background image

Caroline Janice Cherryh

Wojny Kompanii 04

Kupieckie szczęście

background image

Rozdział 1

Nazywali się Sandor i Allison, Kreja i Reilly. Reilly było nazwiskiem, które znaczyło 

coś w knajpach i biurach stacji Viking: było synonimem kupców z wielkiego statku Dublin 

Again,  którego   portem   macierzystym   było   Fargone.  Szanowanego   transportowca,   którego 

szlak handlowy obejmował pełen krąg gwiazd i stacji należących do Unii: Marinera, Russella, 

Esperance,   Paradise,   Wyatt,   Cyteen,   Voyagera   i   Vikinga.   Pomiędzy   kupcami   było   to 

Nazwisko przez duże N i siła, z którą należało się liczyć gdziekolwiek się udała.

Kreja na Vikingu nie znaczyło nic, rozwijając się w swoich dniach na odległych Pan-

Paris i Esperance. Na Marinerze i Russellu, pod fałszywymi nazwiskami, było synonimem 

niespłaconych   długów.   Statek   Kreja   aktualnie   nazywał   się  Lucy  i   według   dokumentów 

bazował  na  Wyatt,  co  było  najdalszym   możliwym   punktem  i  niemal   poza  zasięgiem  tak 

niewielkiego i wiekowego frachtowca. Twierdził, że przewozi drobne ładunki dla koncernu 

Wyatt.   Choć   zawijał   tu   regularnie,   celnicy   zawsze   go   przeszukiwali.   Mały   statek 

międzygwiezdny, którego załoga nie była połączona więzami krwi - de facto stanowiło ją 

dwu wymizerowanych mężczyzn, z których tylko jeden znajdował się na pokładzie podczas 

poprzedniego   dokowania   na   stacji   -   takie   statki   nie   były   gorąco   witane   w   dokach   i 

przechodziły drobiazgową kontrolę.

Lucy  była   frachtowcem   tylko   z   nazwy   -   długodystansowy   transportowiec,   który 

przewoził   niewielkie   partie   towarów,   nie   podlegając   szczegółowym   wytycznym   swojego 

koncernu, i który nie posiadał biur na Vikingu. Gdyby znalazł się ktoś kto chciałby jej zaufać, 

Lucy mogła przewozić również pasażerów. I choć nie znalazł się dotąd taki śmiałek, tablice 

ogłoszeń wciąż  przechowywały  jej  ofertę. Jeśli  mogła  jakiś  fracht  złapać,  brała  transfery 

kupców.

W   ten   właśnie   sposób   Sandor   Kreja   stracił   na   Vikingu   swoją   załogę,   starego, 

kulejącego pijaczynę, który płacił za lot pracą - znalazł w doku swój statek i uciekł na niego 

bez   pytania.   Staruszek   zaciągnął   się   tylko   na   jedną   trasę,   bowiem   pozostawiono   go   na 

Voyagerze do leczenia w szpitalu i był zainteresowany jedynie złapaniem własnego statku i 

połączeniem się z rodziną. Taką mieli umowę.

To   odejście   sprawiło,   że   Sandor   poczuł   się   nerwowo,   jak   zresztą   po   wszystkich 

rozstaniach.   Staruszek  był  bardziej  ciekawski   niż  większość jego załóg,   węszył  wszędzie 

wbrew  rozkazom i  kłamał,  z  epickim  rozmachem  kłamał  na temat  tego,  gdzie była  jego 

Daisy,  o   umowach   które   zawierali   i   co   robili   podczas   wojen   Kompanii   oraz   o   swoich 

wyczynach w noclegowniach, jakby kogoś to interesowało. Jego odejście sprawiło że Sandor 

background image

znów był  na  Lucy  sam. Nie po raz pierwszy, więc nie  miał ochoty kolejny raz kierować 

statkiem sam, bo było to koszmarnie wyczerpujące. Gorsze jednak było to, że człowiek ten 

pozostawił po sobie dręczące Sandora przeczucie, że wyniknie z tego coś niedobrego, że jego 

znaczny talent do opowieści może roznieść po stacji plotki na temat nietypowości Lucy. Od 

poprzedniego   dokowania   kontrola   na   Vikingu   wyraźnie   została   uszczelniona:   na   stacji 

pojawiły się okręty bojowe, a plotki mówiły o kłopotach z piratami. To były nerwowe czasy, 

a   kilka   słów   wypowiedzianych   w   nieodpowiednim   miejscu   łatwo   mogło   trafić   do 

kierownictwa stacji. Sandor pomyślał, że może nadszedł już czas na ruszenie się z miejsca.

Dzięki swoim drobnym łgarstwom i niemałemu talentowi do przekonywania zdołał 

umieścić statek w kolejce do załadunku, a to oznaczało, że napełnią mu zbiorniki i dostanie 

ładunek.   Jeśli   tylko   uda   mu   się   poskromić   nerwy   i   powstrzymać   się   od   prowokowania 

podejrzeń. Według fałszywych  dokumentów  Lucy  należała do koncernu Wyatt Star, który 

miał na Voyagerze i Vikingu niewielkie, oprocentowane konta przewidziane jako fundusze 

awaryjne, gdyby któryś z jego statków zboczył kiedyś ze swoich regularnych tras. Już siódmy 

raz używał tutaj tych samych sfałszowanych papierów - właściwie wyczekiwał już chwili, 

kiedy na formularzu skończy się miejsce na pieczątki i stacja będzie musiała wystawić mu 

nowe, prawdziwe. Przekraczał już kiedyś tę granicę, z czymś takim życie stawało się o wiele 

bezpieczniejsze.   Do   czasu,   aż   koszt   jakiejś   niezbędnej   naprawy   przekraczał   jego   limit, 

wywołując zainteresowanie i pytania.

Nie   był   piratem:  Lucy  była   zbyt   mała   na   piractwo,   a   jej   symboliczne   uzbrojenie 

stanowiło raczej żart. We własnym pojęciu nawet niezupełnie był złodziejem, bo podbierał 

tylko tyle, by utrzymać statek w działaniu, ale nic na większą skalę. Dostarczał swoje ładunki 

tam gdzie należało i przelewał pieniądze na konto koncernu. Dla pewności dbał o bardzo 

niewielki zysk, który jednak z łatwością mógł przeskoczyć do kolumny strat, gdyby statek 

ugrzązł na dłużej w porcie bez ładunku, albo gdyby potrzebował jakiejś naprawy. To zresztą 

było   powodem,   dla   którego   żaden   koncern   nie   przyjąłby   jego   oferty.   Statek   był   mały   i 

przewoził ładunki na zbyt wielkie odległości, które o wiele szybciej mogły zostać pokonane 

przez większe transportowce. Nieraz już przekraczał na Vikingu poziom debetu ponosząc 

straty, które zrujnowałyby niezależnego operatora, gdyby oficjalnie i bez fałszywek mógł brać 

kredyt.   Wszystko   co   zauważał   koncern   tak   duży   jak   KWS   to   fakt,   że   na   koniec   roku 

rozliczeniowego stan konta ani nie spadał, ani nie wzrastał. Jak długo  Lucy  przed końcem 

roku spłacała to co wzięła, nadwyżka mogła zostać na nieoficjalnym koncie operacyjnym, by 

łagodzić jej przyszłe wzloty i upadki. KWS rozprzestrzeniała się na lata świetlne i związane z 

tym   były   opóźnienia   czasowe,   a   alarmy   rozdzwonić   się   mogły   tylko   podczas   kontroli 

background image

finansowej. Sandor nie miał ambicji, by sięgnąć po coś więcej niż drobne kradzieże, czy też 

po zyski, które sprawiłyby, że zostałby złapany.

Miał   dwadzieścia   siedem   lat   i   jako   jedyny   żyjący   spadkobierca   frachtowca 

międzygwiezdnego   był   niemożliwie   bogaty,   nawet   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że   statek   był 

niewielki. Kiedyś był legalnym kupcem, zanim wojny Kompanii stworzyły piratów, którzy 

zatrzymali   go   i   obrabowali,   pozostawiając   po   sobie   wypełniony   trupami   kadłub.   Dzięki 

pomysłowości   właściciela,  Lucy  radziła   sobie   teraz   jak   mogła,   pod   dziesiątkami   nazw   i 

numerów   oraz   dzięki   plikom   fałszywych   dokumentów.   Obecnie   sprzedanie   się   było   już 

niemożliwe: prędzej czy później jego oszustwa zostałyby ujawnione i pochłonęłyby nawet te 

trzydzieści   srebrników   które   dostałby   za   statek.   Co   gorsza,   musiałby   siedzieć   na   stacji   i 

obserwować, jak Lucy odlatuje w rękach jakiegoś lokalnego koncernu - albo zostałaby oddana 

na złom, bo miała ponad sto pięćdziesiąt lat i jej części mogły być warte więcej niż remont.

Utrzymywał ją w ruchu. Należała do niego w sposób, którego nie zrozumiałby żaden 

koncern prowadzony przez ludzi ze stacji. Na niej się urodził i dorósł, i nie miał pojęcia jak 

wyglądałby wszechświat bez otaczającego go statku. Nie miał zamiaru się dowiedzieć. W 

dniu,   w   którym   straciłby  Lucy  (a   mogło   to   nastąpić   w   każdej   chwili,   wystarczyłoby 

pojawienie się urzędnika z nakazem aresztu z innej stacji, albo gdyby jakiś bystrzejszy szef 

doku czy celnik dokładniej skontrolował jego papiery), tego dnia jak sądził, musieliby go 

zabić.   Ale   gdyby   tylko   mogli,   wzięliby   go   żywcem,   bo   prawo   stacji   było   wręcz 

nieprzyzwoicie humanitarne, a Unia patrzyła na strzelaninę w dokach równie krzywo, jak na 

kradzieże. Wsadziliby go do zbiornika i zmienili umysł tak, że byłby szczęśliwy czyszcząc 

podłogi i prowadząc życie na stacji, jak modelowy obywatel Unii.

Stacje go przerażały.

Przerażał go też ten wygadany stary człowiek, który odszedł z jego statku.

Ale dawno już zrozumiał,  że najgorszą rzeczą na jaką mógł  sobie pozwolić, było 

wyglądanie  na wystraszonego, a siedzenie  na statku zacumowanym  w doku, zamiast, jak 

normalny  kupiec,   skorzystanie   z  szansy  na  rajd  po barach  wzdłuż  krzywizny  doku,  było 

najszybszym sposobem na wzbudzenie podejrzeń.

Miał gładką twarz i dobrą prezencję, blady blondyn który mógłby być księgowym ze 

stacji albo zwiedzającym bary bankierem. Ale pod bladością czaił się głód, który zdradzało 

spojrzenie,   więc   zwiedzając   bary   starał   się   jak   najwięcej   śmiać,   by   wyglądać   na   kogoś 

godnego zaufania. Czasem to skutkowało i zdarzało się, że ktoś postawił mu drinka. Ale tym 

razem - tym razem, zależało od tego jego życie... Celował w coś więcej niż tylko obiad na 

koszt innego koncernu. Szukał kogoś do załogi, kogoś, kogokolwiek, z właściwym piętnem 

background image

drobnej  przestępczości,  kto mógłby  zostać  prośbą  oraz groźbą  przekonany do wejścia  na 

pokład. I komu można, by zaufać, że nie będzie paplał w nieodpowiednich miejscach. Było to 

niebezpieczne   zadanie.   Statki   kupieckie   prowadzone   były   przez   rodziny,   wszyscy   o   tym 

samym nazwisku, urodzeniu i umierający na statku. Kupcy uziemieni na przykład z powodu 

choroby byli pozostawiani na stacjach tylko na pojedynczy kurs, jak staruszek, którego dostał 

ze szpitala. Jeśli pozostawiono ich na stałe, to dlatego, że wyrzuciły ich własne rodziny, albo 

że sami dobrowolnie je opuścili, nie potrafiąc z nimi współżyć. Część z tych ostatnich była 

wichrzycielami,   część   kryminalistami.   Był   tylko   człowiekiem   i   czasem   musiał   spać...   co 

zresztą   było   powodem,   dla   którego   w   ogóle   potrzebował   załogi.   Przeglądał   ciemne   kąty 

barów,   które   odwiedzał   wzdłuż   zielonej   strefy   doków   Vikinga,   starając   się   nie   widzieć 

żołnierzy i policji, której było tutaj więcej niż zwykłe, wciąż rozglądając się za kimś równie 

głodnym jak on. Wiedział, że podobnie jak on, tacy ludzie będą się maskować i zdawał sobie 

sprawę z faktu, że jeśli się pomyli i wybierze źle, kogoś tylko odrobinę bardziej zepsutego, to 

ten partner może po prostu poderżnąć mu gardło podczas którejś z samotnych wacht w pustce 

pomiędzy gwiazdami i zabierze Lucy do swoich celów.

***

Był to jego pierwszy dzień łowów w dokach. Kiedy pierwszy raz zobaczył Allison 

Reilly, grał rolę uczciwego kapitana kupieckiego, tuląc w kieszeni kilka żetonów pobranych z 

fałszywego konta koncernu.

Wszystko   było   widać   na   pierwszy   rzut   oka:   irlandzka   koniczynka   i   gwiazdy   na 

rękawie jej srebrnego kombinezonu, naszywki odwiedzonych światów, które składały się na 

cały   znany   kosmos,   i   szczupłe,   wysokie   ciało   z   kaskadą   włosów   wyglądających   w 

przyćmionym świetle neonów jak kawałek kosmosu.

W   przymglonym   alkoholem   mózgu   widok   tych   długich   nóg   i   bioder   natychmiast 

przywołał myśli o pokojach sypialnych i tym odrzuconym fragmencie życia - oszustwo o 

wiele   trudniejsze   niż   podrobienie   wizy,   i   znacznie   bardziej   niebezpieczne.   W   jego   życiu 

praktycznie   nie   było   kobiet,   z   wyjątkiem   jednej   bardzo   pijanej   handlarki 

wewnątrzsystemowej   na   Marinerze,   gdzie   wiódł   wygodne,   i   bezpieczne   życie,   które 

skończyło   się   po   tym   incydencie.   I   jeszcze   wcześniej   pewnej   kobiety   z   wahadłowca 

wewnątrzsystemowego, która miała nadzieję na dobre go ze sobą związać. Z jej powodu 

stracił wstęp na Esperance. Był samotny, bo jedynymi kobietami dla kupców były kobiety z 

rodzin kupieckich, które nieuchronnie miały krewnych. Kupcy zaś stanowili dla niego o wiele 

większe zagrożenie niż stacje. Stacje siedziały nieruchomo przy swoich słońcach i rzadko 

background image

wymieniały   kartoteki   drobnych   przestępców,   z   tych   samych   powodów,   dla   których   duże 

firmy rzadko przejmowały się odległymi i niewielkimi kontami. Ale wejście w drogę rodzinie 

kupieckiej,   z   dowolnego   powodu,   spowodowałoby,   że   roznieśliby   wieść   od   gwiazdy   do 

gwiazdy  i  wszędzie   by na  niego  polowali,   ostrzegając   wszystkie  stacje  i  światy,  których 

dotknął   człowiek.   W   końcu  zginąłby,   albo   złapałaby   go   jakaś   stacja  i   namieszała   mu   w 

mózgu, co według niego wyszłoby na to samo. Nigdy więcej kobiet, narzucił sobie celibat.

Ale mając dwadzieścia siedem lat i będąc przez większość swoich dni samotny, wciąż 

śnił w długie noce.

I na widok tej srebrnej zjawy zapomniał o starym człowieku z uszkodzonym łokciem 

na którego się zasadzał, tym z dziurą na rękawie; i o chłopaku z wahadłowca, który stanowił 

bezpieczniejszą alternatywę. Wpatrywał się w zgrabne plecy i opadające na nie włosy, które 

wyglądały jak noc z płonącymi gwiazdami. Widział opierające się na barze ramię, ozdobione 

koniczynką Reillych, która błyszczała zielenią w błyskach kolorowego neonu umieszczonego 

nad   blatem,   informując   wszystkich,   że   to   przedstawicielka   jednej   z   największych   rodzin 

kupieckich.   Księżniczka,   nazwisko   i   kredyt   gdziekolwiek   zawędrowała,   która   chodziła 

swobodnie i robiła to, na co miała ochotę. Lucy w żaden sposób nie można było porównać z 

Dublin   Again,  wielkim   i   wspaniałym   cudem   techniki,   który   oznaczał   czyste   korytarze   i 

kombinezony oraz góry kredytów zebrane na kontach stacji od Cyteen do Pell. Byli z nią 

dublińczycy, kuzyni albo bracia, rośli, ciemnowłosi mężczyźni w różnym wieku. Widział ich 

za nią niewyraźnie. Uniosła szklankę a włosy przesunęły się, błyskając w zmieniającym się 

świetle   neonu   jak   czerwone   gwiazdy.   Kolejna   zamieć   gwiezdnej   nocy,   gdy   obróciła   się 

odstawiając szklankę na bar.

Mętnie zaczął prosić w myślach Boga, by nie pozwolił mu zobaczyć jej twarzy, bo 

być może wcale nie była ładna, aby mógł odwrócić się na czas i przetworzyć te piękne plecy i 

wspaniałe   włosy   we   własną   wizję,   która   będzie   mu   dotrzymywać   towarzystwa   podczas 

samotnych wacht - o ile tylko nie będzie miała twarzy. Ale był zbyt sparaliżowany by się 

ruszyć, a ona kontynuując ruch całkiem obróciła się w jego stronę, strząsając z twarzy żywą 

noc, która teraz w zmiennym świetle neonów przybrała barwę błękitu.

Dał się wtedy złapać, bo zapomniał o śmiechu i wszystkim innym co robił w barze, po 

prostu   wpatrywał   się   w   nią   z   otwartymi   ustami   i   oczami   zdradzającymi   to,   co   zwykle 

maskował   śmiechem   -   wiedział,   że   to   dostrzegła,   bo   nagle   drgnęła,   jak   pod   wpływem 

wstrząsu.   Wystała   od   baru,   odsłaniając   przy   tym   umieszczoną   na   piersi   plakietkę   z 

wypisanym  A. REILLY, cały czas  przyglądając  mu  się i taksując  jego wytarty  niebieski 

kombinezon przyczepioną do kieszeni, nie wyróżniającą się (i fałszywą) plakietkę z napisem 

background image

E.   STEVENS   i   umieszczoną   na   rękawie   bladą   nimfę   z   napisem  Lucy.  Nimfa   była 

standardowym wyposażeniem w sklepach z tego typu towarami. Ozdabiała niezliczoną ilość 

statków   i   rękawów:   naga,   otoczona   gwiazdami,   z   kiepsko   wyhaftowaną   pustą   szarfą   na 

wpisanie nazwy statku. Takich plakietek używały statki wewnątrzsystemowe. On używał jej, 

bo tylko na to było go stać.

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, po czyni obróciła się i sięgnęła do kieszeni. 

Jej  towarzysze  wyszli  już, za wyjątkiem  jednego, który w odległym  kącie zalecał  się do 

kobiety z załogi innego statku. Rzuciła żeton na otoczony płynącą wodą blat baru i samotnie 

ruszyła w stronę drzwi, podczas gdy Sandor wciąż stał przyglądając się jak oddalające się 

plecy i chmura kosmicznej czerni na zawsze wkraczają w jasny dzień doku.

Szybko  zawołał  barmana  i zapłacił,  nie  dając  napiwku, na co  barman  zareagował 

ostrym   skrzywieniem,   do   czego   był   przyzwyczajony.   Szybkim   krokiem   ruszył   w   stronę 

drzwi, starając się równocześnie nie sprawiać wrażenia pośpiechu, mając na uwadze kuzynów 

kobiety i nie chcąc ściągnąć ich na swój kark. Serce waliło jak młotem, a skórę oblewał 

zimno-gorący pot, który w części rodził się z pożądania, a w części z paniki. To co robił było 

niebezpieczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę panujące w dokach napięcie, i policję wciskającą 

się tam, gdzie kupcy nigdy jej nie zapraszali.

Przez te wszystkie samotne lata wyśnił sobie pewien ideał, który... nie potrafił już 

stwierdzić, czyjego marzenie różniło się od żywej osoby, którą zobaczył właśnie przed sobą, 

bo wszystkie jego samotne wizje natychmiast zginęły w zderzeniu z rzeczywistością, z tą 

najjaśniejszą wizją jego życia. Już na zawsze będzie zraniony - może mniej, jeśli uda mu się 

zobaczyć ją w pełnym świetle i przekonać się, że ma jakieś skazy na twarzy, by mógł zabić 

ten obraz i przywołać się do rozsądku. W jego mózgu wciąż tłukło się, że musi spróbować, 

przekonać się. Inna, przytłumiona część jego osobowości przekonywała go, że się upił, a 

jeszcze inna wyklinała za ryzykowanie utraty wszystkiego co posiada. Nie ta część, która 

sprawowała w tej chwili kontrolę, mówiła mu tylko, że kobieta zgubiła się, uciekając do 

któregoś z barów czy sklepów.

Obejrzał   się   na   długą,   wznoszącą   się   krzywiznę   doku,   podzieloną   przez   łuki 

poszczególnych sekcji i zatłoczoną setkami przechodniów, wypełnioną muzyką, światłami i 

odgłosami   maszyn.   Wysokie   metalowe   szkielety   rusztowań   przerzucały   pępowiny 

przewodów   do   najróżniejszych   oświetlonych   zagłębień,   stanowiących   wejścia   do 

rozmieszczonych wzdłuż doku statków. Zdecydował jednak, że nie miała dość czasu by dojść 

do któregoś z nich. Postanowił pójść przed siebie, do następnego z barów. Wszedł na tyle 

tylko by rozejrzeć się po wnętrzu, ciemnym i wypełnionym oparami alkoholu, przyciągając 

background image

przy okazji uwagę klientów,  czego  nigdy nie  lubił.  Wyszedł  na zewnątrz  i spróbował w 

kolejnym,  i w trzecim, który był bardziej elegancki - rodzaj miejsca do którego mogliby 

przyjść mieszkańcy stacji czy oficerowie flory, gdyby chcieli poczuć smak doków.

Była   tam.   Siedziała   samotnie,   na   wysokim   stołku   barowym   pośród   srebrnej 

ekstrawagancji tego miejsca, jak powiew kupieckiego życia, który przychodzili podziwiać 

mieszkańcy stacji, muśnięcie czegoś egzotycznego i niebezpiecznego zarazem. Możliwe, że 

właśnie   kogoś   takiego   szukała,   bankiera   o   wypielęgnowanych   dłoniach   albo   kogoś   z 

korporacji   -   człowieka,   od   którego   mogłaby   wydobyć   poufne   informacje,   jakie   statek   w 

rodzaju  Dublina  mógł wykorzystać, a drobnica jak  Lucy  mogła tylko pomarzyć.  Albo po 

prostu miała ochotę na likier i jakieś planetarne delicje, które mógł jej zafundować ktoś z tego 

typu   ludzi.   Poczuł   się   onieśmielony,   zaraz   za   drzwiami   w   miejscu   z   rodzaju   tych,   które 

normalnie unikał, gdzie drinki kosztowały trzy razy tyle ile powinny i był jak najdalszy od 

tego co powinien robić, znalezienia do załogi kogoś w równie kiepskiej sytuacji jak jego 

własna.

Zobaczyła go. Oddał jej spojrzenie w tym lśniącym lokalu o wygórowanych cenach i 

miał ochotę uciec.

Ale ponieważ nigdy nie lubił uciekać i był odrobinkę trzeźwiejszy niż jeszcze przed 

momentem, uznał, że powinien cierpieć za swoją głupotę. Podszedł bliżej, trzymając rękę w 

kieszeni, wymacując te kilka pozostałych żetonów i żałując, że nie wywiesili tu cennika.

Opierała się łokciem na barze, wyglądając jakby należała do tego miejsca, a on nie 

miał  żadnej  możliwości  ukrycia  się,  nie   po  tym   jak  go  rozpoznała   -  facet   z  anonimową 

plakietką na rękawie, bez możliwości tłumaczenia się, że trafił tu przez przypadek. Nigdy w 

życiu   nie   czuł   się   jeszcze   tak   odsłonięty,   nawet   gdy   policja   sprawdzała   jego   fałszywe 

dokumenty.

- Mogę postawić ci drinka? - zapytał z głębin oryginalności.

Mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Zwiedzała bary samotnie, i z tą koniczynką 

na rękawie mogła to robić bezpiecznie - nikt kto chciał żyć dalej nie rolował dublińczyka. 

Mogła mieć w planach upicie się i pójście z kimkolwiek, kto wpadnie jej w oko. Mogła 

polować   na   informacje   i   chcieć   się   go   pozbyć,   by   nie   utrudniał   jej   poszukiwań.   Była 

niebezpieczna, nie tylko dla jego dumy i marzeń.

Wskazała na stołek obok siebie, a Sandor usiadł, czując w sobie odrętwienie i zimny 

pot   na   dłoniach.   Nerwowo   popatrzył   na   barmana,   który   podszedł   odebrać   zamówienie   i 

przyglądał mu się nieufnie.

- Wybieraj - powiedział do A. Reilly, a ona uniosła niemal opróżnioną szklankę. - 

background image

Dwa - zdołał z siebie wydusić, a barman oddalił się.

Dwie   porcje   tego,   pomyślał,   mogą   go   dużo   kosztować.   Mogą   być   najdroższymi 

drinkami jakie kiedykolwiek kupił, jeśli nieodpowiedni rachunek z baru wzbudzi wątpliwości 

i ściągnie pytania na i tak już wątpliwy stan jego finansów. Popatrzył w czarne oczy A. Reilly 

z głęboką desperacją, i naszła go myśl, że bycie aresztowanym może być tylko odrobinę 

gorsze od przyznania się do ubóstwa w jej obecności.

Lucy - przeczytała jego naszywkę, przechylając głowę by widzieć bok jego ramienia. 

- Wewnątrzsystemowy?

- Nie - odpowiedział, czując uderzający na twarz rumieniec. Jego oburzenie sprawiło, 

że uniosła dłoń w geście przeprosin za zadane pytaniebo statek skokowy stanowił zupełnie 

inną klasę operacji niż wahadłowce wewnątrzsystemowe  czy statki  górnicze. W pewnym 

sensie przynajmniej, Lucy Dublin działały w tej samej skali.

- A więc jaki jest twój port macierzysty?  - zapytała, czy to z uprzejmości,  czy z 

ostrożności w kontaktach barowych. - Tutaj?

- Wyatt - odpowiedział. Wrócił barman z dwoma drinkami, ale zawahał się rzucając 

mu spojrzenie, które jasno mówiło, że wolałby najpierw zobaczyć pieniądze, jednak później 

przeciągnął okiem po koniczynkach na rękawie jego towarzyszki i oddalił się w milczeniu. 

Sandor wziął obie szklanki i pchnął jedną w stronę A. Reilly, która właśnie kończyła swoją 

pierwszą porcję.

-   Dzięki   -   powiedziała.   Ograniczył   pociągnięcie   do   ilości   mniejszej   niżby   chciał, 

mając nadzieję, że ta szklanka wystarczy mu na długo, i być może zwolni też tym tempo 

kobiety, bo w tym lokalu dawano wyższe napiwki niż normalnie wydawał na posiłki.

Desperacko próbował wymyślić  jakieś niezobowiązujące pytanie,  które mógłby jej 

zadać dla podtrzymania konwersacji. Nie potrafił, bo wszyscy wiedzieli gdzie bazuje Dublin, 

więc pytanie od kogoś takiego jak on sprawiałoby wrażenie węszenia.

- Na długo przyleciałeś? - zapytała.

- Trzy dni. - Z ulgą rzucił się na to pytanie. - Zamierzam napełnić zbiorniki i zabrać 

ładunek. Lecę stąd na Fargone. Nie mam dużego statku, ale należy do mnie, na czysto. Jestem 

ostatnio trochę do tyłu, próbuję tu znaleźć kogoś do załogi.

- Och. - Krótkie, płaskie och, wyrażające obawę o to, co sobą reprezentuje.

- Jestem uczciwy. Po prostu miałem ostatnio trochę pecha. Nie wiesz przypadkiem o 

jakimś porządnym skoczku uziemionym tutaj?

Potrząsnęła głową, a w jej spojrzeniu wciąż widać było nieufność do swojego nie 

zaproszonego   partnera.   Czasem   takie   statki   bez   załogi   i   spotkania   w   barach   oznaczały 

background image

pirackich szpiegów, których musiały się bać nawet takie kolosy jak Dublin. Widział, jak to w 

niej narasta i przewidywał już ostrzeżenie do władz, które na informację o niebezpieczeństwie 

podane   przez   dublińczyka   na   pewno   zareagowałyby   błyskawicznie.   Przy   pobliskim   stole 

siedzieli   oficerowie   floty   wojennej.   W   dokach   pełno   było   ochrony,   a   plotki   mówiły   o 

planowanych działaniach przeciwko piratom. Ale inni mówili, że to chodzi o Pell, albo spory 

międzystrefowe, czy kontrolę przemytu. Uśmiechnął się desperacko.

- Piraci - powiedział. - Dawno temu... Zginęła cała moja rodzina, a wynajmowana 

załoga napadła na mnie i obrabowała niemal do czysta, zresztą nie raz. Wiesz kogo można 

wynająć w dokach. To niebezpieczne, ale nie miałem wyboru.

-   Och   -   westchnęła,   ale   tym   razem   brzmiało   to   lepiej   niż   poprzednio,   nie   tak 

fatalistycznie. Na jej twarzy pojawił się wyraz lekkiej sympatii i niebezpiecznej ciekawości.

-   Nie,   nie   wiem.   Czasem   zgłaszają   się   do   nas   ludzie   chcący   się   zaciągnąć   jako 

tymczasowi, ale nigdy ich nie przyjmujemy, i nie było nikogo takiego na Vikingu. Przykro 

mi. Jeśli nie ma ich w rejestrze stacji...

- Nie wziąłbym miejscowych. - Przerwał jej i spróbował powiedzieć prawdę. - Nie, 

właściwie wziąłbym, gdyby pozwoliło mi to zmieścić się w rozkładzie. W każdym razie Lucy 

jest moja, a ja wyszedłem polować na kogoś obiecującego, nie...

- Uważasz, że jestem obiecująca?

Śmiała   się   z   niego.   To   przynajmniej   było   lepsze   od   podejrzeń.   Uśmiechnął   się. 

przełykając dumę.

- Chybabym cię nie przekonał, prawda?

Roześmiała się w głos, a jemu mocniej zabiło serce, bo zrozumiał w jaką teraz grała 

grę.   Najstarsza   kupiecka   era   w   handel,   a   fakt,   że   przystąpiła   do   manewrów   w   dobrym 

humorze sprawił, że poczuł falę nadziei. Pociągnął drugi łyk z zapomnianej szklanki, a ona 

zdrowo łyknęła ze swojej drugiej.

- Straciłeś załogę tutaj? - zapytała. - Nie mogłeś dolecieć sam.

- Tak, tutaj. Był w szpitalu, zaciągnął się na przelot i złapał tu swój statek, ot, cała 

historia.   -   Napił   się   znowu   i   z   zaniepokojeniem   zobaczył   jak   dziewczyna   macha   komuś 

znajomemu,  swobodny ruch ręki w stronę ciemnobrodego  mężczyzny,  który podszedł od 

drzwi i stanął przy nich.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

-   Tak   -   potwierdziła.   Kolejny   dublińczyk,   starszy   i   ponury.   W   oczy   rzucały   się 

irlandzka koniczynka i gwiazdy na jego rękawie, oraz belki naszyte na kołnierzu. Sandor 

siedział nieruchomo i starał się uśmiechać, poddawany inspekcji przez ciemne, nieżyczliwe 

background image

oczy. Mężczyzna został przez chwilę, dość długo by go ostrzec, po czym wolno oddalił się w 

stronę drzwi.

Sandor przyglądał mu się, obracając się w tym celu na siedzeniu, wciąż poruszony. 

Obrócił się z powrotem mając wrażenie, że A. Reilly będzie ubawiona z jego zmieszania. 

Była.

Pociągnęła kolejny solidny łyk ze szklanki. Zaczynały się jej rumienić policzki.

- Ta twoja Lucy to jaki rodzaj transportowca? Ogólny?

- Bardzo.

- Nie zadajesz zbyt wielu pytań.

- Co oznacza to A?

- Allison. A twoje E?

- Edward.

- Nie Ed?

- Może być Ed, jeśli wolisz.

- Kapitan?

- I załoga.

Wydawała   się   być   ubawiona.   Dokończyła   drinka   i   zastukała   długimi, 

polakierowanymi   na   brzoskwiniowo   paznokciami   w   szklankę,   wywołując   delikatne 

dzwonienie. Pojawił się barman.

-   Jeszcze   raz   to   samo   -   powiedziała,   a   kiedy   odszedł,   popatrzyła   na   Sandora 

przechylając głowę.

- Zmieszałam to kiedyś z winem na Cyteen, i prawie się spóźniłam na statek.

- Nie wydają się być mocne - odparł i z zaciśniętym sercem popatrzył na barmana 

mieszającego kolejną porcję kosztownego musującego napoju... i jeszcze jedną dla niego, co 

było brzydkim numerem, na który jednak mogli sobie pozwolić w takim miejscu.

- Uwielbiam go - skomentowała, kiedy barman wrócił stawiając przed nimi kolejne 

szklanki. Podniosła swoją i upiła potężny łyk.

- To lokalna specjalność, pędzona tylko na Vikingu i Pell. Przeleciałeś całą drogę z 

Wyatt, prawda? To spory dystans jak na mały statek. Jaki to koncern? Nie pamiętam żebyś 

mówił.

- KWS. - Był bliski paniki, z tym rachunkiem i pytaniami zahaczającymi o obszary, 

które wolałby zostawić w spokoju. Żal wykręcił mu żołądek, a musujący drink nie łagodził 

sytuacji. - Przewożę drobne ładunki, gdziekolwiek jest miejsce dla transportowca. Jestem 

niemal   niezależny.   Ale   za   to  Dublin  w   zasadzie   funkcjonuje   jako   swój   własny  koncern, 

background image

prawda? Robicie pełen krąg. To jest niezależność. -  Mówił bzdury tylko po to by zmienić 

temat   rozmowy   z   powrotem   na  Dublin,  na   nią.   Wpatrywał   się   w   jej   oczy   i   zaczynał 

podejrzewać, że wszystko okaże się tylko żartem na jego koszt, że wymieniła z brodatym 

krewniakiem jakiś znak. Możliwe, iż na zewnątrz czekał już ktoś by rozpocząć awanturę. 

Albo zabawi się jego kosztem i odejdzie, zostawiając mu rachunek do zapłacenia. Pomimo 

wypicia kolejnego drinka był teraz trzeźwiejszy niż kiedy tu wszedł, może oprócz pewnego 

zdrętwienia palców. I choć ona nie wyglądała ani odrobinę mniej pięknie, jego pożądanie 

zostało   przytłumione   przez   rodzaj   złośliwej   satysfakcji   utrzymującej   się   na   jej   twarzy. 

Przybrał minę uczciwego człowieka, jak wobec agenta celnego lub próbującego go oszukać 

kupca z doków. Wykrzywił się w uśmiechu, na co ona odpowiedziała tym samym.

- Nic z tej pogawędki nie ma  dla ciebie  znaczenia - odezwał się. - Jakie pytania 

powinienem zadać?

- Kupujesz mi drinka - odpowiedziała stawiając na barze swoją na wpół opróżnioną 

szklankę.   -   To   wszystko.   Oczywiście   jesteś   bystrzejszy   niż   niektórzy   mieszkańcy   stacji, 

którzy nie wiedzą jak daleko mogą ich zaprowadzić pieniądze. Dziękuję, Stevens. Sprawiłeś 

mi przyjemność. Powodzenia w szukaniu załogi.

Barman, kierowany własnym refleksem pośpiesznie kierował się w ich stronę, widząc 

kto odchodzi a kto zostaje by zapłacić rachunek. Sandor dostrzegł go kątem wyczulonego na 

kłopoty oka, desperacko sięgnął do kieszeni i rzucił jej zawartość na bar, podczas gdy Allison 

Reilly kierowała się już do wyjścia. Wstał ze stołka i prawie ją dogonił, kiedy sparaliżował go 

krzyk:

- Ty tam, to za mało!

Sandor zamarł. W innym miejscu po prostu uciekłby, a gdyby miał dość rozsądku w 

ogóle   nie   znalazłby   się   w   podobnej   sytuacji.   Wojskowi   patrzyli   na   niego   znad   swojego 

stolika. Inni też. Teatralnym gestem pomacał się po kieszeni.

- Dałem panu dwudziestkę.

Barman skrzywił się wysuwając dłoń z żetonami.

- Nie dwudziestkę. Dziesiątkę.

Sandor przybrał pozę wściekłości, wrócił i przyjrzał się bilonowi.

-   Bardzo   pana   przepraszam.   Czyli   to   ja   zostałem   oszukany,   w   lokalu   obok,   bo 

powinienem mieć dwudziestkę. Obawiam się, że jestem trochę pijany, ale proszę mi wierzyć, 

jestem wypłacalny. Możemy to jakoś zorganizować?

Barman popatrzył na niego wilkiem, ale za jego plecami pojawiła się jakaś postać i 

usłyszał:

background image

-   Proszę   to   zapisać   na  Dublin   -  powiedziała   Allison   Reilly.   Sandor   obrócił   się 

napotykając lekki uśmiech i lodowate spojrzenie kobiety - byli niemal tego samego wzrostu.

- Wyjdziesz na zewnątrz? - zapytała.

Potwierdził, czując jak strach, alkohol i nerwy dają mu adrenalinowego kopa. Podążył 

na zewnątrz za szczupłą, ubraną w kombinezon postacią z kruczoczarnymi włosami, i te kilka 

kroków   w   hałas   i   światło   wystarczyło,   by   ostudzić   jego   nerwy.   Podejrzewał,   że   został 

wrobiony przez eksperta, oszukany na cenie. Uśmiechnął się smutno, kiedy zatrzymała się i 

odwróciła, stając z nim twarzą w twarz. Tak naprawdę miał w tej chwili ochotę coś połamać, 

ale człowiek z pustymi kieszeniami i żołądkiem pełnym drinków na koszt dublińczyka musiał 

zachować dobry humor. Zawsze należało liczyć się z jej kuzynami, których było przynajmniej 

kilkuset.

- Czy ten tekst często się sprawdza?

- Zwrócę ci rachunek - sam nie mógł uwierzyć, że to mówi, ale doszedł właśnie do 

wniosku,   iż   może   wyciągnąć   jeszcze   jedną   dwudziestkę   ze   swojego   konta   operacyjnego. 

Nienawidził być złapanym w pułapkę i uratowanym. - Mam dość pieniędzy. Po prostu nie 

zabieram zbyt wiele do doków.

Przyglądała mu się, jakby oceniając wiarygodność tego co powiedział. Albo jego. Lub 

zastanawiając się nad wezwaniem kuzynów.

- Zakładam, że to wszystko do czegoś prowadzi.

Znów mu to zrobiła, zupełnie wytrąciła go z równowagi.

- Mogłoby - odpowiedział z tym  samym,  lekko drwiącym  humorem.  - Ale muszę 

wracać na statek. Pochłonęłaś wszystkie moje pieniądze, a obawiam się, że warunki na Lucy 

nie odpowiadają standardom, do których jesteś przyzwyczajona.

- Ech. - Sięgnęła do kieszeni, wyciągając z niej pojedynczą pięćdziesiątkę. - Bradford. 

Znam go. Pokoje pierwszej klasy.

Zamrugał, ponownie zdębiały, próbując odgadnąć czy uwierzyła w cokolwiek z tego 

co mówił, albo co takiego w nim zobaczyła. Możliwe, że przygotowywała go na kolejny, 

jeszcze gorszy żart. Ale pragnął jej. Teraz było to silniejsze niż poprzednio, obdzierając go z 

całej ostrożności i odrzucając wszystkie rozsądne argumenty. Lata samotnych marzeń i starań 

o utrzymanie się przy życiu, o pozostanie żywym, do tego się wszystko sprowadzało... i jedna 

noc w srebrnym barze oraz ekskluzywnej noclegowni. Mówił sobie, że niebezpiecznie się 

spił, unosząc się w powodzi bodźców przepełniających zmysły. Ona też się upiła. Wybrała 

sobie kogoś takiego jak on, co było ryzykowne. Była albo ciekawa, albo znudzona, chociaż 

Bradford  był  siedzibą   dublińczyków  i  jeden jej  krzyk   mógł   ściągnąć  mu  na  kark  więcej 

background image

kłopotów,   niż   mógłby   sobie   wymyślić.   Kiedy   objęli   się   i   poszli   w   wybranym   przez   nią 

kierunku, jego dłonie wciąż były spocone. Wytarł je w spodnie zanim ujął jej chłodną, suchą 

dłoń.

Szli wzdłuż doku, mijając rusztowania skierowane w stronę odległego, niewidocznego 

rdzenia. Te wieże, które mijali, sterczały wprost w górę, a odleglejsze wydawały się być 

krzywe, wyglądając jak cząstki jakiegoś gigantycznego owocu. Dok przewijał się przed nimi 

jak   szara   szpula   wstążki   z   lametą   wzdłuż   lewej   krawędzi,   którą   stanowiły   podświetlone 

neonami fronty sklepów i barów. Dok Vikinga miał swój własny zestaw zapachów, na który 

składały się aromaty potraw, alkoholi, zapach maszynerii i chemikaliów oraz przejmujące, 

piżmowe   zimno   otwartych   luków   towarowych.   Miał   własny   zestaw   dźwięków,   na   który 

składały się ludzkie głosy, maszyneria i dźwięki muzyki, która wyciekała z barów w różnych 

kombinacjach,   tworząc   chwilami   zdumiewającą   harmonię.   Wszystko   to   składało   się   na 

przyprawiający o zawrót głowy przepływ doznań, z których nigdy dotąd nie zdawał sobie 

sprawy. Nie w taki sposób, ze srebrną kobietą z Dublina idącą z nim ramię w ramię, krok w 

krok, przeciskając się przez tłumy.

Dotarli przed dyskretny front Bradforda, z przydymionymi oknami ciśnieniowymi i 

złotymi   literami.   Weszli   do   środka   i   zarejestrowali   się   przy   biurku   z   komputerem 

obsługiwanym  przez  urzędnika,  który  mógł  być  recepcjonistą  kompanii.   Stali   na  grubym 

dywanie  pod eleganckimi  lampami,  w  pomieszczeniu,  które  całe  było  w  bieli  i złocie,  z 

dźwiękoszczelnymi drzwiami nie dopuszczającymi hałasu doków. Zapłaciła i dostała kartę 

pokoju.   Uśmiechnęła   się   do   niego   i   poprowadziła   po   puszystym   dywanie   do   drzwi   z 

właściwym numerem. Wsunęła kartę do zamka i otworzyła.

Apartament był tej samej klasy co bar, z którego właśnie przyszli, rodzaj miejsca na 

które nigdy nie mógł sobie pozwolić - wszystko w kremowej satynie, zrzucającym się w oczy 

niebiesko-kremowym   łóżkiem   i   łazienką   z   prysznicem,   wyłożoną   kremowymi   płytkami. 

Przez chwilę poczuł się przytłoczony luksusem, jakiego nie widział jeszcze nigdy w życiu. 

Potem   jednak   kontrolę   przejęła   duma,   więc   objął   Allison   Reilly   i   przyciągnął   do   siebie 

gwałtownym   ruchem,   który   wywołał   instynktowny   opór.   Uśmiechnął   się   do   niej,   a   ona 

odsunęła   się   patrząc   na   niego   w   sposób,   który   jednocześnie   wyrażał   ostrzeżenie   i 

rozbawienie.

W   jednej   chwili   pojął,   że   przejrzała   jego   grę,   rozumiała,   iż   jego   aroganckie 

zachowanie stanowi fasadę, która cały czas była dla niej przezroczysta. Mogła to opacznie 

pojąć, z jej dumą  dublińczyków  ich pieniędzmi.  Pojął, że może się dorobić śmiertelnego 

wroga, albo zyskać coś, co będzie mógł wspominać podczas długich nocy pomiędzy stacjami. 

background image

Faktem   było,   że   go   przerażała,   bo   miała   w   ręku   wszystkie   istotne   karty,   a   zbyt   łatwo 

przychodziło mu uwierzenie, że w każdej chwili może się roześmiać. Albo opowie o tym 

swoim kuzynom, naśmiewając się jak to kupiła sobie zabawkę na jedną noc. A najgorsza z 

tego wszystkiego była obawa, że nie będzie potrafił nic z siebie wydobyć, bo wciąż dręczyło 

go podejrzenie, że ona wie kim naprawdę jest. A to oznaczało policję.

Przytrzymał   jej   twarz   dłońmi   i   nieśmiało   spróbował   ją   pocałować,   taka   wymiana 

uprzejmości   pomiędzy   obcymi,   którzy   poznali   się   w   doku.   Oparła   się   o   niego   i   oddała 

pocałunek w sposób, który sprawił, że krew zaczęła żwawiej krążyć w jego żyłach.

-   Czy   nie   powinniśmy   zamknąć   drzwi?   -   zasugerowała   w   praktyczny   sposób,   co 

kolejny raz ustawiło go w pionie. Puścił ją i wdusił przycisk, po czym szybko obrócił się do 

niej,  zaczynając   podejrzewać,   że   cała   ta   sytuacja   jest   w   gruncie   rzeczy   humorystyczna   i 

zasługiwał na to, żeby się z niego śmiać, nawet on sam. Był starszy, ale domyślał się, że w 

tego typu spotkaniach był od niej dużo mniej doświadczony. Naiwny i wystraszony.

-   Głosuję   za   prysznicem   -   Allison   Reilly   powiedziała   radośnie   i   zaczęła   ściągać 

kombinezon. - Ty też?

Rozpiął swój, zawstydzony i kolejny raz wytrącony z równo wagi jej niefrasobliwym 

podejściem,   oraz   dlatego,   że   nadal   węszył   podstęp   w   czymś,   co   dla   niego   stawało   się 

śmiertelnie poważne.

Śmiała   się;   spryskała   go   mydłem   i   zdołała   śmiać   się   pod   prysznicem   oraz 

przewracając się w łóżku pod błękitnym prześcieradłem. Ale nie cały czas. Przez długą, długą 

chwilę   była   bardzo   poważna,   podobnie   jak   on.   Kochali   się   całkiem   skoncentrowani,   aż 

skończyli w swoich objęciach, zupełnie wyczerpani.

***

Obudził się. Światła wciąż były włączone, tak jak je zostawili, a Allison poruszyła się 

i   wymamrotała   coś   na   temat   wachty   na  Dublinie,  podczas   gdy   trzymał   ją   z   wielką   i 

desperacką melancholią, oraz pytaniem, które nurtowało go przez pół nocy.

- Spotkamy się jeszcze? - zapytał.

- Kiedyś - odpowiedziała, przesuwając palec wzdłuż jego szczęki. - Dziś po południu 

wylatuję.

Serce mu zamarło.

- Gdzie lecicie?

Zmarszczyła się. Po chwili powiedziała:

-   Pell.   Nie   ma   tego   w   komunikatach,   ale   mógłbyś   dowiedzieć   się   w   biurach. 

background image

Przechodzimy przez granicę. Rozkręcamy tam interesy. Wrócimy... może za lokalny rok.

Serce wciąż odmawiało mu posłuszeństwa. Leżał przez chwilę nieruchomo, myśląc o 

swoim statku, ładunku i nadziejach. O staruszku, który może się wygadać i Wypadkach, które 

wyczyściły jego konto do zera. Zbliżał się koniec roku. Gdyby musiał, mógłby się przyczaić i 

nie podbierać nic więcej aż do nowego roku, ale to wywołałoby podejrzenia i podniosło 

rachunek za postój w doku do wysokości, której nie mógłby uiścić.

- Jakie można mieć interesy na Pell? - zapytał. - Czy ma to coś wspólnego z tym 

wariującym wojskiem?

- Różne rzeczy słyszy się w dokach - odparła ostrożnie, marszcząc czoło. - Ale czemu 

cię to interesuje?

- Spotkamy się na Pell.

- Zwariowałeś. Mówiłeś, że lecisz na Fargone.

- Spotkamy się na Pell.

Zmarszczki pogłębiły się. Podniosła się na rękach i opierając się na nim popatrzyła 

nań z góry.

- Wychodzimy dzisiaj. Jak szybka jest ta twoja Lucy? Sądzisz, że drobnicowiec jest w 

stanie ścigać się z Dublinem?

Będziecie mieć ładunek. Ja mam pusty statek. Dam radę.

- Chcesz porwać własny statek? Co na to powie twój koncern? Odpowiedz mi.

- Będę tam.

Nie odzywała się przez chwilę, po czym oparła głowę na jego ramieniu i łagodnie się 

roześmiała, nie wierząc mu.

- Zostało nam jeszcze kilka godzin - przypomniała.

Wykorzystali je.

A kiedy w końcu wyszła koło południa, odprowadził ją do doków w pobliże jej statku 

i przyglądał się, jak odchodzi - szczupła postać w kombinezonie - tak, jak zobaczył ją po raz 

pierwszy.

Był teraz trzeźwy i powinien się otrząsnąć, wzruszyć ramionami i powiedzieć sobie: 

dość. Powinien wepchnąć siebie i swoje pomysły z powrotem do rzeczywistości i znaleźć 

tego   dzieciaka   z   wewnątrzsystemowca,   który   może   mieć   ambicję   poznania   skoków 

międzygwiezdnych. Miał do sprzedania przynajmniej wiedzę, komuś dość zdesperowanemu, 

by zaciągnąć się do niego. Niestety, ostatni i jedyny obiecujący nowicjusz, jaki mu się trafił, 

odleciał na prochach skokowych i nie oprzytomniał dostatecznie, by wiedzieć co się z nim 

dzieje. Wreszcie przedawkował i zmarł.

background image

Może   powinien   spróbować   z   innym   dzieciakiem,   dać   sobie   jeszcze   jedną   szansę. 

Potrafił   przekonująco   mówić.   Zawsze   była   to   jego   największa   umiejętność,   dzięki   której 

potrafił   wyciągnąć   się   z   dowolnych   niemal   kłopotów.   Powinien   wrócić   do   baru,   gdzie 

przerwał  wczoraj  i  ponownie  zagrać  rolę  kapitana.  Miał  dostać  ładunek,   drobne  ścinki   z 

handlu   stacji   -   musiał   tylko   poczekać,   by   upewnić   się,   że   nie   przechwyci   ich   żaden   z 

większych statków. I o ile pewien staruszek ograniczy opowieści do grona własnej załogi.

Ale kiedy tak patrzył na jej oddalające się plecy, stwierdził nagle, że jedyne co liczy 

się dla niego obok Lucy, to ona.

Lucy kontra Dublin Again. Mówiło się o nowych trasach otwierających się na Pell, o 

ponownym   otwarciu   Tylnych   Gwiazd   i   handlu   z   Sol.   Choć   takie   plotki   pojawiały   się 

właściwie   co   rok,   tym   razem   miał   wrażenie,   że   są   nieco   bardziej   realne.   Wojsko   było 

poruszone. Statki odlatywały w tamtą stronę. Dublin leciał. Mają interesy, powiedziała, i nie 

chciała zdradzić nic więcej. Ta idea urzekła go i zarazem wstrząsnęła nim. W swoim życiu 

kochał dwie rzeczy - jedną z nich była Lucy, drugą sen o Allison Reilly.

Przekonywał się, że  Lucy  jest ważniejsza, że może ją stracić, podczas gdy Allison 

Reilly dopiero poznał i nie mógł być jej pewien, miała zbyt wiele twarzy. Sytuacja z jego 

kontem nie była jeszcze beznadziejna - bywał już w gorszych kłopotach, a wciąż był w stanie 

odrobić straty. Powinien trzymać się tego co ma i nie ryzykować.

Ale gdzie pójść i co robić? Nie mógł porzucić trasy Dublina, nie myśląc przy tym jak 

samotnie jest w przestrzeni kosmicznej. Przy każdym dokowaniu do stacji żyłby nadzieją, że 

kiedyś znów gdzieś natknie się na Dublin. Za rok czasu lokalnego - może go tu nie być. Może 

być... Bóg jeden wie gdzie. Albo zostanie złapany, złapią go i zrobią mu pranie mózgu, tak że 

nawet, widząc Dublin nie będzie nic czuł ani pamiętał. Lucy rozbiorą na części, robiąc z nim 

prawie to samo.

Stał   nieruchomo   pośrodku   doków,   zwracając   tym   na   siebie   więcej   uwagi   niż 

kiedykolwiek miał na to ochotę, po czym gwałtownie ruszył w stronę biur, znów poruszając 

się   z   o   wiele   większym   niż   zazwyczaj   pośpiechem.   Na   miejscu   przywołał   całą   swoją 

elokwencję,   by   przekonać   urzędnika,   że   z   powodu   pilnej   wiadomości,   którą   dostał 

prywatnymi kanałami, musi natychmiast opuścić stację i polecieć na Voyagera.

- Więc napełnijcie tylko zbiorniki - błagał urzędnika z desperacją obliczoną na danie 

mu poczucia władzy i przypomnienie, że Sandor według dokumentów reprezentuje Koncern 

Wyatt Star, który, jeśli nie zostanie odpowiednio potraktowany może wysłać raport w górę, 

biorąc opóźnienie za zniewagę.

- Tylko tyle. Dajcie mi liofilizaty, bez mrożonek, jeśli to miałoby zająć zbyt dużo 

background image

czasu. Będę gotował wodę ze zbiorników. Podłączcie tylko te kable i dajcie mi wylecieć.

Zobaczył coś, czego prawie się spodziewał - otwarta dłoń, wprost w biurze. Oblał się 

potem na wspomnienie policji i rzędu okrętów wojennych zacumowanych zaraz obok biur, w 

strefie niebieskiej. Ni mniej, ni więcej, tylko dwa nosiciele pełne żołnierzy, którzy - podobnie 

jak mieszkańcy stacji - byli do siebie denerwująco podobni w wyglądzie i zachowaniu: piętno 

fabryk ludzi. Ale niezależnie czy byli szkoleni z taśm czy nie, czy byli obywatelami Unii czy 

nie, czasem pojawiała się otwarta dłoń. O ile nie była to policyjna prowokacja, co też było 

możliwe.

Podniósł wzrok i spojrzał w oczy zupełnie oderwane od wysuniętej dłoni.

- Załatwi mi pan zgodę banku, dobrze? - poprosił Sandor. - Naprawdę zależy mi na 

czasie. Będzie mógł pan to zrobić?

Urzędnik wydął wargi i skonsultował się z komputerem, dokonując jakichś obliczeń.

- Voyager, tak? Wie pan, że pańska rezerwa spadła do pięciu tysięcy? Spodziewam się 

przynajmniej dwu za pomoc.

Zadygotał. To było niewiarygodne. Sięgając do dna i tak już chudego konta, jego 

następny ruch spowoduje naruszenie głównego funduszu KWS, a na pewno do tego dojdzie, 

jeśli   doda   się   obecne   opłaty   dokowe.   Istniała   szansa,   że   tu   wróci,   ale   to   uruchomiłoby 

kontrole. Niemrawo kiwnął głową.

- A więc pomoże mi pan z tym, dobrze? Naprawdę mi na tym zależy.

Mężczyzna obrócił się i z biurkowej konsoli wystukał polecenie wydruku. Komputer 

wypluł formularz, który położył na kontuarze.

- Niech pan wypisze na siebie. Dla wygody mogę wypłacić tutaj.

- Naprawdę to doceniam. - Pochylił się nad formularzem i wypełnił go na siedem 

tysięcy, uśmiechając się boleśnie, gdy podawał go z powrotem, urzędnikowi, który wypłacił 

mu gotówkę ze stojącego zanim sejfu. Pieniądze Unii, nie żetony stacji, w banknotach po 

pięćset.

- Może - odezwał się urzędnik - powinienem pójść z panem i szepnąć słówko w 

kapitanacie na temat  pańskiej sytuacji awaryjnej. Sądzę, że będziemy mogli  szybko pana 

wypuścić.

Wciąż się uśmiechając zaczekał, aż mężczyzna założy kurtkę i wyszedł razem z nim w 

tętniącą życiem urzędową część doków.

-   Kiedy   już   podłączą   te   kable   i   zacznie   nadchodzić   żywność   -   zaczął   mówić, 

poklepując, się po kieszeni z pieniędzmi - będę mógł okazać wdzięczność. Ale za te pieniądze 

spodziewam   się   dostać   również   mrożonki,   bez   opóźnień.   Skubie   mnie   pan   jakbym   był 

background image

wielkim   koncernem,   więc   niech   pan   dopilnuje   żebym   chociaż   dostał   odpowiednie 

zaopatrzenie.

- Niech pan nie przegina, mister.

- Jestem pewien, że może pan to zrobić. Pokładam w panu wiarę. Niech pan pamięta, 

że jeśli ktoś zacznie mnie wypytywać, to trafi też do pana.

Szli   dalej   w   milczeniu.   Po   prawej   stronie   minęli   wejścia   do   statków   bojowych, 

oświetlone równie jasno i kolorowo jak te kupieckie, ale w obie strony przechodzili przez nie 

żołnierze, a przy drzwiach do znajdujących się tu biur, stały posterunki uzbrojonego wojska. 

Żołnierze z probówki, jednakowi do niemożliwości. Możliwe, że mieszkańcy stacji, z których 

wielu miało podobne pochodzenie nie uważali tego za zbyt dziwne. Ten mężczyzna obok 

niego pamiętał wojny, może nawet był na Vikingu. podczas upadku i mógł mieć wspomnienia 

podobne do wspomnień kupca, którego statek przejęli piraci. Krwawe lata. Przynajmniej tyle 

ze sobą dzielili, on i mieszkaniec stacji: niechęć do wojska, pewną nerwowość i przekonanie, 

że kiedy robi się gorąco, dobrze jest mieć trochę gotówki w kieszeni. Były takie czasy, że 

ewakuowano stacje, przenosząc całe populacje. Kiedy kupcy uciekali w głęboki kosmos i 

czekali,   aż   okręty  wojenne   rozstrzygną   o   polityce.   Nikt   nie   tęsknił   za   tymi   czasami,   ale 

odruchy pozostały.

- Ciężkie czasy - odezwał się w końcu Sandor, kiedy mijając łuk sekcji przechodzili ze 

strefy niebieskiej do zielonej. - Duże statki mogą się o siebie zatroszczyć, ale małe mają 

powody do zmartwień. Naprawdę potrzebuję tych towarów.

Wciąż cisza. W końcu:

- Słyszał pan coś po drugiej strome?

- Nic pewnego. Mazian napada na statki... cholera, co mogę zrobić? Nie mam takich 

rezerw, by przez kilka miesięcy siedzieć na stacji nie wożąc ładunków i po prostu przeczekać. 

Po prostu ich nie mam. Małe statki takie jak mój - koncerny zapominają o nas, gdy tylko 

zaczynają się kłopoty na taką skalę. KWS jest prowadzona przez ludzi ze stacji, którzy każą 

mi wozić towary niezależnie od okoliczności. Niektóre z ich dużych statków schowają się 

żeby przeczekać, podczas gdy tacy jak ja zostaną złapani w środek. Ale kto utrzyma stacje w 

działaniu? Drobnica, niezależni i tym podobni. Naprawdę chciałbym dostać te mrożonki.

- Będzie dodatkowo kosztować.

- Nie ma mowy. Skubie mnie pan na dwa tysiące. Zrobię to jeszcze raz i trafię na 

kontrolę z koncernu. Myśli pan, ze dwa tysiące to nic? Przy rozmiarach mojego konta to 

zdecydowanie jest coś.

- Myśli pan, że koncern pana stąd odciąga?

background image

- Nie mam pojęcia co zamierzają zrobić.

- Puszczenie nieoficjalnego posłańca - to brzmi, jakby chcieli pana stąd wyciągnąć.

- Nie wiem.

Znów cisza.

- Ale nie będą sprawdzać tego konta zbyt dokładnie. Założę się, że będą więcej niż 

szczęśliwi zgromadziwszy swoje statki w bezpieczniejszych rejonach, jeśli tu zacznie się coś 

dziać. Są realistami. Wiedzą, że ich statki muszą się same chronić. Na wszelkie sposoby. Zna 

pan rynek złota?

Tętno mu skoczyło.

- Wiem, że nie mam licencji na transport.

- W czasach takich jak te, cena idzie w górę. Wielu kupców wozi go odrobinę w 

kieszeni.

- Nie mogę zrobić czegoś takiego. KWS zażądałoby mojej głowy na talerzu.

-   Weźmie   pan,   powiedzmy,   trochę   odpadów.   Niewiele.   Wyciągnie   pan   jeszcze 

czternaście  plus   jeden,  a  ja  znam  handlarza,   który  da  panu standardową  cenę  stacji  plus 

piętnaście procent, bardzo dobra stawka dla kupca. Taka sama, jaką dostają duże statki.

Powietrze zmroziło mu twarz, utrudniając oddychanie.

- Zdaje pan sobie sprawę, że mówi o ciężkim przestępstwie. To nie podbieranie, to 

złodziejstwo.

- Tak bardzo się pan martwi? Jeśli pański koncern stąd pana wyciąga, jeśli zrobi się tu 

gorąco, będzie to pana dużo kosztować. Jeśli tylko włoży je pan z powrotem tam, gdzie pan 

leci, jest pan kryty - a zysk można schować do kieszeni.

- Wartość złota nie wzrośnie zbytnio, kiedy oddalam się od kłopotów.

- Ależ wzrośnie. Zawsze tak jest. Tak jest rozsądnie, zawsze jest dobre na stacji, bo 

nie można go wyśledzić, wszystko można za nie kupić. A jeśli tylko pojawiają się jakieś 

kłopoty - cena idzie w górę.

Przełknął narosłą mu w gardle grudę.

- Racja. Dobrze, niech mi pan przygotuje ten czek, zrobię to. Ale nie będę się tym 

zajmował na żadnym etapie.

- To będzie kosztować pana dodatkowy tysiąc, za moje ryzyko.

- Jeśli będę pierwszy do wylotu  z doku, to niech towar trafi  na statek,  gdy będę 

tankował.

- Nie ma problemu.

background image

***

Już po dwu godzinach statek był załadowany, miał podpisane papiery i zgodę na start. 

Przypiął się pasem do fotela i uwolnił z objęć Vikinga łagodnym  odpaleniem silniczków 

dziobowych Lucy, które odepchnęły go w tył i nadały lekki dryf. Pozwolił by ruch, który był 

efektem złego ustawienia jednego z silniczków, przybrał na sile. Znał Lucy i nigdy nie czuł 

potrzeby naprawienia go. Dryf zawsze wprawiał statek w obrót w poprzek osi, w ten sposób 

niewielkie   pchnięcie   silnikiem   rufowym   wystarczyło   by   całkiem   obrócić   statek,   wciąż 

pozostając w przydzielonym korytarzu. Tego typu manewry były zazwyczaj zarezerwowane 

dla statków wojskowych, ale  Lucy  była niewielką jednostką i również mogła sobie z nimi 

poradzić. Zazwyczaj jednak nie popisywał się tak w pobliżu stacji - nie miał ochoty ściągać 

na siebie uwagi. Dopuścił się poważnej kradzieży,  miał fałszywe  dokumenty,  podrobiony 

numer  a  na pokładzie  przewoził  nielicencjonowany ładunek - był  już najwyższy  czas  na 

kolejną zmianę tożsamości Lucy - gdyby tylko miał na to czas.

Włączył kamerę i zobaczył  Dublin Again.  Właśnie koło niego przelatywał - piękny, 

srebrny   statek,   cały   rozświetlony   reflektorami   własnymi   i   stacji,   błyszczący   jak   klejnot. 

Niewiele dalej z cienia wyłaniał się bojowy okręt Unii, matowy i złowieszczy, z brzechwami 

napędu   skokowego   większymi   od   tych   ze   statków   kupieckich.   Obserwował   go   -   kadłub 

upstrzony sensorami i bronią. Ponura gwiazda Vikinga otoczona krwistą koroną płomieni 

przesunęła się do tyłu, zgubił też obraz  Dublina.  Wyłączył  kamerę i skupił się na głosie 

kontroli lotów stacji, podającym mu namiary na punkt skokowy dla domniemanego skoku do 

stacji Voyager.

background image

Rozdział 2

Przygotowanie  Dublina do wyjścia z doku nie było drobnostką. Już samo zebranie i 

przeliczenie załogi było sporym przedsięwzięciem: na pokładzie statku zarejestrowane były 

1082 dusze, z których zdecydowana większość podczas pobytu na stacji korzystała z wolności 

i rozproszyła się w dokach. Wielu z nich nie było od czterech dni, przebywali w różnych 

hotelach i noclegowniach nie tylko w strefie zielonej, również w rozmieszczonych vi wzdłuż 

całego,   olbrzymiego   torusa   Vikinga   -   za   wyjątkiem   sekcji   niebieskiej   i   rdzenia 

przemysłowego. Znali swój czas i wracali, rejestrując godzinę podjęcia pracy, jeśli trzeba 

było jakąś wykonać. Jeśli byli gotowi na całkowity powrót na statek, wsuwali swoje karty w 

szczelinę czytnika i przekraczali zieloną linię umieszczoną na pokładzie i ścianach śluzy która 

upewniała ich, że ich przybycie zostało zarejestrowane. Gdyby teraz wyszli bez zgody oficera 

wachtowego, zostaliby porzuceni bez poszukiwań i współczucia.

Zieloną   gwiazdę   dowództwa   miało   prawo   nosić   stu   czterdziestu   sześciu 

dublińczyków. Z tej liczby siedemdziesięciu sześciu nosiło na kołnierzu naszywkę seniora 

aktywnej załogi dnia głównego i zamiennego. Czterech miało krąg kapitański - po jednym na 

każdą ze zmian roboczych; dwudziestu czterech, na różnych poziomach miało teoretycznie 

prawo   do   dowodzenia   albo   do   zajmowania   funkcji   na   mostku.   Szesnastu   na   emeryturze, 

takich,   którzy   choć   byli   już   zbyt   starzy   na   pracę,   wciąż   mieli   ogromne   doświadczenie   - 

doradzali i zasiadali w radzie nadzorczej. Aby koordynować pracę całego statku niezbędna 

była   równoczesna   obsługa   siedmiu   stanowisk   komunikacyjnych,   ośmiu   stanowisk   przy 

skanerach i czterech przy konsolach kontroli ładunku. Porządku pilnowało dwudziestu pięciu 

techników   i   podobna   liczba   specjalistów   od   ładunku.   Licząc   ich   wszystkich,   plus   załogi 

dodatkowe   na   wypadek   awarii,   dawało   to   czterysta   czterdzieści   sześć   osób   noszących 

insygnia   aktywnej   załogi;   dwieście   siedemdziesiąt   dziewięć,   którzy   uczyli   się   dopiero   i 

czekali, pracując najlepiej jak umieli. Byli też emeryci: było ich dwustu - takich, których 

zawiodły odmładzacze i opuściły już siły, z których część wciąż wychodziła do doków a 

niektórzy trzymali się swoich kwater albo szpitala, spodziewając się umrzeć gdy szok skoku 

zbyt   przeciąży   ich   umęczone   ciała.   Były   też   dzieci,   prawie   dwieście   w   wieku   poniżej 

dwudziestki,   z   których   sto   dwadzieścia   miało   obowiązki   i   korzystało   z   wolności,   kiedy 

Dublin  przebywał w doku. Czterdzieścioro z nich miało ten sam przywilej, co reszta załogi 

-spania w dowolnie wybranym miejscu.

O piętnastej pięćdziesiąt dnia głównego marnotrawni synowie i córy Dublina ruszyli 

do wejścia na pokład, jak srebrna powódź, przy akompaniamencie syków i stuków załadunku 

background image

towarów. Większość z nich miała wezwanie na godzinę czternastą, a ci którzy zajmowali się 

ładunkiem,   na   dwunastą.   Wszyscy   Reilleyowie   -   bo   wszyscy   nimi   byli,   całe   tysiąc 

osiemdziesiąt dwie osoby, za wyjątkiem Henny Megan i Liz Tyler, które wżeniły się z innych 

statków,   choć   i   tak   wszyscy   zapomnieli   o   ich   prawdziwych   nazwiskach   i   dla   wygody 

nazywali je Reilly, nie robiąc żadnych wyjątków. Wszyscy Reilly kierowali się na statek, 

opuszczając krzykliwe bary, błyszczące sklepy i noclegownie, niosąc zakupy i różnorakie 

pakunki, w wielu wypadkach zatrzymując się na granicy strefy Dublina, by demonstracyjnie 

pożegnać   się   z   jakąś   kochanką.   Gdy   opuszczali   stację   nie   sprawdzał   ich   żaden   celnik   - 

wchodzili jak chcieli, a Allison Reilly wspięła się po rampie i przez wąski rękaw do drzwi 

śluzy, niosąc ze sobą dwie butelki najlepszego Cyteeńskiego, kolekcję mikrofilmów, dwie 

pary skarpet, taśmę hipnotyczną i sześć tubek jej ulubionego kremu do rąk. Viking nie był 

zbyt dobrym miejscem na zakupy, jako że zajmował się głównie budową statków, więc we 

wszystkim   co   kupiła,   za   wyjątkiem   mikrofilmów   i   taśmy,   jakąś   część   stanowiły   koszty 

transportu i cła. Ale lecieli przez granicę, na tereny Sojuszu i niemal każdy coś kupił z myślą 

o tym, że tam mogą zetknąć się z innymi towarami, albo trudniej będzie coś dostać. A ona 

potrzebowała skarpet i lubiła ten rodzaj kremu.

Przekraczając zieloną linię wyłowiła swoje identyfikatory i wyciągnęła je jedną ręką z 

kieszeni.   Dochodząc   do   stanowiska   dyżurnego   po   drugiej   stronie   drzwi,   uśmiechnęła   się 

bezbarwnie do kuzynów różnego stopnia, którzy pełnili tę niewdzięczną służbę i wsadziła 

kartę do szczeliny komputera, podczas gdy ją sprawdzał Danny Reilly. Za nią stali Jammie i 

Meg, obróciła się i kiwnęła im głową z uprzejmości - mieli siedemnaście i dziewiętnaście lat, 

podczas gdy ona dwadzieścia pięć, dzięki czemu powinni się do niej zwracać „Madame”, a z 

jej   strony   wystarczało   zwykłe   kiwnięcie.   Zabrała   swoje   pakunki   do   stanowiska   kontroli, 

zdarła opakowanie i wsadziła zakupy do zamykanego pojemnika podanego jej przez kuzyna, 

z   napisanym   na   wieczku   za   pomocą   ołówka   “Allison   II”,   pośród   śladów   poprzednich 

napisów.   Niemal   tysiąc   dublińczyków   wracało   z   zakupami;   większość   z   nich   nie   miała 

dostępu   do   swoich   kwater,   gdy   statek   cumował   na   stacji,   a   do   odlotu   została   już   tylko 

godzina. Wszystkie prywatne rzeczy musiały zostać zważone i odpowiednio rozmieszczone, 

by nie wpłynęły na ogólny rozkład masy statku. Po pierwszym skoku zrobi się zamieszanie, 

kiedy  wszyscy  ruszą  do oficerów  ładunkowych,  by  odzyskać  swoje  skarby,  podczas  gdy 

statek będzie leniwie przechodzić przez pierwszy punkt zerowy w drodze do Pell. Było w tym 

coś specjalnego, Jak paczki urodzinowe - każdy lubił, żeby coś na niego czekało, choćby 

miałaby to być jedynie paczka cukierków. A jeśli ktoś przekraczał limit masy, cóż, można 

było przehandlować nadmiar albo zjeść to co się dało, czy zapłacić za nadwyżkę masy pracą 

background image

w nadgodzinach.

A później odsprzedać ją w następnej stacji, gdzieś w dokach, albo na targu kupieckim, 

który   sam   w   sobie   stanowił   atrakcję,   pełen   mieszkańców   stacji   szukających   czegoś 

egzotycznego.

Wpakowała puste opakowania do kosza, po czym  zamknęła  pokrywę pojemnika i 

przez chwilę  przyglądała  się, jak odjeżdża  do luku ładunkowego, po czym  ruszyła  dalej. 

Kiedy  Dublin  zbierze   już   cały   ładunek   i   wszystkie   śmieci,   z   jego   wnętrza   wysunie   się 

kontener   zawierający   odpadki   -   wszystko,   od   papieru   do   nadającego   się   do   ponownego 

wykorzystania nylonu, a stacja przechwyci go i odeśle do sortowania, przesiania i ponownego 

wykorzystania.  Dublin  nie zabierał w skok nic, co nie było potrzebne, a stacja niczego nie 

wyrzucała, nawet zużytych ubrań.

- Wciąż mieścimy się w rozkładzie? - zapytała najbliższą kuzynkę.

- Ostatnio tak słyszałam - odpowiedziała. - Dzwon zabrzmi za czterdzieści pięć minut.

- Hmm. - Bezwiednie rzuciła okiem na zegar umieszczony nad drzwiami i przeszła 

przez nie, ponownie chowając swoje identyfikatory, usuwając się z drogi kuzynom, którzy 

pędzili   załatwić   jakiś   pilny   interes   związany   z   ładunkiem.   Była   to   głównie   obsługa 

techniczna, która zanosiła odpadki do zsypu i okazjonalnie osobiste śmieci do wyrzucenia - 

niedogodność, która do tej pory powinna być  już załatwiona przez komputer, ale zawsze 

znalazł się ktoś spóźnialski.

Przynajmniej cały ten ruch w stronę windy odbywał się w ciszy. Kilka innych osób z 

kadry, parę od niej młodszych, niektórzy jeszcze z nie przyznanymi stanowiskami... ludzie 

spieszący się w ciasnej przestrzeni, bo ten olbrzymi cylinder, który stanowił kadłub statku 

podczas pobytu w stacji nie kręcił się, i nikt w normalnych dokowych butach nie był w stanie 

poruszać  się korytarzami  innymi  niż tymi  z numerem  jeden. Reszta pozostawała ciemna, 

biegnące w górę zakrzywione, przecinające się korytarze czekające na uwolnienie się od stacji 

i uruchomienie rotacji, która umożliwiłaby dostęp do całego obwodu statku.

Blada   zieleń   zewnętrznego   korytarza   ustąpiła   bieli   Strefy   Operacyjnej   Jeden,   a 

zapachy doków, które dostały się do środka zostały wyparte przez rześkie powietrze statku. 

Ściany korytarzy, podłoga i panele świetlne były nieskazitelnie czyste, bez żadnych smug czy 

plam, bo dublińczycy w młodości spędzali długie godziny utrzymując statek w takim stanie. 

Przed drzwiami windy w białej strefie czekało już kilkoro jej kuzynów. Allison kiwnęła im 

głową i również  stanęła  czekając,  rzucając spojrzenie  i  słowo powitania  należącej  do jej 

zespołu Deirdre, z jej rocznika. Mówiło się, że na Esperance zerwała z mężczyzną z Cato. 

Miała teraz cierpiący wyraz twarzy kogoś po czterodniowej balandze, z tendencją krzywienia 

background image

się na hałas. Allison otoczyła się ramionami i oparła o ścianę, czując ból kolan od chodzenia i 

marząc o umoszczeniu się na własnej koi, w kwaterze po drugiej stronie cylindra.

-   Dobra   noc?   -   ktoś   zapytał.   Łagodnie   zamrugała   na,   podobnie   jak   ona, 

bezprzydziałowca, który był z nią wczoraj w barze.

-   Tak   -   odparła,   wspominając   ją   przez   chwilę   i   zaszczyciła   Currana   głębokim 

spojrzeniem.

- A co działo się z tobą?

Curran uśmiechnął  się tylko.  Przyjechała  winda, do której wsiedli najpierw  starsi. 

Było jeszcze miejsce na ich trójkę - ją, Deirdre i Currana oraz kilkoro z pozostałych. Winda 

wciągnęła ich na drugi poziom, gdzie wysiedli młodsi, którzy byli ograniczeni do własnego 

terytorium.   Zatrzymała   się   znów   na   głównym,   gdzie   przepuścili   starszych   przodem,   idąc 

następnie   za   nimi   korytarzem   w   gwar   rozmów   i   śmiechu   wypełniający   pomieszczenie 

dorównujące   rozmiarami   większości   barów   stacji,   z   zakrzywioną   podłogą   i   meblami 

wykrzywionymi   przez   aktualną   geometrię   statku.   Załoga   mająca   przydzielone   stanowiska 

oraz starszyzna zbierała się w następnej sali, a Allison przecisnęła się przez środek tłumu do 

wejścia, rozglądając się za matką, Megan, która Pracowała na stanowisku skanera.

-   Wróciłam   -   zasygnalizowała   jej   dłońmi   poprzez   hałas   zgromadzonych   w   obu 

pomieszczeniach ludzi. Megan dostrzegła ją i podeszła, przekraczając białą linię oddzielającą 

oba kluby.

- Martwiłam się - powiedziała.

- Hej, nie zamierzam przegapić dzwonu. Miałaś przyjemny pobyt?

- Kupiłam kilka nowych taśm.

- Nic więcej?

Jej  matka  roześmiała  się, uspokajając się  zaraz  i matczynym  ruchem  sięgnęła,  by 

poprawić jej kołnierz.

-   Numery   jeden   wciąż   są   na   konferencji.   Spodziewamy   się   wylecieć   zgodnie   z 

rozkładem. W tej chwili wojsko rozmawia ze Starym..

- Ale nie ma wątpliwości co do zezwolenia? - sarna wyrównała kołnierz nerwowym 

ruchem. - Myślałam, że to już ustalone.

- Coś na temat dokumentów ładunku. Protokoły związane z przekraczaniem, granicy. 

Kapitanat stacji nalega, żebyśmy wrócili na obszar Unii ponownie przez Vikinga; nic nie 

obiecujemy, a wojsko nas popiera. Założę się, że dzwon zabrzmi o czasie.

- Nie widzę sensu w naleganiach Vikinga.

- Mówią, że chodzi o zbalansowanie handlu. Będą mieszać aż sięgną Rady.

background image

Zmarszczyła się i obejrzała, gdy na jej ramieniu wylądowała ciężka dłoń; to Geoff, 

brat przyrodni jej matki, z ciemną brodą i zmarszczonymi brwiami.

- Allie - odezwał się - uważaj jak zachowujesz się w dokach.

- Był bezpieczny - odpowiedziała Allison.

- Huh - odpowiedział Geoff i popatrzył ponad nią na Megan. - Pamiętaj o tym, Meg. 

Czy ten facet zadawał ci pytania, Allie? Czy na jakieś odpowiedziałaś?

- Nie był ciekawski i nic by nie zyskał pytając. To ja zadawałam pytania Geoff, sir, i 

byłam trzeźwiejsza niż on.

- Trzymaj się nazwisk, które znasz - wtrąciła Meg. - Zwłaszcza w tych czasach.

- Madame - odpowiedziała Allison pod nosem - sir.

Wciągnęła powietrze i umknęła, czując klepnięcie w ramię, gdy jej przyrodnia siostra 

Connie podeszła, by zdać raport, uwalniając ją od dalszej dyskusji. Między nią i Connie, która 

zajmowała się historią i statystyką  nie było wielkiej zażyłości. Connie zresztą była  w tej 

chwili w ciąży i bardzo ją ten fakt pochłaniał.

- Cześć Connie - oraz - czołem Allie - było wszystkim, co między sobą wymieniły. 

Bliżej był Curran, Geoff czy Deirdre, ale Megan kochała piegowatą Connie, co wystarczało 

Allison, która umiarkowanie ją lubiła, po części dzięki dystansowi w jakim żyły.

-   Cześć   -   przywitała   się   z   Ellis,   o   którą   zahaczyła   przeciskając   się   przez   tłum   i 

grzecznie - Madame - do swojej babki Allison, która była po odmładzaczach, miała srebrne 

włosy, była sterylna i nie wyglądała na więcej niż czterdzieści lat (miała sześćdziesiąt dwa). 

Była   też   prababka   Mina,   z   drugiego   stanowiska   skanu,   która   również   wyglądała   na 

czterdziestkę, ale miała dwa razy tyle - stara załoga. Mina, która rozmawiała z samą Madame, 

która siedziała na ławce - Madame przez duże M. Na imię miała Coleen, a jej odmładzacze 

zaczynały już szwankować, więc robiła się drobna i pomarszczona, ale pomimo kruchych 

kości i sztywnych stawów wciąż przebywała podczas manewrów w sali klubowej. Madame 

była osobą, przez którą była spokrewniona zarówno z Curranem, jak i z Deirdre. Madame 

była emerytowaną operatorką pierwszej komunikacyjnej i zachowała przywileje, które miała 

w przeszłości, ale wyraźnie wolała nie uczestniczyć w tej chwili w naradzie. Madame i Mina 

zasługiwały   na   uprzejmości   przy   wejściu   na   pokład,   więc   Allison   przedarła   się   przez 

gęstniejący tłum i oddała swój hołd, na który Mina odpowiedziała nieobecnym kiwnięciem, 

za   to   Madame   uścisnęła   jej   dłonie   i   pocałowała   ją   w   policzek,   jakby   była   jednym   z 

dzieciaków,   po  czym   puściła   ją,   cały  czas   rozmawiając   z  Miną   na   temat   wojska   i   praw 

kupców. Allison zwlekała jeszcze przez chwilę wstrzymując oddech, ale nie dowiedziała się 

niczego   istotnego,   więc   odsunęła   się   poprzez   inne   powitania   i   niemrawe   zataczanie   się 

background image

puszczonego samopas dwulatka.

Znalazła, sobie miejsce i usiadła, zagubiona w lesie stojących ciał, rzucając spojrzenia 

ponad otoczone czerwoną taśmą meble, które zwijały się wokół krzywizny pomieszczenia. 

Część   z   bezprzydziałowców   znalazła   sobie   miejsca   po   bokach,   siedząc   ponuro   z 

pozasłanianymi   oczyma   -   efekt   zbyt   intensywnego   świętowania.   Nieuchronne   bandy 

poruszających   się   na   kolanach   wyrostków   wrzeszczały   i   urządzały   sobie   zawody   we 

wspinaniu się na wznoszącą się podłogę, czasami spadając i ryzykując ciąganie za kołnierz, 

jeśli ich błazeństwa rzuciły je na kogoś starszego. Któreś z dzieci płakało, prawdopodobnie 

Dii - zawsze to robiło, nie znosząc hałasu. Inne dzieci piszczały - to była najlepsza chwila na 

spalenie całej nagromadzonej energii, a zabawy w wyścigi i wyzywanie się na różnorakie 

próby byty częścią ich wykazywania się odwagą, która była im potrzebna podczas gdy Dublin 

wykonywał   manewry   związane   z   uwolnieniem   się   z   doku.   Przygotowywało   je   to   na 

zbliżający się skok, przez który dzieci kupców przechodziły jeszcze przed urodzeniem. Te 

tutaj miały poniżej pięciu lat, szalejąc pomiędzy dorosłymi. Dzieci w wieku między sześć i 

szesnaście lat przebywały w górnej części cylindra, gdzie spędzały cały czas pobytu w doku 

w obróconym do góry nogami przedszkolu, którego wyłożone miękkim materiałem ściany 

czyniły ze zmiany kierunku ciążenia tylko jeszcze jedną szaloną zabawę. Każdy dublińczyk 

wspominał z nutką nostalgii o ile lepsze to było od tego tłumu dorosłych w klubie na dole 

statku.

Nie zyskiwali na liczebności z kolejnymi generacjami - kupiecka zasada dziedziczenia 

nazwiska w linii  żeńskiej  sprawiała,  że dublińczyków  nie ubywało,  a zmartwieniem  była 

raczej obawa o zbyt małą, niż za dużą liczbę dzieci. Kolejne zawsze było mile widziane, a 

jeśli ktoś pragnął pół tuzina, a kto inny żadnego, to wszystko było w porządku. Z generacji na 

generację wszystko się wyrównywało. Madame, Mina i Allison starsza przedłużyły swoją 

linię między innymi na Megan i Geoffa. Geoff, będąc mężczyzną, nie mógł przedłużyć swojej 

linii na Dublinie, ale Megan miała ją i Connie, która już przedłużała ród o kolejną generację. 

Tylko dzięki odmładzaczom pięć, czasem sześć generacji mogło żyć w tym samym czasie, jak 

Madame,  która dochodziła  do stu pięćdziesięciu lat i zaczęła słabnąć dopiero w ostatniej 

dekadzie. Madame, która była pierwszym Komandorem tak długo, że jej głos był wszędzie 

utożsamiany  z  Dublinem.  Do  dziś,  jeśli  wydała  jakiś  rozkaz  swoim  cienkim,   słabym  już 

głosem, natychmiast był wykonywany. Był też jeszcze Stary na emeryturze, który był Starym 

przez większość życia Allison, ale teraz rzadko wychodził, zamknięty w swojej kabinie, która 

podczas dokowania znajdowała się na samym dole statku. Podczas skoku zawsze znajdował 

się pod czyjąś opieką, słuchając taśm i coraz więcej i więcej śpiąc.

background image

Zaś   sama   Allison...   była   Sternikiem   21,   co   dawało   jej   status   wśród 

bezprzydziałowców, trzeci Sternik numer jeden na wachcie dnia zamiennego.

- Kim chcesz być? - Megan zapytała ją tak wcześnie, jak tylko mogła zapamiętać 

pytanie.   Kiedy   dublińczyk   zaczynał   uczyć   się   z   taśm,   po   raz   pierwszy  zadawano   mu   to 

pytanie, i zaczynał uczyć się zasad zanim jeszcze jego niezgrabne palce mogły utrzymać pisak 

czy nagryzmolić litery, poznane z taśm pokaźnej biblioteki Dublina. Allison odpowiedziała, 

że chce pracować na mostku, gdzie błyskały światła, a ludzie siedzieli w fotelach i robili 

ważne   rzeczy,   zaś   ekrany   pokazywały   gwiazdy   i   stacje.   Kim   chcesz   zostać?   Pytanie 

powtarzało się co kwartał, i przed osiągnięciem dziesięciu lat przechodziło się przez cały 

zakres możliwości. Chcę być Starym - odpowiedziała, zanim jeszcze wyszła do doków stacji 

czy poznała cokolwiek poza pomieszczeniami i korytarzami  Dublina. Królem wszechświata 

był Stary, który siedział w fotelu i kierował Dublinem, kapitan numer jeden głównego dnia.

- Bądź rozsądna - odpowiedziała jej Megan, obejmując ją ramionami, siedząc z nią na 

łóżku w jej pokoju, usiłując przekonać ją do bycia realistką. Tylko jeden zostaje Starym, a czy 

wie jak wielu podejmuje studia i zawodzi? Może jeden na czterech zalicza kursy, by dostać 

się do kolejki, a jeden na pięćdziesięciu zostaje Sternikiem 24, gdzie możesz nawet siedzieć w 

fotelu podczas wachty. A poza tym wiek jest przeciw tobie, bo urzędujący kapitanowie są 

zbyt młodzi. Allie, idź i sprawdź w bibliotece, jak długo będą żyć urzędujący kapitanowie, a 

potem policz ile lat będą żyć kapitanowie numer dwa po przejęciu ich stanowisk, i ile czasu 

zajmie Sternikowi 24 przejście do statusu aktywnej załogi.

Czy   nie   mogę   spróbować?   zapytała.   Usłyszała:   oczywiście,   możesz   spróbować. 

Ostrzegam cię tylko, jak to jest.

Powiedziała   sobie,   że   może   przydarzy   się   wypadek,   z   bezwzględną   ambicją 

dziesięciolatki: wypadek, który usunie wszystkich drugich sterników.

Musisz   się   uczyć   wszystkiego,   powiedziała   jej   Meg,   kiedy   narzekała   na   kurs 

utrzymania kambuza: kurs sternika przygotowuje do wszystkiego. Także na wypadek gdybyś 

zawiodła,   przechodzisz   na   dowolną   inną   ścieżkę,   którą   zaliczyłaś   wcześniej.   Myślisz,   że 

sterowanie   to   po   prostu   siedzenie   w   fotelu?   Tak   naprawdę   to   szlaki   handlowe   i   prawo, 

nawigacja  i  skan,  komunikacja  i  uzbrojenie   -  to  majster  do  wszystkiego,   Madame  Allie, 

robienie wszystkiego drobnymi kroczkami. I w każdej chwili możesz zrezygnować, Allie.

Nie, madame,  odpowiedziała  i przełknęła  wszystko  co jej  dali,  postanawiając  być 

najbardziej upartą i przejść całą drogę, ponieważ tkwił w niej jakiś upór, skoro raz się do 

czegoś   zabrała,   to   rodzaj   wewnętrznej   inercji   nie   pozwalał   jej   przerwać.   Została   więc 

Sternikiem 21, a kiedy Val się wycofa, na co się zanosiło - Sternik 6 na granicy skuteczności 

background image

odmładzaczy - zostanie Sternikiem 20, a kolejny dublińczyk dostanie przydział na Sternika 

24. Będąc Sternikiem miała pozycję pośród bezprzydziałowców. Miało to swoje zalety. Z 

drugiej strony - Lallie, dział techniczny 196, była już drugą na zmianie dnia zamiennego, 

mając zaledwie dwadzieścia jeden lat i będzie pracować z główną załogą, zanim posiwieją jej 

włosy, Podczas gdy Sternik 21 miał na to bardzo niewielkie szanse, mając w perspektywie 

czterdzieści lat bezczynności, zanim jakiś aktywny Sternik zdecyduje się wycofać. Będzie już 

na odmładzaczach, kiedy lista przeniesie ją poniżej miejsca dwudziestego. Wciąż rządziłaby 

wśród   bezprzydziałowców,   mając   siwe   włosy   i   nadal   nie   mogąc   przekroczyć   linii   klubu 

pracujących, wciąż czekając i pracując na mostku numer dwa, by być na bieżąco.

Zamknęła oczy i odchyliła się do tyłu, ponownie mając przed oczyma niebieski dok i 

żołnierzy   w   czarnych   uniformach.   Mówiło   się   o   otwarciu   szlaków   handlowych   do   Sol, 

zamkniętych od czasów wojny i ponownym uruchomieniu antycznych stacji Tylnych Gwiazd. 

Mówili  o nowych  szlakach  i zyskach,  które można  by osiągnąć  - sięgając na  terytorium 

Sojuszu, nowy krąg, który połączyłby gwiazdy Unii z bazującym na Pell Sojuszem. Handel i 

polityka.

Tyle  wiedziała z posiedzeń kierownictwa, na które mieli wstęp wszyscy sternicy i 

wyłącznie   aktywna   załoga   innych   specjalności.   Znała   dyskusję   i   argumenty,   czy  Dublin 

powinien zaryzykować, czy po prostu siedzieć i czekać na dokonanie faktów. Ale  Dublin 

zawsze stał jedną nogą po obu stronach kryzysu, zawsze był gotów ruszyć za większymi 

zyskami,  a Sojusz Kupiecki, kiedyś  stowarzyszenie kapitanów  frachtowców  skłóconych  z 

Unią, trzymał teraz stację Pell jako swoją stolicę i ogłosił niezależność. Wydawał się być siłą, 

z którą warto mieć dobre stosunki. Czysta kartoteka w Unii, czysta jak dotąd w Sojuszu, 

ponieważ w czasach wojny  Dublin  operował z dala od obszaru konfliktu. Mogli otworzyć 

sobie konto na Pell, a jeśli rzeczywiście otwierały się nowe trasy, Dublin mógł wyrobić sobie 

podwójne   papiery.   Popierała   to   Rada   Unii,   pragnąc   mieć   w   Sojuszu   swoich   porządnych 

kupców, jak oni - dobre, bezpieczne transportowce, które będą głosować przeciw interesom 

Pell,   gdyby   coś   poszło   nie   tak.   Jakiś   czas   temu   władze   Unii   zaczęły   rozważać   budowę 

nowych statków transportowych i przekazanie ich zaufanym, bezpiecznym stronnikom Unii, 

takim jak  Dublin,  po to by zwiększyć ich liczbę - takie wieści sprawiały, że puls Allison 

zdecydowanie przyspieszał. Nowy statek ściągnąłby z Dublina wszystkich drugich sterników, 

i z miejsca dałby jej pozycję. Przez cały rok żyła tą nadzieją.

Ale coraz bardziej wyglądało  to tylko  na puste obietnice i utrzymanie  status quo. 

Sztandarowym hasłem Unii wciąż było zbliżenie: Sojusz i Unia zbliżające się ponad starymi 

różnicami.  Ponowne nawiązanie  kontaktów z Sol, w zorganizowany sposób. Rozwiązanie 

background image

problemu piratów. Wszyscy kupcy będą mieć równe szanse na nowo budowane statki.

Nadzieje rosły i opadały. W tej chwili opadły, a ona szukała swojej szansy w dokach. 

Geoff miał rację, że to głupota. Ale to poruszenie generalnie pomogło, z żołnierzami, którzy 

rozpełzli się po całej stacji, znajdującej się tak blisko granicy i obcej przestrzeni. Tak więc 

przepuściła   trochę  zaoszczędzonych  pieniędzy  na  faceta,   któremu  dobrze  zrobił  porządny 

drink i hotel, wiedziona dzikim impulsem dobroczynności. Może nawet dobrze zrobiłoby mu 

wydanie na niego trochę większej kwoty, ale był tak cholernie dumny... Nic by nie wziął. A 

może by przyjął, skoro był głodny, ale nienawidziłby jej potem za to. Nie było łagodnej drogi. 

W myślach zostawiła go za sobą, jak i Vikinga, jak wszystkie stacje po uszczelnieniu śluzy. 

Jeśli   myślała   cieplej   o   kimkolwiek,   to   był   to   Charlie   Bodart   ze  Srebrnego   Dzwonka, 

zielonooki, łagodny Charlie, pracujący jako Komandor 12 na swoim statku, który przecinał 

ich szlak kilka razy na Krąg, latając nim do tych samych stacji.

Ale   nie   teraz.   Nie   do   Pell,   przez   granicę.   Do   widzenia  Srebrnemu   Dzwonkowi  

wszystkiemu co znajome - przynajmniej na subiektywny rok. Może też upłynąć dużo czasu, 

zanim zejdą się z rozkładem Charliego - jeśli w ogóle to nastąpi.

Ktoś opadł na poduszkę za nią, sądząc po odgłosach ciężki mężczyzna. Otwarła oczy i 

obróciła się w tę stronę. Curran.

- Co to - zapytał - kac? Masz taki wyraz twarzy.

- Za mało spałam.

- Mógłbym się o to założyć. - Przeniosła wzrok z niego na zegar, dzwon się spóźniał.

- Poszłam dalej. Dostałam te filmy. I jeszcze kilka butelek.

- Wykończymy je zanim dotrzemy na Pell.

- Będziemy musieli wypić je w doku, jeśli nie zmobilizują wojska, żeby nas stąd 

wydostali.

- Sądzę, że już to wyjaśnili - odpowiedział Curran. Był Sternikiem 22, w kolejce zaraz 

za nią. Ciemnowłosy, na tyle podobny, by uchodzić za brata i pewnie nim był.

- Słyszałem to od Madame.

- Mam nadzieję. - Złożyła ramiona zbierając całą serdeczność. - Muszę ci powiedzieć, 

że miałam ofertę. Mój przyjaciel z ostatniej nocy szukał załogi. Numer jeden i jedyny na 

własnym statku, jak powiedział. Zaoferował mi pozycję Sternika dwa. Przynajmniej wydaje 

mi się, że to właśnie oferował.

Curran roześmiał się. To było śmiechu warte, drobny handlarz wysuwający oferty 

wobec Dublina. Ale niezbyt głęboki był to śmiech, bo dotykało to spraw, na które oboje byli 

bardzo wyczuleni.

background image

- Kuzynko Allie. - Ten piskliwy krzyk wydobyło z siebie czteroletnie dziecko, które 

wleciało na nią z rozpędu, wytrącając ją z równowagi i przewracając się. Allison złapała 

oddech, podciągnęła Tish na nogi i przyłożyła jej solidnego klapsa, popychając ją zaraz do 

Currana, który objął małą psotnicę i usadził na pustej poduszce obok siebie.

- Będziemy lecieć - zaszczebiotała Tish, która mając cztery lata doskonale znała już 

procedurę. - Będzie można chodzić po całym Dublinie.

Już niedługo - odpowiedział Curran.

- Żyje tam - powiedziała Tish, wyciągając pulchny palec w stronę sufitu. - Moja lalka 

tam została.

- Następnym razem pamiętaj, żeby zabrać lalkę ze sobą - odparła Allison. - Kiedy 

następnym razem będziemy dokować, weź ją.

Nie   było   końca   żalom   nad   lalką   zapomnianą   na   początku   ich   wolnego   czasu. 

Środkowy   rejon   statku   stawał   się   niedostępny   po   połączeniu   ze   stacją.   Młody   Will   III 

zaoferował co prawda, że pójdzie po nią przejściem awaryjnym, ale nie dostał zgody. Choć 

dla niego była to świetna okazja do wykazania się, to równocześnie bardzo łatwo mógł spaść, 

a   Tish   musiała   nauczyć   się   pilnować   swoich   rzeczy.   Wszyscy   się   tego   uczyli   bardzo 

wcześnie.

- Idę - niecierpliwie zakrakała Tish. Dla najmłodszych dzieci przedłużający się pobyt 

w doku nie był przyjemny, biorąc pod uwagę zatłoczenie korytarzy i hałas dorosłych.

- Cześć - pożegnała ją Allison, a Tish zsunęła się w dół i przecisnęła przez nogi 

dorosłych, by prześladować kogoś innego z kilku setek swoich kuzynów, podczas gdy Allison 

zamknęła oczy marząc, by ustał hałas. Jej pragnienia nie były w tej chwili zbyt wyszukane i 

ograniczały się do chęci znalezienia się we własnym, pachnącym czystością łóżku.

Odezwał się dzwon, uderzenie Calineczki, które kończyło swobody i wolności. Dzieci 

były uspokajane i brane w ramiona. Ucichły rozmowy. Wszyscy przypominali sobie o kacu i 

bólu kolan, nie przyzwyczajonych do chodzenia na tak duże dystanse w dokach i wspominali 

długi, które będzie trzeba odpracować.

- Skłamałem - ktoś powiedział głośniej niż inni, stary żart, przyznanie, że opowieści 

po   dzwonie   zawsze   były   mniej   barwne.   Rozległy   się   śmiechy,   nie   dlatego,   że   żart   był 

śmieszny, ale ponieważ był oswojony i wszyscy go znali. Nastąpiło generalne przesunięcie w 

stronę   poduszek,   po   czym   dał   się   słyszeć   stukot   i   kliknięcia   zapinanych   klamer   pasów 

bezpieczeństwa oraz łagodny szmer rozmów, resztki z dziecięcych szaleństw. Allison zmusiła 

się do wyciągnięcia swojego pasa z gniazda i przypięła się zaraz obok Ellis, która zajęła 

miejsce na sąsiedniej poduszce. Skończyły się bachanalia. Staruszek znów siedział w fotelu, a 

background image

czynna załoga, która odłożyła swoje obowiązki, na czas pobytu na stacji, podjęła je na nowo.

Dublin przygotowywał się do drogi.

background image

Rozdział 3

Lucy podczas lotu nigdy nie była cicha. Zawsze słychać było odgłosy wentylatorów, 

stuknięcia   i   puknięcia,   włączał   się   jakiś   kompresor   czy   pompa   kończyła   pracę.   Fotele 

trzeszczały a rotor przy rdzeniu stukał i zgrzytał. Jeśli chodzi o kształt statku, to składał się 

nań wirujący pierścień z długą osią o zerowej grawitacji zawierającą ładownie, z krótkimi i 

grubymi   zespołami   brzechw   generatorów   sterczących   na   obu  końcach.   Poruszał   się   teraz 

napędem wewnątrzsystemowym,  z największą prędkością jaką mógł osiągnąć mając puste 

ładownie, w stronę strefy skokowej Vikinga przeznaczonej dla odlatujących, trzymając się 

przydzielonego korytarza.

Sandor wyciągnął rękę i włączył wewnętrzne oświetlenie, dzięki czemu jego otoczenie 

nabrało   odrobiny   przytulności.   Korytarz   po   prawej,   aż   do   kabin,   pobłyskiwał   czymś,   co 

kiedyś było pokryte białymi płytkami - gołe przewody pomalowane na biało, tak jak ściany. 

Po jego lewej strome korytarz ciągnął się po wygiętym w górę łuku, łącząc ze sobą kabiny i 

składy   części   zamiennych.   Z   tyłu   mostka,   za   ciemnym   łukiem   znajdowała   się   kolejna 

przestrzeń, odbijając w nieczynnych ekranach dwanaście prycz z brązowego plastiku, które w 

doku   mogły   być   ręcznie   przestawione   w   odpowiednią   pozycję.   To   był   ich   salon   załogi, 

miejsce   w  którym  spali  podczas  dokowania,  jadalnia,  garderoba   - czegokolwiek   w  danej 

chwili potrzebowali. Uruchomił autopilota Lucy, odpiął się i wstał: już tego by wystarczyło, 

żeby go pozbawić licencji, gdyby stacja przyłapała statek na locie w jej pobliżu bez człowieka 

za sterami.

W schowku pod konsolą znalazł pulser, przymocował go sobie do nadgarstka i w 

kontrolowanym zataczaniu przemieścił się przez mostek i dalej wzdłuż prawego korytarza, 

zwalczając spiralny dryf, mając jednąnogę na podłodze, a drugą opierając o wyłożoną płytkami 

ścianę. Wyciągnął potrzebne mu lekarstwa i zaniósł je  do swojego stanowiska na mostku, 

znów   chwiejnie   to  zataczając   się,   to   posuwając   za   pomocą   rąk,   od   jednego  uchwytu   do 

drugiego.   Następnie   za   pomocą   taśmy  przykleił   je   w   zasięgu   ręki,   jak   robił   to   już 

wielokrotnie,  do bocznej strony oparcia fotela, tak, żeby mógł po nie sięgnąć. Również za 

pomocą   taśmy   zablokował   kilka  wyłączników   bezpieczeństwa,   co   oczywiście   także   było 

nielegalne, i przygotował zestaw sanitarny, którego będzie  potrzebować, chociaż nie znosił go 

używać.

Druga podróż w prawo, tym razem poza zaplombowane kabiny, w wąskie przejście do 

kambuza i spiżarni. Napełnił butelki wodą i zabrał cały ich stos na  mostek, mocując je w 

uchwytach   które   już   dawno   temu  umieścił   koło   konsoli   sterowania...   wystraszony,   jeśli 

background image

pozwoliłby   sobie   na   myślenie   o   tym.   Zdusił   takie   myśli,  zerkając   co   chwila   w   górę,   by 

sprawdzić odczyt skanera, po czym znów udał się w dół, do magazynku, gdzie wcisnął trochę 

liofilizatów, by nie być zmuszonym  wychodzić po nie w chłód ładowni. Klęcząc wyciągał 

pakiety   i   przyklejał   je   taśmą   w   miejscach,   do   których  będzie   w   stanie   sięgnąć   z   fotela. 

Wymęczone stawy drżały od obciążenia jego masą, zwiększoną przez przyspieszenie statku. Jeden 

z pakietów wyleciał mu z rąk. Pochylił się, by go wyłowić i przykleił na miejscu.

Korytarz wciąż był pusty. Wspiął się na górę i przez chwilę przyglądał się odczytom, po 

czym skierował się do jednej z brązowych pryczy na tyłach, za przegrodą,  aby dać swoim 

plecom chwilę odpoczynku. Ze zmęczenia bolały go oczy. Ułożył ręce za głową, z ramionami 

wygiętymi  pod kątem przez przyspieszenie i oparł głowę  o przegrodę, w pozycji która tak 

naprawdę nie była zbyt wygodna, ale dawała jakąś odmianę po godzinach  spędzonych w 

fotelu. W dodatku, gdyby musiał, mógł z tego miejsca sięgnąć do konsoli łączności.

Wokół całego pierścienia statku rozmieszczone były  pomieszczenia, głównie prywatne 

kabiny. Dokładnie po drugiej stronie, naprzeciw mostka, znajdował się strych, sierociniec, gdzie 

kiedyś   przebywały   dzieci...   nigdy   nie  zapuszczał   się   tak   daleko.   To   był   dom,   to   małe 

pomieszczenie,   prycze   za   mostkiem,   plastikowe,   rozpadające   się   ze   starości   materace 

posklejane taśmą. Gdy miał dziesięć lat, jeden z nich należał do niego, ten najbliżej wejścia 

od strony obrotowej. A tamten należał do Papy Lou. Nigdy na nim nie siadał; inny jego matki... 

Kiedyś miał braci, siostry i kuzynów, była też trójka dzieci poniżej sześciu lat, również kuzyni. Ale 

Papa Lou rozszczelnił je razem ze starą Madame, kiedy ludzie którzy weszli na pokład ujawnili 

prawdziwe oblicze i stało się  jasne co zamierzają zrobić.  Lucy  była uzbrojona, ale nie  miała 

szans przeciw nosicielowi z rajderami, a na statku mieli tylko dwa pistolety... Ci, którzy urządzili 

na nich pułapkę w punkcie zerowym powiedzieli, że nie ruszą załogi, tylko ładunek. Lucy nie 

miała wtedy wielkiego wyboru - albo otwarłaby właz, alboby ją zniszczyli. Ale piraci Maziana 

kłamali, nawet wtedy, gdy jeszcze  nazywali się Flotą Kompanii i walczyli dla Pell i Ziemi. 

Niczego nie szanowali i za nic mieli życie, i w takie ręce Papa Lou ich poddał... do końca nic 

nie rozumiejąc.

On   też   nie  rozumiał.   Nie   potrafił   sobie   tego  wyobrazić. Patrzył na uzbrojonych 

intruzów z pewnym rodzajem fascynacji, dziecięcym respektem wobec takiej siły. Przez chwilę - 

przez te parę pierwszych chwil, zaraz po tym jak weszli na pokład - chciał być jednym z nich, 

chciał nosić broń i lśniący, wywołujący respekt pancerz. Krótka, wstydliwa pokusa, do momentu 

kiedy spostrzegł, że Papa Lou się boi i zaczął podejrzewać, że jest w tym  coś złego. Że za tą 

zbroją kryje się coś bardzo paskudnego, co dostało się do serca statku. Zawsze czuł winę, 

kiedy sobie o tym  przypominał...  że tamtych  podziwiał i chciał straszyć  innych, zamiast 

background image

samemu się bać. Tłumaczył sobie, że przyciągnął go blask i blichtr,  że każde dziecko by tak 

zareagowało w podobnej sytuacji, w zamieszaniu i ignorancji, jeśli już nie w niewinności.

Ale zawsze czuł się zbrukany.

Większość z tego rozegrało się tutaj, na mostku, we wspólnym pokoju i korytarzu, w 

najszerszej części statku, gdzie zgromadzili wszystkich oprócz dzieci, i gdzie piraci ujawnili 

swoje prawdziwe zamiary. Ale Papa Lou sięgnął do stanowiska dowodzenia i zanim zdążyli 

go zastrzelić zdehermetyzował część statku, w której zgromadzone były dzieci i najstarsi. 

Zginęła   wtedy   większość   z   nich,   zastrzeleni   na   mostku   i   w   pokoju   wspólnym.   Kilkoro 

zabrano na powolne tortury.

Ale trójka przeżyła: on, stary Mitri i kuzyn Ross, ranni i zalani krwią. On sam miał 

wtedy dziesięć lat, a stał z załogą, bo pobiegł do mamy. Ich trójka nie umarła, co zawdzięczali 

Rossowi,   bo   cholernie   mocno   uparł   się   by   żyć   i   ponieważ   kiedy   już   zostali   sami   na 

dryfującym   statku,   Ross   wyczołgał   się   spod   ciał,   które   go   osłoniły   i   pozbierał   pakiety 

medyczne z miejsca, gdzie rozrzucili je piraci w poszukiwaniu prochów. Tam właśnie leżała 

jego matka, z przestrzeloną głową: pamiętał to aż nazbyt dobrze. Ale przynajmniej dostała 

jednego   z   napastników.   Oba   pistolety   dali   kobietom   -   Papa   Lou   powiedział,   że   one 

najbardziej ich potrzebują - a kiedy zdehermetyzował pomieszczenie z dziećmi, jego matka 

zastrzeliła jednego z piratów, zanim ją postrzelili. Trafiła opancerzonego mężczyznę w wizjer 

hełmu   zabijając   go   na   miejscu,   a   piraci   opuszczając   statek   zabrali   trupa   ze   sobą, 

prawdopodobnie by odzyskać zbroję. Ale ciocia Amie zginęła zanim mogła wystrzelić.

Tutaj upadli, dwanaście ciał, jeszcze więcej w korytarzu po prawej, do tego on, Mitri i 

Ross.

To   właśnie   wspominał   w   takich   chwilach   jak   ta,   zmęczony   i   otępiały,   albo 

przygotowując  samotny posiłek  w  kambuzie,  czy przechodząc  obok opuszczonych  kabin. 

Obrazy, które zamazywały o wiele szczęśliwszą przeszłość, wszystko co dobre, ukryte za 

jednym, czerwieniejącym obrazem. Wszędzie gdzie poszedł, siedział, czy spał - ktoś zginął. 

Zmyli całą krew i sprawili, że plastikowe półki, kafelki i panele znów były czyste. Wyrzucili 

zwłoki   w   próżnię,   w   tym   samym   punkcie   równowagi,   nie   niepokojeni   przez   nikogo   po 

odlocie   piratów   -   wysłali   ich   w   przestrzeń,   gdzie   prawdopodobnie   wciąż   dryfowali, 

zamarznięci i zagubieni w nieskończoności, razem z popiołami niedoszłej gwiazdy. Czysty, 

przyzwoity pogrzeb po paskudztwach, przez które wcześniej przeszli. W jego myślach wciąż 

istnieli   w   tej   pustce,   nie   ulegający   rozkładowi,   niezmienni...   wciąż   podróżowali,   bez 

kombinezonów oddzielających ciało od pustki, mając przed oczyma wszystkie te gwiezdne 

widoki, które tak lubili oglądać. Grupa podróżników, co na zawsze już pozostanie razem, 

background image

gdziekolwiek się uda. Wszyscy razem. Tylko Madame i dzieci wyprzedziły ich w tej podróży.

Mitri zginął na kadłubie, kiedy po raz kolejny zmieniali nazwę statku, po oszustwie na 

Pan-Paris, po którym zrobiło się gorąco - zginął w głupim wypadku, który przydarzył się, bo 

piraci   zabrali   im   niezbędny  ekwipunek.   Ross   spędził   cztery   godziny   ryzykując   życie,   by 

ściągnąć Mitriego z powrotem i myśląc, że jest jeszcze nadzieja. Jednak Mitri zginął niemal 

natychmiast, kiedy rozszczelnił się kombinezon i krew dostała się do filtrów. Ross, kiedy już 

do niego dotarł, upewnił się tylko i odzyskał kombinezon, pozostawiając ciało Mitriego, by 

dryfowało - jeszcze jeden członek załogi w przestrzeni, tym razem samotny. A on, mając 

wtedy dwanaście lat, siedział samotnie na statku, dygocąc ze strachu, chory z obawy, że coś 

może się przytrafić Rossowi.

Powodowany tchórzostwem wrzeszczał do Rossa przez komunikator, żeby zostawił 

Mitriego, jeszcze zanim zdobyli pewność, iż ten nie żyje. Pamiętał to. I ten rozdzierający 

dźwięk   płaczu   Rossa   do   mikrofonu,   kiedy   już   się   o   tym   przekonał.   Po   powrocie   Ross 

zwymiotował ze strachu. Znajdowali się w kolejnym samotnym punkcie zerowym, jednym z 

tych skupisk masy pomiędzy gwiazdami, których statki skokowe używały do nawigacji, a 

gdyby wtedy stracił Rossa nie potrafiłby wydostać stamtąd Lucy, nie potrafiłby samodzielnie 

wykonać   skoku.   Długo   później   płakał,   a   Mitri   nawiedzał   go   w   koszmarach,   kształt 

poruszający się w jego snach. Jedyny z duchów Lucy, który do niego wracał.

Ross zginął na Wyatt, zadając się z ludźmi, którzy chcieli go oszukać. Mieszkańcy 

stacji ponad wszelką wątpliwość dokonali kremacji ciała, więc jeden z załogi nigdy już nie 

dołączy   do   towarzystwa   dryfującego   pomiędzy   gwiazdami.   W   pewien   sposób   to   go 

najbardziej męczyło, że musiał zostawić Rossa w rękach obcych, by rozbili jego ciało do 

podstawowych elementów... ale miał wtedy tylko chwilę na odcumowanie  Lucy,  oderwanie 

się   od   stacji,   zanim   by   go   zablokowali.   Tylko   dlatego   zdołał   ją   zatrzymać.   Miał   wtedy 

siedemnaście lat, znał kontakty i porty, wiedział jak rozmawiać z celnikami.

Spał w starej koi Rossa, to jedno miejsce wydawało mu się cieplejsze niż reszta, nie 

tak nawiedzone. Ross zawsze był mu w myślach bliższy niż ktokolwiek inny, a ponieważ nie 

wyrzucił ciała Rossa własnymi rękami, czasem dzięki temu wydawało mu się, że nie zginął, a 

po   wypadku   na   Wyatt   stał   się   po   prostu   niewidzialny   i   wciąż   przebywał   na   statku,   w 

programach komputera - tak metodycznie przez niego zaprogramowanego. Ross wprowadził 

do niego całą swoją wiedzę, zaprogramował każdą czynność, zostawił instrukcję na każdą 

ewentualność... Na wszelki wypadek, jak mówił, po prostu na wszelki wypadek. Nagrane 

ostrzeżenia mówiły głosem Rossa, brzmiały nim odczyty czasu i instrukcje. Było to pewnego 

rodzaju towarzystwo. Wypełniało ciszę na statku.

background image

Próbował nie rozmawiać z głosem zbyt często, rzadko w ogóle się odzywał, kiedy był 

na statku sam. Rozumiał, że w chwili kiedy zacznie prowadzić konwersacje z komputerem, 

znajdzie się w poważnych kłopotach.

Siedział teraz na mostku z oczami utkwionymi w ekranach i ramionami napiętymi z 

powodu przyspieszenia, i zapadł w letarg, w którym nawiedzały go zmory - Ross, pomyślał, 

Ross... może kocham tę dziewczynę. Ross pełnił w jego życiu rolę najbliższą ojcu, a chciał 

wypróbować na kimś tę myśl, by przekonać się, czy brzmi rozsądnie.

Nie brzmiała. Mieli kilka taśm z wiekowymi romansami, które Ross zwędził na Pan-

Paris, gdy byli jeszcze młodzi i pełni nadziei. Oglądał je w kółko i w myślach zdobywał 

liczne kobiety, ale potrafił rozróżnić fantazje od rzeczywistości i nie pozwolił im przejąć nad 

sobą kontroli. Miało to coś wspólnego z życiem... i z samotnością; były to wpadki, na które 

nie mógł sobie pozwolić. Upił się, to wszystko. Teraz wytrzeźwiał i był po prostu zmęczony.

Musiało mu zdrowo odbić, że dał się namówić na lewą transakcję i zapłacić tyle, żeby 

wydostać się ze stacji. A teraz odlatywał przyspieszając, zaangażowany w przemyt. Kierował 

się   w   stronę   innego   miejsca,   prawdziwszego.   Ruszał   w   stronę   nowych   terenów   mając 

fałszywe papiery i zamiar złamania przepisów ruchu w korytarzu którym leciał. To będzie 

prawdziwe   miejsce   i   prawdziwe   spotkanie,   w   miejscu   gdzie   marzenia   mogą   zostać 

zniszczone.

Gdzie wszystko może się zakończyć. Na zawsze.

Ross... boję się.

Żadnych dźwięków oprócz wentylatorów i obrotu rdzenia, tego białego szumu przy 

którym   reszta   stanowiła   przytłaczającą   ciszę.   Drobne   ludzkie   odgłosy   jak   oddychanie, 

upuszczenie   pisaka   czy   wciśnięcie   klawisza   były   zagłuszone,   połknięte,   sprowadzone   do 

nicości.

Ross... to może być ostatnia podróż. Przepraszam. Jestem zmęczony...

To było sedno sprawy. Pewność zagnieździła, się w jego kościach. Ostatnia podróż, 

ostatni raz - bo skończyły mu się cywilizowane gwiazdy po stronie Unii.

Nawet Pell, za granicą - byli tam raz, jeszcze z Rossem i Mitrim, kiedy Lucy nazywała 

się  Rose.  Tam   też   byli   winni   pieniądze,   jak   wszędzie.  Lucy  skończyły   się   bezpieczne 

przystanie, a jemu samemu bajery,  miał już dość strachu, zagładzania się i spania w taki 

sposób jak podczas lotu na Vikinga, wciąż z obawą, że staruszek spróbuje go okraść, albo 

przełamać   zabezpieczenia   komputera,   albo   co   zawsze   było   możliwe   -   zabić   go   we   śnie. 

Chciałby choć raz poznać jak żyją inni, jak wygląda życie pozbawione strachu, z eleganckimi 

barami i hotelami, kobietą mającą w planach coś więcej niż tylko kradzież...

background image

Nigdy dotąd nie miał miejsca, gdzie mógłby się udać, żadnego celu. Spędził w tym 

wąskim   przedziale   większość   życia   i   planował   jedynie   unikanie   pułapek   czekających   na 

drodze.   Pell,   powiedziała   Allison   Reilly,   i   interesy   -   pokrywało   się   to   z   plotkami   o 

otwierających się nowych szlakach. Nadzieja dla drobnych kupców, takich jak on.

Oczywiście to będzie żart, najlepszy żart w karierze dowcipnisia. Dla Allison Reilly 

niespodzianka - odwróci się i będzie się gapić na niego z otwartymi ustami, gdy poklepie ją w 

ramię w jakimś zatłoczonym barze na Stacji Pell. Wiedział na co było stać  Lucy  i że mógł 

zrobić takie rzeczy, na które ten jej wielki, nowoczesny statek nigdy by się nie poważył...

Powiedziałaby, że to głupota. Rzeczywiście. Ale zawsze by pamiętała, że tak mały 

statek mógł ze skoku na skok dotrzymać tempa takiemu kolosowi jak Dublin Again. I jeśli nic 

innego, to chociaż tyle mógł po sobie pozostawić. W pewnym sensie więcej pozostało z Lucy 

niż z niego... ponieważ nie było końca podróżom i żądaniom, jakie mu stawiała. Poświęcił 

wszystko,   by   utrzymać   ją   na   chodzie,   a   teraz   chciał   od   niej   czegoś   w   zamian,   dla 

podtrzymania jego dumy. Nie miał już Nazwiska, nie miała go  Lucy,  więc robił tę szaloną 

rzecz, by to zrekompensować.

Zamknął oczy poddając się przyspieszeniu, które dociskało go do ściany, drzemiąc 

pomimo   niewygodnej   pozycji.   Pulser   miał   przyklejony   do   nadgarstka,   żeby   obudził   go 

pierwszy sygnał z boi strefy wyjściowej. Gdyby stacja wiedziała co właśnie robi, zażądałaby 

jego głowy na talerzu, ale to była jego jedyna szansa na odrobinę odpoczynku przed skokiem.

***

Pulser ukłuł go w nadgarstek budząc ze snu, kiedy według jego przekonania ledwie 

zdążył zamknąć oczy - z przerażeniem skoczył do sterów, by przekonać się, że był to dopiero 

wstępny kontakt boi strefy skoków i że silniki wyłączyły się zgodnie z harmonogramem.

Boja powiedziała mu, że to jego pierwszy skok i poinformowała o statku za nim. Po 

plecach przeszedł mu rząd mrówek, kiedy zdał sobie sprawę z jego rozmiarów i szybkości. To 

Dublin, kierujący się do skoku poza system, jak podejrzewał doganiający go o wiele wolniej 

niż mógł, z powodu kolejności odlotów - ponieważ Lucy normalnie z niskim priorytetem, była 

dostatecznie blisko znacznika, by  Dublin  musiał trzymać się jej ogona. Automatyczna boja 

udzieli   im   zezwolenia,   jak   tylko   dokona   skoku,   bo   według   jej   odebranych   z   centrali 

informacji, udają się w zupełnie różnych kierunkach.

A to nie była prawda.

Sprawdził   swoje   obliczenia,   sprawdził   je   po   raz   drugi   i   trzeci,   przygotowując 

wszystko do operacji znacznie bardziej skomplikowanej niż kompensowanie niewłaściwego 

background image

ustawienia   silniczków   dokowych  Lucy.  Punkty   zerowe   przemieszczały   się,   będąc   w 

skomplikowanym  tańcu gwiazd czymś  więcej niż tylko  masami  rzędu planety.  Komputer 

musiał to uwzględnić. Nikt o zdrowych zmysłach nie przystępowałby do skoku samotnie, bez 

rezerwowego   komputera,   z   lekami,   jedzeniem   i   butelkami   wody   przymocowanymi   do 

konsoli.   Wciąż   to   sobie   powtarzał   dokonując   przygotowań,   rzucając   spojrzenia   w   stronę 

komputera   i  radaru,   wsłuchując   się  w  miarowe  piski   boi,  widząc   jak  idą   dokładnie  jego 

kursem. Wstrzyknął sobie w ramię leki. Nadszedł już czas... by przygłuszyć zmysły, które za 

chwilę zaczną przeżywać męki. Czekał go nie jeden skok, a trzy. Zdawał sobie sprawę, że 

jeśli opuści jeden z nich, nigdy się o tym nie dowie.

Wciąż pojawiały się nowe spekulacje na temat tego, jak to jest utknąć w pomiędzy 

skokami, domysły na temat tego, co stanie się z umysłem człowieka, kiedy skończą się leki i 

nie będzie już drogi powrotnej. Krążyły opowieści o statkach, które dokonywały skoków 

niczym widma, przy akompaniamencie upiornych dźwięków dochodzących z odbiorników 

radiowych   -   dusze   na   wieki   potępione,   które   nigdy   nie   wyhamują   i   nie   dotrą   do   portu 

przeznaczenia, dla których czas nigdy się nie skończy... Ale takie opowieści słyszało się od 

pijanych pilotów, rodzaj legend krążących po dokach, kiedy załogi chciały wywrzeć wrażenie 

na sobie nawzajem, wystraszyć mieszkańców stacji i pilotów wewnątrzsystemowych, którzy 

wierzyli w każde ich słowo.

W tej chwili zdecydowanie nie miał ochoty o tym myśleć. Kiedy już rozpocznie skoki, 

będzie miał ledwie tyle czasu by dopilnować kursu Lucy i trzymać nerwy na wodzy, jeśli coś 

pójdzie źle. Jeżeli dopuścił się najdrobniejszej choćby pomyłki w obliczeniach, może spędzić 

mnóstwo czasu w pierwszym punkcie równowagi, dokonując poprawek, i mógł stracić z oczu 

Dublin.  Przejście, nawet biorąc pod uwagę, że statek nie przewoził ładunku, mogło zająć 

miesiąc czasu subiektywnego, a Dublin mógł go skrócić, lecąc sobie spacerkiem przez punkty 

równowagi, odpoczywając kilka dni, może tydzień, po czym skoczyć dalej. Lucy nie mogła 

sobie pozwolić na takie luksusy. Nie planował nawet wytracać prędkości, z którą przechodził, 

nie mógł tego zrobić chcąc mieć choć cień szansy na zrekompensowanie głębszych kroków w 

nadprzestrzeni, jakie czynił Dublin.

Zaczynał odczuwać działanie prochów. Pomyślał o znajdującym się za nim Dublinie 

wynikającym z tego niebezpieczeństwie. Sięgnął do radiostacji, uruchomił ją i zawęził emisję 

do cienkiej wiązki skierowanej wyłącznie do lśniącego, olbrzymiego statku siedzącego mu na 

ogonie.

Dublin Again, tu US 48-335 Y Lucy, pierwszy do skoku. Informuję, że boja jest w 

błędzie. Kieruję się na Pell. Powtarzam, informacje boi są błędne; kieruję się na Pell - nie 

background image

blokujcie mojego szlaku.

Zobaczył,   że   zimne   oko  Lucy  zlokalizowało   gwiazdę   odniesienia   i   zablokowało 

namiary. Przerażenie, które powinien czuć przygasło do tępej, uśpionej świadomości, przy 

której   nawet   śmierć   mogła   być   jedynie   delikatnie   interesującym   uczuciem.   Rozpoczął 

sekwencję skoku wciskając klawisz aktywujący brzechwy generatorów, podczas gdy boja 

protestowała przeciw jego kursowi - poczuł, że się zaczyna. Nagła, nieodwracalna pewność, 

że z materią i z nim dzieją się nieprawdopodobne rzeczy,  że wszystko dzieje się szybciej i 

szybciej...

***

...znów   świadomy   i   wciąż   pod   wpływem   prochów,   równocześnie   pobudzony   i 

otępiały, dziwaczne nałożenie stanów świadomości, kiedy był świadomy wyjących alarmów i 

Lucy  robiącej   co   w   jej   mocy,   by  ostrzec   go,   że   pędzi   ze   zbyt   niebezpieczną   prędkością 

pozostałą   po   skoku.   Moc   potrzebna   na   wyhamowanie   musiała   równoważyć   tę   zużytą   na 

rozpędzenie się...

To nie rzut kostką. Obliczenia. Ruchy ręką, wciskanie klawiszy. Zmniejszyć prędkość 

do ułamka wartości, albo stracić statek przy następnym...

Punkt   Wessona:   obecne   położenie,   Punkt   Wessona   w   odległości   odpowiedniej   do 

skoku. Wejście, kontynuacja w stronę ciemnej masy: wykres przekraczał krzywą graniczną; 

pamiętać o zbilansowaniu przyspieszenia i tłumienia...

- Sandy. - Głos Rossa z komputera. - Sandy, obudź się. Siądź do komputera.

Słyszał jeszcze inne głosy, śpiewające do niego przez odgłosy rozpadu.

Martwi, Sandor. Wszyscy martwi.

Sandy, obudź się. Czas się obudzić.

Próżnia!

...akceptowalne obciążenie. Ustawić na auto i zaprawić się prochami na czas przejścia. 

Ustawić   poduszkę   i   pulser.   Dwie   godziny   i   dwie   minuty   na   przejście   punktu   zerowego, 

ustawione, start.

Martwi, Sandor. Wszyscy martwi.

***

Wynurzył   się   ze   snu   czując   na   nadgarstku   ukłucia   pulsera   i   z   bólem   głowy 

promieniującym do pięt. Odpiął się i wstał z fotela dając szansę wyschnąć poduszce i opadł 

na oparcie ważąc o wiele więcej  niż powinien,  zbyt  słabo zależało  mu  na przeżyciu,  bo 

background image

wszedł w skok zmęczony i niemal bez osłon, a medykamenty nie chciały go wypuścić z 

objęć. Powinien pilnować sterów. Musiał też coś zjeść, bo za pół godziny wejdzie w kolejny 

skok, a to zdecydowanie nie było dość czasu.

Sięgnął   w   dół   i   wyciągnął   jeden   z   przyczepionych   pakietów,   rozerwał   go   jakoś 

zesztywniałymi   palcami   wsunął   koniec   do   ust.   Żując   jedzenie,   które   smakowało   solą   i 

miedzią,   sięgnął   po   butelkę   z   wodą   i   wyssał   ją   całkowicie,   po   czym   wyrzucił   puste 

opakowania, czując pożywienie obciążające niechętny mu żołądek. Wstrzyknął sobie kolejną 

dawkę narkotyku, już po chwili odczuwając jego działanie... Zmusił się do skupienia wzroku 

na tablicy kontrolnej, podczas gdy Lucy  kontynuowała lot o włos od katastrofy. W punkcie 

równowagi trafiały się czasem jakieś zbłąkane śmiecie - mroczne skupiska kamieni i lodu, a 

może zagubieni próżniowcy, którzy użyli tego miejsca jako swego grobowca...

Z   trudem   utrzymywał   otwarte   oczy,   równocześnie   usiłując   nie   zwymiotować   i 

poradzić sobie z przepływem danych, które komputer sam musiał sortować i odrzucać w 

specjalnym trybie. Nadchodziły tak szybko... Wciąż ślepy, pędząc z prędkością, przy której 

komputer nie miałby czasu zareagować nawet na małą planetę rzuconą na jego trajektorię. 

Lucy  z   maniakalnym   pośpiechem   pędziła   na   drugą   stronę   studni   grawitacyjnej   punktu 

zerowego,   a   przy   tak   bliskim   przejściu   ich   kurs   ulegał   zagięciu   takiemu   jak   światło   i 

obliczenia musiały to uwzględnić. Siedział ignorując brak informacji ze skanera, próbując na 

podstawie   przepływu   danych   przez   wyświetlacz   zgadnąć   czy   liczby   się   zbiegały, 

rzeczywistość   z   obliczeniami,   usiłując   wywnioskować   czy   doszło   do   jakiegoś   błędu   w 

obliczonej pozycji i jak przełoży się to na wynik skoku.

Gdzieś na dnie umysłu wrzaskiem odbijała się świadomość, że próbował ścigać się z 

bardzo dużym statkiem, który mógł bawić się odległościami, jakich on nie byłby w stanie 

pokonać.   W   dyferencjałach   czasowych,   których   nie   potrafiłby   wyliczyć.   Przez   jakiś 

niemożliwy kaprys losu wciąż mógł na nich wlecieć, jeśli akurat również znajdują się w tym 

punkcie. Dublin mógł być albo tu, albo przed nim, ponieważ jego przewaga musiała zostać 

zniwelowana i gdzieś w trakcie zamienić się w opóźnienie. Statki mijały się, bo przestrzeń 

była ogromna a spotkania były statystycznie bardzo rzadkie. Ale nie kiedy dwa statki bawiły 

się w żabie skoki w tych samych punktach równowagi...

***

Drugi   skok...   tym   razem   statystycznie   lepiej   -   duży   obszar,   trzy   duże   masy   w 

superpozycji, węzeł w pomiędzy, który wciągał statki i ciskał je w skomplikowany splot... 

Zrzuć ją teraz, natychmiast zrzuć prędkość...

background image

- Sandy, obudź się.

I jego własny, nagrany głos:

-   Odnośnikiem   jest   teraz   gwiazda   Pell.   Sandy,   wciśnij   reset   śledzenia.   Reset 

śledzenia...

Zlokalizował  odpowiedni przycisk,  jak zaczarowany wpatrując  się w  ekran... brak 

czasu   na   odpoczynek.   Prędkość   wciąż   była   ekstremalna.   Zaschnięty   język   sterczał   mu 

kołkiem w ustach. Wydobył z uchwytu kolejną butelkę z wodą i wypił, walcząc z bólem. 

Pomyślał o jedzeniu - żołądek zgłosił zdecydowany protest, ale i tak zlokalizował pakiet i 

zjadł, ponieważ było to konieczne.

Był szalony, mechanicznie przełykał pozbawione smaku kęsy, niezdolny przypomnieć 

sobie, jaki wcisnął klawisz, ufając własnemu głosowi, który odtwarzany z nagrania podawał 

mu sekwencje wymagane przez komputer i mając nadzieję, że gwiazda przed nim, na której 

zablokował   się   system   nawigacyjny   nie   była   jakąś   fatamorganą   jego   podświadomości. 

Wspomniał  Dublin.  Gdyby Allison Reilly miała chociaż najsłabsze pojęcie o tym co teraz 

robił, przeklęłaby go po wsze czasy za ryzyko,  na jakie narażał jej statek. Powinien był 

zrzucić   więcej   prędkości,   bo   Punkt   Potrójny   był   śmiertelnie   niebezpieczny,   nie   dając 

marginesu na błędy wynikłe ze zbyt wielkiej szybkości...

Ale Lucy sunęła z pewnością kobiety, która podjęła decyzję, więc dał się ponieść jej 

potężnemu impetowi mocy. Poruszał się w bezustannie rozmazanym, zwolnionym tempie, 

podczas gdy wszechświat mknął ze znacznie większą szybkością. W okolicy znajdowały się 

kosmiczne   śmieci.   Zbliżał   się   do   zenitu   skomplikowanego   dysku   akrecyjnego...   a 

przynajmniej taką miał nadzieję.

Jeśli   popełnił   błąd   w   obliczeniach   -   zginie,   wywołując   mały,  przez   nikogo   nie 

zauważony błysk.

Zrzucił prędkość: tak kazał mu nagrany głos. Był mu posłuszny. Nadchodzące dane 

rozdzieliły się w więcej obłędnych strumieni liczb. Naciskał klawisze, kiedy nakazywało mu 

to   nagranie,   zamroził   segment,   porównał   -   znalazł   związek   z   wytyczonym   kursem. 

Uśmiechnął   się   do   siebie,   wciąż   koszmarnie   wystraszony   -   ludzki   element   w   pocisku   o 

prędkości podświetlnej - i wpatrywał się w ekrany oczami otępiałymi od narkotyku.

***

Wystrzelił w obszar skokowy Pell z prędkością, która spowodowała, że automatyczna 

boja rozdarła jego odbiornik wyciem alarmu, nakazując wariatowi, który właśnie wszedł w 

zasięg jej sensorów i z olbrzymią prędkością na ślepo leciał w stronę obszarów wzmożonego 

background image

ruchu.

-   Hamuj!   -   ostrzegła   go,   sygnałem   zniekształconym   przez   efekt   Dopplera   i   jego 

komunikator. Jej urządzenia wysyłały ostrzeżenie na paśmie, którego komputer Lucy nie mógł 

zignorować.   Zrzucał   prędkość,   gwałtownie   pompując   energię   w   brzechwy  napędu,   co   na 

ułamki sekund wyrzucało statek z przestrzeni fizycznej, wywołując ostre ataki nudności. Na 

wszystkich panelach lampki błyskały czerwienią, aż do chwili gdy wyciągnął wreszcie rękę i 

wcisnął klawisz potwierdzający odebranie rozkazów boi, którego Lucy i tak już usłuchała.

background image

Rozdział 4

Prędkość spadła. Minie jeszcze trochę czasu zanim obraz skanu zostanie przekazany 

do centrali na Pell informując ją o nadlatującym statku i dwa razy tyle zanim wiadomość z 

centrali   dotrze   na  Lucy.  Sandor   uwolnił   się   ze   swojego   gniazda   za   pomocą   powolnych, 

otępiałych  ruchów, zniesmaczony smrodem własnego ciała. Miał zesztywniałe ręce, które 

odmawiały wykonania jakichkolwiek skoordynowanych  czynności. Stoczył  się z fotela na 

pokład, lądując na kolanach i rozrzucając walające się wszędzie puste butelki po wodzie i 

opakowania jedzenia.

- Sandy, obudź się! - odezwał się do niego komputer.

Wciąż klęcząc, sięgnął do klawiatury i zdołał wystukać po kolei jeden zero jeden, 

blokując komputer. Była to chyba najbardziej skomplikowana sekwencja do jakiej zdolny był 

w tej chwili jego otępiały mózg.

Obudzić się. Nie pozostało aż tali wiele czasu do chwili, kiedy zaczną domagać się od 

niego odpowiedzi, zanim zostanie zauważona jego nieobecność za sterami. Wciąż miał na 

nadgarstku pulser. Podciągnął  się do poziomu pulpitu i popatrzył  na rozmazane lampki  i 

klawisze,   usiłując   przypomnieć   sobie   sekwencję,   która   je   uruchomi.   Wciąż   aktywny   był 

autopilot, kierując Lucy korytarzem, na który skierowała go boja - tak było dobrze.

Podczas   gdy   żołądek   buntował   się,   a   wzrok   rozmazywał,   zdołał   zlokalizować 

właściwe przyciski i wcisnął klawisze, wyłączając rotację. Nie byłby w stanie ustać na nogach 

pod jakimkolwiek obciążeniem. Wymacał krawędź pulpitu po prawej stronie i podpierając się 

zdołał uwolnić z zagłębienia przy pulpitach, po czym poszedł na ślepo wzdłuż konsoli, aż 

przez   powieki   przedarło   się   jasne   światło   odbijające   się   od   białych   ścian   korytarza 

prowadzącego do magazynów podręcznych i umieszczonej obok kabiny prysznica. Zdarł z 

siebie całe ubranie i wcisnął je do zsypu mając nadzieję nigdy go już nie oglądać, po czym 

wcisnął się do kabiny. Stał tam, podczas gdy strumienie wody zmywały brud z jego skóry i 

włosów. Mydło. Namydlił się. Namacał leżącą w zwykłym miejscu brzytwę i ogolił się na 

wyczucie,  z zamkniętymi  oczami,  oblewany strumieniami  wody.  Znów poczuł, że żyje, - 

najmniej odrobinę. Miał ochotę nigdy już nie opuścić tego ciepła i czystości... mógłby opaść, 

zwinąć się kłębek i usnąć w ciepłej wodzie. Nie. Znów na zewnątrz. Nie zostało zbyt. wiele 

czasu. Wyłączył wodę i wytoczył się w chłód panujący na zewnątrz kabiny. Z szafki wydobył 

czyste ubranie i naciągnął kombinezon na ledwie podsuszoną skórę, odgarniając z twarzy 

mokre włosy. Wodoszczelny pulser nie odzywał się jeszcze, co znaczyło że z Lucy wszystko 

jest w porządku. Z rękami pełnymi ręczników i środków dezynfekujących wrócił na swoje 

background image

stanowisko i wyczyścił je, tłumiąc ogarniające go mdłości.

W drugiej wyprawie do magazynów pozbył się wszystkich odpadków po czym wrócił 

i opadł na fotel pachnący teraz środkami dezynfekującymi. Zamknął oczy i pozwolił sobie na 

rozluźnienie, zapadając w drzemkę przerywaną regularnym zerkaniem na komunikator.

Mieli   już   jego   identyfikację,   fałszywą.   Numer   identyfikacyjny   nadawany   był 

automatycznie przez komputer statku bez żadnych przerw. Z boi dostał skan okolic stacji, z 

przypuszczalnymi   położeniami   wszystkich   znajdujących   się   w   systemie   małych   i   dużych 

statków. Kiedy zdołał się na tym skupić dotarła do niego ich nietypowa liczba, wywołując 

niepokój i budząc dzwonki alarmowe w reakcji na to co widział. Liczba statków znacznie 

przekraczała   oczekiwania.   Obraz   ruchu,   wielka   złożoność   korytarzy,   trasy   promów 

schodzących   na   świat   Podspodzia   lub   lecących   na   księżyce   do   przedsiębiorstw 

wydobywczych. Zbiór kupców, którzy zebrali się ustalać stawki i straszyć Unię bojkotem; 

statki,   które   służyły   portom   Unii   i   miały   w   pogardzie   koncerny.   To   wszystko   tam   było, 

rozwinięte ponad wszelkie oczekiwania. Handel z Ziemią wyglądał na fantazje kupców - aż 

do teraz.

Skoro było tam tak wiele statków, trudniej będzie tu przeprowadzić jakieś oszustwo. Z 

drugiej strony może być łatwiej, jeśli urzędnicy stacji będą zbyt zajęci, by przeprowadzać 

testy,   jeśli   mieli   taki   napływ   skuszonych   plotkami   gości.   Istniała   szansa,   że   statek   z 

wątpliwymi papierami mógł umknąć w strumieniu danych... nie, to była kwestia przemyślenia 

taktyki.

- Tu centrala Pell - dopadł go nieoczekiwany głos, a bezwzględny pulser dziabnął go 

w nadgarstek powodując, że przez chwilę nie wiedział na co zareagować najpierw. Wyłączył 

pulser i pochylając się włączył mikrofon.

- Wszedłeś z szybkością przekraczającą limit sprawdź przepisy dotyczące ograniczeń 

roboczych Pell, sekcja dwa, numer dwadzieścia dwa. Przekaz odbywa się na żywo. Dalsze 

instrukcje zakładają, że zmniejszyłeś prędkość do akceptowalnej i poruszasz się w ramach 

korytarza.  Jeśli  nie, w twoją stronę wyrusza  patrol na przechwytującej, limitując czas  na 

udzielenie adekwatnej odpowiedzi. Zapytanie o powód takiego wejścia? Natychmiast podaj 

identyfikację...   Rejestrujemy   właśnie   początkowe   zrzucenie,  Lucy.  Proszę   potwierdzić 

identyfikację i udzielić stosownej odpowiedzi.

To   wszystko   było   standardowym   powitaniem   nadawanym   od   chwili,   kiedy   stacja 

zarejestrowała jego pojawienie się, monolog ograniczony szybkością światła w oczekiwaniu, 

że zacznie odpowiadać dużo, dużo wcześniej.

- Nie odbieramy twojego głosu, Lucy. Czemu milczysz?

background image

Jak   obudzony   z   letargu   wolno   sięgnął   do   nadajnika   i   uruchomił   go,   wystraszony 

ostrym podejściem stacji.

- Tu  Lucy,  właściciel Stevens, podchodząca na 4579 z waszego zenitu, korytarzem 

przydzielonym przez boję. Potwierdzam kontakt, centrala Pell. Miałem drobne problemy z 

radiem.

Było   to   oczywistym   kłamstwem,   standardowym   dla   statku,   który   z   własnych 

powodów nie nawiązywał kontaktu.

- Proszę potwierdzić odbiór.

Wciąż słyszał nieustanny potok słów z Pell, mówiących mu co do nich dotarło, tak by 

wiedział, gdzie się znajduje w przebiegu czasowym.

- Rozumiem wasze zaniepokojenie, centrala Pell. Mówi Stevens, z  Lucy  Stevensów, 

kupiec z Koncernu Watt Star, US 48-335 Y. Miałem drobny problem przy wejściu, niewielka 

usterka,   która   przez   chwilę   pozbawiła   mnie   kontaktu.   Już   wszystko   w   porządku. 

Uruchomiłem urządzenia zapasowe, bez dalszych problemów. Proszę Podanie wytycznych do 

podejścia   i   dokowania.   Prowadzę   lot   samotnie   i   potrzebuję  snu,   centrala   Pell.   Doceniam 

waszą pomoc. Over.

Potok informacji z Pell nie ustawał, zamieniając się teraz w nakładający się bełkot, od 

kiedy komputer zrezygnował z prób kompresji i utworzył  dwa nakładające się strumienie 

danych, które mogłyby doprowadzić do szaleństwa normalnego człowieka. Opadł na fotel, ten 

objął go i ukoił bolące kości, nie pozwalające o sobie zapomnieć. Od czasu do czasu mrugał, 

utrzymując otwarte oczy, by mieć pewność, że linie na wykresie zbliżenia pokrywają się. 

Nasłuchiwał, czy w strumieniach mowy nie pojawią się słowa kluczowe, ale Pell wydawała 

się być przekonana o jego uczciwości, choć w głowie słyszał cichy głos ostrzegający, że nadal 

możliwe jest pojawienie się jakiegoś statku patrolowego, który może zechcieć go sprawdzić.

W ciągu kolejnych mijających godzin obsługa stacji zaczęła wysyłać mu pytania i 

instrukcje. Był  na krawędzi halucynacji. Raz stacja ostro zadała mu pytanie i obudził się 

spocony, dziko przeglądając odczyty instrumentów, usiłując dojść gdzie jest, jak blisko - zbyt 

blisko, wkraczał już w rejon ruchu.

Lucy, wszystko z tobą w porządku? - wypytywał go głos. - Lucy, co się tam dzieje?

-   W   porządku   -   wymamrotał.   -   Jestem   tu.   Odbieram   cię.   Centrala   Pell,   możesz 

powtórzyć?

Podejście było koszmarem. To było jak przygotowanie skoku będąc pijanym w sztok. 

Z   zagryzionymi   wargami   wpatrywał   się   w   ekrany   i   wykonywał   delikatne   manewry 

korekcyjne wyłącznie na podstawie danych optycznych, na co nie mógłby się porwać żaden 

background image

większy   statek,   ale   był   teraz   zbyt   ogłupiały,   by   używać   komputera   i   jego   odczytów   - 

nasłuchiwał tylko ewentualnych alarmów, które jednak się nie odezwały. Był z siebie dumny 

z maniakalną wręcz satysfakcją, kiedy doprowadził do zetknięcia, jak pijak któremu udało się 

przejść po prostej - tylko jedno ostrzeżenie podczas całej operacji, a Lucy siadła idealnie w 

środku.

Był  tak zadowolony,  że po prostu siedział  w fotelu nie ruszając się. Odezwał się 

komunikator dokowy, żądając otwarcia luków burtowych, ale ręce trzęsły mu się do tego 

stopnia, że miał problemy z odsunięciem osłon z przełączników.

-   Tu   ochrona   doków   i   cło   Pell   -   usłyszał   kolejny   głos.   -   Proszę   przygotować 

dokumenty do inspekcji.

Sięgnął do nadajnika.

-   Cło   Pel,   tu   Stevens   z  Lucy.  Przyleciałem   bez   ładunku   z   powodu   opóźnienia   w 

planach załadunkowych na Vikingu. Możecie sprawdzić moje ładownie. Jestem z Koncernu 

Wyatt Star, przewożę wyłącznie własne zaopatrzenie. Dokumenty przygotowane.

Spróbował   zebrać   się   w   sobie   na   tyle,   by   być   w   stanie   odpowiadać   na   oficjalne 

pytania, kiedy nagle przypomniał sobie o złocie ukrytym pod panelem w ostatniej ładowni i 

żołądek skoczył mu do gardła. W odpowiedzi na błyskające światełko i powtórne żądanie 

załóg   dokowych,   zgłoszone   na   osobnym   kanale,   odblokował   właz.   W   chwili   kiedy   się 

otworzył, jego uszy zareagowały zatkaniem się na zmianę ciśnienia.

-   Kontrola   doku   Pell,   przepraszam.   Zapomniałem   o   wyrównaniu   ciśnień.   Jestem 

trochę zmęczony.

Chwila ciszy.

-  Lucy,  tu   nadzorca   doków   Pell.   Dobrze   się   czujesz?   Czy   potrzebujesz   opieki 

medycznej?

- Nadzorca doków Pell, pomoc nie jest konieczna.

- Zapytanie, czemu solo?

Czuł zbyt wielki zamęt, by myśleć logicznie.

- Po prostu potknięcie, Dok. - Wrócił strach, jak węzeł zaciśnięty w okolicy żołądka. - 

Wynajmuję  załogę do obsługi statku. Ostatnia spotkała rodzinę na Vikingu i uciekła  ode 

mnie. Nie miałem wyboru, musiałem polecieć sam. Nie mogłem też dostać ładunku. Dotarłem 

bez problemów, ale jestem wyczerpany.

Długa cisza. Wystraszyło go to, jak wszystkie reakcje, które wskazywały na myślenie, 

wywołując falę adrenaliny.

- A więc gratulacje, Lucy. Masz szczęście, że w ogóle tu dotarłeś. Potrzebujesz jakiejś 

background image

pomocy?

- Nie, proszę pani. Potrzebuję snu. Może tylko... czy  Dublin  Reillych jest w doku? 

Mam tam znajomą, z którą chciałbym się spotkać.

- W sprawie  Dublina  odpowiedź pozytywna,  Lucy.  Są w doku od dwu dni. Jakaś 

wiadomość?

- Nie, znajdę ją.

Cisza.

- W porządku,  Lucy.  Będziemy musieli porozmawiać na temat opłat dokowych, ale 

możemy   odłożyć   papierkową   robotę   do   jutra,   jeśli   zgodzisz   się   zostawić   statek 

zapieczętowany przez ochronę Pell.

- Tak jest Madame,  ale będę musiał  jeszcze podejść do wymiany  i zorganizować 

kredyt. Przerwa.

- To było KWS, Lucy?

- Wyatt Star, tak Madame.  Dwudziestka, to wszystko. Drink, kanapka i miejsce do 

spania.   Chcę   otworzyć   konto   dla   WSC   na   Pell.   Przekaz   trzech   tysięcy   w   walucie   Unii. 

Pokryję to.

Kolejna pauza.

- Nie widzę problemów, Lucy. Proszę po prostu zostawić statek, a umieścimy w nim 

własną ochronę, podczas gdy celnicy go sobie obejrzą. Jaki jest twój identyfikator Sojuszu?

Zalała go fala obaw, gwałtownie przemywając zmęczony mózg.

- Nie mam takiego, Dok Pell. Pierwszy raz przekroczyłem granicę.

- A więc numer Unii.

- 686-543-560-S.

- 686-543-560-S. Jesteś czysty, Lucy, na tymczasowych. Nazwisko?

- Stevens. Edward Stevens, właściciel i kapitan.

- Życzę szczęścia, kapitanie Stevens, i miłego pobytu.

- Dziękuję, Madame.  - Drżącą  ręką sięgnął do tablicy,  rozłączył  się i powyłączał 

wszystko, blokując dostęp do komputera i dziennika. Gdzieś na dnie umysłu zastanawiał się 

już nad złotem i możliwością przehandlowania go gdzieś w dokach, mały nieoficjalny handel, 

bardzo cichy. Umieścić zysk na koncie, sprawić by dobrze wyglądał. Były na to sposoby. 

Sprzedawcy fałszujący rachunki. Mogło się to tu udać. To mogło być miejsce, jakie pragnął 

znaleźć. Dublin...

Ona tu była.

Wydobył się z fotela i podszedł do windy znajdującej się z boku pomieszczenia. Po 

background image

otwarciu drzwi na dole uderzyło w niego śmiertelnie mroźne powietrze. Wydobył z szafki i 

nałożył na siebie kurtkę, klepiąc się po kieszeni, by upewnić się, że ma ze sobą dokumenty, 

po czym zjechał windą na poziom wyjścia. Po przebyciu krótkiego korytarza do śluzy musiał 

jeszcze pokonać tunel łączący go ze stacją, po drugiej stronie którego czekał go hałas doków i 

maszynerii, która dobierała się do podzespołów Lucy.

Byli tam celnicy i policja. Oraz olbrzymi tłum mieszkańców stacji dziko tłoczących 

się zaraz za barierkami policyjnymi. Zatrzymał się w połowie rampy naprzeciw kierujących 

się   w   jego   stronę   celników   -   schludnych   mężczyzn   w   brązowych   mundurach   z   obcymi 

insygniami.  Wyraz  jego twarzy zdradzał przez chwilę szok, zanim to sobie uświadomił i 

spróbował zignorować, wydobywając dokumenty z kieszeni.

- Rozmawiałem z biurem zarządcy doków - odezwał się, podając im je. Serce waliło 

mu z podwójną prędkością, jak zwykle w takich chwilach, podczas gdy tłum wciąż hałasował 

i szalał za barykadą. Starszy oficer przejrzał papiery i przyłożył do nich pieczęć.

- Z  tego  co  wiem,  wasze  biuro powinno  zaplombować   mój   statek  -  kontynuował 

Sandor, próbując nie patrzeć na stojącego za nimi  policjanta i nie sprawiać wrażenia,  ze 

utrudnia pracę urzędnikom. - Na statku nie ma ładunku. Opóźnienie w załadunku na Vikingu. 

Jestem śmiertelnie zmęczony i potrzebuję snu. Żadnej załogi, Pasażerów, broni ani prochów, 

oprócz medykamentów do użytku na statku. W tej chwili kieruję się do kantoru pobrać trochę 

gotówki.

- Przewozi pan pieniądze?

- Trzy tysiące w walucie Unii. Nie moje. Obiecano mi, że później będę mógł dopełnić 

formalności. Jak się wyśpię.

- Ma pan przy sobie jakieś cenne przedmioty?

- Nic. Idę do noclegowni. Zamierzam dostać kartę stacji.

- Znajdziemy pana na podstawie karty, jeśli będziemy pana potrzebować. - Mężczyzna 

spojrzał na niego. Miał ten sam wyraz, twarzy, który zawsze przybierali przy nim celnicy, 

niezbyt życzliwy. Sandor odpowiedział swoim najlepszym, szczerym spojrzeniem. Urzędnik 

oddał mu fałszywe dokumenty, a Sandor wcisnął je sobie do kieszeni na piersi i skierował się 

w dół rampy.

Drogę przeciął mu policjant.

- Kapitanie Stevens - odezwał się.

Zatrzymał się, czując jak serce usiłuje wyrwać się z uwięzi żeber.

-   Zechce   pan   odebrać   wydruk   przepisów   w   biurze   -   powiedział   oficer.   -   Nasze 

procedury   różnią   się   trochę   od   tych   po   stronie   Unii.   -   Czy   miał   pan   jakieś   problemy   z 

background image

opuszczeniem Vikinga?

Gapił się na niego tępo.

- Porucznik Perez - przedstawił się policjant. - Z wydziału bezpieczeństwa Sojuszu. 

Czy to opóźnienie miało jakieś rozsądne powody? Czy celowo robiono panu trudności?

Potrząsnął   głową,   zmieszany   z   powodu   hałasu   tłumu,   który   odbijał   się   echem   od 

odległych ścian. Tego typu pytanie zadane przez policjanta w dokach nie miało sensu. Może 

od celników, czy od kogokolwiek innego.

- Nie wiem - odpowiedział. - Nie wiem. Jestem płotką, to się czasem zdarza. Ktoś nie 

przygotował   na   czas   odpowiednich   dokumentów,   albo   przejął   go   jakiś   większy   statek. 

Naprawdę nie wiem.

Policjant kiwnął głową, raz i powoli. Wyglądało to jak zezwolenie na odejście. Sandor 

odwrócił się i pośpieszył w stronę kłębiącego się tłumu, wystraszony, usiłując nie poruszać 

się jak pijak na przepustce i zastanawiając się, dlaczego wybrali na zgromadzenie właśnie tę 

sekcję doku, i o co w tym wszystkim chodzi.

- Hej, kapitanie - wrzasnął ktoś w tłumie. - Dlaczego pan to zrobił?

Popatrzył   w   tę   stronę,   ale   nie   zobaczył   nikogo   konkretnego,   więc   spróbował   się 

przepchnąć przez tłum. Opanowała go paniczna, przemożna chęć wyrwania się, ucieczki z 

tego miejsca. Dotykały go dłonie; ponad ramionami tłumu pojawiła się kamera i przez chwilę 

wpatrywał się w przydymioną soczewkę, zanim udało mu się przed nią uchylić.

- Jaka trasa? - ktoś go zapytał. - Znalazł pan jakiś nowy punkt zerowy, kapitanie?

Potrząsnął głową.

- Nic takiego. Przeszedłem przez Wessona i Punkt Potrójny. - Nie zatrzymywał się, 

wystraszony przez mieszkańców stacji, którzy przyszli gapić się na niego. Ktoś podetknął mu 

pod nos mikrofon.

-   Wie   pan   kapitanie,   że   przez   ostatnie   pięć   godzin   cała   stacja   słuchała   pańskich 

transmisji? Wiedział pan o tym?

- Nie. - Patrzył bezradnie, uświadamiając sobie ten fakt - jego twarz... jego twarz 

nagrana, upubliczniona, z nazwą i numerem Lucy.

- Jestem zmęczony - odpowiedział, ale mikrofon naciskał, wciąż podsunięty mu pod 

nos.

-   Jest   pan   kapitanem   Edwardem   Stevensem   z   Wyatt?   Jaki   jest   pański   związek   z 

Dublinem? Powiedział pan „ona”. Osobisty?

- Tak. - Odpowiedź padła cichym, drżącym głosem. Trzęsły mu się kolana. - Proszę 

mi wybaczyć.

background image

- Jak długo był pan w trasie? - Mikrofon posuwał się za nim, naciskając. - Ma pan 

jakieś kłopoty latając samotnie, kapitanie?

- Około miesiąca. Nie wiem. Jeszcze tego nie wyliczyłem. Nie. Nie wiem.

- Powiedział pan, że spotyka się z kimś z O'Reillych, z Dublina.

Nic nie powiedziałem. To sprawa prywatna. - Zawahał się, desperacko rozglądając 

się za drogą ucieczki, która pozwoliłaby mu dostać się do biur. Niebieski dok. Tam powinien 

się udać. Taka organizacja była uniwersalna na wszystkich stacjach, choć wnętrza mogły się 

różnić. Teraz był w strefie zielonej. To nie mogło być daleko. Usiłował sobie przypomnieć 

doki sprzed lat - miał wtedy jedenaście lat - kiedy byli jeszcze razem z Rossem i Mitrim...

- Jak ma na imię. kapitanie? Czy kryje się za tym coś więcej?

- Proszę mi wybaczyć. Jestem zmęczony. Chcę się tylko dostać do banku. Nic nie 

zrobiłem.

- Przebył pan dystans z Vikinga na Pell statkiem tej wielkości solo? Jaki to model?

- Przepraszam.

- Czy nie nazywa pan tego, co pan zrobił, niezwykłym?

- Nazywam to głupotą. Proszę.

Zdołał się w końcu przecisnąć, z ludźmi napierającymi ze wszystkich stron i sercem 

walącym w panice. Ludzie ze wszystkich stron, gdzie tylko spojrzał. Ale nagle...

Była tam. Allison Reilly stała przed nim, z oczami szeroko otwartymi, tak jak reszta 

tłumu.

Przecisnął się przez ciekawskich gapiów i w ostatniej chwili powstrzymał się przed 

objęciem jej - stał kołysząc się na stopach, widząc malujący się na jej twarzy gniew.

- Jesteś szalony - powiedziała. - Jesteś po prostu szalony.

- Powiedziałem, ci, że się tu spotkamy. Jestem zmęczony. Czy możemy porozmawiać, 

kiedy wrócę z banku?

Ujęła go za łokieć i wyprowadziła z tłumu. Znów dogonił go mikrofon. Reporterka 

wykrzykiwała   pytania,   które   ledwie   do   niego   docierały,   a   Allison   Reilly   ignorowała   je, 

przepychając go przez dok do szeregu barów, w stronę tłumu znacznie spokojniejszych ludzi, 

próżniowców. Z każdym krokiem podążała za nim coraz mniejsza liczba mieszkańców stacji; 

w końcu nikt. Zamknęła się za nimi linia próżniowców, kierując w stronę podążających za 

nimi  mieszkańców  stacji wrogie spojrzenia. Nie zwracał  uwagi na to, gdzie go prowadzi 

-przeszedł przez ciemne drzwi do baru i siadł na krzesło przy najbliższym wolnym stole. W 

błogosławionej ciszy opadł na blat i próbował odpocząć, kiedy ktoś potrząsnął go za ramię.

Allison   Reilly   włożyła   mu   w   dłoń   drinka.   Pociągnął   łyka   i   zakrztusił   się,   bo 

background image

spodziewał się drinka z alkoholem, a dostał sok owocowy. Ale było to pożywne i pomagało. 

Pijąc, mętnym wzrokiem wpatrywał się w twarz Allison Reilly. W tym czasie dookoła niego 

zgromadził się pierścień innych twarzy,  kobiecych  i męskich - stół został otoczony przez 

próżniowców, ubranych w srebro, biel, zieleń i złoto i skromnych wewnątrzsystemowców, z 

wszelkimi możliwymi  typami  naszywek - wszyscy po prostu stali i przyglądali mu się w 

milczeniu.

- Kanapka - ktoś powiedział, i kiedy spojrzał w lewo zobaczył jak męska ręka stawia 

przed nim talerz. Porwał się na nią zjadając, ile tylko potrafił w kilku potężnych kęsach, po 

czym zawinął resztę w folię i wsadził do kieszeni - stary nawyk, który sprawił, że nagle 

poczuł się zakłopotany, siedząc przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy wiedzieli jakie miał 

szanse i jaki rodzaj  ubóstwa mógł  popchnąć człowieka  do takiego  użycia  statku.  Dublin 

wiedział, co zrobił. Ktoś na Dublinie wygadał się i doskonale wiedzieli co zrobił, łącząc skoki 

- jedyny sposób, by statek rodzaju Lucy miał szansę utrzymać ślad Dublina. Zapewne wkrótce 

go   aresztują;   ktoś   opowie   o   tym   jakiemuś   urzędnikowi   z   centrali   stacji,   więc   zaczną   go 

sprawdzać i rozmawiać z kupcami, z których część mogła pogrzebać w pamięci - jego sławny 

w tej chwili statek, jego twarz i głos przekazywane były na całą stację otwartym kanałem 

wideo. Nie mógł już liczyć na cichy interes i pozbycie się ze statku tego wartego czternaście 

tysięcy   złota,   na   handel   taki,   do   jakiego   przywykł,   po   cichu,   w   dokach.   Nie   teraz.   Był 

śmiertelnie  wystraszony.  Była  z nim Allison Reilly i jej widok był  czymś,  czego bardzo 

pragnął, ale stanął właśnie przed prawdziwym tego kosztem, który okazał się stanowczo zbyt 

wysoki.

-   Allison   -   powiedział,   kiedy   usiadła   na   drugim   krześle   i   oparła   się   na   łokciach 

przyglądając się mu. - Chcę z tobą porozmawiać. Gdzieś indziej.

- Chodźmy - powiedziała. - Chodź ze mną.

Odsunął   krzesło   i   spróbował   wstać...   okazało   się,   że   w   zbyt   silnym   ciążeniu 

panującym   na   stacji,   nie   potrafi   iść   bez   oparcia   się   na   jej   ramieniu.   Jakiś   mężczyzna 

przypomniał antyczny, sprośny żart o człowieku, który właśnie wrócił z samotnego lotu i była 

to prawda, przynajmniej jeśli chodzi o chęci, bo ciało było całkiem martwe.

Szedł, mając przed oczyma  rozmazane  światła i ruszające się cienie,  słysząc echa 

odbijające się w zimnym doku, a potem drzwi i pomieszczenie z dziwaczną tapetą, biurkiem i 

recepcjonistą - hotel z holem wyłożonym dywanem. Opadł na kontuar opierając głowę na. 

rękach, podczas gdy Allison ustalała szczegóły i finanse. Potem ponownie chwyciła go za 

ramię i poprowadziła korytarzem.

-   Trzymaj   ich   z   daleka   -   krzyknęła   do   kogoś,   kto   odpowiedział   ,,w   porządku”   i 

background image

odszedł; za pomocą karty otworzyła drzwi i wepchnęła go do środka, do pokoju hotelowego z 

szerokim, białym łóżkiem.

Odwrócił się i spróbował objąć ją ramieniem. Pchnęła go w pierś i niemal upadł.

-   Idiota   -   powiedziała,   co   nie   było   powitaniem,   na   które   miał   nadzieję,   ale 

przypuszczał, że na takie zasługiwał. Stał tam sparaliżowany własną mizerią i stanem umysłu, 

aż popchnęła go w stronę łóżka i położyła na nim. Gwałtownie i ostro zaczęła go rozbierać, 

jakby wciąż była na niego wściekła.

- Odwróć się - wysyczała i pchnęła jego ramię, ściągając z niego kombinezon.

Już spał.

background image

Rozdział 5

Obudził się, czując na skórze dotyk innej, gładkiej skóry i obejmujące go ciepłe ramię. 

Obrócił się i zamrugał zmieszany. Wciąż, tam była, w sztucznym zmroku pokoju.

- Allison - powiedział ochrypłym głosem, bo jego gardło, jak i reszta ciała nie było w 

najlepszej formie. Przeczesał dłonią jej włosy budząc ją, choć nie miał zamiaru psuć jej snu.

-   No   -   powiedziała   patrząc   na   niego.   -   Najwyższy   czas.   -   Ale   kiedy   spróbował 

zbliżenia, nie był w stanie nic zrobić. Leżał tam w żałosnym zakłopotaniu myśląc, że ona 

prawdopodobnie za chwilę wstanie, ubierze się i na zawsze odejdzie z jego życia,  mniej 

więcej w chwili kiedy miał już za sobą jego większość.

- Czego się spodziewałeś? - zapytała klepiąc go po twarzy, po czym ujęła jego dłoń i 

uniosła ją do ust, co zmieszało go do tego stopnia, że po prostu leżał patrząc jej w oczy, 

spodziewając się, że doda za chwilę coś głęboko raniącego.

Nie dodała.

- Przepraszam - powiedział w końcu. - Naprawdę przepraszam.

- Będzie jutro. I jeszcze kilka dni. Co zamierzasz zrobić, Stevens? Czy jest to warte 

tych kilku dni, które kupiłeś swoim wyczynem?

Pomyślał o tym. Przez chwilę miał nawet problem z oddychaniem. To naprawdę było 

śmiechu   warte,   cała   ta   sytuacja.   Było   w   niej   coś   humorystycznego.   Zdołał   Przynajmniej 

wzruszyć ramionami.

- Cóż, możliwe. Ale myślę, że po tym razie zakończę, Reilly. Nie sądzę, żebym był w 

stanie zrobić to jeszcze raz.

- Całkowicie postradałeś zmysły.

Odkrył,   że   może   się   uśmiechnąć,   co   przynajmniej   pozwoliło   mu   zachować   swój 

image.

- Nie zamierzam robić z tego zwyczaju.

- Czemu to zrobiłeś?

- Czemu nie?

Zmarszczyła się. Skrzywiła. Po chwili potrząsnęli głową, uniosła się na ramieniu i 

patrząc z góry delikatnie przejechała palcem po starej bliźnie na jego boku.

- Co zamierzasz powiedzieć swojej firmie?

Leżał na łóżku z głową opartą na ramionach i wpatrując się w sufit rozważył pytanie 

oraz możliwe prawdy i kłamstwa. W końcu wzruszył ramionami i uśmiechnął się w geście, 

który - miał nadzieję - zdradzał totalną obojętność.

background image

- Nie mam pojęcia. Pomyślę o czymś dobrym.

Poczuł na żebrach uderzenie pięści.

- Założę  się, że tak. Bez ładunku. Bez zezwolenia.  Skoczyłeś  z Vikinga ze złego 

kierunku. Co oni z tobą zrobią, Stevens?

-   Właściwie   -   odparł   -   to   nie   jest   poważny   problem.   -   Zamknął   oczy,   wciąż   z 

uśmiechem przyklejonym do ust, czując w piersiach gromadzące się latami znużenie.

- Zdołam się z tego wytłumaczyć, nie obawiaj się. - A po chwili: - Może spróbujemy 

jeszcze raz, Reilly? Sądzę że może się udać.

Co dziwne, rzeczywiście się udało - a to, pomyślał leżąc z Allison Reilly splecioną z 

nim i zadowoloną, dlatego że znów zaczął myśleć, jak się z tego wykaraskać. Jak uratować 

własną skórę i Lucy. Sprawiło to, że krew znów zaczęła krążyć, pomimo całego zmęczenia i 

braku   sił.   Był   zdumiewająco   spokojny   kontemplując   swoja   ruinę,   którą   jak   sądził,   mógł 

odsunąć przynajmniej do czasu aż Allison Reilly opuści Stację Pell na pokładzie Dublina, za 

kilka dni od dziś. Było jeszcze złoto: wciąż je miał. Jeśli jakimś cudem znajdzie kogoś, kto 

nie zna jego twarzy,  będzie mógł sobie załatwić dokumenty;  zdobyć ładunek i wrócić na 

Voyagera nie przechodząc przez Vikinga - jeśli Dublin nie zgłosił tej wiadomości o zmianie 

celu podróży...

Mógł się tego dowiedzieć, Allison pewnie to wiedziała. Może mu powie. I może, 

opadła   na   niego   nieodparta   myśl,   mógł   przypisać   sobie   jakiś   związek   z  Dublinem, 

przynajmniej   wobec   władz   Pell   i   użyć   tego   domniemanego   związku   jako   referencji, 

wystarczająco   dostatecznych   przynajmniej   na   opłaty   dokowe.   Może   zechce   to   dla   niego 

zrobić. Pomyślał o tym, leżąc objęty ramionami Allison w łóżku, za które zapłaciła, myśląc o 

przeprowadzeniu niepośledniego oszustwa i obciążeniu jego wydatkami konta  Dublina,  co 

chwilowo   rozwiązałoby   wszystkie   problemy   z   wyjątkiem   Vikinga.   Mając   to   złoto,   może 

jeszcze zdobyłby prawdziwe dokumenty.

Obrócił   głowę,   by   na   nią   popatrzeć,   wprost   w   oczy,   które   otworzyły   się 

niespodziewanie - ciemne, głębokie i w tej chwili ciepłe; a jego wnętrzności zwinęły się w 

supeł w reakcji na to, co właśnie rozważał, co sprowadzało się do żebrania, albo oszukania 

jej, a żadne z rozwiązań mu nie odpowiadało. Przytuliła się do niego, więc pocałował ją.

To nie było fair, pomyślał, że wpadł w ręce kogoś takiego jak Allison, która mogła 

oszukać   go   na   sposoby,   których   on   nie   zastosowałby   nawet   wobec   najbardziej   na   to 

zasługujących ze swoich ofiar. Dobrze się bawiła, nawet nie złośliwie, podczas gdy on płacił 

za to wszystkim, co miał.

I skończyłoby się to, gdyby się dowiedziała, we wszystkich znaczeniach. Mogłaby, 

background image

nawet wtedy, nie zdradzić go; ale wiedziałaby... i nienawidziłaby go, a to w tej chwili było 

równie złe jak policja stacji.

-   Właściwie   -   przerwał   ciszę   -   właściwie   powiem   ci   prawdę.   Wcale   nie   mam 

kłopotów. Całe to moje przejście na Pell jest kryte.

- Och? - Zesztywniała, odsunęła się i popatrzyła na niego. - Jak?

-   Ponieważ   mam   tu   przenieść   konto.   Jestem   na   tyle   niewielkim   operatorem,   że 

koncern daje mi  całkiem  sporo swobody.  Wszystko,  czego ode  mnie  chcą, to  żebym  im 

przynosił zyski. Pozwalają mi lecieć, gdziekolwiek mam ochotę. Wyatt nie może pilnować do 

ostatniej cyferki, gdzie powinienem załatwiać interesy: ja o tym decyduję. Sprawiłaś, że Pell 

dobrze zabrzmiało. Słyszałem plotki. A ty przechyliłaś szalę.

- Ha. - Jej twarz przybrała trzeźwy wyraz. - Czyli wcale nie chodziło o mnie?

- Mogłem się nie spieszyć lecąc tutaj. Chciałem cię zobaczyć. To część powodów.

Trzeźwy wyraz zmienił się w zamyślone spojrzenie, inne, zimniejsze.

- A więc przepuszczam, że faktycznie się z tego wywiniesz, prawda?

- Tak. Nie ma wątpliwości.

- Ha - powiedziała ponownie. Przeturlała się na krawędź łóżka, gdzie złapał ją za 

nadgarstek, zatrzymując.

- Gdzie idziesz?

- Nie mogę zostać dłużej. Mam służbę.

- Co takiego powiedziałem?

- Nic nie powiedziałeś. Po prostu zbliża się moja wachta.

- Coś było. Co takiego?

Na jej twarzy pojawiło się cierpienie. Bez efektów próbowała wyszarpnąć rękę.

- Puść mnie.

- Nie, dopóki nie powiesz mi, co takiego powiedziałem.

-   Jeśli   zostawisz   na   mnie   jakiś   ślad,   Stevens,   gorzko   tego   pożałujesz.   Chcesz   to 

przemyśleć?

- Usiłuję z tobą rozmawiać. Powiedziałem ci prawdę.

- Nie sądzę, żebyś potrafił odróżnić prawdę od swoich pleców. Nie powiedziałeś mi 

prawdy, i założę się, że nie powiedziałeś jej też celnikom.

Serce coraz mocniej waliło mu w klatce piersiowej.

- A czy Dublin mówi całą prawdę celnikom? Nie proś mnie, żebym w to uwierzył.

- Jasne. Rozumiem, że jest całe mnóstwo powodów, dla których ktoś opowiedział mi 

jedną historię, a celnikom drugą. Ale może jest tylko jedna, dla której statek ścigałby nas w 

background image

sposób, w jaki ty to zrobiłeś, i nie podoba mi się ten zapach. Nigdy nie odpowiedziałeś mi 

szczerze, ani razu,  a dawałam ci szansę. Teraz możesz złamać mi ramię i pewnie nawet 

sądzisz, że możesz mnie zabić, aby mnie uciszyć. Mam jednak kilka setek kuzynów, którzy 

wiedzą kim jestem i gdzie, więc jeśli szybko mnie stąd nie wypuścisz, możesz skończyć 

odbywając długą, powolną podróż na pokładzie Dublina.

- To dlatego tu zostałaś? Żeby zadawać pytania?

- A czego się spodziewałeś?

Popatrzył na nią, czując ból większy niż zdarzyło mu się czuć, od kiedy zginął Ross i 

puścił jej nadgarstek tak nagle, że niemal spadła z łóżka. Usiadła na krawędzi pocierając 

otarcie i wpatrywała się w niego.

- No idź - warknął. - Nie zatrzymuję cię,

- Nie mów mi, że zraniłam twoje uczucia.

- Niemożliwe. No idź, wyjdź stąd, daj mi się wyspać.

- To mój pokój. Ja zapłaciłam rachunek.

To bolało.

- Zajmę się tym. Wpłacę pięćdziesiąt na konto  Dublina.  I pięćdziesiąt za poprzedni 

raz. Tylko idź stąd. Nie martw się o pieniądze.

- Naprawdę na to wygląda. Więc co robisz, gonisz nas, żeby spłacić rachunki z baru? 

Chcesz mnie wziąć na pieniądze?

- Nie pobieram opłat - odgryzł się. Paliła go twarz. - Idź. Już.

Wstała i pochylając się zebrała swoje rzeczy z krzesła i zaczęła je wkładać. Zapinając 

srebrny kombinezon przerwała i popatrzyła w jego stronę.

- Przypuszczam,  że będzie  lepiej, jeśli zapłacę  za tydzień  z góry - powiedziała.  - 

Myślę, że masz kłopoty, Stevens. Sądzę, że twój koncern posieka cię na kawałki. Nic na tym 

nie zarobisz.

- Nie przejmuj się. Nie chcę twoich pieniędzy, ani twojej pomocy. Poradzę sobie z 

nimi.

- Och, jasne, zamierzasz im wyjaśnić jakim świetnym pomysłem ci się to wydało. Ta 

historia będzie opowiadana wciąż na nowo, upiększona za każdym  razem, gdy dotrze do 

nowej stacji. Jak zrobiłeś to, żeby znów mnie zobaczyć, albo dla zakładu, jak wyleciałeś z 

Vikinga w niewłaściwą stronę i dokonałeś samotnie skoku przez Punkt Potrójny, że jesteś 

szpiegiem Maziana albo z Unii, z podkręconym statkiem, albo po prostu złodziejem - a wiesz 

jak bardzo Dublin chce być wplątany w tę historię? Opowieść trafi na Vikinga i bez naszej 

pomocy. Na Wyatt też ją usłyszą naprawdę szybko; usłyszą ją wszędzie, gdzie latają statki... 

background image

ponieważ   są   tu   wszystkie.   Każdy   statek,   każda   rodzina,   każde   Nazwisko   w   Sojuszu 

Kupieckim   i   jeszcze   więcej.   Przylatują   tu   także   wojskowi   z   Unii   na   rozmowy.   To   się 

rozniesie. Rozumiesz to?

Pomyślał o tym, czując jak ściska mu się żołądek.

- Więc cóż, wygląda na to, że mam większy problem niż ty, prawda? Jestem pewien, 

że Dublin to przeżyje.

- Drań.

- To ty wyszłaś do doku, Reilly. Sama to zrobiłaś, ja tego nie zorganizowałem.

- Nie miałam wątpliwości, że przyszedłbyś na Dublin pytać o mnie. Użyłeś naszego 

nazwiska przez radio. Czego więcej mi brakowało?

- Wyjdź.

- Jesteś bankrutem Stevens. Chyba że przewozisz coś pod panelami, ale zajrzą tam. 

Zajmą twój statek. Co najmniej.

- Mam fundusze.

- Co masz?

- Może to nie twój interes.

- Nie masz. Nic, co byłoby warte tej podróży.

- Nie twój interes.

- Ha.

Gapił się na nią, niezdolny z tego zrezygnować. Patrzył jak podchodzi do drzwi - i 

zatrzymuje się. Stała tam chwilę, w końcu jednak odwróciła się, opuszczając rękę wyciągniętą 

do zamka.

- Powiedz mi - odezwała się - czemu naprawdę to zrobiłeś?

- Tak jak powiedziałaś.

- Które?

- Sama wybierz. Nie zamierzam kłócić się o szczegóły.

- Nie. To ty mi powiedz, Stevens, jak zamierzasz z tego wybrnąć. Naprawdę chcę 

wiedzieć.

Wzruszył ramionami siadając, zaczepił o poduszki i przesunął się w stronę oparcia.

- Już ci powiedziałem, co zamierzam zrobić. To nie problem.

- Sądzę, że jesteś w poważnych kłopotach.

- Nic, z czym bym sobie nie poradził.

- A więc jestem zaszczycona, że wywarłam na tobie takie wrażenie. Ale to nie dla 

mnie tu przyleciałeś. Jaki był powód?

background image

Spróbował   lekko   drwiącego   uśmieszku,   przypuszczając,   że   będzie   w   stanie   go 

utrzymać.

- Cóż, wydawało mi się to wtedy rozsądne.

- Wciąż chcę ci wierzyć, ale nie ułatwiasz mi zadania.

- Jestem przyzwyczajony do samotnych lotów - powiedział w przedłużającej się ciszy. 

- To nic wielkiego. Skakałem już samotnie, robiłem też skok podwójny.  Lucy  jest dobrym 

statkiem.   Z  pewnością   jest  w  stanie  dotrzymać  kroku  twojemu   eleganckiemu  Dublinowi. 

Wyjaśnię sprawę z KWS, kiedy wrócę na Vikinga. Nie miałbym nic przeciwko spotkaniu cię 

wtedy.

Podeszła z powrotem i usiadła na krawędzi łóżka, nakryła jego dłoń własną i nachyliła 

się, patrząc mu w twarz ze zbyt bliska, aby zachować pozory.

- Możliwe - powiedziała - że możesz się wytłumaczyć przemęczeniem i odpuszczą ci 

to. Może po prostu zbyt długo byłeś w przestrzeni.

- Dzięki. O tym nie pomyślałem. Spróbuję tego.

- Przypuszczam, że będzie lepiej, jeśli czegoś spróbujesz. Masz kłopoty, prawda?

Nic nie odpowiedział.

-  Stevens.   Jeśli   jesteś   rzeczywiście   Stevens...   Ile   z  tego,   co   mi   powiedziałeś,   jest 

prawdą? Przez cały ten czas?

- Część.

- Na temat tego kim jesteś - co na to powiesz, tak na początek?

Usiłował wzruszyć ramionami, co nie było łatwe wobec ich bliskości.

- Jestem tym kim powiedziałem.

- Jesteś bankrutem,  prawda? I masz mnóstwo kłopotów. Sądzę, że pomyślałeś, że 

mogłabym cię dofinansować. Myślę że może o to w tym wszystkim chodzi, że naprawdę 

poleciałeś  za mną,  bo przekroczyłeś  kwotę swojego limitu na Vikingu a kompania może 

zacząć zadawać pytania - a teraz masz statek koncernu tam gdzie go być nie powinno.

- Nie.

- Nie?

- Powiedziałem nie.

- Wiesz, Stevens, może nie powinnam o to pytać, ale zastanawiam się, czy na pewno 

jesteś z koncernu.

Popatrzył na nią, na twarz zmarszczoną w czymś co nie musiało być gniewem, tracąc 

kontrolę nad swoim milczeniem i czując, że ona wie - wiedział, że wie. Pójdzie z powrotem 

na swój statek i będzie tam mówić, to było pewne.

background image

- Nie jesteś, prawda?

-   Nie,   nie   jestem.   Jestem...   -   Jego   ręka   skoczyła   w   górę,   by   powstrzymać   ją   od 

wstania, ale ruch który wykonała wcale do tego nie prowadził, co sprawiło że poczuł się 

zakłopotany.  - Słuchaj, KWS nigdy mnie nie zauważyło. Zarabiałem dla nich pieniądze i 

nigdy nie kosztowałem ich ani kredytu...

- Aż dotąd.

- Oddam to.

- Jesteś piratem.

- Nie.

- W porządku, nie siedziałabym tu, gdybym tak myślała. Czyli podkradasz. Nie jestem 

pewna, czy chcę znać szczegóły. - Westchnęła i obróciła się, by siedzieć na łóżku bokiem, 

uderzając pięścią w kolano. - Szlag.

- O co chodzi?

- Powinnam była pilnować własnego nosa. A więc wiem. I nic z tym nie mogę zrobić. 

Nie   zamierzam.   Rozumiesz?   Nie   zyskasz   żadnych   pieniędzy,   niezależnie   od   tego   ile 

planowałeś dostać.

Poczuł na twarzy uderzenie gorąca.

- Nie. Powiem ci prawdę: zaczęło się tam robić gorąco. Coraz mniej możliwości. A ty 

sprawiłaś, że zacząłem myśleć o Pell, to wszystko. Pomyślałem, że może tutaj mam większe 

szanse.

- Tak po prostu.

- Tak po prostu. Instynkt mówi mi, kiedy powinienem się wynieść. Wyczuwam prądy 

i ruszam. To mnie utrzymuje przy życiu.

Wstała, myśląc o prawie - taki miała wyraz twarzy. Myśląc o sumieniu, w taki czy 

inny sposób. O policji.

- Powiem ci - odezwał się i przetoczył na swoją stronę, sięgając po ubranie. Znalazł je 

na podłodze i usiadł na krawędzi łóżka ubierając się.

- Reilly! Nie podoba mi się, że tak się między nami psuje. Przysięgam ci - na co tylko 

zechcesz - wiem, że to cię martwi. Nie mam do ciebie pretensji. Ale statek należy do mnie. 

Taka jest prawda.

- Nie chcę tego słuchać. Jestem Sternikiem, słyszysz? Chcę mieć czyste ręce. Mamy 

nasze Nazwisko i przysięgam ci, zszargasz je, a będę go bronić. Żal mi cię. I uwierzę w to co 

powiedziałeś w nadziei, że któregoś dnia powiesz mi prawdę i że nie muszę rozpuszczać 

ostrzeżeń o tobie w dokach, ale nie sądzę, żebym chciała usłyszeć cokolwiek ponad to, co już 

background image

usłyszałam. I nie spodziewam się, żebyśmy się jeszcze spotkali. Lepiej, żebyś nic takiego nie 

planował.

- Hej, chwileczkę, jedną minutkę. - Naciągał ubrane, złapany w trakcie, zapiął zamek 

prostego kombinezonu i odzyskał oddech i godność. - Słuchaj, przepraszam za ten bajzel w 

dokach. To było szaleństwo, nigdy nic takiego nie planowałem. Nie spodziewałem się, Ze tak 

tu będą wariować.

- Kontrola Pell zawsze jest na podglądzie. Nie wiedziałeś tego. Wiesz jak brzmiałeś 

przylatując? Jak szaleniec. Jak ktoś, kto kieruje statek w stację, a potem jakbyś miał kłopoty... 

to trafiło na kanał wiadomości tysiące ludzi to oglądało. Na miłość boską Stevens, to Pell. 

Przylatują tu kapitanowie Sojuszu, wielkie Nazwiska, statki flagowe... Koniec Skończoności 

Małą Niedźwiedzica, jeden za drugim. Winifred. Ludzie z Pell znają Nazwiska. A część z tych 

wolnych duchów nie stosuje się do przepisów, zaś część z nich ma przywileje przez duże P. 

Kiedy ktoś przylatuje tak jak ty - obywatele Pell doceniają styl. Ale będąc stacjonerami nie do 

końca orientują się, jakiej dopuściłeś się głupoty i na jakie ryzyko naraziłeś się w Punkcie 

Potrójnym. Pragniesz śmierci, Stevens. Gdzieś tam, w głębi, chcesz zniszczyć sam siebie i 

przerażasz mnie. Jesteś problemem. Dla mnie. Dla siebie. Dla systemu pełnego statków i 

stacji wypełnionej niewinnymi ludźmi, którzy mieli dość serca, by martwić się o ciebie, kiedy 

już   przekonali   się,   że   w   nich   nie   uderzysz.   Myślą,   że   zrobiłeś   to   dzięki   swoim 

umiejętnościom. W dokach sądzą co innego. Myślą, że jesteś dupkiem, Stevens i jestem tobą 

zażenowana, ale  ściągnęłam  cię tu, bo po tej  scenie  w dokach byłam  na ciebie  skazana. 

Ponieważ miałeś dość rozsądku, by ostrzec Dublin, kiedy naraziłeś na ryzyko nasze życia na 

Vikingu. A mój Staruszek wezwał mnie na dywanik, by spojrzeć mi głęboko w oczy i zapytać 

kim dla mnie jesteś. Kiedy skończy się ta przepustka, znów trafię do niego, by odpowiedzieć 

dlaczego dopuściłam do związku Dublina z tobą. A wciąż tego nie wiem.

Przyjął to na stojąco. To wszystko było prawdą. To były te wszystkie sprawy, które 

sprawiały, że cała jego dusza dygotała, kiedy dolatywał do stacji.

- Robiłem już podobne rzeczy - powiedział cichym głosem. - Mówiłem ci. Czasami 

musiałem, nie miałem wyboru. Wszedłem w górnym zakresie, ale to ja źle obliczyłem, nie 

statek. Za długo w doku Vikinga, za mało snu, brak jedzenia - nie byłem na to przygotowany 

przyznaję się do tego. Ale samotne loty - Lucy to nie Dublin. Naginałem przepisy. Ktoś taki 

jak ja, musi działać w ten sposób. Czasem trzeba spać, puszcza się autopilota, gdziekolwiek 

się jest. Działa się na granicy możliwości sprzętu i trzeba go dopilnować, i pracuje się na 

autopilocie. Musisz to wiedzieć, nawet na Dublinie że wszyscy drobni operatorzy tacy jak ja, 

wszyscy działamy w ten sposób. To nie wygląda ślicznie, wiem, pomyślałem, że mogę to 

background image

zrobić. I w końcu zrobiłem to, dzięki szczęściu. Powinienem był was przepuścić na Vikingu, 

ale chciałem się stamtąd wydostać, a gdybym poczekał aż dostanę zezwolenie - mogli zacząć 

zadawać pytania. Więc poleciałem, to wszystko.

- A zainteresowanie Dublinem?

Wzruszył ramionami, z ramionami złożonymi na piersi.

- Denerwujesz mnie - powiedziała.

- Ty. Chciałem cię zobaczyć.

Ciężko potrząsnęła głową.

- Większość musi czekać na ten przywilej.

- Niektórzy nie mają aż tyle czasu.

Kolejne wzruszenie ramion, z coraz większym dyskomfortem.

- Nie zostaję zbyt długo w jednym miejscu. I znów odejdę. Siedź cicho do czasu aż 

odlecisz.   Sądzę,   że   to   najlepsze   co   możesz   zrobić   w   tych   warunkach.   Kiedy   wylecisz, 

postaram się z tego wydostać. Ale ani słowem nie wspomnę o Dublinie, obiecuję.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego kątem oka.

-   Jestem   bez   przydziału.   Rozumiesz   -   moje   zaangażowanie   w   tę   sprawę   -   może 

zablokować   mój   przydział.   Na   zawsze.   To   nie   jest   żart,   Stevens.   -   Podeszła   do   drzwi, 

obejrzała się. - Mam do dyspozycji jakieś dziesięć tysięcy. Może zdołam cię tu utrzymać na 

czysto, jeśli to weźmiesz, zapłacisz opłaty dokowe i wylecisz z Pell. Zrozum, to wszystko co 

mogę ci dać. Przez kolejny rok będę odrabiać ostatni tysiąc z tych dziesięciu. Ale chcę cię 

odsunąć   od   związku   z  Dublinem.  Nie   chcę,   żebyś   znowu   wpadł   w   kłopoty,   zanim   nie 

znajdziesz się daleko od naszego ogona.

Potrząsnął głową, czując suchość w ustach. Wewnątrz czuł ból.

- Niech cię diabli, nie możesz dostać nic więcej.

- Nie chcę twoich pieniędzy. Nie chcę twojej pomocy, wydostanę się stąd. Zapłacę co 

trzeba w dokach i wydostanę się.

- Czym?

- Te trzy tysiące. Może mogę dostać jakiś ładunek na boku. I mam, cóż, może trochę 

więcej niż to.

- Jaka wartość tego ładunku.?

- To moja sprawa. Odpowiadasz obcym na pytania o zawartość ładowni Dublina? Nie 

sądzę.

Zacisnęła szczęki.

- Chcę żebyś się stąd wyniósł.

background image

- Powiedz swojemu Staremu, że się wynoszę.

- Mówię ci, że bierzesz te dziesięć tysięcy. Opuścisz Pell z jakimś ładunkiem, będzie 

wspólny, twój i mój - to przynajmniej będzie dobrze wyglądać. I zapomnisz o długu. Nie 

próbuj go spłacać. Nie mów o nim, ani o mnie. Albo pójdę do władz stacji.

- Rozumiem - powiedział bardzo cicho. - Wezmę twoją dziesiątkę. I obiecuję ją oddać, 

choć wątpię, żebyś w  to wierzyła. Zresztą nie byłaby to prawda. Wyrzucasz te pieniądze, 

Reilly. Głęboko wątpię, żebym zdołał opuścić pokład tej stacji.

- Jest tu ktoś, kogo znasz?

- Jest więcej niż prawdopodobne, że jest tu ktoś, kto zna mnie. To ta publiczność, 

Reilly. Zazwyczaj jestem znacznie cichszy.

- Za co - zapytała ściszając głos - mogą cię posadzić? W najgorszym przypadku?

- Niespłacone długi.

-   Mało   prawdopodobne,   żeby   kupiec   poszedł   z   czymś   takim   na   policję.   Ale   coś 

innego...

-   Nie   jestem   jednym   z   Nazwisk.   Nie   wiedzą,   kim   mogę   być.   Pirat.   Mogą   tak 

pomyśleć. Ale tym razem powiem ci całą prawdę. Mam dwa tysiące w gotówce, których nie 

zadeklarowałem. Na interesy w dokach i złoto warte czternaście tysięcy KWS schowane pod 

panelami.   To  dlatego  uciekłem   z  Vikinga,   jakby mi   się  paliło  pod  nogami.  Zrozum,  ten 

urzędnik ze stacji... musiałem się zgodzić na ten interes, bo mógł mnie wsadzić. To nie był 

mój pomysł. Tak więc mam pieniądze. Mogę pokryć opłaty dokowe i mogę kupić ładunek.

- Mając nędzne szesnaście tysięcy w kontrabandzie?

- Myślisz, że dodatkowe dziesięć zmieni sytuację? Nie. A jeśli mnie złapią, możesz 

być pewna, że zinwentaryzują wszystko co mam. I odkryją, że mam więcej pieniędzy niż 

powinienem, dziesięć tysięcy w walucie Pell, prawda? Jedno pytanie do komputera, a dostaną 

numery seryjne banknotów oraz transakcję z twoim nazwiskiem. Wierz mi, znam procedury.

- Założę się, że tak.

-   Więc   zatrzymaj   je.   Przy   moich   problemach   ta   dziesiątka   niczego   nie   załatwia. 

Wydostanę się na swój sposób. - Podniósł kurtkę i założył ją, sprawdzając czy w kieszeni 

nadal są dokumenty. - Sam się zajmę finansami. Pójdę do biur stacji. Ty po prostu ogłoś, że to 

już   koniec   i   idź   pokręcić   się   ze   swoimi   kuzynami   rozpowiadając   że   już   po   wszystkim. 

Prześpij się z kimś i upewnij się, że wszyscy będą o tym wiedzieć. To uciszy plotki. Wiem, 

jak zacierać ślady. To też.

-   Życzę   ci   szczęścia   -   powiedziała   i   zabrzmiało   to   szczerze.   -   Będziesz   go 

potrzebował.

background image

Otworzył jej drzwi. Uśmiechnął się, odzyskując nad sobą kontrolę.

-   Dzięki   -   powiedział   i   wyszedł   z   pokoju   przed   nią,   z   rękami   w   kieszeniach   i 

zdecydowanym krokiem.

Czas odwiedzić Lucy. Czas wejść w oczy potęgom, które rządzą Pell i wydostać go z 

ognia. Albo przynajmniej zmniejszyć płomień. Urzędnicy stacji powinni zdjąć plomby, jeśli 

tylko   zdoła   przecisnąć   się   przez   celnika,   który   może   zechcieć   dokonać   gruntownego 

przeglądu statku w jego obecności.

Potem wydostać się z Pell, zabierając ile tylko zdoła, zaoszczędzić z gotówki. Może 

sprawdzić czarny rynek - zawsze jakiś był. W Punkcie Potrójnym zmienić nazwę, Turner i 

dokonać jakiejś czarnorynkowej transakcji, w którymś z punktów równowagi, mając nadzieję, 

że nikt nie poderżnie mu gardła. Kupić kolejny zestaw fałszywych dokumentów. Jeśli będzie 

mógł   się   stąd   wydostać   z   pieniędzmi   i   jeżeli...   tysiąc   rzeczy.   Jego   umysł   znów   zaczął 

pracować, odrzucając Allison Reilly. Mając przed oczyma ponurą rzeczywistość.

Obejrzał się. Stała przy drzwiach pokoju, po prostu patrząc. Przez chwilę opanowało 

go szaleństwo. Autodestrukcyjny, miała rację. Z drugiej strony, chciał przeżyć, a z jeszcze 

innej był zmęczony próbowaniem, a coraz trudniej było wymyślić sposoby na przebrnięcie 

labiryntu... nawet pamiętać jakie kłamstwa powiedział i jak się splatały.

Tu   też   byli   żołnierze.   Widział   ich...   wstrząs.   Nie   zielono-czarne   siły   Unii,   lecz 

niebieskie. Milicja Sojuszu. Przypomniał sobie poruszenie na Vikingu i plotki o polowaniu na 

piratów i naszło go poczucie zmiany czasów, wrażenie, że szczeliny umożliwiające przeżycie 

drobnicy gwałtownie i nieodwołalnie ulegają zamknięciu.

Miał w tej chwili kartoteki na każdej stacji w Unii, a wkrótce czekała go kartoteka w 

Sojuszu. Niemal skończyły mu się przystanie.

***

- Co zaszło? - zapytał Curran dołączając do niej w zacienionych drzwiach hotelu, a 

Allison skrzywiła się na intruza.

-   Byłem   tam   -   powiedział   Curran   wskazując   na   sąsiedni   bar.   -   Niektórzy   z   nas 

odrobinę się tym przejmowali... Kręcili po okolicy. Na wszelki wypadek. Co z nim? Wiesz, 

że Stary będzie pytał.

-   Wraca   na   swój   statek.   Obawiam   się,   że   to   przypadek   fałszywych   nadziei. 

Skończyliśmy.

- Allie, postawili tam straż.

Wyprostowała się, rozwijając złożone dotąd ramiona.

background image

- Jaką straż?

- Na jego statku. Dlatego się zaniepokoiliśmy. Nie zdecydowaliśmy się na wejście i 

przerwanie ci, ale braliśmy to pod uwagę. To wojsko.

- Coś więcej niż plomby celne? - wysyczała przez zęby.

- Więcej niż cło. Mówią, że na stacji jest jeden z oficerów, Mallory.

- Słyszałam.

- Allie, jeśli go zapuszkują, czy jest coś co mógłby powiedzieć, a nie powinien?

- Nie. - Zdecydowanie skrzywiła się na swojego kuzyna. - Czy ty przyjmujesz jakieś 

założenia, Currie przyjacielu? Nie mów do mnie Allie.

- Kiedy senior naszej wachty idzie się przespać z człowiekiem, którym interesuje się 

milicja... zadajemy pytania. Stawką jest trzeci Sternik.

- Nie bądź nadopiekuńczy.

- Takie podziękowanie... Wspieraliśmy cię. Wracaj na statek, prosimy. Natychmiast.

Nic nie odpowiedziała. Przyglądała się coraz odleglejszej sylwetce. Nie było teraz 

takiego   ruchu,   jak   w   dniu   głównym.   W   Pell   wyszedł   drugi   zestaw   przestępnodniowy 

mieszkańców, by pracować i handlować. W przejściach widać było więcej ruchu związanego 

z przemysłem, niż w dniu głównym. Więcej przechodniów nosiło kombinezony robocze niż 

garnitury, a ruch w dokach składał się przeważnie z ciężkich transporterów przewożących 

zbiorniki, przeciskających się przez grupy wracających z imprez kupców.

I żołnierzy.

Oraz   obcych.   Pell   orbitowała   wokół   żyjącej   planety.   Na   stacji   pracowali   tubylcy, 

niewielcy,   o   ukradkowych   ruchach,   noszący   maski   do   oddychania   wydające   przy   pracy 

syczące odgłosy. Byli humanoidalni, pokryci brązowym futrem, a po stacji poruszali się boso, 

mając   podeszwy   stóp   pokryte   zgrubiałą   skórą.   Dwu   z   nich   przysiadło   na   kanistrach 

ustawionych niedaleko wejścia na Lucy i przyglądało się. Zauważyła kolejnego koło barierki 

ochronnej. Niespodziewanie podnieśli się i odeszli gdzie indziej, znikając w cieniach.

Powoli potrząsnęła  głową, ujęła Currana pod ramię  i zauważyła  resztę jej wachty 

stojącą nieopodal - Deirdre i Neilla.

- Wracamy - powiedziała.

- Czy on ma broń?

- Nie. Tego jestem pewna. Ale nie ma powodu, żebyśmy tu stali, prawda?

background image

Rozdział 6

Plomba nałożona przez celników wciąż blokowała dostęp do statku. Luk Lucy swoją 

ciemną jamą odcinał się od innych wejść, radośnie oświetlonych kolorowymi lampami. Tu 

żadnych  nie było, tylko wciąż stojąca barierka celna i ponury, ciemny metal opuszczonej 

rampy.  Lucy  nie   miała   żadnych   towarów   do   załadowania,   stojące   obok   beczki   zostały 

wyładowane przez statek stojący na sąsiedniej kei. Słychać było szum pustego w tej chwili 

taśmociągu,   prawdopodobnie   w   środku   doszło   do   jakiegoś   przy   blokowania   wyładunku. 

Tubylczy   robotnicy   bezczynnie   kręcili   się   w   pobliżu...   Obce   życie,   sugestywnie 

przypominające   o   możliwościach.   Jak   dotąd,   ludzie   nie   znaleźli   nikogo   innego,   jedynie 

zachwycająco łagodnych Dołowców z Pell.

Możliwe, że inni byli gdzieś niedaleko, gwiazdę lub dwie stąd. To mogło się zdarzyć 

za jego życia, jakiś kupiec, znudzony tym, jak stoją jego sprawy, kierujący swój statek by 

zbadać nieznane... Ale znalezienie punktów zerowych wymagało prób, a próby wymagały 

pieniędzy, a tego  Lucy  nigdy nie miała. Każda trasa, wszystko co było znane w Poza, było 

oparte na takim  może.  Może w tym roku, może ktoś... Sandor czerpał rodzaj perwersyjnej 

satysfakcji z faktu, że niczyje interesy nie były aż tak bezpieczne.

Ten   lot   go   szarpnął.   I   tym   razem   był   to   pogrom.   Stanowił   zagrożenie,   ryzyko. 

Pomyślał o Allison Reilly i zrozumiał, że wszystko co powiedziała było prawdą.

Może powinien był przyjąć te pieniądze. Cokolwiek, co mógł dostać.

Szedł wzdłuż linii wysokich beczek, nie widząc nic poza swoją trasą. Dołowcy zerkali 

na niego z półki nad zbiornikami, ale nagle usunęli, się z widoku. Obejrzał się, idąc w cieniu 

coraz bliżej do wejścia. Lucy nie stanowiła dla celników dużego problemu, nic co zasługiwało 

na tyle zamieszania, ile odmalowały jego lęki. Prawdopodobnie - miał na to najszczerszą 

nadzieję - wysłali jakiegoś młodszego  agenta, by przebrał się i przeszedł przez ładownie 

zweryfikować jego oświadczenie o pustym  statku. Panele, pod którymi  ukryte było złoto, 

niczym nie wyróżniały się spośród setek innych w pustej jaskini kiepsko oświetlonej ładowni. 

Popatrzyli, to wszystko, zeszli ze zmiany - teraz był dzień zamienny.

Minął   koniec   linii   beczek   i   nieoczekiwanie   znalazł   się   twarzą   w   twarz   z   dwoma 

żołnierzami   w   niebieskich   uniformach.   Mrugnął,   przez   chwilę   wytrącony   z   równowagi, 

wzruszył ramionami i zatoczył się w inną stronę, gwałtownie straciwszy ochotę na kręcenie 

się w okolicy bariery celnej.

No cóż. Wszędzie zbyt  wiele wojska. Na Vikingu i tutaj. Wyprostował  ramiona i 

wytłumaczył rozdygotanym nerwom, by się uspokoiły. Lepiej będzie pójść do biur i wyjaśnić 

background image

sprawę, a nie próbować zabezpieczeń tutaj. Wciąż szedł lekkim krokiem, pewniejszym, od 

kiedy udało mu się wydobyć z szoku. Wbił ręce w kieszenie i obejrzał się, znów anonimowy 

pomiędzy przejeżdżającymi transporterami i przechodniami, z których większość stanowili 

próżniowcy i pracownicy doków. Wzdrygnął się, kiedy grupka mieszkańców stacji zaczęła 

wskazywać w jego kierunku, rozmawiając między sobą. Ale tłumy głównego dnia znikły: 

mieszkańcy stacji, którzy oglądali jego twarz w przekazach telewizyjnych poszli do łóżek, 

zastąpieni przez zmianę dnia przestępnego. Nikt go nie zaczepiał. Zablokował Wcześniejsze 

doświadczenia, wytłumił koszmar dokowania i noc z Allison Reilly, i ponownie skupił się, 

przywracając tym do porządku. Mógł być na dowolnej stacji, w dowolnej chwili swojego 

życia. Wielokrotnie robił podobne rzeczy. Kolana wciąż miał jak z gumy, ale był to efekt 

głodu. Wyłowił z kieszeni zgniecioną kanapkę - mimo wszystko był to rozsądny pomysł. 

Zjadł ją na śniadanie; przegryzając pełne kęsy suchej, pogniecionej kanapki szedł ze strefy 

załadunkowej do biur znajdujących się w sektorze niebieskim.

Koncern   kazał   mi   zabrać   złoto   na   wszelki   wypadek   sir   -   fundusz   osobisty,   nie 

przeznaczony do handlu, z wyprzedzeniem zaczął przygotowywać sobie argumenty na każdą 

ewentualność, z którą mogą wyskoczyć. Niewyjaśniona sytuacja polityczna, sir, wojsko...

Nie. Może nie było dobrym pomysłem powoływać się na tę konkretną przyczynę, 

chyba żeby musiał. Niewyjaśniona sytuacja polityczna była wystarczająco dobra.

A przy odrobinie szczęścia w ogóle nie znaleźli tego złota, i może uda mu się spłacić 

należności   za   dok   i   wydostać   się   stąd,   dla   zachowania   pozorów   próbując   załatwić   sobie 

ładunek. Lepiej będzie nie kontaktować się tu z czarnym rynkiem: było prawdopodobne, że 

wylatując przejdzie ściślejszą kontrolę niż przy przylocie. Ale w Punkcie Potrójnym mógł 

ponownie zmienić nazwę  Lucy  i zaryzykować zniszczenie statku albo poderżnięcie gardła 

prowadząc interesy w punkcie równowagi, bez celników i policji. Potem dzięki kłamstwom 

dostać   się   w   jakieś   miejsce   w   rodzaju   Wessona   i   poczekać   na   statek,   który   zgodzi   się 

handlować z wolnym strzelcem, albo jeszcze lepiej, z innym drobnym kupcem, który może 

sprokurować fałszywe dokumenty. Ryzykowny interes. Jeszcze bardziej, gdy weźmie się pod 

uwagę   węszące   wojsko.   Operacja   mająca   na   celu   uszczelnienie   dziur,   dzięki   którym 

funkcjonowali piraci, mogła przy okazji uniemożliwić działanie drobnym kupcom.

Unia i Sojusz współdziałające ze sobą. Tego nigdy nie przewidział.

Przełknął ostatni kęs suchej kanapki, zawinął opakowanie i schował je do kieszeni, 

odruch człowieka często przebywającego w nieważkości. Przed sobą miał śluzę sekcji, obszar 

biur, dok wojskowy, gdzie obecność milicji jeszcze bardziej rzucała się w oczy. Rozejrzał się 

po   umieszczonych   nad   głowami   znakach,   by   odnaleźć   właściwe   miejsce,   w   końcu 

background image

zlokalizował biuro cła przylegające do kierownictwa doków i wszedł do środka. Zbliżał się 

już dzień główny. Wewnątrz stała kolejka petentów, próżniowców i oficerów statków, każdy 

z własnymi problemami. Znak skierował go do osobnego okienka, obsługującego procedurę 

zwolnienia statku.

Wydobył  dokumenty z kieszeni  i przedstawił  je we właściwym  stanowisku, gdzie 

młoda kobieta spojrzawszy mu głęboko w oczy przyjrzała się identyfikatorowi i fałszywym 

papierom Lucy.

- Kapitanie Stevens, jest dla pana wiadomość.

Wywołało to szybsze bicie serca, reakcja na każdą anomalię w miejscu tego typu.

- Jaki statek?

- Chwileczkę sir, - Odeszła od kontuaru zabierając ze sobą dokumenty. Ogarnął go 

strach graniczący z paniką. Mając dokumenty prawdopodobnie mógłby stąd wybiec...

Nie. Nie zrobiłby tego. Z plombą na Lucy nie miał gdzie uciekać. Od statku oddzielała 

go teraz długa lada, kilku urzędników i grupka petentów. Wszczynanie awantury ściągnęłoby 

na niego  uwagę.  Oparł  się, kładąc  ręce  na ladzie,  w wystudiowanej  pozie  oczekiwania  i 

rozdrażnienia, wciąż mając słabą nadzieję, że może to pożegnalna wiadomość od Allison 

Reilly (ale ona by tego nie zrobiła, nie chcąc mieć z nim żadnego związku) - że oddadzą mu 

dokumenty i otworzą mu jego luk. Przeklinał się za zgodę na tę plombę; ale był zmęczony, 

myślami był przy Allison Reilly, a umysł nie pracował już jak kiedyś.

Wróciła urzędniczka. Serce znów skoczyło. Pochylił się, podkreślając swój mizerny 

wygląd.

-   Naprawdę   jestem   zmęczony   -   powiedział.   -   Chciałbym   odebrać   tę   wiadomość 

później, jeśli można. - Powinien był powiedzieć to od razu. To, że w końcu o tym pomyślał, 

zachęciło go. Ale kobieta spojrzała ponad jego ramieniem na kogoś kto podszedł od tyłu, 

ostrzegając go. Odwrócił się, stając przed policjantem.

Nie taki scenariusz sobie zaplanował - plecami do kontuaru, w biurze pełnym ludzi 

niezwiązanych z tą sprawą; żadnej broni w kieszeni, a dokumenty Lucy w cudzych rękach i z 

zamkniętym statkiem.

- Kapitanie Stevens - odezwał się policjant - kierownik doków chce pana zobaczyć.

Jego twarz zbielała. Poczuł, że się poci.

- To dzień przestępny.

- Tak jest. Pójdzie pan?

- Czy coś jest nie w porządku?

- Nie wiem, sir. Poproszono mnie, żebym zaprowadził pana do biura.

background image

- Cóż. Wie pan co, za chwileczkę będę gotów. Muszę tu coś załatwić z celnikami.

- Mam rozkaz doprowadzić pana natychmiast. Jeśli pan pozwoli, sir.

- Niech pan zrozumie, mają tu moje dokumenty... Proszę pani, gdybym mógł dostać z 

powrotem moje papiery... - Odwrócił się w stronę lady, spodziewając się natychmiastowej 

reakcji w postaci ciężkiej ręki i kajdanek. Mimo wszystko spróbował, a kobieta podała mu 

dokumenty, które natychmiast zaczął chować do kieszeni na piersi. Oficer zatrzymał ten ruch 

chwytając go za nadgarstek i delikatnie poklepał go po kurtce, ruchem, który mógł umknąć 

nawet najbliżej stojącym petentom. Obmacał również pozostałe kieszenie.

- Wszystko w porządku, sir - powiedział policjant. - Proszę teraz ze mną.

Wsadził papiery do kieszeni, odsunął się od lady i poszedł. Policjant nie trzymał go, 

po prostu szedł obok. Ale nie miał gdzie uciekać na Pell.

- Tędy. - Oficer poprowadził go nie do głównych wind w wewnętrznym korytarzu, ale 

do małej windy technicznej w doku. Czekał tam drugi policjant, trzymając otwarte drzwi.

-   Sądzę,   że   mam   prawo   wiedzieć   o   co   w   tym   wszystkim   chodzi   -   zaprotestował 

Sandor, niepewny, czy prawa Unii obowiązywały również tutaj, po tej strome granicy.

- Nie wiemy - odpowiedział starszy stopniem i wprowadził go do windy razem, z 

drugim policjantem, zamykając drzwi. - Sir.

Winda   ruszyła   w   górę   z   przyspieszeniem   zginającym   kolana   i   zawiozła   ich   dwa, 

cztery, sześć, osiem poziomów wyżej. Sandor osłonił dłońmi kieszenie - odruch. Zdał sobie 

sprawę z tego co zrobił, ale już świadomie zostawił dłonie na miejscach. Otworzyły się drzwi, 

wypuszczając ich na pokryty dywanem korytarz. Jeden z policjantów odpiął od pasa detektor 

i przeskanował Sandora od stóp do głów, podczas gdy drugi blokował mu możliwość ruchu.

- Wszystko w porządku - stwierdził oficer zwalniając go. - Proszę wybaczyć, sir.

Może miał prawa, które zostały w ten sposób naruszone. Nie był pewien. Pozwolił im 

ująć   się   za   ramię   i   poprowadzić   urządzonym   w   korporacyjnym   stylu   korytarzem,   z 

naturalnym włóknem na podłodze i fantastycznymi rzeźbami stojącymi pod ścianami. Taka 

ilość ukazanego jawnie bogactwa onieśmielała go, zwłaszcza że był tak daleko od Lucy i nie 

miał pojęcia, jak do niej wrócić. Może był to efekt szoku wywołanego trzema powiązanymi 

skokami, które wykonał lecąc tutaj, może było to coś innego. Jego umysł nie pracował tak jak 

powinien,  albo   brakowało  mu   możliwości,   nad  którymi  mógłby   pracować.   Był   obdarty  i 

wyświechtany, zupełnie nie na miejscu, tak samo jak byłby nie na miejscu w eleganckich 

korytarzach  Dublina.  Zagubiony.   Urzędowały   tu   pieniądze,   które   normalnie,   ignorowały 

niedogodności w jego skali, a on zastanawiał się nad wykłócaniem o trzytysięczny kredyt w 

miejscu, gdzie obracano milionami...

background image

Jeden z policjantów wysunął się do przodu i za pomocą swojej karty otworzył drzwi, 

wpuszczając go do biura, w którym stał żołnierz milicji z dużym, nieprzyjemnym karabinem 

przy boku. Oprócz tego było tam jeszcze dwu oficerów bezpieczeństwa stacji i mężczyzna 

Przy biurku, który mógł być sekretarzem czy urzędnikiem.

- Proszę wejść - powiedział  ten ostatni, wciskając Przycisk  na konsoli biurkowej. 

Żołnierz otworzył drugie drzwi, a Sandor zawahał się, kiedy policjanci nie wykonali ruchu w 

tamtą stronę.

- Niech pan idzie - zachęcił go oficer, więc ruszył niepewnie przez krótki korytarzyk 

do dużego pomieszczenia wypełnionego stołem w kształcie litery U.

Wszystkie   miejsca   były   zajęte,   w   większości   przez   siwowłosych   stacjonerów   na 

odmładzaczach, ale były wyjątki. Jednym z nich była kobieta siedząca w centrum - bardzo 

ładna, w drogim, zielonym kostiumie. A obok niej siedział drugi oficer milicji w niebieskim 

uniformie blondyn z jasnymi oczyma.

- Dokumenty - odezwała się kobieta w środku. Sięgnął do kieszeni i podał je agentowi 

ochrony   stojącemu   przy   wejściu,   który   podszedł   do   szczytu   stołu   i   podał   je   kobiecie. 

Rozłożyła je przed sobą i uważnie przestudiowała.

- Z jakiego powodu zostałem wezwany? - ośmielił się odezwać Sandor, ani głośno ani 

agresywnie. Ale nie wydawało się, żeby próbowanie któregoś z tych podejść było dobrym 

pomysłem. - Kazali mi tu przyjść. Nie powiedzieli czemu.

Przekazała   dokumenty   siedzącemu   obok   oficerowi   milicji.   Podniosła   wzrok, 

złożywszy ręce na stole.

- Elene Quen-Konstantin - przedstawiła się - kierownik doków Pell.

Przypomniał sobie, co mówiono o tej kobiecie, która przeciwstawiła się całej flocie 

Unii. Przełknął swoje niewypowiedziane kłamstwa, dostosowując się do jej poziomu.

- Pojawiły się pewne wątpliwości, kapitanie Stevens, dotyczące pańskiej działalności. 

Ze zrozumiałych względów jesteśmy tu nieco drażliwi. Trafiło do nas zgłoszenie od pewnego 

kupca, który twierdzi, że wygnano pana z Marinera, pod innym nazwiskiem. Zarzutów nie 

wyszczególniono. To plotka. Nie musi pan odpowiadać na te zarzuty. Ale zamierzamy to 

sprawdzić. Jesteśmy tu dosyć ostrożni. Musimy być, biorąc pod uwagę okoliczności, których 

z pewnością nie muszę panu wyjaśniać. Pański koncern otrzyma odszkodowanie za wszelkie 

wynikłe opóźnienia, a koszty utrzymania statku w doku i pańskiego pobytu w hotelu na czas 

śledztwa zostaną pokryte z naszej kieszeni. Oczywiście pod warunkiem, że nie pojawi się coś, 

co podeprze zarzuty.

Utrzymanie kolan nieruchomo wymagało wielkiego wysiłku.

background image

- Powinniście mieć coś więcej niż plotkę, żeby uzasadnić konfiskatę. I zepsucie mojej 

reputacji - jak to naprawić?

-   To   przestrzeń   Sojuszu,   kapitanie.   Nie   jest   pan   już   na   terytorium   Unii.   Władza 

Sojuszu. Przyleciał pan tu z własnej woli, bez wizy, na co pozwalamy. Ale żeby prowadzić 

działalność na tym terenie, musi pan ją mieć. Osobiście pana przepraszam za niewygodę i 

zapewniam, że śledztwo będzie krótkie, najwyżej trzy dni. Jest tu kilku kupców z Marinera, 

będziemy z nimi rozmawiać. Ma pan prawo wiedzieć, jak postępuje śledztwo i skonfrontować 

skargi i świadków, których zeznania będą pana obciążać. Ma pan prawo do obrońcy; pański 

koncern   zostanie   obciążony   honorarium,   ale   jeśli   zarzuty   okażą   się   nieprawdziwe,   Pell 

pokryje wszystkie...

- Nie prowadzę tego rodzaju działalności. - Do jego głosu przedarła się panika. To nie 

było   mądre.   -   Jestem   niezależny,   pod   parasolem   Wyatt.   Sam   pokrywam   swoje   koszty,   i 

ledwie   wyrabiam.  To   mnie   zrujnuje.  Nie  stać   mnie   na  ten  czas,   nawet  na   kilka  dni.   To 

zniszczy ten niewielki zysk, który osiągam i wepchniecie mnie prosto w spiralę strat. Zajmą 

mój statek...

- Kapitanie Stevens, jeśli pozwoli mi pan skończyć...

- To wszystko zostało sfabrykowane przez jakiegoś innego drobnego kupca, który 

chce usunąć konkurencję.

- Kapitanie, to nie jest sąd. Ma pan prawo do konsultacji prawnej zanim zacznie pan 

wygłaszać oświadczenia, albo kogoś oskarżać, i doradzałabym ostrożność. Za zniesławienie i 

fałszywe oskarżenia obowiązują kary, a statek, który pana oskarżył podlega takim samym 

ograniczeniom,   i   również   zostanie   obciążony   kosztami,   Jeśli   oskarżenia   okażą   się   być 

składane w złej wierze.

- A gdzie mam zasięgnąć porady? Nie mam funduszy. Tylko te należące do kompanii. 

Co powinienem zrobić?

Quen spojrzała w dół stołu, po lewej. Ktoś kiwnął głową.

- Biuro Radcy Prawnego pomoże panu wybrać obrońcę.

- Oraz będzie mnie oskarżać?

- Kapitanie, Pell jest jedynym światem na terytorium Sojuszu... chyba że chce pan 

przenieść proces na Ziemię. Albo poddać się ekstradycji na Marinera. Na przesłuchaniu może 

pan tego zażądać. Ale przydzielony panu obrońca zrobi to nie wcześniej, niż będzie pan miał 

szansę rozważyć   wszystkie  okoliczności.  Powtarzam,  to  nie  jest przesłuchanie.   Informuję 

tylko   pana   formalnie   o   tym,   że   złożono   przeciwko   panu   oskarżenia,   ogólne   i 

niesprecyzowane, ale wystarczające by wzbudzić zainteresowanie stacji i podjąć śledztwo. 

background image

Szczególnie   biorąc   pod   uwagę,   że   posiada   pan   numer   rejestru   Unii   i   nie   jest   pan 

obznajomiony   z   prawem   Sojuszu,   sugerowałabym   powstrzymanie   się   od   komentarzy   do 

czasu, aż będzie pan miał prawnika.

- Nie jestem waszym obywatelem.

- Zakładam, że chce pan uzyskać rejestrację w Sojuszu, bez czego niemożliwy jest 

handel tutaj. Z jednej strony, będzie pan chciał wykazać fałszywość zarzutów; a z drugiej, 

jeśli dowiedzeniu ulegnie ich fałszywość, jeśli ustali się pańską kartotekę, wtedy uzyskanie 

rejestracji   będzie   czystą   formalnością.   Więc   jeśli   oskarżenia   są   bezpodstawne,   to   cała   ta 

sprawa może panu zaoszczędzić mnóstwo czasu, który spędziłby pan oczekując na formularze 

i ekspertyzy - a wszystko to, dodam - na koszt stacji. Jeśli miał pan nadzieję wyczyścić 

dokumenty i dostać ładunek w czasie trzydniowego postoju w normalnych warunkach, to 

obawiam się kapitanie, że był pan w błędzie.

- Jeśli zostanie to przeprowadzone w trakcie śledztwa, a nie po jego zakończeniu... - 

zagrał na pojednanie i przyjął luźniejszą postawę, czując jednocześnie strużkę potu cieknącą 

mu po twarzy.

- Raczej tak. Zapewniam pana, że będzie to prowadzone równolegle.

- Doceniam to. - Złożył ręce za plecami i spróbował wyglądać na uspokojonego. Czuł 

się chory. - Wobec tego, gdzie powinienem się zatrzymać? Chciałbym mieć dostęp do mojego 

statku.

- Jeszcze nie.

- Czyli jakiś pokój w dokach?

- W dowolnym hotelu klasy B.

- Kapitanie - odezwał się oficer milicji. Głos ściągnął jego wzrok w tamtą stronę. 

Niebieski mundur - było w nim coś nie tak. Był obcy. Nie był przyzwyczajony do obcych. 

Nigdy   nie   wyobrażał   sobie,   że   mogą   istnieć   jakieś   siły   wojskowe   poza   Unią,   która 

obejmowała   cały   cywilizowany   świat.   Miał   na   ramieniu   emblemat   w   postaci   promieni 

słonecznych, i kilka czarnych belek na mankietach.

- Komandor Josh Talley, Siły Sojuszu. Pytam pana oficjalnie - po co pan tu przybył?

- Handel.

- Za co?

- Czy to - zapytał Sandor, patrząc ponownie na Quen - jedna z tych rzeczy, z którymi 

powinienem poczekać  na prawnika, zanim udzielę odpowiedzi?  Nie sądzę, żebym  musiał 

upubliczniać swoje interesy.

- Nie ma pan obowiązku odpowiadać. Proszę użyć rozsądku.

background image

Pomyślał o tym - popatrzył z powrotem na Talleya: konkretny, o wojskowej postawie, 

zimny   i   czysty,   z   twardością,   której   nie   widział   u   żadnego   kupca   z   jakim   się   spotkał. 

Obserwował Sandora uważnie i bez mrugnięcia okiem, denerwując go.

-  Do  protokołu  -  powiedział   -  koncern  daje  mi   pewną   swobodę.  Robiłem   trasę  z 

Vikinga na Fargone, ale było to nieopłacalne, więc pomyślałem, że mogę poszerzyć nieco 

moją   działalność,   ustanowić   konto   tutaj   i   zarobić   więcej   na   lotach   przez   granicę...   mój 

rozsądek.   Mam   pewien   margines,   w   ramach   którego   mogę   operować.   Przeniosłem   go. 

Przenoszę.

- Jak duży margines, kapitanie? Trzy tysiące, które pan zadeklarował? I chce pan 

konkurować z większymi, szybszymi statkami? Jesteśmy zainteresowani ekonomią pańskich 

działań. Co pan przewozi, jeśli może pan dostać ładunek? Małe przedmioty - o dużej wartości 

i niewielkiej masie?

Nagle pokój zrobił się zbyt ciasny, a powietrze nieznośnie gorące.

- Nie mogło mi iść wiele gorzej niż tam gdzie byłem to wszystko. Owszem, przewożę 

tego typu rzeczy. Nadwyżki stacji. Pocztę. Licencjonowane medykamenty. Wyłącznie czyste 

towary. Liofilizowane jedzenie, czasem pasażerów, którym się nie spieszy i nie stać ich na nic 

lepszego. Owszem, jestem powolny.

- A KWS jest zainteresowane w bazie operacyjnej na Pell?

Zastanowił   się   nad   odpowiedzią,   usiłując   przypomnieć   sobie   co   mógł   powiedzieć 

przez radio, kiedy zgłaszał się przylatując.

- Sir, powiedziałem już - to moje własne ryzyko. Pomyślałem, że będę mógł dostać 

jakiś ładunek na stacji. Słyszałem, że dobrze tu idzie.

- Kapitanie, niech się pan dowie czegoś o prawie Sojuszu. Odpowiedzialność prawna i 

ryzyko pańskiej operacji nie zostawiają zbyt wiele miejsca na zysk, a bardzo wątpliwe wydaje 

mi się, żeby pański koncern powierzył tego typu krok niezależnemu operatorowi.

- To nie jest decyzja Kompanii. To proste przeniesienie konta operacyjnego. - Robił 

się zdesperowany i próbował to ukryć udając oburzenie. - Nigdy nie naruszyłem prawa i 

przyleciałem tu w dobrej wierze. Po stronie Unii nie zabrania tego żaden przepis.

-   To   prawda,   że   ustalenia   finansowe   po   obu   stronach   granicy   są...   luźne.   A   pan 

podpada pod nietypową kategorię. Widzę, że jest pan doskonałym prawnikiem-praktykiem, 

jak większość drobnych kupców. I przypuszczam, że gdybyśmy poddali ekspertyzie pański 

dziennik   pokładowy   i   księgi,   okazałoby   się...   że   nie   istnieją,   pomimo   nakazujących   to 

przepisów. Nie trzyma pan więcej zapisów niż mazianowcy. W praktyce bardzo trudno jest 

odróżnić drobnego operatora od tego typu statków - na podstawie jakości przechowywanych 

background image

zapisów. Co pan na to powie, kapitanie? Czy to może wpływać na ekonomię pańskiego lotu 

przez granicę?

Jeśli jego życie kiedykolwiek miałoby się zakończyć ze strachu, byłoby to wtedy, pod 

tym cichym, precyzyjnym głosem i twardym spojrzeniem. Serce tak mocno uderzało o żebra, 

że miał problemy z oddychaniem.

- Powiedziałbym,  sir, że nie jestem piratem, a fakt, że moją rodzinę zabili  ludzie 

Maziana sprawia, że niełatwo przyjmuję tego typu porównania.

Talley nawet nie mrugnął, w oczach nie było widać też cienia żalu.

- Wciąż nie widzę zasadniczej różnicy.

Lucy nie przewozi dość uzbrojenia, by sama się obronić. - Powiedział to głośniej, ale 

natychmiast przyciszył się do poziomu konwersacji, nie pozwalając sobie na utratę kontroli. - 

Przyznaje pan, że nie jest szybka. Więc w jaki sposób miałbym być piratem?

- Trudno, żeby nosiciel Maziana podleciał do stacji na handel czy konwersację. Ale 

istnieje   sposób,   dzięki   któremu   mazianowcy   handlują   ze   stacjami,   dokonują   zwiadu   i 

sprawdzają przebywające tam statki, wyszukując te bogate i wyłapując je w pomiędzy. Bez 

wątpienia drobne statki pasują do tego obrazu, handlując w punktach równowagi, odbierając 

ładunek, podrabiając pieczęcie. Zna pan może tego typu jednostki?

- Nie, sir.

- Pańska Lucy potrafi poruszać się szybko, kiedy jest pusta.

- Może pan dokonać inspekcji...

- Jesteśmy tu niezwykle zaangażowani. Wrogie panu plotki zawierają oskarżenie o 

piractwo.

- To nieprawda.

-   Informuję   pana,   że   Flota   Sojuszu   prowadzi   własne   śledztwo,   niezależne   od 

Kierownictwa   Doków   Pell.   Śledztwo   to   zajmie   więcej   niż   trzy   dni.   W   praktyce   będzie 

gruntowne,   a   to   oznacza   nakaz   rewizji,   razem   z   profilem   pańskiego   statku   i   numerów 

seryjnych jego wewnętrznych komponentów oraz skan pańskiej siatkówki oka i głosu, które 

zostaną   pobrane,   zanim   wróci   pan   do   doków,   i   które   kanałami   dyplomatycznymi   i 

wojskowymi  ostaną przekazane  Koncernowi Wyatt  Star i na Marinera. Jeśli okaże się to 

konieczne, pańskie dane zostaną rozpowszechnione do wszystkich portów po stronie Unii i 

Sojuszu, zarówno istniejących jak i przyszłych. Ale od chwili zdjęcia skanów nie będzie pan z 

naszego powodu zatrzymywany.

- A co jeśli jestem niewinny? Z jakimi kłopotami mnie zostawicie? Przez coś takiego 

mogę zginąć, za nic, jeśli jakiś głupi urzędnik wciśnie niewłaściwy klawisz i wyciągnie to. 

background image

Lub jakiś statek, który spotka mnie w punkcie równowagi i wydobędzie to z bazy danych. 

Wystawiacie mnie na cel. - Rzucił zdesperowane spojrzenie w stronę Quen. - Czy mogę się 

od tego odwołać? Czy mam jakiś wybór?

- Operacje wojskowe - powiedział Talley - nie podlegają sądom cywilnym. Może pan 

zaprotestować przez zgłoszenie do Rady Sojuszu, albo przez sąd wojskowy. Oba są dostępne 

na Pell, choć rada właśnie skończyła swoje kwartalne zebranie i jest w trakcie rozpraszania 

się, w miarę jak odlatują statki. Musiałby pan być na następnym posiedzeniu, za około trzy 

miesiące   od   dzisiaj.   Sąd   wojskowy   byłby   dostępny   w   przeciągu   miesiąca. 

Powstrzymalibyśmy procedurę w obu wypadkach, dostarczono by panu pomoc prawną razem 

z   utrzymaniem   i   powstrzymaniem   opłat   portowych,   gdyby   chciał   pan   wykorzystać   ten 

przywilej. Może pan też prosić o przedłużenie czasu, jeśli chciałby pan wezwać świadków. 

Obrona, zrobiłaby to dla pana.

- Zobaczę, co powie obrońca.

- Tak będzie najlepiej - powiedziała Quen. Wszedł pomocnik, okrążył stół i podał jej 

jakiś   papier.   Przeczytała   go   i   cicho   wymieniła   z   kurierem   kilka   słów,   składając   ręce   na 

dostarczonej przez niego kartce.

-   Ktoś   chce   się   włączyć   w   pańską   sprawę,   kapitanie   Stevens,   jeśli   zechce   pan 

zaakceptować.

- Nie rozumiem.

- Reilly z  Dublin Again  zaoferowali pomoc swojego pokładowego prawnika. Jest to 

akceptowalne na Pell.

Krew spłynęła mu do stóp.

- Czy mogę sam decydować w tej kwestii?

- Absolutnie.

- Chciałbym z nimi porozmawiać.

- Myślę, że nasze spotkanie można już zakończyć, jeśli nie liczyć pańskiego spotkania 

z wojskową procedurą identyfikacyjną.

- Ale może wcale nie chcę przez to przechodzić. Może... - Przerwał. Wpatrywał się w 

niego rząd kamiennych twarzy.

- Kapitanie - powiedział Talley. - Ma pan prawo opierać się temu. Wojsko ma prawo 

pana aresztować. Pański obrońca może pana odwiedzić w areszcie i tam udzielić panu porady. 

Jak pan chce.

Pomyślał   o   więzieniu,   o   dublińczyku   przychodzącym   go   uwolnić,   jednym   z   tych 

hardookich kuzynów Allison.

background image

- Nie - powiedział. - Pójdę na tę identyfikację.

- Więc to załatwi sprawę - powiedziała Quen i spojrzała w bok na Talleya. Ten kiwnął 

głową, jednym oszczędnym ruchem.

-  Tak  więc   wystarczy  -  potwierdziła.  -  Mamy  nadzieję,   kapitanie   Stevens,  że  nie 

chodzi   tu   o   nic   więcej,   niż   o   pomyłkę.   Może   się   pan   zwrócić   do   rady   w   ogólności. 

Wysłuchamy pana. Ale radziłabym panu porozmawiać wcześniej z obrońcą. I przygotować 

oświadczenie z jego pomocą.

- A więc wstrzymam się z tym.

- Kapitanie - odezwał się Talley. - Proszę udać się za oficerem.

-  Sir  -  odpowiedział,  cicho  i  precyzyjnie.  -  Madame.   -  Odwrócił  się  i   wyszedł   z 

oficerem ochrony, przez to samo biuro i hall, usiłując pomimo zmieszania zapamiętać gdzie 

jest. Zgubił się; uległ panice w korytarzach, które geometrią odbiegały od prostego okręgu, 

takiego jak na Lucy.

W końcu korytarza znajdował się niewielki pokój z dwoma biurkami i ladą pełną 

różnych urządzeń. Stał czekając; pojawił się technik w niebieskiej bluzie milicji.

- Pełna identyfikacja - powiedział oficer, a technik zajął się nim, przeprowadzając po 

kolei wszystkie skany, łącznie z pobraniem próbki tkanki.

A więc stało się, nieodwołalnie. Informacja została zebrana i wyślą ją. Technik podał 

mu   kubek   zimnej   wody   i   nalegał   by  usiadł.   Odmówił.   Może   to   jego   wygląd   zyskał   mu 

współczucie.   Nie   zdołał   udawać   obojętności   -   Popatrzył   na   oficera,   do   którego   podszedł 

towarzysz.

- Ktoś na pana czeka - powiedział drugi z nich - tam przy windzie.

Allison.   Pomyślał   o   nowym   kryzysie   swoich   spraw.   Powinien   był   zgodzić   się   na 

więzienie,   powinien   był   odmówić   skanowania.   Wszystko   zepsuł.   Ale  zamknięcie   -   bycie 

zamkniętym w celi, żeby mogli się na niego gapić dublińczycy, bycie zamkniętym w ciasnych 

ścianach stacji, w miejscu którego nie znał...

Oficer wskazał na drzwi i otworzył je dla niego, wskazując w lewą stronę korytarza.

- Za rogiem i prosto.

Poszedł,   skręcając   na   rogu   i   zatrzymał   się   na   widok   postaci   ubranej   w   niebieski 

kombinezon, stojącej koło windy - mężczyzna, którego nigdy jeszcze nie spotkał.

Ale dublińczyk. Podszedł, a młody ciemnowłosy mężczyzna przywitał go zimnym, 

wrogim   spojrzeniem.   Naszywka   na   kieszeni   umieszczonej   na   szerokiej   i   potężnej   klatce 

piersiowej głosiła C. REILLY.

- Curran Reilly - przedstawił się dublińczyk.

background image

- Gdzie jest Allison?

- Nie twój interes. Jesteś w trakcie wpadania w kłopoty. Słyszysz?

- Kieruję się do kantoru. Żadnych kłopotów nie szukam.

- Czekaj. - Ręka wystrzeliła blokując mu dostęp do przycisku wywołania windy. - 

Masz jakichś wrogów w porcie, Stevens?

- Nie - odpowiedział, opierając się impulsowi, by uderzyć. - Nikt o kim bym wiedział. 

Jaki jest twój procent?

Curran   Reilly   sięgnął   do   kieszeni   swojego   kombinezonu   i   wydobył   z   niej   kilka 

żetonów kredytowych, ciskając nimi w niego, a Sandor złapał je odruchowo.

- Masz. Zjedz śniadanie i weź pokój w tej samej noclegowni, co poprzedniej nocy. Nie 

idź  do kantoru.  Ani  nigdzie   w  pobliże  biur  stacji.  I nie   podpisuj  niczego,   czego  już nie 

podpisałeś.

- Zeskanowali mnie.

- Wielka pomoc. Naprawdę wspaniale.

Popatrzył w ciemne, gniewne oczy i uspokoił się, bojąc się odejść.

- Jak mam znaleźć to miejsce? Zgubiłem się.

Dublińczyk sięgnął i wcisnął przycisk wywołania windy.

- Zaprowadzę cię.

- Gdzie jest Allison?

- Nie przeceniaj swojego szczęścia, facet.

- Powinno być kapitanie, i pytam gdzie jest Allison. Czy ma kłopoty?

- Kapitanie - wysyczał dublińczyk, na wpół drwiąco, a wyraz niechęci na jego twarzy 

jeszcze się pogłębił. - Jej sprawy to jej sprawy, nie pańskie, jak panu powiedziałem. Stara się 

ochronić pańską skórę, a jestem tu nie dlatego, że odpowiada mi towarzystwo.

- Ona nie wydaje żadnych pieniędzy...

- Myślisz tylko o jednym, co? Pieniądze. Jesteś cholerną dziwką portową.

- Idź...

- Zamknij się. Zdasz się na naszą łaskę i będziesz robił, co ci powiemy. - Nadjechała 

kabina i otwarły się drzwi. Dublińczyk przytrzymał mu je kiedy wsiadał, podczas gdy furia 

oślepiła go tak, że widział jedynie poblask świateł i ledwie zdał sobie sprawę, że nie byli w 

windzie   sami.   Curran   Reilly   wsiadł   za   nim,   drzwi   windy  zamknęły   się   za   nim   i   kabina 

ruszyła.   Po   drugiej   stronie   pomieszczenia   stała   para   młodych   dziewczyn   opierając   się   o 

poręcz, był też jakiś starszy mężczyzna w rogu. Sandor wsadził ręce do kieszeni i poczuł w 

lewej   pieniądze   Reillych,   razem   z   opakowaniem   od   kanapki.   Wciąż   pulsowała   w   nim 

background image

adrenalina,   a   Curran   Reilly   stał   po   jego   prawej   jak   statua.   Dziewczyny   szeptały   coś, 

osłaniając usta dłońmi,, chichocząc.

- To on - wyłapał, i wpatrywał się wprost przed siebie, czując jak przerażenie tłumi 

gniew, bo jego twarz była znana wszędzie. I musiał przełknąć cokolwiek, co zrobi czy powie 

ten dublińczyk, bo nie pozostała mu żadna inna nadzieja.

Jeśli Reilly sami nie szykowali zemsty za rysę na ich Nazwisku.

Długa, powolna podróż na  Dublinie,  ostrzegła go Allison, jeśli wejdzie w drogę jej 

kuzynom. Zemsta mogła oczyścić skalaną nazwę Dublina, kiedy wieść o tym rozejdzie się w 

dokach.

Ale poszedł gdzie mu powiedziano. Dostatecznie dobrze wiedział co oferował aparat 

sprawiedliwości stacji.

background image

Rozdział 7

Było to zebranie komitetu wykonawczego  Dublina,  a być przedmiotem obrad tego 

ciała   nie   było   niczym   przyjemnym.   Siedemdziesiąt   sześć   osób   z   czynnej   załogi   i   na 

emeryturze...   Stary   we   własnej   osobie,   siedzący   na   środkowym   miejscu   przy   stole 

kapitańskim, który stał frontem do reszty pomieszczenia: Michael Reilly,  siwowłosy i na 

odmładzaczach, które zamroziły go gdzieś w okolicach biologicznej czterdziestki. Madame 

siedziała w pierwszym rzędzie za miejscami Sterników w dużej sali, która, kiedy nie służyła 

jako   sala   posiedzeń,   pełniła   funkcję   klubu   dla   przydziałowców.   Z   Madame   była   reszta 

Łączności. Skan siedział po drugiej stronie przejścia, za resztą Sterników. Byli tam Megan, 

Geoff i inni. Allison siedziała z beznamiętnym spokojem, mając złożone ręce i starając się 

wyglądać swobodnie przed całą potęgą Dublina, przed matką, ciotkami, babkami i kuzynami 

o kilku stopniach pokrewieństwa. Była aż nazbyt świadoma pustego miejsca za nią, na którym 

powinien siedzieć Curran, Sternik 22 i brakującej Deirdre z 23. Na dwudziestym czwartym 

siedział Neill i starał się wyglądać równie niewinnie jak ona. Stary i reszta kapitanów mieli 

przed sobą na długim stole stos papierów. Dość dobrze znała zawartość większości z nich. 

Nie wszystkich, i to ją martwiło.

I na skinięcie Starego podszedł Will, który był starszym prawnikiem rodziny, pochylił 

się nad stołem i mówił coś cicho do wszystkich kapitanów. Pochylone  głowy,  zaciśnięte 

wargi, długa, powolna konwersacja, podczas której w całym pokoju nikt nawet nie zaszeleścił 

kartką. Reszta rady z zapartym tchem próbowała coś podsłuchać; a wyłapane słowa brzmiały 

jak dokumenty, odpowiedzialność, piractwo i Siły Unii.

Will wrócił w końcu na swoje miejsce, a rada kapitanów poprawiła swoje papiery. 

Allison   z   wysiłkiem   powstrzymywała   się   przed   nerwowym   splataniem   dłoni.   Miała 

zawiązane na supeł wnętrzności i w jakiś sposób czuła za plecami matkę, która musiała mieć 

poważne wątpliwości co do poczytalności swojej córki. Ludzie nigdy nie opuszczali swoich 

statków. Rodziny trzymały się razem przez całe życie a córki i synowie byli tutaj, na zawsze. 

Z pewnością została jeszcze Connie - czekająca gdzie indziej, nie mająca przydziału i prawa 

wstępu na tę naradę. Byli przyjaciele i kuzyni, wsparcie Megan na ciężkie chwile. Allison 

czuła się odrętwiała, przekonana że dopuszcza się zdrady więcej niż jednego rodzaju - ale i 

tak nie mogła z tego zrezygnować, tak jak nie mogła przestać oddychać. Wygra czy przegra, 

na zawsze będzie naznaczona próbą.

- Nie cała twoja zmiana, dwadzieścia jeden - odezwał się Stary - jest tu obecna.

- Sir - odpowiedziała cicho - są zaangażowani w rozwiązanie sytuacji z Lucy. Zanim 

background image

wymknie się spod kontroli.

- Wstrzymam się od komentarza - powiedział Stary. Litościwie.

- Tak jest, sir.

- Zamierzam zatwierdzić tę prośbę o sfinansowanie Uzależniając to od tego, czy reszta 

twojej wachty również zgłosi prośbę o transfer, którą nam przedstawiłaś.

- Tak jest, sir. - Przepełniła ja fala zimna i ulgi. - Dziękuję sir.

- Sformułowałaś to jako tymczasowe przeniesienie.

- Tak jest, sir.

- Więc zachowasz swój status. Twoja wachta przy sterach nie zostanie uznana za 

wakat.

- Tak jest, sir - odpowiedziała. To było ryzyko, które musieli podjąć. A więc rada ich 

poparła. - Dziękuję panu w imieniu pozostałych, sir.

-   Chcę   z   tobą   porozmawiać   na   osobności.   Teraz   -   powiedział   Stary.   -   Rada   jest 

zakończona.

- Sir - powiedziała bardzo miękko i złapała spojrzenie Neilla, ponad dwoma pustymi 

siedzeniami. Jego czoło było całkiem mokre od potu. Kiwnął do niej. Wstała i poprzez rzędy 

siedzeń poszukała wzrokiem Megan. Przez dłuższą chwilę patrzyły sobie w oczy, jakby w 

całej sali były tylko one dwie. Jej matka wolno kiwnęła głową i ten drobny gest wywołał u 

niej   falę   ulgi.   Wszystko   było   dobrze.   Zostało   -   jeśli   nie   zrozumiane   -   to   przynajmniej 

zaakceptowane.

Dziękuję - powiedziała bezgłośnie; matka potrafiła czytać z ust. Potem obróciła się w 

stronę frontowych drzwi prowadzących poprzez krótki korytarz na mostek.

***

Niewiele   urządzeń   pracowało   w   centrum   serca  Dublina,  większość   pulpitów   była 

ciemna   i   wyłączona.   Aktywne   były   tylko   stanowiska   dozoru,   konsole   kontroli   ładunku   i 

połączeń komunikacyjnych ze stacją. Stary zajął swoje miejsce pośród rzędów drzemiących 

wskaźników   i   kontrolek,   z   kilkoma   osobami   pełniącym1   służbę   w   odległym   końcu 

przestronnego pomieszczenia mostka. Podeszła do fotela jak petent podchodzący do tronu, 

którym  był  wielki fotel  umieszczony na podwyższeniu.  Widać  było  zeń wszystko,  na co 

chciał spojrzeć kapitan. Gdziekolwiek. Natychmiast.

- Sir - powiedziała.

Stary   przyjrzał   się   jej   uważnie   -   białowłosy   i   potężny,   młody/stary   dzięki 

odmładzaczom, które odbierały więcej nadziei niż jej dawały... dla ambitnej młodzieży.

background image

- Allison. - Nie Allie; Allison. Zawsze zwracał się do niej w ten sposób. Oparł łokcie 

na poręczach fotela i splótł dłonie.

-   Będziesz   zainteresowana   informacją,   że   wszystko   zostało   załatwione.   Statkiem, 

który złożył skargę był Tancerz. Rozmawiałem z ich Starą. Nie chodzi o nic osobistego i nie 

słychać nic o innych świadkach. Zakładam, że wciąż jesteś na to zdecydowana.

- Tak jest, sir. - Cicho i ostrożnie. - Za pańską zgodą, sir.

Przyglądał się jej z niezłomnym i pewnym spokojem, który płynął z bycia tym, kim 

był.

- Usiądź. Porozmawiajmy o tym.

Nigdy nie siedziała  w  obecności Starego.  Nerwowo zerknęła  w lewo,  gdzie obok 

głównej konsoli wideo stał niewielki czarny fotel, stojący tam właśnie w tym celu. Usiadła, 

kładąc dłonie na kolanach, oko w oko z Michaelem Reilly.

-   Prosisz   o   czasowe   zwolnienie   z  Dublina  -   odezwał   się   Stary.   -   Prosisz   o 

sfinansowanie transakcji. Zobaczmy, czy mogę zacytować podanie: “stopa w drzwiach Pell, 

legalna   działalność   w   Sojuszu...   przeważająca   inne   niedogodności”.   Znasz   strukturę 

dowodzenia, dwadzieścia, jeden, gdy wkupujemy się w inny statek. Czy nie o to czasem ci 

chodziło?

- Wiem, że rada mogła to odrzucić, ale Drugi Sternik zatwierdził.

- Gdybyś  była młódką, która skuszona przygodą z doków, chce wyjść za kogoś z 

innego statku, ogłosiłbym ci standardową pogadankę o tym, jak wielkim krokiem jest transfer 

i   jak   zupełnie   inaczej   może   być   na   obcej   jednostce,   z   dala   od   wszystkiego   co   znasz, 

Przyjmować  rozkazy od kogoś  innego i radzić  sobie z obcością  w załodze,  która - choć 

przyjazna - nie jest twoja. Ale nie. Wiem w czym się zakochałaś. Zdaję sobie sprawę z tego 

co robisz, Ale nie jestem pewien, czy ty to wiesz.

- Są gorsze rzeczy, które mogą mu się trafić, niż wsparcie Dublina.

- Doprawdy? Zajrzyj do własnej duszy, Allison Reilly, i powiedz mi co robisz i w co 

się wkupujesz. Przychodzisz domagając się, byśmy zaangażowali nasze Nazwisko w jakiegoś 

kiepsko radzącego sobie drobnego operatora, żebyśmy zablokowali skargę wniesioną przez 

uczciwego kupca i całą tę resztę. I przypominam ci o czymś, co słyszałaś całe swoje życie. 

Każdy dublińczyk urodził się z prawem jednego wezwania o pomoc. Zawsze... tylko jednym. 

Masz prawo raz krzyknąć w dokach o pomoc, a Stary włączy syrenę i ściągnie na pomoc 

synów i córki każdej matki. I za każdym razem, kiedy zrobisz to słusznie, kupuje ci to jeszcze 

jedną taką szansę. Żaden dublińczyk, jaki przychodzi mi na myśl nie wziął nigdy na siebie 

więcej niż ty. Wiesz o tym?

background image

- Wiem o tym, sir.

- I prosisz o utrzymanie swojego statusu.

- O zabezpieczenie pożyczki, z całym szacunkiem.

- Niezupełnie bezinteresownie, dwadzieścia jeden.

- Niezupełnie, sir.

- Przeskakujesz ponad kolejnością dziedziczenia; ignorujesz roszczenia, które mogliby 

zgłosić przed tobą starsi, gdybyśmy po prostu kupili ten statek. Komenda dnia przestępnego 

od ręki, nieprawdaż, nie czekając przez resztę życia na swój przydział. To manewr, i wszyscy 

o tym  wiemy.  To odważny trik dla zmydlenia  oczu, który pozwala  ci wyprzedzić  osoby 

mające większe prawa, i przeprowadzasz go opierając się na niuansach technicznych. I jak 

mam na to zareagować?

Serce biło jej bardzo szybko, a twarz zalała fala gorąca.

- Powiedziałabym, że głosowali nad tym i zaakceptowali to, sir. Powiedziałbym, że 

mają taką samą szansę jaką podejmuję i że są tuziny statków podobnych do Lucy. Może nie 

chcą podejmować takiego ryzyka, a może nie chcą tego dostatecznie mocno. Ja chcę. Ci ze 

mną też. Trzecia wachta Sterników dnia przestępnego - już od dawna jest zjednoczona sir i, za 

pozwoleniem, to działa.

- To działa - powtórzył Michael Reilly patrząc jej głęboko w oczy wzrokiem, przed 

którym nic nie mogło się ukryć. - Ponieważ mają za przywódcę cholernego drania, który zbyt 

długo był  numerem  jeden swojej wachty,  który jest zainfekowany dobrocią i dla którego 

scena stała się zbyt mała.

- Sir...

-   Pozwól,   że   powiem   ci   co   nieco   o   ograniczeniach   twojego   wyboru,   dwadzieścia 

jeden. Ten statek, na który się wybierasz jest mały. Brak prywatności i udogodnień. Żadnych 

luksusów. Brak zabezpieczeń, zmian i systemów awaryjnych.

- Lepiej rządzić w piekle...

- Tak. Pomyślałem o tym. Co z tym Stevensem?

- Będzie mu lepiej z nami...

- Naprawdę?

- ... niż być uziemionym tutaj po tym, jak Pell przejmie jego statek, tak sir.

Stary wolno pokiwał głową.

- Podziękuje ci przynajmniej za tyle. A co mu przydzielisz, kiedy już dostaniesz jego 

statek?

- To, jak sądzę, będzie problemem rady.

background image

- Pozwól, że coś ci powiem młoda damo. - Michael Reilly pochylił się do przodu i 

wycelował   w   nią   palec   wskazujący.   -   To   twoja   sprawa.   Nie   oddawaj   jej   radzie   do 

rozwiązania. Jasne?

- Jasne, sir.

- Dobrze - odwrócił się do konsoli stojącej za nim, przegrzebał leżące tam papiery, 

ponownie przekręcił fotel 1 podał jej garść dokumentów.

-  Jest   tu  oświadczenie  z  Tancerza.  Wycofają  oskarżenie  bez   protestu.  Zrozumiała 

nerwowość z ich strony... spotkać w porcie statek, o którym wiedzą, że nie jest Czysty. Ale 

nie   będą   się   tym   przejmować,   skoro   zagwarantowaliśmy,   że   gruntownie   zajęliśmy   się   tą 

sprawą.

Rozpuściliśmy wieści - nikt inny nie zgłosi skarg na ten statek, nie zgłosiwszy się 

najpierw na  Dublin,  a mieli godzinę na przemyślenie tego. Coś by się pojawiło, gdyby był 

powód. Skłaniam się ku twojej ocenie, że ten człowiek ma jedynie problemy finansowe, a nie 

podpadł   jakiejś   rodzinie.   Więc   przynajmniej   w   tym   aspekcie   jest   czysty.   Jeśli   chodzi   o 

wojsko, to tego śledztwa nie da się powstrzymać i będzie to kolejny problem, który musisz 

sama rozwiązać.

- Tak jest, sir.

- Dostałaś weksel na zapłatę należności w dokach i dokument od Willa, który załatwi 

sprawę z Kierownictwem Doków Pell. Będą musieli znaleźć od ręki jakiegoś świadka na 

poparcie   zarzutów,   albo   zrezygnować   z   zarzutów   i   zwolnić   statek,   a   skoro  Tancerz  nie 

wesprze oskarżenia, sprawa padnie. Tak więc  Lucy  będzie czysta, przynajmniej od strony 

cywilnej. Mamy umowę na pożyczkę, na opłaty dokowe i ładunek oraz rozsądne zakupy na 

wyposażenie.   Zrób   to   porządnie,   jeśli   masz   przebierać,   nie   ma   potrzeby   oszczędzania.   I 

pamiętaj co ci powiedziałem: wchodzisz między kogoś i jego statek, zabierasz mu go i wiesz, 

w głębi swego serca, wiesz co robisz. My wiemy i on także. Pamiętaj o tym. Pamiętaj swoje 

Nazwisko i to, kim jesteś.

- Tak jest, sir - odpowiedziała łagodnie.

- Możesz odejść.

Zebrała cenne dokumenty, wstała, ukłoniła się z szacunkiem i ruszyła w stronę drzwi. 

Zatrzymała się na chwilę i obejrzała na mostek, obszerny, nowoczesny mostek  Dublina,  to, 

czego naprawdę pragnęła całe swoje życie. W gardle poczuła węzeł, gniew, że nie było na to 

nadziei,   że   musiała   to   być   stara,   obskurna  Lucy,  ponieważ   tylko   to   pozostało   dla 

nadmiarowych dzieci Dublina.

Poszła się pożegnać, przynajmniej rozpocząć pożegnania, uprzejmość wobec Megan, 

background image

Connie, Geoffa i Madame, z którymi rozstanie nie było tak trudne jak z samym statkiem.

background image

Rozdział 8

Wyglądało na to, że w dokach nic się nie zmieniło. Sandor ukryty w drzwiach hotelu 

pilnował kei Lucy. Ruch pieszych tworzyli głównie robotnicy portowi, zapełniający przejścia 

we wszystkich kierunkach. Nastał już dzień główny, więc starał się trzymać twarz w cieniu. 

Dołowcy   świergotali   między   sobą   swoje   plotki,   zajęci   pracą   tak   jak   ludzcy   robotnicy, 

transportujący kanistry po rampach, wywołując odległe echa przebijające się przez szum i 

stukot maszynerii.

Bawił   się   rozważaniem   szalonych   pomysłów...   jak   ten   o   poczekaniu   na 

przyciemnienie świateł w półgodzinnym półmroku rozdzielającym dzień główny i przestępny, 

prześlizgnięciu   się   przez   barierkę   i   ogłuszeniu   jakiegoś   pechowego   robotnika,   w 

poszukiwaniu przecinaka, którym  mógłby się rozprawić z plombą umieszczoną na włazie 

Lucy. Nieprawdopodobne. Myślał nawet o udaniu się do jakiegoś innego drobnego operatora i 

wkręceniu się na pokład jako załogant, bo do tego stopnia uległ panice. Idea ta przewijała się 

przez jego mózg wciąż od nowa wyganiana, bo nie zamierzał zrezygnować z Lucy. Już raczej 

spróbowałby   przecinaka.   Z   pewnością   złapaliby   go   wtedy,   dodając   do   już   zgłoszonych 

oskarżeń, zarzut kradzieży i prawdopodobnie ataku na funkcjonariusza.

Postępowanie antyspołeczne. Zachowania świadomie naruszające cudze prawa. Dość 

na więzienie. Zachowanie świadomie narażające cudze życie: to z pewnością wystarczyłoby 

na pranie mózgu. Przystosowanie i rehabilitacja. Całkowita przeróbka.

Przecinak był równie dobry jak pistolet, jeśli ktoś chciałby mu go odebrać. Mogło to 

doprowadzić do strzelaniny. Pomyślał, że wolałby już to, choć wzdragał się na myśl o użyciu 

przecinaka wobec żywej istoty. Nie był stworzony do czegoś takiego, pomyślał; niezdolny do 

zabijania ludzi. Sama myśl o tym go odrzucała.

Był jeszcze Dublin i nadzieja, jaką dawał. Trzymał się tego.

Obok   niego   przeszła   grupa   milicji,   mężczyzn   i   kobiet   w   niebieskich   uniformach: 

wycofał się do foyer i poczekał aż przeszli, zajmując się jakąś inną sprawą. Milicja. Siły 

Sojuszu, powiedział Talley. Mówiło się, że milicja Pell opiera się na renegackim nosicielu z 

floty Maziana. Jedna z kapitanów Maziana - Signy Mallory z  Norwegii,  która walczyła za 

starą   Kompanię   Ziemską...   nazwa,   której   używali   mazianowcy   kiedy   byli   jeszcze 

prawomocnym wojskiem; ale i tak pozostała kapitanem Maziana. Talley... tam w górze: był 

oficerem tego, co Pell nazywała  swoją obroną, możliwe  że pracował z Mallory.  I to oni 

właśnie prowadzili śledztwo przeciwko niemu, piraci polujący na innych piratów, tylko w 

porcie grali według cywilizowanych reguł.

background image

Ale poza portem - nawet jeśli jakimś cudem uda mu się wydostać z Pell...

Przebłysk   pamięci   blokujący   wizję:   uzbrojeni   żołnierze   na   mostku  Lucy,  strzały, 

umierający Stary. I jego matka, pozostali - wspomnienie o trafionym, upadającym na niego 

Rossie...

I Jal krzyczącym o pomoc, kiedy oddział zabierał go ze sobą przez luk na swój statek; 

Jal i inni zabrani na pokład, jakikolwiek był ich cel...

Sojusz   bawił   się   w   politykę   z   Unią.   Możliwe,   że   w   tej   chwili   chcieli   wywołać 

poczucie   zagrożenia   interesów   Pell  przez  piratów,  by  usprawiedliwić  obecność  bojowych 

okrętów Sojuszu. A jeśli go zaaresztują - pranie mózgu sprawi, że opowie dowolną historię, 

która będzie im na rękę. Paranoidalne wizje. Mało prawdopodobne. Ale był pośród obcych, 

zbyt wiele rzeczy było możliwych... w miejscu, gdzie piraci polowali na piratów i mogli 

zechcieć wypuścić drobną przynętę.

Z lewej strony zbliżały się kroki. Popatrzył tam, kiedy jakaś ręka zacisnęła się na jego 

ramieniu i spojrzał prosto w oczy Allison Reilly.

- Mówili ci, żebyś został w środku - powiedziała.

- A więc jestem tutaj. - Puls wciąż szalał. - Dowiedziałaś się czegoś?

Wyciągnęła z kieszeni dokumenty i pomachała mu przed nosem.

- Wszystkiego. Załatwione. Wyciągnęłam cię z bagna.

Potrząsnął głową. Nie docierało do niego znaczenie tych słów.

Dublin skłonił Tancerza do wycofania oskarżeń. Mamy dokument prawny dla stacji, 

a oni nie będą w stanie wyjść z niczym na poparcie oskarżeń. I to - wysunęła w jego stronę 

jeden   z   dokumentów.   -   Zgłoszenie   o   przyznanie   rejestru   Sojuszu   i   licencji   handlowej. 

Poręczycielem  jest  Dublin.  To załatwi ci czyste papiery po tej stronie granicy.  Trzeba to 

wypełnić i podpisać, ale wszystko jest w porządku, przygotował to nasz prawnik. - Kolejny 

dokument. - To do pokazania celnikom, żeby zdjęli blokadę. Nie mogą jej utrzymać bez tego 

oskarżenia   z  Tancerza.  To...   -   Kolejny   papier.   -   Pożyczka,   dość   na   opłaty   dokowe, 

uzupełnienie wyposażenia i ładunek. Mam dla ciebie załogę. Załatwiłam ci wszystko, została 

tylko zgoda na wylot. Sposób na uzupełnienie tego, czego ci brakuje. Nadążasz za mną?

Zamrugał i spróbował. Przestał w to wierzyć i poszukał haczyków - zawsze musiały 

być, kiedy sprawy wyglądały zbyt dobrze.

- Jakim kosztem? - zapytał. - Gdzie jest reszta? Bo jest w tym coś więcej.

Kiwnęła w stronę sąsiedniego baru.

- Chodź. Usiądź i obejrzyj to sobie.

Poszedł, prowadzony za rękę w hałas i duszną atmosferę małego baru. Usiadł z nią 

background image

przy stole koło drzwi, gdzie było dość światła, by czytać i rozłożył papiery. Kiedy pojawił się 

kelner zamówiła piwo, a Sandor w tym czasie wybrał dokumenty na pożyczkę i spróbował 

zrozumieć   ich   sens.   Punkt   za   punktem   drobnym   drukiem.   Kredyt   na   ładunek   wartości 

pięciuset tysięcy. Sto tysięcy na konto operacyjne. Przyjrzał się liczbom, które wyglądały Jak 

odległości międzygwiezdne i potrząsnął głową.

- Nie dostaniesz lepszej oferty - powiedziała. - Powiem ci w jaki sposób to dostałeś. 

Lecę z tobą. Cała trzecia wachta sterników dnia przestępnego z Dublina leci z tobą w tę trasę. 

Załoga, która wie co robi. Gwarantuję to. Moja wachta. A to uczciwa umowa. Twierdzisz, że 

twoja Lucy może przynosić zyski na drobnych ładunkach. Jak myślisz, do czego jest zdolna 

mając pełne wsparcie?

To głęboko przemówiło do jego dumy. Podniósł głowę, nie dając jednak się ogłupić.

- Nie wiem. Znam się na tego rodzaju operacjach, które prowadziłem - jak zarobić na 

drobnych   umowach.  Lucy  ma   niemal   dwieście   lat.   Nie   jest   szybka.   Przylatując   tutaj 

połączyłem skoki. Z ładunkiem jest powolna, i czuje się to wychodząc ze skoku.

- Widziałam wnętrze na wideo. Jak tam jest?

Zadrżał.

-   Nie   tak,   jak   jesteś   przyzwyczajona.   Ładownia   numer   jeden   utrzymuje   stałą 

temperaturę dwunastu stopni, reszta całkiem zamrożona, w sumie piętnaście tysięcy nośności. 

To się nie uda. Nie potrafię radzić sobie z rodzajem operacji o jakich mówisz.

- Uda się.

- Nie rozumiem czemu to robisz.

- Interes.  Dublin  rozkręca tu interesy i chce mieć kontakt po obu stronach granicy. 

Wygodne będzie wpisanie cię w koszty operacyjne. A jeśli przy okazji to ci pomoże...

Dotarło piwo. Sandor sięgnął po swoje i wypił, walcząc z suchością w ustach i jeszcze 

raz desperacko przejrzał dokumenty, próbując znaleźć klauzulę która mówiłaby o konfiskacie, 

odpowiedzialności   prawnej   która   mogłaby   go   wystawić   do   dalszych   działań,   czy 

odpowiedzialności za wcześniejsze długi.

- Kilka zyskownych tras - odezwała się - a dorobisz się konta tutaj i spłacisz długi. 

Chcesz wiedzieć, ile zgarnia Dublin z dobrej trasy?

- Nie jestem pewien, czy chcę.

- To nieduża pożyczka, tak to określę. To jest skala, o której mówimy. To nic. Na 

dodatek ta pożyczka ma dziesięcioletni okres spłaty. Dziesięć lat. Czy dałby ci tyle któryś z 

banków ze stacji? Albo jakiś  koncern? Odrobisz tę pożyczkę,  a istnieje spora szansa, że 

będziesz   mógł   namówić  Dublin  na   współudział   w   kosztach   remontu.   I   mam   na   myśli 

background image

prawdziwy remont,   a  nie  jakieś  duperele.   Wywalić  z  jej  ogona  tę  starożytną   jednostkę  i 

zainstalować generatory nowej generacji. To dobry model, jest stabilna w skoku; część z 

najnowszych   projektowanych   obecnie   statków   średniej   klasy   kopiuje   elementy   z   jej 

konstrukcji.

- Nie - powiedział cicho. - Nie, nie namówisz mnie na to. Nie położysz na niej swoich 

rąk.

- Boisz się, że nie dasz rady tego zrobić. Że sobie nie poradzisz.

Przez chwilę o tym pomyślał.

- Czy miałeś kiedykolwiek nadzieję na lepszą ofertę? - zapytała go. - A jeśli pojawią 

się oskarżenia, kto stanie po twojej stronie? Hmm?  Podpiszesz odpowiednie dokumenty i 

przyjmiesz   naszą   ofertę.   Naraziłam   się   dla   ciebie,   dla   siebie   też,   przyznaję.   Dostanę 

stanowisko, którego nie dostałabym na swoim statku. Więc oboje podejmujemy ryzyko. Nie 

wiem, czy jest w tobie coś gorszego niż mi powiedziałeś. Nie wiem, kto może być twoim 

wrogiem, a nie byłabym zdziwiona, gdybyś jakichś miał.

Wolno potrząsnął głową.

- Nie, nie mam. Choć może ciężko w to uwierzyć, nigdy nie dorobiłem się żadnego, o 

którym bym wiedział.

- Przynajmniej jesteś sprytny.

- To kwestia przeżycia, Reilly. Jeśli podpiszę te dokumenty, ostrzegam cię: jest tylko 

jeden kapitan na Lucy, i to ja nim jestem.

- Nie ma w tych papierach nic, co sugerowałoby, że jest inaczej.

Pociągnął długi łyk piwa.

- Mamy na to świadka?

- Taka jest umowa. Urzędnicy stacji.

Wolno pokiwał głową.

- A więc chodźmy.

***

Ponowne pójście do biur sprawiło, że poczuł dyskomfort, jeszcze raz stanąć wobec 

agentów zarządcy dokowi złożyć aplikację, która zmuszała Pell do zrobienia czegoś, na co nie 

miała   ochoty.   Dokumenty   powędrowały   z   lady   na   biurko   za   nią,   a   potem   do   jednego   z 

kierowników w biurach na tyłach, w końcu dostali wezwanie do gabinetu, gdzie musieli stać 

podczas gdy mężczyzna studiował dokumenty.

- Jak długo... - Sandor zmusił się do zapytania, wbrew wszystkim powstrzymującym 

background image

go instynktom. - Jak długo potrwa zatwierdzenie tego i zdjęcie blokady? Chciałbym zacząć 

rozglądać się za ładunkiem.

- Nie mam pojęcia - skrzywił się urzędnik.

- Cóż - odezwała się Allison. - Aplikacja już została skierowana.

Uniesienie brwi, potem skrzywienie. Urzędnik nie był zbyt szczęśliwy.

- Biuro celne - powiedział wciskając klawisz konsoli komunikacyjnej. - Jest u mnie 

Stevens z Lucy z formularzami.

Po   uzyskaniu   odpowiedzi   zostali   skierowani   do   innego   pokoju,   gdzie   czekało   ich 

jeszcze więcej pytań i formularzy.

Zapytani   o   rodzaj   ładunku   odpowiedzieli:   informacja   dostępna   po   pozyskaniu   - 

Sandor   był   w   swoim   żywiole.   Wypełnił   resztę,   zakreślając   niektóre   puste   pola,   żeby 

departamenty  stacji  mogły  gonić  się  nawzajem  przez  labirynt   biurokracji.  Życie  z  czystą 

kartoteką było stanem umysłu, strefą, w której jeszcze nie nauczył się funkcjonować.

Prawomocny, wciąż to sobie powtarzał. Aplikował prawdziwe dokumenty. Uczciwe. 

Pod nieprawdziwym nazwiskiem i fałszywymi numerami identyfikacyjnymi) i to była kwestia 

stacji, ale mimo wszystko prawdziwe dokumenty.

Wyszli z biur celnych kierując się w stronę kantoru, gdzie stanął w kolejce do mocno 

obciążonego pracą stanowiska. Razem z nim stali inni próżniowcy zgłaszający się o wydanie 

karty stacji. Jednak Allison za ramię odciągnęła go do biurka głębiej, we wnętrzu urzędu.

- Sir? - zapytała sekretarka, zaskoczona nieco jego wyglądem i srebrną towarzyszką.

Sandor z zakłopotaniem zaczął szukać odpowiednich dokumentów.

- Chciałbym przenieść fundusze na nowe konto.

- To będzie Wyatt? - Wszyscy go znali. Wytrąciło go to z równowagi. Położył na 

biurku umowę na pożyczkę.

- Nie - odpowiedział. - To niezależna transakcja.

Dublin prowadzi rozliczenia z Wyatt - nerwowo wtrąciła się Allison. - To pożyczka 

między Lucy Dublinem. Statek jest zabezpieczeniem. Kapitan Stevens ma nadzieję rozliczyć 

się ze swoim koncernem, ale w tej chwili Dublin pokryje przekazanie potrzebnych kwot, Pell 

będzie powiernikiem.

- O jakiej kwocie rozmawiamy?

- Na początek pięćset tysięcy.

- Poproszę pana Dee.

- Dziękuję - powiedziała Allison z nutką satysfakcji i usadowiła się na stojącym w 

poczekalni krześle. Sandor usiadł obok niej, ocierając pot ze skroni. Założył nogę na nogę i 

background image

odchylił się do tyłu, zmuszając po kolei wszystkie mięśnie do rozluźnienia się.

- Pozwól mi prowadzić rozmowy, dobrze? - poprosił ją.

- Zbyt wolno do tego podchodzisz. Wiem co robię.

Miał zdrętwiałe palce. Zresztą nie tylko je. Czysty, pomyślał znowu. Coś musiało być 

nie w porządku z takim napływem szczęścia. Statki, które rzucały pół miliona jakby to były 

drobne - wstrząsnęło to jego nerwami. Przeżył chwilę paniki, jakby połykała go jakaś ciemna 

chmura, podstępem doprowadzając go do długów i rozbudzając ambicje, których nie mógł 

spełnić. Nie powinien był znaleźć się w tym biurze. To było jak łączenie skoków i nabieranie 

prędkości bez tłumienia przyśpieszenia - był taki punkt, za którym żaden statek nie mógł 

sobie poradzić ze zsumowaną prędkością.

- Kapitanie - wróciła sekretarka. - Przyjmie pana pan Dee.

Wstał. Allison położyła dłoń na jego plecach popychając go, prawdopodobnie chcąc 

go uspokoić, ale miał wrażenie jakby pchała go na egzekucję.

Poszedł,   mając   za   plecami   Allison.   Spotkał   się   z   niewysokim   mężczyzną   w   jego 

gabinecie... inteligentna pomarszczona twarz z migdałowymi oczyma, które przebijały się do 

samego serca, odzierając go ze wszystkich osłon. Tak więc usiadł jak mężczyzna i wypełnił 

wszystkie formularze, cały czas starając się nie okazywać odczuwanej nerwowości.

- Czekają pana roszczenia ze strony KWS - ostrzegł go Dee.

- Niewielkie - odpowiedziała Allison.

Kolejne   dźgnięcie   ciemnych,   wszystko   widzących   oczu.   Mały   palec   wskazał   mu 

właściwą linijkę, gdzie się podpisał.

- A więc mamy - odezwała się Allison zadowolona. Potrząsnął dłoń podaną przez 

bankiera i zdał sobie sprawę, że stał się szanowanym obywatelem, choć z hipoteką. Allison 

również uścisnęła rękę panu Dee a ten osobiście odprowadził ich do sekretariatu. Byli kimś. 

On był. Poczuł że jest pusty i wystraszony w inny sposób niż ten ściskający żołądek lęk, z 

którym zawsze przebywał na stacjach. Dręczył go strach mówiący że już za późno, że zrobił 

coś czego nigdy robić nie powinien, dawno temu, kiedy wszedł do tego baru na Vikingu i 

spróbował postawić drinka kobiecie z Dublina.

Chodź - powiedziała Allison, kiedy wyszli uwolnieni od stosów podań, z zestawem 

nowiutkich kart kredytowych i czystymi dokumentami statku. - Zajmijmy się wyposażeniem. 

Nie wiem. co trzymasz w magazynach statku. Szlag. Ucieszę się, kiedy wreszcie zdejmą tę 

plombę celną i będę go mogła obejrzeć.

-  Mam  trochę   mrożonek.   Na  Vikingu  wyposażyłem   się  całkiem   nieźle  na  solową 

operację.

background image

- Będzie nas pięcioro. Jakie mamy ograniczenie bagażu?

- Nie wydaje mi się, żeby to stanowiło problem.

- Warunki mieszkalne?

- Kabiny, dwa i pół metra na cztery. Z szafką, prysznicem i koją.

- Śpisz w poziomie, prawda?

- Szafki są nad i pod koją.

- Prywatne?

- Jak tylko chcesz.

- Miło. Równie dobrze, jak na Dublinie, gdybyś chciał wiedzieć.

Rozważył to i trochę poszerzył informację.

- Jeśli masz coś więcej, zawsze jest wolne miejsce. Przestrzeni raczej nie brakuje.

- Cudownie. Hej! - Zatrzymała jedną z taksówek, które poruszały się po dokach - 

platformę z poręczami - i wskoczyła do środka. Sandor poszedł za jej przykładem, wsunął do 

czytnika swoją kartę i ruszyli przez dok z cudowną łatwością. Nigdy jeszcze czymś takim nie 

jeździł, nigdy nie mógł sobie pozwolić na ten luksus, skoro jego nogi mogły mu oszczędzić 

wydatku.   Całe   życie   chodził   po   pokładach   stacji,   a   teraz   patrzył,   jak   światła   wystaw 

sklepowych i barów przemykają w tył, oszołomiony nowym doświadczeniem.

- Wyłącz! - krzyknęła Allison, a automat zatrzymał platformę na dostatecznie długi 

czas, by mogli spokojnie wysiąść na terenie białego doku, naprzeciw wielkiego ciśnieniowego 

okna i eleganckiego logo z napisem WILSON, oraz drobniejszymi literami DOSTAWCA. 

Wewnątrz wszystko było w bieli, srebrze i czerni. Zaklął cicho i pozwolił Allison wprowadzić 

się do środka za rękę.

Wszędzie wystawy. Z jednej strony ubrania, termiczne i stroje robocze, galowe, część 

z nich w wyszukanych kolorach, dla pokazania w dokach na osobach które było na nie stać. 

Nowe rzeczy. Wszystko. Spojrzał na cenę pary butów - sto pięćdziesiąt. Złapał Allison za 

ramię.

-   To   złodzieje.   Zobacz.   Zrozum,   to   nie   moja   klasa.  Lucy  kupuje   wyposażenie   w 

magazynach. Albo w dokach.

Skrzywiła nos.

-   Nie   wiem   do   czego   jesteś   przyzwyczajony,   ale   nie   będziemy   całą   drogę   ścinać 

sekund i nie będziemy używać sprzętu gorszej jakości. Nie będziesz odpowiedni traktowany 

w dokach, jeśli odrobinę nie błyśniesz. I nie będziemy oszczędzać na strojach, o nie. Więc 

odłóż obiekcje i kup sobie jakiś kamuflaż Stevens, żebyś nie odróżniał się od swojej załogi.

Spojrzał   na   rzędy   ubrań,   o   których   nawet   w   najśmielszych   marzeniach   nie 

background image

pomyślałby, że będzie je nosił i wsadził ręce do kieszeni. Materiał w lewej już dwukrotnie był 

cerowany.

- Zamierzasz nosić to srebrne coś w tunelach technicznych  Lucy?  Przygotuj się na 

pracę, Reilly.

- Jest praca i są doki. Znajdź coś, co będzie ci odpowiadać, słyszysz?

Przyglądał   się   ubraniom,   oglądając   wieszaki,   nie   przeglądając   odzieży   w 

poszukiwaniu  wypalonych  dziur i plam ze smaru.  Zadał  pytanie  i przeszukano dla niego 

skomputeryzowany magazyn.

- A więc ubiorę się podobnie do ciebie - wymamrotał, myśląc, że nigdy nie będzie w 

tym dobrze wyglądał. - Czy to cię satysfakcjonuje?

- Może być. Jakie systemy rozrywkowe masz zainstalowane?

- Talia kart - wymamrotał. - Możemy kupić nowe. Zaklęła.

- Chyba masz odtwarzacz taśm?

- System Delta, wyprodukowany na Marinerze.

- Boże, wobec tego konwerter. Weźmiemy własne taśmy i kupimy trochę nowych.

- Nie stać mnie...

- Podstawowe udogodnienia. Mówię ci, jeśli chcesz mieć załogę na poziomie, musisz 

to zapewnić. Co z łóżkami?

- Mam ich pełno. Zanim zajmiemy się ekstrawagancją, trzeba zebrać trochę sprzętu do 

podtrzymywania   życia,   detergentów,   filtrów   i   środków   do   szorowania.   Chciałbym   zrobić 

zabezpieczenia niektórym przełącznikom i systemom, które ich w tej chwili nie posiadają.

Allison zatoczyła ciemnymi oczyma w jego stronę w konsternacji.

- Dwa z nich są na głównym pulpicie - dodał, szczerą prawdę.

- Zrób listę. To miejsce może je ściągnąć.

- Zrobię. Będzie miło wiedząc, że ma się zabezpieczenia, prawda?

Ruszył samotnie wzdłuż rzędów półek, przyglądając się ubraniom. Wszędzie dookoła, 

na kontuarach wystawione były inne rzeczy... przedmioty osobiste, talerze, sprzęt kuchenny, 

taśmy   i   gry,   szafki,   meble   okrętowe,   sprzęt   pokładowy,   narzędzia,   pojemniki,   sprzęt 

medyczny,  oprogramowanie  komputerowe.  Zmysły  koiła  łagodna  muzyka.  Odwrócił  się i 

zapatrzył, zgubiwszy się w blasku wystaw, którym nigdy dotąd nie poświęcił więcej niż jedno 

spojrzenie - nigdy nie przyszedł do miejsca takiego jak to, gdzie jego rodzaj finansów mógłby 

natychmiast wywołać podejrzenia kradzieży.

Nagle opadło go coś, rodzaj determinacji, jak nastawianie się na zły skok.

- Mogę w czymś pomóc? - zapytał sprzedawca, patrząc na niego z wyższością.

background image

-   Chcę   kupić   trochę   ubrań   -   odpowiedział.   I   poddając   się   nastrojowi   chwilowej 

beztroski dodał: - Chciałbym, żeby do siebie pasowały, kurtka i reszta. Jakieś buty portowe. 

Może parę ubrań roboczych. - Allison gdzieś zniknęła, co wywołało w nim lekką panikę. 

Prawdopodobnie coś kupowała. A sprzedawca przyglądał mu się w taki sposób, jak barmani. 

Wyciągnął z kieszeni swoją nową kartę i rzucił - Stevens. Oczy sprzedawcy pojaśniały.

- To pan przyleciał wczoraj.

-   Tak   jest.   -   Boże,   to   było   wczoraj?   Ramiona   rozbolały   go   na   samą   myśl.   - 

Przyleciałem nie mając nic oprócz pieniędzy, więc potrzebuję dużo rzeczy.

To jeszcze bardziej rozjaśniło oczy.

- Będę szczęśliwy mogąc panu pomóc, kapitanie Stevens.

Elegancki kombinezon. Para butów warta siedemdziesiąt pięć kredytów, kurtka, stosik 

bielizny. Przyjrzał się sobie w przebieralni, wymięty i nieogolony, po czym zdjął z siebie 

wszystkie te eleganckie ubrania i kazał je zapakować.

Znalazł Allison Reilly w dziale spożywczym, usadowioną na stołku i przeglądającą 

katalog.

- Zamówiłaś coś? - zapytał z uczuciem pogrążania się.

- Robię listę. - Postukała w znajdujący się przed nią ekran ukazujący listę posiłków, z 

mrożonym prawdziwym mięsem, owocami i warzywami.

- Czekolada - dodał, w przypływie fantazji. Kiedyś udało mu się jej spróbować.

- Czekolada - odpowiedziała. - Proszę bardzo.

- Skasuj to. Zbyt drogie.

- Czekolada i kawa. Prawdziwa. Zostaw to mnie.

-   Allison,   czy   ty   normalnie   masz   takie   rzeczy?   Jeszcze   godzinę   temu   raczej 

poderżnąłby sobie gardło, niż zadał takie pytanie. Popatrzył jej w twarz, podejrzewając coś 

równie dziecięcego jak jego czekoladki.

- Na specjalne okazje - przyznała. - Wzięłam też trochę podstawowych rzeczy.

- Mam w zamrażarce siedemdziesiąt pięć standardowych porcji. Możesz to skasować.

- Wystarczy. - Przeciągnęła pisakiem po tej części zamówienia. - Co z tym sprzętem, 

którego potrzebujemy?

My, powiedziała. Usiadł obok niej i wywołał katalog.

- Mógłbym dostać lepsze ceny - wymamrotał.

- Mają tu system zniżek. Kupisz u nich wszystko, a odejmą kilka procent.

- Tak lepiej. - Po chwili euforii znów było mu niedobrze. Przejrzał rzeczy których 

naprawdę potrzebował. Czuł się podejrzanie siedząc w takim miejscu ubrany w swój zwykły 

background image

sposób. Lista wydłużała się, coraz bardziej i bardziej zwiększając koszt, bo systemy były 

znacznie droższe niż luksusy dla załogi.

- To wszystko? - zapytała w końcu Allison. Wywołał sumę. Na ekranie pojawiło się 

5576,2.

Potrząsnął głową zszokowany.

- Nie może być aż tyle.

- Jest nas pięcioro, pamiętasz? I sprzęt. To nie są odrzuty. Włóż tu kartę.

Wsunął ją do szczeliny. System zarejestrował transakcję, wyświetlając podziękowanie 

na ekranie. Wpatrywał się w nie tępo. Zabrał swoją kartę. Poklepała go po ramieniu.

-   Strzyżenie   włosów   dla   obojga   -   powiedziała.   -I   kąpiel.   Spotykamy   kogoś   na 

obiedzie.

- Kogo?

- Resztę załogi, kogóż innego? I czemu nie załatwisz sobie porządnej plakietki, skoro 

już   przy   tym   jesteśmy.   Patrzyłam   w   katalogu.   Robią   tu   takie   na   zamówienie,   wszystko 

sterowane komputerowo. Cokolwiek chcesz, na miejscu. Naprawdę niesamowite.

- Boże, Reilly, czy to ma znaczenie?

- Myślę że może mieć. - Dotknęła kiepsko wyhaftowanej nimfy na jego ramieniu. - 

Zrób coś porządnego. Mają też rzeczy spod lady, jeśli naprawdę tego chcesz.

To było nieładne. Skrzywił się, ale nawet nie mrugnęła.

- Pilnuj swoich spraw - odpowiedział. - Jeśli lubię tandetę, to moja sprawa.

- Naprawdę chcesz iść w takim stanie? Będą pewni, że jesteś piratem.

- Tylko wezmę garść tych tandetnych. Dziękuję.

Wydęła wargi. Więc przynajmniej wiedziała, jak daleko się posunęła.

- Nie nazywasz się Stevens.

- Właśnie o to pytasz, prawda?

- Może.

- To moja sprawa. - A po chwili: - Wezmę trochę ozdobnych naszywek. Wszystko 

jedno jakich. Ale nie z koniczynką, obiecuję ci to.

- Nie spodziewałam się.

Kiwnął głową, zebrał swoje pakunki, wszystko czego nie zamówili w katalogu, a co 

zostanie dostarczone na statek, kiedy przygotują harmonogram załadunku.

Kiedy.

background image

Rozdział 9

Dręczyły  go wątpliwości  przez całą  drogę, kiedy towarzyszył  Allison do fryzjera. 

Również kiedy był  strzyżony, golony i nacierany balsamami - jego pierwsza fryzura, która 

nadała mu wygląd szczupłego, eleganckiego blondyna. I wątpliwości w hotelu, psujące mu 

godzinę, którą przeznaczył na sen. Jego prywatność - wciąż myślał - życie które prowadził. 

Było   żałosne,   ale   kontrolował   je.   Miał   komputer   z   jego   osobliwościami,   były   też 

zapieczętowane pomieszczenia, które dublińczycy będą chcieli otworzyć. Będą rzeczy, które 

zobaczą i usłyszą, gorsze od publicznej nagości; to podcinało jego dumę i przegryzało się 

przez wspomnienia.

Ale musiało tak być, argumentował sam sobie. Nigdy nie miał takiej szansy. Patrzył 

na Allison, przyglądającą mu się w lustrze i ciepło tej chwili rozpędzało dreszcze.

- Dobrze wyglądasz - powiedziała do jego ubranego na srebrno odbicia, a on obrócił 

się w jej stronę czując falę pewności siebie, która przywróciła część czucia jego stopom i 

dłoniom.

- Tak myślisz? - zapytał.

- Bez wątpienia.

Przywróciło mu to odwagę. Wziął głębszy oddech i na nowo ocenił siebie. Żałosną 

dziwaczność,   dziecinność   rzeczy   trzymanych   w   komputerze,   naturę   zamkniętych   pokoi   i 

relikwii, pomiędzy którymi żył. Więc jeśli ona tak myślała i czuła, to nie będzie się śmiać - a 

inni, obcy których mieli spotkać - mógł sobie z nimi poradzić. Jak długo była z nim i nie 

widziała nic śmiesznego w człowieku usiłującym stać się kimś, kim nie był - który słuchał 

głosów z taśmy zamiast rodziny, który nigdy nie miał dość siły, by otrząsnąć się z przeszłości; 

który utrzymywał potajemny głos mówiący do dziecka, którym dawnoIIemu przestał być. 

Paskudne sprawy, całe życie iluzji.

Przypomniał   sobie,   że   zawsze   istniała   alternatywa,   mógł   zaczekać   na   wojsko;   w 

głowie   słyszał   śmiech   osób   przeszukujących   statek   i   odkrywających   jego   sekrety.   Albo 

techników,   którzy   rozebraliby   na   kawałki   jego   umysł   kiedy   wypłynęłyby   wreszcie   jego 

oszustwa,  odkrywających  jakim  był  pokręconym  dzieckiem.  Poskładaliby  to wszystko  do 

kupy, rozbierając go na części. Pomyślał o tym, o pytaniach, o wystawieniu siebie...

Na   ramieniu   miał   plakietkę   z   wyszytą   na   niej   nazwą  Lucy,  białymi   literami   na 

czarnym   tle   w   centrum   błękitnego   koła.   Było   to   tak   blisko   starej   nazwy,   jak   tylko   się 

odważył. Powinien się tam znajdować jeszcze łabędź w locie. Ale ktoś mógł znać Łabędzia 

nazwisko Kreja, a ustalili z Rossem i Mitrim, że będą trzymać swoje Nazwisko z daleka od 

background image

oszustw.   Nie   było   możliwe   pójście   do   biur   stacji   i   powiedzenie:   -   Skłamałem,   zmieńcie 

nazwisko na właściwe. - To skończyłoby wszystko.

Możliwe, pomyślał, że kiedyś jeszcze przyzwyczai się do takiego wyglądu plakietki.

- Idziesz? - zapytała Allison.

***

Wszedł z nią do restauracji - jedno z tych miejsc, których mógł się po niej spodziewać, 

ozdobne i ekskluzywne, gdzie wypadało pokazać się w eleganckim Ubraniu, a miejsca przy 

stołach zajmowali mieszkańcy stacji razem z próżniowcami z dużych statków, mężczyznami i 

kobietami z belkami oficerskimi. Było tu dużo siwizny, i dużo pieniędzy. Przechwycił ich 

kelner - Reilly, Powiedziała Allison, a ten usłużnie skinął głową i wskazał im drogę pomiędzy 

wężowymi kolumnami w głąb sali, Pomiędzy głębokimi cieniami pod ścianami.

Srebrne towarzystwo zajmowało stół, który im wskazał, grupa która podniosła się na 

ich widok. Sandor szybko przebiegł wzrokiem oświetlone lampą twarze, z bijącym sercem i 

ręką   już   wyciągającą   się   w  odpowiedzi   na   powitalne   gesty   i   falę   uprzejmości   -   i 

niespodziewanie stanął twarzą w twarz z Curranem Reillym.

Ten nie zaoferował dłoni. Nie zaoferował niczego.

- Curran - przedstawiła go Allison. - Sternik dwadzieścia dwa na Dublinie, mój numer 

dwa. Kapitan Stevens z Lucy. Ale spotkaliście się już.

- Tak - powiedział Sandor przepełniony adrenaliną, która zamazywała wszystko inne; 

po dłuższej chwili Curran przyjął oferowaną przez niego dłoń, jego sucha zaciskająca się na 

wilgotnej Sandora. Uścisk, którego się spodziewał, mocny i wrogi, tak jak spojrzenie. Potem 

inne dłonie, wysunięte wcześniej.

-   Deirdre   -   powiedziała   Allison   -   numer   trzy.   -   Piegowata,   solidna   kobieta, 

ciemnowłosa   jak   wszyscy   Reilly,   ale   z   uśmiechem,   który   docierał   wprost   do   serca, 

rozganiając   jego   gniew   i   niemal   wystarczający   za   Currana.   Szczęście.   Nie   był 

przyzwyczajony do wywoływania go w ludziach.

- Neill - Allison przedstawiła trzeciego, który również wyciągnął dłoń; tyczkowaty 

brodacz ze szczerością, która przekonała go, że Curran był w tej grupie wyjątkiem.

- Neill - wymamrotał w odpowiedzi i popatrzył na pozostałych. Zbliżył  się kelner 

oferując   krzesła.   Znów   usiedli.   Sandor   wylądował   między   Allison   i   Deirdre,   naprzeciw 

Currana i Neilla.

- Życzą sobie państwo koktajle? - zapytał kelner.

- Drinki i kolacja ~ odpowiedziała Allison. - Czy wszystkim to odpowiada?

background image

Kiwnięcia ze wszystkich stron. Kelner błyskawicznie dostarczył zestaw menu i na 

dłuższy czas zapanowała cisza.

To on stawiał, tego się domyślił. Ceny były na tyle wysokie, by zamrozić mu krew w 

żyłach, ale przygotował się na to i zamówił najdroższą pozycję, trzymał  też fason, kiedy 

podobnie postąpili jego goście. Był to, mimo wszystko, tylko jeden wieczór, jednorazowa 

okazja. Wytłumaczył sobie, że było go na to stać. By zadowolić tych ludzi. Dać im to, do 

czego byli przyzwyczajeni. Za ich własne pieniądze...

Kelner oddalił się. Nad stołem zawisła cisza.

- Wszystko w porządku? - zapytał w końcu Curran.

- Wszystko załatwione - odpowiedziała Allison.

- Megan przekazuje pozdrowienia.

Cisza. Spuszczone oczy. Sandor nie miał pojęcia kim mogła być Megan, a nikt nie 

zaofiarował się go oświecić.

- Porozmawiam z nią - powiedziała Allison. - To w końcu nie pożegnanie. Będziemy 

się spotykać w portach.

- Myślę, że ona rozumie - wtrąciła Deirdre. - Moi ludzie wiedzą.

- Wszyscy wiedzą czemu - odpowiedziała Allison. - To wybaczenie tego. - Krótko 

położyła   dłoń   na   ramieniu   Sandora.   -   Statkowa   polityka.   -   Do   pozostałych:   -   Kupiliśmy 

wyposażenie. Pierwsza klasa.

- Jaki rodzaj pomieszczeń mieszkalnych dostaniemy? - zapytał Neill.

Zapełnił   się   sąsiedni   stół,   z   całą   związaną   z   tym   dezorganizacją.   Sandor   słuchał 

rozmawiających między sobą Reillych; plany odnośnie pakowania, pożegnań, dyskusje na 

temat tego, jakie zapasy będą potrzebne.

- Prywatne  kabiny i  nielimitowany  bagaż?  -  wykrzyknęła   Deirdre  z  błyszczącymi 

oczami. - Myślałam, że będzie ciasno.

- Bez ograniczeń, w ramach rozsądku - odezwał się Sandor, włączając się w rozmowy 

Reillych,  zadowolony z reakcji jaką to u nich wywołało. - To jeden z plusów statków z 

niewielką załogą, choć tak niewiele ich jest. Zabierzcie ze sobą co chcecie, dowolna kabina 

do wyboru.

- Ty i Allison planujecie spać razem? - zapytał Curran.

To nie było dobre pytanie. A cisza, która po nim zapadła i wyraz oczu Currana był...

- Curran - powiedziała Allison.

- Po prostu się zastanawiam.

Zaczął   docierać   posiłek,   najpierw   wino,   a   kiedy   ledwie   się   do   niego   zabrali, 

background image

przystawki. Sandor siedział i przeżuwał wściekłość gotującą się w jego wnętrzu, całkiem 

pozbawiającą go apetytu.

- Panie Reilly - powiedział dźgając nożem w stronę Currana, kiedy kelner oddalił się 

poza zasięg słuchu - wydaje mi się, że pan i ja mamy problem. Nie jestem pewien dlaczego. 

Albo o co. Ale zaczęło się to dziś rano w sekcji niebieskiej i nie zamierzam pozwolić, by 

trwało dalej.

- Stevens - powiedziała Allison.

- Sądzę, że lepiej będzie, jeśli to rozwiążemy od razu.

-   W   porządku   -   łagodnie   powiedział   Curran.   -   Numer   jeden   mówi,   że   jesteś   w 

porządku, to mi wystarczy. Zacznijmy od zera.

- Według moich reguł.

- Całkowicie - zgodził się Curran. - Struktura dowodzenia. Jak tylko zdejmiemy tę 

blokadę.

- Mam nadzieję, że już niedługo - powiedziała Allison. - Co z tym podaniem o szlak?

- Mam je - odpowiedział Curran, natychmiast rozjaśniając ponurą twarz. - Załatwione. 

Mamy trasę na Venture i Bryan, towar Kompanii Konstantinów, gwarantowane przez Dublin.

Sandor schylił się nad jedzeniem, starając się nie mieszać. Jednak uniósł głowę.

- Rozmawiacie o naszej trasie i ładunku.

- Racja.

- Wzięliście to na siebie...

- Część pakietu.

- Nie. Nie część pakietu. Nie ustalacie tras i porozumień.

- Uspokój się, człowieku. Dajemy ci umowę lepszą, niż sam mógłbyś zdobyć. Umowę 

z gwarantowanym zyskiem. Z komercyjnym ładunkiem stacji, który nic cię nie kosztuje, z 

gwarantowaną stawką za dostarczenie. Jak mógłbyś załatwić coś lepszego?

- Nie dbam o to co macie. Nie. Ja decyduję gdzie leci Lucy, i czy w ogóle leci.

- Przyhamuj - powiedziała Allison klepiąc go w ramię. - Uspokój się. Posłuchaj: to 

jest część umowy. Miałam ci powiedzieć. To dobry interes, najlepszy. Tylne Gwiazdy znów 

się otwierają, uruchamiane są stacje, wiesz jaka to szansa, wkręcić się w uruchamianie stacji? 

Dublin bierze ładunek i robi pętlę na Marinera. Ale my lecimy na Tylne Gwiazdy. W stronę 

Słońca. Wiesz, jak to działa? To handel z Ziemią: towary luksusowe, egzotyka. Wyładujemy 

towar stacji i będziemy robić drobne kursy, a skoro zacznie się handel z Sol, zaczniemy brać 

ziemskie   ładunki.   Na   początek   niewielkie,   ale   potem   pomyślimy   o   tym   remoncie,   który 

pozwoli jej osiągać prędkości...

background image

- To też zaplanowaliście.

- Ponieważ ja znam ten rodzaj ekonomii, a ty nie. Nie mówimy o dokowym handelku. 

Rozmawiamy o lataniu z pełnymi ładowniami i tam, gdzie handel może się rozwijać.

- Mamy tu wsparcie - wtrąciła się Deirdre. - W końcu powinniśmy złapać Dublin 

pętli   na   Pell   i   przekazać   towary   z   Ziemi   na   terytorium   Unii;   to   duży   zysk.  Dublin  nie 

prowadzi działalności dobroczynnej.

- Poderżną nam gardła. Kupcy Sojuszu. Lokalni nie zniosą tego.

- Przestań myśleć jak drobnica - powiedziała Allison. - Jesteś związany z działalnością 

Dublina.  Nie   ruszą   nas,   tak   jak   nie   ruszyliby   samego  Dublina.  A   po   pierwszym   locie 

będziemy tutejsi. Będziemy mieć papiery Sojuszu.

- Więc mam przyjmować umowy zaoferowane przez Dublin.

- Dobre oferty.

Pomyślał o tym przez chwilę, unikając patrzenia na Currana Reilly, napił się wina.

-   Tylne   Gwiazdy   -   powiedział   myśląc,   że   jeśli   istniało   miejsce,   w   którym   nie 

złapałyby go przeszłe przewinienia, to były to właśnie zapomniane stacje w kierunku Ziemi, 

towary z Sol, drogie jak na swoją masę. Unikaty i towary luksusowe.

- Tak więc Dublin chce powiązania handlowego.

- Wierz  mi  - powiedziała  Allison. - Obie strony granicy są zainteresowane...  Pell 

całkowicie. Unia, w utrzymaniu przepływu towarów przez granicę. Myślisz, że Unia chce 

widzieć Pell i Sol w jednym łóżku bez niej? Nie, unia wspiera swoich kupców7, którzy chcą 

handlować przez granicę, i nikt nie może nam zabronić rozkręcenia interesów po tej stronie.

-My.

- Tłumacz to sobie jak chcesz. Potrzebowałeś pomocy. A my dostrzegliśmy zalety. Ty. 

My. Ty i część z nas na Lucy możemy stworzyć nową trasę, która będzie opłacalna.

Pomyślał o tym jeszcze raz, wbrew sobie podekscytowany.

- Jak długo planujecie zostać?

- Niekoniecznie planujemy wracać. To jak powiedziałam... zbyt daleko od przydziału 

stanowisk. Przyszliśmy, żeby zostać.

Wolno kiwnął głową.

- W porządku - powiedział, wliczając w to nawet Currana. - Biorę ten interes. I waszą 

paczkę. Co z mapami?

- Zajęliśmy się tym - odpowiedział Curran. - Nie ma z tym problemu.

- Z tego co wiem - dorzuciła Allison - trzeba będzie zrobić dwa skoki na Venture i 

dwa na Bryant.

background image

- Pusto w tamtą stronę.

- Pell ma tam jakiś rodzaj zabezpieczeń.

- Patrol?

- Nie powiedzieli. Po prostu dali znać, że mają je na oku.

- Uspokajające. - Wątpił w to. Prawdopodobnie był to blef. Albo Pell do tego stopnia 

była zdeterminowana, by otworzyć stałe połączenie z Sol Jeden.

Jeszcze raz spojrzał na obcych mu ludzi, którzy chcieli dzielić z nim los, wejść na 

pokład  Lucy  i zostać jego  załogą.  Nie wszystkich by wybrał. Ale z Curranem przychodziła 

Deirdre, której szczerą, radosną osobowość polubił od pierwszego wejrzenia i Neill, który 

niewiele mówił i zdawał się być spychany przez pozostałych w tło. Byli Rodziną, jak każda 

inna, szorstcy i gładcy razem. Nie znał takiego rodzaju bliskości... od czasu Rossa. Pragnął 

jej, tak jak Allison, z siłą która zaciskała mu gardło i kumulowała się za oczyma i myślami. I 

miał to dostać. Przychodziło z bogactwem, szczęściem którego wciąż nie potrafił ogarnąć. 

Ale działo się to naprawdę, to wszystko dookoła. Zmusił się do rozluźnienia, staw po stawie, 

aż do ramion, popatrzył ponad stołem na swoją zdobytą załogę i poczuł jak supeł, jaki dotąd 

miał w trzewiach, zaczyna się rozwiązywać.

A kiedy skończyli kolację, łącznie z wymyślnym deserem owocowym i wypili tyle, ile 

kupcy zwykli pić na przepustkach - odkryli rzeczy, z których mogli się śmiać, anegdotki z 

Dublina,  opowieści o sobie nawzajem. Śmiał się tak, że musiał przecierać oczy, czego nie 

robił od niepamiętnych czasów.

Rachunek   należał   do   niego:   przyjął   go   bez   mrugnięcia   i   dał   kelnerowi   napiwek, 

zostawiając przy wyjściu szczęśliwego człowieka. W lodowate powietrze doków wytoczył się 

razem z grupą dublińczyków.

- Chodźmy do biura - zasugerował - zobaczmy czy uda się nam zdjąć blokadę ze 

statku.

- Chodźmy - zgodziła się Allison. - Czy to już dzień zamienny?  Moglibyśmy coś 

zrobić.

- Złapcie taksówkę - poprosiła Deirdre.

- Idziemy - odpowiedział Neill. - Może wytrzeźwiejemy po drodze.

Maszerowali   poprzez   zajęte   pracą   doki,   mijając   zamkniętą   barierkami   keję  Lucy, 

poruszając się znacznie  mniej  chwiejnym  krokiem,  kiedy przebyli  już cały zielony dok i 

pocąc się po dotarciu do niebieskiego, w pobliże biur celnych.

Tym razem przyszedł tu inaczej, w towarzystwie, mając za sobą wsparcie w postaci 

wiedzy prawnika z Dublina i dokumenty, które dawały mu uprawnienia. Podszedł do biurka i 

background image

przedstawił urzędnikowi jasne zdanie, pokazując mu dokumenty.

- Chcę zdjęcia plomby - powiedział.  - Wydaje  się, ze wszystko  inne  oprócz tego 

mamy już załatwione.

- Ach - odezwał się urzędnik. - Kapitan Stevens.

- Czy ktoś może się tym zająć?

Mężczyzna wydobył zapieczętowaną kopertę i podał mu ją.

- Co to jest?

- Nie mam pojęcia, sir. Powiedziano mi, że ma to związek z rozkazem blokady.

Był świadom obecności przy biurku pozostałych - nie popatrzył na nich, przełamał 

pieczęć na kopercie i przeczytał wiadomość.

- Proszę się zgłosić w doku niebieskim, numer trzy - przeczytał,  oglądając się na 

Allison. - SS Norwegia, Signy Mallory, dowódca.

Curran zaklął.

- Mallory - powiedziała Allison, co również zabrzmiało jak przekleństwo. - Na Pell?

-   Przybyła   dwie   godziny   temu   -   wyjaśnił   urzędnik,   rzucając   okiem   na   zegar.   - 

Wiadomość leży od pół godziny.

- Co ma do tego wojsko? - zapytał Curran. - Te papiery są czyste.

- Nie wiem, sir - odpowiedział urzędnik. - Zgłoszenie się powinno wyjaśnić sprawę.

Wrócił strach, znajomy jak stare ubranie.

- Lepiej będzie jeśli tam pójdę i wyjaśnię, o co chodzi

- powiedział Sandor. - Nie widzę powodu, żeby wasza czwórka miała iść ze mną.

Wyszli   razem   z   nim,   przynajmniej   tyle,   na   zewnątrz   do   doku,   stając   naprzeciw 

okrętów wojskowych... tablice informacyjne jasno wskazywały: NORWEGIA, trzecia keja 

wzdłuż zajętego rzędu, podejrzanie oświetlona. Popatrzył na dublińczyków, na zmartwione 

twarze i wściekłego Currana.

- Nie wiem ile to potrwa - powiedział. - Allison, może lepiej będzie jak zadzwonię do 

ciebie po powrocie do hotelu. Może lepiej wracajcie na Dublin.

-   Nie   -   odpowiedziała   Allison.   -   Jeśli   nie   wyjdziesz   stamtąd   dość   szybko, 

zorganizujemy jakąś pomoc prawną. Nie spławią nas.

Dawało to jakieś pocieszenie. Popatrzył na pozostałych, którzy nie wykazywali ochoty 

do przyjęcia innego kursu. Kiwnął im i wcisnął ręce z wiadomością do kieszeni.

Przygotował   argumenty,   kontrargumenty,   mustrował   to   samo   oburzenie,   którego 

wcześniej używał wobec urzędników. To było wszystko, co mógł zrobić.

background image

***

Ale ciężko było utrzymać blef w nienaruszonym stanie wstępując na oświetloną rampę 

prowadzącą   do  Norwegii,  gdzie   żołnierze   w   mundurach   -   to   byli   prawdziwi   żołnierze, 

zdecydowanie różniący się od stacyjnej milicji - zajęli się nim, przeszukując go. Byli  na 

odmładzaczach,   wielka   liczba   mężczyzn   i   kobiet,   dość   starych   by   walczyć   w   wojnie, 

posiwiałych, niektórzy naznaczeni bliznami, których nie musiałby nosić żaden mieszkaniec 

stacji. Nie byli brutalni podczas przeszukania, ale zrobili je znacznie gruntowniej od policji. 

Bał się ich, w taki sam sposób, w jaki bał się tego okrętu, ogromnego, kryjącego się za 

radośnie   oświetlonym   wejściem,   wypełnionego   bronią   nosiciela.   Okręt   Kompanii   z   innej 

epoki. Poprowadzili go rampą w stronę wejścia. Czekał tam na niego Talley, przyglądając mu 

się z ponurym uśmieszkiem.

Szedł dalej. A więc to ten człowiek stał za tą akcją. W jakiś sposób nie zaskoczyło go 

to. Dublińczycy, pomyślał, powinni wrócić na swój statek. Wojskowi pomyśleliby dwa razy, 

zanim zażądaliby od rodziny kupieckiej wielkości Reillych wydania kogoś na przesłuchanie. 

Ale sami, z dala od Dublina byli wrażliwi, nie przywykli do władzy, która zwykle robiła to na 

co miała ochotę.

Spotkał   się   z   Talleyem,   przywitany   ponurym   spojrzeniem   oficera   Sojuszu   i 

kiwnięciem w kierunku, w którym powinien pójść. A więc zyskał pewne znaczenie: zajął Się 

nim osobiście człowiek w randze komandora i eskortował go do serca tego potwora o wąskim 

wejściu.   Ciemne   korytarze:   długi   marsz   w   przestronniejsze   rejony   i   winda   na   wyższe 

poziomy. Jadąc windą patrzył poprzez Talleya. konwersacja nie przyniosłaby nic dobrego. 

Niczego nie należało zdradzać. Zawsze się potem tego żałowało.

Dalszy marsz wąskim korytarzem. Wszędzie nagie powierzchnie matowego metalu, 

nic   tak   radosnego   jak   na  Lucy,  przegrody   naznaczone   wiekiem.   Na   podłodze   i   ścianach 

zakodowane oznaczenia. Wszystko nastawione na wydajność, nie komfort. Dotarli do wejścia 

do biura, nad którym pojawiło się światełko zezwalające na wejście; otworzyły się drzwi i 

Talley wprowadził go do środka.

- Kapitanie - odezwał się Talley - Stevens, z kupieckiej Lucy.

Siwowłosa kobieta przyglądała mu się już zza swojego biurka, oceniając go.

- Mallory - przedstawiła się. - Niech pan siada, kapitanie.

Przysunął krzesło i usiadł naprzeciw niej po drugiej stronie biurka, podczas gdy Talley 

zajął miejsce w rogu gabinetu, ze złożonymi ramionami. Mallory odepchnęła swój fotel do 

tyłu i odchyliła się - odmłodzona, stara/młoda, wpatrując się w niego ciemnymi oczami, które 

niczego nie zdradzały.

background image

- Dostał pan zgodę na wylot - powiedziała. - Lot na Venture. Jak rozumiem pojawiły 

się pewne wątpliwości dotyczące pańskiej tożsamości, kapitanie.

Opuścił go cały spryt. To nie było pytanie, lecz stwierdzenie faktu. Jedna z dziewięciu 

kapitanów,   jedna   z   mazianowców   z   lat   wojny,   którzy   zdobywali   zaopatrzenie   dokonując 

abordażu na statki kupieckie, zabierając towary i załogę. I bezlitośnie zabijała. To mogła być 

ona,   te   lata   temu,   ten   okręt   wycelował   w  Lucy  i   dokonał   abordażu.   Może   siedział   teraz 

naprzeciw   kapitana,   który   wydał   rozkaz,   pomiędzy   żołnierzami  w  pancerzach,   którzy 

zamordowali jego rodzinę. Myślał, że jeśli spotka jednego z nich, to zabije gołymi rękami, i 

nagle znalazł się w sytuacji, kiedy siedział spokojnie i patrzył, sparaliżowany przez zaistniałą 

sytuację.

- Nie chce pan tego skomentować? - zapytała Mallory.

- Myślałem, że to już ustalono.

- Czy jest tu jakaś nieprawidłowość, kapitanie? Łagodnie. Wpatrując się wprost w 

niego.

- Proszę zrozumieć, jedyne  czego chcę, to zdjęcie blokady z mojego statku. Mam 

załatwiony ładunek, wszystko inne mam w porządku. Ponieważ jakiś zapijaczony kupiec myli 

mój statek...

-   Proszę   mi   pokazać   swoje   dokumenty,   kapitanie.   Odebrało   mu   to   wszelkie 

argumenty. Zawahał się

wytrącony z równowagi, wyciągnął je z kieszeni i nachylił się do przodu tak jak ona, 

podając je w wyciągniętą rękę ponad biurkiem, niemal jej dotykając. Z łatwością odchyliła się 

do tyłu, przejrzała je i pchnęła z powrotem.

- Ale te są nowe. Oczywiście za wyjątkiem tytułu własności. - Pomacała dokument, 

oczywiście sfałszowany. - Wie pan, że taki rodzaj papieru można kupić na rynku. Musi w 

końcu dostać się z jednej stacji do innych. A znam miejsce w dokach gdzie można go kupić. 

Pan też, kapitanie?

- Jestem legalny.

- Cóż. - Oddała mu dokumenty, które pośpiesznie schował do kieszeni, mając całkiem 

zimne palce. - Tak więc połączył się pan z Dublin Again? Bardzo szanowana działalność. To 

przemawia na pana korzyść. Jest pan z Unii.

- Planuję działać tutaj. Po stronie Sojuszu.

- Och, w tej chwili relacje z Unią są bardzo dobre. Dostarczają okręty i wojsko wzdłuż 

całej granicy. Nie mamy z nią żadnych sporów. Planuje pan zostać tutaj, tak? Działając jako 

łącznik Dublina w handlu z Sol?

background image

-   Nie   wiem   jak   ułożą   się   sprawy.   -   Wolno   kroczył   przez   dyskusję,   świadom 

manewrów drugiej strony i nie rozumiejąc ich. Mallory nie dała się nabrać. Podjudzała go, 

szukając właściwej prowokacji.

- Pański certyfikat przechodzi przez nas - powiedziała. - Mamy problem, kapitanie. 

Między nami, a Sol Jeden uaktywnia się Mazian. w Tylnych Gwiazdach. Czy to pana martwi?

- Martwi mnie.

- Chcieliby nas odciąć od Ziemi, rozumie pan. To spory obszar do patrolowania. I 

wygrają, jeśli odstraszą kupców od lotów. Mamy dwie stacje wracające do życia i robimy co 

możemy, żeby utrzymać tę strefę czystą. Jedziemy w punktach równowagi, upewniając się, że 

nie wpadniecie w pułapkę. Mamy po tej stronie granicy rzadkie porozumienie. Unia blokuje 

Punkt Potrójny Brady'ego, i każdy inny punkt zerowy jaki przyjdzie panu do głowy. - Jej oczy 

spotkały   jego   spojrzenie,   ostro   nie   natarczywie.   -   Operuje   pan   w   szarej   strefie,   prawda? 

Drobnica. Jestem pewna że obrzeża nie są panu obce. Siedzenie w przestrzeni, działanie poza 

punktami   zerowymi.   Handlując   na   boku,   bez   kontroli   celników.   Założę   się,   że   ma   pan 

wyczucie gdzie czają się kłopoty, a gdzie nie. Dobre wyczucie.

Nic nie odpowiedział. Spróbował wymyślić wymówkę, by odwrócić wzrok, ale nie 

udało mu się.

- Mógłby mi się pan bardzo przydać - powiedziała. - To miejsce sprawia, że takie 

nerwy pomagają przeżyć. Będziemy tam, kapitanie. Naprawdę chcę, żeby pan o tym wiedział.

Podała mu  to bardzo łagodnie, z tym  samym  spojrzeniem.  Obiecywało - nie miał 

pojęcia co.

- Może pan iść. Przeszkody zostaną usunięte. Ale mam dla pana wiadomość. Pański 

ładunek   dla   Konstantinów   skasowano.   Będzie   pan   wiózł   towar   wojskowy.   Dostanie   pan 

stawkę za ryzyko.  Dodatek.  Załaduje pan to szybko  i odleci o dziewiątej  zero zero dnia 

głównego.

- Tak po prostu.

- Tak po prostu.

- Myślałem, że jestem poddany śledztwu wojskowemu.

- Jest pan. Dobry wieczór, kapitanie.

- Może tego nie chcę. Może chcę zmienić zdanie.

- Naprawdę, kapitanie? Wolałabym nie.

Cisza zawisła w powietrzu.

- W porządku - powiedział. - Będziecie nas chronić, prawda?

- Najlepiej jak będziemy mogli, kapitanie.

background image

Nigdy Stevens. Ani razu nie użyła tego nazwiska. Wstał, uprzejmie kiwnął głową na 

pożegnanie. Żadnej odpowiedzi: wpatrywały się w niego martwe oczy. Obrócił się więc i 

wyszedł,   a   za   nim   na   korytarz   podążył   Talley,   sygnalizując   gestem   stojącemu   nieopodal 

żołnierzowi, żeby go odprowadził.

W dół windą i znów na rampę, z gwałtownym uderzeniem zimna doków. Zszedł w dół 

nachylonej rampy.

Dostrzegł czekających  na niego dublińczyków, stali przed frontem jednego z biur. 

Allison i reszta. Podszedł do nich ze świadomością, że wojskowi mogą przyglądać się jego 

plecom, notując powiązania.

- Co to było - zapytała Allison. - Kłopoty?

Potrząsnął głową i zgarnął ich ruchem ramion.

- Chodźcie. Mamy nasze zwolnienie. Będą ładować statek.

- Tak po prostu?

- Tak po prostu. - W czasie gdy cała piątka szybkim krokiem szła wzdłuż doków, 

popatrzył   na   Currana.   -   Skasowali   ładunek   Konstantinów.   Dadzą   nam   towar   wojskowy. 

Stawka za ryzyko. Natychmiastowy załadunek, wylot o dziewiątej głównego dnia.

- Wojskowy. - Przynajmniej raz Curran był zaskoczony. - A co dokładnie?

- Nie powiedzieli. Rozmawiałem z Mallory. To ona nałożyła blokadę. Do niej należy 

ładunek.   Myślę,   że   chce   żeby   rozeszły   się   plotki,   bo   inaczej   ni   zdradziłaby   tego   co 

powiedziała.

- Na przykład?

- Że Unia okupuje punkty równowagi wzdłuż granicy, polując na Maziana, a Sojusz 

robi to samo.

- Boże, musisz to powiedzieć Staremu.

Szedł z nimi w zapadłej ciszy - trzeba było aż tego, żeby zasugerowali, że powinien 

stanąć twarzą w twarz z Reillym. Byli wystraszeni. Z twarzy Deirdre znikła cała życzliwość, 

zbladła pod piegami. Allison - w jej oczach czaiła się twarda ostrożność, tak jak u Currana. 

Neill Wyglądał na po prostu zmartwionego.

- Zadzwonię z Lucy - powiedział Sandor. - Kiedy już dostanę zgodę i wejdę na pokład.

- Są na polowaniu? - zapytał Neill.

- Myślę że chce, żeby to co mi powiedziała, powtarzano w każdym barze w dokach. I 

nie wiem, co tego będziemy mieć.

- Powiedziała coś więcej? - zapytał Curran.

- Wie o umowie. Mówiła o dochodach jakie można osiągnąć na trasie z Sol do Unii. 

background image

Szczera aż do bólu. Powiedziała, że będą w punktach zerowych przy Tylnych Gwiazdach, 

żeby mieć oko na problemy.

- Na pewno? - zainteresowała się Allison.

- Nie ufam niczemu co mi powiedziała. Wiem, że chcę być przy tym, kiedy będą 

zdejmować plombę z włazu statku. Chcę zobaczyć w co wsadzili swoje łapy na moim statku.

- Obejrzymy go sobie i pójdziemy wprost na Dublin - powiedziała Allison. - Jak tylko 

upewnimy   się,   że   usunęli   blokadę.   Wszyscy   mamy   trochę   pożegnań.   Jeśli   zamierzają 

załadować tak by odlecieć o dziewiątej, to przyda ci się trochę załogi.

-   Rzeczywiście   -   zgodził   się   -   przydałoby   się.   Pomyślał,   że   ma   pomoc,   nie 

przyzwyczajony do takiej wygody. Miał swoich dublińczyków, którzy nie opuszczali go na 

pierwszy znak kłopotów. Poczuł interesujące ciepło w reakcji na tę myśl.

Prawomocny, powtarzał sobie. Z koneksjami. Mallory nie mogła go ruszyć. Mogła nie 

chcieć,   chcąc  zachować   dobre stosunki  z  potężnymi   kupcami  z  Unii,  którzy  mieli   swoje 

koneksje.

Próbował w to wierzyć.

Ale patrzył w oczy Mallory, i wątpił we wszystko.

***

Dołowcy otoczyli wejście, a barierki usunięto... Tubylcy z Podspodzia w towarzystwie 

jednego bezczynnego robotnika, który na ich widok podniósł się z krawędzi rampy, na której 

siedział, przyjrzał się im i zapytał czego tu chcą.

- Stevens - przedstawił się Sandor. - Właściciel statku.

Robotnik wyciągnął dłoń w jego stronę.

-   Będę   szczęśliwy   przekazując   go   panu,   jednak   muszę   zobaczyć   identyfikator,   W 

innym wypadku będę musiał to zgłosić.

To   było   szaleństwo,   tak   dziwaczne   zabezpieczenia   splecione   z   rzeczywistym 

zagrożeniem   wojskowym   sojuszu.   To   była   Pell,   gdzie   różne   rzeczy   robili   na   dziwaczne 

sposoby. Wyciągnął swoje dokumenty i pokazał je.

- On dobry? - zapytał Dołowiec w masce do oddychania, wydając przy tym dziwaczne 

odgłosy. Spojrzały na niego okrągłe brązowe oczy całej grupy.

- Dobry dokument - potwierdził robotnik. - Dziękuję, sir. Życzę miłego dnia, albo 

dobrej nocy, jak tam wypada.

Po   czym   zgarnął   swoje   towarzystwo   Dołowców,   którzy   kłaniali   się   i   wyrażali 

uprzejmości odchodząc, w połączeniu ze świergotem własnej mowy i tanecznymi ruchami.

background image

- Boże - powiedziała Allison.

- Pell - odpowiedział Sandor. Odwrócił się i zdecydowanie ruszył w górę rampy, w 

stronę oświetlonego wejścia, myśląc w tej chwili wyłącznie o swoim statku. Przebył rurę 

połączenia do znajomego zamka. Znów w domu. Szedł dalej do windy - cała czwórka za nim, 

czyniąc w ciasnych korytarzach tłok, do którego nie był przyzwyczajony. Winda wyniosła ich 

na   główny   poziom.   w   wąski   łukowaty   korytarz   kwater   dokowych   i   mostek.   Stanął   przy 

drzwiach wind i przyglądał się im, jak rozchodzą się po niewielkiej powierzchni dostępnej 

podczas postoju na stacji... odziani w srebro goście przyszli, by ze steranej Lucy uczynić swój 

dom, by przesuwać palcami po wiekowych powierzchniach, dotykać sterów i foteli, rozglądać 

się po korytarzach prowadzących do niedostępnych teraz kabin i magazynów, oraz głośno 

wyrażać   opinie   na   temat   tego,   czy   tamtego   szczegółu   jej   projektu.   Był   zatroskany   tą 

inspekcją,   przyglądał   się   ich   twarzom,   najdrobniejszym   reakcjom,   bardziej   wrażliwy,   niż 

gdyby to on został poddany krytyce.

- Niezbyt wygodny w doku - odezwała się Allison - ale pełno miejsca w przestrzeni. 

Postukała w konsole. Wyczyścił ślady po taśmie z powodu celników, wyrzucając wszystkie 

dowody; ale znalazła lepką smugę i potarła ją. Popatrzyła na niego.

- Jest w porządku - oznajmiła. - Statek jest w porządku.

Kiwnął, czując jak rozpuszcza się bryła lodu, którą miał w piersiach.

- Dobrze się prowadzi? - zapytał Curran.

- Ma źle ustawiony jeden z silników do dokowania. To jego jedyna wada. Używam 

go.

- To nie problem - odpowiedział Curran, zdumiewająco swobodnie.

- Zadzwonisz do Starego? - zapytała Allison.

***

- ... jest prawdopodobne - mówił przez interkom - że wszystko to zaplanowane plotki. 

Ale jeśli kierujecie się w przestrzeń Unii, sir - wydaje się, że może się wam przydać wiedza o 

tym, co mi powiedziano.

- Masz z nimi jakieś kłopoty? - wrócił do niego głos.

- To wciąż możliwe, sir. - I świadom możliwości, że transmisja jest podsłuchiwana, 

pomimo osłoniętej linii: - Mam nadzieję, że to wyjaśnią.

Cisza z drugiej strony.

- Słusznie - powiedział Michael Reilly. - Proszę uważać, kapitanie.

- Tak, sir.

background image

- Dziękuję za. informację.

- Dziękuję, sir.

- Tak - powiedział Reilly. - Może pan to zrobić.

-Sir.

- Doceniam informację, Lucy.

Rozłączam się, Dublin.

Wyłączył interkom., znów sam w ciszy. Dublińczycy poszli na swój statek. Pożegnać 

się i zabrać swoje bagaże. Siedział w znajomym fotelu patrząc na swoje odbicie w ciemnych 

ekranach i przez chwilę sam siebie nie poznał, ogolony i nieskazitelnie czysty, z długiem 

wiszącym nad głową.

Wciąż wracała do niego twarz Mallory, scena w jej gabinecie na statku. Twarz Talleya 

i spotkanie na Pell.

Znów zaczął odradzać się w nim stary strach. Ponownie spróbował go zdławić.

Połączył dłonie przed sobą, na pustym fragmencie konsoli i obniżył głowę, opierając 

ją na ramionach, usiłując przez chwilę odpocząć i przypomnieć sobie, która jest godzina, w 

długiej, długiej procesji godzin. Pomyślał, że prawdopodobnie przestawił się już na cykl dnia 

przestępnego, albo w jakiś sposób zapomniał spać.

Zrobił to, usnął tam gdzie siedział.

Obudził go komunikator, informacja z doków o nadchodzącym ładunku, na odbiór 

którego powinien się przygotować.

background image

Rozdział 10

Opuszczanie  Dublina  wiązało się ze zgiełkiem pożegnań i kuzynami - przyjaciółmi 

wyglądającymi jakby mieli się rozpłakać. Madame, z cierpliwym wyrazem twarzy, Megan i 

Connie   -   Connie   pociągająca   nosem   a   Megan   -   z   tym   skupieniem   zbieracza   danych   we 

wzroku,   którego   większość   nabierała   jeszcze   w   dzieciństwie,   który   charakteryzował 

zwłaszcza   aktywną   załogę   mostka,   zbyt   zajęta   zbieraniem   danych   by   pokazać   coś   na 

zewnątrz, nawet tracąc córkę. Ale w tym przynajmniej się rozumiały - nie było potrzeby się 

awanturować,  skoro  do  niczego  to   nie  prowadziło.   Allison  objęła  swoją  ciężarną   siostrę, 

słuchając pochlipywań. Jeszcze dłużej obejmowała matkę, poklepując ją po ramieniu.

- Zobaczymy się - powiedziała. - Możliwe, że za niezbyt wiele miesięcy.

- Słusznie - odpowiedziała  matka. A kiedy zaczęła  zbierać  swoje rzeczy i bagaże 

zebrane na stosie u jej stóp, dodała: - Nie ryzykuj.

- Słusznie - odpowiedziała jej, po czym  umieściła na ramieniu kilka toreb, biorąc 

resztę do rąk. Jeszcze raz obejrzała się, by spojrzeć na matkę i siostrę, kiwnęła w odpowiedzi 

na ich machanie i skierowała się na zewnątrz i w dół rury wejściowej do rampy, zostawiając 

trójkę swoich towarzyszy, by sami utorowali sobie drogę przez smutek pożegnań.

Jej odejście miało w sobie element niedorzeczności. Zamiast nieść pojedynczą torbę 

dźwigała ze sobą cały swój dobytek. Nie planowała tego, zaczynając się pakować. Ale w 

trakcie znajdowała wymówki na zabranie tego drobiazgu i tamtego, a ludzie chętnie użyczali 

jej toreb, więc skończyło się na zejściu na rampę ze wszystkim co posiadała. Torby obijały się 

jej o nogi. Zapewne lepiej zrobiłaby zatrudniając kogoś do niesienia tego, ale w sumie nie 

miała daleko, a bagaż, choć duży, nie był specjalnie ciężki. Miała swoje dokumenty, karty i 

taśmę z listem Michaela Reilly'ego informującym, że jego okaziciel - Lucy - jest związana z 

Dublin Again - na wypadek, jak ujął to Stary, gdyby mieli gdzieś problemy kredytowe.

Niech ich Bóg broni przed spotkaniem kogoś żywiącego urazę do Stevensa za jakieś 

grzechy z przeszłości.

Albo   kłopoty   z   wojskiem   w   przestrzeni.   Patrzyła   teraz   na   podróż   ze   znacznie 

mniejszym   optymizmem,   niż   kiedy   ją   obmyślała.   Zgrabna   kontrola   nad   operacją 

zdecydowanie osłabła.

Ale szła, tak jak zrobią to pozostali, z tych samych przyczyn, a jeśli sytuacja tam w 

przestrzeni zrobi się krytyczna, poradzą sobie z nią, ona i jej kuzyni. Nie chciała czekać do 

starości, aż awansuje. Żadne zagrożenie, żaden ból rozłąki nie mógł jej tego pozbawić.

Wciąż szła - pierwsza ze swojej grupy opuszczająca  Dublin  i kierująca się w stronę 

background image

kei Lucy. Musiała wspiąć się do wyjścia awaryjnego i gramolić się z torbami kilka razy tam i 

z   powrotem,   jako   że   nie   była   w   stanie   znieść   ich   wszystkich   naraz.   Była   zmęczona   i 

nachodziły ją wizje  łóżka i  snu. Nie  było  w  ogóle mowy o spędzeniu  ostatniej  nocy na 

Dublinie. Nie było miejsca, pokładowe pomieszczenia sypialne przepełnione były starszyzną. 

Jej odejście podlegało tym samym ograniczeniom, jak całe życie na pokładzie - wieczny brak 

miejsca. Pokonała drogę przez doki niosąc swój bagaż z supłem w gardle i przytłumioną 

złością na porządek świata. Udało się jej spalić gniew, dźwigając swoje torby. A więc do 

widzenia, raz na zawsze. To bolało, ale spodziewała się tego. Bolało też rodzenie i inne 

rzeczy.

Dotarła wreszcie do kei Lucy, zatłoczonej transporterami z ładunkiem, robotnikami i 

Dołowcami,   wszędzie   światła   i   chaos.   Widok   wyłaniający   się   zza   rusztowań   odebrał   jej 

resztki sił. Zatrzymała się na chwilę żeby odetchnąć, po czym zaczęła ukradkowo zbliżać się 

do   tego   bałaganu,   coraz   bliżej   i   bliżej.   Był   tam   Stevens,   w   dokach,   ubrany   w   zużyty 

kombinezon,   wykrzykujący   rozkazy   robotnikom,   którzy   nieprzerwanym   strumieniem 

przetaczali na rampę załadunkową beczki.

Weszła w to, wywołując nagłe zbiegowisko Dołowców, którzy rzucili się na jej torby.

- Wziąć, wziąć to dla ciebie - piszczeli, gdy usiłowała ich powstrzymać.

- Wszystko w porządku - zawołał do niej Stevens: oddała im swój ładunek.

-   Śluza   powietrzna   -   poinstruowała   Dołowców,   przekrzykując   brzęk   i   huk 

zderzających się beczek, a oni świszczeli i bulgotali, po czym odbiegli z bagażem, beztrosko i 

radośnie. Bolały ją kolana.

- Kiedy to się zaczęło? - zapytała Stevensa, który wyglądał na wykończonego.

- Zbyt dawno. Słuchaj, dostałem telefon, że za chwilę dotrze zaopatrzenie. Chcesz mi 

zrobić przysługę, zajmij się tym. Magazyny statku są w rdzeniu, z dostępem od mostka na 

rzeczy do nieważkości, albo, jeśli to rzeczy osobiste lub wymagające ciepła zrzuć w korytarzu 

windy. Do rdzenia można również dać mrożonki, bo na razie nie mamy dostępu do kambuza. 

Będziesz się musiała Przebrać.

-   Jasne.   -   Zebrała   swoje   rezerwy   sił   i   skierowała   się   do   rampy   zająć   się   tym. 

Rozumiała,   że   będzie   tak   przez   następnych   kilka   godzin,   ale   przy   odrobinie   szczęścia 

niedługo dołączy reszta załogi.

Miała nadzieję.

Zaczęły przychodzić zapasy.

***

background image

Curran   i   Neill   nadeszli   razem,   wykazując   wyraźne   objawy   braku   snu;   Deirdre 

nadciągnęła  ostatnia, kiedy większość poważnej pracy była  już skończona, a ze Stevensa 

został   ledwie   cień   bez   głosu,   kontrolujący   końcówkę   załadunku   z   szefem   robotników, 

podpisując dokumenty. Większość z tego była jego pracą - musiała być, jako że był jedynym, 

który znał statek: kształt ładowni, przebieg szyn i jak ułożyć ładunek, aby był dostępny na 

Venture.

W końcu wszyscy dociągnęli się do sypialni, spoceni i zmordowani, Stevens idący na 

końcu. Allison usiadła na jednej z ław, upuszczając garść rzeczy osobistych, które uparła się 

zabrać na główny poziom. Siedziała pomiędzy podobnie obciążonymi kuzynami i przyglądała 

się Stevensowi, który opadł przy czwartej konsoli na mostku wywołując biuro zarządcy portu, 

by zgłosić status i nakarmić komputer manifestem - kwestia wsunięcia dokumentu do skanera 

i odczekania, aż urządzenie zgłosi jego odczytanie.

A więc zaokrętowali się. Siedzieli zbyt zmęczeni, by się ruszyć. Neill rozciągnął się 

na ławie, kładąc sobie pod głowę jakąś miękką torbę.

- Nadal mamy wylecieć o dziewiątej zero zero? -zapytała Allison. - Masz już te mapy?

Stevens kiwnął głową.

- Prześpię się trochę i je wprowadzę.

- Musimy jakoś zorganizować nasz czas. Zostaniesz z Neillern i Deirdre na dzień 

główny, a ja z Curranem obejmiemy dzień przestępny.

Skinął ponownie, akceptując to.

- Jest czwarta. Niezbyt wiele czasu na odpoczynek - pomyślała o butelce, którą miała 

w bagażach, zgięła się i pogrzebała w jednej z toreb. Znalazła ją i wydobyła, po czym otwartą 

w   impulsie   samopoświęcenia   podała   Stevensowi,   sięgając   nad   kojami   do   konsoli   numer 

cztery.

- Dzięki - powiedział. Pociągnął łyk i podał z powrotem. Napiła się, po czym butelka 

powędrowała do Currana i Deirdre; Neill już spał, rozciągnięty na ławie. Nikt nic nie mówił. 

Osuszyli butelkę podając ją sobie w kółko z rąk do rąk, ale na długo zanim jeszcze Curran i 

Deirdre osiągnęli jej dno, Stevens usnął tam gdzie siedział, z głową opartą na poklejonym 

taśmą plastiku, zjedna ręką luźno zwisającą z oparcia fotela.

- Może powinniśmy go przenieść - Allison zasugerowała Curranowi i Deirdre.

- Sam się nie mogę ruszyć - odpowiedział Curran. Kiedy się nad tym zastanowiła, 

doszła do wniosku, że ona też. Żadnego szukania koców, nic, żeby zwiększyć komfort nagiej 

pryczy. Curran przygotował sobie na pryczy gniazdo ze swoich bagaży, a Deirdre przykryła 

się wydobytą z torby kurtką.

background image

Allison obejrzała dno butelki i odstawiła ją, po czym wybrała miękką torbę i użyła jej 

w  charakterze  poduszki,  czując  gdzieś   we wnętrzu  tęsknotę   za  Dublinem  i  zmianą  stanu 

rzeczy.

Łaty w tapicerce, plamy na panelach... teraz widziała wszystko. Blizny, których statek 

nabierał z zaniedbania. Z łatania na byle jak.

Boże,   systemy   awaryjne,   o   których   mówił   Stevens:   wychodzili   o   świcie   dnia 

głównego   i   nie   było   sposobu,   żeby   mogli   je   zainstalować   na   czas.   Chciał   je   uruchomić 

podczas lotu, prawdopodobnie sądził, że to drobiazg.

Ładunek wojskowy. Beczki, które dostali były zapieczętowane. Najprawdopodobniej 

chemikalia. Sprzęt do podtrzymania życia, elektronika. Rzeczy, których potrzebowała stacja 

podczas przywracania do stanu używalności.

Ale zaangażowanie Mallory - zainteresowanie wojskowych  Lucy  - czuła się o wiele 

mniej bezpiecznie odlatując, niż się spodziewała.

Zastanawiała się, co ich czekało, jeśli to Mallory była wrogiem Stevensa. Jej umysł 

odmawiał działania, wykończony pracą i alkoholem. Co, jeśli wszedł w drogę Mallory? Nie 

było sposobu, by się dowiedzieć. A ona prowadziła w to swoich ludzi.

Usnęła z zaciśniętymi pięściami. Ciężka była ta pierwsza noc na Lucy.

background image

Rozdział 11

Wychodzili.

Sandor siedział na swoim stanowisku, wykonując znajome czynności. Powstrzymał 

się   przed   włączeniem   komunikatora,   przed   wykonaniem   tysiąca   czynności,   które 

przyzwyczajony   był   robić   równocześnie.   Tym   razem   żadnej   taśmy   na   przełącznikach; 

kompetentne głosy dublińczyków ze wspólnym akcentem, którego dopracowywał się każdy 

statek z izolowanymi rodzinami, których całe generacje żyły na pokładach. Słyszał ich lewym 

uchem, podczas gdy komunikaty stacji odbierał ze słuchawki wsadzonej w prawe. Odpręż się, 

powtarzał   sobie   ciągle.   To   było   jak   kierowanie   statkiem   na   odległość,   z   zupełnie   innym 

zestawem sprzętu... Allison siedziała w fotelu numer dwa, a głosy Currana, Deirdre i Neilla 

dawały   mu   wszystkie   informacje,   których   potrzebował,   wyprzedając   pytania.   Zupełnie 

inaczej   niż   z   pomocą,   którą   dotychczas   miewał   na   pokładzie   -   przewidujący   pytania, 

wiedzący czego będzie potrzebował jakby czytali w myślach, ponieważ byli dobrzy.

- No to lecimy - powiedziała Allison, puszczając na ekran Dublin. - Pożegnamy się na 

trochę.

Kolejny głos mówił do jego prawego ucha, przekazywany przez stację: to życzenia 

powodzenia z Dublina.

-   Odpowiedź   -   Allison   wydała   polecenie   Neillowi   i  radio   wysłało   wiadomość   z 

odpowiedzią.   Ale   nie   przerwało   to   działania.   Żaden   ruch   nie   został   zaniechany;   dane 

nadchodziły, a statek wykonywał powolny obrót, manewr w dryfie.

- Ładunek bezpieczny - poinformowała Deirdre. - Żadnych trudności.

- Zrozumiałem. Przygotować się na rotację.

- Tak jest.

Wcisnął   klawisz.   Zaskoczyła   blokada   i   rozpoczęło   się   powolne   przemieszczanie 

kabin, przesuwanie pośladków i poprawianie ciał w fotelach oraz przeorientowywanie pojęć 

góry i dołu. Nabierali przyspieszenia i dość siły odśrodkowej, by znów można było poruszać 

się po całym statku.

- W porządku - powiedział,  kiedy ich status  został  przekazany na stację, która w 

odpowiedzi potwierdziła poprawność odczytów i zezwolenie na opuszczenie systemu.

- Trzeba zainstalować te układy. Przekaż cały skan na drugą konsolę i zajmiemy się 

tym.

-   Boże   dopomóż   -   wymamrotał   Curran,   ale   zrobił   o   co   go   proszono   i   ostrożnie 

wydostał   się   ze   swojego   siedzenia,   w   czasie   kiedy   Sandor   robił   to   samo.   -   Zawsze   tak 

background image

dokonujesz napraw?

- Lepsze to od płacenia stawek dokowych - odpowiedział Sandor. - Mam nadzieję, że 

dali nam działającą jednostkę.

Curran potrząsnął głową.

Mieli czas, całe mnóstwo, lecąc spokojnie w stronę strefy skokowej Pell. Otaczały ich 

hałasy komunikatów stacji, pogawędka z przylatującym statkiem kupieckim  Pixy II,  nazwa 

znana w całym Poza i muzyka innych nazw, Jak Mary Gold i kontenerowiec Kelly Lee. Oraz 

niespodziewanie jeszcze ktoś.

-  Norwegia  wylatuje   -   poinformował   ich   Neill.   Przez   chwilę   serce   Sandora 

przyspieszyło.   Siedział   nieruchomo,   oparty   o   fotel   stanowiska   skanera,   ale   ten   przypływ 

paniki wynikał tylko z przyzwyczajenia.

-   Ma   własne   sprawy,   jak   przypuszczam   -   skomentował   i   cicho   przestawił   się   z 

powrotem na kwestie związane z instalowanym modułem.

Nosiciel minął ich, jakby tkwili nieruchomo. Deirdre sączyła podgląd z kamery na 

ekran,   ale   nie   było   do   oglądania   nic   oprócz   smugi   poruszającej   się   z   coraz   większą 

prędkością.

- Zobacz, czy będziesz mogła dostać ich kierunek - Allison poprosiła Deirdre.

Stacja odmówiła odpowiedzi.

- Utajnili to. Nie jest uwzględniona na mapach, a skaner dalekiego zasięgu jej nie 

wyłapie.

- Założę się że nie - wymamrotał Sandor. - Przypuszczam że poleciała na polowanie 

tam gdzie my.

Nikt   tego   nie   skomentował.   Od   czasu   do   czasu   spoglądał   w   stronę   Allison, 

podejrzewając, że ręce, w których była teraz Lucy, nigdy jeszcze nie prowadziły statku przez 

żadną procedurę. Jednak była kompetentna, wiedziała co należy robić i nie popełniała błędów, 

choć niewiele było ich do zrobienia w sytuacji, z którą równie dobrze mógł sobie poradzić 

autopilot. Nie zadał tego pytania: Allison i pozostali mieli swoją dumę. to było pewne - ale 

miał wrażenie, odebrane z wyrazu oczu Allison Reilly, kiedy przekazał jej kontrolę, błysk 

paniki i pragnienia jednocześnie, napięcia, które nie przypominały kompetencji jaką wykazała 

wcześniej.

Czyli obsługiwała przynajmniej symulatory, albo obsługiwała urządzenia na mostku 

wspomagającym,   na   statku   o   rozmiarach  Dublina,  powtarzając   ruch   po   ruchu   czynności 

sternika. Poradzi sobie.

Ale   podniósł   się,   kiedy   zobaczył   jak   sięga   do   komputera,   próbując   dostać   się   do 

background image

systemu nawigacji, po czym opada na oparcie swojego fotela.

- Nie udostępniłeś  kluczy do komputera  - powiedziała.  - Nie mogę  się dostać  do 

funkcji nawigacyjnych z poziomu ogólnego.

- Lepiej jeśli ja poprowadzę skok - odpowiedział. - Tym razem. Znam statek.

Popatrzyła na niego, ruch oczu odbity w znajdującym się przed nią ekranie.

- Dobra - zgodziła się. - Przeprowadzisz mnie przez to?

Został tam gdzie był, zastanawiając się nad tym, nad rzeczami ukrytymi  głębiej w 

komputerze.

Ross... Ross, co teraz?

Nie masz nic przeciwko? - dodała, kontynuując wcześniejszy temat.

A więc nadeszło.

-   Pozwól   że   ja   to   zrobię   tym   razem   -   odpowiedział.   -   Powinnaś   być   w   dniu 

zamiennym. Może wykorzystaj ten czas teraz i pójdź się przespać. Przejmiesz go po skoku.

- Zrozum, chciałabym przejść przez przygotowania.

- Czy nie mówiłem ci, kto ustala porządek na tym statku? Idź. Odpocznij trochę.

Przez chwilę nic nie mówiła, siedząc do niego plecami. Stał w miejscu, niewzruszony. 

W końcu przełączyła sterowanie na auto i podniosła się z fotela. Urażona duma. Było to 

widać w każdym ruchu.

- Kabiny są w górę krzywizny w tę stronę - powiedział próbując udawać, że niczego 

nie zauważył, usiłując zamaskować to uprzejmością. Dostatecznie bolesne było otwieranie 

kabin, więcej niż jednej, którą oferował swoim tymczasowym pomocnikom. (- Ja śpię na 

mostku - zawsze im powtarzał: i robił to, ulokowany w sypialni przeznaczonej do spania 

podczas postoju na stacji, drzemiąc w nocy, ponieważ pójście do kabiny i zamknięcie się z 

dala od tego co działo się na mostku... za dużo mogło stać się złego. - Szaleniec - mamrotali 

za jego plecami. I ta myśl zawsze go przerażała).

-   Weź   którą   chcesz.   Nie   mam   własnej.   Curran   -   powiedział,   odwracając   się   od 

zimnego spojrzenia Allison, by odkryć, że pozostali patrzą na niego w ten sam sposób.

(- Szalony - mówili o nim, kiedy okupował mostek w ten sposób).

-   Zrozumcie,   poprowadzę   go   przez   skoki   podczas   tego   lotu.   Znam   swój   statek. 

Porozmawiamy, kiedy przyjdzie do podróży powrotnej.

- Nie chciałam przeprowadzać skoku - odpowiedziała Allison. - Ale nie będę się o to 

kłócić.

Odeszła, wymacując drogę wzdłuż konsoli, w stronę korytarza. Podszedł, zalogował i 

wyłączył   wszystkie   zamki   w   całym   statku   i   odwrócił   się,   by   popatrzeć   na   Currana   i 

background image

pozostałych zgromadzonych przy konsoli, gdzie instalowali nowe systemy. Obraził dumę ich 

numeru   jeden   rozumiał   to.   Ale   z   czasem   będzie   mógł   wyczyścić   komputer,   wydobyć 

procedury skoku z ustawień Rossa. A co do innych rzeczy... to był handel, cisza wypełniana 

przez Rossa na żywe głosy.

Uciszenie   tych   programów,   oddzielenie   głosu   Rossa   od   tysięcy   funkcji,   które   mu 

przypominały, mówiły do niego... Dzień dobry Sandy. Czas wstawać...

Albo   zapieczętowane   kabiny,   w   których   mieszkali   Kreja,   pomieszczenia   wciąż 

zawierające rzeczy osobiste... rzeczy, których nie chcieli mazianowcy, rzeczy, których nie 

schowali pod panelami. I strych, gdzie była Madame i dzieci...

- Curran - odezwał się, wyzywając najgorszego, ale próbując ukryć to co już się stało. 

- Ty też jesteś na zmianie Allison. Dowolna kabina.

Curran wbił w niego wzrok i oderwał się od naprawy.

-   To   zainstalowane   -   odpowiedział.   Był   uprzejmy.   Ale   w   jego   głosie   nie   było 

miękkości. - Co z pozostałymi?

- Zajmiemy się tym. Odpocznij trochę.

My.   Neill   i   Deirdre.   Ich   spojrzenia   były   takie   same   jak   Currana,   a   w   korytarzu 

niespodziewanie ponownie pojawiła się Allison.

- Tam  są jakieś  rzeczy  - powiedziała   nie  narzekając,  informując.  -  Czy to  twoje, 

Stevens?

-   Używaj,   jeśli   masz   ochotę.   -   Składał   ofiarę,   oferował.   -   Albo   spakuj   je,   kiedy 

będziesz miała na to siłę. To rzeczy pozostawione przez moją rodzinę.

- Boże, Stevens. Ile lat?

- Po prostu je przesuń. Użyj ich, albo spakuj, jak ci wygodniej. Możecie się zebrać 

razem i zdecydować, czy cokolwiek z tych kabin przyda się wam. Nie pozostało ich zbyt 

wiele.

Cisza. Allison nadal stała w wejściu.

- Zajmę się tym - powiedziała w końcu. Odeszła już nie tak sztywna, jak za pierwszym 

razem. A pozostali, kiedy się obejrzał - zrobili się spokojniejsi. Jakby dotąd nie wierzyli, że 

rzeczywiście byli jacyś inni.

Albo, tak jak pozostali pasażerowie myśleli, że to dziwny statek. I jeszcze dziwniejszy 

kapitan.

- Schodzę z mostka - zgłosił Curran, i podążył za Allison.

Neill i Deirdre zostali z nim, wyglądając na lekko zaniepokojonych.

- Zainstalować następny? - zapytał Neill.

background image

- Zróbcie to - odpowiedział. - Muszę przygotować skok.

Odwrócił   się   i   opadł   na   fotel   wciąż   ciepły   od   ciała   Allison.  Lucy  leciała   na 

automatach, spacerowym tempem przechodząc przez system Pell.

Po Norwegii nie było już śladu. Stacja nie podawała o niej żadnych informacji.

Dla   statku   kupieckiego   wypełnionego   ładunkiem   dystans   do   punktu   skokowego 

stanowił długą drogę. Łatwo przygotować koordynaty. Obejrzał mapy, wyłączył dźwięk w 

komputerze i uruchomił niezbędne programy, po czym zaczął przegryzać się przez instrukcję, 

próbując odkryć, jak na dobre uciszyć komputer.

Nagram to na taśmę Ross. Dla siebie. Nie pomiń niczego, żadnego programu. Wymyśl  

jak udostępnić to wyłącznie z mojej kajuty.

Ale Ross znał komputer w stopniu, którego on nigdy nie osiągnął; Ross robił rzeczy, 

których   on   nie   rozumiał,   zainstalował   je   i   wplótł   we   wszystko   głos   w   sposób,   którego 

usunięcie przekraczało jego umiejętności.

Ach   Ross,   tego   jest   za   dużo.   Wszędzie,   wszystko.   Cała   troska  -  żeby   zająć   się 

wszystkim za mnie - nie potrafię tego odkręcić. Nie istnieje kasowanie na tym poziomie; nie  

bez wchodzenia w system i przestawiania jednostek...

A Lucy nie może przestać działać...

-  Zrobione - Neill pochylał się nad nim zza fotela, zaskakując go niespodziewanym 

odezwaniem się. - Zrobiliśmy to. Masz jakiś problem?

- Sprawdzam.

- Pomóc ci?

- A może też się prześpisz?

- Ty gorzej wyglądasz.

- Wszystko w porządku. - Gładki, swobodny ton.

Jego ręce miały skłonność do drżenia, ale próbował to ukryć. - Już tu kończę.

- Słuchaj, znamy nasz fach. Jesteśmy w tym dobrzy.

- Nie wątpię w to.

Z drugiej strony fotela wyłoniła się Deirdre.

- Przyjmij pomoc. Może ci się przydać.

- Poradzę sobie z tym.

- Jak długo planujesz sobie z tym radzić? - zapytał Neill. - To nie jest samotny lot.

- Jeśli chcecie pomóc, przygotujcie dawki leków na skok.

- Czy coś tu jest nie w porządku?

- Nie.

background image

- Dawki narkotyków są zaraz obok, w magazynie - powiedział Neill. - Nie ma z tym 

żadnych problemów.

- To dobrze.

- Stevens, jesteś tak zmęczony, że trzęsą ci się ręce.

Wbił wzrok w ekran. Sięgnął i zmazał wszystko co wcześniej wywołał. Potwierdzone 

bezdźwięczną komendą. Zawsze było. Takie były ustawienia.

- Czemu trochę nie odpoczniesz?

- Muszę przygotować skok - odpowiedział. Sięgnął i ponownie zablokował system, 

tyle mógł zrobić. - W porządku, wy dwoje przejmujecie, dobra? - Podniósł się z miejsca i 

potknął, ale został złapany przez Neilla za ramię. Strząsnął pomocną rękę i otępiale poszedł w 

stronę pryczy, by się położyć.

Śmialiby się z niego, pomyślał. Wyobraził sobie jak słuchają głosu zwracającego się 

do chłopca którym był, i weszliby w całą jego prywatność. I tak to zrobili, w kabinach.

Nie powinien był tak reagować, należało zdjąć blokadę i pozwolić jej i pozostałym 

usłyszeć   to,   jako   coś   naturalnego.   Ale   oni   planowali   zmiany   na  Lucy;  planowali   zrobić 

rzeczy,  które   zmienią   wszystko   nieodwołalnie.   Wyczuwał   to.   Nie   mógł   pozwolić   im   na 

zaczynanie od Rossa.

Być może, jak mówili inni, był szalony. Samotność mogła do tego doprowadzić, i być 

może spotkało go to już dawno temu.

Brakowało mu głosu Rossa, kiedy kładł się do snu. Wystraszyło go to odkrycie, ale 

znacznie bardziej martwiło go, że odkryją jakie te głosy mają dla niego znaczenie, niż sam 

fakt dowiedzenia się o nich. Nie był całością, i nigdy dotąd się to nie ujawniło - nawet wobec 

niego samego.

Nie spał. Leżał marznąc, zbyt zmęczony by wstać i przynieść koc, spięty, z wysiłkiem 

próbując   się   odprężyć.   I   słuchał   głosów   dublińczyków   przy   sterach  Lucy,  dwojga   ludzi 

wymieniających ciche żarty i cieszących się chwilą. Cali i zdrowi. Nikt na Dublinie nie miał 

blizn z przeszłości. Ale wojna nigdy ich nie dotknęła. Były rzeczy, które łatwiej byłoby mu 

powiedzieć Mallory niż im, w ich radosnej błahości.

Mallory nie wiedziała jak się śmiać.

***

Osiągnęli zadaną prędkość i wyłączył się silnik wewnątrzsystemowy. Allison wyczuła 

to, poprawiła się w łóżku i ponownie odpłynęła.

Obudziła się później z uczuciem, które miało się budząc się w noclegowniach, że jest 

background image

się w niewłaściwym miejscu, wypełnionym dziwnymi dźwiękami i zapachami.

Lucy. Nie Dublin, lecz Lucy. Stało się nieodwracalne. Pomacała konsolę przy łóżku w 

poszukiwaniu włącznika światła i rozjaśniła pomieszczenie na ile mogła, rozglądając się po 

nim - kabina miała dwa metry na cztery, ale w szafce i magazynku były graty: szczotka i 

grzebień ze śladami włosów w kolorze blond, kilka swetrów, bielizna, para starych butów i 

inne rzeczy, po prostu pozostawione. I zimne... Ogrzewanie włączono może dzień wcześniej i 

ciepło nie dotarło jeszcze do szafek. Kobieca kabina. Nowsza i czystsza niż reszta statku, 

jakby statek się zużył, a kabina nie.

Piraci, powiedział  Stevens, piraci zabili ich wszystkich.  Jeśli była  to jedna z tych 

rzadkich chwil, kiedy mówił prawdę.

Nie został ślad po nazwisku, nie wiedziała jaka była ta kobieta - w jakim wieku, jak 

miała na imię. Nie była na odmładzaczach - włosy były koloru blond. Takie jak Stevensa.

Czy jak tam brzmiało jego prawdziwe nazwisko.

I w jaki sposób jeden człowiek przeżył to, co spotkało pozostałych? Martwiła ją ta 

sprawa: czemu, jeśli piraci dostali pozostałych, on przeżył. Albo jak dawno to było, skoro 

statek ma wyraźne ślady zużycia poza kabinami. Pytania i pytania. Ten człowiek był zagadką. 

Przekręciła się w łóżku, przypominając sobie noce w hotelu i zaczęła się zastanawiać, czy 

Stevens   chciał   to   ciągnąć   również   na   statku,   w   kabinach   które   nie   były   do   tego 

przystosowane.

Nie teraz, pomyślała, nie w tym miejscu. Nie w łóżku martwej kobiety, na statku 

pełnym   pułapek.   Nie,   do   czasu   aż   wyjaśni   się   w   co   wpakowała   swoich   ludzi.   Była 

zobligowana do myślenia, do trzymania wszystkich opcji otwartych. A trzymanie Stevensa w 

stanie wytrącenia z równowagi wydawało się być dobrym pomysłem.

Poza   tym,   mieli   interesy   i   mało   czasu   na   wyjaśnianie   stosunków   osobistych, 

poznawanie się, kłótnie czy cokolwiek innego poza statkiem, który mieli w rękach.

Statek, dobry Boże, statek. Całą sobą pragnęła dostać w ręce stery. I miała ze sobą 

kuzynów, którzy sprzedaliby dusze piekłu za godzinę przy sterach  Dublina.  Nie mogła się 

teraz wycofać, by czekać na Dublinie przez resztę bezczynnego życia.

Jej  stanowisko. Zdobyła  je również  dla  nich, zrobiła  dla  nich więcej  niż mogliby 

oczekiwać przez całe życie. I należeli do niej, bardziej niż mogły związać rodzina i statek. 

Jeśli  kazałaby im wyjść w próżnię, wyszliby - i to była  odpowiedzialność,  która na niej 

spoczywała - ten Stevens, który uważał, że ma u niej szczególne względy. Jej kuzyni mogli 

źle   odczytać   wskazówki,   próbować   z   nim   ryzykować.   Nie,   żadnego   spania   ze   sobą   na 

pokładzie, żadnego mieszania im w głowach, dając mu taryfę ulgową tam, gdzie może nie 

background image

powinni. To nie były doki, gdzie dublińczyk mógł wezwać pomocy ściągając setki siejących 

chaos kuzynów. Inne reguły,  inne niebezpieczeństwa. Nie pojmowała  tego w ten sposób, 

zanim nie przyjrzała się pozostałym. Ale wiedziała że gdzieś blisko śpi Curran, w czyimś 

innym opuszczonym łóżku, i trochę się tym martwiła. A inni...

Obróciła się na brzuch, przyjrzała nieznanej konsoli i wywołała komputer.

Nic. Ekran w pokoju pozostał nieaktywny.

Wcisnęła interkom jeden, co powinno ją połączyć z mostkiem.

- Allison z kabiny dwa. Nie mam dostępu do komputera.

Przedłużająca się cisza.

W jednej  chwili  wszystko  się zawaliło.  Zakładane  bezpieczeństwo  przebywania  w 

systemie Pell, wciąż w cywilizowanych okolicach... założenie, że prawdopodobnie istniały 

rozsądne wyjaśnienia dla rzeczy, które zostały zrobione i powiedziane... wyskoczyła z łóżka z 

sercem walącym w panice i zaczęła zakładać ubranie.

Mógł   być   maniakiem;   wariatem,   który   mógł   skrzywdzić   ich   wszystkich...   Nie 

wiedziała,   jaki   naprawdę   jest   Stevens,   albo   do   czego   jest   zdolny.   Kłamca,   złodziej... 

Rozejrzała się za jakąś bronią.

- Allison - usłyszała w interkomie głos Neilla. - Mamy gotowy lunch.

- Neill? - serce się uspokoiło. W pierwszej chwili było jej za siebie wstyd.

Po chwili myślała już, że głupotą było niezabranie ze sobą bagaży do kabiny. Miała 

tam nóż, zwykły, ogólnego zastosowania, ale zawsze to jakaś broń. Nigdy nie pomyślała o 

zabraniu ze sobą broni, ale teraz, po tym co zobaczyła... śpiąc w kabinie, która mogła stać się 

pułapką, jeśli ktoś przy konsoli wciśnie odpowiednie klawisze.

- Idziesz? - zapytał Neill.

- Idę - odpowiedziała.

***

Tak było jednak lepiej, zdecydował w końcu Sandor, kiedy usiedli wszyscy razem w 

sypialnej części mostka, z tacami trzymanymi  na kolanach i krążącą między nimi butelką 

dobrego wina. Był to rodzaj nierzeczywistego obrazu, którego nigdy nie wyobrażał sobie, że 

zobaczy na pokładzie Lucy. Siedzieli jak rodzina, jedli rzeczy na które nie było go stać - Neill 

wyciągnął coś z zapasów na specjalne okazje, wino chłodziło się od załadunku; a wszystko to 

działało na jego pusty żołądek i napięte nerwy z kojącym efektem. Przysłuchiwał się żartom 

dublińczyków i widział uśmiech na twarzy Allison, co było najlepsze ze wszystkiego.

- Słuchaj - powiedział później, dołączając do niej, kiedy przenosiła swoje torby do 

background image

kajuty. Spotkali się przy wejściu na korytarz. - Allison - chciałbym żebyś wiedziała... wtedy 

przy sterach - nie pomyślałem jak to mogło zabrzmieć. Przepraszam za to.

- Nie musisz chodzić przy mnie na palcach.

- Czy mogę ci z tym pomóc?

Obrzuciła go szybkim spojrzeniem ciemnych oczu.

- Z ukrytym celem? Nie sypiam z nikim podczas podróży.

Zamrugał dotknięty, niepewny, jak to przyjąć - chwilowy nastrój, nic innego.

- A więc cóż - powiedział. - Nie skończyło się przeprosinami... Allison, mam nadzieję, 

że nie jesteś zła na mnie.

- Kwestia zasad. Po prostu nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

- To trudne, wiesz o tym.

- Nie wydaje  mi się, żebym  dobrze się czuła dzieląc  dowodzenie  i łóżko. Nie na 

statku. W noclegowni to co innego.

- Jakie dowodzenie? To dom. To...

- Może na Dublinie panują inne zwyczaje. Może na tym statku jest inaczej. Ale nie da 

się   zmienić   przyzwyczajeń   tak   szybko.   Wiesz   Stevens,   mogę   dzielić   łóżko   w   hotelu   z 

uczciwym próżniowcem i nie dbać jak się nazywa, ale na statku, w jakiś sposób idea dzielenia 

łóżka z mężczyzną, którego imienia nie znam...

- Wręczyłaś mi pół miliona nie wiedząc...

- Uważam się za bezcenną. Jedyna w swoim, rodzaju.Nie można mnie kupić.

- Nic takiego nie powiedziałem.

- Jasne, że nie.

- Allison, na miłość boską, wywracasz wszystko do góry nogami. Jesteś w tym dobra.

- Racja. Więc wiesz już, że nie możesz mnie sobie ustawić. - Przecisnęła się z torbami. 

Złapał taśmę na jej ramieniu i ściągnął z niej połowę obciążenia, a ona obejrzała się na niego 

odrzucając włosy. - Nie bierz na siebie tak dużo.

- Tylko bagaż.

- Nie potrzebuję pomocy. - Sięgnęła po torby, które trzymał, ale nie udało się jej ich 

odzyskać. - Zostaw je w korytarzu. Wezmę je za chwilę.

- Nie przyjmujesz żadnej pomocy, prawda?

Odeszła.

-   Od   mężczyzny,   który   wziął   pół   miliona   kredytów   i   nawet   nie   podziękował...   - 

Zatrzymała się i obejrzała do tyłu, kiedy ruszył za nią z torbami, prawie się z nią zderzając.

- Słowa ciężko przechodzą ci przez gardło, prawda, Stevens?

background image

- Dziękuję - powiedział. - Czy to wystarczy?

- Po prostu przynieś torby. - Odwróciła się, podeszła do swoich drwi i otworzyła je 

wrzucając swój dobytek do środka, po czym odsunęła się wskazując mu ręką wejście.

Rzucił je za wcześniejszymi

- Co z podziękowaniem? - zapytał.

- Dzięki - zamknęła drzwi, pozostając na korytarzu.

-   Słuchaj,   naprawdę   myślisz,   że   musimy   aż   coś   takiego   przechodzić,   żebyś 

powiedziała mi nie? Potrafię przyjąć odmowę. Rozumiem cię.

- Jak się naprawdę nazywasz? - Ciche pytanie. Uczciwe.

- Myślisz, że to zmieni twoją decyzję?

- Niekoniecznie. Ale myślę, że powie to coś o wzajemnym zaufaniu.

- Na imię mam Sandor. Uniosła brwi.

- A więc nie Ed.

- Nie.

- Po prostu - nie. Więc nic więcej?

Zadygotał.

-   Masz   rację.   To   nie   stacja,   prawda?   -   Popatrzył   w   ciemne   oczy,   te   same   które 

zobaczył   pewnej   nocy   w   barze   na   Vikingu   i   był   tak   samo   zagubiony   zablokowany 

wewnętrznie jak wtedy. - Nie można tak łatwo wyjaśnić spraw, które są bardzo poplątane.

- Nie można - zgodziła się. - A więc zrozum: mogę spać z tobą, kiedy dolecimy na 

Venture. Mogę też spać z kimś innym. Rozumiesz? Przyszłam do ciebie, ale weź też pod 

uwagę, że przyszłam z pożyczką.

- Nigdy - odpowiedział - tego nie brałem pod uwagę.

Kiwnęła głową.

- Więc podejdźmy do tego wolniej, znacznie wolniej.

- Ustalmy, że będę chciał wrócić do tego na Venture.

Patrzyła na niego przez chwilę i część napięcia z jej ramion znikła.

- W porządku - powiedziała. - Dobrze. Podoba mi się ten pomysł.

- To znaczy?

- Po prostu nie odpowiada mi inna ewentualność.

- Może kiedyś zmienisz zdanie?

- Nie naciskaj.

- Nie naciskam. Pytam tylko, czy możesz kiedyś inaczej na to spojrzeć.

- Sposób, w jaki na mnie patrzysz, Stevens...

background image

- Sandor.

- ... zaciekawia mnie.

- Rozumiem jak się czujesz. Co do funkcjonowania statku - nie pomyślałem jak to 

wyglądało. Wiem, że znasz się na rzeczy. Po prostu myślałem... Są po prostu pewne sprawy 

związane   ze   statkiem,   których   jeszcze   nie   wyjaśniłem.   Nic   wielkiego.   Po   prostu   muszę 

zrezygnować ze starych przyzwyczajeń. I radzenia sobie z rodzajem załogi, jaki zazwyczaj mi 

się nie trafiał.

Zacisnęła usta w sposób jakby przygotowywała się do powiedzenia czegoś złośliwego, 

ale zrezygnowała. Wyglądało, jakby jej umknęło to, co chciała powiedzieć.

- W porządku. To też mogę zrozumieć. Mógłbyś naprawić mój komputer, skoro już tu 

jesteś?

Na chwilę stanęło mu serce. Atak z nieoczekiwanej strony.

- Zajmę się tym, obiecuję. Po skoku.

- Blokada bezpieczeństwa?

- Wydawało się to dobrym pomysłem, kiedy miałem na pokładzie nielicencjonowaną 

załogę.

- Cóż, to kwestia kluczy do komputera, prawda?

Konwersacja toczyła się w stronę, która mu zdecydowanie nie odpowiadała.

- Słuchaj, nie mamy dość czasu, żebym je wszystkie powyłączał, a ty żebyś mogła je 

zapamiętać. Zbliżamy się do wyjścia.

- Czy jest może coś, o czym powinnam wiedzieć?

- Może martwię się trochę, kiedy mam obcych na pokładzie. Może to coś podobnego 

do twoich nastawień...

Znów usztywniła plecy.

- Może lepiej to sobie wyjaśnijmy od razu.

- Nie mówię ot, tak sobie. Jestem śmiertelnie poważny. Te kody to wszystko co mam, 

wszystko między mną i ludźmi, których nie znam aż tak dobrze. I może to sprawia, że jestem 

trochę nerwowy.

Przynajmniej przestała być obrażona. Ale nadal czujna.

- Czyli boisz się, że poderżniemy ci gardło.

- Czyli może chcę się nad tym zastanowić.

-   Och,   odrobinę   na   to   późno.   Jesteśmy   już   na   tym   statku.   I   rozmawiamy   o 

bezpieczeństwie. Naszym bezpieczeństwie. Jeśli coś pójdzie źle na mojej wachcie, to chcę 

mieć te kody. Żadnych nonsensów.

background image

- Posłuchaj, zróbmy najpierw skok. Dam ci potem listę.

- Podczas skoku, kiedy będziemy bezbronni. Nie uważam dostępu do komputera za 

coś podlegającego negocjacjom. - Dźgnęła kciukiem w stronę drzwi swojej kabiny. - Chcę, 

żeby mój komputer działał. Chcę zdjęcia wszelkich blokad na statku. I chcę, żebyś spisał cały 

system, żebyśmy mogli się go nauczyć na pamięć.

- Nie mamy na to czasu. Słuchaj co mówię. Przeprowadzę  Lucy  przez ten skok, nie 

chcę na ten temat żadnych dyskusji. Zobaczę, jak sobie z nią radzisz i może będę się czuł na 

tyle bezpiecznie, żeby to zrobić. Wyglądasz na dobrą. Ale wydaje mi się, że nigdy dotąd nie 

obsługiwałaś nic poza symulatorami. I będę spał na mostku jeśli będę musiał, żeby upewnić 

się, że nikt nie popełni błędu. Przykro mi, jeśli rani to twoją dumę. Ale nawet ja nie mam do 

końca pojęcia, jak będzie się zachowywać Lucy z pełnym ładunkiem.

- Nie masz? - Podejrzliwość.

Nagłe napięcie uwagi.

- Zdejmę blokady, kiedy będę wiedział z kim pracuję.

- Wcisnął ręce do kieszeni i zaczął  się oddalać, żeby przerwać dyskusję. Instynkt 

zmusił go do ponownego obrócenia się, z ofertą pokojową. - Tak, jestem draniem. Ale nie 

jesteście przyzwyczajeni do Lucy, pod wieloma względami. Nie dociągnąłem jej tak daleko, 

czy wziąłem was na pokład tylko po to, żeby z wami zginąć. Nie, dziękuję. Proszę cię... was 

wszystkich, o przybycie na mostek, kiedy będziemy wchodzili w skok.

-  W  porządku   -  powiedziała.  Cicha  zgoda.   Ale  w  oczach  wciąż  miała   rezerwę.  - 

Przyjrzyj się nam. Zobaczysz jak to jest. Symulatory, prawda. I mostek wspierający. Ale złap 

mnie na pomyłce, spróbuj tylko.

- Nie spodziewam się tego - odpowiedział łagodnie.

- Nie sądzę.

-.Po prostu jesteś ostrożny, prawda?

- Jestem ostrożny.

***

Podeszli w rejon skoku kilka godzin później,  z  powolną zmianą cyfr  na ekranie - 

łagodne   podejście,   łatwe.   Sandor   sprawdził   wszystko   dwukrotnie   i   poprosił   o   dane   ze 

stanowisk   wspomagających,   ponieważ   skok   z   pełnym   ładunkiem   był   zupełnie   innym 

rodzajem operacji. Pełne ładownie, nieznany punkt skokowy - było mnóstwo powodów, dla 

których mógł się cieszyć z dodatkowych rąk do pomocy.

-   Ustawione   -   powiedział   do   Allison,   która   zajmowała   stanowisko   numer   dwa.   - 

background image

Sprawdź te dane, dobrze?

- Już to robię - odpowiedziała. - Jedną minutkę. Liczby powróciły do niego błyskając.

- Dobra jesteś - powiedział.

-   Oczywiście.   -   Była   dublinianką.   Żadnej   skromności.   -   Wszyscy   jesteśmy. 

Wchodzimy w to?

- Wchodzimy. Uruchamiam odliczanie. Jakieś problemy? Pięć minut, start. Mam nasz 

odnośnik - sięgnął po prochy i wsunął igłę. Tym razem nie miał zapasów, tylko butelkę wody 

w uchwycie, dla wygody. Nie było potrzeby. Wyjdą w punkcie nazywanym Punktem Jamesa 

i przejdą przez niego powolutku, w sposób typowy dla uczciwych kupców. Potem Punkt 

Simona i już są na Venture.

Odliczanie szło dalej.

- Wiadomość z boi Pell - głos Neilla. - Potwierdzają nasz odlot.

Odpowiedź   nie   była   konieczna,   to   automat.  Lucy  leciała   dalej,   nadając   swoją 

automatyczną identyfikację, komunikując się z maszynerią Pell.

- Start - powiedział Sandor i wcisnął klawisz...

background image

Rozdział 12

... Znów w przestrzeni, w zamęt informacji wyświetlanych przez ekrany, rozmazane, 

widziane na Prochach. Sandor w zwolnionym tempie sięgnął i zaczął obsługiwać urządzenia. 

Oprócz   niego   pozostali   -   i   przez   chwilę   jego   mózg   odmówił   przyjęcia   tego   faktu   do 

Wiadomości. Była tu masa, która ściągnęła  Lucy  z ciemności... byli w Punkcie Jamesa, w 

stronę Voyagera, a głos Rossa milczał.

- Mam to - mówiła Allison za jego plecami, lodowato zimna i kompetentna. - Tylko 

sposób, w jaki podają to mapy...

Wciąż nie był do tego przyzwyczajony, obcy głos, który przez chwilę wprawił go w 

rozpacz... ale to był jej głos, a po prawej miał wsparcie, wszędzie dookoła.

- Będę zrzucał - powiedział.

I nagle głos Currana:

- Nie jesteśmy tu sami.

Wstrząsnęło nim to, serce zaczęło walić, a ręce zatrzymały się w pół drogi do sterów. 

Należało zmniejszyć prędkość, biorąc pod uwagę jak byli rozpędzeni lecąc w kierunku masy, 

która ich przyciągnęła z nadprzestrzeni. Przed hamowaniem rzeczy działy się szybko, zbyt 

szybko...

- Gotowa na zrzucenie - powiedziała Allison.

- To Norwegia - wyjaśnił Neill.

Uruchomił  zrzut, wypompowując energię przez brzechwy,  pozbywając się tego co 

nieśli, w serii mdlących impulsów.

-   Wciąż   jest   z   nami?   -   zapytał,   mając   na   myśli  Norwegię.  Duchy   na   czujnikach 

skanerów   mogły   się   ociągać,   ograniczona   prędkością   światła   informacja   o   statku,   który 

odleciał godziny temu. Nie było sposobu na sprawdzenie - ale chciał, żeby jego załoga czymś 

się zajęła. Chciał, by szukali. Intensywnie.

- Lepiej na wszelki wypadek przygotować następny skok - zaproponowała Allison. - 

Nie ufam im.

- Chcesz im uciec? - Sandor skupił się na pytaniu przez opary narkotyku. - Marzysz, 

Reilly.   -   Znów   zmniejszali   prędkość,   ogłuszający   impuls,   który   na   chwilę   wywracał 

wnętrzności. Zamrugał i niepewną ręką sięgnął do komputera, ponownie ustawiając śledzenie.

- Dopiero weszliśmy w układ - powiedziała Allison - to daje nam prędkość.

- Nie odbieram nic oprócz transmisji identyfikacji odezwał się Neill.

- Mam rzeczywisty obraz - wtrącił Curran. - Są blisko. Potwierdzone, tu w pobliżu, 

background image

dwie minuty od nas.

Obraz trafił na ekran, przekazany bez filtrowania.

-   Mam   się   z   nimi   skontaktować?   -   zapytał   Neill   -   Nie   odbieram   żadnych 

komunikatów.

- Nie - zamrugał, zgarniając pot płynący po twarzy i koncentrując się na rzeczach za 

które był odpowiedzialny. Ten statek w pobliżu, zaraz za nimi, bo nabrał prędkości, cichy, 

ponury - był mazianowcem we wszystkim oprócz flagi. Zablokował program na gwieździe 

odniesienia, zobaczył, że odczyty pokrywają się ze sobą, połączył je i przesłał do konsoli 

Allison.

- Mam na czysto - potwierdziła. - Nadal chcesz, żebym to przejęła, czy zatrzymasz?

Złapał   oddech   i   rzucił   desperackie   spojrzenie   po   całym   pulpicie   sterowni 

umieszczonym przed jego fotelem. Kamera pokazywała wyłącznie gwiazdy; inne czujniki 

ujawniały studnię grawitacyjną, masę i temperaturę tej prawie gwiazdy, która stanowiła punkt 

zerowy. I drobny znaczek, który był Norwegią. Położenie. Świeży rekrut z Dublina proszący 

o   stery,   może   niekoniecznie   szczególnie   chętny   żeby   przejąć  kontrolę   akurat   w   tym 

momencie. Przerzucił kontrolę do konsoli numer dwa.

- Statek jest twój. - Miał ochrypły głos. Nonszalanckim gestem odpiął pasy, sięgnął po 

butelkę z wodą i napił się.

- Proszę.

Allison nerwowo zerknęła w bok, po tym jak pytaniem rozproszył jej uwagę, przyjęła 

butelkę i napiła się łyk, podała ją z powrotem. Wsunął ją w uchwyt i wydobył się z fotela.

Ze ściśniętym gardłem odwrócił się i popatrzył na ekrany.

Norwegia. A Mallory nic nie mówiła. Nie zaskoczyła go jej obecność. W jakiś sposób 

przedłużająca się cisza w eterze również nie.

- Zmiana dnia głównego - powiedział - niech zajmie się tym dzień przestępny.

- Sir - wymamrotał Neill, pierwsza tego rodzaju uprzejmość, którą z nich wydobył. 

Naturalne jak oddychanie,  od dublińczyka  na mostku.  Męcz i goń, a w końcu to z nich 

wydobył. Neill wstał ze swojego miejsca.

- Mam jeszcze jeden - odezwała się znienacka Deirdre. - Jest tu jeszcze jeden statek.

Sandor przebył pokład do swojego stanowiska w półtorej skoku i rzucił się na fotel.

- Identyfikuje się jako rajder Sojuszu  Thor -  powiedziała Deirdre. - Wychodzi zza 

masy.

- Jeden z psów gończych Mallory - wymamrotała Allison.

-   Jeśli   wypuścili   swoje   rajdery...   -   odezwał   się   Neill,   z   powrotem   na   swoim 

background image

stanowisku.

Nikt nie palił się, żeby dokończyć tę myśl.

- Kolejny sygnał - poinformowała Deirdre. - Przedstawia się jako rajder Odyn.

- Wypuszczone z nosiciela, zanim tu wlecieliśmy - powiedział Sandor.

- Co wiesz na ten temat? - zapytał Curran. - Sir.

Curran obrócił głowę.

-   Po   tym   co   było   na   Pell,   sir   -   spodziewałeś   się   tego,   kapitanie?   Co   takiego 

powiedziała Mallory?

- Że będzie obserwować punkty zerowe. W ogóle nie jestem zaskoczony tym, że ona 

tu jest. Albo tym, że się nie odzywa. Czego się spodziewacie? Dzień dobry?

- Boże miej nas w opiece - wymamrotała Allison. - Co za ładunek nam dali, że mamy 

Mallory za niańkę?

- Nie zadaje takich pytań.

- Może powinniśmy - wyraził wątpliwość Curran. - Może powinniśmy otworzyć kilka 

beczek.

-   Przypuszczam,   że   znaleźliśmy   chemikalia   i   zaopatrzenie   dla   stacji   -   powiedział 

Sandor. - Mógłbym się nawet założyć, że to ładunek Kompanii Konstantinów, ten sam który 

mieliśmy dostać. Nie wydaje mi się, żeby Mallory w ogóle była nim zainteresowana. Myślę, 

że nas wystawia na wabia, pod lufy Maziana.

- Ponieważ wciąż czujesz ich oddech na karku: to właśnie odziedziczyliśmy - twoją 

kartotekę u nich. To jakiś rodzaj pułapki, coś, w co weszliśmy...

-   Ty   zaproponowałeś   trasę   na   Venture,   panie   Reilly,  Dublin  przekazał   drobnemu 

kupcowi pół miliona, wyciszył śledztwo i skierował nas w najbardziej wrażliwy punkt Pell. 

Unionistę. Poskładaj to sobie. Unia i Sojusz mogły zawrzeć pokój, ale Mallory ma swoje 

przyzwyczajenia. Może mimo wszystko będzie lepiej, jeśli zaczniesz myśleć jak drobnica. 

Może zaczniesz szukać rożnych stron medalu, bo mają je w biurach i w dokach. I mają je siły, 

które będą po stronie Unii, kiedy zgodzili się na współpracę i chcieli, żeby Dublin znalazł się 

po tej stronie granicy. Ale może o tym wiedziałeś. Albo powinieneś był usiąść i się tego 

domyślić.

- Jeśli do czegoś doszedłeś, powiedz. Niech reszta z nas też coś wie.

-   Nie   ja.   Ja   nie   wiem.   Ale   nie   będziemy   robić   żadnego   hałasu,   który   nie   jest 

konieczny. Przejdziemy przez ten punkt na paluszkach i zabierzemy ten ładunek do...

- Porusza się - wtrąciła się Deirdre. - Thor leci po przechwytującej.

Sandor zanurkował  w stronę konsoli, z potem ściekającym  z boków  i lodowatym 

background image

zimnem na twarzy. Zatrzymał dłoń o milimetry od sterów i zacisnął ją, zdając sobie sprawę, 

że   nic   nie   mógł   zrobić...   Nie   mieli   odpowiedniego   uzbrojenia,   ani   możliwości   ucieczki, 

zwłaszcza przy tym obciążeniu.

Ross?... Ross... Co mam robić?

Wywołać ich? - zapytała Allison.

- Nie.

- Stevens... Sandor, co do cholery możemy jeszcze zrobić?

- Trzymamy się własnych interesów. Pozwalamy im eskortować nas przez punkt, jeśli 

to właśnie mają na myśli. Ale nie odzywamy się do nich. Niech kontakt wyjdzie od nich.

Nic nie powiedziała. Stery nadal były w jej rękach. Statek utrzymywał swój kurs bez 

zmian.

- Odbieram wiadomość - powiedział Neill. - Mówią: Eskorta do strefy wyjściowej. 

Żądanie podania dokładnego czasu i dystansu wylotu z Pell.

- Namierzają nas - wymamrotał Curran.

- Powtarzają. Chcą potwierdzenia.

- Potwierdź to - powiedział Sandor. - Powiedz im, że wyliczamy.

Usiadł   przy   komputerze,   zalogował   się   i   wyłączył   dźwięk,   po   czym   zaczął 

wyszukiwać informacje.

- Sil - odezwał się Neill. - Myślę, że będzie lepiej, jeśli pan z nimi porozmawia. 

Nalegają.

Zgarnął słuchawkę i wcisnął ją sobie do ucha, jedną ręką poprawiając połączony ze 

słuchawką mikrofon.

- Przerzuć ich.

-   ...dokładne   -   złapał.   -   Życie   zależy...   od   absolutnej   dokładności,  Lucy. 

Zrozumieliście?

- Powtórz. Neill, o czym on mówi, życie?

- Z kim rozmawiam - zapytał głos ze ścigacza - ze Stevensem?

-Tu Stevens, próbujący wykonać dla was obliczenia, jeśli do diabła dacie mi czas.

- Twój statek uda się do Voyagera według planu. Zadokujesz i rozładujesz towar dla 

Voyagera. Będziesz miał trzy dni na opuszczenie stacji, co do godziny.  Wrócisz do tego 

punktu skokowego według tego samego precyzyjnego rozkładu.

- Domagam się informacji.

- Brak informacji. Czekamy na te dane o odlocie.

-   Dokładny   czas   lokalny:   2/02/06:00   dzień   główny,   pozycja   8868:0057:0076.35, 

background image

namiar na rekomendowane odnośniki, mapa Pell 05700.

- 2/02/06:00 dokładnie?

- Chcesz szacunku naszej masy?  - Był  wystraszony.  Nie było  wątpliwości, że ich 

namierzali. Zadał to pytanie, by dać im do zrozumienia, że wiedział.

- Wieziesz coś oprócz naszego ładunku, Lucy?

Nic. - Powietrze z wentylatora chłodziło jego spoconą twarz. - Słuchajcie, puszczę te 

obliczenia na naszym komputerze i podam wam nasz SCP.

- Czy ta 06:00 jest dokładną godziną?

- 06:00,34.

- Potwierdzam 06:00,34. Twoje obliczenia nie są potrzebne,  Lucy.  Zgadza, się to z 

naszymi oszacowaniami. Gratulacje. Koniec.

- Mamy kłopoty - skomentowała Allison.

- Sprawdzają nasze posunięcia - powiedział. - Po prostu wyliczają. Podejrzewam, że 

boja Pell ustawiła nas do skoku tak, jak sobie tego życzyli. - Wylogował się z komputera, 

ponownie go blokując. - Tale więc znają naszą SCP z masą którą pchamy. Każdy ruch, który 

wykonamy od tej chwili...

- Nie podoba mi się to.

-   Każdy   punkt   zablokowany.   Każdy   ruch   pod   kontrolą.   Zrobimy   jeden   fałszywy 

ruch... i rzeczywiście znajdziemy się w poważnych kłopotach. - Odepchnął się od konsoli. - 

Nic na nas nie wyleci,  podczas gdy oni tu są. Przechodzimy na dzień przestępny.  Dzień 

główny idzie spać.

- Słuchaj - wtrącił się Curran, obracając swój fotel.

- Nie lecimy już przez system Pell. Nie będziemy tu siedzieć na autopilocie, zwłaszcza 

mając ich na karku. W każdej chwili mogą od nas zażądać odpowiedzi.

- Jestem tutaj - odpowiedział odwracając się. - Nie opuszczam mostka: idę się umyć, 

to wszystko. Zjem i prześpię się trochę na zapleczu. Obudzicie mnie jeśli cokolwiek będzie 

potrzebne.

-   Instrukcje   -   ostro   odezwała   się   Allison,   zatrzymując   go   po   raz   drugi.   - 

Ewentualności.

-   Nie   ma   żadnych   ewentualności.   Nie   ma   żadnej   cholernej   rzeczy   do   zrobienia, 

słyszycie?  Przelecenie  tego punktu  zajmie  nam  co najmniej  trzy dni, więc pozwólcie...  - 

Zobaczył jej twarz, która przeobraziła się w nieprzenikliwą maskę, wyciągnął spoconą dłoń i 

wykonał anulujący gest. - Oni sami są o krok od Maziana, wiecie o tym? Nie dawajmy im 

wymówek. Jesteśmy małym statkiem, Reilly, i nie ważymy zbyt wiele w żadnym sensie, w 

background image

punktach   zerowych   zdarzają   się   wypadki.   Teraz   grzecznie   przelecimy   przez   punkt   i   nie 

będziemy próbować udziwnień.

Rzuciła mu długie, zamyślone spojrzenie, po czym powiedziała:

- Dobrze - i wróciła do konsoli.

Czujące   pustkę   w   głowie   odszedł   do   prysznica   znajdującego   się   w   magazynie 

technicznym, nie do kabin. Nie miał kabiny. Inni mieli. Był tego świadom. I musiał spać, a 

oni denerwowali się sytuacją. Rozebrał się i wykąpał sam na sam z szumem ciepłej wody i 

bryłą lodu w żołądku, która nie chciała stopnieć. Statek Maziana w przestrzeni... zginęli tutaj, 

w korytarzach, na mostku... wszędzie pełno ciał. Reilly'owie siedzieli, rozmawiali i żartowali, 

ale cisza była o wiele gorsza niż poprzednio, głęboka jak ta w której poruszała się teraz Lucy, 

z Mallory na ogonie.

Uzbrojeni intruzi, nazwa - nazwa na kombinezonach; ale nie był w stanie się na niej 

skupić, nigdy nie potrafił zobaczyć jej wyraźnie. Nigdy nie rozmawiał o tym z Rossem, nie 

chciał wiedzieć - aż było za późno, a Ross nie wrócił na statek...

Pomyślał o dniu na Pell, kiedy był wolny, czysty. Ale to było za nimi. Szło za nimi, 

koszmar, który podążał za Lucy przez siedemnaście lat.

***

Podzielili ją na trzygodzinne kawałki, ona i Curran na dwunastogodzinnej wachcie: 

trzy  godziny  przy  sterach   i  trzy  odpoczynku,  na   zmianę,  z  własnego  wyboru.  Allison  w 

wolnym czasie siedziała na fotelu numer dwa, albo kręciła się cicho po mostku, oglądając to, 

czy tamto, podczas gdy ich wojskowa eskorta utrzymywała pozycję i ciszę radiową.

Sandor/Stevens, który umościł się z tyłu mostku, w pomieszczeniu klubowym, nie 

wydawał z siebie żadnych dźwięków, choć przypuszczała, że budził się czasami, jakby tylko 

zanurzał się w sen i co chwila z niego wypływał. Nic nie było słychać również od Neilla i 

Deirdre, którzy ulokowali się odpowiednio w kabinach cztery i pięć. Wyczerpani: nikt z nich 

nie był do tego przyzwyczajony, a co trzymało w ruchu Stevensa...

To co utrzymywało Stevensa w ruchu ją głęboko martwiło, przy każdym spojrzeniu 

rzucanym w jego stronę. Coś ściskało jej wnętrzności - wspomnienie zauroczenia, to ulotne 

coś, co sprawiło że zaszalała na Vikingu, co związało ją z zerem bez nazwiska. Właściciel 

tego statku, powiedział wtedy w barze, i może to wystarczyło,  zmieszane  z odpowiednią 

ilością alkoholu i ryzykanckim nastrojem.

Niezupełnie martwe było  jednak to uczucie, przyglądała  się temu  mężczyźnie, jak 

staje się coraz cieńszy i cieńszy, wymizerowany jak szkielet - nie spał teraz, była pewna. 

background image

Niezdolny spać. Ten okręt w przestrzeni stanowił powód. Albo skumulowany efekt ciągu 

wydarzeń.

Na pewno nie będzie chciał usnąć na prochach, nie z zablokowanym komputerem i 

okrętem wojennym na karku oraz dwoma Reillymi przy sterach.

Rozmawiała z Curranem, kiedy siedzieli obok siebie przy głównej konsoli, cichym 

głosem który ginął w szumie wentylatorowi rotacji rdzenia. Omawiali działania i sprzęt i jak 

człowiek mógł kierować tym statkiem w pojedynkę. Jakie zabezpieczenia musiał wyłączyć i 

w jaki sposób mógł prześlizgiwać się przez przepisy stacji.

Przez cały czas była świadoma, że mogą być podsłuchiwani. Cisza, zasygnalizowała, 

kiedy   Curran   zaczął   wygłaszać   zbyt   swobodne   uwagi.   Curran   zatoczył   koło   oczyma, 

rozumiejąc czego się obawiała.

Nie śpi! - zasygnalizowała z powrotem, rodzaj języka który rozwinął się przez lata na 

Dublinie,  stosowany   przez   załogę   pracującą   w   warunkach   hałasu,   dopracowany   przez 

pomysłową młodzież i tylko w połowie czytelny dla innych.

Podsłuchuje nas.

Tak.

Wariat.

Wzruszyła ramionami. Co znaczyło może.

Przejmujesz się? - Dotknięcie serca, delikatne głowy, sarkazm.

Zacisnęła szczęki, wskazując głową na otaczający ich statek.

To. To mnie martwi.

- Trzyma kody do komputera.

- Boi się.

- To wariat

Skrzywiła się.

Prawdopodobne.

Zrób coś.

Nie było ciszy w znakach. Tłumaczyło się to, jako - nie zrobię. Obróciła się odrobinę i 

popatrzyła Curranowj w oczy.

Był jej rywalem, jej kuzyn, ten który naciskał, cały czas, przez wszystkie lata. Byli jak 

yin  i yang,  czyniąc  trzecią  wachtę dnia przestępnego tym,  czym  była, i unosząc ze sobą 

Deirdre   i   Neilla.   Curran   nigdy   nie   przestawał,   nigdy   nie   rezygnował.   Ceniła   go   za   to, 

wiedziała jak go rozumieć, jak bardzo pragnął fotela numer jeden, zawsze go pragnął. Inna 

sytuacja,  kiedy było  ich  dwadzieścioro,   a  co innego,  kiedy  siedzieli   dzieląc   dowodzenie. 

background image

Uważaj, pozwoliła powiedzieć swoim oczom; zrozumiał. Wyczytała to z jego oczu, jak z 

książki.

Numer dwa, pomyślała o nim. I z ukłuciem zimna złapała się na myśli, że wreszcie 

wie jak to jest. Jest człowiek, który posiada ten statek i jest grupa Reillych, którzy znają się 

nawzajem, potrafią odczytywać swoje sygnały i którym nie trzeba tłumaczyć jak to wszystko 

działa. Patrzących ze znanej perspektywy, znali się nawzajem i znali granice. Jej numer dwa: 

czuła swoją wyższość w hierarchii po dwu dniach, dwa dni między nią i Curranem, między 

nią i człowiekiem,  który byłby równie dobry,  przynajmniej  we własnej opinii.  Który nie 

zdobyłby dla nich tego co ona...

... nie w ten sam sposób, wyobraziła sobie jego komentarz przepełniony sarkazmem.

Ale   Curran   nigdy   nie   widział   innej   drogi,   niż   wprost   przed   siebie.   Nigdy   nie 

wypchnąłby ich z inercji. Nie podjąłby szansy innej niż ta, z którą się urodził: cholernie 

uparty, taki był Curran. I to było jego wadą. Możliwe że wiedział o tym. Dlatego właśnie był 

lojalny - ta sama niezdolność do skrętów. Była to inna lojalność niż Deirdre, w której tkwiła 

głęboko zakorzeniona niechęć do decyzji właściwych pierwszemu sternikowi; albo Neilla, 

która ukryta była w ciszy. Umysł Neilla był szerszy niż większości z nich, więc potrzebował 

więcej czasu na złożenie do kupy swoich pomysłów - dobry oficer mostka, ale nic wyżej. 

Znała ich. Wiedziała w czym są dobrzy i jak działali jako całość, silniejsi niż części. Patrzyła 

na nich ze swojej pozycji i widziała jak ich odruchy kierują się w stronę siebie nawzajem, 

oraz ku niej w sekwencji tak gładkiej, że nawet o tym nie myśleli.

Była   dla   nich   numerem   jeden.   Dla   Currana   musiała   być.   Żeby   usprawiedliwić 

przyjmowanie rozkazów, a nie wydawanie ich, musiała. A reszta - wszystko rozpadłoby się 

bez niej i Currana, z ich wiecznymi podchodami o przywództwo. Curran był zazdrosny o 

Stevensa, uświadomiła sobie nagle, zazdrość, która nie miała nic wspólnego z seksem. Z 

łączeniem się, tak, z funkcjonowaniem jak prawa i lewa ręka. O to, że stworzyła związek z 

innym mężczyzną, przyjmując go w inny sposób, w który prawie-brat nie mógłby ingerować, 

w którym nie było dla niego miejsca...

Kim więc był Curran? pomyślała, zbyt dumna by zgodzić się na poziom partnerstwa z 

Neillem i Deirdre i pozbyć się go na rzecz obcego, poznanego w sypialni. Musiał się zgodzić 

respektować jej decyzje: to była część jego racjonalizacji. Ale to zostawiało jego na uboczu.

I tylko jego.

Rzuciła drugie, ukradkowe spojrzenie na swojego kuzyna, poprawiła się w fotelu i 

złożyła ramiona.

- O czymś pomyślę - powiedziała.

background image

- Zamierzasz jeść? - zapytał ją po chwili.

-   Spojrzała   na   zegar.   11:01.   Kiwnęła   głową,   wstała   z   fotela   i   ruszyła   w   stronę 

kambuza.

Kanapka, zimny napój z magazynu... pora posiłku. Czas pokładowy ustawili według 

chwili przybycia do punktu zerowego. Nie było potrzeby wymuszać na zmęczonych ciałach 

stosowania   się   do   czasu   rzeczywistego,   żadnej   potrzeby   używania   prawdziwych   godzin 

oprócz łączności, a takowej nie prowadzili. Zostało to wywrócone podczas przejścia, zostali 

oderwani od skali czasowej. A kiedy brakowało ruchu i hałasu emitowanego przez ludzi, 

panowała   cisza   -   cisza,   która   sprawiła,   że   jedząc   kanapkę   zaczęła   wędrować   po   ciasnej 

przestrzeni kambuza, oglądając puste stoły i miejsca na ławach, obliczając ile mogło się przy 

nich pomieścić osób...

Trzydzieści.   Około   trzydziestu.   Dwa   razy   tyle   dla   zmian   dnia   głównego   i 

przestępnego,   czyli   załoga   mogła   się   składać   z   około   sześćdziesięciu   osób   wyrosłych   z 

niemowlęctwa. A puste kabiny i cisza...

Spodziewała się, że na statku jest mnóstwo przestrzeni ładunkowej o pełnym ciążeniu, 

duża część pierścienia przeznaczona na ładunek. Tego oczekiwali celnicy. Pytanie, jak daleko 

posunęliby się poza uprzejmości, by przeszukać kabiny: prawdopodobne, że zadowalali się 

sprawdzeniem ładowni i ścisłą kontrolą wnoszonych i wynoszonych przedmiotów. Doskonałe 

ustawienie   dla   szmuglera,   zagnieżdżonego   w   takim   statku,   z   ładną   historią   o   piratach   i 

straconej rodzinie. Ale jakaś kobieta rzeczywiście mieszkała przed nią w tej kabinie. Może 

kolejna z kobiet Stevensa... ale były inne kajuty, wszystkie zamieszkałe, jak pierwszych kilka 

- tak zakładali. Wgramoliła się do ciemnego magazynu. przechodząc przez niego do zimnego, 

ciemnego składu w rdzeniu i weszła do wszystkich rejonów, których używali w doku, ale nie 

widziała pomieszczeń poza rejonem dostępnym  podczas postoju. Nikt z nich nie widział. 

Wciąż byli gośćmi na statku, który obsadzili.

Skończyła  kanapkę, wrzuciła  pojemnik  po napoju do kosza na  śmieci,  z głośnym 

odgłosem zsypu.

Jedenasta trzydzieści sześć. Miała dość wolnego czasu, by obejść pierścień dookoła. 

Przyjść do Currana korytarzem, który prowadził z drugiej strony mostka.

Opuściła  rejon  kambuza   wchodząc   na  centralny  korytarz  przechodzący   przez  cały 

statek i ruszyła mijając drzwi, sądząc po umieszczonych na nich numerach, samych kabin. 

Spróbowała któreś otworzyć, nie były zabezpieczone. Wnętrze było ciemne i całkiem zimne -

oszczędność energii. Kajuta, z widocznym w świetle padającym od drzwi nie pościelonym 

łóżkiem   w   rogu.   Rozrzucone   koce.   Zarejestrowała   w   myślach   dziwność   pomieszczenia, 

background image

zamknęła   drzwi   i   ruszyła   dalej   poprzecznym   korytarzem.   Znalazła   kolejny  rząd   kabin   w 

równych odstępach. Pustka wywoływała niepokój. Wróciła na główny korytarz i szła dalej, z 

zakrzywionym pokładem pojawiającym się przed oczami w miarę jak szła.

Trafiła na śluzę między sekcjami: pojawiła się najpierw jako pusta ściana nad głową, 

aż w końcu doszła do niej, zagradzając drogę. Cztery śluzy wokół pierścienia, miejsca, które 

można było zablokować grodziami, jeśli któraś z części torusa uległaby rozszczelnieniu. Te 

drzwi odcinały część, która w dokach była na górze - strych.

Zatrzymała się, stając przed barierą, czując jak jej serce coraz bardziej przyspiesza. 

Popatrzyła na zawór ciśnieniowy koło ręcznej kontroli zamka, był aktywny.

Strych... był bezpiecznym gniazdem dla dzieci na każdym znanym jej statku. Najdalej 

od wind prowadzących ze śluz, najdalej od mostka, wejść i wyjść. Zapieczętowany. Mógł się 

otworzyć. Mógł; ale na śluzę sekcji należało uważać - zawory mogły być uszkodzone, a to 

mogłoby się skończyć fatalnie dla wszystkich na statku.

Choć   nikt   nie   był   dostatecznym   dupkiem,   by   trzymać   próżnię   w   pierścieniu,   za 

drzwiami.

Zawahała się. Ostrożność zwyciężyła. Przypuszczała, że musi się już zbliżać dwunasta 

- nie czas, ani miejsce, żeby się spóźniać. Odwróciła się, stając twarzą w twarz ze Stevensem.

- Niech cię szlag, podejść tak cicho...

- Tam jest zimno - powiedział.

Był bosy, owinięty kocem, włosy w nieładzie.

-   Co   tam   jest?   -   zapytała.   Serce   przyspieszyło   rytm,   odmawiając   uspokojenia.   - 

Przestrzeń ładunkowa?

- Kiedyś  był  tam strych.  Teraz  jest zapieczętowany.  Włączę  ogrzewanie na mojej 

zmianie. Nie pomyślałem o tym. Nigdy nie miałem potrzeby tam chodzić.

- Daj mi komputer, a naprawdę to.

Zamrugał. Znienacka pożałowała., że to powiedziała, tutaj. Z  plecami do śluzy, pół 

pierścienia od Currana.

- Naprawię to - powiedział. - Zrobię to teraz, jeśli chcesz.

- Powinieneś spać. Musiałeś mnie śledzić dookoła?

Kolejne powolne mrugnięcie.

- Wstałem, żeby coś zjeść. Pomyślałem, że jesteś w kambuzie.

- Powinnam być na wachcie. - Ruszyła w jego kierunku mijając go, a on ruszył za nią i 

szedł obok całą drogę do kuchni. Zatrzymała się tam, on razem z nią, po czym stał.

- Myślałam, że chcesz coś zjeść.

background image

Kiwnął głową, podszedł do magazynku z suchą żywnością, wydobył pakiet i rozerwał 

go   zębami.   Następnie   wlał   do   środka   szklankę   wody   i   potrząsnął   błyskawicznie 

rozgrzewającym się pojemnikiem.

- Boże - wymamrotała Allison. - Twój żołądek. Nie powinieneś pić tego jeśli masz 

wybór.

- Lubię to. - Skrzywił się i wypił, krzywiąc się, jakby walczył z nudnościami.

- Jesteś wykończony, Stevens.

- Nic mi nie jest. - Miał podkrążone oczy i był bardzo blady. Pociągnął kolejny łyk i 

zmusił się do przełknięcia. - Po prostu potrzebuję czegoś w żołądku.

- Śledzisz nas, Stevens? Nie chcesz, żebyśmy poruszali się bez kontroli? Nie sądzę, 

żebyś w ogóle spał. Jak długo zamierzasz to ciągnąć?

Wypił kolejny łyk.

- Powiedziałem  ci, jak będzie. - Odwrócił  się, wylał  resztkę  brązowego płynu  do 

zlewu i wsadził szklankę do zmywarki. - Dobranoc, Reilly. Twoje południe, moja północ.

- Czemu nie pójdziesz do prawdziwego łóżka, Stevens? W miłej kabinie, wyłączysz 

światło, ułożysz się i prześpisz?

Wzruszył ramionami i wyszedł.

Jedenasta pięćdziesiąt osiem. Najwyższy czas. Poszła za nim, przyglądając się jego 

bosemu, nierównemu marszowi wzdłuż korytarza, weszła za nim na mostek i zatrzymała się, 

patrząc jak ponownie kładzie się pryczy w saloniku. Położył się na boku i podciągnął koc pod 

nos, zesztywniały i mizernie wyglądający.

Wróciło to uczucie  we wnętrznościach.  Przyglądała  się dezintegracji,  człowiekowi 

rozpadającemu się na kawałki, biologiczne miesiące skompresowane w dni - piekło samotnej 

podróży, w czasie gdy Reilly'owie popijali brandy z Cyteen.

Popatrzyła na Currana, którego oczy przesłały coś poprzez mostek - prawdopodobnie 

niecierpliwość,   pomyślała.   Spóźniła   się.   Curran   musiał   widzieć,   że   Stevens   wychodzi; 

wyobrażała sobie jego zdenerwowanie.

- Twoja kolej - powiedziała, podchodząc by zwolnić go ze stanowiska numer jeden. - 

Działo się coś?

- Nic. Wszystko bez zmian.

Ulokowała się w fotelu. Curran został, postukał ją w ramię  i zasłonięty oparciem 

fotela wykonał znak pytania.

-  Brak   rozwiązania  -   odpowiedziała   w   ten   sam   sposób.   I   szybko   dotknęła   dłoni 

Currana, zanim zdążył odejść. - Porozmawiamy podczas naszej nocy.

background image

-   Zrozumiałem.   -   Zaczekał,  jeszcze   chwilę,   przypuszczając,   że   ma   jakiś   plan. 

Machnęła głową w stronę korytarza, nakazując mu wyjście. Posłuchał.

***

Zmiana za zmianą. Zbliżał się koniec jej czasu, 14:42, kiedy z korytarza wyłonił się 

Neill, uczesany, ogolony i ze świeżym wyglądem. Zaraz za nim pojawiała się Deirdre, czysta 

i obudzona. W milczeniu popatrzyła na śpiącego Stevensa.

W porządku? - Skierowany ku górze kciuk.

To było pytanie.

Allison   kiwnęła,   więc   oddalili   się   ponownie,   na   tę   chwilę   która   pozostała   im   na 

prywatne sprawy. Przestawiła statek na autopilota, mając eskortę leniwie lecącą obok nich. 

Przyglądała się Curranowi próbującemu wydobyć coś z konsoli komputera, cicho kombinując 

i robiąc notatki. Nie było szansy, żeby mógł go złamać, żadnej szansy.

Włączył się dzwonek, głośny i nagły, w korytarzu, którym zniknęli Neill i Deirdre. 

Popatrzyła  w  tamtą  stronę, nagłe  zatrzymanie  serca, widząc  czerwone światło  na konsoli 

kontrolnej modułów podtrzymania życia.

Dzwonek   i   światełko   wyłączyły   się.   Śluza   sekcji   została   otwarta   i   ponownie 

zamknięta.

- Deirdre - Curran wołał do mikrofonu. - Neill zgłoście się.

Coś obciążyło fotel Allison, to Stevens opierając się nachylał się nad nią.

- Otwarto śluzę sekcji - powiedziała. - Czy nic im nie będzie, Stevens?

- Nie ma niebezpieczeństwa.

Uwierzyła w to, kiedy usłyszała głos Neilla.

- Przepraszam. Wygląda na to, że wpadliśmy na jakiś alarm.

Badają statek. Spróbowali logicznego ruchu, obejścia dookoła pierścienia.

- Nic wam nie jest? - zapytał Curran.

- Tylko zmarznięci, nic więcej. Sekcja trzy jest całkiem zamrożona.

- Zamknąłeś ją?

- Zamknąłem.

- Dobrze - Stevens odezwał się szorstko, stukając ją w ramię. - Zwolnij. Doprowadzę 

sekcję od normalnego stanu. Przepraszam.

- Jasne - odpowiedziała. Wysunęła się z fotela, a on zajął jej miejsce.

- Pójdę po jednym - powiedział. - Zajmę się tym, posprzątam trochę. Zróbcie sobie 

przerwę, ty i Curran. Nie musimy ściśle trzymać się harmonogramów. Bóg wie, że radziłem 

background image

sobie bez tego.

Curran   wyraźnie   chciał   zostać,   obruszony,   że  zgarnęła   go   z   cichym,   znaczącym 

spojrzeniem, zerknięciem w stronę, w którą poszli Neill i Deirdre.

- W porządku - powiedział i poszedł z nią, schodząc z mostka i dalej korytarzem.

Zatrzymał się, kiedy ona to zrobiła, biorąc go za ramię za róg, do kambuza.

Może słyszeć - zasygnalizował do niej Curran. Wskazał na konsolę komunikatora.

Wiedziała o tym. Rzuciła spojrzeniem, rozglądając się za konsolami, ale nie zobaczyła 

żadnej bliżej niż trzy metry od nich.

- Słuchaj - powiedziała. - Chcę, żebyś się przy nim kontrolował. Bądź przyjacielski. 

Nie wiem jaka jest stawka.

- Co on tu przewozi, z zamrożoną sekcją? Kontrabandę? Jak myślisz?

- Nie wiem. Curran, czy otwierałeś drzwi do innych kabin? Coś strasznego zdarzyło 

się na tym statku. Nie wiem kiedy, ani co. Zaatakowani przez Maziana, tak mówi; ale to... 

Strych jest zamarznięty,  kabiny opuszczone - wiesz w jakim stanie... Tam jest porzucone 

łóżko, w którym ktoś spał, zamarznięte.

- Powiem ci - odpowiedział Curran najcichszym z szeptów - nie śpię dobrze w tej 

kabinie. Może boi się o siebie - o to, że zrobimy z nim to co on mógłby zrobić nam. Nie 

podoba   mi   się   to,   Allie.   A   już   najbardziej   nie   podoba   mi   się,   że   nie   mamy   dostępu   do 

komputera. To niebezpieczne. I wiesz czemu nas stamtąd odesłał - żebyśmy mu nie zaglądali 

przez ramię, kiedy pracuje, taki jest powód. Nie ufałbym w to, że nas nie szpieguje. Albo, że 

nas nie zabije, jeśli już o tym mowa.

- Nie - potrząsnęła głową. - Nie wydaje mi się. Nigdy tak nie myślałam.

- Czy zdarzyło ci się kiedyś mylić, Allie?

- Nie w tym.

Zmarszczył się, popatrzył na nią spode łba.

- Może ma czystą kartotekę. Ale możliwe, że polecimy tak dalej i wlecimy na wojsko 

- co on wtedy zrobi, Allie? w którą stronę skoczy? Nie podoba mi się to.

- Jest wykończony. Wiem. Wiem, że to nie w porządku.

- Allie... - Sięgnął i pogłaskał ją po ramieniu, przez chwilę kuzyn a nie numer dwa. - 

Mężczyzna i kobieta - Myśli o tobie w jeden sposób i może wydaje mu się, że że musi się 

tobą przejmować. Ale pozwól, że z nim Porozmawiam, a wszystko naprostuję. I wydobędę z 

niego te kody do komputera. Nie mam wątpliwości.

- Nie chcę tego.

- Ty tego nie chcesz, ja też. Ale jesteśmy w kłopotach, gdybyś jeszcze nie zauważyła. 

background image

Facet jest na krawędzi i posuwa się do przodu. Proponuję żebyśmy to z nim załatwili... my. 

Ja. Mnie nie spławi, wie o tym. Ty po prostu się w to nie mieszaj, trzymaj się z daleka, idź do 

kabiny, a my zaszczepimy w nim strach.

- Nie.

- Masz pomysł na coś innego, co brzmi równie rozsądnie? Poprosisz go, a on ulegnie? 

Przypuszczam że już tego próbowałaś.

Zagryzła wargę i spojrzała wzdłuż korytarza, w stronę, z której nadchodzili Neill i 

Deirdre.

- Przepraszam - jeszcze raz powiedział Neill. A Deirdre:

- Kto pilnuje statku?

- On. Co tam jest?

-   Strych   -   odpowiedziała   Deirdre.   Objęła   się   ramionami.   -   Bałagan.   Rzeczy 

porozwalane, porozkręcane panele... nie widzieliśmy wszystkiego, tyle co od śluzy. Ciemno 

tam. Allie...

- Wiem - powiedziała. - Domyśliłam się jak tam jest. - Wcisnęła ręce do kieszeni i 

ruszyła z powrotem.

- Gdzie idziesz? - zapytał Curran.

- Do swojej kabiny. - Odwróciła się i popatrzyła na Currana, prosto w oczy. - Schodzę. 

Wasza zmiana. Może lepiej wróćcie na mostek. Będę u siebie... jakiś czas.

background image

Rozdział 13

Lucy  leciała   dalej,   zupełnie   dobrze   radząc   sobie   na   autopilocie.   Sandor   wyłączył 

komputer   i   przez   chwilę   przyglądał   się   odczytom   skanera,   tępo,   już   bez   groźby   okrętu 

wojennego. Nie zamierzał skakać z nimi, nie był  do tego zdolny. Sama Mallory siedziała 

cicho, obserwując - wręcz nie potrafił sobie wyobrazić takiej dawki cierpliwości u Mallory, 

po tym wszystkim co o niej opowiadano. Nie wierzył w to: czekała na coś, ale nie miało to 

żadnego związku z nim. Zaczynał mieć nadzieję, że chciała po prostu żeby zeszli jej z drogi.

A jeśli polowała na innych mazianowców, jeśli spodziewała się innego ruchu...

Wstał i popatrzył krótko na pryczę, którą opuścił. Zostało jeszcze trochę nocy dnia 

głównego.   Ale   nie   warto   było   już   wysilać   się   by   usnąć,   leżeć   przez   większość   czasu   z 

otwartymi oczyma tylko po to, by przespać kilka minut i znów się obudzić. Spędził tak całą 

noc. Nerwy. Bez szans na środki usypiające, nie przy tej sytuacji.

Skierował się pod prysznic ufając autopilotowi - dla dublińczyków skandal: mógł to 

sobie wyobrazić. Wykańczali się siedząc na wachcie, podczas gdy on odszedł zostawiając 

statek bez kontroli. Były rzeczy, które wymagały zrobienia: szorowanie i czyszczenie całego 

statku, praca znacznie mniej ich interesująca - był tego pewien. Ale zaczynał myśleć już w 

kategoriach długoterminowych, uwalniając tok myśli, który krył się przed rozsądkiem i znów 

wypływał na wierzch. Był strych...

Nigdy nie zrobili nic ze strychem, on, Ross i Mitri. Nie potrzebowali tego miejsca - 

Lucy  była pełna pustej przestrzeni, a chodzenie tam... po prostu unikali tego. Przełączyli w 

tryb maksymalnego oszczędzania energii. Zimno trzymało z dala ciekawską załogę. Kiedy był 

sam   na   statku,   nigdy   nie   szedł   dalej   niż   do   kambuza.   Wszystko   było   tam   martwe...   aż 

Reilley'owie zaczęli otwierać drzwi i naruszać blokady. Otwierając w efekcie obszary w nim 

samym,  jak chirurdzy.  Zebrał wreszcie całą odwagę o poranku. Człowiek, który szedł do 

łóżka spanikowany i taki się budził, miał poważne kłopoty, próbował spojrzeć na to z różnych 

stron, znaleźć choć obejście sytuacji, jeśli nie rozwiązanie.

Trochę czasu, tego właśnie potrzebował, by dopuścić Reillych do tajemnic statku, a 

jemu pozwolić się do nich przyzwyczaić.

Ale komputer...

Ross...   nie   wyłożyliby   tych   wszystkich   pieniędzy   bez   powodu.   Nikt   nie   jest   aż   tak  

bogaty, by wyrzucić pół miliona tylko dlatego, że kilkoro ich ludzi ma zachciankę się wynieść.  

Pół miliona w prezencie pożegnalnym...

Ludzie nie wyrzucają takich pieniędzy. Ludzie nie są tacy.

background image

Ross... wiem czego chcą. Kochałem ją Ross i nie widziałem. Bałem się - Pell mogła mi  

zabrać statek i co mogłem zrobić? Ale oni myślą, że go sprzedałem. Może rzeczywiście to  

zrobiłem. Co robić, Ross, co robić?

Oblała go ciepła woda z prysznica, rozluźniając mięśnie. Przekręcił zawór, puszczając 

zimną; szok go otrzeźwił. Ale kiedy wyszedł z kabiny,  dopadły go dreszcze, nadzwyczaj 

silne.   Za   mało   jedzenia,   pomyślał,   i   zbyt   nieregularnie.   Pomyślał   o   zjedzeniu   jakichś 

koncentratów:   był   to   sposób   na   jedzenie   nie   czując   smaku,   na   dostarczenie   ciału 

węglowodanów i wydobycie się z drgawek.

Jutro po południu musieli zrobić następny skok. Musiał się z powrotem zebrać do 

kupy.   Mallory   nie   będzie   chciała   słuchać   wymówek.   Ona   wymagała   harmonogramu   i 

dostawała go.

Ubrał się, ogolił, wysuszył włosy i korytarzem wrócił na mostek.

Przy konsoli siedział Curran, obok niego stali Neill i Deirdre.

- Proponuję śniadanie - przywitał ich Sandor. - Myślę, że możemy zostawić go na 

autopilocie...

- Chcemy z tobą porozmawiać - przerwał mu Curran. - Kapitanie.

Stanął koło konsoli skanera i wciągnął głębszy oddech, opierając się o nią. Był na to 

zbyt zmęczony, ale skinął głową.

- O co chodzi?

- Chcielibyśmy poprosić o kody. To kwestia bezpieczeństwa. Rozmawialiśmy o tym... 

Naprawdę trochę nas ta sprawa martwi.

- Omawiałem tę kwestię. Z Allison. Wydaje mi się, że doszliśmy do porozumienia.

- Nie. Nie doszliście. A my prosimy.

- Będę o tym rozmawiał z nią.

- Jesteś pewien, że nie ma szansy, żebyśmy cię przekonali?

- Powiedziałem wam.

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli przemyślisz to jeszcze raz.

- Istnieje prawo, panie Reilly. I w tej sprawie stoi ono po mojej stronie. - Ruszył, 

oddalając się od konsoli, chcąc skończyć  rozmowę. Oni też ruszyli,  odcinając mu drogę. 

Rzucił   okiem   na   Deirdre   -   jedyną,   którą   mógł   odepchnąć   -   ale   nie   było   gdzie   uciekać. 

Odwrócił się i popatrzył na Currana.

- Chcesz to załatwić siłą? Odejdźmy od konsol i porozmawiajmy o tym.

-   Czemu   nie?   -   Curran   odsunął   się   od   swojego   końca   konsoli   i   machnął   do 

pozostałych, żeby się odsunęli, przesuwając się w rejon wypoczynkowy, między koje, ale 

background image

Sandor skierował się w stronę korytarza w powolnej ucieczce pociągając resztę za sobą.

Allison była  w swojej kabinie. Był  tego pewien, tak samo jak tego, kto wygra tę 

walkę, biorąc pod uwagę kondycję jego i Currana. Tym  bardziej, że tamten miał jeszcze 

pomocników. Sięgnął do przełącznika drzwi, ale Curran go ubiegł, uderzając w rękę.

Oddał, uderzając kolanem w pachwinę, potem walnął w kark i jeszcze raz kolanem w 

twarz, wysyłając zgiętego wpół Currana na ścianę i odwrócił się by stawić czoła Neillowi.

Zachwiało nim uderzenie w nogi, a Neill i Deirdre rzucili się na niego razem, podczas 

gdy Curran chwycił go z tyłu i ściągnął na podłogę.

Okręcił się i uderzył, mając odrobinę swobody, jeszcze i jeszcze raz i niemal udało mu 

się wstać, ale ostre szarpniecie za włosy wygięło go do tyłu i wtedy przydusili go.

- Trzymaj się z daleka - rozkazał komuś Neill - odejdź. - Wciąż usiłował walczyć, 

oślepiony i wściekły, szukając jakiegoś uchwytu, czegokolwiek.

- Nie patrz.

Potężny  cios   wylądował  na  jego  szczęce,  na  moment   odbierając  mu   świadomość, 

głęboka czerń poza kontrolą. Zablokowali mu ramiona, pozbawiając go możliwości ruchu.

- Patrz na mnie - usłyszał jakiś męski głos. Potrząśnięcie za włosy, ręka klepiąca go po 

twarzy i unosząca ją. - Będziesz rozsądny, Stevens? Jak będzie z kodami?

Miał krew w ustach. Domyślił się, że znów go uderzą Zawisł bezwładnie, osuwając 

się na trzymającej go ręce. Drugie uderzenie.

- Przestań. - Głos Neilla. - Curran, przestań. Znów ręka potrząsnęła jego głową. Przez 

chwilę nic nie widział, gubiąc wszystko w czerni.

- Chcesz to przemyśleć, Stevens?

Spróbował się poruszyć. Prawa ręka była zdrętwiała, w lewej tliły się jakieś resztki 

życia. Przechylił się na tę stronę, ale nacisk na prawą był wciąż zbyt mocny.

- Curran - tym razem Deirdre. - Curran, on ma dość, skończ z tym.

Cisza.   Zaczynał   coś   widzieć.   Zobaczył   przekrwioną   twarz   Currana,   kątem   oczu 

dostrzegając Neilla i Deirdre, blokujących mu ramiona.

- Nie powinieneś  go tak bić - mówił  Neill. - Curran, słyszysz?  Przestań, albo go 

puszczę.

Curran puścił jego twarz. Patrzył na niego z góry.

- Nic nam nie powie - odezwała się Deirdre. - Mamy kłopoty, Curran, Neill ma rację.

- Da nam te kody.

- Curran, nie.

- Więc czego chcecie? Pozwolicie mu wstać i dostać się do konsoli, gdzie może zrobić 

background image

coś, czego nie będziemy w stanie cofnąć? Nie. Nie ma. mowy. Masz rację, mamy kłopoty.

Sandor   zwiększył   nacisk,   czując   osłabienie   uchwytu   Deirdre.   Nie   udało   mu   się; 

uchwyt przesunął się trochę ale nie puścił.

- Zawołajcie Allison - wydobył z siebie z wysiłkiem.

Ą   potem   uświadomił   sobie,   że   znajdowali   się   pod   jej   drzwiami.   Prawdopodobnie 

wszystko słyszała i zdecydowała się nie wtrącać. Uświadomienie sobie tego wprowadziło w 

jego myśli zamęt, w równie zawikłany sposób jak inne wrażenia, odległe i bolesne.

- Co robimy - zapytał Neill. - Na miłość boską, co robimy?

- Myślę, że lepiej będzie wezwać Allison - powiedziała Deirdre.

- Nie - zaprotestował Curran. - Nie! - Ponownie ujął zakrwawioną szczękę Sandora. - 

Posłuchaj mnie. Pewnie myślisz jak się nas pozbyć; nielegalnie - to nie twój styl, prawda? 

Myślisz o zaaranżowaniu wypadku - może takiego samego, jaki przytrafił się innym na tym 

statku.   Znajdziemy   ci   jakieś   wygodne   miejsce;   mamy   tyle   czasu,   ile   tylko   trzeba.   Ale 

dojdziemy   w   końcu   do   porozumienia,   w   taki   czy   inny  sposób.   Obejrzymy   sobie   zapisy. 

Komputer.   Przetrząśniemy   wszystkie   zakamarki.   A   jeśli   znajdziemy   coś,   co   się   nam   nie 

spodoba, to może wezwiemy Mallory i przekażemy cię wojsku. Będziesz mógł nas oskarżać o 

co tylko zechcesz. Myślisz, że ci uwierzą, jeśli zaprzeczymy? Twoje słowo przeciw naszemu 

- a co jest warte twoje, bez naszego wsparcia? Przeżują cię na kawałeczki i wyplują - myślisz 

że nie?

Zaczął dygotać, nie ze strachu, z szoku: poza tym całe jego wnętrze było martwe, jeśli 

nie   liczyć   małego   obszaru   wstydu.   Podnieśli   go   z   podłogi   i   przez   chwilę   musieli 

przytrzymywać. Stanął wreszcie na nogach i nie zareagował, kiedy Curran chwycił go za 

ramię i przycisnął do ściany. Potem uderzył, raz, mocno.

Curran walnął plecami w przeciwległą ścianę, ale zaraz wrócił.

-   Nie   -   krzyknął   Neill   i   stanął   mu   na   drodze,   znienacka   pojawiła   się   Allison, 

otwierając drzwi i wszyscy zamarli.

Nie szok. Nic z tych rzeczy. Sandor patrzył na nią z wyrzutem.

- Przepraszam - cicho odezwał się Curran. - Wygląda a to, że sprawy wymknęły się 

nam spod kontroli.

- Właśnie widzę - odpowiedziała.

- Nie wydaje mi się, żeby chciał o tym rozmawiać

- Chcesz? - zapytała.

-   Nie   -   odpowiedział   Sandor.   Bolało   go   gardło.   Nie   powiedział   nic   więcej, 

przyglądając się, jak Allison potrząsa głową i odwraca wzrok w inną stronę, nie patrząc na nic 

background image

konkretnego.

- Jak to załatwimy?

Mówiła do niego.

- Zapomnijmy o tym - powiedział pomimo przeszkód w gardle. - To był pomysł, który 

nie zadziałał. Lecimy dalej i zapomnimy o tym. Nie dostaję procentu za trzymanie urazy.

- Nie wydaje mi się, żeby to działało w ten sposób - odezwał się Curran.

- Nie - zgodziła się. - Ja też nie.

- Są kabiny - zasugerował Curran.

- Boże...

- Stało się. Myślę, że przyda się nam trochę czasu na przemyślenie tego. Allie, nie 

będę spał, gdy on będzie na swobodzie.

- Nie możesz go zamknąć bez kodów.

- Zaśmiałbym się - wtrącił się Sandor - ale co będzie dalej? Poderżniecie mi gardło? 

Przemyślcie to sobie - zabijecie mnie, i zostaniecie zupełnie bez kodów. Wylecimy z tego 

układu.

- Nikt o tym nie mówi.

- Założę się, że pomyśleliście o tym. Nie. Pójdę do innej sekcji. Założę blokadę. Jeśli 

wyjdę,   usłyszycie   alarm.   Wszystko   wam   muszę   tłumaczyć?   Jesteście   niekompetentni, 

dublińczycy. Pewnie minie kilka dni, zanim wymyślicie co dalej.

Odszedł   od   nich,   w   stronę   kabin   w   sekcji   dwa,   cały   czas   spodziewając   się,   że 

zatrzymają go i zaproponują coś znacznie mniej wygodnego. Za plecami miał ciszę.

Minął drzwi sekcji, wcisnął klawisz.

Blokada zaskoczyła.

***

Allison   usiadła   na   poręczy   fotela   stanowiska   numer   dwa   i   popatrzyła   na   swoich 

kuzynów - na Currana, który siedział na poręczy przy jedynce, trzymając się za krwawiący 

policzek. Neill i Deirdre, przygaszeni, oparli się o główną konsolę.

Curran wzruszył ramionami i popatrzył jej prosto w oczy.

- Po prostu wymknęło się nam to z rąk.

- Kiedy?

Curran  opuścił   głowę. Był  umazany  krwią,   ociekał  potem  a  okolice  prawego  oka 

zaczynały puchnąć.

- Zamachnął się - powiedział, znów patrząc w górę - i złapał mnie. On nie blefuje. - 

background image

Prawdopodobnie była  to najgorsza chwila w życiu  Currana. Mylił się w czymś,  o co się 

kłócił. Jej wnętrzności związały się w supeł.

I po tym wszystkim cisza i twarze skierowane w jej stronę. To od niej powinny były 

wyjść  decyzje.  Oparła  rękę  na  kolanach  sumując   to,  wszystkie  złe   posunięcia,  z  których 

pierwszym była abdykacja. Na samą myśl robiło się jej niedobrze. Wszystkie argumenty, cały 

rozsądek poszedł w diabły. To nie był tylko brzydki sposób na zepsucie argumentów - gra nie 

powiodła się i teraz trzeba było to brać na serio: Stevens brał ją na serio - albo wiedział, że 

oni wiedzą, że musi tak być.

- To głupie - zaprotestowała uderzając pięścią w otwartą dłoń. Spojrzała po twarzach, 

które nie potrafiły dać lepszej odpowiedzi. - Jakieś pomysły?

Cisza.

- Moglibyśmy pozbyć się go ze statku - odezwał się Curran przygłuszonym tonem. - 

Moglibyśmy poprosić wojsko o interwencję. Powiedzieć, że się pokłóciliśmy

- Naprawdę myślisz o zrobieniu tego?

- Mówimy o naszym życiu. Allie, nie pomyl się w jego ocenie, jak ja: poddał się w 

dokach, ale latał z wynajętą załogą i przeżył. Są też te kabiny. I strych.

- Został rozhermetyzowany - powiedziała Deirdre.

- Może znalazł  się w sytuacji kryzysowej. Ale małe  statki  nie przeżywają  czegoś 

takiego. Innym wyjaśnieniem jest awaria jakiegoś panelu wejściowego. A coś takiego można 

zrobić z głównej konsoli, prawda?

- Więc co robimy?  Mamy dwadzieścia cztery godziny na wydobycie  z niego tych 

kodów, albo nakłonienie go, by wrócił do sterów, albo przelecimy przez punkt skokowy i 

wyjdziemy z układu. I on o tym wie.

Cisza.

-   Allie   -   odezwał   się   Curran   -   to   płotka.   W   najlepszym   wypadku   jest   kłamcą   i 

złodziejem.   Dzięki   kłamstwom   zdołał   dostać   się   z   jednego   krańca   cywilizacji   na   drugi. 

Oszukiwał celników i policję, którzy wiedzą lepiej. W najgorszym przypadku...

- Myślisz, że mnie oszukał?

- Myślę,  że był  zdesperowany,  a my daliśmy mu  kierunek. Ale trzyma  kody pod 

kontrolą i możliwe, że miał na pokładzie inną załogę, która nigdy nigdzie nie doleciała. Nie 

wiemy tego. Nie możemy pozwolić, żeby poruszał się swobodnie.

- Masz inny pomysł? Wezwanie wojska - to wciąż nie da nam kodów. Musieliby nas 

odholować, albo stracilibyśmy statek. Równie dobrze moglibyśmy poprosić, żeby zabrali stąd 

nas.   Oddać   mu   go.   Wrócić   na   Pell,   zhańbieni.   Po   jakimś   roku   może   zdołalibyśmy 

background image

wytłumaczyć   się   z   tego   przed   Starym.   Wrócić   na  Dublin  i   dalej   się   z   tego   tłumaczyć. 

Pomyślałeś o tym?

- Więc co robimy?

- W tamtej sekcji nie ma jedzenia - wtrąciła Deirdre. - Są rzeczy, których potrzebuje.

Allison głęboko wciągnęła powietrze, czując, że zaczyna jej go brakować. A więc 

doszli do tego, logiczna kolej rzeczy.

- Może wymyślilibyśmy coś bardziej konkretnego. To właśnie mówił, zdajecie sobie 

sprawę? Wie, w jakie bagno się wpakowaliśmy. Nie możemy polegać na nim przy sterach 

-jak myślicie, na ile będziecie mogli zaufać kodom komputerowym, które może nam podać, 

jeśli go przyciśniemy? Przechytrzył nas. I nie będzie blefował.

Cisza.

Oparła dłonie o kolana i wstała.

- W porządku. To moja wachta, więc pójdę i porozmawiam z nim. Idę tam.

- Allie...

- Allison. - Zmarszczyła  się na niego. - Zostań przy konsoli i monitoruj sytuację. 

Tylko w jeden sposób możemy go skłonić, żeby nam zaufał, chociaż częściowo - zrobić gest, 

sprawić by myślał, że wyjaśniliśmy to. Boże dopomóż. - Ruszyła korytarzem, ale obejrzała 

się na trójkę poważnych twarzy. - Jeśli będziecie musieli iść mi na pomoc, zróbcie to szybko.

- Jeśli cię dotknie - powiedział Curran - połamię mu wszystkie palce, pojedynczo.

- Nie ryzykuj. Jeśli do tego dojdzie, przełknij to i wezwij wojsko. - Poszła dalej, 

czując  jak  w  jej  żołądku  wzbiera   panika.   Kolana  wykazywały   denerwującą   tendencję   do 

drżenia.

Nie   było   już   szansy   na   zaufanie   mu.   Tylko   na   przekonanie   go,   że   mu   ufają. 

Przypuszczała, że był zbyt sprytny, żeby ją zabić, nawet jeśli o tym pomyślał: przyjmie każdą 

szansę jaką mu dadzą, czekając na swoją chwilę.

Miała   nadzieję   na   dostarczenie   ich   na   stację   Venture   żywych   -   tylko   o   to   teraz 

chodziło. A jeśli będą mieli szczęście, zastaną tam silną władzę wojskową.

***

Siedział w korytarzu - w całej sekcji tylko on był ogrzewany. Włączył ogrzewanie w 

piętnastce,   i   jeśli   czujniki   funkcjonowały,   zawór   zamykający   dopływ   wody   do   kabiny 

powinien   się   otworzyć,   przywracając   działanie   instalacji.   Nigdy   nie   polegał   na 

funkcjonowaniu   instalacji   wodnych  Lucy.  W   tej   chwili   o   nic   nie   dbał,   jednak   był   dość 

pragmatyczny,   by   zdawać   sobie   sprawę,   że   zmieni   priorytety,   kiedy   zacznie   go   męczyć 

background image

pragnienie.

W próbie pragmatyzmu ułożył  się na podłodze najwygodniej jak potrafił, unikając 

nacisku   na   obolałe   żebra,   skręcone   stawy   i   sztywny   kark,   usiłując   znaleźć   na   twardej 

posadzce pozycję,  w której czułby najmniej  bólu. Czuł ćmienie zęba, a wnętrze ust było 

pokaleczone i spuchnięte. Było mnóstwo rzeczy, które mogły odciągnąć go od ogólniejszych 

problemów, ale był  odrętwiały Przypuszczał, że jeszcze niejedno zacznie go boleć, kiedy 

minie już szok wywołany zdradą. Tymczasem mógł spać - jeśli znajdzie pozycję, w której nie 

będzie go bolało.

Włączył się alarm - drzwi znajdujące się w dole krzywizny otworzyły się, pobudzając 

serce do galopu. Podniósł się, zatoczył, oparł o ścianę i wyprostował się.

Przyszła Allison. Drzwi zamknęły się za nią, uciszając dzwonek. Wpatrywał się w nią, 

a zdrętwiałe miejsce odzyskało czucie i uwagę, ból, który rozszedł się po całym ciele.

- No cóż - przywitał ją - doszliście do tego, jak się sprawy mają?

- Jestem tu, widzisz? Chcesz rozmawiać, czy chcesz, żebym to zostawiła?

- Nie dam ci ich.

Podeszła   bliżej,   przekraczając   dzielący   ich   korytarz.   Zatrzymała   się   na   odległość 

ramienia.

- Nie przekażę ich Curranowi. Przepraszam. - Słuchaj, pomyślałam, że może jesteśmy 

zbyt blisko na argumenty. Wydawało mi się, że może Curran będzie mógł podejść do tego bez 

kwestii seksu; może... Cholera, Stevens, wykańczasz się brakiem snu i ryzykujesz naszym 

życiem. Nie tylko moim. Ich. Nie ufasz im. Może i mnie. Ale pomyślałam, że jeśli ty i Curran 

możecie to rozwiązać... może wszystko by działało. A jeśli wyjaśniłbyś sprawę z nimi, gdyby 

spuścić całe napięcie...

- Pomyliłaś się, prawda?

- Nie traktuj mnie pobłażliwie, powiedz, co naprawdę myślisz.

-   Wszystko   czego   chcę...   -   Zacisnęło   mu   się   gardło.   Wcisnął   ręce   do   kieszeni 

ukrywając w ten sposób to zatchnięcie. - Nie podam wam nawet godziny, Reilly o kodach do 

komputera nie ma co mówić. Możemy lecieć dalej w ten sposób. Może wymyślicie  inne 

sprytne sposoby, by się do niego dostać. Pożyczyliście mi pieniądze - ale nie kupiliście mnie. 

Co wy sobie myślicie Uknujecie coś, by postawić między sobą, a mną policję na Venture? A 

potem   zaproponujecie   mi   nową   umowę?   Przykro   mi,   już   o   tym   pomyślałem.   Jeśli   mnie 

dostaną, Reilly,  utkniecie ze statkiem, którego nawet nie będziecie  mogli wyprowadzić z 

doku. Krępujące. Może wywołać pytania o wasze prawa do niego. Wyprostowanie tego może 

was kosztować dużo czasu, daleko od Pell, czy gdziekolwiek może być teraz Dublin. Żeby nie 

background image

wspominać   -   jeśli   wyślą   mnie   na   przystosowanie   -   że   wydam   wszystko   co   się   tu   stało, 

wszystko w małych kawałkach mojego umysłu. I proszę, oto co znaczy Nazwisko Reilly. 

Więc przemyśl to, Reilly. Nic, co zrobicie w tym kierunku, nie zadziała.

- Jesteś szalony, wiesz o tym?

- Wiem, naprawdę się zabezpieczyłem. Zabierałem na pokład pijaków, męty z doków i 

wewnątrzsystemowców, poradziłem sobie z każdym z nich. Domyśliłem się, że tak wielki 

statek jak  Dublin  może spróbować mnie oszukać, ale wy jesteście piratami, Reilly - tego 

nigdy się nie spodziewałem Mallory siedzi tam polując na mazianowców, a tu proszę, cały 

statek jest ich pełen.

Zarumieniła się. Miał tę satysfakcję.

- Nie mówisz tego poważnie, prawda?

- Nie widzę różnicy.

- Stevens...

- Sandor. Mam na imię Sandor.

- Przepraszam, za to co zaszło. Powiedziałam ci czemu, powiedziałam ci... Słuchaj, 

Curran   myślał,   że   blefujesz.   Tak   właśnie   sądził.   Teraz   już   wie.   Tak   jak   my   wszyscy. 

Przyjdziesz na mostek, żeby to wyjaśnić?

Przepuścił to przez głowę kilka razy, ale nie załagodziło to bólu. Stał tam uparcie, 

tylko po to, żeby jej utrudnić.

- Stevens... Czego chcesz?

- Zmartwiona, prawda? Nie jesteśmy jeszcze nawet blisko punktu skokowego. A co, 

kiedy go miniemy?  Ponowne podejście? Pójdę na to tylko raz, Reilly. Następnym razem, 

kiedy mnie dotkniecie, będzie wojna, dostaniecie mnie. Z całą pewnością. W końcu muszę 

spać. Ale powiedzmy to sobie wprost. Możecie nie być w stanie tego ze mnie wydobyć. I co 

wtedy? Co wtedy Reilly?

- To szaleństwo mówić w taki sposób.

- Jak bardzo chcesz tego statku?

- Mocno. Ale nie w ten sposób. Chcę, żebyśmy pracowali razem. Chcę, żebyśmy 

wszyscy mieli  czyste  ręce i byli  w jednym  kawałku. Dlatego, że wciąż sterujesz pełnym 

statkiem, jakbyś leciał z jakimś drobnym ładunkiem. Jesteś kompletnie szalony, Stevens. Czy 

Sandor. Masz zbyt wielu wrogów we własnej głowie.

- To nie działa. Przyjmiesz moje warunki. To wszystko co masz. Podnieśliście stawkę, 

ale nadal nie macie nic więcej.

- Dobrze - powiedziała po chwili a wyraz jej oczu niemal wydawał się być szczery. 

background image

Skinęła w stronę drzwi sekcji. - Chodźmy.

Kiwnął głową i poszedł razem z nią.

- Słuchają - powiedział cicho. - Prawda?

Zerknęła na niego, szybkie, zaniepokojone spojrzenie. Doszli do śluzy. Sięgnęła do 

przycisku, ale był szybszy, zakrył go dłonią. Spojrzał jej w oczy, stojąc całkiem blisko, i ta 

bliskość natychmiast zabiła wszelkie argumenty. Jej zapach i ciepło, wspomnienia Vikinga i 

Pell...

- Mogłabyś mieć to wszystko - powiedział. - Wiesz o tym.

- Nigdy nam nie ufałeś. Od samego początku.

- Miałem rację, prawda?

Przez chwilę milczała.

- Może nie.

To ciche zaprzeczenie przebiło się przez wszystkie jego osłony. Odwrócił głowę i 

wcisnął przycisk.

Drzwi otworzyły się przy akompaniamencie alarmu. Stał naprzeciw Currana i Neilla. 

Jakoś go to nie zaskoczyło.

-   Wraca   -   oświadczyła   Allison.   Zamknęła   za   sobą   drzwi,   uciszając   dzwonek.   - 

Doszliśmy do porozumienia.

Twarze przed nimi nie uwierzyły w to. Wróciły do niego wątpliwości, ale nastroił się 

na bezczelność, w trakcie tysięcy spotkań z ludźmi z doków. Wyciągnął rękę - Curran podał 

mu swoją, z lekkim wahaniem widocznym w ruchu. Uścisk, który oszczędzał nadwerężone 

kostki - dłoń Currana nie była wcale w lepszym stanie, niż jego. Potem Neill - jego szczera 

twarz zdradzała zaniepokojenie.

- Przepraszam - powiedział Neill.

Naprawdę   miał   to   na   myśli,   zdumiał   się   Sandor.   Choć   jeden   z   nich   tak   myślał. 

Równocześnie zdawał sobie sprawę że to pozory. Poczuł ukłucie sympatii do Neilla, co było 

wariactwem: Neill stanąłby po stronie pozostałych i nigdy w to nie wątpił.

- Deirdre jest na wachcie, prawda?

- Tak.

- Zamierzam zjeść śniadanie i umyć się. A potem odpocznę... znajdę sobie kabinę na 

kilka godzin. Obudzicie mnie, jeśli coś się zmieni.

Odszedł,   oddalając   się   od   nich.   Zatrzymał   się   w   kambuzie   i   otworzył   lodówkę, 

wyciągając z niej solidne śniadanie, i cały czas starając się trzymać do nich plecami.

background image

***

To była cicha kolacja, jej i Currana. Curran jadł ostrożnie, z powodu spuchniętych 

warg i nie był w nastroju na pogaduszki. Ona też nie.

- Myślisz, że zostawi to w spokoju całą drogę na Venture? - zapytał w końcu Curran.

- Może. Myślę, że od lat ma wypracowane rozwiązania. Po prostu weszliśmy w jedno 

z nich.

Jakiś czas później:

- Wiesz   - odezwał  się  Curran  - całe   to  porozumienie   to  jedno  wielkie   kłamstwo. 

Popatrz na mnie, Allie. Nie rób takiej miny. Jest kłamcą, aktorem - doskonale wie, kiedy 

przytrzymać, a kiedy spuścić. Od początku to wiedziałem. Gdybyś wtedy nie weszła...

- Co byś wtedy zrobił? Chciałabym wiedzieć, co byś zrobił.

- Wybiłbym z niego odpowiedź. On twierdzi, że nie. Ale to część przedstawienia. Jest 

twardszy niż myślałem ale nie zabiłbym go; nie zbliżyłem się do tego. A to mogło wszystko 

załatwić. Musiałaś wyjść przez te drzwi...

- Nie od razu weszłam ci w drogę. Jak długo by to trwało? Ile godzin? - zbuntował się 

jej żołądek. Przesuwała jedzenie na talerzu i zmusiła się do ugryzienia i połknięcia kęsa. - 

Słyszałeś co powiedział. Zgodził się pracować. Kolejny...

- Naprawdę wierzysz w to, co mówi?

- A co, jeśli to prawda? Co, jeśli cały czas mówi prawdę?

- A co, jeśli nie? Co wtedy, Allie?

- Nie nazywaj mnie tak. Nie podoba mi się to.

- Nie zmieniaj tematu. Wiesz jaka jest stawka. Rozmawiamy o kłopotach. Zajmujesz 

pierwsze miejsce, musisz mieć w tym udział. Ale myślisz poniżej pasa.

- To twoje założenie.

- Nie mów mi, że dowódca mężczyzna nie wplątałby nas w tę sytuację.

- Ach. A więc o to chodzi. A co by było, gdyby to była kobieta, a ty podejmowałbyś 

ryzyko? Mogę zgadywać? Wziąłbyś wszystko, prawda? Myślę, że tak. A czy spałbyś zdrowo 

w takim towarzystwie? Nie. Przemyśl to. Nie śpię z nim. A on nawet poprosił.

- Może powinnaś była.

Sięgała właśnie po kubek. Trzasnęła nim o stół, rozlewając zawartość.

- Musisz popracować nad swoim nastawieniem, panie Reilly, Naprawdę musisz. Może 

powinniśmy   zastanowić   się   nad   logiką,   która   tkwi   za   tym   wszystkim.   Porozmawiajmy   o 

twoich romansach, panie Reilly - a może nie mają one żadnego wpływu na twoją zdolność 

dowodzenia?

background image

Poczerwieniał na twarzy. Przez chwilę nic nie mówił. W końcu jego oczy pociemniały 

i odchylił się do tyłu.

- Oj, ależ ty masz  język,  Allie. Naprawdę chcesz poznać szczegóły?  Opowiem ci 

wszystko co chcesz.

Uśmiechnęła się, samymi wargami, reszta twarzy pozostała niewzruszona.

- Nie wątpię, że zrobiłbyś to. Ani trochę. Miałeś swoją szansę, a on cię zbił na kwaśne 

jabłko, prawda? A więc skoro dyskutujemy  o osobistym  zaangażowaniu,  przypuśćmy,  że 

dodamy jeszcze jedno: czy jest możliwe, że w grę wchodzi jakaś osobista uraza?

- To wszystko na bok. Problem nie w tym co widzimy, ale kim jest Stevens... i gdzie 

jesteśmy. I co z tym zrobimy.

- Mówię ci, że to nie zadziałało.

- Przerwałaś to. To paskudne; naprawdę paskudne, zdaję sobie z tego sprawę i nie 

podoba mi się to; ale to załatwiłoby wszystko, a twój sposób nie popchnął nas ani odrobinę do 

przodu. A nawet nas cofnął.

Przemyślała to i rzeczywiście, była to prawda.

- Jak się to stało, że zrobiliśmy coś takiego? Jak w ogóle mogliśmy o czymś takim 

pomyśleć?

- To nie my. To towarzystwo w jakim się znaleźliśmy.

- Załóżmy, że mówi prawdę. Przez chwilę przyjmijmy takie założenie.

- Ja nie robię takich założeń. Jesteś z powrotem w sytuacji początkowej, ulegając 

dobrej grze. Myślisz, że każdy celnik i bankier, który kiedykolwiek mu uwierzył nie sądził, że 

wygląda uczciwie? Uczciwość jest jego stawką w handlu, on z tą swoją szczerą, niebieskooką 

niewinnością.

Wyciągnęła serwetkę, wytarła rozlaną kawę, starła spód kubka i napiła się, potem 

jeszcze łyk.

- Tak więc idziemy dalej - powiedział Curran. - Drugi skok, i to on go przeprowadza.

- Co byś zrobił?

- Tylko to, co bym musiał.

Potrząsnęła głową. Wstała, opróżniła talerz, po czym. Wstawiła go razem z kubkiem 

do zmywarki.

- Allison. Nie mam ochoty ryzykować życia dla twojego „może”.

Obejrzała się na niego.

- Jesteś moim numerem dwa. Czy nie taka jest twoja praca?

- Jeśli jest jakiś powód...

background image

- Moim powodem jest moja ocena. I moja decyzja.

- Na jaki procent? Wpakuje nas to w kolejną sytuację jak ta. Na takiej podstawie - że 

zgadzamy się, dokąd zmierzamy - to moja praca. Słusznie.

Podeszła do niego i ścisnęła za ramię, po czym ruszyła dalej, wychodząc z kuchni.

background image

Rozdział 14

-   Jesteśmy   pięć   minut   od   granicy   strefy   -   poinformowała   Allison.   -   Przekazuję 

informację naszej eskorcie.

-   Dobrze   -   Sandor   wymruczał   w   odpowiedzi,   zajęty   dostrajaniem   parametrów. 

Nadeszły   raporty   z   pozostałych   stanowisk,   rutynowe   i   potwierdzające   stabilną   pracę 

urządzeń. Dawało mu to szczególnie cenne uczucie: znajomy fotel, rytm działań, dłonie na 

sterach - jakby nic się nie stało. Opadły go szalone pomysły, jak połączenie dwu następnych 

skoków, przekonanie się, czy zniosłyby to żołądki dublińczyków. Wyobraził sobie okrzyki 

przerażenia i wściekłości. Mogłoby się okazać, że nie byliby w stanie zdławić prędkości - 

staliby się pociskiem podróżującym w otchłań poza wszelką kontrolą, ze zbyt wielką masą dla 

systemów   statku...   Albo   odrobinę   zepsuć   harmonogram,   który   przekazali   wojsku   wciąż 

depczącemu  im po piętach.  Być  wyhamowanym  przez  wojskowych  Sojuszu - to dopiero 

dałoby dublińczykom powód do zmartwień... o ile byłoby to warte wpadnięcia w ich ręce. 

Nadal   preferował   dublińczyków,   niż   taki   los.  Allison,   Curran,   Deirdre   i   Neill...  Allison. 

Allison. Bolała wiedza na temat tego czego pragnęła; podświadomie zrozumiał, że jej celem 

była  Lucy.  Chciała tego czego on, w sposób podobny do jego pragnień - i jej samotność 

mogła  być  wypełniona  bez niego. Miała rodzinę. Wiedział. To samotność  podsuwała mu 

dziwne pomysły. Słuchanie taśm ze stacji i zapomnienie czym była rodzina, co było słuszne, a 

co nie.

Zapomnienie o Rossie i Mitrim i wszystkich podróżach w ciemności. Zapomnienie o 

tym co zawierała Lucy. - Tak jakby dublińczycy mogli zapomnieć o swoich sprawach.

Miał   czas,   podczas   godzin   spędzonych   w   kabinie,   która   należała   do   Papy   Lou, 

pomiędzy   pozostałościami   jego   rzeczy   nie   zamkniętych   pod   panelami,   a   które   mogłyby 

pozwolić celnikom zidentyfikować nazwisko Kreja - miał czas przeanalizować to, co zaszło. 

Mógł ich znienawidzić. Rozważył to i zdecydował, że tego nie chce. Kierował nim instynkt 

przetrwania, a może coś więcej.

Przypuszczał, że rozumiał chociaż Allison. Czasem był hojna, ale gdy chodziło ojej 

Nazwisko - wystarczająco twarda, by ciąć szkło. Nie przyszłaby do niego z pustymi rękoma, 

tak jak on nie zostawiłby  Lucy  i nie przyszedł do niej bez grosza. Przyszła, mając ze sobą 

towarzyszy, bogactwo, znaczenie w biegu spraw. I nie mógł jej za to winić.

Nawet - zrozumiał to, choć wolniej i znacznie boleśniej - w Curranie Reillym było też 

coś   wartościowego,   gdyby   tylko   mógł   odkryć   co.   Wierzył   w   to,   ponieważ   Allison   tak 

uważała, a to, co ceniła Allison musiało być coś warte. Przyjmował to na wiarę. Wszyscy oni 

background image

mieli jakąś wartość.

Ale i tak naprawdę zamierzał złamać rękę Currana Reilly przy pierwszej nadarzającej 

się okazji.

A tymczasem wyszedł z kabiny, przywitał się uprzejmie, usiadł przy konsoli i zajął się 

przygotowaniami do skoku, jakby po prostu objął wachtę.

- Ustawić go i wycofać się? - zapytał Allison, z absolutnie szczerym wyrazem twarzy, 

który   nauczył   się   przybierać,   zwłaszcza   wobec   celników.   -   Czy   powinienem   go 

przeprowadzić?

-   Przeprowadź   go   -   była   zmuszona   odpowiedzieć   Allison.   Nie   było   bezpiecznej 

alternatywy,  biorąc  pod uwagę sytuację  z komputerem.  A twarz Currana - skręt głowy i 

spojrzenie w jego stronę - miał wygląd człowieka, który musiał przełknąć gorzką pigułkę.

Jak dotąd żadnych ostrzeżeń ze strony Norwegii.

Może uważali, że są zbyteczne. Tak było. Dane nadchodziły zgodnie z oczekiwaniem, 

na ekrany, do ucha, ciche, rzeczowe głosy.

- Dwie minuty do punktu.

- Wszystko działa.

- M/D skan na trójkę. Wszystko na sygnał.

- Skan na czwórkę. Norwegia ruszyła.

Serce mu zamarło. Na ekranie czwartym pojawił się obraz. Mallory była w drodze. 

Już od chwili, biorąc poprawkę na ograniczenie informacji prędkością światła.

- Odbieram wiadomość - poinformował Neill. - Potwierdzić?

- Przełącz - rozkazał... on, nie Allison. Uświadomienie sobie, że przekazali to jemu, a 

nie Allison zszokowało go. Ale musieli: wojskowi będą spodziewać się jego.

- Nadają kierowaną wiązką - powiedział Neill. - Odpowiedź w tym samym trybie... 

Odbieramy cię, Odyn.

- Tu dowódca Odyna - nadeszła odpowiedź. - Kapitan Mallory przesyła pozdrowienia 

i informuje, że strefa Tylnych Gwiazd kryje niebezpieczeństwa. Życzy powodzenia, Lucy.

To było uprzejme. Zaskoczył go ton. Włączył własny mikrofon.

- Tu Stevens z Lucy. Czy mamy oczekiwać eskorty w następnym punkcie?

Cisza.

-   Lokalizacja   okrętów   Sojuszu   jest   informacją   tajną.   Zalecamy   odpowiednią 

ostrożność w kontaktach.

- Zrozumiałem,  dowódco  Odyna.  - Na czwartym  ekranie  Norwegia  zdecydowanie 

była już w ruchu, nabierając szybkości wyraźnymi, dopplerowskimi skokami, widocznymi na 

background image

ekranie skanera.

Odyn rozpoczął hamowanie - odezwał się Curran. - Tracę ich z podglądu.

- Rzucam ich na skan - powiedziała Deirdre przełączając obraz. Wyraźnie widać było 

teraz powiększającą się odległość.

- Dwadzieścia cztery sekundy do znacznika - poinformowała Allison. - Punkt skoku 

minus piętnaście minut dwadzieścia sekund.

Sprawdził   pasy   i   obecność   prochów   na   blacie.   Oczy  ciągle   wracały   do   ponurej   i 

zbliżającej się teraz obecności. Jeśli Mallory zdecydowała się wykonać ruch, Norwegia mogła 

obrócić wniwecz ich kilkudniowy lot. Próbował ignorować ten straszny fakt, okręt najeżony 

bronią, zbliżający się z szybkością, którą skaner mógł tylko zgadywać. Zajął się osobistymi 

przygotowaniami, tak jak jego załoga: poprawianie się w fotelach, zapewnienie sobie wygody 

i bezpieczeństwa na zbliżający się skok.

- Minus dziesięć minut - wymamrotała Allison. - Cholera, co planuje Mallory?

- Nie będzie nas przynajmniej popychać - powiedział Sandor. - Nie jest szalona, choć 

wiele innych rzeczy można o niej powiedzieć.

Wstrzyknął sobie narkotyk i zaczął odpływać. Przestał się czymkolwiek przejmować. 

Patrzył na skaner, hipnotycznie zafascynowany obrazem. Przypomniał sobie o konieczności 

zajęcia się innymi sprawami i skupił myśli w koniecznym kierunku.

- Przeprowadź go - powiedział do Allison. Wychwycił ruch ciemnych oczu w swoim 

kierunku... podejrzliwość, wątpliwości. - Weź stery - powtórzył, jakby nic się nie wydarzyło, 

jakby był to tylko kolejny etap sprawdzania jego niedoświadczonej załogi. Na twarzy Allison 

pojawiła się panika, na którą zasługiwała sytuacja; ktoś, kto pierwszy raz przeprowadza skok 

Przekazał kontrolę do jej stanowiska i skierował jej uwagę z powrotem na właściwe sprawy.

- Osiem minut - przypomniał jej. Był szalony; wiedział o tym. Prochy rozmyły całą 

przeszłość, stworzyły rodzaj ciepła, w którym czuł się bezpieczny z nimi, po prostu dlatego, 

że nie mieli alternatywy. Patrząc na sprawy w tym świetle, dowodził nimi wszystkimi... a 

Allison Reilly pomyliła się w kolejnych przewidywaniach. Wyczuwał jej gniew na niego; i 

nienawiść Currana oraz zmieszanie pozostałych. Skrzywił się w przygłuszonym  prochami 

uśmiechu, podczas gdy posuwali się w stronę przeznaczenia...

- Pięć minut - powiedział. Allison rzuciła mu kolejne spojrzenie, jakby chcąc ocenić 

stan jego zdrowia psychicznego, po czym skupiła uwagę na konsoli.

Mijały sekundy. Jego dublińczycy,  pomyślał. Prawdopodobnie zaczną wszystko od 

nowa, tam gdzie lecą. Może zrobią więcej niż już zrobili. Jakaś część jego duszy bała się. Ale 

bał się, od zawsze był do tego przyzwyczajony. Wiedział jak się przystosować do rzeczy, 

background image

których się bał. Polegało to na uśmiechaniu się i blefie - odzyskał tę umiejętność.

- Minus czterdzieści pięć sekund.

- Wszystko stabilne.

- Wchodzimy - powiedziała Allison, i chwila ta nadeszła: odsłoniła przełączniki.

Ross... tym razem to nie ja. Ale ona wie co robi. Przeważnie. A więc ruszajmy. Jest  

dobra Ross... oni wszyscy są. A ja nie wiem gdzie stąd lecieć. Oni też tego nie wiedzą. Tego 

jestem pewien. I chyba, są przerażeni tym czym sprawiłem, że się stali...

Uaktywniły się brzechwy,  Lucy  zablokowała  się na gwieździe,  która  nadawała  im 

kierunek i ruszyli...

***

... znów w przestrzeni, impuls hamujący, który odczuły wszystkie nerwy...

Nie ma potrzeby ruchu, żadnej potrzeby: była tam Allison, wydając rozkazy, robiąc 

wszystko co powinno być zrobione.

- Zrzucić - rozkazała. Komputer, z wyłączonym głosem, błyskał ostrzegawczo. Sandor 

wykonał operację, drobne impulsy, które wypychały ich tam i z powrotem poza rzeczywistość 

tu   i   teraz,   obładowanych,   pozbywających   się   prędkości   na   granicy   przestrzeni   fizycznej, 

podczas   gdy   ciemna   masa   udzielała   im   swojej   grawitacji,   drobinka   w   czasoprzestrzeni 

wystarczająca, by ich utrzymać... przyjazny, niebezpieczny punkt masy...

Wlecieli, mając prędkość większą niż w poprzednim punkcie... wybór Allison.

- Czy statek sobie z tym poradzi? - zapytała w związku z tym.

- Powinien - odpowiedział Sandor. - Spieszysz się, Reilly?

Nie odpowiedziała.

- Pusto tu - powiedział Curran. - Ani śladu ruchu.

- To dosyć podejrzane - odezwała się Allison. - Czy nie powiedzieli, że monitorują 

wszystkie punkty?

Nikt nie odpowiedział.  Sandor wydobył  z uchwytu  butelkę  wody,  pociągnął  łyk  i 

odstawił ją z powrotem. Odpiął pasy.

- Wracam do swojej kwatery - poinformował ich. - Powodzenia ze statkiem, Reilly.

- Wachta dnia przestępnego przy sterach - zarządziła Allison. - Zmiana za godzinę.

Możliwe, że chciała mu coś powiedzieć. Może - pomyślał w chwili nadziei - wrócił jej 

rozsądek. Ale kiedy podniosła się od sterów, z jej twarzy można było wyczytać wyłącznie 

zmęczenie. Zmęczenie i rodzaj satysfakcji, który rozumiał. Przeprowadziła statek przez skok - 

to   było   dla   niej   czymś.   Zapomniał   już   ten   niezwykły   strach   nowicjusza;   pierwszy   raz 

background image

poprowadził skok na Lucy, kiedy miał czternaście lat. Był wtedy przerażony. I jeszcze wiele 

razy później.

Poszedł do swojego pokoju bez oglądania się na nią, Currana i pozostałych, samotny... 

z  powrotem   do  muzeum,   którym  była  jego  kabina,  w  ciszę.   Zamknął  drzwi   i  uruchomił 

komputer, ściszając głos do minimum.

- Witaj, Sandy - przywitała go maszyna. To było wszystko co pragnął usłyszeć. - Jak 

się masz?

- Nieźle - odpowiedział głosowi. - Wciąż żyję, Ross.

- Czego potrzebujesz, Sandy?

Wyłączył komputer i uruchomił ponownie.

- Witaj Sandy. Jak się masz?

Wyłączył go po raz drugi, ponieważ - choć nie Posiadali kodów - ktoś mógł zauważyć 

aktywność. Siedział, hołubiąc to co usłyszał, pomimo pustki głosu. Mógł uruchomić jedną z 

sekwencji instrukcji i godzinami słuchać głosu - brakowało mu tego. Ale zaniepokoiłoby ich 

to.   Jego   kwarantanna   pozwoliła   mu   odzyskać   Rossa   choć   na   tyle;   na   tyle   cenił   swoją 

samotność.

Wykąpał się, ubrał w szlafrok i wyszedł do kambuza gdzie zastał Allison i Currana, 

czekających   na   kuchenkę   której   chciał   użyć.   Zatrzymał   się   i   oparł   o   ścianę   z   rękami   w 

kieszeniach,   w   pozie   swobodnego   oczekiwania   z   wystudiowanym   zainteresowaniem 

obserwując płytki podłogi.

Stuk   drzwiczek   i   brzęk   naczyń.   Popatrzył   na   nich,   rozumiejąc,   że   skończyli. 

Przyglądał się, jak nalewają sobie kawy i przygotowują tacki dla pozostałych.

- Proszę - odezwała się do niego Allison. - Chcesz? Rzucił okiem na stół: cztery tace.

- Przygotuję sobie sam. Dzięki, to nie problem.

- Kambuz należy do ciebie.

Skinął, podszedł do zamrażarki i wyciągnął zwykłe śniadanie. Trzęsły mu się ręce - 

zawsze się tak działo, jeśli spóźnił się z jedzeniem po skoku.

- Całkiem  dobrze sobie  poradziłaś  ze skokiem - pochwalił  Allison, oferta pokoju, 

podczas gdy zbierała tacki.

Drobne uprzejmości wymagały analizy. Spojrzała na niego, mając w rękach dwie tace, 

podczas gdy Curran wyszedł z pozostałymi dwiema. Kiwnęła głową, zdecydowawszy przyjąć 

komplement.

- Będzie lepiej - odpowiedziała - kiedy będę mogła go przygotować.

Musiała to dorzucić. Kiwnął jej w tym samym stylu myśląc, że mają przed sobą kilka 

background image

dni lotu przez punkt, a oni mogą mieć jakieś plany.

- Poradzisz sobie - ofiarując również to.

Odeszła w swoją stronę. Odgrzał śniadanie, dygocząc i rozrzucając jedzenie do chwili, 

kiedy  wrzucił  do  żołądka  łyżkę   cukru, poganiając   ją  łykiem  gorącej   kawy.  To  pomogło. 

Drżenie   stało   się   przynajmniej   mniej   natarczywe.   Kawa   zaczęła   rozgrzewać   żołądek. 

Prawdziwa kawa. Po pitych dotychczas substytutach, spodobał mu się jej smak.

Wyłączyła   się   kuchenka.   Wyciągnął   swoje   śniadanie   i   usiadł,   posiadając   na 

wyłączność   stół   w   kambuzie.   Ciekawy   rodzaj   rozejmu.   To   oni   uciekali   od   niego,   jakby 

odbierali jego obecność jak oskarżenie. A on wciąż był właścicielem statku, w samotności 

powiększonej posiadaniem towarzystwa.

Kiedy? - zastanawiał się. I - co dalej? Mogli ciągnąć tę wojnę w nieskończoność. 

Starał   się   być   uprzejmy,   ze   względu   na   własne   bezpieczeństwo;   wiedzieli   o   tym   i 

podtrzymywali grę, patrząc mu na ręce.

Kiedy zjadł, powędrował na mostek. Na tyle przejmował się losem swojego statku. 

Dublińczycy siedzieli w pomieszczeniu na tyłach, dopijając kawę. Byli rozluźnieni i przez to 

bardziej   przypominali   Kreja,   sposób   w   jaki   prowadzili   statek,   bo   zostawienie  Lucy  na 

automatach i siedzenie z tyłu  było  dość bezpieczne. Nie dość sztywne i odpucowane dla 

niektórych kapitanów, nie do końca zgodne z przepisami. Zawsze istniało minimalne ryzyko, 

szansa jedna na milion, że zabije ich coś, zanim zdążą zareagować. Na przykład zasadzka. 

Ryzyko nie do zaakceptowania dla Dublin Again, wiozącego na pokładzie ponad tysiąc osób, 

z nadmiarowym personelem do obsługi statku - ale tutaj, tylko to miało sens. Spojrzały na 

niego   twarze   czworga   dublińczyków,   być   może   przejętych   złapaniem   ich   na   takim 

zaniedbaniu. Kiwnął do nich i podszedł do stanowiska skanera, słysząc za plecami ruch - ktoś 

z nich wstał.

Nic.   Nic   tam   nie   było.   Tylko   jeden   punkt   masy,   samotny   gazowy   gigant 

wypromieniowujący   resztki   ciepła,   gwiazda,   która   zawiodła...   grupa   planetoid/księżyców, 

umieszczonych na mapach i z dala od ich kursu prowadzącego ku nadirowemu biegunowi 

układu. Nic do wrzucenia na ekrany optyczne bez starannych poszukiwań; emisję gazowego 

giganta odbierali przez anteny. Ale brak oznak jakiegokolwiek życia. Brak statku. To nie było 

niczym niezwykłym w dowolnym punkcie zerowym. Ale Mallory wyraźnie zaznaczyła, że 

Wszystkie punkty są pod obserwacją.

Wyprostował się i popatrzył na dublińczyków - Curran i Allison na nogach, pozostali 

wciąż siedzieli, jednak też go obserwując.

- Wytyczyłem nasz kurs na zewnątrz tego pierścienia - poinformował ich cicho — 

background image

omijając wszystko co znajduje się na mapach. Ale to stare mapy, weźcie to pod uwagę. Na 

wszelki wypadek.

- Mógłbyś pomóc, podając kody - powiedział Curran. Wzruszył ramionami i odszedł 

tak jak przyszedł, ignorując wszystko co mówili między sobą.

-   Stevens   -   dogonił   go   głos   Currana.   Popatrzył   z   powrotem   ze   swoją   najlepszą 

niewinnością. Nikt się nie ruszył.

- Trzydzieści sześć godzin, dwadzieścia dwie minuty do znacznika - powiedział cicho. 

- Jak myślicie, co zastaniemy tam gdzie lecimy? Stację rozmiarów Pell? Cywilizację? Byłbym 

zdziwiony. Chcecie zacząć wszystko od początku, próbując tym razem po mojemu?

- Nie - odpowiedziała po chwili Allison. - Partnerzy. Taki jest układ.

- Może. Może być, Reilly.

- Jeśli podejdziemy do tego na twoich warunkach.

- To nie jest Dublin. Nie będziecie tu rządzić. Zaciągnęliście się na mój statek i będzie 

tak, jak zdecyduję. W dokumentach nie było nic o głosowaniu, albo o współpracy. Moje 

decyzje. Tak to działa. Usiądźcie i pomyślcie kto tu łamie prawo.

Odszedł zostawiając ich, wrócił do swojej kajuty, przez chwilę zadowolony, mając 

równocześnie rozpaczliwą nadzieję, że może to sobie przemyślą i dojdą do porozumienia. Ale 

nie robił sobie zbyt wielkich nadziei, a kiedy nikt nie przyszedł, zwinął się i usnął.

Nawiedziła go wizja ubranej w kombinezon postaci, którą był on i Mitri. Otworzył 

oczy by pozbyć się tego obrazu, ale uczepiła się go ta wizja, pojawiając mu się przed oczyma 

za   każdym   razem,   kiedy   pomyślał   o   samotności.   Drżał   przypominając   sobie   najgłębszy 

chłopięcy strach i tchórzostwo. Ross - wołał, czując mdłości i dygocząc. - Ross, on nie żyje,  

wracaj tu. Nie potrafię obsłużyć statku, Ross - nie poradzę sobie z nim sam. Proszę, Ross, 

wracaj...

Znów to czuł, równie żywo jak wtedy; spocony ze strachu, przerażony... Zaklął cicho, 

wiedząc z doświadczenia, że kiedy dopadnie go ta wizja, będzie go męczyć we śnie, całą noc, 

aż wydawać mu się będzie, że pancerz Lucy jest zbyt cienki, by osłonić go przed jej duchami.

Podniósł się w ciemności i oparł głowę na dłoniach... w końcu wstał i zapalił światło, 

szukając papieru i pióra.

Zapisał kod do komputera i wsadził do szuflady pod lustrem, bojąc się tej asekuracji - 

ale kiedy to zrobił, mógł już zgasić światło i wrócić do łóżka.

Mitri przestał go dręczyć.

Przespał całą noc, a kiedy wstał, poradził sobie z Neillem i Deirdre przy śniadaniu. 

Generalnie,   na   statku   panowała   cisza,   wypełniona   raczej   złością   niż   zagrożeniem.   Przez 

background image

większą część dnia zajmował stanowisko przy sterach, po prostu siedział tam, bo tak było 

bezpieczniej dla nich i dla statku. Tej nocy przyniósł tu koc i poduszkę i spał tam. żeby 

zmniejszyć   odległość  pomiędzy  nim  i  sterami,   na wypadek,  gdyby   zaczęło   się dziać   coś 

złego.

- Zrezygnuj - poprosiła go Allison podczas swojej wachty.

Potrząsnął   głową.   Nawet   nie   chciał   się   kłócić.   Kiedy   byli   osiem   godzin   przed 

skokiem, przyszedł do niego Neill.

- To co zrobiliśmy,  było błędem. Wiemy o tym.  Słuchaj, Curran nigdy nie chciał 

wchodzić w nic takiego. Zrobił błąd i nie przyzna się do tego, ale wie o tym i żałuje, że do 

tego doszło. Nie spodziewał się, że go zaatakujesz, a my... my po prostu próbowaliśmy nie 

dopuścić, żeby komuś stała się krzywda.

- Nie dopuścić, żeby Curranowi stała się krzywda. - Nie całkiem  stracił poczucie 

humoru, takie podejście pobudziło je. Spoważniał i wykonał drobny gest w stronę rękawa 

dublińczyka. - Wciąż nosicie plakietki Dublina.

To wytrąciło Neilla z równowagi.

- Nie widzę powodu, żeby ją zdjąć.

I to przynajmniej była uczciwa odpowiedź.

- Jestem tu - powiedział Sandor - w zasięgu wzroku. Tak samo, jak prowadzę ten 

statek cały czas. Jesteście bezpieczni. Dbam o waszą skórę.

Zostawili   go   potem   w   spokoju,   poza   rzucanymi   czasami   uwagami.   A   on   leżał, 

momentami podsypiając, do chwili kiedy zostały tylko dwie godziny do znacznika i trzeba 

było zająć się przygotowaniami.

Pojawiła się załoga, cicha i skupiona na swoich zadaniach.

- A więc lecimy do cywilizacji - powiedział. I rzucając spojrzenie w stronę Allison i 

Currana: - Odrobina wolności dobrze nam zrobi. Wyjaśnimy to wszystko w dokach.

Zobaczył ulgę na ich twarzach, nie był jednak pewien powodu. Poza tym, że wszyscy 

potrzebowali czasu.

Był   zadowolony   z   opuszczenia   tego   miejsca,   ciemnego   i   izolowanego,   znacznie 

bardziej niż często używane punkty po stronie Unii.

Zajął   swoje   miejsce   przy   konsoli   numer   jeden   i   cicho   zaczął   przygotowania   na 

komputerze. Mogli stanąć mu za plecami, ale nie próbowali tego.

Być może, po odpoczynku na stacji - przekonywał się - będzie mógł zebrać się w 

sobie,   skleić   to   co   uległo   złamaniu   i   znaleźć   sposób   na   pogodzenie   się   z   nimi.   Statek 

wypełniony  urazami   mógł   być   naprawdę  bardzo  ciasny.   Potrzebowali  innego  powietrza   i 

background image

głosów ludzi innych, niż on.

Był już tak blisko celu, a kiedy będą mogli się tam znaleźć, wrócić do domu mając na 

koncie sukces - wtedy by się sprawdzili, a jego kartoteka zostanie wyczyszczona, i wszystko 

znów będzie dobrze.

A więc była jeszcze dla nich nadzieja.

background image

Rozdział 15

... system Venture: gwiazda z towarzyszem w postaci gazowego giganta i śmieciami 

tworzącymi wokół nich pierścienie. Oraz mała, niewidoczna w tej chwili stacja, która była 

ostatnim   przystankiem   ekspansji   Sol.   Zakończył   ją   napęd   nadświetlny:   Świat   Pell. 

Podspodzie... znajdując się bliżej i mogąc dostarczać szybciej, złamały monopol Ziemi na 

towary pochodzenia  biologicznego.  Fala ekspansji do nowych  światów. Wojny Kompanii 

-odcięły ją na ponad pół wieku. Jednak teraz pojawił się ruch, słaby puls aktywności.

Brak było boi, która mogłaby podać im korytarz podejścia: ostrzeżono ich o tym. 

Sandor zrzucił prędkość, doprowadzając Lucy do statecznej odpowiedniej dla obładowanego 

statku prędkości, bliżej płaszczyzny układu niż powinien - ale nie było innego ruchu.

- Pusto jak w punkcie zerowym - wymamrotała Allison za jego plecami. - Gdybyśmy 

nie mieli sygnału stacji...

- Nie oczekiwałem po niej zbyt wiele - odpowiedział Sandor. - W końcu jest stara, 

naprawdę stara.

- Radio jest ciche - poinformował Neill. - Tylko szumy..

- Denerwuje mnie to - powiedział Curran - Żadnego ruchu, boi, korytarzy... nie można 

kierować stacją bez korytarzy podejścia. Doprowadzą tu do jakiegoś zderzenia, przy lotach na 

ślepo.

- Idę po kanapkę - powiedział Sandor. - Wrócę z nią do sterów.

- Zostań na miejscu - zaprotestowała Allison. - Neill, zajmij się tym dla nas. Przygotuj 

cokolwiek, tylko zrób to szybko.

Neill   wysunął   się   z   miejsca,   przerzucając   funkcje   swojej   konsoli:   komunikację   i 

ładunek do Deirdre, skanery jeden i dwa do Currana. Allison zajmowała się sortowaniem 

informacji,   które   trafiały   na   ekrany   pierwszej   konsoli,   działając   jak   filtr   danych,   które 

mogłyby nadejść zbyt szybko i ze stron utrudniających interpretację. W tej chwili nic nie 

przychodziło... tylko odległy głos stacji.

- Zbliżamy się do ich okna odpowiedzi - poinformował Curran.

- Jestem gotowa - odpowiedziała Deirdre. Wrócił Neill, niosąc całą naręcz kanapek i 

pojemniki z napojami. Sandor otworzył swój, i gwałtownie wypił połowę, przełykając sok, po 

czym zamknął pojemnik. Stacja nadal nie odzywała się. Nikt tego nie skomentował. Nikt nic 

nie mówił.

- Odbieram coś - powiedział nieoczekiwanie Curran.

- Boże, to wojsko. A przynajmniej tak się porusza.

background image

Obraz błyskawicznie trafił na ekran Sandora.

- Mallory - wyraził przypuszczenie.

- Zaprzeczam - powiedział Neill. - Nie odbieram identyfikacji Norwegii. W ogóle nie 

odbieram żadnej identyfikacji.

- Cudownie - wymamrotała Allison.

- Wielkość. Podaj mi jego wielkość. - Sandor zaczął przygotowywać skok, zauważył 

bliskość centrum układu.

- Uwaga, przygotować się: robimy obrót.

- Zabijesz nas. Cokolwiek to jest, nie dasz rady przed tym uciec.

- Daj mi do tego wyliczenia. - Wprowadził ich w rotację osiową i wyłączył silniki, 

podrywając do lotu zestaw plastykowych opakowań i pojemników z napojami, pół kanapki i 

niezidentyfikowaną taśmę.

-   Ładunek   stabilny   -   zgłosiła   Deirdre,   a   on   pomimo   siły   odśrodkowej,   która 

wyłamywała mu ramię sięgnął do klawiatury i kontynuował obliczenia.

- Nie damy rady - powiedziała Allison. - Nie wyjdziemy na skok dość szybko, bo 

zakładam, że zaczną strzelać. Mam dla ciebie obliczenia...

Ani   słowa   kontaktu,   nic.   Rzucał   spojrzenia   na   skaner   i   podawaną   przez   Currana 

szacunkową odległość... dostrzegł wyniki Allison pojawiające się na trzecim ekranie. Punkt 

przecięcia wykresów błyskał czerwienią przed osiągnięciem dystansu bezpiecznego skoku.

- Słyszysz mnie? - zapytała Allison ostro. - Stevens, nie damy rady. Dogonią nas.

- Wciąż nie podają identyfikacji - powiedział Neill. - Nic nie odbieram.

- Przejmą nas.

- Co więc chciałabyś zrobić? - Sandor przerwał obliczenia skoku, podczas gdy statek 

leciał dalej. Jego ciało zostało wgniecione w fotel, a puls szumiał w uszach, zagłuszając inne 

dźwięki.

-  Zwolnij   -  krzyknęła   na   niego   Allison.   -  Zwolnij,   zanim   nas   rozwalą.   Co  ci   się 

wydaje, że robisz?

W głowie miał pustkę, czystą panikę. Instynkt kazał mu uciekać; rozsądek i obliczenia 

twierdziły że to się nie uda. A biorąc pod uwagę...

- Stevens!

- Skończ z tym - wrzasnął na niego Curran. - Stevens, zabijesz nas. Nie możemy tego 

wygrać.

Popatrzył na dublińczyków, z wysiłkiem obracając kark.

- Włóżcie kombinezony próżniowe. Słyszycie? Wyhamuję. Allison, Deirdre i Neill, 

background image

zejdźcie na dół i ubierzcie się, i to szybko. Curran, zostaniesz tu. My dwaj... zdejmij plakietkę 

Dublina. Ruszajcie się, niech was diabli!

Zaprzestał hamowania, kupując czas dla nich, a tracąc swój. Dublińczycy ruszyli, bez 

pytania   wypełniając   polecenia,   nie   kłócąc   się   z   okrętem   wojennym   przyśpieszającym   w 

pościgu. Wstali z miejsc i pobiegli, ciężko walcząc z przyspieszeniem. Za plecami usłyszał 

działanie windy. Tylko Curran został z nim, gwałtownie zdzierając naszywkę z ramienia.

- Co planujesz? - zapytał Curran. - Chcesz na nich zastawić pułapkę na pokładzie?

- Nie. Jesteśmy jedyną załogą, ty i ja. Zamustrowałeś  się na Pell, wyrzucili cię z 

Dublina.  - Sięgnął do konsoli i przełączył kabiny dwa, cztery i pięć w tryb oszczędności 

energii. - Idź tam i oczyść ich kabiny. Wepchnij wszystko do swojej. No, ruszaj się.

Curran pobladł, po czym kiwnął głową i ruszył w stronę korytarza, odpychając się od 

konsol.

Odległość między nimi wciąż się zmniejszała. I nadal żadnego sygnału, zresztą nie 

było potrzeby. Goniący ich statek wiedział i oni wiedzieli, nic więcej nie było potrzebne. 

Wszystko   rozgrywało   się   w   ciszy.   Wyłączył   pozostałe   stanowiska,   wszystkie   funkcje 

obsługiwała teraz pierwsza konsola.

- Ubieramy się - dotarł do niego zdyszany głos Allison z interkomu. - Co teraz?

-   Pełno   tam   tuneli   technicznych.   Wybierzcie   któryś.   Wejdźcie   tam   i   zostańcie. 

Cokolwiek będzie się działo. Jeśli nas obrabują i porzucą - dobrze. Jeśli zabiorą nas ze statku 

- wy zostaniecie.

- Nie ma mowy. Nie zgadzam się.

- Słuchaj mnie. Wejdziecie do dziury i przeczekacie to. Wiem o czym mówię i wiem 

co robię.

- Nie będę się ukrywać w żadnej...

- Zamknij się, Reilly. Nas dwóch to maksymalne ryzyko w tej sytuacji, i właśnie to 

wybrałem... Przy wyglądzie Currana i moim - będziemy wyglądać na przemytników. Jeśli 

chcesz, żeby Neill i Deirdre zginęli, proszę bardzo, chodźcie tu. Nie będzie ci tam łatwo, 

wiem, ale na miłość boską, nie spieprz tego. Proszę, Reilly Przemyśl to. Ten statek to nosiciel 

mazianowców. Mogą mieć na pokładzie ze trzy tysiące żołnierzy. Rób co ci każę i zmuś 

pozostałych   do   posłuszeństwa.   Mamy   szansę.   Nie   kręcą   się   w   pobliżu   po   ataku.   Może 

będziecie mogli coś zrobić; może na Venture są jacyś ludzie. Może przylecą tu inne statki. 

Jeśli nic innego, może chociaż odlecą. I Reilly, słuchasz mnie?

- Słucham cię.

- Kody do komputera są w mojej kabinie. Górna szuflada.

background image

- Niech cię szlag, Stevens.

- Sandor. Nazywam się Sandor Kreja.

Z   drugiej   strony   zapadła   cisza.   Słyszał   jak   oddycha,   dysząc   lekko   jakby   z 

wyczerpania.

-   Zabierzcie   ze   sobą   wodę   -   powiedział.   -   I   nie   używajcie   butli   tlenowych 

kombinezonów, jeśli nie będziecie musieli. To może potrwać dzień, czy coś koło tego. A 

teraz wyłącz radio i ucisz to stado, dobrze?

- Słyszałam.

Zupełnie wyłączył silniki. Skończyło się obciążenie, równocześnie raptownie przerwał 

się kontakt z Allison. Było mu zimno, zmusił ręce do ruchu by przywrócić krążenie krwi.

Miał   już   wszystko   zaplanowane,   spokojnie   i   rzeczowo.   Spojrzał   na   wracającego 

właśnie Currana, zmęczonego i zdyszanego.

- Właśnie rozmawiałem z Allison - poinformował go. - Wejdą w tunel techniczny i 

będą siedzieć cicho. Dałem jej kod do komputera. Trzymaj gębę na kłódkę i przełknij dumę; 

wejdą nam na pokład, nie mamy wyboru. Jesteś moim numerem dwa, nic nie wiesz. Mamy 

wojskowy ładunek, a lecimy razem z Vikinga. Mamy ukryte złoto i wozimy wszystko co się 

opłaca.

Curran   kiwnął   głową,   zupełnie   bez   arogancji,   normalny,   przytomny   wygląd, 

zrozumienie tego co robią... A więc jest w tym człowieku dobro, powiedział do siebie Sandor, 

w dziwnej ciszy, która zapanowała między nimi. Ma rozum.

Odwrócił się i spojrzał na ekran. Błyskało światełko komunikatora.

- Zapnij się - powiedział do Currana. - Nadchodzą.

***

Słychać   było   przytłumiony   szum   i   wyczuli   wstrząs   połączenia.   Allison   leżała 

nieruchomo   w   niewielkim   ciążeniu   zamknięcia,   w   całkowitej   ciemności.   Poczuła   jak 

delikatnie   porusza   się   Deirdre,   dotykając   jej   kombinezonu,   a   Neill   był   dalej.   Jej   palce 

spoczywały na kolbie jednego z trzech pistoletów znajdujących się na statku - wyciągnęli je 

ze schowka. Zabrali dwa, zostawiając jeden, domyślając się że brak broni mógłby wywołać 

podejrzenia u wchodzących na pokład napastników.

Tak   samo   kombinezony   -   zostawili   dwa.   Musieli   zrobić   coś   z   kabinami   u   góry, 

pomyślała. Musieli.

Drugie uderzenie, które poniosło się po konstrukcji nośnej pod jej ręką - połączenie 

śluz.   Allison   zadygotała   w   napływie   adrenaliny,   która   wywołała   skurcz   nogi. 

background image

Prawdopodobnie mogła to wyczuć Deirdre, co wywołało w niej falę wstydu. Ale nie mogła 

się powstrzymać. Chciała coś zrobić, ale z drugiej strony czuła strach i była zadowolona z 

tego gdzie jest.

A Curran i Stevens tam w górze... Sandor.  Kreja Szukała nazwiska w pamięci, ale 

niczego nie mogła znaleźć, nic dla niej nie znaczyło.  Curran i Sandor.  Myśleli, że mogą 

zginąć. Obaj. A ona posłuchała rozkazów bo nie miała żadnych innych pomysłów, żadnych 

idei. Jak wtedy,  kiedy schowała się w kabinie czekając aż jej  załoga  rozwiąże  sprawy z 

człowiekiem kierującym tym statkiem. Jak nie znając odpowiedzi i zbyt polegając na radach. 

Kryjąc się i drżąc w ciemności, podczas gdy człowiek, z którym sypiała i jej kuzyn, stawiali 

czoła mazianowcom ochraniając ich - zyskała nową perspektywę siebie samej.

Nie dla statku, nie dla frachtowca wartego nędzne kilkanaście milionów, ale dla tego 

czym ten statek był, dla życia które zawierał, tu w dole, w ciemności.

W końcu kolejny dźwięk, czyjeś przejście przez korytarz, niedaleko. Dźwięk dobrze 

roznosił się w wypełnionych powietrzem tunelach, docierając do mikrofonu umieszczonego w 

kombinezonie. Mogliby wyjść za plecami intruzów, może nawet zabić ich za pomocą dwu 

żałosnych pistoletów, gdyby udało im się ich zaskoczyć... - Ale chwilę później przyszłoby stu 

żołnierzy - i co by zyskali, oprócz bycia rozgniecionym?

Dodała sobie to wszystko, całą stojącą za tym logikę, drugi i trzeci raz, i za każdym 

razem Stevens/ Sandor miał rację. Doskonale wiedział co robi. Leżała wdychając zimne, ostre 

powietrze przechodzące przez filtry kombinezonu w niewygodzie, której jednak nie odważyła 

się   poprawić   i   podsumowała   sobie   Allison   Reilly.   Wyszły   jej   głównie   wartości   ujemne. 

Żadnych konkretów, charakteru. A to nie była chwila na dowodzenie czegokolwiek. Zbyt 

późno   na   dowody.   Musiała   leżeć,   przyjmować   rozkazy   i   robić   coś   porządnie.   Dorośnij, 

powtarzała sobie. Myśl. I uratuj wszystko co możesz.

Intruzi byli teraz nad nimi. Niespodziewanie ze zdumiewającą jasnością uświadomiła 

sobie,   że   na   pewno   zostawili   kogoś,   by   pilnował   przejścia   między   statkami,   kogoś   przy 

windzie. Wyjście tam oznaczałoby strzelaninę i trójkę martwych dublińczyków.

Co   nie   było   dobrym   pomysłem.   Zaczęła   myśleć   o   konkretnych   sprawach.   Jak 

uratowanie Lucy, która przede wszystkim była w opałach, mając nadzieję, że największy łgarz 

jakiego kiedykolwiek spotkała będzie umiał oszukać nawet Maziana.

Ten  Stevens/Kreja  miał   doskonale  rozwinięty  instynkt  przetrwania.  Zakładając,   że 

mazianowcy zostawią jego i Currana w jednym kawałku...

Zakładając coś takiego, mogą potrzebować pomocy. Szybko.

Zaczynała tracić czucie w stopie. Drętwota rozeszła się po nodze i dotknęła ramienia, 

background image

na którym leżała. Nie była już w stanie utrzymywać podniesionej głowy, więc oparła ją o 

podłoże   i   znalazła   pozycję,   w   której   było   jej   stosunkowo   wygodnie,   opierając   skroń   o 

wyściełaną wewnętrzną powierzchnię hełmu. Drobne niewygody zsumowały się, absorbując 

jej uwagę i zmieniając się w tortury. Powietrze wchodzące do filtrów było dość zimne, by 

szczypać   ją   w   nos,   twarz   i   oczy,   jeśli   tylko   je   otwierała.   Zdrętwienie   ciała   mogło   być 

wywołane zimnem. Mogła w ten sposób stracić stopę, jeśli zawiodło gdzieś ogrzewanie i to 

zimno wywołało brak czucia w nodze.

Czekała z zamkniętymi oczyma, pozwalając odrętwieniu rozszerzać się tak długo jak 

się odważyła.

I poczuła ruch Deirdre, być może wywołany poruszeniem Neilla, wykorzystała szansę 

i obróciła się na drugą stronę.

Żadnej   komunikacji   z   pozostałą   dwójką.   Czekajcie,   powiedziała   im.   Więc   wciąż 

czekali, nie używając świateł, i oszczędzając energię.

Nagle usłyszeli  dźwięk  pracującej  windy,  co wywołało  u niej  przyspieszone  bicie 

serca.   Cokolwiek   działo   się   na   górze,   zakończyło   się;   wychodzili.   Przynajmniej   ktoś 

wychodził. Słyszała odgłosy ciężkich butów na korytarzu i pracę zamka śluzy.

Jeśli byli  na górze sarni, jeśli byli  w stanie - mieli interkorn w kombinezonach - 

Sandor i Curran spróbowaliby skontaktować się z nimi...

I nagle ruszyli, ostre pchnięcie, które rzuciło nimi wszystkimi, zamieniając tunel w 

którym leżeli w studnię grawitacyjną.

Zatrzymał ich Neill: spadli na przegrodę między segmentami, tworząc spiętrzenie, z 

Neillem   na   spodzie,   ona   i   Deirdre   przyciskające   go   coraz   mocniej   w   miarę   wzrostu 

przyspieszenia, które zgniatało ich z siłą uniemożliwiającą wyprostowanie stawów i groziło 

połamaniem   kończyn.   Wciąż   miała   w   ręku   pistolet,   nie   upuściła   go.   Ale   jej   głowa   była 

skręcona  wewnątrz  hełmu  który opierał  się o coś i bardzo trudno było  jej w tej  pozycji 

oddychać.

Urwą ładunek, pomyślała, niedorzeczna troska w takiej chwili. Byli na holu, ciągnięci 

przez potężny okręt, i wciąż mogło być gorzej. Może cztery g. Coś takiego spokojnie mogło 

wyciągnąć dziesięć. Biorąc pod uwagę wewnętrzne kompensatory, może nawet więcej. Jej 

umysł zajął się roztrząsaniem nieistotnych w tej chwili drobiazgów, a w międzyczasie poczuła 

ręce - to dłonie Deirdre złapały jej i ścisnęły. Potrafiła rozpoznać delikatny uścisk Deirdre. Co 

do Neilla - nie była w stanie stwierdzić, które kończyny należały do niego i czy w ogóle był 

przytomny,   znajdując   się   na   spodzie   stosu.   Boże,   przebicie   kombinezonu   w   tym   zimnie 

oznaczałoby poważne kłopoty. Wybrała miejsce, w którym się ulokowali, biorąc pod uwagę 

background image

reorientację, ale nie przyszło jej do głowy coś takiego; nigdy w życiu jeszcze nie czuła się w 

ten sposób. Jej puls szalał na granicy wydolności. Czuła ciężar na piersi. Trwało to dalej, więc 

próbowała   przyzwyczaić   się   do   tego,   usiłując   pogodzić   się   z   czekającym   ją   długim 

cierpieniem...

Nieoczekiwanie wszystko ustało, równie gwałtownie jak się zaczęło, a rotacja Lucy 

powrotem zmieniła  studnię w tunel. Odczołgała się na bok i spróbowała włączyć  latarkę 

zamontowaną w kombinezonie. Zobaczyła Deirdre, oświetlając jej zmęczoną twarz, potem 

Neilla, o podobnym wyglądzie. Wykonała gest oznaczający stabilność.

Stacja - zasygnalizowała Deirdre.

-  Potwierdzam -  odpowiedziała. Nie istniało inne rozsądne wytłumaczenie. -  Mają 

stację.

Pytanie - zasygnalizował Neill. - Pytanie. Wydostać się stąd.

- Zostań. - Wykonała gest ostro i definitywnie, po czym wyłączyła latarkę. Pozostałe 

światła też zgasły.

Dwie   godziny,   poinformował   ją   wewnętrzny   zegar   kombinezonu,   wyświetlając 

czerwone liczby, kiedy wcisnęła aktywację. Dwie godziny, dziesięć minut, czterdzieści pięć 

sekund i sześć dziesiątych.

Za kilka godzin mogą dolecieć do stacji. Statek może zostać przeszukany i obłupiony 

z ładunku. Mogą zabrać cały statek. Wyobraziła sobie ukrywanie się, aż osłabną z głodu, nie 

mając   szans   na   zdobycie   jedzenia,   a   potem   wylot   statku   ze   stacji,   z   załogą   Maziana   na 

pokładzie, i nimi złapanymi w pułapkę.

Albo   znacznie   wcześniej,   przeszukanie   kabin   ujawniające   dodatkowe   zestawy 

świeżych  ubrań, niepodobnych  do innych,  porozrzucanych  po pozostałych  kajutach  Lucy. 

Ubrania   z   naszywkami   w   koniczynki.   I   mazianowcy   wiedzieliby   co   zdobyli   -   klucz   do 

nagrody bogatszej niż kiedykolwiek.

Wiedzieli zbyt dużo.

***

Uzbrojeni żołnierze kręcili się po mostku, przyglądając się temu i tamtemu, a nie 

uzbrojony oficer siedział na stanowisku numer jeden, nie robiąc nic oprócz wciskania, nosa 

we   wszystko.   Sandor   był   świadom   jego   obecności,   wyczuwając   ją   poprzez   plastikowo-

ceramiczny pancerz żołnierza kierującego w stronę jego i Currana lufę karabinu. Siedział tam, 

gdzie   go   posadzono,   w   fotelu   najbardziej   oddalonym   od   pulpitów   kontrolnych   i   czekał, 

podczas   gdy   żołnierze   weszli   do   rdzenia   i   sprawdzili   wszystkie   ładownie.   I   cały   czas 

background image

zastanawiał się na przyspieszeniem, które przez jakiś czas wciskało ich w fotele, zamieniając 

tunele serwisowe w studnie w których z łatwością można było połamać kości. Allison na 

pewno o tym pomyślała; z pewnością zabezpieczyła się przed tym. Pot zbierał mu się na 

skroniach i spływał po policzkach, zdradzając spokój, który usiłował zachować.  Australia, 

przeczytał namalowaną na pancerzu nazwę statku i numer, który nic dla niego nie znaczył. 

Wojskowy nie miał twarzy, tylko plastikową osłonę, w której odbijał się jego zniekształcony 

obraz - blondyn  z plecami opartymi  o ścianę, za nim odbicie Currana, z jeszcze jednym, 

również uzbrojonym strażnikiem.  Australia,  oznaczała Toma Edgera, dowódcę drugiego po 

Mazianie, o bardzo paskudnej reputacji. Przed oczyma wciąż miał wygląd mostka podczas 

pierwszego abordażu; czuł widmowy ból w pozostałej po tamtych wydarzeniach bliźnie i 

trupy wokół siebie. Pozwolił im wejść na pokład, właśnie on, kiedy wszystko przemawiało 

przeciw temu. W końcu zrozumiał tamten dzień, jak nigdy dotąd. Siedział sparaliżowany i 

usiłował myśleć, ale jego umysł  wciąż wracał do przeszłości... widząc czarny wylot lufy 

skierowanej prosto w jego twarz.

Jak   dotąd   żadnych   strzałów,   żadnych   uszkodzeń.   Zostali   przyczepieni   do   kadłuba 

monstrualnego okrętu., blachy do blach. Nigdy nie doceniał potęgi gigantycznych nosicieli do 

chwili, kiedy poczuł jak rozpędza niemałą przecież masę frachtowca z przyspieszeniem kilku 

g  nie byliby w stanie mu uciec... większość czasu, który minął przed połączeniem, zyskali 

dzięki delikatnym manewrom koniecznym do zsynchronizowania śluz. Możliwe zresztą, że 

mazianowcy byli tak cierpliwi tylko dlatego, współpracował przy manewrach.

Takie myślenie prowadziło do fałszywego poczuć bezpieczeństwa. Zaprzeczała mu 

lufa karabinu umieszczona na wprost jego twarzy. Miał czas by zaobserwować najdrobniejsze 

szczegóły ich wyposażenia, ale wciąż nie wiedział, czy to ten statek, czy Norwegia, czy może 

jeszcze jakiś inny statek złapał wtedy  Lucy/Łabędzia.  Miał poczucie zdrady... wściekłość. 

Stacja Venture nie robiła nic, by przeszkodzić w tym co się stało: stacja należała do Maziana, 

była   w   jego   rękach.   Pod   szczelinami   tego   rozumowania   prześwitywał   czysty   horror, 

podejrzenie, że były sprawy o których mógł nie wiedzieć nawet Sojusz, zwłaszcza skoro 

ustanowili kogoś takiego jak Mallory, byłą kapitan Maziana, swoim szefem obrony.

Wojskowy   ładunek,   powiedziała   Mallory.   Dostawa   na   Venture,   gdzie   czekała 

Australia.  Zaopatrzenie... dla sojuszników? Pomyślał, że potęga taka jak Sojusz, składająca 

się tylko z jednego świata i jednej stacji - poza Tylnymi Gwiazdami i samymi kupcami - 

mogła ulegać groźbom siły, którą stanowił Mazian... garść nosicieli, które poruszały się jak 

duchy pomiędzy punktami zerowymi, atakując i uciekając. Mogli nawet zdobyć Pell.

Zwłaszcza, jeśli Mallory przemyślała swoje możliwości i zdecydowała się na zmianę 

background image

szefów.

Nie pozwolą garści niezależnych kupców wchodzić sobie w drogę. Na to nie było 

nadziei.   I   możliwe,   że   mazianowcy   mogli   znaleźć   sposób   na   wykorzystanie   statku 

kupieckiego, który według planu miał wrócić na Pell.

Skupiał wzrok na zmianę na broni i na oficerze, który pracował przy sterach. A kiedy 

mężczyzna obrócił fotel i wstał, z paniką pomyślał, że wie o co zostanie zapytany.

Mężczyzna ominął wartownika... przez chwilę lufa broni uniosła się, po czym wróciła 

na cel.

- Potrzebuję odblokowania komputera - powiedział oficer. - Zrobisz to po dobroci?

-   Nie   -   odpowiedział   Sandor   cicho.   I   coś   zaskoczyło   a   miejsce,   jak   stare 

przyzwyczajenie. Wziął głębszy oddech i odkrył, że jego mózg znów funkcjonuje. - Handluję. 

Może przewożę trochę kontrabandy tu i tam. Działałem już po drugiej stronie prawa. A zanim 

stracę najlepszy interes, porozmawiam najpierw z samym Edgerem.

- Wie pan, nie polecałbym tego.

-   Nie   jestem   idiotą.   Nie   chcę   umierać   za   ładunek.   Rozumiem,   że   zostaniemy 

rozładowani na Venture. Pomyślałem, że może macie to wszystko dopięte. Świetnie. Chcecie 

ładunek - trudno. Nie jestem bohaterem. Mój partner również. Porozmawiam z Edgerem, ale 

mam w planach interes, sam pan rozumie. Może do czegoś dojdziemy.

Mazianowiec   studiował   jego   twarz   przez   dłuższą   chwilę   -   blady   mężczyzna   w 

nieokreślonym wieku, z pobrużdżoną twarzą, intruz na pokładzie Lucy. Wolno kiwnął głową, 

mając nieprzenikniony wyraz oczu. Sandor pozwolił by to zapadło, zdrętwiały, spodziewając 

się, że wszystko to stanowi tylko wstęp do bicia... i ku własnemu zdumieniu zrozumiał, że 

oferta została przyjęta.

- Pójdziemy na to - odpowiedział oficer i wrócił do sterów.

Sandor zerknął w górę, na osłonę twarzy żołnierza - nie żeby mu się przyglądać, ale 

by bez odwracania się spojrzeć na Currana; dublińczyk siedział nieruchomo, nie poruszywszy 

nawet   jednym   mięśniem.   Serce   biło   mu   z   podwójną   prędkością   i   odczuwał   pokusę 

pogratulowania   sobie,   studzoną   świadomością,   że   druga   strona   miała   przewagę.   Nie   byli 

przecież głupi. Zrozumiał nagle, że ludzie Maziana i drobni handlarze musieli mieć podobne 

odruchy, podobne podejście - żyjąc na granicach cywilizacji, z dala od tłustej reszty. To było 

jak rozwijanie mapy, leżącej płasko i bez niejasności. Żadnych enigmatycznych potworów z 

dzieciństwa - byli dosyć podobni do niego, żądni zysku i wymiany, niezbyt przejmując się 

moralnością.  Zawsze  mieć  największą  przewagę, wykonać  najlepszy ruch - a najlepszym 

ruchem   w   tej   chwili,   było   nie   rozwalać   na   kawałki   człowieka   z   kodem   do   komputera, 

background image

człowieka ze statkiem, który miał dokumenty Sojuszu i zezwolenie dokowania na Pell.

Zrozumiał, w jaki sposób to rozegrać. Co musiał przehandlować. Ale to już nie była 

kwestia drobnego oszustwa, drobnego skubania wielkiej korporacji. Nie był już nieważny. 

Szczerze zatęsknił za swoją zwyczajnością.

Ross... mam problem Ross. Masz taśmę, która pomoże w tej sytuacji? Może uratuję  

swoją załogę. Curran... i Allison... Co jest słuszne? Gramy o statek, czy o jakąś stację i ludzi, 

których nie znamy? I jak ktokolwiek może żądać czegoś innego, skoro to nasze delikatne  

osoby wpadły w ręce mazianowców?... Jego umysł odmalowywał obrazy, które zdecydowanie 

odganiał, preferując tkwiącą przed oczyma broń od wizji które potrafił przywołać jego umysł.

Zdecydował  się,  ufając  swojej  pomysłowości.  Znów   myślał,  krew   znów   krążyła   - 

potrzeba znalezienia wyjścia z matni była jak seks. Żadnych założeń, tylko dobre rozeznanie 

czego może chcieć przeciwnik... znajomość wszystkich stron sprawy.

Wciąż się zastanawiał, kiedy statek zrzucił prędkość - zrzut krawędziowy, który przez 

swoją nagłość zszokował go i otumanił. Manewr wojskowy, zahaczenie o nadprzestrzeń z 

gwałtownością, która wprawiła w drżenie jego mięśnie. Curran zaklął cicho - jego pierwsze 

słowa od wejścia intruzów. Sandor spojrzał w jego stronę i napotkał wzrok dublińczyka, który 

wyrażał strach. Nie wymienili żadnego gestu, Curran był na to zbyt rozsądny. Dobrze wybrał, 

pomyślał, znów kwestia instynktu. W Curranie Reillym nie było nic co można by złamać. 

Mając wspólnych wrogów, dobrze było mieć dublińczyka za plecami. Oprócz tego spojrzenia 

nie zdradził się nawet mrugnięciem.

Przez kadłub przebiegł wstrząs, a Sandor instynktownie spojrzał w kierunku z którego 

nadszedł, czując serce w gardle; ale po prostu zostali uwolnieni z holu, nic gorszego. Byli 

wolni, a Lucy mogła poruszać się dzięki własnym silnikom, mając obcego za sterami.

Kierowali się do doku. Wyczuwał drobne przesunięcia naprężeń i skupił wzrok poza 

strażnikiem, na ekranach, z których przy tej odległości nie mógł odczytać szczegółów.

Pilot wyraźnie starał się nabrać wyczucia w możliwościach statku. Rosła w nim chęć 

przejęcia sterów, złość na obce ręce niezgrabnie kierujące statkiem, tak jakby zadrapania 

kadłuba były najgorszą rzeczą o jaką powinien się teraz martwić.

Dokowanie rzeczywiście przebiegło niezgrabnie, wskoczyli  do doku z uderzeniem, 

które wywołało jęk jego duszy. Przeklął na tyle głośno, by usłyszał go wartownik, ale nie aż 

tak, by dotarło to do oficera, na którego dobrej woli zdecydowanie mu zależało.

background image

Rozdział 16

Cisza trwała już długo... od kiedy zadokowali. Zatrzymano rotację. Na statku było 

słychać wszystkie dźwięki związane z przechodzeniem i wyjściem, a było to już jakiś czas 

temu...

A potem nic. Cisza, przez bardzo długi czas. Podczas długich godzin oczekiwania 

Allison wierciła się, jadła i piła, bo przekroczyła już punkt zmęczenia i musiała, a nie dlatego 

że domagał się tego jej żołądek.

Deirdre ani Neill nie mieli  do zaoferowania żadnych  sugestii - nie po tym,  kiedy 

poczuli jak statek zwalnia się z holu i zaczyna poruszać się na własną rękę.

Brakowało   teraz   odgłosów   maszynerii,   hałasu   rozładunku.   Otwarcie   klap   i 

uruchomienie urządzeń rozładunkowych wymagało dostępu do komputera... a to znaczyło, że 

mazianowcy   nie   dostali   kodów   -   w   taki   czy   inny   sposób.   Próbowała   gratulować   mu   w 

myślach, ale rozumiała, że równie możliwe jest, że po prostu zginęli. Wciąż utrzymywała się 

cisza, przynajmniej w tej części statku, którą mogli słyszeć.

Przypuszczała, że może zrobić fatalny błąd, wszystko zepsuć - albo siedząc zbyt długo 

w ukryciu, albo ruszając się zamiast siedzieć cicho i czekać, rozważając straty i nadzieje...

Po   co?   -   pomyślała.   Sandor   nie   przewidział   doholowania   do   stacji,   dokowania   i 

swobodnego zajęcia statku. Nic nie zyskiwali, czekając aż mazianowcy wezmą wszystko co 

chcą i ulokują tu własną załogę. Wyobraziła sobie ponury obraz - ukrywanie się w ciasnych 

tunelach  i czekanie,  aż jakaś  załoga wyprowadzi  Lucy  z doków  i dopiero wtedy.  Byliby 

wycieńczeni głodem i brakiem ruchu, w mniejszości, nieuzbrojeni - mazianowcy umieścili na 

statku przynajmniej tuzin ludzi, w niemożliwy sposób przechylając szalę przeciw nim.

Włączyła latarkę kombinezonu.

-  Wychodzimy  -   zasygnalizowała   do   pozostałych,   widząc   jedynie   ciemne   osłony 

hełmów, odbijające jej światło w ciemność. Ale po chwili głowy w hełmach skinęły, a Neill 

poklepał ją rękawicą po kolanie. Zgadzali się.

Ruszyła   wzdłuż   tunelu,   przypominając   sobie,   że   gdzieś   w   stronę   dzioba   był   inny 

przewód, prowadzący na główny poziom. Po dokowaniu byli na dole, ponieważ zeszli poniżej 

mostka,   opierała   się   więc   teraz   na   ponad   dwugodzinnej   analizie   zapamiętanej   topografii 

statku i starała się kierować w stronę windy. Poruszali się powoli, czołgając się w ciężkich 

kombinezonach i próbując nie dopuścić do stukania metalem o metal. Utrzymywała włączone 

światło   i  w  pewnym   momencie   odwróciła  się  do nich   i zasygnalizowała   żądanie   ciszy  - 

zbędne ostrzeżenie. Wiedzieli. Poślizgnięcie się, stuk plastiku albo metalowej klamry o metal, 

background image

mogły zaalarmować ewentualnych strażników.

Od czasu do czasu musiała się zatrzymywać. Wreszcie znalazła to, czego szukała - 

szyb   techniczny.   Była   zdegustowana   własną   słabością,   ponieważ   zupełnie   straciła   dech   i 

wątpiła, czy zdoła się wspiąć przy normalnym ciążeniu.

Musiała, to wszystko. Nie mogła posłać na górę Neilla, by został zabity tylko dlatego, 

że był najsilniejszy. Musiała być gotowa na użycie broni, i to skutecznie, a nikt z nich nigdy 

nie strzelał, jeśli nie liczyć symulacyjnych gier komputerowych.

Wciągnęła powietrze i ruszyła, powoli wspinając się w górę, starając się zachować 

ostrożność.   Masa   plecaka   obciążała   jej   ramiona,   grożąc   oderwaniem   dłoni   ze   szczebli   i 

nadwerężając kości palców nawet przez rękawice. Starała się jak najwięcej ciężaru rozkładać 

na nogi. Przeszła tuzin szczebli, potem jeszcze kilka. Wreszcie właz. Zahaczyła się ramieniem 

o drabinkę, a drugą ręką naparła na otwierającą go dźwignię. Niemal zerwała sobie wszystkie 

mięśnie,   ale   zamek   ustąpił   wreszcie   z   denerwującym   stukiem,   wzmocnionym   przez   jej 

mikrofon.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Z fotela przy stanowisku numer jeden poderwał się 

mężczyzna w kombinezonie, gwałtownie odwracając się w stronę źródła dźwięku. W panice 

wystrzeliła na ślepo i z niewiarą przyglądała się, jak mężczyzna pada. Przełożyła nogi przez 

właz i stanęła na pokładzie mostka, w rogu korytarza, po czym wywróciła się i klęknęła, 

rozglądając się w przerażeniu, zjeżdżając jednocześnie w dół krzywizny pokładu, ciągnięta 

masą kombinezonu próżniowego. Podniosła się wreszcie, kierując broń w stronę mostka, ale 

nie było tam nikogo, oprócz mężczyzny, który już się nie ruszał.

Ani śladu po Curranie i Sandorze. Nic. Zniknęli.

Zostali   zabrani,   pomyślała,   starając   się   utrzymać   równowagę,   tymczasem   z   szybu 

wyłonili się Deirdre i Neill. Zatoczyła się przez pokład, opierając się na fotelu stanowiska 

numer jeden, z pistoletem  skierowanym  w dół, na ciało ubrane w niebieski kombinezon. 

Zwalczyła mdłości i na wszelki wypadek strzeliła jeszcze raz, zadowolona, że nie wywołało 

to   żadnej   reakcji.   Odepchnęła   się   od   fotela   i   przecisnęła   się   przez   pozostałe   konsole, 

zataczając   się   od   obciążenia   i   wciągając   przez   wyschnięte   gardło   zbyt   ciepłe   powietrze. 

Włączyła dopływ tlenu i wymacała wejście do korytarza, mając pole widzenia ograniczone 

przez hełm. Udało się jej znaleźć drzwi do kabiny Sandora, gdzie używając wciąż włączonej 

latarki odnalazła szufladę. Wysunęła górną szufladę i rozgrzebała zawartość, pozostałości po 

poprzednim lokatorze, mężczyźnie. Odsunęła na bok słoiczki i tubki

Poniżej znajdował się krótki tekst. Jeśli to czytasz, zdarzyła się jedna z dwu rzeczy. W 

każdym wypadku, dbaj o niego.

background image

Zamrugała, czując wzbierający impuls poczucia winy... ale przypomniała sobie po co 

tu przyszła i jaka jest stawka, więc wyszła z kabiny, mijając w drzwiach Neilla. Zataczając się 

dotarła na mostek i zsunęła się w dół krzywizny. Neill szedł za nią, beztroski.

Deirdre   zdjęła   hełm,   kładąc   go  na   konsoli   i   odciągnęła   trupa   z   przejścia.   Allison 

ściągnęła drugą rękawicę, przez chwilę mocowała się z zapięciami hełmu i w końcu zdjęła go. 

Zaczęła pozbywać się kombinezonu, zmęczona ciężarem plecaka, ale przerwała, chcąc jak 

najszybciej dostać się do komputera.

Nachyliła się nad klawiaturą i wstukała kod.

- Witaj, Sandy - rozległ się głos, niemal zatrzymując jej serce. Przed nią na ekran 

wyskoczyło menu dostępnych funkcji i kodów dostępu. - Jak się masz?

Wybrała funkcje bezpieczeństwa, wklepała kod. Na ekranie pojawiła się lista dostępu, 

z częścią opcji nieaktywnych.

- Sandy, czy masz jakiś problem? Mogę uruchomić procedury bezpieczeństwa, jeśli 

poprosisz. W każdym razie, zabezpiecz mostek; to zawsze będzie twoje ostatnie schronienie. 

Bądź spokojny. Zawsze trzymaj na mostku wodę i jedzenie, na wszelki wypadek. Trzymaj 

pod ręką, broń i wyłącz zasilanie w pozostałych sektorach, jeśli będzie to konieczne.

- Boże - wymamrotał Neill. - Kto to mówi?

-   Maszyna   ma   rację   -   zdecydowała   Allison,   raptownie   rozglądając   się   dookoła.   - 

Zablokujmy drzwi. Nie ma go, Currana też. Gdzieś ich wyprowadzili. Musimy być pewni, że 

nie   ma   nikogo   na   pokładzie.   -   Komputer   kontynuował   swój   monolog.   Wydała   polecenie 

zamknięcia drzwi i przełączyła komputer z powrotem do menu.

- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytał.

I czekał. Wpatrywała się w konsole przygięta ciężarem, który wciąż dźwigała. Wpadła 

na szalony pomysł, by wyjść do doków i poszukać jakiegoś ruchu oporu na stacji. Gdyby 

mogli połączyć się z mieszkańcami walczącymi z najeźdźcami...

Nie,   pomyślała,   zbyt   mała   szansa   na   powodzenie.   Zbyt   duża   na   strzelaninę: 

prawdopodobnie straże stały zaraz za drzwiami.

A   mazianowcy   zapewne   będą   chcieli   zmieniać   straż   na   statku   w   rozsądnych 

odstępach.

Przeglądała opcje komputera: finanse, kanalizacja, nawigacja. Kilka ciekawszych, jak 

cło, prawo, banki, wymiana i „Na wypadek”. Wybrała właśnie tę.

- Sandy - odezwał się łagodny głos - jeśli uruchomiłeś ten plik, to znaczy że doszło do 

najgorszego, jak przypuszczam. Oczywiście nie wiem gdzie i kto - ale kocham cię, Sandy - to 

powiem najpierw. Istnieje kilka rzeczy które możesz zrobić. Opiszę ci je...

background image

Zatrzymała to, naciskając klawisz i opadła na fotel pod ciężarem plecaka i szoku. 

Sandy. Sandor. Jego prawo do Lucy nie podlegało wątpliwości. Do statku i jego zawartości.

- To był ktoś - powiedziała Deirdre. - Boże, Allie, co to za szaleństwo?

Zaczęła zdzierać swój plecak, wydobywając się z kombinezonu.

- Nie wiem. Ale statek jest jego. Sandora. I ktokolwiek to był, był bardzo przenikliwy.

- Mają jego i Currana - powiedział Neill. - Gdybyśmy wiedzieli gdzie...

- Kiepskie szanse - odpowiedziała.  Uwolniła  górną część ciała, wstała  i ściągnęła 

resztę. Dysząc usiadła i popatrzyła na nich. Na oboje.

- Powiem wam co zrobimy.  Będziemy trzymać  statek. A jeśli spróbują go odbić, 

weźmiemy ze sobą część z nich. To tyle.

Skinęli   głowami,   oboje   bez   hełmów.   Niespodziewanie   pomyślała,   że   ich   kocha. 

Wszystko się rozpadło. Przed chwilą zabiła człowieka... doprowadziła siebie i towarzyszy do 

sytuacji bez wyjścia, ślepy zaułek. Curran i Sandor zniknęli, zabrani ze statku, straceni... 

Wszystko  się popsuło, od chwili  kiedy zaplanowała  sobie  sposób na świat, a dwójka jej 

kuzynów stała tam, zdolna poskładać sobie to wszystko a mimo to popierali ją. Tak jak robił 

to Curran. I Sandor, jakkolwiek splątane były jego powody.

Spuchło jej gardło, utrudniając przełykanie. Jej mózg zaczął pracować.

- Założę się, że wciąż żyją - powiedziała. - Curran i Sandor - bo inaczej mazianowcy 

dobraliby się do statku z przecinakiem. Wciąż mają nadzieję dostać go w nienaruszonym 

stanie.

Włączyła   radio,   przeszukując   zakres,   usiłując   wyłapać   jakieś   transmisje 

mazianowców, ale nie odbierała nic dającego się zrozumieć. Jedynie sygnał identyfikacyjny 

stacji,   fałszywy   wskaźnik   życia.   Włączyła   podgląd   wideo   -   zobaczyli   ponury   obraz 

prymitywnego torusa, pustego, jeśli nie liczyć potężnego cielska nosiciela umieszczonego tuż 

obok i jeszcze jednego obiektu, który mógł być innym frachtowcem zadokowanym dalej, 

niewyraźny w ciemności i krzywiźnie stacji.

-   Jeśli   chcemy   go   zniszczyć,   to   znajdźmy   sobie   cel   -   powiedział   Neill.   -   Nawet 

stworzenie tej wielkości - ma wrażliwy punkt w okolicach rampy dokowej.

- Słusznie - zgodziła się. - Ciekawe ile jest warte uzbrojenie.

Wywołała   z   komputera   menu.   Włączył   się   głos,   mówiąc   w   prostych   słowach, 

odradzając jakiekolwiek działania.

- Zamknij się - powiedziała do niego cicho. Ciągnął dalej, nie przejęty. Dotarła do 

opisu uzbrojenia, które nie było wiele warte.

Ale  istniała   szansa,  jak sądziła;  a  potem  zrozumiała   co  oznaczają  błyski   na boku 

background image

sąsiadującego   z   nimi   potwora...   i   co   zrobiłaby   z   nimi   i   sporym   kawałkiem   stacji   salwa 

burtowa.

- Nie próbuj walczyć - prosił ich głos młodego mężczyzny z komputera. - Użyj głowy. 

Nie pakuj się w sytuacje bez wyboru.

Rada była zdecydowanie spóźniona.

background image

Rozdział 17

- Powiedziałem już - odezwał się Sandor. - Nie mam inklinacji do heroizmu. Chcecie 

interesu, będzie interes.

Tłoczne zebranie odbywało się w zimnym biurze w dokach - tuzin mazianowców, 

głównie oficerów w zniszczonym, wiekowym pomieszczeniu, w którym część świateł nie 

działała,   ze   starym   biurkiem   i   ogrzewaniem   z   przenośnego   grzejnika.   I   wypalonymi   na 

ścianach   bliznami,   które   świadczyły   o   mającej   tu   kiedyś   miejsce   przemocy.   Stał   przed 

biurkiem, za którym siedział sam Edger, a Curran stał gdzieś za plecami Sandora, pod lufami 

karabinów.

- Czym chcesz handlować? - zapytał go Edger.

- Niech pan posłucha, nie chcę żadnych kłopotów. Nie ruszajcie mojego statku ani 

mojego załoganta.

- Mogę potrzebować załogi - odpowiedział Edger.

- Nie. Tym w ogóle nie będę handlował. Chce pan ładunek - proszę bardzo. Chce pan 

wysłać ze mną swoich ludzi, świetnie. - W pobliżu stało krzesło, na którym jeden z żołnierzy 

oparł nogę. Sandor wykonał gest w jego stronę, patrząc na Edgera. - Można? Jak kapitan z 

kapitanem... - Edger wykonał niedbały, lekko rozbawiony gest, więc wyciągnął krzesło spod 

nogi żołnierza, przyciągnął je i usiadł, po czym pochylił się nad biurkiem i dźgnął palcem w 

dokumenty.

- Czy mam rację, że macie swoich ludzi na Pell? Może Mallory gra waszą grę, może 

chcecie to ujawnić.

- Mallory.

Cofnął się odrobinę, maskując to delikatnym uśmieszkiem. Ale nienawiść w głosie 

Edgera   była   śmiertelna.   Pomyślał,   że   przynajmniej   spróbował   tego   podejścia.   Trzeba   to 

rozegrać bez żadnych zasad. Aż do końca.

-   Na   pokładzie   mam   jej   ładunek   -   powiedział.   -   Ściągnęła   mnie   do   siebie   zanim 

wyleciałem. Powiedziała, że będzie obserwować. I jest w przestrzeni. Wyprzedziła nas w 

skoku.   Obserwowała.   To   wszystko   co   wiem.   Nie   jestem   drobiazgowy.   Chcecie   ładunku 

Mallory, proszę bardzo. A jeśli chcecie jakiegoś handlu po drugiej stronie granicy - bardzo 

chętnie, ale nie Pell. Nie będę umiał odpowiedzieć na pytania, które mi tam zadadzą.

Edger był zawodowym mordercą, ale Mallory też. Ale w spojrzeniu Edgera było coś, 

od czego jeżyły mu się włosy na głowie. Żadne prawo doków nigdy nie obiecywało handlu w 

stylu Edgera.

background image

- Przypuśćmy, że przedyskutujemy to z twoim człowiekiem? - powiedział Edger.

- Przedyskutujecie co?

- Mallory.

- Ja będę rozmawiał o Mallory. Nie mam z tego procentów.

- Gdzie jest Norwegia?

- Ostatnim razem kiedy ją widziałem, była w Punkcie Jamesa.

- Co robiła?

- Czekała na coś. Współpracuje z Unią. Takie są plotki. Zablokowali wszystkie punkty 

zerowe, a Unia z nią współpracuje. Tak przynajmniej mówią.

Przez chwilę Edger milczał. Przesunął spojrzenie na swojego porucznika, a potem 

znów na niego.

- Jaki ładunek?

- Nie wiem jaki. Nie chciałem mieć Mallory na karku. Nie złamałem pieczęci.

- Śmieci, kapitanie Stevens, śmieci. Zajrzeliśmy. Urządzenia do recyklingu. - Edger 

podniósł głos, ale znów go przyciszył, a w umyśle Sandora zapanowała pustka.

- Wystawiła mnie - oświadczył. - Ta cholerna suka mnie wystawiła. Wiedziała jak tu 

wygląda sytuacja i wysłała mnie w to.

Ze strony Edgera żadnej reakcji: nic. Oczy wciąż byty na nim skupione, palące i 

nieruchome, a dźwięk jego protestu zapadł w ciszę i zanikł.

-   Niech   pan   posłucha,   o   niczym   nie   wiem.   Przysięgam,   jestem   drobnym   kupcem 

mającym problemy z prawem, a Mallory zaoferowała mi podwójną stawkę za transport - dała 

mi sposób na wydostanie się i zysk i wystawiła mnie. Cholernie dobrze mnie wystawiła.

- Jestem wzruszony, Stevens.

- Ale to prawda.

-   To   wszystko   jest   zaplanowane,   Stevens,   na   tyle   masz   rację.   Hagler,   zajmij   się 

szczegółami i przekonaj Stevensa, że został wynajęty. I uruchom ten statek.

- Wynajęty do czego?

- Niech pan nie przegina, Stevens. Może przeżyje pan tę podróż... jeśli będzie się pan 

uczył.

Na jego ramię opadła ręka. Bez dalszych protestów wstał, dziko kalkulując - wrócić na 

pokład,   zamknąć   się   tam   z   załogą   i   zająć   się   nimi...   Będą   tam   Allison   i   jej   kuzyni,   i 

niespodziewanie było jakieś wyjście...

Wszyscy ruszyli z miejsc, całe zebranie przenosiło się w inne miejsce, mając jakiś cel. 

Nagle zrozumiał, że chcą wylecieć. Nie mogli pozwolić sobie na siedzenie i odpoczywanie, 

background image

jeśli istniało podejrzenie, że Mallory kręci się gdzieś w pobliżu. Okręt wojenny, wprost ze 

skoku, nie zrzucający prędkości - dokonał pobieżnych obliczeń i sam przeraził się wynikami. 

Pozwolił chwycić się za ramię i wyprowadzić przez drzwi, czując wepchniętą w plecy lufę 

broni. Statek w rodzaju  Norwegii  mógł im spaść na karki ledwie kilka minut po tym, jak 

dotarłaby do  nich  niesiona  przez   światło   informacja   o pojawieniu  się  go w   przestrzeni... 

Mogła rozwalić ich w tej kruchej, antycznej skorupie stacji.

Nigdy nie było tu żadnego powtórnego osiedlania się, zrozumiał. To wszystko była 

pułapka, te przecieki informacji, plotki o trasach i handlu - a on nie zdradził Mallory: Mallory 

uzbroiła go we wszystko, co chciała przekazać swoim wrogom. Beczki pełne śmiecia jako 

ładunek... Kiedy wyszli na teren otwartego doku obejrzał się. Było  tak zimno, że para z 

oddechu   natychmiast   zamarzała,   a   chłód   przenikał   do   kości.   Skierowali   go   w   prawo, 

pchnięciem lufy karabinu, tam gdzie ruszyli  wszyscy... obejrzał się i zobaczył, że Curran 

prowadzony jest w inną stronę.

- Curran! - wrzasnął. - Stójcie! Cholera, mój człowiek idzie ze mną...

Curran zatrzymał się i popatrzył w jego stronę. Sandor zatoczył się od gwałtownego 

pchnięcia w ramię i dźgnięcia lufą w żebra...

Odwrócił się i uderzył uzbrojonego strażnika ciosem w gardło, który posłał żołnierza 

na ziemię, a u niego wywołał eksplozję bólu w dłoni. Schylił się po karabin, opadł na podłogę 

i   przetoczył   się,   ścigany   stukiem   kul   uderzających   w   pokład.   Strzały   trafiły,   eksplozja 

sparaliżowała mu ramię. Wciąż się turlał, by schować się pod osłoną nieregularnej ściany, 

porzucając w panice karabin.

- Ruszcie się - ktoś krzyknął. - Dostańcie go!

W   jego   boku   eksplodował   drugi   strzał,   a   po   chwili   zrozumiał,   że   właśnie   został 

trafiony. Słyszał krzyki, rozkazy wejścia na pokład...

- Zostawcie frachtowiec - usłyszał wołanie. - Zastrzelcie drania, nic z tego nie będzie.

Krwawił i miał problemy z oddychaniem. Leżał nieruchomo aż głosy oddaliły się, to 

było jedyne, co mógł w tej chwili zrobić.

Potem podniósł głowę i zobaczył Currana leżącego twarzą w dół na posadzce.

Zdołał   się   do   niego   doczołgać,   powoli   przesuwając   się   po   lodowatych   płytach, 

przerażony, że ktoś zauważy ruch. Rany jątrzyły się, a lewe ramię nie reagowało, ale myślał, 

że zdoła się podnieść. A Curran...

Curran oddychał. Umieścił rękę na jego plecach, chwycił kołnierz i próbował ciągnąć, 

ale brakło mu sił. Curran poruszył się niemrawo.

- Chodź - wydyszał Sandor. - Musimy zejść z widoku, chodź, spróbujmy dostać się na 

background image

statek.

Curran spróbował wstać, ale zaraz opadł na kolano, a z rany na ramieniu wytrysnęła 

krew. Sandor spróbował tego samego, odkrył, że jest w stanie wstać i pomógł podnieść się 

Curranowi.

- Za osłonę - powiedział, patrząc na zupełnie pusty dok, z gdzieniegdzie tylko stojącą 

maszynerią,   przestarzała   o   ponad   stulecie,   tu   i   ówdzie   ciemna   jama   wejścia.   Stała   tam 

Australia,  dwie keje dalej, ciemna i pusta po bokach, a  Lucy  znajdowała się z przeciwnej 

strony... Lucy...

Udało im się przebyć dwadzieścia metrów wzdłuż ściany, potem dopadły ich zimno i 

dreszcze. Sandor oparł się o ścianę, w końcu opadł na ziemię, podpierając Currana.

- Odpocznij chwilę - powiedział.

- Rozwalą stację - wydusił z siebie Curran. - Zdestabilizują ją. Chodź. - Tym razem to 

Curran dźwigał jego i szli powoli, ale do Lucy była jeszcze długa droga.

W  końcu  Curran   opadł  tracąc  siły,   on  też   nie  mógł   się  ruszyć.  Przyciskał  się  do 

zlanego krwią dublińczyka, i schowani w niszy utworzonej przez maszynerię wpatrywali się 

w to, czego nie byli w stanie osiągnąć.

Strzelił kołnierz cumowniczy. Australia była wolna, przygotowując się do spotkania. 

Sandor zesztywniał, tak jak Curran, w oczekiwaniu na mogącą teraz nastąpić dekompresję; 

ale stacja została nienaruszona.

Potem ponownie dźwięk zrywania połączenia.

- Allison - powiedział Sandor, a Curran niemrawo kiwnął głową.

Lucy przygotowywała się do uwolnienia. Przy sterach znajdował się ktoś z kodami do 

komputera.

***

- Żądają odpowiedzi - poinformował Neill znad konsoli łączności, obracając spoconą 

twarz w stronę Allison.

- Nie - odpowiedziała.

- Allie, te działa tutaj...

-   Wiedzą,   że   komputer   jest   zablokowany   i   możemy   nie   mieć   możliwości,   by 

odpowiedzieć. Nie, nie rób tego.

- Ruszają - powiedziała Deirdre.

Na   jej   ekranie   pojawił   się   obraz   z   kamery,   widok   na   olbrzymi   okręt,   bliźniaka 

Norwegii,  pełnego   złowrogich   błysków   światła   rozświetlających   ciemną   powierzchnię 

background image

kadłuba. Światełka zaczęły się obracać, w miarę jak nosiciel uruchamiał rotację.

- Przerwali nadawanie - poinformował Neill, a Allison nie zareagowała, przyglądając 

się   i   mając   nadzieję,   że   mijający   ich   piekielny   statek,   przypisze   milczenie   frachtowca 

zablokowanemu komputerowi. I że przelatując, nie rozwalą jednocześnie ich i stacji.

- Rejestruję kolejny ruch - powiedziała Deirdre, i ten obraz również trafił na ekran. 

Drugi statek oddalał się od doku. - Frachtowiec - stwierdziła Deirdre.

- Jeden z ich - przypuściła Allison. Przez chwilę panowała cisza.

- Zejdźcie na dół - powiedziała w końcu - i zamknijcie śluzę wejściową. Lepiej jeśli 

będziemy gotowi wystartować.

- Oboje? - zapytała Deirdre.

- Idźcie.

Wszystkie funkcje trafiły do jej konsoli; kuzyni ruszyli w stronę windy, która mogła 

zawieźć ich w dół, koło śluzy. Musieli zabezpieczyć rękaw, albo go zniszczyć, uszkadzając 

również kadłub, nie mając pomocy ze strony doków.

A tymczasem okręt przemykał obok nich, gdy oni udawali martwych i bezradnych.

To   ewidentnie   był   odlot   w   pośpiechu.   Mazianowcy   musieli   zauważyć   coś   na 

skanerach dalekiego zasięgu. Nie odważyła się uruchomić własnego, siedząc i zbierając tylko 

to   co   mogły   dostarczyć   jej   pasywne   czujniki...   żadnej   aktywności   na   zewnątrz,   żadnego 

ruchu, poza minimalnymi poruszeniami kamer, które bardzo trudno byłoby zauważyć.

Wojsko pozostawione w dokach mogłoby zauważyć zamykanie włazów: może lepiej 

byłoby nie robić nic. Może...

Była   sparaliżowana   przez   nadmiar   możliwości.   Miała   tylko   dwoje   z   załogi   na 

pokładzie; na stacji... żadnego sposobu na dowiedzenie się co z nimi. To bolało. Ale nie było 

na to lekarstwa.  Skupiła  się wreszcie  na działaniu,  tak jak nie udało  się to  jej  od czasu 

Vikinga. Ktoś zginął, ale miała jeszcze parę osób, o których musiała myśleć, a kapitan okrętu 

na zewnątrz był od niej starszy nie tylko wiekiem, ale i siłą ognia. Nie było szans na walkę, 

ich   jedyną   nadzieją   było   pozostać   niezauważonymi   i   przetrwać   zniszczenie   stacji,   gdyby 

miało do tego dojść udając fragment konstrukcji.

Jeśli ten okręt wyczuł coś, co wyciągnęło go na zewnątrz, to w Układzie Venture coś 

się czaiło.

Mogła to być Mallory. Miała co do tego głęboką nadzieję.

Czerwone światełka zmieniły kolor na zielony, wskazując na zabezpieczenie wyjścia. 

Neill i Deirdre dokonali tego. Po chwili usłyszała pracę windy.

Odezwało   się   radio.   Słuchała,   odbierając   charakterystyczne   odgłosy   odległej 

background image

transmisji sygnału numerycznego, z całą pewnością pochodzącego z przylatującego statku. 

Skierowała to do komputera, przebijając się przez nietypowy zestaw poleceń.

- Pracuję - usłyszała  głos  młodego  mężczyzny,  w  tej  chwili już znajomy dźwięk, 

kojący. Pojawiła się odpowiedź. Koniec Skończoności, kupiec z Sojuszu, kierujący się wprost 

w pułapkę. Sięgnęła w stronę radia, a ekran nagle zgubił ruch okrętu mazianowców - napływ 

mocy, który na chwilę zupełnie ich oślepił. Ruszyli - Boże, jak oni ruszyli, z gwałtownością, 

za którą trudno było nadążyć wzrokiem... a jej załoga szła ku niej przez pokład od windy, nie 

mając   pojęcia   co   się   dzieje.   Gdyby   miała   dość   odwagi   włączyłaby   radio   i   wysłała   w 

przestrzeń ostrzeżenie - sprowadzając na siebie śmierć.

- Przyleciał właśnie  Koniec Skończoności  Neihartów - poinformowała ich. - Kieruje 

się tutaj.

Bez komentarza opadli na fotele i zaczęli ściągać funkcje do swoich konsol.

Ostrzec   ich,   czy   nie?   Istniała   szansa   utrudnienia   działań   mazianowcom,   jeśli   się 

ukrywali,   dania   im   możliwości   działania   z   własnego   wyboru,   gdyby   mogli   odebrać 

ostrzeżenie.   Ich   uzbrojenie   było   nic   niewarte,   żałosne   nic,   ale   było   prawdopodobne,   że 

Koniec Skończoności był wyposażony o wiele lepiej niż oni.

- Mam jeszcze jeden - odezwał się Neill, a potem: - Allie, to Dublin.

Krew spłynęła jej z twarzy do nóg.

- Musimy ich ostrzec - powiedziała Deirdre.

- Nie. Siedzimy cicho.

- Allie...

- Siedzimy cicho. Jesteśmy w bazie  mazianowców. Damy  Dublinowi  szansę, jeśli 

będziemy mogli. Ale nie spalmy tego zbyt wcześnie.

- Jakie przedwcześnie? Lecą w pułapkę.

- Nie - powiedziała. Desperacko. Po prostu nie. Wyliczyła sobie to wszystko, zakres 

którego potrzebowali. Bilans sił. Niespodziewanie równowaga została przesunięta. Niemal 

dwa tysiące dublińczyków, rodzina Neihartów z Końca mogła być równie liczna - Nazwisko 

po stronie Sojuszu, i uzbrojeni nie na pokaz.

- Nie zrzucają - poinformowała Deirdre. - Sądząc po tym jak nadchodzi, nie zrzucili 

prędkości. Proszę o zgodę na użycie radaru.

- Zrób to.

Frachtowce   nadlatywały   z   całą   nagromadzoną   prędkością   -   a   więc   wiedzieli,   byli 

świadomi   w   co   się   pakują.   Allison   siedziała   nieruchomo,   zaciskając   dłonie   na   kolanach. 

Pojawił   się   przed   nią   obraz   ze   skanera,   z   szacunkową   pozycją   mazianowców   i   statków 

background image

kupieckich, uaktualniany co chwila przez Deirdre walczącą o uzyskanie danych.

- Ruszamy - zarządziła i zwolniła zaczepy, odpalając silniki dokowe. Lucy cofnęła się 

i  odchyliła,   a  Allison  uruchomiła   główny  silnik,  wsłuchując  się  w  cichy  głos   komputera 

zapewniający ją, że dobrze postępuje.

- Atakujemy ich? - zapytał Neill optymistycznie szacując ich prędkość i siłę ognia.

- Może do tego dojść - odpowiedziała. - O ile nas nie zadepczą. Po prostu pilnuj 

naszego celu. - Poprosiła komputer o uzbrojenie, wystukując odpowiednią funkcję.

- Sandy - zaprotestował komputer. - Czy jesteś tego pewien?

Potwierdziła polecenie i odsłoniła przełączniki. Denerwujący czerwony kolor lampek 

gotowości zabarwił jej ,włosy. Niezgrabny system... połączenie komputera i skanera, które 

było przyzwoite dla niskich prędkości, dostosowane do potyczek w punktach zerowych, ale 

nic więcej.

- Mam jeszcze jeden - powiedział Neill. - Boże, to Mallory!

Zawahała   się   nad   przełącznikami   ognia.   Popatrzyła   na   skaner,   rzut   oka,   który   w 

warunkach  Norwegii  oznaczał   przebyty   dystans   równy   średnicy   kilku   planet.   Informacja 

wypłynęła z komunikatora, a potem zauważyła kąt na skanerze.

Wystrzeliła, płaskim naciśnięciem dłoni w coś, co musiało być rufą nosiciela, drobne 

ukłucie w tyłek giganta, na którego kierowały się dwa frachtowce i nosiciel tej samej klasy. 

Pojawiły się nowe znaczki - wypuszczono rajdery.

A potem w obrazie pojawiło się coś nowego.

-  Statek   Unii  -  usłyszała   raport  w  uchu...  i   nagle  wszystko  się  załamało,  sensory 

wysiadły, a na całym statku rozdzwoniły się alarmy.

Minęło. Wciąż miała ręce na sterach.

- Witaj Sandy - odezwał się komputer, znów dochodząc do porządku. Skan nie dawał 

aktualnego obrazu. Statki wciąż zajmowały ostatnią szacunkową pozycję. Ponownie zaczęły 

nadchodzić sygnały identyfikacyjne.

- Jest  Dublin  i  Koniec Skończoności  - odezwał się Neill. -  Norwegia  i jej ścigacze. 

Wolność to okręt Unii, który właśnie nas minął...

- Wylatują - wykrzyknęła Deirdre. - Boże, zwiewają, mazianowcy wydostają się stąd... 

a ten ich frachtowiec jest zniszczony...

Siedziała  nieruchomo,   czując  jak  powoli  spływa   z  niej  adrenalina,  zostawiając  po 

sobie denerwującą skłonność do drżenia.

- Odzywamy się? - zapytał Neill. - Allie, tam jest Dublin.

- Połącz mnie - powiedziała; a kiedy usłyszała spokojny, znajomy głos pierwszego 

background image

stanowiska komunikacyjnego Dublina, wciąż nie przyniosło jej to ulgi.

Dublin, tu Lucy. Mamy dwie brakujące osoby, proszę o pomoc w wejściu na stację i 

poszukiwaniach.

- Potwierdzam,  Lucy.  - Nie: kto mówi, nie: witaj Allison Reilly. Statek ze statkiem, 

czysto służbowo. - Czy potrzebujecie pomocy na pokładzie?

- Brak potwierdzenia. Na pokładzie wszyscy bezpieczni.

- Tu Norwegia - wtrącił się inny głos. - Rajder Odyn zajmie dok; personel cywilny ma 

trzymać się z daleka, powtarzam...

Włączyła silniki. Wprowadziła Lucy w obrót osi i ponownie włączyła silnik główny, 

łamiąc  rozkaz wojskowy.  Niech go wymuszą.  Niech  Norwegia  strzeli do nich na oczach 

świadków, po tym wszystkim, co już zrobiła. Usłyszała protesty, ale zignorowała je.

Dublin, tu Lucy. Domagam się wyjaśnień.

- Przerwać te pogawędki - ponownie wtrąciła się Norwegia.

- Pieprz się, Norwegią.

Minął ich rajder, odcinając na chwilę komunikację, poruszając się o wiele szybciej, 

niż   oni   byliby   w   stanie.  Norwegia  leciała   za   nim.  Lucy  wciąż   jeszcze   walczyła   z 

przyspieszeniem, a na mostku panowała cisza, żadnego triumfu.

Wygrała. I znalazła swoje miejsce we wszechświecie, który miała za nic.

Nie było odpowiedzi, nawet z Dublina.

***

- Mają ich. - Informacja nadeszła przez komunikator  Norwegii,  podczas gdy  Lucy 

kończyła podchodzić do wypełnionego wojskiem doku. I chwilę później: - Są w kiepskim 

stanie. Przenosimy ich do naszego szpitala.

- Jak źle? - zapytała Allison. - Norwegia, Lucy prosi o informację.

- W miarę możliwości. Nie przywiązujcie się za bardzo do tej stacji,  Norwegia  ma 

inne operacje.

Zadławiła  się w reakcji na to, ale skupiła uwagę na podejściu do doku, słuchając 

Deirdre podającej dystans.

Norwegia  była przycumowana w doku, nosiciel Unii  Wolność  patrolował system na 

wypadek,   gdyby   mazianowcy   pomyśleli   o   powrocie.  Dublin   i   Koniec  podchodziły   z 

niezwykłą zwinnością.

- Nie mogą mieć ładunku - zauważyła Deirdre. - Zbyt szybko wyhamowali.

-   Potwierdzam   -   odpowiedziała   Allison   i   zajęła   się   pilotażem,   zduszając   gniew   i 

background image

wściekłość,   które   utrudniały   jej   myślenie.   Żaden   kupiec   nie   latał   pusty,   chyba   że   dla 

uzyskania   prędkości,   a   więc  Dublin  współpracował   z  Norwegią   i  siłami   Unii.  Norwegia 

wygoniła ich z Pell, a gdzieś w krzyżówkach czasu rzeczywistego minęli się, oni, Norwegia, 

Dublin i Koniec Neihartów. Norwegia znała sytuację tutaj: tyle do niej dotarło; a jeśli Dublin 

przyleciał bez ładunku, to tylko by zyskać czas i manewrowość. Nie miała pojęcia, co mógł 

osiągnąć Dublin bez ładunku - nikt tego nie wiedział, bo Dublin nigdy dotąd czegoś takiego 

nie robił.

Dla   zagubionej   grupki   dublińczyków?   Wątpiła   w   to.   Przed   nią   wyłoniło   się 

stanowisko dokowe.

- Zbliża się dokowanie, Sandy - powiedział komputer. Zwróciła na to pełną uwagę... 

jej   pierwsze   samodzielne   dokowanie,   niekoniecznie   w   okolicznościach   jakie   sobie 

wyobrażała  - antyczne  urządzenia,  prymitywny  zaczep  bez żadnych  automatów  będących 

standardem w innych portach.

Podeszła z delikatnym dotknięciem, idealnie wyrównując prędkości... ale nie poczuła 

radości, mając przed sobą większe problemy.

- Moje uszanowanie do Starego - powiedziała do Neilla - i chcę z nim porozmawiać 

najszybciej jak się da. W doku.

Oczy Neilla rozbłysły,  kiedy rzucił w jej stronę zszokowane spojrzenie. Po chwili 

jednak przybrały normalny wyraz, i skinął.

- Tak jest.

Wyłączyła urządzenia.

Dublin wchodzi - powiedziała Deirdre. - Koniec synchronizuje obroty pierścienia ze 

stacją.

Odpięła pasy.

Wyobraziła ich sobie obu, Currana i Sandora, dbających o środki ostrożności, podczas 

gdy podchodził do nich ten statek, zacierających ślady pobytu na statku większej liczby osób, 

jakby to był magazyn. I trzymali się tej historii, o czym świadczył fakt, że przeżyli. Wszystko 

opierające się na zmowie milczenia dwóch mężczyzn.

Stała   opierając   się   o   framugę   drzwi,   przez   chwilę   nieruchoma.   Potem   ruszyła   z 

powrotem, w dół krzywizny korytarza, do mostka.

Dublin domaga się, żebyś weszła na pokład - powiedział Neill.

- W porządku - zgodziła się łagodnie, cicho. - Kiedy będę miała czas. Teraz idę na 

Norwegię.

- Nie wpuszczą cię.

background image

- Może nie. Wyłączcie to i chodźcie ze mną.

- Dobra - powiedziała Deirdre, po czym oboje wyłączyli sprzęt i wstali.

Windą w dół do drzwi. Kiedy wyszli na zewnątrz, trójka wymęczonych kupców w 

przepoconych kombinezonach, przekonali się, że żołnierze  Norwegii  stali porozstawiani na 

warcie po całym doku.

Poza   nimi   w   dokach   widać   było   jeszcze   niewielki,   rozproszony   ruch.   Jakiś   głos 

przemawiał przez megafony doradzając mieszkańcom stacji wyjście do doków i informujący, 

że   mogą   prosić   o   pomoc.   Kobiety   i   mężczyźni,   wymizerowani   jak   oni,   w   roboczych 

ubraniach, wychodzili i ustawiali się w kolejkach zorganizowanych przez wojskowych, by 

przedstawić przy biurkach swoje dokumenty.

- Biedni dranie - wymamrotał Neill. - To nie są dla nich miłe chwile, w tym całym 

błaganie.

Pomyślała  o  tym,   o sytuacji  mieszkańców   stacji  pod  dowództwem  mazianowców. 

Nawet biorąc pod uwagę, że było ich tak niewielu. Obsługa techniczna - nigdzie nie widziała 

dzieci,   a   byłyby,   gdyby   stacja   normalnie   działała.   Wszyscy   młodzi,   o   bardzo   podobnym 

wyglądzie.

- Wy! - krzyknął w ich stronę uzbrojony wartownik.

- Identyfikacja.

Allison zatrzymała się, mając po bokach Deirdre i Neilla.

- Allison Reilly - powiedziała, a wymierzony w nią karabin z powrotem powędrował 

w dół.

- Dokumenty - zażądał żołnierz, więc wręczyła mu je.

- Mamy dwójkę naszych w sekcji medycznej Norwegii - wyjaśniła. - Idziemy do nich.

Wartownik oddał jej papiery, pozbawiony twarzy w swojej zbroi.

- Mam tu załogę Lucy- powiedział do kogoś. - Chcą wejść na pokład.

Po chwili kiwnął głową w reakcji na odpowiedź której nie usłyszeli.

- Jedno z was może wejść. Oficer dyżurny doprowadzi go na miejsce.

-   Dzięki   -   odpowiedziała   Allison.   Popatrzyła   na   Neilla   i   Deirdre,   wymieniając 

spojrzenia   w   cichej   komunikacji,   po   czym   odłączyła   od   nich   i   ruszyła   w   stronę   rampy 

wejściowej na Norwegię.

Kolejny wartownik, jeszcze jedna prezentacja dokumentów. Wspięła się przez rampę 

do metalowego wnętrza pozbawiona nadziei, że Mallory będzie zainteresowana rozmową z 

nią.

Zdecydowanie wyróżniała się w wypełniającym korytarz ruchu, ze swoją eskortą w 

background image

postaci uzbrojonego żołnierza. Podeszli do niczym się nie wyróżniających drzwi w sekcji 

medycznej. Wpadł na nią wychodzący w pośpiechu lekarz, przed którym odsunęła się na 

ścianę, aby umożliwić mu przejście. Zebrała swoją złość i weszła do środka. Wpadł na nią 

drugi lekarz spieszący się gdzieś.

-   Gdzie   znajdę   personel  Lucy?  -   zadała   pytanie,   ale   mężczyzna   minął   ją   bez 

odpowiedzi. - Niech cię szlag... - wymamrotała. Przecisnęła się przez korytarz i zastąpiła 

drogę następnej osobie, jaką zobaczyła.

- Żądanie kapitan - odezwał się eskortujący ją żołnierz. - Stan załogi Lucy. Ona jest z 

rodziny.

Medyk skupił na niej wzrok, jakby dopiero teraz zauważył jej obecność.

- Po transfuzji, odpoczywają. Brak trwałych uszkodzeń. - Równie dobrze mogliby być 

maszynami. Medyk machnął ręką w stronę drzwi. - Zaraz dotrą ranni ze stacji. Wynoście się.

Wyszła, przez chwilę oślepiona gniewem. Zanim dotarła do rampy Norwegii i w dół, 

na dok, trzęsły się jej kolana. Jej eskorta została na miejscu, a ona ruszyła w stronę Dublina, 

czując gniew większy, niż była w stanie utrzymać we wnętrzu.

***

W   wejściu   powitała   ją   Megan.   Musiała   tam   stać...   dość   długo.   Przez   chwilę 

przyglądała się swojej matce bez emocji, po prostu analizując znajomą twarz, rozpoznając 

dziedziczne oznaki, które nierozerwalnie wiązały ją z Dublinem. Matka wyciągnęła ramiona. 

Zareagowała na to, pozwalając się objąć, obracając twarz na bok.

- Dobrze się czujesz? - zapytała Megan, odsuwając ją na długość ramion.

- Wystawaliście nas.

Megan potrząsnęła głową.

-   Wiedzieliśmy,   że   zrobiła   to  Norwegia.  Odkryliśmy   to   wszystko...   wiedzieliśmy, 

gdzie   wylatuje  Koniec   Skończoności  i   polecieliśmy   za   nimi.   Część   operacji.   Dali   wam 

fałszywy ładunek, miał masę, ale nie był nic wart. A wy przyjęliście go i uczciwie graliście aż 

do końca, choć gdybyście się zorientowali, to nie zrobiłoby to różnicy. Mallory dała wam 

ładunek i rozpuściła o nim informacje. Gdyby weszli na wasz pokład i przeszukali was, od 

razu   wiedzieliby,   że   to   pułapka.   Ale   mogliście   im   najwyżej   powiedzieć,   że   to   sprawka 

Mallory.

Wzbierająca w niej wściekłość straciła impet. Stała tam patrząc na Megan, niemal 

całkiem pozbawiona rezerw.

- Oni weszli na pokład. Neill i Deirdre nic ci nie powiedzieli? Ale pozbyliśmy się ich.

background image

- Curran i Stevens...

- Przeżyją. Wszystko jest w porządku. - Wzięła głęboki oddech i położyła rękę na 

ramieniu Megan. - Chodźmy. Czy Deirdre i Neill są na pokładzie?

- U Starego.

-   Dobrze   -   powiedziała   i   pomaszerowała   razem   z   matką   do   windy,   przez   sale   i 

korytarze Dublina, poprzez wpatrujące się w nią, milczące twarze kuzynów i siostry. - Connie 

-   powitała   ją   i   krótko   ścisnęła   podaną   dłoń.   Connie   była   już   w   zaawansowanej   ciąży, 

kupieckie   dziecko,   ciąża   rozciągnięta   znacznie   dłużej   niż   dziewięć   miesięcy   czasu 

rzeczywistego, życie już dłuższe i cieńsze niż to mieszkańców stacji, którzy będą się starzeć, 

gdy ono będzie powoli dorastać, z kupieckimi ambicjami.

Puściła siostrę i poszła z Megan do windy i korytarzem do mostka.  Uświadomiła 

sobie,   że   ma   uprawnienia   do   przebywania   tutaj,   mogła   przypiąć   do   kołnierza   oznaki... 

aktywnej załogi statku stowarzyszonego z Dublinem. Ale nie miało to w tej chwili znaczenia. 

Weszła na mostek, gdzie Michael Reilly zajmował swój fotel a przed nim stali Deirdre i Neill, 

równie wymięci jak ona i odpowiadali za siebie wobec władzy Dublina. Była tam Madame; i 

Geoff, oraz załoga operacyjna, zajęta obsługą statku.

- Allison - przywitał ją Stary. Podniósł się i wyciągnął do niej dłoń. Przyjęła ją, ze 

sztywnymi ramionami ciążącymi jak ołów i włosami sklejonymi w strąki przez pot. i brud. - 

Dobrze się czujesz?

- Dobrze, sir.

-   Nie   było   sposobu,   żeby   was   ostrzec.   Mogliśmy   tylko   ruszyć   ze   wsparciem. 

Rozumiesz to.

- Zrozumiałam, sir. Megan wszystko mi wyjaśniła.

- Mały statek - powiedział Stary - można go było spisać na straty. Tak to widzieli. - 

Wykonał gest w kierunku krzesła obok jego fotela. Złożyła ręce za plecami.

- Nie zostanę długo - odpowiedziała.

- Nie musisz tego odbierać w ten sposób. - Reilly usiadł. - Możesz przekazać swoje 

stanowisko Drugiemu Sternikowi... wziąć urlop. Należy ci się to.

Zagryzła wargi.

- Nie, sir. Moja załoga może mówić sama za siebie. Ale ja zostanę na Lucy.

-   Ja   również,   sir   -   wypowiedziała   się   Deirdre,   przy   akompaniamencie   podobnego 

stwierdzenia ze strony Neilla.

- Są nam coś winni - powiedziała. - Obiecali nam stawkę za ryzyko za towar, który 

przewozimy, więc wybieram się do Mallory to wyegzekwować.

background image

Reilly kiwnął głową. Może się zgadzał. Przyjęła to za koniec audiencji i zebrała swoją 

załogę.

- Możecie korzystać z udogodnień  Dublina  - powiedział Stary. - Podczas postoju w 

doku. Pomożemy wam w czymkolwiek zechcecie.

Spojrzała do tyłu.

- Uprzejmość, czy za opłatą?

- Uprzejmość - odpowiedział. - Bez opłat.

Odeszła,   oficer   małego   statku,   biedny   krewny,   który   przyszedł   po   prośbie. 

Dublińczycy ustawili się w korytarzu, przyglądając się jej i towarzyszom i było w tym coś 

innego.   Nie   miała   siły   zastanawiać   się   czemu   kuzyni   przyglądali   się   im   bez   słowa,   ze 

zmieszaniem w oczach. Była po prostu zmęczona, mając na głowie inne sprawy, niż drobne 

uprzejmości.

background image

Rozdział 18

Dublin stał w porcie; usłyszał o tym, kiedy zabrali Currana, zostawiając go w szpitalu, 

razem z rannymi stacjonerami. Leżał i rozmyślał, tworząc z tego faktu różne konstrukcje, z 

których żadna nie miała szczególnego sensu, za wyjątkiem coraz głębszego przekonania, że 

gdzieś niedawno został oszukany.

A więc istniał powód, dla którego Dublin wyłożył pół miliona, a Norwegia położyła 

łapy na sprawie drobnego oszusta z problemami  celnymi.  Uciekał przed swoim losem aż 

został   złapany,   po   prostu   tyle.   Allison.   Cała   załoga  Lucy  była   bezpieczna.   To   też   mu 

powiedzieli i bardzo się z tego cieszył, cokolwiek zaszło. Nie miał o to osobistej urazy - choć 

właściwie to miał, ale też nie spodziewał się, że Allison zechce wejść w głąb trzewi Norwegii, 

żeby się z nim spotkać. Usiłował wyobrazić sobie takie spotkanie, ale nie udało mu się, a 

ponieważ pasowało to do rzeczywistości, dał więc sobie spokój i porzucił nadzieję.

Zanim  zwolniono   ze  szpitala   ofiary  ze   stacji,   był  tam  kimś  w  rodzaju  bohatera   - 

przynajmniej dla swoich sąsiadów, którzy pomylili go z kapitanami statków takich jak Dublin 

i  Koniec Skończoności.  Słyszał,  że pojawił się nawet okręt Unii,  Wolność,  który dokonał 

oswobodzenia   stacji.   Jednak   większość   chwały   przypadła  Norwegii.  To   jej   twardzi, 

wyszkoleni   żołnierze   przewożeni   przez   nosiciela   Sojuszu   opanowali   stację,   rozbijając 

pozostałą na niej garstkę mazianowców trzymających zakładników. Te same siły odnalazły 

go, trzymającego Currana i usiłującego nie dopuścić, by tamten wykrwawił się na śmierć. W 

taki   właśnie   sposób   spędził   całą   bitwę   o   stację   Venture,   skulony   w   niewielkiej   niszy   i 

niepewny, kto z kim walczy. Okazywana mu wdzięczność peszyła go, ale było to lepsze niż 

przyznanie kim był naprawdę, i prowadzenie cichej wojny między łóżkami, więc przyjął ją z 

odpowiednią skromnością.

Przynajmniej miał z kim rozmawiać, do czasu aż zabrali stacjonerów gdzie indziej.

- Kiedy będę mógł wyjść? - zapytał, mając nadzieję, że go wypuszczą.

-   Jutro   -   obiecał   mu   lekarz,   niezależnie   od   tego   czy   informacja   pochodziła   z 

oficjalnych źródeł czy nie.

Nie   przywykł   wierzyć   oficjalnym   obietnicom   medyków   i   następnego   ranka   po 

śniadaniu próbował spać, kiedy przyszedł lekarz pytając go czy będzie w stanie iść, czy też 

powinni mu dostarczyć wózek.

- Pójdę - zdecydował.

- Czekają na pana przyjaciele.

- Załoga?

background image

- Tak mi się wydaje.

Wziął pakiet, który rzucił mu lekarz. Jego własny zestaw do golenia, zmiana ubrań. A 

więc jednak przyszli. Wbrew sobie poczuł wzruszenie, w głębi ducha argumentując, że w 

jakiś sposób okazało się to wygodne dla rejestrów Dublina.

Pozwoliło mu to wydostać się z Norwegii. Przynajmniej tyle. Ogolił się korzystając z 

pomocy pielęgniarza, bo niełatwo było tego dokonać mając unieruchomioną jedną rękę. Ubrał 

się.

- Proszę - powiedział pielęgniarz wciskając mu do kieszeni jakąś kartkę. - Wytyczne 

lekarskie. Ma ich pan przestrzegać, jasne?

Skinął, niezbyt zainteresowany. Pojawił się żołnierz wezwany, by wskazać mu drogę.

- Dzięki - powiedział do pielęgniarza na odchodnym i wyszedł za przewodniczką.

- Obawiam się, że nie dam rady iść tak szybko - poinformował kobietę, która zaraz 

dostosowała swoje tempo do jego możliwości.

Na   szczęście   nie   musiał   iść   daleko   -   odległość   do   wyjścia   była   mniejsza   niż 

spodziewał się po statku tej wielkości. Zjechał na dół windą i dotarł do śluzy, poruszając się 

powoli i ostrożnie, walcząc z zawrotami głowy.

Byli  tam wszyscy:  Allison, Neill, Deirdre i nawet Curran; stali u podnóża rampy. 

Zszedł do nich i przyjął podane dłonie.

- Dobrze się czujesz? - zapytał Currana.

- Wystarczająco dobrze - odpowiedział tamten, i ostrożnie objął go ręką od strony 

zdrowego   ramienia.   Popatrzył   na   niego   z   tą   samą   wdzięcznością,   którą   okazywali   mu 

mieszkańcy stacji, którą zresztą w ten sam sposób odbierał.

- Allison - powiedział, i podał jej dłoń czując rozpaczliwy ból w całym ciele, widząc 

ciemne oczy wypełniające się łzami. - Cóż, dobrze zrobiłaś, Reilly, z góry na dół, elegancko.

- Powinnam była ruszyć po was - odpowiedziała. - Nie wiedziałam, że jesteście w 

dokach.

- Może mi powiesz, w jaki sposób? Nie ma mowy, nie mogłaś wiedzieć. Udało się, 

prawda?

- Wszyscy jesteśmy cali.

- Zazwyczaj mam rację. - Dotknął ramienia Deirdre i potrząsnął rękę Neilla, obejrzał 

się znów na Allison i dostrzegł podchodzącego żołnierza.

- Kapitan czeka - poinformował ich przybyły i wskazał dłonią w kierunku biur w 

dokach.

- Mallory - powiedziała Allison.

background image

Kiwnął   głową.   Serce   obróciło   mu   się   na   drugą   stronę.   Ruszył   w   tamtą   stronę   - 

przynajmniej   nie   musiał   iść   daleko;   to   samo   biuro,   pełne   świeżych   wspomnień.   Zimno 

sprawiało, że czuł się zdrętwiały i odrobinę zdezorientowany.

- Na naradzie jest Dublin - poinformowała go Allison. - Stary i nasz prawnik - są po 

twojej stronie.

- Dobrze wiedzieć - odpowiedział.

- Nie wierzysz w to.

- Oczywiście, że wierzę. Bo ty tak mówisz.

Rzuciła   mu   jedno   z   tych   swoich   ostrych   spojrzeń,   ale   zaraz   weszli   do   biura,   do 

pomieszczenia pełnego wojskowego błękitu, srebra i bieli.

Powtórka z przeszłości: tyle że tym razem za biurkiem siedziała Mallory, a obok niej 

stał Talley...

- Kapitanie - powitała go z uprzejmym  skinięciem. Odpowiedział jej tym  samym. 

Rozejrzał   się   dookoła,   zwracając   uwagę   na   naszywki:   irlandzka   koniczynka  Dublina  na 

srebrze i bieli, arogancki czarny krąg Końca Skończoności, Nazwisko tak stare, że w ogóle nie 

potrzebowali symbolu. Pełno siwych włosów na odmładzanych głowach, zebranie starszych 

oficerów, wśród których Sandor Kreja stanowiłby bardzo drobny udział - dać, lub zabrać 

drobny ładunek i pół miliona kredytów.

-   Chciałam   wyjaśnić   z   panem   sytuację   -   powiedziała   Mallory.   -   Potrzebuje   pan 

krzesła, kapitanie?

- Nie. - Odruchowa reakcja, której od razu pożałował, ale oprócz Mallory nikt inny nie 

siedział...   odmówił   zostania   centralnym   punktem   spotkania,   razem   z   nią.   Ale,   jak 

przypuszczał, prawdopodobnie i tak był.

- W każdej chwili może pan zmienić zdanie - powiedziała - proszę się nie krępować. 

To   naprawdę   nie   fair   wzywać   pana   w   takim   stanie,   ale  Norwegia  ma   ciągoty   do 

niespodziewanych wylotów. Zresztą, jestem pewna, że pozostali również nie chcą spędzić 

zbyt wiele czasu na stacji. ...Jest pan pewien co do krzesła, kapitanie?

Potwierdził.  Drobna  strużka  potu   zaczęła   wędrówkę  w  dół  jego  skroni.  Uprzejme 

pogawędki nie były w stylu Mallory. Nie lubił ich, jej, całego tego zgromadzenia.

- Rozegrał to pan do końca - powiedziała. - Miałam nadzieję, że tak będzie, kapitanie. 

Ale byłam też odrobinę zaskoczona.

- Spóźniliście  się.  - Odzyskał  poczucie  równowagi,  czując przyspieszający  puls. - 

Wiedzieliście kiedy przylecimy. Nie spieszyliście się zbytnio.

Wzruszyła ramionami, podsumowując tym gestem rannych i zabitych na stacji.

background image

- Byliście szybsi o kilka godzin... prawda?

Przemyślał to i jak przez mgłę przypomniał sobie - pośpiech z którym podeszli do 

drugiego skoku, dowodzenie Allison i bunt na mostku. Uleciała z niego złość.

- Może rzeczywiście - przyznał.

- Byliśmy na czas, precyzyjnie. Ale poradziliście sobie dostatecznie dobrze. Proszę mi 

powiedzieć... czy powiedział im pan, gdzie mogą mnie znaleźć?

- Zrozumiałem, że chciała pani żebym to zrobił. Nie zostawia pani zbyt wiele miejsca 

na bohaterów, prawda?

Mallory roześmiała się, co go zaskoczyło, taki szybki, zimy śmiech.

- Zawsze wyląduje pan na nogach, prawda? Nie, nie spodziewałam się.

-   Więc   sprzedałem   im   wszystko,   co   wiedziałem   i   jeszcze   trochę.   Ale   ufam,   że 

dotrzyma pani naszej umowy.

- W jakiej sprawie, kapitanie?

-   Stawka   za   ryzyko.   Na   wojskowym   transporcie.   Nie   odzywała   się   przez   chwilę, 

pomyślał, że się zastanawia.

- Nie naruszyłem  plomb - powiedział  - ale oni to zrobili. I zrozumieli, że jestem 

przynętą. To nie było miłe.

- Nie, przypuszczam, że nie. - Przesunęła kilka papierów leżących przed nią na biurku. 

- Oto weksle na należne panu pieniądze. I biorąc pod uwagę okoliczności, żadnych opłat 

dokowych na Venture. Potraktujmy to jako ładunek sprzętu do podtrzymywania życia.

Pomyślał,   że   Mallory   miała   jednak   jakieś   poczucie   humoru.   Wyglądało   na   to,   że 

wydostanie   się   z   tego   bajzlu.   Odczuwał   niezdrową   pokusę   polubienia   Mallory,   z   czystej 

wdzięczności.

- Kapitanie - powiedział. „Dziękuję” nie przeszło mu przez gardło.

-   Pański   statek   to   interesująca   jednostka.   -   Nie   wypuściła   papierów,   więc   cofnął 

wyciągniętą   po   nie   rękę,   czując   nagły   chłód   ścinający   chwilowe   zaufanie.   -   Wszystko 

zablokowane,   dokumenty   niejasnego   pochodzenia,   wsparcie   ze   strony   jednego   z 

największych   nazwisk   Unii...   Wie   pan,   kapitanie,   był   taki   moment,   że   zaczęłam   nawet 

zastanawiać się nad Dublinem stojącym po pana stronie.

- Nie będziemy tego słuchać - odezwał się oficer z Dublina.

- Och, jestem pewna, że nie. Nasi sojusznicy z drugiej strony granicy ręczą za was. 

Ale   macie   dziwne   towarzystwo.   Proszę   mi   powiedzieć,   kapitanie   Reilly   -   jaki   mieliście 

motyw, żeby pożyczać drobnicowcowi... na taką skalę?

- To prywatna sprawa.

background image

- Nie wątpię. - Ponownie przesunęła dokumenty w jego stronę. Sandor odebrał je, 

mając  całkiem  zimne  palce. Pomieszczenie  na zmianę  wydawało  mu  się zimne  i gorące, 

oszałamiając go dźwiękami. - Pańskie dokumenty, kapitanie, są sfałszowane. Wie pan o tym?

Zamrugał...   oparł   się   o   biurko   i   spróbował   przywołać   na   pomoc   wszystkie   swoje 

zdolności.

- To nieprawda.

- I przewozi pan pod panelami złoto.

- Prywatny zapas. Należy do mnie. Spodziewam się je tam zastać, kiedy wrócę na 

pokład.

Mallory przyjrzała mu się uważnie.

- Oczywiście, że tam jest.

- Jeśli dokonaliście tak gruntownego przeszukania na Pell...

- Byliśmy zaciekawieni.

- To wszystko  finansowane jest ze źródeł  Dublina  - wtrąciła  się Allison zza jego 

pleców. - Można to wyczytać w dokumentach. Możemy pokryć wszelkie zobowiązania.

Powoli odwrócił się i spojrzał na twarze dublińczyków  - na bladą, spoconą twarz 

Currana, zaczerwienioną Allison, i Neilla z Deirdre stojących z tyłu. Reszta pokoju rozmyła 

się. Mieli to, pomyślał. Kody do komputera i pretekst. Lekko wzruszył ramionami i ponownie 

odwrócił się do Mallory.

- W taki sposób są przygotowane dokumenty.

- Też o tym wiem. Jak długo macie wsparcie ze strony Dublina.

- Żadnych wątpliwości - powiedział Reilly. Wsadził weksel do kieszeni, czując jak 

opuszczają   go  wszystkie   zgromadzone   siły.   Przypuszczał,   że   zdoła   dojść   do  Lucy,  skoro 

sprawy zaszły tak daleko. Tylko tego chciał, wrócić do domu, jakkolwiek długo miałby nim 

pozostać.

- Pozwoli mi pan obejrzeć wspomniane dokumenty, kapitanie?

Wymacał je w lewej kieszeni kurtki zarzuconej na ramiona, wydobył je i podał do rąk 

Mallory.

- Są sfałszowane - powiedziała, przeglądając je. - Zauważyli to na Pell. Nie zgadzała 

się analiza  papieru. Choć trzeba przyznać,  że to dobra robota. Zamierzają przejść z tymi 

dokumentami   na   dyski,   sporo   handlarzy   papierem   straci   dochody.   Niektórzy   kupcy   już 

protestują   przeciw   takiej   perspektywie,   ale   widocznie   mają   powód,   prawda?   Naprawdę 

powinien pan wyprostować tę sprawę z tytułem własności.

Zaoferowała mu je z powrotem. Odebrał, ślepy na wszystko inne.

background image

- To chyba wszystko - powiedziała. -  Dublin  ręczy za pana, a dla pewności, Unia 

ręczy za Dublin. Więc nie będziemy już zadawać żadnych pytań.

- Czy mogę iść?

Skinęła, ciemne oczy wypełnione domysłami. Utrzymywał neutralny wyraz twarzy, 

odwrócił się i wyszedł w towarzystwie Allison i załogi, nie pytany. Allison wyprzedziła go, a 

on zatrzymał się na zewnątrz, oszołomiony i nie czując się zbyt pewnie na nogach.

- Wyjaśnij to - powiedziała. -  Dublin  jest z nami. Nic nie zrobią. Możesz oczyścić 

swoje Nazwisko, żyć pod swoim własnym, rozumiesz? Możesz wyczyścić dokumenty.

- Może wcale tego nie chcę.

- W imię czego? Kim był ten, kto nagrał te wszystkie wiadomości w komputerze? To 

do ciebie mówi, prawda? Kim on był?

Popatrzył   na   dok,   sięgnął   wzrokiem   na   drugą   stronę,   na   niewielki   ruch   i   pustkę 

rozświetlaną rozstawionymi z rzadka lampami.

- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytał Curran.

- Nieszczególnie.

- Brat? - tym razem Allison.

Wzruszył ramionami.

- Może.

-   Przygotował   to   wszystko   -   powiedziała   Allison   -   dla   kogoś,   kto   naprawdę   nie 

wiedział, jak prowadzić statek. Żeby nauczyć wszystkiego, co trzeba. Musiało mu to zająć 

dużo czasu. Myślę, że naprawdę zależało mu na tym, żebyś był w stanie sam się o siebie 

zatroszczyć.

- Nie wasza sprawa.

- Nie jesteśmy tam mile widziani, prawda?

Pomyślał nad tym chwilę.

- Wracacie? - zapytał, patrząc na nią. - Czy przyślą mi nową grupę dublińczyków na 

lot powrotny?

- Wracamy - odpowiedziała. - Wiesz, że wiemy już jak pracować z komputerem. 

Możemy robić wszystko. Jesteśmy całkiem dobrzy.

To było mniej więcej najskromniejsze oświadczenie, jakie mógł wydobyć z Allison 

Reilly, i sprawiło, że odzyskał równowagę.

- Wiem, że jesteście dosyć dobrzy - powiedział, strząsając to z siebie. Podniósł wzrok, 

popatrzył na jej twarz, na wszystkich po kolei.

-  Przepraszam   -  powiedział  i   wszedł   z  powrotem   do  biura,  gdzie   omawiano   inne 

background image

sprawy.   Wszyscy   zastygli,   tylko   ochrona   uniosła   broń   w   błyskawicznym   ruchu.   Twarz 

Mallory wyrażała niezwykłą nieufność.

- To Kreja - powiedział, czując za plecami obecność Allison i pozostałych. Wyciągnął 

z kieszeni dokumenty - kolejny ruch karabinów, które nie przestały być skierowane w jego 

stronę. - Łabędź i Kreja. Może powinienem poprawić dokumenty.

Mallory popatrzyła na niego z zaciekawieniem.

- Doprawdy? I w jaki sposób doszedł pan do tego nazwiska? Już dawno się go nie 

słyszało.

Zaczął się zastanawiać... zdecydował, że zdziwienie Mailory wydawało się mieć inne 

źródło, niż kpinę.

- Urodziłem się z nim. - odpowiedział. - Chciałbym je odzyskać.

Mallory poprawiła się na krześle, z ręką na biurku.

- Nie będzie to trudne. Pan-Paris, prawda? Upłynęło sporo czasu.

Stracił oddech.

- Wie pani, co się stało?

- Słyszałam, co się stało.

Uwierzył jej. Mallory można było zaufać - do pewnego stopnia. W to przynajmniej 

uwierzył.

- Niech mi pan da dokumenty. - A kiedy położył je przed nią na blacie, po prostu 

wzięła je i napisała odręcznie. - Łabędź. Nazwisko Właściciela?

- Sandor Kreja.

Pióro przejechało po papierze i zatrzymało się. Podała mu dokumenty z powrotem, z 

korektą, podpisaną ,,S. Mallory. Wniesione na jej odpowiedzialność''.

- Kreja.

Z prawej strony ktoś wyciągnął do niego rękę. Jeden z.Reillych, ten Reilly: słyszał, jak 

odpowiada. Przyjął dłoń i wytrzymał  przyjacielski uścisk, po czym uciekł przez drzwi do 

swoich towarzyszy.

- Załatwiłem to - powiedział. Wsadził dokumenty do kieszeni, razem z wekslem i 

ruszył ostrożnie w kierunku Lucy /Łabędzia, mając wokół siebie dublińczyków.

- Trzeba będzie wyjść na kadłub, jeśli znajdziemy wolną chwilę. Zmienić nazwę.

- Nie ma zbyt wielkiej szansy na dostanie tu ładunku - odezwała się Allison - ale 

stawka, którą dostaliśmy powinna pokryć lot w obie strony.

- Chcesz zaryzykować kolejny lot?

- Będą rozstawiać posterunki wojskowe na całej trasie, przynajmniej przez jakiś czas. 

background image

Takie są plotki.

- Miło jest słuchać plotek. Ale nie jestem pewien, czy we wszystkie wierzę.

-   Przypuszczam,   że   tę   zamierzają   spełnić.   Dotarli   do   wejścia.   Dotarł   do   granicy 

swoich możliwości, zresztą Curran też nie wyglądał najlepiej, ledwie wspięli się na rampę. 

Młody   dublińczyk   pozostawiony   na   straży   przed   śluzą   powitał   ich   uprzejmie,   stając   na 

baczność.   Sandor   rzucił   mu   zaciekawione   spojrzenie,   kiedy   jego   załoga   wciągała   go   do 

środka.

- Nie zgadzałem, się na nikogo na pokładzie - powiedział, natykając się na kolejnych 

koło windy. -Niech was szlag, Reilly...

- Wypożyczona pomoc - weszła mu w słowo Allison. Korytarz był czysty. Wnętrze 

windy też, aż lśniło. - Młodzi dublińczycy chcieli mieć jakieś zajęcie.

Winda   wciągnęła   ich   na   poziom   mostka   i   salonu.   Wyszorowane   podłogi, 

wyczyszczone konsole, usunięte wszystkie smugi i plamy.  Wszystko znów wyglądało jak 

nowe, poza łatami na tapicerce.

- Czyścicie go, żeby przejąć statek? - zapytał.

- Nie - padła odpowiedź Allison.

- Nie można dotknąć niczego nie zostawiając odcisków palców.

- Takie powinno być. Stare nawyki.

Popatrzył na nich, stojących w grupie i pomyślał jak czułby się na statku bez nich. 

Skinął głową, wskazując na ściany.

- Wygląda na to, że dobrze mu to zrobiło - przyznał, odwrócił się i wszedł na mostek.

***

Łabędź opuścił stację z pustymi ładowniami, poruszając się lekko i swobodnie, dzięki 

brakowi obciążenia.

Komputer przemawiał do nich, zapewniając, że wszystko wykonują poprawnie.

- Zbliża się skok, Sandy. Znajdź gwiazdę odniesienia.

-   Mam   ją   -   odpowiedziała   Allison   ze   stanowiska   numer   dwa,   odpowiadając 

komputerowi i Sandorowi., a na ekranie pojawiły się liczby.

Pozostali nadesłali potwierdzenia, rutynowe czynności.

Kierowali   się   na   Pell,   tym   razem   po   ładunek   stacji,   przypuszczając,   że  Dublin 

wyprzedzi   ich   po   drodze.   Na  Łabędziu  założyli   się   o   czas,   jaki   będzie   im   potrzebny   na 

dotarcie do celu, stawką były drinki na miejscu. Spodziewał się wygrać, znając swój statek.

Ale i tak wszystko szło z jednego konta.

background image

KONIEC TOMU CZWARTEGO I OSTATNIEGO “WOJEN KOMPANII”

Inne   historie   rozgrywające   się   w   tym   świecie,   odnajdziecie   w   powieściach   cyklu 

UNIA / SOJUSZ, a każda z nich stanowi samodzielną całość.