background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Up[dły  
       Anioł 

  

Up[dły [nioł 

by 

PaniChochlikowa

 

 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

                                            ROZDZIAŁ 

PIERWSZY ROZDZIAŁ 

Edward musnął palcami klawisze fortepianu. Grał z pamięci, myśląc o 

czymś innym. Poziom trzysta czterdziesty siódmy piekła nie był najgorszy, przy-
najmniej Edward nie miał tu zbyt wielu obowiązków. Czas spędzał zazwyczaj 
przy fortepianie, zręcznie przebiegając długimi palcami po klawiszach z kości 
słoniowej; nawet jeśli inni potępieni ryczeli z bólu podczas piekielnych mąk, on 
ich nie słyszał. 

Nie było to pierwsze miejsce, do którego trafił po nagłej śmierci za 

sprawą rozwścieczonego kochanka pewnej dziewczyny. Z niewiadomego 
powodu od samego początku czekał na niego fortepian. Na jednych poziomach 
upał dawał się porządnie we znaki, na innych było umiarkowanie gorąco. Tutaj, 
na poziomie trzysta czterdziestym siódmym, czuł się wręcz komfortowo. 

Ogólnie biorąc, Ralph nie był złym gospodarzem. 
Bardziej przypominał rekina finansjery z Wall Street niż władcę tego 

całego poziomu piekła. Inna sprawa, że Edward nie miał pewności, czy między 
jednym a drugim istnieje zasadnicza różnica. 

Właściwie nie miał pewności w żadnej sprawie. Nie wiedział nawet, ile lat 

spędził na ziemi. Rozumiał jednak, dlaczego trafił do piekła - cechował go 
niezaspokojony apetyt na kobiety. Uwielbiał je, wszystkie razem i każdą z 
osobna, wysokie i niskie, pulchne i kościste, stare i młode, słodkie i zgorzkniałe. 
Po prostu lubił kobiety. Nie było to naganne, lecz on kochał przede wszystkim 
seks i marzył o zyskaniu sławy fascynującego kochanka o niezrównanej 
wyobraźni. Może to szczególne upodobanie do seksu także nie przyczyniłoby 
się do jego potępienia, gdyby nie to, że Edwardem powodowały duma i egoizm, 
a nie uczucia do kobiet, na które zastawiał sidła. Pragnął, żeby czuły się przy 
nim w pełni usatysfakcjonowane i żeby żaden jego następca nie mógł mu 
dorównad pod tym względem. W ten sposób przyczyniał się do powiększania 
armii mężczyzn trawionych kompleksami, bowiem po rozkochaniu w sobie i 
zaspokojeniu kobiety w sposób iście mistrzowski, bardzo szybko ją porzucał, 
skazując na odczuwanie ciągłego niedosytu z każdym następnym kochankiem. 

Zapewne już w młodym wieku, może nawet nieświadomie, podpisał 

piekielny cyrograf. Mężatki, panny, wdowy, czy nawet zakochane w innym, a 
raz nawet i zakonnica - było mu wszystko jedno. 

Nic zatem dziwnego, że w koocu dopadł go jakiś zazdrosny partner jednej 

z pao. 

Pamiętał ból w miejscu, w którym nóż przeszył jego ciało, ale nie potrafił 

sobie przypomnied miejsca i czasu zdarzenia, ani też mordercy. Mogło się to 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

stad w siedemnastowiecznej Wenecji - wiele wskazywało na to, że był samym 
Casanovą. A może obracał się na dworach w Salzburgu? Jedyne, co mu 
pozostało, to umiejętnośd gry na fortepianie. Kiedy próbował zgadywad, jakie 
życie niegdyś prowadził, chętnie wyobrażał sobie, że był kobieciarzem i ge-
niuszem gry na fortepianie w jednej osobie, jak Liszt. Tylko że akurat utwory 
Liszta kiepsko mu wychodziły, podobnie jak kompozycje Chopina. 

Najprawdopodobniej jednak był dzieckiem dwudziestego wieku, może 

dwudziestego pierwszego - na trzysta czterdziestym siódmym poziomie piekła 
czas nie odgrywał żadnej roli. Pocieszał się, że gra na fortepianie jest 
zdecydowanie przyjemniejsza, niż dorzucanie węgla do ogromnych kotłów. 

Czasami zastanawiał się nad istnieniem nieba. Diabelska biurokracja była 

tak zróżnicowana, pogmatwana i złożona, że po tylu latach, a może nawet 
wiekach pobytu w piekle, Edward nie miał pojęcia o jego organizacji. Za każdym 
razem, kiedy zdawało mu się, że zaczyna coś rozumied, przenoszono go na inny 
poziom, jednocześnie czyszcząc mu umysł. Tylko jego palce wciąż machinalnie 
przyciskały właściwe klawisze fortepianu. 

W porównaniu z innymi sługami szatana, Ralph był całkiem znośny. Miał 

niezrozumiałe

 po

czucie humoru, ale przepadał za muzyką Edwarda i zwykle nie 

zawracał mu głowy. Tylko od czasu do czasu na fortepianie pojawiały się 
nieoczekiwane wezwania, których Edward nigdy nie ignorował, bo wiedział, że 
nie wolno mu tego robid. 

Pokonywał mroczne korytarze, nucąc pod nosem. Właściwie był całkiem 

zadowolony z miejsca swojego pobytu, pomimo - a może dzięki - całkowitej 
nieobecności kobiet. Nikt nie próbował go kusid, a celibat miał swoje uroki. No 
cóż, trzysta czterdziesty siódmy poziom przypominał sypialnię w akademii 
wojskowej, ale Edward nie miał prawa oczekiwad białych pałaców i 
bezchmurnych krajobrazów. W koocu tkwił w piekle, i to zasłużenie. 

Ralph był nieco próżny i miał słabośd do patosu. Kiedy Edward ujrzał go 

po raz pierwszy, diabeł siedział na białym tronie, w otoczeniu bezpłciowych 
istot, nasuwających skojarzenie z kiepską ilustracją do jakiegoś biblijnego 
eposu. Tego dnia Ralph zasiadł za poobijanym, metalowym biurkiem. Zasłony 
były zaciągnięte, pomieszczenie tonęło w półmroku. Edward ledwie dostrzegł 
zarys znajomej postaci. 

- Ładna fryzura - powiedział. Pomimo ciemności, nie mógł nie dostrzec 

dziwnie ułożonych w kolce, pomaraoczowo - niebieskich włosów. Ralph zmie-
niał fryzury niemal równie często jak rysy twarzy i ciało. Tylko oczy pozostawały 
stale takie same: czujne i uważne. 

- Lubię urozmaicenia, to mnie bawi - wyznał z lekkim rosyjskim akcentem. 

Sposób mówienia również modyfikował w zależności od samopoczucia. Tym 
razem nie miał jednak nastroju do zabawy. - Siadaj. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Mogę zapalid światło? 
- Nie. 
Edward zahaczył stopą o stalową nogę krzesła i przyciągnął je do siebie. 

Siadając, wyprostował plecy, by starannie obejrzed swojego... No właśnie... 
kogo? Swojego szefa? Przyjaciela? Mentora? Gospodarza? Właściwie nigdy nie 
wiedział, jak nazwad Ralpha. 

- Diabeł z piekła rodem wydaje się trafnym określeniem - oświadczył 

głośno Ralph. 

- Nie cierpię, kiedy czytasz mi w myślach - westchnął Edward. 
- To straszne - mruknął głucho Ralph. - Mam dla ciebie zadanie. 
- A ja je wykonam, bo...? 
Długie milczenie. 
- Bo mogę cię zmusid - warknął diabeł. - Ale lepiej ci pójdzie, jeśli 

weźmiesz się do roboty z własnej woli. Czas ucieka. 

Edward czekał w ciszy. 
- Pytasz: dlaczego? - ciągnął Ralph, nie zwracając uwagi na jego milczenie. 

- Pośpiech jest wskazany ze względów medycznych, a ty najlepiej się nadajesz 
do tego zadania. 

- Nic nie wiem o medycynie. 
- Antybiotyki nie działają w piekle, Edward. Spytaj doktora Crippena

1

Jeżeli nie załatwimy tego problemu, stracę wzrok. A ślepy diabeł to wściekły 
diabeł. Nikt nie lubi wściekłych diabłów. 

Edward powstrzymał się od komentarza, że diabły jako takie w ogóle nie 

cieszą się niczyją sympatią. 

- Możesz oślepnąd, co? Już wspominałem, że powinniście mied kobiety. 
Spodziewał się, że Ralph ciśnie w niego błyskawicą lub przynajmniej 

słoikiem z ołówkami, który stał na biurku, lecz diabeł tylko się zaśmiał. 

- Widzisz, właśnie dlatego jesteś dokładnie tym mężczyzną, którego 

potrzebuję. Twoje myśli momentalnie koncentrują się na seksie. I tego 
oczekuję: maniaka seksualnego. 

- Nie zamierzam uprawiad z tobą seksu, Ralph - obwieścił beznamiętnym 

głosem Edward. 

- Miałbyś nie lada szczęście, ale nic z tego! - prychnął diabeł. - Chcę, żebyś 

uprawiał seks z kobietą. Z piękną kobietą. Myślisz, że temu podołasz? 

- Kiedy ostatnio się rozglądałem po okolicy, w piekle mieszkali tylko 

chłopcy, szefie. Gdzie ja tu znajdę kobietę? 

                    

1

 Hawley Harvey Crippen, znany jako doktor Crippen, 1862 - 1910, amerykański lekarz zamieszkały w Anglii, skazany 

na śmierć za otrucie żony; wyrok wykonano. Pierwszy przestępca schwytany dzięki wykorzystaniu radiotelegrafu (przypis 
tłumacza). 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Ralph wstał i obszedł biurko, zatrzymując się w plamie mizernego światła. 

Pochylił się i odsunął włosy z twarzy, żeby zaprezentowad swoją opuchniętą i 
pomarszczoną powiekę oraz mocno zaróżowione oko. 

- Obrzydliwośd - jęknął Edward. - Masz w tym oku stan zapalny. A może 

to jęczmieo, wszystko jedno. Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc. Ściągnij 
Crippena na konsultację. 

- Już mówiłem, że Crippen nie pomoże. To zadanie dla ciebie. 
Ralph zwykle mówił wprost, o co chodzi, dziś jednak wyjątkowo długo 

zwlekał. Usiadł na krawędzi biurka, nie zwracając uwagi na fluorescencyjne 
włosy, które znowu opadły mu na twarz. 

- Kobieca cnota kłuje diabła w oczy - obwieścił ponuro. - Słyszałeś to 

powiedzenie? Znasz filmy Ingmara Bergmana? 

- Szczerze mówiąc, nie za bardzo - przyznał. - Poza tym pamiętaj, że 

jestem dobry, ale nie genialny. Nie dam rady pozbawid cnoty wszystkich dziewic 
na świecie, żeby cię uchronid przed ślepotą. 

- Nie chodzi mi o wszystkie dziewice, tylko o jedną, konkretną. 

Uwiedziesz ją, mój wzrok się poprawi, a ty awansujesz na wyższy poziom. Zbyt 
długo tkwisz na trzysta czterdziestym siódmym. Nie masz ochoty na zmianę? 

- Tęskniłbym za tobą. 
- Och, wierz mi, nigdy cię nie opuszczę. - Ralph zarechotał irytująco. 
- Powiedz lepiej, jak to możliwe, że wystarczy ci jedna dziewica? Pomyśl o 

tych wszystkich zakonnicach, lesbijkach, cnotliwych starych pannach... 

- Wszystkie one zachowują tę swoją głupią cnotę tylko dlatego, że tak byd 

powinno, że jest to im sądzone. Natomiast Bella jest pogwałceniem praw 
natury. 

- Naprawdę ma na imię Isabella. Nie używa nazwiska, podobnie jak 

Madonna albo Cher. 

- Matka Dziewica nie potrzebuje nazwiska, ale kim, u licha, jest Cher? 
- Nie chodzi o Najświętszą Panienkę, Madonna to zupełnie inna osoba. To 

piosenkarka, a Madonna to jej pseudonim artystyczny. Natomiast Isabella to 
modelka. Wiesz, kim są modelki? 

Edward zmarszczył brwi i po chwili doznał olśnienia. 
- No pewnie, że wiem! - wykrzyknął. - Modelka to wysoka, ładna i głupia 

blondynka. 

- Niezupełnie. Bella mieszka w Los Angeles, dzieli dom z inną dziewczyną i 

dziwnym trafem zachowała cnotę. Nie uległa nikomu, chod wielu próbowało ją 
uwieśd. Odrzucała awanse najprzystojniejszych mężczyzn w Hollywood, 
przebojowych polityków, najwybitniejszych artystów, najbogatszych 
biznesmenów. Jest całkowicie obojętna na sprawy seksu. Będziesz miał pole do 
popisu. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Tobie żadna się nie oprze. - Na chwilę zamilkł i nagle wyrecytował: - 

Edward, Edward, niezły z niego byk, gdy on nie da rady, nie pomoże nikt. 

- Może wyślesz kogoś, kto ją zgwałci? Skoro jesteś taki pewien, że to 

właśnie jej cnota tak cię oślepia, to po co tracid czas na uwodzenie i takie tam... 
inne ceregiele? Pięd minut w ciemnej alejce i sprawa załatwiona. 

Ralph się zachmurzył. 
- Zgłosisz się do tego zadania na ochotnika? Osobiście nie mam nic 

przeciwko gwałtom ani morderstwom, w koocu jestem sługą szatana. Sądziłem 
jednak, że brzydzisz się takim metodami i zdecydowanie wolisz uwodzenie niż 
przemoc. 

- To fakt - westchnął Edward. - Po prostu nie jestem w nastroju. Wyślij 

kogoś innego. 

- Po tylu latach? Skup się i do roboty! Poczyniłem już wszelkie stosowne 

przygotowania, nikt nie stanie ci na drodze. Poza tym infekcja przenosi się już 
na drugie oko, więc nie mam czasu. Ty też nie, jazda do pracy! 

- Jeszcze nie wyraziłem zgody... - zaczął Edward, ale nagle głos uwiązł mu 

w gardle, zdławiony przez silny powiew wiatru. Skąd nagle ten wiatr, zdążył 
jeszcze pomyśled, i już znalazł się pod jasnoniebieskim niebem Kalifornii. 

Jechał zbyt prędko. Dziwne, nawet nie podejrzewał, że potrafi prowadzid 

samochód, czyli należało wykluczyd, że Edward był niegdyś Mozartem. 

Sunął eleganckim, sportowym autem; na jezdni panował tłok, w 

powietrzu unosił się ciężki smród spalin, lecz pojazdy mknęły na tyle szybko, że 
wyziewy zostawały z tyłu. I tak było to lepsze od siarkowych woni piekielnych. 

- Zakochasz się w niej, stary. 
Nie był sam. Kątem oka zerknął na mężczyznę siedzącego obok na fotelu 

dla pasażera. Nieznajomy był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w kosztowny 
garnitur. Miał gęste, jasne włosy, mocno zarysowaną szczękę, zęby tak proste i 
białe, że wyglądały wręcz nienaturalnie, oraz wielkie dłonie. Edward pomyślał, 
że takimi łapskami facet mógłby objąd dwie oktawy, chod jednocześnie, mając 
takie grube palce, zapewne grałby jak w bokserskich rękawicach. 

- Niewątpliwie się zakocham - mruknął ironicznie Edward, spoglądając na 

swoje odbicie we wstecznym lusterku. Wyglądał tak samo jak kiedyś, chod 
minęły wieki, odkąd ostatni raz widział swoją twarz. Miał inteligentne oblicze, 
ciemne oczy, wyrazisty nos i usta. Ciało miał nadal takie, jak kiedyś, chod tym 
razem było obleczone w garnitur od Armaniego. Był dosyd wysoki, szczupły i 
umięśniony, silniejszy, niż można by sądzid na pierwszy rzut oka. Dobrze się czuł 
w tym eleganckim ubraniu. Pomyślał, że to pewnie ten garnitur ma przekonad 
do niego tę jakąś głupią modelkę - dziewicę. 

- Jesteś do tego stworzony, Edward. A ja wprost nie mogę w to uwierzyd, 

że się spotkaliśmy po tylu latach - ciągnął mężczyzna. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Edward nagle uświadomił sobie, że to Aaron McAndrews, szef działu 

reklamy, bezwzględny i płytki egoista o typowo kalifornijskiej urodzie. Tak 
naprawdę wcale się nie znali, Edward nigdy w życiu nie widział tego człowieka, 
ale magiczne sztuczki Ralpha robiły swoje. 

- Nie nagrałbym sam byle komu - mówił dalej Aaron. - Wiesz, co mówią: 

randka w ciemno to szataoski wynalazek. Na szczęście Jessica ją przekonała, ale 
ja wiem, że mogę ci ufad. Znamy się długo, a jeszcze nigdy mnie nie wystawiłeś. 

Edward pomyślał, że zna tego faceta od półtorej minuty. Uśmiechnął się 

chłodno. 

- Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego to robimy? - zagadnął. - Skąd ten 

pomysł randki w ciemno? 

- A bo ja wiem? Może dlatego, że jesteś nowy w mieście i potrzebujesz 

dziewczyny? Zwykle nie bywam takim altruistą - przyznał z uśmiechem Aaron i 
wzruszył ramionami. - Kiedy jednak ludzie zobaczą cię z Bellą, będziesz 
ustawiony. Nawet nie ruszysz palcem, a wszystkie dziewczyny padną ci do stóp. 
Odwdzięczysz mi się tym samym, stary. 

Edward uśmiechnął się bez przekonania. 
- Dokąd się wybieramy? - zapytał. 
- W Hollywood otworzyli nową restaurację, wszyscy o niej mówią. 

Zarezerwowałem tam stolik dla Belli. Zwykle trzeba odczekad miesiąc i nawet 
Jessica nie potrafi się wkręcid bez kolejki. Trafia tam każdy, kto jest kimś. 

- Każdy, kto jest kimś - powtórzył Edward. 
- Tylko nie zakładaj, że Bella od razu zgodzi się na rumbę w pozycji 

horyzontalnej. Moim zdaniem to lesbijka. 

- Czemu tak uważasz? 
- Nic na nią nie działa - westchnął z goryczą Aaron. - Nieważne, wystarczy, 

że się z nią pokażesz, a od razu zainteresują się tobą rozmaite gwiazdeczki. 
Randka z Bellą to dobre posunięcie, nawet jeśli ona na ciebie nie poleci. 

- Poważne wyzwanie. - Edward machinalnie sięgnął do kieszeni 

marynarki, lecz nie znalazł w niej papierosów. Może to i dobrze, bo właściwie 
nie miał ochoty zapalid. Nie narzekał na brak dymu. 

- Człowieku, nawet nie myśl o uwiedzeniu jej - mruknął Aaron. - Nie 

pozwoli się tknąd. 

Edward tylko się uśmiechnął. 
 
 
 
- Naprawdę sądzisz, że pójdę na randkę w ciemno? - spytała Bella, stojąc 

przed lustrem i patrząc na ulubioną szkarłatną sukienkę, na błyszczące rajstopy, 
jeden but na wysokim obcasie na nodze, drugi w ręce. Miała gęste, brązowe 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

włosy, doskonały makijaż i niebieskie oczy, których kolor podkreślały idealnie 
dobrane barwione soczewki kontaktowe. Wydatne usta pomalowała szminką w 
kolorze jasnego różu. 

- Chyba się nie wycofasz, prawda? - Jessica była wyraźnie zaniepokojona. 
- Wiesz, czym są randki w ciemno? - Bella wsunęła drugi but na nogę, w 

ten sposób rosnąc w sekundę z metra osiemdziesięciu do metra osiem-
dziesięciu ośmiu. - Randki w ciemno są wymysłem szatana. Chodzą na nie 
masochiści i sadyści. 

- To rozrywka dla ludzi, którzy chcą oddad przysługę przyjacielowi, nawet 

jeśli nie sprawia im to przyjemności - odparła łagodnie Jessica. - Wiem, co 
sądzisz o Aaronie. Powoli przestaje się mną interesowad, więc muszę działad, 
nim będzie za późno i znajdzie sobie inną. Nie umówiłby się ze mną, gdybym nie 
zaproponowała, że spotkasz się z jego przyjacielem. 

- Nadal nie rozumiem, co ty w nim widzisz... 
- Już to przerabiałyśmy - przerwała Jessica. - Miłośd rządzi się własnymi 

prawami. 

Bella wygładziła czerwony jedwab sukienki. 
- Moim zdaniem powinnaś kierowad się rozumem także w miłości - 

westchnęła. - Hormony sprawiają, że twój mózg przestaje funkcjonowad. 

- Jesteś znacznie bardziej zrównoważona niż ja, a przy tym o wiele 

bardziej dyskretna. Znam cię od czterech lat, dzielę z tobą dom, a jeszcze nie 
widziałam ani jednego z twoich kochanków. 

- Mam inne priorytety. - Bella ponownie spojrzała na swoje odbicie w 

jednym z wielu luster wiszących na ścianach małego domku zbudowanego i 
urządzonego w hiszpaoskim stylu. 

Lustra były pomysłem Jessici, Bella doskonale wiedziała, jak wygląda. 

Uważała, że jest ideałem kobiety dla każdego przeciętnego Amerykanina. 

- Powiedz mi coś bliższego o moim partnerze - westchnęła, odwracając 

się od lustra. - Będzie się do mnie lepił jak ten ostatni? 

- Jak większośd z nich, moja droga - odparła wesoło Jessica. 
Bella spojrzała na swoją piękną modną sukienkę, ale jednocześnie bardzo 

skąpą. 

- Może powinnam włożyd coś skromniejszego? 
- To bez znaczenia. Mogłabyś włożyd nawet fartuch, a mężczyźni i tak nie 

odrywaliby od ciebie wzroku. Nie martw się, ostrzegłam Aarona, że robisz to 
tylko dla mnie, a on mi przyrzekł, że jego przyjaciel będzie się zachowywał 
bardzo przyzwoicie. 

- Wątpię, czy którykolwiek z przyjaciół Aarona ma pojęcie o przyzwoitym 

zachowaniu - mruknęła Bella. - Jak się poznali? Na studiach? 

- Nie wiem, podejrzewam, że Aaron nawet tego nie pamięta. Chyba zna 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Edwarda od zawsze. Podobno jest fantastyczny. 

- Edward. - Bella przewróciła oczami. - Brzmi jak pseudonim artystyczny 

gwiazdy rocka z ambicjami. Pewnie tak naprawdę jest księgowym i ma na imię 
George. - Pokiwała głową. - Może to i lepiej. 

- Następnym razem powiem Aaronowi, że gustujesz w księgowych. 
- Nie będzie następnego razu, Jessica. Lubię cię, ale są pewne granice. 
Nagle zadźwięczał dzwonek. Bella znieruchomiała. Było za późno na 

ucieczkę lub udawanie chorej, chociaż z przyjemnością uniknęłaby tego 
nieprzyjemnego obowiązku. 

- Rozchmurz się, Bella. - Jessica ruszyła ku drzwiom. - Wszyscy wiedzą, że 

randki w ciemno to wymysł z piekła rodem. 

- Właśnie - burknęła ponuro Bella. - Wolałabym teraz siedzied na fotelu 

dentystycznym niż... 

Było już jednak za późno. Jessica otworzyła drzwi, uśmiechając się 

promiennie do ukochanego. Za nim stał niezbyt wysoki mężczyzna. Bella 
jęknęła w duchu: szła na randkę z konusem, którego niski wzrost zapewne szedł 
w parze z agresją. 

- A oto nasza słynna Bella. - Aaron przedstawił ją z irytującą manierą 

handlarza niewolników lub właściciela zabawki, którą zamierzał pożyczyd 
przyjacielowi. - Bella, to Edward Masen. 

Podniosła głowę, wyprostowała plecy i popatrzyła na mężczyznę. Na 

szczęście nie wyglądał na zupełnego kurdupla. Gdyby nie włożyła takich 
wysokich obcasów, zapewne byliby równi wzrostem. Póki co mogła z 
satysfakcją spoglądad na niego z góry. Nie wyciągnęła ręki. 

- Miło mi - powiedziała chłodnym tonem. 
Zareagował inaczej, niż się spodziewała. Nowy znajomy powinien stad z 

otwartymi ustami, pełen podziwu i pokory, a tymczasem on tylko grzecznie 
skinął głową i całą uwagę skupił na trajkoczącej Jessice. Bella szeroko otworzyła 
oczy ze zdumienia. Nie przywykła do tego, że ktoś ją ignoruje, a zwłaszcza 
partner na randkę w ciemno. Właściwie nigdy wcześniej nie chodziła na tego 
typu randki. Zawsze umiała sprzeciwid się każdemu, kto próbował namówid ją 
na spotkanie z nieznajomym mężczyzną. Odmówiła wszystkim, z wyjątkiem 
Jessici. Zwłaszcza że jej przyjaciółka, prosząc ją o to, płakała. 

Edward Masen sprawiał wrażenie kompletnie niezainteresowanego jej 

osobą. Bella poczuła irytację, dośd dziwną w tych okolicznościach. 

- Za godzinę musimy byd na miejscu, a jazda z przedmieścia do centrum 

zajmie nam właśnie tyle - oświadczył pogodnie Aaron. - Możemy ruszad? 
Pojedziemy samochodem Edwarda, ślicznym małym mercedesem. Bella, jeśli 
chcesz, możesz ze mną usiąśd z tyłu. 

To również stanowiło problem. Aaron najwyraźniej okazywał Isabelli 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

zainteresowanie i manifestował je za każdym razem, kiedy sądził, że Jessica nie 
patrzy. Bella mogła sobie wyobrazid wspólną godzinną podróż na ciasnej 
kanapce sportowego mercedesa. 

- Usiądę z przodu, z moim... partnerem - odparła z fałszywą słodyczą w 

głosie. 

Edward się odwrócił i spojrzał na nią uważnie, jakby właśnie dopiero 

teraz przypomniał sobie o jej istnieniu. 

- Dobrze - mruknął bez entuzjazmu. - Będzie mi bardzo miło - dodał już 

bardziej uprzejmym tonem. 

Miał niski dźwięczny głos, jednak Isabella nie potrafiłaby określid, z 

którego stanu Ameryki Północnej pochodzi. Mimo że tembr tego głosu przypadł 
jej do gustu, nadal nie była zadowolona z tej przymusowej znajomości z obcym 
mężczyzną. Poza tym miała już dośd oczekiwania. Doszła do wniosku, że im 
prędzej zacznie się ta głupia randka, tym wcześniej się skooczy. 

- Chodźmy - westchnęła. - Jestem głodna. 
Nie oglądając się za siebie, wyszła przez otwarte drzwi, doskonale 

wiedząc, że wszyscy posłusznie pójdą za nią. 

 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Długonoga  Isabella szybko dotarła do samochodu, stojącego na małym 

podwórzu przed domkiem i zajęła fotel z przodu. Nie czekała, aż jej nowy 
znajomy otworzy przed nią drzwi. Wcale nie miała ochoty przekonywad się, czy 
to zrobi. Gdyby je przytrzymał, oznaczałoby to, że zapewne jest staromodny, 
wyniosły i szuka sposobu, by zaciągnąd ją do łóżka. Gdyby tego nie uczynił, 
należałoby wnioskowad, że jest samolubny i nieuprzejmy. Właściwie już zdążyła 
dojśd do wniosku, że facet jest niesympatyczny, lecz nie chciała tego 
potwierdzad, zwłaszcza że czekało ją kilka godzin w jego towarzystwie. Po co 
miałaby dodatkowo uprzykrzad sobie randkę? 

Jechał prędko i sprawnie krętą drogą. Zbyt prędko, zdaniem Isabelli. 

Spojrzała na jego ręce obejmujące kierownicę. Na szczęście nie miał obrączki. 
Dłonie Edwarda prezentowały się wspaniale: były szczupłe, z długimi palcami. 
Bella miała słabośd do pięknych męskich rąk. 

Dobrze się ubierał. Nosił rzeczy od Armaniego, pewnie szyte na miarę. 

Znała się na materiałach, bez wątpienia ciemny jedwab był wysokiej jakości. 
Mężczyzna skrywał oczy za okularami. Jego kości policzkowe były lekko 
wystające, twarz wąska, a wyraz ust nie zdradzał żadnych uczud. 

Jedynie włosy mężczyzny nie pasowały do wizerunku współczesnego 

Kalifornijczyka. Były  znacznie dłuższe, niż nakazywała aktualna moda, ciemne i 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

mocno pomieszane jakby dopiero co wstał z łóżka lub cały dzieo spędził na 
dworze podczas wielkiego wiatru. Na taką fryzurę mógł sobie pozwolid znany 
hollywoodzki aktor, lecz z niewiadomych względów pasowała ona także do 
Edwarda. Było to niezwykle u niego seksowne. Dziwne. 

Isabella wsunęła na nos okulary i poprawiła się na fotelu, wyciągając 

przed siebie nogi. Przyzwyczaiła się do tego, że mężczyźni bez przerwy pożerają 
ją wzrokiem, lecz ten osobnik najwyraźniej bardziej interesował się drogą, niż 
siedzącą obok niego pięknością. 

Bella nie miała żadnych kompleksów na temat swojej urody. Wiedziała, 

że jest piękna, ale nie była to jej żadna zasługa. Traktowała swoją urodę jak 
boży dar, z którym się urodziła. Potrafiła ją wykorzystywad, ale tylko wtedy, gdy 
było to niezbędne. Dzisiaj miała w planach snucie się po domu, oglądanie 
telewizji i czytanie, a nie męczące malowanie się i wybór odpowiednich 
ciuchów na randkę z nieznajomym mężczyzną. 

No cóż, poświęcenie jednego dnia dla przyjaciółki nie powinno byd dla 

niej zbyt wielkim wyrzeczeniem, zwłaszcza że nowy znajomy zupełnie się jej nie 
narzucał. Pomyślała, że jakoś to wytrzyma. 

- Ładne auto - mruknęła, kiedy cisza stała się nieznośna. 
Zerknął na nią zdumiony, zupełnie jakby zapomniał o jej obecności. 
- Bardzo ładne - przytaknął. - Nigdy wcześniej czegoś takiego nie 

prowadziłem. 

- Z wypożyczalni? 
Przez moment wyglądał tak, jakby nie znał odpowiedzi. 
- Tak - odparł w koocu. 
- Nie jesteś z Kalifornii? 
- Nie. Przybywam z miejsca położonego znacznie dalej na południe i 

znacznie gorętszego. - Ta odpowiedź najwyraźniej go rozbawiła, bo się roze-
śmiał. 

- Z San Diego? 
Pokręcił głową. 
- Nie, nigdy tam nie byłaś. 
- Prawdę mówiąc, w San Diego także nigdy nie byłam. Sama nie wiem, 

dlaczego. Kiedyś miałam zaplanowaną sesję zdjęciową w hotelu Del, ale w 
ostatniej chwili ją odwołano. 

Właściwie po co mu to opowiada? Przecież chodziło tylko o to, żeby 

znieśd tych kilka godzin i wrócid do domu. Kiedy wrabiano ją w podobne 
sytuacje, zwykle zachowywała wyniosły dystans, dyskretnie manifestując 
znudzenie. Tym razem szczebiotała do tego mężczyzny, jakby perspektywa 
spędzenia z nim wieczoru sprawiała jej radośd. 

Nieznajomy milczał. Najwyraźniej dawał jej w ten sposób do zrozumienia, 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

że nie jest zainteresowany rozmową. Zdezorientowana Isabella także ucichła, 
obmyślając zemstę na całkowicie zajętej swoimi sprawami Jessica, która siedząc 
na kanapce z tyłu, z entuzjazmem dążyła do złamania wszystkich zasad 
przyzwoitości, przy gorliwym wsparciu Aarona. 

Bella zamknęła oczy. Doszła do wniosku, że da sobie radę. Zawsze 

uważała się za wyjątkowo odporną psychicznie i fizycznie. Kiedyś uczestniczyła 
w sesji zdjęciowej na hiszpaoskich schodach w Rzymie, gdzie przez siedem 
godzin mokła na deszczu. Gdy ulewa się skooczyła, organizatorzy zaczęli 
polewad modelkę wodą z węży strażackich. Zdarzało się jej brnąd przez błoto, 
pozowad w kostiumach kąpielowych na śniegu, siedzied godzinami bez ruchu, 
by nie zepsud pięknie ułożonej fryzury i wspaniałego makijażu. Tego wieczoru 
przynajmniej mogła się ruszad, mówid, nie była przemoczona i nie marzła. 
Postanowiła zatonąd w rozmyślaniach, odizolowad się od hałaśliwego świata, z 
pełną świadomością, że jej partner nawet tego nie zauważy. 

Powinna była przewidzied, że jadą do ,,Murph’s Steak and Grill’’, 

najnowszej i najmodniejszej restauracji. Zaprojektowano ją tak, by wyglądała 
jak zwykły lokal należący do ogólnokrajowej sieci, lecz większośd serwowanych 
tu befsztyków smażono z mięsa zwierząt znacznie bardziej egzotycznych niż 
woły. Stoliki w lokalu zarezerwowano do kooca roku, a pieniądze zostawiane tu 
przez klientów były równe dwuletniemu budżetowi średniej wielkości paostwa 
Trzeciego Świata. 

Partner Isabelli, którego nazwiska nie zapamiętała, podjechał na 

strzeżony parking. 

Masen, chyba tak się nazywa, nagle przypomniała sobie. Edward Masen. 
Wszyscy wysiedli, a on podszedł do niej, najwyraźniej w ogóle nie 

speszony jej wzrostem. Wyprostowała plecy. Chyba nie był od niej niższy. 
Niestety, nie mógł nosid butów na obcasach, więc musiał pogodzid się z tym, że 
nadal patrzyła na niego z góry. To mu jednak najwyraźniej nie przeszkadzało. 

Aaron wepchnął się między nich, gadając niemal bez przerwy. Nieco 

spłoszona Jessica dreptała z tyłu. Bella stłumiła westchnięcie. Czego się nie robi 
dla przyjaciół. 

- Wejdziemy? - spytał Edward. 
Gdyby położył dłoo na jej plecach, z pewnością kopnęłaby go w kostkę. 

Na szczęście powstrzymał się od jakichkolwiek poufałych gestów. Dziwne, ale 
zdołał wprowadzid ją do supermodnego lokalu, nawet jej nie dotykając. Miała 
wrażenie, że roztoczył nad nią opiekę. Rzecz jasna, wcale tego nie 
potrzebowała, ale to uczucie było dla niej nowe i - co ciekawe - całkiem 
przyjemne. 

Gdy weszli do środka, ich uszy zaatakował potworny hałas. Już dawno 

Isabella nauczyła się ignorowad natrętne spojrzenia, które prześlizgiwały się po 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

jej ciele w miejscach publicznych. Tego wieczoru goście lokalu zachowywali się 
tak jak zawsze. Ze znudzoną miną podążała za kierownikiem restauracji, który 
prowadził ich wyjątkowo krętą trasą, aby zaprezentowad Isabellę jak naj-
większej liczbie gości. 

W koocu posadził ich przy zdecydowanie zbyt wyeksponowanym stoliku. 

Isabella miała ochotę poprosid o inne miejsce, lecz Aaron już runął na jedno z 
krzeseł, nie troszcząc się o to, gdzie siądzie Jessica, po czym energicznie zatarł 
dłonie. 

- Ale fajnie, co? - wykrzyknął z zachwytem. - Po prostu super! 
Edward podszedł do Belli. Zesztywniała, oczekując jego dotyku. 

Tymczasem on ją minął, wysunął krzesło dla Jessica i uśmiechnął się do niej 
promiennie. 

Isabella nie czekała, aż jej nowy znajomy ją obsłuży. Gdyby tego nie 

zrobił, chyba by go uderzyła, a gdyby i jej przysunął krzesło, musiałaby mu 
podziękowad. Teraz jednak była zbytnio zajęta rozważaniem innej kwestii, 
chodby takiej, czy Edward naprawdę interesuje się Jessicą i wykorzystał randkę 
w ciemno, żeby się do niej zbliżyd. Jeśli tak, mogła mu tylko pogratulowad 
dobrego gustu. 

Jessica zasługiwała na zainteresowanie mężczyzn znacznie ciekawszych 

niż ten prostak Aaron. 

Prostak. To słowo doskonale pasowało do Aarona. Nudny, płytki prostak. 

Z kolei Edward Masen był dla niej zagadką, znacznie ciekawszą, niż miała 
odwagę przyznad. 

Po chwili zamawiali drinki. Edward poprosił o szkocką. 
- Ja nie piję - oznajmiła zimno Isabella. 
Jessica nawet nie drgnęła powieka. Już dawno nauczyła się, że w 

miejscach publicznych nie wolno kwestionowad słów przyjaciółki. Nie 
powiedziała też ani słowa, kiedy Isabella zamknęła menu i zamówiła wyłącznie 
sałatkę z nowalijek. Jessica wiedziała, że jej przyjaciółka miała dośd rozumu, by 
się najeśd przed wyjściem. Pewnie liczyła na to, że szybki mały posiłek prędzej 
zakooczy tę niefortunną randkę. 

- Nie jesz mięsa? - spytał Edward. 
Wciąż miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, podobnie jak połowa ludzi 

w mrocznej sali, lecz Bella nagle ogarnęła z tego powodu irytacja. 

- Jesteś wegetarianką, Bella? 
- Weganką - sprostowała. - Nie jem żadnych potraw pochodzenia 

zwierzęcego. W menu nie ma nic na bazie tofu, więc musiałam zadowolid się 
sałatką. 

- Tofu, też coś! - wzruszył ramionami Aaron. 
- Wobec tego smażalnia befsztyków to nie najlepsze miejsce na posiłek 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

dla ciebie - zauważył Edward. 

Za jego ciemnymi okularami kryło się coś niepokojącego, a w głosie 

pobrzmiewał ton, którego nie potrafiła określid. Kusiło ją, żeby sprawdzid, jak by 
się zachował, gdyby ściągnęła mu okulary z nosa i rzuciła je w drugi kąt sali. 

Rzecz jasna, nie zamierzała tego robid, gdyż wiązałoby się to z 

dotykaniem Edwarda. 

- Nic jej nie będzie - mruknął beztrosko Aaron. - Modelki i tak żywią się 

powietrzem. Nie wolno im przecież tyd. 

Siedział tuż obok Belli, więc bez trudu sięgnął ręką i uszczypnął ją w udo. 

Podskoczyła, nie spodziewając się takiej napaści, i wbiła w niego nienawistne 
spojrzenie. Gdyby Jessica nie siedziała przy stole, cały czasz rozanieloną miną 
gapiąc się na Aarona, na pewno wylałaby mu na głowę szklankę wody. 
Pomyślała, że jeszcze znajdzie stosowną chwilę, by się zemścid. 

- Nie pijesz, nie jesz - westchnął Edward. - Masz jakieś słabości? 
- Nic, co mogłoby cię zainteresowad. - Posłała Aaronowi niechętne 

spojrzenie. - To ty wybrałeś ten lokal, prawda? 

- Od miesięcy usiłowałem dostad się tutaj. Dopiero, kiedy napomknąłem, 

że przyjdziesz ze mną, okazało się, że jest wolny stolik. Daj spokój, Bella, 
rozruszasz się. Podają tu wszystko, od strusia emu do nowo narodzonych 
foczek. Szef kuchni to wielbiciel zwierząt. Zawsze przyprowadza do pracy 
swojego pieska rasy Bichon Frise. 

- Na wypadek opóźnienia dostawy mięsa? - wycedziła. 
- Fuj! - jęknęła Jessica. 
- No cóż, na przykład w Wietnamie jada się nawet psy i koty - zauważył 

Edward. 

- Chwała Bogu, że nie wybrałeś wietnamskiej restauracji - powiedziała 

Isabella. - Nie cierpię psów i na pewno żadnego bym nie zjadła. - Podniosła 
szklankę z wodą, odrzuciła pasmo włosów przez ramię i spojrzała na Edwarda 
chłodnym, taksującym wzrokiem. 

W koocu przyniesiono jego szkocką. Wzniósł milczący toast i przytknął 

szklankę do ust. Isabella nie mogła oderwad od nich oczu. Oblała ją fala gorąca. 

- Isabello, może masz ochotę wybrad się w inne miejsce? - spytał 

nieoczekiwanie. 

Zawsze nienawidziła swojego imienia i celowo używała go wyłącznie w 

pracy. 

- Skoro już tu przyjechaliśmy, równie dobrze możemy tu zostad - 

powiedziała, ale bez przekonania. Zawsze balansowała na granicy uprzejmości i 
ostentacyjnego znużenia. Bella nie wiedziała, czemu to robi. Czuła, że powinna 
się zachowywad inaczej, lecz nie mogła przestad myśled o Edwardzie. 

Wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni tak, jak lekarz pediatra pociesza 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

przestraszone dziecko, oczekujące na zastrzyk. 

- Spokojnie, to się wkrótce skooczy - szepnął. 
Cofnęła rękę jak oparzona, natychmiast kładąc ją na udzie pod stołem. 

Jednocześnie posłała mu najzimniejszy, najbardziej nieprzychylny uśmiech, na 
jaki potrafiła się zdobyd. Była pewna, że ugasiłby ognie piekielne. 

Tymczasem całkowicie niewzruszony Edward po prostu odwzajemnił 

uśmiech. 

Isabella była piękna i zimna jak lód, co powinno przypaśd Edwardowi do 

gustu, biorąc pod uwagę jego długi pobyt w piekielnych tropikach. Szczerze 
wielbił kobiety, sądził, że je rozumie, lecz Bella była dla niego zagadką. Kiedy z 
rzadka na niego spoglądała, robiła taką minę, jakby widziała przed sobą 
skrzyżowanie seryjnego mordercy ze zboczeocem seksualnym. O ile pamiętał, 
nie był ani jednym, ani drugim, przynajmniej mocno w to wątpił. Co prawda 
Ralph mógł odesład na ziemię obłąkanego mordercę, tylko dla własnej uciechy, 
lecz mimo wszystko Edward nie uważał się za z gruntu złego człowieka. Co 
prawda, skooczył w piekle, ale to całkiem inna historia. 

I co miał zrobid z oszałamiająco piękną kobietą u swego boku? Jej lśniące 

oczy były chłodne i pozbawione emocji, na jej idealnych ustach gościł niemal 
bez przerwy lekceważący, wyniosły uśmiech. Przyzwoicie traktowała tylko 
Jessicę, swoją przyjaciółkę, osóbkę wrażliwą, słodką i niezbyt rozgarniętą. Może 
Ralph się mylił? Może rzeczywiście Isabellę interesowały tylko kobiety? Co 
prawda nie powstrzymałoby to Edwarda przed próbą uwiedzenia jej, lecz Ralph 
zapewniał go, że Bella nie jest lesbijką ani osoba oziębłą. Po prostu jeszcze nie 
spotkała właściwego mężczyzny. 

Edward czuł, że sytuacja uległa zmianie w chwili, gdy on pojawił się na 

scenie, bez względu na to, czy Isabella chciała to przyjąd do wiadomości, czy 
nie. 

Była dla niego wyzwaniem, i to na tyle poważnym, że nie potrafił ocenid, 

jak długo przyjdzie mu zabiegad o jej względy. Podejrzewał, że byłby zdolny 
zaciągnąd ją do łóżka jeszcze tego samego dnia, ale wiązałoby się to z 
nadludzkim wysiłkiem. Ale skoro o tym mowa, nie był już przecież człowiekiem, 
prawda? Właściwie nie miał pewności, kim jest. Duchem? Potępieocem? Tak 
długo tkwił w piekle, utrzymując celibat, że nawet nie wiedział, czy ma ochotę 
uprawiad miłośd z jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widział. 

Skubała sałatkę tak, jakby postawiono przed nią talerz smażonych 

robaków. Sącząc wodę, łagodnie przymykała powieki. Edward pomyślał, że jest 
nieco za chuda, ale po chwili zmienił zdanie. Przecież żadna kobieta nie była dla 
niego zbyt chuda ani zbyt gruba. Chyba zwyczajnie szukał wymówki, a może po 
prostu nie lubił wykonywania cudzych poleceo. Po raz pierwszy od wieków 
przejął kontrolę nad sytuacją. Pomimo nieuchronnych przykrych konsekwencji 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

niesubordynacji, mógł odmówid współpracy. Chłodna Isabella z pewnością 
pochwaliłaby jego decyzję, gdyby znała kulisy sytuacji. 

Edward zjadł najbardziej krwisty, najmniej wysmażony befsztyk, jaki 

serwowała kuchnia w tym lokalu. Chciał w ten sposób zirytowad Isabellę, lecz 
także zakładał, że może już nigdy nie trafi mu się okazja spożycia równie 
wyśmienitej potrawy. Danie było tak smaczne, że niemal zapomniał, czemu tu 
się znalazł. 

Pomyślał, że jest zwyczajnie nudno. Musiał coś zrobid, ożywid atmosferę, 

bo inaczej nie miał szans na szczęśliwy finał. Uznał, że wystarczy odrobina 
humoru bądź jakiegoś zamieszania, żeby rozruszad nowych znajomych... 

Eksplozja nie była potężna, chociaż drzwi do kuchni otworzyły się z 

hukiem, a z nich buchnęła chmura dymu i płomienie. Natychmiast uruchomiły 
się zraszacze. Edward nie wiedział, czy goście wrzeszczą przerażeni 
perspektywą nagłej śmierci w płomieniach, czy też widokiem zrujnowanych 
drogich ubrao, które właśnie obficie zalewała woda ze zraszaczy. Ludzie pędzili 
do wyjścia niczym stado spłoszonych krów, a pomieszczenie wypełniło się 
gęstym, gryzącym dymem. 

Aaron natychmiast uciekł przy pierwszych oznakach niebezpieczeostwa. 

Oniemiała Jessica nie ruszyła się z krzesła, za to Isabella natychmiast podniosła 
się i zaczęła iśd w kierunku wyjścia z lokalu. 

Edward uznał, że powinien je obie natychmiast stamtąd wyprowadzid. 

Domyślił się już, że Isabella nie lubi byd dotykana, lecz Jessica najwyraźniej 
potrzebowała opieki. Otoczył ją więc ramieniem w talii i ruszył do wyjścia, 
wiedząc, że Isabella poradzi sobie sama. I rzeczywiście tak by się stało, gdyby 
nagle jeden z jej piekielnie wysokich obcasów nagle się nie złamał, a ona sama 
nie runęła na ziemię. 

Do diabła z jej nietykalną przestrzenią osobistą! Edward wyciągnął rękę i 

chwycił Isabellę za ramię, wyciągając ją z tłumu w jednej z najbardziej 
ekskluzywnych restauracji Miasta Aniołów. I pomyśled, że jeszcze przed chwilą 
uskarżał się na nudę! 

Cała trójka wydostała się na zewnątrz, a w ślad za nią z lokalu buchnęły 

kłęby gryzącego dymu. Przemoczeni klienci - łącznie z Jessicą - krztusili się i 
kasłali, tylko Isabella po prostu strząsnęła rękę Edwarda i wbiła rozsierdzony 
wzrok w spotulniałego Aarona. 

- Ty tchórzliwy sukinsynu... - zaczęła i urwała, kiedy obok niej rozległ się 

pełen rozpaczy krzyk. 

- Mój 

choux - fleur! 

- krzyczał ktoś. Isabella odwróciła się i zobaczyła 

rozpaczającego szefa kuchni. 

- Spokojnie, na pewno kupi pan sobie nowy kalafior - prychnęła. 
- Nie! 

Choux - fleur 

to mój piesek, rasy Bichon Frise. Spał w koszyczku, 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

kiedy wszystko wybuchło. Muszę wracad... 

Nieszczęsnego kucharza natychmiast powstrzymali strażacy. 
- Zostawił tam pan psa? - spytała Isabella. 

Mon petit choux - fleur! 

- jęczał biedny mężczyzna. 

Edward poczuł czyjąś dłoo na ramieniu. Odwrócił głowę i ujrzał, że 

Isabella przytrzymuje się go, by nie stracid równowagi podczas zdejmowania 
najpierw jednego buta, potem drugiego. Na bosaka byli tego samego wzrostu. 
Dziwnie się poczuł, mogąc jej spojrzed prosto w oczy, lecz ona nie zwracała na 
niego najmniejszej uwagi. Wepchnęła mu w ręce pantofelki i dziwaczną torebkę 
w kształcie łabędzia. 

- Zaopiekuj się tymi drobiazgami - szepnęła i moment później, zanim 

ktokolwiek zdążył ją zatrzymad, pędziła po zaśmieconym chodniku prosto do 
wypełnionej dymem restauracji. 

Edward bez wahania rzucił się za nią. Nie bał się śmierci i bywał już w 

gorętszych miejscach, lecz strażacy zdążyli ustawid się w kordonie, żeby od-
separowad ludzi od zagrożonego budynku. 

- Moja dziewczyna tam pobiegła! - krzyknął, wciąż ściskając jej buty i 

torebkę. 

- Spokojna głowa, kolego - pocieszył go stojący obok policjant. - Nasi 

chłopcy już za nią pędzą. Z pewnością nic jej nie będzie. Ta twoja dziewczyna 
szuka śmierci, czy co? Często się jej zdarza robid takie głupoty? 

- Sam nie wiem. Umówiłem się z nią na randkę w ciemno. 
Gliniarz zarechotał i rzekł szyderczo: 
- Skoro to była randka w ciemno, pewnie będzie lepiej dla ciebie, stary, 

jeśli ona stamtąd nie wyjdzie. 

Edward popatrzył na niego i nagle zamrugał, kiedy spod policyjnej czapki 

wyjrzała twarz Ralpha. 

Jego chore oko ukryte było w cieniu, a uśmiech wydawał się stanowczo 

zbyt radosny. 

- Bierz się do roboty, staruszku - mruknął i poklepał Edwarda po 

ramieniu. - Nie chcesz mnie rozczarowad, prawda? Zwłaszcza że zadałem sobie 
sporo trudu, by uwolnid cię od nudy. 

- To ty podłożyłeś ogieo? 
Ralph wzruszył ramionami. 
- To by było zbyt prozaiczne. Ja zaaranżowałem pożar. Wystarczy, że 

zaczekasz, Isabella zaraz wyjdzie. Nie pozwolę, by coś się jej stało. Zbytnio cenię 
sobie swój wzrok, by narażad ją na śmierd. 

- Jesteś pozbawionym sumienia draniem. 
- Miły komplement, dziękuję - odparł. - Ale w piekle jest sporo 

podobnych do mnie, o czym dobrze wiesz. A teraz szkoda czasu, do roboty. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Sekundę później Edward patrzył na inną twarz, starszego wiekiem 

policjanta. 

- W porządku, kolego? - spytał z przejęciem policjant. - Zamroczyło cię na 

moment. Uderzyłeś się w głowę? 

Edwarda przeszył dreszcz na wspomnienie Ralpha. 
- Moja dziewczyna pobiegła z powrotem do restauracji - wyjaśnił. - Muszę 

po nią iśd... 

- O nią chodzi? 
Edward podniósł wzrok. Isabella wyszła z lokalu, cała mokra i potargana, 

z kłębkiem futerka w ramionach. Piesek usiłował zlizad z siebie sadzę. 

Oszalały z radości szef kuchni popędził do Isabelli. Po jego policzkach lały 

się strumieniami łzy wdzięczności. Wziął zwierzę na ręce i przytulił je mocno, a 
w następnej chwili razem z Bellą oddalili się i zniknęli w ciemnościach. 

Edward stał wciąż w tym samym miejscu, ściskając najbardziej 

absurdalne buty, jakie kiedykolwiek widział, oraz wysadzaną kryształowymi pa-
ciorkami torebkę w kształcie łabędzia. 

- Ej, stary, podwieziesz nas do domu? - spytał Aaron, który nagle pojawił 

się za jego plecami, wlokąc za sobą wstrząsaną dreszczami Jessica. Ubranie 
Aarona było idealnie suche i czyste. Najwyraźniej uciekł z lokalu, nim 
uruchomiły się zraszacze. 

- Muszę odszukad Isabellę. 
- O nią się nie martw - poradziła Jessica. - Razem z szefem kuchni 

pojechała na pogotowie weterynaryjne.  Sama trafi do domu. 

W takiej sytuacji Edward nie miał wiele do powiedzenia. Skinął głową, 

wepchnął buty pod pachę, a torebkę wsunął do kieszeni. Kiedy dotarli do domu 
Aarona, wiedział już na pewno, co zrobi. Postanowił sprzeciwid się Ralphowi. 

- Przykro mi z powodu twojej randki, stary - westchnął Aaron, niezdarnie 

gramoląc się z samochodu i czekając na Jessicę. - Robiłem, co mogłem, ale 
Isabella to bryła lodu. Jeśli chcesz, żebym cię poznał z kimś bardziej przyjaznym, 
daj mi znad. Na jak długo przyjechałeś? 

- Na krótko - odparł, licząc na to, że Ralph zabierze go z powrotem do 

piekła w chwili, gdy usłyszy o jego odmowie. 

- Razem z Jessicą jadę na weekend do mojego domku w górach, ale dam 

ci znad, kiedy wrócę, dobra? Nie przenosisz się nigdzie, prawda? 

- Na razie nic nie planuję - odparł spokojnie. 
Wiedział dobrze, gdzie spędzi wiecznośd. Szkoda tylko, że nie pamiętał, 

dlaczego. 

 
 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
- Zapomnij. 
Edward zamrugał oczami. Właśnie miał wejśd z powrotem do swojego 

fantastycznego mercedesa i rozkoszowad się ciepłą kalifornijską nocą... a tu 
nagle znowu tkwił w dusznych zakamarkach trzysta czterdziestego siódmego 
poziomu piekła w towarzystwie rozpartego na drewnianej ławie Ralpha, który 
zerkał na niego spod gęstych czarnych loków peruki. Poprzednio ujawnił się w 
ciele wysportowanego policjanta, a teraz najwyraźniej postanowił zostad 
kapitanem Hakiem, w eleganckim surducie, ze złotym hakiem zamiast dłoni, 
rzeźbioną kulą zamiast nogi i z haftowaną przepaską na oko. 

- Tylko nie kapitan Hak - warknął lekko zirytowany Ralph, który jak zwykle 

przejrzał myśli Edwarda. - On miał parę widzących oczu i obie nogi, o ile dobrze 
pamiętam klasykę powieści dziecięcej. Ale nie o literaturze mieliśmy mówid, 
tylko o moim oku. Nie zgadzam się na odmowę. 

Edward popatrzył na swoje ubranie. Miał na sobie dżinsy i podkoszulek, 

jedwabny garnitur znikł. Machinalnie sięgnął do nieistniejącej kieszeni, żeby 
sprawdzid, czy nadal ma przy sobie torebkę w kształcie łabędzia. Niestety, 
pamiątka po Belli również się zdematerializowała. 

- Nie zmusisz mnie. 
- Zachowujesz się jak zbuntowany nastolatek. Mogę cię zmusid do 

wszystkiego - warknął ze złością Ralph. - Wystarczy ci zagrozid następnym 
tysiącleciem w moim towarzystwie. Pomyśl tylko, jak niewiele brakuje, byś 
zamieszkał gdzie indziej. Wystarczy wypełniad moje polecenia. Zresztą, co masz 
do stracenia? Dziewczyna jest śliczna jak marzenie, a ty kochasz kobiety. Boisz 
się, że jej nie zdobędziesz? Strach cię obleciał? 

Edward pomyślał, że raczej boi się zbyt łatwego sukcesu. To takie nudne 

dla niego, a dla dziewczyny, niestety, zbyt bolesne... 

- Sentymentalny frajer - mruknął Ralph. - Posłuchaj, rozkochaj ją, a potem 

przeled, skorzystaj z życia, a ja przy okazji ocalę oko. Na dodatek przeniesiesz 
się do lepiej klimatyzowanego miejsca, a ona zamieszka z kimś pokroju Aarona, 
kto da jej dzieci, będzie ją zdradzał, a po latach odejdzie do młodszej. 

- Jesteś tego pewien? 
- Ależ skąd! Przyszłośd nie jest zaplanowana aż w takich szczegółach i nie 

tylko ja mam na nią wpływ, myślałem, że to wiesz. Istnieje wiele możliwości. 
Jedyne, co nie podlega dyskusji, to fakt, że na pewno uwiedziesz Bella. Wierz 
mi, spodoba się jej to... 

- Jej przyjemnośd chyba nie ma znaczenia dla procesu leczenia twojego 

oka? 

- Fakt, ale ja po prostu chcę, żebyś czerpał satysfakcję z dobrze 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

wykonanej roboty. Obdarzenie dziewicy rozkoszą to ciężka sprawa, ale ty to 
potrafisz. 

- A jeśli się nie zgodzę? 
- Już mówiłem! Mowy nie ma! 
Edward rozglądał się po małym, rozgrzanym pomieszczeniu, starając się o 

niczym nie myśled. 

- Więc dlaczego wróciłem? 
- A co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że wyjechałeś na letni obóz? Nie 

jesteś na wczasach, masz zadanie do wykonania. Kiedy nie pracujesz, wracasz 
tutaj, nie do apartamentu hotelowego. 

Edward podniósł brew. 
- Chcesz, żebym współpracował, Ralph? - wycedził. - Wobec tego musisz 

ofiarowad mi coś więcej niż tylko mętne obietnice. Zostanę na górze do czasu 
zakooczenia misji, bezdyskusyjnie. Inaczej zrywam umowę. 

Ralph podrapał się po głowie złotym hakiem. Peruka przekrzywiła się 

nieznacznie. 

- Irytujący jesteś, wiesz? Pamiętaj, że zawsze mogę odstąpid od umowy i 

wybrad na twoje miejsce kogoś chętniejszego do współpracy. 

- Więc na co czekasz? 
- Poczyniłeś już pewne postępy. Ona cię lubi, nawet jeśli nie wie, czemu. 

Wolę skorzystad z tego, co już osiągnąłem, niż zaczynad wszystko od początku. 
Masz dwie doby, Edward. Dopadnij ją, bo w przeciwnym razie poznasz 
prawdziwe piekło. Mam cię na oku. 

- Ślepnący podglądacz - mruknął Edward. 
- Nie nadużywaj mojej cierpliwości. 
- Zrobię... - Nie zdążył dokooczyd, bo już stał na balkonie i patrzył na 

rozpościerające się w dole Los Angeles. Doskonale widział wzgórze, na którym 
wznosił się dom Isabelli. 

A więc Ralph odesłał go na górę, ale nie oznaczało to, że przestał 

obserwowad każdy jego ruch, śledzid każdą jego myśl. 

Specjalnie dla Ralpha przywołał najbardziej obraźliwy obraz, jaki mu 

przychodził do głowy, i zaśmiał się szyderczo. 

Noc była chłodna, o jego skórę ocierał się miękki jedwab, a w kieszeni 

wyczuwał ciężar torebki w kształcie łabędzia. Sięgnął po jeden pantofel Belli. 
Postawił go na niskim stoliku i przesunął palcem po jego niedorzecznie wysokim 
obcasie. Nie potrafił zrozumied, jak kobieta może chodzid w czymś tak 
niewygodnym, nie wspominając już o bieganiu. Ani dlaczego kobieta, która nie 
cierpi psów, wraca do płonącego budynku, żeby uratowad jakiegoś zwierzaka. 

Pomyślał, że wkrótce pozna odpowiedź. 
Ale teraz zamierzał ściągnąd garnitur, wsunąd się nago do jedwabnej 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

pościeli i spad jak kamieo. 

 
Było gorące, leniwe popołudnie. Isabella wiele godzin męczyła się z 

usuwaniem resztek sadzy z włosów oraz ciała, a potem poszła spad. Obudziła 
się dopiero w południe, na wyraźne żądanie Ragsa. Psy to zmora ludzkości, 
pomyślała z czułością, prowadząc na spacer częściowo niewidomego, głuchego 
jak pieo springer spaniela, który po wyjściu na podwórze natychmiast zaczął 
skakad niczym szczeniak, a nie dwunastoletni staruszek. Kochała wszystkie psy, 
bez względu na rasę, rozmiary i wiek. Teraz opiekowała się tylko Ragsem, ale w 
przyszłym tygodniu oczekiwała dwóch uratowanych king charles spanieli i już z 
góry cieszyła się na ich przybycie. 

Źle spała. Nie wiadomo dlaczego, cały czas śniła o swojej irytującej 

randce w ciemno. Bywała już na takich spotkaniach, na których poznawała 
nowych mężczyzn, lecz jeszcze nigdy nie spotkała równie przebiegłego faceta. 
Poza tym mocno zapadał w pamięd, przez co był jeszcze bardziej niebezpieczny. 

Edward Masen. Żałowała, że nie potrafi wymazad go z pamięci. 
O dziwo, spodobał się jej. Może przypadł jej do gustu sposób, w jaki 

traktował Jessicę? A może polubiła go dlatego, że jej raczej niezbyt sympatycz-
ne zachowanie nie wywarło na nim żadnego wrażenia? Albo dlatego, że nie 
padł jej do stóp i nie próbował jej obłapiad? A może ogarnęła ją obsesja na 
punkcie jego ust? 

To wszystko nie miało jednak znaczenia, przecież już nigdy go nie 

zobaczy. Z całą pewnością dała mu niezłą lekcję. Facet na długo zapamięta, że 
taka kobieta jak Bella nie musi byd ani potulna, ani łatwa. Nie wspominając już 
o tym, że odeszła bez pożegnania, niestety również bez pary najmodniejszych 
butów i torebki od Judith Leiber. Zawsze lubiła tę torebkę, łabędź odpowiadał 
bowiem jej poczuciu humoru. Poza tym zostawiła w torebce parę cennych 
drobiazgów. 

Jak co dzieo, dośd intensywnie trenowała przez godzinę, a potem 

nagrodziła się wielką kanapką z pieczoną wołowiną oraz butelką piwa marki 
Sapporo. Miała słabośd do tego trunku, chod nie mogła pid tyle, ile by pragnęła. 
Przy każdej nadarzającej się sposobności próbowała rozmaitych gatunków z 
różnych krajów: przerobiła już piwa niemieckie, duoskie i meksykaoskie, a od 
dwóch tygodni testowała smak piw japooskich. Póki co, te odpowiadały jej 
najbardziej, lecz zostało jej do przetestowania jeszcze wielu innych 
producentów, z wielu różnych paostw znanych z produkcji tego wspaniałego 
trunku. 

Miała na sobie dżinsy z odciętymi nogawkami i wytarty biały 

podkoszulek, reklamujący Amerykaoskie Stowarzyszenie Walki z 
Okrucieostwem Wobec Zwierząt. Włosy związała w luźny kooski ogon. Siedziała 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

sobie teraz na trawie pod drzewem. 

Nie włożyła soczewek kontaktowych, bo miała szkła optyczne w 

okularach przeciwsłonecznych. Rags podbiegł i położył się przy niej, opierając 
łeb o jej udo. Wyczuł wołowinę, lecz jako prawdziwy dżentelmen nigdy nie 
żebrał. 

Nie miała żadnych planów na tak piękny dzieo, zresztą nawet gdyby coś 

przyszło jej do głowy, samochód i tak zostawiła w warsztacie. Nie musiała się 
niczym przejmowad, nawet Jessicą. Poza tym udało się jej dad kosza 
niechcianemu partnerowi z randki w ciemno, dlaczego więc nie czuła się 
spokojna i zadowolona? 

Wypiła jeszcze jeden łyk schłodzonego piwa, delektując się jego 

smakiem. Pozwalała sobie tylko na jedno tygodniowo - piwo było tuczące, a 
ona nie zamierzała marnowad pięciu minut sławy z powodu niedostatecznej 
dbałości o ofiarowane jej przez naturę narzędzie do zarabiania pieniędzy, czyli 
szczupłą i zgrabną figurę. 

Nagle usłyszała warkot silnika samochodu, który podjeżdżał do bramy. 

Odetchnęła z ulgą - Jessica wcześniej wróciła. Pewnie cała we łzach, bo przecież 
Aaron to zwykła świnia. Diabli wiedzą, czemu Jessica go kochała. Nie pomagały 
żadne argumenty i rozmowy. 

- Tu jestem! - zawołała i ugryzła następny kęs kanapki, wprost 

imponującej wielkości. - Chodź, opowiesz mi, jak spędziłaś noc. Czy ten ciemno-
włosy i groźny krasnolud był bardzo zły, że dostał ode mnie kosza...? - Nagle 
urwała przerażona, bo zza rogu domu wyłonił się ciemnowłosy i groźny 
krasnolud we własnej osobie. 

- Nieszczególnie - odparł. 
Wciąż nosił okulary przeciwsłoneczne, lecz dzisiaj miał na sobie czarne 

spodnie i czarną jedwabną koszulę. Co prawda nie zawiesił na szyi złotych 
łaocuchów, za to rozpiął kilka guzików. 

Isabella nagle poczuła, że ma ochotę dokładnie obejrzed jego tors. Na 

szczęście nigdy się nie rumieniła. 

- Dobry byłby z ciebie model - oznajmiła, obserwując go z lekko 

przechyloną głową. - Ubranie nieźle na tobie leży. 

- Bez ubrania też prezentuję się interesująco - odparł spokojnym, 

łagodnym głosem. - Zostawiłaś buty i torebkę. Ponieważ nie uważam cię za 
Kopciuszka, chciałem oddad twoje rzeczy Jessice, ale kiedy ją odwiozłem, była 
za bardzo zajęta Aaronem, by zwracad uwagę na to, co się do niej mówi. 

- Zatem skorzystałeś z pretekstu, żeby ponownie mnie zobaczyd? 
- Odniosłem wrażenie, że moje wdzięki najwyraźniej nie rzuciły cię na 

kolana, ale możesz wyprowadzid mnie z błędu, jeśli chcesz. - Postawił buty przy 
basenie, na nich położył torebkę. - Nie cierpisz psów, co? I rozumiem, że 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Sapporo ostatnio produkuje piwo bezalkoholowe? A na kanapce masz tofu w 
kolorze wołowiny? 

Powinna się zirytowad. 
- Masz szczęście, że Rags jest ślepy i głuchy - burknęła tylko. - Nie znosi 

mężczyzn. Jako szczenię był bity przez swojego właściciela i dlatego robi się 
agresywny, kiedy wyczuwa kogoś płci męskiej. 

- Naprawdę? Całkiem jak jego właścicielka. - Nie czekając na zaproszenie, 

usiadł na jednym z żeliwnych krzeseł. 

Rzecz jasna, Rags nagle uświadomił sobie, że w pobliżu jest obcy: uniósł 

głowę, z jego gardła wydobyło się niskie warczenie, i niezgrabnie wstał. 

Isabella usiłowała go chwycid, lecz wyrwał się jej, nienaturalnie szybko 

biegnąc ku Edwardowi. Nie spodziewała się takiej sprawności po swoim chorym 
i ślepym psie. Zamknęła oczy, czekając na to, co nieuchronne. Tymczasem Rags 
nie ugryzł gościa, za to narobił tyle hałasu, że mógłby wystraszyd diabła. 
Zdumiała się, słysząc, że wrogie warczenie nagle ustaje. Otworzyła oczy i 
ujrzała, jak Rags ociera się radośnie o piękne dłonie Edwarda. 

- Najwyraźniej mnie lubi. Następne kłamstwo? 
Isabella pokręciła głową. 
- Jeszcze nigdy nie pozwolił dotknąd się żadnemu mężczyźnie - odparła. - 

To dziwne. 

- Może lepiej zna się na ludziach niż jego właścicielka. 
Wypiła jeszcze jeden łyk piwa. 
- Niech będzie. Przepraszam. Po prostu nie cierpię randek w ciemno. 
- Za mężczyznami też nie przepadasz? 
- Mężczyzn lubię. Pod warunkiem, że znają swoje miejsce - dodała. 
- A gdzie jest ich miejsce? Jak najdalej od ciebie? 
- Zależy od mężczyzny - westchnęła. - Piwa? 
- Wolałbym... 
Przerwał mu dzwonek telefonu. Isabella podniosła słuchawkę, założyła 

nogę na nogę i przechyliła się do przodu. 

Dzwoniła Jessica. 
- Bella! - załkała. 
- Co się stało? 
- Pokłóciłam się z Aaronem. Zostawił mnie tu całkiem samą! 
- Gdzie jesteś? 
- W górach! - chlipnęła. - W domu w Santa Ina, pamiętasz? Przyjechałaś 

tu kiedyś na czwartego lipca. Jestem zupełnie sama i nie sądzę, żeby on wrócił. 

- Świnia! - warknęła Isabella. 
- Co? - wykrzyknęła Jessica. 
- Aaron, nie ty - wyjaśniła Isabella. - Pojadę po ciebie, tylko się uspokój. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Będę jak najszybciej. 

- Przecież nie masz samochodu, jest w warsztacie - przypomniała jej 

roztrzęsiona Jessica i wybuchła jeszcze bardziej rozpaczliwym płaczem. 

Isabella zerknęła na Edwarda, drapał Ragsa za uchem. Zachwycony pies 

ocierał się o jego nogi. 

- Pożyczę auto - zdecydowała. - Tylko daj mi trzy godziny, na pewno po 

ciebie przyjadę. W porządku? 

- W porządku - zgodziła się załamana Jessica. - Bądź jak najszybciej. 
Isabella odłożyła słuchawkę i wstała. 
- Pożyczysz mi samochód? - spytała pozornie spokojnym głosem. 
- Nigdy w życiu. Wykluczone. Chyba, że pojadę z tobą. 
- Jeśli sądzisz, że prześpię się z tobą tylko dlatego, że zechcesz pożyczyd 

mi auto... 

Nie pozwolił jej dokooczyd. 
- Czy chodby słowem wspomniałem o spaniu ze mną? Wynająłem 

samochód z wypożyczalni i nie chcę, żeby ktoś inny siadał za kółkiem. Jeżeli 
chcesz dokądś pojechad, chętnie cię zawiozę. 

Nie umiała się rumienid, ale mogła skarcid się w myślach. Dlaczego, do 

diabła, wymsknęło się jej coś tak piekielnie głupiego? Przecież nie miała pojęcia, 
czy Edward Masen chce iśd z nią do łóżka. Większośd mężczyzn skorzystałaby z 
okazji, lecz Bella przekonała się już, że Edward nie jest taki jak inni. Wydawał się 
znacznie bardziej interesujący, wręcz niebezpiecznie ciekawy. 

- Muszę jechad do domu w górach blisko Santa Ina, żeby zabrad stamtąd 

Jessic

i)

. Posprzeczała się z Aaronem i ten głupiec ją tam zostawił. 

- A więc ruszajmy w drogę - westchnął Edward. 
Gdy wstał, przypomniała sobie, że jest jej wzrostu, co oznaczało, że 

powinna jak najszybciej włożyd buty. Poza tym musiała doprowadzid do 
porządku włosy, zrobid makijaż i ubrad się w coś reprezentacyjnego na podróż. 

- Daj mi chwilę, idę się przebrad. 
- Myślałem, że się spieszymy. 
Popatrzyła na niego. Ogarnęło ją dziwne uczucie. On wyglądał jak z 

obrazka, ona była spocona, rozczochrana i miała na sobie stare szmaty. 

- Chcę ci spojrzed w oczy - oznajmiła nieoczekiwanie. 
- Sądzisz, że brałem narkotyki? 
- Nie. Muszę sprawdzid, czy można ci ufad. 
Podniosła rękę, ściągnęła mu okulary i zajrzała prosto w oczy. Jej serce na 

moment zamarło. Edward miał wyjątkowo ciemne oczy, niemal czarne, a przy 
tym lekko skośne, trochę egzotyczne, głębokie i nieprzeniknione. Mogła tylko 
patrzed bez słowa, czując, że zapada się w nie jak w długi, aksamitny tunel. 

- Teraz ty - mruknął Edward, nie spuszczając z niej wzroku. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- To nie jest rozbierany poker. 
- Zdejmuj. 
Jego niski aksamitny głos miał niemal hipnotyczne działanie. Isabella 

zdjęła okulary. 

- Nie mam soczewek kontaktowych - wyjaśniła. - Nie będę mogła 

zobaczyd cię wyraźnie. 

Mimo to doskonale widziała jego twarz. Patrzyła mu w oczy, czuła na 

sobie jego spojrzenie. Po jej skórze przebiegł dreszcz. Zapragnęła... 

Nie wiedziała, czego zapragnęła. Pospiesznie włożyła okulary i zrobiła 

krok do tyłu. 

- Zadowolony? 
- Jeszcze nie. A co z psem? Nie będzie mu smutno bez pani? 
Jak dotąd, żaden mężczyzna nie wyraził troski o jej psa. 
- Da sobie radę. Moja gospodyni przyjdzie później i go nakarmi. Kiedy nie 

ma mnie w domu, po prostu zabiera go do siebie. Jest do niej przyzwyczajony. 

- Wobec tego w drogę. 
- Potrzebne mi są pantofle. 
Uśmiechnął się. Jeszcze jedno niebezpieczeostwo: jego ciemne, 

tajemnicze oczy i ten jego lekki, ironiczny uśmiech wyglądały niesłychanie 
atrakcyjnie, a ona wcale nie pragnęła się nimi zachwycad, ani w ogóle 
interesowad się tym mężczyzną. 

- Weź te pantofle, które przyniosłem, chyba że już je wykorzystałaś i nie 

czujesz potrzeby sięgad po nie ponownie. 

- Co masz na myśli? 
- Pokazałaś mi, gdzie jest moje miejsce. Myślę, że teraz możesz spokojnie 

włożyd coś na płaskiej podeszwie. I tak wiem, że jesteś górą. 

Mało brakowało, a włożyłaby pantofle na obcasach. Powstrzymała się 

jednak i wybrała podniszczone sandały, które leżały na brzegu basenu. 

- A torebka? - spytała. 
Edward rzucił jej torebkę w kształcie maleokiego łabędzia wysadzanego 

paciorkami. Nie trzymała w niej nic poza studolarowym banknotem, prawem 
jazdy i kartą bankomatową. Mimo wszystko były to dla niej cenne rzeczy. 

- Jestem gotowa - oznajmiła, nie do kooca pewna, czy mówi prawdę. 
Czarny mercedes stał na podjeździe. Rzecz jasna, był to ten sam 

samochód, którym Edward przyjechał poprzedniego wieczoru. 

- Rozumiem, że nadal upierasz się przy prowadzeniu auta? 
- Jak najbardziej. Otworzyd ci drzwi? Na pewno tak. Bo jeśli tego nie 

zrobię, to poczujesz się urażona. 

Ponownie udało mu się ją zaskoczyd. Czyżby poprzedniego wieczoru 

odczytał jej myśli? Wykluczone. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Sama sobie otworzę. 
- No to na co czekasz? Wskakuj. 
Wahała się jeszcze przez chwilę. Sama nie wiedziała, dlaczego przyszło jej 

do głowy, że jeśli to zrobi, spali za sobą wszystkie mosty. Czuła, że kiedy 
wsiądzie do tego samochodu, jej życie całkiem się zmieni. 

Otrząsnęła się z tych dziwnych obaw i wsiadła. Jessica jej potrzebowała. 

Nie było czasu na absurdalne lęki. 

Nie zamierzała przepłynąd rzeki Styks, a Edward nie był Charonem. Nie 

była Persefoną ani Kopciuszkiem, po prostu jechała pomóc przyjaciółce... A że 
jechała w towarzystwie fascynującego mężczyzny, którego prawie wcale nie 
znała? Cóż z tego? Da sobie radę. Jak zawsze. 

 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Możliwe, że przeciwstawienie się woli Ralpha było najgłupszym 

pomysłem, jaki mu kiedykolwiek przyszedł do głowy, zarówno przed śmiercią, 
jak i po niej. Isabella była piękną i atrakcyjną kobietą. W krótkich dżinsowych 
szortach i podkoszulku, uczesana w kooski ogon, sprawiała wrażenie 
najseksowniejszej dziewczyny na świecie. Nie nosiła stanika, za co Edward w 
duchu szczerze podziękował Ralphowi. Doszedł do wniosku, że nie zdoła się jej 
oprzed. Mógł tylko liczyd na to, że dziewczyna wykaże więcej silnej woli niż on. 

Miała nieprawdopodobne oczy. Kiedy Edward dyskretnie na nią zerkał, 

przychodziły mu do głowy jeszcze takie określenia, jak: przebojowa, rewelacyj-
na, cudowna, a i tak uważał, że są zbyt stonowane. Gdy zdjęła okulary i uważnie 
na niego popatrzyła, wydała mu się łagodna i niemal... słodka. Tak słodka, że 
musiał jej spróbowad. 

Spojrzał na nią. Siedziała na fotelu dla pasażera, ściskając w pięknych 

dłoniach śmieszną torebkę. Nie potrafił odgonid natrętnych myśli o tych smuk-
łych palcach na swoim ciele. 

- Masz sentyment do łabędzi? 
- Nie, zbieram torebki. 
- Ale nie przypadkiem wybrałaś łabędzia? 
- Nie. - Spojrzała na niego badawczo. 
- Jako dziewczynka byłaś zbyt wysoka i niezgrabna, przez co zawsze się 

czułaś jak brzydkie kaczątko, a teraz utożsamiasz się z łabędziem? 

- Nie jesteś taki bystry, jak ci się wydaje - prychnęła. - Jestem łabędziem, 

który wolałby byd kaczątkiem. Problem w tym, że trzeba brad to, co się dostało, 
i nauczyd się z tym żyd. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Biedactwo. Taka uroda to faktycznie przekleostwo - westchnął 

ironicznie. 

- Idź do diabła. - Łypnęła na niego ponuro. 
Zaśmiał się i ugryzł się w język, by nie powiedzied: ,,Już u niego byłem’’. 
- Przepraszam. Chyba powinienem byd bardziej uprzejmy. 
Przesunęła okulary na czoło, żeby lepiej się przyjrzed Edwardowi, dzięki 

czemu ponownie miał okazję podziwiad jej piękne oczy. 

- Mój charakter nie pasuje do wyglądu zewnętrznego - westchnęła. - 

Jednak nie lubię niczego marnowad. Otrzymałam wielki boży dar, więc 
zamierzam z niego korzystad, dopóki się da. Gdy już nie będę mogła dłużej 
korzystad z tego bożego daru, gdy już będzie po wszystkim, wówczas podejmę 
pieniądze i przeprowadzę się jak najdalej od Los Angeles. 

- I co będziesz robid? 
- Wszystko, na co mi przyjdzie ochota. A ty? Czym się zajmujesz? 

Zapewne pracujesz w reklamie, tak jak Aaron. 

- Nie przepadasz za mną, prawda? - westchnął. 
- Jak dotąd nie dałeś mi powodów do sympatii. - Wzruszyła ramionami. 
Przez chwilę wahał się z odpowiedzią na jej poprzednie pytanie. 
- Gram - wyjaśnił w koocu. 
- I tak zarabiasz na życie? - prychnęła z powątpiewaniem. 
Wzruszył ramionami. 
- Komponuję. Muzykę dla różnych filmów, trochę dla telewizji. Jakoś 

wiążę koniec z koocem. 

Jego słowa zabrzmiały dziwnie wiarygodnie, chociaż wymyślił to na 

poczekaniu. 

- I tym się zajmujesz, mieszkając gdzieś dalej na południu, w znacznie 

gorętszym miejscu? 

Zapomniał, że to powiedział. Najwyraźniej słuchała uważniej, niż sądził. 
- Nie, stamtąd pochodzę. Teraz mieszkam na małej wysepce w Zatoce 

Pugeta. Na szczęście to wolny zawód. - Postanowił zmienid temat. - Nie 
przepadasz za zawodem modelki? 

Przez chwilę podejrzewał, że Isabella wybuchnie gniewem, tymczasem 

ona wsunęła okulary na nos i nieco się odprężyła. 

- Ta praca ma swoje dobre strony - powiedziała. - Zarabiam mnóstwo 

pieniędzy i lubię przebieranki. Już jako dziecko uwielbiałam fantazjowad, 
pewnie dlatego, że nie miałam rodzeostwa. Teraz udaję, że jestem kimś innym, 
a potem wracam do domu i jestem sobą. 

- Którą rolę wolisz? 
- Wolę byd sobą - odparła bez wahania. 
- Ja też taką cię wolę. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Co? Nie rozumiem... 
- Wolę cię taką prawdziwą, inną od tych wszystkich kobiet, które udajesz. 

Pod warunkiem, że nie zgrywasz bohaterki, doprowadzając mnie do stanu 
przedzawałowego. 

- Nie wyglądasz na człowieka o słabych nerwach - mruknęła. - Dlaczego 

zgodziłeś się mnie odwieźd? Jestem pewna, że masz mnóstwo innych zajęd 
podczas pobytu w Los Angeles. 

- Nic szczególnie interesującego. Zresztą... chyba cię lubię... 
Isabella nie kryła zdumienia. 
- Lubisz mnie? - powtórzyła. - Mężczyźni mnie nie lubią. Chcą ze mną 

sypiad, wykorzystywad mnie, zakochiwad się we mnie, ale mnie nie lubią. 

- Och, i ja chciałbym się z tobą przespad. Rzecz w tym, że sypiam tylko z 

kobietami, które lubię. 

Wyglądała na zmieszaną, lecz w koocu sama była sobie winna, to ona 

poruszyła ten temat. 

- Nie lepiej sypiad z kobietami, które się kocha? - spytała przekornie. 
- Kto wie? Chyba jeszcze trochę za wcześnie, bym się w tobie zakochał. 

Jeśli jednak chcesz, mogę spróbowad... 

- Żartujesz sobie. - Zaśmiała się głośno. - Zresztą dobrze wiem, dlaczego 

przyjechałeś do mojego domu, chod mieszkam tak daleko. 

- Czyżby? 
- Jestem bystrzejsza, niż sądzisz. Jessica wpadła ci w oko. Wczoraj 

wieczorem zwracałeś na nią większą uwagę niż na mnie. 

- Dałaś mi wyraźnie do zrozumienia, że sama potrafisz o siebie zadbad. 

Sprawiłem ci przykrośd? 

- Skąd. Uwielbiam Jessicę, a ty byłbyś dla niej zdecydowanie lepszą partią 

niż ten pyszałkowaty Aaron. Moglibyście... 

Jechali z dużą prędkością i nagle Edward nieco zbyt mocno przycisnął 

pedał hamulca. samochód zatrzymał się z piskiem opon. 

- Jessica nie wpadła mi w oko - oświadczył stanowczo. - W 

przeciwieostwie do ciebie. 

Nie mogąc już dłużej czekad, nagle ujął jej podbródek w dłoo i pocałował 

ją w usta, jednocześnie drugą ręką odpinając pas bezpieczeostwa. 

Miała chłodne wargi. Pozwoliła się pocałowad, lecz nie odwzajemniła jego 

pocałunku. Edward poczuł się zniechęcony. Zawsze uważał, że całkowita 
biernośd kobiety w zupełności wystarcza do ostudzenia miłosnych zapałów 
mężczyzny. Nic dziwnego, że Bella wciąż była dziewicą. 

Edward nie miał jednak zamiaru ruszad w dalszą drogę, dopóki jego 

wybranka nie wykaże więcej entuzjazmu. Nie chodziło mu o wypełnienie pole-
ceo Ralpha, lecz o zaspokojenie zwykłej męskiej ambicji. Nagle zapragnął, by 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Isabella też go pocałowała. Przesunął językiem po jej wargach, rozkoszując się 
ich smakiem, a następnie się cofnął, zaglądając w ciemne szkła jej okularów 
przeciwsłonecznych. 

- Nie przepadasz za całowaniem? 
- Niespecjalnie to lubię - mruknęła chłodno. 
- Wobec tego najwyraźniej dotąd nie spotkałaś odpowiedniego 

mężczyzny. - Delikatnie przywarł wargami do jej ust. Nie domagał się od niej 
aktywności ani jej nie poganiał. Postanowił zastosowad taktykę małych 
kroczków. Na chwilę zamierał, po czym kontynuował pieszczotę. Dotykał twarzy 
Isabelli ustami i ocierał się o jej policzki, jednocześnie delikatnie pieszcząc języ-
kiem kąciki jej ust. 

Nie była już tak chłodna jak na początku. Dotknął ustami jej szyi i wyczuł 

językiem puls. Przesunął wargi wyżej, do ust, i łagodnie zmusił dziewczynę, by 
je rozchyliła. Pieścił ją i drażnił, mając świadomośd, że jej tętno gwałtownie 
przyspiesza. Edward chętnie oddałby dziesięd lat życia za możliwośd dotknięcia 
tych niedużych piersi o idealnym kształcie, ukrytych pod koszulką. Problem w 
tym, że nie pozostał mu ani jeden rok życia. On przecież już dawno nie żył. 
Postanowił więc zadowolid się jej kształtnymi ustami, zwłaszcza że drgnęły pod 
wpływem pocałunku, lekko, ale wyraźnie. 

Przywarł do nich nieco mocniej. Otworzyła usta, a on nie miał już siły, by 

się powstrzymywad. Musiał wsunąd język między jej zęby. Nie przypominał 
sobie, by kiedykolwiek tak bardzo pragnął pocałowad kobietę. 

Jęknęła cicho, a to absolutnie wystarczyło, by niemal eksplodował. Ten 

jęk ponad wszelką wątpliwośd świadczył o jej pożądaniu. 

Edward natychmiast zaczął się zastanawiad, czy potrafiłby ją skłonid do 

zdjęcia tych krótkich szortów i położenia się na tylnej kanapie auta. 

Podniosła dłoo i dotknęła jego twarzy w chwili, gdy sięgał do blokady jej 

pasa bezpieczeostwa. Miała chłodną skórę i drżące palce. 

Dośd. Cofnął się, ciężko dysząc, i ponownie popatrzył na szkła jej 

okularów. 

- Wpadłaś mi w oko ty, a nie Jessica - oznajmił głośno i uruchomił silnik, 

by wjechad na drogę. 

 
Isabella usiłowała wcisnąd się w fotel, lecz uświadomiła sobie, że 

przeszkadzają jej w tym zbyt długie nogi. Skrzyżowała ręce na piersiach i 
dopiero wówczas dotarło do niej, że nie włożyła stanika. Ze zgrozą zauważyła 
sterczące pod cienką bawełną twarde sutki. 

Chciała wytrzed usta. Nie, właściwie miała ochotę dotknąd warg, żeby 

sprawdzid, czy zaszła w nich jakaś zmiana. Przyciskała ręce do tułowia i w tej 
pozycji szukała ukojenia. Była poruszona i niepewna. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Zerknęła na niego, kiedy z powrotem włączał się do ruchu. Wcale nie 

wyglądał na kogoś, kto przez ostatnich pięd minut całował ją tak mocno, że 
oboje tracili dech. Byd może było to widad jedynie po jego ustach, lecz Isabella z 
całą pewnością nie odważyłaby się spojrzed teraz na jego wargi, bo wiedziała, 
że zapragnęłaby ponownie poczud je na swoich. 

Nieznośna cisza dodatkowo pogarszała sytuację. Isabella postanowiła 

zapanowad nad drżeniem głosu. 

- Całkiem nieźle całujesz - pochwaliła go z pozornym chłodem w głosie. - 

Z pewnością masz bogate doświadczenie. 

Rzucił na nią okiem i uśmiechnął się krzywo. 
- Czego się nie da powiedzied o tobie - mruknął. 
Nie była pewna, jak to rozumied. 
- Chcesz powiedzied, że nie przypadł ci do gustu nasz pocałunek? 
- Skąd, przeciwnie. Ogromnie mi się podobał. Bardzo interesujące 

przeżycie. 

- Nie sądziłam, że całowanie się można traktowad w takich kategoriach. 
- Jeśli chcesz, zjadę na pobocze i zademonstruję ci, jak bardzo 

interesujące i poruszające bywa całowanie. 

- Nie! - krzyknęła, wyraźnie przestraszona. 
- W porządku. - Ponownie obdarzył ją uśmiechem. - Możemy się zabawid 

później. 

- Nie, nie możemy! 
- Oczywiście, że nie, jeśli sobie tego nie życzysz. 
- Nie życzę! Za nic! 
- Za nic? - mruknął. 
Nie mógł tego przewidzied. Nikt nie mógł. Zdaniem większości ludzi 

Isabella ukrywała gdzieś swoją kochankę... lesbijkę. Wielu sądziło, że jej życie 
seksualne jest tak niesłychanie wyuzdane, że musi je trzymad w tajemnicy. 
Nikomu nie przyszło do głowy, że słynna modelka nie ma żadnej kochanki, a jej 
jedyna dewiacja seksualna polega na tym, że do dziś zachowała dziewictwo. 
Nawet gdyby postanowiła to ogłosid wszem i wobec, nikt by jej nie uwierzył. A 
zresztą, po co miałaby decydowad się na taki krok? Póki co, nie zamierzała 
uprawiad seksu. Postanowiła, że kiedy już wreszcie podejmie tę ważną decyzję, 
to przed pójściem z mężczyzną do łóżka najpierw dobrze go pozna, a przede 
wszystkim uprzedzi, że to jej pierwszy raz. Nie wyobrażała sobie, by mogła 
wskoczyd do łóżka z obcym facetem, którego zna od niespełna dwudziestu 
czterech godzin. Mimo że - o dziwo - miała na to ochotę. 

Ogólnie biorąc, nie mogła zrozumied, co się z nią dzieje. Gustowała w 

wysokich, postawnych mężczyznach, a nie w smukłych i eleganckich. Po-
trzebowała dużo czasu, by się oswoid z nowym znajomym, podczas gdy on 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

wprawiał ją w osobliwy, niepokojący nastrój. 

Nie mogła przestad o nim myśled. 
Nigdy nie miała żadnych obiekcji w stosunku do seksu. Kilka lat temu o 

mały włos nie poszła z kimś do łóżka. Zdarzyło się to dwa razy. Jednak za 
każdym razem wycofywała się w ostatniej chwili, ku bezbrzeżnemu 
rozczarowaniu zainteresowanych mężczyzn. Za trzecim razem, gdy znowu 
odmówiła, postanowiła w ogóle nie dopuszczad do podobnych sytuacji, jeśli nie 
będzie absolutnie zdecydowana na ostateczny krok. Od tamtego czasu ani razu 
nie poczuła pokusy. 

Teraz też jej nie czuła. Uważała, że pójście z Edwardem do łóżka byłoby 

szaleostwem. Owszem, ten mężczyzna potrafił całowad... ale tylko tyle. Była to 
taka sama umiejętnośd, jak każda inna. Niektórzy ludzie umieli dobrze grad na 
fortepianie, inni w tenisa, a jeszcze inni potrafili świetnie malowad. Wiadomo, 
że praktyka czyni mistrza. Aby dojśd do takiego poziomu mistrzostwa, na pewno 
musiał dużo trenowad, a ona nie miała zamiaru obdarzad uczuciem mężczyzny, 
który w taki sposób traktuje kobiety. 

Skoro jednak tak dobrze całował, jaki byłby seks z nim? Każdy, kto 

potrafił przelad tyle zmysłowości w proste zetknięcie ust, z pewnością umiałby 
zmienid zwykły stosunek seksualny w wyjątkowe przeżycie... Nagle zdała sobie 
sprawę, że przecież nie wiedziała, jaki jest ten zwykły stosunek, więc czemu 
miałaby fantazjowad o tym wyjątkowym? 

Przesunęła okulary na czubek głowy i spojrzała na krajobraz, skąpany w 

jaskrawym popołudniowym świetle. Była krótkowidzem, miała też lekką wadę 
wzroku. Bella potrafiła obyd się bez okularów, mimo że wówczas jej życie 
stawało się nieco bardziej skomplikowane. Liście na drzewach rozmazywały się, 
tworząc zieloną plamę na tle błękitnego nieba, a droga zmieniała w szarą 
kreskę. Isabella popatrzyła na Edwarda. Siedział dośd blisko, by widziała go 
wyraźnie. Zbyt wyraźnie. 

Przebywała już w towarzystwie wielu mniej lub bardziej rozebranych, 

urodziwych mężczyzn, hetero - i homoseksualistów, lecz jeszcze nigdy nie była 
w równym stopniu zafascynowana niczyją twarzą ani ciałem. Edward miał 
naturalny, kremowy, aksamitny kolor skóry, wysoko osadzone kości policzkowe, 
wąski nos i najpiękniejsze usta, jakie kiedykolwiek całowała. Uroda nigdy jednak 
nie należała do wartości, które ceniła najwyżej. Wiedziała, jak ulotne bywa 
piękno, które na dodatek wynika wyłącznie z prostej kombinacji genów oraz 
szczęścia. To absurdalne, że ludzie przywiązują do urody tak ogromną wagę. 
Nigdy nie rozumiała, dlaczego ugania się za nią aż tylu facetów, których 
fascynuje wyłącznie jej wygląd. Tymczasem teraz sama nie mogła oderwad oczu 
od Edwarda. Zastanawiała się, jak by to było... 

- Zanosi się na deszcz - mruknął. Z pewnością poczuł na sobie jej 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

spojrzenie. Na jego ustach błąkał się lekki uśmiech. 

- W Kalifornii nigdy nie pada - oznajmiła stanowczo. - Zresztą na niebie 

nie ma ani jednej chmurki. 

Nic nie odpowiedział. Nad ich głowami z jaśniała pierwsza błyskawica, a 

zaraz potem ziemią wstrząsnął potężny grzmot. Edward uruchomił wycieraczki, 
zanim pierwsze krople uderzyły o szybę, i nieznacznie zredukował 
niebezpieczną prędkośd. 

Kiepska pogoda sprawiła, że we wnętrzu samochodu zrobiło się ciemno, 

a jednocześnie ciaśniej oraz intymniej. 

- To twoja sprawka? - spytała podejrzliwie, mając świadomośd, jak 

niedorzeczna jest jej sugestia. 

- Co masz na myśli? Zmianę pogody? Tam, gdzie mieszkam, mam dośd 

deszczu, nie muszę modlid się o niego tutaj. 

Tymczasem na ziemię spływały prawdziwe potoki wody. 
- Gwałtowne opady bywają niebezpieczne. Jezdnia staje się piekielnie 

śliska. 

- Nie mam zamiaru doprowadzid do wypadku. Jedziemy z misją 

ratunkową, mam nadzieję, że pamiętasz? Co poczęłaby Jessica, gdybyśmy wylą-
dowali w rowie? 

Przygryzła wargę. Jeszcze nigdy w życiu nie była równie zazdrosna o inną 

kobietę, lecz jednocześnie wiedziała, że wzmianka o Jessice mogła zachęcid go 
do podjęcia próby udowodnienia, że się nią nie interesuje. Tymczasem Isabella 
nie chciała, żeby całował ją tylko z tego powodu. W ogóle nie chciała, żeby ją 
całował! 

- Nie powiedziałaś mi, gdzie zniknęłaś wczoraj wieczorem - powiedział po 

chwili. 

- Razem z szefem kuchni pojechałam na pogotowie weterynaryjne. Facet 

był niemal równie wstrząśnięty, jak biedny choux - fleur i potrzebował wsparcia 
moralnego. 

- A ty postanowiłaś z nim jechad, bo nie znosisz psów? 
- Niech będzie, lubię psy - przyznała. - Po moim domu zwykle włóczy się 

pięd lub sześd. Jestem członkiem organizacji, która się nimi zajmuje. 

- Co robisz w wolnym czasie? 
- Stanie przed aparatami fotograficznymi i strojenie min nie jest aż tak 

angażujące - oznajmiła pogodnie. - Poza tym ustaliliśmy już, że piję alkohol, jem 
czerwone mięso, lubię psy i popełniam tysiąc innych grzechów. 

- Poważnie? Wymieo jakiś. 
- Łatwo się irytuję, kiedy obcy mężczyźni zadają mi pytania. 
- Już nie jestem obcy. - Niebo przeszyła jeszcze jedna, niepokojąco bliska 

błyskawica. - Powiesz mi dokładniej, dokąd jedziemy? 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Do pięknego domku w górach. Aaron uprawia tam seks. 
- Poważnie? Kiedy uprawiałaś seks z Aaronem? 
- Nigdy! - Przeszył ją dreszcz na samą myśl o mięsistych paluchach 

dotykających jej ciała. - W zeszłym roku pojechałam tam z Jessica na piknik z 
okazji Święta Niepodległości. 

- I wciąż pamiętasz drogę? 
- Mam dobrą orientację w terenie, nigdy się nie gubię. 
Edward milczał. Gdy w samochodzie zrobiło się ciemno, zdjął okulary, 

lecz ani na moment nie odrywał wzroku od jezdni. Isabella musiała przyznad, że 
jego oczy były równie niepokojąco ładne, jak usta. 

Deszcz jednostajnie bębnił o samochód, a pod oponami szumiała mokra 

droga. Powieki Isabelli zaczęły opadad. Musiała odzyskad czujnośd, lecz miała za 
sobą długą i ciężką noc, a Rags obudził ją wcześnie rano. Nic dziwnego, że 
zapragnęła skorzystad z okazji i uciąd sobie drzemkę. 

- Śmiało - zachęcił ją Edward. - Przy takiej pogodzie musimy jechad 

wolniej. Na miejsce dotrzemy dopiero za jakieś dwie godziny. W tym czasie 
możesz się przespad. 

Chciała go spytad, skąd wie, ile czasu będą jechali do domku w górach. 

Skąd wiedział, że będzie padało. Była jednak zbyt zmęczona na prowadzenie 
rozmowy. 

- Dobrze - mruknęła sennie i oparła głowę o drzwi. - Mam nadzieję, że nie 

chrapię. 

- Nie wiesz tego? Któryś z twoich kochanków z pewnością by ci to 

powiedział. 

Któryś z kochanków? Nie była aż tak senna, żeby niechcący wyjawid 

prawdę. Zresztą i tak by jej nie uwierzył. 

- Wszyscy moi kochankowie najwyraźniej byli zbyt uprzejmi, by w ogóle 

poruszyd ten temat - wymamrotała i ziewnęła, poprawiając się na fotelu. 

- To miło. Nie ma nic przyjemniejszego niż kulturalny partner. 
Powinna była odpowiedzied, lecz już prawie spała. Wiedziała, że przyśnią 

się jej niebezpieczne pocałunki. 

 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
- Wątpię, by ktoś tam był. Możliwe również, że skręciłem w niewłaściwą 

drogę. 

Isabella obudziła się nagle. Edward zatrzymał mercedesa. Światło 

reflektorów rozświetlało mrok i deszcz, widzieli niewyraźne zarysy domu z bali. 

- Dojechaliśmy na miejsce - oznajmiła, otwierając drzwi. Rzuciła się 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

pędem ku domowi, do środka wbiegła kompletnie przemoczona. Drzwi były ot-
warte, a dzięki reflektorom samochodowym bez trudu zlokalizowała włącznik 
światła. Nacisnęła przycisk, ale w mrocznym domu nie zabłysła ani jedna 
żarówka. 

- Prąd jest wyłączony! - zawołała przez ramię. Edward stał tuż za jej 

plecami. Wyszedł z samochodu, nie gasząc silnika. 

- Wobec tego poszukajmy Jessicę i wynośmy się stąd - zasugerował. - 

Nawierzchnia zaczyna rozmiękad, a do tego miejsca chyba nie prowadzi inna 
droga. 

- To prawda. - W świetle reflektorów Isabella dostrzegła notatnik na 

drewnianym blacie. - Niech mnie wszyscy diabli - zaklęła, pobieżnie przegląda-
jąc bazgroły Jessici. - Spóźniliśmy się. Odjechała. Najwyraźniej pogodziła się z 
Aaronem i oboje wyruszyli do Cancun, żeby wziąd ślub! - Rzuciła notatnik na 
blat. - Nie mogę uwierzyd, że jest aż tak łatwowierna! 

- Chwilowo to nasze najmniejsze zmartwienie. Też powinniśmy się stąd 

wynosid. Zatrzymamy się na kolację w drodze powrotnej. Tym razem będziesz 
mogła zjeśd cały befsztyk i wypid tyle piwa, ile zechcesz. 

- Tak ci się tylko wydaje - mruknęła. - Moje idealne ciało wymaga 

starannej pielęgnacji. Innymi słowy, tygodniowo przysługuje mi tylko jedno 
piwo i już wyczerpałam swój limit. A befsztyk jest tuczący. 

- Twoje idealne ciało? Kwestia gustu. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, 

mogłabyś się nieco podtuczyd. 

- Od razu widad, że znasz drogę do serca dziewczyny - prychnęła 

ironicznie. - Poza tym nie przypominam sobie, żebym cię o to pytała. Moje ciało 
to narzędzie pracy, i taki mam do niego stosunek. Po prostu musi byd zadbane i 
sprawne. 

- Narzędzie pracy, mówisz? A jak je nagradzasz? 
- Nagrody są dopuszczalne, chod ograniczone, bo tuczą. Będę jeszcze 

miała sporo czasu na rozkosze podniebienia, kiedy moje pięd minut sławy 
dobiegnie kooca. 

- Nie mówiłem o jedzeniu. Od seksu się nie tyje. 
W pomieszczeniu było zbyt ciemno, aby w pełni odczuł siłę jej 

lodowatego spojrzenia, więc puściła jego komentarz mimo uszu. 

- Porozmawiamy o kolacji, kiedy będziemy w drodze - oświadczyła, 

usiłując opanowad dreszcze. W pokoju panował przenikliwy chłód. 

- Nie mówiliśmy o jedzeniu - przypomniał, idąc za nią na deszcz. 
Natychmiast po wejściu do samochodu nastawił ogrzewanie na 

najwyższy poziom, potem wrzucił wsteczny bieg i pojechał tyłem wąską drogą, 
sprawnie omijając dziury w nawierzchni. Isabellę oblała fala rozkosznego ciepła. 
Dziewczyna właśnie przestawała drżed, kiedy pojazd nagle się zatrzymał. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Co się stało? - wykrzyknęła, chod od razu zrozumiała, w czym rzecz. 

Drogę przed nimi przecinał szeroki strumieo rwącej wody. 

- Koniec podróży. 
Wpatrywała się w miejsce, które do niedawna było drogą. 
- Dlaczego nie możesz jeździd wielką terenówką, jak reszta mieszkaoców 

Los Angeles? - spytała z goryczą. 

- Przez taki potok przejechałbym tylko czołgiem - mruknął i znowu wrzucił 

wsteczny bieg. - Ty zresztą również. Nie wiesz, że nigdy nie wolno wjeżdżad w 
taką wodę? Nie wiadomo, co się pod nią kryje. Nie mam ochoty cię zabid. 

- Nie martwisz się o własną skórę? 
- Niespecjalnie. - Uśmiechnął się enigmatycznie. 
- Uważasz, że czuwa nad tobą twój prywatny anioł stróż? 
Tym razem się zaśmiał. 
- Można tak to ująd. Ma na imię Ralph. 
- Kto daje swojemu aniołowi stróżowi na imię Ralph? 
W milczeniu podjechał pod dom. 
- Zostao w samochodzie, a ja poszukam świec. 
Isabella miała fatalny humor. Myśl o spędzeniu nocy w miłosnym 

gniazdku Aarona, w towarzystwie Edwarda Masen’a, napełniła ją dziwnym 
niepokojem. 

- Ani myślę. - Wyskoczyła z samochodu, wyprzedzając towarzysza. 
Zanim dotarł za nią do domu, zdążyła przetrząsnąd większośd szuflad w 

kuchni. Nie znalazła w nich nic godnego uwagi. Edward wszedł za nią, 
oświetlony od tyłu reflektorami mercedesa, nadal skierowanymi na okna. Cała 
sytuacja wydawała się osobliwa. Nagle światła samochodu zgasły, a dom 
pogrążył się w ciemnościach. 

- Do diabła - usłyszała głos z mroku. - Myślałem, że automatyczny 

wyłącznik świateł uruchamia się później. Znalazłaś świece? 

Głos Edwarda był coraz bliżej, a Isabella wpadła w popłoch. Usiłowała 

odejśd, nie stad mu na drodze, a tymczasem w następnej chwili zderzyła się z 
jego twardym ciałem. Znieruchomiała, gdy złapał ją za ręce. Czuła ciepło jego 
skóry i miała wrażenie, że jej serce zaraz wyskoczy z piersi. Krew pulsowała w 
jej żyłach, miała dreszcze. Zapewne ogarnął ją strach, chod wiedziała, że nie ma 
się czego obawiad. Nie zamierzał jej skrzywdzid. 

Nerwowo wyrwała się z jego uścisku. Edward jej nie powstrzymywał. 
- Nie wierzę, żeby Aaron nie miał ani jednej świecy w całym domu - 

wymamrotała, po omacku usiłując wydostad się z kuchni. - To jego miłosne 
gniazdko. Kiedy tu ostatnio przyjechałam, wszystko było przygotowane na 
miłosny wieczór. 

Jeszcze nie zdążyła dokooczyd zdania, a już miała ochotę wymierzyd sobie 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

kopniaka. Nie potrafiła opędzid się od natrętnych myśli o seksie. 

- Wobec tego pewnie szukamy w nieodpowiednim miejscu - odparł 

spokojnie Edward. Usłyszała trzask zapalniczki i w jego dłoni pojawił się mały 
płomieo. - Może przejrzymy pokoje? 

- Palisz? 
- Już nie - odparł lekko rozbawiony. Jego sposób mówienia był zarazem 

irytujący i atrakcyjny. Jeszcze nie miała pewności, czy lubi tego mężczyznę, czy 
też powinna raczej traktowad go jak resztę znanych sobie mężczyzn. Nie, on się 
jednak od nich różnił. To, co do niego czuła, wydawało się o wiele bardziej 
skomplikowane, a ona nie była w nastroju na rozwikływanie skomplikowanych 
problemów. 

Edward pierwszy znalazł świece, i to od razu całą furę: stały we 

wszystkich dostępnych miejscach w pokojach. Gdy je pozapalał, środek pokoju 
był pełen ciepłego światła, za to w kątach nadal czaiły się ciemności. 

- Proszę bardzo! - obwieścił triumfalnie i ponownie spojrzał na Isabellę. - 

Wszystko gotowe na miłosny wieczór. 

- Jestem innego zdania - mruknęła wyniośle. 
- Zmarzłaś. Nie chcę nic sugerowad, lecz powinnaś chyba znaleźd jakieś 

suche ubranie. Ja w tym czasie rozpalę w kominku. Jestem gorącym entuzjastą 
mokrych podkoszulków, lecz ty drżysz. 

Z przerażeniem opuściła wzrok. Nawet w tym świetle wyraźnie widziała 

zarys swoich drobnych piersi, opiętych cienką i wilgotną bawełną. Równie 
dobrze mogłaby paradowad nago. 

Machinalnie skrzyżowała ręce, ukrywając piersi. Jednocześnie ze 

zdumieniem poczuła, że ma ochotę ściągnąd podkoszulek przez głowę i cisnąd 
nim w Edwarda. Z pewnością nie odkryłaby więcej niż do tej pory, a myśl o jego 
wstrząśniętej minie wydawała się kusząca. Isabella była przyzwyczajona do 
nagości, już od dawna pracowała jako modelka, lecz rozebranie się przed 
wyraźnie zainteresowanym seksualnie mężczyzną to zupełnie inna sprawa. 

Edward rzeczywiście sprawiał wrażenie zainteresowanego. Nawet jeśli 

żywiła co do tego jakieś wątpliwości, pozbyła się ich w samochodzie, kiedy ją 
pocałował. Nie kłamał: nie był zainteresowany Jessicą. 

Pospiesznie chwyciła jedną ze świec zapachowych. 
- Idę na górę, może tam znajdę jakieś ubrania. Znając Aarona 

podejrzewam, że zaopatrzył się we wszystkie rozmiary najrozmaitszej bielizny 
erotycznej, żeby mied w co stroid przyjaciółki. 

- Obiecanki cacanki - mruknął. 
Większą częśd domku z cedru i ze szkła zajmował duży pokój gościnny na 

dole, na górze znajdowała się spora sypialnia. Panowały tam egipskie ciemności 
i polarny chłód, lecz bez większego trudu zlokalizowała jeden ze zbyt dużych 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

podkoszulków Aarona oraz parę szortów gimnastycznych. Mokre ubranie 
cisnęła na podłogę, w prezencie dla Aarona, żeby mógł sobie pofantazjowad, 
kiedy następnym razem przyjedzie do chaty. 

Nie wątpiła, że wróci, i to bez Jessici. Ten związek od samego początku 

nie miał szans, lecz żadne argumenty Isabelli nie docierały do jej zaślepionej 
przyjaciółki. 

Kiedy zeszła do pokoju gościnnego, Edward zdążył już rozpalid ogieo w 

wielkim kamiennym kominku, od którego bił łagodny, ciepły blask. 

- Sprawdziłeś telefon? - spytała, przysuwając się do ognia. 
- Nie ma sygnału. Poza tym jesteśmy poza zasięgiem sieci komórkowej. 

Bella, spójrz prawdzie w oczy: utknęliśmy tu na noc. 

Nie przypadło jej do gustu, że nazywa ją Bella. W ten sposób starał się z 

nią zaprzyjaźnid, a przecież ona chciała, by pozostał dla niej kimś obcym. 

- A jutro? 
- Jeśli droga wciąż będzie zalana i nikt nie przyjedzie, wybierzemy się na 

dłuższy spacer za dnia. Deszcz musi w koocu przestad padad. 

- Mam nadzieję - mruknęła. - Późno się zrobiło, chyba pora spad. Na 

górze jest sypialnia, jeśli chcesz, możesz się tam położyd. 

- To propozycja? 
- Chyba już śnisz. 
Rozpiął czarną koszulę i wyciągnął ją ze spodni. Isabella na moment wbiła 

spojrzenie w jego tors. Miał gładką, piękną skórę, był wąski w pasie, a jego 
mięśnie brzucha prężyły się nad jedwabiem spodni. 

Gwałtownie odwróciła wzrok. 
- Na górze są jeszcze podkoszulki, jeśli ci zimno - powiedziała. 
- Wyglądam na zmarzniętego? W moich stronach jest bardzo gorąco, 

więc rozkoszuję się chłodem przy każdej okazji. 

- W Seattle jest gorąco? 
- Niedaleko Seattle. W gruncie rzeczy ten ogieo jest dla mnie zbyt ciepły. 
- Na litośd boską, czemu więc go rozpaliłeś? 
- Na litośd boską, bo marzłaś - odparł, przedrzeźniając ją. - Gdzie chcesz 

spad? 

- Wszędzie, byle nie z tobą. 
- Nie przypominam sobie, żebym cię o to prosił - zauważył spokojnie. 

Odsunął się od kominka. W prawej dłoni trzymał szklaneczkę brandy, którą 
wyciągnął ku Isabelli. - Nie ma tu nic do jedzenia, za to barek jest całkiem 
przyzwoicie zaopatrzony. To dla ciebie. 

Nawet nie drgnęła. 
- Już mówiłam, że wyczerpałam swój tygodniowy limit... 
Bezceremonialnie złapał ją za nadgarstek i wsunął szklankę do jej dłoni. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Nie kłamał: jego skóra była ciepła, wręcz gorąca, zwłaszcza w zetknięciu z jej 
wychłodzonym ciałem. 

- Nie jadłaś kolacji. Bilans wyjdzie na zero. 
Ponownie znalazł się zbyt blisko. Isabella odniosła wrażenie, że 

temperatura jej krwi niebezpiecznie zbliża się do punktu wrzenia. Nigdy wcześ-
niej nie czuła nic podobnego. 

Tymczasem Edward zrobił krok do tyłu. Oddech dziewczyny powoli 

wracał do normalnego rytmu. Wypiła nawet łyk brandy, delektując się przyjem-
nym ciepłem, spływającym po jej gardle. Poczucie zagrożenia zniknęło. 

- Będę spała tutaj - zadecydowała. - To rozkładana sofa. Aaron lubi byd 

przygotowany na każdą ewentualnośd. Ty kładź się, gdzie chcesz. 

Jak zwykle za późno uświadomiła sobie, że niefortunnie dobrała słowa. 

Zamarła w oczekiwaniu na jego deklarację, iż chce się położyd u jej boku. 

Edward nie powiedział jednak ani słowa, tylko sięgnął po szklankę i usiadł 

przed kominkiem. Isabella rozłożyła sofę i rzuciła dwie poduszki na wezgłowie. 

- Zaproponowałbym ci pomoc, ale wiem, jak byś zareagowała - wyjaśnił i 

upił odrobinę alkoholu. - Jeżeli jednak jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobid, 
daj mi znad. 

Żebyś się nie zdziwił, pomyślała. Powinna była przynieśd z sypialni koc, 

lecz wcześniej nie przyszło jej to do głowy. Postanowiła o tym nie myśled: im 
szybciej zamknie oczy i odpłynie w sen, tym bezpieczniej się poczuje. Zresztą 
ogieo w kominku wkrótce rozgrzeje cały pokój, a ona już nie drżała z zimna. 

Mruknęła coś nieartykułowanego i wyciągnęła się na sofie. Postanowiła 

nie zadręczad się niepotrzebnymi przemyśleniami. Nie miała przecież powodu 
myśled o nim. O dziwnym skurczu w brzuchu, o łaskotaniu na skórze, o jego 
gładkim, idealnym torsie. Nie zamierzała też wspominad dotyku jego ust. Po 
prostu zaśnie, a jeśli jej dopisze szczęście, zacznie chrapad. 

Odetchnęła głęboko, usiłując się odprężyd. Gdy zasypiała, mimowolnie 

dotknęła ust palcami, tam, gdzie ją pocałował. Po chwili odpłynęła w sen. 

- I co? 
Edward odwrócił wzrok od ognia. Sam nie wiedział, dlaczego jest nim tak 

bardzo zafascynowany. W koocu odkąd sięgał pamięcią, otaczały go płomienie i 
ogieo. 

Popatrzył na Ralpha, który przysiadł na skraju sofy, tuż obok głowy 

śpiącej Isabelli. Diabeł miał na sobie szkarłatny strój biskupa, a na nosie okulary 
w grubych oprawkach, z jednym czarnym szkłem, na głowie postawione na 
sztorc blond włosy. Nawet niezbyt spostrzegawczy obserwator od razu zauwa-
żyłby liczne kolczyki we wszystkich możliwych miejscach na ciele. 

- Sprecyzuj pytanie. - Edward usiłował skoncentrowad uwagę na swoim 

prześladowcy. Wygląd Ralpha nie przestawał go zdumiewad, lecz w gruncie 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

rzeczy bezpieczniej było patrzed na szatana niż na śpiącą Isabellę. 

- Jesteś na miejscu, masz ją jak na tacy. Bierz się do roboty, i tyle. 
- Romantyk z ciebie - parsknął Edward. - Nie. 
- Jak to: nie? 
- Tak to. Nie zrobię tego. 
- Nie żartuj sobie. Przecież wiem, że jest w twoim typie. Wszystkie 

kobiety są w twoim typie. 

- Zmieniłem się. Pobyt w piekle odmienia mężczyznę. Rozsmakowałem 

się w celibacie. 

- Lepiej się rozsmakuj w Belli, i to już. 
- Bo co, zmusisz mnie? - warknął. 
Fioletowa z wściekłości twarz Ralpha nie pasowała kolorystycznie do 

czerwonej sutanny. 

- Co się z tobą dzieje? Nie udawaj, że jej nie pragniesz, dobrze wiem, co 

czujesz. No jazda, bierz się do dzieła. 

- Przykro mi, ale musisz poszukad kogoś innego na moje miejsce. To nie 

powinno byd trudne. Wystarczy, że rozkochasz ją w pierwszym lepszym 
mężczyźnie, a reszta pójdzie jak z płatka. 

- Gdyby to było takie proste, w ogóle bym cię nie potrzebował. Potrafię 

zmieniad pogodę, podpalad to i owo, tego typu sprawy. Nie umiem jednak 
wpływad na ludzkie emocje. Dlatego ty tutaj jesteś. 

- Niestety. - Wyciągnął ręce tak, jakby prosił, by go skud kajdankami. - 

Zabierz mnie z powrotem do więzienia. Nie kochałem się z nią. 

- Och, do diabła ciężkiego! - burknął Ralph, a Edward uśmiechnął się z 

przymusem. - Dobrze wiem, co zrobiłeś! Najzwyczajniej zakochałeś się w niej, 
przyznaj się. Naprawdę musiałeś? Za życia uwodziłeś każdą kobietę, która ci 
wpadła w oko, lecz nigdy się nie zakochałeś. Dlaczego właśnie teraz postąpiłeś 
inaczej? Przecież liczę na ciebie! 

Edward rozważał możliwośd zaprzeczenia, lecz tylko wzruszył ramionami. 
- Może masz rację - mruknął po chwili. - Szczęście ci nie dopisało. Możesz 

wysład mnie na czterysta sześddziesiąty ósmy poziom piekła, ale nie zmusisz 
mnie do zrobienia jej krzywdy. Podeślij jej kogoś, w kim się zakocha. 

- Już to zrobiłem - wycedził ponuro Ralph. - Mimowolnie. Miałeś przecież 

tylko pozbawid ją dziewictwa. Spłataliście mi niezłego figla. Nie chciałem, 
żebyście się w sobie zakochiwali, mieliście rzucid się na siebie i pieprzyd jak 
króliki. - Wbił oskarżycielskie spojrzenie w niebo. - To Twoja sprawka, prawda? 
Zawsze psujesz mi rozrywkę. 

- Co ty wygadujesz? 
- Tylko to, że ona cię kocha. Czasami wszystko rozgrywa się 

błyskawicznie. Nie śpieszyła się i zapewne dojrzała, by pokochad 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

odpowiedniego mężczyznę, a gdy na niego trafiła, od razu zapałała do niego 
uczuciem. - Zdrowym okiem zerknął na Edwarda. - Dojrzała - powtórzył. - Czeka 
na ciebie. Leży tam piękna kobieta o długich zgrabnych nogach, wilgotnych 
ustach... 

- Daj sobie spokój. Nie złapiesz mnie na swoje nędzne sztuczki. 
Ralph westchnął. 
- Chyba masz rację. Ale ona to co innego. - Wyciągnął rękę, żeby chwycid 

Isabellę za ramię i nią potrząsnąd, lecz jego dłoo tylko gładko przeszła przez 
ciało dziewczyny. Nawet nie drgnęła. - Do diabła - prychnął. 

Edward wybuchnął śmiechem. 
- Ciężka sprawa. Lepiej daj sobie spokój. Ona jest odporna na twoje 

podszepty, dzięki Bogu. 

- Dzięki Bogu - powtórzył zirytowany Ralph. - Masz jeszcze dwanaście 

godzin. 

- Nic mi po twoich dwunastu godzinach. Zabierz mnie teraz. Mam już 

dośd. 

Ralph niespodziewanie się rozpogodził. 
- Zobaczymy - syknął tylko i znikł. 
Edward odchylił się na bujanym fotelu, nie odrywając wzroku od ognia, a 

tymczasem Isabella smacznie spała, nieświadoma obecności diabła, który czaił 
się u wezgłowia. Edward nie sądził, że dziewczyna wykaże taką siłę woli. Ralph 
nie potrafił wpływad na emocje, lecz świetnie umiał mieszad ludziom w 
głowach. Edward w ogóle mu nie wierzył: Isabella traktowała go tak samo jak 
Aarona. Był dla niej zwykłym natrętem i świetnie się bawiła, pokazując mu, 
gdzie jego miejsce. 

Przez chwilę było jednak inaczej, wtedy, gdy ją pocałował. Zapewne to ją 

solidnie oszołomiło, chod nie tak, jak jego. Pocałunek z Bellą okazał się 
najbardziej erotycznym doświadczeniem w jego życiu. 

Postanowił, że jakoś wytrzyma te dwanaście godzin. Isabella i tak 

większośd z nich prześpi, a resztę spędzą na wędrówce w poszukiwaniu oznak 
cywilizacji. 

Czy faktycznie pokochał tę dziewczynę? Było to mało prawdopodobne, 

chociaż nie dawało się wykluczyd. Gdyby się w niej zakochał, dołożyłby jeszcze 
jeden płomyk do ognia wiecznego potępienia. 

Popatrzył na nią, na jej twarz bez makijażu, włosy rozrzucone po sofie, 

długie nogi. Nie zamierzał spad - był zbyt rozgorączkowany. Mógł spędzid całą 
noc, wpatrując się w twarz tej dziewczyny, lecz nie chciał przesadzid. Po co kusid 
złego? Wpatrzony w ogieo, kołysał się i rozmyślał o wiecznym potępieniu. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

 
Śniła o jego dłoniach na swoim ciele. Śniła o jego ustach i o pocałunkach. 

Śniła o nim i o diable, który przysiadł na brzegu jej sofy i nakazał mu iśd z nią do 
łóżka. Śniła, że Edward mu się sprzeciwił. 

Drgnęła niespokojnie, zarazem rozpalona i zmarznięta. Obudziła się ze 

snu, ale o nim nie zapomniała. Edward był jej potrzebny. Zupełnie nie rozu-
miała, dlaczego, lecz potrzebowała go i pragnęła. 

Zawsze zakładała, że w koocu nadejdzie chwila, kiedy zapragnie uprawiad 

z kimś miłośd. Prędzej czy później musiał pojawid się odpowiedni mężczyzna, 
zwrócid na nią uwagę, a może nawet ją poślubid, nim w koocu trafią do łóżka. 

Tymczasem to ona była teraz gotowa - wbrew zdrowemu rozsądkowi, 

wbrew logice, prawie pokochała obcego człowieka. 

Pragnęło go jej serce. Chod był obcy, chciała, by leżał obok niej. Po raz 

pierwszy w życiu zamierzała zignorowad podszepty rozsądku. 

Otworzyła oczy. Deszcz nadal lał, a ona przez chwilę zastanawiała się, czy 

dom na pewno jest wystarczająco solidny, by zagwarantowad im bez-
pieczeostwo. Błoto często się osuwało w tych okolicach i przy takiej pogodzie. 
Istniało niebezpieczeostwo, że masy ziemi mogą porwad dom. Ta perspektywa 
powinna przerazid Isabellę, lecz z niezrozumiałych przyczyn dziewczyna 
odniosła się do niej obojętnie. 

Edward jeszcze nie spał. Siedział przed kominkiem, wpatrzony w 

dogasające płomienie. W pokoju zrobiło się ciepło. Edward zdmuchnął częśd 
świec; Isabella dostrzegała złocistą poświatę ognia na jego gładkiej skórze, na 
płaskim brzuchu. Zamknęła oczy, usiłując skoncentrowad się na czym innym. 

- Nie znam cię - szepnęła. - Nic o tobie nie wiem. 
Nawet się nie odwrócił. 
- Śpij, Bella - mruknął. 
Uniosła się nieco, odgarniając włosy z twarzy. Nieraz spotykała się z 

mężczyznami - dobrymi mężczyznami - którzy wyłazili ze skóry, żeby pójśd z nią 
do łóżka, lecz ona nigdy nie wyraziła na to zgody. Opierała się dobrym kumplom 
i złym facetom, uroczym młodzieocom i starym tyranom, małym, dużym, 
silnym, słabym. 

Gdyby jednak Edward zechciał ruszyd się ze swojego miejsca na bujanym 

fotelu, z pewnością by mu nie odmówiła. 

Nie zechciał. Może zafascynował ją właśnie dlatego, że jej nie chciał? 
Przyklękła, patrząc na jego twarz, na której taoczyły złociste refleksy. 

Nagle odwrócił się do niej. Na jego pociągłej, pięknej twarzy widniał smutek i 
żal. Skąd się tam wzięły? 

- To niedobry pomysł - westchnął. 
- Jaki pomysł? 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Wstał z fotela i podszedł do niej powoli. Isabella leżała na środku sofy, 

lecz on tylko przysiadł na skraju materaca i ujął jej twarz w swoje dłonie. 

- To bardzo niedobry pomysł - powtórzył szeptem i pocałował ją w usta. 
Kiedy ich wargi się zetknęły, Isabella poczuła, jak jej ciało ożywa. Edward 

przysunął się bliżej, niemal do niej przywierając, lecz tylko ją całował. Nie 
musiał robid nic więcej. Zamknęła oczy i odwzajemniła jego pocałunek, 
wczuwając się w ciemną, ciepłą przestrzeo jego ust, jego języka. 

Nawet sobie nie uświadomiła, że oparła dłonie na jego ramionach, 

twardych barkach pod gładką koszulą. Przywarła do niego, nie przestając go 
całowad. 

W pewnej chwili odsunął się i wziął ją za rękę. Dostrzegła napięcie w jego 

twarzy, wyczuła gwałtowne bicie serca. 

- Robię coś niewłaściwie? - zaniepokoiła się. - Nigdy wcześniej nie 

próbowałam... 

Nie wyglądał na zdumionego. 
- Bella, nie rób tego teraz. Zaczekaj, aż się w kimś zakochasz. 
Nie wiedziała, skąd płyną jej słowa. 
- To się już stało - zamruczała i ponownie go pocałowała. 
Pogłaskał jej dłonie, odsuwając ją lekko od siebie, lecz natrafił na opór. 

Jego ciało przeszył dreszcz. Nie miała pojęcia, czy to dobrze, czy źle, ale nic jej 
to nie obchodziło. Edward chwycił skraj jej podkoszulka i szybko go z niej 
ściągnął, a następnie cisnął w kąt pokoju. 

Po raz pierwszy w życiu ogarnęło ją zakłopotanie. Zawsze była dumna ze 

swego ciała i nigdy nie zastanawiała się nad jego mankamentami, teraz jednak 
nabrała wątpliwości. 

- Mam za małe piersi - oznajmiła, na co on wybuchnął śmiechem, objął ją 

w talii i mocno przytulił. 

Skóra Edwarda była gładsza niż jedwab jego koszuli. Isabella bez wahania 

zdjęła z niego ubranie, napawając się zapachem mężczyzny. 

Położyła się na plecach, a on ściągnął z niej workowate szorty. Leżała 

przed nim niemal całkiem naga, ubrana wyłącznie w czarne, koronkowe figi, 
które zdjął z niej po chwili. Następnie położył się na dziewczynie, odgrodzony 
od niej wyłącznie cienkim materiałem spodni. 

Zadrżała, gdy pocałował ją w szyję i ugryzł w ucho. Dotknął językiem jej 

małej piersi, a Isabella krzyknęła. Czuła, jak jej ciało płonie. 

Przesunęła palcami po jego gęstych, jedwabistych włosach i wtuliła w nie 

twarz, by nacieszyd się ich wonią. 

Coś twardego uciskało jej brzuch. Dotknęła tego dłonią, sądząc, że to 

sprzączka jego paska, lecz on już rozpiął pasek i górny guzik spodni. Nerwowo 
cofnęła rękę, ale Edward złapał ją za przegub. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Nadszedł czas, by wpadła w panikę, by zmieniła zdanie, nim będzie za 

późno. Bez wątpienia nie zaprotestowałby. Nawet nie zakląłby, jak to się 
zdarzało innym: po prostu cofnąłby się i ponownie usiadł na fotelu przed 
kominkiem. 

Wiedziała, że tego by nie zniosła. Dotknęła go przez miękką tkaninę, 

przesunęła tam palcami, a on drgnął i stwardniał jeszcze bardziej. Uświadomiła 
sobie, że to zrobi. Nic nie mogło jej skłonid do zmiany zdania. 

Te pieszczoty sprawiały jej przyjemnośd. Musnęła palcami jego brzuch, a 

Edward jęknął, kładąc się na plecach obok niej. Pochyliła się nad nim i dotknęła 
ręką jego płaskiego brzucha. Sutki mężczyzny przypominały twarde dyski na  
klatce piersiowej; polizała jeden z nich, czując, jak twardnieje przy jej ustach. 
Edward głośno wciągnął do płuc powietrze, złapał ją za rękę i zawahał się, 
zanim wsunął ją sobie w spodnie. Poczuła cudowną, gorącą i ciężką erekcję. 

- Rozepnij spodnie - nakazała i ponownie skupiła uwagę na jego torsie. 
Uwolnił się od zbędnego ubrania, ściągając je za pomocą kilku 

gwałtownych ruchów nóg. Chod sama mu to nakazała, nagle straciła pewnośd 
siebie. Może jednak nie powinien się rozbierad? Teraz jednak było już za późno. 
Poczuła w dłoni jego jedwabistą gładkośd i stalową twardośd. Zapragnęła zbliżyd 
do niej usta, by posmakowad mężczyzny. 

Ledwie jednak musnęła go wargami, Edward się cofnął, odpychając ją od 

siebie. 

- Nie - zachrypiał. - Za dużo czasu minęło... To się skooczy... - Nagle 

znieruchomiał. - Chyba że zmienisz zdanie. Nie musisz robid nic, na co nie masz 
ochoty. 

Spojrzała na niego spod zasłony gęstych włosów. 
- Czy chcesz, żebym... pocałowała cię tam? 
Jego twarz drgnęła, jakby przeszył ją spazm bólu. 
- Nie teraz - wydusił. - Później. Kiedy już do tego przywykniesz. 
Sama nie wiedziała, czemu ta myśl nagle ją uszczęśliwiła. 
- W porządku - przytaknęła i przysunęła usta do jego warg. 
Pchnął ją na materac i pochylił się nad nią, głaszcząc dłonią jej aksamitny 

brzuch. Wiedziała, do czego zmierza i znieruchomiała instynktownie, gdy jego 
palce podążyły niżej. 

- Nie musimy tego robid - wyszeptał, pochylony nad jej uchem. - 

Właściwie nie powinniśmy tego robid. Powiedz, że nie. 

Odwróciła głowę, by pocałowad go w usta. 
- Tak - zamruczała. 
Dotknął jej uda. 
- Nie wiem, co słyszałaś, lecz nic nam z tego nie wyjdzie, jeśli będziesz 

zaciskała nogi. To nie boli, odpręż się. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Odprężyła się, a on wsunął rękę między jej uda. Odetchnęła głęboko i 

ponownie stężała, lecz Edward był silniejszy. 

- Powiedz, że nie - powtórzył, dotykając ją. 
- Tak - szepnęła, kiedy wsuwał w nią swoje długie palce. Wyprężyła się i 

poddała całkiem nowemu doznaniu. Rozkosz stawała się coraz bardziej 
intensywna, coraz głębsza. Edward doskonale wiedział, jak ją dotykad, kiedy 
okazad delikatnośd, a kiedy stanowczośd. Isabella oddychała coraz szybciej i 
gwałtowniej, jej ciało przeszywały dreszcze, lecz tym razem nie miały one 
związku z chłodem. 

Powinna wiedzied, co się zdarzy, lecz najwyższa rozkosz nadpłynęła bez 

ostrzeżenia i z taką siłą, że Isabella krzyknęła, potem jeszcze raz i jeszcze, 
ogarnięta ekstazą, jakiej nigdy w życiu nie doświadczyła. Tak bardzo zatraciła się 
w tych doznaniach, że nie zauważyła, kiedy Edward odsunął się od niej i cofnął 
rękę. 

Dopiero po chwili zorientowała się, że wstał z sofy. 
- Wystarczy - oznajmił łamiącym się głosem. 
Była jednak szybsza. Rzuciła się na niego i oboje opadli na materac, 

spleceni w miłosnym uścisku. W następnym momencie Edward leżał na niej, a 
ona obejmowała udami jego biodra. Przyciskał ją coraz mocniej i wbijał się w 
nią. Wyczuwała, jak bardzo pragnie ją posiąśd, a sama marzyła o tym, by raz 
jeszcze eksplodowad, tym razem czując go w sobie. Chciała mied wszystko. 

Tymczasem on znieruchomiał, a ona uświadomiła sobie, że z pewnością 

napotkał absurdalną barierę jej dziewictwa. Dostrzegła na jego twarzy grymas, 
jakby poczuł fizyczny ból. Najwyraźniej usiłował nad sobą zapanowad, lecz nie 
potrafił. 

- Sprawię ci ból - wymamrotał łamiącym się głosem. 
- Zrób to - zażądała i wyprężyła biodra, momentalnie pokonując jego 

wahanie. 

Wbił się w nią głęboko, rozrywając jej ostatni bastion, lecz ból, który 

odczuła, był niczym w porównaniu z nieopisaną rozkoszą. Edward opuścił głowę 
na jej ramię, dysząc i nie poruszając się. 

- Za chwilę poczujesz się lepiej - zapewnił ją cicho. 
Objęła dłoomi jego twarz. Jeszcze nigdy nie czuła się taka mocna, silna, 

spełniona. 

- Już się czuję lepiej - wyznała i pogłaskała go po twarzy. - Twoja kolej, 

Edward. Powiedz, że nie. 

Odetchnął głęboko. 
- Tak - wydyszał i poruszył się powoli, do przodu i do tyłu, drażniąc ją. 

Drażniąc siebie. - Tak - powtórzył. Całował ją w usta i kołysał się na niej. - Tak - 
oznajmił zdecydowanym tonem i poruszył się szybciej, na co ona uniosła nieco 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

nogi, by przyjąd go głębiej. 

Oboje przestali myśled, pozostały tylko uczucia. 
Poruszali się razem, ich ciała były śliskie od potu, jaśniały w świetle ognia, 

kołysali się coraz prędzej, a gdy pomyślała, że już dłużej nie wytrzyma, on 
dotknął ją dłonią, mocno, tak jak tego pragnęła. 

- Tak - wyszeptał w jej usta, kiedy dostawała konwulsji w jego ramionach. 

Jak przez mgłę poczuła, że całe jego ciało sztywnieje, a w następnej chwili cała 
jej łącznośd z rzeczywistością się zerwała, znikła w ciemnościach nocy. 

Spała od chwili, w której odsunął się od niej. Na jej twarzy widniał wyraz 

błogiego zachwytu. W świetle ognia Edward widział tylko słone ślady łez na 
policzkach dziewczyny. Wyciągnął rękę i dotknął jeszcze wilgotnego strumyka. 
Nie wiedział, że płakała. 

Przez moment nie odrywał od niej wzroku. Zawsze najbardziej lubił 

kobiety, które potrafiły mocno spad. Dzięki temu mógł uciec przed niezręcznym 
i kłopotliwym porankiem. Miał szansę ucieczki także teraz - wystarczyło wyjśd 
na dwór, na deszczową noc. 

Gdzie, do licha, podziewał się Ralph, kiedy był naprawdę potrzebny? 

Wbrew własnej woli Edward wypełnił wydane mu przez diabła polecenie. Nie, 
właściwie nie. Przecież pragnął jej od chwili, gdy... 

To nie było pożądanie od pierwszego wejrzenia. Jej elegancka, wyniosła 

uroda nie działała na niego stymulująco. Chodziło raczej o wrażliwośd w jej 
jasnych oczach. O krnąbrny wyraz jej ust. O sposób poruszania się, jakby jej 
ciało było własnością kogoś innego. Tak cudownie było ją całowad. Uwielbiał, 
kiedy zmagała się z nim, byle postawid na swoim. 

Nawet nie przewróciła się na drugi bok, kiedy opuszczał sofę. W kącie 

pokoju leżał koc. Edward podniósł go i okrył nim Isabellę, przy okazji oglądając 
ją uważnie. Była całkowicie odprężona, zapewne tak, jak nigdy w życiu. Wciąż 
nie do kooca rozumiał, jak to możliwe, że reagowała tak żywiołowo. Nawet się 
nie spodziewał, że dziewczyna tak szybko osiągnie spełnienie. Jego 
doświadczenie seksualne i technika były imponujące - w przeciwnym razie 
Ralph nie wysłałby go z misją - lecz gdyby tylko o to chodziło, doprowadzenie jej 
do szczytowania zapewne zajęłoby mu całą noc. 

Rzecz jasna, nie miałby nic przeciwko temu. 
Czy w podobny sposób zareagowałaby na kogoś innego? Nie ulegało 

wątpliwości, że po nim pojawią się następni. Kiedy już się przekonała, jak to 
jest, będzie miała zdrowszy stosunek do seksu. Odkryje, że jej ciało nadaje się 
nie tylko do pokazywania przed kamerami i aparatami fotograficznymi. 

Edwarda jednak nie będzie już przy niej. Mogła myśled, że go kocha, a on 

wciąż obwiniał o to Ralpha. Co zrobid - kiedy odejdzie, Isabella posmutnieje, 
lecz stanie się mądrzejsza. Przygotuje się na spotkanie z prawdziwym 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

mężczyzną, a nie kimś jego pokroju. 

Zadawał sobie to pytanie już od pewnego czasu. Kim jest? Duchem? 

Zjawą? Niemiłym psikusem losu, spłatanym piękności o czułym sercu? To nie 
miało znaczenia. Wkrótce pozostanie tylko wspomnieniem, a po pewnym czasie 
także ono się rozwieje. 

Opatulił ją kocem; wyczerpana, nawet nie drgnęła. Ubrał się, gotów zająd 

miejsce na fotelu przed kominkiem, kiedy zaskoczył go nagły grzmot. Pomyślał, 
że pewnie już nadszedł jego czas. 

Boso wyszedł na deszczową noc. Z nieba lały się potoki wody. 

Momentalnie przemókł do nitki, lecz nie zwracał na to uwagi. Podniósł głowę i 
zapatrzył się w nocne niebo. 

- Gotowe! - krzyknął głosem pełnym bólu. 
Odpowiedziała mu cisza. Nie zagrzmiał piorun, nie odezwały się 

nieziemskie głosy. Wokoło szumiała tylko ulewa. Padł na kolana i po raz 
pierwszy, od kiedy sięgał pamięcią, może w całym swoim zmarnowanym życiu, 
Edward Masen się rozpłakał. 

 
Gdy Isabella otworzyła oczy, był już ranek. Wciąż leżała na sofie, 

przepełniona dziwną satysfakcją. Po chwili przypomniała sobie, gdzie jest: 
znajdowała się w wiejskim domu Aarona. Leżała nago pod cienkim kocem, 
rozebrana i uwiedziona. Cudownie, wspaniale uwiedziona przez mężczyznę, 
którego ledwie znała. 

Uważała, że miłośd od pierwszego wejrzenia to zwyczajny wymysł. 

Głębsze uczucie rodzi się z przyjaźni, rozwija w sposób naturalny, a zatem 
kłębiące się w niej emocje nie mają nic wspólnego z miłością. To po prostu 
wykluczone. 

Isabella postawiła sobie za punkt honoru nigdy nie kłamad, a w 

szczególności nie oszukiwad samej siebie. Bez względu na to, jak bardzo irracjo-
nalne, niezdrowe czy niewiarygodne to było, najwyraźniej dokonała rzeczy 
niemożliwej. Zakochała się w tajemniczym nieznajomym. Po tylu latach 
wstrzemięźliwości zdarzyło się jej coś zupełnie absurdalnego. 

Usłyszała szum wody z prysznica i zapragnęła się umyd: była lepka od 

potu i czuła się z tym fatalnie. Pomyślała, że przyjemnie będzie wejśd pod 
prysznic i patrzed, jak gorąca woda spływa po aksamitnej skórze Edwarda. 
Zresztą, powinna chyba sprawdzid, czy poprzednia noc była przejawem 
chwilowego braku rozsądku, dowodem na szaleostwo, czy też czymś zgoła 
innym. 

Aaron zainstalował w łazience ogromny prysznic - właściwie była to salka 

wyłożona kafelkami, wbudowano tu miejsca siedzące, a na pozłacanych rurach 
zainstalowano prysznice. Edward stał pośrodku, z uniesioną głową i 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

zamkniętymi oczami, a woda spływała po jego ciele, pieszcząc go niczym 
kochanka. Niczym język kochanki. Niczym jej łzy. 

Isabella weszła do zaparowanego pomieszczenia. Edward otworzył oczy i 

popatrzył na nią z niemal zaniepokojoną miną. 

Pragnął jej. Nie miał co do tego wątpliwości, zwłaszcza że oboje stali nago 

w strumieniach parującej wody. Isabella niemal natychmiast przestała się 
czymkolwiek przejmowad. Podeszła bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję, dzięki 
czemu woda spływała po nich obojgu. Miał wilgotne i wygłodniałe usta. 
Przysunęła się jeszcze bliżej, chcąc stworzyd jednośd z jego ciałem. 

Przerwał pocałunek, jedną ręką odsuwając jej twarz, lecz drugą cały czas 

obejmując ją w talii. 

- To niedobry pomysł - mruknął. 
Uśmiechnęła się, spoglądając mu prosto w oczy. 
- Jesteś najsmutniejszym kochankiem, jakiego kiedykolwiek miałam. 
- Jestem jedynym kochankiem, jakiego miałaś. 
- Nie da się ukryd - przyznała. - I chcę nadrobid stracony czas. - Przesunęła 

dłonią po jego brzuchu. - Nie mów tylko, że nie masz ochoty mi pomóc. 

- Z dnia na dzieo zrobiłaś się bardzo namiętna. 
- Zawsze byłam namiętna, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy - 

zamruczała, pochyliła się i przygryzła jego dolną wargę. Miał cudowne usta. 

- Nie myślę... 
- I bardzo dobrze - przerwała mu. - Nie ma takiej potrzeby. 
Poczuła na plecach twardy ucisk kafelków, kiedy przywarł do niej, a 

następnie wszedł w nią, podpierając ją obydwiema rękami. Otoczyła nogami 
jego wąskie biodra i przyjęła go, drżąc z rozkoszy. 

Tym razem nie potrafiła się powstrzymad. Jej ciche okrzyki i słabe jęki 

wypełniły zaparowaną przestrzeo, odbijając się echem od ścian. Edward był 
przy niej, był w niej i zabierał ją w miejsca, których istnienia nawet nie 
podejrzewała. Kiedy osiągnął spełnienie w jej wnętrzu, jego stłumiony jęk dołą-
czył do jej okrzyków ekstazy. 

Jak przez mgłę zauważyła, że jej kochanek drży i wycofuje się, 

opuszczając ją na wyłożoną kafelkami ławę. Osunęła się po ścianie. Edward 
opadł przed nią na kolana, otoczył rękami jej biodra i przywarł głową do jej ud. 

Odnalazła w sobie dośd energii, by unieśd dłoo i odsunąd mu z twarzy 

mokre,  ciemne niemal czarne teraz od wody włosy. Miał zamknięte oczy, a 
gdyby udało się jej znaleźd jeszcze trochę siły, pochyliłaby się i pocałowała go. 
W tej pozycji dostrzegła jednak coś nieskooczenie ufnego, i to jej się ogromnie 
podobało. Chciała, by przynajmniej teraz, przez krótką chwilę Edward pozostał 
tylko i wyłącznie jej własnością. 

 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Zostawił ją samą pod prysznicem. Kiedy wzięła go za rękę, wymamrotał 

tylko słowo ,,kawa’’. Puściła go i przytuliła się do kafelków, a gorąca woda 
spływała po jej ciele. Isabelli przyszło do głowy, że mogłaby zasnąd w takiej 
pozycji i siedzied tak już zawsze albo do chwili, kiedy on powróci, a wówczas... 

Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, woda stała się lodowata. Isabella pisnęła 

i wypadła spod prysznica, niemal wyrywając drzwi z zawiasów, byle tylko jak 
najszybciej umknąd spod zimnych strumieni. Właściwie spodziewała się, że 
Edward przyjdzie sprawdzid, czy nie przytrafiło się jej coś złego, dlatego 
otworzyła drzwi do łazienki i zawołała, że wszystko w porządku. Odpowiedziała 
jej głucha cisza, więc Isabella uznała, że Edward zajął się parzeniem kawy. W 
sumie była nawet zadowolona, że lada chwila wypije kubek smacznego, 
gorącego napoju. 

Zaśmiała się na widok własnego odbicia w zaparowanym lustrze. Patrzyła 

na swoje nagie ciało, które zawsze tak wiernie jej służyło. Wyglądało tak samo 
jak zwykle, lecz miała wrażenie, że zaszła w nim nieodwracalna, głęboka 
zmiana. Stało się czymś więcej niż tylko kombinacją nóg, piersi, brzucha i 
bioder, połączonych tak zgrabnie, że produkty z wizerunkiem jej ciała świetnie 
się sprzedawały, a ludziom, którzy je oglądali, przychodziły do głowy rozmaite 
przyjemne fantazje. Należało jednak tylko do niej i nikt inny nie mógł go 
posiąśd. 

Nikt z wyjątkiem Edwarda. Jej starannie złożone ubrania leżały na 

umywalce, chociaż brakowało czarnych, koronkowych majtek. W przeszłości 
zdarzało się jej chodzid bez bielizny, więc nie stanowiło to problemu. Wciągnęła 
szorty i podkoszulek, a następnie wyruszyła na poszukiwania Edwarda. 

Dopiero gdy dotarła do pustej, idealnie posprzątanej kuchni, uświadomiła 

sobie, że nie czuje zapachu kawy. Nie widziała też zaparzarki ani dzbanka. W 
dużym pokoju wszystko zostało posprzątane. Sofa stała złożona, koc był 
zwinięty i odłożony na miejsce, świece zebrane, a kieliszki po brandy umyte i 
odstawione. 

Brakowało jednak kawy. I Edwarda. 
Usłyszała dobiegający z dworu warkot silnika. Odetchnęła z ulgą. 

Najwyraźniej pojechał sprawdzid, czy droga jest już przejezdna. Isabella nie była 
tym zachwycona, w koocu po wspólnie spędzonej nocy nie powinien się tak 
spieszyd z wyjazdem. Przynajmniej nie zniknął bez słowa. Podeszła do drzwi i 
otworzyła je na całą szerokośd. Na podjeździe ujrzała taksówkę. Ani śladu 
mercedesa. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Pani Isabella? - spytał taksówkarz, gramoląc się z kabiny. - Mam panią 

odwieźd do Los Angeles. Czy jest pani gotowa do drogi? 

- Gdzie Edward? 
Mężczyzna pokręcił głową, poprawił czapkę na przerzedzonych siwych 

włosach i potarł oko. 

- Nie wiem, o kim pani mówi. Otrzymałem zlecenie i muszę je wykonad. 

Mam panią zawieźd do Los Angeles. Wszystko jest już załatwione, kurs 
opłacony, bez względu na to, czy pani ze mną pojedzie, czy nie. Wolny wybór. 

Isabella poczuła się jak świeczka zdmuchnięta przez wiatr. Jej 

wewnętrzny płomyk zgasł. Zamknęła drzwi wejściowe, nie oglądając się za 
siebie. 

- Jestem gotowa - westchnęła i podeszła do żółtej taksówki. 
Usiadła na samym środku tylnej kanapy, starannie zapinając pas 

bezpieczeostwa. Jej długie nogi ledwie się mieściły w przestrzeni za przednimi 
fotelami. Kierowca okazał się gadułą: opowiadał o pogodzie, stanie dróg, 
polityce w Kalifornii, niedawnej infekcji oka, swoich przemyśleniach na temat 
świata, a Isabella cierpliwie tonęła w potoku słów i od czasu do czasu wtrącała 
uprzejme ,,yhm’’. 

Edward znikł. Zdematerializował się, jakby nigdy nie istniał. Wmawiała 

sobie, że to najlepsze, co mogło ją spotkad. Ostatnia noc była absolutnym 
szaleostwem, przejawem całkowitego zadmienia umysłu. Teraz jednak nastał 
dzieo, Edward odjechał, a ona ponownie była sobą. Praktyczną, zrównoważoną, 
spokojną Bellą. 

Coś się jednak zmieniło. Właściwie powinna byd mu wdzięczna. Mijały 

lata, a ona żyła w celibacie, coraz częściej zastanawiając się, czy na pewno 
wszystko z nią w porządku. Może była oziębła? Brakowało jej zdolności do 
pokochania? Jej dziewictwo stało się mrocznym sekretem, którego nie chciała 
nikomu zdradzid, równie wstydliwym, jak dewiacja seksualna. Koniec kooców, 
brak ochoty na miłośd to forma dewiacji, więc cieszyła się, że wreszcie ten etap 
w jej życiu dobiegł kooca. Naprawdę była za to wdzięczna Edwardowi. 

A poza tym zamierzała go wytropid i zabid. 
Jak śmiał ją zostawid, odjechad bez słowa? Czemu nie nabazgrał chodby 

krótkiego listu? Mimo swego niedoświadczenia nie zasłużyła na takie 
traktowanie. Gdyby miała pojęcie, jak przyjemna jest miłośd fizyczna, 
spróbowałaby jej znacznie wcześniej. Tyle że dotąd nie spotkała nikogo, z kim 
chciałaby to zrobid. Także i teraz pragnęła tylko Edwarda, jego kremowej skóry i 
pięknych ust. 

Dobrze, że od niej uciekł. Nie wierzyła w miłośd od pierwszego wejrzenia. 

Nic nie wiedziała o Edwardzie Masenie: był obcy, a mądre kobiety nie zakochują 
się w nieznajomych. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Teraz jednak czuła się tak, jakby dostała obuchem w głowę. Cokolwiek 

starała się sobie wmówid, pokochała tego tajemniczego człowieka. A przecież 
był jej całkiem nieznany - mógł nie cierpied zwierząt i głosowad na 
republikanów. 

Ale Rags go polubił. Ten sam Rags, który warczał i szczekał na wszystkich 

mężczyzn, przyjaźnie łasił się do Edwarda, całkowicie nim zauroczony. 

Ufała Ragsowi bardziej niż sobie. Skoro Edward został zaakceptowany 

przez jej psa, i ona miała prawo go polubid. 

Zamknęła oczy, izolując się psychicznie od gadaniny taksówkarza. A więc 

uciekł. Miała długie nogi, mogła go dogonid. Z całą pewnością nie zamierzała 
dad za wygraną bez walki. 

 
 
- Dobrze się bawiłeś? 
Edward zamrugał oczami. Jeszcze przed chwilą szukał kawy, przekonany, 

że właściciel tak dobrze zaopatrzonego barku z pewnością będzie miał w domu 
ten aromatyczny napar. Teraz jednak stał pośrodku pomieszczenia, które 
wyglądało niczym opuszczona fabryka samochodów. Ralph zrezygnował z 
ubioru biskupa: teraz miał na sobie sukienkę ozdobioną mnóstwem koronek. 
Do niej zrobił sobie mocny makijaż i ufarbował włosy na rudawy kolor. 

- Niebrzydkie - mruknął Edward. 
- Nie unikaj tematu! - zagrzmiał Ralph. - Chcę wiedzied, czy dobrze się 

bawiłeś podczas swojej... Jak by to nazwad? Randki w lesie? Poszczęściło ci się? 
No, mów! 

Odsądzanie Ralpha od czci i wiary nie miało większego sensu, bo jako 

diabeł był dumny ze swej fatalnej opinii. 

- Nie wiesz? - udał zdumienie Edward. - Sądziłem, że radośnie 

obserwujesz przebieg zdarzeo. 

- Dziwne, że myśl o postronnym obserwatorze w mojej skromnej osobie 

nie wpłynęła negatywnie na twoją sprawnośd. 

- Możesz mi wierzyd lub nie, Ralph, ale nawet o tobie nie pomyślałem. Co 

ja tu robię? Zdaje się, że dałeś mi jeszcze dwanaście godzin. 

- Od tej chwili sześd. Ale o czym mowa? Przecież zakooczyłeś misję. Moje 

oko jest w świetnej formie i wszystko wróciło do normy. 

- Nie dałeś mi szansy się pożegnad. Będzie myślała, że ją wykorzystałem i 

porzuciłem bez słowa. 

- A co cię to obchodzi? - wzruszył ramionami Ralph. - Ach, zapomniałem, 

przecież jesteś w niej zakochany. Ohyda. A sądziłeś, że nie zniżasz się do tak 
banalnych uczud. 

- Tak czy inaczej, powinienem był się pożegnad. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Ach, rozumiem - zachichotał diabeł. - Chciałeś jej wyznad miłośd, co? 

Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? A może takie fatalne zakooczenie 
waszej znajomości wyjdzie jej na dobre? Skoro związek martwego mężczyzny i 
takiej kobiety jak ona nie ma przyszłości, to nie warto się zastanawiad nad 
konwenansami i wyznaniami miłosnymi. Równie dobrze możesz korzystad z 
okazji, kiedy się nadarza. Kochaj je i zostawiaj, przecież to twoja zasada. 

- Ralph, czy ktoś już próbował cię zabid? 
- Strata czasu, przyjacielu. Ale, przyznaję, zdarzały się takie incydenty. 

Potrafię grad ludziom na nerwach. Zresztą, mniejsza z tym, zboczyliśmy z 
tematu. Chcesz swoich sześciu ostatnich godzin? To się da załatwid. 

Edward na moment zamknął oczy. Ujrzał Isabellę na sofie, pogrążoną w 

mocnym śnie, usatysfakcjonowaną. Wyczuwał zapach jej skóry, smak jej piersi. 
Oddałby dziesięd lat życia, byle tylko ponownie jej dotknąd. 

Co jednak robid: jego życie już się skooczyło, a powrót na ziemię tylko by 

pogorszył samopoczucie dziewczyny. 

- Nie - westchnął ciężko Edward. - Nie wracam. 
- A to czemu? 
- Lepiej jej będzie beze mnie. Sam powiedziałeś, że ten związek nie ma 

przyszłości. Trudno, nic na to nie poradzę. Nawet nie pamiętam, za co mnie 
tutaj zesłano, ale po ostatniej nocy nic mnie to nie obchodzi. Najlepsze, co 
mogłem zrobid, to trzymad się od niej z daleka. Nie udało mi się, chod próbowa-
łem. Wyrządziłem jej krzywdę, a ona na to nie zasługiwała. Jeśli uważasz, że 
zakochanie się w kimś jest równoznaczne z zadawaniem mu bólu, to chyba 
faktycznie ją kocham. A do tego czuję się tak, jakby przytrafiło mi się to po raz 
pierwszy. 

- Jesteś na trzysta czterdziestym siódmym poziomie piekła, i ja tu rządzę. 

To jasne, że moim zdaniem miłośd jest nieodłącznie związana z cierpieniem i 
krzywdą. Jestem z ciebie dumny, przyjacielu. Faktycznie, pokochałeś kogoś po 
raz pierwszy. Sypiałeś z setkami kobiet, ale żadnej nie darzyłeś uczuciem. 

- Setkami? - powtórzył oszołomiony Edward. 
- I żadnej z nich nie pamiętasz - zauważył surowym głosem Ralph. - 

Nadeszła pora, żebyś podjął ostateczną decyzję. 

- Ostateczną? To znaczy, że miałem możliwośd wyboru? 
- Przecież mówiłem, że nie potrafię kontrolowad emocji i nie mam władzy 

nad wolną wolą. Straszna jest ta wolna wola. Sam widzisz, jakie są z nią 
problemy. 

- W jakiej sprawie mam podjąd decyzję, Ralph? 
- Twój pobyt na tym poziomie dobiegł kooca. Zdałeś wszystkie egzaminy, 

przyjacielu. Moim zdaniem zasługujesz na awans. 

- Masz na myśli przejście na poziom trzysta czterdziesty ósmy? I co mnie 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

tam czeka, sprawniejsza klimatyzacja? 

- Niezupełnie. Już mówię, w czym rzecz. Możesz wrócid na ziemię na kilka 

dni, zażyd uciech cielesnych z Bella i potem powędrowad na wyższy poziom. 
Alternatywa: pozwolisz jej znaleźd sobie nowego faceta. Jest już taki jeden, 
podkochuje się w niej, a dzięki tobie ona go wreszcie dostrzeże. To weterynarz 
ze schroniska dla zwierząt, młody, przystojny, dobry i miły... 

- I piekielnie szlachetny. Niedobrze się robi - burknął Edward. 
- Proszę, proszę, jesteś zazdrosny, co? On da jej szczęście. Wybór należy 

do ciebie: to twoja nagroda za dobrze wykonaną robotę. Zastanów się, co 
wolisz. Albo tydzieo w łóżku z Bella, albo prezent dla niej w postaci szczęśliwego 
życia. 

- Kto powiedział, że jej życie będzie nieszczęśliwe po tygodniu spędzonym 

ze mną? 

- Też racja. Wybieraj. 
Edward doskonale wiedział, że w gruncie rzeczy nie ma żadnego wyboru. 
- Podeślij jej tego przeklętego księcia z bajki - warknął. - Tylko nie każ mi 

na to patrzed. 

Ralph promieniał. 
- Naprawdę ją kochasz. 
- Jeszcze jedna męka piekielna. Będę mógł o niej zapomnied, prawda? 

Wszystko inne, co mnie spotkało, zostało wymazane z mojej pamięci, więc jej 
również nie będę musiał pamiętad, tak? 

- Nie chcesz za nią tęsknid, co? Pamiętaj, że piekło to wieczne cierpienia. 

Może jednak zmienisz zdanie? 

Edward pokręcił przecząco głową. 
- Chod raz w życiu postąpię tak, jak należy. Mam nadzieję, że tym razem 

wreszcie zdołam cię wkurzyd. 

Ralph strzelił palcami i stary garaż znikł. Stali na skraju wysokiego 

urwiska. Diabeł był ubrany jak zwyczajny turysta. 

- Przyjrzyj się - polecił, ruchem głowy wskazując krawędź klifu. - Patrz, 

dokąd trafiłeś. 

Edward podszedł do skraju przepaści. Przed sobą widział postrzępione 

chmury, a w dole dom Isabelli. Cofnął się o krok. 

- Nie! - wyszeptał z niedowierzaniem. 
- Widzisz, przyjacielu, rzecz w tym, że trzysta czterdziesty ósmy poziom 

piekła nie istnieje. Trzysta czterdziesty siódmy jest najwyższy, a ty właśnie 
zdałeś egzamin koocowy. Wracasz tam, skąd przyszedłeś, i zaczynasz z czystym 
kontem. Tylko tym razem nie zawal sprawy. 

- O czym ty mówisz? 
- Wędrujesz na ziemię i masz nowe życie przed sobą. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

Edward wpatrywał się w niego oszołomiony. 
- Nie powinniśmy przypadkiem widzied tej okolicy od dołu, nie od góry? 
- Niebo i piekło się stykają. Ucałuj ode mnie pannę młodą. 
- Nie wracam. Nie zasługuję na Bellę. 
- Och, daj spokój tym bzdurom, nie jesteś męczennikiem. No już, w drogę 

- zachęcił go Ralph, kładąc mu ręce na ramionach. Nagle popchnął go 
gwałtownie. Edward poszybował między chmurami, koziołkując bezradnie, a 
dotyk dłoni Ralpha wciąż parzył mu skórę. 

Ralph cofnął się znad przepaści. Na jego twarzy widniał pełen satysfakcji 

uśmiech. Wzdrygnął się lekko, a wówczas skórzana kurtka turystyczna zmieniła 
się w miękką białą szatę. Przeciągnął się, prezentując ogromne białe skrzydła, 
zdrętwiałe od zbyt długiego ukrywania za plecami. 

- Uwielbiam, kiedy moi podopieczni zdają egzaminy - szepnął z 

zachwytem Ralph i znikł w chmurach. 

Nie miał pojęcia, jak się tam znalazł i nie wiedział, gdzie przed chwilą był. 

W jego umyśle kłębiły się urywki wspomnieo, aż wreszcie odfrunęły, niczym 
pędzone wiatrem chmury. Stał w ogrodzie Isabelli, nad brzegiem basenu. 

Usłyszał ciche, ostrzegawcze warknięcie i natychmiast się odwrócił w jego 

stronę. To wierny, stary pies Isabelli dał o sobie znad. 

Edward nie wiedział, jaki jest dzieo ani która godzina. Domyślał się, że 

nadchodzi wieczór, lecz mógł tylko zgadywad, ile czasu nie widział ukochanej. 
Nagle w jego mózgu pojawiło się fragmentaryczne wspomnienie - zamierzała 
wyjśd za weterynarza? - i natychmiast znikło. Ile czasu go nie było? Gdzie 
wędrował? 

Nagle Rags przestał warczed i potruchtał ku niemu, entuzjastycznie 

okazując psią radośd. Edward ukląkł i pogłaskał go po łbie. 

- Jak się masz, staruszku? - spytał czule. - Nadal jesteśmy przyjaciółmi? A 

co z twoją panią? Zdążyła naostrzyd nóż, żeby mi poderżnąd gardło? 

- Niewykluczone - rozległ się za nim głos Isabelli. Odwrócił się powoli i 

czujnie, niepewny, co go spotka. 

Była ubrana w swój strój roboczy: modną sukienkę i buty, które dodawały 

jej najmarniej osiem centymetrów. Miała idealny makijaż, artystycznie ułożone 
włosy i chłodny wyraz pogardy na wyniosłej, pięknej twarzy. 

- Dokąd poszedłeś? 
Na to pytanie nie znał odpowiedzi. 
- Bez trudu wróciłaś do domu? - bąknął zmieszany. 
- Przysłana przez ciebie taksówka zabrała mnie w chwili, gdy dotarło do 

mnie, że mnie zostawiłeś. Dokąd cię poniosło? 

Rozpaczliwie poszukiwał w głowie wiarygodnego wyjaśnienia, lecz jego 

usta same ułożyły się do odpowiedzi. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Miałem umówione spotkanie. Właśnie w związku z nim przyjechałem do 

Los Angeles. 

- I nie mogłeś poświęcid minuty, żeby mnie o tym poinformowad? 
Jej głos pasował do chłodnego, nieskazitelnego wyglądu. Była 

spełnieniem marzeo każdego mężczyzny. Edward pomyślał, że najchętniej 
zdarłby z niej ubranie i potargał włosy. Mimo to nawet nie drgnął. 

- Chodziło o przygotowanie ścieżki dźwiękowej do wysokobudżetowego 

filmu. Uznałem, że muszę znaleźd jakieś dochodowe zajęcie na przyszły rok, bo 
na wyspie Maclean nie ma zbyt wielkiego zapotrzebowania na modelki. 

Jego słowa brzmiały całkowicie wiarygodnie i rozsądnie. Przed oczami 

miał nawet swój dom, a wszelkie jego wcześniejsze wątpliwości i zastrzeżenia 
szybko znikały. Oczyma wyobraźni widział Isabellę przed tym domem. Nie 
wątpił, że jej się spodoba. Budynek był duży, znajdowało się tam mnóstwo 
miejsca dla psów. I dla dzieci. 

Nadal patrzyła na niego podejrzliwie. 
- A jakie znaczenie ma zapotrzebowanie na modelki na wyspie Maclean? 
- Nie powinnaś rezygnowad z pracy zawodowej, jeśli tego nie chcesz. 
- Jestem na to przygotowana - wyjaśniła spokojnie. - A jakie zajęcie 

przewidziałeś dla mnie, kiedy trafię na tę wyspę? 

- Będziesz robiła, cokolwiek zechcesz - obwieścił. 
Stała przed nim, odwrócona plecami do krystalicznie czystej, błękitnej 

wody w basenie. Na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. 

- Skąd wiesz, że chcę wszystko rzucid i przeprowadzid się na odludzie? 
- Może potrzebujesz więcej miejsca dla psów? - zasugerował jej. - Spójrz 

na tę sprawę z innej strony. Jeżeli pojedziesz ze mną do mojego domu, już nigdy 
nie będziesz musiała iśd na randkę w ciemno. 

- I tak poprzysięgłam sobie, że na żadną się nie wybiorę. 
- Pojedź ze mną - poprosił ją żarliwie. Nie wiedział, dlaczego mu na tym 

tak zależy: po prostu nie mógł bez niej żyd. 

- Czemu? 
- Bo cię kocham. I sądzę, że ty kochasz mnie. 
- Poznaliśmy się dwa dni temu. 
- Nie mówiłem, że to wszystko ma sens. Po prostu wiem, jaka jest 

prawda. 

Stała tak blisko, że mógł wyciągnąd rękę i dotknąd jej idealnej twarzy. 
- Przemyślę twoją propozycję - zadecydowała po chwili. - Jestem już 

spóźniona na sesję zdjęciową, a potem idę na kawę z Jessicą. Wciąż jest 
wstrząśnięta ucieczką Aarona sprzed ołtarza; wreszcie przejrzała na oczy. A 
teraz wracaj do hotelu i zadzwoo do mnie za kilka dni. 

Jej ręce drżały. Pod wyniosłą postawą kryła się niepewnośd: wiedziała, że 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

gdyby zdjęła okulary, Edward dostrzegłby w jej oczach prawdę. Pragnął ją 
pocałowad, musiał ją pocałowad, a ona go chciała. To było takie proste. 

Podszedł bliżej, a Isabella wytrzymała napięcie i nie cofnęła się ani o 

centymetr. Nadal nie wiedział, czy dobrze postępuje, a tej pewności mógł 
nabrad tylko w jeden sposób: musiał spojrzed w jej oczy. 

Nawet nie drgnęła. Wyciągnął rękę i ściągnął z jej pięknego nosa okulary. 

Natychmiast zrozumiał, że musi ściągnąd z niej także resztę rzeczy. 

- Powinnam iśd - przypomniała niepewnym głosem. 
Nie zwracając najmniejszej uwagi na jej słowa, wepchnął ją do basenu i 

natychmiast wskoczył za nią. 

Prychając, wypłynęła na powierzchnię. Jej makijaż momentalnie spłynął, 

włosy przemokły, modna sukienka nie nadawała się do niczego. Z trudem 
utrzymywała równowagę, stąpając po dnie w butach na wysokim obcasie. 
Spojrzała na Edwarda i wybuchła śmiechem. 

Zanurkowała i wciągnęła go pod cudownie chłodną wodę. Kiedy się 

wynurzyli, ściągnęła mu koszulkę przez głowę. Jej zniszczona sukienka z 
jedwabiu unosiła się na wodzie parę metrów dalej. Edward całował ukochaną, a 
ona odwzajemniała jego pieszczoty, tuląc go mocno. Na chwilę oderwała od 
niego usta. 

- Masz szczęście, że mój pies cię lubi - zauważyła. - Ufam jego osądom 

bardziej niż własnym. 

- Przede wszystkim zaufaj mnie - zażądał i ponownie złożył na jej wargach 

gorący pocałunek, po czym zanurzyli się w chłodnej błękitnej wodzie. 

 
                                                      
 
 

                                              

Epilog 

 
Obudził go żar. Leżał na brzuchu i nie był sam. Odwrócił głowę i ujrzał 

obok siebie Isabellę, z krótko obciętymi włosami i sennym uśmiechem na 
twarzy. W pobliżu szumiała woda; natychmiast zorientował się, że są w domu. 
Na jego wyspie. Na ich wyspie. 

Isabella położyła dłoo na jego ustach i łagodnie je pogłaskała. Ujrzał 

obrączkę na jej palcu. 

- Przyśnił mi się koszmar - wyznał, nie ruszając się z miejsca. - Byłem 

przekonany, że wyszłaś za weterynarza. 

- Zaoszczędziłabym mnóstwo pieniędzy na rachunkach - wymamrotała 

sennie. - Wolę jednak męża, który gra na fortepianie. Och, czego te dłonie nie 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

potrafią... - rozmarzyła się z uśmiechem. - Dlaczego wstałeś tak wcześnie? 
Myślałam, że pośpisz do południa. 

- Która godzina? 
- Po ósmej. - Przetoczyła się na plecy, a on ujrzał łagodne zaokrąglenie jej 

brzucha, sterczące pod jasnoniebieskim kocem, który ich okrywał. - Lepiej śpij, 
ile się da. Za pięd miesięcy nie będziesz miał okazji. 

- Chodź do mnie! - Pociągnął ją za rękę. Przysunęła się do niego i usiadła; 

koc zsunął się z jej bioder. Oczekiwała potomka, a Edward zastanawiał się, 
dlaczego jest taki zdumiony. To uczucie jednak minęło już po kilku chwilach, tak 
jak zawsze. 

- Wiesz, którą częśd twojego ciała najbardziej lubię? - spytała, pochylając 

się i całując go w krzyż. 

- Tak. 
Dała mu klapsa w pupę. 
- Jesteś nieprzyzwoity, Edward - skarciła go żartobliwie i pocałowała w 

kark. Jego ramiona drgnęły. Wciąż pamiętał dłonie, które na nich spoczęły, 
popychając go w przestrzeo. Silne, palące dłonie. 

Jeszcze jeden sen. Tymczasem Isabella całowała go w łopatki, powoli, 

najpierw w jedną, potem w drugą. 

- Twoje tatuaże - westchnęła, przyglądając się w zamyśleniu jego skórze. 

Położyła dłonie dokładnie tam, gdzie spoczywały ręce zjawy. - Ładne, chociaż 
moim zdaniem chyba przesadziłeś. Jeszcze nigdy nie widziałam kogoś, kto 
wytatuowałby sobie anielskie skrzydła u ramion. 

Nawet go nie zdumiała. Przeszłośd szybko odchodziła w niepamięd, 

niczym mgła rozwiewana przez światło dnia. Pozostała tylko teraźniejszośd. 

- Może to skrzydła upadłego anioła - zasugerował, odwracając się i 

przyciągając Isabellę. 

- Idealnie w moim typie - oświadczyła i pocałowała go w usta, 

zamierzając wstad. 

Przyciągnął ją z powrotem i pogłaskał po krótkich włosach. 
- To, że nie śpimy, nie oznacza, że musimy się zrywad z łóżka. 
- A co z Ralphem? 
- Ralphem? 
- To stary pies, a już bardzo długo siedzi tu cierpliwie, czekając, aż któreś 

z nas wstanie i wyprowadzi go na spacer. 

Edward się odwrócił. Zwierzę grzecznie czekało z wysuniętym jęzorem i 

szerokim, psim uśmiechem na pysku. 

- Zawsze tak się wabił? - spytał zdezorientowany. 
- No pewnie, głuptasie - potwierdziła Isabella i pocałowała go ponownie, 

wstając z łóżka. 

background image

 

~

 by

 

 P

an

ich

oc

hliko

wa

 

- Ralph - powtórzył zamyślony. - Wiesz co, czasami mam wrażenie, że w 

poprzednim życiu dobrze znałem Ralpha - mruknął, odrzucił kołdrę i wygramolił 
się z pościeli. 

- Z całą pewnością ma już swoje lata - potwierdziła Isabella. - Mam tylko 

nadzieję, że trafiają do tego samego nieba, co ludzie. Chcę, żeby tam na mnie 
czekał, kiedy umrę. 

Edward spojrzał na wierne stworzenie. 
- Na pewno go tam zastaniemy - oznajmił zdecydowanym tonem. 
Wyszli na dwór, by obejrzed wspaniały wschód słooca, a Ralph podążył za 

nimi w radosnych podskokach. Byli szczęśliwi… na zawsze. 

 

 

 

 

                                                                                        

 I koniec ; ) 

                                                                                                                            

Lucy.