background image

A

NDRE

 N

ORTON

K

SIĘŻYC

 

TRZECH

 

PIERŚCIENI

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

: M

OON

 

OF

 T

HREE

 R

INGS

P

RZEŁOŻYŁA

: D

OROTA

 D

ZIEWOŃSKA

SCAN-

DAL

background image

Dla Sylwii Cochran,

która była mistrzem dla wielu

„początkujących” pisarzy

background image

K

RIP

 V

ORLUND

I

Czymże  jest kosmos? Czy to nieokiełznana  przestrzeń, której  człowiek nie jest w 

stanie poznać, choćby żył sto, tysiąc razy i uparcie krążył między systemem słonecznym a 

planetami,   szukał,   odkrywał,   gonił   wciąż   za   czymś   nowym,   co   kryje   się   za   następnym 

słońcem, następnym systemem? Takim poszukiwaczom dane jest zrozumieć, że nie należy 

odwracać się od wierzeń, lecz wręcz przeciwnie, być otwartym na wszelkie cuda, choćby 

wprawiały one w osłupienie wszystkich przywiązanych do jednej planety, którzy postępują 

utartymi szlakami i nie potrafią nawet odbierać sygnałów nadawanych przez własne zmysły.

Dla tych, którzy zapuszczają się w nieznane — Zwiadowców Centrali, odkrywców i w 

dużej mierze Wolnych Kupców, czerpiących zyski z handlu na obrzeżach Galaktyki — nie 

jest niczym dziwnym, że legendy i fantazje jednej planety w innym świecie mogą być piękną 

lub ponurą rzeczywistością. Każda katastrofa bowiem na jakiejś planecie pozostawia po sobie 

zarówno tajemnice, jak i odkrycia.

Może to wszystko brzmi zbyt pseudofilozoficznie jak na rozpoczęcie sprawozdania, 

ale nie potrafię  wyrazić  tego lepiej, gdyż  nie  przywykłem  do pisania czegokolwiek  poza 

raportami handlowymi  dla Ligi Wolnych  Kupców, zawierającymi  czasami bardzo dziwne 

informacje. Kiedy człowiek próbuje zgłębić coś tajemniczego i niewiarygodnego, to porusza 

się jakby po omacku i potrzebuje wtedy jakiegoś wprowadzenia.

Zwiadowcy   ze   swoich   wiecznych   podróży   w   nowe   światy   przysyłają   wiele 

dziwacznych raportów do Centrali. Nawet planety,  z którymi  ludziom udało się nawiązać 

kontakty, mogą posiadać własne tajemnice, mimo że zostały uznane za przyjacielskie bazy 

dla podróżujących statków i osadników.

Wolni   Kupcy,   żyjący   z   handlu   różnymi   towarami   i   w   przeciwieństwie   do 

Korporantów z wewnętrznych planet nie czerpiący zysków z żadnych monopoli, spotykają się 

czasem z rzeczami, o których nie wie nawet Centrala. Tak właśnie było na planecie Yiktor w 

czasie wpływu Księżyca Trzech Pierścieni. Któż więc mógłby lepiej napisać ten raport ode 

mnie,   choć   byłem   tylko   pomocnikiem   magazyniera   „Lydis”,   ostatnią   osobą   na   liście 

członków załogi.

Z racji swego stylu życia Wolni Kupcy z biegiem lat stali się niemal odrębną rasą w 

Galaktyce. Nie posiadają oni swego domu w świecie, a statki ich nie mają własnego portu, 

background image

lecz wiecznie podróżują. Dla Wolnych Kupców statek jest jedyną planetą i na wszystko, co 

znajduje się poza nim, spoglądają jak na coś obcego. Nie są jednak ksenofobami, bo przecież 

z natury swej dążą do poznania i zaakceptowania otaczającej ich rzeczywistości.

Ludzie   ci   rodzą   się,   aby   zostać   kupcami,   gdyż   całe   ich   rodziny   mieszkają   na 

większych   statkach.   Dawno   temu   postanowiono,   że   takie   rozwiązanie   będzie   lepsze   niż 

przypadkowe i przejściowe związki w portach, co w rezultacie mogło prowadzić do utraty 

statków   przez   mężczyzn.   Duże   porty   w   przestrzeni   kosmicznej   to   w   zasadzie 

samowystarczalne miasta. Każde z nich działa jako ośrodek handlowy w sektorze, w którym 

przeprowadzane   są   poważne   transakcje.   Tam   też   Kupcy   ze   swymi   rodzinami   mogą 

wypoczywać w cieple domowego ogniska w przerwach między wyprawami.

„Lydis” była statkiem klasy D przeznaczonym do ryzykownych wypraw na obrzeża, 

dokąd   zapuszczają   się   tylko   mężczyźni   bez   żadnych   zobowiązań.   I   ja,   Krip   Vorlund, 

cieszyłem   się,   że   wreszcie   wkroczę   w   świat   handlu.   Mój   ojciec   nie   powrócił   ze   swojej 

ostatniej   wyprawy,   a   matka,   według   zwyczaju   Kupców,   nim   upłynęły   dwa   lata,   wyszła 

ponownie za mąż i przeprowadziła się na inny statek wraz z nowym partnerem. Nie miałem 

więc nikogo, kto broniłby moich interesów podczas zapisów.

Naszym kapitanem był Urban Foss. któremu wróżono błyskotliwą karierę, choć był 

jeszcze młody i czasem popisywał się brawurą. Załoga najwidoczniej była z tego zadowolona, 

gdyż   chciała   mieć   nad   sobą   przywódcę,   który   jednym   ryzykownym   posunięciem   mógł 

sprawić,   że   jego   podwładni   staną   się   posiadaczami   solidnych   kont   w   centrum   handlu. 

Magazynierem był Juhel Lidj i, choć nie był pobłażliwy, moja jedyna z nim kłótnia dotyczyła 

tego, że strzegł on zazdrośnie niektórych swoich tajemnic handlowych, mnie pozostawiając 

zaledwie   domysły.   Był   to   chyba   najlepszy   sposób   szkolenia   —   utrzymywanie   mnie   w 

czujności, gdy byłem na służbie, i zmuszanie do myślenia, gdy nie pełniłem dyżuru.

Przed wylądowaniem na Yiktor odbyliśmy dwie pomyślne wyprawy, dzięki którym 

staliśmy się bardziej doświadczeni. Jednak Jednostka Wolnego Handlu musi być stale czujna. 

Po   wylądowaniu,   przed   otwarciem   włazów.   Foss   zmusił   nas   wszystkich   do   wysłuchania 

taśmy przestrzegającej przed wszelkimi niebezpieczeństwami tego świata.

Jedyny port, choć nie najlepszy — bo był to prawdziwie graniczny świat — leżał poza 

Yrjarem, a było to miasto tak odległe, jak to możliwe tylko na Yiktor, położone pośrodku 

rozległej krainy na północy. Z rozwagą zaplanowaliśmy nasze lądowanie w czasie trwania 

wielkiego jarmarku. Możliwe jest wówczas spotkanie kupców i mieszkańców z wszystkich 

zakątków planety, odbywające się co dwa lata planetarne pod koniec pory jesiennych żniw.

Podobnie   jak   targi   w   wielu   innych   światach,   tak   i   to   zgromadzenie   ma   religijne 

background image

korzenie. W ten sposób obchodzono rocznicę dnia, w którym dawny bohater ludowy spotkał i 

pokonał  jakiegoś  demonicznego  wroga,  ratując  tym   samym   swój  lud,  po czym   zmarł  od 

poniesionych ran i został z honorami pochowany. Mieszkańcy wciąż uroczyście czcili jego 

czyn,   a   towarzyszyły   temu   zabawy,   w   których   lordowie   rywalizowali   ze   sobą,   kibicując 

swoim reprezentantom. Zwycięstwo w każdej konkurencji było nagradzane, a zawodnik i jego 

pan zyskiwali prestiż.

background image

II

Rządy na Yiktor były na etapie feudalizmu. Kilka razy w historii królowie i zdobywcy 

jednoczyli całe kontynenty, lecz zazwyczaj takie imperia istniały tylko do końca ich życia. 

Czasami   ziemie   pozostawały   zjednoczone   nawet   przez   dwa   pokolenia,   lecz   w   końcu 

rozpadały się za sprawą waśni możnych panów. Taki scenariusz regularnie się powtarzał. 

Kapłani   jednak   kultywowali   mgliste   tradycje   i   opowieści   o   tym,   że   istniała   dawna 

cywilizacja,   której   udało   się   osiągnąć   większą   stabilność   i   wyższy   poziom   wiedzy 

technicznej.

Nikt nie znał przyczyny stagnacji na obecnym etapie rozwoju. Nikt się tym także nie 

przejmował i nie przypuszczał, że może istnieć jakiś inny sposób życia. Przybyliśmy podczas 

jednego z okresów zamętu, gdy pół tuzina władców feudalnych  zwalczało  się nawzajem. 

Żaden   władca   nie   miał   poparcia,   siły,   szczęścia   lub   czegokolwiek,   czym   powinien 

dysponować   przywódca,   by  przejąć   władzę.   Tak   więc   istniejąca   równowaga   sił   wiecznie 

wisiała na włosku.

Dla nas, Kupców, oznaczało to blokadę umysłów i zamknięcie broni, choć było to 

uciążliwe i nieprzyjemne.

W   historii   Wolnego   Handlu   znane   były   obawy   Kupców   przed   potęgą   Patrolu   i 

gniewem   Władzy.   Kupcy   stosowali   wówczas   odpowiednie   środki   bezpieczeństwa,   gdy 

przebywali na prymitywnych planetach. Mianowicie nie wolno było sprzedawać niektórych 

informacji technicznych. Nie podlegała też sprzedaży broń spoza danego świata ani wiedza 

ojej produkcji. Wszelka broń inna niż ogłuszacze składana była w zamkniętym sejfie i nie 

można   jej   było   użyć,   nim   statek   opuścił   ów   świat.   Stosowano   też   blokadę   umysłów,   co 

zapobiegało   wydobyciu   od   Kupców   jakichkolwiek   informacji   dotyczących   rozwiązań 

technicznych i broni.

Ktoś mógłby sądzić, iż Kupcy wystawiali się na łatwy łup każdego ambitniejszego 

władcy, który mimo wszystko zapragnąłby wydobyć z nich owe informacje. Jednak prawo 

handlowe całkowicie chroniło przybyszów  przed niebezpieczeństwem, o ile przebywali w 

granicach ustalonych przez kapłanów w czasie pierwszego dnia targów.

Według niemal powszechnie przyjętego w Galaktyce zwyczaju, który pojawił się w 

sposób naturalny w każdym ze światów, gdzie od wieków istniały podobne zgromadzenia, 

teren   jarmarku   był   obszarem   neutralnym   i   świętym.   Mogli   się   tam   spotykać   śmiertelni 

wrogowie   i   żaden   nie   miał   prawa   sięgnąć   po   broń.   Przestępstwa   i   zbrodnie   mogły   być 

background image

dokonywane   wszędzie,   ale   kiedy   zbrodniarz   trafił   na   targ   i   przestrzegał   tam   prawa,   nie 

podlegał pogoni ani karze dopóty, dopóki trwał jarmark. Taka impreza miała własne prawa i 

stróży  porządku,  a każde   przestępstwo popełnione  w  czasie   jej  trwania   było  natychmiast 

karane. Z tego też względu w miejscu spotkań można było ostrożnie wybadać poglądy lordów 

na temat zakończenia waśni, a może nawet i zawrzeć nowe koalicje. Karą dla każdego, kto 

zakłócił spokój targów, było wyjęcie spod prawa, co równało się wyrokowi śmierci, a na 

przestępcę spadały udręki oraz cierpienia.

Tyle wiedzieliśmy wszyscy, ale czekaliśmy cierpliwie, słuchając powtarzającej wciąż 

te same fakty taśmy. Na Jednostce Handlu żadnego raportu nie uznaje się za niepotrzebny. 

Dlatego   też   Foss   przystąpił   po   raz   wtóry   do   omawiania   obowiązków.   Zakres   naszych 

powinności   zmieniał   się   w   sposób   rotacyjny   między   lądowaniami.   Zawsze   jedna   osoba 

pilnowała statku, a reszta parami mogła w wolnym  czasie zwiedzać teren. Od porannego 

gongu   aż   do   wczesnego   popołudnia   mogliśmy   zajmować   się   handlem   i   spotykać   z 

miejscowymi kupcami. Foss był już wcześniej raz na Yiktor jako drugi kapitan „Coal Sack”, 

nim   jeszcze   dorobił   się   własnego   statku,   wyjął   więc   teraz   swoje   notatki,   by   odświeżyć 

pamięć. Na wszystkich Jednostkach Wolnego Handlu, chociaż magazynier dba o towar oraz 

interesy   całego   statku,   każdy   członek   załogi   powinien   bacznie   obserwować   zwyczaje 

mieszkańców nowej planety, by odkryć możliwość popytu na nowe towary i tym samym 

przyczynić się do ogólnej pomyślności wyprawy. Zachęcano nas więc do zwiedzania parami 

targowisk,   obserwowania   lokalnych   towarów   i   wyczuwania   potrzeb   mieszkańców,   które 

moglibyśmy w przyszłości zaspokoić, oraz wyszukiwania do tej pory zaniedbanych dziedzin 

eksportu.

Lidj troszczył się o główny ładunek z Yrjar. Był to „młodzik”, gęsty sok wyciskany z 

liści   niektórych   roślin,   prasowany   potem   w   bloki.   Bloki   te   łatwo   było   przechowywać   w 

najniższej   ładowni,   gdy   już   opróżniliśmy   ją   z   bel   murano   —   połyskującego   grubego 

jedwabiu, na który tkacze na Yiktor rzucali się pożądliwie, cierpliwie wysupłując z niego nici, 

które łączyli potem ze swym najlepszym materiałem. W ten sposób uzyskiwali dwukrotnie 

większą   długość   nowych   tkanin.   Czasami   jakiś   lord   płacił   całe   sezonowe   lenno   za   nie 

sfałszowaną tkaninę na długą pelerynę. Bloki młodzika, przeniesione w bazie sektora na inny 

statek, zazwyczaj kończyły się już w połowie drogi przez Galaktykę, gdzie przerabiano je na 

wino, o którym Zakatianie mówili, że zwiększa ich potencjał umysłowy i leczy kilka chorób 

owej   starej   rasy   jaszczurczej.   Swoją   drogą   nie   rozumiem,   czemu   Zakatianin   miałby 

wzmacniać swój potencjał umysłowy — oni już i tak mają niezłą przewagę nad ludźmi w tej 

dziedzinie!

background image

Młodzik   nie   stanowił   jednak   całego   ładunku   i   do   nas   należało   zapełnienie   reszty 

ładowni.  Domysły  nie   zawsze  się   sprawdzały.   Czasami  to,  co   nam  wydawało  się   cenne, 

okazywało się niepotrzebnym ciężarem, który trzeba było wyrzucić w przestrzeń kosmiczną. 

Jednak podejmowanie ryzyka w przeszłości często się opłacało, byliśmy więc pewni, że i tym 

razem wszystkim nam przyniesie to korzyści.

Każdy Kupiec, któremu już raz się powiodło, miał większe szansę na awans i nadzieję, 

że już niedługo będzie mógł wystąpić o umowę własności i większy udział w zyskach z 

wyprawy. Trzeba było zawsze mieć oczy otwarte, dobrą pamięć do faktów zarejestrowanych 

podczas wcześniejszych wypraw i chyba posiadać coś, co starsi nazywali smykałką i co było 

naturalnym darem, którego nie można się nauczyć, choćby się bardzo uparcie tego pragnęło.

Oczywiście, zawsze istniały łatwe, niezawodne możliwości — nowy materiał, cenny 

klejnot — to, co przyciąga wzrok. Tylko że były one zazwyczaj zauważane przez każdego. 

Nie ulegało wątpliwości, że magazynier zauważał je przy pierwszym spotkaniu Kupców. Od 

takich transakcji zależała atrakcyjność danej planety dla Kupców spoza ich świata. Transakcje 

były więc publicznie ogłaszane.

Były   też   artykuły   nabywane   z   nadzieją   na   korzystną   ich   sprzedaż   przy   odrobinie 

szczęścia. Najczęściej był to mało znany produkt, który przyniósł na targ jakiś miejscowy 

kupiec — małe przedmioty, które w innym świecie mogły przynieść wielkie zyski — lekkie, 

łatwe   do   transportowania,   można   je   było   sprzedać   nawet   za   tysiąckroć   wyższą   cenę 

dyletantom na zatłoczonych planetach wewnętrznych, którzy wciąż szukają czegoś nowego, 

czym można by zadziwić sąsiadów.

Foss odniósł sukces podczas swojej drugiej wyprawy. Powiodło mu się wówczas z 

dywanami   Ispan,   arcydziełami   tkactwa   i   barwy,   które   można   zawinąć   w   paczuszkę   nie 

dłuższą niż ludzkie przedramię, a po rozwinięciu pokrywają one jedwabistym splendorem 

wielką podłogę i zachwycają oglądających bogactwem barw. Mój bezpośredni zwierzchnik, 

Lidj, odkrył Crontax dlalho — niepozorny pomarszczony owoc, którego uprawa przyniosła 

planecie Lidze duże zyski, a Lidjowi dała prawo do powtórnego kontraktu. Oczywiście, nie 

można liczyć na wielkie szczęście już na początku kariery. Jednak sądzę, że wszyscy mają 

skrytą nadzieję, iż sukces można osiągnąć niespodziewanie.

Pierwszego dnia poszedłem z Lidjem i kapitanem na otwarcie targów. Odbywało się 

ono w Wielkiej Hali na polu poza murami Yrjaru. Chociaż większość budynków na Yiktor 

była ponura i ciemna, gdyż w każdej chwili mogły służyć jako fortyfikacje, to Wielka Hala, 

jako miejsce nie zagrożone niebezpieczeństwem najazdu, zdecydowanie odbiegała od tego 

schematu. Ściany Wielkiej Hali zbudowane były z kamienia, ale tylko częściowo. Wewnątrz, 

background image

niemal na całej szerokości, rozciągała się wolna przestrzeń, którą naruszały tylko kolumny 

podtrzymujące   stromy   dach.   Z   murów   wystawały   okapy   chroniące   przed   opadami,   ale 

jarmark  i tak  odbywał  się w  porze  suchej, gdy zazwyczaj  bywa  pogodnie.  Całe  wnętrze 

wypełnione było światłem, co rzadko można było spotkać w jakimkolwiek innym budynku na 

Yiktor.

Byliśmy   jedyną   Jednostką   Wolnego   Handlu   w   porcie.   Stal   tam,   co   prawda, 

koncesjonowany   statek   pod   banderą   Korporantów,   lecz   przewoził   on   w   ramach   umowy 

handlowej   konkretny   ładunek,   o   którym   nie   dyskutowaliśmy.   Tym   razem,   między 

przybyszami z przestrzeni kosmicznej panowała zgoda i nie trzeba było prowadzić ostrych 

negocjacji.   Nasi   kapitanowie   i   magazynierzy   zgodnie   dzielili   wysokie   krzesła   starszych 

Kupców.   Cała   nasza   reszta,   nic   nie   znaczący   Kupcy,   nie   zajmowała   tak   wysokich   i 

wygodnych miejsc.

W tutejszej hierarchii byliśmy równi zwykłym  handlarzom i zgodnie z przyjętymi 

zasadami   musieliśmy   stać   w   zewnętrznych   przejściach.   Każdy   z   nas   dzierżył   dumnie 

tabliczkę   do   liczenia.   Pełniły   one   podwójną   funkcję:   pozwalały   wejść   do   środka   wraz   z 

naszymi zwierzchnikami oraz wywoływały wśród ludności wrażenie, że obcy nie należą do 

nader bystrych, skoro potrzebują takich pomocy. Oczywiście, jest to zawsze dobry początek 

korzystnych   transakcji.   Tak   więc   kucaliśmy   u   stóp   platformy   z   wysokimi   krzesłami   i 

ostentacyjnie robiliśmy notatki o wszystkich prezentowanych i zachwalanych towarach.

Widzieliśmy futra z północy, o odcieniu głębokiej czerwieni, w których — podczas 

demonstracji — przebłyskiwały strużki złotawego światła. Tkaniny prezentowano w dużych 

ilościach, rozciągając je na małych półkach, które rozkładali czeladnicy. Pokazywano także 

wiele   wyrobów   metalowych,   głównie   broń.   Miecze   i   włócznie   zdają   się   prymitywnym 

uzbrojeniem   znanym   w   całej   Galaktyce,   jednak   aktualnie   prezentowane   z   pewnością 

wykonane   były   przez   mistrzów   znających   swoje   rzemiosło.   Była   tam   kolczuga,   hełmy, 

niektóre   zakończone   miniaturowymi   sylwetkami   bestii   lub   ptaków,   a   także   tarczami.   Na 

koniec zaprezentowano strzelanie do celu z nowego typu kuszy, a sądząc z poruszenia, jakie 

wywołała demonstracja, musiało być to najnowsze osiągnięcie techniczne na tej planecie.

Wystawa   broni   i   rynsztunku,   stanowiąca   istotną   część   lokalnego   targu,   nie 

interesowała nas zbytnio. Czasami ktoś z nas wybierał miecz czy sztylet, by sprzedać go 

później jakiemuś kolekcjonerowi. Były to jednak drobne prywatne transakcje.

To była długa sesja. Yiktorianie zrobili przerwę dopiero na posiłek, kręcąc się wokół 

pojemników   z   gorzkim   piwem   i   tzw.   „szybkim   daniem”   z   pasty   owocowo—mięsnej 

wciśniętej   między   płaskie   placki   zbożowe.   Gdy   opuszczaliśmy   salę,   już   zmierzchało. 

background image

Zwyczajowo   kapitan   Foss   i   Lidj   musieli   pójść   na   oficjalny   bankiet   wydawany   przez 

organizatorów   targów,   a   my   wracaliśmy   na   swoje   statki.   Młodszy   przedstawiciel   statku 

Korporacji, który dzielił ze mną niewygodne miejsce, przeciągnął się i wyszczerzył zęby w 

uśmiechu, zamykając swoją tabliczkę.

— No,   to   już   wszystko   szczęśliwie   mamy   za   sobą   —   odezwał   się.   —   Jesteś   już 

wolny?

Zazwyczaj  Wolni Kupcy i Korporanci nie okazują chęci do zacieśniania bliższych 

więzów. W naszej wspólnej przeszłości było wiele zadrażnień, lecz obecnie sytuacja uległa 

poprawie.   Liga   zajmuje   silną   pozycję,   a   przywódcy   Korporacji   nie   próbują   torpedować 

działań Kupca, który może liczyć na poparcie Ligi. W dawnych czasach Jednostka Wolnego 

Handlu złożona z jednego statku nie miała szans odparcia ataku Korporantów. Uprzedzenia i 

wspomnienia  z owych  dni wciąż jednak nas dzieliły.  Bez jakiejkolwiek serdeczności, ale 

grzecznie odpowiedziałem:

— Jeszcze nie. Aż do raportu końcowego.

— My   tak   samo.   —   Jeśli   nawet   wyczuł   chłód   w   moim   głosie,   nie   okazał   tego. 

Poczekał, aż złożę tabliczkę, co robiłem bardzo powoli, by pozwolić mu odejść, lecz on nie 

skorzystał z okazji. — Jestem Gauk Slafid.

— Krip Vorlund — odparłem, idąc obok niego z niechęcią. Przy wyjściu tłoczyli się 

już   miejscowi   handlarze   i   rzemieślnicy.   Jak   na   rozsądnych   przybyszów   przystało,   nie 

wchodziliśmy w tłum. Zauważyłem, że Slafid spojrzał na moją odznakę, więc odpłaciłem mu 

tym   samym.   Pracował   w   ładowni,   lecz   jego   krążek   miał   dwa   paski,   a   mój   tylko   jeden. 

Korporanci awansowali wolniej niż my, jednak prawdopodobnie awans przynosił im większe 

zyski.

Nie można z wyglądu ocenić wieku planetarnego osób. które większość życia spędzają 

w kosmosie. Często nie potrafimy określić nawet własnego wieku. Pomyślałem jednak, że 

Gauk Slafid chyba jest trochę starszy ode mnie.

— Znalazłeś już swój towar? — To było pytanie według mnie zbyt nietaktowne nawet 

jak na Korporanta, choć oni niemal z definicji uważani są za aroganckich. Gdy jednak na 

niego spojrzałem, zrozumiałem, że on naprawdę nie zdawał sobie sprawy, iż to jedno z tych 

pytań, których się nie zadaje, chyba że krewnemu lub bardzo bliskiemu przyjacielowi. Może 

słyszał o zwyczajach Wolnych Kupców i wykorzystując tę powierzchowną wiedzę, próbował 

nawiązać rozmowę.

— Nie możemy jeszcze wychodzić. — Nie było sensu obrażać się za to niewinne 

pytanie, choć zadane nietaktownie. Kontakty z obcymi uczą skrywania urazy, a Korporanci w 

background image

przeszłości byli bardziej obcy dla ludzi mojego pokroju niż wiele nieludzkich społeczeństw.

Może   rozumiał   moje   rozterki,   bo   nie   podtrzymywał   tematu.   Gdy   doszliśmy   do 

zatłoczonej bocznej ulicy, skinął ręką w stronę jaskrawych flag i proporców z wywijasami 

lokalnego   pisma   znakowego,   które   ogłaszały   imprezy   rozrywkowe   zarówno   całkiem 

niewinne,   jak   i   te   graniczące   z   rozpustą.   Skoro   na   targach   spotykali   się   sprzedawcy   i 

handlarze, kapłani i poważane ogólnie osoby, było to także skupisko tych, którzy zarabiają na 

życie, oferując podniety dla ducha i ciała.

— Dużo tu do zobaczenia… czy musisz być w nocy na statku? — W jego pytaniu był 

jakiś ton wyższości, a przecież nic nas nie łączyło, zachowywałem więc dystans.

— Chyba tak. Ale jeszcze nie losowaliśmy przydziału wart.

Znowu się uśmiechnął, unosząc dłoń do czoła w geście przypominającym salutowanie.

— Życzę więc powodzenia. My już losowaliśmy i tę noc mam wolną. Jeśli i tobie się 

uda. odszukaj mnie. — Ponownie wykonał ten swój gest, tym razem wskazując proporzec na 

końcu szeregu. Nie był  on tak jaskrawy jak wszystkie  inne; tylko  on jeden miał  dziwny 

odcień szarości złamanej różem. Gdy się nań raz spojrzało, wzrok uparcie powracał mimo 

pozornie bardziej nęcących wokół barw.

— To coś specjalnego — ciągnął Slafid — jeśli lubisz pokazy zwierząt.

Pokazy zwierząt? Po raz drugi wprawił mnie w zakłopotanie. W moich wyobrażeniach 

Korporant   miał   całkiem   inne   gusta,   jeśli   chodzi   o   rozrywkę   —   coś   bliższego 

skomplikowanym, niemal dekadenckim przyjemnościom z planet wewnętrznych.

Wtedy odezwała się we mnie  podejrzliwość. Zacząłem  się zastanawiać,  czy Gauk 

Slafid   nie   posłużył   się   psychopolacją.   Bezbłędnie   wybrał   taką   formę   rozrywki,   która 

natychmiast by mnie wciągnęła. Pozwoliłem sobie na delikatną penetrację myśli, nie w celach 

inwazji, oczywiście — to ostatnia rzecz, jaką mógłbym zrobić — lecz, by dyskretnie wybadać 

obecność   psychopola.   Niczego   jednak   nie   wyczułem,   więc   zawstydziłem   się   swoich 

podejrzeń.

— Jeśli szczęście mi dopisze — odpowiedziałem — zrobię, jak radzisz.

Wtedy zatrzymał go ktoś z załogi z insygniami ich statku. Slafid jeszcze raz wykonał 

w moją stronę znajomy gest i odszedł ze swym przyjacielem. Stałem jeszcze przez chwilę, 

przyglądając   się   temu   niemal   przesadnie   skromnemu   proporczykowi,   usiłując   zrozumieć, 

dlaczego tak uparcie przyciąga on wzrok. Kupcy powinni wiedzieć takie rzeczy — to ważne. 

Czy tylko na mnie tak działa, czy również na innych? Uzyskanie odpowiedzi stało się tak 

ważne, że postanowiłem przyprowadzić tu kogoś, by to sprawdzić.

Miałem szczęście, bo wylosowałem przepustkę na tę noc. Załoga „Lydis” była tak 

background image

nieliczna, że tylko czworo z nas mogło opuścić statek. Trudno jest czwórce, zobowiązanej do 

chodzenia   parami,   zorganizować   wspólny   czas,   gdy   każdy   ma   własne   zainteresowania. 

Pozycja   młodszych   na   statku   sprawiła,   że   wychodziłem   z   drugim   inżynierem,   Grissem 

Sharvanem. Cóż, potrzebowałem towarzysza, by wypróbować na nim działanie proporca, i los 

właśnie podarował mi Grissa. Jest on Kupcem z dziada pradziada, jak my wszyscy. Jednak 

jego największą miłością jest statek i nie wierzę, by kiedykolwiek, chyba że tego od niego 

wyraźnie  żądano, dokonywał  jakichś transakcji handlowych. Na szczęście pamiętałem,  że 

niedaleko pokazu zwierząt powiewał transparent o barwie głębokiej  purpury,  oznaczający 

wystawę oręża i wykorzystałem to, by zaciągnąć tam Grissa. Griss jest hazardzistą, ale hazard 

to   kolejna   rzecz   zabroniona   w   obcych   portach.   Taka   słabość,   podobnie   jak   pijaństwo, 

narkotyki i podrywanie córek gospodarzy, może prowadzić do różnych kłopotów, co oznacza 

narażanie statku. Wobec tego pokusy owych rozrywek są w nas na jakiś czas blokowane i 

wszyscy, na trzeźwo, zgadzamy się, że jest to słuszne.

Przy końcu ulicy, teraz oświetlonej latarniami, tak barwnymi jak transparenty ponad 

nimi, a przy tym zdobionymi rysunkami, przez które przebijało światło, pokazałem Grissowi 

proporce. Różowoszara flaga wciąż powiewała na wietrze, a latarnia była srebrnym globem, 

bez żadnych wzorów zakłócających jej perłowy połysk.

Griss popatrzył we wskazanym przeze mnie kierunku.

— Co to jest?

— Słyszałem,   że   pokaz   zwierząt   —   odpowiedziałem.   Można   by   przypuszczać,   że 

Wolni Kupcy, żyjący głównie w przestrzeni kosmicznej, raczej nie interesują się zwierzętami. 

Kiedyś wszystkie statki przewoziły zwierzęta z rodziny kotów dla ochrony ładunku przed 

różnymi   szkodnikami.   Przez   wieki   zwierzęta   te   były   integralną   częścią   załogi.   Było   ich 

jednak coraz mniej. Nie pamiętaliśmy już, skąd one pochodziły, więc nie mogliśmy zdobyć 

nowych   osobników   do   odnowienia   gatunku.   Pozostało   ich   jeszcze   kilka   i   te   były 

przechowywane w kwaterze głównej, obsypywane nagrodami, chronione, aby gatunek mógł 

się   odrodzić.   Wszyscy   próbowaliśmy   od   czasu   do   czasu   zastąpić   koty   różnymi   innymi 

drapieżnikami   z   odwiedzanych   światów.   Jeden   czy   dwa   gatunki   zwierząt   być   może 

przystosowałyby się do życia na statku, lecz większość nie potrafiła znosić trudów długich 

wypraw.

Może to tęsknota za zwierzętami  tak silnie nas pcha ku obcym  stworzeniom.  Nie 

wiedziałem, co Griss o tym sądzi, ale czułem, że muszę odwiedzić pawilon widoczny za 

księżycową lampą. Gnss przystał na moja propozycję i poszliśmy razem.

Nagle   usłyszeliśmy   tępy,   ciężki   dźwięk   gongu.   Rozmowy,   śmiechy,   śpiewy   — 

background image

wszystko to ucichło, a tłum złożył należny hołd świątyni. Cisza nie trwała jednak długo, bo 

choć   jarmark   był   świętem   religijnym,   z   upływem   lat   ten   aspekt   coraz   bardziej   tracił   na 

znaczeniu.

Doszliśmy   pod   różowoszary   proporzec,   prosto   w   światło   księżycowej   lampy. 

Spodziewałem się ujrzeć jakieś rysunki zwierząt przyciągające publiczność, a był tam tylko 

płócienny ekran z gęstwą znaków tubylczego języka i ponad drzwiami dziwna maska ni to 

zwierzęcia, ni to ptaka, czegoś, co zdaje się posiadać cechy obu gatunków.

— A to co?! — Griss wydał krótki okrzyk.

Jego   żywe   zaciekawienie   trochę   mnie   zaskoczyło.   Takie   spojrzenie   widywałem   u 

niego tylko wtedy, gdy miał do czynienia z nową skomplikowaną maszyną.

— To prawdziwe znalezisko.

Znalezisko? Pomyślałem o jakimś szczęśliwym towarze handlowym.

— Prawdziwa osobliwość — poprawił się, jakby przejrzał moje myśli — to jest pokaz 

Thassów.

Podobnie   jak   kapitan   Foss,   był   on   już   na   Yiktor   wcześniej.   Potrafiłem   tylko 

powtórzyć:

— Thassów?

Myślałem, że gruntownie przestudiowałem zawartość kaset na temat Yiktor, ale to 

słowo nic mi nie mówiło.

— Chodźmy!   —   Griss   pociągnął   mnie   w   kierunku   szczupłego   Yiktorianina   w 

srebrzystej tunice i wysokich czerwonych butach, który pobierał opłatę za wstęp. Człowiek 

ten podniósł wzrok i wtedy doznałem szoku.

Otaczał   nas   tłum   urodzonych   i   wychowanych   na   Yiktor   ludzi,   którzy   tylko 

nieznacznie różnili się od mojego gatunku, ale ten młodzian w jasnym odzieniu wydawał się 

w tym świecie jeszcze bardziej obcy niż my.

Sprawiał wrażenie bardzo delikatnego, zupełnie jakby wiatr targający transparentem 

ponad nami mógł go w jednej chwili porwać w górę. Skórę miał zdumiewająco gładką, bez 

jakichkolwiek śladów zarostu, i niezwykle jasną, jakby zupełnie bez pigmentu. Wyglądałby 

bardziej ludzko, gdyby nie ogromne ciemne oczy. Jego srebrzystobiałe brwi wyginały się na 

skroniach tak wysoko w górę, że aż łączyły się z włosami.

Starałem   się   nie   przyglądać   mu   zbyt   nachalnie,   gdy   Griss   wręczał   opłatę   i   ów 

człowiek odsłaniał wejście, by wpuścić nas do namiotu.

background image

III

Wewnątrz nie było żadnych siedzeń, tylko kilka szerokich platform na podwyższeniu 

w końcu namiotu, które łatwo można było rozmontować. Naprzeciwko znajdowała się duża 

scena,  jeszcze  pusta,  udekorowana  draperiami  o  tych   samych   różowoszarych   barwach  co 

proporzec.   Ze   słupa,   pośrodku   namiotu,   zwisał   rząd   księżycowych   latarni.   Całość   była 

skromna, lecz elegancka i nie kojarzyła mi się z pokazem zwierząt.

Przybyliśmy w samą porę — właśnie kurtyna w tyle sceny uniosła się i wyszedł treser, 

by przywitać licznie zgromadzoną publiczność. Mimo późnej pory przyszło również wiele 

dzieci.

Mistrz? Nie, osoba, która się pojawiła, choć odziana w tunikę, bryczesy i wysokie 

buty, podobne do tych u biletera, najwyraźniej była kobietą. Jej tunika nie zapinała się pod 

samą   szyję,   lecz   z   tyłu   głowy   i   tworzyła   rodzaj   wachlarza   ze   sztywnego   materiału, 

połyskującego drobnymi iskierkami rubinowego światła, który współgrał z kolorem butów, i 

szerokiego   paska.   Miała   też   na   sobie   krótką,   dopasowaną   kamizelkę   z   tego   samego 

czerwonozłotego futra, które tego ranka widziałem na wystawie w Wielkiej Hali.

Nie trzymała w ręce żadnego bata, jak czyni to większość pogromców dzikich bestii, 

lecz   tylko   cienką   srebrną   różdżkę,   która   nie   stanowiła   żadnej   obrony.   Różdżka 

harmonizowała   z   barwą   włosów   kobiety,   które   zaczesane   do   góry,   tworzyły   stożek   o 

rubinowym połysku. W trójkątnej przestrzeni, między długimi wygiętymi brwiami a środkiem 

linii włosów, nad czołem, spoczywała misterna arabeska ze srebra i rubinów, która zdawała 

się przyczepiona do skóry, bo nie poruszała się przy żadnym ruchu głową. Była w tej kobiecie 

jakaś pewność siebie, przekonanie cechujące mistrzów.

Usłyszałem, jak Griss gwałtownie wciągnął powietrze.

— Księżycowa Śpiewaczka! — W jego okrzyku zabrzmiała nuta przerażenia, uczucia 

bardzo rzadko spotykanego wśród Kupców. Chciałem poprosić go o wyjaśnienie, ale stojąca 

na  platformie   kobieta  właśnie   w  tej  chwili  skinęła   różdżką   i  wszelkie   rozmowy  ucichły. 

Publiczność okazywała jej większy respekt niż tłum na zewnątrz wobec świątyni.

— Freesha i Freesh — jej głos był niski, brzmiał jak śpiewne zawodzenie i sprawiał, 

że usłyszawszy pierwsze słowo, chciało  się słuchać dalej — bądźcie  łaskawi dla mojego 

małego ludku, który pragnie tylko was rozbawić. — Podeszła do końca platformy i wykonała 

kolejny gest różdżką. Draperia uniosła się na tyle wysoko, by umożliwić wejście na scenę 

sześciu małym futerkowym stworzeniom. Ich futra, choć krótkowłose, były gęste, puszyste i 

background image

oślepiająco białe. Zwierzęta wbiegły na tylnych łapach, trzymając w przednich kończynach, 

opartych na brzuchach, małe bębenki w kolorze rubinu. Łapy zwierzątek były podobne do 

naszych  ludzkich dłoni, ale palce miały bardziej długie i szczupłe. Z ich okrągłych  głów 

wystawały nagie, ostro zakończone uszy. Jak u ich mistrzyni oczy tych stworzeń wydawały 

się zbyt wielkie w stosunku do okrągłych pyszczków z szerokimi nosami. Każde zwierzę 

miało gęsty, jedwabisty ogon.

Zwierzęta przemaszerowały jedno za drugim na przeciwną stronę sceny i kucnęły za 

bębenkami, na których położyły swoje długopalce kończyny. Ich pani musiała dać im jakiś 

znak, którego nie zauważyłem, bo zwierzęta zaczęły dźwięcznie wystukiwać rytm.

Kurtyna ponownie uniosła się i na scenę wyszła następna grupa „aktorów”. Ci byli 

więksi od doboszy i poruszali  się nieco  wolniej. Ciała  zwierząt  były ciężkie,  a mimo  to 

maszerowały równo w takt bębnów. Futra miały ciemnobrązową barwę, a olbrzymie, długie 

uszy i wąskie odstające ryjki sprawiały, że zwierzęta te wyglądały obco i groteskowo. Zaczęły 

kiwać rytmicznie głowami, potrząsając przy tym ryjkami.

Po   chwili   jednak   okazało   się,   że   miały   one   służyć   tylko   jako   wierzchowce   dla 

następnej   grupy.   Jeźdźcy   trzymali   wysoko   małe   głowy   jasnokremowej   barwy,   z   dużymi 

pierścieniami ciemniejszego futra wokół oczu, co nadawało ich pyszczkom wyraz zdziwienia. 

Podobnie jak dobosze, jeźdźcy używali przednich łap — jak my dłoni — często chwytali 

kremowobrązowe ogony i unosili ich końce.

Wierzchowce o sterczących nosach i ich pręgowani jeźdźcy przemaszerowali dumnie 

ku przodowi sceny. I wtedy zaczęła się prawdziwa magia. Widziałem już wiele pokazów 

zwierząt w różnych światach, ale żaden nie był podobny do tego. Nie było tu strzelania z bata, 

żadnych głośnych rozkazów wykrzykiwanych przez treserkę. Zwierzęta zachowywały się tak, 

jakby   wykonywały   nie   jakieś   wyuczone   sztuczki,   lecz   raczej   jakby   odprawiały   własną 

ceremonię z dala od wzroku innych przedstawicieli swojego gatunku. Publiczność siedziała 

cicho,   nie   słychać   było   nic   prócz   rytmów   wybijanych   przez   owłosionych   muzykantów   i 

dziwnych okrzyków wydawanych chwilami przez aktorów. Ryjkowate zwierzęta i ich jeźdźcy 

to był dopiero początek. Byłem zbyt oszołomiony, by policzyć wszystkie akty. Gdy jednak w 

końcu zeszli ze sceny, odprowadzani gromkimi brawami, których zdawali się nie słyszeć, 

pomyślałem, że widzieliśmy co najmniej dziesięć różnych gatunków.

Treserka jeszcze raz wyszła na środek sceny i pozdrowiła nas różdżką.

— Mój ludek jest zmęczony. Jeśli sprawili wam przyjemność, Freesh, Freesha, jest to 

dla nich wystarczającą nagrodą. Jutro wystąpią znowu.

Spojrzałem na Grissa.

background image

— Jeszcze   nigdy   nie…   —   zacząłem,   gdy   nagle   poczułem   na   ramieniu   dotyk   i 

odwróciłem głowę. Ujrzałem młodzieńca, który wcześniej pilnował wejścia.

— Szlachetni   Homo   —   mówił   językiem   basie,   a   nie   mową   Yrjaru   —   czy   nie 

chcielibyście przyjrzeć się bliżej naszym maleństwom?

Nie miałem pojęcia, czemu właśnie do nas skierowano takie zaproszenie, ale była to 

propozycja nie do odrzucenia. Nagle zaszczepiona w nas ostrożność odezwała się we mnie 

ostrzegawczo   i   zawahałem   się.   Popatrzyłem   na   Grissa.   Ponieważ   wiedział   coś   o   tych 

Thassach (kimkolwiek lub czymkolwiek mogli być), pozostawiłem jemu podjęcie decyzji.

Pozostawiliśmy   za   sobą   niechętnie   wychodzący   tłum   i   ruszyliśmy   za   naszym 

przewodnikiem. Gdy znaleźliśmy się już za kurtyną, owionęły nas dziwne zapachy zwierząt, 

ale czystych i zadbanych, zapachy wyściółek i nie znanej nam żywności. Przestrzeń przed 

nami była ze trzy razy większa od powierzchni namiotu.

Ogromny obszar przedzielony był drewnianymi  przegrodami, wzdłuż których stały 

wozy transportowe, jakich używa się zwykłe do przewożenia towarów. Zobaczyliśmy tam 

rząd   przywiązanych,   ciężkich   zwierząt   pociągowych,   kasów,   z   których   większość   leżała 

spokojnie,   przeżuwając   pożywienie.   Klatki   ustawione   w   szeregu   przypominały   miasto   z 

wąskimi uliczkami. Na końcu najwęższej alejki stała kobieta. Kobieta czy dziewczyna — nie 

potrafiłem określić jej wieku. Wymyślne ułożenie włosów, ozdoba na czole i pewność siebie 

dodawały jej lat, ale gdy przyjrzałem się jej z bliska, odniosłem inne wrażenie.

Wciąż   trzymała   w   ręce   srebrną   różdżkę,   przesuwając   jaw   przód   i   w   tył   między 

jasnymi niczym alabaster palcami, jakby szukała w niej oparcia. Właściwie nie wiem, skąd ta 

myśl przyszła mi do głowy, bo przecież nic innego w jej wyglądzie czy zachowaniu nie było 

takiego, co wskazywało, aby kiedykolwiek czuła onieśmielenie czy niepewność.

— Witam, Szlachetni Homo. — Jej basie brzmiał tak nisko jak rodzimy język, którego 

używała na scenie. — Jestem Maelen.

— Krip Vorlund.

— Griss Sharvan.

— Jesteście z „Lydis”. — Nie było to pytanie, lecz wyraźne stwierdzenie. Kiwnęliśmy 

głowami. — Malez — odezwała się do młodzieńca — może Szlachetni Homo zechcą zjeść z 

nami kolację?

Chłopak nie odpowiedział, lecz odszedł szybko w jedną z alejek między klatkami w 

stronę ogrodzenia, na prawo od uwiązanych zwierząt. Maelen chwilę się nam przyglądała, a 

potem skierowała różdżkę w stronę Grissa.

— Ty już coś o nas słyszałeś — tu przesunęła swoje narzędzie w moją stronę — ale ty 

background image

nie. Grissie Sharvan. co o nas słyszałeś? I nie przemilczaj złego, jeśli jest coś takiego.

Griss był ciemno opalony jak my wszyscy, którzy mieszkamy w kosmosie. Przy jasnej 

cerze tych ludzi wydawał się niemal czarny. Na smagłej cerze zauważyłem jednak rumieniec.

— Thassowie to Księżycowi Śpiewacy — powiedział.

Uśmiechnęła się.

— Niezupełnie, Szlachetny Homo. Tylko niektórzy korzystają z mocy Księżyca.

— Ale ty do nich należysz.

Milczała. Po uśmiechu nie było już śladu. Po chwili odpowiedziała:

— To prawda, skoro już to wiesz, Kupcze…

— Thassowie należą do różnych gatunków i rodzajów. Nikt na Yiktor, może prócz 

nich samych, nie wie, skąd i kiedy przybyli. Byli tu wcześniej niż możni panowie i świątynie.

Maelen przytaknęła.

— Prawda. Co jeszcze?

— Reszta to plotki. O mocach dobrych i złych, jakich nie posiada ludzkość. Możecie 

przekląć człowieka i cały jego klan… — Zawahał się.

— Przesądy? — spytała. — Jest przecież tak wiele sposobów, by zniszczyć ludzkie 

życie. Szlachetny Homo, a każda plotka ma dwa oblicza, prawdę i fałsz. Trzeba jej wysłuchać 

i odnosić się do niej z dystansem. Nie sądzę jednak, by jakakolwiek obecnie żyjąca na tym 

świecie istota mogła nas obwiniać o złą wolę. To prawda, że jesteśmy starym ludem, który 

pragnie żyć po swojemu, nikomu nie zawadzając. A co sądzisz o naszych maleństwach? — 

Nagle zwróciła się do mnie.

— Nigdy nie widziałem czegoś takiego, w żadnym świecie.

— Myślisz, że inne światy przyjęłyby ich?

— Czy chcielibyście z waszym pokazem wyruszyć w kosmos? Myślę, że byłoby to 

ryzykowne, Szlachetna Fem. Transport zwierząt, które wymagają zróżnicowanego pokarmu, 

szczególnej   opieki…   niektóre   gatunki   w   ogóle   nie   mogą   się   przystosować   do   lotów 

kosmicznych. Istnieje metoda zamrażania zwierząt między lądowaniami, ale to stanowi dla 

nich   duże   ryzyko,   gdyż   mogą   wówczas   umrzeć.   Sądzę,   Szlachetna   Fem,   że   to   wymaga 

poważnego przemyślenia i może specjalnie skonstruowanego i wyposażonego statku,  który 

by…

— Kosztował   fortunę   —   zakończyła   za   mnie.   —   Tak,   tyle   marzeń   rozbija   się   o 

pieniądze. Ale jeśli nie cały pokaz, to może dałoby się przenieść kilka ciekawszych numerów.

Chodźcie, obejrzyjcie mój ludek, będzie to dla was niezapomniane przeżycie.

Miała rację. Gdy prowadziła nas wzdłuż klatek, zauważyliśmy, że zwierzęta nie czuły 

background image

się w nich jak w więzieniu, a raczej — jak nam wyjaśniła — jak w bezpiecznym schronieniu. 

Mieszkańcy klatek podchodzili do frontu swych domostw, gdy Fem zatrzymywała się przed 

każdym i oficjalnie nas przedstawiała. Wydawało mi się, że zwierzęta to naprawdę „lud” z 

uczuciami   i   myślami   nieco   obcymi,   lecz   zbliżonymi   do   moich.   Wtedy   ogarnęło   mnie 

pragnienie, by mieć obok siebie zwierzę jako towarzysza podróży, choć rozsądek sprzeciwiał 

się takiej nierozwadze.

Dochodziliśmy   już   do   końca   ostatniej   uliczki,   gdy   ktoś   nadbiegł.   Był   to   jeden   z 

„obszarpańców”, którzy zarabiali na jarmarku, pobierając opłaty za roznoszenie wiadomości, 

a pewnie też i mniej legalnymi sposobami. Posłaniec przeskakiwał z jednej bosej nogi na 

drugą, jakby miał do przekazania informację, a nie śmiał przeszkadzać dziewczynie Thassa. 

Ona natomiast przerwała swoją krótką mowę i spojrzała w jego stronę.

— Freesha… ten sprzedawca zwierząt… Jest tak, jak myślałaś… trzyma w niewoli 

jednego futrzanego.

W jednej chwili twarz dziewczyny zmieniła się nie do poznania, jej oczy zwęziły się w 

gniewnym błysku i syknęła przez zaciśnięte zęby. Opanowała się jednak szybko i po chwili 

już spokojnie zwróciła się do nas:

— Zdaje się, że ktoś mnie potrzebuje, Szlachetni Homo. Malez się wami zajmie. Zaraz 

wracam.

Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, ale powiedziałem szybko:

— Szlachetna Fem, czy mogę pójść z tobą?

— Jak sobie życzysz, Szlachetny Homo.

Griss spoglądał na mnie i na dziewczynę, lecz nie zaproponował swojego przyłączenia 

się do nas. Oddalił się wraz z Malezem do części mieszkalnej, a my ruszyliśmy za posłańcem. 

O tak późnej porze na ulicy było jeszcze gwarno, choć obowiązywała zasada, że dla dobra 

klientów, handel ma się odbywać tylko przy jasnym świetle dnia, bo wtedy można zauważyć 

wszystkie wady towaru. Noc kusiła mężczyzn i kobiety perspektywą wszelkich rozrywek i 

właśnie   w   stronę   przybytków   rozrywki   skierowaliśmy   swe   kroki.   Zauważyłem,   że   gdy 

mieszkańcy spostrzegali moją towarzyszkę, ustępowali jej miejsca, niektórzy patrzyli na nią 

jak   na   kapłankę,   z   prawdziwym   podziwem,   a   jednocześnie   i   z   trwogą.   Ona   jednak   nie 

zwracała na nich uwagi.

Nie przerywała też milczenia między nami, sprawiając wrażenie, jakby zgodziwszy się 

na moje towarzystwo, natychmiast o tym zapominała, by skupić się na czymś ważniejszym.

Doszliśmy   wreszcie   do   końca   pawilonów   rozrywki,   gdzie   znajdował   się   dość 

pretensjonalny   namiot   o   barwie   surowego   szkarłatu,   skąd   dobiegały   odgłosy   gier 

background image

hazardowych. Hałas był tak wielki, jakby powodzenie w grach zależało nie tyle od zdolności 

logicznego myślenia, ile od siły głosu. Mój wzrok padł na stolik przy drzwiach, gdzie grano w 

znaną w całej Galaktyce  „gwiazdę i kometę”. A siedział tam mój znajomy z popołudnia, 

Gauk   Slafid.   Widocznie   na   jego   statku   nie   przestrzegano   żelaznej   dyscypliny   Wolnych 

Kupców, bo piętrzył się przed nim stos żetonów wyższy niż i jego sąsiadów, którzy, sądząc z 

odzienia, byli  co najmniej bliskimi krewnymi  lordów, choć wyglądali  zbyt  młodo  jak na 

samodzielnych władców feudalnych.

Gdy   przechodziliśmy,   Gauk   uniósł   głowę   i   widziałem,   :e   przez   chwilę   nie   mógł 

ochłonąć   ze   zdumienia.   Lekko   uniósł   dłoń,   jakby   chciał   do   mnie   pomachać   lub   mnie 

przywołać, ale szybko powrócił do swojej gry, której przypatrywał się także jeden z możnych. 

Ów nie spuszczał z nas wzroku i przeszywał nim na wylot zarówno mnie, jak i dziewczynę. 

W pierwszej chwili cofnąłem się, ale on nadal nie odrywał od nas wzroku, nawet wtedy, gdy 

zdecydowanie i spokojnie spojrzałem mu prosto w twarz. Nie wiedziałem, czy z jego strony 

było to wyzwanie czy też zwykła ciekawość, ale nie miałem odwagi w tym właśnie miejscu i 

czasie wykorzystywać psychopolacji, by się tego dowiedzieć.

Za   namiotem   gier   hazardowych   rozciągały   się   małe   zabudowania,   w   których 

zamieszkiwali zapewne pracownicy rozrywki. Dolatywały stamtąd zapachy dziwnych potraw, 

których woń przyprawiała o mdłości. Znów skręciliśmy i wędrowaliśmy między chatami, aż 

w końcu doszliśmy do miejsca, w którym znajdowały się wozy drobnych handlarzy.

Wkrótce   stanęliśmy   przed   kolejnym   namiotem,   z   którego   dobywał   się   potworny 

smród. Zdawało mi się, że znów usłyszałem znajomy syk gniewu Maelen, gdy wyjmowała 

swoją srebrną różdżkę i jej końcem uchylała  wejście do namiotu,  jakby brzydziła  się go 

dotknąć palcami. Wewnątrz panował odpychający zaduch, zewsząd rozlegało się szczekanie, 

ryczenie, ochrypłe warczenie i inne odgłosy wydawane przez groźne bestie. Staliśmy w małej 

otwartej przestrzeni pośród klatek, które nie były przyjemnymi kwaterami mieszkalnymi, a 

raczej więzieniem.

Właścicielem tego całego przybytku był handlarz zwierzętami, który najwyraźniej nie 

dbał o nic prócz szybkiego zysku. Człowiek ów wyłonił się z cienia i przywitał nas lekkim 

uśmiechem. Kiedy jednak spostrzegł obok mnie Maelen, uśmiech zniknął natychmiast z jego 

twarzy, a w oczach pojawił się chłód graniczący pawie z nienawiścią; handlarz nie okazywał 

jednak swych uczuć, gdyż był świadom potęgi Maelen.

— Gdzie jest barsk? — W głosie Maelen brzmiał ton nie znoszący sprzeciwia.

— Barsk,  Freesha? Kto przy zdrowych zmysłach zawracałby sobie głowę barskiem, 

zamiast   go   po   prostu   zarżnąć?   To   diabeł,   demon   bezksiężycowej   ciemności,   wszyscy   to 

background image

wiedzą.

Wyglądała na zdumioną, jakby wśród całego jazgotu wyłowiła jeden ton i starała się 

zlokalizować jego źródło. Nie zwracała już uwagi na handlarza, lecz ruszyła prosto przed 

siebie.   I   wtedy   zobaczyłem   wyraźniej,   jak   nienawiść   pokonała   w   handlarzu   strach   i 

zawładnęła  nim bez  reszty.  Sięgnął  do pasa i nagle  zrozumiałem,  co chce  zrobić. Moim 

oczom   ukazała   się   broń   —   dziwna,   ukryta,   bardzo   niebezpieczna   rzecz,   niepodobna   do 

zwykłego sztyletu. Przedmiot był na tyle mały, że mógł bez trudu zmieścić się w zamkniętej 

dłoni;   broń   nie   posiadała   ostrza,   ale   wygięty   hak   i   pokryta   była   zieloną   mazią,   która   z 

pewnością była trująca.

Czy handlarz chciał użyć broni, w tej właśnie chwili? Tego nie wiem na pewno, ale 

nie miał żadnych szans. Mój ogłuszacz dosięgnął jego palców, zanim chwyciły one za owo 

tajemnicze narzędzie. Padając, handlarz oparł się o jedną ze śmierdzących klatek i zawył, a 

stworzenie zamknięte w środku, rzuciło się w szale, usiłując go dosięgnąć. Maelen rozejrzała 

się i uniosła różdżkę. Mężczyzna przykucnął na ziemi, a gniew był w nim tak wielki, że nie 

mógł wydobyć z siebie głosu.

Maelen przyglądała mu się chłodnym wzrokiem.

— Głupcze!   Po   dwakroć   głupcze!   Czy  chciałbyś,   bym   cię   oskarżyła   o  naruszanie 

spokoju?

Równie dobrze mogła chlusnąć mu w twarz wiadrem zimnej wody, tak szybko z jego 

twarzy zniknęły płomienie gniewu. W jego oczach pojawił się strach. To, czym mu groziła, 

oznaczało wyjęcie spod prawa. A na Yiktor była :o najgorsza z możliwych kar.

Odsunął się na czworakach z powrotem w cień. Pomyślałem jednak, że rozsądnie 

byłoby go pilnować i powiedziałem to Maelen.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— Nie ma potrzeby go straszyć.

I zwróciła się do handlarza:

— Thassów się nie oszukuje, padalcu! — W jej głosie nie odczuwało się pogardy. 

Obojętnie stwierdzała fakt.

Poszliśmy   jeszcze   za   kurtynę,   gdzie   było   więcej   klatek   i   gdzie   panował   jeszcze 

większy smród. Maelen, jakby wiedziona jakimś instynktem, pośpiesznie skierowała się ku 

jednej z klatek położonej na uboczu. To, co tam leżało, wydało mi się martwe, póki nie 

zauważyłem, jak skóra z wystającymi kośćmi unosi się i opada w trakcie oddychania.

— Ten   wóz,   tam…  —   Klęczała   przed   klatką   i   uważnie   wpatrywała   się   w   ledwo 

oddychające   stworzenie,   ale   jej   różdżka   wskazywała   płytę   na   czterech   kołach,   którą 

background image

posłusznie przyciągnąłem.

Wspólnie załadowaliśmy klatkę na wóz i zaczęliśmy wytaczać go z namiotu. Przed 

wyjściem Maelen zatrzymała się, wyjęła z portfela przy pasie dwie monety i rzuciła na jedną 

z pozostałych klatek.

— Za jednego barska pięć miarek i dwa czwórniaki — zwróciła się do mężczyzny 

wciąż skulonego w cieniu. — Wystarczy?

Przeczucie   mówiło   mi,   że   chciał   się   nas   pozbyć,   jednak   strach   nie   zabił   jego 

chciwości.

— Barsk jest rzadki — wymamrotał.

— Ten barsk ledwo żyje i nic nie jest wart, nawet jego skóra, tak go zagłodziłeś. Jeśli 

to za mało, zwróć się do sędziego cen na otwartym przesłuchaniu.

— Wystarczy!

Zauważyłem   jej   zadowolenie.   Wypchnęliśmy   ładunek   na   zewnątrz.   Z   ciemności 

wyłonił się chłopak, który nas tu przyprowadził, a z nim jakiś jego towarzysz. Wracaliśmy 

inną drogą, przez furtkę w ogrodzeniu. Gdy chłopcy toczyli wóz z klatką wzdłuż szeregu 

zwierząt pociągowych, te zaczęły wyć, kilka z nich wstało, poruszając nozdrzami i kiwając 

głowami.

Maelen   zatrzymała   się   przed   nimi.   Jej   różdżka   kiwała   się   na   wszystkie   strony,   a 

podniesiony  głos  o  niskiej  i  łagodnej   barwie  przywrócił  spokój   wśród zwierząt.  Chłopcy 

umieścili klatkę na samym końcu rzędu i zatrzymali się przy niej. Malez i Griss wyszli z 

namiotu. Młody Thassa przystanął, aby zajrzeć do klatki. Kiwając głową, zapłacił chłopcom.

— Jest w beznadziejnym stanie — odezwał się do Maelen, gdy uciszyła już kasy. — 

Nawet ty nie potrafisz do niego dotrzeć, Śpiewaczko.

Stała, spoglądając na klatkę z niepokojem. W jednej ręce trzymała różdżkę, a drugą 

dłonią gładziła futro swojej krótkiej kamizelki, jakby to było ukochane zwierzątko, żywe i 

ciepłe.

— Może masz rację — zgodziła się — a może jego los nie jest jeszcze zapisany w 

Drugiej Księdze Molastera.  Jeśli musi wejść na Białą Drogę, niech rozpocznie  podróż w 

spokoju i bez bólu. Jest zbyt wyczerpany, by z nami walczyć. Niech zamieszka na razie w 

klatce dla chorych.

Razem   otworzyli   klatkę   i   przenieśli   barska   do   szerszej,   przestronniejszej   kwatery. 

Wymościli ziemię delikatną podściółką, by złagodzić ból spowodowany ocieraniem kości o 

podłoże. Zwierzę było większe od tych, które widziałem wieczorem na scenie. Gdyby było w 

stanie ustać na nogach, to w pozycji pionowej sięgałoby mi chyba do żeber. Jego futro było 

background image

zakurzone, obwisłe i obszarpane, ale kolor był dokładnie taki jak kamizelka Maelen.

Proporcje jego ciała były dziwaczne: tułów mały, a nogi bardzo długie i cienkie, jakby 

kończyny  przeznaczone  dla  jednego zwierzęcia  przez  pomyłkę  dostały się innemu.  Ogon 

zakończony pędzelkiem, a spomiędzy spiczastych uszu, wzdłuż szyi i w poprzek barków, 

biegł pas dłuższych włosów o dużo jaśniejszym odcieniu, tworząc coś w rodzaju grzywy. Nos 

był długi i ostry, a pod czarnymi wargami widać było mocne zęby. Gdyby to stworzenie nie 

było w tak złym stanie, z pewnością uznałbym je za niebezpieczne.

W chwili gdy kładli je na wyściółkę w nowej klatce, podniosło się na tyle, by lekko 

kłapnąć pyskiem. Wtedy Maelen lekko dotknęła barska różdżką między oczami i zaczęła 

prowadzić ją w dół aż do nosa. Głowa zwierzęcia przestała się poruszać. Malez wrócił z 

miską i skropił jakimś płynem głowę zwierzęcia, brzuch, a na koniec wlał mu niewielką ilość 

płynu w usta. z których zwisał poczerniały język. Maelen wstała.

— Na razie to wszystko, co możemy zrobić. Reszta… — Zakreśliła różdżką jakiś znak 

w powietrzu. Potem zwróciła się do nas. — Szlachetni Homo, robi się późno, a ten biedak 

będzie mnie potrzebował.

— Dziękujemy za łaskawość, Szlachetna Fem. — Jej chęć pozbycia się nas wydała mi 

się nie na miejscu, jakby nagle zniknął powód sprowadzenia nas w to miejsce. Nie podobało 

mi się to. choć mogłem się mylić w swoich odczuciach.

— I za twoją pomoc, Szlachetny Homo. Wkrótce powrócisz. — Nie było to pytanie i 

nawet nie rozkaz, lecz stwierdzenie faktu, co do którego oboje byliśmy zgodni.

W drodze powrotnej na „Lydis”  Griss  i ja prawie nie  odzywaliśmy się do siebie. 

Opowiedziałem mu tylko o tym, co zaszło w namiocie handlarza zwierzętami, a on poradził 

mi, bym opisał to w swoim raporcie na wypadek jakichś przyszłych kłopotów.

— Co to jest barsk? — spytałem.

— Widziałeś przecież. To one dostarczały tych futer, które pokazywano rano; z nich 

uszyta   była   kamizelka   Maelen.   Zwierzęta   te   uważane   są   za   sprytne,   inteligentne   i 

niebezpieczne. Czasem są zabijane, ale nie wierzę, by często udawało się schwytać je żywe. 

Poza tym… — Wzruszył ramionami.

Mijaliśmy właśnie strażników w porcie, gdy nagle zrozumiałem nie tylko nienawiść 

handlarza zwierzętami, lecz także i jej źródło. Połączone ze sobą wrogie uczucia zaatakowały 

mój umysł tak gwałtownie, jakby któraś z włóczni, widzianej dziś rano na wystawie, wdarła 

się w moje .ciało swoim ostrzem. Zatrzymałem się i odwróciłem, by stawić czoło ciosowi, 

lecz nie ujrzałem nic prócz cieni i ciemności.

Griss natychmiast znalazł się przy mnie. w dłoni ściskał gotowy do zadania ciosu 

background image

ogłuszacz. Wiedziałem, że on też poczuł to samo.

— Co?

— Handlarz zwierzętami, ale jeszcze coś… — Nie po raz pierwszy w życiu pragnąłem 

całą  wewnętrzną   mocą   odczytać   psychopole.   W niektórych  sytuacjach   ostrzeżenie  potrafi 

sparaliżować człowieka, zamiast przygotować go do walki.

Griss wpatrywał się we mnie.

— Uważaj, Krip. On może nie będzie miał odwagi wystąpić przeciwko Thassom, ale 

może uznać, że ciebie da się dosięgnąć. Trzeba o tym donieść kapitanowi.

Oczywiście miał rację, choć nie chciałem mu jej przyznać. Urban Foss mógł zakazać 

mi  opuszczania   „Lydis”   aż  do  odjazdu.  W  niepewnych   miejscach   ostrożność   była  tarczą 

Kupców, ale jeśli ktoś zbyt kurczowo trzyma się swej tarczy, może przegapić też cios, który 

by go wyzwolił z wszelkiego niebezpieczeństwa. A ja byłem wówczas na tyle młody,  by 

pragnąć staczać swoje bitwy, a nie siedzieć w ukryciu czekając, aż burza mnie zmiecie. Poza 

tym ten cios pochodził z dwóch źródeł, nie z jednego. Byłem w stanie zrozumieć wrogość 

handlarza zwierzętami, ale kto jeszcze czuł do mnie nienawiść i dlaczego? Z kogo jeszcze 

uczyniłem sobie wroga na Yiktor i w jaki sposób?

background image

M

AELEN

IV

Tala, Talia, z woli i serca Molaster i mocą Trzeciego Pierścienia rozpoczynam moją 

część tej opowieści na wzór bardów opiewających czyny lordów w górskich krainach.

Jestem,  czy też byłam,  Maelen z Kontra, Księżycową Śpiewaczką,  przywódczynią 

niewielkiego   ludku.   W   przeszłości   byłam   też   innymi   rzeczami,   a   obecnie   jestem   znowu 

uwięziona w swej postaci na jakiś czas.

Cóż mógł nas obchodzić jakiś lord czy Kupiec na tym spotkaniu w namiocie podczas 

targów   w   Yrjar?   Nie   mam   teraz   ochoty   opowiadać   o   Thassach,   o   ich   wierzeniach   i 

obyczajach, tylko o tym, jak moje życie zostało przeniesione z jednej przyszłości w inną, bo 

nie   zważałam   na   działania   ludzi,   przeoczyłam   je,   czego   nie   zrobiłabym   w   przypadku 

maleństw, które szanuję.

Osokun   przyszedł   do   mnie   w   południe,   przedtem   przysławszy   swojego   adiutanta. 

Chyba odczuwał wobec mnie taką trwogę, że nie traktował mnie jak kogoś niższego, choć 

mieszkańcy nizin, za naszymi plecami, określają Thassów jako włóczęgów i wagabundów. 

Młody posłaniec poinformował mnie, że Osokun prosi o spotkanie. Zaciekawiło mnie to, bo 

znałam reputację Osokuna i nie wiedziałam, co o tym myśleć.

W   naturze   lordów   leży   ciągła   walka   o   władzę.   Ten   czy   ów   powstaje,   by 

podporządkować sobie lub usunąć wszystkich rywali i na krótko zostać Wielkim Królem. Tak 

działo   się   wielokrotnie   w   przeszłości   —   ich   historia   to   nieskończona   parada   wzlotów   i 

upadków. Za panowania jednego lorda panuje chwilowo spokój, a potem nagle wszystko się 

wali. Od wielu, wielu lat na Yiktor nie ma jednego nadrzędnego władcy, tylko co najmniej 

kilku, skłóconych ze sobą.

Osokun, syn Oskolda, miał w sobie zapał do wielkich czynów, tę żądzę władzy, która, 

gdy   ją   połączyć   ze   szczęściem   i   umiejętnościami,   może   wynieść   człowieka   na   wysokie 

stanowisko. Nie wierzyłam, by Osokun prócz ambicji posiadał coś jeszcze. Tacy ludzie są 

niebezpieczni nie tylko dla siebie samych, lecz również dla swego gatunku.

Może nie jest dobrze trzymać się z dala, jak robią to Thassowie, których waśnie i 

spory innych narodów tylko bawią lub są im całkiem obojętne. Taka postawa jednak osłabia 

czujność i rozsądek.

Nie odmówiłam przyjęcia Osokuna, choć wiedziałam, że Malez nie uważa tego za 

background image

rozsądne.   Przyznaję,   że   dziwnie   mnie   intrygowało,   dlaczego   Osokun   szuka   kontaktu   z 

Thassami, skoro uważa nas za gorszych od siebie.

Choć Osokun przysłał wcześniej swego zaufanego, to na spotkanie przyszedł sam, bez 

eskorty, za to w towarzystwie przybysza z innego świata, młodego człowieka z przymilnym 

uśmiechem, rozbieganymi oczami i z grzecznymi słówkami na zamówienie. Osokun nazywał 

go Gauk Slafid.

Przywitali   się   oficjalnie   i   ugościliśmy   ich   należycie,   lecz   niecierpliwość,   która 

niweczyła wszystkie plany Osokuna, szybko kazała mu przystąpić do interesów. Były one 

naprawdę zuchwałe, choć bardziej niebezpieczne dla niego niż dla mnie, gdyż wiążące go 

prawa to nie były Niezmienne Słowa mojego ludu.

Osokun   pragnął   zdobyć   wiedzę   o   nowoczesnej   broni   innych   planet.   Dzięki   temu 

mógłby  bez   przeszkód  zostać  panem   całego  lądu   i  być  królem,  jakiego  nie   znano  tu   od 

wieków. Malez i ja uśmiechaliśmy się w duchu. Panowałam nad głosem, aby nie zdradzić 

rozbawienia i tego, co według mnie brzmiało jak dziecinna naiwność, gdy dawałam mu dosyć 

kurtuazyjną odpowiedź:

— Freesh Osokun, czyżby  nie było  powszechnie wiadomo,  że wszyscy obcy,  nim 

postawią   stopę   na   Yiktor,   w   różny   sposób   ukrywają   taką   wiedzę?   Strzegą   także   swoich 

statków, by nie można się było doń włamać?

Skrzywił się, lecz po chwili jego twarz się rozpogodziła.

— Można zaradzić obu przeszkodom. Przy waszej pomocy…

— Przy naszej pomocy?  Owszem, posiadamy dawną wiedzę, ale nic poza tym,  co 

mogłoby się przydać w takiej sytuacji. — Pomyślałam wówczas, że czasami nasza reputacja 

może być niewygodna. Prawdopodobnie moc Thassów mogłaby przełamać obce bariery, ale 

nigdy nie użylibyśmy jej w tym celu.

Nie   tego   jednak   Osokun   od   nas   chciał.   Spieszył   się,   jego   myśli   i   żądze   tak   go 

ponaglały, że słowa padały z ust wartkim potokiem jak woda w górskim strumieniu.

— Musimy porwać Wolnego Kupca — powiedział. — Ten Freesh — wskazał obcego, 

który z nim przybył — dostarczył nam informacji.

Wówczas  wyjął  z worka przy pasie zapisany pergamin,  który odczytał  i wyjaśnił. 

Przez cały ten czas ów obcy uśmiechał się, potakiwał i próbował wybadać, co o tym sądzimy. 

Utrzymywałam   się   jednak   na   drugim   poziomie   myślowym   i   nie   uzyskał   niczego,   co 

przyniosłoby mu jakiekolwiek korzyści.

Plan Osokuna był dość prosty, a bywają sytuacje, gdy prostota poparta zuchwałością 

przynosi efekty — i to mógł być taki właśnie przypadek. Wolni Kupcy namawiani są do 

background image

szukania nowych towarów. Osokun chciał tylko wywieźć kogoś z załogi Kupców poza teren, 

gdzie nie obowiązują już prawa jarmarku i porwać go. Gdyby nie mógł wydobyć z niego 

potrzebnych informacji, pozostawała mu jeszcze możliwość targowania się z kapitanem o 

cenę zwrócenia więźnia. Slafid zgodził się z tym.

— To punkt honoru Wolnych Kupców, że dbają o siebie nawzajem. Weźcie jednego, a 

reszta zapłaci za jego wyzwolenie.

— A gdzie jest miejsce dla nas w waszym planie, gdybyśmy się zgodzili? — spytał 

Malez.

— Wy   będziecie   przynętą   —   odpowiedział   Slafid.   —   Pokaz   zwierząt   przyciągnie 

niektórych, bo nie wolno im pić, uprawiać hazardu ani zadawać się z kobietami na obcych 

planetach. W zasadzie nawet nie mogliby, tak są zablokowani. Nie możemy ich skusić w 

normalny sposób, ale niech przyjdą na jeden z waszych pokazów, zaproście ich do siebie, 

zainteresujcie. Potem wymyślicie jakiś pretekst, żeby na chwilę opuścić jarmark. Jednego z 

nich zaprosicie znowu i wasze zadanie na tym się skończy.

— A dlaczego mielibyśmy to zrobić? — Malez nie próbował nawet ukryć wrogości w 

głosie.

Osokun spojrzał na nas oboje.

— Mogę wam zagrozić… Roześmiałam się.

— Thassom? Freesh, jesteś dzielnym, odważnym człowiekiem! Nie widzę powodów, 

dla których mielibyśmy brać udział w twojej grze. Użyj innej przynęty i niech ci sprzyja taki 

los, na jaki zasługujesz. — Wyciągnęłam dłoń, by odwrócić gościnny puchar stojący na stole 

między nami.

Osokun zaczerwienił się i sięgnął po miecz. Jednak obcy położył mu dłoń na ramieniu. 

Choć   Osokun   również   jemu   posłał   gniewne   spojrzenie,   wstał   i   odszedł   bez   pożegnania. 

Slafid, znów cały w uśmiechach, pożegnał się, sprawiając przy tym wrażenie człowieka nie 

pokonanego, ale mającego ochotę wypróbować inny sposób osiągnięcia celu.

Gdy już ich nie było, Malez roześmiał się.

— Czemu mają nas za głupców?

Ja  jednak  obracałam   w  palcach   gościnny  puchar  po  gładkiej   zielonej   powierzchni 

stołu, próbując odpowiedzieć na pytanie:

— Czemu przypuszczali, że będziemy ich narzędziem? Malez powoli pokiwał głową.

— Tak, dlaczego? Jakim zyskiem czy groźbą mieli nadzieję tak nas skusić, byśmy 

odstąpili od swoich zasad?

— Zaczynam myśleć, że nie było mądrze pozbywać się ich tak szybko — irytowało 

background image

mnie, że zrobiłam to tak mało subtelnie — a także dlaczego jeden obcy gotów jest wydać 

innego? Osokun bardzo źle traktowałby każdego zdobytego więźnia.

— Tego akurat chyba się domyślam — odpowiedział Malez. — Istnieje stara waśń, 

choć   obecnie   rzadko   się   do   niej   wraca,   pomiędzy   tymi   z   zapieczętowanych   statków 

towarowych a Wolnymi Kupcami. Może z jakiejś przyczyny odkopali topór wojenny. Ale to 

ich sprawy, nie nasze. Chociaż… — wstał ze swojego stołka i splótł dłonie na pasku — 

powinniśmy powiadomić o tym Dawnych.

Nie poparłam go ani się nie sprzeciwiłam. W tamtych czasach czułam dziwną niechęć 

do niektórych przedstawicieli naszych władz, ale to była moja prywatna sprawa, nie mająca 

nic wspólnego z nikim z wyjątkiem mojego własnego klanu.

Nasz mały ludek występował po południu i dostarczył  publiczności wiele radości. 

Przepełniała mnie duma, rozkwitająca jak kwiaty lallang w blasku księżyca. Zrobiłam też to, 

co w innych latach jarmarków: opłaciłam chłopców, którzy znajdują dla mnie zwierzęta. Taką 

bowiem pełnię prywatną służbę dla Molastera, że gdzie i kiedy tylko mogę, wyciągam z 

niewoli   futerkowe   istoty   cierpiące   z   powodu   złego   traktowania   przez   tych,   którzy   mają 

czelność nazywać siebie ludźmi.

Tego wieczora, gdy księżycowe latarnie były już zapalone i wszystko było gotowe do 

wieczornego przedstawienia, powiedziałam Malezowi:

— Może istnieje sposób, by dowiedzieć się czegoś więcej. Jeśli jacyś Kupcy przyjdą 

na   pokaz   i   jeśli   wydadzą   ci   się   nieszkodliwi,   zaproś   ich   tutaj,   bym   mogła   z   nimi 

porozmawiać. Czegokolwiek się dowiemy, pomoże to Dawnym w zrozumieniu sprawy.

— Lepiej nie posuwać się za daleko — zaczął, po czym zawahał się.

— Nie posunę się za daleko — obiecałam,  nie zdając sobie wówczas sprawy,  jak 

szybko   taka   obietnica   może   stać   się   ulotna   niczym   mgła   o   świcie,   którą   unicestwiają 

promienie słońca.

W tym względzie Slafid miał rację. Na przedstawieniu byli dwaj Kupcy. Nie potrafię 

dobrze oceniać wieku obcych, lecz wydali mi się młodzi i żaden nie miał wielu pasków na 

tunice.   Ich   skóra   była   bardzo   ciemna,   jak   zwykle   u   osób   przebywających   w   kosmosie, 

podobnie włosy, gładko zaczesane, by hełmy dobrze leżały. Nie uśmiechali się jak Slafid i 

niewiele ze sobą rozmawiali. Gdy mój mały ludek prezentował swoje zdolności, Kupcy byli 

przejęci jak dzieci i pomyślałam, że gdyby byli z Yiktor, moglibyśmy się zaprzyjaźnić.

Zgodnie   z   moją   sugestią,   Malez   przyprowadził   ich   po   przedstawieniu.   Gdy 

przyjrzałam im się bliżej, wiedziałam, że nie są podobni do Gauka Slafida. Może to byli 

prości ludzie, jak my Thassowie określamy większość innych gatunków, ale była to prostota 

background image

nie mająca nic wspólnego z ignorancją, często wspieraną przez ambicje i złość. Zaczęłam 

rozmawiać z tym, który przedstawił się jako Krip Vorlund, na temat mojego odwiecznego 

marzenia o wyruszeniu z moim ludkiem w inne światy. Wydawało mi się, że był szczerze 

zainteresowany,   choć   nie   omieszkał   przedstawić   mi   licznych   niebezpieczeństw,   które 

zagrażają takiemu przedsięwzięciu, jak i faktu, że można by tego dokonać tylko będąc w 

posiadaniu wielkich bogactw. W głębi duszy zaświtała mi myśl, że może i ja mam swoją 

cenę.

Jak na swój gatunek, ten obcy człowiek miał przyjemny wygląd — nie był tak wysoki 

jak Osokun, raczej smukły i umięśniony. Myślę, że gdyby zmierzył się bez broni z synem 

Oskolda, ten drugi miałby marne szansę na zwycięstwo. Mój ludek wzbudził w nim zachwyt, 

nic   zresztą   w   tym   dziwnego,   bowiem   takie   zwierzęta   jak   nasze   potrafią   wyczuć   kogoś 

bezbłędnie. Fafan, która w obcym towarzystwie jest bardzo nieśmiała, pierwsza podała mu 

swoją łapę i wołała za nim, gdy odchodził, musiał wrócić, przemawiać do niej pieszczotliwie 

jak do dziecka.

Wybadałabym   dokładniej   tego   człowieka   i   jego   towarzysza,   ale   Otjan,   jeden   z 

chłopców na posyłki, właśnie przybył z informacją o okrutnie więzionym barsku i musiałam 

odejść.   Ten   Vorlund   zaproponował,   że   ze   mną   pójdzie.   Zgodziłam   się,   choć   nie   wiem 

dlaczego. Wiem tylko na pewno, że chciałam dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Na szczęście jego refleks wybawił mnie z kłopotów, bo kat futerkowego ludu, Othelm 

z Ylt, sięgnął po podstępny hak. Vorlund użył broni ze swojego świata, którą nie można zabić 

ani   poważnie   zranić,   a   jedynie   odstraszyć   napastnika.   Dało   mi   to   czas   na   sięgnięcie   po 

różdżkę   i   unieszkodliwienie   tego   padalca.   Potem   przewieźliśmy   barska  i   znaleźliśmy   dla 

niego mieszkanie. Zrozumiałam wówczas, że nic nie powinno mi przeszkadzać w pielęgnacji 

tego biedaka, więc odprawiłam Kupców tak grzecznie, na ile było mnie stać w tej sytuacji.

Gdy już odeszli, zajęłam się barskiem najlepiej jak tylko potrafiłam, wykorzystując 

całe umiejętności sługi Molastera. Ciało barska nie było w najgorszym stanie, ale umysł był 

tak wyczerpany bólem i strachem, że nawiązanie kontaktu było niemożliwe. Nie mogłam 

jednak zdobyć się na wysłanie barska w Białą Drogę. Pozostawiłam go we śnie bez snów, by 

uleczyć jego tułów i kończyny oraz odegnać ból z jego myśli.

— To   nic   nie   da   —   rzekł   do   mnie   Malez   przed   świtem   —   będziesz   musiała 

utrzymywać go we śnie albo uśpić na zawsze.

— Może, ale poczekajmy jeszcze. Jest coś… — usiadłam przy stole ogarnięta takim 

zmęczeniem, jakie nadaje kościom i mięśniom ciężar ołowiu i zwalnia ich reakcję na równie 

powolne działanie umysłu — jest coś… — ale brzemię wyczerpania powstrzymało mnie od 

background image

prób. Powlokłam się na kanapę i mocno zasnęłam.

Thassowie mogą śnić prawdę, ale tylko w odpowiednich warunkach. To, co ujrzałam 

w głębokim śnie, było wspomnieniem, które przypłynęło, by przeplatać się z teraźniejszością 

i   zrodzić   prawdopodobną   przyszłość.   Trzymałam   w   ramionach   kobietę   pogrążoną   w 

ogromnej rozpaczy,  a jednocześnie spoglądałam na inną, która w pięknym  i nieskalanym 

młodym  ciele pozbawiona była  wszelkiego rozsądku i nie mogła liczyć  na powrót mocy. 

Potem spacerowałam z młodym Kupcem, nie tak jak tamtej nocy na jarmarku, ale gdzieś w 

górach, które rozpoznałam ze smutkiem i przerażeniem.

Człowiek ten jednak skurczył się do postaci zwierzęcia i obok mnie kroczył barsk. Raz 

po raz odwracał się i spoglądał na mnie chłodnym wzrokiem pełnym złości, która przerodziła 

się w błaganie, a potem w nienawiść. Szłam jednak bez strachu, nie z powodu różdżki, której 

już nie trzymałam, ale ponieważ istniały między mną a owym zwierzęciem więzy nie do 

zerwania.

Wszystko   w   tym   śnie   było   zrozumiałe   i   miało   swoje   znaczenie.   Dopiero   gdy 

obudziłam się z tępym bólem, jakbym w ogóle nie spała, znaczenie sennych obrazów gdzieś 

umknęło, a w mojej pamięci pozostały tylko nikłe wspomnienia snu.

Teraz jednak wiem, że sen odkrył w głębi mego umysłu namiar, który dojrzewał we 

mnie już wcześniej, aż zrodził konkretny pomysł — i nie zawahałam się ani przez chwilę, gdy 

nadszedł czas, aby wprowadzić go w życie.

Barsk   jeszcze   żył   i   intuicja   podpowiadała   mi,   że   jego   ciało   powraca   do   zdrowia. 

Zasłaniałam   właśnie   klatkę   barska,   gdy   usłyszałam   metaliczny   dźwięk,   jaki   wydają 

kosmiczne buty, i odwróciłam się sądząc, że ujrzę Kupca. Ale był to Slafid.

— Niech światło brzasku ci sprzyja, Freesha — przywitał mnie w miejscowym języku 

jak ktoś całkowicie pewny, że jest mile widziany. Ciekawa byłam, co go tu sprowadza, więc 

grzecznie go powitałam.

— Widzę — powiedział, rozglądając się — że wszystko w porządku.

— Czemu miałoby być inaczej? — zapytał Malez. wyłaniając się spomiędzy rzędów 

kasów.

— Tutaj nie było żadnych incydentów ostatniej nocy, ale gdzie indziej tak. — Slafid 

spoglądał na nas badawczo. A gdy nie zareagowaliśmy, ciągnął: — Pewien Othelm z Ylt 

wystąpił z oficjalną skargą na ciebie. Freesha, i na kogoś, kogo określa jako obcego.

— O co?

— Korzystanie   z   obcej   broni,   kradzież   cennej   własności.   Oba   są   poważnymi 

przestępstwami wobec prawa jarmarku. W najlepszym razie mogą was wzywać do sądu. w 

background image

najgorszym wykląć i obciążyć grzywną.

— Racja — zgodziłam się. Nie obawiałam się skarg Othelma, ale przypadek Kupca to 

co innego. Czy Osokun mógł w jakiś sposób to wykorzystać?  Według prawa portowego. 

Kupcy mogli nosić broń przy sobie, gdyż skutki jej użycia były stosunkowo nikłe. W zasadzie 

owa broń była mniej niebezpieczna niż miecze i sztylety, których nie pozbywali się lordowie i 

ich słudzy. A Vorlund użył swojej broni w mojej obronie, przeciwko narzędziu, które jest 

zakazane i którego samo posiadanie mogło narazić Othelma na surowszą karę, niż mógł się 

spodziewać. Tylko że już sam zatarg z prawem jarmarku może zwrócić zwierzchników Kupca 

przeciwko   niemu.   Wszyscy   wiedzieliśmy,   jak   surowe   reguły   obowiązują   ich   na   obcych 

planetach.

— Głównym strażnikiem jest dzisiaj krewny Osokuna, Ocorr.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Malez stanął przed Slafidem, w jego głosie 

słychać było zniecierpliwienie.

— Że może mimo wszystko spełniliście wolę Osokuna, Freesh. — Slafid powoli się 

uśmiechnął.  — Myślę,  że  możecie  upomnieć  się  o zapłatę,  nawet  jeśli  nie planowaliście 

takiego obrotu spraw.

Teraz ja nie mogłam powstrzymać pytania:

— Dlaczego?

Wciąż się uśmiechał, oparty o klatkę.

— Thassowie   są   ponad   i   poza   prawem   nizin.   Ale   co   stanie   się,   jeśli   zostaną 

wprowadzone nowe prawa? Jeśli legenda o Thassach stanie się tylko legendą, którą niewiele 

czynów będzie w stanie poprzeć? Czy teraz jesteście wielkim ludem? Plotki głoszą, że nie. 

Nawet jeśli takim ludem byliście. Do tej pory trzymaliście się z dala od spraw ludzi z nizin. 

Nie jesteście mężczyznami jak oni ani kobietami — jak ich kobiety. Jak poruszacie się pod 

Trzema Pierścieniami, Freesha, na dwóch nogach czy czterech, a może za pomocą skrzydeł?

Przyjęłam te słowa jak wojownik, który otrzymuje cios mieczem w brzuch. Bo to, co 

kryło się za nimi, było mieczem, bronią, która sprawnie użyta mogła wyciąć w pień cały mój 

klan   i   gatunek.   Więc   to   była   groźba,   za   pomocą   której   Osokun   mógł   nas   zmusić   do 

posłuszeństwa. Byłam dumna, że nikt z nas, ani Malez, ani ja, nie pokazał po sobie, że ten 

cios był celny.

— Mówisz   zagadkami,   Szlachetny   Homo   —   odpowiedziałam   mu   w   mowie 

przybyszów z kosmosu.

— Zagadkami, które inni zaczną rozwiązywać — odpowiedział. — Jeśli znacie jakieś 

bezpieczne   miejsca,   Freesha,   najlepiej   byłoby   ukryć   się   tam.   Wówczas   wojna   może   was 

background image

ominie. Inaczej zostaniecie w nią wciągnięci, jeśli nie wstąpicie w koalicje.

— Nikt   nie   występuje   w   imieniu   wielu,   jeśli   nie   jest   wysłany   jako   posłaniec   — 

zauważył  Malez. — Czy mówisz w imieniu Osokuna, Szlachetny Homo?  Jeśli nie, to w 

czyim? Co ma obcy do roboty na Yiktor? Cóż to za groźby wojenne?

— A czymże  jest Yiktor? — roześmiał  się Slafid. — Małym  światem zacofanych 

ludzi, którzy nie mają nawet pojęcia o bogactwie, potędze i broni innych światów. Można go 

bez trudu połknąć i przeżuć.

— Więc   mamy  być  połknięci?  —  Teraz  ja pozwoliłam  sobie  na  śmiech.  —  Cóż, 

Szlachetny Homo, może masz rację. Ale nawet zjedzenie czegoś delikatnego może wywołać 

bolesne dolegliwości żołądka. Na pewno jesteśmy małym i zacofanym ludem i zaczynam się 

zastanawiać, o jakie skarby może chodzić, skoro potężni spoza gwiazd są nami tak poważnie 

zainteresowani.

Nie spodziewałam się, że będzie to łatwy pojedynek i nie myliłam się. Ale i on, jak 

sądzę, nie dowiedział się od nas niczego, w każdym razie niczego tak ważnego, jak sam 

wyjawił,   gdy   zadawał   cios,   który   miał   nas   powalić   i   umożliwić   mu   zdobycie   wszelkich 

informacji.

— Dziękujemy za ostrzeżenie — myśli Maleza były podobne do moich — w sądzie 

udzielimy wyjaśnień. A teraz…

— A   teraz   czekają   was   zadania,   które   lepiej   wykonać   pod   moją   nieobecność   — 

zgodził się wesoło Slafid. — Odchodzę więc i pozostawiam was. Tym razem nie musisz 

odwracać pucharu, Szlachetna Fem.

Gdy odszedł, spojrzałam na Maleza.

— Czy nie zdaje ci się, kuzynie, że odszedł z siebie zadowolony?

— Tak. To, o czym  mówił…  — Ale nawet między sobą, w zasięgu słuchu tylko 

naszego małego ludku, który nie mógł ani plotkować, ani zdradzić nic z tego, co usłyszy, nie 

powiedział więcej.

— Dawni…

— Tak — Malez zgodził się ze mną. — Dziś w nocy księżyca przybywa.

Obracałam  różdżkę w palcach, zdawała się cała płonąć od moich gorących  myśli. 

Wykonanie tego, w samym środku obszaru, który obecnie mógł być wrogim terytorium, było 

bardzo ryzykowne. Ale Malez miał rację, konieczność zmuszała nas do podjęcia tego kroku. 

Nie   musiałam   już   nic   mówić   i   aby   nie   tracić   czasu,   rozpoczęliśmy   przygotowania   do 

spektaklu.

Dwukrotnie   w   ciągu   dnia   odwiedziłam   barska   i   za   każdym   razem   próbowałam 

background image

nawiązać kontakt z jego umysłem. Rany goiły się powoli, ale jeszcze nie unosiłam zasłony 

snu. Nie było czasu na takie eksperymenty w sytuacji, gdy mieliśmy na głowie coś innego.

Jak zwykle przybyły  tłumy i część widzów musiała odejść z kwitkiem. Mój mały 

ludek był szczęśliwy i zadowolony ze swoich występów, a my oboje uważnie strzegliśmy 

swych myśli, aby nie udzieliło się mu nasze zdenerwowanie. Szukałam wzrokiem Kupców, 

jeśli nie tych dwóch, którzy byli wcześniej, to innych. Bo gdyby Vorlund złożył raport o 

zajściu w namiocie Othelma, z pewnością kilku z nich przyszłoby do nas w tej sprawie. Nikt 

się jednak nie pojawił.

W południe Malez posłał Otjana, by się dowiedział, kto prowadzi handel w pawilonie 

należącym do „Lydis”. Otjan wrócił z wiadomością, że nie widział tam ani Vorlunda, ani 

Sharvana, ale interes idzie bardzo dobrze i wszystko wskazuje na to, że Kupcy mogą pozbyć 

się towaru i wyjechać przed końcem targów.

— Co   byłoby   mądre   z   ich   strony   —   zauważył   Malez   —   a   im   rzadziej   ich   teraz 

widujemy, tym lepiej. Jakie spory toczą obcy między sobą i jakie Osokun ma plany, to nie 

nasza sprawa. Jeśli to możliwe, my też powinniśmy się spakować i wyjechać.

Tego jednak nie mogliśmy zrobić. Przed południem mój niepokój udzielił się ludkowi 

pomimo moich wysiłków, by ich przed tym ustrzec. Dwa razy musiałam użyć różdżki, aby 

usunąć   strach   z   ich   umysłów,   wyłączyłam   też   silne   lampy,   by   nasz   namiot   nie   był   tak 

widoczny. Z pozoru jednak nic się nie działo. Stróż porządku nie wezwał mnie do odpowiedzi 

na zarzuty Othelma. Zaczęłam już myśleć, że byłoby mądrzej z mojej strony, gdybym to ja 

pierwsza wystąpiła ze skargą.

Umieściliśmy ludek w klatkach i w kątach ich domostw  rozmieściłam księżycowe 

lampy nastawione na średnią moc. Miało to ich chronić przed ciemnością. Wraz z Malezem 

zbadaliśmy barska, po czym poszliśmy wyjąć naszego posłańca z jego siedziby.

Duża skrzydlata postać wierciła się niezgrabnie, gdy Malez położył ją delikatnie na 

stole w naszej części mieszkalnej. Ptak bił mocnymi skrzydłami i mrugał, jakby budził się ze 

snu.

Spaliłam proszek i pozwoliłam mu napawać się smakiem popiołu. Rozchylając lekko 

dziób,  pochłaniał  go  łapczywie.  Wreszcie  Malez  przytrzymał   jego  łepek  tak,  bym  mogła 

spojrzeć mu w czerwone oczy, osadzone w wąskiej czaszce. Zaczęłam śpiewać, nie na głos, 

jak to jest w powszechnym zwyczaju, lecz wewnętrznym głosem, którego nikt obcy nie może 

słyszeć.

Włożyłam w ten śpiew wiele wysiłku. Różdżka w moich dłoniach stała się gorąca, a ja 

wciąż ją trzymałam, by móc przekazać energię posłańcowi. Gdy skończyłam, głowa opadła 

background image

mi w tył, a nogi uginały się pode mną z wielkiego wyczerpania. O mało co nie zwaliłam się 

na podłogę i z wysiłkiem oparłam się o stołek. Teraz Malez spoglądał w oczy posłańca i 

przemawiał do niego krótkimi słowami, wypowiadanymi szeptem. Umieszczał w ten sposób 

w jego pamięci słowa, które miały być dokładnie powtórzone.

W końcu Malez wziął pelerynę i owinął nią siebie i przyciskanego do piersi posłańca. 

Wyszedł w szarość świtu, by odszukać pole, na którym  z dala od namiotów  i straganów 

czasem pasły się nasze zwierzęta.

Nie   miałam   sił,   by   podnieść   obolałe   ciało   z   miejsca.   Pochyliłam   się   w   przód, 

rozciągnęłam ramiona nad stołem, ale głowa sama opadła na blat. Byłam wyczerpana niemal 

do omdlenia. Myślałam trzeźwo, ale mój umysł nie kontrolował myśli, które były chaotyczne.

Jeszcze raz ukazały mi się obrazy. Ciemna twarz Kupca przesłoniła inną, lepiej znaną, 

po czym obie zostały zastąpione warczącym pyskiem groźnego zwierzęcia. Wydawało mi się, 

że to wszystko ma jakieś znaczenie, ale nie byłam w stanie go zrozumieć.

Rosło we mnie pragnienie odczytania fal, choć wiedziałam, że w danej chwili nie 

byłam   w   stanie   osiągnąć   potrzebnego   skupienia.   Obiecałam   sobie   jednak,   że   spróbuję   to 

uczynić. Czy odczytujemy przyszłość, czy też jej możliwą ścieżkę? Czy może poznawszy fale 

przyszłości,   podświadomie   stawiamy   stopy   na   drodze,   którą   widzieliśmy?   Wiele   razy 

słyszałam uczone debaty na ten temat. Owo przekonanie, że czytanie fal ma wpływ na nasze 

wybory,   sprawia,   że   wielu   z   nas   tego   nie   aprobuje.   Możemy   za   to   odpowiadać   przed 

Dawnymi.   Czułam   jednak,   że   muszę   to   wszystko   jeszcze   raz   przemyśleć.   I   z   takim 

postanowieniem zasnęłam. Spokój ogarnął wszystkie moje myśli.

background image

K

RIP

 V

ORLUND

V

Prawo skutku i przyczyny nie należy do tych, z którymi nasz czy jakikolwiek inny 

znany mi gatunek mógłby się nie zgadzać. Zawsze można mieć nadzieję na lepsze jutro, ale 

zawsze   też   trzeba   być   przygotowanym   na   najgorsze.   Tak   więc   przypadło   mi   w   udziale 

pogodzić   się   z   restrykcjami   statku   i   zgodnie   z   logiką   nie   sprzeciwiać   się.   I   tak   miałem 

szczęście, bo kapitan Foss nie dodał — do tej stosunkowo łagodnej kary — adnotacji na 

mojej karcie E. Niektórzy kapitanowie na pewno by to zrobili. Miałem przy sobie osobistą 

taśmę, którą wszyscy nosiliśmy przy paskach, dzięki czemu zdałem wierne sprawozdanie z 

zajścia w namiocie sprzedawcy zwierząt. Na szczęście mój wrogi gest został wykonany w 

obronie mieszkańca Yiktor, a nie po prostu w obronie własnej skóry. Poza tym Foss wiedział 

o Thassach i ich reputacji więcej ode mnie.

Nawet gdyby chciał wymierzyć mi bardziej surową karę, nasza nieliczna załoga na 

pewno nie pozwoliłaby na całkowite uwięzienie mnie na statku. Skończyło się na tym, że 

musiałem   sprzedawać   towary   w   naszym   pawilonie   w   określonych   godzinach.   Nie 

pozostawiono mi jednak wątpliwości, że najdrobniejsze naruszenie rozkazów z mojej strony 

zakończy się dla mnie fatalnie. Kapitan powiedział mi też, że teraz oczekuje na skargi ze 

strony władz jarmarku. On będzie moim obrońcą w ewentualnym procesie, a taśma będzie 

moim najsilniejszym argumentem.

Niemal   cały   ranek   na   straganie   minął   rutynowo.   Nie   miałem   już   możliwości 

samodzielnego poruszania się po mieście. Wciąż wracałem myślami do marzeń Maelen o 

przewiezieniu pokazu zwierząt w przestrzeń kosmiczną. O ile ni wiadomo, wcześniej nic 

takiego   się   nie   zdarzyło.   Jednak   wszystkie   trudności,   jakie   jej   przedstawiłem,   były 

prawdziwe,   zwierzęta   nie   zawsze   się   przystosowują,   nasze   odporne   gatunki   należały   do 

wyjątków. Niektóre nie rozmnażają się dala od swych rodzimych światów i mogą jeść tylko 

takie  ożywienie,  którego  nie da się  przewozić.  Często także  nie  potrafią  znieść  życia  na 

pokładzie statku. Zakładając jednak, że udałoby się znaleźć gatunek, który mógłby pokonać te 

wszystkie trudności, wytresować go i zabrać na podbój gwiazd, to czy takie przedsięwzięcie 

przyniosłoby zyski? Umysł Kupca zawsze przede wszystkim zadaje to pytanie, a w przypadku 

pozytywnej odpowiedzi Kupiec gotów jest udać się nawet a następne słońce.

W   tym   przypadku   mogłem   oceniać   tylko   własną   reakcję   a   przedstawienie 

background image

poprzedniego   wieczora,   a   subiektywne   oceny   są   ryzykowne.   Długo   nas   uczono,   by 

wykorzystywać  własny entuzjazm tylko  do rozbudzenia  zainteresowania,  a potem ważnie 

sprawdzić fakty, nim zaangażuje się fortunę w jakieś przedsięwzięcie.

Zastanawiałem  się nad barskiem,  którego Maelen tak bardzo chciała  uratować.  W 

namiocie handlarza były też inne źle traktowane zwierzęta. Ją jednak interesował tylko barsk. 

to rzadkie zwierzę, owszem, i rzadko spotykane w niewoli. Ale dlaczego?

— Freesh.

Pociągnięcie za rękaw przywróciło mnie do rzeczywistości. Stałem przy straganie i 

spoglądałem na obdartego chłopca, który pozdrawiał mnie głębokimi ukłonami. Rozpoznałem 

w nim naszego przewodnika po jarmarku z poprzedniego wieczora.

— Czego sobie życzysz?

— Freesh,   Freesha   prosi,   byś   do   niej   przyszedł.   Jest   coś,   co   musi   przekazać   ci 

osobiście.

— Przekaż Freesha — przeszedłem na język oficjalnej grzeczności na Yiktor — że 

muszę   być   posłuszny  swemu   panu   i   nie   mogę   spełnić   jej   woli.   Z   przykrością   muszę   to 

stwierdzić, na Trzy Pierścienie Prawdziwego Księżyca i kwitnienie Hress.

Nie odszedł. Wyjąłem z kieszeni niewielką monetę i wręczyłem mu ją.

— Kup sobie coś do picia. Wziął monetę, lecz nie odchodził.

— Freesh, Freesha bardzo prosi.

Czy zaufany załatwia własne sprawy, gdy ma do wypełnienia rozkazy swego pana? — 

odpowiedziałem. — Przekaż to, co powiedziałem, nie mogę postąpić inaczej.

Wtedy  odszedł,   ale  z  pewną niechęcią,   która  mnie  zastanowiła.  Bo  przecież   takie 

wyjaśnienie było często słyszane i honorowane na Yiktor. Sługa musi słuchać swego pana i 

wola   władcy   jest   ważniejsza,   o   wiele   ważniejsza   od   jakichkolwiek   osobistych   interesów, 

nawet od własnego życia. Czemu Maelen po mnie posłała, po obcego, który nie ma z nią nic 

wspólnego prócz owego incydentu z poprzedniej nocy? Rozsądek nakazywał trzymać się z 

dala od namiotu Thassów, od małego ludku, od wszystkiego, co ma z nimi jakiś związek.

Wciąż   pamiętałem   jej   srebrno–rubinowe   odzienie,   ją   samą,   gdy   stała   przed 

zwierzętami,   nie   kierując   nimi,   zupełnie   jak   widz.   Pomyślałem   o   jej   trosce   o   barska,   o 

pogardzie   dla   handlarza   zwierzętami,   gdy   dosięgała   go   mocą   swojej   różdżki.   Plotki 

przypisywały   Thassom   posiadanie   dziwnych   mocy   i   zdawało   się,   że   jest   w   tym   trochę 

prawdy, przynajmniej Maelen mogła być tego przykładem.

Nie   miałem   jednak   czasu   na   zastanawianie   się   nad   zagadkami,   bo   gdy   chłopak 

odszedł,   do   pawilonu   wsunęło   się   dwóch   bogatych   kupców   z   północy.   Nie   kupowali 

background image

młodzika, lecz proponowali nam swoje towary, drobne luksusowe przedmioty, które można 

załadować   do   skarbca   na   statku   i   tym   sposobem   zapewnić   sobie   duży   zysk   przy   małej 

objętości   ładunku.   Kapitan   Foss   pozdrowił   ich,   gdyż   byli   to   jego   klienci,   skuszeni   nie 

głównym ładunkiem statku, lecz osobistymi drobiazgami. To była prawdziwa arystokracja 

klasy kupieckiej, ludzie, którzy uczciwie dorobili się swych fortun i teraz spekulowali, jak 

wyciągnąć pieniądze z portfeli wysokiej szlachty.

Podałem   kryształowe   czarki   z   Farn,   w   których   światło   odbijało   się,   dając   połysk 

brylantów. Czarki były tak lekkie, że w ręce wyglądały jak bańki mydlane. Można by stanąć 

na ich zaokrąglonych miseczkach i smukłych nóżkach, a one pozostałyby nie naruszone.

Foss nalał do nich wina z Arcturus, tego ciemnoczerwonego płynu, dzięki któremu 

naczynia   błyszczały   niczym   rubiny   na   kołnierzu   Maelen.   Maelen…   Zdecydowanie 

wyrzuciłem ją z umysłu i stałem napięty jak struna, czekając na polecenia Fossa lub Lidja.

Czterej  ochroniarze,  których  kupcy  przyprowadzili   ze  sobą,  wszyscy  już z  dużym 

doświadczeniem,   zajęli   miejsca   po   przeciwnej   stronie   pawilonu.   Przed   sobą   położyli 

przyniesione małe kufry. Wartość swoich towarów podkreślali, nosząc przy sobie zamiast 

sztyletów miecze obronne pomimo pokojowego charakteru jarmarku.

Nigdy nie dowiedziałem się, czego strzegli tak pilnie. Rozległ się przeraźliwy gwizd u 

wejścia do pawilonu i gwar, do którego przyzwyczailiśmy się już, zamienił się w zupełną 

ciszę.   Słychać   było   szczęk   zbroi   i   zgrzyt   mieczy   oznajmiające   przybycie   szwadronu 

strażników jarmarku. Było ich czterech, uzbrojonych, jakby wyruszali przeciwko warownej 

fortecy. Przewodził im mężczyzna w długiej tunice w połowie białej choć zakurzonej), w 

połowie czarnej, co miało symbolizować dwa oblicza sprawiedliwości. Szedł bez hełmu, na 

głowie miał lekko przekrzywiony, przywiędły wieniec z liści Hress, po którym rozpoznaliśmy 

w nim kapłana na służbie. Miało to przypominać, że jarmark posiada religijny charakter.

— Słuchajcie   i   uważajcie.   —   Jego   głos   był   wysoki,   specjalnie   szkolony   do 

kapłańskich obwieszczeń. — Oto sprawiedliwość Księżyca Pierścieni, z łaski Domtatopera, z 

woli którego poruszamy się, żyjemy i oddychamy, myślimy i czynimy. Niech wystąpi ten, 

którego wzywa Domtatoper, nawet obcy, który wyciągnął broń na terenie Jarmarku Księżyca 

Pierścieni.

Kapitan Foss błyskawicznie znalazł się naprzeciwko kapłana.

— Z czyjej skargi posłaniec Domtatopera przyzywa mojego człowieka? — Była to 

zwyczajowa odpowiedź na wezwanie.

— Ze   skargi   Othelma,   złożonej   na   ołtarzu   i   w   obecności   świadków.   Trzeba 

odpowiedzieć na zarzuty.

background image

— Tak się stanie — odpowiedział Foss. Pochwyciłem jego spojrzenie i podszedłem. 

Miał w kieszeni moją osobistą taśmę.  To powinno wystarczyć,  by usprawiedliwić użycie 

przeze  mnie  ogłuszacza.  Ale ile  trzeba  będzie  czekać  na przesłuchanie  przed  mieszanym 

trybunałem kapłanów i kupców?

— Proszę   pozwolić   mi   pójść   —   powiedziałem   w   języku   basie.   —   Jeśli   zechcą 

przesłuchać mnie od razu, mogę przesłać wiadomość.

Foss nie odpowiedział, tylko krzyknął w głąb pawilonu.

— Lalfarns!

Alec Lalfarns, mechanik, nie miał żadnych konkretnych obowiązków, pomagał tylko 

w pakowaniu i ładowaniu towarów.

— Ten człowiek — zwrócił się Foss do kapłana — pójdzie zamiast moich oczu i uszu. 

Jeśli mój podwładny będzie przesłuchiwany, on mnie poinformuje. Czy to dozwolone?

Kapłan spojrzał na Lalfarnsa i po chwili przytaknął.

— Dozwolone. Niech ten — tu wskazał na mnie — zdejmie broń.

Wyciągnął rękę po mój ogłuszacz. Jednak palce Fossa już zacisnęły się na rękojeści i 

kapitan wyjął moją broń.

— Jego broń nie należy do niego. Pozostanie tutaj, jak nakazuje obyczaj.

Przez chwilę zdawało mi się, że kapłan ma zamiar protestować, ale kapitan miał rację. 

Według   obyczajów   na   Yiktor,   wszelka   broń   noszona   przez   podwładnego   była   prawnie 

własnością jego pana i w każdej chwili mogła być przez niego przejęta, zwłaszcza gdy pan 

uznał, że jego poddany naruszył jakieś prawo.

Tak   więc   pozbawiony   broni   wystąpiłem   do   przodu   i   zająłem   miejsce   między 

strażnikami. Lalfarns podążał kilka kroków za nami. Choć ogłuszacz to nie broń palna, to 

jednak stale miałem go przy sobie, niemal nie zdając sobie sprawy, że wisi u mojego pasa. 

Teraz czułem się jak nagi i ogarnął mnie dziwny niepokój. Starałem przekonać samego siebie, 

że to tylko reakcja na rozbrojenie mnie, na fakt, że jestem, przynajmniej na jakiś czas, zdany 

na łaskę prawa w obcym dla mnie świecie. Ale mój niepokój wzrastał, aż uznałem to za 

ostrzeżenie. Spojrzałem w tył na Lalfarnsa, gdy on również oglądał się za siebie, a jego dłoń 

sięgała po ogłuszacz. Opadła jednak, bo pewnie zdał sobie sprawę, że taki jest może zostać 

źle zrozumiany.

Wtedy zwróciłem uwagę na drogę, którą prowadzili mnie strażnicy. Według prawa, 

powinniśmy iść do Wielkiej Hali, v której przez dziesięć dni trwania jarmarku zasiadał sąd. 

Widziałem   stromy   dach   ponad   namiotami   i   straganami   przed   nami.   Szliśmy   w   kierunku 

granicy jarmarku, w stronę obszaru, gdzie mieściły się ozdobne namioty możnych, którzy nie 

background image

mogli zamieszkać w Yrjar.

— Wyznawco Wszelkiej Światłości — podniosłem głos, by słyszał mnie odziany w 

biel i czerń kapłan. W tym momencie kapłan przyśpieszył. — Dokąd idziemy? Sąd leży…

Nie odwrócił głowy, nie dał też żadnego znaku, że mnie słyszy. Wtedy zauważyłem, 

że wychodzimy z ostatniego rzędu straganów i skręcamy między namioty lordów. Nie było tu 

tłumów, tylko jeden czy dwóch służących w zasięgu wzroku.

— Hallie, Hallie, Hal!

Nagle   skądś   pojawiła   się   grupa   jeźdźców   i   zaczęła   tratować   nas   wierzchowcami. 

Usłyszałem krzyk Lalfarnsa. Wtedy strażnik z prawej popchnął mnie między dwa namioty z 

taką siłą, że nie mogłem utrzymać równowagi.

Poczułem mocne uderzenie w głowę i straciłem przytomność.

Ból pogrążył mnie w ciemności, a potem inny przypływ bólu mnie z niej wydobył. 

Przez chwilę nie mogłem zrozumieć, co dzieje się z moim ciałem. Wreszcie odgadłem, że 

zwisam   twarzą   w   dół   przerzucony   przez   grzbiet   kasa,   jestem   przywiązany   i   boleśnie 

odczuwam każdy krok zwierzęcia. Słyszałem otaczający mnie gwar i rozmowy mężczyzn, 

dzięki czemu  wiedziałem,  że porwało mnie  kilku jeźdźców. Nie mówili  jednak językiem 

Yrjaru, więc nie mogłem ich zrozumieć.

Nie   wiem,   jak   długo   trwał   ten   koszmar,   bo   kilkakrotnie   traciłem   i   odzyskiwałem 

przytomność.   Po   jakimś   czasie   modliłem   się,   by   na   zawsze   pochłonęła   mnie   ciemność 

nieprzytomności.

Ciało   uodpornione   przez   lata   podróży   w   kosmosie,   przyzwyczajone   do   ciągłego 

napięcia   i   niebezpieczeństwa,   niełatwo   złamać   złym   traktowaniem,   o   czym   już   wkrótce 

miałem się przekonać. Zrzucono mnie z kasa na bruk, przecinając jedynie krępujące mnie 

więzy.

Gdzieś w pobliżu migotała pochodnia. Widziałem wszystko przez mgłę. Porywacze 

jawili  mi  się jako niewyraźne  postacie.  Ktoś  chwycił  mnie  za ramiona,  powlókł  trochę i 

zepchnął w słabo oświetlone miejsce. Niczego już nie rozumiałem. Jakaś postać podeszła do 

mnie.   Nagle   oblano   mi   twarz   wodą.   Próbowałem   językiem   zlizać   wodę   z   warg.   Ktoś 

pociągnął mnie gwałtownie za włosy i uniósł moją głowę, a w usta wlano mi jeszcze więcej 

wody. Omal się nie udławiłem.

Niewiele to pomogło, ale przyniosło pewną ulgę. Dłoń we włosach zwolniła uścisk, 

nim zaczerpnąłem ze dwa łyki i moja głowa z powrotem uderzyła o ziemię. Po raz kolejny 

straciłem przytomność.

Gdy   przebudziłem   się   ze   snu   czy   też   z   odrętwienia,   otaczała   mnie   przerażająca 

background image

ciemność. Wysilałem wzrok, aby cokolwiek dojrzeć, aż w końcu zrozumiałem, że to nie wina 

mojego   wzroku,   ale   otoczenia.   Z   ogromnym   trudem   zdołałem   podnieść   się   na   jednym 

ramieniu i wtedy lepiej mogłem przyjrzeć się miejscu mojego uwięzienia.

Nie było tam żadnych sprzętów prócz ławki i to bardzo prymitywnej. Na ziemi walała 

się jakaś śmierdząca słoma, w ogóle całe to miejsce przesiąknięte było odrażającym odorem, 

który im dłużej wdychałem, stawał się coraz bardziej drażniący. Otwór okienny, wysoki jak 

ja, stanowił pionową szczelinę w jednej ścianie. Nie był szerszy niż dwukrotna rozpiętość 

dłoni, lecz wpadało przezeń szare światło, które jednak nie docierało do kątów. Na ławce 

zauważyłem gliniany dzbanek i w tym momencie stał się on jedynym na świecie przedmiotem 

mojego zainteresowania.

Nie miałem siły wstać, a gdy usiadłem, tak zakręciło mi się w głowie, że musiałem 

zamknąć oczy i chwilę odczekać. W końcu jakoś dotarłem do tej obietnicy wody, czołgając 

się na brzuchu po zimnej kamiennej podłodze.

W dzbanku była ciecz, moja nadzieja i obawa. Nie była to czysta woda, bo miała 

ostry, kwaśny smak, który drażnił podniebienie. Piłem jednak, bo w tym momencie wypiłbym 

wszelkie świństwo.

Tak   dobrze   było   zwilżyć   język,   czuć   jak   łagodnieje   suchość   w   ustach   i   gardle. 

Rozsądek nakazywał mi jednak ograniczyć ilość pochłanianego płynu. Musiałem użyć całej 

siły woli, by odłożyć dzbanek, w którym jeszcze chlupała ciecz. Mój umysł zaczął się powoli 

rozjaśniać i po chwili mogłem już się poruszać bez zawrotów głowy. Może ten dziwny smak 

wody pochodził od jakiegoś narkotyku albo środka pobudzającego? W końcu wzdłuż ściany 

doszedłem do okna, by zobaczyć, co leży na zewnątrz.

Docierały do mnie tylko słabe promienie słońca. Pole mojego widzenia było bardzo 

ograniczone. W pewnej odległości widziałem szary mur przypominający wszystkie fortece na 

Yiktor oraz chodnik biegnący wzdłuż muru.

Zauważyłem  na zewnątrz  jakiegoś  człowieka.  Zapewne  był  to  adiutant  któregoś  z 

lordów. Szedł w kolczudze i hełmie, a okryty  był  żółtą opończą z czarnym  herbem. Nie 

widziałem   dokładnie   tego   herbu,   ale   i   tak   nie   byłbym   w   stanie   go   odczytać,   gdyż 

skomplikowana heraldyka na Yiktor nie interesowała zupełnie Kupców.

Żółć i czerń — gdzieś już widziałem to zestawienie barw. Oparłem się o ścianę i 

próbowałem  przypomnieć  sobie  gdzie  i  kiedy.  Kolor…  ostatnim  razem,   gdy myślałem  o 

kolorach… srebrny i rubinowy… strój Maelen… szaroróżowy proporzec, który wywierał taki 

dziwny wpływ… proporce innych miejsc rozrywki… Miejsca rozrywki… ostra czerwień i 

zieleń namiotu gier hazardowych, które nie tylko przyciągały… krzyczały!

background image

Namiot   gier   hazardowych!   Jakieś   wspomnienie   przybrało   wyraźniejszy   kształt   w 

pamięci. Gauk Slafid przy stole, żetony ułożone w stosiki i po jego lewej stronie ten młody 

szlachcic, który tak uparcie się we mnie wpatrywał, gdy szedłem z Maelen. Miał na sobie 

właśnie taką opończę, błyszczącą jedwabiem o intensywnej żółtej barwie z czarnym znakiem 

rodowym wyhaftowanym na piersiach. Jednak te strzępy wspomnień nie układały mi się w 

żadną logiczną całość.

Jedyny   zatarg   na   Yiktor   miałem   z   Othelmem,   a   nie   z   młodzieńcem   odzianym   w 

czarno–żółty   strój.   Nie   dostrzegałem   związku   między   tymi   dwiema   osobami.   Handlarz 

zwierzętami nie wzywałby przecież na pomoc ochrony lorda. Moja znajomość obyczajów 

panujących na Yiktor była na tyle gruntowna, na ile pozwalały taśmy Kupców, ale przecież 

nikt nie pozna niuansów życia społecznego w obcym świecie bez wielu lat intensywnych 

studiów. Równie dobrze kłótnia z Othelmem mogła stać się przyczyną mojej obecnej sytuacji.

Uwięziony   jednak   byłem   poza   granicami   jarmarku.   Pamiętałem   część   podróży   na 

grzbiecie kasa, co znaczyło — a byłem tego pewien — że nie zostałem zawieziony do Yrjaru. 

Jednak   siłą   zostałem   usunięty   spod   jurysdykcji   sądu   jarmarku,   co   było   zuchwałym 

podeptaniem obyczajów. Ci, którzy mnie porwali, mogą zostać wyjęci spod prawa, gdy tylko 

moje zniknięcie wyjdzie na jaw.

Dlaczegóż miałem dla nich taką wartość? Tylko moi porywacze mogli odpowiedzieć 

na to pytanie. Jednak nikt się mną nie interesował, a godziny mijały, jedna za drugą. Byłem 

bardzo głodny i wypiłem resztkę wody, jaka mi została znów poczułem pragnienie. Wkrótce 

nikłe światło zgasło, zapadła noc, która pogrążyła mnie w całkowitej ciemności.

Siedziałem oparty o ścianę na wprost pochylni, po której mię tu stoczono i wytężałem 

słuch. Chwilami zza okna dobiegały jakieś odgłosy, zniekształcone i przytłumione. Nagle 

rozległ się dźwięk rogu, który mógł oznaczać czyjeś przybycie. Podniosłem się i po omacku 

podszedłem   do   okna.   Po   mrze   przebiegał   snop   światła   latarni,   usłyszałem   jakieś   głosy. 

Później zobaczyłem czterech mężczyzn, z których jeden ubrany był w pelerynę szlachcica.

Niedługo potem rozległ się szczęk metalu na szczycie pochylni. Wróciłem wzdłuż 

ściany na swoje miejsce na wprost drzwi. Po chwili do mojej celi wpadło światło na tyle silne, 

że oślepiło mnie i nie mogłem rozpoznać wchodzących postaci. Dopiero po chwili mogłem 

im się lepiej przyjrzeć.

To   była   ta   sarna   grupa,   która   przechodziła   pod   oknem.   Teraz   rozpoznałem   w 

szlachcicu młodego człowieka z namiotu gier hazardowych.

Zastosowałem stary jak świat sposób, który przydaje się w takich sytuacjach. Milczeć, 

pozwolić przeciwnikowi odezwać się najpierw. Nie żądałem więc wyjaśnień, tylko uważnie 

background image

przyglądałem się przybyszom. Dwaj z nich odsunęli ławkę od ściany i ów lord usiadł na niej 

jak ktoś, komu należy się wygodna pozycja. Trzeci mężczyzna zawiesił latarnię na haku w 

ścianie, skąd światło padało równo na nas wszystkich.

— Ty! — Nie wiem, czy moje milczenie zdziwiło lorda, czy nie, lecz doszukałem się 

nuty irytacji w jego głosie. — Czy wiesz, kim jestem?

Było   to   typowe   rozpoczęcie   wymiany   zdań   między   rywalami   na   Yiktor, 

przywoływanie imion i tytułów, by oszołomić potencjalnego wroga potęgą własnej pozycji.

Gdy   nie   odpowiedziałem,   spojrzał   na   mnie   gniewnie,   pochylając   się   w   przód   z 

pięściami opartymi na kolanach.

— Oto Lord Osokun, pierworodny syn Lorda Oskolda, herbu Yenlade i Yuxisome. — 

Mężczyzna, który wciąż stał pod latarnią, zaintonował głosem zawodowego herolda.

Imiona syna oraz ojca nic mi nie mówiły, a także nazwy krain, z których pochodzili, 

były mi nie znane. Milczałem. Nie zauważyłem, by Osokun wykonał jakiś gest czy wydał 

rozkaz. Jednak jeden z jego potężnych towarzyszy pochylił się nade mną i uderzył mnie w 

twarz otwartą dłonią. Ból był tak silny, że omal nie zemdlałem. Tylko siła woli utrzymała 

mnie na chwiejnych nogach i pomogła zachować w miarę trzeźwy umysł. A więc na to się 

zanosi? Czegokolwiek ode mnie chcieli, byli gotowi uzyskać to siłą.

Już po chwili Osokun wyjawił cel swojej wizyty:

— Posiadasz broń, wiedzę, obcy łachmyto. I obie z ciebie wyciągnę, jeśli nie tak, to 

inaczej.

Po raz pierwszy odpowiedziałem, choć wargi puchły od otrzymanego ciosu.

— Czyżbyś znalazł przy mnie jakąś broń? — Nie użyłem żadnych grzecznościowych 

zwrotów.

Roześmiał się.

— Nie, twój kapitan był zbyt sprytny. Ale posiadasz wiedzę. I jeśli on chce cię znów 

ujrzeć, będziemy mieli też broń, już wkrótce.

— Jeśli wiesz cokolwiek o Kupcach, to wiesz zapewne i to, że stosujemy blokadę 

umysłów dla ochrony przed takimi jak ty.

Osokun uśmiechnął się szerzej.

— Tak słyszałem. Ale każdy świat ma własne sekrety, ; czego ty też zdajesz sobie 

sprawę. Mamy swoje sposoby otwierania takich blokad. Jeśli one nie zadziałają, trudno. Twoj 

kapitan będzie miał transakcję do rozważenia, i to już niedługo. A co do reszty, do dzieła! — 

Ten ostatni rozkaz zabrzmiał jak trzaśniecie z bicza.

Nie   chcę   pamiętać,   co   działo   się   potem   w   owej   kamiennej   celi.   Ci,   którzy   mnie 

background image

przesłuchiwali,   byli   prawdziwymi   mistrzami   w   swoim   fachu.   Nie   wiem,   czy   Osokun 

naprawdę mierzył, że mógłbym zdradzić to, co chciał wiedzieć, czy też może takie zajęcie 

sprawiało   mu   przyjemność.   Wiele   z   tego,   co   się   potem   działo,   zniknęło   gdzieś   z   mojej 

świadomości.

Na   pewno   nie   dowiedzieli   się   niczego   ważnego.   Byli   na   tyle   znawcami   swego 

brudnego zajęcia, że nie torturowali mnie bez przerwy. Przez jakiś czas nie zdawałem sobie 

sprawy ni z tego, że już poszli, ani z niczego innego. A gdy ból znów mnie obudził, za oknem 

był szary dzień. Ławka stała pod ścianą, a na niej znowu ujrzałem dzbanek, tym razem obok 

talerza z masą czegoś zanurzonego w zimnym tłuszczu.

Czołgając   się   na   brzuchu,   próbowałem   pić,   czułem   odżywczą   siłę   gorzkiej   wody, 

jednak przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, nim zdecydowałem się spróbować jedzeni. 

Tylko świadomość tego, że muszę zachować silne ciało, zmusiła mnie do przełknięcia czegoś 

tak ohydnego.

Wiedziałem tylko tyle, że zostałem porwany przez Osokuna, który planował wymienić 

mnie na broń i informacje. Bez wątpienia mógłby wykorzystać obie te rzeczy do zdobycia 

królestwa. Zuchwałość tego czynu świadczyła, że albo Osokun miał tak potężne poparcie, że 

mógł nie liczyć się z prawami jarmarku, albo miał nadzieję dokonać tej wymiany tak szybko, 

że władze nie będą miały czasu mu się sprzeciwić. Nierozwaga tego czynu była tak bliska 

szaleństwa,   iż   trudno   było   w   to   uwierzyć.   Ale   już   minione   godziny   wystarczyły,   bym 

uświadomił sobie, że ów lord przekroczył wszelkie granice i nie pozostało mu nic innego jak 

trzymać się tej niebezpiecznej drogi. Nie miał już odwrotu.

To, że kapitan Foss wykupi mnie za żądaną cenę, było niemożliwe. Choć Kupcy są ze 

sobą związani i jedną z podstawowych zasad współżycia jest wzajemna lojalność, to „Lydis”, 

jej załoga i całe dobre imię Wolnych Kupców nie mogły być utracone w zamian za życie 

jednego   człowieka,   tego   byłem   pewien.   Jedyne,   co   Foss   mógł   zrobić,   to   zwrócić   się   do 

machiny yiktoriańskiego prawa.

Czy wiedział, gdzie jestem? Co jeźdźcy zrobili z Lalfarnsem? Jeśli udało mu się uciec, 

Foss musiał już wiedzieć, że zostałem porwany, i mógł już zacząć działać.

Nie mogłem jednak liczyć na kogokolwiek, lecz jedynie na samego siebie. Zacząłem 

więc intensywnie zastanawiać się nad swoją sytuacją.

background image

VI

Nadeszła chwila, gdy postanowiłem zastosować penetrację myśli, choć mogło to być 

męczące.   Uznałem   bowiem,   że   w   tej   sytuacji   pozostały   mi   już   tylko   radykalne   metody. 

Ponieważ przeszukiwanie wiązek myślowych działa różnie w zależności od ras i gatunków, 

nie mogłem spodziewać się żadnych konkretnych rezultatów, a może nawet w ogóle niczego. 

Czułem się, jakbym przesłuchiwał pasmo komunikacji tak wysokie lub tak niskie, że mój 

odbiornik wychwytywał tylko niezmienny wzór. Żadnych słów, żadnych konkretnych myśli 

— to, co do mnie dotarło, było jedynie przerażeniem. Uczucie to było chwilami tak silne, że 

byłem przekonany, iż wysyłający je znajdują się w prawdziwym niebezpieczeństwie.

Sygnał jeden, sygnał drugi — może każdy z nich oznaczał emocje innego obrońcy 

fortu. Uniosłem głowę, by spojrzeć na blady otwór okienny, potem przysunąłem się bliżej i 

zacząłem nasłuchiwać. Na zewnątrz panowała cisza. Podniosłem się i wyjrzałem. Był dzień, a 

na murze dostrzegłem niewielką plamę światła słonecznego. Wokół panowała cisza.

Ponownie zamknąłem oczy i usiłowałem badać umysły w otoczeniu, aby uczepiwszy 

się jednego z tych sygnałów strachu, móc odnaleźć źródło niepokoju. Większość sygnałów 

wciąż ulatywała poza mój zasięg. Poczułem jeden przy samych drzwiach celi, albo tak mi się 

zdawało. Starałem się dotrzeć do niego z całą energią, jaką potrafiłem z siebie wykrzesać.

Moje próby można porównać do prób odczytania zniszczonej taśmy, która nie tylko 

została prześwietlona, lecz do tego zapisana była jakimiś obcymi symbolami. Owszem, dało 

się wyczuć emocje, bo te podstawowe są takie same u różnych gatunków. Wszystkie żyjące 

istoty odczuwają strach, nienawiść, szczęście, ale źródła czy przyczyny tych uczuć nogą być 

zupełnie różne. Z tych powszechnych uczuć strach nienawiść są najsilniejsze, a tym samym 

najłatwiejsze do wyłowienia.

Strach zniewalający te umysły  był  coraz większy i przemieszany z gniewem.  Ale 

gniew był słaby, przytłoczony przerażeniem. Dlaczego? Co się na zewnątrz działo?

Przygryzłem dolną wargę i całą energię włożyłem w próbę znalezienia odpowiedzi. 

Strach…   przed   czymś…   kimś…   nieobecnym…   nadchodzącym?   Trzeba…   trzeba   się 

pozbyć… pozbyć mnie! To odkrycie nadeszło tak nagle, że wzdrygnąłem się jakby w reakcji 

na  fizyczny  ból.  Jednak  nikogo, :to   mógłby  ów   ból  zadać,  nie  było  w  pobliżu.   Przecież 

wiedziałem bardzo dobrze, że moja obecność tutaj jest przyczyną strachu. Osokun? Nie, nie 

wierzyłem, by lord, który próbował narzucić mi swoją wolę, tak nagle chciał się mnie pozbyć.

Tik, tik… przygotowałem  umysł,  odrzuciłem  zdziwienie,  wróciłem do cierpliwego 

background image

penetrowania   niezrozumiałych   myśli.   Więzień…   niebezpieczeństwo…   nie   obecne 

niebezpieczeństwo, nie… lecz jako więzień jestem zagrożeniem dla autora tych myśli. Może 

Osokun   aż   tak   naruszył   prawa   panujące   na   Yiktor,   że   jego   pomocnicy   czy   podwładni 

obawiają się konsekwencji swych czynów?

Może   by   spróbować   kontrsugestii?   U   wielu   osób   zbyt   daleko   posunięty   strach 

przeradza się w przemoc. Gdybym dodał mój własny strach i skupił się na nim, mógłbym 

odwrócić   ostrze   miecza.   Zacząłem   rozważać   wszystkie   za   i   przeciw,   wciąż   utrzymując 

łączność między nami.

To, na co się zdecydowałem, miało tak niewielkie szansę powodzenia, że w zasadzie 

już   pogodziłem   się   z   porażką.   Spróbowałem   zasiać   w   polu   mentalnym   myśl,   że   gdyby 

więzień uciekł, nie byłoby już strachu oraz myśl, że więzień musi wyjść z celi żywy.  W 

najprostszy sposób i z największą siłą nadałem tę wiązkę myśli. Równocześnie posuwałem się 

wzdłuż ściany w stronę pochylni, stanowiącej wejście do celi. Podniosłem dzbanek, wypiłem 

resztę jego zawartości i zatrzymałem go w dłoniach. Usiłowałem sobie przypomnieć, w którą 

stronę otwierają się drzwi, choć wtedy, gdy wchodził Osokun, byłem otępiały i nie widziałem 

wyraźnie. Na zewnątrz… na pewno na zewnątrz!

Byłem już w pół drogi w górę pochylni, przygotowany… Uwolnić więźnia… koniec 

ze strachem… uwolnić więźnia. Kontakt był coraz silniejszy — ktoś się do mnie zbliżał! 

Reszta zależała już tylko od szczęścia. Przerażający jest moment, gdy kładzie się swoje życie 

na szali.

Usłyszałem zgrzyt metalu… To drzwi… podniosłem dzbanek… teraz!

Drzwi otworzyły się, a ja rzuciłem nie tylko dzbankiem, lecz również wiązką strachu. 

Usłyszałem krzyk osoby. Dzbanek uderzył strażnika w głowę i mężczyzna zachwiał się.

Wspinałem się w górę, wkładając w to resztki sił. Dotarłem do drzwi i minąłem je. 

Światło było słabe nawet w tym wewnętrznym korytarzu, ale zauważyłem, że mężczyzna, 

który otworzył drzwi, leży oparty o ścianę na wprost, rękami zakrywa twarz, a między jego 

palcami cieknie krew. Jęczał.

Moja   pierwsza   myśl:   „miecz”.   Podszedłem   bliżej   i   odebrałem   miecz   strażnikowi. 

Posiadanie   nawet   nie   znanej   mi   broni   zwiększało   poczucie   bezpieczeństwa.   Strażnik   nie 

opierał   się,   gdyż   fala   strachu   obezwładniła   jego   umysł.   Mocnym   pchnięciem   wrzuciłem 

mężczyznę do celi. Metalowy pręt wciąż tkwił w drzwiach, więc obróciłem go i wziąłem ze 

sobą.

Uczyniwszy to wszystko, rozejrzałem się. Światło kłuło mnie w przyzwyczajone do 

ciemności oczy. Po dłuższej chwili mrugania pomyślałem, że musi być późne popołudnie. Nie 

background image

wiedziałem, jak długo leżałem w celi, całkiem straciłem rachubę czasu.

Korytarz   był   pusty.   Nie   czyniłem   planów   wybiegających   daleko   w   przyszłość. 

Chciałem   na   razie   wydostać   się   na   wewnątrz,   bez   spotkania   się   z   innym   strażnikiem. 

Penetracja   myśli   jest   zbyt   subtelną   zdolnością,   bym   mógł   użyć   jej   jako   instrumentu 

zwiadowczego.   Wykorzystałem   całą   moc   psychopolacji,   by   otworzyć   celę.   Teraz   byłem 

zdany wyłącznie la użycie siły, a posiadana broń była mi obca.

Powlokłem się korytarzem, pilnie nasłuchując jakichkolwiek odgłosów. Doszedłem do 

zakrętu,   gdzie   przez   wąskie   okno   wpadało   światło.   Zatrzymałem   się,   by   wyjrzeć.   Stąd 

również widać było niewielki fragment dziedzińca otoczonego murem. Dojrzałem też część 

szerokiej bramy, która była zamknięta. Jeżeli to jedyna droga ku wolności, to nie nam szans 

— pomyślałem. Dalej korytarz skręcał w lewo. W głębi widać było jakieś drzwi i po raz 

pierwszy usłyszałem głosy. Była to jednak jedyna droga ucieczki. Przyciśnięty plecami do 

ściany,   z   obnażonym   obcym   mieczem   w   dłoni,   ruszyłem   przed   siebie.   Minąłem   dwoje 

zamkniętych drzwi. Choć byłem skrajnie wyczerpany, to jednak za pomocą psychopolacji 

starałem   się   wykryć   przejawy   życia   przede   mną.   Wyczułem   słaby   sygnał.   Już   z   głosów 

wywnioskowałem, że w jednym z pokoi są co najmniej dwie osoby, a penetracja myśli to 

potwierdziła. Mogło ich jednak być o wiele więcej. Posunąłem się dalej. Głosy były coraz 

bardziej wyraźne, mogłem wyróżnić oddzielne słowa, ale w obcym języku. Z ostrego tonu 

padających słów domyśliłem się, że rozmówcy się kłócą.

Dostrzegłem   jaśniejsze   światło.   Drzwi   do   jednego   z   pomieszczeń   były   uchylone. 

Podobne   były   do   drzwi   mojej   celi.   Otwierały   się   także   na   zewnątrz   dzięki   systemowi 

uruchamianemu prętem. Lewą ręką dotknąłem pręta, który niosłem ze sobą. Czy dałoby się 

go użyć do tych drzwi? Czy mógłbym zamknąć drzwi bez zaalarmowania osób znajdujących 

się   wewnątrz?   Nie   śmiałem   pokazać   się   w   otwartej   przestrzeni.   Głosy   bliskie   już   były 

krzykom i miałem nadzieję, że rozmówcy są tak pochłonięci wymianą zdań, że mój ruch nie 

będzie zauważony.

Wetknąłem   miecz   za   pas,   wziąłem   pręt   do   prawej   dłoni.   Lewą   oparłem   płasko   o 

powierzchnię drzwi i delikatnie je popchnąłem. Ale lekkie dotknięcie nie wystarczyło, by 

poruszyć   tak   potężną   płytę.   Musiałem   pchnąć   mocniej.   W   napięciu   czekałem   na   jakieś 

skrzypnięcie,   bądź   przerwę   w   konwersacji.   W   końcu   drzwi   drgnęły   i   centymetr   po 

centymetrze wsunęły się we framugę. Głosy nie umilkły, gdy manipulowałem przy zamku, 

usiłując   wepchnąć   pręt   w   dziurkę.   Poczułem   lekki   opór,   pręt   wskoczył   w   otwór,   więc 

obróciłem go. Moja nikła nadzieja spełniła się — drzwi były zamknięte.

Z   nieprzerwanego   hałasu   wewnątrz   wnioskowałem,   że   rozmówcy   jeszcze   nie 

background image

zauważyli, iż są uwięzieni. A więc już dwa razy mi się udało!

Korytarz znowu skręcał. Dotarłem do okna, przy którym jeszcze raz zatrzymałem się, 

by wyjrzeć. Na chodniku i murze widać było matowe światło zmierzchu. Noc zawsze sprzyja 

uciekinierom.   Jak  na  razie  nie   miałem   pojęcia,   co  zrobię,  gdy wydostanę  się  z   twierdzy 

Osokuna. Mój umysł i wola były w stanie wybiegać tylko o jeden krok w przyszłość.

Przede mną były następne drzwi, otwarte szeroko na dziedziniec. Wciąż słyszałem 

odległą kłótnię  za plecami,  ale  teraz interesowały mnie  odgłosy przede mną.  Usłyszałem 

ostry,   wysoki   dźwięk,   w   którym   rozpoznałem   ryk   kasa,   ale   żadnych   ludzkich   głosów. 

Doszedłem do drzwi i wystawiłem głowę. W dłoni znowu ściskałem miecz. Po lewej stronie 

było zadaszone miejsce, w którym trzymano kasy. Ich trójkątne głowy ze sztywno stojącymi 

kępkami   czarnych   włosów   co   chwilę   się   podnosiły.   Z   pysków   zwisały   im   postrzępione 

kawałki liści — widocznie przed chwilą dostały karmę.

Rozważałem możliwość uprowadzenia jednego z tych wierzchowców, lecz z żalem 

zrezygnowałem.   To   prawda,   że   łatwiej   jest   penetrować   umysł   zwierząt,   nawet   obcych 

gatunków, niż humanoidów, ale skupianie się na utrzymaniu władzy nad zwierzęciem mogło 

okazać się ponad moje siły. Byłem pewien, że bezpieczniej będzie polegać tylko na sobie.

Bryła   budynku,   z   którego   wychodziłem,   rzucała   przede   mnie   długi   cień.   Nie 

widziałem zewnętrznej bramy, pobiegłem więc do miejsca w cieniu między dwiema stertami 

karmy   dla   kasów.  Stąd   miałem   dużo   lepszą   widoczność.   Po  prawej   stronie   była   szeroka 

brama, dobrze zabarykadowana. Ponad nią znajdowało się coś w rodzaju klatki, w której 

zauważyłem poruszenie. Przylgnąłem płasko do stert karmy. To był wartownik. Czekałem na 

strzał, może bełtem z kuszy, na jakiś znak, że zostałem zauważony. Nie mogłem uwierzyć, że 

nie zwróciłem na siebie uwagi. Gdy nic się nie stało, pomyślałem,  że ten wartownik ma 

wzrok i uwagę zwrócone tylko na to, co dzieje się poza murami, a nie wewnątrz fortecy.

Zaplanowałem sobie trasę, którą mogłem dotrzeć dość daleko — od sterty karmy dla 

zwierząt do stajni pomiędzy mną a strażnikiem. Poruszałem się powoli, choć każdy mój nerw 

drżał   z   niepokoju.   Czułem,   że   gwałtowne   ruchy   mogą   przyciągnąć   uwagę,   a   delikatne 

skradanie się pozwala pozostać w cieniu. Policzyłem zwierzęta, gdy je mijałem, pragnąc na 

tej podstawie ocenić  rozmiary oddziału  wojskowego. Stało tam siedem kasów, z których 

cztery wykorzystywane były jako zwierzęta pociągowe. To jednak o niczym nie świadczyło, 

bo forteca mogła mieć stałą załogę bez zwierząt. Tak czy inaczej liczba wierzchowców w 

stajni sugerowała, że w twierdzy może być tylko niewielka część oddziału. A to znaczyło, że 

Osokun i jego adiutant mogli gdzieś wyjechać.

Zauważyłem jeszcze dwa wysokie stanowiska wartownicze. Choć przyglądałem im się 

background image

uważnie, nie dostrzegłem tam żadnych osób. Ukryłem się za niskim murkiem, gdyż moje buty 

zaczęły skrzypieć na kamieniach. Wtedy pojawił się jakiś mężczyzna. Choć miał na sobie 

kaftan   żołnierza   piechoty,   jego   głowa   była   odkryta,   a   na   ramionach   trzymał   nosidła   z 

wiadrami pełnymi wody, którą następnie wylał do koryta kasów. Po chwili odszedł. Nagle w 

mojej   kryjówce   poczułem   nagły   przypływ   emocji.   Człowiek   ów   zżerany   był   silnym 

pragnieniem — dotarło ono aż do mnie jako osobna wiadomość. Być może różnił się on 

czymś od swoich towarzyszy i przez to był bardziej podatny na moją psychopolację. Byłem 

pewien,   że   wypełniał   jedynie   swe   obowiązki,   chcąc   dzięki   temu   coś   uzyskać.   Nadszedł 

moment, w którym powinienem działać natychmiast. Skradałem się więc za nim, ponieważ 

to, czego pragnął, było też moim pragnieniem.

Na dziedzińcu była studnia, a od części centralnej budynku odchodziło skrzydło pod 

tak ostrym kątem, jakby kamienne bloki chciały otoczyć ramieniem źródło cennej wody. W 

owym skrzydle było sporo wąskich okien i jedne drzwi. Człowiek, za którym szedłem, nie 

zatrzymał  się przy studni. Gdy zbliżał się do niej, nerwowo rozejrzał się na boki. Potem 

skierował się prosto ku drzwiom w skrzydle budynku. Odczekałem chwilę i podążyłem za 

nim.

Było to połączenie zbrojowni i spiżarni. Na ścianach wisiały półki z bronią, narzędzia 

leżały ułożone w równe stosy, a w pomieszczeniu panował charakterystyczny zapach zboża i 

żywności dla ludzi i zwierząt. Za jednym ze stosów żywności ujrzałem porzucone nosidła i 

wiadra. Trzymałem się jak cień mojego przewodnika. Doszedłem do następnych drzwi ledwie 

widocznych za stosem worków zboża. Dalej były wąskie strome schody. Zatrzymałem się na 

chwilę, bo słyszałem jeszcze kroki mojego przewodnika. Poczekałem, aż wszystko ucichnie. 

Dopiero wtedy ruszyłem powoli, ostrożnie stawiając stopy. Bałem się, by nie upaść, gdyż 

byłem już bardzo osłabiony. Na szczęście zejście nie było długie.

Na dole biegł korytarz tylko w jedną stronę. Było tam ciemno, a mężczyzna przede 

mną chyba nie używał pochodni ani latarni, bo nie widziałem żadnego światła. Widocznie 

znał tę drogę bardzo dobrze. Nie słyszałem go też. Nagle na łączącym nas kanale komunikacji 

poczułem wybuch ulgi tak wyraźnie odebrany przez mój mózg, jak oczy odebrałyby błysk 

lampy. Człowiek osiągnął swój cel — opuścił fort. Pomyślałem, że nie zabawi długo przy 

wyjściu.

Przyśpieszyłem więc kroku i potykając się pobiegłem. W ciemności obijałem się o 

jakieś ostre przeszkody. Nie upadłem jednak i po chwili wyciągnąłem przed siebie ręce, by 

zastępowały mi oczy. Dotykiem wyczułem kolejne strome schody. Wchodziłem po nich na 

kolanach i rękach, bo inaczej chyba bym ich nie pokonał. Potem zatrzymałem się, starając się 

background image

znaleźć nad głową jakieś wyjście. W końcu odkryłem zapadnię, która poddała się naciskowi. 

Znalazłem się w równie ciemnej jaskini, czy też raczej przy stercie skał, która nie wyglądała 

na naturalną. Było to sprytne ukrycie drzwi. W kraju tak często nawiedzanym przez wojny 

taki schron musiał chyba być w każdym forcie.

Na   razie   interesowało   mnie   tylko   to,   by   wydostać   się   poza   zasięg   obserwacji 

strażników. Skały zakrywające  wejście były,  jak zauważyłem,  jedynymi  na tym  odcinku. 

Pomyślałem, że można się w nich dopatrzyć jakiejś regularności, jakby otaczały miejsce dużo 

starszej i zrujnowanej fortecy.

Po   dezerterze,   który   doprowadził   mnie   do   wyjścia,   nie   było   śladu,   ale   nadal 

poruszałem się bardzo ostrożnie. W końcu znalazłem schronienie za czymś, co mogło być 

końcem ruin — ziemia tu była zapadnięta, kamienie zwalone — i po raz pierwszy obejrzałem 

się za siebie.

Niebo błyszczało szczególnie dziką mieszanką barw, jaką na tej planecie malowany 

jest zachód. Czasem łuna zachodu jest tak jaskrawa, że aż trudno dokładnie przyjrzeć się 

pasom nachodzących na siebie odcieni. Na tle nieba fort rysował się ciemną plamą, otoczoną 

ponurym cieniem. Fort otoczony był murem, za którym widziałem bryłę jednego budynku. 

Była nawet mniejsza niż mi się zdawało, gdy pokonywałem całą tę trasę na zewnątrz. Nie 

była to żadna twierdza, raczej strażnica graniczna. Wokół nie dostrzegłem siedzib ludzkich 

ani pól uprawnych.

Obok głównego wejścia biegła droga od przełęczy między dwiema liniami wzgórz do 

nieznanej równinnej krainy. Pomyślałem, że droga ta musi łączyć fortecę zarówno z centrum 

dominium, jak i światem zewnętrznym, może nawet z Yrjarem. Tej drogi musiałem się więc 

trzymać. Nie miałem pojęcia, czy fort leży na północ czy na południe od miasta. Nie mogłem 

też   wędrować   drogą.   Po   raz   pierwszy   pomyślałem,   że   szczęście,   które   towarzyszyło   mi 

podczas wydostawania się z twierdzy Osokuna, opuściło mnie. Miałem ze sobą miecz, ale 

brakowało mi wody, pożywienia i ochrony, choćby przed burzą. Stopniowo opuszczały mnie 

siły.

Zarówno   fort,   jak   i   ruiny,   przy   których   się   znalazłem,   leżały   na   niewielkim 

wzniesieniu. Przejście, którym tu doszedłem, musiało biec pod obniżeniem terenu między 

tymi obiektami. Póki byłem na tej otwartej przestrzeni, pozostawałem odsłonięty. Wstałem, 

zdecydowany iść przed siebie tak długo, jak to możliwe, a potem czołgać się, pełzać, robić 

cokolwiek, byle tylko posuwać się do przodu.

Czas   jakby przestał   istnieć,  był  nieuchwytnym   zjawiskiem  poza  wszelką   kontrolą. 

Jedyną miarą jego upływu stały się stawiane przeze mnie kroki. Miałem tyle szczęścia w 

background image

nieszczęściu — metody śledczych Osokuna powodowały ból, ale pozostawiły mięśnie i ciało 

zdolne do wysiłku. Zapadłem w otępienie, a ucieczką moją kierował już jedynie mój instynkt 

samozachowawczy.

Dwukrotnie oprzytomniałem na tyle, by odkryć, że zszedłem na dół i wędruję gładką 

powierzchnią   drogi.   Jakiś   sygnał   ostrzegawczy   alarmował   mnie   wówczas   o   możliwym 

niebezpieczeństwie. Za każdym razem byłem w stanie wspiąć się z powrotem na nierówny 

teren, gdzie krzaki i skały dawały mi schronienie. Przez chwilę śledził  mnie  jakiś nocny 

myśliwy.  Gdy jednak ta niewidoczna istota uznała mnie za nietypową ofiarę, przemyślała 

sprawę i odeszła.

Księżyc świecił jasno, tak jasno, że jego pierścienie niczym płomień błyszczały na 

niebie. Sotrath miał zawsze wokół siebie dwa pierścienie. Jednak w regularnym cyklu lat 

nadchodził czas trzech pierścieni, traktowany przez mieszkańców jako czas szczególny. Nie 

przyglądałem  się temu  cudownemu  zjawisku, ale byłem  wdzięczny za promienie  światła, 

dzięki którym widziałem pod nogami najbardziej niebezpieczne kamienie.

Zbliżał się już świt, gdy mijając wgłębienie między wzgórzami, wszedłem na drogę. 

Czułem palące pragnienie, jakbym w ustach miał rozżarzony popiół. Tylko siłą woli szedłem 

dalej, gdyż bałem się, że jeśli usiądę, to już się nie podniosę. Wiedziałem, że jakoś muszę 

pokonać odcinek, na którym  ubita droga stanowi jedyne wejście do krainy na zachodzie. 

Obiecałem swemu ciału, że wtedy odpocznę w pierwszej dolince, jaką znajdę.

Jakimś sposobem udało się, wzgórza były za mną. Zszedłem z otwartej przestrzeni w 

krzaki i szedłem jeszcze tak długo, aż poczułem, że jestem u kresu sił. Wtedy opadłem na 

kolana i zanurzyłem odrapane i pobite ciało między dwa gęste krzewy. Leżałem nieruchomo i 

nie pamiętam, co działo się zaraz potem.

Rzeka   tchnęła   w   moje   ciało   nowe   życie.   Rozległ   się   grzmot,   woda   w   rzece 

zawirowała. Starałem się, by mnie nie zniosło do kotłującego się pasa wody, gdzie mogłem 

zostać zmiażdżony przez skały… Woda… Piorun…

Nie byłem w żadnym strumieniu, tylko leżałem na twardej powierzchni, bezpiecznej i 

nieruchomej. Byłem mokry, a woda spadała na mnie gwałtownymi strugami deszczu. Piorun 

rzeczywiście przeszywał niebo.

Gdy podnosiłem się z ziemi, zlizując z twarzy krople deszczu, dojrzałem błyskawicę 

ponad szczytami wzgórz. Był już dzień, ale tak ciemny, że widoczność była niewiele lepsza 

niż o zmierzchu. Przez chwilę trzymałem twarz uniesioną ku niebu, otworzyłem usta, by 

chwytać w nie deszcz.

Gdzieś w górze rozległ się grzmot pioruna, potem błysk tak jasny jak przy starcie 

background image

statku  kosmicznego.  Przez  małą  szczelinę  w  krzakach   widziałem  grupę  jeźdźców,  którzy 

jakby pchani sztormem podążali na wschód. Mieli na sobie peleryny i kaptury, tworzyli dość 

rozciągniętą kolumnę.  Wierzchowce ledwo dyszały,  z ich pysków  wydobywała  się piana. 

Jeźdźcy wyraźnie się spieszyli. Gdy mijali moją kryjówkę, uderzyła  mnie fala emocji — 

strach, gniew, desperacja — tak silnych, że był to poważny cios dla mojego umysłu. Nie 

widziałem żadnych herbów ani barw. Nie wieźli też ze sobą proporca. Byłem jednak pewien, 

że to Osokun wraca do swojej siedziby. I jeżeli jeszcze nie wszczęto za mną pościgu, stanie 

się to teraz.

Moje ciało było tak sztywne i obolałe, że ledwo się poru szałem. Pierwsze chwiejne 

kroki   powodowały   ból.   Wcześniej   sądziłem,   że   życie   Wolnego   Kupca   dostatecznie 

uodporniło   mnie   na   cielesne   niewygody.   Teraz   jednak   ledwo   się   poruszałem,   a   ból   i 

zmęczenie otaczały mnie niczym pajęczyna.

Burza rozorała ziemię i pod nogami płynęły strugi wody. Od czasu do czasu gasiłem 

pragnienie, zupełnie nie zważając, czy nie ma w wodzie jakiegoś pierwiastka, który mógłby 

mi   zaszkodzić.   Chociaż   miałem   wodę,   brakowało   mi   żywności.   Nie   opuszczało   mnie 

wspomnienie tej tłustej papki, którą tak niechętnie spożywałem… Kiedy? Poprzedniego dnia, 

dwa dni temu? Po chwili zerwałem z krzaków kilka liści i zacząłem je żuć, by w końcu 

wypluć miazgę.

Znowu straciłem poczucie czasu. Furia deszczu zelżała. Niebo zaczęło się przejaśniać.

Światło? Nagle zdałem sobie sprawę, że idę w kierunku światła. Nie żółtych latarni, 

jakie widziałem w forcie i w Yrjarze, nie…

Glob księżyca… srebro… przywołuje… Już gdzieś widziałem taką kulę. Ostatni błysk 

ostrzeżenia w moim umyśle szybko odpłynął… Glob księżyca…

background image

M

AELEN

VII

Z   woli   Molastera   posiadam   moc   Śpiewaczki   oraz   dar   obserwacji,   a   także 

dalekowzroczność.   Czasem   jest   trudno   z   tym   żyć.   Pragnęłam   tylko   pozostać   na   wielkim 

jarmarku z moim małym ludkiem, i pewnego razu wstałam w nocy poczuwszy zew, choć nie 

znałam   jego   przyczyny   ani   źródła.   Z   klatek   dobiegały   żałosne   piski,   gdyż   zew   wyczuły 

również zwierzęta. Pomyślałam wtedy o nich i poszłam do nich z różdżką, by spojrzały na 

mnie i zapomniały o strachu. Gdy doszłam do klatki z barskiem, zobaczyłam, że zwierzę stoi 

na nogach z głową pochyloną, a jego oczy płoną ogniem szaleństwa.

— Nadeszła wiadomość — powiedział Malez.

— Tak, nadeszła — zgodziłam się — ale nie z ust czy umysłów Dawnych. Nie oni 

przywołali moc.

Spojrzał na mnie ponuro i wykonał gest, który częściowo przeczył  moim słowom. 

Jesteśmy blisko spokrewnieni i Malez nie zawsze widzi to, co ja. Często stara też się odwieść 

mnie od tego, co sam uważa za nierozsądne.

Nie mógł jednak zaprzeczyć Śpiewaczce, która twierdzi, że odebrała sygnał. Czekał 

więc. A ja umieściłam różdżkę między dłońmi i powoli ją obracałam. Mój ludek był spokojny 

i jego strach nie tworzył muru zatrzymującego fale mocy, więc mogłam różdżkę dowolnie 

skierować. Północ, zachód, południe — różdżka ani drgnęła. Gdy jednak skierowałam ją na 

wschód,   natychmiast   się   poruszyła   i   wygięła   na   zewnątrz.   Czułam   jej   ciepło,   więc 

powiedziałam do Maleza:

— To jest prośba o pomoc. Muszę zwrócić dług.

W przypadku spłaty długów nie można się wahać, gdyż branie i dawanie musi zawsze 

być w równowadze na wadze Molastera. Nakaz ten obowiązuje Śpiewaczkę bardziej nawet 

niż innych, bo tylko tak można zachować moc i utrzymać jej silny płomień.

— Co z tym obcym? I z Osokunem, który miał tajemne plany? — spytałam.

Malez szurnął stopami po ziemi, nim odpowiedział:

— Osokun może powołać się na pokrewieństwo drugiego stopnia z Oslafem, który…

— Który został w tym roku wybrany na reprezentanta lordów w trybunale jarmarku. 

Ten obcy Slafid wymienił też innego krewnego, Ocorra, kapitana straży. Ale przecież żaden z 

nich nie może złamać prawa i obyczajów.

background image

W tym momencie straciłam pewność siebie, ponieważ Malez wcale nie śpieszył się z 

przytaknięciem. Zauważyłam, że był zakłopotany, ale jego oczy nie uciekały od moich, bo 

jest Thassem, a między nami zawsze panuje szczerość.

— Właściwie to nie wiem — dodałam.

— Ano tak. Krótko po południu strażnicy zabrali Kripa Vorlunda, by odpowiedział na 

zarzuty   Othelma,   handlarza   zwierzętami.   Na   ten   oddział   napadli   jeźdźcy   spoza   granic 

jarmarku. Gdy zamieszanie ucichło, obcego już nie było. Uważa się, że wrócił do swoich. 

Główny kapłan nakazał zamknąć pawilon handlowy Kupców, a im samym odlecieć.

— I nie powiedziałeś mi tego? — Byłam zła na siebie za naiwną wiarę, że Osokun nie 

odważy się popełnić takiego czynu. Powinnam poznać po nim, że jest zdolny do wszystkiego 

bez rozważenia przyszłych konsekwencji swego postępowania.

— Wydawało mi się całkiem wiarygodne, że uciekł na swój statek — odpowiedział 

Malez — bo przecież wszystkim wiadomo, że Wolni Kupcy popierają się nawzajem. Mogli 

nie wierzyć w sprawiedliwość sądu.

— Oraz że to nie nasza sprawa — dodałam trochę ostro. — Może i nie… Thassów. 

Wiem, że jesteśmy związani przysięgą, by nie wtrącać się w sprawy ludzi nizin. Ale to jest 

mój osobisty dług. I proszę cię o jedną rzecz, na więzy krwi, byś odszukał kapitana „Lydis”. 

Jeżeli Kripa Vorlunda nie ma wśród załogi, opowiedz mu o wszystkim, co zaszło.

— Nie nadeszła jeszcze odpowiedź od Dawnych.

— Biorę na siebie całą odpowiedzialność, na wagę Molastera! — Dmuchnęłam na 

moją różdżkę aż rozbłysła srebrem.

— Co masz zamiar zrobić? — spytał, lecz wiedziałam, że już odgadł odpowiedź.

— Pójdę   szukać   tego,   czego   muszę   szukać.   Trzeba   jednak   wymyślić   jakieś 

uzasadnienie mojego odjazdu. Bowiem teraz na pewno znajdą się oczy i uszy śledzące nasze 

posunięcia. Przeto… — odwróciłam się powoli i spojrzałam na rzędy klatek — załadujemy 

wóz, do którego wezmę Borbę, Vorsa, Tantakę, Simmlę i — położyłam dłoń na klatce z 

barskiem — jego. Naszym wytłumaczeniem będzie to, że zwierzęta zasłabły i obawiam się, 

by nie przeniosły jakiejś choroby na inne zwierzęta. Bezpieczniej więc jest je wywieźć na 

jakiś czas poza obecnie zatłoczony teren.

— A czemu on? — Malez wskazał barska.

— W jego przypadku wykręt może być prawdziwy. Może na otwartej przestrzeni jego 

umysł odpocznie i uda mi się nawiązać z nim kontakt. Tutaj zbyt wiele rzeczy przypomina 

mu okrutną przeszłość.

Zauważyłam cień uśmiechu na ustach Maleza.

background image

— Ej, ej, Maelen, nigdy nie porzucasz marzeń? Więc ciągle sądzisz, że ci się uda, że 

będziesz tą pierwszą, która włączy barska do swojej trupy?

— Jestem cierpliwa, mam silną wolę. I wiem, kuzynie, że będę władała barskiem. Nie 

tym, to innym, kiedyś, jakoś… — odpowiedziałam mu z uśmiechem.

Wiem, że Malez uważał moje postępowanie za fanaberie. Jednak nikt nie spiera się z 

tym, który otrzymał sygnał, nawet jeśli to wezwanie do spłaty długu. Zaprzągł więc kasy, 

pomógł mi umieścić na wozie wybrane zwierzęta, przy czym klatkę z barskiem położyliśmy 

osobno i zasłoniliśmy ją. Choć stworzenie to ledwo żyło, wciąż nas obserwowało i warczało, 

gdy próbowaliśmy się zbliżać. W zachowaniu barska widziałam jedynie oznaki szaleństwa.

Wezwaliśmy Otjana, chłopca na posyłki, by przyprowadził jakiegoś kapłana, który 

przez   godzinę   popilnuje   naszego   pawilonu.   Malez   ruszył   na   „Lydis”,   a   ja   skręciłam   na 

wschód. Co prawda Malez prosił, bym poczekała na jego powrót, ale we mnie wzbierała 

niecierpliwość i wiedziałam, że nie ma czasu do stracenia. Byłam już pewna, że obcy nie jest 

bezpieczny i nie wrócił do swojej załogi, lecz znajduje się w poważnych opałach. Przymus 

spłaty długu nie pojawiłby się tak nagle i nie byłby tak silny, gdyby obcy nie potrzebował 

mojej pomocy.

Wóz nie mógł jechać szybko, a poza tym na terenie jarmarku musiałam utrzymywać 

żółwie tempo dla zachowania pozorów. Każdemu wydałoby się podejrzane, gdybym trzęsła 

chorymi zwierzętami. Tak więc jechaliśmy wolnym kłusem. W końcu minęliśmy ostatni rząd 

namiotów. Myślałam, że ktoś może się zainteresować naszą wyprawą, więc przygotowałam 

wiarygodne uzasadnienie dla kapłana i Otjana.

Zwierzęta, które wybrałam, by towarzyszyły mi w tej misji, były najbardziej bystre i 

najbardziej agresywne z całego zespołu. Borba i Vors to glassie z górskich lasów. Długość ich 

ciała równa jest rozpiętości czterech dłoni ustawionych przy sobie, mają cienkie ogony tak 

długie jak tułów, a futro czarne jak burzliwa noc bez gwiazd. Ich łapy są długie i wyposażone 

w ostre pazury, które, zazwyczaj ukryte, w razie konieczności potrafią zastąpić miecz. Na 

czubku   głowy   glassii   sterczą   kępki   szarobiałych   sztywnych   włosów,   które   przed   walką 

przylegają do czaszki. Z natury zwierzęta te są ciekawskie i odważne, potrafią stawić czoło 

wrogom   dużo   większym   od   siebie   i   często   wychodzą   z   takich   walk   zwycięsko.   Rzadko 

spotyka się je na nizinach, więc było zrozumiałą rzeczą, że nie chcemy ich utracić.

Tantaka   wyglądała   na   bardziej   groźną   niż   była   w   istocie.   Co   prawda,   gdy   była 

zdenerwowana, to stawała się zawzięta i uparta. Była pulchniutka, z płaskim nosem i małymi 

zaokrąglonymi uszami oraz najzwyklejszym ogonem, który zazwyczaj nosiła przytulony do 

tylnych  kończyn.  Dwa razy większa od glassii, miała  potężne ramiona,  bo w naturze jej 

background image

ulubione pożywienie występuje tylko pod ogromnymi  skałami, które trzeba usunąć przed 

przystąpieniem do uczty. Jej żółtawe futro było tak szorstkie, że przypominało raczej kolce 

niż włosy. Nie była urodziwa, wyglądała nieporadnie i zabawnie, ale na przedstawieniach 

dodawało   jej   to   uroku   —   widzowie   dziwili   się,   że   tak   niezgrabne   zwierzę   potrafi   być 

inteligentne.

Simmla należała do tego samego gatunku co barsk, lecz jej futro miało bardzo krótkie 

włosy ściśle przylegające do ciała. Z daleka wyglądała, jakby w ogóle nie posiadała futra, 

tylko nagą skórę dziwacznie oznakowaną, bo w poprzek kremowego grzbietu i łap biegły 

ciemnobrązowe   pasy.   Jej   ogon   był   okrągły   i   bardzo   cienki,   jak   bicz.   nogi   niczym   kości 

pokryte skórą, podobnie głowa, tak że widać było krawędzie czaszki. Nie była piękna, lecz 

sprawiała   wrażenie   szybkiej   i   wytrzymałej.   Taka   zresztą   była   —   zwierzęta   te   od   dawna 

wykorzystywane są do polowań.

Prowadząc   wóz,   czułam   ich   zaciekawienie,   chęć   poznania   przyczyn   podróży. 

Przekazałam im moje poczucie zagrożenia i potrzebę czujności, na które każde odpowiedziało 

na swój sposób. Gdy w końcu znaleźliśmy się tak daleko, że nikt z jarmarku nie mógł nas 

dojrzeć, wypuściłam je z klatek, by chwilę posiedziały przy mnie i porozglądały się. Bowiem 

ich oczy widzą więcej niż ludzkie, nosy odbierają informacje, których ludzie nie rozumieją, 

uszy słyszą to, na co my pozostajemy głusi — i to wszystko chciałam wykorzystać.

Simmla była niespokojna nie z powodu czegoś, co wyczuła lecz z powodu barska. 

Inne zwierzęta ignorowały jego obecność, skoro wiedziały, że nie może ich skrzywdzić. Ale 

dla Simmli barsk był wystarczająco bliski i stale o nim myślała. Musiałam więc łagodzić jej 

strach.

Na   Yiktor   często   można   zetknąć   się   z   szaleńczym   zachowaniem.   Uważa   się,   że 

szalony człowiek, mężczyzna czy kobieta, znajduje się w objęciach Umphry — pradawnej 

mocy. Nikt nie krzywdzi takiej osoby. Gdy owa dolegliwość zostaje wykryta, przekazuje się 

dotkniętego nią nieszczęśnika kapłanom mieszkającym w pewnej dolinie. Skrzywdzenie czy 

zabicie szalonego oznacza wpuszczenie do swojego ciała, jak wierzą mieszkańcy nizin, jego 

opętanego ducha.

Zwierzęta ogarnięte szaleństwem są natomiast zabijane i sądzę, że to dla nich lepsze, 

bo w ten sposób wypuszcza się je na Białą Drogę, gdzie nie istnieje ból oraz cierpienie i 

dołączają do wielkiej trzody, którą opiekuje się Molaster. Bałam się, że tak właśnie będę 

musiała   postąpić   z   barskiem   i   wciąż   zwlekałam   z   podjęciem   ostatecznej   decyzji.   Jak 

powiedział   Malez,   od   dawna   pragnęłam   dołączyć   tego   bardzo   rzadkiego   i   niezależnego 

wędrowca  do  naszego  zespołu.  Może  zbyt   ufałam  swojej  mocy  i  chciałam  umocnić  swą 

background image

reputację osoby, która dobrze sobie radzi z małym ludkiem.

Przeprawiliśmy   się   przez   rzekę.   Po   drodze   spotkaliśmy   tylko   kilku   spóźnionych 

uczestników   jarmarku.   Na   ich   pozdrowienia   odpowiadałam   jak   ktoś   bardzo   zatroskany, 

dwukrotnie zaznaczałam, że do wyjazdu zmusiła mnie choroba wśród zwierząt. Po południu 

zjechaliśmy z głównej drogi na boczną ścieżkę prowadzącą na wschód, by przypadkowo 

spotykane osoby nie zastanawiały się, czemu tak daleko szukam spokoju i ciszy dla moich 

chorych. Przed zachodem dotarliśmy do łąki nad strumieniem i tam urządziłam obóz. Kasy 

pasły się, a pozostałe zwierzęta cieszyły się wolnością. Wykorzystywały możliwość węszenia 

i napicia się wody ze strumienia, ale żadne nie odeszło daleko. Tylko barsk pozostał w klatce.

Gdy moi towarzysze byli już nakarmieni i ułożeni do snu, spojrzałam na wschodzący 

księżyc.  Trzeci Pierścień był  już bardziej wyraźny.  Jeszcze jedna lub dwie noce i będzie 

błyszczał   widoczny   przez   jakiś   czas.   Różdżka   w   moich   rękach   uchwyciła   jego   światło   i 

zalśniła. Nie mogłam się doczekać, kiedy spróbuję odczytać fale, ale ponieważ byłam sama, a 

ten,   kto   czyta,   musi   opuścić   ciało,   leżeć   w   transie   i   niełatwo   go   obudzić,   na   razie   nie 

odważyłam   się   czytać.   Byłam   bardzo   zdenerwowana,   więc   musiałam   wstać   i   chwilę 

pospacerować,   by   uspokoić   nerwy.   Jeszcze   raz   użyłam   różdżki,   która   niezmiennie 

wskazywała wschód.

W   końcu   doszłam   do   wniosku,   że   muszę   użyć   Pieśni   Qu’lak,   by   przywołać   sen. 

Zaintonowałam pięć tonów i otworzyłam swój umysł, by odpocząć.

Wstałam wczesnym rankiem. W trawie rozlegały się piski i szelesty, a ja podziwiałam 

poranną mgłę. Wypuściłam mój mały ludek, a sama przygotowałam pożywienie i zaprzęgłam 

kasy. Nakarmiłam barska, który leżał spokojnie na swym posłaniu. Sądząc z badania umysłu, 

był słabszy, popadł w letarg, jakby atak szału sprzed dwóch dni go okaleczył.

Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak był coraz bardziej wyboisty. Obawiałam się, że 

w pewnym momencie wóz nie będzie mógł jechać i trzeba będzie wrócić i szukać jakiejś 

innej bocznej drogi. Wszyscy byliśmy spięci. Nie był to strach przed niepowodzeniem, lecz 

przeczucie czegoś, co Trzy Pierścienie przyniosą wszystkim, którzy otworzą umysły  na ich 

moc.

Jechaliśmy w stronę wzgórz i, choć nie znałam tych okolic, wiedziałam, że gdzieś w 

dali leży posiadłość Oskolda. Zastanawiałam się jednak, czy to nie zbyt ryzykowne przywozić 

tutaj więźnia. Z drugiej strony, już sama zuchwałość tego czynu mogła w jakiś sposób być 

dobrym kamuflażem. Nikt nie uwierzyłby, że Osokun mógłby przywieźć więźnia w serce 

ojcowskiego dominium. Ale czy sam Oskold brał w tym udział? To stawiałoby sprawę w 

innym świetle. Oskold był dość inteligentny i przebiegły. Gdyby chciał wystąpić przeciwko 

background image

prawu  i  obyczajom,  to   musiałby   mieć   w   odwodzie  potężną  broń,  którą   mógłby  pokonać 

swoich wrogów.

Pamiętałam   tę  groźbę   obcego  —  Slafida  —  który  twierdził,  że   dużo  wie  o  nas   i 

naszych   zwyczajach.   Miałam   nadzieję,   że   nasze   ostrzeżenie   zmobilizuje   Dawnych   do 

podjęcia   kroków,   umożliwiających   im   czytanie   fal.   Mieszkańcy   nizin   zawsze   o   nas 

plotkowali. To prawda, że byliśmy na tej ziemi wcześniej niż oni, że byliśmy kiedyś wielcy 

tak jak oni rozumieją wielkość, nim nauczyliśmy się w inny sposób mierzyć potęgę i rozwój. 

Wznosiliśmy   miasta,   po   których   pozostały   tylko   porozrzucane   kamienie   w   niektórych 

miejscach,   znaliśmy   wzloty   i   upadki   historii.   Ludzie   albo   się   rozwijają,   albo   niszczą 

nawzajem, by znowu wracać do ponurych początków. Z woli Molastera potrafiliśmy wybrać 

prawdziwy rozwój. Obecnie kłótnie i walki nowo przybyłych są dla nas jak wrzaski małych 

dzieci.

Przez cały dzień pozostawaliśmy pod wpływem Trzeciego Pierścienia. Od czasu do 

czasu zwierzęta  dawały upust rosnącemu  w nich podnieceniu,  wyjąc  lub szczekając.  Raz 

usłyszałam barska, który odezwał się ponurym, przeciągłym  jękiem, czym wprawił resztę 

zwierząt w osłupienie. By go uciszyć,  posłałam mu życzenie snu. Koło południa Simmla 

ostrzegła mnie, że coś się zbliża. Zatrzymałam wóz i pieszo poszłam za nią przez zarośla na 

szczyt   wzniesienia,   skąd   widać   było   ubitą   drogę   na   wschód.   Podążał   tędy   oddział   z 

Osokunem na czele. Szwadron był  mały.  bez proporca, bez dźwięków rogu. jakby chciał 

przejechać zupełnie nie zauważony.

Przyglądałam im się, aż zniknęli mi z oczu, po czym wróciłam do wozu. Moje kasy 

mogły jechać tylko równym tempem. Na dłuższym odcinku chyba mogłyby nawet zostawić w 

tyle szybkie wierzchowce Osokuna, ale nie były zdolne do nagłych zrywów. Musiałam się z 

tym liczyć.

Tej nocy dotarliśmy do wzgórz. Ukryłam wóz i ruszyłam na zwiady. Znalazłam tylko 

jedną przełęcz, przez którą mógł przejechać wóz, ale biegła przez nią droga. Zupełnie nie 

miałam ochoty się tam zapuszczać. W takim miejscu każdy lord trzymałby wartowników. 

Simmla szybko wyczuła dwóch, którzy z pewnością mieli dobry wzrok.

Nie chciałam też wyruszyć dalej pieszo. Postanowiłam, że tej nocy muszę przywołać 

moc, bo dalsza jazda na ślepo byłaby zwyczajną głupotą. Wypuściłam Borbę oraz Vorsa i 

posiałam   ich   na   poszukiwanie   bezpiecznego   odludnego   miejsca   niezbyt   daleko   od   drogi. 

Wrócili przed zmierzchem, każde z innej strony. Borba znalazł to, czego potrzebowaliśmy. 

Wóz zostawiliśmy w pewnej odległości od naszego obozu, ale udało się go ukryć w gąszczu 

zarośli.

background image

Uwolniłam kasy, by pasły się w dolince, do której zaprowadził nas Borba. Zabroniłam 

im się oddalać, bo w jeziorku niedaleko  było  wody pod dostatkiem,  a świeża  roślinność 

wokół   sięgała   kolan.   Nie   mogłam   zabrać   do   obozu   klatki   z   barskiem,   więc   głęboko   go 

uśpiłam.

Jedliśmy   przywiezione   zapasy.   Potem   powiedziałam:   „na   stanowiska”   i   zwierzęta 

posłusznie zniknęły w ciemnościach.

Odzyskałam spokój umysłu, choć Pierścienie mi w tym przeszkadzały. Wewnętrzne 

skupienie pomaga zebrać siły. Kiedy ujrzałam księżyc, byłam gotowa.

Różdżką   nakreśliłam   na   piasku   nad   wodą   tarczę   i   znak   rozpoczęcia,   a   białymi 

kamykami   z   rzeki   oznaczyłam   końce   trzech   łuków.   Glob   księżyca   spoczął   na   płaskim 

kamieniu, tak że jego promienie oświetlały cały teren, dawały tyle światła, ile potrzebowałam. 

Zaczęłam Pieśń Tarczy i śpiewałam ją, obserwując jak z moich kamieni spiralnie w górę 

wydobywa się widzialna moc. Wtedy przystąpiłam do Prośby o Ruch i zamknęłam oczy, 

odcięłam się od zewnętrznego świata, by lepiej widzieć wewnętrzny.

Gdy przywołuje się moc, posiadając tak mało danych jak ja, wówczas trzeba liczyć się 

z tym, że ujrzy się obrazy bez związku i powiązania, a ze strzępów trzeba będzie ułożyć 

potem całość. Tak właśnie się stało — byłam jak zawieszona w powietrzu ponad małym 

fortem, nie większym niż wartownia. Spoglądałam nań z góry oczami umysłu.

Był tam Osokun, a także obcy — Krip Vorlund. Widziałam, co działo się z obcym z 

rozkazu Osokuna. Wtedy przybył posłaniec i Osokun z grupą ludzi odjechał o świcie.

Z obcym nie mogłam nawiązać kontaktu. Była między nami bariera, którą mogłabym 

przełamać, lecz czułam, że w tej chwili nie mam ani czasu, ani sił na tak wielki wysiłek. 

Widziałam ducha, który się w nim kołatał — był mocny i niełatwo go było pokonać. Jedyne, 

co mogłam dla niego zrobić, to tak poustawiać pewne siły, by sprzyjało mu szczęście, lecz on 

sam musiał podjąć pierwsze kroki.

Potem wróciłam z miejsca, które tylko w części było na Yiktor. Świt był jasny, a mój 

glob księżyca blady i słaby. Na razie wiedziałam, co robić — nie iść dalej, lecz czekać tutaj. 

Czasami czekanie jest dużo trudniejsze od działania.

Minął długi dzień. Spaliśmy na zmianę, mój mały ludek i ja. Byłam ciekawa, jak 

bardzo   pomogłam   temu,   który   leżał   ^   forcie   po   drugiej   stronie.   Jednak,   choć   jestem 

Śpiewaczką, iie należę do Dawnych, którzy mogą ogarnąć wzrokiem pół świata, gdy zajdzie 

taka potrzeba.

Podeszłam do wozu i zajęłam się barskiem. Obudził się, zjadł posiłek, wypił wodę, ale 

tylko dlatego, że go do tego zmuszałam. Jego umysł popadł w apatię. Sam nie dbałby w ogóle 

background image

o własne potrzeby, musiałam je więc zaspokajać siłą. Malez miał rację, pomyślałam z bólem, 

nie da się nic :robić i trzeba będzie go wysłać na Białą Drogę. Nie mogłam się jednak na to 

zdobyć.   Czułam   się,   jakby   obarczono   mnie   jakimś   obowiązkiem,   którego   jeszcze   nie 

rozumiałam.

Nadeszła noc. Po północy mgła osnuła księżyc, ciemne chmury szeroką siecią oplatały 

gwiazdy,   owe   słońca   zasilające   niewidoczne   dla   nas   światy.   Znowu   pomyślałam   o 

odwiedzeniu innych światów, zobaczeniu obcych zwierząt i ludzi, dowiedzeniu się czegoś o 

wszystkich tych cudach, które wyśnił Molaster. Zaczęłam śpiewać, nie jedną ze wspaniałych 

pieśni mocy,  lecz  słowa, które  poprawiają  nastrój, umacniają  wolę, stanowią  pokarm  dla 

duszy. Moje maleństwa podeszły do mnie w ciemności, a ja napełniłam ich serca i umysły 

spokojem.

Przed świtem zaczęło zanosić się na burzę. Nie nadszedł więc prawdziwy ranek, który 

rozgoniłby ciemność nad wzgórzami. Znaleźliśmy niewielkie wgłębienie w zboczu naszej 

dolinki   i   wcisnęliśmy   się   tam,   by   przeczekać   nawałnicę.   Gromy   hulały   po   wzgórzach 

poganiane światłem błyskawic. Widywałam takie burze w górskich krainach, ale nigdy tak 

blisko nizin.

Niebo zwija się w konwulsjach, a czas i człowiek przestają istnieć, zdolność myślenia 

słabnie. Czułam przy sobie ciepło pokrytych futrem ciał i zanuciłam, by uspokoić zwierzęta. 

Chciałam zająć się czymkolwiek, by zapomnieć o troskach.

Wreszcie najsilniejszy atak burzy minął. Wtedy poczułam sygnał mocy,  ale raczej 

niewyraźny — jedynie wskazówkę. Poszłam wraz z maleństwami nad zbiornik i wyzwoliłam 

swoją mocą glob księżyca z kamienia otoczonego kałużą wody. Doszłam do miejsca, gdzie 

trawa była rzadsza, a wokół leżały kamienie. Na jednym z nich umieściłam glob księżyca. 

Rosło we mnie przekonanie, że w ten sposób przywołam tego, kogo szukam, jeśli oczywiście 

wystarczy nam szczęścia.

Simmla wstała i zawarczała, obnażając zęby. Borba i Vors podnieśli głowy, ich czuby 

oklapły na znak gotowości do ataku, a Tantaka kiwała się na boki na szerokich przednich 

łapach i wydawała ostrzegawczy sygnał, który był rodzajem wibracji jej strun głosowych.

W dół zbocza schodziła chwiejąca się postać. Człowiek ów chwytał się krzaków i 

młodych drzewek, częściowo posuwał się na czworakach, uparcie dążąc do przodu. W końcu 

upadł   i   cały   ubłocony   ześliznął   się   w   zasięg   promieni   globu   księżyca.   Pochyliłam   się, 

chwyciłam bezwładne ciało za ramię i obróciłam.

Twarz   była   powalana   błotem,   posiniaczona   i   opuchnięta,   ale   właśnie   ta,   którą 

spodziewałam się ujrzeć. Obcy wydostał się z twierdzy Osokuna i przedarł przez wzgórza. 

background image

Teraz mogłam spłacić swój dług — ale jak? Wyglądało na to, że wydostał się z jednego 

niebezpieczeństwa wprost w drugie, równie wielkie. Staliśmy na granicy kraju Oskolda, gdzie 

nikt nie mógł lekceważyć jego rozkazów, a raczej ja stałam, a Krip Vorlund leżał pogrążony 

w tak głębokim śnie, że nie mogłam się przezeń przedrzeć. Spał podobnie jak barsk, i może 

tak było lepiej. Tak minęła większa część dnia.

background image

K

RIP

 V

ORLUND

VIII

Słyszałem śpiew, niski i łagodny — delikatne nucenie brzmiące w uszach jak szum 

wiatru, którego powiew zrodzeni w przestrzeni kosmicznej tak rzadko mają okazję czuć na 

sobie. Czułem, że jestem jednością, że ciało i dusza znów są razem. Gdy otworzyłem oczy, 

ujrzałem dziwne towarzystwo. Właściwie to ich obecność wcale mnie nie zaskoczyła, jakbym 

spodziewał   się   tu   zastać   każdego   z   nich.   Zobaczyłem   dziewczynę   o   srebrnych   włosach 

widocznych pod kapturem peleryny oraz mordki spoglądających po sobie zwierząt.

— Ty jesteś… Maelen… — powiedziałem słabym i chrapliwym głosem.

— Tak, to ja — przytaknęła.

Była jednak czymś zaniepokojona, gdyż stale bacznie rozglądała się wokół. Zwierzęta 

także obserwowały okolicę, równocześnie warcząc lub mrucząc każde na swój sposób. Po 

chwili i ja stałem się czujny.

Dziewczyna podniosła dłoń, a między jej palcami coś zalśniło — trzymała różdżkę. 

Położyła ją ostrożnie na otwartej dłoni. Widziałem, że choć jej nie dotykała, różdżka sama 

drgnęła i wskazała kierunek, w który dziewczyna się wpatrywała.

Futerkowe zwierzaki jakby czekały na ten sygnał. Rzuciły się w mrok poza obrębem 

światła   lampy.   Maelen   znowu   podniosła   różdżkę   i   wskazała   nią   glob   księżyca,   który 

rozpłynął się w nicość. Pochyliła się nade mną i jej peleryna okryła nas oboje.

— Cisza! — Jej rozkaz zabrzmiał jak zwykły podmuch powietrza.

Słyszałem pogwizdywanie wiatru, szum wody oraz dźwięki otwartej przestrzeni… nic 

więcej… i jeszcze łomot tętniącej w moich skroniach krwi. Nasłuchiwaliśmy dość długo.

— Więc… polują — rzekła Maelen.

— Na mnie? — wyszeptałem.

— Na   ciebie   —   potwierdziła.   —   Słuchaj   —   ciągnęła   —   to   nie   tylko   wojsko 

Osokuna… oni nadchodzą ze wszystkich stron. I… — zawahała się — nie wiem, jak możemy 

przedrzeć się przez sieć, którą rozsnuwają.

— To nie twój kłopot…

Położyła mi na ustach koniuszki swych palców.

— Mój jest dług, człowieku z gwiazd, moja zapłata, tak nowi waga Molastera… waga 

Molastera…  — powtórzyła.  Po chwili szeptała  znowu: — Czy dać ci inną skórę, Kripie 

background image

Vorlundzie, dla zmylenia wroga?

— Co to znaczy? — Zdawało mi się, choć peleryna rzucała wokół nas rozległy cień, 

że jej oczy błyszczą nade mną jak chłodne iskierki. Tak pewnie błyszczą oczy zwierząt, idy 

padnie na nie blask pochodni.

— Mój umysł otrzymał odpowiedź Molastera — powiedziała dziko. Pewność, którą 

zawsze w niej widziałem, chwiała się. — Ale ty nie jesteś Thassem… — Jej głos załamał się i 

zapanowała chwila ciszy. Potem odezwała się z dawnym spokojem. — Niech tak będzie, jeśli 

się   zgodzisz,   niech   będzie!   Słuchaj   teraz   uważnie.   Nie   sądzę,   byśmy   mieli   jakiekolwiek 

szanse ominięcia tych, którzy przeszukują wzgórza, z ich wiązek myślowych wnioskuję, że 

zabiją cię, jak tylko cię znajdą.

— W to wierzę — odpowiedziałem sucho. — Czy starczy ci czasu, by uciec? Może 

nie jestem dobrym szermierzem, ale…

Chyba ją to rozbawiło, bo dźwięk, jaki wydała, przypominał śmiech.

— Dzielny, oj, dzielny wędrowiec z gwiazd! Nie jesteśmy jeszcze w takich opałach. 

Jest inny sposób, choć bardzo niezwykły i możesz sądzić, że śmierć od mieczy Osokuna 

byłaby lepsza.

Może odebrałem jako wyzwanie to, co było tylko ostrzeżeniem.

— Pokaż mi ten sposób, skoro uważasz, że to oznacza wybawienie — rzekłem.

— Oto on: możesz zmienić ciało.

— Co?   —   Usiłowałem   usiąść,   odepchnąłem   ją   i   oboje   straciliśmy   równowagę   i 

upadliśmy na ziemię.

— Nie jestem twoim wrogiem! — Maelen dotknęła mojej klatki piersiowej, zadając 

ból świeżym ranom — mówiłam i myślałam o innym ciele, Kripie Vorlundzie.

— A ciało, które teraz noszę? — Nie mogłem uwierzyć, że mówi poważnie.

— Niech ludzie Osokuna je zabiorą.

— Piękne dzięki! — odparłem — albo stracę życie w moim ciele, albo zabiją moje 

ciało, pozostawiając mnie gdzieś poza nim — lecz całkowite szaleństwo tego stwierdzenia 

wywołało u mnie histeryczny śmiech.

— Nie! — sprzeciwiła się Maelen. Odgarnęła pelerynę  i siedzieliśmy naprzeciwko 

siebie w bladym świetle zmierzchu. Widziałem jej twarz, ale trudno było z niej cokolwiek 

odczytać. Wierzyłem jednak, że dziewczyna jest szczera i mówi dokładnie to, co myśli.

— Oni nie uszkodzą twego ciała. Będą wierzyli, że jesteś w objęciach Umphry.

— Pozwolą więc mojemu ciału odejść? — Chciałem ją rozbawić. Mój umysł był w 

dziwnym stanie, nic w tej przygodzie nie przystawało do realnych wzorców, jakie znałem. 

background image

Zacząłem myśleć, że to jeden z tych  dziwnych  snów, które czasem nawiedzają śpiącego, 

zanurzają go w wewnętrzny stan świadomości, tak że sądzi on, iż to nie sen, lecz jawa, gdy 

dokonuje niemożliwych czynów. Zaczęło mi się wydawać, że w tym śnie na jawie wszystko 

jest możliwe.

— Twoje ciało będzie zamieszkane, bo dwa duchy zamienią się miejscami. Na razie 

trzeba tylko tyle, a potem możemy przejąć twoje ciało i dokonać zamiany raz jeszcze.

— A  oni je tu zostawią?  — podtrzymywałem  wątek, pragnąc  pozostać  w  świecie 

baśni.

— Nie, zabiorą je do świątyni Umphry. A my pojedziemy za nimi, nawet do Doliny 

Zapomnianych. — Odwróciła głowę i miałem wrażenie, że to, co powiedziała, miało dla niej 

jakieś znaczenie, zupełnie nie związane ze mną.

— A gdzie ja będę, gdy będziemy szukać mojego ciała?

— W   innym   ciele,   może   nawet   bardziej   odpowiednim   dla   naszego   dalszego 

postępowania.

To tylko sen — pomyślałem. Nie miałem już wątpliwości. Może wszystko było snem: 

moja ucieczka z fortu, w której tak bardzo sprzyjało mi szczęście, koszmarna przeprawa przez 

wzgórza podczas burzy, dotarcie tutaj. Może sen sięgał jeszcze dalej, to znaczy nigdy nie 

byłem porwany z jarmarku, leżę sobie na statku i to wszystko mi się śni. Obudziła się we 

mnie dziwna ciekawość. Zapragnąłem dowiedzieć się, jak daleko uniesie mnie ten sen i co 

nowego i niewiarygodnego jeszcze się w nim wydarzy.

— Niech będzie jak sobie życzysz — powiedziałem i zaśmiałem się, uprzytomniwszy 

sobie całkowitą fikcyjność wszystkich zdarzeń.

Popatrzyła na mnie jeszcze raz. W jej oczach ponownie pojawiły się iskry.

— Naprawdę pochodzisz z silnej rasy, gwiezdny wędrowcze. Może poznanie wielu 

światów prowadzi do zrozumienia i zdolności akceptacji tego, co ma lub musi się stać. Ale to 

nie powinno być moje, lecz twoje życzenie.

— Niech więc będzie — odpowiedziałem w moim śnie.

— Zostań tu i odpocznij. — Położyła mi dłonie na ramionach i popchnęła mnie w tył. 

Odpoczywałem na trawie, widziałem niebo nad sobą, wdychałem zapachy lasu, słyszałem 

szum wiatru i plusk wody.

Zamknąłem oczy i próbowałem się obudzić. Ale nie mogłem. Mój sen trwał nadal i 

był realistyczny jak wcześniej. Coś poruszyło się obok mnie, obróciłem głowę i otworzyłem 

oczy. Było to pokryte futrem zwierzę, które wpatrywało się we mnie. Futro miało ciemne z 

szarym grzebieniem, sterczącym w górę niczym piórko na czubku metalowego hełmu piratów 

background image

z Rankini.

Morscy piraci z Rankini… moje myśli błądziły, odpływały… ale oni z pewnością nie 

byli snem… Naprawdę staliśmy z Lidjem na jednej z ich tratw handlowych i wymienialiśmy 

stalowe harpuny na perły Aadaa. Rankini, Tyr, Garth — to światy, które znałem. Wyławiałem 

je z pamięci jak nawleka się koraliki na sznurek. W tej chwili wszystkie one krążyły gdzieś 

wokół… wirowały… wirowały… Nie, to ja wirowałem, bez pamięci, półprzytomnie…

Talia, talia

Cztery łapy posłużą do biegu

Węch wyłowi treść z wiatru powiewu

Mądrość i szybkość twoim udziałem

Siła i piękno zdadzą się ciału.

Powstań i księżyc powitaj

Na Molastera i prawo Qu’eetah

Przez moc podwójną do poczwórnej

Wysokogórski biegaczu wstań!

Po nocy słońce dla ciebie wschodzi

Bo oto świt twoich narodzin!

Otworzyłem   oczy.   Krzyknąłem,   bo   świat,   który   widziałem,   był   zniekształcony,   o 

dziwacznych kształtach, cieniach, tak inny, że ogarnęło mnie przerażenie. Jednak moje uszy 

nie zarejestrowały krzyku, tylko ryk przerażenia.

— Nie bój się, zamiana się udała! Miałam tylko nadzieję, ale się udało! W całości 

przewędrowałeś i dotarłeś na miejsce.

Czy słyszałem te słowa naprawdę, czy też były to jakieś omamy?

Nie… nie! Chciałem krzyknąć, ale wydałem z siebie rodzaj szczeknięcia.

— Czemu się boisz? — W jej głosie było zdziwienie, nawet niepokój. — Mówię ci, że 

wszystko poszło dobrze. I w samą porę. Simmla mówi, że już nadchodzą. Leżeć.

Leżeć?   Zamiana?   Próbowałem   dotknąć   ręką   głowy,   w   której   wciąż   wirowało. 

Wysłany przez mózg rozkaz został odebrany, lecz nie zobaczyłem ręki. Spojrzałem jeszcze 

raz. To była… łapa pokryta czerwonym  futrem, połączona z długą wąską kończyną,  a ta 

kończyna z ciałem, a to ciało… ja byłem w tym ciele! Ależ nie, to nieprawda, to nie może być 

prawda. Walczyłem dziko jak w okropnym koszmarze. Obudzić się, chcę się obudzić! W 

takim śnie można oszaleć. Obudzić się!

background image

Wypuść mnie! — Czułem się jak dziecko zamknięte w ciemnej szafie. Z moich ust nie 

wydostały się słowa, tylko skowyt. Zauważyłem, że panika rzeczywiście pogrąża mnie w 

ciemności, z której może już nie być powrotu. Walczyłem więc zażarcie jak nigdy przedtem, 

nie z zewnętrznym wrogiem, lecz z przerażeniem uwięzionym razem ze mną w obcym

Poczułem dotyk na swojej głowie i odwróciłem się. Spoglądałem w zwierzęce ślepia 

osadzone w kremowo–brązowej głowie. Ze spiczastych szczęk wysunął się język i zaczął 

mnie lizać.

Za pośrednictwem wyostrzonych zmysłów odebrałem i tego dotyku pewność i spokój. 

W  jakiś   sposób wyciągnęło  mnie  to  z  uścisku szaleństwa.   Zamrugałem,  próbowałem   jak 

najlepiej przyjrzeć się twarzy mojego towarzysza i zauważyłem, że ta chwila koncentracji 

opłaciła się. Zniekształcenia były już mniejsze. Z każdą sekundą widziałem wyraźniej. To 

lizanie napełniało mnie spokojem.

Wstać — chciałem wstać. Zachwiałem się, przewróciłem. Wstać na cztery nogi to nie 

to samo co na dwie. Podniosłem głowę. Zapachy,  mój nos odbierał zapachy. Tak mocno 

zaatakowały one moje nozdrza, że poczułem się, jakby wszystkie możliwe wonie rozpylono 

w  jednej   kabinie  i  zamknięto  mnie   w  niej. Zakrztusiłem   się,  pomyślałem,   że  nie  umiem 

oddychać. Umiałem jednak, a zapachy zaczęły przynosić informacje, które rozumiałem tylko 

częściowo. Spróbowałem się czołgać tak jak człowiek na czworakach i zrobiłem nawet krok 

czy dwa. Zwierzę, które lizało mnie po głowie, podtrzymywało mnie, aż zdołałem stanąć 

pewnie. Patrzenie na świat z całkiem innej perspektywy to kolejna rzecz, której musiałem się 

nauczyć. Po chwili usłyszałem z tyłu jakieś poruszenie. Zwierzę u mojego boku warknęło. W 

różnych głosach dobiegających z krzaków wyraźnie słychać było zagrożenie. Obróciłem się i 

podniosłem głowę najwyżej jak mogłem, by zobaczyć, kto się zbliża.

Zniekształcenie obrazu pozostało, wszystkie rozmiary były inne niż te, do których 

byłem przyzwyczajony, a to wprawiało mnie w rozdrażnienie. Zapachy znów były bardzo 

silne. Zauważyłem Maelen, tyłem do nas, w długiej pelerynie aż do ziemi. Wyszła naprzeciw 

grupie mężczyzn. Dwaj z nich siedzieli na kasach, a trzej zbliżali się pieszo z obnażonymi 

mieczami w dłoniach.

Poczułem, jak moje wargi zwijają się, obnażając zęby w odruchowej reakcji na zapach 

człowieka. Odkryłem właśnie, że w zapachach kryją się emocje, a tutaj dał się wyczuć gniew, 

okrutny   triumf   i   niebezpieczeństwo.   Warczenie   otaczających   mnie   zwierząt   stało   się 

głośniejsze.

— …po niego.

To, co było zlepkiem nic nie znaczących dźwięków, przybrało formę słów. A może 

background image

odczytałem   te   słowa,   gdy   przeszły   już   przez   umysł   Maelen,   która   nie   okazała   wcale 

zdziwienia mi konsternacji.

— To, co zrobiliście z niego, jest tutaj — rzekła Maelen. Odwróciła głowę, wskazując 

wzrokiem to, czego szukali.

Ktoś   leżał   na   ziemi.   Jego   wargi   zwisały   luźno,   z   ust   płynęła   ślina.   Zamrugałem, 

zamknąłem oczy. Gdy jednak je otworzyłem, znów zobaczyłem tę postać.

Ilu   ludzi   widziało   kiedykolwiek   siebie   nie   w   lustrze,   lecz   jak  jakby  ciało   żyło   w 

oderwaniu od ich istoty? Nie wierzyłem, by było to możliwe. A oto stałem na czterech łapach 

patrzyłem obcymi oczami na coś, co było mną!

Maelen podeszła do tego rozciągniętego ciała, położyła dłonie na jego ramionach i 

podniosła je. Zdało mi się, że to tylko moja skorupa, w której nic już nie pozostało. Owszem, 

to coś żyło — widziałem, jak pod podartą tuniką poruszała się klatka piersiowa. Gdy Maelen 

podciągała je do góry, ciało zajęczało. Zawyłem wtedy i jeden z żołnierzy obrócił się w moją 

stronę.

— Jorth, spokój! — Słowa Maelen słyszałem w głowie domyśliłem się, że mówi do 

mnie, a nie do bezwładnej rzeczy, którą w końcu postawiła i musiała jeszcze podpierać, bo 

waliła się z nóg.

Jej rozkaz ponowiło zwierzę obok mnie, które delikatnie przysunęło się do mojego 

ucha i przesłało mi telepatyczne ostrzeżenie.

Maelen podprowadziła ciało — nie mogłem już myśleć i nim jako o moim ciele — 

kilka   kroków   do   przodu.   Mężczyźni   wpatrywali   się   w   tę   pozbawioną   ducha   rzecz, 

niespokojnie się wiercąc.

— To wasze dzieło? — zwróciła się do nich Maelen. — W takim stanie przyszedł do 

mnie, a wiecie kim jestem.

Wyglądało na to, że wiedzieli. Patrzyli na nią z trwogą z przerażeniem. Zauważyłem, 

że jeden z nich wykonywał jakieś gesty, jakby chciał odegnać złe moce.

— Więc jesteście moimi dłużnikami, słudzy… — spojrzała na nich uważnie — …

Oskolda. Ten ktoś jest w objęciach Umphry, czy zaprzeczycie?

Jeden po drugim, choć niechętnie, potrząsali przecząco głowami. Ci, którzy trzymali 

obnażone miecze, umieścili je w pochwach.

— Zatem zróbcie z nim to, co należy.

Spojrzenia, jakie między sobą wymienili, sugerowały, że będą się sprzeciwiać. Lecz 

jeśli nawet chcieli się sprzeciwić, to jej pewność siebie stłumiła wszelką chęć protestu. Jeden 

z nich przyprowadził  kasa i włożyli  tę rzecz, która już nie była  człowiekiem,  na grzbiet 

background image

zwierzęcia. Potem odwrócili się i odjechali w stronę wschodzącego słońca.

— Dlaczego? Co? — Z moich ust wydobywały się szczeknięcia, lecz Maelen musiała 

odczytać moje myśli, bo gdy tamci odjechali, szybko podeszła i uklękła przy mnie. Mocno 

ujęła moją głowę w swoje dłonie i spojrzała mi w oczy.

— Nasz plan działa, Kripie Vorlundzie. Teraz niech się trochę oddalą i ruszymy za 

nimi!

Co? — Usiłowałem myśleć, by nie wydawać zwierzęcych dźwięków. Co mi zrobiłaś i 

dlaczego? Jeszcze raz spojrzała mi w oczy, wyglądała na lekko zdziwioną.

— Zrobiłam, jak chciałeś, gwiezdny wędrowcze, dałam ci nowe ciało i zadbałam o to, 

by uratować stare, żebyś uniknął śmierci od ran zadanych mieczami. To znaczy — powoli 

potrząsnęła głową — że nie wierzyłeś mi, nawet gdy wyrażałeś zgodę! Ale już się stało i czyn 

ten leży na wadze Molastera.

Moje… to ciało… czy mogę je odzyskać? I… co… czym teraz jestem? — zapytałem 

Maelen w myślach.

Najpierw   odpowiedziała   na   drugie   pytanie.   W   pobliżu   znajdował   się   niewielki 

zbiornik wodny. Tam zaprowadziła mnie Maelen. Przesunęła różdżką ponad wodą i tafla tak 

się wygładziła, że mogłem przejrzeć się sobie jak w lustrze. Ujrzałem głowę zwierzęcia z 

gęstą grzywą  między uszami,  opadającą  na ramiona,  czerwone futro o złotym  połysku… 

Barsk! — pomyślałem.

— Tak, barsk — powiedziała. — A co do ciała… zabiorą je, tak jak muszą, w pewne 

bezpieczne  miejsce, bo inaczej już zawsze prześladowałaby ich ciemność.  Pojedziemy za 

nimi,   a   już   w   Dolinie   Zapomnienia   Oskold   nie   będzie   nam   zagrażał.   Bo   to   byli   ludzie 

Oskolda, co oznacza,  że na większości tych  terenów  czeka,  czy też raczej  czekałaby cię 

śmierć, gdybyś pozostał w swojej skórze. Z dala od Oskolda będziesz mógł znów być sobą i 

odejść zdrów i cały.

Mówiła   prawdę.   Miałem   więc   jeszcze   ostatnią   iskierkę   nadziei.   To   sen   — 

pomyślałem.

— Nie sen, gwiezdny wędrowcze, nie sen.

— A teraz — wstała — ruszajmy. Nie możemy trzymać się ich zbyt blisko, żeby nie 

wzbudzać podejrzeń. Oskold nie jest głupcem i myślę, że to Osokun swoją lekkomyślnością 

wciągnął   ojca   w   to   szaleństwo.   Uratowałam   cię   w   jedyny   sposób,   jaki   znałam,   Kripie 

Vorlundzie, choć z pewnością nie jesteś zadowolony ze swojej sytuacji.

Wychodziłem więc za nią z doliny jako posłuszne zwierzę, zauważyłem, że choć w 

ciele  barska kryła  się ludzka  dusza, to jednak byłem  w nowy sposób powiązany ze swą 

background image

powłoką  zupełnie inaczej  patrzyłem  na świat. Czworo zwierząt  idących  ze mną  nie było 

jedynie sługami zdążającymi za swą panią, lecz były to istoty o różnych naturach zjednoczone 

e swą opiekunką, która je rozumiała i której okazywały bezgraniczne zaufanie.

Doszliśmy do jednego z wozów, jakie widziałem na terenie pokazu zwierząt. Na nim 

znajdowały się klatki. Moi towarzysze spokojnie weszli do środka, pootwierali sobie drzwi 

klatek i umościli się wewnątrz. Ja jednak zostałem a ziemi, struny głosowe drżały dziwnym 

skowytem. Klatka… — miałem już dość zamkniętych pomieszczeń w twierdzy Osokuna.

Maelen roześmiała się delikatnie.

— No, dobrze, Jorth, tak cię nazwałam. W dawnym języku znaczy to „ten, który jest 

czymś   więcej   niż   się   zdaje”   i   niegdyś   było   imieniem   bitewnym   nadanym   jednemu   z 

Yithamen, który wystąpił przeciwko Nocnym Najeźdźcom. Siądź obok mnie, a ja ci opowiem 

o twoim patronie i jego czynach. Nic w tym momencie nie było mi bardziej obce niż chęć 

wysłuchiwania yiktoriańskich podań. Zmierzałem w przyszłość, która wciąż zdawała się tak 

niewiarygodna, że mogłem o niej myśleć jedynie z wysiłkiem. Zająłem miejsce obok Maelen. 

Usiadłem   na   tylnych   łapach   i   patrzyłem   na   świat   oczami,   które   wciąż   przekazywały 

dziwaczne obrazy. Wkrótce zrozumiałem, że w jej propozycji opowiadania było coś więcej 

niż zwykła chęć odwrócenia mojej uwagi od własnej sytuacji. Gdy bowiem Maelen ciągnęła 

swoją opowieść przekazywaną za pomocą myśli, stopniowo coraz lepiej się rozumieliśmy. 

Może psychopolacja, której używałem w ludzkim ciele, wciąż działała na moją korzyść? Poza 

tym uznałem jej opowieść za cenną. Wpleciona w nią była historia yiktoriańskiej społeczności 

— nie obecnej, lecz starszej, dużo bardziej rozwiniętej cywilizacji, która tu niegdyś żyła i 

której   ostatnimi   potomkami   są   Thassowie.   Nie   mogłem   wszystkiego   zrozumieć,   gdyż   w 

opowieści Maelen nawiązywała do nie znanych mi wydarzeń i osób.

Nie jechaliśmy ścieżką, lecz na przełaj przez dzikie tereny. Byliśmy na wschodnich 

stokach pasma wzgórz stanowiącego granicę między ziemiami Oskolda a równinami Yrjaru. 

Jednak nie chciałem wracać do portu w mojej obecnej postaci. Maelen zapewniała mnie, że 

celem naszej podróży jest tajemnicze miejsce w górach, do którego eskortowane jest moje 

dawne ciało. Wyjaśniła mi, że tutejsi mieszkańcy wierzą, iż choroby umysłowe są przejawem 

obecności   pewnych   mocy,   a   ci,   których   owa   dolegliwość   dotknie,   przekazywani   są   jak 

najszybciej pod opiekę specjalnie wyszkolonych kapłanów. Nie zbliżaliśmy się zanadto do 

tego miejsca, by nikt nie podejrzewał jakiegoś oszustwa.

Jak ty to… jak mnie zmieniłaś? — zapytałem telepatycznie.

Milczała   przez   chwilę,   a   gdy   odpowiedziała,   jej   myśli   były   jakby   dalekie   i 

kontrolowane.

background image

— Uczyniłam coś, czego dawno temu przysięgłam nie czynić. Odpowiem za to w 

innym miejscu i czasie przed tymi, którzy mają prawo mnie sądzić.

Dlaczego to zrobiłaś? — Spojrzałem na nią pytającym wzrokiem.

— Musiałam spłacić dług — odpowiedziała, wciąż jakby nieobecna. — To przeze 

mnie wpadłeś w kłopoty, więc musiałam wyrównać rachunki.

Ale… przecież nic mi nie zrobiłaś… to niewielkie zajście i handlarzem zwierząt… — 

zdziwiłem się w myślach.

— To też. Ale również co innego. Wiedziałam, że masz wroga, i nie ostrzegłam cię. 

Byłam raczej skłonna twierdzić, że jako Thassa nie powinnam się wtrącać w cudze konflikty, 

o ile nie dotyczą mnie. I za to muszę odpowiedzieć.

Maelen opowiedziała mi o tym, jak przyszli do niej Osokun i Gauk Slafid ze statku 

Korporantów  i zaproponowali,  jy pomogła  im wpędzić  Wolnego  Kupca  w przygotowaną 

przez nich zasadzkę. Choć nie wykonała dokładnie ich poleceń, to wierzyła, że z własnej 

ciekawości przysłużyła im się i rozpoczęła łańcuch wydarzeń, które doprowadziły do mojego 

porwania.

To nieprawda. To był przypadek aż do momentu, gdy… — warknąłem, przecząc jej.

— Zamieniłam cię w barska dla twojego dobra — przerwała mi. Po chwili nie mogłem 

nawiązać z nią kontaktu, i między nami rosła bariera mentalna. Maelen siedziała obok mnie, 

ale jej oczy zwrócone były do wewnątrz — myślami była już gdzieś daleko.

Kasy powoli posuwały się naprzód ciągle w tym samym kierunku. Świeciło słońce i 

było  ciepło. Postanowiłem wówczas lepiej poznać swoje nowe ciało. Nie mogłem jednak 

pozbyć się wrażenia, że wszystko jest tylko długim snem, który nawiedził osobę bezpiecznie 

śpiącą we własnym łóżku.

background image

IX

Podróżowaliśmy   dwa   dni,   kryjąc   się   na   noc   w   gęstych   zaroślach.   Coraz   bardziej 

przyzwyczajałem się do nowego ciała. Przekonałem się, że podróżując na czterech łapach i 

patrząc na świat zwierzęcymi oczami, można się wiele nauczyć. Maelen czasami odrywała się 

od rzeczywistości, lecz zazwyczaj mówiła dużo o legendach albo o krajobrazie i swoim życiu 

wędrowca. O swoim ludzie mówiła tylko w czasie przeszłym. Na niektóre z moich pytań 

sprytnie  unikała  odpowiedzi.  Doszło do tego, że wciąż  próbowałem coś z niej  wydobyć, 

zaskoczyć ją, i myślę, że ona to dostrzegała i z równą przebiegłością omijała pułapki.

Rankiem trzeciego dnia, gdy weszliśmy na wóz, lekko się nachmurzyła.

— Tutaj — powiedziała — zaczyna się obszar wiosek i ludzi. By nie zdradzić się ze 

swym celem, odwołamy się do umiejętności małego ludku, czyli występów. Do Doliny nie 

prowadzą żadne boczne drogi. Możemy się też dowiedzieć czegoś o tych, którzy byli tu przed 

nami.   Maelen   wciąż   obiecywała,   że   eskortujący   moje   poprzednie   ciało   strażnicy   będą 

uważali, by utrzymać tlącą się jeszcze wewnątrz iskierkę życia i że, według ich przesądów, 

każde niedopatrzenie sprowadziłoby na nich taki los, jakiego za wszelką cenę pragną uniknąć.

Czy i ja też wezmę udział w pokazach? — Pytająco spojrzałem w oczy mej pani. 

Uśmiechnęła się nieznacznie.

— Jeśli   się   zgodzisz,   dostaniesz   wielką   rolę.   Bo   o   ile   wiem,   nikt   jeszcze   nie 

prezentował barska. Pytasz, co się stało z duchem, który nosił twoje obecne ciało? Był chory, 

jeszcze dzień, dwa i z litości wysłałabym go w Białą Drogę.

W twoim ludzkim ciele przebywa teraz słabiutki mieszkaniec. Nie cierpi, trwa tylko, 

by utrzymać płomień życia do twego powrotu.

Musiałaś   robić   już   przedtem   takie   zmiany   —   skierowałem   bezpośrednio   do   niej 

nurtującą mnie myśl.

— Każdy ma swoje tajemnice, Kripie Vorlundzie. Powiedziałam ci… to moja sprawa, 

ty nie będziesz odpowiadał za to, co się stało. Teraz zastanówmy się, co powinniśmy robić w 

najbliższym czasie. Przed południem dotrzemy do Yim–Sin, a tam jest świątynia Umphry — 

ciągnęła Maelen. — Zamieszkamy gdzieś w pobliżu i jeśli to możliwe, dowiemy się czegoś o 

ludziach Oskolda. Chyba że pojechali inną drogą, po wschodniej stronie gór. Dziś wieczorem 

damy przedstawienie. Zastanówmy się więc, czym może barsk zadziwić świat.

Chciałem   jej   pomóc   w   realizacji   planów,   dlatego   też   razem   obmyśliliśmy   występ 

prezentujący dobrze wytresowane zwierzę. Gdy dotarliśmy do miejsca, gdzie tarasowe pola, z 

background image

których już zebrano plony, stanowiły jakby szczeble na górskim stoku, Maelen zatrzymała 

wóz, a ja wszedłem do klatki. Niektóre zwierzęta drzemały, a Tantaka leniwie przewracała się 

z boku na bok. Odkryłem, że moje nowe ciało też ma swoje nawyki. Zwinąłem się w kłębek i, 

gdy wóz ruszył dalej, zasnąłem.

Zapachy   otwartej   przestrzeni   ustąpiły   innym   —   ostrym   i   drażniącym   nozdrza. 

Usłyszałem gwar. Ludzie gromadzili się wokół wozu, biegali obok, słyszałem też piskliwe 

głosiki   dzieci.   Widocznie   wjeżdżaliśmy   do   Yim–Sin.   Była   to   wioska   rolnicza   z   dwiema 

gospodami i świątynią. Czasami wędrowali tędy ci, którzy mieli w dolinie krewnych. Poza 

tym kapłani Umphry czasem dokonywali cudów i niektórych podopiecznych udawało im się 

wyleczyć. Tak więc nie każdy, kto tędy podróżował, był stracony.

Chociaż   pola   tej   pofałdowanej   krainy   nie   były   rozległe   ani   żyzne,   uprawiano   tu 

winorośl, z której produkowano cenione w miastach wino. Mieszkańcom wioski powodziło 

się  nieźle,  w  każdym   razie  ich   panom  feudalnym  na   pewno.  Jednak   w  okolicy  nie   było 

posiadłości   lordów,   tylko   dwa   zamki   —   zarządcy   i   nadzorcy   —   przy   drodze,   którą 

jechaliśmy.

Próbowałem zrozumieć krzyki, lecz używano tu miejscowego dialektu, a nie języka 

Yrjaru. Yrjar — nagle zacząłem się zastanawiać, co się tam działo po moim porwaniu. Czy 

kapitan Foss zwrócił się do władz jarmarku? Niektórzy z przedstawicieli tych władz lub ich 

podwładnych   musieli   pomagać   w   spisku,   by   mógł   on   w   ogóle   zaistnieć.   Czy   zabrali 

Lalfarnsa, czy może go zabili?

Czy miałem aż takie znaczenie, że ryzykowano tak wiele? Przecież Osokun musiał 

wiedzieć, że nie wydobędzie ze mnie tego, czego pragnie. Ani Foss nie mógł dać im żądanej 

za mnie zapłaty.  Maelen zasugerowała mi, co mogło być  większą aferą — udział Gauka 

Slafida. Ale przecież walki na śmierć i życie między Wolnymi  Kupcami a Korporantami 

należały   już   do   przeszłości.   Skąd   więc   teraz   takie   posunięcie?   Obecnie   Korporacje 

handlowały głównie ze światami systemu wewnętrznego i niekiedy interesowały się polityką. 

Co jednak mogło zainteresować ich na Yiktor?

Wóz   zatrzymał   się   i   poczułem   zapachy   miasteczka.   Miałem   ochotę   wyjrzeć   zza 

zasłony   i   zobaczyć   otoczenie,   lecz   byłem   tam   zwierzęciem,   którego   się   bano,   więc   nie 

odważyłem się spojrzeć na zewnątrz.

Borba i Vors  przeciągnęli  się i zaczęli  wyglądać  z klatek.  Simmla  zamruczała  na 

powitanie,  na co moje struny głosowe barska odpowiedziały niskim tonem.  Myśli  moich 

towarzyszy docierały do mnie jako oderwane fragmenty wyrażeń. Przewidywali swój udział 

w nadchodzącym pokazie. Widzieli w owych scenicznych popisach rozrywkę przynoszącą 

background image

radość i entuzjazm.

— Wiele zapachów. — Spróbowałem się odezwać do zwierząt.

Simmla zaszczekała:

— Ludzki zapach… wielu ludzi.

— Raz,   dwa   —   skandowały   glassie   —   dobrze,   dobrze!   —   Ich   okrzyki   osiągnęły 

bardzo wysoki ton.

— Jedzenie — zamruczała Tantaka — pod skałami, jedzenie — parsknęła i wróciła do 

swojej drzemki.

— Biegać — tęskniła Simmla — biegać po polach dobrze! Polować dobrze! Razem 

polować…

— Polować dobrze! — zgodziłem się z nią instynktownie.  Maelen odsłoniła  tylną 

plandekę   i   weszła   na   wóz.   Był   z   nią   jakiś   człowiek   w   czarnej   sutannie   z   biało–żółtym 

krzyżem na plecach i piersiach. Uśmiechał się i mówił miejscowym dialektem, ale znaczenie 

jego słów docierało do mnie za pośrednictwem Maelen.

— Naprawdę mamy szczęście, Freesha, że właśnie teraz do nas wróciłaś! Zbiory były 

dobre i ludzie planują święto dziękczynienia. Starszy Brat pragnie, by wszyscy się cieszyli. 

Otworzy dla was zachodni dwór i wszystko opłaci, aby twój mały ludek mógł wszystkich 

ucieszyć swoją bystrością.

— Starszy Brat zaiste przynosi szczęście i czyni dobro w tej błogosławionej wiosce —

jej   odpowiedź   brzmiała   oficjalnie   —   czy   pozwoli,   bym   wypuściła   moje   maleństwa,   aby 

rozprostowały kości?

— Ależ oczywiście, Freesha. Możesz prosić o wszystko, czego potrzebujesz, bracia 

trzeciego stopnia obsłużą cię. — Uniósł dłoń. Do kciuka i palca wskazującego przymocowane 

miał dwie płaskie drewniane płytki, którymi mocno uderzył o siebie.

Za wozem pojawili się dwaj chłopcy z gładko upiętymi  włosami i dłonią Umphry 

odbitą   na   czołach,   co   znaczyło,   że   są   kapłanami.   Uśmiechali   się   szeroko,   wyraźnie 

zadowoleni z możliwości pomocy Maelen. Maelen otworzyła klatkę Simmli, która wyszła, 

energicznie   machając   ogonem.   Wtedy   Maelen   założyła   jej   sceniczną   obrożę   połyskującą 

drobnymi kamieniami. Borba i Vors zostali tak samo ustrojeni i wypuszczeni na wolność, 

potem   Tantaka,   do   której   obroży   przyczepione   było   coś   w   rodzaju   przepaski   z   bogato 

haftowanego czerwonego materiału wyciętego w szpic między uszami. Można by pomyśleć, 

że młodzi kapłani witają się ze starymi przyjaciółmi, bo pozdrawiali wszystkich po imieniu, 

lecz z szacunkiem należnym  gościom. Potem Maelen położyła  dłoń na zamknięciu mojej 

klatki, a starszy rangą kapłan pochylił się, by mi się przyjrzeć.

background image

— Masz nowego futerkowego przyjaciela, Freesha?

— Faktycznie. Chodź tu, Jorth.

Gdy przechodziłem przez drzwi klatki, oczy kapłana rozszerzyły się i spomiędzy jego 

zębów wydobył się syk:

— Barsk!

Maelen   zajęta   była   zakładaniem   mi   kołnierza,   który   uszyła   na   naszym   ostatnim 

obozowisku. Był to czarny pas z połyskującymi lustrzanymi gwiazdkami.

— Barsk — potwierdziła.

— Ale… — Jego zdziwienie przerodziło się w próbę protestu.

Maelen wyprostowała się, dłonią wciąż lekko dotykała mojego czoła.

— Znasz mnie, Starszy Bracie, i mój mały ludek. To naprawdę jest barsk, ale Jorth nie 

jest   już   pożeraczem   ciał   i   myśliwym,   tylko   naszym   towarzyszem,   jak   wszyscy   inni 

podróżujący ze mną.

Kapłan z niepokojem patrzył na Maelen i na mnie.

— Istotnie,   potrafisz   dokonywać   dziwnych   rzeczy,   Freesha.   Jednak   ta   jest   chyba 

najdziwniejsza, bo pierwszy raz widzę, żeby barsk przychodził na twoje wezwanie i znosił 

twoją dłoń na swej głowie. Cóż, skoro twierdzisz… że nie dopuści on demonów… ludzie ci 

uwierzą. Bo talenty Thassów są jak prawa Umphry, ustalone i niezmienne.

Potem odsunął się, a ja zszedłem za Maelen z wozu. Młodzi kapłani trzymali się z dala 

od nas. Na ich twarzach widać było pełne respektu zdumienie.

Szliśmy na przedzie. Inne zwierzęta przyłączyły się do nas. Simmla ustawiła się obok 

mnie, a gdy nasz krok się wyrównał, polizała mnie w policzek. Wyszliśmy z podwórza, na 

którym   pozostał   wóz,   i   wkroczyliśmy   na   dziedziniec   przez   dwuskrzydłową   bramę. 

Dziedziniec był pusty. Wzdłuż ścian, na wyznaczonych klombach, rosły winorośle i drzewa. 

W oddali widać było fontannę.

Zwierzęta  ruszyły w stronę fontanny,  żeby napić się wody.  Tantaka zanurzyła  nie 

tylko płaską mordkę, lecz również przednie łapy i rozchlapywała wodę na wszystkie strony.

Usiadłem na tylnych łapach, by się rozejrzeć. W drugim końcu dziedzińca były trzy 

szerokie stopnie prowadzące na ganek z kolumnami, a za nimi widać było drzwi z misternie 

rzeźbionymi wzorami, których symbolika nic mi nie mówiła. Było to wejście do budynku, 

który uznałem za centralną  część świątyni.  Nie dostrzegłem  w nim żadnych  okien, tylko 

jeszcze   więcej   ornamentów   wykonanych   w   żółtym   i   białym   kamieniu   na   tle   czarnej 

powierzchni murów.

Maelen poprosiła młodych kapłanów, którzy nieśli kilka skrzyń z wozu, by położyli je 

background image

przy   schodach.   Zauważyłem,   że   wciąż   spoglądali   na   mnie   nieufnie.   Potem   Maelen   im 

podziękowała i siadła na najniższym stopniu. Czym prędzej do niej podbiegłem.

I co? — Chciałem usłyszeć tylko, czy dowiedziała się czegoś o ludziach Oskolda.

— Nie jechali tędy — odpowiedziała — i wcale nie twierdziłam, że na pewno tutaj 

będą. Jeśli musieli zameldować swemu panu o tym, co zaszło, pojechali na wschód, a potem 

inną drogą prowadzącą do Doliny.

Maelen ujęła moją głowę w swe dłonie i uniosła ją lekko, by lepiej spojrzeć mi w 

oczy, w których dostrzegła niepokój.

— Zrozum,   gwiezdny   wędrowcze:   o   ludziach   na   Yiktor   wiem   naprawdę   dużo. 

Przestrzegają zasad, których nigdy nie łamią. Bądź pewien, że Oskold i jego ludzie przyniosą 

to, co należy do ciebie, do Doliny.

— A więc, Freesha, to prawda! — Czyjś głos zadźwięczał mi w uszach. Wzdrygnąłem 

się, bo po raz pierwszy „usłyszałem” i zrozumiałem słowa bez jej pośrednictwa. Wyrwałem 

się z jej uścisku i zacząłem warczeć, spoglądając na schody.

Stał tam mężczyzna w sutannie kapłana. Był stary, nieco przygarbiony, wspierał się na 

długiej lasce, która też była oznaką jego rangi. Miał szczerą twarz, na której dostrzegłem 

mądrość życiową oraz wielkie współczucie.

— Naprawdę dokonałaś cudu. — Zszedł jeden stopień niżej, a Maelen pośpieszyła w 

jego stronę i podała mu ramię. Obcość odgradzająca ją od ludzi nizin zniknęła, a w jej głosie 

brzmiał szacunek, gdy odpowiadała:

— Prowadzę barska, Starszy Bracie. Jorth, przywitaj się. Tym sposobem pierwszy z 

numerów   przygotowanych   przez   nas   na   przedstawienie   zaprezentowałem   strażnikowi 

świątyni.   Trzykrotnie   skłoniłem   głowę   i   zaszczekałem.   Potem   delikatnie,   z   tym   samym 

uśmiechem, kapłan skinął głową w odpowiedzi na moje powitanie.

— Niech   cię   miłość   i   troska   Umphry   prowadzi,   bracie   z   górskich   ścieżek   — 

powiedział.

Wolni Kupcy nie wyznają wielu wierzeń. Rzadko też je wyrażają, nawet między sobą. 

Przy   zaprzysiężeniu,   zakładaniu   rodziny,   czy   przy   adopcji   dziecka   —   mamy   przysięgi   i 

wzywamy   różne   moce   na   świadków.   Myślę,   że   wszystkie   żyjące   istoty   posiadające 

inteligencję uznają rzeczywistość istniejącą PONAD I POZA NAMI. Widocznie jesteśmy 

wiecznie   zagubieni,   a   nasze   obawy  i   wątpliwości   żyją   dłużej   od   nas.   Szanujemy   bogów 

innych światów, bo są to tylko zniekształcone przez ludzi wizje tego, co kryje się za drzwiami 

prowadzącymi w nieznane. W człowieku, który poświęcił życie służbie bogu, ujrzałem kogoś, 

kto dąży do Wielkiej Prawdy, nawet jeśli jego wierzenia różnią się od wierzeń mojego ludu. 

background image

Skłoniłem więc przed nim głowę, jak przed kimś, kogo darzę najwyższym szacunkiem.

Gdy   uniosłem   wzrok   i   spojrzałem   w   jego   twarz,   zobaczyłem,   że   zniknął   z   niej 

uśmiech. Kapłan przyglądał mi się bardzo wnikliwie, jakby dojrzał coś nowego, co przykuło 

jego uwagę.

— Wiemy o barsku tak niewiele, i to głównie złe rzeczy, przesiane przez sito strachu. 

Chyba jeszcze wiele powinniśmy się nauczyć — powiedział kapłan w zamyśleniu.

— Mój mały ludek nie jest taki jak ich dzicy krewni — szybko odparła Maelen, a w 

myśli,   którą   mi   przesłała,   odczytałem   zaniepokojenie   i   ostrzeżenie,   że   kapłan   jest 

człowiekiem, który posiada wewnętrzny wzrok i nie wolno nam wzbudzać u niego podejrzeń.

Szczeknąłem więc i kłapnąłem paszczą za przelatującym owadem, po czym oddaliłem 

się w stronę innych zwierząt przy basenie z nadzieją, że udało mi się naprawić potknięcie, 

jakiego się niechcący dopuściłem.

Maelen pozostała przy kapłanie. Rozmawiali tak cicho, że nic nie słyszałem. Odcięła 

też kanał komunikacji myślowej ze mną, a to mi się nie spodobało. Nie śmiałem jednak się 

zbliżyć, żeby podsłuchiwać.

Wczesnym wieczorem wystąpiliśmy przed wszystkimi mieszkańcami, którym udało 

się wepchnąć do dworu. Powtórzyliśmy spektakl dwukrotnie, by wszyscy mogli go obejrzeć. 

Ganek świątyni był naszą sceną, którą młodzi kapłani pomogli Maelen zorganizować. Robili 

to z taką wprawą, że pomyślałem, iż to nie pierwszy raz, choć nie miałem pojęcia, czemu 

Maełen miałaby przedtem tędy przejeżdżać.

Występy były mniej wyszukane niż te, które cała trupa prezentowała na jarmarku. 

Tantaka siadała na tylnych łapach i wystukiwała na bębnie rytm, do którego Borba i Vors 

tańczyli   i   maszerowali.   Simmla   przeskakiwała   przez   szereg   przeszkód,   szczekaniem 

odpowiadała na pytania publiczności, grała na małym instrumencie, przyciskając przednimi 

łapami duże klawisze. Ja siadałem, kłaniałem się i wykonywałem inne wymyślone przez nas 

drobne   sztuczki.   Chyba   samo   moje   pojawienie   się   już   by   wystarczyło,   bo   chłopi   byli 

niezwykle   przejęci.   Coraz   bardziej   zaczynała   mnie   interesować   zła   reputacja,   jaką 

przypisywano w tym kraju mojej powłoce.

Po   przedstawieniu   wróciliśmy   do   klatek   i   po   raz   pierwszy   nie   narzekałem   na   tę 

siedzibę. Byłem tak bardzo zmęczony, jakbym przez cały dzień obsługiwał klientów.

Przekonałem się jednak tej nocy, że sen barska różni się od ludzkiego. Nie trwał on 

całą noc, lecz składał się z wielu krótkich drzemek, między którymi leżałem przytomny i 

czujny,   dzięki   węchowi   i   słuchowi   całkowicie   świadom   wszystkiego,   co   działo   się   poza 

wozem.   Podczas   jednej   z   takich   przytomnych   chwil   usłyszałem   poruszenie   w   przedniej 

background image

części, gdzie Maelen miała łóżko używane przez nią wtedy, gdy nie mogła spać na zewnątrz.

Przez szczelinę w zasłonie prześwitywało słabe światło. Skobel w mojej klatce nie był 

opuszczony.   Mogłem   wchodzić   i   wychodzić,   choć   wiedziałem,   czym   to   grozi   na   terenie 

wioski. Otworzyłem drzwi i przesunąłem się tak, by zajrzeć przez szczelinę do części wozu 

Maelen.

Dziewczyna   siedziała   na   łóżku   ze   skrzyżowanymi   nogami   i   zamkniętymi   oczami. 

Można by pomyśleć, że śpi, lecz jej ciało powyżej talii poruszało się w przód i w tył, jakby w 

rytm muzyki, której nie słyszałem. Nie mogłem też nawiązać kontaktu z jej umysłem. Jej usta 

były lekko rozchylone. Usłyszałem wydobywający się z nich delikatny szept. Śpiewała… Nie 

byłem pewien, czy to pieśń, czy jakieś ciche wezwanie, może lament. Dłonie spoczywały na 

kolanach,   lecz   różdżka   tworzyła   napięty   most   między   palcami   wskazującymi   i   właśnie 

stamtąd dobiegało słabe światło.

W powietrzu wokół mnie czułem rodzaj energii elektrycznej. Moja grzywa nasrożyła 

się, czułem dreszcze na skórze i swędzenie w nosie.

Widziałem więc nową moc, ale czy Maelen przyzywała ją do siebie, czy wysyłała — 

nie wiedziałem. W tej chwili uświadomiłem sobie inność nawet obcość dziewczyny.

Przez   chwilę   milczała,   a   drganie   powietrza   zaczęło   słabnąć.   Potem   jej   głowa   z 

westchnieniem opadła na piersi i Maelen drgnęła jak ktoś, kto się budzi. Położyła różdżkę 

blisko siebie i wyciągnęła się na łóżku. Światło zniknęło. Byłem pewien, że dziewczyna śpi.

Rankiem   opuściliśmy   Yim–Sin.   Mieszkańcy   żegnali   nas   wiwatami,   ponownie 

zapraszając.  Jechaliśmy   drogą pod  górę.  To już  nie  były  wzgórza,  lecz   prawdziwe  góry. 

Powietrze było rześkie i chłodne. Maelen okryta była peleryną. Gdy jednak ja usiadłem obok 

niej,   zauważyłem,   że   moje   grube   futro   nie   potrzebuje   okrycia.   Zapachy   tutaj   były   tak 

podniecające, że chwilami odzywało się we mnie silne pragnienie, by zeskoczyć z wozu i biec 

przed siebie między drzewa w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

— Wjeżdżamy w kraj barsków — powiedziała do mnie z uśmiechem — ale nie radzę 

ci ulegać swemu pragnieniu bliższego przyjrzenia się okolicy, Jorth. Bo choć cząstka ciebie 

stąd pochodzi, szybko znalazłbyś się w tarapatach.

Czemu wszyscy patrzą na barska w twoim towarzystwie jak na coś nadzwyczajnego? 

— spytałem Maelen intuicyjnie.

— Bo chociaż barsk jest znany, pod wieloma względami pozostaje tajemnicą. Ludzie 

gór, których jest niewielu, choć Thassowie z wyboru zamieszkują osnute chmurami szczyty, 

zabijają barski, a te z kolei polują na nich, wykazując przy tym cierpliwość i przebiegłość. O 

barskach, Jorth, krąży wiele legend, w których przypisuje się im niemal taką moc, jaką ludzie 

background image

obdarzają Thassów. Wielu lordów zamyka barska w klatce, jeśli uda im się go złapać, tylko 

po to, by się przekonać, że on albo się uwolni i potem zemści okrutnie na człowieku, albo z 

rozpaczy umrze w niewoli. Bo te zwierzęta nie akceptują żadnego ograniczenia ich wolności. 

Duch, który nosił twoje ciało, właśnie tak wiądł z rozpaczy, gdy dokonano zamiany.

A jeśli ta jego wola śmierci zwycięży? — Drgnąłem zaniepokojony.

— Nie   zwycięży.   Podczas   zamiany   ta   wola   została   ograniczona.   Twoje   ciało   nie 

umrze,  Kripie  Vorlundzie,  nie będzie porzuconą skorupą, gdy je znajdziesz — spokojnie 

zapewniła   mnie   Maelen.   —   A   teraz   —   zmieniła   temat   —   zbliżamy   się   do   stanowiska 

wartowniczego   Yultravan.   Większość   mieszkańców   jest   pewnie   przy   żniwach,   więc   nie 

zatrzymamy   się.   Dobrze   by   jednak   było,   gdybyś   przeszedł   do   klatki,   nim   strażnicy   cię 

zobaczą.

Niechętnie   wszedłem   z   powrotem   do   klatki.   Maelen   wymieniła   pozdrowienia   z 

dwoma uzbrojonymi mężczyznami, którzy wyszli z niewielkiego szałasu przy drodze. Jeden z 

nich uniósł plandekę z tyłu wozu, więc trzymałem się w głębi, żeby nie zwracać na siebie 

uwagi. Znów odniosłem wrażenie, że strażnicy znają Maelen.

Tej nocy jeszcze raz obozowaliśmy na świeżym powietrzu. Maelen zagotowała garnek 

jakiegoś   płynu,   który   tak   kusząco   pachniał,   że   wszyscy   zebraliśmy   się   przy   ognisku,   by 

napawać się tą wonią. Muszę przyznać, że pochłonąłem swoją porcję z takim brakiem manier, 

jaki   w   tych   warunkach   mógłby   wykazać   prawdziwy   barsk.   Tego   dnia   w   drodze   czułem 

podniecenie, bo wiedziałem, że jesteśmy już bardzo blisko celu. Gdy jednak usadowiłem się 

na noc w klatce — Maelen uważała, że z jakichś przyczyn bezpieczniej będzie, gdy wszyscy 

zostaniemy w wozie — natychmiast zasnąłem i tym razem nie budziłem się.

Wstaliśmy   wraz   z   pierwszymi   promieniami   słońca   i   zjedliśmy   drobny   posiłek   — 

mieszankę zbożowego pieczywa i suchych kawałków mięsa. Potem znowu ruszyliśmy przed 

siebie. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się. pozwalając kasom odetchnąć. Maelen podkładała 

wtedy drobne przedmioty pod koła, by wóz nie stoczył się z pochyłości.

Nie zatrzymaliśmy się na obiad. Podzieliliśmy znów pieczywo i napiliśmy się wody. 

Po południu byliśmy na szczycie.  Stamtąd  droga biegła  w dół przełęczą  między dwiema 

górami. Dolina zakryta była kłębami mgły.

— Dolina — powiedziała Maelen, pozbawionym emocji głosem. — Zostań na wozie, 

musimy trzymać się drogi. Są tu pułapki i strażnicy.

Pogoniła kasy i wóz ruszył w dół — do tajemniczego miejsca osnutego mgłą.

background image

M

AELEN

X

„Patrz   nie   zamglonymi   oczyma   na   własne   pragnienia”   mówią   Dawni,   gdy 

przemawiają wśród Thassów. Można jednak wierzyć  w jasność swoich myśli  i szczerość 

motywów,   a   mimo   to   ulec   jakiemuś   ukrytemu   przymusowi.   Czy   moje   ukryte   pragnienie 

obudziło się już wtedy, gdy opuszczałam Yrjar, szlachetnie tłumacząc sobie i Malezowi, że 

muszę przestrzegać prawa równowagi? Jeśli tak, to rzeczywiście było ono głęboko ukryte.

A może zrodziło się po tym, jak złamałam przysięgę i przesłałam obcego z jego ciała 

w zwierzęce, może dopiero ten czyn był zaczątkiem? Może niektóre nasze czyny, nie tylko z 

woli Molastera, wykraczają daleko poza nasze zrozumienie? Dla Dawnych takie tłumaczenie 

jest bluźnierstwem, bo według nich, każdy odpowiada za własne czyny, choć czasami, jeżeli 

sprawa jest poważna, motywy tych czynów też brane są pod uwagę.

Kapłan Okyen w Yim–Sin miał dla mnie złe wieści, a rozmowa z nim pozostawiła 

mnie w desperacji i gniewie oraz uświadomiła własną bezsilność. Gdy więc posuwaliśmy się 

dalej w kierunku Doliny, w której pogrzebanych jest tyle nadziei, uparcie powracała do mnie 

ta pokusa, choć wiedziałam, że z tego nie może wyniknąć nic dobrego.

Bardzo ciężko było mi myśleć o sprawie Kripa Vorlunda. Postanowiłam więc, że jeśli 

znajdziemy zgubę, natychmiast dokonam zamiany, by zwalczyć dręczącą mnie pokusę. Nie 

ufałam też sobie, że potrafię rozsądnie myśleć o tym, który tam mieszkał i czyje dni były 

zapewne już policzone.

Zjechaliśmy z gór przez chłodną mgłę i chmury. Na pytania obcego odpowiadałam 

wymijająco, wciąż walcząc sama z sobą. Zbliżał się już wieczór, gdy wtoczyliśmy się na 

przeznaczony   dla   gości   wewnętrzny   dziedziniec   wielkiej   świątyni.   Powitał   nas   dyżurny 

kapłan. Znałam jego twarz, lecz nie pamiętałam imienia — czasami spływa na nas rodzaj 

miłosiernego zapomnienia — a był to ten sam człowiek, który witał mnie tutaj przy innej 

okazji. Poprosiłam o rozmowę z Orkamorem i usłyszałam, że jest zajęty i nie może mnie 

przyjąć.   Przejechaliśmy   na   drugi   dziedziniec,   gdzie   wypuściłam   kasy   oraz   nakarmiłam   i 

napoiłam mały ludek. Krip Vorlund wciąż zarzucał mnie pytaniami, na które nie mogłam mu 

odpowiedzieć.

Zapaliliśmy księżycowe lampy przy wozie i wtedy nadszedł kapłan trzeciego stopnia z 

informacją, że Orkamor mnie oczekuje. Krip Vorlund chciał pójść ze mną. Interesowało go 

background image

tylko   znalezienie   swego   ciała   i   połączenie   się   z   nim.   Wyjaśniłam   mu   jednak,   że   muszę 

przygotować Orkamora, wyjaśnić mu całą sprawę, która jest dość zagmatwana. To do niego 

przemówiło.

Czy to wtedy zrodziło się owo przekonanie, że muszę tylko działać, a pozbędę się 

ciężaru, który dźwigałam tak długo?

Orkamor  nie jest młody,  a także  dźwiga na swych  barkach wielki ciężar,  który z 

biegiem lat staje się coraz większy. Nie ma on ciała Thassów, które z wiekiem stawałoby się 

silniejsze. Toteż za każdym razem gdy go widzę, wydaje ni się bardziej skurczony, zgarbiony, 

wątły.  Płonie w nim jednak tak silny ogień woli oraz potrzeba służenia innym,  że mimo 

kurczenia   się   zewnętrznej   powłoki   jego   duch   stale   się   rozwija.   Już   po   chwili   rozmowy 

zauważa się w nim tylko ducha, a nie ludzkie ciało, które go okrywa.

— Witaj, siostro. — Tego wieczora jego głos był  zmęczony,  słaby i cienki, jakby 

długo i zbyt intensywnie mówił.

Skinęłam   głową   ponad   różdżką.   Niewiele   jest   osób,   które   Thassowie   darzą 

prawdziwym poważaniem, oczywiście prócz Dawnych. Orkamor jednak w pełni zasługuje na 

szacunek.

— Pokój z tobą, Najstarszy Bracie. — Uczyniłam trzy znaki różdżką.

— Pokój z tobą — odpowiedział, i tym razem jego głos zabrzmiał mocniej, głębiej, 

jakby kapłan swoją wolą pokonał zmęczenie. — Nie trzeba ceremonii między nami, siostro. 

Nie mogę dać ci słów pociechy.

— Wiem, przejeżdżałam przez Yim–Sin.

— Czy warto było przyjeżdżać, siostro? Nic nie możesz zrobić, a czasem oglądanie 

wraku rani serce tak mocno, że pozostawia trwałe ślady. Lepiej pamiętać bliskich jak dumnie 

spacerują, niż pozbawionych dumy, a nawet człowieczeństwa.

Palce zacisnęły się na mojej różdżce. Wiedziałam, że on to widzi, ale przy Orkamorze 

nie musiałam udawać. W swoim czasie widział on gorsze oznaki słabości.

— Przybyłam tu w innej sprawie — umyślnie nie podtrzymywałam tego tematu. — 

Otóż…

Szybko i prosto przedstawiłam Orkamorowi sprawę obcego. Kapłani Umphry nie są 

Thassom   tak   obcy   jak   inni   mieszkańcy   nizin.   Gdy   skończyłam,   spoglądał   na   mnie   bez 

wielkiego zdziwienia.

— Thassowie różnią się od ludzi — powiedział.

— Powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem! — odpowiedziałam w ostrych słowach. 

Gdy zaczęłam przepraszać, machnął dłonią, że nie trzeba.

background image

— Tak,   na   pewno   pomyślałaś   o   cenie,   nim   to   uczyniłaś,   siostro.   Nikt   z   twoim 

powołaniem nie działa lekkomyślnie. Czy ten obcy aż tyle dla ciebie znaczy?

— To był dług.

— O   którego   zwrot,   gdyby   on   znał   wszystkie   konsekwencje,   nie   upomniałby   się. 

Muszę ci powiedzieć… nie było tu ludzi Oskolda.

Nie byłam bardzo poruszona.

— Jeśli wrócili po zezwolenie Oskolda… my jechaliśmy bezpośrednią drogą, a ona 

jest krótsza.

— Co będzie, jeśli go nie przywiozą, siostro? Spojrzałam na różdżkę, którą obracałam 

w palcach.

— Nie mogę…

— Masz nadzieję, że nie — poprawił mnie, a jego głos zabrzmiał ostro. — Z tego, co 

mi powiedziałaś, wynika, że Osokun złamał prawo jarmarku, porywając człowieka. Wciągnął 

też  swego ojca, gdy umieścił  więźnia  w forcie  granicznym.  Człowiek Oskolda przyszedł 

dobić obcego w twoim obozie. Możliwe, że oni zechcą go zabić, ukryć ciało i obciążyć tą 

zbrodnią swoich wrogów. Czy nie pomyślałabyś o tym, gdybyś była Oskoldem?

— Gdybym   była   Oskoldem,   z   umysłem   człowieka   z   nizin,   może   bym…   Ale   nie 

kogoś, kto…

— Kto jest w objęciach Umphry? — Orkamor nie musiał czytać w moich myślach, by 

za nimi nadążać. — Jeśli złamie się jedno prawo, łatwiej jest łamać inne.

— Na jarmarku złamali prawo ludzkie, ale czy odważyliby się złamać prawo Umphry?

— Myślisz jak Thassa. — Był teraz łagodniejszy jak ktoś, kto musi pertraktować z 

zupełnie   obcym   przybyszem.  —  Wy macie  zaledwie  kilka  Niezmiennych   Słów,  a  wasze 

śmiertelne   pojęcia   są   tak   pewne,   że   rzadko   bywają   zagrożone.   Jednak,   siostro,   nawet   ty 

potrafisz zachowywać się dziwnie pod Księżycem Trzech Pierścieni.

— Złamałam prawo, owszem, i odpowiem za to. Może motywy tego czynu przemówią 

na moją korzyść. Znasz zasady osądzania mego ludu.

— Złamałaś prawo świadomie, choć nie z obawy o siebie samą. Strach jest potężnym 

batem,   którego   siły   ciemności   używają   do   dręczenia   wszystkich   ludzi.   Jeśli   strach   jest 

dostatecznie   silny,   żadne   prawo   ludzkie   czy   boskie   nie   potrafi   się   mu   przeciwstawić. 

Słyszałem o Oskoldzie. To silny człowiek, lecz bezwzględny. Ma tylko jednego potomka, 

Osokuna, i na tym polega nieszczęście tego młodzieńca. Bo ojciec zbyt mu pobłaża. Czy 

sądzisz, że Oskold potulnie pogodzi się z wyjęciem jego syna spod prawa?

— Ale jak mógłby ukryć…

background image

— To, co ludzie mogą twierdzić i co są w stanie udowodnić, to dwie różne rzeczy. A 

jedynym prawdziwym dowodem winy Osokuna jest ciało obcego.

— Nie! — Powinnam to była przewidzieć, oczywiście. Jak mogłam być tak ślepa?

— Siostro, czego ty naprawdę chciałaś?  — Orkamor  znowu sięgnął w głąb mego 

umysłu i dojrzał to, czego nie chciałam ujawnić.

— Przysięgam, na oddech Molastera, przysięgam… ja nie… — urwałam, słyszałam, 

jak mamroczę bez sensu i musiałam się opanować.

Orkamor  patrzył  na mnie  spokojnie, sprawiając, że prawda, czy też to, co w tym 

momencie było prawdą, stała się dla nas obojga oczywista.

— I sądziłaś, siostro, że to możliwe? Mówię ci, nie ciało czyni człowieka, lecz to, co 

żyje  wewnątrz.  Nie można  wypełnić  pustej ramy i spodziewać  się, że przeszłość ożyje  i 

wszystko   będzie   jak   dawniej.   Thassowie   mogą   wiele,   ale   nie   potrafią   w   ten   sposób 

przywracać życia zmarłym.

— Nie, nie myślałam o tym! — zaprzeczyłam tej głęboko skrytej myśli, która teraz 

ujawniła się w moim umyśle. — Uratowałam życie obcego… zarżnęliby go bez litości…

— A co on by wybrał, gdyby wszystko wiedział?

— Życie. W ostatniej chwili większość istot kurczowo trzyma się życia.

— Więc teraz zaproponujesz mu nowe życie, w nowych warunkach?

Mogłabym,   a   byłoby   to   takie   proste.   Krip   Vorlund   doznał   szoku,   gdy   zdał   sobie 

sprawę, że jest Jorthem. Gdyby mu zaproponować ludzkie ciało, czy wahałby się, jeśli byłoby 

pewne, że jego własne ciało jest nie do odzyskania? Nie do odzyskania… Odtrąciłam tę myśl.

— Niczego mu nie zaproponuję, póki się nie upewnię, że wszystko potoczyło się tak 

opacznie — obiecałam.

— Ale teraz mu to powiesz?

— Tylko tyle, że jego ciało jeszcze nie dotarło do Doliny. Bo to może być prawdą, 

czyż nie?

— Zawsze możemy zdać się na łaskę Umphry. Wyślę posłańca na zachodnią drogę. 

Jeżeli jadą, będziemy przygotowani. Jeśli nie, może przyniesie jakieś wieści…

— Dziękuję, Najstarszy Bracie. Czy wolno mi…

— Naprawdę   chcesz   tego,   siostro?   —   Dobroć   i   wielkie   współczucie   jeszcze   raz 

ogrzały jego głos.

W   tej   chwili   nie   potrafiłam   się   zdecydować.   Może   Orkamor   miał   rację,   że   nie 

powinnam wchodzić do wewnętrznej kaplicy i ranić swego serca drogim mi widokiem. Bałam 

się   drogi,   w   której   miałam   przejść   tylko   kilka   stopni,   ale   była   to   dla   mnie   odległość 

background image

porównywalna   z   międzygwiezdnymi   :rasami   pokonywanymi   przez   Kripa   Vorlunda.   Krip 

Vorlund… gdybym zobaczyła, czy potrafiłabym oprzeć się pokusie?

— Nie teraz — wyszeptałam.

Orkamor uniósł dłoń w geście błogosławieństwa.

— Masz rację, siostro. Niech Umphra obdarzy cię siłą. Zajmę się posłańcem, a tobie 

niech sprzyja sen bez snów.

Sen bez snów! Miłe życzenie, ale nie dla mnie na tę noc, myślałam, wracając do wozu. 

Obcy   będzie   domagał   się   wiadomości.   Mogłam   mu   powiedzieć   tylko   część   prawdy. 

Prawda…   może   reszta   nie   jest   prawdą,   lecz   przypuszczeniem,   noże   posłaniec   Orkamora 

spotka oddział, którego szukamy,  wszystko dobrze się skończy… dla Kripa Vorlunda. W 

każdym świecie jest wiele rzeczy dobrych, a czasem rzeczy dobre dla jednych mogą być złe 

dla innych. Musiałam wyzbyć się takich myśli.

Obcy był zdruzgotany, gdy powiedziałam, że oddział Oskolda jeszcze nie przybył, i 

niewiele go pocieszyła wiadomość o posłańcu. Nie miałam odwagi stosować komunikacji 

myślowej, by w jakiś sposób nie ujawnić świeżo zdobytej wiedzy o sobie samej. Wymówiłam 

się więc zmęczeniem i położyłam się. Przez pół nocy słyszałam, jak Vorlund obracał się w 

swojej klatce.

Rankiem rozległy się wezwania kapłanów z wieży świątyni. Słuchałam melodii, które 

choć nie posiadają mocy śpiewu Thassów, skupiają w sobie moc innego rodzaju. Bowiem w 

tym   miejscu,   gdzie  cierpienie  i  rozpacz   osnuwają wszystko   smugą  cienia,  sługa  Umphry 

potrafił śpiewać o nadziei, pokoju i współczuciu. Tak niewiele trzeba było, by rozjaśnić mój 

dzień.

Wypuściłam  mój  ludek  i pozostawiłam  ich na  dziedzińcu.  Dwaj  kapłani  trzeciego 

stopnia, jeszcze prawie dzieci, z ochotą przynieśli nam wodę i pożywienie. Krip Vorlund 

usiadł przy mnie i widziałam, że obserwuje każdy mój ruch, jakby chciał mnie na czymś 

przyłapać.

Czemu   tak   pomyślałam?   Może   dlatego,   że   w   takich   niespodziewanych   myślach 

czasem kryje się prawda.

— Kripie Vorlundzie — sądziłam, że gdybym go teraz nazwała Jorth, wydałoby mu 

się to podejrzane. Musiał myśleć o sobie jako o człowieku chwilowo zamieszkującym ciało 

barska — może dzisiaj…

Dzisiaj — podchwycił Vorlund z zapałem. — Czy byłaś tu już wcześniej?

— Dwa razy — powiedziałam mu prawdę. — Mieszka tu ktoś mi bliski.

Thassa! — Wydawał się zaskoczony i pomyślałam, że spogląda na mój lud z podobną 

background image

trwogą, jaką czują wobec Thassów ludzie z nizin.

— Thassowie   —   odparłam   ostro   —   mają   podobne   problemy   jak   wszyscy   ludzie. 

Krwawimy, gdy ktoś mieczem czy nożem skaleczy nasze ciało, umieramy,  cierpimy. Czy 

myślisz, że jesteśmy wolni od tego, co gnębi innych?

Chyba trochę tak myślałem — przyznał w myślach — choć powinienem wiedzieć, że 

jest inaczej. Pod wieloma względami różnicie się od innych mieszkańców Yiktor.

— Istnieją może niebezpieczeństwa zagrażające tylko nam, tak jak i twój lud posiada 

swoje własne obawy. Z jakimi niebezpieczeństwami borykają się gwiezdni wędrowcy?

Jest ich tyle, że nie zdążyłbym wszystkich teraz wymienić — zwrócił się do mnie 

telepatycznie. — Lecz twój bliski… ten, który tu jest… czy nic nie da się zrobić…

— Nie! — ucięłam. Nie chciałam wyjaśniać Vorlundowi niczego więcej.

Wszyscy, którzy mają zostać Śpiewakami, muszą przejść testy pozwalające ujawnić 

odpowiednie talenty. Maquad został porażony chorobą podczas próby nie z własnej winy, 

lecz wskutek ślepego zrządzenia losu. Jego ciało i nieszczęśliwą duszę oddaliśmy pod opiekę 

Umphry, choć nie baliśmy się wcale szaleńców, ale wiedzieliśmy, że tutaj właśnie będzie 

otoczony należytą troską. Thassowie przecież nie mają już stałych siedzib.

Kiedyś mieliśmy swoje miasta, domy. Potem wybraliśmy inny rodzaj życia i już nikt z 

nas   nie   musi   powoływać   się   na   miejsce   pochodzenia.   Istnieją   stare   siedziby   w   ukrytych 

miejscach, gdzie zbieramy się na narady lub w jednym z Dni Pamięci. Podróżujemy jak kto 

może, mieszkając w wozach. Przeto zajmowanie się kimś takim jak Maquad byłoby dla nas 

czymś prawie niemożliwym. Nie był on pierwszym oddanym pod piekę Umphry, choć na 

szczęście było ich bardzo niewielu.

Kiedy się dowiemy… — Vorlund zwrócił się do mnie pytającym spojrzeniem.

Oderwałam się od swych myśli.

— Jak tylko posłaniec wróci. A teraz chodź, chcę, byś poznał Orkamora.

Jednak człowiek w ciele barska nie podniósł się, gdy wstałam, i ku memu zdziwieniu 

spostrzegłam,   że   wstydzi   się.   To   uczucie   jest   Thassom   zupełnie   obce.   —   Czego   się 

wstydzisz?

Jestem człowiekiem, nie barskiem. Ty widziałaś mnie jako człowieka, a ten kapłan nie 

— przekazał Vorlund szczekając.

Nadal nie mogłam zrozumieć.

— Dla niektórych na Yiktor miałoby to znaczenie, dla Orkamora nie. — Czy sądzisz, 

że jesteś jedyną osobą na świecie, która się ukrywa, chodzi na czterech łapach, węszy drugim 

nosem?   Słuchaj, Kripie  Vorlundzie,   nim  zostałam   Śpiewaczką  i  opiekunką  mego  małego 

background image

ludku, też przez jakiś czas biegałam po górach w innym ciele. To część naszego szkolenia. 

Orkamor wie o tym, a także inni, których czasami odwiedzamy. Czasem wymieniamy się 

doświadczeniami.   Teraz…   powiedziałam   ci   coś,   co   mógłbyś   wykorzystać   przeciwko 

Thassom.

I   ty…   byłaś   zwierzęciem!   —   zapytał   mnie   swym   wzrokiem.   Był   to   dla   niego 

prawdziwy szok, a potem, ponieważ był to człowiek o szerszych horyzontach niż przywiązani 

do jednej planety,  pomyślał, że jest to rzeczywiście dobry sposób, by się wiele nauczyć! 

Wyczułam,   że   pozbył   się   jakiejś   części   swego   niepokoju   i   pomyślałam,   że   powinnam 

powiedzieć mu o tym wcześniej. Równocześnie zdałam sobie sprawę, że powiedziałam mu o 

tym teraz, aby dać mu jakąś nadzieję, gdyby obawy Orkamora okazały się słuszne. Jednak nie 

chciałam na razie pokazywać mu Maquada ani też opowiadać jego historii.

Weszliśmy   przez   świątynię   do   małego   ogrodu,   w   którym   odpoczywał   Orkamor. 

Siedział na krześle z drewna hrata tak głęboko wetkniętym  w ziemię, że drewno zaczęło 

wypuszczać drobne gałązki i odrośle, które tworzyły osłonę przed wiatrem.

W   ogrodzie   panował   prawdziwy   spokój.   Nie   tylko   Orkamor   szukał   tu   ukojenia, 

przyprowadzał tutaj także tych, dla których świat walił się w chwili, gdy ktoś ukochany na 

zawsze przybywał pod opiekę Umphry. Są miejsca, w których moc objawia się w sposób 

budzący przerażenie. Niewiele jest natomiast takich miejsc, gdzie owa moc uspokaja chorych. 

Tak właśnie było w ogrodzie Orkamora.

Orkamor odwrócił głowę i spojrzał na nas. Na powitanie uśmiechnął się. Podeszliśmy 

bliżej.

— Oto   nowy   dzień,   który   możemy   przeżyć   zgodnie   z   własną   wolą,   aby   napis 

nagrobny   brzmiał   jeszcze   lepiej   —   zacytował   fragment   z   modlitwy   do   Umphry.   Potem 

zwrócił się do Kripa Vorlunda: — Bracie. Yiktor ostatnio pozwala :i wiele przeżyć.

Orkamor   posiadał   umiejętność   komunikacji   myślowej,   więc   od   razu   wyczuł,   że 

Vorlund się z nim zgadza.

— Każdy  z   nas   w   ciągu   swego   życia   może   się   wiele   nauczyć,   a   wiedza   nie   zna 

ograniczeń.  Tylko  rezygnacja  z wiedzy może  być  naszym  wyborem,  a ten, kto się na to 

decyduje, rezygnuje z wielkiego bogactwa. Nigdy jeszcze nie rozmawiałem z przybyszem 

spoza naszego świata…

Jesteśmy  jak inni  ludzie   — odpowiedział  Krip  Vorlund  telepatycznie   — jesteśmy 

mądrzy   i   głupi,   dobrzy   i   źli,   przestrzegamy   swoich   zasad   lub   nie.   Krwawimy   od   ran, 

śmiejemy się z dowcipów, płaczemy głęboko zranieni, czyż nie dotyczy to wszystkich ludzi, 

na tym czy innym świecie?

background image

— Prawda. A jeszcze bardziej dotyczy to tych. którzy tak wy widzą kilka światów i 

mogą   dokonywać   porównań.   Może   zabawisz   starego,   przywiązanego   do   jednego   świata 

człowieka i opowiesz coś o tym, co leży poza naszym niebem…

Orkamor nie patrzył na mnie, ale zrozumiałam, że mnie odprawia. Nie wiedziałam, 

czemu chce zagarnąć obcego dla siebie. i to mnie zaniepokoiło. Nie zaprzątałam sobie jednak 

tym  głowy,  bo Orkamor  nie mógł  przecież  nikomu  zaszkodzić.  Może zgodnie z tym,  co 

mówił, pchała go do tego ciekawość. Z powodu swego powołania był tak odizolowany od 

realnego świata, że czasem można było zapomnieć, iż jest też człowiekiem i posiada ludzkie 

zainteresowania.

Nie mogłam się już doczekać, by w końcu odszukać Maquada. O tym nie ma potrzeby 

tutaj   opowiadać.   Rozdrapywanie   starych   ran   nie   ma   sensu.   Po   raz   kolejny   podziwiałam 

wszystko, co uczyniono w tym miejscu dla pozbawionych nadziei.

W   południe   wróciłam   na   dziedziniec,   na   którym   stał   nasz   wóz.   Moje   maleństwa 

odpoczywały w cieniu drzew, lecz po chwili wstały i podeszły do mnie. Kripa Vorlunda z 

nimi nie było. Zdziwiło mnie to, bo nie wierzyłam, by Orkamor mógł mu poświęcić cały 

ranek.

Zwróciłam   się   do   jednego   z   kapłanów,   który   przyniósł   nam   jedzenie   i   wodę.   On 

jednak nie wiedział nic o barsku, a Orkamora widział w kaplicy medytacyjnej, gdzie nie 

wolno nikomu przeszkadzać.

Wtedy zaniepokoiłam się. Wiedziałam, że kapłani Umphry nie podniosą ręki na żadne 

żywe stworzenie, ale w okolicy byli też inni i ktoś mógł bezmyślnie zareagować na nagłe 

pojawienie się barska. Wracałam do wozu, gdy podszedł do mnie kapłan.

— Freesha,   nadeszły   wieści   z   zachodniej   drogi.   Ci,   których   szukasz,   nigdy   nie 

przejeżdżali przez miasteczko.

— Barsk… — zaczęłam, choć niby skąd kapłan, który nie miał kontaktu z gośćmi, 

miałby coś wiedzieć.

— Był tutaj, gdy szukałem cię niedawno.

— Kiedy to było, bracie?

— Dwa uderzenia dzwonu przed południem. Gong odezwał się, gdy poszedłem szukać 

cię gdzie indziej.

Tak dawno! Podeszłam do Simmli, porozmawiałam z nią telepatycznie. Zaszczekała 

nerwowo, w podnieceniu, i podbiegła do bramy.

— Wygląda na to, bracie, że mój barsk gdzieś zniknął. Muszę go znaleźć.

Przed   wjazdem   do   Doliny   ostrzegałam   Kripa   Vorlunda   przed   czyhającymi   tutaj 

background image

niebezpieczeństwami. Nie mogłam pojąć, czemu opuścił teren świątyni. Chyba nic, co zaszło 

między nim a Orkamorem, nie mogło skłonić go do tak szaleńczego czynu. Simmla mogła go 

z łatwością wytropić, o ile barsk nie oddalił się za bardzo lub nie wpadł w jakąś pułapkę.

Gdy byłyśmy już przy zewnętrznej bramie, usłyszałam za sobą hałas. Niespokojnie 

odwróciłam się. Zauważyłam młodego kapłana zajmującego się gośćmi.

— Freesha, podobno szukasz barska.

— Tak.

— Nie mógł odejść daleko, bo gdy posłaniec wrócił, barsk pił wodę. On jest dziwny… 

— zawahał się.

— Tak? — Chciałam czym prędzej odejść.

— To   znaczy…   to   było…   jakby   on   słyszał,   o   czym   rozmawialiśmy.   Gdy   go 

zauważyłem, zaszczekał, i zaraz potem już go nie było.

Czy obcy mógł ich rozumieć? Kapłani świątyni porozumiewali się ze sobą własnym 

językiem telepatycznie, choć czasem wtrącali między myśli jedno czy dwa słowa.

— O czym mówiliście, gdy barsk zdawał się was słuchać?

— Starszy Brat… spytał, gdzie jesteś. Odpowiedziałem, że jesteś w budynku wraz z 

jednym z chronionych. Trochę… porozmawialiśmy o nim. I wtedy Starszy Brat powiedział, 

że   oczekujesz   tych,   którzy   przywiozą   jakiegoś   opętanego,   ale   oni   nie   nadchodzą.   Wtedy 

chyba barsk oddalił się, bo gdy spojrzałem ponownie, już go nie było.

Czy…   czyżby   Krip   Vorlund   był   na   tyle   nierozsądny,   by   ruszyć   na   poszukiwanie 

swego ciała? Tylko dlaczego uciekł tak nagle, nie przyszedł do mnie? Skinęłam na Simmlę.

— Znajdź go — wydałam rozkaz, po którym zwierzę biegiem ruszyło przed siebie, a 

ja poszłam za nim. Byłam zdezorientowana i wzburzona, zastanawiałam się, co wydarzyło się 

w   tym   krótkim   czasie,   gdy   zajęta   byłam   własnym   cierpieniem   i   zapomniałam   o   celu 

przybycia do świątyni Umphry.

background image

K

RIP

 V

ORLUND

XI

Leżałem na ziemi i wdychałem jej zapach — zapach wszystkiego, co wyrasta z jej 

głębin, co porusza się po jej powierzchni — zapach, który był silny, kuszący, wystawiał mnie 

na próbę. Jak daleko byłem od Doliny, jak długą drogę przebyłem? Leżałem i lizałem obolałe 

łapy. Byłem w tym momencie bardziej Jorthem niż Kripem Vorlundem.

Człowiek? Czy istniał jeszcze człowiek, który był kiedyś Kripem Vorlundem? Kapłani 

Umphry donieśli, że żaden oddział nie przewoził ludzkiego ciała z terenów Oskolda. Po co 

więc   zostałem   sprowadzony   do   Doliny?   Jakie   zadanie   miałem   wypełnić   dla   Maelen? 

Usłyszawszy   słowa   kapłanów,   zrozumiałem   moją   rozmowę   z   Orkamorem   w   ogrodzie 

spokoju.

Rozmawialiśmy o innych światach, ale on uparcie powracał do tematu ludzi, którzy 

odwiedzają takie światy, oraz do tego, co skłoniło ich, by zostać gwiezdnymi wędrowcami. 

Wydawało   mi   się,   że   chciał   się   dowiedzieć,   jaki   to   człowiek   przyjął   postać   barska,   by 

uratować życie.  Jakbym  zrobił krok, od którego nie ma  odwrotu i jakbym  musiał  już na 

zawsze się z tym pogodzić.

Maelen   mówiła   o   zamianie   i   brzmiało   to   logicznie.   Zdawałem   sobie   sprawę   z 

niebezpieczeństw, znałem je bardzo dobrze. Kapłani, których podsłuchałem, mówili nie tylko 

o moim zaginionym ciele, ale też o Maelen i o tym, co nie po raz pierwszy sprowadza ją do 

Doliny. Był ktoś inny, kto biegał w skórze zwierzęcia, może na jej rozkaz. I nie było dla niego 

powrotu. Jego ludzka powłoka mieszka teraz w Dolinie, ale o zwierzęciu nic nie mówili. 

Może   ten   nieszczęśnik   należy   do   jej   małego   ludku?   Może   wszystkie   zwierzęta,   albo 

większość, były niegdyś mężczyznami i kobietami? Czy tak Thassowie zdobywają aktorów? 

Może nazwa, którą ich określają — „mały ludek” — jest nadspodziewanie trafna?

Maelen długo marzyła o wciągnięciu barska do swojej trupy, sama to przyznała. A ja 

wszedłem w jej pułapkę z naiwnością ufnego dziecka. Może narzuciła mi swoją wolę? W tym 

momencie liczyła się dla mnie jedynie przyszłość. Moje ciało, moje biedne ludzkie ciało — 

gdzież ono teraz jest? Jeżeli ono jeszcze żyje… By je znaleźć, muszę przeszukać ziemie 

Oskolda. Nie miałem pojęcia, co zrobię, gdy je znajdę. Na razie całkowicie zawładnęła mną 

paląca   potrzeba  znalezienia  swojej  skóry.  Nie  wiedziałem,  czy jeszcze  jestem  całkowicie 

normalny…

background image

Odezwały   się   we   mnie   głód   i   pragnienie.   Wyczułem   człowieka   i   zapachy 

gospodarstwa. Węsząc, wstałem na obolałe łapy i prześliznąłem się przez zarośla. Jaka część 

mnie była wówczas zwierzęciem? Nie znam odpowiedzi. Wiedza ludzka była niewygodną 

obrożą, ograniczającą moje myśliwskie umiejętności. O zmierzchu, gdy skradałem się wzdłuż 

muru   z   luźno   ułożonych   kamieni,   prowadziły   mnie   informacje   wychwytywane   i 

klasyfikowane przez nozdrza.

Mięso… ślina pojawiła się na wargach, żołądek dał znać pustce… zapach mięsa.

Przycupnąłem  między dwoma krzakami  i obserwowałem zagrodę. Widziałem kasa 

tupiącego ciężkimi kopytami. Były tam też cztery udomowione forsy, z których runa robiono 

materiał na ubrania. Forsy były niespokojne, kręciły długimi szyjami, pochylały dziwacznie 

głowy, by zajrzeć za mur, za którym siedziałem. Nagle jeden z nich wrzasnął. Musiał chyba 

wyczuć moją obecność.

Blisko mojej kryjówki przechodził właśnie jakiś ptak. Było to długonogie stworzenie z 

ostro zakończonym dziobem, którym co chwila dźgało w ziemię. Naprężyłem się. Ptak w 

ogóle nie wyczuwał niebezpieczeństwa. Wypadłem zza krzaków i złapałem go. Szamotał się 

z nieprawdopodobną energią i nagle poczułem ostry ból ponad lewym okiem. Tylko szybki 

unik uchronił mnie przed kolejnym atakiem. Uciekłem, ociekając krwią, świadom, że tylko 

uśmiech losu uratował mój wzrok.

Zwierzęta zaczęły jazgotać, a ja pobiegłem wzdłuż muru, szukając jakiejś kryjówki. 

Pokonałem dość dużą odległość, nim zbolałe łapy i zmęczone płuca kazały mi się zatrzymać.

Barski   podobno   świetnie   polują.   Lecz   ja   nie   byłem   barskiem,   byłem   Kripem 

Vorlundem.

W swym nowym ciele miałem nad ciałem ludzkim jedną przewagę — noc nie męczyła 

mnie.  Noc mogła  być  moim  dniem.  Przed nastaniem ranka zaspokoiłem głód nie bardzo 

wyszukanym  daniem,  tzn. jakimś  gadem,  którego  wyciągnąłem  zza kamieni  w strumyku. 

Potem znalazłem wgłębienie pomiędzy zwalonym drzewem a skałą, i zasnąłem. Raz na jakiś 

czas budziłem się i lizałem łapy z nadzieją, że nie są zbyt pokaleczone i poniosą mnie dalej.

Postanowiłem, że będę wędrował nocą, która jest naturalną porą żerowania barsków. 

Przedrzemałem więc cały dzień i wstałem dopiero, gdy księżyc był już wysoko.

Trzy Pierścienie wokół tarczy księżyca były tej nocy bardzo jaskrawe. Moja głowa 

barska wygięła się ku górze i nim zdążyłem opanować ten odruch, wyłem — mój głęboki 

lament  niósł się echem i brzmiał  dziwnie obco. Było  coś  wspaniałego  w widoku Trzech 

Pierścieni. Zrozumiałem, dlaczego mieszkańcy Yiktor przypisywali temu rzadkiemu zjawisku 

niezwykłą moc.

background image

Księżyc Trzech Pierścieni oznaczał moc, lecz ja pragnąłem tylko jednego — odzyskać 

swoje ciało. Wróciłem do strumienia i znów zapolowałem, ale z nieco lepszym skutkiem, bo 

tym razem schwytałem ciepłokrwiste zwierzę, które zaskoczyłem u wodopoju. Ucztowałem 

jako Jorth, na czas posiłku odrzuciwszy ludzkie wspomnienia. Potem zaspokoiłem jragnienie i 

ruszyłem w dalszą drogę.

Natrafiłem na ścieżkę przecinającą las ze wschodu na zachód. Po obu stronach tego 

szlaku zarośla  i krzewy były  wycięte,  co stwarzało  otwartą  przestrzeń.  Posuwając  się na 

zachód, trzymałem się tej trasy.

Ziemie Oskolda nie wyglądały na gęsto zaludnione, przynajmniej nie w tej części. 

Przed świtem minąłem, okrążając szerokim łukiem, fort podobny do tego, w którym byłem 

więziony.   Wokół   twierdzy   zauważyłem   osadę,   choć   domy,   i   raczej   chaty   były   bardzo 

niestarannie sklecone, jakby przeinaczone na tymczasowe schronienie.

Pomyślałem, że to obozowisko lub baraki dla osób, których nie może pomieścić fort. 

Wartownicy spacerowali ze zwierzętami po wschodniej stronie, dojrzałem też kilka rzędów 

:asów. Wszystko wskazywało, że siły Oskolda są w pogotowiu. Przeszedłem zbyt blisko kasa, 

który zarżał, a potem zawył, płosząc tym samym inne kasy. Mężczyźni zaczęli pokrzykiwać i 

między chatami pojawiły się błyski lamp. Oddaliłem się więc w pośpiechu z tego miejsca.

Zewnętrzne obrzeża dominium nie były zaludnione. Natomiast całkiem inaczej było 

na terenach, w głąb których prowadziła mnie droga. Opuściwszy obóz, przed świtem minąłem 

wioskę. Żniwa ogołociły pola rozciągające  się wokół. Gdy przemykałem  obok jednego z 

gospodarstw,   zaskoczyło   mnie   gwałtowne   szczekanie.   Inne   zwierzęta   przyłączyły   się   do 

alarmu  i po chwili cała wieś rozbrzmiewała ich wrzaskami. Ponownie ujrzałem zapalone 

światła i usłyszałem kilka strzałów.

Zachowanie ludzi z Yim–Sin i słowa Maelen upewniły mię, że barsk to rzadkie i 

znienawidzone zwierzę. Co by było, gdybym  został zauważony lub jakiś rolnik spuściłby 

psy?  Postanowiłem więc nie zapuszczać się na gęsto zaludnione tereny.  Łaziłem tam i z 

powrotem   po   gęstwinie,   którą   wybrałem   na   dzienną   drzemkę.   Słyszałem,   jak   mruczę   do 

własnych  myśli.  Przecież  gdzieś… gdzieś  na ziemi  Oskolda  istniało  rozwiązanie  zagadki 

losów mojego ludzkiego ciała, a ja musiałem je odnaleźć.

Po   przebytych   doświadczeniach   nie   odważyłem   się   na   polowanie   w   ludzkich 

zagrodach. Dzikiej zwierzyny było w okolicy niewiele, więc głód zaprowadził mnie w końcu 

na otoczone murem pole. Tej nocy Trzy Pierścienie były lekko zakryte chmurami. To dodało 

mi odwagi do jeszcze jednej próby zapolowania na zwierzęta hodowlane.

Na polu hodowano fodo. Próbowałem już smaku ich suszonego mięsa, którym karmiła 

background image

mnie   Maelen.   Fodo   były   dość   małe,   mniej   więcej   wielkości   Tantaki.   Może   w   dalekiej 

przeszłości fodo posiadały z Tantaką wspólnych przodków, ale lata hodowli i specjalnego 

żywienia sprawiły, że fodo mają cięższe ciała, krótsze nogi i bez wątpienia również stępione 

zmysły.   Fodo   spały   w   zwartej   grupie,   więc   atak   na   całe   stado   mógł   zakończyć   się 

niepowodzeniem.

Skradałem się wzdłuż muru, uważnie węsząc, czy nie ma w pobliżu jakichś psów. 

Wiatr wiał w moją stronę, przynosząc jedynie kuszący zapach śpiących zwierząt. Gdybym 

miał jakiegoś partnera, pomyślałem, sprawa byłaby prosta. Jedno z nas, atakując z wiatrem, 

mogłoby   zagnać   fodo   prosto   w   rozwarte   szczęki   drugiego.   W   końcu   postanowiłem,   że 

szybkość i zaskoczenie będą najlepszą moją bronią, i ruszyłem z wiatrem. Miałem niewiele 

czasu. Śpiąca gromada rozbiegła się, zwierzęta zaczęły pochrząkiwać. Pochwyciłem jedno z 

nich i wlokłem ze sobą, nie zważając na jego szamotaninę. Przedostanie się przez mur z takim 

ładunkiem nie było łatwe, ale głód sprawił, że w końcu mi się udało.

Gdy już się najadłem, wszedłem do rzeki i ruszyłem przed siebie. Chciałem w ten 

sposób zmylić trop. Brzegi rzeki łączył most, minąwszy go, wyszedłem na brzeg i zacząłem 

zlizywać wodę z futra. Wówczas usłyszałem niosący się echem stukot kopyt. Położyłem się i 

skuliłem w cieniu. Ujrzałem dwóch jeźdźców zbliżających się z przeciwnych stron. Stukot 

ucichł. Widocznie jeźdźcy zatrzymali swoje wierzchowce. Ośmieliłem się wystawić głowę i 

podpełznąć do końca mostu w nadziei, że uda mi się usłyszeć coś istotnego. Nie znałem 

żadnego   z   tutejszych   dialektów,   jedynie   język   Yrjaru,   de   myśli   kapłanów   Umphry 

rozumiałem tak wyraźnie, jak iłowa w języku basie.

Jeźdźcy   zatrzymali   się.   Usłyszałem   ciężki   oddech   kasów,   i   potem   ludzkie   głosy. 

Słowa… nie… — były to tylko bezsensowne dźwięki ludzkiej mowy, której przysłuchiwał się 

barsk. Siłą woli starałem się zastosować metodę psychopolacji, by uchwycić ich myśli.

— …posyła po pomoc… — Słowa wyrażały zdziwienie złość.

— …śmie. po tym… śmie! — wyczułem w tych słowach desperację.

— …musi… jest ścigany…. obcy zażądali pełnego wyjęcia spod prawa.

— To niemożliwe. Nasz lord zwrócił ich człowieka… zaproponował spłatę krwi… to 

wszystko, co może zrobić.

Uczucia dwóch ludzi na moście stawały się silniejsze i ich myśli docierały do mnie 

coraz wyraźniej, podobnie jak dźwięk iłów.

— …schronienie, musi się schronić…

— To   szaleństwo!   —   Drugi   posłaniec   był   niewzruszony.   —   Nasz   lord   został   już 

pozbawiony miejsca w radzie, a ci : Yimik i Yomoke zwracają się przeciwko niemu. Mamy 

background image

całą granicę do utrzymania. Jeśli wpuści tu banitów, kto ruszy mu z pomocą?

— Niechaj on sam zadecyduje…

— Jeśli moc Yu stanie po stronie obcych, to więcej osób noże zostać wyjętych spod 

prawa. Mają prawo odrzucić spłatę krwi i zażądać innej. To, co dostali z powrotem, to nie 

człowiek… chyba nie zaprzeczysz?

Nie było na to słownej odpowiedzi, tylko gniew i strach. Potem okrzyk mężczyzny 

poganiającego wierzchowca. Jeden jeździec ruszył dzikim galopem na zachód. Drugi odjechał 

powoli w stronę granicy.

Położyłem głowę na łapach, słyszałem już tylko szum rzeki. Człowiek może kłamać 

słowami, lecz jego myśli mówią prawdę. Właśnie dowiedziałem się, że moje ciało nie jest już 

na   ziemiach   Oskolda,   lecz   na   statku.   Nie   ulegało   bowiem   najmniejszej   wątpliwości,   że 

posłańcy mówili o mnie.

Teraz moim celem stał się Yrjar. Port… zabrali moje ciało na „Lydis”, gdzie nasz 

medyk zrobi co w jego mocy dla tej pozbawionej ducha skorupy. Załóżmy, że jakimś cudem 

dotrę do portu i statku, a nawet do swego ciała — co mogę zrobić? Chociaż… Wolni Kupcy 

mają duże możliwości. Maelen nie była jedyną Thassą na jarmarku, był jeszcze Malez. Czy 

mógłbym go znaleźć, poprosić o pomoc? Może nawet on mógłby dokonać zamiany. Miałem 

sporo wątpliwości i obaw. Wciąż jednak miałem nadzieję, że nie będę człowiekiem na zawsze 

połkniętym przez bestię.

Trzeba więc było wracać na wschód, przez wzgórza, do dolin Yrjaru, gdzie barsk jest 

czymś tak charakterystycznym jak czerwona peleryna na wietrze.

Napiłem się jeszcze wody, bo gardło miałem wyschnięte, jakbym nic nie pił dzień lub 

dwa. Nogi mi się trzęsły, po kręgosłupie przebiegały ciarki. Nie było już jednak odwrotu. 

Zanurzyłem się w wodzie i popłynąłem z prądem. Rzeka skręcała dalej na południe, gdy 

wychodziłem na wschodni brzeg.

Nie   musiałem   już   trzymać   się   drogi   i   tym   samym   narażać   się   na   niebezpieczne 

spotkania.  Ciemne   wzgórza  przesłaniające   niebo  były   wystarczającym   drogowskazem.   Za 

nimi leżały równiny Yrjaru i port. Otwarte przestrzenie przebywałem pędem, a przez lasy 

maszerowałem.   Odkryłem,   że   choć   barski   uważane   są   za   zwierzęta   wysokogórskie,   to 

nieproporcjonalnie mały tułów i niezwykle długie nogi ułatwiają mi bieg po równym terenie. 

Przed wschodem słońca byłem już pośród wzgórz.

O świcie minąłem ten fort, w którym zaczęły się moje kłopoty. Również tutaj widać 

było   dodatkowy   oddział   mężczyzn   zebranych   w   obozie   poza   murami.   Szerokim   łukiem 

ominąłem ich kasy.

background image

Biegnąc, zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem od posłańców. Jeden z nich na 

pewno jechał do głównej twierdzy Oskolda. Mówiono, że Oskold ma słabość do syna, ale 

sądząc z reakcji drugiego posłańca, coś położyło temu kres. Oskold zaoferował spłatę krwi za 

moje ciało. Innymi słowy, usiłował załagodzić spór między synem a Wolnymi Kupcami w 

jedyny  legalny sposób znany na Yiktor. Zaproponował kapitanowi  Fossowi cenę członka 

załogi. Spłatę krwi można proponować za kogoś zabitego bez premedytacji i bez urazy w 

czasie   pokoju.   Rzadko   ją   przyjmowano,   a   niemal   nigdy,   jeśli   ofiara   posiadała   bliskiego 

krewnego w wieku odpowiednim do noszenia broni, bo za bardziej honorowe rozwiązanie 

uważano   walkę   krwi.   Jeżeli   jednak   ofiara   pozostawiła   tylko   kobiety   lub   chłopców   zbyt 

młodych, by walczyć,  przyjmowano taką spłatę, a transakcja odbywała się w Świątyni w 

Yrjarze.

Może załodze „Lydis” złożono ofertę z nadzieją na jej przyjęcie. Zastanawiałem się 

jednak,   czy   Oskold   na   pewno   wrócił   moje   ciało.   Bardziej   logiczne   wydawało   się,   że 

pozbędzie się po cichu dowodu winy syna i zaprzeczy, że cała sprawa w ogóle miała miejsce. 

Czyżby strach przed obłąkanymi tak bardzo ich paraliżował? W każdym razie było oczywiste, 

że kapitan Foss zażądał pełnej kary i Osokun został wyjęty spod prawa. Wtedy wrogowie 

Oskolda zauważyli możliwość pogrążenia z synem także ojca. Ziemie Oskolda Bliskie były 

stanu oblężenia. Zastanawiałem się, czy Oskold wystąpi przeciwko wszelkim prawom oraz 

obyczajom  i   udzieli  pomocy   synowi.  Jeśli   tak,  to  czy  jego  ludzie   pozostaną  mu   wierni? 

Lojalność między lordem a poddanymi  jest silną więzią, która potrafi przetrwać tortury i 

śmierć, o czym dokładnie opowiada wiele ballad. Jednak obowiązuje ona obie strony — lord 

powinien być równie lojalny wobec tych, którzy składali mu przysięgę. Ukrywanie syna w tej 

sytuacji mogło zostać potraktowane jako otwarte złamanie przysięgi i narażanie swoich ludzi 

bez powodu.

Yrjar… usiłowałem przypomnieć sobie to miasto. Nie wiedziałem, ile dni minęło od 

mojego porwania, nie miałem nawet pewności, czy jarmark jeszcze trwa. Co będzie jeśli… 

przyśpieszyłem   kroku…   jeśli   „Lydis”   wyruszyła   już   w   kosmos?   Ta   myśl   była   bardzo 

prawdopodobna, więc musiałem szybko odegnać ją od siebie, żeby nie dopuścić przerażenia, 

jakie wywołała.

Jeżeli „Lydis” jeszcze stoi w porcie, to może i Malez jest na jarmarku. Jeśli nie… 

polizałem   wciąż   nie   uodpornione   na   trudy   podróży   łapy   i   zamruczałem   cicho.   Wtedy 

zrozumiałem, że barsk może zyskać przewagę nad człowiekiem. Czy właśnie tak stało się z 

tym, którym opiekują się kapłani Umphry na prośbę Maelen? Czy biegał w zwierzęcym ciele 

tak długo, aż zwierzę zwyciężyło i uciekło w góry, nie czując żadnych więzi z człowiekiem? 

background image

Potrafiłem   przecież   wyć   do   księżyca   bez   żadnych   zrozumiałych   dla   człowieka   przyczyn, 

chociaż starałem się tłumić ten odruch.

Griss Sharvan… on był ze mną na pokazie… widział przywiezienie barska, słyszał 

moją opowieść o tym. co się stało. Może potrafi wykazać taką otwartość umysłu, że jeśli 

przyjdzie   do   niego   barsk…   zdoła   nawiązać   kontakt.   Wszyscy   posiadamy   zdolność 

psychopolacji, a u niektórych osób jest ona silniejsza niż u innych. Lidj… Lidj jest najlepszy 

na „Lydis”… gdybym tylko mógł podejść dość blisko. Nie, Krip Vorlund jeszcze nie został 

pokonany.

Wykopałem   kilka   małych   stworzeń   i   zjadłem   je,   choć   wystarczyły   mi   tylko   na 

zaspokojenie pierwszego głodu.

Wspinałem się coraz wyżej, mroźne powietrze boleśnie drażniło płuca. Od chodzenia 

po łatach śniegu bolały mnie łapy. Zlizywałem z nich śnieg, dostarczając spragnionemu ciału 

wilgoci, ale myślami powracałem do rzeki, z której tak przyjemnie było pić.

Przed północą dotarłem do przełęczy tworzącej wąską szczelinę na stoku od strony 

równin. Zmęczony ukryłem się i zasnąłem.

Gdy się obudziłem, ciepłe słońce ogrzewało moją grzywę. Rozejrzałem się, mrużąc 

przy tym oczy i węsząc. Poczułem zapach człowieka, nieprzyjemny i silny.

Słychać było cichy zgrzyt, jakby poślizg buta po skale. Zbliżająca się osoba podjęła 

niezwykłe środki ostrożności, by poruszać się bezszelestnie.

Wyciągnąłem się, głowę położyłem na przednich łapach i spojrzałem w dół. Jacyś 

ludzie przechodzili bardzo blisko mnie. Wspinali się na górę. Na kolczugi i opończe mieli 

naciągnięte   peleryny   z   kapturami   w   dziwacznych   barwach.   Czyżby   to   byli   zwiadowcy 

któregoś z wrogów Oskolda?

Nie   miało   to   dla   mnie   znaczenia,   póki   mnie   nie   znaleźli.   Zacząłem   się   więc 

wycofywać. Powoli wsunąłem się w krzaki, tam wstałem i ruszyłem w lewo i na dół. Dwa 

razy zamarłem w bezruchu, gdy obok przechodziło więcej zamaskowanych mężczyzn. Nie 

miałem pojęcia, dokąd zmierzali, nie dostrzegłem nigdzie żadnego fortu ani strażnicy. Widać 

jednak było, że mężczyźni zmierzają w wyraźnie oznaczonym kierunku.

Musiałem   znowu   skręcić   na   południe,   bo   skradający   się   mężczyźni   nadchodzili   z 

obozu   w   dole.   W   końcu   ukryłem   się   i   doczekałem   nocy.   Pod   księżycem   z   trzema 

pierścieniami puściłem się pędem. W ciemności biegłem i maszerowałem na przemian. Na 

chwilę zatrzymałem się w wodzie, tam też nasyciłem głód, bo jakieś pierzaste stworzenie 

podeszło zbyt blisko. Był to najlepszy posiłek od czasu, gdy jadłem fodo. Na zakończenie 

uczty wyssałem kości.

background image

Potem zaszyłem się w gęstwinie. Nie dany mi jednak był długi sen. Uniosłem głowę i 

nasłuchiwałem, bo tym razem najpierw dotarł do mnie dźwięk, nie zapach. Były to polujące 

psy. Jako człowieka ścigali mnie po tych wzgórzach ludzie Osokuna. Teraz jako zwierzę też 

miałem   poznać   smak   pościgu.   Psy   gończe   sieją   trwogę.   Znieruchomiałem   nasłuchując, 

przekonany, że to nie na mnie polują.

Wtedy   z   krzaków   obok   mnie   wypadła   istota   na   cienkich   nogach   i   przemknęła   w 

wielkich podskokach. Rozpoznałem w niej jednego z dzikich mieszkańców równin. Widać 

było, że zwierzę dawno nie było ścigane i bieg nie sprawiał mu trudności. Sfora też była pełna 

energii. Psy zbliżały się, z rzadka poszczekując.

Znowu   skręciłem   na   poradnie,   omijając   jednak   ścieżkę,   którą   pobiegło   ścigane 

zwierzę.   Jeśli   będę   miał   szczęście,   psy   zajęte   swoją   obecną   ofiarą   nie   wyczują   mojego 

zapachu.

Popełniłem błąd, zbliżając się do otwartej przestrzeni. Nie dość, że nie było tam skał 

ani krzaków obiecujących schronienie przed wzrokiem myśliwych, to jeszcze z pól zebrano 

plony. Na tle szarożółtego krajobrazu moje czerwone futro z daleka rzucało się w oczy.

Wyczułem zapach wody i przypomniałem sobie, że ze zbiornika, w którym moczyłem 

łapy, wypływał mały strumień. Załóżmy, że podążę z jego nurtem, czy to zatrze mój ślad? 

Cała moja wiedza o takich sprawach pochodziła z taśm, których jako człowiek słuchałem 

jedynie dla rozrywki. A przecież sceny polowań, przedstawiane z punktu widzenia człowieka, 

w mojej obecnej sytuacji mogły okazać się zupełnie fałszywe.

Ponieważ jednak nic lepszego nie przyszło mi do głowy, zanurzyłem się w strumieniu. 

Nie   uszedłem   daleko,   gdy   z   mojego   niedawnego   legowiska   dobiegł   przeraźliwy   jazgot. 

Zrozumiałem,   że   stało   się   najgorsze.   Psy   zwęszyły   mój   ślad   i   zdecydowały,   że   jestem 

lepszym celem pościgu niż ich poprzednia ofiara.

Wpadłem w panikę i to mnie  zgubiło. Zupełnie przestałem myśleć.  Jak zwierzę z 

równin, które mnie minęło, biegłem przed siebie, pragnąc jedynie pozostawić sforę psów w 

tyle. Moje ciało było osłabione trudami długiej wędrówki , choć starałem się nie zwalniać, 

zrozumiałem,  że   nie  zdołam  się   dostatecznie   oddalić.   Przeskoczyłem  mur,  biegłem   przez 

jakieś pole, i…

Nie było już ziemi pod nogami. Byłem w powietrzu… spadałem… spadałem…

background image

XII

Wokół   mnie   wirowały   ziarnka   piasku.   Uderzyłem   gwałtownie   o   ziemię   i   leżałem 

lekko ogłuszony. Usłyszałem ujadanie psów. Spróbowałem się podźwignąć. Zauważyłem, że 

jestem   uwięziony   za   kamiennym   ogrodzeniem.   Człowiek   mógłby   się   stąd   wydostać,   ale 

zwierzę było zupełnie bezradne.

Odrzuciłem głowę w tył i zawyłem. Krzyk poniósł się echem i sprawił, że psy na 

moment   zamilkły.   Były   już   przy   ogrodzeniu,   podniecone   pościgiem,   jednak   żaden   nie 

wskoczył do mojej siedziby, tylko wrzaskiem wyrażały swoją nienawiść.

Wtedy   ktoś   brutalnie   je   odepchnął   i   zobaczyłem   spoglądających   na   mnie   z   góry 

mężczyzn. Pierwszy krzyknął z przerażenia, a inni wpatrywali się szeroko otwartymi oczami, 

jeden z nich uniósł kuszę. Zastanawiałem się, czy tak uwięziony będę w stanie uchylić się 

przed strzałem. Inny mężczyzna ostrym tonem nakazał strzelcowi opuścić broń.

Przez jakiś czas leżałem, ciężko dysząc, a psy i jeden z mężczyzn pilnowali mnie. Inni 

odeszli. Potem poczułem uderzenie i zauważyłem sznury na sobie. Skoczyłem na rowie nogi i 

właśnie  o  to   im  chodziło.  Sieć  mocno   zacisnęła  się.  Tak  spętanego   wyniesiono  mnie   za 

ogrodzenie.

Psy co chwilę doskakiwały do mnie, gdy leżałem w sieci na chłopskim wozie. W ten 

sposób przetransportowano mnie do gospodarstwa i wrzucono do ciemnej szopy.

Otaczał mnie zapach zwierząt i ostra woń człowieka. Sapałem z wycieńczenia, język i 

usta miałem zaschnięte. Wody… choć kilka kropel… Nikt jednak nie zajrzał do szopy.

Skok przez ogrodzenie  pozostawił bolesne ślady na moim  ciele, ale dużo bardziej 

dokuczliwe   było   pragnienie.   W   końcu   nieśmiało   spróbowałem   penetracji   myśli,   choć 

obawiałem się, by wskutek jakichś przesądów nie skończyło się to moją śmiercią.

Tak,   były   wokół   mnie   jakieś   myśli.   Chociaż   resztkami   sił   usiłowałem   przekazać 

ludziom   potrzebę   napojenia   mnie,   nie   potrafiłem   wystarczająco   długo   utrzymać   z   nimi 

kontaktu, by dało to jakieś rezultaty.

Popadłem   w   apatię,   czułem   się   niezdolny   do   dalszej   walki.   Na   dworze   było   już 

ciemno, gdy ściągnięto ze mnie siatkę i w skrzyni wsunięto na wóz. Mijaliśmy mały zbiornik. 

Zapach   wody   pobudził   mnie,   więc   jęcząc,   uniosłem   głowę.   Wtedy   mocne   uderzenie 

pozbawiło mnie świadomości.

Był dzień, jasne słońce raziło mnie w oczy. Wokół siebie słyszałem wrzaski, których 

nie   mogłem   zrozumieć.   Wóz   zatrzymał   się   i   dwaj   mężczyźni   stanęli   za   nim,   by   mi   się 

background image

przyjrzeć.

Wody… — Chciałem powiedzieć, lecz z mojego gardła wydobył się tylko skrzyp i 

jęk. Jeden z mężczyzn nachylił się i gdy przemówił, usłyszałem dialekt Yrjaru, którym dawno 

temu też się porozumiewałem.

— Barsk… dziesięć miarek.

— Dziesięć miarek? — wybuchnął drugi. — Jak często zdarza się spotkać barska w 

tych stronach? I to żywego…

— Ledwo…   —   skomentował   pierwszy   —   może   dożyje   świtu.   A   jego   skóra… 

potargana… nawet jak go wyleczę, za futro nic nie dostanę.

— Dwadzieścia.

— Dziesięć.

Ich  głosy  stały  się dla  mnie   brzęczeniem,   dochodziły zza  plandeki,  którą  opuścili 

przed moimi oczami. Chciałem zanurzyć się w gościnną ciemność, która obiecywała wygodę 

i brak cierpień.

Jeszcze raz przywrócono mnie do rzeczywistości. Ściągnięto mnie bowiem z wozu i 

przeniesiono w ciemniejsze miejsce, gdzie panował duszący smród zaniedbanych zwierząt. 

Już kiedyś… moja pamięć tliła się jak iskra, która ma zgasnąć na zawsze… już kiedyś czułem 

ten sam odór. Kiedy? Gdzie?

Poczułem   żelazny   uścisk   wokół   gardła.   Próbowałem   słabo   się   opierać.   Jakaś   siła 

wepchnęła   mnie   do   małego   ciemnego   miejsca   i   pozostawiła   w   tym   ciasnym   więzieniu, 

zamknąwszy wieko u góry. Dwa otwory po bokach wpuszczały nieco światła i bardzo mało 

powietrza.   Na   dnie   było   trochę   słomy,   okrutnie   śmierdzącej,   bo   nie   byłem   pierwszym 

przetrzymywanym tu więźniem. Była to nie tylko woń ciał, lecz również uczuć — strachu i 

nienawiści oraz rozpaczy.

Próbowałem   zwinąć   zbolałe   ciało   w   kłębek,   ułożyłem   głowę   na   przedniej   łapie, 

poszukując ulgi w ucieczce od wspomnień i od wszystkiego, co mnie otaczało. W ten sposób 

egzystowałem, trwałem, bo przecież nie można powiedzieć, że żyłem. Chwilami śniłem o 

wodzie i o tym, jak wędrowałem wzdłuż strumieni.

Coś   stuknęło   nad  moją   głową,  wieko  uniosło   się,  wpuszczając   trochę   powietrza   i 

światła.   Chyba   próbowałem   unieść   głowę,   lecz   coś   ciężkiego   zwaliło   mi   się   na   szyję   i 

przycisnęło mnie do dna. Nie mogłem więc zobaczyć, kto mi się przyglądał.

— …prawie martwy. I proponujesz to mojemu panu?

— Barsk. Jak łatwo spotkać żywego barska w okolicy, Freesh?

— Żywego? Ten jest bliski śmierci, jak już mówiłem. A skóra… też nic nie warta. 

background image

Chcesz pięćdziesiąt miarek? Nadajesz się do Doliny…

Ucisk na mojej szyi zelżał, chwilę później wieko opadło.

Bliski  śmierci…  bliski  śmierci…   bliski  śmierci…   — dźwięczało  mi   w  uszach   — 

barsk… bliski śmierci…

Barsk  to  zwierzę.  Ja nie   jestem  zwierzęciem,   jestem  człowiekiem…  człowiekiem! 

Muszą mnie wypuścić! Jestem człowiekiem, nie zwierzęciem. Ta iskra życia, która przed 

chwilą niemal we mnie wygasła, znów zapłonęła. Próbowałem oprzeć słabe ciało o ściany 

skrzyni, wywalczyć sobie wolność. Nic z tego. Muskuły napinały się, lecz brak mi było sił.

Człowiek… człowiek! — Nie mogłem krzyczeć, lecz wydawałem słabe jęki. Moje 

myśli rwały się do świata poza skrzynią. Tutaj umiera człowiek… nie zwierzę, lecz człowiek!

Jakaś przelotna myśl, wyraźna i silna, napotkała moją. Uczepiłem się kurczowo.

Pomocy…   umiera   człowiek.   —   Tę   jedną   myśl   kierowałem   na   zewnątrz   mego 

więzienia.

Gdzie? — nadeszło wyraźne pytanie.

W skrzyni… w ciele barska… człowiek, nie zwierzę. — Całą istotą barska i człowieka 

telepatycznie wołałem o pomoc.

Myśl, myśl dalej! — otrzymałem rozkaz. Muszę mieć przewodnika, więc myśl!

Człowiek, nie zwierzę… — Nie mogłem jednak dłużej być tak skoncentrowany, jak 

przed   chwilą.   Nadludzkim   wysiłkiem   spróbowałem   znowu:   człowiek,   nie   barsk…   w 

skrzyni… w… nie wiem gdzie… ale w mieście.

Yrjar? Czy to miasto to Yrjar? — dotarło do mnie pytanie.

W skrzyni jako barsk… barsk… Nie barsk… człowiek!

Zdawało mi się. że nie mogę oddychać, że ciemność osacza mnie ciasno, miażdży.

Człowiek…   jestem   człowiekiem…   —   Trzymałem   się   tej   myśli,   walcząc   zażarcie. 

Ciemność jednak była tuż–tuż i wreszcie zapadłem w nicość.

Tutaj!

Poprzez ciemność znowu nadeszła odpowiedź, szybka i zdecydowana. Nie słuchałem 

już jednak, nie istniało już nic prócz ciemności i końca walki. Dostrzegłem gdzieś daleko 

światło i głosy, które nic nie znaczyły. Czułem, że ktoś unosi moją głowę. Jak przez mgłę 

widziałem twarz.

— Słuchaj — rozkaz wyraźnie zadźwięczał w moim mózgu — musisz mi pomóc. 

Powiedziałem, że jesteś jednym z mojego małego ludku, że jesteś tresowanym zwierzęciem. 

Możesz to udowodnić?

Udowodnić? Nie mogłem nic udowodnić, nawet tego, że jestem człowiekiem, a nie 

background image

czworonożną bestią, która atakuje w ciemnościach. Poczułem wodę na opuchniętym języku, 

na szczękach, za trzecim razem przełknąłem.

— Jorth, słuchaj!

To kiedyś coś znaczyło, ale nie mogłem sobie przypomnieć. Ktoś tak mnie nazywał 

i…

Kiwnąłem głową, usiłowałem unieść przednie łapy. Kiedyś gdzieś widziałem szerokie 

stopnie i człowieka w czarno–żółtej sutannie, który mi się przyglądał. Musiałem więc się 

kłaniać i robić wszystko, cośmy razem zaplanowali. My? Kto?

— Moje zwierzę…

— Nie ma dowodu, Freesh.

— Zwrócę, coś za niego zapłacił. Czy mam wezwać strażnika?

Znowu czyjeś dłonie uniosły moją głowę. I jeszcze raz woda w ustach… przełknąłem. 

Wraz z tym powróciło życie. Dłonie nie poluzowały uścisku.

— Wytrzymaj, wkrótce odjedziemy.

Głosy nade mną przypływały i odpływały. Potem objęły mnie ramiona i uniosły ku 

oślepiającemu światłu, aż zajęczałem i przymknąłem oczy. Ten, kto mnie niósł, położył mnie 

na miękkim materacu, gdzie rozciągnąłem się, niezdolny do niczego. Powierzchnia pode mną 

zatrzęsła się, poruszyła, słyszałem zgrzyt kół, ich uderzanie o kamienny bruk.

Wóz ruszył, a moje nozdrza poczuły zapach miasta. Nie próbowałem się rozglądać, 

było to ponad moje siły. Turkot, stukot, turkot. Wóz zatrzymał się.

— …tresowane zwierzę…

Zgrzyt  plandeki odsuwanej i ponownie zasuwanej. Wóz ruszył.  Świeże  powietrze, 

lekki wiatr. Kolejny przystanek. Ktoś zeskoczył z miejsca woźnicy, ukląkł obok mnie. Uniósł 

moją głowę i jeszcze raz poczułem jakiś płyn w ustach. Tym razem nie była to tylko woda, a 

był w niej jakiś dodatek. Otworzyłem oczy.

Maelen… — pomyślałem. Nie była to jednak dziewczyna, ale mężczyzna, który jej 

towarzyszył na jarmarku. Pamięć zaczęła powracać, jakbym oglądał wyblakłe zdjęcia.

— Jestem Malez — odpowiedział. — Teraz odpocznij, zaśnij i nie obawiaj się. Mamy 

trochę czasu.

Znaczenie  tych  słów  niezupełnie  do mnie  dotarło.  Zrobiłem,  jak kazał  i zasnąłem 

głębokim i spokojnym snem.

Gdy   się   obudziłem,   ujrzałem   w   pobliżu   ognisko.   Języki   ognia   dawały   mi   zawsze 

poczucie   bezpieczeństwa.   Oprócz   ognia   dostrzegłem   także   inne   światło.   Ujrzawszy   je, 

zamruczałem i sam się zdziwiłem, słysząc ten dźwięk. Bowiem miałem wyraźną świadomość 

background image

bycia Kripem Vorlundem i zaskoczyło mnie, że wciąż noszę skórę Jortha.

Na mój pomruk odpowiedziały jakieś głosy z cienia, gdzie nie docierało światło ognia 

ani lampy. Po chwili pojawił się jakiś mężczyzna. W jednej ręce niósł dzbanek, w drugiej 

czerpak z długim uchem. Widziałem, jak szedł wzdłuż rzędu misek ustawionych na ziemi i do 

każdej nakładał porcję zawartości dzbanka. Podszedł też do mnie.

Malez z Thassów — pomyślałem.

Krip Vorlund z innego świata — odparł telepatycznie.

Znasz mnie?

Uśmiechnął się.

Jest tylko jeden człowiek, który biega w skórze barska.

Ale…? — Spojrzałem zdziwiony.

Ale   założyłeś   to   futro   nie   w   mojej   obecności?   Skorzystałeś   z   mocy   Thassów, 

przyjacielu. Czy sądziłeś, że pozostanie to tajemnicą?

To nie ja z niej skorzystałem — odparłem w myślach.

Nie tak, jak sądzisz — zgodził się — ale została ona użyta dla twojego dobra. Czy 

myślisz, że przeżyłbyś spotkanie z ludźmi Oskolda, gdyby Maelen nie zrobiła dla ciebie tego, 

co tylko mogła, by zyskać na czasie?

Oparł się na piętach, tak że teraz ja, siedząc na tylnych łapach, byłem trochę wyższy.

Sądzisz, że wykorzystała cię do własnych celów? — zapytał telepatycznie. Wszystkie 

rasy składają najświętsze przysięgi. Więc mogę ci przysiąc, że to, co wtedy uczyniła, zrobiła 

tylko dla ciebie, żeby ci uratować życie.

Wtedy może i tak, ale potem? Pojechaliśmy do Doliny… mojego ciała tam nie było, 

ale ona miała inne… — przedstawiłem swoje wątpliwości

Nie   wyglądał   na   zaskoczonego.   Nie   sądzę,   bym   kiedykolwiek   widział   kogoś   z 

Thassów  okazującego uczucia  w taki sposób, jak robią to ludzie innych  ras. Jednak nim 

odpowiedział, zapanowała chwila milczenia.

A co ty naprawdę myślisz? — zapytał.

Były różne zagrożenia prócz tych, które mi przedstawiła. Miała własny powód, by 

ściągnąć   mnie   do   Doliny,   i   to   nie   w   moim   interesie,   lecz   jej   własnym.   —   Dokładnie 

sformułowałem w myślach swe racje.

Powoli pokiwał głową.

Maelen nie naraziła cię na żadne inne niebezpieczeństwa niż znane jej samej. I gdybyś 

się nie oddalił, nie byłbyś w takim stanie, w jakim cię znalazłem. Żaden Śpiewak Thassów nie 

może przyzywać mocy, póki sam nie będzie przez jakiś czas istniał w powłoce z futra lub 

background image

piór.   Maelen   przeżyła   to,   zanim   twój   gwiezdny   statek   w   ogóle   wystartował   w   kierunku 

Yrjaru.

Nie zabijamy żywych istot, ale to nie znaczy, że śmierć trzyma się od nas z dala. 

Maquad przyjął zwierzęcą powłokę i pewien lord, który polował bez naszego zezwolenia, 

oddał   do   niego   śmiertelny   strzał.   To   był   przypadek,   jeden   na   dziesięć   tysięcy,   bo   nie 

wiedzieliśmy, że ktokolwiek jest na naszej świętej ziemi, a zbyt późno zostaliśmy ostrzeżeni. 

Co do ciebie, to czy nie sądzisz, że Maelen zapłaci za użycie naszej mocy w interesie obcego? 

Ona naprawdę wierzyła w to, co ci powiedziała, że ludzie Oskolda dostarczą twoje ciało do 

świątyni i wszystko dobrze się skończy. Gdybyś tam został… Teraz musimy zmienić plany i 

nie przeczę, że trzeba to zrobić jak najprędzej. Twoi przyjaciele w swojej ignorancji mogą 

próbować leków, które zamiast pomocy przyniosą śmierć twemu ciału.

Drgnąłem, po kręgosłupie przebiegł mi chłodny dreszcz.

Yrjar… musimy jechać — pomyślałem.

Właśnie stamtąd przyjechaliśmy. Wydostałem cię z miasta, twierdząc, że zabiorę cię 

poza tereny zamieszkane. Maelen wie, lub wkrótce się dowie, gdzie jesteś. Przybędzie tu, 

potem uda się do twojego kapitana, przedstawi swoją wersję… zobaczymy, czy to człowiek, 

który wierzy w niezwykłe opowieści. Potem trzeba będzie przemycić cię do portu, by Maelen 

mogła odczynić to, co się stało. A o całej tej sprawie — tutaj się zachmurzył — nie wiem, co 

pomyślą Dawni, bo doszło do złamania Niezmiennych Słów.

To   znaczy,   że   mieszkańcy   nizin   nie   wiedzą,   że   potraficie   zmieniać   ciała?   — 

bezgłośnie zapytałem.

Właśnie. Pomyśl… to są ludzie, którzy nie wiedzą o istnieniu ducha. Powiedz tym 

nieświadomym ludziom, że istnieją na świecie żywe istoty, które potrafią zamienić człowieka 

w zwierzę i na odwrót, a domyślasz się, co mogłoby się stać? Strach każe ludziom zabijać, 

więc doszłoby do takiej nagonki, że Spokojne Miejsca tonęłyby w strugach krwi. Już wiemy, 

że tak o nas mówią… tak mówi obcy Gauk Slafid, który próbował wykorzystać naszą wiedzę 

do szantażu.

Ludzie Osokuna zabiliby więc cię, i jako barska, i człowieka. Zaczęły się już walki. 

Sąsiedzi Oskolda zwracają się przeciw niemu.

Pomyśl,   jak   szybko   mógłby   on   wykorzystać   wiedzę   o   nas,   by   skierować   swych 

wrogów   przeciwko   Thassom.   Wszyscy   zgodziliby   się,   by   lorda,   który   posiada   wiedzę   o 

zamianie ciał i duszy, postawić na czele zjednoczonej armii. Jednak wierzę, że Gauk Slafid 

wiedzę o naszych zdolnościach zatrzymał tylko dla siebie. Bo gdyby Osokun posiadł naszą 

wiedzę, to stanowiłaby dla niego doskonały rodzaj broni. Mógłby stanąć na czele „świętej 

background image

wojny” przeciwko wspólnemu wrogowi i zjednoczyć ziemie pod swoim berłem.

Jeśli uda się wam mnie przywrócić do dawnej postaci, wyjadę i mogę przysiąc, że nikt 

ode   mnie   nie   usłyszy   o   tym,   co   było.   —   Spojrzałem   na   Maleza   wymownie   i   nawet 

szczeknąłem.

Przyjrzał mi się smutno i spokojnie powiedział:

— Dawni zadbają o to, by niepożądane języki nie rozpowiadały za dużo. Zgadzam się, 

że im szybciej dokonamy zamiany i wyprawimy cię z Yiktor, tym lepiej. Obecnie Osokun i 

jego słudzy są wyjęci spod prawa. Mogą żyć tylko w drodze i każdy ma prawo zwrócić się 

przeciwko nim. Wcześniej czy później połączone siły wytropią ich i zabiją. Nie wiem, czy 

Oskold udzieliłby synowi nawet potajemnie pomocy, skuszony jakąś obietnicą. Gdyby jednak 

miał taki zamiar, musiałby to zrobić w wielkiej tajemnicy, bo jego ludzie mogliby uznać, że 

lamie   przysięgę,   i   opuścić   go.   Wyjęcie   spod   prawa   to   poważna   sprawa,   a   kto   pomaga 

skazanemu, natychmiast sam zostaje objęty taką samą karą. Wystarczy przysięga trzech osób, 

by skazać człowieka. Teraz Oskold będzie miał dosyć problemów z tymi, którzy go napadają.

Poczekajmy teraz na Maelen — zwróciłem się do Maleza ze swoją myślą. Kłótnie 

panów   feudalnych   nie   miały   znaczenia   dla   mojej   przyszłości,   przynajmniej   tak   mi   się 

zdawało.

Poczekajmy  na Maelen — powiedział w myślach  Malez. Ona pójdzie do twojego 

kapitana w Yrjarze. Jak już mówiłem, wiele będzie zależało, czy kapitan zgodzi się z nami. 

Może   udzielisz   jej   jakichś   wskazówek,   które   pomogą   go   przekonać,   opowiesz   jakieś 

wydarzenie z przeszłości, o którym nikt na Yiktor nie może wiedzieć. Potem, jeśli on jej 

uwierzy, będziemy mogli planować dalej.

Wolni   Kupcy   mają   szerokie   horyzonty.   Widzieli   różne   rzeczy   na   wielu   światach. 

Jednak przypadek z barskiem był wyjątkowy. Czy wiara może sięgać aż tak daleko? Pomysł 

Maleza   spodobał   mi   się.   Zacząłem   myśleć   o   jakiejś   historii,   którą   Maelen   mogłaby 

przedstawić w moim imieniu.

Czas   miał   teraz   dla   mnie   ogromne   znaczenie   i   poganiał   mnie   niczym   nadzorcy 

niewolników z Corfu. Malez odszedł do swoich obowiązków, pozostawiając mnie z myślami, 

które jak ciernie wrzynały się w umysł, gdy chodziłem tam i z powrotem w pobliżu ognia. 

Napój i pokarm, którymi mnie Malez uraczył, musiały zawierać jakiś środek dopingujący i 

odżywkę, bo czułem się pełen życia i energii. Wkrótce Malez wrócił i usiadł przy ognisku. 

Siadłem obok niego, pragnąc oderwać się od wszystkich „jeżeli” i „być może”, które mnie 

dręczyły.

Dlaczego Thassowie chcą przyoblekać  zwierzęcą skórę? — spytałem telepatycznie 

background image

Meleza, patrząc uważnie.

Spojrzał na mnie, jego wielkie oczy w bladej twarzy wydały się jeszcze większe.

— A dlaczego wy chcecie wędrować od świata do świata, żadnego z nich nie czyniąc 

swoim domem? — odpowiedział pytaniem.

To sposób życia. Nie znam żadnego innego — odpowiedziałem mu skomląc.

— Teraz już znasz i moją odpowiedź — odparł. — Thassowie również mają swój 

własny sposób życia. Kiedyś byliśmy innym ludem, podobnym do tych, które żyją dziś na 

nizinach. Potem nadszedł moment wyboru. Zrezygnowaliśmy z jednego sposobu życia, by 

rozpocząć   inny.   Teraz   w   oczach   mieszkańców   nizin   jesteśmy   włóczęgami,   ludźmi   bez 

korzeni.   Nie   mogą   oni   pojąć,   czemu   odrzucamy   to,   co   dla   nich   oznacza   bogactwo   i 

przyszłość. Trzymają się więc od nas z daleka. A ponieważ od czasu do czasu zdarza im się 

zobaczyć  cząstkę  tego, co zyskaliśmy przez swój  wybór,  równocześnie  się nas obawiają. 

Doświadczamy   wszystkiego,   czego  oni  nie  znają… no,  nie  wszystkiego,   bo nie  możemy 

poznać niektórych rzeczy… wzrostu drzewa, wypuszczania nowych liści, dawania owoców. 

Możemy za to przyjąć skrzydła ptaka i poznać przestworza, tak jak opierzone istoty, albo 

przyjąć   futro   i   na   jakiś   czas   stać   się   czworonogiem.   Znasz   wiele   światów,   gwiezdny 

wędrowcze, ale żadnego tak, jak Thassowie znają Yiktor i życie na nim.

Malez zamilkł. Zwrócił oczy ku płomieniom, do których raz na jakiś czas dokładał 

drewna ze sterty za plecami. Przestał już zwracać się do mnie w myślach. Nocne powietrze 

dostarczyło moim nozdrzom wielu informacji. Po jakimś czasie wsunąłem się w cień przy 

obozowisku i zacząłem węszyć. Część małego ludku spała w klatkach, reszta obudziła się i 

czuwała. Nie sądzę, by jakakolwiek istota mogła się prześliznąć obok obozu nie zauważona.

Przed świtem przybyła Maelen. Wyczułem jej zapach, nim usłyszałem stukot kół. Za 

mną rozległo się pomrukiwanie innych zwierząt będące powitaniem. Malez wysunął się spod 

koca przy gasnącym już ognisku, a ja podszedłem do niego. Staliśmy obok siebie, gdy Maelen 

pojawiła się w słabym świetle ogniska.

Szukała mnie wzrokiem. Nie wiem, czego się spodziewałem, może nagany za własną 

głupotę i opuszczenie Doliny, chociaż nie uważałem tego za czyn głupi w świetle tego, co w 

tamtych okolicznościach wiedziałem czy też podejrzewałem.

Na jej twarzy widoczne było tylko zmęczenie. Malez wyciągnął ręce, by pomóc jej 

zejść z wozu, a ona z westchnieniem w nie opadła. Wcześniej zawsze widziałem ją silną, teraz 

była całkiem inna, ale nie wiedziałem dlaczego.

— Na wzgórzach są jacyś jeźdźcy — powiedziała.

— Osaczają Oskolda — odpowiedział Malez — ale chodź… — podprowadził ją do 

background image

ognia, dołożył trochę drewna. Potem włożył w jej dłonie róg, który napełnił cieczą z małego 

bukłaka. Maelen piła powoli, robiąc przerwy po każdym  łyku.  Po chwili, oparłszy róg o 

piersi, odezwała się do mnie:

— Czas mija, Kripie Vorlundzie. O świcie wyruszam do Yrjaru.

Malez  chyba  chciał zaprotestować,  ale  nie spojrzała na niego. Zwróciła  wzrok ku 

ogniu i dalej łyk po łyku sączyła zawartość rogu.

background image

XIII

Ranek był jasny, jeden z tych. które orzeźwiającym powiewem wiatru i oślepiającym 

blaskiem   słońca   budzą   u   ludzi   oraz   zwierząt   chęć   i   radość   życia.   Nim   słońce   musnęło 

promieniami skrawek ziemi, na którym Malez rozbił nasz obóz, Maelen wsiadła na kasa i 

ruszyła na zachód. Pragnąłem pobiec za nią. Patrzyliśmy, aż zniknęła z pola widzenia. Wtedy 

Malez wszedł między klatki i pootwierał je, by mieszkańcy mogli wchodzić i wychodzić 

wedle życzenia.

Niektóre   zwierzęta   jeszcze  spały pozwijane  w  futrzane   kłębki.  Inne  wstawały,  ale 

tylko kilkoro wyszło z klatek. Simmla minęła drzwi swojej siedziby i rzuciła się na mnie z 

gorącymi oznakami powitania. Jej chropawy język już wyciągał się w moją stronę, gdy Malez 

położył dłoń na jej łbie, a ona natychmiast popatrzyła na niego i podkuliła ogon. Rozejrzała 

się, zamruczała i odeszła w krzaki.

— Maelen mówiła, że na wzgórzach są ludzie. Pewnie nie wszyscy chcą napadać na 

Oskolda. Wyjęci spod prawa dokądś uciekają — powiedział głośno Malez.

— Potrzebują żywności i wielu innych rzeczy, jeśli chcą przetrwać. A jest tylko jeden 

sposób, by je zdobyć — zabrać siłą. Nie mamy wiele, ale zdesperowany człowiek będzie 

walczył nawet o okruchy.

Zwierzęta… — pomyślałem pełen obaw.

— Z niektórych gotowi są urządzić niewielki jak na taką grupę ludzi posiłek. Niektóre 

zechcą zabić, bo ludzie, jeśli nie mają nadziei, to zabijają dla samego zabijania. Gdy będzie 

niebezpiecznie, mały ludek ucieknie i ukryje się przed ludźmi.

A ty? — spojrzałem na Maleza pytająco.

Czynił  przygotowania, jakby spodziewał się napaści już niedługo. U pasa zawiesił 

sobie długi nóż. Nie miał miecza, nie widziałem też kuszy na terenie obozu. Uśmiechnął się.

Znam te tereny jak nikt inny. Gdy nasi strażnicy dadzą znak, najeźdźcy zastaną pusty 

obóz — powiedział Malez w myślach.

Domyśliłem się, że Simmla jest jednym ze strażników.

Ty też, jeśli chcesz… — zasugerował wymownym spojrzeniem Malez.

Czemu nie? Podobnie jak Simmla zanurzyłem się w krzakach, by służyć Malezowi 

swoim węchem, wzrokiem i słuchem. Chwilę później spojrzałem na wozy. Były cztery — 

jeden mniejszy i lżejszy, którym przyjechała Maelen, i trzy przywiezione przez Maleza z 

Yrjaru.   Kto   jednak   powoził   dwoma   z   nich?   Zastanawiałem   się   nad   tą   zagadką…   Może 

background image

ciągnące je kasy same szły za pierwszym wozem?

Wozy ustawione były w krąg dookoła ogniska, z którego jeszcze wydobywały się 

kłęby dymu. Nie wszystko było wypakowane. Obserwowałem, jak Malez chodzi od wozu do 

wozu i w każdym z nich spędza chwilę. Chyba przepakowywał ich zawartość.

Podobnie   jak   podczas   samotnej   podróży   przez   ziemie   Oskolda,   skradałem   się   od 

krzaka do krzaka, posuwając się coraz wyżej. Stwierdziłem, że jesteśmy na granicy wzgórz. 

Wspinałem się tak długo, aż znalazłem miejsce, gdzie rósł stanowiący dobrą kryjówkę krzak.

Chociaż gałęzie straciły już większość liści, to sama ich gęstwina wystarczająco mnie 

maskowała. Widziałem stamtąd obóz oraz spory teren wokół niego. Do obozu nie prowadziła 

żadna droga, lecz ślady wozów wciąż były widoczne na trawie i ziemi, a szybkie ich ukrycie 

nie wydawało się możliwe.

Malez zniknął w głębi jednego z wozów. Wiatr ucichł, docierało do mnie niewiele 

woni.   Simmla   chyba   poszła   na   południe,   prawdopodobnie   byli   też   inni   strażnicy 

rozmieszczeni na zachodzie.

Słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Było bardzo ciepło. Malez wyszedł z wozu z 

nosidłami na ramionach i wiadrami. Ruszył w stronę strumienia.

Wtedy   Simmla   gwałtownie   szczeknęła.   Wyczołgałem   się   spod   krzaka.   Podmuch 

wiatru przyniósł ostrzeżenie. Zeskoczyłem nieco niżej. Ten jeden okrzyk wojenny Simmli i 

nic więcej — nic, jeśli pominąć zapach i głosy, których ludzkie ucho z pewnością by nie 

wyłowiło,   ale   dla   barska   były   donośne   jak   dźwięk   fanfar.   Skradałem   się   na   brzuchu   w 

kierunku obozu, wreszcie wczołgałem się pod najbliższy wóz.

Malez wracał od strumienia. Nie miał nosideł ani wiader. Chwiał się, potykał. Jedną 

rękę przyciskał  do piersi,  drugą wymachiwał,  poruszając palcami  w  próżni, jakby szukał 

jakiegoś oparcia, którego nie znajdował.

Nim dotarł do kręgu wozów, opadł na kolana i jeszcze powoli posuwał się naprzód. W 

jego plecach tkwiła strzała. Wyciągnął ręce przed siebie i nagle jego wysiłki ustały. Upadł na 

twarz. Zwierzęta z klatek zaczęły pierzchać na wszystkie strony, cicho i niezauważalnie. Po 

chwili już ich nie było. Może i ukryły się przed ludzkim wzrokiem, ale nie przed moim 

węchem i słuchem.

Czołgałem się, choć taki sposób poruszania nie przychodził mi łatwo. Ktoś zbliżał się 

od   strony   rzeki,   próbując   pozostać   nie   zauważonym.   Podążając   dalej   pod   osłoną   wozu, 

zacząłem otaczać ognisko. Malez nie ruszał się, ale jego napastnik był bardzo ostrożny. Może 

nie wiedział, że Malez był tu sam. Próbowałem porozumieć się z Malezem za pomocą myśli. 

Jeszcze żył, lecz stracił świadomość.

background image

Dotarłem do końca wozu. Były tam klatki, ale nie byłem pewien, czy dostatecznie 

wysokie, by mnie ukryć. Czy miałbym odwagę udawać rozwścieczone zwierzę poza klatką? 

Gdy  tak   się   wahałem,   po   mojej   lewej   stronie   śmignęła   beżowa   plama.   Simmla!   Co   ona 

wyrabia?!

Nie zatrzymała się przy Malezie, lecz rzuciła się w dół. Wstałem i pobiegłem za nią. 

Jeszcze nie widziałem jej ofiary,  gdy ów mężczyzna  zawył.  Chwilę później omal się nie 

potknąłem o kłębowisko dwóch istot walczących zażarcie.

Skoczyłem w ich stronę. W tym momencie byłem bardziej barskiem niż człowiekiem, 

wrzał we mnie zwierzęcy gniew, o jaki nigdy bym się nie podejrzewał.

Rozległ się wrzask, coś świsnęło tak blisko mojego ramienia, że poczułem ciepło pędu 

powietrza. Simmla wciąż dręczyła swoją ofiarę. Skoczyłem jeszcze raz, tym razem na nią, i 

przycisnąłem ją swoim ciężarem do ziemi.

Zostaw — wysłałem do niej myślowy rozkaz — zostaw… chodź!

W pobliżu znów świsnęła strzała. Zapach krwi obudził we mnie zwierzęcą wściekłość, 

ale starałem się zwalczyć w sobie to uczucie.

Zostaw… chodź. — Rozwarłem szczęki, by pochwycić Simmlę w chwili, gdy ona 

zwolniła uścisk i spojrzała na mnie czerwonymi błyszczącymi oczami. Warczała jak zwierzę, 

które chce odgonić intruza od swojego łupu.

Chodź. — Ponownie rzuciłem się na nią i tym razem odepchnąłem ją od ludzkiego 

ciała.   Warczała,   ale   wstała,   a   strzała   upadła   dokładnie   w   miejsce,   w   którym   była   przed 

sekundą. Parsknęła z furią w stronę chwiejącej się strzały i ruszyła za mną w górę stoku.

Ludzie wciąż do nas strzelali. Biegłem zygzakiem z nadzieją, że Simmla robi to samo. 

Wpadliśmy do obozu tylko kilka metrów od Maleza, który wciąż leżał jak przedtem. Simmla 

trąciła go nosem, a potem rozdzierająco zawyła.

Szybciej! — ponaglałem ją. Odwróciła się i pokazała obnażone zęby, jakby chciała 

mnie zaatakować. Po chwili czerwony błysk w jej oczach osłabł i ruszyła ze mną, ramię przy 

ramieniu, między wozami poza obozowisko.

Nie   miałem   pojęcia,   gdzie   zniknęły  pozostałe   zwierzęta,   choć   czułem   ich   zapach, 

jakby biegły przed nami tą samą drogą. Nie wiedziałem ani ile ich było, ani jakich gatunków.

W górę! — wydałem rozkaz Simmli. Obejrzała się i zatrzymała na chwilę, rzucając 

spojrzenie  na  obozowisko.  Jej  zazwyczaj  przylegające   do ciała  włosy  zjeżyły  się  wzdłuż 

kręgosłupa, głowa zwisała między ramionami, poplamione kły były obnażone, bo Simmla 

wciąż warczała złowrogo. Cofnęła się krok czy dwa. Potem obróciła się znowu i dzikim 

pędem pognała w zarośla.

background image

Przedostaliśmy się dość wysoko, nim wreszcie zatrzymaliśmy się. Leżeliśmy, sapiąc i 

obserwując obóz. Było tam kilku mężczyzn.  Kopali w klatki, zaglądali do wozów, jakby 

szukali czegoś, co miało tam być ukryte. Z wozu Maelen wyciągnęli skrzynie, w których 

znaleźli pieczywo. Wszyscy rzucili się na nie z zachłannością osób, które od dawna niczego 

nie jadły.

Odciągnęli ciało Maleza na bok i wepchnęli je pod jeden z wozów. Dwaj z mężczyzn 

ruszyli wzdłuż rzędu kasów. Zwierzęta parskały i pociągały za uprząż, równocześnie kopiąc 

każdego, kto podchodził zbyt blisko.

Puste klatki wyraźnie intrygowały niektórych z nich. Popychali je jakby nie mogli 

zrozumieć, że nie ma tam nikogo.

Do   zdewastowanego   obozu   zbliżała   się   trójka   jeźdźców.   Jeden   mężczyzna 

podtrzymywał drugiego w siodle, a trzeci jechał za nimi, osłaniając tyły. Teraz ja zacząłem 

warczeć. Ten, którego tak troskliwie otaczano opieką, był mi znajomy ze spotkania w forcie 

granicznym. To byli wyjęci spod prawa ludzie Osokuna i ich przywódca, który widocznie 

niedawno   został   ranny.   Jego   prawe   ramię   spoczywało   na   temblaku,   a   jego   blada   twarz, 

świadczyła   o   skrajnym   wyczerpaniu.   Był   to   teraz   tylko   żałosny   cień   tego   napuszonego 

człowieka, który próbował dyktować warunki Wolnym Kupcom.

Mężczyźni   wciąż   plądrowali   wozy,   przeszukiwali   wszystkie   skrzynie   i   kosze. 

Interesowała ich głównie żywność. Zachłannie rzucali się na wszystko. Kilku z nich odeszło 

w kierunku południowo–zachodnim, skąd wrócili, prowadząc kasy dojazdy wierzchem. Kilka 

zwierząt kulało, a wszystkie wyglądały na wyczerpane ciężką i zbyt długą jazdą.

Najeźdźcy   nie   śpieszyli   się   jednak   z   opuszczeniem   obozu.   Zdjęli   Osokuna   z 

wierzchowca i położyli go na łóżku wyciągniętym z wozu Maelen. Zagotowali wodę nad 

ogniskiem i zajęli się opatrywaniem ran swego pana. Wyglądało, że Osokun już nie sprawuje 

władzy,  bo kto inny wydawał rozkazy.  Mężczyźni  usuwali ślady swego napadu na obóz. 

Dowódca ukląkł na jednym kolanie obok wozu, pod którym leżało ciało Maleza, i uważnie 

przyglądał się ofierze pogromu. Potem, na jego rozkaz, wyciągnięto Thassa i zaniesiono go w 

krzaki.

Poczułem obok siebie napięte mięśnie Simmli. Słyszałem jej ciche warczenie.

Jeszcze nie… — przekazałem jej myśl — jeszcze nie… Nie wiedziałem, czy potrafię 

ją powstrzymać. Brałem jednak pod uwagę nasze położenie. Maelen pojechała do Yrjaru. 

Mówiła, że czasu jest niewiele. Zatem będzie się śpieszyła. Tymczasem nie zanosiło się, by 

wyjęci spod prawa mieli szybko opuścić obóz.

W pośpiechu przywracali wozom ich pierwotny wygląd. Jeden z mężczyzn  krążył 

background image

pośród   pustych   klatek   i   nie   tylko   ustawiał   je   w   pierwotnych   pozycjach,   ale   jeszcze   je 

zamykał.

Gdy skończyli, oficer rozejrzał się i skinął głową. To mogło oznaczać tylko jedno. 

Myśleli,   że   Malez   nie   był   jedynym   Thassem   i   przygotowywali   pułapkę   na   innych.   Czy 

wiedzieli o Maelen? Może wyśledzili ją poprzedniego dnia i teraz czekali, by ją schwytać?

Zacząłem węszyć. Wiele zapachów było znajomych. Mały ludek uciekł, ale nie oddalił 

się zanadto. Węchem wyczułem około dziesięciu zwierząt w niewielkiej odległości ode mnie i 

Simmli. Spróbowałem nawiązać z nimi łączność myślową. Nie tylko były tam wszystkie, lecz 

miały   tak   silne   poczucie   wspólnego   celu,   że   nie   spodziewałem   się   czegoś   takiego   po 

zwierzętach tak odmiennych gatunków. Nie myślały wcale o ucieczce, jedynie o walce.

Nie! — Usiłowałem odegnać od nich tę myśl. Zwierzęta jednak opierały mi się. Nie 

byłem Maelen ani Malezem, ani żadnym przywódcą, którego by uznawały. Nie teraz! — 

Spróbowałem   zmienić   informację,   lecz   nie   udało   mi   się   do   nich   dotrzeć.   Walka   z 

uzbrojonymi ludźmi wydawała mi się samobójstwem dla zwierząt.

Maelen…   —   Odtworzyłem   w   swoich   myślach   obraz   silnej   Maelen   w   rubinowo–

srebrnej szacie, która rozkazywała swojemu małemu ludkowi na scenie.

Maelen! — rzuciłem w nich tą myślą — pamiętajcie o Maelen!

Simmla zajęczała bardzo delikatnie — pamiętała. Niemal całkowicie odciąłem się od 

zewnętrznego   świata   dźwięków,   zapachów,   obrazów   —   skoncentrowałem   się   na   świecie 

umysłu. Skupiłem się na obrazie Maelen, usiłując równocześnie poznać reakcję zwierząt na 

ten obraz.

Maelen! — odpowiedziały zwierzęta. Odetchnąłem z ulgą. Teraz musiałem skupić się 

na dalszych informacjach.

Maelen przybywa…

Fala ożywienia.

Jeszcze   nie…   —   pośpieszyłem   naprawić   to,   co   mogło   się   okazać   fatalnym 

posunięciem — ale wkrótce, już wkrótce…

Zainteresowanie.

Wkrótce. Na dole… ci mężczyźni czekają na Maelen… — Próbowałem przekazać 

swe myśli, jednak byłem świadom, że mogę popełnić błąd, i zwierzęta ruszą w tym kierunku, 

w którym nie powinny.

Musimy znaleźć Maelen nim tu przybędzie! — Najlepiej jak potrafiłem przywołałem 

ostatni jej obraz z pamięci, ale przedstawiłem ją w drodze do obozu, a nie jak go opuszcza. — 

Znaleźć Maelen, nim przybędzie…

background image

Zwierzęta zaczęły odchodzić, ale nie w stronę obozu i wrogów na dole, lecz omijając 

szerokim łukiem to niebezpieczne miejsce, udawały się w kierunku równin na zachodzie.

Pozostałem   na   swoim   miejscu,   wciąż   obserwując   obóz.   Chociaż   nie   miałem 

doświadczenia w prowadzeniu wojen, wierzyłem, że prawidłowo zinterpretowałem działania 

wroga.   Osokuna   zaniesiono   do   wozu   Maelen,   wraz   z   nim   udał   się   tam   jego   strażnik   i 

pielęgniarz. Reszta mężczyzn — z wyjątkiem jednego, który zajmował się kasami — ukryła 

się w wozach i pod nimi. Po krótkiej rozmowie z oficerem jeden z mężczyzn poszedł na 

zachód. Pomyślałem, że ruszył na zwiady.

Zostań tu, czuwaj — zawarczałem do Simmli.

Obnażyła kły i zawarczała.

Zostań… czuwaj! Nie walczyć, czuwać… Maelen przybywa.

Wyczułem   jej   zgodę.   Nie   była   to   tak   wyraźna   odpowiedź,   jaką   otrzymałbym   od 

Maelen, Maleza czy innego człowieka. Mogłem mieć tylko nadzieję, że Simmla pozostanie w 

tym samym nastroju, gdy odejdę.

Moją   uwagę   zaprzątał   teraz   zwiadowca.   Wyczołgałem   się   z   ukrycia   z   zamiarem 

ostrożnego ominięcia obozu. Ci, którzy czekali na dole, musieli zastanawiać się, co stało się 

ze zwierzętami. Nie widziałem przy ludziach żadnych psów. Gdy więc dzieliła mnie od obozu 

spora odległość, szybko pobiegłem na zachód. Miałem zamiar zawrócić w stronę wzgórz, 

przeciąć drogę zwiadowcy i zaskoczyć go na tyle daleko, by w obozie tego nie zauważono.

Dwukrotnie   natknąłem   się   na   zwierzęta   Maelen   i   za   każdym   razem   pytałem   o 

zwiadowcę i otrzymywałem negatywne odpowiedzi. Przekonałem zwierzęta o konieczności 

pozostania w ukryciu, dopóki ich pani nie przybędzie.

Malez został raniony strzałą koło południa. Powrotu Maelen mogliśmy się spodziewać 

najwcześniej za dwa dni. Miałem nadzieję… że ludzie Osokuna zniechęcą się przed upływem 

tego   czasu.   Strategia,   jaką   zastosowałem,   by   odciągnąć   zwierzęta   od   niebezpieczeństwa, 

miała szansę powodzenia pod warunkiem, że nie stracą one cierpliwości i nie wrócą.

W trakcie  poszukiwań zwiadowcy zdałem sobie sprawę, że zaatakowanie go mogło 

przynieść  dwojakie korzyści.  Jeżeli on nie wróci, może  wyślą  kogoś, by go poszukał — 

następną możliwą ofiarę — albo dojdą do wniosku, że są w niebezpieczeństwie i odejdą.

Dotarłem do rzeki i tam ujrzałem ślady naszych napastników. Pijąc wodę, zauważyłem 

jednego z mieszkańców rzeki, który akurat wyszedł spod kamienia, i upolowałem go. Nie 

było czasu na prawdziwe polowanie, a pożywienie jest ciału niezbędne.

Powoli   zapadł   zmierzch.   Trop   ludzi   Osokuna   wciąż   był   łatwo   wyczuwalny,   choć 

przechodzili oni tędy kilka godzin wcześniej. Nie mogłem natomiast wyśledzić zwiadowcy — 

background image

zaczęło mnie to niepokoić.

Nagle   przypomniałem   sobie,  że   spośród  wielu   zapachów  jeden  wciąż   natarczywie 

powracał — woń kasa. Pominąłem go jako ślad przejścia całego oddziału, ale był on tak silny, 

że   zdawał   się   całkiem   świeży.   Na   skrawku   miękkiej   ziemi   znalazłem   ślad,   który   mnie 

zainteresował. Mocno pachniał kasem, ale nie był to odcisk kopyta kasa, lecz niewyraźny 

kształt nie przypominający żadnego znanego mi zwierzęcego tropu.

Przytknąłem nos bardzo blisko tego odcisku i mocno wciągnąłem jego woń. Kas, tak, 

ten mocny zapach niemal zupełnie tłumił inne. Jednak towarzyszył mu inny zapach, a za nim 

krył się jeszcze jeden. Pochyliłem się nisko i znów powąchałem. W ludzkim ciele nigdy nie 

poznałbym   sztuczek   myśliwych.   To   był   zapach   kasa,   a   pod   nim   woń   ziół   i   człowieka. 

Załóżmy, że człowiek, pragnąc oszukać tych, którzy posługują się węchem, nasmarowałby się 

jakimiś ziołami, by zdusić swój własny zapach, a potem założył zewnętrzne okrycie kasa? To 

mogła być odpowiedź na moją zagadkę, i taką wersję przyjąłem. Musiałem więc ruszyć za 

tym kasem…

Podążałem szlakiem, który zaczynał się przy rozmazanym odcisku. Zapach był silny, 

wyraźny,  ale  chwilami  musiałem  odróżniać inne wonie. Nie miałem  odwagi biec tropem 

samego kasa, bo w niektórych miejscach mieszał się on z zapachem innych zwierząt, może 

wierzchowców używanych przez banitów.

Mrok gęstniał. Trop kasa prowadził na zachód. Na otwartej przestrzeni, gdzie niełatwo 

było się ukryć… a każdy człowiek mógł zauważyć, że jest śledzony, usiadłem na tylnych 

łapach i umysłem penetrowałem przestrzeń wokół.

Pierwszy   sygnał   nadszedł   z   północy.   Rozpoznałem   trudny   do   okiełznania   sposób 

myślenia Borby lub Vorsa.

Pachnie kasem, nie kas. Gdzie? — Spróbowałem wysłać moją wiadomość.

Nie kas? — To było pytanie.

Zapach kasa, ale nie kas — powtórzyłem.

Nie… — Ta odpowiedź była stanowcza.

Ponownie wysłałem swoje pytanie i otrzymałem niewyraźną odpowiedź.

Kas, ale nie kas?

Kas… tak…

Ruszyłem   na  południe.   Może   to   fałszywy   trop.   ale   trzeba   go  sprawdzić.   Wkrótce 

miałem się przekonać, że ten, którego ścigałem, był prawdziwym mistrzem. Odnalazłem silny 

i wyraźny zapach kasa. Czym prędzej pomknąłem w ciemność, zdając się na węch. Właśnie 

na   to   czekał   mój   przeciwnik.   Wziąłem   głęboki   wdech,   nim   w   ogóle   pomyślałem   o 

background image

niebezpieczeństwie.

W   nozdrzach   poczułem   piekący   ból.   Szok   był   tak   silny,   że   aż   się   zachwiałem. 

Wepchnąłem nos w ściernisko i piach, łapą pocierałem obolałe miejsce. Ten okropny zapach 

rozsadzał mi czaszkę, wyciskał łzy z oczu.

Rzucałem się po ziemi, trąc nosem o podłoże, drapiąc się pazurami aż do krwi. Nie 

czułem   nic   prócz   tego   smrodu,   który   zdawał   się   częścią   mnie   samego.   Poczułem   takie 

mdłości, że zacząłem się tarzać. Pocierałem to jedną, to drugą stroną głowy o ziemię, aż 

wreszcie wstałem i zwymiotowałem.

Po pewnym czasie znowu zacząłem się zastanawiać nad sytuacją. Albo ten, którego 

tropiłem,   podejrzewał,   że   jest   śledzony,   albo   zastosował   środek   ostrożności   na   wszelki 

wypadek.  Pozostawił na swoim szlaku jakiś drażniący płyn,  który pozbawił mnie  węchu. 

Oczy nadal mi łzawiły, dokuczało też swędzenie w nosie. Prócz powonienia miałem jednak 

jeszcze wzrok i słuch oraz pomoc innych zwierząt.

Znów wysłałem sygnał. Otrzymałem trzy odpowiedzi z okolicy.

Kas… nie kas… człowiek… okropny zapach…

Gdzieś z oddali zawył Borba: człowiek nadchodzi.

Jeszcze   raz   potarłem   głową   o   ziemię.   Moje   oczy   łzawiły.   Noc   sprzyja   barskom. 

Ciemność   dla   mnie   nie   jest   tak   gęsta,   jak   dla   ludzkich   oczu.   Stanąłem   za   skałą, 

nasłuchiwałem, obserwowałem, nie zważając na przykre doznania w nozdrzach. Zapewne 

prawdziwy barsk czy jakieś  inne zwierzę zostałoby już pokonane. Na swoje nieszczęście 

zwiadowca Osokuna nie miał do czynienia z prawdziwym barskiem.

Poruszał się powoli i zupełnie nie wyglądał na człowieka. Skóra kasa zwisała na nim 

luźno. Przygotowałem się do skoku…

Chwilami przystawał na dłużej, prawdopodobnie starał się zapamiętać drogę.

Może barski atakują głośno. Ja uczyniłem to bezszelestnie. Rzuciłem się na tę część 

zbliżającej się postaci, którą uznałem za najlepszy cel. Choć mój przeciwnik był przebiegły, 

udało mi się go zaskoczyć.

background image

XIV

Zrobiłem tak. jak pokazała mi Simmla, a potem leżałem, sapiąc obok tej rzeczy, która 

jeszcze  niedawno   oddychała,   chodziła,  była   człowiekiem.   Nie  czułem  żadnych  wyrzutów 

sumienia.   To.   co   zrobiłem,   było   faktem,   ale   wcale   mnie   to   nie   poruszyło.   My,   Kupcy, 

używamy   broni   do   obrony,   lecz   nie   wszczynamy   wojen.   Zawsze   staramy   się   znaleźć 

pokojowe wyjście z sytuacji. Przed wylądowaniem na Yiktor widziałem umierających ludzi, 

lecz   głównie   z   przyczyn   naturalnych   i   w   wypadkach.   Wszystkie   inne   przypadki   śmierci 

zdarzały się wśród mieszkańców odwiedzanych przez nas planet.

Jednak w to zabójstwo byłem tak wplątany jak prawdopodobnie nikt z mojej rasy od 

dawien   dawna.   Mimo   to   nie   miało   to   znaczenia,   może   tylko   o   tyle,   że   czułem   swoistą 

satysfakcję   z   dobrze   wykonanego   zadania.   Obawiałem   się,   że   im   dłużej   pozostanę 

zwierzęciem, tym silniejsza stanie się jego natura we mnie i w końcu pozostanie już tylko 

czworonożny Jorth. a Krip Vorlund przestanie istnieć.

To nie była odpowiednia chwila do rozważań. Zacząłem więc zastanawiać się nad 

swoją sytuacją. Czy mam pozostawić zwiadowcę tam. gdzie jest i gdzie można go łatwo 

znaleźć?   Czy   też   jego   całkowite   zniknięcie   będzie   bardziej   tajemnicze   i   przez   to   także 

niepokojące?

Martwy, martwy! — Z krzaków wyszło i zaskomliło jedno z długonosych zwierząt z 

długimi uszami, które widziałem na jarmarku podczas występu. Na jego grzbiecie siedziało 

inne zwierzę o pręgowanym ogonie. Oba zwierzęta wpatrywały się w zwiadowcę z wyraźnym 

zadowoleniem.

Martwy — potwierdziłem i polizałem łapy. W nosie wciąż przeszkadzał mi stęchły 

smród.

Długouche   zwierzę   obwąchało   ciało   ze   wstrętem.   Popatrzyłem   na   te   szczątki   i 

postanowiłem pozostawić je tam, gdzie są, a na miękkim podłożu obok porobić wyraźne 

ślady. Oba stworzenia patrzyły na mnie zdziwione. Nigdy nie mogłem być pewien, jak mnie 

rozumieją. Może słuchały tylko wtedy, gdy moje propozycje zgodne były z ich pragnieniami.

Oba   zwierzaki   spoglądały   na   ziemię,   gdzie   celowo   zrobiłem   odciski   łap.   Potem 

mniejszy zeskoczył z pleców towarzysza i zanurzył obie łapy obok moich śladów. Wstał na 

tylne kończyny i z przechyloną głową przyglądał się swemu dziełu. Te ślady wyglądały jak 

małe ludzkie dłonie.

Długouchy chodził tam i z powrotem, pozostawiając zagmatwany wzór swoich tropów 

background image

na ziemi. Potem jeździec ponownie na niego wskoczył. Dokładnie obejrzałem teren. Teraz 

pozostali napastnicy mogli znaleźć ciało. Taki widok powinien nasunąć im kilka myśli. Ślady 

wskazywały, że w zabiciu człowieka brały udział trzy stworzenia różnych gatunków. Jeżeli 

udałoby się przekonać wrogów, że wszystkie zwierzęta z obozu zwróciły się przeciwko nim, 

moglibyśmy ich tak nastraszyć, że baliby się własnego cienia, zaglądaliby za każdy krzak i 

drzewo. W szumie liści słyszeliby zbliżający się atak. Zwierzęta normalnie nie jednoczą się 

przeciw wspólnemu wrogowi, nie leży to w ich naturze. Thassowie jednak posiadają moce, 

których mieszkańcy Yiktor się obawiają. Banici byli na tyle zdesperowani, by zabić Maleza. 

Może uwierzą, że nie tylko naturalne, lecz i nadnaturalne siły sprzysięgły się przeciwko nim. 

Ludzi ściganych taka świadomość może doprowadzić do załamania.

Odeszliśmy razem, przez chwilę nie starając się ukrywać. Pozostawiliśmy wyraźne 

ślady   wspólnie   wędrującej   trójki.   Po   jakimś   czasie   zaczęliśmy   maskować   się,   by   dla 

ludzkiego tropiciela wyglądało to tak, jakbyśmy rozpłynęli się w powietrzu.

Świt zastał nas w kotlince, gdzie biło źródełko. Ukryliśmy się pomiędzy skałami. Moi 

towarzysze drzemali, podobnie i ja. lecz gdyby coś się działo, mogliśmy zerwać się w jednej 

chwili.   Znajdowaliśmy   się   na   wschód   od   obozu,   według   mnie   gdzieś   przy   trasie,   którą 

powinna wracać Maelen. Nie wiedziałem, kiedy mogliśmy się jej spodziewać. Mój nos wciąż 

był zapchany, nie mogłem więc niczego wywęszyć.

Słońce skryło się za chmurami, horyzont spowiła mgła, ale nie zanosiło się na deszcz. 

Miałem poczucie, że poza zasięgiem wzroku może dziać się coś ważnego i niebezpiecznego, 

że nie można polegać na tym, co widać. Żałowałem, że przynajmniej jedno ze zwierząt nie 

potrafi latać. Wówczas mielibyśmy szpiega, który mógłby zdobyć więcej informacji.

Jeśli nawet wśród małego ludku były jakieś ptaki czy inne latające stworzenia, nigdy 

ich nie widziałem. Tak więc nasz zasięg obserwacji był ograniczony. Tego dnia natomiast 

poprawił   się   kontakt   z   resztą   rozproszonych   w   okolicy   zwierząt.   Dzięki   temu 

fragmentaryczne   sygnały  przebiegały   wzdłuż  tak   dużego  obszaru,   że  miałem   nadzieję,   iż 

powracająca Maelen w którymś punkcie się na nie natknie.

Niektóre zwierzęta trzymały się parami.  Borba i Vors, Tantaka, dobosze i kilkoro 

innych,   których   nie   potrafiłem   zidentyfikować   —   wszyscy   się   zameldowali.   Simmla   na 

pewno   pozostała   w   obozie,   jak   ją   prosiłem,   bo   nie   otrzymywałem   od   niej   żadnych 

odpowiedzi.

Nie zapuszczaliśmy się dalej. Rozsądniej było oszczędzać siły i czekać na Maelen. 

Tego dnia, gdy utrzymywałem łączność z małym ludkiem, zauważyłem, że w ich umysłach 

Thassowie   nie   są   utożsamiani   z   ludźmi   z   nizin.   Tych   drugich   zwierzęta   traktowały   jak 

background image

naturalnych   wrogów,   których   trzeba   unikać   i   odnosić   się   do   nich   z   podejrzliwością   i 

nieufnością. Natomiast Thassowie akceptowani byli całkowicie jako bliscy, godni zaufania 

towarzysze. Przypomniałem sobie słowa Maleza i Maelen. że Thassowie. którzy mają zostać 

Śpiewakami,  przez  jakiś  czas  żyją  w ciałach  zwierząt.  Jaką powłokę  nosiła  Maelen,  gdy 

biegała   jako   zwierzę   po   górach?   Czy   taką   jak   Vors   lub   Simmla?   Czy   można   dokonać 

wyboru? A może to był przypadek, tak jak ze mną i barskiem?

Dwa razy w ciągu tego dnia wyruszałem na zwiady i sprawdzałem, czy nie widać 

jakichś  podróżnych. Podczas drugiej wyprawy dojrzałem bardzo daleko oddział jeźdźców 

udający się w stronę wzgórz. Wiedziałem, że nie zauważą nikogo z nas.

Po zapadnięciu zmroku szukaliśmy pożywienia, przeszukując teren wokół nas. Nie 

mogłem wytropić żadnej zwierzyny. Nie brakowało nam natomiast wody.

Ktoś się zbliża! — Odebrałem sygnał w środku nocy.

Tylko jedna osoba, pomyślałem, mogła wywołać entuzjazm zwierząt.

Maelen! — posłałem wezwanie w noc.

Już idę! — Odpowiedź była słaba, jakby przekazana szeptem.

Maelen — z kolei mój sygnał był  niczym  krzyk — kłopoty…  uważaj… czekaj… 

powiedz, gdzie jesteś.

Tutaj. — Dotarł do nas wyraźniejszy sygnał: wyszliśmy z krzewów i zarośli.

Maelen siedziała na zmęczonym kasie. Noc była jasna, Trzy Pierścienie płonęły pełną 

mocą. Maelen miała na ramionach pelerynę, na głowie kaptur, tak że nie widzieliśmy kobiety, 

tylko ciemną postać na potykającym się wierzchowcu. Dużymi susami wybiegłem na otwartą 

przestrzeń.

Maelen, kłopoty!

Co? — Jej sygnał znów był bardzo cichy, zmęczony. jakby opuściły ją siły i podążała 

przed siebie gnana tylko siłą woli. Teraz ogarnął mnie strach, podbiegłem do niej.

Maelen, co się stało? Jesteś ranna? — spytałem telepatycznie.

Nie, ale co tu się działo? — Jej pytanie było już silniejsze, wyprostowała się.

Ludzie Osokuna napadli na nasz obóz. Malez — zawahałem się, nie umiałem znaleźć 

innych słów — nie żyje. Reszta jest ze mną. Czekaliśmy na ciebie. Oni próbują nas tam 

zaskoczyć.

— Więc to tak! — Zmęczenie jakby ją opuściło. To westchnienie było niczym świst 

bata. — Ilu ich jest?

Chyba   dwunastu.   Osokun   jest   ranny,   kto   inny   dowodzi   —   przekazałem   Maelen 

informacje.

background image

Blask   księżyca   odbił   się   od   różdżki   i   rozprysnął   srebrnymi   iskrami.   Nie   mogłem 

oderwać   od   różdżki   wzroku.   Maelen   zaczęła   śpiewać.   Najpierw   był   to   niski   pomruk,   w 

którym   słowa   i   melodia   zlewały   się   w   jedno,   powodując   drżenie   w   żyłach,   nerwach, 

mięśniach. Stopniowo śpiew stawał się coraz głośniejszy, wzmacniał chęć działania, ogarniał 

całego słuchacza.

Zauważyłem, że srebrna różdżka porusza się. Posłusznie zbliżyłem się do Maelen, a ze 

mną cała reszta futerkowego towarzystwa. Pieśń Maelen wyzwoliła w zwierzętach wielki 

głód. Ów głód mogła zaspokoić tylko krew.

Leżeliśmy w ukryciu, spoglądając na obóz. Wyglądał na zupełnie opuszczony. Widać 

było tylko przywiązane kasy. Jednak nasze zmysły dobrze wyczuwały obecność ludzi.

Maelen znowu zaśpiewała, a może to odezwało się we mnie echo jej wcześniejszej 

pieśni. Wyprostowała się i zaczęła schodzić w dół w kierunku wozów. Przed sobą niosła 

różdżkę. Wcześniej, w świetle księżyca, różdżka płonęła srebrnym blaskiem. Teraz, choć był 

już dzień, nadal błyszczała, rozsiewając iskry.

Usłyszałem dobiegający z obozu krzyk. Po chwili zaatakowaliśmy.

Nasi przeciwnicy przyzwyczajeni byli do kontaktów ze zwierzętami uważanymi przez 

nich za istoty gorsze, które się ściga, zarzyna, udomawia. Jednak zwierzęta, które potrafiły się 

zjednoczyć, by zabić człowieka, były dla ludzi Osokuna niezwykłym zaskoczeniem. Maelen 

nie przestawała śpiewać. Jej pieśń była dla nas wezwaniem. Nie wiem natomiast, czym była 

dla osób wyjętych spod prawa. Pamiętam co najmniej dwóch mężczyzn, którzy rzucili broń, 

padli na ziemię i tarzając się oraz wrzeszcząc coś bez sensu, próbowali zatykać uszy dłońmi. 

Byłem jak ktoś, kto zbudził się z pełnego wydarzeń przerażającego snu. Zobaczyłem martwe 

ciała.   Moja   świadomość   dopiero   się   budziła   i   wypychała   z   pamięci   wspomnienia   walki. 

Maelen nie patrzyła na ciała, tylko gdzieś przed siebie, jakby nie miała odwagi stawić czoło 

pogromowi, jaki odbył się wokół niej. W dłoni trzymała różdżkę, która teraz miała barwę 

szarą — podobną do barwy twarzy dziewczyny.

Usłyszałem przeraźliwy pisk. Podeszła do mnie Simmla, wlokąc swe ciało po ziemi. 

Była ranna. Potem usłyszałem inne krzyki i jęki. Zwierzęta usiłowały dotrzeć do swej pani. 

Ona jednak wpatrywała się przed siebie, niczego nie widząc i nie słysząc, jakby była w transie 

hipnotycznym.

Maelen! — Włożyłem w krzyk swego umysłu wszystkie siły.

Simmla piszczała. Przysunęła się do stóp Maelen, wyciągnęła głowę, by ją złożyć na 

zabrudzonym bucie.

Maelen! — Poruszyła się jakoś niechętnie, jakby nie miała ochoty wracać z nicości, w 

background image

której przebywała. Palce zwolniły uścisk, a różdżka wypadła na ziemię i potoczyła się w 

błoto.

Maelen żałośnie krzyknęła i położyła dłoń na głowie Simmli. Wiedziałem, że już do 

nas   wróciła.   Trzeba   się   było   szybko   zająć   rannymi   zwierzętami.   Żaden   z   mężczyzn   nie 

przeżył bitwy.

Powlokłem wiadro do rzeki, napełniłem je wodą. Powtórzyłem tę czynność kilka razy. 

gdyż  Maelen potrzebowała  wody do sporządzania  okładów  i opatrunków z ziół.  Podczas 

trzeciej takiej wyprawy mój nos, który wreszcie zaczął przychodzić do siebie, poinformował 

mnie   o   niebezpieczeństwie.   Zapach   człowieka,   silny,   świeży,   prowadzący   w   krzaki. 

Odłożyłem wiadro i pobiegłem tym śladem. Nie odszedłem jednak daleko, gdy poczułem 

wezwanie do powrotu.

Wróciłem, lecz z postanowieniem, że wkrótce zajmę się tym tropem. Ktoś przeżył 

walkę przy wozach, a wyposażony w kuszę nawet jeden człowiek mógł ukryć się na górze i 

wszystkich nas z łatwością wybić. Przejęty tą sprawą pobiegłem do obozu i do Maelen, ale 

nim zdążyłem donieść o moim odkryciu, ona przemówiła:

— Kripie Vorlundzie, przywożę z Yrjaru złe wieści. Po raz pierwszy od wielu godzin 

wróciłem myślami do sprawy Kripa Vorlunda.

— Gdy porwali cię ludzie Osokuna, kapitan „Lydis” powołał się na prawo jarmarku. 

Jeden z członków waszej załogi został ciężko pobity, ale wyzdrowiał i opowiedział, co zaszło. 

Rozpoznał   wzór   klanu,   jaki   widział.   To   już   dało   podstawy,   by   wystąpić   z   oskarżeniem. 

Specjalny   oddział   udał   się   do   Oskolda,   gdzie   znaleźli   twoje   ciało.   Zabrali   je   do   Yrjaru 

przekonani, że tortury Osokuna zniszczyły twój umysł. Medyk z „Lydis” stwierdził, że tylko 

poza tym światem można udzielić ci pomocy. I tak… — przerwała, spojrzała mi w oczy. — I 

tak — zaczęła ponownie — „Lydis” odleciała z Yiktor z twoim ciałem na pokładzie. To 

wszystko, czego się dowiedziałam, bo w mieście dochodzi do dziwnych zamieszek.

Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że mówi prawdę. Przez dłuższą chwilę znaczenie 

tych słów do mnie nie docierało, nie słuchałem też, co jeszcze ma do powiedzenia. Czułem 

się, jakby mówiła w obcym języku.

Nie   ma   ciała!   Ta   myśl   zaczęła   tętnić   w   mojej   głowie,   uderzać   coraz   głośniej,  aż 

mogłem   wrzeszczeć   w   rytm   tych   uderzeń.   Maelen   patrzyła   na   mnie.   Ale   nic   z   tego.   co 

mówiła, nie miało znaczenia. Jej rozkazy były odległe, przytłumione łomotem moich myśli. 

Jestem Jorthem, jestem śmiercią… trzeba polować…

Wtedy   ruszyłem   za   tropem,   który   znalazłem   w   krzakach   nad   rzeką.   Świeży, 

intensywny zapach wypełniał mi nozdrza. Zabijać… ale żeby zabijać, trzeba żyć. Nie wolno 

background image

być nierozważnym, barsk jest przebiegły, barsk…

Niechaj obudzi się we mnie bestia z wiekowym doświadczeniem. Niech Jorth w pełni 

mną zawładnie. Wzdrygnąłem się, odskoczyłem na bok, jak zrobiłby to człowiek obserwujący 

przystąpienie zwierzęcia do tradycyjnego zajęcia, jakim jest polowanie. Wyczułem trzy różne 

zapachy, jeden za drugim. Nie kasy… ci ludzie uciekali pieszo. Wokół jednego roznosiła się 

woń mówiąca o ranie. Było ich trzech, udawali się z powrotem w stronę wzgórz. Na pewno 

sprawdzali, czy ktoś ich nie śledzi. Musiałem użyć wszystkich umiejętności. Węszyłem więc i 

rozglądałem się na wszystkie strony, sprawdzając, czy nie ma jakiejś pułapki. Chyba spryt 

Kripa Vorlunda wciąż towarzyszył przebiegłości barska.

Wyglądało na to, że uciekinierzy nie mają zamiaru wspinać się na strome stoki, bo 

wybierali najłatwiejsze podejścia. Raz znalazłem miejsce ich postoju, w którym pozostawili 

zakrwawioną szmatę. Uparcie jednak posuwali się naprzód, w stronę granicy ziem Oskolda. 

Zacząłem szukać innych zapachów najeźdźców, których poprzednio widziałem. Nie chciałem 

bowiem stracić łupu.

Cały   czas   towarzyszyły   mi   jakieś   dobijające   się   do   mojego   mózgu   sygnały,   lecz 

starałem   się   je   ignorować.   Byłem   Jorthem   i   to   Jorth   polował,   tylko   to   było   prawdą. 

Doszedłem do miejsca, gdzie dwa krzewy oderwane były od korzeni. Dalej biegły już tylko 

dwa ślady, nie trzy. Ci dwaj nieśli trzeciego, przez co poruszali się dużo wolniej.

Potem   zszedłem   ze   szlaku,   bo   prowadził   on   do   wąwozu   między   dwiema   ostrymi 

skałami. Byłem przekonany, że ci, których ścigałem, są na dnie wąwozu. Nie pędziłem jednak 

na oślep, lecz skradałem się od jednej kryjówki do drugiej. Nie skupiłem się też na żadnym 

wyraźnym zapachu, pamiętając podstęp zastosowany przez zwiadowcę.

Nadeszła noc, a ja jeszcze ich nie znalazłem. Trochę mnie dziwiło, że potrafili się aż 

tak oddalić. Chyba że opuścili nasz obóz przed walką. Księżyc mi sprzyjał — widziałem ostre 

kontury krajobrazu, sam pozostając w cieniu.

Wreszcie ich dojrzałem. Dwóch z nich stało, opierając się o dużą skałę. Jeden osunął 

się wzdłuż tej podpory i usiadł. Głowa opadła mu na piersi, ręce zwisały bezwładnie między 

wyciągniętymi nogami. Drugi ciężko dyszał, lecz utrzymywał się na nogach. Na prostych 

noszach leżał trzeci. Dobiegały stamtąd słabe jęki.

Dwaj byli niegroźni, ale na tego, który jeszcze stał, musiałem uważać. W końcu się 

poruszył,   uklęknął  i  przyłożył   mały  bukłak  do  ust  rannego.  Ten  jednak  wysunął  ramię   i 

zamachnął się. wydając ostry, gwałtowny krzyk. Bukłak uderzył o skałę i pękł. pozostawiając 

ciemny zaciek na kamieniu.

Przez cały czas siedzący mężczyzna nie poruszał się. Teraz jednak powoli potrząsnął 

background image

głową, jakby chciał rozproszyć zasnuwającą umysł mgłę. Potem podniósł się, wciąż opierając 

się   o   skałę.   Na   jego   twarz   padł   blask   księżyca   i   rozpoznałem   żołnierza,   który   osłaniał 

Osokuna, gdy wjeżdżał ze swym lordem do obozu Thassów. Do tej pory nie zastanawiałem 

się nad tożsamością ściganych przeze mnie mężczyzn. Mężczyzna oparty o skałę wykonywał 

wolę swego pana w ciasnej celi granicznego fortu.

Krip Vorlund? Kim był Krip Vorlund i jakie miał prawo żądać od barska zemsty. To 

było bez znaczenia. Mężczyzna był moją zdobyczą…

Do tego stopnia uważałem ich już za swój łup. że wyszedłem na otwartą przestrzeń, 

nie zważając na nic i z głębi płuc wydobyłem  okrzyk  wojenny mojego gatunku. Ten na 

noszach nie miał szans. Pozostałym pozwoliłem walczyć o życie. Tak było lepiej.

Skoczyłem na stojącego mężczyznę. Myślę, że do jego zmęczonego umysłu dopiero 

wtedy dotarła wiadomość o mojej obecności, gdy poczuł na sobie mój ciężar. Przycisnąłem 

go do ziemi, a moje kły wbiły się w jego szyję.

Łatwy… łatwy łup!

Sapałem   i   kąsałem.   Podniosłem   wzrok   na   drugiego.   Ściskał   miecz   połyskujący   w 

blasku   księżyca.   Wsunął   się   pomiędzy   mnie   a   nosze.   Krzyczał…   Okrzyki   wojenne? 

Wezwania o pomoc? Nie miało to znaczenia — nie były przeznaczone dla moich uszu, a do 

innych i tak nie docierały.

Jednak   ostrze   miecza   miało   w   walce   duże   znaczenie.   Zbliżaliśmy   się   do   siebie 

ostrożnie.   Nasze   ruchy   tworzyły   skomplikowany   wzór   przypominający   rytualny   taniec. 

Sprowokowałem  go  do  ciągłych  uników  i   w  końcu   obróciło   się  to  na  moją  korzyść,   bo 

mężczyzna  wyraźnie  zmęczył  się. Nareszcie udało mi się zacisnąć szczęki na nadgarstku 

dłoni trzymającej miecz. To był początek jego końca.

Zmęczony tańcem śmierci zwróciłem się ku noszom. Mężczyzna siedział. Może strach 

pokonał  słabość   ciała   i  dodał   mu  energii.  Jego  ręka   poruszyła  się   i  poczułem  silny  cios 

między   szyją   a   barkami.   Mężczyzna   zranił   mnie   nożem.   Skoro   jednak   nie   zabił   mnie 

natychmiast, nie uratował tym samym swojego życia.

W końcu leżałem  sam pośród trupów i myślałem,  że zmarł  też barsk Jorth, który 

kiedyś był częściowo człowiekiem.

background image

M

AELEN

XV

Tyle  czasu minęło, odkąd wkroczyłam  na dziwną drogę, by wyrównać szale wagi 

Molastera. Teraz jednak były one tak samo nierówne, jak wcześniej, a zamiast dobra moje 

wysiłki przyniosły zło. Tępo zastanawiałam się nad tym, jak wiele zła można wyrządzić w 

nadziei uczynienia dobra. Czułam się, jakby Molaster mnie porzucił, pozostawił dryfującą na 

fali. z którą nie mogę dać sobie rady. Może zbyt ufałam swojej mocy i to była zasłużona kara.

Stałam   w   obozie   pośród   ciał   wrogów   i   moich   maleństw.   Rozglądałam   się   z 

poczuciem, że to wszystko w jakiejś części jest skutkiem moich czynów, za które ponoszę 

odpowiedzialność. Może to prawda, jak twierdza niektórzy, że jesteśmy tylko pionkami w 

grze wielkich sił. poruszanymi w nie znanych nam celach, a z pewnością nie dla zaspokojenia 

naszych własnych pragnień. Chociaż takie rozumowanie może uspokajać, bo odsuwa winę od 

człowieka, to nie jest ono do przyjęcia dla kogoś, kto podlega dyscyplinie Śpiewaka. Nie 

mogłam więc zgodzić się z takim wyjaśnieniem.

Moja dusza opłakiwała mały ludek i Maleza, choć wiedziałam, że nie ma co żałować 

bliskich, którzy weszli na Biała Drogę. Czasami dużo trudniej jest pozostać przy życiu niż 

przekroczyć  bramę  prowadzącą  w zaświaty.  Nie możemy  pozwolić sobie  na opłakiwanie 

tych. którzy odeszli, wszak oni tylko zmienili starą szatę na nową.

Dotyczy to również mojego małego ludku. Lecz ci, którzy jeszcze cierpieli — to co 

innego. Czułam z ich powodu ból. Jeszcze musiałam znosić ciężar życia dla tego, który uciekł 

gnany przerażeniem, jakie każdego człowieka może doprowadzić do śmierci. Jego musiałam 

odnaleźć, o ile to możliwe, bo wobec niego miałam wielki dług.

Dręczyło   mnie   też   coś   dużo   gorszego,   a   mianowicie   podejrzenie,   że   wewnętrznie 

pragnęłam właśnie takiego przebiegu wydarzeń. A jeśli mocne pragnienia powodują czyny, to 

choć nie przywołałam ich śpiewem do życia, czyż mogłam być pewna, że nieświadomie nie 

zmieniłam   przyszłości   dla   zaspokojenia   tęsknot   własnego   serca?   Wiedziałam,   że   mogę 

jeszcze coś zaproponować Kripowi Vorlundowi, i gdyby się zgodził, to…

Porozmawiałam   z   moim   małym   ludkiem.   Poinformowałam   zwierzęta,   co   trzeba 

zrobić.   Zaśpiewałam   ponad   różdżką,   choć   nie   było   jeszcze   nocy.   Potem   przygotowałam 

jedzenie i picie dla zwierząt. Usiadłam obok Simmli i wyjaśniłam jej, gdzie i po co muszę się 

udać. Gdy zanurzałam się w chaszczach, na niebie rysowały się pierwsze ślady zachodu.

background image

Gdyby nie moc mojej różdżki, nie odnalazłabym  tropu. Wzięłam ze sobą worek z 

żywnością, bo nie wiedziałam, jak długa podróż mnie czeka. Co prawda, przeczucie mówiło 

mi. że nie muszę iść daleko.

Po krótkim namyśle zrezygnowałam z zamiaru porozumienia się z Jorthem za pomocą 

myśli.  Było  bardzo prawdopodobne, że  albo  zamknie  swój  umysł  na moje  sygnały,  albo 

sygnał przeszkodzi mu w chwili, gdy barsk powinien wykorzystywać  cały swój spryt  do 

ratowania życia. Wiedziałam, że nie uciekł na oślep od prawdy, lecz pognał szukać walki. 

Może nawet nie miał zamiaru wyjść z tego starcia cało.

Przyoblekając formę zwierzęcia, przyjmujemy też część jego natury. A jeśli człowiek 

jest w takim stanie, w jakim był  Krip Vorlund, reaguje w najbardziej  drastyczny sposób 

właściwy swej  nowej  skórze. Barsk jest przebiegły,  inteligentny i dziki  — te trzy cechy 

sprawiają, że inne żywe istoty na Yiktor trzymają się od niego z daleka. Miałam podstawy, by 

wierzyć,  że Jorth stał się okrutnym  myśliwym.  Tropił z pewnością uciekinierów  z bandy 

Osokuna.   Ciała   Osokuna   nie   było   wśród   zabitych,   więc   na   pewno   uciekł.   Ile   osób   mu 

towarzyszy? Nie znałam liczby napastników.

Trop prowadził w kierunku granicy ziem Oskolda. Nadeszła noc, a wraz z nią księżyc, 

który zawsze sprzyja Thassom. Wtedy zaśpiewałam — nie słowami, które miałyby wydobyć 

ze mnie moc, lecz wewnętrznym pytaniem, dzięki któremu różdżka niezmiennie wskazywała 

kierunek. Nie czułam wcale zmęczenia.

Gdy się śpiewa, nie myśli się o niczym. Szłam przed siebie, chcąc jedynie odnaleźć 

tego, który zaginął. Wierzyłam,  że jeśli Molaster choć trochę będzie mi sprzyjał,  jeszcze 

można ból i zło obrócić w dobro.

Teren się podnosił. Wszystko wokół pogrążone było w ciemnościach. Szłam coraz 

szybciej.

Przed świtem dotarłam do doliny, w której roznosił się silny,  przygnębiający odór 

śmierci. Ujrzałam ciała trzech mężczyzn. Dwóch z nich nigdy wcześniej nie widziałam, a 

trzecim okazał się Osokun. Gdy zbliżyłam się do jego ciała, zobaczyłam Jortha.

Rozpoczęłam penetrację jego myśli, przekonana, że mogę natrafić na ciszę martwego 

ciała. Poczułam sygnał, lecz dusza wciąż była dla mnie niedostępna. Zdążyłam w ostatniej 

chwili!

Rzuciwszy różdżkę na ziemię, złożyłam podziękowanie Molasterowi i przystąpiłam 

do szukania ran na czerwonym futrze barska. Ujrzałam zanurzony głęboko w ciele sztylet. 

Walczyłam ze śmiercią własnymi rękoma, wiedzą i mocą pieśni.

Zazwyczaj   nie   walczymy   ze   śmiercią   do  samego   końca.   Thassowie   nie   są   aż   tak 

background image

zazdrośni  o cudzą wolność, by zabraniać  wstępu  na Białą  Drogę. Sprowadzenie  kogoś  z 

powrotem oznacza zniszczenie jego przyszłości. Jednak w tej sprawie nie Thassowie mieli 

decydować. Wiem, że dla niektórych gatunków śmierć jest ostatecznym rozpadem i dlatego 

uważana jest za coś przerażającego, rzuca cień na całe ich życie. Nie wiedziałam, jak Krip 

Vorlund traktował śmierć. Wierzyłam jednak, że ma on prawo dokonać tego wyboru, jeśli 

zalicza się do tych, którzy widzą w śmierci wroga, a nie zmianę. Dokonałam więc czegoś, 

czego nie zrobiłabym dla przedstawiciela własnej rasy.

Wczesnym   rankiem  zaśpiewałam   ponownie,  tym  razem  na  głos, przyzywając  całą 

moc,   jaką   potrafiłam   zebrać.   Pod   dłonią   poczułam,   że   ledwie   bijące   serce   nabiera   sił. 

Wreszcie podniosłam słaniające się ciało; było lżejsze, niż się spodziewałam. Czułam kości 

pod skórą, jakby od dłuższego czasu Jorth jadał niewiele.

Wracaliśmy przez wzgórza i całą drogę śpiewałam, podtrzymywałam go, śpiewałam, 

by utrzymać go na ziemskich ścieżkach. Gdy doszliśmy do obozowiska, maleństwa ucieszyły 

się na mój  widok. Dały temu  wyraz  krzykami,  które  mnie  zdekoncentrowały.  Położyłam 

Jortha obok Simmli. Simmla jeszcze żyła, co graniczyło z cudem. Opatrzyłam jeszcze raz jej 

ranę. Potem ujęłam jej głowę w swe dłonie, jak często to czyniłam. Zadałam jej Pytanie. 

Siedziałyśmy tak dłuższą chwilę, wreszcie udzieliła mi Odpowiedzi. Otaczająca nas część 

naszego towarzystwa piszczała i płakała. Maleństwa nie są Thassami i nasza wiara nie jest ich 

wiarą, a udzielenie Odpowiedzi wymaga od nich wielkiej odwagi.

Roztoczyłam  w wyobraźni  wszystkie  najlepsze wspomnienia  i pozwoliłam  Simmli 

wśród   nich   wędrować.   Nie   czuła   już   bólu.   Była   szczęśliwa,   zadowolona.   Gdy   osiągnęła 

najwyższy stopień szczęśliwości, wyzwoliłam ją zgodnie z Odpowiedzią. Czułam jednak w 

sercu ból. Owinęłam ciało Simmli i wcisnęłam je między skały. Jorth leżał pogrążony we 

śnie.

Rozejrzałam się po obozie. Wiedziałam,  że muszę coś przedsięwziąć, i to szybko. 

Skoro bowiem dotarł tu Osokun, mogą też przyjść inni. Nakarmiwszy siebie i swój mały 

ludek, rozpoczęłam przygotowania do podróży.

Musiałam pozostawić jeden wóz. Napastnicy wiele zniszczyli i zabrali, ale pozostały 

resztki   żywności   i   artykuły   opatrunkowe.   Klatki   załadowałam   na   dwa   wozy,   wygodnie 

umieściwszy   w   nich   moich   podopiecznych.   Położyłam   Jortha   na   materacu   zaraz   za 

siedzeniem w pierwszym wozie. Wtedy wydałam kasom komendę do odjazdu i wozy ruszyły.

Słońce   świeciło   już   słabiej.   Zbliżała   się   zima.   Niektórzy   uważają   jesień   za   porę 

smutku. Nadejścia zimy oczekuje się więc z trwogą. Dla Thassów zima to czas odpoczynku, 

spotkań, ocen i analiz. Wiedziałam, że w tym rokują, Maelen. mogę spotkać się z osądem 

background image

mojej rasy w sposób nie znany od pokoleń.

Dwukrotnie widziałam jeźdźców udających się grupami gdzieś w dal. Jeżeli nawet 

mój mały karawan wozów wzbudzał zainteresowanie, to nikt mnie nie szukał. Może nawet 

lepiej, że posuwaliśmy się jawnie podczas dnia, bo Thassowie zawsze byli obcy mieszkańcom 

nizin i uważani za włóczęgów. Podróżowanie nocą mogłoby wzbudzić podejrzenia.

Kasy  dobrze   nakarmione   i   napojone  przez   wiele   godzin   utrzymywały   wolne,   lecz 

równe tempo. Postanowiłam więc, że całodzienna podróż będzie dłuższa niż zazwyczaj. To 

było konieczne, bo czas działał na naszą niekorzyść.

Zatrzymywaliśmy się od czasu do czasu, bym mogła opatrzyć rannych. Najbardziej 

brakowało mi obecności Simmli u mego boku. Znaczyła dla mnie więcej niż którekolwiek ze 

zwierząt,   bo   byłyśmy   związane   zamianą,   która   niegdyś   połączyła   nasze   ciała   i   umysły. 

Takiego związku nie da się wyjaśnić słowami. Z nikim nie będę czuła takiej więzi, jak z nią. 

Gdybym to ja odeszła pierwsza, ona czułaby taką samą pustkę.

Za każdym razem, gdy spoglądałam na Jortha, zastanawiałam się, czy jeśli jego ciało 

będzie już należało do niego, a duch barska powróci na swoje miejsce, to czy obcy poczuje 

się zjednoczony z innymi formami życia w taki sposób, jakiego nie doświadczył nikt z jego 

rasy i gatunku.

Posuwaliśmy się naprzód, znowu drogą do Doliny. Myślałam o Dawnych. Co stało się 

z wiadomością, którą wysłaliśmy z Malezem z Yrjaru? Odpowiedź nie nadeszła, tak twierdził 

Malez.  Wiedziałam,  że  wkrótce  nadejdzie  chwila,   której  nie  da  się  uniknąć.  Stanę  przed 

zgromadzeniem i będę musiała opowiedzieć o wszystkim, co uczyniłam, podając przyczyny. 

Nie wierzyłam, bym mogła podać usprawiedliwienie, które złagodziłoby ich gniew.

Porzuciłam   spekulacje,   bo   ponure   myśli   sprowadzają   nieszczęście.   Zaczęłam 

natomiast śpiewać. Wybrałam pieśń o wzroście, gdyż proces wzrostu jest bliskim krewnym 

uzdrowienia i to. co tkwi w jednym, jest też częścią drugiego. Gdy kasy zmierzały miarowo w 

stronę   Yim–Sin,   śpiewałam   dla   Jortha   i   małego   ludku.   W   takim   śpiewie   cała   energia 

skierowana jest na jedno pragnienie i wszystko inne przestaje istnieć.

Jechaliśmy przed siebie. Nadeszła noc. W ciemnościach na niebie pojawiła się łuna 

ognia, będąca znakiem użycia przemocy. Za wzgórzami leżały tereny Oskolda. Pomyślałam, 

że albo to on prowadzi wojnę z najeźdźcami, albo wybuchł pierwszy spór. który pociągnie za 

sobą wiele innych. Myślałam o plotkach zasłyszanych  w Yrjarze. że obcy wplątali się w 

kłótnie lordów, iż „Lydis” wyruszyła w kosmos, by uciec przed jakimś niebezpieczeństwem.

W czasach wojen między mieszkańcami Yiktor Thassowie zawsze stosują się do starej 

zasady — wycofują się w góry i kryją w bezpiecznych miejscach. Pomyślałam więc, że i inne 

background image

karawany   będą   tej   nocy   podróżować.   Nie   próbowałam   jednak   nawiązywać   komunikacji 

myślowej. Śpiewałam, podtrzymując maleńki płomyk życia.

Może dlatego, że nad nami błyszczał Księżyc Trzech Pierścieni, mój śpiew posiadał 

większą moc niż kiedykolwiek’ przedtem. Poruszałam różdżką ponad wychudzonym ciałem 

barska, machając nią w górę i w dół bez dotykania skóry ani włosów, wykorzystując całą 

moc. Mój nadgarstek zmęczył się, w ustach mi zaschło, w gardle czułam piekący ból.

Odłożyłam różdżkę i pochyliłam się. Wiedziałam, że Jorth będzie żył. Po powrocie do 

życia musi wyrazić zgodę na to, co miałam mu do zaproponowania.

Zatrzymaliśmy   się   przy   wjeździe   na   główną   drogę   do   Yim–Sin.   Wypuściłam 

zwierzęta, które rwały się na wolność, i opatrzyłam pozostałe. Borba podszedł do mnie z 

wiadomością, która kazała mi wrócić na drogę.

Mój nos nie wyławiał z powietrza informacji dostępnych zwierzętom. Jednak gołym 

okiem dało się zauważyć, że przejeżdżał tędy duży oddział jeźdźców. I chociaż nie potrafię 

wykorzystywać węchu, umiem innymi sposobami czerpać informacje z powietrza. Czułam 

czyjś gniew i strach. Iść tędy oznaczało narażać się na niebezpieczeństwo.

Nie miałam jednak wyboru. Nie sądziłam, by jacyś najeźdźcy z własnej woli wybrali 

drogę wiodącą do Doliny.

Do   Doliny   prowadzą   dwie   drogi   —   jedna   z   zachodu,   czyli   ta.   na   której   właśnie 

staliśmy,   a   druga   ze   wschodu,   przez   ziemie   Oskolda.   Czyżby   któryś   z   wrogów   Oskolda 

zaślepiony   nienawiścią   postanowił   poprowadzić   swych   ludzi   do   Doliny   i   stamtąd   chciał 

uderzyć na terytorium Oskolda?

To   zupełnie   niewiarygodne,   by   aż   tak   pogwałcić   obyczaje.   Jednak   w   czasach 

szaleństw   wojennych   czyni   się   wiele   rzeczy,   na   które   potem   ludzie   spoglądają   z 

niedowierzaniem.   Ludzie   wiedzeni   nieokiełznaną   żądzą   pokonania   wrogów   popadają   w 

rodzaj transu, w którym stają się nieobliczalni.

Myślałam   o spokoju  Umphry i  tych,  którzy strzegli   go od  wielu  lat.  Było  rzeczą 

niewyobrażalną, by ktokolwiek mógł zakłócić ten spokój.

Opatrzyłam   moje   maleństwa   i   odpoczęliśmy   do   wschodu   księżyca.   Tej   nocy 

potrzebowałam   księżyca   do   pokrzepienia   swych   sił.   Wreszcie   księżyc   się   pojawił,   nie 

zasłonięty chmurami. Nie błyszczał jednak aż tak mocno, by przyćmić łunę ognia na niebie. 

Byłam przekonana, że źródło płomieni znajduje się w Yim–Sin. Taki czerwony kwiat wyrasta 

tylko z ziemi wojny. Z pewnością stało się to, czego się obawiałam!

Zaprzęgłam kasy i wyprowadziłam je na drogę. Usłyszałam za sobą delikatny szmer 

na materacu. Obejrzałam się. Oczy Jortha były otwarte, ale nie widać w nich było oznak 

background image

inteligencji. Odezwał się we mnie nowy strach — czyżby Jorth naprawdę wygrał i człowiek 

przestał istnieć? Czasami, choć bardzo rzadko, zdarzało się. że człowiek nie potrafił oprzeć 

się zwierzęcej naturze.

Zastosowałam komunikację myślową. Kripie Vorlundzie!

Moje wezwanie było silne niczym wezwanie do walki. Włożyłam w nie wszystkie 

posiadane umiejętności.

Oczy  wciąż  patrzyły   tępo,  bez  wyrazu.   Zupełnie   jakbym  widziała   barska,  którego 

wywiozłam od Othelma.

Kripie Vorlundzie! — Jeszcze raz posłałam to wezwanie w stronę jego mózgu.

Poruszył głową, jakby chciał uchylić się przed ciosem. Jego umysł  był niemal tak 

daleko, jak wcześniej siły witalne. Kripie Vorlundzie! — Uniosłam różdżkę, uchwyciłam nią 

blask księżyca i skierowałam ku głowie barska.

Wydobył z siebie okrzyk bólu i przerażenia, jakiego nigdy przedtem nie słyszałam u 

żadnego   zwierzęcia.   Próbował   się   podnieść.   Położyłam   mu   jednak   ręce   na   ramionach, 

uważając, by nie dotykać rany.

— Jesteś Kripem Vorlundem! Jesteś człowiekiem… człowiekiem! — krzyczałam.

Spoglądał na mnie zwierzęcymi oczyma, choć dojrzałam w nich zmianę. Nie próbował 

odpowiadać,   ale   pozostawiony  sam   sobie   zapewne   znowu  popadłby   w   bezmyślność.   Nie 

mogłam na to pozwolić.

— Jesteś człowiekiem — powtórzyłam — a póki człowiek żyje, żyje też przyszłość. 

Przysięgam   ci   —   umieściłam   błyszczącą   różdżkę   między   nami   i   zauważyłam,   że   jego 

spojrzenie   przesunęło   się   ze   mnie   na   nią   i   z   powrotem   przysięgam   ci   na   moc,   która   tu 

spoczywa… a dla mnie jest to przysięga wiążąca nawet poza granice życia i śmierci… że 

jeszcze nie wszystko stracone!

Przez długą, naprawdę długą chwilę bałam się. że przegrałam, że zrozumiał, lecz nie 

chce uwierzyć.

Co pozostaje…? — zapytał telepatycznie.

Jego sygnał myślowy był bardzo słaby, ledwo go uchwyciłam.

— Wszystko! — Czym prędzej podtrzymałam kontakt.

— Na razie nowe ciało… ludzkie ciało. Tak odziany będziesz mógł bezpiecznie udać 

się do Yrjaru. Potem możesz albo wyruszyć za swoim statkiem w kosmos, albo spróbować 

przywołać go tutaj.

To mnie ośmieliło. Kontakt z nim był coraz lepszy, Krip nie odwracał się ode mnie jak 

na początku. Musiałam wierzyć własnym słowom, inaczej wszystko by przepadło. Spojrzał 

background image

mi w oczy.  Więź z nim znowu osłabła, lecz tym  razem nie za sprawą woli, to ciało go 

zawiodło.

— Masz rację. Ale jesteś poważnie ranny, musisz spać — powiedziałam szeptem.

Położył   głowę   na   materacu   i   zamknął   oczy.   Wóz   toczył   się   dalej.   Ja   jednak   nie 

mogłam spać.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Odesłałam dwa wozy trasą wyznaczoną w 

mózgach kasów. Z czasem moje polecenie wygaśnie, ale wtedy zwierzęta będą już w górach. 

Zwierzęta spały w klatkach, ale nie zamkniętych. Żywność i picie zostawiłam w widocznym 

miejscu.

Spoglądałam za nimi. aż wozy zniknęły mi z oczu. Wtedy wróciłam na swoje miejsce. 

Jorth wciąż pogrążony był w głębokim śnie. Popatrzyłam na łunę przed nami. Była już trochę 

bledsza.   Na   wschodzie   jaśniało.   Czekała   nas   podróż   aż   do   świtu   następnego   dnia.   Nie 

próbowałam zgadywać, w jakie zmierzamy niebezpieczeństwo.

background image

XVI

Zawsze kochałam góry, wolę je od nizin, gdzie czasami oddech grzęźnie w gardle i 

panuje taki zaduch oraz brud, że myśli stają się mniej bystre. Nie wiem, skąd pochodzi moja 

rasa.   Nasza   przeszłość   sięga   bardzo   daleko   i   ginie   w   mglistych   początkach.   Czasami   na 

wspólnych zgromadzeniach rozmawiamy o tym, snujemy domysły. Mówi się między nami, 

że może nawet nie pochodzimy z Yiktor. lecz z jakiegoś innego świata i byliśmy niegdyś tutaj 

obcy. Jeśli nawet tak było. nasze przybycie odbyło się tak dawno, że nie zachowały się z tych 

czasów nawet na wpół zapomniane legendy.

Gdy jeszcze mieszkaliśmy w domach, budowaliśmy miasta w górach, i dlatego nie 

przeszkadzaliśmy nowym osadnikom, którzy zaczęli osiedlać się na nizinach. Oni bowiem 

szukali dolin, tak jak my krain górzystych.

Teraz, gdy nasz wóz zmierzał w kierunku Yim–Sin. mój  nastrój się poprawił, jak 

zapewne u każdego wędrowca, który wkracza na bliskie sercu tereny. Tym razem jednak 

odezwał się też strach. Gdyby nadal była przy mnie Simmla, mogłaby ruszyć na zwiady.

Słońce wzeszło, lecz przysłoniły je szczyty gór, więc nie docierało do nas ani jego 

światło, ani ciepło. Posiliłam się w drodze i przestałam śpiewać. Moja moc była już poważnie 

osłabiona wezwaniami, których dokonywałam w ciągu ostatnich godzin, a jeszcze mogło się 

okazać, że część energii będzie mi potrzebna. Siady podążającego przed nami oddziału wciąż 

były wyraźne.

Na   górskich   zboczach   ciągnęły   się   tarasowe   winnice.   Liście   winorośli   były 

purpurowe, co wyraźnie świadczyło, iż pora żniw miała się ku końcowi. Zza grzbietu gór 

dobiegał swąd spalenizny. Nie miałam już wątpliwości, co zastaniemy w Yim–Sin.

Z niektórych stert popiołów wciąż leniwie wydobywał się dym. Zmoczyłam szalik i 

obwiązałam nim nos oraz gardło. Oczy mi łzawiły.

Jedynie  świątynia  Umphry nie płonęła. Główna brama była  wyrwana  z zawiasów. 

Zatrzymałam wóz i nasłuchiwałam. Bardzo niewyraźnie spoza dziedzińca dobiegał stłumiony 

jęk. Zeszłam z wozu i ruszyłam w stronę bramy.

Oczywiste było, co się tu stało. Yim–Sin zostało zaatakowane z zaskoczenia, lecz 

garstka   mieszkańców   zdołała   dotrzeć   tutaj   z   nadzieją,   że   wróg   nie   waży   się   napaść   na 

sanktuarium.   Szukałam   żywych.   Odnalazłam   dziewczynkę.   Wzięłam   ją   na   ręce,   a   ona 

spojrzała na mnie obojętnie, ani się nie wzbraniając, ani nie garnąc do mnie.

Położywszy dziewczynkę w wozie z dala od Jortha, jeszcze raz poszłam do świątyni 

background image

Lmphry.

Oto jaki może być człowiek, gdy odrzuci wszelką kontrolę nad okrucieństwem i złem, 

które mieszkają w jego wnętrzu. Jestem Śpiewaczką i aby posiąść moc, musiałam przejść 

wiele ciężkich prób. Należę do ludu, który wybrał życie w pokoju. To, co ujrzałam owego 

dnia w Yim–Sin, przekraczało wszelkie granice. Poczułam drżenie i mdłości, nie mogłam 

uwierzyć, że mógł tych zbrodni dokonać ktoś, kogo nazywamy człowiekiem.

Jeżeli Yim–Sin tak ucierpiało, to co stało się w Dolinie? Dolina ma strażników do 

obrony swych mieszkańców przed nimi samymi. Czy ci strażnicy potrafili obronić się przed 

atakiem z zewnątrz?

Wróciłam do wozu i wydałam rozkazy kasom. Potem wzięłam na ręce znalezioną 

dziewczynkę i zaśpiewałam jej pieśń, by sprowadzić sen i otworzyć głęboko ukryte miejsce, 

w którym ukryła się jej przerażona dusza. Gdy położyłam ją z powrotem na wozie, Jorth 

uniósł głowę i spojrzał na nas.

Co się stało? — skierował na mnie pytające spojrzenie.

Powiedziałam mu prawdę o tym, co tu zastałam, oraz że przed nami podąża śmierć. 

Mogłam jedynie przypuszczać, że jakiś wróg chciał zaatakować ziemie Oskolda od strony 

Doliny. Ostatniej nocy płonęły ognie na nizinach. Domyślałam się, że nie była to zwykła 

inwazja na ziemie Oskolda, lecz konflikt o dużo szerszym zasięgu, który może już objął cały 

lą. Nie ma bowiem logicznego uzasadnienia tego. co się tu wydarzyło. Mogliby tak postąpić 

wyjęci spod prawa, ale nie ma ich aż tylu, by zdobyć miasto… a zresztą Osokun i jego ludzie 

nie żyją. więc kto jest tymi wyjętymi spod prawa?

Ale jedziemy… do Doliny? — Jorth wyraźnie się niepokoił.

— Złożyłam   ci   przysięgę   —   odpowiedziałam   wyczerpana.   —   Zrobię,   co   tylko 

możliwe, by zwrócić ci choć część tego, co utraciłeś. A jedyną możliwość stanowi Dolina.

Proponujesz mi ciało Maquada? — skierował wprost swe myśli do mnie.

— Tak. jeśli się zgodzisz, ciało Maquada. W nim być może uda ci się dotrzeć do 

Yrjaru, a mnie wraz z tobą. Stamtąd może da się zawiadomić twój statek, by wrócił.

Milczał. Zastanawiał się. Miałam nadzieję, że to właściwy sposób ukierunkowania 

jego myśli.

Czyli dla was. dla waszego ludu. naprawdę nie ma znaczenia, jakie posiadacie ciało? 

— sformułował swe wątpliwości.

— Oczywiście,   że   ma   znaczenie!   Musiałabym   postradać   zmysły,   żeby   twierdzić 

inaczej.   Lecz   wierzymy,   że   część   wewnętrzna   jest   dużo   ważniejsza   od   zewnętrznej,   że 

właśnie wewnątrz tkwi nasza prawdziwa osobowość, a powłoka to tylko odzienie na użytek 

background image

oczu i innych zmysłów. Odzienie Maquada wciąż żyje, lecz to, co było Maquadem, odeszło z 

ciała   i   od   nas.   Mogę   zaproponować   ci   tę   siedzibę,   w   której   masz   szansę   znowu   być 

człowiekiem.

Thassem! — poprawił mnie.

— A czy to nie to samo? — spytałem.

Nie! — zaprzeczył ostro. Jesteśmy bardzo różni. Jako Jorth przekonałem się, że resztki 

po pierwotnym  mieszkańcu.  jak byś  to  nazwała,  pozostają  w jego ciele  i  mogą  na  mnie 

oddziaływać. Czy nie będzie tak samo. gdy spróbuję innej zamiany? Czy nie będę bardziej 

Kripem–Maquadem niż Kripem Vorlundem?

— Kto   rządzi   Jorthem?   Barsk  czy  człowiek?   Czyż   więc   Krip  Vorlund   nie   będzie 

Kripem Vorlundem w każdym ciele?

Ale nie jesteś pewna… — Widziałam wątpliwości w jego oczach.

— Czy ktokolwiek — wybuchnęłam — może być czegokolwiek pewien?

Tylko śmierci. — Odczytałam bezbłędnie jego myśli.

— Czyli śmierć jest dla was, obcych, czymś pewnym? Czy wierzycie, że to koniec, a 

nie początek?

Któż to wie — odpowiedział — może nie mamy prawa odpowiadać na takie pytania. 

Czyli  proponujesz mi  ciało  bliższe  mojemu  własnemu.  Mówisz weź to i jedź do Yrjaru, 

opowiedz swoje przygody i poproś o zwrot ciała, które jest twoje. Wygląda jednak na to, że 

mamy przed sobą nie tylko własne sprawy, ale i wojnę dzielącą nas od Yrjaru.

— Posłuchaj, Kripie Vorlundzie, czy kiedykolwiek obiecywałam, że to będzie łatwe? 

Dolina posiada strażników do obrony jej mieszkańców. Może oni pokonali najeźdźców.

Co zrobisz z tym dzieckiem? — zapytał, skomląc jednocześnie.

— Jeśli Dolina pozostała nietknięta, Umphra się nim zaopiekuje. Jeśli nie, weźmiemy 

je ze sobą.

Po raz pierwszy zauważył brak reszty zwierząt.

— Odesłałam je tam, gdzie mam nadzieję odnajdzie je mój lud. Jeżeli nie, będą mogły 

żyć na wolności — odparłam.

Nasz   wspólny   spacer   na   jarmarku   w   Yrjarze   odmienił   i   moje,   i   jego   życie.   Nie 

uwierzyłabym w to, gdybym tego nie przeżyła. Tak właśnie powstają legendy.

Maelen. kim był dla ciebie Maquad? — Dotarło do mnie jego pytanie.

Utraciłam czujność i on chyba to wyczuł. Ten nagły atak wydobył ze mnie prawdę.

— Był   towarzyszem   życia   mojej   siostry.   Merlay.   Kiedy…   kiedy   od   nas   odszedł, 

myślałam, że ona pójdzie za nim. Wciąż odwraca twarz od pełni życia. Zastanawiasz się z 

background image

pewnością, czy ten związek ożyłby, gdyby Maquad wrócił’? Myślę, że może twój wygląd 

mógłby ją na tyle  poruszyć,  iż  pogodziłaby się z  rzeczywistością  i wyszłaby  z cienia  w 

światło. Nie sądź jednak, że przed jakimkolwiek Thassem mógłbyś  ukryć swą prawdziwą 

tożsamość. Kripie Vorlundzie. Oni rozpoznają cię przy pierwszym spotkaniu. Muszę ci też 

powiedzieć, że mój lud nie pochwali tej zamiany. Dając ci ciało Maquada, nawet na niedługo, 

naruszam   wszystkie   nasze   Niezmienne   Słowa.   Ja   jestem   odpowiedzialna   za   całe   to 

zamieszanie i muszę wszystko naprawić. Jestem zobowiązana najsilniejszą z przysiąg mojego 

ludu do uczynienia co w mojej mocy, by ci pomóc. Nie wiem, dlaczego mnie tym obarczono. 

Lecz kto dźwiga brzemię zesłane przez Molastera, ten nie buntuje się.

Nie zadawał więcej pytań, a ja byłam zadowolona, że skupił się na własnych myślach. 

Bowiem   byłam   już   bardzo   zmęczona.   Powiedziałam   mu   całą   prawdę.   Będzie   nosił   ciało 

Maquada, ale nie będzie Maquadem. Jednak jak zwierzę potrafi wpływać na człowieka, tak i 

ciało Maquada może wywrzeć na niego swój wpływ. A obcy posiada przecież silną zdolność 

psychopolacji.

Maquad był  Śpiewakiem drugiej rangi. Poszukiwał wiedzy potrzebnej do zdobycia 

wyższego stopnia wtajemniczenia, gdy został zabity w skórze czworonoga. Zwierzę biorące 

udział w zamianie popadło w katalepsję. z której nic nie mogło go wydobyć. Zwierzęca część 

nie mogła posiąść całego ludzkiego mózgu, tak jak i człowiek nie mógł całkowicie zawładnąć 

zwierzęciem. W naszej historii nigdy nie zdarzyło się. by człowiek ostatecznie znalazł się w 

ciele innego człowieka czy też Thassa, a nie w swoim własnym.

Wpatrywałam się w kasy i drogę, ale nie widziałam ani zwierząt, ani drogi, tylko 

twarz siostry i zmianę, jaka mogłaby w niej zajść, gdyby Maquad towarzyszył jej przez jakiś 

czas! Choćby nawet to. czego tak pragnęłam, nie miało się stać, to i tak musiałam dotrzymać 

złożonej przysięgi i pojechać do Yrjaru.

Myślałam też o Dolinie i o tym. co tam może się dziać. Wedle wszelkich znaków ci, 

którzy zniszczyli Yim–Sin, powinni już tam być. Minęliśmy już miejsca, gdzie zwykle stali 

strażnicy strzegący wjazdu. Nie było ich. a ja nie zatrzymywałam się, by ich szukać. Nie 

miałam zamiaru się śpieszyć, żeby nie przybyć w trakcie walki. Strażnicy Doliny mogliby nie 

odróżnić przyjaciela od wroga.

Dziecko spało, Krip Vorlund chyba też. bo leżał cicho z głową na przedniej łapie. Nie 

odzywał się już więcej. Południe zastało nas w dzikich ostępach, przez które przebiegała tylko 

jedna droga. W górskim strumieniu szumiała woda. Wypuściłam kasy. by odpoczęły.

Żadnych śladów? — spytał obcy. gdy przyniosłam mu miskę wody.

— Żadnych prócz tego, że tędy jechali — odparłam. Twoja moc — skomentował — 

background image

zdaje się mieć granice.

— Jak wszystko. Potrafisz komunikować się myślami. Czy umiesz też teleportować 

albo robić coś podobnego?

Nie.  Są tacy.  którzy umieją,  lecz  ja jeszcze  muszę  się uczyć.  Myślałem  tylko,  że 

Thassowie…

— Potrafią   dokonywać  jeszcze  dziwniejszych   rzeczy?   Czasami,  ale   miejsce   i czas 

muszą  być  odpowiednie.  Dysponując  oboma  czynnikami,  mogłabym  uzyskać  przybliżony 

wgląd w przyszłość, czy raczej w jedną z przyszłości.

Czemu w jedną? Czy przyszłości się zmieniają? — Spojrzał na mnie pytająco.

— Owszem, bo  zależą od naszych decyzji, a czy człowiek zawsze myśli tak samo, 

dzień po dniu, godzina po godzinie? To, co zdaje się słuszne i ważne w danej chwili, może 

takie nie być chwilę później. Przeto przyszłość w szerokim sensie można odczytać. Lecz nasz 

stosunek do przyszłości zmienia się wraz z koniecznością stawienia czoła takiej lub innej 

sytuacji kryzysowej. Mogłabym ci przepowiedzieć los narodu, ale nie jednostek tworzących 

ten naród.

A mogłabyś przewidzieć los Doliny? — zapytał telepatycznie.

— Może,   w   odpowiednim   czasie.   Teraz   jednak   nie.   Wkrótce   przekonamy   się 

osobiście, co dzieje się w Dolinie.

Zjadł mi z ręki pokruszone pieczywo z mięsem i popił wodą. Dziecko poruszyło się i 

zapłakało.

Wzięłam dziewczynkę na ręce i przyłożyłam do jej ust małą filiżankę z mieszanką 

wody i soku z leczniczych ziół. Wypiła, po czym zwróciła głowę w moją stronę i zapadła w 

jeszcze głębszy sen.

Maelen. czy jesteś mężatką? Masz dziecko? — Jorth spojrzał na mnie wymownie.

Pomyślałam, że w całej tej dziwnej przygodzie żadne z nas nie zadawało drugiemu 

takich pytań, przeszłość była nieważna.

— Nie, jestem Śpiewaczką. Póki śpiewam, nie mam życiowego partnera. A ty. Kripie 

Vorlundzie? Słyszałam, że Kupcy zakładają rodziny. Czy możecie poświęcać się tylko jednej 

rzeczy?

Opowiedział mi telepatycznie o życiu swego ludu związanego z wieloma gwiazdami, 

nie tylko zjedna. Kupcy mają życiowych partnerów, ale dopiero gdy osiągną pewną rangę 

wśród   towarzyszy.   Zdarza   się,   że   kobieta   z   jakiejś   planety   wybiera   życie   Kupca   dla 

mężczyzny, ale jest nie do pomyślenia, by Kupiec porzucił swój statek z powodu kobiety.

— Jesteście jak Thassowie — powiedziałam. — Dla was przywiązanie do jednego 

background image

miejsca   oznacza   śmierć.   My   przemierzamy   lądy   i   morza   Yiktor   z   własnej   woli.   Mamy 

miejsca, gdzie spotykamy się w razie potrzeby. Ale co do reszty…

Cyganie — pomyślał Vorlund.

— Co? — spytałam.

Bardzo stare słowo. Oznacza lud. który żyje.  wędrując. Myślę,  że był  kiedyś  taki 

naród, bardzo dawno temu, gdzieś, na którymś ze światów.

— Więc Thassowie mają gdzieś daleko swój odpowiednik. Wspomniałam kiedyś o 

statku i moim małym ludku, o odwiedzeniu innych światów.

To   teoretycznie   możliwe.   Ale   kosztowałoby   więcej   pieniędzy   niż   leży   w   skarbcu 

świątyni   Yrjaru.   Taki   statek   musi   zostać   zbudowany   w   innym   świecie,   po   wielu 

eksperymentach i badaniach. To tylko marzenie, Maelen, bo nikt nie posiada takiego majątku, 

by je zrealizować.

— Co to jest majątek, Kripie Vorlundzie?

Jest   to   coś   rzadkiego   i   cennego   na   każdej   poszczególnej   planecie.   Rzadkość   plus 

piękno w niektórych przypadkach, rzadkość plus przydatność w innych. Na Zakatii jest to 

wiedza,   bo   Zakatianie   za   największy   skarb   uważają   naukę.   Nie   znane   mi   dzieło   sztuki 

oznacza skarb. Na Sargol jest to mała zielona roślina, niegdyś powszechna na zapomnianej 

Terra, zupełnie niedostępna dla Salarkian, którzy chętnie oddają za nią klejnoty. A te same 

kamienie na innej planecie, małej jak paznokieć, pozwalają ludziom żyć jak lordom na Yiktor 

przez pięć lub więcej lat. Na Hasku skarbem jest pierze sprokjan. Mogę ci wymienić szereg 

skarbów w jednej czwartej galaktyki, bo znajdują się one w naszych ładowniach.

— Czyli w każdym świecie co innego jest cenne. A to, co wydaje się fortuną na jednej 

planecie, na innej może być niewiele warte.

Roześmiał się do siebie i nawet szczęki barska utworzyły coś w rodzaju uśmiechu.

Klejnoty, drogie kamienie są najlepsze, bo kamienie i piękne rzeczy wielu ludom i 

gatunkom wydają się warte nabycia i przechowywania.

— A jaki rodzaj majątku jest w cenie na świecie, gdzie można by zbudować statek do 

przewozu mojego małego ludku’?

Najcenniejsze przedmioty.  To wewnętrzna  planeta,  do której dociera  wszystko,  co 

najlepsze z setek innych światów. Statki, które sprzedają, sprowadzają cokolwiek tylko może 

kogoś zainteresować. Musiałoby to być coś rzadkiego, może nigdy wcześniej nie widzianego, 

lub w tak dużej ilości, że trzeba by opróżnić połowę naszych magazynów.

Ułożyłam śpiące dziecko wygodnie, ale znowu wytworzyłam między nim a barskiem 

barierę, aby po obudzeniu dziewczynka nie zobaczyła zwierzęcia. Potem zaprzęgłam kasy. Po 

background image

raz drugi podróżowaliśmy tą samą drogą. Moje myśli wracały do istoty skarbu, do tego. jak 

oceniają to różne światy. Wiedziałam, co obcy wywożą z Yiktor, i domyślałam się, że taki 

ładunek nie jest uważany za nic nadzwyczajnego. Posiadaliśmy drogie kamienie, ale nie tak 

rzadkie. by obcy walczyli o ich zakup. Doszłam do wniosku, że Yiktor może uchodzić w 

oczach ekspertów za stosunkowo biedną planetę.

Thassowie nie zabiegają o przenośne bogactwo, jak czynią  to ludzie z nizin. Jeśli 

mamy czegoś więcej niż potrzeba, na jednym ze zjazdów oddajemy nadwyżkę tym, którzy 

tego potrzebują. Pokazy zwierząt przynoszą nam pieniądze, lecz nie gromadzimy kapitału. 

Traktujemy te występy jako metodę szkolenia zarówno zwierząt, jak i Śpiewaków. Poza tym 

stwarza nam to możliwość tułaczego życia.

Natomiast gromadzenie majątku jest nam obce. Jeśli nawet robiliśmy to w przeszłości, 

przed porzuceniem miast, to już zdążyliśmy o tym zapomnieć.

Gdy znów powoli zmierzaliśmy w stronę Doliny, spytałam Kripa Vorlunda:

— Co jest u was największym skarbem? Klejnoty? Czyi inne rzadkie rzeczy?

Odpowiedział mi jednym słowem: statek.

— I niczego nie gromadzicie?

To, co gromadzimy z pożądanych przez innych skarbów, służy tylko temu, by dorobić 

się własnego statku.

— Ilu z was to osiąga?

Może tylu, ilu jest lordów na Yiktor. Walka jest równie zacięta, choć prowadzona 

innymi metodami.

— A ty… czy i ty wierzysz, że kiedyś zdobędziesz skarb?

Nikt z własnej woli nie porzuca marzeń, nawet gdy moment, w którym można je było 

zrealizować, już minął. Człowiek chyba do samej śmierci wierzy, że spotka go coś dobrego 

— przekazał telepatycznie swe myśli Vorlund.

Tej   nocy   rozbiliśmy   obóz,   lecz   tylko   na   kilka   godzin.   Obserwowałam   wschód 

księżyca, ale nie uczyniłam nic, by przyciągnąć jego moc. Energii nie można zbyt  długo 

magazynować. Nie uniosłam więc mojej różdżki, nie zaśpiewałam.

Dotarliśmy   do   zjazdu   w   Dolinę.   Jak   zawsze   nocą   mgła   okrywała   wąwóz   grubą 

warstwą.   Ze   swojego   miejsca   nie   widziałam   żadnych   oznak   niebezpieczeństwa.   Jednak 

zdawałam sobie sprawę, że mój wzrok może mnie mylić.

Usłyszałam   ruchy   barska.   Obejrzałam   się   i   zobaczyłam,   że   usiłuje   wstać. 

Powstrzymałam go wyciągniętą ręką.

— Jesteśmy nad Doliną. Leż spokojnie, odpoczywaj. Zjedziesz na dół? — zapytał 

background image

bezgłośnie.

— Będę ostrożna. — Wyciągnęłam różdżkę. Księżyc nie był w zenicie, ale jaśniał 

wyraźnie. Rozpoczęłam pieśń skierowaną do wewnątrz, a kasy ruszyły w dół. do Doliny.

background image

K

RIP

 V

ORLUND

XVII

Gdy się obudziłem i zrozumiałem, że jestem żywy,  pod opieką Maelen. znowu w 

wozie Thassów, poczułem się tak. jakby sen. w którego mocy się znalazłem, zatoczył krąg. 

Odkryłem w sobie szczególny rodzaj akceptacji, dzięki któremu w koszmarach nie dziwią nas 

nawet   najbardziej   niewiarygodne   zdarzenia.   W   ciągu   następnych   godzin   zauważyłem,   że 

Maelen   różni   się   od   znanej   mi   dotychczas.   Widziałem   ją   teraz   w   roli   kogoś,   dla   kogo 

obowiązek   stał   się   prawdziwą   gwiazdą   przewodnią.   Mimo   silnego   pragnienia   poznania 

przyszłości nie mogłem wyjrzeć poza ustalone przez Maelen granice.

Podczas   zjazdu   do   osnutej   mgłą   Doliny   wóz   trzymał   się   dokładnie   środka   drogi. 

Odczytałem   w   myślach   Maelen,   że   środki   ostrożności,   o   których   mówiła,   mogły   równie 

dobrze obrócić się przeciwko nam, mimo iż przybywaliśmy w pokojowych zamiarach.

Niepokoiło mnie jeszcze coś. Chociaż mój umysł był przytomny, ciało było słabe i nie 

słuchało   moich   rozkazów.   Gdyby   nas   zaatakowano,   nie   mógłbym   uczynić   nic   nawet   we 

własnej   obronie.   Mogłem   podnosić   głowę,   prostować   nogi   i   kłaść   się   na   materacu.   Gdy 

jednak oddychałem,  czułem ból w piersiach. Równocześnie przypływały i odpływały fale 

znużenia. Wiedziałem, że Maelen posiada uzdrawiającą moc, ale czy potrafi uleczyć ranę w 

mojej piersi? Miałem podstawy sądzić, że ostrze Osokuna wdarło się zbyt głęboko i w tym 

ciele przeżycie nie oznacza powrotu do zdrowia.

Pogoń za Osokunem i jego ludźmi była właściwie poszukiwaniem śmierci. W stan 

chwilowego zamroczenia wprawiły mnie wiadomości przywiezione przez Maelen z Yrjaru. 

Jednak w mojej duszy zaświtał promyk nadziei. Propozycja Maelen brzmiała realnie. W ciele 

Thassa faktycznie mógłbym wrócić do Yrjaru. Kupcy posiadali przedstawiciela konsularnego 

na tej planecie. Poznałem go, gdy ..Lydis” wylądowała. Mógłbym udać się do owego Prydo 

Alceya.  przedstawić swoją sprawę, przesłać  wiadomość  do kapitana  Fossa. Przekazałbym 

informację,  która mogłaby pochodzić  tylko  od Kripa  Vorlunda. Potem,  gdyby  przywieźli 

moje ciało, nastąpiłaby kolejna zamiana, i byłbym naprawdę sobą.

Oczywiście, w danej chwili od tego celu dzieliło mnie wiele przeszkód. Kilka z nich 

mogło leżeć bezpośrednio przed nami. Spróbowałem się poruszyć, podnieść ciężką głowę i 

omdlałe ciało. Leżałem jednak bez sił.

Nagle dotarło do mnie, że Maelen zajęta jest czymś  więcej niż tylko powożeniem 

background image

kasów.   Otaczało   ją   psychopole,   które   wskazywało   na   przesyłanie   energii.   Widziałem   jej 

profil. Włosy Maelen zwisały luźno wokół głowy. Na czole nie miała arabeski z rubinów i 

srebra,   którą   pamiętałem.   Jej   oczy   były   półprzymknięte,   powieki   tak   opuszczone,   jakby 

spoglądała w głąb siebie lub na obrazy nie z tego świata.

Na   jej   twarzy   zauważyłem   jasność,   co   mnie   trochę   oszołomiło.   Czy  był   to   blask 

księżyca na jej jasnej skórze, czy też część tej jasności pochodziła gdzieś z wnętrza, była 

odbiciem   zgromadzonej   energii?   Zawsze   dotąd   widziałem   w   Thassach   ludzi,   ale   w   tym 

momencie Maelen wyglądała jak istota obca.

Nazywała   ten   stan   „byciem   ostrożnym”.   Ja   określiłbym   to   jako   „zbrojenie   się”. 

Opuściłem ciężką głowę. Chociaż już nie widziałem Maelen. to jej obraz był wciąż ze mną.

Nagle   pojawiło   się   przy   nas   nowe   uczucie   —   rodzaj   ostrzeżenia.   Jakby   jakiś 

zwiadowca na odległym wzgórzu dawał znaki o naszym przybyciu. Gdy zignorowaliśmy to 

ostrzeżenie,   mój   niepokój   wzrósł.   Nie   potrafiłem   poznać,   czy   to   był   jeden   ze   środków 

ochrony Doliny. Wyraźnie jednak nie wpłynąłem na Maelen i nie odwiodłem jej odjazdy 

naprzód. Usłyszałem niespokojne ruchy dziecka pod kocem. Nie wiedziałem jednak, czy śniły 

mu się koszmary, czy też obudziło się i zauważyło koszmarną rzeczywistość. Drążył mnie 

mój   własny   niepokój.   Znużenie   ogarnęło   wszystkie   moje   członki.   Chwilami   dokładnie 

wiedziałem, gdzie jestem i co dzieje się wokół, a znów w innych momentach odpływałem w 

nicość, gdzie zawroty głowy przytępiały zmysły. Nie potrafiłem więc stwierdzić, czy mgły 

zasnuwające   mój   wzrok.   gdy   próbowałem   przyglądać   się   jakimś   elementom   wozu,   były 

częścią realnego świata, czy też skutkiem pogłębiającej się słabości.

Podróż   ciągnęła   się   w   nieskończoność.   Czas   przestał   istnieć.   Leżałem   na   wozie   i 

słyszałem   płacz   dziecka…   byłem   gdzieś   daleko,   jakbym   odpoczywał   na   wahadłowcu 

kursującym gdzieś w kosmosie.

Powietrze   wokół   pulsowało   i   wirowało…   w   rytm   kołysania   wahadłowca.   Nie.   to 

pulsowanie zakłóciło rytm, przybiło mnie do wozu. Wtedy usłyszałem dźwięk będący częścią 

tego rytmu i pomyślałem, że to śpiew. Nie pochodził od Maelen, lecz z Doliny, i z każdym 

krokiem kasów przybierał na sile.

Co dziwne, rytm śpiewu dodał mi sił. jakby napełnił moje bezwładne ciało energia, 

która wciąż ze mnie odpływała, odkąd dosięgną! mnie cios Osokuna. Nie byłem już tylko 

istotą kurczowo trzymającą się resztek życia,  byłem  znowu zdolny do myślenia  o czymś 

więcej niż własne ciało i niepokoje.

Jeszcze raz przemogłem się i spojrzałem na Maelen. Jej głowa była odrzucona do tyłu, 

ręce wyciągnięte przed siebie.

background image

Między jej złączonymi dłońmi tkwiła różdżka, wirowała rozsiewając srebrne błyski, 

które uderzały o głowę i piersi dziewczyny, po czym znikały. Maelen śpiewała — nie w rytm, 

który wciąż drżał w powietrzu, lecz bardzo wysoko i łagodnie, a dźwięki skierowane były do 

mnie.

Jakimś sposobem udało mi się mocno oprzeć łapami o dno wozu i wstać. Mój wzrok 

był na wysokości siedzenia woźnicy. Była noc lub bardzo wczesny ranek. Księżyc świecił 

mocno, lecz przed nami w dole widać było inne światła.

Nie były to żółto–czerwone płomienie ognia ani błękitny odcień lamp, jakie widziałem 

w Yrjarze. Były  to raczej  księżycowe  lampy,  jakich używała  Maelen, z tym  że nie były 

przymocowane, lecz wykorzystywane w charakterze latarek.

Światło dobiegało z miejsca, z którego dochodził śpiew, coraz silniejszy i głębszy. 

Podciągnąłem się wyżej i pomimo bólu położyłem jedną łapę na siedzeniu, a na niej ułożyłem 

głowę. Maelen nie zauważyła mnie. wciąż pochłonięta śpiewem.

Podeszli   do   nas   trzej   mężczyźni   z   księżycowymi   latarniami.   Zauważyłem   czarne 

sutanny z biało–żółtym wzorem. Nie pozdrowili Maelen, nie próbowali też nas zatrzymać. 

Gdyśmy ich mijali, stali w milczeniu, jeden po prawej, drugi po lewej. Ich oblicza pozostały 

beznamiętne. Wznowili pieśń, której słów nie rozumiałem.

Po drodze minęliśmy innych kapłanów Umphry. Czułem swąd spalenizny, pod którym 

nozdrza barska wyłowiły też woń krwi. Czyli Dolina nie uniknęła losu, jaki spotkał Yim–Sin.

Kasy skręciły bez żadnego widocznego sygnału ze strony Maelen i przejechaliśmy 

przez bramę. Portal, który tam wcześniej widziałem, był oberwany i zniszczony. Wokół snuły 

się   dymy   zniszczenia.   Wjechaliśmy   na   dziedziniec   świątyni.   Po   raz   pierwszy   Maelen 

poruszyła się, uniosła różdżkę, dotykając błyszczącą końcówka czoła. Nie emanowało już z 

niej światło, i gdy po chwili dziewczyna opuściła ręce, różdżka była już zwykłym kijkiem. 

Maelen  otworzyła  oczy.  Podszedł  do  nas  kapłan.  Głowę  miał   owiniętą  bandażem,  prawe 

ramię na temblaku.

— Orkamor? — spytała Maelen.

— Dogląda swego ludu, Freesha. Ponuro pokiwała głową.

— Wyrządzono wam krzywdę, bracie?

— Wiele zniszczono. —  Jego głos był zgaszony, a twarz zmęczona z zapadniętymi 

oczami. — Nie zniszczono jednak tego. co najważniejsze.

— Kto to zrobił? Ale jeszcze gorzej jest w Yim–Sin.

— Tak nam powiedziano. Napadli na nas ludzie, którymi władała ciemność.

— Czy zostali zniszczeni?

background image

— Sami siebie zniszczyli. Nie zważali bowiem na strażników. Niestety, pozostawili 

po sobie ruiny.

— Ci… ci, którzy zostali powierzeni Umphrze… — zaczęła nieśmiało — co z nimi. 

Starszy Bracie?

— Ten, o którego się troszczysz, Freesha. żyje. Inni… niektórych Umphra wypuścił 

wreszcie na Białą Drogę.

Odetchnęła. Dłońmi potarła czoło. Różdżka spoczywała na jej kolanach.

Więc Maquad jeszcze żyje. Uczepiłem się tej myśli. Poczułem, jak znów ogarnia mnie 

znużenie. Czułem się, jakby opuściła mnie resztka energii.

Światło przedostawało się przez małe szczeliny między przymkniętymi powiekami. 

Próbowałem odwrócić głowę, lecz ktoś ją pochwycił i zmusił mnie do wdychania ostrej woni 

rozjaśniającej umysł. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że leżę w jakimś pokoju, nade mną 

pochyla się Maelen z miską wypełnioną złotawym płynem. Z miski podnosiły się opary. które 

przywróciły mi przytomność.

Obok   Maelen   był   też   ktoś.   kogo   znałem.   Kiedyś,   bardzo   dawno,   siedzieliśmy   w 

spokojnym ogrodzie i rozmawialiśmy o życiu poza Yiktor oraz o tym, jak ludzie realizują 

swoje   przeznaczenie   w   wielu   dziwnych   miejscach.   To   był   Orkamor,   sługa   Umphry. 

Próbowałem wymówić jego imię.

— Młodszy   bracie   —   jego   słowa   słyszałem   w   mózgu   —   czy   naprawdę   chcesz 

zamienić swe obecne ciało na inne?

Słowa… słowa… ależ tak, chciałem, oczywiście, że tego chciałem. To był człowiek… 

człowiek! Pragnąłem ludzkiego ciała. Odezwało się we mnie  nie zwykłe  pragnienie,  lecz 

żądza, której nadałem taką moc, jaką tylko mogłem zebrać.

— Niechaj więc będzie, jak sobie życzysz, siostro, bracie…

Orkamor   zniknął   z   zasięgu   mego   wzroku,   jakby   odpłynął   gdzieś   w   dal.   Maelen 

pochyliła się nade mną ponownie z miską wydzielającą rozjaśniające umysł opary.

— Powtórz, Kripie Vorlundzie, słowo po słowie: Pragnę całą mocą odrzucić futro i 

kły, móc chodzić znów w ciele człowieka.

— Pragnę… całą… mocą… odrzucić futro… i kły… móc chodzić… chodzić znów w 

ciele…   człowieka!   —   Z   triumfem   zakończyłem   przysięgę,   żałując,   że   nie   mogę   jej 

wykrzyczeć z górskiego szczytu, tak by słyszał ją cały świat.

— Wypij!

Przybliżyła   miskę   z   aromatycznym   płynem.   Przypiąłem   się   do   niej   z   zapałem. 

Smakowało jak chłodna woda z górskiego strumienia. Póki nie zacząłem pić, nie zdawałem 

background image

sobie sprawy z własnego pragnienia. To było dobre… dobre… piłem, aż miska była pusta, aż 

poczułem językiem dno.

— Teraz… — odłożyła miskę, by przysunąć jedną z księżycowych lamp — spójrz w 

to — rozkazała — uwolnij, spójrz, uwolnij…

Uwolnić? Uwolnić co? Wbiłem wzrok w lampę. To był świat ze srebra, jaki można 

ujrzeć na ekranie „Lydis” podczas wkraczania w nowy system — srebrny świat daleko… 

bliżej…

Kto przemierza srebrne światy i co tam można zobaczyć?

Gdzieś z głębi wyłoniła  się ta myśl.  Ale to była  jawa, nie sen. Wciąż jednak nie 

otwierałem oczu, bo coś się zmieniło i jakaś ostrożna cząstka mnie pragnęła powoli wybadać 

tę zmianę.

Wziąłem   głęboki   oddech   i   czekałem,   by   nos   i   zmysły   barska   powiedziały   mi 

wszystko,   co   potrafią.   Lecz   te   zmysły   były   jakieś   otępiałe,   stłumione.   Owszem,   czułem 

zapachy, woń jakiejś rośliny i jeszcze inne, ale wszystko bardzo niewyraźne w porównaniu z 

tym, co znałem.

Jeszcze nie próbowałem się poruszać. Gdy jednak głęboko westchnąłem, ból, który 

ciągle mi towarzyszył,  zniknął! Otworzyłem  oczy.  Wszystko było  zniekształcone!  Kolory 

jakoś mniej ostre… Zamrugałem. Nic się jednak nie zmieniało. Skoncentrowanie wzroku na 

jednej rzeczy wymagało nie lada wysiłku. Już… już kiedyś tak było… Odezwały się we mnie 

wspomnienia.

Wpatrywałem się przed siebie. Widziałem szeroką powierzchnię, czyli ścianę, a w niej 

okno. Dalej dostrzegłem kołyszące się na wietrze gałęzie. Mój umysł szybko nadał rzeczom 

nazwy,   mimo   że   wszystko   widziałem   inaczej.   Otworzyłem   usta,   próbowałem   polizać 

językiem ostre kły. Jednak język nie był długi, przesunął się po zębach… zębach, które nie 

były groźnymi kłami barska.

Moje… moje łapy. Podniosłem przednią kończynę w pole mojego widzenia, wciąż nie 

mając odwagi unieść głowy. Nade mną powoli podnosiło się ramię… dłoń… palce, które 

zginały się na mój rozkaz…

Ramię…   dłoń?   Nie   byłem   barskiem…   byłem…   człowiekiem!   Gwałtownie 

podniosłem się do pozycji siedzącej. Pokój, wciąż w jakiś sposób zniekształcony, zakołysał 

się. Byłem sam. Unosiłem ludzkie dłonie, obie, by dobrze się im przyjrzeć i spoglądałem na 

ludzkie ciało! Skóra była jasna, tak jasna, że aż poczułem się nieswojo. To nie w porządku — 

powinienem być smagły, bardzo ciemny. Siedziałem na krawędzi łóżka, na którym wcześniej 

leżałem. Przyjrzałem się badawczo długości mojego nowego ciała, jego sylwetce, smukłości 

background image

bliskiej wychudzenia.

Potem   ośmieliłem   się   podnieść   ręce   i   dotykiem   zbadać   twarz.   Była   dostatecznie 

ludzka,   ale   samym   dotykiem   nie   potrafiłem   stwierdzić   różnicy   między   tym   obliczem   a 

należącym   do   Kripa   Vorlunda   porwanego   z   jarmarku   w   Yrjarze.   Potrzebowałem   lustra. 

Musiałem się zobaczyć!

Trochę się słaniając, bo po tak długim czasie poruszania się na czterech łapach nie 

było łatwo przyzwyczaić się ponownie do pionowej pozycji, wstałem. Wysunąłem jedną bosą 

stopę przed siebie, ręce rozpostarłem na boki, by utrzymać równowagę przy przestępowaniu z 

nogi na nogę. Tak dotarłem do okna i odwróciłem się. Czułem się, jakbym odnowił starą 

umiejętność zapomnianą na jakiś czas. Rozejrzałem się, szukając ciała Jortha, ale go nie było 

— nie zobaczyłem go już nigdy więcej.

Pokój był bardzo mały, większość jego powierzchni zajmowało łóżko. Przeciwległą 

ścianę urozmaicały drzwi i kufer, który pełnił też funkcję stołu, sądząc z obecności na jego 

wieku   filiżanki   i   dzbanka.   Z   okna   dobiegał   chłodny   powiew,   który   przyprawił   mnie   o 

dreszcze. Wróciłem do łóżka i owinąłem się narzutą. Tak bardzo pragnąłem ujrzeć swoją 

twarz. To, co widziałem, wskazywało, że byłem Thassem… Maquadem…

Ku swemu zdumieniu odkryłem w sobie kilka powodów do tęsknoty za zmysłami, 

które   tak   dobrze   służyły   Jorthowi.   Wyglądało   na   to,   że   Thassowie   posiadają   takie   same 

ograniczenia jak moja rasa.

Owinięty   w   kapę   z   łóżka   podszedłem   do   kufra.   Pragnienie   kazało   mi   zajrzeć   do 

filiżanki. Była pusta, lecz dzbanek na tej samej tacy zawierał złotawy płyn.

Napój był chłodny, smaczny, wywołał uczucie zadowolenia. Usłyszałem chrząknięcie 

i podniosłem wzrok. Ujrzałem kapłana z obandażowaną głową, który ostatnio witał Maelen. 

Skłonił głowę i podszedł do łóżka, by położyć to, co przyniósł — szare ubranie z czerwonymi 

wzorami w stylu Thassów.

— Najstarszy Brat porozmawia z tobą, bracie, gdy będziesz gotów.

Podziękowałem mu i zacząłem się ubierać. Moje ruchy były coraz pewniejsze. Gdy 

skończyłem, pomyślałem, że muszę wyglądać jak Malez.

Malez! Kolejne wspomnienie i wraz z nim gniew. Malez wydobył mnie z piekła w 

Yrjarze… i jak się to skończyło? Wiedziałem o nim tak mało, a zawdzięczałem mu tak wiele.

Chociaż w nowym pasie posiadałem sztylet z długim ostrzem, nie było miecza ani 

oczywiście takiej różdżki, jaką dysponowała Maelen. We mnie natomiast, gdy pomyślałem o 

śmierci Maleza, odezwało się pragnienie posiadania oręża pasującego do dłoni.

W pokoju nie było lustra, nie mogłem więc zobaczyć przebrania, jakie teraz nosiłem. 

background image

Kiedy   wyszedłem   na   korytarz,   spotkałem   jednego   z   kapłanów.   Czekał   na   mnie.   Kulał, 

prowadząc mnie, a na jego twarzy malowała się pustka spowodowana szokiem i zmęczeniem, 

jaką widać było u jego przełożonych. Miejsce cały czas pachniało gniewem, lecz nie czułem 

już tej woni tak wyraźnie, jak nozdrzami barska.

Weszliśmy   do   małego   ogrodu,   w   którym   ostatnio   przyjął   mnie   Orkamor.   Jak   i 

wówczas Orkamor siedział na wysokim krześle z drewna z gałązkami, lecz teraz liście były 

przywiędłe.   Obok   znajdował   się   stołek,   a   na   nim   siedziała   Maelen.   Jej   ramiona   były 

opuszczone, oczy zapadnięte, zmęczone, wyglądała jak ktoś, kto dokonał wielkiego wysiłku 

na   własną   niekorzyść.   Odezwała   się   we   mnie   chęć   podejścia   do   niej,   ujęcia   tych 

nieruchomych, bezwładnie leżących dłoni i podniesienia ich. Tak obca wydawała mi się w 

Yrjarze, gdy widziałem ją pewną siebie, obca pozostawała przez całą naszą podróż, lecz w 

tym momencie już nie. Widziałem w niej tylko kogoś, komu coś zawdzięczam, a kto jest 

utrudzony i wyczerpany. Nie podniosła jednak wzroku i nie zaprosiła mnie.

Wzrok Orkarnora napotkał mój i przeszył mnie tak głęboko, jakby chciał dotrzeć do 

każdej myśli, nawet najgłębiej skrytej w mym umyśle. Penetracja myśli była zdecydowana, a 

kapłan   poszukiwał   skazy,   o   której   istnieniu   dobrze   wiedział.   Po   chwili   uśmiechnął   się   i 

podniósł   rękę.   Zauważyłem   dużą,   groźnie   wyglądającą   ranę   na   zewnętrznej   powierzchni 

dłoni, jeden z palców był obandażowany i usztywniony. Wykonany przezeń gest oznaczał 

powitanie.

To już zostało dokonane i to dobrze — przekazał nam swą myśl telepatycznie.

Maelen poruszyła się, lekko uniosła głowę i wreszcie spojrzała na mnie. Ujrzałem w 

jej oczach zdziwienie i rodzaj zadumy, co z kolei mnie zastanowiło. Bo skoro dokonała dla 

mnie tej zamiany, czemu rezultaty miałyby ją dziwić?

— Czy to dobrze. Najstarszy Bracie? — zapytała Orkamora.

— Jeśli masz na myśli, czy wykonałaś to tak, jak chciałaś, to tak, zrobione jest dobrze. 

A jeśli chodzi ci o to, czy to doprowadzi do większych kłopotów, to nie potrafię dać jasnej 

odpowiedzi.

— Odpowiedź należy teraz do mnie. Cóż, co się już stało, to się stało, a co musi być 

zrobione… Za twoim pozwoleniem, Najstarszy Bracie, pojedziemy dalej, by przekonać się, 

jaki będzie koniec tej historii.

Wciąż nie odzywała się do mnie. w dodatku wyglądało na to, że nie chciała na mnie 

ponownie   spojrzeć,   bo   po   tym   pierwszym   oceniającym   spojrzeniu   odwróciła   głowę. 

Poczułem   się  dziwnie  odtrącony,   jakbym   wyciągnął   dłoń  na  powitanie,   by  spotkać  się  z 

całkowitym brakiem zainteresowania moją osobą. Równocześnie nie mogłem nic uczynić, by 

background image

przyciągnąć jej uwagę.

Weszliśmy na posiłek. Maelen jadła jak ktoś, kto był bardzo głodny. Ja robiłem to 

samo i odkryłem, że moje ciało chętnie przyjmuje pożywienie. Maelen nadal pozostawała za 

murem obojętności, którego nie potrafiłem zwalić ani obejść.

Gdy wyszliśmy na dziedziniec świątyni, oceniłem, że jest około południa. Po wozie 

nie było śladu, lecz czekały na nas dwa kasy do jazdy wierzchem, na nich peleryny podróżne i 

zapasy żywności. Chciałem pomóc Maelen wsiąść, lecz była szybsza. Podszedłem więc do 

drugiego kasa. Czy to możliwe, by czuła awersję do wszelkich kontaktów ze mną?

Jechaliśmy przez zdewastowaną Dolinę. Mijaliśmy zwęglone ruiny i inne ślady walki. 

Maelen prowadziła drogą do Yim–Sin. Widać było, że bardzo się śpieszy, by wykonać resztę 

swego planu, doprowadzić nas oboje do Yrjaru i rozwiązać, o ile to w jej mocy, ten węzeł, 

którym związał nas los.

Nie spoglądała na mnie podczas drogi pod górę, nie kontaktowała się w żaden sposób. 

Czy było dla niej przykre, że nosiłem ciało kogoś bliskiego, kogo można było uważać za 

podwójnie martwego? Oburzyłem się na tę myśl.

Dwukrotnie uratowano mnie od śmierci. Po raz pierwszy zastanowiłem się nad tym, 

kto zamieszka w tym ciele, które mam na sobie, gdy w końcu zdobędę moje własne. Czy 

wówczas Maquad naprawdę ostatecznie umrze?

Ponieważ w narzuconym  przez Maelen tempie poruszaliśmy się dużo szybciej niż 

wozem,   przed   wieczorem   byliśmy   już   daleko   za   Doliną.   Zanosiło   się   na   to,   że   przed 

wschodem  znowu ujrzymy  Yim–Sin.  Ponieważ  musiałem  poznać  choć rąbek  przyszłości, 

zwróciłem się do swej towarzyszki:

— Co sługa Umphry powiedział ci o wydarzeniach w dolinach?

— Ci. którzy przyszli z zachodu — odpowiedziała — byli obcy. Wygląda na to, że na 

Yiktor pojawił się nowy wróg, bardziej bezwzględny niż jakikolwiek tutejszy lord. A jego siła 

pochodzi spoza tego świata.

— Ale Kupcy… — Byłem zbyt zaskoczony, by to zrozumieć.

— To nie są tacy Kupcy, jak ludzie z „Lydis”. Ci przybysze walczą o zakorzenienie 

się   na   naszej   ziemi,   o   zyskanie   władzy,   zbudowanie   królestwa.   Niektórych   lordów   już 

pokonali… potajemnie od jakiegoś czasu pracowali nad tym, by zasiać niezadowolenie wśród 

ich poddanych. Innych przyciągnęli obietnicami wielkich bogactw. Skłócili lordów ze sobą, 

mieszając w tym kotle wojny tak, że doprowadzili do najwyższego stadium wrzenia. Nie 

wiem,   co   zastaniemy   w   Yrjarze.   Nie   wiem   nawet,   czy   uda   nam   się   dotrzeć   do   miasta. 

Możemy tylko próbować.

background image

To,   co   powiedziała,   nie   brzmiało   pokrzepiająco.   Cała   sprawa   wyglądała   na 

poważniejszą   niż   przypuszczaliśmy.   Zapuszczać   się   na   tereny,   gdzie   każdy   zwracał   się 

przeciwko każdemu, było bardzo ryzykowne. Jednak port leżał na obrzeżach Yrjaru, i była to 

jedyna moja szansa dotarcia do „Lydis”.

Do Yrjaru było daleko, a podróż z ponurymi myślami bardzo się dłużyła. Czy to w 

ogóle rozsądne wybierać się w drogę w takiej sytuacji?

Ta myśl nie dawała mi spokoju, gdy nagle poczułem wezwanie. Było ono ostre i silne, 

brzmiące niczym dźwięk rogu. Nie odbierałem go jednak słuchem.

Potem   nastąpiła   chwila   ciszy   i   znowu   ten   wyraźny,   natarczywy   rozkaz,   który   nie 

sposób było zignorować. Usłyszałem krótki krzyk Maelen, krzyk protestu…

Nim zdążyliśmy coś postanowić, zwróciliśmy wierzchowce w prawo i zjechaliśmy z 

drogi w dzikie ostępy północnych rejonów. Była to odpowiedź na zew, któremu musi się 

podporządkować i ciało, i umysł — wezwanie Thassów rozlegające się tylko w chwilach 

wielkiej wagi.

background image

XVIII

To, co widziałem na Yiktor, w dużej mierze przypominało inne światy — równiny 

otoczone wzgórzami, różnorodna roślinność. Nawet Yrjar, fort Osokuna, Yim–Sin i świątynia 

Umphry   miały   swe   odpowiedniki   na   wielu   planetach,   więc   nie   były   dla   mnie   niczym 

niezwykłym.

Jazda   drogą,   w   którą   skręciliśmy,   była   bardzo   trudna.   Sygnał,   który   odebraliśmy 

zniewolił nas i nie mogliśmy mu nie ulec. Jechaliśmy przed siebie, wciąż na północ, w góry. 

Góry nie były porośnięte drzewami ani nawet drobnymi zaroślami. Tylko niewielkie obszary 

trawy,   o   tej   porze   zmrożonej   pierwszymi   podmuchami   zimy.   wnosiły   nieco   życia   w   tę 

kamienną pustynię.

Był   to   naprawdę   bezludny   ląd.   Widywałem   już   planety   spalone   w   wojnach 

nuklearnych,   jednak   widok   przed   moimi   oczami   był   jeszcze   bardziej   ponury.   To   była 

samotność, która odrzuca życie, jakie znamy. Były to nagie kości prawdziwego Yiktor.

Niemniej jednak istniało tu życie. Gdy zagłębiliśmy się dalej w dzikość nagich skał i 

piachu, ujrzeliśmy ślady wozów i kopyt kasów.

Byliśmy jak zaczarowani, nie odzywaliśmy się do siebie, a ja nawet nie czułem chęci 

powrotu na równiny, do tego, co jeszcze niedawno wydawało się najważniejsze. Nadeszła 

noc. Od czasu do czasu schodziliśmy z kasów, by dać im odpocząć, jedliśmy coś z naszych 

zapasów, po czym znowu ruszaliśmy w drogę.

O   świcie   dotarliśmy   między   dwie   wysokie   skały.   Pomyślałem,   że   w   którymś 

momencie dawnej historii Yiktor musiało tu być koryto rzeki. Był tam piasek, żwir, kamienie 

wyglądające   na   wypłukane   wodą,   ale   żadnych   oznak   życia,   nawet   jednej   kępki   zwiędłej 

trawy. Koryto rzeki doprowadziło nas do olbrzymiej kotliny. Jeżeli szliśmy tu wzdłuż rzeki, 

to doszliśmy teraz do dna wyschniętego jeziora.

Tutaj po raz pierwszy widać było, że człowiek przełamał dzikość przyrody. W skałach 

wokół jeziora wykuto wiele szerokich otworów. Każdy z nich otaczały skalne ryty, które choć 

niegdyś żłobione głęboko, były już spłowiałymi, nieczytelnymi wzorami.

Skalne siedziby najwidoczniej miały swych mieszkańców, bo przed nimi stały wozy, 

w powietrze wzbijał się dym ognisk. Dokoła wałęsały się zwierzęta, lecz ludzi nie było widać. 

Maelen przejęła prowadzenie, bo od wejścia w kotlinę opuściło mnie poczucie przymusu, 

które kazało mi trzymać  się jej boku. Uwiązała swojego kasa obok innych, zeszła z jego 

grzbietu i zdjęła juki. Kas potrząsnął łbem, położył się i zaczął tarzać w piachu, chrząkając 

background image

głośno. Mój wierzchowiec, gdy go rozkulbaczyłem, zrobił to samo.

— Chodź — odezwała się do mnie po raz pierwszy od wielu godzin. Położyłem moje 

juki obok jej i ruszyliśmy przez dolinę w stronę centralnego punktu naprzeciwległej ściany. 

Znajdowało się tam wejście co najmniej dwa razy większe od wszystkich innych. Zachwyciły 

mnie cudowne rzeźbienia i ogrom włożonej w nie pracy, lecz nie potrafiłem doszukać się w 

tych wzorach żadnych znaczeń, gdyż były poważnie zniszczone.

Zastanawiałem   się,   gdzie   są   Thassowie.   Widziałem   tylko   wozy   i   zwierzęta.   Gdy 

jednak   zbliżyliśmy   się   do   skalnego   wejścia,   otrzymałem   odpowiedź.   Dobiegał   stamtąd 

dźwięk,   który   był   czymś   więcej   niż   zwykłym   śpiewem.   Stanowił   on   jakby   część   drgań 

powietrza w sposób, na którego określenie nie ma słów w naszym języku. Nieświadomie 

uległem rytmowi i dopiero wtedy zauważyłem, że był to głos Maelen.

Przeszliśmy ze światła doliny przez masywny portal do korytarza, gdzie lampy nad 

głowami oświetlały nam drogę niczym światło księżyca.

Doszliśmy   do   miejsca,   gdzie   rozpościerała   się   owalna   scena.   Stała   tam   czwórka 

Thassów: dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Choć ich ciała były silne i oczy bystre, to otaczała 

ich aura starości, władzy i mądrości, które tworzyły dystans. Każdy z nich trzymał różdżkę. 

Nie były to krótkie różdżki, lecz sięgające głów właścicieli, gdy opierali je na podłodze.

Maelen   stanęła   przed   podwyższeniem.   Gdy   niepewnie   podszedłem   do   niej, 

zauważyłem, że jej twarz jest blada i nieobecna. Nie przestawała śpiewać.

Wszyscy śpiewali, aż zaczęło mi się wydawać, że nie stoimy na twardej skale, lecz 

chwiejemy się w oceanie dźwięków. Czułem, że nie patrzę na Thassów, tylko na innych ludzi.

Jak długo tak staliśmy?  Do dziś  nie rozumiem  znaczenia wszystkiego,  co się tam 

działo. Sądzę, że zjednoczoną wolą budzili określone moce potrzebne im do jakiś celów.

Pieśń zaczęła zamierać, odpływała serią wolnych, rytmicznych tonów. Niosła z sobą 

brzemię rozpaczy, jakby wszystkie prywatne smutki dawnego, bardzo dawnego ludu przez 

wieki   były   destylowane,   a   każda   maleńka   kropelka   rozpaczy   została   zachowana   na 

przyszłość.

Pieśń Thassów nie była przeznaczona dla obcych uszu. Mogłem nosić ciało Maquada, 

w jakiejś drobnej cząstce być do nich podobny, ale nie byłem Maquadem i zatkałem uszy 

rękoma, by stłumić tę pieśń, której nie mogłem dłużej znieść. Czułem łzy na policzkach, moją 

piersią   wstrząsały   spazmy   płaczu,   chociaż   otaczające   mnie   osoby   w   żaden   sposób   nie 

okazywały smutku.

Jeden z  czwórki przywódców  poruszył się. Różdżka rozkołysała się i wskazała na 

mnie. Wtedy już niczego nie słyszałem! Było tak dopóki pieśń się nie skończyła.

background image

Wtedy poruszyła się jedna z kobiet na platformie. Jej różdżka wskazała Maelen. Z 

dłoni Maelen wypadł jej własny symbol władzy i pomknął w stronę dużej różdżki niczym 

metal   przyciągany   przez   magnes.   Maelen   westchnęła   i   wyciągnęła   dłoń,   jakby   chciała 

pochwycić swoją różdżkę. Potem rozłożyła obie ręce na boki i stała bez ruchu.

Jaka jest twoja opowieść w tym miejscu i czasie. Śpiewaczko?

Pytanie, które zabrzmiało również w moim umyśle, nie zostało wypowiedziane na 

głos, lecz mimo to było bardzo wyraźne.

— Zatem to tak… — zaczęła naszą historię i wyłożyła ją prosto i zwięźle. Nikt jej nie 

przerywał ani nie komentował żadnego fragmentu naszych niewiarygodnych przygód. Gdy 

Maelen skończyła, osoba na platformie, która zadała pytanie, przemówiła:

— Tkwiło   również   w   twoich   myślach,   Śpiewaczko,   że   jest   bliska   ci   osoba,   która 

zaznała głodu serca i że gdyby przywrócono jej tego, do którego tęskni, może dokonałoby się 

dobro.

— Czy tak? — spytał mężczyzna po prawej stronie mówczyni.

— Na początku chyba nie. Później… — Ręka Maelen uniosła się i opadła w geście, 

który uznałem za rezygnację.

— Niech wystąpi ta, której to dotyczy — wezwała kobieta.

Nastąpiło poruszenie i z prawej strony wyszła kobieta Thassa. Chociaż nie potrafię 

rozróżniać ich wieku, wydała mi się młodsza od Maelen. Wyciągnęła rękę do Maelen i ich 

palce zacisnęły się w powitaniu świadczącym o głębokim uczuciu.

— Merlay, spójrz na tego człowieka. Czy to ten, którego opłakujesz?

Obróciła   się,   by   spojrzeć   na   mnie.   Przez   moment   na   jej   twarzy   obecne   było 

zdziwienie, w oczach pojawił się błysk, jaki mógłby towarzyszyć  spojrzeniu w lustro. Po 

chwili ten błysk zniknął, twarz była nieprzenikniona, spokojna.

— To nie on — wymamrotała.

— I nie mógłby być! — odezwała się ostro kobieta na platformie — o czym dobrze 

wiesz, Śpiewaczko!  — Jej  ton był  jeszcze  bardziej  ostry,  gdy ponownie  zwróciła  się do 

Maelen — Niezmiennych Słów nie wolno łamać, Śpiewaczko, dla żadnych osobistych celów. 

Składałaś przysięgi, uważasz się za zaprzysiężoną.

Drugi z mężczyzn na podwyższeniu podniósł teraz różdżkę i lekko rozhuśtał jej koniec 

między Maelen a trójką pozostałych.

— Niezmienne Słowa — powtórzył. — Tak, Niezmienne Słowa są naszym oparciem, 

ostoją. Jednak wydaje mi się, że cała ta przykra sprawa zaczęła się przez Niezmienne Słowa. 

Maelen — on pierwszy wymówił jej imię i chyba usłyszałem w jego głosie współczucie — 

background image

najpierw uratowała tego człowieka z powodu długu. Nie można jej też winić za większość 

tego, co wydarzyło się później. Przeto zobowiązujemy ją, by wykonała to, co zamyśliła, niech 

wraca z nim do Yrjaru i tam odczyni to, co sprawiła swoją mocą.

— Co   jest   niemożliwe   —   odparła   kobieta   o   ostrym   głosie,   a   w   jej   wypowiedzi 

odczytałem zadowolenie. — Bo czyż nie doszły nas słuchy o tym, co stanie się ze Śpiewaczką 

Maelen, gdy zostanie tam zauważona?

Maelen podniosła głowę i spojrzała na kobietę zaskoczona.

— Co masz na myśli, Dawna? Co grozi mi w Yrjarze?

— Obcy,   którzy   wzniecają   ogień,   rozlewają   krew   i   wypuszczają   barski   wojny, 

twierdzą, że to Maelen otumaniła Osokuna, pomieszała mu zmysły i że za to ją zabiją… wielu 

im wierzy.

— Obcy?   Jacy   obcy?   I   dlaczego?   —   Po   raz   pierwszy   wtrąciłem   się   do   tego,   co 

zdawało się nie moją sprawą, tylko sprawą między Maelen a przywódcami jej ludu. Jednak 

obcy… co się za tym kryło?

— Nie twojej rasy, synu — odparł mężczyzna, który ujął się za Maelen. — To ten, 

który odszukał Maelen, nim to wszystko się zaczęło, i chciał uczynić z niej swoje narzędzie, 

oraz ci, którym on służy. Wygląda na to, że ty i twoi przyjaciele macie potężnego wroga w 

przestrzeni, który obecnie przeniósł ten zatarg na Yiktor.

— Ale… jeśli chodzi o Korporantów… — byłem zaskoczony — nie mam wśród nich 

osobistego wroga. Dawno temu ich rasa i moja zwalczały się, to prawda. Lecz w ostatnich 

latach spory załagodzono. To jakieś szaleństwo.

Jedna z kobiet na platformie uśmiechnęła się smutno.

— Wszystkie   wojny i  pogromy  to  szaleństwo,  czy to  między  ludźmi,   czy  między 

ludźmi a zwierzętami. Jednak z jakiejkolwiek przyczyny sprowadzili oni wojnę na niziny, 

faktem jest, że pragną schwytać Maelen. Może boją się, że wie o nich za dużo. Wyruszać 

teraz do Yrjaru…

— Jako Maelen — odezwała się dziewczyna stojąca obok mojej towarzyszki — może 

tak. A jako Merlay?

Najstarszy mężczyzna zastanowił się. Potem potrząsnął głową jakby z żalem.

— Istnieje problem czasu. Trzy Pierścienie są już nocą coraz słabsze. A tylko pod 

nimi można dokonać zamiany między Thassami. Nie przeżyłabyś więcej niż cztery dni.

— Nie musi tak być — ciągnęła Merlay — jeśli zamiany dokonamy nie tutaj, ale na 

wzgórzach stanowiących granicę z nizinami. Stamtąd do Yrjaru… cztery dni wystarczą.

Maelen potrząsnęła głową.

background image

— Lepiej  pojadę we własnym  ciele  niż miałabym  narażać  twoje, siostro. Spłacam 

własne długi.

— Czy   powiedziałam,   że   nie?   —   odparła   Merlay.   —   Ja   tylko   cię   proszę,   byś 

kierowała   się   rozsądkiem.   Powiedziałeś,   Mylrinie   —   zwróciła   się   do   przywódcy   —   że 

Maelen ma prawo doprowadzić tę sprawę do należytego zakończenia. Są w Yrjarze osoby, 

które wiedziały o moim związku z Maquadem. Jeśli będziemy podróżować razem, czy będzie 

to podejrzane? To najlepszy sposób.

W końcu postanowiono, że to istotnie najlepszy plan. Mnie nie pytano o zdanie. W 

zasadzie   wówczas   myślałem   głównie   o   obcych.   Według   Maelen,   Slafid   od   początku   był 

wplątany   w   intrygi   Osokuna.   Chcąc   nakłonić   Maelen   i   Maleza   do   współpracy,   groził 

rozpowiedzeniem o zamienianiu ciał przez Thassów. Jednak, o ile mi było wiadomo, był on 

tylko młodszym oficerem na statku Korporacji. Czemu jakikolwiek Korporant chciałby wojny 

tutaj, na Yiktor? W przeszłości działali podobnie na innych prymitywnych planetach, choćby 

po to, by móc łowić ryby w spornych wodach, gdy obie strony były już wyczerpane walką. 

Ale na Yiktor, według mojej wiedzy, nie ma takich bogatych zasobów, dla których warto 

byłoby narażać się Patrolowi.

Zastanawiałem się nad tym, gdy wróciliśmy na szlak. Maelen i ja, Merlay i jeszcze 

dwaj Thassowie wsiedliśmy na kasy. Jechaliśmy z szybkością, na jaką tylko było stać nasze 

wierzchowce. Po czterech dniach dotarliśmy do dolinki, w której rozbiliśmy obóz.

Tej nocy spaliśmy,  cały następny dzień też spędziliśmy na odpoczynku,  bo to, co 

miało się dokonać między Merlay a Maelen, wymagało ciał nie zmęczonych trudami podróży. 

W tym czasie próbowałem dowiedzieć się czego tylko mogłem o obcych. Gdy Thassowie 

poznali przyczynę mojego zaniepokojenia, rozmawiali ze mną o tym, lecz nie potrafiliśmy 

zrozumieć, dlaczego właśnie Yiktor stał się miejscem takiej ingerencji.

— Bogactwo — powiedziała Maelen. — Mówiłeś o skarbach, które są liczne i bardzo 

różne. Powiedziałeś, że to, za co w jednym świecie warto oddać ludzkie życie lub wolność 

kraju, w innym może nie mieć żadnej wartości. Nie wiem, jaki skarb mógł ściągnąć na nas to 

nieszczęście z gwiazd.

— Ja też nie wiem — odparłem. — Twierdziłaś, że na targach nie przedstawiono 

niczego   nowego   ani   zaskakującego.   Wszystkie   te   towary   były   też   już   znane   Wolnym 

Kupcom. Oczywiście, mogliśmy zarobić na ładunku z Yiktor… inaczej byśmy nie przybyli… 

ale tylko na czymś rozsądnym, nie takim, co sprowokowałoby Korporantów do wznowienia 

ataków.

— Mathan — jeden ze strażników zwrócił się do swego towarzysza — gdy już stąd 

background image

odjedziemy, może nie powinniśmy mówić: „To nie nasz problem, niech mieszkańcy nizin 

robią z tym, co chcą”. Bo może się zdarzyć, że cały nasz świat zostanie w to wplątany i wtedy 

będzie to nasz problem.

— W Yrjarze jest konsul obcych — uchwyciłem się swojej ostatniej szansy poznania 

przyczyn i okoliczności wszystkiego, co wydarzyło się od wyładowania „Lydis” — on na 

pewno będzie coś wiedział.

Następnej nocy Thassowie dokonali swoich czarów. Tym razem nie brałem w tym 

udziału.  Kazano  mi   czekać  na  osobę, która   opuści  namiot  rozbity dla   zamaskowania  ich 

czynności. Gdy wyszła, w butach i pelerynie, gotowa do drogi, ruszyliśmy w stronę nizin, 

pozostawiwszy resztę Thassów w dolince.

Wszędzie   spotykaliśmy   ślady   wojny,   choć   wybieraliśmy   tak   puste   i   rzadko 

uczęszczane drogi, jak to tylko było możliwe. Niepokoiło mnie, czy uda się nam przedrzeć do 

Yrjaru. Mogliśmy też zastać miasto w rękach wroga. Ta, która nosiła ciało Merlay, lecz była 

Maelen,   nie   podzielała   mojego   pesymizmu.   Yrjar   zawsze   był   swego   rodzaju   neutralnym 

miejscem   spotkań,   nawet   poza   okresami   trwania   jarmarku.   Jeżeli   powstanie   rzeczywiście 

zostało wywołane przez obcych, to z pewnością zadbali oni o spokój w porcie. Wojny na 

Yiktor   zawsze   miały   charakter   najazdów,   szybkich   ataków,   a   nie   długiej   okupacji.   Nie 

przynosiło to dużych korzyści, a luźno połączone jednostki szybko rozpadały się na mniejsze.

Na szczęście dotarcie do naszego celu podróży nie wymagało wejścia na otoczony 

murami   teren   miasta.   Budynek   konsulatu   mieścił   się   na   skraju   obszaru   portowego. 

Skręciliśmy więc na południe, by ominąć główne drogi do Yrjaru, i wkrótce znaleźliśmy się 

w porcie. Był tam tylko jeden pojazd kosmiczny — statek kurierski, który — jak zauważyłem 

— stał niezwykłe blisko budynków konsularnych. Poza tym port był pusty. Zbliżyliśmy się 

ostrożnie, zmęczeni dwudniową jazdą od namiotu u podnóży wzgórz. Nasze kasy były bliskie 

wyczerpania i gdybyśmy mieli kontynuować podróż, trzeba by było zdobyć nowe. Dotyczyło 

to Maelen, boja liczyłem na wydostanie się z Yrjaru na statku kosmicznym.

Bez   przeszkód   dotarliśmy   na   skraj   portu.   Nie   podobała   mi   się   panująca   tu   cisza, 

uczucie bycia jedynymi  żywymi  istotami w porzuconym świecie. Ostrożnie doszliśmy do 

bramy i tam zostaliśmy zatrzymani. Nie przez strażnika jednak, lecz przez wiązkę energii. 

Cały budynek musiał być otoczony energią!

Przycisnąłem dłonią przycisk na zewnętrznym słupie, chociaż dłoń Thassa nie miała 

na zamek takiego działania, jakie było przewidziane. Potem powiedziałem do mikrofonu, że 

mam   ważną   sprawę   do   Prydo   Alceya.   Nastąpiła   długa,   bardzo   długa   chwila   milczenia   i 

myślałem już, że albo mówię do pustego biura, albo jestem tak podejrzaną osobą, iż w każdej 

background image

chwili mogę się spodziewać strzału z blastera. Wreszcie jednak płyta zalśniła i ujrzałem twarz 

konsula. Wiedziałem, że i on mnie widzi.

Zacząłem w języku Kupców, a on wpatrywał się we mnie zdumiony. Odwrócił głowę i 

odezwał się do kogoś za sobą, potem znów spojrzał na mnie.

— W jakiej sprawie? — mówił językiem Yrjaru. Ja jednak odpowiedziałem w języku 

Kupców.

— Pilnej, do ciebie. Szlachetny Homo.

Myślałem,   że   mnie   odprawi,   bo   płyta   pobladła,   a   on   nie   udzielił   mi   odpowiedzi. 

Jednak po kilku sekundach otworzyły się drzwi na wewnętrzny dziedziniec i ujrzałem go w 

towarzystwie dwóch strażników. Uzbrojeni w tarcze siłowe byli zabezpieczeni przed wszelką 

znaną na Yiktor bronią.

— Jesteś…

Postanowiłem   mówić   prawdę   w   nadziei,   że   ewidentne   nieprawdopodobieństwo 

rozbudzi jego ciekawość na tyle, by chciał wysłuchać całej mojej opowieści.

— Krip Vorlund, pomocnik magazyniera. Wolny Kupiec z „Lydis”.

Wpatrywał się we mnie. Po chwili skinął. Jeden ze strażników dotknął ściany i blask 

tarczy siłowej zniknął na moment. Obaj strażnicy trzymali  nas na muszce, prowadząc do 

wewnątrz. Wprowadziliśmy zmęczone kasy na dziedziniec i usłyszałem zgrzyt podnoszonego 

za nami ekranu.

— Teraz — powiedział Alcey cicho — przypuszczam. że tym razem zaczniesz od 

prawdy.

Wszyscy   pokonujący   gwiezdne   szlaki   muszą   wykształcić   w   sobie   zdolność 

akceptowania dziwacznych rzeczy wykraczających poza granice wiary. Myślę jednak, że dla 

konsula   w   Yrjarze   moja   historia   była   bardziej   niewiarygodna   niż   cokolwiek,   co   słyszał 

wcześniej,   mimo   że   potrafiłem   podać   tak   wiele   szczegółów,   które   mógł   znać   tylko   ktoś 

służący na statku Kupców. Kiedy skończyłem, popatrzył na mnie, potem na Maelen i jeszcze 

raz na mnie.

— Widziałem Kripa Vorlunda, gdy go przyniesiono… to, co z niego zostało. Teraz 

przybywasz i opowiadasz mi taką historię. Czego chcesz?

— Połączyć się z „Lydis”, proszę o pozwolenie wysłania wiadomości. Mogę podać 

szczegóły, które potwierdzą wiarygodność moich słów.

Uśmiechnął się. Był to uśmiech, który potrafił zatrzymać każdy potok słów.

— Masz moje pozwolenie na przesyłanie w przestrzeń jakichkolwiek informacji, jeżeli 

tylko zdołasz.

background image

— Jeśli zdołam?

— Nie jestem już, jak mogłeś się domyślić z powitania, wolnym przedstawicielem na 

Yiktor. Tam — wskazał palcem w górę — znajduje się satelita płaszczowy działający na 

krótkiej orbicie.

— Satelita płaszczowy! Ale…

— Tak,   ale…   i  ale…   i  ale.  Sto  lat  planetarnych   temu   mogłaby   to  być  względnie 

normalna   sytuacja.   Teraz…   to   spada   jak   grom   z   jasnego   nieba…   prawda?   Korporacja 

Korburg, a przynajmniej kilku agentów twierdzących, że ją reprezentują, wylądowała tutaj i 

jest przekonana, że kontroluje sytuację. Wczoraj wieczorem próbowałem odesłać ten statek 

kurierski i zostałem ostrzeżony, że włączony jest system powrotu. Ponieważ widziałem już 

inne dowody ich bezwzględności w działaniu, nie zaryzykowałem.

— Ale czego oni chcą? — spytałem. Sto lat temu takie piractwo byłoby normalne, ale 

teraz! Apetyty wielkich Korporacji i Spółek od dawna były temperowane przez Patrol. Takie 

działania były surowo karane.

— Czegoś — odpowiedział Alcey — czego nie wyjaśnili. W tej sytuacji twój problem 

— pokiwał głową — jest stosunkowo błahy, choć oczywiście nie dla ciebie. I jeszcze… — 

zawahał się — może nie powinienem ci tego mówić, ale lepiej, żebyś był przygotowany. 

Widziałem twoje ciało, gdy je przynieśli. Wasz medyk nie był pewien, czy wytrzymasz… 

„Lydis”   została   ostrzeżona   prywatnie   przez   jednego   z   tutejszych   kupców.   Wasz   kapitan 

zgodził   się   przewieźć   wiadomość   ode   mnie   do   najbliższego   posterunku   Patrolu.   Wtedy 

dobiegały nas tylko plotki, pogłoski, ale wiadomo było, że wasz statek wkrótce wystartuje. A 

ty… to jest twoje ciało… mogło nie przeżyć tego startu. Medyk sprzeciwiał się dla twojego 

dobra.

Przerzucałem wzrok z jego oczu na spoczywające przede mną na pulpicie stołu dłonie. 

Długie szczupłe palce, jasna skóra, dziwne dłonie… lecz wykonywały moją wolę, poruszały 

się zgodnie z moimi życzeniami. Co jeśli… jeśli Krip Vorlund naprawdę jest martwy, może 

już  złożony w  pojemniku  trumiennym  zgodnie   z obyczajem  mojego   ludu,  by spoczywać 

pośród gwiazd na wieki? Maelen poruszyła się obok mnie.

— Muszę już iść — powiedziała. Jej głos był słaby, bardzo cichy. Przypomniałem 

sobie… zamiana między nią a jej siostrą nie mogła trwać długo. Zagrożenie wzrastało z każdą 

chwilą.

— Ale nie wiesz, czego Korburg tu chce?

— Wiem tylko tyle: ostatnio zaszły zmiany w Radzie, zwłaszcza osób wmieszanych w 

rządy kilku wewnętrznych planet. Ten świat mógłby stać się schronieniem czy też bazą… 

background image

chwilową oczywiście, ale może potrzebną jakiejś osobistości, gdyby nie udał się pucz na 

macierzystej planecie. Stąd można by wracać z wyszkoloną tu armią.

Brzmiało to nieprawdopodobnie. ale jego zdolność przewidywania niewątpliwie była 

większa od mojej. Było jasne, że na razie nie miałem nadziei na połączenie się z „Lydis”. 

Jeśli kapitanowi Fossowi udało się dotrzeć do najbliższego posterunku Patrolu… Ich wizyta 

na Yiktor byłaby tylko kwestią czasu. Z drugiej strony Maelen nie zostało już wiele czasu. 

Bezpieczniejszy  wydawał  się   powrót   do  jej   ludu  i  tam  przeczekanie  walk.  Poprosiłem  o 

magnetofon i w obecności ich obojga nagrałem wiadomość, która powinna udowodnić moją 

tożsamość wszystkim na pokładzie „Lydis”. Potem powiedziałem Alceyowi o moich planach. 

Poparł mnie.

Konsul zaopatrzył nas w świeże wierzchowce, lecz nie były one tak silne i wyszkolone 

do jazdy po górach, jak te dwa, na których przybyliśmy. Tym razem nie mieliśmy już tyle 

szczęścia — zostaliśmy dostrzeżeni. Ścigano nas i tylko dzięki temu, że Maelen podziałała na 

goniące   nas   wierzchowce,   udało   nam   się   uciec.   Śpiew   jeszcze   bardziej   ją   osłabił,   więc 

poganiała mnie, by nie opaść z sił przed dotarciem do obozu.

Pod koniec tej koszmarnej podróży podtrzymywałem ją przed sobą w ramionach, bo 

nie mogła już usiedzieć na swoim kasie. Pędem przebyliśmy ostatni odcinek do odosobnionej 

kotlinki między dwoma stromymi wzgórzami, gdzie pozostawiliśmy resztę naszej grupy. Był 

tam namiot potargany i zwalony na ziemię. Obok leżał jeden z Thassów na wpół wplątany w 

fałdy namiotu.

— Monstans! — Maelen wysunęła się z mojego uścisku i powlokła w jego stronę. 

Upadła przy nim, próbując spojrzeć w jego nieruchomą, bladą twarz. Chwyciła jego głowę w 

swe   dłonie,   schyliła   się,   by   przyłożyć   swoje   usta   do   jego   i   podzielić   się   z   nim   swoim 

oddechem.

Zauważyłem   drgnienie   jego   powiek.   Cały   przód   tuniki   był   zalany   krwią,   lecz 

mężczyzna jakimś cudem utrzymywał się przy życiu do naszego przybycia.

Merlay…  — to był  szept  w  naszych  umysłach,  a nie  słowa  wymówione  bladymi 

ustami — zabrali ją… myślą, że… to ty…

— Dokąd? — Nasze pytanie było jakby jednogłośne. Na wschód… — Tak wiele dla 

nas uczynił, ale nie mógł już więcej. Życie, którego dotąd kurczowo się trzymał, odeszło z 

niego wraz z jednym krótkim westchnieniem. Maelen spojrzała na mnie.

— Chcą mojej śmierci. Jeśli wierzą, że mnie mają…

— Możemy jechać za nimi — musiałem to obiecać. I wiedziałem, że niezależnie od 

wszystkiego dotrzymam słowa.

background image

XIX

Zaraz potem miałem się przekonać, jak siła woli potrafi pokonać ograniczenia ciała. 

Ta, którą jeszcze niedawno musiałem podtrzymywać, nabrała takiej woli życia, że była w 

stanie o własnych siłach opuścić obóz.

— Mathan?   —   Rozglądałem   się,   chcąc   znaleźć   ślady   innych   Thassów,   nim 

odjedziemy. Maelen siedziała w siodle, obiema dłońmi zakrywała twarz. Palce tłumiły jej 

głos.

— Pojechał wcześniej.

— Więzień też?

— Moja moc słabnie tak szybko. Nie wiem. — Opuściła ręce, by spojrzeć na mnie. 

Patrzyła tępo. Życie opuszczało ją z każdą chwilą. — Przywiąż mnie — poprosiła — nie 

wiem, jak długo będę mogła siedzieć.

Zrobiłem to, o co prosiła i wyjechaliśmy z doliny za napastnikami, którzy zupełnie nie 

starali się ukrywać. Wyraźnie widać było ślady kasów i choć nie miałem pewności, sądziłem, 

że jechało tędy ponad pół tuzina jeźdźców.

Nie była to ubita droga, ale najwidoczniej często jej używano. Posuwaliśmy się przez 

wzgórza na zachód w kierunku posiadłości Oskolda. Maelen nawet nie próbowała kierować 

swoim wierzchowcem, który i tak podążał za moim. Jeszcze raz zasłoniła twarz rękami i 

pomyślałem, że odcięła się od świata zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Noc przeszła w dzień. Dotarliśmy do opuszczonego obozu, w którym jeszcze tliło się 

ognisko. Głowa Maelen opadła ciężko na piersi, ręce zwisały luźno po bokach. Budziła się 

tylko na dźwięk moich ponagleń. Wlałem jej wody w usta. Połykała, jakby była to czynność 

trudna i bolesna. Wypiła tylko odrobinę.

Dziwnie było patrzeć, jak ktoś, komu przypisywałem nadludzkie moce, stał się tak 

słaby.  Jednak zaspokoiwszy pragnienie, spojrzała na mnie przytomnie  na wpół otwartymi 

oczami.

— Merlay jeszcze żyje… wiozą ją do jakiegoś władcy… — Jej głos brzmiał bardzo 

słabo.

— A Mathan? — Trzymałem się nadziei, że ten Thassa uniknął śmierci oraz ran i że w 

końcu się z nim połączymy, by wydobyć ciało Maelen z rąk napastników.

— On… odszedł…

— Nie żyje!

background image

— Nie…   niezupełnie.   Poszedł   wezwać…   —   Jej   głowa   znowu   opadła   w   przód   i 

wiotkie ciało zachwiało się w więzach na grzbiecie kasa. Nie mogłem jej już dobudzić. Tak 

więc stałem w opuszczonym obozie wroga i zastanawiałem się, co teraz robić. Maelen nie 

mogła podróżować, a samotna jazda dalej była czystym szaleństwem. Ale też nie mogłem 

zaprzestać pościgu.

— Ach… — Usłyszałem pół jęk, pół westchnienie z ust Maelen. Podbiegłem do niej. 

Choć dźwięk dobiegał spomiędzy jej warg, ona sama nie ocknęła się z odrętwienia.

Coś poruszyło się w krzakach. Obróciłem się. Nóż Thassów nie najlepiej pasował do 

mojej dłoni, gdyż była to dla mnie zupełnie nowa broń. Spomiędzy nisko opadających gałęzi 

wciąż porośniętych liśćmi wyszło zwierzę… zwierzę? Nie — było ich więcej, nadchodziły z 

różnych stron. Nie był zwierzęciem ten. który jako pierwszy wysunął pysk z zarośli, dając 

przykład   innym.   Był   tam   Vors   i   Borba,   podobna   do   nich   Tantaka,   był   odpowiednik… 

Simmli… i wiele, wiele innych!

Zwierzę, które przewodziło tej cichej, zgranej grupie, było mi nie znane. Długie i 

zwinne ciało, kocie ruchy, zadarte uszy i… oczy z przebłyskiem ludzkiej inteligencji!

— Co? Kto? — próbowałem zadać przywódcy pytanie. Mathan! — Dotarły do mnie 

myśli zwierzęcia.

Czy wszyscy pozostali to też Thassowie? Czy może to zwierzęta wypuszczone przez 

Maelen na wolność? Albo towarzysze jakiegoś innego tresera czy treserki?

Masz rację — odpowiedział mi telepatycznie Mathan.

Podbiegł do kasa Maelen, stanął na tylnych łapach, by się jej przyjrzeć.

— Ach… — Znów ten jęk. Nie otworzyła jednak oczu, nie spojrzała na niego i resztę 

towarzystwa.

Z krzaków coraz więcej zwierząt wychodziło na polanę.

— Ona nie może dalej jechać — powiedziałem Mathanowi.

Futerkowa głowa odwróciła się, okrągłe oczy spojrzały na mnie.

Musi! — Chwycił zębami jeden ze sznurów, zacisnął mocno. To będzie trzymać. Ona 

musi jechać! — zapiszczał gniewnie.

Jeśli wydał jakąś komendę swoim towarzyszom, ja jej nie słyszałem. Zwierzęta minęły 

Maelen i ruszyły na zachód. Po chwili wszystkie zniknęły w zaroślach. Nie znałem dokładnej 

ich liczby, ale było ich więcej niż kiedykolwiek przedtem zdarzyło mi się widzieć w jednej 

grupie. Mathan biegł przed nami, gdy jechaliśmy dalej. Starałem się trzymać obok Maelen. by 

ją podtrzymywać. Osunęła się w przód, leżała już na szyi kasa, zupełnie nieświadoma tego, 

gdzie jest.

background image

Zwierzęta  podbiegały i odbiegały,  czasami  któreś  wracało do Mathana. Na pewno 

przekazywały sobie informacje, lecz do mnie nic nie docierało. Byliśmy już na wzgórzach. 

Wybraliśmy stromą trasę pod górę. Zszedłem ze swojego wierzchowca i prowadziłem kasa 

Maelen.   Nie   widać   tu   było   żadnego   szlaku   i   kilka   razy   musieliśmy   powoli   posuwać   się 

wzdłuż wąskich skalnych krawędzi. W takich chwilach nie odrywałem wzroku od ziemi, by 

nie zakręciło mi się w głowie. Wreszcie wyszliśmy na płaską przestrzeń. Leżał tam śnieg, 

którego delikatne płatki rozsiewały skry i drażniły nozdrza. O ile na nizinach nie czuć jeszcze 

było   końca   jesieni,   to   tutaj   już   zaczęła   się   zima.   Owinąłem   Maelen   szczelniej   peleryną. 

Poruszyła się pod moją dłonią. Poczułem drżenie jej wątłego ciała, usłyszałem, jak chwyta 

powietrze i krzyczy. Wyprostowała się, jak nie czyniła tego od wielu godzin, by spojrzeć na 

mnie, na skały i śnieg oczami, które najpierw były dzikie i nieobecne, a potem pojawił się w 

nich przebłysk świadomości.

— Maelen! — Jej głos był ostry, dostatecznie dźwięczny, by wywołać echo. Zwierzę z 

oczami Mathana zawarczało. Za późno przycisnęła usta dłońmi, by zdusić ten krzyk.

Maelen uniosła głowę, jak gdyby wielkimi falami napływała ku niej energia. Na jej 

policzkach   pojawił   się   delikatny   rumieniec,   bardziej   intensywny   niż   kiedykolwiek   u   niej 

widziałem.

Maelen? Teraz stało się dla mnie jasne… to nie była Maelen. To Merlay wróciła do 

swojego ciała. Nim zdążyłem to powiedzieć czy spytać o przyczynę, przytaknęła:

— Merlay   —   potwierdziła   to,   czego   się   domyśliłem.   Czas   Maelen   już   upłynął   i 

zamiana nastąpiła samoistnie, bez żadnej ceremonii ani bodźca z zewnątrz.

— A Maelen? — Moje słowa i myśl Mathana zespoliły się.

Merlay wzdrygnęła się i wiedziałem, że to nie z zimna.

Rozejrzała   się   po   szczytach,   jakby   szukała   jakiegoś   charakterystycznego   punktu. 

Potem wskazała jedną z gór po prawej stronie, dość daleko przed nami.

— Obozują na przeciwnym stoku. Czekają na kogoś czy jakąś wiadomość. Nie sądzę, 

byśmy mieli dużo czasu.

Z gardła Mathana znów wydobyło się warknięcie. Futrzana sylwetka rzuciła się przed 

siebie.   Wiedziałem,   że   wszyscy   pozostali,   którymi   dowodził,   pobiegli   za   nim.   Merlay 

popatrzyła na mnie.

— Nie jestem Śpiewaczką.  Nie mogę  korzystać z mocy,  mogę  jedynie  być  twoim 

przewodnikiem.

Pogoniła kasa za Mathanem, a ja popędziłem za nią. Żałowałem wówczas, że nie mam 

już ciała barska, w którym mógłbym biec za wojownikiem Thassów. W tym labiryncie skał i 

background image

rozpadlin tempo zdecydowanych zwierzęcych kroków byłoby dużo szybsze niż nasz powolny 

marsz.   Ponaglała   mnie   niecierpliwość.   Musiałem   się   aż   hamować,   żeby   nie   wyprzedzić 

swojej towarzyszki.

Raz na jakiś czas spoglądała na mnie i natychmiast odwracała wzrok. Najwyraźniej 

coś przyciągało jej wzrok, wciąż szukała czegoś, czego jednak nie znajdywała. Domyśliłem 

się, co ją tak przyciąga i odpycha.

— Nie jestem Maquadem.

— Nie. Oczy mogą oszukiwać, są bramą dla iluzji. Nie jesteś Maquadem. Ale cieszę 

się, że masz jego ciało. Maelen padła ofiarą nie tylko swoich czynów. Często serce zdradza 

umysł.

Nie   bardzo   rozumiałem   jej   słowa,   ale   to   nie   miało   znaczenia.   Wiedziałem   jedno: 

mogłem wyglądać na Thassa, ale nie wierzyłem, bym w tej chwili mógł zdążać inną drogą, do 

innego końca niż ten, który był mi pisany. Jeszcze raz poczułem nękającą mnie od dawna 

wątpliwość   —   czy   jeszcze   jestem   Kripem   Vorlundem.   Tak   jak   wykorzystywałem   naturę 

Jortha,   czasami  wyzwalając  człowieka   w  zwierzęciu,  tak  też   mogłem  chyba  łączyć  się  z 

pozostałościami Maquada w obecnej powłoce. A gdy już wreszcie powrócę do ciała Kripa 

Vorlunda   —  co   wydawało   się   w   tamtej   chwili   bardzo   odległe   —  czy  będę   wtedy  tylko 

Kripem Vorlundem?

— Dlaczego chcą schwytać Maelen? l jak was znaleźli? Najpierw odpowiedziała na 

drugie pytanie.

— Śledzili nas. Ale czy trafili na nasz ślad przypadkiem i potem nim podążali, tego 

nie wiem. A do czego potrzebna im Maelen… to też trudno zrozumieć. Chcą obciążyć ją, jak 

słyszeliśmy,   częścią   winy   za   to,   co   sami   zrobili.   Myślę,   że   chcą   ją   w   jakiś   sposób 

wykorzystać, by pozyskać Oskolda albo by zyskać wpływy w zachodnich krainach, gdzie 

może   on   wciąż   jest   ważnym   lordem.   Mogę   powiedzieć   ci   tylko   tyle:   ci,   którzy   ją 

przetrzymują, mają rozkazy, aby robić tylko to, nic więcej. Decyzję podejmie ten, który ma 

nadejść.

Znowu wspinaliśmy się i zjeżdżaliśmy w dół poza jakimkolwiek szlakiem, lecz kasy 

wiedziały dokąd iść. Wokół nie słychać było żadnego szmeru idących z nami zwierząt, tylko 

gdzieniegdzie pojawiał się odcisk jakiejś łapy.

Merlay zeszła z kasa.

— Kasy nie mogą iść dalej. Stąd pójdziemy pieszo.

Droga była stroma i niebezpieczna. Chwilami ledwie mieliśmy o co zaczepić czubki 

palców, lecz posuwaliśmy się naprzód. Obeszliśmy jedną skałę i znaleźliśmy się po drugiej 

background image

stronie góry. Śnieg przestał padać, ale nastał przejmujący chłód. Weszliśmy do skalnej niszy, 

skąd spojrzeliśmy na dół na surowe barwy wschodnich granic ziem Oskolda.

Zbliżała się noc. Żałowałem, że nie posiadam oczu Jortha. Teren przed nami był tak 

samo  nierówny,  jak  dopiero  co   przez  nas  pokonany.   Zejście  po  ciemku  nie   wróżyło  nic 

dobrego. Jednak czas naglił. Merlay wskazała.

— Tam!

Żadnych namiotów ani wozów, ale widać było ognisko. Wyglądało na to, że obecni 

tam ludzie zupełnie nie starali się ukrywać. Próbowałem zlokalizować miejsce, gdzie mogli 

umieścić strażnika. Z ciemności wysunął się jakiś cień… kontakt myślowy… to zbliżał się 

Borba.

Ruchem łba wskazał ścieżkę. Poczołgaliśmy się za nim. Schodziliśmy na dół najciszej 

jak się dało. Przy tym zejściu minęliśmy pasmo ciemności, z którego wysunęła się sztywna 

ręka o bezwładnych palcach. Borba obnażył kły, warknął, gdy przechodził obok dłoni i tego, 

co leżało za nią.

Zeszliśmy   ze   skały   i   weszliśmy   do   lasku.   Nie   widzieliśmy   stamtąd   ogniska, 

musieliśmy polegać na swym futrzastym przewodniku. Nie posiadałem już węchu Jortha, ale 

zdawało mi się, że Thassowie dysponują lepszym powonieniem niż moja rasa. Wyławiałem 

bowiem zapachy zwierząt, a to wystarczało, by wiedzieć, że oddział Mathana jest w pobliżu, 

choć go nie widzimy ani nie słyszymy. Nagle u naszych stóp jak spod ziemi wyrosła spora 

postać i uchwyciłem myśl Thassa przywódcy.

— Jakiś oddział zbliża się do obozu. Szybciej!

Wsunęliśmy się za skałę. Płomień ogniska wzbił się wyżej, dał więcej światła, bo dwaj 

mężczyźni energicznie zaczęli dokładać drew. Doliczyłem się pięciu osób w zasięgu wzroku. 

Wszyscy   wyglądali   jak   typowi   żołnierze   w   Yrjarze.   Nie   mogłem   odczytać   symboli   na 

pelerynach i opończach.

Czyj? — nadałem myśl do Mathana.

Oskolda   tam…   tam…   tam…   —   Wskazał   trzech.   Reszta…   nigdy   nie   widziałem 

takiego herbu.

Dźwięk rogu, ostry i wyraźny, stłumił drobne odgłosy obozu. Przez sekundę panowała 

cisza, potem nastąpiły okrzyki powitania.

— Maelen?

— Tam!

Merlay   odpowiedziała   na   moje   pytanie.   Blisko   ognia   leżało   nieruchomo   coś,   co 

wcześniej wziąłem za zwinięty koc.

background image

— Boją   się   jej…   spojrzeć   w   oczy   —   wyszeptała   Merlay   —   więc   owinęli   ją   w 

peleryny, żeby ich nie zamieniła w zwierzęta. Powiedziano im, że ona to robi, że my wszyscy 

to robimy.

Nie usłyszałem warczenia Mathana, ale poczułem wibracje futrzanego ciała, które się 

do mnie przysunęło.

— Czy możemy się do niej dostać… — zacząłem, gdy w blasku ogniska pojawił się 

inny   oddział.   Płomienie   błyszczały   i   odbijały   się   od   wzorów   na   pelerynach   i   hełmach. 

Przywódca był starszy od pozostałych.

Oskold. — Mathan rozpoznał go.

Słychać   było  ich   głosy,  ale  używali   języka,  którego  nie  rozumiałem.  Próbowałem 

odczytać  ukryte  za słowami  myśli.  Był  tam triumf,  satysfakcja, gniew. Tak, łatwiej  było 

rozpoznać emocje niż słowa.

Jeden z tych, którzy dokładali do ognia, pochylił się, szarpnął za tobołek uformowany 

z Maelen i podciągnął dziewczynę do pionowej pozycji. Inny zerwał okrycie z jej głowy i 

ramion. Jej srebrne włosy opadły luźno na twarz i ramiona. Potrząsnęła głową gwałtownie i 

odsunęła   srebrną   zasłonę   włosów   z   twarzy.   Stała   z   podniesioną   głową,   wyprostowana, 

naprzeciwko Oskolda.

— Ostrożnie,   panie,   ona   zamieni   cię   w   zwierzę!   —   Jeden   z   towarzyszy   Oskolda 

położył dłoń na jego ramieniu, chcąc go odciągnąć w tył. Z łatwością odczytałem jego myśl.

Oskold roześmiał się. Uderzył Maelen w twarz. Dziewczyna skuliła się i upadła.

Tak więc to Oskold dał nam sygnał.  Gdy Maelen  upadła,  dzika furia zawrzała  w 

ciemnościach.   Spośród   zarośli   wypadły   cienie,   które   targały,   warczały,   piszczały,   wyły. 

Słyszałem krzyki mężczyzn, tumult zwierząt, lecz rzuciłem się w kierunku Maelen.

Nie byłem szkolonym wojownikiem, a mój nóż nie stanowił najlepszej broni, lecz 

nagle poczułem w sobie gniew Jortha. Płomienie gniewu rozpaliły mój umysł. Było dokładnie 

tak, jak wtedy, gdy ścigałem Osokuna i jego ludzi…

Czułem Maelen pod swoją dłonią… nieruchomą… bez życia, z twarzą zwróconą ku 

górze. W miejscu uderzenia miała głęboką czerwoną ranę. Kucnąłem nad nią i warknąłem, 

jak futerkowe zwierzęta, które walczyły wokół.

Sytuacja przypominała tę. gdy wyjęci spod prawa zabili Maleza i przejęli nasz obóz. 

Walka niesie z sobą jakiś rodzaj przerażenia, którego ludzkie umysły nie potrafią objąć. Atak 

zwierząt   sprawił,   że   część   mężczyzn   utraciła   nad   sobą   panowanie,   choć   przecież   byli   to 

wojownicy.   Inni   mobilizowali   się,   zabijali,   kilku   broniło   skrawka   ziemi,   jeszcze   inni 

próbowali się wycofywać, wciąż przewracani i atakowani.

background image

Dla mnie  liczył  się wśród nich tylko  jeden. Z nożem w ręku skierowałem się ku 

niemu. Pomimo zaskoczenia naszym atakiem jeden ze strażników znalazł się przy Oskoldzie i 

odparł swoją tarczą dwa ataki pary venzes, które odskoczyły, by czekać na lepszą okazję.

Potknąłem się o jakieś ciało i upadłem niemal w sam środek ogniska. Wtedy moje 

dłonie, na których wspierałem się, by wstać, zacisnęły się na blasterze… czymś, czego nie 

spodziewałem się tu znaleźć, ale co pasowało do mej dłoni jak długo noszona rękawica. Nie 

próbowałem nawet podnieść się na kolana. Leżałem i przyciskałem cyngiel broni, która nie 

miała prawa się tam znajdować.

Wiązka, jaka się z niej wydobyła, błysnęła oślepiająco. Żadna tarcza nie mogła przed 

nią ochronić. Wolałbym, by Oskold poczuł na sobie moje dłonie, ale wykorzystałem środki 

zesłane mi przez los i użyłem broni spoza tego świata. Raz, dwa, trzy… Oskold mógł już być 

na ziemi, ale byli też inni… Usłyszałem zgrzyt — zasilanie wyczerpało się. Odrzuciłem broń 

w ogień i wróciłem do Maelen. Miała otwarte oczy. Zobaczyła mnie, poznała — tego byłem 

pewien. Chwyciłem ją i zabrałem w ciemność, do skały, przy której czekała Merlay. Nie było 

mi lekko, więc gdy dotarłem do tego ubogiego schronienia, musiałem oprzeć się o zimny 

kamień. Merlay czekała, ale nie dotknęła Maelen, tylko położyła dłoń na moim ramieniu. W 

ten sposób zasiliła mnie swoją energią.

To była prawdziwa bitwa. Ginęli ludzie i zwierzęta, ale dla mnie był to koszmar, który 

nie   najlepiej   pamiętam.   W   końcu   nastała   cisza   i   ponownie   zbliżyliśmy   się   do   ogniska. 

Wyglądało na to, że odnieśliśmy zwycięstwo. Równie dobrze mogła to być klęska.

Położyłem Maelen na pelerynach rozciągniętych w tym celu przez Merlay. Spojrzała 

na  mnie,   na  Merlay.   na  zwierzęta,   które  do  niej  podeszły  i  w   końcu  na  Mathana,   który 

dowlókł się do ogniska z raną w boku. Jednak jej myśli nie docierały do mnie. Tylko oczy 

mówiły, że jeszcze żyje.

Nagle poczułem, że nie mogę w nie dłużej patrzeć. Wstałem i rzuciłem się na oślep 

przed siebie, potykając się o martwe ciała. Ktoś pobiegł za mną i chwycił moją rękę ostrymi 

kłami. Był to Borba. Rozcięte ucho krwawiło, lecz oczy spoglądały na mnie przytomnie.

Chodź — zawarczał.

Ponieważ nic się już nie liczyło, spełniłem jego prośbę. Przedarliśmy się przez krzaki 

do rzędu przywiązanych kasów. Ktoś poruszał się przede mną tak wolno, że pomyślałem, iż 

chyba jest ranny. Borba syknął i pociągnął mnie za rękę. Postać obróciła się w moją stronę. W 

ciemności nie widziałem twarzy, ale wiedziałem, że to uciekinier z obozu. Rzuciłem się na 

niego. Padł pod moim ciężarem, choć próbował się opierać. Uderzyłem go ciosem znanym w 

kosmosie. Mój przeciwnik leżał nieruchomo. Chwyciłem go za kołnierz i wyciągnąłem na 

background image

oświetlony teren.

— Kripie Vorlundzie!

Nie było to rozpoznanie, lecz wezwanie. Pozostawiłem mojego więźnia w pozycji 

leżącej i podszedłem do tej trójki, która na mnie czekała. Mathan leżał z głową na kolanach 

Merlay, a Maelen… nie potrafiłem zdobyć się na to, by na nią spojrzeć.

Lecz to ona mnie wezwała. Opadłem na kolana i ująłem jej dłonie. Nie odpowiedziały 

uściskiem, nie dały znaku życia. Z tyłu  coś się poruszyło  i zapiszczało. Vors… lub inne 

zwierzę tej samej rasy?

Merlay poruszyła się, Mathan uniósł głowę. Oświetlał nas płomień ogniska, a w górze 

błyszczał księżyc. Trzeci pierścień, który był  wyraźnie widoczny,  gdy zaczęło się to całe 

szaleństwo, teraz był tylko mglistym zarysem.

— Księżyc! — wyszeptała Maelen — Mathan… księżyc! Jej ręce były bardzo zimne, 

nic już nie mogło ich ogrzać.

Nagle glassia za mną zawył, jakby opłakiwał zmarłego.

Głowa Mathana uniosła się. Z jego gardła wydobył się potężny głos, lecz nie był to 

skowyt zwierzęcia. Był to raczej śpiew. Wtedy usłyszałem, jak Merlay podjęła pieśń, której 

nie mogła rozpocząć, lecz mogła ją wspierać. Maelen wpatrywała się we mnie, szukała mnie 

wzrokiem. Zacząłem również śpiewać, choć nie byłem tego pewien. Śpiewem pomagaliśmy 

Maelen przenieść się z objęć śmierci w nowe życie.

Kiedy znowu w pełni świadomie się rozejrzałem, dłonie w moim uścisku należały do 

skorupy   opuszczonej   przez   ducha.   Na   moim   ramieniu   spoczywała   mała   futrzana   głowa. 

Odrzuciłem martwe dłonie, by dotknąć bliskiego ciała i życia. Więzień, którego schwytałem 

przy   kasach,   przyglądał   mi   się,   gdy   przywróciliśmy   mu   świadomość,   lecz   nie   poznawał 

nikogo. Ja natomiast poznałem go od razu, bo niewiele się zmienił od tego popołudnia, gdy 

proponował mi spotkanie z Maelen. Był to Gauk Slafid.

Próbował pertraktować z tymi z nas, których uważał za Thassów. Nie rozumiałem 

takiej głupoty, chyba że fakt dostania się w niewolę chwilowo pomieszał mu zmysły. Potem 

zaczął   wygłaszać   groźby   i   opowiadać,   co   stanie   się   z   wszystkimi   Thassami,   jeśli   go 

natychmiast nie wypuścimy i nie pójdziemy na ugodę z jego władcami. Chyba tylko strach 

skłonić go mógł do wygłaszania bredni.

Alcey był bliski prawdy. Yiktor od dłuższego czasu była obserwowana przez ludzi, 

którzy potrzebowali dla swych celów prymitywnej planety na bazę wojskową i surowcową. 

Korporacja Korburg wplątała się w politykę i musiała pomóc wyzyskiwaczom lub utonąć 

wraz z nimi.

background image

Thassowie mieli posłużyć jako straszak. Zaplanowano przeciw nim wielką krucjatę. W 

planach było zjednoczenie lordów pod jednym przywódcą stojącym na czele armii, która po 

odpowiednim przeszkoleniu mogłaby być wykorzystywana przez kosmicznych przybyszów. 

Stare waśnie i zatargi między lordami utrudniały jednak realizację tych planów i Korporanci 

postanowili   wykorzystać   incydent   Maelen   z   Osokunem   do   podburzenia   mieszkańców 

przeciwko Thassom.

Kto wie, jak by się to skończyło. W tamtej chwili Gauk Slafid był już tylko pionkiem 

usuniętym z szachownicy. Sądzę, że wciąż zżerała go żądza realizacji tych planów i dlatego 

mamrotał i bredził, nie chcąc spojrzeć prawdzie w oczy.

Zabraliśmy go ze sobą do dziwnej doliny w zaschniętym  jeziorze w górach. Tam 

wszyscy   stanęliśmy   przed   Dawnymi.   Slafidowi   nie   poświęcili   Dawni   wiele   czasu   — 

przekazali go mnie, bym zabrał go do portu przed sąd jego rasy. Uzasadnili to tym, że jest on 

mojej krwi i ja jestem za niego odpowiedzialny.

Potem   przystąpili   do   sądu   nad   Maelen   według   własnych   praw.   Nie   pozwolili   mi 

niczego kwestionować ani wypowiadać się, bo jak mi powiedzieli, byłem tam tylko dzięki ich 

uprzejmości. Gdy opuszczałem ich siedzibę w towarzystwie strażnika Thassa, wiozłem ze 

sobą futerkową istotę, która nie była Vorsem, ale kimś zupełnie innym.

Taki bowiem był  ich wyrok — Maelen miała mieszkać  w ciele podarowanym  jej 

dobrowolnie przez tego. który ją kochał, i tak doczekać chwili, gdy księżyc i gwiazdy będą jej 

sprzyjać. Tymczasem miała pozostać ze mną, który jak twierdzili, padłem ofiarą jej czynów, 

choć według mnie wcale tak nie było.

Wraz ze Slafidem, który ponuro milczał całą drogę, dotarliśmy do Yrjaru. Tam znowu 

język mu się rozwiązał i zaczął rozmawiać z oficerami Patrolu, którzy przybyli w odpowiedzi 

na przesłaną z „Lydis” wiadomość. Tak oto zakończył się ten kosmiczny spisek, przynajmniej 

jeśli chodzi o Yiktor. Na planecie mógł zapanować ład.

W końcu spotkałem się z kapitanem Fossem i załogą „Lydis”. Spojrzałem ponad ich 

głowami w lustro na ścianie gabinetu konsula. Ujrzałem tam Thassa. Jednak w tym ciele, 

choć może trochę zmieniony, byłem ja, Krip Vorlund. Nie czułem się Thassem. Nie będąc 

Thassem,  nie   mogłem  żyć   jak  oni.   Gotowi   byli  mnie  przyjąć.  Mathan,   znów   w  ludzkiej 

skórze, zaproponował mi przyłączenie się do jego klanu, lecz ja czułbym się wśród nich jak 

kaleka bez ręki, nogi czy oka.

Powiedziałem to Fossowi, ale ostateczna decyzja według naszych zwyczajów zależała 

nie tylko od niego. Oprawy, w której Krip Vorlund przybył na Yiktor, już nie było, została 

wyrzucona w przestrzeń, gdy „zmarła” kilka tygodni wcześniej. Czekałem więc na decyzję — 

background image

czy Krip Vorlund jest naprawdę martwy, czy też może powrócić do życia.

— Wolny Kupcze — zaczął Foss — widziałem handel różnymi rzeczami w wielu 

światach, ale po raz pierwszy spotkałem się z wymianą ciał. Mówisz, że ci Thassowie patrzą 

na swoje ciało i kości, jak my na ubranie, które można zmienić w razie potrzeby. Czy dotyczy 

to też ciebie?

— Mojego własnego ciała tak, ale nie innych. Posiadam wygląd Thassa, ale nie jego 

możliwości. Pozostanę już taki, jakim mnie widzicie.

— Wystarczy!   —   Lidj   uderzył   w   blat   stołu   między   nami.   —   Udowodniłeś   już 

wcześniej, że potrafisz dać z siebie wszystko. To, że pozostaniesz w innym ciele, niczego nie 

zmieni. Mam rację?

Spojrzał na Fossa, na pozostałych. Zrozumiałem ich werdykt, nim go ogłosili. Pytałem 

sam siebie, czy słusznie postąpiłem, prosząc o pozwolenie na powrót. Gdzieś we mnie tkwiła 

mała   cząstka   Jortha,   a   także   Maquada.   Może   dostałem   od   nich   coś   więcej   niż   ciało. 

Wiedziałem jednak, że jeśli moi towarzysze uznają mnie za Kripa Vorlunda, postaram się być 

nim w pełni. Spojrzawszy na port i czekającą „Lydis” zrozumiałem, że muszę pozbyć się 

wszelkich wątpliwości. Jorth i Maquad byli niczym wobec tego, co mnie czekało. Byłem 

przecież Kripem Vorlundem, Kupcem, i nikim więcej!

Prócz nowego ciała zabierałem z Yiktor jeszcze coś. Odtąd mała futrzana istota dzieli 

ze mną kabinę i myśli. Często widzę ją nie taką, jaka jest, lecz jaką była. Przyszła z wolnego 

wyboru i woli Thassów.

Czas ogarnia wielkie przestrzenie między gwiazdami, a los przynosi nam dobro i zło. 

Istnieją   najróżniejsze   skarby.   Może   jakiś   wpadnie   w   nasze   ręce   lub   łapy?   Może   kiedyś 

będziemy mieli swój statek oraz mały ludek? Kto wie? Jestem Kripem Vorlundem z „Lydis” i 

moi towarzysze zapomnieli już, że dawniej wyglądałem inaczej. Lecz ja nie zapominam, kto 

mieszka w skórze Vorsa i któregoś dnia stanie na dwóch nogach. Oboje znów zobaczymy 

Yiktor i jeśli wówczas będzie nad nami lśnił Sotrath Trzech Pierścieni… któż przewidzi, co 

jeszcze może się zdarzyć?


Document Outline