background image

Ks. Jan Twardowski

Utwory zebrane tom 12

Mimo wszystko. Felietony i anegdoty

Zebrała i opracowała Aleksandra Iwanowska

background image

Wstęp

Ksiądz piszący felietony, ksiądz zbierający anegdoty — czy to możliwe? Możliwe, 

jeśli jest nim ksiądz Jan Twardowski. Poczytność felietonów, zwłaszcza tych 
publikowanych w „Urodzie”, znikające błyskawicznie z półek księgarskich kolejne 
wznowienia Niecodzienników potwierdziły z jednej strony potrzebę niebanalnego, 
przystępnego pisania o sprawach trudnych, a z drugiej — tęsknotę do uśmiechu, 
przejawów radości w naszym czasem smutnym świecie — mimo wszystko. Wrodzone 
poczucie humoru, błyskotliwy dowcip, umiejętność podpatrywania życia, widzenie 
świata uśmiechniętymi oczyma zrodziły nową dla księdza formę pisania, właśnie 
felietony i anegdoty.

Znakomitą większość publikowanych w tomie dwunastym Utworów zebranych 

felietonów stanowią teksty drukowane w „Urodzie” w latach 1998–2002.

Chciałoby się zapytać, jak ksiądz mógł publikować w czasopiśmie kobiecym? Mógł. 

W dodatku — choć początkowo budziło to pewne zdziwienie — w miarę upływu 
czasu poczytność felietonów księdza Twardowskiego, ukazujących się na łamach 
„Urody” z inicjatywy ówczesnej Redakcji, zaczęła rosnąć. Rozwiały się obawy samego 
Autora, czy — jako ksiądz — nie odstraszy czytelniczek. Myśli o codziennych 
problemach, ludziach, postawach życiowych, czystości naszego języka, ludzkich 
doświadczeniach, złu i dobru tego świata, przyrodzie, prowadzące do myśli o Bogu — 
okazały się trafne i potrzebne, o czym świadczyły listy napływające do Redakcji 
„Urody” oraz wyniki ankiety przeprowadzonej przez dr. Zbigniewa Bajkę z Instytutu 
Prasoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego wśród czytelniczek, dotyczącej 
zainteresowania poszczególnymi działami czasopisma. Czytelniczki umieściły felietony 
ks. Jana Twardowskiego na jej czele — obok felietonów Krystyny Jandy — dając w 
78% oceny bardzo dobre.

W felietonach spotkamy tego samego autora, którego — jako znawcę życia, 

wnikliwego obserwatora, spostrzegawczego psychologa — znamy przede wszystkim z 
wierszy. Krytycy już dawno zauważyli, że Jan Twardowski zjednuje sobie czytelników 
między innymi przez wprowadzanie do wierszy problemów ludzkiego codziennego 
życia z jego różnorodnymi barwami.

Jako ksiądz piszący wiersze niepokoi się, że „tyle dzisiaj uczuć a mało miłości”, 

podpatruje ludzką miłość „od pocałunku do pobicia” i zakochanych: „czasem 
narzeczony całuje jak ryba”. Zastanawia się, dlaczego w miarę upływu czasu „opadają 
skrzydła po locie godowym”, a „miłość […] / wytresowana oswojonych gryzie”. 
Żartuje, jak bardzo może pomylić się „ktoś kto bije żonę by zranić teściową”. Wie, że 
miłość jest zmienna, może przyjść „jak dama”, ale może odejść „jak chamka”, bo 
ludzkie uczucia są zawsze niedoskonałe, nawet te najwznioślejsze — przecież „stale 
kochamy to, co jest większe od nas”, „Miłość spełnioną daje tylko Bóg. Ona jest stałą 
tęsknotą do Niego”.

Osobisty, poetycki przekaz wiary, postawa otwarta i ufna wobec świata, łącząca się 

z każdym cierpieniem i ułomnością, zachwycona i zadziwiona pełnią i rozmaitością 
życia, postawa dziecka Bożego otwartego na Łaskę — charakteryzują Jana 
Twardowskiego, autora wierszy, a także zebranych tu felietonów, autora, który 
wzrusza, prowokuje do zastanowienia się nad sobą, pochylenia nad tym, co robimy, 
który pomaga w przetrwaniu trudnych chwil i ciężkich prób życia, a jednocześnie 
wywołuje uśmiech, uwrażliwia i pokazuje, gdzie w życiu codziennym odkryć smak 
radości.

Ks. Jan Twardowski do swoich felietonów, zwłaszcza tych publikowanych na 

background image

łamach „Urody”, często wplatał wiersze i anegdoty. W edycji Utworów zebranych 
wiersze wypełniają tomy od czwartego po dziesiąty, anegdoty zaś zajmują drugą część 
niniejszego tomu. Choć zasada wydania zbiorowego narzuca zamieszczenie danego 
utworu w jednym miejscu edycji, zasadzie tej nie można podporządkować felietonów. 
Publikowanie ich bez wplecionych doń wierszy czy anegdot burzyłoby bowiem zamysł 
autora i kompozycję poszczególnych tekstów.

W tomie dwunastym Utworów zebranych spotkały się rozproszone dotąd felietony, 

jedynie cykl z „Urody” (1998 nr 4 do 2001 nr 1) opublikowany został w książce pod 
tytułem Smak radości. Felietony. Miejsca pierwodruku pozostałych, pochodzących z 
różnych czasopism tekstów, wykazuje Nota edytorska.

Niech nas nie zdziwi fakt, że może niektóre myśli — podobne, czasem wręcz te 

same — będą do nas wracały. Nauczyciel, kiedy chce coś bardzo ważnego przekazać, 
powtarza to kilka razy. Bo jakże nie powtarzać myśli, które budzą nadzieję i wywołują 
uśmiech.

Ksiądz Twardowski zapytany o sens życia na łamach tygodnika „Newsweek” 

powiedział:

„Chcę głosić nadzieję, bo ludzie dobrzy są wokół nas, tylko my ich nie 

dostrzegamy. Jesteśmy pesymistami, co piąty z nas cierpi na depresję […] Jesteśmy jak 
ten człowiek z anegdoty, którego ktoś zapytał: «Dlaczego jesteś taki smutny? — Bo 
na co dzień jestem błaznem, a teraz odpoczywam — odpowiedział». Pesymizm można 
zwalczać humorem. […] Humor oczyszcza świat z pesymizmu, uzdrawia, pokazuje 
pogodniejszą stronę życia” („Newsweek” 2002, nr 13).

Pokazaniu pogodniejszej strony życia, ożywieniu w nas nadziei niech służy ten tom 

Utworów zebranych, po lekturze którego uśmiechniemy się — mimo wszystko.

Aleksandra Iwanowska

background image

Felietony

background image

Lekcje miłości

Najczęściej uczymy się z podręczników, z lektury dzieł literackich. Jeżeli chodzi o 

mnie, uczę się najwięcej z przebywania z ludźmi, nieraz z przypadkowych rozmów.

Odwiedzałem kiedyś chorą kobietę, zupełnie samotną. Domyśliłem się, że kochała 

kogoś, kto wyjechał za granicę w czasach, kiedy było trudno stamtąd wrócić.

Miłość różni się tym od przyjaźni, że może być nie—wzajemna, przyjaźń natomiast 

nie może być bez wzajemności. Moja znajoma pisała do kogoś, kogo kochała, ale on 
był zajęty kimś innym i odpisywał tylko czasem. Zauważyłem, że po otrzymaniu 
każdego listu była ożywiona, szczęśliwa. Kiedyś zwróciłem uwagę, że jej miłość jest 
chyba niewzajemna. Odpowiedziała mi, że miłość, nawet najgorsza, niewzajemna, jest 
lepsza od żadnej.

Przypomniała mi się również druga znajoma, także chora. Odwiedzałam ją w 

chorobie przez kilka lat i sam byłem wzruszony swoją gorliwością. Zdarzyło się 
jednak, że raz wezwano mnie do niej, ale nie poszedłem, bo nieoczekiwanie z 
zagranicy przyjechał do mnie znajomy. Okazało się, że umarła. Na jej pogrzebie 
nieznajomy zwrócił się do mnie i powiedział: „Ksiądz nie był u niej w ostatniej chwili”. 
Tłumaczyłem się, że przez pięć lat odwiedzałem ją regularnie. Usłyszałem odpowiedź: 
„Kto do końca nie jest dobry, ten jest niedobry, choćby całe lata był dobry”. 
Zapamiętałem to sobie na całe życie.

Muszę wspomnieć jeszcze inne spotkania. Przyszedł do mnie ktoś i powiedział 

rozżalony, że mężczyzna to człowiek i zwierzę, a kobieta to anioł i zwierzę. Broniłem 
kobiet do upadłego, ale mnie przegadał.

Słyszałem kiedyś anegdotę. Ktoś przyznał w rozmowie: „Moja żona to anioł” i 

usłyszał: „A moja jeszcze żyje!”

Jedna z kobiet powiedziała mi, że kobieta może kochać inaczej narzeczonego, 

inaczej męża, inaczej dziecko, inaczej ojca, ale ona kocha kogoś jednego tak, jak tych 
wszystkich razem.

Wychowany na romantycznej lekturze o dozgonnej miłości, wierny czytelnik Romea 

i Julii, wierzę jeszcze w miłość dozgonną, dłuższą niż na zawsze i przebywając z 
ludźmi znajduję dzisiaj jej wzruszające przykłady, ale o tym napiszę w innym felietonie.

background image

Lubić, żeby kochać

Słowo miłość jest tak nadużywane, jak — z przeproszeniem — cierpliwie wydojona 

krowa. Już wszystko z niego wydojono, co można. Ileż jest innych słów bardziej 
wypoczętych i nie tak przemęczonych: życzliwość, dobroć, serdeczność, 
wyrozumiałość, wytrwałość, wierność, gotowość do ofiary.

Kiedy mówimy: kochaj bliźniego, to możemy sobie pomyśleć, że miłość jest w tym 

wypadku przymusem. Lubić znaczy więcej niż kochać. Można kochać i nie lubić. 
Trzeba tak lubić, żeby kochać.

Jak żyć obok siebie, przy sobie i z sobą?
Ze wszystkich miłości najtrudniejsza jest miłość do najbliższych.
Zapytałem swego znajomego, który jest piętnaście lat po ślubie:
— Co tam dzieje się u ciebie w domu?
— Wszystko dobrze — odpowiedział. — Kochamy się, ale udusiłbym ciotkę, bo za 

długo rozmawia przez telefon, żonę, bo stale podejrzewa, teściową, bo wciąż się 
wtrąca, nawet babcię, która jest za stara na babcię.

Jak kochać najbliższych?
Miłość wymaga mądrości życiowej. Na przykład trzeba umieć w dobrym momencie 

zwrócić uwagę. Mężowi, który wrócił z pracy po walce z szefem, nie można od razu 
pożalić się, że byczki w tomacie podrożały. Dziecku, które wróciło do domu z dwóją 
w zeszycie i trzasnęło drzwiami ze złości, nie należy od razu zwracać uwagi. Trzeba 
umieć przeczekać, zapytać, dlaczego jest takie złe, i dopiero potem przypomnieć, że 
drzwi służą do otwierania i zamykania, a nie do wyładowywania wściekłości.

Dobrze jest pilnować siebie, żeby na złość nie odpowiadać złością. Przypomina mi 

się dwuwiersz:

Kiedy wszyscy: „W mordę! W mordę!”
Wśród brzęku szkła i kobiet wycia.

Dlaczego bywają takie sytuacje? Dlatego, że ludzie odpowiadają złością na złość, 

agresją na agresję, wściekłością na wściekłość.

Czułość w miłości też musi być mądra. Nie można nadużywać zdrobnień, traktować 

męża jak dziecko: Czy dolać ci mleczka do herbatki? Czy zjesz, pieseczku, pierożki z 
mięskiem?

Jak ktoś powiedział: „Za taką czułość — wyznam szczerze — to mnie od razu 

cholera bierze”.

Czy zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy dziękować za najbliższych? Oni 

pomagają nam dojrzewać, uczą tolerancji, poznawania siebie i innych. Tak się czasem 
sobie podobamy, że wokół siebie chcemy mieć i widzieć tak samo sympatycznych, jak 
my. Tymczasem ci najbliżsi są różni, i to tych różnych mamy kochać, a nie podobnych 
do nas.

W dziękowaniu jest uleczenie z próżności. Dziękowanie uczy dostrzegania 

najbliższych. Kiedy dziękuję, zapominam o sobie i widzę tego, który zwrócił na mnie 
uwagę.

W życiu rodzinnym dobrze jest częściej mówić „dziękuję” niż „proszę”. Z 

najbliższymi bywa tak, że możemy się do nich i zbliżać, i oddalać. Spróbujmy częściej 
zbliżać się, dziękując im za rzeczy najprostsze, na przykład za to, że nie przeszkadzali 
w drzemce i nie krzyczeli, nie ryczeli, nie przybijali obrazka do ściany, nie powtarzali 
liczebników po angielsku na głos.

background image

Miłość musi być cierpliwa, żeby umieć przetrwać.

background image

Większa od nas

O miłości mówią wszystko na tak i wszystko na nie. Mówią, że jest przelotna, 

nietrwała jak dmuchawiec, który wiatr rozdmuchuje, i mówią, że jest dłużej niż na 
zawsze.

Potrafi być okropna i urocza. Czasem niespodziewanie od pierwszego wejrzenia, 

jak w powieściach Henryka Sienkiewicza.

Spotkanie

Ta jedna chwila dziwnego olśnienia
kiedy ktoś nagle wydaje się piękny
bliski od razu jak dom kasztan w parku
łza w pocałunku
taki swój na co dzień
jakbyś mył włosy z nim w jednym rumianku
ta jedna chwila co spada jak ogień
nie chciej zatrzymać
rozejdą się drogi —
samotność łączy ciała a dusze cierpienie
ta jedna chwila nie potrzeba więcej
to co raz tylko — zostaje najdłużej

Niektórzy zakochują się w literaturze, muzyce, nauce, sztuce. Zachowują się jak 

prawdziwi zakochani. Poświęcają temu, co kochają, wszystkie siły i zdrowie. Jednakże 
choćby mieli wielkie osiągnięcia, mogą być nieszczęśliwi, bo są zupełnie samotni. 
Możemy kochać naukę, ale nauka nas nie kocha. Cóż z tego, że ktoś kocha muzykę, 
ale muzyka go nie kocha. Do miłości potrzebne są dwa serca. Znałem malarza 
zakochanego w malarstwie — myślał, że mu to wystarczy. Chociaż cieszył się 
uznaniem, poczuł się szczęśliwy dopiero wtedy, kiedy spotkał kobietę, która nawet nie 
znała się na obrazach.

Miłość różni się od przyjaźni. Przyjaźń musi być wzajemna. Jeśli nie jest wzajemna, 

nie jest przyjaźnią. Miłość bywa niewzajemna. Taką miłość zawsze wynagradza Bóg.

Miłość trzeba pielęgnować tak jak dziecko, aby się nie zaziębiła, nie zwariowała, nie 

wyleciała przez okno jak ptak. Miłość, żeby była miłością, wymaga cierpliwości, pracy 
nad sobą, walki z egoizmem.

W języku polskim niestety mówimy „kocham się w kimś”, to znaczy kocham siebie 

w nim. Tymczasem miłość to właśnie zapominanie o sobie, myśl, że kocha się kogoś. 
Miłość jest wyjściem poza siebie, zapominaniem o sobie: „zapomnij że jesteś gdy 
mówisz że kochasz”. Miłość uczy dawania siebie. Miłość prawdziwa jest trudna.

Boże

Boże którego nie widzę
a kiedyś zobaczę
przychodzę bezrobotny
przystaję w ogonku
i proszę Cię o miłość jak o ciężką pracę

background image

Z miłością zawsze kojarzy się cierpienie. Nieraz pytamy, czy cierpienie ma sens. 

Cierpienie w miłości ma swój sens. Jest jedyną możliwością sprawdzenia miłości. 
Nieważne jest, jak kto cierpiał, ale dlaczego cierpiał. Jeżeli cierpiał z miłości do 
drugiego człowieka, to jego cierpienie jest świadectwem miłości. Potwierdza jego 
miłość. Prawdziwa miłość szuka trudnych dróg.

Nie jak ale dlaczego

Dlaczego krzyż
Uśmiech
rana głęboka

Widzisz
to takie proste
kiedy się kocha

Z miłością kojarzy się samotność, co jest jedną z jej tajemnic. Człowiek nie może 

wystarczyć tylko drugiemu człowiekowi.

Miłość i samotność
wzięły się pod ręce jak siostry
idą noga w nogę
nie rozdzielaj ich
nie szarp. Łapy przy sobie
miłość bez samotności
byłaby nieprawdą
samotność bez miłości rozpaczą

Miłość jest większa od nas. Przychodzi spoza nas.
Miłości zawsze towarzyszy niepokój. Nawet ci, którzy najbardziej się kochają, stale 

się niepokoją, że ten, którego kochają, może zachorować, ulec wypadkowi, umrzeć. 
Miłość czasem bywa bezradna. Musi oprzeć się na kimś potężniejszym niż człowiek.

Prawdziwej miłości nie przeszkadzają kłótnie. Marceł Proust napisał: „Gdyby 

małżonkowie nie mieli powodów do sprzeczek, to muszą je sobie czasem wymyślać, 
bo miłość sprawdza się i dojrzewa w sporach”.

Miłość jest odpowiedzialnością. I czymś więcej niż uczuciem. Trzeba się jej stale 

uczyć, by nie była tylko wzruszeniem, zakochaniem się. Niedobrze uczyć się jej z 
oglądanych filmów, przeczytanych romansów.

Są tacy, którzy po prostu kochają kogoś, wzajemnie się szanują, potrafią dawać i 

przyjmować. Przyjmowanie jest czasem trudniejsze od dawania. Uczą się miłości przez 
pamięć swoich dobrych rodziców, uczą się jej od ludzi cierpliwych, służących sobie. 
Może oni najbardziej cieszą się szczęściem ludzkiej miłości.

Wróżby

Do pewnej wróżki przychodziły
ciekawskie o sobie tajemnicy podlotki,
w kwiecie wieku ciotki
i starsze panie, co jedzą płatki z mlekiem na śniadanie

background image

i pytały:
Czy
kocha,
lubi,
szanuje,
nie chce,
nie dba,
żartuje?
Czy przy żurku otruje?
W myśli,
w mowie,
w sercu,
nie na ślubnym kobiercu?
Miss Polonię i ciapę,
żyjąc na kocią łapę?

Wróżka odpowiadała zamyślona, patrząc długo i głęboko w oczy oczekującej w 

napięciu klientce:

Inteligencja wyższa niż otoczenie,
którą spycha w dół zwątpienie.

Wszystkie wychodziły zadowolone, choć ona każdej mówiła to samo.
Jak często ulegamy urokowi człowieka. Pewnemu panu wydawało się, że spotkał 

przepiękną dziewczynę, z nosem jak marzenie, oczami jak płomienie. W takim 
zachwycie trwał biedak przez trzy miesiące i dwa tygodnie. Nagle pewnego dnia 
zobaczył ją inaczej, z nosem nieco problematycznym i oczami jak wypalone zapałki. 
Powiedzieli: przeżył rozczarowanie!

Tak się nieraz dzieje. Przed ślubem poznaje się swoje zalety, a po ślubie — swoje 

wady. Najpierw urodziwa, potem nazbyt krzywa.

Nie tylko mężczyźni ulegają tak zwanemu cielęcemu zachwytowi.
Przyszła kiedyś do mnie bard/o ożywiona kobieta z wypiekami na twarzy i 

powiedziała:

— Poznałam chłopaka. Jest niezwykły! Można mi go pozazdrościć. Niedługo 

przyjdę i pokażę go.

Kiedy go zobaczyłem, zdziwiłem się. Był całkiem niezły, ale jeśli chodzi o wzrost 

miał metr pięć w kapeluszu. Jednak ona sama widziała w nim przystojnego koszyka—
rza—olimpijczyka.

Przypomina mi się rymowanka:

Kiedy żona ujrzała poemat jego ciała —
tak jak stała — zemdlała.

Jakże wzruszył mnie pewien znajomy, kiedy powiedział: — Pokochałem ją taką, 

jaka wcale nie była, ale taką, jaką widziałem w marzeniach po to, aby pokochać ją 
taką, jaka była naprawdę, z humorami i zasadami.

background image

Od ostatniego spojrzenia

Kiedy słyszymy o miłości od pierwszego spojrzenia —jak dawniej mówiono: 

wejrzenia — przypomina się legendarna Laura, którą raz tylko Petrarka zobaczył w 
kościele, a pisał o niej w sonetach przez całe życie.

Przypomina się Beatrycze, którą Dante zobaczył, kiedy miała dziewięć lat — 

podobnie jak on. Nie mógł o niej zapomnieć. W utworze Nowe życie nazywają swoją 
przewodniczką. Ujrzał ją ponownie po dziewięciu latach, ale nie mógł zapomnieć 
pierwszego z nią spotkania. To ona w Boskiej Komedii prowadzi go poprzez raj do 
Pana Boga. Prawdziwa Beatrycze nazywała się Partinari i była przeciętną florentynką, 
przyszłą żoną bankiera.

Narzekają nieraz na miłość od pierwszego spojrzenia, straszą, że co nagle to po 

diable. Niektórzy patrzą na nią krzywym okiem, niektórzy dogadują, że po pierwszym 
spojrzeniu za jakiś czas zakochani już nie chcą patrzeć na siebie. Są jednak nawet listy 
miłosne od pierwszego spojrzenia, jak ten:

Jestem od razu gotowy
najszybszy — jak mówią — prosto od krowy

Chociaż wszyscy narzekają na miłość od pierwszego spojrzenia, zwaną „miłością 

prosto z krzaka”, chociaż nie nazywają jej miłością, tylko zakochaniem, to jednak 
znam takie szczęśliwe zakochania od pierwszego spojrzenia. Niektórzy co roku w 
rocznicę ślubu po swojej gwałtownej miłości obchodzą uroczystą pamiątkę pierwszego 
spotkania. Inni z kolei mówią, że tylko przez pierwsze dwadzieścia pięć lat są 
trudności małżeńskie, a potem już jako tako.

Znam jednak miłość od ostatniego spojrzenia. Poznałem kobietę, która wyszła za 

mąż nie z miłości. Od początku dokuczała mężowi. Stale jej się nie podobał. 
Narzekała, że ma wysuniętą szczękę. Kiedy spokojnie spał, budziła go, bo myślała, że 
umarł. Kiedy chrapał cały dzień, była nieszczęśliwa, bo przez niego była niewyspana 
albo jak niedźwiedź brunatny spała tylko jednym okiem.

Zdarzyło się jednak, że mąż zachorował — i to na całego. Kiedy spojrzała na niego 

po raz ostatni, zaczęła go kochać. Przypomniało jej się, że w maju przynosił jej 
konwalie, późnym latem czeremchę, a kiedyś czerwone liście dębu. Kiedy indziej 
wystarał się dla niej o olejek z cynamonowych liści, łagodny lubczyk, który podobno 
budzi miłość.

Jest miłość od ostatniego spojrzenia. Budzi się nagle, kiedy dostrzegamy prawdę. 

Miłość od ostatniego spojrzenia może być dłużej niż na zawsze i powracać w wierszu:

Pamiętam jego nad książką pochyloną twarz
nigdy nie wiedziałeś
i ja nie wiedziałem
że przyjdzie nam się spotkać już ostatni raz

Na miłości od ostatniego spojrzenia patrzyłem z bliska i z daleka.

background image

Przychodzi — odchodzi

Czy miłość co odeszła raz jeszcze powróci
czy przejdzie przez pokój jak pies oswojony
na dzień dobry niedobry potrąci nas nosem
przypomni stare listy czy Boga przeprosi
że przyszła jak dama odeszła jak chamka

(Odeszła)

Miłość przeważnie przychodzi jak dama. Zakochani są rozkoszni, grzeczni, z 

kwiatkiem w ręku, listami, telefonami z miłym głosem, rozkosznym uśmiechem. 
Kochając — żyją złudzeniami. Ona: ma zgrabny nosek, siada z wdziękiem. On: jest 
jeden jedyny! Patrzymy na miłość jak na siódme szczęście i na pewno nie mówimy tak, 
jak pewna pani do pewnego pana:

— Tak bardzo mi się podoba pana garnitur, zachwyca kołnierzyk, mankiety, spinki, 

płaszcz, kapelusz — tylko mi się pana morda nie podoba.

Na tym etapie kochamy kogoś takiego, jakim on nie jest, a najważniejsze uczyć się 

kochać takim, jakim on jest. Miłości trzeba się uczyć, a nie zatrzymywać się na 
zachwycie.

Człowiek z wadami też jest do kochania. Niedobrze, gdyby był aniołem nie z tej 

ziemi. Wady są ludzkie, powinny zbliżać człowieka do człowieka, a nie oddalać.

Dama może raptem zmienić się w wiedźmę. Nie umiemy się rozstawać. Nagle 

potrafimy trzasnąć drzwiami, zrobić awanturę, która może skończyć się wymianą 
zamków w drzwiach (żeby przypadkiem nie wrócił!).

Jak łatwo z grzecznego stać się niegrzecznym,
z delikatnego — głupio dowcipnym (poświęcać prawdę dla dowcipu),
z zakochanego — odkochanym,
z gorącego — zamrożonym jak udko indyka w lodówce,
z rozszczebiotanego — mrukiem,
z sympatycznego jak kanarek — niewychowanym krukiem.
Najpierw się całować, a potem na siebie polować!

Jakie to smutne, że można tak zbrzydnąć.
Na ogół dbamy o urodę. Pilnujemy, żeby nie mieć zmarszczek na szyi, nie przytyć 

tu i tam, nie mieć drugiej brody.

Jak jednak można zbrzydnąć w zachowaniu, kiedy przestajemy kochać!
Z urodą łączy się nie tylko szminka, puder, masaż w fitness–club, ale przede 

wszystkim miłość.

Miłość jest znakiem urody — brak miłości macochą brzydoty.
Każdy człowiek stale szuka akceptacji i chciałby być kimś niezwykłym. Nieraz w 

naszych ludzkich sporach powiedzą nam: ty bałwanie, ośle, głupcze, baranie, na dobre 
już zaczynasz ze sklerozą! Każdy z nas obraża się wtedy, wścieka, bo przecież nie jest 
baranem, osłem czy sklerotykiem.

A gdybyśmy powiedzieli inaczej? Tak, jestem takim baranem, osłem. Uśmiech, 

który rozbraja. Przyznanie się do prawdy o sobie czasem ratuje sytuację.

Na pytanie: „Czy kochasz mnie?” — odpowiedzieć „tak” lub „nie” nic nie znaczy. 

Odpowiedzią musi być cierpliwość całego życia.

background image

Małżonkowie żyją razem pięćdziesiąt lat i pięćset razy mówią sobie „kochamy się”, 

tysiąc razy zapewniają, że się nie znoszą.

Na Złote Gody

Drodzy państwo niech każdy z radości zaszlocha
ile sporów po których na lody chodzi się osobno
rumianków na dobranoc morałów nad ranem
bo żona wciąż za mało teściowa za dużo
ile min gdy się wstawało jak kogut do boju
to co niby na niby ale trochę dalej
to co zaraz a wtedy o wiele za bardzo
i to co nie do końca jak życie w ogóle
wszystko potem jak nogi krzywe ale swoje
małpa z małpą się kłóci jeśli małpę kocha

background image

Wytrzymaj ćwierć wieku!

Na pewno każdy z nas usłyszał żartobliwe uwagi na temat małżeństwa. Niektórzy 

się gorszą, nie chcą tego słuchać. Tymczasem psychologowie zauważyli, że tylko ci 
ośmielają się mówić żartobliwie o małżeństwie, którzy potrafili szczęśliwie 
przezwyciężyć wszystkie trudności, przykrości, nastroje towarzyszące małżeństwu. 
Mówią, że najpiękniejszy uśmiech ma ten, kto umiał przebrnąć przez to, co w życiu 
trudne. Ci, którzy byli naprawdę w małżeństwie nieszczęśliwi, kiedy mowa o 
małżeństwie — milczą jak ryba w akwarium.

Małżeństwo jest podobne do oblężonej twierdzy. Ci, którzy siedzą w środku, nie 

mogą się wydostać, a ci, którzy są na zewnątrz, wszystko czynią, żeby się tam znaleźć. 
Znane jest powiedzenie, że tylko pierwsze dwadzieścia pięć lat jest trudne, potem jest 
już jako tako.

Jeśli małżeństwo długo trwa, niektórzy żartują, mówiąc o nim jak o wojnie 

trzydziestoletniej. Nieraz żarty przenoszą się na teren cmentarza. Podobno ktoś 
spotkał się z taką sentencją, napisaną na nagrobku:

Tu leży mąż, co dręczył mnie wciąż,
a teraz, drogi mężu, odpoczniemy sobie —
ja w domu, a ty w grobie.

Znane są różne powiedzenia na temat małżeństwa. Ktoś — słysząc o zawartym 

małżeństwie — powiedział: „Dobrze im tak”, inny uśmiechnął się, mówiąc: „Aaa, 
kotki dwa, piszczą, jęczą obydwa”. Należy się jednak pocieszyć, że tak o małżeństwie 
mówią ci, których wzajemna miłość udźwignęła szczęśliwie to, co było trudne.

Kornel Makuszyński nieraz żartował z małżeństwa. Tymczasem wszyscy wiedzą, że 

był z żoną bardzo szczęśliwy i w każdą rocznicę ślubu powtarzali razem słowa 
przysięgi małżeńskiej: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że 
cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Kiedy ludzie kochają się, nawet smutne słowo „śmierć” nie straszy, ale przypomina 

długie i szczęśliwe życie.

Niedobrze, jak ktoś milczy o małżeństwie, dobrze, kiedy się uśmiecha, bo wtedy 

daje znak: nie było najgorzej.

background image

O małżeństwie

W pięćdziesiątą rocznicę ślubu jubilat, któremu gratulowano pięknego pożycia 

małżeńskiego, powiedział: Nasze małżeństwo dlatego jest tak szczęśliwe, bo w dniu 
ślubu umówiliśmy się z żoną, że jak będzie się zanosiło na kłótnię, to ona natychmiast 
idzie do kuchni, a ja na działkę. I tak już pięćdziesiąt lat przebywam na działce!

Na uroczystości trzydziestej rocznicy ślubu zwróciłem się do jubilatów trochę ze 

strachem, mówiąc, że przeżyli prawdziwą wojnę trzydziestoletnią. Obawiałem się, czy 
ich nie obraziłem, tymczasem jubilaci byli szczęśliwi, bo docenili, jak trudno jest 
przetrwać tak długo trwającą wojnę.

Kiedyś we Francji przeprowadzono ankietę, w której małżeństwa wypowiedziały się 

o swoim losie. Podobno dziewięćdziesiąt procent odpowiedzi brzmiało: „Nie 
dobraliśmy się”, dziesięć procent: „Było dobrze, ale gdybyśmy mieli to przeżyć jeszcze 
raz, to nie mamy już na to ochoty”.

Choć skarżą się na małżeństwo, chociaż w dwudziestym wieku chciano zastąpić je 

partnerstwem, okazuje się, że oplotkowany związek jest niezastąpiony. Można 
małżeństwu przeciwstawiać romans i uważać, że taki właśnie związek — na kocią łapę 
—jest łatwiejszy, ale ten sposób życia, który na początku wydaje się szczęśliwy, 
napotyka wielkie trudności w naszym społeczeństwie. Wyzwala plotki i ploty, 
spekulacje, kto z kim i dlaczego. Jedno drugiemu powtarza sensację.

Kot nie tylko spada na cztery łapy, ale chodzi na nich po cichu. Tymczasem 

związek na kocią łapę nie jest taki cichutki. Mimo wielkiej ostrożności raptem 
wybucha skandal. Romans, który wydaje się łatwiejszy od małżeństwa, prawie nigdy 
nie trwa przez całe życie, a nawet jeżeli trwa, to w końcu szuka legalizacji. 
Małżeństwo jest niezastąpione. Ciekawe, że jubileusze dziesięciolecia, trzydziestolecia, 
pięćdziesięciolecia małżeństw pozornie nieudanych, są przeżywane z radością i bardzo 
uroczyście: z gośćmi, życzeniami, kwiatami i tortem.

Już

Już po ślubie. Odchodzą
ona cała na biało
on jak pompa w ogrodzie
byle ich nie dobił
pocałunek na co dzień

Po ślubie

Aaa serca dwa
jęczą piszczą obydwa

Udało się

Nie bójcie się ponuracy
nie płaczcie w łóżkach mazgaje
tylko miłość udana
co się nie udaje

background image

Dawać czy przejmować?

Tyle mówi się o miłości. Temat stale na dzisiaj. Dla wszystkich: i dla głośnych 

pisarzy, i dla nieśmiałych zakochanych.

Co w miłości jest najważniejsze: dawać, brać czy przyjmować?
Najczęściej wydaje nam się, że kochać to przede wszystkim dawać.
Zakochany biegnie na jednej nodze po trzy stokrotki dla ukochanej — szczęśliwy, 

że może dać. Matka daje wszystko dziecku: potrafi codziennie ściągać wózek z 
drugiego piętra, by iść z nim na spacer, i karmi je siedem razy.

Dawać to znaczy troszczyć się o kogoś, martwić się, czy ukochanego brzuch 

czasem nie boli, smarować komuś bułki grubo masłem, zasłonić szalikiem klosz od 
lampy, żeby go światło nie raziło i żeby nie mrugał w chorobie, załatwić mu tysiące 
spraw jak najszybciej, szyć mu rękawiczkę po nocach, żeby mu nie zmarzł mały palec u 
lewej ręki, bo podobno z niego największy zmarzlak.

Jedna z moich starszych znajomych mówiła: „Wszystko ci dam, ale niczego od 

ciebie nie chcę”. Można się wzruszać taką gorliwością. Ale niestety, czasem kryje się 
w niej zagrożenie dla prawdziwej miłości. Ten, który daje, może być więcej 
zachwycony sobą, swoją bezinteresownością niż tym, którego jakoby kocha. Trzeba 
umieć dawać.

Kiedy dajemy, nie żądajmy wdzięczności i nie chwalmy siebie, że jesteśmy tak 

szlachetni i nawet nie chcemy, by ktoś przybiegał nam dziękować. W miłości 
prawdziwej trzeba tak dawać, by nie myśleć o sobie samym. Miłość nie rachuje.

Powiedziano Miłości:
— Napisz swoje imię.
Napisała.
Powiedziano:
— Odczytaj.
Odczytała.
Powiedziano:
— Policz litery.
Odpowiedziała:
— Nie uczyłam się rachować.

Ktoś tak bardzo chciał dawać, że pisał: „Obyś rósł wzdłuż, wszerz i w poprzek”.
Tymczasem kochać — to nie tylko dawać, ale i przyjmować.
Są dwa podobne słowa: przyjmować i brać. Niby podobne, a różne. Ten, który 

bierze, wybiera to, co mu się podoba, na przykład nie chce od zakochanego fiołka 
alpejskiego, tylko storczyka.

Brać — to wybierać, co nam się podoba, nawet siłą. Ten, który wybiera, zaspokaja 

miłość własną, wybiera to, co mu dogadza, czego oczekuje. Myślę, że branie jest 
dalekie od miłości prawdziwej.

Komuś może się wydawać, że kochać to tylko przyjmować: pozwolić siebie kochać 

i pozwolić siebie obdarowywać. W takim przyjmowaniu kryje się kolejne zagrożenie: 
kocham siebie.

Ale kochać to nie tylko dawać, nigdy nie wybierać na siłę — to także umieć 

przyjmować.

Wydaje się, że przyjmować jest bardzo łatwo. Tymczasem przyjmowanie jest 

bardzo trudne. Przyjmować oznacza zgadzać się na to, co nam dają, bez względu na 

background image

to, czy nam się to podoba, czy nie. Nie myśleć o sobie, ale o tym, kto daje, by go nie 
urazić, choć wręcza nam niezręczny prezent.

Kochać znaczy także przyjmować wady drugiego człowieka, by go cierpliwością 

zmienić. Przyjmować tak zwany trudny charakter, choroby, awantury. „Kochać czego 
znieść nie sposób” (z wiersza Po obu stronach). Tylko ci się ranią, którzy najbardziej 
się kochają. Wobec obcych jesteśmy grzeczni, uczynni, wyrozumiali. Dlaczego się 
ranimy? Bo nie umiemy się kochać i nie sprawdzamy siebie.

Kochać to wyjść poza siebie, dawać i przyjmować wszystko w imię miłości do tego, 

kogo się kocha. W miłości trzeba być wyrozumiałym, umieć przeczekać.

Czy naprawdę kocham tego, o którym mówię, że go kocham? Bo może bardziej 

kocham samego siebie? Miłość to nie tylko uczucie, ale ciężka praca, o czym jeszcze 
nie wiedzą zakochani, którzy szepcą: „moja różo, mój ty szczypiorku zielony” —jakby 
się uczyli tylko botaniki. Z kolei po latach, zagniewani krzyczą: „ty ośle, ty baranie, ty 
foko”, jakby się uczyli tylko zoologii.

Jak wielkiego trudu wymaga prawdziwa miłość. Stale czegoś się uczymy: języka 

obcego, judo, dobrych manier, jak jeść łyżką czy widelcem, jak obsługiwać komputer. 
Na naukę nigdy nie jest za późno.

Uczmy się kochać, by sprawdzać siebie.

background image

Za mało, za dużo

Z miłością są zawsze kłopoty.
Nieraz skarżą się, że kochamy kogoś albo za mało, albo za dużo. Nigdy w sam raz. 

Jednak ten ktoś kochany w sam raz chce być kochany więcej — i znowu: albo za mało,
albo za dużo.

Kiedyś moja znajoma ubolewała, że ją za mało kochają. Pewnego dnia opowiadała 

na prawo i lewo o tym, że zgubiła dwieście złotych. Jej narzeczony wyglądał obojętnie 
przez okno, jakby zobaczył sójkę z niebieskimi piórami i różowym brzuszkiem 
(oczywiście było to na wsi). Poza tym miała żal do matki o to, że kocha więcej jej 
siostrę blondynkę niż ją, z czarnymi włosami.

Spotkałem kiedyś znajomego, również niezadowolonego, ale inaczej. Zwierzał mi 

się, że żona za bardzo go kocha. Codziennie po sto razy pyta, jak się czuje, denerwuje 
się, że ma zimne nogi, gorące czerwone ucho, że kaszle jak owca, którą strzyżono 
przez pomyłkę, kiedy było zimno. Poza tym stale radziła mu „dla jego dobra”, żeby 
jadł owoce przed obiadem, a nie po obiedzie. Stale proponuje mu wątróbkę. Biedak 
tak zmęczył się tą cierpliwą wielką miłością, że kiedy już nie mógł wytrzymać, chciał 
wyskoczyć przez okno. Nawet już stanął na parapecie, ale poczuł, że było bardzo 
zimno i przestraszył się, że się przeziębi. Tylko to go uratowało.

Jeden z mędrców uważał, że nieszczęściem jest być kochanym za bardzo, bo zbyt 

wielka miłość albo się zmęczy, albo nie wytrzyma ciągłego napięcia. Szybko się 
wyczerpie. przejdzie w obojętność albo nienawiść. Pęknie, jak napięta cięciwa.

Jednego tylko Boga nigdy nie kochamy za dużo. Bo nawet jeśli kochamy za dużo 

— to i tak jeszcze za mało.

Dobrze jednak nie myśleć, czy „za mało”, czy „za dużo”, ale zastanowić się, czy 

„naprawdę”. Czy kocham pannę Agatę, czy „kocham się” w pannie Agacie i 
przypadkiem nie kocham więcej samego siebie. Kochają, bo go wychwala, piecze mu 
placki, przyszywa guziki, przebacza, nawet, gdy wstanie lewą nogą, i to za późno. 
Jeżeli ktoś tak kocha, kochając samego siebie, to na pewno ukochaną kocha za mało, a 
siebie za dużo.

Mówią, że lekarze dzielą się na trzy kategorie: interniści — wiedzą za dużo, ale 

pomagają za mało; chirurdzy — niczego nie wiedzą i szybko pomagają; i ci, którzy 
przeprowadzają sekcje — wiedzą za dużo, ale za późno.

Miłości trzeba się wtedy uczyć, żeby nie było za późno.

background image

Miłość nie rachuje

Czasem zastanawiamy się: co to znaczy, że Bóg kocha człowieka? Otóż Bóg kocha 

nas poprzez ludzi. Przez różne przyjaźnie, nieraz krótkotrwałe znajomości. Tego się 
często nie dostrzega, ale Bóg nas kocha właśnie przez tych, którzy nas lubią, którzy są 
nam życzliwi. Myślę, że warto to dostrzec. W każdym geście dobroci, w każdym liście,
w każdym podarunku ukryty jest Bóg.

Bóg kocha także wtedy, gdy przebacza winy. Kocha przez każdą spowiedź, 

Komunię świętą. Nawet, jeżeli człowiek czuje się najbardziej samotny, opuszczony, 
jest on kochany przez Pana Boga.

Tęskniąc za miłością, ostatecznie tęsknimy za Bogiem. Każda prawdziwa miłość 

prowadzi do Boga. Nie można drugiego człowieka zagarnąć tylko dla siebie. Zawsze 
jest on najpierw dzieckiem Boga.

Miłość to nie tylko uczucie, zakochanie, fascynacja. To wszystko jest tylko aureolą 

miłości. Sama miłość natomiast jest ciężką pracą, poświęceniem się, ustawiczną walką 
z egoizmem. Jest wielką odpowiedzialnością wobec ukochanego człowieka.

Myślę, że miłość ogarnia chyba wszystkie uczucia ludzkie. Nie tylko radość, spokój,

ale nawet smutek, rozpacz. Także cierpienie, bo miłość jest krzyżem. Nie ma ludzkiej 
miłości bez krzyża. Miłość jest tym, co głaszcze i daje po pysku —jak napisałem 
kiedyś.

To ciekawe, że mówiąc o miłości, nigdy nie można postawić pytania: Dlaczego 

mnie kochasz? Oczywiście, odpowiedź może brzmieć: Dla urody. Ale jaka to miłość, 
kiedy uroda się kończy i to czasem bardzo szybko? A miłość dla pieniędzy? Pieniądze 
można stracić. Dla wykształcenia? Przecież można zgłupieć. Prawdziwa, autentyczna 
miłość jest niezrozumiała, bo kocha się za nic. Dlatego miłość przyjmuje się w pokorze 
i z radością. Jako coś, co mi nagle spadło na głowę.

Kochać to nie tylko dawać, ale i przyjmować. Nieraz nam się wydaje, że miłość jest 

raczej dawaniem, niż przyjmowaniem. Kocham, bo daję, poświęcam się, znajduję czas 
dla kogoś. Tymczasem miłość to nie tylko umiejętność dawania, ale i przyjmowania. 
Przyjmowania skrzywionej miny, kiedy ktoś wstanie lewą nogą z łóżka, deszczu, kiedy 
nie ma parasolki, czy kiedy stłucze się ulubiony talerz. Przyjmowanie kogoś takim, jaki 
jest. Choćby nam się wydawało, że jest gorszy od nas. Bo przyjmować to ufać, że Bóg 
daje wszystko to, co smuci, i to, co cieszy, słoneczny dzień, ale i ciemne chmury.

Kto kocha — przyjmuje to, co dostaje, a gdy daje, nie żąda wdzięczności. Miłość 

nie rachuje.

background image

O nadziei, miłości i wierze

Uroda jest darem, urokiem. Trzeba o nią dbać, pielęgnować ją, ale razem z myślą o 

urodzie zewnętrznej powinniśmy zabiegać o życie duchowe. Zwracam uwagę na takie 
wartości, jak nadzieja, miłość i wiara.

Ten, kto żyje nadzieją — widzi dalej.
Ten, kto ż)je miłością — widzi głębiej.
Ten, kto żyje wiarą — widzi wszystko inaczej, w innym świetle.
Temu, kto żyje nadzieją, nie wystarcza dzień dzisiejszy. Patrzy w przyszłość. 

Oczekuje czegoś ważnego dla siebie. Nawet, gdyby nie otrzymał tego, czego oczekuje 
— nadzieja pomaga mu przetrwać, żyć. Kiedy oczekujemy, nie trzeba się zniechęcać.

Wydawałoby się na przykład, że Wigilia Bożego Narodzenia wypada w 

niewłaściwym czasie, bo dzień 24 grudnia przychodzi po najkrótszym dniu i 
najdłuższej nocy. Można się przestraszyć tym, że po najdłuższej nocy może być jeszcze 
ciemniej. Słońce się nie ukaże. Tymczasem po najdłuższej nocy Bóg przychodzi na 
świat. Od rozpaczy do nadziei jest jeden krok. Byle się nie zniechęcać.

Ten, kto żyje miłością, widzi głębiej, zachwyca się nie tylko piękną twarzą, urokiem 

oczu, ale pięknem duszy, uczuć, myśli, gotowością do poświęceń. To prawda, że 
miłość jest ślepa. Miłość umie dostrzec piękno tam, gdzie nikt go nie dostrzega. 
Kochające spojrzenie zobaczy to, co wzrusza.

Ten, kto żyje wiarą, widzi wszystko inaczej. Dla niego śmierć nie jest białą kostuchą

z kosą, ale spotkaniem z Bogiem, który jest miłością. Dla niego cierpienie nie jest 
nieszczęściem, ale doświadczeniem, sprawdzianem siebie, dojrzewaniem. Dla tego, kto 
żyje wiarą, miłość nie jest tylko uczuciem, ale nieraz trudnym życiem dla kogoś. Tak 
zwane przypadkowe spotkanie może być cudem niewidzialnych Rąk. Nieraz niby 
przypadkiem spotykają się ze sobą ludzie najbardziej dalecy od siebie, niespokrewnieni 
ze sobą — i ci spotykający się, najbardziej dalecy ludzie mogą stać się najbliższymi 
sobie w małżeństwie.

Człowiek żyjący wiarą wie, że zwycięży dobro. Zło miało swój początek, zaczęło 

się od grzechu i skończyło się. Dobro nie ma początku i nie ma końca, ponieważ Bóg 
jest dobrem.

Spróbujmy pomyśleć o nadziei, miłości i wierze, a możemy upiększyć swoje 

wewnętrzne życie, tak potrzebne zewnętrznej urodzie.

background image

Granice tolerancji

Tyle mówi się teraz o tolerancji. Tolerancja to inaczej cierpliwe znoszenie nawet 

obcych nam poglądów, wierzeń, zwyczajów, kultur, innych tradycji, spojrzeń, gustów, 
innej wrażliwości. Człowiek wyrozumiały to ten, który chce zrozumieć motywy 
działania innych, a nawet swoich przeciwników.

W świetle myśli ludzkiej nie może być potępienia, odrzucenia. Każdy ma prawo do 

myślenia po swojemu.

W prasie międzywojennej opublikowano ankietę z jednym pytaniem: „Kto widział 

krasnoludki?” Zgłosiło się przeszło pięć tysięcy ludzi.

W świetle myśli możemy uszanować każde cudze przekonanie, nawet nieszkodliwą 

wiarę w krasnoludki. Jednakże kiedy przechodzimy w świat rzeczywistych działań — 
musimy stać się krytyczni, bo pewne poglądy mogą być społecznie szkodliwe.

W okresie oświecenia walczono o tolerancję, ale rewolucja francuska, która 

wyrosła z pragnienia wolności, była bardzo nietolerancyjna. Na naszych oczach 
komunizm głosił wolność sumienia, przekonań i był bardzo nietolerancyjny, chociaż 
stale mówił o tolerancji.

W czytanym często w kościele przy zawieraniu małżeństw Hymnie a miłości z Listu 

świętego Pawła do Koryntian słyszymy między innymi takie słowa:

Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego
[…]
wszystko znosi.

(1 Kor 13,4—5,7)

Istnieje granica tolerancji. Nie można być tolerancyjnym wobec kłamstwa, 

nieszczerości, zbrodni, zła, przemocy, gwałtu, przejawów nienawiści.

Prawdziwa tolerancja pozwala na swobodę wyrażania poglądów i nie walczy z tym, 

co dzieje się w świecie ludzkiej myśli. Wymaga jednak od człowieka szlachetności, 
odpowiedzialności, uczciwości, prawdy.

Tolerancja jest wielkim słowem, którego nie można nadużywać. Słowo to może być 

zakłamane, nieautentyczne.

Prawdziwe, uczciwe życie zawsze prowadzi do tolerancji.
Biologia podpowiada nam, że tolerancji możemy uczyć się od własnego organizmu, 

który ma zdolność znoszenia, bez szkody dla siebie, wpływu niezdrowych substancji, 
niekorzystnych warunków środowiska. Wraz z rozwojem techniki organizm 
przystosowuje się do coraz bardziej zanieczyszczonego powietrza, ale i tu są pewne 
granice, których wymaga tolerancja. Można się przecież zatruć spalinami w środku 
miasta. Została przekroczona granica zła.

Tolerancja nie może być bezkrytyczna, bez granic i musi mieć swój instynkt 

obronny. Trzeba jej się stale uczyć, jak miłości.

background image

Łatwe i trudne szczęście

Co to jest szczęście?
Słownik języka polskiego nazywa je „pomyślnym losem, pomyślnością, 

powodzeniem”.

Dla niektórych szczęściem jest nawet mieszkanko M–1, jeden pokój z kuchnią. Są 

bardziej łakomi, którzy chcą mieć dom z basenem. Dla innych szczęście to mieć urodę, 
podobać się, mieć zabójcze spojrzenie, poddać się operacji kosmetycznej i mieć nos 
mniej zadarty.

Są tacy, dla których szczęściem jest mieć pieczątkę „dr hab.”
Wiemy, że można mieć piękny dom, ale nie mieć w nim nikogo bliskiego. Mieć 

pieczątkę, wyjeżdżać na Wyspy Kanaryjskie, ale być utopionym w łyżce wody.

Ostatecznie, jeśli będziemy długo o tym myśleli, dojdziemy do wniosku, że nie 

można rozważać o szczęściu poza miłością. Szczęście kojarzy się zawsze z miłością.

Szczęście to kochać i być kochanym. Wszyscy tego pragną. I młody, i stary Werter 

ma swoje cierpienia z miłości. Starego człowieka mniej boli noga niż to, że wnuczka 
go nie odwiedziła.

Tylko kochać to za mało. Być kochanym — też nie wystarczy. Jedno drugiemu jest 

potrzebne do szczęścia.

Właściwie nigdy na ziemi nie osiągnie się pełni szczęścia. Można je znaleźć tylko w 

Bogu, bo nawet najbardziej kochający ludzie są samotni.

Szczęścia można szukać wszędzie, byle nie wymyślonego przez siebie. Szczęście 

wymyślone przez nas samych często bywa półszczęściem albo wygląda potem jak 
półtora nieszczęścia. I odwrotnie — może się zdarzyć, że to, co nazywamy 
nieszczęściem, okaże się szczęściem.

Prawdziwe szczęście, jakiego szukamy, jest najczęściej inne, niż je sobie 

wyobrażaliśmy. Jest tajemnicą, która przekracza nasze ludzkie wyobrażenie. Bywa, że 
przychodzi, kiedy wydaje nam się, że go nie szukamy.

background image

Pogodne spojrzenie

Każdy z nas został stworzony po to, żeby być szczęśliwym. Ma kochać i być 

kochanym. Nie trzeba tego udowadniać, bo każdy, kto jest szczęśliwy, nawet przez 
krótki czas, zdaje sobie sprawę, że jest na dobrej drodze, że idzie w dobrym kierunku. 
Natomiast każdy, kto popada w smutek, rozpacz, ma świadomość, że idzie złą drogą, 
zdąża w złym kierunku.

Jak jednak zachować się, kiedy postawią nam szereg konkretnych pytań, na 

przykład: jak być optymistą, kiedy popsuło się coś w łazience, cieknie woda, a jedyny 
znajomy hydraulik właśnie się upił? Jak być optymistą, kiedy pies zjadł pensję 
przyniesioną z biura, położoną przez nieuwagę na krześle? Jak być optymistą, kiedy 
wujek rozchorował się na nerwy, a nie wypada umieszczać go w zakładzie?

W tym miejscu powiem coś, co może wydawać się nie do uwierzenia, bo tak 

naiwne, a jednak to naiwne sprawdziło się wiele razy w moim życiu i w życiu innych 
ludzi. Jeżeli jesteśmy w sytuacji beznadziejnej, trzeba się po prostu cieszyć, bo wtedy 
już nie można liczyć na siebie, ale na niewidzialne ręce, które nami kierują.

Pewna pani opowiadała, że ma czworo dzieci i nagle umarł jej mąż. Była 

przerażona. Tymczasem wszystko ułożyło się „samo”. Przyszedł nieoczekiwany 
ratunek. Pojawili się ludzie zdolni pomóc. Inna znajoma opowiadała mi, że jej młoda 
córka zachorowała na białaczkę; znalazła się w strasznej sytuacji. Podała do prasy 
ogłoszenie i — nie do uwierzenia — zebrała miliard starych złotych na wyjazd do 
Szwecji na operację, która się udała.

Oczywiście, że nie zawsze tak jest, ale wystarczy, żeby takie niezwykłe zdarzenia 

miały miejsce chociaż kilka razy, aby spojrzeć z ufnością na świat.

Nie można nie dostrzegać zła na świecie, bo ono jest bardzo groźne i ponure. 

Ludzie starsi widzieli za życia przynajmniej dwóch diabłów — ze Wschodu i z 
Zachodu. Jednakże okropne, nieludzkie systemy zawaliły się. Zostały tylko ogony. 
Ciekawe, że zło, które fascynuje, wydaje się bardziej inteligentne niż dobro. Dopiero 
później zło zupełnie się kompromituje i ośmiesza. Możemy uśmiechać się, kiedy 
przypomnimy, jak mówiono na Wschodzie o „poranku ojczyzny”, „gołąbku pokoju”, a 
na Zachodzie o „wodzu tysiącletniej Rzeszy”. Ewangelia podaje, że diabły „weszły w 
wieprze”, to znaczy, że zło, początkowo romantyczne, zwykle kończy się zwykłym 
świństwem. Natomiast dobro, choć przemilczane, lekceważone, z biegiem lat 
szlachetnieje. Znałem rodzinę, w której się zwykle kłócono, tymczasem po latach 
najbliżsi, powracając do wspomnień rodzinnych jak do świętych pamiątek, całują 
matkę na fotografii jak świętą na kościelnym obrazku.

Jeden z francuskich uczonych powiedział, że w wieku dwudziestym zginęło 

najwięcej ludzi w czasie wojen, ale jednocześnie powstało najwięcej bezinteresownych 
organizacji charytatywnych.

Dobrze jest zapytać siebie, w jakim kierunku idę, czy w stronę szczęścia, radości, 

czy w kierunku rozpaczy, która jest zawsze zła i obca nam.

background image

Zewnątrz i wewnątrz

Nie tylko pesymista, który nie zawsze jest w złym humorze, ale bardzo wielu 

niepesymistów narzeka, że świat na zewnątrz jest okropny. Ktoś powiedział: „Świat 
tak zły, że z każdą pchłą zszedł na psy”.

Jak jest jednak naprawdę?
Wyobraźmy sobie kogoś, kto ma brudne sumienie i pomimo to pije czystą wodę z 

czystego kubka, na czystym spodku, czystą łyżeczką, na czystym obrusie, czystym 
stole, w czystym pokoju, pod czystym sufitem. Tyle wokół niego czystości, a on 
pozostał brudasem.

Wyobraźmy sobie też jeńca łagru, niewinnie pokrzywdzonego skazańca z czystym 

sercem. Pije brudną wodę brudną ręką z brudnej skorupy, na brudnym stołku, 
przykrytym brudną szmatą. Tyle brudu wokół niego, a on został czysty.

Co prawda niektórzy mówią, że złem można zarazić się jak cholerą: „Jeśli 

przyjaźnisz się z gawronem — będziesz kręcił czarnym ogonem”. Ale nie zawsze tak 
jest. Każdy święty albo mniej święty porządny człowiek zostaje czysty, chociaż żyje i 
wychowuje się w brudnym świecie, brudniejszym od nieumytego kubka. Jak to 
rozumieć?

Wszystko zależy nie od tego, co jest na zewnątrz, ale od tego, co mamy wewnątrz 

nas, od dna naszej duszy i serca. Przez całe życie czegoś się boimy: ciemnego pokoju, 
klasówki, pająka, matury, egzaminów, samotności, wojen, śmierci. Boimy się tego, co 
na zewnątrz. Tak naprawdę — trzeba jednak bać się siebie samego. Zło wypływa z 
nas. Mamy wolną wolę i możemy wybrać albo zło, albo dobro. Możemy wybrać Boga 
lub zgubić Boga. Oddzielić od Niego może nie tylko grzech, ale i zmęczenie, 
zniecierpliwienie, głupota, nieżyczliwość, złe intencje. One wypływają z nas.

Mieć wolną wolę oznacza, że można popełnić największe zło: odrzucić największe 

dobro.

Każdy, kto wybrał dobro, pozostaje czysty. Zło zostawił na zewnątrz.
Nikt nie może tłumaczyć swego złego postępowania tym, że został do czegoś 

zmuszony, zarówno do złego, jak i do dobrego: musiałem ulec, nie miałem innego 
wyjścia, każdy to zrozumie, wypełniałem rozkazy zwierzchnika, ale sam bym tego 
nigdy nie uczynił.

Człowiekowi pozostawiono w tajemniczy sposób wolność jego woli.
To, co piszę, nie jest gołosłowne. Ilu ludzi poszło na śmierć i nie załamało się.
Tym, którzy zachwycają się urodą zewnętrzną człowieka, jak na przykład aktorom 

żartującym: „Pierwsze oklaski są zawsze za urodę. Za grę dopiero potem” — można 
przekazać, że największą wartością człowieka jest uroda duszy czystej wewnątrz.

Jest takie powiedzenie: dla chemika nie ma nic mętnego (bo dzięki odczynnikom 

wszystko rozłoży i oczyści), dla malarza nie ma nic brzydkiego, a dla człowieka 
czystego w sercu nie ma nic brudnego.

Gwiazda

Gwiazda według rozkładu jak tam i z powrotem
nie tylko by trzem mędrcom przewróciła w głowie
chodzi z teologią po wysokim niebie
grzechem jest upaść — mówi — nie splamię się ziemią

patrzą astry jesienne zwane michałkami

background image

trzy rodzaje skowronków dwie pary śmieciuszek
szczypawki królik z wąsem jak dreszczyk liryczny
na jedną kroplę deszczu z najwyższego liścia
tak niziutko upadła i taka wciąż czysta

background image

Miłość za Bóg zapłać

Można się dziwić, że na tym przeludnionym świecie, gdzie żyje około siedmiu 

miliardów ludzi, tylu skarży się na samotność.

Wydaje nam się nieraz, że jesteśmy samotni, kiedy odchodzą od nas ludzie. Tak 

naprawdę samotni jesteśmy wtedy, kiedy sami odchodzimy od ludzi.

Samotność jest często zawinioną chorobą — myśleniem o sobie. Najgorzej, kiedy 

zaczynamy narzekać na niewzajemność.

Pewien król czuł się samotny, kiedy był sam w pokoju. Denerwował się, że nikt mu 

się nie kłaniał, nikt go nie podziwiał.

Do albumu po raz drugi

Nie czekaj na wzajemność
telefon i róże
gdy ciebie nie chcą
nie piszcz, nie szlochaj

najważniejsze przecież że ty kogoś kochasz

czy wiesz
że łzy się śmieją kiedy są za duże

Inna jest samotność kobiety, inna mężczyzny.
Kobieta cierpi, że nikt jej nie wybrał, nie zauważył, że obcięła włosy i założyła nową 

sukienkę. Czuje się samotna i poraniona. Chociaż — jak mówią — „kobieta sama 
nigdy nie jest sama”.

Mężczyzna czuje się samotny, kiedy zauważy, że przegapił sprawę.
Najgorzej, kiedy myślimy za dużo o sobie, kiedy mamy pretensje do ludzi, 

zaczynamy nie odpowiadać na listy. Nazywamy telefon domowym wrogiem. 
Najgorzej, kiedy narzekamy na niewzajemność.

Niektórzy uważają, że jest „miłość za Bóg zapłać”. Jeżeli kogoś kochamy bez 

wzajemności, to Bóg nas kocha za to, że kochamy. Źle jest, kiedy wymagamy tylko dla 
siebie.

Z samotnością trzeba walczyć. Oczywiście z tą zawinioną. Niekiedy przychodzi 

taka samotność, w czasie której dojrzewamy, stajemy się mądrzejsi.

Samotność — to droga do Boga
najkrócej prosta szczęśliwa
nareszcie nikt nie przeszkadza
sobą nie zakrywa

Samotność w ciężkiej chorobie, kiedy nikt nas nie rozumie i nie może pomóc, 

samotność wobec śmierci — niezawiniona przez nas, przychodzi od samego Boga i 
jest tak ważna jak miłość. Nie trzeba się bać takiej samotności, bo zbliża nas do ludzi, 
pomaga przemyśleć wiele spraw. Jeżeli przychodzi, to po to, by ją dźwignąć i potem 
lepiej służyć ludziom.

Jan Kochanowski w pieśniach pisał, że samotność jest złem. Szukajmy towarzystwa 

możliwie najlepszego, zabawy, która zbliża do siebie ludzi.

background image
background image

Bóg daje czasem samotność

Człowiek nie może wystarczyć sam sobie. Zawsze tęskni za kimś większym od 

siebie. Szuka miłości trwałej, niezagrożonej, bezpiecznej. Dlatego nawet w zespoleniu 
z drugim człowiekiem jest miejsce na samotność.

Samotność pojawia się nawet w miłości, gdyż człowiek boi się, że ukochana osoba 

zmieni swe uczucia, umrze, zachoruje…

Człowiek należy do Pana Boga — nie do siebie. Gdy to zrozumie, jest uratowany 

od rozpaczy.

Samotność nie jest wtedy, gdy ode mnie odchodzą ludzie, ale kiedy ja od nich 

odchodzę. Jeżeli myślę o innych, modlę się za nich, to przecież równocześnie ich 
kocham.

Wtedy, kiedy się kocha innych, nie jest ważne, że nas nie kochają. A nieraz 

człowiek odchodzi od ludzi i myśli, że jest sam. Dlatego sam, że od nich odszedł. Są 
tacy, którzy są sami, ale z ludźmi. Odejście ludzi ode mnie nie znaczy, że ja od nich 
odchodzę.

Przeświadczenie, że samotność jest nieszczęściem — to groźna choroba naszych 

czasów. Samotność jest prawdziwą tragedią, jeśli jest bez Boga.

Myślę, że czasem Bóg daje człowiekowi samotność po to, by przemyślał swoje 

życie, by zbliżał się do Niego.

Napisałem kiedyś:

są samotności różne
na ziemi w piekle i w niebie
tak rozmaite że jedna
ta co prowadzi do Ciebie

Myślę, że potrzebna jest samotność księdza w tym świecie. Dzięki samotności 

kapłan przybliża się do Boga, może stać się człowiekiem głębokiej modlitwy.

Gdy miłość do Boga jest autentyczna, nie ma w niej miejsca na samotność, bo 

miłość Boga do człowieka zawsze jest odwzajemniona. Nie jest za coś, ale mimo 
wszystko. Miłość bezinteresowna. Miłość za Bóg zapłać.

background image

O tym, co ważne

Nie lubimy cierpienia, uciekamy od niego, nie lubimy twarzy — jak to się mówi — 

od siedmiu boleści.

— Dlaczego pan jest taki smutny? — zarzucono komuś.
Odpowiedział:
— Jestem błaznem i teraz wypoczywam.

Nieraz tłumaczymy się ze smutku, jak gdyby był grzechem.
Byli tacy, którzy obiecywali świat bez cierpień. Na przykład medycyna daje nam 

wciąż nadzieję, że nie będzie chorób. Komunizm obiecywał, że nie będzie biedy 
materialnej.

W starożytności Zenon z Kitionu dowodził, że trzeba się w/nieść ponad cierpienie, 

zobojętnieć na nie, zachować wewnętrzny spokój, nie przyznawać się do niego. Inny 
myśliciel, Epikur, radził, żeby cierpienie zagłuszać doznawaną przyjemnością, 
rozkoszą, tłumacząc, że największym szczęściem jest życie przyjemnościami.

Albert Camus pisał, że cierpienie nie ma sensu, a największą zasługą człowieka jest 

udźwignąć cierpienie po bohatersku.

Ci, którzy wierzą w Boga, też głoszą, że cierpienie jest złem, nie obiecują jednak 

życia bez cierpienia. Cierpienie zostanie na zawsze świadectwem miłości. W jaki 
sposób dziecko ma poznać, że matka je kocha? Matka nie tylko sprawia mu radości, 
otacza go opieką, ale potrafi przy nim czuwać w chorobie, często wyrzekać się 
osobistego szczęścia. Jak mogą poznać zakochani, że się kochają? Niewątpliwie dają 
sobie wiele szczęścia, przeżywają radosne spotkania, obdarzają się podarunkami, ale 
potrafią cierpieć ze swego powodu. Nie można naprawdę kogoś kochać i nie cierpieć, 
bo ten, kogo kochamy, nie jest stale uśmiechnięty jak prosię w deszcz, ale może 
zachorować, zbrzydnąć, okazać się dokuczliwy.

Nie można sobie wyobrazić miłości bez cierpienia. Cierpienie w miłości trzeba 

polubić, bo ono towarzyszy naszemu uczuciu i świadczy o tym, że kogoś kochamy.

Cierpię, bo kocham — tłumaczyła jedna z bohaterek noweli Bolesława Prusa.

background image

Radość i cierpienie

Ten, kto ma autentyczną wiarę, nigdy nie jest ponury.
Ponurzy, smutni są ci, którzy nie żyją Panem Bogiem. Ci, dla których wiara nie jest 

ważna.

U człowieka wierzącego radość wypływa z przekonania, że życie ma zawsze sens, 

że miłosierdzie Boże jest większe od grzechu. Chrześcijanin zdaje sobie sprawę, że 
zawsze może się wyspowiadać i oczyścić z win. Może się cieszyć z samego faktu, że 
Bóg go rozgrzeszy.

Wiara ciągle daje radość nadziei. Cóż to za wiara bez nadziei?
Radość chrześcijańska nie jest jednak równoznaczna z wesołkowatością. Jest czymś 

o wiele głębszym: wewnętrzną postawą, od której zależy nastawienie człowieka do 
życia.

Radość wypływająca z wiary jest trudną radością. Nie jest uśmiechem od ucha do 

ucha. Jest radością, która kosztuje.

Optymizm chrześcijański — to optymizm w chwilach nieoptymistycznych. Przecież 

w życiu zdarzają się takie sytuacje, kiedy człowiekowi nic się nie udaje. Gdy tego 
doświadczam, zaczynam się cieszyć, bo sam nic już nie mogę uczynić. Wtedy może 
działać tylko Bóg. W takich nieoptymistycznych momentach uświadamiam sobie, że 
jest coś ważniejszego ode mnie. Jest Ktoś, kto nadaje wszystkiemu sens. I to jest 
źródło mojego optymizmu.

Optymizm jest pytaniem: Po jakiej stronie stoję? Przekonaniem, że wiara nie 

pozwala na rozpacz.

Cierpienie i rozpacz to — wbrew pozorom — nie są przeciwstawne pojęcia. Nie 

można połączyć cierpienia z przyjemnością, ale z radością — już tak.

Gdy ktoś siedzi w więzieniu w obronie jakichś wartości i cierpi w dobrej sprawie, 

cieszy się z tego, że trwa w prawdzie. Albo matka, gdy wstaje do chorego dziecka w 
nocy, cierpi, ale wie, że w ten sposób mu służy i jest to powodem jej radości.

Człowiek wierzący wierzy, że i cierpienie jest potrzebne. Może nie rozumieć tego, 

ale stara się wierzyć. Wiara go tego uczy.

background image

Najlepsze najgorsze

Pewien aktor powiedział mi:
— Kiedy schodzę ze sceny zachwycony sobą, przekonany o sukcesie, okazuje się 

potem, że albo połowa mikrofonów zgłupiała i nikt niczego nie słyszał, albo ktoś 
bardziej myślał o zupie pomidorowej na obiad niż o moim dramacie.

Nieraz jednak bywało — dodał — że po skończonej grze, kiedy schodził 

zmartwiony, bo źle wypadł, nieoczekiwanie otrzymywał list z podziękowaniem za 
wzruszenia, list rzucający mu się na szyję, za który z kolei on sam dziękował:

Dziękuję za ten list.
Za każdy przecinek i kropkę
całuję w rączkę i w stopkę.

Ile razy jak diabeł święconej wody boimy się tego, co nam się nie udaje. Boimy się 

naszych niepowodzeń. Tymczasem przypomnijmy sobie, ile razy zmartwienia, kłopoty, 
nieprzespane noce pomogły nam coś lepiej zrozumieć, spojrzeć na siebie krytycznie, 
zrozumieć samego siebie. Były zadaniem do wykonania, próbą wierności Bogu, 
stopniem, po którym trzeba było wejść w górę, furtką, przez którą mieliśmy przejść na 
drodze naszego dojrzewania.

Ważne

Nie zapominaj o parasolce
bo się na chmurę zbiera
sprawdź czy masz chociaż pięć złotych w kieszeni
i to co tak ważne
jak chleb słońce ziemia
ucałuj upokorzenie
i po kolei zmartwienia

Sprawy Boże dzieją się nie tylko pośród wielkich cierpień, ale i w małych kłopotach 

i udręczeniach na co dzień i pocieszenie można znaleźć w rozumieniu, że to, czego się 
boimy, przed czym uciekamy, może nas zbliżyć do Boga.

Mówią, że najpiękniejszy uśmiech ma ten, kto wiele przecierpiał. Stale powtarzamy, 

w kółko na niebiesko: „Życzę ci wszystkiego najlepszego”, a przecież nie tylko 
najlepsze pomaga. I to, co najgorsze, nie jest najgorsze.

Nic

Jakie to dziwne
tak bolało
nie chciało się żyć
a teraz takie nieważne
niemądre
jak nic

Ileż jest pociechy w ludzkich słowach, które słyszymy na co dzień, a często nie 

dostrzegamy: „dzień dobry”, „dobry wieczór”, „dobranoc”. Kiedy ktoś mówi „dzień 

background image

dobry” —życzy dobrego dnia, chociaż chlapie deszcz. Mówi „dobry wieczór” — 
życzy dobrego wieczoru, chociaż jesteśmy zmęczeni. Kiedy mówi „dobranoc” — 
życzy dobrego snu, chociaż czasem nie możemy spać.

Nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno

(z wiersza Kiedy mówisz)

background image

Nie bój się

Ostatnio dostałem list od nieznajomego, którego nawet na fotografii nie widziałem.
Są czasem takie tajemnicze listy, jak miłość z innego świata. Nie wiadomo, skąd ten 

pan dostał mój adres. Widocznie pytał kogoś, o kim też nie wiem.

Pisał, że ma zmartwienie, że wciąż boi się czegoś, co może go spotkać. Był u 

znajomego doktora, ale ten się nie przejął jego zmartwieniem. Ponieważ nie pomogli 
mu znajomi, prosi o pomoc kogoś nieznajomego.

Odpisałem mu tak:
Całe nasze życie przypomina chodzenie po morzu, nie wiemy, co nas spotka. 

Obracamy się z Ziemią wokół Słońca. Razem z oceanami, morzami, wielorybami, 
szczupakami, żabami krążymy w przeraźliwym Kosmosie i to wszystko może się nagle 
przewrócić.

Budzimy się czasem rano i chwalimy piękną pogodę, spokojni, że Wisła nie 

poprzewracała statków, płynących na Bielany, ale stale czyha na nas 
niebezpieczeństwo. Może cegła spaść nam na głowę, możemy poślizgnąć się na skórce 
banana, możemy dostać ataku serca, listonosz może nam przynieść depeszę: „Z ciocią 
lepiej. Jutro pogrzeb”. Słyszałem o kimś, kto położył pensję na krześle i pies mu całą 
zjadł. Nawet ochroniarz może nas pobić przez pomyłkę.

Jeżeli będziemy myśleć tylko o sobie, licząc tylko na własne siły — pójdziemy na 

dno.

Tylko wtedy człowiek stąpa odważnie, jeśli przestanie bać się o siebie.

background image

Smak radości

Ile stale słyszymy życzeń. Są życzenia podniosłe, uroczyste, żartobliwe, z okazji 

urodzin, imienin, rocznic, srebrnych i złotych jubileuszy, opłatka i święconego.

Gwiazdkowe życzenia, jeśli przysyła się je w listach, pewno w drodze marzną, 

zaziębiają się, a może w skrzynce pocztowej kaszlą? Ale życzenia na Wielkanoc, 
rozsyłane wiosną, są gorące jak serca, które się kochają.

Jak ktoś zaczyna chorować, życzymy mu, by wyzdrowiał; kiedy czuje się lepiej, 

czasem mówią:

Mój zdechlaku!
Wyskocz z łóżka,
niech ci znudzi się poduszka.

Usłyszałem kiedyś i takie życzenia: „Życzę ci szczęścia, zdrowia i karetki 

pogotowia”. Chyba dlatego, żeby zdążyła na czas. jak ktoś powiedział:

Kiedy opóźnia się karetka
dola tak ciężka, że nielekka.

Może się wydawać, że w życzeniach „szczęścia, zdrowia” jest pomyłka w 

kolejności, bo najpierw trzeba życzyć zdrowia, a potem szczęścia — choremu i 
szczęście nie pomoże. Autor jednak dla rymu poświęcił sens.

Jeszcze jedne życzenia, jakie słyszałem:

Droga pani, życzę sobie,
żebym leżał z tobą w grobie,
gdy wyciągnę nogi obie.

Słowa tak zrozumiałe, że nie trzeba ich tłumaczyć.

Jasne, proste, wzruszające,
tak na zawsze, że gorące.

Życzeń jest wiele. Nie ma końca. Przypomina mi się i takie:

Dobrego dziadka staruszka
grypa wsadziła do łóżka.
— Do widzenia — mówi dziadzio.
A tu domownicy życzą:
— Dobry dziadziu, figiel zrób,
by nie leżał w łóżku trup.

Jednakże, kiedy tak piszę po kolei żartobliwe wierszyki, staje mi w oczach pewna 

chora, która przy końcu rozmowy ze mną powiedziała poważnym głosem: „Życzę ci, 
żebyś odnalazł smak radości w cierpieniu”. Od razu zrozumiałem, że chodzi o coś 
bardzo ważnego. Życzenia podniosłe i jednocześnie takie, których nie można 
zapomnieć. Dają wiele do myślenia, zwłaszcza kiedy chodzą nam żarty po głowie. 
Szukamy zwykle radości przemijających, powierzchownych, które nie trwają długo.

background image

Cierpienie i przyjemność to pojęcia przeciwne sobie. Cierpienie dla człowieka 

normalnego to żadna przyjemność.

Ale słowa „cierpienie” i „radość”, pozornie pokłócone ze sobą, mogą trzymać się 

jak zakochani pod ręce, bo można cierpieć i radować się. Kiedy uczynimy coś 
dobrego, jesteśmy tak zadowoleni, że cieszymy się, choćby nas oplotkowano, 
wpuszczono w maliny. Męczennikom na pewno nie było przyjemnie, ale mogli 
radować się, bo wytrwali w swojej wierze, chociaż diabeł ich kusił (diabła nazywają 
kusym, bo ma ogon za krótki, za kusy i nic nigdy do końca mu się nie udaje).

Radość ma swój smak, nawet gdyby cierpienie wydawało się niesmaczne.
Życzmy sobie, abyśmy — mimo obowiązków — znaleźli czas dla własnej duszy. 

Nie myślę tylko o tym, by dojrzewał w nas dyplomowany profesor, lekarz, inżynier, ale 
by dojrzewał w nas po prostu człowiek — coraz bardziej serdeczny, bliski, kochający, 
przyjmujący z radością zarówno łaskę uśmiechu, jak i łaskę ciężkiej próby.

Jeśli będzie w nas rósł taki człowiek, to i w nas, i na świecie będzie więcej pokoju i 

radości.

Wszystkim trzeba prawdziwej miłości, bo ten, kto naprawdę kocha, jest mocniejszy.

Wiersz z banałem w środku

Nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

background image

Dziwić się czy buntować

Kiedy dzieje się coś nie po naszej myśli, można dziwić się lub buntować.
Czasem ci, którzy w takich sytuacjach dziwią się — nie sądzą, że to nie ma sensu i 

jest niedorzeczne.

W mądrym świecie, w którym w czarną noc jedna czarna mrówka widzi drugą 

czarną mrówkę na czarnym kamieniu, nic nie może dziać się bez sensu.

Nieraz rozpaczamy, że stało się coś tragicznego, a potem, po latach, okazuje się, że 

było to dobre. Pewnego dnia przybiegła do mnie zrozpaczona dziewczyna, jak z 
dramatu Szekspira, i krzyczała:

— Otruję się! Porzucił mnie narzeczony i zostałam sama jak pies z ciotką chorą na 

zanik pamięci!

Ta sama dziewczyna pojawiła się u mnie po kilku latach, rozradowana, jak z 

komedii Fredry:

— Jak to dobrze, że tamten odszedł ode mnie. Spotkałam kogoś znacznie lepszego.
Są jednak tacy ludzie, którzy przy spotkaniu z czymś przykrym tracą wiarę w Boga, 

w ludzi, w miłość.

Ktoś powiedział: „Nic nie wiem, ale jestem tak smutny, jakbym wszystko już 

wiedział”.

Tymczasem w naszym życiu zawiera się ukryty sens. Jest nim miłość.
Żeby w tym pozornie bezsensownym życiu widzieć sens swojego życia, powołania, 

pracy, urody.

background image

O mówieniu i słuchaniu

Stale rozmawiamy, ale czy umiemy słuchać?
Jest takie powiedzenie, że mali ludzie rozmawiają o rzeczach, przeciętni — o 

ludziach, wielcy — o przeżyciach duchowych.

Obawiam się, że najrzadziej rozmawiamy o przeżyciach, a stale opowiadamy o 

rzeczach i ludziach. Mówimy o pieniądzach, kosmetykach, ciuchach, przepisach 
kulinarnych, o wszystkim, co jest na pchlim targu. Lubimy plotkować o sąsiadach, 
obgadując tych, którzy za głośno zamykają drzwi od windy, budzą nas bez budzika, 
zawsze wcześniej. Plotkujemy o romansach, kto z kim, gdzie i jak długo. Nawet o 
czcigodnych małżonkach potrafimy żartować, że żyją według trzech reguł zakonnych: 
najpierw przypominają franciszkanów, którzy mówią z zachwytem o drugich, potem 
dominikanów, którzy prawią kazania, a przy końcu kamedułów, przestrzegających 
reguły milczenia.

Mówimy, ale czy umiemy słuchać? Jak często wtedy, gdy ktoś skarży się, że strzyka

go w jednym kolanie — chwalimy się, że nas strzyka w dwóch i na dodatek bolą 
odciski, bo maść nie pomaga.

Opowiadano mi takie wydarzenie. Z pewnego szpitala dla zdenerwowanych musiał 

wyjechać lekarz specjalista. Z konieczności zastąpiono go ginekologiem z innego 
szpitala. Ponieważ nie miał zielonego pojęcia, jak zwracać się do chorych, więc tylko 
ich cierpliwie wysłuchiwał. Kiedy wrócił specjalista — nie chcieli go. Woleli 
ginekologa.

Słuchanie jest ważniejsze od mówienia, dlatego ocenia się, że milczenie jest złotem, 

a mówienie srebrem. Ale i mówienie może być złotem. Wydaje mi się, że obchodzony 
w listopadzie Dzień Zaduszny, którego unikamy i trochę się boimy, jest dniem 
największej życzliwości dla ludzi, bo w tym dniu wszyscy mówią dobrze o umarłych. 
Żona, która skarżyła się na męża pijaka, teraz ze wzruszeniem wspomina jego dobre 
serce, kiedy to kupił jej komórkę w promocji i okazyjnie pierścionek z żabim oczkiem. 
Sąsiad z pierwszego piętra nie pamięta już, jak ten z parteru stukał szczotką w sufit, a 
przypomina sobie, kiedy to dał staruszce dwadzieścia złotych. Zapominamy, że dobrzy 
są trochę gorsi, a źli trochę lepsi. Tego dnia płynie wielka i szeroka rzeka dobrych 
myśli, uczuć, pochwał, słów i zapomnień.

Obyśmy umieli nie tylko gadać, wieszać na kimś psy i koty, ale i dostrzegać 

drugiego człowieka, jego sprawy.

Uczmy się słuchać i mówić życzliwie.

background image

Grzeczność

— Kto przyszedł? — zapytała mama córeczkę.
— Przyszłi ciocia i wujek. Mamusia poprawiła:
— Powinnaś powiedzieć: „Przyszli wujostwo”.
Po kilku dniach, kiedy mamusia usłyszała, że ktoś otwiera drzwi, zapytała córeczkę 

o to samo. Dziecko odpowiedziało:

— Przyszli dziadostwo.
— Jak ty mówisz?! — krzyknęła mamusia. — Mówi się „babcia i dziadek”.
Formy grzecznościowe sprawiają kłopot. Kiedyś mówiło się: „Sługa uniżony, 

padam do nóg, całuję rączki”. Ktoś napisał przy zakończeniu listu: „Całuję każde twe 
słowo napisane, każdy przecinek i kropkę, i całuję cię w rączkę i stopkę”. Dziś już 
zniknęły przesadne formy. Nikt już nie powie: „Całuję rąbek purpury jego ekscelencji”, 
ale do rektora mówi się jeszcze: „Magnificencjo”. Pewien człowiek ze wsi powitał 
księdza biskupa słowami: „Czcigodna esencjo!”

Zostały jednak powiedzenia — echa dawnych i wzniosłych: „Serwus” i „Czołem”. 

„Serwus” to pozostałość po dawnym „Sługa uniżony”. „Czołem” to echo wzniosłych 
słów: „Padam do nóg, dotykam czołem ziemi”.

Możemy dziś się trochę dziwić, jak się dawniej mówiło, ale tamte formy były próbą 

— teraz nieco przesadną — sympatycznej grzeczności.

Dzisiaj mówi się: „Wypchaj się!”, „Siema!” (jak wita Owsiak) albo „Spadam” — na 

pożegnanie.

Nie wstydźmy się grzeczności w tym świecie brutalnym, niegrzecznym, prostackim, 

w którym nie ma szacunku dla ludzi starych, nie pokazuje się ich w telewizji, jakby 
razili swoją obecnością. Ratujmy każdą grzeczność.

Na zakończenie dowcip. „Czy chcesz, żebym ci powiedział świński kawał? Jeśli 

mogę, to ci powiem: Szynka!”

Nawet świński kawał może być grzeczny.

background image

Słowa grzeczne i niegrzeczne

Spotkałem sześcioletniego chłopca, który wyrecytował jfli z miną niewinnego 

baranka całą litanię najbardziej ordynarnych słów. Przerażony zapytałem:

— Skąd znasz takie wyrazy?! Odpowiedział:
— Tak mówi dziadek.
Język ulicy wchodzi do naszych domów. Słyszymy go także w telewizji i sami 

zaczynamy tak mówić. Nawet delikatne niegdyś kobiety przestały dbać o własny ładny 
język i nie przeciwstawiają się, kiedy słyszą nieprzyzwoity język swoich dzieci.

Kiedy uczymy się każdego obcego języka, zaczynamy od podstawowych form 

grzecznościowych, jak: „dzień dobry”, „dobry wieczór”, „dobranoc”, „proszę”, 
„dziękuję”, „całym sercem”, „stokrotne dzięki”, „całuję tysiąc razy”. Ucząc się obcych 
— zapominamy polskich. Mówimy grzecznie po angielsku, a po chamsku w naszym 
rodzimym języku.

Do tego stopnia przestajemy zauważać brzydkie słowa, że nie bawią nas już dawne, 

kiedyś niecenzuralne, dowcipy, w rodzaju:

— Dlaczego „twarz” pisze się przez „rz”?
— Bo wymienia się na „morda”.
Jakże niewinnie brzmi dziś ten stary dowcip, kiedy ..morda” nie jest najgorszym 

wyrazem. Dla niektórych ..morda” to dziś „normalka”.

Zastanawiam się, dlaczego nie ma słownika wyrazów sympatycznych, 

podnoszących na duchu, wywołujących uśmiech. Są słowniki wulgaryzmów, gwary 
więziennej, a wyrazów takich, jak na przykład: biedronka, brzoza, ciepło, dobroć, 
konwalia, matka, nadzieja, radość, serce, słonecznik, słońce, stokrotka, uśmiech, 
wiosna — nie ma w żadnym osobnym słowniku.

O czym świadczy język plugawy? Świadczy o wewnętrznym chamstwie.
Co to znaczy „gorszyć kogoś”? Znaczy czynić go gorszym, mniej subtelnym, mniej 

wrażliwym na piękno i dobro.

Tyle mówi się o higienie ciała, jak to trzeba się myć, kąpać, myć nogi i to nie tylko 

co drugi dzień inną, ale żeby tak pomyśleć o higienie własnego języka… Tak jak 
człowiek panuje nad ruchami, aby za dużo nie gestykulować, stara się nie kasłać za 
grubo i nie krzyczeć za głośno, tak może i panować nad językiem.

background image

Słowa niewulgarne

W naszym codziennym kochanym języku, którym posługujemy się dzień w dzień, a 

nawet czasem przez sen, jest wiele wyrażeń z nieba rodem, jak to się mówi „do serca 
przyłóż”. Kiedy szepczemy wprost do ucha, a oczywiście przez ucho do serca.

Niestety, są słowa wulgarne, takie, które zamiast biec do serca, kopną w drodze. 

Jeden z filologów powiedział: Dlaczego używać wulgarnych słów? Można posługiwać 
się słowami niewulgarnymi, ale całkiem przyzwoitymi, na przykład:

Niech cię wszyscy diabli wezmą.
Idź, utop się i zobacz, jaka woda.
Chętnie bym ciebie udusił.
Pasy bym z ciebie darł.
Posiekałbym cię na drobne kawałki.
Pies by cię podrapał.
Życzę ci szczęścia, zdrowia i karetki pogotowia.
Tylko bić i patrzeć, czy równo puchnie.
Wypchaj się. Ty wapniaku.
Ty psycholu. Ty świnio.
Ty chamie zdalnie kierowany.
Małpo.
Ma pan głowę małą i głupią.
Czarownico.
Jędzo.
Żebyś zleciał z piątego piętra i nogi połamał.
Jaki pan ma piękny kapelusz, świetnie skrojoną marynarkę, spodnie na kant i na nóż 

— tylko mi się pana morda nie podoba.

Życzę ci na Boże Narodzenie wszystkie najlepszego, podzielę się opłatkiem, ale 

różowym, bo takim się z bydłem dzielimy.

Udław się.
Popamiętaj ruski miesiąc.
Oczy bym ci wydrapał.
Z tyłu liceum, a z przodu muzeum.
Ile jest niewulgarnych, całkiem przyjemnych słów na nasze czasy. Czasem jednak i 

niewulgarny język nie jest za bardzo przyjemny, bo pokazuje jak przyjemnie przyszyć 
komuś łatkę.

Od wszystkich niedobrych słów, wulgarnych i niewulgarnych, chroń nas, Panie. 

Chroń nas uśmiechu od ucha do ucha, łzo serdeczna podobna do złotej rybki.

background image

Niesympatyczne zalety

Może to dziwne, co powiem, ale mogą być niesympatyczne zalety i sympatyczne 

wady. Nie zawsze można to zrozumieć, ale tak jest.

Umiejętność zachowania porządku jest bezsprzecznie zaletą, tym, co zawsze 

chwalimy. Tymczasem mam znajomą, która do tego stopnia była porządna, że zaczęła 
odstraszać. Potrafiła wejść do mieszkania wysprzątanego i pokazywać rozpaczliwie, że 
jest trochę kurzu na parapetach okiennych. Potrafiła szczotką z długim kijem grzebać 
pod łóżkiem nawet wtedy, kiedy było sprzątnięte. Zawsze odkrywała nieład i kurz, 
który odnaleziony gdziekolwiek —budził jej rozpacz. Kiedyś zwierzyła mi się, że 
przyśnił jej się kurz na książce Pan Tadeusz i obudziła się przerażona.

Bardzo cenimy porządek, ale nie można tak przesadzać, żeby widzieć wszędzie 

kurz, nawet tam, gdzie go nie ma. Nawet zaleta może być niesympatyczna.

Niewątpliwie zaletą jest punktualność. Znane jest nawet powiedzenie, że 

punktualność jest grzecznością królów, którzy muszą zawsze punktualnie pokazywać 
się, przyjeżdżać, odjeżdżać. Jednakże punktualność może być zaletą niesympatyczną. 
Kiedyś umówiłem się z pewnym panem i przyszedłem punktualnie, ale on skrzywił się i 
powiedział: ..O mało nie czekałem”. Przyszedłem punktualnie, ale on martwił się, że 
będzie czekał. Mówią, że punktualni marnują czas, i żeby się — broń Boże — nie 
spóźnić, przychodzą stale za wcześnie. Ten, kto stale się męczy, żeby się nie spóźnić, 
może tracić czas, żeby nie przyjść za późno.

Są także sympatyczne wady. Wielką wadą jest nieoszczędność, nieliczenie się z 

pieniędzmi. Ile jednak zawdzięczamy tym, którzy nie trzymają się niewolniczo 
pieniędzy i nie boją się ich wydawać. Wiedzą, że jeżeli się daje, to się niespodziewanie 
otrzymuje. Ten, komu się dało, czasem nawet nie podziękuje. Jednakże wtedy 
niespodziewanie otrzymuje się coś od kogoś innego.

background image

Czy masz czas?

Często narzekamy na brak czasu. Można się temu dziwić — przecież mamy teraz 

tyle udogodnień, które powinny nam czas oszczędzić. Mój znajomy w ciągu paru 
minut załatwił przez Internet miesięczny urlop we Włoszech! Bez dawnych kolejek 
przed biurami podróży.

Jak niezwykłym wynalazkiem są telefony komórkowe —połączenia błyskawiczne 

bez czekania na uprzejmość telefonistki z międzymiastowej. A samo podróżowanie? 
Samolot zamiast kolei żelaznej, samochód zamiast konnego dyliżansu.

Opowiadała mi ze wzruszeniem znajoma, jak to zakochał się w niej pewien Węgier i 

autostopem przyjeżdżał z Budapesztu do Warszawy, żeby było szybciej.

Najgorzej mówić: „Nie mam czasu”. Jeśli tak powtarzamy, sami zaczynamy w to 

wierzyć i niczego nie podejmujemy, bo naprawdę jesteśmy przekonani, że i tak nie 
zdążymy.

Z czasem zdarzają się w naszym życiu cuda:

Nie za bardzo wiadomo jakże się to dzieje
że czas wtedy przychodzi gdy go wcale nie ma
i w sam raz tyle tylko ile go potrzeba
nawet we śnie gdy ciało podobne do duszy
kto ma czasu za dużo wszystko czyni gorzej

jeżeli kochasz czas zawsze odnajdziesz
nie mając nawet ani jednej chwili
na spotkanie list spowiedź na obmycie rany
na smutku w telefonie długie pół minuty
na żal niespokojny i na rozeznanie
że dobrzy są mniej dobrzy a źli trochę lepsi
bo w życiu jest tylko morał niemoralny

(Nie ma czasu)

Im więcej mamy spraw do załatwienia, tym bardziej skupiamy się na tym, żeby 

wszystko pogodzić. Bywa, że bezinteresownie oddany komuś czas (choć wydawało 
nam się niemożliwe wygospodarowanie nawet jednej minuty), wraca do nas z 
nadwyżką, i wszystko, na co wcześniej machnęliśmy beznadziejnie ręką, udaje nam się 
załatwić.

Czas nie jest naszą własnością — przychodzi spoza nas, z tajemniczego źródła.
Tak, jak znajdujemy czas na manikiur w studiu przedłużania paznokci, na 

wklepywanie cudownych kremów w zmarszczki, na farbowanie co trzeciego pasemka 
włosów innym kolorem, tak powinniśmy znaleźć minutę czasu dla samego siebie po to, 
aby zapytać: Czy nie zgubiłem się w życiu? Dokąd idę? Po co żyję? Jaki sens nadaję 
przeżywanym minutom?

Nie skąpmy czasu samym sobie. Chodzi tu nie o czas, w jakim dojrzewa w nas 

profesor, lekarz, inżynier, ale o taki czas, w którym dojrzewa w nas bliski, serdeczny, 
kochający człowiek, przyjmujący z radością zarówno łaskę łatwego, jak i trudnego 
szczęścia. Bo jeśli będzie w nas rósł taki człowiek, będzie więcej pokoju i radości na 
całym świecie.

background image

Czy można myślami uleczyć?

Mówimy, że nie mamy czym oddychać. Powietrze zatrute spalinami, wyziewami z 

fabryk. Tęsknimy za tym, żeby wyjechać poza miasto po czysty oddech. Na straży 
dobrego współżycia ze sobą ludzi, zwierząt i roślin stanęła ekologia. Warto jednak 
powiedzieć o tym, co moglibyśmy nazwać ekologią duchową. Często sobie nie 
uświadamiamy, że jeżeli zgromadzimy w sobie gniew, nienawiść, złość, nieżyczliwość 
— możemy stać się trucicielami, zatruwającymi siebie i innych, jak bohaterka sztuki 
Dürrenmatta Wizyta starszej pani, która swoją chęcią zemsty zatruła całe miasto.

Wielu skarży się na złą atmosferę w domach, w pracy. Oczywiście, że możemy mieć 

do czynienia z ludźmi nieprzyjaznymi, którzy nam zazdroszczą, nie znoszą nas, ale po 
pierwsze, nie można poddawać się ich złości, a po drugie w krzywym, fałszywym 
zwierciadle plotek, w dramacie pomyłek, można dostrzegać wrogów tam, gdzie ich nie 
ma. Wrogów często stwarza nam nasza własna wyobraźnia, którą ktoś nazwał 
domową wariatką.

Chyba należy unikać pytania, kto jest moim wrogiem. Jest to pytanie niecierpliwe, 

podejrzliwe od samego początku. Należy raczej pytać, czy przypadkiem ja nie jestem 
dla kogoś wrogiem. Lepiej nie pytać, kto jest moim bliskim, i to pytanie zastąpić 
innym: dla kogo ja jestem bliski. Najważniejsze, by najpierw osądzić samego siebie, 
potem innych.

Niedobrze, jeśli uważamy, że jesteśmy sprawiedliwi i niewinni, powołani do tego, 

żeby sądzić z wysokości naszej doskonałości. Znane jest powiedzenie: „Nie znałem 
wnętrza człowieka złego, poznałem wnętrze dobrego i rozczarowało mnie”.

W języku polskim mamy wyraz „nieprzyjaciel”. Jest to wyraz grzeczny, przyjazny. 

Mówi, że nieprzyjaciel niekoniecznie jest wrogiem, nie jest przyjacielem, ale może być 
dobrym kolegą, partnerem.

Jeśli postaramy się o myśli serdeczne, dobre, wybaczające, to — jak mówią — 

kwiaty w domu będą się lepiej hodowały, będą rosły i kwitły. Nasze dobre, życzliwe 
myśli mogą leczyć.

Można powiedzieć, że każde święta są czasem łaski dla ludzi. Przecież wtedy w 

tym czasie płynie cała rzeka dobrych serdecznych życzeń. Przychodzą z pomocą 
wszystkie świąteczne łzy albo inaczej — wzruszenia. Pojawia się uśmiech, który nie 
oddala, ale zbliża.

Litania do uśmiechu

Uśmiechu w bólu głowy
uśmiechu w cierpieniu
uśmiechu gdy pieniędzy do jutra nie starczy
uśmiechu gdy dudek rozkłada swój czubek
bliźni przyszedł do kościoła i na bliźnich warczy
uśmiechu kiedy koza stanęła z zachwytu
ksiądz duszpasterz nie straszy bo wyciągnął nogi
kiedy niewierzący modli się po cichu
prezesowi rosną za uszami rogi
kiedy Ewa Adama wyprowadza z raju
ciemno coraz drożej niebo z komarami
uśmiechu Baranku Boży zmiłuj się nad nami

background image
background image

Czas teraźniejszy

Można zauważyć, jak często męczymy się przeszłością i przyszłością. Stale 

skrupulatnie przypominamy sobie swoje zasługi i krzywdy. Przepisujemy je — jak to 
się mówi — z czystego na brudno. Jeden z moich znajomych zapisał nawet cały 
dwustustronicowy brulion ze swoimi skrupułami. Stale męczył się, że ktoś na niego 
krzywo spojrzał, uśmiechnął się do kogo innego, a wiceprezes Towarzystwa Dzieci na 
Wieś pokazał mu język. Rozpamiętywał, jak mu prawiono komplementy, wmawiano, 
że jest niezwykłą jednostką w społeczeństwie, a wszystko dlatego, że spodziewali się 
jego śmierci, a on tymczasem nieoczekiwanie wyzdrowiał.

Znam takich, którzy męczą się na wszelki wypadek i podejrzewają zbliżające się 

nieszczęście.

Tymczasem jak to dobrze nie zamęczać się przyszłością i przeszłością. Horacy 

zapisał słynną radę: „Carpe diem”, co niektórzy, słabi z łaciny, tłumaczą zamiast 
„Chwytaj dzień” — „Karpia na co dzień”.

Chciałbym przypomnieć, że język starohebrajski nie znał ani czasu przeszłego, ani 

przyszłego, jedynie teraźniejszy. Okazuje się, że można się porozumieć, posługując się 
tylko tym jednym czasem.

Zamiast: „Dwa tygodnie temu przyjechała teściowa w złym humorze i zrobiła 

awanturę, można powiedzieć: ..Przyjeżdża dwa tygodnie temu teściowa i robi okropne 
miny”. Zamiast: „Wlazł kotek na płotek” — „Jest kotek na płotku”. Zamiast: „Jutro 
pobiegnę do ciebie tak szybko, że na jednej nodze” — „Jutro biegnę do ciebie na 
jednej nodze”, „Jutro jestem u ciebie”.

Zauważmy, że czas teraźniejszy przydaje się, a tak mało o nim myślimy. Nie 

rozpamiętujmy, czy mnie kochał, czy będzie kochał, ważne, czy kocha mnie teraz. 
Zamiast udręczać się męczącą pamięcią, co przedtem, co potem, cieszmy się tym, co 
jest w tej chwili: uśmiechem osoby bliskiej lub nieznajomej, pocałunkiem w dwa 
policzki, tym, że pies nie obraził się na mnie i podał łapę. Pies jest mądry: nie myśli ani 
o przeszłości, ani o przeszłości.

Piesku Filipie
szczekaj na mnie kiedy zapłaczę
podaj łapę kiedy zawyję
szarp za nogawkę i powarcz jak groza
gdy będę szukał sensu gdzie indziej i poza

background image

List stokrotny

Wszyscy wokół mówią, że przestano pisać listy. Nastał czas listów urzędowych, 

jedynie w dziewiętnastym wieku pisano listy żywe, oczekiwane, listy z podróży, z 
uzdrowisk, listy takie, jakie pisywał cierpliwą ręką Słowacki do swojej matki. Pisano 
listy miłosne, wysłane i niewysłane, kiedy ktoś pisał gorącym sercem, ale zabrakło mu 
odwagi. Listy miłosne pisano czasem czerwonym atramentem, a przechowywano 
troskliwie, zamykając w skrzynce na kluczyk. Był taki święty zwyczaj — w wypadku 
przerwania znajomości — odsyłania pisanych do siebie listów, czym unikano plotek. A 
kiedy jeden z korespondentów umierał, listy palono, czasem —z woli sporządzającego 
testament — wkładano do trumny.

Jeżeli kochasz
tydzień
dwa miesiące
nawet przez pięć lat
pisząc
„Wisienko kochana
wyję prosto do ciebie
jak jamnik od rana”
cierpliwy jak baranek
co na klęczkach swoją matkę ssie

kto do końca nie kocha
ten odchodzi paskudny
i wszystko źle

(Jeśli me do końca)

Najgorzej, jeżeli ten, kto otrzymał list, nie wierzy temu, kto ten list napisał. Może to 

nie na temat, ale słyszałem o takim napisie na grobie: „Głupcze, nie wierzyłeś, że byłem 
chory”. Brak zaufania denerwuje. W związku z pisaniem listów przypominają mi się 
takie powiedzenia: „Piszę list długi, bo nie mam czasu, by napisać krótki” i „Piszę 
wolno, abyś mógł czytać szybko”.

Czy naprawdę nie pisze się już listów miłosnych? Ukazuje się dziś tyle pięknej, 

ozdobnej papeterii, w sam raz na taką korespondencję. W okresie gospodarki 
rynkowej jest to dowód, że nie zapomniano o pisaniu do siebie czułych wyznań.

Pisaniu listów wcale nie przeszkadzają komputery. Przeciwnie. Miłosny e–mail 

wysłany pocztą elektroniczną jest jak „pospieszny” list miłosny.

Poznałem niedawno nieoczekiwanie interesującego pana. Był on kiedyś 

nauczycielem, ale — jak się zwierzył — porzucił szkołę i został listonoszem. 
Opowiadał mi, jak to kiedyś pewna dziewczynka, której przyniósł długo oczekiwany 
list, rzuciła mu się na szyję i zaczęła go całować z radości. Mój znajomy listonosz 
cieszy się tym, jak go oczekują i serdecznie witają wszyscy piszący do dzisiaj miłosne 
listy.

Nie wierzyłem, ale teraz już wiem, że listy miłosne dalej się pisze, ku zdziwieniu 

dzisiejszego świata.

Czy wiemy, co to takiego list stokrotny? List stokrotny jest tak kochający, że czyta 

się go sto razy.

background image
background image

Być dzieckiem

Są dwa wyrazy: dzieciństwo i dziecięctwo. Niby znaczą to samo, a jednak co 

innego.

Dziecinny przypomina zdziecinniałego. Słyszałem o kilku starszych panach. Jeden 

miał rozbić łyżeczką jajko na miękko, ale trzymając ją zapomniał, co ma z nią zrobić, i 
zaczął stukać żonę. Inny zatrzymał się na schodach i zapytał: „W którą stronę ja idę — 
czy do góry, czy na dół, bo zapomniałem?” Jeszcze inny wrócił ze spaceru do domu i 
tak się zagubił, że położył parasol do łóżka, a sam stanął w kącie.

Powiedzieć o kimś „dziecinny” to znaczy tyle, co infantylny, nieodpowiedzialny.
Dziecięctwo nie kojarzy się z wiekiem. Można mieć lat pięćdziesiąt i osiemdziesiąt i 

stale być dzieckiem. Nie dziecinnym, ale dziecięcym.

Mądrością dziecka jest ufność, że jest się w dobrych, opiekuńczych rękach.
Dziecięctwo charakteryzuje wielkich artystów. Prawdziwym dzieckiem pozostaje 

ktoś, kto niezależnie od wieku jest ufny, niezmanierowany, niewykrzywiony przez 
życie. Zachował świeżość spojrzenia dziecka, które nie nauczyło się kłamać, wciąż 
wierzy w dobro i miłość.

Modlitwa

Święta dziewczynko z zapałkami
chroń nas przed staruchami
co płaczą że wszędzie zło
martwią się że nas okłamują
nie mówiąc nam o tym

a nas cieszy pole różowe
kiedy wschodzi zboże
nagietek który przekwita w październiku
pszczoły dokładnie złote
leszczyna co wydaje jednocześnie kwiaty i orzechy
spotykamy się z Matką Boską w ogrodzie
żyjemy z kundlem na co dzień
czujemy niewidzialne ręce
widzimy dalej

i więcej

Starszego człowieka można nazwać dzieckiem, które za szybko urosło. Stale cieszy 

się choinką, odpustowym sercem z piernika, listem, fotografią z dzieciństwa, kiedy 
chodził na czworakach.

Starzy ludzie

Nie lubią proszków
przy aspirynie się krzywią
czekają na miłość dobroć
powrót ojca i matki
tak jak w dzieciństwie
wszystkiemu się dziwią

background image

cieszą się gwiazdką choinką
zimą tęsknią do wiosny

Starzy — to dzieci które za szybko urosły

Trzeba być bardziej dziecięcym niż dziecinnym.
O kobiecie mówi się, że jest piękna, urocza, czarująca, dystyngowana, elegancka, 

na medal. Ale dobrze, jak możemy powiedzieć o niej — niezależnie od lat — że 
zachowała urok dziecięctwa.

background image

Pokochać małe pamiątki

Pamiętam fragment opowiadania szwedzkiej pisarki Selmy Lagerlöf, laureatki 

Nagrody Nobla:

— A tego małego porcelanowego słonika, którego ci dałam w małym zielonym 
pudełku, postaw sobie na nocnym stoliku i pilnuj jak oka w głowie — mówiła 
ciężko chora kobieta do narzeczonego. Chyba było mu bardzo głupio, bo 
słonika oddał komuś innemu, do czego oczywiście teraz się nie przyznawał.

Wszyscy, ale przeważnie kobiety, potrafią kochać małe pamiątki, upominki, kurki, 

gąski, pieski, miseczki, listy — zwłaszcza te składane w koszykach z kwiatami. Mówi 
się, że upominki podtrzymują przyjaźń. Właśnie te małe, niepozorne, żyją swoim 
ukrytym życiem. I nie tylko ludzie, ale i one mogą być „świętej pamięci”.

Przypomina mi się opowiadanie dla dzieci, jakie zamieściłem w Patykach i 

patyczkach:

Pewnego letniego wieczoru ukazał się na schodach dym. Czuć było 

spaleniznę. Ktoś krzyknął głośno, jak przez tubę: — Pożar! Każdy zaczął 
ratować to, co uważał dla siebie za najdroższe, i biegł z tym na podwórze.

Chuda, długa pani wyniosła klatkę, a w niej papużki–nierozłączki. Utleniona 

fryzjerka przyciskała do siebie brązowe norkowe futro z ogonkami. Student 
taternik uratował koszyk pełen górskich kamieni czarnych w białe łatki i 
szaroróżowych w błyszczące gwiazdki krzemienia. Pani poetka trzymała w ręku 
porcelanową lampę malowaną w czerwone maki, a jej przyjaciółka, wytworna 
dama, miała przewieszony na ręku kapelusz z różową woalką w białe kropki. 
Starszy siwy cyrkowiec tulił obu rękoma biały wysoki cylinder. Jego sąsiad 
masażysta, przerażony, wciągał drugie spodnie z wiszącymi szelkami. Dwie 
babcie ocaliły rozsypującą się słomiankę spod swoich drzwi. Zdenerwowany 
profesor przenosił spokojnego żółwia. Narzeczony wyniósł na plecach ciotkę 
narzeczonej.

Mały chłopiec, który wpadł wówczas do zadymionego domu, by uratować 

najcenniejsze rzec/y, nie bał się, bo zrobił sobie z chustki do nosa maskę 
przeciwgazową. Szybko wyciągnął zza kredensu ukochane patyki i patyczki. 
Oczy błyszczały mu ze szczęścia. Ocalił swój skarb.

Kochamy nieraz małe przedmioty. Mogą mieć dla nas wyjątkową wartość, choćby 

inni tego nie rozumieli. Przypominają miłość, przyjaźń, spotkania, zdarzenia, sprawy 
bliskie sercu.

Kubek

Nie chcę z poduszką krzesełka
pieca łopatki wiaderka
zegarka pieniędzy kuferka
Szekspira szafy sweterka
skarbonki trąbki pudełka
domu co stał się już duchem

background image

lecz przywróć mi święty Antoni
mój kubek z jednym uchem

Dla pisarza szczegół, umiejętność widzenia małych rzeczy są bardzo ważne. 

Zapisałem to nawet w wierszu Wielkie i małe:

Ten chrabąszcz przedwojenny co stanął na głowie
i nie miał swego domu skoro mieszkał wszędzie
pies co skakał do Narwi i pływał zielony
szpak co wplatał w swe gniazdo całe pół stokrotki
choć dziób najpierw otwierał zamykając oczy
niezapominajka co krótko pamięta
bo kwitnie tylko od maja do czerwca
ciemne orzech) buku choć się wydawał)
tak drobne że nawet Bóg się nie pomieści
smutny wybryk natury dziadek zakochany
i łza jak samotna samiczka be/ skrzydeł
Furtka którą patykiem olchy otwierałem
Szczegół nadaje wielkość wszystkiemu co małe

Pokochajmy nasze pamiątki, upominki. One nas przeżyją. Są wspomnieniami 

naszych przeżyć i uczuć. Martwe przedmioty stają się żywe. Marcel Proust pisał, że 
wspominając, odnajdujemy utracony czas z mnóstwem drogich sercu pamiątek.

background image

Schowane dobro

Wiele jest zła na świecie. Staje się coraz bardziej widoczne, bardziej nagłośnione. 

Kiedy ktoś udusił ciotkę, długo się o tym mówi. Nie można ukrywać zła, ale trzeba 
podkreślać, że samo się kompromituje. Ktoś zauważył:

Złość się na całego rozpycha,
ale i na całego zdycha.

Na czym polega klęska zła?
Klęska zła polega na tym, że każdy, kto stanie po jego stronie, prędzej czy później 

będzie się wstydził. Dobro jest inne. Nie rzuca się w oczy. Jest schowane. Często 
lekceważone, przemilczane.

Zło jest romantyczne a dobro zwyczajne
dobro wciąż na ostatku bo zło jest ciekawe

(z wiersza Skąd przyszło)

Ale przychodzi czas, kiedy dostrzegamy mądrość i piękno dobra.

Ze złem skrada się siła
władza
urzędowe twarze
z dobrem przychodzi serce
choćby najmniejsze

(z wiersza Dobro i zło)

Przypomina mi się chłopiec, który lekceważył swoją matkę, a teraz całuje jej ręce na 

fotografii jak na świętym obrazku.

Profesor Władysław Tatarkiewicz pisał, że dobro jest wartością bezwzględną. Jest 

— bez względu na wszystko. Dobro przychodzi z tajemniczych najczystszych źródeł.

Jaka to radość doświadczyć dobroci w swoich kłopotach, chorobie, samotności, 

cierpieniu. Tak jesteśmy nieraz zafascynowani złem, że nie dostrzegamy dobra. Kiedyś, 
kiedy ciężko chorowałem, zacząłem sobie przypominać ludzi dobrych, których 
spotkałem w życiu. Liczyłem ich w myślach przez całą noc, do siódmej nad ranem, i 
jeszcze nie mogłem wszystkich przywołać w pamięci.

Ale najważniejsze, żeby samemu dawać dobro, nie tracić żadnej okazji do tego, 

żeby być dobrym. Dobro wydaje się naiwne, ale ostatecznie jest mądre.

Jakże trzeba być mądrym, żeby być dobrym. Kobieta bardzo często poświęca wiele 

czasu, aby pielęgnować swoją urodę. Nieraz cierpi, myśląc, że urody nie ma. 
Tymczasem powinna troszczyć się, żeby być dobrą. Dobro przywołuje urodę.

Bóg chrześcijański przyszedł na świat jako człowiek bezradny i bezsilny — 

przyszedł jako dziecko i nie boi się o to, że wydaje się stale bezsilny w świecie. Trzeba 
Go szukać w przemilczanej dobroci, w każdym odruchu ludzkiej miłości, serdeczności 
i życzliwości.

background image

Najlepszy świat

Jeden z filozofów głosił, że żyjemy na najlepszym świecie. Mój znajomy, urodzony 

pesymista, który cieszył się każdym nieszczęściem, witał gości słowami: „Konam 
samotny w wieczór wilgotny”, nawet powiesił sobie na ścianie portret Williama 
Blake’a, syna pończosznika, malującego świat z najgorszej strony, i oburzał się na 
wspomnianego filozofa, uważając, że ma źle w głowie.

Oczywiście, środki przekazu pokazują nam wojny, zbrodnie, ataki terrorystów, 

wspominają wszystko najgorsze. Słyszałem nawet, że kiedyś pojawił się człowiek ze 
strzelbą w ręku, chodził po parku i strzelał do całujących się zakochanych. 
Denerwowało go każde szczęście. Jednak świat, na którym żyjemy, nie jest przez nas 
stworzony. Co prawda, stale chcemy stworzyć lepszy, ale nigdy nam się to nie udaje. 
Ostatnio byli tacy, którzy chcieli stworzyć świat bez bogatych i biednych, bez nędzy na 
co dzień, lecz ostatecznie powołali do życia świat z łagrami.

Można się nawet zdumiewać, że chociaż tyle zła na świecie i to na każdym kroku 

— zło nie może zniszczyć dobra, które wydaje się wciąż za małe i niezdarne. Ciekawe 
jest również to, że ci, którzy umierają, odchodząc z tego świata, trzymają się go 
kurczowo i wspominają ze łzami w oczach.

To w tym świecie przychodzą święta Bożego Narodzenia z opłatkiem, który — 

nawet w liście wysłanym pocztą —podobno nie zaziębia się w skrzynce pocztowej. 
Ktoś powiedział, że uśmiecha się nawet w czasie niedobrej zimy. W święta płynie cała 
rzeka serdecznych życzeń.

W czasie świąt Bożego Narodzenia przypominam sobie jeden z wierszy:

Grudzień choinka
osioł zaszczycony
wół zarozumiały
tylko Bóg się nie wstydzi
że jest taki mały

(Taki mały)

Czy naprawdę ten świat nie jest lepszy, pomimo wszystko?
Choćby dobro wydawało się wciąż za słabe, jest w niewidoczny sposób potężne.
Tyle zła na świecie, a nie może zniszczyć nawet iskierki dobra.

background image

O uśmiechu

Mówią, że uszy i policzki są najbardziej przyzwoitymi częściami ciała, bo 

czerwienią się ze wstydu, kiedy robimy coś złego. Klementyna z Tańskich 
Hoffmanowa, czcigodna staroświecka pisarka z przełomu osiemnastego i 
dziewiętnastego wieku, pisała w Pamiątce po dobrej matce, że policzki są po to, by je 
całować.

Policzki są bardzo potrzebne. Gdyby ich nie było, nie byłoby uśmiechów. Koń 

uśmiecha się wtedy, kiedy rży. Pies uśmiecha się ogonem. Wół, kiedy jest w dobrym 
humorze, ustawia się bokiem i to uznaje się za jego uśmiech. Człowiek po to, by się 
uśmiechnąć, musi mieć policzki.

Uśmiech jest zawsze do ludzi. Mówimy: obdarzamy kogoś uśmiechem, rozdajemy 

uśmiechy, rozpływamy się w uśmiechach, to znaczy zapominamy o sobie. Kornel 
Makuszyński oburzał się, jeżeli ktoś powiedział, że uśmiechy są złośliwe, nieszczere. 
Mówił, że to karykatury uśmiechu, „uśmieszki”. Bronił opinii czystego uśmiechu.

W uśmiechu jest coś dziecięcego. Najpierw starzeją się uszy, nosy. Rozpaczliwie 

starzeją się szyje, ale w uśmiechu zostaje dziecięctwo, coś bezpośredniego, świeżego.

Uśmiech jest najprawdziwszy, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy.
Czym innym jest śmiech. Starożytni uważali, że śmiech obniża powagę i 

dostojeństwo ludzi. Śmiechem homeryckim nazywano gwałtowny śmiech bogów na 
Olimpie, zapowiadający nieszczęście na Ziemi. Mówiono o śmiechu jońskim — 
bolesnym, ajaksowym — złośliwym, ateńskim — nie w porę.

O ile uśmiech jest dla kogoś, o tyle śmiech może być z kogoś.
W dzisiejszej literaturze jest dużo szyderczego humoru, tak zwanej ironii. Niestety, 

w dzisiejszym świecie ludzie widzą wiele nonsensów, które wywołują szyderczy 
śmiech, będący odpowiedzią na rzekomy bezsens życia. Tak jak Makuszyński bronił 
uśmiechu, nazywając zły uśmiech uśmieszkiem, tak można zły śmiech nazwać 
przejawem krytyki wobec świata.

Jednakże śmiechu nie można krzywdzić. Śmiech jest wybuchem radości, jest klapą 

bezpieczeństwa, uratowaniem się od przygnębienia. Mówimy: śmiech to zdrowie. 
Artysta komik jest dobroczyńcą ludzkości. Potrafi człowieka zmęczonego życiem, 
przygnębionego, nagle przenieść w inny świat.

Znane jest francuskie opowiadanie o chłopcu, który ciężko zachorował. Nic mu nie 

pomagało. Chory poprosił tatusia, by sprowadził błazna z cyrku, który bardzo mu się 
kiedyś podobał. Ojciec wyruszył na poszukiwanie cyrku. Odnalazł błazna, wędrującego 
razem z nim po różnych miastach. Błagał go by ich odwiedził. Błazen tłumaczył, że nie 
jest lekarzem. Wzruszony naleganiem ojca wziął swoją błazeńską czapkę, dzwonki, 
szerokie spodnie, za duże buty, nos na gumce. Przyjechał do chorego, rozłożył 
dywanik i zaczął odgrywać swój program. Bardzo się to chłopcu podobało. Klaskał w 
dłonie i poczuł się lepiej. Uleczył go śmiech.

Czym różni się uśmiech od śmiechu?
W uśmiechu jest czułość, tkliwość, serdeczność, rzewność, uczuciowość, a śmiech 

nie jest czuły. Jest hałaśliwy, jakby zachwycony sobą.

Skarżą się dziś ludzie na brak miłości. Dante w Boskiej Komedii, w księdze Raj, 

zapisał: „Zdało mi się, że widzę uśmiech wszechświata”.

Pokochajmy uśmiech, wdzięk serca. Uśmiechnijmy się do uśmiechu.
Czy wiemy, że w katedrze w Naumburgu znajduje się posąg tak zwanej 

uśmiechniętej Polki, córki Bolesława Chrobrego, Regelindy? Stoi obok posągu męża, 
nieuśmiechniętego tym razem. Szczęście zatrzymanego uśmiechu, nawet w kamieniu.

background image
background image

Tak poważny, że śmieszny

Przypominam sobie, że kiedy byłem na pogrzebie jednego z matematyków, 

wysłuchałem trzech przemówień żałobnych. Dwa były kubek w kubek takie same, 
podobne do tych, które zawsze mówi się w takich okolicznościach. Trzecie różniło się. 
Mówca powiedział między innymi: „Nasz profesor miał wielką zaletę: umiał żartować 
z samego siebie”. Po pewnym czasie, korzystając ze sposobności, poprosiłem, żeby mi 
coś o zmarłym powiedział. Oznajmił, że profesor nie bał się śmieszności. Kiedyś 
opowiadał — śmiejąc się — jak to wrócił do domu w deszczowy wieczór z parasolem. 
Zamierzał położyć się do łóżka, a parasol odstawić do kąta, ale tak był zamyślony, że 
pościelił łóżko i położył w nim parasol, a sam stanął w kącie. Wszyscy słuchacze śmiali 
się razem z nim, a nie z niego.

Miałem znajomego, który zasnął w czasie kazania i chrapał. Kiedy mu o tym 

powiedziano, zaklinał się na wszystkie świętości, że na pewno to mu się nie /darzyło, 
bo mamusia uczyła go od dziecka, by spał z zamkniętymi ustami. Wydaje mi się, że 
gdyby powiedział: „Nie tylko ja chrapałem, ale nawet mój sąsiad” — byłby bardziej 
naturalny.

Słyszałem o kimś, kto założył jedną skarpetkę białą, drugą czarną i poszedł na 

przyjęcie. Kiedy to zauważono — przysięgał, że ani jednej białej skarpetki nie ma w 
domu.

Jeśli ktoś mówi o sobie za dobrze, to niedobrze. Jeśli mówi źle, to — jak głosi 

angielskie przysłowie — szuka komplementów, bo oczekuje zaprzeczenia. Najlepiej 
umieć z siebie zażartować i nie bać się śmieszności.

Byłem świadkiem, jak pewna młoda dziewczyna robiła piekielną awanturę przy 

matce i ciotce, ale nagle opamiętała się i zaczęła żartować: „Spójrzcie na mnie, jaka 
jestem głupia! Jak mogłam być aż tak niemądra!” Wszystko skończyło się na 
wspólnym całowaniu.

Jeden z wybitnych profesorów, kiedy skończyły się czasy stalinowskie, przyszedł na 

wykład i powiedział: „Spójrzcie na moją niemądrą głowę! Jakie głupstwa wypisywałem 
w czasach stalinowskich!” Nikt nie żartował z niego, przeciwnie, profesor pozyskał 
sobie ogólny szacunek.

Adam Mickiewicz jest autorem mało znanego dwuwiersza:

Każdego wyśmiał uśmieszek pocieszny,
Prócz jednego szatana — on jeden nieśmieszny.

Szatan pozwala mówić na swój temat najgorsze rzeczy, ale nie pozwala się 

ośmieszyć. Gdyby roześmiał się z siebie, nie byłby szatanem.

Każdy ma swoje słabości, ale najgorsze to stać na pomniku i być śmiertelnie 

poważnym.

Nasza śmieszność pozwala łączyć się z innymi i wtedy razem z innymi uśmiechać 

się do uśmiechu.

background image

Nie grzesz urodą

Nieraz mówimy z lekkim ubolewaniem o kimś, kto nam się wydaje brzydalem: „Nie 

grzeszy urodą”.

Ci, którzy studiują stylistykę, nazywają takie powiedzenie oksymoronem, to znaczy 

zestawieniem wyrazów znaczeniowo sprzecznych. Przecież uroda to dar Boży, urok, 
piękno. Trudno ją kojarzyć z grzechem. Schiller powiedział, że piękne kobiety 
przypominają róże wplecione w ciernie ziemskiej wędrówki. Prus uważał, że piękna 
kobieta załatwi wszystko najlepiej i najszybciej w urzędzie, w każdym środowisku. 
Mężczyźni ulegają nawet przypadkowym spojrzeniom uroczych kobiet. Trzeba się tym 
cieszyć, bo uroda kobiet rozjaśnia świat jak uśmiech, kwiaty, gwiazdy. Jakie to 
szczęście wspominać po latach: „Jestem dzieckiem pięknej matki”. Zresztą niektórzy 
mówią, że nie ma nieładnych kobiet, są tylko zaniedbane. O urodę powinno się dbać.

Można jednak powiedzieć, że ktoś grzeszy urodą w tym znaczeniu, że ją obraża.
Grzeszy urodą kobieta, która traci świadomość, że uroda jest darem otrzymanym 

darmo z niewidzialnych rąk i powinna za nią dziękować.

Grzeszy urodą kobieta, która zachwyca się własnym pięknem, bardzo pewna siebie, 

nieraz lekceważąca inne kobiety. Potrafi powiedzieć: można mnie nie kochać, ale nie 
można za mną nie tęsknić.

Grzeszy urodą kobieta–czarownica, która wyzyskuje swoją urodę, umie nią 

oszukiwać.

Grzechem jest również rozpaczanie po utracie urody (co się może zdarzyć), 

popadanie w depresję.

Grzeszy urodą również ta kobieta, która myśli, że uroda to tylko zewnętrzne 

piękno. Tymczasem prawdziwej urodzie powinna towarzyszyć dojrzewająca 
szlachetność duszy.

Przyjaciele Mickiewicza podają w korespondencji, że pierwsze miłości naszego 

poety, Maryla Wereszczakówna i Henrietta Ankwiczówna, nie były za ładne, ale miały 
głębokie zainteresowania życiem duchowym i kulturą. Maryla była bardzo oczytana, 
czytała Byrona, Ankwiczówna znała stare zabytki Rzymu, po których oprowadzała 
poetę. Pozornie nieładne, były dla Adama piękne, bo ich uroda była nie tylko 
zewnętrznym pięknem. Prawdziwej urodzie towarzyszy szlachetność myśli, czystość 
uczuć, walka z egoizmem, praca nad swoim charakterem.

Przypominam sobie doskonałą aktorkę Zofię Małynicz. Była już starą kobietą, kiedy 

odwiedzałem ją w szpitalu w ostatnich dniach jej życia. Chociaż szpital odziera 
każdego z wszelkiej intymności i ukazuje w pospolitym szpitalnym szlafroku, ona 
wydała mi się dostojna, bardzo piękna. Zawsze szlachetna; pomimo lat odeszła w pełni 
wewnętrznej urody.

Mówimy o kimś „nie grzeszy urodą”. Lepiej nie grzeszyć, niż grzeszyć.

background image

Tajemnica wdzięku

Urodę można poprawić w salonach piękności: można przedłużać paznokcie, żeby 

palce nie wydawały się za krótkie, odchudzić biodra i „zrobić się na bóstwo”.

Jak łatwo ulec fascynacji urodą. Ilu panów potraciło głowy, patrząc w piękne oczy. 

Znam takiego, który nawet od niedzieli do piątku przestał jeść ze wzruszenia.

Podziwiamy portrety kobiet z dziewiętnastego wieku. Ich piękno stale nam 

towarzyszy. Chociaż świat wokół się zmienia — piękno zostaje.

Poza urodą można mówić jeszcze o wdzięku i uroku, chociaż według mnie to nie to 

samo. Myślę, że urok jest mniej osobisty i mniej własny, tak to odczuwam, chociaż na 
razie nie potrafię tego wyjaśnić.

Jest takie ładne określenie: „roztaczać wdzięk”. Można powiedzieć inaczej: 

promieniować wdziękiem, oddziaływać na innych, uszlachetniać. Wdzięk jest czymś 
niezwykłym, tajemniczym, wewnętrznym przejawem duszy. Może nawet człowieka 
brzydkiego uczynić pięknym. Mówimy: może nie jest ładna, ale jest pełna wdzięku.

Jeden z historyków sztuki powiedział, że łatwiej jest namalować piękną twarz niż 

brzydką z tajemnicą wdzięku. Zachwycamy się Mona Lisa, która nie jest piękna, ale 
ma tak silną tajemnicę wdzięku, że obraz kiedyś ukradł jej cichy wielbiciel.

O pewnej malarce powiedziano, że cienkimi piórkami z wielbłądziej sierści stara się 

namalować wdzięk.

Wdzięk dostrzegamy w sposobie chodzenia, w spojrzeniu, w sztuce poruszania się 

w długich sukniach, w sposobie trzymania głowy, podawania ręki, siadania.

Opowiadano mi, że studentom szkoły teatralnej w Krakowie polecono 

podpatrywać, w jaki sposób siadał kardynał Sapieha z książęcego rodu. Jeden z 
aktorów powiedział: „Nie tak łatwo jest usiąść tak jak książę”.

Co jest zagadką wdzięku?
Nie można go zobaczyć w samym sobie, podarowany jest dla innych i to inni mogą 

go ocenić. Jest niecielesny, niezmysłowy.

Należy podziwiać urodę, ale nie można zapominać o wdzięku.

background image

Różne urody

Jaka może być uroda?
Może być chłopięca, dziewczęca, przeciętna, niezwykła, męska, jak księcia Józefa 

Poniatowskiego albo samego Rudolfa Valentino. Kiedy myślimy o klasycznej, 
najczęściej Staje nam przed oczyma Wenus z Milo albo Apollo. Uroda posągowa 
przywołuje na pamięć cesarzy, zwłaszcza tych, którzy panowali po Oktawianie 
Auguście.

Może być łatwa uroda modelek, bywa egzotyczna Hindusów w turbanach na 

głowach.

Kiedy mówimy o urodzie, myślimy o regularnych rysach, zgrabnych nogach do 

samej ziemi, modnych fryzurach, eleganckich strojach, zdrowej, czerstwej cerze.

Co jeszcze o urodzie?
Uroda zewnętrzna nie zawsze idzie w parze z urodą duszy, dlatego też po świecie 

chodzą czarujące jędze i groźne wampy.

Jak dobrze czasem uciec od urody człowieka i pomyśleć o innej urodzie. Na 

przykład gór. Jakże niezwykłe są góry. Można do nich przyjechać po wielu latach i 
zauważyć, że są wciąż te same. Stale w tym samym wieku. Nie starzeją się, są zawsze 
jednakowo urocze i urzekające. Pomyślmy o urodzie lasu. Jakże wspaniały jest las: 
inny na wiosnę, inny zimą. Bywa, że czasem pachnie grzybami, jałowcem, udeptaną 
trawą, nie tylko żubrówką.

Można zachwycać się urodą krajobrazu. Czasem śni się krajobraz zapamiętany z 

dzieciństwa, otaczający kiedyś dom rodzinny, albo ten tajemniczy, podobno kiedyś 
widziany, który raz się pojawia, potem niknie, jakby był nie z tej ziemi.

Wiele można mówić o urodzie morza, które czasem podpływa pod same stopy, 

jakby chciało się bawić jednyin palcem u nogi, a czasem jest groźne jak burza.

Jest jeszcze uroda młodości, którą wspominamy ze wzruszeniem w oczach.
Dobrze jest uciec od urody człowieka do urody świata.

Na świecie zachód słońca
jak adoracja rany
w muzeum kawał płótna zamalowany
w świecie łabędź syczy kura gdacze pies wyje
a w muzeum tyle piękna co nie żyje

(Na świecie zachód słońca)

background image

O słowie „uroda”

W czasopiśmie „Uroda” często spotykamy się ze słowem „uroda”. Nie 

pozostawajmy przy samym tylko słowie i spróbujmy powiedzieć coś o jego znaczeniu.

Słowniku języka polskiego Lindego, słowniku dawnej polszczyzny, czytamy: 

„Uroda to piękność, krasa, dorodność, nadobność, gładkość, kształtność. Może 
znaczyć również płody, urodzaje, żyzność”.

Marcin Bielski w Kronice mówi o „wysokiej” urodzie: „Król Stefan był wysokiej 

urody”. W tym wypadku uroda to to samo, co postawa, postura. Mówiono przecież o 
urodzie, jako o wysokości. Ksiądz Piotr Skarga pisał: „Saul był bardzo urodziwy, nad 
lud wszystek wyższy”.

Oskar Kolberg pod hasłem „uroda” podaje następujące przysłowia:
„Uroda bez cnoty, wojsko bez hetmana, królestwo bez rządów nie mogą w sławie 

iść”.

„Uroda bez przyjemności nie pociągnie wielu gości”.
„Uroda często szkodliwa”.
„Urody dosyć, rozumu ani kąska”.
„Urody dosyć, serca mało”.
„Uroda jest nietrwała”.
Myślę, że można coś innego jeszcze powiedzieć o urodzie:

W urodzie jest urok, wdzięk, czar,
pan młody i panna młoda,
uśmiechnięte twarze, dziesięć tysięcy marzeń,
serce jak wzruszony poeta.
Dziewczynka, dziewczyna, kobieta.

background image

W duszy

Mówimy, że człowiek ma duszę i ciało, a właściwie jest duszą i ciałem. Wbrew 

wszystkiemu to, co duchowe, jest także cielesne.

Najczęściej dbamy o swoje ciało. Ileż czasu poświęcamy, żeby o nie dbać — w 

czasach starożytnych kobiety kąpały się w oślim mleku, żeby pięknie wyglądać. 
Dziewiętnastowieczni znani malarze malowali portrety kobiet, dzisiaj obrazy zastąpiły 
fotografie. Jednakże czasem patrzymy na piękną kobietę i mówimy, że jest pusta, nie 
ma duszy.

Duszy nie widzimy, a przecież ona jest ważniejsza od rozumu, wykształcenia, 

wiedzy. Jest naszą najgłębszą wewnętrzną istotą, rodem z innego świata.

Choć dusza jest niewidoczna, można ją odgadnąć na przykład w spojrzeniu. Jeden z 

bohaterów powieści Prousta mówił, że spotkał się ze spojrzeniem kobiety i nie mógł o 
tym spojrzeniu zapomnieć. Pomogło mu ono przetrwać trudne chwile.

Duszę można odgadnąć w uśmiechu.
— Już straciłem poczucie sensu życia — skarżył się bohater powieści Zoli, ale 

uśmiech nawet przypadkowo spotkanej kobiety pomógł mu żyć.

Duszę można odgadnąć we łzach kobiety. Można odgadnąć ją w milczeniu, 

tęsknocie, która jest smutkiem z powodu oddalenia.

O duszę trzeba tak dbać, jak o ciało. Dusza musi w nas dojrzewać. Zaczyna w nas 

maleć, jeżeli żyjemy nienawiścią, zazdrością, jeżeli mamy pretensje do kogoś. Zaczyna 
pięknieć, kiedy umiemy przebaczać, kochać naprawdę, to znaczy żyć nie tylko 
uczuciem, zakochaniem.

Życzymy sobie stale zdrowia ciała, spróbujmy sobie życzyć urody naszej duszy.
Pamięć duszy przetrwa odejście.

* * *

Na Powązkach warszawskich
zdziwić się uśmiechnąć
przy grobie pana Prusa
popatrzeć na wszystko
— wiewiórko przezabawna
co się tutaj dzieje
można odejść na zawsze
by stale być blisko

background image

Nie tylko o jeżach

Interesujemy się wielkimi sprawami, z lękiem rozmyślamy o końcu mijającego 

wieku, porównujemy z końcem wieku dziewiętnastego. Niepokoją nas napady na 
banki, korupcja w rządach, krach na giełdzie, plotki o romansach.

Tymczasem życie podrzuca nam małe urocze niespodzianki, na które warto zwrócić 

uwagę.

Na przykład w Anglii w roku ostrej zimy martwią się, bo jeże za wcześnie obudziły 

się z zimowego snu. Co będzie, jeśli wrócą mrozy?

Ktoś dowiaduje się, że dziwaczek mieszany (mirabihs jalapa — jak mówią 

naukowcy), roślina jednoroczna o pachnących kwiatach w kolorach białym, różowym, 
żółtym, czerwonym i fioletowym, kwitnie tylko wieczorem, w dni pochmurne. Ile w 
niej optymizmu — wbrew światu, który boi się być po ciemku, i wbrew pesymistom, 
którzy nawet wbrew sobie cieszą się każdym nieszczęściem.

Można się oderwać od codziennych kłopotów i zapytać, dlaczego łabędź wiosłuje 

tylko jedną nogą. Można podziwiać bociana, który stojąc na jednej nodze, zapobiega 
reumatyzmowi i woli przemoczyć jedną nogę niż obie za jednym zamachem.

Można zadziwić się idącymi „gęsiego” gęsiami, które zachowały pamięć sprzed 

wieków, kiedy to musiały iść jedna za drugą ścieżką wśród moczarów tak ostrożnie, 
by nie utonąć. Ciekawe, że gęsi mają oczy z boku, a dobrze widzą, nie mają uszu, a 
dobrze słyszą.

Można zastanawiać się, dlaczego na wiosnę najpierw przylatuje słowik, a 

słowikowa potem. Słowik to nie tylko śpiewak, ale i czuły mąż, który zawczasu 
przygotowuje żonie mieszkanie.

Wpadła mi kiedyś do rąk pocztówka z reprodukcją jednego z obrazów Van Gogha. 

Nie były to ani Słoneczniki, ani Autoportret z obciętym uchem. Obraz nosi tytuł 
Pierwsze kroki. Widzimy tu, jak w scenerii ukwieconego podwórka matka 
podtrzymuje małe dziecko, które stawia pierwsze kroki i chce iść w kierunku ojca 
klęczącego opodal z wyciągniętymi ramionami.

Uśmiech dziecka może oderwać od kłopotów męczących na co dzień.
Ile małych uroczych spraw, które mogą nas zadziwić i odwrócić uwagę od 

własnych wielkich dramatów.

Ile ważnego w tym co nieważne
ile potrzebnego w tym co niepotrzebne
ile uśmiechu w tym co niewesołe

background image

O nosie i zapachach

Tak jak istnieje absolutny słuch, tak samo jest absolutny węch. Osobnikiem, którego 

natura obdarzyła takim darem, jest Pan Nos. Odróżnia trzy tysiące zapachów! W 
dodatku ma doskonałą pamięć. Zapach jest wspomnieniem, kojarzy się z chwilą.

Pan Nos znajdzie coś dla siebie nawet w wielkim mieście, gdzie inaczej pachnie 

apteka, mydlarnia, sklep spożywczy. Jednak najszczęśliwszy jest w kręgu natury. 
Ogród to jego królestwo, które najpiękniej pachnie o świcie. Nie martwi się jednak 
wcale, jeżeli zdarzy mu się zaspać — ogród jest pełen aromatu również w południe i 
wieczorem, zależnie od tego, które kwiaty właśnie się otwierają.

Powiedział mi kiedyś w tajemnicy, że szczególnie wzrusza go woń róż, 

jaśminowców, niektórych irysów i wcale się nie dziwi, że właśnie tymi zapachami 
często napełnia się szklane flakoniki…

Zgadzam się z nim w zupełności. Mówią, że róża uspokaja, a mięta dodaje odwagi. 

Natomiast zapach goździków jest pechowy dla aktorek. A dla księdza? Raczej żaden 
nie przynosi mi pecha. Bardzo lubię zapach lawendy. Specjalnie układam jej gałązki i 
listki na półkach, pomiędzy bieliznę, koszulę, komżę. Lubię też miętę za jej spokój i 
chłodny aromat.

Słynnym Panem Nosem był Emil Zola. Pisał nie tylko o zapachach kwiatów. Na 

przykład kobieta kojarzyła mu się z… poduszeczką do wąchania. Natomiast Salvador 
Dali powiedział, że „muzyka i zapach doprowadzą ludzi do nieśmiertelności”.

background image

Uroda życia

Uroda kobiet to tylko jeden z uroków świata. Świat jest niezwykły nawet ze swoim 

tajemniczym dramatem niezawinionego cierpienia.

Jak piękne są pory roku, które zmieniają się na naszych oczach.
Mówi się, że mamy cztery pory roku. Chyba nieprawda, bo jest ich w Polsce sześć.

Jest w Polsce sześć pór roku
chyba więcej nie ma
przedwiośnie
wiosna
lato
dwie jesienie
jedna ze złotem ucieka
w drugiej kalosz przecieka
i zima

(Sześć pór roku)

Stale coś nowego.

W marcu pojawia się
gawron
sroka
czajka
puszczyk
czapla
postkomunistka towarzyszka wrona
tylko Boga nie widać
nie chce niewierzących denerwować

(W marcu)

Choćbyśmy przymknęli oczy, w marcu nie ukryją się sikory, co łączą się w pary, 

szpaki z żółtym jeszcze dziobem, makolągwy mniejsze od wróbla, zięby, co przylatują 
z południa z niebieską szyją i głową.

Z biegiem czasu warto zauważyć
leśny śnieżny zawilec
najmniejszy i nieostatni
jaskółcze ziele co leczy kurzajki
żółty żarnowiec znad morza
czerwoną smółkę jak lep na owady
przylaszczkę która z różowej staje się niebieską
wrotycz z zapachem na kilka metrów
bławatek jak wianek
nieustanny i krótki
wiosenną firletkę
polodowcowy biały siódmaczek
mlecze dla nieogolonych królików
gotyckie rdzawe szczawie

background image

storczyk jak przystojnego pająka
i wszystkie inne jeszcze boże zielska

(z wiersza Do świętej Tereski)

To tylko świat roślin, ale ile można dostrzec dzieci, które zaczynają się uczyć 

chodzić, psów, kotów, myszy, borsuków, malowniczych bocianów. Nikt by sobie sam 
teą0 me wymyślił.

Można zdumiewać się, patrząc na świat. Można zapomnieć o swoim cierpieniu, 

kłopotach, zawiedzionych miłościach, podatkach. Świat uczy pokory. Tego, co nas 
otacza, pojąć nie można.

Niewidzialne

Żółknie pora roku
węgorze wyruszają w ostatnią podróż
cisza stamtąd
wilga dawno już uciekła uczyć polskiego w Afryce
barwa niebieska oddala a zbliża różowa
starsi maleją
niewinni dźwigają ciężar
grób się zarumienił
opadają skrzydła po locie godowym
pamięć zmienia rzeczy
kamień usnął ze zmęczenia
liść osiki się trzęsie narzeka na za długi ogonek
krowa ryczy bo ma nieufność do języka
księżyc kawaler stale tylko jeden
i jeszcze tyle niewidzialnego
gdyby nie to — niczego nie byłoby widać

A nad tym wszystkim jest Bóg, który schował się, by świat było widać.
Uroda bez duszy, bez myślenia o niej, nie byłaby urodą.

background image

O miłości i wronie

Nieraz boimy się wierszy, ale chyba tylko wtedy, kiedy są zbyt wzniosłe, 

pretensjonalne. Proste wiersze towarzyszą nam przecież od dziecka. Pierwszą 
modlitwą dziecka jest wiersz Aniele Boży, Stróżu mój. Dopiero potem przychodzi czas 
na modlitwę Ojcze nasz.

Goethe polecał uczyć się na wierszach.
Spróbujmy i zacznijmy od takiego:

Osiemnastolatka

Jeszcze o tobie pamiętam
jeszcze o mnie pamiętasz
trzyma nas razem przy sobie
serce w sam raz na cmentarz

Można go przeczytać ze śmiertelną powagą, ale także z uśmiechem. Życzę 

uśmiechu!

Proponuję jeszcze inny wiersz, podobny i niepodobny do poprzedniego:

Na dnie

Na dnie miłości jest
samotność
radość
świętej Magdalen) oczy
a czasem dziki osioł co wyskoczy

Nawet wiersze pozornie wzniosłe — mogą być czasem zabawne.

Byle jaka

Dzierlatka inaczej śmieciuszka
kawka z gawronem
trznadel co śpiewa od marca do lipca
zięba ponad ogonem zielona
kos dłuższy od szpaka
a jednak myślę o wronie
bo taka owaka

Dobrze jest ptaki, na które patrzymy, nazywać po imieniu i czegoś się o nich 

dowiedzieć, na przykład tego, że dzierlatka razem z wróblami szuka pożywienia w 
śmieciach, ma czubek na głowie, ale porusza się inaczej niż skaczący wróbel.

Dobrze wiedzieć o kawce, która trzyma się stadami na wysokich budynkach i 

czasem buduje gniazdo ze szmatek na wieży, ma donośny głos „kaw, kaw” — stąd jej 
nazwa. Zwykle, gdy mówimy o śpiewie ptaków, myślimy o słowikach. U nas żyją ich 
dwa gatunki: słowik rdzawy i szary. Słowika szarego nazywają polskim, a czasem 
bekwarkiem, na cześć Bekwarka, węgierskiego lutnisty na dworze Zygmunta Augusta.

Dobrze też pamiętać o trznadlu — jednym z najlepszych śpiewaków. Nauczmy się 

background image

odróżniać kosa od szpaka. Chociaż oba mają żółte dzioby, kos jest dłuższy. 
Pokochajmy także wronę, o której można powiedzieć „taka owaka”.

background image

Zawierzyć zwierzętom

Zwierzęta są nam tak bliskie i drogie, że samo pisanie o nich może być radością, 

nawet gdyby nie miało się czasu o nich pisać.

„Zwierzę” po łacinie nazywa się animal, co znaczy „istota żywa, mająca duszę”. 

Zauważmy, że łacina dostrzega w zwierzęciu duszę.

Pobawmy się więc w etymologię.
Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że polskie słowo zwierzę jest 

niesłychanie dostojne. Pochodzi od czasownika „zawierzyć komuś”. A więc zwierzę 
jest godne zaufania.

Człowiek patrzy z góry na zwierzęta i uważa się za kogoś lepszego od nich. A 

przecież nie każdego człowieka można nazwać „zwierzęciem” w tym sensie, że można 
mu zawierzyć.

Co prawda szukanie znaczenia słów może być nieraz mylące. Ktoś zauważył, że 

słowo deszczyk znaczyło kiedyś „nieboszczyk”. Deszczyk to był ten, kto leżał w 
deskach (w trumnie); słowo nieboszczyk nazywało deszczyk, ponieważ nieboszczyk, 
jako deszcz, spadał z nieba.

Mogę się mylić, ale przypuszczam, że wyraz zwierzę pochodzi od wyrazu 

zawierzyć. Zwierzę naprawdę jest godne zawierzenia.

Nieraz nazywamy zwierzę „bydlakiem”, ale to nie ma sensu. Wyraz bydlak 

pochodzi od wyrazu bydlić, to znaczy „oszukiwać”. W anonimowej Satyrze na 
leniwych chłopów 
z piętnastego wieku czytamy:

Chytrze bydlą z pany kmiecie,
wiele się w ich sercu plecie.

— to znaczy „chytrze chłopi postępują z panami”.
Ale zwierzę nikogo nie oszukuje. W swoich odruchach jest bardzo szczere.
Kiedy ludzie chcą sobie wyrządzić przykrość, krzywdzą przy tym zwierzęta i na 

przykład nazywają człowieka „świnią”— A przecież świnia nie jest tak zła jak 
człowiek.

Chrząkanie, muczenie, mruczenie dodają zwierzętom wdzięku. Czasem jednak 

człowiek powie niegrzecznie o kimś, że chrząka, mruczy, muczy.

Ktoś powiedział, że o zwierzętach powinno mówić się grzecznie, językiem 

zdrobniałym. Nie osioł, ale osiołek, nie byk, ale byczek, nie świnia, ale świnka, nie 
baran, ale baranek (jak wspaniały w kościele jest baranek z czerwoną chorągiewką — 
niby bezradny, a zwycięski).

Zwierzęta wypada nawet czasem przepraszać.
Pewien mój znajomy, który umierał z głodu, bo jego żona nie umiała gotować, 

opowiedział mi taką historię. Wiedział, że w noc wigilijną zwierzęta podobno mówią 
ludzkim głosem (o czym nawet wspomniał Reymont w Chłopach) i wypowiadają 
ludziom swoje do nich pretensje i żale.

Mojemu znajomemu w noc wigilijną rzeczywiście przyśniły się zwierzęta, ale był 

bardzo zdziwiony, ponieważ … mówiły o nim bardzo dobrze. Nie plotkowały, że w 
nocy chrapie, ale chwaliły go, że nie kłóci się z listonoszem, że podał teściowej 
kawałek indyka. Nie żartowały, że wstał lewą nogą z łóżka, ale z troską myślały o jego 
prawej nodze.

Od zwierząt możemy się wiele nauczyć.

background image

Czekanie

Popatrz na psa uwiązanego przed sklepem
o swym panu myśli
i rwie się do niego
na dwóch łapach czeka
pan dla niego podwórzem łąką lasem domem
oczami za nim biegnie
i tęskni ogonem

pocałuj go w łapę
bo uczy jak na Boga czekać

background image

Wielcy mali

Co myślimy o pokorze?
Słowo niemodne w dzisiejszym niepokornym świecie. Odebrała mu sławę fałszywa 

pokora. Anglicy o kimś, kto umniejsza siebie, mówią: „Łowi komplementy”. Po to 
umniejsza własne zasługi, by usłyszeć o sobie coś dobrego. Goście chwalą: „Jaki 
wspaniały sernik!” Gospodyni skromnie odpowiada: „Nie, dziś mi się nie udał”, ale po 
cichu i tak wie, że jest bardzo dobry.

Wszystkie panie są zadowolone, kiedy usłyszą: „Jak się pani świetnie trzyma!”, 

„Gdybym miał takie nogi jak pani, to bym ich nie ukrywał!”

Kiedy archanioł Michał zobaczył w lustrze wody swoją wspaniałość, krzyknął: 

„Któż jak Bóg!” Drugi archanioł powiedział: „Któż jak ja!” I odtąd malujemy go jako 
brzydala z kopytami, ogonem i rogami, chociaż ktoś oznajmił: „Rysowałem diabła bez 
rogów, bo samiczka”.

Człowiek pokorny ma poczucie własnej godności. Nie zaprzecza, że jest dobrym 

programistą, muzykiem, biznesmenem, ale nie przypisuje tego tylko sobie — jest 
wdzięczny Bogu i ludziom. Ileż otrzymujemy od ludzi! Dlaczego im nie dziękować? 
Wdzięczność jest najbardziej religijnym uczuciem.

W świecie żyją mali wielcy nauczyciele pokory.

Ciało pedagogiczne

Słowik górniczek
co niesie dwa czubki zadarte do góry
i miłość swą spisuje na liściu czerwonym
zaspany ślepowron
białym włosem z tyłu głowy
sikora z żółtą piersią
w niebieskim berecie
sowa uszata od puchacza o połowę mniejsza
wróbel co skacze jak na cudzej nodze
uczą mnie być nieważnym
nic ich nie obchodzę

Korepetycje

Koniku polny
od nieważnych wierszy
naucz mnie od małego być mniejszym

background image

Na Święta

W święta Bożego Narodzenia można mówić i o uśmiechu, i o łzach.
Uśmiechamy się do świętego Mikołaja, którego chciano zastąpić Dziadkiem 

Mrozem, ale się nie udało. Uśmiechamy się do pierwszej gwiazdy na niebie, chociaż 
tyle gwiazd i można się pomylić, która pierwsza, która ostatnia. Uśmiechamy się do 
choinki, nie tylko tej wysokiej do sufitu, ale i tej malutkiej. Uśmiechamy się do trzech 
mędrców po kolei, do każdego inaczej. Do tego, który przyniósł złoto —najczulej, do 
tego, który przyniósł kadzidło — średnio na jeża, do tego, który przyniósł mirrę — 
półgębkiem, bo mirra przypomina gorzkie lekarstwo. Uśmiechamy się do Pana Jezusa, 
który nie miał nawet M–l i był bez dachu nad głową. Ciekawe, że wszyscy w stajence 
betlejemskiej nie mają centralnego ogrzewania, firanek w oknie, a są pogodni.

Jakie to wzruszające, że święta Bożego Narodzenia nawet w najgorszych czasach 

wojennych i okupacyjnych wnosiły zawsze spokój i radość, budziły nadzieję. Są łaską 
Bożą dla ludzi wierzących i niewierzących.

Są także świąteczne łzy. Zacznijmy od tych najmniejszych: barszcz czerwony 

wykipiał i zalał kuchenkę, ciasto drożdżowe nie wyrosło, uszka się posklejały.

Są i większe łzy. Niech się przypomną łzy przy opłatku, nawet przy tym, który 

przyniósł listonosz ze zmarzniętej skrzynki pocztowej. Ile jest łez przy dzieleniu się 
opłatkiem. Płacze mąż i przeprasza żonę, bo nie zawsze był na medal. Płacze ciotka ze 
wzruszenia, bo ją zaproszono pomimo wszystko.

Są łzy przy kolędach, starych i nigdy niestarzejących się, które przypominają dom 

rodzinny sprzed wojny.

Uśmiechnięte i zapłakane mogą być życzenia. Uśmiechnięte, bo cioci, która jęczy na 

staw biodrowy, życzą stu lat zdrowia, wujkowi, od którego żona uciekła, życzą 
wszystkiego najlepszego.

Czy są życzenia zapłakane? Są. Te, które wzruszają do łez. Życzenia, które 

przysięgają miłość dłużej niż na zawsze.

Sami sobie mamy życzyć, abyśmy świąt nie przeżuwali, ale przeżywali, żebyśmy 

przypomnieli sobie naszą wiarę dziecięcą. Mamy życzyć sobie nie tylko urody ciała, ale 
i wdzięku duszy.

Żalił się kiedyś pewien wujek:

Święta, święta i po świętach,
nikt już o nich nie pamięta.
Zjadłem placki, zjadłem babki,
całowałem ciocię w łapki.
Zjadłem wilię, zjadłem barszczyk
i już jestem o rok starszy,
po śledziku i sardynce,
w pustym miejscu po choince.

(Rozmyślaniu wujka po świętach)

W jednym małym wierszyku zmieściły się i uśmiech, i świąteczne łzy.

background image

Myśli na Nowy Rok

Pamiętam, że kiedyś w dzieciństwie chciałem zobaczyć Nowy Rok. Tyle o nim 

mówiono, czekano na niego. Byłem ciekawy, jak wygląda.

Kiedyś w noc sylwestrową rodzice i siostry poszli na zabawę. Zostałem w domu 

sam z babcią. Babcia nie chciała czekać na Nowy Rok. Powiedziała, że idzie spać i 
chciałaby, żeby się jej przyśniły stare lata, kiedy śpiewano: „Zakochanym być i 
kochanym być, i mieć wciąż dwadzieścia lat”.

Nie położyłem się spać, jak babcia. Chciałem zobaczyć, jak Nowy Rok wygląda. 

Czytałem książki jedną po drugiej, oglądałem obrazki, szczypałem się w nos, 
chodziłem po mieszkaniu z jednego pokoju do drugiego. Dziś przypomina mi się 
wiersz:

Chodzi po czyśćcu tam i z powrotem
miłości ludzkiej grzeszny baranek
szepce po cichu nieśmiałe słowa
jeszcze do nieba spory kawałek

(Chodzi)

Wprawdzie wtedy jeszcze nie znałem tego wiersza, ale chodziłem tam i z 

powrotem. Wreszcie doczekałem się. Zegar zaczął bić godzinę dwunastą. Sąsiad, który
mieszkał nade mną, krzyczał na cały głos: „Nowy Rok! Nowy Rok!” Podbiegłem do 
okna i wyjrzałem, ale nie zobaczyłem Nowego Roku. Ulica była stara jak przedtem, 
nawet nie odśnieżona, bo nie padał śnieg. Widziałem tylko, jak przeleciał czarny kot. 
Może podobny do starego roku. Ale nie każdy stary rok jest zły.

Rozejrzałem się po mieszkaniu, wszystko po staremu:

ta sama stara piżama,
którą kupiła mi mama,
ta sama woda w kranie,
ten sam cień nosa na ścianie,
ta sama w kuchni donica,
ta sama jajecznica,
ta sama w albumie ciotka,
ta sama dokładnie szczotka —
tyle się trąbiło
i nic się nie zmieniło.

Mówią, że w ciągu roku Ziemia obraca się dookoła Słońca, każdy nowy rok to 

nowa podróż ziem dookoła słońc.

Możemy się zdumiewać, skąd tyle radości z każdym nowym rokiem? Przecież 

starzejemy się, zbliżamy do kolejnego jubileuszu, a nawet złoty jak obrączka ślubna 
jubileusz jest generalną próbą przed pogrzebem.

Jednakże radość noworoczna ma swój głęboki sens. Po prostu cieszymy się Darem 

Czasu, Łaską Czasu. Ile możemy dobrego zrobić w ciągu 365 dni, 6 godzin, 9 minut i 
10 sekund, bo tak długo obraca się Ziemia dookoła Słońca w ciągu roku. Byle tylko 
nie obracać się wyłącznie wokół samego siebie.

Czas jest wielkim naszym skarbem. Mówią nawet, że czas to miłość. Możliwość 

służenia innym.

background image
background image

Baranek wielkanocny

Kiedy mówimy „Wielkanoc”, nie mamy na myśli nocy dłuższej od innych. 

Przeciwnie, na wiosnę noce maleją. Są krótsze niż zimą. Wielkanoc to inaczej Noc 
Niezwykła.

Wielkanoc pozwala pomyśleć o tajemnicy śmierci i dalszego życia po niej. 

Medycyna za wszelką cenę pragnie przedłużyć nasze ludzkie życie. Leczy, reanimuje, 
ale gdyby wynalazła lekarstwo na śmierć, gdyby ludzie przestali umierać — to 
powstałby taki tłok, że wszyscy by się podusili. Śmierć jest nieuchronna. Wpisana w 
nasze ludzkie przeznaczenie. Są tylko dwie postawy wobec niej — albo wierzyć w to, 
że życie kończy się rozpaczliwie, jak pisał ks. Józef Baka: „Hej, panienki, do 
trumienki”, albo wierzyć, że po śmierci można żyć dalszym życiem.

Przypomina mi się wielkanocny symboliczny baranek. Jeszcze mu rogi nie urosły, 

jest bezradny, słaby, a jednak ma czerwoną chorągiewkę. Podobny do żołnierza, który 
wygrał bitwę. Nieraz rysują go na płytach grobowców. Nawet na cmentarzu, gdzie jest 
tyle smutku, on ze swoją chorągiewką jest wesoły.

Baranku wielkanocny coś wybiegł z rozpaczy
z paskudnego kąta
z tego co po ludzku się nie udało
prawda że trzeba stać się bezradnym
by nielogiczne się stało

(z wiersza Baranku wielkanocny)

Baranek przypomina Jezusa, który też wydawał się bezradny. Z ludzkiego punktu 

widzenia okazał się przecież nieudanym Mesjaszem, kimś, kto przegrał, skoro dał się 
oskarżyć, sponiewierać i ukrzyżować.

Jezus zupełnie różni się od wszystkich twórców innych religii. Odchodzili oni ze 

świata w świetle uznania. Tymczasem Jego klęska, cierpienie zakończyły się tryumfem.

Świat dzisiaj spowszedniał, unika wielkich pytań. Święta Wielkanocne pytają o 

sens. Pozwalają pomyśleć pogodnie o śmierci i nieśmiertelności.

* * *

Dzwon rezurekcyjny, różnokolorowe pisanki i bazie — to maleńka radość, wątła 

siostra niewysłowionej radości, jaką się odnajduje po drugiej stronie Wielkiej Nocy.

Oczywiście żadne święta nie obejdą się bez jedzenia:

Niech każda gęba pamięta,
co jadła dzisiaj na święta.

Kobiety pieką baby, placki, mazurki. Przyozdabiają ciasto bukszpanem. Pojawia się 

szafran — kwiat w sam raz na Wielkanoc.

Kościół wskazuje godność jedzenia. Poświęca wielkanocne śniadanie, dotyka je 

wodą święconą i modlitwą.

Czy zdajemy sobie sprawę, jakim cudem jest jedzenie?
Filozof grecki Plotyn, którego nie należy mylić z Platonem, wstydził się jeść. Kiedy 

jadł, zamykał się w pokoju, by go nikt nie widział. Uważał, że jedzenie to czynność 
bardzo prozaiczna i wstydliwa.

background image

Jedzenie jest tajemnicą. Ile tysięcy reakcji chemicznych zachodzi, żeby jedzenie 

przemieniło się w nasze ciało i krew. Dziecko je śniadanie: chleb, bułki, rogaliki, ser 
żółty i biały, dżem, mleko. Na obiad zupę pomidorową, wołowinę bez kości, kapustę, 
kalafior… i raptem to wszystko zamienia się w ciało dziecka i dziecko rośnie! Wyrasta 
ze spodni, swetrów. Wyciągają się ręce i nogi. Rosną włosy i paznokcie, które stale 
trzeba obcinać.

Kiedy ktoś nie je chleba, to tak słabnie,
że go podtrzymywać trzeba.
Jeśli nie je kiełbas), nie zda do następnej klasy.
Jeżeli nie je sera, niech się do szpitala wybiera.
A jeśli nie pije mleka, to smutny los go czeka.

Z małego dziecka wyrasta profesor w okularach! Prawdziwy cud!
W staropolskich encyklopediach pod odpowiednimi nazwami możemy poznać stare 

zwyczaje wielkanocne —dyngus, gaik, rękawek, groby wielkanocne.

Jakże wspaniała jest pieśń, która przetrwała wieki i teraz śpiewana jest w czasie 

procesji rezurekcyjnej: „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Niedziela Wielkanocna jest 
wesoła jak baranek wielkanocny, tylko pozornie smutny i bezradny.

Jedzcie sobie, mili goście,
coście bardzo schudli w poście.

background image

Święta osobiste

Każdemu z nas należą się dwa święta osobiste — urodziny i imieniny, nawet gdyby 

miał takie humory, że nie chciałby ich obchodzić.

Urodzinami najczęściej cieszą się dzieci. Jaka to radość móc powiedzieć: Mam pięć 

lat, a moja koleżanka tylko cztery!

Z biegiem czasu do starszego pana czasem mówią: Nie wygląda pan na swoje lata!
Niektórzy ukrywają swój wiek, ale to zrozumiałe, bo „przewlekła młodość opłakuje 

swoje hormony”.

Z urodzinami kojarzy się tradycyjny tort ze świeczkami, ale zdmuchiwanie ich nie 

zawsze kończy się szczęśliwie. Pewien starszy pan przy zdmuchiwaniu ostatniej umarł 
z wysiłku. „Równa kreska”, jak mówią.

Ktoś złośliwy miał zwyczaj życzyć jubilatom stu lat i dodawać przy tym: za pięćset 

złotych miesięcznie.

Obchodzącego urodziny nazywamy jubilatem, od niemieckiego słowa Jubel — 

„radość”, bo powinien cieszyć się, że jeszcze żyje. O samym jubilacie zwykle mówi się 
za dużo. Wszystko kręci się wokół niego: listy, życzenia, prezenty, telefony. 
Tymczasem w dniu urodzin trzeba pomyśleć o jego matce, która go urodziła. 
Urodziny, to przecież święto jego matki. To matce powinno się dziękować za dar 
życia, trud wychowania. Znam rodziny, w których tak właśnie obchodzą urodziny — 
najważniejsza w tym dniu jest matka lub wspomnienie o niej.

Obchodzącego imieniny nazywamy solenizantem, od łacińskiego słowa solennis — 

„świąteczny, uroczysty”.

W Starym Testamencie ogromną wagę przywiązywano do nadawania imienia. Imię 

określało cechy małego człowieka, wchodzącego w życie, na przykład hebrajskie imię 
Dawid oznacza „godny kochania”.

Przypomina mi się anegdota.
Pewnego dnia do księdza przyszli rodzice z dzieckiem i prosili, by je ochrzcić 

imieniem Neptun. Ksiądz zaczął tłumaczyć, że to imię pogańskie i nie ma św. Neptuna.

Speszeni rodzice nie wiedzieli, jak ochrzcić dziecko. Ksiądz podał im książeczkę do 

nabożeństwa i powiedział:

— Odnajdźcie Litanię do Wszystkich Świętych i weźcie z niej pierwsze lepsze.
Rodzice przez chwilę szukali i zdecydowali:
— Dobrze, niech więc będzie Kyrie Elejson.
Jak ważny dla chrześcijanina jest patron solenizanta. Każdy powinien znać życiorys 

swojego świętego.

Niektórzy uważają, że dziecko samo sobie przynosi imię. Znam jednak kogoś, kto 

nie mógł pogodzić się ze swoim imieniem Pafnucy. Pocieszano go jednak, że urodził 
się właśnie w święto tego patrona.

Imiona są modne i niemodne. W dziewiętnastym wieku było modne imię Telimena, 

ale Mickiewicz niechcący ośmieszył je w Panu Tadeuszu. Zrobił to tak skutecznie, że 
nikt już nie chce tak córki ochrzcić.

Tak jak drzewa „wiecznie zielone”, tak niektóre imiona są stale modne: Adam, 

Ewa, Jan, Mateusz, Maria. Ale niektóre wciąż czekają na swoich amatorów, jak 
Kunegunda, Scholastyka, Nepomucena, Eulalia, Tekla, Kalasanty, Bonifacy, Hipolit.

Jakie to pocieszające, że nawet największy grzesznik ma imię świętego i ma swego 

patrona.

background image

Nie szukać odpowiedzi do końca

Dla ludzi wierzących tak naprawdę w życiu nie ma przypadków. Nieraz kogoś 

spotykamy, wydawałoby się przypadkowo, a potem okazuje się, że ten ktoś był nam 
potrzebny. Ludzie do nas przychodzą, czasem szukają przyjaźni, o coś pytają, czegoś 
potrzebują. Każdego, kogo spotykamy, przyprowadza Bóg.

Boże plany są inne niż ludzkie. Bóg myśli zupełnie inaczej niż my. Widzi więcej, 

chociaż jest niewidzialny. Wie o wszystkim, czego nam potrzeba. Dlatego możemy 
wszystko przewidywać po swojemu i dziwić się, gdy staje się inaczej. Bardzo trudno 
wytłumaczyć tajemnicę przeznaczenia. Myślę, że podglądanie tajemnic nie ma sensu.

Tajemnice mają wielki urok. głoszą wielkość Boga, który jest jeden, ale nie sam. 

Wszechmogący, a nie wszystko może. Dał człowiekowi wolną wolę — prosi o miłość. 
Wszechmogący, a szuka człowieka, żeby się nim posłużyć. Chcemy, żeby Bóg się 
przed nami wytłumaczył. Tymczasem Bogu nie stawia się pytań: Dlaczego?

Świat byłby strasznie nudny, gdybyśmy wszystko wiedzieli. Na tym polega uroda 

życia, że człowiek do końca nie rozumie. Co to by było za życie, gdybym wiedział 
wszystko do końca?

Bóg jest genialny właśnie przez to, że nie ma ludzkiego rozumu, że nie możemy Go 

pojąć. Gdybyśmy Go pojęli, nie byłby Bogiem.

Sprawiedliwość ludzka nakazuje każdemu dać to, co mu się należy. Zresztą jakże 

często się myli.

Sprawiedliwość Boża natomiast daje każdemu więcej niż się oczekuje. 

Sprawiedliwość Boża wydaje się „nierównością” według naszej ludzkiej miary. Ale 
jednocześnie jest miłosierdziem, czego po ludzku nie możemy pojąć.

Nierówni potrzebują siebie, chory potrzebny jest lekarzowi, a lekarz choremu. W 

życiu zawsze następuje wyrównanie.

Myślę, że nie trzeba szukać odpowiedzi do końca. Są tajemnice, których Pan Bóg 

nie chce wyjaśnić. Jest Bogiem niedomówień. Uczy postawy słuchania. Bóg jest 
wielkim artystą, a artysta nie może dopowiadać do końca.

Dopiero życie wieczne będzie polegało na odkrywaniu Bożych tajemnic.

background image

Zawsze jesteśmy ważni

Niebo, czyściec i piekło to stany, które znajdują się poza granicami czasu i 

przestrzeni. Na pewno nie są to konkretne miejsca we wszechświecie.

Niebo jest stanem, w którym człowiek żyje z Bogiem, w którym zostaje całkowicie 

ogarnięty chwałą Bożą, Jego wszechogarniającą miłością.

To ciekawe, że człowiek nie ginie po śmierci, nie podlega unicestwieniu, nie zostaje 

przez nic wchłonięty, ale nadal żyje. Dzięki temu niebo stanowi dopełnienie 
człowieczeństwa. Ukazuje wielką wartość człowieka.

Z jednej strony wobec Boga jesteśmy niczym, a z drugiej — nagle okazuje się, że 

jesteśmy dla Niego ważni także po śmierci, po prostu na zawsze.

Napisałem kiedyś:

W niebie nie ma komputerów
postęp nie popędza —
wszystko po staremu
ta sama kapliczka serca

(Po staremu)

Czy w niebie może być nudno? Wydaje mi się, że niebo będzie ciągłym zgłębianiem 

Bożych tajemnic, także nieustannym ich odkrywaniem, jak w miłości. Przecież każda 
tajemnica w jakiś sposób człowieka fascynuje, cieszy. Odkrycie każdej tajemnicy 
zawsze napawa nas i nadzieją, i radością.

Myślę, że nie należy zanadto zastanawiać się, jak będzie w niebie. Nie trzeba na siłę 

zgłębiać tego, czego nie ujawnił ani nie dopowiedział Bóg.

Stanem zbawienia jest już czyściec. Stanowi on preludium zbawienia.
Z czyśćcem jest podobnie jak z zaproszeniem na przyjęcie. Zanim się zasiądzie do 

stołu, trzeba umyć ręce. Lecz z wejściem należy zaczekać na swoją kolej. Ważne jest 
jednak to, że zostało się już zaproszonym.

Czym natomiast jest piekło? Piekło jest odejściem od Boga. Czasem trzeba przejść 

piekło, by dostąpić nieba. Dosięgnąć dna, by odbić się i zobaczyć Boga.

Sądzę, że piekło istnieje już na ziemi, a niektóre diabły powyłaziły na zewnątrz, 

poza tym ci, którzy po niej chodzą, nie są ani święci, ani doskonali.

background image

Tęskniąc za…

Pontyfikat Jana Pawła II jest pontyfikatem cudu. Kiedy Ojciec Święty w 1979 roku 

przyjechał po raz pierwszy do swojej ojczyzny, Polska była zniszczona przez 
komunizm, ale w rok później mieliśmy już fenomen na skalę światową — 
„Solidarność”. Stan wojenny niewiele mógł zmienić. Płomień zapalony przez Papieża 
w 1979 roku przeniósł się na całą Europę Wschodnią. Ogarnął Związek Radziecki. 
Przez świat przeszedł jakby metafizyczny dreszcz. Ożyła wśród narodów nadzieja, 
która już wydawała się być pogrzebana. Młodzież spotyka się z Ojcem Świętym po 
tych historycznych wydarzeniach. Czekają ją jednak nowe zadania. Biblia mówi, że 
Bóg w sposób cudowny przeprowadził naród przez Morze Czerwone. Uratowani 
ludzie wyszli na pustynię i tęsknili za Ziemią Obiecaną. Później, gdy narastały 
trudności, zaczęli szemrać przeciw Mojżeszowi: „Dlaczego nas wyprowadziłeś? W 
Egipcie były przynajmniej garnki z mięsem, tutaj otaczają nas piachy”.

Ludzi młodych, nie tylko w Europie Wschodniej, czeka dalsza droga. Młodzież ma 

ocalić największe wartości ducha ludzkiego: wiarę, modlitwę, podziw dla cudu, 
miłość. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian, pisze:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.

(1 Kor 13,1–3)

Święty Paweł nie odpowiada, czym jest miłość. Pisze ojej przejawach. Na 

pierwszym miejscu stawia cierpliwość. Ten, kto kocha, nie może chcieć od razu 
wszystkiego. Nie może żądać od razu wzajemnej miłości, od razu materialnego 
dobrobytu. Młodzież jest niecierpliwa, ale jednocześnie poszukuje miłości.

Papież dostrzega fakt, że właśnie młodzież zdolna jest odnaleźć skarb cierpliwej, 

chrześcijańskiej miłości, o jakiej pisał święty Paweł. Miłość jest nie tylko uczuciem, 
zakochaniem czy fascynacją. Jest odpowiedzialnością za siebie, za drugiego człowieka, 
za świat. Miłość może stać się lekarstwem na tyle współczesnych chorób: 
neopogaństwo, materializm, nietolerancję, wszelkie patologie.

W tych czasach, kiedy odczuwamy obecność metafizyki, a wszystko wokół nas się 

zmienia, możemy oczekiwać nowych, budzących nadzieję, wydarzeń. Niech to 
spotkanie toruje drogę łasce.

background image

Księga pełna grzeszników

Co może fascynować w Biblii? Najbardziej urzeka mnie 4 jej realizm, wielka 

pogoda. Spotykamy tam wprawdzie trędowatych, opętanych, ślepych, dowiadujemy 
się, że Pan Jezus przyjął niezawinione cierpienie, ale dla człowieka to radosna nowina. 
Pan Jezus bowiem nadaje wszystkiemu sens. W Ewangelii dobro zawsze zwycięża. 
Może to brzmieć jak banał, ale to niezwykła prawda o człowieku i świecie, 
wypływająca właśnie z Ewangelii.

To ciekawe, że nawet cierpienie nie jest tam nieszczęściem, ale próbą wierności, 

doświadczeniem, poznaniem cierpienia innych ludzi. Także śmierć — to nie katastrofa, 
ale spotkanie z Bogiem, który jest nam bliski, bo przeżył ludzkie życie. Ewangelia jest 
nadzieją przeciw rozpaczy. Wyjątkową część Biblii stanowią Psalmy. Niezwykłe jest 
to, że modlimy się (na przykład w brewiarzu) słowami Dawida, grzesznika i świętego 
jednocześnie.

Urzekają mnie psalmy brewiarzowe, z którymi codziennie obcuję. Są one 

prawdziwą, czystą poezją religijną, poezją miłosną. Odnajdujemy tam, w wyrażaniu 
miłości do Boga, te same przeżycia ludzkiej miłości: radość, smutek, zwątpienie, 
rozpacz, samotność, zachwyt. Jest to naprawdę coś niesłychanego, bardzo realnego 
zarazem. W przeciwnym razie Biblia byłaby nudna, nieprawdziwa. Czytano by ją, 
uznając za księgę odległą od życia.

Postacie biblijne są autentyczne, a więc bliskie człowiekowi. Najłatwiej byłoby 

zmyślić jakieś historie, otoczyć się świętymi. Biblia to historia świętości Boga w 
grzesznym świecie ludzkim. Może się to wydawać absurdalne, ale przecież właśnie taki
świat, świat biblijnych grzeszników, nieudaczników, samotników, jest dopiero w pełni 
realny. Gdyby w Biblii ukazano same tylko „anielskie historie”, gdyby jej świat był 
egzaltowany i naiwny, wszystko to byłoby nieprawdziwe, sztuczne. Świat 
przedstawiony byłby całkowicie zafałszowany, a przecież życie nie jest „ucukrzone”, 
idealne. Człowiek ze swej natury jest grzeszny i słaby, skłonny do zła i upadków. Tak 
było zawsze i tak jest dzisiaj. Zło widać — mnóstwo zła wokół, zabójstwa, przemoc, 
gwałty. A Bóg — jak w czasach biblijnych — wciąż jest tak bardzo samotny w historii 
świata.

background image

Święty Kościół grzeszników

Wielkie umysły europejskie już dawno twierdziły, że Kościół się przeżył, że 

głoszenie Ewangelii jest nonsensem, że w Kościele panuje kryzys.

Tymczasem kryzys w Kościele nastąpiłby wtedy, gdyby j Kościół ogłosił, że można 

zabijać człowieka, albo gdyby powiedział: Nie kochajcie nieprzyjaciół waszych. 
Odejście od zasad Ewangelii byłoby prawdziwym kryzysem Kościoła. Dopóki Kościół 
głosi prawo Boże, nie można mówić o jego upadku.

Po ludzku może się wydawać, że Kościół jest nieudany, ale przecież po ludzku 

życie Pana Jezusa też jest nieudane.

Kościół nigdy nie upadnie, bo jego siłą jest Bóg. Dlatego Kościół jest potęgą. A że 

jest w nim zło? Kościół nie jest wspólnotą ludzi świętych, lecz grzeszników dążących 
do świętości. Święty Kościół grzeszników. To ciekawe, że nawet Ewangelia nie 
wspomina o tym, że Kościół jest wspólnotą aniołów. Biblia też jest historią świętego 
Boga w grzesznym świecie ludzi.

To wzruszające, że w Kościele grzeszni ludzie wciąż się nawracają, czyli powracają 

do Pana Boga. Przecież święty Piotr też był najbliżej Pana Jezusa nie wtedy, kiedy 
powiedział: „Nigdy się Ciebie nie zaprę’”, ale gdy rozpłakał się po grzechu zaparcia 
się. Droga do świętości — to ciągłe nawracanie się, a więc odwracanie się od 
wszystkiego, co nam przesłania Boga.

Kościół też musi się nawracać, bo stale nas coś oddala od Pana Boga. Nie tylko 

grzech, także codzienna krzątanina, nastroje. Stale musimy od tego wszystkiego 
uciekać i to jest nawracanie się do Pana Boga. Najgorsze jest natomiast przekonanie o 
własnej doskonałości. Kościół jest lepszy, niż się ludziom wydaje. Nie trzeba wciąż 
narzekać i szukać w nim wad.

Do kościoła przychodzi polityk, artysta i szewc. Każdy jest tu ważny. Nie można 

dzielić ludzi na dobrych i złych. Nie wiemy, kto jest naprawdę dobry, a kto zły. Źli są 
lepsi, niż nam się nieraz wydaje. Przecież zawsze mogą spotkać się z łaską Bożą.

background image

Wiara to zaufanie

Ludzie często poszukują dowodów na istnienie Pana Boga. Tymczasem te dowody 

nie są potrzebne. Boga można spotkać w codziennym życiu, w modlitwie, w Komunii 
świętej.

Czy można żyć bez wiary? Ludzie żyją bez wiary, ale myślę, że są nieszczęśliwi. 

Chyba zresztą w coś starają się wierzyć. Jest wiele wiar w życiu: wiara w pieniądze, w 
karierę, w siebie samego. Jednak kariera się rozsypuje, sam człowiek starzeje się, 
widzi, że tak naprawdę jest niczym, że jego życie kończy się chorobą i śmiercią. 
Wszystkie wiary, poza Bogiem, istnieją tylko do pewnego czasu.

Wiara nie polega na przekonaniu, że Bóg jest. Można wiele razy powtarzać: wierzę 

w Boga — i żyć tak, jakby Go nie było. Wiara to znaczy: wierzyć Panu Bogu. A więc 
mam świadomość, że jest Bóg i zarazem ufam, że On mnie kocha. W Nim odnajduję 
sens mojego życia. Wierzę, że moje życie nie jest dziełem przypadku.

Wiary człowiek uczy się przez całe życie. Przez całe życie dojrzewa duchowo.
Dla mnie wiara jest zaufaniem Panu Jezusowi. Mam wiarę, bo mam świadomość, że 

Bóg mnie kocha. Wciąż prowadzi mnie swoją dziwną drogą. Uważam, że On jeden 
nigdy mnie nie zawiedzie. Dla mnie Pan Jezus jest najbardziej tajemniczą postacią w 
dziejach świata. Wszyscy inni twórcy religii odeszli, odnosząc tryumfy. Mahomet, 
Budda, Konfucjusz — odeszli w pełni uznania. Pan Jezus natomiast umiera 
spoliczkowany, zhańbiony. Wydaje się, że jako człowiek jest nieudany, że przegrał 
swoje życie, ale On spełnia wolę Boga, objawia Jego tajemnicę. Niezwykłość 
chrześcijaństwa polega na zwycięstwie przegranej. Nieraz może wydawać się, że 
człowiek przegrał swe życie, ale jeśli pełni wolę Boga, jego życie jest udane. Ważne 
jest to, czego chce Bóg, a nie ja sam. Najlepsze to, co przychodzi wbrew mojej woli.

background image

Jubileusz i czasy ostateczne

Rok 2000 mówi o nadziei, skłania też do myślenia o czasach ostatecznych. Chociaż 

uważam, że w czasach ostatecznych żyjemy już całe dwa tysiące lat. Przecież Pan 
Jezus z chwilą, gdy zapowiedział swoje powtórne przyjście, wskazał tym samym na 
koniec świata. Od tamtej pory każda chwila zbliża nas do końca świata, a nie oddala. 
Poza tym to Jezus, nikt inny w dziejach ludzkości, przekazał człowiekowi ostateczną, 
najważniejszą prawdę o jego istnieniu.

Każdy nekrolog jest końcem świata dla danej osoby. Zwykle przed terminem, jak 

się nam wydaje. Zawsze musimy być na to przygotowani. Prosimy o to w modlitwie 
Ojcze nasz, mówiąc „Przyjdź królestwo Twoje”.

Zawsze w centrum historii jest Bóg. Choć oczywiście każda epoka ma swoich 

geniuszy, ludzi ponad miarę. Dzisiaj papież Jan Paweł II jest znakiem dla świata, darem
Ducha Świętego, człowiekiem swojej epoki.

Trzeba pamiętać, że zawsze ponad wszystkim znajduje się Bóg — Pan historii i 

Sprawca dziejów. Tę prawdę potwierdza Ewangelia. Można w niej znaleźć szereg 
imion: Tyberiusz, Herod, Piłat. Wspomina się tych dostojników, warto jednak 
zauważyć, że jeżeli ich jeszcze pamiętamy, to tylko dlatego, że za ich czasów narodził 
się Jezus Chrystus. W przeciwnym razie z pewnością zginęliby na śmietniku historii. 
Logika dziejów jest taka, że ostatecznie zwycięży dobro, a nie zło.

Ludzie mówią dzisiaj o końcu świata, a Pan Jezus w Ewangelii o nowym świecie; to 

jest zupełnie inne spojrzenie.

Na wiek dwudziesty pierwszy trzeba patrzeć z optymizmem. Cywilizacja 

ostatecznie nie upadnie. To, że przeżyliśmy kryzys, okaże się pożyteczne, wpłynie na 
jej korzyść, przyczyni się do odrodzenia. Po każdym kryzysie następuje przecież 
oczyszczenie. Pustkę, jaka powstała w świecie, znów wypełni Bóg.

Uważam, że w trzecim tysiącleciu nastąpi odrodzenie chrześcijaństwa.

background image

Anegdoty

background image

Co słychać w kościele?

Kiedy po zmianach liturgicznych księża zaczęli odprawiać Msze święte twarzą do 

wiernych, w jednej z wsi zaniepokojono się. Wysłano delegację po lekarza do 
sąsiedniego miasteczka.

— Z naszym księdzem proboszczem stało się coś dziwnego — powiedzieli.
— Na pewno przesadzacie — uspokajał lekarz — co on takiego robi? Czy mówi do 

siebie, czy uśmiecha się nie wtedy kiedy trzeba, czy patrzy tylko w jeden punkt?

— Nic podobnego — odpowiedzieli.
— To po co zawracacie mi głowę, co on takiego robi?
— Odwrócił ołtarz i odprawia Mszę świętą.
— Jezus Maria! — krzyknął lekarz. — Jadę w te pędy!

*

Jedna pani zamawiając Mszę świętą zastrzegła:
— Żeby ksiądz nie odprawiał tyłem do Pana Boga i żeby nie była to msza 

kołchoźnicza, to jest kilku księży naraz.

*

Przyszedł do mnie pan i powiedział, że prosi o Mszę świętą za duszę żony.
— Kiedy umarła? — zapytałem.
— Jeszcze nie umarła — odpowiedział — ale zrobi to lada chwila.

*

Pewna pani prosiła, żebym odprawił Mszę świętą w intencji jej męża po łacinie, bo 

nieboszczyk miał w szkole czwórkę z łaciny.

*

Przypomniał mi się ksiądz skrupulant, wtedy kiedy jeszcze po łacinie przed sumą na 

początku procesji śpiewano „Asperges me”. Zaśpiewał, ale po powrocie do zakrystii 
miał wątpliwości, czy śpiewając, nie opuścił słowa „me”. Znowu wyszedł do kościoła i 
zaczął śpiewać tylko „me, me” — dla uspokojenia sumienia.

*

O pewnym księdzu mówiono, że śpiewa źle, ale z zamiłowaniem.

*

Mój pierwszy proboszcz pamiętał jeszcze epidemię cholery w Warszawie, w czasie 

której leczono się miętą parzoną w dużych konwiach ustawianych na placach. Pamiętał 
również pobyt cara w Spale.

Otóż ów proboszcz trzymał w schowku pod pulpitem na ambonie czaszkę ludzką. 

Bywało, że w czasie kazania podnosił ją do góry i wołał:

— Nie chowaj się za filar! Tak będziesz wyglądała!

background image

Kiedyś, zaczynając kazanie, nacisnąłem niechcący pulpit. Czaszka wyskoczyła jak 

piłka i potoczyła się z hukiem po schodkach wiodących na ambonę. Powiedziałem:

— Amen.
Było to najkrótsze kazanie.

*

Kiedyś przeglądałem dziewiętnastowieczny zbiór niemieckich kazań do głoszenia w 

kościele. W treści każdego kazania co kilka zdań były słowa w nawiasie: „Hier soll 
man schimpfen” [tu należy wymyślać].

*

Pewien ksiądz miał bardzo głośne kazanie.
Podszedł do niego mały chłopczyk i powiedział:
— Czego tak się drzesz? Mamusia przecież mówiła, że w kościele trzeba być cicho!

*

Słyszałem kiedyś homilię. Ksiądz strasząc karami bożymi zacytował fragment 

Makbeta w starym przekładzie Paszkowskiego. Czytał z otwartej książki rozmowę 
wiedźm: „Palec mi świerzbi, to dowodzi, że potwór przychodzi. Otwórz otwór, 
wejdzie potwór”.

*

Słyszałem od swojego starego, już nieżyjącego proboszcza, że jego proboszcz z 

czasów arcybiskupa Felińskiego lubił — głosząc kazania — ilustrować je widocznymi 
przykładami. Umówił się z kościelnym, że kiedy będzie głosił kazanie o Duchu 
Świętym, kościelny wypuści gołębia na kościół. Zaczął mówić:

— Oto Duch Święty… — i czekał, kiedy się gołąb pojawi. Zapadło milczenie, bo 

nic się nie działo, słuchacze nie wiedzieli, o co chodzi. Nagle wpadł kościelny i 
krzyknął:

— Proszę księdza, ducha świętego kot zjadł!

*

Słyszałem w kazaniu takie zdanie: „.. i padł jak długi na kolana”.

*

Ksiądz wygłosił kazanie na temat Ewangelii, w której mowa o tym, że jeżeli ktoś 

ma dwa płaszcze — jeden powinien oddać potrzebującemu.

Przyszedł potem ktoś do owego księdza i powiedział:
— Ja nie mam płaszcza, a ksiądz ma dwa. Proszę dać mi jeden.
Ksiądz natychmiast odparł:
— Ale pamięta pan, co było na początku? — „Onego czasu…”

*

background image

Umarł ksiądz proboszcz, znany ze swojej gorliwości. Umarł także kierowca 

autobusu, znany pijak.

Znaleźli się obaj w niebie. Ksiądz zaczął narzekać, że jest mniej uhonorowany niż 

szofer. Pyta więc go, dlaczego tak jest. Usłyszał w odpowiedzi:

— Jak ksiądz głosił kazania, to wszyscy spali, a jak ja jechałem, to wszyscy się 

modlili.

*

W czasie Mszy świętej poszczególne dzieci czytały do mikrofonu prośby w 

modlitwie powszechnej. Jeden z chłopców powiedział:

— Módlmy się w intencji Pana Boga.

*

Jeden z proboszczów pouczał mnie jako prymicjanta: — jeśli na tacy położą 

niewiele, mów „Bóg zapłać”, jeśli dużo — „Panie Boże zapłać”, jeśli bardzo dużo — 
„Panie Boże wielki zapłać”.

*

Pewien ksiądz Francuz, odprawiając Mszę po polsku, zrobił trzy błędy, zamiast 

„Oto Baranek Boży” — powiedział: „Oto Owiec Boży”, zamiast „Dzieciątko Boże” 
— „Dziewczątko Boże”, a po skończeniu zapytał: „Kiedy mogę jeszcze raz mszyć?”

*

Słyszałem o trzyletnim Marku, który niecierpliwił się w czasie Mszy świętej, nie 

mogąc doczekać się końca, i wreszcie zapytał rodziców głośnym szeptem:

— Kiedy ksiądz powie: „Idźcie ofiary do domu”?

*

Pewien chłopiec popatrzył na czerwone światło wiszące na długich łańcuchach 

przed Wielkim Ołtarzem i powiedział:

— Mamusiu, jak zapali się zielone światło, to wyjdziemy…

*

Na początku mojej pracy kapłańskiej, w latach stalinowskich, uczyłem religii w 

szkole dla dzieci specjalnej troski.

Pewnego dnia przyszedł wizytator, żeby sprawdzić, czy dzieci orientują się tak, jak 

należy.

Pokazał portret Żymierskiego:
— Kto to?
Jeden z uczniów wstał:
— Wiem, to jest Marszałek Piłsudski. Potem zapytał:
— A kto w Polsce rządzi?
— Pan Jezus.

background image

*

— Kto przystąpi razem z tobą do Pierwszej Komunii świętej? — zapytałem mojego 

ucznia. Odpowiedział:

— Tatuś, mamusia, ciocia.
— A dziadek?
— Dziadek nie przystąpi, bo nie dostałby rozgrzeszenia.
— Dlaczego?
— Ma drugą babcię.

*

— Słuchaj — tłumaczyłem czteroletniej Krysi, która uczyła się religii — dlaczego 

płaczesz? Twoi rodzice biorą ślub w kościele, bo wcześniej nie mogli. Powinnaś się 
cieszyć.

Płakała dalej:
— Nie przypuszczałam, że byli takimi świntuchami.

*

Pewien ksiądz, doktor teologii, przyszedł w zastępstwie katechety na lekcję religii 

do przedszkola. Dotykał rękoma główek dzieci i mówił:

— Pamiętajcie na całe życie: Bóg jest transcendentalny.

*

Słyszałem, że pewien ksiądz poszedł jako kapelan więzienny porozmawiać z 

mordercą, który zabił ojca, matkę, a dziadka zarżnął. Psycholog poradził mu, żeby 
rozmawiał z więźniem jak z dzieckiem, bo wtedy będzie zrozumiały i nie urazi…

Kiedy zobaczył mordercę, powiedział:
— Cio to, cio to, bęc mamusię, bęc tatusia, a dziadula dylu dylu?

*

Jeden z księży prefektów lubił pożartować:
— Jeżeli postawię uczniowi dwójkę, to powie: „Niech księdza szlag trafi”. Wolę 

postawić mu piątkę i powiedzieć: „Niech ciebie szlag trafi”.

*

Spóźniony uczeń wpada do klasy.
— Siadaj — mówi profesor — właśnie mówię o ośle.
— Już ja tego osła wolę wysłuchać stojąc.

*

Ewangelista podaje dokładnie, że uboga wdowa rzuciła do skarbony jeden grosz, 

czyli dwa pieniążki.

Kiedy czytałem to opowiadanie mojemu małemu uczniowi z klasy czwartej, 

background image

powiedział:

— Gdybym miał grosz w jednym kawałku, to bym go wrzucił do skarbony, ale 

gdybym miał dwa pieniążki po pięćdziesiąt groszy, to bym wrzucił tylko jeden 
pieniążek. Trudno przecież nie mieć nawet pół grosza.

*

Katechetka pokazywała uczniom obraz przedstawiający męczeństwo chrześcijan. 

Lwy pożerały męczenników.

Pewien chłopiec, widząc, że jeden z lwów trzymał w paszczy niewielki kawałek, 

mniejszy niż to, co trzymały inne lwy — powiedział:

— Szkoda, temu dostało się tak malutko.

*

— Dlaczego takie słabe stopnie masz na świadectwie? zapytał ojciec syna. — Janek 

ma znacznie lepsze.

— Tak, ale on ma mądrzejszych rodziców.

*

Pewien chłopiec zobaczył procesję wychodzącą z kościoła na ulicę: chorągwie, 

feretrony, na rękach dziewczynek — poduszki haftowane. Powiedział:

— Będzie sprzątanie w kościele, bo wszystko wynoszą.

*

Pięcioletni chłopiec w Wielki Piątek wracał z kościoła. Mamusia tłumaczyła mu 

długo, że wszyscy obchodzą teraz pamiątkę śmierci Pana Jezusa. Chłopiec zamyślił się 
i powiedział ze smutkiem:

— Jaka szkoda, że Pan Jezus umarł.
Po chwili jednak, już trochę weselej, wykrzyknął:
— Ale dobrze, że mamy zapasowego w niebie.

*

— Dlaczego pan obchodzi Drogę Krzyżową od końca?
— Bo ja wolę przechodzić od stacji smutniejszych do pogodniejszych.

*

Słyszałem kiedyś przemówienie księdza proboszcza witającego biskupa:
— Najczcigodniejszy Pasterzu, Księże Biskupie! Nasz Pasterz, Jezus Chrystus, 

powiedział tak…

*

Do Lasek przyjechał ksiądz biskup z Francji. Niewidome dzieci witając go, 

dotykały.

Jedna z dziewczynek zawołała:

background image

— Księże biskupie, ksiądz ma łańcuch taki, jak krowa mojego tatusia!

*

Do zakrystii przyszli młodzi rodzice z małym dzieckiem.
— Przyszliśmy ochrzcić dziecko.
— Jakie imię? — pyta ksiądz.
— Neptun — odpowiedzieli. Ksiądz zrobił wielkie oczy.
— Niemożliwe. To pogańskie imię. Wybierzcie świętego patrona.
— Gdzie mamy go szukać?
Otwórzcie Litanię do Wszystkich Świętych i weźcie pierwsze lepsze.
Po krótkiej naradzie zdecydowali:
— Dobrze. Niech będzie Kyrie elejson.

*

Do zakrystii wpada zdenerwowana kobieta i woła:
— Potrzebny mi ksiądz na gwałt!

*

Słyszałem o takim zdarzeniu: do pana, który nosił baldachim w czasie procesji, 

zbliżył się wojujący ateusz, który miał do niego osobiste pretensje, i walnął go w 
twarz. Uderzony spokojnie nadstawił drugi policzek. Dostał drugi raz. Zebrał się tłum, 
niektórzy się uśmiechnęli.

Tymczasem pobity odczekał chwilę i powiedział:
— Dotąd była Ewangelia, teraz będę ja — i trzepnął napastnika.

*

Kiedy dowiedzieliśmy się, że Ojciec Święty złamał nogę, powiedziała mi jedna 

znajoma:

— Lepiej byłoby, żeby to się przydarzyło mojemu sąsiadowi z przeciwka.

*

Kiedy przebywałem na swojej pierwszej parafii w Żbikowie, widziałem co pewien 

czas jedną ze starszych pań leżącą krzyżem. Początkowo nie śmiałem pytać, wreszcie 
zapytałem:

— W jakiej intencji pani się modli?
Odpowiedziała:
— Modlę się w intencji kierowniczki zakładu spokojnej starości, żeby zdechła.

*

Sprzeczano się, co jest ważniejsze: pobożność czy wiedza. Powiedziano: chyba 

wiedza, bo pobożność może przeminąć, ale głupota pozostanie.

*

background image

Do jednego z księży przychodziła pobożna pani i stale zamęczała go:
— Do kogo mam odmawiać koronkę: czy do świętego Antoniego, czy do świętego 

Józefa, czy do Matki Boskiej, bo zapomniałam?

Wyprowadzony z równowagi ksiądz odpowiedział:
— Niech pani odmawia koronkę do wszystkich diabłów!

*

Jeden z proboszczów napisał węglem na ścianie: „Młodej kobiety bój się, przed 

starą uciekaj”.

*

Jeden z kolegów zwierzał mi się:
— Kiedy spotykam kobietę, mówię „Veni Sancte Spiritus”, ale kiedy odchodzi, 

mówię: „Te Deum Laudamus”.

*

— Dlaczego jesteś taki smutny? — zapytał ksiądz. — Smutny święty to żaden 

święty.

— No tak — odparł zagadnięty — tylko że ja jestem błaznem w cyrku i teraz 

wypoczywam.

*

W starej kancelarii starego kościoła w staroświeckiej szufladzie odnaleziono zeszyt 

ze starymi rachunkami. Odczytano następującą kartkę:

— za dolepienie nosa świętej Marcie — 3 ruble
— za dorobienie uda świętemu Marcinowi — 1 rubel
— za dosztukowanie pośladka aniołowi — 90 kopiejek
— za dorobienie dziecka Józefowi — 1,5 rubla.

*

Kiedy przyjechałem na pierwszą parafię, wypadało mi odwiedzić księdza kapelana, 

który przebywał w pobliskim zgromadzeniu sióstr. Wiedziałem, że był stary, pamiętał 
czasy arcybiskupa Popielą. Byłem ciekawy spotkania. Zastałem go płaczącego. 
Martwił się. W nocy wyskoczył niedostatecznie ubrany z łazienki, ale pomylił drzwi i 
wszedł do kaplicy, gdzie jedna z sióstr odbywała nocne czuwanie. Tłumaczyłem, że to 
nic strasznego. Kiedy jednak wróciłem do domu, plotkowano na parafii:

— Ten kapelan to bardzo pobożny ksiądz, ale chodzi nocą w bieliźnie po kaplicy.

*

Pamiętam, w czasach stalinowskich w dniu wyboru do Sejmu ksiądz proboszcz 

powiedział:

— Jeżeli chodzi o mnie, pobiegnę bardzo rano, to nikt nie zobaczy, a ksiądz niech 

pójdzie później.

Następnego dnia naplotkowano w parafii:

background image

— Ksiądz proboszcz tak się pospieszył, że na czczo poleciał.

*

Wikariusz, stojąc na drabinie, wkręcał żarówkę. Nagle drabina zawahała się i wpadł 

do nieostrożnie otwartej klapy, wiodącej do piwnicy.

— Skoro tam już jesteś — powiedział spokojnie stojący na górze proboszcz — 

przynieś mi słoik z ogórkami.

*

Na plebanii dzwoni telefon. W słuchawce damski głos:
— Czy jest ksiądz prałat?
— Jest, ale nie może podejść.
— Dlaczego nie może?
— Bo nie może.
— Ale dlaczego nie może?!
— Bo jest w klozecie!

*

Opowiadają, że kiedyś napisano do jednego z papieży w obronie cystersów. 

Litowano się, że mają za trudną regułę. Jedzą raz na dzień, budzą się w nocy na 
modlitwę. Uważano, że w imię postępu należy złagodzić regułę.

Papież zawezwał delegację cystersów. Przybyło trzech mnichów. Oświadczyli, że 

reguły nie trzeba zmieniać, bo — jak powiedzieli — jeden z nich przeżył 87 lat, drugi 
95, a trzeci 115.

*

Czytałem, że już dawno temu jezuici pokłócili się z bernardynami o to, kto pisze 

lepsze wiersze.

— My piszemy: jezuita i kwita — powiedział jeden z bernardynów.
— My piszemy: głupi bernardyn.
— Przecież tu nie ma rymów.
— Nie ma rymów, ale jest sens — tłumaczył jezuita.

*

Bohdan Korzeniewski pisze w swojej książce Sława i infamia:
Dotarliśmy w naszych wędrówkach do La Grandę Chartreuse koło Grenoble, 

klasztoru kartuzów założonego w XI wieku. Przebywaliśmy tam parę tygodni. 
Zakonnicy pędzili samotne życie w pustelniach i zbierali się co cztery godziny, także w 
nocy, by wspólnie się modlić.

Kiedyś w nocy obudził mnie wesoły gwar. Bracia i ojcowie biegali klaszcząc w 

ręce. Podskakiwali i rzucali się sobie w ramiona. Powodem tej dziecięcej radości była 
śmierć jednego z mnichów. Byłem na pogrzebie zmarłego. Chowano go bez trumny, z 
kapturem nasuniętym na twarz, przy radosnych śpiewach. Cieszono się, że Bóg 
powołał braciszka do siebie.

Z tą łaską wiązała się inna — przywilej mówienia przez całą godzinę.

background image

*

Jeden z moich znajomych porzucił wszystko i wstąpił do klasztoru. Odwiedziłem go 

po dwóch miesiącach i zapytałem, co u niego słychać. Powiedział:

— Wszystko dobrze, ale zostałem pokrzywdzony, bo rozdawano buty i dostałem 

nie takie, jakie mi się podobały.

*

Pewien proboszcz napisał referencje o kleryku: „Ładny i wie o tym”.

*

Słyszałem, że do rektora seminarium wpłynęło podanie kandydata do stanu 

duchownego: „Do szóstego roku życia prowadziłem ż)cie rozpustne, ale potem się 
opamiętałem i nawróciłem”.

Słyszałem także o innym podaniu. Kandydat na mnicha napisał prosząc o przyjęcie: 

„Zawsze byłem bardzo ostrożny, pamiętałem, że lew krąży, rozglądając się, kogo by 
pożreć — i unikałem przyjaźni z kobietą”.

Dostał odpowiedź: „Nie nadajesz się do nas”.

*

O wicerektorze seminarium duchownego powtarzają taką anegdotę.
Kiedy przychodzono do niego z problemami, odpowiadał chętnie, lecz nigdy nie był 

pewien swego zdania i do każdej odpowiedzi wtrącał słowa: „Z jednej strony tak, z 
drugiej strony nie”.

Przed wakacjami zapytał go kleryk, czy może na dworcu witając się z młodą ciotką 

pocałować ją. Usłyszał odpowiedź:

— Z jednej strony tak, z drugiej strony nie.

*

Z pism Ojca Innocentego Bocheńskiego

Zapytano na egzaminie księdza:
— Czy mogą być w Trójcy Świętej cztery osoby?
— Za przyzwoleniem władz duchownych — mogą.

*

Słyszałem, jak matka groziła niegrzecznemu dziecku:
— Jak się Bozia rozzłości, to cię po łapach wytrzaska.

*

Marcin uważa, że gładzić grzechy to znaczy głaskać je.

*

background image

Mój kolega, który przygotowywał się do pierwszej spowiedzi, spisał wszystkie 

swoje grzechy na kartce, żeby ich nie zapomnieć, a po rozgrzeszeniu powiesił tę kartkę 
w jadalni na widocznym miejscu, przekonany, że skoro te grzechy już znikły, to można 
je pokazać. Przecież ich już nie ma.

*

Pewien chłopiec, którego przygotowywałem do Pierwszej Komunii świętej, po 

spowiedzi, wieczorem zadzwonił do mnie i zapytał:

— Jaką dostałem pokutę, bo zapomniałem?

*

Nie tylko święty Tomasz, ale i uczeń na katechezie nie dowierzał:

Hi, hi, hi,
jak można przejść przez zamknięte drzwi?
Nawet chudzi jak patyki święci i niegrube święte
nie potrafią przejść przez drzwi zamknięte.

Potem obaj uwierzyli, a chłopiec chciał koniecznie kupić obrazek ze świętym 

Tomaszem.

*

W czasach stalinowskich spisywano w księdze dobre uczynki parafian. Każdy 

wpisywał sobie sam. Jeden z chłopców wykaligrafował: „Pasłem krowę komuniście”.

*

Opowiadano mi, że w czasach stalinowskich przed gmachem Partii żebrak 

wyciągnął rękę po jałmużnę.

— Idź pod kościół — ktoś krzyknął.
— Ale ja jestem niewierzący.

*

Jeden z katechumenów przyszedł do mnie i powiedział, że przygotowywał się do 

chrztu świętego w okresie stanu wojennego. Prosił, abym go przepytał. Zapytałem:

— Czy wierzysz w Boga?
Powiedział:
— Wierzę.
— A co byś zrobił ze swoimi wrogami? — pytam dalej.
Odpowiedział:
— Ja bym im wszystkim łby poukręcał.

*

Usłyszałem krzyki przy drzwiach wejściowych do kościoła. Chciano wyrzucić 

background image

kobietę. Wołali:

— To ulicznica. Taka może okraść kościół.
Obroniłem ją. Poszliśmy razem do zakrystii. Powiedziała, że chciała się 

wyspowiadać.

— Stałam na ulicy, obsypał mnie śnieg, przypomniała mi się moja sukienka do 

Pierwszej Komunii świętej.

*

Pewien ksiądz pouczał, jak robić rachunek sumienia: — Nie mów, że trzepałeś 

kożuch, jeżeli w tym kożuchu był wujek. Nie mów, że przejechałeś butelkę, jeżeli ta 
butelka była w kieszeni przechodnia. Nie mów, że tylko ukradłeś sznurek, jeżeli do 
tego sznurka był przywiązany koń.

*

Odwiedziłem swego chorego kuzyna w szpitalu w K. Pracowały tam siostry 

zakonne. Przełożona zaprosiła mnie do siebie i opowiadała ze wzruszeniem, że stało 
się coś niezwykłego. Przywieziono ciężko chorego profesora N. z Krakowa. Szepnęła 
mi do ucha:

— Straszny heretyk, żył bez Boga. Kiedy jedna z sióstr zaczęła go systematycznie 

odwiedzać, po dłuższym czasie nawróciła go.

Bardzo mnie ten profesor zainteresował. Poszedłem do niego. Był godny i 

dystyngowany, chociaż szpital zwykle odziera człowieka z jego powagi i autorytetu. 
Wspomniałem nieśmiało o jego nawróceniu. Zamyślił się i powiedział:

— Przychodziła do mnie siostra zakonna dzień w dzień. Co ja miałem począć? Nie 

wiedziałem, czy kupić kwiaty, czy czekoladki. Więc wyspowiadałem się, ale zawsze 
byłem wierzący.

*

Jechałem pociągiem do Żabieńca. Jedna z podróżnych, psycholog, opowiadała mi o 

przeżytym zdarzeniu.

Od pewnego czasu odwiedzał ją w poradni młody człowiek z niecodzienną udręką. 

Bardzo chciał przyjąć Komunię świętą, ale… nienawidził ludzi, zwłaszcza najbliższych 
sąsiadów, którzy za głośno zamykali drzwi windy, i wszystkich innych po kolei. 
Chodził do spowiedzi, ale żaden ksiądz nie dawał mu rozgrzeszenia. Wreszcie pojechał 
na głuchą wieś i spowiadał się u prostego księdza, który tak odmawiał różaniec, jakby 
kruszył chleb dla wróbli. Spowiednik wysłuchał udręczonego penitenta i powiedział:

— Nie mogę cię rozgrzeszyć. Jednak po namyśle zaczął pytać:
— Czy naprawdę chcesz przyjąć Komunię świętą? Czy naprawdę kochasz Pana 

Jezusa? Czy naprawdę tęsknisz za Nim?

Młody człowiek odpowiedział:
— Pan Jezus jest tęsknotą mojego życia. Ksiądz zdecydował:
— Nie mogę dać ci rozgrzeszenia, ale jeżeli tęsknisz za Panem Jezusem, to przyjmij 

Go.

Penitent przyjął Komunię świętą.
Opuściły go natrętne myśli. Zaczął uśmiechać się do ludzi i nawet wybaczył 

sąsiadowi, który za ścianą ćwiczył na trąbce i mylił się wciąż w tych samych miejscach.

background image

*

Spowiednik chciał pomóc małemu penitentowi i pytał:
— Czy czasem nie wsadzałeś noża do skarbonki, żeby wyjąć pieniądze?
— Nie, ale to dobra myśl.

*

Pewien złodziej zakradł się do ogrodu róż. Rosły pięknie rzędami. Obcinał róże po 

kolei, zostawiając co siódmą. Powtarzał sobie:

— Siódme: «Nie kradnij».

*

Kiedy Mojżesz ogłaszał przykazania i powiedział: „Siódme: Nie kradnij», wierni 

zaniepokoili się.

— To z czego będziemy żyli? — pytano.
Ktoś wynalazł sposób i przekreślił siódemkę. Odtąd jest to cyfra dla niektórych 

niepewna. Jedyna przekreślona cyfra. Ważna, czy nieważna?

*

Opowiadano mi o Cyganie, który w czasie spowiedzi niepostrzeżenie, kiedy ksiądz 

wychylił rękę, ściągnął mu zegarek. Wypowiadając grzechy powiedział:

— Ukradłem zegarek.
— Oddaj temu, komuś zabrał.
— Może ja księdzu oddam.
— Broń Boże, nie chcę tego zegarka. Zatrzymaj go przy sobie.

*

Ksiądz biskup zapytał proboszcza:
— Dobrze jest mieć swojego stałego spowiednika, który czuwa nad rozwojem 

wewnętrznym penitenta. Czy ksiądz ma kogoś takiego?

— Mam, proszę księdza biskupa.
— Jak on się nazywa?
— Ksiądz Stefan Gabryszewski.
— Ależ on umarł pięć lat temu!
— Ach, jak ten czas szybko leci.

*

Usłyszałem kiedyś:
— Tak gorliwie broniłem Boga, że trzepnąłem w mordę człowieka.

*

Żeby coś znaleźć, trzeba wiedzieć, czego się szuka.

*

background image

Czytałem o trzech przepaściach życia wewnętrznego i skusiłem się na cielęcinę.

*

Mówiono o nim pobożny, bo nie opuszczał żadnej sumy.
Zapytałem, czy Z. N. był wierzący.
— Tak, tak — odpowiedziano mi — zawsze w Wielką Sobotę poświęcał jajka na 

Wielkanoc.

background image

O ślubach i rodzinie

Ksiądz w czasie nauki przedmałżeńskiej mówił:
— Uczcie się od wróbla — wróbel najpierw buduje gniazdo, a potem zaprasza 

samiczkę. A wy robicie tak: najpierw dziecko, potem ślub, a na koniec: „Jezus Maria, 
gdzie będziemy mieszkali?!”

*

Wiele lat temu napisałem w wierszu: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko 

odchodzą”. Do tej pory jestem zdziwiony, bo to skromne powiedzenie powtarza wiele 
osób, spotyka się je w reklamach, ale głównie w nekrologach.

Niedawno usłyszałem to samo powiedzenie, ale inaczej.
Do zakrystii przyszła do mnie młoda dziewczyna i powiedziała stanowczo:
— Proszę o ślub. Jak najszybciej.
Spojrzałem na nią podejrzliwie i zapytałem:
— Skąd ten pośpiech?
— Słyszał ksiądz to powiedzenie: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko 

odchodzą”? Śpieszę się, żeby mi nie uciekł.

*

Przyszedł do mnie młody człowiek, którego porzuciła dziewczyna. Przyniósł mi 

napisany w rozpaczy wiersz, który kończył się w taki sposób:

„Porzuciłaś mnie, małpo, zakochałaś się w innym
i nie będziesz już leżeć ze mną w grobie rodzinnym”.

*

Romantyczny młodzieniec zwierzał mi się, że kochał dziewczynę. Często 

deklamował fragment W Szwajcarii Słowackiego:

Raz — że nie była niebieskim aniołem,
Myślałem całe długie pół godziny;
Wyspowiadałem się potem z tej winy.

— Wreszcie — powiedział mi — odważyłem się pocałować ją w rękę, ale kiedy 

leżała na katafalku.

*

Pewien ksiądz nie wiedział, jak ogłosić zapowiedzi.
Narzeczony nazywał się Jan Chrzan, a narzeczona Maria Jedligówna. Wreszcie 

powiedział: „Marianna z Janem Jedligówna z Chrzanem”.

*

Pewien pan zaraz po spowiedzi przedślubnej przybiegł do księdza, swojego 

background image

spowiednika.

— Proszę księdza, ksiądz mi nie zadał pokuty.
Ksiądz spokojnie odpowiedział:
— W takich wypadkach nie zadaję pokuty, bo pokutą jest małżeństwo.

*

Pewna dziewczyna modliła się o męża do figurki świętego Antoniego, stojącej na 

oknie. Któregoś dnia figurka przypadkowo spadła i trafiła przechodzącego ulicą 
młodzieńca. Przybiegł na górę, żeby nawy myśląc. Poznał dziewczynę i… ożenił się z 
nią.

*

Pewien ksiądz pocieszał nowożeńców:
— W małżeństwie trudne jest tylko pierwsze dwadzieścia pięć lat, a potem to już 

jako tako.

*

Jeden z moich kolegów księży dawał ślub. Nie zauważył, że pan młody był trochę 

garbaty i utykał. W ślubnej homilii tak powiedział:

— Mężczyzna, jakimkolwiek by był — jest darem Bożym.

*

Jeden z księży głosząc przemówienie na ślubie posłużył się wierszykiem — 

wydawałoby się — nie na temat:

Tańcowały dwa Michały,
jeden duży, drugi mały.
Jak ten duży zaczął ryczeć,
to ten mały zaczął kwiczeć.
Gdy się dobrze podrapali,
to się wreszcie pokochali.

Pierwsze pytanie po ślubie: — Kto kogo?

*

— Zygmuncie, czy masz wolną wolę pojąć Teresę, którą widzisz przed sobą?
Odpowiedział:
— Nie mam innego wyjścia.

*

Pewien ksiądz tak opowiadał w swojej homilii:
— Znałem rozmodlonych narzeczonych, stale modlili się do Ducha Świętego, 

czekali na Niego, ale kiedy się pobrali, od razu wyrzucili teściową na zbity pysk.

background image

*

Słyszałem w homilii ślubnej:
— Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają duszy twojej.

*

Pewien ksiądz odbierał przyrzeczenie od nowożeńców w języku angielskim i 

zamiast: „Do you want to take this Zofia for your lawful wife?” — powiedział „awful 
wife”.

Narzeczony był bardzo zdenerwowany, ale po dwóch miesiącach napisał do 

księdza, że się ksiądz nie pomylił.

*

Zapytano jednego z proboszczów:
— Dlaczego ksiądz w czasie ślubów zasłania główny obraz nad ołtarzem? Taki 

piękny obraz Jezusa Ukrzyżowanego, a ksiądz wynalazł taką tkaninę, którą zawiesza 
na obrazie…

— Dlatego, że na obrazie wypisano dużymi literami:
PRZEBACZCIE IM, BO NIE WIEDZĄ CO CZYNIĄ.

*

— Dobrze im tak! — powiedział ksiądz proboszcz wracając po ślubie z kościoła.

*

Ze wszystkich miłości najtrudniejsza jest miłość do najbliższych. Zapytałem swego 

znajomego, który jest piętnaście lat po ślubie:

— Co tam dzieje się u ciebie w domu?
— Wszystko dobrze — odpowiedział. — Kochamy się, ale udusiłbym ciotkę, bo za 

długo rozmawia przez telefon, żonę, bo stale podejrzewa, teściową, bo wciąż się 
wtrąca, nawet babcię, która jest za stara na babcię.

Tak się czasem sobie podobamy, że wokół siebie chcemy mieć i widzieć tak samo 

sympatycznych jak my. Tymczasem ci najbliżsi są różni, i to tych różnych mamy 
kochać, a nie podobnych do nas.

*

Jeden ze znajomych skarżył mi się:
— Moja żona mówi, mówi i mówi, ale nie mówi tego, co mówi.

*

Kiedy proboszcz w czasie kolędy powiedział do synka pani domu — „Powiedz 

mamusi, żeby podziękowała tatusiowi za to, że kupił jej futro” — mamusia odparła:

— Gdybym liczyła na tatusia, to nie miałabym ani futra, ani ciebie.

*

background image

Opowiadała mi jedna z matek:
— Poszłam na dworzec, aby przywitać wracającego z wakacji syna. Na wielkim 

dworcu omyłkowo stanęłam na innym peronie. Ogarnął mnie strach. Wreszcie go 
spostrzegłam.

— Jak to się stało, że się spotkaliśmy? — zapytał syn. —Ja tylko zawołałem 

„Mamusiu!”

Na dworcu ogromnie hałasowano. Zgrzytały wózki przewożące bagaże, 

przechodnie krzyczeli na cały głos, megafon kwiczał jak prosiak, pies skowyczał, bo 
nie chciał wejść do pociągu.

— Przecież zawołałeś „Mamusiu!”, więc musiałam usłyszeć.

*

O matce Józefa Kraszewskiego mówiono, że była tak dobra, iż tylko przez 

skromność nie czyniła cudów.

background image

Złote wesele

Ktoś przyszedł i zapowiedział złote wesele. Zapytałem, jak się czują jubilaci, i 

usłyszałem odpowiedź:

— Całkiem dobrze. Trochę gorzej z przyjazdem, jubilata przywiezie karetka, a 

jubilatkę przyniosą na rękach.

*

Jedna z moich znajomych, słysząc, że mąż, który ją porzucił, umiera, powiedziała:
— Przebaczyłam mu wszystko.
Ale kiedy nieoczekiwanie wyzdrowiał, oświadczyła:
— Przebaczyłam mu, bo umierał, ale skoro nie umarł nie przebaczę temu łajdakowi.

*

Pojawił się u mnie nieznajomy pan w kiepskim humorze. Powiedział:
— Żałuję, że nie jestem dzieckiem z probówki, tak mi rodzina dokucza.
Wygłosił również taką sentencję:
— Mężczyzna to człowiek i zwierzę, kobieta to anioł i zwierzę.

*

Pewna dziewczynka pomyślała tak: „Skoro Pan Bóg powiedział «kochaj bliźniego 

swego», to znaczy, że miłość jest nakazem”‘.

— Wiem, że mnie kochasz — mówiła — bo musisz. Ale czy choć trochę mnie 

lubisz?

*

Skąd pozbierałem anegdoty żartujące z małżeństwa?
Opowiadali mi szczęśliwi małżonkowie, bo nieszczęśliwi nie śmieją się, najwyżej 

półgębkiem.

Właśnie małżonków szczęśliwych bawi to, że można przezwyciężać wspólne 

trudności i mimo przeszkód kochać się wzajemnie, tworzyć wspaniałą rodzinę.

background image

W drodze do nieba

Czasem chrześcijanie są zabawni, można zbierać i zapisywać o nich anegdoty. Ale 

Bóg też się chyba uśmiecha, skoro stworzył hipopotama i wiewiórkę, a czasem nawet 
dostojnych teologów łaskocze wąsami chrabąszcza.

*

Sfrunął anioł sługa boży
jak puch topól pomaleńku
zamiast słów czcigodnych wzniosłych
rzekł do ucha mi: „O jejku”

*

Jeden z chłopców powiedział:
— Zrobiłem dobry uczynek. Przeprowadziłem babcię przez ulicę przy pomocy 

pięciu kolegów.

Ktoś zdziwiony zapytał:
— Dlaczego ci koledzy pomagali?
Odparł:
— Bo sama nie chciała przejść.

*

Dziadek żalił się wnuczkowi:
— Mam kłopot. Niedługo umrę, nie chcę obarczać rodziny kłopotami. Taka droga 

trumna, jeszcze droższy grób, samo otwarcie grobu dużo kosztuje. Moje dzieci będą 
miały zmartwienie.

Wnuczek pomyślał i krzyknął:
— Mam pomysł! Byłoby taniej, gdyby tak ktoś dziadka zeżarł!

*

I Koci, koci łapci, pojedziem do babci,
ale ani słówka, bo babcia Żydówka.

*

— Proszę księdza — opowiadała mi znajoma — mój dziadek połknął szklane oko. 

Poprosiłam mojego sąsiada, żeby mu zrobił lewatywę. Już się przygotowywał do 
zabiegu, nagle popatrzył na rozebranego dziadka, przeżegnał się i powiedział:

— Boże, ona patrzy!

*

Pewna staruszka, ile razy przewróciła się albo potknęła, beształa swego Anioła 

Stróża:

background image

— Jak ty mnie pilnujesz, gapo!

*

Odwiedziłem znanego profesora. Właśnie wydał książkę pt. Wpływ skrobi na 

amylazę słodową. Weszła lekarka.

— Jakie pani ma ładne nogi — powiedział profesor, ale matka, która siedziała przy 

nim, zaraz dodała:

— Pani doktor, mój syn ma kompletną sklerozę.

*

Opowiadano mi taką historię.
Przed wojną pewien dziedzic, stary kawaler, miał romans z ochmistrzynią w swoim 

domu. Kiedy ciężko zachorowała, kazał wezwać księdza. Ksiądz opatrzył chorą, ale 
dla okazania dezaprobaty i zgorszenia nie chciał usiąść przy stole i zjeść 
podwieczorku. Obrażony dziedzic zdjął ze ściany dwururkę, wymierzył w proboszcza i 
trzymał ją tak długo, aż ksiądz zjadł wszystko do końca.

*

Przyszedł do mnie zatroskany, bardzo elegancki pan. Zaprosił mnie do swojej babci, 

starej i ciężko chorej. Poszedłem. Weszliśmy do pokoju. Wisiał tu barometr i portrety 
Pochwalskiego, które malował we dworach. Wnuk doradził mi wyspowiadać babcię, 
ale obawiał się namaszczenia:

— Babcia moja taka nerwowa, jeszcze się zlęknie.
Zaproponował:
— Zgasimy światło, żeby nie było widać, ksiądz podejdzie do babci i namaści ją po 

ciemku.

*

Na informacyjnej kartce odczytałem: lek działa dobrze i nie powoduje paraliżu 

mózgu.

*

Człowiek dobrze wychowany chętnie żyje i chętnie umiera.

*

Zapytał mnie pewien lekarz:
— Jak zachowywał się zmarły przed śmiercią?
— Kasłał — odpowiedziałem.
— To dobrze, bardzo dobrze — ucieszył się lekarz.

*

W czasach stalinowskich pojechałem do szpitala Ministerstwa Spraw 

Wewnętrznych w Warszawie, przy ulicy Wołowskiej. Leżał tam J. R., bohater 

background image

partyzantki AL w Górach Świętokrzyskich, pisarz, uroczy człowiek. Poznałem go, 
kiedy mieszkałem jako wikariusz na Saskiej Kępie.

Nagłe zachorował śmiertelnie na grzybicę płuc po zażyciu penicyliny. Chciałem go 

koniecznie odwiedzić. Jednakże ten szpital był w szczególny sposób niechętny 
księżom. Nie miałem zaproszenia, niezrażony chodziłem po szpitalnym korytarzu tam i 
z powrotem, nie wiedząc, co dalej. Niespodziewanie zatrzymała się winda i wyskoczył 
salowy w białym fartuchu:

— Niech się ksiądz nie martwi, odwiozę, niech ksiądz tylko poda dokąd.
Kiedy jechaliśmy, westchnął:
— Boże kochany, nareszcie ktoś porządny umiera.

*

Pukanie do drzwi. Ktoś zapytał:
— Kto tam? Padła odpowiedź:
— Śmierć.
Wszyscy się wystraszyli. Niektórzy pochowali się pod łóżko. Ktoś odważny 

otworzył. Weszła śmierć z malutką kosą.

Zapytali:
— Co to takiego? Dlaczego kosa taka mała? Śmierć odpowiedziała:
— Przyszłam po kanarka.

*

Jeden z księży założył się, że przy jego śmierci wszyscy się roześmieją. Uważano to 

żart.

Przyszła jednak chwila, kiedy rozchorował się bardzo poważnie. Gdy umierał, 

zgromadził wszystkich kolegów pracujących w parafii, żeby byli przy nim.

— Proszę o spowiednika, chcę się wyspowiadać. Ponieważ mam wyrzuty sumienia, 

nie chcę się spowiadać po cichu, do ucha, tylko na głos, żeby wszyscy słyszeli.

Niektórzy się krępowali, chcieli wyjść. Chory powiedział:
— Jednego przykazania nie zachowałem: rośnijcie i rozmnażajcie się.
Wszyscy się uśmiechnęli. Umarł i wygrał zakład.

*

Wszyscy zebrali się, żeby otworzyć testament zmarłego księdza. Odczytano: „Niech 

każdy łapie, co może”.

*

Opowiadała mi zdenerwowana pani:
— Wpadłam do kancelarii parafialnej. Proszę księdza, mówię, mój mąż wyleciał z 

samochodu. Drzwi były niedomknięte i zabił się.

— Spokojnie — opowiedział ksiądz — to się zdarza, ale skoro pani już tu jeat, 

spiszmy akt zgonu i jeśli będzie pani drugi raz wychodziła za mąż — przyda się.

*

Opowiadano mi: samochód pogrzebowy zatrzymał się przed domem, ale 

background image

karawaniarz nie znał dokładnie adresu. Zapukał do drzwi na drugim piętrze i zapytał 
nieśmiało panią, która otworzyła:

— Bardzo przepraszam, ale czy to pani jest żoną tego nieboszczyka?

*

Przypominam znaną historię. Jeden z filologów napisał pracę naukową na temat 

wyrazów „nieboszczyk” i „deszczyk”. Uważał, że kiedyś „nieboszczyk” znaczył 
„deszczyk”, bo woda deszczu ścieka z nieba (niebo–szczyk), a wyraz „deszczyk” 
znaczył kiedyś „nieboszczyk”, bo mówił o człowieku, który leżał w deskach.

*

Kiedyś na Śląsku znalazłem się w towarzystwie, w którym jeden z górników 

powiedział:

— Wujek zdechł.
Byłem zaskoczony.
Wytłumaczono mi. że powiedzeniem „człowiek zdechł” nikt się tutaj nie gorszy, bo 

„zdechł” znaczy „oddał dech” — oddał duszę. Natomiast pies umiera.

Zrobiło mi się przykro, bo uważam, że pies ma też swoją zwierzęcą duszę.

*

Umarł szkolny nauczyciel fizyki. Poproszono jednego z uczniów.
— Powiedz coś nad jego grobem, masz piątkę z polskiego i najłatwiej przychodzi ci 

mówienie.

Ale on tłumaczył się:
— Nie wypada. Znałem słabo fizykę i tak by wyglądało, jakbym się podlizywał.

*

Na pogrzebie ksiądz powiedział:
— Z wielkim żalem i smutkiem żegnamy dziś pana Jana Kobyłeckiego, który 

odszedł do radości wiecznej.

*

Byłem świadkiem następującego zdarzenia na pogrzebie.
Kiedy już odmawiałem niemal ostatnie modlitwy, jedna ze znajomych potknęła się, 

upadła i poważnie skaleczyła. Wszyscy do niej podbiegli, bo rana wyglądała groźnie. 
Szukali nerwowo środków opatrunkowych we własnych torebkach, pobliskich 
samochodach. Tak zajęli się cierpiącą, że zapomnieli o pogrzebie.

Zostałem sam jeden ze zmarłą. Zamiast przygotowanego wcześniej przemówienia, 

powiedziałem parę słów, na które już nikt nie zwracał uwagi:

— Droga pani, całe życie myślałaś o innych, nie myśląc o sobie. I teraz nie chcesz 

swoim pogrzebem nikomu zawracać głowy.

*

Poszedłem do kolegi, który pracował w przycmentarnym kościele, i zapytałem:

background image

— Czy nie męczą cię te stałe pogrzeby?
Odpowiedział:
— Wolę odprawiać pogrzeby, niż dawać śluby. Po pogrzebie nie może być już nic 

gorszego — tylko lepiej, a po ślubie może być tylko gorzej.

*

— To moi najlepsi parafianie — mówił ksiądz proboszcz, oprowadzając po 

cmentarzu. — Nie obmawiają mnie, nie piszą na mnie anonimów i najwięcej przynoszą 
dochodów.

*

Opowiadano mi taką historię.
Jeden z dziedziców postawił nagrobek, na którym kazał wyryć napis:

Dobry z ciebie był parobek,
więc ci stawiam ten nagrobek.

Zdarzyło się, że po pewnym czasie ktoś kredą dopisał:

Kiedyś stawiał mu nagrobek,
to już nie był twój parobek,
ani tyś mu nie był panem.
Pocałuj go w piszczel. Amen.

background image

Ze zbiorów Andrzeja Biernackiego

Kiedy mnie skryją w ciemne padoły,
kochać cię będą moje popioły.

*

Mówiono mi także o innym nagrobku: „Tu leży mąż, co dręczył mnie wciąż. A 

teraz drogi mężu odpoczniemy sobie, ja w domu, a ty w grobie”.

*

Na cmentarzu w Wołominie na jednym z nagrobków przeczytałem napis: „Szanuj 

zdrowie, bo jak nie, to cię spotka to, co mnie”.

*

Nagrobek

Tu leży Tomasz Wolski, ekonomista, lat 55. Zmarł w noc poślubną.

*

Bawi dowcip o kuchni z widokiem na cmentarz.

*

Znam panią, która tak zaborczo kochała swego narzeczonego, że po jego śmierci 

chodziła na cmentarz i wyrzucała wszystkie kwiaty, których sama nie przyniosła.

*

Opowiadał mi ksiądz, że znalazł się wieczorem na cmentarzu. Mrok zapadł. 

Zobaczył przy grobie bladego i wylęknionego człowieka.

— Proszę pana, niech się pan nie boi — powiedział ksiądz — ja jestem żywy.
Usłyszał odpowiedź:
— Ale ja jestem umarły.

*

Pewien socjolog dostał się do nieba i z przyzwyczajenia zawodowego zaczął tam 

robić sondaże. W niebie było najwięcej tych, którzy słuchali dziecięcych kazań. Ci, 
którzy słuchali doktorów, profesorów — siedzieli w czyśćcu, a dwóch w piekle.

background image

Z życia wzięte

Pewna pani gniewała się na tych, co obcinają psom ogony. Mówiła:
— Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.

*

Jeden z profesorów dykcji tłumaczył, że najlepszą dykcję ma krowa, bo ledwo–

ledwo otwiera pysk, a wszędzie ją słychać. Bez studiów „mówi na maskę”.

*

Śniadanie — Głódmorning

*

— Smutna zgoda pośladków na zwyczajne krzesło — powiedział dostojnik, kiedy 

oddano fotel do naprawy.

*

Przy jednym z kościołów był duży sklep, w którym sprzedawano rozmaite protezy 

uzupełniające braki ludzkiego ciała.

Kiedyś ludzie wychodzący z kościoła usłyszeli, jak sprzedawca, który wyskoczył ze 

sklepu, wołał:

— Proszę pani! Proszę pani! Pani się pomyliła i zamiast piersi nr 3 wzięła tylną 

część nr 4!

*

Nie dotykaj

Jeden z moich znajomych miał skrupuły. Wybrał się na bal. Nie wiedział, że pani, z 

którą tańczył, miała sztuczny nadmuchiwany biust:

— Dotknąłem, nacisnąłem i jedna pierś trzasnęła, jakby ktoś strzelił. A druga 

zrobiła tak: fiuuuuuu…

*

Jeden z malarzy opowiadał, że spotkał w ogrodzie pana z piękną siwą brodą. 

Zaprosił go do pracowni malarskiej, żeby przyszedł następnego dnia i pozował do 
obrazu, przedstawiającego Boga Ojca. Nie bardzo chciał przyjść. Targował się.

Wreszcie po otrzymaniu większej zaliczki obiecał, że przyjdzie. Zjawił się starannie 

ogolony. Tłumaczył się:

— Miałem pieniądze, to poszedłem do fryzjera, żeby porządnie wyglądać.

*

Przyszła do mnie znajoma i pokazała mi odpowiedź na piśmie z poradni 

background image

adwokackiej: „W tym stanie rzeczy sprawa dojrzała do negatywnego załatwienia”.

*

W czasach stalinowskich przyszło do mnie dwóch panów z Urzędu 

Bezpieczeństwa.

— Pójdziemy na zebranie dyskusyjne — powiedzieli. Okazało się jednak, że 

pomylili się i pokazali mi wezwanie na nazwisko księdza — mojego poprzednika.

— Tak się nie nazywam — broniłem się — nie mogę pojechać.
Kiedy zostawili mnie w spokoju i odjechali, schowałem się. Przyjechali po raz drugi,

ale nie znaleźli mnie. Rano przyszli i zabrali mnie samochodem do Urzędu we 
Włochach pod Warszawą. Po trzech godzinach trzymania na korytarzu, wpuścili mnie 
na salę. Przy stole siedziało sześciu panów — byli źli na mnie. Każdy z nich zaczął mi 
udowadniać, że nie ma Boga, a jeden, widocznie historyk, przypomniał, że za króla 
Łokietka pewien biskup miał dziecko.

— Te dowody są mi niepotrzebne — powiedziałem — bo ja Boga widziałem.
Zamilkli. Po chwili jeden z ich wstał i oznajmił mi:
— Ksiądz jest wolny.
Wypuścili mnie i odtąd więcej nie wzywali. Powiedziałem prawdę, bo zawsze mam 

wrażenie, że Boga widzę, chociaż nie umiem tego wytłumaczyć.

*

W zatłoczonym autobusie stałem, już jako ksiądz, tuż przy kobiecie karmiącej 

dziecko.

— Ty maluchu nieznośny — powiedziała do dziecka —jak nie będziesz ssał, to dam 

temu, co stoi obok.

I wskazała na mnie.

*

Dostałem list. Pisała nieznajoma pani: „W intencji księdza noszę pokrzywy pod 

koszulą”.

*

Kiedyś wybrałem się do spowiedzi świętej poza Warszawę. Jako pokutę ksiądz 

polecił mi przeczytać kilka wierszy księdza Twardowskiego.

*

Niedawno przyszła do mnie pewna pani i powiedziała:
— Jestem tak bardzo wzruszona, że księdza widzę.
— Co tak panią wzruszyło? Może wiersze? Może homilia? — zapytałem.
— Nie! Byłam przekonana, że ksiądz już dawno umarł.

*

Ojciec Wacław Chabrowski, zakonnik, opowiadał mi kiedyś, że jeden z jego 

przełożonych wezwał go z zarzutem, że niepotrzebnie pisze wiersze. Doradzał:

background image

— Pisz jak Maria Konopnicka.
— Nie umiem.
— Pisz jak Wincenty Pol.
— Nie potrafię.
— Pisz jak siostra Nulla z Lasek.
— Nie jestem w stanie.
— No to ostatecznie jak ksiądz Twardowski.

*

Młody poeta przysłał mi tom swoich wierszy z miłą dedykacją na gwiazdkę. 

Pierwszy wiersz poświęcił mnie. Zaczynał się od słów: „Białego byka dnia Bóg zarżnął 
późnym wieczorem”.

*

Słyszałem, że do pewnego poety angielskiego, który napisał poemat o śniegu, 

przyszedł po wywiad dziennikarz, mówiąc:

— Na pewno spędził pan wiele czasu w Alpach i patrzył na wspaniały śnieg.
— Nic podobnego — odparł poeta — siedziałem w baraku więziennym i przez 

kratę patrzyłem na śmietnik, obierki, stare butelki, błoto. I właśnie tam zatęskniłem za 
śniegiem.

*

Zapytano kiedyś znakomitego krytyka Karola Irzykowskiego:
— Jeżeli są dwa opowiadania, jednakowo dobre, które z nich jest lepsze?
Odpowiedział:
— Krótsze.

*

Pewien poeta nie napisał: „Powiesiłem na ścianie kalendarz”. Napisał: „Powiesiłem 

na ścianie czas”.

background image

Nota edytorska

Zebrane tu felietony drukowane były w następujących czasopismach: „Bestseller”, 

„Uroda”, „Przegląd Katolicki”, „Wysokie Obcasy” (dodatek do „Gazety Wyborczej”):

Bestseller” 1991 nr 10 (wydanie specjalne), s. 13: Tęskniąc za… Tekst ukazał się 

z okazji słowa Ojca Świętego, skierowanego do uczestników III Światowego Dnia 
Młodzieży w Częstochowie w dniach 14–15 sierpnia 1991 roku.

Uroda” 1998 nr 4: Baranek wielkanocny; nr 5, s. 9: O miłości (w książce pt. 

Większa od nas); nr 6, s. 25: Czy można myślami uleczyć?; nr 7, s. 47: O uśmiechu; nr 
8, s. 25: O samotności (w książce pt. Miłość za Bóg zapłać); nr 9, s. 37: Granice 
tolerancji; 
nr 10, s. 21: Pokochać małe pamiątki; nr 11, s. 23: Wielcy mali (w książce 
jako dwa przeredagowane felietony: Dziwić się czy buntować; Wielcy mali); nr 12, s. 
33: Na Święta.

1999 nr 1, s. 18: Myśli na Nowy Rok; nr 2, s. 41: Nie grzesz urodą; nr 3, s. 25: 

Łatwe i trudne szczęście; nr 4, s. 40: Dawać czy przyjmować?; nr 5, s. 35: Nie tylko o 
jeżach; 
nr 6, s. 27: Pogodne spojrzenie; nr 7, s. 25: O tym, co ważne; nr 8, s. 41: 
Uroda życia; nr 9, s. 42: Tajemnica wdzięku; nr 10, s. 40: O miłości i wronie (w: Nie 
tylko o jeżach. Myśli i opowieści
 o przyrodzie, Warszawa 2000, pt. Po imienin); nr 11, 
s. 45: Prawdziwe dziecko (w książce pt. Być dzieckiem); nr 12, s. 40: Święta osobiste.

2000 nr 1, s. 36: Najlepsze najgorsze; nr 2, s. 45: W duszy; nr 3, s. 46: O mówieniu 

i słuchaniu; nr 4, s. 61: Schowane dobro; nr 5, s. 34: Jak kochać najbliższych (w 
książce pt. Lubić, żeby kochać); nr 6, s. 59: Smak radości; nr 7, s. 51: Przychodzi–
odchodzi; 
nr 8, s. 27: Pocałuj go w łapę (w książce pt. Zawierzyć zwierzętom); nr 9, s. 
22: Od ostatniego spojrzenia; nr 10, s. 32: Za mało za dużo; nr 12, s. 36: Zewnątrz i 
wewnątrz.

2001 nr 1, s. 34: Wróżby; nr 3, s. 32: O tym, co ważne (w książce pt. O nadziei, 

miłości i wierze); nr 4, s. 32: Wytrzymaj ćwierć wieku!; nr 5, s. 38: Lekcje miłości; nr 
6, s. 34: Grzeczność; nr 7, s. 24: Czy masz czas”?; nr 8, s. 22: Słowa i słowa (w 
książce pt. Słowa grzeczne i niegrzeczne); nr 9, s. 24: List stokrotny; nr 10, s. 26: Czas 
teraźniejszy; 
nr 11, s. 34: Tak poważny, że śmieszny; nr 12, s. 38: Najlepszy świat.

2002 nr 1, s. 28: Niesympatyczne zalety; nr 2, s. 32: O małżeństwie; nr 3, s. 28: 

Różne urody; nr 4, s. 32: Nie bój się; nr 5, s. 30: O słowie „uroda”; nr 6, s. 31: Słowa 
wulgarne 
(w książce pt. Słowa niewulgarne i przywrócona wersja rękopisu).

Publikacja w książkach: felietony z lat 1998 nr 4 do 2000 nr 1 zebrane zostały w 

tomie Smak radości. Felietony. Wybór i opracowanie Aleksandra Iwanowska, 
Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy 2000; Elementarz księdza 
Twardowskiego dla najmłodszego, średniaka i starszego. 
Teksty wybrała i ułożyła 
Aleksandra Iwanowska, Kraków: Wydawnictwo Literackie 2000 — tu felietony z 
numerów 1998 nr 4, 5, 6, 7, 8, 9, 11, 12; 1999 nr 1, 4, 5, 6, 11, 12; 2000 nr 1. bez 
tytułów.

Przegląd Katolicki” 1999 nr 15, s. 22: Wiara to zaufanie; nr 16, s. 22: Miłość nie 

rachuje; nr 17, s. 18: Bóg daje czasem samotność; nr 18, s. 21: Nie szukać odpowiedzi 
do końca; 
nr 19, s. 21: Święty Kościół grzeszników; nr 20, s. 21: Radość i cierpienie; 
nr 21, s. 21: Księga pełna grzeszników; nr 22, s. 21: Zawsze jesteśmy ważni; nr 25, s. 
21: Jubileusz i czasy ostateczne. Felietony przygotowała do druku Milena Kindziuk.

Publikacja w książkach (we fragmentach, ze zmianami autorskimi): Elementarz 

księdza Twardowskiego dla najmłodszego, średniaka i starszego. Teksty wybrała i 
ułożyła Aleksandra Iwanowska, Kraków: Wydawnictwo Literackie 2000 — tu 
fragmenty felietonów z numerów 18, 19, 20, 22, 25, bez tytułów.

background image

Gazeta Wyborcza”: [bez tytułu], „Wysokie Obcasy” 2000 nr 24. s. 49, dodatek 

„Gazety Wyborczej” 2000 nr 140.

Publikacja w książkach: Nie tylko o jeżach. Myśli i opowieści o przyrodzie, 

Warszawa 2000, pt. O nosie i zapachach.

Cytowane w felietonach zamieszczanych w czasopismach wiersze pochodziły z 

następujących tomów autora: Miłość miłości szuka. Wiersze 1936–1998. Zebrała, 
opracowała, posłowiem i kalendarium opatrzyła A. Iwanowska, t. I–II, Warszawa–
Poznań 1999; Niebo w dobrym humorze, Warszawa 1998; Rwane prosto z krzaki, 
wyd. 3 rozsz., Warszawa 2000; Elementarz…

Tom dwunasty Utworów zebranych nie zachowuje chronologii ukazywania się 

poszczególnych tekstów; w przypadku tekstów publikowanych w książkach 
uwzględnia się wprowadzone zmiany autorskie.

Zebrane tu anegdoty pochodzą z następujących źródeł:
• Niecodziennik, Kraków: Maszachaba 1991.
• Niecodziennik wtóry, Kraków: Znak 1995.
• Niecodziennik cały. Kraków: Znak 2000.
Aleksandra Iwanowska, Serdecznie niemodny i szczęśliwie zapóźniony. Jan 

Twardowski w oczach własnych, recenzentów i czytelników, Poznań: Księgarnia 
Świętego Wojciecha 2000; rozdział:zan Twardowski w oczach własnych.

Aleksandra Iwanowska