background image

Zeydler Zborowski Zygmunt 

Major Downar przechodzi na emeryturę 

 

Część pierwsza 
Rozdział I Mediolan 

B

iałe,  puszyste  chmury  przypominają  starannie  ubitą  pianę.  Jaskrawy  błękit  nieba 

błyszczy  agresywnie  w  promieniach  słońca.  Martwa,  przerażająca  swym  ogromem  pustka. 
Żadnego  ruchu,  żadnego  wstrząsu.  Jedynie  miarowy  warkot  motorów  uświadamia  istnienie 
maszyny, zawieszonej na ogromnej wysokości. 

Świetlny  napis:  „Proszę  zapiąć  pasy,  proszę  nie  palić”,  zgasł.  Z  megafonu  płyną 

słowa:  „Lecimy  na  wysokości  dziesięciu  tysięcy  metrów,  z  szybkością  dziewięciuset 
kilometrów  na  godzinę”.  Po  tym  komunikacie  rozmowy  na  chwilę  milkną.  Ten  i  ów, 
obdarzony przez naturę nieco większą wyobraźnią, poważnieje. Dziesięć tysięcy metrów to 
nie żarty. 

Refleksyjny nastrój przerywa przyst

ojna  stewardesa,  częstująca  pasażerów 

owocowymi  cukierkami,  zawiniętymi  w  szeleszczące  papierki.  Jej  łagodny  uśmiech  działa 
kojąco, dodaje otuchy. 

Downar wziął cukierek, przechylił w tył głowę i przymknął oczy. Czuł, jak ogromne 

zmęczenie spływa z niego wszystkimi porami ciała. Cudowny relaks, całkowite odprężenie. 
Ostatnie  dni  upłynęły  mu  w  dużym  napięciu  nerwowym.  Nie  przypuszczał  nawet,  że  tak 
intensywnie będzie to wszystko przeżywał. 

Uroczystość  była  naprawdę  wzruszająca,  przemówienia,  toasty,  prezenty, 

przyjacielskie  poklepywania  po  ramieniu,  nie  kończące  się  uściski  dłoni.  Sam  niejeden raz 
brał  udział  w  pożegnaniach  kolegów  odchodzących  na  emeryturę  i  właściwie  wszystko 
odbywało się tak samo, ale... Uśmiechnął się. Każdy swoje sprawy, swoje przeżycia uważa za 

nietypowe, niebanalne - 

pomyślał.  -  Każdy  chce,  żeby  to,  co  go  dotyczy,  było  jakieś  inne, 

odmienne  od  tego,  co  już  było.  Zakochany  chłopiec  sądzi,  że  jego  miłość  jest  jedyna, 
niepowtarzalna, niezwykła. Żołnierz na froncie wyobraża sobie, że takim bohaterem jak on 
nikt  jeszcze  nie  był  i  nikt  nie  będzie.  Artysta  jest  przekonany,  że  jego  sztuka  jest  wielkim 
odkryciem,  czymś  zupełnie  nowym  i  że  przejdzie  do  historii.  Człowiek  tak  już  jest 
ukształtowany, że pragnie wyróżnić się wśród swych bliźnich, być kimś znanym, sławnym, 

godnym powszechnego uznania i podziwu. No, dobrze, a emerytowany oficer milicji?... O 

mało nie parsknął śmiechem. 

background image

I  znowu  stanęła  mu  przed  oczami  uroczystość  pożegnalna.  Chyba  go  jednak  lubili. 

Chyba te wszystkie serdeczne, miłe słowa były szczere. Starał się być dobrym kolegą. Zawsze 
przecież chętnie służył pomocą, radą. Nigdy nikomu nie zrobił żadnego świństwa. Nie pchał 
się, nie ubiegał o awansy, o odznaczenia. Wykonywał, jak umiał najlepiej, swoją robotę i nie 
chwalił  się  osiągniętymi  sukcesami.  Wprost  przeciwnie,  raczej  zawsze  usuwał  się  w  cień, 
unikał pochwał przełożonych, rozgłosu. Wydawało mu się, że naprawdę go lubili, że chyba 
byli mu życzliwi i że te przemówienia, toasty nie miały w sobie nic z fałszywej oficjalności. 

Zadźwięczały  mu  w  uszach  słowa  Karola  Walczaka:  „No  i  cóż  ty,  Stefan,  teraz 

będziesz robił? Może masz zamiar gołębie hodować albo chodzić na ryby, a może znaczki 
pocztowe? Podobno na filatelistyce nawet nieźle niektórzy zarabiają”. 

Na razie nie zastanawiał się nad tym, co będzie robił. Przede wszystkim pragnął się 

nacieszyć  swobodą,  wolnością.  Tyle  lat  ciężkiej  odpowiedzialnej,  nerwowej  pracy.  Ileż  nie 
przespanych nocy. Ile wahań, wątpliwości, obawy, żeby kogoś nie skrzywdzić. Ileż to razy 
zapytywał sam siebie: a może facet rzeczywiście jest niewinny, może to tylko fatalny zbieg 
okoliczności? Jakżeż różniła się jego praca od niebywałych przygód prywatnych detektywów 
z powieści kryminalnych. Perry. Mason, Herkules Poirot, stary, poczciwy Sherlock Holmes. 

Tak,  był  już  zmęczony.  Należał  mu  się  odpoczynek.  Dosyć  miał  zbrodni,  trupów, 

sekcji zwłok, wielogodzinnych, a nieraz wielodniowych przesłuchań, telefonów w nocy, że 
trzeba  wstawać  i  natychmiast  jechać  na  miejsce  przestępstwa.  Wyczerpująca,  bardzo 
wyczerpująca  nerwowo  praca.  Co  za  rozkosz  nie  myśleć  teraz  o  niczym,  odetchnąć  pełną 
piersią, cieszyć się swobodą, być panem swego czasu, robić to, na co się ma w danej chwili 
ochotę! 

Spełniają  się  jego  pragnienia.  Od  lat  marzył  o  tym,  żeby  zwiedzić  Italię.  Ten  kraj 

zawsze g

o pociągał. Przeczytał dużo książek o dziejach Cesarstwa Rzymskiego. Miał sporo 

fotografii  z  Włoch,  albumów,  slajdów.  Teraz  zobaczy  na  własncoczy  Koloseum,  bazylikę 
Świętego  Piotra,  Watykan,  kaplicę  Sykstyńską,  plac  Hiszpański,  fontannę  di  Trevi.  A 

przedte

m  Mediolan,  Werona,  Wenecja,  Florencja,  Siena  i  na  koniec  Sycylia.  Ileż 

wspaniałości. Piękna wycieczka. Kupa forsy, to prawda, ale w końcu raz się żyje. Poza tym 
nie co dzień awansuje się na emeryta. Trzeba to przecież jakoś uczcić. 

Warszawa, komenda, kole

dzy, akta spraw, wreszcie mieszkanie na Koszykowej stały 

się  nagle  jakieś  nierealne,  odległe,  bardzo  dalekie.  Przeszłość.  Zaczyna  się  zupełnie  nowe, 
emeryckie życie. Jakie to będzie życie? Nie warto w tej chwili o tym myśleć. 

Właściwie to wszystko jedno, czy się leci na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, 

czy na wysokości stu metrów. Jak się gruchnie w dół, to rezultat taki sam. 

background image

Downar drgnął i otworzył oczy Dopiero teraz przyjrzał się uważniej pasażerowi, który 

siedział koło niego. Wyraźnie zarysowująca się łysina, zaokrąglone kształty, twarz pogodna, 
różowa,  ozdobiona  parą  dużych,  ciemnych  oczu,  w  których  błyszczała  radość  życia  i 
zainteresowanie sprawami tego świata. 

- Czy nie 

mam racji, proszę pana? - upierał się. - Te dziesięć tysięcy metrów robi na 

człowieku  wrażenie,  ale  przecież  to  nie  ma  żadnego  znaczenia,  dziesięć  tysięcy  czy  sto,  a 
nawet jak ktoś ze dwudziestu metrów zleci, to nie ma co zbierać. Czy nie mam racji? 

Ma  pan  rację  -  przyznał  obojętnie  Downar.  Nie  kwapił  się  do  podtrzymania 

rozmowy

. Już na samym początku tej baśniowej podróży postanowił trzymać się z daleka od 

swoich współtowarzyszy, których uważał za zło konieczne. Nie miał zamiaru nawiązywać z 
nikim  bliższego  kontaktu.  Pragnął  sam  przeżyć  swą  „wielką  przygodę”,  jak  nazywał  w 
myślach orbisowską wycieczkę. 

Korpulentny  jegomość  nie  tracił  jednak  animuszu.  Najwyraźniej  odczuwał  potrzebę 

towarzyskiej pogawędki. 

Czy pan pierwszy raz do Włoch? 

- Pierwszy. 

O, ja już, panie, byłem chyba z pięć razy. Uwielbiam Włochy. Wspaniały kraj. Co za 

zabytki! Jakie kościoły! Jakie muzea! Cudowne rzeczy. Tylko, że teraz nastrój się tam popsuł. 
Terroryści,  gangsterzy,  złodziejstwo  na  każdym  kroku.  Ich  policja  jest  zupełnie  bezradna. 
Sytuacja  się  u  nich  bardzo  pogorszyła,  od  kiedy  znieśli  karę  śmierci.  Bo, panie, co kara 
śmierci, to kara śmierci. Z więzienia można uciec albo otrzymać zmniejszenie wyroku, a ze 
stryczka  się  urwać  to  już  trudniejsza  sprawa.  Rozzuchwalili  tych  wszystkich  bandziorów  i 
tyle. Na takiego terrorystę tylko kara śmierci robi wrażenie. Czy nie mam racji? 

Pytanie  zostało  postawione  w  sposób  dosyć  agresywny  i  Downar  musiał 

odpowiedzieć. 

Ma  pan  rację.  -  Wartkość  wymowy  zwolennika  kary  śmierci  zaczynała  go 

przygnębiać. 

Na  szczęście  stewardesy  z  uprzejmym  uśmiechem  zaczęły  roznosić  tacki ze 

śniadaniem.  Rozmowny  jegomość  zrezygnował  na  pewien  czas  z  konwersacji  i  z 
zadziwiającą energią zabrał się do jedzenia. Widać było, że sprawy związane z gastronomią 
nie są mu obojętne. 

Downarowi  smakowało  śniadanie.  Dobry  humor  psuła  mu  tylko  myśl,  że jego 

towarzysz nie zaniecha rozmowy. I nie omylił się. 

background image

Zaledwie  entuzjasta  włoskiej  kultury  skończył  się  posilać  i  starannie  wytarł  grube 

wargi papierową serwetką, gdy spojrzał wesoło na swojego towarzysza podróży i powiedział: 

Proszę wybaczyć, że do tej pory nie przedstawiłem się panu, ale to zamieszanie na 

lotnisku i pierwsze wrażenia zaraz po starcie... Pan pozwoli, że teraz dokonam prezentacji: 
nazywam się Więckowski, Teodor Więckowski. 

Bardzo mi miło poznać pana - odparował Downar, uścisnąwszy wyciągniętą ku sobie 

pulchną dłoń. Niezbyt wyraźnie powiedział swoje nazwisko i wyjął z kieszeni gazetę. Miał 
nadzieję, że „Życie Warszawy” wybawi go z kłopotliwej, nużącej sytuacji. Ale gdzie tam... 

Teodor Więckowski westchnął raz i drugi, jakby z pewnym ubolewaniem. 

Nic ciekawego nie ma teraz w tych gazetach. Już człowiekowi brzydną te wszystkie 

konflikty  bliskowschodnie,  dalekowschodnie,  afrykańskie.  Co  nas  to  wszystko  właściwie 
obchodzi? A niech się biją, jak mają ochotę. A i ten dziennik telewizyjny teraz diabła wart. 
Nie ma na co popatrzeć. Szkoda oczu. Kiedyś to kronika filmowa była pierwsza klasa, ale 

teraz...  - 

Urwał  nagle  i  zasępił  się.  Jego  ruchliwa  twarz  straciła  pogodny,  beztroski  wyraz. 

Mogło się zdawać, że jakieś odległe wspomnienia zepsuły mu humor. 

Downar, korzystając z chwilowej przerwy, wsunął „Życie Warszawy” z powrotem do 

kieszeni, przechylił w tył głowę i zamknął oczy. Udawał, że drzemie. 

Więckowski nie odezwał się do samego Mediolanu. Dopiero kiedy zabłysnął napis: 

„Proszę zapiąć pasy i zgasić papierosy”, powiedział cichym, dziwnie zmartwionym głosem: 

Tak mi się przyjemnie z panem gawędziło, że... Pan zdaje się podróżuje samotnie? 

- Tak. 

Bo  widzi  pan...  Ja  także  jestem  samotny,  a  jak  słyszałem,  pokoje  w  hotelach  są 

dwuosobowe,  więc...  Bardzo  by  mi  było  miło,  gdyby  pan  zechciał  dzielić  ze  mną  kwatery 
podczas tej wycieczki. Naprawdę... bardzo. - Słowa te zostały  wypowiedziane nieśmiało, z 
dużą dozą serdeczności. 

Downar  zdrętwiał.  Perspektywa  wspólnego  pokoju  z  tym  gadułą  napełniła  go 

pr

zerażeniem. Nie chciał być nieuprzejmy, ale z drugiej strony ten człowiek mógł mu popsuć 

całą przyjemność. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że będzie musiał z kimś mieszkać. 

-  Zobaczymy, jak nas rozlokuje kierownik - 

powiedział  wymijająco.  -  Ale 

oczywiście... 

Na  szczęście  w  tej  chwili  poczuli  lekki  wstrząs.  Koła  podwozia  dotknęły  pasa 

startowego. 

Twarz Teodora Więckowskiego rozjaśnił pogodny uśmiech. 

background image

Jesteśmy  na  miejscu.  -  Powiedziane  to  zostało  takim  tonem,  jakby  to  właśnie  on 

przyczynił się do szczęśliwego lądowania. 

W Mediolanie panował nieznośny upał. Duszne, lepkie powietrze tamowało oddech. 

Zamglone  słońce  z  trudem  przedzierało  się  przez  niski  pułap  szarawych,  rozsnutych 

równomiernie chmur. 

Wszyscy  jak  na  komendę  zaczęli  się  energicznie  pozbywać  płaszczy, skafandrów, 

wiatrówek, swetrów. 

O piątej rano w Warszawie na Okęciu było bardzo zimno. Mediolański upał działał 

uderzeniowo. 

Odprawa  celna  i  kontrola  paszportowa  odbyły  się  z  błyskawiczną  szybkością. 

Najwyraźniej  celnicy  włoscy  nie  podejrzewali  klientów  „Orbisu”  o  jakieś  skomplikowane 
machinacje  przemytnicze  i  polską  wycieczkę  potraktowali  z  pewnym  lekceważeniem,  nie 
zadając sobie najmniejszego trudu. 

Kierownik  grupy,  pan  Wacław  Kozłowski,  żwawo  uwijał  się  między  swoimi 

podopiecznymi. 

Proszę do autokaru, proszę do autokaru, proszę się pospieszyć. Zaraz odjeżdżamy. 

Już kończą ładować bagaże. Proszę zajmować miejsca. 

W autokarze było, oczywiście, jeszcze duszniej. Pot oblewał przybyszów z północy. 
Downar  zajął  miejsce  na  końcu  wozu  przy  oknie.  Koło  niego  z  uprzejmą 

skwapliwością usiadł Teodor Więckowski, i 

Ciepło. 

Ciepło - przytaknął Downar, patrząc w okno. 

Mam nadzieję, że pan nie ma nic przeciwko temu, że ja znowu tak koło pana... 

Ale skądże. Miło mi. 

-  To mnie cieszy. To mnie nawet bardzo cies

zy. Bo tak... widzi pan, zżyliśmy się w 

tym samolocie. 

Downar nie zareagował na to stwierdzenie. Jego uprzejmość nie posunęła się aż tak 

daleko.  Nie  odczepię  się  od  faceta  -  pomyślał  melancholijnie.  -  Trudno.  Trzeba  się 
przyzwyczaić. 

Wszyscy  już  się  usadowili.  Ostatni  wsiadł  kierownik  wycieczki,  wprowadzając  do 

autokaru  młodą  czarnooką  dziewczynę.  Przedstawił  ją  jako  pannę  Anitę  Antonelli  - 
przewodniczkę,  która  miała  towarzyszyć  „polskim  przyjaciołom”  podczas  ich  pobytu  we 
Włoszech. Mówiła zupełnie dobrze po polsku, z nieznacznym cudzoziemskim akcentem. Od 
czasu do czasu miała tylko pewne kłopoty z przypadkami, szczególną trudność sprawiał jej 

background image

dopełniacz. Później okazało się, że pochodzi z małżeństwa mieszanego, ojciec Włoch, matka 

Polka. 

Lotnisko w Mediolan

ie jest znacznie oddalone od miasta. Jechali prawie godzinę. 

Downar z ogromnym zainteresowaniem przyglądał się mediolańskim ulicom. Bardzo 

prędko  doszedł  jednak  do  przekonania,  że  to  nic  ciekawego.  Duże,  przemysłowe  miasto, 

niezbyt atrakcyjne. 

- Tutaj nie 

ma co oglądać - powiedział, wydymając wargi Teodor Więckowski. - Ot, 

takie nasze Katowice w dużym powiększeniu. Przemysł. Pełno spalin i dymu z fabryk. Klimat 
fatalny.  W  lecie  duchota  nie  do  wytrzymania,  a  w  zimie  mgła,  że  na  dwa  kroki  nie  widać 
człowieka. Wozy cały dzień jeżdżą na światłach. Straszna wilgoć. Byłem kiedyś w styczniu w 
Mediolanie,  to  jak  wieczorem  zdjąłem  koszulę,  rano  była  wilgotna.  Trudno  zrozumieć, 
dlaczego  takie  duże  miasto  postawili  na  podmokłym  gruncie.  Ale  to  dawne  czasy.  Wtedy 

pewnie 

na takich rzeczach się nie znali. I niech pan sobie wyobrazi, że wystarczy wsiąść do 

pociągu  na  Dworcu  Północnym  i  już  po  dwudziestu  minutach  wyjeżdża  się  z  tej  cholernej 
mgły. Od Saronno niebo błękitne, wspaniałe słońce. Riwiera. Tym pociągiem można dojechać 
do Como. Był pan kiedy nad jeziorem Como? 

Mówiłem  przecież  panu,  że  jadę  do  Włoch  po  raz  pierwszy  -  odparł  trochę 

niecierpliwie Downar. 

A  prawda,  prawda.  Zapomniałem.  Bardzo  pana  przepraszam.  Como  piękna  rzecz. 

Jest  na  co  popatrzeć.  Byłem  tam  dwa  razy.  Jak  dzień  pogodny,  to  widać  Alpy,  ośnieżone 
szczyty  gór.  Istne  cudo.  Szkoda,  że  tam  nie  pojedziemy.  A  Mediolan  nic  nadzwyczajnego. 
Jedynie katedra warta obejrzenia. Wspaniała. Co za ogrom, co za precyzja budowy. Gotyk. 
Zachwyci się pan. Do katedry na pewno nas zaprowadzą. To należy do żelaznego repertuaru 
każdej wycieczki. 

Downar w milczeniu kiwał głową, żeby nie okazać się nieuprzejmym. Nie odwracał 

wzroku  od  okna.  Im  głębiej  zanurzali  się  w  miasto,  tym  więcej  widział  ciężkich,  bogato 

zdobionych dzie

więtnastowiecznych  kamienic.  Nie  zachwycał  się  tą  architekturą,  chociaż 

musiał przyznać, że jest imponująca. 

Wreszcie autokar zatrzymał się przed skromnym hotelem. 

Wysiadamy, proszę państwa - wykrzyknął energicznie pan Kozłowski. 

Spoceni podróżnicy zaczęli się ociężale przepychać do wyjścia. Niektórzy posapywali 

z utrudzenia, inni wycierali chusteczkami wilgotne czoła i karki. Każdy marzył o prysznicu i 

chwili odpoczynku. 

background image

Niestety! Okazało się, że pokoje nie są jeszcze przygotowane i że od razu trzeba iść na 

obiad.  Rozległy  się  nieśmiałe  szemrania,  a  nawet  jawne  głosy  niezadowolenia.  Pan 
Kozłowski robił, co mógł, aby rozproszyć nieco przykrą atmosferę. 

Proszę  państwa  o  wyrozumiałość.  Służba  hotelowa  nic  tu  nie  zawiniła.  Po  prostu 

poprzednia wycieczka tro

chę marudziła z wyprowadzką. Pokojówki muszą sprzątnąć numery, 

zmienić pościel. A teraz napijemy się dobrego winka, zjemy coś smacznego. Potem maleńka 
sjesta  i  wyruszamy  na  zwiedzanie  Mediolanu.  Obejrzymy  sobie  katedrę,  zamek  Sforzów, 

zobaczymy 

Ostatnią  Wieczerzę  Leonarda.  A  jutro  do  Wenecji.  Prosimy  na  obiad.  Życzę 

państwu smacznego. 

Nie  było  rady.  Spoceni  i  zakurzeni  usadowili  się  przy  restauracyjnych  stolikach,  na 

których stały koszyki z pszennym pieczywem, szklanki i karafki z białym winem. Po chwili 

ke

lnerzy  zaczęli  roznosić  tradycyjny  makaron,  polany  pomidorowym  sosem  z  nielicznymi 

kawałkami drobno pokrojonej wołowiny oraz posypany tartym parmezanem. 

Downar  dopiero  teraz  obrzucił  przelotnym  spojrzeniem  swoich  współtowarzyszy 

podróży.  Cieszyła  go  myśl,  że  może  już  nie  być  czujny  i  podejrzliwy,  że  w  gronie 
otaczających go ludzi nie musi upatrywać potencjalnych przestępców, że wreszcie zaczął żyć 
jak zwykły, normalny człowiek, wolny od zawodowej rutyny. 

Po jego lewej ręce siedział oczywiście Teodor Więckowski, pochłaniający z zapałem 

spaghetti. Zręcznie nawijał na widelec długie, nakrapiane pomidorami nitki i widać było, że 
kuchnia włoska nie jest mu obca. Od czasu do czasu pociągał spory łyk wina. Najwyraźniej 
nie  przejmował  się  tym,  że  jest  spocony  i  nie  umyty.  Z  prawej  strony  pożywiała  się  w 
milczeniu młoda, bardzo ładna blondynka, o gęstych, popielatych włosach i dużych oczach 
koloru  morskiej  wody.  Downar  przez  ułamek  sekundy  pochwycił  jej  spojrzenie  i  zobaczył 
wyraz  głębokiej  melancholii,  brak  młodzieńczej  radości  życia,  rezygnację.  Może  to  tylko 
zmęczenie podróżą - pomyślał. 

Naprzeciwko,  po  drugiej  stronie  długiego  stołu,  usadowiło  się  małżeństwo.  Tak 

przynajmniej  można  było  wnioskować  z  ich  wzajemnego,  pozbawionego  emocjonalnych 

akcentów, stosunku. Obo

je  mniej  więcej  około  trzydziestki.  On,  ryży  blondyn  o  mocno 

zarysowanej dolnej szczęce i wąskich, lekko skośnych oczach, miał coś niesympatycznego w 
twarzy. Robił wrażenie człowieka bezwzględnego, pozbawionego delikatniejszych uczuć. Z 
pewną nonszalancją bawił się makaronem, dając do zrozumienia, że nie jest przy apetycie. 

Ona  - 

subtelny,  dziewiętnastowieczny  typ  urody:  ładnie  zarysowany  owal  twarzy,  drobne, 

regularne rysy, ciemnoniebieskie oczy i starannie upięte w mocny węzeł lśniące, kasztanowe 
włosy.  Kształtna  głowa  opierała  się  na  długiej,  wysmukłej  szyi,  ozdobionej  sznurem 

background image

bursztynów.  Dłonie  wąskie,  rasowe,  pozbawione  jakiejkolwiek  biżuterii.  Tylko  złota 
obrączka. Była smutna. Prawie nic nie jadła. Wypiła łyk wina i siedziała milcząca, zapatrzona 

w sw

ój  talerz.  Można  było  przypuszczać,  że  niedawno  płakała.  Nie,  stanowczo  nie  robili 

wrażenia pary będącej w podróży poślubnej. 

Trochę dalej dwie panie tak do siebie podobne, że nie było wątpliwości, że to siostry. 

Różniły się jednak usposobieniem, co łatwo było zauważyć. Jedna cicha, spokojna, potulna. 

Druga - gadatliwa i autorytatywna - 

nieustannie strofowała siostrę: - Moja Bogusiu, nie garb 

się  tak.  Siedź  prosto.  Wszyscy  jesteśmy  zmęczeni,  a  nikt  się  tak  nie  garbi.  Chcesz  mieć 
krzywy kręgosłup, czy co? I nie pij tyle wina, bo ci zaszkodzi. 

Bogusia  nie  protestowała.  Posłusznie  stosowała  się  do  poleceń  siostry.  Mówiła 

grzecznie: - 

Oczywiście, Elwiro. Masz rację, Elwiro. 

Przy  sąsiednim  stole  rej  wodziła  tak  zwana  „Babcia”.  Pani  koło  osiemdziesiątki, 

niezwykle 

żwawa,  energiczna,  nie  znosząca  najmniejszego  sprzeciwu.  Pomimo 

zaawansowanego wieku nie widać było po niej najmniejszego zmęczenia. Jadła z ogromnym 
apetytem,  kazała  sobie  dolewać  wina,  perorowała  na  najrozmaitsze  tematy,  niekoniecznie 
związane z urokami Italii, i od czasu do czasu wtrącała jakieś nieco ryzykowne zdanie: - W 
moich latach to już mogę wszystko powiedzieć, co mam na wątrobie. Nie boję się niczego ani 
nikogo. Co w sercu, to na języku. 

Głównie  zabawiała  rozmową  siedzącego  po  jej  lewej  stronie  przystojnego  młodego 

człowieka, do którego zwracała się per,,panie Robercie”. Miał pociągłą twarz, jasną, prawie 
białą  czuprynę  i  niebieskie,  wypłowiałe  oczy  o  niezbyt  sympatycznym  wyrazie.  Słuchał  z 
uprzejmym  uśmiechem  paplaniny  starszej  pani,  robiąc  czasami  jakąś  uwagę.  Z  jego 
zachowania  można  było  przypuszczać,  że  pragnie  sobie  zaskarbić  sympatię  elokwentnej 

„Babci”. 

Po  prawej  stronie  starszej  pani  siedział  chudy,  kościsty  jegomość  o  posępnym 

wejrzeniu, z nosem przysłowiowo spuszczonym na kwintę. Jadł krzywiąc się niemiłosiernie, 
jakby go częstowano czymś bardzo obrzydliwym. Nie wtrącał się do rozmowy. 

I wreszcie spojrzenie Downara spoczęło na drugiej parze małżeńskiej. Emanowała z 

nich ta pewność siebie, którą ludziom o nieprzesadnie rozwiniętym życiu wewnętrznym daje 
solidne  konto  dewizowe.  Posilali  się  energicznie,  nie  zostawiając  ani  jednego  kęsa  na 
talerzach. Widać było, że zapłacili i nie mają zamiaru rezygnować z tego, co im się za ich 
pieniądze należy. 

Pozostali uczestnicy wycieczki siedzieli poza 

zasięgiem wzroku Downara. Nie chciał 

się odwracać i rozglądać. W ogóle starał się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. O tym, że 

background image

jest  emerytowanym  oficerem  milicji,  wiedział  tylko  kierownik  grupy,  którego  prosił  o 
całkowitą dyskrecję. 

Mimo woli i wbrew ws

zystkim postanowieniom, zaczęły krążyć mu po głowie dziwne 

myśli. Młody  człowiek, emablujący z uprzejmym uśmiechem rozmowną staruszkę, mógłby 
na  przykład  wystąpić  w  roli  „szakala”.  Te  jasnoniebieskie,  wyblakłe  oczy,  ten  ostro, 
drapieżnie zarysowany profil i te usta wąskie, zaciśnięte, wyrażające bezwzględność, a może 
nawet  okrucieństwo.  „Babcia”  zaś  mogłaby  symulować  i  nie  być  ani  staruszką,  ani  taką 
roztrzepaną gadułą. Bierze udział w wycieczce w jakichś konkretnych, sobie tylko znanych 
celach,  a  całe  jej  zachowanie  to  tylko  kamuflaż.  Małżeństwo  obdarzone  znakomitym 
apetytem to para typowych szmuglerów, kombinatorów, często wyjeżdżających za granicę - 
bynajmniej nie w celach turystycznych. Nie interesują ich zabytki i dzieła sztuki. Interesuje 
ich  zupełnie  co  innego.  A  tamto  skłócone  małżeństwo?  No,  cóż...  Niewykluczone,  że  ryży 
miałby ochotę pozbyć się żony, spychając ją w Wenecji do jakiegoś kanału... 

Wzdrygnął się. Oszalałem? - pomyślał ze złością. - Czyż nigdy nie pozbędę się tego 

idiotycznego nawyku? Cz

y  do  końca  życia  będę  patrzył  na  ludzi  jak  na  potencjalnych 

przestępców, zbrodniarzy? Do diabła! Dosyć. Koniec z tym. Nie jestem już milicjantem. Nie 
jestem na służbie. Emeryt. Człowiek taki sam jak wszyscy inni. Nic mnie nie obchodzi, że 
ktoś wygląda na płatnego mordercę. Niech sobie wygląda. Czort z nim. 

Nie  zauważył,  że  siedząca  obok  melancholijna  blondynka  spojrzała  na  niego  raz  i 

drugi z pewnym zdziwieniem. 

Po skończonym obiedzie kierownik podszedł do Downara. 

Pan Więckowski - powiedział z uprzejmym uśmiechem - bardzo pragnąłby mieszkać 

razem z panem. Pokoje są dwuosobowe, więc... Czy pan nie ma nic przeciwko temu? 

Downar westchnął. 

-  Nie, nie mam nic przeciwko temu. - 

Nie  mógł  inaczej  postąpić.  Wiedział,  że 

odmowa byłaby ogromną nieuprzejmością w stosunku do tego poczciwca. 

Mam  nadzieję,  że  obaj  panowie  wykażą  nawzajem  tolerancję  i  zrozumienie  - 

zakończył rozmowę kierownik. 

Pokój  był  nieduży,  ale  czysty  i  wygodnie  urządzony.  Jedyny  mankament  to  brak 

łazienki, która znajdowała się dość daleko na korytarzu. 

Teodora Więckowskiego ogarnął szczery zachwyt. 

Jakże  się  cieszę,  panie  kolego,  jakże  się  cieszę,  że  my  razem...  Zaproponowałem 

kierownikowi naszej grupy. Prosiłem, żeby... ewentualnie. Serdecznie panu dziękuję, że pan 
się zgodził. Bardzo pan miły. Dziękuję. 

background image

Nie ma mi pan za co dziękować - uśmiechnął się z pewnym przymusem Downar. - 

Pokoje są dwuosobowe, więc jeżeli ktoś podróżuje samotnie... 

Tak, tak. Oczywiście, oczywiście, ale mógł pan sobie wybrać innego towarzysza na 

współlokatora. A ja się już tak z panem zżyłem w samolocie, że... 

Downar nie zareagował na to wyznanie. 

Teraz trzeba by się trochę umyć. Czy pan pierwszy chce iść do łazienki? 

Nie, nie, niech pan idzie, niech pan idzie. Ja potem. Trochę muszę się rozpakować, 

wyjąć przybory do golenia, mydło - to mówiąc otworzył solidnie wyglądającą walizę, z której 
przede wszystkim wyciągnął japoński aparat fotograficzny wraz z różnymi przyrządami, nie 
wyłączając teleobiektywu. 

Wspaniały sprzęt - pochwalił Downar. Więckowski uśmiechnął się. 

Nie zdążyłem panu powiedzieć, że to mój zawód. Jestem fotografikiem. Podróżuję 

po  świecie,  polując  na  ciekawe  obiekty  do  zdjęć.  Interesują  mnie nie tylko zabytki 
architektoniczne i pejzaże. Ludzie także. Interesujący ludzie oczywiście. W drugiej walizce 
mam również kamerę. 

Downar pokiwał głową. 

Przyjemne zajęcie. - Wziął mydło, ręcznik, ostrą szczotkę i poszedł do łazienki. 

Chłodny prysznic wspaniale go odświeżył. Kiedy wrócił, zastał swego współlokatora 

owiniętego obszernym kąpielowym szlafrokiem. 

- Teraz ja! - 

wykrzyknął z ożywieniem fotograf i lekkim krokiem wybiegł z pokoju. 

Downar, szukając pidżamy oraz koszuli, doznał niemiłego uczucia. Wydało mu się, że 

ktoś  grzebał  w  jego  walizce.  Czyżby  ten  wesoły  grubasek?  -  pomyślał.  Zaraz  jednak 
zreflektował się. - E, bzdura. Zaczynam cierpieć na manię prześladowczą. Czegóż, u diabła, 
mógłby szukać? Złudzenie. 

Więckowski  wrócił  w  podskokach.  Był  odświeżony,  wesoły,  pachniał  dobrą  wodą 

kolońską, nabytą zapewne w Peweksie. 

- A teraz lulu - 

powiedział, wkładając pidżamę. - Mamy mało czasu. 

Po krótkiej drzemce wszyscy zebrali się na dole w hallu. I znowu do autokaru. 
Mediolan nie zachwycił Downara. Ulice zadymione, pełne spalin, zatłoczone ludźmi i 

samochodami.  Sławna  „La  Scala”  rozczarowała  go  kompletnie.  Inaczej  wyobrażał  sobie  tę 
najwspanialszą operę świata. Ot, zwyczajny dziewiętnastowieczny budynek, nie wyróżniający 
się  niczym  specjalnym.  Gmach  opery  warszawskiej  wydał  mu  się  bardziej  imponujący. 
Natomiast katedra zrobiła na nim duże wrażenie. Stał i patrzył jak urzeczony. Koronkowa biel 

background image

nadawała  tej  ogromnej  budowli  taką  lekkość,  że  zdawała  się  czymś  zupełnie  niezwykłym, 
nierealnym. Strzeliste, gotyckie okna powiększały jeszcze to wrażenie. 

Ładne, co? - rozległ się tuż obok głos Więckowskiego. 

Wspaniałe - przyznał Downar. 

Teraz wejdziemy do środka. 

Olbrzymia nawa, tonąca w półmroku, miała w sobie coś z mistycznej potęgi. Downar 

pomyślał,  że  kiedyś  ludzie  umieli  oddawać  cześć  Bogu,  że  tworzyli  dzieła  nieśmiertelne, 
nieprzemijające w swym pięknie. 

Chciał powiedzieć coś do Więckowskiego, ale fotografa nie było w pobliżu. Słuchał 

więc  uważnie  objaśnień  przewodniczki  i  postanowił  kupić  sobie  album,  w  którym  byłyby 
zdjęcia z Mediolanu. 

Kiedy  wychodzili  z  katedry,  Downar,  obdarzony  dobrym  wzrokiem,  spostrzegł  w 

d

rugim  końcu  nawy  swojego  współlokatora.  Wydało  mu  się,  że  podszedł  do  niego  jakiś 

człowiek  nie  należący  do  wycieczki.  Zaczekał,  aż  ten  człowiek  zbliży  się  do  wyjścia. 
Średniego  wzrostu,  twarz  smagła,  oczy  duże,  czarne,  czupryna  także  czarna,  kędzierzawa. 

N

iebawem pojawił się i Więckowski. 

Gdzież to się pan zapodział? - spytał Downar. 

- Chwila medytacji - 

odparł bez uśmiechu fotograf. 

Po  obejrzeniu  zamku  Sforzów  oraz  sławnego  dzieła  Leonarda  Ostatnia wieczerza, 

strud

zeni turyści wrócili do hotelu „Argentina”, gdzie mieli zjeść pierwszą wieczerzę na ziemi 

włoskiej. 

Rozdział II Wenecja 

Po 

wczesnym śniadaniu wyruszyli w dalszą drogę. Autokar lśnił czystością. Kierowca 

był starannie ogolony i pachniał wodą kolońską. Signorina Anita Antonelli witała podróżnych 

c

zarującym uśmiechem. Nastrój panował pogodny. Dzielono się wrażeniami ubiegłego dnia. 

Wszyscy jednogłośnie zachwycali się pięknem katedry. 

Downar  zauważył,  że  jego  towarzysz  stracił  humor.  Nie  był  już  taki  rozmowny. 

Ograniczył  się  do  kilku  zdawkowych,  uprzejmych  zdań.  A  kiedy  ruszyli,  pogrążył  się  w 
melancholijnej zadumie, nie pasującej do tej pogodnej, zawsze uśmiechniętej twarzy. 

Czy pan mówi po włosku? 

Fotograf drgnął, jakby zbudzony ze snu. W jego oczach malowało się roztargnienie. 

Tak, mówię. Trochę. Dlaczego pan pyta? Downar nieznacznie poruszył ramionami. 

background image

Tak sobie. W rozmowie wspomniał pan, że kilkakrotnie zwiedzał pan Włochy, więc 

przypuszczałem... To bardzo piękny język, niezwykle melodyjny. Ja, niestety, mówię tylko po 

niemiecku. 

Nie lubię niemieckiego - skrzywił się Więckowski. - Dosyć się człowiek nasłuchał 

„alles raus!” i „Hände hoch!”. Włoski to język śpiewaków. Zupełnie inne brzmienie. - Umilkł 
i znowu spoważniał, jakby przeżuwał jakieś niewesołe myśli. 

Po drodze do Wenecji zatrzymali 

się na parę godzin w Weronie. To stare, pełne uroku 

miasto  oczarowało  Downara.  Cisza,  spokój.  Po  wypełnionym  wielkomiejskim  zgiełkiem, 
zatłoczonym, dusznym Mediolanie oddychało się tu pełną piersią. Piękne renesansowe wille, 
pałacyki,  dużo  zieleni  i  barwnych  kwiatów.  Ruch  niewielki.  Ludzie  żyli  tu  w  zwolnionym 
tempie, jakby jeszcze nie dotarł do nich pośpiech współczesnego świata. 

W  jednej  z  wąskich,  romantycznych  uliczek  sklepiona  brama,  prowadząca  na 

podwórze  wyłożone  kamiennymi  płytami.  Ściany  pokryte  pnącymi  roślinami.  W  górze 
legendarny  balkon,  na  który  wspinał  się  podobno  Romeo  do  swej  ukochanej.  Sceneria 
przeznaczona oczywiście na użytek zafascynowanych legendą turystów. Płaciło się za wejście 

na ten balkon. 

Downar  zrezygnował.  Nie  dlatego,  żeby  żal  mu  było  tych  paru  lirów,  ale  wśród 

otaczającego piękna drażniła go taka tania, sztuczna inscenizacja. 

Kiedy wracali do autokaru, nagle ktoś głośno powiedział: 

- Nie ma „Babci”: 

- Nie ma „Babci” - powtórzyli inni. - 

Gdzie „Babcia”? Co się stało z „Babcią”? 

K

ierownik poważnie się zaniepokoił. 

Zdaje  się,  że  to  pani  szła  z  panią  Celińską  -  zwrócił  się  do  blondynki  o 

melancholijnym wejrzeniu. 

Przytaknęła. 

...ale  potem,  tam,  pod  tym  balkonem...  Doprawdy  nie  wiem.  Straciłam  ją  z  oczu. 

Myślałam, że poszła do autokaru. 

-  Poszukam jej - 

zaofiarował  się  młody  człowiek,  który  z  takim  ożywieniem 

rozmawiał z „Babcią” w czasie obiadu. 

-  Niech pan idzie - 

zgodził  się  skwapliwie  kierownik.  -  Musimy  zaczekać.  Proszę, 

żeby się państwo nie rozchodzili - dodał energicznym głosem. 

Taka staruszka nie powinna samotnie podróżować - powiedział ryży blondyn. 

Oczywiście, bardzo słusznie - poparły go liczne głosy. - Ktoś z rodziny powinien był 

z nią pojechać. Ostatecznie, nikt nie ma obowiązku... 

background image

Nie mogła odejść daleko - stwierdził pocieszająco Więckowski. - Ten młodzieniec 

na pewno ją znajdzie. 

I  rzeczywiście.  Po  chwili  zobaczyli  „Babcię”,  sunącą  nadspodziewanie  szybkim 

krokiem, a za nią pana Roberta. 

Proszę mi wybaczyć - uśmiechnęła się przepraszająco. - Trochę się spóźniłam, ale 

zajrzałam  do  tego  małego  kościółka.  Przepiękna  architektura.  Co  za  witraże.  Istne  cudo. 

Pardon. Pardon. 

Po prostu zapatrzyłam się i nie zdałam sobie sprawy... 

Nikt nie robił starszej pani wymówek. Szybko ruszono do autokaru. 
W  Wenecji  czekała  ich  przykra  niespodzianka.  Deszcz  i  zimny  wiatr,  ciągnący  od 

morza. 

Na przystani czekali na vaporetto. 

Marzli.  Najbardziej  cierpiały  panie,  przyodziane 

lekkomyślnie  w  letnie  sukienki  i  bluzki  bez  rękawów.  Trzęsły  się,  a  ich  twarze  nabierały 

powoli sinawej barwy. 

Jedyną osłonę stanowił zbity tłum ludzi, który ich otaczał. 

Wreszcie przypłynął z utęsknieniem oczekiwany wodny tramwaj i pasażerowie zaczęli 

przepychać się do wejścia na trap. 

Pod  pokładem  było  obszerne  pomieszczenie,  do  którego  nie  dochodziły  zimne 

podmuchy wiatru. 

Downar  usiadł  przy  oknie  i  patrzył  z  wytężoną  uwagą.  Jakżeż  marzył  o  tym,  żeby 

kiedyś zobaczyć Wenecję. Żałował, że pogoda była taka podła. W słońcu wszystko wydaje 
się piękniejsze. 

Canale Grande. Ponad sfalowaną wodą wznoszą się pałace, kościoły, bogato zdobione 

sztukateriami domy. Wspaniałe pozostałości dawnego przepychu. Tylko brak tu życia. Drzwi 

i okiennice pozamykane. Budynki 

robią wrażenie opuszczonych, nie zamieszkanych. Ruch na 

nabrzeżach minimalny. 

Piękne,  umierające  miasto  -  pomyślał  Downar.  Chciał  podzielić  się  z  kimś  swoimi 

smutnymi  refleksjami,  ale  spostrzegł  z  pewnym  zdziwieniem,  że  Więckowski  nie  siedział 
przy nim. Właściwie przywykł już do towarzystwa tego wesołego gaduły. 

Hotel, w którym ich zakwaterowano, nazywał się „Ketta” i był usytuowany w wąskim 

zaułku.  Z  okna  pokoju  Downar  mógł  dokładnie  widzieć  wnętrze  mieszkania  w  domu 
stojącym  naprzeciw.  Odległość  nie  była  większa  niż  kilka  metrów.  W  dole,  w  wąziutkim 
kanale, pływały gondole. 

Obiad  zjedli  w  restauracji,  znajdującej  się  na  trzecim  piętrze  hoteliku.  Znowu 

makaron, wino, kawałek jakiegoś wysuszonego mięsa z sałatką i winogrona. 

background image

Kierownik  oznajmił  gromkim  głosem,  że  obecnie  przewidziany  jest  krótki 

wypoczynek, a następnie zbiórka w hallu o szesnastej i cała grupa ma się udać na zwiedzanie 
bazyliki Świętego Marka oraz Pałacu Dożów. 

Więckowski  po  obiedzie  zniknął.  Nie  pojawił  się  w  pokoju.  Downara  trochę  to 

zdziwiło, ale ostatecznie cóż go to obchodziło. Zdjął marynarkę i położył się na tapczanie. 
Nie zamierzał spać, jednak zmęczenie go zmogło. Usnął. 

Obudził się za pięć czwarta. Błyskawicznie włożył buty, marynarkę i spłukał zimną 

wodą  resztki  snu  z  twarzy.  Zbiegł  na  dół.  Niestety,  spóźnił  się.  Już  poszli.  Nie  było  rady. 
Postanowił pochodzić po Wenecji na własną rękę. 

Zaczął tradycyjnie od placu Świętego Marka. Deszcz przestał padać i słońce zaczęło 

mocno  przypiekać.  Zdjął  więc  marynarkę  i  narzucił  ją  sobie  na  ramiona.  Pozbył  się  też 
krawata, rozpinając pod szyją koszulę. Powietrze było ciężkie, parne, wiatr ustał. 

Downar rozglądał się ciekawie. Otaczał go wielojęzyczny tłum turystów, przybyłych 

tu ze wszystkich stron świata. Jedni fotografowali z zapałem na prawo i lewo, inni karmili 
stada  wałęsających  się  gołębi,  jeszcze  inni  stali  małymi  grupkami,  rozmawiając  głośno  i 

gestykul

ując z ożywieniem. Byli i tacy, którzy siedzieli przy kawiarnianych stolikach, często 

nie  zdając  sobie  sprawy,  że  kawa  kosztuje  tutaj  wielokrotnie  drożej  aniżeli  w  pierwszej 

lepszej, pobliskiej kafejce. 

Potężny masyw bazyliki Świętego Marka nie zachwycił go. Wydał mu się zbyt ciężki, 

zbyt przeładowany ornamentyką. Ozdobne bizantyńskie kopuły przypominały cerkiew. 

Obejrzenie  wnętrza  Downar  odłożył  na  dzień  następny.  Czuł  się  zmęczony.  Gwar, 

panujący na placu, oszołomił go. Postanowił wycofać się iposzukać spokojniejszego miejsca, 
gdzie mógłby się czegoś napić. Wałęsając się pod kolumnadami, niedaleko wieży z zegarem, 
spostrzegł nagle Więckowskiego. Fotograf siedział przy kawiarnianym stoliku, odwrócony do 
niego plecami. Rozmawiał z brodatym, energicznie gestykulującym mężczyzną. A więc nie 
poszedł  zwiedzać  Pałacu  Dożów.  Wyglądało  na  to,  że  załatwia  tu  jakieś  interesy  albo  po 
prostu spotkał znajomego. W Pałacu Dożów był już niejednokrotnie. 

Downar nie podszedł do ich stolika. Zawrócił i ruszył w kierunku hotelu. Trochę się 

bał, że zabłądzi w wąskich uliczkach, ale jakoś trafił. Zresztą miał w kieszeni plan, w którym 
zaznaczył czerwonym ołówkiem hotel „Ketta”. To nie było daleko. 

Wrócili przed samą kolacją zmęczeni, spoceni, pełni wrażeń. 

Muszę  się  panu  przyznać,  że  zwyczajnie  zaspałem  i  spóźniłem  się  na  zbiórkę  - 

tłumaczył się Downar. 

Kozłowski machnął ręką z lekceważeniem. 

background image

Nic  się  nie  stało.  Dam  panu  bilet.  Do  Pałacu  Dożów  pójdzie  pan  jutro  rano. 

Odjeżdżamy  dopiero  po  obiedzie.  Ale,  ale...  jeżeli  pannie  ma  nic przeciwko temu, to po 
kolacji chciałbym pana prosić o chwilę rozmowy. 

Downar  spojrzał  zdziwiony.  Zazwyczaj  pogodna,  beztroska  twarz  Kozłowskiego 

wyrażała teraz niepokój i przygnębienie. 

Oczywiście. Bardzo chętnie. Z przyjemnością sobie z panem pogawędzę. 

Dziękuję. 

Po kolacji spotkali się na dole w hallu. Kozłowski był jeszcze bardziej zatroskany. 

- Widzi pan, panie majorze... 

Przecież  prosiłem  pana  -  przerwał  mu  energicznie  Downar;  rozglądając  się 

niespokojnie. 

Prawda,  prawda.  Zapomniałem.  Przepraszam,  ale  jestem  trochę  zdenerwowany. 

Może wyjdziemy na ulicę. Przejdziemy się kawałek. 

Wyszli. Kozłowski szybkim ruchem przeczesał palcami szpakowatą czuprynę. 

Więc o cóż chodzi? Co się stało? - spytał zaintrygowany Downar. 

Otóż... To bardzo niemiła sprawa, bardzo kłopotliwa. Może pan zauważył... Jest w 

naszej  grupie  małżeństwo,  państwo  Dobrzyńscy.  On  taki  ryżawy  blondyn,  niezbyt 
sympatyczny, a ona bardzo ładna kobieta, o delikatnej, subtelnej urodzie. 

Zauważyłem - przytaknął Downar. - W Mediolanie siedzieli naprzeciwko mnie przy 

obiedzie. 

O, właśnie. Tak, tak, przypominam sobie. Siedzieli naprzeciwko pana. 

I z tym małżeństwem ma pan jakieś kłopoty? 

Nawet dosyć poważne kłopoty. Niech pan sobie wyobrazi, że ona zwróciła się do 

mnie mówiąc, że boi się swojego męża. 

Boi się swojego męża? - powtórzył Downar. 

Tak. Powiedziała, że w żaden sposób nie może z nim mieszkać. Boi się, że ją w nocy 

zamorduje. Doprawdy nie wiem, co mam zrobić. 

Downar w zamyśleniu przeciągnął dłonią po czole. 

No, cóż... rzeczywiście... głupia sprawa. Gzy nie sądzi pan, że to po prostu histeria? 

Kozłowski niezdecydowanie pokręcił głową. 

Trudno  mi  coś  powiedzieć  na  ten  temat.  Być  może.  Z  kobietami  nigdy  nic  nie 

wiadomo.  Ale  z  drugiej  strony  jestem  odpowiedzialny  za  całą  grupę.  I  gdyby  się,  nie  daj 
Boże, coś stało... Pan rozumie. 

- Niech ich pan przekwateruje. 

background image

-  To nie takie prost

e.  Każdy  już  ma  swojego  współlokatora.  Ludzie  jakoś  się 

podobierali. A poza tym taka sprawa wywołałaby najprzeróżniejsze plotki, komentarze. 

- A c

óż to pana obchodzi? - wzruszył ramionami Downar. - Niech sobie plotkują. To 

już  dotyczy  wyłącznie  tej  pary  małżeńskiej.  Nie  bardzo  rozumiem,  po  co  wybrali  się  na 
wycieczkę. W tej sytuacji ona powinna była raczej wystąpić o rozwód, a nie jechać z nim do 
Włoch. 

Właśnie - podchwycił z ożywieniem Kozłowski. - Po jakiego diabła pojechali na tę 

wycieczkę? Co mi pan radzi, panie majorze? 

Znowu zaczyna mnie pan tytułować? 

Och, najmocniej przepraszam. To wszystko z nerwów. Chciałem zasięgnąć pańskiej 

rady, ja

k mam postąpić. 

Najrozsądniej byłoby ich rozdzielić. Niech pan jakoś pokombinuje. 

Nie mam w tej chwili wolnego mężczyzny ani wolnej kobiety. Poza tym nie wiem, 

jak on przyjmie tę propozycję. Może nie zechce rozstawać się z żoną? 

Downar uśmiechnął się. 

No, cóż... Ostatecznie ona nie jest jego własnością. Jeżeli sobie nie życzy... 

Nie chciałbym dopuścić do jakichś gorszących scen - powiedział cicho Kozłowski. - 

Cholera  jasna!  Ze  też  właśnie  mnie  musiało  się  to  przytrafić.  Nie  mogli  pojechać  na  jakąś 

i

nną wycieczkę?... Więc radzi pan ich rozkwaterować? 

Raczej tak. Niech pan pomówi z tym facetem. Może nie będzie się sprzeciwiał. 

Kozłowski pokiwał głową. 

Tak,  tak.  Muszę  z  nim  pomówić.  I  to  zaraz.  Przepraszam,  że  zabrałem  panu  tyle 

czasu, ale chciałem się kogoś poradzić. Wraca pan do hotelu? 

Nie. Przejdę się trochę. Pogoda taka przyjemna. 

To wobec tego do zobaczenia. Dziękuję. I jeszcze raz przepraszam. 

Downar został sam. Szedł wolno wąskimi uliczkami, zastanawiając się  nad tym, co 

mu powiedział Kozłowski. Zaraz jednak przestał interesować się małżeńskim konfliktem. Pan 

Bóg z nimi - 

pomyślał. - Co mnie to wszystko obchodzi? 

Poddał  się  urokowi  weneckiej  nocy.  Tajemniczy,  pełen  romantyzmu  nastrój. 

Wspaniałe miasto wyrastające z morza. Niezapomniane, baśniowe wrażenia. Każdy zaułek, 
każdy  dom  to  kawał  historii.  Podcienia,  krużganki,  renesansowe  i  gotyckie  okna,  balkony, 
zawieszone nad kanałami łuki mostów, wąziutkie uliczki... Z oddali słychać śpiew gondoliera. 

background image

Jutro odjeżdżamy - pomyślał z żalem Downar. Jakżeż, chętnie pomieszkałby w tym 

cudownym mieście przynajmniej dwa tygodnie. Cóż znaczy jeden dzień? Nic, zupełnie nic. I 

dwa tygodnie 

byłoby mało, żeby się nacieszyć Wenecją, poznać ją. 

Nad  brzegiem  niezbyt  szerokiego  kanału  spostrzegł  siedzącą  tuż  nad  wodą  kobietę. 

Kształt głowy i pochylone plecy jakby znajome. W pobliżu nie było nikogo. Wydało mu się, 
że  ta  kobieta  rozważa  ewentualność  rzucenia  się  do  kanału.  Przyspieszył  kroku.  Nie  miał 
pewności,  czy  kobieta  go  widziała,  szedł  więc  bardzo  ostrożnie,  starając  się  nie  robić 
najmniejszego hałasu. Był zdecydowany przeszkodzić samobójstwu. Stanął za jej plecami i 
wtedy już nie miał wątpliwości. Żona tego ryżego blondyna. Dobrzyńska. 

Usłyszała kroki czy też tylko wyczuła jego obecność. Nie odwracając się powiedziała: 

Odejdź. Odejdź, bo będę krzyczeć. Idź sobie. Odejdź. To nic nie da. Między nami 

wszystko skończone. Rozumiesz? Wszystko! - przy ostatnich słowach podniosła głos. 

Bardzo  panią  przepraszam  -  odezwał  się  Downar.  Odwróciła  się  gwałtownie. 

Poznała go. 

A, to pan. Proszę mi wybaczyć. Myślałam, że to mój mąż. Czego pan chce? 

Spacerowałem i zupełnie przypadkowo zobaczyłem, że pani siedzi nad tym kanałem. 

Kamienie są śliskie, wilgotne. Trzeba uważać. Można narazić się na nieprzewidzianą kąpiel. 

Usi

adła pani trochę za blisko wody. 

Podniosła się i spojrzała mu prosto w twarz. 

Przypuszczał pan, że chcę popełnić samobójstwo? Wzruszył ramionami. 

Nic nie przypuszczałem - odparł obojętnym głosem. - Po prostu zobaczyłem, że pani 

siedzi nad samą wodą, co może być niebezpieczne. No i łatwo się przeziębić. Jest pani bardzo 

lekko ubrana. 

- To prawda - 

powiedziała zdecydowanie. - Myślałam o tym, żeby skoczyć do kanału. 

Czy nie sądzi pan, że to byłoby nawet dosyć efektowne? 

Nie sądzę. Jestem natomiast przekonany, że byłoby to bardzo głupie. 

Śmierć w Wenecji - mówiła dalej, nie zwracając uwagi na jego słowa. - Był film pod 

tym tytułem. Wprawdzie tam nikt nie rzucał się do kanału, ale... Widział pan ten film? 

Downar wyczuł sztuczność w jej głosie. 

- Nie, nie 

widziałem tego filmu. Ale może wrócimy do hotelu. Przeziębi się pani. 

Ja nie wrócę do hotelu. 

Czyżby  pani  miała  zamiar  spędzić  tutaj  noc?  Niespodziewanie  wybuchnęła 

spazmatycznym 

płaczem. 

background image

Nie mogę, nie mogę - powtarzała przez łzy. 

Był zaskoczony. W pierwszym momencie nie wiedział, jak ma się zachować. Nieraz 

podczas przesłuchiwań w komendzie miał do czynienia z płaczącymi kobietami, ale tutaj, w 
Wenecji, pod niebem pełnym gwiazd... Położył pani Dobrzyńskiej ręce na ramionach. 

Proszę  się  uspokoić  -  powiedział  łagodnie.  W  nagłym  odruchu  przytuliła  się  do 

niego. 

Nie mogę, nie mogę. Boję się. 

Kogo się pani boi? 

Edwarda, mojego męża. Nie mogę z nim mieszkać w jednym pokoju. Nie mogłabym 

zasnąć. Boję się go. 

Downar uspokajającym ruchem pogładził ją po włosach. 

Spokojnie. Na pewno znajdzie się jakieś wyjście z tej sytuacji. Pomówimy z panem 

Kozłowskim.  Jestem  przekonany,  że  zakwateruje  panią  z  kimś  innym.  Nie  trzeba  się  tak 
denerwować. 

Wziął  ją  mocno  pod  rękę  i  ruszyli  w  kierunku  hotelu.  Nie  protestowała.  Miał  takie 

wrażenie, że się do niego przytula. Nie sprawiało mu to przykrości. 

Rozdział III Florencja 

Pan 

Kozłowski odzyskał dobry humor. Z kłopotliwej sytuacji udało mu się wybrnąć 

nadspodziewanie łatwo. Państwo Gródeccy (ci z dobrym apetytem i emanujący walutowym 
fluidem) zgodzili się bez większych obiekcji na czasową separację. I tak pani Maria Gródecka 
miała  od  tej  pory  dzielić  pokój  z  panią  Dobrzyńską,  pan  Gródecki  zaś  z  mężem  pani 
Dobrzyńskiej. 

Downar wyraził zdziwienie, dowiedziawszy się o takim załatwieniu sprawy. 

To trochę zaskakujące, że małżeństwo zdecydowało się rozdzielić na czas trwania 

wycieczki. 

- To prawda - 

przytaknął Kozłowski. - Mnie także wydało się to dosyć niezwykłe, ale 

ostatecznie to ich sprawa. Bardzo mi poszli na rękę. Przyznaję, że nie wiedziałem, jak sobie z 
tym poradzić. 

Czy to pan zaproponował Gródeckim tę zamianę? - spytał Downar. 

Ale  skądże.  Nie  ośmieliłbym  się  wystąpić  z  tego  rodzaju  propozycją.  To  pani 

Dobrzyńska doszła do porozumienia z panią Gródecką. Podobno są koleżankami jeszcze ze 
szkoły. 

A cóż na to ich mężowie? 

background image

Gródecki  zgodził  się  bez  słowa  sprzeciwu,  Dobrzyński  zaś  wzruszył  ramionami, 

stuknął  się  palcem  w  czoło  i  powiedział,  że  jego  żona  jest  wariatką  i  histeryczką,  i  że  już 
nigdy z nią na żadną wycieczkę nie pojedzie. 

Wydaje  mi  się,  że  po  tym  wszystkim  Dobrzyńscy  chyba  się  rozejdą  -  zauważył 

Downar. - 

Wygląda na to, że ona nie ma w ogóle zamiaru z nim mieszkać, nie mówiąc już o 

innych sprawach. 

Ja odnoszę to samo wrażenie - przytaknął Kozłowski. - Nie bardzo tylko rozumiem, 

po jakie licho pojechali razem na wycieczkę. Przecież chyba od dawna musiało się między 
nimi psuć. 

Rozmawiali w małej kawiarence, położonej niedaleko hotelu. W pewnym momencie 

wszedł Więckowski. 

O, co za miłe spotkanie. O czym to panowie tak radzą? 

Wymieniamy  weneckie  wrażenia  -  wyjaśnił  Downar,  zły,  że  fotograf  zastał  go  na 

rozmowie  z  kierownikiem  grupy,  ale  ostatecznie  nie  było  w  tym  nic  podejrzanego  i  nie 
dawało powodu do żadnych przypuszczeń. 

Słyszałem, że w naszej grupie zaistniały jakieś 

dysonanse małżeńskie - uśmiechnął się Więckowski. Downar skinął głową. 

Podobno. Ale w konflikty małżeńskie lepiej się nie wtrącać. 

Och, nie mam najmniejszego zamiaru. To są ich osobiste sprawy i nikomu nic do 

tego. 

Kozłowski spojrzał na zegarek. 

No,  moi  panowie,  będziemy  powoli  szli  do  hotelu.  O  dwunastej  obiad  i  zaraz 

odjeżdżamy. 

Czy zdążę jeszcze wypić kawę? - spytał Więckowski. 

Oczywiście. Dogoni nas pan. 

Wyszli. Kiedy już się trochę oddalili, Kozłowski powiedział, zniżając głos: 

To strasznie wścibski facet. Jakoś nie budzi we mnie sympatii. 

Downar nie podtrzymał tego tematu. Od bardzo dawna hołdował zasadzie, żeby albo 

nic  nie  mówić  o  swych  bliźnich,  albo  też  podkreślać  same  dodatnie  cechy.  Wszystkie 
spostrzeżenia,  dotyczące  negatywnych  cech  jakiegoś  człowieka,  zachowywał  wyłącznie  na 
własny użytek. 

Spakowane  walizki  czekały  już  na  dole  w  hallu.  Uczestnicy  wycieczki  byli  gotowi 

wziąć udział w dalszym „podboju” Italii. 

background image

Pośpiesznie lokowano się w autokarze. Każdy zajmował swoje miejsce. Jedynie pani 

Dobrzyńska usiadła koło pani Gródeckiej, a pan Dobrzyński koło pana Gródeckiego. 

Downar obserwował ich z pewną dozą zainteresowania. W dalszym ciągu wydawało 

mu się rzeczą dziwną, że Gródeccy zgodzili się na separację od łoża i autokaru. Przelotnym 
spojrzeniem  obrzucił  pozostałych  uczestników  wycieczki.  „Babcia”  siedziała  na  przodzie 
wozu,  rozmawiając  z  ożywieniem  z  przewodniczką.  I  chociaż  signorina  Antonelli biegle 
władała  polskim,  starsza  pani  najwyraźniej  pragnęła  pochwalić  się  znajomością  włoskiego 
języka.  Nieco  dalej  Robert  Werbach,  ów  młody  człowiek  o  niemiłym  spojrzeniu 
jasnoniebieskich,  wypłowiałych  oczu,  emablował  melancholijną  blondynkę,  która  podczas 
mediolańskiego obiadu siedziała koło Downara. Nazywała się Anna Toczycka. Prawie nic nie 
mówiła.  Uśmiechała  się  tylko  od  czasu  do  czasu,  żeby  nie  zrobić  wrażenia  nieuprzejmej. 
Mniej  więcej  w  środku  autokaru  zajęły  miejsca  siostry  Baczanowskie. Panna Elwira, jak 
zwykle, strofowała nieubłaganie cierpliwą Bogusię. Po drugiej stronie ulokował się pan Feliks 
Gałecki,  którego  nawet  piękno  Wenecji  nie  zdołało  rozchmurzyć.  Wyraz  zniechęcenia  i 
pogardy dla wszystkiego, co go otacza, nie schodził z jego suchej, ptasiej twarzy. Więckowski 
usiłował zabawiać go rozmową, ale bez widocznego rezultatu. 

Downar nagle zdał sobie sprawę z tego, że z ogromną łatwością zapamiętał imiona i 

nazwiska wielu współtowarzyszy podróży. Dawna rutyna - pomyślał z uśmiechem. - Trzeba 
będzie się tego pozbyć. Nie ma przecież sensu obciążać sobie pamięci czyimiś nazwiskami. 
Dziwiło  go  trochę  zachowanie  się  Więckowskiego,  który  jak  gdyby  zaczął  unikać  jego 

towarzystwa. 

W tym właśnie momencie fotograf usiadł koło niego. 

- Strasznie ponury facet - 

szepnął pochylając się. - Nie sposób z nim rozmawiać. Robi 

takie wrażenie, jakby przed chwilą zjadł kilo cytryn albo wypił duszkiem butelkę octu. Jeżeli 
jest żonaty, to nie zazdroszczę jego żonie. 

Downar wzruszył ramionami. 

Nie ma pan większego zmartwienia? 

A  co  pan  powie  na  te  małżeńskie  pary?  -  mówił  dalej  Więckowski.  -  Bardzo  się 

dziwię, że Gródeccy zgodzili się na tę separację. Bo Dobrzyńscy, no to wiadomo. Podobno 
już od dłuższego czasu nastąpił w ich małżeństwie tak zwany rozkład. Czy pan da wiarę, że 
on chciał ją brzytwą tego...? Uciekła do pokoju pani Celińskiej. 

Brzytwą?  -  powiedział  z  niedowierzaniem  Downar.  -  To  Dobrzyński  goli  się 

brzytwą? 

background image

Właśnie  w  tym  sęk  -  Więckowski  znowu  mówił  tajemniczym  szeptem.  -  Goli  się 

maszynką elektryczną, a brzytwę wozi w walizce. To jest bardzo podejrzany facet. Może jakiś 

psychopata. 

Skąd pan to wszystko wie? - spytał Downar. Fotograf uśmiechnął się chytrze. 

Lubię  być  dobrze  poinformowany.  Zawsze  jest  rzeczą  pożyteczną  jak  najwięcej 

wiedzieć o ludziach, którzy nas otaczają. Nie sądzi pan? 

Być  może.  -  Downar  ziewnął  dyskretnie.  Gadanina  tego  człowieka  zaczynała  go 

nużyć.  Odwrócił  głowę  i  zapatrzył  się  w  toskański  krajobraz.  Myślał  o  tym,  że  może  już 
nigdy  nie  zobaczy  Wenecji.  Było  mu  żal.  Za  szybkie  tempo,  stanowczo  za  szybkie  tempo. 
Trzeba  by  posiedzieć  dużo  dłużej,  tygodnie,  miesiące,  żeby  utrwalić  sobie  te  wszystkie 
cudowne rzeczy. Jeden dzień to tylko ogromny, oszałamiający zawrót głowy. 

Wszyscy  byli  zmęczeni.  Większość  podróżnych  drzemała,  a  ten  i  ów  nawet 

pochrapywał. Tylko „Babcia”, niestrudzona, perorowała z ogromnym ożywieniem. Signorina 
Anita  od  czasu  do  czasu  wtrącała  jakieś  grzecznościowe  zdanie.  Wyglądała  na  nieco 

znu

dzoną elokwencją starszej pani. 

Człowiek  o  ptasiej  aparycji  także  nie  spał.  Siedział  sztywno  wyprostowany  ze 

zmarszczonymi brwiami i z zaciśniętymi wargami. Mogło się zdawać, że usiłuje rozwikłać 
jakiś niezmiernie zawiły problem. 

Więckowski, zniechęcony milczeniem swego towarzysza, odchylił głowę na oparcie i 

zaczął z lekka pochrapywać. 

Downar  ciągle  jeszcze  pozostawał  pod  wrażeniem  Wenecji.  Żałował,  że  nie  ma 

większej sumy dolarów na koncie „A”. 

We  Florencji  zakwaterowano  ich  w  starym,  dziewiętnastowiecznym  hotelu.  Dużo 

ozdób, dużo sztukaterii, imponująca wysokość pokoi. 

Downar z Więckowskim otrzymali ogromny pokój, wyposażony w potężne szafy oraz 

olbrzymie  małżeńskie  łoże.  Okno  wychodziło  na  niewielkie  podwórze,  obrośnięte 

winoroślą i kolorowymi kwiatami. Rzeźbione drzwi prowadziły do łazienki. 

Kurczę pieczone! - wykrzyknął zachwycony fotograf. - Ależ to sala balowa. Niech 

pan spojrzy, gdzie ten 

sufit. Chyba ze cztery metry. A co za łóżko! Coś wspaniałego. Wprost 

zaprasza  do  jakichś  figli.  Dobrzyńscy  z  Gródeckimi  zapoczątkowali  akcję 

przekwaterowy

wania. Może i my...? Ja, na przykład, chętnie bym tu zamieszkał z panią Anią 

Toczycką. Trochę smutne dziewczyna, ale może by się rozweseliła w moim towarzystwie. 

A mnie z kim miałby pan zamiar ulokować? - spytał z uśmiechem Downar. 

background image

No,  cóż...  -  Więckowski  podrapał  się  za  uchem.  Ania  mieszka  obecnie  z  panią 

Celińską... 

I pan chciałby mnie zakwaterować razem z „Babcią”. Dziękuję serdecznie. Bardzo 

pan uprzejmy. 

Fotograf roześmiał się. 

Dbam o to, żeby pan miał dosyć siły na zwiedzani Florencji. A poza tym wydawało 

mi się, że pan nie jes zbyt czuły na tak zwane wdzięki płci pięknej. 

Podobno uważa się pan za bystrego obserwatora - powiedział wesoło Downar. - Ale 

chyba nie zawsze 

się to potwierdza. 

Więckowski nie podjął tego tematu. Zaczął się rozbierać. 

Trzeba się trochę po podróży umyć i pójdziemy co zjeść. Kiedyś we Florencji bardzo 

dobrze karmili. Ni wiem, jak teraz. 

Kolacja upłynęła we względnej ciszy. Wszyscy byli zmęczeni. Nikt nie miał ochoty 

do rozmowy. Jedyni 

„Babcia”  i  Więckowski  nie  przestawali  mówić.  Fotograf  teraz  próbował  zabawiać 

konwersacją melancholijną blondynkę. Nie odniósł jednak zbyt dużego sukcesu i taktownie 
wycofał się z rozpoczętej akcji. 

Downar,  ubawiony,  obserwował  strategiczne  posunięcia  swojego  współlokatora. 

Czyżby ten idiota naprawdę sobie wyobrażał, że ja mu zostawię wolną chatę? - pomyślał. 

Kiedy  już  zaczęto  wstawać  od  stolików,  Kozłowski  przysunął  się  do  Downara  i 

szepnął: 

Chciałbym zamienić z panem kilka słów na osobności. 

Downar spojrzał niechętnie na mówiącego. Był zmęczony i chciał się jak najszybciej 

położyć. 

- No, dobrze. 

Tak jak w Wenecji wyszli przed hotel. 

Czy  znowu  ma  pan  kłopoty  z  zakwaterowaniem  swoich  podopiecznych?  -  spytał 

Downar. 

Kozłowski wyjął z portfelu kartkę. Był to kawałek papieru listowego, na którym ktoś 

napisał  drukowanymi  literami:  NIECH  PAN  UWAŻA  NA  EDWARDA 
DOBRZYŃSKIEGO. TO BANDZIOR. 

-  No 

i  co  ja  mam  z  tym  zrobić,  panie  majorze?  Downar  wzruszył  ramionami  i 

przytknął anonim do nosa. 

background image

Nic.  Niech  się  pan  nie  przejmuje.  Sądząc  po  zapachu,  autorką  tego  elaboratu  jest 

kobieta. Bardzo możliwe, że to po prostu jego żona. 

Mam to wyrzucić? 

- Nie. 

Raczej niech pan zachowa na pamiątkę. Nigdy nie wiadomo, co kiedy może się 

przydać. Gdzie pan znalazł tę kartkę? 

W kieszeni marynarki. Musiał mi to ktoś wsunąć jeszcze w Wenecji. 

Widzę, że nasza wycieczka zaczyna obfitować w sensacyjne zdarzenia - uśmiechnął 

się Downar. 

Kozłowski skrzywił się. 

Nie  lubię  sensacyjnych  zdarzeń,  szczególnie  wtedy,  kiedy  jestem  kierownikiem 

wycieczki. 

Niech pan będzie zadowolony, że jak dotąd nie mamy jeszcze żadnego morderstwa. 

-  Rany boskie! - 

przeraził się Kozłowski. - Tego by mi jeszcze brakowało. Czy pan 

sądzi, że rzeczywiście... że taka ewentualność... 

Downar poklepał go po ramieniu. 

Niechże się pan tak nie przejmuje. Przecież żartowałem. 

- Bo pan jako fachowiec... 

- Dajmy temu spokój - 

przerwał Downar. - Jestem zwykłym emerytem, a nie żadnym 

fachowcem. A z tamtymi sprawami skończyłem już definitywnie. I jeszcze raz bardzo pana 
proszę, żeby pan mnie nie tytułował. 

Oczywiście,  oczywiście.  Będę  pamiętał.  Przepraszam.  Więc  pan  uważa,  że 

powinienem zachować tę kartkę? 

Raczej tak. I radziłbym z nikim nie mówić na ten temat. 

Ależ  oczywiście.  To  się  samo  przez  się  rozumie.  Mogłyby  powstać  zupełnie 

niepotrzebne plotki. 

O, właśnie. 

Wrócili  do  hotelu.  Więckowski  leżał  już  w  olbrzymim  łożu  i  przeglądał  jakieś 

ilustrowane czasopisma. 

Downar rozebrał się, wziął prysznic i także się położył. Był zmęczony. Nie miał nawet 

sił, żeby zastanawiać się nad tym, co usłyszał od Kozłowskiego. 

Nazajutrz  od  samego  rana  zwiedzanie  Florencji.  Bieganie  po  kościołach  i  muzeach 

trwało przez cały dzień z małą przerwa na obiad. Wspaniała katedra, zaprojektowana w końcu 
trzynastego  wieku  przez  Arnolfa  di  Cambio,  imponująca  osiemdziesięciodwumetrowa 

dzwonnica, gigantyczne muzeum - Galleria degli Uffizi - 

wypełnione arcydziełami malarstwa 

background image

i rzeźby antycznej, słynna kaplica Medyceuszów. Na wzgórzu uroczy kościółek San Miniato 
al Monte, a poniżej piękna panorama Florencji. 

Dużo wrażeń, stanowczo za dużo. Człowiek posiada ograniczoną zdolność odbierania 

tego,  co  widzi  i  słyszy.  Po  pewnym  czasie  każdy  czuje  się  oszołomiony,  otępiały  i  nawet 
największe  arcydzieła  przestają  na  nim  robić  wrażenie.  Żeby  to  wszystko  przyswoić  sobie, 
przetrawić,  poznać,  trzeba  by  miesięcy.  W  samej  Galerii  Uffizi  możną  by  spędzić  dwa 

tygodnie. A galeria w Plazzo Pitti? Pospi

eszny marsz przez wypełnione obrazami mistrzów 

nie kończące się sale przyprawia o zawrót głowy. 

Downara zachwyciły rzeźby Michała Anioła. Zwłaszcza potężna marmurowa postać 

Dawida,  eksponowana  w  Galerii  Akademii.  Długo  stał,  zapatrzony  w  ten  symbol  siły, 

z

decydowania,  męskiej  energii.  Nigdy  nie  widział  rzeźby  tak  wyrazistej,  tak  niebywale 

sugestywnej. 

Starał się jak najwięcej zobaczyć i zapamiętać. Właściwie cała Florencja wydała mu 

się jednym wielkim muzeum. Wrócę tu jeszcze. Muszę tu jeszcze wrócić - myślał. 

Przez tyle lat absorbowały go wyłącznie przestępstwa i zbrodnie, że czasu nie stało, by 

sobie uświadomić istnienie innego świata, świata, w którym króluje piękno. 

Staję  się  sentymentalny  -  pomyślał  z  uśmiechem.  -  Ci  ludzie,  którzy  żyli  tu  przed 

wiekami

, wśród tych wszystkich wspaniałości, także nienawidzili, mordowali się wzajemnie. 

Trucizna, sztylet, podstęp, zdrada, masowe rzezie. Od początku świata żaden najgenialniejszy 
nawet  artysta  siłą  swego  talentu  nie  zdołał  zwalczyć  zbrodni,  krwawych  międzyludzkich 
porachunków, żądzy zabijania. 

Downar  bardzo  prędko  uwolnił  się  od  tych  pesymistycznych  refleksji.  Pragnął 

całkowicie  poddać  się  nieodpartemu  urokowi  Florencji.  Nastrój  był  tu  oczywiście  zupełnie 
inny  aniżeli  w  Wenecji.  Niezwykły  koloryt  i  koronkowa  architektura  miasta  wyrosłego  na 
adriatyckiej  lagunie  mają  w  sobie  coś  z  filmowej  dekoracji,  coś  z  baśniowej  nierealności. 
Tutaj zaś wszechwładnie króluje kamień. Domy, pałace, mosty nad Arno, ulice i pomniki - 
wszystko wspaniałe, ale realne, namacalne, przytłaczające. 

Od dawna interesował się światem starożytnym, sztuką grecką, rzymską, sztuką epok 

późniejszych.  Ale  jakże  nędzne  wydały  mu  się  teraz  oglądane  wielokrotnie  reprodukcje, 
albumy,  kolorowe  fotografie.  Nie  przypuszczał,  że  bezpośrednie  zetknięcie  się  z 
autentycznymi  arcydziełami  zrobi  na  nim  tak  silne  wrażenie.  Żałował  tylko,  że  czasu  miał 
mało  i  że  nie  był  sam.  Te  różne  komplikacje,  idiotyczne  komeraże  między  uczestnikami 
wycieczki zaczynały mu działać na nerwy. Męczył go i gadatliwy fotograf, i kierownik grupy, 

background image

który  uważał  za  stosowne  z  każdym  kłopotliwym  problemem  zwracać  się  do  niego. 
Ostatecznie, co go obchodzą jakieś anonimy czy małżeńskie niesnaski? 

Kiedy po obiedzie wyruszali na zwiedzanie, Anna Toczycka podeszła do kierownika. 

Robiła wrażenie onieśmielonej, speszonej. 

Pani Celińska kazała przeprosić, ale zostanie w swoim pokoju. 

- „Babcia”! - 

wykrzyknął niecierpliwie Kozłowski. - A co się znowu stało?! 

Mówi, że źle się czuje, że nie ma siły. Kozłowski przygładził dłonią czuprynę. 

-  Tego 

nam  jeszcze  brakowało,  żeby  się  rozchorowała.  No  dobrze,  niech  zostanie, 

niech  odpocznie.  Rzeczywiście,  to  nie  ma  sensu,  żeby  starych  ludzi  wysyłać  na  forsowną 
wycieczkę zagraniczną. „Orbis” nie powinien przyjąć takiego zgłoszenia. 

Po wielu godzinach zmęczeni i syci wrażeń wrócili na kolację. I wtedy okazało się, że 

„Babci”  w  hotelu  nie  ma.  Powstało  ogólne  zamieszanie.  Gdzie  „Babcia”?  Co  się  stało  z 
„Babcią”?  Przecież  źle  się  czuła.  Szukano  wszędzie,  w  restauracji,  w  innych  pokojach,  na 
korytarzach, w łazienkach. Bez skutku. 

Pachnący  brylantyną recepcjonista oznajmił z  uprzejmym uśmiechem, że signora 

starszym wieku, Polacca, 

rozmawiała z kimś przez telefon i wyszła z hotelu. 

Rozmawiała z recepcji? - spytał Downar, który był obecny przy tej rozmowie. 

- Si, signore. Z tego aparatu. 

W jakim rozmawiała języku? 

- Po niemiecku. 

Co mówiła? 

Recepcjonista zrobił obrażoną minę. 

- O, signore. 

Nie mam zwyczaju podsłuchiwać rozmów naszych gości. 

- Pan dobrze zna niemiecki - 

zauważył Downar. 

Znam, ale to nie żaden powód, żebym... 

Do rozmowy wtrącił się Kozłowski. Mówił po włosku: 

Szukamy tej starszej pani, która należy do naszej grupy. Boimy się, żeby jej się coś 

nie stało. Więc jeżeli może nam pan udzielić jakichś informacji... Chodzi o to, z kim i o czym 

rozma

wiała przez telefon. Może podała nazwę jakiegoś lokalu, jakiejś kawiarni... 

-  Nic nie wiem - 

powiedział niecierpliwie recepcjonista. - Nic nie słyszałem. Byłem 

zajęty. 

Nie pozostawało nic innego, jak czekać. Poszli do sali restauracyjnej. 

Podczas kolacji g

łównym tematem rozmów było tajemnicze zniknięcie „Babci”. 

background image

Może  należałoby  zawiadomić  policję  -  zaproponowała  nieśmiało  Bogusia 

Baczanowska. 

Więckowski energicznie potrząsnął głową. 

Policja to ostateczność. Jeszcze by zatrzymali całą wycieczkę. 

Można by zawiadomić naszą ambasadę - wtrąciła się do rozmowy Anna Toczycka. 

Była bardzo zdenerwowana. Mieszkała razem z „Babcią” i w jakiś sposób czuła się za nią 

odpowiedzialna. - 

Szkoda, że nie zostałam w hotelu. 

Dobrzyński i Gródecki radzili nie przedsiębrać jeszcze żadnych energicznych kroków. 

Natomiast  ich  żony  wysunęły  koncepcję,  żeby  wydelegować  kilka  osób  na  poszukiwania. 
Projekt ten nie spotkał się jednak z ogólnym uznaniem. Wszyscy byli zmęczeni i nikt nie miał 
ochoty wałęsać się po mieście, tym bardziej że tego rodzaju akcja nie rokowała pozytywnych 
rezultatów. Bo gdzie właściwie szukać starszej pani? 

Robert Werbach nie ulegał ogólnemu nastrojowi niepokoju. Jadł z dużym apetytem, a 

wychyliwszy szklankę wina, powiedział: 

Państwo  niepotrzebnie  się  tak  przejmują.  Gwarantuję,  że  zguba  się  znajdzie.  Pani 

Celińska zna miasto i mówi biegle po włosku. Jestem przekonany, że da sobie doskonale radę. 

Pan  Feliks  Gałecki  nie  brał  udziału  w  rozmowie.  Posilał  się  wolno,  jak  gdyby  z 

pewnym  namysłem.:  Z  całej  jego  postaci  emanowała  idealna  obojętność.  W  najmniejszym 
nawet stopniu nie interesował się tajemniczym zniknięciem. 

A  może  gangsterzy  porwali  panią  Celińską  -  wyrwała  się  znowu  Bogusia 

Baczanowska,  która  uwielbiaj  ła  niezwykłe,  sensacyjne  sytuacje  i  zaczytywała  się  w 
powieściach kryminalnych. 

Elwira szturchnęła ją energicznie. 

Przestań pleść głupstwa. Więckowski roześmiał się. 

Eee. A po co gangsterzy porywaliby „Babcię”! Któż by dał jakikolwiek okup za taką 

staruszkę? Wolne żarty. 

Właściwie  nic  konkretnego  nie wiemy o pani Cejlińskiej  -  zauważył  poważnie 

Gródecki, sięgając po jabłko. 

Podobno, przed wyjściem z hotelu, rozmawiała! 

z  kimś  przez  telefon  po  niemiecku  -  dodał  Dobrzyński.  Kierownik  postanowił 

zakończyć już te rozmowy. 

Proszę  państwa  -  powiedział  zdecydowanym  głosem.  -  Zaczekamy  jeszcze  jakiś 

czas.  A  jeżeli  pani  Celińska  nie  wróci  do  godziny  dwunastej,  zawiadomię  policję,  chociaż 
wiem  z  góry,  że  oni  tej  sprawy  poważnie  nie  potraktują.  Rano  zatelefonuję  do  naszej 

background image

ambasady w Rzymie i zgłoszę zaginięcie uczestniczki wycieczki. Nic więcej zrobić nie mogę. 
A teraz życzę państwu dobrej nocy. Jutro po śniadaniu wyruszamy do Rzymu. 

-  Bez „Babci”? - 

zaniepokoiła się Bogusia. Kozłowski w bezradnym geście rozłożył 

ręce. 

Nie mogę zatrzymywać całej wycieczki. 

Zaczęto wstawać od stolików. I wtedy, jak przysłowiowy deus ex machina, pojawiła 

się  na  sali  restauracyjnej  „Babcia”.  Była  pogodnie  uśmiechnięta,  pełna  radości  życia, 
poruszała się zwinnie i lekko. Wszyscy oniemieli. 

Bardzo  przepraszam  za  maleńkie  spóźnienie,  ale  tak  się  jakoś  złożyło.  Czas  tak 

piekielnie szybko pędzi, że człowiek nie może za nim nadążyć. Tempus fugit. Mam nadzieję, 
że dostanę jeszcze coś do jedzenia. Jestem wściekle głodna. 

Kelner z kwaśną miną strzepnął serwetę i przygotował nakrycie. 

- Subito, signora. 

Kozłowski,  ochłonąwszy  z  pierwszego  wrażenia,  poczuł  się  w  roli  kierownika 

wycieczki.  Uważał  za  swój  obowiązek  skarcić  starszą  panią  i  wygłosić  dydaktyczne 

przemówienie. 

Przerwała mu w pół zdania. 

Wiem, wiem. Doskonale się orientuję, co pan chce powiedzieć. Ma pan oczywiście, 

jak zwykle, świętą rację. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Rzeczywiście, przyszłam 
trochę  za  późno,  ale  ostatecznie  do  północy  jeszcze  daleko.  A  to  miasto  ma  w  sobie  tyle 

uroku...  - 

Bardzośmy  się  o  panią  niepokoili  -  powiedział  surowym  tonem  Kozłowski.  - 

Wszyscy się niepokoili, absolutnie wszyscy. 

Ogromnie  to  miło  z  waszej  strony  -  uśmiechnęła  się  zalotnie.  -  Bardzo  jesteście 

kochani.  Naprawdę.  Ale  ten  niepokój  zupełnie  niepotrzebny.  Florencję  znam  jak  własną 
kieszeń,  dobrze  mówię  po  włosku,  nawet  bardzo  dobrze,  a  poza  tym  jestem  kobietą 
samodzielną.  Wreszcie  nie  jesteśmy  formacją  wojskową  i  nie  obowiązuje  nas  wojskowa 

dyscyplina. 

- Podob

no pani źle się czuła i dlatego nie poszła z nami na zwiedzanie. 

Machn

ęła ręką i z apetytem zabrała się do jedzenia. 

Och, drogi panie, ja się już dosyć w moim życiu nazwiedzałam. Istotnie, trochę się 

czułam zmęczona, ale potem to mi przeszło i postanowiłam odwiedzić stare kąty. 

Baliśmy się, że może panią porwali gangsterzy - powiedziała Bogusia, odsuwając się 

przezornie od siostry. 

„Babcia” wybuchnęła śmiechem. 

background image

Gangsterzy? A to dobry kawał. Ubawiła mnie pani. Nie, kochanie, ja się gangsterów 

nie  boję.  To  raczej  gangsterzy  boją  się  mnie.  Lasciate ogni speranza vót cheentrate  
zacytowała  niespodziewanie  Dantego.  -  Ale,  ale...  panie  kierowniku,  czy  nie  istniałaby 
możliwość, żebym dostała osobny pokój? Zakatarzyłam się trochę w Wenecji na tym deszczu 
i tak mam zatkany nos, że chrapię. Ta poczciwa Ania nie najlepiej sypia z tego powodu. 

-  Niestety, nie istni

eje  taka  możliwość  -  odparł  Kozłowski  i  wyszedł  z  sali 

restauracyjnej. 

Panna Toczycka przysiadła się do stolika „Babci”. 

-  Wcale mi nie przeszkadza pani chrapanie - 

powiedziała  uprzejmie.  -  Ja sypiam 

bardzo mocno. 

-  Ale mnie prz

eszkadza  świadomość,  że  z  mojego  powodu  ktoś  może  cierpieć 

niewygody. Nasz kierownik

,  gdyby  zechciał,  z  pewnością  mógłby  to  załatwić.  Ale  to 

nieuczynny  człowiek.  Nie  lubię  go.  Jak  tylko  ktoś  zostaje  kierownikiem,  zaraz  wyobraża 

sobie Bóg wie co. W og

óle  każda  władza  uderza  ludziom  do  głowy.  A  pani  lubi  tego 

Kozłowskiego? 

Lubię  -  odpowiedziała  cicho  Anna.  -  Uważam,  że  wszystko  bardzo  sprawnie 

organizuje. 

Kozłowski przytrzymał Downara na korytarzu za rękaw. 

Widział pan tę babę? No i co pan na to? 

- Nic - 

uśmiechnął się Downar. - Żwawa staruszka. Przyznaję, że nie podejrzewałem 

ją o taki temperament. 

Miałem ochotę solidnie ją obsztorcować. 

Nie radzę panu. Mógłby pan posłyszeć dużo niemiłych rzeczy. 

Kozłowski machnął ręką. 

Ma pan rację. Czort z nią. Ciekawe, gdzie ona mogła się włóczyć tyle czasu? 

Niech ją pan zapyta, ale wątpię, żeby się pan czegoś dowiedział. 

W oczach Kozłowskiego odmalował się niepokój. 

Czy pan o coś podejrzewa tę staruszkę? Downar roześmiał się. 

Niechże pan da spokój. Ja nikogo o nic nie podejrzewam. Raz na zawsze skończyłem 

z tym zajęciem. 

-  Bo widzi pan - 

mówił dalej Kozłowski - ja bardzo się boję jakichś kłopotów. A ta 

nasza wycieczka w ogóle tak się jakoś niezbyt przyjemnie zaczyna. Zupełnie nie rozumiem, w 

jakim celu 

starsza pani, która doskonale zna Włochy, jedzie na orbisowską wycieczkę. 

background image

Ale na razie naprawdę nie ma powodu do niepokoju - powiedział Downar, który jak 

najprędzej  chciał  skończyć  tę  rozmowę.  Rola  konsultanta  zaczynała  go  nużyć.  Poza  tym 
chciał się jeszcze trochę przejść przed spaniem i zobaczyć Florencję w nocy. 

Każde  miasto  w  świetle  lamp  i  neonów  zyskuje  na  tajemniczości,  a  jednocześnie 

upodabnia się do innych miast, zatracając w pewnym sensie swą indywidualność. Jaskrawo 
oświetlone wystawy sklepów, błyszczące z daleka wnętrza restauracji i kawiarni, agresywny 
blask reklam. Downar pomyślał, że Wenecja ma dużo więcej uroku w nocy aniżeli Florencja. 

Poszedł w kierunku kościoła Santa Maria Novella. Obok, na skwerku straż trzymały 

ogromne  kamienne  żółwie.  W  pobliżu  stały  ławki,  na  których  odpoczywali  wieczorni 
przechodnie.  Na  jednej  z  nich  spostrzegł  Dobrzyńskiego.  Poznał  go,  ponieważ  siedział 
zwrócony  do niego profilem. Rozmawiał z jakąś kobietą. Wydało mu się, że to jego żona. 
Podobny kształt ramion i pleców. Na głowie miała zarzuconą koronkową chustkę. Nie chciał 
podchodzić  bliżej,  żeby  im  nie  przeszkadzać.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czyby  nie 
zaczekać  w  pobliskich  podcieniach  i  przyjrzeć  się  dokładnie  tej  parze.  Zaraz  jednak 
zrezygnował  z  tego.  Psiakrew  -  pomyślał  ze  złością  -  czyż  nigdy  nie  pozbędę  się  tych 
idiotycznych nawyków? Co mnie obchodzi, z kim rozmawia Dobrzyński? 

Rozdział IV Rzym 

Florencki  incydent z „

Babcią”  zwarzył  nieco  humory  i  podzielił  uczestników 

wycieczki na dwa obozy. Jedni  zdecydo

wanie  potępiali  zachowanie  się  starszej  pani 

uważając, że takie niezdyscyplinowanie jest niedopuszczalne, inni zaś stawali w jej obronie 
mówiąc,  że  właściwie  nic  się  nie  stało  i  że  cała  sprawa  została  przesadnie  rozdmuchana. 
Znaleźli się i tacy, których poniosła fantazja. Naszeptywali sobie tajemniczo, że kto wie, czy 
„Babcia” nie ma jakichś podejrzanych powiązań z mafią sycylijską i czy, korzystając z okazji, 
nie  spotyka  się  z  jej  agentami.  Ci  łowcy  sensacji  byli  jednak  w  ogromnej  mniejszości  i 

narazili si

ę na żarty i kpiny swych współtowarzyszy podróży. 

Po śniadaniu „Babcia” pierwsza zajęła miejsce w autokarze, dając najwidoczniej do 

zrozumienia, że pragnie się zrehabilitować i odzyskać sympatię pana kierownika. Zaraz też 
podjęła ożywioną rozmowę z signoriną Anitą. 

Kozłowski  jednak  nie  obdarzył  starszej  pani  urzędowym  uśmiechem,  porachował 

swoich  podopiecznych,  a  przekonawszy  się,  że  nikogo  nie  brakuje,  dał  sygnał  do  odjazdu. 

Ruszyli. 

Downar  źle  spał.  Dręczyły  go  jakieś  koszmarne  sny  i  parę  razy  budził  się  w nocy 

zlany potem. Przypisywał to zbyt obfitej kolacji. W Warszawie wieczorem jadł minimalnie, 
ograniczając  się  do  paru  kawałków  chrupkiego  pieczywa,  jabłka  lub  surówki.  Tutaj  miał 

background image

szalony  apetyt,  a  kuchnia  włoska  bardzo  mu  odpowiadała.  Siedział  osowiały,  słuchając 
jednym  uchem  szczebiotania  Więckowskiego,  który  miał  zwyczaj  odżywiać  się  bardzo 
intensywnie, a mimo to sypiał znakomicie i, niestety, lubił sobie porozmawiać. 

Nie wiem, czy pan się orientuje, że obiadek zjemy w Sienie. Słyszałem, że tam są 

pi

erwszorzędne restauracyjki. Na pewno nie zaprowadzą nas do jakiegoś luksusowego lokalu, 

ale jakoś damy sobie radę. 

Nie wątpię - mruknął Downar. 

- Co pan dzisiaj taki nie w humorze? - 

zainteresował się fotograf. 

Kiepsko spałem. 

Może się pan przejął zniknięciem naszej „Babci”? 

Eee... Co panu do głowy przychodzi? 

Ale swoją drogą trzeba przyznać - mówił dalej Więckowski - że staruszka z biglem. 

Jak wczoraj wieczorem weszła do restauracji, to miałem takie wrażenie, że jest na cyku. 

- Chyba nie. 

- Gdzie ona, u d

iabła, mogła się tyle godzin podziewać? 

Downar wzruszył ramionami. 

Nie wiem i zupełnie się tym nie interesuję. 

A można spytać, czym się pan interesuje? Downar spojrzał zdziwiony. Wydało mu 

się, że 

w oczach Więckowskiego dojrzał jakieś figlarne błyski. 

Różnymi rzeczami się interesuję. Nie bardzo wiem, o co panu chodzi. 

Każdy człowiek powinien mieć jakieś swoje hobby - mówił dalej Więckowski. - Ja, 

na przykład, oprócz mojego fachu, to znaczy oprócz fotografiki, interesuję się zagadnieniami 

zw

iązanymi z kryminalistyką. A pan? 

Downar potrząsnął głową. 

Nie. Mnie te sprawy zupełnie nie interesują. 

Doprawdy? Zdawało mi się... 

Co się panu zdawało? - spytał ostro Downar. 

-  Nie, nic, nic - 

bąknął  speszony  trochę  Więckowski.  Następnie  pochylił  się  i 

powiedział szeptem: - Pan jest oficerem milicji. 

Grzebał pan w mojej walizce? Fotograf żachnął się. 

- Niech Bóg broni! O co mnie pan podejrzewa? 

To skądże ma pan tę informację? 

background image

Przypadkowo  usłyszałem,  jak  nasz  kierownik  zwracał  się  do  pana  per  „panie 

majorze”, a że nie robi pan na mnie wrażenia wojskowego, więc... Zresztą... Gniewa się pan? 

Nie. Dlaczego miałbym się gniewać? Więckowski umilkł i zmarszczył brwi, jakby 

się nad 

czymś zastanawiał. Po chwili znowu zaczął mówić, zniżając głos do szeptu: 

Domyślam  się,  że  pan  pojechał  na  tę  wycieczkę  incognito,  i  nigdy  bym  panu  nie 

zawracał głowy, gdyby... Widzi pan... 

W tej chwili podszedł do nich Kozłowski. 

Nie pamiętam, czy panów poinformowałem, że zatrzymamy się w Sienie. Zjemy tam 

obiad i zwiedz

imy miasto. Jest na co popatrzeć. A potem prosto do Rzymu. 

Świetny pomysł z tą Sieną - wyraził swoje zadowolenie Więckowski. - Nigdy tam 

jeszcze nie byłem. 

Kozłowski odszedł, żeby porozmawiać z dalej siedzącymi. Wyjątkowo troskliwie dbał 

o swoich podopie

cznych. Wypytywał, jak się kto czuje i czy czegoś komu nie potrzeba. 

Fotograf nie wracał do przerwanej rozmowy. Siedział milczący i chmurny. 
Downar także nie podejmował poprzedniego tematu. Bardzo możliwe, że facet teraz 

żałuje  tego,  z  czym  się  wyrwał  -  pomyślał.  Postanowił  zachowywać  się  tak,  jakby  tamtej 
rozmowy  w  ogóle  nie  było.  Trochę  go  zaintrygowały  słowa  Więckowskiego,  ale  nie  miał 
zamiaru podejmować tego tematu. Był zły, że tak łatwo go zidentyfikowano. 

W  Sienie  wysiedli  z  autokaru  i  zwartą  gromadą  szli  wąskimi,  krętymi  uliczkami, 

podziwiając gotycką architekturę. 

„Babcia”  dziarsko  maszerowała  na  czele  grupy,  opowiadając  donośnym  głosem  o 

historii tego średniowiecznego miasta. Przewodniczka, signorina Antonelli, od czasu do czasu 
nieśmiało wtrącała jakieś zdanie, nie chcąc okazać się osobą całkowicie bezużyteczną. 

Tak dotarli do dużego placu, na którym dwa razy w roku odbywa się sławny wyścig 

konny zwany „Palio”, będący od siedemnastego stulecia tradycyjnym świętem całego miasta. 
Plac  otaczają  domy  o  przepięknej  architekturze.  W  głębi  ratusz,  a  obok  ogromna, 
stodwumetrowa wieża. 

Stali  zapatrzeni  w  ten  wspaniale  zakomponowany  plac  i  słuchali  objaśnień 

przewodniczki. 

Potem zwiedzanie gotyckiej katedry, oślepiającej bielą koronkowej fasady z marmuru. 

W dr

odze na obiad ostatnie, pożegnalne spojrzenie na miasto. 

Restauracja  nazywała  się  „Turiddo”.  W  dużej,  półkolistej  sali,  przy  długich  stołach 

ustawionych  pod  ścianami  pożywiali  się  turyści,  przybyli  tutaj  z  różnych  stron  świata. 

background image

Wielojęzyczny gwar zagłuszał brzęk talerzy i sztućców. Kelnerzy i kelnerki z iście cyrkową 
zręcznością roznosili potrawy. Organizacja zbiorowego żywienia była znakomita. 

Wysoka, obfitych kształtów signora siedząca obok Downara, odezwała się po włosku. 

Zapytał, czy mówi po niemiecku. Potrząsnęła głową. Wobec tego rozmowa ograniczyła się do 
wymiany uprzejmych uśmiechów. Francuz z vis ä vis także nie znał niemieckiego. I znowu 
uśmiechy.  Muszę  się  zabrać  do  języków  -  pomyślał  Downar.  Będę  miał  teraz  dużo  czasu. 
Zapiszę  się  na  jakieś  kursy.  Francuski,  angielski,  może  włoski.  Miał  ogromną  ochotę 
przyjechać powtórnie do Włoch i spokojnie raz jeszcze obejrzeć te wszystkie cuda. 

Zaraz  po  obiedzie  Kozłowski  energicznie  zabrał  się  do  zaganiania  swych 

podopiecznych do autokaru. 

Zaraz odjeżdżamy, proszę państwa, zaraz odjeżdżamy. Proszę się nie rozchodzić. 

Niezbyt  skwapliwie  spełniano  jego  polecenie.  Jedni  byli  senni  i  mieliby  ochotę  na 

poobiednią  drzemkę.  Drudzy,  a  szczególnie  kobiety,  chętnie  powałęsaliby  się  po  mieście, 
żeby obejrzeć wystawy sklepowe i ewentualnie kupić sobie jakąś pamiątkę ze Sieny. 

Downar ostatni 

wyszedł  z  sali  restauracyjnej.  Przechodząc  koło  schodków 

prowadzących  do  toalety,  spostrzegł  Więckowskiego,  rozmawiającego  po  włosku  z  jakimś 
tęgim brunetem w dużych okularach w ciemnej oprawie. 

Fotograf machnięciem ręki zakończył rozmowę i pobiegł za Downarem. 

Ci Włosi są zupełnie niemożliwi - powiedział nieco zdyszanym głosem. - Nigdy pan 

nie zgadnie, co mi proponował ten facet. Proszę sobie wyobrazić, że chciał mnie zaprowadzić 

do 

jakiegoś niezwykle atrakcyjnego, ekskluzywnego burdelu. 

-  Doprawdy?  - 

zdziwił się bez specjalnego zainteresowania Downar. Przez wiele lat 

swej pracy przywykł do tego, że ludzie usiłują  za wszelką cenę ukryć  prawdę. Trudno mu 
było  tak  od  razu  wyjść  poza  ramy  tej  rutyny.  Zresztą  jeżeli  chodziło  o  ruchliwego 
fotoreportera, odgrywającego rolę jowialnego kompana, to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że 
cała ta pozornie beztroska paplanina jest starannie wyreżyserowanym kamuflażem. Ostatnia, 
trochę  dziwna,  nie  dokończona  rozmowa  również  dała  mu  do  myślenia.  Nie  miał  jednak 
zamiaru  wgłębiać  się  w  problemy  nurtujące  jego  towarzysza  podróży.  Odwrócił  głowę  i 
utkwił spojrzenie w oknie. Włoski krajobraz o wiele bardziej go interesował aniżeli jakieś tam 

perturbacje pana W

ięckowskiego. 

Mijali  tereny  faliste.  Smukłe  pinie,  zakończone  w  górze  płaskimi  parasolami, 

utkanymi z ciemnych gałęzi, gromadziły się na wzgórzach, tworząc malownicze, pełne uroku 
gaje.  Gdzieniegdzie  jasnopopielate  albo  rdzawe  skały  przypominały  ruiny  murów dawnych 

background image

zamków  obronnych.  W  oddali  bieliły  się  na  wzniesieniach  małe  miasteczka,  nad  którymi 
górowały strzeliste wieże kościelne.. 

Ładnie tu - powiedział Więckowski. - Piękne widoki. 

- Uhm - 

mruknął Downar, nie zdradzając ochoty do nawiązania rozmowy. 

Fotograf nie dawał jednak za wygraną. 

I klimat pierwsza klasa. Nie to co u nas. Jak wrócimy do Warszawy, to może być 

zimno jak cholera. Trzeba będzie uważać, żeby z miejsca grypy nie złapać. Już na lotnisku jak 
nas owionie... Nie daj Boże. Trzeba będzie się zaopatrzyć w buteleczkę koniaku. Na wszelki 

wypadek. 

Pierwszy zmierzch przyprószył piniowe gaje. Jaskrawość krajobrazu zaczynała gasnąć 

i  matowieć.  Mijane  miasteczka  zamazywała  nadchodząca  noc.  Na  szosie  zabłysły 
samochodowe reflektory, niweczące wieczorny nastrój. 

W autokarze panowała cisza! Zmęczeni podróżni nie kwapili się do rozmowy. Jedni 

drzemali,  przechyliwszy  w  tył  głowy,  inni  sennie  patrzyli  w  okna.  Ogrom  wrażeń 
wywiezionych  z  Wenecji,  Florencji  i  Sieny  przytłaczał.  Nawet  niestrudzona  „Babcia” 
zrezygnowała z konwersacji. 

W Rzymie zostali zakwaterowani w małym hoteliku „Venezia”, położonym w pobliżu 

Stazione Termini. 

Już  nie  ten  luksus  -  mruknął  Więckowski,  ustawiając  z  pedantyczną  starannością 

swoją  walizę.  -  We  Florencji,  to  była  komnata.  A  tutaj...  Ano,  cóż...  Klasa  tak  zwana 

turystyczna. 

Downar uśmiechnął się. 

Niech pan nie narzeka. Nie jest tak źle. Najważniejsze, że czysto. Mogło być gorzej. 

- Ja tam nie narzekam - 

potrząsnął głową fotograf. - Wiadomo, że jak kto chce mieć 

luksus, to mus

i bulić dolary. Za nasze skromne złotówki nie można za dużo wymagać. 

Po  rozlokowaniu  się i  po  nabraniu  nowej  energii  pod  prysznicem,  zeszli  na  dół,  do 

hallu, skąd cała grupa wyruszyła na kolację. Jadać mieli w restauracji znajdującej się na innej 

ulicy, oddalonej od hotelu o kilkaset metrów. 

-  Znowu makaron - 

westchnął  Więckowski,  przysuwając  sobie  talerz.  -  Ciekaw 

jestem, ile mi przybędzie na wadze po tej wycieczce. Liczę tylko na to, że może na Sycylii 
trochę  schudnę.  Mam  zamiar  tam  popływać  i  ograniczyć  jedzenie.  Nie  sposób  się  tak 
opychać. 

Downar  nie  podjął  tematu.  Był  głodny  i  pałaszował  z  apetytem.  Nie  miał 

najmniejszego zamiaru dbać o linię. Podczas jedzenia rzucił parokrotnie dyskretne spojrzenie 

background image

w kierunku Dobrzyńskiego i jego żony, siedzących przy dwóch sąsiadujących ze sobą stołach. 
Odniósł wrażenie, że między skłóconymi małżonkami dostrzegł jakby błysk porozumienia w 
oczach. Nie miał jednak pewności, czy się nie sugeruje, szczególnie po tym, co zobaczył na 
skwerku we Florencji, w pobliżu kościoła Santa Maria Novella. Ale przecież i wtedy nie był 
na sto procent pewien, czy Dobrzyński siedział na ławce ze swoją żoną. A może to była jakaś 

inna kobieta? Co mnie to wszystko obchodzi? - 

pomyślał ze złością i pociągnął łyk wina. To 

włoskie wytrawne wino bardzo mu smakowało. 

Po  kolacji  postanowił  przejść  się  trochę  i  obejrzeć  Stazione  Termini.  Korzystając  z 

okazji, że fotograf zajęty był rozmową z signorina Anitą, wyszedł z sali restauracyjnej. 

Nowoczesna hala imponowała swym ogromem. Po jednej stronie wejścia na perony, 

po  drugiej  sklepy,  kioski,  duża  kawiarnia,  bary.  Wszędzie  świetna  organizacja,  wszędzie 
dbałość o wygodę podróżnych. 

Downar powałęsał się trochę, obejrzał wystawy, wypił butelkę coca-coli, aż wreszcie 

poczuł się zmęczony i wrócił do hotelu. 

Więckowskiego nie zastał w pokoju, ale szum wody w łazience zdradzał jego miejsce 

pobytu. 

Po chwili pojawił się rozweselony. Miał na sobie szlafrok kąpielowy, a głowę owinął 

ręcznikiem. Nucił arię z Aidy. 

Nie  ma  to  jak  porządny  prysznic.  Od  razu  człowiek  inaczej  się  czuje.  „Booska 

Arrido...”  Jakież  pierwsze  wrażenia  z  Rzymu?  Gdzieś  mi  się  pan  po  kolacji  zapodział. 
Szukałem pana. 

Poszedłem się trochę przejść - wyjaśnił Downar. - Nie chciałem panu przeszkadzać 

w rozmowie z naszą przewodniczką. Obejrzałem Stazione Termini... 

Wspaniała budowla! - wykrzyknął Więckowski. - Co za koncepcja architektoniczna. 

Prawdziwy triumf nowoczesnej techniki. W Rzymie zobaczy pan takżd różne inne cuda, ciut 

starsze od Stazione Termini. 

Downar  poszedł  się  umyć.  Kiedy  wrócił,  jego  współlokator  w  błękitnej  pidżamie 

siedział  na  brzegu  tapczan  na.  Stracił  całą  swoją  niedawną  werwę  i  pogodę  ducha.  Był 
zamyślony, osowiały i nerwowymi ruchami przygładzał resztki bujnej niegdyś czupryny. 

Zapewne zaintrygowało pana to, co wtedy powiedziałem w autokarze... - odezwał się 

po chwili. 

Downar wzru

szył ramionami. 

Jeśli  jest  to  panu  nie  na  rękę,  to  nie  musi  mi  pan  niczego  wyjaśniać.  Czasem 

człowiek powie coś, czego później żałuje. Możemy uważać tamtą rozmowę za niebyłą. 

background image

Fotograf przygryzł dolną wargę. 

Bardzo to miło z pańskiej strony, że tak pan stawia sprawę, ale... Bo widzi pan... - 

Machnął  ręką  zniechęcony.  -  Ma pan  najzupełniejszą  rację.  Dajmy  temu  spokój.  Nie  będę 
panu zawracał głowy. W ogóle niepotrzebnie zacząłem... Tak mnie napadło. Jakiś przelotny 
nastrój. A może... a może strach? Sam nie wiem. 

Boi się pan czegoś czy też kogoś? - spytał bez specjalnego zainteresowania Downar. 

Uważał, że przez uprzejmość powinien coś powiedzieć. 

Więckowski energicznie potrząsnął głową. 

-  Nie, ni

e... Może się niezbyt precyzyjnie wyraziłem. Nie mówmy już na ten temat. 

Tak będzie lepiej. 

Downar wyciągnął się na tapczanie. 

No” cóż... Jak pan sobie życzy. Chciałbym pana o coś zapytać. 

Słucham uprzejmie. 

Czy fakt, że jestem emerytowanym oficerem milicji, wpłynął w jakiś sposób na to, iż 

pragnął pan zamieszkać ze mną w jednym pokoju? 

Więckowski jakby się trochę zmieszał. 

No... Bo ja wiem... Trudno mi powiedzieć... W każ-; dym razie... 

Czyżby pan sądził, że w moim towarzystwie będzie się pan czuł pewniejszy? 

Może... 

Downar zdjął z ręki zegarek i nakręcił go. 

Mam nadzieję, że pan z nikim nie podzielił się wiadomością co do mojej osoby. 

Fotograf energicznie zamachał rękami. 

Uchowaj, Boże. Jak pan w ogóle może przypuszczać coś podobnego. 

-  To 

mnie  cieszy.  I  będę  panu  ogromnie  wdzięczny,  jeżeli  pan  nadal  z  nikim  nie 

będzie rozmawiał na mój temat. 

Ależ oczywiście. To się samo przez się rozumie. Może pan całkowicie polegać na 

mojej dyskrecji. 

Dziękuję  -  powiedział  z  życzliwym  uśmiechem  Downar.  -  A  teraz  proponuję, 

żebyśmy się trochę przespali. Czeka nas jutro pracowity dzień. 

Nazajutrz  z  samego  rana,  zaraz  po  śniadaniu,  wszyscy  do  autokaru  i  w  drogę  na 

zwiedzanie Wiecznego Miasta. Muzeum Watykańskie. I znowu ogrom nie kończących się sal, 
wypełnionych  dziełami  sztuki.  Grupa  polskich  turystów  zatrzymuje  się  dłużej  przed 

olbrzymim obrazem Matejki Sobieski pod Wiedniem. -  Matejko tutaj? - 

odzywają  się 

zdziwione głosy. Potem kaplica Sykstyńska, sławna wspaniałymi freskami Michała Anioła, i 

background image

wreszcie b

azylika Świętego Piotra ze swą monumentalną kolumnadą. Nieco z boku, za szybą 

z pancernego szkła - dzieła Michała Anioła. 

Downar  czuł  się  oszołomiony.  Nastrój  psuł  mu  tylko  tłum  zwiedzających,  którzy 

zachowywali  się  bardzo  swobodnie  i  często  robili  niezbyt  inteligentne uwagi. Usiłował 
zapomnieć o otaczających go ludziach. Nie myśleć ani o Więckowskim, ani o Dobrzyńskich, 
ani  o  „Babci”,  ani  o  kłopotach  kierownika  wycieczki.  Robił  wszystko,  żeby  się  od  nich 
możliwie jak najbardziej odseparować. 

Na obiad wróci

li zmęczeni nadmiarem wrażeń i upałem. Wrześniowe słońce dawało 

się w Rzymie specjalnie we znaki. Ulice wąskie, wypełnione spalinami Wieczne Miasto nie 
zostało  przystosowane  do  tego  gigantycznego  rozwoju  motoryzacji.  Lektyki  rzymskich 

patrycjuszów albo dzi

ewiętnastowieczne konne dorożki, ale nie ponad milion samochodów. 

Podczas obiadu odezwały się głosy: 

- Gdzie „Babcia”? 

Kozłowski  wyjaśnił,  że  pani  Celińska  ma  tutaj  przyjaciół  i  że  na  czas  pobytu  w 

Rzymie postanowiła odłączyć się od ich grupy. 

Po  diabła  ta  staruszka  wybrała  się  na  taką  kosztowną  i  forsowną  wycieczkę  - 

powiedział Więckowski, wzruszając ramionami. 

Downara także to trochę dziwiło, ale powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy. 
Koło  niego,  tak  samo,  jak  podczas  obiadu  w  Mediolanie,  siedziała  współlokatorka 

„Babci”. Spostrzegł, że dziewczyna raz i drugi spojrzała na niego uważnie Odwzajemnił się 
uprzejmym  uśmiechem.  Spuściła  oczy.  Podobała  mu  się.  Miała  miłą  twarz  i  prześliczne 
falujące,  popielatoblond  włosy.  W  dużych,  zielonkawych  oczach  w  dalszym  ciągu  tkwił 

wyraz smutku. 

Downar poczuł się w obowiązku nawiązać rozmowę. 

Jakież wrażenia z dzisiejszego przedpołudnia? 

Za  każdym  razem  jestem  głęboko  wstrząśnięta  obcowaniem  z  tymi  wszystkimi 

skarbami sztuki - 

odparła, nie patrząc na niego. - Już po raz trzeci przyjeżdżam do Włoch i 

zawsze, kiedy wracam do kraju, czuję pewien niedosyt. To za krótko, stanowczo za krótko. 
Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła chociaż ze dwa lata pomieszkać tutaj, powałęsać się po 

uliczkach Wenecji, Werony, Florencji, p

ochodzić po muzeach, kościołach, galeriach. Ale tak 

spokojnie, bez pośpiechu, bez przewodników, bez gromady ludzi. 

Muszę  się  pani  przyznać,  że  mam  bardzo  podobne  I  odczucia  -  powiedział  z 

uśmiechem  Downar.  -  I  ja  także  bardzo  chciałbym  jeszcze  raz  przeżyć  to  wszystko  w 
samotności. 

background image

- Jest pan romantykiem. 

Chyba  nie.  Po  prostu  to,  co  zobaczyłem,  zrobiło  na  mnie  bardzo  duże  wrażenie. 

Wenecję,  Florencję,  Rzym  znałem  dotychczas  wyłącznie  z  reprodukcji,  ale  przecież...  Czy 
można zapytać, czym się pani zajmuje? 

Jestem malarką. 

Ach,  to  teraz  rozumiem  pani  ogromne  zainteresowanie  sztuką.  Chociaż  nie  trzeba 

być  artystą,  żeby  się  zachwycić  tymi  wspaniałościami.  Tutaj  panuje  jakaś  przedziwna 
atmosfera,  którą  trudno  mi  wyrazić  słowami.  Nie  mogę  oprzeć  się  wrażeniu,  że  jakiś 
czarodziej przeniósł mnie w ubiegłe stulecia. 

A pan kim jest z zawodu? Był przygotowany na to pytanie. 

- Jestem prawnikiem. A obecnie... - 

Chciał powiedzieć, że przeszedł na emeryturę, ale 

w ostatnim momencie ugryzł się w język. Po co ta informacja? Nie wyglądał na człowieka w 

wieku emerytalnym. 

Pod koniec obiadu, kiedy jedli winogrona, szepnęła: 

Chciałabym z panem porozmawiać na osobności. Spojrzał na nią zdziwiony. 

Bardzo proszę. Kiedy pani sobie życzy? 

Może po kolacji? 

- Dobrze. 

Po kr

ótkim  odpoczynku  wyruszyli  na  zwiedzanie  historycznych  zabytków,  a  więc 

oczywiście  Koloseum,  Forum  Romanum,  Panteon,  Capitol,  Zamek  Świętego  Anioła, 
połączony tajemnym przejściem z Watykanem. Tutaj papieże chronili się w razie grożącego 
niebezpieczeństwa. 

Downar  usiłował  wyobrazić  sobie  starożytnych  Rzymian,  przechadzających  się  po 

Forum  Romanum,  dyskutujących  na  tematy  sztuki,  polityki,  czytających  poezje  lub 
wiodących  spory  filozoficzne.  Ruiny  Koloseum  przypomniały  mu  oczywiście  Quo Vadis 

niezapomnia

ną  walkę  Ursusa  z  turem.  Ileż  krwi  pochłonął  piasek  te  olbrzymiej  areny  - 

pomyślał, patrząc na wyszlifowane stopami turystów kamienie. - Od najdawniejszych cza sów 
bawiło ludzi wzajemne mordowanie się. Je filozoficzne rozważania przerwał mu Kozłowski. 

-  Nie w

idział  pan  gdzieś  Więckowskiego?  Downar  dopiero  w  tym  momencie 

uświadomił sobie 

że nie ma przy nim fotografa. 

A wie pan, że nie widziałem go. 

Może został w hotelu. 

Chyba nie. Po obiedzie nie przyszedł do pokoju. Kozłowski machnął ręką. 

background image

Nieważne.  Zna  miasto,  mówi  po  włosku.  Może  sobie  zorganizował  jakąś 

indywidualną wycieczkę. Ale powinien był mnie o tym zawiadomić. 

Całkowicie się z panem zgadzam - przytaknął Downar. Spojrzał w kierunku Anny, 

która  stała  niedaleko  wpatrzona  w  arenę.  Skinął  głową  Kozłowskiemu:  i  podszedł  do 

dziewczyny. 

Czyżby pani myślała o Ligii, Winicjuszu i bohaterstwie Ursusa? 

Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy uśmiech. 

Zgadł pan. Właśnie miałam przed oczami Petroniusza, zarzucającego Winicjuszowi 

togę na głowę w momencie, kiedy „wśród wrzasku bestiarów wypadł na arenę potworny tur 
germański, niosąc na grzbiecie nagie ciało kobiece”. 

O, widzę, że pani cytuje oryginalny tekst. 

Uwielbiam  Sienkiewicza,  chociaż  obecnie  są  tacy,  którzy  Uważają  go  za 

przesta

rzałego. 

- Idioci - 

powiedział z przekonaniem Downar. - To genialny pisarz. Ale zdaje się, że 

musimy już pożegnać Koloseum. Widzę, że pilot kiwa na nas. 

Skierowali się do autokaru. Kozłowski z miną zafrasowaną podszedł do Downara. 

A wie pan, że nie widzę także Gródeckiego. Jego żona jest bardzo niespokojna. 

Zdaje się, że on mieszka razem z Dobrzyńskim. Pytał go pan? 

Tak. Dobrzyński także nic nie wie. Nie rozumiem. 

Może  Więckowski  razem  z  Gródeckim  postanowili  poderwać  jakieś  piękne 

Włoszki? - uśmiechnął się Downar. 

Kozłowski skrzywił się. 

Pan żartuje. Mężczyźni w tym wieku... 

To najodpowiedniejszy wiek na podrywanie młodych dziewcząt. 

Zauważyłem to - mruknął Kozłowski. Downar roześmiał się. 

Widzę, że pan jest bardzo spostrzegawczy. 

To należy do moich obowiązków służbowych. Kierownik grupy powinien odznaczać 

się spostrzegawczością. 

Wrócili  do  hotelu  i  zaraz  poszli  na  kolację.  Panowało  ogólne  podniecenie. 

Więckowski i Gródecki zniknęli bez śladu. Gródecka była bardzo zdenerwowana. Nie mogła 

ni

c jeść. 

Pokłóciła się pani z mężem? - spytał Kozłowski. Skinęła głową. 

Trochę Się posprzeczaliśmy, ale to jeszcze nie powód... - wybuchnęła płaczem. 

background image

Kozłowski  westchnął  i  odprowadził  ją  do  hotelu.  Był  wściekły.  Jeszcze  nigdy  w 

swojej orbisowskiej karie

rze nie miał tylu kłopotów. 

Downar zrezygnował z wieczornego spaceru. Był zmęczony. Całodzienne zwiedzanie 

wyczerpało go całkowicie. Postanowił zaraz się położyć. Właśnie zaczął się rozbierać, kiedy 
do pokoju wpadł bez pukania Kozłowski. 

Więckowski przywiózł Gródeckiego! - wykrzyknął podniecony. - Rannego! 

Downar z powrotem wciągnął spodnie. 

-  Szybko do tego pokoju. - 

Po  chwili  Kozłowski  z  Więckowskim  wprowadzili 

Gródeckiego. Był bardzo blady, ale próbował się uśmiechnąć. 

Nic, nic, to głupstwo. Draśnięcie. 

Downar pośpiesznie zdjął z rannego marynarkę, której lewy rękaw był przesiąknięty 

krwią. Scyzorykiem rozciął rękaw koszuli. 

Rana, na szczęście, okazała się niegroźna. Kula przeszła przez biceps nie naruszając 

kości. Podarli koszulę i nałożyli prowizoryczny opatrunek. 

Warto by to zdezynfekować - powiedział Downar. 

Niech  pan  idzie  do  recepcji.  Muszą  tu  mieć  jakąś  podręczną  apteczkę  -  dodał 

zwracając się do Kozłowskiego. - Właściwie należałoby wezwać lekarza. 

-  Nie, nie - 

zaprotestował żywo Gródecki. - Tylko żadnych lekarzy.  Bardzo proszę. 

Zaczną się kłopoty z policją. To zupełnie niepotrzebne. 

W tej chwili wbiegła do pokoju Gródecka. 

Jezus Maria! Co się stało?! Stachu! 

Lepiej, żeby pani poszła do swojego pokoju - powiedział Downar. 

Ale co się stało? Ty krwawisz! Krew, wszędzie krew. Jesteś ranny! Boże! 

Idź natychmiast do swojego pokoju i nikomu ani słowa! - krzyknął z niespodziewaną 

energią Gródecki. 

Ani słowa! Rozumiesz?! 

Wyszła posłusznie. 
Po  chwili  wrócił  Kozłowski,  niosąc  jakieś  płyny  dezynfekcyjne,  gazę,  bandaże  i 

nożyczki. 

Tego się nie da ukryć - powiedział skłopotany. Downar z wprawą doświadczonego 

chirurga zabrał 

się do roboty. Kiedy skończył, przyjrzał się uważnie swojemu pacjentowi. 

Wydaje mi się, że rzeczywiście interwencja lekarza w tej chwili nie jest konieczna. 

background image

Ależ  oczywiście,  że  to  zupełnie  niepotrzebne  przytaknął  skwapliwie  Gródecki.  - 

Dziękuję panu, bardzo dziękuję. Czyżby pan był lekarzem? 

- Nie, nie jestem lekarzem. 

Bo zrobił pan to tak fachowo... Kozłowski z wolna przychodził do siebie. 

Co się stało? Kto pana postrzelił? 

Napadli mnie jacyś bandyci. Chcieli mnie obrabować.  Broniłem się. Znam dżudo, 

karate, boks. Jednego rozłożyłem, drugi strzelił. 

Gdzie to było? 

- Niedaleko Frascati. Wie pan, gdzie jest willa Cycerona? 

Oczywiście, że wiem. Po co pan tam poszedł? Gródecki skrzywił się. 

Jestem  zmęczony.  Może  pan  skończy  z  tymi  pytaniami.  Umówiłem  się  z 

dziewczyną.  Czy  to  panu  nie  wystarczy?  Byłbym  wdzięczny,  gdyby  pan  nie  informował  o 
tym mojej żony. 

- Czy posze

dł pan tam z panem Więckowskim? 

- Och, nie - 

wtrącił się fotograf. - Ja... ja zupełnie przypadkowo... 

Rozległo się pukanie do drzwi. Wszedł szczupły mężczyzna w granatowym ubraniu. 

Towarzyszył mu karabinier w mundurze i w służbowej czapce. 

Czy ktoś z panów mówi po włosku? - spytał cywil. 

Ja mówię po włosku - odparł skwapliwie Więckowski. - Nic się takiego nie stało, 

panie komisarzu. Poszliśmy z kolegą pospacerować trochę po parku. Villa Borghese. Napadło 
na nas dwóch łobuzów. Chcieli nas obrabować. Zaczęła się bijatyka. Jeden strzelił i uciekli. 
Na szczęście rana nie jest groźna. 

- Kto jest kierownikiem grupy? 

- Ja - 

odparł Kozłowski. 

Dlaczego nie zameldował pan o tym zdarzeniu w komisariacie? 

Miałem zamiar. Jeszcze nie zdążyłem. 

Nie  chcieliśmy  policji  zawracać  głowy  -  wtrącił  się  do  rozmowy  Więckowski.  - 

Wiemy, że i tak macie dosyć kłopotów. 

Młody człowiek w granatowym ubraniu spojrzał uważnie na mówiącego. 

A cóż pan może wiedzieć o naszych kłopotach? 

Czytuję gazety. 

Policjant usiadł przy stoliku, wyjął z bocznej kieszeni marynarki duży notatnik i zabrał 

się do sporządzania protokółu. 

Czy panowie wnoszą skargę na nieznanych sprawców napadu? 

background image

- Nie - 

odparli zgodnym chórem Więckowski i Gródecki. 

Więc mogę uważać, że nie macie żadnych pretensji. 

Nie mamy żadnych pretensji - zapewnił Więckowski. 

Doskonale. Wobec tego wystarczy krótka notatka, którą panowie zechcą podpisać. 

Po dopełnieniu tej formalności przedstawiciel władzy sztywno skłonił się obecnym i 

skinął na karabiniera. 

- Andiamo. 

Po i

ch wyjściu Więckowski odetchnął z widoczną ulgą. 

- Nareszcie. 

Downar  nie  rozumiał,  co  mówili,  ale  ani  razu  nie  posłyszał  o  willi  Cycerona  ani  o 

Frascati.  Nie  miał  natomiast  wątpliwości, że  padła  nazwa  Villa  Borghese.  Coś  tu  nie  gra  - 
pomyślał.  Przypadkowe  spotkanie  Gródeckiego  z  Więckowskim  wydało  mu  się  mało 
prawdopodobne.  Nie  miał  jednak  zamiaru  wypytywać  ich  i  wszczynać  czegoś  w  rodzaju 

dochodzenia. 

Kozłowski okazał się bardziej dociekliwy. 

Wspomniał pan, że zupełnie przypadkowo znalazł się pan w pobliżu willi Cycerona - 

powiedział zwracając się do Więckowskiego. 

- Tak. Przypadkowo - 

odparł niechętnie fotograf. 

Czy  można  wiedzieć,  po  co  pan  tam  poszedł?  Czyżby  także  umówił  się  pan  z 

dziewczyną? 

Więckowski uśmiechnął się. 

Nie, nie umówiłem się z dziewczyną. Do Frascati i do willi Cycerona zaprowadziły 

mnie  wspomnienia.  Dawne  czasy.  Chciałem  jeszcze  raz  zobaczyć  to  miejsce,  gdzie...  Ale 
mniejsza z tym. Nie pora teraz na gawędy o dawnych czasach. 

I  zupełnie  przypadkowo  natrafił  pan  na  rannego  pana  Gródeckiego  -  nastawał 

Kozłowski. 

Już przecież powiedziałem. Ile razy mam powtarzać jedno i to samo? 

Pan  wybaczy,  ale  w  tego  rodzaju  sytuacjach  lubię  dokładnie  ustalić  fakty.  Jestem 

przecież kierownikiem waszej grupy. 

- Ale nie jest pan oficerem dochodzeniowym. 

Jak się pan czuje? - spytał Downar, zwracając się do Gródeckiego. 

Doskonale. Dziękuję panu serdecznie za fachową pomoc. 

background image

Rana jest czysta. Mam nadzieję, że się szybko zabliźni. W każdym razie radziłbym 

rano  zmierzyć  temperaturę.  Gdyby  pan  dostał  wysokiej  gorączki,  wtedy  może  należałoby 
zastosować jakieś antybiotyki. Ale w takim wypadku byłby potrzebny lekarz. 

Nic mu nie będzie - wtrącił się do rozmowy Więckowski. - Chłop jak tur. Nie takie 

rany by wytrzymał. 

Kozłowski  siedział  chmurny  ze  zmarszczonymi  brwiami.  Widać  było,  że  jakaś 

uporczywa myśl nie daje mu spokoju. 

Dlaczego  pan  temu  policjantowi  powiedział,  że  zostaliście  napadnięci  w  Villa 

Borghese? 

Więckowski wzruszył ramionami. 

Tak sobie. Po prostu, żeby się od niego odczepić. Gdybym powiedział, że to się stało 

w pobliżu willi Cycerona, to może chcieliby nas tam zawieźć, urządzić jakąś wizję lokalną. 
Bo ja wiem zresztą... A w takim dużym parku określenie miejsca jest bardzo trudne. Zresztą, 
tam wieczorem i w nocy zdarzają się różne takie historie. Nieważne. W tej chwili nie ma się 
nad czym zastanawiać. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Niech się pan nie przejmuje, 

panie kierowniku. 

Downar  doszedł  do  wniosku,  że  nie  ma  tu  już  nic  więcej  do  roboty.  Powiedział 

„dobranoc” i wyszedł. W drzwiach minął się z panią Gródecką. Miała oczy zapuchnięte od 
płaczu i była bardzo zdenerwowana. 

Co ze Stachem? Jak się czuje? 

Wszystko w porządku. Proszę się nie niepokoić. Na korytarzu przypomniał sobie, że 

Ania Toczycka 

prosiła  go  o  chwilę  rozmowy.  Mieli  się  spotkać  po  kolacji.  Zapukał  do  jej 

drzwi. 

- Avanti. 

Siedziała na foteliku i przeglądała jakieś czasopisma. Zerwała się. 

Och, przepraszam. Myślałam, że to pokojówka. Obiecała nam zmienić ręczniki, ale 

to chyba już jutro rano. Proszę, niech pan siada. - Była najwyraźniej zmieszana. Jej zazwyczaj 
blada twarz pokryła się rumieńcem. 

Spojrzał na nią z uśmiechem. 

Czy pani Celińska jeszcze nie wróciła? 

Jeszcze nie. Sądzę, że wróci przed samym odjazdem na lotnisko. Tak przynajmniej 

powiedziała. 

-  W tak

im  razie  nie  wiem,  czy  wypada,  żebym  ja  tutaj...  tak  sam  na  sam  z  panią... 

Może się trochę przejdziemy? 

background image

Żachnęła się. 

Niechże  pan  nie  będzie  śmieszny.  Proszę  siadać.  A  zresztą,  gdzie  tu  można 

spacerować w tych spalinach? 

-  To prawda - 

przyznał Downar. - Oddycha się z pewnym trudem. - Przysunął sobie 

krzesło i usiadł. - Chciała pani ze mną porozmawiać. 

Zmieszała się znowu. 

- Tak... To znaczy... 

Downar odczekał chwilę i powiedział:  

Odnoszę wrażenie, że coś panią gnębi. 

No, właśnie... Nie wiem, czy powinnam wtrącać się do cudzych spraw... 

To  zależy.  Widzi  pani...  Wydaje  mi  się,  że  „wtrącać  się  do  cudzych  spraw” 

powinniśmy, a nawet mamy obowiązek, w wypadku jeżeli te „cudze sprawy” w jakiś sposób 
zagrażają innym ludziom. 

Ciągle była niezdecydowana. 

- Ni

e wiem, doprawdy nie wiem. Może powinnam porozmawiać z kierownikiem, ale... 

To już pozostawiam do decyzji pani. Nie mam najmniejszego zamiaru wypytywać. 

Obraził się pan? 

Ależ skądże. Ja jestem takim człowiekiem, który się nigdy na nikogo nie obraża. Nie 

lubię  mieszać  się  do  cudzych  spraw,  więc  jeżeli  ma  pani  jakieś  obiekcje,  to  może 
rzeczywiście lepiej niech się pani zwierzy ze swoich kłopotów kierownikowi. 

Wyprostowała się, jakby dając tym do zrozumienia, że powzięła decyzję. 

- Dobrze. Powiem panu. M

am do pana zaufanie. Downar skłonił się. 

Dziękuję. A teraz słucham uważnie. 

Spuściła oczy i odchrząknęła, jakby chciała sobie dodać odwagi. 

Chodzi o panią Celińską. 

Ma pani jakieś kłopoty z naszą „Babcią”? 

To może niezupełnie ścisłe określenie. Właściwie nie mam kłopotów, tylko... tylko... 

No... po prostu, jestem niespokojna. 

Niepokoi się pani o zdrowie pani Celińskiej? 

- Nie, to nie chodzi o jej zdrowie. 

Więc? - pytał cierpliwie Downar. Przywykł do ludzi, którym trudno zdecydować się 

na szczerą rozmowę. 

Spojrzała na niego. W jej dużych, smutnych oczach dostrzegł powzięte postanowienie. 

background image

Dobrze. Powiem. Być może, wyda się to panuj śmieszne, ale prześladuje mnie jakiś 

niepokój. Otóż.. pani Celińska pisze i wysyła bardzo dużo listów. 

Downar był zaskoczony. 

I panią to dziwi, że staruszka wysyła z Włoch pozdrowienia do swoich przyjaciół? 

Potrząsnęła głową. 

W tym nie byłoby naturalnie nic dziwnego. Tylko, że te listy pisane są chyba jakimś 

szyfrem. 

Szyfrem? Skąd pani wie? Zmieszała się. 

- Nie po

winnam była oczywiście tego robić, ale po prostu tak przez ciekawość... Pani 

Celińska pisała list) na chwilę wyszła do łazienki, a ja... ja rzuciłam okiem... Zaintrygowało 
mnie to i któregoś dnia po raz drugi spojrzałam na jej list. Także był pisany szyfrem. 

Zna się pani na szyfrach? - spytał Downar. 

Ach, nie, ale te teksty nie miały żadnego sensu... 

Czy zdołała pani rozszyfrować coś z tego, co pisała pani Celińska? 

- Absolutnie nic. 

Downar podejrzliwie przyjrzał się dziewczynie. Pochwyciła jego spojrzenie. 

Uważa mnie pan za wariatkę? 

Skądże znowu! - zaprotestował energicznie. - Proszę mi powiedzieć, czy oprócz tych 

szyfrowanych listów

1

, jeszcze coś panią niepokoi? 

Tak. Pani Celińska ma pistolet. 

- Pistolet? 

Tak. Zdaje mi się, że to Walther. 

Widzę, że pani świetnie się orientuje w rodzajach broni. 

Mój ojciec jest rusznikarzem. Przy nim nauczyłam się różnych takich rzeczy. 

A  może  to,  co  pani  widziała  u  pani  Celińskiej,  to  była  zapalniczka.  Bywają  takie 

zapalniczki w kształcie pistoletu. Energicznie potrząsnęła głową. 

To na pewno nie była zapalniczka. Niech mnie pan nie traktuje jak małego dziecka. 

- Nie mam najmniejszego zamiaru - 

uśmiechnął się Downar. - Rozważam tylko różne 

ewentualności. Proszę mi powiedzieć, w jaki sposób zorientowała się pani, że pani Celińska 

jest w posiadaniu pistoletu. 

Zepsuł  jej  się  błyskawiczny  zamek  przy  torbie  i  wysypały  się  różne  drobiazgi. 

Między innymi właśnie pistolet. 

Zdziwiła się pani? 

Oczywiście. Od razu spytałam. 

background image

I cóż na to pani Celińska? 

-  Wyda

je mi się, że się zmieszała. Powiedziała, że to pistolet na gaz oszołamiający, 

taki  rodzaj  straszaka.  Ale  ja  jestem  pewna,  że  to  nie  był  żaden  straszak,  bo  dlaczego  nie 
chciała mi go pokazać? 

A prosiła ją pani o to? 

Oczywiście. Miałam ochotę przyjrzeć się temu „straszakowi”. Odburknęła niezbyt 

grzecznie, żebym się nie wtrącała do jej spraw. W ogóle ostatnio pani Celińska w stosunku do 
mnie  zachowuje  się  dosyć  opryskliwie.  Chciała  nawet  otrzymać  osobny  pokój,  żeby  nie 
mieszkać razem ze mną. Zrobiła mi tym przykrość, ponieważ przez cały czas staram się nią 
opiekować. 

Niech  się  pani  nie  przejmuje  -  powiedział  z  uśmiechem  Downar.  -  Starzy ludzie 

często miewają różne swoje dziwactwa, a przede wszystkim kierują się skrajnym egoizmem. 
Proponuję, żeby pani przestała się przejmować drobiazgami i nie psuła sobie humoru podczas 
tej pięknej wycieczki. 

Przyjrzała mu się uważnie. 

- Obawiam 

się, że uważa mnie pan za mitomankę. 

Downar energicznie potrząsnął głową. 

- Nic podobnego. Nawet mi taka 

ewentualność przez myśl nie przeszła. Przyznaję, że 

obserwuję  panią  od  początku  naszej  podróży  i  zauważyłem,  że  pani  jest  jakaś  smutna  i 
przygnębiona. 

Nie zawsze w życiu układa się wszystko tak, jakby człowiek pragnął - powiedziała 

cicho. 

Nie  chciałbym  być  niedyskretny,  ale  mam  wrażenie,  że  pani  wybrała  się  na  tę 

wycieczkę, żeby zapomnieć. 

Żeby zapomnieć - powtórzyła. 

Wydało mu się, że w jej oczach dostrzegł łzy. Odwróciła głowę. Wstał. 

Nie będę już pani przeszkadzał. Sądzę, że chce się pani położyć. Dobranoc. 

Więc pan uważa, że to, co panu powiedziałam o pani Celińskiej, nie ma znaczenia? 

Uważam, że nie ma się czym przejmować. Radzę, żeby pani przestała o tym myśleć. 

Proszę się cieszyć tym pięknem, które nas tutaj ze wszystkich stron otacza; Zapomnijmy o 

zmartwieniach, 

o  kłopotach,  o  naszym  codziennym  życiu.  Niech  pani  spróbuje 

wyabstrahować się z rzeczywistości i przenieść się na te kilka dni w zupełnie inny świat, w 
ubiegłe stulecia. To, co tutaj oglądamy, sprzyja takim nastrojom. 

A mówiłam, że pan jest romantykiem. Uśmiechnął się. 

background image

Myślę, że chyba każdy jest w pewnych momentach trochę romantykiem. Mówiąc to 

wszystko, chciałem pani jakoś dopomóc. Po prostu podzieliłem się z panią moimi własnymi 
wrażeniami  i  odczuciami.  Jechałem  na  tę  wycieczkę  z  mocnym postanowieniem,  żeby 
właśnie oderwać się od rzeczywistości. Pragnąłem przeżyć tę moją „wielką przygodę”, że się 
tak patetycznie wyrażę, ponadczasowo. Zerwać na te dwa tygodnie wszystkie więzy, łączące 
mnie z szarzyzną dnia powszedniego. I chyba to mi się udało. Czuję dla pani dużo sympatii i 
dlatego radzę, żeby pani spróbowała podobnie podejść do tej naszej fantastycznej podróży. 
Wyciągnęła do niego rękę. 

Dziękuję. Jest pan naprawdę bardzo, bardzo dobry. Dziękuję. 

Mocno uścisnął wąską, delikatną dłoń. 

-  Odwagi, pani A

nno. Niech się pani nie poddaje melancholijnym nastrojom i niech 

pani nie zawraca sobie głowy żadnymi straszakami. Dobranoc. 

Wyszedł. Na korytarzu poczuł, że serce mu jakoś żywiej bije. Już dawno nie był w 

takim nastroju. Czyżbym na stare lata...? - pomyślał i uśmiechnął się. Nigdy nie przypuszczał, 
że może być jeszcze zdolny do jakichś żywszych uczuć. Emeryt. Zabawna historia. 

Więckowski w swojej błękitnej pidżamie leżał na tapczanie i czytał gazetę. Na widok 

swojego współlokatora odłożył „Corriere delia Sera” i podniósł się. 

No  i  niech  pan  powie,  co  za  historia  z  tym  Gródeckim.  Okazuje  się,  że  tutaj  jest 

rzeczywiście niezbyt bezpiecznie. 

- Uhm... - 

mruknął Downar i zaczął się rozbierać. Fotograf spojrzał uważniej. 

Odnoszę wrażenie, że pan w stosunku do mnie zrobił się jakiś podejrzliwy. 

Dlaczego pan tak sądzi? 

Tak mi się wydaje. Intuicja. Czy pan nie wierzy mnie i Gródeckiemu? 

- Te wasze 

kłamstwa są szyte bardzo grubymi nićmi - stwierdził spokojnie Downar. 

Dlaczego mielibyśmy kłamać? W jakim celu? 

Tego nie wiem. Na razie nie mam zamiaru zajmować się tą sprawą. Zupełnie mnie 

nie interesuje, kto, kiedy i z jakiego powodu strzelał do Gródeckiego. 

Czy  ma  pan  może  jakąś  swoją  własną,  „fachową”  hipotezę,  dotyczącą  tej 

strzelaniny? A może mnie pan o coś podejrzewa? Proszę powiedzieć zupełnie szczerze. 

Downar zmierzył mówiącego niechętnym spojrzeniem. 

Powiedziałem panu przed chwilą, że nie mam zamiaru zajmować się tą sprawą. Nie 

po to pojechałem: na wycieczkę do Włoch, żeby bawić się w jakieś „hipotezy”. Dajmy temu 

spokój. 

Przykro mi, że pan stracił do mnie zaufanie, bo przecież... 

background image

- Dajmy temu spokój - 

powtórzył energiczniej Downar i poszedł się myć. 

Kiedy już zgasili światło, Więckowski odezwał się nieśmiało: 

- Czy pan przypusz

cza, że to ja strzelałem do Grodeckiegó? 

Downar niecierpliwie poruszył się na tapczanie. 

- Ja nic nie przypuszczam i niech mi pan wreszcie 

nie zawraca głowy. Dobranoc. 

Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, podszedł do Downara Kozłowski. 

Chciałbym  z  panem  zamienić  kilka  słów.  Ale  kiedy? Zaraz, zaraz. W tej chwili 

jedziemy zwiedzać miasto. Po obiedzie czas wolny. To może po obiedzie? 

- Dobrze - 

zgodził się Downar. - Jeżeli to konieczne. 

Pragnę zasięgnąć pańskiej rady. Nie mam z kim pomówić na ten temat, a pan, jako... 

- Dobrze, dobr

ze. Po obiedzie spotkamy się w hallu.; Pójdziemy gdzieś na kawę. 

O, właśnie - ucieszył się Kozłowski. - Bardzo panu dziękuję. 

Przed  hotelem  czekała  już  cała  grupa,  żeby  pójść  do  autokaru.  Rozmowy  były 

ożywione, a ten i ów próbowali naśladować włoską gestykulację. 

Kozłowski zapędził wszystkich do autokaru. Ruszyli. 
Downar stracił humor. Usiłował zachwycać się urokami Wiecznego Miasta, ale jakoś 

nie potrafił uwolnić się od natrętnych myśli. To już nie był ten nastrój, co w Wenecji czy we 

Florencji. Wielolet

nia rutyna dawała! 

mu  się  we  znaki.  Nie  mógł  zapomnieć  o  Gródeckim,  Więckowskim  i  o  tej  bardzo 

niewyraźnej sprawie. Nie miał oczywiście wątpliwości, że kłamali. Ale co się kryło za tą całą 
historią?  Jakaś  poważniejsza  afera?  Narkotyki?  Handel  złotem?  Kto  wie, czy Gródecki po 
tym wszystkim nie zostanie we Włoszech? Może będzie się bał wracać do kraju? Psiakrew! 
Nawet  tutaj  nie  dają  mu  spokoju.  Był  przekonany,  że  w  czasie  tej  wycieczki  całkowicie 
oderwie się od problemów kryminalnych. A niech to wszyscy diabli! Wrócili na obiad. Anna 
usiadła koło niego. 

Jakie wrażenia wywiezie pani z Rzymu? - spytał. Uśmiechnęła się. 

Znam Rzym. Byłam tu już parę razy. Zawsze wyjeżdżam z tego miasta z uczuciem 

żalu. Chociaż muszę przyznać, że teraz Rzym ogromnie stracił na swym uroku. Przerażający 
rozwój  motoryzacji  zabija  go.  Spaliny  niszczą  zabytki  architektury,  rzeźby.  Widział  pan 
Koloseum  podparte  drągami.  Pomnik  Marka  Aureliusza  rozsypie  się  kiedyś.  Technika 
zaczyna  się  obracać  przeciwko  człowiekowi.  Grozi  zagładą  miastom, zabytkom sztuki i 
wreszcie całej naszej zmęczonej planecie. Ale nie mówmy o rzeczach smutnych. 

Właśnie. Nie mówmy o rzeczach smutnych - przytaknął skwapliwie Downar. Sięgnął 

po butelkę i napełnił szklanki winem. - Pani zdrowie.  

background image

Spojrzała na niego uważnie. 

Mam wrażenie, że pan jest dzisiaj jakiś inny. 

- To znaczy? 

Może  się  mylę,  ale  wyczuwam  w  panu  napięcie  nerwowe.  Czy  ma  pan  jakieś 

kłopoty? 

Roześmiał się. 

Nie. Skądże znowu. Nie mam żadnych kłopotów. Wypiła łyk wina. 

Przepraszam,  że  się  tak  wypytuję,  ale  nie  chciałabym,  żeby  pan  był  smutny. 

Wystarczy, że ja jestem smutna. 

Czy można temu jakoś zaradzić? Potrząsnęła głową. 

Nie.  Podobno  czas  goi  wszystkie  rany.  Bardzo  na  to  liczę.  Czy  pan  wie,  że  jutro 

odlatujemy do Palermo? 

- Tak, Wiem. Znaj

dziemy się w siedzibie mafii, Sycylia. 

Uśmiechnęła się. 

Nie sądzę, żebyśmy nawiązali kontakt z mafią. To mogłoby być interesujące, ale... 

Prawdopodobnie  maj

ą  do  załatwienia  pilniejsze  sprawy,  aniżeli  zajmowanie  się  polskimi 

turystami.  

Downar wypił spory łyk wina. 

Cieszę  się,  że  pani  odzyskuje  dobry  humor.  I  całkowicie  się  z  panią  zgadzam,  że 

chyba nie potrzebujemy obawiać się sycylijskiej mafii. 

Pod koniec obiadu Downar przypomniał sobie, żl umówił się z Kozłowskim. To mu 

znowu popsuło nastrój. Winogrona wydały mu się jakieś dziwnie cierp, kie. Perspektywa tej 
rozmowy wcale go nie zachwycała. Wolałby oczywiście zdrzemnąć się chwilę, odpocząć. Nie 
było jednak rady. Słowo się rzekło. 

Kozłowski czekał w małym saloniku, przylegającym do recepcji. Był zdenerwowany i 

co chwila przygładzał dłonią zmierzwioną czuprynę. Zerwał się z kanapki. 

Cieszę się, że pan przyszedł. Nie byłem pewien, czy pan nie zapomniał o naszym 

spotkaniu. Dziękuję. Może wyjdziemy stąd, bo nie chciałbym... 

Oczywiście - przytaknął Downar. - Chodźmy. Poszli na Stazione Termini. Tu było 

najbliżej. Bez 

trudu  znaleźli  wolny  stolik  w  dużej  kawiarni.  Błyskawicznie  zjawił  się  przed  nimi 

kelner  w  białej,  mocno  wykrochmalonej  kurtce.  Zamówili  kawę,  a  kiedy  młody  człowiek 
postawił przed nimi filiżanki, Kozłowski chrząknął i wyjął z kieszeni gazetę. 

- Niech pan spojrzy. 

background image

Nie znam włoskiego - wyjaśnił Downar. 

A,  prawda.  Zapomniałem.  Przepraszam.  Zaraz  panu  przetłumaczę.  Może  się  pan 

troszkę  nachyli.  Nie  chcę  tak  głośno.  Tytuł  tej  notatki  jest  taki:  „Dramat  głośny  czy 

porachunki gangsterskie”. A pod spodem tekst: „Wczoraj w godzinach wieczornych 

znaleziono  W  okolicy  Frascati  zwłoki  niejakiego  Gaetano  Serpotta.  Młody  człowiek  został 

zastrzelony w luksusowym samochodzie Alfa Romeo, zaparkowanym na dro

dze prowadzącej 

do  ruin  willi  Cycerona.  Wstępne  dochodzenie  wykazało  świeże  ślady  krwi  na  trawie  w 
pobliżu  amfiteatru,  znajdującego  się  nie  opodal  willi  Cycerona.  Śledztwo  w  tej  sprawie 

prowadzi znany ze swej energii komisarz Giovanni Valdelli”. 

Kozłowski skończył tłumaczyć tekst notatki i spojrzał na Downara. 

- No i co pan na to? 

Downar wzruszył ramionami. 

Cóż ja? Nic. Niech się martwi włoska policja. 

Czy nie uważa pan, że to morderstwo może się w jakiś sposób łączyć ze zranieniem 

Gródeckiego? 

- Nie 

wiem. Przyznam się panu, że mnie ta sprawa zupełnie nie interesuje. 

Kozłowski jednak nie dawał za wygraną. 

To, co wczoraj opowiadali Więckowski i Gródecki, nie wydało mi się wiarygodne. A 

pan jak to odebrał? 

Łgali, oczywiście - odparł obojętnie Downar i skończył pić kawę. 

- Ale w jakim celu? 

-  Nie  mam 

pojęcia.  I coś panu powiem, panie kierowniku. Nie mam najmniejszego 

zamiaru bawić się tu w prowadzenie śledztwa. Pojechałem na wycieczkę dla przyjemności, a 
nie  służbowo.  Zresztą  przeszedłem  już  na  emeryturę  i  nie  chcę  słyszeć  o  żadnych 

kryminalnych aferach. 

Kozłowski, zafrasowany, podrapał się za uchem. 

Sam nie wiem, co robić. Czy po powrocie do Polski powinienem złożyć raport w tej 

sprawie, zawiadomić nasze władze? 

Jak pan uważa. Sądzę jednak, że chyba tak. Powinien pan ten wypadek zreferować 

dyrekcji „Orbisu 

a oni niech już sobie robią, co chcą. Proponuję, żebyśmy wrócili do hotelu. 

Podczas kolacji pojawiła się „Babcia”. Wyglądaj bardzo elegancko. Miała misternie 

ułożoną fryzuj i pachniała mocnymi perfumami. Robiła takie wrażenie, jakby przed chwilą 
wyszła z gabinetu kosmetycznego. 

A więc jutro do Palermo! - wykrzyknęła wesoło. 

background image

Rozdział V Citta del Marę 

dole morze gładkie, ciemnostalowe jak zbroja średniowiecznego rycerza. Skrawki 

lądu tu i ówdzie błyszczą pierwszymi światłami. W oddali widać białą plamę. To statek. 

Samolot  nie  jest  zbyt  luksusowy,  jeden  z  tych,  co  to  kursują  na  lokalnych  liniach. 

Warkot motorów bliski, natrętny. 

Downar  miał  ochotę  usiąść  koło  Anny,  ale  Więckowski,  z  właściwą  sobie 

przedsiębiorczością,  narzucił  mu  od  razu  swoje  towarzystwo.  Wczorajsze  przeżycia  nie 
wywarły  na  nim  najwidoczniej  większego  wrażenia.  Znowu  był  pogodny,  chętny  do 
rozmowy, pełen werwy. 

Cieszę się, że się tak razem, we dwóch, trzymamy - powiedział wesoło. 

- Uhm - 

mruknął Downar. Fotograf spojrzał uważniej. 

Mam wrażenie, że pan dzisiaj jakiś nie w sosie. Czy coś się stało? 

Nie, nic się nie stało. 

To dlaczego taki kwaśny humorek? - nastawał Więckowski. 

Znowu niezbyt dobrze spałem. Może dlatego. 

-  Ja 

też  bardzo  kiepsko  spałem  -  podchwycił  z  ożywieniem  fotograf.  - 

Prawdopodobnie  ta  wczorajsza  przygoda  Gródeckiego...  Przykro  mi,  że  pan  tak  jakoś 
podejrzliwie ustosunkował się do tej sprawy, bo przecież... 

Może już nie będziemy mówić na ten temat - zaproponował Downar. - Myślę, że to 

nie ma sensu. 

Jak pan sobie życzy. Widzi pan tych facetów? 

Downar, który dotychczas wyglądał przez okno, dopiero teraz zauważył, że zamiast 

przystojnych,  uśmiechniętych  dziewcząt  obsługują  pasażerów  młodzi  ludzie  o  poważnych, 
pełnych skupienia twarzach. 

Więckowski pochylił się i szepnął tajemniczo: 

Tajniacy. Widocznie boją się jakiejś rozróby w Palermo. Niech pan spojrzy, jak się 

badawczo przyglądają podróżnym. Założę się, że każdy z nich ma pistolet pod pachą. Chyba 

jedna

k dolecimy na miejsce bez żadnych przygód. Obstawa jest solidna. 

Był pan kiedy na Sycylii? 

Downar potrząsnął głową. 

- Nie, nigdy. 

Ciekawy kraj, ale niezbyt bezpieczny. Nie daj Boże podpaść mafii. Koniec. Nawet 

cała armia karabinierów takiemu nie pomoże. Mafii boją się i karabinierzy, i prokuratorzy, i 

background image

sędziowie, a nawet członkowie parlamentu. To  cholerna organizacja. Wszędzie mają swoje 

wtyczki. 

Boi się pan? - uśmiechnął się Downar. Więckowski żachnął się. 

Skądże znowu. Dlaczego miałbym się bać? - Nagle spochmurniał i zmarszczył brwi, 

jakby go zaabsorbowała jakaś niewesoła myśl. - Dlaczego miałbym się bać? - powtórzył. - 
Nikomu się przecież nie naraziłem. Ostatni raz byłem na Sycylii trzy lata temu. Z mafią nigdy 
nie miałem nic wspólnego. Chyba mi pan wierzy. 

Wierzę panu - powiedział obojętnie Downar i znowu zaczął wyglądać przez okno. 

Nudziła go ta gadanina. Był wściekły, że akurat ten facet przyczepił się doi niego, Psuło mu 

to c

ałą przyjemność. Więckowski najwyraźniej miał coś na sumieniu i szukał oparcia i opieki. 

Pytanie zostało zadane ledwie dosłyszalnym szeptem: 

Czy ma pan broń? Downar spojrzał zdumiony. 

Chyba pan oszalał. A na co mi broń na wycieczce orbisowskiej? 

Oczywiście,  oczywiście  -  zaśmiał  się  niezbyt  szczerze  Więckowski.  -  Głupstwa 

plotę.  Proszę  mi  wybaczyć.  Nikt  się  nie  wybiera  na  wycieczkę  uzbrojony.  Nonsens.  Tak 
czasem coś lapnę bez zastanowienia, Pardon. 

Downar nie zareagował. Przechylił w tył głowę i przymknął oczy. 
Było już zupełnie ciemno, kiedy samolot wylądował w Palermo. Dość długo czekali 

na bagaże. Wreszcie na kolistej taśmie zaczęły się pojawiać walizki. 

Kozłowski, jak zawsze energiczny, sprawdził, czy nikogo nie brakuje, i dał sygnał do 

wymarszu z lotniska. 

Autokar  już  czekał.  Kierowca,  czarniawy  Sycylijczyk  o  gęstych  kędzierzawych 

włosach, z zaciekawieniem przyglądał się turystom przybyłym z północnego kraju. 

-  To niedaleko - 

wyjaśnił  Więckowski,  sadowiąc  się  koło  Downara.  -  Około 

czterdziestu kilometrów. Zdążymy akurat na kolację. 

I rzeczywiście... 

Sala restauracyjn

a  olbrzymia,  mogąca  pomieścić  kilkaset  osób.  Obsługa  szybka, 

uprzejma, mimo iż widać było, że kelnerzy są zmęczeni całodzienną, intensywną pracą. 

Po kolacji szukanie kwater ukrytych wśród kwiatów, krzewów i drzew. Wznoszące się 

szerokim półkolem dwu - i trzypiętrowe pawilony w świetle latarń i lampionów wyglądały 
trochę nierealnie i tajemniczo. 

Downar i Więckowski stosunkowo szybko odnaleźli swój pokój. Przed drzwiami stały 

już ich walizki. 

- Dobra organizacja - 

pochwalił Downar. Więckowski uśmiechnął się. 

background image

W ogóle tu jest pierwszorzędnie. Zobaczy pan jutro, za dnia. A  co za  żarcie! Nie 

będzie pan wiedział, za co się łapać. Szwedzki stół. 

Był pan już tutaj? 

Gdzie  ja  nie  byłem,  panie  kochany,  gdzie  ja  nie  byłem.  Kręci  się  człowiek  po 

świecie, jak ten Żyd wieczny tułacz. Trochę tu, trochę tam. 

I bez trudu dostaje pan paszport na takie częste wyjazdy? 

Przeważnie  jeżdżę  służbowo.  Robię  zdjęcia  dla  różnych  czasopism,  do  książek. 

Lubię  to.  W  ogóle  lubię  ruch  w  interesie.  Teraz  wyjątkowo  wybrałem  się  z  orbisowską 
wycieczką, prywatnie, zupełnie prywatnie. Przynajmniej raz nie mam żadnych obowiązków 
na głowie. Czasem coś tam sobie pstryknę, ale bardzo mało. Trzeba przecież trochę odpocząć 

od pracy zawodowej. 

Niewątpliwie - przytaknął Downar. - Każdy powinien od czasu do czasu wypocząć 

od pracy zawodowej. A teraz może rozpakujemy walizki i spróbujemy się przespać. 

Nareszcie  nie  będzie  żadnego  zwiedzania  -  roześmiał  się  Więckowski.  -  Żadnych 

muzeów,  żadnych  galerii,  żadnych  kościołów.  Sześć  dni  całkowitego  wypoczynku. Co za 

rozkosz! 

Rano  Downar  obudził  się  bardzo  wcześnie.  Wyszedł  w  pidżamie  na  taras.  Widok, 

który się przed nim roztaczał, oszołomił go. 

Na  ogromnej  skarpie,  wznoszącej  się  kilkaset  metrów  ponad  błękitną  taflą  morza, 

stworzono  przepiękny  ogród,  pełen  krzewów,  kolorowych  kwiatów  i  pinii. 
Czerwonoamarantowe  pęki  bougeiwille  pięły  się  po  białych  ścianach  pawilonów, ogromne 

aloesy o powy

ginanych liściach przykuwały wzrok swą egzotyką,; kolczaste opuncje i agawy, 

porastające  kamieniste  zbocza, przypominały  o  autentycznym  krajobrazie  Sycylii.  Złocisty 
krąg słońca wolno podnosił się nad horyzontem. 

Downar tak się zapatrzył na ten czarodziejski ogród, że nie posłyszał za sobą kroków. 

Ładny widoczek z tego tarasu, co? - odezwał się Więckowski. 

Downar drgn

ął. 

Pięknie tu. 

Tylko,  że  to  wszystko  lipa  -  skrzywił  się  fotograf.  -  Sztucznie zrobili ten „rajski 

ogród” dla uciechy turys

tów.  Kosztowało  to  kupę  forsy.  Musieli  nawieźć  ziemi  pod  te 

wszystkie kwiaty i krzewy. A teraz, żeby to utrzymać, muszą się porządnie napracować. Ale 

trzeba 

przyznać, że zorganizowali z pomyślunkiem. Wcześnie pan wstał dzisiaj. 

Tak,  dosyć  wcześnie  -  mruknął  Downar,  zły,  że  mu  Więckowski  zepsuł  nastrój. 

Poszedł do łazienki i zabrał się do golenia. 

background image

Śniadanie jedli w tej samej sali, w której wczoraj wieczorem byli na kolacji. 

Na razie bułeczki, serki, dżemy i herbatka - powiedział fotograf, smarując masłem 

rogalik.  - 

Dopiero  zobaczy  pan,  co  dadzą  na  obiad.  Szwedzki  stół.  Można;  się  najeść  za 

wszystkie czasy. Wina skolko ugodno, tylko nie wolno 

wynosić. Konsumpcja na miejscu. 

Po śniadaniu Downar wrócił do pokoju, włożył kostium kąpielowy i poszedł na basen. 

Zobaczył Annę,; wyciągniętą na leżaku. 

Dzień dobry. 

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się. 

Ach, to pan. Dzień dobry. Jak się pan czuje w Citta del Mare?  

Wspaniale.  Zupełnie  tak,  jakbym  się  nagle  znalazł  w  zaczarowanym  ogrodzie  z 

bajki. 

Ja odnoszę takie samo wrażenie. Wszystko tu jest nierealne. Nasz świat został gdzieś 

bardzo, bardzo daleko, nasuwa się nawet pytanie, czy w ogóle jeszcze istnieje. 

Zapewniam panią, że istnieje - powiedział wesoło Downar. - I za sześć dni do niego 

wrócimy, a nasza wycieczka bardzo prędko ucieknie w przeszłość, stanie się wspomnieniem. 

- Niech mnie pan nie martwi - 

poprosiła. - I niech pan sobie weźmie leżak. Stoją tam, 

przy barierze. 

Podszedł do bariery i spojrzał w dół. Ukwiecone tarasy spływały ku granatowej tafli 

morza,  roziskrzonej  złotą  łuską,  utkaną  z  promieni  słonecznych.  Powietrze  było  czyste, 
łagodne, pozwalające sięgnąć wzrokiem daleko, aż do linii horyzontu. 

Wziął leżak i wrócił do Anny. 

Ale może ja pani przeszkadzam? Potrząsnęła głową. 

Gdyby  mi  pan  przeszkadzał,  to  przecież  nie  zaproponowałabym,  żeby  pan  usiadł 

koło mnie. 

Usadowił się wygodnie, zwracając twarz ku słońcu. 

Zdaje się, że się tutaj wspaniale opalimy. Czy pani pływa? 

Tak. Ale do basenu wejdę trochę później, jak będzie jeszcze cieplej. 

Umilkli.  Downar  rozkoszował  się  tym  dolce far niente.  Zwiedzanie Wenecji, 

Florencji, Sieny, Rzymu było bardzo intensywne, męczące. Za to teraz całkowity, wspaniały 

relaks. 

I nagle znaleźliśmy się w rajskim ogrodzie - powiedział. 

Spojrzała na niego z wesołym błyskiem w oczach. 

Całe  szczęście,  że  tu  nie  ma  jabłoni.  Kto  wie,  czy  nie  sięgnęłabym  po  zakazany 

owoc. 

background image

Sądzę, że nowoczesna kobieta może się obejść bez jabłka. 

Jestem tradycjonalistką. 

Czyżby? Nie wygląda pani na osobę przywiązującą zbyt dużą wagę do tradycyjnych 

form. Jest pani artystką, a artyści... 

Co artyści? 

Wydaje mi się, że przede wszystkim artyści dążą do zerwania z wszelkiego rodzaju 

konwenansami. 

Uśmiechnęła się. 

Należy unikać uogólnień. To są sprawy bardzo indywidualne. A zresztą, każda chyba 

epoka ma swoje konwenanse, które są zwalczane przez gniewną, buntowniczą młodzież, nie 
zdającą sobie sprawy z tego, że na miejsce starych konwenansów, starych form współżycia 
między ludźmi przychodzą nowe, kostniejące równie szybko jak te stare. 

Widzę, że pani jest w filozoficznym nastroju. 

Nie.  Po  prostu  sama  kiedyś  należałam  do  tej  buntowniczej  młodzieży,  pragnącej 

p

rzewracać świat do góry nogami. 

To chyba było nie tak dawno. 

Bardzo dawno. Nie wyobraża pan sobie jak dawno. Od tamtych lat w moim życiu 

dużo się zmieniło, bardzo dużo. I w tej chwili na pewne zagadnienia patrzę zupełnie inaczej. 

Ale nie mówmy o mnie. 

To  nieciekawy  temat.  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  pan  wierzy,  w 

zbrodnię doskonałą. 

Był zaskoczony. 

- Dlaczego pani o to pyta? 

Tak  sobie.  Bez  żadnych  ukrytych  intencji.  Czytam  właśnie  jakiś  kryminał  i... 

Zastanawiałam się, czy można popełnić zbrodnię doskonałą. 

Downar nieznacznie wzruszył ramionami. 

Bo ja wiem. Zapewne można popełnić zbrodnię doskonałą, ale to nie takie proste. 

Oczywiście,  że  wiele  zbrodni  pozostaje  nie  wykrytych.  Wynika  to  jednak  przeważnie  z 
nieudolności  prowadzących  śledztwo.  Czyżby  pani  miała  zamiar  pozbyć  się  kogoś? 
Roześmiała się. 

Nie wiem. Być może, że miałabym ochotę, ale chyba nigdy nie wystarczyłoby mi 

odwagi. 

Jeżeli  pani  interesuje  się  zbrodniami  doskonałymi,  to  najlepiej  niech  pani 

przekonsultuje to zagadnienie z jakimś fachowcem. 

- A pan nie jest fachowcem? 

background image

Skąd to przypuszczenie? 

Nie wiem. Jak tylko pana zobaczyłam, jeszcze na lotnisku w Warszawie, to zaraz 

przyszło mi na myśl, że nadałby się pan do roli Sherlocka Holmesa. 

Roześmiał się. 

Nie  bardzo  rozumiem,  skąd  to  skojarzenie.  Nie  mam  żadnych  wspólnych  cech  z 

bohaterem Conan Doyla. Nie palę fajki, nie gram na skrzypcach, nie przyjaźnię się z żadnym 
lekarzem, nie posługuję się metodę dedukcji. 

A jaką się pan metodą posługuje? - spytała podchwytliwie. 

Żadną. Po prostu żadną. Wstała z leżaka. 

Chodźmy popływać. 

Pływała bardzo dobrze,  ale Downar bez trudu  wyprzedził ją. Kiedy wyszli z wody, 

miała niezadowoloną minę. 

Ach, ten pański crawl. 

- To najszybszy styl - 

uśmiechnął się, wycierając głowę ręcznikiem. 

- Ja tam 

wolę żabkę. 

Jako żabka jest pani niezrównana. 

Czy tylko jako żabka? 

Czy pani chce, żebym powiedział, że ma pani kształty olimpijskiej bogini? 

Takie stwierdzenie jest zawsze mile widziane, a raczej mile słyszane. 

No,  więc  dobrze.  Moim  zdaniem  tak  właśnie  musiała  wyglądać  piękna  Helena,  o 

którą walczono pod Troją. 

Zaczyna pan robić postępy w prawieniu komplementów. 

Mam nadzieję, że mając taką nauczycielkę, bardzo dużo skorzystam. 

Rozmawiali czas jakiś o niczym, aż wreszcie Downar spojrzał na zegarek. 

Mile nam się gawędzi, ale zdaje się, że trzeba już się trochę przyodziać do obiadu. 

Po tym pływaniu nabrałam apetytu - powiedziała Anna, wstając z leżaka. 

Downar  dziarskim  krokiem  ruszył  wąską  alejką,  wysypaną  żwirem.  Dziewczyna 

rzeczywiście podobała mu się i byłby bardzo zadowolony ze spędzonego z nią przedpołudnia, 
ale... Te jakieś dziwne aluzje, dotyczące zbrodni doskonałej, zaniepokoiły go. Czyżby i ona 
już wiedziała? - myślał, przyspieszając kroku. - Czyżby Więckowski się wygadał? Zrobiłem 

ws

zystko,  żeby  nikt  z  uczestników  wycieczki  nie  wiedział  o  mojej  pracy  zawodowej,  a 

tymczasem... Kozłowski, Więckowski, teraz może i Anna... Niech to wszyscy diabli! 

background image

Dobiegły  go  znajome  głosy.  Siedzieli  w  małej  altance,  misternie  skonstruowanej  z 

pnących roślin. Chciał ich minąć, ale to, co posłyszał, zmusiło go do zatrzymania się za pniem 
karłowatej pinii. 

Ja bym ci radziła truciznę - powiedziała pani Celińska.  

Myślałem o sztylecie - zabrzmiał charakterystyczny bas Gałeckiego. 

Trucizna lepsza, dużo lepsza - upierała się „Babcia”. - Trzeba tylko wykombinować 

coś trudno wykrywalnego. Jak wrócimy do Warszawy, zaraz porozumiem się z Tadeuszem. 
On się zna na tych rzeczach. 

Tylko błagam cię, zrób to ostrożnie. Żeby się nie domyślił. 

Bądź spokojny. Nie domyśli się. No, trzeba się przyszykować do obiadu. Chodź. 

Downar  pospiesznie  zeszedł  w  dół  i  okrężną  drogą  dotarł  do  pawilonu,  w  którym 

mieszkał. Był oszołomiony. Nie miał całkowitej pewności, czy go nie widzieli, więc może to 
tylko jakiś głupi kawał. A jeśli nie? To kogo, u licha, ci starzy chcą truć? 

W  pokoju  zastał  Więckowskiego.  Fotograf  był  już  ubrany  w  elegancki  garnitur  z 

błękitnego tropiku. Właśnie skrapiał się obficie wodą kolońską. 

Gdzież to się pan podziewał? - spytał wesoło. 

Pływałem trochę w basenie, opalałem się. 

A  ja  wypuściłem  się  na  maleńki  podryw.  Dziewczyny  tutaj,  że  palce  lizać.  Tylko 

czekają.  Umówiłem  się  z  jedną  na  wieczór.  Pójdziemy  potańczyć.  Jakby  pan  sobie  jakąś 

pr

zygadał, to moglibyśmy pójść we czwórkę. 

-  Chyba nie -  powiedzia

ł  z  uśmiechem  Downar.  -  Nie jestem taki szybki do 

podrywania  dziewczyn.  Poza  tym  kiepsko  tańczę.  Na  razie  idę  pod  prysznic  i  muszę  się 
trochę przyodziać do obiadu. Wprawdzie nie mam takiego eleganckiego stroju, jak pan, ale 
myślę, że w sportowej koszuli mnie wpuszczą. 

Oczywiście. W kąpielówkach nie wolno, ale w koszuli... Zaczekam na pana. 

Dotychczas  „szwedzki  stół”  był  dla  Downara  pustym,  pozbawionym  jakiejkolwiek 

treści dźwiękiem. Dopiero kiedy sympatycznej dziewczynie podał swój obiadowy numerek i 

znal

azł się po drugiej stronie szklanych drzwi, zorientował się, co to znaczy. 

Dookoła ogromnej sali poustawiano długie stoły, uginające się pod najrozmaitszymi 

specjałami. Wszelkiego  rodzaju sałatki, z krabów, z ośmiornic, z ananasów, z bakłażanów, 

rozmaite g

atunki ryb w pikantnych sosach, warzywa, oliwki, pomidory. Kucharze w białych 

kitlach kroili smakowite mięsiwa, ogromne plastry rozbefów, cielęcinę i pieczony drób. 

background image

Samoobsługa. Każdy brał talerz, albo nawet dwa talerze, sztućce i sam nakładał sobie 

potraw

y. Przybysze z Polski byli tak oszołomieni tym zaopatrzeniem, że w pierwszej chwili 

nie wiedzieli, co brać. 

Widzi pan, jaka wyżerka - powiedział Więckowski. - To rozumiem. I bez żadnych 

ograniczeń. Może pan sobie dokładać, ile dusza zapragnie, a raczej, ile się w żołądku zmieści. 
Łapiemy się za tę sałatkę z ananasów. Polecam. Pyszności. Jak nam będzie mało, to jeszcze 
wrócimy. A teraz chodźmy. 

Z  pełnymi  talerzami  weszli  przez  oszklone  drzwi  do  ogromnej  sali,  w  której 

poprzedniego  dnia  jedli  kolację.  Długie  stoły,  nakryte  obrusami,  koszyki  z  pieczywem, 
butelki z winem białym i czerwonym. 

Tutaj trudno nie przytyć - uśmiechnął się Więckowski, nalewając wino do szklanek. 

W  Warszawie  trzeba  będzie  zrzucić  nadwagę.  Mówi  się  trudno.  Nie  sposób  przecież 

zrezyg

nować z tych przeróżnych smakołyków. A muszę się przyznać, że lubię dobrze zjeść. 

Nie wątpię w to - przytaknął Downar. 

Ciekawie  rozglądał  się  po  tym  gigantycznym  przybytku  zbiorowego  żywienia  i 

podziwiał znakomitą organizację. Kelnerzy błyskawicznie zbierali brudne talerze, ustawiając 
je na zgrabnych wózkach. Wszystko tu odbywało się szybko, sprawnie i uprzejmie. 

Po  obiadku  proponuję  maleńką  drzemkę  -  powiedział  Więckowski,  ponownie 

napełniając szklaneczki winem. - A wieczorkiem może się gdzieś wypuścimy. Kolacja już nie 
jest samoobsługowa. Coś podadzą do jedzenia, ale na ogół karmią tu zupełnie przyzwoicie. 
Wszelkich  atrakcji  także  nie  brakuje,  kina,  dancingi,  telewizja,  występy  folklorystyczne, 
zaciszne  tawerny.  A  jeżeli  jest  pan  amatorem  sportu,  to  może  pan  grać  w  tenisa,  w  ping-
ponga, wynająć żaglówkę, jeździć na nartach wodnych. Trzeba im oddać sprawiedliwość, że z 
pomyślunkiem to zorganizowali. Mają smykałkę do tych rzeczy. Kupę forsy to kosztowało, 
ale procentuje jak cholera. Opłaca się w takie coś zainwestować kapitał. Żeby tak u nas. Mój 
Boże. 

Downar z roztargnieniem słuchał paplaniny fotografa. Rozmowa, którą przypadkowo 

podsłuchał,  nie  dawała  mu  spokoju.  Przez  cały  czas  wycieczki  nie  zauważył,  żeby  pani 
Celińska  kontaktowała  się  z  owym  ponurym  typem  o  drapieżnej,  sępiej  twarzy.  Aż  teraz 
nagle... Doradza mu użycie trucizny i zaofiarowuje swą pomoc w zdobyciu jej. Co to może 
znaczyć, do diabła? Głupi żart? Ale w jakim celu? 

Automatycznie wypił trzy  szklanki wina i poczuł, że trochę mu się kręci w głowie. 

Porcja słońca w połączeniu z alkoholem zrobiła swoje. Doszedł do wniosku, że w tej sytuacji 

poobiednia drzemka jest nieodzowna. 

background image

Więckowski triumfował. 

A widzi pan. Mówiłem, że po tym szwedzkim stole trzeba się chwileczkę kimnąć. 

Jeszcze nie jesteśmy zaaklimatyzowani i nie przyzwyczajeni do takiej wyżerki. 

Maleńka drzemka przeciągnęła się do wieczora. Ledwo zdążyli na kolację. 

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - 

pocieszał swojego towarzysza Więckowski. - Kto 

śpi, nie grzeszy. A wypoczynek po tych wszystkich wrażeniach nam się należał. 

Kiedy wchodzili do sali jadalnej, do Downara podszedł Kozłowski. 

Po kolacji chciałbym z panem zamienić kilka słów. Downar spojrzał niespokojnie. 

Znowu jakieś kłopoty? 

Coś w tym rodzaju. Może spotkamy się na dole, w kawiarni. 

- Dobrze. 

Więckowski stracił nagle humor i swą niedawną werwę. Niechętnie jadł faszerowane 

bakłażany w sosie pomidorowym. Często sięgał po butelkę z winem. 

Niech pan uważa, bo się pan upije - przestrzegł go Downar. 

No to co? Najwyżej się upiję. Nie wolno mi czy jak? 

Fotograf najwyraźniej był już trochę pod gazem. Downar wzruszył ramionami. Nie 

miał  najmniejszego  zamiaru  występować  w  roli  niańki.  Zdziwiła  go  zmiana  nastroju  jego 
współlokatora, ale ostatecznie... 

Po  kolacji  zeszedł  na  dół  i  usiadł  na  kawiarnianym  tarasie.  Niebawem  pojawił  się 

Kozłowski,  niosąc  wysoką  szklankę,  napełnioną  jakimś  ciemnym  płynem.  Kostki  lodu 
pobrzękiwały rytmicznie. 

Co pan wziął? Lemoniadę? - skrzywił się kierownik. - Trzeba było zafundować sobie 

„amaro”. Dużo lepsze. Pomaga w trawieniu. 

Na przyszłość tak zrobię - uśmiechnął się Downar. 

-  Nie jestem jeszcze zorientowany w tych wszystkich trunkach. Ale chyba nie o 

alkoholach chciał pan ze mną rozmawiać. 

To prawda. Nie o alkoholach. Znowu mam kłopoty z naszą nieznośną „Babcią”. 

Co się stało? 

Kozłowski potrząsnął lodem w szklance. 

Niech pan sobie wyobrazi, że zwiała. 

Jak to zwiała? 

Zwyczajnie. Przyjechał podobno po nią jakiś facet luksusowym wozem. Wsiadła i 

pojechała. 

Kto to panu powiedział? 

background image

-  Pani 

Anna  Toczycka.  „Babcia”  prosiła  ją,  żeby  mnie  zawiadomiła,  że  przez 

najbliższe dwa dni będzie nieobecną. 

- Szalona staruszka - 

roześmiał się Downar. Kozłowski nie podzielał jego wesołości. 

Pan się śmieje, a ja nie wiem, co robić. 

A co pan ma robić? 

-  W

łaśnie  nie  wiem.  Jako  kierownik  grupy  jestem  odpowiedzialny  za  każdego 

uczestnika wycieczki. Bardzo mnie ta sprawa niepokoi. 

Przecież jej nie porwali - zauważył Downar. 

- To prawda. Pani Toczycka 

widziała, jak odjeżdżała z tym Włochem. Podobno była 

w dos

konałym humorze.  

Downar skończył pić swoją lemoniadę. 

No,  cóż...  Wydaje  mi  się,  że  niepotrzebnie  się  pan  przejmuje.  Ostatecznie  panią 

Celińską można uważać za osobę dorosłą. Jeżeli chciała się gdzieś wypuścić, to cóż pan może 

na 

to poradzić? Gdyby to było porwanie, to oczywiście należałoby zawiadomić policję, ale w 

tej sytuacji... 

Wyjątkowo pechowa wycieczka, wyjątkowo - mruknął Kozłowski. - Tyle lat pracuję 

w tej branży i jeszcze czegoś takiego nie miałem. Rzucę w czorty tę robotę. Po jaką cholerę 

mam 

się tak denerwować?! O, właśnie idzie pani Toczycka. Pani Aniu! Pani Aniu! 

Dopiero teraz ich zauważyła. Zatrzymała się. 

Nad czym to panowie tak radzą? Kozłowski przysunął krzesło. 

Prosimy. Niech pani na chwileczkę z nami usiądzie. Co pani przynieść do picia? 

Potrząsnęła głową. 

Dziękuję. Przed chwilą wypiłam coca-colę. Ale się pan dzisiaj opalił - powiedziała, 

spoglądając na Downara. - Obawiam się, że czeka pana kiepska noc. Może dać panu trochę 

oliwy albo krem? 

Nie,  dziękuję,  nic  mi nie  będzie  -  uśmiechnął  się  Downar.  -  A ta „opalenizna” to 

może raczej od wina aniżeli od słońca. Przed chwilą rozmawialiśmy o pani. 

- O mnie? 

Właściwie o pani Celińskiej - sprostował Kozłowski. 

Dziwna  kobieta.  Jednego  dnia  robi  takie  wrażenie,  jakby  była  zniadołężniałą 

staruszką, a potem znowu... 

Co  powiedziała  przed  wyjazdem?  -  spytał  Downar  takim  tonem,  jakby  go  bardzo 

mało obchodziła ta sprawa. 

background image

Powiedziała,  że  tutaj,  w  Città  del  Mare,  jest  bardzo  nudno  i  że  się  musi  trochę 

„przewietrzyć”. Prosiła, żeby zawiadomić kierownika, że przez dwa dni jej nie będzie. 

Czy nie wspomniała, dokąd się wybiera? 

Nie. Spytałam ją nawet, ale tylko się roześmiała. 

Podobno ktoś po nią przyjechał. 

Tak. Jakiś Włoch, być może Sycylijczyk. 

Jak wyglądał? 

- Wysoki, postawny, ba

rdzo przystojny, śniady, ogromne czarne oczy. 

Młody? Stary? 

Myślę, że około pięćdziesiątki, czterdzieści kilka. Zresztą, trudno mi powiedzieć, ci 

południowcy różnią się bardzo od naszych mężczyzn. Określić ich wiek nie jest rzeczą łatwą. 

- Czy pani Cel

ińska nie wymieniła jakiegoś nazwiska albo chociaż imienia? 

Anna zastanowiła się. 

Zaraz... zaraz... chwileczkę... Tak. Powiedziała: „Ciao Antonio. Come stai?” 

- A on? 

Słabo znam włoski - uśmiechnęła się - ale to, co zrozumiałam: „Vieni. Sbrighiamoci. 

Non ce tempo da perdere”. 

To  znaczy:  „Chodź.  Pośpieszmy  się.  Nie  ma  czasu  do  stracenia”  -  przetłumaczył 

Kozłowski. 

- Nie ma czasu do stracenia - 

powtórzył Downar i zamyślił się. - No, cóż... pożywiom, 

uwidim. Na razie nie widzę powodu do niepokoju. Z tego można wysnuć taki wniosek, że 
nasza „Babcia” posiada rozległe koneksje na terenie Italii. Jestem przekonany, że i tym razem 
się  znajdzie.  Niech  się  pan  tak  nie  martwi,  panie  kierowniku.  Szkoda  zdrowia.  Ręczę,  że 
„Babcia”  się  pojawi  w  szampańskim  humorze  iże  będzie  zdziwiona,  żeśmy  się  o  nią 

niepokoili. 

- Co za cholerna baba - 

westchnął Kozłowski. 

To  prawda,  że  pani  Celińska  trochę  dziwnie  się  zachowuje  -  przytaknęła  w  nieco 

łagodniejszej formie Anna. - Ciągle są z nią jakieś kłopoty. 

Najważniejsze,  że  w danym wypadku nie mamy do czynienia z raptus puellae - 

uśmiechnął się Downar. 

Na  tym  zakończyli  rozmowę  na  temat  niesfornej  „Babci”.  Kozłowski  przypomniał 

sobie, że z kimś się umówił w snack-barze „La Capannuccia”. Pożegnał się i poszedł. Zostali 

sami, we dwoje. 

background image

Przez dłuższą chwilę milczeli. Nie wiadomo dlaczego, wkradło się między nich jakieś 

niczym nie uzasadnione skrępowanie. Swobodny poranny nastrój znad basenu zniknął. 

Downar  intensywnie  pracował  swym  intelektem,  żeby  powiedzieć  coś  dowcipnego, 

ale, 

jak  na  złość,  nic  odpowiedniego  nie  przychodziło  mu  do  głowy.  Wobec  tego 

zaproponował, żeby się  czegoś napili. Stary wypróbowany sposób nawiązania konwersacji. 
Wstał i niebawem wrócił, niosąc dwie szklanki z owym ciemnobrązowym płynem, który tak 
zachwalał Kozłowski. 

Amaro. Podobno znakomicie pomaga w trawieniu. Skinęła głową. 

To dobry aperitif. Można go pić i przed jedzeniem, i po jedzeniu. 

Jak się pani tutaj czuje? 

Znakomicie.  Ale  przyznaję,  że  trochę  mi  działa  na  nerwy  pani  Celińska.  Te  jej 

ekstrawagancje... 

Będzie pani miała teraz dwa dni wytchnienia. 

To  prawda.  Jednak  jestem  o  nią  trochę  niespokojna.  Właściwie  to  bez  sensu,  ale 

czuję się w jakiś sposób za nią odpowiedzialna. 

Sądzę, że to przesadna wrażliwość - powiedział Downar, mieszając lód w szklance. - 

W stosunku do pani Celińskiej nie ma pani absolutnie żadnych obowiązków. A propos. Czy 
w dalszym ciągu wysyła te tajemnicze listy? 

Tutaj  nie  zauważyłam.  Zresztą  nie  miała  na  to  czasu.  Czy  pan  przywiązuje  jakąś 

wagę do tych szyfrowanych listów? Uśmiechnął się. 

Ja do niczego nie przywiązuję wagi. Proszę mi wierzyć, że taka postawa ogromnie 

ułatwia życie. 

Skończyli pić amaro i Downar zaproponował spacer. Zgodziła się chętnie. 
Wieczór  był  ciepły.  Łagodny  powiew  szedł  od  morza.  Szli  wolno  przez ten 

„zaczarowany ogród”, oświetlony lampionami ukrytymi w zieleni. 

Czy pani także odczuwa nierealność wszystkiego, co nas otacza? 

Skinęła głową. 

Tak.  W  pierwszym  momencie  to  miejsce  wydaje  się  jakąś  baśniową  krainą,  nie 

mającą  nic  wspólnego  z  resztą  świata.  Potem  to  wrażenie  oczywiście  minie.  Wszystko, 
niestety,  powszednieje.  Baśnie  z  tysiąca  i  jednej  nocy  także.  Ale  trzeba  przyznać,  że  ta 
wycieczka została bardzo dobrze pomyślana. Należał nam się całkowity odpoczynek po tym 

intensywnym zwiedzaniu 

Wenecji,  Florencji,  Rzymu.  Chociaż  i  tutaj  nie  obejdzie  się  bez 

zwiedzania. W programie mamy wypad do Palermo i Monreale, ale to już nie będzie takie 
męczące. 

background image

Tylko, że wyrwie nas z tej nierealnej egzystencji. 

Boję się - powiedziała cicho. Spojrzał zdziwiony. 

Czego się pani boi? 

Boję  się  powrotu  do  realnego  świata,  do  codziennego  życia.  Boję  się  powrotu  do 

Warszawy. 

Czy mógłbym w czymś pani pomóc? Energicznie potrząsnęła głową. 

Nie. Ani pan, ani nikt inny nie może mi pomóc. Nie mówmy o tym. 

-  Ja

k  pani  sobie  życzy.  W  każdym  razie  proszę  pamiętać,  że  ma  pani  we  mnie 

serdecznego przyjaciela i że może pani w każdej chwili liczyć na moją pomoc. 

Dziękuję. Ale czy nie uważa pan, że może trochę za wcześnie mówić o przyjaźni? 

Znamy się przecież tak krótko. Rozmawialiśmy ze sobą zaledwie parę razy. 

-  To prawda - 

przyznał  Downar.  -  Nasza  znajomość  rzeczywiście  datuje  się  od 

niedawna. Jednakże zdarza się czasem, że ludzie od razu czują do siebie sympatię, szybko 
znajdują wspólny język, choć bywa i tak, zenie wystarcza przysłowiowa beczka soli, żeby się 
dobrze poznać i nabrać do siebie zaufania. 

Różnie  to  bywa  -  powiedziała  cicho.  -  Nie  zawsze  jest  bezpiecznie  dowierzać 

pierwszemu wrażeniu. Można się fatalnie pomylić. 

Widzę, że pani ma jakieś bardzo przykre doświadczenia. 

Uśmiechnęła się smutnie. 

Proponuję, żebyśmy porozmawiali o weselszych rzeczach. 

Może więc o pogodzie? - roześmiał się Downar. 

Jeżeli nie znajdzie pan bardziej atrakcyjnego tematu... 

Inicjatywę oddaję w pani ręce. O czym chciałaby pani ze mną rozmawiać? 

- O panu. 

- O! - 

zdziwił się. - O mnie? Nie sądzę, żeby to był interesujący temat. 

A ja jestem pewna, że to byłby niezwykle interesujący temat do rozmowy. 

Skąd to przypuszczenie? 

Przystanęła na jaskrawo oświetlonej alejce i spojrzała mu prosto w oczy. 

Przed  chwilą  zaofiarował  mi  pan  swą  przyjaźń  i  pomoc.  Wobec  tego  mam  chyba 

prawo wymagać, żeby pan był wobec mnie szczery. 

Ależ ja jestem z panią szczery, zupełnie szczery. 

Powiedzmy, że niezupełnie. Przez cały czas naszej znajomości usiłuje pan ukryć to, 

że jest pan oficerem milicji.Wzruszył ramionami. 

background image

Czy  panią  to  dziwi?  Czy  nie  pomyślała  pani  o  tym,  że  oficer  milicji  to  także 

człowiek, który od czasu do czasu pragnie oderwać się od swych zajęć, od swego środowiska, 

od probl

emów kryminalnych? Chciałem podczas tej wycieczki zachować incognito. Nie udało 

mi  się.  Trudno.  Widocznie  nawet  i  na  Sycylii  muszę  występować  w  roli  funkcjonariusza 
milicji obywatelskiej. Ale, dla ścisłości, muszę powiedzieć, że może pani myśleć o mnie w 

c

zasie przeszłym jako o oficerze MO. Przeszedłem na emeryturę. 

Zdziwiła się. 

Na emeryturę? Przecież pan jest jeszcze zupełnie młodym mężczyzną, to znaczy, w 

sile wieku. 

Dziękuję za dobre słowo - uśmiechnął się. - Ale my trochę wcześniej przechodzimy 

na 

emeryturę. Widzi pani... kiedy człowiek na co dzień obcuje ze zbrodnią, z przestępstwem, 

jego system nerwowy wyczerpuje się o wiele szybciej aniżeli, na przykład, system nerwowy 
urzędnika pocztowego. 

Pokiwała głową. 

To prawda. Jakoś o tym nie pomyślałam. Przeciętny śmiertelnik zupełnie nie zdaje 

sobie  sprawy  z  istoty  waszej  pracy,  która  się  najczęściej  kojarzy  z  romantycznymi, 
niezwykłymi przygodami Sherlocka Holmesa. 

Mogę  panią  zapewnić,  że  praca  oficera  śledczego  nie  ma  nic  wspólnego  ani  z 

romantyzmem

,  ani  z  niezwykłymi,  powieściowymi  czy  filmowymi  przygodami.  Jest  to 

ciężka,  codzienna,  niewdzięczna  harówka.  Czy  pani  uwierzy,  że  w  pewnych  przypadkach 
musimy przesłuchać kilkaset osób albo nawet kilka tysięcy? 

Niesłychane. Musi się pan czuć chyba bardzo szczęśliwy, że się pan uwolnił od tego 

wszystkiego. 

Przyznaję, że byłem już wyczerpany nerwowo. Nie sypiałem po nocach. 

A jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość? 

Na razie mam zamiar odpoczywać, korzystać z życia. 

A potem? Jest pan człowiekiem w pełni sił. Musi się pan przecież czymś zająć. 

Downar uśmiechnął się. 

Bo  ja  wiem.  Nie  myślałem  jeszcze  o  tym.  Może  będę  hodował  gołębie,  a  może 

założę pasiekę. 

Pan żartuje. 

Wcale nie. Podobno żadna praca nie hańbi. Właściwie wszystko jedno, co człowiek 

robi. Grunt, żeby to robił dobrze, solidnie. 

Czy U doszliśmy do Traktatu o dobrej robocie - powiedziała wesoło Anna. 

background image

Downar skinął głową. 

Otóż  to.  Moim  zdaniem  ta  książka,  powinna  być  lekturą  obowiązkową  we 

wszystkich szkołach. 

Już widzę, jak nasi chłopcy i dziewczęta zgłębiają mądrości filozoficzne profesora 

Kotarbińskiego - roześmiała się Anna. 

Jest pani pesymistką. 

Nie. Lubię tylko realnie spojrzeć na każde zagadnienie. 

A ja natomiast lubię spoglądać na panią. Sprawia mi to prawdziwą przyjemność. 

Tak była zaskoczona, że przystanęła. 

O! Co się z panem dzieje? Czyżby próbował pan mnie podrywać? 

Przepraszam.  Tak  jakoś  mi  się  powiedziało.  Może  to  nastrój  sycylijskiej  nocy,  a 

może urok tego „zaczarowanego ogrodu”... Proszę się nie gniewać. 

Nie  gniewam  się,  ale  wolałabym,  żeby  nasza  znajomość  nie  przekraczała 

przyjacielskich uczuć. 

Anna  miała  rację.  W  miarę  upływających  dni  urok  Citta  del  Mare  tracił  swoje 

początkowe,  intensywne  barwy.  Z  wolna  zaczęła  się  pojawiać  monotonność  codzienności. 
Rano  śniadanie,  potem  pływanie  w  basenie  i  opalanie  się  na  leżaku,  następnie  obiad, 
poobiednia drzemka, spacer, kolacja, amaro na tarasie kawiarni, wieczorowy spacer i spać. 
Każda  rytmika  staje  się  z  czasem  nudna.  Nawet  ów  imponujący  „szwedzki  stół” 

sp

owszedniał, przestał być  tak bardzo atrakcyjny. Potrawy powtarzały  się nieuchronnie, bo 

przecież  nie  mogło  być  inaczej.  Pierwsze  oszołomienie  minęło  bezpowrotnie.  No,  cóż... 
rozbef jak rozbef, cielęcina jak cielęcina. Sałatka z ananasów, owszem, smaczna, ale... 

W pewnej chwili Downar złapał się na tym, że wyjazd z Città del Mare nie napełni go 

smutkiem. Zaczynał mieć dosyć. Z przyjemnością myślał o powrocie do Warszawy, do swego 
mieszkania  na  Koszykowej.  Właściwie  największą  obecnie  atrakcją  była  dla  niego  Anna. 
Coraz bardziej podobała mu się i nie miałby nic przeciwko temu, żeby przeżyć choćby tylko 
przelotny, sycylijski romans. Bał się ją jednak spłoszyć. Zresztą zupełnie wyraźnie dała mu 
do zrozumienia, że nie chce się angażować w żadne flirty. 

Któregoś  wieczora,  wracając  po  spacerze  do  swego  pawilonu,  posłyszał  za  sobą 

przyspieszone kobiece kroki. Mimo woli odwrócił się. Dogoniła go pani Gródecka. 

Dobry wieczór, panie majorze. Zmarszczył brwi. 

Dlaczego pani mnie tak tytułuje? 

- Pan sobie mnie nie przypomina? 

background image

Ależ oczywiście. Przecież razem podróżujemy po Italii. 

Potrząsnęła głową. 

Nie chodzi o tę wycieczkę. Poznaliśmy się dużo, dużo wcześniej. Jakieś pięć, sześć 

lat temu przesłuchiwał pan mnie i mojego męża w charakterze świadków w sprawie Edmunda 

Wolnerta. 

Downar przesunął dłonią po czole. 

Zaraz... zaraz... chwileczkę... Wolnert... Edmund Wolnert... Narkotyki... Tak. Teraz 

sobie przypominam. Narkotyki... Przemyt złota... 

O,  właśnie  -  ucieszyła  się  Gródecka.  -  Narkotyki,  przemyt  złota.  O  ile  dobrze 

pamiętam, Wolnert został wtedy skazany na pięć lat. Chyba już wyszedł. 

Downar  badawczym  spojrzeniem  obrzucił  wysoką,  dorodną  postać  młodej  kobiety. 

No, nie jest już taka bardzo młoda - pomyślał. - Pewnie ma około czterdziestki, ale wygląda 
pierwszorzędnie. 

- Dlaczego pani przypomina mi tamte, dawne czasy? - 

spytał. 

Może  pójdziemy  trochę  dalej?  -  zaproponowała.  -  Nie  chcę,  żeby  nas  razem 

widziano. 

Znaleźli ciche, ustronne miejsce i usiedli na ocienionej liśćmi ławeczce. 

Domyślam się, że ma pani jakieś kłopoty - powiedział Downar. - Czyżby mąż pani 

poczuł się gorzej? 

Nie,  nie,  mój  mąż  czuje  się  znakomicie.  Ta  rana  już  prawie  zupełnie  się  zagoiła, 

ale... 

- Ale co? 

Boję się, bardzo się boję - szepnęła i mocno ścisnęła go za rękę. 

Czego się pani boi? 

Boję się o mojego męża. 

- Nie rozumiem. Dlaczego? 

- Niech pan zobaczy - si

ęgnęła do torebki i wyjęła z niej kawałek brązowego papieru 

złożonego we czworo. - Proszę. 

Downar  rozłożył  kartkę.  Czerwonym  mazakiem  ktoś  napisał  drukowanymi literami: 

MAFIA NON PERDONA MAI. 

Wprawdzie nie znam włoskiego, ale nie trudno się domyślić. 

- To znaczy: „Mafia nigdy nie przebacza” - 

przetłumaczyła Gródecka. - I co pan o tym 

sądzi? 

Gdzie pani to znalazła? 

background image

W  kieszeni  marynarki  mojego  męża.  Czyściłam  plamę.  Powalał  się  sosem 

pomidorowym. 

I odruchowo sięgnęła pani do kieszeni. 

Właśnie. 

Mąż nie pokazał pani tego? 

Nie.  Zapewne  nie  chciał  mnie  denerwować.  Nie  wiem,  co  mam  robić.  Boję  się. 

Dlatego zdecydowałam się zasięgnąć pańskiej rady, panie majorze. 

Downar wzrus

zył ramionami. 

No, cóż... Przyznaję, że nie bardzo wiem, co pani doradzić. Wygląda to na głupi żart. 

Ale strzelanina w okolicach Frascati to nie były żarty. 

Czy pani jest skłonna łączyć ze sobą te dwa fakty? 

Nie  wiem...  Może.  Nie  wierzę,  że  ów  napad  koło  willi  Cycerona  był  zwykłym 

napadem rabunkowym. 

- A co pani podejrzewa? 

- Widzi pan... - 

zawahała się. - No więc... Jeżeli już zaczęłam z panem o tym mówić, 

muszę być zupełnie szczera. 

Sądzę,  że  to  słuszna  decyzja.  Ale  możemy  przerwać  naszą  rozmowę,  jeżeli  teraz 

zmieniła pani zdanie. 

Nie, nie... Muszę... Chcę panu wszystko powiedzieć. 

Więc słucham. 

Gródecka z pewnym wysiłkiem przełknęła ślinę. 

Otóż... No, po prostu... Wydaje mi się, że mój mąż nie jest ze mną szczery, że nie 

mówi mi wszystkiego. 

- Na czym pani opiera swoje przypuszczenie? 

Właściwie  na  niczym  konkretnym.  Takie  odnoszę  wrażenie.  Można  to  nazwać 

intuicją. 

Czy mąż pani był już kiedyś we Włoszech? 

- Tak. Dwa lata tem

u wyjechał służbowo. Siedział tu rok. Ja wtedy nie mogłam z nim 

pojechać, ponieważ moja matka była ciężko chora na raka. Nie mogłam jej zostawić. 

Z tego wynika, że mąż pani mniej więcej przed rokiem wrócił z Włoch. 

Dokładnie dziesięć miesięcy temu. 

W jakim charakterze wyjeżdżał? 

W charakterze eksperta. Mój mąż jest chemikiem, pracuje w handlu zagranicznym. 

Rozumiem. I pani sądzi, że wtedy mógł się komuś narazić. 

background image

Biorę pod uwagę taką możliwość. To są oczywiście tylko domysły. 

-  Hm.  - 

Downar  zamyślił  się.  -  Byłoby  rzeczą  niezwykle  pożądaną,  gdyby  mąż 

zdecydow

ał się na szczerą rozmowę. 

Potrząsnęła głową. 

Obawiam się, że to nie takie proste. Co mi pan radzi? Co mam robić? Bardzo się 

boję. 

Sądzę, że powinna pani porozmawiać z mężem. Niech powie, o co chodzi. Można, 

oczywiście, zawiadomić tutejszą policję, ale nie sądzę, żeby to coś dało. Zapewne potraktują 
tę kartkę jako żart i uśmieją się. Zresztą, tutejsza policja nie bardzo się chyba kwapi do walki 
z mafią. Jak dotychczas to jest problem nie do rozwiązania. 

Czy pan uważa, że powinnam o tej sprawie powiedzieć panu Kozłowskiemu? 

Jest  kierownikiem  naszej  grupy.  Właściwie  może  należałoby  go  zawiadomić.  Nie 

wydaje mi się jednak, żeby on coś mądrego wymyślił. Pozostawiam to do pani uznania. Ale 
przede wszystkim niech pani wpłynie na swojego męża, żeby powiedział, o co tu właściwie 

chodzi. To w tej chwili najistotniejsze. 

Wyciągnęła rękę. 

Dziękuję panu, że poświęcił mi pan tyle czasu. 

Byłbym niesłychanie wdzięczny, gdyby pani nie tytułowała mnie „panem majorem”. 

Dobrze.  Oczywiście.  Przepraszam.  Więckowskiego  jeszcze  nie  było  w  pokoju. 

Ostatnio wracał późno i zawsze trochę pod gazem. Nie krył się z tym zresztą, twierdząc, że 

bardzo mu smakuje sycylijskie wino. 

Downar wziął prysznic, włożył pidżamę i wyciągnął się na tapczanie. Nie wiedział, 

czy śmiać się, czy kląć. Incognito, cholera jasna - myślał ze złością. - Wszyscy, absolutnie 
wszyscy wiedzą, że jestem oficerem milicji. Psiakrew! - Ta świadomość zdecydowanie psuła 
mu  humor.  Tak  przecież  pragnął  oderwać  się  od  swojej  pracy,  od  kryminalnych  spraw,  od 

komen

dy, od kolegów, od całej tej olbrzymiej machiny śledczej. A tymczasem... Wiedział, że 

jego beztroska już się skończyła. Raz uruchomiony w mózgu mechanizm zaczynał działać z 
precyzją  chronometru.  Dziwne  zachowanie  się  Więckowskiego,  tajemnicze  zniknięcie  pani 
Celińskiej,  konflikt  małżeński  Dobrzyńskich,  rozmowa  „Babci”  z  Gałeckim  na  temat: 
trucizna  czy  sztylet,  postrzelenie  Gródeckiego,  a  teraz  to  ostrzeżenie  „mafia  nigdy  nie 

przebacza”  - 

wszystko  to  nie  nastrajało  do  beztroskiego  cieszenia  się  „zaczarowanym 

ogrodem”. 

Więckowski  wrócił  dopiero  około  północy.  Był  pod  dobrą  datą.  Posuwał  się 

tanecznym krokiem, podśpiewywał, uśmiechał się pogodnie. 

background image

- Dobry wieczór. Dobry wie

czór. Mam nadzieję, że pana nie obudziłem. 

Jeszcze nie spałem - mruknął Downar. 

- To dobrze, to nawet bardzo dobrze. Cudna noc, czarowna noc. Szkoda takiej nocy na 

sen. 

Downar pomyślał, że w takim nastroju fotograf może będzie skłonny do zwierzeń. 

- Panie Teodorze - 

powiedział łagodnym, serdecznym głosem. - Czy chciałby pan ze 

mną szczerze porozmawiać? 

Szczerze? Z panem? Ależ oczywiście. Między nami dwoma tylko szczerość, sama 

szczerość, najszczersza szczerość. 

- Chodzi mi o to postrzelenie Gródeckiego. 

Więckowski spojrzał zaskoczony. 

O  postrzelenie  Gródeckiego?  Przecież  wszystko  zostało  wyjaśnione. 

Opowiedzieliśmy dokładnie całe zdarzenie. 

- To prawda - 

przytaknął Downar. - Tylko, że ja nie uwierzyłem w ani jedno słowo. 

Widzę, że pannie ma do mnie zaufania. Doprawdy, bardzo mi przykro... 

Downar uśmiechnął się. 

Mnie również jest bardzo przykro. A co się tyczy zaufania, to ja niezmiernie rzadko 

darzę  kogoś  zaufaniem.  Ludzie,  niestety,  zbyt  często  mijają  się  z  prawdą.  A  w  danym 
wypadku  kłamstwa,  które  opowiedzieliście  w  związku  z  tym  zdarzeniem  w  okolicach 
Frascati, zostały  uszyte  zbyt  grubymi nićmi. Nawet mnie to zdziwiło. Przecież pan szybko 
zorientował się w mojej pracy zawodowej, więc... 

- O co panu chodzi, panie majorze? 

Chciałbym znać prawdę. A dopytuję się o te sprawy dlatego, że Gródecki otrzymał 

ostrzeżenie. 

Ostrzeżenie? Nie rozumiem. 

Pani Gródecka znalazła w kieszeni męża kartkę, na której ktoś napisał po włosku: 

„Mafia nigdy nie przebacza”. 

Więckowski błyskawicznie wytrzeźwiał. Robił wrażenie człowieka, który przez całe 

swoje życie pił wyłącznie kefir. 

- Co takiego? 

-  „Mafia nigdy nie przebacza” - 

powtórzył Downar. - Czerwone litery na brązowym 

tle. 

- I co? 

I nic. Pani Gródecka zwróciła się do mnie z prośbą o radę i pomoc. 

background image

Wie, że pan jest, to znaczy, że pan był funkcjonariuszem milicji? 

Wie. Okazuje się, że ich oboje kiedyś przesłuchiwałem jako świadków. 

Więckowski  stracił  cały  swój  szampański  humor.  Siedział  na  brzegu  tapczana 

zgarbiony, poszarzały na twarzy. 

Co pan poradził Gródeckiej? - spytał cicho. 

Doradziłem jej, żeby postarała się wyciągnąć z męża prawdę. 

- A ona? 

Powiedziała, że spróbuje. Ja natomiast sądziłem, że od pana dowiem się czegoś na 

ten temat. 

Więckowski pochylił się i zaczął rozsznurowywać buty. 

Nie mam nic do powiedzenia, nic do dodania. Downar wzruszył ramionami. 

Jak pan uważa. Nie nalegam. Wobec tego może pójdziemy spać. Zrobiło się późno. 

Wycieczka do Palermo niezbyt się udała. Już w autokarze Kozłowski zakomunikował 

swoim  podopiecznym,  że  wobec  napiętej  sytuacji,  spowodowanej  procesem  terrorystów, 
zwiedzania miasta nie będzie. 

Chcę  was  całych  i  żywych  dowieźć  do  Warszawy  -  powiedział  na  zakończenie 

komunikatu. 

Obejrzeli  wspaniałą,  ogromną  katedrę,  ale  tylko  z  zewnątrz.  Z  niewiadomych 

przyczyn była zamknięta. Wnętrze Pałacu Normanów zrobiło na wszystkich duże wrażenie. 

Bogato ozdobiona 

mozaikami  kaplica  nosiła  wyraźne  wpływy  sztuki  mauretańskiej.  Potem 

podziemia  klasztorne  z  setkami  zmumifikowanych  zwłok  zakonników  i  osób  świeckich  w 
starodawnych  ubiorach.  Punktem  kulminacyjnym  tej  makabrycznej  ekspozycji  była  mumia 
małej,  dwunastoletniej  dziewczynki,  zmarłej  pięćdziesiąt  parę  lat  temu,  a  wyglądającej  jak 
żywe, śpiące dziecko. 

Wszyscy byli nieco przygnębieni. 

-  Memento mon. Memento morì 

powtarzał  Więckowski,  trzymając  za  rękaw 

Downara. - Oto co z nas pozostanie. 

Kozłowski skwapliwie zapędzał swoją trzódkę do autokaru. Pojechali do pobliskiego 

Monreale. Kręta droga prowadziła pod górę. 

Miasteczko  tonęło  w  słońcu.  Jarmarczny  gwar  unoszący  się  nad  straganami, 

ustawionymi  przed  kościołem,  kontrastował  z  pełną  skupienia  ciszą,  panującą  na 

we

wnętrznym  dziedzińcu  klasztornym.  Ażurowe  krużganki,  ozdobione  smukłymi, 

inkrustowanymi kolumienkami, otaczały tonący w kwiatach dziedziniec. 

background image

Po wyjściu z klasztoru panie zaczęły krążyć między straganami, oglądając naszyjniki 

z korali oraz różne drobiazgi. 

Downar  zauważył,  że  Kozłowski  uspokoił  się.  Widocznie  największe 

niebezpieczeństwo panowało w samym Palermo. 

W pewnym momencie zbliżyła się do niego Anna. Miała w ręku mały sznurek korali. 

Niech pan zobaczy, co kupiłam. Podobają się panu? 

Przepiękne. Będzie pani w nich wyglądała jak królowa mórz południowych. 

I może wreszcie zdołam pana oczarować. 

Mam wrażenie, że już dawno pani to zrobiła. 

Czyżby? Nie zauważyłam tego. 

Albo  pani  jest  osobą  bardzo  mało  spostrzegawczą,  albo  też  usiłuje  pani  udawać 

naiwną pensjonarkę. 

Rozmowę przerwał im Kozłowski. 

Prosimy państwa do autokaru, Prosimy do autokaru. Odjeżdżamy. 

W drodze powrotnej Gródecka, niby przez roztargnienie, usiadła koło Downara. 

Rozmawiałam ze Stachem - powiedziała cicho. - Zbagatelizował sprawę. Powiedział, 

że to na pewno jakiś głupi żart. Ale ja mu nie wierzę. Jestem bardzo niespokojna. Co mam 
robić? 

Downar nieznacznie wzruszył ramionami. 

Nie  potrafię  pani  nic  doradzić.  Niech  pani  porozmawia  z  naszym  kierownikiem. 

Zresztą niedługo  wyjeżdżamy. Może rzeczywiście niepotrzebnie się pani niepokoi. Miejmy 
nadzieję,  że  wszyscy  w  dobrej  formie  wylądujemy  na  Okęciu.  Czy  Dobrzyński  w  dalszym 
ciągu mieszka z mężem pani? 

Tak. A Wanda ze mną. Ona chyba naprawdę boi się Edwarda. 

- To przykre - stwi

erdził obojętnie Downar i zaczął wyglądać przez okno. Dosyć miał 

tej „poufnej” rozmowy. 

-  Przepraszam pana - 

powiedziała Gródecka nieco urażonym tonem. Wstała i poszła 

na  swoje  miejsce.  Po  chwili  Więckowski  usiadł  koło  Downara.  Był  niespokojny  i  nie 

próbow

ał nawet udawać dobrego humoru. 

Wieczorem wrócili do Citta del Mare. „Zaczarowany ogród” powitał ich kolorowymi 

światłami. 

Na kolacji, jakby nigdy  nic, pojawiła się „Babcia”.  Była jak zwykle  w  doskonałym 

humorze,  dowcipkowała,  opowiadała  rozmaite  włoskie  anegdoty,  każdemu  starała  się 
powiedzieć coś miłego. 

background image

Pożegnalna kolacja została zorganizowana w restauracji grill, pod gołym niebem. Cała 

grupa siedziała przy długim stole, ustawionym pod drzewami. Kolorowe lampiony stwarzały 
tak zwany „nastrój”. Nie żałowano sobie jadła i wina. Przybysze z północnej krainy zdawali 
sobie sprawę z tego, że nieprędko będą mieli okazję zasiąść do takich smakołyków. A kiedy 
już  zapał  gastronomiczny  zaczął  przygasać,  nastąpiły  przemówienia,  toasty,  a  ktoś  nawet 
próbował zaintonować „Góralu, czy ci nie żal...” 

Podochoceni winem biesiadnicy wspominali przeżyte wspólnie chwile w Wenecji, w 

Weronie, we Florencji, w Sienie i Rzymie. Dziękowano kierownikowi za jego trud i troskę. 
Przy okazji wręczono mu „na pamiątkę” butelkę koniaku. Nastrój stawał się coraz bardziej 

serdeczny i familiarny. 

Downar  siedział,  jak  zwykle,  koło  Więckowskiego  i  z  dużą  powściągliwością  brał 

udział  w  pożegnalnej  uczcie.  Zachowywał  się  tak,  żeby  nie  zwracać  na  siebie  uwagi,  ale 
całkowicie  stracił  ten  wspaniały  nastrój,  który  mu  towarzyszył  na  początku  wycieczki. 
Zamyślonym  spojrzeniem  wodził  po  rozgrzanych  winem  twarzach  swych  towarzyszy 
podróży.  Skłóceni  Dobrzyńscy,  przerażona  Gródecka,  ranny  Gródecki,  posępny  Gałecki, 
który  ma  zamiar  kogoś  zlikwidować,  dziwnie  zachowujący  się  Więckowski,  trochę 
niesamowite  siostry  Baczanowskie,  nieznośna  „Babcia”  Celińska  i  nadskakujący  jej 
młodzieniec  Robert  Werbach,  robiący  wrażenie  cwaniaka  i  kombinatora,  wreszcie  Anna, 
pełna  uroku,  kobiecego  wdzięku,  ale  smutna,  pozbawiona  radości  życia.  I  nagle  zdał  sobie 
sprawę, że ma już dosyć tych wszystkich ludzi i ich problemów. Z prawdziwą radością myślał 
o powrocie do Warszawy. Inaczej wyobrażał sobie tę wycieczkę. Znowu został Wciągnięty w 

cudze sprawy, w cudze konflikty. 

Część druga 
Rozdział VI Grzyby w śmietanie 

białym świetle jarzeniówek nieruchoma twarz wydawała się jeszcze bledsza, jakby 

przysypana grubą warstwą pudru. Głębokie bruzdy, biegnące ukośnie; w dół nad górną wargą, 
czyniły ją podobną do karnawałowej maski. Śpiący arlekin. 

Tak. To on. Nie ma żadnej wątpliwości. Chyba zidentyfikowała go żona. 

Oczywiście… Wybacz, że cię fatygowałem w tak niemiłej sprawie. 

Drobiazg. Wiesz, że jestem przyzwyczajony. 

Odwrócili  się  i  zaczęli  iść  szerokim,  długim  korytarzem,  przypominającym  szpital, 

tylko że tutaj nikomu już nie była potrzebna pomoc lekarska. 

Kiedy znaleźli się na ulicy, Walczak spytał: 

background image

Czy lubisz placki kartoflane? Downar spojrzał zdziwiony. 

- O czym ty mówisz? 

Helenka twierdzi, że to twoja ulubiona potrawa. Kazała mi zaprosić cię dzisiaj na 

placki kartoflane. Pojedziesz do nas? 

- Bo ja wiem... 

Chodź, chodź - namawiał przyjaciela Walczak, biorąc go pod rękę. - Helenka bardzo 

się ucieszy. Chyba że masz spotkanie z jakąś dziewuszką. W takim razie... 

Downar uśmiechnął się. 
Nie mam spotkania z żadną dziewuszką. 

- No, to fajnie. Jedziemy. 

Z trudem wcisnęli się do Walczakowego fiata 126 p. 

Posuń  się  trochę,  Stefuś,  i  zabierz ten  cholerny  płaszcz.  Nie  mogę  wrzucić  biegu. 

Utyłeś na tym makaronie, czy co? 

Mnie się zdaje, że to tobie przybyło na wadze - powiedział Downar, podwijając połę 

płaszcza i opierając się mocniej o drzwiczki. - A swoją drogą mógłbyś sobie sprawić trochę 
większy wehikuł. Nawet nie wypada, żeby taki poważny człowiek wciskał się do puszki na 

konserwy. 

Walczak pokręcił głową. 

To nie takie proste. Po pierwsze, trzeba mieć kupę forsy, po drugie, benzyny darmo 

nie dają, a po trzecie, to jest bardzo praktyczny wózek. Mało pali, łatwo znaleźć miejsce na 
parkowanie i wreszcie, w razie jakiejś awarii, można przyczepić do automobilu sznurek i bez 
większego  wysiłku  dociągnąć  do  domu  albo  do  warsztatu.  Ludzie  przezorni  tresują  psy. 
Trzyma facet na tylnym siedzeniu doga albo krzepkiego owczarka w gustownej uprzęży i, jak 
motor nie daj Boże zgaśnie, zaprzęga zwierzę do „malucha” i jazda. 

Przekonałeś mnie - roześmiał się Downar. 

-  Dla mnie samego wystarczy - 

mówił dalej Walczak. - Gorsza sprawa, jak Helenka 

chce ze mną jechać. Ona także ciut przytyła w ostatnich czasach. Ale ja jej tłumaczę, że dla 

zdrowia powinn

a chodzić na piechotę i przeważnie chodzi. Rozsądna kobieta. 

Gawędząc  na  tematy  motoryzacyjne,  zajechali  szczęśliwie  na  Muranów.  Walczak 

zakręcił efektownie i zaparkował z dumną miną pojazd w pobliżu swej klatki schodowej. 

Pani Helena szczerze się ucieszyła. 

Stefan!  Kopę  lat.  Strasznie  dawno  cię  nie  widziałam.  Pokaż  się,  jak  wyglądasz. 

Wydaje mi się, że zeszczuplałeś. 

- Ale gdzie tam - 

zaoponował energicznie Walczak. - Ledwie się zmieścił w wozie. 

background image

E tam... ten twój wóz. Ale chodźcie, chodźcie, siadajcie. Wszystko przygotowane. 

Zaraz smażę placki. Idę do kuchni. Tylko przez ten czas nic, Stefanku, nie opowiadaj. Bardzo 
jestem ciekawa, coś tam widział w dalekich krajach. 

Downar przyrzekł zaczekać ze swoją opowieścią i obaj z Walczakiem rozsiedli się w 

fotelach. 

Te foteliki Helenka niedawno zdobyła. 

- Bardzo wygodne - 

pochwalił Downar. - Pewnie odrzut z eksportu. 

Nie zgadłeś. To import od naszych przyjaciół Jugosłowian. Ale mniejsza o meble. 

Powiedz mi, co masz zamiar robić. Musisz się przecież czymś zająć. 

Mam wrażenie, że już się postarałeś dla mnie o zajęcie - uśmiechnął się Downar. 

Walczak pokiwał głową. 

Chyba  będę  musiał  skorzystać  z  twojej  pomocy.  Bądź  co  bądź  spędziłeś  z  tym 

człowiekiem dwa tygodnie. 

Tak. Dwa tygodnie. Wspomniałeś, że to grzyby... Weszła pani Helena. 

- No, czego tak siedzisz? - 

zwróciła się energicznie do męża. - Nakryj do stołu. 

Walczak poderwał się posłusznie. Downar zaczął mu pomagać. 
Po  chwili  pani  Helena  wniosła  triumfalnie  ogromny  półmisek  z  misternie  ułożoną 

piramidą placków kartoflanych. 

Jak będzie mało, to jeszcze dosmażę. 

Bój  się  Boga,  Helenko  -  roześmiał  się  Downar.  -  Przecież  tego  wystarczy  dla 

kompanii wygłodniałych żołnierzy. 

Opowiadasz.  Cóż  to  znaczy  dla  takich  dwóch  mężczyzn  jak  wy.  Do  tego  jeszcze 

śmietana, konfitury... Z czym kto lubi. 

Zasiedli  do  stołu.  Placki  rzeczywiście  były  znakomite  i  znikały  w  zadziwiającym 

tempie. Następnej partii już jednak nie trzeba było smażyć. 

Przy herbacie pani Helena powiedziała: 

No, a teraz słuchamy o włoskich przygodach naszego kochanego emeryta. 

Za te wspaniałe placki coś się należy - uśmiechnął się Downar. Zaczął mówić, a że 

miał wrodzony dar krasomówczy, jego opowieść rozwijała się żywo i barwnie. Kompozycja 
całości była zwarta, dobrze zbudowana, pozbawiona niepotrzebnych dłużyzn czy powtórzeń. 
Akcja  toczyła  się  wartko  i  bardzo  interesująco.  Słuchali  z  ogromnym  zainteresowaniem.  A 
kiedy samolot z wycieczką orbisowską wylądował wreszcie na Okęciu, Walczak powiedział z 

uznaniem: 

background image

- Wiesz co, Stefan? Ty masz talent liter

acki. Jak Boga kocham. Powinieneś się zabrać 

do  pisania  powieści.  Tyle  masz  przecież  wspaniałych  materiałów.  Dlaczego  właściwie  kto 
inny ma na tym zarabiać? 

Downar uśmiechnął się. 

Widzisz,  Karolu...  Opowiadać  to  co  innego,  a  pisać  to  co  innego.  Czasem  ktoś 

dobrze pisze, a fatalnie opowiada i odwrotnie. Ale pomyślę o tym. Zastanowię się. Kto wie? 

A ten biedny pan Dobrzyński nie żyje - wtrąciła się do rozmowy pani Helena. 

Walczak skinął głową. 

Tak. Wszyscy go zidentyfikowali. Stefan także. 

- Podejrzewas

z, że go ktoś wykończył? - spytał Downar. 

Prawie jestem pewien. To mętna sprawa. 

Mówiłeś, że otruł się grzybami. 

Tak, otrucie grzybami. Bardzo duże stężenie jadu grzybowego. 

To znaczy, że nie pryskane tylko trujące. 

Oczywiście. Muchomory. 

I gdzież sobie podjadł tych grzybków? 

- U siebie w domu. 

Kupił? 

Nie. Sam nazbierał. 

No, to jakiż problem? Nie rozumiem. Dlaczego doszukujesz się tu morderstwa? Po 

prostu facet przez pomyłkę zerwał sobie jednego sromotnika i koniec. 

Walczak pokręcił głową. 

Widzisz, Dobrzyński był fachowcem, właśnie fachowcem od grzybów. Miał piękne 

pieczarkarnie,  hodował  także  inne  odmiany  grzybów.  Z  wykształcenia  przyrodnik.  A  poza 
tym poprzedniego dnia jadł te: grzyby i nic mu nie było. Resztę włożył do lodówki i na drugi 
dzień odgrzał. 

Downar spoważniał. 

Masz rację, to dosyć dziwne. Zdążył wezwać pogotowie? 

Tak.  Zabrali  go  do  szpitala,  ale  nic  mu  nie  mogli  pomóc.  Stężenie  trucizny  było 

bardzo silne. 

Mieszkał sam? 

Nie, z żoną. 

Podejrzewasz ją? 

background image

Nie było jej w tym czasie w Warszawie. Ale z tego, co mówiłeś, wynika, że między 

nimi nie układało się najlepiej. 

Nawet bardzo kiepsko się układało - przytaknął Downar. - Tak jak powiedziałem, nie 

chciała z nim mieszkać w jednym pokoju. Histeryzowała. Mówiła, że się go boi. 

- Jaka jest twoja opinia w tej sprawie? - 

spytał Walczak. 

Downar wzruszył ramionami. 

Bo ja wiem. Trudno mi coś powiedzieć autorytatywnego, ale tak między nami to ta 

historia nie zrobiła na mnie zbyt przekonującego wrażenia. 

- Podejrzewasz mist

yfikację? 

Mam wrażenie, że taką ewentualność należałoby brać pod uwagę. 

Ale w jakim celu miałaby udawać, że boi się męża? Downar uśmiechnął się. 

Nie  wymagaj  ode  mnie,  Karolku,  za  wiele.  Zresztą,  to  są  takie  zupełnie  luźne, 

osobiste  odczucia.  Być  może,  że  odegrała  tu  rolę  moja,  że  się  tak  wyrażę,  zawodowa 
podejrzliwość. 

Musisz  jednak  na  czymś  opierać  swoje  wątpliwości  -  powiedział  stanowczo 

Walczak. - 

Znamy się nie od dziś i wiem, że nie jesteś skłonny do fantazjowania. 

Downar rozłożył ręce. 

- No, có

ż... W pierwszym momencie to wszystko wydało mi się zupełnie szczere, ale 

po  przeanalizowaniu  na  zimno  sprawy,  doszedłem  do  wniosku,  że  owa  histeryczna  scena 
odegrana przez panią Dobrzyńską miała w sobie coś sztucznego, coś nazbyt teatralnego. 

Ale właściwie w jakim celu miałaby coś takiego udawać? Co przez to osiągnęła? 

Osiągnęła tylko to, że już w Wenecji przestała mieszkać w jednym pokoju z mężem. 

I dzieliła pokój... 

Z Gródecką. 

A Dobrzyński mieszkał z Gródeckim. 

- Tak. 

Walczak parokrotnie przec

zesał  palcami  szpakowatą  czuprynę.  Gest  ten  oznaczał  u 

niego rosnące zainteresowanie. 

Czekaj,  Stefanku,  czekaj.  Musimy  to  sobie  przeanalizować.  Jeżeli  założymy,  że 

Dobrzyńska  symulowała  paniczny  strach  przed  mężem  i  na  skutek  tej  symulacji  zostało 

dokona

ne przekwaterowanie, nasuwa się logiczny wniosek, że istniał w tym jakiś konkretny 

cel, żeby Dobrzyński mieszkał z Gródeckim, a Dobrzyńska z Gródecką. 

background image

Rozumowanie  najzupełniej  prawidłowe  -  przyznał  Downar.  -  Tylko co z tego 

wynika?  Dlaczego  Dobrzyńskiej  mogło  zależeć  na  stworzeniu  tego  rodzaju  sytuacji 
lokalowej? Czy jesteś zdania, że otrucie Dobrzyńskiego należy kojarzyć z tą sprawą? 

W każdym razie sądzę, że nie powinniśmy tego lekceważyć - odparł Walczak. - Nie 

wolno  się  jednak  sugerować.  Możliwe,  że  w  ogóle  nikt  z  uczestników  wycieczki  nie  otruł 
Dobrzyńskiego. 

O, właśnie - przytaknął Downar. - Z ust mi to wyjąłeś. Mordercą może być równie 

dobrze ktoś spoza naszej grupy. 

Trzeba przyznać, że w czasie tej waszej wycieczki działy się dosyć niezwykłe rzeczy 

uśmiechnął  się  Walczak.  -  Jak  na  możliwości  „Orbisu”,  impreza  raczej  urozmaicona. 

Strzelaniny, trup w samochodzie, tajemniczy fotograf... 

Downar pokiwał głową. 

Tak.  Przyznam  ci  się,  że  nie  byłem  nastawiony  na  takie  sensacje.  Marzyłem  o 

zwyczajnej

,  spokojnej  turystyce.  A  tymczasem...  Wszystko  na  to  wskazuje,  że  jeszcze  nie 

koniec. Więc mówisz, że Dobrzyński jadł grzyby i nic mu nie było, a na drugi dzień otruł się 
tymi grzybami. Sam jadł czy kogoś zaprosił? 

- Sam. 

I przez noc grzyby były w lodówce? 

- Tak. 

Z  tego  by  wynikało,  że  ktoś  się  dostał  do  mieszkania  i  odpowiednio  przyprawił 

grzybki  wywarem  z  muchomorów.  Dobrzyński  prawdopodobnie  jeździł  na  grzyby  w 

towarzystwie. 

- Tak. Pojechali trzema samochodami. Razem osiem osób. 

Przesłuchałeś ich? 

A jak ci się zdaje? Oczywiście, że ich przesłuchałem. Co prawda dosyć pobieżnie, bo 

nie  miałem  zbyt  dużo  czasu,  ale  przesłuchanie  tych  ludzi  chyba  nic  nie  da.  Ot,  zwykli 

znajom

i,  bardzo  luźno  związani  z  Dobrzyńskim.  Zresztą,  nikt  przecież  nie  wrzucił  mu  do 

koszyka muchomorów. 

-  Nie o to mi chodzi - 

powiedział  w  zamyśleniu  Downar.  -  Rzecz  w  tym,  że  ktoś 

niechętnie usposobiony do Dobrzyńskiego wiedział o tym grzybobraniu i orientował się, że 
Dobrzyński lubi grzyby. 

Niewątpliwie - zgodził się Walczak. - Na pewno nie trzymali w sekrecie wyprawy do 

lasu. 

Czy te grzyby były duszone w śmietanie? - wtrąciła się do rozmowy pani Helena. 

background image

Walczak spojrzał na żonę zdziwiony. 

W śmietanie. To chyba nie ma znaczenia. 

A  mnie  się  wydaje,  że  ma  -  mówiła  dalej  niezrażona pani Helena. -  Bo widzisz, 

Karolku, nie grzyby, ale śmietana mogła być zatruta. 

To chyba obojętne. 

Wcale nieobojętne. Bo mógł, na przykład, ktoś w sklepie podsunąć Dobrzyńskiemu 

zatrutą  śmietanę.  Po  prostu  zamienił  butelki  albo  te  plastikowe  pojemniki. Przez noc w 
lodówce  grzyby  zgęstniały.  Pan  Dobrzyński  doszedł  do  wniosku,  że  należy  rozrzedzić  je 
nową porcją śmietany i poszedł do sklepu... 

Walczak skrzywił się sceptycznie. 

To  bardzo  mało  prawdopodobne.  Truciciel  musiałby  przez  cały  czas  śledzić 

Dobrzyńskiego. 

A dlaczegóż by nie? Łatwiej jest kogoś śledzić niż włamywać się do mieszkania. 

Były ślady włamania? - spytał Downar. Walczak pokręcił przecząco głową. 

Żadnych. Morderca musiał mieć klucze. 

Ustaliłeś, kto miał klucze? 

Mówię  ci  przecież,  że  to  zupełnie  nowa  sprawa  -  zdenerwował  się  Walczak.  - 

Dopiero się do tego zabrałem. Klucze miała oczywiście żona denata, a poza tym ich gosposia, 
która przychodziła sprzątać mieszkanie dwa razy w tygodniu. Kto jeszcze mógł mieć klucze, 

tego na razie 

nie wiem. Dobrzyńska twierdzi, że były tylko trzy komplety. 

Dobrzyńska ma alibi? 

Tak. Była u matki w Krakowie. Ściągnąłem ją w celu zidentyfikowania zwłok. 

Downar pokręcił głową. 

- Niezbyt mocne alibi. 

Tak sądzisz? 

A skąd masz pewność, że w tym czasie jej matka także była w Krakowie? Mogła 

akurat gdzieś wyjechać na dzień lub dwa. 

Masz rację. Z Krakowa do Warszawy nie taka znowu wyprawa. Na upartego można 

obrócić jednego dnia. Samolot, dobry wóz. 

O, właśnie. Trzeba sprawdzić mamusię. 

- Konieczni

e. Ale te grzyby... Dobrzyńska musiałaby być dokładnie poinformowana, 

że mąż ma w lodówce grzyby i że go nie zastanie w domu. Taka wersja wymaga wspólnika. 

Słusznie. Warto by się zorientować, czy Dobrzyńska nie ma kochanka. 

background image

-  To nie takie proste. A zresz

tą,  gdyby  we  dwoje  planowali  zlikwidowanie 

Dobrzyńskiego, Dobrzyńska nie musiałaby przyjeżdżać z Krakowa. Mogła zostawić klucze 
od mieszkania swojemu przyjacielowi. Najprzód jednak musimy stwierdzić, że taki przyjaciel 

w ogóle istnieje. 

Od kogo się dowiedziałeś, że Dobrzyńska pojechała do Krakowa? - spytał Downar. 

Od ich gosposi, a do gosposi dotarłem za pośrednictwem dozorczyni, która ma jej 

telefon. 

- Gosposia z telefonem? 

Cóż chcesz - uśmiechnął się Walczak. - W dzisiejszych czasach gosposie mają nie 

tylko telefony, ale i polonezy. 

Downar w zamyśleniu przeciągnął dłonią po czole. 

Czekaj, czekaj... chwileczkę. Coś mi się w tej chwili przypomniało. Opowiadałem 

wam o tej ekscentrycznej staruszce, którą w czasie wycieczki nazywaliśmy „Babcią”. Otóż 

wy

obraźcie sobie, że któregoś dnia w Citta del Marę zupełnie przypadkowo podsłuchałem jej 

rozmowę z Gałeckim. To taki ponury typ, przypominający chorego na wątrobę kormorana. 

To nieładnie podsłuchiwać - zauważyła pani Helena. 

Masz rację - przyznał Downar. - Nawet bardzo nieładnie, ale czasami pożytecznie. 

Mówże wreszcie, o czym rozmawiali - zniecierpliwił się Walczak. 

Downar odchrząknął. 

No, więc tak... „Babcia” proponowała truciznę. Ten stary malkontent mówił coś o 

sztylecie.  „Babcia”  jednak  upierała  się  przy  truciźnie  i  powiedziała,  że  po  powrocie  do 
Warszawy  porozumie  się  z  jakimś  Tadeuszem,  który  doradzi  coś  odpowiedniego.  Stary 
Gałecki  prosił  ją,  żeby  działała  ostrożnie,  nie  zdradzając  się  z  niczym  przed  owym 

Tadeuszem. 

Walczak uśmiechnął się. 

- T

o co mówisz, brzmi trochę humorystycznie. Nie uważasz? 

-  To prawda - 

przyznał  Downar.  -  Ale  ta  starsza  pani  przez  cały  czas  trwania 

wycieczki  zachowywała  się  tak  dziwacznie,  że  doprawdy  sam  nie  wiem,  co  o  tym  sądzić. 
Chwilami  odnosiłem  wrażenie,  jakby  jej  działania  były  celowe,  jakby  chciała  coś  uzyskać 
przez swoją ekscentryczność. 

A może ten dialog na temat trucizny i sztyletu był właśnie przeznaczony dla ciebie? 

Może staruszka chciała, żebyś, ich podsłuchał? 

Downar pokręcił głową. 

background image

Wątpię.  Nadszedłem  niespodziewanie.  Siedzieli  odwróceni  do  mnie  tyłem. 

Zasłaniały  mnie  krzaki.  Zresztą...  nie  wiem.  Wtedy  nie  przywiązywałem  do  tego  większej 

wagi. 

Walczak zamyślił się. 

- Tak czy inaczej - 

powiedział po chwili - warto by odszukać tego Tadeusza, który zna 

się na truciznach. Niewiele sobie po tym obiecuję, ale nie mogę niczego zaniedbać. Czasami 
coś pozornie głupiego okazuje się w rezultacie nie takie głupie. Z tego, co mówisz, wnoszę, 
że  nie  można  całkowicie  wykluczyć  starszej  pani  ze  sprawy  Dobrzyńskiego.  Downar 
wzruszył ramionami. 

Wydaje  mi  się  to  mało  prawdopodobne,  ale...  Może  pośrednio.  W  każdym  razie 

muszę przyznać, że zachowanie się jej było co najmniej dziwaczne. Czasami robiła wrażenie 
zupełnie  zramolałej,  sklerotycznej  staruszki,  kiedy  indziej  zaś  była  pełna  wigoru, 
temperamentu i młodzieńczej radości życia. Poza tym nosiła podobno w torebce pistolet oraz 
wysyłała jakieś listy pisane szyfrem. 

Skąd masz te informacje? 

Od dziewczyny, która z nią mieszkała. 

- Normalna? 

Chyba tak. Chociaż tego nigdy nie można być pewnym. W dzisiejszych czasach tak 

często spotyka się ludzi, którzy pozornie wydają się zupełnie normalni, a w gruncie rzeczy... 

- Tak, tak - 

mruknął z roztargnieniem Walczak. - Co jeszcze mógłbyś mi powiedzieć 

na temat tej staruszki? 

Downar 

poruszył się niecierpliwie. 

Słuchaj, Karolu, myślę, że stanowczo nie powinniśmy się sugerować, iż mordercą 

była  osoba  wchodząca  w  skład  tej  wycieczki.  Przecież  Dobrzyński  musiał  mieć  wiele 
najrozmaitszych powiązań i mógł go wykończyć ktoś, kto nigdy w życiu nie wyjeżdżał poza 

granice Polski. 

Oczywiście - zgodził się Walczak. - Ale ponieważ podczas wycieczki działo się tyle 

różnych rzeczy... No, cóż... Zobaczymy. Mam nadzieję, że nie odmówisz mi swojej pomocy. 

Downar uśmiechnął się bez entuzjazmu. 

-  Cze

góż  się  nie  robi  w  imię  starej  przyjaźni.  Jeżeli  tylko  będę  mógł  się  na  coś 

przydać... Chyba nie wykorzystasz zbytnio steranego życiem emeryta? 

- Daj spokój z tym emerytem - 

żachnął się Walczak. - Po tej wycieczce wyglądasz jak 

młodzieniec.  I  wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdybyś  sobie  przygruchał  jakąś  sympatyczną, 
przyjemną dziewczynkę. 

background image

Nie bądź taki domyślny. Walczak aż klasnął w dłonie. 

A  co?  Nie  mówiłem?  Jeszcze  mnie  mój  nos  nie  zawodzi.  Na  pierwszy  rzut  oka 

wyczułem, że coś tam sobie w tej Italii pokombinowałeś. 

Nie męcz Stefanka - wtrąciła się pani Helana. 

Ja go nie męczę. Ja się cieszę. Lubię, jak moi przyjaciele mają powodzenie u ładnych 

dziewcząt. A poza tym już bardzo dawno nie byłem na żadnym weselu. 

Obawiam się, że na moim nie będziesz - uśmiechnął się Downar. 

Bardzo żałuję. Chyba warto by, żebyś się wreszcie ożenił. 

- Emeryt? 

Mówiłem  ci  już,  żebyś  dał  spokój  z  emerytem.  Nie  żaden  emeryt,  tylko  wolny 

człowiek,  który  nie  musi  codziennie  ganiać  do  komendy,  oglądać  trupów  i  rozwiązywać 

kry

minalnych zagadek. Przydałaby ci się żona. 

Ba, ale gdzie szukać takiej, która umiałaby robić takie placki kartoflane? 

Może zjadłbyś jeszcze? - zaproponowała pani Helena. 

Nie, nie. Dziękuję bardzo. W niczym nie trzeba przesadzać. 

A może masz ochotę na coś mocniejszego niż herbata? - spytał Walczak. 

Dziękuję ci. Na razie jestem całkowitym abstynentem. Tyle tego wina opiłem się w 

Citta del Mare, że trzeba dać odpocząć wątrobie. 

Wino co innego, a żytniówka co innego. Ale jeżeli ślubowałeś... 

Downar 

wstał. 

Nie gniewajcie się, że was pożegnam. Jestem trochę zmęczony. Poza tym mam takie 

jakieś dreszczyki. Wezmę calcipirynę i wcześnie się położę. 

Zadzwonię  do  ciebie  jutro  -  powiedział  Walczak.  -  Chciałbym  jeszcze  z  tobą  to  i 

owo obgadać. 

Po wyjściu od Walczaków Downar poszedł do kina. Chciał się trochę rozerwać. Film 

jednak tak go znudził, że w połowie wyszedł, mrucząc niezbyt pochlebne epitety pod adresem 
zarówno  realizatorów,  jak  i  Centrali  Wynajmu  Filmów.  Potem  trochę  pospacerował  w 

Alejach Ujazdow

skich,  dotarł  do  Belwederu,  zawrócił  i  postanowił  pójść  do  siebie  na 

Koszykową.  Czuł  się  rzeczywiście  nie  najlepiej.  Ogólne  zmęczenie,  dreszcze,  lekki  ból 
głowy. Czyżby jesienna grypka? - pomyślał niespokojnie. Nie miał ochoty chorować. 

Lubił  swoje  mieszkanko.  Tyle  lat  w  nim  spędził.  Przyzwyczaił  się.  To,  co  go  tutaj 

otaczało, różniło się nieco od Citta del Mare i od Pałacu Dożów, ale czuł się u siebie, a to 
było najważniejsze. 

background image

Nastawił  wodę  na  herbatę,  w  barku  znalazł  resztkę  gruzińskiego  koniaku.  Mimo 

abs

tynenckich  postanowień  zdecydował  się  na  gorącą  herbatę  z  kropelką  alkoholu.  W 

szufladce z medykamentami odszukał dwie pastylki polopiryny. 

Mimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Ciągle stawała mu przed oczami nieruchoma twarz 

Dobrzyńskiego.  Zamiast  wspominać  chwile  przeżyte  wśród  arcydzieł  dawnych  mistrzów, 
myślał o zbrodni. Znowu znalazł się w kręgu tych problemów, z którymi chciał już skończyć, 
a przynajmniej od których chciał się na jakiś czas oderwać. Nie mógł jednak odmówić swej 

pomocy Wal

czakowi. Z Dobrzyńskim i jego żoną spędził przecież dwa tygodnie. Poznał ich, 

podczas gdy dla Walczaka byli to zupełnie obcy ludzie. 

Zaczął sobie przypominać różne szczegóły. Kierownik wycieczki, Kozłowski, znalazł 

w  kieszeni  marynarki  kartkę,  na  której  ktoś  napisał:  „Niech  pan  uważa  na  Edwarda 
Dobrzyńskiego.  To  bandzior”.  „Babcia”  w  pewnym  momencie  powiedziała:  „Ja  się 
gangsterów nie boję. To raczej gangsterzy boją się mnie”. Zapewne był to żart, ale... I te listy 
pisane  szyfrem,  i  pistolet  w  torebce...  I  ta  rozmowa  dotycząca trucizny... Kim jest ów 
tajemniczy Tadeusz, który znał się na truciznach? A czy Dobrzyńska rzeczywiście bała się 
męża, czy też była to zręczna mistyfikacja? W jakim celu? Dlaczego Dobrzyńskiej zależało 
na tym, żeby mieszkać z Gródecką, a swojego męża ulokować w pokoju Gródeckiego? Na te 
pytania niełatwo było odpowiedzieć. Należało przeprowadzić szczegółowe dochodzenie, aby 
ustalić, co właściwie łączyło Dobrzyńskich z Gródeckimi. Zastanawiając się nad tą sprawą, 
Downar  przypomniał  sobie,  że  podczas  wieczornego spaceru po Florencji, na skwerku w 
pobliżu  kościoła  Santa  Maria  Novella,  spostrzegł  Dobrzyńskiego.  Siedział  na  ławce  i 
rozmawiał  z  jakąś  kobietą.  Odwrócona  była  plecami,  ale  kształt  głowy,  szyi,  ramion...  Był 
prawie pewien, że to Dobrzyńska. Nie robili wrażenia skłóconej pary małżeńskiej. Fakt ten 
przemawiałby za mistyfikacją, ale... Na skwerku panował półmrok. Mógł się pomylić. Mogła 
to być jakaś inna kobieta. A ta strzelanina w okolicach Frascati, w pobliżu willi Cycerona? 

Zranienie Gródeckiego... Ba

rdzo podejrzana historia. Potem rozmowa z Gródecką w Città del 

Mare. Widać było, że rzeczywiście boi się o męża. Znalazła w jego marynarce kartkę: „Mafia 
nigdy nie przebacza”. Właściwie łatwiej byłoby to wszystko sobie logicznie powiązać, gdyby 
został zamordowany Gródecki, a nie Dobrzyński. Karol musi mocno przycisnąć Gródeckiego. 
Koniecznie trzeba się zorientować, co to za historia z tą mafią. O co tu chodzi? Jaką rolę w 
całej  sprawie  odegrał  Więckowski?  Oczywiście  kłamał,  że  znalazł  się  wtedy  zupełnie 

prz

ypadkowo w pobliżu willi Cycerona. Można mieć nieomal całkowitą pewność, że był w 

porozumieniu z Gródeckim, że się tam po prostu umówili. A ów Włoch zastrzelony w wozie, 
o  czym  podawała  włoska  prasa?  Czy  miał  coś  wspólnego  z  Więckowskim  i  Gródeckim? 

background image

Może to przypadek, zwykły zbieg okoliczności. Tak, Gródecki będzie musiał zrezygnować z 
tajemniczego milczenia. Będzie musiał zacząć mówić, i to mówić prawdę. Karol da sobie z 
nim radę. Już nie takich cwaniaków rozpracowywał. Gródecka? W czasie rozmowy w Citta 

d

el  Marę  robiła  wrażenie  szczerej.  Wygląda  na  to,  że  nie  jest  wtajemniczona  w  bardzo 

niewyraźne interesy swojego męża. Ją jednak także trzeba będzie szczegółowo przesłuchać. 
Kto  wie,  czy  ta  „szczera”  rozmowa  w  Citta  del  Marę  nie  była  częścią  jakiegoś  dokładnie 
przemyślanego planu. 

Przewracał się z boku na bok. Nie mógł zasnąć. Był wściekły na siebie, na Walczaka, 

na tę całą idiotyczną historię.  Znowu stawał się  w stosunku do ludzi podejrzliwy, nieufny, 
węszący jakąś podstępną grę. Jednym słowem znowu oficer śledczy. Ze też akurat musiałem 
pojechać na tę wycieczkę - myślał ze złością. - Przecież mogłem sobie wybrać inną trasę, inny 
termin.  Co  za  pech.  Zamiast  teraz  przeglądać  sobie  spokojnie  albumy  z  barwnymi 

fotografiami z Wenecji, z Florencji, z Rzymu czy z 

Palermo, zamiast raz jeszcze przeżywać 

wszystkie miłe wrażenia, zastanawiam się, kto otruł Dobrzyńskiego, analizuję zachowanie się 
„Babci”, Gródeckich, Dobrzyńskich, Więckowskiego. Do diabła z nimi wszystkimi. Przeszedł 
na emeryturę i ma prawo nie zajmować się  ani  tą sprawą,  ani żadną inną. A  Karol?  Liczy 
przecież  na  pomoc  przyjaciela.  Nie  można  go  tak  zostawić.  To  byłoby  nie  w  porządku 
powiedzieć:  „Radź  sobie,  jak  umiesz.  Jestem  emerytem.  Nie  mam  już  nic  wspólnego  z 
zabójstwami,  z  przestępstwami.  Cześć”.  Nie  można,  w  żaden  sposób  nie  można.  Był 
przekonany, że w podobnej sytuacji Karol na pewno by mu pomógł. 

Wstał,  podgrzał  herbatę,  do  której  wcisnął  cytrynę  i  dolał  sporą  porcję  koniaku. 

Wrócił na tapczan. Sięgnął po albumy przywiezione z wycieczki. Chciał przestać myśleć o 
otruciu Dobrzyńskiego. 

Rozdział VII Major Downar znowu w akcji 

P

ułkownik  Leśniewski  nie  miał  oczywiście  nic  przeciwko  temu,  ażeby  Downar 

wystąpił w charakterze konsultanta i wspomógł Walczaka, łamiącego sobie głowę nad sprawą 
trujących grzybów. 

- Przykro mi - 

powiedział z przepraszającym uśmiechem - że zaraz na początku twojej 

emerytalnej kariery zaprzęgamy cię z powrotem do roboty, ale musisz przyznać, że sytuacja 
jest wyjątkowa. 

Downar westchnął. 

Przyznaję. Rzeczywiście muszę się włączyć. Nie widzę innego wyjścia. Diabeł mnie 

podkusił, żeby jechać na tę cholerną wycieczkę. 

background image

Jeżeli tak ci jest nie na rękę, to nie musisz - wtrącił się Walczak. - Jakoś sam sobie 

poradzę. 

Downar poklepał przyjaciela po plecach. 

Nie obrażaj się, Karolku. Tak gadam, byle gadać. Nie traktuj tego zbyt poważnie. 

Nie opuszczę cię w potrzebie. Możesz na mnie liczyć. 

Cieszę się, że doszliście do porozumienia - powiedział z zadowoleniem pułkownik. - 

Jestem  przekonany,  że  vińbus  unitis  błyskawicznie  uporacie  się  z  tą  sprawą.  Informujcie 
mnie,  jak  zwykle,  o  postępowaniu  śledztwa.  Bardzo  mi  odpowiada,  że  wy  dwaj  się  tym 

zajmiecie. A teraz nie zabieram wam czasu. 

Przeszli do pokoju Walczaka. Downar nalał sobie szklankę wody i zażył calcipirynę. 

Ciągle jeszcze nie czuł się najlepiej. Usiadł. 

Źle się czujesz? - zaniepokoił się Walczak. 

Głupstwo. Zwalczam grypę na wstępnym etapie. Nieważne. 

Uważaj na siebie, Stefan. Jesienna pogoda bywa zdradliwa. 

- Nie tylko jesienna pogoda bywa zdradliwa - 

powiedział, kiwając głową Downar. 

Kogo masz na myśli? 

W każdym razie nie ciebie. 

Walczak uważnie przyjrzał się przyjacielowi. 

Odnoszę wrażenie, że coś cię gnębi. 

Zdaje ci się. Nic mnie nie gnębi. Może jestem trochę zły na siebie, że się tak dałem 

nabrać. 

- Komu? 

- No, Dob

rzyńskiej, oczywiście. Tam w Wenecji uwierzyłem. 

Nie myśl o tym. Zastanówmy się, od czego albo raczej od kogo zaczniemy. Może 

pogadamy z kierownikiem waszej wycieczki? 

Sądzę, że to słuszna decyzja. 

Czy on się orientował, że ty masz coś wspólnego z milicją? 

Downar roześmiał się. 

Jesteś wspaniały. Ty się lepiej spytaj, kto się nie orientował. 

Przecież miałeś pojechać incognito. 

Łatwo  zaplanować,  trudniej  zrealizować.  Sporo  osób  wiedziało,  z  jakiej  jestem 

branży. Mniejsza z tym zresztą. 

Rozmowa z p

anem  Wacławem  Kozłowskim  nie  wniosła  nic  nowego  do  sprawy. 

Powtórzył to, co już Downar opowiedział Walczakowi. 

background image

Czy zachował pan tę kartkę, w której ktoś ostrzegł pana przed Dobrzyńskim? - spytał 

Downar. 

Kozłowski skinął głową. 

Tak. Mam ją nawet przy sobie. Wyjął z portfela zmięły kawałek papieru. 

„Niech pan uważa na Edwarda Dobrzyńskiego. To bandzior” - przeczytał Walczak. - 

Trzeba będzie sprawdzić - dodał półgłosem, wygładzając starannie kartkę. 

Przypuszczalnie pisał to sam Dobrzyński - powiedział Downar. - Chodziło mu o to, 

żeby jeszcze uprawdopodobnić strach żony. 

Rozmawiali dłuższą chwilę. Kozłowski nie przestawał narzekać, że akurat jemu trafiła 

się taka „parszywa” wycieczka. 

Trzeba mieć prawdziwego pecha, panie majorze. Ileż ja czasu stracę na te wszystkie 

przesłuchania, a jeszcze z pewnością będę musiał zeznawać przed sądem. 

-  Niewykluczone  - 

„pocieszył”  go  Downar.  -  Zresztą  nie  wiadomo,  jak  się  sprawa 

rozwinie.  - 

Musi  pan  być  przygotowany,  że  również  prokurator  będzie  chciał  z  panem 

rozmawiać. 

- Jeszcze i prokurator - 

jęknął Kozłowski. 

Czy pan sądzi, że Dobrzyńskiego mógł otruć ktoś z waszej grupy? - spytał Walczak. 

Kozłowski wzruszył ramionami. 

A bo ja wiem. Nie potrafię panu odpowiedzieć na to pytanie. Pokłócił się z żoną, a 

właściwie  wydaje  mi  się,  że  wyjechali  z  Warszawy  już  skłóceni.  Na  pierwszym  etapie,  w 
Mediolanie, podczas obiadu zauważyłem, że coś między nimi nie najlepiej. 

Rzeczywiście - podchwycił Downar. - Ja także odniosłem takie wrażenie. 

Walczak pokręcił głową. 

-  Od sprzeczk

i  małżeńskiej  do  otrucia  męża  dość  daleka  droga.  Zresztą,  pani 

Dobrzyńska  ma  alibi.  Czy  pan  zauważył  podczas  wycieczki  coś  podejrzanego?  Niech  pan 
będzie z nami zupełnie szczery. 

O tej strzelaninie w okolicach Frascati panowie wiedzą... 

- Tak. Ale w tej 

chwili chodzi nam o Dobrzyńskich, o ich wzajemny stosunek i o tę 

awanturę małżeńską. Kozłowski miał niewyraźną minę. 

Trudno mi coś powiedzieć. Nie chciałbym robić jakichś insynuacji, ale jeżeli mam 

być taki „zupełnie szczery”, to muszę się panom przyznać, że cała ta scena, którą urządziła 
pani Dobrzyńska, wydała mi się trochę sztuczna, trochę teatralna. 

Więc uważa pan, że to mogła być mistyfikacja? - nalegał Walczak. 

background image

Nie wiem... Wydaje mi się jednak, że można by panią Dobrzyńską posądzić o jakąś 

grę. 

Ale  w  jakim  celu?  Dlaczego  Dobrzyńskim  zależałoby  na  tego  rodzaju 

przekwaterowaniu? 

Kozłowski był zakłopotany. 

Tego nie potrafię sobie wytłumaczyć. I proszę nie brać poważnie moich słów. Być 

może, że krzywdzę tę kobietę. Niewykluczone, że ona naprawdę bała się męża. Dobrzyński 
był  tego  rodzaju  typem,  że  mógł  wzbudzać  obawę.  Od  samego  początku  zrobił  na  mnie 
bardzo niesympatyczne wrażenie. 

Czy nie zauważył pan, że Dobrzyńscy po tym przekwaterowaniu rozmawiali ze sobą 

jak zgodna para małżeńska? - spytał Downar. 

Nie.  Chyba  nie...  Chociaż...  W  Rzymie,  w  hotelu,  w  pewnym  momencie  miałem 

wrażenie, że zamienili ze sobą parę słów na korytarzu. Mogło mi się jednak wydawać. Nie 

jestem pewien. 

Walczak skończył notować i schował długopis do kieszeni. 

-  Na razie 

to by było wszystko. Dziękujemy panu.. Po wyjściu Kozłowskiego przez 

dłuższą chwilę milczeli. Pierwszy odezwał się Downar. 

No i co o tym myślisz? 

Myślę, że potwierdzają się twoje wątpliwości - odparł Walczak. - Twoja sugestia, że 

Dobrzyńscy  działali  solidarnie  w  jakimś  ściśle  określonym  celu,  zaczyna  mi  trafiać  do 

przekonania. - 

Stuknął palcem w leżący na biurku kawałek papieru. - Tę kartkę trzeba będzie 

porównać z charakterem pisma wszystkich uczestników wycieczki. 

-  Nielicha robota - 

pokiwał  głową  Downar.  -  Może  Olszewski  się  tym  zajmie?  To 

bardzo cierpliwy człowiek. A teraz chciałbym, żebyśmy się podzielili obowiązkami. Nie ma 
sensu we dwóch przesłuchiwać wszystkich po kolei. 

Oczywiście.  Ponieważ  ja  oficjalnie  prowadzę  śledztwo,  ja  także  odbędę 

prze

słuchania. Ty natomiast pogawędzisz sobie z różnymi ludźmi na płaszczyźnie całkowicie 

prywatnej rozmowy. To zresztą może dać dużo lepsze rezultaty. Każdy jest bardziej skłonny 
do  szczerych  wynurzeń,  siedząc  w  jakimś  zacisznym  pokoiku  czy  w  kawiarni  i  popijając 

koniak. 

Słusznie - przytaknął Downar. - Ty jesteś w danym wypadku osobą urzędową, a ja 

prywatnym  detektywem.  Mówiąc  szczerze,  nawet  mi  ta  rola  odpowiada.  Sądzę,  że  w 
pierwszej kolejności będziesz chciał przesłuchać Dobrzyńską. 

Walczak pokiwał głową. 

background image

Częściowo już to zrobiłem, ale oczywiście trzeba będzie porozmawiać raz jeszcze. 

Postaram  się  również  sprawdzić  jej  alibi.  Następnie  Gródecki.  Tego  faceta  będę  musiał 
solidnie rozpracować. Jego żonę także. 

Może Gródecką zostawisz na razie mnie - zaproponował Downar. 

Jak sobie życzysz. Przystojna? 

Niczego sobie. Ale nie o to chodzi. Ponieważ wtedy w Citta del Marę rozmawiała ze 

mną na temat swojego męża... 

Racja.  Zapomniałem.  -  Walczak  przeczesał  palcami  zwichrzoną  czuprynę.  - 

Oczywiście, że powinieneś z nią pomówić. A potem... 

Potem „Babcia”, Więckowski i ewentualnie Anna. 

To ta młoda, samotna dziewczyna, w której się zakochałeś. 

No,  niezbyt  ścisłe  określenie  -  uśmiechnął  się  Downar.  -  A  w  ogóle  skąd  ci  taka 

koncepcja przyszła do głowy? 

Walc

zak przymknął jedno oko. 

Zdaje mi się, Stefanku, że nie od dzisiaj się znamy. Ton, jakim mówiłeś o tej pani, 

dał  mi  coś  niecoś  do  myślenia.  Ale  mniejsza  z  tym.  Nie  moja  sprawa.  Kogo  tam  jeszcze 

mamy na tapecie? Panie Baczanowskie. 

- Dwie stare panny - wy

jaśnił Downar. - Jedna gra rolę kierowniczą i terroryzuje swą 

młodszą siostrę, traktując ją jak podlotka. Nie sądzę, żeby miały coś wspólnego z tą sprawą. 
Nie możemy przecież brać pod uwagę wszystkich uczestników wycieczki. Trzydzieści kilka 

osób. 

- Tak - 

przyznał Walczak - to nie miałoby sensu i praktycznie byłoby niewykonalne. 

Zajmiemy  się  tylko  tymi,  na  których  zwróciłeś  specjalną  uwagę.  Wspomniałeś  jeszcze  o 
jakimś starszym jegomościu, który rozmawiał z „Babcią” o truciźnie. 

Downar skrzywił się. 

Odstępuję ci go na razie. Walczak zajrzał do swoich notatek. 

A ten młody człowiek, który emablował ekscentryczną staruszkę, Robert Werbach? 

Niewiele  mogę  o  nim  powiedzieć.  Na  pierwszy  rzut  oka  nieciekawy  typ.  Robi 

wrażenie wielkiego cwaniaka. Być może, to tylko pozory. Czasem najuczciwsi ludzie mają 
taki podejrzany wygląd. 

Ja tam wierzę w twoją intuicję - powiedział z przekonaniem Walczak. - Jeżeli, jak 

mówisz, facet 

kręcił się koło starszej pani, to na wszelki wypadek zajmiemy się nim. 

Walczak raz jeszcze 

przejrzał swoje notatki. 

background image

Wiesz, co mnie najbardziej niepokoi? To, że Dobrzyńskiego mógł wykończyć jakiś 

cudzoziemiec, któryś jest już poza naszymi granicami. Jeżeli Dobrzyński miał powiązania z 
Gródeckim, a Gródecki naraził się mafii... 

-  Taka ewentualn

ość  wydaje  mi  się  mało  prawdopodobna  -  powiedział  Downar.  - 

Zaczęliby chyba od Gródeckiego. A poza tym... Ta historia z zatruciem grzybów nie pasuje 
do tej wersji. Gdyby na naszym terenie grasował jakiś „mafioso”, to raczej pistolet, sztylet, 

wypadek samoc

hodowy...  ale  nie  ekstrakt  z  muchomorów.  Zresztą,  nie  bawmy  się  w 

domysły. Proponuję zrezygnować z fantazjowania i zabrać się do konkretnej roboty. 

Pod pozornym spokojem i opanowaniem Walczak wyczuł zdenerwowanie. Wrażenie 

to  nie  było  na  niczym  oparte.  Po  prostu  intuicja  i  ogromna  znajomość  psychiki  ludzkiej, 
zdobyta w czasie wieloletniej pracy w służbie śledczej. 

Przez  chwilę  z  uprzejmym  uśmiechem  przyglądał  się  tej  pięknej,  delikatnej  twarzy, 

jakby  zdjętej  z  dziewiętnastowiecznego  portretu.  Ani  śladu  współczesnej,  agresywnej 
kobiecości.  Pomyślał,  że  w  historycznym  filmie  mogłaby  zagrać  rolę  ukochanej  jakiegoś 
poety.  Widział  ją  w  zwiewnej  sukni,  tańczącą  walca  na  rzęsiście  oświetlonej  sali.  Nie,  ta 
kobieta stanowczo nie wyglądała na trucicielkę. Pozory mogły jednak mylić. 

Przykro mi, że musiałem panią trudzić w tak ciężkich dla pani chwilach. 

To  jest  pańskim  obowiązkiem  -  powiedziała  cichym,  matowym  głosem.  -  Byłam 

przygotowana. 

Pani wie, że mąż pani został otruty. 

- Tak. 

Został  otruty  ekstraktem  z  trujących  grzybów.  Czy  pani  podejrzewa  kogoś  o  tę 

zbrodnię? 

- Nie. 

O ile się orientuję, pożycie pani z mężem nie układało się ostatnio najlepiej. 

W tym czasie przebywałam w Krakowie, u matki. 

Powiedziane to zostało z niespodziewaną energią. 

Walczak 

spojrzał zdziwiony. 

Wiem. Nie prosiłem panią o podanie alibi. 

Sądziłam, że pan mnie podejrzewa o otrucie męża. 

Skąd takie przypuszczenia? 

-  Bo to chyba najprostsza i najbardziej prawdopo

dobna  hipoteza.  Skłócone 

małżeństwo, duże pieniądze... Ale zapewniam pana, że nie otrułam Edwarda. 

background image

A czy pani kogoś podejrzewa? Potrząsnęła głową. 

- Nie, nie, nikogo. 

Powiedziała  to  pani  bez  przekonania.  Więc  może  jednak  ma  pani  jakieś 

wątpliwości... 

Końcem języka zwilżyła wargi. 

No,  cóż...  Prawdę  mówiąc,  ostatnio  nie  bardzo  orientowałam  się  w  życiu  mojego 

męża i dlatego... 

Czy mąż pani utrzymywał z jakąś kobietą intymne stosunki? 

Nie wiem. Być może. 

Naprawdę pani nie wie? 

- Nie. 

Walczak nie uwierzył, ale nie miał zamiaru nalegać. 

Czy może mi pani powiedzieć, jak dawno zaczął się rozkład waszego małżeństwa? 

O, już prawie od roku. 

Dlaczego więc państwo wybrali się razem na orbisowską wycieczkę do Włoch? 

W jej uśmiechu była melancholia. 

To  miała  być  próba,  próba  pogodzenia  się.  Bez  sensu.  Nie  było  żadnych szans, 

żeby... A zresztą, w tej chwili to chyba nie ma znaczenia. 

-  Istotnie  - 

przyznał  Walczak,  udając,  że  wszystko  bierze  za  dobrą  monetę.  - 

Rozmawiałem  z  kierownikiem  waszej  wycieczki,  panem  Kozłowskim.  Twierdzi,  że  pani 
panicznie bała się swego męża i nie chciała z nim mieszkać w jednym pokoju. 

Spuściła  oczy  i  przyglądała  się  uważnie  swym  delikatnym,  wypielęgnowanym 

dłoniom. 

Edward był człowiekiem bardzo porywczym - powiedziała cicho. - A ostatnio stał 

się zupełnie niemożliwy. O byle co wpadał we wściekłość. To prawda, że go się bałam. 

I zamieszkała pani z panią Gródecką, a wasi mężowie zostali razem zakwaterowani. 

- Tak. 

Dziwię się, że państwo Gródeccy zgodzili się na taką separację. 

Marynia jest moją koleżanką. Przyjaźnimy się jeszcze od czasów szkolnych. Chciała 

mi pomóc. 

A tu, w Warszawie? Jak się ułożyły sprawy mieszkaniowe? 

Mój  mąż  został  na  razie  w  naszym  mieszkaniu,  a  ja  wyjechałam  do  mamusi,  do 

Krakowa. 

I nie przyjeżdżała pani do Warszawy? 

background image

- Nie. Po co? 

- Czy pani pracuje? 

-  Nie. 

To  znaczy...  Trochę  zajmuję  się  dziennikarstwem.  Od  czasu  do  czasu, 

dorywczo. 

Jaka tematyka najbardziej panią interesuje? 

To zależy - odparła wymijająco. 

Nie  dopytywał  się.  Postanowił  przeprowadzić  tę  rozmowę  bardzo  ostrożnie,  bez 

wywierania jakiejkol

wiek presji. Kobieta siedząca po drugiej stronie biurka podobała mu się. 

Zawsze na nim robiły wrażenie takie pastelowe, romantyczne piękności. Można popatrzeć jak 
na  ładny  obrazek  -  myślał.  Ale  ten  „ładny  obrazek”,  albo  raczej  dziewiętnastowieczny 

portreci

k, niepokoił go. Mimo ujmującej, pełnej łagodności aparycji i rozbrajających spojrzeń 

wyczuwał  w  jej  słowach  coś  nieszczerego,  coś  co  nakazywało  mu  zdwoić  czujność. 
Energicznym ruchem przeczesał palcami siwiejącą czuprynę, która ciągle jeszcze nie dawała 

s

ię ujarzmić. 

Czy mogę pani zadać jedno, trochę niedyskretne pytanie? 

Spojrzała na niego zaskoczona. 

Proszę. Niech pan pyta. 

Chciałbym  wiedzieć,  czy  wobec  tych  małżeńskich  komplikacji,  nie  pojawił  się  w 

pani życiu jakiś adorator. 

Wyraz niechęci odmalował się na jej twarzy. Zmarszczyła brwi. 

Nie, proszę pana, nie pojawił się żaden adorator. I chciałabym pana poinformować, 

że nie należę do tak zwanych „łatwych kobiet”, które zadają się z byle kim. 

Nie  miałem  na  myśli  byle  kogo  -  usprawiedliwił  się  pośpiesznie  Walczak.  -  Ale 

ponieważ,  jak  sama  pani  powiedziała,  od  blisko  roku  nie  żyje  pani  z  mężem,  przeto  nie 
byłoby to niczym dziwnym, gdyby... Proszę się na mnie nie gniewać, prowadzę dochodzenie 
w sprawie zabójstwa i chcę mieć możliwie jak najdokładniejszy obraz sytuacji. Muszę znać 
wszystkie okoliczności towarzyszące, żeby następnie wyciągnąć odpowiednie wnioski. 

Ja się na pana nie gniewam - powiedziała spokojnym, obojętnym głosem. - Mogę 

pana  jednak  zapewnić,  że  nie  nawiązałam  żadnego  flirtu.  Być  może,  że  jacyś  mężczyźni 
interesują się moją osobą, ale ja nic o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć. 

Walczaka ogarniały coraz większe wątpliwości. Rozmowa z piękną panią Dobrzyńską 

dała  mu  dużo  do  myślenia.  Wyczuwał  instynktownie  starannie  przemyślaną  grę.  Coraz 
bardziej był skłonny podzielić wątpliwości Downara i Kozłowskiego co  do tej histerycznej 
sceny odegranej tam, we Włoszech. 

background image

Czy  wyjeżdżając  do  matki  dużo  rzeczy  zabrała  pani  ze  swojego  warszawskiego 

mieszkania? 

Spojrzała na niego szczerze zdziwiona. 

Nie  rozumiem.  Zabrałam  to,  co  mi  jest  niezbędnie  potrzebne,  osobiste  rzeczy, 

spodnie, kilka swetrów, bieliznę, płaszcz, kurtkę. Nie wiem właściwie, o co panu chodzi. 

A czy zabrała pani jakieś książki, listy, dokumenty? 

Nie. Żadnych listów ani dokumentów nie zabierałam. Po co? 

Walczak miał zafrasowaną minę. 

Bo  widzi  pani...  Po  śmierci  pana  Dobrzyńskiego  przeszukaliśmy  dosyć  dokładnie 

mieszkanie państwa i nie znaleźliśmy żadnej starej korespondencji, żadnych notatek. Przyzna 
pani, że to trochę dziwne. 

N

ieznacznie wzruszyła ramionami. 

Nie widzę w tym nic dziwnego. Po prostu ani ja, ani mój mąż nie mieliśmy zwyczaju 

kolekcjonowania listów. Uważaliśmy, że to bezcelowe zagracanie mieszkania. 

Nigdy pani nie notowała adresów i telefonów swoich znajomych i przyjaciół? 

Od tego jest książka telefoniczna. 

No, tak. Od tego jest książka telefoniczna - powtórzył Walczak i zamyślił się. - Teraz 

zapewne wróci pani do Warszawy. 

Muszę się zająć interesami mojego męża. To nie będzie dla mnie ani łatwe, ani miłe. 

O ile się orientuję, mąż pani posiadał inspekty. Hodował pieczarki, warzywa. 

Tak. W okolicach Milanówka. Zastanowię się, co z tym zrobić. Ja nie czuję się na 

siłach. Nie znam się na ogrodnictwie. 

Mąż pani zapewne miał kogoś do pomocy. 

Tak. Miał pracowników. To dość duży obiekt. A poza tym... Poza tym jego kuzyn 

mu pomagał. Fachowiec. 

Czy ten kuzyn był wspólnikiem pani męża? 

Myślę, że tak. Na pewno miał jakiś udział w zyskach. Musiał przecież coś z tego 

mieć. 

A może on zgodziłby się sam prowadzić interes. Mógłby od pani wziąć w dzierżawę. 

Płaciłby czynsz dzierżawny... 

- Nie wiem, nie wiem - 

powiedziała z nerwową niecierpliwością. - Nie zastanawiałam 

się nad tymi sprawami. Muszę się poradzić adwokata. 

Bardzo  słusznie  -  przytaknął  Walczak.  -  W takich  sytuacjach  dobrze  zasięgnąć 

fachowej porady. Nie wątpię, że pani ma jakiegoś zaprzyjaźnionego prawnika. 

background image

Zaczynała zdradzać coraz większe zdenerwowanie. 

Chyba tak. Myślę, że tak. 

Przepraszam,  że  panią  męczę,  ale  chciałbym  zadać  jeszcze  jedno  pytanie. Czy 

państwo mają wóz? To znaczy... Wyraziłem się niezupełnie ściśle. Czy pani ma wóz? 

Tak. Mieliśmy nawet dwa wozy, nie licząc furgonetki, niezbędnej w warzywniczym 

gospodarstwie. 

Powiedziała pani, że mieli państwo dwa wozy. Z tego by wynikało, że... 

-  Tak, tak... - 

przerwała mu szybko. - Mieliśmy wołgę i fiata 125. Ale mąż sprzedał 

wołgę.  Powiedział,  że  wystarczy  nam  jeden  samochód,  że  wołga  za  dużo  pali.  Ostatnio 
Edward zrobił się bardzo oszczędny. 

Pani umie prowadzić? 

Oczywiście. Ale nie bardzo lubię. Przeważnie prowadził mój mąż. Był znakomitym 

kierowcą. 

Czy  mogłaby  mi  pani  podać  imię  i  nazwisko  kuzyna  pani  męża,  który  był  jego 

wspólnikiem? 

- Gustaw Wolner. 

Na  tym  przesłuchanie  zostało  zakończone.  Walczak  uprzejmie  odprowadził  panią 

Dobrzyńską do drzwi. 

Uważnie przejrzał swoje notatki i dwukrotnie przesłuchał taśmę magnetofonową. Jego 

własny głos wydał mu się, jak zwykle, dziwnie obcy. 

Downar doznawał mieszanych uczuć. Początkowo był wściekły, że bez oporu dał się z 

powrotem  zapędzić  do  roboty. Po pewnym czasie jednak  pojawiło  się  coś  w  rodzaju 
zadowolenia. Nie mogą się jednak beze mnie obejść - myślał z uśmiechem. - Jestem im ciągle 
potrzebny. Nie tak łatwo znajdą kogoś na moje miejsce. Jeszcze nie raz i nie dwa skorzystają 

z pomocy emeryt

a. Major Downar na emeryturze. Kto by pomyślał, że ten czas tak szybko 

zleci. 

A  teraz?  Teraz  był  człowiekiem  wolnym,  panem  swojego  czasu,  nie  związany 

żadnymi  terminami,  żadnymi  obowiązkami.  Oczywiście,  pomoże  Walczakowi,  ale  już  jako 

wolny strzelec, prywatny detektyw. - Prywatny detektyw - 

powiedział głośno i roześmiał się. 

Zupełnie jak w angielskiej czy amerykańskiej kryminalnej powieści. Dużo się kiedyś naczytał 
tych, jak sam je określał, „bajeczek dla dużych  dzieci”. W kryminalnej  powieści  głównym 

bohat

erem jest przeważnie prywatny detektyw, a policja to albo durnie, albo łobuzy, mający 

powiązania  ze  światem  przestępczym.  Walczak  nie  był  durniem.  To  dobry  fachowiec,  z 

background image

dużym  doświadczeniem.  Ale  Downar  miał  ochotę  zabawić  się  w  „prywatnego  detektywa”, 

okaz

ać  się  sprytniejszym  i  mądrzejszym  od  służb  śledczych.  Naturalnie  nie  będzie 

wprowadzał  w  błąd  Walczaka  i  nie  będzie  mu  przeszkadzał  w  robocie,  jak  to  robią 
bohaterowie powieściowi, ale... Perspektywa wystąpienia w roli Peny Masona czy Herkulesa 

Poirot baw

iła go. To coś zupełnie nowego. 

Zabawa zabawą, ale trzeba było solidnie popracować głową, żeby śledztwo ruszyć z 

martwego punktu. Należało systematycznie rozpracować tych uczestników wycieczki, którzy 
ewentualnie  mogli  mieć  coś  wspólnego  -  pośrednio  czy  bezpośrednio  -  z otruciem 
Dobrzyńskiego, a następnie rozejrzeć się w środowisku tego człowieka. A jakby tak zacząć 
działalność „prywatnego detektywa” od najprzyjemniejszej rozmowy? 

Uprzedziła go. Zadzwoniła pierwsza. 

Czy byłby pan skłonny zobaczyć się ze mną? 

Ależ  oczywiście.  Bardzo  chętnie.  Właśnie  myślałem  o  pani.  Miałem  zamiar 

zatelefonować. 

Szkoda, że pan tego nie zrobił. Gdzie się spotkamy? 

Najbliżej mu było do kawiarenki „Na Rozdrożu”. Zgodziła się. 

Odpowiada panu godzina piąta? 

- Gdy chodzi o s

potkanie z panią, to każda godzina mi odpowiada, jak również każda 

pora dnia i każda pora roku. 

Widzę, że pan jest w znakomitym humorze. 

Usiłuję nie poddawać się jesiennym nastrojom. Ale w głosie pani wyczuwam jakby 

melancholię. 

- Nie mam specjalnych p

owodów do radości. Więc o piątej. 

O piątej. 

Downar starannie przygotował się na to spotkanie. Od czasu powrotu do Warszawy 

nie widział jej. Zachowuję się jak sztubak - myślał wkładając białą koszulę i swój najnowszy, 

szary garnitur, uszyty na zamówienie. 

Poszedł do fryzjera. Kazał ostrzyc się i ogolić, chociaż 

rano golił się jak zwykle.. 

Odświeżony, pachnący wodą kolońską już za dziesięć piąta zjawił się w kawiarni. Nie 

było dużo ludzi. Z łatwością znalazł wolny stolik. Obojętnym spojrzeniem powiódł dokoła i 
nagle  spostrzegł,  że  ktoś  mu  się  kłania.  Gródecki.  Odkłonił  się  z  nieco  wymuszonym 
uśmiechem. Wolałby, żeby nikt ze znajomych nie wiedział o jego spotkaniu z Anną. 

Przyszła punktualnie. Wyglądała bardzo elegancko i szykownie. Zarówno mężczyźni, 

jak i k

obiety oglądali się za nią. Pochlebiło mu to. 

background image

Przywitali się serdecznie, jak starzy znajomi. Poprosiła o kawę. 

Nie,  nie,  żadnych  ciastek.  Dziękuję.  Przyjrzał  jej  się  uważnie.  Bardzo  ładna  - 

pomyślał. - 

Co za oczy. Jakie piękne włosy. Szkoda, że ciągle taka smutna. 

Dziękuję, że pan znalazł dla mnie chwilę czasu - powiedziała. 

Każde spotkanie z panią to dla mnie prawdziwa przyjemność. Jak się pani czuje po 

powrocie na ojczyzny łono? 

- Tak sobie - 

odparła niechętnie. - Boję się, że będzie pan miał do mnie żal. 

Spojrzał zdziwiony. 

Żal? A o cóż mógłbym mieć żal do pani? 

Bo  zapewne  pan  sądzi,  że  ja  tak  zupełnie  bezinteresownie  chciałam  się  z  panem 

spotkać. 

Zrobił niewyraźną minę. 

No,  cóż...  Tak  czy  inaczej  jestem  bardzo  rad,  że  panią  widzę.  Czyżby  pani  miała 

jakieś kłopoty?. 

Skinęła głową. 

Nie mam nikogo bliskiego, a na tej wycieczce tak jakoś trochę zaprzyjaźniliśmy się, 

że... 

Może pani liczyć na moją radę i pomoc - powiedział z przekonaniem Downar. 

Dziękuję. Bardzo pan miły. 

Więc co się takiego stało? O co chodzi? 

Boję się o mojego męża - powiedziała cicho. 

Nie wiedziałem, że pani jest mężatką. 

Tak. A właściwie... Będę z panem zupełnie szczera. Od dłuższego czasu żyjemy z 

Romanem  w  separacji.  Związał  się  z  inną  kobietą.  Ale  ciągle  przebywamy w jednym 
mieszkaniu.  Teraz  są  bardzo  duże  trudności  z  zamianą  większego  mieszkania  na  dwie 

kawalerki. 

Czy państwo są już po rozwodzie? 

Jeszcze nie. Roman ciągle nie ma czasu. Jest bardzo zajęty. Często wyjeżdża. Ciągle 

obiecuje, że zajmie się sprawą rozwodową, ale tak jakoś schodzi... Ja zresztą specjalnie nie 
nalegam. Nie zależy mi na rozwodzie. Przynajmniej na razie. 

Jeżeli  już  pani  zdecydowała  się  na  szczerą  rozmowę  ze  mną,  to  pozwolę  sobie 

zapytać, czy pani ciągle jeszcze kocha swojego męża. 

S

puściła oczy i zaczęła wyszarpywać nitki z szalika. 

background image

Nie wiem. To są skomplikowane sprawy. Trudno mi odpowiedzieć. Czasami... Nie 

wiem, naprawdę nie wiem. 

-  Dajmy temu spokój - 

Downar  postanowił  zrezygnować  z  tego  tematu.  Nie  chciał 

stawiać  dziewczyny  w  kłopotliwej  sytuacji  ani  robić  jej  przykrości.  -  I  Wspomniała  pani 
przed chwilą, że jest niespokojna 

o swego męża. Czy istnieją jakieś konkretne powody do tego niepokoju? 

Tak. Inaczej przecież nie zawracałabym panu głowy. 

Więc...? 

Obawiam się, że Roman wpadł w złe towarzystwo. 

To się zdarza w najlepszych rodzinach - uśmiechnął się Downar. 

Niech  pan  nie  żartuje.  Boję  się,  bardzo  się  boję,  że  to  jest  poważna  sprawa. 

Oficjalnie ciągle jesteśmy małżeństwem. Jeżeli więc Roman wplątałby się w jakąś aferę, to i 
ja oczywiście, jako jego żona... Niezależnie zresztą od tego... 

Na  czym  konkretnie  polega  ta,  jak  się  pani  wyraziła,  „poważna  sprawa”?  -  spytał 

Downar. Był zawiedziony. Inaczej wyobrażał sobie ich spotkanie. Wysłuchiwanie opowieści 
o jakichś tarapatach męża Anny wcale go nie bawiło. 

Jakby zgadując jego myśli, powiedziała: 

Właściwie może nie powinnam... Nie chciałabym zanudzać pana moimi kłopotami. 

Ale cóż znowu... - zaprotestował z ożywieniem, podziwiając w duchu jej intuicję. 

Był nawet trochę zażenowany. - Słucham bardzo uważnie. Proszę, niech pani mówi. 

Pamięta  pan  może  samotnego  młodego  człowieka,  który  brał  udział  w  naszej 

wycieczce? 

Taki  jasny  blondyn,  prawie  albinos.  Niebieskie  oczy.  Często  zabawiał  rozmową 

naszą „Babcię”. 

- Tak. To te

n. Nazywa się Robert Werbach. Antypatyczny facet. 

Istotnie, młodzieniec o niezbyt pociągającej aparycji - przyznał Downar. 

Słowo „facet” w ustach tej ładnej, eleganckiej dziewczyny było dla niego niemiłym 

zgrzytem. Starzeję się - pomyślał. 

No i cóż ten Robert Werbach? 

Kupił od pana Dobrzyńskiego samochód. 

Czy pani wie, że Dobrzyński nie żyje? Spojrzała na niego zaskoczona. 

Nie żyje?! Niemożliwe! Przecież... Co się stało? Wypadek? Kraksa? 

Zatruł się grzybami - odparł Downar. Postanowił pozostawić to bez komentarzy. 

- Straszne - 

powiedziała cicho. - Młody, pełen sił człowiek. Jak to się mogło stać? 

background image

Dokładnie nie wiem. Słyszałem, że pojechał z przyjaciółmi na grzyby... Widocznie... 

Od kogo się pan o tym dowiedział? Od jego żony? 

- Nie. Nie widzi

ałem się z panią Dobrzyńską. Już nie pamiętam, kto mi opowiedział o 

tym  zdarzeniu.  Być  może,  że  pan  Kozłowski,  nasz  były  kierownik.  Ale  wracajmy  do  pani 
sprawy. Więc cóż z tym samochodem? 

Skończyła pić kawę i sięgnęła po papierową serwetkę. 

Otóż... Werbach kupił od Dobrzyńskiego czarną wołgę. Ponieważ Romanowi, czyli 

mojemu  mężowi,  zepsuł  się  wóz,  pożyczył  tę  wołgę  od  Werbacha,  mając  zamiar  gdzieś 
pojechać. Tymczasem zupełnie niespodziewanie wypadł mu wyjazd do Budapesztu. Poleciał 

samolotem. Podczas jego 

nieobecności ja wzięłam tę wołgę i trzeba trafu, że rozbiłam ją pod 

Wilanowem. Padał deszcz. Było ślisko. Drzewo. Może za szybko jechałam... 

- To bardzo prawdopodobne - 

przyznał Downar. - I co dalej? 

Ogromnie  się  przejęłam  tym  wypadkiem.  Natychmiast  odstawiłam  wóz  do 

warsztatu.  Chciałam  oczywiście,  żeby  go  naprawili  przed  powrotem  Romana.  Chodziło 
przede wszystkim o błotniki. No i karoseria także... W czasie tej reperacji okazało się, że w 
wozie  zostały  skonstruowane  bardzo  pomysłowe  skrytki,  przeznaczone  niewątpliwie  do 
przemycania  jakiegoś  towaru.  Mechanik  mi  to  pokazał.  Powiedział,  że  go  takie  rzeczy  nie 
interesują, ale że czasy są ciężkie, wszystko drożeje. Prywatny warsztat. Zapłaciłam. 

Nie  bardzo  rozumiem,  dlaczego  pani  niepokoi  się  o  swojego  męża  -  powiedział 

Downar, uważnie wysłuchawszy tej opowieści. 

Bo  Roman  coś  kombinuje  z  Werbachem,  a  Werbach  to,  moim  zdaniem,  bardzo 

mętny typ. Najlepszy dowód te skrytki w wozie. 

Nie jest przecież powiedziane, że to on je zainstalował. 

Myśli pan? - powiedziała z nadzieją w głosie. 

Oczywiście. Kupił wóz od Dobrzyńskiego... Pokręciła głową. 

To chyba mało prawdopodobne, żeby ktoś sprzedawał wóz z takimi skrytkami. Nie 

sądzi pan? 

Ma pani rację - przyznał Downar. - Ciekawe, czy Werbach miał jakieś powiązania z 

Dobrzyńskim przed tą transakcją. 

Nie wiem, ale to możliwe. 

Na czym pani opiera takie przypuszczenie? Wzruszyła ramionami. 

Właściwie na niczym. O ile zdążyłam się zorientować, to typ człowieka, który ma 

ogromną łatwość nawiązywania znajomości z ludźmi, a szczególnie z takimi ludźmi, którzy 

background image

mogą  mu  się  do  czegoś  przydać.  Zauważył  pan  zapewne,  jak  podczas  naszej  wycieczki 
nadskakiwał pani Celińskiej. 

Zauważyłem. 

No, więc właśnie. Od pierwszej chwili wyczuł, że jest to osoba bardzo zamożna i 

ustosunkowana. 

- A propos. 

Może widziała się pani po powrocie z naszą niesamowitą „Babcią”? 

Jeszcze nie. Dzwoniła do mnie. Zostałam zaproszona na czwartek na kolację. Może i 

pan przyjdzie? 

Ja nie zostałem zaproszony. Zresztą nie wiem, czy w czwartek miałbym czas. 

Pani Celińska powiedziała, że chce zaprosić do siebie kilka osób z naszej wycieczki. 

Zdaje się, że staruszka ma ochotę powspominać. 

Zapewne. Ale wróćmy do pani męża. Jak dotąd nie widzę konkretnych powodów do 

niepokoju. Te skrytki w samochod

zie  nie  są  żadnym  dowodem  obciążającym.  W  każdej 

chwili może udowodnić, że kupił używany wóz. 

O  tym  wozie  powiedziałam  dlatego,  żeby  panu  uświadomić,  że  Roman  naprawdę 

zadaje się z podejrzanymi typami. 

Czym zajmuje się mąż pani? -.spytał Downar. - Mam na myśli jego oficjalne zajęcie. 

Organizuje imprezy artystyczne. W związku z tym dużo jeździ. 

- Czy jest obecnie w Warszawie? 

Nie. Pojechał na wycieczkę do Turcji. Właśnie z Werbachem. 

Pojechali tą wołgą? 

Nie. Jakimś innym wozem. 

- Wycieczka indywidualna? 

- Tak. 

I pani się obawia, że jest to wyprawa po „złote runo”. 

To prawdopodobne. W każdym razie bardzo bym chciała, żeby Werbach odczepił się 

od Romana. Myślałam nawet, żeby porozmawiać na ten temat z panią Dobrzyńską, ale w tej 

sytuacji... Nie 

bardzo mi wypada tak zaraz po śmierci jej męża... 

Downar uważnie przyjrzał się mówiącej. 

Nie rozumiem. Co ma wspólnego z tą sprawą pani Dobrzyńska? 

Anna mach

inalnie spojrzała na zegarek. 

Werbach jest przyjacielem pani Dobrzyńskiej. 

Mówi pani poważnie? 

Najzupełniej. 

background image

Hm... Przyznaję, że trochę mnie pani zaskoczyła. Uśmiechnęła się. 

Och.  To  jest  publiczną  tajemnicą.  Pan  nie  miał  kontaktu  z  tym  środowiskiem  i 

dlatego... 

A pani z jakiego źródła ma tę wiadomość? 

Powiedział mi Roman i chyba nie tylko Roman. 

Czy może orientuje się pani, od jak dawna Dobrzyńska i Werbach...? 

- Do

kładnie nie wiem, ale chyba od roku albo jeszcze dawniej. 

Czy pani bliżej znała państwa Dobrzyńskich? 

Nie. Wszystko, co o nich wiem, to właściwie od Romana. No i podczas tej naszej 

wycieczki... 

Więc  od  swojego  męża  dowiedziała  się  pani  o  romansie  Werbacha  z  panią 

Dobrzyńską? 

Tak. Chyba tak, chociaż... 

Chociaż...? - podchwycił Downar. 

Wydaje  mi  się,  że  słyszałam  także  i  od  innych  osób.  Wie  pan...  Warszawa  to 

właściwie  małe  miasto  i  bardzo  plotkarskie.  Wszyscy  wszystko  wiedzą  o  swoich  bliźnich. 
Tutaj niezmiernie trudno coś ukryć. 

Pani zapewne dobrze zna Roberta Werbacha. Potrząsnęła głową. 

Nie. Wcale go nie znam. Przed wyjazdem na wycieczkę widziałam Werbacha dwa 

czy trzy razy zupełnie przelotnie. A później we Włoszech, ale i tam nie nawiązałam z nim 
bliższej znajomości. 

Downara trochę to zastanowiło, ale nie zdradził się ze swoimi wątpliwościami. 

Chciała pani spotkać się ze mną w konkretnej sprawie. 

- Tak, Czy 

ma mi pan to za złe? 

Broń Boże. Tylko ciągle jeszcze nie wiem, w czym mógłbym być pani pomocny. 

Tak  jak  powiedziałam  na  początku  naszej  rozmowy,  chodzi  o  Romana,  o  mojego 

męża. 

Czego pani ode mnie oczekuje? Uśmiechnęła się niewyraźnie. 

Prawdę  mówiąc,  sama  nie  wiem.  Zachowuję  się  bardzo  głupio.  Ale  musi  pan 

zrozumieć,  że  nie  mam  nikogo  bliskiego,  nie  mam  się  komu  zwierzyć.  Podczas  naszej 
wspólnej wycieczki do Włoch tak jakoś... 

Dołożę  wszelkich  starań,  żeby  pani  pomóc  -  zapewnił  Downar.  -  Cała  trudność 

polega  na  tym,  że  nie  wyobrażam  sobie,  jak  ma  praktycznie  wyglądać  ta  pomoc.  Co  mam 
zrobić? Chciałaby pani, żebym pomówił z jej mężem? 

background image

Energicznie potrząsnęła głową. 

Och, nie, nie. To by jeszcze pogorszyło sprawę. 

Więc...? 

Wyraz kompletnej bezradn

ości odmalował się na jej twarzy. Robiła wrażenie małego 

przestraszonego dziecka. 

Niepotrzebnie  zawracam  panu  głowę  -  powiedziała  cicho.  -  W tej chwili 

zrozumiałam, że nic mi pan nie może pomóc. Nikt mi nie może pomóc. - W oczach miała łzy. 
Zdawało się, że lada chwila się rozpłacze. 

Downarowi zrobiło się żal. Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej dłoni. Była zimna. 

-  Pani Anno - 

usiłował  nadać  swemu  głosowi  miękkie,  serdeczne  brzmienie.  -  Nie 

trzeba się załamywać. Ostatecznie nic się takiego nie stało. 

Nie mogę żyć w ciągłym zagrożeniu - szepnęła. - Przerażenie ogarnia mnie na myśl, 

że milicja miałaby przeprowadzać rewizję w naszym mieszkaniu. 

Zapewniam  panią,  że  nie  ma  w  tym  nic  przerażającego.  A  poza  tym,  dlaczego 

przewidywać  taką  ewentualność?  Na  razie  nie  ma  pani  żadnych  konkretnych  powodów  do 

obaw. 

Jestem przekonana, że Werbach wciąga Romka w jakieś podejrzane interesy i że to, 

prędzej  czy  później,  musi  się  źle  skończyć.  -  Była  już  spokojna  i  opanowana.  Jakoś  sobie 
poradziła z niedawnym wzruszeniem. - Widzi pan... Czasami człowiek chce się przed kimś 
wyżalić. Zdecydowałam się zadzwonić do pana. Teraz widzę, że to wszystko jest zupełnie bez 
sensu. Rzeczywiście, nie może mi pan pomóc. Proszę się na mnie nie gniewać. Przepraszam. 

- Nie ma mnie pani 

za co przepraszać - powiedział z uśmiechem Downar. - Miło mi, 

że pozyskałem pani zaufanie i że w trudnej sytuacji życiowej zwróciła się pani do mnie o radę 
i pomoc. Żałuję tylko, że nic nie mogę dla pani zrobić. Gdyby zdarzyło się coś konkretnego, 
proszę do mnie dzwonić. Najlepiej wcześnie rano. Będzie mi bardzo miło spotkać się z panią 
na kawie, jeżeli nawet nic się nie zdarzy. 

Dziękuję. 

Anna nagle zmieniła temat rozmowy. Mówiła o najnowszych filmach, o premierach 

teatralnych,  wystawach,  wernisażach.  Słuchając  jej,  Downar  miał  wrażenie,  jakby  włączył 
radio  czy  telewizor  i  trafił  akurat  na  przegląd  wydarzeń  kulturalnych.  Nie  widział  tych 
wszystkich sztuk teatralnych i filmów i nie bardzo mógł podtrzymać rozmowę. Teraz będę 
miał dużo wolnego czasu i zacznę się „ukulturalniać” - pomyślał. 

Chwilowe podniecenie minęło i znowu siedziała smutna i przygnębiona. 

background image

- A jak pani praca artystyczna? - 

spytał, przypomniawszy sobie, że przecież Anna jest 

malarką. 

Machnęła ręką. 

Na razie w ogóle nie pracuję. Nie mogę się skupić. Do tego potrzebny jest spokój. 

Mam cały szereg koncepcji, ale zanim je zrealizuję... 

Musi pani ułożyć sobie jakoś życie. 

Tak, ale w tej chwili najważniejsza jest sprawa mieszkania. Dopóki mieszkam razem 

z Romanem... - 

Spojrzała na zegarek. - Muszę już iść. Mam coś do załatwienia. Jeszcze raz 

przepraszam, że pana tak zanudzałam swoimi sprawami. 

Downar  w  nieszczególnym  humorze  wracał  do  domu.  Inaczej  wyobrażał  sobie  to 

spotkanie.  Był  zawiedziony.  Ty  stary  ośle  -  myślał  niechętnie.  -  Zachciało  ci  się  flirtów  z 
młodą,  śliczną  dziewczyną.  Dobrze  ci  tak.  -  Zaraz  jednak  otrząsnął  się  z  tej  niemiłej 
samokrytyki. Zaczął się zastanawiać, w jaki sposób może wykorzystać rozmowę z Anną w 
sprawie Dobrzyńskiego. 

Wróciwszy do swego mieszkania, otworzył książkę telefoniczną na literze „C”. Przez 

chwilę  wodził  palcem  po  kolumnach  nazwisk,  aż  wreszcie  przysunął  aparat,  stojący  na 
drugim końcu stolika, i nakręcił numer. 

Pani Celińska bardzo się ucieszyła. 

Ach,  jak  to  dobrze,  że  się  pan  odezwał.  Nie  wiedziałam,  jak  się  z  panem 

skomunikować.  Nie  ma  pana  w  spisie  telefonów.  W  biurze  numerów  powiedzieli  mi,  że 
numer  zastrzeżony.  Chciałam  pana  zaprosić  na  czwartek  na  takie  maleńkie  spotkanie 
towarzyskie.  Mógłby  pan  przyjść,  powiedzmy,  około  siódmej?  -  Głos  staruszki  brzmiał 
mocno, czysto, z iście młodzieńczym wigorem. 

Dziękuję  serdecznie  za  miłe  zaproszenie,  ale  chciałbym  odwiedzić  panią  nie  w 

czwartek, lecz w środę, czyli jutro. Czy mogłaby mi pani poświęcić chwilę czasu? Będę się 
streszczał. Obiecuję. 

- Ale w czwarte

k przyjdzie kilka osób. Będzie wesoło. Jutro nie przewiduję niczyich 

odwiedzin. 

Właśnie chodzi mi o to, żeby pomówić z panią w cztery oczy. 

Jak pan woli. No, więc dobrze. Czy szesnasta trzydzieści panu odpowiada? 

Bardzo. A więc jutro o szesnastej trzydzieści melduję się u pani. 

Dom  był  stary,  pamiętający  dawne,  dobre  czasy,  kiedy  to  po  podwórkach  chodzili 

kataryniarze,  brodaci  Żydzi  handlujący  używaną  odzieżą  oraz  fachowcy  od  ostrzenia  noży. 

background image

Dawno  nie  tynkowane  mury  pokrywały  brudne,  szare  plamy,  a  balkony  trzymały  się  na 
przysłowiowe „słowo honoru”. 

Biedaczka mieszka w takiej dziurze - 

pomyślał  Downar.  -  Ale  jednak  pojechała  na 

kosztowną wycieczkę. 

Nacisnął dzwonek. Po krótkiej chwili drzwi otworzyła starsza, schludnie wyglądająca 

kobieta. Starannie 

wykrochmalony  fartuch  raził  oczy  ostrą  bielą  w  świetle  przedpokojowej 

lampy. Powściągliwy uśmiech rozjaśnił podłużną, pokrytą zmarszczkami twarz. 

- Pan Downar, prawda? 

Tak. Jestem umówiony z panią Celińską. 

Pani zaraz do pana wyjdzie. Proszę, pan pozwoli do salonu. 

Downar  osłupiał.  Nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  w  tym  starym,  obdrapanym  domu 

znajdują  się  takie  mieszkania.  Pokój  duży,  wysoki,  urządzony  z  gustem.  Jak  dekoracja  do 
jakiegoś historycznego filmu - pomyślał. Z zainteresowaniem przyglądał się meblom. Nie był 
fachowcem  w  tej  branży,  ale  miał  prawie  całkowitą  pewność,  że  to  wszystko  prawdziwe 
antyki. Kanapka, fotele, wyściełane krzesełka, dwie serwantki, wypełnione porcelanowymi i 

srebrnymi bibelotami. Na kom

inku  duży  zegar,  którego  tarczę  umieszczono w rydwanie 

jakiejś boginki, powożącej delfinami.  Lampy także stylowe. Kandelabry  i lichtarze z epoki 
Księstwa Warszawskiego. Na ścianach stare portrety, przedstawiające damy w krynolinach i 
mężczyzn w mundurach albo w surdutach. Na podłodze wysłużony perski dywan, zdobyty, 
być  może,  przez  husarzy  Sobieskiego  pod  Wiedniem.  W  rogu  pokoju,  pod  oknem,  stała 
niewielka, także stylowa, biblioteczka, wypełniona książkami o kolorowych grzbietach. 

Downar  tak  był  zaabsorbowany  oglądaniem  tego  wszystkiego,  że  nie  od razu 

spostrzegł wejście pani Celińskiej. 

-  Witam pana - 

powiedziała,  wyciągając  starannie  wypielęgnowaną  rękę.  Miała  na 

sobie ciemną suknię z koronkowym żabotem. - Cieszę się, że pana widzę. Proszę, niechże pan 
siada. Czym można pana poczęstować? Kawa? Herbata? Kieliszeczek dobrego koniaku? 

Nie chciałbym sprawiać kłopotu. 

Ależ to żaden kłopot. Więc...? 

Jeżeli pani taka uprzejma, to napiłbym się z przyjemnością herbaty. 

- Dostanie pan nawet dobrej herbaty. - 

Mocniej zaakcentowała słowo „dobrej”. - Moja 

firmowa mieszanka, spécialité de la maison. Walerciu!  - 

zawołała  w  kierunku otwartych 

drzwi. Podaj, moja droga, herbatę dla pana, a dla mnie, jak zwykle, kawę. 

Po chwili kobieta w wy krochmalonym fartuchu wniosła na dużej tacy kawę, herbatę, 

filiżanki z cieniutkiej porcelany, srebrną cukiernicę i również srebrny koszyczek z drobnymi 

background image

ciasteczkami.  Szybkimi  wprawnymi  ruchami  nakryła  Imanym  obrusem  owalny  stolik  i 
ustawiła  na  nim  wszystko,  po  czym  zabrała  tacę  z  powrotem  i  wyszła.  Cicho  zamknęła  za 
sobą drzwi. 

Pani Celińska nalała herbatę do filiżanki. 

Ze śmietanką czy z cytryną? - spytała. 

Wolałbym bez niczego. Ta herbata ma tak wspaniały aromat, że szkoda go zabijać 

jakimiś dodatkami. 

Uprzedzałam  przecież,  że  to  jest  specjalna  mieszanka.  -  Drugą  filiżankę  napełniła 

kawą. 

Downar  z  dużym  zainteresowaniem  przyglądał  się  starszej  pani,  która  obecnie  w 

niczym  nie  przypominała  niesfornej  „Babci”  z  wycieczki.  Srebrzyste  włosy,  zaczesane  do 
tyłu, upięte były w wysoki kok. Jedyną ozdobą ciemnej, - zapiętej pod szyję sukni była duża, 
srebrna broszka, podtrzymująca żabot. Szare oczy pełne młodzieńczego blasku. Twarz prawie 
zupełnie gładka, z nielicznymi śladami drobnych, mało widocznych zmarszczek. Nie wygląda 
nawet na sześćdziesiąt lat - pomyślał. 

- Smakuje panu herbata? 

- Wyborna. 

Te ciasteczka także są zupełnie niezłe. Proszę skosztować. 

Pochwalił  precelki  i  zaczął  zastanawiać  się  nad  tym,  jak  zacząć  tę  niezbyt  łatwą 

rozmowę. Chciał to zrobić możliwie jak najzręczniej. Wyręczyła go pani Celińska. 

Nie  wątpię,  że  odwiedził  mnie  pan  w  pewnej  konkretnej  sprawie,  jak  również 

domyślam się, dlaczego prosił pan o rozmowę w cztery oczy. Chodzi, rzecz prosta, o otrucie 
Dobrzyńskiego. 

No, cóż... 

To,  że  pan  jest  oficerem  milicji,  wiedziałam  od  samego  początku  -  powiedziała  z 

szelmowskim uśmiechem. 

Przeszedłem  już  na  emeryturę  -  wyjaśnił  Downar,  nie  dając  poznać  po  sobie 

zaskoczenia. 

Emeryt czy nie emeryt to nie ma większego znaczenia. Ja, drogi panie, na kilometr 

wyczuję  policjanta  czy  gangstera.  Przede  mną  nic  się  nie  ukryje.  Został  otruty  Edward 
Dobrzyński, który niedawno wrócił z wycieczki do Włoch. Ponieważ pan również brał udział 
w tej wycieczce, przeto  postanowiono skorzystać z pańskiej pomocy w śledztwie, mimo iż 
pan  przeszedł,  jak  to  się  mówi,  w  stan  spoczynku.  Teraz  zaczyna  pan  przeprowadzać 
„dyplomatyczne” rozmowy z ludźmi, którzy wspólnie z panem podziwiali uroki Italii. Przed 

background image

chwilą  zastanawiał  się  pan  nad  tym,  w  jaki  sposób  ze  mną  zacząć  taką  właśnie 
„dyplomatyczną” rozmowę. Sądzę, że w dużym stopniu ułatwiłam panu sytuację. 

Niewątpliwie  -  przyznał  Downar.  Odzyskał  już  całkowicie  pewność  siebie.  - 

Podziwiam pani przenikliwość. Nie kryję, że to, co pani przed chwilą powiedziała, było dla 
mnie niespodzianką. 

Uśmiechnęła się nie bez pewnej satysfakcji. 

Może się pan po mnie spodziewać jeszcze różnych niespodzianek. 

Nie mam absolutnie nic przeciwko temu. Życie bez niespodzianek, byłoby bardzo 

monotonne. 

To  jest  właśnie  moja  dewiza  życiowa  -  ożywiła  się  „Babcia”.  -  Walka z 

monotonnością  dnia  powszedniego,  z  nudą,  w  ogóle  z  wszelkim  banałem.  Człowiek,  który 
ogranicza się wyłącznie do codziennych czynności, powinien sobie co prędzej kupić trumnę. 

A propos. 

Słyszałam, że ostatnio ceny trumien bardzo poszły w górę. 

Nie orientuję się. 

- No, tak. Pan ma je

szcze trochę czasu. Ja znacznie mniej. Chociaż nic nie wiadomo. 

Często zupełnie młodzi ludzie... Mais revenons a nos moutons. Zna pan francuski? 

- Niestety, nie znam. 

Szkoda. Piękny i elegancki język. A to, co powiedziałam przed chwilą, po polsku 

znaczy: 

„ale wracajmy do naszych baranów”. Tak, tak... W dzisiejszych czasach człowiek jest 

otaczany coraz liczniejszymi stadami baranów. To taka luźna dygresja. Niech jej pan, broń 
Boże, nie bierze do siebie. Pana uważam za człowieka sympatycznego i inteligentnego. 

Downar skłonił się. 

- Pochlebia mi pani. 

To nie są żadne pochlebstwa - mówiła dalej „Babcia” z niesłabnącym wigorem. - 

Nigdy nie bawię się w komplementy. Mówię to, co myślę. Zresztą w moim wieku... A więc 

nie odbiegajmy od zasadniczego tematu. Przysz

edł  pan  do  mnie,  żeby  mnie  ostrożnie 

wybadać  i  żeby  się  czegoś  dowiedzieć,  co  mogłoby  dopomóc  w  rozwiązaniu  zagadki 
tragicznej śmierci Dobrzyńskiego. Zapewne intryguje pana osoba Felka Gałeckiego. Wiem, 
że słyszał pan naszą rozmowę w Citta del Marę. Felek miał zamiar użyć sztyletu, a ja mu 
doradzałam  truciznę.  Miałam  się  w  tej  sprawie  naradzić  z  Tadziem  Wolskim,  który  jest 
chemikiem,  fachowcem  od  wszelkiego  rodzaju  trucizn.  Może  pan  oczywiście  z  nim 
porozmawiać, ale to strata czasu. Chociaż... Bo ja wiem... 

Więc w jakim celu? 

Pani Celińska energicznie zamachała rękami. 

background image

Proszę mi nie przerywać. Tracę wątek. Właśnie chcę to wszystko panu wyjaśnić. 

Słucham uważnie. 

Otóż...  Może  to  pana  zdziwi,  ale  noszą  się  z  zamiarem  napisania  „bombowej” 

powieści  kryminalnej  do  spółki  z  Felkiem  Gałeckim.  To  mój  daleki  kuzyn,  emerytowany 
adwokat,  specjalista  od  spraw  kryminalnych.  Kodeks  karny  ma  w  małym  palcu.  Właśnie 
napisał  pierwszy  rozdział  i  naradzał  się  ze  mną.  Nie  mógł  się  zdecydować,  w  jaki  sposób 
zgładzić swoją ofiarę. Ja stanowczo doradzałam mu truciznę. Uważam, że to bardziej nobliwe 
aniżeli sztylet czy pistolet. 

W  czasie  naszej  wycieczki  nie  zauważyłem,  żeby  pani  kontaktowała  się  z  panem 

Gałeckim. 

Chytry uśmieszek pojawił się na twarzy „Babci”. 

-  Postanowili

śmy  udawać,  że  się  nie  znamy.  Uważaliśmy,  że  w  ten  sposób  łatwiej 

zdobędziemy jakieś interesujące powiązania między uczestnikami wycieczki. Chodziło nam o 
materiały do naszej powieści. W całej sprawie jest jednak pewien dość zasadniczy szkopuł... - 
Zasępiła  się.  -  Obawiam  się,  że  ja  nie  mam  zdolności  literackich.  Zaczęłam  pisać  drugi 
rozdział i chyba nie bardzo mi to wychodzi. 

Niech się pani nie przejmuje - pocieszył ją Downar. - Teraz tyle osób, nie mających 

żadnych zdolności, zabiera się do pisania. Zresztą można się chyba wprawić. Powiadają, że 
nie  święci  garnki  lepią.  Chciałbym  nawiązać  do  tego,  co  pani  poprzednio  powiedziała. 
Mówiąc o chemiku, Tadeuszu Wolskim, miała pani chwilę wahania. 

Skrzywiła się. 

E, to nic ważnego. Tak sobie... Zresztą zupełnie niepotrzebnie. 

Skoro pani już zaczęła... 

No,  więc  dobrze.  Powiem  panu,  ale  proszę  nie  przywiązywać  do  tego  specjalnej 

wagi. Otóż... Swego czasu Dobrzyński zabrał Tadziowi żonę. Dawno, kilka lat temu. Taka 
spóźniona  zemsta  to  raczej  powieściowy  motyw,  nie  mający  nic  wspólnego  z  realnym 
życiem. Zresztą Tadzio ma teraz śliczną, młodą dziewczynę, która usiłuje go bezskutecznie 
namówić na małżeństwo. Ale Tadzio jakoś się nie śpieszy. Kto się na gorącym sparzy i tak 

dalej... 

Pani jest świetnie zorientowana w różnych sprawach związanych z życiem naszych 

bliźnich. 

O, ja wiem bardzo dużo interesujących rzeczy. 

W takim razie może mi pani powie, kto otruł Edwarda Dobrzyńskiego. 

Roześmiała się. 

background image

Pan jest ogromnie wymagający, panie majorze. Ale muszę panu sprawić zawód. Nie 

jestem  ani  jasnowidzącą,  ani  wróżką.  Niestety,  nie  wiem,  kto  popełnił  tę  zbrodnię.  Mogę 
jedynie snuć jakieś przypuszczenia, domysły, jednym słowem fantazjować. 

Byłbym  ogromnie  wdzięczny,  gdyby  się  pani  zechciała  podzielić  ze  mną  swymi 

do

mysłami. 

Potrząsnęła głową. 

Nie, proszę pana. Nie wolno rzucać lekkomyślnie podejrzeń. 

Od kogo pani dowiedziała się o śmierci Dobrzyńskiego? - spytał szybko Downar. 

Mimo woli wszedł w rolę prowadzącego śledztwo. 

Od  Wandzi  Dobrzyńskiej,  oczywiście  -  odparła  pani  Celińska.  -  Telefonowała  do 

mnie. 

Co pani sądzi o tym konflikcie małżeńskim tam, we Włoszech? 

Sięgnęła po następne ciasteczko i schrupała je z widocznym zadowoleniem. Odezwała 

się dopiero po chwili. 

Jeżeli mam być zupełnie szczera, to przyznam się panu, że cała ta historia zrobiła na 

mnie trochę dziwne wrażenie. Taki jakiś melodramatyczny scenariusz. Nie sądzi pan? 

- Nie mam wyrobionego zdania w tej sprawie - I 

odpowiedział wymijająco Downar. - 

A jak pani ocenia panią Dobrzyńską? 

- Bardzo at

rakcyjna kobieta. Zapewne podoba się mężczyznom. 

- Czy ma przyjaciela? 

Och, drogi panie majorze, chce mnia pan nakłonić do nietaktownych niedyskrecji. Z 

tym pytaniem musi się pan bezpośrednio zwrócić do pani Dobrzyńskiej. 

Downar zrobił skruszoną minę. 

Przepraszam. Rzeczywiście moje pytanie było nie na miejscu. 

„Babcia” z wyraźną aprobatą pokiwała głową. 

Cenię  rozsądną  samokrytykę.  To  dowód  cywilnej  odwagi.  Czy  poza  plotkami  na 

temat romansów moich znajomych chciałby się pan jeszcze ode mnie czegoś dowiedzieć? A, 
prawda, byłabym zupełnie zapomniała... Zapewne intrygują pana te tajemnicze listy. 

- O jakich listach pani mówi? - 

spytał ostrożnie Downar. 

-  Niech pan nie udaje. - 

„Babcia”  najwyraźniej  doskonale  się  bawiła.  -  Przecież  ta 

smarkula musiała panu powiedzieć, że ja we Włoszech pisałam mnóstwo tajemniczych listów 
i że wysyłałam te listy na cztery strony świata. 

-  To prawda - 

przyznał Downar. - Pani Toczycka coś wspomniała, ale przyznam się 

pani, że nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. 

background image

Pani Celińska uśmiechnęła się. 

Będę z panem szczera. Wiedziałam, że pan się nie nabierze na taki numer. - Te słowa 

trochę dziwnie zadźwięczały w ustach starszej, wytwornej damy. - A pistolet, panie majorze, 
także  lipa.  Rekwizyt  teatralny.  Brak  mu  nawet  języka  spustowego.  Nie  ma  również  iglicy. 
Wszystko  to  miało  ścisły  związek  z  naszą  powieścią  kryminalną.  Chciałam  intrygować, 
epatować, stwarzać wokół siebie atmosferę tajemniczości. 

W  czasie  naszej  wycieczki  zachowywała  się  pani,  delikatnie  mówiąc,  dosyć 

oryginalnie - 

zauważył Downar. 

Pokiwała głową. 

Ma  pan  rację.  Odgrywałam  rolę  ekscentrycznej  „Babci”.  Coś  w  rodzaju  enfant 

terrible. Ach, prawda, pan nie zna francuskiego. Pardon. Przepraszam. 

Te niespodziewane zniknięcia. 

Mieszkałam kilka lat we Włoszech - powiedziała rozweselona pani Celińska. - Na 

tamtym terenie mam bardzo wiel

u  znajomych,  którzy  chętnie  mnie  zapraszają.  Nawet  i  na 

Sycylii  mam  przyjaciół.  Włosi  to  bardzo  mili  i  serdeczni  ludzie.  Bardzo  ich  lubię.  A  nade 
wszystko cenię ich romańskie poczucie humoru. Właściwie niczego w życiu nie traktują zbyt 
poważnie. 

A wracając do tych listów, pisanych szyfrem... Roześmiała się. 

Nie ma mowy o żadnym szyfrze. Ot, parę słów bez sensu. Rozsyłałam te listy do 

różnych nie istniejących osób. Wszystko po to, żeby stworzyć atmosferę tajemniczości wokół 
mojej  osoby.  Chciałam  w  ten  sposób  zdobyć  jak  najwięcej  autentycznego  materiału  do 
powieści. 

Downar pokiwał głową. 

Rozumiem. Bujną ma pani fantazję. 

Urozmaicam sobie życie, jak mogę. Już mi go niewiele zostało. Trzeba się śmiać z 

ludzi i z siebie. Lubię intrygować. Bawi mnie to. 

I  nie  chce  się  pani  podzielić  ze  mną  swoimi  przypuszczeniami,  kto  ewentualnie 

mógłby być mordercą Dobrzyńskiego? 

Nie.  Przypuszczenia  zachowuję  na  własny  użytek.  Proszę  nie  mieć  do  mnie  żalu, 

panie majorze. 

Jaka jest pani opinia o tym młodym człowieku, który tak skwapliwie asystował pani 

podczas naszej wycieczki? 

Ma pan na myśli Werbacha? 

- Tak. 

background image

„Babcia” skrzywiła się z wyraźnym niesmakiem. 

Miglanc. Mały cwaniaczek. Różne rzeczy mi proponował, ale ja nie z tych, co się 

dają robić w konia. 

Słowa  te,  wypowiedziane  wśród  antycznych  mebli  i  starych  portretów,  zgrzytnęły 

ostrym dysonansem. 

Pani Celińska, jakby zgadując myśli swego gościa, powiedziała: 

Zapewne  trochę  pana  dziwi  mój  facon de parler, mój  sposób  wyrażania  się,  ale 

czasami lubię sobie rzucić takim dosadnym słówkiem. To niezmiernie urozmaica poprawny, 
zgodny ze wszelkimi regułami stylistyki język. Nie sądzi pan? 

Być  może  -  przytaknął  Downar.  -  Nie  jestem  lingwistą.  Chciałbym  zapytać,  co 

konkretnie proponował pani Robert Werbach. 

Takie  tam  różne  bzdury.  Namawiał  mnie,  żebym  zainwestowała  kapitał  w  jakiś 

interes,  zachwalał  dom  w  Radości,  który  można  kupić  bardzo  tanio  i  zarobić,  i  wreszcie 
proponował  mi  kupno  samochodu  Wołga.  Podobno  w  doskonałym  stanie.  Jeszcze  coś 
opowiadał,  zachwalał,  namawiał.  Oczywiście  nie  traktowałam  go  poważnie.  To  bardzo 
nieciekawy młody człowiek. Hochsztapler na małą skalę. Doskonale znam takie typy. 

Więc proponował pani także kupno wołgi. 

-  Tak. 

Twierdził,  że  właściciel  wyjeżdża  do  Australii  czy  Kanady  i  że  chce  się  jak 

najprędzej  pozbyć  tego  samochodu.  Odmówiłam,  rzecz  prosta.  Niepotrzebny  mi  taki  duży 
wóz. Najzupełniej wystarcza mi mój mały fiat. 

- Pani jeszcze prowadzi? 

A dlaczegóż by nie? - oburzyła się „Babcia”. - Zrobiłam prawo jazdy, jak miałam 

dwadzieścia dwa lata, i brałam nawet udział w rajdach. Cóż pan sobie wyobraża? Że jestem 
stara, to już nie mogę prowadzić wozu? Jeszcze niejednej młodej dziewczynie dałabym radę. 
Znam dżudo, karate. Chce pan spróbować? 

- Nie, nie - 

zaprotestował z ożywieniem Downar. - Wierzę pani na słowo. - Spojrzał 

na zegarek. - 

Strasznie się zasiedziałem. Przepraszam, że zabrałem pani tyle czasu. 

Wpadnie pan do mnie jutro? Będzie parę osób. Postaram się, żeby było wesoło. 

Bardzo dziękuję za miłe zaproszenie, ale jutro jestem zajęty. 

Po wyjściu od „Babci” Downar szedł wolno ulicą, nie zważając na padający deszcz. 

Ta rozmowa zdezorientowała go. Albo to świetna aktorka - myślał - albo rzeczywiście taka 

jest. 

Rozd

ział VIII Interesujące rozmowy 

background image

U

śmiechał  się  życzliwie,  trochę  protekcjonalnie.  Twarz  miał  szeroką,  tryskającą 

zdrowiem, emanującą zadowolenie z samego siebie. Każdy szczegół jego ubrania świadczył o 
zamożności i trosce o elegancki wygląd. Widać było, że to człowiek na stanowisku, mający 
odpowiednią pozycję towarzyską. Patrząc na niego nie miało się wątpliwości, że właśnie za 
takiego pragnie uchodzić. 

Walczak  błyskawicznie  zarejestrował  świetnie  skrojony  garnitur,  białą,  modną 

koszulę, starannie zawiązany krawat, złote spinki przy mankietach i wspaniale wyglansowane 
buty, pochodzące niewątpliwie od prywatnego szewca. 

Zapewne pan się orientuje, w jakim celu zaprosiliśmy pana do nas. 

Gródecki skinął głową. 

Nietrudno  się  domyślić,  że  chodzi  o  tragiczną  śmierć  Dobrzyńskiego.  To 

rzeczywiście bardzo przykra historia. 

-  Nie tylko przykra, ale i bardzo dziwna historia - 

powiedział  Walczak.  - 

Rozmawiałem  już  w  tej  sprawie  z  kierownikiem  waszej  wycieczki,  panem  Wacławem 
Kozłowskim,  oraz  z  moim  kolegą,  majorem  Downarem,  który  brał  udział  w  wycieczce. 
Obecnie chciałbym się czegoś dowiedzieć od pana. 

Gródecki poruszył się na krześle, przybierając pełną skwapliwej usłużności postawę. 

Proszę  pytać,  panie  majorze.  Jestem  gotów  udzielić  wszelkich  informacji.  Mogę 

pana za

pewnić, że zrobię wszystko, żeby zdemaskować zbrodniarza. 

Zarówno  pan,  jak  i  pańska  żona  pozostawaliście  w  zażyłych  stosunkach  z 

Dobrzyńskimi. 

Tak.  To  znaczy...  nasze  żony  przyjaźniły  się  jeszcze  od  szkolnych  lat.  Były 

koleżankami, siedziały w jednej I ławce. 

- Rozumiem - 

Walczak utkwił spojrzenie w barwnym krawacie swojego rozmówcy. - 

Niech  mi  pan  powie,  czy  państwo  wspólnie  zaprojektowali  tę  wycieczkę,  czy  też  było  to 

przypadkowe spotkanie. 

- Przypadkowe? - 

zdziwił się Gródecki. - Skądże. 

Od dawna chc

ieliśmy wspólnie zwiedzić Italię. Wycieczka była bardzo udana i gdyby 

nie tragedia... 

Może jednak wycieczka nie była taka „bardzo udana” - zauważył Walczak. - Mam 

na myśli komplikacje małżeńskie między Dobrzyńskimi. 

Tak. Rzeczywiście - przyznał Gródecki. - To niewątpliwie psuło nastrój. Różnie się 

układa między ludźmi. 

Od jak dawna zaczęły się między nimi nieporozumienia? 

background image

Nie orientuję się dokładnie, ale wydaje mi się, że już od wielu miesięcy, może od 

roku. Przypominam sobie, że moja żona dosyć dawno wspominała mi coś na ten temat, ale 
przyznaję,  że  nie  bardzo  się  tą  sprawą  interesowałem.  Jestem  zajęty  i  nie  mam  czasu  na 

plotki. 

- Pan pracuje w handlu zagranicznym. 

- Tak. 

I często pan wyjeżdża w sprawach służbowych? 

Różnie. To zależy... 

- Czy pr

zed tą wycieczką był pan już we Włoszech? 

Tak. Byłem dwukrotnie. Służbowo. 

Zna pan język włoski? 

Znam. Może nie tak znakomicie, ale mogę się swobodnie porozumieć. Brałem nawet 

udział w przeprowadzaniu negocjacji handlowych, prowadzonych w tym języku. 

Czy nawiązał pan we Włoszech jakieś kontakty, znajomości, przyjaźnie? 

Za każdym razem ograniczałem się wyłącznie do kontaktów oficjalnych - powiedział 

zdecydowanie Gródecki. 

A jakieś prywatne znajomości? 

Żadnych. Nie miałem na to ani czasu, ani ochoty, ani pieniędzy. Polak przebywający 

za granicą musi się liczyć z każdym groszem. Włosi zaś są nastawieni na to, że cudzoziemcy 
przyjeżdżają  z  pełnymi  portfelami.  Nauczyli ich tego przede wszystkim Amerykanie i 
Niemcy, z Niemiec Zachodnich oczywiście. 

Czy  podczas  wyjazdów  służbowych  do  Włoch  nie  naraził  się  pan  komuś  na 

tamtejszym terenie? 

Gródecki był szczerze zdziwiony. 

Narazić się? Ja? Co za przypuszczenie, panie 

majorze? 

Mój  kolega,  major  Downar,  oraz  pan  Kozłowski,  kierownik  waszej  grupy, 

po

wiadomili mnie, że został pan raniony wystrzałem z pistoletu. 

- To prawda. 

Gdzie to się stało? 

W okolicach Frascati, w pobliżu willi Cycerona. 

Po co pan tam poszedł? Gródecki trochę się zmieszał. 

No,  cóż...  Muszę  być  z  panem  zupełnie  szczery.  Proszę,  oczywiście,  o  całkowitą 

dyskrecję. Umówiłem się z dziewczyną. 

background image

Czy poznał ją pan w czasie wycieczki, czy też to jest jakaś dawniejsza znajomość? 

W czasie mojej ostatniej podróży służbowej. Zupełnie przypadkowo. 

Więc jednak nie ograniczał się pan wyłącznie do 

kontaktów oficjalnych. 

Gródecki nerwowym ruchem poprawił krawat. 

Nie  miałem  ochoty  wspominać  o  tym  drobnym  epizodzie  bez  znaczenia.  Jestem 

żonaty. Pan rozumie... 

Może mi pan dokładnie opowie, jak to było z tą strzelaniną - zaproponował Walczak. 

Właściwie nie ma tak wiele do opowiadania - uśmiechnął się niepewnie Gródecki. - 

Po prostu przyszedłem trochę wcześniej, żeby się nie spóźnić. Czekałem koło willi Cycerona i 
nagle  napadli  mnie.  Próbowałem  się  bronić.  Jestem  silny,  kiedyś  trenowałem  boks, dżudo. 
Jeden z nich strzelił. Upadłem. Musiał ktoś ich spłoszyć, bo uciekli. 

Proszę  mi  powiedzieć,  jaka  jest  pańska  opinia  odnośnie  tych  nieporozumień 

małżeńskich państwa Dobrzyńskich. Gródecki wzruszył ramionami. 

Bo  ja  wiem...  W  każdym  małżeństwie  zdarzają  się  przecież  nieporozumienia, 

sprzeczki, kłótnie. Potem znowu wszystko w porządku. Myślę, że Dobrzyńscy nie różnili się 
pod tym względem od innych. Zresztą, przyznam się panu, że niezbyt interesowało mnie ich 
życie osobiste. 

- A czy scena w Wene

cji, którą urządziła pani Dobrzyńska, nie wydała się panu trochę 

dziwna? 

- Dziwna? Nie rozumiem. 

Może niezupełnie ściśle się wyraziłem - uśmiechnął się Walczak. - Chodzi mi o to, 

czy ta scena nie wydała się panu nienaturalną, sztuczną, celowo zainscenizowaną. 

Gródecki spojrzał zdziwiony. 

Celowo zainscenizowaną? W dalszym ciągu nie bardzo rozumiem. 

No, po prostu, czy Dobrzyńska nie udawała tego wszystkiego. 

A dlaczegóż miałaby udawać? 

Tego nie wiem. Pytam tylko, czy nie odniósł pan wrażenia, że to było udane. 

Gródecki potrząsnął głową. 

Nie, panie majorze. Nic podobnego nie przyszło mi do głowy. Wanda może trochę 

histeryzowała. To prawda. Ale ona rzeczywiście się bała. 

Bała się swojego męża? 

background image

Tak. Edward był człowiekiem bardzo gwałtownym. Nie zawsze panował nad sobą. 

Przyznam się panu, że jeszcze przed tą wycieczką do Włoch nieraz dziwiłem się Wandzie, że 

wytrzymuje to wszystko. 

Czy sądzi pan, że Dobrzyński byłby skłonny do popełnienia jakiegoś gwałtownego 

czynu, nawet do morderstwa? 

-  Nie nale

ży źle mówić o zmarłych, ale wydaje mi się, że w przystępie wściekłości 

mógł nawet zabić. 

Więc pana zdaniem pani Dobrzyńska miała konkretne powody do obaw. 

Niewątpliwie. 

Ale dlaczego ich wzajemne stosunki tak się pogorszyły podczas wycieczki? 

Gródeck

i wzruszył ramionami. 

Nie  potrafię  odpowiedzieć  na  to  pytanie.  Może  zmiana  otoczenia?  Nie  wiem, 

doprawdy nie wiem. 

Walczak postanowił zmienić temat. 

W  tej  waszej  wycieczce  do  Włoch  uczestniczył  między  innymi  pewien  młody 

człowiek, Robert Werbach. Czy mógłby pan mi coś o nim powiedzieć? 

Gródecki skrzywił się. 

Nie znam go bliżej, ale nie zrobił na mniej zbyt miłego wrażenia. 

Miał pan jakieś konkretne powody? 

Absolutnie żadnych. Czasem tak jakoś instynktownie czuje się do danej osoby albo 

sympatię, albo niechęć. 

-  To prawda - 

przytaknął  Walczak.  -  A  więc  jeżeli  chodzi  o  Roberta  Werbacha,  to 

pańska niechęć do niego opiera się wyłącznie na intuicji. 

Można by to tak określić. 

A Teodor Więckowski? 

Co Teodor Więckowski? 

Chciałbym wiedzieć, co pan sądzi o Teodorze Więckowskim. 

No,  cóż...  -  Gródecki  miał  zakłopotaną  minę.  -  Miły,  sympatyczny  człowiek, 

towarzyski, wesoły. Poza tym bardzo uzdolniony fotograf. 

Czy znał go pan przed tą podróżą do Włoch? 

Tak. Poznaliśmy się kiedyś u wspólnych znajomych. 

Czy może pan skonkretyzować, u jakich znajomych? Chodzi mi o nazwisko. 

To było chyba u Dobrzyńskich. Tak, tak, na pewno. Teraz sobie przypominam. Parę 

lat temu. Chyba jakieś imieniny czy rocznica ślubu. Taka zupełnie przelotna znajomość. 

background image

- Czy po t

ych imieninach spotykał się pan jeszcze kiedyś z Więckowskim? 

Nie pamiętam. Być może, że przypadkowo, na ulicy. 

Wtedy  w okolicach  Frascati, kiedy pan został ranny, Więckowski znalazł się przy 

panu. 

To czysty przypadek. Walczak pokiwał głową. 

- Tak. To 

nie tylko „czysty”, ale także bardzo dziwny przypadek. 

Gródecki poruszył się niecierpliwie. 

- Panie majorze - 

powiedział z wyraźną pretensją w głosie. - Ciągle odnoszę wrażenie, 

że pan mi nie ufa. Proszę mi szczerze i wyraźnie powiedzieć, o co mnie pan podejrzewa. 

Walczak uśmiechnął się. 

Ja  w  ogóle  nikomu  nie  ufam,  nawet  samemu  sobie.  Specyfika  zawodu.  A  jeżeli 

chodzi  o  to  zdarzenie  w  pobliżu  willi  Cycerona  i  o  owo  „przypadkowe”  spotkanie  z 
Więckowskim,  przykro  mi  bardzo,  ale  nie  mogę  do  tej  sprawy  odnieść  się  z  pełnym 

zaufaniem. 

Gródecki w bezradnym ruchu rozłożył ręce. 

Niestety, panie majorze, nic na to nie mogę poradzić. Nie potrafię pana przekonać, 

że mówię prawdę. 

Walczak machnął ręką. 

Mniejsza  o  to.  Nie  będziemy  tracić  czasu  na  wzajemne  przekonywanie  się. 

Chciałbym  panu  zadać  jeszcze  pytanie  delikatnej  natury.  Czy  pani  Dobrzyńska  ma 

przyjaciela? 

-  Przyjaciela? Wanda? - 

Gródecki  był  zaskoczony  albo  też  udawał  zaskoczonego.  - 

Dziwię się, panie majorze, że pan w ogóle o takich rzeczach... Mogę pana zapewnić, że nie 
zajmuję się plotkami. To mnie nie interesuje. 

Więc jednak były jakieś plotki - podchwycił Walczak. 

- Nie wiem. 

Nie obchodzi mnie, co ludzie gadają. 

Nie  wątpię,  że  to  pana  nie  obchodzi,  ale  może  kiedyś,  przypadkiem,  coś  pan 

usłyszał.. Może sobie mimo wszystko trochę poplotkujemy na temat pani Dobrzyńskiej. 

Gródecki wyjął z kieszeni papierosy. 

Można zapalić? 

Proszę. No, śmiało... Niech pan mówi. Obiecuję, że nasza rozmowa nie wyjdzie poza 

ten pokój. Zresztą, jeżeli chodzi o panią Dobrzyńską, to nie byłoby nic dziwnego, żeby z kimś 
się zaprzyjaźniła, skoro podobno, od dłuższego czasu nie żyła ze swym mężem. Niech pan się 

background image

nie  daje  prosić  i  niech  pan  mi  opowie  o  tych  plotkach,  które  pan  słyszał  na  temat  pani 
Dobrzyńskiej. 

Gródecki nerwow

ym ruchem zgasił w popielniczce nie wypalonego papierosa. 

No, więc... Ale z góry zastrzegam się, że nie biorę odpowiedzialności za te pogłoski. 

To zrozumiałe. Słucham. 

Kiedyś  ktoś  mi  powiedział,  że  Wanda  Dobrzyńska  i  Werbach...  Natychmiast, 

oczywiście, przerwałem tę idiotyczną rozmowę. Nie znoszę takich rzeczy, a są ludzie, którzy 
przepadają za wszelkiego rodzaju skandalami, sensacjami. 

Więc powiada pan, że pani Dobrzyńska i Robert Werbach. 

Ja  nic  takiego  nie  powiedziałem  -  zaprzeczył  z  ożywieniem  Gródecki.  -  Ja tylko 

powtarzam  to,  co  mi  ktoś  kiedyś  szepnął...  Potraktowałem  tę  sprawę  jako  zwykłą,  głupią 
plotkę. 

A kto to panu „szepnął”? - spytał Walczak. 

Nie pamiętam. 

Rzeczywiście pan nie pamięta? 

Nie pamiętam. 

Walczak z niedowierzaniem pokr

ęcił głową. 

Dziwne.  Przed  chwilą  pan  powiedział,  że  natychmiast  przerwał  tę  „idiotyczną 

rozmowę”.  Nie  bardzo  rozumiem,  jak  to  się  dzieje,  że  pan  nie  pamięta,  z  kim  wówczas 
rozmawiał. 

Po  prostu  nie  pamiętam.  Nie  przywiązywałem  do  tego  żadnej  wagi.  Teraz, kiedy 

mnie pan tak wypytuje, to jak przez mgłę coś sobie przypominam. 

-  No, dobrze - 

westchnął  Walczak.  -  Niech  i  tak  będzie.  Czy  chciałby  pan  coś 

powiedzieć na temat tragicznej śmierci Edwarda Dobrzyńskiego? 

- Nie mam w tej sprawie absolutnie nic do powiedzenia. 

W  takim  razie  może  zakończymy  naszą  rozmowę.  Jeżeli  będą  potrzebne  jeszcze 

jakieś wyjaśnienia, zwrócimy sie do pana. 

Proszę uprzejmie. 

Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  inżynierem  Gródeckim,  z  sąsiedniego  pokoju  wszedł. 

Downar. Walczak bystro spojr

zał na przyjaciela. 

Słyszałeś? 

Oczywiście. 

- No i co? 

Downar nieznacznie poruszył ramionami. 

background image

Wydaje mi się, że bardzo interesująca i pouczająca rozmowa. Byłeś doskonały. 

Żartujesz. 

Mówię  zupełnie  poważnie.  Prowadziłeś  przesłuchanie  na  dobrym  poziomie, 

spokojnie, pozornie zupełnie nieszkodliwie, a w gruncie rzeczy bardzo sprytnie. 

Najważniejsze, że ten facet także uważa; że rozmawiał ze mną „bardzo sprytnie” - 

uśmiechnął się Walczak. 

O, właśnie - przytaknął Downar. - Odniosłem identyczne wrażenie. Czy wiesz, że ta 

młoda dziewczyna, Anna Toczycka, w rozmowie ze mną także sugerowała, że Werbach jest 
kochankiem Dobrzyńskiej? Właściwie nie sugerowała, tylko podała to jako fakt. 

Walczak pokiwał głową. 

Interesujące. Warto, żebyś z nią utrzymał kontakt. 

Właśnie mam taki zamiar. A co ze wspólnikiem Dobrzyńskiego? 

Wybieram się do niego jutro z samego rana. Pojedziesz ze mną? 

Chyba tak. Na wszelki wypadek. Będzie ci raźniej. 

- A jakie ty masz plany? - 

spytał Walczak. 

Pogawędzę  sobie  z  pewnym  utalentowanym  fotografem,  który  lubi  spacerować  w 

pobliżu willi Cycerona. 

Z Więckowskim? 

Właśnie. Przeprowadzę z nim wstępną, „przyjacielską” rozmowę, a potem przekażę 

go  tobie  na  oficjalne  przesłuchanie.  Myślę,  że  nie  będzie  większych  trudności  z 

rozpraco

waniem go. Raczej miękki facet. 

Widzę, że nie doceniasz „miękkich facetów”. Downar uśmiechnął się. 

Doceniam.  Wiem,  że  tacy  potrafią  sprawiać  prze  różne  niespodzianki.  Czasami 

trzeba się solidnie pogimnastykować, ale w tym wypadku... 

Nie poszedłeś na to przyjątko do „Babci”? 

Nie.  Strata  czasu.  Wszyscy,  którzy  tam  byli,  wiedzą  doskonale,  z  jakiej  ja  jestem 

branży. Krępowałaby ich moja obecność. A tak, być może, ktoś się „Babci” zwierzy z czegoś 
interesującego, co następnie, mam nadzieję, dotrze do mnie. 

Walczak  siedział  zamyślony.  Mogło  się  zdawać,  że  nie  dosłyszał  ostatnich  słów 

przyjaciela. 

Wiesz, czego się boję? Boję się, że będziemy mieli jeszcze jedno morderstwo. 

Downar spochmurniał. 

Od  pewnego  czasu  biorę  to  pod  uwagę.  Wydaje  mi  się,  że  afera  ma szersze 

rozgałęziania. 

background image

Teodor  Więckowski  mieszkał  na  Kromera,  niedaleko  Filtrowej.  Na  drugim  piętrze 

przedwojennego  domu  zajmował  obszerne,  trzypokojowe  mieszkanie.  Jeden  z  pokoi, 
zamieniony na pracownię, był zgodnie z uświęconą tradycją nieprawdopodobnie zagracony. 
Artystyczny  nieład  nie  pozwalał  na  swobodne  poruszanie  się  i  trzeba  było  niemałej 
zręczności,  aby  lawirować  między  aparatami,  statywami,  papierami  i  powiększonymi 
fotografiami  zaścielającymi  podłogę.  Prócz  tego  sztalugi,  blejtramy,  skrawki  jakichś 
materiałów,  a  na  ścianie  ekran,  przed  którym  stały  dwie  kamery  projekcyjne.  Tę 
skomplikowaną  scenerię  uzupełniały  dwa  stare,  zapadające  się  fotele,  szeroki  tapczan, 
nakryty czerwoną narzutą, oraz ogromny, puszysty dywan. 

Więckowski rozjaśnił twarz w powitalnym uśmiechu. 

Kogo  ja  widzę?!  Pan  major!  Co  za  miła  niespodzianka.  Proszę,  bardzo  proszę. 

Bardzo się cieszę. 

Pospiesznie zdjął długi poplamiony fantazyjnie kitel i włożył marynarkę. 

-  Niech pan sobie nie przeszkadza - 

powiedział  wesoło  Downar.  -  Ja tylko na 

chwileczkę. Byłem właśnie w tych stronach i wpadłem do pana. 

Ależ to wspaniale. Jestem szczęśliwy - zachwycał się przesadnie fotograf. - Może 

przejdziemy  do  dalszych  apartamentów,  bo  tutaj  straszny  bałagan.  -  Zaczął  pośpiesznie 
porządkować,  przy  czym  Downar  odniósł  wrażenie,  że  jego  były  współlokator  ma  ochotę 
ukryć to i owo. - Bałagan, okropny nieporządek, ale jak człowiek pracuje... 

Downar pokiwał głową. 

Ależ to zrozumiałe. Praca artysty... Więckowski zamachał rękami. 

-  Jaki tam ze mnie 

artysta.  Śmiechu  warte.  Rzemieślnik  jestem,  prosty  rzemieślnik. 

Nie  mam  takich  wygórowanych  aspiracji.  Proszę  bardzo  do  tamtego  pokoju.  Ogromnie 
niewygodny rozkład mieszkania. Amfilada. Trzeba, niestety, przejść przez ten śmietnik. 

Znaleźli  się  w  przyjemnie  urządzonym  gabinecie,  w  którym  dominowało  duże, 

stylowe biurko, zarzucone fotografiami i zagranicznymi czasopismami. Więckowski wskazał 

wolterowski fotel. 

Proszę, niech pan siada, panie majorze, bardzo proszę. Zaraz przygotuję coś do picia, 

herbata, kawa, koniak, whisky. Do wyboru, do koloru. 

Niech pan sobie nie robi kłopotu. Naprawdę. 

Ależ to żaden kłopot. To przyjemność, prawdziwa przyjemność gościć pana u siebie. 

Szkoda, że pan do mnie nie zadzwonił, byłbym przygotował jakąś gustowną zakąskę, a tak 
mam tylko słone paluszki. Więc kawa czy herbata? 

background image

Jeżeli już pan tak nalega, to proszę o herbatę - powiedział z uśmiechem Downar. Od 

pierwszej  chwili  spostrzegł,  że  fotograf  jest  wyraźnie  zdenerwowany  jego  niespodziewaną 
wizytą. 

Więckowski  wyszedł  i  po  pewnym  czasie  wrócił,  niosąc  na  tacy  dwie  szklanki 

herbaty, butelkę koniaku, kieliszki i obiecane słone paluszki. 

Ekspresowa  herbata.  Holenderska.  Pierwsza  klasa.  Na  pewno  będzie  smakowała 

nawet  takiemu  koneserowi  jak  pan.  A  tutaj  kropelka  niezłego  koniaczku Remi Martin. Do 
tego, niestety, tylko słone paluszki. 

Downar  pochwalił  herbatę,  umoczył  wargi  w  koniaku,  a  następnie  rozparł  się 

wygodnie w fotelu i z pogodnym uśmiechem spojrzał na Więckowskiego. 

No i cóż tam u pana słychać, panie Teodorze? Jakże 

się żyje? 
Fotograf rozłożył ręce. 

Jakoś się wiąże koniec z końcem. Ale słabo, bardzo słabo... 

Dlaczegóż to? 

Wszystko, panie majorze, drożeje, a klientów nie przybywa. Wprost przeciwnie. Ano 

cóż  robić.  Cest la vie! Ale właściwie  nie  mam  prawa  narzekać.  Są  tacy,  co  mają  jeszcze 
gorzej.  Z prawdziwym rozrzewnieniem wspominam naszą wspólną wycieczkę. To było tak 
niedawno, a zdaje się, że od tamtych dni upłynęły całe wieki. Tempus fugit. Nasze spacery po 
Wenecji, Florencji, Rzymie zapadły się w niesłychanie odległą przeszłość. - Wypił spory łyk 
koniaku i umilkł. Wyglądał na szczerze wzruszonego. 

Nie wiem, czy pan się orientuje, że jeden z naszych wycieczkowych towarzyszy nie 

żyje  -  powiedział  po  chwili  Downar.  -  Edward  Dobrzyński.  Zapewne  pan  go  sobie 

przypomina. 

Czy  go  sobie  przypominam?  Ależ  oczywiście.  Tak,  wiem.  To  straszne.  Podobno 

został otruty. 

Downar skinął głową. 

To prawda. Od kogo otrzymał pan tę wiadomość? 

Od pani Celińskiej. Byłem u niej na takim małym przyjątku. Zaprosiła kilka osób z 

nas

zej wycieczki. Wszyscy bardzo żałowali, że pan nie przyszedł. 

Co pan sądzi o śmierci Dobrzyńskiego? 

A cóż ja mogę sądzić? Nic. Przykro mi. Co prawda mało go znałem, ale... 

Czy pan znał Dobrzyńskiego przed tą wycieczką do Włoch? 

background image

Nie, poznałem go właśnie na wycieczce. Czy pan prowadzi śledztwo w tej sprawie, 

panie majorze? 

Downar uśmiechnął się. 

Jak panu wiadomo, ja już jestem na emeryturze. Śledztwo prowadzi mój przyjaciel. 

Pomagam mu trochę. 

Więckowski pokiwał głową. 

Rozumiem. Pan zetknął się na wycieczce z tymi wszystkimi ludźmi, więc... Czy pan 

kogoś podejrzewa? 

- A pan? - 

odparował Downar. 

- Co ja? 

Pytam, czy pan kogoś podejrzewa o popełnienie tej zbrodni. 

-  Ja?!  - 

oburzył  się  fotograf.  -  Dlaczegóż  miałbym  kogoś  podejrzewać?  Nikogo  nie 

podejrzewam, absolutnie nikogo. 

Downar podniósł kieliszek i spojrzał pod światło na koniak. 

Piękny kolor - powiedział, uśmiechając się łagodnie. - No, cóż... Przyszedłem tu do 

pana, żeby sobie tak szczerze porozmawiać. 

-  Uwielbiam szczere rozmowy - 

zapewnił  Więckowski.  -  Tylko szczera rozmowa 

może ludzi do siebie zbliżyć. 

Downar nie przestawał się uśmiechać. 

Bardzo  słuszna  uwaga.  Cały  feler  w  tym,  że  pan  nie  chce  ze  mną  szczerze 

rozmawiać. 

- Doprawdy? Z czego pan to wnioskuje? 

Pan, zdaje się, zapomina, że ja przez wiele lat by łem oficerem milicji. Mam pewną 

wprawę. A jeśli chodzi o pańską osobę, to chyba nietrudno pana rozszyfrować. 

Więckowski wypił koniak i sięgnął po butelkę. Mogło się zdawać, że pragnie zyskać 

na czasie. 

- Co pan chce przez to powiedzie

ć? 

Chcę  przez  to  powiedzieć,  że  pan  o  wiele  więcej  wie,  aniżeli  jest  pan  skłonny 

powiedzieć. 

Wiem? Ale co? O czym? Co pan ma na myśli? 

Mam oczywiście na myśli zabójstwo Edwarda Dobrzyńskiego. 

Więckowski zerwał się. 

- Pan mnie 

podejrzewa o popełnienie tej zbrodni?! 

background image

-  Bo ja wiem... - 

Downar wyglądał na niezdecydowanego. - Nie,  właściwie nie. To 

znaczy... Sądzę, a raczej jestem pewien, że gdyby pan chciał, to mógłby mi pan powiedzieć 
dużo ciekawych rzeczy. 

Na czym pan opiera takie przypuszczenie? Zupełnie nie rozumiem. 

Downar  przestał  się  uśmiechać  i  przez  chwilę  uważnie  przyglądał  się  twarzy 

fotografa. 

Czy pan w dalszym ciągu się boi? - spytał, starannie oddzielając poszczególne słowa. 

Bać się? Ja? Dlaczego miałbym się bać? I kogo? 

Właśnie tego chciałem się od pana dowiedzieć, panie Teodorze. 

- Nic z tego wszystkiego nie rozumiem. 

-  Przyzna pan - 

ciągnął  dalej  Downar  -  że  w  czasie  naszej  wspólnej  wycieczki 

zachowywał się pan trochę dziwnie. 

Dlaczego „dziwnie”? Downar znowu się uśmiechnął. 

- Chyb

a pan sobie przypomina, że mieszkaliśmy razem w pokojach hotelowych. Pan 

był przez cały czas podniecony, zdenerwowany, niespokojny. Chyba pan nie zaprzeczy. 

- Mam takie niespokojne usposobienie. 

Ach  tak?  Usposobienie.  A  mnie  się  wydawało,  że  pan  się  po  prostu  bał,  i  jestem 

przekonany, że w dalszym ciągu ma pan powody do obaw. 

Nie mam żadnych powodów do obaw. Pan się myli, panie majorze. 

Niech i tak będzie. Może mi pan teraz powie, jak to było z tą strzelaniną w okolicach 

Frascati, w pobliżu willi Cycerona. Został wtedy ranny Gródecki. 

Tak, pamiętam. 

No,  więc  właśnie  -  Downar  wypił  łyk  herbaty,  która  już  zupełnie  wystygła  - 

chciałbym wiedzieć, o co tam chodziło naprawdę. 

Znalazłem  się  tam  zupełnie  przypadkowo  -  powiedział  niezbyt  pewnym  głosem 

Więckowski.  -  Z  tym  miejscem  łączą  mnie  romantyczne  wspomnienia.  Posłyszałem  jakieś 
jęki i zobaczyłem leżącego na trawie Gródeckiego. Napadli go bandyci. Został postrzelony. 

Downar skrzywił się z niesmakiem. 

Panie Teodorze, panie Teodorze. Czy rzeczywiście robię wrażenie człowieka aż tak 

naiwnego?  Wprawdzie  jestem  emerytem,  ale  jeszcze  skleroza  nie  rozwija  się  w moim 
organizmie  w  tak  błyskawicznym  tempie.  Czy  pan  sądzi,  że  mogę  uwierzyć  w  te  jakieś 

„romantyczne wspomnienia” i w to „przypadkowe” znalezienie Gro

deckiecio? Przecież to są 

bajeczki dla grzecznych dzieci. Nie chce pan, to niech pan nie mówi, ale niech mnie pan nie 

częstuje takimi bzdurami. Więckowski przełknął ślinę. 

background image

Jak mam pana przekonać, że mówię prawdę? 

- Niech mnie pan nie przekonuje. Niepotrzebna strata czasu. Dajmy temu spokój. Dla 

mnie nie ulega wątpliwości, że pan siedzi w tej aferze po uszy. 

W jakiej aferze, panie majorze?! O czym pan właściwie mówi? 

Dokładnie jeszcze się nie orientuję - powiedział Downar. - W przeciwnym razie nie 

ro

zmawiałbym teraz z panem na ten temat. Ale coś panu powiem, panie Teodorze. Sądzę, że 

byłoby dla pana lepiej i bezpieczniej, gdyby zdecydował się pan na szczerą rozmowę ze mną. 
Dobrzyński został zamordowany. Kto wie, czy się na tym skończy. Milicja prowadzi bardzo 
energiczne śledztwo. Mam wrażenie, że pan mógłby dużo pomóc i milicji, i sobie, zakładając 
oczywiście, że to nie pan otruł Dobrzyńskiego. 

Na miłość boską! Dlaczegóż miałbym go otruć?! Downar wzruszył ramionami. 

Tego  nie  wiem.  Cały  czas  usiłuję  dowiedzieć  się  czegoś  od  pana.  Jak  dotąd 

bezskutecznie. 

- Czego pan chce ode mnie? 

Chcę, żeby mi pan powiedział wszystko, co pan wie na temat owej tajemniczej afery, 

z którą łączę śmierć Dobrzyńskiego. 

Więckowski był bardzo blady, wargi mu drżały. 

- Ja nic nie wiem, nic nie wiem - 

głos mu się załamał. 

Jak pan uważa. Może wobec tego zmienimy temat. Chciałbym wiedzieć, z kim pan 

się kontaktował w czasie naszej wycieczki. 

Z kim się kontaktowałem? Z nikim, absolutnie z nikim. To znaczy z uczestnikami 

wyc

ieczki, oczywiście. 

Nie  jest  pan  człowiekiem  zbyt  prawdomównym  -  skonstatował  Downar.  -  I 

doskonale pan rozumie, że nie chodzi mi o uczestników wycieczki, lecz o tych Włochów, z 
którymi się pan po drodze spotykał. 

O jakich Włochów, panie majorze? 

- Niech pan nie udaje - 

skrzywił się Downar. - To naprawdę nie ma sensu. - Przecież 

zupełnie  wyraźnie  widziałem,  że  pan  się  kontaktował  z  jakimś  facetem  w  katedrze 
mediolańskiej, z innym znowu był pan na kawie w Wenecji, jeszcze z innym rozmawiał pan 

w restaura

cji w Sienie. Czy mógłby mi pan powiedzieć, jakiego rodzaju interesy załatwiał pan 

żutymi ludźmi? 

Więckowski roześmiał się niezbyt szczerze. 

background image

Ach,  o  tym  pan  mówi.  To  są  moi  dawni  znajomi.  Spotkałem  ich  zupełnie 

przypadkowo.  Byłem  parę  razy  we  Włoszech  i  zaprzyjaźniłem  się  z  kilkoma...  Trudno  to 
nawet nazwać przyjaźnią. Ot, taka sobie znajomość. 

I  akurat  wszyscy  ci  pańscy  znajomi  znaleźli  się  w  ściśle  określonych  miejscach 

właśnie wtedy, kiedy mogli się z panem spotkać. 

Tak się złożyło, panie majorze. Czasami tak się zdarza. 

Istotnie,  zdarzają  się  w  życiu  takie  przedziwne  zbiegi  okoliczności  -  powiedział 

żartobliwie Downar. - Zresztą to nie ma w tej chwili większego znaczenia. Widzę, że pan nie 

jest dzisiaj w nastroju do szczerej rozmowy. 

Ależ jak najbardziej! - wykrzyknął z zapałem Więckowski. - Oczywiście, że jestem 

w nastroju do szczerej rozmowy, szczególnie z panem. 

Downar pokręcił głową. 

Nie  zauważyłem  tego.  Ha,  trudno...  Dałem  panu  szansę.  Nie  chciał  pan  z  niej 

skorzystać. Pańska sprawa. Żegnam pana, panie Więckowski. 

Fotograf w uprzejmych lansadach odprowadził swojego gościa do przedpokoju. 

Bardzo  dziękuję  za  miłe  odwiedziny,  panie  majorze.  Zapraszam,  serdecznie 

zapraszam. Jak pan będzie miał chwilę czasu, proszę wpaść do mnie. Sprawi mi pan zawsze 
wiele radości. 

Downar włożył płaszcz i już położył rękę na klamce, gdy nagle odwrócił się i spytał: 

- A Werbach? 

Więckowski cofnął się zaskoczony. 

- Co Werbach? 

Co pana łączy z Robertem Werbachem? 

Mnie  z  Werbachem?  Nic,  absolutnie  nic.  Poznałem  tego  człowieka  w  czasie 

wycieczki. 

A mnie się zdawało, że pan znał go już przedtem. Do zobaczenia. 

Downar,  głęboko  zamyślony,  szedł  wolno  Filtrową.  Odbyta  przed  chwilą  rozmowa 

utwierdziła  go  w  podejrzeniach,  które  nurtowały  go  od  dłuższego  czasu.  Przesłuchanie 
Gródeckiego także nie było bez znaczenia. A więc krąg się zamykał. Gródecki, Dobrzyński, 
Więckowski,  Werbach  i  ewentualnie  Anna.  Myśl,  że  dziewczyna  może  być  zamieszana  w 
aferę Dobrzyńskiego, była mu nad wyraz przykrą. Ale, niestety, Anna znała tych wszystkich 
mężczyzn  i  chyba  sporo  wiedziała.  Co  ich  łączyło?  Jaka  tajemnica  kryła  się  za  ich 
milczeniem? Tego jeszcze nie wiedział. Nie potrafił sobie stworzyć żadnej hipotezy, opartej 
na solidniejszych podstawach. Chodziły mu wprawdzie po głowie pewne przypuszczenia, ale 

background image

na razie były to zupełnie luźne refleksje, nie związane w logiczną całość. Dobrzyński został 
wyeliminowany z gry. Kto? Zona? Werbach? Więckowski? Gródecki? A może zupełnie kto 
inny.  Ktoś,  kto  znajdował  się  poza  kręgiem,  zakreślanym  dotychczas  przez  śledztwo. 
Najważniejszą rzeczą jest znalezienie przypuszczalnego motywu zbrodni. A może wspólnik 
Dobrzyńskiego? Może ten ogrodnik? 

Pojechali we dwóch z Walczakiem. Dzień był słoneczny, ale chłodny. Czuło się już 

pierwsze  podmuchy  nadciągającej  zimy.  Drzewa  zrzucały  coraz  więcej  zeschniętych  liści, 
które układały się w barwne plamy. 

Gustaw  Wolner  był  wysokim,  postawnym  mężczyzną  o  ruchach  śmiałych, 

zdecydowanych.  Twarz  pociągła,  skupiona,  pozbawiona  mimicznych  zmarszczek,  nie 
wyrażała żadnych uczuć. Trudno było wyobrazić sobie na tej twarzy bodaj cień uśmiechu. 

Gospodarz  przyjął  gości  z  całkowitą  obojętnością  i  zaproponował,  żeby  usiedli  w 

altance obrośniętej dzikim winem. 

Milicja już u mnie była - powiedział. Walczak skinął głową. 

- Przeszuka

no i opieczętowano pokój, w którym pracował Dobrzyński. 

Także wiem.  

Wolner spojrzał pytająco. 

Więc? 

Walczak uśmiechnął się. Pragnął stworzyć nieco sympatyczniejszy nastrój. Nie było 

to jednak rzeczą łatwą. 

Dobrzyński był podobno pańskim krewnym. 

-  W 

pewnym  sensie.  Dosyć  dalekie  powinowactwo.  Nasze  matki  były  ciotecznymi 

siostrami - 

padła niechętna odpowiedź. 

Prowadził pan do spółki z Dobrzyńskim ten ogrodniczy interes. 

- Tak. 

Co pan sądzi o śmierci Dobrzyńskiego? 

Podobno zatruł się grzybami. 

Jak  pan  sądzi,  czy  to  możliwe,  żeby  Dobrzyński  nie  umiał  odróżnić  grzybów 

jadalnych od trujących? 

Wykluczone.  Edward  doskonale  znał  się  na  grzybach.  Można  powiedzieć,  że  był 

nawet fachowcem w tej dziedzinie. 

Z tego by wynikało, że został otruty. 

- Nie wiem. Nie moja sprawa. 

background image

Nie przejął się pan zbytnio śmiercią swojego kuzyna. 

Każdy musi kiedyś umrzeć, jeden wcześniej, drugi później. 

Ale nie każdy musi umrzeć otruty, Wolner skinął głową. 

Zgadzam się z panem. Nie każdy. Walczak znowu się uśmiechnął. 

Cieszę się, że mamy jednakowy pogląd na tę sprawę. Niech mi pan powie, czy pan 

podejrzewa kogoś o popełnienie tej zbrodni. 

- Nie. 

Czy Dobrzyński miał wrogów? 

Nie wiem. Nie interesowałem się ani jego wrogami, ani jego przyjaciółmi. 

No...  coś  pan  chyba  musi  wiedzieć  o  życiu  swojego  kuzyna  i  wspólnika.  To 

niemożliwe, żeby pan zupełnie nic nie wiedział. 

Dlaczego  niemożliwe?  Powtarzam,  że  nie  interesowałem  się  jego  życiem. 

Załatwialiśmy interesy i na tym koniec. 

Czy zna pan panią Dobrzyńską? 

- Ocz

ywiście. 

Czy pan wie, że ich małżeństwo ostatnio uległo pewnemu rozkładowi? 

-  Nie wiem. I nic mnie to nie obchodzi. A w ogóle nie bardzo rozumiem, czego 

panowie ode mnie chcą. 

Walczak bystro spojrzał na nieruchomą twarz. 

Czy  panu  nie  wydaje  się  to  rzeczą  naturalną,  że  prowadząc  śledztwo  w  sprawie 

otrucia Edwarda Dobrzyńskiego, usiłujemy zebrać jak najwięcej informacji dotyczących jego 
życia, jego przyjaciół, wrogów, całego jego środowiska? 

- Ale co ja mam z tym wszystkim wspólnego? - 

spytał Wolner. 

-  Pa

n  był  jednym  z  najbliższych  ludzi  dla  Dobrzyńskiego,  kuzyn,  wspólnik.  Nie 

powinien pan się dziwić, żeśmy pana odwiedzili. 

Ja się nie dziwię. Ja tylko nie lubię tracić czasu. 

Mam dużo pracy. 

Niedługo  pana  pożegnamy  -  zapewnił  Walczak.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  pan 

tutaj mieszka? 

Tak. Zajmuję w tamtym budynku dwa pokoje z kuchnią. W jednym sypiam, a drugi 

służy mi za kancelarię. Załatwiam klientów, robotników. 

- Pan jest samotny? 

- Tak. 

Czy moglibyśmy obejrzeć pańskie mieszkanie? Chwila wahania. 

background image

- A to po co? 

Tak sobie. Przez ciekawość. Chyba nie musimy pokazywać panu nakazu prokuratora 

roześmiał się Walczak. 

Jak panowie koniecznie chcą... Proszę za mną. Przeszli przez obszerne podwórze i 

zatrzymali się 

przed jednopiętrowym domem. Nie otynkowane ściany błyszczały czerwienią cegieł. 

Proszę. Z sieni na lewo. Drzwi nie zamknięte. 

W pierwszym pokoju stało dobrze już wysłużone biurko, trzy krzesła, kosz na śmieci i 

etażerka zawalona papierami. Pod ścianami szafy na teczki z aktami, książki i segregatory. 
Typowo  biurowe  pomieszczenie.  Następny  pokój  mieszkalny,  tapczan,  przykryty  kolorową 
narzutą,  fotele,  dwa  stoliczki,  szafa  na  ubranie.  Na  stoliczku  przy  tapczanie  fotografia  w 
ramce. Wolner błyskawicznym ruchem położył ramkę fotografią do blatu. 

-  P

rzyjemnie  pan  się  tu  urządził  -  powiedział  Walczak,  rozglądając  się  ciekawie.  - 

Tylko że ja wolałbym nie mieć biura tak blisko mieszkania. 

Wolner wzruszył ramionami. 

Mnie tam wszystko jedno. Wieczorem i tak nie załatwiam żadnych spraw. 

Czy można zajrzeć do pańskiej szafy? - spytał uprzejmie Downar. 

Po  raz  pierwszy  od  początku  ich  rozmowy  odmalowało  się  na  nieruchomej  twarzy 

Wolnera jakieś uczucie: zdziwienie. 

Chce pan zobaczyć moje ubrania? Proszę. - Podszedł do szafy i przekręcił kluczyk. - 

Proszę - powtórzył. 

Korzystając z tego momentu, Walczak z błyskawiczną szybkością podniósł ramkę z 

fotografią, zajrzał i położył ją na miejscu. 

- Dlaczego pana interesuje moja garderoba? - 

spytał Wolner, ciągle zaintrygowany. - 

O co chodzi? 

Downar uśmiechnął się. 

Nie, nic, głupstwo. Nie ma o czym mówić. Dziękuję panu i przepraszam. 

Walczak spojrzał na przyjaciela. 

No to co? Idziemy. Nie będziemy panu zabierać cennego czasu. 

Kiedy znaleźli się w wozie i Walczak zapuścił motor, Downar spytał: 

- No i co? 

To  było  bardzo  zręczne  z  tą  szafą  -  uśmiechnął  się  Walczak.  -  A fotografia? 

Oczywiście Dobrzyńskiej. Chyba się domyśliłeś. 

Chyba się domyśliłem. Naciśnij trochę ten gaz. Nie jesteśmy na pogrzebie... jeszcze. 

background image

Rozdział IX Druga ofiara 

N

astępnego dnia po powrocie z Turcji Robert Werbach został wezwany do komendy. 

Na wszelki wypadek pojechał po niego porucznik Olszewski. 

Żeby nie było żadnych nieporozumień - wyjaśnił Walczak. 

Młody  człowiek  był  bardzo  pewny  siebie.  Zachowywał  się  nonszalancko,  a  nawet 

wyzywająco,  jakby  pragnąc  podkreślić,  że  komenda  MO  nie  robi  na  nim  najmniejszego 
wrażenia. 

- Jak tam w Turcji? - 

spytał z dobrotliwym uśmiechem Walczak. - Jak interesy? 

Pojechałem  na  tę  wycieczkę  w  celach  wyłącznie  turystycznych  -  powiedział 

Werbach,  mocno  akcentując  każde  słowo.  -  Przeszedłem  przez  odprawę  celną  i  nie  widzę 
żadnego powodu, dla którego panowie mieliby mnie wypytywać. 

Toteż nie mamy najmniejszego zamiaru rozmawiać z panem na temat szmuglu. 

Więc po co właściwie tracimy czas? 

Walczak  znowu  się  uśmiechnął.  Robił  wrażenie  poczciwego  wujaszka,  usiłującego 

skierować na drogę cnoty krnąbrnego siostrzana. 

Widzi  pan,  prowadzimy  śledztwo  w  sprawie  zbrodniczego  otrucia  Edwarda 

Dobrzyńskiego. I właśnie o tym chcielibyśmy z panem pomówić. 

A cóż mnie to obchodzi? - żachnął się Werbach. - Ja go nie otrułem. 

Łagodny uśmiech nie schodził z twarzy Walczaka. 

- Nie podejrzewamy pana o to... Przynajmniej na razie. 

- Co to znaczy „przynajmniej na razie”? 

To  znaczy  przynajmniej  na  razie.  Na  wstępnym  etapie  śledztwa  w tego rodzaju 

sprawach  może  być  mniej  lub  więcej  podejrzany  każdy,  kto  miał  jakąkolwiek  styczność  z 

denatem. 

Ja nie miałem żadnej styczności z Dobrzyńskim. 

Podobno pozostaje pan w przyjacielskich stosunkach z panią Dobrzyńską. 

-  A pana co to obchodzi?  Jeszcze w naszym kraju nie ma takiej ustawy, która 

nakazywałaby informować milicję o tym, z kim kto sypia. 

Więc pan sypia z panią Dobrzyńską. 

Tego nie powiedziałem. 

A mnie się zdawało, że pan dał mi to do zrozumienia - uśmiechnął się Walczak. 

To źle się panu zdawało. 

Walczak pochylił się nad biurkiem. Jego dotychczas dobrotliwie uśmiechnięta twarz 

spoważniała. 

background image

-  Panie Werbach - 

powiedział  energicznym,  twardym  głosem  -  może  wreszcie 

skończymy z tymi żartami. 

Z jakimi żartami? 

Od  początku  naszej  rozmowy  zachowuje  się  pan  w  sposób  impertynencki.  Nie 

bardzo rozumiem, co pan chce przez to osiągnąć. Wydaje mi się, że to nie najlepsza taktyka. 

- Jestem zdenerwowany - 

mruknął Werbach. 

To może pan spróbuje opanować nerwy i grzecznie ze mną porozmawiać. Dobrze? 

- Czego pan chce ode mnie? 

To także nie jest zbyt uprzejmie sformułowane pytanie, ale mniejsza z tym. Proszę 

mi powiedzieć, od jak dawna zna pan Dobrzyńskich. 

Od paru lat. Dokładnie nie pamiętam.» 

A od jak dawna przyjaźni się pan z panią Dobrzyńską? 

Werbach niecierpliwie poruszył się na krześle. 

Czy pan sobie wyobraża, że to tylko ja jeden?! - wybuchnął. - Ta kurwa puszcza się 

z kim popadnie. 

Proszę wyrażać się przyzwoicie - upomniał Walczak. 

Tak się wyrażam, jak na to zasługuje ta dziwka. Niech się pan spyta Gródeckiego, ile 

razy  z  nią  spał.  Niech  się  pan  spyta  tego  ich  kuzyna,  co  to  pieczarki  hoduje  i  różne  inne 
badyle.  Niech  się  pan  spyta  tego  fotografa,  który  z  nami  był  na  wycieczce.  Jak  mu  tam? 
Więckowski. Niech go pan spyta, ile razy przychodziła do niego do studia pozować. To się 
nazywa pozowanie. Dlaczego mnie żeście się czepili? Dlaczego tylko  mnie? Spałem z nią. 
Dobra. Nie będę się wypierał. Ale co z tego? Ja nie zabiłem jej męża. 

Czym się pan zajmuje? - spytał spokojnie Walczak. 

Werbach zamrugał oczami. Z wolna zaczynał się uspokajać. 

Że co?... 

Czym się pan zajmuje. 

- Niczym. 

- Nigdzie pan nie pracuje? 

Nigdzie. A muszę? 

Nie musi pan, oczywiście. Ale chyba z czegoś pan żyje. W jakiś sposób zdobywa 

pan pieniądze na utrzymanie. 

Gram w brydża. 

I z tego się pan utrzymuje? 

background image

Tak. Jak się dobrze gra i gra się ostrożnie, to w miesięcznym rozrachunku zawsze 

można  wyjść  na  swoje.  A  ja  gram  bardzo  dobrze.  Nie  chwalę  się,  ale  rzeczywiście  gram 

bardzo dobrze. 

- A oprócz tego pos

zukuje pan dobrze sytuowanych przyjaciółek. 

Werbach uśmiechnął się. 

Lubię eleganckie kobiety, pachnące francuskimi perfumami. Musi pan przyznać, ze 

to ma swój urok. 

Pan wyjechał do Turcji już po zamordowaniu Dobrzyńskiego. 

Tak, chyba tak. Ale jeżeli pan zażąda ode mnie alibi, to nic z tego. Popiliśmy trochę 

z kolegami i przez dwa dni spałem. Sam spałem. Nikt nie może tego potwierdzić. 

Od kogo się pan dowiedział o śmierci Dobrzyńskiego? 

Od Wandy, od Dobrzyńskiej. Zadzwoniła do mnie. 

To znaczy, że pan na pewno wyjechał do Turcji po śmierci Dobrzyńskiego. 

- Tak wychodzi. 

Do Turcji jeździł pan w towarzystwie Romana Toczy ckiego. 

Zgadza się. 

Co to za człowiek? 

- Równy kumpel. 

- I zahandlowali

ście? 

Żaden handel. Turystyka, panie majorze, wyłącznie turystyka. 

Co pan może powiedzieć na temat małżeństwa Dobrzyńskich? 

Zgodne było małżeństwo. Dobrze ze sobą żyli. 

No, a ci przyjaciele pani Dobrzyńskiej, o których pan wspomniał? Czy to nie było 

powodem jakichś poważniejszych scysji między nimi? 

W

erbach wzruszył ramionami. 

Eeee.  Edward  nie  był  z  tych,  co  to  się  obrażają,  że  mu  się  żona  puszcza. 

Tolerancyjny  facet.  Zresztą  dzięki  temu  sam  miał  większą  swobodę.  Ja  panu  coś  powiem. 
Mężczyzna powinien mieć parę żon. Wtedy by tak nie skakał na boki. Jedna to się prędzej czy 
później znudzi. Nie ma siły. 

No,  dobrze.  A  ta  scena  małżeńska  w  Wenecji  -  wtrącił  się  do  rozmowy  Downar, 

który dotychczas siedział milczący i zamyślony. - Pamięta pan? 

Pamiętam. Oczywiście. Jakaś komedia. Zresztą, nie wiem. Nic mi do tego. 

Więc uważa pan, że ta cała historia była zainscenizowana? - nalegał Downar. 

Werbach pokręcił głową. 

background image

Bo ja wiem. Wydało mi się to jakieś sztuczne. Nie pasowało do Wandy. 

Dlaczego miałaby grać komedię? 

Nie mam pojęcia. 

- Niech pan nam jeszcze powie - 

Walczak znowu przejął inicjatywę - co pan myśli o 

zranieniu Gródeckiego, tam, w okolicach Frascati. 

A cóż ja mogę myśleć? Nic, absolutnie nic. Podobno napadły go jakieś bandziory. 

Bronił się i... We Włoszech teraz kupa gangsterów. 

- To nie b

yła akcja w typie gangsterów. 

Słusznie. Za drobna rzecz. Gangster na takie coś nie poleci. Gródecki nie mógł mieć 

przy sobie dużo forsy. Chyba że... 

Chyba że co? - podchwycił Walczak. 

Chyba,  że  jakaś  zemsta,  ale  to  zbyt  sensacyjne  przypuszczenie.  Komu  mógł  się 

narazić Gródecki? Musiałby solidnie zajść za skórę jakiemuś gangowi albo mafii. Za bardzo 

fantastyczne. 

Walczak wsunął swoje notatki do szuflady. 

No, dobrze. Na razie to by było wszystko. Może pan iść do domu. Chciałbym tylko, 

żeby pan przez jakiś czas nie wyjeżdżał z Warszawy. Gdyby pan projektował jakąś podróż, 
proszę się ze mną porozumieć. 

W najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram. Do widzenia. 

Werbach wyszedł. 
Downar spojrzał na przyjaciela. 

No i cóż powiesz? 

Jeżeli  to  wszystko  prawda,  co  ten  cwaniaczek  opowiadał  o  Dobrzyńskiej...  - 

powiedział Walczak, targając zwichrzoną czuprynę. - Nie mogę w to uwierzyć, absolutnie nie 
mogę.  Taka  śliczna  kobieta.  Taka  delikatna,  subtelna,  pastelowa  piękność. 
Nieprawdopodobne, zupełnie nieprawdopodobne. 

- Takie najgorsze - 

powiedział z przekonaniem Downar. 

Powtórne przesłuchanie uczestników owego pamiętnego grzybobrania nie wniosło nic 

nowego. Wszyscy zgodnie twierdzili 

że  Dobrzyński  doskonale  znał  się  na  grzybach  i 

wykluczone,  żeby  nazbierał  muchomorów.  Jaki  był?  Niezbyt  sympatyczny,  mało 
komunikatywny.  Nie  lubił  dużo  mówić.  O  żonie  w  ogóle  nigdy  nie  wspominał.  Czy 

intere

sował  się  kobietami?  Na  to  pytanie  nikt  nie  umiał  odpowiedzieć.  Jeżeli  nawet  miał 

background image

jakieś flirty, ukrywał się z tym bardzo starannie. Nigdy nikt go nie widział, żeby się afiszował 
z młodymi, ładnymi dziewczętami. Dobrzyński raczej nie był kobieciarzem. 

Najwięcej  miał  do  powiedzenia  na  temat  nieboszczyka  Walenty  Kociszewski,  który 

prowadził małą ajencyjną restauracyjkę i zaopatrywał się u Dobrzyńskiego w pieczarki. 

To był bardzo porządny człowiek, panie majorze, porządny i solidny. 

Walczak spojrzał na okrągłą, rumianą twarz, przypominającą dojrzałe jabłko. 

Czy zna pan panią Dobrzyńską? 

Wandeczkę? Oczywiście, że znam - ucieszył się nie wiadomo dlaczego restaurator. - 

Urocza kobieta, piękna, pełna wdzięku. 

Bywał pan u państwa Dobrzyńskich? 

Rzecz prosta, że bywałem. Grywaliśmy od czasu do czasu w brydżyka. Bardzo było 

przyjemnie. Ale co za nieszczęście, co za nieszczęście. Kto by się spodziewał, że Edzio... Mój 
Boże... 

Co pan może powiedzieć na temat małżeństwa państwa Dobrzyńskich? 

To było wzorowe małżeństwo, naprawdę wzorowe małżeństwo, jakich się dzisiaj nie 

spotyka. Jak oni się kochali. Mój Boże... 

Więc twierdzi pan, że żyli ze sobą w zgodzie? 

W największej zgodzie. Jak dwa gołąbki. A propos... Jakby pan major wpadł kiedyś, 

tak przy okazji, do mojej skromnej knajpeczki, to poczęstuję pana znakomitymi pieczonymi 
gołąbkami.  Wprawdzie  same  nie  lecą  do  gąbki,  ale  prawie.  Cha,  cha,  cha...  Udał  mi  się 

dowcip, co? 

Walczak nie był w żartobliwym nastroju. Spytał: 

Czy pan słyszał coś o flirtach pani Dobrzyńskiej? 

Flirty? Wandeczka? Ależ nigdy w świecie. Ona przecież do nieprzytomności kochała 

swojego męża” świata za nim nie widziała. Od kogo słyszał pan takie głupstwa? 

Mniejsza  z  tym.  Proszę  mi  powiedzieć  od  jak  dawna  przyjaźnił  się  pan  z 

Dobrzyńskimi 

O,  już  dobre  kilka  lat.  Takich  pieczarek  jak  od  Edzia  to  od  nikogo  nie  mogłem 

dostać. Cud, miód. 

- Czy zna pan kuzyna Dob

rzyńskiego, niejakiego Gustawa Wolnera? 

Rumiana twarz spochmurniała. 

Znam. Przyznam się panu, że nie darzę specjalną sympatią tego człowieka. 

- Dlaczego? 

background image

Trudno mi to sprecyzować. Właściwie nic do niego nie mam. Po prostu jakoś nie 

przypadł mi do gustu. Tak to już bywa między ludźmi. Jedni od razu robią sympatyczne, miłe 
wrażenie, a inni coś nie za bardzo. 

Czy jeździł pan kiedyś do tego gospodarstwa? 

Tak. Byłem tam ze dwa razy. Raz z Wandeczka, a raz z Edziem. 

A kiedy pan pojechał z panią Dobrzyńską, to jak w stosunku do niej zachowywał się 

Gustaw Wolner? 

Był uprzejmy, ale zachowywał się z dużą rezerwą. To w ogóle jest ponury facet. Ja 

bym tam nie chciał z nim mieszkać pod jednym dachem. 

- Bo co?  

Bobym się bał, że mnie przy jakiejś okazji zdzieli w łeb, a chłop jest duży i silny. 

Mógłby niechcący zabić. 

Zna się na grzybach - podsunął Walczak. 

No chyba, że się zna. Perfekt. Specjalista. Fachowiec. 

Dobrzyński także się znał na grzybach. 

-  Jeszcze jak. Znakomicie. Chyba lepiej od Wolnera. I 

bardzo  lubił  grzybki,  czy  to 

maślaczki  w  śmietanie,  czy  rydzyki  z  patelni.  Przepadał  za  grzybami  i  znał  się.  Wiedział 
nawet, jaką wódkę do jakich grzybków serwować. Fachowiec. Skończył studia. Miał dyplom: 
Grzybojad  z  wyższym  wykształceniem.  Znowu  mi  się  dowcip  udał.  Cha,  cha,  cha...  Nie 
wiem,  co  ja  jestem  dzisiaj  taki  dowcipny.  Może  dlatego,  że  na  śniadanie  skonsumowałem 
dużą porcję twarogu. Powiadają, że po serze dowcipu człowiek nabiera. 

Walczak  miał  dosyć  dowcipnego  restauratora.  Po  dziękował  mu  za  rozmowę  i 

pożegnał go. 

Pani Janina Podziszewska przyjechała na pogrzeb zięcia. Walczak skorzystał z okazji i 

przesłuchał ją. 

Tak.  Córka  była  u  mnie  w  Krakowie.  Odwiedziła  mnie,  ponieważ  bardzo  źle  się 

czułam.  Coś  z  sercem.  Człowiek  teraz  nie  ma  chwili  spokoju.  Tyle  kłopotów,  a  poza  tym 
ciągle  jakieś  zamieszania  na  świecie.  Ja  bym  już  nowej  wojny  nie  przeżyła.  Wykluczone. 
Myślałam  nawet  o  tym,  żeby  sprzedać  telewizor  i  nie  czytać  gazet.  Mniej  by  się  człowiek 
denerwował. A tak zawsze mnie podkusi i włączę to pudło, żeby usłyszeć i zobaczyć, co się 
dzieje na świecie. Lepsze radio. Mniej się człowiek przejmuje. 

Walczak sprawdził daty i ustalił, że w dniu, w którym został otruty Dobrzyński, jego 

żona rzeczywiście była w Krakowie u matki. Nie miał podstaw nie wierzyć słowom starszej 

background image

pani. Robiła wrażenie prostej, bezpośredniej, niespecjalnie inteligentnej, absolutnie niezdolnej 
do  prowadzenia  jakiejś  perfidnej  gry.  Zresztą  alibi  Dobrzyńskiej  można  było  sprawdzić  w 

Krakowie jeszcze w inny sposób. 

Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jaki był pani stosunek do zięcia? 

Edward  był  porządnym  człowiekiem,  uczciwym,  solidnym.  Specjalnie  może  nie 

byliśmy  ze  sobą  zżyci,  bo  stosunkowo  rzadko  się  widywaliśmy,  a  poza  tym  to  nie  był 
człowiek zbyt komunikatywny, wylewny. Może gdybym go lepiej poznała... 

A jak się układało małżeństwo pani córki z Edwardem Dobrzyńskim? 

Doskonale. Bardzo się kochali. Wandeczka niezmiernie ciężko przeżyła tę tragedię. 

Potrafi się opanować. Jest dzielna, ale ja jako matka wiem, co biedaczka przeżywa. 

Czy córka nie skarżyła się pani, że ostatnio w jej małżeństwie coś się zaczyna psuć? 

Ale  skądże  znowu.  Nic  podobnego.  Wprost  przeciwnie.  Była  bardzo  w  nim 

zakochana, a on w niej. 

Wandeczka mówiła mi, że jadą do Włoch, żeby przeżyć jeszcze jedną 

podróż poślubną. Była bardzo, bardzo szczęśliwa. 

- Jest pani tego pewna? 

Najzupełniej pewna. Gdyby Wandeczka coś ukrywała, natychmiast bym to wyczuła. 

Zresztą  ona  nie  umie  kłamać.  Jest  szczera,  otwarta,  nigdy  nie  miała  przede  mną  żadnych 

tajemnic. To dla niej 

straszliwy cios, parne majorze, straszliwy. Jak to się mogło stać? 

Pan Dobrzyński zmarł na skutek zatrucia grzybami. 

Ależ on się przecież świetnie znał na grzybach! 

Oczywiście. Dlatego też podejrzewamy, że to było otrucie zbrodnicze. Ktoś mu do 

porcj

i grzybów w śmietanie dolał stężonego ekstraktu z muchomorów. Starsza pani złapała 

się za głowę. 

Jezus Maria! Kto mógł taką rzecz zrobić? Kto? To morderstwo. 

Ma pani rację. To morderstwo - przytaknął Walczak. - Kto jest sprawcą, jeszcze nie 

wiemy.  Śledztwo  w  toku.  Mam  nadzieję,  że  winny  zostanie  zdemaskowany  i  postawiony 
przed sądem. 

To  nie  przywróci  życia  Edwardowi  -  powiedziała  cicho  pani  Podziszewska.  -  Nie 

przywróci życia. Nie przywróci szczęścia mojej córce. 

Czy  pani  się  nie  domyśla,  kto  aż  tak  bardzo nienawidził  pani  zięcia?  -  spytał 

Walczak. - 

Potrząsnęła głową. 

Zupełnie nie wiem, kto to mógł zrobić. Nie znałam co prawda jego środowiska, ale 

nigdy nie przypuszczałam, że mógłby znaleźć się ktoś taki, kto pragnąłby... A co Wandeczka? 

background image

Pytał pan ją? Chociaż może teraz lepiej nie rozmawiać na te tematy.  To zbyt świeże, zbyt 

bolesne. 

Pani  córka  także  nikogo  nie  podejrzewa  -  wyjaśnił  Walczak.  Zastanawiał  się,  czy 

powiedzieć o tych scenach małżeńskich we Włoszech, ale jednak zrezygnował. 

- Czy jest

em jeszcze panu potrzebna? Co pan chcę wiedzieć? 

Walczak uśmiechnął się niewyraźnie. 

No,  cóż...  Widzi  pani...  Ja  prowadzę  śledztwo  w  sprawie  otrucia  Edwarda 

Dobrzyńskiego. Usiłuję zebrać jak najwięcej informacji, dotyczących jego osoby. Proszę się 
więc  niedziwić,  że  wypytuję  panią  o  różne  szczegóły,  które  mogłyby  być  pomocne  w 
rozwiązaniu tej zagadki. 

Ja  się  nie  dziwię.  Ja  rozumiem.  Nie  wiem,  tylko...  Po  prostu  niewiele  mogę 

powiedzieć o moim zięciu. 

Wydaje mi się, że mógł mieć wrogów, ludzi niechętnych. 

- Dlaczego pani tak przypuszcza? 

Bo to był człowiek chyba dosyć trudny we współżyciu, a z ludźmi trzeba umieć... 

trzeba umieć pozyskiwać sobie, sympatię. 

Ale przecież pan Dobrzyński dobrze żył z pani córką. 

O, to zupełnie co innego. Oni się kochali, oni się bardzo kochali. 

I według pani nic nie zakłócało tej miłości? 

A  cóż  by  mogło  zakłócać?  To  była  idealna  para.  Tak  lubiłam  na  nich  patrzeć. 

Rzadko miałam okazję. Oboje zawsze byli tacy zajęci. Chciałam przenieść się do Warszawy, 
żeby być bliżej nich, ale mieszkanie. Trudno zamienić mieszkanie w Krakowie na mieszkanie 
w Warszawie. A zresztą, przyznam się panu, że przyzwyczaiłam się do Krakowa. To bardzo 
miłe miasto. 

Tak, to bardzo miłe miasto - przyznał Walczak i na tym zakończył rozmowę z matką 

Wandy Dobrzyńskiej. 

Downar, jak zwykle, przysłuchiwał się rozmowie, siedząc w sąsiednim pokoju. 
Po wyjściu pani Podziszewskięj razem przesłuchali taśmę magnetofonową. 

No  i  co  o  tym  myślisz?  -  spytał  Walczak.  Downar  podrapał  się  za  uchem,  wypił 

szklankę wody 

i powiedział: 

Wszystko wskazuje na to, że jednak scena odegrana przez Dobrzyńską w Wenecji 

była  zręczną  mistyfikacją.  Prawdę  mówiąc,  sam  dałem  się  na  to  nabrać.  W  pierwszym 
momencie wydawało mi się, że Dobrzyńska rzeczywiście... że rzeczywiście boi się męża. 

background image

Walczak pokiwał głową. 

Tak. Z tego można by wysnuć logiczny wniosek, że oboje Dobrzyńscy prowadzili z 

góry obmyśloną grę... 

...  zmierzającą  do  tego,  że  Dobrzyński  zamieszkał  z  Gródeckim,  a  Dobrzyńska  z 

Gródecką - uzupełnił Downar. 

- Ale w jakim celu? 

Ba... Któż to może wiedzieć? Chyba tylko Dobrzyńska i prawdopodobnie morderca 

Dobrzyńskiego. 

-  Czekaj... czekaj... - 

Walczak swym charakterystycznym ruchem przeczesał palcami 

czuprynę. - Zastanówmy się chwilę. Większość przesłuchiwanych przez nas osób twierdziła, 
że Dobrzyńscy byli zgodnym, kochającym się małżeństwem. Kto był przeciwnego zdania? 

- O ile sobie przypominam, to Gródecki i Anna Toczycka - 

powiedział Downar. - Czy 

rozmawiałeś z Gródecką? 

Oczywiście. 

I cóż ona? 

Utrzymuje, że Dobrzyńscy byli dobrym małżeństwem. 

A jak w takim razie tłumaczy tę histeryczną scenę w Wenecji? 

Nie  potrafiła  tego  wyjaśnić.  Mówi,  że  była  kompletnie  zaskoczona  zachowaniem 

Dobrzyńskiej i że naprawdę nie wie, o co jej chodziło. 

Czyli że Gródeccy są odmiennego zdania w tej sprawie. 

- Na to wychodzi. 

Downar wstał i przeszedł się po pokoju. Był zamyślony. Po dłuższej chwili zatrzymał 

się przed przyjacielem. 

Słuchaj,  Karolu,  zaczynam  się  bać.  Boję  się  jakichś  nowych  komplikacji,  nowej 

zbrodni. To wszystko jest cholernie zagmatwane. 

Może  się  niepotrzebnie  niepokoisz  -  uspokajał  Walczak.  -  Ostatecznie mamy pod 

obserwacją kogo trzeba. 

Downar nie był przekonany. 

A czy na pewno wiemy, kogo trzeba mieć pod obserwacją? Czy te wszystkie nasze 

przypuszczenia, su

gestie  są  sensowne?  Zresztą,  jeżeli  ktoś  chce  kogoś  zamordować,  to  nie 

pomoże  żadna  obserwacja.  Trudno  dzień  i  noc  trzymać  wywiadowcę  pod  łóżkiem 

domniemanej ofiary. 

Tym  bardziej  że  w  dzisiejszych  czasach  nie  ma  łóżek.  Wszyscy  sypiają  na 

tapczanach - zau

ważył rzeczowo Walczak. 

background image

No,  właśnie  -  roześmiał  się  Downar.  -  Sam  widzisz,  że  to  nie  takie  proste.  Żarty 

żartami, ale ja jestem rzeczywiście poważnie zaniepokojony. 

Nie  denerwuj  się,  Stefan.  Nikt  nie  uniknie  swego  przeznaczenia  -  powiedział 

sentencjona

lnie Walczak i westchnął głęboko. 

Downar  postanowił  niczego  nie  zaniedbywać,  niczego  nie  lekceważyć.  Po  namyśle 

zdecydował się porozmawiać z Tadeuszem Wolskim, którego „Babcia” polecała Gałeckiemu, 

jako fachowca od wszelkich trucizn. 

Mały,  szczupły  człowieczek  o  okrągłej  twarzy,  przypominającej  twarz  dziecka. 

Wrażenie to potęgowały jeszcze szeroko otwarte niebieskie oczy, patrzące na świat z jakąś 
wzruszającą naiwnością, oraz drobne usta, układające się w tak zwane „serduszko”. 

To nie jest typ truciciela - 

pomyślał Downar. - I to nie jest również mężczyzna, który 

pasowałby do Dobrzyńskiej. 

Przedstawił się i powiedział, że kilka dni temu rozmawiał z panią Celińską. 

- Kochana staruszka - 

ucieszył się Tadzio Wolski. - Jakżeż ona się miewa? 

Wyśmienicie. Niedawno odbyliśmy wspólną podróż do Włoch. 

Słyszałem, słyszałem. Piękny kraj. Byłem, widziałem, zwiedzałem. Chętnie jeszcze 

bym tam pojechał. Proszę, panie majorze, niech pan siada. Tutaj, u nas w Instytucie nie ma 
luksusowych  apartamentów,  ale  jakieś  krzesełko  się  znajdzie.  -  Podsunął  biały  taboret,  z 
którego starł kurz rękawem. - Bardzo proszę. Niech pan spocznie. Szkoda, że nie odwiedził 
mnie  pan  w  domu.  Byłbym  pana  poczęstował  czymś  smakowitym.  Właśnie  w  zeszłym 
tygodniu się ożeniłem po raz drugi. No, cóż... człowiek jest niepoprawnym marzycielem. Ale 
co  to  ja  chciałem  powiedzieć?  Aha...  chciałem  powiedzieć,  że  byłbym  pana  poczęstował 
wyśmienitą szarlotką. Moja obecna żona ma wrodzony talent do pieczenia ciast. Wspaniała 
gospodyni. A jaką parzy kawę. Delicje. Niech się schowają wszyscy Turcy razem wzięci z 
Arabami. Szkoda, że pan do nas nie wpadł. 

Ja tylko na chwileczkę - wyjaśnił Downar. - Nie zabiorę panu dużo czasu. 

Czy pan służbowo? 

Jak by to powiedzieć... Właściwie jestem już na emeryturze, ale tak się złożyło, że 

biorę  udział  w  pewnym  śledztwie.  Czy  pan  słyszał  o  tragicznej  śmierci  Edwarda 
Dobrzyńskiego? 

Oczywiście. Słyszałem. 

- Od kogo? 

Właśnie od pani Celińskiej. Ona uwielbia takie różne sensacje. 

background image

Czy pan wie, że Dobrzyński został otruty? 

- Tak. Podobno. Biedna Wanda. 

O ile mi wiadomo, pan był kiedyś żonaty z obecną panią Dobrzyńską. 

Dawne czasy. Byliśmy kiedyś małżeństwem, ale to niedługo trwało. Już dokładnie 

nie pamiętam. Może dwa, może trzy lata. Wanda zakochała się w Edwardzie Dobrzyńskim. 
Serce nie sługa, jak to się mówi, Właściwie nie miałem do niej żalu. Początkowo, oczywiście, 
było mi trochę przykro, ale... 

Czy później kontaktował się pan z Dobrzyńskimi? 

Raczej  nie.  Po  co?  Spotkałem  ich  parę  razy  w  kinie  czy  na  wystawie  obrazów. 

Przypadkowo. Przykro mi, że tak się stało. Żal mi Wandy. Bardzo kochała Edwarda. 

Zdaje się, że to było udane małżeństwo. 

- O, niezwykle udane. 

Edward  Dobrzyński  został  otruty  ekstraktem  z  trujących  grzybów  -  powiedział 

Downar, bacznie przyglądając się chemikowi. 

Słyszałem. 

Ja właśnie do pana w tej sprawie. Chciałbym się dowiedzieć, czy trudno uzyskać taki 

ekstrakt z trujących grzybów. 

Wolski uśmiechnął się dziecinnie i potrząsnął głową. 

-  To bardzo prosta sprawa, panie majorze. Nie potrzeba d

o  tego  żadnych 

nadzwyczajnych  urządzeń.  Wystarczy  kolba,  palnik,  jakieś  naczynie.  Zresztą  ja  panu  to 
wszystko  dokładnie  narysuję.  -  Wziął  ze  stołu  kartkę  papieru  i  długopis.  -  Niech  pan  się 
uważnie przyjrzy. To dobry pomysł, bardzo dobry pomysł. 

- Jak to „

dobry pomysł”? - spytał Downar. Malutki chemik znowu się uśmiechnął. 

Dobry sposób pozbycia się niewygodnej osoby. Ale to nie jest temat do żartów. Czy 

mógłby mi pan powiedzieć, jak to się stało, że Dobrzyński zjadł zatrute grzyby? 

Downar potrząsnął głową. 

Bardzo  żałuję,  ale  przed  zamknięciem  śledztwa  nie  wolno  nam  ujawniać  żadnych 

szczegółów. 

Oczywiście, oczywiście. Przepraszam. Zaraz panu zrobię te wykresy. To są bardzo 

proste  i  prymitywne  urządzenia.  Właściwie  każdy,  znający  się  trochę  na  pędzeniu  bimbru, 
może je skonstruować. 

Downar otrzymał rysunek i szczegółowe instrukcje w sprawie fabrykacji grzybowej 

trucizny, pożegnał uprzejmego chemika i wrócił do komendy. 

background image

Walczaka  nie  zastał.  Powiedziano  mu,  że  major  wyjechał  na  miasto  i  nikogo  nie 

poinformow

ał, o której wróci. 

Bezczynne siedzenie i czekanie nie należy do przyjemności. Postanowił się przejść. 
Dotarł  do  Starego  Miasta  i  przez  dłuższy  czas  krążył  po  wąskich  uliczkach,  które 

trochę przypominały mu Sienę albo Weronę. Tamte chwile, spędzone we włoskich miastach, 
były teraz czymś tak niesłychanie odległym, tak zupełnie nierealnym, jak film oglądany przed 
wielu, wielu laty. Myślał o tym, że bardzo chciałby tam jeszcze pojechać, ale już bez „Babci”, 
bez Gródeckich, bez Dobrzyńskich i bez całej tej gromady ludzi. Samotna podróż. To byłoby 
wspaniałe. 

Zmęczył  się.  Wypił  szklankę  herbaty  w  małej,  przytulnej  kawiarence,  a  następnie 

doszedł do Miodowej i wsiadł w 125. 

Rano zbudził go telefon. 

Poznał głos Walczaka. 

Co ty jeszcze śpisz? Ubieraj się, szybko. Posyłam po ciebie wóz. 

Co się stało? 

Dobrzyńska nie żyje. 

Rozdział X Kto dziedziczy? 

Szeroka, 

czerwona  twarz  wyrażała  wzburzenie.  Właściciel  warsztatu  poczuł  się 

dotknięty  w  swej  zawodowej  ambicji.  Mówił  podniesionym  głosem,  gestykulując  z 
ożywieniem. 

Ależ, proszę panów, to absolutnie wykluczone. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, 

robiony był tutaj, u mnie, generalny przegląd. Wszystko było w idealnym porządku. 

I przewód hamulcowy także był w idealnym porządku? - spytał spokojnie Walczak. 

Czerwona 

twarz jeszcze bardziej nabiegła krwią. 

Przewód hamulcowy?! Pan żartuje, panie majorze. 

Po  generalnym  przeglądzie  w  moim  warsztacie  miałby  felerować  hamulec? 

Wykluczone. Wóz był wyszykowany na medal. Państwo Dobrzyńscy od wielu lat byli moimi 

klientami. 

Zawsze osobiście sprawdzałem ich wozy. Mieli wołgę i fiata 125. Niedawno pan 

Dobrzyński sprzedał wołgę. I miał rację. Przy dzisiejszej cenie benzyny... Gdzie to się zdarzył 

ten wypadek? 

-  Na szosie z Milanówka do Warszawy. Przewód hamulcowy przy pompie 

prz

epuszczał. Płyn wyciekł. Jechała z dużą szybkością. Na zakręcie... 

Mechanik trochę się uspokoił. 

background image

- Szkoda kobiety - 

powiedział cichym głosem. Zapalił papierosa i pokręcił głową. - Co 

za  tragedia.  Najprzód  on,  teraz  ona.  Zauroczył  ich  kto,  czy  jak?  Jeszcze  raz powtarzam 
panom, że wóz był w idealnym stanie. Przewód hamulcowy sam przez się nie mógł pęknąć. 
Wykluczone. Musiał ktoś przeciąć, cholera jasna. Ale kto by chciał wykończyć taką piękną 
kobietę? Jakiś wariat albo... Bo ja wiem, zresztą. Jedno tylko mogę panom powiedzieć: wóz 
był na medal. Osobiście wszystko sprawdzałem. Żadnych usterek, absolutnie żadnych. 

Wrócili do komendy. Czekał już na nich Olszewski. 

- No i co? - 

spytał Walczak. Porucznik wzruszył ramionami. 

No  i  nic.  Wóz  dokładnie obejrzeli na wszystkie strony. Przewód hamulcowy, 

oczywiście, przecięty. Prawdopodobnie kombinerkami. 

Znaleźli coś jeszcze? 

Tak. Świeży ślad obtarcia na resorze. 

Czyżby Dobrzyńska brała kogoś na hol? - zainteresował się Downar. 

-  To niewykluczone - 

przytaknął  Olszewski.  -  Fachowcy, którzy badali wóz, 

wysuwają właśnie takie przypuszczenie. Wzięła kogoś na hol. 

Ale żadnej linki nie znaleziono? 

- Nie. 

Walczak wyjął z kieszeni papierosy. 

Trzeba starannie zabezpieczyć wszystkie możliwe ślady, a specjalnie zająć się tym 

przeciętym przewodem. Przy odrobinie szczęścia może uda się nam odnaleźć właściciela tych 

kombinerek. 

Jesteś niepoprawnym optymistą - powiedział Downar. 

Walczak skrzywił się. 

Optymistą z konieczności. Gdybym się podda skrajnemu pesymizmowi, to zapewne 

już dawno bym się powiesił. No, cóż, Stachu, pojedziesz chyba po Wolnera. 

Olszewski pokiwał głową. 

A co mam robić. Musimy go tu ściągnąć. Jeże jeszcze gdzieś nie prysnął. 

- Na pewno nie. Nie taki frajer. 

Warto  by  przeszukać  jego  mieszkanie  i  zabudowa  nia  gospodarskie.  Może  by  się 

znalazło tam te kombi nerki. 

Popieram  słuszną  inicjatywę  -  powiedział  Wal  czak.  -  Dam ci dwóch ludzi do 

pomocy,  a  jeżeli  będzie  to  konieczne,  błyskawicznie  otrzymamy  nakaz  prokuratorski.  Na 
wszelki jednak wypadek pośpiesz się. Takich akcji nie należy odkładać do jutra. 

Olszewski wyszedł. 

background image

No i co ty o tym wszystkim myślisz? - spytał Walczak. 

Downar nie był w najlepszym humorze. 

Myślę, żeśmy jej nie upilnowali. Obstawiłeś to mieszkanie, a tymczasem... 

-  Nie mam sobie absolutnie nic do wyrzucenia. O statecznie trudno za tymi 

wszystkimi  ludźmi,  którzy  ewentualnie  mogą  mieć  coś  wspólnego  ze  sprawą,  wysyłać 
specjalną eskortę. A choćby nawet, i tak nic by to nie dało. Jeżeli facet postanowił przeciąć 

przewód, to nikt by go nie 

upilnował. Widziałeś, jaka tam brama. 

Na  pewno  solidnie  barykadują  się  na  noc.  Naszemu  człowiekowi  trudno  byłoby  się 

tam dostać. 

Słuchaj,  Karol,  obaj  przecież  widzieliśmy  tego  Wolnera.  Czy  zrobił  na  tobie 

wrażenie idioty? 

Walczak energicznie potrząsnął głową. 

Skądże  znowu.  Wprost  przeciwnie.  Zrobił  na  mnie  wrażenie  inteligentnego  i 

sprytnego faceta. 

No, więc właśnie - podjął Downar. - Czy inteligentny i sprytny facet działałby w ten 

sposób? Musiał przecież taką rzecz przemyśleć i wziąć pod uwagę to, że wóz po wypadku 
będzie bardzo dokładnie badany. 

Walczak poruszył ramionami. 

Diabli  go  wiedzą.  Różnie  mógł  kombinować.  Na  przykład,  że  wóz  się  rozwali  w 

drobny mak i że nikt nie doszuka się uszkodzonego przewodu hamulcowego albo, że benzyna 

wybuchnie i w

szystko się w czorty spali. 

Downar  usiadł  przy  biurku  i  oparł  głowę  na  ręku.  Odezwał  się  dopiero  po  dłuższej 

chwili. 

A może cała ta sprawa wygląda zupełnie inaczej... 

- To znaczy? 

Posłuchaj, Karolu. Wczuj się w sytuację tego faceta. Załóżmy, że chcesz się pozbyć 

Dobrzyńskiej, żeby wejść w posiadanie tego badylarskiego interesu. Czy ty byś u siebie, na 
miejscu, przeciął przewód hamulcowy? 

Raczej nie. Nie ryzykowałbym. Ale ja jestem fachowiec. 

Ale i kuzyn Dobrzyńskiego nie wygląda na frajera. Jeżeli planował taki numer, to 

musiał sprawę gruntownie przemyśleć, biorąc pod uwagę wszystkie możliwe ewentualności. 
Przecież podejrzenie automatycznie pada na niego. To najprostsze. 

Walczak nie był całkowicie przekonany. 

background image

Twoje rozumowanie pozornie jest prawidłowe, ale... Bo ja wiem... Możemy założyć, 

że  działał  pod  wpływem  gwałtownego  impulsu,  a  przy  stanach  o  dużym  natężeniu 
emocjonalnym ludzie często zatracają zdolność trzeźwej oceny swych czynów. Nie muszę ci 
zresztą tego wyjaśniać. 

Zaczekaj.  Chwileczkę  -  ciągnął  dalej  Downar.  -  A  teraz  rozważmy  inną 

ewentualność.  Przypuśćmy,  że  to  wcale  nie  Wolner  przeciął  ten  przewód.  Że  ktoś,  komu 
Dobrzyńska  zagrażała,  dowiedział  się  przypadkowo  o  jej  wizycie  u  tego  badylarza  i, 
korzystając z okazji, wykończył ją, rzucając podejrzenie na Wolnera. 

Walczak spojrzał z dużym zainteresowaniem. 

A wiesz, że to jest koncepcja. Emerycka główka pracuje zupełnie nieźle. To świeże 

obtarcie na resorze... 

Właśnie  -  podchwycił  z  ożywieniem  Downar.  -  Hol.  Dobrzyńska,  wracając  do 

Wars

zawy,  wzięła  kogoś  na  hol  i  ten  ktoś...  Hipoteza  może  trochę  fantastyczna,  ale  nie 

możemy jej wykluczyć. 

To ma ręce i nogi - powiedział zdecydowanie Walczak. - Zresztą, nie przesądzajmy 

sprawy. Zobaczymy, co nam powie Wolner. 

- I nie tylko Wolner - 

uśmiechnął się Downar. 

Była  zupełnie  spokojna,  tylko  zaczerwienione  oczy  świadczyły  o  tym,  że  niedawno 

płakała. 

Walczak milczał przez chwilę, obserwując uważnie twarz młodej kobiety. Wreszcie 

odchrząknął i powiedział: 

W  związku  z  tragiczną  śmiercią  pani  Dobrzyńskiej,  chcieliśmy  zadać  pani  kilka 

pytań. 

Proszę. Niech pan pyta. 

Słyszałem, że ostatnio mieszkała pani w mieszkaniu państwa Dobrzyńskich. 

Skinęła głową. 

Tak. Po śmierci Edwarda nie mogłam Wandy zostawić samej. Musiałam dotrzymać 

jej towarzystwa 

i chociaż trochę pocieszyć. Ona to bardzo ciężko przeżyła. Kochała go. 

Podczas naszej wspólnej wycieczki do Włoch wszyscy odnieśliśmy wrażenie, że to 

małżeństwo było w stadium zupełnego rozkładu - wtrącił się do rozmowy Downar. 

Przesunęła dłonią po wilgotnym od potu czole. 

To bardzo dziwna sprawa. Dotychczas nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. 

background image

To znaczy, pani uważa, że wybierając się na tę wycieczkę, Dobrzyńscy byli dobrym 

małżeństwem. 

Tak mi się przynajmniej wydawało. 

Może na razie nie będziemy mówić o wycieczce do Włoch - zaproponował Walczak. 

Czy  pani  wiedziała,  że  pani  Wanda  Dobrzyńska  wybiera  się  do  tego  gospodarstwa  w 

okolicach Milanówka, do Gustawa Wolnera? 

Oczywiście, że wiedziałem. Wanda pojechała tam z kupcem. 

- Z kupcem? Z jakim kupcem? 

Wanda miała zamiar sprzedać pieczarkarnię i cały ten warzywniczy interes. Trafił się 

reflektant. Pojechała z nim. 

Czy pani się orientuje, kto chciał kupić pieczarkarnię? 

Nie mam pojęcia. Ale musi to być ktoś bardzo zamożny. Sądzę, że sporo milionów 

by  to  kosztowało.  Obiekt  jest  duży  i  wspaniale  utrzymany.  Poza  tym  doskonale  położony. 

Stosunkowo blisko Warszawy... 

Walczak pokiwał głową. 

Tak. Byliśmy tam. Rzeczywiście wzorowo prowadzone gospodarstwo. Czy pani zna 

Gustawa Wolnera? 

-  Tego kuzyna Ed

warda. Poznałam go kiedyś, ale widziałam go chyba dwa czy trzy 

razy. 

Jakiego jest pani zdania o tym człowieku? Leciutko poruszyła ramionami. 

To taka właściwie przelotna znajomość, że trudno mi coś o nim powiedzieć. Zrobił 

na  mnie  wrażenie  małomównego  i  nietowarzyskiego.  Jest  chyba  dosyć  skryty,  a  może  po 
prostu nieśmiały. 

Podobał się pani? Była zaskoczona. 

Czy mi się podobał? Chce pan wiedzieć, czy mi się podobał jako mężczyzna? 

Właśnie. 

- Bo ja wiem - 

uśmiechnęła się z pewnym zakłopotaniem. - Przyznam się panu, że nie 

zastanawiałam  się  nad  tym.  Sądzę  jednak,  że  może  się  podobać  kobietom.  Typ  silnego 
mężczyzny. 

Walczak  miał  ogromną  ochotę  zapytać  o  Wolnera  i  Dobrzyńską,  ale  zrezygnował. 

Doszedł do wniosku, że w obecnej sytuacji nie byłoby to zbyt taktowne. 

Więc pani Dobrzyńska pojechała z tym kupcem, który miał obejrzeć gospodarstwo i 

ewentualnie omówić transakcję. 

- Tak. 

background image

Czy panią to nie zdziwiło, że pani Dobrzyńska nie wróciła na noc? 

Nie. Kiedyśmy się rozstawały, Wanda wspomniała, że może tam zanocuje i posiedzi 

ze dwa dni na świeżym powietrzu. 

Z tego by wynikało, że ów kupiec pojechał swoim wozem. 

Chyba tak. Mógł wprawdzie wrócić kolejką, ale stamtąd do Milanówka kawał drogi. 

Na pewno pojechał swoim wozem, a Wanda swoim. 

Wolner był wspólnikiem pana Dobrzyńskiego. 

O  ile  się  orientuję,  to  tak.  Do  spółki  prowadzili  ten  interes,  ale  Edward  był 

właścicielem. 

I po nim dziedziczyła jego żona. 

Sądzę, że tak, skoro pertraktowała z kimś w sprawie sprzedaży. 

No  tak,  tak,  oczywiście  -  przyznał  Walczak.  -  Musiałaby  przedtem  załatwić 

formalności spadkowe. Czy pan Dobrzyński zostawił testament? 

Nie wiem. Nie interesowałam się tą sprawą. Przyzna pan, że tego rodzaju rozmowy 

byłyby nie na miejscu. Tak zaraz po śmierci Edwarda... 

Niewątpliwie.  Doskonale  panią  rozumiem.  Ale  gdyby  pani  Dobrzyńska  sprzedała 

gospodarstwo, to Wolner mógłby się znaleźć w trudnej sytuacji... 

Gródecka poruszyła się niespokojnie. 

Co pan ma na myśli? 

Nie, nic specjalnego.  Tak się zastanawiam... No, cóż... właściwie nie wiemy, jaką 

miał Wolner umowę z Dobrzyńskim. 

Wanda mi powiedziała, że bez ograniczeń dysponuje majątkiem swojego męża. To 

znaczy... 

To znaczy, że Wolner poszedłby na „zieloną trawkę” - uzupełnił Walczak. - Zresztą 

nie przesądzajmy sprawy. 

-  Tak pan 

mówi, jakby pan podejrzewał Wolnera o spowodowanie śmierci Wandy - 

głos Gródeckiej stał się nagle nerwowy, agresywny. 

Walczak uśmiechnął się. 

Obawiam  się,  że  pani  mnie  źle  zrozumiała.  Ja  nikogo  o  nic  nie  podejrzewam.  Po 

prostu głośno myślę, rozważam różne ewentualności. Tylko tyle. Chciałbym jeszcze zapytać 
panią, czy jacyś mężczyźni ubiegali się o względy pani Dobrzyńskiej. Była przecież bardzo 
atrakcyjną kobietą. 

- Nic mi o tym nie wiadomo. 

Walczak nie nalegał. Wiedział, że i tak nie dowie się nic konkretnego. 

background image

A  czy  pani  rozmawiała  ze  swoim  mężem  na  temat  tajemniczej  kartki,  którą  ktoś 

wsunął mu do kieszeni w Citta del Marę? Mam na myśli tę rzekomą groźbę mafii sycylijskiej. 

Rozmawiałam. 

- No i co? 

Mąż mnie wyśmiał. Powiedział, że to jakiś głupi kawał i żebym nie zawracała mu 

głowy. 

A pani wierzy, że to był głupi kawał? Zawahała się. 

- Nie wiem... Doprawdy... 

Więc nie jest pani tak zupełnie o tym przekonana - nastawał Walczak. 

- Nie wiem... - 

powtórzyła niepewnie. - Właściwie chyba nie jestem. 

Z tego by wynikało, że pani jednak przypuszcza, iż mąż naraził się w jakiś sposób 

mafii. 

Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Niech mnie pan nie męczy. 

-  Dobrze  - 

zgodził się Walczak. - Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy pani wiedziała o 

planowanym grzyb

obraniu, które skończyło się tak tragicznie dla Dobrzyńskiego? 

Tak.  Edward  proponował  nam,  żebyśmy  z  nim  pojechali,  ale  nie  mogliśmy.  Ja 

umówiłam się z przyjaciółką, że przyjadę do niej, do Podkowy, a Stach musiał oprowadzać po 
Warszawie jakichś cudzoziemców. 

Walczak wstał. 

Dziękuję. Proszę mi wybaczyć, że zmęczyłem panią tak długą rozmową. 

Kiedy  drzwi  za  Gródecką  się  zamknęły,  Downar  wyszedł  z  przyległego  pokoju,  w 

którym od pewnego czasu urzędował w charakterze nieoficjalnego „podsłuchiwacza”. 

Walczak 

zapalił papierosa i spojrzał na przyjaciela. 

Słyszałeś? 

Słyszałem. Jak na emeryta słuch mam jeszcze zupełnie niezły. 

No i jak ci się to widzi? 

Downar usiadł i zaczął stukać palcem w karafkę stojącą na biurku. 

Coraz  bardziej  utwierdzam  się  w  przekonaniu,  że  z  całą  tą  aferą  wiąże  się  ściśle 

scena  odegrana  przez  Dobrzyńską  w  Wenecji.  Mieli  jakiś  konkretny  cel  w  tym 

przekwaterowaniu. 

Dobrzyńscy? 

Oczywiście. 

Ale o co mogło im chodzić? 

background image

O to, żeby Dobrzyński zamieszkał z Gródeckim, a Dobrzyńska z Gródecką. To było 

już od dawna zaplanowane. 

- No, dobrze, ale po co? 

Nie wymagaj ode mnie za wiele. Sądzę, że już wkrótce wszystkiego się dowiemy. 

Wolner mógł jednak wykończyć Dobrzyńską niezależnie od tamtej sprawy. 

-  Zgoda - 

pokiwał głową Downar. - Chociaż to wydaje mi się mało prawdopodobne. 

Nie zapominaj o tym nadzianym facecie, który pojechał z Dobrzyńską oglądać gospodarstwo. 
Jeżeli... 

Masz rację - podchwycił Walczak. - Jeżeli był w porozumieniu z Wolnerem... 

O,  właśnie.  Koniecznie  trzeba  będzie  sprawdzić,  kto  dziedziczy  gospodarstwo  po 

śmierci Dobrzyńskiej. Gdyby się okazało, że Wolner jest jedynym krewnym Dobrzyńskiego... 

Ale nie uprzedzajmy faktów. 

Miałbym ogromną ochotę porozmawiać sobie jeszcze z tym fotografem - powiedział 

Walczak. 

Down

ar energicznie potrząsnął głową. 

Więckowskiego zostaw w spokoju. Przynajmniej na razie. W związku z nim mam 

pewien konkretny plan. Kto wie, czy to nie załatwi nam całej sprawy. 

Był  tak  samo  mało  komunikatywny,  jak  podczas  pierwszej  ich  rozmowy.  Surowa, 

obojętna  twarz  nie  wyrażała  żadnego  uczucia.  Patrzył  na  siedzących  przed  nim  mężczyzn 
takim wzrokiem, jakby ich wcale nie widział. Milczał. Wchodząc do pokoju, nie powiedział 
nawet „dzień dobry”. 

Walczak  także  nie  śpieszył  się  z  rozpoczęciem  rozmowy.  Wyjął  z  szuflady  biurka 

papier, długopis, zajrzał do swoich notatek i dopiero po dłuższej chwili się odezwał. 

Zapewne się pan orientuje, dlaczego wezwaliśmy pana do komendy. 

Nie  wiem,  o  co  chodzi.  Przyjechał  oficer  milicji,  zabrał  mnie  do  wozu  i  na  tym 

koniec. 

Pani Dobrzyńska nie żyje. 

Obojętny wyraz twarzy Wolnera nie zmienił się. 

Nie żyje - powtórzył drewnianym głosem. - A co się stało? 

Wracając w nocy od pana, uderzyła w słup i zabiła się. 

- No, tak - 

powiedział Wolner. - Nieraz jej mówiłem, że to się tak kiedyś skończy. 

Dlaczego pan tak sądził? 

Dlaczego? To proste. Wanda jeździła jak wariatka, a była bardzo złym kierowcą. 

background image

Podobno nie lubiła prowadzić - zauważył Walczak. 

To prawda. Nie bardzo lubiła. Wolała, żeby prowadził Edward, ale kiedy już siadała 

za kierownicą... 

Z  tego,  co  pan  mówi,  wynika,  że  dość  często  jeździł  pan  z  panią  Dobrzyńską 

samochodem. 

Zdarzało się - mruknął niechętnie Wolner. 

-  Hm  - 

Walczak  napił  się  wody  i  zapalił  papierosa.  Podczas  tych  czynności  nie 

spuszczał oczu z twarzy swojego rozmówcy. - Widzi pan... sprawa jest o ryle skomplikowana, 
że ten wypadek zdarzył się z powodu uszkodzenia hamulców. 

No, cóż... Od czasu do czasu wóz trzeba dawać do przeglądu. 

Oczywiście.  I  niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  w  zeszłym  tygodniu wóz pani 

Dobrzyńskiej  został  dokładnie  skontrolowany  w  warsztacie.  Wszystko  było  w  najlepszym 
porządku. Mechanik twierdzi, że oddał wóz w idealnym stanie. Nie mam żadnego powodu, 
żeby mu nie wierzyć. 

Więc co się stało? - spytał bez większego zainteresowania Wolner. 

Stała się rzecz niezmiernie przykra. Ktoś przeciął przewód hamulcowy przy pompie. 

Płyn wyciekł i pani Dobrzyńska na zakręcie nie mogła zahamować. 

Wolner pokiwał głową. 

To  zrozumiałe.  I  teraz  panowie  przypuszczają,  że  to  ja  przeciąłem  przewód 

hamulcowy. 

Dlaczego mielibyśmy tak przypuszczać? - spytał Walczak. 

Spojrzenie nieruchomych szarych oczu nabrało jeszcze bardziej ponurego wyrazu. 

Niech  pan  nie  udaje,  panie  majorze.  To  przecież  narzuca  się  samo  przez  się.  Nie 

trzeba być genialnym detektywem, żeby w tej sytuacji wysnuć właśnie taki wniosek. 

Walczak nie zareagował na „genialnego detektywa”. Powiedział: 

Podobno  pani  Dobrzyńska  odwiedziła  wczoraj  pana  w  towarzystwie  jakiegoś 

mężczyzny. 

- Tak - 

padła lakoniczna odpowiedź. 

Czy to była towarzyska wizyta? 

Nie.  Wanda  nosiła  się  z  zamiarem  sprzedania  gospodarstwa.  Przyjechała  z 

ewentualnym kupcem. 

Pan, oczywiście, zna nazwisko tego „ewentualnego kupca”. 

- Tak. Henryk Lipecki. 

Czy pan już kiedyś przedtem zetknął się z tym człowiekiem? 

background image

- Tak - 

odpowiedział z widoczną niechęcią Wolner. 

A może pan go dobrze zna? 

- Znam go. 

Czy można wiedzieć, w jakich okolicznościach pan go poznał? 

Przyjeżdżał do nas kiedyś w charakterze klienta. Kupował pieczarki. 

- Czy wczoraj przyjechali do pana jednym wozem? 

Nie, dwoma. Wanda przyjechała swoim fiatem, a ten facet oplem. 

Pan Henryk Lipecki wyjechał od pana pierwszy. 

- Tak. 

Mniej więcej o której godzinie? 

Chyba około dziewiątej. 

A pani Dobrzyńska? 

Dokładnie nie pamiętam, ale zapewne po jedenastej. 

Pan był wspólnikiem Edwarda Dobrzyńskiego. 

- Tak. 

Czy pan miał z nim spisaną jakąś umowę? 

Nie. Po co? Mieliśmy do siebie zaufanie. 

Po śmierci Edwarda Dobrzyńskiego dziedziczyła wszystko jego żona. 

- Tak. 

I gdyby sprzedała doskonale prosperujące gospodarstwo - mówił dalej Walczak - pan 

musiałby zrezygnować z owoców swej wieloletniej pracy. 

Wolner pochylił się i oparł duże, muskularne dłonie na biurku. 

-  Panie majorze - 

powiedział wolno, a jego nieruchoma twarz jakby jeszcze bardziej 

st

ężała. - Panie majorze, ja wiem, że taka koncepcja panu bardzo pasuje, ale ja nie przeciąłem 

przewodu  hamulcowego.  Nie  potrafię,  oczywiście,  tego  udowodnić,  ale  ja  nie  przeciąłem. 
Zresztą, czy robię na panu wrażenie idioty? 

- Raczej nie - 

przyznał Walczak. 

No,  więc  właśnie.  Chyba  pan  nie  zaprzeczy,  że  musiałbym  być  skończonym 

kretynem, żeby przecinać przewód hamulcowy właśnie wtedy, kiedy Wanda wyjeżdżała ode 

mnie. 

Walczak pokręcił głową. 

Ale  w  afekcie  ludzie  często  działają  niezbyt  rozsądnie.  Poza  tym  zawsze  można 

liczyć  na  to,  że  wóz  się  rozbije  doszczętnie  i  że  nie  pozostanie  śladu  po  tym  przecięciu 
przewodu.  Zdarza  się  również,  że  wybuchnie  benzyna  i  wóz  się  spali.  I  jeszcze  jedna 

background image

ewentualność. Człowiek, robiący wrażenie bystrego, inteligentnego i doświadczonego, może 
przewidzieć, że nikt go nie będzie uważał za idiotę, jak to pan sam określił. Wolner zdjął ręce 
z biurka i wyprostował się. 

Więc pan mnie podejrzewa o zamordowanie z premedytacją Wandy Dobrzyńskiej. 

Sytuacja  jest  nieco  kłopotliwa  i  bardzo skomplikowana -  powiedział  Walczak 

przeciągając dłonią po czuprynie. - Poszlaki przeciwko panu są, niestety, bardzo poważne. 

- Rozumiem. Czy jestem aresztowany? 

Nie. Ale nie zdziwi się pan zapewne, że przeprowadzimy u pana w gospodarstwie 

oraz w do

mu szczegółową rewizję. 

Wolner wzruszył ramionami. 

Ja  się  w  ogóle  bardzo  rzadko  dziwię  czemukolwiek.  Róbcie,  panowie,  co  do  was 

należy.  Nie  wymagam  nawet  nakazu  prokuratorskiego.  Jeżeli  jednak  chodzi  o  narzędzie, 
którym został przecięty przewód hamulcowy, to zapewniam, że u mnie go nie znajdziecie. 

Widzę, że pan sobie szybko kojarzy pewne fakty - uśmiechnął się Walczak. - 

Wolner nie odwzajemnił uśmiechu. 

Nie sądzę, żeby w danym wypadku potrzebna była wybitna inteligencja - powiedział 

obojętnie i spojrzał w okno, jakby zaczynała go już nudzić ta rozmowa. 

- Czy ma pan wóz? 

Oczywiście. Dwa, żuka i zastawę. Zastawa jest moją własnością, a żuk firmowy. 

Mam do pana prośbę - Walczak sięgnął po karafkę z wodą. - Chodzi o to, żeby pan 

żadnego z tych wozów na razie nie używał. Być może zresztą, że zabierzemy je na pewien 

czas do naszych warsztatów. 

Jak pan sobie życzy. 

Walczak wypił spory łyk wody i odchrząknął. 

Czy oprócz pana Dobrzyński miał jeszcze jakąś rodzinę? 

-  Nie.  -  Po raz pierwszy po nieruchomej 

twarzy  Wolnera  przesunęło  się  coś  jakby 

uśmiech. - To jest jeszcze jeden argument przeciwko mnie. Prawda, panie majorze? 

Jeżeli pan to tak ocenia... 

Sprawa  jest  chyba  oczywista.  W  tej  chwili,  to  znaczy  po  śmierci  Wandy,  jestem 

jedynym spadkobiercą Edwarda. 

Walczak wyglądał na zmęczonego. 

Sądzę,  że  możemy  zakończyć  naszą  rozmowę.  Proszę,  żeby  pan  nigdzie  nie 

wyjeżdżał bez porozumienia się ze mną. 

Rozdział XI Czekanie na mordercę 

background image

Downar 

usiadł  na  tapczanie,  przysunął  stolik,  na  którym  stał  telefon,  i  uważnie 

nakręcił  numer.  Dłuższy  czas  nikt  nie  odpowiadał.  Już  miał  odłożyć  słuchawkę,  kiedy 
posłyszał znajomy głos. 

Dzień dobry. Nie obudziłem pani? 

Nie,  skądże.  Już  właśnie  wychodziłam.  Cieszę  się  na  naszą  dzisiejszą  randkę, 

„umówiłam się z nim na dziewiątą” - zanuciła wesoło. 

Widzi  pani,  pani  Aniu,  sprawa  się  trochę  komplikuje.  -  W  głosie  Downara 

wyczuwało się zakłopotanie. 

Co się stało? 

Obawiam się, że będziemy musieli odłożyć nasze spotkanie. Przed chwilą dzwonił 

do mnie Więckowski. 

- I...? 

- I 

powiedział, że chce się ze mną koniecznie zobaczyć dzisiaj wieczorem. 

- O której? 

Właśnie o dziewiątej. 

A cóż to takiego pilnego? O co mu chodzi? 

Właściwie może nie powinienem... - Downar zawahał się. 

Panie Stefanie... Jeżeli to jakaś tajemnica, to dajmy temu spokój. 

Gniewa się pani? 

Nie, skądże. Powetujemy sobie kiedy indziej. 

Bo widzi pani... No, zresztą... Tyle razy rozmawialiśmy na ten temat, że chyba mogę 

pani powiedzieć. Proszę tylko o całkowitą dyskrecję. 

Ależ oczywiście. 

No, więc chodzi o to, że Więckowski chce się ze mną zobaczyć, żeby mi powiedzieć 

coś  na  temat  tragicznej  śmierci  Dobrzyńskiego  i  jego  żony.  Podobno  rewelacja.  Rozumie 
więc pani, że w tej sytuacji... 

Doskonale rozumiem. Ale ponieważ umówiony jest pan z nim na dziewiątą, to może 

spotkajmy  się  wcześniej,  siódma,  wpół  do  ósmej...  Jedna  z  moich  przyjaciółek  bardzo 
chciałaby pana poznać i właśnie miałam ją dzisiaj przyprowadzić. Bardzo ładna i atrakcyjna 

dziewczyna. 

Niezmiernie  żałuję  -  głos  Downara  brzmiał  melancholijnie  -  ale  tak  się  fatalnie 

składa, że na siódmą jestem zaproszony do komendy na naradę. Przeciągnie się to na pewno 
do dziewiątej. Prawdopodobnie nawet się trochę spóźnię do Więckowskiego. 

Mówi się trudno - powiedziała Anna. - Zadzwoni pan do mnie? 

background image

-  Oc

zywiście.  W  przyszłym  tygodniu,  wtorek,  środa.  Przepraszam  za  zawód,  który 

pani sprawiłem. 

Zdarza  się.  Oby  tylko  takie  zawody  trzeba  było  przeżywać.  Do  widzenia,  panie 

Stefanie. Do zobaczenia. 

Ciężki,  jesienny  mrok  gęstniał  coraz  bardziej.  Pędzone  wiatrem krople deszczu 

uderzały o szyby okienne. 

Przez nieszczelne zasłony wciskał się anemiczny blask dalekiej latarni. 
Długie,  nużące  godziny  oczekiwania.  Trudno  było  przecież  przewidzieć,  kiedy 

przyjdzie i czy w ogóle przyjdzie. Wszystko wskazywało na to, że nie mógł postąpić inaczej. 
Nie miał wyjścia. Musiał iść na całego. Va banque. To była jego jedyna szansa. Ale mogło 
coś się zmienić. Mógł zrezygnować, stchórzyć, w ostatniej chwili wycofać się. Albo... a to 
było najbardziej niepokojące, mógł przejrzeć grę przeciwnika. 

Przez chwilę zastanawiał się, czy zapalić boczne światło, czy czekać w ciemności. Nie 

ruszył się jednak z fotela. Doszedł do wniosku, że w decydującej chwili nagły blask silnych 
żarówek wywoła pożądany efekt, zaskoczenie. To był atut gwarantujący sukces. 

Czas płynął wolno, leniwie, znacząc swe miarowe kroki tykaniem stojącego na stoliku 

zegarka.  Z  oddali  dochodził  zasnuty  deszczem  szum  miasta.  Myśli  stawały  się  coraz 
wolniejsze, coraz bardziej chaotyczne. Ciężkie powieki raz po raz przykrywały oczy. 

Do diabła! - zaklął półgłosem - jeszcze tego brakowało, żebym zasnął. - Podniósł się 

z  fotela  i  ostrożnie  przeszedł  się  po  pokoju.  Dywan  tłumił  jego  kroki.  Raz  jeszcze 
przeanalizował całą sytuację i znowu doszedł do wniosku, że to powinno „chwycić”. Chyba 
że...  chyba  że  w  jego  rozumowaniu  są  jakieś  luki,  których  nie  dostrzega.  Albo  pech, 
niefortunny  zbieg  okoliczności.  Wiedział  z  wieloletniego  doświadczenia,  że  posunięcia, 
zapewniające  pozornie  stuprocentowe  powodzenie,  okazują  się  w  rezultacie  fatalnym 
niewypałem. 

Trzeba  czekać.  Nie  było  innej  rady.  Przez  wiele  lat  żmudnej,  niebezpiecznej  pracy 

nauczył się cierpliwości. Wrócił na fotel i słuchał tykania zegara. Już nie był śpiący. Myśl, że 
jednak nie na próżno traci czas, wyrwała go z niedawnego odrętwienia. Znowu stał się czujny, 
gotowy do akcji. Musi się udać. Musi się udać - powtarzał, usiłując swym myślom przekazać 
możliwie jak największy ładunek sugestii. 

I nagle... przy drzwiach wejściowych posłyszał szmer. Ktoś wsunął klucz do zamka i 

przekręcił...Po  tern  wypadki  potoczyły  się  w  zawrotnym  tempie.  Błysk  światła,  stłumiony 
okrzyk. Downar już dawno nie był taki szybki. Błyskawicznie wykonał pół obrotu i z całym 
rozmachem uderzył nogą w wyciągniętą dłoń. Pistolet zatoczył szeroki łuk i upadł pod ścianę. 

background image

Za Gródeckim stali już Walczak i Olszewski. Porucznik zręcznie założył kajdanki. 

- Przepisowo - 

uśmiechnął się. - Dobra robota. 

Z przyległego pokoju wyszedł Więckowski. Był trupio blady. 

Uratował mi pan życie - wyszeptał. 

No, to może opowie nam pan teraz coś interesującego - zaproponował Downar. 

Rozdział XII Zakończenie 

Tego 

dnia  pułkownik  Leśniewski  był  w  doskonałym  humorze.  Przyjął  swoich 

współpracowników  z  otwartymi  ramionami,  posadził  ich  przy  bocznym  stoliku  w 
wygodnych, gościnnych fotelach i kazał podać kawę. 

- Jak tam nasz kochany emeryt? - 

spytał z uśmiechem. 

Jakoś się żyje - odparł Downar, odwzajemniając uśmiech. 

W  takim  razie,  Stefanku,  napij  się  kawki  i  opowiadaj.  Zdobądź  się  na  wysiłek 

krasomówczy. 

Właściwie wszystko już opisałem w raporcie, no i to nie ja przecież prowadziłem 

śledztwo, tylko Karol. Niech on zabiera głos. 

Pułkownik nie przestawał się uśmiechać. 

Widzę,  że  masz  ochotę  się  wykręcić,  ale  nic  z  tego.  To  prawda,  że  Walczak 

oficjalnie prowadził śledztwo, ty jednak bardzo mu pomogłeś. Zresztą Karol nie był obecny 
przy twojej rozmowie Z tym fotografem. Raport raportem, a ja najbardziej cenię żywe słowo. 
Wiem, że nie jesteś Demostenesem, ale to nic nie szkodzi. Wal swoimi słowami. Nie daj się 
prosić. 

Downar wypił łyk kawy i odchrząknął. 

No więc, tak... Więckowski postanowił zdobyć większą ilość obcej waluty. Chciał 

założyć  duży  zakład  fotograficzny  w  Stanach  albo  w  Anglii.  W  tym  celu  zabrał  się  do 
robienia zdjęć pornograficznych, które sprzedawał w różnych krajach Europy, a głównie we 
Francji  i  we  Włoszech.  Wywoził  przeważnie  filmy.  Miał  swoich  stałych,  zaufanych 

odbiorców, którzy kupowali od niego „towar” po stosunkowo niskiej cenie. Na Zachodzie 

fachowcy z tej branży każą sobie o wiele więcej płacić. 

Więckowski  od  dawna  był  skumplowany  z  Gródeckim  i  z  Dobrzyńskim.  Podczas 

swoich zagranicznych podróży spiknął się z pewnym Włochem, będącym członkiem gangu, 
zajmującego się między innymi fabrykacją na dużą skalę fałszywych dolarów, funtów i marek 
zachodnioniemieckich.  Ten  Włoch  pokłócił  się  ze  swoimi  kompanami  i  postanowił  się 
zemścić, a jednocześnie zarobić na tym interesie dużą forsę. Chodziło o szantaż. Musiał mieć 
jednak  jakieś  konkretne  dowody  w  ręku.  Sprawa  była  delikatna,  wymagająca  dużych 

background image

umiejętności  w  dziedzinie  fotografiki,  połączonej  ze  znajomością  elektroniki,  budowy 
fotokomórek  i  takich  różnych  bardzo  specjalistycznych  rzeczy.  W  tym  celu  ów  Włoch, 
Gaetano  Serpotta,  porozumiał  się  z  Więckowskim,  z  którym  od  dawna  handlował 
pornograficznymi zdjęciami, i dopuścił go do spółki, jako świetnego fachowca. Wspólnymi 
siłami  zainstalowali  którejś  nocy  w  wytwórni  fałszywej  waluty  doskonale  zamaskowane 
kamery, uruchamiane na odległość czy też za pomocą fotokomórki. W techniczne szczegóły 
się  nie  wdawałem.  Zresztą  o  tych  rzeczach  najlepiej  niech  porozmawiają  z  Więckowskim 
specjaliści.  Ja  się  na  tym  nie  znam.  W  rezultacie  tych  skomplikowanych  kombinacji 
technicznych  otrzymali  zdjęcia  członków  gangu  na  tle  rozrzuconych  na  stole  fałszywych 
banknotów oraz cały szereg innych zdjęć, ilustrujących przebieg produkcji tej forsy. Materiał 
był bogaty, nie pozostawiający żadnych wątpliwości. 

Dobrze pomyślane - wtrącił pułkownik. 

Bardzo dobrze pomyślane - przytaknął Downar. - Tylko że Więckowski to tchórz. 

Bał się ryzykować. Nie miał ochoty osobiście występować w roli szantażysty. Wolał jeszcze 
kogoś dopuścić do swojego udziału w tej aferze. Pomyślał o Gródeckim, jako o człowieku 
znającym  dobrze  Włochy  i  mówiącym  biegle  po  włosku.  Gra  była,  jak  to  mówią,  warta 
świeczki.  Chodziło  o  ogromne  sumy w dolarach albo w markach zachodnioniemieckich. 
Gródecki zgodził się. 

A jaką rolę w tej historii odegrał Dobrzyński? - spytał pułkownik. 

Downar nalał wody do szklanki. Zaschło mu w gardle. 

Właśnie  miałem  o  tym  mówić.  Więckowski  nie  dowierzał  zbytnio Gródeckiemu, 

którego znał jako cwaniaka pierwszej klasy. Bał się, że Gródecki go wykiwa, i zwierzył się ze 
wszystkiego Dobrzyńskiemu. Zdaje się zresztą, że moment szczerości pojawił się po większej 
wódce.  Dobrzyński  odwiedził  Więckowskiego,  solidnie  popili  i  tajemnica  przestała  być 
tajemnicą.  Dobrzyński  postanowił  wykorzystać  okazję.  Wciągnął  do  tej  afery  swoją  żonę, 
która  była  bardzo  sprytna,  kuta  na  cztery  nogi.  Świetna  aktorka.  Postanowili  wydusić  z 
Gródeckiego  większą  forsę.  W  tym  celu  Dobrzyńska  odegrała  w  Wenecji  tę  histeryczną 
scenę, na którą, przyznaję ze sksuchą, dałem się nabrać. Potem już wszystko jasne. Gaetano 
Serpotta  umówił  się  ze  swoimi  byłymi  wspólnikami  w  okolicach  Frascati,  w  pobliżu  willi 
Cycerona. Na miejsce tego spotkania przyszedł Gródecki z Więckowskim. Gangsterzy mieli 
wypłacić szantażystom określoną kwotę w dolarach albo w markach zachodnioniemieckich. 
Chodziło oczywiście o banknoty niefałszywe. Serpotta znał się na tym doskonale. Był specem 
w tej branży. W zamian za tę forsę, dużą forsę, gangsterzy mieli otrzymać odbitki, negatywy, 
taśmy.  Potraktowali  jednak  tę  transakcję  na  swój  sposób.  Zamiast  dolarów  wyjęli  pistolety 

background image

zaopatrzone  w  tłumiki.  Zastrzelili  na  miejscu  swojego  dawnego  kompana  i  poczęstowali 
porcją  ołowiu  Gródeckiego.  Więckowski,  ukryty  przezornie  w  krzakach,  obserwował  ze 
zjeżonymi  włosami  tę  scenę,  modląc  się  żarliwie,  żeby  go  nie  zauważono.  I  rzeczywiście, 
fałszerze  waluty  nie  zauważyli  go.  Nie  mieli  zresztą  czasu  na  poszukiwania.  Musieli  jak 

najspieszniej 

likwidować się z terenu. Nie sprawdzili nawet, czy Gródecki żyje. Być może, że 

ktoś ich spłoszył. 

- A co z 

Dobrzyńskim? 

Dobrzyński podgrandził Gródeckiemu trochę tych kompromitujących zdjęć i chciał 

zarobić  na  szantażu.  Gródecki  nie  miał  zamiaru  żyć  w  ciągłym  zagrożeniu.  Postanowił 
zlikwidować  Dobrzyńskiego,  posługując  się  muchomorami,  a  właściwie  ekstraktem  z 
muchomorów. Być może, początkowo nie wiedział, że Dobrzyńska została w to wciągnięta. 
Kiedy  jednak  zorientował  się,  jak  sprawa  wygląda,  musiał  pozbyć  się  jej.  Dobrzyńska 
bowiem  nie  tylko  żądała  pieniędzy,  ale  również  pragnęła  się  zemścić.  Odgrażała  się,  że 
zawiadomi  prokuraturę.  Okazało  się  bowiem,  że  rzeczywiście  kochała  swojego  męża  i  nie 
mogła darować Gródeckiemu... 

-  Jak to bywa w takich wypadkach, jedna zb

rodnia  pociąga  za  sobą  następne  - 

powiedział  pułkownik,  i  Dobrzyńska  stała  się  poważnym  zagrożeniem  dla  Gródeckiego. 
Postanowił ją zlikwidować. 

Otóż to - przytaknął Walczak. - Wpadł na zupełnie niezły pomysł, żeby podejrzenie 

skierować  na  tego  badylarza  spod  Milanówka.  Dowiedział  się  od  żony,  że  Dobrzyńska 
wybiera się do Wolnera i że albo tam zanocuje, albo wróci dość późno do domu. Wyjechał na 
szosę i czekał, ustawiwszy, wóz na poboczu. 

Zaopatrzył się w linkę do holowania - dodał Downar. 

I doczekał się późnym wieczorem Dobrzyńskiej - ciągnął dalej Walczak. - Wyszedł 

na szosę, pomachał rękami, a kiedy się zatrzymała, powiedział, że chyba wysiadł mu silnik i 
prosił, żeby go wzięła na hol. Zgodziła się. Następnie, po pewnym czasie tego holowania, dał 

syg

nał, żeby się zatrzymała. Stwierdził, że jego wóz jest już w porządku, ale że w silniku jej 

fiata  coś  stuka.  Otworzył  maskę  i  przeciął  kombinerkami  przewód  hamulcowy.  Te 
kombinerki znaleźliśmy  w jego bagażniku. Widocznie żal mu było się z nimi rozstać. Być 
może,  nie  orientował  się,  że  precyzyjne  badania  w  Zakładzie  Kryminalistyki  pozwalają 
stwierdzić, iż właśnie tego narzędzia użyto do przecięcia przewodu hamulcowego. Poza tym 
w  piwnicy  Gródeckiego  fachowcy  z  Zakładu  Kryminalistyki  natrafili,  po  żmudnych 

po

szukiwaniach, na ślad stężonego wyciągu z muchomorów. 

background image

Jak to  się stało, że  Gródecki  miał  klucze  od mieszkania  Więckowskiego?  -  spytał 

pułkownik. 

Ukradł Dobrzyńskiej. Więckowski dał jej komplet swoich kluczy - wyjaśnił Downar. 

Po co jej były te klucze? 

Bywała  częstym  gościem  w  atelier  fotograficznym.  Uwielbiała  fotografować  się. 

Pozowała Więckowskiemu do różnych, czasem nawet dość ryzykownych póz. Ekscytowało ją 
to.  Twarz,  oczywiście,  zasłaniała.  Prosiła  Więckowskiego,  żeby  dał  jej  klucze  do  swojej 

p

racowni. Zgodził się. 

Dosyć  poważną  rolę  odegrała  w  tej  sprawie  owa  młoda,  ładna  dziewczyna,  która, 

zdaje się, wpadła ci trochę w oko, Stefanie. Downar skinął głową. 

-  Tak  - 

powiedział  niechętnie.  -  Przyznaję,  że  mi  się  podobała.  To  było  moje 

najpoważniejsze potknięcie. Anna Toczycka utrzymywała bliższe stosunki z Gródeckim. Była 
jego wspólniczką. Napuścił ją na mnie. Chciał, żebym poszedł fałszywym tropem No, cóż... 
Musicie wybaczyć emerytowi. 

-  I chyba wybaczymy - 

uśmiechnął się pułkownik. - Powiedz mi jeszcze, od jakiego 

momentu zacząłeś podejrzewać Gródeckiego. 

Myślę,  że  od  chwili,  kiedy  pojawiły  się  wątpliwości  co  do  tej  sceny  odegranej  w 

Wenecji  przez  Dobrzyńską.  Jeżeli  bowiem  Dobrzyńskim  zależało  na  tym,  żeby  mieć 
bezpośrednią  kontrolę  nad  Gródeckim,  to  można  było  przypuszczać,  że  istnieją  tu  jakieś 
powiązania.  Następnie  zaś,  po  zamordowaniu  Dobrzyńskiego,  automatycznie  nasuwało  się 
podejrzenie, że Dobrzyński posiadł jakąś tajemnicę Gródeckiego i że mu zagrażał. To była 

logiczna konsekwencja tej in

scenizacji,  jeżeli  oczywiście  zakładało  się,  że  Dobrzyńska 

odegrała komedię w ściśle określonym celu. 

A kiedy zrodziły się w tobie wątpliwości co do tej dziewczyny? 

Podczas  naszego  spotkania  po  powrocie  do  Warszawy.  Wydało  mi  się  trochę 

dziwne,  że  dość  zręcznie  usiłowała  rzucić  podejrzenie  na  Werbacha,  domniemanego 
kochanka  Dobrzyńskiej.  Poza  tym  Gródecki  i  Anna  Toczycka  nie  mieli  najmniejszych 
wątpliwości, co do tej sceny odegranej  w Wenecji. Pozostałym członkom wycieczki strach 
Dobrzyńskiej przed mężem wydał się mało przekonywający. 

A kto napisał tę kartkę, którą kierownik wycieczki znalazł w swojej kieszeni: „Niech 

pan uważa na Dobrzyńskiego. To bandzior”? 

Dobrzyńska - wyjaśnił Walczak. - Porównaliśmy! 

background image

charaktery pisma wszystkich uczestników wycie

czki.  Zrobiła  to  zapewne  dlatego, 

żeby  jeszcze  bardziej  uprawdopodobnić  swój  strach  przed  mężem.  Trzeba  przyznać,  że 
przesadziła. To było głupie posunięcie. 

Była jeszcze jedna kartka, którą ktoś wsunął do kieszeni Gródeckiego: „Mafia nigdy 

nie przebacza”. 

Walczak rozłożył ręce. 

Nie zdołaliśmy tego ustalić. 

Prawdopodobnie jakiś Włoch - powiedział Downar. - Może kierowca, a może któryś 

z kelnerów. To była autentyczna groźba. Gródeckiemu we Włoszech jakoś się udało. Strzały 
nie były dość celne. Strzelali z pewnej odległości. Mały kaliber. 

A skąd Gródecki wiedział, że Dobrzyński pojechał na grzyby? 

Pp prostu Dobrzyński zaproponował Gródeckim wspólną wyprawę do lasu - wyjaśnił 

Walczak.  - 

Nie  skorzystali  z  tej  propozycji.  Gródecki  podobno  zajęty  był  służbowo w 

oprowadzaniu po Warszawie jakichś cudzoziemców. 

Musiał ten ekstrakt z muchomorów wcześniej przygotować. 

Niewątpliwie.  Na  parę  dni  naprzód,  jak  tylko  dowiedział  się  o  projektowanym 

grzybobraniu. 

Pułkownik zaczął bębnić palcami po blacie biurka. 

Tak  sobie  myślę,  jak  nazwiemy  tę  sprawę.  Może  „Grzybobranie”  albo 

„Muchomory”... 

A może „Dwie zbrodnie” - powiedział Walczak. Downar potrząsnął głową. 

To mi się nie podoba. Proponuję: „major Downar przechodzi na emeryturę”. 

Na niezbyt spokojną emeryturę - skorygował pułkownik.