background image

Z teorii i praktyki: Teatr telewizji, próba teoretycznego opisu

piątek, 10 listopada 2006 17:27 Jerzy Limon

http://www.aict.art.pl/yorick-mainmenu-65/nr-10-listopad-2006-mainmenu-84/413-z-
teorii-i-praktyki-teatr-telewizji-prteoretycznego-opisu

Publikujemy   wystąpienie   prof.   Jerzego   Limona   na   międzynarodowej   sesji, 
poświęconej Teatrowi TV, która odbyla się w czerwcu 2005 roku w Sopocie staraniem 
polskiej sekcji AICT i Akademii TV. Nie będę oryginalny w stwierdzeniu, że sztuka 
telewizji czerpie z dwóch tradycji i dwóch różnych zestawów reguł systemowych, 
teatru i filmu. Obie te tradycje podporządkowane jednak zostają systemowi reguł 
odmiennych, telewizyjnych, co wyznacza specyficzność dzieł należących do tego, co 
nazywamy   teatrem   telewizji.   Od   razu   zauważmy,   że   tradycja   filmowa,   z   gruntu 
narracyjna a więc i epicka, ciąży w kierunku osadzenia dzieła w przeszłości, tradycja 
teatralna   zaś,   wykorzystująca   dramat,   ciąży   w   kierunku   teraźniejszości.   Owo 
rozdarcie sprawia, że teatr telewizji nie jest ani jednym ani drugim, i choć może 
wykazywać   zwiększoną   orientację   w   jednym   bądź   drugim   kierunku,   to   raczej 
nadbudowuje   własne   reguły   nad   tymi,   które   leżą   u   genezy   jego   powstania.   Jeśli 
jednak   chociaż   w   jakimś   zakresie   teatrem   ma   pozostać,   podstawowe   cechy 
systemowe teatru muszą zostać zachowane. A te objawią się w trzech zasadniczych 
obszarach: 
(1) w dominacji struktur czasowych opartych na wciąż aktualizowanej teraźniejszości, 
dzięki czemu dramat jako rodzaj literacki może zaistnieć, co zaznaczy się między 
innymi w odmiennym niż w filmie montażem,
(2)   w   dominacji   materiałowej   umowności   ukazywanego   świata,   który   nie   jest 
symulacją świata rzeczywistego,
oraz (3) w specyficznym użyciu kamery, która ukazuje świat semiotyczny, znakowy, a 
nie przez te znaki denotowany, ukazuje substancję znaku a nie jego znaczenia.
Dlatego dobór materiału sygnalnego w teatrze jest tak ważny, co więcej, umożliwia 
wykorzystanie tego samego tekstu literackiego w wielości różnych inscenizacji (w 
filmie   nie   ma   chyba   wypadku,   by  ten   sam   scenariusz   był   podstawą   odmiennych 
produkcji).
Jestem przekonany, że o teatralności dzieła telewizyjnego można mówić dowodnie, a 
przez to możliwe też staje się wyznaczenie granicy pomiędzy filmem a teatrem. Nie 
jest   to   granica   sztywna,   lecz   świadczy  raczej   o   orientacji   dzieła   niż   o   nieugiętej 
demarkacji.   Jest   to   oczywiście   sprawa   dość   zawiła   i   mało   w   teorii   opracowana, 
dlatego   pozwolę   sobie   podzielić   się   z   Państwem   paroma   przemyśleniami,   które 
koncentrują się na cechach według mnie podstawowych i dystynktywnych dla sztuki 
telewizji. Na początek podam swoją zwięzłą definicję teatru w ogóle, która obejmuje 
wszelkie jego przejawy, zarówno na scenie, jak i w radio czy telewizji. Według mnie 
jest   to   sytuacja   komunikacyjna   wynikająca   ze   zgodnego   założenia   odbiorcy   i 
wykonawcy,   iż   czas   przeszły   (lub   rzadziej:   przyszły)   odbiorcy   stanowi   umowną 
teraźniejszość kreowanej przez wykonawcę fikcyjnej postaci, który zarazem udaje, że 

1

1

background image

jest kimś innym, a ponadto, że znajduje się w innej niż odbiorca przestrzeni. A zatem 
w sytuacji teatralnej ktoś (wykonawca/-y)  udaje przed nami (widzami) i za naszą 
zgodą, nie tylko że jest kimś innym, ale w istocie gra kogoś z przeszłości - fikcyjnego 
"człowieka"; innymi słowy staje się znakiem kogoś, kogo na scenie nie widzimy ani 
nie słyszymy, choć jego obecność, wypowiedzi i zachowania stale sygnalizuje nam 
aktor   (wspomagany   przez   inne   elementy   przedstawienia).   Z   owych   aktorskich 
zachowań i wypowiedzi wynika, że nie tylko mamy przyjąć za dobrą monetę fakt, iż 
żywa osoba, którą widzimy, nie jest już sobą, a przynajmniej nie tylko sobą, ale i to, 
że jakąś minioną już historię, przeszłość (w wyjątkowych wypadkach: przyszłość), 
aktor   odgrywa   jako   dla   „jego”   postaci   realną   teraźniejszość.   Jest   to   zatem 
teraźniejszość udawana. 
Ponieważ jednak słowo to ma nieco pejoratywne konotacje, nazywam ją neutralnie 
teraźniejszością przeniesioną (bo jest "przeniesiona" z innego czasu). Zauważmy, że 
realność aktora na scenie nie budzi wątpliwości: on jest naprawdę i jego czas, to czas 
widzów,   jego   przestrzeń,   to   przestrzeń   widzów.   Tu   od   razu   widać,   że   istnieje 
zasadnicza różnica sceny z teatrem telewizji (czy radiowym), gdyż poza transmisjami 
na   żywo,   które   należą   do   historii   (choć   teoretycznie   nadal   są   możliwe),   aktor   w 
teatrze tego typu może jedynie pozorować, że dzieli swój czas i przestrzeń z widzami. 
Może udawać, że występuje jak gdyby przed realną widownią w teatrze. Ponownie 
możemy   powiedzieć,   iż   jest   to   teatr   udawany.   Dlatego   teatr   tego   typu   nazywam 
bardziej neutralnie teatrem pozorowanym.
Udawanie w teatrze w ogóle nie jest czymś niepokojącym, a wręcz przeciwnie - leży 
u podłoża tego rodzaju sztuki. Najczęściej - w przeciwieństwie do filmu - jest to 
udawanie nieskrywane. Nie polega ono na chęci wprowadzenia nas w błąd (czyli to 
nie  jest tak, gdy ktoś udaje, że jest lepszy,  mądrzejszy,  albo  bogatszy niż  jest w 
istocie), lecz stworzenia czegoś w rodzaju niezwykłego komunikatu, artystycznego 
tekstu, poprzez który ktoś chce nam coś powiedzieć o świecie, życiu, człowieku czy o 
sobie.   Ale   robi   to   budując   światy   osadzone   w   innym   od   naszego   czasie,   a 
przynajmniej ten czas jest nam podczas przedstawienia stale sygnalizowany, choć - 
paradoksalnie   -   owa   sygnalizacja   odbywa   się   w   hic   et   nunc   widzów.   Rodzi   to 
sprzeczność, którą pogodzić może jedynie konwencja, a więc także i zgoda obu stron 
na uczestniczenie w dość kuriozalnym z punktu widzenia logiki zachowań ludzkich 
akcie komunikacji, który podważa naszą wiedzą o świecie rzeczywistym i rządzi się 
prawami odmiennymi od znanych nam praw fizyki. Dlatego w wyjściowej definicji 
teatru mówię o obopólnej zgodzie. Dzięki niej zgadzamy się na udawanie, że ten ktoś, 
kogo widzimy, nie jest sobą, że udaje kogo innego, że udaje, iż jest gdzie indziej i w 
innym czasie - który w dodatku udaje, że jest naszą rzeczywistością. 
Tak więc, wynika z tego, że cechą zasadniczą teatru (i aktorstwa) jest fakt, iż nie jest 
jawną   opowieścią,   narracją   o   przeszłości   i   w   przeszłości   się   rozgrywającą   (jak   - 
dajmy   na   to   -   film),   lecz   ujawnia   się   jako   tekst   we   wciąż   aktualizowanej 
teraźniejszości   -   stąd   konieczność   stworzenia   struktury   umownej   teraźniejszości 
postaci, która nakłada się i tworzy kontrast lub inną relację z teraźniejszością realną 
wykonawcy   i   odbiorcy.   Umowna   staje   się   również   przyszłość   -   nie   w   sensie 
fabularnym, lecz ogólnie czasu przyszłego, który w każdym przedstawieniu sprawia 

2

2

background image

wrażenie, że jest wspólny dla postaci i widzów, gdyż ujawnia się jednocześnie w tym, 
co obie strony uważają za teraźniejszość (a jest ona pozornie wspólna, lecz faktycznie 
przynależy   do   odmiennych   strumieni   czasu).   Prowadzi   to   do   rewizji   niektórych 
teoretycznych konstatacji odnoszących się do sztuki teatru. Teatr wyróżnia bowiem od 
innych   działań   człowieka   jeszcze   jeden,   nie   spotykany   gdzie   indziej   wymiar.   W 
sytuacjach poza teatrem możemy mówić co najwyżej o czterech wymiarach, trzech 
przestrzennych i jednym odnoszącym się do czasu. Skoro jednak czas teatralny jest 
rozdwojony (mamy tu dwie teraźniejszości), to w zasadzie możemy mówić o pięciu 
wymiarach. Jak wspomniałem, teatralne teraźniejszości płyną dwoma strumieniami, 
które niekiedy mają zdolność tworzenia iluzji łączenia się w jeden nurt, po czym na 
powrót się rozdzielają. Połączenie (splot) owych teraźniejszości jest katalizatorem, 
który   umożliwia   powstanie   dzieła   artystycznego   zwanego   teatrem,   w   tym   także 
postaci   scenicznych.   To   właśnie   ów   piąty   wymiar   (umowna   teraźniejszość)   jest 
warunkiem sine qua non zaistnienia teatru, a owym katalizatorem jest aktor. Można 
zatem, nieco żartobliwie, stworzyć wzór sztuki scenicznej:
TEATR = D3T2,  albo 3D2T
gdzie D = wymiar geometrii przestrzeni, a T = czas/teraźniejszość
Od razu zauważmy, że dla teatru telewizji będzie on nieco odmienny, gdyż mamy tam 
tylko dwa wymiary przestrzenne, ale za to trzy czasy (czas wykonawcy a może raczej 
czas kamery jest różny od czasu widza lub emisji), choć ich suma i tak jest identyczna 
(dlatego mówię o pięciu wymiarach teatru): 
 TEATR  TV = D2T3
Możemy   przeto   powiedzieć,   że   wszelkie   działania   człowieka,   które   prowadzą   do 
wykreowania   dwóch   teraźniejszości,   wykonawczej   (realnej)   i   postaci   (fikcyjnej, 
przeniesionej), będą silnie nacechowane teatralnością (to właśnie sprawia, że film 
może   nagle   stać   się   "teatralny";   na   podobnej   zasadzie   elementy   teatralności 
odnajdziemy w zabawie lub grze).
Powrócę do kwestii zasadniczej, jaką jest osadzenie w czasie i przestrzeni filmu i 
teatru scenicznego: nie ulega chyba wątpliwości, że film jako narracja osadzony jest 
w przeszłości a także gdzie indziej, niż przestrzeń sali kinowej, gdzie odbywa się jego 
projekcja: nie umie i nie zamierza udawać, że rozgrywa się w teraźniejszości czy 
przestrzeni   odbiorcy   (ma   oczywiście   zdolność   tworzenia   iluzji,   ale   jest   to   inne 
zagadnienie); teatr, z kolei, ujawnia się w teraźniejszości i przestrzeni odbiorcy i nie 
ulega wątpliwości, że zarówno wykonawcy jak i widzowie żyją w jednym czasie, w 
jednej przestrzeni i w jednej ontologii. Wykonawcy - nie postaci. To pierwsze jest 
rejestracją   czasu,   który   przeminął,   to   drugie   jest   ujawniającą   się,   aktualizowaną 
teraźniejszością, aczkolwiek wielkim paradoksem teatru jest fakt, iż w sensie praw 
fizyki owa teraźniejszość i jedność przestrzeni dotyczy tylko wykonawców i widzów, 
a   nie   fikcyjnych   postaci.   One   żyją   w   innym   czasie   i   w  innej   przestrzeni   i   tylko 
niepisana umowa pomiędzy wykonawcami a odbiorcą powoduje, że ową sprzeczność 
przyjmujemy jako naturalny stan rzeczy w niezwykłym komunikacie, jakim jest teatr. 
Z   logicznego   punktu   widzenia   mamy   tu   przecież   do   czynienia   z   czymś 
niedorzecznym   i   niemożliwym   w   sensie   praw   fizyki   naszego   świata:   zdarzenia   z 
przeszłości   ukazywane   są   tak,   jakby   rozgrywały   się   w   naszej,   odbiorczej, 

3

3

background image

teraźniejszości. Do tego potrzebna jest, oczywiście, zgoda widza, który zaakceptować 
musi tę podstawową dla teatru konwencję: przeszłość jawi się jako teraźniejszość, nie 
będąc przy tym elementem nadrzędnej narracji. Inaczej mówiąc, w teatrze każdego 
typu mamy do czynienia z sytuacją, w której wykonawca udaje, że to, co należy do 
czasu przeszłego odbiorcy, jest ich wspólną teraźniejszością. Dzięki temu tekst, jaki 
postaci wygłaszają, stwarza pozór teraźniejszości: ujawnia się jak gdyby był mową 
naturalną, osadzoną w tej samej co nasza rzeczywistości, w tym samym czasie, co 
czas   widza.   Jest   przez   to   dramatem,   a   nie   przytoczeniem.   Tego   z   oczywistych 
względów w filmie nie ma, gdyż tam dialogi ujawniają się w obrębie nadrzędnej 
narracji
Zwróćmy przeto od razu uwagę na fakt, iż ten sam tekst wykorzystany na scenie lub 
w   teatrze   telewizji   jest   dramatem,   w   filmie   natomiast   przeistacza   się   w   element 
dialogiczny w obrębie narracji, która z natury rzeczy przynależy do epiki. Jest to 
jedną z zasadniczych cech jakie pozwalają nam odróżnić film od teatru telewizyjnego: 
ten pierwszy jest narracją z przytoczonymi dialogami, ten drugi jest dramatem. Po to, 
by  ten   drugi   zaistniał   konieczne   jest   stworzenie   pozornej   teraźniejszości   tego,   co 
oglądamy. Bez niej wszystko przenosi się do czasu przeszłego i siłą rzeczy staje się 
opowieścią o czymś, co się już wydarzyło, czyli narracją, czyli dziełem epickim. Co 
oczywiście nie znaczy, że nie może wciągać widza w swoje światy. Może i to w 
sposób doskonalszy od teatru. Bo ten stale nam przypomina o tym, że jest rodem z 
zakurzonej garderoby, magazynu i pracowni. Jako że teatr wcale nie tworzy znaczeń 
przez to, że upodabnia się do świata rzeczywistego, ale właśnie przeciwnie - przez to, 
że tworzy kontrast pomiędzy tym, co widać i słychać, a tym, jak swój świat czytają i 
opisują   postaci.   Film   starannie   ów   kontrast   ukrywa.   Chce   być   symulacją   świata 
rzeczywistego.
Dlatego   zasadniczą   rolę   w   kreowaniu   wszelkich   światów   teatralnych   odgrywają 
struktury czasowe. W dziele narracyjnym podlegają one dość dowolnej segmentacji, 
w dziele teatralnym podlegają większym restrykcjom, gdyż teraźniejszości nie można 
segmentować, a więc w obrębie jednej sceny nie może zaistnieć przeskok czasowy, 
czyli  elipsa temporalna. To tłumaczy odmienny montaż filmu i teatru telewizji, o 
czym   niektórzy  twórcy  zdają   się   nie   wiedzieć.  Wprowadzanie   elipsy  czasowej   w 
obrębie   jednej   sceny,   powoduje   zmianę   rodzajową:   dramat   rozgrywany   w 
teraźniejszości,   choćby   nawet   pozorowanej,   przeobraża   się   w   narrację   zdarzeń 
minionych, czyli epikę.
Jest to zjawisko na tyle ważne, że powtórzę: w filmie zmienia się natura dialogu - w 
teatrze   dialog   wymaga   realizacji   we   wspólnej   teraźniejszości   wykonawczej   i 
odbiorczej - tylko wówczas jest dramatem. Istotą dramatu jako rodzaju literackiego 
jest to, że ujawnia się pozornie sam z siebie, a nie jako coś, co się już odbyło i zostało 
zarejestrowane, a teraz jest odtwarzane. Dlatego stworzenie filmu z wykorzystaniem 
tekstu   pierwotnie   dramatycznego   wcale   nie   oznacza,   że   tworzy   się   teatr;   wręcz 
przeciwnie, jeśli w realizacji nie zastosuje się reguł systemowych teatru, o jakich będę 
jeszcze mówił, to tekst Hamleta czy Zemsty zatraci swe cechy rodzajowe i stanie się 
przytoczeniem w obrębie nadrzędnej narracji, odnoszącej się do czasu minionego. 
Dlatego  Makbet  Polańskiego   nie   jest   dramatem,   jest   przede   wszystkim   narracją 

4

4

background image

filmową,   chociaż   w   budowaniu   symulacji   świata   rzeczywistego   przeszkadzają 
wierszowane dialogi, drastycznie odbiegające od mowy naturalnej. Kamera filmowa 
nie powinna słyszeć wiersza, tak jak go nie słyszą postaci dramatu. W ogóle w filmie 
ujawniająca   się   struktura   dramatu,   nawet   napisanego   prozą,   w   pewnym   stopniu 
podważa   autentyczność   budowanego   świata,   gdyż   zaprzecza   naturze   języka 
naturalnego, który cech nadrzędnej struktury nie wykazuje. Ale sam fakt ujawnienia 
struktury  dramatu   w  filmie   nie   stworzy  z   niego   teatru.   Nawet   jeśli   cały  materiał 
sygnalny będzie  "sztuczny"  i  umowny,  jak choćby w Dogville:  pomimo  znacznej 
teatralizacji, dzieło to pozostaje narracją filmową, a nie teatrem. Odnosi się bowiem 
do   przeszłości,   a   nie   teraźniejszości.   Co   nie   znaczy,   że   nie   można   mówić   tu   o 
znacznej teatralizacji dzieła.
Zwróćmy   jednak   uwagę,   że   owa   wspólna   wykonawcom   i   postaciom   teatralna 
teraźniejszość jest tylko - z punktu widzenia fizyki - pozorna, gdyż na scenie mamy 
do czynienia z fikcyjnymi strukturami czasowymi, które sprawiają, że czas sceniczny 
jest giętki, jest modeliną, która daje się dowolnie kształtować. Innymi słowy, mamy 
do czynienia z dwiema teraźniejszościami: fikcyjną albo umowną, oraz realną, jaką 
odmierzają zegarki widzów czy aktorów. Obie teraźniejszości należą do odmiennych 
strumieni czasu, z których jeden jest realny, drugi zaś fikcyjny. Oba strumienie płyną 
w dwóch odmiennych  światach,  w różnych  ontologiach, rozdzielonych  czymś,  co 
nazywam "piątą ścianą". I właśnie dzięki temu możliwe jest odgrywanie przeszłości 
jako   teraźniejszości.   Tylko   w   świecie   umownym   możliwe   jest   "przesunięcie" 
przeszłości do naszej teraźniejszości, a mechanizmem, który to umożliwia jest... aktor. 
Wszystko   to   powoduje,   że   w   teatrze   mamy   dwa   światy,   które   łączy   realność   i 
teraźniejszość  aktorów i  całej  materialnej  substancji  przedstawienia,  którą  nazwać 
możemy materiałem sygnalnym. Jednocześnie wszystko nieustannie sygnalizuje nam, 
że   nie   jest   tym,   co   widać   i   słychać,   że   jest   światem   znakowym,   semiotycznym, 
którego denotatu należy szukać gdzie indziej, w kreowanych światach fikcyjnych, 
które mogą, ale nie muszą być podobne do naszego. Co więcej, współistnienie obu 
ontycznie   różnych   światów,   to   znaczy   materiału   sygnalnego   i   kreowanej   fikcji, 
nieustannie sygnalizowane jest w teatrze grą aktorską, charakteryzacją, kostiumami, 
scenografią,   światłem,   jednym   słowem   całą   ową   nieadekwatnością   materiałową, 
przesadną gestyką, modulacją głosu, innymi słowy - sztucznością, której teatr - w 
przeciwieństwie do filmu - się nie wstydzi, a co więcej - często bardzo ją podkreśla, 
gdyż w tym zaznacza się jego istota, owo rozdzielenie tego, co widać i słychać na 
scenie, od tego, co jest denotowanym światem fikcyjnym, a którego na scenie ani nie 
widać ani nie słychać. Teatr jest światem semiotycznym zbudowanym z umownego 
tworzywa znaków (tworzących sieć zawiłych relacji). Sam dobór tworzywa i jego 
uszeregowanie   (kompozycja)   ma   funkcję   sensotwórczą   i   estetyczną.   W   filmie, 
przynajmniej   w   jego   dominującym   nurcie,   mamy   tendencję   do   symulacji   świata 
rzeczywistego,   a   więc   przeciwną,   gdzie   wszelka   nieadekwatność   materiałowa, 
sztuczność,   czy   hiperbolizacja   aktorstwa   jest   czymś   niepożądanym.   Dlatego 
niedoróbki materiałowe, złe ustawienie świateł itp. mogą najlepiej pomyślane dzieło 
filmowe zamienić w hybrydę albo - jak powiada Pasikowski - w wideo z wiejskiego 
wesela. Kamera telewizyjna, z kolei, postrzega świat semiotyczny, świata substancji 

5

5

background image

znaków,  a nie ich denotatów czy znaczeń.  Innymi  słowy widzi  świat  tak, jak go 
przedstawiają na scenie w teatrze, w całej jego materialnej nieadekwatności, i ten 
semiotyczny   świat   podsuwa   widzowi   do   odczytania.  Ale   jednocześnie   ów   świat 
montuje, przez co z natury rzeczy wprowadza elementy narracji. Ponieważ jednak 
kamera   telewizyjna   żyje   na   zewnątrz   świata   fikcyjnego,   pośród   jego   umownych 
znaków, żyje w innym czasie i innej przestrzeni, w innej ontologii, przedstawia siebie 
jako czynnik  sprawczy zmontowanej  całości. To ona  nam  ten  semiotyczny  świat  
modeluje i daje do odczytania; nie jest to przeto świat fotografowany, lecz w każdym 
detalu   podkreślający   swój   wykreowany   charakter.   W   tym   zaznaczy   się   też   jej 
zasadnicza różnica z kamerą filmową.
Jeśli więc mamy mówić o teatrze telewizji, to - powtórzmy - musi on spełniać - 
przynajmniej w jakimś stopniu - podstawową cechę teatru, jaką jest teraźniejszość 
ukazywanych   zdarzeń   (w   relacji   do   czasu   odbioru),   czyli   stwarzać   pozór 
jednoczesności   wykonania   i   odbioru.   Teraźniejszość   dotyczyć   ma   nie   tylko 
ukazywanych zdarzeń, ale również i wykonawców. Jeśli mają tworzyć teatr, to nie 
mogą jawić się w sfotografowanej przeszłości, tylko w teraźniejszości odbiorcy. W 
dawnych czasach grano w studio na żywo, a częste też były - do dziś w niektórych 
krajach   praktykowane   -   transmisje   z   rzeczywistych   przedstawień   w   teatrze.   Jak 
jednak sprawić dzisiaj, kiedy większość sztuk telewizyjnych rejestruje się cyfrowo, a 
przez to emisja staje się bardzo bliska tradycji filmu, żeby zachować przynajmniej 
pozory teraźniejszości wykonawczej? Ano właśnie w ten sposób: teraźniejszość się 
pozoruje. Innymi słowy, w przeciwieństwie do filmu, gdzie czas aktora i postaci z 
reguły biegną jednakowym tempem, przynajmniej w obrębie każdego ujęcia, tutaj 
zastosowanie mają techniki i konwencje rodem z teatru. Tak więc, w teatrze telewizji 
nie   razi   sztuczność   scenografii,   teatralne   światła,   sztuczność   zachowań   -   gry 
aktorskiej, sceniczna modulacja głosu czy mówienie wierszem. Nie razi dlatego, że 
mamy do czynienia ze światem z gruntu znakowym, semiotycznym, umownym, a nie 
z fotografowaną rzeczywistością. Taki świat widzi i ukazuje kamera telewizyjna. Ten 
świat jawi się jedynie jako materialna substancja znaków świata, którego de facto nie 
widać,  a  który  realnie  powstaje  w  wyobraźni  odbiorcy.  Świat  teatru  jest  światem 
całkowicie na niby. Kamera filmowa, z kolei, nie widzi substancji znaków, tylko ich 
znaczenia. Z reguły symuluje świat rzeczywisty, którego materiałowo podmienić nie 
można.
Oczywiście kamera telewizyjna nie jest w stanie stworzyć trójwymiarowego obrazu, 
który przypominał by hologram przedstawienia w teatrze scenicznym (być może jest 
to sprawa przyszłości). To nawet nie jest istotne. Ale może dać obraz identyczny z 
tym,   jaki   mamy   w   wypadku   transmisji   ze   zdarzeń   realnie   rozgrywających   się   w 
teraźniejszości odbiorcy, jak wiadomości telewizyjne, rozmaite wstawki ze studio, 
mecze   piłkarskie   czy   sprawozdania   z   wydarzeń   publicznych.   Identyczność 
elektronicznego obrazu sprawia, że per analogiam jesteśmy w stanie przyjąć obraz 
teatru telewizji jako rodzaj transmisji, dziejącej się w teraźniejszości odbiorcy. Tego 
film   nie   jest   w   stanie   dokonać,   szczególnie   jeśli   kręcony   jest   na   tradycyjnej 
światłoczułej taśmie. Obraz jaki daje trzydziestkapiątka nie jest w stanie symulować 
swojej teraźniejszości: jest wyraźną rejestracją czasu przeszłego. Dlatego teatru nie 

6

6

background image

można nakręcić filmowo bez uwikłania się w temporalne sprzeczności, a co najwyżej 
można nakręcić film o teatrze. Oczywiście, nośnik obrazu to nie wszystko. Można 
przecież zauważyć, że wiele filmów powstaje właśnie z użyciem kamer cyfrowych, 
które dają obraz identyczny z tym, jaki dają kamery telewizyjne. Czy jest zatem jakaś 
różnica? Jest, zwłaszcza jeśli idzie o kreowanie struktur temporalnych i przestrzeni. 
Inne   będą   techniki   realizacyjne   w   filmie,   inne   w   teatrze   telewizji.   Inny   montaż. 
Powtórzę: w teatrze scenicznym i telewizyjnym widzimy tylko materialną substancję 
znaków, których denotaty, czyli znaczenia, są całkowicie fikcyjne, a więc zmysłowo 
niedostępne.   Film   ukazuje   świat   denotowany,   teatr   -   materiał   sygnalny   świata 
semiotycznego, który do owego świata tylko odsyła, ale go nie ukazuje. Zauważmy, 
że w teatrze telewizji kamera widzi świat semiotyczny, tak jak widz w teatrze widzi i 
słyszy tylko to, co składa się na materiał sygnalny dzieła w całej jego materialnej 
nieadekwatności, widzi substancję znaków, nie dostrzegając natomiast ich znaczeń. W 
filmie,   oczywiście,   kamera   postrzega   świat   tak,   jak   ją   postrzegają   postaci.   Choć 
niewidzialna, ona żyje w ich świecie, w ich ontologii, nie oddzielona piątą ścianą 
umowności. Kamera telewizyjna żyje w innej ontologii, w innym czasie i przestrzeni 
niż fikcyjne postaci i dlatego jej widzenie jest całkowicie zewnętrzne, obiektywne. 
Subiektywizacja obrazu, tak typowa dla filmu, powinna być zatem w telewizji (jeśli 
chcieć ją zastosować) połączona z transformacją substancjalną - świat semiotyczny, 
umowny,   powinien   przeistoczyć   się   w   świat   rzeczywisty,   bo   tak   go   przecież 
postrzegają postaci.  Niedostrzeganie tego prowadzi do rozlicznych nieporozumień.
"Teatr" w telewizji  polega  przede wszystkim nie tylko  na nawiązaniu do tradycji 
teatru scenicznego, ale na wyczuciu telewizyjnego medium (jako nośnika informacji, 
której   nie   można   inaczej   przekazać).   Oprócz   omówionego   kreowania   pozornej 
teraźniejszości   i   obrazu   świata   umownego,   jaki   daje   kamera   telewizyjna,   warto 
zwrócić uwagę na fakt, iż aktorzy udają, że występują przed realną publicznością, 
której   wszelako   nie   dostrzegają,   przez   co   -   niczym   w   teatrze   -   owa   publiczność 
zajmuje pozornie realną przestrzeń, przylegającą do przestrzeni gry. Sygnalizowane to 
jest w rozmaity i wieloraki sposób: również przez umowną scenografię (zorientowaną 
w kierunku kamery), grę aktorską, także zorientowaną niczym na scenie, i kostiumy 
czy charakteryzację. Zauważmy również fakt, iż w studyjnym dziele teatru telewizji 
często istnieje wycinek przestrzeni, którego kamera (a wraz z nią i aktorzy) nie widzą. 
Jest to ruchomy wycinek okręgu o różnej rozwartości, którego wierzchołek znajduje 
się w centrum przestrzeni gry, a oś zbieżna jest z osią obiektywu kamery (dlatego jest 
on, jak wspomniałem ruchomy). W studyjnym dziele telewizyjnym zazwyczaj nie ma 
przestrzeni o 360 stopniach, jak w filmie, gdyż właśnie ten jeden wycinek ("czarna 
plama")   jest   sygnalizowany   jako   dla   kamery   i   aktorów   niewidzialny,   ponieważ 
stanowi to telewizyjny odpowiednik "czwartej ściany" w scenie pudełkowej. Kamera 
nie widzi "publiczności" ("udaje, że nie widzi") na tej samej zasadzie jak aktorzy nie 
widzą jej w teatrze. To, że owej publiczności realnie w telewizyjnym wnętrzu nie ma, 
jest bez większego znaczenia, gdyż teatr telewizyjny - jak mówiłem - jest teatrem 
pozorowanym,   on   tylko   "udaje",   że   jest   teatrem   (ale   dzięki   temu   może   tworzyć 
znaczenia   w   sposób   odmienny   od   innych   sztuk   i   zaznaczać   swoją   systemową 
odrębność!). Istnienie publiczności sygnalizowane jest w sposób dla teatru typowy, 

7

7

background image

tak jak aktor sygnalizuje, iż widownia jest wiśniowym sadem czy morzem. Dlatego 
brak owej sygnalizacji, brak "udawania", pozorowanej teraźniejszości wykonawców, 
powoduje,   że   dzieło   traci   znamiona   teatralności   i   staje   się   filmem   (choćby   i 
kostiumowym i z długimi dialogami). Objęcie przez kamerę 360 stopni (nawet przy 
pomocy   montażu)   wysadza   widza   z   fotela   teatralnego   i   przesadza   go   do   fotela 
kinowego.
Bardzo   ważnym   elementem   strategii   kreowania   pozorowanej   teraźniejszości   jest 
telewizyjny montaż, który tym się różni od filmowego, że - jak wspomniałem - nie 
można   w   nim   zastosować   elipsy   czasowej,   a   to   z   tego   prostego   powodu,   że 
teraźniejszości  nie  można  montować,  nie  może  ona  przebiegać  skokowo.  Dlatego 
stosuje się elipsy przestrzenne, ale bez równoczesnej elipsy czasowej. Jeśli taka ma 
miejsce, to wówczas mamy do czynienia z typową narracją filmową, która z definicji 
rozgrywa się w przeszłości, a teraźniejszości nie chce i nie umie pozorować. Do filmu 
zbliża   również   substancjalna   adekwatność   materiału   sygnalnego   (rzeczywiste 
wnętrza,   kostiumy,   plenery   itd.),   „filmowe”   aktorstwo,   otwartość   przestrzeni   i 
dynamiczna   akcja.   Wówczas   jedynym   teatralnym   i   niefilmowym   elementem 
pozostaje   warstwa   dialogowa.   Jeśli   i   ona   przestaje   być   strukturą   dramatyczną, 
nabierając dynamiki i przestrzennej ruchliwości, stając się przytoczeniem w obrębie 
narracji   dotyczącej   przeszłości,   to   wówczas   mamy   do   czynienia   z   filmem   czy 
telewizyjną nowelą. 
I   jeszcze   jedno:   wykreowanie   pozornej   teraźniejszości   umożliwia   osadzenie 
wykonawcy, postaci i widza we wspólnym strumieniu czasu, a przez to wspólna staje 
się również przyszłość. Oczywiście jest ona umowna, nie w sensie fabularnym, lecz 
ogólnie czasu przyszłego, który w każdym przedstawieniu sprawia wrażenie, że jest 
wspólny dla aktorów, postaci i widzów, gdyż ujawnia się jednocześnie w tym, co 
wszystkie strony uważają za teraźniejszość. Sygnalizowane to jest w ten sposób, że 
aktor daje nam do zrozumienia, że w przeciwieństwie do niego postać nie wie, co ma 
się wydarzyć i kto co ma powiedzieć (dotyczy to również postaci granej przez niego 
samego). Jej ocena i przewidywanie przyszłości często okazują się błędne. Ma to 
zasadnicze   znaczenie   w   budowaniu   nie   tylko   fikcyjności   ale   i   sygnalizowaniu 
poziomu świadomości postaci, który w relacji do świadomości (zasobu informacji) 
widza   ma   funkcję   sensotwórczą   w   teatrze.   Komplikacja   wypowiedzi   scenicznej 
polega   jednak   na   tym,   że   aktor   jednocześnie   sygnalizuje,   że   fikcyjna   przyszłość 
ujawnia się z biegiem czasu w jego teraźniejszości, że jego dotyczy. Świadczy o tym 
jego sygnalizowana reakcja na zdarzenia i wypowiedzi pochodzące ze świata fikcji 
(mimika, gestyka, wzrok i tym podobnie). Świat spoza piątej ściany ma bezpośredni 
wpływ na działania aktorskie, które jawią się zarówno jako przyczyna jak i skutek 
rozmaitych zdarzeń i wypowiedzi w świecie fikcji. Na podstawie tych zachowań, 
które są realne, odczytujemy ich przyczynę, która w sensie ontycznym jest całkowitą 
fikcją. W ten sposób aktor ma jednak zdolność przekraczania i łączenia obu ontologii, 
leżących   po   obu   stronach   piątej   ściany.   To   z   niego   wyczytujemy   sygnały 
dookreślające świat zmysłowo niedostępny.
Widzimy   więc,   że   zasadniczą   rolę   w   budowaniu   znaczeń,   zarówno   w   teatrze 
scenicznym jak i telewizji, odgrywają struktury czasowe. Tworzą one świat, który 

8

8

background image

kamera ukazuje nam w jego semiotycznym, umownym kształcie. Dlatego kamera 
telewizyjna słyszy wiersz, a nie prozę. Dlatego widzi perukę i scenografię, widzi 
aktora a nie postać. Widzi materiał sygnalny wymodelowany w strukturę znakową, 
ale znaczeń nie  pokazuje. Pozostawia  je nam do odczytania. I jak w baśniach w 
wyobraźni przenosimy się nie tyle za siódmą górę i siódmą rzekę, co za piątą ścianę, 
gdzie istnieje świat płynący w nurcie piątego wymiaru.

                    
W ostatnim czasie w TV1 okrojono liczę premier teatru telewizji, co tłumaczono 
koniecznością podniesienia budżetu indywidualnych produkcji. Wynikało to z troski o 
ich jakość. Sądzić by zatem można, że osoby podejmujące decyzje uznały ową jakość 
za   niską   i   w   celu   poprawy  sytuacji   zdecydowały   się   na   przekształcenie   ilości   w 
jakość.   Napawało   to   nadzieją,   że   będziemy   mieli   do   czynienia   z   dziełami 
rzeczywiście wybitnymi. I telewizyjnymi! Problem w tym, że z tego, co oglądam w 
ostatnich miesiącach, zamiast teatru co rusz karmieni jesteśmy filmem, który tylko 
udaje, że jest teatrem. W owym udawaniu pomaga mu zazwyczaj czas emisji oraz 
warstwa   dialogowa,   która   rodem   jest   z   dramatu   a   nie   ze   scenariusza   filmowego. 
Istnieje więc obawa, że cała reforma miała na celu nie tyle podniesienie jakości teatru 
telewizji, co umożliwienie realizacji niskobudżetowych filmów. 
Ale mnie się wydaje, że poniedziałkowa emisja nie wystarczy, by dzieło uznać za 
teatr telewizji (jak chociażby  Prezent  Łukasza Wylężałka,  2005 ). Nie jest to też 
sprawa "płynna" ani arbitralna, jak chcą niektórzy; 
Podobnie   w  Wesołym   miasteczku  (2004)  Sławomira   Fabickiego  wg  Marka 
Pruchniewskiego
, które w zasadzie można by uznać za film, gdyby nie jeden jego 
aspekt: otóż mamy tam przestrzeń typowo filmową, ale brakuje filmowego "łącznika" 
pomiędzy   scenami,   czyli   ruchu   postaci,   która   czy   które   przemieszczałyby   się   w 
przestrzeni z punktu A do punktu B i tak dalej, a wraz z nimi przemieszczałaby się 
kamera. Tego tu zupełnie nie ma i w rezultacie mamy sekwencje scen, które łączy nie 
któraś z postaci, lecz montaż i oko kamery. To kamera dobiera, wyłuskuje owe sceny 
z   wielu   możliwych   do   pokazania   i   tworzy   narrację   przypominającą   -   w   bardzo 
odległym   sensie   -   sekwencję   scen   w   teatrze.   Zupełnie   filmowy   jest   też  Klucz 
Wojciecha Smarzowskiego  (emisja kwiecień 2005) wg  Ludmiły Rozumowskiej
gdzie   "teatralny"   jest   jedynie   dialog,   choć   -   jak   mówiłem   -   w   narracji   filmowej 
przestaje   on   być   tekstem   dramatycznym   (stając   się   przytoczeniem).   Nie   ma   tu 
najmniejszego   pozorowania   teraźniejszości   ukazywanych   zdarzeń,   a   co   więcej   - 
pojawiają się elipsy czasowe, co jest sprzeczne z naturą teatru (teraźniejszości nie 
można montować!). Nie ma też wyczucia dla telewizyjnego medium, przez co reżyser 
nie wykorzystuje go jako nośnika informacji. W rezultacie stworzył film, w którym 
wykorzystano   dialogi   z   dramatu,   ale   w   filmie   zatracają   one   swą   funkcję 
dramaturgiczną, gdyż nie rozgrywają się we wspólnej teraźniejszości wykonawców i 
widzów (a to jest cechą podstawową teatru, nawet pozorowanego). Powtórzę więc: 
film jest rejestracją zdarzeń, które się odbyły w przeszłości; nie chce i nie może 
rozgrywać   się   w   teraźniejszości,   nawet   pozorowanej.  Ale   przez   to   przestaje   być 

9

9

background image

dramatem,   stając   się   narracją,   Uważam,   że   czas   emisji   nie   może   być   jedynym 
powodem,   dla   którego   coś   nazwiemy  "teatrem".  W  dużym   skrócie   wyłuszczyłem 
najbardziej   podstawowe   i   zasadnicze   cechy,   jakie   dzieło   teatru   telewizji   powinno 
spełniać. Nie jest prawdą, że "teatr" się zużył i trzeba iść naprzód z "rozwojem". To 
"nowe"   cechuje   często   nieporadność   i   w   rezultacie   powstają   dzieła-hybrydy. 
Dowodem, że można, mogą być dzieła wybitne, jakie powstały w ostatnim czasie i to 
twórców   różnych   pokoleń.   Wszyscy   ci   twórcy   świadomie   wykorzystują   medium 
telewizyjne (a nie jako zło konieczne), tworząc dzieła wykorzystujące medium w 
jakim powstały do przekazania dodatkowych znaczeń, nieprzetłumaczalne na inny 
system.

Od   razu   zwróćmy   uwagę,   że   umowna   teraźniejszość   postaci   nie   jest   tożsama   z 
realnym czasem, jaki wykonawca potrzebuje do odegrania swojej roli. Czas fikcyjny, 
chociaż ujawnia się w naszej teraźniejszości, nie ma tej samej, wymiernej wartości. 
Umożliwia to jego przyspieszanie, zwolnienie, zatrzymanie albo nawet przeskoki w 
obrębie   tego,   co   odbieramy   jako   chronologiczną   ciągłość   wypowiedzi   scenicznej. 
Jeszcze bardziej  zdumiewające jest to w filmie, gdzie najprostsza czynność może 
składać się z kilku czy nawet kilkunastu ujęć, zmontowanych z wykorzystaniem elips 
czasowych.   Napuszczenie   wody   do   wanny   może   trwać   kilka   sekund,   a   stosunek 
płciowy kilkanaście czy też kilkadziesiąt (i to bez niefortunnego eiaculatio precox). 
Ale   świat   zmontowany   filmu   nie   składa   się   z   połączenia   dwóch   odmiennych 
teraźniejszości,   tylko   z   fragmentów   teraźniejszości   wspólnej   dla   wykonawcy   i 
kreowanej   przez   niego   postaci.   W   tym   też   tkwi   zasadnicza   różnica   pomiędzy 
"walorem" czasu w filmie a czasem w teatrze.

10

10