonym oczom i wymiętemu ubraniu.

- Tak - powiedziała Christie cicho. - Rozumiem cię, Matt, 

nawet nie wiesz, jak dobrze. Giełda wiele dla ciebie znaczy, 
prawda? Dla mnie była właściwie tylko miejscem pracy, ale 
dla ciebie jest wyraźnie czymś więcej.

-   Mam   ją  we   krwi,   Christie.   Dlatego   widzę   tak   dobrze 

wszystkie łajdactwa, całe to przekupstwo i nie umiem przejść 
obok obojętnie. Giełda, powtarzam, to fascynująca gra - jak 
football czy baseball, ale należy grać fair.

Christie nie odzywała się przez długą chwilę. Zaczynała 

coraz lepiej rozumieć Matta. Lecz mimo to czuła rodzący się 
w niej bunt.

- Rzuć to wszystko w diabły, Matt - powiedziała, patrząc 

mu w oczy. - Pomyśl, że mógłbyś łowić pstrągi i mieć ten 
swój wymarzony kawałek ziemi.

Położył się na łóżku, podkładając pod głowę obie dłonie.
- Nie można mieć wszystkiego, Christie. Zawsze musimy 

coś wybierać, a z czegoś rezygnować.

- A ja mam tu wszystko - twierdziła uparcie.
-   W   Red   River   mam   dokładnie   wszystko,   co   jest   mi 

potrzebne do szczęścia.

Matt uniósł głowę, by na nią spojrzeć.
-   Może  najtrudniejszy   wybór   masz   wciąż  jeszcze   przed 

sobą...

Christie wstała gwałtownie, odsuwając krzesło. Nie miała 

ochoty zastanawiać się nad perspektywą trudnych życiowych 
wyborów, zbyt wiele wysiłku włożyła w stworzenie swojego 
nowego świata.

- Jedno wiem na pewno, Matt. Powinieneś nadal pisać, 

skoro raz zacząłeś.

Roześmiał się sucho, sceptycznie.

94

background image

-   Nie   mam   złudzeń   co   do   siebie   i   swojej   pisaniny. 

Próbowałem po prostu uporządkować na papierze parę myśli. 
Zresztą wracam do Nowego Jorku, a tam nie znajdę ani chwili 
na pisanie.

- I będzie to twój kolejny błędny wybór, kolejny fałszywy 

krok! Tak nie można postępować z sobą samym, Matt.

- A więc powiedz mi jak - odparł, ziewając dyskretnie. - 

Zestaw   razem   wszystkie   te   sprawy:   giełdę,   pstrągi,   ciebie, 
kopalnie   złota,   to   cholerne,   zwariowane   pisanie,   które 
rozpocząłem...   Złóż   to   wszystko   do   kupy   tak,   aby   jedno 
pasowało do drugiego, a wszystko razem miało sens. Wtedy ci 
uwierzę.

Christie żywiła mieszane uczucia wobec umieszczenia jej 

osoby na tej liście. Sklasyfikowana została na trzeciej pozycji, 
tuż   za   rybami,   co   nie   przynosiło   jej   zaszczytu,   niemniej 
ogarnęło ją lekkie wzruszenie na myśl, że jakoś zaistniała w 
życiu Matta...

- Może lepiej prześpij się trochę... - poradziła i popchnęła 

go jednym palcem, a on runął płasko na plecy, bezwładnie jak 
worek. Nakryła go troskliwie kołdrą.

-   O   rany,   pięknie   wyglądasz   w   tym   podkoszulku   - 

wymruczał. - Nie miałabyś ochoty przyłączyć się do mnie?

Poprawiła   z   godnością   ramiączka   swojej   gimnastycznej 

koszulki i wycofała się na bezpieczne pozycje.

-  Hmmm...  Moi  nowi goście  mają dziś  zamiar   nauczyć 

mnie   uprawy   ziół   w   ogrodzie,   więc   lepiej   zajmę   się   teraz 
majerankiem.

- Szkoda. Miałem nadzieję, że nadrobimy straconą noc...
Christie przełknęła ślinę. Matt, rozczochrany i nieogolony, 

wyglądał   jeszcze   bardziej   pociągająco   niż   zwykle,   zerkając 
tak   na   nią   znad   rąbka   kołdry.   Była   w   rozterce...   Miała 
ogromną ochotę przytulić się do niego choćby na kilka chwil, 
na kilka godzin, ale czy aby nie będzie potem cierpiała? Może 

95

background image

Matt   miał   jednak   trochę   racji   -   życie   to   pasmo   trudnych 
wyborów...

Powieki   Matta   opadły   ciężko   i   zapadł   w   sen   równie 

niespodziewanie   jak   poprzedniego   dnia   w   lesie.   Christie 
uśmiechnęła się do siebie z ulgą, a zarazem odrobiną żalu. 
Zaczekała   jeszcze,   by   wsłuchać   się   w   równy   rytm   jego 
oddechu i cichutko wymknęła się z pokoju.

Tego samego dnia po południu Christie z niejakim trudem 

usiłowała   zbadać   własne   odbicie   w   łazienkowym   lustrze. 
Skutecznie uniemożliwiał jej to żeglujący od brzegu do brzegu 
zwierciadlanej tafli ogon Vincenta. Kot, nie wiedząc czemu, 
postanowił przechadzać się w tę i z powrotem po półce na 
kosmetyki.   Christie   prawie   po   omacku   próbowała   pokryć 
powieki cienką warstwą fioletu. Wreszcie Vincent szczęśliwie 
zwinął   się   w   kłębek   i   zeskoczył,   a   dziewczyna   mogła 
przyjrzeć się sobie bez przeszkód.

Wyglądała   okropnie.   W   niczym   nie   pomogły   nałożone 

cienie, szpecące jej powieki dwoma nieforemnymi kleksami. 
Dlaczego była aż tak przejęta i roztrzęsiona?

- To tylko randka - powiedziała do Vincenta. - A nawet 

nie całkiem randka. Szczerze mówiąc, prawie wymusiłam na 
nim to dzisiejsze pójście na tańce.

Vincent   wydawał   jakieś   obojętne   pomruki.   Jego   pani 

westchnęła i z rezygnacją przetarła powieki wacikiem. Dzisiaj 
spędzi ostatni wieczór z Mattem... Chciała, by wydarzyło się 
coś szalonego, co oboje zapamiętają na długo i co będzie im 
towarzyszyć, gdy rozejdą się ich drogi. Nie była pewna, czy 
akurat square dance jest sam w sobie wyczynem dostatecznie 
brawurowym,   ale   nic   innego   nie   przyszło   jej   do   głowy,   w 
której   kołatały   niczym  uparty   refren   słowa:   „to   ostatni   raz, 
ostatni raz”...

-   On   nic   dla   mnie   znaczy   -   mówiła   do   siebie.   -   Nie 

jesteśmy nawet przyjaciółmi i właściwie niewiele nas łączy.

96

background image

Nie brzmiało to jednak przekonująco. Wytarła chusteczką 

resztki kremu z twarzy, pomalowała rzęsy czarnym tuszem i 
zdecydowała się na tym poprzestać.

Kreację na dzisiejszy wieczór przygotowała pieczołowicie 

już   wcześniej   -   bluzkę   z   jasnobłękitnego   szyfonu   z 
ekstrawaganckimi   frędzelkami   przy   karczku,   płócienną 
spódnicę w głębokie fałdy do pół uda i buty z drogiej, lśniącej 
skóry.   Ubrała   się   z   wyjątkową   starannością,   po   czym 
rozczesała   włosy   szczotką,   aż   spłynęły   bujną   falą   do   pasa. 
Teraz pozostało tylko rozejrzeć się za Mattem.

Znalazła go w salonie. Prezentował się tak imponująco, że 

aż oparła się o framugę drzwi, by złapać równowagę i lepiej 
mu   się   przyjrzeć.   Jego   szeroki   tors   opinała   westernowa 
koszula zapinana na perłowe zatrzaski. Dżinsy przytrzymywał 
nisko na biodrach pas z ogromną, srebrną klamrą w kształcie 
głowy byka, na nogach miał efektowne, tłoczone we wzory 
wysokie   kowbojskie   buty.   Największe   jednak   wrażenie 
wywarł na Christie rewelacyjny, wielki kapelusz. Nie miała 
żadnych   wątpliwości,   że   oto   idzie   na   tańce   z 
najprzystojniejszym,   najbardziej   wystrzałowym   facetem   w 
całym mieście.

-   Będę   zgadywać   -   powiedziała   kokieteryjnie.   - 

Odwiedziłeś   sklepik   Mary   Bell   z   rekwizytami   z   Dzikiego 
Zachodu i kupiłeś specjalny kostium do square dance.

Matt  zdjął z  głowy  kapelusz i  spojrzał nieufnie w  jego 

przepastną   głębinę,   jakby   spodziewał   się   tam   wypatrzyć 
przyczajonego grzechotnika.

- Nie wiem, co się ze mną dzieje - westchnął. - Zupełnie 

przestaję nad sobą panować.

Christie podeszła blisko i ponownie osadziła kapelusz na 

jego głowie.

- Co by to nie było, bardzo ci w tym do twarzy... 
Spoglądał na nią w pełnym podziwu napięciu.

97

background image

- Ty za to jesteś naprawdę piękna, Christie - przyznał. - 

Wyglądasz   wspanialej   niż   kiedykolwiek   -   wygłosił   ten 
komplement w rutynowo-maklerskim tonie, lecz Christie i tak 
się zarumieniała.

- Tworzymy dziś wieczór szałową parę - starała się udać 

nonszalancję. - Możemy już iść?

Na   drzwiach   frontowych   Christie   przyczepiła   odręcznie 

napisaną karteczkę: „Poszłam na tańce”.

-   Kto   będzie   doglądał   gospodarstwa   pod   twoją 

nieobecność? Może koty? - zapytał Matt ironicznie.

- Zwykle zostawiam drzwi otwarte, więc moi goście mogą 

swobodnie wchodzić i wychodzić, kiedy tylko sobie życzą. - 
Christie uważała, że to najlepsze z możliwych rozwiązań.

- Może ktoś nowy będzie chciał się zameldować i odejdzie 

z niczym.

- Trudno. Nie miałam serca prosić Lisy o zastępstwo, ona 

też chciała potańczyć.

- I ty oczywiście również musisz tam iść.
- Oczywiście - przyznała. - W przeciwnym razie ty byś nie 

szedł i pomyśl sam, jak wiele byś stracił!

- O, tak. Byłaby to strata nie do odrobienia...- odrzekł z 

jawną kpiną. - Te podskoki wokół parkietu, jak mógłbym to 
sobie darować?

-   To   samo   pomyślałam   i   ja,   takiej   okazji   nie   można 

darować!

Zatrzymała   się   na   chwilę,   by   poprawić   doniczkę   z 

geranium na skraju werandy.

- Gdy dobrze ci się przyjrzeć, widać od razu, że wcale nie 

jesteś   tak   w   stu   procentach   pochłonięta   tym,   co   tu   robisz. 
Sprawiasz wrażenie, że mogłabyś, jak motylek, przeskoczyć 
już na jakiś inny kwiatek.

Christie wyprostowała się i strzepnęła z palców ziemię.

98

background image

- Nic podobnego. Jestem bardzo przywiązana i do tego 

miejsca,  i  do  całego  mojego  nowego  życia.  Po  prostu  zbyt 
wiele czasu spędziłam przykuta do biurka w gabinecie, który 
był   dla   mnie   jak   więzienie.   Teraz   muszę   nacieszyć   się 
wolnością!

-   Nie   mam   ci   za   złe,   że   wychodzisz   sobie   wieczorem 

potańczyć, mam tylko wrażenie, że trzymasz zbyt wiele srok 
za ogon. Kiedy snuje się za dużo planów na raz, niczego nie 
da się zrobić do końca dobrze. Twój interes może ucierpieć na 
takim traktowaniu.

Znowu   udało   się   Mattowi   trafić   w   czuły   punkt, 

wypowiedzieć głośno to, co w skrytości ducha trapiło samą 
Christie.   Ale   nie   dopuszczała   do   siebie   myśli,   że   coś 
rzeczywiście mogłoby się nie udać.

- Darujmy więc sobie tę dyskusję - przyspieszyła kroku, a 

zapadający   zmierzch   obrysowywał   głębokim   cieniem   jej 
sylwetkę. - Mój pensjonat prosperuje znakomicie. I poza tym 
wszystko w moim życiu układa się nieźle.

- Jeśli tak twierdzisz... - Matt człapał dość niezgrabnie tuż 

za nią w nowych kowbojskich butach.

-   Dość   dobrze   się   składa,   że   jutro   wyjeżdżasz   - 

powiedziała   Christie.   -   Oboje   ostatnio   gramy   sobie   na 
nerwach, prawda?

- Tak, ale cóż to za niezwykła symfonia, którą tworzymy 

w duecie.

Serdecznym gestem ujął jej dłoń i szli w zgodnym rytmie. 

Christie zdziwiło, jak bardzo naturalną rzeczą okazało się dla 
niej   tak   iść   za   rękę   z   Mattem,   który   właśnie   pogwizdywał 
jakąś nieznaną melodyjkę, wykazując przy tym katastrofalny 
brak słuchu.

- Skąd nagle twój świetny humor? - zapytała obojętnie, 

starając się nie okazać, jak bardzo jest zadowolona.

- Nie mam pojęcia. Dobrze mi i już.

99

background image

Wieczór zapowiadał się wyjątkowo pięknie, niebo miało 

głęboki,   ametystowo-błękitny   odcień,   a   chłodny   wietrzyk 
figlował wśród porastających wzgórza drzew. Lotem strzały 
przeszywały   powietrze   kolibry,   zwabione   zawartością 
karmników   umieszczonych   na   werandach   domów   przez 
życzliwych   gospodarzy.   Zawieszały   swe   drobne   ciałka   w 
powietrzu,   by   wypić   słodki,   czerwony   nektar,   po   czym 
ulatywały w powietrze.

-   Zaczekaj,   czy   jeszcze   słyszysz?   -   szepnęła   Christie, 

pociągając Matta za rękę, by się zatrzymał. - O, teraz!

Wsłuchiwał   się   przez   długą   chwilę,   po   czym   pokręcił 

głową przecząco.

- Nie, nie słyszę.
- To kolibry. Wywołują leciutkie drżenie powietrza, ledwo 

zauważalną   wibrację,   która   ma   prawie   własną   melodię, 
posłuchaj dobrze...

Na twarzy Matta malował się bezowocny wysiłek.
- Jaka szkoda, że nie możesz tego słyszeć... Gdybyś został 

w Red River choć parę dni dłużej, na pewno byś w końcu się 
wsłuchał. W tym mieście jest mnóstwo kolibrów.

Szli dalej i teraz Matt wyglądał na mocno zadumanego.
- Wiesz Christie, miewam momenty, w których czuję, że 

powinienem zostać w Red River tydzień lub dwa. A, może 
nawet dłużej... Ale to absolutnie niemożliwe. Oboje musimy 
jutro polecieć do Nowego Jorku.

- O, nie. Proszę cię, przestań...
-   To   nieuniknione,   dziewczyno   i   musisz   się   z   tym 

pogodzić. Wszystko zresztą przygotowane. Mam nawet bilet 
dla ciebie.

Wyrwała   dłoń   z   jego   dłoni   i   spojrzała   na   niego   z 

najwyższym oburzeniem.

- Macie Gallagher, jesteś podstępnym, zdradliwym...

100

background image

- Nie złość się. Miejsce w samolocie zarezerwowałem dla 

ciebie jeszcze w Nowym Jorku, zanim tu przyleciałem.

- Myślisz może, że to cię usprawiedliwia? Właściwie to 

nie   powinnam   się   niczemu   dziwić.   Szczerze   mówiąc,   od 
początku   spodziewałam   się   po   tobie   jakiejś   nikczemnej 
intrygi.   Lecz   niestety   twój   plan   nie   wypali.   Możesz   sobie 
wyrzucić ten bilet.

Gwałtownie skręciła w prawo w Main Street i zostawiła 

Matta daleko w tyle. W gruncie rzeczy to, że wyprowadził ją z 
równowagi,   było   jej   nawet   na   rękę.   Takie   podnoszące   na 
duchu   otrzeźwienie   stanowiło   silną   broń   przeciw   urokowi 
Matta.

Dołączył   do   niej,   nie   wspominając   więcej   o   Nowym 

Jorku. Szli w pełnym napięciu milczeniu. Christie postanowiła 
mieć   się   na   baczności   na   wypadek   dalszych   prób   ataku. 
Dodawała sobie otuchy myślą, że z pewnością stawi im czoła 
bo tym razem Matt Gallagher trafił na przeciwnika równego 
sobie!

Wiele domów przy Main Street zostało zaprojektowanych 

i zbudowanych w stylu alpejskim. Również budynek Centrum 
Kulturalnego   Red   River   miał   podobny   kształt, 
charakterystyczny   stromy   dach   z   gontów   i   drewniane 
rzeźbienia.   Matt   zawahał   się   przed   przestąpieniem   progu 
drzwi, do których tak zdecydowanie przywiodła go Christie.

- Posłuchaj... - zaczął. - Muszę ci wyznać, że nie jestem 

zbyt dobrym tancerzem. Właściwie mam dwie lewe nogi. A 
nawet chwilami w tańcu mogłoby się wydawać, że mam trzy 
lewe nogi. Obawiam się, że ten wieczór będzie...

Christie złapała go pod ramię i wepchnęła do środka. Z 

satysfakcją   stwierdziła   po   chwili,   że   wiele   osób,   które 
przyszły   dziś   wieczorem   potańczyć,   formowało   już   ścisłe 
grupki na wywoskowanej podłodze sali balowej. Zanim Matt 
zdążył   się   dobrze   rozejrzeć,   ujęła   go   mocno   za   rękę   i 

101

background image

pociągnęła   w   kierunku   stojącej   nieopodal   Lisy   i   jej 
szczupłego, kędzierzawego towarzysza.

- Cześć Lisa, cześć Stan - zawołała radośnie.
- Potrzebujemy jeszcze tylko dwóch par. O, właśnie idą! 

Wygląda na to, że jesteśmy w komplecie!

Matt robił wszystko, by wydostać swe palce z żelaznego 

uścisku,   ale   Christie   przezornie   uchwyciła   obiema   rękami 
przegub jego dłoni, unieruchamiając go na dobre, nawet lepiej 
niż policyjne kajdanki.

Lisa na ten widok w najwyższym zdumieniu uniosła do 

góry brwi, lecz roztropnie powstrzymała się od komentarza.

Parę   kroków   dalej,   na   podeście,   szykowali   się   do   gry 

członkowie Górskiej Sekcji Instrumentów Smyczkowych Jeba 
Randalla. Jeden z nich stroił banjo, a sam słynny Jeb właśnie 
lokował   skrzypce   na   właściwym   miejscu   -   pomiędzy 
ramieniem a pokrytym siwizną podbródkiem. Po chwili uniósł 
w górę smyczek i pochylił nisko łysą głowę. Na ten sygnał 
orkiestra   wystartowała   z   dyskretnym   preludium   w   rytmie 
country.

- A więc panowie, czas złożyć ukłon partnerkom - zanucił 

Jeb do mikrofonu piskliwym głosem. - A wy, drogie panie, 
dygnijcie wdzięcznie i bierzemy się za rączki! Kółko w lewo i 
jedno za drugim, obracamy się!

Ósemka   tancerzy   w   grupie   Christie   i   Matta   posłusznie 

ruszyła w koło. Christie w każdym razie miała nadzieję, że 
jest ich nadal ośmioro. Dyskretnie obejrzała się za siebie, żeby 
sprawdzić, czy Matt wciąż jeszcze tam jest. Był! I dreptał tuż 
za nią z buntowniczym wyrazem twarzy.

-   Czuję   się   jak   głupek   -   biadolił   głośno.   Christie 

uśmiechała się do niego zachęcająco.

- W końcu na pewno cię to porwie, przekonasz się. Staraj 

się poddawać nastrojowi!

102

background image

Te   słowa   niespecjalnie   go   przekonały,   ale   też   stało   się 

jasne, że po męsku zdecydował stawić czoła wyzwaniu.

Jeb nadal wodził rej, nie przestając uderzać smyczkiem w 

struny skrzypiec.

-   Ludziska   kochani,   przesuwamy   się   do   przodu   przed 

partnerki, tak jest! Obracamy się wokół naszej damy, w lewo 
zwrot i przeplatanka w drugą stronę!

Nadszedł   moment,   gdy   panowie   mieli   przechodzić 

naprzemiennie   w   koło,   w   kierunku   odwrotnym   do   pań. 
Christie musiała naprowadzić Matta na właściwą drogę i lekko 
go pchnąć, by ruszył w odpowiedniej chwili. Poszło mu to w 
zasadzie   gładko,   tyle,   że   wyciągnął   lewą   dłoń   wtedy,   gdy 
powinien   prawą,   a   prawą   gdy   powinien   lewą.   Dziewczęta 
wybaczały mu to jednak bez wahania. Lisa miała wypisane na 
twarzy najwyższe uznanie za jego występ, a Suzanne Block 
tak   długo   nie   wypuszczała   jego   dłoni   z   własnej,   że   reszta 
tańczących mało nie utknęła w martwym punkcie.

Wkrótce Matt i Christie znów znaleźli się razem w parze.
-   Fantastycznie,   co?   -   rzuciła   Christie,   korzystając   ze 

sposobności. Przestępowała z nogi na nogę, kołysząc się w 
takt muzyki.

- Jest to przyjemność mniej więcej porównywalna do gry 

w kręgle, zwłaszcza wtedy, kiedy ciężka kula przetoczy ci się 
po palcach.

Christie miała ogromną ochotę rozwinąć ten temat, bo gra 

w kręgle należała od niedawna do kilku jej ulubionych zajęć. 
Lecz Jeb zarządził właśnie kolejną figurę:

-   Obracamy   partnerkę   dokoła,   jeszcze   raz,   jeszcze! 

Spójrzmy, jaka ładna dziewczyna nam się trafiła!

-   A   więc   dobrze,   zobaczymy,   co   się   da   zrobić...   - 

oświadczył   w   wielkim   skupieniu.   -   Uwaga,   ruszamy   na 
całego!

103

background image

Z dużym rozmachem obrócił Christie w koło raz, jeszcze 

raz i jeszcze, aż musiała oprzeć się o jego ramię, by nie upaść. 
Roześmiała się teraz, uszczęśliwiona i wyraźnie zasmakowała 
w uścisku jego silnych ramion.

- Jesteś arcymistrzem! - rzuciła, z trudem łapiąc oddech. - 

Naprawdę!

Nie odpowiadał, tylko wpatrywał się z bliska w jej oczy, 

jakby   wirowali   zupełnie   sami   w   jakimś   bardzo   intymnym 
tańcu. Wszystko dokoła Christie zlało się w jedną, kolorową 
smugę,   zatarły   się   kształty   i   barwy,  wszystkie   z  wyjątkiem 
twarzy   Matta.   Był   centralnym   punktem,   ogniskującym   całą 
rzeczywistość,   jego   złoto-brązowe   oczy   płonęły   czystym, 
głębokim płomieniem. Chciała mieć go tak blisko przy sobie 
już na zawsze i nigdy nie pozwolić mu odejść. Nigdy...

Ale Jeb właśnie dyktował kolejne figury i Christie wbrew 

własnej   woli   wylądowała,   wciąż   wirując,   w   obcych 
ramionach, a to już nie było to samo. Te czary, które działy się 
przed chwilą,, wymagały obecności Matta i tylko jego...

Jakiś   czas   później   Górska   Sekcja   Smyczków   urządziła 

sobie przerwę, a z gramofonu popłynęła rzewna ballada. Ktoś 
przykręcił   światła   tak,   że   zapanował   półmrok   i   grupy 
tańczących rozpadły się na wolno snujące się pary. Christie 
miała Matta znów tylko dla siebie i znów zatonęła bez reszty 
w uścisku jego ramion.

- Christie - szeptał, zanurzywszy twarz w jej włosach. - 

Jak tak dalej pójdzie, nie będę cię odstępował ani na krok. 
Lojalnie ostrzegam...

Przytuliła   policzek   do   ciepłego   zagłębienia   nad   jego 

obojczykiem.

- O to właśnie chodzi, Matt - westchnęła rozmarzona. - 

Tak trzymać!

Przyciągnął ją do siebie i jeszcze ciaśniej objął ramionami, 

pieszcząc ustami koniuszek jej ucha.

104

background image

-   Musimy   pomówić   o   tym,   co   wydarzy   się   jutro   - 

powiedział cicho. - Nie uciekniemy od tego.

Odsunęła się leciutko, żeby móc na niego spojrzeć.
- Proszę cię, Matt. Zapomnijmy o tym już dziś wieczór. 

Tak mało czasu nam zostało... Dla siebie... Nie psujmy tego.

-   Jutro   będziemy   razem,   jeśli   wsiądziesz   ze   mną   do 

samolotu.   Christie,   posłuchaj   mnie,   posłuchaj   choć   raz. 
Obserwowałem cię pilnie przez cały weekend i przyglądałem 
się   twojemu,   jak   to   nazywasz,   nowemu   życiu.   Z   całym 
przekonaniem   twierdzę,   że   nie   znajdziesz   prawdziwego 
spokoju,   zanim   nie   spojrzysz   swojemu   ojcu   jeszcze   raz   w 
oczy.

- Dość - Christie westchnęła ciężko. - Nie chcę pamiętać o 

moim ojcu, zwłaszcza dzisiaj. Dzisiaj istniejemy tylko my...

- Twój ojciec wysłał mnie tu, żebym cię powstrzymał od 

dalszej ucieczki. I zrobię to, do diabła, nie pozwolę na kolejne 
uniki z twojej strony.

- No tak - parsknęła z goryczą. - Jak mogłam zapomnieć. 

Przyjechałeś od Red River z misją specjalną. Jestem dla ciebie 
problemem do rozwiązania, zawalidrogą, którą trzeba usunąć. 
Widzisz we mnie tylko Mary Christine Daniels, marnotrawną 
córkę potężnego ojca. Ale to nie jestem ja. Ja jestem już kimś 
zupełnie innym!

Wyplątała się z jego uścisku i obróciwszy się na pięcie 

wybiegła z sali w rozgwieżdżoną noc. Biegła szybko przed 
siebie, aż do niewielkiego mostu na rzece. Tam zatrzymała 
się, oparła bezwładnie o barierę i spojrzała w dół na spienioną 
wodę.   Z   trudem   łapała   oddech.   Po   chwili   za   jej   plecami 
zaskrzypiała jakaś deska i Christie, nawet nie oglądając się za 
siebie, wiedziała, że to Matt.

- Christie - zaczął cicho. - Przecież ja wiem, jaka jesteś 

naprawdę.   Jesteś   ciepłą,   piękną   kobietą.   Kipiącą   życiem, 
atrakcyjną, intrygującą... Wszystko to widzę. Ale widzę też, 

105

background image

jak   się   niepotrzebnie   męczysz   z   powodu   bezsensownego 
zerwania z ojcem.

Dłoń   Christie   ześlizgnęła   się   po   barierce   w   geście 

bezsilności.

-   Widzisz   dla   mnie   jedno   łatwe   rozwiązanie,   prawda, 

Matt?   Wrócę   do   Nowego   Jorku,   przekonam   go,   żeby   nie 
rozwiązywał firmy, odnajdę spokój sumienia, a tobie ułatwię 
dalszą karierę.

-   Już   ci   mówiłem,   że   nie   widzę   żadnego   łatwego 

rozwiązania tej sytuacji.- Wyraźny odcień smutku zabrzmiał 
nieoczekiwanie   w   jego   głosie.   -   Odkąd   cię   poznałem,   cały 
chaos mojego życia jeszcze się pogłębił. Co pocznę z sobą po 
wyjeździe   stąd   -   naprawdę   nie   wiem,   pal   licho!   Jedno,   co 
wiem   na   pewno   to,   że   musisz   zobaczyć  się   z   ojcem...   Dla 
siebie samej przede wszystkim, nie dla mnie.

-   Wciąż   nic   nie   rozumiesz!   -   Christie   w   napięciu 

wpatrywała się w jego twarz, próbując rozeznać w ciemności 
jego rysy.

- Ostatniego dnia przeżyłam prawdziwe piekło. Żeby w 

ogóle stanąć twarzą w twarz z nim w jego biurze, musiałam 
pokonać   potworny,   paraliżujący   strach,   a   potem   przestałam 
zupełnie   nad   sobą   panować.   Cały   nagromadzony   we   mnie 
gniew nagle eksplodował. Zachowywałam się jak kilkuletnie 
dziecko   w   napadzie   wściekłości,   tupiące   i   rzucające   się   na 
ziemię.   Wrzeszczałam   na   niego...   A   on   po   prostu   siedział. 
Spokojny i chłodny, znosił to wszystko w milczeniu. Nawet 
się   lekko   uśmiechał,   tym   swoim   wyniosłym   uśmieszkiem, 
który ma przekonać otoczenie, że on i tak wygra, że i tak ma 
rację. Więc w końcu uciekłam stamtąd. Stało się dokładnie 
tak, jak powiedziałeś, Matt - dałam nogę, zwiałam! A potem 
nie odpowiadałam na jego telefony ani na listy z obawy, że 
zdoła mnie złamać. Aż w końcu przysłał tu ciebie... - zamilkła, 
schrypnięta jakby już same te słowa kaleczyły jej gardło.

106

background image

Matt oparł się o barierę mostu tuż przy niej.
-   To   nieprawda,   że   jesteś   słaba,   jesteś   bardzo   silna.   I 

powinnaś to udowodnić swojemu ojcu, spotkać się z nim po 
raz   pierwszy   jak   ktoś   dorosły   i   dojrzały.   Dopóki   będziesz 
dawała   mu   się   zastraszyć,   dopóty   on   będzie   miał   nad   tobą 
władzę i nie wywalczysz prawdziwej wolności. Nawet jeżeli 
przejedziesz następne dwa tysiące mil.

Zamknęła   oczy,   wsłuchana   w   szum   wody   kłębiącej   się 

pod mostem w pełnym wirów nurcie. To, co mówił Matt, było 
prawdą, i tym bardziej ją raniło. Zdawała sobie sprawę z tego, 
że   wyjechała   z   Nowego   Jorku   jako   zbuntowane,   zranione 
dziecko,   nie   jak   ktoś   wolny   i   dojrzały.   Ale   powrót   tam 
oznaczałby dramatyczną konfrontację własnych, wątłych sił z 
potężną i niezłomną wolą ojca. Ta perspektywa ją przerażała.

- Nie mogę... - odwróciła się do Matta plecami i starała się 

zapanować   nad   drżeniem   własnego   głosu.   Zawstydzało   ją 
własne tchórzostwo, lecz nie umiała go przemóc. - Po prostu 
nie mogę - powtórzyła. - Jutro odlecisz z powrotem... Ale beze 
mnie...

107

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Christie   obserwowała   z   okna   salonu,   jak   w   bagażniku 

wynajętego   samochodu   Matta   lądują   kolejne   tajemnicze 
pakunki.   Dwie   podłużne   puszki,   wielki   papierowy   worek 
spięty u góry klamrą i wybrzuszony w osobliwy sposób, trzy 
pudła związane razem kawałkiem sznurka, nowa, płócienna 
walizka w jaskrawe prążki, a na koniec skórzana waliza, z 
którą Matt zjawił się w Red River w piątkowe popołudnie. Był 
poniedziałek, wcześnie rano.

Matt zatrzasnął bagażnik, a Christie wycofała się w głąb 

pokoju.   Oczy   piekły   ją   z   niewyspania.   Niemal   całą   noc 
spędziła bezsennie, targana wątpliwościami i lękami, które nie 
pozwalały jej zmrużyć oka. Poranek, który wreszcie nadszedł, 
oblewając  pokój  chłodnym,  bladym światłem,  nie  przyniósł 
wcale ukojenia, za to powitał ją na progu pewnej trudnej i 
złożonej decyzji, na razie dość mgliście  rysującej się w jej 
wyobraźni.

Matt stanął w drzwiach salonu.
-   Chciałbym   zapłacić   za   pokój   -   powiedział   tonem 

powściągliwym i rzeczowym. - Czeka mnie długa jazda do 
Albuquerque, a chciałbym zdążyć na samolot.

-   Twój   rachunek   nie   jest   jeszcze   przygotowany   - 

oświadczyła   Christie.   -   Sama   nie   wiem,   ile   powinnam   od 
ciebie zażądać.

Matt   zmarszczył   brwi   i   zagłębił   dłonie   w   kieszeniach 

sztruksowych spodni.

-   Dziękuję   za   szczerość.   Postaram   się   jednak   zapłacić 

przynajmniej pierwszą ratę, jeśli zdołam.

- Muszę zastosować specjalny domiar, którym obciążam 

gości   zakłócających   spokój   i   sprawiających   dodatkowe 
kłopoty. Nie zapominaj też o wycieczce krajoznawczej, którą 
odbyłeś, i o lekcji square dance.

108

background image

- Mógłbym i ja wprowadzić pewne korekty do rachunku - 

zauważył. - Co powiesz o kocich kłakach w mojej jajecznicy 
dziś   rano?   A   sam   fakt,   że   kompletnie   wariuję   i   w   ogóle 
przestaję logicznie myśleć, gdy tylko znajdziesz się w pobliżu, 
czy to nie wymaga jakiegoś odszkodowania?

Christie westchnęła z ubolewaniem.
-   Nie   powinieneś   dzisiaj   na   mnie   narzekać,   Matt,   mam 

zamiar cię naprawdę zadowolić. Postanowiłam w końcu lecieć 
z tobą.

No i stało się! Wypowiedziała te słowa i klamka zapadła. 

Nie było odwrotu...

- To wspaniale, Christie. Wierz mi, że to bardzo słuszna 

decyzja.

-  Chciałabym mieć   twoją  radosną  pewność...  - znużona 

pocierała skronie. - Starałam się początkowo nie przyjmować 
do wiadomości tego wszystkiego, co powiedziałeś mi wczoraj 
wieczorem. Bałam się twoich słów. Lecz z ich powodu całą 
noc rozmyślałam - zacisnęła usta w grymasie rozgoryczenia. - 
Wreszcie   nad   ranem   doszłam   do   wniosku,   że   masz   rację. 
Muszę ci to przyznać, rzeczywiście powinnam znowu spotkać 
się z ojcem. Diabli mnie biorą na myśl o tym, ale wiem, że 
muszę się przełamać i rozliczyć z nim na dobre, nareszcie jako 
ktoś  dorosły,  a  nie   histeryzujący   dzieciak.  -  Wędrowała   po 
pokoju, zatrzymując się co krok, żeby poprawić abażur lampy 
albo   otworzyć   wieczko   staroświeckiej   pozytywki,   która   od 
dawna już nie wygrywała melodyjek. Zachowywała się tak, 
jakby   oczekiwała   wsparcia   od   otaczających   ją   znajomych 
przedmiotów.

- Wiem, że muszę się z nim zobaczyć - ciągnęła. - Ale 

wiem jednocześnie, że nigdy z nim nie wygram. Również i 
tym razem. Boję się też, że jeszcze mocniej niż dotąd zdoła 
pochwycić mnie w swoje szpony, po prostu to czuję!

109

background image

-   Uwierz   wreszcie   w   siebie   -   odrzekł   Matt   spokojnie. 

Przemierzył   cały   pokój,   aby   podejść   do   Christie,   ująć 
delikatnie   w   dłonie   jej   podbródek   i   unieść   go   do   góry   ku 
swojej twarzy. - Spójrz mu prosto w oczy, jak mnie teraz, i 
powiedz, kim jesteś i czego oczekujesz od życia.

Serdeczny dotyk Matta na chwilę złagodził paniczny lęk, 

jaki   już   zaczynał   paraliżować   dziewczynę.   Teraz   pogładził 
palcami jej policzek.

-   Pomyśl   tylko   Christie   -   dodał   trochę   nienaturalnym 

głosem. - Dzięki temu spędzimy przynajmniej... Jeszcze kilka 
dni razem...

- Szczerze mówiąc, już o tym pomyślałam - przyznała się 

niewinnie, poskramiając nagłą ochotę na chwilę zapomnienia 
w ramionach Matta. - Ale przekonasz się, że to tylko jeszcze 
bardziej   wszystko   skomplikuje.   Nie   wiem,   co   dzieje   się 
między   nami,   lecz   jeśli   pozwolę,   żeby   to   miało   wpływ   na 
moje decyzje, nigdy nie zdołam wyplątać się z sieci mojego 
ojca.

Dłonie Matta wędrowały wzdłuż linii jej ramion, unosiły 

ciężkie sploty jej włosów.

-   Z   tym,   co   istnieje   między   nami,   twój   ojciec   nie   ma 

absolutnie nic wspólnego - powiedział miękko. - Czy ty tego 
nie widzisz?

- Chciałabym, żeby to było takie oczywiste - westchnęła 

cichutko. - I takie proste.

Wreszcie uległa pokusie i oparła czoło na piersi Matta. 

Tak łatwo przyszło jej zdać się na niego i tak bardzo zagrażało 
to jej niezależności, wywalczonej z wielkim trudem... Mimo 
to   postanowiła   pozwolić   sobie   na   ten   króciutki   moment 
rozkoszowania się jego siłą.

Z   kuchni   nieoczekiwanie   przywędrowała   Lisa,   pilnie 

pochylona   nad   notatnikiem.   Jej   sprężynujące,   ciemne   loki 

110

background image

podskakiwały jak zwykle, a cała uwaga koncentrowała się na 
precyzyjnych zapiskach, których nie przerywała idąc.

- O, przepraszam - powiedziała, nie unosząc nawet głowy 

znad notesu. - Nie chciałabym przeszkadzać.

Christie wydostała się z objęć Matta.
- Nic nie szkodzi, Lisa. My właśnie... Szykowaliśmy się 

do drogi.

Lisa   uniosła   wymownie   do   góry   jedną   brew   i   nadal 

skrupulatnie coś notowała.

- Zobaczmy, co tu mamy. Muszę zatelefonować do pani 

Dorchester i powiedzieć jej, że w tym tygodniu nie będziesz 
na zebraniu w bibliotece. Mam na szczęście numery telefonów 
całego   Klubu   Włóczykijów,   więc   odwołam   jutrzejszą 
wycieczkę. Czy coś jeszcze?

Christie   pokręciła   przecząco   głową,   nic   nie   mówiąc. 

Uniosła z kanapy wypakowaną torbę turystyczną i przerzuciła 
przez ramię jej długi uchwyt.

- Możesz być całkiem spokojna o wszystko - uspokajała ją 

Lisa. - Przeniesie się tutaj moja siostra Jolene. Obie świetnie 
sobie damy radę z całym kramem.

-   Nie   mam   co   do   tego   żadnych   wątpliwości   -   w 

przypływie nagłej czułości Christie zarzuciła ramiona na szyję 
Lisy,   ściskając   ją   i   omal   nie   zwalając   z   nóg   ciężarem 
zwisającej z ramienia torby. - Jesteś wspaniałą przyjaciółką - 
powiedziała grobowym głosem. - Naprawdę...

Lekko   oszołomiona   Lisa   uwolniła   się   z   niedźwiedziego 

uścisku.

-   Co   to   za   rozdzierająca   scena   pożegnania?   Przecież 

wyjeżdżasz na kilka dni.

-   Zgadza   się   -   Christie   rzuciła   Mattowi   buntownicze 

spojrzenie.   -   Będę   z   powrotem   jeszcze   przed   końcem 
tygodnia. To tylko krótka wizyta, nic więcej.

111

background image

-   Nigdy   nie   wymagałem   od   ciebie   czegoś   więcej   - 

powiedział Matt zniecierpliwiony. - A poza tym na nas już 
czas, Christie - ruszył w kierunku drzwi.

Zajmując   miejsce   w   samochodzie,   Christie   obrzuciła 

tęsknym   spojrzeniem   swoje   domostwo.   Budynek   stanowił 
niezdarny zlepek różnych stylów, ale był jej domem,  który 
teraz właśnie opuszczała. Poczuła paniczny lęk. Gdyby żyła tu 
choć trochę dłużej, dużo łatwiej przyszłoby jej teraz stawić 
czoła ojcu. Czułaby się silniejsza.

Ale   Matt   już   uruchomił   silnik   i   opony   zachrzęściły   na 

zbitym żwirze drogi. Christie opuszczała Red River... A tym 
samym cofała się do tego punktu, w którym znalazła się cztery 
miesiące wcześniej.

Nowy Jork osaczył Christie zuchwałą powodzią świateł i 

dźwięków. W Nowym Meksyku zdążyła się już przyzwyczaić 
do widoku gwiazd późną nocą i błogiej ciszy, okraszonej co 
najwyżej szelestem sosen dobiegającym z oddali. Tutaj niebo 
przesłaniały   sztuczne   gwiazdozbiory   rozświetlonych   okien 
biurowców, a uparte klaksony aut atakowały ucho agresywną, 
dysonansową   symfonią.   Taksówka,   która   wiozła   ich   oboje, 
weszła właśnie w ostry wiraż. Krzepki kierowca najwyraźniej 
oszczędzał   hamulce,   jak   tylko   mógł.   Trudno   go   było   za   to 
winić - Nowy Jork wymuszał na ludziach przyspieszenie, nie 
przewidywał miejsca dla opieszałych. Christie poczuła, jak jej 
cały system nerwowy przestawia się na szybszy bieg, zupełnie 
jak za dawnych, dobrych czasów. Pomimo bezsennej nocy i 
długiego   nużącego   lotu,   wierciła   się   w   taksówce   czujna   i 
przytomna.

Samochód z głośnym piskiem opon pokonał kolejny ostry 

zakręt,   a   kierowca   roześmiał   się   tubalnie.   Najwyraźniej 
świetnie się bawił. Christie rzuciło trochę na bok i wylądowała 
nosem na ramieniu Matta.

112

background image

Przez chwilę wdychała zapach jego wody, do złudzenia 

przypominający   zapach   sosnowego   lasu,   po   czym 
wyprostowała się na siedzeniu.

- Matt, nie bądź taki tajemniczy i powiedz wreszcie dokąd 

jedziemy.

-   To   niespodzianka   -   odpowiedział.   -   Nie   będziesz   mi 

chyba jej psuła? - w jego głosie zabrzmiała  nuta fałszywej 
uciechy, która wydała się Christie mocno podejrzana.

- Jest już późno i chciałabym znaleźć się w mieszkaniu 

matki, możliwie najszybciej.

Jej matka jak zwykle przebywała w podróży, bawiąc całe 

lato   wraz   z   przyjaciółmi   w   uroczych   zakątkach   Nowej 
Szkocji. Jej apartament po zachodniej stronie Central Parku 
wydawał   się   Christie   idealnym   miejscem   na   kilkudniowy 
pobyt. Lecz oto taksówka hulała po przypadkowych uliczkach 
dzielnicy   Village,   mijając   mnóstwo   kolorowo   oświetlonych 
sklepów i kafejek. Nagle skręciła w jakąś znajomą przecznicę, 
gdzie   gwałtownie   i   z   fasonem   zwolniła.   Christie   wyjrzała 
przez   okno.   Ujrzała   kępę   trzech   wątłych   klonów, 
wyrastających   z   lichutkiego   skrawka   jałowej   ziemi,   która 
jakimś cudem uchowała się wśród betonu. Te drzewa znała 
bardzo dobrze.

- O co tu chodzi? - zapytała Christie ze zdumieniem. - 

Przecież ja tu mieszkałam...

Matt bezceremonialnie wetknął jej do ręki klucze.
- Jak wyjechałaś z Nowego Jorku, twój ojciec wynajął to 

mieszkanie.   Mocno   wierzył   w   to,   że   wrócisz   i   być   może 
zechcesz znowu tu zamieszkać.

Christie,   potykając   się,   wysiadła   z   taksówki,   sama   nie 

wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać. Zuchwalstwo jej ojca 
przechodziło wszelkie granice. Z ogromną pewnością siebie 
zakładał, że zdoła ponownie zapanować nad jej życiem, a ona 
rzeczywiście wylądowała znowu w Nowym Jorku, w swoim 

113

background image

dawnym mieszkaniu, dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. 
Jak dotąd, jego plan sprawdzał się w stu procentach!

Matt dogonił Christie na chodniku przed domem. Dźwigał 

na   ramieniu   jej   torbę   i   wyglądał   trochę   jak   marynarz   na 
przepustce.   Przyglądała   się   jego   barczystej   sylwetce, 
oświetlonej matowym blaskiem starej, ulicznej latarni.

-   Powinieneś   był   uchylić   mi   rąbka   tajemnicy   - 

powiedziała. - A ty milczałeś jak grób przez cały weekend. Co 
jeszcze ukrywasz przede mną, Matt?

Z   zakłopotaniem   podrapał   się   w   łopatkę   jedyną   wolną 

ręką.

- Wejdźmy do środka i zamknijmy szybko ten rozdział - 

westchnął.

Głęboko   zakorzenione   przyzwyczajenia   doszły   do   głosu 

od   razu   i   Christie   wprawnie   otworzyła   drzwi   do   holu, 
umiejętnie   przekręcając   klucz   w   zamku,   który   lubił   się 
zacinać. Weszła do mrocznego korytarza.

Z   każdym  krokiem   Christie   czuła   się   bardziej   swojsko. 

Mieszkała   w   tym   domu   długo,   od   czasów   ukończenia 
college'u.   Dokładnie   jeszcze   pamiętała,   że   w   chodniku 
pokrywającym   schody   jest   dziura,   w   której   grzęzną   obcasy 
butów. Wiedziała doskonale, że za drzwiami mijanego teraz 
mieszkania jak zwykle czai się pan Bretton z rakietą tenisową 
w   zaciśniętej   dłoni,   gotów   wygrzmocić   nią   potencjalnych 
włamywaczy. Sama zresztą nieraz oberwała tą rakietą.

Wreszcie   znaleźli   się   przed   drzwiami   jej   mieszkania. 

Christie   sprawnie   pokonała   kluczami   zestaw   skom-
plikowanych   zamków   i   po   chwili   przestąpiła   próg.   We 
wnętrzu powitały dawną gospodynię pozapalane lampy.

- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - zakpiła.
- No proszę, kto by to pomyślał... - zamarła nagle wpół 

kroku z wyrazem przerażenia. Z fotela, ustawionego w samym 

114

background image

środku niewielkiej bawialni, wstał właśnie sam... Christopher 
Daniels Trzeci we własnej osobie.

Obróciła   się   błyskawicznie   na   pięcie   i   z   wyrzutem 

spojrzała na Matta.

- Jak mogłeś mi to zrobić? - syknęła. - Za wcześnie! Nie 

jestem gotowa...

Usłyszała   za   plecami   spokojny,   lecz   nie   znoszący 

sprzeciwu głos ojca:

- Znakomicie się spisałeś, Matthew, przywożąc mi  ją z 

powrotem. Umiem być wdzięczny dla kogoś, kto tak dobrze 
wywiązuje się z powierzonych zadań, przekonasz się.

Christie drgnęła, dotknięta do żywego obojętnym tonem i 

tym,   że   mówił   o   niej   w   trzeciej   osobie,   jakby   była   jakąś 
paczką   zagubioną   na   poczcie,   a   potem   odnalezioną   i 
dostarczoną przez usłużnego posłańca. Matt jednak milczał i 
intensywnie wpatrywał się w dziewczynę. Czy starał się coś 
jej  tym  powiedzieć?   Doprawdy,  mało   ją  to  już   obchodziło. 
Wyniosłym   spojrzeniem   odtrąciła   jego   nieme   wysiłki. 
Przywiódł ją tutaj, bez najmniejszego ostrzeżenia wprost w 
zastawione sidła i tym samym nadużył jej zaufania na zawsze.

Matt ostatecznie wzruszył ramionami  i odstawił na bok 

bagaż   dziewczyny.   Jego   ruchy   zdradzały   oczywiste 
zniecierpliwienie.

-   Dobranoc,   Christopher   -   powiedział   beznamiętnie. 

Jeszcze raz zerknął na Christie. - Trzymaj się - rzucił cicho 
pod jej adresem, po czym odszedł, zostawiając ją w jaskini 
lwa.

Zamknęła   za   nim   drzwi.   Nieoczekiwana,   zaskakująca 

konfrontacja z ojcem stała się nieunikniona i nie było sensu jej 
odwlekać.   Christopher   Daniels   Trzeci   świetnie   potrafił 
aranżować   sytuacje,   które   miały   na   celu   osłabienie 
przeciwnika.   Christie   oparła   na   chwilę   czoło   o   drzwi   i 
wziąwszy głęboki oddech, odwróciła się w stronę ojca.

115

background image

Był to mężczyzna średniego wzrostu, o szczupłej budowie 

ciała. Pomimo to jednak przedstawiał sobą widok imponujący. 
Jego przedwcześnie posiwiałe, białe jak śnieg włosy wznosiły 
się gęstą, lśniącą falą ponad wysokim czołem. Miał na sobie 
nieskazitelny,   ciemny   garnitur   utrzymany   w   stylu 
umiarkowanej, kosztownej elegancji, jak wszystko, co zwykle 
nosił.   Christie   jeszcze   jako   dziecko   została   nauczona,   aby 
nigdy   nie   wspinać   się   na   jego   kolana   i   nie   miętosić 
wytwornych ubrań, nie przytulać się i nie targać mu włosów.

Również teraz, co łatwo dało się przewidzieć, nie wykonał 

żadnego gestu, który mógłby  zdradzić jego uczucia. Stał w 
głębi pokoju, przenikając córkę jakby na wskroś spojrzeniem 
przenikliwych, niebieskich oczu.

-   Znakomicie   wyglądasz,   Mary   Christine.   Pobyt   w 

Nowym Meksyku ci służy.

- Dziękuję - jak zawsze wtedy, gdy stała przed nim, jej 

żołądek   kurczył   się   ze   strachu   wobec   niejasnego, 
absurdalnego   przeświadczenia,   że   coś   przeskrobała. 
Wystarczyło   tylko   trochę   unieść   głowę   do   góry,   żeby 
zobaczyć jego gładką twarz bez jednej zmarszczki, lecz wciąż 
pokutowało w niej wspomnienie czasów, kiedy ojciec górował 
nad nią znacznie i musiała zadzierać głowę bardzo wysoko, 
aby go zobaczyć. Była już dorosła, a on wciąż spoglądał na 
nią z niebotycznych wyżyn.

Podeszła bliżej, starając się zmniejszyć dystans pomiędzy 

nimi.

- Meble są tu te same co kiedyś - zauważyła. - To dziwne. 

Odstąpiłam je wszystkie pani Kirby z dołu. Czyżbyś je od niej 
odkupił?

-   Zaproponowałem   jej   bardzo   przyzwoitą   cenę.   Oboje 

byliśmy zadowoleni z transakcji.

Christie   rozejrzała   się   wokół,   co   krok   napotykając 

wzrokiem pamiątki swej dawnej, nowojorskiej egzystencji - 

116

background image

kanapę   wyściełaną   pluszem   w   kolorze   łagodnego  beżu, 
kruche,   bambusowe   półki   na   książki,   fotel   w   kolorze 
czerwonego   wina,   wypchany   tak   przesadnie,   że   aż 
przypominający   monstrualnego   grzyba.   Przez   długi   czas 
nosiła się z zamiarem wyrzucenia tej graciarni. Nigdy tego nie 
uczyniła.   A   dzisiaj   całe   to   bezguście   znów   ją   otoczyło. 
Absurdalność sytuacji rozśmieszyła ją nagle.

- Mógłbym wiedzieć, co cię tak bawi? - zapytał ojciec.
Zawahała   się,   po   czym   przecząco   pokręciła   głową, 

Christopher   Daniels   przecież   nie   odznaczał   się   nigdy 
nadmiernym poczuciem humoru. Opadła na rozdęty fotel.

- Proszę ojca... Ojcze... - zaczęła nie całkiem pewna, jak 

powinna się do niego zwracać. - Doceniam wszystkie twoje 
wysiłki, które miały sprawić, abym poczuła się tu jak w domu. 
Ale   Nowy   Jork   nie   jest   już   moim   domem   i   powinieneś 
wreszcie przyjąć ten fakt do wiadomości - spokojny, rzeczowy 
ton,   jakim   udało   jej   się   przemówić,   uznała   za   pierwsze 
zwycięstwo. Zaczęła nareszcie panować nad sytuacją.

- A co do pana Matta Gallaghera - podniosła lekko głos. - 

Nietrudno zgadnąć, jakie w rzeczywistości wyznaczyłeś mu 
zadanie.   Miał   zapewne   stać   się   obiektem   moich   gorących 
uczuć i głównym powodem, dla którego powróciłabym tutaj. 
Przykro mi, że cię rozczaruję, ale twój plan się nie powiódł. - 
Na myśl o Macie ogarnęły ją pomieszane uczucia złości, żalu i 
tęsknoty.   Lecz   nie   mogła   dać   poznać   swojemu   ojcu,   jak 
bliskie spełnienia były tym razem jego projekty.

Ojciec   zasiadł   naprzeciwko   na   kanapie,   poprawiając 

nienaganne   kanty   spodni.   Jego   zachowaniu   towarzyszył 
zazwyczaj   cały   ceremoniał   tego   typu   drobnych   gestów. 
Zawsze   dyskretnie   sprawdzał   węzeł   jedwabnego   krawata, 
unosił nieskazitelny mankiet rękawa na właściwą wysokość 
lub przekręcał kosztowny złoty zegarek.

117

background image

Gesty te nigdy nie zdradzały nerwowości, były stateczne i 

precyzyjne.

Teraz spoglądał na Christie z powagą, oparty łokciem o 

poręcz fotela.

- Jeśli mam być szczery, jak tylko zobaczyłem Matthew 

po raz pierwszy, od razu przyszło mi do głowy, że wy oboje 
macie coś wspólnego. Jednak po nieporozumieniu z Orenem 
raz   na   zawsze   oduczyłem   się   aranżowania   dla   ciebie 
jakichkolwiek mariaży. Matthew wydawał mi  się po prostu 
najwłaściwszym   człowiekiem   do   sprowadzenia   cię   z 
powrotem. Budzi moje zaufanie.

Christie zacisnęła usta w grymasie goryczy. Imię Matta 

wypowiadane w beznamiętnym tonie przynajmniej nie budziło 
w   niej   żadnych   emocji.   Do   diabła   z   Mattem!   Dzisiejszego 
wieczoru gotowa była solidaryzować się z własnym ojcem, 
byle nie z tym zdrajcą. Nie wolno jej okazać ojcu własnej 
rozpaczy, nie powinna dać się ponieść emocjom i znów na 
niego krzyczeć. Będzie równie opanowana jak on.

- Przyjechałam do Nowego Jorku z jednego tylko powodu. 

Chcę odwieźć cię od zamiaru zlikwidowania firmy, uważam, 
że to nonsens.

Poprawił rąbek jedwabnej, brązowej chusteczki wystający 

dyskretnie z kieszeni.

- Zapewniam cię, Mary  Christine, brałem tę możliwość 

pod uwagę bardzo poważnie. Teraz jednak widzę jeszcze inne 
rozwiązanie   -   zawiesił   głos   dla   większego   efektu.   Jego 
teatralne zagrania miały pełen dystynkcji umiar, co czyniło je 
wiarygodniejszymi,   niż   gdyby   zanadto   folgował   swojej 
potrzebie dramatyzmu.

Christie z pewnym lękiem oczekiwała dalszych jego słów.
-   Mary   Christine...   Jak   wiesz,   jestem   już   stary...   - 

dyskretnym  gestem   wypielęgnowanej   dłoni   powstrzymał   jej 
protesty.   -   Nie   mów   mi,   proszę,   że   dopiero   przekroczyłem 

118

background image

pięćdziesiątkę   i   ze   swoją   wspaniałą   kondycją   osiągnę   bez 
wątpienia   dziewięćdziesiąt   pięć   lat.   Szczerze   mówiąc, 
rzeczywiście   mam   zamiar   dożyć   w   zdrowiu   późnych   lat   i 
również dlatego chciałbym przeznaczyć ci stosowne miejsce 
w naszym rodzinnym przedsiębiorstwie. Jeśli zaczniemy  od 
zaraz, wkrótce wprowadzę cię na urząd prezesa zarządu firmy 
Daniels,   Peters,   Bainbridge   i   Gallagher.   Będziesz   głównym 
akcjonariuszem... Głową firmy.

Patrzyła   na   niego   szeroko   rozwartymi   ze   zdumienia 

oczami.

- Przecież to twoje stanowisko, tato... To znaczy ojcze... 

Proszę ojca...

-   Nigdy   nie   mówiłaś   do   mnie   tato   -   zauważył, 

najwyraźniej tym poruszony. - Tak mówią do swoich ojców 
wszystkie małe dzieci. Dlaczego ty nigdy...?

- Tata to ktoś taki, kto rozdaje klapsy, a czasem zabiera na 

sanki - odpowiedziała dość obojętnym tonem.

Na  statecznej   twarzy   jej  ojca  wymalował  się  trudny  do 

zidentyfikowania   wyraz   jakby   żalu,   znikł   jednak   bardzo 
szybko.

- Mary Christine, przyznaję, że nigdy nie dokazywaliśmy 

razem jak niektórzy ojcowie ze swoimi córkami, chciałbym ci 
to   jakoś   dzisiaj   wynagrodzić.   Zarzucasz   mi,   że   tobą 
manipuluję   i   że   jestem   apodyktyczny.   Przecież   kiedy 
wycofam się z firmy i ty zajmiesz moje miejsce, przejmiesz 
także całą odpowiedzialność. Będziesz niezależna w swoich 
decyzjach, niezależna także ode mnie.

-   Ta  firma   -   to   całe   twoje   życie,   tato,   więc   o   czym  ty 

mówisz?   Nie   wyobrażam   sobie,   żebyś   mógł   tak   po   prostu 
odejść. Wszystko, co mówisz, brzmi niewiarygodnie.

Poderwał   się   na   równe   nogi   ze   sprężystością 

dwudziestolatka.   Na   wypolerowane   czubki   butów   opadły 
nienaganne brzegi jego spodni, które jak zawsze miał idealną 

119

background image

długość i linię. W zadumie przemierzył całą długość pokoju i 
podszedł do okna.

- Tak samo jak bokser czy piłkarz, który kończy swoją 

karierę   wtedy,   kiedy   jest   na   topie   i   nie   stracił   jeszcze 
mistrzowskiego tytułu, chcę odejść w porę, Mary Christine. 
Bądź spokojna, mam już nowe projekty i plany. Chciałbym 
pożegnać się z giełdą jak ktoś z klasą, a nigdy nie miałem 
wątpliwości co do tego, że powierzę pieczę nad firmą właśnie 
tobie. Mojej córce i zarazem mojej spadkobierczyni.

Christie również zbliżyła się do okna.
- Nic tu się nie zgadza. Dobrze cię znam, zawsze byłeś 

niewolnikiem   schematów.   Po   pierwsze   chciałbyś   powierzyć 
firmę nie własnej córce, lecz najchętniej -własnemu synowi. A 
po   drugie   wcale   nie   wierzysz,   że   mogłabym   sama   podołać 
takiemu   zadaniu,   ponieważ   tak   do   końca   nie   ufasz   moim 
zawodowym   kompetencjom   -   jej   głos   drżał   lekko   pod 
wpływem   silnej   emocji.   Czuła   rosnącą   irytację,   a   zarazem 
całym wysiłkiem woli starała się opanować.

Ojciec   poruszył   się   ledwo   dostrzegalnie.   Przez   moment 

mogło  się  wydawać, że chce  zbliżyć  się o  krok do  córki i 
dotknąć dłonią jej ramienia. Jednak odwrócił się obojętnie i 
spojrzał za okno.

-   Wydaje   mi   się,   że   powinniśmy   sobie   wyjaśnić   kilka 

spraw - zaczął beznamiętnie. - To prawda, że chciałem mieć 
syna. Przeżyłem wielkie rozczarowanie, gdy okazało się, że 
zdrowie nie pozwoli twojej matce mieć więcej dzieci. Może 
cię to zdziwi, Mary Christine, ale zawsze marzyłem o domu 
pełnym i synów, i córek.

- A tymczasem musiałeś się zadowolić tą jedną jedyną... 

Pierworodną... - podsumowała opanowanym głosem.

-   To   nieprawda.   Nawet   gdy   jeszcze   byłaś   dzieciakiem, 

dobrze   wiedziałem,   że   jesteś   sprytniejsza,   szybsza, 
dzielniejsza   niż   niejeden   chłopak.   Zawsze   byłem   z   ciebie 

120

background image

dumny... Być może tylko nie umiałem ci tego okazać. Kiedy 
wyjechałaś   do   Nowego   Meksyku,   pomyślałem,   że   cię 
straciłem na zawsze. Chcę, żebyś wróciła, Mary Christine, nie 
wiem, co mam jeszcze powiedzieć.

Zacisnęła dłonie na krawędzi parapetu. Nigdy wcześniej 

nie   słyszała   od   niego   słów   tak   otwarcie   opisujących   jego 
uczucia.   Doznała   prawdziwego   wstrząsu.   Taki   szmat   życia 
straciła   na   pełnych   czci,   a   przecież   bezowocnych   próbach 
zdobycia jego uznania i miłości. Czyżby nareszcie pozyskała 
jego   serce?   Czy   też   był   to   tylko   kolejny   ruch   w 
skomplikowanej grze sił?

- Już bardzo późno - powiedział, zerkając na zegarek. - 

Powinnaś   odpocząć,   Mary   Christine   i   może   chciałabyś   coś 
zjeść. Znajdziesz to i owo w lodówce. Pomyśl też, proszę, o 
wszystkim, o czym dzisiaj sobie powiedzieliśmy. Nie warto 
podejmować   pospiesznych,   nie   przemyślanych   decyzji, 
pamiętaj, bardzo mi na tym zależy!

Christie   nie   odpowiadała.   Zaproponował   jej   tak   wiele, 

właściwie zbyt wiele, a potem dał jeszcze czas do namysłu... 
Na  pewno   dobrze   to  wszystko   wcześniej   przemyślał.  Teraz 
podążał   wolno   ku   drzwiom,   jak   zawsze   nie   zdradzając 
pośpiechu.   Christopher   Daniels   odnosił   setki   sukcesów   i 
realizował tysiące planów, a przy tym nigdy nie wyglądał na 
człowieka, któremu się spieszy.

- Poczekaj, proszę - zatrzymała go Christie na chwilę. - 

Powiedz mi jeszcze parę słów na temat Matta. Wiem z całą 
pewnością,  że  przewidywałeś  dla  niego  jakąś  rolę  w  moim 
życiu. Podejrzewam nawet, że liczyłeś na to, że wywrze na 
mnie wpływ!

Uśmiechnął się powściągliwie.
- Uczciwie mówiąc, jako twój ojciec bardzo bym chciał, 

żebyś wybrała dla siebie jakiegoś wartościowego człowieka. 
Może   kogoś   takiego   jak   Matthew,   a   być   może   nawet   jego 

121

background image

samego...   Tylko,  że  on  jest  osobą  mającą  własne  zdanie  w 
każdej sprawie, podobnie zresztą jak ty. Byłbym skończonym 
głupcem, gdybym przypuszczał, że zdołam coś wymusić na 
nim lub na tobie - mówiąc te słowa, opuścił mieszkanie.

Christie   weszła   do   niewielkiej   kuchenki   i   otworzyła 

lodówkę.   W   środku   znalazła   całą   masę   ulubionych 
smakołyków: kajzerki z piekarni przy Second Avenue, dwie 
butelki   słodko-kwaśnego   mleka,   słoiczek   dżemu 
pomarańczowego,   a   w   zamrażalniku   karton   czekoladowego 
jogurtu.

Wzruszyła   ją   zapobiegliwość   ojca   i   to,   jak   świetnie 

orientował   się   w   jej   upodobaniach.   Przypomniała   sobie 
jednak,   że   zawsze   był   skrzętnym   obserwatorem, 
kolekcjonującym   drobne   fakty   i   szczegóły,   by   później   z 
pożytkiem je wykorzystać. Zasadę tę stosował w stosunku do 
wszystkich.   

Zatrzasnęła  drzwiczki  ze  złością,  lecz  jej  pusty   żołądek 

zaraz przekornie dał o sobie znać. Nie jadła zbyt wiele tego 
dnia, więc teraz zrezygnowana otworzyła ponownie lodówkę. 
Wyjęła z niej kajzerkę oraz słoik dżemu.

Słynna   nowojorska   kajzerka   smakowała   wyśmienicie. 

Christie rozkoszowała się każdym kolejnym kęsem, w głębi 
duszy czując się zarazem trochę jak zdrajczyni. Jej ukochane 
Red River wydawało się tego wieczoru tak odległe...

122

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Puk, puk, puk! - stłumiony odgłos odezwał się znowu. 

Nie   ustawał   przez   długą   chwilę,   aż   Christie   nakryła   głowę 
poduszką i mocno zacisnęła powieki. Nie chciała opuszczać 
cudownej   krainy   snu,   do   której   nie   miały   wstępu   żadne 
zmartwienia.

- Puk, puk!
- A niech to licho! - zniecierpliwiona opuściła w końcu 

łóżko i narzuciwszy na siebie szlafroczek, poczłapała do drzwi 
wejściowych. Ktoś dobijał się z rosnącą natarczywością.

- Kto tam? - zapytała.
- To ja - odpowiedział niski głos Matta. - Wpuść mnie, 

proszę. Atakuje mnie właśnie jakiś facet z rakietą tenisową.

Christie popatrzyła na drzwi z niesmakiem.
- Odejdź stąd. Nie chcę cię widzieć.
- Musimy pomówić, pozwól mi wejść!
Znała go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odejdzie z 

kwitkiem. Był uparty jak osioł, nachalny i zupełnie nieznośny. 
Mamrocząc   coś   gniewnie   pod   nosem,   Christie   otworzyła 
drzwi.

Matt wkroczył do pokoju świeżutki i promienny. Miał na 

sobie   te   same   granatowe   spodnie   ze   sztruksu   i   koszulę   w 
zielonobłękitną kratę z podwiniętymi rękawami. Cofnęła się o 
krok, przecierając zaspane oczy.

- Dobrze ci w negliżu - Matt mruknął półgłosem, zbliżając 

się. - Wyglądasz słodko...

Christie zrejterowała do kuchni, wskoczyła za kuchenny 

blat i ostrzegła:

- Lepiej trzymaj się ode mnie z daleka. Nie mam ochoty 

na figle, zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj wieczorem.

Stał   już   w   drzwiach,   bezczelnie   wpatrzony   w   jej 

półotwarte wargi.

123

background image

- Przywodzisz mi na myśl świeże jagódki - powiedział, 

niemal się oblizując.

- Lepiej zjedz to - z patery stojącej na bufecie podała mu 

brzoskwinie.

- Piękny mamy dziś dzień, prawda? - zagadał.
-   Cudowny   -   przyznała   Christie.   -   Prawdopodobnie 

uknuliście już z ojcem coś nowego za moimi  plecami. Nie 
mogę się doczekać, kiedy wyjdzie na jaw, o co chodzi tym 
razem.

Przysiadł na stołku po przeciwnej stronie blatu, spokojnie 

pałaszując brzoskwinię.

-   Wcale   mi   się   nie   uśmiechało   to   wystawianie   cię   na 

strzał,   ale   przyznaj   sama,   czy   weszłabyś   do   mieszkania, 
wiedząc, że ojciec jest w środku?

- Na pewno nie. Ale to cię bynajmniej nie usprawiedliwia.
Nalała trochę mleka do miski z dmuchanym ryżem, dodała 

łyżeczkę pomarańczowego dżemu i wszystko to wymieszała. 
Matt przyglądał się temu raczej zdegustowany.

- Czy ty naprawdę masz zamiar wziąć do ust coś takiego?
-   To   moja   ulubiona   wersja   śniadania   z   okresu,   kiedy 

miałam sześć lat - odparła posępnie. - Mój ojciec świetnie to 
zapamiętał,   zresztą   nie   tylko   to.   Spójrz   tylko,   jak   mnie   tu 
urządził. Myślał, że jeśli odtworzy drobiazgowo moje dawne 
życie, to wskoczę w nie na powrót jak w przydeptane kapcie.

- A jednak nie wspomina już o likwidacji firmy - wtrącił 

Matt.

Posłała mu zjadliwe spojrzenie.
- Oczywiście wiesz już o wszystkim, prawda? O tym, że 

chciałby,   bym   jakby   stanęła   na   jej   czele   zamiast   niego. 
Przypuszczam,   że   całą   tę   śmiechu   wartą   intrygę   uknuliście 
razem, punkt po punkcie.

- To nie jest żadna intryga, twój ojciec naprawdę chce, 

żebyś poprowadziła firmę. Tylko, że dowiedziałem się o tym 

124

background image

po raz pierwszy dziś rano, kiedy zatelefonował do mnie do 
domu.   Wydawało   mi   się,   że   jest   tym   pomysłem   bardzo 
podniecony.

-   On   nigdy   nie   okazuje   najmniejszego   podniecenia   - 

odrzekła Christie sceptycznie.

- Może nie umiesz tego dostrzec. Moim zdaniem, jeżeli 

mówi o czymś wolniej i obojętniej niż zwykle, to znaczy, że 
wprost wariuje z emocji.

- Matt, czy wiesz, co ten plan oznacza? Byłabym twoim 

szefem! Założę się, że to by cię przerażało, przyznaj.

Uważnie oglądał pestkę.
-   To   by   było   do   wytrzymania.   Szybko   byś   się   zresztą 

przekonała, że nie daję się łatwo wodzić za nos.

- Ha! - zanurzyła łyżkę w słodkiej papce. - Trafiłaby kosa 

na kamień! Miałabym cię w garści i trzymała krótko - prawie 
uśmiechała   się   do   tej   myśli.   Matt   ujął   jej   dłoń   i   zaczął 
delikatnie bawić się szczupłymi palcami.

- Masz takie drobne paluszki... Nie dałabyś mi rady. 
Wyrwała dłoń z jego ręki.
- Tak czy owak ta rozmowa nie ma sensu. Ja na czele 

firmy! Ten pomysł to kompletna bzdura.

- Dlaczego? Twój ojciec uważa, że podołałabyś, ja myślę 

zresztą podobnie.

Christie   przeczesała   palcami   włosy,   mimowolnie 

poruszona tą rozmową. W ciągu minionej doby doświadczyła 
paru   nieoczekiwanych   sytuacji,   które   bardzo   jej   schlebiały. 
Najpierw   ojciec,   a   teraz   Matt   zupełnie   serio   przyznał,   że 
mogłaby   poprowadzić   jedną   z   najznaczniejszych   na   Wall 
Street firm maklerskich.

Odsunęła   od   siebie   miseczkę   gwałtownym   ruchem, 

rozlewając resztki mleka.

-   Nie   rozumiem,   dlaczego   w   ogóle   się   nad   tym 

zastanawiam - warknęła - kiedy zupełnie nie ma nad czym. 

125

background image

Przecież   już   samo   to   zajęcie   przyprawia   mnie   o   rozstrój 
nerwowy. Być może prowadzenie pensjonatu nie przysparza 
mi ani wielkiej sławy, ani wielkich pieniędzy, ale ja to lubię i 
to mi służy! Czy to nie dość?

Matt   pochylił   się   ku   niej,   opierając   łokcie   o   blat.   Jego 

złotobrązowe oczy spoglądały z niezwykłą intensywnością.

-   Christie,   jeżeli   wrócisz   do   firmy,   twoja   sytuacja   się 

zmieni, właściwie będzie to wtedy twoja firma. Im dłużej o 
tym myślę, tym bardziej podoba mi się ten pomysł.

- Zrozum wreszcie, że ja tej wielkiej i wspaniałej twoim 

zdaniem możliwości po prostu sobie nie życzę!

- No a co z nami, Christie? Jeżeli zostaniesz w Nowym 

Jorku, będziemy mieli szansę być trochę razem... - zniżył głos 
tak, że zabrzmiał on bardzo intymnie i wyciągnął dłonie, by 
dotknąć jej twarzy. Christie błyskawicznie zamknęła oczy.

- Matt... Przyjechałam do Nowego Jorku tylko na kilka dni 

- westchnęła. - Taka była umowa.

- Ale wszystko się zmieniło, twój ojciec stworzył ci nowe 

możliwości kariery. Poza tym chciałbym, do diabła, żebyśmy 
my dwoje również dali sobie szansę.

Przyciągnął ją do siebie nad kuchennym blatem. Christie 

wspięła się na palce i pochyliła, wygięta w niezgrabny łuk, z 
paskiem szlafroka utopionym w talerzu z mlekiem. Nie czuła 
się jednak niewygodnie, ponieważ jej policzek opierał się o 
delikatny materiał koszuli opinającej pierś Matta.

- Ty też nie zdołasz zapomnieć o Red River, podobnie jak 

ja.   To   właśnie   tam   zdarzyło   się   coś   wyjątkowego   między 
nami. Nie rozumiesz?

-   Wszędzie   możemy   przeżyć   razem   coś   wyjątkowego, 

Christie. Jeśli  dasz mi   szansę, udowodnię  ci to.  Chciałbym 
spędzić   z   tobą   cały   dzisiejszy   dzień,   już   powiedziałem 
twojemu ojcu, że nie zjawię się w pracy.

126

background image

Ostatnie   słowa   sprawiły,   że   Christie   wyprostowała   się 

gwałtownie.

-   Nie   do   wiary,   że   wziąłeś   sobie   wolny   dzień.   To 

prawdziwa   rewelacja!   Czy   wciąż   jesteś   tym   samym 
człowiekiem, który od piętnastu lat nie miał wakacji?

Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego.
-   Red   River   odniosło   nad   tobą   zwycięstwo   -   orzekła 

Christie triumfalnie. - Masz wszystkie typowe tego objawy, 
niezdolność   do   przesiadywania   w   biurze,   upodobanie   do 
noszenia   sztruksowych   spodni,   dobry   nastrój   we   wczesne 
poranki wtorkowe...

- To brzmi jak symptomy jakiejś choroby - zaprotestował.
- Cóż, można spojrzeć na to i tak. Poczekaj tu, aż będę 

gotowa. Mam ochotę skorzystać z propozycji i spędzić z tobą 
ten   dzień,   żeby   się   przekonać,   jak   ciężki   przypadek 
reprezentujesz.

Pospieszyła   do   łazienki   i   zamknąwszy   drzwi   za   sobą, 

odkręciła kurki prysznica. Czuła radosne podniecenie na myśl, 
że spędzi z Mattem w Nowym Jorku cały jeden dzień. Na tak 
niewiele mogła sobie w końcu pozwolić bez obawy.

Energicznie   namydliła   całe   ciało,   ale   nagle   znieru-

chomiała.   Matt   czekał   na   nią   tuż   za   drzwiami   i   było   coś 
bardzo intymnego w tej ich bliskości na małej powierzchni 
mieszkania.   Gorący   prysznic   rozgrzewał   jej   skórę,   która 
płonęła bezwstydnie także z powodu tej bliskości...

W   pośpiechu   polała   głowę   szamponem,   przeklinając 

gęstość swoich włosów. Umyła je i wytarła w rekordowym 
tempie, po czym z ulgą wyskoczyła spod prysznica. Owinęła 
się   ogromnym,   włochatym   ręcznikiem,   co   jednak   nie 
ujarzmiło   krnąbrnych   reakcji   jej   organizmu.   Spojrzała   na 
swoje   odbicie   w   zaparowanym   lustrze.   Nie   mogła   dostrzec 
wyrazu oczu, lecz i bez tego wiedziała, że wyziera z nich... 
Potężna, przeraźliwa tęsknota za Mattem. Wiedziała też, co by 

127

background image

się   stało,   gdyby   uległa   nagłemu   impulsowi,   rozmyślnie 
otworzyła teraz drzwi i wyszła do niego...

Chwyciła   grzebień   i   zaczęła   zawzięcie   rozplątywać 

skręcone,   mokre   pasma.   To   bolało,   lecz   pozwalało   trochę 
opanować   przepełniające   ją   pragnienie,   nie   tylko   fizyczne, 
lecz jakby głębsze i intensywniejsze niż kiedykolwiek dotąd. 
Co mogłoby się stać, gdyby dała się mu ponieść...?

Po jakimś czasie Christie wyszła z łazienki zawinięta w 

szlafrok,   kurczowo   przyciskając   do   piersi   ręcznik,   jakby   w 
obronie przed samą sobą.

Dobiegł ją głos Matta, rozmawiającego przez telefon.
- Mówię ci, Sawyer, te akcje są bardzo nisko oszacowane! 

Powinniśmy je teraz kupować, a nie sprzedawać - jego głos 
brzmiał niecierpliwie, lecz zarazem energicznie i stanowczo. 
Christie czuła, jak opada w niej napięcie. Podczas gdy śniła o 
nim na jawie, Matt z całym spokojem zajmował się sprawami 
giełdy. Obserwowała, jak gestykuluje żywo, unosząc w górę 
wskazujący   palec.   Nie   był   świadom   obecności   Christie   za 
plecami,   a   mimo   to   poczuła   ekscytujący   dreszczyk. 
Pomaszerowała   spiesznie   do   sypialni,   zamykając   za   sobą 
drzwi.

Po   chwili,   bardziej   opanowana,   zapinała   guziki   jedynej 

sukienki   zabranej   z   Red   River.   Christie   związała   wciąż 
wilgotne włosy w koński ogon i włożyła sandały. Wyszła z 
sypialni i zobaczyła Matta, który nie był już zajęty rozmową. 
Miał   tak   zmierzwioną   czuprynę,   jakby   godzinami   targał 
własne włosy.

- Chodźmy - powiedziała Christie, ignorując całkowicie 

jego spojrzenie pełne uznania. Piekielna sukienka miała zbyt 
głęboki dekolt.

- Christie - zaczął Matt, ale ona już wiodła go ku drzwiom 

wyjściowym,   a   potem   schodami   w   dół.   Matt   jednak   nigdy 
łatwo nie rezygnował.

128

background image

- Christie, postępujesz tak, jakbyś się obawiała tego, co się 

między nami dzieje.

Christie ruszyła ulicą w szybkim tempie, ale na dwa jej 

kroczki wystarczył jeden krok Matta.

- Może i ty się tego boisz? - spytała zadziornie.
- Może nie mniej niż ja jesteś przerażony myślą o tym, 

dokąd nas to prowadzi.

- Zrozum, Christie. Przyznaję, że zupełnie zwariowałem 

na twoim punkcie. Żadna kobieta dotąd nie zdołała wytrącić 
mnie z równowagi w takim stopniu, naprawdę! Próbuję więc 
znaleźć jakieś rozwiązanie.

Christie energicznie skręciła za róg ulicy.
- Ja też chciałabym je znaleźć - powiedziała.
- W dodatku powiem ci, co mnie wytrąca z równowagi.
-   Beztroska,   z   jaką   utożsamiasz   dwie   sprawy:   moje 

wejście w biznes ojca i moją zażyłość z tobą. Najwyraźniej 
jest to dla ciebie transakcja wiązana. Czy musi być tak?

Ujął   ją   za   łokieć,   chroniąc   przed   szturchańcami 

przechodniów, popychających się na zatłoczonej ulicy.

-   Mylisz   się,   nie   chodzi   o   żadną   wiązaną   transakcję. 

Przypuśćmy, że odmówisz ojcu, do czego masz święte prawo, 
nie ty pierwsza i nie ostatnia masz po dziurki w nosie pracy na 
giełdzie.   Mówisz   mu   wtedy   „dziękuję,   nie”   i   otwierasz 
pensjonat, tu, na Manhattanie. To naprawdę świetny pomysł! 
Miałabyś   doskonały   obrót,   a   poza   tym   my   oboje 
znaleźlibyśmy się w pewnym sensie poza wpływem twojego 
ojca - uśmiechnął się z satysfakcją, przekonany że oto w dwie 
minuty znalazł odpowiedź na wszystkie dręczące ją pytania.

- Nie rozumiesz nadal niczego - odparła. - Przez całe życie 

dokonywałam   kolejnych   wyborów,   mających   zadowolić 
mojego   ojca.   Jeżeli   teraz   zacznę   decydować   tak,   żeby 
zadowolić ciebie, to znowu będzie ta sama pułapka!

129

background image

- Wydaje mi się, że zaproponowałem ci pewien uczciwy 

kompromis.   Wprawdzie   zmuszona   byłabyś   tu   wrócić,   lecz 
zachowałabyś możność wyboru kariery.

Christie parsknęła gniewnie i ruszyła dalej ulicą.
- Po pierwsze pensjonat na Manhattanie - to najbardziej 

idiotyczny   pomysł,   jaki   można   sobie   wyobrazić.   Już   widzę 
siebie z paroma ciasnymi pokoikami, bez windy. W Red River 
mam duży dom z ogrodem! To jest to, co chcę dzielić z moimi 
gośćmi - prawdziwy dom!

- Nic prostszego. Możesz kupić dom gdzieś niedaleko, na 

przykład w Connecticut.

- Przestań - przystanęła na środku chodnika.
- Znowu nic nie rozumiesz... Przecież to ja postanowiłam 

przenieść   się   do   Red   River.   To   ja   postanowiłam   kupić   ten 
konkretny   dom.   Dla   ciebie   jest   to   prawdopodobnie   bez 
znaczenia,   lecz   dla   mnie   to   są   sprawy   zasadnicze.   Jeżeli 
przeprowadzę   się   do   Connecticut,   nawet   jeżeli   znajdę   tam 
wspaniały, idealny dom, to będzie twój wybór, nie mój!

-   Boże,   jesteś   okropnie   uparta.   Tu   jest   potrzebny 

kompromis, to podstawa każdego związku!

-   Nie   możesz   wymagać   kompromisu   tylko   od   jednej 

strony - odparła cierpko. - Oczekujesz ode mnie poświęceń, a 
co sam masz zamiar zmienić u siebie?

W   milczeniu   przeszli   na   drugą   stronę   ulicy.   Christie 

jeszcze bardziej przyspieszyła.

- A cóż to ? - zapytał Matt. - Starasz się uciec ode mnie? 

Nie warto! Sama się przekonasz już wkrótce, jak wiele radości 
przyniesie ci dzień spędzony ze mną w Nowym Jorku.

Zerknęła na niego kpiąco.
- Powiedz mi tylko, proszę, kiedy mam się zacząć śmiać.
- Już teraz. Zaraz złapiemy  autobus i przekonasz się w 

czym rzecz -  z determinacją wymalowaną na  twarzy  wiódł 
Christie naprzód.

130

background image

Po niedługim czasie znaleźli się w Battery Park, na samym 

koniuszku Manhattanu, gdzie ustawili się w ogonku po bilety. 
Poranny chłód przeminął bez śladu i z nieba lał się słoneczny 
żar.

- Założę się, że nie zwiedzałaś Statuy Wolności od czasów 

dzieciństwa - powiedział.

- Rzeczywiście nie.
-   Spodoba   ci   się,   zobaczysz.   To   będzie   najwspanialszy 

dzień w twoim życiu.

Gorący powiew potoczył wprost pod nogi Christie pustą 

puszkę po coli. Kopnęła ją od niechcenia.

-   Czy   już   się   dobrze   bawimy?   -   zapytała.   Obdarzył   ją 

spojrzeniem spode łba.

- Właściwie już.
- To dobrze. No wiesz, nie chciałabym niczego stracić.
- Niech wreszcie ruszy się ta kolejka. Wtedy zobaczysz, 

na   czym   polega   cała   zabawa   -   sprawiał   wrażenie   coraz 
pochmurniejszego i coraz bardziej zawziętego.

Wreszcie kolejka drgnęła i wkrótce Matt, zdobywszy dwa 

bilety, zwycięsko powiewał nimi nad głową. Przenieśli się na 
koniec   następnej   kolejki,   oczekującej   na   przybycie   promu. 
Christie ocierała pot z czoła.

W kiosku nie opodal Matt kupił dwie lemoniady i jedną z 

nich podał Christie. Taką samą lemoniadę pili razem wtedy w 
lesie, w Nowym Meksyku, lecz smakowała im znacznie lepiej 
niż tu. Ta myśl dziwnie podniosła Christie na duchu.

- Matt - zaczęła. - To przecież nie ma sensu, przyznaj sam. 

W   Nowym   Meksyku   i   ty   wyglądałeś   na   znacznie 
szczęśliwszego.

-   Ależ   czuję   się   świetnie,   ty   zresztą   też.   Niech   tylko 

przypłynie prom, a zacznie się najlepszy dzień w twoim życiu!

W jakiś czas później Christie opadła wreszcie z ulgą na 

ławkę   górnego   pokładu   promu.   Zmaltretowana   upałem 

131

background image

sukienka przykleiła się do jej ciała. Dziewczyna rozprostowała 
nogi. Matt usadowił się tuż obok.

-   No   nareszcie   -   westchnął   i   wyczekująco   rozejrzał   się 

dokoła.

Obok niego przycupnął na ławce nieduży ośmiolatek.
-   Niedobrze   mi   -   oznajmił   rzeczowo   z   zadziwiającym 

spokojem. 

Matt zamarł z wyrazem najwyższego lęku.
- Hej, mały, tylko nie tutaj. Gdzie są twoi rodzice?
- Mama stoi tam, przy barierce. Ale ona mi nie pomoże.
Matt  skrzywił  się  cierpiętniczo  i  sam  lekko  pozieleniał. 

Christie poklepała chłopca po ramieniu.

- Posłuchaj mnie - poprosiła. - Pamiętaj, że w życiu nad 

wszystkim da się jakoś zapanować. Powiedz sobie po prostu, 
że   na   pewno   nie   zwymiotujesz,   idź   szybko   do   mamy   i 
zaczerpnij   tam   trochę   świeżego   powietrza.   Sam   się 
przekonasz, że mam rację.

Malec milczał przez chwilę, zastanawiając się widocznie 

nad jej słowami. Potem pokręcił głową z niedowierzaniem.

-   Nadal   mi   niedobrze   -   oświadczył.   Wstał   jednak   i 

odszedł.

Matt nerwowo potarł czoło. 
-   Przestaję   kochać   dzieci,   kiedy   zabierają   się   do 

wymiotowania na moje buty - mruknął. - Ale może najgorsze 
już poza nami. Teraz wreszcie zaczniemy się dobrze bawić.

Jednak   z   każdym   przechyłem   promu   stawał   się   coraz 

bardziej blady. Christie ruszyło wreszcie sumienie. Tak bardzo 
przez cały czas starał się ją rozerwać, a ona robiła wszystko, 
żeby mu się to nie udało. Zrobiło jej się żal Matta i pociągnęła 
go za rękę.

-   Chodź,   sam   chyba   potrzebujesz   świeżego   powietrza   - 

popchnęła go w kierunku burty.

132

background image

- Popatrz na ten widok - zachęcała. - Wyobraź sobie tylko, 

że.... że może jednak nie będziesz wymiotował.

Zerknął na nią, nienaturalnie zgięty wpół nad balustradą.
-   Przepraszam   -   westchnął.   -   Ale   rzeczywiście,   warto 

przyjrzeć się temu wszystkiemu...

Sylwetka   Manhattanu   stopniowo   znikała.   Stare   i   nowe 

drapacze   chmur   kontrastowały   ze   sobą   w   pełen   wdzięku 
sposób.   Nowoczesne   budynki   pięły   się   stromo   w   górę.   Ich 
czystą,   chłodną   linię   łagodziły   starsze   budynki,   niższe, 
ceglane   lub   pokryte   kamiennymi   zdobieniami.   Wszystko 
razem tworzyło zapierający dech w piersiach widok. Wyspa 
drapaczy chmur wyrastająca z oceanu...

Matt   wyprostował   się   dumnie,   wyraźnie   usatysfak-

cjonowany.

-   Masz   rację   -   powiedział.   -   Popatrz   tylko,   nie   ma   na 

świecie drugiego takiego miasta. Pomyśl też, ile straciłaś w 
ciągu   minionych   paru   miesięcy.   Spektakle   na   Broadway'u, 
kolacje w kafejkach, przejażdżki rowerowe po Central Parku...

Wszystkie   atrakcje   Christie   mogła   sobie   spokojnie 

darować...   Aż   do   dziś.   Jego   głos   brzmiał   tak   kusząco,   że 
musiała zająć pozycję obronną.

-   A   co   powiesz   o   zanieczyszczeniu   środowiska?   - 

ripostowała. - Choćby teraz, niebo zamiast czystego błękitu, 
ma okropny, brunatny odcień. Codziennie wieczorem musisz 
zmyć z  twarzy  warstwę brudu  i sadzy. Poza  tym ten  ruch, 
jazgot...

-  Polarne niedźwiedzie w  ZOO na Bronxie...  - mruczał 

wprost   do   jej   ucha.   -   Radio   City   Musie   Hall   i   Rockettes, 
deptak na Coney Island...

O, do diaska, tym razem grał nie fair. Christie ogarnęła 

nagła   nostalgia,   spotęgowana   dodatkowo   poszumem 
oceanicznego wiatru i pokrzykiwaniem mew. Prawie poczuła 
już na języku smak hot-dogów z Coney Island. Z niejakim 

133

background image

wysiłkiem odwróciła się w drugą stronę, lecz tylko po to, by 
stanąć   twarzą   w   twarz   z   majestatycznie   piękną   Statuą 
Wolności.

Potężny,   okazały   posąg   został   odlany   tak   starannie,   że 

fałdy ubrania zdawały się raczej ciężką tkaniną niż warstwami 
metalu.   Postać   wznosiła   w   górę   złotą   pochodnię   niczym 
drogowskaz   dla   wszystkich   osadników,   którzy   dawno   temu 
znużeni   i   oszołomieni   docierali   do   Ellis   Island.   Pochodnia 
górowała   nad   miastem   jako   symbol   przeszłości,   a   zarazem 
jakby rękojmia przyszłości... Wszystko to przez lata zdawało 
się   Christie   oczywiste   i   samo   przez   się   zrozumiałe.   Teraz 
jednak nabrało świeżości i niemal magicznego znaczenia, bo 
obok niej był Matt i patrzyła na wszystko trochę jego oczami.

Gdy   prom   przybił   wreszcie   do   Liberty   Island   i   Matt 

poczuł   pod   stopą   stały   ląd,   na   nowo   zapałał   entuzjazmem. 
Energicznie prowadził Christie naprzód.

- Mógłbym się założyć, że upłynęły całe wieki od czasu, 

kiedy   ostatni   raz   wspinałaś  się   na  szczyt  statuy,  prawda?   - 
dopytywał.

- Tak, ale...
- Wiedziałem! Nareszcie się zabawimy. 
Christie uważała się zawsze za osobę sprawną fizycznie i 

wytrzymałą, lecz pokonując z wysiłkiem dziesiątki schodów 
prowadzących w górę wewnątrz posągu, zwątpiła w to nagle. 
Z trudem łapiąc oddech, przeklinała wspinaczkę.

- Chyba już wystarczy - wysapała. - Tutaj można trochę 

odpocząć, a potem zjechać windą na dół.

-   Nie   ma   mowy.   Idziemy   na   samą   górę   -   bezlitośnie 

komenderował Matt, pociągając ją za sobą wciąż wyżej.

- To zaczyna być śmieszne - bąknęła Christie, pokonując 

mozolnie dalsze stopnie.

Matt zatrzymał się i przyciągnął ją ku sobie.

134

background image

-   No,   przyznaj   się   -   szepnął.   -   Przecież   czujesz   się 

wspaniale, prawda?

- Nieprawda - burknęła.
-   Wiem,   że   tak.   Wolisz   być   tutaj,   ze   mną,   niż 

gdziekolwiek indziej beze mnie. Nie zaprzeczaj.

To było nieuczciwe zagranie, zwłaszcza że jego słowom 

towarzyszył czuły dotyk. Christie czujnie zesztywniała, ale nie 
umiała oprzeć się własnej reakcji. Do diabła, miał rację! Czuła 
się   zmęczona   upałem,   spragniona   i   zmięta.   Lecz   mimo   to, 
chciała przecież być właśnie tu, we wnętrzu posągu, razem z 
nim. Co więcej chciała być z nim wszędzie, gdziekolwiek by 
był.

135

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Mimo północy jasno oświetlone ulice Manhattanu wciąż 

tętniły życiem. Christie i Matt siedzieli naprzeciw siebie w 
knajpce   zwanej   Gospodą   Rudiego,   słuchając   ballad   z   lat 
czterdziestych.   Melancholijne   i   pełne   pasji,   opowiadały   o 
nieszczęśliwej miłości, dobrze harmonizując z nastrojem, w 
jakim znalazła się Christie, obracająca bezmyślnie w dłoniach 
pusty kufel po piwie. Nic nie mogło ukoić dziwnego pieczenia 
w krtani, które się nasilało za każdym razem, gdy spoglądała 
na Matta.

- Nie żałujesz, że spędziliśmy ten dzień razem? - zapytał 

cicho Matt, odstawiając swoje piwo.

- Tak... To znaczy, nie... Sam wiesz, że w końcu zrobiło 

się   cudownie.   Niepotrzebnie   tylko   dyskutowaliśmy   w 
nieskończoność. Nasze pytania pozostały bez odpowiedzi.

- Ale dzień był udany?
- Był... Niezwykły - przyznała Christie z bólem serca. Po 

wycieczce na Liberty Island ruszyli na spacer po Manhattanie. 
Posmakowali po trosze wszystkiego - zjedli na obiad kiełbaski 
w   cieście   w   dzielnicy   włoskiej,   myszkowali   w   sklepach   ze 
starzyzną na Canal Street, wałęsali się po Seventh Avenue, 
zajadając   mrożony   jogurt   czekoladowy...   Niby   nic 
nadzwyczajnego nie wydarzyło się tego dnia, a jednak Christie 
nie mogłaby zapomnieć ani jednej jego minuty. Matt nie mylił 
się, przewidując, że będzie to dzień wyjątkowy. Pamiętała, jak 
zatrzymali się, żeby podziwiać kwitnące fiołki, rozjaśniające 
starzyznę przeciwpożarowych schodów, jak pilnie studiowali 
teatralne afisze okalające ceglaną ścianę jakiegoś budynku...

Lecz dzień ten dobiegł końca, oboje przeżywali właśnie 

ostatnie jego chwile. Christie oparła dłonie o wyszczerbioną 
powierzchnię stolika.

136

background image

-   Chcę,   żebyś   wiedziała,   dlaczego   nie   przemawiają   do 

mnie twoje argumenty, Christie - mówił Matt, pochylając się 
ku niej. - Chodzi w nich tylko i wyłącznie o   obronę twoich 
zasad. Nie chcesz otworzyć pensjonatu w Connecticut, bo to 
zagroziłoby   twojej   wolności   wyboru.   Ale,   powiedz,   cóż 
takiego byś straciła na tych przenosinach?

Zaczęła rozdzierać na strzępki papierową serwetkę.
- Wolność decydowania o sobie to najdroższy skarb, jaki 

posiadam,   ciężko   zdobyty   po   długiej   szamotaninie.   Zawsze 
będę   go   bronić.   Nie   pamiętasz   zresztą,   co   mówiłeś,   gdy 
byliśmy w kopalni Shelby'ego? Zapytałam cię, dlaczego nie 
kupisz   kawałka   ziemi   w   pobliżu   Nowego   Jorku,   a   ty 
odpowiedziałeś, że nie chcesz „jakiegoś tam”  kawałka, tylko 
właśnie ten, konkretny. Widzisz więc, czuję coś podobnego, 
gdy myślę o Red River. To wyjątkowe miejsce, które jest teraz 
moim domem.

Matt nie od razu znalazł stosowną odpowiedź i Christie 

poczuła, że uzyskuje przewagę.

- Myślałem również o czymś innym. Przypuśćmy, że ci 

ustąpię i zakupię dom w Connecticut. Odmienię całe swoje 
życie tak, jak sobie tego życzysz. Cudownie, pięknie. Ale to 
nie załagodzi kryzysu, który przechodzisz, Matt!

- Nigdy nic nie mówiłem o żadnym kryzysie - zaprzeczył.
-   Nie   musisz   o   tym   mówić.   Cały   jesteś   sfrustrowany   i 

niezadowolony. Wbrew twoim słowom widać, że ta harówka 
na   giełdzie   wychodzi   ci   bokiem,   Matt.   Straciłeś   złudzenia. 
Trzyma cię tylko źle rozumiane poczucie lojalności!

Zmięła   postrzępione   kawałki   serwetki,   podniecona 

własnym   płomiennym   wystąpieniem.   Nareszcie   jej   słowa 
zdawały się choć trochę docierać do Matta.

- Psiakrew, to prawda - odezwał się szorstko. - Te afery na 

giełdzie spędzają mi sen z oczu.

137

background image

- Napisz o nich - podsunęła Christie, starając się dojrzeć 

wyraz   jego   twarzy   poprzez   półmrok.   -   Tak   wielu   ludziom 
przydałyby się twoje rady.

- Christie, to są jakieś żarty. Nie znam się na tym. Trzeba 

mieć   odwagę,   żeby   zasiąść   przed   czystą   kartką   papieru   z 
przekonaniem, że jest się w stanie stworzyć coś, co będzie 
miało ręce i nogi. Próbowałem tego wczoraj wieczorem, po 
powrocie   do   siebie.   Gapiłem   się   na   pusty   papier   bite   trzy 
godziny   i   nie   przyszło   mi   do   głowy   nawet   jedno   rozsądne 
zdanie... - otrząsnął się z niesmakiem.

Christie starała się rozpędzić smugę dymu docierającą z 

sąsiedniego stolika.

- Moje gratulacje. Po raz pierwszy doświadczyłeś braku 

natchnienia. Czy to nie wspaniałe?

- Czasami myślę, że brak ci piątej klepki.
- Za to mam siódmy zmysł! Wiedziałeś o tym? A wracając 

do   ciebie,   myślę,   że   potrzebujesz   odpowiedniej   atmosfery, 
żeby   pisać.   W   Red   River   szło   ci   doskonale.   Myślę,   że 
powinieneś   wrócić   do   Nowego   Meksyku   -   triumfalnie 
uderzyła pięścią w stół. Tym razem nie było nawet o czym 
mówić,   położyła   go   na   cztery   łopatki.   Aby   uczcić   swoje 
zwycięstwo, uniosła kufel w geście toastu, Matt jednak nie 
podzielał jej entuzjazmu i nie podniósł swojego.

- Za twoją najbliższą przyszłość! - obwieściła, wznosząc 

toast samotnie. - Matthew Gallagher, konsultant giełdowy. To 
brzmi fantastycznie!

- Mój Boże, najwyraźniej nic nie rozumiesz. Przecież ja 

już  mam   zawód,   któremu   zresztą  poświęciłem   bardzo  dużo 
czasu   i   wysiłku.   Co   więcej,   jestem   w   nim   dobry.   Jestem 
niezłym maklerem, Christie, i to mi daje satysfakcję. Nie czuję 
natomiast   żadnego   zadowolenia,   gdy   zasiadam   do   pisania. 
Czuję się niekompetentny, niepewny, po prostu nie na swoim 
miejscu. Czy wiesz, o czym mówię?

138

background image

- Tak, wiem. Z grubsza biorąc, chodzi o to, że boisz się 

ryzyka. Kto by się nie bał na twoim miejscu? Zaczynać coś od 
samego początku, bez żadnych dokonań na koncie, nic tylko 
ty i czysta kartka papieru.

Zaśmiał się gorzko.
- Cóż ty wiesz, Christie. Mówisz tak, jakbyś była w stanie 

zrozumieć...

- Poczekaj, jeszcze nie skończyłam. Świetnie rozumiem 

twoje wątpliwości i opory, lecz nie wolno ci się im poddać! 
Masz zadatki na dobrego pisarza, być może nawet wybitnego.

- W Red River uległem pewnym złudzeniom. Przez chwilę 

nawet wierzyłem, że mógłbym żyć z pisania, a w przerwach 
łowić   ryby.   Ale   przecież   -   to   kompletna   bzdura!   -   w   jego 
głosie brzmiał pełen zadumy smutek.

- Ale już po wszystkim - kontynuował po chwili posępnie. 

- Wróciłem do Nowego Jorku, wróciłem do rzeczywistości. 
Wszystko jest tak, jak być powinno.

Christie naszła nagle ochota, by poderwać się na równe 

nogi   i   potrząsnąć   mocno   Mattem,   pociągnąć   go   za   uszy, 
szturchnąć, jednym słowem zrobić coś, co wreszcie kazałoby 
mu uwierzyć we własne marzenia.

Ktoś uruchomił szafę grającą i popłynęły z niej dźwięki 

kolejnej rzewnej melodii. Christie poczuła, że jest u kresu i 
jeszcze chwila, a wyląduje łkając w ramionach Matta. Wstała 
od stołu.

-   Wyrządzamy   sobie   nawzajem   krzywdę,   Mat   - 

powiedziała. - Odprowadź mnie do domu, proszę. 

Kiedy dotarli do mieszkania Christie, Matt nie kwapił się 

do   wyjścia.   Omiótł   pokój   niespokojnym   spojrzeniem, 
zatrzymując wzrok na kilku sprzętach - brzydkim, metalowym 
stojaku na czasopisma, pokracznym stoliku koktajlowym ze 
szklanym blatem...

- To wnętrze do ciebie nie pasuje - zauważył.

139

background image

- Masz rację - przyznała. - Czuję się tu obco. Wyrosłam z 

tego   mieszkania   jak   z   za   ciasnej   sukienki.   To   śmieszne,   a 
zarazem trochę smutne, bo ojciec prawdopodobnie naprawdę 
życzył sobie, żebym poczuła się tu jak w domu.

- Nie jesteś już na niego zła?
-   Wczoraj   wieczorem   zupełnie   mnie   zaskoczył   - 

przyznała. - Wytrącił mnie z równowagi.

- Następny ruch należy do ciebie, Christie, nie do mnie i 

do twojego ojca. Co masz zamiar zrobić?

- Nie wiem - odpowiedziała nieco zbita z tropu.
- Bardzo mnie dzisiaj przypierasz do muru.
- Rozmawialiśmy o wielu różnych możliwościach - jego 

głos zabrzmiał trochę szorstko. - A ty wybierzesz jedną z nich. 
Przystaniesz na propozycję ojca lub zdecydujesz się otworzyć 
nowy pensjonat, gdzieś niedaleko, albo wreszcie... Wrócisz do 
Nowego   Meksyku   i   wszystko   będzie   po   staremu.   Chciałaś 
mieć wolność wyboru, to ją masz.

Christie prychnęła ze złością.
- To brzmi raczej jak jakieś ultimatum. 
Matt podszedł do niej powoli.
-   Zagadujemy   się   na   śmierć,   Christie,   a   przecież   słowa 

niewiele   nam   pomogą.   Cały   dzień   dziś   ciebie   pragnąłem, 
dobry Boże, właściwie pragnąłem cię od chwili, kiedy cię po 
raz   pierwszy   zobaczyłem,   krztuszącą   się   z   powodu   tego 
głupiego guzika. Patrzyłem wtedy na ciebie i wydawałaś mi 
się   najbardziej   godną   pożądania   kobietą,   jaką   kiedykolwiek 
znałem. Najwyższy czas, żeby przestać gadać i wreszcie coś z 
tym zrobić.

Bliskość Matta nie pozwalała Christie racjonalnie myśleć. 

Cofnęła się o krok, lecz on chwycił ją za przegub dłoni. Jego 
oczy płonęły złotym ogniem.

140

background image

Christie słyszała dziki łomot własnego serca i czuła, jak 

fala gorąca przetacza się przez jej żyły. Wciąż próbowała się 
wycofać.

- Matt zaczekaj...
Jego wargi w pół słowa zamknęły jej usta. Władcze dłonie 

powędrowały wzdłuż jej pleców i bioder, zagarniając ją całą i 
przyciągając   mocno.   Z   początku   opierała   się   magii   jego 
dotknięć,   lecz   jej   własne   pragnienie   zwyciężyło   i   nagle 
skapitulowała.   Z   głębokim   westchnieniem   poddała   się 
pocałunkom, a po chwili zaczęła je oddawać, niecierpliwa i 
złakniona.   Gdy   oderwali   się   od   siebie,   usta   Christie   były 
miękkie niczym płatki kwiatu i pulsowały pragnieniem.

To jednak nie mógł być koniec, teraz Matt rozkołysał ją 

całą. Nie zdejmując dłoni z jej bioder, poruszał nią w jakimś 
powolnym, zmysłowym rytmie, aż oboje oparli się o ścianę. 
Oswobodził jej włosy z gumki jednym stanowczym ruchem. 
Spłynęły jedwabną, miodową falą na jedno ramię. Pogłaskał je 
dłonią,   a   potem   wodził   palcami   po   nisko   wyciętej   linii   jej 
dekoltu. Christie czuła, że coś się w niej otwiera i ledwie już 
nad sobą panowała, kiedy odpinał guziki sukienki.

- Jesteś taka piękna... - szeptał stłumionym głosem. Zsunął 

w   dół   wąskie   ramiączka   sukni   i   pochylił   się,   aby   całować 
delikatną   wypukłość   piersi.   Przywarła   do   niego,   błądząc 
palcami w jego rdzawych włosach.

Nagle   dotarł   do   niej   z   jakiejś   oddalonej   cząstki   mózgu 

ostrzegawczy   impuls.   Z   każdą   pieszczotą   i   z   każdym 
dotknięciem warg Matt zaczynał nad nią panować, brał ją w 
posiadanie. Jeżeli nie przeciwstawi się tej potężnej, magicznej 
sile, która ją obezwładniała, to przepadnie z kretesem.

-   Matt...   Przestań   -   westchnęła,   sztywniejąc   w   jego 

objęciu.

Podniósł głowę.

141

background image

-   Wciąż   się   boisz,   Christie?   -   jego   głos   brzmiał   teraz 

twardo   i   nieustępliwie.   -   To   jest   ten   prawdziwy   problem 
między nami, prawda? Boisz się zaufać własnym uczuciom! 
Umiesz świetnie panować nad swoimi celami i dążeniami, ale 
nie nad tym, co czujesz. Myślisz pewnie, że jeżeli poddasz się 
emocjom, to zdradzisz swoje żelazne zasady!

Odwróciła   twarz   i   zasłona   włosów,   opadając   w   dół, 

osłoniła niczym tarcza jej obnażone ramiona.

- Wszystko odwracasz - zaprzeczyła z pasją. - To ty jesteś 

nieustępliwy, ty sam! To ty nie słuchasz głosu własnego serca, 
który ci podszeptuje, że jesteś nieszczęśliwy i musisz coś z 
tym zrobić, coś zmienić w swoim życiu!

-   Może   jesteśmy   tacy   sami   -   padła   zaskakująca 

odpowiedź.   -   Nie   zauważyłaś?   Oboje   nie   chcemy   dać   się 
porwać   emocjom...   Ze   strachu   przed   tym,   do   czego   nas 
przywiodą.

Christie   nie   odpowiadała.   Stała   tak   z   rękoma 

skrzyżowanymi na piersiach, starając się go nie słuchać. Po 
chwili Matt ruszył ku drzwiom.

-   Następny   ruch   wciąż   należy   do   ciebie,   Christie   - 

powiedział. - Twój ojciec odkrył już swoje karty i ja też. A 
pewne   sprawy   są   poza   dyskusją   -   wyszedł,   zatrzaskując   za 
sobą drzwi.

Christie   poprawiła   ramiączka   sukni.   Ten   cały   Matt 

Gallagher   -   to   najbardziej   hardy,   nieustępliwy   i   po   prostu 
najbardziej nieznośny człowiek na świecie! Gdyby miała tylko 
pod   ręką   coś   ciężkiego,   cisnęłaby   tym   w   ślad   za   nim,   ale 
jedyną rzeczą znajdującą się w zasięgu jej wzroku okazała się 
niewinnie wyglądająca samotna brzoskwinia.

Usiadła na stołku barowym, przyciskając grzbiety dłoni do 

rozpalonej twarzy. Wciąż jeszcze dygotała cała niczym ofiara 
trzęsienia ziemi, a pragnęła nie czuć nic. Więc może Matt miał 
znowu rację? Może naprawdę bała się własnych uczuć...

142

background image

Wzięła do ręki brzoskwinię i z całej siły cisnęła nią w 

drzwi.

Nie poczuła się jednak lepiej.
Biurowce nowojorskiej dzielnicy bankowej wznosiły się 

wysoko   ponad   głową   Christie,   zamykając   dostęp   porannym 
promieniom   słońca.   Podążała   szybkim   krokiem   ocienioną 
ulicą, aż dotarła do schodów u stóp Gmachu Federalnego, na 
których   jadała   kiedyś   swoje   pospieszne   lunche.   Teraz 
przysiadła   na   moment,   by   rozprostować   nogi.   Czuła   się 
dziwnie, siedząc w tym miejscu tak spokojnie. Przez chwilę 
miała   ochotę   zerwać   się   i   pognać   na   górę,   żeby   zdążyć 
załatwić jeszcze kilka nie cierpiących zwłoki spraw zleconych 
przez ojca, ale trwało to tylko moment. Tak wiele zmieniło się 
w jej życiu od tamtej pory!

Naprzeciwko   wznosiła   się   okazała   fasada   budynku 

nowojorskiej giełdy. Christie znała na pamięć monumentalny 
zarys   klasycystycznej   kolumnady   wieńczącej   front.   Po   raz 
pierwszy ten obraz utrwalił się w jej pamięci, kiedy miała trzy 
lub cztery lata i ojciec przyprowadził ją tu, aby przyjrzała się 
symbolowi świetlanej przyszłości. Efekt był odwrotny od spo-
dziewanego,   bo   jeszcze   długi   czas   później   śniła   o   tym,   że 
kolumny ożyły i pod postacią niezdarnych olbrzymów ścigały 
ją w zbrodniczych zamiarach.

Christie skłoniła głowę i objęła rękoma kolana. Minionej 

nocy   nie   dręczyły   jej   żadne   senne   koszmary   z   tej   prostej 
przyczyny,   że   nie   zmrużyła   nawet   oka.   Prześladowało   ją 
wspomnienie słów Matta i jego pocałunków. Domagał się od 
niej   podjęcia   jakiejś   decyzji   i   rzeczywiście   było   to 
nieuniknione.  Lecz  choć   przez   całą  noc  Christie   próbowała 
rozważyć swoje położenie, żadne wyjście nie wydawało się jej 
zadowalające. W jej głowie zapanował jeszcze większy chaos.

Jakiś rozczochrany młody mężczyzna przysiadł nie opodal 

i dzięki charakterystycznej marynarce Christie mogła w nim 

143

background image

rozpoznać asystenta giełdowego. Cała jego kieszeń najeżona 
była ołówkami, krawat miał potargany i przekrzywiony, mimo 
że   jego   pracowity   dzień   praktycznie   jeszcze   się   nie   zaczął. 
Zajadając pączka i wsłuchując się w dobiegającą ze słuchawek 
muzykę, przebywał najwyraźniej we własnym, prywatnym i 
dość zamkniętym świecie. Jego twarz nie zdradzała żadnych 
emocji. Christie odwróciła od niego wzrok, zdając sobie nagle 
sprawę z tego, że narusza zwyczajowe prawo tego miasta, aby 
nie przyglądać się innym ludziom. Nieprzenikniony, chłodny 
wyraz   twarzy   chłopaka   wydał   się   Christie   nie   na   miejscu. 
Giełda w końcu napędzana była przede wszystkim ludzkimi 
emocjami,   dlaczego   więc   tak   wiele   osób   z   nią   związanych 
zachowywało się beznamiętnie i nad wyraz powściągliwie. Na 
przykład jej ojciec, kwitujący zaledwie lekkim uśmieszkiem 
każde, nawet najbardziej sensacyjne zwycięstwo, uważający, 
że okazywanie emocji - to zarazem obnażanie swoich słabych 
punktów   i   wystawianie   się   na   cios   przeciwnika.   Czy 
odziedziczyła po nim tę cechę? Zawsze uważała się za inną, 
otwartą   i   spontaniczną,   ale   Matt   zarzucił   jej   coś   wręcz 
przeciwnego.   Jego   zdaniem   panicznie   bała   się   własnych 
uczuć.

Podniosła   się   energicznie   i   otrzepała   nogawki 

bawełnianych spodni. Pomyśleć, że jeszcze niespełna tydzień 
temu żyła spokojnie w Red River, beztroska i szczęśliwa. A 
potem   wkroczył   w   jej   życie   Matt   Gallagher   i   przewrócił 
wszystko   do   góry   nogami.   Z   jego   powodu   zaczęła 
kwestionować wszystkie swoje działania i ich motywacje. A 
co gorsza, nie mogła przestać go pragnąć, nawet na sekundę!

Przemierzyła   jeszcze   dość   długi   odcinek   Wall   Street   i 

weszła   do   budynku,   który   reprezentował   starszą   generację 
biurowców. Wjechała windą na jedno z wyższych pięter.

Posadzkę holu prowadzącego do firmy Daniels, Peters etc. 

pokrywał gruby, wełniany dywan. Na ścianach wisiały obrazy 

144

background image

przedstawiające   Nowy   Jork.   Wszystkie   były   namalowane 
przez   znanych,   prestiżowych   malarzy.   Meble,   oczywiście 
najwyższej   jakości,   miały   stonowane,   szarozielone   obicia, 
niczym   morskie   wodorosty,   łagodzące   swym   dyskretnym 
kolorem przepych dywanu.

Było   jeszcze   wcześnie   i   zaledwie   kilku   najbardziej 

ofiarnych   maklerów   zasiadało   przy   biurkach   w   dużej   sali, 
zwanej też „mordownią”. Prawie wszyscy rozmawiali przez 
telefon, przyciskając słuchawki do ucha, a jednocześnie tłukąc 
zajadle   w   klawisze   komputerów.   Żaden   z   nich   nie   zwrócił 
uwagi   na   Christie,   która   odbyła   tu   kiedyś   długą   i 
wyczerpującą praktykę.

Przeszła przez hol i otworzyła ciężkie drzwi z ciemnego 

drewna,   prowadzące   do   gabinetu   ojca.   Po   chwili   wahania 
przekroczyła próg.

Rzadko bywała tu sama i teraz przyłapała się na tym, że 

wchodzi   prawie   na   paluszkach.   Dotarła   do   ogromnego, 
mahoniowego   biurka   i   ostrożnie   opadła   na   obite   skórą 
masywne   krzesło.   Zupełnie   w   nim   utonęła,   i   to   jej 
przypomniało, że ojciec zawsze wyglądał nieco potężniej niż 
w rzeczywistości, gdy na nim zasiadał. Czy naprawdę wierzył 
w   to,   że   ona   zdoła   go   zastąpić,   takiego   imponującego 
dyktatora?

Powierzchnia   biurka   była   wypolerowana   na   wysoki 

połysk.   Znajdowało   się   na   nim   sporo   dokumentów   i   kilka 
numerów   czasopism   ekonomicznych.   Christopher   Daniels 
wiódł   życie   pracowite   i   intensywne,   lecz   zarazem   dobrze 
zorganizowane.   Nie   musiał   zabiegać   o   zlecenia   jak   jego 
wspólnicy, miał bowiem stałą i starannie dobraną klientelę. 
Mimo to wcale nie pozwalał sobie na luksus czasu wolnego, 
nieustannie absorbowała go giełdowa gra, którą traktował z 
taką   samą   powagą,   z   jaką   zasiada   się   do   rozegrania   partii 
szachów z arcymistrzem.

145

background image

Krzesło   okazało   się   zadziwiająco   wygodne.   Christie 

odchyliła się do tyłu i oparła nogi na biurku. Uśmiechnęła się 
na myśl, że ojciec nigdy pewnie nie zdobył się na to, żeby 
odpoczywać   w   taki   sposób.   Nie   wiedział,   ile   traci!   Za   to 
pewnie  czuł  dobrze  to,  co  ona  w  tej   chwili...  Podniecający 
dreszczyk   na   myśl   o   wielkich   możliwościach,   jakie   daje 
władza... Jemu z pewnością było to potrzebne jak rybie woda.

Christie   zastanawiała   się   nad   wszelkimi   pokusami   roli 

szefa  i  nad  tym,  jakie  wprowadziłaby   w  firmie   zmiany.  W 
pierwszej   kolejności   nagrodziłaby   specjalnymi   premiami 
nowe   inicjatywy   pracowników,   zorganizowała   całodzienną 
ochronę   budynku   i   nie   kazała   nikomu   pracować   w   pełnym 
wymiarze godzin, na przykład w Dzień Dziękczynienia...

Z   zadumy   wyrwał   dziewczynę   widok   otwierających   się 

bezszelestnie drzwi. Do pokoju wkroczyli ramię w ramię Matt 
oraz jej ojciec. Christie nagle znieruchomiała. Wyprostowała 
się błyskawicznie, opuszczając nogi na podłogę.

- Hmm, dzień dobry proszę ojca... Ojcze... Tato.
- Mary Christine, no proszę, nie spodziewałem się zastać 

cię tu tak wcześnie rano. Bardzo jestem rad - mówił, zręcznie 
maskując   początkowe   zaskoczenie   obcą   inwazją   na   teren 
sanktuarium.

- Cześć Christie - rzucił Matt od niechcenia, lecz zarazem 

serdecznie.   To   wywołało   u   niej   dwa   nagłe   i   zupełnie 
sprzeczne pragnienia: strzelić do niego z gumki albo rzucić 
mu   się   na   szyję.   Żadne   z   nich   nie   okazałoby   się   jednak 
właściwe w obecności jej ojca.

Obaj stanowili efektowną parę. Matt włożył dziś garnitur z 

jasnobrązowej wełny, podkreślający jego naturalną karnację. 
Pomimo   iż   zarówno   marynarka,   jak   i   spodnie   leżały 
nienagannie,   Christie   pomyślała   od   razu,   że   zdecydowanie 
woli go w dżinsach i kowbojskich butach. Zwykle to jej ojciec 
bezkonkurencyjnie   wysuwał   się   na   pierwszy   plan, 

146

background image

pozostawiając   w   cieniu   każdego   towarzyszącego   mu 
mężczyznę.   Tym   razem   widoczniejszy   był   Matt,   który 
zachowywał   się   przy   Christopherze   Danielsie   z   ogromną 
swobodą i bez cienia uniżoności.

- Mary Christine, widzę, że wypróbowujesz swoje nowe 

krzesło. Wygodne? - zapytał ojciec jowialnie.

Christie wstała zza biurka jak oparzona.
- Ależ tato, to jest twoje krzesło, do mnie ono zupełnie nie 

pasuje. Trochę sobie fantazjowałam i tyle.

- Możesz sobie zamówić wygodniejsze - odpowiedział z 

powagą. Często zdarzało mu się nie wychwytywać pewnych 
niuansów   w   rozmowie,   więc   i   tym   razem   Christie   musiała 
wyrazić się precyzyjniej.

- Nie mam zamiaru przyjąć twojej propozycji i nie będę 

potrzebowała nowego krzesła. Dużo nad tym myślałam, tato. 
Przed chwilą usiadłam tutaj po to tylko, żeby spróbować sobie 
wyobrazić, jak czuje się ktoś taki jak ty.

-   Kierowanie   przychodzi   ci   niejako   naturalnie,   nie 

będziesz też miała trudności z wydawaniem poleceń, bardzo 
więc liczę na to następstwo i wiem, że się nie przeliczę.

Christie poczuła rodzący się bunt, taki sam jak niegdyś. 

Znowu   jej   nie   słuchał,   znowu   próbował   ją   sobie 
podporządkować, ignorując wszelkie jej sprzeciwy.

- Najwyraźniej macie sobie coś ważnego do powiedzenia - 

wtrącił Matt taktownie. - Zostawię was samych.

- Nie, nie, Matthew, zostań proszę - zaprotestował ojciec. - 

Może pomożesz mi przekonać Mary Christine.

Matt zawahał się, a potem wzruszył ramionami i stanął 

obok biblioteczki, parę kroków od biurka. Christie czuła, jak 
taksuje   ją   badawczym   spojrzeniem.   Trzęsła   się   cała   ze 
zdenerwowania,   lecz   wielkim   wysiłkiem   woli   próbowała 
nadać swojemu głosowi opanowane i spokojne brzmienie.

147

background image

-   Tato,   posłuchaj   mnie   nareszcie   i   postaraj   się   dobrze 

zrozumieć. To, że zaproponowałeś mi przejęcie firmy, ma dla 
mnie ogromne znaczenie i chciałabym, żebyś o tym pamiętał. 
Nigdy   dotąd   nie   sądziłam,   że   ufasz   mi   do   tego   stopnia. 
Owszem,   często   o   takiej   możliwości   wspominałeś,   ale 
brzmiało to jak czcze obietnice, które mają mnie zdopingować 
do   jeszcze   większej   harówki   -   zamilkła   na   chwilę,   nie   do 
końca pewna, czy użyła właściwych słów i czy trafiły one ojcu 
do przekonania. Christopher Daniels zacisnął usta zagadkowo 
i   usadowił   się   naprzeciw   biurka.   Automatycznie   i   Christie 
opadła na sprężynujące siedzenie „tronu”. Obecność jej ojca 
zazwyczaj   zniewalała   ludzi   i   kazała   im   naśladować   jego 
ruchy, do dziś jeszcze Christie nie wyzwoliła się z tego.

-  Mary  Christine,  cieszę  się, że  zdajesz  sobie sprawę  z 

tego, jak bardzo chciałbym cię widzieć na właściwej pozycji 
w firmie - powiedział ojciec. - Jesteś moją córką, nosisz moje 
nazwisko i zawsze w ciebie wierzyłem. Starałem się również 
sprawdzać   cię   w   pracy,   byłaś   swoistym   polem 
doświadczalnym dla moich genów i dowiodłaś, że podołasz 
zadaniu, jakie ci wyznaczę.

Christie   mocno   zszokowało   określenie   jej   polem 

doświadczalnym.   A   jednak   nie   mogła   nie   docenić   intencji 
ojca, który zwykle bardzo niechętnie ją chwalił.

- Dziękuję, tato. Cudownie jest usłyszeć od ciebie takie 

słowa. Zawsze pragnęłam twojej aprobaty i nareszcie chyba ją 
mam. To dla mnie wiele znaczy.

-   A   więc   nie   widzę   żadnego   problemu   -   skwitował 

natychmiast jej słowa. - Przekażę ci moje udziały i zostaniesz 
prezesem zarządu firmy. Czy też może raczej prezeską. Tym 
samym staniesz się jedną z najbardziej wpływowych kobiet w 
Nowym Jorku.

Władza...   To   słowo   miało   tak   wiele   znaczeń. 

Najpotężniejszą władzą wydawała się jednak Christine władza 

148

background image

nad sobą. Zdobycie jej najtrudniej jej przyszło... Ważyła w 
dłoni srebrny przycisk do papieru w kształcie kuli, odbijający 
poranne światło.

- Tato, być może przy maksymalnym wysiłku zdołałabym 

zarządzać   firmą   w   sposób   przyzwoity.   Wprowadziłabym 
pewnie   kilka   innowacji,   które   by   dobrze   wpłynęły   na 
atmosferę pracy. To mógłby być mój mocny punkt... Ale z 
którejkolwiek strony na to nie spojrzę, prawda jest jedna, i nie 
mogę   jej   nie   brać   pod   uwagę.   Ja   po   prostu   nie   chcę   być 
maklerem   -   bardzo   ostrożnie   odłożyła   przycisk   na   plik 
papierów, po czym wstała zza biurka. Spojrzała ojcu w oczy.

- Giełda jest twoją wielką pasję, nie moją. Próbowałeś mi 

ją zaszczepić, ale to się okazało niemożliwe. Nie sposób wciąż 
udawać   kogoś,   kim   się   nie   jest.   W   dodatku   nie   wierzę,   że 
byłbyś w stanie zostawić mi firmę. Myślę, że po prostu starasz 
się   znaleźć   skuteczną   metodę   przyciągnięcia   mnie   z 
powrotem...   Ale   tak   naprawdę   nie   umiałbyś   ustąpić. 
Widziałam twoje spojrzenie, gdy zastałeś mnie dziś na swoim 
miejscu. Wpadłeś w panikę, prawda?

Chłodne   spojrzenie   niebieskich   oczu   jej   ojca   zmącił   na 

chwilę niepokojący błysk, który szybko znikł. Ojciec Christie 
poprawił   dyskretnie   kant   jednej   z   nogawek   swoich 
nienagannych spodni.

- Zapewniam cię, że stać mnie na to, by stąd wyjść, nie 

oglądając się za siebie.

Christie uśmiechnęła się blado.
-  O tak,  na pewno. Wyszedłbyś  bez mrugnięcia  okiem, 

nawet gdybyś w środku cały się gotował. Chciałabym kiedyś, 
tato, porozmawiać o nas obojgu, o tym, co czujemy wobec 
siebie.   Ale   jeszcze   nie   dziś...   Jeszcze   na   to   za   wcześnie. 
Jesteśmy do siebie zbyt podobni pod wieloma względami - 
mówiąc   to,   zerknęła   na   Matta.   -   Przekonałam   się   o   tym 
ostatnio. W gruncie rzeczy cieszę się, że odziedziczyłam po 

149

background image

tobie ambicję i upór. Może czasem przesadzam, pewnie nawet 
często... Lecz bardzo cenię sobie te cechy. To najcenniejsze 
dziedzictwo, jakie otrzymałam - westchnęła głęboko i ruszyła 
ku drzwiom. - Do widzenia, tato. I proszę, ciesz się tym, co 
masz, zamiast zamartwiać się myśleniem o tym, komu masz to 
zostawić.

Christopher Daniels poderwał się z miejsca.
-   Mary   Christine,   chyba   nie   masz   zamiaru   odejść?   - 

zapytał z niedowierzaniem. Jej słowa prawdopodobnie znów 
nie trafiły do niego i to Christie zabolało. Myśl, że tak bardzo 
pragnął ją zatrzymać, a jednocześnie ona w żaden sposób nie 
mogła na to przystać... Utracił pewną jej część na zawsze i nie 
umiał się z tym pogodzić. Jedno było pewne. Nie potrzebował 
niczyjej litości, również ze strony Christie.

- Do widzenia, tato - powtórzyła ciepło i odeszła. 
Prawie biegła ulicą, gdy Matt ją dogonił.
- Christie, możesz być z siebie dumna! Wreszcie stawiłaś 

mu czoła! I wreszcie określiłaś się wyraźnie i ostatecznie.

-   Wcale   nie   jestem   tego   pewna.   W   każdym   razie   ty 

możesz już być spokojny. On nie zlikwiduje firmy i nie zrobi 
żadnego szalonego ruchu - przemawiała głosem opanowanym, 
choć jej gardło zaciskało się ze wzruszenia.

Matt chwycił jej ramię i zatrzymał ją gwałtownie.
- Musimy teraz pomówić o nas. Nie próbuj przede mną 

uciekać, Christie.

Uwolniła spokojnie rękę i oparła się o chłodną, kamienną 

ścianę domu. Ulica pogrążona była w cieniu, który spatynował 
wszystkie   żywsze   barwy.   Christie   pomyślała,   że   nigdy   tak 
naprawdę  nie  należała  do  tego  miejsca,  zawsze  pragnęła  w 
życiu większej jasności i jaskrawości... Czy jednak będzie w 
stanie   ją   znowu   gdziekolwiek   odnaleźć   po   tym,   co   teraz 
musiała powiedzieć Mattowi?

150

background image

- Nie uciekam przed tobą, Matt - zaczęła niepewnie. - To 

nie jest tak. Ja po prostu coś przed chwilą zrozumiałam, tam, 
w biurze ojca. My oboje próbujemy nawzajem coś na sobie 
wymusić,   dokładnie   w   taki   sam   sposób,   w   jaki   mój   ojciec 
wymuszał na mnie dosłownie wszystko. To przecież nie ma 
sensu! W końcu zaczęlibyśmy się nienawidzić. Chciałabym, 
żebyś sam podejmował wszelkie decyzje dotyczące twojego 
życia,   bez   najmniejszej   presji   z   mojej   strony.   To   jedyne 
wyjście.

W jej oczach zakręciły się łzy, ale głos pozostał pewny i 

stanowczy.

- Wyjeżdżam, Matt. Wracam do Red River.

151

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Na   kanapie   równym   rządkiem   spoczęła   dwudziestka 

zielonych   smoków   ze   sztruksu.   Wszystkie   miały   czerwone, 
filcowe łuski na grzbietach, czarne oczka z guzików i dobrze 
wypchane brzuszki, co nadawało im wygląd zadowolonych z 
siebie obżartuchów. Parę z nich miało kształty nieco koślawe, 
ale, począwszy od smoka numer dziesięć, Christie starała się 
je   zszywać   nienagannie.   Na   koniec   uznała   swoje   dzieło   za 
bardzo udane, dlaczego więc nie umiała się nim jakoś cieszyć?

Wbiła igłę w kolejnego i spojrzała za okno, gdzie królował 

piękny,   letni   poranek.   Przygotowywała   się   właśnie   do 
uroczystej   inauguracji   Dni   Średniowiecza   w   Red   River. 
Przecież   robiła   dokładnie   to,   co   miała   ochotę   robić, 
przebywała tam, gdzie miała ochotę przebywać, a w dodatku 
towarzyszył jej Vincent oraz Gomez - koty, które sama sobie 
wybrała. Co więc było nie tak?

Do pokoju weszła Lisa z głową zatopioną w ogromnym, 

co najmniej siedemsetstronicowym tomie. Christie zdumiało, 
z jaką lekkością dźwiga tak pokaźny ciężar.

- Wciąż usychasz z tęsknoty za tym obłędnym samcem? - 

spytała Lisa z przepastnych głębin księgi.

-   Błagam   cię,   nie   wygaduj   takich   głupstw   -   warknęła 

Christie   pochylona   nad   zasupłaną,   zieloną   nitką.   -   Już   ci 
mówiłam, że Matt Gallagher to dla mnie przeszłość. Skoro nie 
pofatygował się nawet, żeby wysłać mi jedną kartkę przez tyle 
tygodni, to ja miałabym za nim usychać? Nie ma mowy. On 
świetnie wie, dlaczego się nie odzywam. Nie chcę wywierać 
na niego nacisku,

taką przyjęłam strategię. Natomiast on wcale nie musi jej 

stosować   w   stosunku   do   mnie.   Doprawdy,   zna   mój   numer 
telefonu i mógłby chyba zadzwonić choć raz...

152

background image

Wibrujący dźwięk telefonu dobiegał z holu i Christie o 

mało nie zeszyła razem swoich dwóch palców. Wyskoczyła z 
krzesła, przefrunęła nad śpiącymi kotami, odepchnęła na bok 
Lisę i rzuciła się jak lwica na aparat.

- Halo - wysapała.
-   Dzień   dobry,   Mary   Christine   -   pozdrowił   ją 

powściągliwy głos ojca. Z początku poczuła się zawiedziona, 
a potem obudziła się w niej czujność. Czyżby telefonował po 
to, by wypróbować na niej kolejny chwyt? Nie odzywał się od 
czasu, gdy wyjechała z Nowego Jorku i być może zdążył już 
uknuć następną intrygę, może wciąż nie dowierzał jej słowom.

- Miło cię usłyszeć - powiedziała ostrożnie, obserwując 

Lisę, która dyskretnie oddaliła się w stronę kuchni. - Jak się 
czujesz?

- Dziękuję, świetnie. Co u ciebie?
-   Wszystko   dobrze,   dziękuję   -   wzięła   do   ust   kosmyk 

włosów i żuła go odruchowo.

- Mam nadzieję, że interes kwitnie. 
Westchnęła.
- Właściwie tak. Mamy teraz duży ruch, a koszty bieżące 

są wciąż dosyć niskie.

- To dobrze. Doskonale. Zresztą nie dziwi mnie to wcale, 

w interesach zawsze jesteś niezrównana - odchrząknął. - Mary 
Christine, dzwonię, żeby ci coś powiedzieć... Kocham cię.

Wypowiedział   to   zdanie   niezmiennym,   beznamiętnym 

tonem,   jakby   informował   ją   o   swoim   ostatnim   zakupie   na 
giełdzie,   ale   Christie   była   wstrząśnięta.   Nigdy,   przenigdy 
dotąd nie słyszała od niego tych słów.

- Tato... Ja też cię kocham - wykrztusiła w końcu.
- No tak, cóż, dobrze więc, Mary Christine. Zadzwonię 

znowu niedługo.

-   Zadzwoń,   proszę   cię.   Będzie   mi   bardzo   miło...   Do 

widzenia, tato - powoli odłożyła słuchawkę. Wyglądało na to, 

153

background image

że właśnie pojednała się z ojcem po wielu latach cichej wojny. 
To był wspaniały dar losu. Stała wpatrzona w telefon dłuższą 
chwilę,   rozkoszując   się   zupełnie   nowym   rodzajem   spokoju, 
jaki zapanował w jej duszy.

Potem spojrzała na zegarek i zorientowała się, że jest już 

dosyć   późno.   Dokończyła   w   pośpiechu   ostatniego   smoka   i 
włożyła   go   razem   z   innymi   do   ogromnego,   plastikowego 
worka.   Taszcząc   go,   wybiegła   z   domu   i   pospieszyła   w 
kierunku Main Street.

Kolorowe,   jasne   proporce   powiewały   na   wietrze   nad 

straganami   ustawionymi   wzdłuż   całej   ulicy.   Gęste   grupki 
przechodniów dreptały wokół, próbując klasyczne angielskie 
piwo, które w rzeczywistości sporządzone było z jabłecznika, 
kebaby   udające   mięsiwo   z   rożna   i   niby-autentyczny 
czternastowieczny   pudding   sporządzony   według 
starodawnego przepisu z mleka  i chleba, dostarczony  przez 
miejscowy sklep z towarami kolonialnymi.

Nazajutrz   miał   się   odbyć   występ   dziecięcy,   a   dzisiaj 

Christie sprawowała opiekę nad strzelnicą. Wszystkie smoki 
ustawiła w efektownym szeregu tuż pod tarczą strzelniczą, a 
obok  zatknęła  tabliczkę  z  napisem:   Każdy,  kto  wyceluje  w 
bycze oko, wygrywa smoka! 50 centów - jeden strzał. Dochód 
z zabawy przeznaczony na budowę nowego muzeum w Red 
River.

Zasiadła   na   stołeczku   w   oczekiwaniu   na   chętnych.   Nie 

było ich jednak wielu, może z powodu niezbyt zachęcającej 
miny   Christie,   która   z   uporem   wpatrywała   się   posępnie   w 
ziemię, przeklinając w duchu dzień, w którym po raz pierwszy 
usłyszała o Gallagherze.

- Hej, piękna panienko, może ja bym spróbował - huknął 

donośny, męski głos tuż nad jej uchem. Christie zadarła głowę 
i   zobaczyła   przed   sobą   barczystą   sylwetkę   kowboja,   w 
kapeluszu   zsuniętym   na   tył   głowy   i   odsłaniającym   rudawą 

154

background image

grzywkę. Stał z kciukami zatkniętymi zawadiacko za szlufki 
dżinsów, i spoglądał na nią piwnymi oczami, w których czaił 
się figlarny błysk.

Christie   poczuła,   jak   serce   jej   łomocze   opętańczo,   lecz 

przemówiła tonem swobodnym i wręcz nonszalanckim.

- O, cześć Matt. Nie wiedziałam, że się tu wybierasz. 
Matt położył na ladzie dwie dwudziestopięciocentówki.
- Celuję w samo oko byka. Milcz i patrz.
Bez słowa podała mu łuk i strzałę lekko drążącą dłonią. 

Matt z całym spokojem napiął cięciwę i wycelował strzałę w 
centrum tarczy. Paf. Gumowa końcówka strzały przyssała się 
w samym środeczku byczego oka.

-   Niezły   strzał   -   powiedziała   Christie   i   wręczyła   mu 

smoka,   który   trochę   chwiał   się   z   trudem   utrzymując 
równowagę. Matt wydobył z kieszeni nowiutki jednodolarowy 
banknot.

-   No   to   jeszcze   dwa   razy   poproszę.   Szczęście   mi   dziś 

dopisuje.

Wygrał dwa kolejne smoki, z których jeden uparcie się 

przewracał.

- Zobacz, Matt...
-   No   to   jeszcze   trzy   razy.   Jestem   w   transie   -   sześć 

dwudziestopięciocentówek zadzwoniło o ladę. Za pierwszym 
razem   chybił,   ale   już   po   chwili   stał   się   szczęśliwym 
posiadaczem już pięciu sztruksowych smoków. Podniósł do 
góry jednego z nich i pociągnął za ogon.

- Chyba zaczynam lubić te potworki - zauważył.
- Powinienem im stworzyć jakiś dom.
-   One   miały   już   swój   dom,   zanim   się   tu   pojawiłeś   - 

oznajmiła.

-   Czy   wciąż   jeszcze   ukrywasz   swoje   uczucia,   Mary 

Christine? - zapytał Matt ciepłym głosem.

155

background image

-   Idź   do   diabła,   Matt!   -   przycisnęła   ramiona   do   piersi, 

czując, że drży jak w febrze. - A w ogóle, co ty tutaj robisz? - 
zapytała szorstko.

-   Przywiozłem   parę   nowinek,   którymi   chciałbym   się   z 

tobą podzielić - wyszczerzył zęby w uśmiechu, co sprawiło, że 
wyglądał   łobuzersko   i   stanowczo   nazbyt   pociągająco.   - 
Opublikowałem artykuł.

- Ojej, Matt... To wspaniale! - wykrzyknęła, pochylając się 

ku niemu nad ladą. - Wiedziałam, że tak się stanie, po prostu 
byłam tego pewna! Ty to przecież potrafisz...

- Zaczekaj, nie przesadzaj z tym entuzjazmem. To tylko 

dwustronicowy   kawałek   dla   mało   znanego   czasopisma 
ekonomicznego. Napisałem o potrzebie uściślenia przepisów 
regulujących   zawieranie   transakcji   giełdowych.   Doprawdy, 
nie jest to materiał na serial telewizyjny, przeczyta to może 
dziesięć osób.

- Ja to przeczytam - oświadczyła Christie żarliwie.
-   Och,   Matt...   -   Wyciągnęła   ku   niemu   ramiona   ponad 

przedzielającą   ich   ladą   straganu.   Matt   nie   zwlekając, 
przesadził ladę jednym susem i mogła teraz przytulić się do 
niego, oprzeć policzek o gładki materiał kraciastej koszuli i 
wdychać jego sosnowy zapach.

- Powiedziałam ci już, że nigdy nie będę niczego na tobie 

wymuszać - mruczała Christie. -I dotrzymam słowa, może z 
tym jednym, jedynym wyjątkiem. Nie wypuszczaj mnie teraz 
z ramion...

Zaśmiał się cicho i uniósł w górę jej podbródek.
-   Ależ   Christie,   zaczęłaś   wywierać   na   mnie   presję   od 

chwili, kiedy przekroczyłem próg twoich drzwi, ja to sobie 
nawet chwalę. Czasami człowiek potrzebuje, by ktoś go lekko 
pchnął, czy też raczej dał mu solidnego kopniaka, wszystko 
jedno,   jak   na   to   spojrzymy.   Ty   miałaś   rację.   Bardzo 
potrzebowałem jakiejś odmiany  w życiu. W gruncie rzeczy 

156

background image

miałem już po dziurki w nosie giełdy, ale nie chciałem się do 
tego przyznać nawet przed samym sobą, nie chciałem uznać 
za stracone wszystkich tych lat. Przekonałem się jednak, że 
mogę zmienić kierunek mojej drogi, nie zbaczając z niej tak 
zupełnie.   Giełda   zawsze   będzie   mnie   fascynować   i   zawsze 
będę   żył   jej   życiem.   Znalazłem   tylko   inny,   lepszy   sposób 
zajmowania   się   nią.   A   honorarium   za   napisanie   artykułu 
wystarczyło mi nawet na kupno jeszcze jednej wędki!

Przerwał swój wywód, by ją pocałować. Christie zmrużyła 

rozkosznie   powieki,   delektując   się   orzeźwiającym   smakiem 
pocałunku.   Już   nie   drżała,   czuła   za   to   błogą   słodycz, 
rozlewającą się w jej żyłach. Pozostawała tak w ramionach 
Matta do czasu, aż nad jej głową jakiś obcy głos zapytał:

- Hej, czy tu się sprzedaje całusy?
Matt uśmiechnął się do Christie i ciasno objął ją w talii.
- Ta dama już należy do mnie.
Młody   człowiek   odprawiony   z   kwitkiem   poszedł   swoją 

drogą.

- Nie bądź taki zaborczy - zaprotestowała Christie.
- Kiedy ja już nie mogę bez ciebie żyć, Christie. Kocham 

cię.

Fala dziwnego ciepła zalała ją całą i jakieś wewnętrzne 

światło zapłonęło w jej sercu.

- Już drugi raz dzisiaj słyszę te słowa, wiesz? 
Matt zmarszczył z troską brwi.
- Czy to znaczy, że mam rywala?
-   Wyobraź   sobie,   powiedział   mi   to   mój   ojciec   - 

uśmiechnęła   się   promiennie.   -   Ja   też   cię   kocham,   Macie 
Gallagher. Już nigdy nie chcę się z tobą rozstawać! Red River 
przestało   być   moim   domem,   odkąd   zabrakło   tu   ciebie. 
Mogłabym chyba mieszkać na Saharze, bylebyś był ze mną... 

Gładził delikatnie jej twarz.

157

background image

-   Wyjdź   za   mnie,   Christie.   Natychmiast.   Spędzimy 

miesiąc miodowy w mojej nowej kopalni złota...

- A więc to ty kupiłeś Wielkiego Shelbiego! Sprzątnąłeś 

mi go sprzed nosa! - zakrzyknęła oburzona.

- Możemy to zaliczyć do wspólnego majątku.
- To chyba da się zrobić... - zarzuciła mu ręce na szyję i 

upajała   się   jego   bliskością,   obezwładniona   nagłym 
szczęściem.

-   Christie,   ta   moja   pisarska   kariera   -   to   zupełnie 

karkołomny pomysł. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? To nie 
pójdzie łatwo, przekonasz się.

- Ale będzie z tego dużo radości, dopóki będziemy się tym 

cieszyć oboje - powiedziała Christie z przekonaniem. - Czuję 
to,   Matt.   Znajdziesz   w   domu   doskonałe   warunki   do   pracy. 
Powinniśmy też może zorganizować wkrótce objazd z cyklem 
odczytów,   im   szybciej   tym   lepiej.   Tak   wiele   masz   do 
powiedzenia   na   temat   giełdy.   Uważam,   że   mogłabym   się 
okazać zupełnie niezłym agentem. Co ty na to?

Matt parsknął śmiechem.
- Widzę, że jak zwykle rozsadzają cię nowe pomysły  i 

plany, zupełnie jak twojego tatę. Muszę się mocno postarać, 
żeby ci dotrzymać kroku.

-   Nie   przejmuj   się.   Nauczę   się   przy   tobie   odpoczywać. 

Może polubię wędkować - jej ucho przytulone do piersi Matta 
wysłuchało eksplozji śmiechu. Ucałował ją w nos i spojrzał 
serdecznie w oczy.

-   Christie,   wiem,   że   stać   cię   na   wiele.   Ale   czy   ty 

wytrzymasz moje częste podróże do Nowego Jorku. Muszę 
bywać tam regularnie.

-   Będziesz   mnie   ze   sobą   zabierał.   Muszę   odrobić 

zaległości w kontaktach z ojcem. Właściwie nie mogę się tego 
doczekać.   Poza   tym   przypuszczam,   że   Christopher   Daniels 

158

background image

Trzeci chętnie będzie oglądał swoje wnuczęta tak często, jak 
to tylko będzie możliwe... 

Matt obdarzył pocałunkiem jej ucho.
-   Ale   jedna   prośba.   Upewnijmy   się,   że   nasze   dzieci   są 

odporne   na   morską   chorobę,   zanim   wejdziemy   z   nimi   na 
pokład jakiegokolwiek promu...

Christie splotła palce na jego karku.
- Muszę wyjść za ciebie jak najszybciej, zanim jakaś ładna 

kowbojka zagnie na ciebie parol. Kilka z nich właśnie ci się w 
tej chwili przygląda.

Matta   jednak   nie   interesowało   nic,   co   działo   się   poza 

strzelnicą. Objął Christie jeszcze mocniej.

-   Mary   Christine   Daniels   Gallagher...   Hmm,   to   brzmi 

zupełnie nieźle. Całkiem, całkiem nieźle...

Znów   ją   pocałował.   Żadne   słowa   nie   były   im   więcej 

potrzebne. Nie chcieli już dłużej żyć na przekór sobie i na 
przekór miłości.

159